background image

KEN FOLLETT

PAPIEROWE PIENIĄDZE

(

Tłumaczył - Jerzy Chociłowski )

background image

NOTA AUTORA

Niniejsza książka jest fikcją literacką. Nazwiska, postaci, sceneria, wydarzenia są bądź 

wytworem wyobraźni autora, bądź zostały zbeletryzowane. Jakiekolwiek podobieństwo do 

osób autentycznych, żywych lub zmarłych, do przebiegu lub miejsca zdarzeń jest całkowicie 

przypadkowe.

background image

WSTĘP

Powieść ta została napisana w roku 1976, tuż przed “Igłą”, i uważam ją za najlepszą z 

moich książek, które nie odniosły sukcesu. Nawet jej wydawca ukrył się pod pseudonimem 

Zachary Stone, tak jak to było w przypadku “Afery z Modiglianim”. Rzeczywiście, obie 

powieści   są   do   siebie   podobne.   Brak   w  nich   głównego   bohatera,   za   to   występują   grupy 

postaci, których losy są ze sobą powiązane i które łączy wspólny punkt kulminacyjny.

Tyle że w “Papierowych pieniądzach” te więzy są mniej przypadkowe. Chodziło mi 

bowiem o pokazanie, w jaki sposób korupcja ogarnia świat przestępczy, elity finansowe i 

dziennikarskie, i stwarza wzajemne powiązania. Zakończenie, prawdę powiedziawszy, jest 

przygnębiające - nieomal tragiczne w zestawieniu z “Aferą z Modiglianim”. Lepszego zatem 

materiału do porównań może dostarczyć “Igła”. (Czytelnik, który woli ciastka od przepisów, 

winien   opuścić   ten   wstęp   i   przejść   niezwłocznie   do   rozdziału   pierwszego.)   Fabuła 

“Papierowych pieniędzy” należy do najbardziej misternych, jakie kiedykolwiek obmyśliłem, 

niska   zaś   sprzedaż   tej   książki   przekonuje   mnie,   że   dobre   pomysły   sprawiają   większą 

satysfakcję autorom niż czytelnikom. Akcja “Igły”, przeciwnie, jest niezwykle prosta, da się 

zapisać w trzech akapitach, co też uczyniłem, przystępując do pracy. W “Igle” występuje 

zaledwie trzech czy czterech bohaterów, w “Papierowych pieniądzach” kilkanaście postaci. I 

chociaż wątki ulegają tu znacznej rozbudowie tudzież licznym komplikacjom, “Papierowe 

pieniądze” zajęły tylko połowę objętości “Igły”. Jako pisarz starałem się zawsze bronić przed 

asekuranctwem,   ale   w   “Papierowych   pieniądzach”,   jak   widać,   to   mi   się   nie   udało.   W 

rezultacie rysunek wielu postaci jest żywo i ostro naszkicowany, sprawia też wrażenie, że 

autor   nie   angażuje   się   w   ich   osobiste   życie,   a   tego   właśnie   czytelnik   domaga   się   w 

bestsellerach.

Mocną   stroną   tej   powieści   jest   jej   forma.   Akcja   dotyczy   jednego   dnia   z   życia 

londyńskiej   popołudniówki.   (Pracowałem   dla   takiej   gazety   w   latach   1973-1974.)   Każdy 

rozdział   obejmuje   wydarzenia   jednej   godziny,   zamknięte   w   trzech   czy  czterech   scenach. 

Ukazują   one   to,   co   dzieje   się   przy   pulpitach   dziennikarskich,   oraz   to,   co   przynosi 

rzeczywistość, o której gazeta pisze (lub zapomina napisać). “Igła” odznacza się konstrukcją 

jeszcze bardziej zwartą, chociaż, o ile mi wiadomo, nikt tego nie zauważył. Mamy tu sześć 

części, z których każda podzielona jest na sześć rozdziałów (z wyjątkiem ostatniej, bo ta 

zawiera   ich   siedem).   Pierwszy   rozdział   każdej   części   opowiada   o   szpiegu,   drugi   o   jego 

prześladowcach   i   dalej   podobnie,   aż   do   szóstego,   w   którym   omawiane   są   konsekwencje 

międzynarodowej   sytuacji   militarnej,   jakie   wyłoniły   się   wskutek   tego,   co   wydarzyło   się 

background image

wcześniej. Czytelnicy takich rzeczy nie dostrzegają - bo i po co? - ale przypuszczam, że 

regularność   i   swego   rodzaju   symetria   są,   w   ich   mniemaniu,   kryterium   dobrze   napisanej 

książki.

Inną cechą wspólną “Papierowych pieniędzy” i “Igły” jest galeria ciekawych postaci 

drugoplanowych: dziwek, złodziei, niedorozwiniętych dzieci, kobiet pracujących i samotnych 

starców.   Odstąpiłem   od   niej   w   kolejnych   powieściach,   by   nie   odrywać   czytelnika   od 

głównych bohaterów. Teraz zastanawiam się, czy nie przedobrzyłem.

Co do powiązań świata przestępczego z finansjerą i dziennikarzami - nie mam już tej 

pewności, jaką miałem w roku 1976. Niemniej sądzę, że książka w jakimś sensie zachowała 

prawdę   o   Londynie   lat   siedemdziesiątych   -   razem   z   wizerunkiem   policjanta   i   oszusta, 

bankiera i prostytutki, reportera i polityka, jak też w opisie sklepów i slumsów, ulic i Tamizy.

Kocham tamten Londyn i mam nadzieję, że wy też go pokochacie.

Szósta rano

1

Była to najszczęśliwsza noc w moim życiu - pomyślał Tim Fitzpeterson, gdy otworzył 

oczy i spojrzał na leżącą obok dziewczynę, wciąż pogrążoną we śnie. Nie poruszył się, by jej 

nie zbudzić, lecz spoglądał na nią ukradkiem w zimnym świetle londyńskiego świtu. Leżała 

na   plecach,   beztroska   jak   dziecko.   Tim   przypomniał   sobie   swoją  Adrienne,   kiedy   była 

malutka, ale natychmiast pozbył się tej myśli.

Dziewczyna miała rude włosy, które przylegały do głowy jak czapeczka, odsłaniając 

maleńkie uszy. Miała drobne rysy: nos, brodę, kości policzkowe i filigranowe zęby. W nocy 

przesłonił jej twarz szerokimi, niezgrabnymi dłońmi, naciskając łagodnie palcami wgłębienia 

oczu i policzki, rozchylając kciukami jej miękkie wargi, jakby chciał sprawdzić namacalnie 

jej piękno, niby żar bijący od ognia.

Lewa ręka dziewczyny leżała swobodnie na kołdrze, która zsunęła się, odsłaniając jej 

szczupłe, delikatne ramiona i jedną malutką, prawie płaską pierś.

Leżeli w pewnym oddaleniu od siebie, ale czuł ciepło jej uda tuż przy swoim. Oderwał 

od niej wzrok i spojrzał na sufit, poddając się na chwilę radosnemu wspomnieniu nocnych 

rozkoszy, po czym wstał.

I spojrzał na nią jeszcze raz. Spała spokojnie. W jasnym świetle dnia wyglądała tak 

samo ponętnie jak wczoraj, mimo potarganych włosów i resztek kunsztownego makijażu. Tim 

Fitzpeterson   wiedział,   że   ranek   będzie   dla   niego   mniej   łaskawy.   Dlatego   nie   budził 

dziewczyny; chciał się przejrzeć w lustrze, zanim ona go zobaczy.

Przeszedł nago z salonu do łazienki po wyblakłym zielonym dywanie. Przez chwilę 

background image

rozglądał się po mieszkaniu, tak jakby je widział po raz pierwszy. Było beznadziejnie mało 

atrakcyjne.   Dywan   dopasowany   był   do   równie   wyblakłej   zielonej   sofy   ze   spłowiałymi 

poduszkami w kwiaty. Stało tam jeszcze proste, drewniane biurko, jakie można zobaczyć w 

każdej   instytucji,   przedpotopowy   czarno-biały   telewizor,   szafa   na   akta   oraz   półka   z 

podręcznikami prawa, ekonomii i kilkoma tomami “Hansarda”, zawierającymi protokóły z 

posiedzeń parlamentu. Dawniej posiadanie garsoniery w Londynie wydawało mu się czymś 

bardziej szykownym.

W łazience wisiało ogromne lustro, kupione przez żonę Tima, zanim zrezygnowała z 

życia w mieście. Czekając, aż napełni się wanna, przeglądał się i zastanawiał, jak mężczyzna 

w średnim  wieku  mógł   wzbudzić   pożądanie  pięknej,  dwudziestopięcioletniej   dziewczyny. 

Owszem, dopisywało mu zdrowie, ale nie był tak sprawny fizycznie, jak mężczyźni, którzy 

ćwiczą i regularnie odwiedzają sale gimnastyczne. Był niski, krępy, a na piersi, biodrach i 

pośladkach zebrało się sporo zbędnego tłuszczu. Jak na czterdzieści jeden lat wyglądał nieźle, 

tyle że nie miał w sobie nic, co mogłoby pociągać choćby najbardziej zmysłową kobietę.

Lustro zaszło parą i Tim zanurzył się w wannie. Oparł głowę i zamknął oczy. Spał 

niecałe dwie godziny, a mimo to czuł się rześko. Wychowywano go w przeświadczeniu, że złe 

samopoczucie, dolegliwości cielesne, nie mówiąc o chorobach, są skutkiem zarywania nocy, 

dancingów,   cudzołóstwa   i   mocnego   alkoholu.   Wszystkie   te   grzechy   razem   wzięte   już 

powinny były sprowadzić gniew boży.

Ale   nie,   zapłatą   za   występek   była   czysta   rozkosz.   Namydlając   się   powoli,   Tim 

wspominał miniony wieczór. Początek nie wydawał się zachęcający - jedna z tych okropnych 

kolacji z koktajlem grejpfrutowym, przesmażanym stekiem i popijawą dla trzystu członków 

jakiejś   bezsensownej   organizacji.   Przemówienie   Tima   dawało   jeszcze   jedną   sposobność 

zapoznania się z obecną strategią rządu, lecz było wyważone emocjonalnie, dla pozyskania 

sympatii audytorium. Potem jeden z kolegów - błyskotliwy młody ekonomista - namówił go, 

by poszli gdzieś na drinka.

Wylądowali w nocnym lokalu, który normalnie byłby poza zasięgiem finansowych 

możliwości Tima, gdyby ktoś nie opłacił za niego wstępu. Zaczął się tak dobrze bawić, że 

zamówił   butelkę   szampana   i   już   na   swoją   kartę   kredytową.   Dołączyli   także   inni   goście: 

dyrektor wytwórni filmowej, znany Timowi raczej ze słyszenia, dramaturg, którego nigdy nie 

widział na oczy, lewicujący ekonomista, który podawał rękę z kwaśnym uśmiechem i unikał 

rozmów na tematy zawodowe, oraz dziewczęta.

Tim rozochocił się pod wpływem szampana i estradowych występów. Dawnymi czasy, 

w   takiej   chwili,   zabrałby   Julię   do   domu,   aby   ją   brutalnie   posiąść   -   lubiła,   kiedy   to   się 

background image

zdarzało. Teraz już nie przyjeżdżała do miasta, a on przestał chodzić do nocnych lokali.

Dziewczęta nie zostały im przedstawione. Spróbował zatem rozmowy z siedzącą obok 

niego,   szczupłą,   rudowłosą   dziewczyną   w   długiej,   jasnej   sukni.   Wyglądała   na   modelkę; 

okazało się, że jest aktorką. Spodziewał się, że będzie nudna, i on też jej nie zaciekawi. 

Wieczór zapowiadał się całkiem interesująco: dziewczyna była Timem zafascynowana.

Pochłonięci   zażyłą   rozmową,   nie   zwracali   uwagi   na   resztę   towarzystwa,   aż   ktoś 

zaproponował   zmianę   lokalu.   Tim   bezzwłocznie   oświadczył,   że   wraca   do   domu.   Wtedy 

dziewczyna chwyciła go za ramię i poprosiła, by tego nie robił. Tim po raz pierwszy od 

dwudziestu lat, zachował się szarmancko wobec pięknej kobiety i przychylił się natychmiast 

do jej prośby.

Wychodząc z wanny, zastanawiał się, o czym tak długo rozmawiali. Ministerialna 

praca w resorcie energetyki raczej nie dostarczała tematów do koktajlowej pogawędki; co nie 

było nazbyt fachowe, musiało być wysoce poufne. Być może, dyskutowali o polityce. Czy 

opowiadał jej złośliwe anegdotki o znanych politykach, posługując się monotonnym głosem, 

który był u niego jedynym świadectwem poczucia humoru? Nie pamiętał. Za to przypomniał 

sobie,   jak   wielkie   w   dziewczynie   wzbudził   zainteresowanie,   co   zdawała   się   potwierdzać 

każda   część   jej   ciała:   głowa,   ramiona,   kolana,   stopy.   Ta   fizyczna   bliskość   podniecała   i 

zarazem była intrygująca.

Przetarł zaparowane lustro nad umywalką i sprawdził zarost przed goleniem. Miał 

bardzo ciemne włosy; gdyby zapuścił brodę, rosłaby gęsto. Reszta - mówiąc najoględniej - 

wyglądała zwyczajnie. Cofnięty podbródek, nos ostro zakończony, u nasady odciśnięte ślady 

po okularach, które nosił od dwudziestu pięciu lat, spore usta o wyrazie nieco posępnym, za 

duże uszy i wysokie czoło intelektualisty. Trudno byłoby odczytać z tej twarzy charakter. 

Znać na niej było umiejętność skrywania myśli i uczuć.

Włączył golarkę i wykrzywił usta, by lepiej widzieć lewy policzek. Prawdę mówiąc, 

Tim nie był brzydki. Niektóre dziewczyny mają podobno słabość do szpetnych mężczyzn, ale 

takie uogólnienia były poza zasięgiem jego doświadczeń. Tim Fitzpeterson nie pasował nawet 

do tej wątpliwie uprzywilejowanej kategorii.

Być   może   jednak   nadszedł   czas,   by  ponownie   zastanowić   się,   do   jakiej   kategorii 

pasuje.

Następny lokal okazał się tak okropny, że Tim dobrowolnie nigdy by się tu nie wybrał. 

Przede wszystkim nie przepadał za muzyką, a tu, w “Czarnej Jamie”, panował taki hałas, że 

głuszył wszelką rozmowę. Mimo to Tim tańczył przy tej muzyce - podrygiwał jak opętany, co 

zdaje się, było bardzo stylowe. Uznał, że spisał się całkiem nieźle; inni goście nie wydawali 

background image

się tym rozbawieni, jak się obawiał, być może dlatego, że wielu z nich było w jego wieku.

Młody,  brodaty dyskdżokej  w sportowej  koszulce z nadrukiem “Harvard Business 

School”   nastawił   dla   kaprysu   powolną   balladę,   śpiewaną   przez   mocno   zakatarzonego 

Amerykanina. Byli właśnie na małym parkiecie. Dziewczyna przytuliła się i zarzuciła mu 

ramiona   na   szyję.   Wiedział,   że   musi   się   poważnie   nad   tym   zastanowić,   czy   chce   się 

odwzajemnić. Czuł jej gorące, gibkie ciało, przylegające do niego jak mokry ręcznik, i podjął 

szybką decyzję. Nachylając się - była trochę niższa - szepnął jej do ucha: - Chodźmy do mnie 

na drinka.

Całował się z nią w taksówce; ogarnęło go uczucie, jakiego nie doświadczył od wielu 

lat. Pocałunek był jak ze snu i tak rozkosznie soczysty, że zaczął dotykać jej piersi, małych i 

jędrnych pod luźną wieczorową suknią; potem już z trudem nad sobą panowali, zanim dotarli 

do mieszkania.

Dali sobie spokój z drinkiem, który był tylko pretekstem. Znaleźliśmy się w łóżku 

chyba w niecałą minutę, pomyślał chełpliwie Tim. Skończył się golić i sięgnął do szafki w 

ścianie po stary flakon z wodą kolońską.

Wrócił do sypialni. Dziewczyna wciąż spała. Włożył szlafrok, wziął papierosy i usiadł 

w wysokim krześle przy oknie.

Okazałem się kapitalny w łóżku - pomyślał, choć świadom był, że się oszukuje: to ona 

przejawiała inicjatywę, i to twórczą. Pod jej kierunkiem robili rzeczy, których nie mógłby 

zaproponować Julii po piętnastu latach wspólnego łóżka.

Tak,   Julia.   Spojrzał   bezwiednie   na   stojącą   po   drugiej   stronie   wąskiej   ulicy 

wiktoriańską szkołę z czerwonej cegły, na jej mizerne boisko, i wytarte żółte linie na placu do 

siatkówki. Wciąż żywił te same uczucia dla Julii. Jeśli kochał ją przedtem, kochał ją i teraz. 

Ta dziewczyna jest jednak inna. Ale czy nie to samo wmawiają sobie wszyscy głupcy, pakując 

się w romans?

Nie spieszmy się, pomyślał. Dla niej mógł to być wyskok na jedną noc. Nie ma prawa 

zakładać,  że  zechce  się znów  z  nim  spotkać. Wszelako  pragnął  ustalić  swe zamierzenia, 

zanim dowie się od niej, na co może liczyć: praca w rządzie nauczyła go, że przed każdą 

konferencją trzeba się starannie przygotować.

Miał   własną   formułę   dla   skomplikowanych   zagadnień.   Po   pierwsze,   co   mam   do 

stracenia?

Znowu Julia: pulchna, inteligentna, zadowolona z siebie. Jej horyzonty zawężały się 

nieubłaganie   z   każdym   rokiem   macierzyństwa.   Były   czasy,   kiedy   żył   dla   niej:   kupował 

ubrania według jej gustu, czytał powieści, bo ona je czytała, cieszył się swoimi sukcesami 

background image

politycznymi, bo i jej sprawiały przyjemność. Jednakże później środek ciężkości ich życia 

przesunął się. Julia zaczęła się skłaniać ku banałom. Zapragnęła mieszkać w Hampshire, a że 

dla niego nie miało to znaczenia, więc tam zamieszkali. Chciała, aby nosił marynarki w 

kratkę,   ale   westminsterska   moda   wymagała   stonowanych   garniturów,   więc   ubierał   się   na 

granatowo i w ciemne szarości.

Po przeanalizowaniu uczuć, stwierdził, że z Julią wiąże go niewiele. Być może trochę 

sentymentu. Zachował jej nostalgiczny wizerunek, tańczącej jazzowe rytmy w stożkowatej 

spódnicy, z włosami związanymi w koński ogon. Czy była to miłość? Wątpił w to.

Dziewczynki? Z nimi to inna sprawa. Katie, Penny i Adrienne. Tylko Katie jest dość 

duża, by zrozumieć o co chodzi w miłości i małżeństwie. Nieczęsto go widywały, uważał 

jednak, że nawet skąpe dowody miłości ojcowskiej znaczą dużo więcej aniżeli zupełny brak 

ojca. Nie podlegało to dyskusji, był o tym głęboko przekonany.

No i jego kariera. Rozwód nie musiał zaszkodzić podsekretarzowi stanu, lecz mógł 

zrujnować człowieka na wyższym szczeblu. Nie było nigdy rozwiedzionego premiera. A Tim 

Fitzpeterson przymierzał się do tego fotela.

Tak więc miał sporo do stracenia. A właściwie wszystko, na czym mu zależało. Znowu 

spojrzał na łóżko. Dziewczyna przekręciła się na bok, twarzą do ściany. Słusznie zrobiła, 

przycinając krótko włosy, uwydatniało to jej smukłą szyję i śliczne ramiona. Plecy zwężały 

się ku cienkiej talii i kryły się pod zmiętym prześcieradłem. Była opalona.

Ale miał też sporo do uzyskania. Prawdziwa frajda rzadko mu się w życiu zdarzała, 

ale teraz przyszło mu na myśl to słowo. Nie pamiętał już, kiedy jej zaznał. Zadowolenie tak: z 

pisania mądrych, fachowych raportów, z wygrywania niezliczonych potyczek w komisjach i 

w Izbie Gmin; z odpowiedniej książki lub dobrego wina. Jednakże nieludzko krystaliczna 

rozkosz, jaką dała mu ta dziewczyna, była czymś nowym.

No więc takie były “za” i “przeciw”. Wedle przyjętej formuły należało je podsumować 

i porównać. Jednakże tym razem nie dało się zastosować tej formuły. Niektórzy znajomi Tima 

twierdzili, że nie sprawdza się nigdy. Być może mieli rację. Błędem byłoby obliczanie racji 

niczym funtowych banknotów; ni z tego, ni z owego przypomniał mu się fragment z wykładu 

filozofii w college'u: “Zaczarowanie naszej inteligencji za pośrednictwem języka”. Co jest 

dłuższe - samolot czy sztuka jednoaktowa? Co wolę - zadowolenie czy frajdę? Poczuł zamęt 

w głowie. Odchrząknął głośno, poirytowany, i spojrzał szybko na łóżko, by sprawdzić, czy 

nie zakłócił snu dziewczyny. Spała nadal. To dobrze.

Na ulicy, niedaleko od okna, zatrzymał się przy krawężniku szary rolls-royce. Nikt nie 

wysiadł. Tim popatrzył uważniej i dostrzegł, że kierowca rozkłada gazetę. Być może szofer 

background image

kogoś zabiera o szóstej trzydzieści. Biznesmen, który jechał całą noc i przybył za wcześnie? 

Tim   nie   mógł   odczytać   tablicy   rejestracyjnej.   Ale   zauważył,   że   kierowca   jest   rosłym 

mężczyzną, tak potężnym, że wypełniał sobą całe wnętrze wozu.

Ponownie wrócił do swego dylematu. Jak postępuje się w polityce - rozmyślał - gdy 

stajemy   wobec   dwóch   gwałtownych,   ale   sprzecznych   żądań?   Odpowiedź   przyszła 

natychmiast: wybieramy taki sposób działania, który - w istocie, bądź na pozór - godzi obie 

sprzeczności. Analogia była oczywista. Pozostanie żonaty z Julią i będzie miał romans z tą 

dziewczyną. Rozwiązanie wydawało się politycznie słuszne i nawet mu się spodobało.

Zapalił   następnego   papierosa   i   zaczął   myśleć   o   przyszłości.   Sprawiało   mu   to 

przyjemność. Spędzą jeszcze wiele nocy w tym mieszkaniu; od czasu do czasu weekend w 

prowincjonalnym   hoteliku,   być   może   nawet   słoneczne   dwa   tygodnie   na   jakiejś   małej 

dyskretnej plaży w północnej Afryce lub Indiach Zachodnich. W bikini będzie robiła sensację.

W zestawieniu z tą perspektywą wszystko inne przybladło. Nawiedziła go myśl, że 

zmarnował   dotychczasowe   życie,   lecz   zdał   sobie   sprawę,   że   to   przesada.   Może   nie 

zmarnował, ale odnosił wrażenie, że spędził młodość na dzieleniu dużych sum i nigdy nie 

odkrył rachunku różniczkowego.

Postanowił, że porozmawia z nią o tym problemie i jego rozwiązaniu. Ona oświadczy, 

że nie da się tego zrobić, a on odpowie, że ma szczególny talent do kompromisów.

Jak zacznie? Kochanie, chcę to znów robić, często. Zdaje się, że brzmi to, jak trzeba. 

Co ona powie? Ja także, albo zadzwoń pod ten numer, albo przykro mi, Tim, ale jestem 

dziewczyną na jedną noc.

Nie, nie to. To niemożliwe. Minionej nocy on także pokazał, że jest dobry. Uznała, że 

jest niezwykły. Tak powiedziała.

Podniósł się i zgasił papierosa.

Podejdę do łóżka - pomyślał - odgarnę z niej delikatnie koce i przez chwilę popatrzę 

na jej nagość; potem położę się obok i będę całował jej brzuch, uda, piersi, dopóki się nie 

obudzi. I wtedy znów będę się z nią kochał.

Oderwał wzrok od dziewczyny i wyjrzał przez okno, delektując się oczekiwaniem. 

Rolls wciąż tam był, niby szary ślimak w rynsztoku. Nie wiadomo dlaczego niepokoił go ten 

samochód, ale przestał o nim myśleć i postanowił obudzić dziewczynę.

2

Feliks Laski nie miał dużo pieniędzy, choć był bardzo bogaty. Na jego fortunę składały 

się   udziały,   posiadłości,   budynki   oraz   różne   dziwne   aktywa,   jak   połowa   scenariusza 

filmowego bądź jedna trzecia wynalazku błyskawicznych frytek ziemniaczanych. W gazetach 

background image

często   pisano,   że   gdyby   wszystkie   jego   zasoby   przekształcić   w   gotówkę,   miałby   wiele 

milionów   funtów,   Laski   natomiast   równie   często   i   chętnie   podkreślał,   że   obrócenie   jego 

majątku w gotówkę byłoby prawie niemożliwe.

Szedł  piechotą  do  City  ze  stacji Waterloo,  ponieważ  uważał,  że  leniwe  życie  jest 

przyczyną ataków serca u mężczyzn w jego wieku. Była to przesadna troska o zdrowie, 

albowiem trudno byłoby znaleźć w City pięćdziesięciolatka w lepszej formie. Miał niemal 

sześć stóp wzrostu, klatkę piersiową jak rufa okrętu wojennego i był zapewne równie podatny 

na zawał serca jak młody wół.

Zwracał na siebie uwagę, gdy w nikłym jeszcze słońcu wczesnego ranka maszerował 

przez Most Blackfriars. Ubrany był bardzo kosztownie, w niebieską jedwabną koszulę i buty 

na   zamówienie.   Według   kryteriów   City   był   dandysem.   Ponieważ   w   rodzinnej   wiosce 

Laskiego mężczyźni nosili bawełniane drelichy i sukienne czapki, wytworne ubranie było dla 

niego jak brzęczyk przypominający o tym, co pozostawił za sobą.

Ubiór stanowił nieodłączną część jego wizerunku, który miał w sobie coś z ryzykanta. 

Jego transakcje zazwyczaj łączyły się z ryzykiem lub oportunizmem, bądź jednym i drugim; 

dbał o to, by sprawiały większe wrażenie niż w istocie na to zasługiwały. Reputacja magika 

była dla niego więcej warta aniżeli bank handlowy.

Temu właśnie wizerunkowi dał się uwieść Peters. Laski rozmyślał o nim, krocząc 

żwawo   obok   katedry   Św.   Pawła   w   kierunku   miejsca   ich   spotkania.   Mały,   ograniczony 

człowieczek,   którego   specjalnością   był   przepływ   gotówki:   nie   pożyczki,   ale   namacalne 

fundusze,   pieniądze   zrobione   z   papieru.   Był   pracownikiem   Banku  Anglii,   podstawowego 

źródła   prawnych   środków   płatniczych.   Do   jego   zadań   należało   organizowanie   transportu 

nowych i przeznaczonych do zniszczenia banknotów oraz monet. Sam nie inicjował działań, 

to odbywało się na wyższym szczeblu, zapewne w rządzie, ale wiedział wcześniej niż ludzie 

w Barclays Bank, ile będzie im trzeba nowych, pięciofuntowych banknotów.

Laski poznał Petersa na koktajlu z okazji otwarcia budynku, w którym mieściły się 

biura domu handlowego z towarami o zaniżonych cenach. Laski uczęszczał na takie imprezy 

właśnie po to, aby poznawać ludzi pokroju Petersa, którzy kiedyś mogli się okazać użyteczni. 

Zatelefonował do niego, prosząc o polecenie mu numizmatyka, który mógłby służyć radą 

przy rzekomym zakupie starych monet. Peters oświadczył, że sam jest drobnym zbieraczem i 

mógłby je obejrzeć. - Wspaniale - powiedział Laski i natychmiast postarał się o monety. 

Peters poradził, żeby je kupić. Niespodziewanie zostali przyjaciółmi.

Nabytek stał się zaczątkiem kolekcji, której obecna wartość dwukrotnie przekraczała 

sumę, jaką Laski zapłacił. Był to właściwie przypadek, ale rozpierała go duma.

background image

Okazało się, że Peters jest rannym ptaszkiem. Zawsze lubił wcześnie wstawać, a poza 

tym   pieniądze   ekspediowano   rano   i   większość   jego  roboty  musiała   być   wykonana   przed 

dziewiątą. Laski dowiedział się, że Peters codziennie o pół do siódmej pije kawę w tej samej 

kawiarni, i zaczął mu towarzyszyć, najpierw od czasu do czasu, potem już regularnie. Laski 

udawał,   że   także   jest   rannym   ptaszkiem,   i   basował   Petersowi,   chwaląc   spokojne   ulice   i 

rześkie ranne powietrze. W rzeczywistości lubił wstawać późno, lecz gotów był na wiele 

poświęceń,   jeśli   istniała   choćby   niewielka   szansa   doprowadzenia   do   skutku   jego 

dalekosiężnego planu.

Do kawiarni dotarł zadyszany. Po tak długim marszu nawet sprawny mężczyzna w 

jego wieku miał prawo się zasapać. Lokal pachniał kawą i świeżym pieczywem. Na ścianach 

wisiały   plastikowe   pomidory   i   akwarelki   z   widokami   rodzinnego   miasta   właściciela   we 

Włoszech. Za kontuarem długowłosy młodzian i kobieta w fartuchu szykowali górę kanapek 

dla setek ludzi, którzy w porze lunchu posilali się na łapu capu przy biurkach. Słychać było 

nastawione gdzieś radio, lecz niezbyt głośno. Peters już siedział przy stoliku koło okna.

Laski zamówił kawę oraz sandwicza z pasztetową i usiadł naprzeciw Petersa, który 

zajadał pączki; należał do ludzi, którzy zdawali się nigdy nie przybierać na wadze.

- Zapowiada się ładny dzień - odezwał się Laski. Głos miał głęboki i dźwięczny, 

niczym aktor, z lekkim wschodnioeuropejskim akcentem.

- Piękny - przytaknął Peters. - A o wpół do piątej będę już w moim ogródku.

Laski upił łyk kawy i spojrzał na niego: miał krótko przystrzyżone włosy, mały wąsik i 

wymizerowaną   twarz.   Nie   zaczął   jeszcze   pracować,   a   już   marzył   o   powrocie   do   domu. 

Tragiczne - pomyślał Laski. Na moment ogarnęło go współczucie dla Petersa i wszystkich 

tych małych ludzi, dla których praca była środkiem, a nie celem.

- Lubię moją pracę - rzekł Peters, jakby czytał myśli Laskiego.

- Ale bardziej lubi pan swój ogródek - odparł Laski, skrywając zaskoczenie.

- W taką pogodę... tak. Czy ma pan ogródek... Feliksie?

- Moja gospodyni pielęgnuje skrzynki w oknach. Nie mam żadnego hobby - oznajmił 

Laski. Zastanowiło go wahanie, z jakim Peters wypowiedział jego imię. (Trochę się mnie lęka 

- doszedł do wniosku. - To dobrze.)

- Brak czasu, przypuszczam. Pracuje pan pewnie bardzo ciężko.

-  Tak   o   mnie   mówią.   Po   prostu   wolę   spędzać   czas   między  szóstą   po   południu   a 

północą, zarabiając pięćdziesiąt tysięcy dolarów, niż oglądać w telewizorze aktorów, którzy 

udają, że się zabijają.

- Okazuje się, że obdarzony największą wyobraźnią umysł w City nie ma zupełnie 

background image

wyobraźni.

- Nie bardzo pojmuję.

- Nie czyta pan także powieści i nie chodzi do kina, prawda?

- Nie.

