background image

 

 
Tytuł oryginału: El Prisionero del Cielo 

 

                  PrzełoŜyła: Katarzyna Kiss 

background image

 

Zawsze wiedziałem, Ŝe wrócę do tego miasta, aby opowiedzieć historię człowieka, który zgubił swą 

duszę i imię, pomiędzy ulicami Barcelony pogrąŜonej w niespokojnym śnie w czasie popiołów i ciszy.  
To słowa napisane ogniem w cieniu miasta przeklętych, słowa wyryte w pamięci tego, który powrócił z 
martwych z obietnicą ukrytą w sercu i ceną przekleństwa.  
Podnosi się kurtyna, cichną widzowie i zanim cień zamieszkujący jego przeznaczenie zejdzie z 
rusztowań, trupa białych duchów wchodzi na scenę z komedią na ustach, błogosławiona niewinność 
tego, który wierząc, Ŝe akt trzeci jest ostatnim, przychodzi opowiedzieć nam Opowieść Wigilijną nie 
wiedząc ze przewracając ostatnią kartkę farba jego oddechu powlecze go wolno i nieubłaganie w samo 
serce mroku.  

                                                                                   Julian Carax

Wi

ęzień Nieba

 

                                                                                                               

Wydawnictwo Lumiére, ParyŜ 1992 

 
 
 
 
 
 
 
 
 

                                                      

 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

CZĘŚĆ PIERWSZA 

 

 

OPOWIEŚĆ WIGILIJNA 

 
 

 

 

BARCELONA PASEO DE GRACIA 

 

 

 

background image

 

Barcelona, grudzień 1957r 

 
Tego roku BoŜe Narodzenie przywitało nas ołowianymi chmurami i szronem. Niebieskawy półmrok 

okrywał  miasto,  ludzie  przechodzili  opatuleni  po  same  uszy  rysując  parą  swoich  oddechów  wzory  w 
zimnym  powietrzu.  Niewielu  w  tych  dniach  zatrzymywało  się,  aby  podziwiać  wystawę  księgarni 
Sempere i Synowie, a jeszcze mniej odwaŜyło się wejść i zapytać o tę zagubioną ksiąŜkę, która czekała 
na  nich  całe  Ŝycie,  i  której  sprzedaŜ,  co  tu  ukrywać,  przyczyniłaby  się  do  naprawienia  wątpliwych 
finansów księgarni. 

-  Myślę,  Ŝe  to  właśnie  ten  dzień.  Dzisiaj  nasze  szczęście  się  odmieni  -  obwieściłem  uniesiony  na 

skrzydłach pierwszej kawy tego dnia, czysty optymizm w stanie płynnym. 

Mój  ojciec,  który  juŜ  od  ósmej  rano  walczył  z  księgą  rachunkową  gimnastykując  się  z  ołówkiem i 

gumką, podniósł wzrok znad lady i obserwował niedoszłych klientów znikających w dole ulicy. 

-  Oby  niebo  cię  usłyszało  Danielu,  bo  jeśli  tak  dalej  pójdzie  i  stracimy  świąteczną  sprzedaŜ,  w 

styczniu nie będziemy mieli, z czego zapłacić nawet rachunku za światło. Musimy coś zrobić. 

-  Wczoraj  Fermin  miał  pewien  pomysł  –  zagadnąłem.  -  Według  niego  to  mistrzowski  plan,  aby 

wyratować księgarnie od niechybnego bankructwa. 

- Niech Bóg ma nas w swojej opiece. 
Zacytowałem  dosłownie:  -  Być  moŜe,  Ŝe  jeśli  zacznę  dekorować  wystawę  ubrany  tylko  w  kalesony 

jakaś niewiasta spragniona literatury i silnych emocji wstąpi wydać trochę grosza, poniewaŜ jak mówią 
ci,  co  się  na  tym  znają,  przyszłość  literatury  zaleŜy  od  kobiet,  a  jak  mi  Bóg  miły  jeszcze  się  taka  nie 
urodziła, która byłaby w stanie oprzeć się takiemu ciału.
 

Usłyszałem za plecami jak spada na ziemię ołówek ojca, więc się odwróciłem. 
- Fermin dixit – dodałem. 
Pomyślałem, Ŝe ojciec zacznie się śmiać z pomysłu, Fermina, ale kiedy zobaczyłem, Ŝe nie budzi się 

ze  swego  zamyślenia,  spojrzałem  na  niego  spod  oka.  Sempere  senior  nie  tylko  nie  widział  w  tym  nic 
ś

miesznego, wydawał się wręcz rozwaŜać całkiem powaŜnie taką moŜliwość. 

