background image

 

Artur Conan Doyle 

 
 
 

Przygody Sherlocka Holmesa 

Pies Baskervillów 

 
 
 
 
 

Sherlock Holmes 

Sherlock Holmes wstawał zazwyczaj późno, chyba, że — co zdarzało się dość często — 

spędzał bezsennie całą noc. Tego dnia rano siedział przy stole w jadalni. Ja stałem przy kominku, 

oglądając laskę, zostawioną poprzedniego wieczora przez naszego gościa. Był to ładny, mocny 

kij z dużą gałką i przymocowaną u jej spodu złotą, szeroką prawie na cal, obrączką z napisem: 
„Jakubowi Mortimerowi, 

M.R.C.S.,  od  przyjaciół  z  C.C.H."  oraz  datą  „1884”.  Laska,  pełna 

godności,  poważna,  budząca  zaufanie,  była  z  rodzaju  tych,  jakie  nosili  lekarze  domowi  starej 
daty. 
— 

I cóż, Watsonie — odezwał się do mnie Holmes — jakie wnioski wyciągasz po obejrzeniu 

tego kija? 

Holmes siedział obrócony do mnie plecami, a ja ani słowem, ani gestem nie zdradziłem się, czym 

byłem zajęty. 
— 

Skąd wiesz, co robię? Jestem gotów uwierzyć, że masz oczy z tyłu głowy. 

— 

Nie,  ale  mam  przed  sobą  wypolerowany  jak  zwierciadło  srebrny  imbryk  —  odparł.  — 

Chciałbym wiedzieć, co możesz powiedzieć o naszym gościu oglądając tylko jego laskę? Skoro 

nie  zastał  nas  wczoraj,  a  nie  mamy  pojęcia,  jaki  mógł  być  cel  jego  wizyty,  ta  przypadkowa 

pamiątka nabiera znaczenia. Niech się dowiem, co myślisz o jej właścicielu. 
— 

Sądzę — odpowiedziałem, stosując, najlepiej jak tylko umiałem metodę swego przyjaciela — 

że doktor Mortimer jest starym, bardzo wziętym i bardzo poważanym lekarzem, skoro znajomi 
obdarzyli go takim dowodem uznania. 
— Dobrze — 

powiedział Holmes. — Wyśmienicie. 

— 

Sądzę  także,  że  według  wszelkiego  prawdopodobieństwa,  doktor  Mortimer  jest  wiejskim 

lekarzem, odwiedzającym swoich chorych przeważnie pieszo. 
— Dlaczego? 
— 

Dlatego, że ta laska, bardzo ładna gdy była nowa, wydaje mi się teraz tak zniszczona, iż nie 

wyobrażam jej sobie w rękach lekarza miejskiego. Żelazne okucie na końcu jest bardzo starte, co 

świadczy, że kij służy doktorowi do częstych przechadzek. 
— 

Doskonale, zupełnie słusznie! — przytakiwał Holmes. 

 

background image

 

— 

A wreszcie są tu jeszcze wyrazy „Od przyjaciół z C.C.H." Domyślam się, że chodzi tu o jakieś 

lokalne stowarzyszenie łowieckie... Doktor leczył pewnie członków tego stowarzyszenia, a oni, w 

dowód wdzięczności, ofiarowali mu ten drobny upominek. 
—  Doprawdy Watsonie, przechodzisz samego siebie  — 

rzekł  Holmes,  odsuwając  krzesło  i 

zapalając papierosa. — Muszę przyznać, że we wszystkich raportach, w jakich pisałeś o moich 

skromnych pracach, nie doceniałeś własnych zdolności. Nie jesteś może sam przez się jaśniejącą 

pochodnią, ale doskonały z ciebie przewodnik w poszukiwaniu światła. Są ludzie, którzy, sami 

nie będąc geniuszami, posiadają talent pobudzania go u innych. Przyznaję, mój drogi, że jestem 

twoim dłużnikiem. 

Holmes  nigdy  jeszcze  nie  przemawiał  do  mnie  w  ten  sposób.  Muszę  przyznać,  że  słowa  jego 

sprawiły  mi  wielką  przyjemność,  gdyż  często  bywałem  dotknięty  jego  obojętnością,  zarówno 

wtedy gdy podziwiałem jego talent, jak i gdy starałem się rozpowszechnić jego metody. Byłem 

także dumny z tego, że tak dobrze poznałem jego sposób rozumowania, iż używając go zdobyłem 
uznanie Holmesa. 

Wziął z moich rąk laskę i zaczął ją pilnie oglądać. Nagle rzucił papierosa, podszedł do okna i 

zabrał się do jej badania przez lupę. 
— 

Ciekawe, chociaż proste — powiedział, siadając w ulubionym kącie kanapy. — Dostrzegłem 

parę wskazówek, które doprowadzą nas do ciekawych wniosków. 
— 

Czy czegoś nie zauważyłem? — spytałem z pewną zarozumiałością w głosie. — Nie sądzę, 

żebym pominął jakiś ważny szczegół. 
— 

Obawiam  się,  mój  drogi,  że  większość  twoich  wniosków  jest  błędna.  Gdy  mówiłem,  że 

naprowadzasz mnie na ślad, to znaczyło, iż twoje pomyłki doprowadzają mnie przypadkowo do 

odkrywania  prawdy.  W  tym  wypadku  nie  mylisz  się  co  do  istoty  rzeczy.  Właściciel  laski  jest 

niewątpliwie wiejskim lekarzem i bardzo dużo chodzi. 
— 

Miałem zatem słuszność. 

— 

Tak jest, pod tym względem. 

— I to wszystko? 
— 

Nie,  nie  mój  drogi,  nie  wszystko...  Tylko,  widzisz,  mnie  się  na  przykład  wydaje  bardziej 

prawdopodobne, że ofiarowany doktorowi podarunek pochodzi od pracowników szpitala, a nie 
od 

członków stowarzyszenia łowieckiego. Jeśli więc litery „C.C." umieszczone są przed literą, 

określającą ten szpital, wyrazy „Charing Cross" nasuwają się same. 
— 

Może masz słuszność. 

— 

Moje  wyjaśnienie  ma  wszelkie  cechy  prawdopodobieństwa.  Jeśli  przyjmiemy  tę  hipotezę 

mamy nową podstawę, która pozwala odtworzyć postać naszego nieznajomego gościa. 
— 

Dobrze,  przypuszczając  zatem,  że  C.C.H.  znaczy  „Charing  Cross  Hospital”,  jakie  inne 

wnioski stąd wysnujemy? 
— 

Czyż nie nasuwa ci się żaden? Znasz moją metodę. Zastosuj ją! 

— 

Jedynym oczywistym wnioskiem jest to, że nasz nieznajomy praktykował w mieście, zanim 

przeniósł się na wieś. 
— 

Posuńmy  się  dalej  w  naszych  przypuszczeniach  i  idźmy  ciągle  tym  śladem. Z jakiej okazji 

najprawdopodobniej ofiarowano mu ten podarunek? Kiedy przyjaciele Mortimera zebrali 

składkę,  by  mu  dać  upominek?  Niewątpliwie  w  chwili  gdy  doktor  opuszczał  szpital,  żeby 

rozpocząć prywatną praktykę. Wiemy już, że był to podarunek. Przypuszczamy, że przeszedł ze 
szpitala miejskiego do praktyki na wsi. 

Czy  zatem  zbyt  śmiałe  byłoby  nasze  twierdzenie,  że 

podarunek ofiarowano przy pożegnaniu? 

 

background image

 

— Jest to bardzo prawdopodobne. 
— 

A teraz zechciej zauważyć, że doktor Mortimer nie mógł być stałym lekarzem szpitala. Na te 

posady przyjmowani są tylko najlepsi londyńscy lekarze, a ci nie przenoszą się nigdy na wieś. 

Więc  kim  był?  Lekarzem-asystentem,  czyli  zajmował  stanowisko  niewiele  wyższe  niż  starsi 

studenci.  Szpital  zaś  opuścił  przed  pięciu  laty...  masz  datę  na  lasce.  Tak  więc,  twój  poważny 

doktor  w  średnim  wieku  znika  jak  widmo,  mój  drogi,  a  na  jego  miejsce  ukazuje  się  nam 

trzydziestoletni  młodzieniec  —  miły,  skromny,  roztargniony  i  posiadający  psa,  którego 

określiłbym mniej więcej jako większego od jamnika a mniejszego od brytana. 

Uśmiechałem się z niedowierzaniem, gdy Sherlock Holmes przechylił się w tył, puszczając pod 

sufit kółka dymu. 
— 

Nie  potrafię  podważyć  twojego  ostatniego  wywodu  —  odparłem  —  ale nie ma nic 

łatwiejszego  niż  dowiedzieć  się  szczegółów,  dotyczących  wieku  i  kariery  zawodowej  doktora. 
Podszed

łem  do  biblioteki,  wziąłem  z  półki  „Przewodnik  lekarski”  i  odszukałem  literę  M. 

Znalazłem  kilku  Mortimerów,  jednym  z  nich  mógł  być  nasz  gość.  Przeczytałem  głośno 

odpowiednią notatkę; 
Mortimer Jakub, M.R.C.S,  1882; Grimpen, Dartmoor, Devon. Asystent-chirurg  w szpitalu 
Charing Cross od 1882 do 1884. 

Laureat  nagrody  Jacksona  za  pracę  z  dziedziny  patologii 

porównawczej  p.t.  „Czy  dziedziczność  jest  chorobą?".  Członek-korespondent Szwedzkiego 
Towarzystwa Patologicznego. Autor „Kilku kaprysów atawizmu" (The Lancet, 1882) „Czy 

postępujemy?" (Joumal of Psychology, marzec 1883). Lekarz rządowy gmin: Grimpen, Thomsey 
i High-Barrow. 
— 

No, a o stowarzyszeniu łowieckim ani słowa — powiedział Holmes z drwiącym uśmiechem 

— 

ale  jest  lekarz  wiejski,  jak  sprytnie  wywnioskowałeś.  Zdaje  mi  się,  że  moje  wnioski  się 

potwierdzą. Co do przymiotników, powiedziałem, jeśli się nie mylę: miły, skromny, roztargniony. 

Otóż doświadczenie nauczyło mnie, że podarunki otrzymuje na tym świecie tylko człowiek miły', 
jedynie skromny opuszcza Lond

yn dla osiedlenia się na wsi, a tylko roztargniony zostawia laskę, 

zamiast karty wizytowej, po godzinnym czekaniu w twoim salonie. 
— A pies? 
— 

Pies nosi zazwyczaj laskę swego pana. Ponieważ jest ciężka, pies trzyma ją mocno na środku, 

a ślady jego kłów są wyraźnie widoczne. Wskazują, moim zdaniem, że szczęka jest za duża na 

jamnika, a za mała na brytana. To może... tak, to jest wyżeł! 

Mówiąc to Holmes wstał, zaczął chodzić po pokoju aż nagle zatrzymał się przed oknem, a jego 

głos był tak stanowczy, że spojrzałem na niego zdumiony. 
— 

Mój drogi, skąd ta pewność? 

— 

Stąd  po  prostu,  że  widzę  tego  psa  przed  naszymi  drzwiami,  a  oto  i  głos  dzwonka 

przyciskanego  przez  jego  pana.  Nie  odchodź,  Watsonie.  To  przecież  twój  kolega  po  fachu,  a 

twoja  obecność  może  być  pożyteczna.  Oto  dramatyczna  chwila:  słyszysz  na  schodach  kroki 

człowieka,  wchodzącego  w  twoje  życie  i  nie  wiesz  co  przyniesie,  złą  czy  dobrą  wiadomość. 

Czego może chcieć doktor Jakub Mortimer, człowiek nauki, od Sherlocka Holmesa, specjalisty w 
dziedzinie krymin

alistyki ?... Proszę! 

Byłem  zaskoczony  wyglądem  naszego  gościa,  spodziewałem  się  ujrzeć  typowego  wiejskiego 

lekarza.  Doktor Mortimer był zaś bardzo wysoki, chudy, miał długi haczykowato zakrzywiony 

nos,  wystający  między  parą  szarych,  blisko  osadzonych  przenikliwych  oczu,  iskrzących  się  za 

okularami w złotej oprawie. 

 

background image

 

Ubrany  był  w  tradycyjny,  choć  nieco  zaniedbany  strój,  charakterystyczny  dla  lekarzy;  miał 

wytarty surdut, spodnie były obszarpane u dołu. Mimo młodego wieku plecy miał zgarbione, a 

głowę pochyloną naprzód. Na jego twarzy malowała się wielka dobroduszność. 

Wchodząc spostrzegł laskę w ręku Holmesa i rzucił się ku niemu z radosnym okrzykiem: 
— 

Co  za  szczęście!  —  rzekł  —  Nie  byłem  pewien,  gdzie  ją  zostawiłem,  tutaj,  czy  w  biurze 

żeglugi. Za nic w świecie nie chciałbym jej zgubić. 
— 

Podarunek, nieprawdaż? — zapytał Holmes. 

— Tak jest. 
— Od pracowników szpitala Charing Cross? 
— 

Od kilku przyjaciół stamtąd... z okazji mego ślubu. 

— Do licha! To niedobrze — 

odezwał się Holmes, potrząsając głową. 

Doktor Mortimer przymrużył oczy i spojrzał ze zdziwieniem. 
— Niedobrze? Dlaczego? 
— 

Dlatego,  że  nasze  wnioski  okazały  się  błędne.  Mówi  pan  zatem,  że  to  podarunek  z  okazji 

ślubu? 
— 

Tak jest. Ożeniłem się i porzuciłem szpital, a wraz z nim wszelką nadzieję kariery. Trzeba 

było założyć rodzinę. 
—  Co prawda — 

rzekł  Holmes  —  nie  pomyliliśmy  się  znów  tak  bardzo.  A  teraz,  doktorze 

Jakubie Mortimer... 
— 

Proszę mnie tak nie tytułować... Jestem skromnym lekarzem. 

— 

I widocznie człowiekiem o ścisłym umyśle. 

—  Jestem d

yletantem  w  nauce,  panie  Holmes,  zbieraczem  muszelek  na  wybrzeżach  wielkiego 

nieznanego oceanu. Przypuszczam, że mówię do pana Sherlocka Holmesa, nie zaś... 
— Tak, a oto mój przyjaciel, doktor Watson. 
— 

Bardzo  mi  przyjemnie.  Słyszałem  często  pana  nazwisko  wymieniane razem z nazwiskiem 

pańskiego  przyjaciela.  Panie  Holmes,  pan  mnie  niesłychanie  interesuje.  Rzadko  zdarza  mi  się 

widzieć czaszkę tak szeroką jak pańska i do tego stopnia rozwinięte guzy nadoczodołowe. Czy 

pozwoli mi pan przesunąć palec po szwie ciemieniowym? Odlew pańskiej czaszki, w zastępstwie 

oryginału,  byłby  ozdobą  każdego  muzeum  antropologicznego.  Nie  pragnę  bynajmniej  pańskiej 

śmierci, ale przyznaję, że na pańską czaszkę mam wielką ochotę. 

Holmes wskazał krzesło dziwnemu gościowi. 
—  Jest pan 

entuzjastą  swojego  zawodu,  podobnie  jak  ja  mojego  —  odrzekł.  Pański  palec 

wskazujący mówi mi, że sam zwija pan swoje papierosy. Proszę, niech się pan nie krępuje. 

Nasz gość wyjął z kieszeni bibułkę i tytoń i ze zdumiewającą zręcznością zwinął papierosa. Palce 

miał  długie,  zwinne  i  ruchliwe,  jak  macki  owada.  Holmes  milczał,  ale  jego  wzrok,  uparcie 

utkwiony w naszym gościu dowodził, do jakiego stopnia przybysz budził jego zainteresowanie. 
— Przypuszczam — 

odezwał się wreszcie — że nie tylko dla zbadania mojej czaszki zaszczycił 

mnie pan swoimi odwiedzinami wczoraj i powrócił pan dzisiaj. 
— 

Nie, proszę pana, chociaż bardzo się cieszę, że nadarzyła mi się taka sposobność. Przyszedłem 

do  pana,  panie  Holmes,  bo  wiem,  że  sam  sobie  nie  poradzę,  a  znalazłem  się  wobec  sprawy 

równie  poważnej  jak  i  tajemniczej.  Ponieważ  uważam  pana  za  drugiego  wśród  najlepszych 
detektywów w Europie... 
— 

Naprawdę!  A  czy  wolno  wiedzieć,  kto  ma  zaszczyt  być  pierwszym?  —  spytał  Holmes  z 

odcieniem goryczy. 
— 

Prace pana Bertillona muszą robić wrażenie na człowieku o umyśle naukowca. 

 

background image

 

— 

A więc dlaczego nie uda się pan do niego po poradę? 

— 

Mówiłem  o  umyśle  naukowca,  ale  jeśli  chodzi  o  podejście  praktyczne  jest  pan  najlepszy. 

Spodziewam się. że nie uraziłem... 
— 

Tylko  trochę  —  przerwał  Holmes.  —  Sadzę  doktorze,  że  dobrze  będzie,  gdy  damy  temu 

wszystkiemu spokój i wyjaśni pan dokładnie problem, którego bez mojej pomocy nie może pan 

rozwiązać. 

 

Przekleństwo rodu Baskervillów 

— 

Mam w kieszeni rękopis — zaczął doktor. 

— 

Zauważyłem to, gdy pan wszedł — odparł Holmes. 

— 

Rękopis ten jest bardzo stary. 

— Z pierwszej potowy 

XVIII wieku, jeśli nie jest podrobiony. 

— 

Skąd pan wie? 

— 

Papiery wystają z pańskiej kieszeni, a przez ten czas, gdy pan mówił, widziałem ze dwa cale 

rękopisu.  Byłbym  marnym  detektywem,  gdybym  na  tej  podstawie  nie  mógł  określić  daty 

dokumentu, myląc się najwyżej o jakieś dziesięć kil. Może czytał pan moją monografię na ten 

temat? Pański rękopis jest mniej więcej z 1730 roku. 
— 

Dokładnie  z  1742  roku  —  odparł  Mortimer,  wydobywając  go  z  kieszeni.  —  Papiery te 

powierzył mi sir Karol Baskerville, którego tragiczna śmierć trzy miesiące temu wywołała takie 

wzburzenie  w  Devonshire.  Byłem  jednocześnie  jego  lekarzem  i  przyjacielem.  Był  to  człowiek 
stanowczy, przenikliwy, prakt

yczny, równie trzeźwo myślący jak ja. Niemniej jednak wierzył w 

ten dokument, a wiara ta przywiodła go do takiej śmierci jaką zginął. 

Holmes wyciągnął rękę po rękopis i rozłożył go na kolanach: 
—  Spójrz Watsonie — 

powiedział,  zwracając  się  do  mnie  —  na to „s”,  raz  długie,  to  znów 

krótkie. Jest to jedna ze wskazówek, które pozwoliły mi określić datę. 

Spojrzałem przez jego ramię na pożółkły papier i prawie zatarte pismo. Jako nagłówek widniał 

napis: „Baskerville Hall”, a poniżej wielkimi niekształtnymi cytrami: „1742”. 
— 

Widzę, że to jakby jakieś sprawozdanie. 

— 

Tak. To opis pewnej legendy, krążącej w rodzinie Baskervillów. 

— 

Sądziłem, że pan chce zasięgnąć mojej rady w sprawie bardziej aktualnej i konkretnej. 

— 

Niech mi pan wierzy, że jest to sprawa bardzo świeża i pilna, trzeba ja koniecznie wyjaśnić w 

ciągu  dwudziestu  czterech  godzin.  Rękopis,  który  przyniosłem  ze  sobą.  jest  krótki  i  ściśle 

związany ze sprawą. Pozwoli pan, że go przeczytam. 

Holmes wsunął się w głąb fotela, splótł dłonie, zamknął oczy i przybrał postawę pełną rezygnacji. 

Doktor  Mortimer  rozłożył  rękopis  przy  świetle  i  donośnym,  suchym  głosem  zaczął  czytać 

następująca stara opowieść: 

O  pochodzeniu  psa  Baskervillów  krążyły  różne  pogłoski.  Ponieważ  jednak  jestem  potomkiem 
Hugona Baskervilla w pro

stej linii, u historię niniejszą słyszałem z ust mego ojca, któremu znów 

przekazał ją jego ojciec, przeto spijałem ją, przekonany wierze o jej prawdziwości. I chciałbym, 

potomkowie  moi,  abyście  wierzyli,  ze  ta  sama  Sprawiedliwość,  która  karze  za  grzechy,  umie 

również, przebaczać miłosiernie, i że nie ma tak strasznego przekleństwa na świecie, którego nie 

można  okupić  skruchą  i  modlitwą.  Z  opowieści  niniejszej  zatem  wciągnijcie  tę  naukę,  ze  nie 

należy obawiać się skutków przeszłości, lecz trzeba '.tac się baczniejszym w przyszłości i unikać 

tych okropnych nałogów, które ściągnęły na naszą rodzinę lak wielkie nieszczęściu. 

 

background image

 

Wiedzcie więc, ze w czasach wielkiej rewolucji (której historię. napisaną przez, wielce uczonego 

lorda Charendona polecam gorąco waszej uwadze), zamek Baskerville był własnością Hugona 

tegoż  nazwiska,  człowieka  dzikich  namiętności,  bezbożnika  i  rozpustnika.  Sąsiedzi wybaczyliby 

mu  te  błędy,  wiedząc,  że  zamek  nie  był  nigdy  siedliskiem  świętych,  ale  okrucieństwa.  jakie 

popełniał podczas hulaszczymi zabaw, stały się przysłowiowe w całej okolicy. 

Zdarzyło  się.  ze  ów  Hugon  zapalał  miłością  (jeżeli  określenie  to,  użyte  w  tym  przypadku,  nie 

będzie  profanacją)  do  córki  ziemianina,  którego  grunta  sąsiadowały  z  posiadłościami 
Baskervillów. Panna, skromn

ie  i  pobożnie  wychowana,  unikała  wielbiciela,  znając  jego  złą 

sławę. 

Pewnego dnia, w wigilia świętego Michała, ów Hugon z pięcioma czy sześcioma towarzyszami 

hulanek,  wtargnął  do  folwarku  i  porwał  pannę,  podczas  nieobecności  jej  ojca  i  braci. 

Przywiózłszy  brankę  do  zamku,  osadził  ją  w  wieży,  a  sam  udał  się  do  jadalni,  by,  jak  zwykle, 

spędzie  noc  na  pijatyce.  Nieszczęsna  dziewczyna  była  bliska  obłędu,  słysząc  śpiewy,  wrzaski  i 

bluźnierstwa  ucztujących,  które  dobiegały  jej  uszu,  aż  wreszcie,  zdjęta  śmiertelną  trwogą, 

zdobyła się na czyn, przed którym zawahałby się najodważniejszy mężczyzna. Wyszła przez okno 

i,  przy  pomocy  gałęzi  bluszczu,  który  porastał  (i  porasta  jeszcze)  mur,  zsunęła  się  po  rynnie  i 

uciekła przez łąki do folwarku rodzicielskiego, oddalonego o trzy mile. 

Wkrótce potem Hugon opuścił gości, aby zanieść trochę jadła i picia swej brance — a może żywił 

i jakieś gorsze zamiary — ale zastał więzienie puste. Na ten widok, jakby opętany przez szatana, 

zbiegł  w  szalonym  pędzie  ze  schodów,  wpadł  do  jadalni,  wskoczył  na  stół,  tłukąc  talerze  i 

kryształy,  i  wobec  przerażonych,  na  wpół  pijanych  biesiadników  przysiągł,  ze  jeśli  tej  nocy 

jeszcze zdoła schwytać zbiegłą dziewczynę, zaprzeda czartu ciało i duszę. Obecni przez chwilę w 

osłupieniu  patrzyli  na  niego,  gdy  naraz  jeden,  podlejszy,  a  może  bardziej  pijany  od  innych 

krzyknął, żeby puścić psy gończe śladem dziewczyny. Propozycja przypadła do smaku Hugonowi, 

wybiegł z zamku, wrzeszcząc na stajennych, by mu siodłali klacz, a na dojeżdżaczy by wypuścili 
psy z 

psiarni, po czym cisnął psom chustkę dziewczęcia. Ludzie klnąc a zwierzęta wyjąc popędzili 

wśród bladego blasku księżyca ku łąkom. 

Wszystko  to  dokonało  się  tak  szybko,  że biesiadnicy zrazu nie zrozumieli co zaszło. Niebawem 

jednak  zaświtało  w  ich  zamroczonych  umysłach,  uprzytomnili  sobie  o  co  chodzi  i  powstało 

piekielne zamieszanie. Jedni wołali o pistolety, inni o konie, inni znów o świeże butelki wina. W 

końcu oprzytomnieli do reszty i wszyscy, w liczbie trzynastu, dosiedli koni i puścili się w pogoń. 
Ksi

ężyc rzucał na ziemię srebrzyste blaski, a konie pędziły wyciągniętym galopem drogą. którą 

podążać musiała nieszczęsna dziewczyna, chcąc się dostać do domu. 

Ujechali tak ze dwie mile. gdy spotkali nocnego pastucha, pilnującego trzodę na łące, a mijając 
go 

krzyknęli,  czy  nie  widział  ściganej  zwierzyny.  Opowieść  niesie,  ze  nieborak  tak  był 

wystraszony, iż nie mógł odpowiedzieć, w końcu jednak objaśnił, że widział młodą dziewczynę i 

psy pędzące za nią. 
— 

Ale widziałem więcej jeszcze — dodał — widziałem dziedzica z Baskerville na czarnej klaczy, 

a za nim biegł cicho pies tak potworny, ze niechaj mnie Bóg uchowa. abym go spotkał na swej 
drodze. 

Oboje posiali pastucha do wszystkich diabłów i popędzili dalej. 

Ale niebawem krew ścięła się mrozem w ich żyłach. Na równinie rozległ się tętent kopyt końskich 

i czarna klacz, okryła pianą, minęła ich w piekielnym galopie, bez pana, wlokąc cugle za sobą. 

Zdjęci trwogą, jeźdźcy zbliżyli się do siebie, lecz pogoni nie zaniechali, jakkolwiek każdy z nich. 

gdyby był sam, chętnie zawróciły konia. Jadąc już wolniej, spotkali nareszcie sforę psów, które 

 

background image

 

znane  z  odwagi  i  wszelkich  przymiotów  dobrej  rasy,  stały,  wyjąc  ponuro,  nad  krawędzią 

głębokiego wąwozu. Niektóre zaczynały się już cofać, inne, ze zjeżoną sierścią, ze ślepiami krwią 

nabiegłymi, patrzyły w wąwóz. 

Grono mężczyzn, już zupełnie trzeźwych, jak się łatwo domyśleć, zatrzymało się. Większość nie 

miała odwagi zapuszczać się dalej, lecz trzej najśmielsi zjechali do wąwozu. Rozszerzał się on w 
tym miejscu znacznie i tu, na do

ść obszernej polance, wznosiły się dwa wielkie kamienie, jakimi 

niektóre zapomniane ludy znaczyły w dawnych czasach miejsca swego pobytu. Księżyc oświecał 

jasno  płaszczyznę,  a  na  środku  leżała  biedna  dziewczyna  bez  życia.  Tutaj  widocznie  upadki  i 

skonała ze znużenia i trwogi. Ale nie na jej widok ani na widok wyciągniętych o parę kroków 

dniej zwłok Hugona Baskervilla skamienieli trzej śmiałkowie. Nad trupem Hugona stał potwór — 

czarne wielkie zwierzę, kształtu psa, a rozmiarów dotąd nie widzianych. 
Potwór m

iał kły zatopione w gardle Hugona, ci w chwili gdy trzej mężczyźni się zbliżyli, wyrwał 

kawał ciała z szyi trupa i zwrócił ku przybyłym swe ogniste ślepia i paszczę krwią broczącą... 

Trójka śmiałków wrzasnęła przeraźliwie i krzycząc ciągle, popędziła z powrotem przez równinę. 

Utrzymują, ze jeden z tych trzech umarł jeszcze tej samej nocy, a dwaj zostali obłąkani do końca 

życia. 

Tak brzmi, synowie moi, opowieść o pierwszym ukazaniu się psa, który od owego czasu stał się 

okrutną plagą dla naszego rodu. Spisałem tę opowieść, bo wzmianki i domysły wzbudzają zawsze 

więcej trwogi niż rzeczy dokładnie wiadome. 

Nie  można  zaprzeczyć,  że  kilku  członków  naszej  rodziny  zginęło  śmiercią  gwałtowną  nagłą  i 

tajemniczą.  Powinniśmy  jednak  ufać  w  nieskończoną  dobroć  Opatrzności, która rzadko kiedy 

karze niewinnych w trzecim lub czwartym pokoleniu, jak powiedziano w Piśmie Świętym. 

Polecam  was,  synowie  moi,  opiece  Opatrzności  i  radzę  unikać,  przez ostrożność, chodzenia w 

pobliże owego wąwozu, w godzinach nocy, kiedy panuje moc złego ducha. 

Spisał Hugon Baskerville dla synów swoich Rogera i Jana, zalecając wszakże, aby pod żadnym 

pozorem nie powtarzali opowieści powyższej siostrze swojej Elżbiecie. 

Doktor Mortimer skończył czytać, zsunął okulary na czoło i spojrzał na Sherlocka Holmesa. Ten 

ziewnął, wrzucił do ognia niedopałek papierosa i spytał lakonicznie: 
— 

I cóż? 

— 

Czy ta historia nie wydaje się panu interesująca? 

— 

Owszem, dla amatora bajek o żelaznym wilku.  

Doktor Mortimer wyjął z kieszeni starannie złożoną gazetę. 
—  Teraz, 

panie  Holmes,  pokażę  panu  coś  nowszego.  Oto  numer  pisma  ,,Devon  County 

Chronicle” z 14 czerwca tego roku, zawierający szczegóły śmierci sir Karola Baskervilla, który 

zmarł kilka dni wcześniej. 

Mój przyjaciel pochylił się nieco do przodu, a wyraz jego twarzy świadczył o pewnym skupieniu. 

Nasz gość poprawił okulary i zaczął: 

Nagła  śmierć  sir  Karola  Baskervilla,  którego  wymieniano  jako  kandydata  stronnictwa 

liberalnego z okręgu środkowego Devon w zbliżających się wyborach, zaskoczyła całe hrabstwo. 
Sir Karol m

ieszkał  w  Baskerville  Hall  od  niedawna,  niemniej  stylem  bycia  i  wielką  hojnością 

zdobył uznanie oraz szacunek wszystkich tych, którzy go znali. 

W tych czasach „świeżych bogaczy" pocieszający jest widok potomka starego rodu, który mimo 

ciężkich przejść, zdołał wzbogacić się i przywrócić dawną świetność rodzinnej siedziby. 

Sir Karol, jak wiadomo, doszedł do fortuny w Afryce Południowej. Rozsądniejszy od tych, którzy 

spekulują,  aż  szczęście  się  odwróci,  zrealizował  wszystkie  swoje  plany  i  powrócił  do  Anglii. 

 

background image

 

Z

aledwie dwa lata mieszkał w Baskerville Hall. Miał zamiar odbudować zamek i unowocześnić 

gospodarstwa rolne. Śmierć nie pozwoliła mu urzeczywistnić tych planów, zakrojonych na wielką 

skalę. Będąc bezdzietnym, pragnął żeby cała okolica korzystała z jego majątku, toteż wiele osób 

zasmuciła  jego  przedwczesna  śmierć.  Niejednokrotnie  na  naszych  łamach  pisaliśmy  o  jego 

hojnych darach na różne cele dobroczynne w hrabstwie. 

Śledztwo  nie  mogło  wyjaśnić  dokładnie  okoliczności,  które  towarzyszyły  śmierci  sir  Karola 
Ba

skervilla, ale rozproszyło przynajmniej pewne zabobonne pogłoski. Sir Karol był wdowcem i 

prowadził samotne życie. Pomimo znacznej fortuny żył bardzo skromnie, a cała jego służba to 

małżeństwo Barrymore — on był lokajem, ona gospodynią. 
Ich zeznania, potwi

erdzone przez kilku przyjaciół, wskazują, że od pewnego czasu sir Karol źle 

się czuł. Męczyła go choroba serca, objawiająca się nagłym bladnięciem, napadami duszności i 

rozstrojem  nawowym.  Doktor  Mortimer,  przyjaciel  i  lekarz  zmarłego,  potwierdził  to  w 
zeznaniach. 

Fakty  w  tej  sprawie  są  bardzo  proste.  Co  wieczór,  przed  snem  sir  Karol  przechadzał  się  po 

słynnej  alei  cisowej  w  Baskerville  Hall.  Małżonkowie  Barrymore  stwierdzili  w  swoich 

zeznaniach, że taki był zwyczaj ich pana. 

4  czerwca  sir  Karol  oznajmił,  że  nazajutrz  wyjeżdża  do  Londynu  i  polecił  Barrymorowi,  aby 

spakował jego rzeczy. Wieczorem wyszedł na codzienną przechadzkę, podczas której zawsze palił 
cygaro. 

Z przechadzki tej już nie wrócił. 

O północy, Barrymore, widząc, że drzwi przedsionka zamku są jeszcze otwarte, zaniepokoił się. 

Zapalił latarnię i poszedł szukać pana. Dzień był dżdżysty, z łatwością więc na rozmiękłej ziemi w 

alei  odnalazł  ślady  stóp  sir  Karola.  W  połowie  drogi  znajduje  się  furtka,  która  wychodzi  na 

moczary. Głębsze w tym miejscu ślady wskazywały, te sir Karol zatrzymał się przy niej. Następnie 

prawdopodobnie znów podjął przechadzkę, bo jego zwłoki znaleziono znacznie dalej. 

Pewien szczegół zeznania Barrymora pozostaje jeszcze nie wyjaśniony: kształt śladów zmienił się 

z chwilą kiedy sir Karol Baskerville minął furtkę: wydawało się, że szedł dalej na palcach. 

Niejaki Murphy, Cygan, handlarz koni, znajdował się wówczas blisko, na moczarach, lecz, jak 

sam  zeznał,  był  zupełnie  pijany.  Oświadczył,  że  słyszał  krzyki,  ale  nie  mógł  wskazać  skąd 

dochodziły. Na zwłokach sir Karola nie stwierdzono żadnych śladów napadu, jakkolwiek raport 

lekarza  wspomina  o  niezwykłym,  konwulsyjnym  skrzywieniu  twarzy  —  tak  strasznym,  że 

początkowo  doktor  Mortimer  nie  chciał  wierzyć,  iż  istotnie  leży  przed  nim  jego przyjaciel i 

pacjent.  Wyjaśniono  jednak,  że  jest  to  objaw  zdarzający  się  często  w  wypadkach  dusznicy  i 

śmierci  spowodowanej  atakiem  serca.  Oględziny  zwłok  potwierdziły  taką  właśnie  diagnozę,  a 

sędzia śledczy uznał orzeczenie lekarskie. 

Jesteśmy  zadowoleni  z  takiego  wyniku  śledztwa.  Spadkobierca  sir  Karola  powinien  jak 

najszybciej  zamieszkać  na  zamku  i  prowadzić  dalej,  przerwane  w  tak  tragiczny  sposób,  dzieło 

swego  poprzednika.  Gdyby  rzeczowy  raport  sędziego  nie  rozwiał  ostatecznie  zabobonnych 

opowieści krążących o tej śmierci, nie można by wcale wydzierżawić Baskerville Hall. 

Spadkobiercą zmarłego jest – jeśli jeszcze żyje – Henryk Baskerville, syn najmłodszego brata sir 

Karola.  Ostatnie  listy  młodego  człowieka  pochodziły  z  Ameryki.  Poczyniono  starania  aby go 

odnaleźć i zawiadomić spadku jaki mu przypadł. 

Doktor Mortimer złożył dziennik i wsunął go do kieszeni. 
— 

Takie są, panie Holmes, publicznie znane szczegóły śmierci sir Karola Baskervilla — rzekł. 

 

background image

 

— 

Dziękuję panu — odparł Holmes — za zwrócenie mojej uwagi na ten wypadek, interesujący 

pod wieloma względami. Swego czasu zauważyłem kilka wzmianek w dziennikach, ale byłem 

tak pochłonięty sprawą kamei, które zginęły w Watykanie, że przestałem się interesować tym, co 

działo się w Anglii. Mówi pan, że ten artykuł zawiera wszystkie publicznie znane fakty. 
— Tak jest. 
— Niech mi pan teraz poda nieznane. 

Holmes  wsunął  się  znów  głębiej w fotel, splótł dłonie, a jego twarz przybrała wyraz powagi i 

obojętności. 
— 

Zgodnie  z  pańskim  życzeniem  —  mówił  doktor  Mortimer,  okazując  już  gwałtowne 

zdenerwowanie  – 

powiem  panu  to,  czego  nie  mówiłem  nikomu.  Nie  powiedziałem  tego 

sędziemu,  bo  człowiekowi  nauki  trudno  jest  przyznać  się  publicznie,  że  podziela  powszechny 

zabobon.  Chodziło  mi  także  o  to  —  jak  słusznie napisano w gazecie –  nie  można  byłoby 

dzierżawić  Baskerville  Hall,  gdyby  jeszcze  cokolwiek  wzmocniło  straszną  sławę  tej  siedziby. 

Dlatego uważałem za stosowne powiedzieć mniej niż wiedziałem, ale z panem chcę być zupełnie 
szczery. 
Równina jest prawie ni

ezamieszkała, a tych którzy sąsiadują ze sobą, łącza ścisłe związki. Stąd 

moja zażyłość z sir Karolem Baskervillem. Z wyjątkiem pana Franklanda w Lafter Hall i pana 

Stapletona, przyrodnika, nie ma w promieniu w promieniu kilku mil ludzi wykształconych. 
Sir 

Karol lubił samotność, ale jego choroba zbliżyła nas, a wspólne zamiłowanie do nauki jeszcze 

to utrwaliło. Sir Karol przywiózł z Afryki Południowej dużo ciekawych materiałów i spędziliśmy 

razem  niejeden  mity  wieczór,  rozmawiając  o  anatomii  Buszmenów  i  Hotentotów.  W  ciągu 

ostatnich kilku miesięcy sir Karol był coraz bardziej rozdrażniony. Legenda, którą przeczytałem 

przed chwilą, prześladowała go do tego stopnia, że nic na świecie nie zmusiłoby go do wyjścia w 

nocy poza ogrodzenie parku. Wyda się to panu nieprawdopodobne, niemniej jednak sir Karol był 

szczerze przeświadczony, że okrutne fatum ciąży nad jego rodem, a kroniki rodzinne nie mogły 

dodać mu otuchy. Nieustannie dręczyła go myśl o ciągłej obecności jakiegoś ducha. Często pytał 
mnie, czy podczas nocn

ych spacerów nie dostrzegłem nigdy jakiejś niezwykłej postaci lub czy 

nie słyszałem wycia psa. To ostatnie pytanie zadawał mi wielokrotnie, zawsze głosem drżącym ze 

zdenerwowania.  Przypominam  sobie  doskonale  drobne  zajście,  które  zdarzyło  się  na  kilka 
tygo

dni  przed  jego  śmiercią.  Przyjechałem  do  zamku  i  zastałem  sir  Karola  w  drzwiach 

przedsionka.  Zeskoczyłem  z  dwukółki  i  stanąłem  na  wprost  swojego  przyjaciela,  gdy  nagle 

zauważyłem,  że  z  przerażeniem  wpatruje  się  w  coś  za  moimi  plecami.  Odwróciłem  się  i 
dost

rzegłem jeszcze na zakręcie drogi coś nieokreślonego; zdawało mi się, że to wielkie czarne 

cielę. Sir Karol był tym tak zdenerwowany i zaniepokojony, że musiałem pójść na miejsce, gdzie 

zwierzę się ukazało i szukać go. Ale zniknęło bez śladu. Wydarzenie to wywarło na nim straszne 

wrażenie.  Spędziłem  z  nim  cały  wieczór  i  właśnie  wtedy  dla  wytłumaczenia  swojego 

zdenerwowania,  powierzył  mi  rękopis,  który  panu  przeczytałem.  Wspominam  o  tym  drobnym 

zajściu  tylko  dlatego,  że  ze  względu  na  późniejszą  tragedię  nabiera ono pewnego znaczenia. 

Wtedy  nie  przywiązywałem  do  niego  żadnej  wagi  i  uważałem,  że  zdenerwowanie  mojego 

przyjaciela  jest  nieuzasadnione.  Na  skutek  moich  nalegań  sir  Karol  postanowił  jechać  do 

Londynu. Wiedziałem, że ma chore serce, a nieustający lęk, w jakim żył — choćby jego powód 

był urojony — oddziaływał niekorzystnie na jego zdrowie. Sądziłem, że pobyt w mieście dobrze 

mu zrobi, a pan Stapleton, nasz wspólny przyjaciel, poproszony o radę, był tego samego zdania. 

W ostatniej chwili nastąpiła ta okropna tragedia. Tej nocy, kiedy zmarł sir Karol. Barrymore, jego 

 

background image

 

lokaj, przysłał po mnie chłopca stajennego Perkinsa, a ponieważ nie spałem jeszcze, w godzinę 

po wypadku byłem już w Baskerville Hali. 

Osobiście stwierdziłem wszystkie wspomniane w śledztwie fakty. Zbadałem ślady kroków w alei 

cisowej,  widziałem  przy  furtce  miejsce,  gdzie  sir  Karol  się  zatrzymał,  zauważyłem  zmianę 

kształtu śladów począwszy od tego miejsca, widziałem że na piasku nie ma innych śladów oprócz 

pochodzących od butów Barrymora, po czym zbadałem uważnie zwłoki, których jeszcze nikt nie 

dotykał. 

Sir  Karol  leżał  wyciągnięty,  twarzą  do  ziemi,  ręce  miał  rozkrzyżowane,  palce  zaciśnięte 

kurczowo i zagłębione w ziemi, a twarz tak wykrzywioną, że nie odważyłbym się stwierdzić pod 

przysięgą jego tożsamości. 

Na  ciele  nie  znalazłem  żadnych  obrażeń.  Jednak  zeznania  Barrymora  nie  były  dokładne. 

Powiedział,  że  przy  zwłokach  nie  było  żadnych  innych  śladów.  Nie  widział  ich.  Ja  jednak 

dostrzegłem... w pewnej odległości... świeże, wyraźne... 
— 

Ślady kroków? 

— 

Tak jest, ślady kroków. 

— 

Mężczyzny czy kobiety? 

Doktor Mortimer spoglądał na nas przez chwilę dziwnym wzrokiem, po czym, niemal szeptem, 

odpowiedział: 
— 

Panie Holmes, to były ślady łap olbrzymiego psa! 

 

Problem 

Przyznam,  że  te  słowa  przejęły  mnie  dreszczem.  Głos  doktora  Mortimera  drżał  także, 

widać było że zdenerwowało go własne opowiadanie. Holmes, nieco pochylony wprzód, słuchał 

go z błyskiem w oczach, świadczącym o żywym zainteresowaniu. 
— 

Czy pan to widział? — zapytał. 

— 

Tak dokładnie, jak widzę pana w tej chwili. 

— 

I nic pan o tym nie mówił? 

— 

Dlaczego miałbym o tym mówić? 

— 

Jak to się stało, że nikt poza panem nie dostrzegł tych siadów? 

— 

Były  widoczne  dopiero  dwadzieścia  metrów  od  zwłok...  Nikt  na  to  nie  zwrócił  uwagi. 

Gdybym nie znał tej legendy, tego dziwnego podania, pewno, jak wszyscy, nie dostrzegłbym ich. 
— 

Czy na moczarach znajduje się dużo psów pasterskich? 

— O, 

bardzo dużo!... Ale to nie był pies pasterski. 

— 

Mówi pan, że pies był wielki? 

— Olbrzymi!... 
— 

I że nie zbliżył się do ciała? 

— Nie. 
— 

A jaka była wtedy noc? 

— Wilgotna i zimna. 
— 

Czy padał deszcz? 

— Nie. 
— 

Proszę mi opisać, jak wygląda ta aleja cisowa. 

— 

Tworzą ją dwa rzędy starych, wysokich na dwanaście stóp cisów, ich wierzchołki stanowią 

zwartą kopułę zieleni. Pomiędzy drzewami biegnie dróżka szerokości ośmiu stóp. 
— 

A pomiędzy drzewami i aleją nie ma nic? 

 

background image

 

— 

Owszem, jest. Po obu stronach dróżki rozciąga się trawnik mający ze sześć stóp szerokości. 

— 

Mówił pan, że na końcu alei znajduje się furtka? 

— Tak, prowadzi na moczary. 
— 

Nie ma innego wyjścia? 

— 

Żadnego. 

— 

Więc do cisowej alei można wejść tylko z domu lub przez tę furtkę? 

— 

Można wejść jeszcze przez cieplarnię, zbudowaną na końcu alei. 

— 

Czy sir Karol doszedł aż do tego miejsca? 

— 

Nie, był o jakieś pięćdziesiąt metrów od cieplarni. 

— 

A teraz doktorze, proszę mi powiedzieć — a jest to szczegół bardzo ważny — czy ślady, jakie 

pan dostrzegł, znajdowały się na piasku, czy na trawie? 
— 

Na trawie nie dostrzegłem żadnych śladów... 

— 

A  zatem  były  one  tylko  od  strony  furtki...  To  bardzo  ciekawe...  A  czy  ta  furtka  była 

zamknięta? 
— 

Zamknięta na klucz i na kłódkę. 

— Jak wysoka jest ta furtka? 
— 

Ma cztery stopy wysokości. 

— 

Czy mógłby się ktoś przez nią przedostać? 

— 

Z łatwością. 

— 

Może zauważył pan tam jakieś inne ślady? 

— Nie. 
— 

Czy nikt inny nie badał tego miejsca? 

— 

Tylko ja tam szukałem. 

— 

I nic pan nie odkrył? 

— 

Sir Karol stał w jednym miejscu pięć albo dziesięć minut. 

— 

Jak pan do tego doszedł? 

— 

W dwóch miejscach na ziemi zobaczyłem popiół strząśnięty z cygara. 

— 

Ma  pan  słuszność  —  potwierdził  Holmes.  —  Watsonie  —  dodał  —  znaleźliśmy 

sympatycznego kolegę... Ale jakie to były ślady? 
— 

Było wiele śladów sir Karola. Innych nie zauważyłem. 

Sherlock Holmes uderzył się niecierpliwie ręką w kolano. 
— Ach! Gdybym ja tam b

ył! — zawołał. — Sprawa przedstawia się bardzo interesująco! Ślady 

na  piasku,  z  których  mógłbym  tyle  rzeczy  wyczytać,  zatarł  deszcz  i  buty  ciekawskich  ludzi! 

Doktorze, dlaczego mnie pan wtedy nie wezwał? Stało się bardzo źle! 
— 

Nie mogłem pana wezwać, nie ujawniając tych wszystkich faktów, a mówiłem już, dlaczego 

chciałem milczeć. Zresztą... zresztą... 
— 

Dlaczego się pan waha? 

— 

Są okoliczności, w których najlepszy i najbardziej doświadczony policjant angielski nie może 

nic poradzić. 
— Czy przypuszcza pan, 

że mamy do czynienia z czymś nadprzyrodzonym? 

— 

Nic takiego nie powiedziałem. 

— 

Ale tak pan myśli? 

— 

Po  tej  tragedii  opowiadano  mi  o  rozmaitych  wypadkach,  których  nie  można  uznać  za 

wydarzenia zwykłe i naturalne. 
— 

Na przykład? 

 

background image

 

— 

Dowiedziałem  się,  że  przed  tą  straszną  nocą  wiele  osób  widziało  zwierzę,  którego  opis 

zgadzał się zupełnie z wyglądem złego ducha Baskervillów - To zwierzę nie da się zaliczyć do 

żadnego  znanego  gatunku.  Wszyscy  przyznają,  że  wyglądało  przerażająco,  jakby  nie  z  tego 

świata. Wypytywałem jednego z okolicznych chłopów, a także kowala i dzierżawcę. Wszyscy tak 

samo opisywali tę straszną zjawę. Było to dokładne wcielenie opisanego w legendzie piekielnego 

psa. Strach ogarnął całą okolicę i tylko ktoś naprawdę bardzo odważny zdobyłby się pójść nocą 
na moczary. 
— 

A pan, jako człowiek nauki, czy wierzy w istnienie jakichś nadprzyrodzonych mocy? 

— 

Sam nie wiem, co mam o tym myśleć. 

Holmes wzruszył ramionami. 
— Dotychczas — 

rzekł — ograniczałem swoje badania do spraw z tego świata. Na miarę moich 

skromnych możliwości walczyłem ze złem, ale walka ze złym duchem przekracza moje ambicje. 

Jednakże, jak pan mówi, te ślady były materialne. 
— 

Ten dziwny pies jest o tyle materialny, że zdołałby rozerwać szyję człowiekowi, ale pochodzi 

z piekła. 
— 

Widzę, że zalicza się pan do ludzi wierzących w zjawiska nadprzyrodzone... Teraz niech mi 

pan odpowie na jeszcze jedno pytanie: dlaczego przyszedł pan do mnie po radę jeśli pan w to 

wierzy? Prosi mnie pan, abym nie badał przyczyn śmierci sir Karola Baskervilla i żąda zarazem, 
abym 

się zajął poszukiwaniami. 

— 

Nie, ja pana o to nie prosiłem. 

— 

W czym więc mogę panu pomóc? 

— 

Chciałem prosić, aby mi pan poradził, jak mam się zachować wobec sir Henryka Baskervilla, 

który przybywa na dworzec Waterloo —  tu doktor Mortim

er  wyjął  zegarek  —  za  godzinę  i 

kwadrans. 
— 

Czy to on jest spadkobiercą majątku? 

— 

Tak.  Po  śmierci  sir  Karola  dowiadywaliśmy  się  szczegółowo  o  wszystko,  co  dotyczy  tego 

młodego człowieka i zawiadomiono nas, że zajmuje się rolnictwem w Kanadzie. Wiadomości o 

nim są najzupełniej zadowalające... W tej chwili nie mówię jako lekarz, lecz Jako wykonawca 
testamentu sir Karola Baskervilla. 
— 

Czy nie ma innych pretendentów do majątku pozostałego po zmarłym? 

—  Nie. 

Jedyny  krewny,  którego  ślad  jeszcze  odnaleziono,  nazywa  się,  a  raczej  nazywał  się, 

Rower  Baskerville,  był  trzecim  bratem  sir  Karola.  Drugi  brat,  który  umarł  bardzo  młodo, 

pozostawił tylko jednego syna, Henryka. Rogera, trzeciego brata, uważano zawsze w rodzinie za 

parszywą owcę. Byt uosobieniem dawnego typu Baskervillów i, jak mi opowiadano, błąkał się po 

świecie,  jak  stary  Hugo.  Życie  w  Anglii  nie  przypadło  mu  do  gustu,  przeniósł  się  więc  do 

Ameryki  Środkowej,  gdzie  umaił  na  żółtą  febrę  w  1876  roku.  Sir  Henryk  jest  więc  ostatnim 
potomkiem rodu Baskervillów, 

Za  godzinę  i  pięć  minut  mam  się  z  nim  spotkać  na  dworcu 

Waterloo... Telegrafował do mnie z Southampton. że przyjedzie dziś rano. Cóż więc mam robić, 
panie Holmes? 
— 

Dlaczego nowy spadkobierca nie mógłby zamieszkać w siedzibie swoich przodków? 

— 

Wydaje się to zupełnie naturalne, nieprawda? Jednak trzeba pamiętać, że wszyscy członkowie 

rodziny  Baskervillów,  którzy  mieszkali  w  tym  zamku,  zginęli  gwałtowną  śmiercią.  Jestem 

przekonany, że gdyby sir Karol mógł porozmawiać ze mną przed śmiercią, poleciłby mi. aby nie 

wprowadzać do tego domu ostatniego potomka jego rodu i spadkobiercy olbrzymiego majątku. 

Ale  z  drugiej  strony  nie  można  zaprzeczyć,  że  rozwój  tej  biednej  okolicy  zależy  głównie  od 

 

background image

 

obecności sir Henryka. Wszystko co zrobił sir Karol, byłoby bezpowrotnie stracone, gdyby zamek 

byt niezamieszkały. Przyszedłem więc prosić pana o zdanie i radę, gdyż boję się, żeby na moją 

decyzję nie wpłynął za bardzo mój własny interes.  

Holmes długą chwilę siedział zamyślony, wreszcie powiedział: 
— 

Krótko mówiąc uważa pan, że z powodu jakichś piekielnych wpływów, pobyt w Dartmoor jest 

niebezpieczny dla członków rodziny Baskervillów. 
— 

Czy nie mam podstaw by lak twierdzić? 