-  Widzi   pan?  To   pański   słaby   punkt,   ma   pan   małą   wyobraźnię.   Przypadek   wielu 

najbardziej przedsiębiorczych  biznesmenów. Ograniczenie, które zdaje się iść w parze ze 

spotęgowaną bystrością, jak u ślepca mającego nadwrażliwy słuch.

- Być może - rzekł Laski marszcząc brwi. Analizowanie jego osoby stawiało go w 

mniej korzystnym położeniu.

Peters zdawał się wyczuwać jego zakłopotanie.

- Fascynują mnie kariery wielkich przedsiębiorców - oznajmił.

-   Mnie   także   -   odrzekł   Laski.   -   Jestem   też   zwolennikiem   podwędzania   cudzych 

pomysłów.

- Jaki był pański pierwszy wyczyn, Feliksie?

Laski odprężył się. W tej dziedzinie czuł się swobodniej.

- Chyba z Woolwich Chemicals - powiedział. - To była nieduża wytwórnia środków 

farmaceutycznych. Po wojnie otworzyli niewielką sieć składów aptecznych przy High Street, 

aby mieć zapewniony zbyt. Kłopot polegał na tym, że znali się świetnie na chemii, ale nie na 

handlu detalicznym i sklepy pochłaniały większość dochodu zakładów.

W   tym   czasie   pracowałem   jako   makler   giełdowy   i   spekulując   zarobiłem   trochę 

pieniędzy. Poszedłem do swego szefa i zaproponowałem mu połowę udziału w zyskach, jeśli 

sfinansuje transakcję. Kupiliśmy firmę  i natychmiast sprzedaliśmy wytwórnię konsorcjum 

Imperial   Chemical   Industry   prawie   za   tyle   samo,   ile   kosztowały   nas   akcje.   Następnie 

zamknęliśmy sklepy i sprzedaliśmy je - wszystkie były w świetnych punktach.

- Nigdy nie zrozumiem tego rodzaju operacji - rzekł Peters. - Skoro fabryka i sklepy 

były warte tak dużo, dlaczego akcje były tanie?

- Ponieważ przedsiębiorstwo przynosiło straty. Od lat nie płacili dywidend. Zarząd nie 

miał dość ikry, by zamienić swe żetony na gotówkę, że się tak wyrażę. My mieliśmy. W 

interesach trzeba mieć odwagę - oznajmił i zaczął jeść kanapkę.

- To fascynujące - zauważył Peters. - Muszę już iść - dodał spoglądając na zegarek.

- Wielki dzień? - rzucił lekko Laski.

- Jeden z tych dni, a to zawsze oznacza mnóstwo kłopotów.

- Czy rozwiązał pan tamten problem?

- Jaki?

background image

- Problem trasy - Laski zniżył nieco głos. - Pańska służba bezpieczeństwa chciała, 

żeby pan za każdym razem posyłał konwój inną drogą.

-   Nie   -   odparł   Peters   z   zażenowaniem,   bo   popełnił   niedyskrecję   zwierzając   się 

Laskiemu   z   tego   dylematu.   -   Jest   w   istocie   tylko   jedna   sensowna   droga   dojazdowa. 

Jednakże... - podniósł się z krzesła.

Laski uśmiechnął się.

-  A  więc   dzisiejsza   wielka   przesyłka   jedzie   starą,   bezpośrednią   trasą   -   zauważył 

obojętnie.

Peters przyłożył palec do ust.

- Względy bezpieczeństwa - powiedział.

- Jasne.

- Do widzenia - rzekł Peters sięgając po płaszcz przeciwdeszczowy.

- Do zobaczenia jutro - uśmiechnął się szeroko Laski.

3

Artur Cole wysiadł z pociągu i wspiął się na wyjściowe schody; w płucach niezdrowo 

mu   świstało.   Z   głębi   kolei   podziemnej   wionęła   fala   ciepłego   powietrza,   spowiła   go   i 

odpłynęła. Kiedy wyszedł na ulicę, zatrząsł się z zimna.

Zaskoczyło   go   słońce   -   gdy   wsiadał   do   pociągu,   ledwie   świtało.   Powietrze   było 

chłodne   i   przyjemne.   Później   będzie   tak   zatrute,   że   może   zwalić   z   nóg   policjanta   na 

posterunku.   Cole   pamiętał,   kiedy   to   się   stało   po   raz   pierwszy:   “Evening   Post”   zdobył 

wyłączność na tę historię.

Szedł   wolno,   dopóki   oddech   mu   się   nie   uspokoił.   Dwadzieścia   pięć   lat   pracy   w 

dziennikarstwie   zrujnowało   mi   zdrowie   -   pomyślał.   W   istocie   każde   inne   zajęcie 

spowodowałoby to samo, ponieważ wykazywał skłonność do picia i zamartwiania się, a nadto 

miał słabe płuca; jednakże zwalanie winy na zawód przynosiło mu ulgę.

W każdym razie rzucił palenie. Nie palił już - zerknął na zegarek - od stu dwudziestu 

ośmiu minut, nie licząc nocy, co stanowiło osiem godzin. Miał już za sobą kilka ryzykownych 

pokus;   kiedy  zadzwonił   budzik   o   pół   do   piątej   (wypalał   zazwyczaj   jednego   w  WC);   po 

wyjeździe z domu, w chwili gdy wrzucił najszybszy bieg i włączył radio, żeby wysłuchać 

wiadomości o piątej rano; na pierwszym szybkim odcinku A-12, kiedy przyspieszył i jego 

duży ford osiągnął normalną szybkość na zimnej, naziemnej stacji metra w East London, w 

oczekiwaniu na pierwszy dzienny pociąg.

Poranne   wiadomości   BBC   nie   napełniły   go   otuchą.   Skupił   na   nich   całą   uwagę, 

ponieważ drogę znał tak dobrze, że pokonywał ronda i zakręty automatycznie, na pamięć. 

background image

Źródłem najważniejszej informacji był Westminster: parlament uchwalił najświeższą ustawę o 

działalności przemysłowej, ale nieznaczną większością głosów. Cole wiedział już o tym z 

wczorajszej   wieczornej   telewizji.   Oznaczało   to,   że   rzecz   znajdzie   się   z   pewnością   w 

porannych gazetach, co z kolei znaczyło, że “Post” nie będzie mógł zrobić z tego użytku, 

chyba że w ciągu dnia wyłoni się coś nowego.

Był jeszcze temat wskaźnika cen detalicznych. Dane pochodziły z oficjalnego źródła 

rządowego i były odblokowane o północy, a więc podchwycą je także poranniaki.

Nic dziwnego, że strajk robotników zakładów samochodowych wciąż trwa - nie mógł 

się przecież skończyć z dnia na dzień.

Zawody krykietowe w Australii rozwiązywały problem redakcji sportowej, ale wynik 

nie był na tyle sensacyjny, by mógł trafić na pierwszą stronę.

Cole zaczynał się trapić.

Wszedł do budynku “Evening Post” i skorzystał z windy. Dział wiadomości bieżących 

zajmował całe pierwsze piętro. Była to ogromna sala w kształcie litery “I”. Cole przekroczył 

jej próg od strony dolnej kreski. Na lewo stały maszyny do pisania i telefony maszynistek, 

które stukały teksty dyktowane im telefonicznie; na prawo znajdowały się szafy kartoteczne i 

półki komentatorów - polityki, przestępczości, spraw gospodarczych, wojskowych i tak dalej. 

Cole szedł dalej środkiem długiej sali między rzędami biurek należących do zwyczajnych 

reporterów   od   wszystkiego   i   podszedł   do   długiego   biurka   wiadomości   bieżących,   które 

dzieliło salę na pół. Z tyłu był stół adiustatorów w kształcie litery “U”, a dalej za nim w 

poprzecznej kreseczce “I”, dział sportowy - na poły niezawisłe królestwo ze swym własnym 

redaktorem,   reporterami   i   adiustatorami.   Od   czasu   do   czasu   Cole   oprowadzał   tam 

ciekawskich  i  zwykł  im mawiać:  - To  powinno  działać  jak linia  produkcyjna,  a na  ogół 

wygląda jak herbatka u cioci. - Była w tym przesada, ale zawsze budziła śmiech.

Pokój   był   jasno   oświetlony   i   pusty.   Jako   zastępca   redaktora   działu,   Cole   miał 

wydzieloną   dla   siebie   przegrodę.   Otworzył   szufladę,   wyjął   z   niej   monetę,   podszedł   do 

automatu i nacisnął guziki od herbaty z mlekiem i cukrem. Zagadał dalekopis, przerywając 

ciszę.

Kiedy Cole wracał do biurka z papierowym kubkiem w dłoni, drzwi w głębi rozwarły 

się z łomotem i pojawił się w nich niski, siwy mężczyzna w pękatej futrzanej wiatrówce z 

kapturem i spinaczami rowerowymi przy mankietach spodni. Cole pomachał ręką i zawołał:

- Dzień dobry, George!

- Halo, Artur. Nie za chłodno dla ciebie?

George zdjął kurtkę, był drobnej budowy i chudy. Choć już nie najmłodszy, pełnił 

background image

funkcję szefa zespołu gońców. Mieszkał w Potters Bar i do pracy przyjeżdżał rowerem, co 

Artur uważał za zdumiewający wyczyn.

Artur odstawił kubek, zrzucił płaszcz przeciwdeszczowy, włączył radio i usiadł. Radio 

zaczęło   mruczeć.   Łyknął   trochę   herbaty   i   popatrzył   przed   siebie.   Sala   była   niechlujna   - 

krzesła stały byle gdzie, na biurkach walały się gazety i arkusze przebitek, a odnawianie 

odłożono   z   powodu   zeszłorocznej   nagonki   oszczędnościowej   -   był   to   jednak   widok   tak 

znajomy, że nikt już tego nie dostrzegał. Myśl Cole'a krążyła wśród pierwszego wydania, 

które za trzy godziny powinno być już na ulicach.

Dzisiejsza gazeta miała się składać z szesnastu kolumn. Czternaście z nich już istniało 

w   postaci   półkolistych   metalowych   płyt   tkwiących   w   maszynach   na   parterze.   Zawierały 

ogłoszenia, dłuższe artykuły, program telewizyjny i informacje, które starano się podać w taki 

sposób, by w oczach czytelnika mogły uchodzić za aktualne. Pozostawała ostatnia kolumna 

dla redaktora sportowego i frontowa dla Artura Cole'a.

Parlament,   strajk,   inflacja,   to   było   już   wczoraj.   Niewiele   można   jeszcze   z   tego 

wycisnąć. Każdy z tych tematów dałby się ustroić we wstępik w rodzaju: “Ministrowie badali 

dziś przyczyny przesilenia, z którego rząd cudem wyszedł cało”. Coś takiego dawało się 

przyłożyć   do   każdej   sytuacji.   Wczorajsza   katastrofa   stawała   się   nazajutrz   nowiną   typu 

“Dzisiejszy   ranek   ujawnił   pełną   grozę”...   Wczorajsze   morderstwo   profitowało   tekstem 

“Detektywi przetrząsali dziś Londyn w poszukiwaniu człowieka, który”... Problem Artura 

owocował   tuzinami   takich   oklepanych   chwytów.   Pomyślał,   że   w   cywilizowanym 

społeczeństwie, jeśli brak było nowin, gazety nie powinny się ukazywać. Nie była to nowa 

myśl, toteż odtrącił ją zniecierpliwiony.

Wszyscy byli zgodni co do tego, że na sześć pierwszych wydań trzy składały się z 

bredni.   Była   to   jednak   kiepska   pociecha,   ponieważ   właśnie   dlatego  Artur   Cole   otrzymał 

posadę kierownika tego wydania. Od pięciu lat był zastępcą redaktora działu. Dwukrotnie w 

tym czasie opróżniało się krzesło jego szefa i za każdym razem awans dostawał człowiek 

młodszy od Cole'a. Ktoś zdecydował, że funkcja numer dwa to kres jego możliwości. Artur 

był odmiennego zdania.

Jedynym sposobem, w jaki mógł udowodnić swój talent, byłoby zrobienie świetnego 

wydania. Niestety, zależało to w dużej mierze od szczęścia. Strategia Cole'a polegała na tym, 

aby jego robota była ustawicznie lepsza aniżeli pierwsze wydanie gazety konkurencyjnej. 

Sądził, że mu się to udaje; nie miał pojęcia, czy dostrzega to ktokolwiek na górze, ale i nie 

zaprzątał sobie tym głowy.

George podszedł od tyłu i cisnął mu na biurko stertę gazet.

background image

- Goniec Stefan zawiadomił, że znowu jest chory - burknął.

- Co tym razem, kac czy katar? - uśmiechnął się Artur.

- Pamiętasz, co nam mówili? Jeśli możesz ustać na nogach, możesz pracować. Ale to 

inne pokolenie. Mam rację?

- Masz rację - przytaknął Artur.

Obaj   byli   kiedyś   gońcami   w   “Evening   Post”.   Po   wojnie   Artura   przyjęto   do 

Stowarzyszenia Dziennikarzy. George, którego nie powołano do wojska, pozostał gońcem.

- Zależało nam. Chcieliśmy pracować - powiedział George.

Artur sięgnął po gazetę leżącą na wierzchu sterty. Nie pierwszy raz George skarżył się 

na swój personel i nie pierwszy raz Artur okazywał mu współczucie. Ale Artur wiedział, co 

jest nie w porządku z dzisiejszymi gońcami. Trzydzieści lat temu bystry chłopak mógł zostać 

reporterem; dzisiaj ta droga była dla niego zamknięta. Nowy system powodował dwa skutki: 

zdolna   młodzież   uczyła   się   dalej,   zamiast   zasilać   szeregi   gońców,   a   ci,   którzy  zostawali 

gońcami, nie mieli perspektyw, więc robili wszystko, żeby się nie przemęczać. Jednakże Artur 

nie mógł tego powiedzieć George'owi, ponieważ wykazałby, że jemu powiodło się znacznie 

lepiej niż staremu koledze. Przystał więc na to, że dzisiejsza młodzież to zgniłki.

George miał ochotę nadal psioczyć, ale Artur przerwał mu pytając:

- Coś nowego w nocnych depeszach?

- Przyniosę je. Tylko że muszę sam roznieść wszystkie gazety...

- Lepiej przejrzę wpierw depesze - rzekł Artur odwracając się.

Nie cierpiał podkreślania wyższości swej pozycji. Nigdy nie nauczył się okazywać 

tego w sposób naturalny, być może dlatego, że nie sprawiało mu to przyjemności. Spojrzał na 

“Morning Star”: dali na czołówkę ustawę przemysłową.

Mało prawdopodobne, aby dalekopis wystukał jakieś krajowe doniesienia, było na to 

za wcześnie. Ale wiadomości zagraniczne napływały sporadycznie w ciągu nocy i najczęściej 

znajdowało się w nich coś, co mogło z braku laku posłużyć jako sensacja. Prawie zawsze 

gdzieś na świecie zdarzyły się pożary, morderstwa, zamieszki albo zamach stanu. “Post” był 

jednak gazetą londyńską i starali się nie robić czołówki z wiadomości zagranicznych, chyba 

że   były   naprawdę   sensacyjne.   Ale   zawsze   lepsze   to,   niż   “Ministrowie   badali   dzisiaj 

przyczyny”...

George rzucił mu na biurko długą płachtę dalekopisu. Nie rozciął jej na poszczególne 

pozycje, demonstrując w ten sposób swoje niezadowolenie. Zapewne liczył na to, że Artur 

zaprotestuje, bo wtedy miałby sposobność wytknąć, ile to na niego spada roboty, gdy dyżurny 

background image

goniec choruje. Artur znalazł na biurku nożyczki i zabrał się do czytania.

Przebrnął   przez   polityczny   komentarz   z  Waszyngtonu,   sprawozdanie   z   rozgrywek 

krykietowych i przegląd wydarzeń na Bliskim Wschodzie. Był w połowie opowieści o mało 

ważnym rozwodzie w Hollywood, kiedy zadzwonił telefon.

Podniósł słuchawkę i powiedział:

- Dział wiadomości bieżących, słucham.

-   Mam   coś   dla   waszej   kroniki   towarzyskiej   -   odezwał   się   mężczyzna,   bełkocząc 

cockneyem.

Cole   z  miejsca   nastawił  się   sceptycznie.  Nie  był   to  głos  człowieka,  który  miałby 

dostęp do romansowych perypetii arystokracji.

- Słucham - powiedział. - Może zechce pan podać swoje nazwisko?

- Mniejsza o to. Wie pan, kto to jest Tim Fitzpeterson?

- Oczywiście.

- NO więc, ten facet robi z siebie głupka z jakąś rudą cizią. Jest chyba ze dwadzieścia 

lat młodsza od niego. Chce pan jego numer telefonu?

- Proszę bardzo.

Cole   zapisał   numer.   To   go   zainteresowało.   Gdyby   małżeństwo   ministra   się 

rozlatywało, byłby to dobry temat, coś więcej niż notatka w kronice towarzyskiej.

- Kim jest ta dziewczyna? - spytał.

- Mówi, że jest aktorką. Tak naprawdę to dziwka. Niech pan zaraz do niego zadzwoni i 

spyta o Dizi Disney.

Połączenie się urwało.

Cole zmarszczył brwi. Było to nieco dziwne: przeważnie donosiciele żądali pieniędzy, 

szczególnie za tego rodzaju informacje. Wzruszył ramionami. Rzecz jest warta sprawdzenia. 

Przekażę to później któremuś z reporterów.

Po   chwili   zmienił   zdanie.   Niezliczone   tematy   przepadały   na   zawsze   z   powodu 

kilkuminutowej zwłoki. Fitzpeterson może wyjść do Izby Gmin lub do swego biura przy 

Whitehall. A informator powiedział: “Niech pan zaraz zadzwoni”.

Cole spojrzał w notatnik i wykręcił numer.

Siódma rano

4

- Czy robiłeś to kiedykolwiek przed lustrem? - spytała; gdy Tim przyznał, że nigdy, 

namówiła go, by spróbowali.

Stali właśnie naprzeciw długiego lustra w łazience, gdy zadzwonił telefon. Tim drgnął, 

background image

a dziewczyna rzekła:

- Uuch! Uważaj.

Miał   zamiar   nie   odbierać,   ale   ta   zewnętrzna   ingerencja   zgasiła   w   nim   pożądanie. 

Zostawił   dziewczynę   i   poszedł   do   sypialni.  Telefon   stał   na   krzesełku   nakryty  stosem   jej 

fatałaszków. Odszukał go i podniósł słuchawkę.

- Tak?

- Pan Fitzpeterson?

Był to głos mężczyzny w średnim wieku o londyńskim akcencie. Brzmiał z lekka 

astmatycznie.

- Tak. Kto mówi?

- “Evening Post”, proszę pana. Przepraszam, że dzwonię tak wcześnie. Chciałbym 

zapytać, czy to prawda, że się pan rozwodzi?

Tim opadł ciężko na krzesło. Przez chwilę nie mógł wydusić z siebie słowa.

- Jest pan tam?

- Kto, u diabła, to panu powiedział?

- Informator, który wymienił kobietę nazwiskiem Dizi Disney. Zna ją pan?

- Nigdy o niej nie słyszałem - odparł odzyskując równowagę. - Nie budźcie mnie z 

powodu bzdurnych plotek.

Odłożył słuchawkę. W sypialni pojawiła się dziewczyna.

- Mocno pobladłeś - powiedziała. - Kto dzwonił?

- Jak się nazywasz? - warknął.

- Dizi Disney.

- Chryste Panie!

Dłonie mu się trzęsły. Zacisnął pięści i wstał.

- Ktoś podsunął prasie, że się rozwodzę.

- Wciąż im donoszą takie historie o znanych ludziach.

- Wymienili twoje nazwisko - uderzył pięścią w otwartą dłoń drugiej ręki. - Jak mogli 

to tak szybko wyniuchać? Co mam robić?

Dziewczyna odwróciła się i nałożyła majtki.

Popatrzył przez okno. Szary rolls stał nadal, ale był teraz pusty. Ciekawe, gdzie się 

podział kierowca. Zirytowała go ta zabłąkana myśl. Starał się chłodno ocenić sytuację. Ktoś 

zobaczył go, jak wychodził z dziewczyną z lokalu, i zatelefonował do reportera. Informator 

podkolorował to dla udramatyzowania efektu. Ale Tim był pewien, że nikt nie widział ich 

wchodzących razem do mieszkania.

background image

- Słuchaj - powiedział. - Wczoraj wieczorem oświadczyłaś, że nie czujesz się dobrze. 

Wyszedłem z tobą z klubu i wezwałem taksówkę. Odwiozła cię do domu, ja wysiadłem po 

drodze. W porządku?

- Niech ci będzie.

Jej postawa rozwścieczyła go.

- Na miłość boską, jesteś w to wmieszana!

- Myślę, że moja rola jest już skończona.

- Co to ma znaczyć?

Rozległo się pukanie do drzwi.

- O Jezu, nie! - jęknął Tim.

- To ja już pójdę - rzekła dziewczyna zaciągając suwak u sukienki.

-   Nie   bądź   taką   cholerną   idiotką   -   chwycił   ją   za   ramię.   -   Nikt   cię   nie   może   tu 

zobaczyć, rozumiesz? Zostań w sypialni. Otworzę drzwi. Jeśli będę musiał ich wpuścić, siedź 

cicho, aż się wyniosą.

Idąc   do   drzwi,   nakładał   po   drodze   szlafrok.   Malutki   przedpokój   prowadził   do 

frontowych drzwi z wizjerem. Tim odsunął klapkę i przyłożył oko do szybki.

Mężczyzna   wydał   mu   się   jakby   znajomy.   Miał   twarz   boksera,   szerokie   ramiona, 

atletyczną   posturę,   mógł   mieć   wagę   ciężką.   Był   w   szarym   płaszczu   z   welwetowym 

kołnierzem. Tim oszacował, że dobiega trzydziestki. Nie wyglądał na reportera.

Odsunął zasuwę i otworzył drzwi.

- W jakiej sprawie? - spytał.

Mężczyzna bez słowa odepchnął Tima, wszedł do środka, zamknął za sobą drzwi i 

wkroczył do pokoju.

Tim zaczerpnął powietrza, próbując zapanować nad ogarniającą go paniką.

- Wezwę policję - powiedział idąc za mężczyzną.

- Jesteś tam Dizi? - zawołał mężczyzna siadając.

Dziewczyna podeszła do drzwi od sypialni.

- Zrób nam kawy, mała - rzekł intruz.

- Znasz go? - zapytał Tim z niedowierzaniem.

Dziewczyna pominęła milczeniem pytanie i poszła do kuchni.

- Czy mnie zna? - zaśmiał się mężczyzna. - Ona dla mnie pracuje.

Tim usiadł.

- O co w tym wszystkim chodzi? - spytał słabym głosem.

-   Wszystko   w   swoim   czasie.   Nie   powiem,   żeby   pan   miał   tu   miłe   mieszkanko   - 

background image

zauważył mężczyzna rozglądając się - bo tak nie jest. Spodziewałem się czegoś z odrobiną 

szpanu, wie pan, co mam na myśli? Mówiąc nawiasem, jeśli mnie pan nie rozpoznał, jestem 

Tony Cox - wyciągnął dłoń, co Tim zignorował.

- Jak pan uważa - powiedział Cox.

Tim   natężał   pamięć   -   twarz   i   nazwisko   były   znajome.   Pomyślał,   że   Cox   jest 

zamożnym biznesmenem, ale nie mógł sobie przypomnieć, w jakiej dziedzinie. Widział chyba 

jego fotografię w gazecie, miał coś wspólnego ze zbiórką pieniędzy na kluby sportowe dla 

chłopców z East Endu.

- Było z nią panu przyjemnie? - odezwał się Cox, robiąc ruch głową w stronę kuchni.

- Na miłość boską! - wykrzyknął Tim.

Wyszła dziewczyna niosąc tacę z dwoma kubkami kawy.

- Było mu przyjemnie? - zagadnął Cox.

- A jak myślisz? - odparła kwaśno.

Cox wydobył portfel i odliczył kilka banknotów.

- Masz - powiedział. - Odwaliłaś dobrą robotę. Teraz możesz spierdalać.

Wzięła pieniądze i schowała je do torebki.

- Wiesz, Tony, najbardziej mi się chyba w tobie podobają twoje nienaganne maniery - 

powiedziała i wyszła, nie patrząc na Tima.

Popełniłem największy błąd mego życia - pomyślał Tim.

Rozległo się trzaśnięcie drzwi, Dizi opuściła mieszkanie.

- Poczciwa z niej dziewczyna - mrugnął okiem Cox.

- Najnikczemniejszy gatunek rodzaju ludzkiego - splunął Tim.

- No, niech pan tak nie mówi. To po prostu dobra aktorka. Mogłaby występować w 

filmach, gdybym jej przedtem nie odnalazł.

- Przypuszczam, że jest pan alfonsem.

Oczy Coxa błysnęły gniewem, ale opanował się.

- Pożałuje pan tego żarciku - oświadczył łagodnie. - Jeśli chodzi o mnie i o Dizi, to 

musi pan wiedzieć, że ona robi wszystko, co jej każę. I jeśli powiem: powiedz miłemu panu z 

“News of the World”, jak minister Fitzpeterson cię uwiódł, zrobi to. Kapuje pan?

- Domyślam się, że to pan skontaktował się z “Evening Post”?

- Nie martw się tak! Nie mogą nic zrobić bez potwierdzenia faktów. A tylko trzy osoby 

mogą je potwierdzić: pan, Dizi i ja. Pan nic nie piśnie, Dizi jest pozbawiona woli, a ja umiem 

dochować sekretu.

Tim   zapalił   papierosa.   Zaczynał   nabierać   znów   pewności   siebie.   Cox   to   zwykły 

background image

miejski opryszek pomimo welwetowego kołnierza i szarego rollsa. Poczuł, że da sobie z nim 

radę.

-   Jeśli   to   ma   być   szantaż   -   powiedział   -   czeka   pana   zawód.   Nie   mam   żadnych 

pieniędzy.

- Całkiem tu ciepło, co? - Cox wstał i zdjął płaszcz. - Dobrze - podjął. - Jeśli nie ma 

pan forsy, będziemy musieli pomyśleć o czymś innym, co mogę od pana dostać.

Tim ściągnął brwi. Był znów zbity z tropu.

-   Przez   ostatnie   kilka   miesięcy   -   ciągnął   Cox   -   kilka   spółek   złożyło   oferty   na 

uprawnienia do wierceń na nowym polu roponośnym o nazwie Shield, mam rację?

Tim   był   zaskoczony.   Przecież   ten   łobuz   nie   mógł   mieć   powiązań   z   żadną   z   tych 

przyzwoitych spółek.

- Tak - potwierdził - ale jest za późno, bym mógł cokolwiek zdziałać. Decyzja już 

zapadła. Będzie ogłoszona dziś po południu.

- Bez pochopnych wniosków. Wiem, że jest za późno na zmianę decyzji. Ale powie mi 

pan, kto dostał licencję?

Tim wlepił w niego wzrok. Czy to wszystko, czego żąda? Zbyt piękne, aby było 

prawdziwe.

- Jaką korzyść może pan mieć z tego rodzaju informacji? - zapytał.

- Właściwie żadną. Chcę ją przehandlować na inną informację. Mam umowę z jednym 

gościem, rozumie pan? On nie wie, w jaki sposób dostanę ten cynk, nie wie też, co zrobię z 

towarem, jaki od niego dostanę. Teraz pan rozumie? No, dobra, kto otrzyma licencję?

Takie to łatwe - pomyślał Tim. Dwa słowa i koszmar zniknie. Owszem, naruszenie 

zaufania może mu zrujnować karierę, lecz jeśli na to nie pójdzie, będzie i tak skończony.

- Jeśli się pan waha, niech pan wyobrazi sobie nagłówki: “Minister i aktorka. Nie 

chce, abym była uczciwą kobietą - szlocha showgirl!”.

- Zamknij się pan - powiedział Tim. - Ta firma to Hamilton Holdings.

- Mój przyjaciel się ucieszy - uśmiechnął się Cox. - Gdzie jest telefon?

- Tam - rzekł Tim znużonym głosem, wskazując kciukiem.

Cox ruszył do sypialni, a Tim przymknął oczy. Jaki naiwny był sądząc, że młoda 

dziewczyna, w rodzaju Dizi, może stracić głowę dla kogoś takiego, jak on. Był frajerem, 

pionkiem w czyjejś wyrachowanej grze - znacznie poważniejszej niż drobny szantaż.

Dobiegł go głos Coxa.

- Laski? To ja. Hamilton Holdings. Zrozumiałeś? Komunikat dziś po południu. A teraz 

co ty masz dla mnie? - Chwila przerwy. - Dzisiaj? Fantastycznie. Chłopie, jestem w siódmym 

background image

niebie. A prasa? - Znów pauza. - Co to znaczy, że chyba jak zwykle? Powinieneś... dobra, 

dobra. Cześć!

Tim słyszał o Laskim, że to podstarzały cwaniak z City, ale był tak udręczony, że 

nawet nie stać go było na zdumienie. Teraz mógł uwierzyć we wszystko o wszystkich.

Cox wrócił, a Tim się podniósł.

-   Cóż,   pod   każdym   względem   udany   poranek.   I   niech   się   pan   nie   zamartwia. 

Ostatecznie było to najlepsze nocne dymanko, jakie się panu mogło trafić.

- Zechce pan teraz wyjść? - poprosił Tim.

- No, jest jeszcze pewien drobiazg do omówienia. Niech mi pan da swój szlafrok.

- Po co?

- Pokażę panu. No dalej!

Tim był  zbyt  zmaltretowany,  aby się  opierać.  Zsunął szlafrok  z ramion,  podał  go 

Coxowi i został w kalesonach.

- Chcę, żeby pan sobie przypomniał tego “alfonsa” - powiedział i trzasnął Tima w 

żołądek.

Tim odkręcił się, zgięty wpół z bólu. Cox capnął go łapą za genitalia i ścisnął. Tim 

próbował krzyczeć, ale zabrakło mu tchu. Rozdziawił usta w niemym skowycie, usiłując 

rozpaczliwie złapać powietrze.

Cox puścił go, wymierzając kopniaka. Tim przewrócił się na podłogę i leżał skulony, 

oczy miał pełne łez. Postradał wszelką dumę, wszelką godność.

- Proszę, niech się pan już nade mną nie znęca - powiedział.

- Na teraz wystarczy - odparł Cox z uśmiechem wkładając płaszcz, i wyszedł.

5

Szanowny Derek Hamilton obudził się zbolały. Leżąc w łóżku z zamkniętymi oczami, 

zlokalizował swą dolegliwość w brzuchu, pomacał go, ocenił stan jako kiepski, ale nie na 

tyle, by miał go unieruchomić. Następnie przywołał pamięcią wczorajszą kolację. Legumina 

szparagowa   była   nieszkodliwa;   odmówił   naleśników   z   morskimi   przysmakami,   stek   był 

dobrze   wysmażony,   zamiast   sera   zjadł   szarlotkę.   Lekkie   białe   wino,   kawa   ze   śmietanką, 

brandy...

Brandy. Cholera, powinien pozostać przy porto.

Wiedział, jaki go czeka dzień. Daruje sobie śniadanie i w połowie ranka głód dokuczy 

mu równie dotkliwie, jak wrzód, więc coś zje. Przed lunchem głód powróci, wrzód odezwie 

się jeszcze silniej. W ciągu popołudnia zirytują go jakieś błahostki, będzie się wydzierał na 

personel, a żołądek ściśnie mu się z bólu, pozbawiając go zdolności myślenia. Wróci do 

background image

domu, zażyje zbyt wiele środków przeciwbólowych. Zdrzemnie się, obudzi z bólem głowy, 

zje kolację, weźmie tabletki nasenne i pójdzie do łóżka.