- To całkiem prawdopodobne ze Fermin trafił w sedno - zamruczał 
Obserwowałem go niedowierzając, myśląc, Ŝe moŜe posucha finansowa ostatnich tygodni naruszyła 

zdrowy rozsądek mojego rodziciela.  

- Tylko mi nie mów, Ŝe mu pozwolisz spacerować w gatkach po księgarni. 
- Nie, nie. Nie o to chodzi. Chodzi o wystawę. Teraz, kiedy o tym wspomniałeś wpadłem na pewien 

pomysł… MoŜe jeszcze nam się uda uratować BoŜe Narodzenie. 

Widziałem jak znika na tyłach sklepu skąd wyszedł wyposaŜony w swój oficjalny zimowy uniform: 

ten  sam  płaszcz,  szalik  i  kapelusz,  który  pamiętałem  jeszcze  z  dzieciństwa.  Bea  podejrzewała,  Ŝe  mój 
ojciec  nie  kupił  sobie  Ŝadnego  nowego  ubrania  od  1942r.  i  wszystko  wskazywało  na  to,  Ŝe  moja  Ŝona 
miała rację. Mój ojciec uśmiechał się ukradkiem zakładając rękawiczki, a w jego oczach zapalił się ten 
dziecięcy błysk, który pojawiał się tam tylko w obliczu wielkich przedsięwzięć. 

- MoŜna wiedzieć, dokąd się wybierasz? 
Ojciec puścił do mnie oko. 
- To niespodzianka. Zobaczysz. 
Odprowadziłem  go  do  drzwi  i  zobaczyłem  jak  kieruje  się  spręŜystym  krokiem  się  w  stronę  Puerta 

del Angel, jeszcze jedna figurka w szarym morzu przechodniów płynąc przez kolejną długą zimę cieni i 
popiołów. 

 

 

 

 

 

background image

 

Wykorzystując  to,  Ŝe  zostałem  sam  zdecydowałem  włączyć  radio,  aby  nacieszyć  się  odrobioną 

muzyki podczas porządkowania zbiorów na półkach według własnego uznania. Mój ojciec  wierzył, Ŝe 
radio  grające  w  księgarni,  kiedy  są  klienci  jest  w  złym  guście,  kiedy  zaś  włączałem  je  w  obecności 
Fermina, ten od razu zabierał się do podśpiewywania pieśni religijnych na kaŜdą moŜliwą melodię, albo 
jeszcze  gorzej  do  tańczenia  czegoś,  co  on  sam  określał  jako  „zmysłowe  karaibskie  rytmy”  -  i  po  paru 
minutach  miałem  nerwy  na  postronku.  Zdawszy  sobie  sprawę  z  tych  niedogodności,  doszedłem  do 
wniosku, Ŝe powinienem ograniczyć moje spotkania z falami radiowymi do tych rzadkich momentów, w 
których oprócz mnie i dziesiątek tysięcy ksiąŜek nie było nikogo więcej w sklepie. 

Radio  Barcelona  puszczało  tego  dnia  nielegalne  nagranie  koncertu  wspaniałego  trompecisty  Luisa 

Armstronga,  który  dał  on  w  hotelu  Windsor  Palace  na  alei  Diagonal  trzy  lata  temu,  wykonane  przez 
jednego  z  kolekcjonistów.  W  przerwach  na  reklamę  spiker  z  zapałem  określał  ten  styl  jako  llass  i 
ostrzegał,  Ŝe  niektóre  z  jego  bezwstydnych  synkop

  mogą  nie  być  odpowiednie  dla  uŜytku  rodzimego 

słuchacza ukształtowanego na wodewilu, bolerach i właśnie wschodzącym ruchu ve-ve, które królowały 
na falach radiowych. 

Fermin  miał  w  zwyczaju  mówić,  Ŝe  gdyby  Isaac  Albéniz  urodził  się  czarny,  jazz  zostałby 

wynaleziony  w  Camprodón,  jak  ciastka  w  puszce,  i  Ŝe,  razem  ze  szpiczastymi  biustonoszami,  które 
nosiła  uwielbiana  przez  niego,  Kim  Nova  w  niektórych  filmach,  które  oglądaliśmy  w  kinie  Fémina  na 
porannej sesji, ten dźwięk był jednym z największych osiągnięć ludzkości w XX wieku. 

Nie  mogłem  zaprzeczyć.  Pozwoliłem,  aby  reszta  poranka  upłynęła  mi  miedzy  magią  tej  muzyki  i 

aromatem ksiąŜek, smakując zadowolenie i satysfakcję, jaką daje dobrze wykonana praca. 