— 

Nie przeczę. Ale, jeśli pańska teoria o faktach nadprzyrodzonych jest prawdziwa, ten młody 

człowiek  może  podlegać  tym  wpływom  lak  samo  w  Londynie  jak  w  Devonshire.  Trudno  mi 

uwierzyć w diabła, którego potęga sięgałaby tylko do granic jednej parafii, jak — na przykład — 

władza zarządu w jakiejś fabryce. 
— 

Patrzyłby pan. panie Holmes, poważniej na te sprawy, gdyby miał pan osobiście z nimi do 

czynienia. Według pana ten młody człowiek nic jest narażony na większe niebezpieczeństwo w 

Devonshire niż w Londynie... Przyjeżdża za pięćdziesiąt minut. Co radzi mi pan robić? 
— 

Radzę  panu  wziąć  powóz, zawołać swego psa, który drapie do moich drzwi, i pojechać na 

spotkanie sir Henryka Baskervilla na dworzec Waterloo. 
— No, a potem? 
— 

Potem nie powie mu pan nic, dopóki ja się nad tym wszystkim me zastanowię. 

— 

Czy długo będzie się pan zastanawiał? 

— 

Dwadzieścia cztery godziny. Będę panu szczerze wdzięczny, doktorze, jeżeli przyjdzie pan tu 

jutro o dziesiątej. Proszę również, aby przyprowadził pan ze sobą sir Henryka. 
— 

Zrobię to oczywiście, panie Holmes. 

Doktor  Mortimer  zapisał  na  mankiecie  godzinę  spotkania  i  wyszedł.  Holmes  zatrzymał  go  na 
schodach. 
— 

Jeszcze jedno pytanie, doktorze. Mówił mi pan, że przed śmiercią sir Karola Baskervilla kilka 

osób widziało na moczarach dziwne zjawisko. 
— Tak, trzy osoby. 
— 

A czy widziano je też później? 

— 

Nie słyszałem o tym. 

— 

Dziękuję panu. Do widzenia. 

Holmes  powrócił  do  swego  fotela,  a  zadowolenie  malujące  się  na  twarzy  mojego  przyjaciela 

dowodziło, że myśli o jakimś miłym zajęciu. 
— Czy wychodzisz, Watsonie? — 

zapytał mnie. 

— 

Tak, a może jestem ci potrzebny? 

—  Nie. drogi przyjacielu

. Będziesz mi potrzebny dopiero gdy zaczniemy działać. Wiesz, że to 

wspaniała  sprawa  i  pod  niektórymi  względami  jedyna  w  swoim  rodzaju.  Gdy  będziesz 

przechodził koło sklepu Bradleya, powiedz, żeby mi przysłał etui mojego zwykłego tytoniu. A 
teraz zostaw mn

ie  samego  aż  do  wieczora.  Gdy  wrócisz,  opowiemy  sobie  nasze  wnioski  w 

sprawie, którą dał nam do rozwiązania doktor Mortimer. 

Holmes  lubił  rozważać  każda  sprawę  w  samotności.  Zbijał  wtedy  lub  popierał  swoje  własne 

teorie i dochodził do ostatecznych wniosków. 

Spędziłem  popołudnie  w  klubie  i  dopiero  wieczorem  wróciłem  na  Baker  Street.  Była  może 

dziewiąta,  gdy  znalazłem  się  znów  w  salonie  Sherlocka  Holmesa.  Gdy  otworzyłem  drzwi, 

zdawało mi się, że się pali — gęsty dym wypełniał cały pokój, a płomień lampy migotał w nim 

niepewnym blaskiem. Zrobiłem kilka kroków i uspokoiłem się. Był to tylko dym tytoniowy, klon, 

 

background image

 

zaczął mnie drapać w gardle wywołując nieprzyjemny kaszel. Dopiero po chwili, wśród tej gęstej 

chmury  dostrzegłem  Holmesa  otulonego  w  szlafrok  i  zagłębionego w ulubionym fotelu. W 

zębach trzymał fajkę. 

Wokół niego, na dywanie, leżały kartki papieru. 
— 

Zaziębiłeś się, Watsonie? — zapytał. 

— Nie, to ten okropny dym. 
— 

A tak, dym jest gęsty... 

— 

Ależ tu nie można oddychać! 

— 

No to otwórz okno. Założyłbym się, że cały ten czas przesiedziałeś w klubie. 

— Mój kochany. 
— 

No, czy zgadłem? 

— Tak, ale jakim sposobem... 

Holmes roześmiał się. widząc moje zdumienie. 
— 

Jakiś  ty  naiwny  —  odrzekł.  —  Zawsze  sprawiało  mi  przyjemność  korzystanie  z  moich 

skromnych umiejętności by zabawić się twoim kosztem. Pomyśl tylko, taki dżentelmen, jak ty, 

który ma niewielu serdecznych przyjaciół, wychodzi podczas deszczu i błota, wraca wieczorem 

wcale  nic  zabłocony,  w  błyszczących  bułach...  No,  co  byś  z  tego  wywnioskował?  To,  że 
przesied

ział gdzieś cały dzień... Czy nie jest to oczywiste i jasne? 

— 

Na świecie jest dużo rzeczy oczywistych, na które nic zwraca się jednak uwagi. 

— 

A jak ci się zdaje, gdzie ja byłem? 

— 

Zdaje mi się. że przesiedziałeś całe popołudnie na tym samym miejscu. 

— My

lisz się... bytem w Devonshire. 

— 

Ale tylko w myśli? 

— 

Naturalnie,  nie  ruszyłem  się  z  tego  fotela,  wypiłem nieświadomie — czego żałuję — dwie 

duże filiżanki kawy i wypaliłem mnóstwo tytoniu. Po twoim wyjściu postałem do Stanforda po 

mapę  równiny  Dartinoor  i  przebiegałem  ją  całą  —  w  myślach  oczywiście  —  we wszystkich 

kierunkach. Sądzę, że mógłbym już teraz wędrować po tym terenie bez przewodnika.  
— 

Czy la mapa obejmuje dużą przestrzeń? 

— 

Bardzo dużą. 

Holmes rozwinął część mapy i rozłożył ją na kolanach. 
—  Oto obszar, o który nam chodzi — 

powiedział.  —  Tu,  w  środku,  znajduje  się  posiadłość 

Baskerville Hali. 
— Otoczona lasem? 
— 

Tak... Chociaż szpaler cisowy nie jest tu opisany, przysiągłbym, że oznacza go ta linia, mająca 

po  prawej  stronie  równinę.  Tu.  len  szereg domów, to wioska Grimpen. gdzie mieszka nasz 

przyjaciel,  doktor  Mortimer.  Widzisz,  że  w  promieniu  trzech  mil  ludzkie  siedziby  są  rzadko 

rozrzucone. Tu jest posiadłość Lafter Hali, o której wspomina stary rękopis. Budynek, oznaczony 
nieco dalej, to mies

zkanie  przyrodnika  Stapletona,  leżeli  dobrze  pamiętam  jego  nazwisko. 

Wreszcie  dwa  folwarki:  High  Tor  i  Foulmire.  O  czternaście  mil  stamtąd  wznosi  się  więzienie 

Princelown.  Dokoła  i  pomiędzy  tymi  domami  ciągnie  się  ponura  i  pusta  równina.  Właśnie  tu 
rozegra

ł się dramat, tu więc będziemy się starali rozwikłać otaczającą go tajemnicę, 

— To jest dzikie i puste miejsce. 
— 

Tak jest. Gdyby diabeł chciał się mieszać w ludzkie sprawy... 

— 

A więc i ty przypuszczasz, że istnieją jakieś siły nadprzyrodzone? 

 

background image

 

— A czy dia

beł nie może się posługiwać pomocnikami z krwi i kości? Od początku dwa pytania 

nasuwają mi się na myśl. Pierwsze: czy popełniono tu zbrodnię? Drugie: jakiego rodzaju jest to 

zbrodnia  i  w  jaki  sposób  ją  popełniono?  Jeżeli  przypuszczenia  duktom  Mortimera  są 

uzasadnione, i jeżeli znajdujemy się wobec potęgi, która nie podlega prawom natury, najlepiej 

byłoby zaprzestać dalszego dochodzenia. Ale musimy rozważyć wszystkie inne hipotezy, zanim 

zatrzymamy się na tej ostatniej. Zamknij teraz okno. Być może. to tylko dziwne uprzedzenie, ale 

zdaje  mi  się.  że  skoncentrowana  atmosfera  pomaga  skupić  myśli;  co  prawda  me  izoluję  się 

jeszcze całkowicie, aby jaśniej rozumować, choć byłoby to logiczne... No, a ty czy zastanawiałeś 

się nad tą sprawa? 
— 

W ciągu dnia wiele o niej myślałem. 

— I jakie jest twoje zdanie? 
— 

Jest wyjątkowo zagmatwana. 

— 

Rzeczywiście, to niezwykła sprawa, bardzo różniąca się od innych... Na przykład ta zmiana w 

kształcie śladów stóp. Jak ją wytłumaczysz? 
— Mortimer twierdzi, ze sir Karol Baskerville pr

zeszedł część alei na palcach. 

— 

Powtarza tylko wniosek jakiegoś idioty, który prowadził śledztwo. Dlaczego Baskerville miał 

się przechadzać po alei na palcach? 
— 

A więc? 

— 

Sądzę, że biegł... Sir Karol biegi z rozpaczliwym wysiłkiem! Biegł, aby się uratować, dopóki 

nagły atak serca nie powalił go na ziemię. 
— 

Dlaczego uciekał? 

— 

W tym właśnie tkwi zagadka. Z pewnych oznak wyciągnąłem wniosek., że byt przerażony, 

zanim zaczął uciekać. 
— Na czym go opierasz? 
— 

Przypuszczam,  że  powód  jego  przerażenia  znajdował  się  na  moczarach.  Wydaje  mi  się  to 

prawdopodobne,  gdyż  tylko  człowiek  oszalały  ze  strachu,  może  w  takiej  sytuacji  uciekać  w 

przeciwną  stronę  niż  znajduje  się  jego  dom.  Jeżeli  możemy  wierzyć  opowiadaniu  Cygana,  sir 

Karol biegł, wołając o pomoc w kierunku, skąd najmniej mógł się spodziewać pomocy? Zresztą, 

na co czekał tej nocy?... Dlaczego czekał w cisowej alei, a nie w zamku? 
— 

Czy uważasz, że czekał na kogoś? 

— 

Doktor  Mortimer  odmalował  nam  sir  Karola  Baskervilla  jako  człowieka  starego  i 

niedołężnego. Przypuśćmy nawet, że wyszedł wieczorem na spacer... No, ale tego wieczora było 

wilgotno i zimno, czy jest zatem możliwe, żeby sir Karol stał w jednym miejscu dziesięć minut, 

jak dowodzi doktor Mortimer. wnioskując z popiołu strząśniętego z cygara? 
— 

Przecież sir Karol wychodził podobno co dzień wieczorem. 

— 

Nic  wydaje  mi  się  prawdopodobne,  aby  co  wieczór  przechadzał  się  w  pobliżu  furtki 

prowadzącej na moczary. Zeznania wszystkich świadczą o czymś przeciwnym: wszyscy mówią, 

że  sir  Karol  unikał  tego  miejsca,  a  tej  nocy  znalazł  się  właśnie  tam. Nazajutrz miał jechać do 

Londynu? Sprawa przedstawia się teraz jaśniej... Watsonie, daj mi moje skrzypce. Nie myślmy 

już o tej sprawie i poczekajmy na odwiedziny doktora Mortimera i sir Henryka Baskervilla. 

 
 

Sir Henryk Baskerville 

Tego dnia zjedliśmy śniadanie bardzo wcześnie. Sherlock Holmes czekał w szlafroku na 

gości. Punktualnie o godzinie dziesiątej w pokoju zjawił się doktor Mortimer i młody baronet. 

 

background image

 

Henryk Baskerville miał około trzydziestu lat. Był niskiego wzrostu, krępej budowy, o żywych 

ruchach, jego czarne oczy uważnie patrzyły spod krzaczastych brwi, co nadawało twarzy wyraz 

energii i silnej woli. Opalenizna świadczyła, ze spędzał większość czasu na świeżym powietrzu. 
Spokój w spojrzeniu i powa

ga w ruchach mówiły o dobrym wychowaniu. 

— Przedstawiam panom sir Henryka Baskervilla — 

rzekł doktor Mortimer. 

— Tak, 

to ja we własnej osobie — dodał młody człowiek. 

— 

Ale co dziwniejsze, panie Holmes, gdyby obecny tu mój przyjaciel nie zaproponował, że mnie 

panu przedstawi, sam przyszedłbym do pana. Pan lubi zagadki. A od dzisiejszego ranka jestem w 

posiadaniu zagadki, której rozwiązanie wymaga więcej czasu niż mogę na to poświęcić. 

Holmes ukłonił się. 
— 

Proszę usiąść, sir Henryku — powiedział. — Przypuszczam. że podczas krótkiego pobytu w 

Londynie przydarzyła się panu jakaś przygoda? 
— 

Nic  ważnego.  Wydaje  mi  się,  że  to  żart,  bo tak można określić list, jaki odebrałem dzisiaj 

rano. 

I sir Henryk położył na stole kopertę. 

Zbliżyliśmy  się  wszyscy,  aby  ją  lepiej  zobaczyć.  Była  zrobiona  z  szarego  papieru  i  wyglądała 

zwyczajnie. Niewprawna ręka napisała na niej następujący adres: 
Sir Henryk Baskerville w hotelu Northumberland 

Na liście był stempel pocztowy z Charing Cross z wczorajszą datą. 
— 

Czy ktoś wiedział, że zatrzyma się pan w hotelu Northumberland? — zapytał Holmes, patrząc 

uważnie na gościa. 
— 

Nie, nikt nie wiedział, gdyż o tym gdzie się zatrzymam, zdecydowałem dopiero po spotkaniu z 

doktorem Mortimerem. 
— 

Zapewne doktor Mortimer tam mieszkał? 

— 

Nie,  ja  zatrzymałem  się  u  przyjaciela  —  odpowiedział  doktor  —  nie  można  więc  było 

przewidzieć, że pojedziemy do tego hotelu. 
—  Hm!  — 

mruknął  Sherlock.  —  Wydaje mi  się,  że  ktoś  jest  doskonale  poinformowany  o 

pańskich zamiarach. 

Holmes wyjął z koperty kartkę wydartą z zeszytu i złożoną we czworo. 

Rozłożył  papier  na  stole.  Było  na  nim  tylko  jedno  zdanie,  składające  się  z  drukowanych  liter, 
naklejonych na papierze. 

Zdanie to brzmiało następująco: 

Jeżeli cenisz swoje życie, trzymaj się z dala od moczarów. 
Tylko 

jeden wyraz: „moczarów” był napisany ręką. 

— 

Może  wyjaśni  mi  pan,  panie  Holmes  —  zapytał  sir  Henryk  Baskerville  —  co to wszystko 

znaczy, i kto może się mną tak bardzo interesować? 
— 

A co doktor o tym myśli? Musi pan przyznać, że nie ma w tym nic nadprzyrodzonego. 

— 

To  prawda.  Ale  czy  ta  przestroga  nie  może  być  przysłana  przez  osobę,  pewną  tego,  że 

zetkniemy się z siłami nadprzyrodzonymi? 
— 

Jakimi  siłami?  —  zapytał  ożywiony  sir  Henryk.  —  Zdaje  mi  się,  że  panowie  znacie  moje 

interesy i sprawy lepiej niż ja sam. 
— 

Przyrzekam panu, że zanim wyjdzie pan z tego pokoju, będzie pan wiedział to wszystko co i 

my — 

odpowiedział Sherlock Holmes. Teraz, jeżeli się pan na to zgadza, musimy się uważnie 

przyjrzeć  temu  ciekawemu  dokumentowi.  Niewątpliwie  został  on  zredagowany wczoraj 

wieczorem i oddany natychmiast na pocztę. Czy masz Watsonie wczorajsze „Times”? 

 

background image

 

— 

Leży na stole. 

— 

Podaj mi go, proszę, chce przejrzeć kolumnę zawierającą artykuły redakcyjne. 

Holmes szybko przebiegł gazetę wzrokiem. 
— 

Najważniejszy artykuł mówi o wolnym handlu — rzekł. 

— 

Pozwólcie  abym  przeczytał  wam  jego  fragment:    Na  podstawie  wiadomości,  krążących 

obecnie,  możesz  sobie  wyobrażać,  że  twoje  własne  przedsiębiorstwo  handlowe  czy  też 

przemysłowe  zyska  przez  wprowadzenie  ceł  ochronnych.  Trzymaj  się  jednak z dala od takich 

poglądów i nie zgadzaj się na tego rodzaju ustawy i zarządzenia. Jeśli cenisz ogólny dobrobyt 

kraju, a tym samym i swoje spokojne życie. 
— Jakie jest twoje zdanie w tej sprawie, Watsonie? — 

zawołał wesoło Holmes — zacierając ręce 

widocznym  zadowoleniem.  Doktor  Mortimer  patrzył  ciekawie  na  Holmesa,  a  sir  Henryk 

spoglądał na mnie ze zdumieniem. 
— 

Nie  znam  się  na  taryfach  celnych  i  ekonomii  —  rzekł  sir  Henryk.  —  Zresztą  zdaje  się,  że 

odeszliśmy od głównego tematu. 
— Przeciwnie, sir H

enryku, zdaje mi się. że sprawa się wyjaśnia. Watson zna lepiej moje metody 

pracy, a jednak widzę, że nie zrozumiał dokładnie o co mi chodzi. 
— W istocie — 

odparłem — nie mogę zrozumieć jaki związek ma... 

— 

Jest związek i to bardzo ważny... ,,Trzymaj się... z dala od... Jeśli cenisz... swoje... życie...” 

Czy rozumie pan skąd wzięto te wyrazy? 
— 

Rzeczywiście! — zawołał sir Henryk. — Bardzo zręcznie zrobione. 

— 

Gdybym nawet miał jakiekolwiek wątpliwości — ciągnął Holmes — to wyrazy „Trzymaj się” 

lub ,,Jeśli cenisz”, które żywcem wycięte nożyczkami, rozproszyłyby je natychmiast. 
— 

Rzeczywiście panie Holmes, to przechodzi ludzkie pojęcie — rzekł Mortimer, spoglądając ze 

zdumieniem na mojego przyjaciela. — 

Nietrudno domyśleć się, że zdanie jest wycięte z gazety, 

ale z jakiej gazety, a nawet z jakiego artykułu, to na prawdę zdumiewające! Jak pan to odgadł? 
— 

Przypuszczam, doktorze, że potrafi pan odróżnić czaszkę Murzyna od czaszki Eskimosa? 

— 

Naturalnie że potrafię, 

— 

Co je różni? 

— 

Przecież to mój zawód, uczyłem się tego. Różnice są tak wielkie, że same rzucają się w oczy. 

Kość czołowa, kąt twarzy, kształt szczęki i... 
— 

A  to,  co  ja  mówię,  dotyczy  mojego  zawodu.  Istnieją  różnice  między  drukiem  „Timesa”  a 

jakiejś  marnej  gazety  i  są  równie  oczywiste  jak  dla  pana  różnica  między  Murzynem  a 

Eskimosem.  Rozróżnianie  czcionek  to  najłatwiejsza  umiejętność  dla  kogoś,  kto  zajmuje  się 

sprawami  kryminalnymi.  Przyznaję,  że  gdy  byłem  młody,  nie  odróżniałem  czasem  „Leeds 

Mercury”  od  ,,Western  Mornini  News”.  Druk  „Timesa”  można  bardzo  łatwo  rozpoznać  i  te 

wyrazy nie mogły być wycięte z innego dziennika. Szukałem zatem we wczorajszym numerze. 
— 

Więc ktoś wyciął te wyrazy nożyczkami? — zapytał sir Henryk Baskerville, 

— 

Naturalnie. I to takimi nożyczkami, jakich używa się do obcinania paznokci — dodał Holmes 

— 

Ich  ostrze  musiało  być  krótkie,  gdyż  widać  dwa  cięcia  w  wyrazach:  „Trzymaj  się”  i  „jeśli 

cenisz”. 
— 

Rzeczywiście, ktoś wycinał wyrazy małymi nożyczkami i następnie przylepiał je klejem. 

— 

Nie. Gumą arabską — poprawił Holmes. 

 

KOREKTA

 

 

background image

 

— 

No, niech będzie gumą arabską — powtórzył sir Henryk — Ale niech mi pan wytłumaczy, 

dlaczego wyraz „moczarów” jest dopisany ręcznie? 
— 

Dlatego,  że  tego  wyrazu  nie  ma  w  artykule.  Inne  wyrazy  można  spotkać  wszędzie,  we 

wszystkich gazetach, ale nie j

est łatwo znaleźć wyraz „moczarów”. 

— 

Przyjmuję  pańskie  wyjaśnienie,  panie  Holmes,  ale  czy  doczytał  się  pan  w  tym  ostrzeżeniu 

jeszcze czegoś innego? 
— 

Znalazłem w nim parę wskazówek, choć widać z tego listu, że autorowi chodziło o zatarcie 

śladów,  które  mogłyby  naprowadzić  na  jego  trop.  Na  przykład  adres  napisany  jest  koślawo  i 

niedbale, a przecież wiemy, że „Timesa” prenumerują tylko ludzie wykształceni. Z tego możemy 

wnioskować, że list pisał człowiek wykształcony, który chciał uchodzić za niewykształconego. 

Następnie: staranie aby zmienić kształt liter nasuwa myśl, że zna pan ten charakter pisma, lub 

może go wkrótce poznać. Dalej, niech pan zwróci uwagę na to, że wyrazy nie są naklejone w linii 

prostej,  lecz  jedne  wyżej  a  drugie  niżej  i  tak:  „życie”  jest  zupełnie  nad  linią.  Czy  ten  brak 

staranności  należy  przypisać  niedbalstwu  wycinającego,  zdenerwowaniu  czy  też  pośpiechowi? 

Dajmy na to, że pośpiechowi. Przestroga jest bardzo poważna i ten, kto układał list, czynił to z 

uwagą  i  napięciem.  Przypuśćmy,  że  niedbalstwo  wynikało  z  pośpiechu.  Trzeba  szukać  jego 

przyczyny, gdyż ten list, czy byłby wysłany wczoraj wieczorem, czy dziś rano, powinien dojść do 

rąk sir Henryka, zanim wyszedłby on z hotelu. Autor obawiał się więc, aby mu nie przerwano. 

Ale kogo się bał? 
— 

Wchodzimy teraz w sferę przypuszczeń — odezwał się doktor Mortimer. 

— Tak jest — 

powiedział Holmes — i z tych przypuszczeń musimy wybrać to, które wydaje nam 

się  najbardziej  prawdopodobne.  To  jest  naukowe  wykorzystanie  wyobraźni.  Zawsze jest jakieś 
zdar

zenie,  na  którym  możemy  oprzeć  nasze  hipotezy.  Może  pan  nazwać  to  zgadywaniem,  ale 

jestem pewien, że ten list był pisany w hotelu. 
— Na jakiej podstawie pan to wnioskuje? — 

zawołał Mortimer. 

— 

Jeśli uważnie przyjrzy się pan temu listowi, przekona się pan, że pióro i atrament pozostawiały 

wiele do życzenia. Pióro bryzgnęło dwukrotnie w tym samym wyrazie, a w adresie nie chciało 

znowu  wypuścić  atramentu,  chociaż  to  tylko  kilka  wyrazów,  zatem  pióro  było  zużyte,  a  w 

kałamarzu  brakowało  atramentu.  Rzadko  kiedy  w  prywatnym  mieszkaniu  pióro  i  kałamarz 

znajdują  się  w  tak  złym  stanie,  zaś  pióra  i  kałamarze  w  hotelach  zapewne  zna  pan  dobrze... 

Powinniśmy przetrząsnąć kosze na śmieci w hotelach sąsiadujących z Charing Cross, a jestem 

przekonany,  że  znajdziemy  pocięty  numer  ,,Timesa”.  Idąc  dalej  tym  tropem  sądzę,  że 

schwytalibyśmy autora tej dziwnej przestrogi... No, no... — Holmes przysunął papier bliżej oczu i 

przypatrywał się pilnie naklejonym wyrazom. 
— 

Zauważyłeś jeszcze coś? — zapytałem go. 

— Nic — 

odparł, kładąc kartkę papieru na stole. — Papier jest biały, bez żadnego znaku. Wydaje 

mi się, że wywnioskowaliśmy z tego listu wszystko, co się dało. Teraz, sir Henryku, proszę nam 

powiedzieć, czy nie przytrafiło się panu jeszcze coś od chwili, gdy wysiadł pan z pociągu? 
— 

Nie, panie Holmes... Nie pamiętam. 

— 

Może zauważył pan, że ktoś się panu przypatruje lub idzie za panem? 

— 

Zdaje mi się, że jestem bohaterem jakiejś powieści — odpowiedział sir Henryk. — Dlaczego, 

do licha, miałby mnie ktoś śledzić? 
—  Jednak zdaje mi si

ę,  że  tak  było.  Czy  nie  ma  pan  nam  nic  więcej  do  powiedzenia,  zanim 

zaczniemy się zastanawiać jaką opieką pana otoczono? 
— Nie wiem co pana interesuje? 

 

background image

 

— 

Wszystko, co tylko wykracza poza normalny tryb życia. 

Sir Henryk uśmiechnął się. 
—  Nie znam angielskich zwyczajów — 

powiedział  —  gdyż,  większość  życia  spędziłem  w 

Stanach  Zjednoczonych  lub  w  Kanadzie.  Nie  sądzę  jednak,  aby  strata  buta  wychodziła  poza 

granice normalnych zdarzeń. 
— 

Zgubił pan but? 

— 

Ech, pewnie się gdzieś zapodział — odezwał się Mortimer — Znajdzie go pan po powrocie do 

hotelu. Czy warto nudzić pana Holmesa takimi drobnostkami? 
— 

Pan Holmes pyta mnie, więc mu odpowiadam — odparł sir Henryk. 

— 

Bardzo słusznie — rzekł Holmes. — Niech mi pan opowie wszystko, nawet to, co uważa pan 

za mato istotne. A wiec stracił pan but? 
— 

Jeżeli  go  nic  zgubiłem,  to  w  każdym  razie  gdzieś  mi  się  zapodział.  Wczoraj  wieczorem 

postawiłem buty przed drzwiami mojego pokoju, a dziś rano znalazłem tylko jeden. Pytałem 

chłopca  hotelowego,  ale  nie  umiał  mi  tego  wyjaśnić.  A  to  były  nowiuteńkie  buty,  kupiłem  je 

wczoraj na Strandzie i nie miałem ich jeszcze na nogach. 
— 

Jeśli pan w nich nie chodził, to dlaczego kazał je pan czyścić? 

— 

Żółta skóra nie miała połysku, chciałem żeby go nabrała. 

— 

Wczoraj więc, po przyjeździe do Londynu wyszedł pan natychmiast na miasto i kupił buty? 

— 

Kupowałem jeszcze inne rzeczy. Towarzyszył mi doktor Mortimer. Do licha! Jeżeli mam grać 

rolę  wielkiego  pana  muszę  być  odpowiednio  ubrany.  Na Dalekim Zachodzie nie dbałem tak o 
swó

j wygląd... Kupując różne rzeczy, kupiłem też i żółte obuwie, zapłaciłem za nie sześć dolarów 

i skradziono mi je, zanim je włożyłem na nogi. 
— 

Nie  rozumiem  dlaczego  ktoś  miałby  skraść  pański  but  —  rzekł  Holmes  —  Podobnie jak 

doktor Mortimer uważam, że zguba wkrótce się znajdzie. 
— 

Zdaje  mi  się,  panowie  —  rzekł  baronet  —  że  już  wystarczająco  wiele  mówiliśmy  o  mnie. 

Nadeszła chwila, abyście mi powiedzieli o co chodzi. 
— 

Pańskie  życzenie  jest  słuszne  —  odpowiedział  Sherlock  Holmes.  —  Doktorze, niech pan 

powtór

zy sir Henrykowi to, co opowiedział nam pan wczoraj rano. 

Nasz przyjaciel, zachęcony w ten sposób, wyjął z kieszeni papiery i opowiedział historię znaną 

już czytelnikom. Sir Henryk Baskerville słuchał go z wielką uwagą. Od czasu do czasu wyrywał 

mu się mimowolny okrzyk zdumienia. Gdy doktor Mortimer skończył, baronet zawołał: 
— 

Odziedziczyłem zatem przeklęty spadek. Tak jest, od dzieciństwa słyszałem o tym psie. Ta 

legenda Jest dobrze znana w naszej rodzinie, ale nie sądziłem, że należy ją traktować poważnie. 

A  śmierć  mojego  stryja...  Zdaje  mi  się,  że  wszystko  miesza  mi  się  w  głowie...  Nie  mogę  się 

skupić... Czy to, co mi pan powiedział wymaga sądowego śledztwa, czy może egzorcyzmów? 
— 

Rzeczywiście, trudno powiedzieć. 

— 

Potem ten list, przysłany do hotelu... Trzeba przyznać, że przyszedł w porę. 

— 

Jest  zarazem  dowodem,  że  ktoś  wie  lepiej  niż  my,  co  dzieje  się  na  moczarach  —  rzekł 

Mortimer. 
 

I  że  jest  to  ktoś  panu  życzliwy,  ponieważ  ostrzega  pana  o  niebezpieczeństwie  —  dodał 

Holmes. 
— 

Może moja obecność tam pokrzyżuje czyjeś plany. 

— 

To możliwe... Dziękuję panu, doktorze, że dał mi pan do rozwiązania sprawę, która zawiera 

tyle  interesujących  szczegółów.  Teraz,  sir  Henryku,  pozostaje  nam  tylko  jedna  kwestia  do 

rozstrzygnięcia: czy ma pan jechać do zaniku? 

 

background image

 

— Dla

czego miałbym tam nie jechać? 

— 

Bo tam może grozić panu jakieś niebezpieczeństwo. 

— 

Niebezpieczeństwo pochodzące od złego ducha, prześladującego rodzinę, czy może ze strony 

ludzi? 
— 

To należałoby wyjaśnić. 

— 

Cokolwiek powiecie. Ja już podjąłem decyzję. Nie istnieje panie Holmes, taki diabeł w piekle, 

ani taki człowiek na ziemi, który mógłby mi przeszkodzić pojechać do siedziby moich przodków. 
To jest moja ostateczna decyzja. 

Gdy to mówił, zmarszczył brwi. a jego twarz stała się purpurowa. Ostatni potomek Baskervillów 

odziedziczył widocznie gwałtowny temperament swoich przodków. 
— 

Muszę nieco dłużej zastanowić się nad tym co mi pan powiedział — rzekł po chwili — Nie 

mogę tak od razu wszystkiego zrozumieć i zdecydować. Chciałbym przez chwilę w samotności 
skupi

ć się nad tym... Panie Holmes, teraz jest wpół do jedenastej, wracam prosto do hotelu. Może 

zechce  pan  wraz  z  doktorem  Watsonem  przyjść  do  mnie  o  drugiej  i  zjeść  z  nami  drugie 

śniadanie? Sądzę, że będę miał do tego czasu jaśniejsze pojęcie o całej tej sprawie. 
— 

Czy zgadzasz się, Watsonie? 

— 

Najzupełniej. 

— 

W takim razie niech pan na nas czeka. Czy posłać po dorożkę? 

— 

Wolę pójść pieszo, jestem bardzo zdenerwowany. 

— 

Z przyjemnością będę panu towarzyszył — odezwał się doktor Mortimer. 

— 

A więc, do widzenia o drugiej! 

Usłyszeliśmy  kroki  naszych  gości  na  schodach  i  stuk  zamykanych  drzwi.  W  tej  samej  chwili 

Holmes wyrwał się z zadumy i zamienił w człowieka czynu. 
— Kapelusz i buty. Watsonie, szybko! Nie ma chwili do stracenia! 

Wpadł  w  szlafroku  do  garderoby  i  kilka  sekund  później  powrócił  w  surducie.  Zbiegliśmy  ze 

schodów i wypadliśmy na ulicę. Doktor Mortimer i sir Baskerville szli o jakieś dwieście metrów 
przed nami, w kierunku Oxford Street. 
— 

Czy mam ich dogonić i zatrzymać? — spytałem. 

— Ani 

mi się waż! Twoje towarzystwo zupełnie mi wystarczy, jeśli ty zadowolisz się moim. Nasi 

goście mieli słuszność, dzisiejszy ranek jest wyśmienity na przechadzkę. 

Przyspieszył  kroku,  tak,  że  niebawem  odległość,  od  naszych  znajomych  zmniejszyła  się  o 

połowę, po czym, pozostając już o jakieś sto metrów w tyle, szliśmy za nimi przez Oxford Street, 

a później po Regent Street. Doktor Mortimer i sir Baskerville zatrzymali się przed jakąś wystawą 

sklepową, Holmes uczynił to samo. W chwilę później wydał stłumiony okrzyk radości. Śledząc 

kierunek jego badawczego spojrzenia, spostrzegłem dorożkę z jakimś pasażerem, która stała po 

przeciwnej stronie ulicy i teraz ruszyła znów wolno w drogę. 
— 

Mamy go Watsonie! Chodź prędko. Przyjrzyjmy mu się przynajmniej, jeżeli nic innego nie 

będziemy mogli zrobić. 

Na chwilę dostrzegłem gęstą czarną brodę i przenikliwe oczy spoglądające na nas przez boczne 

okna  dorożki.  W  tej  samej  chwili  z  trzaskiem  otworzyło  się  okienko,  przez  które  pasażer 

porozumiewa  się  z  woźnicą,  jadący  krzyknął  coś  powożącemu  i  dorożka  ruszyła  szybko  po 

Regent  Street.  Holmes  obejrzał  się  bacznie  dokoła,  szukając  jakiejś  innej  dorożki,  ale  nic  nie 

znalazł.  Rzucił  się  więc  w  pościg,  ale  od  dorożki  dzieliła  go  już  zbyt  wielka  odległość  i 

niebawem zupełnie znikła nam ona z oczu. 

 

background image

 

—  Do licha! — 

zaklął  Holmes  ze  złością,  gdy  wydostał  się  zadyszany  spomiędzy  szeregu 

pojazdów  — 

Czy  widziałeś  kiedyś  taki  pech  i  takie  niedołęstwo?  Watsonie,  Watsonie,  jeżeli 

jesteś człowiekiem sprawiedliwym, zapamiętasz to i zapiszesz na rachunek moich niepowodzeń. 
— 

Kto to był? 

— 

Nie mam pojęcia. 

— Szpieg? 
— 

Sądząc z tego, co słyszeliśmy nie ulega wątpliwości, że od chwili przyjazdu sir Baskervilla, 

ktoś  siedzi  go  bardzo  pilnie,  chodzi  za  nim  jak  cień.  Inaczej,  skąd  wiedziałby  od  razu,  że 
zami

eszkał w hotelu Northumberland? Jeśli śledzili go pierwszego dnia, pomyślałem, ze będą go 

szpiegować  i  dzisiaj.  Zauważyłeś  pewnie,  że  gdy  doktor  Mortimer  czytał  swoją  opowieść, 

podszedłem dwukrotnie do okna. 
— Tak, przypominam sobie. 
— 

Patrzyłem, czy ktoś nie chodzi przed domem, ale nie zobaczyłem nikogo. Słuchaj, mamy do 

czynienia  ze  sprytnym  człowiekiem.  Sprawa  się  wikła,  a  chociaż  nie  wiem  czy  ten  ktoś  ma 

przyjazne  czy  wrogie  zamiary,  niemniej  widzę,  że  jest  w  tym  coś  tajemniczego.  Gdy  nasi 
przyjaciele w

yszli, poszedłem za nimi, aby wykryć ich niewidzialnego opiekuna. Ten człowiek 

jest tak przebiegły, że nie chciał iść pieszo, lecz wsiadł w dorożkę, by móc śledzić ich z tyłu lub 

wyprzedzić  i  w  ten  sposób  być  przez  nich  niezauważony.  Ta  metoda  dawała  i  tę  korzyść,  że 

gdyby chcieli jechać dorożką, mógł ich śledzić bez straty czasu. Ale ma to i słabą stronę... 
— 

Zdaje tego kogoś na łaskę i niełaskę dorożkarza. 

— 

Właśnie. 

— 

Szkoda, że nie zauważyliśmy Jego numeru. 

— 

Mój drogi, chociaż zagapiłem się porządnie, nie przypuszczasz chyba na serio, że nie znam 

numeru dorożki? 2704... Zapamiętałem go dobrze. Ale na razie jest nam mało użyteczny. 
— 

Nie wiem, co mógłbyś więcej zrobić. 

— 

Gdybym  wcześniej  zauważył  dorożkę,  zawróciłbym,  poszedł  w  przeciwnym  kierunku  i  z 

pe

wnością znalazłbym wolny pojazd. Wtedy mógłbym jechać za nim w przyzwoitej odległości, 

lub też, co byłoby lepsze, pojechałbym do hotelu Northumberland i zaczekał. Jeżeli okazałoby 

się,  że  nasz  nieznajomy  śledzi  sir  Baskervilla,  to  my  śledzilibyśmy  jego.  Tymczasem przez 

pośpiech, z którego nasz przeciwnik umiał skorzystać z rzadko spotykaną szybkością i energią, 

zdradziliśmy się i zgubiliśmy jego ślad. 

Rozmawiając, szliśmy wolno Regent Street i od dawna straciliśmy już z oczu doktora Mortimera 
i jego towarzysza. 
— 

Dalsze śledzenie ich nie ma sensu — powiedział Holmes. 

— 

Szpieg zniknął i już nie wróci. Pozostały nam jednak jeszcze inne karty w ręku i dobrze je 

rozegramy. Czy poznałbyś człowieka, który siedział w dorożce? 
— 

Poznałbym tylko jego brodę. 

— I ja ró

wnież. Dlatego myślę, że najprawdopodobniej była ona fałszywa. Sprytny człowiek, gdy 

robi coś takiego, nosi brodę tylko po to, aby ukryć rysy twarzy. Wejdźmy tutaj. 

Holmes wszedł do biura posłańców, gdzie dyrektor powitał go z wielką uprzejmością. 
— 

A  pan  Wilson.  Widzę,  że  nie  zapomniał  pan  drobnej  przysługi,  jaką  kiedyś  panu 

wyświadczyłem. 
— 

Nie, i nie zapomnę. Ocalił mi pan honor, a może i życie. 

— 

Przesadza pan, mój drogi. Przypominam sobie, panie Wilson, że miał pan u siebie chłopca o 

nazwisku Ca

rtwright, który w czasie śledztwa wykazał niemało sprytu. 

 

background image

 

— Tak, jest jeszcze u nas. 
— 

Czy  może  go  pan  wezwać?  Dziękuję!  A  teraz  czy  mógłby  mi  pan  rozmienić  banknot 

pięciofuntowy. 

Czternastoletni  chłopak,  o  inteligentnej  twarzy  i  sprytnych  oczach  pojawił  się  na  odgłos 

dyrektorskiego  dzwonka,  stanął  przed  Holmesem  i  wpatrywał  się  z  szacunkiem  w  słynnego 
detektywa. 
—  Daj mi przewodnik hotelowy — rzeki Holmes. — 

Dziękuję! Słuchaj, Cartwright, masz tutaj 

nazwy  dwudziestu  trzech  hoteli,  położonych  w  bezpośrednim  sąsiedztwie  Charing  Cross. 
Widzisz? 
— 

Widzę, proszę pana. 

— Pójdziesz kolejno do wszystkich. 
— 

Dobrze, proszę pana. 

— 

Zaczniesz  od  tego,  że  portierowi  każdego  z  nich  dasz  szylinga.  Masz  tu  dwadzieścia  trzy 

szylingi. 
— 

Dobrze, proszę pana. 

— 

Zażądasz od każdego z nich, żeby ci dał do przejrzenia kosz z papierami z wczoraj. Powiesz, 

że zaniesiono ważny telegram pod niewłaściwy adres i że musisz go odnaleźć. Rozumiesz? 
— 

Rozumiem, proszę pana. 

— 

Naprawdę będziesz szukał środkowej strony „Timesa”, powycinanej nożyczkami. Masz tu ten 

sam numer „Timesa”, a to strona, o którą mi chodzi. Poznasz ją chyba bez problemu, co? 
— 

Poznam, proszę pana. 

— 

W  każdym  hotelu  portier  odeśle  cię  do  woźnego,  któremu  również  dasz  szylinga.  Masz  tu 

znowu  dwadzieścia  trzy  szylingi.  Według  wszelkiego  prawdopodobieństwa  w  dwudziestu 

hotelach na dwadzieścia trzy powiedzą ci, że papiery z kosza zostały spalone albo wyrzucone. W 

trzech  zaprowadzą  cię  do  stosu  papierów  i  tam  będziesz  szukał  strony  z  „Timesa”. 

Prawdopodobieństwo,  żebyś  ją  znalazł  jest  bardzo  małe.  Masz  jeszcze  dziesięć  szylingów  na 

nieprzewidziane wydatki. Przed wieczorem przyślij mi telegraficznie na Baker Street wiadomość 

co  osiągnąłeś.  A  teraz,  Watsonie,  musimy  również  telegraficznie,  stwierdzić  jak  się  nazywa 

dorożkarz nr 2704, a potem wstąpimy do którejś z galerii na Bond Street, aby wypełnić sobie czas 

do śniadania w hotelu. 

 
 

Trzy zerwane nici 

Sherlock Holmes potrafił bez trudu oderwać się od bieżących spraw. Niezwykła sprawa, 

w  którą  zostaliśmy  wplątani,  została  odłożona  na  dwie  godziny,  a  Holmes  podziwiał  dzieła 

współczesnych mistrzów belgijskich. Nie chciał mówić o niczym innym, tylko u sztuce, o której 

zresztą miał bardzo słabe pojęcie. 

Wreszcie znaleźliśmy się w hotelu Northumberland. 
— Sir Henryk Baskerville czeka na panów u siebie — 

rzekł portier. — Polecił mi, abym panów 

niezwłocznie poprosił na górę. 
— 

Czy pozwoli mi pan zajrzeć do spisu gości? — spytał Holmes. 

— 

Owszem, proszę. 

W księdze po Baskervillu zostały zapisane jeszcze trzy nazwiska: Teofila Johnsona z rodziną z 

Newcastle i pani Oldmore wraz z Alton, pokojówką, z High Lodge. 

 

background image

 

— 

Myślę,  że  znam  tego  Johnsona  —  zwrócił  się Holmes do portiera — adwokat, nieprawda? 

Siwy, chodząc utyka? 
— 

Nie, proszę pana. Ten Johnson jest właścicielem składu węgla, jest bardzo energiczny, mniej 

więcej w pańskim wieku. 
— 

Z pewnością myli się pan co do jego zawodu. 

— 

Nie,  proszę  pana.  Od  wielu  lat  zatrzymuje  się  w  tym  hotelu.  Wszyscy  bardzo  dobrze  go 

znamy. 
— 

Jeśli tak, to co innego. A pani Oldmore? Zdaje mi się, że znam to nazwisko. Proszę wybaczyć 

moja ciekawość, ale często odwiedzając jednego znajomego, spotykam tam znajomych. 
— 

Pani Oldmore jest sparaliżowana. Jej mąż był kiedyś burmistrzem Gloucester. Zawsze kiedy 

przyjeżdża do Londynu, zatrzymuje się u nas. 
— 

Dziękuję za wyjaśnienia. Wydaje mi się, że jednak nie znam tych osób. 

Wchodząc na schody. Holmes mówił do mnie przyciszonym głosem: 
— 

Stwierdziliśmy  tym  sposobem  bardzo  ważny  fakt.  Wiem  również,  że  ci,  którzy  tak  bardzo 

zajmują się naszym przyjacielem nie mieszkają w tym hotelu. To dowodzi, że chociaż ciągle go 

śledzą,  o  czym  mieliśmy  już  okazję  się  przekonać,  równie  starannie  dbają  o  to,  by  ich  nie 

zauważono. Daje to dużo do myślenia. 
— Co mianowicie? 
— 

Nasuwa myśl... A to co? Co się tu dzieje? 

Na zakręcie korytarza wpadliśmy na sir Henryka Baskervilla. Twarz miał czerwona od gniewu, a 

w ręku trzymał stary i zakurzony but. Był tak wściekły, że minęła dobra chwila, zanim zdołał coś 

powiedzieć, a gdy się wreszcie odezwał, mówił jeszcze wyraźniejszym, niż rano, amerykańskim 
akcentem. 
— 

Zdaje mi się. że tu sobie ze mnie drwią! — krzyczał. — Ale niech uważają, bo będą żałować! 

Jeśli  chłopak  nie  znajdzie  buta,  który  mi  zginął,  narobię  takiego  piekła,  że  mnie  popamiętają! 
Znam 

się na żartach, panie Holmes, ale tym razem trochę przeholowali. 

— 

Szuka pan jeszcze ciągle swojego buta? 

— 

Tak, i mam zamiar go odnaleźć. 

— 

Ale przecież mówił pan, że zginął panu nowy, żółty but? 

— Tak, a teraz jeszcze jeden, stary czarny. 
— Co pan mówi... 
— 

Właśnie. Mam tylko trzy pary... nowe żółte, stare czarne i te, które mam na nogach. Wczoraj 

wieczorem zabrali mi jeden żółty, a dzisiaj rano skradli mi znów czarny. I co? Znaleźliście? Mów 

człowieku, zamiast stać i gapić się na mnie! 

Powiedział to do służącego Niemca, który akurat się zjawił. 
— 

Nie proszę pana, pytałem w całym hotelu, ale nikt nie nic... 

— 

Albo  but  znajdzie  się  do  wieczora,  albo  zawiadomię  właściciela  hotelu,  że  niezwłocznie 

opuszczam jego budę. 
— 

Znajdzie się, przyrzekam panu, że się znajdzie, proszę tylko o trochę cierpliwości. 

— 

No,  pamiętajcie!  Nie  dam  się  okradać  w  tej  złodziejskiej  norze.  Panie  Holmes,  proszę  mi 

wybaczyć, że nudzę pana taka drobnostką... 
— 

Myli się pan, to wcale nie jest drobnostka, 

— 

Czyżby sprawa wydała się panu poważna? 

— 

Jak pan sobie ją tłumaczy? 

 

background image

 

— 

Wcale nie usiłuję tłumaczyć sobie tej całej awantury. Faktem jest, że dotychczas nie zdarzyło 

mi się jeszcze nic równie dziwnego i szalonego. 
— 

Dziwnego... może — odrzekł zamyślony Holmes. 

— 

A co pan o tym myśli? 

— 

Jak  dotąd,  nic.  Jeszcze  nie  rozumiem.  Wszystkie  pańskie  przygody,  sir  Henryku,  tworzą 

bardzo zawikłaną historię. Gdy dodamy do nich śmierć pańskiego stryja, wydaje mi się, że wśród 

pięciuset  ważniejszych  spraw,  którymi  się  dotychczas  zajmowałem  nie  było  ani jednej równie 

dziwnej. Ale mamy w ręku kilka nici, a jedna z nich bez wątpienia doprowadzi nas do prawdy. 

Stracimy  może  nieco  czasu,  idąc  początkowo  fałszywym  śladem,  ale  wcześniej  czy  później 

natrafimy na właściwy. 

Przy śniadaniu niewiele mówiliśmy o tej sprawie. Dopiero, gdy przeszliśmy do innego pokoju, 

Holmes zapylał Baskervilla co postanowił. 
— 

Pojadę do Baskerville Hall. 

— Kiedy? 
— Pod koniec tygodnia. 
— 

Wydaje mi się — powiedział Holmes — ze pańska decyzja jest rozsądna. Jestem pewny, że w 

Londyni

e  jest  pan  śledzony,  a  wśród  kilku  milionów  mieszkających  tu  ludzi  trudno  będzie 

odnaleźć  tego,  kto  pana  śledzi  i  stwierdzić  dlaczego  to  robi.  Jeśli  ma  złe  zamiary,  może  panu 

wyrządzić krzywdę, a my nie będziemy mogli temu zapobiec. Doktorze, czy zauważył pan, że 

ktoś śledził panów dzisiaj rano, gdy ode mnie wyszliście? 

Doktor Mortimer poruszył się gwałtownie. 
— 

Śledził nas! Kto to był? 

— 

Niestety nie wiem. Czy któryś z pana sąsiadów lub znajomych z Dartmoor nosi dużą czarną 

brodę? 
— 

Nie... A może jednak... Taką jak Barrymore czarną brodę ma kamerdyner sir Karola. 

— A! Gdzie on teraz jest? 
— Jego opiece powierzono zamek. 
— 

Trzeba  sprawdzić,  czy  rzeczywiście  tam  jest,  czy  też  może  niespodziewanie  przybył  do 

Londynu. 
— Jak pan to sprawdzi? 
— 

Proszę  o  blankiet  telegraficzny...  „Czy  wszystko  gotowe  na  przyjęcie  sir  Henryka?”  To 

wystarczy.  Trzeba  zaadresować  depeszę  do  pana  Barrymora  w  Baskerville  Hall.  Gdzie  jest 

najbliższa poczta? Grimpen... dobrze. Do poczmistrza w Grimpen wyślemy drugą depeszę takiej 

treści: „Depeszę do pana Barrymora doręczyć mu do rąk własnych. Jeśli jest nieobecny, wrócić ją 
sir Henrykowi Baskervillowi, hotel Northumberland”. 

W ten sposób do wieczora dowiemy się, czy Barrymore jest na miejscu w Devonshire. 
— 

Świetnie — odezwał się Baskerville. — Ale, ale, doktorze, kim jest właściwie ten Barrymore? 

— 

To  syn  starego,  nieżyjącego  już  zamkowego  intendenta.  Rodzina  Barrymorów  od  czterech 

pokoleń  służy  Baskervillom.  O  ile  wiem.  kamerdyner  sir Karola i jego żona są ludźmi bardzo 
uczciwymi. 
— Niemniej — 

stwierdził sir Baskerville — faktem jest, że nikt z rodziny nie mieszka u zamku, 

ci ludzie mają pańską rezydencie i nic nie robią. 
— To prawda. 
— 

Czy sir Karol zapisał coś w testamencie Barrymorowi? — spytał Holmes. 

— 

Jemu i jego żonie przypada po pięćset funtów szterlingów. 

 

background image

 

— A!... Czy wiedzieli o tym zapisie? 
— 

Wiedzieli, sir Karol lubił opowiadać, o tym co komu zapisał w testamencie. 

— To ciekawe. 
— 

Spodziewam się — rzekł doktor Mortimer — że nie wszyscy obdarowani w testamencie przez 

sir Karola wydają się panu podejrzani. Mnie bowiem zapisał tysiąc funtów. 
— Doprawdy! I komu jeszcze? 
— 

Różnym osobom przypadły drobne kwoty, ponadto zostawił spore sumy na cele dobroczynne, 

resztę zaś dziedziczy sir Henryk. 
— A ile wynosi ta reszta? 
— 

Siedemset czterdzieści tysięcy funtów. 

Holmes zrobił wielkie oczy. 
— 

Nie miałem pojęcia, że sir Karol pozostawił tak olbrzymi majątek — powiedział. 

— 

Sir Karol uchodził za człowieka bogatego, ale dopóki nie spisano majątku, nie wiedzieliśmy, 

że jest aż tak bogaty. Ogółem jego majątek wynosił blisko milion funtów. 
— 

Do  diabła!  To  wielka  suma,  warto  się  o  nią  pokusić,  nie  przebierając  w  środkach.  Jeszcze 

jedno  pytanie,  doktorze.  W  razie  gdyby  naszemu  młodemu  przyjacielowi  stało  się  coś  złego... 

proszę mi wybaczyć, sir Henryku, to niemile przypuszczenie, kto odziedziczyłby majątek? 
— 

Ponieważ  Roger  Baskerville,  młodszy  brat  sir  Karola  umarł  będąc  kawalerem,  więc 

spadkobiercami zostaliby dalecy krewni zmarłego, Desmondowie. Jakub Desmond to człowiek w 

podeszłym wieku, duchowny w Westmoreland. 
— 

Dziękuję, to są bardzo ważne szczegóły. Czy zna pan, doktorze, Jakuba Desmonda? 

— 

Widziałem  go  raz  u  sir  Karola.  Swoim  zachowaniem  budzi  najwyższy  szacunek,  prowadzi 

przykładne życie. Pamiętam, że oparł się naleganiom sir Karola, który chciał koniecznie zmusić 

go do przyjęcia znacznej darowizny. 
— 

I ten skromny człowiek zostałby spadkobiercą krociowej fortuny sir Karola? 