Dobrze, że miał przed sobą taką szansę.

Przekręcił się na bok, wysunął szufladkę nocnego stolika, znalazł pigułkę i włożył ją 

do ust. Następnie usiadł i sięgnął po filiżankę z herbatą. Pociągnął łyk, przełknął i powiedział:

- Dzień dobry, moja droga.

- ...dobry.

Ellen Hamilton siedziała w jedwabnym peniuarze na krawędzi małżeńskiego łóżka, z 

filiżanką balansującą na szczupłym kolanie. Zdążyła się już uczesać. Jej nocne stroje były 

równie eleganckie, jak cała jej garderoba, mimo  że tylko on ją w nich oglądał, i to bez 

zainteresowania.   Jego   zdaniem   nie   miało   to   znaczenia,   albowiem   chodziło   jej   nie   tyle   o 

wzbudzenie pożądliwości mężczyzn, ile o to, aby ona sama mogła uważać się za pociągającą.

Dopił herbatę i spuścił nogi na podłogę. Skrzywił się, gdyż żołądek zareagował na ten 

nagły ruch.

- Znowu? - spytała Ellen.

Kiwnął głową.

- Brandy wczoraj wieczorem. Należało się tego spodziewać.

Jej twarz pozbawiona była wyrazu.

-   Sądzę,   że   nie   ma   to   związku   z   wczorajszym   ogłoszeniem   wyników   półrocza   - 

powiedziała.

Dźwignął się na nogi i podreptał do łazienki po dywanie o barwie ostrygi. Twarz, 

którą ujrzał w lustrze, była okrągła i czerwona z łysinką i fałdami tłuszczu pod szczęką. 

Sprawdził poranny zarost, naciągając skórę tak, aby zjeżyć szczecinę. Zaczął się golić. Robił 

to codziennie przez czterdzieści lat i wciąż go to nużyło.

Tak, wyniki półrocza były złe. Firma Hamilton Noldings znajdowała się w tarapatach.

Kiedy   odziedziczył   po   ojcu   “Drukarnie   Hamiltona”,   przedsiębiorstwu   dobrze   się 

powodziło, było sprawne i dochodowe. Jasper Hamilton był drukarzem, którego fascynował 

krój czcionek, rwał się do nowej technologii i kochał olejową woń pras drukarskich. Jego syn 

był biznesmenem. I użył płynącego z zakładów strumienia dochodów do zasilenia innych 

przedsięwzięć - importu win, handlu detalicznego, edytorstwa, papierni, radiowej rozgłośni 

reklamowej. Dzięki temu osiągnął swój podstawowy cel przekształcenia dochodu w majątek i 

uniknął   płacenia   podatków.   Zamiast   drukować   biblie,   plakaty   i   książki   w   kartonowych 

okładkach,   zajął   się   przepływem   kapitałów   i   odsetkami.   Kupował   spółki,   otwierał   nowe 

przedsiębiorstwa, tworzył imperium.

background image

Nieustający sukces zalążkowej firmy przesłonił na długi czas kruchość tej nadbudowy. 

Ale kiedy kompleks drukarski został osłabiony, Hamilton odkrył, że większość jego biznesów 

ma   charakter   marginesowy,   że   nie   wziął   pod   uwagę,   jak   duży   kapitał   inwestycyjny   jest 

potrzebny,   aby  mógł   nastąpić   pełny  rozkwit,   i   że   w  wielu   przedsięwzięciach   czekała   go 

naprawdę długa droga. Sprzedał czterdzieści dziewięć procent swych praw we wszystkich 

firmach, następnie przeniósł kapitał akcyjny do spółki holdingowej i odstąpił czterdzieści 

dziewięć procent jej udziałów. Zaciągnął większą pożyczkę i uporał się z siedmiocyfrowym 

niedoborem na koncie bankowym. Pożyczki utrzymywały koncern przy życiu, ale procenty - 

narastające szybko w minionym dziesięcioleciu - pożerały resztki mizernego dochodu.

Tymczasem Derek Hamilton nabawił się wrzodu.

Rok   temu   zainicjowano   program   ratunkowy.   Ściśnięto   kredyty,   aby   zredukować 

niedobory,   wszelkie   koszty   ograniczono   do   minimum,   zrezygnowano   z   ogłoszeń 

reklamowych, a ze ścinków drukarskich zaczęto wyrabiać papeterię. Teraz Hamilton mocno 

trzymał ster, ale inflacja i zastój gospodarczy okazały się silniejsze. Ostatnie półrocze miało 

go wyprowadzić na prostą. Niestety, nastąpił dalszy regres.

Wyklepał do sucha twarz ciepłym ręcznikiem, spryskał się wodą kolońską i wrócił do 

sypialni. Ellen, już ubrana, siedziała przed lustrem robiąc makijaż. Zawsze udawało jej się 

rozbierać i ubierać, kiedy nie było go w sypialni; uświadomił sobie, że od lat nie widział jej 

nagiej.   Zastanawiał   się   dlaczego.   Miała   pięćdziesiąt   pięć   lat.   Czyżby   przywiędła, 

pomarszczyła   się   jej   skóra,   a   jędrne   niegdyś   ciało   zwiotczało?   Czy  nagość   zniszczyłaby 

złudzenie ponętności? Być może, ale podejrzewał coś bardziej skomplikowanego. Miało to 

niejasny związek z jego starzeniem się - pomyślał, zanurzając się w swe przepaściste gatki. 

Ellen zawsze skromnie się osłaniała i dlatego nie budziła w nim żądzy, ale dzięki temu nigdy 

nie musiała ujawniać, jak bardzo on ją od siebie odstręczał. Takie połączenie przebiegłości z 

wrażliwością było dla niej typowe.

- Co zamierzasz zrobić? - spytała.

Wytrąciła go tym pytaniem z równowagi. Najpierw wydało mu się, że przeniknęła 

jego myśli, lecz zdał sobie sprawę, że tylko nawiązywała do wzmianki o interesach. Zapinając 

szelki, zastanawiał się nad odpowiedzią.

- Nie jestem pewien - odrzekł w końcu.

- Czasami nie wiem, czego ty właściwie oczekujesz od życia - powiedziała wpatrując 

się bacznie w lustro, zajęta jakąś czynnością przy rzęsach.

Obrzucił ją zdumionym spojrzeniem. Zazwyczaj stosowała metodę okrężną i nigdy nie 

zadawała osobistych pytań, gdyż nadmiar powagi i okazywanie uczuć nie sprzyjały dobrej 

background image

atmosferze   przyjęć   i   przyprawiały   panie   o   omdlenie.   Pytanie   o   sens   czyjejś   egzystencji 

musiało ją kosztować niemało wysiłku.

- Muszę skończyć raz na zawsze z brandy - odrzekł siadając na brzegu łóżka - to 

wszystko.

-   Doskonale   wiesz,   że   nie   ma   to   nic   wspólnego   z   tym,   co   jesz   i   pijesz   -   rzekła 

wykrzywiając usta, by równo nałożyć szminkę. - Zaczęło się to dziewięć lat temu, a twój 

ojciec zmarł przed dziesięcioma laty.

-   Mam   farbę   drukarską   we   krwi   -   odpowiedział   mechanicznie,   jakby   recytował 

katechizm.

Jeśli ktoś podsłuchiwałby tę rozmowę, wydałaby mu się bez ładu i składu, ale dla nich 

miała   swoją   logikę.   Istniał   pewien   szyfr:   śmierć   ojca   znaczyła,   że   przejął   kontrolę   nad 

interesami, wrzód to problemy finansowe.

- W twoich żyłach nie płynie farba drukarska - odparła. - Miał ją twój ojciec, a ty nie 

cierpisz samego zapachu starych zakładów.

-   Odziedziczyłem   solidny   interes   i   chciałbym   przekazać   moim   synom   jeszcze 

solidniejszy. Czy nie temu właśnie ludzie z naszej sfery winni podporządkować swe życie?

- Naszych synów nie obchodzi to - co im zostawimy. Michał rozkręca od początku 

własny biznes, a Andrzejowi zależy tylko na zaszczepieniu ludności całej Afryki przeciw 

ospie.

Nie mógł się zorientować, do jakiego stopnia mówi poważnie. Ponieważ się malowała, 

nie potrafił wyczytać niczego z jej twarzy. Niewątpliwie miała jakiś cel. Prawie wszystko, co 

robiła, było zaplanowane.

- Mam obowiązki - powiedział. - Zatrudniam ponad dwa tysiące ludzi, a praca wielu 

innych zależy pośrednio od dobrej kondycji moich przedsiębiorstw.

-   Uważam,   że   spełniłeś   już   swój   obowiązek.   Przeprowadziłeś   firmę   przez   okres 

kryzysu, a nie każdemu to się udało. Zapłaciłeś za to zdrowiem, poświęciłeś dziesięć lat życia 

i... Bóg wie, co jeszcze... - Umilkła, jakby żałując wypowiedzianych słów.

- Czy mam także poświęcić swoją dumę? - spytał zawiązując krawat w mały, ciasny 

węzeł.   -   Przekształciłem   drukarnię   akcydensową   w   jedną   z   tysiąca   największych   spółek 

krajowych.   Moje   przedsiębiorstwa   warte   są   pięć   razy   więcej   niż   za   czasów   ojca.   Ja   je 

zmontowałem i to ja odpowiadam za to, żeby dalej działały.

- A więc koniecznie chcesz być lepszy od swego ojca?

- Czy to marna ambicja?

- Tak! - Nagła gwałtowność jej tonu była szokująca. - Powinno ci zależeć na własnym 

background image

zdrowiu, na długim życiu, a także... a także na moim szczęściu.

- Gdyby spółka prosperowała, być może zdołałbym ją sprzedać. W obecnej sytuacji 

nie zwróci mi się wartość aktywów. Muszę już iść na dół - rzucił, spojrzawszy na zegarek.

Zszedł po stopniach szerokiej klatki schodowej. W hallu szczególną uwagę zwracał 

portret jego ojca. Często sądzono, że to Derek w wieku lat pięćdziesięciu. W rzeczywistości 

przedstawiał   sześćdziesięciopięcioletniego   Jaspera.  W  chwili   gdy  mijał   pulpit   z   aparatem 

telefonicznym, rozległ się ostry dzwonek. Zignorował go. Nie przyjmował rano telefonów.

Wszedł do małej jadalni - duża przeznaczona była na przyjęcia, które rzadko ostatnio 

wydawali. Na okrągłym stole leżały srebrne sztućce. Starsza kobieta w fartuszku wniosła 

połówkę grejpfruta na talerzu z kruchej chińskiej porcelany.

- Nie dzisiaj, pani Tremlett. Proszę tylko o filiżankę herbaty - powiedział i wziął do 

ręki “Financial Times”.

Kobieta zawahała się, po czym postawiła talerz przy nakryciu Ellen. Hamilton rzucił 

na nią okiem.

- Może pani to zabierze, dobrze? - rzekł z irytacją. - Proszę podawać pani Hamilton 

śniadanie dopiero wtedy, kiedy zejdzie na dół, nie wcześniej.

- Doskonale - mruknęła pani Tremlett i zabrała grejpfrut.

Nadeszła Ellen i podjęła spór w miejscu, w którym go przerwali.

- Nie sądzę, aby było ważne, czy otrzymasz za spółkę pięć milionów, czy pięćset 

tysięcy. Tak czy owak, będzie się nam lepiej wiodło niż obecnie. Co nam z dostatku, skoro nie 

żyjemy dostatnio.

Derek odłożył gazetę, popatrzył na Ellen ubraną w szyty na miarę kremowy kostium, 

jedwabną bluzkę oraz pantofle robione na zamówienie.

- Masz przyjemny dom i służbę - powiedział. - Masz przyjaciół i możesz się rozerwać 

w Londynie, kiedy tylko przyjdzie ci ochota. Dzisiaj masz na sobie rzeczy warte kilkaset 

funtów, a prawdopodobnie nie ruszysz się dalej niż do miasteczka. Czasami się zastanawiam, 

czego ty właściwie oczekujesz od życia.

Zaczerwieniła się, co było u niej rzadkie.

- Powiem ci... - zaczęła.

Dało się słyszeć pukanie do drzwi i wszedł przyzwoicie wyglądający mężczyzna w 

płaszczu i z czapką w ręku.

- Dzień dobry pani - powiedział. - Jeśli mamy złapać ten o siódmej czterdzieści pięć, 

sir...

- W porządku Pritchard - rzekł Hamilton. - Zaczekaj w hallu.

background image

- Tak jest, proszę pana. Lubię zapytać, czy będzie pani dziś potrzebny samochód?

Hamilton spojrzał na Ellen. Nie podnosząc wzroku znad talerza, powiedziała:

- Chyba tak, owszem.

Pritchard skinął głową i wyszedł.

- Miałaś mi powiedzieć, czego oczekujesz od życia - podjął Hamilton.

- Nie myślę, że to odpowiedni temat przy śniadaniu, zwłaszcza kiedy się spieszysz na 

pociąg.

-   Doskonale   -   oświadczył   wstając   z   miejsca.   -   Miłej   przejażdżki.   Nie   pędź   zbyt 

szybko.

- Co takiego?

- Jedź ostrożnie.

- Ach! Pritchard mnie zawiezie.

Pochylił się, by pocałować ją w policzek, lecz odwróciła głowę i ucałowała go w usta. 

Kiedy się cofnął, twarz jej spąsowiała. Wyciągnęła rękę mówiąc:

- Ja ciebie chcę, Derek.

Wytrzeszczył oczy.

-   Pragnę   przez   długie   lata   cieszyć   się   z   tobą   życiem,   z   dala   od   pracy  -   ciągnęła 

pospiesznie. - Chcę, żebyś odpoczywał, odżywiał się normalnie, był znów zdrowy i szczupły. 

Chcę mężczyzny, który zalecał się do mnie w rileyu z rozsuwanym dachem, mężczyzny, który 

powrócił z wojny obwieszony medalami i poślubił mnie, który trzymał mnie za rękę, kiedy 

nosiłam pod sercem jego dzieci. Chcę ciebie kochać...

Hamilton stał zakłopotany. Nigdy się tak wobec niego nie zachowywała, nigdy. Poczuł 

się zupełnie niezdolny do sprostania tej sytuacji. Nie wiedział, co ma rzec, jak zareagować, 

gdzie obrócić oczy.

- Muszę... zdążyć na pociąg - powiedział.

- Tak. Musisz się spieszyć - przytaknęła, odzyskując szybko zimną krew.

Popatrzył na nią uważnie, ale unikała jego wzroku.

- Hmm... do widzenia - rzekł.

Skinęła mu w milczeniu głową.

W   hallu   nałożył   kapelusz,   a   Pritchard   otworzył   przed   nim   frontowe   drzwi.   Na 

żwirowanym podjeździe błyszczał w słońcu ciemnoniebieski mercedes. Hamilton stwierdził, 

że Pritchard myje wóz co rano, jeszcze zanim on wstanie.

Po drodze na stację doszedł do wniosku, że rozmowa z Ellen była nad wyraz osobliwa. 

Patrząc przez okno, jak słońce igra z brązowiejącymi już liśćmi, przebiegł myślą główne 

background image

kwestie.   “Chcę   ciebie   kochać”,   powiedziała   z  naciskiem  na   “ciebie”.   Mówiąc   o   tym,   co 

poświęcił dla interesów, dodała: “I Bóg wie, co jeszcze”.

“Chcę ciebie kochać”, a więc nie kogoś innego. Czy to miała na myśli? Czyżby stracił 

nie tylko zdrowie, ale i wierność żony? Być może chciała mu po prostu dać do zrozumienia, 

że mogłaby mieć kochanka. To byłaby cała Ellen. Posługiwała się niuansami. Wołanie o 

pomoc nie było w jej stylu.

Przy   tych   wynikach   półrocza   domowe   problemy   były   mu   potrzebne   jak   najazd 

wierzycieli.

Ale było jeszcze coś więcej. Zaczerwieniła się, kiedy Pritchard spytał, czy będzie 

potrzebowała wozu, po czym dodała szybko: “Pritchard mnie zawiezie”.

- Dokąd jeździcie z panią Hamilton, Pritchard? - spytał.

-   Sama   zwykle   prowadzi,   proszę   pana.   Ja   się   krzątam   koło   domu,   zawsze   jest 

mnóstwo...

- Tak, dobrze - przerwał Hamilton. - Nie prowadzę badań naukowych. Byłem tylko 

ciekaw.

- Tak jest, sir.

Poczuł dźgnięcie wrzodu. Herbata - pomyślał - powinienem z rana pić mleko.

6

Herbert   Chieseman   zapalił   światło,   uciszył   budzik,   podkręcił   głos   we   włączonym 

przez całą noc radiu i nacisnął cofacz szpulowego magnetofonu. Następnie wygramolił się z 

łóżka. Nastawił imbryk i gapił się przez okno swej kawalerki, czekając, aż się przewinie 

siedmiogodzinna taśma. Ranek był przejrzysty i pogodny. Później słońce mocno przygrzeje, 

ale na razie było chłodno. Naciągnął spodnie i sweter na bieliznę, w której spał, i włożył 

ranne pantofle.

Mieszkał   w   dzielnicy   północnej,   w   jednym   obszernym   pokoju   w   wiktoriańskiej 

kamienicy, która najlepsze lata miała już za sobą. Meble, grzejnik gazowy firmy “Ascot” i 

stara kuchenka gazowa należały do gospodarza. Radio było własnością Herberta. W czynsz 

wliczona była używalność wspólnej łazienki - i co bardzo istotne - wyłączna używalność 

poddasza.

Najważniejszym   sprzętem   w   pokoju   było   radio.   Potężny   odbiornik   o   wysokiej 

częstotliwości,   zmajstrowany   z   części   dobranych   starannie   w   szeregu   sklepów   przy 

Tottenham Court Road. Antena była na dachu stryszku. Sam również zrobił magnetofon.

Wlał herbatę do kubka, dodał skondensowanego mleka z puszki i usiadł przy stole 

roboczym.   Prócz   sprzętu   elektronicznego   był   tam   tylko   telefon,   poliniowany   zeszyt   i 

background image

długopis. Otworzył notatnik na czystej stronie, u góry dużą kursywą wpisał datę, po czym 

przyciszył radio i zaczął słuchać nagranej przez noc taśmy. Za każdym razem, gdy wysoki 

pisk sygnalizował rozmowę, zwalniał palcem bieg taśmy, aż mógł rozróżnić słowa.

- ... Wóz na Holloway Road, dolny odcinek, pomóc funkcjonariuszowi...

-   ...   Ludlow   Road,   Zachód   pięć,   niejaka   Shaftesbury,   chyba   domowa   rozróba, 

dwadzieścia jeden...

- ... Inspektor mówi, że jeśli Chińczyk jest jeszcze otwarty, chciałby smażone kurczę z 

ryżem i frytkami...

- ... Holloway Road, ruszcie się, ten policjant ma kłopoty...

Herbert zatrzymał taśmę i zrobił notatkę.

- ... Zgłoszenie włamania do domu, w pobliżu Wimbledon Common, Jack...

- ... Osiemnastka, czy mnie słyszysz...

- ... Wszystkie wolne wozy z rejonu Lee na pomoc straży pożarnej. Feather Street 

dwadzieścia jeden...

Herbert zrobił następną notatkę.

- ... Osiemnastka, słyszycie?...

- ... Nie mam pojęcia, daj jej aspirynę...

- ... Napaść z nożem, nic groźnego...

- ... Gdzie, do diabła, byliście, osiemnastka...

Wzrok Herberta powędrował ku zdjęciu na gzymsie wmurowanego w ścianę kominka. 

Fotografia  była upiększona, Herbert  wiedział  to dwadzieścia  lat temu, gdy dziewczyna  z 

fotografii mu ją podarowała, teraz jednak o tym zapomniał. Dziwne, ale nie myślał już, jak 

naprawdę   wyglądała.   Kiedy   sięgał   pamięcią,   widział   kobietę   o   nieskazitelnej   cerze,   z 

uróżowanymi policzkami, pozującą przed wyblakłą panoramą w studiu fotograficznym.

- ... Kradzież kolorowego telewizora i stłuczenie szyby wystawowej...

On pierwszy w kółku swych przyjaciół “zgubił żonę”, jak to określali. Kilku z nich od 

tego czasu także przeżyło podobny dramat: jeden stał się wesołym pijaczkiem, inny poślubił 

wdowę. Herbert oddał się całkowicie swemu hobby - radiu. Kiedy czuł się zbyt źle, aby pójść 

do pracy - co zdarzało się dość często - zaczął podsłuchiwać krótkofalówki policyjne.

- ... Grey Avenue, Golders Green, meldunek o rozboju...

Pewnego razu, podsłuchawszy rozmowę policji o napadzie na bank, zatelefonował do 

“Evening Post”. Reporter podziękował mu  za informację i zapisał sobie jego nazwisko i 

adres. Skok okazał się duży - ćwierć miliona funtów - i relacja pojawiła się wieczorem na 

pierwszej kolumnie “Post”. Herbert był dumny, że to on dał im cynk, i opowiadał o tym w 

background image

trzech  pubach,  które  odwiedził  tego  wieczora.  Potem  zapomniał  o  tym.  W trzy miesiące 

później otrzymał z gazety czek na pięćdziesiąt funtów. Do czeku dołączona była kartka z 

napisem: “Dwa trupy w napadzie za 250 000 funtów”, i data rabunku.

- Zostaw to Charlie, jeśli ona nie złoży skargi, daj sobie spokój...

Następnego dnia Herbert został w domu i dzwonił do “Post” za każdym razem, gdy 

podsłuchał coś na policyjnych długościach fal. Po południu zatelefonował do niego zastępca 

kierownika działu wiadomości bieżących i objaśnił, czego wymaga gazeta od ludzi takich, jak 

Herbert. Powiedział, że nie trzeba zgłaszać napadu, jeśli nie użyto broni, chyba że ktoś został 

zabity,   miał   nie   zawracać   sobie   głowy   włamaniami,   chyba   że   zdarzyły   się   w   okolicy 

Belgravii, Chelsea lub Kensington, nie meldować o rabunkach, chyba że posłużono się bronią 

lub gdy w grę wchodziła grubsza kradzież.

- ... Jedźcie na Narrow Street dwadzieścia trzy i czekajcie...

Nie był głupi i szybko chwycił w czym rzecz, tym bardziej, że “Post” nie wyważał 

zbyt subtelnie znaczenia wiadomości. Niebawem zorientował się, że zarabia lepiej w tym 

czasie, gdy “choruje”, niż kiedy chodzi do pracy. Co więcej, wolał nasłuchiwać radia niż 

wyrabiać futerały do aparatów fotograficznych. Złożył więc wymówienie i został tym, kogo 

w gwarze gazetowej nazywano “kornikiem”.

- ... Lepiej daj mi teraz ten rysopis...

Po   trzech   tygodniach   tkwienia   na   okrągło   przy   radiu   złożył   mu   wizytę   zastępca 

kierownika działu - było to jeszcze przed przeprowadzką do kawalerki - powiedział, że to, co 

robi, jest bardzo pożyteczne dla gazety, i zaproponował współpracę na zasadach wyłączności. 

Znaczyło   to,   że   Herbert   ma   przekazywać   informacje   tylko   “Evening   Post”,   a   nie   innym 

gazetom. Będzie co tydzień otrzymywał kwotę wyrównującą stratę jego dochodów. Herbert 

nie przyznał się, że nigdy nie dzwonił do innych dzienników, i przyjął ofertę z wdzięcznością.

- ... Wytrzymaj jeszcze trochę, za parę minut wyślemy ci pomoc...

Z biegiem lat udoskonalił swój sprzęt i nauczył się lepiej rozumieć wymagania gazety. 

Wiedział już, że byli wdzięczni za każdą wiadomość wczesnym rankiem, później stawali się 

wybredniejsi i około trzeciej po południu nie obchodziło ich nic poza morderstwem na ulicy 

lub rozbojem na dużą skalę, połączonym z przemocą. Odkrył również, że podobnie jak i 

policja,   gazeta   interesowała   się   znacznie   mniej   przestępstwami   popełnionymi   przez 

kolorowych   w   kolorowej   dzielnicy.   Herbert   uważał,   że   to   słuszne,   gdyż   on   także,   jako 

czytelnik   “Evening   Post”,   nie   przejmował   się   tym,   co   wyprawiały   ze   sobą   ciemnoskóre 

przybłędy   w   swoich   dzielnicach   Londynu,   i   zakładał,   że   “Post”   się   tym   nie   interesuje, 

ponieważ kupujący “Post” ludzie są pokroju Herberta. I też ich to nie interesuje. Nauczył się 

background image

też czytać między wierszami policyjnego żargonu: wiedział, kiedy napad był pospolity, kiedy 

była   to   tylko   awantura   rodzinna,   i   rozróżniał   naglący   ton   w   głosie   sierżanta   z   pokoju 

operacyjnego,   gdy   wezwanie   o   pomoc   było   rozpaczliwe;   umiał   wyłączać   uwagę,   gdy 

odczytywano długą listę numerów skradzionych samochodów.

Z   wielkiego   głośnika   rozległ   się   narastający   dźwięk   sygnału   i   Herbert   wyłączył 

magnetofon. Wzmocnił radio i nakręcił numer “Post”; sącząc herbatę czekał na połączenie.

- ... “Post”, ... dzień dobry - odezwał się męski głos.

- Odbiór maszynowy, proszę.

- Odbiór - usłyszał po krótkiej pauzie; w tle rozległ się klekot maszyn do pisania.

- Halo, tu Chieseman, podaję czas, hm... siódma pięćdziesiąt dziewięć.

- Halo, Bertie. Dzieje się coś?

- Wygląda, że noc była spokojna - odpowiedział Herbert.

Ósma rano

7

Tony Cox stał ze słuchawką przy uchu w budce telefonicznej na rogu Quill Street i 

Bethnal Green. Pocił się w ciepłym płaszczu z welwetowym kołnierzem. Trzymał w ręku 

koniec smyczy przywiązanej do obroży psa, który został na zewnątrz. Pies także się pocił.

Otrzymawszy połączenie, Tony wrzucił monetę.

- Tak? - odezwał się ktoś najwyraźniej nie oswojony z odbieraniem telefonu.

- To dzisiaj. Zbierz wszystko do kupy - powiedział krótko Tony i odwiesił słuchawkę, 

nie mówiąc, kto dzwoni, i nie czekając na odpowiedź.

Oddalił się, krocząc wąskim chodnikiem i ciągnąc za sobą psa. Był to rasowy bokser, 

potężny i zadbany; Tony co chwila musiał szarpać smyczą, by mu dotrzymać kroku. Pies był 

silny, ale jego pan jeszcze silniejszy.

Drzwi starych domów z tarasami wychodziły wprost na ulicę. Tony zatrzymał się przy 

jednym z nich, gdzie stał zaparkowany szary rolls-royce. Pchnął drzwi, których nigdy nie 

zamykano, ponieważ lokatorzy nie obawiali się złodziei.

Dom był pełen kuchennych zapachów. Wlokąc psa za sobą, Tony wszedł do kuchni, 

usiadł na krześle i uwolnił zwierzę ze smyczy, klepnąwszy je ciężko po zadzie. Następnie 

podniósł się i zdjął płaszcz.

Na kuchence gazowej nagrzewał się imbryk, na kawałku pergaminu leżał pokrojony w 

plasterki   bekon.   Tony   wyjął   z   szuflady   nóż   kuchenny   o   dziesięciocalowym   ostrzu. 

Przeciągnął po nim kciukiem, stwierdził, że wymaga naostrzenia, i wyszedł na podwórko, 

gdzie   w   przybudowanej   szopie   znajdowało   się   stare   koło   szlifierskie.   Tony   zasiadł   na 

background image

drewnianym stołku i uruchomił pedał, tak jak to podpatrzył wiele lat temu u swego starego. 

Sprawiały mu przyjemność czynności wykonywane kiedyś przez ojca. Przywołał pamięcią 

jego   obraz.   Wysoki,   przystojny   mężczyzna   o   falujących   włosach   i   błyszczących   oczach, 

puszczający iskry ze szlifierki przy wtórze piszczących z uciechy dzieciaków. Miał stragan na 

ulicy, sprzedawał porcelanę i rondle, zachwalając swój towar mocnym, donośnym głosem. 

Lubił   przy   tym   odgrywać   małe   przedstawienia,   udając,   że   drażni   się   z   sąsiadem,   który 

sprzedawał   obok   artykuły   spożywcze.   (-   Patrz,   brachu,   spuściłem   właśnie   garnek   za   pół 

funciaka.   Ile   ziemniarów   musisz   sprzedać   zanim   zarobisz   dziesięć   szylingów?)   Umiał   z 

daleka dostrzec obcą klientkę i bezwstydnie wykorzystywał swą powierzchowność.

- Powiem ci coś, skarbulku - zwracał się do kobiety w średnim wieku w siateczce na 

włosach - nie mamy w tym kącie bazaru zbyt wielu ślicznych młodych dziewczyn, więc 

sprzedam to ze stratą i mam nadzieję, że jeszcze tu wrócisz. Popatrz, co za patelnia, jaki ma - 

przepraszam za wyrażenie - zadek, solidna miedź, i to ostatnia sztuka. Zarobiłem na innych, 

więc oddam ją za dwa funciaki, pół tego, co sam za nią dałem, bo sprawiłaś, że serce starego 

zabiło szybciej, więc bierz ją, zanim się rozmyślę.

Tony  był   wstrząśnięty   szybkością   zmian,   jakie   zaszły   w   starym   po   stracie   płuca. 

Osiwiał, policzki mu zapadły, a piękny głos stał się piskliwy i pojękujący. Stragan należał się 

prawnie   Tony'emu,   ale   miał   już   wtedy   własne   źródła   dochodów,   więc   przekazał   go 

Harry'emu, młodszemu bratu, który był niemową i ożenił się z piękną, nobliwą dziewczyną. 

Cierpliwie uczyła się rozumieć język migowy. Prowadzenie straganu wymagało od niemowy 

samozaparcia; pisał na tablicy, jeśli musiał coś powiedzieć klientowi, i trzymał w kieszeni 

pocztówkę z nakreślonym “Dzięki”, którą wyjmował błyskawicznie na koniec zakupu. Ale 

dawał  sobie  radę,  więc Tony  pożyczył  mu  pieniędzy na  założenie  prawdziwego  sklepu  i 

zatrudnienie kierownika; interes ten szedł mu całkiem dobrze. Siła przebicia - to było u nich 

rodzinne.

Nóż nabrał dostatecznej ostrości. Sprawdzając ją, zaciął się w kciuk. Przycisnął palec 

do warg i poszedł do kuchni.

Zastał tam już matkę. Lilian Cox była nieduża i dość tęga - syn odziedziczył po niej 

skłonność   do   tycia,   ale   nie   wzrost   -   i   odznaczała   się   większą   energią   niż   przeciętna 

sześćdziesięciotrzylatka.

- Podpiekam ci trochę chleba - odezwała się.

- Wspaniale - rzekł odkładając nóż i biorąc bandaż. - Uważaj z tym nożem. Trochę za 

bardzo go naostrzyłem.

Żachnęła   się   na   widok   krwi;   kazała   mu   włożyć   palec   pod   kran   z   zimną   wodą   i 

background image

policzyć do stu, po czym posmarowała skaleczenie maścią, obłożyła gazą i na koniec owinęła 

bandażem, spinając go agrafką. Tony stał spokojnie, pozwalając jej działać.

- Dobry z ciebie chłopak, że pamiętasz o ostrzeniu moich noży - powiedziała. - A 

dokąd wychodziłeś tak wcześnie?