Fermin  wziął  wolne  tego  ranka,  aby  –  według  niego  –  dokończyć  przygotowania  do  ślubu  z 

Bernardą  przewidzianego  na  początek  lutego.  Kiedy  pierwszy  raz  o  tym  wspomniał  zaledwie  dwa 
tygodnie temu, wszyscy mówiliśmy mu, Ŝe za bardzo się spieszy, i Ŝe pośpiech nie prowadzi do niczego 
dobrego.  Ojciec  próbował  przekonać  go  do  przełoŜenia  ślubu  o  dwa,  trzy  miesiące,  argumentując,  Ŝe 
ś

luby powinny odbywać się latem i przy ładnej pogodzie, ale Fermin uparł się przy tej dacie utrzymując, 

Ŝ

e  gatunek  zaprawiony  w  surowym  suchym  klimacie  dolin,  estramadurskich,  pocił  się  obficie,  gdy 

nadchodzi  śródziemnomorskie  lato  według  niego  półtropikalne,  i  nie  widzi  sensu  celebrować  swego 
ś

lubu z plamami wielkości grzanki pod pachami. 

JuŜ  zacząłem  myśleć,  Ŝe  musi  być  w  tym  coś  dziwnego  skoro  Fermin  Romeo  de  Torres  Ŝywy 

sztandar  cywilnej  opozycji  wobec  Świętej  Matki  –  Kościoła,  banków  i  dobrych  zwyczajów  w  tej 
Hiszpanii  mszy  i  NO  -  DO  lat  50  –  tych,  przejawiał  podobny  pośpiech  w  udaniu  się  do  wikariatu.  W 
swojej przedmałŜeńskiej gorliwości posunął się  do zawarcia przyjaźni z nowym proboszczem kościoła 
Santa  Ana,  Jacobo  kapłanem  pochodzącym  z  Burgos  o  dość  swobodnych  poglądach  i  manierach 
emerytowanego boksera, którego zaraził swoim zamiłowaniem do gry w domino. 

Fermin  rozgrywał  z  nim  historyczne  partie  w  barze  Almirall  kaŜdej  niedzieli  po  mszy,  a  kapłan 

ś

miał  się  z  ochotą,  kiedy  mój  przyjaciel  zapytywał  go  miedzy  jednym  kieliszkiem  a  drugim  wina  z 

Montserrat,  czy  jest  zupełnie  pewny,  Ŝe  zakonnice  mają  uda  i  czy  jeśli  je  mają  są  one  tak  miękkie  i 
smakowite jak podejrzewał od młodości. 

-  Doprowadzi  pan  w  końcu  do  tego,  Ŝe  go  ekskomunikują  –  napominał  go  mój  ojciec.  –  Na 

zakonnice ani się nie patrzy, ani się ich nie dotyka. 

Ale przecieŜ ksiądz jest prawie gorszym hultajem niŜ ja – protestował Fermin. - śeby nie sutanna… 
Wspominałem  tą  rozmowę  nucąc  do  wtóru  trąbki  mistrza  Armstronga,  kiedy  usłyszałam 

pobrzękiwanie  dzwonka  zawieszonego  nad  drzwiami  księgarni,  podniosłem  wzrok  spodziewając  się 
zobaczyć  ojca,  powracającego  ze  swojej  sekretnej  misji,  albo  Fermina  gotowego  do  przejęcia 
popołudniowej zmiany. 

- Dzień dobry – doszedł mnie od progu niski i załamujący się głos. 

                                                 

 

Synkopa (termin muzyczny) – przesuni

ę

cie 

akcentu

 z mocnej na słab

ą

 cz

ęść

 

taktu

 przez wydłu

Ŝ

enie warto

ś

ci 

nuty nieakcentowanej (słabej metrycznie) o cz

ęść

 warto

ś

ci nuty akcentowanej znajduj

ą

cej si

ę

 na mocnej cz

ęś

ci 

taktu (mocnej metrycznie).

 

background image

 

W  świetle  padającym  z  ulicy  jego  sylwetka  była  podobna  do  pnia  drzewa  wysmaganego  przez 

wiatry.  Gość  miał  na  sobie  ciemny  garnitur  o  starodawnym  kroju  i  wparty  na  lasce  sprawiał  ponure 
wraŜenie.  ZbliŜył  się  kilka  kroków  wyraźnie  kulejąc.  W  blasku  lampy  stojącej  na  ladzie  ukazała  się 
twarz  poorana  zmarszczkami  czasu.  Gość  przyglądał  mi  się  przez  kilka  chwil,  mierząc  mnie  bez 
pośpiechu. Jego wzrok miał w sobie coś z drapieŜnego ptaka, cierpliwy i szacujący. 