— 

Tak  jest.  Odziedziczyłby  posiadłość  ziemską,  według  ustanowionego  w  rodzinie  porządku 

spadkowego, odziedziczyłby również gotówkę, o ile obecny dziedzic, który oczywiście ma w tym 

względzie całkowitą swobodę, nic zadysponuje inaczej. 
— 

Sir Henryku, czy spisał pan testament? 

— 

Nie, panie Holmes. Nie miałem jeszcze czasu, wczoraj dopiero dowiedziałem się o całej tej 

sprawie.  Ale,  w  każdym  razie,  gotówka  dostanie  się  temu,  kto  odziedziczy  tytuł  i  posiadłość 

ziemską.  Taka  była  wola  mojego  biednego  stryja.  W  jaki  sposób  właściciel  zamku  mógłby 

przywrócić  świetność  Baskervillów,  gdyby  nie  miał  odpowiednich  funduszy  na  urządzenie 

odziedziczonej posiadłości... Dom, ziemia i pieniądze muszą pójść w jedne ręce. 
— 

Bardzo  słusznie.  Zgadzam  się  w  zupełności  z  panem,  sir  Henryku,  musi  pan  rzeczywiście 

zaraz jechać do Devonshire. 
St

awiam tylko jeden warunek: nie może pan jechać sam. 

— 

Doktor Mortimer wraca ze mną. 

— 

Ale  doktor  Mortimer  musi  zajmować  się  pacjentami,  a  to  zabiera  sporo  czasu,  a  ponadto 

mieszka  kilka  mil  od  zamku.  Mimo  najlepszych  chęci,  nic  będzie  w  stanie  w  razie  potrzeby 

przyjść panu z pomocą. Nie, sir Henryku, musi pan zabrać ze sobą człowieka zaufanego, który 

cały czas będzie z panem. 
— 

A czy pan mógłby pojechać ze mną? 

— 

W krytycznej chwili postaram się być na miejscu. Ale rozumie pan, że moja praca nie pozwala 

mi 

wyjeżdżać  na  nieokreślony  czas  z  Londynu.  Dziesiątki  osób  czeka  na  moją  pomoc,  albo 

 

background image

 

wzywa mnie w różne strony... Teraz, na przykład, jakiś szantażysta szkaluje jedną z najbardziej 

szanowanych osób w Anglii i tylko ja mogę zapobiec skandalowi. Wobec tego, sam pan przyzna, 

nic mogę wyjechać do Dartmoor. 
— Kogo zatem pan mi poleci? 

Holmes położył dłoń na moim ramieniu. 
— 

Jeśli  mój  przyjaciel  zgodzi  się  na  to,  nie ma człowieka odpowiedniejszego. Mam do niego 

całkowite zaufanie i wiem z doświadczenia jak dobrze w ciężkiej sytuacji mieć go przy sobie. 

Propozycja  ta  zupełnie  mnie  zaskoczyła,  lecz  zanim  zdążyłem  odpowiedzieć,  sir  Baskerville 

chwycił moja dłoń i uścisnął ją gorąco. 
— 

To bardzo miło z pańskiej strony — powiedział — pan o całej sprawie wie pan tyle, co ja. 

Jeśli pan pojedzie ze mną do Baskerville Hall i dotrzyma mi towarzystwa, nigdy panu tego nie 

zapomnę. 

Perspektywa  niezwykłych  przygód  zawsze  miała  dla  mnie  nieodparty  urok,  pochlebiały  mi  też 

słowa Holmesa i skwapliwość, z jaką baronet domagał się mojego towarzystwa. 
— 

Pojadę z przyjemnością — odrzekłem. — Myślę, że trudno byłoby mi lepiej zużytkować czas. 

— 

Będziesz  szczegółowo  pisał  mi  o  wszystkim  —  odezwał  się  Holmes.  —  A gdy nadejdzie 

krytyczna chwila, a będzie tak z pewnością, przyślę ci wówczas odpowiednie wskazówki. Sądzę, 

że będziecie panowie mogli jechać w sobotę? 
— 

Doktorze Watsonie. czy ten dzień panu odpowiada? 

— 

Najzupełniej. 

— 

A  zatem  w  sobotę,  o  ile  nie  stanie  się  mc  nowego,  spotkamy  się  na  dworcu  Paddington  i 

wyruszymy pociągiem o godzinie 10 minut 30. 

Zbieraliśmy  się  do  wyjścia,  gdy  sir  Baskerville  krzyknął  triumfalnie  i  schyliwszy  się  wydobył 

spod szafy żółty but. 
— 

But, który mi zginął! — zawołał. 

— 

Oby wszystkie trudności, piętrzące się na naszej drodze, zostały równie szybko usunięte! — 

powiedział Sherlock Holmes. 
—  Jednak to dziwne — 

wtrącił doktor Mortimer. — Przed śniadaniem starannie przeszukałem 

pokój... 
— 

I ja również — dodał Baskerville — zaglądałem we wszystkie kąty. 

— 

I nigdzie nie było buta. 

— 

W takim razie służący przyniósł go, gdy jedliśmy śniadanie. 

Wezwany Niemiec zapewnił nas, że o niczym nie wie, a wszystkie dopytywania pozostały bez 

odpowiedzi.  To  wydarzenie  zatem  powiększyło  ciąg  drobnych  i  pozornie  przypadkowych 

wypadków, które tak szybko następowały po sobie. Pominąwszy całą ponurą historię śmierci sir 

Karola,  w  ciągu  ostatnich  dwóch  dni  zaszło  kilka  tajemniczych  zdarzeń,  sir  Henryk  otrzymał 

wyklejany list, czarnobrody szpieg w dorożce, zniknięcie nowego żółtego buta, znikniecie starego 
czarnego buta, wreszcie 

odzyskanie buta żółtego. 

Wracając  dorożka  na  Baker  Street,  widać  było  po  ściągniętych  brwiach  i  zamyślonych  lecz 

czujnie patrzących oczach Holmesa, że podobnie jak ja, starał się powiązać te wszystkie dziwne 

zdarzenia, nie mające pozornie ze sobą nic wspólnego. 

Także później, przez całe popołudnie aż do późnego wieczora Holmes siedział pogrążony w 

rozmyślaniach, tonąc w obłokach dymu. 

Tuż przed kolacją otrzymał dwie depesze. 

Pierwsza brzmiała: 

 

background image

 

Doniesiono mi w tej chwili

, że Barrymoore jest w zamku Baskervilów. 

A druga: 

Byłem,  według  polecenia,  w  dwudziestu  trzech  hotelach.  Ze  smutkiem  donoszę,  że 

nigdzie nie znalazłem pociętej stronicy „Timesa". 

Cartwright 

— 

I tak zerwały się dwie nici, które mieliśmy w rękach, Watsonie. Najbardziej intryguje mnie 

zawsze sp

rawa, w której wszystko obraca się przeciwko mnie. Musimy teraz szukać innego tropu. 

— 

Pozostaje nam jeszcze dorożkarz, który wiózł szpiega. 

— 

Tak.  Telegrafowałem  do  głównego  biura  policji  z  pytaniem  o  jego  nazwisko  i  adres.  Nie 

zdziwiłbym się, gdyby to była właśnie odpowiedź — dodał, gdy rozległ się głos dzwonka. 

Okazało się. że los zestal nam więcej, niż odpowiedź — do pokoju wszedł dorożkarz we własnej 
osobie. 
— 

Otrzymałem zawiadomienie, z biura głównego, że jakiś obywatel, mieszkający w tym domu, 

dowiad

ywał się o numer 

2704  — 

powiedział  —  Od  siedmiu  lat  powożę  dorożką  i  dotąd  nikt  nie  skarżył  się  na  mnie. 

Przyszedłem więc prosto z remizy, ażeby mi pan powiedział prosto w oczy, co pan ma przeciwko 
mnie. 
— Nie mam nic przeciwko panu, mój przyjacielu — 

odparł Holmes — Przeciwnie mam dla pana 

dziesięć szylingów, jeżeli odpowie mi pan szczerze na wszystkie pytania. 
— 

Oho, będę miał dobry dzień — rzekł dorożkarz szczerząc zęby w szerokim uśmiechu — A co 

pan chce wiedzieć? 
— 

Przede  wszystkim  jak  się  pan  nazywa i gdzie mieszka, na wypadek, gdybym pana znów 

potrzebował. 
—  Jan Clayton. 

Turpey  Street  3.  Moja  dorożka  jest  z  remizy  Shipley,  w  pobliżu  dworca 

Waterloo. Sherlock Holmes zanotował te szczegóły, 
— A teraz, Clayton, niech mi pan powie, co pan wie o podró

żnym, który uważnie obserwował 

ten dom o dziesiątej rano, a potem jechał za dwoma panami wzdłuż Regent Street. 

Na twarzy dorożkarza odmalowało się zdziwienie i pewne zakłopotanie. 
— 

Nie widzę potrzeby opowiadania panu rzeczy, które są panu równie dobrze znane, jak mnie — 

odrzekł — Dodam tylko, że ów mężczyzna powiedział mi, iż jest agentem tajnej policji i zabronił 

mówić o tym komukolwiek. 
— 

Mój przyjacielu, sprawa jest bardzo poważna i może się pan narazić na duże przykrości, jeżeli 

będzie pan przede mną cokolwiek ukrywał. Mówi pan zatem, że ten mężczyzna przedstawił się 
jako agent tajnej policji? 
— Tak jest. 
— 

Kiedy to powiedział? 

— 

Wysiadając z dorożki, 

— 

Czy powiedział jeszcze coś więcej? 

— 

Wymienił swoje nazwisko. 

Holmes rzucił na mnie triumfujące spojrzenie. 
— 

A... Wymienił swoje nazwisko? To było nieostrożne. Jak ono brzmi? 

— Sherlock Holmes — 

odpowiedział dorożkarz. 

Chyba nigdy jeszcze nic tak bardzo nie zbiło z tropu mojego przyjaciela, jak tu odpowiedź. Przez 

chwilę siedział jak osłupiały, po czym parsknął śmiechem. 

 

background image

 

— 

Watsonie, świetnie wycelował. I mnie trafił — powiedział w końcu. — Czuję przed sobą broń 

równie  szybką  i  giętką,  jak  moja.  Odniósł  tym  razem  zwycięstwo.  A  więc  mówi  pan,  że  ten 

mężczyzna nazywa się Sherlock Holmes? — zwrócił się do dorożkarza. 
— 

Tak jest proszę pana, tak się nazywa. 

— 

Kapitalna historia! Proszę mi opowiedzieć, gdzie wsiadł do dorożki i wszystko, co się potem 

działo. 
— 

Wsiadł  do  mojej  dorożki  o  wpół  do  dziesiątej  na  Trafalgar  Square.  Powiedział,  że  jest 

agentem tajnej po

licji  i  obiecał  mi  dwie  gwinee,  jeśli  będę  przez  cały  dzień  spełniał  jego 

wszystkie  polecenia  i  u  nic  nie  zapytam.  Oczywiście  zgodziłem  się  na  to  bardzo  chętnie. 

Pojechaliśmy  najpierw  przed  hotel  Northuberland  i  tam  czekaliśmy  dopóki  nie  wyszli  dwaj 
panowi

e, którzy zaraz wsiedli do jakiejś dorożki. 

Potem jechaliśmy znów za tą dorożką, dopóki nie zatrzymała się gdzieś tu w pobliżu. 
— 

Przed moją bramą — rzeki Holmes. 

— 

Nie jestem tego pewien, ale zdaje mi się, że mój pasażer dobrze wiedział dokąd tamci jadą. 

Powlekliśmy  się  później  stępa  może  do  połowy  ulicy  i  czekaliśmy  tam  z  półtorej  godziny. 

Wreszcie  ci  dwaj  panowie  minęli  nas  pieszo,  a  my  pojechaliśmy  znów  za  nimi  wzdłuż  Baker 
Street i dalej... 
— Wiem — 

przerwał Holmes. 

— 

Aż przejechaliśmy tak ze trzy czwarte Regent Street. Nagle mój pasażer otworzył z trzaskiem 

okienko  i  krzyknął,  żebym  pędził  co  koń  wyskoczy na dworzec Waterloo. Zaciąłem klacz i w 

niespełna dziesięć minut byliśmy na miejscu. Gdy wysiadł, zapłacił mi obiecane dwie gwinee i 

wszedł na dworzec. Ale, wysiadając, odwrócił się i rzekł do mnie: „Jeśli to pana interesuje, woził 

pan Sherlocka Holmesa'". W ten sposób dowiedziałem się jak się nazywa. 
— 

Rozumiem. I już go pan więcej nie widział? 

— 

Nie, nie widziałem. 

— 

A mógłby mi pan opisać, jak pan Sherlock Holmes wygląda? 

Dorożkarz poskrobał się w głowę. 

— 

Nie tak łatwo go opisać. Dałbym mu ze czterdzieści lat, jest średniego wzrostu może o dwa 

lub trzy cale niższy od pana. Był elegancko ubrany, miał czarną, prosto przystrzyżoną brodę i był 

bardzo blady. Nic więcej nie potrafię powiedzieć. 
— A kolor jego oczu? 
— 

Nie wiem, nie zauważyłem. 

— 

Nie pamięta pan żadnego innego szczegółu? 

— 

Nie, proszę pana. 

— 

Oto  pańskie  10  szylingów.  A  dostanie pan dwa razy więcej, jeśli przyniesie mi pan więcej 

wiadomości. Dobranoc. 
— 

Dobranoc panu i dziękuję. 

Jan  Clayton  wyszedł  z  miną  wielce  zadowoloną,  a  Holmes  zwrócił  się  do  mnie,  wzruszając 

ramionami i żałośnie się uśmiechając. 
— 

Tak pękła nasza trzecia nić i nie posunęliśmy się ani o krok naprzód — powiedział — Co za 

przebiegły  drań!  Znal  numer  naszego  domu,  wiedział,  że  Henryk  Baskerville  radził  się  mnie, 

zauważył na Regent Street. kun jestem, wywnioskował, że zauważyłem numer dorożki — a więc 

mogę odszukać woźnicę — i dlatego tak sprytnie podszył się pode mnie. Watsonie, mówię ci, że 

tym razem mamy godnego nas przeciwnika. Zaszachował mnie zupełnie w Londynie. Życzę ci 

więcej szczęścia w Devonshire. Ale wcale nie jestem spokojny. 

 

background image

 

— O co? 
—  O ciebie. To paskudna historia. Paskudna, Watsonie i niebezpieczna, 

a im lepiej ją poznaję, 

tym bardziej mi się nie podoba. Tak, mój drogi, śmiej się ze mnie, ale daję ci słowo, że bardzo się 

ucieszę, gdy cię znów ujrzę zdrowego i całego tu w tym pokoju. 

 

 

Baskerville Hall 

Sir Henryk Baskerville i doktor Mortimer umówionego dnia punktualnie przybyli na 

dworzec i zgodnie z umową, pojechaliśmy do Devonshire. Sherlock Holmes odprowadził mnie i 

po drodze dawał ostatnie zalecenia. 
— 

Nie  będę  ci  zwracał  głowy  wykładaniem  swoich  teorii  ani  zwierzaniem  się  ze  swoich 

podejrzeń — mówił — chcę tylko, żebyś pisał o wszystkim z najdrobniejszymi szczegółami, a 

mnie pozostawił wyciąganie wniosków. 
— 

Co cię interesuje? — spytałem. 

— 

Wszystko, co może mieć jakikolwiek, choćby pośredni, związek z tą sprawą. Zwłaszcza zaś 

pisz mi, jak ułożą się kontakty młodego Baskervilla z sąsiadami i wszystko, co tylko będziesz 

mógł się jeszcze dowiedzieć nowego o śmierci sir Karola. W ostatnich dniach przeprowadziłem 

sam małe śledztwo, niestety, bez rezultatu. Tylko jedna rzecz wydaje mi się pewna — pan Jakub 

Desmond, najbliższy spadkobierca, jest starszy i nie ma z tym nic wspólnego. Sądzę, że możemy 

wyłączyć go zupełnie z kręgu podejrzanych. Pozostają wiec tylko te osoby, które stanowić będą 

bezpośrednie otoczenie sir Henryka. 
— 

Czy nie byłoby dobrze pozbyć się przede wszystkim małżeństwa Barrymore? 

— 

W  żadnym  wypadku!  Popełniłbyś  największy  błąd.  Jeśli  są  niewinni,  byłoby  to  bardzo 

niesprawiedliwe, a jeśli są winni, stracilibyśmy jakąkolwiek możliwość udowodnienia im tego. 

Nie, nie, zachowamy ich na liście podejrzanych. Oprócz nich jest w zaniku, jeśli się nie mylę, 

stangret,  a  ponadto  na  bagnistej  równinie  mieszka  dwóch  dzierżawców.  W  bezpośrednim 

sąsiedztwie  mieszka  nasz  przyjaciel,  doktor  Mortimer,  który,  moim  zdaniem,  jest  z  gruntu 

uczciwy i jego żona, o której nic nie wiemy. Dalej mieszka przyrodnik Stapleton i jego siostra, 

podobno  bardzo  piękna.  Jest  pan  Frankland  z  Latter  Hall,  człowiek  nam  również  nieznany,  i 

jeszcze dwóch czy trzech sąsiadów. Tych wszystkich ludzi musisz mieć na oku. 
— 

Zrobię, co tylko będzie w mojej mocy. 

— 

Zabrałeś broń? 

— 

Zabrałem. Sądzę, że może mi się przydać. 

— 

Niewątpliwie.  Pamiętaj,  żebyś  dniem  i  nocą  miał  rewolwer  pod  ręką,  i  ani  na  chwilę  nie 

zapominaj o wszystkich środkach ostrożności. 

Nasi przyjaciele zajęli już przedział pierwszej klasy i czekali na nas na peronie. 
— 

Nie, nie mamy żadnych nowych wiadomości dla pana — odparł doktor Mortimer na pytanie 

Sherlocka Holmesa. — 

Mogę tylko pana najuroczyściej zapewnić, że przez ostatnie dwa dni nikt 

nas nie śledził. Ilekroć wychodziliśmy, rozglądaliśmy się uważnie i na pewno zauważylibyśmy 
szpiega. 
— 

Przypuszczam, że byli panowie cały czas razem. 

— 

Z wyjątkiem wczorajszego popołudnia. Podczas każdego pobytu w mieście poświęcam jeden 

dzień wyłącznie na rozrywki, tym razem byłem w muzeum Akademii Chirurgicznej. 
— 

A ja poszedłem do Hyde Parku popatrzeć na elegancki świat — rzekł sir Baskerville — Ale 

nic się nie wydarzyło, nie mieliśmy żadnej nadzwyczajnej przygody. 

 

background image

 

— 

Niemniej postąpiliście panowie bardzo nierozsądnie — powiedział poważnym tonem Holmes, 

kręcąc głową. — Bardzo pana proszę, sir Henryku, aby nie chodził pan nigdzie sam, jeśli nic chce 

się pan narazić na wielkie nieszczęście. Czy znalazł pan drugi but? 
— 

Nie, przepadł na wieki. 

—  Doprawdy? To ciekawe. No, to do widzenia! — 

dodał, gdy pociąg zaczął powoli ruszać. — 

Sir  Henryku,  niech  pan  zapamięta  sobie  dobrze  to  zdanie  z  ponurej,  starej  legendy,  która 

przeczytał nam doktor Mortimer, nakazujące unikać moczarów w nocy, kiedy panuje moc złego 

ducha. Wyjrzałem przez, okno wagonu na peron, od którego oddaliliśmy się szybko i dostrzegłem 

wysoką, imponująca postać Holmesa, stojącego nieruchomo i patrzącego na odjeżdżający pociąg. 

Podróż minęła szybko i przyjemnie. Poznałem bliżej moich towarzyszy podróży, a także wyżła 
doktora Mor

timera. Po kilku godzinach jazdy kolor ziemi zmienił się zupełnie - z brunatnej stała 

się czerwona, granit zastąpił glinę. Rudawe krowy pasły się na bujnych łąkach, świadczących o 

żyźniejszej, choć wilgotniejszej glebie. 

Młody Baskerville z zainteresowaniem patrzył przez okno i wydawał okrzyki zachwytu na widok 
znanych krajobrazów. 
— 

Od wyjazdu z Anglii zwiedziłem kawał świata, ale niech mi pan wierzy, doktorze Watson — 

zwrócił się do mnie — nigdzie nie widziałem nic równie pięknego. 
— 

Nie  zdarzyło  mi  się  spotkać  mieszkańca  Devonshire,  który  nie  byłby  zakochany  w  swoim 

hrabstwie. 
— 

To zależy zarówno od pochodzenia danej osoby, jak i od hrabstwa — rzekł doktor Mortimer. 

— 

Jeden  rzut  oka  wystarczy,  by  poznać  u  naszego  przyjaciela  zaokrągloną  celtycką  czaszkę  z 

silnie  rozwiniętymi  znamionami  entuzjazmu  i  przywiązania  do  ziemi.  Biedny  sir  Karol  miał 

czaszkę bardzo rzadkiego typu, na wpół galijskiego, na wpół irlandzkiego. Pan, sir Henryku, gdy 

widział ostatni raz Baskerville Hall, był chyba jeszcze bardzo młody? 
— 

Miałem niewiele więcej niż trzynaście lat, gdy umarł mój ojciec, a w zamku nigdy nie byłem, 

ponieważ  mieszkaliśmy  w  niewielkiej  willi  na  południowym  wybrzeżu  Anglii.  Stamtąd 

pojechałem  prosto  do  przyjaciela  w  Ameryce.  Zapewniam  pana,  że,  podobnie  jak  dla  doktora 

Watsona,  ta  okolica  jest  dla  mnie  równie  nieznana  i  bardzo  chciałbym  zobaczyć  tę  bagnistą 

równinę. 
— 

Naprawdę? Nie będzie pan długo na to czekał, bo widać. Już jej początek — odrzekł doktor 

Mortimer wskazując przez okno. 
W dali, nad zielonymi pola

mi i skrajem nisko położonego lasu wznosiło się szare, melancholijne 

wzgórze,  z  dziwacznie  poszczerbionym  szczytem,  rysującym  się  niewyraźnie.  Jak  we  śnie. Sir 

Baskerville milczał, wpatrując się w krajobraz, a na jego ruchliwej twarzy widziałem jak silne 
w

rażenie  wywierał  na  nim  widok  tej  ziemi,  na  której  jego  przodkowie  panowali  od  wieków  i 

pozostawili po sobie niezatarte ślady. 

Siedział  na  wprost  mnie,  wtulony  w  kąt  zwykłego  wagonu  kolejowego,  ubrany  w  popielaty 

garnitur, mówił z silnym amerykańskim akcentem, a jednak, gdy spoglądałem na jego energiczną 

i  wyrazistą  twarz,  czułem  bardziej  niż  ktokolwiek  inny,  że  jest  potomkiem  potężnego  rodu. 

Duma, waleczność i siła malowały się na gęstych brwiach, ruchliwym nosie i wielkich, piwnych 

oczach.  Jeżeli  na  tej  dzikiej,  bagnistej  równinie  czekały  nas  jakieś  niebezpieczne  i  ciężkie 

przejścia,  mogliśmy  być  pewni,  że  dla  sir  Henryka  warto  się  narażać,  bo  on  nawet  w 
najtrudniejszej sytuacji nie zawiedzie. 

Wysiedliśmy  na  małej  stacyjce.  Z  drugiej  strony  toru,  za  niską.  białą  barierą,  czekał  na  nas 

powóz.  Nasz  przyjazd  byt  widocznie  ważnym  wydarzeniem,  gdyż  zawiadowca  stacji  i  inni 

 

background image

 

pracownicy  kolei  podbiegli  i  zanieśli  nasz,  bagaż  do  powozu.  Wychodząc  z  budynku  stacji  ze 

zdumieniem spostrzegłem stojących przy drzwiach dwóch żołnierzy, którzy oparci na karabinach 

przyglądali się nam uważnie, gdy ich mijaliśmy. Woźnica, mały, krępy, o surowej twarzy, powitał 

sir  Henryka  Baskervilla  i  w  kilka  minut  później  jechaliśmy  szybkim  kłusem  po  szerokiej, 

białawej  drodze.  Z  obu  stron  ciągnęły  się  żyzne  pastwiska,  spiczaste  dachy  starych  domów 

wyłaniały się spośród gęstych drzew. Za tą cichą, oświetloną promieniami zachodzącego słońca 

wsią,  ponuro  odcinała  się  na  tle  wieczornego  nieba  długa  linia  moczarów,  poprzecinana 
wyszczerbionymi, 

posępnymi wzgórzami. Powóz skręcił w boczną drogę, a polem jechaliśmy w 

górę  stromą  ścieżką,  w  której  przez  wieki  tysiące  kół  wyżłobiły  głębokie  bruzdy.  Z  obu  stron 

puszysty  mech  zaścielał  ziemię,  rozpościerały  się  wachlarze  paproci,  płonęły  w  zachodzącym 

słońcu  pąsowe  jagody  głogu.  Minęliśmy  wąski  granitowy  mostek  i  jechaliśmy  wzdłuż 

hałaśliwego potoku, który pienił się i szumiał w szarym, kamiennym korycie. Zarówno droga jak 

i potok wiły się w dolinie gęsto zarośniętej karłowatymi dębami i jodłami. 

Na każdym zakręcie drogi sir Baskerville z zachwytem rozglądał się dokoła i ciągle o coś pytał 

doktora Mortimera. Wszystko wydawało mu się piękne, ale ja wszędzie widziałem już smutne 

ślady  kończącego  się  lata.  Pożółkłe  liście  zasypywały  ziemie  i  spadały  na  nas  z  poczerniałych 

gałęzi. Turkot kół zamierał, gdy jechaliśmy po tym dywanie. Smutne dary rzucała przyroda pod 

stopy powracającego spadkobiercy Baskervillów. 
— A to co! — 

krzyknął doktor Mortimer. — Spójrzcie! 

Przed  nami  wznosił  się  mały,  zarośnięty  wrzosem  pagórek, niby utworzona przez moczary, 

wrzynająca  się  w  dolinę  ostroga.  Na  szczycie.  Jak  posąg,  siedział  na  komu  groźny  i  ponury 

żołnierz,  gotowy  do  strzału,  z  karabinem,  opartym  o  lewe  ramię.  Strzegł  drogi,  którą  właśnie 

jechaliśmy. 
— Co to znaczy, Perkins? — 

spytał doktor Mortimer. 

Woźnica odwrócił się do nas. 
— 

A to, proszę pana, przed trzema dniami uciekł więzień z Princetown. Postawiono warty na 

wszystkich  drogach  i  stacjach.  Wszędzie  czatują  na  niego,  ale,  jak  dotąd,  zniknął  bez  śladu. 

Dzierżawcy w całej okolicy są wystraszeni, 
— 

Przecież za jakąkolwiek wiadomość o zbiegu każdy z nich dostałby pięć funtów. 

— 

Tak  proszę  pana,  ale  co  znaczy  pięć  funtów  wobec  tego,  że  mogą  być  w  każdej  chwili 

zamordowani.  Bo,  widzi  pan,  to  nie  był  zwykły  więzień.  Ten  człowiek jest zdolny do 
wszystkiego. 
— Kto to jest? 
— Selden, zabójca z Notting Hill. 

Pamiętam doskonale tę zbrodnię, bo w swoim czasie bardzo zainteresowała Holmesa, ze względu 

na niezwykłe okrucieństwo z jakim została popełniona, i na niespotykaną brutalność mordercy. 

Nie skazano go jednak na śmierć, gdyż okrucieństwo było tak wielkie, że poczytalność mordercy 

budziła wątpliwości. 

Powóz  wjechał  na  wzgórze  i  zobaczyliśmy  przed  sobą  bezkresną  bagnistą  równinę,  najeżona 

skalistymi  pagórkami  i  poprzecinaną  urwiskami.  Podmuch  lodowatego  wiatru  przeniknął  nas 

zimnem  do  szpiku  kości.  A  więc  gdzieś  na  tym  pustkowiu  ukrywał  się.  jak  dzikie  zwierzę  w 

norze,  morderca  ziejący  nienawiścią  do  społeczeństwa,  które  go  odtrąciło.  Brakowało  tylko 

wspomnienia  o  nim,  by  uzupełnić  ponure  wrażenie,  wywołane  bezkresną  pustką,  lodowatym 

wichrem i zapadającym coraz szybciej mrokiem. Nawet Baskerville umilkł i szczelniej otulił się 

płaszczem. 

 

background image

 

Wokół nas rozciągały się teraz urodzajne ziemie. Obejrzeliśmy się, chcąc jeszcze raz ogarnąć je 

wzrokiem.  Ukośne  promienie  słońca  pozłacały  wody  potoku,  rzucały  ognisty  blask  na  świeżo 

zaorane pola, na wierzchołki drzew szerokiego skraju lasu. Droga przed nami, biegnąca wśród 

olbrzymich  rudawych  skał,  stawała  się  coraz  dziksza  i  bardziej  stroma.  Od  czasu do czasu 

mijaliśmy kamienne domy. których surowego wyglądu nigdzie nie łagodziły kwiaty czy rośliny. 

Nagle  spostrzegliśmy  kotlinę,  którą  porastały  karłowate  dęby  i  jodły,  pochylone,  z  konarami 

powyginanymi  od  szamotania  się  z  wichrami  i  burzami  przez  setki  lat.  Ponad  wierzchołkami 

drzew widać było dwie wysokie smukłe wieże. Woźnica wskazał na nie batem: 
— Baskerville Hall — 

powiedział. 

Pan  zamku  powstał  i  z  zaczerwienioną  twarzą  przyglądał  się  swojej  przyszłej  siedzibie 
roziskrzonym wzrokiem. Kilka ch

wil  później  stanęliśmy  przed  wzorzystą  żelazną  bramą 

zamkową, 

osadzoną w zniszczonych, popękanych kamiennych słupach, które zdążyły już porosnąć mchem. 

Na słupach widniały kamienne łby dzików — herb Baskervillów. 

Dom odźwiernego był już tylko ruiną z czarnego granitu i rusztowaniem z belek pozbawionych 

dachu,  który  niegdyś  podtrzymywały,  ale  naprzeciwko  stał  nowy,  w  połowie  wykończony 
budynek, pierwszy owoc zebranego w 

Afryce złota sir Karola. 

Przez  bramę  wjechaliśmy  w  aleję,  gdzie  znów  zwiędłe  liście  zagłuszyły  turkot  kół,  a  gałęzie 

starych drzew splatały się nad naszymi głowami, tworząc jakby ciemny tunel. 

Gdy  sir  Baskerville  spojrzał  w  głąb  ponurej  alei,  na  końcu  której,  niczym  widmo,  rysował  się 

zamek, wstrząsnął nim dreszcz. 
— Czy to tutaj? — 

spytał przyciszonym głosem, 

— Nie, nie, cisowa aleja jest z drugiej strony. 

Młody spadkobierca spojrzał wkoło chmurnym wzrokiem. 
— 

Nie dziwię się, że mojego stryja dręczyły złe przeczucia — powiedział po chwili. — Takie 

otoczenie może przerazić każdego człowieka. W ciągu pół roku każę postawić tutaj oraz przed 

samym  zamkiem  lampy  elektryczne  i  zobaczycie  panowie,  jak  tu  się  wszystko  zmieni,  gdy 

zajaśnieją światła. 

Aleja  kończyła  się  obszernym  trawnikiem,  za  którym  ujrzeliśmy  zamek.  W  bladym  świetle 

zamierającego dnia dostrzegłem, że środkowa część zamku tworzyła potężny blok z wystającym 

krużgankiem.  Cała  fasada  zarośnięta  była  bluszczem,  a  tylko  okna  i  kilka  tarcz  herbowych 

przebijało się gdzieniegdzie przez jednostajną, ponurą zieleń. 

Nad  środkową  częścią  zamku  wznosiły  się  dwie  stare,  zębate  wieże,  podziurawione  licznymi 

strzelnicami.  Z  prawej  i  lewej  strony  wież  wznosiły  się  dwa  skrzydła  zbudowane  z  czarnego 

granitu już w nowocześniejszym stylu. Blade światło przebijało przez gęste zasłony okien, a z 
wysokich komi

nów na stromym spiczastym dachu, strzelał w górę wielki słup czarnego dymu. 

— Witaj, sir Henryku! Witaj w zamku Baskerville! 

Z mrocznego krużganka wyszedł wysoki mężczyzna, zbliżył się do powozu i otworzył drzwiczki. 

W żółtym świetle przedsionka rysowała się postać kobiety, która również podeszła do powozu i 

pomagała mężowi zdejmować nasze bagaże. 
— 

Nie będzie mi pan miał za złe, sir Henryku, że pojadę już do domu? — powiedział doktor 

Mortimer - 

Żona na mnie czeka. 

— Jak to, nie zostanie pan na obiedzie? 
— 

Nie, muszę jechać, z pewnością czeka na mnie w domu robota. Chętnie bym został, żeby pana 

oprowadzić po zamku, ale Barrymore będzie lepszym ode mnie przewodnikiem. Do widzenia! A 

 

background image

 

jeżeli tylko będę mógł być panu w czymś potrzebny, niech się pan nie waha przystać po mnie o 

każdej porze dnia i nocy. 

Turkot kół powozu wiozącego doktora zamilkł w oddali. Weszliśmy do przedsionka, a ciężkie 

drzwi  zamknęły  się  za  nami  z  głuchym  łoskotem.  Znaleźliśmy  się  w  obszernej,  wysokiej 

komnacie,  której  sufit  podtrzymywały  ciężkie  i  poczerniałe  z  biegiem  lat  dębowe  belki.  Na 

wielkim,  staroświeckim  kominku  płonął  ogień.  Zbliżyliśmy  się  do  niego  z  sir  Henrykiem,  aby 

ogrzać ręce skostniałe podczas długiej jazdy. Rozglądaliśmy się ciekawie dokoła, przyglądaliśmy 

się  wysokim,  wąskim  oknom  o  stałych  różnokolorowych  szybach,  dębowym  boazeriom,  łbom 

rogaczy i tarczom herbowym, zawieszonym na ścianach — całemu temu smutnemu i ponuremu 

otoczeniu, na które padało przyćmione światło lampy zawieszonej na suficie. 
— 

Tak właśnie wyobrażałem sobie zamek — odezwał się sir Henryk. — Czy to nie wygląda jak 

obraz starej siedziby rodzinnej? I pomyśleć, że to ten sam gmach, w którym przez pięćset lat żyli 

moi przodkowie! Już sama ta myśl nastraja mnie podniośle. 

Rozglądał  się  dokoła,  a  jego  twarz  rozjaśniła  się  młodzieńczym  zachwytem.  Światło  padało 

prosto na jego postać, ale po ścianach rozwłóczyły się długie cienie, tworząc ponad nim i za nim 
jakby czarny baldachim. 

Barrymore  zaniósłszy bagaże do naszych pokoi, powrócił i stał przed nami w pełnej szacunku 

postawie  wielkopańskiego  sługi.  Był  to  mężczyzna  o  nieprzeciętnym  wyglądzie,  wysoki, 

przystojny, z czarną przystrzyżona brodą i bladą twarzą o szlachetnych rysach. 
— 

Czy każe pan zaraz podać obiad? 

— A czy jest gotowy? 
— 

Za kilka minut może być na stole - Gorącą wodę znajdą panowie w swoich pokojach. Moja 

żona i ja chętnie pozostaniemy u pana — dodał, zwracając się do sir Henryka — dopóki pan nie 

wyda innych zarządzeń - Ale pan sam rozumie, że wobec nowych warunków potrzebna będzie 
znacznie licz

niejsza służba. 

— Wobec jakich nowych warunków? 
— 

Chcę przez to powiedzieć, że sir Karol prowadził samotne życie i wystarczały mu dwie osoby 

służby. Pan zaś, co jest zupełnie naturalne, będzie pragnął towarzystwa, a to spowoduje zmiany w 

życiu domu. 
— Czy 

mam przez to rozumieć, że zamierzacie mnie opuścić? 

— 

Tylko wówczas, gdyby tak panu było wygodniej. 

— 

Ale przecież już chyba kilka pokoleń waszej rodziny było u nas na służbie? Byłoby mi bardzo 

przykro zaczynać życie tutaj od zrywania starych rodzinnych zwyczajów.  

Wydawało mi się, że dostrzegam ślady pewnego wzruszenia na bladej twarzy kamerdynera. 
— 

I ja, proszę pana, i moja żona mamy takie same odczucia, ale, mówiąc szczerze, byliśmy oboje 

bardzo przywiązani do sir Karola, a jego śmierć była dla nas strasznym ciosem i sprawiła, że całe 

to otoczenie stało się dla nas niesłychanie przykre. Wydaje mi się. że pozostając tutaj, w zaniku, 

nie odzyskamy już nigdy spokoju ducha. 
— 

Czy macie jakieś plany? 

— 

Sadzę,  ze  zajmiemy  się  handlem.  Dzięki  wspaniałomyślności  sir Karola, posiadamy 

odpowiednie środki. A teraz może panowie pozwolą, że wskażę drogę do pokojów. 

Dokoła przedsionka, w górze, ciągnęła się galeria, na którą z dwóch stron prowadziły schody. Z 

tego miejsca szły dwa korytarze wzdłuż całego gmachu i prowadziły do sypialni. Nasze pokoje 

znajdowały  się  blisko  siebie,  w  tym  samym  skrzydle  zamku.  Były  widocznie  o  wiele 

 

background image

 

nowocześniejsze  od  komnat  środkowej  części  zamku,  a  jasne  obicia  i  licznie  płonące  świece 

zatarły nieco ponure wrażenie, jakie mnie ogarnęło w chwili przyjazdu 

Ale  w  jadalni,  przylegającej  do  przedsionka,  znów  panował  mrok  i  smutek.  Była  to  długa 

komnata  ze  wzniesieniem,  na  którym  dawniej  stawiano  stół  dla  panów  zamku  i  ich  rodzin,  a 

dworzanie  zasiadali  niżej  -  z  jednej  strony  znajdowała  się  galeria dla muzyków. Nad naszymi 

głowami  czarne  belki  przecinały  poczerniały  od  sadzy  sufit.  Szeregi  płonących  pochodni, 

rubaszna wesołość dawnych biesiad wpływały niewątpliwie na złagodzenie posępnego otoczenia, 

ale  dzisiaj,  gdy  tylko  dwaj  dżentelmeni  w  czarnych  garniturach  siedzieli  w  niewielkim  kręgu 

światła, jaki rzucała przysłonięta lampa, głos zniżał się mimo woli, a i budził się niepokój. 

Galeria przodków, którzy w najróżniejszych strojach, od rycerza z epoki królowej Elżbiety aż do 
eleganta z czasów Reg

encji,  patrzyli  na  nas  ze  ścian  onieśmielała  swym  milczącym 

towarzystwem.  Rozmawialiśmy  mało  i  byłem  bardzo  zadowolony,  gdy  obiad  się  skończył  i 

przeszliśmy zapalić do nowoczesnej sali bilardowej. 
— 

Nie  jest  to  wesołe  miejsce  —  odezwał  się  sir  Henryk  —  Przypuszczam,  że  można  się 

przyzwyczaić, ale na razie czuję się tu strasznie nieswojo. Nie dziwię się, że stryj zdziwaczał, 

mieszkając  samotnie  w  takim  domu.  Jeśli  pan  nie  ma  nic  przeciwko  temu,  myślę  że  dobrze 

będzie pójść dzisiaj wcześnie spać. Może jutro rano to wszystko wyda się nam weselsze. 

Przed snem rozsunąłem firanki w oknie, które wychodziło na wielki trawnik. Stojące za nim dwie 

kępy  drzew  poruszały  się,  jęcząc  pod  podmuchami  wiatru.  Zza  rozdartych  w  szalonym  pędzie 

chmur wyłonił się księżyc, w jego bladym świetle dostrzegłem w oddali poszarpane szczyty skał i 

bezkresne ponure moczary. Zasunąłem firanki z uczuciem, że to ostatnie wrażenie było równie 
silne jak poprzednie. 

Ale nie był to koniec. Zmęczenie nie pozwalało mi zasnąć. Kręciłem się niespokojnie na łóżku, w 

oddali  zegar  wydzwaniał  kwadranse,  przerywając  grobową  ciszę  starego  domu.  Nagle,  wśród 

nocnej ciszy, usłyszałem wyraźny, donośny, nie pozostawiający żadnej wątpliwości dźwięk. Był 

to płacz kobiety, stłumiony, dławiący jęk. Taki, jaki tylko beznadziejna rozpacz może wyrwać z 

ludzkiej piersi. Usiadłem na łóżku i zacząłem nasłuchiwać. Dźwięk dobiegał z bliska i pochodził 

na  pewno  z  wnętrza  domu.  Przez  pół  godziny  siedziałem  tak,  uważnie  słuchając,  ale  oprócz 

zegara i szelestu liści bluszczu na murze, nie doleciał mnie już żaden inny odgłos. 

 

 

Państwo Stapleton z Merripit House 

Nazajutrz świeży, pogodny ranek nieco rozproszył posępne wrażenie, jakie wywarł na nas 

zamek Baskerville. Gdy jadłem śniadanie z sir Henrykiem, słonce wpadające przez wysokie okna 

rozjaśniało  kolorowe,  ozdobione  herbami,  szyby.  Ciemne  boazerie  nabierały  słonecznych 

błysków  i  rzeczywiście  trudno  było  wyobrazić  sobie,  że  to  ta  sama  komnata,  która  wczoraj 

nastroiła nas tak posępnie. 
— 

Zdaje mi się, że nie była to wina zamku, tylko nasza — powiedział baronet. — Podróż była 

męcząca, zziębliśmy w powozie i stąd wszystko widzieliśmy w najczarniejszych barwach. Dzisiaj 

jesteśmy wypoczęci, więc patrzymy weselej na świat. 
— 

A jednak nie wszystko można wytłumaczyć zmęczeniem — odparłem — Czy nie słyszał pan, 

na przykład, w nocy kogoś płaczącego? Zdaje mi się, ze to była kobieta. 
— 

A to ciekawe, bo w półśnie zdawało mi się, że słyszę jęk czy płacz, nasłuchiwałem potem 

przez dobrą chwilę, ale ponieważ nic już nie usłyszałem, więc pomyślałem, że mi się śniło. 
— 

A ja słyszałem ten odgłos bardzo wyraźnie i jesieni pewien, że to było łkanie kobiety. 

 

background image

 

— 

Trzeba to od razu wyjaśnić. 

Baskerville zadzwonił i zapytał przybyłego Barrymora, czy coś o tym wie. Patrzyłem uważnie na 

kamerdynera  i  zdawało  mi  się,  że  jego  blada  twarz  pobladła  jeszcze  bardziej,  gdy  usłyszał 
pytanie. 
— 

W całym domu są tylko dwie kobiety — odpowiedział. 

— 

Pomywaczka, która śpi w drugim skrzydle, i moja żona, a mogę pana zapewnić, że ona nie ma 

nic wspólnego z odgłosami, o których pan mówi. 

Jednak  kamerdyner  skłamał.  Po  śniadaniu  spotkałem  panią  Barrymore  na  korytarzu  w  pełnym 

świetle  słońca.  Była  wysoką,  ociężałą  kobietą  o  grubych  rysach  twarzy  i  surowych,  zaciętych 

ustach.  Zdradziły  ją  oczy,  gdy  spojrzała  na  mnie  spod  obrzękłych, zaczerwienionych powiek. 

Więc to ona płakała w nocy i jej mąż o tym z pewnością wiedział. Jednak narażał się i zapewniał, 

że  to  nie  ona,  nie  zwracając  uwagi,  że  te  oznaki  mogły  w  każdej  chwili  ujawnić  prawdę. 

Dlaczego to robił? I dlaczego ona płakała tak rozpaczliwie? Już więc na samym wstępie, dookoła 

tego  bladego,  przystojnego  mężczyzny  o  czarnym  zaroście,  zaczynała  się  tworzyć  ponura  i 
tajemnicza atmosfera. 

To on znalazł zwłoki sir Karola i tylko z jego opowiadania znaliśmy okoliczności poprzedzające 

tą śmierć. A może jednak Barrymore był tym pasażerem, którego widziałem w dorożce, idąc z 

Holmesem  przez  Regent  Street?  Broda  tego  nieznajomego  łudząco  przypominała  brodę 

kamerdynera. Dorożkarz opisał nam wprawdzie swego pasażera, jako mężczyznę raczej niskiego, 

ale takie przelotne wrażenie mogło być błędne. 

Jak wyjaśnić tę sprawę? Oczywiście, przede wszystkim należało pójść do kierownika poczty w 

Grimpen i stwierdzić, czy wysłany z Londynu telegram rzeczywiście został oddany Barrymorowi 

do rąk własnych. Niezależnie od tego, czego się dowiem, będę mógł przynajmniej coś napisać 
Holmesowi. 

Sir  Henryk  zabrał  się  po  śniadaniu  do  przeglądania  rozmaitych  dokumentów,  więc  swobodnie 

mogłem  zrobić  to,  co  postanowiłem.  Po  przyjemnej  czteromilowej  przechadzce  skrajem 

moczarów,  dotarłem  do  małej  wioski,  gdzie  dwa  większe  budynki  wyróżniały  się  z  daleka. 

Jednym z nich była gospoda, drugim — dom doktora Mortimera. 

Kierownik poczty, który był jednocześnie właścicielem sklepiku spożywczego, pamiętał 

doskonale depeszę. 
—  Ta

k  jest,  proszę  pana  —  odpowiedział  zapytany  —  posiałem  pana  telegram  Barrymorowi, 

zgodnie ze wskazówkami. 
— 

A kto go zaniósł? 

— 

Mój  syn...  ten  oto.  Kuba,  czy  oddałeś  w  zeszłym  tygodniu  telegram  panu  Barrymorowi  w 

zamku? 
— 

Tak ojcze, oddałem. 

— 

Do rąk własnych? — zapytałem. 

— 

Był wtedy na strychu, więc nic mogłem mu oddać do ręki, ale dałem depesze pani Barrymore, 

a ona przyrzekła, że natychmiast zaniesie mężowi. 
— 

Czy widziałeś pana Barrymora? 

— 

Nie, proszę pana, mówię przecież, że był na strychu. 

— Skoro g

o nie widziałeś, skąd możesz wiedzieć, że był na strychu? 

— 

Przecież  jego  własna  żona  musi  chyba  wiedzieć  gdzie  jest!  —  wtrącił  kierownik  poczty 

zniecierpliwionym tonem. — 

Czy nie otrzymał depeszy? Jeśli zaszła jakaś pomyłka, to niech pan 

Barrymore sam złoży skargę. 

 

background image

 

Dalsze  pytania  wydały  mi  się  bezcelowe.  Okazało  się  zatem,  że  mimo  wybiegu  Holmesa  nie 

mieliśmy  pewności,  czy  Barrymore  nie  był  w  tym  czasie  w  Londynie.  Przypuśćmy,  że  był  — 

przypuśćmy, że ten sam człowiek, który ostatni widział sir Karola przy życiu, szpiegował nowego 

dziedzica zaraz po jego przyjeździe do Anglii. I co z tego wynika? Wykonywał czyjeś polecenia, 

czy  też  sam  miał  złe  zamiary?  Jaki  miałby  cel  w  prześladowaniu  rodziny  Baskervillów? 

Przypomniało mi się dziwne ostrzeżenie wycięte z wstępnego artykułu „Timesa”. 

Czy było to dzieło Barrymora, czy też kogoś, kto chciał pokrzyżować jego plany? 

Najbardziej  prawdopodobne  było  tłumaczenie  sir  Henryka  —  gdyby  udało  się  rodzinę 

Baskervillów  trzymać  z  dala  od  zamku,  Barrymorowie  mieliby  zapewnioną  stałą  i  wygodną 

siedzibę. 

Ale takie wyjaśnienie nie tłumaczy bynajmniej subtelnego, wytrawnie obmyślonego planu, który 

jakby niewidzialną siecią oplątywał młodego baroneta. Holmes sam przyznał, że wśród licznych 

sensacyjnych  spraw,  jakimi  się  zajmował,  nic  zdarzyła  mu  się  jeszcze  równie  zawikłana. 

Powracając  szarą,  samotną  drogą,  modliłem  się  w  duchu,  żeby  mój  przyjaciel  uwolnił  się  jak 

najszybciej od swoich zajęć i przyjechał zdjąć ze mnie tę ciężką odpowiedzialność. Nagle wyrwał 

mnie z tych rozmyślań szelest kroków, śpieszących za mną i głos wołający mnie po nazwisku. 

Odwróciłem się, sądząc, ze ujrzę doktora Mortimera, lecz, ku swojemu niemałemu zdziwieniu, 

okazało się, że biegł za mną ktoś zupełnie nieznany. 

Ujrzałem mężczyznę średniego wzrostu, chudego blondyna, o wymuskanej, ogolonej twarzy, z 

wystającą  szczęką.  Był  ubrany  w  szary  garnitur  i  słomkowy  kapelusz,  mógł  mieć  około 

trzydziestu, czterdziestu lat. Przez ramię miał przewieszone blaszane pudełko na rośliny, a w ręku 

niósł zieloną siatkę na motyle. 

Przepraszam  bardzo  za  moje  natręctwo  —  rzekł,  gdy  stanął  przede  mną  zadyszany.  —  My, 

mieszkańcy tych moczarów jesteśmy prostymi ludźmi i nic czekamy na oficjalne przedstawienie. 

Przypuszczam, że już pan o mnie słyszał od naszego wspólnego przyjaciela, doktora Mortimera. 

Nazywam się Slapleton, mieszkam w Merripit House. 
— 

Poznałbym  pana  po  siatce  i  blaszanym  pudełku  —  odparłem,  wiedziałem  bowiem,  że  pan 

Stapleton jest przyrodnikiem. 
— 

Ale skąd pan mnie zna? 

— 

Bytem właśnie u Mortimera, gdy pan przechodził przed domem i doktor pokazał mi pana 

przez okno swego gabinetu. 

Ponieważ idziemy tą samą drogą, więc postanowiłem pana dogonić i przedstawić się osobiście. 

Mam nadzieję, że sir Henryk nie jest zbył zmęczony podróżą? 
— 

Nie, bynajmniej, czuje się doskonale, dziękuję panu. 

— 

Obawialiśmy się wszyscy, że po smutnej śmierci sir Karola, nowy baronet nie będzie chciał 

tutaj mieszkać. Co prawda, wiele poświęcenia wymaga od zamożnego człowieka zakopanie się w 

takiej dziurze, ale nie potrzebuję chyba panu mówić, że obecność gospodarza zamku ma wielkie 

znaczenie dla całej okolicy. Przypuszczam, ze sir Henryk nie boi się zabobonów. 
— 

Tak sądzę. 

— 

Pan, oczywiście, zna legendę o piekielnym psie, który jest jakoby plagą rodziny? 

— 

Opowiadano mi ją. 

—  To dziwne, jak tute

jsi  chłopi  są  łatwowierni!  Wielu  z  nich  przysięgnie,  że  widziało  na 

moczarach  to  fantastyczne  zwierzę  —  mówił  z  uśmiechem,  ale  zdawało  mi  się,  że  bierze  tę 

sprawę 

 

background image

 

zupełnie na serio. — Dziwaczna legenda opanowała wyobraźnię sir Karola i nie wątpię, że była 

bezpośrednim powodem jego tragicznej śmierci. 
— W jaki sposób? 
— 

Miał tak bardzo rozstrojone nerwy, że ukazanie się jakiegokolwiek psa mogło mieć fatalny 

wpływ na jego chore serce. Mysie, że rzeczywiście tego wieczora coś zobaczył w cisowej alei. 

Ciągle  obawiałem  się  jakiegoś  nieszczęścia,  bo  byłem  bardzo  przywiązany  do  sir  Karola  i 

wiedziałem, że jest chory. 
— 

A skąd pan wiedział? 

— Od mego przyjaciela, Mortimera. 
— 

Sądzi pan zatem, że jakiś pies ścigał sir Karola i że śmiertelnie go przestraszył? 

— Czy mo

że pan to lepiej wyjaśnić? 

— 

Nie wysnuwałem z tego jeszcze żadnych wniosków. 

— A pan Sherlock Holmes? 