- Wziąłem psa do parku. I musiałem do kogoś zadzwonić.

- Coś jest nie w porządku z telefonem w saloniku - fuknęła gniewnie - nie wiem co.

Tony nachylił się nad kuchenką, wąchając smażący się bekon.

- Wiesz, jak to jest, mamo. Gliny mają go na podsłuchu.

- Nalej sobie herbaty - rzekła wciskając mu w ręce dzbanek.

Zaniósł dzbanek do saloniku i umieścił go na podstawce. Kwadratowy stół nakryty był 

haftowanym obrusem, leżały na nim sztućce dla dwóch osób, obok - sól, pieprz i buteleczki z 

sosami.

Tony zajął miejsce najbliżej kominka, gdzie zwykł siadać ojciec. Nie wstając z krzesła 

sięgnął do kredensu, wyjął dwie filiżanki i dwa spodki. Znów przypomniał mu się ojciec, 

który komenderował nimi podczas posiłków. - Piszczele z dechy! - pokrzykiwał, kiedy kładli 

ręce na stole. Jedyne, co Tony miał mu do zarzucenia, to jego stosunek do mamy. Będąc 

przystojniakiem, miewał kobietki na boku i fundował im dżin, zamiast przynosić pieniądze do 

domu. W owych czasach Tony chodził z bratem na bazar Smithfield podkradać spod kramów 

odpadki,   które   sprzedawali   za   parę   miedziaków  w   fabryce   mydła.   Nigdy  nie   poszedł   do 

wojska, choć później wielu niegłupich chłopaków wyruszyło na wojnę.

-   Śpisz   czy   nalewasz   herbatę?   -   matka   postawiła   przed   nim   talerz   i   usiadła 

naprzeciwko. - Mniejsza z tym, sama to zrobię.

Tony   wziął   sztućce   i   zaczął   jeść,   trzymając   nóż   jak   ołówek.   Na   śniadanie   były 

parówki, dwa smażone jajka z pastą pomidorową z puszki i kromki podpieczonego chleba. 

Miał już pełne usta, gdy sięgnął po sos. Poczuł się głodny po swych porannych wyczynach.

Matka podała mu filiżankę.

- No, nie wiem, ale nigdy się nie baliśmy używać telefonu, kiedy żył twój ojciec, niech 

spoczywa w spokoju. Zawsze się pilnował, aby nie podpaść glinom.

Tony pomyślał, że za życia ojca nie mieli telefonu, ale zbył to milczeniem.

- Rzeczywiście - rzekł. - Był taki ostrożny i umarł jak biedak.

- Ale był uczciwy.

- Naprawdę?

- Do cholery, wiesz dobrze, że tak było, i nigdy mi nie gadaj, że było inaczej.

- Nie lubię, jak przeklinasz, mamo.

background image

- To mnie nie prowokuj.

Tony umilkł i dokończył szybko śniadanie. Dopił herbatę i zaczął odwijać cygaro.

- Jeszcze herbaty? - spytała matka biorąc jego filiżankę.

- Nie, dziękuję - spojrzał na zegarek. - Mam parę spraw do załatwienia.

Zapalił cygaro i wstał.

- Świetnie mnie nastroiło to śniadanko.

- Szykujesz skok? - spytała przymrużając oczy.

- Moja sprawa - odparł zirytowany i puścił kłąb dymu.

- To twoje życie. Rób, jak chcesz. Do zobaczenia. Ale lepiej uważaj na siebie.

Popatrzył na nią przeciągle. Ustąpiła mu, ale była to kobieta z charakterem. Odkąd 

stary zmarł, kierowała rodziną: godząc małżeństwa, pożyczając od jednego syna, aby dać 

drugiemu,   służąc   radą,   a   jej   dezaprobata   była   potężnym   środkiem   nacisku.   Oparła   się 

wszystkim   próbom   wyprowadzki   z   Quill   Street   do   ładnego,   niewielkiego   bungalowu   w 

Bournemouth,   podejrzewając   słusznie,   że   stary   dom   i   związane   z   nim   wspomnienia   są 

najsilniejszym atrybutem jej władzy. Kiedyś jej wysoko sklepiony nos i wysunięty podbródek 

wyrażał monarszą wyniosłość, teraz nadal była władcza, ale pogodzona z losem, jak królowa 

po abdykacji, która wie, że postąpiła mądrze, popuszczając cugle władzy, ale trochę tego 

żałuje. Tony rozumiał, że właśnie dlatego go potrzebowała: to on był teraz królem, a mając go 

przy sobie, była blisko tronu. Kochał ją za to, że go potrzebowała. Nikomu więcej nie był 

potrzebny.

- No więc wychodzisz, czy nie? - spytała wstając.

- Tak - ocknął się z zamyślenia. Objął ją ramieniem i na chwilę przytulił. Nigdy jej nie 

całował. - Pa, pa, mamo - powiedział. Wziął płaszcz, poklepał psa i wyszedł.

W samochodzie zrobiło się gorąco. Nacisnął przycisk. Opuścił szybę, usadowił się na 

skórzanym siedzeniu i ruszył z miejsca.

Z   przyjemnością   przeciskał   się   samochodem   przez   wąskie   zaułki   East   Endu.  Ten 

nieprzyzwoicie luksusowy wóz w zestawieniu z nędznymi uliczkami i lichotą domów - to 

świadectwo   historii   Tony   Coxa.   Ludzie   -   gospodynie   domowe,   gazeciarze,   robotnicy, 

złoczyńcy - patrzyli na samochód i mówili do siebie: - To Tony Cox. Ale mu się powiodło.

Strząsnął przez otwarte okno popiół z cygara. Tak, jemu się powiodło. Swój pierwszy 

samochód kupił za sześć funtów, kiedy miał szesnaście lat. Na czarnym  rynku dostał za 

trzydzieści szylingów czysty certyfikat Ministerstwa Komunikacji. Wypełnił puste rubryki i 

odsprzedał samochód za osiemdziesiąt funtów.

Wkrótce   uruchomił   gang   obracający   używanymi   samochodami   i   stopniowo 

background image

przekształcił go w legalny biznes. Następnie sprzedał go łącznie z autami za pięć tysięcy 

funtów i zaplanował większy szwindel.

Pięć tysięcy funtów przeznaczył na otwarcie rachunku bankowego, podając jako osobę 

polecającą   człowieka,   który   odkupił   od   niego   firmę   samochodową.   Dyrektorowi   banku 

przedstawił się swym prawdziwym nazwiskiem, ale dał mu fałszywy adres, ten sam, który 

przedtem otrzymał od niego nabywca interesu samochodowego.

Wynajął   magazyn   towarowy,   płacąc   z   góry   za   trzy   miesiące.   Nakupił   wprost   od 

producentów   trochę   sprzętu   radiowo-telewizyjnego   i   elektronicznego   i   odsprzedał   go   w 

londyńskich sklepach - dostawcom płacił punktualnie i na jego koncie panował ożywiony 

ruch. W ciągu dwóch miesięcy poniósł małą stratę, ale wyrobił sobie reputację człowieka, 

któremu warto udzielać kredytu.

Po   tym   osiągnięciu   zrobił   kilka   większych   zamówień.   Drobni   producenci,   którym 

płacił od ręki po dwa rachunki, każdy na pięćset funtów, z chęcią zaopatrywali go w towar 

wartości   trzech-czterech   tysięcy   na   warunkach   krótkiego   kredytu,   bo   zapowiadał   się   na 

dobrego klienta.

Wypełniwszy skład kosztownymi cackami elektronicznymi, za które nic nie zapłacił, 

zabrał się do sprzedaży. Gramofony, kolorowe telewizory, zegary kwarcowe, magnetofony, 

wzmacniacze i radia rozchodziły się po zaniżonych maksymalnie cenach, czasami za połowę 

ich   wartości   detalicznej.  W  ciągu   dwóch   dni   magazyn   był   pusty,   a  Tony  miał   w  dwóch 

walizkach trzy tysiące funtów gotówką. Wtedy zamknął skład i pojechał do domu.

Na   to   wspomnienie   wstrząsnął   nim   zimny   dreszcz,   mimo   rozgrzanego   siedzenia 

samochodu. Nigdy już nie pójdzie na takie ryzyko. A gdyby któryś z jego dostawców zwęszył 

wyprzedaż? Gdyby dyrektor banku w kilka dni później natknął się na Tony'ego w pubie?

Nadal od czasu do czasu robił machlojki, ale posługiwał się podstawionymi ludźmi, 

którzy, gdy tylko spadał topór, znikali na długie wakacje w Hiszpanii. I nikt nie widział 

twarzy Tony'ego.

Niemniej,   jego   interesy   rozwijały   się   coraz   lepiej.   Nabył   rezydencję   w   centrum 

Londynu,   którą   wynajmował   młodym   damom   za   niezmiernie   wysoki   czynsz;   prowadził 

nocne   lokale,   a   nawet   wziął   pod   swą   egidę   dwa   zespoły   muzyki   pop.   Niektóre   z   jego 

przedsięwzięć były legalne, inne przestępcze, a jeszcze inne znajdowały się na pograniczu 

prawa i przestępstwa - gdzie obawiali się wkraczać szanujący się biznesmeni o przyzwoitej 

reputacji.

Gliny oczywiście wiedziały o sprawkach Tony'ego, w dzisiejszych czasach roiło się od 

kapusiów, a każdy poważniejszy przestępca musiał w końcu trafić do teczek personalnych 

background image

Scotland Yardu. Jednakże pozostawał problem dowodów, tym trudniejszy, że w gotowości 

było kilku detektywów, którzy zawczasu ostrzegali Tony'ego przed obławą. Nigdy nie skąpię 

pieniędzy na ten cel. Każdego sierpnia trzy lub cztery rodziny policjantów spędzały urlop w 

Hiszpanii na koszt Tony'ego.

Nie znaczy to, że im ufał. Byli użyteczni, lecz wszyscy sobie obiecywali, że pewnego 

dnia   zdradzą   go,   zwracając   dług   lojalności.   Przekupiony   gliniarz   pozostanie   do   końca 

gliniarzem.  Dlatego  wszystkie  transakcje  regulowano  gotówką,  bez  żadnych  pokwitowań, 

całą księgowość Tony miał w głowie, jego kumple wykonywali wszystkie zadania według 

ustnych instrukcji.

Coraz częściej występował w jeszcze bezpieczniejszej roli bankiera. Najpierw ktoś na 

podstawie poufnych informacji opracowywał plan, po czym werbował ciemnego typa dla 

zorganizowania   sprzętu   i   ludzi;   następnie   przychodzili   do   Tony'ego   i   przedstawiali   mu 

wszystko w szczegółach. Jeżeli mu się podobało, pożyczał im pieniędzy na łapówki, broń, 

motocykle, materiały wybuchowe i co tam było potrzebne. Po skończonej robocie zwracali z 

uzyskanych łupów pięcio- bądź sześciokrotną kwotę pożyczki.

Dzisiejsza robota nie była tak prosta. Tym razem działał jednocześnie jako autor planu 

i bankier. Wymagało to wyjątkowej ostrożności.

Zatrzymał wóz w zacisznej uliczce i wysiadł. Domy były tu większe, budowano je 

raczej dla majstrów i rzemieślników niż dla dokerów i robociarzy, ale nie były w lepszym 

stanie   od   ruder   na   Quill   Street.   Betonowe   fasady   popękały,   framugi   okien   zbutwiały,   a 

ogródki   od   frontu   były   mniejsze   od   bagażnika   samochodu   Tony'ego.   Zaledwie   połowa 

budynków służyła celom mieszkalnym, reszta zajęta była przez składy, biura i sklepy.

Na drzwiach, do których Tony zapukał, widniał napis: “Gra w bilard i piramidkę”, 

niektórych liter brakowało. Otworzono mu natychmiast i wszedł do środka.

Uścisnął dłoń Waltera Burdena i poszedł za nim na górę. Po wypadku samochodowym 

Walter kulał i jąkał się, stracił też pracę jako doker. Tony powierzył mu kierowanie salą 

bilardową, wiedząc, że tym - nic go nie kosztującym - gestem powiększy swój szacunek 

wśród mieszkańców East Endu i zaskarbi sobie dozgonną lojalność Waltera.

- Napijesz się herbaty, Tony? - spytał Walter.

- Nie, dzięki, Walterze, dopiero co zjadłem śniadanie.

Rozejrzał się okiem właściciela po sali na pięterku. Stoły były zakryte, linoleum na 

podłodze zamiecione, kije ułożone starannie w stojakach.

- Utrzymujesz porządek - zauważył Tony.

- Robię, co do mnie należy, Tony. Zatroszczyłeś się przecież o mnie.

background image

- Niby tak.

Tony podszedł do okna i spojrzał w dół na ulicę. Po drugiej stronie stał zaparkowany 

niebieski morris 1100, siedziało w nim dwóch mężczyzn. Tony poczuł osobliwe zadowolenie: 

miał rację, że przedsięwziął ten środek ostrożności.

- Gdzie jest telefon, Walterze?

- W kantorku.

Walter wprowadził Tony'ego, zamknął drzwi i pozostał na zewnątrz. Kantorek był 

wysprzątany i czysty. Tony usiadł przy biurku i nakręcił numer.

- Taak? - odezwał się głos.

- Odbierz mnie - powiedział Tony.

- Za pięć minut.

Tony odłożył słuchawkę. Cygaro mu zgasło. Kiedy się denerwował, często mu się to 

zdarzało. Zapalił je ponownie złotą zapalniczką Dunhilla, wyszedł i znów stanął przy oknie.

- W porządku, chłopie, spływam - rzekł do Waltera. - Gdyby któremuś z tych młodych 

detektywów w niebieskim wozie przyszło do łba zastukać do drzwi, nie otwieraj. Nie będzie 

mnie jakieś pół godziny.

- Nie m-martw się. Wiesz, że m-można na mnie liczyć - Walter kiwnął głową niczym 

ptak.

- Tak, wiem - odparł Tony, musnął ramię starego, otworzył drzwi na końcu hallu i 

szybko zszedł po drabinie przeciwpożarowej.

Ominął po drodze rdzewiejący wózek dziecięcy, gnijący materac i trzy piąte wraku 

samochodowego.   Przez   szpary   w   spękanym   betonie   podwórka   przeciskały   się   chwasty. 

Sparszywiały kocur pierzchnął mu spod nóg. Tony zabrudził sobie włoskie pantofle.

Z podwórka wychodziło się przez bramę na wąską uliczkę. Tony poszedł nią aż do 

końca i wtedy podjechał do niego mały czerwony fiat, w którym siedziało trzech mężczyzn. 

Tony wsiadł, zajął wolne miejsce z tyłu i natychmiast odjechali.

Kierowcą był Jacko, prawa ręka Tony'ego. Obok niego siedział Głuchy Willie, który 

dzisiaj znał się znacznie lepiej na materiałach wybuchowych niż dwadzieścia lat temu, kiedy 

postradał lewy bębenek. Sąsiadem Tony'ego z tyłu był Peter “Jesse” James, który miał dwa 

bziki: broń palną i dziewczyny z tłustymi tyłkami. Byli to solidni faceci, stali członkowie 

gangu Tony'ego.

- Jak się ma chłopak, Willie? - spytał Tony.

- Co? - Głuchy Willie zwrócił zdrowe ucho w jego stronę.

- Pytałem, jak się ma młody Billy?

background image

- Kończy dziś osiemnaście - powiedział Willie. - Wciąż tak samo, Tony. Nigdy nie da 

sobie sam rady. Urzędniczka z opieki społecznej mówiła, żeby pomyśleć o umieszczeniu go w 

zakładzie.

- Tego nie zrobicie - cmoknął z dezaprobatą Tony; starał się jak najlepiej traktować 

przygłupiego syna Williego. Choroba umysłowa napełniała go lękiem.

-   Mówię   do   żony,   co   taka   z   opieki   społecznej   może   wiedzieć?   -   rzekł   Willie.   - 

Dziewczyna ma ze dwadzieścia lat. Skończyła college, ale nie za bardzo się stara.

-  Wszystko   gotowe,  Tony  -   przerwał   niecierpliwie   Jacko.   -   Chłopaki   już   tam   są, 

maszyny naszykowane.

- Dobra... Pukawki? - spojrzał na “Jesse” Jamesa.

- Parę obrzynów i uzi.

- Co?

- Pistolet maszynowy, kaliber dziewięć milimetrów - Jesse wyszczerzył dumnie zęby. - 

Izraelski.

- To ci dopiero - mruknął Tony.

- Jesteśmy na miejscu - oznajmił Jacko.

Tony wyjął z kieszeni czapkę i nasadził ją sobie na głowę.

- Schowałeś chłopaków, co?

- Tak - odparł Jacko.

- Mogą wiedzieć, że to robota dla Tony Coxa, ale nie chcę, żeby któryś mnie widział.

- Wiem.

Samochód wjechał na podwórko składnicy złomu. Było zadziwiająco uporządkowane. 

Skorupy wozów ułożono równo po trzy, jedna na drugiej, luźne części poukładano nie opodal 

stosy opon, bloków cylindrowych, piramidki tylnych osi.

W  pobliżu   bramy   stał   dźwig   i   długi   transporter   samochodowy.   Nieco   dalej,   przy 

urządzeniu do cięcia acetylenowo-tlenowego o dużej sile, widać było jasnoniebieski furgon 

marki “Ford” o podwójnych tylnych kołach.

Samochód stanął i Tony wysiadł. Był zadowolony. Lubił staranną robotę. Pozostała 

trójka czekała na polecenia. Jacko zapalił papierosa.

- Urządziłeś właściciela? - spytał Tony.

Jacko przytaknął głową.

- Załatwił, żeby dźwig, transporter i przecinarka były na miejscu, ale nie wie, po co 

nam to. Związaliśmy go trochę, tak dla zachowania pozorów.

Zakaszlał się, a Tony wyjął mu papierosa z ust i cisnął w błoto.

background image

- To od tego kaszlesz - powiedział, po czym wyjął z kieszeni cygaro. - Pal to, a 

umrzesz jako stary człowiek.

Tony cofnął się w kierunku bramy, obchodząc uważnie dziury i grząskie kałuże. Minął 

ogromną stertę ołowiowych akumulatorów i, wszedłszy między stosu drążków kierowniczych 

i skrzyń biegów, znalazł się przy dźwigu. Był to nieduży model, na gąsienicach, zdolny do 

uniesienia samochodu, furgonetki lub lekkiej ciężarówki. Tony odpiął płaszcz i wdrapał się po 

drabince do kabiny.

Usiadł   na   siodełku   operatora.   Kabina   była   oszklona   i   dawała   widok   na   całe 

złomowisko.   Miało   kształt   trójkąta.   Jeden   bok   wyznaczał   wiadukt   kolejowy;   w   jego 

ceglanych lukach mieściły się składy. Wysoki mur sąsiedniego boku oddzielał plac od boiska i 

pustego miejsca po zbombardowanym domu. Wzdłuż frontowej części placu biegła ulica, 

skręcając lekko, zgodnie z zakrętem płynącej tuż obok rzeki. Była to szeroka, lecz mało 

używana droga.

W   cieniu   wiaduktu   stała   szopa   sklecona   ze   starych   drewnianych   drzwi,   nakryta 

daszkiem z papy. To w niej kryli się jego ludzie, stłoczeni przy elektrycznym piecyku, pijąc 

herbatę i paląc nerwowo papierosy.

Wszystko było w porządku. Tony czuł, jak narasta w nim podniecenie, a instynkt 

mówił mu, że będzie dobrze. Wygramolił się z kabiny.

Umyślnie mówił cicho, spokojnie, od niechcenia.

- Furgonetka nie zawsze jedzie tą trasą. Jest wiele dróg z City do Loughton. Ale tutaj 

prowadzi   większość   tras,   prawda?   Muszą   tędy   przejeżdżać,   chyba   że   chcą   jechać   przez 

Birmingham albo Walford. Niekiedy wybierają inne zwariowane trasy. Może tak być i dzisiaj. 

Więc,  jeżeli   rzecz   nie  wypali,   dajcie  chłopakom  premię   i  odeślijcie   ich  do  domu,   aż  do 

następnego razu.

- Wiedzą, co jest grane - rzekł Jacko.

- Dobra. Jeszcze coś?

Mężczyźni milczeli, więc Tony wydał końcowe instrukcje.

- Wszyscy mają być w maskach i w rękawiczkach. Nikt się nie odzywa.

Spojrzał po kolei na trzech mężczyzn, oczekując potwierdzenia, po czym rzekł:

- Okay, odwieźcie mnie.

Nie było żadnych rozmów, podczas gdy czerwony fiat lawirował małymi uliczkami do 

zaułka za salą bilardową.

Tony wysiadł i, oparłszy się o przednie drzwiczki, powiedział przez otwarte okno:

- To dobry plan i jeśli się sprawicie, jak trzeba, musi się udać. Jest kilka nie znanych 

background image

haczyków:   zabezpieczenia,   ludzie   w   środku   furgonetki.   Zachować   spokój,   robić   swoje   i 

odpieprzymy to. I nie skoście nikogo tym cholernym rozpylaczem, do licha! - dorzucił po 

chwili.

Wszedł tylnymi drzwiami do sali bilardowej. Walter rozgrywał bile przy jednym ze 

stołów. Wyprostował się na odgłos otwieranych drzwi.

- W porządku, Tony?

Tony podszedł do okna. Niebieski morris stał w tym samym miejscu.

- Przyjaciele siedzieli na tyłkach? - zapytał.

- Tak. Omal się nie zakopcili na śmierć.

Jak to dobrze - pomyślał Tony - że policja nie ma dość ludzi, aby śledzić go i w nocy, i 

w dzień. Nadzór od ósmej rano do czwartej po południu miał swoje dobre strony, pozwalał 

mu   uzyskać  alibi  bez  szczególnego  ograniczania  swobody ruchów.  Któregoś dnia  zaczną 

pewnie tropić go dwadzieścia cztery godziny na dobę. Ale zostanie o tym na czas uprzedzony.

- Chcesz się rozerwać? - Walter wskazał kciukiem stół.

- Nie. Mam pracowity dzień - odparł Tony odchodząc od okna. Zszedł na dół, a Walter 

za nim pokuśtykał.

- Pa, pa, Walterze - powiedział wychodząc na ulicę.

- Bywaj, Tony - rzekł Walter. - Bóg z tobą, chłopcze.

8

Dział   wiadomości   bieżących   ożywił   się   nagle.   O   ósmej   był   jeszcze   spokojny  jak 

kostnica, jego ciszę przerywały tylko martwe dźwięki, stukot dalekopisu i szelest czytanych 

przez Cole'a gazet. Teraz trzy maszynistki tłukły w klawisze, jeden z gońców gwizdał jakiś 

przebój, a fotografik w skórzanej marynarce dyskutował z adiustatorem o meczu piłkarskim. 

Napływali  reporterzy.   Cole  zauważył,  że  wszyscy mają  swoje  poranne  nawyki:   jeden  pił 

herbatę, inny zapalał papierosa, jeszcze inny zaglądał na trzecią stronę “Sun”, żeby popatrzeć 

na akt; każdy podpierał się jakimś szczudłem, pomocnym w rozpoczęciu dnia.

Cole wyznawał pogląd, że trzeba ludziom pozwolić na parę minut bezczynności przed 

przystąpieniem do pracy. Sprzyjało to atmosferze porządku i chłodnej rozwagi. Jego szef, 

Cliff Poulson, miał inne podejście.

- Nie zdejmuj płaszcza, chłopcze - mawiał swym akcentem z Yorkshire, łypiąc żabio 

zielonymi oczami. Jego upodobania do migawkowych decyzji, nieustanny pośpiech i pozorna 

jowialność wytwarzały gorączkowy nastrój. Poulson miał fioła na punkcie szybkości. Cole 

nie uważał, by tekst miał nie zdążyć na łamy tylko dlatego, że ktoś jeszcze się nad nim przez 

chwilę zastanowi.

background image

Kevin Hart przyszedł przed pięcioma minutami. Czytał “Mirror”, oparłszy się biodrem 

o biurko. Spodnie jego prążkowanego garnituru układały się z gracją.

- Zadzwoń do Yardu, Kevin! - zawołał do niego Cole i młody człowiek sięgnął po 

telefon.

Na biurku Cole'a leżał gruby zwitek doniesień Bertiego Chiesemana. Cole rozejrzał 

się.   Większość   reporterów   już   przyszła.   Nastała   pora   przydzielania   im   zadań.   Sortował 

informacje,   nabijając   niektóre   na   ostry   metalowy   szpikulec,   inne   wręczał   reporterom   z 

krótkimi wskazówkami.

- Anna, policjant miał kłopoty na Holloway Road; zadzwoń na posterunek i dowiedz 

się, o co chodziło. Jeśli to pijacka burda, daj sobie spokój. Joe, sprawdź w straży, co z tym 

pożarem na East Endzie. Włamanie w Chelsea, Filip. Zajrzyj do książki adresowej Kelly'ego, 

może to mieszkanie jakiejś sławy. Barney, w Camden, w domu przy Queenstow Street, policja 

ujęła ściganego Irlandczyka. Zadzwoń do Yardu i spytaj, czy ma to coś wspólnego z IRA.

Odezwał się brzęczyk wewnętrznego telefonu i Cole podniósł słuchawkę.

- Co masz dla mnie, Arturze?

Cole rozpoznał głos redaktora działu fotograficznego.

- Na razie wygląda na to, że puścimy na rozbryzg wczorajsze głosowanie w Izbie 

Gmin.

- Ale to już było wieczorem w telewizji.

- Dzwonisz, żeby się czegoś dowiedzieć, czy żeby mi mówić, co mam robić?

- Chyba poślę kogoś na Downing Street, niech zrobi dzisiejszą fotkę premiera. Jeszcze 

coś?

- Nic, czego by nie było w porannych gazetach.

- Dziękuję, Arturze.

Cole odłożył słuchawkę. Byłoby marnie otwierać numer wczorajszym tematem. Robił, 

co mógł, żeby go uaktualnić - dwóch reporterów wydzwaniało, aby się dowiedzieć, jakie były 

reakcje. Pociągnęli za język posłów z tylnych ław, ale nie ministrów.

- Był telefon od pani Poulson - zawołał niemłody już reporter z fajką. - Cliff nie 

przyjdzie. Ma delhijską biegunkę.

Cole jęknął.

- Jak zdołał się jej nabawić w Orphington?

- Curry na kolację.

- Okay.

- Spryciarz - pomyślał Cole. Zanosiło się na najbardziej wyprany z wiadomości dzień 

background image

miesiąca i Poulson zachorował. Pomocniczy redaktor był na urlopie, co znaczyło, że Cole 

musiał działać sam.

- Nic z Yardu - oznajmił Kevin Hart podchodząc do biurka Cole'a. - Całą noc był 

spokój.

Cole popatrzył na niego. Hart był bardzo wysoki, miał około dwudziestu trzech lat i 

długą, jasną, kędzierzawą czuprynę.

- To śmieszne - powiedział Cole tłumiąc irytację. - W Scotland Yardzie nigdy nie ma 

spokojnej nocy. Co się dzieje z tym biurem prasowym?

- Moglibyśmy dać materiał “Pierwsza od tysiąca lat noc w Londynie bez zbrodni” - 

wyszczerzył zęby Hart.

Jego niefrasobliwość rozzłościła Cole'a.

- Nigdy nie zadowalaj się taką odpowiedzią z Yardu - powiedział zimno.

Hart poczerwieniał. Poczuł się nieswojo, potraktowany jak raczkujący reporter.

- Mam do nich zadzwonić jeszcze raz?

- Nie - odparł Cole widząc, że strzała trafiła w cel. - Chcę, żebyś mi przygotował tekst. 

Słyszałeś o nowym polu naftowym na Morzu Północnym?

Hart skinął głową.

- Nazywa się Shield.

- Tak. Minister Energetyki ogłosi dzisiaj, kto dostał licencję na eksploatację. Zrób 

awansem   kawałek,   który   przytrzymamy   do   chwili   oświadczenia   ministra.   Opisz,   jakie 

znaczenie ma licencja dla firm, które się o nią ubiegały, i czym się kieruje minister przy 

podejmowaniu decyzji. Po południu możemy wywalić twój kawałek i będzie miejsce na żywą 

informację.

- Okay.

Hart odwrócił się i poszedł do biblioteki. Cole wiedział, że dał mu głupią robotę, jakby 

za karę, ale Kevin połknął pigułkę i nawet się nie skrzywił. Zatrzymał wzrok na plecach 

młodego człowieka. Jego długie włosy i garnitury działały mu na nerwy.  Był też nazbyt 

pewny siebie, ale reporterzy powinni mieć tupet.

Cole wstał i podszedł do stołu adiustatorów. Zastępca szefa działu miał przed sobą 

agencyjną relację z uchwalenia Ustawy Przemysłowej i dostarczony przez reporterów Cole'a 

świeży   materiał.   Cole   spojrzał   mu   przez   ramię   i   zobaczył   w   notatniku   projekt   tytułu: 

“Przyłączcie się do libów - powiedziano protestującym posłom”.

Redaktor poskrobał się po brodzie i rzucił okiem na Cole'a.

- Co o tym myślisz?

background image

- Będzie się kojarzyć z emancypacją, z Women's Lib - powiedział Cole. - Do niczego.

- Ja też tak sądzę - redaktor wyrwał kartkę z bloczka, zgniótł ją i cisnął do metalowego 

kosza. - Jest jeszcze coś nowego?

- Nic. Dopiero co rozdałem zlecenia.

Brodacz skinął głową i popatrzył odruchowo na zegar wiszący przed nim pod sufitem.

- Miejmy nadzieję, że dostaniemy coś przyzwoitego do drugiego wydania.

Cole nachylił się i napisał na bloczku: “Przyłączcie się do liberałów - powiedziano 

protestującym posłom”.

- Brzmi sensowniej, ale prawie to samo.

- Szukasz pracy? - uśmiechnął się szeroko redaktor.

Cole wrócił do biurka. Podeszła Anna Sims.

- Nic z awantury przy Holoway Road - powiedziała. - Banda chuliganów, żadnych 

aresztowań.

- Okay - rzekł Cole.

Joe Barnard odłożył słuchawkę.

- Ten pożar to nic wielkiego, Arturze. Nie było ofiar.

- Ile osób tam mieszkało? - spytał Cole automatycznie.

- Dwoje dorosłych, trójka dzieci.

- A więc pięcioosobowa rodzina uniknęła śmierci. Zrób to.

- Mieszkanie, do którego się włamano, należy do Nicholasa Crosta, to znany skrzypek 

- poinformował Filip Jones.

-   Dobrze   -   odparł   Cole.   -   Zadzwoń   na   posterunek   w   Chelsea   i   dowiedz   się,   co 

skradziono.

- Już to zrobiłem - oświadczył Filip szczerząc zęby. - Brak Stradivariusa.

- Grzeczny chłopiec - uśmiechnął się Cole. - Napisz to, a potem pojedź tam, może 

zrozpaczony maestro udzieli ci wywiadu.

Zadzwonił telefon i Cole podniósł słuchawkę.

Nie przyznałby się do tego, ale sprawiało mu to ogromną uciechę.

Dziewiąta rano

9

Tim Fitzpeterson spłakał się jak bóbr, ale łzy nie przyniosły mu ulgi. Leżał na łóżku z 

twarzą wtuloną w wilgotną poduszkę, każdy ruch był udręką. Chciał zapomnieć, odstręczać 

wszelkie   myśli   niby   karczmarz   gości   od   zatłoczonej   gospody.   Udało   mu   się   na   chwilę 

wyłączyć umysł i nawet się zdrzemnął, ale zaraz się obudził zbolały i zrozpaczony.

background image

Nie podnosił się z łóżka, bo nie był zdolny do żadnego działania, nie wiedział, gdzie 

pójść i jak spojrzeć komukolwiek w oczy. Rozpamiętywał tylko, ile radości sobie obiecywał, i 

wszystkie okazały się złudą. Cox miał rację, oświadczając mu brutalnie: - “To było najlepsze 

nocne dymanko, jakie się mogło panu trafić”.