- Czy pan Sempere? 
- Jestem Daniel, pan Sempere to mój ojciec, ale w tej chwili go nie ma. Czy mogę w czymś pomóc? 
Gość  zignorował  moje  pytanie  i  zaczął  spacerować  po  księgarni  oglądając  wszystko  kawałek  po 

kawałku  z  zainteresowaniem  graniczącym  z  chciwością.  Jego  mocne  utykanie  sprawiało  wraŜenie,  Ŝe 
rany ukryte pod odzieniem to coś powaŜniejszego. 

- Wspomnienia z wojny – powiedział przybysz, jakby czytał mi w myślach. 
Ś

ledziłem wzrokiem tą dziwną inspekcję, podejrzewając gdzie się zatrzyma. 

Tak  jak  przypuszczałem  przybysz  zatrzymał  się  przed  witryną  z  hebanu  i  szkła,  relikwią  z  czasów 

załoŜenia  księgarni  w  swoim  pierwotnym  stanie  w  roku  1888,  kiedy  to  prapradziadek  Sempere, 
wówczas młodzieniec, który dopiero, co wrócił ze swoich indiańskich wojaŜy po karaibskich ziemiach, 
wziął poŜyczkę, aby zakupić dawny sklep z rękawiczkami i przerobić go na księgarnię. 

Ta witryna, była honorowym miejscem w księgarni, gdzie chowaliśmy najcenniejsze egzemplarze. 
Gość  zbliŜył  się  do  niej  tak  bardzo,  Ŝe  jego  oddech  zaparowywał  szkło.  Wyciągnął  szkła,  które 

zbliŜył  do  oczu  i  zaczął  studiować  zawartość  witryny.  Jego  ruchy  przywodziły  mi  na  myśl  łasicę 
poszukującą świeŜych jajek w kurniku. 

- Piękny egzemplarz – mruknął. - Na pewno swoje kosztuje. 
To pamiątka rodzinna. W większości ma wartość sentymentalną – odparłem, dotknięty szacowaniem 

i ocenianiem tego dziwnego klienta, który wydawał się wyceniać spojrzeniem nawet powietrze, którym 
oddychaliśmy. 

Po chwili schował szkła i odezwał się spokojnym głosem. 
Rozumiem, Ŝe pracuje pan z kawalerem o uznanym talencie. 
Jako,  Ŝe  nie  odpowiedziałem  od  razu  odwrócił  się  i  obrzucił  mnie  jednym  z  tych  spojrzeń,  które 

sprawiaj, Ŝe ludzie starzeją się przedwcześnie. 

- Jak pan widzi jestem sam. Ale jeśli mi pan powie, czego szuka z chęcią tego poszukam. 
Przybysz uśmiechnął się do mnie uśmiechem, który mroził krew w Ŝyłach i przytaknął. 
Widzę, Ŝe ma pan w tej witrynie egzemplarz Hrabiego Monte Cristo. 
Nie  był  to  pierwszy  klient,  który  zwracał  uwagę  na  tą  pozycję.  Wygłosiłem,  więc  zwyczajową 

formułkę przygotowaną na takie okazje. 

-  Ma  pan  dobre  oko.  To  wspaniałe  wydanie,  numerowane  i  z  ilustracjami  Arthura  Rackhama, 

pochodzące  z  osobistej  biblioteki  pewnego  kolekcjonera  z  Madrytu.  To  dzieło  unikatowe  i 
skatalogowane. 

Gość słuchał bez zainteresowania koncentrując cała swoją uwagę na ułoŜeniu hebanowych paneli na 

półce, jasno dając do zrozumienia, Ŝe nudzi go to, co mówię. 

-  Mnie  wszystkie  ksiąŜki  wydają  się  takie  same,  ale  podoba  mi  się  ta  niebieska  okładka  – 

odpowiedział pogardliwym tonem. - Chcę ją kupić. 

W  innych  okolicznościach  podskoczyłbym  z  radości,  mogąc  sprzedać  prawdopodobnie  najdroŜszy 

egzemplarz w całej księgarni, ale myśl, Ŝe to wydanie miało trafić do rąk tego indywiduum wywracała 
mi  Ŝołądek  do  góry  nogami.  Coś  mi  mówiło,  Ŝe  jeśli  ten  tom  opuści  księgarnie  nikt  juŜ  nigdy  nie 
przeczyta z niego nawet pierwszego akapitu. 