Oniemiałem  przez  chwilę,  gdy usłyszałem to pytanie, ale jedno spojrzenie na obojętną twarz i 

spokojne  oczy  mojego  towarzysza  wystarczyło,  żeby  mnie  przekonać,  że  nie  chciał  mnie 

zaskoczyć. 
— 

Udawanie,  że  pana  nie  znamy  byłoby  bezcelowe,  doktorze  Watson  —  powiedział  znów 

Stapleton.  — 

Wiadomości  o  sukcesach  pana  Holmesa  doszły  i  do  nas,  a  pan  nie  mógł  ich 

rozsławić  sam  nie  zyskując  rozgłosu.  Jeśli  pan  tutaj  jest,  to  znaczy,  że  pan  Sherlock  Holmes 

interesuje się tą sprawą. Nic dziwnego, że jestem ciekaw, co o niej myśli. 
— 

Żałuję, że nie mogę odpowiedzieć na to pytanie. 

— 

A mogę spytać czy on sam zaszczyci nas odwiedzinami? 

— 

Teraz nie może opuścić Londynu. Prowadzi śledztwo w kilku innych ważnych sprawach. 

— 

Jaka szkoda! Może wyjaśniłby wiele spraw, których nic możemy rozgryźć. A jeśli w pańskich 

poszukiwaniach  mógłbym  być  w  czymś  pomocny,  jestem  do  pana  dyspozycji.  Gdybym 

cokolwiek  wiedział  na  temat  pańskich  podejrzeń,  albo  jak  zamierza  pan  prowadzić  śledztwo, 

mógłbym może już nawet teraz w czymś pomóc. 
— 

Zapewniam pana, że jestem tutaj jedynie jako gość mojego przyjaciela, sir Henryka, i że nie 

potrzebuję żadnej pomocy. 
— 

Świetnie!  —  rzeki Stapleton. —  Ma pan całkowitą  rację,  1zachowując  się  ostrożnie  i 

dyskretnie. Zasłużyłem na to za moje nieusprawiedliwione wścibstwo, może pan być pewien, że 

już więcej nie będę wspominał o tej sprawie. 

Doszliśmy do miejsca, z którego wąska, zarośnięta trawą ścieżka, schodziła z drogi i prowadziła 

przez  moczary.  Na  prawo  wznosił  się  skalisty,  stromy  pagórek,  niegdyś  były  tu  widocznie 

kamieniołomy.  Stok  z  naszej  strony  byt  pełen  załomów  i  szczelin,  zarośniętych  paprociami  i 

głogiem. W dali widać było szary słup dymu. 
—  Krótki sp

acer  tą  ścieżką  doprowadzi  nas  do  Merripit  House  —  odezwał  się  Stapleton.  — 

Może zechce pan poświęcić godzinkę. Bardzo chciałbym przedstawić pana siostrze. 

Chciałem  odmówić,  bo  obowiązek  nakazywał  mi  wrócić  do  sir  Henryka.  Lecz  po  chwili 

przypomniałem  sobie  stos  papierów  i  rachunków,  którymi  zawalone  było  jego  biurko. 

Oczywiście nie mogłem mu pomóc w tej pracy. A przecież Holmes polecił mi, żebym starał się 

poznać sąsiadów. Przyjąłem więc zaproszenie Stapletona i skręciliśmy na ścieżkę. 
— 

To  są  dziwne  moczary  —  powiedział,  rozglądając  się  po  falistej  równinie,  przeciętej 

wyszczerbionymi  skalistymi  grzbietami,  które  przybierały  w  oddali  postać  fantastycznych 

 

background image

 

bałwanów morskich. — Nie można się przyzwyczaić do ich widoku. Są tak wielkie, tak dzikie i 
tak tajemn

icze. Nie ma pan pojęcia, jak dziwne niespodzianki się w nich kryją. 

— 

A więc pan dobrze zna te moczary? 

— 

Jestem  tu  dopiero  od  dwóch  lat.  Stali  mieszkańcy  nazwaliby  mnie  nowym  przybyszem. 

Zamieszkaliśmy tutaj wkrótce po osiedleniu się sir Karola w zamku. Ale moje zainteresowania 

zmusiły mnie do zwiedzaniu całej okolicy i zdaje mi się, że niewielu mieszkających tutaj ludzi 

zna ją lepiej ode mnie. 
— Czy to takie trudne? 
— 

Bardzo. Widzi pan na przykład tę wielką równinę na północ, z dziwacznymi wzgórzami w 

środku? 
— 

Widzę, świetne miejsce do konnej przejażdżki. 

— 

Tak  by  się  oczywiście  zdawało,  ale  wielu  ludzi,  którzy  myśleli  tak  jak  pan  przypłaciło  to 

życiem. Czy widzi pan jaśniejsze zielone kępy, rozsiane gęsto po tej równinie? 
— 

Widzę. Są chyba żyźniejsze niż reszta równiny. 

Stapleton roześmiał się. 
— 

To jest wielkie Trzęsawisko Grimpen — powiedział. — Jeden fałszywy krok przynosi tam 

śmierć ludziom i zwierzętom. Wczoraj widziałem, jak wszedł w nie kucyk i już się nie wydostał. 

Przez długi czas jeszcze łeb nieszczęsnego zwierzęcia wystawał nad bagnem, dopóki zupełnie się 

nie zapadł. Nawet podczas wielkiej suszy niebezpiecznie jest tamtędy przechodzić, a po ostatnich 

jesiennych deszczach, to miejsce jest po prostu straszne. Ja jednak potrafię dotrzeć do samego 

środka i wrócić. Do diabła! Oto i drugi nieszczęsny kucyk! 

Cos  brunatnego  rzucało  się  i  szarpało  wśród  zielonego  sitowia.  Kucyk  wyrzucił  w  górę  długi, 

wyprężony w śmiertelnym skurczu kark i po moczarach rozległ się przeraźliwy ryk. Zdrętwiałem 

z przerażenia, mój towarzysz miał widocznie silniejsze nerwy. 
— 

Utonął  —  rzekł  —  Trzęsawisko  już  go  pochłonęło.  Dwa  w  ciągu  dwóch  dni.  a  może  ich 

zginęło znacznie więcej: przyzwyczajają się chodzić tam podczas suszy i me dostrzegają różnicy, 

dopóki trzęsawisko nie pochwyci ich w swoje kleszcze. Straszne miejsce. 
— 

A jednak pan umie je przejść bezpiecznie? 

— 

Umiem. Są tam ze dwie ścieżki, którymi bardzo zwinny człowiek może się przedostać, i ja je 

odnalazłem. 
— Ale po co pan tam chodzi? 
—  Czy widzi pan dalej te pagórki

?  Otóż  są  to  prawdziwe  wyspy,  odcięte  z  biegiem  lat  ze 

wszystkich stron przez morze bagien. Tam znajdują się rzadkie rośliny i motyle, a kto zdoła się 

tam dostać, może zebrać obfite żniwo. 
— 

Któregoś dnia i ja spróbuję szczęścia. 

Stapleton spojrzał zdumiony na mnie. 
— 

Na miłość boską, niech pan porzuci ten pomysł — powiedział. — Pańska krew spadłaby na 

moją  głowę.  Zapewniam  pana,  że  już  by  pan  nic  wrócił.  Mnie  chroni  tylko  to,  że  pamiętam 
dobrze pewne charakterystyczne punkty, nie dostrzegalne dla innych. 
— A to co? — 

zawołałem. — Co to jest. 

Nad  moczarami  uniósł  się  przeciągły  i  stłumiony  pomruk.  Wypełnił  powietrze,  a  mimo  to  nie 

sposób było określić, skąd pochodził. Stopniowo wzmógł się i zamienił w groźny ryk, po czym 

znów przycichł i w końcu ucichł drżącym, przeraźliwym smutnym skowytem. Stapleton spojrzał 
na mnie dziwnym wzrokiem. 
— 

To są tajemnicze moczary! — rzekł. 

 

background image

 

— Ale, co to jest? 
— 

Chłopi powiedzieliby, że to pies Baskervillów domaga się nowej ofiary. Słyszałem ten odgłos 

już ze dwa razy, ale nigdy nie był tak wyraźny. Ze strachem rozglądałem się po rozległej falującej 

równinie,  pokrytej  zielonymi  kępami  sitowia.  Jak  okiem  sięgnąć  nie  było  widać  żywego 

stworzenia, tylko dwa kruki krakały przeraźliwie, bujając się nad nami na trzcinie. 
— 

Przecież  pan,  wykształcony  człowiek,  nie  wierzy  w  podobne  głupstwa  —  spytałem.  —  Co 

pana zdaniem, jest przyczyną tego dziwnego odgłosu'? 
— 

W bagnach odzywają się niekiedy dziwne szmery. Może błoto opada, albo woda się wznosi, 

czy ja wiem. 
— 

Nie, nie, to był głos żyjącej istoty. 

— 

Może. Słyszał pan kiedyś wabienie bąka? 

— Nie, nigdy. 
— 

To  bardzo  rzadki  teraz  ptak  błotny,  w  Anglii  prawie  już  wytępiony,  ale  na  moczarach 

wszystko jest możliwe. Tak... Nie zdziwiłbym się, gdyby mi powiedziano, że ten odgłos, który 

usłyszeliśmy byt krzykiem ostatniego ptaka tego gatunku. 
— 

Jak żyję, nie słyszałem nic tak dziwnego i przerażającego. 

— Tak, to w ogóle niezwykle miejsce. Niech pan spojrzy tam, na ten stok pagórka. Co to jest, jak 

się panu zdaje? 

Cały urwisty stok pokrywały wielkie okrągłe kamienie, było ich co najmniej ze dwadzieścia. 
— 

Czy to są może zagrody dla owiec? 

— 

Nie, to siedziby naszych czcigodnych przodków. W czasach przedhistorycznych moczary były 

gęsto  zaludnione,  a  ponieważ  od  tego  czasu  nikt  tu  nie  mieszka,  wiec znajdujemy budowle 

naszych poprzedników w takim stanie, w jakim je zostawili. Jeżeli jest pan ciekawy, proszę wejść 

do środka, a zobaczy pan jeszcze ogniska i legowiska, 
— 

Ależ to całe miasto. Kiedy było zamieszkane? 

— 

W epoce kamiennej... Dokładnej daty nikt nie zna. 

— 

Czym się wtedy ludzie zajmowali? 

— 

Wypasali bydło na tych stokach i uczyli się wykopywać kruszce, gdy kamienną siekierę zaczął 

zastępować miecz z brązu. Niech pan spojrzy na ten wielki rów w pagórku przed nami. To ślady 
ich pracy. Tak, tak, doktorze Watson, znajdzie pan na tych moczarach wiele dziwnych miejsc... 

Ach, przepraszam pana... chwileczkę... To z pewnością Cyklopides.  

Muszka czy też ćma przeleciała nad nasza ścieżką, Stapleton błyskawicznie rzucił się za nią w 

pogoń. Ku mojemu przerażeniu owad leciał prosto nad wielkie trzęsawisko, a mój nowy znajomy 

nie  zatrzymał  się  nawet  na  chwilę.  Gonił  za  nim,  skacząc  z  kępy  na  kępę  i  wymachując  w 

powietrzu  zielona  siatką,  a  jego  szara  postać  w  tym  urywanym,  zygzakowatym  biegu  także 
przypom

inała jakąś olbrzymią ćmę. 

Stałem, podziwiając niespotykaną zwinność Stapletona i batem się, żeby nic stracił gruntu pod 

nogami  w  grząskim  trzęsawisku,  gdy  nagle  dobiegł  mnie  odgłos  kroków.  Odwróciłem  się  i 

ujrzałem na ścieżce kobietę. Szła od strony, w której słup dymu wskazywał położenie Merripit 

House. Nie wątpiłem, że to panna Stapleton, o której mi mówiono, ponieważ kobiet w okolicy 

było bardzo miało. Pamiętam tez, iż ktoś wspomniał, że siostra przyrodnika jest bardzo piękna. A 

zbliżająca  się  kobieta  była  niewątpliwie  piękna.  Trudno  było  u  większą  różnicę  między 

rodzeństwem — Stapleton miał cerę bezbarwną, jasne włosy i szare oczy, zaś jego siostra była 

najciemniejsza brunetką, jaką kiedykolwiek widziałem w Anglii — smukła, wytworna i wysoka. 

 

background image

 

Miała dumną twarz, o regularnych, posągowych rysach, tak że mogła się wydawać zimna gdyby 

nie zmysłowe usta i cudowne, ciemne, namiętne oczy. 

Była bardzo zgrabna, wykwintnie ubrana, i jej obecność zaskoczyła mnie na pustej ścieżce wśród 

moczarów.  Gdy  odwróciłem  się  jej  wzrok  był  utkwiony w brata, po czym spojrzała na mnie i 

przyspieszyła kroku. Uchyliłem kapelusza i zamierzałem coś powiedzieć, gdy jej słowa zwróciły 

wszystkie moje myśli w innym kierunku. 
— Niech pan wraca! — 

powiedziała. — Natychmiast wraca prosto do Londynu. 

Patrzyłem  na  nią,  ogłupiały  ze  zdumienia.  Jej  oczy  ciskały  we  mnie  błyskawice,  niecierpliwie 

tupała nogą. 
— 

Dlaczego mam wracać? — spytałem, 

— 

Nic  mogę  nic  więcej  powiedzieć  —  mówiła  głosem  stłumionym.  gwałtownym,  z  lekka 

sepleniąc.  —  Ale,  na  miłość  boską,  nich  pan  zrobi  to,  o  co  proszę.  Niech  pan  wraca  i  niech 

pańska noga już nigdy nie postanie na tych moczarach. 
— 

Ależ ja dopiero co przyjechałem. 

— 

Człowieku, człowieku! — zawołała. — Czyż nie może pan pojąć, że ta przestroga ma na celu 

pańskie dobro? Niech pan wraca do Londynu! Wyjedzie jeszcze dziś wieczorem! Uciekaj stąd za 

wszelką cenę! Cicho, mój brat nadchodzi. Ani słowa o tym co mówiłam. O, niech pan patrzy, jaki 

tam śliczny storczyk... Jesteśmy tu, na moczarach, bardzo bogaci w storczyki, ale przyjechał pan 

za późno i już pan nie będzie mógł docenić piękna naszej okolicy. 

Stapleton zaprzestał pogoni i wracał do nas zadyszany i czerwony z wysiłku. 
— Beryl, to ty — 

powiedział. Zdawało mi się, że ton tego powitania nie byt zbyt serdeczny. 

— Zg

rzałeś się bardzo, Janku? 

— 

Tak, goniłem okaz Cykiopulff,. To rzadki owad, a ostatniej jesieni widziałem go tylko kilka 

razy. Jaka szkoda, że nie mogłem go schwytać! 

Mówił obojętnie, ale małe siwe oczka biegały nieustannie od młodej dziewczyny do mnie. 
— W

idzę, żeście się już państwo poznali. 

— 

Tak, mówiłam właśnie sir Henrykowi, że przyjechał za późno i nie będzie już mógł ocenić 

prawdziwej urody moczarów. 
— 

Ach, więc ty bierzesz pana... 

— 

Myślę, że to sir Henryk Baskerville. 

— Nie, nie — 

powiedziałem. — Jestem tylko zwykłym śmiertelnikiem, choć jego przyjacielem. 

Nazywam się doktor Watson. 

Gniew przemknął po jej wyrazistej twarzy. 
— 

W takim razie nasza rozmowa nie miała sensu — rzekła. 

— 

Niewiele mieliście, co prawda, czasu na rozmowę — zauważył jej brat, patrząc tym samym 

badawczym wzrokiem. 
— 

Mówiłam do doktora Watsona. że jest już zbyt późna pora dla storczyków, ale co może go to 

obchodzić, skoro jest tylko chwilowo w naszej okolicy. Ale może wstąpi pan do Merripit House? 

Wkrótce stanęliśmy przed kamiennym domem, który był kiedyś, w dawnych czasach, folwarkiem 

jakiegoś  hodowcy  bydła,  teraz  zaś  został  odbudowany  i  unowocześniony.  Otaczał  go  sad,  ale 

drzewa,  jak  zwykle  wśród  bagien,  były  nędzne  i  skarłowaciałe, więc całe otoczenie wyglądało 
ubogo 

i robiło smutne wrażenie. 

Otworzył nam stary służący, o dziwnej, jakby zasuszonej twarzy. Był ubrany w chłopski strój, 

widocznie  prowadził  tu  gospodarstwo.  Obszerne  pokoje  były  jednak  urządzone  ze  smakiem, 

który  wskazywał  na  staranną  kobiecą  rękę.  Spoglądając  przez  okna  na  ogromne,  usłane 

 

background image

 

kamieniami  moczary,  ciągnące  się  aż  do  widnokręgu,  ze  zdumieniem  pytałem  sam  siebie,  co 

zmusiło  tego  bardzo  wykształconego  człowieka  i  tę  piękną  kobietę  do  zamieszkania  na  takim 
odludziu. 
— 

Dziwi się pan, że wybraliśmy takie miejsce — odezwał się Stapleton, jak gdyby w odpowiedzi 

na  moją  myśl.  —  A  jednak  urządziliśmy  sobie  życie  tak,  że  jesteśmy  szczęśliwi,  nieprawda 
Beryl? 
— 

Zupełnie szczęśliwi — odparła, jednak bez przekonania. 

— 

Prowadziłem szkołę w jednym z północnych hrabstw — rzekł Stapleton. — Dla człowieka o 

moim temperamencie była to nudna i jednostajna praca, ale kontakty z młodzieżą, kształtowanie 

świeżych umysłów, wpajanie w nie własnych poglądów i pojęć miało dla mnie dużo uroku. Nie 

miałem jednak szczęścia. W szkole wybuchła epidemia i trzech chłopców zmarło. To był ciężki 

cios dla mojego zakładu, który przez to zupełnie podupadł, a ja straciłem bezpowrotnie znaczną 

część mojego majątku. Gdyby nie brak kontaktów z młodzieżą, które wiele dla mnie znaczyły, 

mógłbym  żyć  tu  zadowolony.  Zawsze  interesowałem  się  botaniką  i  zoologią,  a  tu  posiadam 

nieograniczone pole działania. Moja siostra zaś kocha przyrodę niemniej niż ja. Mówię to, aby 

odpowiedzieć na pytanie wypisane na pańskiej twarzy, gdy patrzył pan przez okno na moczary. 
— 

Rzeczywiście, myślałem sobie, że pobyt tutaj musi być smutny... Może mniej dla pana niż dla 

pańskiej siostry. 
— O nie, nie, nie jestem tu smutna — 

wtrąciła żywo panna Stapleton. 

— 

Mamy książki, mamy nasze zainteresowania naukowe, wreszcie mamy ciekawych sąsiadów. 

Doktor  Mortimer  jest  bardzo  wykształcony  w  swojej  specjalności,  biedny  sir  Karol  był 

niezrównanym towarzyszem. Znaliśmy go dobrze, nie umiem wypowiedzieć, jak bardzo go nam 

brakuje.  Jak  pan  myśli,  czy  przeszkodzę  sir  Henrykowi,,  jeżeli  odwiedzę  go  po  południu? 

Chciałbym go poznać. 
— 

Sądzę, że będzie bardzo zadowolony. 

— 

A zatem może pan go uprzedzić o moim zamiarze. Pragnęlibyśmy, o ile jest to w naszej mocy, 

ułatwić  mu  wejście  do  nowego  otoczenia.  Czy  chce  pan  pójść  ze  mną  na  górę  i  obejrzeć  mój 

zbiór motyli? Zdaje mi się. że większego nie ma w całej południowej Anglii. Zanim pan skończy 

oglądać motyle, śniadanie będzie gotowe. 

Ale  ja  chciałem  wracać  na  moje  stanowisko.  Ponury  krajobraz,  śmierć  nieszczęsnego  kucyka, 

piekielny  odgłos,  mający  podobno  związek  ze  straszną  legendą  Baskervillów  —  wszystko to 

mnie  niepokoiło.  A  w  dodatku  do  tych  mniej  lub  bardziej  ulotnych  przeczuć,  dołączyła  się 

całkiem jednoznaczna przestroga panny Stapleton, wypowiedziana tak poważnie, że nie miałem 

wątpliwości, iż zmusiły ją do tego jakieś ważne powody.  

Oparłem się wszystkim naleganiom, nie zostałem na śniadaniu, ale ruszyłem zaraz z powrotem tą 

samą ścieżką, którą przyszedłem. Musiała być jednak jeszcze jakaś inna, krótsza ścieżka, znana 
tylko nielicznym, 

gdyż  dochodząc  do  drogi,  zdumiony  spostrzegłem  pannę  Stapleton  siedzącą 

przy drodze na kamieniu. Zadyszana, trzymała dłoń na sercu, jakby chcąc uspokoić jego bicie. 
— 

Biegłam,  jak  tylko  mogłam  najszybciej,  żeby  tu  pana  dogonić  —  powiedziała.  —  Nie 

zdążyłam nawet włożyć kapelusza. Nie mogę zatrzymywać się tu dłużej, bo brat zorientuje się, że 

mnie  nie  ma.  Chciałam  tylko  pana  przeprosić  za  tę  głupią  pomyłkę...  Wzięłam  pana  za  sir 

Henryka. Proszę, niech pan zapomni o tym, co powiedziałam, to pana w ogóle nie dotyczy. 
— 

Ale  ja  nie  mogę  zapomnieć  —  odrzekłem.  —  Jestem przyjacielem sir Henryka, a jego 

bezpieczeństwo bardzo mnie obchodzi. Niech mi więc pani powie, dlaczego tak pani nalegała, 

żeby sir Henryk wrócił do Londynu? 

 

background image

 

—  Kaprys kobiecy, doktorze Watson. Gdy 

mnie pan pozna lepiej, zrozumie pan, że nie zawsze 

potrafię wyjaśnić swoje słowa i czyny. 
— 

Nie, nie. Pamiętam jak drżał pani głos. Pamiętam spojrzenie pani oczu. Błagam panią, niech 

pani będzie ze mną szczera, bo od przyjazdu w te strony czuję, że otacza mnie jakaś tajemnica. 

Życie tutaj stało się podobne do lego wielkiego trzęsawiska, jest usiane zielonymi kępami, gdzie 

śmierć  czyha  na  człowieka,  a  nigdzie  nie  ma  przewodnika,  który  wskazałby  właściwą  drogę. 

Niech mi pani zatem powie, co miało znaczyć to ostrzeżenie, a przyrzekam, że powtórzę je sir 
Henrykowi. 

Wahała się przez chwilę, ale jej twarz zaraz przybrała stanowczy wyraz, a oczy patrzyły chłodno. 
— 

Przywiązuje  pan  do  moich słów zbyt wielką wagę — odpowiedziała. — Śmierć sir Karola 

była dotkliwym ciosem dla mojego brata i dla mnie. Łączyły nas bardzo zażyłe stosunki, a droga 

przez moczary do naszego domu była jego ulubioną przechadzką. Był głęboko przejęty klątwą, 

ciążącą nad całym rodem, nic dziwnego, że po tej tragicznej śmierci zaczęłam wierzyć, iż jego 

obawy  były  uzasadnione.  Stąd  mój  strach,  gdy  dowiedziałam  się.  że  przybywa  do zamku inny 

członek rodziny 

Baskervillów i uważałam za swój obowiązek ostrzec go o niebezpieczeństwie, jakie mu grozi. 

Tylko to miałam na myśli. 
— Ale na czym polega to ni

ebezpieczeństwo? 

— 

Słyszał pan opowieść o psie? 

— 

Nie wierzę w takie głupstwa. 

— 

Ale ja wierze. Jeżeli ma pan jakikolwiek wpływ na sir Henryka, niech go pan zabierze z tego 

miejsca,  które  zawsze  przynosiło  nieszczęście  jego  rodzinie.  Świat  jest  ogromny.  Dlaczego sir 

Henryk ma pozostać tutaj, gdzie grozi mu niebezpieczeństwo? 
— 

Dlatego właśnie, że mu grozi. Taka już jest natura sir Henryka. Obawiam się, że o ile pani nie 

wyjaśni mi tego dokładniej, nie nakłonię go do wyjazdu. 
— 

Nie mogę panu nic więcej powiedzieć, bo nic więcej nie wiem. 

— 

Chciałbym zadać pani jeszcze jedno pytanie. Jeśli rzeczywiście nie chce pani przede mną nic 

ukryć,  to  dlaczego  nie  chciała  pani,  aby  brat  wiedział,  o  czym  mówiliśmy  na  ścieżce,  gdy  się 

spotkaliśmy? Nie było w tym nic takiego, co trzeba ukrywać przed nim lub kimś innym. 
— 

Mój  brat  bardzo  chce,  żeby  zamek  był  zamieszkany,  gdyż  uważa,  że  wymaga  tego  dobro 

ubogich mieszkańców tej okolicy. Gniewałby się bardzo, gdyby wiedział, że powiedziałam coś 

takiego, co mogłoby skłonić sir Henryka do wyjazdu. Ale, spełniłam już swój obowiązek i nic 

więcej nie powiem. Muszę wracać, inaczej brat zorientuje się, że mnie nie ma i domyśli się, że 

rozmawiałam z panem. Do widzenia! 

Zawróciła i chwilę później znikła pośród rozrzuconych skalnych odłamków, gdy ja, pełen obaw, 

szedłem do Baskerville Hall. 

 
 

Pierwszy raport doktora Watsona 

Odtąd  będę  śledził  bieg  wypadków,  przepisując  leżące  przede  mną  moje  listy  do  Sherlocka 
Holmesa. Brakuje mi jednej kartki, ale reszta jest starannie przepisana, i 

pokazuje  dokładniej 

moje ówczesne odczucia i podejrzenia niż pamięć, chociaż zachowałem niezatarte wspomnienie 
tych tragicznych wypadków. 
 

Baskerville Hall, 13 października 

 

background image

 

Mój drogi Holmesie! 

Moje  poprzednie  listy  i  depesze  poinformowały  cię  dokładnie  o  wszystkim,  co  się  dotąd 

wydarzyło  w  tym  zapomnianym  przez  Boga  miejscu.  Im  dłużej  człowiek  tu  żyje,  tym  silniej 

działa na niego ponura atmosfera moczarów, tym więcej strachu budzi ich bezkresny obszar i ich 

przerażający urok. Gdy się tu dotrze, znika gdzieś obraz współczesnej cywilizacji, pojawiają się 

natomiast  wszędzie  siedziby  przedhistorycznych  ludzi.  Gdzie  byś  nie  stanął,  wszędzie  widzisz 

ślady tych zapomnianych pokoleń, ich groby i olbrzymie bloki skalne, które zdaje się, oznaczają 

miejsca, gdzie były ich świątynie. 

Patrząc na te szare, kamienne chaty, oparte o urwiste stoki pagórków, zapominasz o czasach, w 

jakich  żyjemy,  a  gdybyś  nagle  ujrzał  odzianego  w  skórę,  zarośniętego  człowieka,  który 

wyczołguje  się  z  niskiego  wejścia  i  zakłada  na  tuk  strzałę,  zakończoną  krzemiennym  grotem, 

zdawałoby  ci  się.  że  jego  obecność  tutaj  jest  bardziej  naturalna,  niż  Twoja.  Można  się  tylko 

dziwić,  dlaczego  nasi  przedhistoryczni  przodkowie  osiedlili  się  tak  licznie  na  ziemi,  która 

niewątpliwie zawsze była nieurodzajna. Nie jestem archeologiem, ale przypuszczam. że było tu 

jakieś pokojowo usposobione plemię, które po klęsce musiało zamieszkać tam. gdzie nikt inny 

nić  chciał.  Nie  ma  to  jednak  nic  wspólnego  z  zadaniem,  które  mi  zleciłeś  i  nie  zainteresuje 
prawdopodobnie Twoj

ego praktycznego umysłu. Dobrze pamiętam, że jest ci obojętne czy ziemia 

obraca się wokół słońca, czy leż na odwrót. Wracam więc do wydarzeń, dotyczących Henryka 

Baskervilla.  Nie  pisałem  dotychczas  tylko  dlatego,  że  nie  miałem  o  czym.  Ale  wydarzyło  się 

właśnie coś, o czym powinieneś wiedzieć. 

Najpierw jednak muszę poinformować Cię o innych szczegółach dotyczących sprawy, którą się 

zajmujemy. Po pierwsze na moczarach ukrywa się zbiegły więzień. Prawdopodobnie opuścił już 

te strony, i to uspokoiło mieszkańców tego pustkowia. Minął już tydzień od jego ucieczki, i przez 

ten czas nikt go nie widział ani o nim nie słyszał. Jest niemożliwe, żeby wytrzymał tak długo na 

moczarach. Mógłby się bez problemu ukryć w którejkolwiek z kamiennych chat, ale nie miałby 

co jeść, chyba, że schwytałby i zarżnął jednego z pasących się na stokach gór baranów. Sądzimy 

więc, że stąd uciekł, a okoliczni dzierżawcy są przez to spokojniejsi. 

W zamku jest czterech mężczyzn, zdolnych obronić się w razie potrzeby, ale przyznam, że byłem 
nie

spokojny,  na  myśl  o  Stapletonach.  Mieszkają  na  zupełnym  pustkowiu,  trzymają  tylko  dwie 

osoby służby, a sam Stapleton nie grzeszy siłą. Byliby więc wraz z siostrą zupełnie bezbronni w 

rękach  takiego  okrutnego  bandyty,  jak  ów  zbieg  z  Notting  Hill,  gdyby  się  do  nich  dostał.  Sir 

Henryk był tym zaniepokojony nie mniej niż ja i zaproponował, że Perkins, jego stangret, będzie 

u  nich  nocował.  Stapleton  jednak  nie  chciał  o  tym  słyszeć.  Troskliwość baroneta wynika też i 

stąd.  że  nasz  przyjaciel  zaczyna  interesować  się  piękną  sąsiadką.  Nic  dziwnego,  dla  tak 

energicznego człowieka jak on czas na tym dzikim pustkowiu wlecze się, a panna jest czarująca. 

Ma jakiś egzotyczny urok, płynie w niej gorąca południowa krew, co stanowi dziwny kontrast z 

chłodem i obojętnością jej brata. Ale i w nim chyba płynie gorąca krew. Ma widocznie wielki 

wpływ na siostrę. Zauważyłem, że rozmawiając, panna Stapleton ciągle spogląda na niego. Jakby 

szukała  uznania  dla  swoich  słów.  Metaliczny  błysk  w  jego  oczach,  zacięte  wąskie  wargi, 

pokazują stanowczy, a może nawet bezlitosny charakter. Na pewno by Cię zainteresował.  

Odwiedził Baskervilla już pierwszego dnia, a nazajutrz rano zaprowadził nas obu tam gdzie, jak 

utrzymują, wzięła początek legenda o okrutnym Hugonie. Szliśmy kilka mil przez moczary do tak 

ponurego miejsca, że rzeczywiście mogła tu powstać ta straszna opowieść. 

Stanęliśmy  między  urwiskami,  u  wejścia  do  krótkiego  wąwozu,  który  prowadzi  na  małą, 

zarośniętą  trawa  polankę.  Na  środku  polanki  sterczą  dwa  wielkie  głazy,  o  wierzchołkach  tak 

 

background image

 

ostrych  i  spiczastych,  że  wyglądają,  jak  olbrzymie  kły  jakiegoś  żarłocznego  potwora.  Całe 

otoczenie dokładnie przypomina miejsce legendarnej tragedii. 

Sir Henryk z wielkim zainteresowaniem rozglądał się dokoła i niejednokrotnie pytał Stapletona, 
czy wier

zy,  że  siły  nadprzyrodzone  wpływają  na  rzeczywistość.  Mówił  wesołym  głosem,  lecz 

było widać, że bierze sprawę poważnie. Stapleton odpowiadał powściągliwie, ale łatwo można 

było  dostrzec,  że  nie  mówi  wszystkiego,  i  nie  chce  jasno  odpowiedzieć,  aby  nie  niepokoić 

baroneta.  Opowiedział  nam  kilka  przypadków  prześladowania  rodzin  przez  nieznane  siły  i 

zostawił wrażenie, że, ogólnie rzecz biorąc, wierzy w legendę. 

Wracając wstąpiliśmy na śniadanie do Merripit House i tu sir Henryk poznał pannę Stapleton. Od 
pierws

zej chwali wywarła na nim wielkie wrażenie i sadzę, że się nie mylę, pisząc, iż było to 

wzajemne. Gdy wracaliśmy do domu ciągle o niej mówił, a teraz prawie nie ma dnia, abyśmy się 

nie  widzieli  się  z  bratem  i  siostrą.  Dziś  są  tu  na  obiedzie.  a  w  przyszłym  tygodniu my mamy 

podobno być u nich. 

Należałoby  przypuszczać,  że  Stapleton  powinien  być  zadowolony  z  perspektywy  takiego 

małżeństwa,  tymczasem  nie  raz  zauważyłem  wyraz  wielkiego  niezadowolenia  na  jego  twarzy, 
gdy sir Henryk w jakikolwiek sposób okazuje zai

nteresowanie jego siostrą. Stapleton jest do niej 

niewątpliwie bardzo przywiązany, bo gdyby jej zabrakło prowadziłby bardzo samotne życie, ale 

byłby znów największym egoistą, gdyby z tego powodu nie dopuścił do tak świetnego dla niej 

małżeństwa. Jestem pewien, ze Stapleton nie życzy sobie, żeby młodzi zakochali się w sobie i 

kilkakrotnie  zauważyłem,  że  starał  się,  aby  nie  zostawali  sami.  Nawiasem  mówiąc,  jeśli  ten 
romans 

dojdzie do dotychczasowych problemów, wykonanie Twojego polecenia, abym nie opuszczał sir 

Henryka na żadnym spacerze, będzie dla mnie o wiele trudniejsze. Straciłbym całą jego sympatię, 

gdybym chciał ściśle wypełnić Twój rozkaz. 
Przed kilkoma dniami — 

a dokładnie w czwartek — doktor Mortimer był u nas na śniadaniu. 

Wykopał z grobu w Long Down czaszkę przedhistorycznego człowieka i jest uszczęśliwiony. Nie 

znam równie łatwowiernego entuzjasty. Po śniadaniu przyszli Stapletonowie i poczciwy doktor, 

na  prośbę  sir  Henryka,  zaprowadził  nas  wszystkich  do  alei  cisowej,  żeby  nam  opowiedzieć 

dokładnie na miejscu, jaki był przebieg wypadków tej fatalnej nocy. 

Aleja jest długa, ponura, zacieniają ją dwa wysokie żywopłoty, a z każdej strony ciągnie się wąski 

pas trawnika. Na końcu stoi stara, rozpadająca się altana, a w połowie alei znajduje się furtka, 
g

dzie sir Karol strząsnął popiół z cygara. Za nią rozciągają się bezkresne moczary. 

Pamiętam Twoją hipotezę w tej sprawie i usiłowałem odtworzyć sobie w wyobraźni to, co się 

tam stało. Stojąc przy furtce sir Karol ujrzał coś idącego przez moczary, coś, co tak go przeraziło, 

że zaczął uciekać i biegł bez opamiętania, dopóki nie umarł ze strachu i zmęczenia. Biegł długim, 

ponurym, liściastym tunelem. Przed czym uciekał? Przed psem pasterskim z moczarów? Czy też 

przed jakimś czarnym, milczącym, nieziemskim potworem? Czy ktoś to przygotował? Czy blady, 

uważny Barrymore wie coś więcej, niż chce powiedzieć? Wszystko okrywa ciemność i tajemnica 

z niezatartym piętnem zbrodni. 

Od czasu, gdy pisałem do Ciebie ostatni raz, poznałem jeszcze jednego sąsiada, pana Franklanda 

z Lafter Hall. Mieszka o jakieś cztery mile na południe od nas. Jest już starszym człowiekiem. 

Siwy,  czerwony  jak  burak,  choleryk.  Ma  jedną  namiętność  —  przestrzega  zawzięcie 

wykonywania  przepisów  prawa.  Stracił  już  majątek  na  procesy,  a  procesuje  się  z  upodobania. 

Uprawia sztukę dla sztuki i bywa w jednej i tej samej sprawie raz powodem, to znów pozwanym. 

Nic dziwnego, iż stało się to dla niego tak kosztowne. 

 

background image

 

Zdarza się, że nagle zamknie publiczną drogę i gmina musi pozwać go do sądu. Innym razem 
rozbie

ra płot, otaczający posiadłość któregoś z mieszkańców, upierając się, że od zawsze istniała 

tam  ścieżka  i  zmusza  właściciela  do  zaskarżenia  go  do  sadu.  Zna  doskonale  prawa  własności 

dworu  i  gminy  więc  wykorzystuje  niekiedy  te  wiadomości  na  korzyść  chłopów  z Fernworth, 

niekiedy  zaś  przeciwko  nim,  tak,  że  bywa  kolejno  albo  triumfalnie  obnoszony  po  wsi,  albo 

symbolicznie palony na stosie, zależy co ostatnio zrobił. 

Podobno ma teraz siedem procesów, które pochłoną resztki jego majątku, co wytrąci mu broń z 

ręki  i  unieszkodliwi.  Poza  tą  manią  jest,  zdaje  się,  człowiekiem  łagodnym,  dobrodusznym  i 

wspominam  o  nim  tylko  dlatego,  że  chciałeś,  żebym  ci  opisał  wszystkie  osoby,  z  którymi  się 
stykamy. 

Pan  Frankland  ma  na  razie  inne  zajęcie:  zajmuje  się  amatorsko  astronomią,  posiada  świetny 

teleskop  i  przez  cały  dzień  z  dachu  swojego  domu  rozgląda  się  po  moczarach  w  nadziei,  że 

dostrzeże zbiegłego więźnia. Gdyby tylko chciał ograniczyć do tego swoją działalność! Ale ludzie 

mówią, że zamierza wytoczyć proces doktorowi Mortimerowi za otwarcie grobu bez zezwolenia 

najbliższych  krewnych,  a  to  dlatego,  że  doktor  wykopał  z  mogiły  w  Long  Down  tą 

przedhistoryczną czaszkę. Tak więc Frankland trochę ubarwia i rozwesela tu nasze życie. 

A  teraz,  skoro  wiesz  już  wszystko,  co  się  dotąd  stało  ze  zbiegłym  więźniem,  Stapletonami, 

doktorem  Mortimerem  i  Franklandem  z  Laffer  Hall,  przejdę  do  rzeczy  ważniejszych  —  do 

Barrymorów, a zwłaszcza do dziwnego wydarzenia z ubiegłej nocy. Przede wszystkim powrócę 

do  depeszy,  którą  wysłałeś  z  Londynu,  ażeby  się  upewnić,  czy  Barrymore  rzeczywiście  jest  w 

zamku. Pisałem Ci już, że rozmowa z kierownikiem poczty wykazała, że nie mamy na to żadnego 

dowodu.  Powiedziałem  o  tym  sir  Henrykowi,  a  on,  ze  swoją  zwykłą  szczerością  wezwał 

Barrymora i zapytał go, czy odebrał depeszę osobiście. Barrymore odpowiedział twierdząco. 
— 

Czy chłopiec oddał ci ją do rąk? — zapytał sir Henryk. 

Barrymore był widocznie zdumiony i zastanowił się przez chwilę. 
— Nie — 

odparł — byłem na strychu i przyniosła mi ją żona. 

— 

A czy sam odpowiedziałeś na depeszę? 

— 

Nie, powiedziałem żonie, co ma odpisać i zrobiła to za mnie. 

Wieczorem Barrymore z własnej inicjatywy powrócił do tej sprawy. 
— 

Nie bardzo rozumiem dlaczego dziś rano zadawał mi pan te pytania — powiedział. — Mam 

nad

zieję, że nie oznacza to utraty pańskiego zaufania? 

Sir Henryk zapewnił go, że tak nie jest i uspokoił ostatecznie podarowaniem dużej części swoich 

starych ubrań, ponieważ nadeszły już rzeczy zamówione w Londynie. 
Bardzo zaciekawia mnie pani Barrymore. Jes

t tęga, ociężała, ograniczona, ale pełna godności, ze 

skłonnością  do  purytanizmu.  Nie  można  sobie  wyobrazić  osoby  mniej  wrażliwej.  A  jednak 

pisałem  Ci,  że  pierwszej  nocy  po  naszym przyjeździe słyszałem jej gwałtowny płacz, a potem 

nieraz  zauważyłem  ślady  łez  na  jej  twarzy.  Dręczy  ją  zapewne  jakieś  wielkie  zmartwienie. 

Niekiedy wydaje mi się, że trapią ją wyrzuty sumienia, a chwilami znów posądzam Barrymora, że 
jest domowym tyranem. 

Od  razu  wyczułem  w  tym  człowieku  coś  niezwykłego  i  tajemniczego,  a  wydarzenia ostatniej 

nocy  umocniły  moje  podejrzenia.  Chociaż  sama  sprawa  może  wydawać  się  mało  istotna.  Jak 

wiesz, mam lekki sen, a od czasu gdy tu przyjechałem z misją, wcale nie śpię, tylko drzemię. 

Otóż. ubiegłej nocy, około drugiej nad ranem, zbudził mnie odgłos kroków kogoś mijającego mój 

pokój.  Wstałem,  uchyliłem  drzwi  i  wyjrzałem.  Po  korytarzu  wlókł  się  wydłużony  czarny  cień. 

Cień  skradającego  się  mężczyzny,  który  trzyma  w  ręku  świecę.  Miał  na  sobie  tylko  koszulę  i 

 

background image

 

spodnie, był boso. Widziałem jedynie zarysy postaci, ale po wzroście poznałem Barrymora. Szedł 

wolno  i  ostrożnie,  sprawiając  wrażenie  przestępcy.  Pisałem  Ci,  że  korytarz  jest  przecięty 

balkonem, biegnącym dokoła przedsionka i ciągnącym się jeszcze dalej. Zaczekałem aż postać 

zniknie i poszedłem za nią. Gdy okrążyłem balkon, ten człowiek byt już na końcu korytarza i po 

blasku  światła,  padającego  przez  otwarte  drzwi,  wywnioskowałem.  że  wszedł  do  jednego  z 

pokojów.  Pokoje  w  tym  skrzydle  zamku  są  jednak  niezamieszkane  i  nieumeblowane,  ta 

wędrówka stawała się więc coraz bardziej tajemnicza. Światło stale padało w jednym punkcie, 

Jak gdyby trzymający je człowiek stał bez ruchu. Zakradłem się, jak mogłem najciszej, pod drzwi 

i zajrzałem do środka. 

Barrymore stał skulony przy oknie i trzymał świecę przed samą szybą. Odwrócony bokiem do 

mnie, wpatrywał się w czarną dal moczarów, a jego rysy jakby skamieniały w oczekiwaniu. Stał 

tak przez kilka minut, po czym westchnął głęboko i nerwowym ruchem zgasił świecę. Wróciłem 

błyskawicznie  do  siebie,  i  zaraz  znów  usłyszałem  odgłos  cichych  kroków.  Długo  potem,  gdy 

zapadłem  już  w  półsen.  dobiegł  mnie  zgrzyt  klucza  obracanego  w  zamku,  ale  nie  mogę 

powiedzieć skąd dochodził ten dźwięk. 

Nie mam pojęcia co to wszystko znaczy, ale w tym ponurym domu dzieją się jakieś tajemnicze 

sprawy,  które  na  pewno  wyjaśnimy  prędzej  czy  później.  Nie  będę  zawracał  Ci  głowy  swoimi 

przypuszczeniami, gdyż chciałeś ode mnie tylko faktów. 

Dziś rano długo rozmawiałem z sir Henrykiem i na podstawie moich obserwacji z ubiegłej nocy 

ustaliliśmy  plan  działania.  Nie  piszę  dziś  na  czym  polega,  więc  z  tym  większym 

zainteresowaniem przeczytasz mój następny raport. 
 
 

Drugi raport doktora Watsona 

Baskerville Hall, 15 października 
Mój drogi Holmesie! 

Jeżeli przez pierwsze dni po przyjeździe tutaj nie przesyłałem Ci zbyt obszernych listów, musisz 

przyznać,  że  nadrabiam  zaległości  i  że  wydarzenia  nabrały  tempa.  Ostatni  raport  zakończyłem 

opisem nocnej wędrówki Barrymora, a dzisiaj mam znów wiele nowych wiadomości, które na 

pewno wprawią Cię w zdumienie. Rzeczy przybrały zupełnie niespodziewany obrót. Częściowo 

wyjaśniły się przez wydarzenia ostatnich dwóch dni, częściowo zaś wszystko się jeszcze bardziej 

zawikłało. Ale opiszę Ci wszystko i sam wyciągniesz wnioski. 

Następnego ranka po tej nocnej wędrówce udałem się przed śniadaniem do pokoju, do którego w 

nocy wszedł Barrymore. 

Zauważyłem, że zachodnie okno, przez które wyglądał, ma szczególne położenie. Dobrze widać z 

niego  moczary  przez  prześwit  między  dwoma  drzewami,  gdy  ze  wszystkich  innych  okien  ten 
widok jest za

słonięty. Wynika stąd, że Barrymore, skoro stał w tym oknie, wypatrywał kogoś tub 

czegoś na moczarach. Noc była tak ciemna, że nie wyobrażam sobie, jak mógł przypuszczać, iż 

coś  zobaczy.  Przyszło  mi  do  głowy,  że  chodzi  o  jakiś  romans,  co  tłumaczyłoby  tajemnicze 

skradanie się, a także rozdrażnienie jego żony. Barrymore jest bardzo przystojnym mężczyzną, 

bez  trudu  mógłby  zdobyć  serce  wiejskiej  dziewczyny,  moje  przypuszczenie  było  więc 
prawdopodobne. 

To skrzypienie otwieranych drzwi, które usłyszałem, gdy wróciłem do siebie, mogło oznaczać, że 

wyszedł na umówione spotkanie. Takie wytłumaczenie przyszło mi do głowy i piszę Ci o nim, 

chociaż w końcu okazało się, że byłem w błędzie. 

 

background image

 

Jaka by nie była przyczyna postępowania Barrymora, czułem, że jest to zbyt ważne wydarzenie, 

aby zachować je w tajemnicy, aż uda się je wyjaśnić. Po śniadaniu poszedłem więc z baronetem 

do jego gabinetu i opowiedziałem mu wszystko, co widziałem. Sir Henryk zdziwił się mniej, niż 

przypuszczałem. 
— 

Wiedziałem,  że  Barrymore  chodzi  nocą  i  chciałem  już  z  nim  o  tym  porozmawiać  — 

powiedział.  —  Kilka  razy  słyszałem  odgłos  jego  kroków  na  korytarzu,  o  tej  samej,  co  pan 
godzinie. 
— 

Więc może co noc chodzi do tego jednego okna — wtrąciłem. 

— 

Może, a w takim razie będziemy mogli go zaskoczyć i dowiedzieć się, czego tam właściwie 

chce. Ciekaw jestem, co by zrobił pański przyjaciel Holmes, gdyby był tutaj? 
— 

Myślę, że zrobiłby to samo, co pan zamierza — odparłem. — Poszedłby za Barrymorem i 

przekonałby się, co robi. 
— W takim razie pójdziemy obaj. 
— Ale

ż na pewno nas usłyszy. 

— 

Nie  sądzę,  ma  przytępiony  słuch.  Zresztą  musimy  skorzystać  z  tej  okazji.  Dziś  wieczorem 

zaczekamy w moim pokoju. dopóki nie przejdzie. 

Zadowolony sir Henryk zatarł ręce. Widać było, że cieszy się z tego urozmaicenia jednostajnego 

życia wśród bagien. Baronet skontaktował się z architektem, który przygotowywał plany dla sir 

Karola, oraz z dostawcą w Londynie, tak, że wkrótce rozpoczną się tu wielkie zmiany. Byli już 

tapicerzy  i  stolarze  z  Plymouth  i  widać,  że  nasz  przyjaciel  ma  wielkie  plany.  Postanowił  nie 

oszczędzać  trudu  ani  pieniędzy,  aby  przywrócić  dawny  blask  rodowej  siedzibie.  Gdy  dom 

zostanie  odnowiony  i  urządzony,  baronetowi  będzie  brakowało  tylko  żony,  a  między  nami 

mówiąc, mam podstawy aby domyślać się, kto mógłby nią zostać. Jeśli tylko zechce. Niewielu 

widziałem ludzi tak zakochanych w kobiecie, jak sir Henryk w naszej pięknej sąsiadce, pannie 

Stapleton. Ale droga tej gorącej miłości nie jest tak prosta, jak można by się spodziewać. Dzisiaj, 

na przykład, naszego przyjaciela spotkała niespodziewana przeszkoda, która sprawiła mu wielką 

przykrość. 

Po naszej rozmowie o kamerdynerze sir Henryk wziął kapelusz i zabierał się do wyjścia. 

Zrobiłem oczywiście to samo. 
— 

Jak to, czy pan chce iść ze mną? — zapytał, spoglądając na mnie w dziwny sposób. 

— 

To zależy od tego, czy pan pójdzie na moczary — odparłem. 

— 

Tak, tam właśnie idę. 

— 

Przecież wie pan, jakie mam polecenie. Jest mi przykro narzucać panu moje towarzystwo, ale 

słyszał pan sam, jak bardzo Holmes nalegał, żebym pana nie opuszczał, a zwłaszcza, żeby nie 

chodził pan sarn po moczarach. 

Sir Henryk położył dłoń na moim ramieniu. 
—  Mój drogi — 

powiedział  z  uśmiechem.  —  Nawet  Holmes  nie  mógł  przewidzieć  pewnych 

okoliczności, które zaszły od czasu, gdy przybyłem nad te moczary. Rozumie mnie pan? Jestem 

pewien, że nie chce mi pan przeszkadzać. Muszę pójść sam. 

W  ten  sposób  znalazłem  się  w  okropnym  położeniu.  Nie  wiedziałem  co  mam  robić,  ani  co 

powiedzieć, i zanim się zastanowiłem sir Henryk wziął laskę i wyszedł. Gdy trochę ochłonąłem, 

zacząłem  sobie  wyrzucać,  że  bez  względu  na  przyczynę,  pozwoliłem  mu  wyjść  bez  opieki. 

Wyobraziłem sobie, jak bym się czuł, gdybym na skutek lekceważenia twoich poleceń, musiał 

oznajmić Ci. że przydarzyło mu się jakieś nieszczęście. Daję Ci słowo, że na samą myśl o tym 

krew uderzyła mi do głowy. Miałem nadzieję, że nie będzie jeszcze za późno, i że zdołam go 

 

background image

 

dogonić, więc pospieszyłem niezwłocznie w kierunku Merripit House. Na początku mojej pogoni 

nie  mogłem  zauważyć  sir  Henryka  na  drodze.  Bałem  się,  że  mogłem  pójść  w  złą  stronę. 

Zobaczyłem go dopiero gdy dotarłem do miejsca, z którego ścieżka na moczary skręca w bok. 

Wszedłem więc na skalny pagórek, z którego mogłem się lepiej rozejrzeć. Stał jakieś ćwierć mili 

dalej na ścieżce, a obok niego kobieta — mogła to być tylko panna Stapleton. Było oczywiste, że 

byli  tutaj  omówieni.  Szli  wolno,  zatopieni  w  rozmowie,  widziałem  szybkie  ruchy  rąk  panny 

Stapleton, jak gdyby chciała nimi podkreślić własne słowa, on słuchał z uwagą, lecz kilkakrotnie 

potrząsnął energicznie głową, widocznie czemuś zaprzeczał. 

Stałem wśród skał, śledząc ich i nie wiedziałem, co ze sobą zrobić. Zupełnie nie wypadało mi 

dogonić  ich  i  przerwać  tę  intymną  rozmowę,  a  jednak  miałem  obowiązek  ani  na  chwilę  nie 

spuszczać z oka sir Henryka. Szpiegowanie przyjaciela jest, moim zdaniem, okropne. Jednak nie 

pozostawało mi nic innego, jak tylko śledzić go z pagórka, a następnie oczyścić sumienie mówiąc 

mu o wszystkim. Oczywiście byłem za daleko by mu pomóc, gdyby zagroziło mu jakieś nagłe 

niebezpieczeństwo,  jednak  jestem  pewien,  że  przyznasz,  iż  znalazłem  się  w  bardzo  trudnym 

położeniu i nie mogłem nic więcej zrobić. 

Nasz przyjaciel, sir Henryk i młoda panna zatrzymali się na ścieżce i stali pogrążeni w rozmowie, 

gdy nagle zauważyłem, że nie jestem jedynym świadkiem ich spotkania. Moją uwagę zwróciło 

coś zielonego, powiewającego na wietrze, a gdy się lepiej przyjrzałem, spostrzegłem, że to coś 

wisiało na kiju, a niósł go idący wśród głazów mężczyzna. 

Był to Stapleton ze swoją siatką na motyle. Znajdował się znacznie bliżej młodej pary niż ja i 

szedł do nich. W tej samej chwili sir Henryk nagle objął w pół pannę Stapleton. Zdawało mi się. 