Tim nie potrafił wyzbyć się wspomnień, widział jej szczupłe, gibkie ciało, tylko że 

teraz   wspomnienia   te   były  pełne   goryczy.   Pokazała   mu   Raj,   po  czym   zatrzasnęła   drzwi. 

Oczywiście udawała ekstazę, a rozkosz Tima była najprawdziwsza. Jeszcze kilka godzin temu 

rozważał nowe życie wzbogacone erotycznymi doznaniami, o jakich nie miał pojęcia. Teraz 

zatracił sens jutra.

Z   boiska   dochodził   go   zgiełk   bawiących   się   dzieci,   krzyki,   wrzaski,   sprzeczki; 

zazdrościł im beztroskiego życia. Przywołał swój obraz z lat szkolnych, chłopca w czarnej 

kurtce i krótkich szarych spodniach, który idąc do szkoły, przemierzał trzy mile po wiejskich 

drogach   Dorset.   Był   najzdolniejszym   uczniem,   ale   nie   miało   to   większego   znaczenia. 

Nauczono go jednak dobrze arytmetyki i wyrobiono mu miejsce w szkole ogólnokształcącej, 

a na tym mu właśnie zależało.

Pamiętał, że brylował w gimnazjum. Był przywódcą paczki, która organizowała gry 

sportowe i rozróby w klasie. Dopóki nie zaczął nosić okularów.

Próbował sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek w życiu był równie zrozpaczony, jak 

dziś.   I   przypomniał   sobie   ten   dzień,   gdy  przyszedł   do   szkoły   w   okularach.   Początkowo 

koledzy z paczki byli skonsternowani, potem rozbawieni, a następnie zaczęli patrzeć na niego 

ze wzgardą. W czasie przerwy ciągnął za nim tłum skandujący: - Czterooki, czterooki! - Po 

lunchu chciał zebrać drużynę do meczu piłki nożnej, ale John Wilcott oświadczył:

- To gra nie dla ciebie.

Tim schował okulary do futerału i trzasnął Wilcotta w głowę, ale Wilcott był silny, a 

Tim, którego przywództwo wynikało z silnej osobowości, nie umiał się bić. Został w szatni, 

aby zatamować krew z rozbitego nosa, podczas gdy Wilcott dobierał skład drużyny.

Próbował  się  odegrać  na  lekcji  historii,  ciskając  w Wilcotta  nasycone  atramentem 

kulki   pod   nosem   panny   Percival,   zwanej   starą   Percy.  Ale   pobłażliwa   zazwyczaj   Percy 

postanowiła tego dnia dokręcić śrubę i odesłała Tima do dyrektora, gdzie dostał sześć razy po 

tyłku. W drodze do domu wdał się w nową bitwę, znów przegrał i rozerwał sobie kurtkę; aby 

sprawić   mu   nową,   matka   wzięła   pieniądze   z   oszczędności   Tima,   a   upragnione   radio 

kryształkowe mógł dopiero kupić za sześć miesięcy. Był to najczarniejszy dzień w młodym 

życiu Tima, a jego przywódcze cechy pozostały stłumione aż do czasów, kiedy poszedł do 

Colleg'u i wstąpił do partii.

background image

Przegrana   bójka,   rozdarta   kurtka,   sześć   batów   -   chciałby   mieć   dzisiaj   takie 

zmartwienia. Na boisku przy szkole rozległ się gwizdek i hałasujące dzieci raptownie umilkły. 

Moje kłopoty mogłyby się skończyć równie nagle - stwierdził Tim zafrapowany tą myślą.

Po co miałbym dalej żyć? - zastanawiał się.

Dobra   posada,   reputacja,   sukcesy   w   rządzie   -   wszystko   to   zdawało   się   nie   mieć 

znaczenia.   Gwizdek   szkolny   oznaczał,   że   minęła   dziewiąta.   O   tej   porze   Tim   powinien 

przewodniczyć zebraniu komisji, poświęconemu zdolnościom produkcyjnym różnego typu 

elektrowni.

Jak mogłem kiedykolwiek zajmować się czymś tak wypranym z wszelkiego sensu? 

pomyślał   o   swoim   wymarzonym   projekcie:   prognozie   potrzeb   energetycznych   przemysłu 

brytyjskiego do roku dwutysięcznego. Nie umiał wykrzesać z siebie entuzjazmu. Przyszły mu 

na myśl córki, lecz spotkanie z nimi napawało go lękiem. W ustach czuł nieustanną gorycz. 

Jakie to ma znaczenie, kto wygra najbliższe wybory? Losy Wielkiej Brytanii kierowane są 

przez siły niezależne od jej przywódców. Zawsze wiedział, że jest to tylko gra, i nie chciał już 

nigdy więcej ubiegać się o żadne nagrody.

Nie miał nikogo, komu mógłby się zwierzyć, nikogo. Wyobraził sobie rozmowę z 

żoną:

-   Kochanie,   postąpiłem   głupio   i   nielojalnie.   Dałem   się   uwieść   kurwie,   pięknej 

dziewczynie, i szantażowano mnie...

Julia spojrzy lodowato. Widział jej twarz, pełną odrazy, widział, jak się przed nim 

wzdraga. Wyciągnie w jej stronę rękę i usłyszy: - Nie dotykaj mnie! - Nie, nie mógł nic 

powiedzieć Julii; przynajmniej do czasu, aż się wyleczy z ran, ale nie sądził, aby żył tak 

długo.

Kto jeszcze? Koledzy z rządu powiedzą: - Dobry Boże, Tim, stary chłopie, okropnie 

nam przykro... - i natychmiast zaczną się od niego odwracać, kiedy wyjdzie szydło z worka. 

Będą się starali nie mieć nic wspólnego z tym, co go spotkało, i nie pokazywać się z nim zbyt 

często; może nawet zdobędą się na jakieś morały dla podkreślenia swego purytanizmu. Nie 

czuł do nich niechęci z tego powodu, bo sam w takiej sytuacji zachowałby się podobnie.

Jego zastępca, może nawet okaże mu przyjazne zrozumienie, ale to młody człowiek; 

nie wie, jak wiele zależy od wierności w dwudziestoletnim małżeństwie. Poradzi cynicznie, 

żeby wszystko zataił i dał sobie spokój z wyrzutami sumienia.

Może siostra? Prosta kobieta, wyszła za stolarza i zawsze trochę zazdrościła Timowi. 

Będzie się w tym pławiła. Nie mógł jej brać pod uwagę.

Ojciec nie żył, matka już się zestarzała. Czyżby miał tak mało przyjaciół? Co zrobił ze 

background image

swym życiem? Nie ma nikogo, kto by go kochał, na dobre i złe? Ale zapewne taka więź musi 

być obopólna, a on postarał się o to, aby nie musiał wspierać nikogo, aby nikt nie był mu w 

życiu ciężarem.

Znikąd   wsparcia.   Mógł   jedynie   liczyć   na   siebie.   Jak   postępujemy   -   rozmyślał   - 

przegrywając   z   kretesem   wybory?   Trzeba   się   przegrupować,   ułożyć   scenariusz   na   lata 

opozycji,   zacząć   od   podkopywania   fundamentów,   a   gniew   i   rozczarowanie   winny   być 

paliwem do walki. Starał się wykrzesać z siebie odwagę, nienawiść i gorycz, aby odmówić 

zwycięstwa Coxowi, ale odczuwał tylko tchórzostwo i urazę. Zdarzało się, że przegrywał 

bitwy i doznawał upokorzeń, lecz był przecież mężczyzną, a mężczyźni mają siłę do walki, 

czyż nie?

Jego   siła   miała   zawsze   źródło   w   pewnym   wizerunku,   jaki   sobie   sam   stworzył: 

Kulturalny, solidny, cieszący się zaufaniem, lojalny i odważny; potrafił z dumą wygrywać i z 

godnością przyjmować porażki. Tony Cox ukazał mu całkiem inny obraz: był na tyle naiwny, 

że pozwolił się uwieść byle gęsi, na tyle słaby, że popełnił zdradę przy pierwszej próbie 

szantażu, na tyle strachliwy, że pełzał po podłodze i błagał o litość.

Zacisnął mocno powieki, lecz ten obraz wdzierał mu się w oczy. Pozostanie przy nim 

do końca życia.

Ale nie musi to trwać długo.

Wreszcie się ruszył. Usiadł na brzegu łóżka, po chwili wstał. Na prześcieradle była 

krew, jego krew, znak hańby. Słońce przemieściło się na niebie i świeciło prosto w okno. Tim 

chciał je zamknąć, ale był to dla niego zbyt duży wysiłek. Pokuśtykał z sypialni do saloniku, a 

stamtąd do kuchni. Imbryk i dzbanek do herbaty znajdowały się wciąż tam, gdzie ona je 

zostawiła. Trochę herbaty rozsypała na żaroodpornym blacie firmy “Formica” i nie raczyła 

wstawić butelki z mlekiem do lodówki.

Apteczka   była   wysoko   w   zamkniętym   kredensie,   poza   zasięgiem   dzieci.   Tim 

przysunął stołek  po płytkach “Marleya”, jakimi  wyłożona była  podłoga,  i stanął  na nim. 

Klucz leżał na kredensie. Otworzył drzwiczki i wyjął puszkę po herbatnikach z widokiem 

katedry w Durham na wieczku.

Zszedł ze stołka. W puszce były bandaże, nożyczki, maść antyseptyczna, lek przeciw 

kolce dla niemowląt, pognieciona tuba kremu do opalania “Ambre Solaire” i duża, pełna 

fiolka   tabletek   nasennych.   Wysypał   je   i   zakręcił   flakonik.   Z   drugiego   kredensu   wyjął 

szklankę. Niczego nie porządkował. Nie zebrał rozsypanej herbaty, nie schował puszki, nie 

zatrzasnął drzwiczek do kredensu z zastawą stołową. Uznał, że nie ma już takiej potrzeby.

Zaniósł szklankę i tabletki do saloniku i umieścił na biurku. Stał tam tylko telefon, 

background image

zawsze po skończeniu pracy uprzątał je starannie.

Otworzył   barek   pod   telewizorem.   Tu   właśnie   był   alkohol,   którym   chciał   ją 

poczęstować. Whisky, dżin, wytrawne sherry, porządna brandy i nie odpieczętowana butelka 

francuskiej śliwowicy, którą ktoś przywiózł z Dordogne. Wybór Tima padł na dżin, chociaż 

go nie lubił.

Nalał sobie do szklanki i usiadł w wysokim krześle za biurkiem.

Nie miał dość wytrwałości, by czekać, może latami, na zemstę, która przywróciłaby 

mu szacunek dla samego siebie. Nie mógł teraz zaszkodzić Coxowi, bo wyrządziłby jeszcze 

większą szkodę sobie. Zdemaskowanie Coxa zdemaskowałoby Tima.

Jednakże zmarli nie czują bólu.

Mógł zniszczyć Coxa, a potem umrzeć.

W tej sytuacji nie miał innego wyboru.

10

Na stacji Waterloo czekał na Hamiltona inny szofer, tym razem w jaguarze. Służbowy 

rolls-royce prezesa padł ofiarą kampanii oszczędnościowej. Smutno, że związki zawodowe 

nie doceniały tego gestu. Szofer dotknął czapki, otworzył drzwiczki i Derek Hamilton bez 

słowa wsiadł do samochodu.

Kiedy ruszyli, podjął decyzję. Nie pojedzie prosto do biura.

- Zawieź mnie do Nataniela Fetta - polecił. - Wiesz, gdzie to jest?

- Tak, proszę pana - odrzekł szofer.

Przejechali Most Waterloo i skręcili w Aldwych, kierując się ku City. Hamilton i Fett 

uczęszczali razem do ekskluzywnej szkoły westminsterskiej; Nataniel Fett, senior, wiedział, 

że   jego   syn   nie   będzie   tam   cierpiał   z   powodu   swego   żydowskiego   pochodzenia,   a   lord 

Hamilton miał nadzieję, że po tej szkole jego syn nie będzie “głuptasem z wyższych sfer”, 

wedle określenia Jego Lordowskiej Mości.

Obaj   chłopcy   wychowywali   się   w   podobnym   otoczeniu.   Obaj   mieli   zamożnych, 

dynamicznych ojców i piękne matki; obaj wywodzili się z intelektualnych domów, w których 

politycy bywali na kolacjach; obaj dorastali wśród dobrych obrazów i niezliczonych książek. 

Ich przyjaźń pogłębiała się, jednakże gdy dwaj młodzieńcy wstąpili do Oxfordu, Fett do 

College'u imienia Baliola, Derek do Magdaleny - dom Hamiltonów stracił na tym wyborze. 

Derek doszedł do wniosku, że intelekt jego ojca jest płytki. Stary Fett rozprawiał pobłażliwie 

na temat  malarstwa abstrakcyjnego, komunizmu i bebop jazzu, po czym  rozszarpywał to 

wszystko na strzępki z precyzją chirurga. Lord Hamilton wyznawał te same konserwatywne 

poglądy, ale dawał im wyraz w grzmiących frazesach rodem z Izby Lordów.

background image

Derek uśmiechnął się do siebie. Był zbyt surowy dla swego ojca; może synowie są 

zawsze tacy. Niewielu ludzi znało się lepiej na politycznych utarczkach; spryt starego dał mu 

rzeczywistą władzę, podczas gdy ojciec Nataniela był zbyt mądry, aby chciał się ubiegać o 

wpływy w sprawach państwowych.

Nataniel   odziedziczył   po   ojcu   roztropność,   dzięki   czemu   zrobił   karierę.   Firma 

maklerska,   która   od   sześciu   pokoleń   należała   do   pierworodnych   synów,   nieodmiennie 

Natanielów Fettów, została przez siódmego z nich przekształcona w bank handlowy. Ludzie 

zawsze zasięgali rady u Nataniela, nawet w szkole. Teraz był doradcą w sprawie łączenia 

spółek, wypuszczania akcji i przejmowania własności.

Samochód stanął, a Hamilton powiedział:

- Proszę na mnie zaczekać.

Biura   Nataniela   Fetta   nie   robiły   imponującego   wrażenia;   firma   nie   musiała 

udowadniać, że jest bogata. Na drzwiach od ulicy, nie opodal Banku Angielskiego, widniała 

tylko   mała   tabliczka   z   nazwiskiem.   Wejście   było   wciśnięte   między   dwa   sklepy:   z 

sandwiczami   i   z   tytoniem.   Przypadkowy   obserwator   mógłby   pomyśleć,   że   prowadzi   do 

niewielkiej i nietęgo prosperującej firmy spedycyjnej lub ubezpieczeniowej, jeśli nie wiedział, 

jak daleko po obu stronach ciągną się tereny przedsiębiorstwa.

Wnętrze   było   raczej   wygodne   aniżeli   dostatnie,   z   klimatyzacją,   dyskretnym 

oświetleniem   i   starymi   dywanami,   które   zakrywały   prawie   całą   podłogę.   Ten   sam 

przypadkowy obserwator mógłby przypuszczać, że obrazy wiszące na ścianach są kosztowne. 

Mógłby mieć rację i mógłby się mylić: były kosztowne, lecz nie wisiały na ścianach. Były 

wpuszczone   między   cegły,   przesłonięte   pancernym   szkłem,   na   tapetach   znajdowały   się 

jedynie atrapy ram.

Hamilton został wprowadzony prosto do biura na parterze. Nataniel siedział w fotelu, 

czytając “Financial Times”. Wstał i uścisnęli sobie dłonie.

- Nigdy cię nie widziałem siedzącego przy biurku - powiedział Hamilton. - Czy to 

dekoracja?

- Siadaj, Derek. Kawa, herbata, sherry?

- Proszę o szklankę mleka.

- Jak sobie życzysz. Walerio - dał znak sekretarce, która opuściła gabinet. - Biurko... 

tak, nigdy go nie używam. Wszystko, co mam do napisania, dyktuję, a wszystko, co czytam, 

nie jest aż tak ciężkie, by nie dało się utrzymać w rękach. Dlaczego miałbym tkwić przy 

biurku niby skryba z Dickensa?

- A więc dekoracja.

background image

- To biurko jest tu dłużej niż ja. Zbyt duże, by je przecisnąć przez drzwi, i zbyt cenne, 

aby je porąbać. Myślę, że budynek wzniesiono naokoło tego biurka.

Hamilton uśmiechnął się. Waleria przyniosła mu mleko i wyszła. Pijąc popatrywał na 

przyjaciela. Fett i jego gabinet pasowali do siebie. Fett był nieduży, ale też i nie mały. Gabinet 

także. Fett był ciemny, lecz nie posępny, pogodny, lecz nie frywolny, i to samo odnosić się 

mogło do gabinetu. Miał szkła w ciężkiej oprawce i smarował włosy brylantyną. Nosił krawat 

elitarnego klubu, oznakę społecznej przynależności; Hamilton pomyślał, że to jedyny akcent 

jego żydowskiego pochodzenia.

- Czytałeś o mnie? - spytał odstawiając szklankę.

-   Wyrywkowo.   Reakcja   do   przewidzenia.   Dziesięć   lat   temu   przy   analogicznych 

rezultatach w spółce takiej, jak Hamilton Holdings, giełda zafalowałaby, począwszy od akcji 

sprzętu elektronicznego po ceny cynku. Dzisiaj to tylko jeszcze jeden syndykat w tarapatach. 

Jest na to słowo: recesja.

Hamilton westchnął.

- Dlaczego to robimy, Natanielu? - zapytał.

- Przepraszam, co mówisz? - zaniepokoił się Fett.

Derek wzruszył ramionami.

- Dlaczego pracujemy ponad siły, zarywamy noce, ryzykujemy majątkiem.

- I nabawiamy się  wrzodów - uśmiechnął  się Fett,  ale w jego zachowaniu  zaszła 

subtelna zmiana. Oczy za grubymi soczewkami szkieł zwęziły się, przygładził szczeciniaste 

włosy na karku, gestem obronnym, tak dobrze znanym Hamiltonowi. Fett wycofywał się na 

pozycję ostrożnego doradcy, służącego przyjacielską, obiektywną poradą. - Dla pieniędzy. 

Czy to nie dosyć? - odpowiedział z wyważoną obojętnością.

Hamilton potrząsnął głową. Zawsze trzeba było przynajmniej dwa razy zachęcać jego 

przyjaciela, aby wypłynął na głębszą wodę.

- Ekonomia na poziomie szóstej klasy - powiedział ironicznie. - Zarobiłbym więcej 

sprzedając   swoją   schedę   i   składając   pieniądze   w   kasie   oszczędności.   Większość   ludzi   z 

dużym biznesem mogłaby żyć wygodnie do śmierci, gdyby postąpiła w ten sposób. Czemu 

konserwujemy nasz majątek i staramy się go powiększać? Z chciwości, żądzy władzy czy dla 

przygody. Czy wszyscy jesteśmy niepoprawnymi hazardzistami?

- Podejrzewam, że to Ellen coś takiego ci powiedziała - zauważył Fett.

Hamilton zaśmiał się.

- Masz rację, ale zadajesz mi ból sądząc, że sam bym na to nie wpadł.

- Och, wątpię, abyś tak uważał. Po prostu Ellen ma dar wypowiadania na głos twoich 

background image

myśli. Tak czy owak, nie powtarzałbyś mi tego, gdyby jej słowa nie trafiły na podatny grunt. 

Derek, uważaj, żebyś nie stracił Ellen - dorzucił po pauzie.

Przez chwilę patrzyli na siebie, po czym obaj odwrócili spojrzenia. Zapadła cisza. 

Dotarli do granicy intymności, na jaką pozwalała im przyjaźń.

- Możemy się spodziewać zuchwałej oferty w ciągu najbliższych dni - odezwał się w 

końcu Fett.

- Dlaczego? - zdziwił się Hamilton.

- Ktoś może pomyśleć, że mógłby cię dorwać po okazyjnej cenie, korzystając z tego, 

że jesteś teraz przygaszony i że ogarnęła cię panika po ogłoszeniu tymczasowych wyników.

- I co byś wówczas doradzał? - spytał w zamyśleniu Hamilton.

- To by zależało od propozycji. Ale prawdopodobnie powiedziałbym: zaczekaj. Dzisiaj 

powinniśmy wiedzieć, czy dostałeś tę licencję na obszary roponośne.

- Shield.

- Właśnie. Gdy wygrasz, twoje akcje podskoczą.

- Mimo to mamy kiepskie widoki na jakikolwiek zysk.

- Ale jesteś idealnym materiałem dla upychacza aktywów.

- Interesujące - zadumał się Hamilton. - Hazardzista złożyłby ofertę dzisiaj, przed 

oświadczeniem ministra. Oportunista zrobiłby to jutro. Prawdziwy inwestor zaczekałby do 

przyszłego tygodnia.

- A człowiek mądry wszystkim trzem powiedziałby: nie .

- Pieniądze to nie wszystko - uśmiechnął się Hamilton.

- Dobry Boże!

- Czy to aż taka herezja?

- Bynajmniej - rzekł rozbawiony Fett, oczy zaiskrzyły mu się za okularami. - Wiem to 

od lat. Dziwi mnie tylko, że ty to mówisz.

- Ja też jestem zdziwiony - odparł Hamilton i dodał po chwili: - Czysta ciekawość. 

Uważasz, że dostaniemy tę licencję?

Nie potrafię powiedzieć. - Nagle twarz maklera stała się znów nieczytelna. - To zależy 

od tego, czy minister sądzi, że powinna ją dostać dobrze prosperująca spółka jako rodzaj 

premii, czy kulejąca jako pas ratunkowy.

- Hmm. Podejrzewam, że ani to, ani to. Pamiętaj, my tylko stoimy na czele syndykatu. 

A liczy się cały pakiet. Kontrolny sektor Hamiltona zapewnia kontakty z City i ekspertyzę 

menedżerską. Raczej organizujemy pieniądze, niż dostarczamy je z własnej kieszeni. Reszta 

grupy to: doświadczenie techniczne, znajomość zagadnień ropy naftowej, marketing i tak 

background image

dalej.

- A więc masz niezłe szanse.

- Sokrates - uśmiechnął się Hamilton.

- Jak to?

- Zawsze zmuszał ludzi, by sami odpowiadali sobie na pytania. Muszę już iść.

Fett odprowadził go do drzwi.

- Derek, co do Ellen... mam nadzieję, że nie masz mi za złe tego, co powiedziałem...

- Nie. Cenię twoje zdanie. - Uścisnęli sobie dłonie.

Fett skinął głową i otworzył drzwi.

- Cokolwiek zrobisz, nie ulegaj panice.

- Szafa gra - rzekł Hamilton wychodząc i nagle uświadomił sobie, że od trzydziestu lat 

nie posłużył się tym zwrotem.

11

Dwóch policjantów na motocyklach zaparkowało maszyny po obu stronach tylnego 

wejścia do banku. Jeden z policjantów wyciągnął legitymację i przycisnął ją do okienka przy 

drzwiach.   Człowiek   za   szybą   uważnie   obejrzał   dokument,   po   czym   podniósł   słuchawkę 

czerwonego telefonu i coś powiedział.

Czarna furgonetka bez oznaczeń wjechała między motocykle, ustawiając się maską 

przy drzwiach. Boczne okna szoferki zabezpieczone były od wewnątrz drucianą siatką, A 

dwaj mężczyźni mieli na sobie podobne do policyjnych mundury i kaski z przezroczystymi 

wizjerkami. Skrzynia furgonetki była pozbawiona okien, mimo że wewnątrz znajdował się 

jeszcze jeden strażnik.

Dwa dalsze policyjne motocykle podjechały za furgonetką, zamykając konwój.

Stalowe drzwi budynku uniosły się gładko i bezdźwięcznie, wpuszczając furgonetkę 

do krótkiego tunelu, jasno oświetlonego jarzeniówkami. Dalszą drogę blokowały następne 

drzwi, identyczne jak pierwsze. Furgonetka zatrzymała się, drzwi za nią zostały opuszczone. 

Motocykliści czekali na ulicy.

Kierowca furgonetki uchylił szybkę.

- Dzieńdoberek - powiedział wesoło przez drucianą siatkę do mikrofonu na stojaczku.

W   ścianie   tunelu   widniała   duża   szklana   tafla.   Bystrooki   mężczyzna   w   koszuli   z 

krótkimi rękawami przemówił do mikrofonu zza kuloodpornej szyby:

- Hasło, proszę! - Wzmocniony głos rezonował w niewielkiej przestrzeni.

-   Obeasz,   sługa   Boży   -   odpowiedział   kierowca,   który   nazywał   się   Ron   Biggins. 

(Kontroler, który ustalał dzisiejszy szyfr, był diakonem u baptystów.)

background image

Mężczyzna z  krótkimi  rękawami  nacisnął duży czerwony guzik w białej  ścianie  i 

drugie stalowe drzwi uniosły się do góry.

- To skurwysyn - mruknął Ron Biggins, wolno podjeżdżając furgonetką do przodu. 

Stalowe drzwi zatrzasnęły się za nim.

Znalazł się teraz wewnątrz budynku, w pomieszczeniu bez okien, w którym większą 

część   podłogi   zajmowała   tarcza   obrotowa;   nie   było   tam   żadnego   sprzętu.   Ron   wjechał 

uważnie na oznakowane linie i wyłączył silnik. Obrotnica drgnęła i furgonetka przekręciła się 

o sto osiemdziesiąt stopni, po czym stanęła.

Jej tylne drzwi usytuowane były teraz naprzeciw windy w ścianie. Patrząc w boczne 

lusterko Ron zobaczył, że drzwi windy rozsuwają się i wyłania się zza nich mężczyzna w 

okularach i czarnej marynarce. Miał w ręku klucz i trzymał go przed sobą niby latarkę lub 

pistolet. Odemknął tylne drzwi furgonetki, które następnie otworzyły się od środka, i trzeci 

strażnik wyszedł na zewnątrz.

Z windy wyłoniło się jeszcze dwóch mężczyzn, dźwigających masywną metalową 

skrzynkę rozmiarów walizy. Wpakowali ją do furgonetki i zawrócili po dalszy ładunek.

Ron rozejrzał się wokoło. Pomieszczenie było puste, miało tylko dwa wejścia, trzy 

równoległe   ciągi   świetlówek   i   wentylator   klimatyzacyjny.   Było   nieduże,   w   kształcie 

nieregularnego prostokąta. Ron przypuszczał, że niewielu pracowników banku wie o jego 

istnieniu. Ta winda jeździła zapewne tylko do skarbca, a stalowe drzwi od ulicy nie miały 

widocznego połączenia z głównym wejściem za rogiem.

Stephen Younger, strażnik, który jechał w środku, obszedł furgonetkę i stanął z lewej 

strony przy kabinie. Max Fitch, zmiennik Rona przy kierownicy, opuścił szybkę.

- Wielki szmal dzisiaj - odezwał się Stephen.

-   Nam   i   tak   nic   z   tego   nie   przyjdzie   -   rzekł   kwaśno   Ron   i   zerknął   w   lusterko. 

Załadunek dobiegł końca.

- Szef tych facetów lubi westerny - rzekł Stephen do Maxa.

-  Tak?   -   zainteresował   się   Max.   Był   tu   po   raz   pierwszy  i   urzędnik   w   pasiastych 

spodniach nie wyglądał mu na miłośnika Johna Wayne'a. - Skąd wiesz? - zapytał.

- Patrz. Właśnie nadchodzi.

Urzędnik podszedł do okienka od strony Rona i rzucił:

- W drogę, kowboje!

Max parsknął próbując ukryć śmiech. Stephen ruszył na tył furgonetki i wsiadł do 

środka. Urzędnik zamknął za nim drzwi.

Trzej pracownicy bankowi zniknęli w windzie. Przez dwie-trzy minuty nic się nie 

background image

działo, po czym stalowe drzwi się podniosły. Ron zapuścił silnik i wjechał w tunel. Zaczekali, 

aż wewnętrzne drzwi się zamkną, a zewnętrzne otworzą. Tuż przed odjazdem Max rzucił do 

mikrofonu:

- Bywaj, szeryfie.

Furgonetka   wytoczyła   się   na   ulicę.   Eskorta   motocyklowa   czekała   w   gotowości. 

Ustawili się po dwóch z przodu oraz z tyłu i konwój ruszył w kierunku wschodnim.

Na  wielkim skrzyżowaniu  w  East  Endzie  skręcili  w drogę A-11. Obserwował  ten 

manewr postawny mężczyzna w szarym płaszczu z welwetowym kołnierzem i natychmiast 

udał się do budki telefonicznej.

- Zgadnij, kogo zobaczyłem - odezwał się Max Fitch.

- Nie mam pojęcia.

- Tony Coxa.

Reakcja Rona była obojętna.

- Kim on jest, kiedy bywa w domu?

-   Boksował   kiedyś.   Całkiem   nieźle.  Widziałem,   jak   znokautował   Kida  Vittorio   w 

Bethnal Green Baths, jakieś dziesięć lat temu. Piekielnie szybki.

Max pragnął właściwie być detektywem, ale nie zdał policyjnego sprawdzianu na 

inteligencję  i  został  strażnikiem.  Naczytał  się  mnóstwa  kryminałów  i  uległ  złudzeniu,  że 

najpotężniejszą   bronią   wydziału   śledczego   jest   logiczna   dedukcja.   W   domu   zwykł 

wynajdywać w popielniczce uszminkowane niedopałki, po czym obwieszczał uroczyście, że 

odwiedziła ich pani Ashford, sąsiadka zza ściany.

Zakręcił się niespokojnie na siedzeniu.

- W takich skrzynkach trzymają zużyte banknoty, no nie? - spytał.

- Tak - odparł Ron.

- To znaczy, że jedziemy do spalarni w Essex - powiedział z dumą Max. - Prawda, 

Ron?

Ron wpatrywał się z namarszczonym czołem w jadących na przodzie motocyklistów. 

Jako najstarszy w konwoju, on jeden wiedział, dokąd jadą. Jednakże nie myślał ani o trasie, 

ani o wykonywanym zadaniu, ani też o byłym bokserze Tony Coxie. Usiłował pojąć, dlaczego 

jego najstarsza córka zakochała się w hippisie.

12

Biuro   Feliksa   Laskiego   w   Poultry   nie   miało   w   ogóle   szyldu   z   jego   nazwiskiem. 

Mieściło   się   w   starym   budynku,   wpasowanym   między   inne,   o   całkiem   odmiennej 

architekturze. Gdyby Laski mógł dostać pozwolenie od architekta miejskiego na rozbiórkę i 

background image

zbudować wieżowiec - zarobiłby miliony. Jednakże dom nadal tkwił na swym miejscu, a 

Laski   miał   w   nim   zamrożone   kapitały.  Ale   sądził,   że   czas   rozprawi   się   z   restrykcjami 

budowlanymi; gdy chodziło o interesy, potrafił być cierpliwy.

Prawie cały budynek był podnajęty. Większość najemców stanowiły oddziały małych 

zagranicznych   banków,   którym   potrzebny   był   adres   w   pobliżu   Banku  Angielskiego   na 

Threadneedle   Street,   i  eksponowały  wyraźnie   swoje   nazwy.  Wskutek   tego   mniemano,   że 

Laski jest zaangażowany w bankowość, a on podsycał to mylne wrażenie w każdej możliwej 

formie z wyjątkiem bezpośredniego kłamstwa. Zresztą był właścicielem jednego z banków.