-  To  bardzo  drogie  wydanie.  Jeśli  pan  sobie  Ŝyczy  mogę  mu  pokazać  inne  wydania  tego  samego 

dzieła w doskonałym stanie po bardziej przystępnej cenie. 

Ludzie  o  małych  duszach  zawsze  próbują  pomniejszyć  dusze  innych,  przybysz,  który  jak  czułem 

mógłby zmieścić swoją na czubku igły, rzucił w moim kierunku spojrzenie bezbrzeŜnej pogardy. 

- I teŜ mają niebieskie okładki – dodałem. 

background image

Zignorował moją impertynęcką uwagę. 
- Nie dziękuję. Chcę właśnie tą. Cena nie gra roli. 
Przytaknąłem  niechętnie  i  skierowałem  się  w  kierunku  witryny.  Wyciągłem  klucz  i  otworzyłem 

przeszklone drzwi, czułem jego spojrzenie na moich plecach.  

- Wszystko, co dobre zawsze jest pod kluczem – skomentował cicho. 
Jest pan kolekcjonerem? 
- MoŜna powiedzieć, Ŝe tak, chociaŜ nie ksiąŜek. 
Odwróciłem się z ksiąŜką w ręku. 
A co pan kolekcjonuje? 
Po  raz  kolejny  zignorował  moje  pytanie  i  wyciągnął  rękę  po  ksiąŜkę.  Musiałem  opanować  impuls 

zabrania  jej  i  odłoŜenia  z  powrotem  do  witryny  zamkniętej  na  klucz.  Mój  ojciec  nie  wybaczyłby  mi 
gdybym zaprzepaścił taką sprzedaŜ i to w tak cięŜkim dla nas okresie. 

- Kosztuje 35 peset – powiedziałem mając nadzieje, Ŝe ta cyfra sprawi, Ŝe zmieni zdanie. 
Przytaknął bez mrugnięcia okiem y wyciągnął banknot 100 peset z kieszeni garnituru, który pewnie 

nie kosztował nawet 1 pesetę. Zapytałem siebie czy te pieniądze nie są, aby fałszywe. 

Obawiam się ze nie mam reszty dla tak duŜego banknotu. 
Poprosiłbym  go  Ŝeby  poczekał  momencik  aŜ  pobiegnę  do  banku  rozmienić  pieniądze,  ale  nie 

chciałem zostawiać go samego w księgarni. 

- Proszę się nie martwić. Jest prawdziwy. Wie pan jak moŜe się upewnić? 
Przybysz uniósł banknot pod światło. 
- Proszę zobaczyć znak wodny, te linie, teksturę… 
Czy kawaler jest ekspertem od falsyfikacji? 
Wszystko na tym świecie jest fałszywe, młodzieńcze. Wszystko oprócz pieniędzy. 
WłoŜył mi banknot do ręki, zamknął nad nim moje palce i poklepał mnie po nich. 
- Resztę zostawiam panu na konto przyszłej wizyty – powiedział. 
- To duŜo pieniędzy proszę pana, 65 peset… 
- Miedziaki 
- W kaŜdym razie wypiszę panu pokwitowanie. 
- Mam do pana zaufanie. 
Przybysz obejrzał ksiąŜkę z obojętnością. 
- Chodzi o podarunek. Chciałbym poprosić, aby go państwo dostarczyli osobiście. 
Zawahałem się przez chwilę. 
Normalnie  nie  zajmujemy  się  dostarczaniem  przesyłek,  ale  w  tym  wypadku  z  przyjemnością  to 

zrobimy bez Ŝadnych dodatkowych opłat. Mogę zapytać czy odbiorca znajduje się w Barcelonie? 

- Tak dokładnie tutaj – odpowiedział. 
Jego zimne spojrzenie zdradzało lata wściekłości i urazy. 
- Czy Ŝyczy pan sobie napisać jakąś dedykację albo notkę zanim ją zapakuję. 
Gość z trudem otworzył ksiąŜkę na stronie tytułowej. Dopiero wtedy dostrzegłem, Ŝe jego lewa ręka 

jest  sztuczna,  zrobiona  z  malowanej  porcelany.  Wyciągnął  wieczne  pióro  i  zanotował  kilka  słów. 
Obserwowałem go, kiedy kulejąc ruszył w kierunku drzwi. 

- Czy byłby pan tak miły wskazać mi imię i adres osoby, której chce byśmy dostarczyli przesyłkę? – 

Zapytałem. 