że usiłowała wyrwać się z jego objęć i odwróciła głowę. On pochylił się nad nią, a ona podniosła 

rękę, jakby w obronie. Wtem odskoczyli od siebie i odwrócili się szybko. Spłoszył ich Stapleton. 

Biegł ku nim jak szalony, a ta głupia siatka powiewała na kiju. Stanąwszy przed zakochanymi 

zdenerwowany wymachiwał rękami i tupał nogami. 

Nie  miałem  pojęcia  co  to  wszystko  może  znaczyć,  ale  zdawało  mi  się,  że  Stapleton  robił 

wymówki  sir  Henrykowi,  który  tłumaczył  się,  co  tamtego  wprawiało  w  coraz  większe 

zdenerwowanie.  Panna  stała  wyniosła  i  milcząca.  W  końcu  Stapleton  odwrócił  się  i  skinął 

rozkazująco  na  siostrę,  która,  spojrzawszy  z  wahaniem  na  sir  Henryka,  odeszła  z  bratem. 

Gniewne ruchy przyrodnika wskazywały, że i ona zasłużyła na jego niezadowolenie. 

Baronet stał przez chwilę, patrząc za odchodzącymi, po czym, wolnym krokiem, ze spuszczoną 

głową i bardzo przygnębiony, wracał ścieżką, którą przyszedł. 

Nie  rozumiałem,  co  to  wszystko  miało  znaczyć,  ale  bardzo  się  zawstydziłem,  że  byłem 

świadkiem tej poufnej sceny bez wiedzy swego przyjaciela. Zbiegłem więc z pagórka i na dole 

spotkałem baroneta. Miał rozpalone gniewem oczy, zmarszczone brwi, i twarz człowieka, który 

nie wie, co robić. 
— A to co, Watson? — 

A pan skąd się tu wziął? — zapytał. 

— 

Może wbrew mojej prośbie poszedł pan za mną, co? 

Powiedziałem  mu  wszystko:  jak  doszedłem  do  wniosku,  że  nie  powinienem  go zostawiać, jak 
posze

dłem  za  nim  i  jak  stałem  się  świadkiem  tego,  co  zaszło.  Najpierw  jego  oczy  zapłonęły 

gniewem, ale rozbroiła go moja szczerość i w końcu roześmiał się żałośnie. 
— 

Mogłoby się zdawać człowiekowi, że na środku tego pustkowia może być pewien, że jest sam 

— pow

iedział — a tu chyba cała okolica wyległa, by patrzeć na moje oświadczyny... 

I to nieudane!... Gdzie pan zamówił miejsce na to widowisko? 
— 

Stałem na tym wzgórzu. 

 

background image

 

— 

Więc w ostatnim rzędzie? A jej brat usadowił się na samym przodzie! Czy widział pan, jak 

sz

edł do nas? 

— 

Widziałem. 

— 

Czy ten jej brat nie robił na panu nigdy wrażenia wariata? 

— 

Nie, nie mogę tego powiedzieć. 

— 

No, i ja również. Miałem go zawsze za człowieka dosyć normalnego, aż do dzisiaj, ale może 

mi pan uwierzyć na słowo, że albo on, albo ja powinniśmy być w kaftanie bezpieczeństwa. Co się 

ze  mną  dzieje?  Niech  pan  słucha,  jest  pan  razem  ze  mną  niż  kilka  tygodni,  proszę  mi  zatem 

szczerze powiedzieć, czy jest we mnie coś takiego, co przeszkadzałoby mi być dobrym mężem 

kobiety, którą kocham? 
— Moim zdaniem nie. 
— 

Stapleton nie może nic zarzucić mojej pozycji, a więc ma coś przeciwko mnie. Ale co? Nie 

wyrządziłem  nigdy  nikomu  najmniejszej  krzywdy,  a  jednak  on  nie  pozwala  mi  nawet  dotknąć 
czubków jej palców. 
— 

Czy tak powiedział? 

— Tak, i jeszcze 

znacznie więcej. Znam ją dopiero kilka tygodni. ale od pierwszej chwili czułem, 

że  ta  kobieta  jest  dla  mnie  stworzona,  a  ona  również  była  szczęśliwa,  przebywając  ze  mną... 

Przysiągłbym, że tak było. Kobieta miewa w oczach błyski, sto razy bardziej wymowne od słów. 

Ale  brat  nigdy  nie  pozwalał  abyśmy  byli  sami  i  dopiero  dzisiaj,  pierwszy  raz  mogłem 

porozmawiać z nią bez świadków. Cieszyła się z naszego spotkania, lecz nie pozwoliła mi mówić 

o miłości. Powracała ciągle do jednej sprawy, ostrzegała mnie, że grozi mi tu niebezpieczeństwo, 

i że nie uspokoi się, dopóki stąd nie wyjadę. Odpowiedziałem jej, że od chwili, kiedy ją ujrzałem, 

nie spieszy mi się wcale wyjeżdżać, i jeśli istotnie zależy jej na tym, abym opuścił te strony, to 

niech jedzie ze mną. Po tym poprosiłem ją o rękę, ale, zanim zdążyła odpowiedzieć, wpadł na nas 
ten jej 

brat. Wyglądał jak wariat, blady jak ściana z gniewu, a z jego jasnych oczu sypały się iskry! Co ja 

robię z jego siostrą? — krzyczał. Jak śmiem okazywać jej uczucia, które są dla niej wstrętne? 

Czy sądzę, że dlatego, iż jestem baronetem, to mi wszystko wolno? Gdyby nie był jej bratem, 

dałbym  mu  należytą  odprawę.  Ale  w  tych  warunkach  powiedziałem  mu  tylko,  że  nie  muszę 

wstydzić  się swoich uczuć dla jego siostry i mam nadziei, iż zechce zostać moją żoną. Ale to 

bynajmniej  nie  poprawiło  sprawy,  tak,  że  i  ja  uniosłem  się  w  końcu  i  odpowiedziałem  mu 

gwałtowniej niż chciałem ze względu na jej obecność. Skończyło się na tym, że odszedł wraz z 

nią, jak sam pan widział, a ja zostałem jak głupi. Niech mi pan powie, co to może znaczyć, a będę 

wdzięczny do śmierci.  

Tłumaczyłem  to  sobie  na  różne  sposoby,  ale  sam  już  nie  wiem  co  o  tym  myśleć.  Za  naszym 

przyjacielem przemawia tytuł, majątek, wiek, charakter, wygląd. Nic złego o nim nie słyszałem, a 

jedyny zarzut, jaki można mu zrobić, to owo fatum, które ściga jego rodzinę. To rzeczywiście 

zdumiewające, że oświadczyny baroneta zostały tak brutalnie odrzucone, bez względu na uczucia 

panny i że ona przyjęta decyzję brata bez oporu. 
Nasze dociekania zak

ończyła  wizyta  Stapletona  tego  samego  dnia  po  południu.  Przyszedł 

przeprosić za swoje zachowanie, a po długiej rozmowie w cztery oczy z sir Henrykiem w jego 

gabinecie nastąpiło całkowite pogodzenie. Na dowód zgody mamy być w piątek na obiedzie w 
Merripit House. 

 

background image

 

— Niemniej — 

powiedział sir Henryk po odejściu Stapletona — nadal uważam go za narwanego 

człowieka.  Nie  mogę  zapomnieć  jego  wzroku,  gdy  pędził  do  mnie  dziś  rano.  Muszę  jednak 

przyznać, że usprawiedliwiał się bardzo szczerze. 
— 

Czy jakoś wyjaśnił swoje postępowanie? 

— 

Mówił, że siostra jest dla niego wszystkim na świecie. To zupełnie naturalne i cieszę się, że ją 

należycie ceni. Nie rozstawali się nigdy i jak mówi, pędzi życie bardzo samotne, ograniczając się 

wyłącznie do jej towarzystwa, tak, że wprost nie może znieść myśli o jej utracie. Początkowo nie 

widział mojego przywiązania do niej, ale gdy przekonał się na własne oczy o moich uczuciach i 

zrozumiał, że mogę mu ją zabrać, doznał takiego wstrząsu, iż nie panował nad tym, co mówi i 

robi. Zapewniał mnie. że bardzo żałuje tego, co się stało i przyznał. iż to było szalone i bardzo 

egoistyczne z jego strony, jeśli przypuszczał, iż będzie mógł zatrzymać przy sobie na całe życie 

tak piękną kobietę. Jeżeli ma go zostawić — mówił — to woli, żeby to zrobiła dla takiego jak ja, 

sąsiada, niż dla kogoś innego. Ale w każdym razie był to dla niego ciężki cios i musi upłynąć 

trochę  czasu  zanim  się  na  tyle  uspokoi,  że  będzie  mógł  się  z  tym  pogodzić.  Zapewnił  mnie 

następnie, iż przestanie stawiać opór, jeśli mu przyrzeknę, że nie poruszę tej sprawy przez trzy 

miesiące  i  zadowolę  się  przez  ten  czas  przyjaźnią  jego  siostry,  nie  domagając  się  jej  miłości. 

Przyrzekłem mu, że zrobię jak sobie życzy i na tym zakończyliśmy naszą rozmowę. 
Zatem jedna z naszych drobnych tajemn

ic została wyjaśniona... Wiemy teraz- dlaczego Stapleton 

spoglądał niechętnym okiem na konkurenta siostry, choć była to tak świetna partia. 

A  teraz  przechodzę  do  innego  wątku,  który  udało  mi  się  wyjaśnić  wśród  tych  tajemnic  —  do 

dziwnych nocnych łkań, do śladów łez na twarzy pani Barrymore i nocnej wędrówki kamerdynera 
do zachodniego okna. 

Możesz mi pogratulować, kochany Holmesie, przyznaj, że jako Twój pomocnik nie zawiodłem 

Cię, i że nie żałujesz zaufania, jakie mi okazałeś, wysyłając tutaj. Wyjaśnienie tego wszystkiego 

było  dziełem  jednej  nocy.  Napisałem  „jednej  nocy”,  ale  właściwie  stało  się  to  w ciągu dwóch 

nocy, gdyż podczas pierwszej nic się nie wydarzyło.  

Siedzieliśmy z sir Henrykiem w jego gabinecie prawie do trzeciej nad ranem, ale nie usłyszeliśmy 

żadnego  odgłosu,  oprócz  dźwięku  zegara  na  schodach.  Niezbyt  zabawne  było  to  czuwanie  i 

skończyło się tym. że obaj zasnęliśmy głęboko w fotelach. 

Na  szczęście  nie  zniechęciliśmy  się  i  postanowiliśmy  spróbować  jeszcze  raz.  Następnej  nocy 

przygasiliśmy światło lampy, siedzieliśmy nieruchomo i cicho, paląc papierosy. Trudno uwierzyć, 

jak  wolno  wlokły  się  godziny,  a  jednak  podtrzymywał  nas  ten  sam  cierpliwy  zapał,  który 

podtrzymuje myśliwego, gdy uważnie obserwuje zasadzkę, w którą ma wpaść zwierzyna. 

Wybiła pierwsza, potem druga, zniechęceni zamierzaliśmy już skończyć to czekanie, gdy naraz 

zerwaliśmy się obaj na równe nogi. Usłyszeliśmy szelest kroków na korytarzu. 

Słyszeliśmy,  jak  ktoś  zakradał  się  chyłkiem,  aż  wreszcie  kroki  ucichły  w  oddali.  Wówczas 
barone

t otworzył ostrożnie drzwi ruszyliśmy za nim. Barrymore minął już galerię i pogrążony w 

cieniu  korytarz.  Szliśmy  na  palcach  do  drugiego  skrzydła,  aż  dostrzegliśmy  wysoką  postać 

brodatego,  pochylonego  mężczyzny  wchodzącego  w  te  same  drzwi,  co  tamtej  nocy.  W  blasku 

świecy framuga zarysowała się wyraźnie, a płomień przeciął żółtym promieniem mrok korytarza. 

Posuwaliśmy się cichutko do tych drzwi, sprawdzając każdą deskę posadzki, zanim stawaliśmy 

na niej całym ciężarem ciała. 

Chociaż  zdjęliśmy  buty,  stare  deski  uginały  się  i  skrzypiały  pod  naszymi  nogami,  tak,  że 

chwilami wydawało się niemożliwe, żeby Barrymore nas nie usłyszał. Na szczęście jest on jednak 

trochę  głuchy  i  był  zupełnie  pochłonięty  przez  swoje  zajęcie.  Wreszcie  doszliśmy  do  drzwi  i 

 

background image

 

zajrzeliśmy do pokoju. Barrymore stał skulony przy oknie, trzymając świecę w ręku. Bladą twarz, 

na której malowało się skupione oczekiwanie, przycisnął do szyby, zupełnie jak wtedy, gdy go 

tam widziałem po raz pierwszy. 

Nie umówiliśmy się, co zrobimy w takiej sytuacji. ale baronet jest człowiekiem, który uważa, że 

prosta droga najszybciej prowadzi do celu. Wszedł więc do pokoju, a Barrymore, gdy to usłyszał, 

odskoczył od okna. ciężko oddychając. Stał przed nami drżący, śmiertelnie blady. Jego ciemne 

oczy,  błyszczące  na  białej  twarzy,  patrzyły  ze  strachem  i  zdumieniem  to  na  mnie,  to  na  sir 
Henryka. 
— Co ty tu robisz? — 

spytał baronet. 

— 

Nic, proszę pana. — Był tak wystraszony, że ledwo mógł mówić, a świeca chwiała się w jego 

drżącej  ręce  i  rzucała  na  ścianę  skaczące  cienie.  —  To  okna,  proszę  pana...  Chodzę  w  nocy  i 

patrzę, czy są zamknięte. 
— 

Na drugim piętrze? 

— 

Tak, proszę pana, oglądam wszystkie okna. 

— 

Słuchaj,  Barrymore  —  rzekł  sir  Henryk  surowo  —  postanowiliśmy  wyciągnąć  z  ciebie 

prawdę, więc im prędzej ją wyznasz, tym lepiej dla ciebie. Gadaj zaraz, tylko bez kłamstw. Co tu 
robisz przy oknie? 

Nieszczęśnik spojrzał na nas i załamał ręce, jak człowiek zupełnie zgnębiony i nieszczęśliwy. 
— 

Nie robiłem nic złego, proszę pana. Trzymałem świecę przy oknie. 

— A dlaczego trzy

małeś świecę przy oknie? 

— 

Niech mnie pan nie pyta... Błagam, niech mnie pan nie pyta. Daję panu słowo, że to nie jest 

moja tajemnica i nie mogę powiedzieć. Gdyby dotyczyła tylko mnie, nie ukrywałbym jej przed 
panem. 

Nagle błysnęła mi w głowie myśl i wziąłem świecę z parapetu, gdzie postawił ją Barrymore. 
— 

Założę się. że to jakiś sygnał — powiedziałem. — Zobaczymy, czy będzie odpowiedź. 

Trzymałem przez chwilę świecę w taki sam sposób jak on i wpatrywałem się uważnie w ciemną 

noc.  Z  trudem  mogłem  odróżnić  ciemny  pas  drzew  i  jaśniejszy  obszar  moczarów,  bo  księżyc 

schował się za chmury. 

Nagle krzyknąłem z radości: małe, żółte światełko przebijało się z ciemności i jaśniało w dali. 
— Jest! — 

zawołałem. 

— 

Nie, nie, proszę pana, to nic... To nic nie znaczy! — przerwał mi Barrymore — Zapewniam 

pana... 
— 

Niech pan przesuwa świecę przed szybą — wołał baronet. 

— 

Proszę spojrzeć, i tamto światło się porusza! Czy i teraz jeszcze, będziesz zaprzeczał, że to są 

sygnały? Mów zaraz, kto jest twoim wspólnikiem i co knujecie? 

Na twarzy kamerdynera pojawił się teraz wyraźnie gniew. 
— 

To moja rzecz, a nie pańska. Nie powiem. 

— 

W takim razie wynoś się z mojego domu... Natychmiast! 

— 

Dobrze, panie. Jeśli muszę, to trudno. 

— 

I odchodzisz wypędzony! Jak ci nie wstyd! Twoja rodzina była przeszło sto lat pod jednym 

dachem z moją, a ja zastaję ciebie knującego coś przeciwko mnie! 
— 

Nie, nie, proszę pana, nie przeciw panu! — odezwał się kobiecy głos. 

Pani  Barrymore,  bledsza  i  jeszcze  bardziej  od  męża  przestraszona,  stała  we  drzwiach.  Jej 

przysadzista  postać,  otulona  w  szal,  w  krótkiej  spódnicy,  byłaby  może  komiczna  gdyby  nie 
tragiczny wyraz twarzy. 

 

background image

 

— 

Mamy się stąd wynieść, Elizo. Skończyło się. Idź. Pakuj rzeczy — powiedział kamerdyner. 

— 

Och, Janie!. Janie, a więc cię zgubiłam! To moja wina, sir Henryku... Tylko moja. On robił 

jedynie to, o co go prosiłam. 
— 

Więc mówcie co to znaczy! 

— 

Mój nieszczęśliwy brat umiera z głodu wśród moczarów. Nie możemy przecież pozwolić mu 

zginąć.  Światło  stąd  jest  sygnałem,  że  przygotowaliśmy  dla  niego  jedzenie,  a  światło  stamtąd 

wskazuje nam miejsce, gdzie mamy mu zanieść żywność. 
— Pani brat jest zatem... 
— 

Zbiegłym więźniem, proszę pana... zbrodniarzem Seldenem. 

— 

Teraz zna pan prawdę — odezwał się Barrymore. — Mówiłem panu, że to nie moja tajemnica 

i że nie mogę jej panu zdradzić. Przekonał się pan, że nie kłamałem i że, jeżeli był to spisek, to na 
pewno nie przeciwko panu. 

Tak więc zostały wyjaśnione tajemnicze nocne wędrówki i te światła w oknie. 

Całkiem  zaskoczeni,  patrzyliśmy  wraz  z  sir  Henrykiem  na  panią  Barrymore.  Czy  to  możliwe, 

żeby w żyłach tej spokojnej, uczciwej kobiety płynęła ta sama krew. co w żyłach najsłynniejszego 
w kraju zbrodniarza? 
— 

Tak,  proszę  pana  —  zaczęta  po  chwili  —  jestem  z  domu  Selden,  a  to  mój  młodszy  brat. 

Rozpieszczaliśmy go w dzieciństwie i pozwalaliśmy mu na wszystko, tak iż nabrał przekonania, 

że świat został stworzony dla jego przyjemności i że może robić co mu się podoba. Potem, gdy 

dorósł, trafił na złe towarzystwo, diabeł go opętał. Matkę wpędził do grobu, i skompromitował 

naszą rodzinę. Dopuszczał się jednej zbrodni po drugiej, stopniowo upadał coraz bardziej i łaska 

boska tylko ocaliła go od ręki kata. Ale dla mnie, proszę pana, pozostał zawsze malcem o jasnych 

kręconych  włosach,  którego  niańczyłam  jako  starsza  siostra.  Dlatego  właśnie  gdy  uciekł  z 

więzienia, proszę pana, wiedział, że jestem tutaj i że nie odmówimy mu pomocy. Gdy przywlókł 

się do nas w nocy. wycieńczony i głodny, ścigany przez dozorców więziennych, co miałam robić? 

Ukryliśmy go u siebie, karmiliśmy i pielęgnowaliśmy. Potem pan wrócił j bratu zdawało się, że 

będzie bezpieczniejszy wśród bagien, dopóki sprawa jego ucieczki nie przycichnie. Teraz się tam 

ukrywa. Co drugą noc upewnialiśmy się, czy jeszcze tam jest i stawialiśmy świecę w oknie — 

jeżeli odpowiadał takim samym  sygnałem, mąż zanosił mu trochę chleba i mięsa. Z dnia na dzień 

spodziewaliśmy się, że gdzieś stąd pójdzie, ale dopóki tu był, nie mogliśmy go opuścić. Oto cała 

prawda, którą wyznaję lako uczciwa chrześcijanka, i przyzna pan. że nie zawinił tu mój mąż, lecz 

ja, bo to, co uczynił, zrobił dla mnie. 

Mówiła szczerze i poważnie. 
— Czy to prawda, Barrymore? — 

spytał sir Henryk. 

— 

Tak jest, proszę pana, szczera prawda. 

— 

Trudno, nie mogę mieć ci za złe. że pomagałeś żonie. Zapomnij o moich poprzednich 

słowach. Wracajcie oboje do siebie, a jutro rano jeszcze o tym porozmawiamy. 

Gdy  wyszli  znów  wyjrzeliśmy  przez  okno.  Sir  Henryk  otworzył  je  na  oścież,  i  uderzył  w  nas 

zimny, przejmujący dreszczem wiatr. Daleko w mroku, paliło się jeszcze żółte światełko. 
— 

Dziwię się jego odwadze — rzekł sir Henryk. 

— 

Może umieścił światło tak, że tylko stąd jest widoczne. 

— 

Być może! Jak się panu zdaje, czy to daleko stąd? 

— 

Myślę, że to będzie pod Cleft Tour. 

— 

Mniej więcej jedna, dwie mile? 

— Nawet nie tyle. 

 

background image

 

— 

Zapewne,  nie  może  być  zbyt  daleko,  skoro  Barrymore  nosił  tam  jedzenie...  A  ten  bandyta 

czeka tam, obok świecy. Watsonie, pójdę i schwytam tego zbrodniarza! 

To  samo  i  mnie  przyszło  na  myśl.  Wahałbym  się,  gdyby  Barrymorowie  zwierzyli  się  nam 

dobrowolnie,  ale  przecież  zmusiliśmy  ich  do  wyznania  tajemnicy.  Ten  człowiek  był 

niebezpieczny  dla  całej  okolicy,  to  zbrodniarz,  nie  zasługujący  ani  na  współczucie,  ani  na 

usprawiedliwienie.  Gdyby  udało  nam  się  go  złapać  i  umieścić  w  miejscu  gdzie  byłby 
nieszkodliwy- 

spełnilibyśmy tylko nasz obowiązek. Przy jego brutalności naszą obojętność inni 

mogli  przypłacić  życiem.  Którejś  nocy,  na  przykład,  mógłby  napaść  na  naszych  sąsiadów, 

Stapletonów, a myśl o tym niewątpliwie spowodowała, że sir Henryk z taką odwagą podejmował 

się tej niezbyt bezpiecznej wyprawy. 
— 

Pójdę z panem — powiedziałem. 

— 

Dobrze, niech pan bierze rewolwer i zakłada buty. Im szybciej wyruszymy, tym lepiej, bo ten 

bandyta może zgasić światło i ukryć się. 

Pięć minut później byliśmy już w drodze. Szliśmy przez ciemne zarośla, wśród smętnego świstu 

jesiennego  wiatru  i  szelestu  spadających  liści.  Nocne  powietrze  było  przesiąknięte  wilgocią  i 

zapachem zgnilizny. Od czasu do czasu księżyc wyglądał zza chmur, pędzących po niebie, a gdy 
doszl

iśmy do moczarów, zaczął padać drobny deszczyk. Światło jeszcze płonęło. 

— 

Czy ma pan broń? — spytałem. 

— 

Mam nóż myśliwski. 

— 

Musimy  go  zaskoczyć,  bo  mówią,  że  nie  cofa  się  przed  niczym.  Trzeba  go  schwytać  i 

obezwładnić, zanim zdąży stawić opór. 
— 

Słuchaj, Watsonie, co by powiedział Holmes, gdyby nas widział? — spytał baronet. — W 

nocy na moczarach, kiedy panuje moc złego ducha? 

Jakby w odpowiedzi na te słowa, wśród wielkiego pustkowia bagien rozległ się dziwny ryk, który 

już raz słyszałem na skraju rozległego trzęsawiska. Niesiony przez wiatr, przerwał ciszę nocy i 

szedł  ku  nam,  najpierw  przeciągły  pomruk,  potem  przeraźliwe  warczenie,  które  skonało  w 

żałosnym  skowycie.  Powtórzył  się  kilkakrotnie,  przerażający,  dziki,  groźny,  wstrząsając 

wszystkim dokoła. 
B

aronet chwycił mnie za rękaw — mimo ciemności widziałem, że był blady jak chusta — Na 

Boga, Watsonie, co to jest? 
— 

Nie wiem. To jakiś odgłos, częsty podobno wśród bagien. Raz już go słyszałem. 

Głos ucichł i dokoła nas zaległa grobowa cisza. Staliśmy, wsłuchując się w nią, ale żaden dźwięk 

nie dobiegł nas już z pustkowia. 
— Watsonie — 

odezwał się baronet — to było wycie psa. Serce mi zamarło, bo jego głos załamał 

się, jakby pod wpływem nagłego przerażenia. 
— 

Jak oni nazywają ten odgłos? — spytał. 

— Kto? 
— O

koliczni chłopi. 

— 

Ach, to zabobonni wieśniacy. Co pana to obchodzi, jak to określają? 

— 

Niech mi pan jednak powie... Co mówią? 

Zawahałem się. Nie mogłem jednak zostawić tego pytania bez odpowiedzi. 
— 

Mówią, że to wycie psa Baskervillów. 

Sir Henryk westchn

ął głęboko i milczał przez długą chwilę. 

— 

Tak,  to  był  pies  —  odezwał  się  wreszcie  —  ale  zdawało  mi  się,  że  głos  przychodzi  z 

odległości kilku mil, z tamtej strony. 

 

background image

 

— 

Trudno określić kierunek, z jakiego dobiegał. 

— 

Wzmagał się i słabł wraz z podmuchem wiatru. Czy nie szedł stamtąd, od strony wielkiego 

trzęsawiska? 
— 

Tak, tam jest trzęsawisko. 

— 

Z pewnością dobiegał stamtąd. Niech pan szczerze powie, czy sam pan nie myślał, że to wycie 

psa? Nie jestem dzieckiem. Może pan powiedzieć prawdę. 
— 

Pierwszy raz usłyszałem ten głos, gdy był ze mną Stapleton. Mówił, że może to być wabienie 

się rzadkiego ptaka. 
— 

Nie,  nie,  to  był  pies.  Wielki  Boże!  Czyżby  istotnie  było  trochę  prawdy  w  tych  wszystkich 

opowieściach? Czyżby rzeczywiście groziło mi jakieś niebezpieczeństwo? Pan w to wierzy? 
— Nie, nie! 
— 

A  jednak, co innego śmiać się z tego w Londynie, a zupełnie co innego stać tutaj w nocy, 

wśród moczarów i słyszeć podobne wycie. A mój stryj! Przecież obok jego zwłok dostrzeżono 

ślady  psich  łap.  To  wszystko  ma  ze  sobą związek. Nie sądzę, żebym był tchórzem, ale na ten 

dźwięk krew zamarła mi w żyłach. Niech pan dotknie mojej ręki. 

Była zimna jak marmur. 
— 

Jutro będzie się pan z tego śmiał. 

— 

Nie sądzę, zdaje mi się. że już zawsze będę słyszał to wycie. Co radzi pan teraz zrobić? 

— 

Może wrócimy do zamku? 

— 

Nie!  Przyszliśmy  tutaj,  żeby  złapać  zbrodniarza  i  złapiemy  go! Rzuciliśmy się w pogoń za 

więźniem a jakiś szatański pies za nami. Postawimy na swoim, choćby diabeł wysyłał na bagna 
wszystkie piekielne duchy! 

Powoli szliśmy wśród ciemności, dokoła nas wznosiły się czarne, urwiste wzgórza. Przed nami 

jaśniała  żółta  plama  światła.  Nie  ma  nic  bardziej  złudnego  niż  odległość  od  światła  w 

ciemnościach. Raz zdawało nam się, że płomień jest gdzieś daleko na widnokręgu, to znów, że 
ja

śnieje kilka metrów przed nami.  

W końcu jednak dostrzegliśmy, gdzie się świeci, a byliśmy już wtedy bardzo blisko. Świeca stała 

w szczelinie skały, która osłaniała ją z obu stron od wiatru i powodowała, że była widoczna tylko 
z zamku Baskerville. 

Zasłaniał  nas  skalny  zrąb.  Skuleni,  wysunęliśmy  głowy  i  patrzyliśmy  na  ten  świetlny  sygnał. 

Świeczka robiła dziwne wrażenie. Paliła się wśród moczarów, bez znaku życia w pobliżu — nic. 

prócz tego żółtego płomyka i blasku, jaki rzucał na skały po bokach. 
— l co teraz? — 

szepnął sir Henryk. 

— 

Będziemy czekali. Musi być gdzieś w pobliżu światła. Może go zauważymy. 

Ledwo wymówiłem te słowa, ujrzeliśmy go obaj. Nad szczeliną w skałach, gdzie płonęła świeca, 

wysunęła się żółta, ohydna, jakby zwierzęca twarz. Ochlapana błotem, otoczona długim zarostem 

i  poczochranymi  włosami,  mogła  przywołać  na  myśl  jednego  z  tych  przedhistorycznych  ludzi, 
którzy zamieszkiwali ruiny na stokach pagórków. 

Stojące niżej światło odbijało się w małych, chytrych oczach, które gorączkowo rozglądały się, 

usiłując przeniknąć ciemności, jak ślepia przebiegłego, dzikiego zwierza, gdy dobiegnie do niego 

odgłos kroków myśliwego. 

Widocznie coś obudziło jego podejrzenia. Może Barrymore dawał mu jeszcze jakiś umówiony, 

nieznany nam sygnał, może miał inny powód żeby przypuszczać, że grozi mu niebezpieczeństwo, 

w każdym razie dostrzegłem strach na jego wstrętnej twarzy. 

 

background image

 

W każdej chwili mógł odejść od światła i zniknąć w ciemnościach. Skoczyłem więc naprzód a sir 

Henryk za mną. Zbrodniarz zaklął i rzucił w nas kamieniem, który trafił w skałę. Przez moment 

widziałem wyraźnie przysadzistą, barczystą, silną postać mordercy, gdy zerwał się na równe nogi 

i rzucił do ucieczki. Na szczęście w tej chwili księżyc wysunął się z zza chmur. Wbiegliśmy na 
grzbiet pagórka, a

le przestępca już pędził w dół z urwistego stoku, przeskakując przez kamienie 

jak kozica. 

Mógłbym go położyć jednym celnym strzałem z rewolweru, ale zabrałem ze sobą broń tylko dla 

obrony  własnej,  w  razie  napadu,  nie  zaś  po  to,  żeby  zabijać  bezbronnego,  uciekającego 

człowieka. 

Obaj z sir Henrykiem jesteśmy dobrze wytrenowani i szybko biegamy, ale niebawem doszliśmy 

do przekonania, że nie dogonimy zbiega. Widzieliśmy go jeszcze długo w świetle księżyca, aż w 

końcu  stal  się  już  tylko  małym  punktem,  sunącym  szybko  między  głazami na stoku odległego 

pagórka.  Biegliśmy,  dopóki  starczyło  nam  tchu,  lecz  dzieliła  nas  coraz  większa  odległość.  W 

końcu  stanęliśmy  i  zadyszani  usiedliśmy  na  skałach,  skąd  patrzyliśmy  za  znikającym  w  dali 
zbiegiem. 

I w tym momencie zdarzyła się dziwna i niespodziewana rzecz. Wstaliśmy ze skał i zabieraliśmy 

się  do  odwrotu,  rezygnując  z  bezskutecznej  pogoni.  Księżyc  wisiał  nisko  z  prawej  strony,  a 

zębaty szczyt skały zasłaniał dolną część jego srebrzystej tarczy. I tam. na tym szczycie, ujrzałem 

nagle postać mężczyzny, odcinającą się jak hebanowy posąg na tle światła. 

Nie myśl, Holmesie, że to było złudzenie. Zapewniam cię, że nigdy w życiu nie widziałem nic tak 

wyraźnie.  O  ile  mogłem  zauważyć  była  to  postać  wysokiego,  szczupłego  mężczyzny.  Stał  ze 

skrzyżowanymi  rękami  i  pochyloną  głową,  jakby  zadumany nad tym bezkresnym pustkowiem, 

które leżało przed nim. 

Mógł to być duch bagna... W każdym razie nie był to zbiegły więzień. Tajemnicza postać ukazała 

się daleko od miejsca, w którym Selden znikł nam z oczu, i była znacznie wyższa od niego. 

Ze stłumionym okrzykiem wskazałem go baronetowi, lecz przez tę chwilę, gdy się odwróciłem, 

by schwytać go za ramię, postać zniknęła. 

Grzbiet  skały  zakrywał,  jak  poprzednio,  dolną  część  księżyca,  ale  na  szczycie  nie  było  już 

niczego widać. Chciałem pójść w tamtą stronę i przeszukać urwisko, ale było to daleko. Ponadto 

baronet był jeszcze za bardzo pod wrażeniem straszliwego ryku, który mu przypomniał ponure 

dzieje  rodziny.  Nie  widział  tej  drugiej  postaci  na  szczycie  skały,  nie  wstrząsnęło  nim  więc  to 
dziwne wydarzenie. 
— 

To niewątpliwie żołnierz na warcie. Pełno ich na moczarach od czasu, gdy Selden uciekł z 

więzienia — mówił. 

Może to wyjaśnienie baroneta jest trafne, niemniej jednak wolałbym mieć jeszcze jakieś dowody. 

Dzisiaj  zamierzamy  poinformować  zarząd  więzienia  Princentown,  gdzie  należy  szukać  zbiega. 

Wielka szkoda, że nie udało nam się go schwytać i odstawić do więzienia, jako naszego jeńca. 

Tak  przebiegła  ostatnia  noc  i  musisz  przyznać,  mój  drogi,  że  przesyłam  ci  doskonały  raport. 

Zawiera  wprawdzie  sporo  szczegółów  bez  znaczenia,  sądzę  jednak,  że  lepiej  będzie,  gdy  Ci 

opiszę  wszystko,  co  się  stało,  a  Ty  sam  wybierzesz  te  fakty,  które  Ci  pomogą  w  wysnuwaniu 
wniosków. 

Nie ulega wątpliwości, że posuwamy się naprzód. Co do Barrymorów, wykryliśmy przyczyny ich 

zachowania,  a  to  bardzo  przyczyniło  się  do  wyjaśnienia  sytuacji.  Ale  moczary  ze  swymi 

tajemnicami i dziwnymi mieszkańcami pozostają nadal niedostępne i niezbadane. 

 

background image

 

Może w następnym liście będę mógł Ci przestać jakieś wyjaśniające szczegóły. Najlepiej byłoby, 

gdybyś mógł sam do nas przyjechać. 
 
 

Z dziennika doktora Watsona 

Dotąd mogłem pomagać sobie raportami, które wysyłałem do Sherlocka Holmesa. Teraz 

jednak w mojej opowieści doszedłem do punktu, w którym jestem zmuszony znów zaufać tylko 

własnym wspomnieniom i pomocy dziennika, jaki wtedy prowadziłem. Kilka jego fragmentów 

przypomni mi szczegóły wydarzeń, na zawsze zapisanych w mojej pamięci. Powracam zatem do 

ranka po naszym nieudanym pościgu za więźniem i innych dziwnych przygód na bagnach. 
 

16 października 

Dzień jest posępny, mglisty, nieustannie pada drobny deszczyk. Cały zamek jest jakby spowity w 

chmury,  które  unoszą  się  od  czasu  do  czasu,  a  spoza  nich  widać  falistą  równinę  moczarów  i 
cienkie, 

srebrzyste pasemka przypadkowych, powstałych z deszczu strumyków, które spływają ze 

stoków wzgórz. 

W  oddali,  gdy  pada  na  nie  światło,  lśnią  wilgotne  głazy.  Smutno  i  ponuro  —  w zamku i na 

świecie. 

Baronet jest w złym humorze po nocnych wydarzeniach. Mnie samemu jakiś ciężar przytłacza 

serce i ogarnia przeczucie nieustannie grożącego niebezpieczeństwa, tym straszniejszego, że nie 

jestem w stanie go określić. 

A czy nie mam rzeczywistego powodu do obaw, widząc długi ciąg wypadków wskazujących, że 

ściga  nas  jakaś  szatańska  moc?  A  śmierć  ostatniego  pana  zamku,  całkowicie  zgodna  z  treścią 

rodzinnej  legendy,  a  opowieści  chłopów  o  ukazywaniu  się  jakiegoś  piekielnego  zwierzęcia  na 

moczarach? Przecież sam, na własne uszy, słyszałem głos podobny do odległego wycia psa. 

Przecież to niemożliwe, żeby rzeczywiście działała tu jakaś nadprzyrodzona siła, stojąca ponad 

prawami natury. Trudno przypuszczać, że istnieje jakiś legendarny pies, który pozostawia ślady 

swoich łap i wyje. W takie zabobony może wierzyć Stapleton, może w to wierzyć i Mortimer. Ale 

ja mogę się pochwalić, że posiadam jedną zaletę — zdrowy rozsądek, i nic na świecie nie zmusi 

mnie do uwierzenia w takie bzdury. Gdybym uwierzył, zniżyłbym się do poziomu tych biednych 

chłopów,  którym  nie  wystarcza  samo  istnienie  szatańskiego  psa,  ale  jeszcze  opowiadają,  że  z 

pyska i ślepiów zieje piekielnym ogniem. 

Holmes nie uwierzyłby w takie brednie, a ja jestem przecież jego współpracownikiem. Niemniej 

jednak fakt pozostaje faktem, a i ja dwa razy słyszałem ten głos na moczarach. Przypuśćmy, że 

istotnie włóczy się tam jakiś olbrzymi pies. 

To by wszystko wyjaśniło. Ale gdzie mógłby się ukrywać, czym by się żywił, skąd by się tam 

wziął i dlaczego nikt go nie widział w ciągu dnia? Trzeba przyznać, że naturalne wyjaśnienie tych 

faktów jest niemal tak samo trudne, jak przyjęcie jakiegoś nadprzyrodzonego wpływu. 

A  jednak,  pominąwszy  psa,  pozostają  nam  zawsze  wydarzenia  w  Londynie  —  człowiek  w 

dorożce  i  list,  ostrzegający  sir  Henryka  przed  moczarami.  Te  fakty  nie  wychodzą  poza 
rzecz

ywistość, ale mogły być zarówno dziełem troskliwego przyjaciela, jak i wroga. 

Gdzie jest teraz ten wróg, czy przyjaciel? Czy pozostał w Londynie, czy też przybył tu za nami? 

Może to był mężczyzna, którego widziałem na szczycie skały? 

Widziałem go tylko przez chwilę, ale mógłbym przysiąc, że go tu jeszcze nie spotkałem, a znam 

już teraz wszystkich sąsiadów. Ta postać była o wiele wyższa od Stapletona i daleko szczuplejsza 

 

background image

 

od Franklanda. Mógłby to być Barrymore, ale ten został w domu i jestem pewien, że nie poszedł 

za nami. Więc śledzi nas tutaj ktoś nieznajomy, podobnie jak śledził i w Londynie. Widocznie 

wale się go nie pozbyliśmy. Gdybym mógł go złapać, skończyłyby się na razie wszystkie nasze 

zmartwienia. Trzeba będzie zrobić wszystko, wytężyć wszystkie siły, żeby to osiągnąć. 

Najpierw  chciałem  powiedzieć  sir  Henrykowi  o  moich  planach.  Potem  jednak  postanowiłem 

działać na własną rękę i mówić mu jak najmniej. Baronet jest milczący i zamyślony. Ten odgłos 

na  moczarach  bardzo  go  zdenerwował.  Nie  chcę  więc  jeszcze  powiększać  jego  niepokoju,  ale 

zrobię wszystko, żeby zrealizować to co zamierzyłem. 

Dziś rano, po śniadaniu, wydarzył się mały incydent. Barrymore prosił sir Henryka o posłuchanie 

i  przez  jakiś  czas  rozmawiali  w  gabinecie,  przy  zamkniętych  drzwiach.  Siedząc  w  pokoju 

bilardowym, słyszałem kilkakrotnie podniesione głosy i domyślałem się o co chodzi. Po chwili 

baronet otworzył drzwi i wezwał mnie. 
— 

Barrymore ma do nas urazę — rzekł. — Wydaje mu się, ze postąpiliśmy nielojalnie, ścigając 

jego szwagra, skor

o on nam zaufał i z własnej woli zdradził tajemnicę jego pobytu. 

Kamerdyner stał przed nami bardzo blady, lecz i bardzo spokojny, widocznie już ochłonął. 
— 

Może się uniosłem, proszę pana — powiedział — w takim razie, bardzo proszę, niech mi pan 

wybaczy.  Niemniej  byłem  bardzo  zdziwiony,  słysząc,  że  panowie  wracają  nad  ranem  i 

dowiedziawszy  się,  że  panowie  ścigali  Seldena.  Nieszczęśnik  ma  już  wystarczająco  wiele 

kłopotów, ukrywając się przed tymi, którzy go szukają, nie powinienem zatem powiększać liczby 
jego naganiaczy. 
— 

Gdybyś zwierzył się nam dobrowolnie, to co innego — odparł baronet. — Ale powiedziałeś 

nam, a raczej powiedziała twoja żona, pod naciskiem, kiedy nie mieliście już innego wyjścia. 
— 

Nie przypuszczałem, że pan z tego skorzysta... Na prawdę nie przypuszczałem. 

— 

Ten  człowiek  jest  niebezpieczny  dla  całej  okolicy.  Na  moczarach  stoją  samotne  domy,  a 

Selden nie cofnie się przed niczym. Wystarczy na niego spojrzeć, by się o tym przekonać. Na 

przykład dom pana Stapletona. kto go obroni? Jest tam tylko jeden mężczyzna. Nikt nie będzie 

bezpieczny, dopóki Selden nie znajdzie się znów pod kluczem. 
— 

On nie napadnie na żaden dom, proszę pana. Daję słowo honoru. Już nigdy nie napadnie na 

nikogo  w  okolicy.  Zapewniam  pana,  że  za  kilka  dni  postaramy  się  go  wysłać  do  Ameryki 

Południowej.  Na  Boga,  proszę  pana,  błagam,  niech  pan  nie  zawiadamia  policji,  że Selden jest 

jeszcze  na  moczarach.  Zaprzestali  już  pościgu  w  tamtych  stronach  i  może  się  tam  ukrywać, 

dopóki  okręt  nie  odpłynie.  Jeśli  pan  go  wyda,  będziemy  mieli  oboje  z  żoną  ogromne  kłopoty. 

Błagam pana. niech pan nie daje znać policji. 
— I co pan na to? — 

zwrócił się do mnie baronet. 

Wzruszyłem ramionami. 
— 

Gdyby się wyniósł z kraju, ulżyłby płacącym podatki. 

— 

Ale jak nie dopuścić do tego, żeby przed wyjazdem nie popełnił jeszcze jakiejś zbrodni? 

— 

Nie popełni takiego szaleństwa, proszę pana. Zaopatrzyliśmy go we wszystko. Gdyby popełnił 

teraz jakieś przestępstwo zdradziłby swoją kryjówkę. 
— To racja — 

odrzekł sir Henryk. — Niech tak będzie. Barrymore... 

— 

Niech pana Bóg wynagrodzi, dziękuję z całego serca! Moja żona nie przeżyłaby, gdyby go 

jeszcze raz złapali. 
— 

Tak więc, Watsonie. opiekujemy się zbrodniarzem i pomagamy mu, co? Ale skoro jest tak, jak 

mówi  Barrymore,  nie  mogę  wydać  tego  człowieka...  Zatem,  sprawa  jest  skończona.  Bądź 

spokojny, Barrymore, możesz odejść. 

 

background image

 

Kamerdyner podziękował w kilku urywanych słowach i poszedł do drzwi. Nagle zawahał się i 

zawrócił. 
— 

Pan  był  dla  nas  tak  dobry,  że  chciałbym  się  odwdzięczyć.  Proszę  pana,  ja  coś  wiem  i 

powinienem był może już to powiedzieć, ale śledztwo było dawno skończone, gdy to wykryłem. 

Nikomu nie pisnąłem słówka. Dotyczy to śmierci biednego sir Karola. 

Zerwaliśmy się obaj z baronetem na równe nogi. 
— 

Wiesz, co spowodowało jego śmierć? 

— 

Nie, proszę pana, tego nie wiem. 

— 

Więc o co chodzi'? 

— 

Wiem, dlaczego był przy furtce o tak późnej porze. Był umówiony z kobietą. 

— 

Z kobietą! On? 

— 

Tak, proszę pana. 

— 

Jak ona się nazywa? 

— 

Nie wiem, proszę pana, wiem tylko, że ma inicjały „L.L.” 

— S

kąd o tym wiesz? 

— 

Pański  stryj  otrzymał  rano  list.  Zazwyczaj  otrzymywał  dużo  listów,  bo  był  człowiekiem 

znanym z hojności, więc jeśli ktoś potrzebował pomocy, to zwracał się do niego. Ale akurat tego 

dnia  przyszedł  tylko  ten  jeden list, więc zwróciłem na niego uwagę. Miał stempel pocztowy z 

Coombe Tracey i był zaadresowany kobiecą ręką. 
— No i co? 
— 

Zapomniałem  o  tym  i  gdyby  nie  żona,  nie  przypomniałbym  sobie  tego  szczegółu.  Przed 

kilkoma  tygodniami,  porządkując  gabinet  sir  Karola,  w  którym,  od  jego  śmierci,  nic  nie  było 

ruszane, znalazła w głębi kominka ślady spalonego listu, widocznie podartego przed wrzuceniem 

do ognia. Ocalał jednak jeden skrawek papieru, na którym można było odczytać litery, choć stały 

się zupełnie szare a papier sczerniał. Zdawało nam się, że był to dopisek do listu. Zawierał tylko 

te wyrazy: „Zaklinam pana na honor dżentelmena, niech pan spali ten list i przyjdzie pod furtkę o 

godzinie dziesiątej”. Podpisany był „L.L.”. 
— Czy masz jeszcze ten niedopalony skrawek papieru? 
— Nie, p

roszę pana, gdy go dotknęliśmy, rozsypał się na popiół. 

— 

Czy sir Karol odbierał już kiedyś przedtem listy, zaadresowane tym samym pismem? 

— 

Nie  zwracałem  szczególnej  uwagi  na  listy  sir  Karola.  Nie  zauważyłbym  i  tego  ostatniego, 

gdyby, jak już mówiłem, tego dnia nie był jedyny. 
— 

Czy nie domyślasz się kto to jest...L.L."? 

— 

Nie,  proszę  pana.  ale  sądzę,  że  gdyby  udało  nam  się  ustalić  nazwisko  tej  pani, 

dowiedzielibyśmy się niejednego szczegółu o śmierci sir Karola. 
— 

Zupełnie nie rozumiem, dlaczego dotychczas ukrywałeś tak ważną wiadomość? 

— 

Bo,  widzi  pan,  zaraz  potem  spadło  na  nas  to  nieszczęście  z  Seldenem.  A  zresztą  byliśmy 

bardzo  przywiązani  do  sir  Karola,  doznaliśmy  od  niego  tylu  dobrodziejstw...  Wracanie  do  tej 

historii  nie  wskrzesiłoby  naszego  biednego  pana,  a  gdzie  wchodzi  w  grę  kobieta,  tam  należy 

bardzo ostrożnie postępować. Nawet najlepszy z nas... 
— 

Myślałeś, że to zaszkodzi jego dobremu imieniu? 

— 

Wydawało  mi  się,  proszę  pana.  że  nic  dobrego  z  tego  nie  wyjdzie.  Ale  teraz  byłbym 

niewdzięczny, za tyle okazanej mi przez pana dobroci, gdybym panu nie powiedział wszystkiego, 
co wiem w tej smutnej sprawie. 
— 

Dobrze, możesz odejść. 

 

background image

 

Gdy kamerdyner wyszedł, sir Henryk zwrócił się do mnie. 
— 

No, doktorze Watson, co pan myśli o tym nowym szczególe? 

— Zdaje mi 

się, że jeszcze bardziej zaciemnia całą sprawę. 

— 

Ja też tak sądzę. Ale gdybyśmy mogli wykryć ową L.L., wyjaśniłoby to wszystko. Niemniej to 

duży krok naprzód: wiemy, że istnieje ktoś, kto zna okoliczności śmierci sir Karola. Gdybyśmy 

tylko mogli odnaleźć tę kobietę! Jak pan myśli, co teraz robić? 
— 

Przede wszystkim trzeba donieść o tym natychmiast Holmesowi. Ten szczegół przyda mu się 

w rozwiązywaniu tej zagadki. Jestem prawie pewny, że przyjedzie do nas, gdy się o tym dowie. 

Zaraz poszedłem do siebie i napisałem raport dla Holmesa o tej naszej rozmowie. Był widocznie 

teraz  bardzo  zajęty,  bo  otrzymywałem  z  Baker  Street  rzadkie  i  krótkie  liściki  bez  żadnych 

wskazówek dla mnie. Niewątpliwie zupełnie pochłonęła go sprawa szantażu. A jednak ten nowy 

szczegół  powinien  zdecydowanie  zwrócić  jego  uwagę  i  zmusić  na  nowo  do  zajęcia  się  naszą 

sprawą. Chciałbym, żeby tutaj był. 
 

17 października 

Deszcz lał przez cały dzień jak z cebra, chłoszcząc liście bluszczu, wijącego się na murach zamku 

i spływając po szybach. Mimo woli przyszedł mi na myśl zbiegły więzień, bez dachu nad głową, 

na  ponurych  moczarach,  gdzie  wiał  lodowaty  wicher.  Jakie  by  nie  były  jego  przestępstwa,  nie 

trzeba  zapominać,  że  wiele  już  wycierpiał,  i  w  części  odpokutował  za  nie.  A  potem  to 
wspomnienie wy

wołało inne — twarz dostrzeżona w dorożce, postać na szczycie skały. Czy i on 

— nieznany opiekun, tajemniczy przyjaciel — 

był również na dworze, pośród tego potopu? 

Wieczorem  otuliłem  się  w  nieprzemakalny  płaszcz  i  z  głową  pełną  dręczących  mnie  myśli, 
chod

ziłem długo po bagnach. 

Deszcz smagał mnie po twarzy, wicher z przeraźliwym świstem wpadał w uszy. Niech Bóg ma w 

swojej  opiece  tych,  którzy  w  takim  momencie  wchodzą  na  trzęsawisko,  bo  nawet  twardy 

dotychczas  grunt  staje  się  wtedy  mokradłem.  Odnalazłem  Czarny  Szczyt,  na  którym  nocą 

dostrzegłem samotnego strażnika, i z tego skalistego wierzchołka rozglądałem się po pustkowiu 

pode  mną.  Strumienie  wody  żłobiły  sobie  koryta  na  rdzawej  powierzchni  równiny,  a  ciężkie, 

ołowiane chmury zawisły nisko nad ziemia, tworząc jakby szary wieniec dokoła fantastycznych 
pagórków. 

Na lewo, w odległej kotlinie, na wpół ukryte we mgle, wynosiły się dwie smukłe wieże zamku 

Baskerville.  Były  to  jedyne,  dostrzegalne  dla  mnie  oznaki  ludzkiej  działalności,  z  wyjątkiem 
przedhistoryczn

ych  domów,  gęsto  rozsianych  po  stokach  pagórków.  Nigdzie  ani  śladu 

mężczyzny, którego widziałem w nocy w tym miejscu. 

Wracając  spotkałem  doktora  Mortimera,  jadącego  kamienistą  ścieżką  wśród  moczarów  z 

odległego  folwarku  Foulmire.  Doktor  okazywał  nam  dużo  życzliwości.  Prawie  codziennie 

przyjeżdżał do zamku i z zainteresowaniem dopytywał się co u nas słychać. Teraz chciał odwieźć 

mnie do domu i nalegał, żebym wsiadł do jego powoziku. Na wstępie oznajmił mi, że jest bardzo 

zmartwiony  zniknięciem  swojego  ulubionego  wyżła.  Pies  pobiegł  na  moczary  i  nie  wrócił. 

Pocieszałem  doktora  jak  mogłem,  ale  przypomniał  mi  się  skowyt  na  trzęsawisku  Grimpen. 

Wydaje mi się, że doktor nie ujrzy więcej swojego wyżła. 
—  Ale, ale, doktorze — 

powiedziałem,  podskakując  od  jazdy  po  kamienistej drodze — 

przypuszczam, ze mało jest w promieniu kilku mil osób, których pan nie zna. 
— 

Wydaje mi się, że znam chyba wszystkich. 

— 

Czy może zatem pan wymienić mi nazwisko i imię kobiety o inicjałach L.L.? 

 

background image

 

Doktor zamyślił się przez chwilę. 
—  Nie — 

odparł. — Jest tu wprawdzie trochę Cyganów i chłopów, których nazwisk nie znam, 

ale wśród rodzin dzierżawców i mieszczan nie ma ani jednej kobiety, która miałaby takie inicjały. 