Wyposażenie biura było stosowne, ale tanie: stare solidne maszyny do pisania, biurka 

kupione  z   drugiej   ręki,  podniszczone  szafy na   akta  i   wyświechtane  dywaniki.   Jak  każdy 

mężczyzna w średnim wieku, który osiągnął sukces, Laski lubił objaśniać swe dokonania 

aforyzmami, a ten, który sobie najbardziej upodobał, brzmiał: “Nigdy nie wydaję pieniędzy, 

ja tylko inwestuję”. Spośród wszystkich aforyzmów ten był najbliższy prawdy. Jego dom, 

niewielka rezydencja w hrabstwie Kent, ciągle zyskiwał na wartości, od czasu, gdy go nabył 

wkrótce po wojnie; jego posiłki miewały często charakter służbowy - służyły mianowicie 

interesom; nawet obrazy - nie wieszał ich, lecz zamykał w kasie pancernej - kupował dlatego, 

ponieważ   jego   marszand   mówił,   że   ich   cena   wzrośnie.   Pieniądze   były   dla   niego   jakby 

umownymi banknotami przy grze w “Monopol”: pragnął ich nie dlatego, co mógł za nie 

kupić, lecz dlatego, że były mu potrzebne do gry.

Wiódł życie całkiem wygodne. Nauczyciel w szkole podstawowej bądź żona robotnika 

rolnego powiedziałaby, że pławi się w nieprzyzwoitym luksusie.

Pokój, który mu służył jako biurowy gabinet, był niewielki. Znajdowało się w nim 

biurko z trzema telefonami, obrotowy fotelik, dwa krzesła dla klientów, a pod ścianą długa, 

miękka kanapa. Półka obok ściennego sejfu była zapchana ciężkimi foliałami z dziedziny 

podatków i prawa handlowego. Było to pomieszczenie odarte z osobowości, bez obrazów na 

ścianach, bez idiotycznych oprawek z plastiku do wtykania długopisów, bez popielniczek 

przywiezionych z wycieczki do wioski Clovelly w hrabstwie Devon lub podkradzionych w 

Hiltonie.

Sekretarką   Laskiego   była   sprawna,   ale   trochę   za   gruba   dziewczyna,   nosząca   kuse 

spódnice. Często powtarzał ludziom, że gdy rozdawano seksapil, Carol była gdzie indziej i 

pobierała dodatkowy przydział komórek mózgowych. Był to dobry angielski żart w rodzaju 

tych, jakie dyrektorzy opowiadali sobie w stołówce dla kierownictwa. Kiedy Carol przyszła 

do biura o dziewiątej dwadzieścia pięć, zastała stos korespondencji “do wysłania”, mimo że 

wczoraj wszystko załatwiła. Laski lubił tak pracować. Robiło to wrażenie na personelu i 

background image

pomagało neutralizować zawiść. Carol nie ruszyła papierów przed podaniem mu kawy. To 

także lubił.

Siedział właśnie na kanapie, schowany za płachtą “Timesa”, z kawą na podorędziu, 

postawioną na oparciu krzesła, kiedy zjawiła się Ellen Hamilton.

Zamknęła cicho drzwi i przeszła na palcach po dywanie. Dostrzegł ją dopiero wtedy, 

gdy stanęła przed nim i odsunęła gazetę. Nagły szelest sprawił, że podskoczył jak oparzony.

- Panie Laski - powiedziała.

- Pani Hamilton - odpowiedział.

Uniosła spódniczkę do pasa, mówiąc:

- Pocałuj mnie na dzień dobry!

Pod spódniczką miała staroświeckie pończochy, ale nie miała majtek. Laski pochylił 

się do przodu i wtulił twarz w kędzierzawe, słodkawo pachnące włosy.  Serce zabiło mu 

szybciej i odczuł niegodziwą rozkosz, podobnie jak wtedy, gdy robił to po raz pierwszy w 

życiu.

Odsunął się do tyłu i popatrzył na nią.

- Podoba mi się sposób, w jaki udaje ci się podświńtuszać seks - powiedział składając 

gazetę i upuszczając ją na podłogę.

- Po prostu czasami łapie mnie podniecenie - oświadczyła, opuściwszy spódnicę.

Uśmiechnął   się   ze   zrozumieniem   i   błądził   oczami   po   jej   sylwetce.   Dobiegała 

pięćdziesiątki, miała małe, sterczące piersi i była bardzo szczupła. Starzejącą się cerę ratowała 

opalenizną, konserwowaną przez całą zimę pod lampą kwarcową. Włosy miała czarne, proste, 

krótko  przystrzyżone;  siwizny  pozbywała  się   szybko   w drogim  salonie   w Knightsbridge. 

Ubrana była w kremowy kostium, bardzo elegancki, bardzo drogi i bardzo angielski. Włożył 

rękę pod jej nienagannie skrojoną spódnicę i podsunął w górę, ku wewnętrznej części uda. 

Jego   palce   z   zuchwałą   poufałością   zapuściły   się   między   pośladki.   Zastanawiał   się,   czy 

ktokolwiek   dałby   wiarę,   że   skromna   żona   szanowanego   Derka   Hamiltona   paraduje   bez 

majtek, by Feliks Laski mógł ją obmacywać, kiedy mu tylko przyjdzie na to ochota.

Podkuliła nogi pod wpływem doznanej przyjemności, po czym odsunąwszy się lekko, 

siadła obok niego na kanapie, gdzie w ciągu ostatnich kilku miesięcy zaspokoiła wiele swych 

najdziwaczniejszych fantazji seksualnych.

W swym obszernym scenariuszu Laski wyznaczył pani Hamilton drugorzędną rolę, 

tymczasem okazała się ona przemiłą niespodzianką.

Poznali się podczas garden party. Gospodarze byli przyjaciółmi Hamiltonów. Dostał 

zaproszenie,   udając   zainteresowanie   syndykatem   gospodarza,   grupą   przedsiębiorstw 

background image

inżynieryjnych.   Był   gorący   lipcowy   dzień.   Kobiety   miały   na   sobie   letnie   sukienki,   a 

mężczyźni   płócienne   marynarki.   Laski   ubrał   się   w   biały   garnitur.   Był   wysoki,   wyglądał 

dystyngowanie i z lekka cudzoziemsko. Miał świadomość, że robi duże wrażenie.

Dla starszych gości był krokiet, dla młodszych tenis, a dla dzieci basen kąpielowy. 

Gospodarze postarali się o niewyczerpany dopływ szampana i truskawek ze śmietaną. Laski 

załatwił interesy z gospodarzem - nawet stworzone przezeń pozory miały solidne podstawy, 

choć  niewielkie  szanse  na realizację. Mimo  to  został  zaproszony bez  entuzjazmu  i  tylko 

dlatego, że właściwie o to poprosił. Dlaczego małżeństwo, mające niewiele pieniędzy, wydaje 

bezsensowne przyjęcie dla ludzi, których nie potrzebuje? Społeczność angielska zaskakiwała 

go. Oczywiście, znał reguły i pojmował ich logikę, ale nigdy nie mógł zrozumieć, dlaczego 

bawiono się w to wszystko.

Psychika kobiet w średnim wieku była mu lepiej znana - ujmując dłoń Ellen Hamilton 

z lekkim ukłonem, dostrzegł w jej oczach błysk. Jej mąż był tłusty, a ona wciąż piękna, co 

pozwalało sądzić, że pójdzie na flirt. Taka kobieta jak ona z pewnością spędza niemało czasu 

głowiąc się, czy nadal może wzbudzać pożądanie. I czy zazna jeszcze kiedykolwiek rozkoszy 

seksualnej.

Laski zaczął odgrywać bawidamka jak przeraźliwie mierny, stary aktorzyna. Przynosił 

jej krzesełka, wzywał kelnerów, by napełniali jej szklankę, i dotykał jej dyskretnie, ale często: 

dłoni, ręki, ramion, biodra. Uznał, że nie ma co tracić czasu na subtelności; jeśli chce być 

uwiedziona,   da   mu   znak   swej   gotowości,   a   jeśli   nie   chce,   nic   nie   może   zmienić   jej 

postanowienia.

Kiedy skończyła truskawki (on nie jadł, takie wyrzeczenie było w dobrym tonie), 

zaczął się z nią powoli oddalać. Przechodzili od grupki do grupki, zatrzymując się, jeśli 

rozmowa ich zaciekawiła, i włączając się do towarzyskich ploteczek. Przedstawiła mu kilka 

osób, on zaś mógł się jej zrewanżować przelotną znajomością z dwoma maklerami. Kiedy 

przyglądali się dzieciom bawiącym się w wodzie, szepnął jej do ucha:

- Przyniosła pani bikini?

Zachichotała. Usiedli w cieniu dorodnego dębu i patrzyli na grających w tenisa, którzy 

znudzili ich swoim profesjonalizmem. Poszli zatem żwirową ścieżką, wijącą się przez mały, 

malowniczy zagajnik, a kiedy znaleźli się z dala od wszystkich - ujął jej twarz w dłonie i 

pocałował. Rozwarła usta, Włożyła mu ręce pod marynarkę i zatopiła palce w pierś z siłą, 

która go zdumiała. Po chwili oderwała się od niego i rozejrzała ukradkiem po ścieżce.

- Zjesz ze mną kolację? Niebawem? - spytał pospiesznie.

- Tak - odparła.

background image

Wtedy  przyłączyli   się   znów   do   towarzystwa   i   po   chwili   rozeszli   w   różne   strony. 

Opuściła przyjęcie bez pożegnania. Nazajutrz wynajął apartament w hotelu przy Park Lane, 

zaprosił ją na kolację z szampanem i wziął do łóżka. W sypialni odkrył, jak bardzo się mylił. 

Oczekiwał, że będzie wygłodniała, lecz łatwa do zaspokojenia. Tymczasem przekonał się, że 

jej seksualne gusty były co najmniej równie wyszukane, jak jego własne. Przez następne kilka 

tygodni robili wszystko, co dwoje ludzi może ze sobą robić; kiedy zbrakło im pomysłów, 

Laski zatelefonował, a wtedy zjawiła się inna kobieta, która wzbogaciła ich seks o serię 

nowych   kombinacji.   Ellen   poddawała   się   wszystkiemu   z   rozkoszną   skrupulatnością. 

Przypominała dziecko w wesołym miasteczku, gdy się nagle okaże, że wszystkie przejażdżki 

są darmowe.

Wspominając patrzył, jak siedzi obok niego na kanapie w jego gabinecie, i ogarnęło 

go uczucie, które inni - tak sądził - określiliby zapewne jako miłość.

- Co ci się we mnie podoba? - spytał.

- Cóż za egoistyczne pytanie!

- Ja ci mówiłem, co w tobie lubię. No, dalej, teraz twoja kolej, aby zadowolić moje 

ego. Więc co?

Popatrzyła w dół na jego kolana.

- Wolno ci zgadywać trzy razy.

Roześmiał się.

- Napijesz się kawy?

- Nie, dziękuję. Idę na zakupy. Wpadłam się tylko trochę popieścić.

- Jesteś starym, bezwstydnym puszczadłem.

- Dość dziwaczne określenie.

- Jak się miewa Derek?

- Jest przygnębiony. Czemu pytasz?

Laski wzruszył ramionami.

-   Interesuje   mnie   ten   człowiek.   Jak   to   się   stało,   że   mając   taki   skarb,   jak   Ellen 

Hamilton, pozwolił mu się wyśliznąć?

Odwróciła wzrok.

- Zmień temat.

- Zgoda. Jesteś szczęśliwa?

- Uśmiechnęła się.

- Tak. Mam błogą nadzieję, że to będzie trwało.

- A dlaczegóżby nie? - spytał niefrasobliwie.

background image

- Nie wiem. Spotykam się z tobą i pieprzę się jak... jak...

- Jak królik.

- Jak co?

- Pieprzyć się jak króliki, to znane określenie.

Zaśmiała się, otwierając szeroko usta.

- Stary głuptasie. Kocham cię, kiedy jesteś taki po prusacku dokładny. Ale wiem, że 

robisz to tylko po to, żeby mnie rozweselić.

- A więc spotykamy się i pieprzymy jak króliki, a ty masz wątpliwości, czy będzie to 

trwało.

- Nie możesz zaprzeczyć, że cała ta sprawa ma kruche podstawy.

- Chciałabyś, żeby było inaczej? - zapytał ostrożnie.

- Nie wiem.

- Zdawał sobie sprawę, że nie mógł od niej otrzymać innej odpowiedzi.

- A ty? - dorzuciła po chwili.

Starał się dobierać słowa.

- Pierwszy raz mam sposobność do refleksji nad permanentnym - lub też odwrotnie - 

charakterem naszego związku.

- Przestań gadać, jakbyś czytał sprawozdanie.

- A ty jak bohaterka romantycznej nowelki. A propos sprawozdania, sądzę, że ono 

właśnie jest powodem depresji Derka.

- Masz rację. Wprawdzie on uważa, że to wrzód, ale ja wiem swoje.

- Jak myślisz, czy sprzeda firmę?

- Chciałabym, żeby to zrobił. Kupiłbyś ją? - spojrzała przenikliwie na Laskiego.

- Być może.

Wpatrywała się w niego przez długą chwilę. Wiedział, że rozważa to, co powiedział, 

szacując możliwości i motywy. Była inteligentną kobietą.

- Muszę już iść - powiedziała decydując się zostawić sprawę w zawieszeniu. - Chcę 

zdążyć do domu na lunch.

Wstali  oboje.  Pocałował  ją w  usta  i  ze  zmysłową  zażyłością  przebiegł  rękami  po 

całym ciele. Ona włożyła mu palec w usta - possał go.

- Do widzenia - powiedziała.

- Zadzwonię do ciebie - rzekł Laski.

Po chwili już jej nie było. Laski podszedł do biblioteczki i utkwił wzrok w okładce 

“Wykazu dyrektorów”. “Mam błogą nadzieję, że to będzie trwało” - dźwięczały mu w uszach 

background image

jej słowa, a on musiał się nad nimi zastanowić. Mówiła czasem w taki sposób, że zmuszało go 

to do myślenia. Subtelna z niej kobieta. Czegóż więc chciała... małżeństwa? Oświadczyła, że 

nie wie, czego chce, i choć niewiele więcej mogła powiedzieć, miał wrażenie, że była szczera. 

A ja czego chcę? - zastanawiał się. - Czy chcę się z nią ożenić?

Usiadł za biurkiem. Miał wiele do załatwienia. Nacisnął guzik interkomu.

-   Zadzwoń   do   Ministerstwa   Energetyki   -   polecił   Carol   -   i   dowiedz   się,   kiedy 

dokładnie, to znaczy o której godzinie, zamierzają ogłosić, która spółka dostała licencję na 

tereny naftowe Shield.

- Rozumiem - odpowiedziała.

- Potem zadzwoń do Fetta i Spółki. Chcę rozmawiać z szefem, z Natanielem Fettem.

- Tak jest.

Pstryknął w górę przełącznik i znów pomyślał: czy chcę się ożenić z Ellen Hamilton?

Odpowiedź, jaka mu się nagle nasunęła, wprawiła go w zdumienie.

Dziesiąta rano

13

Redaktor naczelny “Evening Post” łudził się, że należy do warstwy rządzącej. Syn 

urzędnika   kolejowego,   po  ukończeniu   szkoły,  wdrapywał  się   przez  dwadzieścia   lat   coraz 

wyżej   po   szczeblach   drabiny   społecznej.   Kiedy   chciał   się   dowartościować,   przypominał 

sobie, że jest dyrektorem w Evening Post Ltd. i kształtuje opinię, a pod względem dochodu 

zajmuje pozycję wśród ludzi najbardziej uprzywilejowanych. Nie przychodziło mu do głowy, 

że nigdy nie udałoby mu się kształtować opinii publicznej, gdyby jego poglądy nie były 

zbieżne z poglądami właściciela dziennika, a dyrektorowanie - kaprysem jego mocodawcy. 

Nie   zastanawiał   się   też   nad   tym,   że   przynależność   do   warstw   rządzących   wiąże   się   z 

majątkiem, a nie z uposażeniem. Tak samo nie zdawał sobie sprawy, że jego garnitury z 

kolekcji Cardina, bełkotliwy akcent i dom z czterema sypialniami w Chislehurst ustawiły go 

w   oczach   zgryźliwych   cyników,   takich   jak  Artur   Cole,   w   roli   parweniusza   w   znacznie 

większym stopniu, niż gdyby nosił sukienną czapkę i spinacze rowerowe przy mankietach 

spodni.

Cole   zjawił   się   w   gabinecie   naczelnego   dokładnie   o   dziesiątej,   w   starannie 

zawiązanym krawacie; w głowie miał uporządkowane wszystkie zamysły i przepisaną na 

maszynie listę tematów dla numeru. Zorientował się zaraz, że popełnił błąd. Powinien był 

wtargnąć z dwuminutowym opóźnieniem, z zakasanymi rękawami, aby sprawić wrażenie, że 

z trudem oderwał się od roboty, i zdać pospieszną relację drugorzędnym członkom załogi, co 

się dzieje w naprawdę ważnym miejscu gazety. Jednakże zawsze przypominał sobie o tym 

background image

zbyt późno: krótko mówiąc, był kiepskim dyplomatą. Natomiast warto było popatrzeć, jak 

wkracza na poranną odprawę pozostała część kierownictwa.

Gabinet naczelnego miał szykowny wystrój. Biurko było białe, a fotele pochodziły z 

domu towarowego “Habitat”. Pionowe żaluzje chroniły błękitny dywan przed słońcem, a 

aluminiowo-melaminowe biblioteczki miały drzwiczki z przydymionego szkła. Na bocznym 

stoliku leżały egzemplarze wszystkich porannych gazet i stos wczorajszych wydań “Evening 

Post”.

Naczelny siedział za biurkiem, czytając “Mirror” i ćmiąc cienkie cygaro. Na ten widok 

i Cole nabrał ochoty na papierosa, więc wepchnął sobie w usta gumę do żucia.

Reszta zjawiła się gromadnie: redaktor działu fotograficznego w ciasno opiętej koszuli 

z   opadającymi   na   ramiona   puklami   włosów,   których   pozazdrościłoby   mu   wiele   kobiet; 

redaktor   działu   sportowego   w  tweedowej   marynarce   i   fioletowej   koszuli;   redaktor   działu 

publicystyki i reportażu z fajką i przylepionym do warg uśmieszkiem; szef kolportażu, młody 

człowiek w nieskazitelnym szarym garniturze, który zaczynał od sprzedaży encyklopedii i 

wzniósł się na obecne wyżyny zaledwie w ciągu pięciu lat. Dramatyczne wejście miał w 

ostatniej   chwili   główny   adiustator   i   redaktor   techniczny,   niski   mężczyzna,   krótko 

przystrzyżony, w spodniach z szelkami. Za uchem tkwił mu ołówek.

Kiedy usiedli, naczelny odrzucił “Mirror” na boczny stolik i przysunął się z krzesłem 

do biurka.

- Pierwszy nakład jeszcze nie gotowy? - zapytał.

-   Nie   -  odparł   techniczny,   spoglądając   na   zegarek.   -  Straciliśmy  osiem  minut,   bo 

zerwała się rola.

Naczelny przeniósł wzrok na szefa kolportażu.

- Na ile to wam miesza szyki?

- Jeśli to tylko osiem minut - odpowiedział patrząc także na zegarek - i jeśli możecie 

nadgonić druk do czasu następnego wydania, damy radę.

Naczelny nie był zadowolony.

- Zdaje się, że ta cholerna rola zrywa się teraz co drugi dzień - zauważył.

- To przez ten zasrany papier - odrzekł techniczny.

- Cóż, tak być musi, dopóki znowu nie zaczniemy przynosić dochodu - wziął listę 

tematów, którą Cole położył mu na biurku. - Nie ma tu nic, co by podbiło nakład, Arturze - 

powiedział.

- Ranek jest spokojny. Wystarczy łut szczęścia i po południu będziemy mieć kryzys 

gabinetowy.

background image

- Ten cholerny rząd i tak niewart jest złamanego szeląga - przeglądał dalej wykaz. - 

Podoba mi się ta historia ze Stradivariusem.

Cole zreferował krótko kolejne pozycje listy. Kiedy skończył naczelny powiedział:

-   Nie   ma   tu   żadnej   sensacji.   Nie   podoba   mi   się   codzienne   dawanie   czołówki 

politycznej.   Jesteśmy   od   opisywania   życia   londyńczyków   z   każdej   możliwej   strony,   że 

zacytuję naszą własną reklamę. A może zrobimy z tego Stradivariusa “Skrzypce warte milion 

funtów?”

- Świetny pomysł - rzekł Cole - lecz nie sądzę, żeby za tyle poszły. Ale możemy nad 

tym popracować.

- Jak nie wychodzi ze szterlingami - wtrącił techniczny - dajmy “Skrzypce warte 

milion dolarów”. Jeszcze lepsze będzie “Skrzypce warte milion”.

-   Dobrze   pomyślane   -   rzekł   naczelny.   -   Weźmy   z   archiwum   rysunek   podobnych 

skrzypiec i zróbmy wywiad z trzema wirtuozami, co by czuli, gdyby stracili swój ukochany 

instrument. I jeszcze jedno - dorzucił po pauzie. - Chcę rozdmuchać tę licytację na tereny 

roponośne.   Ludzi   interesuje   nafta   z   Morza   Północnego.   Ma   to   być   ratunek   dla   naszej 

gospodarki.

-   Decyzję   mają   ogłosić   o   dwunastej   trzydzieści   -   rzekł   Cole.   -   Do   tego   czasu 

trzymamy zapchaj-dziurę.

- Tylko ostrożnie. Nasza macierzysta spółka ubiega się też o tę licytację, jeśli chcesz 

wiedzieć. Pamiętaj, że odwierty to nie natychmiastowe bogactwo. Wpierw trzeba przez parę 

lat grubo inwestować.

- Jasne - skinął głową Cole.

-   Zróbmy   ulotki   o   tej   historii   ze   skrzypcami   -   zwrócił   się   szef   kolportażu   do 

technicznego. - I o tym pożarze na East Endzie.

Urwał   na   odgłos   otwieranych   z   hałasem   drzwi.   Stanął   w   nich   zarumieniony   z 

podniecenia Kevin Hart. Cole jęknął w duchu.

-   Przepraszam,   że   przerywam   -   odezwał   się   Hart   -   ale   myślę,   że   mam   coś 

nadzwyczajnego.

- Co takiego? - spytał spokojnie naczelny.

- Odebrałem właśnie telefon od Tymoteusza Fitzpetersona, podsekretarza stanu...

- Wiem, kto to jest - przerwał naczelny. - Co powiedział?

- Że jest szantażowany przez dwóch facetów, nazywają się Laski i Cox. Wydawał się 

całkiem wykończony. On...

- Zna pan jego głos? - przerwał mu naczelny.

background image

Młody reporter speszył się. Najwyraźniej oczekiwał paniki, a nie przesłuchania.

- Nigdy dotąd nie rozmawiałem z Fitzpetersonem - wyznał.

-   Miałem   rano   dość   wredny   donos   na   niego   -   wtrącił   Cole.   -   Prosiłem   go   o 

potwierdzenie, zaprzeczył.

- Coś tu śmierdzi - stwierdził naczelny z grymasem, a techniczny pokiwał aprobująco 

głową. Hart stał zakłopotany.

- W porządku, Kevin - rzekł Cole. - Omówimy to później.

Zapalczywy chłopak - skomentował naczelny po wyjściu Harta.

- Nie jest głupi - powiedział Cole - ale jeszcze musi się sporo nauczyć.

- To go ucz - odparł naczelny. - A teraz, jak się mają sprawy ze zdjęciami?

14

Ron Higgins rozmyślał o swojej córce. To był błąd, powinien myśleć o furgonetce, 

którą   prowadził,   i   o   jej   ładunku   wartości   kilkuset   tysięcy   funtów,   składającego   się   z 

papierowego   szmalu   w   postaci   poplamionych,   podartych,   potłamszonych,   zabazgranych 

banknotów, zdatnych jedynie do zniszczenia w spalarni Banku Angielskiego w Loughton, w 

hrabstwie Essex. Ale roztargnienie Rona było chyba usprawiedliwione, wszak dla ojca córka 

jest ważniejsza niż papierowa forsa, zwłaszcza jeśli to jedyna córka, która jest dla niego 

wszystkim.

Ostatecznie - myślał Ron - człowiek wypruwa z siebie żyły, żeby ją wychować i oddać 

solidnemu, godnemu zaufania facetowi, który zadba o nią tak, jak to robił ojciec. A tu bierze 

ją jakiś kudłaty zapijaczony brodacz bez roboty, ćmiący trawkę pierdolony leniuch.

- Co to jest? - spytał Max Fitch.

- Mówiłem coś? - Ron wrócił do rzeczywistości.

- Coś mruczałeś - rzekł Max. - Masz jakiegoś mola?

- Możliwe, synku - powiedział Ron. I przyszła mu niedorzeczna myśl, że chętnie by 

kogoś zamordował. Trochę przyspieszył, by utrzymać przepisowy dystans między furgonetką 

a motocyklistami.

Swoją drogą tę świnię powinno się złapać za gardło.

- Pomyśleliśmy z Judy, że moglibyśmy trochę ze sobą pobyć, zobaczyć jak to jest, 

kapuje pan?

Mówił to od niechcenia, jakby chodziło o pójście do kina. Facet ma dwadzieścia dwa 

lata, jest pięć lat starszy od Judy. Bogu dzięki, że dziewczyna jest nieletnia i musi słuchać 

Rona. Chłoptaś nazywa się Lou; rozsiadł się w saloniku i miał nerwowe spojrzenie, nędzną 

koszulę,   niechlujne   dżinsy,   ściśnięte   pasem   przypominającym   średniowieczne   narzędzia 

background image

tortur, a z sandałów wyłaziły mu brudne paluchy. Powiedział, że jest bezrobotnym poetą. Ron 

podejrzewał, że chłopak jest ćpunem.

Po tym oświadczeniu, że chce żyć z Judy, Ron wyrzucił go za drzwi. Od tej pory 

zaczęły się ustawiczne kłótnie. Najpierw tłumaczył Judy, że nie wolno jej żyć z Lou, bo 

powinna zachować cnotę dla męża, na co zaśmiała mu się w twarz, mówiąc, że przespała się z 

Lou   z   tuzin   razy,   a   było   to   wtedy,   gdy   rzekomo   nocowała   u   przyjaciółki   w   Finchley. 

Powiedział, że doczeka się brzucha, a ona na to, żeby nie był głupi, bo jest na pigułkach; jak 

tylko skończyła szesnaście lat, matka zaprowadziła ją do kliniki planowania rodziny. Mało 

brakowało, a Ron uderzyłby żonę po raz pierwszy w ciągu dwudziestu lat małżeństwa.

Ron poprosił kumpla w policji, żeby sprawdził Louisa Thurleya, lat dwadzieścia dwa, 

nigdzie   nie   pracującego,   zamieszkałego   przy   Barracks   Road   w   Harringey.   W   biurze 

kryminalnym odnotowany był dwa razy: za posiadanie konopi indyjskich na festiwalu muzyki 

pop w Reading i za kradzież żywności z supermarketu “Tesco” w Muswell Hill. Zdawało się, 

że te informacje zakończą sprawę. Przekonały żonę Rona, ale Judy oświadczyła, że wie o obu 

incydentach. Narkotyki, jej zdaniem, to żadne wykroczenie, a co do kradzieży, to Lou po 

prostu usiadł z przyjaciółmi na podłodze supermarketu i podjadali z półki pasztet wieprzowy, 

no i go aresztowano. Zrobili to, bo uważają, że jedzenie powinno być darmowe, a oni byli 

głodni i bez pensa przy duszy. Wydawało jej się to całkiem logiczne.

Nie mogąc córce przemówić do rozsądku, Ron zakazał jej wychodzenia wieczorami z 

domu. Przyjęła to ze spokojem.

- Będzie jak ojciec chce - powiedziała, ale po czterech miesiącach, gdy skończyła 

osiemnaście lat, wyprowadziła się do kawalerki Lou, gdzie mieszka z trzema kolesiami i 

dziewczyną, którą mieli na spółkę.

Ron był pokonany. Od ośmiu dni dręczył się, jak tu uchronić córkę przed nędzą, bo że 

na tym się skończy, nie miał wątpliwości. Dobrze znał te sprawy. Młoda dziewczyna i facet, 

co ma dwie lewe ręce. Ona chodzi do pracy, a on siedzi przed telewizorem i ogląda wyścigi 

konne. Od czasu do czasu coś mu wpadnie, żeby było na fajki i piwo. Rodzą się dzieciaki, on 

idzie kiblować, a dziewczyna zostaje bez środków i boryka się na zasiłku.

Oddałby   za   Judy   życie...   poświęcił   jej   już   osiemnaście   lat...   a   teraz   podeptała 

wszystkie jego zasady, jakby plunęła mu w twarz. Zapłakałby, gdyby pamiętał, jak to się robi.

Ron   nie   mógł   się   pozbyć   czarnych   myśli,   które   tego   ranka   -   o   dziesiątej   minut 

szesnaście - rozsadzały mu głowę jak przysłowiowy ćwiek. Dlatego nie zauważył zasadzki. 

Choć, prawdę powiedziawszy, ów brak koncentracji nie miał istotnego wpływu na to, co 

wydarzyło się w ciągu najbliższych kilku sekund.

background image

Skręcił pod wiaduktem kolejowym w długą, krętą ulicę, mając po lewej stronie rzekę, 

po   prawej   -   składnicę   złomu.   Był   ciepły,   pogodny   dzień;   gdy   pokonał   łagodny   zakręt, 

zobaczył ciężką platformę, załadowaną wrakami samochodów, która z trudem skręcała w 

bramę złomowiska.

Na pierwszy rzut oka wyglądało na to, że zanim konwój podjedzie, droga będzie 

wolna.  Ale   kierowca   platformy   najwyraźniej   źle   obliczył   zakręt   i   powtarzając   manewr, 

całkiem zablokował przejazd.

Dwaj motocykliści z przodu zahamowali, a Ron przystanął tuż za nimi. Jeden z nich 

postawił motor na podpórkach i wskoczył na stopień kabiny, krzycząc na kierowcę. Silnik 

ciężarówki huczał na przyspieszonych obrotach, zionąc gęstym dymem z rury wydechowej.

- Zamelduj nieprzewidziany postój - powiedział Ron. - Trzymajmy się regulaminu.

Max ujął mikrofon radiowy.

- Mówi Lotna do centrali Obeasza...

Ron   przyjrzał   się   platformie   bezładnie   zawalonej   pojazdami.   Był   tam   stary   wóz 

dostawczy z wymalowanym na  boku napisem “Cooper - Sklep rzeźniczy”,  pogięty ford-

anglia bez kół, dwa żuczki volkswagenów, leżące jeden na drugim, a na górnym pomoście 

biały australijski ford, przerobiony na autokar, oraz niezbyt sfatygowany triumph. Wszystko 

razem   ledwie   trzymało   się   kupy,   zwłaszcza   oba   żuczki   volkswagenów,   zwarte   w 

zardzewiałym uścisku jak para kopulujących owadów. Ron spojrzał na kabinę ciężarówki: 

motocyklista gestykulował, nakazując kierowcy przepuszczenie konwoju.

- Lotna do centrali Obeasza. Zgłoście się, proszę! - powtarzał Max do mikrofonu.

Tu obok rzeki musi być nisko - pomyślał Ron - być może dlatego odbiór jest niedobry. 

Spojrzał znów na platformę i zauważył brak lin mocujących auta. Przecież to niebezpieczne. 