- Wszystko jest w środku – powiedział nie odwracając się. 
Otworzyłem ksiąŜkę i poszukałem strony z dedykacją zapisaną przez przybysza: 

 

Dla Fermina Romeo de Torres, który powrócił z martwych 

 i ma klucze do przyszłości 

                                                          13 

background image

Wtedy usłyszałem dzwonek znad wejścia, kiedy spojrzałem nieznajomego juŜ nie było. Podbiegłem 

do drzwi i wyjrzałem na ulicę. Gość oddalał się kulejąc, gubiąc się miedzy sylwetkami przecinającymi 
welon niebieskiej mgły, która unosiła się nad ulicą Santa Ana. JuŜ miałem go zawołać, ale ugryzłem się 
w język. Najprościej byłoby po prostu pozwolić mu odejść, ale pokonał mnie instynkt, mój tradycyjny 
brak ostroŜności i zdrowego rozsądku. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 

Wywiesiłem  tabliczkę  z  napisem  „ZAMKNIĘTE”  i  zamknąłem  drzwi  na  klucz,  gotowy  śledzić 

niezwykłego gościa. Wiedziałem, Ŝe jeśli wróci mój ojciec – ten jeden raz, kiedy zostawił mnie samego 
w  księgarni  i  w  obliczu  komercyjnej  posuchy  –  i  odkryje,  Ŝe  opuściłem  miejsce  pracy  da  mi  niezła 
reprymendę,  pomyślałem  jednak,  Ŝe  zdołam  wymyślić  jakąś  wymówkę  po  drodze.  Wolałem  znieść 
łagodne  wymówki  ojca  niŜ  zmagać  się  z  niepokojem,  który  zasiała  we  mnie  złowieszcza  wizyta 
nieznajomego i niewiedza odnośnie stosunków, które łączyły go z Terminem. 

Zawodowy  księgarz  ma  niewiele  okazji,  aby  nauczyć  się  w  praktyce  trudnej  sztuki  śledzenia 

podejrzanego  bez  zostania  odkrytym.  Z  wyjątkiem  sytuacji,  gdy  większość  jego  klienteli  staje  się 
niewypłacalna, moŜe tylko o tym przeczytać w relacjach policyjnych lub nowelach za 1 pesetę z półek 
własnej księgarni. Habit nie czyni mnicha, ale przestępstwo lub jego podejrzenie, stwarzają detektywa, 
szczególnie miłośnika kryminałów. 

Kiedy  śledziłem  nieznajomego  w  kierunku  Ramoli  odświeŜałem  sobie  podstawowe  informacje, 

zaczynając  od  pozostawienia  odpowiedniego  dystansu,  ukrywania  się  za  kimś  większej  budowy  i 
posiadania zawsze w zasięgu wzroku odpowiedniej kryjówki w jakiejś bramie lub sklepie w razie gdyby 
ś

ledzony obiekt zatrzymał się obejrzał się bez ostrzeŜenia. Kiedy dochodziliśmy do Rambli nieznajomy 

przeszedł  przez  główną  ulicę  i  ruszył  w  kierunku  portu.  PasaŜ  był  ozdobiony  tradycyjnymi  ozdobami 
boŜonarodzeniowymi  i  prawie  wszystkie  punkty  handlowe  przyozdobiły  swoje  wystawy  światełkami, 
gwiazdkami  i  aniołkami  zwiastunami  dobrobytu,  który  zgodnie  z  tym,  co  mówiło  radio  musiał  być 
prawdą. 

W tamtych latach święta miały jeszcze ten posmak magii i tajemnicy. Rozproszone zimowe światło, 

wyczekujące  spojrzenia  ludzi  Ŝyjących  między  cieniami  i  ciszą  nadawał  tym  dekoracjom  lekki  zapach 
prawdy, w który przynajmniej dzieci i ci, którzy nauczyli się zapominać mogli jeszcze wierzyć. 

MoŜe  właśnie,  dlatego  było  dla  mnie  jeszcze  bardziej  widoczne,  Ŝe  nie  było  w  całej  tej  chimerze 

osobnika  mniej  tu  pasującego  niŜ  dziwny  obiekt  mojego  śledztwa.  Szedł  powoli  kulejąc  i  często 
zatrzymywał  się  przy  punktach  sprzedawców  ptaków  lub  kwiatów  podziwiając  papuŜki  i  róŜe  jakby 
nigdy  wcześniej  ich  nie  widział.  Kilka  razy  zatrzymał  się  przy  kioskach  z  prasą,  przypatrywał  się 
okładkom periodyków i czasopism i obracał karuzele z pocztówkami. Wyglądało jakby nigdy wcześniej 
tam nie był, zachowywał się jak dziecko lub turysta spacerujący po Rambli pierwszy raz, chociaŜ dzieci 
i turyści mają w sobie pewną szczyptę niewinności tego, który nie wie, dokąd idzie, ale nieznajomy nie 
pachniał  niewinnością  nawet  gdyby  otrzymał  błogosławieństwo  od  samego  dzieciątka  Jezus,  którego 
figurę minął obok kościoła Belén.  