Chociaż, chwileczkę — dodał po chwili. — Jest Laura Lyons... Ma pan więc inicjały L.L... ale 
ona mieszka w Coombe Tracey. 
— Kim ona jest? — 

spytałem. 

— 

Córką Franklanda. 

— Co? Tego starego wariata Franklanda? 
— 

Właśnie. Wyszła za malarza Lyonsa. który przybył tu szkicować moczary. Okazało się, że był 

to  jakiś  łajdak  i  wkrótce  ją  porzucił.  Z  tego  co  jednak  słyszałem,  nie  on  sam  był  winien. 

Frankland nie chciał słyszeć o córce, bo wyszła za maż bez jego pozwolenia, a może miał też i 

inne powody. Opuszczona przez, ojca i męża młoda kobieta nie ma łatwego życia. 
— 

Z czego żyje? 

—  Zdaje 

mi się, że Frankland płaci jej pensję, lecz nie może to być wiele, bo sam ma kłopoty 

finansowe. Jakie by me były winy Laury, nie można było pozwolić, żeby się zmarnowała. Gdy 

dowiedziano się, co się stało, kilka osób pomogło jej zdobyć uczciwy zawód. Stapleton, sir Karol, 

nawet  ja,  pomagaliśmy  w  tym,  w  miarę  naszych  możliwości.  Chcieliśmy,  żeby  założyła  biuro 
pisania na maszynie. 

Doktor chciał wiedzieć dlaczego o to pytam, ale starałem się odpowiedzieć, nie mówiąc mu zbyt 

wiele, bo nie widzę potrzeby wtajemniczania innych w moje plany. Jutro rano pojadę do Coombe 

Tracey i jeżeli uda mi się porozmawiać z tą panią Laurą Lyons o dwuznacznej reputacji, będzie to 

duży krok do wyjaśnienia jednego z ogniw tego łańcucha tajemnic. 

Zaczynam  nabierać  chytrości  węża.  Gdy  Mortimer  zadał  mi  pytanie,  na  które  nie  chciałem 

odpowiedzieć,  zapytałem  go  nagle,  do  jakiego  typu  należy  czaszka  Franklanda  i  przez  resztę 

jazdy mówiliśmy już tylko o tym. Nie na darmo spędziłem tyle lat z Sherlockiem Holmesem! 
Dzisiejszego pochmurnego 

i  burzliwego  dnia  wydarzyła  się  jeszcze  jedna  ważna  rzecz, 

mianowicie moja rozmowa z Barrymorem, która dała mi do ręki ważny atut. Skorzystam z niego 
w odpowiedniej chwili. 

Mortimer  został  na  obiedzie,  po  czym  zasiadł  z  baronetem  do  kart.  Kamerdyner  przyniósł  mi 

kawę do biblioteki, z czego skorzystałem, by mu zadać kilka pytań. 
— 

No i cóż — rzekłem — czy ten twój kochany szwagier już pojechał, czy też włóczy się jeszcze 

po moczarach? 
— 

Nie wiem, proszę pana. Mam nadzieję, że sobie pojechał. Skończyłyby się nasze zmartwienia! 

Zanosiłem mu jedzenie ostatni raz przed trzema dniami i potem nie dał już znaku życia. 
— 

A widziałeś go wtedy? 

— 

Nie proszę pana. Ale gdy przechodziłem tamtędy nazajutrz jedzenia już nie było. 

— 

Więc widocznie jeszcze tam przebywał... 

— 

Tak by się zdawało, o ile tamten nie zabrał zapasów. 

Filiżanka, którą podnosiłem do ust., zatrzymała się w pół drogi. Spojrzałem ze zdumieniem na 
Barrymora. 
— 

Jak to. wiesz, że jest tam jeszcze ktoś inny? 

— 

Tak proszę pana. na moczarach jest jeszcze inny mężczyzna. 

— 

Widziałeś go? 

— 

Nie, proszę pana. 

— 

Więc skąd wiesz, że tam ktoś jeszcze jest? 

 

background image

 

— 

Powiedział mi to Selden przed tygodniem, a może jeszcze wcześniej. I on się też ukrywa, ale 

to nie jest więzień, o ile mogę się zorientować. Panie doktorze, mnie się to wszystko nie podoba, 

mówię szczerze. To mi się nie podoba. 

Mówił gwałtownie i bardzo poważnie. 
— 

Słuchaj,  Barrymore!  W  tej  całej  sprawie  obchodzi  mnie  tylko  dobro  twojego  pana. 

Przyjechałem tutaj jedynie po to, by mu pomóc. Powiedz mi więc otwarcie, co ci się nie podoba? 

Barrymore zawahał się przez chwilę, jakby żałował poprzedniego wybuchu, lub nie umiał 

wyrazić swoich myśli. 
— 

Wszystko, co się tam dzieje, proszę pana — zawołał w końcu, wskazując ręką w stronę okna. 

wychodzącego  na  moczary.  —  W  tym  jest  coś  złego,  ktoś  knuje  coś  podłego,  przysięgam! 

Byłbym szczęśliwy, proszę pana, gdyby sir Henryk chciał wrócić do Londynu. 
— 

Ale co cię tak niepokoi? 

— 

Niech sobie pan przypomni śmierć sir Karola! To była dziwna śmierć, jak można się domyślać 

tego,  co  mówił  sędzia  śledczy.  Niech  pan  także  weźmie  pod  uwagę  nocne  odgłosy  na 

moczarach. W całej okolicy nic ma człowieka, który by tam poszedł po zachodzie słońca, nawet 

za duże pieniądze. A ten nieznajomy, który się ukrywa, śledząc i wyczekując! Na co on czeka? 

Co  to  znaczy?  Wszystko  to  nie  wróży nic dobrego dla nikogo, kto nosi nazwisko Baskerville. 

Kamień  spadnie  mi  z  serca  w  dniu,  kiedy  stąd  odejdę,  a  w  zamku  zjawi  się  nowa  służba  sir 
Henryka. 
— 

Wróćmy do tego nieznajomego — powiedziałem. — Czy możesz mi coś o nim powiedzieć? 

Co mówił Selden? Czy odkrył, gdzie się ukrywa i co robi? 
— 

Widział go raz, może dwa razy, ale to ostrożny człowiek i z niczym się nie zdradza. Selden 

najpierw myślał, że to policjant, ale szybko przekonał się. że tamten ma jakieś swoje cele. O ile 

mój szwagier mógł dostrzec, wygląda na dżentelmena, ale nie udało mu się odkryć, co robi. 
— 

A gdzie się ukrywa? 

— 

Na stoku pagórka, wśród ruin... Pan wie, między tymi, w których dawniej żyli ludzie. 

— 

A skąd bierze jedzenie? 

—  Selden od

krył,  że  wszystko  przynosi  mu  jakiś  chłopczyk.  Zdaje  mi  się,  że  robi  zakupy  w 

Coombe Traccy. 
— Dobrze, Barrymore. Pomówimy o tym jeszcze innym razem. 

Gdy kamerdyner wyszedł, zbliżyłem się do okna i przez zroszone deszczem szyby patrzyłem na 

chmury pędzące po niebie, na wierzchołki drzew słaniające się pod podmuchami wiatru. 

To  była  ciężka  noc  dla  człowieka  w  wygodnym,  ciepłym  pokoju,  a  cóż  dopiero  dla  takiego, 

którego schronieniem była kamienna chata na bagnach! 

Jak  potężna  musiała  być  nienawiść,  zmuszająca  człowieka  do  czatowania  w  takim  miejscu,  w 

taka  noc!  Jak  ważna  była  sprawa,  dla  której  trzeba  się  tak  poświęcać.  Tam  zatem,  w  ruinach 

kamiennych  domów  na  moczarach,  znajduje  się  rozwiązanie  zagadki,  która  mnie  tak  gnębi. 

Przysięgam, że w ciągu doby zrobię wszystko, co tylko w mocy  

ludzkiej, by dotrzeć do rozwiązania tajemnicy. 
 
 

Człowiek z Czarnego Szczytu 

Fragment  mojego  dziennika,  stanowiący  ostatni  rozdział,  doprowadził  moją  opowieść  do  l 

października, czyli do dnia, od którego dziwne wypadki zaczęły szybko prowadzić do strasznego 

 

background image

 

finału. Wydarzenia następnych dni wyryły mi się na zawsze w pamięci, tak że mogę je odtworzyć 
bez pomocy pisanych wówczas notatek. 

Powracam więc do dnia, w którym udało mi się ustalić dwa niezmiernie ważne fakty: że pani 
Laura 

Lyons z Coombe Traccy pisała do sir Karola Baskervilla i wyznaczyła mu spotkanie w tym 

samym  miejscu  i  o  tej  samej  godzinie,  o  której  zmarł,  oraz  że  tego  ukrywającego  się  na 

moczarach mężczyznę można znaleźć wśród ruin na stoku pagórka. Wiedząc już tyle, czułem, że 

jeśli nie uda mi się rzucić więcej światła na tę sprawę, to będzie to z mojej strony dowodem braku 
inteligencji lub odwagi. 

Poprzedniego dnia wieczorem nie miałem okazji powiedzieć baronetowi, czego dowiedziałem się 

o  pani  Lyons,  ponieważ  doktor  Mortimer  grał  z  nim  w  karty  do  późnej  nocy.  Przy  śniadaniu 

jednak powiedziałem mu o swoim odkryciu i spytałem, czy chce pojechać ze mną do Coombe 

Traccy. Najpierw zapalił się do tego wyjazdu, ale po namyśle obaj doszliśmy do wniosku, że jeśli 

pojadę  sam,  efekty  mogą  być  lepsze.  Z  pewnością  im  ta  wizyta  będzie  hardziej  oficjalna,  tym 

mniej  się  dowiemy.  Zostawałem  więc  sir  Henryka  w  domu,  nie  bez  wyrzutów  sumienia,  i 

wyruszyłem  w  drogę.  Po  przyjeździe  do  Coombe  Tracey  kazałem  Perkinsowi  wyprząc  konie i 

zacząłem  wypytywać  o  kobietę,  z  którą  chciałem  rozmawiać.  Znalazłem  ją  bez problemów — 

mieszkała na głównej ulicy, w bardzo przyzwoitym domu. 

Służąca wpuściła mnie bez problemu, a gdy wszedłem do pokoju, pani siedząca przy maszynie do 

pisania,  zerwała  się  z  uprzejmym  uśmiechem.  Gdy  się  zorientowała,  że  gościem  jest  ktoś 

nieznajomy, zmartwiła się, usiadła na miejscu i spytała mnie o powód wizyty. 

Na pierwszy rzut oka pani Lyons robiła wrażenie niezwykle pięknej kobiety. Miała kasztanowe 

oczy  i  włosy,  nieco  piegowatą  twarz,  a  jej  policzki  o  ciepłej  cerze  brunetki  miały  delikatny 

odcień,  jak  płatki  herbacianej  róży.  Byłem  zachwycony.  Lecz  zaraz  obudził  się  we  mnie 

krytycyzm.  Była  w  niej  jakaś  subtelna  wada,  która  psuła  doskonałość  rysów  —  czy pewna 

pospolitość  w  wyrazie,  a  może  surowe  spojrzenie  lub  skrzywienie  ust.  Ale  to  przyszło  mi  do 

głowy później. W tej chwili miałem świadomość, że stoję przed bardzo piękną kobietą i że ona 

pyta mnie o powód odwiedzin. Dopiero teraz zrozumiałem, jak delikatnej misji się podjąłem. 
— 

Mam przyjemność — zacząłem — znać pani ojca. Ten wstęp był niezręczny i pani Lyons dała 

mi to zaraz odczuć. 
— 

Między  moim  ojcem  i  mną  —  odrzekła  —  nie  ma  żadnych  związków.  Niczego  mu  nie 

zawdzięczam, a jego przyjaciele nie są moimi przyjaciółmi. Ojciec tak o mnie dbał, że gdyby nie 

sir Karol Baskerville oraz kilku innych życzliwych ludzi, umarłabym z głodu. 
— 

Przyszedłem do pani właśnie w sprawie sir Karola Baskervilla. 

Piegi na twarzy pani Lyons stały się wyraźniejsze. 
— 

Co ja mogę panu o nim powiedzieć? — spytała, u jej palce przebiegały nerwowo po 

klawiszach maszyny do pisania. 
— 

Przecież pani go znała? 

— 

Mówiłam już, że dużo mu zawdzięczam. Jeśli jestem w stanie się utrzymać, to w znacznej 

części dzięki pomocy, jaką okazał mi w nieszczęściu. 
— 

Czy pani pisywała do niego? 

Spojrzała na mnie z błyskiem gniewu w pięknych oczach. 
— Dlaczego mnie pan o to pyta? — 

zapytała ostrym tonem. 

— 

Dlaczego? Żeby uniknąć publicznego skandalu. Lepiej, że ja zadam pani tutaj te pytania, niż 

żeby sprawa, która mnie tu sprowadza, stała się głośna. 

Bardzo blada siedziała przez chwilę w milczeniu. W końcu spojrzała na mnie wyzywająco. 

 

background image

 

— Dobrze, odpowiem — 

powiedziała. — Co pan chce wiedzieć? 

— 

Czy pani pisywała do sir Karola'? 

— 

Oczywiście...  Raz,  czy  dwa  razy,  żeby  mu  podziękować  za  jego  delikatność  i 

wspaniałomyślność. 
— 

Czy pamięta pani kiedy to było? 

— Nie. 
— 

Czy pani się z nim spotykała? 

— 

Parę  razy,  gdy  przyjeżdżał  do  Coombe  Tracey.  Sir  Karol  był  skromnym  człowiekiem  i  nie 

szukał rozgłosu. 
— 

Ale jeśli pani widywała się z nim tak rzadko i tak rzadko do niego pisywała, skąd wiedział o 

pani trudnym położeniu i mógł przyjść z pomocą? 

Na ten mój zarzut odpowiedziała bardzo skwapliwie. 
— 

Kilku  znajomych  wiedziało  o  moim  nieszczęściu,  porozumieli  się  zatem,  by  mi  pomóc. 

Jednym z nich byt pan Stapleton, sąsiad i bliski przyjaciel sir Karola, człowiek bardzo życzliwy. 

To od niego sir Karol dowiedział się o moim położeniu.  

Wiedziałem  już,  że  w  kilku  wypadkach  zmarły  pan  Baskerville  udzielając  pomocy  używał 

pośrednictwa  Stapletona,  wyjaśnienie  pani  Laury  było  więc  prawdopodobne—  Czy  pani  pisała 

kiedykolwiek do sir Karola, wyznaczając mu spotkanie? 

Twarz pani Lyons poczerwieniała z gniewu. 
— Doprawdy, zadaje mi pan dziwne pytania. 
— 

Bardzo mi przykro, ale muszę je powtórzyć. 

— 

Więc odpowiem: oczywiście nie. 

— 

Nawet w dniu śmierci sir Karola? 

Z twarzy młodej kobiety zniknęła purpura i ustąpiła miejsca śmiertelnej bladości. Suche wargi 

poruszały się, nie mogąc wymówić wyrazu: „nie”, który raczej dostrzegłem niż usłyszałem. 
—  Niew

ątpliwie  zawodzi  panią  pamięć  —  powiedziałem.  —  Mógłbym  nawet  przytoczyć 

fragment pani listu: „Zaklinam pana na honor dżentelmena, niech pan spali ten list i przyjdzie 

pod furtkę o godzinie dziesiątej". 

Myślałem, że pani Lyons zemdleje — ale wysiłkiem woli zapanowała nad sobą. 
— 

Czy nie ma już- na świecie ludzi honoru? — powiedziała z trudem. 

— 

Jest pani niesprawiedliwa dla sir Karola. Spalił pani list. Ale spalony list pozostaje czytelny. A 

więc przyznaje się pani do napisania tego listu? 
— 

Tak, napisałam ten list! — zawołała i wyładowując zdenerwowanie w potoku słów dodała — 

Napisałam go. Dlaczego mam zaprzeczać. Nie mam powodu wstydzić się tego listu. Wydawało 

mi się, że gdybym mogła z nim porozmawiać, pomógłby mi. Więc poprosiłam go o spotkanie. 
— Ale dlaczego o takiej godzinie? 
— 

Dlatego, że dowiedziałam się, iż wyjeżdża następnego dnia do Londynu i wróci dopiero za 

kilka miesięcy, a z różnych przyczyn nic mogłam wcześniej pójść do niego. 
— 

Ale dlaczego wyznaczyła pani spotkanie w ogrodzie, zamiast przyjść do niego do domu? 

— 

Czy pan sądzi, że kobiecie wypada chodzić samej o tej godzinie do kawalera. 

— 

I co się stało podczas tego spotkania? 

— 

Nie poszłam na nie. 

— 

Nie była pani!? 

— 

Nie,  przysięgam panu na wszystko, co mam najświętszego. Nie poszłam. Przeszkodziło mi 

niespodziewane wydarzenie. 

 

background image

 

— Jakie wydarzenie? 
— 

To całkowicie prywatna sprawa. Nie mogę powiedzieć. 

— 

Przyznaje pani zatem, że umówiła się pani na spotkanie z sir Karolem w tym samym miejscu i 

o tej samej godzinie, kiedy zmarł, i twierdzi pani, że na to spotkanie nie poszła? 
— Tak, to prawda. 

Wracałem kilka razy do tego pytania, ale nie mogłem nic więcej wyciągnąć z pani Lyons. 
— 

Bierze  pani  na  siebie  bardzo  dużą  odpowiedzialność  i  stawia  się  pani  w  bardzo  trudnym 

położeniu, nie mówiąc wszystkiego otwarcie — powiedziałem, wstając, by zakończyć tę długą i 

bezużyteczną wizytę. — Jeśli zmusi mnie pani do zawiadomienia policji, dopiero wtedy przekona 

się pani, co to znaczy kompromitacja. Jeśli pani jest niewinna, dlaczego początkowo zaprzeczała 

pani, że pisała tego dnia do sir Karola? 
— 

Bo bałam się, żeby nie wysnuwano stąd jakichś fałszywych wniosków i żebym nie została 

wplątana w skandal. 
— 

A dlaczego nalegała pani tak bardzo, żeby sir Karol zniszczył list? 

— 

Skoro pan czytał list, powinien pan wiedzieć dlaczego. 

— 

Nie powiedziałem pani, że czytałem cały list. 

— 

Przecież przytoczył pan urywek. Przytoczyłem dopisek. List, jak powiedziałem, był spalony i 

tylko  częściowo  czytelny.  Pytam  panią  raz  jeszcze:  dlaczego  nalegała  pani  tak  mocno  na  sir 

Karola, żeby spalił list. Który otrzymał w dniu śmierci? 
— Z powodów osobistych. 
— 

Tym bardziej powinna pani unikać publicznego śledztwa. 

— 

Więc powiem panu. Jeśli pan słyszał coś o moim nieszczęściu, wie pan, iż byłam bardzo 

nierozważna w wyborze męża i ciężko za to odpokutowałam. 
— 

Słyszałem o tym. 

— 

Moje życie było jednym nieustającym pasmem prześladowań ze strony męża. Nienawidzę go, 

ale prawo jest po jego stronie i może lada dzień zmusić mnie do kontynuowania naszego pożycia. 

Wtedy, kiedy pisałam do sir Karola, dowiedziałam się, iż mogłabym odzyskać wolność, gdybym 

miała pieniądze. Chodziło o całe moje życie, o spokój, szczęście, szacunek dla samej siebie — 

słowem o wszystko. Znałam wspaniałomyślność sir Karola i pomyślałam sobie, że gdyby usłyszał 
to o

de mnie, pomógłby mi. 

— 

Więc dlaczego pani nie poszła? 

— 

Dlatego, że otrzymałam pomoc z innego źródła. 

— 

Dlaczego więc nie zawiadomiła pani o tym sir Karola? 

— 

Zrobiłabym to, ale następnego dnia rano przeczytałam w gazecie wiadomość o jego śmierci. 

Wszystk

o,  co  mówiła  pani  Lyons,  wydało  się  prawdopodobne.  a  wszystkie  moje  pytania  nie 

zdołały jej zmusić do dalszych wyznań. Pozostało mi więc jeszcze tylko sprawdzić, czy istotnie 

zaczęła starania o rozwód w tym czasie, kiedy rozegrała się tragedia śmierci sir Karola. 

Nie ośmieliłaby się chyba powiedzieć, że nie była w Baskerville Hali, gdyby było inaczej. Gdyby 

tam pojechała, mogłaby wrócić do Coombe Tracey dopiero następnego dnia wcześnie rano. Taka 

wyprawa nie dałaby się ukryć. Prawdopodobnie zatem mówiła prawdę albo przynajmniej część 
prawdy. 

Wyszedłem  od  pani  Lyons  przygnębiony  i  zniechęcony.  Natknąłem  się  znów  na  ten 

nieprzenikniony  mur,  wznoszący  się  na  każdej  ścieżce,  którą  usiłowałem  dotrzeć  do  celu.  A 

jednak, im bardziej zastanawiałem się nad twarzą tej kobiety i nad jej zachowaniem, tym mocniej 

czułem, że coś przede mną ukrywa.  

 

background image

 

Dlaczego  tak  zbladła?  Dlaczego  musiałem  niemal  siłą  wydobywać  z  niej  każde  wyjaśnienie? 

Dlaczego uparcie milczała na temat szczegółów, dotyczących samej tragedii? Wyjaśnienie tego 

wszystkiego pokaże z pewnością, że nie jest taka niewinna, za jaką chciała przede mną uchodzić. 

Na razie jednak dalsze badanie tego tropu nic by nie dało, należało więc zabrać się do tajemnicy, 

której wyjaśnienia szukać trzeba było wśród ruin na moczarach.  

Wskazówki, jakie mi dał Barrymore, były bardzo niedokładne. Uprzytomniłem to sobie w drodze 

do domu, widząc łańcuch pagórków, z których każdy wykazywał ślady prastarych ludzkich 
siedzib. 

Kamerdyner  powiedział  mi  tylko,  że  nieznajomy  przebywał  w  jednym z tych opuszczonych 

kamiennych  domów,  a  wzdłuż  i  wszerz  moczarów  było  ich  setki.  Miałem  jednak  punkt 

odniesienia  w  poszukiwaniach  od  chwili,  kiedy  dostrzegłem  mężczyznę  stojącego  na Czarnym 

Szczycie. Stamtąd zacznę przeszukiwać kolejno wszystkie ruiny na moczarach, dopóki nie znajdę 

tej właściwej. A gdy spotkam w niej tego mężczyznę, przy pomocy rewolweru, zmuszę go do 

powiedzenia kim jest i dlaczego nas szpieguje. Mógł nam się wymknąć wśród tłumu na Regent 

Street, ale tu, na tym pustkowiu, już mu się to nie uda.  

Jeżeli znajdę pieczarę, a mieszkańca w niej nie będzie, zostanę w niej aż wróci. Holmesowi nie 

udało  się  go  schwytać  w  Londynie.  Byłby  to  dla  mnie  wielki  triumf,  gdybym  zwyciężył  tam, 

gdzie mój mistrz poniósł porażkę. 

Los nie sprzyjał dotychczas naszym poszukiwaniom, lecz teraz nareszcie zaczęło się to zmieniać. 

Zwiastunem był Frankland, który stał przed furtką swojego ogrodu, wychodzącą na drogę. 
— 

Dzień  dobry,  doktorze  Watson  —  zawołał,  a  jego  czerwona  twarz  z  siwymi  bokobrodami 

promieniała wspaniałym humorem. — Pańskie konie muszą wypocząć, a pan wstąpi do mnie na 

kieliszek wina... Może iść pan też pogratulować. 

Nie  lubiłem  go  od  chwili,  gdy  dowiedziałem  się,  jak  postąpił  z  córką,  ale  chciałem  odesłać 

Perkinsa i powóz do domu, a trafiła się do tego doskonała okazja. Wysiadłem więc i kazałem 

stangretowi powiedzieć sir Henrykowi, ze wrócę na obiad, po czym wszedłem z Franklandem do 
jadalni. 
— 

Dziś  jest  mój  wielki  dzień,  jeden  z  tych.  które  zakreślać  trzeba  w  kalendarzu  czerwonym 

ołówkiem  —  mówił  chichocząc.  —  Odniosłem  podwójne  zwycięstwo.  Już  ja  tu  wszystkich 

nauczę,  że  prawo  jest  prawem  i  że  jest  człowiek,  który  nie  obawia  się  na  nie  powołać. 

Stwierdziłem, że mamy prawo do przeprowadzenia publicznej drogi przez środek parku starego 
Milddletona

, o jakieś sto metrów od głównej bramy jego domu. Co pan na to? Nauczymy tych 

magnatów,  że  nie  zawsze  wolno  im  tratować  końskimi  kopytami  praw  chłopów!  Ponadto 

ogrodziłem  i  zamknąłem  lasek,  gdzie  mieszkańcy  Fernworth  zwykle  urządzają  pikniki.  Te 

przeklęte  durnie  myślą,  że  nie  istnieje  prawo  własności  i  że  mogą  wszędzie  rozkładać  się  z 

zatłuszczonymi papierami i butelkami. Sąd już wydał wyrok w obu sprawach, i doktorze Watson, 

w obu na moją korzyść. Takiego dobrego dnia nie miałem od czasu, gdy z mojego powództwa 

Jim Mortland został skazany za złamanie prawa, bo polował we własnej królikarni! 
— 

Jak, u licha, pan to zrobił? 

— 

Niech pan przejrzy akta sądowe. Opłaci się przeczytać... Frankland przeciw Mortlandowi, sąd 

ławy królewskiej. Kosztowało mnie to 200 funtów szterlingów, ale wygrałem sprawę! 
— 

Czy dało to panu jakąś korzyść? 

— 

Nie,  proszę  pana,  żadnej.  Jestem  dumny  z  tego,  że  nie  chodziło  mi  o  prywatny  interes. 

Działam zawsze w poczuciu obywatelskiego obowiązku. Nie wątpię, na przykład, że mieszkańcy 
Fernw

orth  symbolicznie  spalą  dziś  wieczorem  moją  kukłę.  Gdy  ostatni  raz  urządzali  podobną 

 

background image

 

szopkę, powiedziałem policji, że powinna zabronić takich wybryków. Policja w całym hrabstwie 

działa wprost skandalicznie — mimo, że wezwałem ją na pomoc, nie zapewniła mi opieki, do 

której  mam  prawo.  Sprawa  Frankland  przeciw  Królowej  zwróci  na  to  społeczną  uwagę. 

Powiedziałem  im,  że  jeszcze  kiedyś  tego  pożałują,  i  moja  przepowiednia  zaczyna  się  już 

sprawdzać. 
—— A to w jaki sposób? — 

spytałem. 

Twarz starego maniaka przybrała tajemniczy wyraz. 
—- 

Bo mógłbym im powiedzieć to, co wszystkimi sposobami starają się teraz wykryć, ale nic 

mnie nie zmusi żeby pomóc tym łajdakom. 

Od dłuższego czasu szukałem wymówki, która pozwoliłaby mi uwolnić się od tej gadaniny, ale 

teraz zapragnąłem słuchać go dalej. Na tyle znałem przekorną naturę Franklanda, że wiedziałem, 

iż najmniejsza oznaka zainteresowania powstrzymałaby go od dalszych wynurzeń. 
— 

Wykrył pan jakiegoś kłusownika, co? — zapytałem obojętnie. 

— Ho, ho! Drogi panie, to sprawa znac

znie poważniejsza! Co pan myśli o więźniu, włóczącym 

się po moczarach? 

Osłupiałem. 
— 

Czyżby pan wiedział, gdzie on jest? — spytałem. 

— 

Może nie wiem dokładnie, gdzie się ukrywa, ale jestem pewien, że mógłbym dopomóc policji 

w schwytaniu go. Czy nie wpadło panu na myśl. że najlepszym sposobem, aby wyśledzić tego 

zbrodniarza byłoby wykrycie, skąd bierze pożywienie? 

Oczywiście Frankland zaczynał być niepokojąco bliski prawdy. 
— 

Niewątpliwie — odparłem — ale skąd pan wie, że on się ukrywa na moczarach? 

— 

Stąd, że widziałem na własne oczy posłańca, który mu nosi zapasy żywności. 

Ogarnął mnie niepokój o Barrymora. To bardzo niebezpieczne znaleźć się na łasce tego 

złośliwego plotkarza. Jednak po następnej uwadze Franklanda ciężar spadł mi z serca. 
— 

Zdziwi się pan, słysząc, że jedzenie przynosi mu dziecko. Widzę je codziennie przez teleskop 

z dachu. Idzie tą samą ścieżką, o tej samej godzinie. A do kogo mogłoby chodzić, jeśli nie do 

zbiegłego więźnia? 

Co za szczęśliwy zbieg okoliczności! Nie pokazałem jednak po sobie najmniejszego zdumienia. 

Dziecko!  Przecież  Barrymore  mi  mówił,  że  naszemu  nieznajomemu  pomaga  jakiś  wyrostek  - 

Frankland zatem wpadł na jego trop, nie zaś na trop Seldena. Gdyby zechciał podzielić się ze mną 

swoimi wiadomościami, oszczędziłby mi dużo pracy. Ale, przede wszystkim, trzeba było udawać 

niedowierzanie i obojętność. 
— 

Sądzę, że to prędzej syn któregoś z pasterzy nosi ojcu obiad. 

Najmniejsza  wątpliwość  doprowadzała  starego  despotę  do  pasji.  Spojrzał  na  mnie  złym 
wzrokiem, a jego 

siwe bokobrody zjeżyły się, jak sierść drażnionego kota. 

— Doprawdy? — 

rzekł, wskazując na bezbrzeżne moczary — Czy widzi pan Czarny Szczyt? O, 

tam!  Dobrze.  A  widzi  pan  poza  nim  niski  pagórek,  pokryty  gęstymi  zaroślami?  To  jest 

najbardziej  kamienista  część  moczarów.  Czy  to  prawdopodobne,  żeby  pasterz  wybrał  takie 

miejsce dla swoich zwierząt? Pańskie przypuszczenie jest zupełnie niedorzeczne. 

Odpowiedziałem z pokorą, że nie znałem tych wszystkich szczegółów. Moja uległość spodobała 

się Franklandowi i wywołała dalsze zwierzenia. 
— 

Niech  pan  będzie  pewien,  że  zanim  coś  powiem,  muszę  mieć  niezbite  dowody.  Nieraz 

widziałem chłopca niosącego paczkę. Raz, a niekiedy dwa razy dziennie, mogłem... Ale, niech 

pan poczeka... Czy mnie oczy mylą, czy też na prawdę coś się tam porusza na stoku pagórka? 

 

background image

 

Chociaż  pagórek  był  bardzo  odległy,  niemniej  dostrzegłem  wyraźnie  mały  czarny  punkt  na 
zielonoszarym tle krajobrazu. 
— 

Niech pan tu podejdzie, prędzej! — zawołał Frankland, pędząc na schody. — Zobaczy pan na 

własne oczy i sam się przekona. 

Na  płaskim  dachu  stał  potężny  teleskop  na  trzech  nogach.  Frankland  doskoczył  do  lunety  i 

krzyknął z radości. 
— 

Prędko, doktorze Watson, prędko, zanim minie pagórek! 

Rzeczywiście, mały chłopiec, z węzełkiem na ramieniu, wchodził powoli na wzgórze. Gdy stanął 

na szczycie, jego bied nie ubrana postać rysowała się wyraźnie na tle błękitnego nieba. Szybko i 

ze strachem rozejrzał się dokoła, jakby w obawie przed pogonią, po czym zniknął za pagórkiem. 
— 

No i co? Mam rację? 

— 

Oczywiście, jest tam chłopiec, który jak się zdaje, spełnia jakieś tajemnicze polecenie. 

— 

A nawet policjant odgadłby, jakie to polecenie. Ale nie dowiedzą się ode mnie ani słówka. 

Pana również zobowiązuję do zachowania tajemnicy. Ani słówka! Rozumie pan? 
— 

Niech pan będzie spokojny. 

— 

Postąpili ze mną haniebnie... haniebnie. Gdy wszystkie fakty zostaną ujawnione w procesie 

Frankland przeciwko Królowej, oburzenie wstrząśnie całym krajem. Nic mnie nie zmusi aby w 

jakikolwiek  sposób  pomóc  policji.  Byliby  szczęśliwi,  żeby  opalono  nie  moją  kukłę,  ale  mnie 

samego...  Co, pan już idzie? O, nie, nie puszczę pana! Musi pan wypić ze mną butelczynę na 

cześć moich wszystkich zwycięstw! 

Ale  oparłem  się  jego  naleganiom  i  przekonałem  go  też,  aby  nie  odprowadzał  mnie  do  domu. 

Dopóki  mógł  mnie  widzieć  szedłem  drogą,  a  potem  skręciłem  szybko  w  bok  na  moczary  i 

poszedłem  do  skalistego  pagórka,  za  którym  zniknął  chłopiec.  Los  mi  sprzyjał  i  przysiągłem 

sobie,  że  jeżeli  nie  uda  mi  się  wykorzystać  pomyślnego  zbiegu  okoliczności,  to  nie  z  braku 
energii i 

wytrwałości z mojej strony. 

Słońce już zachodziło, gdy stanąłem na szczycie pagórka. Na stokach od strony równiny pełzały 

jeszcze złociste i zielonkawe blaski zachodzącego słońca, z przeciwnej strony ciągnęły się już po 

nich szare cienie. Białe opary w/nosiły się z wolna na horyzoncie, a spośród nich wyłaniały się 

wyraźne fantastyczne kształty szczytów Belliver i Vixen. 

Nic  nie  zakłócało  ciszy  rozległej  równiny,  nigdzie  nic  się  nic  ruszało,  nic  dolatywał  żaden 

dźwięk.  Tylko  duża,  szara  rybitwa  albo  kulik,  szybował  po  błękitnym  niebie.  On  i  ja  byliśmy 

jedynymi  żywymi  stworzeniami  pomiędzy  bezbrzeżnym  sklepieniem  nieba  a  pustkowiem  na 

ziemi. Dziki krajobraz, uczucie samotności, świadomość, ze robię cos bardzo niebezpiecznego i 

pilnego, wszystko to przejmowało mnie dreszczem. 

Chłopca nigdzie nie było. U moich stóp, w rozpadlinie między pagórkami, widziałem krąg tych 

prastarych kamiennych domów, a na jednym z nich zachował się prawie cały dach, tak że mógł 

służyć jako mieszkanie. Serce mi mocniej zabiło, gdy to zauważyłem. Z pewnością tam, w tej 

norze, czatował nasz nieznajomy. Nareszcie stałem u progu jego kryjówki — za chwilę mogłem 

poznać jego tajemnicę. 

Zbliżyłem  się  ostrożnie  do  pieczary,  jak  Stapleton,  gdy  podchodzi  z  siatką  do  upatrzonego 
motyla, i przekona

łem się, że rzeczywiście służyła za mieszkanie. Ledwo widoczna wśród głazów 

ścieżka  prowadziła  do  otworu,  zastępującego  drzwi.  Wewnątrz  panowała  cisza.  Nieznajomy 

czatował w ukryciu, lub też włóczył się po moczarach. Nerwowo rzuciłem papierosa, wziąłem do 

ręki  rewolwer,  podszedłem  szybko  do  otworu  i  zajrzałem  do  środka.  Nie  było  nikogo. 

Dostrzegłem  natomiast  wiele  znaków,  że  jestem  na  dobrym  tropie.  Tu  niewątpliwie  mieszkał 

 

background image

 

nieznajomy. Przykryte nieprzemakalnym płaszczem kosze leżały na tym samym wielkim głazie, 

na którym przedhisryczni mieszkańcy zwykle odpoczywali. 

W prymitywny m ognisku tlił się popiół, za nim stały kuchenne naczynia i wiadro do połowów, 

napełnione  wodą.  Puste  puszki  po  konserwach  świadczyły,  że  już,  od  pewnego  czasu  ktoś  tu 

mieszkał,  a  gdy  mój  wzrok  przywykł  do  panującego  dokoła  półmroku,  w  kącie  dostrzegłem 

bochenek chleba i pół butelki wódki. 

Płaski głaz na środku chaty służył jako stół. Leżało na nim małe zawiniątko — niewątpliwie to 

samo, które przez teleskop dostrzegłem na ramieniu chłopca. Był w nim świeży chleb, wędzony 

ozór  i  dwie  puszki  brzoskwiń.  Przejrzałem  zawiniątko  i  usiadłem,  lecz  w  tej  samej  chwili 

gwałtownie zabiło mi serce — pod puszkę wsunięta była kartka, zapisana niewprawną ręką. 

Chwyciłem ją i przeczytałem: 
Doktor Wat

son pojechał do Coombe Tracey. 

Przez chwilę stałem z kartką w ręku zastanawiając się co znaczy to lakoniczne doniesienie. A 

więc to mnie, a nie sir Henryka, szpiegował tajemniczy nieznajomy! Nie śledził mnie sam, lecz 

wysłał za mną kogoś zaufanego — może tego chłopaka — i to jest jego raport. 

Bardzo prawdopodobne, ze od przybycia tutaj byłem cały czas śledzony, i znów poczułem jakiś 

ciężar,  ogarnęła  mnie  świadomość,  że  zręcznie  zarzucono  na  nas  cienką  sieć,  która  jednak 

zacieśnia się dokoła nas tak lekko, że dopiero w ostatecznej chwili zorientujemy się, iż jesteśmy 

w pułapce. 

Jeśli był jeden raport, mogły się znaleźć i inne — zacząłem więc rozglądać się i przeszukiwać 

chatę. Nie znalazłem jednak nigdzie żadnej innej kartki, ani tez jakiejkolwiek wskazówki, która 

mówiłaby  o  charakterze  lub  zamiarach  człowieka  mieszkającego  w  te]  dziwnej  siedzibie.  To 

tylko  było  pewne,  że  musiał  być  przyzwyczajony  do  spartańskich  warunków  i  mało  dbał  o 
wygody. 

Gdy  pomyślałem  o  ulewie z ostatnich dni i spojrzałem na szerokie szpary między kamieniami 

tworzącymi dach, zrozumiałem, jak ważna dla nieznajomego była ta sprawa, skoro wytrwał w tak 
niewygodnym schronieniu. 

Czy był naszym zaciętym wrogiem, czy też może naszym aniołem stróżem? Poprzysiągłem sobie, 

że nie opuszczę tego miejsca, dopóki się tego nie dowiem... 

Na  dworze  słońce  powoli  zachodziło,  zapalając  na  niebie  krwawe  łuny  i  złociste  blaski,  które 

odbijały się rdzawymi plamami w odległych kałużach wielkiego trzęsawiska. W dali widać było 

dwie  wieże  Baskerville  Hall,  a  za  nimi  słup  dymu  wznoszącego  się  ku  niebu  pokazywał 

położenie  wioski  Grimpen.  W  środku,  między  zamkiem  a  wsią,  za  wzgórzem,  stał  dom 
Stapletonów. 

Cała  przyroda  tchnęła  ciszą  i  spokojem.  Ja  jednak  byłem  zdenerwowany,  ogarnął  mnie  jakiś 
strach 

przed spotkaniem, które stawało się z każdą chwilą coraz bliższe. 

Zdenerwowany, lecz całkowicie zdecydowany, siedziałem w ciemnym kącie chaty i czekałem na 

przybycie jej mieszkańca. W końcu usłyszałem, że nadchodzi. Z daleka dobiegł mnie ostry odgłos 
butów

, uderzających o kamienie. Zbliżał się coraz bardziej. Cofnąłem się w najciemniejszy kąt i 

odbezpieczyłem w kieszeni rewolwer. Bytem zdecydowany schować się tu, dopóki nieznajomy 

nie wejdzie do środka. 

Nagle nastąpiła przerwa, świadcząca, że się zatrzymał. Potem odgłos kroków zbliżył się 

ponownie i w poprzek wejścia padł cień. 
— Co za cudny wieczór, kochany Watsonie — 

odezwał się dobrze mi znany glos. — Zdaje mi 

się, że będzie nam przyjemniej na powietrzu, niż w tej norze. 

 

background image

 

 
 

Śmierć na moczarach 

Przez  chwalę  siedziałem  osłupiały,  z  zapartym  oddechem,  nie  dowierzając  własnym  uszom. 

Potem oprzytomniałem, a ciężar odpowiedzialności spadł mi z serca. Tylko jeden człowiek na 

świecie miał głos tak zimny, przenikliwy i ironiczny. 
— Holmes! — 

krzyknąłem. — Holmes! 

— 

Wyjdź już — odezwał się — i proszę cię, tylko ostrożnie z rewolwerem. 

Schylając  się  wszedłem  przez  niski  otwór  i  spostrzegłem  swojego  przyjaciela,  siedzącego  na 

kamieniu.  Na  widok  mojej  zdumionej  miny  jego  szare  oczy  zabłysły  wesoło.  Schudł  nieco,  w 
jego t

warzy widać było zmęczenie, ale był bardzo ożywiony, twarz opaliła mu się i zaczerwieniła 

od wiatru. Ubrany w 

sportowy  garnitur  i  czapkę,  wyglądał,  jak  zwykły  turysta,  zwiedzający 

moczary.  Dbały  o  czystość,  jak  kot  o  swoje  futerko  —  co jest dla niego charakterystyczne  — 

starał się, być tak ogolony i nieskazitelnie ubrany, jakby wyszedł z mieszkania przy Baker Street. 
— 

Nigdy się jeszcze tak nie ucieszyłem, że cię widzę — powiedziałem ściskając jego dłoń. 

— 

Ani nie byłeś równie zaskoczony, co'? 

— Tak... przy

znaję. 

— 

Mogę cię zapewnić, że moje zdumienie było nie mniejsze niż twoje. Nie miałem pojęcia, że 

odkryłeś moją kryjówkę, ani że w niej siedzisz, dopóki nie stanąłem jakieś dwadzieścia kroków 

od wejścia. 
— 

Poznałeś ślady moich butów? 

—  Nie, mój drogi, nie 

podjąłbym się rozpoznawania śladów twoich butów wśród innych. Jeśli 

chcesz kiedyś ukryć się przede mną, musisz zmienić dostawcę tytoniu, bo gdy ujrzę niedopałek 

papierosa  z  napisem  Bardley,  Oxford  Street,  wiem,  że  mój  przyjaciel  Watson  jest  w  pobliżu. 
Patr

z, leży tam na ścieżce. Rzuciłeś go pewnie w uroczystej chwili wejścia do pustej chaty. 

— 

Jakbyś wiedział. 

— 

Domyśliłem się od razu... a znając twoją bajeczną wytrwałość, byłem przekonany, że zastanę 

cię tu w ukryciu, z bronią pod ręką, czekającego na mieszkańca tej siedziby. Wziąłeś mnie więc 
za tego zbrodniarza? 
— 

Nie wiedziałem kim jesteś, ale bytem zdecydowany wyjaśnić tę tajemnicę. 

— 

Wyśmienicie, Watsonie! A w jaki sposób odkryłeś moją obecność? Dostrzegłeś mnie może tej 

nocy,  kiedy  wybraliście  się  w  pogoń  za  więźniem,  a  kiedy  ja  byłem  na  tyle  nieostrożny,  że 

stanąłem w świetle księżyca? 
— 

Tak jest, widziałem cię wtedy. 

— 

I pewnością przeszukałeś wszystkie ruiny, aż wreszcie trafiłeś do tej? 

— 

Nie. Widziałem chłopca, który ci pomaga i to była wskazówka, dokąd pójść. 

— 

Aha,  ten  stary  mężczyzna  z  teleskopem!...  Nie  mogłem  dojść,  co  to  jest,  gdy  pierwszy  raz 

zobaczyłem światło odbijające się w soczewkach. — Wstał i zajrzał do chaty. — A... Widzę, że 

Cartwright przyniósł mi jedzenie... Co to? Kartka? Więc byłeś w Coombe Tracey? 
— 

Byłem. 

— U pani Laury Lyons? 
— 

Właśnie. 

— 

Doskonale! Nasze poszukiwania biegły więc równolegle, a gdy zestawimy nasze informacje, 

mam nadzieję, że będziemy bardzo blisko całkowitego wyjaśnienia sprawy. 

 

background image

 

— 

Bardzo  się  cieszę,  że  tu  jesteś,  bo  odpowiedzialność  i  tajemnica  zaczynały  mi  za  bardzo 

rozstrajać  nerwy.  Ale,  jak  to  się  stało,  że  tu  przyjechałeś  i  co  tu  robiłeś?  Byłem  pewien,  że 

siedzisz na Baker Street i męczysz się nad sprawą szantażu. 
— 

Właśnie mi na tym zależało, żebyś tak myślał. 

—  A wiec bierzesz mnie do pomocy, ale mi nie ufasz! — 

zawołałem z odcieniem goryczy. — 

Sądzę, że nie zasłużyłem na to z twojej strony. 
— 

Mój drogi, twoja pomoc była nieoceniona, teraz, jak i w wielu innych przypadkach, i proszę 

cię, żebyś mi wybaczył ten mały podstęp. Prawdę mówiąc, przyjechałem tu ze względu na ciebie 
— 

miałem  świadomość  niebezpieczeństwa,  na  jakie  się  narażasz,  więc  czułem,  że  muszę  tu 

przyjechać  i  zbadać  sprawę  osobiście.  Gdybym  przyjechał  z  sir  Henrykiem  i  z  tobą, 
prawdopo

dobnie  podzielałbym  wasz  punkt  widzenia,  a  moja  obecność  ostrzegłaby  naszych 

bardzo groźnych przeciwników i byliby ostrożniejsi. Tymczasem, pozostając w ukryciu, mogłem 

działać swobodniej, niż gdybym mieszkał w zamku. Stanowię żalem nieznany element w sprawie 

i w krytycznej chwili mogę się do niej energicznie włączyć. 
— 

A dlaczego mnie nie wtajemniczyłeś? 

— 

Bo gdybyś wiedział, nic by nam to nie pomogło, a mogłoby tylko spowodować ujawnienie 

mojej obecności. Chciałbyś coś mi powiedzieć, albo znając twoją przyjaźń, przynosiłbyś mi coś 

do  jedzenia  i  narazilibyśmy  się  na  niepotrzebne  niebezpieczeństwo.  Wziąłem  tu  ze  sobą 

Cartwrighta...  pamiętasz  —  tego  malca  z  biura  posłańców...  —  i  on  przynosi  mi  niezbędne 

rzeczy:  bochenek  chleba  i  czysty  kołnierzyk.  Czego  człowiekowi  więcej  trzeba?  Przy  tym  jest 
bardzo zwinny i umie 

uważnie patrzeć, więc jest dla mnie nieoceniony. 
— 

A więc wszystkie moje raporty poszły na mamę? 

Głos zadrżał mi gdy sobie przypomniałem, z jakim trudem i z jaką dumą je pisałem. 

Holmes wyjął z kieszeni zwitek papierów. 
— 

Mam  je  tutaj,  mój  drogi,  i  zapewniam  cię.  że  je  bardzo  dokładnie  przeczytałem.  Kazałem, 

żeby mi je tu przysyłano tylko z jednodniowym opóźnieniem. Muszę ci szczerze pogratulować 

zaangażowania i inteligencji, jaką wykazałeś w tej niezwykle zawikłanej sprawie. 

Ta  miła  pochwała  Holmesa  załagodziła  urazę,  jaką  miałem  do  niego  za  ten  cały  podstęp,  i 

uciszyła  mój  gniew.  Czułem  także,  że  miał  rację  i  że  istotnie  lepiej  było  dla  oprawy,  iż  nie 

wiedziałem o jego obecności na moczarach. 
— O, t

ak, już lepiej — powiedział, widząc że się rozchmurzam. — A teraz opowiedz mi czego 

się dowiedziałeś od pani Laury Lyons... Od razu odgadłem, że pojechałeś do niej. Jest jedyną 

osobą w Coombe Tracey, która może nam się przydać. Gdybyś do niej nie pojechał dziś, 

prawdopodobnie ja pojechałbym tam jutro. 

Słońce już zupełnie zaszło i na moczarach zaległa ciemność. Powietrze znacznie się ochłodziło 
— 

schroniliśmy się więc w chacie i tu, siedząc w mroku, opowiedziałem Holmesowi rozmowę z 

panią Lyons. Słuchał jej tak uważnie, że niektóre szczegóły musiałem powtarzać dwukrotnie. 
— 

To  wszystko jest bardzo ważne — odrzekł, gdy skończyłem. Wypełniłeś niezrozumiałą dla 

mnie dotąd lukę. Czy wiesz, że tą panią łączą ze Stapletonem bardzo bliskie stosunki. 
— 

Nie wiedziałem, że znają się tak dobrze. 

— 

O, bardzo... Widują się, pisują do siebie, słowem, kontakty między nimi są doskonałe. Jest to 

bardzo potężna broń w naszych rękach. Gdyby tylko mogła mi posłużyć do uwolnienia jego 

żony... 
— 

Jego żony? 

 

background image

 

— 

Teraz ja wyjaśnię ci parę spraw, w zamian za wszystkie twoje informacje. Otóż, kobieta, która 

uchodzi tutaj za pannę Stapleton, jest jego żoną. 
— 

Na Boga, Holmesie! Czy jesteś tego pewien? Jak mogłeś dopuścić. żeby sir Henryk się w niej 

zakochał? 
— 

Uczucie sir Henryka nie mogło zaszkodzić nikomu innemu poza nim samym. Zauważyłeś, że 

Stapleton bardzo uważał, żeby baronet nie zbliżył się zbytnio do niej i nie zalecał. Powtarzam, ci, 

że ta kobieta jest jego żoną, a nie siostrą. 
— Po co ta dziwna mistyfikacja. 
— 

Dlatego,  że przewidział, iż będzie mu bardziej użyteczna w charakterze wolnej kobiety. W 

tym momencie wszystkie moje ukryte przeczucia, wszystkie nieuchwytne podejrzenia skierowały 

się w stronę przyrodnika. Zobaczyłem teraz w tym obojętnym, bladym człowieku w słomkowym 
kapelus

zu,  z  siatką  na  motyle  w  ręku  —  człowieka  bardzo  cierpliwego,  piekielnie  chytrego,  z 

uśmiechniętą twarzą i duszą mordercy. 
— 

A więc to on jest naszym wrogiem?... On nas śledził w Londynie? 

— 

Tak mi się wydaje. 

— 

A ostrzeżenie... To pewnie ona je wysłała? 

— Naturalnie. 

Spośród tajemnic, które tak długo nas otaczały, zaczął wyłaniać się jakiś jeszcze nieuchwytny, 

potworny zamysł. 
— 

Czy jesteś tego pewien? Skąd wiesz, że ta kobieta jest żoną Stapletona — spytałem. 

— 

Stąd,  że  gdy  spotkał  się  z  tobą  pierwszy  raz,  zapomniał  się  tak  bardzo,  iż  opowiedział  ci 

niektóre  prawdziwe  fakty  ze  swojego  życia.  Zdaje  mi  się.  że  już  nieraz  żałował  tego  swego 

gadulstwa.  Stapleton  był  rzeczywiście  niegdyś  właścicielem  szkoły  w  jednym  z  hrabstw  w 

północnej  Anglii.  Otóż,  nie  ma  nic  łatwiejszego,  jak  odnaleźć  ślady  dyrektora  szkoły.  Istnieją 

agencje  szkolne,  które  mogą  stwierdzić  tożsamość  każdego  pedagoga.  Niedługie poszukiwania 

wykazały, że zamknięto w tamtych okolicach szkołę, a towarzyszyły temu ohydne okoliczności. 

Właściciel szkoły, który jednak nazywał się inaczej, zniknął razem z żoną. Rysopis zgadzał się. 

więc gdy dowiedziałem się jeszcze, że ten mężczyzna zajmował się entomologią, nie miałem już 

żadnej wątpliwości. 

Ciemności zaczynały się rozpraszać, do wyjaśnienia pozostało jednak jeszcze wiele szczegółów. 
— 

Jeśli ta kobieta jest istotnie żoną Stapletona, jaką rolę odegrała pani Laura Lyons? — spytałem 

ponownie. 
— 

To  wyjaśniły  twoje  poszukiwania.  Twoja  rozmowa  z  nią  przyczyniła  się  bardzo  do 

wyjaśnienia  sytuacji.  Nic  nie  wiedziałem  o  jej  planowanym  rozwodzie.  Ponieważ  uważa 

Stapletona za kawalera, liczy z pewnością, że on się z nią ożeni. 
— 

A gdy się dowie prawdy? 