Jak długo mogła ona jechać z luźnym ładunkiem?

Nagle zrozumiał.

- Ogłoś alarm! - wrzasnął.

Max wytrzeszczył oczy.

- Słucham?

Coś walnęło z brzękiem w dach ich furgonetki. Kierowca platformy runął z kabiny na 

motocyklistę. Przez mur złomowiska przelazło kilku mężczyzn w maskach z pończochy. Ron 

popatrzył w boczne lusterko: z tyłu dwaj motocykliści leżeli powaleni na ziemi.

Furgonetka przechyliła się, po czym w niepojęty sposób zaczęła się wznosić. Ron 

zerknął w prawo i dostrzegł nad murem ramię dźwigu zawisłe nad dachem furgonetki. Kiedy 

jeden   z   zamaskowanych   ludzi   ruszył   biegiem   w   jej   stronę,   wyrwał   mikrofon   z   ręki 

background image

osłupiałego Maxa. Mężczyzna rzucił na przednią szybę czarny przedmiot w kształcie piłki do 

krykieta.

Następna   sekunda   minęła   w  zwolnionym   tempie,   złożona   z   serii   scenek,   jak   film 

zatrzymywany klatka po klatce: Fruwający w powietrzu kask, drewniana pałka lądująca na 

czyjejś głowie, Max chwytający się drążka skrzyni biegów przy przechyle furgonetki, kciuk 

Rona na przełączniku mikrofonu i jego głos: - Obeasz, alar... - uderzenie w szybę i detonacja 

granatu   w   kształcie   piłki   do   krykieta,   prysznic   odłamków   hartowanego   szkła,   podmuch 

wywołany eksplozją i spokojny mrok nieświadomości.

Sierżant Wilkinson usłyszał wywołanie “Obeasz”, lecz je zlekceważył. Ranek miał 

pracowity: trzy duże zatory uliczne, pościg za uciekającym kierowcą przez cały Londyn, dwa 

groźne wypadki, pożar magazynu i niezapowiedziana demonstracja grupy anarchistów na 

Downing Street. Sięgał właśnie po filiżankę neski i bułkę z szynką, kiedy nadano sygnał. 

Podawała mu je młoda dziewczyna z Karaibów o wydatnym biuście.

- Co twój mąż na to, że przychodzisz do pracy bez stanika? - zagadnął.

- Nie zwraca na to uwagi - zachichotała dziewczyna.

- Hej, Dave, coś do ciebie - odezwał się posterunkowy Jones, siedzący po drugiej 

stronie konsoli radiowej - odbierz!

- Co robisz dziś wieczorem? - spytał Wilkinson.

- Roześmiała się mówiąc, że nie mówi serio.

- Pracuję - odrzekła.

- Lotna do centrali Obeasza, odbiór proszę - płynęło z radia.

- Masz drugą pracę? Jaką?

- Tańczę w lokalu.

- Topless?

- Przyjdź, to zobaczysz - powiedziała dziewczyna popychając wózek.

-  Alar...   -   odezwało   się   radio,   po   czym   dał   się   słyszeć   głuchy   trzask   jak   przy 

zakłóceniach fal lub wybuchu.

Uśmiech   zniknął   raptownie   z   młodej   twarzy   Wilkinsona.   Pstryknął   przełącznik   i 

powiedział do mikrofonu:

- Tu centrala Obeasz, odezwij się, Lotna.

Nie było odpowiedzi.

- Szefie! - krzyknął Wilkinson do zwierzchnika.

Inspektor   “Harry”   Harrison   podszedł   do   stanowiska   Wilkinsona.   Był   to   wysoki 

mężczyzna, przeczesywał sobie palcami rzadkie włosy i sprawiał wrażenie roztargnionego.

background image

- Coś nie tak, sierżancie?

- Chyba złapałem sygnał alarmu od Lotnej.

- Co to znaczy “chyba”? - rzucił oschle Harrison.

Wilkinson nie dlatego awansował na sierżanta, że przyznawał się do błędów.

- Zniekształcony odbiór, proszę pana - powiedział.

Harrison ujął mikrofon.

- Centrala Obeasz do Lotnej, słyszysz mnie? Odbiór.

Odczekał chwilę, po czym powtórzył wezwanie. Nie było odzewu.

- Zniekształcone zgłoszenie, a potem znikają z fali. Trzeba to uznać za napad. Tego mi 

tylko brakowało. - Wydawało się, że los go krzywdzi, i to bardzo złośliwie.

- Nie zlokalizowałem ich - powiedział Wilkinson.

Odwrócił się, aby popatrzeć na ścianę z olbrzymią mapą Londynu.

- Pojechali drogą koło rzeki - poinformował Wilkinson. - Ostatni raz meldowali się z 

Aldgate. Ruch jest normalny, więc muszą być gdzieś w okolicy Dagenham.

- Wspaniale - rzekł sarkastycznie Harrison. - Zaalarmuj wszystkie wozy - rzucił po 

chwili namysłu. - Potem odkomenderuj trzy patrole z East Endu, niech szukają. Postaw na 

nogi Essex i wbij do łbów tym leniwym skurwielom, ile forsy wiezie ta cholerna furgonetka. 

Dobra, na koń!

Wilkinson zaczął wywoływać wozy; Harrison stał za nim głęboko zamyślony.

-   Lada   chwila   powinniśmy   dostać   zgłoszenie,   ktoś   musiał   widzieć,   co   się   stało   - 

zamruczał i znów się zamyślił. - Ale jeśli koleś był dość cwany, żeby rozwalić radio, zanim 

chłopcy dali znać, jest też dość cwany, żeby ustawiać robotę w jakimś spokojnym miejscu. 

Cholera - dodał po dłuższej pauzie - nie mamy żadnych szans.

To się dzieje jak we śnie - pomyślał Jacko. Przeniesioną ponad murem furgonetkę 

ustawiono   delikatnie   obok   palnika   acetylenowego.   Cztery  policyjne   maszyny  rzucono   na 

platformę, która ostatecznie wjechała na plac, bramę zatrzaśnięto, a motocyklistów ułożono 

równo obok siebie, skuwając im ręce i nogi.

Dwóch   chłopaków   w   goglach   spawalniczych   wycinało   w   boku   furgonetki   dziurę 

wielkości   człowieka.   Jednocześnie   podstawiono   drugą   furgonetkę,   jasnoniebieską.   Kiedy 

duży prostokąt  blachy odpadł na ziemię, ze  środka wyskoczył  umundurowany strażnik  z 

rękami nad głową. Jesse zakuł go i kazał mu się położyć obok policjantów z eskorty.

Odciągnięto   błyskawicznie   sprzęt   spawalniczy,   dwóch   ludzi   weszło   przez   otwór   i 

zaczęło przerzucać skrzynki do drugiej furgonetki.

Jacko rzucił okiem na konwojentów. Wszyscy byli trochę poturbowani, ale niezbyt 

background image

groźnie. Żaden nie stracił przytomności. Jacko pocił się pod maską, ale nie odważył się jej 

zdjąć.

Okrzyk   z   kabiny   dźwigu,   gdzie   jeden   z   chłopców   stał   na   czatach,   wytrącił   go   z 

równowagi. Spojrzał w tamtą stronę. Wtedy rozległo się wycie syreny policyjnej.

Jacko   rozejrzał   się.   Był   wściekły.   Chodziło   przecież   o   obezwładnienie   strażników 

zanim wezwą przez radio posiłki.

Zaklął. Ludzie patrzyli na niego, oczekując rozkazów.

Platforma   stała   za   stertą   opon,   więc   białe   motocykle   nie   były   widoczne.   Dwie 

furgonetki i dźwig raczej nie powinny budzić podejrzeń.

- Kryć się! - krzyknął i w tym momencie przypomniał sobie o konwojentach. Nie było 

czasu, aby odciągnąć ich na bok. Nie opodal zobaczył rzuconą plandekę. Przykrył nią pięć 

leżących postaci i dał nura za jakąś wywrotkę.

Wycie   syreny   było   coraz   bliżej.   Radiowóz   musiał   jechać   bardzo   szybko.   Pod 

wiaduktem zapiszczały opony i zaraz rozległ się ryk silnika, kiedy pojazd na trójce przed 

zmianą   biegu   osiągnął   siedemdziesiątkę.   I   nagle   wszystko   zaczęło   się   oddalać.   Jacko 

odetchnął z ulgą, po czym usłyszał następną syrenę.

- Zostać na miejscach! - wrzasnął.

Drugi wóz przejechał. Ale zaraz nadjechał trzeci. Tak samo zapiszczały opony pod 

wiaduktem, tak samo zgrzytał silnik na trzecim biegu. Z tą różnicą, że samochód najwyraźniej 

zwolnił w pobliżu bramy.

Zapanował spokój. Jacko czuł, że się dusi pod pończochą, było mu tak gorąco. Brama 

wydała   cichy   chrobot,   jakby   ktoś   wdrapywał   się   na   nią   buciorami.   Najprawdopodobniej 

któryś   z   policjantów   wybrał   się   na   rekonesans.   Jacko   przypomniał   sobie,   że   w   kabinie 

furgonetki zostało jeszcze dwóch strażników. Na miłość boską, chyba nie ockną się właśnie 

teraz.

Gliniarz nie przelazł na drugą stronę, ale i nie zeskoczył z bramy. Jeśli podejdą bliżej, 

będzie klops. Tylko bez paniki - pomyślał Jacko. Dziesięciu naszych da radę kilku głupkom. 

Ale po pierwsze, to trochę potrwa, a po drugie - jeden z nich może siedzieć w wozie, żeby 

wezwać przez radio posiłki.

Jacko  poczuł  namacalnie,   jak  pieniądze   przeciekają  mu  między palcami.  Już  miał 

zaryzykować i wyjrzeć zza wywrotki, ale pomyślał, że to nic nie da; będzie przecież słychać, 

kiedy policjanci odjadą.

Co oni robią?

Zerknął na furgonetkę. Jeden ze strażników zaczął się ruszać. Jacko uniósł strzelbę. 

background image

Zanosiło się na walkę.

- No, kurwa - wyszeptał.

Z   furgonetki   dobiegał   chrapliwy   jęk.   Jacko   dźwignął   się   i   wyszedł   zza   swojej 

wywrotki z bronią gotową do strzału.

Nie było nikogo.

Po chwili rozległ się pisk odjeżdżającego samochodu. Znów odezwała się syrena i 

ucichła w oddali.

Zza wraka mercedesa, który kiedyś był taksówką, wysunął się Głuchy Willie. Podeszli 

razem do furgonetki.

- Niezły ubaw, co? - rzucił Willie.

- No - rzekł kwaśno Jacko. - Lepszy niż w telewizji.

Zajrzeli do furgonetki. Kierowca stękał, ale chyba nie bardzo ucierpiał.

-   Wyłaź,   dziadku   -   odezwał   się   Jacko   przez   rozbitą   szybę.   -   Koniec   przerwy   na 

herbatkę.

Jego głos podziałał uspokajająco na Rona Bigginsa. Był oszołomiony i wystraszony. 

Nie słyszał dobrze, głowę miał obolałą, a kiedy dotknął ręką twarzy, poczuł coś lepkiego.

Widok człowieka w masce z pończochy od razu go otrzeźwił. Wszystko stało się 

jasne. To był napad, i w gruncie rzeczy Ron podziwiał wyjątkową sprawność całej akcji. 

Musieli znać trasę i czas przejazdu. To zezłościło go na dobre. Część łupu trafi z pewnością 

na poufne konto przekupionego funkcjonariusza. Jak większość policjantów i pracowników 

ochrony nienawidził przekupnych gliniarzy bardziej niż przestępców.

Mężczyzna,   który  go   nazwał   dziadkiem,   wymacał   klamkę   wewnątrz   kabiny  przez 

rozbitą szybę i otworzył drzwi. Ron wyszedł na zewnątrz. Ruch sprawiał mu ból.

Napastnik był młody. Ron widział pod pończochą jego długie włosy. Miał na sobie 

dżinsy, w ręku trzymał strzelbę. Pchnął Rona lekceważąco i powiedział:

- Rączki grzecznie przy sobie, tatuś. - Bo znajdziesz się zaraz w szpitalu.

Ron odczuwał silny ból głowy, ale jeszcze silniejszą wściekłość. Miał ochotę wykręcić 

jakiś numer, ale przypomniał sobie instrukcję na okoliczność napadu: “Nie stawiaj oporu, 

współpracuj z nimi, wydaj im pieniądze. Są ubezpieczone, twoje życie jest dla nas cenniejsze, 

więc nie udawaj bohatera”.

Zaczął ciężko dyszeć. W jego skołatanej głowie wszystko się poplątało. Chłopak ze 

strzelbą z przekupionym funkcjonariuszem. Ci dwaj z Lou Thurleyem, który, rzucając się i 

pojękując na jakimś zapluskwionym łóżku, dobiera się do małej niewinnej Judy w swojej 

parszywej kawalerce. To on pogmatwał mu życie. Być może, trzeba zagrać bohatera, żeby 

background image

odzyskać dziecko. Tacy dranie, jak ten skorumpowany funkcjonariusz z pończochą na głowie, 

ze strzelbą w rękach i w łóżku z Judy, zawsze gmatwają życie porządnym ludziom w rodzaju 

Rona Bigginsa. Tak więc dał dwa kroki do przodu i walnął w nos zaskoczonego młodzika. 

Ten zachwiał się i nacisnął oba spusty dubeltówki. Nie trafił Rona. Na ziemię zwalił się 

mężczyzna stojący obok, również z maską na twarzy, który potwornie wrzeszczał z bólu. Ron 

gapił się przerażony, dopóki uderzenie lufą dubeltówki nie pozbawiło go przytomności.

Jacko ukląkł obok głuchego Williego i ściągnął mu z głowy strzęp pończochy. Twarz 

Williego była zalana krwią, Jacko zbladł. Dotychczas on i jego kumple zadawali rany swoim 

ofiarom wyłącznie tępymi narzędziami, toteż nigdy nie widział skutków postrzału. A ponadto 

udzielanie   pierwszej   pomocy   nie   obejmowało   szkolenia   Tony   Coxa,   dlatego   Jacko   nie 

wiedział, co robić.

Potrafił jednak szybko myśleć. Popatrzył na chłopców, którzy stali z wybałuszonymi 

oczami.

- Do roboty, wy drętwe sukinsyny! - wrzasnął, co ich poderwało. - Słyszysz mnie, 

stary? - spytał, nachylając się nad Williem.

Willie skrzywił się, lecz nie mógł wydobyć słowa.

- Musimy zawieźć go do szpitala - powiedział Jesse, klęknąwszy obok rannego.

Jacko okazał się szybszy.

- Potrzebny mi dobry wóz - powiedział. - Czyj  to? - wskazał na zaparkowane w 

pobliżu niebieskiego volvo.

- Właściciela składnicy - odparł Jesse.

- Świetnie. Pomóż mi zanieść Williego.

Wzięli go: jeden za nogi, drugi za ramiona. Skamlał w drodze do samochodu i potem, 

gdy umieszczali go na tylnym siedzeniu. Kluczyk tkwił w stacyjce.

- Gotowe, Jacko! - zawołał jeden z ludzi przy furgonetce bankowej.

Powinien za to oberwać - ktoś przecież mógł usłyszeć imię - ale Jacko był bardzo 

zajęty.

- Wiesz, dokąd masz jechać? - zapytał Jessego.

- Tak, ale miałeś jechać ze mną.

- Mniejsza o to. Dostarczę Williego do szpitala i spotkamy się na farmie. Powiedz 

Tony'emu, co się stało. A teraz słuchaj: jedź wolno, nie przeskakuj świateł, zatrzymuj się na 

pasach, wszystko tak, do cholery, jakbyś zdawał na prawo jazdy, okay!

- Jasne - powiedział Jesse i pobiegł do drugiej furgonetki. Sprawdził tylne drzwi. Były 

zamknięte. Zerwał brązowy papier z tablic rejestracyjnych (Tony Cox pomyślał również o 

background image

tym, żeby strażnicy nie widzieli numeru) i usiadł za kierownicą.

Jacko   uruchomił   volvo.   Ktoś   mu   otworzył   bramę.   Reszta   już   się   lokowała   we 

własnych wozach zdzierając maski i rękawiczki. Jesse wyprowadził furgonetkę i skręcił w 

prawo. Jacko wyjechał za nim i ruszył w przeciwną stronę.

Dodał   gazu   i   spojrzał   na   zegarek:   dziesiąta   dwadzieścia   siedem.  Wszystko   razem 

trwało jedenaście minut. Tony miał rację: zdążą się zwinąć, zanim radiowóz z posterunku na 

Vine Street dotrze do Psiej Wyspy. Gdyby nie biedny Willie, można by powiedzieć, że był to 

kawał dobrej roboty. Jacko miał nadzieję, że Willie będzie żył i dostanie swój udział.

Zbliżając się do szpitala, Jacko wszystko już sobie obmyślił, przede wszystkim to, 

żeby Williego nikt nie zauważył.

- Will, możesz się zsunąć na podłogę? - zapytał.

Nie było odpowiedzi. Zerknął do tyłu. Twarz Williego była taką paćką, że nie dało się 

określić, czy oczy są otwarte czy zamknięte. Biedny sukinsyn musiał stracić przytomność. 

Jacko sięgnął ręką za siebie i zrzucił go z siedzenia. Willie spadł ciężko na podłogę.

Jacko wjechał na teren szpitala i stanął na parkingu. Wysiadł z wozu i skierował się w 

stronę   izby   przyjęć.   Tuż   za   wejściem   znalazł   automat   telefoniczny.   Otworzył   książkę   i 

odszukał potrzebny numer.

Wykręcił,   wrzucił   monetę   i   poprosił   izbę   przyjęć.   Telefon   na   biurku,   tuż   za 

automatem, zabrzęczał dwa razy. Słuchawkę podniosła pielęgniarka.

-   Chwileczkę   -   powiedziała   i   odłożyła   ją   na   biurko.   Była   to   tęga   kobieta   po 

czterdziestce, dość przywiędła, w świeżo wykrochmalonym uniformie. Zapisała kilka słów w 

rejestrze i wróciła do rozmowy.

- Izba przyjęć, proszę mówić.

Jacko starannie dobierał słowa, obserwując twarz pielęgniarki.

- W niebieskim volvo na waszym parkingu leży mężczyzna postrzelony z dubeltówki.

- To znaczy tutaj? - korpulentna pielęgniarka zbladła.

- Tak, ty stara, śpiąca krowo. Przy waszym szpitalu - rzekł Jacko poniesiony gniewem. 

- A teraz rusz zadem i wyciągnijcie go.

Chciał rzucić słuchawkę, ale poprzestał na dyskretnym przerwaniu połączenia; jeśli on 

ją widział, to i ona mogła go widzieć. Trzymał głuchą słuchawkę przy uchu, aż odłożyła 

swoją, zerwała się z miejsca i z drugą pielęgniarką poszły w stronę parkingu.

Jacko wszedł do szpitala i opuścił go innymi drzwiami. Stojąc przy głównym wejściu, 

zobaczył, że przez parking idą sanitariusze z noszami. Zrobił dla Williego wszystko, co było 

w jego mocy.

background image

Teraz znowu potrzebny mu był samochód.

15

Feliksowi   Laskiemu   podobał   się   gabinet   Nataniela   Fetta.   Był   to   wygodny   pokój, 

urządzony skromnie, dobre miejsce do zawierania transakcji. Bez tych sztuczek, które Laski 

stosował w swoim biurze, by zyskać autorytet: biurko przy oknie pozwalało mu ukrywać 

twarz w cieniu, niskie i chwiejne krzesła dla gości odbierały im pewność siebie, a bezcenne 

porcelanowe   filiżanki   do   kawy   budziły   w   nich   obawę   przed   stłuczeniem.   Gabinet   Fetta 

wytwarzał atmosferę klubu dla biznesmenów i niewątpliwie było to rozmyślne. Ściskając 

długą,   wąską   dłoń   Fetta,   Laski   zwrócił   uwagę   na  dwa   szczegóły:   po  pierwsze,   na   duże, 

najwyraźniej rzadko używane biurko, po drugie, na klubowy krawat gospodarza. Taki krawat 

u Żyda wydał mu się dziwactwem, ale po namyśle uznał, że nie ma w tym nic dziwnego. Fett  

nosił   go   z   tej   samej   przyczyny,   dla   której   Laski   nosił   nienagannie   skrojone   prążkowane 

garnitury Savile Row. Chodziło o potwierdzenie tożsamości: ja też jestem Anglikiem. A więc 

- pomyślał Laski - tkwiąc tu korzeniami od siedmiu bankierskich pokoleń, Nataniel wciąż 

czuje się trochę niepewnie. Była to informacja, która kiedyś może się przydać.

- Proszę usiąść, panie Laski - rzekł Fett. - Napije się pan kawy?

- Piję przez cały dzień. Szkodzi na serce. Nie, dziękuję.

- Coś mocniejszego?

Laski potrząsnął głową. Poskramianie gościnności było jednym ze sposobów zyskania 

przewagi nad gospodarzem.

- Znałem dość dobrze pańskiego ojca, zanim się wycofał - powiedział. - Jego śmierć to 

wielka strata. Mówi się tak o wielu ludziach, ale w jego przypadku to prawda.

- Dziękuję - rzekł Fett, wyciągając się w fotelu naprzeciw Laskiego i krzyżując nogi. Z 

jego oczu za grubymi szkłami nie można było nic wyczytać. - Stało się to dziesięć lat temu - 

dorzucił.

- Tak dawno? Był oczywiście znacznie ode mnie starszy, ale wiedział, że tak samo jak 

jego przodkowie pochodzę z Warszawy.

Fett skinął głową.

- Pierwszy Nataniel Fett przywędrował z Europy na ośle, z woreczkiem złota.

- Odbyłem tę samą podróż na skradzionym hitlerowskim motocyklu z walizką pełną 

bezwartościowych reichsmarek.

- Ale pański wzlot był znacznie bardziej meteoryczny.

Był   to   przytyk,   Laski   zrozumiał,   co   Fett   chciał   powiedzieć:   jesteśmy,   być   może, 

żydowskimi dorobkiewiczami z Polski, ale nawet w połowie nie takimi, jak ty. W tej grze 

background image

makler dorównywał Laskiemu, a mając te skrywające wzrok okulary, nie potrzebował światła 

za plecami.

- Jest pan podobny do ojca - uśmiechnął się. - Nigdy nie można było odgadnąć jego 

myśli.

- Nie dał mi pan na razie nic do myślenia.

A więc gadka skończona - pomyślał Laski.

- Przepraszam, że mój telefon był cokolwiek tajemniczy. To uprzejmie, że zgodził się 

pan od razu mnie przyjąć.

- Jakże mogło być inaczej po oświadczeniu, że ma pan siedmiocyfrową propozycję dla 

jednego z moich klientów? Może cygaro? - Fett wstał i podał mu pudełko, które wziął ze 

stoliczka.

- Dziękuję - rzekł Laski, zwlekając trochę z wyborem, po czym sięgnął do pudełka. - 

Chciałbym kupić Hamilton Holdings od Derka Hamiltona.

Uderzenie   było   wymierzone   precyzyjnie,   ale   Fett   nie   wyglądał   na   zaskoczonego. 

Laski spodziewał się, że maklerowi wypadnie z rąk pudełko po tym oświadczeniu. Ale Fett, 

rzecz jasna, przejrzał jego taktykę, polegającą na wyborze właściwego momentu i rzuceniu 

swej bomby, co dać miało taki właśnie efekt.

Zamknął   pudełko,   bez   słowa   podał   Laskiemu   ogień   i   usiadł   ze   skrzyżowanymi 

nogami.

- Hamilton Holdings za siedem cyfr - powiedział.

- Dokładnie za milion funtów. Kiedy człowiek sprzedaje dorobek swego życia, ma 

prawo do okrągłej cyfry.

- To dobry chwyt psychologiczny - rzekł od niechcenia Fett. - Nie jestem zaskoczony.

- Słucham?

-   Nie   mówię,   że   spodziewaliśmy  się   właśnie   pana.  Ale   wiedzieliśmy,   że   ktoś   się 

zgłosi. Sytuacja do tego dojrzała.

- Kwota przekracza w istocie wartość akcji po obecnych cenach.

- Bardzo nieznacznie.

Laski pojednawczo uniósł dłonie.

- Nie bawmy się w szermierkę - powiedział. - To poważna oferta.

- Ale za niska w stosunku do wartości, jakiej nabiorą akcje, jeśli syndykat Derka 

otrzyma prawo wierceń.

- Dlatego właśnie stawiam warunek. Transakcja ma być zawarta dzisiaj rano.

Fett spojrzał na zegarek.

background image

- Dochodzi jedenasta. Rzeczywiście sądzi pan, że da się to załatwić - przyjmując, że 

Derek wyrazi zgodę - w ciągu godziny?

Laski poklepał swoją aktówkę.

- Mam wszystkie potrzebne dokumenty.

- Nawet nie zdążymy ich przeczytać...

- Mam deklarację intencji. Zawiera główne punkty umowy. To mnie zadowoli.

- Powinienem był przewidzieć, że będzie pan przygotowany - Fett zawahał się przez 

chwilę. - Ale jeżeli Derek nie dostanie licencji, akcje zapewne nieco spadną.

- Jestem hazardzistą - uśmiechnął się Laski.

- A wtedy - ciągnął Fett - odsprzeda pan aktywa spółki i zamknie przedsiębiorstwo nie 

przynoszące zysków.

- Bynajmniej - skłamał Laski. - Uważam, że w obecnej sytuacji mogą przynieść zyski, 

ale pod nowym zarządem.

-   Prawdopodobnie   ma   pan   rację.   Cóż,   to   sensowna   propozycja.   Mam   obowiązek 

przedstawić ją klientowi.

- Nie robi pan tego bezinteresownie. Proszę pomyśleć o prowizji od miliona funtów.

- Owszem - powiedział chłodno Fett. - Zadzwonię do Derka. Sięgnął po telefon na 

stoliczku do kawy. - Poproszę z Derkiem Hamiltonem.

Laski kruszył cygaro, ukrywając niepokój.

-   Derek,   tu   Nataniel.   Mam   u   siebie   Feliksa   Laskiego.   Złożył   propozycję.   Tak, 

mówiliśmy o tym, prawda? Okrągły milion. Byłbyś... w porządku. Będziemy tutaj. Co? Ach... 

rozumiem - zaśmiał się, jakby z lekka stropiony. - Dziesięć minut - odłożył słuchawkę. - Cóż, 

panie Laski - rzekł - zaraz tu będzie. Tymczasem przeczytajmy pańskie dokumenty.

- Jest więc zainteresowany? - nie wytrzymał Laski.

- Niewykluczone.

- Zdaje się, że powiedział coś jeszcze?

Fett znów pokrył uśmieszkiem zakłopotanie.

-   Chyba   nic   złego   się   nie   stanie,   jeśli   panu   powiem.   Skoro   ma   oddać   firmę   do 

południa, chce mieć w ręku pieniądze do południa.

Jedenasta rano

16

Kevin Hart odszukał dom, którego adres dali mu w dziale wiadomości, i zaparkował 

na żółtej linii. Miał dwuletniego rovera z silnikiem V- 8, dlatego że był kawalerem i że 

“Evening Post” płacił tak samo jak redakcje na Fleet Street. Nigdy nie ukrywał satysfakcji ze 

background image

swojej przewagi finansowej nad innymi dwudziestolatkami. Sprawiało mu to przyjemność, a 

że był młody, wcale się z tym nie krył, co nie zjednywało mu ludzi pokroju Artura Cole'a.

Artur był zły jak pies po wyjściu z odprawy u naczelnego. Zajął miejsce za biurkiem, 

rozdzielił   jak   zwykle   robotę,   po   czym   wezwał   Kevina   i   kazał   mu   usiąść   obok   siebie: 

niezawodny znak, że zamierza go opieprzyć.

Zaskoczył Kevina, bo nie powiedział słowa o jego wtargnięciu na odprawę, ale zaczął 

od telefonu.

- Co to był za głos? - zapytał.

- Mężczyzny w średnim wieku, akcent z londyńskich peryferii. Dobierał słowa. Być 

może nazbyt starannie, jakby był podpity albo czymś zgnębiony.

- To nie ten, który słyszałem z rana - oznajmił Artur zamyślony. - Mój był młody, 

mówił cockneyem. Co ci powiedział?

Kevin wziął stenogram i odczytał:

- “Nazywam się Tim Fitzpeterson. Szantażują mnie dwaj ludzie: Laski i Cox. Chcę, 

żebyście wykończyli drani, kiedy już będzie po mnie”.

- To wszystko? - Artur potrząsnął głową z niedowierzaniem.

- Zapytałem, czym go szantażują, a on na to: “Boże, wszyscy jesteście tacy sami” i 

rozłączył   się.   Czy   to   było   niewłaściwe   pytanie?   -   Kevin   zawahał   się,   spodziewając   się 

reprymendy.

- Owszem, ale nie przychodzi mi do głowy inne - wzruszył ramionami Cole i sięgnął 

po telefon. Wybrał numer, po czym oddał słuchawkę Kevinowi.

- Zapytaj, czy dzwonił do nas pół godziny temu.

Kevin czekał przez chwilę i odłożył słuchawkę.

- Zajęty.

- Nie ma rady - rzekł Artur, macając się po kieszeniach w poszukiwaniu papierosów.

- Rzuca pan palenie - powiedział Kevin widząc te charakterystyczne gesty.

- Tak, rzucam - odparł Cole i zaczął obgryzać paznokcie. - Widzisz, szantażysta ma 

zasadniczą przewagę nad politykiem, bo może go zadenuncjować w prasie. To jego jedyny 

atut. Straciłby go, gdyby do nas zatelefonował. Nie miałoby to sensu. Z kolei ofiara boi się 

gazet, nie dzwoniłaby do nas, że jest szantażowana. Dlatego myślę, że cała ta historia to głupi 

kawał - zakończył tak, jakby zamykał sprawę.

Kevin zrozumiał to jako sygnał do odejścia i wstał.

- Zabieram się do tekstu o ropie naftowej.

- Nie - powiedział Artur. - Musimy to sprawdzić. Pojedziesz do niego w odwiedziny.

background image

- Świetnie!

- Ale  następnym  razem,  kiedy  przyjdzie  ci  ochota  przerwać  naradę  u naczelnego, 

najpierw usiądź i policz do stu jeden.

- Jasne - rzekł Kevin, powstrzymując się od śmiechu.

W drodze im dłużej zastanawiał się nad całą tą sprawą, tym mniej widział szans na 

zrobienie materiału. Usiłował sobie przypomnieć, co wie o Timie Fitzpetersonie. Nie rzucał 

się zanadto w oczy. Skończył wyższe studia ekonomiczne i miał opinię człowieka wolnego. 

Nie wydawał się jednak postacią towarzyską i na tyle ciekawą, by mogła stać się obiektem 

szantażu. Kevin przypomniał sobie fotografię rodziny Fitzpetersona na plaży w Hiszpanii - 

przeciętna żona i trzy niezgrabne córeczki. I on - w okropnych szortach koloru khaki.

Budynek,   przed   którym   Kevin   teraz   stał,   na  pierwszy  rzut   oka   nie   kojarzył   się  z 

przytulnym   gniazdkiem.   Był   to   obskurny   szary   blok   z   lat   trzydziestych,   przy   jednej   z 

bocznych  ulic  dzielnicy Westminster.  Gdyby nie  bliskość parlamentu,  z pewnością  byłby 

ruderą.   Wchodząc   do   środka,   Kevin   zauważył,   że   właściciele   podnieśli   standard   domu, 

wyposażając   go   w  windę   i   portiera.  Teraz   pewnie   inaczej   nie   mówią   na   mieszkania   jak 

“luksusowe apartamenty”.