Zatrzymał  się  wtedy  wyraźnie  zainteresowany  kakadu  o  róŜowawym  upierzeniu,  która  spoglądała 

spod  oka  z  wnętrza  klatki  z  jednego  ze  sklepów  ze  zwierzętami  usytuowanego  przy  wylocie  ulicy 
Puertaferrisa.  Nieznajomy  zbliŜył  się  do  klatki  tak  samo  jak  do  wystawy  księgarni  i  zaczął  szeptać  do 
kakadu  jakieś  słowa.  Ptak,  egzemplarz  o  duŜej  głowie  i  rozmiarach  koguta  w  bogatym  upierzeniu 
przeŜył  siarczany  oddech  nieznajomego  i  przysłuchiwał  mu  się  z  uporem  i  koncentracją,  wyraźnie 
zainteresowany  tym,  co  mu  recytował.  Aby  rozwiać  wszelkie  wątpliwości  kakadu  kiwała  zawzięcie 
głową i wyraźnie podekscytowana podnosiła grzebień z róŜowych piór.  

Po  upływie  paru  minut  nieznajomy  wyraźnie  usatysfakcjonowany  ptasią  wymianą  zdań  ruszył  w 

dalszą  drogę.  Nie  minęło  30  sekund,  kiedy  przechodząc  obok  sklepu  z  ptakami  zauwaŜyłem  pewne 
zamieszanie;  przeraŜony  sprzedawca  w  pośpiechu  zakrywał  klatkę  kakadu  pokrowcem  z  materiału, 
poniewaŜ  ptak  zaczął  powtarzać  z  doskonałą  dykcją  rymowankę  Franco,  cabrito  no  se  te  levanta  el 
pito

, oczywiście nie miałem Ŝadnych wątpliwości, od kogo się tego nauczył. Przynajmniej miał pewne 

poczucie humoru i przekonania wysokiego ryzyka, co w tamtych czasach było tak rzadkie jak spódnice 
powyŜej kolan.  

Rozproszony  tym  incydentem,  pomyślałem,  Ŝe  straciłem  go  z  oczu,  ale  szybko  dojrzałem  jego 

opatuloną  sylwetkę  przed  wystawą  jubilera  Bagués.  Podszedłem  po  kryjomu  do  budek  skrybów,  które 

                                                 

 Franco koziołku kuśka ci nie staje (przypis tłumacza) 

background image

otaczały  wejście  do  pałacu  Virreina  i  pilnie  go  obserwowałem.  Oczy  błyszczały  mu  jak  rubiny 
przedstawienie  ze  złota  y  kamieni  szlachetnych  za  szybą  ze  szkła  pancernego  wydawało  się  budzić  w 
nim poŜądanie, jakiego nie byłby w stanie wzniecić ni cały rządek tancerek z La Criolla

 w latach swojej 

ś

wietności. 

List miłosny, podanie, prośba do wybranej osoby, list do krewnych ze wsi, młodzieńcze? 
Skryba  zamieszkujący  budkę,  którą  wybrał  sobie  na  kryjówkę  wynurzył  się  z  niej  jakby  był 

księdzem  spowiednikiem  i  patrzył  na  mnie  wyczekująco  gotowy  zaoferować  mi  swoje  usługi.  Nad 
okienkiem wisiała taka ogłoszenie:  

Oswaldo Darío de Mortenssen 

Literat i Myśliciel 

Piszemy, listy miłosne, podania, testamenty,  

poematy, Ŝyczenia, prośby, nekrologi, hymny,  

dysertacje, błagania, podania  

i wszelkiego rodzaju kompozycje we wszystkich stylach i rozmiarach. 

10 centów za zdanie (rymy extra) 

ZniŜki specjalne dla wdów, kalek i nieletnich. 

 

-  No  i  co  powiesz  młodzieńcze?  List  miłosny  z  gatunku  tych,  co  to  sprawiają,  Ŝe  dziewczęta  w 

godnym tego wieku moczą halki z poŜądania? Specjalnie dla pana obniŜę cenę. 