— 

Zyskamy  sprzymierzeńca.  Więc  przede  wszystkim  musimy  się  z  nią  zobaczyć...  obaj,  i  to 

jutro. Ale, Watsonie, cz

y  nie  uważasz,  że  za  długo  trwa  twoja  nieobecność  na  stanowisku. 

Powinieneś już być w Baskerville Hall.  

Ostatnie purpurowe blaski zgasły na zachodzie — noc zeszła na moczary, a na niebie roziskrzyły 

się pierwsze gwiazdy. 
—  Jeszcze jedno pytanie —  powiedzi

ałem  wstając.  —  Nie  powinniśmy  mieć  wobec  siebie 

tajemnic. Co to wszystko znaczy? Do czego zmierza Stapleton? Jaki ma cel? 
—  Morderstwo, Watsonie — 

odpowiedział  Holmes  zniżonym  głosem  —  wyrafinowane, 

rozmyślne, z zimną krwią popełnione morderstwo. Nie żądaj ode mnie szczegółów. Zastawiłem 

 

background image

 

na niego pułapkę, podobnie, jak on na sir Henryka, a dzięki twojej pomocy, mam go już prawie w 

ręku. Grozi nam tylko jedno niebezpieczeństwo — może nas zaskoczyć i wymierzyć cios, zanim 

będziemy  gotowi  do  walki.  Jeszcze  jeden,  najwyżej  dwa  dni,  a  będę  miał  wszystkie  dowody. 

Tymczasem ty czuwaj nad baronetem równie troskliwie, jak czuwa kochająca matka nad chorym 

dzieckiem. Twój dzisiejszy wyjazd był konieczny, a mimo to wolałbym, żebyś nie opuszczał sir 

Henryka. Słyszysz? 
Okropny krzyk — 

krzyk śmiertelnego strachu i przerażenia rozdarł panującą na moczarach ciszę. 

Zamarła mi krew w żyłach. 
— 

O, Boże! — wyjąkałem. — Co tu jest? 

Holmes zerwał się na równe nogi. Jego olbrzymia postać zarysowała się w wejściu — stał z 
pochylonym

i ramionami, z głową wysuniętą do przodu, usiłując wzrokiem przeniknąć ciemności. 

— Cicho! — 

szepnął — Cicho. 

Usłyszeliśmy ten krzyk dlatego, że był gwałtowny, choć pochodził z odległej części mokradeł. 

Teraz rozległ się znów bliżej, głośniejszy i jeszcze bardziej przejmujący. 
— Gdzie to jest? — 

szepnął Holmes, a drżenie głosu wskazywało, że ten człowiek z żelaza jest 

do głębi poruszony. — Gdzie to jest, Watsonie? 
— 

Zdaje mi się, że tam — odparłem, wskazując w ciemność. 

— Nie, tam. 
I znów ten okrzyk trwogi, 

głośniejszy i znacznie bliższy, rozległ się wśród ciszy nocy... 

Ale  tym  razem  przyłączył  się  do  niego  inny  dźwięk  —  głuche  warczenie,  rytmiczne, a jednak 

groźne, które wzmagało się i cichło, jak nieustający szum morskich fal. 
—  Pies!  — 

krzyknął  Holmes.  —  Chodź,  Watsonie,  chodź  szybko!  Boże,  żebyśmy  tylko  nie 

przyszli za późno! 

I popędził naprzód, a ja biegłem tuż za nim. Nagle, gdzieś spośród skał przed nami, usłyszeliśmy 

ostatni rozpaczliwy wrzask, a potem rozległ się głuchy łoskot. Stanęliśmy, nadsłuchując. Żaden 

inny dźwięk nie przerwał już przytłaczającej ciszy tej bezwietrznej nocy. 

Holmes przycisnął dłoń do czoła, jak człowiek nieprzytomny. Po chwili tupnął niecierpliwie. 
— 

Zwyciężył, Watsonie. Spóźniliśmy się. 

— 

Nie, nie... To niemożliwe! 

— 

Jestem chyba szalony, że do tej chwili zostawiłem go w spokoju! Patrz, Watsonie, co wynikło 

z  tego,  że  opuściłeś  zamek!  Ale  przysięgam,  jeżeli  stało  się  najgorsze,  co  mogło  się  stać, 

zemścimy się. 

Biegliśmy w ciemności, potykając się o głazy, przedzierając przez krzaki jałowca, wdrapując na 

wzgórza  i  zbiegając  ze  stoków.  ciągle  kierując  się  do  miejsca,  skąd  dobiegały  nas  straszne 

odgłosy.  Z  każdego  wzgórza  Holmes  rozglądał  się  uważnie  dokoła.  ale  czarny  mrok  zalegał 

moczary a wśród rozległego pustkowia nic się nie poruszało. 
— 

Czy coś widzisz? 

— Nic. 
— 

Ale... Słuchaj... Co to jest? 

Usłyszeliśmy cichy jęk. Znów, z lewej strony! Łańcuch skał kończył się tu nagle, tworząc urwistą 

pochyłość,  w  której  leżało  cos  czarnego  i  bezkształtnego.  Przedzierając  się  wśród  głazów, 

zbliżyliśmy  się  do  tego  miejsca  i  zobaczyliśmy  mężczyznę  leżącego  twarzą  do  ziemi.  Byt 

skulony,  z  głową  pod  sobą.  Miał  podniesione  ramiona,  a  całe  ciało  skurczone  jak  do  skoku. 

Wyglądał tak dziwacznie, że nie zdawałem sobie sprawy, że umierał. Ciemna postać, nad którą 

obaj  pochylaliśmy  się,  nie  wydała  już  nawet  najcichszego  szeptu.  Holmes  przesunął  ręką  po 

 

background image

 

leżącym  i  poderwał  się  zaraz  z  krzykiem.  Płomień  zapałki,  którą  zaświecił,  padł  na  jego 

zakrwawione  palce  i  na  strumień  krwi,  który  wypływał  z  roztrzaskanej czaszki ofiary. Blask 

oświetlił jeszcze coś więcej — to było ciało sir Henryka Baskervilla! Zamarliśmy z przerażenia. 

Obaj  pamiętaliśmy  jego  dziwaczny  garnitur  ceglastego  koloru,  w  którym  ujrzeliśmy  go  po  raz 

pierwszy  na  Baker  Street.  Zdążyliśmy  go  dostrzec  nim  zgasła  zapałka,  a  razem  z  nią  nasza 

nadzieja. Holmes odetchnął głęboko i, mimo ciemności, widziałem, że zbladł. 
— Bandyta! — 

syknąłem przez zaciśnięte zęby- — Nigdy sobie nie daruję, że dopuściłem do 

tego nieszczęścia! 
—  Jestem bardziej 

winny  od  ciebie.  Goniąc  za  drobnymi  szczegółami,  chcąc  mieć  niezbite 

dowody,  pozwoliłem  zabić  swojego  klienta.  Jest  to  największa  porażka,  jaka  mnie  spotkała  w 

mojej  karierze.  Ale  skąd  mogłem  wiedzieć,  że  sir  Henryk,  pomimo  moich  ostrzeżeń,  zechce 

narażać życie i będzie sam chodził po moczarach? Jak mogłem to przewidzieć? 
— 

I pomyśleć, że słyszeliśmy jego krzyki... Boże, co za krzyki!... i nie zdołaliśmy go ocalić! 

Gdzie jest ten okropny pies, który go zabił? Włóczy się pewnie jeszcze wśród skał. A Stapleton? 

Gdzie się kryje? Zapłaci za tę zbrodnię. 
— 

Zapłaci. Już ja się o to postaram. Stryj i bratanek zamordowani... Jeden umarł z przerażenia na 

sam  widok  zwierzęcia,  które  uważał  za  coś  nadprzyrodzonego,  drugi  znalazł  śmierć  uciekając 

przed tą bestią. Ale teraz musimy jeszcze dowieść związków między człowiekiem a zwierzęciem. 

A  nie  możemy  nawet  udowodnić,  że  taki  pies  w  ogóle  istnieje,  skoro  tylko  słyszeliśmy 

szczekanie  i  warczenie,  a  sir  Henryk  zmarł  na  skutek  upadku.  Ale  przysięgam  na  wszystkie 

świętości,  że  choć  ten  Stapleton  jest  przebiegły  i  sprytny,  dopadnę  go  w  ciągu  dwudziestu 
czterech godzin. 

Ze ściśniętym sercem staliśmy nad okaleczonym ciałem, poruszeni nagłą i nieodwołalną 

katastrofą, która tak smutnie zakończyła naszą długą i trudną pracę. 

Księżyc  powoli  wysuwał  się  zza  chmur.  Weszliśmy  na  skały,  z  których  spadł  nasz  biedny 

przyjaciel i ze szczytu spoglądaliśmy na moczary, w połowie już osrebrzone blaskiem księżyca, 

w połowie jeszcze tonące w mroku.  

Daleko, w kierunku Grimpen, jaśniało jedno żółte światełko. Mogło płonąć jedynie w samotnej 

siedzibie Stapletonów. Zakląwszy wściekle, podniosłem pięść i spytałem Holmesa: 
— 

Dlaczego nie mielibyśmy schwytać go od razu? 

— 

Nie mamy jeszcze wystarczających dowodów. Ten bandyta jest niezwykle zręczny i 

prze

biegły. W sądzie nie chodzi o to, co się wie, ale o to, czego można dowieść. Jeden fałszywy 

krok z naszej strony, a morderca może nam się jeszcze wymknąć. 
— Co w takim razie zrobimy? 
— 

Będziemy mieli jutro wiele roboty, bądź spokojny. Tymczasem oddajmy naszemu biednemu 

przyjacielowi ostatnią posługę. 

W świetle księżyca ciało było wyraźnie widoczne. Gdy znów spojrzałem na postać pokrzywioną 

w przedśmiertelnym skurczu zabolało mnie serce, a w oczach pojawiła się mgła. 
— 

Trzeba wezwać pomoc, Holmesie. Sami nie zdołamy zanieść go do zamku... Wielkie nieba, 

człowieku, czyś ty oszalał? 

Holmes krzyknął, pochylił się nad zwłokami, a teraz skakał, śmiał się i ściskał moją rękę. Nie 

poznawałem swojego poważnego, zawsze panującego nad sobą przyjaciela. 
— Broda!... Brod

a! Ten człowiek ma brodę! 

— 

Brodę? 

— 

To nie baronet... to... ależ tak... to mój sąsiad, zbiegły więzień! 

 

background image

 

Z  gorączkowym  pośpiechem  odwróciliśmy  ciało  i  w  świetle  księżyca  ukazała  się  nam 

zakrwawiona broda. Nie można było pomylić się widząc to wystające czoło i zapadłe zwierzęce 

oczy. Poznałem twarz Seldena, którą widziałem wcześniej nad świecą w szczelinie skały. I w tej 

chwili wszystko stało się dla mnie jasne. Przypomniałem sobie, że baronet podarował swoją starą 

garderobę  Barrymorowi.  Barrymore  zaś  dał  ją  Seldenowi,  chcąc  mu  pomóc  w  ucieczce.  Buty, 
koszula, czapka — 

należały wcześniej do sir Henryka. 

Wypadek  był niewątpliwie bardzo smutny, ale sądy i tak skazały nieszczęśnika na śmierć. Już 

uspokojony, opowiedziałem Holmesowi historię garderoby Seldena. 
— 

W takim razie to ubranie stało się przyczyną jego śmierci — powiedział. — Teraz jest już 

jasne, że do wytresowania psa Stapleton użył jakiegoś przedmiotu, należącego do sir Henryka. 

Najprawdopodobniej,  posłużył  mu  do  tego  but,  który  zginął  w  hotelu,  pies  pobiegł  więc  za 

Seldenem.  Pozostaje  jeszcze  do  wyjaśnienia,  skąd  Selden  mógł  w  ciemnościach  wiedzieć,  że 

ściga go pies? 
— 

Prawdopodobnie go słyszał. 

— 

Tak  twardy  człowiek,  jak  ten  morderca,  nie  przeraziłby  się  słysząc szczekanie psa na 

moczarach, aby krzyczeć jak wariat o pomoc, narażając się na aresztowanie. Sądząc z tego co 

słyszeliśmy musiał długo uciekać przed zwierzęciem. Skąd jednak wiedział, że ściga go pies? 
— 

Jeśli przypuścimy, że wszystkie nasze wnioski są słuszne, to nie rozumiem dlaczego ten pies,.. 

— Ja nic nie przypuszczam. 
— 

Otóż dlaczego ten pies został wypuszczony dzisiaj? Sądzę, że nie wałęsa się stale swobodnie 

po moczarach. Stapleton nie wypuściłby go gdyby nie miał powodu spodziewać się, że sir Henryk 

wyjdzie dziś wieczorem. 
— 

Trudniej jest odpowiedzieć na moje pytanie. Twoje, jak sądzę, wkrótce zostanie wyjaśnione, 

podczas  gdy  moje  na  zawrze  pozostanie  tajemnicą.  A  teraz,  co  zrobimy  ze  zwłokami?  Nie 

możemy ich zostawić. 
— 

Proponuję, żeby je położyć w najbliższych ruinach, dopóki nie zawiadomimy policji. 

— 

Doskonale.  Myślę,  że  damy  sobie  radę  sami...  Watsonie,  a  to  co?  Patrz,  to  on...  Co  za 

piekielna  odwaga.  Tylko  ani  słowem  nie  zdradź  swoich  podejrzeń...  Ani  słówka,  inaczej  runą 
wszystkie moje plany

. Zbliżała się do nas jakaś postać, idąca ścieżką przez moczary. Wkrótce 

dostrzegłem  żar  zapalonego  cygara,  a  w  bladym  świetle  księżyca  poznałem  drobną  postać  i 

skaczący chód przyrodnika. Gdy nas zauważył, przystanął, po czym ruszył do nas. 
—  Doktorze Wats

on, to pan? Ze wszystkich ludzi na świecie pana najmniej spodziewałem się 

zastać tu, na moczarach, o tak późnej porze. Ale, mój Boże, kto to? Jakiś ranny? Nie... Niech mi 

pan nie mówi, że to nasz przyjaciel sir Henryk!  

Minął mnie z pośpiechem i pochylił się nad ciałem. Słyszałem, jak zaczerpnął głęboko powietrza, 

a cygaro wypadło mu z dłoni. 
— Kto... Kto to jest? 
— 

Selden, więzień, który uciekł z Princetown. 

Śmiertelnie  blady  Stapleton  odwrócił  się  do  nas,  lecz  z  wielkim  wysiłkiem  pokonał  swoje 
zdumienie i rozczarowanie. 

Badawczo spoglądał kolejno na mnie i na Holmesa. 
— 

Mój Boże! Co za smutne wydarzenie! Co spowodowało jego śmierć? 

— 

Zdaje się, że roztrzaskał sobie głowę, spadając z tych skał. Przechadzałem się z przyjacielem 

po moczarach, gdy nagle usłyszeliśmy krzyk. 
— 

Ja również usłyszałem krzyk i dlatego wyszedłem. Byłem niespokojny o sir Henryka. 

 

background image

 

— 

Dlaczego właśnie o sir Henryka? 

Nic mogłem się powstrzymać od tego pytania. 
— 

Dlatego, że prosiłem go, by spędził u nas wieczór i byłem zdziwiony, że nie przyszedł. Gdy 

usłyszałem krzyki na moczarach, ogarnął mnie niepokój. Ale — przenikliwe oczy przyrodnika 

znów biegały od mojej twarzy do twarzy Holmesa — czy nie słyszeliście panowie nic innego, 
oprócz krzyku? 
— Ja nie — 

odparł Holmes — a ty? 

— 

Ja też nie! 

— Ale dlaczego zadaje pan to pytanie? — 

spytał Holmes. 

— 

O,  tylko  tak...  Panowie  znają  przecież  opowieści,  krążące  tu  wśród  chłopów,  o  jakimś 

olbrzymim psie, który straszy... Mówią, że niekiedy wyje nocami. Zastanawiałem się więc nad 

tym, czy nie było słychać tej nocy jakiegoś odgłosu, który mógłby usprawiedliwić tę legendę. 
— 

Nie słyszeliśmy nic podobnego — odrzekłem. 

— 

A czemu pan przypisuje śmierć tego człowieka? 

— 

Jestem  pewien,  że  opanował  go  strach,  w  jakim  ciągle  żył,  bojąc  się  wykrycia.  W  nagłym 

obłędzie biegł po moczarach, dostał się bezwiednie na te skały i spadł, roztrzaskując sobie głowę. 
— 

Pańskie  przypuszczenie  jest  bardzo  prawdopodobne  —  powiedział  Stapleton  i  odetchnął 

głęboko, co świadczyło, że doznał wielkiej ulgi. — A co pan myśli, panie Holmes? 

Mój przyjaciel lekko się ukłonił. 
— Jak pan szybko rozpoznaje ludzi — 

odrzekł. 

— 

Spodziewaliśmy się tutaj pana od czasu przyjazdu doktora Watsona. Przyjechał pan w porę, by 

zostać świadkiem tragedii. 
— 

Tak,  rzeczywiście.  Nie wątpię, że przypuszczenia mojego przyjaciela okażą się prawdziwe. 

Niemiłe wspomnienie zabiorę z sobą jutro do Londynu. 
— 

A... jutro pan wyjeżdża? 

— Mam taki zamiar. 
— 

Spodziewam się, że pański pobyt wyjaśnił nieco wypadki, które nas tak zaniepokoiły. 

Holmes wzruszy

ł ramionami. 

— 

Nie zawsze wszystko się udaje. Tu potrzeba faktów, a nie legend i pogłosek. Dotąd nic w tej 

sprawie nie wykryłem. 

Mój  przyjaciel  mówił  zupełne  szczerym,  swobodnym  głosem.  Niemniej  Stapleton  patrzył  na 

niego uważnie. Po chwili zwrócił się do mnie. 
— 

Chciałbym przenieść tego biedaka do mojego domu, ale boję się, że moja siostra bardzo by się 

przeraziła. Sądzę, że jeśli zakryjemy mu twarz, może tu poleżeć bezpiecznie do rana.  

Tak  zrobiliśmy.  Potem,  nie  dając  się  zaprosić  do  Stapletona,  ruszyliśmy z Holmesem do 

Baskerville  Hall.  Przyrodnik  został  sam.  Odwróciliśmy  się  po  chwili  i  widzieliśmy,  jak  szedł 

wolnym  krokiem  w  głąb  moczarów.  Za  nim,  na  stoku  osrebrzonym  blaskiem  księżyca,  wielka 

czarna  plama  wskazywała  miejsce,  gdzie  leżał  człowiek,  który  zginął  tak  niespodziewaną 

śmiercią. 
— Dochodzimy do krytycznej chwili — 

powiedział Holmes po dłuższym milczeniu. — Ależ ten 

człowiek  ma  nerwy!  Jak  on  się  trzymał  na  widok,  że  ktoś  inny  padł  ofiarą  jego  pułapki!  Nie 

każdy zapanowałby tak nad sobą. Powiedziałem ci już w Londynie, Watsonie, i powtarzam to 

teraz, że nie mieliśmy dotychczas równie przebiegłego przeciwnika. 
— 

Żałuję, że cię widział. 

— 

I ja również początkowo żałowałem. Ale nie można było uniknąć tego spotkania. 

 

background image

 

— Co on teraz, twoim zdaniem, zro

bi, skoro wie, że jesteś tutaj? 

— 

Może  stanie  się  ostrożniejszy,  a  może  też  od  razu  zrobi  cos  nieostrożnie.  Jak  większość 

wytrawnych przestępców, może za bardzo zaufa własnej mądrości i wyobrazi sobie, że zmylił nas 

zupełnie. 
— 

Dlaczego nie mielibyśmy od razu go aresztować? 

— 

Mój drogi, jesteś człowiekiem czynu. Wrodzony popęd skłania cię zawsze do energicznego 

działania.  Przypuśćmy,  że  aresztowalibyśmy  Stapletona  dzisiaj  w  nocy.  Co  byśmy  na  tym 

skorzystali?  Niczego  nie  moglibyśmy  mu  udowodnić,  i  na  tym  właśnie  polega  jego  piekielna 

przebiegłość. Gdyby działał przy pomocy innego człowieka, moglibyśmy wykryć jego wspólnika 

i zyskać świadka, ale jeśli nawet odnajdziemy tego olbrzymiego psa, nie pomoże nam to założyć 
stryczek na kark jego pana. 
— 

Mamy przecież dostatecznie wiele dowodów. 

— 

Nie sądzę... Tylko same podejrzenia i przypuszczenia. Wyśmiano by nas w sądzie, gdybyśmy 

poszli z taką legendą i z takimi dowodami. 
— 

A śmierć sir Karola? 

— 

Znaleziono go nieżywego, bez najmniejszych obrażeń. Ty i ja wiemy, że umarł ze strachu i 

wiemy też, co go tak przeraziło, ale w jaki sposób przekonamy o tym dwunastu ograniczonych 

sędziów  przysięgłych?  Gdzie  są  siady  psa?  Gdzie  są  znaki  jego kłów? Wiemy, oczywiście, że 

pies  nie  dotknął  zmarłego i że sir Karol skonał, zanim to bydlę go dopadło. Ale musimy tego 

wszystkiego dowieść, a to niemożliwe. 
— No, a wypadek z dzisiejszej nocy? 
— 

Na nic się nam nie przyda. Znów nie było bezpośredniego związku między psem a śmiercią 

tego  człowieka.  Nie  widzieliśmy  psa.  Słyszeliśmy  go,  ale  nie  moglibyśmy  dowieść,  ze  ścigał 

właśnie tego więźnia. Bo i z jakiego powodu? Nie, mój drogi, musimy pogodzić się z tym, że 

dotąd  nie  mamy  żadnych  podstaw  do  oskarżenia  i  że  musimy  postarać  się  o  niezbite  dowody, 

pozwalające wnieść sprawę do sądu. 
— A w 

jaki sposób zabierzesz się do tego? 

— 

Mam nadzieję, że pomoże nam pani Laura Lyons, gdy jej wyjaśnimy całą sytuację. Mam też 

jeszcze inne plany. Kto wie, co nam przyniesie jutrzejszy dzień. Myślę, ze ostatecznie zwyciężę, 

zanim jutro zajdzie słońce. 
Nic wi

ęcej  nie  mogłem  się  od  niego  dowiedzieć,  i  pogrążeni  w  myślach,  doszliśmy  do  bramy 

zamku. 
— 

Wejdziesz ze mną? — spytałem. 

— 

Wejdę,  nie  ma  potrzeby,  żebym  się  dalej  ukrywał...  Jeszcze  jedno  słowo  Watsonie.  Nie 

wspominaj sir Henrykowi o psie. Niech myśli o śmierci Seldena to, co Stapleton chce, żebyśmy 

my myśleli. Lepiej zniesie to, co go jutro czeka, pisałeś mi przecież, jeśli się nie mylę. że jest 
zaproszony na obiad do Merripit House? 
— 

Tak, i ja również. 

— 

Ty jakoś się wykręcisz, a on pójdzie sam. Wymyślimy dla ciebie jakiś powód. A teraz skoro 

spóźniliśmy się na obiad, sądzę, że dostaniemy przynajmniej kolację. 
 
 

Zarzucanie sieci 

Sir Henryk bardziej się ucieszył niż zdziwił widokiem Sherlocka Holmesa, gdyż od kilku 

dni  spodziewał  się  jego  przyjazdu  z  powodu  ostatnich  wypadków.  Niemniej  był  bardzo 

 

background image

 

zaskoczony, gdy spostrzegł, ze mój przyjaciel nie ma ze sobą bagaży i że się z tego nie tłumaczy. 

Zaopatrzyliśmy  go  wkrótce  we  wszystko,  czego  potrzebował,  i  przy  spóźnionej  kolacji, 

opowiedzieliśmy baronetowi nasze przygody na tyle, na ile uznaliśmy za stosowne. 

Wcześniej  spełniłem  przykry  obowiązek:  zawiadomiłem  Barrymora  i  jego  żonę  o  śmierci 

Seldena.  Ta  wiadomość  przyniosła  kamerdynerowi  wielką  ulgę,  ale  jego  żona  rozpłakała  się 

żałośnie.  Dla  całego  świata  zmarły  był  człowiekiem,  dopuszczającym  się  zbrodni,  na  wpół 

zezwierzęconym, dla niej jednak pozostał na zawsze samowolnym chłopcem, dzieckiem, które 

czepiało się jej spódnicy gdy była młodą dziewczyną. 
— 

Piekielnie  się  nudziłem  w  domu  przez  cały  dzień,  od  wyjazdu  Watsona  dziś  rano  — 

powiedział  baronet.  —  Sądzę,  że  będziecie  mi  panowie  już  teraz  ufali,  gdyż  dotrzymałem 

obietnicy.  Gdybym  nie  przysiągł,  że  sam  nie  będę  wychodzić,  mógłbym  przyjemniej  spędzić 

wieczór, bo miałem zaproszenie do Stapletona. 
— 

Nie wątpię, że spędziłby pan przyjemny wieczór — odparł Holmes sucho. — Ale nie domyśla 

się pan nawet, że my już opłakiwaliśmy pana śmierć. 

Sir Henryk spojrzał na nas ze zdumieniem. 
— A to dlaczego? 
— 

Ten nieszczęsny zbrodniarz ubrany był w pański garnitur. Obawiam się, że pański lokaj, który 

mu go dał, będzie miał do czynienia z policją. 
— 

Nie przypuszczam. O ile pamiętam, ubranie nie było znaczone moimi inicjałami. 

— 

Tym lepiej dla niego, a faktycznie tym lepiej dla was wszystkich, bo wszyscy postąpiliście 

wbrew p

rzepisom.  Nie  jestem  pewien,  czy  jako  sumienny  stróż  prawa,  nie  powinienem 

aresztować wszystkich w domu. Raporty Watsona są bardzo obciążającymi dokumentami. 
— 

A co z naszą sprawą? — spytał baronet. — Czy udało się panu wpaść na jakiś trop? Bo my z 

Watsone

m nie wiemy wiele więcej niż na początku, choć siedzimy tutaj. 

— 

Wydaje mi się, że niedługo będę mógł wyjaśnić dokładnie całą sytuację. Sprawa jest trudna i 

niesłychanie zawikłana. Niektóre elementy są jeszcze zupełnie niejasne, ale światło, które nam je 
r

ozjaśni,  już  się  zbliża.  —  Watson  powiedział  panu  z  pewnością,  że  jedno  stwierdziliśmy  na 

pewno:  słyszeliśmy  psa  na  moczarach.  Mogę  zatem  przysiąc,  że  ta  legenda  nie  jest  tylko 

zabobonem. Miałem wiele do czynienia z psami na Dalekim Zachodzie w Ameryce, i rozpoznam 

wycie psa. Jeśli pan zdoła mu nałożyć kaganiec i uwiązać go na łańcuchu, gotów jestem ogłosić 

pana największym detektywem na świecie. 
— 

Sądzę,  że  założę  mu  kaganiec  i  uwiążę  na  łańcuchu  bez  wielkich  trudności,  jeżeli  pan  mi 

pomoże. 
— 

Zrobię wszystko, co mi pan każe. 

— 

Doskonałe,  żądam  jednak,  żeby  pan  był  mi  ślepo  posłuszny  i  nie  pytał  o  powody  moich 

poleceń. 
— Dobrze, jak pan chce. 
— 

Jeśli dotrzyma pan słowa, możemy szybko rozwiązać naszą zagadkę. Nie wątpię... 

Nagle urwał i patrzył uparcie ponad moją głową w próżnię. — Światło lampy padało prosto na 

jego twarz, która stała się tak uważna i zastygła jak kamień, że przypominała klasyczny posąg, 

wyobrażający zdumienie i wyczekiwanie. 
— 

Co się stało? — krzyknęliśmy obaj z baronetem. 

Gdy Holmes zwróci

ł  wzrok  ku  nam.  wiedziałem,  że  wydarzyło  się  coś  ważnego.  Twarz  miał 

spokojną, ale w jego oczach widziałem radość. 

 

background image

 

— 

Proszę  wybaczyć  podziw  znawcy  —  powiedział,  wskazując  ręką  szereg  portretów, 

zawieszonych  na  przeciwległej  ścianie  —  Watson twierdzi wprawdzie,  że  nie  mam  pojęcia  o 

sztuce,  ale  to  prosta  zazdrość  wynikająca  z  tego,  że  nasze  gusty  się  różnią.  Ma  pan  tu  zbiór 

bardzo pięknych portretów. 
— 

Miło mi, że je pan chwali — odparł sir Henryk, spoglądając z pewnym zdumieniem na mojego 

przyjaciela. — Nie 

znam się na tym, co prawda, i lepiej niż obraz umiałbym ocenić konia lub 

byka. Nie wiedziałem, że znajduje pan czas i na takie zainteresowania. 
— 

Umiem ocenić dzieło dobre, gdy je widzę, a tu jest ich wiele. Mogę przysiąc, że ta pani tam w 

niebieskim  jedwabiu  to  Kneller,  a  ten  otyły  dżentelmen,  w  peruce  to  na  pewno  Reynolds. 

Domyślam się. że to portrety rodzinne? 
— Tak jest, wszystkie. 
— 

A czy zna pan też imiona innych swoich przodków? 

— 

Barrymore kładł mi je do głowy i sądzę, że potrafię powtórzyć jego lekcję. 

— 

A więc kim jest ten dżentelmen z teleskopem? 

— 

To wiceadmirał Baskerville,. który służył pod rozkazami Rodneya w Indiach Zachodnich. A 

ten w błękitnym stroju, z plikiem papierów w ręku, to sir William Baskerville, prezes komisji 
Izby Gmin za Pitta. 
— A ten kawaler na wprost mnie... w czarnym aksamicie i koronkach? 
— 

O,  tego  dżentelmena  powinien  pan  koniecznie  poznać,  gdyż  on  jest  powodem  całego 

nieszczęścia. To ów wyklęty Hugon. który wywołał z piekieł psa Baskervillów. Nie zapomnimy 
go chyba. 

Spoglądałem na portret z zainteresowaniem i z pewnym zdziwieniem. 
—  Dziwna rzecz — 

powiedział  Holmes  —  ma  wygląd  spokojnego,  skromnego  człowieka... 

Chociaż,  co  prawda,  diabeł  patrzy  mu  z  oczu.  Wyobrażałem  go  sobie  jako  barczystego 

mężczyznę, o brutalnym wyglądzie. 
— 

Autentyczność portretu nie ulega wątpliwości bo na odwrotnej stronie płótna jest jego imię i 

data 1647. 

Holmes mówił już niewiele — stary portret byt dla niego widocznie bardzo interesujący, gdyż do 

końca  kolacji  mój  przyjaciel  nie  odrywał  prawie  wzroku  od  płótna.  Dopiero  później,  gdy  sir 

Henryk poszedł spać, Holmes podzielił się ze mną swoimi spostrzeżeniami. Zaprowadził mnie do 

jadalni i trzymając w ręku lichtarz ze świecą, oświetlił zniszczony przez czas portret na ścianie. 
— 

Czy coś tu dostrzegasz? — spytał. 

Wpatrzyłem się w pociągłą, surową twarz, w długie loki, które ją otaczały, w szeroki kapelusz z 

piórem i w biały koronkowy kołnierz. Ta wymuskana twarz nie miała wprawdzie zwierzęcego 

wyrazu, ale była ponura i harda, miała zaciśnięte wąskie usta i zimne, nieubłagane spojrzenie. 
— 

Czy nie jest podobny do któregoś z twoich znajomych? 

— 

Zdaje mi się, że dolna część twarzy przypomina sir Henryka. 

— 

To tylko sugestia, nic więcej. Ale poczekaj chwilę. 

Holmes wszedł na krzesło i trzymając świecę w lewej ręce, prawą zakrył kapelusz i długie loki. 
— 

Wielki Boże! — krzyknąłem zdumiony. 

Na płótnie ukazało się oblicze Stapletona. 
— 

A  co  teraz  widzisz!  Moje  oczy  przyzwyczaiły  się  badać  twarze  a  nie  dodatki.  Pierwszą 

umiejętnością,  którą  musi  posiadać  detektyw,  jest  umiejętność  rozpoznawania  wszelkich 

przebrań. 
— 

Niesłychane... Rzeczywiście. Można by to wziąć za portret Stapletona. 

 

background image

 

— 

Tak,  stoimy  wobec  ciekawego  przykładu  atawizmu,  zarówno  zdaje  się  fizycznego,  jak  i 

umysłowego. Studiowanie rodzinnych portretów może przekonać każdego do tej teorii. Stapleton 

pochodzi z rodu Baskervillów, to oczywiste i nie ulega dla mnie wątpliwości. 
— 

I może myśleć o odziedziczeniu spadku. 

— 

Właśnie. Ten portret przypadkowo dostarczył nam jednego z najważniejszych ogniw, którego 

nam  dotąd  brakowało.  Mamy  go,  Watsonie.  mamy  go!  Nie  boję  się  przysiąc,  że  zanim  minie 

jutrzejszy dzień, będzie trzepotał się w naszej sieci tak rozpaczliwie, jak jego motyle. Szpilka, 

korek i pudełko z napisem, a możemy go dołączyć do zbioru przy Baker Street. 

Holmes, oddalając się od portretu, wybuchnął śmiechem, a zdarzało się to rzadko. Zawsze, kiedy 

słyszałem ten śmiech, bywał on dla kogoś złą wróżbą. 

Następnego  dnia  wstałem  wcześnie  rano,  ale  Holmes  był  już  na  nogach,  gdyż  ubierając  się, 

widziałem, jak szedł główną aleją parkową. 
— 

Tak, będziemy mieli dziś gorący dzień — rzekł, gdy się spotkaliśmy i zatarł ręce na myśl o 

zbliżającym się działaniu. 
— 

Sieci  są  już  zarzucone  w  odpowiednim  miejscu  i  niebawem  zacznie  się  połów. Zanim noc 

zapadnie, będziemy wiedzieli, czy schwytaliśmy naszego wielkiego żarłocznego szczupaka, czy 

też 

wymknął się z sieci. 
— 

Byłeś już na moczarach? 

— 

Wysłałem z Grimpen do Princetown raport o śmierci Seldena. Chyba mogę was zapewnić, iż 

nikt  nie  będzie  niepokojony  w  związku  z  tą  sprawą.  Doniosłem  też  memu  wiernemu 

Cartwrightowi,  co  się  ze  mną  stało.  Chłopiec  lamentowałby  przed  moją  jaskinią,  jak  pies  nad 

grobem pana. gdybym go nie powiadomił, że jestem bezpieczny. 
— A teraz, co zamierzasz? 
— Zobaczy

ć się z sir Henrykiem. A... Oto jest! 

— 

Dzień dobry panu — powiedział baronet. — Wygląda pan jak generał układający plan bitwy z 

szefem sztabu. 
— 

Zupełnie trafne porównanie. Watson pyta mnie właśnie o rozkazy. 

— 

I ja również po to przychodzę. 

— Doskonale. 

Jest pan zaproszony na obiad do naszych przyjaciół Stapletonów, prawda? 

— 

Spodziewam się, że i panowie pójdziecie ze mną. Slapletonowie są bardzo gościnni i przyjmą 

was z radością. 
— 

Obawiam się, że będziemy musieli pojechać z Watsonem do Londynu. 

— Do Londynu? 
— 

Tak, wydaje mi się, że teraz będziemy tam bardziej potrzebni. 

Twarz baroneta spochmurniała. 
— 

Myślałem, że pozostaniecie tu ze mną, dopóki się wszystko nie wyjaśni. Pobyt w zamku 

wśród moczarów nie jest zbyt przyjemny, gdy człowiek zostaje sam. 
— M

ój kochany, musi mi pan ufać i spełniać ściśle wszystkie moje polecenia - Niech pan powie 

Stapletonom, że z największą ochotą przyszlibyśmy z panem, ale nie cierpiące zwłoki interesy 

wezwały nas do Londynu. Spodziewamy się jednak, że wkrótce wrócimy do Devonshire. Czy nie 

zapomni pan im tego powiedzieć? 
— 

Jeśli pan koniecznie chce... 

— 

Zapewniam pana, że to nieodzowne. 

 

background image

 

Zasępione czoło baroneta pokazywało mi jasno, że był niemile dotknięty naszą dezercją — bo tak 

oceniał nasz wyjazd. 
— 

Kiedy panowie chcą jechać? — spytał sucho. 

— 

Zaraz po śniadaniu. Pojedziemy powozem do Coombe Tracey, ale Watson pozostawi swoje 

rzeczy tutaj, żeby mi pan wierzył, że wróci. Watsonie, napiszesz do Stapletona list, że żałujesz, 

ale nie możesz być na obiedzie. 
— 

Mam wielka ochotę pojechać z wami do Londynu — powiedział baronet. — Dlaczego mam tu 

zostać sam? 
— 

Bo obowiązek tak panu nakazuje. Bo dał pan słowo, że będzie pan posłusznie wykonywał 

moje polecenia, a ja każę panu zostać. 
— 

A więc dobrze, zostanę. 

—  Jeszcze jedno poleceni

e.  Chcę,  żeby  pojechał  pan  do  Merripit  House.  Stamtąd  odeśle  pan 

jednak konie i powie Stapletonom, że wróci do domu piechotą. 
— 

Piechotą, przez moczary? 

— Tak. 
— 

Ależ przecież tyle razy upominał mnie pan, żebym tego nie robił! 

— 

Tym razem może się pan bezpiecznie przespacerować. Gdybym nie miał takiego zaufania do 

pańskich silnych nerwów i pańskiej odwagi, nie pozwoliłbym panu na to, ale tak musi być. 
— 

Dobrze, a zatem pójdę. 

— 

Jeśli zaś ceni pan własne życie, niech pan idzie przez moczary tylko prosta drogą, prowadzącą 

z Merripit House do drogi z Grimpen. Jest to zresztą najbliższa droga do domu. 
— 

Zrobię wszystko jak mi pan polecił. 

— 

Wyśmienicie.  Chciałbym  bardzo  wyjechać  zaraz  po  śniadaniu,  żeby  być  w  Londynie 

popołudniu. 

Byłem  zdumiony  tym  planem,  chociaż  pamiętałem,  że  Holmes  powiedział  Stapletonowi 

poprzedniego wieczora, iż dzisiaj wyjedzie. Nie przyszło mi jednak do głowy, że chce abym mu 

towarzyszył, ani też nie mogłem zrozumieć, dlaczego obaj mamy być nieobecni w chwili, którą 

on sam określił jako krytyczną. 

Musiałem  jednak  milczeć  i  być  mu  posłuszny.  Pożegnaliśmy  się  z  naszym  zasmuconym  

przyjacielem  i  dwie  godziny  później  staliśmy  już  na  dworcu  w  Coombe  Tracey,  odesławszy 
powóz 

do zaniku. Na peronie do Sherlocka Holmesa zbliżył się młody chłopak. Był to Cartwright. 
— 

Czy ma pan dla mnie jakieś polecenia? — zapytał. 

— 

Pojedziesz  najbliższym  pociągiem  do  Londynu  i  natychmiast  wyślesz  do  sir  Henryka 

Baskervilla depeszę z moim podpisem, prosząc go, aby, jeżeli znajdzie portfel, który zgubiłem, 

odesłał go, jako przesyłkę poleconą, na Baker Street. 
— 

Tak jest, proszę pana. 

— 

A teraz idź do biura i spytaj czy nie ma dla mnie depeszy. Chłopiec wrócił z telegramem, a 

Holmes przeczytał i podał mi go. 

Brzmiał następująco; 

Depeszę otrzymałem. Przyjeżdżam z nakazem aresztowania in blanco piąta czterdzieści. 

 Lestrade. 

— 

To  odpowiedź  na  moją  ranną  depesza.  Ten  Lestrade  jest,  moim  zdaniem,  najlepszym  z 

policyjnych agentów, i może się nam przydać. A teraz, Watsonie, myślę, ze nic możemy zrobić 
nic lepszego, 

jak złożyć wizytę naszej znajomej pani Laurze Lyons. 

 

background image

 

Zaczynałem rozumieć plan Holmesa. Postanowił użyć baroneta do przekonania Stapletonów, że 

rzeczywiście wyjechaliśmy, a wrócimy razem ze mną w chwili, gdy będziemy potrzebni. 
Depesza z Londynu, gdyby sir 

Henryk wspomniał o niej Stapletonom, rozproszyłaby ich ostatnie 

podejrzenia. W myślach już widziałem naszą sieć zaciskającą się coraz mocniej. 

Pani Laura Lyons była w biurze, a Sherlock Holmes rozpoczął rozmowę z obcesową szczerością, 

która na razie zbiła ją zupełnie z tropu. 
— 

Usiłuję wykryć okoliczności, które towarzyszyły śmierci Karola Baskervilla — powiedział. — 

Mój przyjaciel, doktor Watson, powiedział mi wszystko, czego dowiedział się od pani, jak i to, co 

pani przed nim ukryła. 
— 

A co ukryłam? — spytała wyzywająco. 

— 

Powiedziała pani. że żądała, aby sir Karol byt przy furtce o godzinie dziesiątej. Wiemy, że w 

tym właśnie miejscu i o tej godzinie zaskoczyła go śmierć. Przemilczała pani zatem, jaki związek 

maja ze sobą te dwa wydarzenia. 
— 

Nie mają żadnego związku. 

— 

W takim razie to jest rzeczywiście dziwny zbieg okoliczności. Ale, wydaje mi się, że mimo 

wszystko, zdołamy wykazać powiązania między tymi faktami. Chcę być z panią zupełnie szczery. 

Uprzedzam,  że  naszym  zdaniem,  popełniono  tu  morderstwo,  a  śledztwo  może  pociągnąć  do 

odpowiedzialności nie tylko pani przyjaciela, pana Stapletona ale i jego żonę. 
— 

Jego żonę! — krzyknęła. 

— 

Dla  nikogo  nie  jest  już  dzisiaj  tajemnicą,  że  osoba,  którą  uważano  za  jego  siostrę,  jest  w 

rzeczywistości jego żoną. 

Pani Lyons usiadła. Objęła dłońmi poręcze fotela, a jej palce wpiły się z taką siłą, że aż zbielały 

jej różowe paznokcie 
— 

Jego żona — powtórzyła. — Jego żona. Przecież on nie jest żonaty... 

Sherlock Holmes wzruszył ramionami. 
— 

Żądam dowodów! Niech mi pan pokaże dowody! A jeśli pan może mi ich dostarczyć... 

Urwała — złowrogi błysk w jej oczach był wymowniejszy od wszelkich słów. 
— 

Przyszedłem z tym zamiarem — odparł Holmes, wydobywając z kieszeni paczkę papierów. 

Oto fotografia tej pary, zrobiona w Yorku p

rzed  czterema  laty.  Napis  brzmi:  „Państwo 

Vandeleur”, ale pozna go pani z łatwością, i ją również, jeśli zna ją pani z widzenia. A tutaj są 

trzy  rysopisy  państwa  Vandeleur  prowadzących  w  swoim  czasie  prywatną  szkołę św. Oliviera, 
napisane przez wiarygodne 

osoby. Niech je pani przeczyta, a jestem pewien, że nie będzie pani 

już miała wątpliwości co do tożsamości tych osób. 

Pani  Laura  spojrzała  na  dokumenty,  a  potem  odwróciła  do  nas  surową,  kamienną  twarz 
zrozpaczonej kobiety. 
— Panie Holmes — 

powiedziała po chwili — ten człowiek oświadczył mi się i zapewniał, że się 

ze mną ożeni, jeśli dostanę rozwód. Okłamał mnie w podły sposób. Nie powiedział nigdy słowa 

prawdy, dlaczego?... Dlaczego?... Wydawało mi się, że chciał mi pomóc, a teraz widzę, iż byłam 
tylko narz

ędziem  w  jego  rękach.  Dlaczego  miałabym  być  wspaniałomyślna  i  chronić  go  przed 

skutkami  jego  przestępstw?...  Może  mnie  pan  teraz  pytać  o  wszystko,  nie  będę  nic  ukrywać. 

Przysięgam panu tylko, że, gdy pisałam tamten list, nie miałam żadnych złych zamiarów wobec 

sir Karola Baskervilla, który zawsze był dla mnie życzliwy. 
— 

Całkowicie pani wierzę — odparł Sherlock Holmes. — Opowiadanie tych wydarzeń musi być 

dla pani bardzo przykre. Ułatwię to, będę mówił, co się stało, a pani może mnie poprawić, gdy się 
w czy

mś pomylę. To Stapleton namówił panią do wysłania tego listu? 

 

background image

 

— 

On mi go dyktował. 

— 

Przypuszczam,  że  podsunął  pani  myśl,  iż  sir  Karol  pomoże  pani  i  da  pieniądze  na 

przeprowadzenie rozwodu? 
— Tak jest. 
— 

A potem, gdy list był wystany, namówił panią, żeby nie poszła pani na spotkanie? 

— 

Powiedział mi, że straciłby dla siebie szacunek, gdyby jakiś inny mężczyzna dał pieniądze na 

ten cel i, choć nie jest bogaty, poświęci ostatni grosz, aby usunąć dzielące nas przeszkody. 
— 

A potem nic pani nie słyszała, aż przeczytała pani w gazecie wiadomość o śmierci sir Karola? 

— Tak. 
— 

Stapleton  kazał  pani  przysiąc,  że  nie  powie  pani  nikomu  o  planowanym  spotkaniu  z  sir 

Karolem. 
— 

Tak. Powiedział, że jego śmierć jest bardzo tajemnicza i że, jeśli powiem o liście, padnie na 

m

nie podejrzenie. Przestraszył mnie, żeby zmusić do milczenia. 

— 

Oczywiście. Niemniej jednak miała pani wątpliwości? 

Zawahała się i spuściła oczy. 
— Znam go — 

odparła. — Ale, gdyby tak ze mną nie postąpił, nie zdradziłabym go nigdy. 

— Moim zdaniem, cudem si

ę pani uratowała — powiedział Sherlock Holmes. — Miała go pani 

w  ręku,  on  o  tym  wiedział,  a  mimo  to  jeszcze  pani  żyje.  Stała  pani  przez  kilka  miesięcy  nad 

brzegiem przepaści. Teraz musimy panią pożegnać. Najprawdopodobniej niedługo wrócimy do 
tej rozmowy. 
— 

Nasza sprawa wyjaśnia się i jedna trudność za drugą znikają z drogi — rzekł Holmes, gdy 

staliśmy  na  dworcu,  czekając  na  pociąg  z  Londynu.  —  Niedługo  będę  mógł  dokładnie 

przedstawić  jedną  z  najdziwniejszych  i  najbardziej  sensacyjnych  współczesnych  zbrodni. Ci, 

którzy  zajmują  się  kryminalistyką,  niewątpliwie  pamiętają  analogiczne  wypadki  w  Grodnie  w 

roku  1866.  Mamy  też  morderstwa  Andersena  w  Północnej  Karolinie,  ale  ta  sprawa  posiada 

zupełnie  odrębne  szczegóły.  Nawet  jeszcze  teraz  nie  mamy  w  ręku  żadnego  dowodu przeciw 

temu  zbrodniarzowi.  Ale,  zdaje  mi  się,  że  jeszcze  dziś  wieczór,  zanim  pójdę  spać,  jego  wina 

będzie udowodniona. 

Pociąg  z  Londynu  wpadł  z  łoskotem  na  stację,  a  z  wagonu  pierwszej  klasy  wyskoczył  niski, 

barczysty  mężczyzna.  Przywitaliśmy  się  z  nim  i  od  razu  spostrzegłem,  po  pełnym  szacunku 

zachowaniu się Lestrada wobec mojego towarzysza, że nauczył się wielu rzeczy od czasu, kiedy 

zaczęli  razem  pracować.  Pamiętam  dobrze,  z  jakim  lekceważeniem  Lestrade,  jako  praktyk, 

przyjmował wywody teoretyka, Sherlocka Holmesa. 
— 

Duża sprawa, co? — spytał. 

— 

Od lat nie zdarzyło się nic podobnego — odparł Holmes. 

— 

Mamy jeszcze dwie godziny do odjazdu. Skorzystamy z tego i zjemy obiad a potem wypędzi 

pan ze swojego gardła, Lestrade, londyńską mgłę, oddychając pełną piersią czystym wieczornym 

powietrzem w Dartmoor. Nie był pan nigdy w tej okolicy?... Nie?... No, sądzę, że nie zapomni 
pan tej pierwszej wizyty. 
 
 

Pies Baskervillów 

Jedną z wad Holmesa — jeśli można to nazwać wada — była niesłychana tajemniczość. 

Nie  lubił  zwierzać  się  komukolwiek  ze  swoich  planów.  Wynikało  to  częściowo  z  jego 

despotycznego  charakteru,  gdyż  lubił  mieć  przewagę  i  sprawiać  otoczeniu  niespodzianki, 

 

background image

 

częściowo  zaś  z  zawodowej  podejrzliwości,  która  nakazywała  mu  nie  zaniedbywać  żadnych 

środków ostrożności. Było to bardzo denerwujące dla współpracowników. Mnie też nieraz było 

przykro  z  lego powodu, lecz nigdy tak bardzo, jak podczas tej długiej jazdy wśród ciemności. 

Zbliżała się krytyczna chwila, mieliśmy się zdobyć na ostateczny wysiłek, a Holmes dotąd nic nie 

powiedział i mogłem tylko się domyślać, co chciał zrobić. 

Przebiegł mnie dreszcz podniecenia, gdy wreszcie lodowaty wicher, który wiał nam w twarze, i 

ciemne rozległe przestrzenie po obu stronach wąskiej drogi, wskazały, że znajdujemy się znów na 

moczarach. Każdy krok koni, każdy obrót kół zbliżał nas do rozstrzygnięcia sprawy. 

Wynajęty  woźnica  krępował  naszą  rozmowę,  i  musieliśmy  mówić  o  byle  czym,  mimo 

wewnętrznego zdenerwowania i podniecenia. Odetchnąłem z ulgą. gdy nareszcie minęliśmy dom 

Franklanda  i  skierowaliśmy  się  w  stronę  zamku  —  na  miejsce  akcji.  Nie  zajechaliśmy  przed 

bramę, lecz wysiedliśmy w pobliżu furtki, prowadzącej do alei. Holmes zapłacił woźnicy i kazał 

mu zaraz wracać do Coombe Tracey, a my poszliśmy do Merripit House. 
— 

Lestrade, czy ma pan przy sobie broń? 

Detektyw uśmiechnął się. 
— 

Dopóki  będę  miał  spodnie,  każę  wszywać  w  nich  kieszeń  na  broń,  a  dopóki  będę  miał  tę 

kieszeń, zawsze się w niej coś znajdzie. 
— 

Dobrze! Mój przyjaciel i ja także jesteśmy przygotowani na wszelkie niespodzianki. 

— 

Jest pan tym razem bardzo tajemniczy, panie Holmes. Co mamy teraz robić? 

— 

Czekać. 

— 

Nie jest to wesoła okolica — odrzekł Lestrade, wzdrygając się i spoglądając dokoła na ciemne 

zbocza pagórków i na olbrzymie obłoki mgły, unoszące się nad trzęsawiskiem. — Zdaje mi się, 

że widzę przed nami światła w jakimś domu. 
— 

To Merripit House, cel naszego marszu. Proszę iść dalej na palcach i mówić tylko szeptem. 

Szliśmy ostrożnie ścieżką, prowadzącą do siedziby Stapletonów. O jakieś dwieście metrów przed 

domem Holmes zatrzymał nas. 
— Wystarczy — 

rzekł. — Te skały na prawo świetnie nas zasłonią. 

— 

Więc tutaj mamy czekać. 

— 

Tak,  tutaj  urządzimy  małą  zasadzkę.  Lestrade,  niech  pan  wejdzie  do  tego  zagłębienia. 

Watsonie,  byłeś  w  tym  domu?  Czy  możesz  opisać  mi  układ  pokojów?  Co  jest  za  tymi 
zakratowanymi oknami? 
— 

Wydaje mi się, że to okna kuchni. 

— 

A to dalej, tak jasno oświetlone? 

— To pewnie okna jadalni. 
— 

Rolety są podniesione. Ty najlepiej znasz teren, podejdź więc cicho i zobacz, co robią... Ale, 

na miłość Boską, nie zdradź się, niech się nie domyśla, że ich ktoś śledzi! 

Na palcach doszedłem ścieżką pod niski mur, opasujący sad i już bezpieczniejszy za tą osłoną, 

zakradłem  się  chyłkiem  do  miejsca,  z  którego  mogłem  patrzeć  przez  nie  zasłonięte  okno.  W 

pokoju byli tylko dwaj mężczyźni — sir Henryk i Stapleton. Siedzieli zwróceni do mnie bokiem, 

po  obu  stronach  okrągłego  stołu.  Obaj  palili  cygara,  przed  nimi  stała  kawa  i  wino.  Stapleton 

mówił z ożywieniem, ale baronet wydawał się blady i roztargniony. Być może niepokoiła go myśl 

o samotnym marszu wśród moczarów. 

Po chwili Stapleton wstał i wyszedł z pokoju. Sir Henryk napełnił kieliszek, wsunął się w fotel i 

puścił obłok dymu z cygara. Usłyszałem skrzypnięcie drzwi i odgłos butów na żwirze. Ktoś szedł 

ścieżką, z drugiej strony muru. za którym czatowałem. Wychyliłem się i zobaczyłem, przyrodnika 

 

background image

 

stojącego  przed  drzwiami  pawilonu  w  kącie  sadu.  Klucz zazgrzytał w zamku, a gdy Stapleton 

wszedł do pawilonu dobiegł mnie dziwny odgłos —jakby trzaskanie z bicza. Przyrodnik był tam 

nie dłużej niż minutę, po czym znów usłyszałem zgrzyt klucza. Stapleton minął mnie i wszedł do 

domu.  Widziałem,  jak  usiadł  znów  przy  gościu,  a  ja  ostrożnie,  po  cichu,  wróciłem  do  swoich 

towarzyszy i opowiedziałem im, co zobaczyłem. 
— 

A więc mówisz. Watsonie, że pani tam nie ma? — spytał Holmes, gdy skończyłem raport. 

— Nie. 
— 

Gdzie może zatem być, jeśli w żadnym innym pokoju, oprócz kuchni, nie ma światła? 

— 

Nie mam pojęcia. 

Wspominałem, że nad wielkim trzęsawiskiem zawisła gęsta, biała mgła. Posuwała się wolno ku 

nam,  jak  ruchomy  mur,  niski,  ale  i  nieprzenikniony.  Oświetlona  blaskiem  księżyca,  z 

dziurawiącymi ją w dali szczytami skał. robiła wrażenie bezbrzeżnego, lśniącego pola lodowego. 

Holmes  stał  zwrócony  twarzą  ku  mglistej  fali  i  patrząc,  jak  rozciągała  się  leniwie,  lecz 

nieprzerwanie, mruknął coś niecierpliwie. 
— Idzie na nas, Watsonie. 
— 

Czy to nam w czymś przeszkadza? 

— 

Bardzo...  Jest  to  jedyna  rzecz,  która  może  pokrzyżować  moje  plany.  Sir  Henryk  na  pewno 

wkrótce wyjdzi

e. Już dziesiąta. Nasz sukces, a nawet jego życie zależy od tego, żeby wyszedł, 

zanim mgła rozłoży się na ścieżce. 

Noc  była  cicha  i  pogodna.  Gwiazdy  migotały  chłodnym  blaskiem.  a  półksiężyc  oblewał  cały 

krajobraz  łagodnym,  bladym  światłem.  Przed  nami  stała  ciemna  bryła  domu,  z  dachem 

najeżonym kominami, odcinającymi się ostro na tle osrebrzonego nieba. Szerokie smugi światła 

padały z okien parteru na sad i wydłużały się aż do moczarów. Nagle jedna z nich zgasła. To 

służba  opuściła  kuchnię.  Pozostała  tylko  lampa  w  jadalni,  gdzie  dwaj  mężczyźni,  gospodarz-

morderca i nieświadomy grożącego mu niebezpieczeństwa gość. gawędzili jeszcze, paląc cygara. 

Z  każdą  minutą  białe  obłoki,  zakrywające  połowę  moczarów,  przysuwały  się bliżej domu. Już 

pierwsze  cienkie  płatki  waty  kłębiły  się  dokoła  padającej  z  okna  smugi  światła.  Dalsza  część 

muru była już niewidoczna, a drzewa zaczynały znikać za białym tumanem. 

Niebawem obłoki mgły podpełzły z dwóch stron pod oba rogi domu i połączyły się, tworząc gęstą 

falę, na której wyższe piętro i dach unosiły się, niby dziwaczny okręt na mistycznym morzu. 

Holmes uderzał pięścią w skałę, która nas zasłaniała, i kręcił się niecierpliwie. 
— 

Jeśli sir Henryk nie wyjdzie za kwadrans, ścieżka zupełnie zniknie we mgle. Za pół godziny 

nie będziemy już widzieli własnych rąk przed oczami. 
— 

Może cofniemy się nieco dalej na wzgórze? 

— 

Dobrze... Tak istotnie będzie lepiej. 

Tak więc w miarę, jak morze mgły płynęło dalej, cofaliśmy się przed nim, aż wreszcie byliśmy 

już o pół mili od domu. 

A gęsta biała fala, osrebrzona światłem księżyca, posuwała się leniwie, lecz nieubłaganie. 
— 

Cofamy się za daleko — powiedział Holmes — Baronet może zostać napadnięty, zanim zdoła 

dojść do nas. Musimy koniecznie pozostać już tu gdzie jesteśmy. 

Ukląkł i przyłożył ucho do ziemi. 
— 

Bogu dzięki! Wydaje mi się, że nadchodzi. 

Ciszę  na  moczarach  przerwał  odgłos  pospiesznych  kroków.  Ukryci  wśród  głazów, 

wpatrywaliśmy się przed siebie, usiłując przebić wzrokiem unoszący się biały mur. Odgłos stawał 

się  coraz  głośniejszy  i  poprzez  mgłę,  jak  spoza  zasłony-  ukazał  nam  się  ten,  na  którego 

 

background image

 

czekaliśmy. Gdy wyszedł z mgły, pod roziskrzone gwiazdami niebo, obejrzał się ze zdumieniem 

dokoła,  a  potem  szybkim  krokiem  szedł  ścieżką,  przeszedł  tuż  obok  naszej  kryjówki  i  zaczął 

wchodzić na stok wzgórza, wznoszącego się za nami. Idąc zwracał głowę to w lewo. to w prawo, 

rozglądając się z niepokojem. 
— Uwaga! — 

zawołał Holmes, i dobiegł mnie suchy dźwięk kurka rewolweru. — Idzie! 

Gdzieś  z  głębi  pełznącego  ku  nam  morza  mgły  dobiegał  lekki,  nieustający  tupot.  Już  tylko 

pięćdziesiąt  jardów  dzieliło  nas  od  białych  tumanów  —  patrzyliśmy  w  nie  wszyscy  trzej, 

niepewni,  co  za  potwór  się  z  nich  wyłoni.  Klęczałem  tuż  obok  Holmesa.  Spojrzałem  na  jego 

twarz. Była blada, ale ożywiało ją niesłychane podniecenie, jego oczy płonęły w blasku księżyca. 

Nagle jednak otworzyły się szeroko, patrząc z osłupieniem a usta rozchyliły się drgając. W tej 

samej chwili Lestrade krzyknął przeraźliwie i padł twarzą na ziemię. 

Zerwałem się na równe nogi. Moja zdrętwiała dłoń zacisnęła się na rękojeści rewolweru, czułem, 

że umysł odmawia mi posłuszeństwa na widok strasznego widma, które wyskoczyło z mgły. 

Był to pies — pies czarny jak węgiel, olbrzymi, jakiego dotąd nikt śmiertelny nie widział. Jego 

paszcza zionęła ogniem, ślepia iskrzyły się, jak płonące pochodnie, z nozdrzy buchały płomienie, 

a migocące płomyki strzelały z. sierści na całym grzbiecie. 

Majaki chorego umysłu nie mogły stworzyć nic równie dzikiego, przerażającego, szatańskiego, 

jak ten czarny potwór, który wypadł z tumanów mgły. 

Olbrzymie zwierzę długimi skokami pędziło ścieżką, w ślad za naszym przyjacielem. Ten widok 

tak  nas  oszołomił,  że  zupełnie  zdrętwieliśmy  i  nieziemskie  zwierzę  minęło  nas,  zanim 

odzyskaliśmy przytomność. 

Holmes i ja jednocześnie wystrzeliliśmy z rewolwerów, a zwierzę zawyło straszliwie. Mieliśmy 

dowód, ze przynajmniej jeden z nas strzelił celnie. Jednak pies nie zatrzymał się lecz pędził dalej 

w  szalonych  skokach.  Nagle  w  świetle  księżyca  spostrzegliśmy,  jak  sir  Henryk  odwrócił  się, 

stanął, z przerażeniem wzniósł ręce w górę i wpatrywał się w straszliwe widmo, które go ścigało. 

Wycie rannego psa rozproszyło wszystkie nasze obawy. Jeśli można go było zranić, był z tego 

świata, a skoro raniliśmy go, mogliśmy go także zabić. 

Nigdy w życiu nie widziałem człowieka biegnącego takim szalonym pędem, jak biegł Holmes tej 

nocy. Mam, jak to już zaznaczyłem, opinię świetnego biegaczu, ale prześcignął mnie tak łatwo, 

jak  ja  prześcignąłem  małego  Lestrada.  Biegnąc,  słyszeliśmy  krzyki  sir  Henryka  i  głuche 
warczen

ie psa. Nadbiegłem w chwili, gdy potwór skoczył na swą ofiarę, powalił ją na ziemią i już 

miał chwycić za gardło, gdy Holmes wpakował bestii w bok pięć kul z rewolweru. 

Z ostatnim śmiertelnym skowytem, wyszczerzając kły, jakby chwytał coś w powietrzu, pies stanął 

na dwóch łapach, runął na wznak, kilka razy drgnął konwulsyjnie i przewrócił się na bok. Drżąc 

pochyliłem  się  nad  nim,  przyłożyłem  rewolwer  do  potwornego  łba  i  —  już  nie  strzeliłem. 

Olbrzymi pies nie żył. 

Sir Henryk leżał zemdlony tam, gdzie upadł. Rozerwaliśmy mu kołnierzyk i Holmes odetchnął 

głęboko,  gdy  się  przekonał.  że  nie  jest  ranny  i  że  ratunek  przyszedł  w  porę.  Powieki  naszego 

przyjaciela zaczęły drgać — usiłował je otworzyć. Lestrade wlał mu kilka kropel koniaku przez 

zaciśnięte zęby i niebawem spoglądały na nas wystraszone oczy baroneta. 
— 

Wielki Boże! — szepnął. — Co to było? Co to było, na miłość Boską? 

— 

Cokolwiek to było, już nie istnieje — odparł Holmes. — Raz na zawsze zabiliśmy widmo, 

prześladujące ród Baskervillów. 

Leżące  przed  nami  zwierzę,  przerażało  rozmiarami  i  siłą.  Był  to  mieszaniec  ogara  i  brytana, 

smukły, dziki, wielki, jak młoda lwica. Nawet teraz, gdy był martwy z olbrzymiego pyska unosił 

 

background image

 

się  błękitnawy  płomyk,  a  ogniste  pierścienie  jaśniały  dokoła  małych,  głęboko  osadzonych, 

okrutnych  ślepiów.  Przesunąłem  dłonią  po  gorejącym  pysku,  gdy  ją  podniosłem,  moje  palce 

zaświeciły w ciemności. 
— Fosfor — 

powiedziałem. 

—  I jak sprytnie spreparowany — 

dodał  Holmes,  oglądając  nieżywe  zwierzę.  —  Nie wydaje 

żadnego  zapachu,  który  mógłby  stępić  węch  zwierzęcia.  Sir  Henryku,  bardzo  zawiniliśmy, 

narażając pana na taki strach, i najmocniej przepraszamy. Byłem przygotowany zobaczyć psa. ale 
nie podobnego potwora. 

A ponadto mgła nie pozwoliła nam przyjąć go jak zamierzaliśmy. 
— 

Ocaliliście mi życie. 

— 

Naraziwszy je najpierw na niebezpieczeństwo. Czy może pan utrzymać się na nogach? Ma pan 

tyle siły? 
— 

Dajcie mi jeszcze trochę koniaku, a będę gotów do wszystkiego. Tak! A teraz pomóżcie mi się 

podnieść. Co chcecie teraz zrobić? 
— 

Zostawić pana tutaj. Miał pan już dzisiaj dosyć przygód. Niech pan tu chwilę poczeka, a 

potem jeden z nas wróci z panem do zamku. 

Sir Henryk usiłował stanąć. Chwiał się jeszcze na nogach i był bardzo blady. Usiadł na skale, do 

której go doprowadziliśmy. Cały drżał i ukrył twarz w dłoniach. 
— 

Teraz musimy pana zostawić — powiedział Holmes. — Trzeba doprowadzić sprawę do 

końca, a każda chwila jest cenna. Zbrodnię już mamy, brak nam jeszcze tylko zbrodniarza. 

Zawróciliśmy i szybkim krokiem schodziliśmy ścieżką ze wzgórza. 
—  P

ostawiłbym tysiąc przeciw jednemu — odezwał się Holmes — że nie zastaniemy go już w 

domu. Ostrzegły go nasze strzały. 
— 

Byliśmy dosyć daleko od jego domu a mgła mogła stłumić odgłos. 

— 

Szedł  za  psem,  żeby  go  podszczuwać...  Może  pan  być  pewny.  Nie,  nie,  z  pewnością  już 

uciekł! Niemniej, żeby się upewnić, przeszukamy dom. 

Drzwi  były  otwarte.  Wpadliśmy  do  środka  i  biegaliśmy  z  pokoju  do  pokoju,  ku  zdumieniu 

starego  służącego,  którego  spotkaliśmy  w  korytarzu.  Światło  było  tylko  w  jadalni.  Holmes 

chwycił lampę i zaglądał do wszystkich zakątków domu. Nigdzie jednak nie znaleźliśmy śladu 

człowieka,  którego  ścigaliśmy.  Jednak  na  pierwszym  piętrze  drzwi  od  jednego  z  pokoi  były 

zamknięte na klucz. 
— 

Tam ktoś jest! — krzyknął Lestrade. — Słyszę jakiś ruch. Otwórzcie te drzwi! 

Z wnętrza dobiegł nas stłumiony jęk i szelest. Holmes z całą siłą kopnął drzwi tuż nad klamką — 

otworzyły  się  z  trzaskiem.  Z  rewolwerami  w  rękach  wpadliśmy  we  trzech  do  pokoju.  Nie 

znaleźliśmy jednak nigdzie nawet śladu przestępcy. Zobaczyliśmy natomiast coś tak dziwnego i 

tak niespodziewanego, że staliśmy przez chwilę w osłupieniu. 

Pokój przerobiony był na małe muzeum — na ścianach wisiały przymocowane oszklone pudełka, 

a  w  nich  rozpięte  motyle  i  ćmy,  których  zbieranie  stanowiło  rozrywkę  tego  niezwykłego  i 

niebezpiecznego człowieka. 

Na  środku  pokoju  znajdowała  się  prostopadła  belka,  postawiona  dla  podtrzymania  starego, 

nadgniłego  dachu.  Do  tego  słupa  przywiązana  była  postać,  tak  owinięta  prześcieradłami,  że  w 

pierwszej  chwili  nie  mogliśmy  poznać,  czy  mamy  przed  sobą  mężczyznę  czy  kobietę.  Jeden 

ręcznik, okręcony dokoła szyi ofiary, przymocowany był do słupa z tyłu, drugi zakrywał niższą 

część  twarzy  i  usta.  Wielkie  ciemne  oczy  były  odsłonięte  i  spoglądały  na  nas  z  wyrazem 
rozpaczy, strachu i jakby wstydu. 

 

background image

 

W mgnieniu oka zerwaliśmy ręczniki i prześcieradło i pani Stapleton padła przed nami na ziemię. 

Gdy  jej  piękna  głowa  pochyliła się na piersi, dostrzegłem na karku świeżą czerwoną pręgę od 
uderzenia szpicruty. 
— Co za bandyta... — 

krzyknął Holmes. — Lestrade, prędko, dawaj butelkę! Trzeba ją posadzić 

na krześle! Zemdlała z wyczerpania i bólu. 

Po chwili otworzyła oczy. 
— 

Czy żyje? — spytała. — Zdołał uciec? 

— 

Nie wymknie się nam, może pani być pewna. 

— 

Nie, nie mówię o moim mężu. Czy uratował się sir Henryk? 

— 

Tak, wszystko w porządku. 

— A pies? 
— Zabity. 

Odetchnęła głęboko. 
— 

Dzięki  Ci,  Boże.  Dzięki  Ci!  Och,  ten  bandyta!  Widzicie,  jak  on  się  ze  mną  obchodził! 

Wysunęła ręce z rękawów, i z oburzeniem zobaczyliśmy, że były całe sine od uderzeń. 
— 

Ale to jeszcze nic... Nic! On katował i sponiewierał moją duszę. Wytrzymywałam wszystko: 

znęcanie się, osamotnienie, złamane życie, dopóki łudziłam się nadzieją, że mnie kocha, ale teraz 

wiem, że mnie oszukał, że byłam dla niego narzędziem...  

Mówiąc to wybuchnęła namiętnym płaczem. 
— 

Wszak nie ma pani powodu go oszczędzać — powiedział Holmes. — Niech pani nam powie, 

gdzie możemy go znaleźć. Jeżeli pomagała mu pani w zbrodniach, proszę nam teraz pomóc, a 

będzie to pokuta za winę. 
— 

Mógł się schronić tylko w jednym miejscu — odparła. 

— 

Na  samym  środku  wielkiego  trzęsawiska  jest  wyspa,  a  na  niej  stara  kopalnia  ołowiu.  Tam 

trzymał psa i tam urządził sobie kryjówkę, na wszelki wypadek. Mógł się schować tylko tam... 

Holmes  wziął  lampę  i  skierował  ją  na  okno  —  tumany  mgły,  jak  wielkie  pasma  waty, 

rozpościerały się przed szybami. 
— Spójrzcie — 

powiedział. — Dzisiaj nikt nie dojdzie do trzęsawiska. 

Pani Stapleton roześmiała się i klasnęła w ręce. W jej oczach zabłysła ponura radość. 
— 

Dojść, dojdzie, ale już z niego nie wyjdzie — zawołała. 

— 

Bo  jak  odnajdzie  żerdzie,  które  są  drogowskazem?  Powtykaliśmy  je  razem,  on  i  ja,  żeby 

oznaczyć ścieżkę przez trzęsawisko. Ach! Gdybym mogła dzisiaj je powyrywać! Może byłby już 

w waszych rękach. 

Uznaliśmy  oczywiście,  że  jakakolwiek  pogoń  jest  niemożliwa,  dopóki  mgła  nie  opadnie. 

Pozostawiliśmy Lestrada na straży w Merripit House a Holmes i ja wróciliśmy z baronetem do 
Baskerville Hall. 

Nie można było dłużej ukrywać przed sir Henrykiem historii Stapletonów! Zniósł cios mężnie, ze 
s

pokojem  przyjął  wiadomość,  kim  rzeczywiście  była  kobieta,  którą  pokochał.  Ale  wstrząs, 

spowodowany nocnymi wydarzeniami, był tak silny, że o świcie leżał z gorączką i majaczył, a 

doktor Mortimer siedział przy jego łóżku. 

Lekarz  postanowił,  że  jedynie  podróż  naokoło  świata  przywróci  sir  Henrykowi  spokój  i 

równowagę. Ofiarował się towarzyszyć mu i przywieźć go w takim stanie, w jakim był, zanim 

został właścicielem złowrogiej posiadłości. 

 

background image

 

Szybko  dochodzę  do  zakończenia  tej  dziwnej  opowieści,  przy  pomocy  której,  starałem  się 

wzbudzić  w  czytelniku  te  same  obawy  i  podejrzenia,  jakie  przez  pewien  czas  zakłócały  nam 

spokój i skończyły się tak tragicznie. 

Rankiem  następnego  dnia  po  zabiciu  psa  mgła  opadła  i  pani  Stapleton  zaprowadziła  nas  do 

miejsca, skąd wytyczyli razem z mężem ścieżkę przez trzęsawisko. Zaangażowanie i radość, z 

jaką ta kobieta naprowadziła nas na ślad męża, byty bardzo wymownym dowodem, ile od niego 

wycierpiała. 

Pozostawiliśmy  ją  na  wąskim  cyplu,  którym  twardy  grunt  wrzynał  się  w  rozległe  trzęsawiska. 

Począwszy  od  tego  punktu,  żerdzie  powtykane  tu  i  ówdzie  wskazywały  ścieżkę,  wijącą się od 

jednej kępy sitowia do drugiej, pomiędzy grząskimi miejscami, które zagradzały drogę każdemu 

obcemu.  Uschnięta  trzcina  i  oślizgłe  rośliny  wodne  śmierdziały  zgnilizną,  a  ciężkie,  trujące 

wyziewy zatykały nam dech w piersi. 

Każdy  fałszywy  krok  kończył  się  zapadnięciem  powyżej  kolan  w  drgające  błoto,  które  pod 

naciskiem naszych nóg falowało na przestrzeni kilku jardów i lepiło się do naszych butów. Gdy 

zapadaliśmy się głębie], zdawało się. że jakaś złowroga ręka ciągnie nas w czarną głębię. 

Znaleźliśmy  tylko  jeden  dowód,  że  ktoś  przed  nami  przebył  tę  niebezpieczną  drogę.  Z  kępy 

sitowia wystawał jakiś czarny przedmiot. Holmes zeskoczył ze ścieżki na kępę i ugrzązł po pas w 

błocie. Wyciągnęliśmy go z trudem, a gdyby nas nie było, z pewnością już nigdy nie stanąłby na 
twardym gruncie. 

W  ręku  trzymał  stary  czarny  but  —  wewnątrz  na  skórze  wydrukowana  była  firma:  „Meyers 
Toronto”. 
— 

Błotna  kąpiel  opłaciła  się  — rzekł Holmes — to but skradziony naszemu przyjacielowi sir 

Henrykowi. 
— I wyrzucony przez Stapletona w czasie ucieczki, 
— 

Naturalnie. Używał go do wprowadzenia psa na trop baroneta. Stapleton trzymał jeszcze but w 

ręku,  gdy  przekonał  się,  że  wszystko  stracone.  Uciekł  więc  i  tutaj  go  wyrzucił.  Wiemy 

przynajmniej, że dotąd doszedł bezpiecznie.  

Więcej jednak nie udało nam się wykryć. Zresztą jak odnaleźć ślady kroków na trzęsawisku, 

skoro ruchome błoto zalewało je zaraz po przejściu? 

Gdy  dotarliśmy  do  stałego  gruntu,  tworzącego  coś  w  rodzaju  wyspy  na  trzęsawisku, 

rozpoczęliśmy poszukiwania na nowo, ale — daremnie. Nie dostrzegliśmy nigdzie najmniejszego 

śladu.  Jeśli  ziemia  nie  kłamała.  Stapleton  nie  zdołał  dojść  do  tego  schronienia  na  wyspie,  do 

którego uciekał, walcząc z falą mgły. Ten zimny i okrutny człowiek leży gdzieś w głębi wielkiego 

trzęsawiska, przytłoczony cuchnącym błotem, które go pochłonęło. 

Na otoczonej przez bagno wyspie, gdzie ukrywał swojego dzikiego sprzymierzeńca, odnaleźliśmy 

jego  liczne  ślady.  Wielkie  stare  koło  napędowe  i  w  połowie  napełniony  gruzem  wózek, 

wskazywały położenie opuszczonej kopalni. Obok istniały jeszcze resztki chat górników, których 

niewątpliwie wypędziły stąd trujące wyziewy bagniska. 

Łańcuch  przymocowany  do  haka  i  stos  ogryzionych  kości  w  jednej  z  chat  świadczył,  że  była 

kryjówką psa. Znaleźliśmy kości i szkielet, z kępką ciemnej sierści na czaszce. 
— Pies — 

zawołał Holmes- — Wyżeł! Biedny Mortimer nigdy już nie zobaczy swego ulubieńca. 

Nie przypuszczam, żeby to miejsce kryło jeszcze jakieś tajemnice. Stapleton mógł ukryć swego 

psa,  ale  nie  mógł  zagłuszyć  jego  głosu  i  stąd  to  wycie,  tak  przerażające  nawet  w  biały  dzień. 

Ostatecznie mógł trzymać psa w pawilonie przy Merripit House, ale było to zawsze ryzykowne i 
dlatego dopiero ostatniego 

dnia,  gdy  myślał,  że  już  dochodzi  do  celu  wszystkich  swoich 

 

background image

 

wysiłków,  odważył,  się  sprowadzić  tam  psa.  Maść  w  tej  ołowianej  puszce  jest  na  pewno  tą 

świecącą mieszaniną, którą pies byt wysmarowany. Ten pomysł nasunęła Stapletonowi rodzinna 
legenda o piekie

lnym  psie  i  chęć  takiego  przerażenia  sir  Henryka,  które  by  go  zabiło.  Nic 

dziwnego, że ten nieszczęśnik Selden uciekał i krzyczał, podobnie jak nasz przyjaciel, gdy ujrzał 

takiego  potwora  pędzącego  jego  śladem.  My  zrobiliśmy  to  samo.  Pomysł  był  rzeczywiście 

genialny, bo pomijając możliwość doprowadzenia ofiary do śmierci, zapobiegał ściganiu psa. Czy 

któryś  z  tutejszych  mieszkańców,  nawet  gdyby  ujrzał  go  na  moczarach,  a  zdarzyło  się  to 

niejednemu,  odważyłby  się  podejść  do  takiego  potwora?  Powiedziałem  już  w  Londynie, 

Watsonie, i powtarzam teraz tutaj, że nigdy jeszcze nie łapałem tak niebezpiecznego człowieka 

jak ten. który tam leży. 

Mówiąc to, wskazał ręką na rozległe, usiane zielonymi kępami trzęsawisko, które zlewało się w 
dali z rdzawymi stokami wzgórz na moczarach. 
 
 

Spojrzenie wstecz 

W  ostatnich  dniach  listopada,  w  zimny,  mglisty  wieczór,  Holmes i ja siedzieliśmy w bawialni 

przy  Baker  Street,  przed  kominkiem,  na  którym  płonął  wesoły  ogień.  Od  czasu  tragicznego 

zakończenia naszego pobytu w Devonshire, Holmes zajmował się dwoma ważnymi sprawami. W 

jednej  wykrył  ohydne  postępowanie  pułkownika  Upwooda  w  związku  z  głośnym  skandalem 

karcianym  w  klubie  „Nonpanei”,  w  drugiej  zaś  uwolnił  nieszczęśliwą  panią  Montpellier  od 

zarzutu morderstwa, jaki na niej ciążył w związku ze śmiercią pasierbicy, panny Carere, młodej 

osoby, którą pół roku później odnaleziono w Nowym Jorku, nie tylko żywą ale i zamężną. 

Sukces  w  tych  trudnych i ważnych sprawach wprawił mojego przyjaciela w doskonały humor, 

tak.  że  mogłem  zaryzykować  rozmowę  o  szczegółach  dotyczących  tajemnicy  Baskervillów. 

Czekałem  cierpliwie  na  odpowiednią  okazję,  bo  wiedziałem,  że  Holmes  nie  lubi,  aby  mu 

przeszkadzać w pracy i odrywać jego jasny i metodyczny umysł od nowych zajęć. 
Sir Henryk i doktor Mortimer byli a

kurat w Londynie, wybierając się w długą podróż, zaleconą 

baronetowi  dla  wzmocnienia  nadwerężonych  nerwów  i  odwiedzili  nas  po  południu,  więc 

rozmowa o tragicznych wydarzeniach na moczarach sama się nasunęła. 
—  Wszystkie wypadki — 

mówił Holmes — były, z punktu widzenia człowieka, który używał 

nazwiska Stapleton, jasne i zrozumiałe, chociaż dla nas, ponieważ nic znaliśmy początkowo ani 

jego motywów ani wszystkich faktów, sprawa wydawała się niesłychanie zawikłana. Dwa razy 

rozmawiałem z panią Stapleton. Wyjaśniła mi różne szczegóły tak dokładnie, że w tej sprawie nie 

ma już chyba dla mnie żadnych tajemnic. Pod literą „B” znajdziesz w moich papierach notatki na 
ten temat. 
— 

Jednak może zechciałbyś w skrócie opowiedzieć mi ważniejsze szczegóły. 

— 

Dobrze,  chociaż  nie  mogę  ręczyć,  czy  wszystko  dokładnie  pamiętam.  Intensywna  praca 

umysłowa  powoduje,  między  innymi,  także  zacieranie  się  szczegółów w pamięci. Na przykład 

adwokat,  który  świetnie  zna  swoją  sprawę  i  swobodnie  rozmawia  z  każdym  świadkiem  o 
najdrobniejszych 

szczegółach, spostrzega w tydzień lub dwa po rozprawie, że nic już nie pamięta. 

Tak samo ostatnia sprawa zaciera mi zawsze w pamięci poprzednią a panna Carere zastąpiła w 

mojej pamięci sir Henryka Baskervilla. Jutro znów będę rozwiązywał jakąś nową tajemnicę, która 

także zatrze sprawę pięknej dziewczyny i pułkownika Upwooda. 

Sprawę  psa  pamiętam  jednak  lepiej  i  postaram  się  jak  najdokładniej  opowiedzieć  ci  przebieg 

wypadków. A gdybym czegoś zapomniał, na pewno mi pomożesz. 

 

background image

 

Otóż  moje  poszukiwania  wykazały,  że  portret  w  Baskerville  Hall  nie  kłamał  -  Stapleton 

rzeczywiście pochodził z rodu Baskervillów. Był synem młodszego brata sir Karola, tego Rogera 

Baskervilla,  który  na  skutek  skandalicznych  ekscesów  uciekł  do  Ameryki  Południowej  i  tam 

umarł, jak mówiono, nie ożeniwszy się. Tymczasem stwierdziłem na pewno, że był żonaty i miał 

jedno dziecko, tego nędznika, noszącego oczywiście to samo nazwisko! 

Syn  poślubił  pannę  Beryl  Garcia,  znaną  piękność  z  Costa  Rica,  a  gdy  ukradł  sporą  sumę  z 
funduszy publicznych, zmien

ił nazwisko na Vandeleur i uciekł do Anglii, gdzie założył szkołę w 

małej  miejscowości  w  zachodnim  Yorkshire.  Do  wybrania  właśnie  tego  zawodu  nakłoniła  go 

znajomość, jaką zawarł z wracającym do kraju chorym na gruźlicę nauczycielem. Wykorzystywał 
jego wied

zę,  ale  Fraser  —  ten nauczyciel —  umarł,  i  szkoła,  która  miała  początkowo 

powodzenie, podupadała coraz bardziej, aż w końcu miała jak najgorszą opinię.  

Vandeleur uznał za stosowne zmienić znów nazwisko na Stapleton i z resztka majątku, planami 

na przyszłość oraz zainteresowaniem owadami przeniósł się na południe Anglii. Dowiedziałem 

się w Muzeum Brytyjskim, że był uznanym autorytetem w tej dziedzinie i że nazwę Vandeleur 

otrzymał pewien gatunek ćmy, którą on pierwszy opisał podczas pobytu w Yorkshire. 
Tera

z przechodzimy do tej części jego życia, która w swoim czasie pochłaniała całą naszą uwagę. 

Vandeleur przeprowadził widocznie poszukiwania i dowiedział się, że tylko dwaj ludzie stoją mu 

na  drodze  do  zdobycia  dużych  pieniędzy.  Wydaje  mi  się,  że  gdy  przybył  do  Devonshire,  miał 

jeszcze bardzo mgliste plany, ale fakt, że swoją żonę przedstawiał jako siostrę, świadczył. że od 

razu  miał  złe  zamiary.  Pomysł  użycia  jej  jako  przynęty  skrystalizował  się  wyraźnie  w  jego 

umyśle, chociaż nie wiedział jeszcze dokładnie, jak przeprowadzi swój plan. 

Był  zdecydowany  zagarnąć  majątek  w  jakikolwiek  sposób,  nawet  narażając  się  na  wielkie 

niebezpieczeństwa. Przede wszystkim więc zamieszkał jak najbliżej siedziby swoich przodków, a 

następnie zaprzyjaźnił się z sir Karolem Baskervillem i sąsiadami. 

Baronet sam opowiedział mu legendę o psie i w ten sposób niejako przygotował własną śmierć. 
Stapleton — 

będę go dalej tak nazywał — wiedział, że sir Karol ma wadę serca i że gwałtowny 

wstrząs zabije go. Powiedział mu to doktor Mortimer. Słyszał również, że baronet jest przesądny 

i że bierze zupełnie na serio ponurą legendę. Był sprytny, więc wymyślił jak spowodować śmierć 

baroneta, tak aby nie można było niczego udowodnić prawdziwemu mordercy. 

Gdy już opracował plan, zaczął go realizować z niesłychanym sprytem. Zwykłemu zbrodniarzowi 

wystarczyłby  zły  pies.  Zastosowanie  dodatkowych  środków,  aby  nadać  zwierzęciu  wygląd 

jakiegoś piekielnego potwora, było genialne. 

Kupił  psa  w  Londynie  u  Rossa  i  Manglesa,  handlarzy  zwierząt  na  Fulham  Road.  Wziął 

największego i najdzikszego, jaki akurat był. Przywiózł go koleją do North Devon i szedł kawał 

drogi piechotą przez moczary, aby dostać się do domu nie zwracając uwagi. Podczas pogoni za 

owadami  odkrył  ścieżkę  przez  trzęsawiska  i  znalazł  bezpieczną  kryjówkę  dla  psa.  Tam  też 

uwiązał go na łańcuchu i czekał na odpowiednią okazję. Czekanie trwało dość długo. W żaden 

sposób nie można było wywabić nocą starego dżentelmena poza obręb parku. Stapleton włóczył 

się  kilkakrotnie  wraz  z  psem  w  pobliżu,  ale  bez  rezultatu. Podczas tych bezskutecznych 

wędrówek chłopi dostrzegli jego towarzysza, co wskrzesiło starą legendę. 

Stapleton spodziewał się, że żona pomoże mu zabić sir Karola, ale niespodziewanie spotkał się z 

oporem. Nie chciała uwodzić starego dżentelmena i w ten sposób wciągnąć go w pułapkę, Ani 

groźby, ani nawet, wstyd mi to powiedzieć, bicie, nie zdołały złamać jej oporu. Nie chciała tego 

zrobić pod żadnym pozorem i przez pewien czas Stapleton nie wiedział, co zrobić. 

 

background image

 

Sir Karol, który go polubił, sam wybawił go z tego kłopotu, przekazując przez niego zapomogi, 

przeznaczone  dla  tej  nieszczęśliwej  pani  Laury  Lyons.  Przedstawiając  się  jej  jako  kawaler, 

Stapleton zapanował nad nią zupełnie i dał biednej kobiecie do zrozumienia, że, gdyby uzyskała 

rozwód, ożeniłby się z nią. Gdy tylko dowiedział się, że sir Karol ma wyjechać za radą doktora 

Mortimera, którego zdanie pozornie gorąco popierał — postanowił od razu działać, bojąc się, że 

ofiara  wymknie  mu  się  na  zawsze.  Nakłonił  panią  Lyons,  żeby  napisała  list,  błagający  starego 

dżentelmena  o  chwilę  rozmowy  w  przeddzień  wyjazdu  do  Londynu.  Następnie  obłudnie 

powstrzymał ją od pójścia na spotkanie i w ten sposób stworzył okazję, na którą czekał. 

Wracając wieczorem z Coombe Traccy, zdążył zabrać swojego psa, wysmarować go tą piekielną 

mieszaniną i zaprowadzić pod furtkę, gdzie stary dżentelmen miał czekać. 

Pies,  poszczuty  przez  pana,  przeskoczył  przez  furtkę  i  ścigał  nieszczęśliwego  baroneta,  który 

krzycząc, uciekał aleją cisową. To musiał być straszny widok w tej ciemnej alei — olbrzymie, 

czarne zwierzę, z płonącym pyskiem i ślepiami w ogniu, pędzące za ofiarą. Baronet upadł martwy 

na końcu szpaleru — przerażenie przyspieszyło śmiertelny atak serca. 

Pies biegł po trawniku, a baronet uciekał ścieżką, więc widoczne pozostały tylko ślady człowieka. 

Zwierzę prawdopodobnie zbliżyło się do leżącego, żeby go obwąchać a przekonawszy się, że nie 

żyje,  zawróciło.  To  wtedy  pies  zostawił  ślady,  które  dostrzegł  doktor  Mortimer.  Stapleton 

przywołał psa i szybko zaprowadził go do kryjówki na trzęsawisku, a śmierć baroneta stała się 

niewyjaśnioną zagadką dla policji, przeraziła całą okolicę i ostatecznie sprawa dotarła w nasze 

ręce. Tyle co do śmierci sir Karola Baskervilla. 

Rozumiesz  teraz  całą  przebiegłość  tego  szatańskiego  podstępu  —  nie  sposób  było  znaleźć 

podstaw  do  oskarżenia  prawdziwego  mordercy.  Jego  jedyny  wspólnik  —  pies  —  nie  mógł  go 

nigdy zdradzić, a cały pomysł, tak potworny i niesłychany, zapewniał tym samym powodzenie 
tego planu. 

W  obu  kobietach,  wplątanych  w  sprawę,  pani  Stapleton  i  pani  Laurze  Lyons,  obudziło  się 

podejrzenie.  Pani Stapleton wiedziała o jego zamiarach wobec baroneta i o istnieniu psa. Pani 

Lyons  zaś  nic  nie  wiedziała,  ale  śmierć  baroneta  właśnie  wtedy,  gdy  był  z  nią  umówiony  na 

spotkanie wywarła na niej głębokie wrażenie. Obie kobiety były pod wpływem Stapletona i nie 

musiał się ich obawiać. Pierwszą połowę zadania zrealizował zatem z powodzeniem, pozostała 
jednak druga, trudniejsza. 

Możliwe,  że  Stapleton  nie  wiedział  o  istnieniu  spadkobiercy  w  Kanadzie.  W  każdym razie, 

dowiedział się o tym bardzo prędko od swojego przyjaciela, doktora Mortimera, który mówił mu 

też  o  wszystkich  szczegółach  przyjazdu  Henryka  Baskervilla.  Najpierw  Stapleton  myślał,  że 

będzie można tego młodego przybysza z Kanady sprzątnąć ze świata w Londynie, zanim zdąży 

dojechać do Devonshire. 

Od czasu, gdy żona odmówiła mu pomocy w zastawieniu sideł na sir Karola, nie ufał jej i nie 

zostawiał  jej  samej  na  dłużej,  bojąc  się,  że  straci  na  nią  wpływ.  Dlatego  zabrał  ją  ze  sobą  do 

Londynu. Odkryłem, że mieszkali w hotelu Mexbourough przy Craven Street, w jednym z tych, 

w  których  był  Cartwright,  szukając  dowodów.  Tam  Stapleton  zamykał  żonę  w  pokoju,  a  sam, 

doklejając sobie brodę, jeździł za doktorem Mortimerem na Baker Street, a potem na dworzec i 
do hotelu Northumberland. 

Pani Stapleton trochę się domyślała co chce zrobić jej mąż, ale bała się go do tego stopnia — 

obchodził się z nią przecież tak brutalnie — że nie miała odwagi napisać do człowieka, któremu 

groziło niebezpieczeństwo. Gdyby list wpadł w ręce Stapletona, mógłby ją nawet zabić. Więc, jak 

 

background image

 

wiemy, wpadła na pomysł wycięcia wyrazów z gazety i zaadresowała list zmienionym pismem. 

List doszedł do baroneta i był pierwszym ostrzeżeniem przed grożącym mu niebezpieczeństwem. 

Bardzo  ważne  było dla Stapletona zdobycie jakiejkolwiek części ubrania sir Henryka, tak, aby 

wytresować  psa  i  naprowadzić  go  na  trop  baroneta.  Szybko i odważnie zrobił to, z pewnością 

przekupując w hotelu służącego albo pokojówkę. 
Przypadkiem jednak pierwszy but, który mu przyni

esiono,  był  nowy  i  dlatego  zupełnie 

bezużyteczny. Oddał go zatem i otrzymał inny — ten szczegół był dla mnie bardzo ważny, gdyż 

udowodnił, że mamy do czynienia z psem z krwi i kości. Inaczej nie można było wytłumaczyć 

tych starań o stary but i obojętności dla nowego. 

Im jakiś szczegół jest bardziej błahy i śmieszny, tym bardziej zasługuje na dokładne zbadanie, a 

to samo wydarzenie, które, na pozór, tylko komplikuje sprawę, uważnie rozważone i umiejętnie 

wykorzystane, najprawdopodobniej posłuży do jej wyjaśnienia. 

Następnego dnia rano nasi przyjaciele odwiedzili nas, ciągle śledzeni przez Stapletona w dorożce. 

Ponieważ wiedział gdzie mieszkam i znał mnie z widzenia, przypuszczam, że przestępcza kariera 

Stapletona nie ograniczała się tylko do tego jednego zamachu na Baskervillów. W ciągu ostatnich 

trzech lat popełniono cztery duże kradzieże na zachodzie Anglii, a nie wykryto sprawcy żadnej z 

nich. Ostatnia, w Folkestone Court, która wydarzyła się w maju, zdumiewała zimną krwią, z jaką 
zamaskowany bandyta zastrz

elił  służącego,  który  schwytał  go  na  gorącym  uczynku.  Jestem 

prawie  pewny,  że  Stapleton  utrzymywał  się  w  taki  sposób,  i  że  od  wielu  lat  należał  do 

największych, nie cofających się przed niczym, przestępców. 

Mieliśmy przykład jego sprytu i pomysłowości tego ranka, kiedy się nam wymknął, a 

podszywając się pode mnie pokazał, że jest nie tylko odważny, ale i bezczelny. Zrozumiał wtedy, 

że zająłem się tą sprawą w Londynie i że tu nic już nie zrobi. Wrócił do Dartmoor i czekał na 
przyjazd baroneta. 
—  Przepraszam, 

zaczekaj  chwilę  —  powiedziałem.  —  Opowiedziałeś  wydarzenia  bardzo 

dokładnie, ale jednego wcale nie wyjaśniłeś. Co się działo z psem, gdy jego pan był w Londynie? 
— 

Starałem się rozgryźć także to. Nie ulega wątpliwości, że Stapleton miał współpracownika, 

c

hociaż jestem pewien, że nie mówił mu wszystkiego, aby się od niego nie uzależnić. W Merripit 

House był stary służący, nazywał się Antoni. Miał kontakt ze Stapletonami od kilku lat, od czasu, 

kiedy  Stapleton  był  dyrektorem  szkoły,  tak.  że  służący  musiał  wiedzieć,  iż  jego  pan  i  pani  są 

małżeństwem. Ten człowiek zniknął i uciekł z kraju. Imię Antoni nie jest tak popularne w Anglii, 

jak  Antonio  w  Hiszpanii  lub  w  krajach  hiszpańskich  Ameryki  Południowej.  Ten  służący, 

podobnie  jak  pani  Stapleton.  mówił  dobrze  po  angielsku, ale z dziwnym akcentem. Sam 

widziałem, jak szedł 

przez  trzęsawisko  ścieżką,  którą  wytyczył  Stapleton,  dlatego  jest  prawdopodobne,  że  podczas 

nieobecności pana to on żywił psa, chociaż nie wiedział, do czego to zwierzę służyło. 
Stapletonowie pow

rócili zatem do Devonshire, gdzie niebawem przyjechał sir Henryk z tobą. A 

teraz kilka słów o tym, co ja wtedy robiłem. Przypominasz sobie prawdopodobnie, że oglądając 

kartkę,  na  której  naklejone  były  drukowane  wyrazy  wycięte  z  „Timesa”,  dokładnie obejrzałem 

znak  wodny.  Trzymałem  przy  tym  kartkę  bardzo  blisko  oczu  i  doleciał  do  mnie  słaby  zapach 

białego  jaśminu.  Detektyw  zajmujący  się  sprawami  kryminalnymi,  powinien  umieć  rozróżnić 

siedemdziesiąt pięć gatunków perfum. Nieraz, wiem to z własnego doświadczenia, wyjaśnienie 

sprawy zależy od szybkiego rozpoznania zapachu. Ten zapach powiedział mi, że wchodzi tu w 

grę  kobieta,  i  już  wtedy  zacząłem  podejrzewać  Stapletonów.  Przed  wyjazdem  do  Devonshire 

byłem już więc pewien, że pies istnieje i wpadłem na trop przestępcy. Moje zadanie polegało na 

 

background image

 

śledzeniu Stapletona. Oczywiście miałbym związane ręce, gdybym był z wami, bo on bardzo by 

się  wówczas  pilnował.  Dlatego  zmyliłem  wszystkich,  nie  wyłączając  ciebie,  i  gdy  byliście 

przekonani, że jestem w Londynie, ja przyjechałem do Dartmoor. Warunki, w jakich mieszkałem, 

nie  były  tak  okropne,  jak  sobie  wyobrażałeś,  zresztą  takie  drobiazgi  nie  powinny  być  nigdy 

przeszkodą w prowadzeniu śledztwa. Mieszkałem przeważnie w Coombe Tracey, a z chaty na 

moczarach korzystałem tylko wtedy, gdy moja obecność w pobliżu miejsca akcji była potrzebna. 

Wziąłem ze sobą Cartwrighta, który w wiejskim przebraniu bardzo mi pomógł. Zaopatrywał mnie 

w żywność i czystą bieliznę, a gdy ja śledziłem Stapletona, Cartwright miał ciebie na oku. tak, że 
m

ogłem  trzymać  w  ręku  wszystkie  nici.  Powiedziałem  ci  już,  że  twoje  raporty  dochodziły  do 

mnie  szybko,  bo  z  Baker  Street  natychmiast  wysyłano  je  do  Coombe  Tracey.  Były  dla  mnie 

bardzo  ważne,  a  zwłaszcza  ten,  który  przypadkowo  zawierał  prawdziwe  szczegóły  biografii 

Stapletona.  Pozwoliło  mi  to  ustalić  tożsamość  ich  obojga  i  dzięki  temu  wiedziałem,  czego  się 

trzymać.  Sprawa  zbiegłego  więźnia  i  jego  kontaktów  z  Barrymorami  wszystko  bardzo 

skomplikowała. Ale wyjaśniłeś ją i to bardzo skutecznie, chociaż i ja doszedłem do tego samego 

wniosku.  Gdy  odnalazłeś  mnie  na  moczarach,  wiedziałem  już  o  wszystkim,  ale  nie  miałem 

dowodów, wystarczających do oddania Stapletona pod sąd. Nawet jego zasadzka na sir Henryka 

tej  samej  nocy,  zakończona  śmiercią  nieszczęsnego  więźnia,  nie  dałaby  nam  jednoznacznego 

dowodu.  Nie  pozostało  nic  innego,  tylko  schwytać  go  na  gorącym  uczynku,  a  żeby  to  zrobić, 

trzeba  było  użyć  jako  przynęty  pozornie  bezbronnego  sir  Henryka.  Tak  zrobiliśmy  i  kosztem 
zdrowia naszego klienta wszystko ostatecznie 

wykryliśmy  i  doprowadziliśmy  do  klęski 

Stapletona. Przyznam, że mam wyrzuty, iż naraziłem na to baroneta, ale nie mogliśmy przecież 

przewidzieć,  że  zwierzę  ukaże  się  w  tak  przerażającej  postaci,  ani  mgły,  która  je  z  daleka 

zasłaniała. Osiągnęliśmy cel kosztem zdrowia sir Henryka, lecz zarówno lekarz specjalista, jak i 

doktor Mortimer zapewnili mnie, że szybko wróci do zdrowia. Długa podróż wyleczy nie tylko 

nerwy, ale i serce naszego przyjaciela. Jego miłość do pani Stapleton była głęboka i szczera, a 
najsm

utniejsze jest dla niego to, że zawiódł się na ukochanej kobiecie. Pozostaje mi tylko odkryć 

jej rolę w tym wszystkim. Nie ulega wątpliwości, że Stapleton miał na nią wpływ, dzięki miłości 

albo strachowi, a może dzięki obu tym uczuciom. Zgodziła się udawać jego siostrę, ale nie udało 

mu  się  zrobić  z  niej  bezpośredniego  narzędzia  zbrodni.  Ostrzegała  sir  Henryka  i  to 

niejednokrotnie, ale tak, zęby nie narażać męża. 

Stapleton  widocznie  był  bardzo  zazdrosny.  Gdy  zauważył,  że baronet interesuje się jego żoną. 
ch

oć to było w jego planach, nie mógł powstrzymać się od namiętnego wybuchu, który odsłonił 

jego  gwałtowny  charakter,  tak  dobrze  ukryty  pod  pozornym  chłodem  i  powściągliwością. 

Zachęcając oboje do bliższej znajomości, spowodował, że sir Henryk często odwiedzał Merripit 

House,  co,  prędzej  czy  później,  mogło  stworzyć  warunki  sprzyjające  zbrodni.  Jednak  w 

krytycznym dniu pani Stapleton nagle zajęła wrogie stanowisko. Słyszała coś o śmierci więźnia i 

wiedziała, że tego dnia. kiedy sir Henryk miał przyjść na obiad, pies był w pawilonie w ogrodzie. 

Oskarżyła  męża,  że  zamierza  popełnić  zbrodnię  i  nastąpiła  straszna  scena,  podczas  której 

Stapleton  dał  jej  pierwszy  raz  do  zrozumienia,  że  ma  rywalkę.  W  jednej  chwili  jej  wierność 

zamieniła się w straszną nienawiść i Stapleton zrozumiał, że żona go zdradzi. Żeby nie mogła 

ostrzec  sir  Henryka,  związał  ją  i  zamknął.  Pewnie  spodziewał  się,  że  gdy  cała  okolica  będzie 

przypisywała  śmierć  baroneta  klątwie, ciążącej na rodzinie — jak z pewnością by się stało — 

zdoła przekonać żonę do pogodzenia się z faktami i milczenia. Wydaje mi się. że co do tego. to 

się pomylił i że nawet bez naszego udziału Jego los byt przesądzony. Kobieta z hiszpańska krwią 

w  żyłach  łatwo  nie  przebacza  podobnej  zniewagi.  Więcej  szczegółów  tej  ciekawej  sprawy nie 

 

background image

 

mógłbym ci opowiedzieć, mój drogi, bez sięgnięcia do moich notatek. Myślę jednak, ze niczego 

ważnego nie pominąłem. 
— 

Chyba jednak Stapleton nie spodziewał się, że sir Henryk umrze, tak stryj, ze strachu na widok 

tego piekielnego psa? 
— 

Zwierzę było dzikie i zgłodniałe. Jeśli sam widok psa nie przestraszyłby śmiertelnie ofiary, to 

w każdym razie z pewnością uniemożliwiłby jakikolwiek opór. 
— 

Niewątpliwie. Pozostaje jednak jeszcze jedno pytanie. Gdyby Stapleton został spadkobiercą 

tego  majątku,  w  jaki  sposób  wytłumaczyłby  takt.  że  mieszkał  tak  długo  pod  zmienionym 

nazwiskiem  w  najbliższym  sąsiedztwie  posiadłości  Baskervillów?  W  jaki  sposób,  nie  budząc 

podejrzeń, mógłby ogłosić swoje prawa do tego majątku? 
— 

Byłoby  to  rzeczywiście  bardzo  trudne.  Żądasz  ode  mnie  za  wiele,  jeśli  chcesz,  żebym 

odpowiedział  na  to  pytanie.  Zajmuję  się  przeszłością  i  teraźniejszością,  ale  powiedzieć,  co 

człowiek może zrobić w przyszłości, to naprawdę ciężkie zadanie. Pani Stapleton słyszała wiele 

razy,  jak  mąż  rozważał  tę  kwestię.  Miał  trzy  możliwości.  Albo  upomniałby  się  o  spadek  z 
Ameryki 

Południowej,  tam  stwierdziłby  swoją  tożsamość  przed  władzami  brytyjskimi  i  otrzymałby 

majątek,  wcale  nie  przyjeżdżając  do  Anglii,  albo  w  przebraniu  zamieszkałby  na  jakiś  czas  w 
Londynie, albo 

wreszcie znalazłby wspólnika, zaopatrzyłby go w dokumenty, przedstawiające go 

jako spadkobiercę, a później zapłaciłby mu częścią swojego majątku. Sądząc z tego, co wiemy o 

Stapletonie,  nie  możemy  mieć  wątpliwości,  że  dałby  sobie  radę.  A  teraz,  mój  drogi,  mieliśmy 

kilka  tygodni  ciężkiej  pracy  i  sądzę,  że  mamy  prawo  trochę  się  rozerwać.  Mam  bilety  na 

„Hugonotów”.  Słyszałeś  Reszków?...  Czy  mogę  cię  zatem  prosić,  żebyś  byt  gotowy  za  pół 

godziny? Po drodze wstąpimy na obiad do Marcinieao. 

 


Document Outline