Pokazałem mu obrączkę. Skryba Oswaldo wzruszył ramionami niezraŜony. 
-  Czasy  się  zmieniły  –  argumentował.  -  Gdyby  pan  wiedział  ilu Ŝonatych  i  męŜatek  przychodzi  do 

mnie… 

Przeczytałem jeszcze raz ogłoszenie, który brzmiał mi jakoś znajomo, ale nie wiedziałem skąd 
- Pana imię brzmi znajomo… 
- Miałem lepsze czasy. MoŜe z tamtego okresu. 
- To prawdziwe imię? 
Nom de plumme.

**

 Artysta potrzebuje nazwiska na miarę swego interesu. W akcie urodzenia mam 

Jenaro  Rebollo,  ale  z  takim  nazwiskiem,  kto  by  mi  powierzył  napisanie  listu  miłosnego…No,  co 
zainteresowany ofertą dnia? Piszemy list pełen pasji i pragnienia?  

- MoŜe przy innej okazji 
Skryba przytaknął zrezygnowany. PodąŜył za moim spojrzeniem i zmarszczył czoło zaintrygowany. 
- Obserwuje pan kulawego, prawda? 
- Zna go pan? 
Od  jakiegoś  tygodnia  widzę  go  przechodzącego  tędy  kaŜdego  dnia,  zatrzymującego  się  przed 

wystawą  tego  jubilera  i  patrzącego  z  takim  podziwem  jakby  zamiast  pierścionków  i  naszyjników 
wystawiali tam tyłek Bella Dorita – wyjaśnił. 

- Rozmawiał pan z nim kiedyś? 
- Jeden z kolegów parę dni temu pisał dla niego list, brakuje mu kilku palców… 
- Kto to był? 
- Skryba popatrzył na mnie z wahaniem, obawiając się utraty potencjalnego klienta. 
- Luisito. Ten, który przy Casa Bethoven, ten, który ma twarz seminarzysty.  
W ramach wdzięczności zaoferowałem mu kilka monet, ale wzbraniał się je przyjąć. 
-  Zarabiam  na  Ŝycie  piórem,  a  nie  kłapiąc  dziobem.  Tego  mamy  aŜ  za  duŜo  na  tym  wybiegu.  Jeśli 

kiedyś będzie pan potrzebował usług typu gramatycznego, to tu mnie znajdzie. 

Wręczył mi wizytówkę, na której powtarzał się napis z ogłoszenia. 
-  Od  poniedziałku  do  soboty  od  ósmej  do  ósmej  –  dodał.  -  Oswaldo  Ŝołnierz  słowa  do  pańskich 

usług gotowy słuŜyć pomocą w listownej sprawie. 

Schowałem ją i podziękowałem mu za pomoc. 
- Gołąbek panu odlatuje – ostrzegł. 

                                                 

 

La Criolla, słynny lokal transwestytów w dzielnicy chińskiej w Barcelonie 

 

**

 Pseudonim  

background image

Odwróciłem  się  i  zauwaŜyłem,  Ŝe  nieznajomy  podjął  swoją  marszrutę.  Pośpieszyłem  za  nim  i 

ś

ledziłem  go  w  dół  Rambli  aŜ  do  wejścia  na  targ  Boquería,  gdzie  się  zatrzymał  przyglądając  się 

przedstawieniu  straganów,  ludzi  wchodzących  i  wychodzących,  rozładowujących  róŜne  specjały. 
Zobaczyłem  jak  kuśtykał  w  stronę  lady  baru,  Pinocho  i  z  trudnością  niepozbawioną  pewnej  dozy 
entuzjazmu  wspiął  na  jeden  z  taboretów.  Przez  około  pół  godziny  próbował  raczyć  się  przysmakami, 
które serwował mu ulubieniec lokalu, Juanito, odniosłem jednak wraŜenie, Ŝe zdrowie nie pozwalało mu 
zbytnio cieszyć nimi podniebienie, cieszył raczej oczy, jakby zamówienie tapas

*

 i róŜnych dań, których 

prawie  nie  mógł  spróbować  przypominały  mu  lepsze  czasy.  Podniebienie  nie  czuje  smaku  tylko  go 
pamięta. W końcu zrezygnowany wobec swojej gastronomicznej abstynencji i zastępczej przyjemności 
obserwowania jak inni degustują i się oblizują, nieznajomy zapłacił rachunek i podjął swą podróŜ aŜ do 
wejścia  w  ulicę  Hospital  gdzie  zrządzeniem  losu  niepowtarzalnej  geometrii  Barcelony,  zbiegały  się  w 
jednym  punkcie  jeden  z  największych  teatrów  starej  Europy  i  jeden  z  najbardziej  znanych  i 
zrujnowanych domów publicznych na półkuli północnej.  

 
 
 
 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

 

                                                 

*

 Typowe Hiszpańskie przekąski podawane w barach np. do piwa. 

background image