To   niemożliwe   -   myślał   Kevin   -   aby  ktoś   trzymał   tu   żonę   i   trójkę   dzieci,   a   już 

zwłaszcza   Fitzpeterson.   Stąd   wniosek,   że   to   garsoniera   i   Fitzpeterson   mógł   tu   od   biedy 

urządzać orgie homoseksualne i prywatki z narkotykami.

Przestań zgadywać - powiedział do siebie - za minutę się dowiesz.

Nie dało się ominąć portiera. Jego kącik znajdował się naprzeciw jedynej windy w 

wąskim westybulu. Miał twarz bladą, zapadnięte policzki; wyglądał, jakby go przykuto do 

biurka i odebrano prawo do światła dziennego. Na widok Kevina odłożył książkę pod tytułem 

“Jak zarobić drugi milion” i zdjął okulary.

- Chciałbym wiedzieć, jak zarobić pierwszy - rzekł Kevin wskazując książkę.

- Dziewięć - odezwał się portier z wyreżyserowaną nudą w głosie.

- Słucham?

- Jest pan dziewiątą osobą, która mi to powiedziała.

- Och, przepraszam.

-   Teraz   powinien   pan   spytać,   dlaczego   to   czytam,   na   co   ja   odpowiadam,   że 

pożyczyłem   od   lokatora,   a   wtedy   pan   powinien   powiedzieć,   że   chciałby   się   z   nim 

zaprzyjaźnić. A teraz, kiedy już mamy to za sobą, czym mogę służyć?

Kevin wiedział, jak postępować z takimi  mądralami. Podlizuj  się - powiedział do 

siebie, a głośno spytał:

background image

- Pod którym numerem mieszka pan Fitzpeterson?

- Zadzwonię do niego - rzekł portier sięgając po domofon.

- Chwileczkę - Kevin sięgnął po portfel i wyjął dwa banknoty. - Chcę mu zrobić 

niespodziankę - mrugnął i położył pieniądze.

Portier je schował i powiedział głośno:

- Oczywiście, proszę pana, skoro to pański brat. Pięć “C”.

-   Dzięki   -   rzucił   Kevin   i   podchodząc   do   windy   nacisnął   guzik.   Konspiracyjne 

mrugnięcie pomogło bardziej niż forsa - pomyślał. Wszedł do windy, przyłożył palec do 

przycisku na piąte piętro i zobaczył, że portier wyciąga rękę po telefon. Przytrzymał drzwi.

- Niespodzianka! - zawołał. - Pamięta pan? - Portier nie odpowiedział i pochylił głowę 

nad książką.

Dźwig skrzypiał sunąc w górę. Kevina ogarnęło znajome podniecenie, towarzyszące 

oczekiwaniu. Odczuwał je, ilekroć miał zastukać do drzwi podczas zbierania materiałów. Nie 

było to przykre uczucie, jakkolwiek łączyło się z obawą, że może mu się nie udać.

Na podeście najwyższego piętra leżał mały kwadratowy dywanik, ściany zdobiło kilka 

wyblakłych akwareli - bez gustu, za to nie rzucały się w oczy. Wszystkie cztery mieszkania 

miały dzwonek, skrzynkę na listy i wizjer. Kevin znalazł numer 5-$c, wziął głęboki oddech i 

zadzwonił.

Nikt nie otwierał. Zadzwonił ponownie, po czym przyłożył ucho do drzwi. Nie było 

słychać żadnych odgłosów. Kevin trochę się odprężył, choć czuł, że jest zdeprymowany.

Zastanawiając   się,   co   robić,   przeszedł   na   skos   przez   podest   i   wyjrzał   przez   małe 

okienko. Po drugiej stronie ulicy była szkoła. Na boisku dziewczęta grały w siatkówkę. Z tej 

odległości Kevin nie mógł się zorientować, czy były już na tyle duże, by wzbudzić w nim 

pożądanie.

Podszedł znowu do drzwi Fitzpetersona i przycisnął z całej siły dzwonek. Drgnął na 

odgłos nadjeżdżającej windy. Jeśli to sąsiad, można go zapytać...

Poraził go widok wychodzącego z windy młodego, wysokiego policjanta. Czuł się 

winny, ale ku swemu zdziwieniu funkcjonariusz mu zasalutował.

- Jest pan pewnie bratem tego dżentelmena - rzekł policjant.

- Kto panu to powiedział? - spytał przytomnie Kevin.

- Portier.

- A po co pan tu przyszedł? - rzucił prędko następne pytanie.

- Sprawdzam, czy się coś nie stało. Nie zjawił się rano na zebraniu, a słuchawka 

telefonu jest zdjęta z widełek. Powinni mieć goryli, no wie pan, ci ministrowie, ale nie mają. 

background image

Nie otwiera? - spytał patrząc na drzwi.

- Nie.

- Mógł się poczuć źle... czy miał jakiś powód? Był czymś zdenerwowany? Może go 

odwołali? Wie pan coś?

- Zadzwonił do mnie dziś rano - powiedział Kevin - i wydał mi się strapiony. Dlatego 

przyszedłem.

Wdawał się w bardzo niebezpieczną grę, ale jak dotąd nie skłamał, poza tym było już 

za późno, żeby się wycofać.

- Może weźmiemy klucz od portiera? - zaproponował policjant.

Kevin wolał tego uniknąć.

- A gdyby tak wyważyć drzwi? Mój Boże, jeśli leży tam chory...

Policjant był młody i niedoświadczony, a perspektywa wyłamania drzwi najwyraźniej 

mu się spodobała.

- Myśli pan, że może być aż tak źle? - spytał.

- Kto wie? Jeśli chodzi o drzwi... Fitzpetersonowie nie są tacy biedni.

- Też tak uważam, proszę pana. - Nie potrzebował już dalszej zachęty. Przymierzył się 

ramieniem do drzwi. - Jedno dobre pchnięcie...

Kevin stanął przy nim i uderzyli jednocześnie. Okazało się to nieskuteczne, narobili 

tylko hałasu.

- To nie tak, jak się widzi na filmach - zaczął Kevin i ugryzł się w język.

Ten niestosowny żarcik uszedł uwagi policjanta.

- Jeszcze raz - powiedział.

Tym razem obaj uderzyli z całych sił. Boczna framuga trzasnęła uwalniając gniazdko 

zamka, które wypadło na podłogę. Drzwi otworzyły się na oścież.

Kevin przepuścił policjanta przodem.

- Nie czuć gazu - zauważył policjant, gdy znaleźli się w przedpokoju.

- Wszędzie tylko pali się światło - powiedział Kevin.

W małym korytarzu było troje drzwi. Pierwsze prowadziły do łazienki, gdzie Kevin 

zauważył rząd szczoteczek do zębów i duże sięgające do podłogi lustro. Drugie do kuchni; 

wyglądała   jakby   ją   ktoś   niedawno   przeszukiwał.   Za   trzecimi   drzwiami   zobaczyli 

Fitzpetersona.

Siedział na wysokim krześle przy biurku, z opuszczoną głową, jak gdyby zasnął przy 

pracy. Ale nie było przed nim żadnych papierów, tylko telefon, szklanka i pusty flakonik - 

mała brązowa buteleczka z białą nakrętką, białą etykietką i odręcznym napisem - w jakich 

background image

aptekarze sprzedają pigułki nasenne.

Policjant, choć tak niedoświadczony, zaczął działać z godną podziwu energią.

- Panie Fitzpeterson! Proszę pana! - zawołał i podbiegł do Fitzpetersona. Wsunął mu 

rękę pod szlafrok, by sprawdzić serce. Kevin stanął jak wryty.

-   Jeszcze   żyje   -   oświadczył   policjant.   On   teraz   przejął   dowodzenie.   Skinieniem 

przywołał Kevina.

- Niech pan go jakoś cuci - polecił, po czym z kieszeni na piersi wyjął radiotelefon i 

zaczął wzywać pomoc.

Kevin ujął ministra za ramiona. Okryte szlafrokiem ciało wydawało się martwe.

- Zbudź się! Zbudź się! - wołał Kevin.

- Karetka będzie lada chwila - oznajmił policjant chowając radio. - Spróbujmy go 

postawić.

Wzięli nieprzytomnego pod pachy i usiłowali go zmusić do chodzenia.

- Czy to właśnie trzeba robić? - spytał Kevin.

- Cholera, myślę, że tak.

- Szkoda, że nie uważałem na zajęciach z pierwszej pomocy.

- Ja też żałuję.

Kevin aż się rwał do telefonu. Już widział nagłówek: “Ocaliłem życie ministrowi”. 

Nie   był   gruboskórny,   ale   był   dziennikarzem   i   wiedział,   że   historia,   która   rozsławi   jego 

nazwisko, prawdopodobnie dla kogoś będzie tragedią. Teraz miał taką sposobność i nie wolno 

mu było jej zaprzepaścić. Niecierpliwił się; chciał żeby karetka zjawiła się jak najszybciej.

Tymczasem udało się postawić na nogi Fitzpetersona - nie reagował.

- Niech pan do niego zagada - powiedział policjant do Kevina. - Niech mu pan powie, 

że to pan.

Zrobiło się niebezpiecznie - policjant trafiał coraz bliżej. Kevin z trudem przełknął 

ślinę.

- Tim, Tim! To ja - mówił.

- Niech pan wypowie swoje imię!

Na szczęście podjechała karetka.

- Weźmy go na podest, będzie szybciej! - zawołał Kevin, przekrzykując wycie syreny.

Wywlekli   bezwładne   ciało   przez   drzwi   i   czekali   przy   windzie.   Policjant   znowu 

przyłożył Fitzpetersonowi dłoń do serca.

- O rany - powiedział - nic nie czuję.

Nadjechała winda i wyszło z niej dwóch pracowników pogotowia. Starszy obrzucił 

background image

Fitzpetersona przenikliwym spojrzeniem.

- Przedawkowanie? - zapytał.

- Tak - odparł policjant.

- Wobec tego bez noszy, Bill. Trzymaj go w pionie.

- Chce pan z nim pojechać? - spytał policjant Kevina.

Była to ostatnia rzecz, jakiej Kevin pragnął.

- Zostanę tutaj i skorzystam z telefonu - powiedział.

Sanitariusze weszli do windy, podtrzymując między sobą Fitzpetersona.

- Spadamy - rzek starszy i nacisnął guzik.

Policjant wyjął znów radio, a Kevin wrócił do mieszkania. Telefon był na biurku, ale 

Kevin   nie   chciał,   żeby   gliniarz   słyszał   rozmowę.  Wszedł   do   sypialni;   miał   nadzieję,   że 

znajdzie   tam   drugi   aparat.   Na   meblowej   przystawce   ze   sklejki   koło   łóżka   stał   szary 

trimphone. Wykręcił numer “Post”.

-   Odbiór   maszynowy,   proszę,   mówi   Kevin  Hart.   Minister  Tim  Fitzpeterson   został 

odwieziony karetką do szpitala, przecinek, próba samobójstwa, kropka, akapit. Odnalazłem 

nieprzytomnego ministra, przecinek, któremu podlegają w resorcie energetyki sprawy ropy 

naftowej,   przecinek,   po   otrzymaniu   od   niego   histerycznego   telefonu   z   oświadczeniem, 

przecinek, że jest szantażowany, kropka, akapit. Minister... - Kevin nagle ucichł.

- Jest pan tam? - spytała maszynistka.

Kevin milczał. Na pomiętych prześcieradłach dostrzegł ślady krwi i zrobiło mu się 

niedobrze.

17

Co ja mam z tej pracy? - zadręczał się Derek Hamilton przez cały ranek, gdy środki 

przeciwbólowe przestały działać i wrzód zaczął mu dolegać coraz dotkliwiej. Pytanie to - tak 

samo jak ból - pojawiało się w momentach stresu. Wszystko zaczęło się od spotkania z 

dyrektorem   finansowym.   Cięcia   w   budżecie   ograniczały   wprawdzie   wydatki   ,   ale   też 

zmniejszały obroty o połowę. Projekt miał inne słabe strony - zakładał nadmierny odpływ 

gotówki   i   gwałtowny   spadek   rentowności.  Ale   Hamilton   nie   miał   alternatywy   -   i   to   go 

rozzłościło.

- Proszę pana o rozwiązania - darł się na księgowego - a pan mi mówi, żeby zwinąć 

ten cholerny interes.

Wiedział,   że   zachował   się   niestosownie   wobec   przedstawiciela   zarządu,   który   z 

pewnością złoży rezygnację i nie zgodzi się już na jej wycofanie.

Następnie skrzyczał sekretarkę. Ta elegancka mężatka, władająca trzema językami, 

background image

była zawsze uosobieniem roztropności, ale od rana zawracała mu głowę głupstwami. Znała 

swoje miejsce i ze spokojem przyjęła połajankę, jakby wysłuchiwanie impertynencji należało 

do jej obowiązków. Hamilton i tym razem uznał swoje postępowanie za naganne.

Za   każdym   razem,   gdy  przeklinał   siebie,   swój   personel   i   swój   wrzód,   powracało 

pytanie: co ja tu robię?

Jadąc samochodem do biura Nataniela Fetta, obmyślał wszystkie możliwe warianty 

odpowiedzi. Pieniędzy jako bodźca nie można wykluczyć tak łatwo, jak to nieraz usiłował 

pozorować. To prawda, że mogą żyć z Ellen wygodnie z posiadanego kapitału czy nawet 

samych odsetek, ale jego marzenia sięgały dalej, nie wystarczało mu tylko wygodne życie. 

Prawdziwy sukces w interesach to jacht za milion funtów, willa w Cannes, własny teren 

polowań na kuropatwy i możliwość nabywania obrazów Picassa, a nie oglądanie reprodukcji 

w   lśniących   albumach.   Takie   są   jego   marzenia,   a   raczej   takie   były   -   teraz   jest   już 

prawdopodobnie   za   późno.   Za   jego   życia   Hamilton   Holdings   nie   przyniosą   mu   już 

imponujących zysków.

Kiedy   był   młody,   pragnął   chyba   władzy   i   prestiżu.   Jedno   i   drugie   okazało   się 

niewypałem. To żaden prestiż być prezesem kulejącej spółki, obojętnie jak dużej. A władza, 

przy restrykcjach księgowych, była iluzoryczna.

Nie rozumiał, co mają na myśli ludzie mówiący o satysfakcji z pracy. To dziwaczny 

zwrot, przywodzący na myśl rzemieślnika, który robi stół z kawałka drewna, lub farmera 

wiodącego   na   targ   stadko   tłustych   jagniąt.   Biznes   polegał   na   czymś   innym:   nawet   przy 

umiarkowanym sukcesie zawsze rodzą się nowe frustracje. A Hamilton nie dostrzegał dla 

siebie innych możliwości poza biznesem. Nawet gdyby chciał, nie potrafiłby robić stołów ani 

hodować owiec, pisać podręczników ani projektować biurowców.

Pomyślał znów o synach. Ellen miała rację: nie liczyli na swe dziedzictwo. Gdyby 

spytał ich o radę, rzekliby z pewnością: to twoje, rób z tym, co chcesz! A jednak wzdragał się 

instynktownie   przed   wyzbyciem   się   biznesu,   dzięki   któremu   jego   rodzina   doszła   do 

bogactwa. Być może - myślał - nie powinienem ulegać instynktowi, bo przecież nie zaznałem 

szczęścia.

Po raz pierwszy w życiu głowił się, co by robił, gdyby nie musiał iść do biura. Nie 

pociągała go wiejsko-miasteczkowa egzystencja. Chodzenie do pubu z psem na smyczy, jak 

robił to jego sąsiad, pułkownik Quinton, wydawałoby mu się nudne. Gazety też by go nie 

interesowały - czytał tylko kolumny poświęcone biznesowi, a gdyby sam nie miał biznesu, 

przestałyby go ciekawić. Lubił swój ogródek, ale jakoś nie wyobrażał sobie, że mógłby przez 

cały dzień wyrywać chwasty i rozrzucać nawóz.

background image

Co robiliśmy w młodości? Kiedy spoglądał wstecz, zdawało mu się, że tracili z Ellen 

mnóstwo   czasu   na   niczym.  Wyruszali   na   długie   przejażdżki   jego   dwuosobowym   autem, 

czasami spotykali się z przyjaciółmi na pikniku. Po co? Jaki sens jechać samochodem szmat 

drogi, tylko po to, żeby zjeść kanapki i wrócić? Wieczorami chodzili do teatrów i restauracji. 

A jednak wciąż im się zdawało, że mają dla siebie za mało czasu.

No cóż, może nastała pora, aby oboje zaczęli się ponownie odkrywać. A milion funtów 

pozwoli mu na spełnienie niektórych marzeń. Mogliby kupić willę - być może nie w Cannes - 

ale gdzieś na południu Francji. Mógłby nabyć jacht, na tyle duży, by wypływać na Morze 

Śródziemne, a jednocześnie na tyle mały, by mógł nim sam manewrować. Tereny łowieckie 

nie wchodziły w rachubę, ale chyba starczyłoby jeszcze na kilka dobrych obrazów.

Ten   cały   Laski   ściąga   sobie   na   głowę   tylko   utrapienie.   Ale   to   zdaje   się   jego 

specjalność.   Hamilton   trochę   o   nim   słyszał.   Ten   człowiek   nie   ma   przyzwoitej   metryki, 

wykształcenia, rodziny, ale ma głowę na karku i gotówkę, a w ciężkich czasach to ważniejsze 

niż dobre pochodzenie. Być może Laski i Hamilton Holdings zasługują na siebie.

Niezwykłe było to, co powiedział Natanielowi Fettowi: “Powiedz Laskiemu, że jeśli 

mam mu sprzedać spółkę do południa, chcę także na dwunastą mieć pieniądze w ręku”. 

Ekscentrycznie się zachował żądając natychmiastowej płatności gotówką, niczym właściciel 

sklepu z trunkami w Glasgow. Ale wiedział, dlaczego to robi. W ten sposób decyzja nie 

będzie zależała od niego: jeśli Laski będzie mógł wyłożyć pieniądze, transakcja dojdzie do 

skutku,   jeśli   nie   -   to   nie   dojdzie.   Nie   mogąc   się   zdecydować,   Hamilton   rzucił   w   górę 

półpensówkę.

Nagle zapragnął gorąco, aby Laski zgromadził gotówkę. Derek Hamilton nie chciał 

już nigdy więcej wracać do swego gabinetu.

Samochód podjechał pod biura Fetta i Hamilton wysiadł.

18

Bert Chieseman odkrył, że cały urok bycia “kornikiem” to możliwość podsłuchiwania 

rozmów w policyjnym radiu przy jednoczesnym wykonywaniu innych zajęć. Jego dramat 

polegał na tym, że na te inne zajęcia nie bardzo miał ochotę.

Tego ranka zamiatał dywan - a właściwie wzniecał kurz, który za chwilę opadał - 

podczas gdy falami radiowymi przepływały nieciekawe meldunki o ruchu ulicznym na Old 

Kent Road. Potem ogolił się nad zlewem, używając gorącej wody z ascota, i usmażył sobie na 

kuchence w pokoju plaster bekonu na śniadanie. Jadł bardzo niewiele.

Po   złożeniu   raportu   o   ósmej   rano   zadzwonił   tylko   raz   do   “Evening   Post”,   by 

zawiadomić o karetce wezwanej do bloku mieszkalnego w dzielnicy Westminster. Nazwiska 

background image

pacjenta nie wymieniono, ale Bertie przypuszczał na podstawie adresu, że to ktoś ważny. 

Ludzie z działu wiadomości mogą sobie zadzwonić do stacji pogotowia, spytać o nazwisko i 

tam otrzymać informacje, o ile takowe mają. Zdarzało się często, że sanitariusze nie składali 

meldunku, dopóki pacjent nie znalazł się w szpitalu. Bertie niekiedy gawędził z reporterami i 

wypytywał ich, w jaki sposób wykorzystują dostarczane im przez niego informacje i piszą 

potem artykuły. Całkiem dobrze zaznajomił się z techniką dziennikarstwa.

Poza   tym   zdarzeniem   i   meldunkami   o   ruchu   ulicznym   zgłoszono   tylko   kradzież 

sklepową, drobny akt wandalizmu, dwa wypadki, małą demonstrację na Downing Street oraz 

coś, co było dla niego zagadką.

Scenerią tej zagadki był East London i nic więcej na ten temat Bertie nie wiedział. 

Słyszał   alarm   dla   wszystkich   wozów,   ale   następny   meldunek   niewiele   wyjaśniał:   patrole 

miały szukać niebieskiej furgonetki o takim a takim numerze rejestracyjnym. Może porwano 

ją   z   ładunkiem   papierosów   albo   policja   chciała   przesłuchać   kierowcę,   a   może   była 

zamieszana   w   rabunek.   Użyto   określenia   “Obeasz”,   jednak   Bertiemu   nic   to   nie   mówiło. 

Natychmiast   po   alarmie   skierowano   do   poszukiwania   furgonetki   trzy   wozy   patrolowe. 

Niewiele to wyjaśniało.

Wrzawa   mogła   dotyczyć   zupełnej   błahostki,   choćby   ucieczki   żony   któregoś   z 

inspektorów letniej brygady, co się już kiedyś zdarzyło. Ale mogło to być coś niezwykłego. 

Czekał na dalsze doniesienia.

W chwili gdy mył patelnię szmatką i ciepłą wodą, zjawiła się gospodyni. Wytarł ręce o 

sweter i wyjął książeczkę czynszową. Pani Keeney, w fartuchu i lokówkach, gapiła się z 

podziwem na sprzęt radiowy, mimo że oglądała go co tydzień.

Bertie wręczył jej pieniądze, a ona złożyła podpis w książeczce, po czym podała mu 

list.

- Nie rozumiem, dlaczego nie nastawia pan jakiejś przyjemnej muzyki - powiedziała.

- Nie jestem zbyt muzykalny - uśmiechnął się. Nie powiedział jej, do czego mu służy 

radio, ponieważ podsłuchiwanie komunikatów nadawanych przez radiotelefon było niezgodne 

z prawem.

Potrząsnęła   głową   z   powątpiewaniem   i   wyszła.   Bertie   otworzył   list.   Był   to   jego 

miesięczny czek z “Evening Post”. Miał dobrą passę, czek opiewał na pięćset funtów. Bertie 

nie płacił podatku. Miał trudności z wydawaniem pieniędzy, bo z powodu takiego zajęcia 

prowadził skromne życie. Wieczory spędzał w pubach, w niedzielę wyjeżdżał samochodem; 

był to jego jedyny luksus - błyszczący, nowiutki ford capri. Wyprawiał się niczym turysta w 

rozmaite miejsca: był w katedrze Canterbury, w zamku Windsor, Beaulie, St. Albans, Bath w 

background image

Oxfordzie;   z   jednakową   przyjemnością   odwiedzał   parkowe   safari,   okazałe   rezydencje, 

omszałe   zabytki,   historyczne   miejscowości,   wyścigi   konne   i   wesołe   miasteczka.   Nigdy 

jeszcze nie miał tylu pieniędzy. Starczało mu na wszystko, czego potrzebował, i nawet mógł 

trochę odłożyć.

Wsunął czek do szuflady i skończył mycie patelni. W momencie gdy ją odstawiał, 

radio zatrzeszczało, a szósty zmysł podpowiedział mu, żeby słuchał uważnie.

- Zgadza się, niebieski sześciokołowy beford. Alfa Charlie Londyn dwa zero trzy 

matka.   Czy   ma   co?   Znaki   szczególne?   Tak,   jak   zajrzysz   do   środka,   zobaczysz 

najprzedziwniejszy znak szczególny - sześć dużych skrzynek zużytych banknotów.

Bertie zmarszczył czoło. Oczywiście radiooperator w centrali chciał być dowcipny, ale 

z tego co powiedział, wynikało, że w zaginionej furgonetce znajdowała się wielka forsa. Taka 

ciężarówka nie gubi się przypadkowo. Musiano ją porwać.

Bertie usiadł przy stole i sięgnął po telefon.

19

Na widok wchodzącego Hamiltona Feliks Laski i Nataniel Fett podnieśli się z miejsc. 

Laski i Hamilton przywitali się zdawkowo, niby bokserzy przed walką. Laski zauważył ze 

zgrozą, że Hamilton ma identyczny jak on garnitur: ciemnoniebieski w prążki. Mieli nawet 

takie same dwurzędowe marynarki na sześć guzików bez dziurek. Jednak Hamilton, przy 

swojej   tuszy,   nie   wydawał   się   elegancki.   Najpiękniejszy  garnitur   wyglądałby  na   nim   jak 

kawał sukna spowijający galaretę. Laski wiedział - bez przeglądania się w lustrze, że jego 

garnitur wygląda dużo wytworniej.

Postanowił nie okazywać poczucia wyższości. Niewłaściwa postawa mogła zrujnować 

pertraktacje.

- Miło znów pana widzieć, panie Hamilton - odezwał się.

Hamilton skinął głową.

- Dzień dobry, panie Laski - powiedział, a gdy usiadł, krzesło pod jego ciężarem 

zatrzeszczało.

Laski skrzyżował nogi i czekał, aż Fett rozpocznie negocjacje. Kątem oka bacznie 

obserwował Hamiltona. W młodości mógł być przystojny - ocenił. Miał wysokie czoło, prosty 

nos, przejrzyste niebieskie oczy. Trzymał ręce na kolanach i wydawał się spokojny. Podjął już 

decyzję - pomyślał Laski.

-   Dla   informacji   -  rzekł   Fett.   -  Derek   ma   dziesięć   tysięcy  pięćset   akcji   w  spółce 

Hamilton Holdings Limited. Pozostałe dziewięćdziesiąt tysięcy czterysta należy do różnych 

udziałowców, są nadto akcje nie puszczone w obieg. Panie Laski, proponuje pan kupno tych 

background image

dziesięciu tysięcy pięciuset akcji za sumę miliona funtów pod warunkiem, że akt sprzedaży 

otrzyma dzisiejszą datę i będzie podpisany w południe.

- Albo jeśli takowa deklaracja otrzyma wymienioną datę z podpisem.

- Właśnie.

Laski mruknął coś pod nosem, podczas gdy Fett monotonnie kontynuował wyliczanie 

formalności. Uznał, że Hamilton zasługuje na utratę żony. Kobiecie tak żywotnej i namiętnej 

należy się pełnokrwista miłość, jej mąż nie miał prawa tak się zaniedbać.

Ukradłem mu żonę - dumał - i przejmuję dorobek jego życia, a on jest zadowolony i 

spokojny.

- Według mnie - ciągnął Fett - transakcję można przeprowadzić zgodnie z konspektem 

pana Laskiego. Dokumenty są zadowalające. Pozostaje tylko jedna zasadnicza kwestia, czy... i 

na jakich warunkach... Derek zgodzi się na sprzedaż - dodał i oparł się o krzesło z miną 

świadczącą, że dopełnił rytuału.

Hamilton spojrzał na Laskiego.

- Jakie są pańskie zamiary wobec syndykatu? - zapytał.

Laski stłumił westchnienie. Jakiekolwiek przesłuchanie nie miało tu nic do rzeczy. 

Mógł swobodnie nagadać Hamiltonowi kupę łgarstw. I tak właśnie postąpił.

-   Przede   wszystkim   potrzebny  będzie   zastrzyk   większego   kapitału   -  powiedział.   - 

Następnie usprawnienie metod zarządzania, przetasowanie na szczycie działających spółek i 

niewielkie ulepszenia w mało wydajnych branżach. - Nic nie mogło być dalsze od prawdy, ale 

jeśli Hamilton chciał mieć wszystko wyłożone od a do zet - to proszę bardzo.

- Wybrał pan krytyczny moment na swą ofertę.

- Niezupełnie - odparł Laski. - Prawo do wierceń, jeśli będzie przyznane, to dobry 

interes.   Przejmuję   zasadniczo   zdrową   spółkę,   która   przechodzi   trudny   okres.   Zamierzam 

uczynić ją dochodową bez naruszania infrastruktury. Mam ku temu specjalne predyspozycje - 

uśmiechnął   się   dufnie.   -   Pomimo   mej   reputacji,   jestem   zainteresowany   prawdziwą 

działalnością przemysłową, a nie handlem aktywami.

Podchwycił nieprzyjazne spojrzenia Fetta. Makler wiedział, że to kłamstwo.

- Skąd zatem ten ostateczny termin do dwunastej w południe?

- Uważam, że akcje Hamiltona podskoczą w razie otrzymania licencji. Jest to więc dla 

mnie ostatnia szansa kupna za rozsądną cenę.

- To mnie zadowala - rzekł Hamilton, przejmując inicjatywę od Fetta. - Ale ja także 

wyznaczyłem swój termin. Co pan na to?

- Chętnie się zgodzę - skłamał Laski.

background image

W rzeczywistości dręczył go rozpaczliwy niepokój. Nie spodziewał się, że Hamilton 

zażąda pieniędzy na rękę w chwili zawarcia transakcji. Planował, że wpłaci dziś zaliczkę, a 

resztę po podpisaniu kontraktu. Jednakże zastrzeżenie Hamiltona - choć bardzo niezwykłe - 

było   najzupełniej   rozsądne.   Z   chwilą   podpisania   wstępnej   umowy   Laski   mógł   obracać 

akcjami, sprzedając je bądź posługując się nimi do zaciągnięcia pożyczki. I zamierzał właśnie 

użyć   akcji   -   wyzyskując   ich   zawyżony   licencją   kurs   -   aby   zgromadzić   pieniądze   na 

rzeczywisty zakup.

Wpadł   jednakże   we   własne   sidła.   Skusił   Hamiltona   szybkością   transakcji,   a   stary 

wyga poszedł na całego. Laski nie wiedział, co począć, ponieważ nie miał miliona funtów - z 

największym trudem wyskrobałby sto tysięcy na zaliczkę. Ale wiedział, czego na pewno nie 

zrobi: nie pozwoli, żeby mu ten interes wymknął się z rąk.

- Chętnie się zgodzę - powtórzył.

- Derek - odezwał się Fett - może warto, żebyśmy teraz pogadali chwilkę w cztery 

oczy...

- Nie sądzę - odparł Hamilton. - Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że w tej umowie roi 

się od zasadzek?

- Bynajmniej.

- W takim razie - Hamilton zwrócił się do Laskiego - akceptuję.

Laski wstał i uścisnął Hamiltonowi dłoń. Grubas był nieco zakłopotany tym gestem, 

ale Laski wiedział, co robi. Ludzie typu Hamiltona zawsze potrafią znaleźć kruczki prawne w 

kontrakcie, ale nie potrafią zaprzeć się uścisku ręki.

- Gotówka znajduje się w Cotton Bank of Jamaica - powiedział Laski. - Oczywiście w 

oddziale   londyńskim.   Przypuszczam,   że   to   nie   nastręcza   żadnych   problemów   -   dodał 

wyjmując książeczkę czekową.

Fett   zmarszczył   brwi.   Był   to   mały   bank,   choć   godzien   szacunku.   Wolałby   czek 

wystawiony   na   bank   rozrachunkowy,   ale   w   tym   stanie   rzeczy   nie   bardzo   mógł   wnosić 

sprzeciw, żeby nie narazić się na zarzut obstrukcjonisty. Laski zdawał sobie z tego sprawę.

Wypełnił czek i wręczył go Hamiltonowi.

- Nieczęsto się nam zdarza dawać do kieszeni milion funtów - powiedział.

- Nieczęsto się nam zdarza taką sumę wydawać - uśmiechnął się niemal jowialnie 

Hamilton.

- Kiedy miałem dziesięć lat - powiedział Laski - zdechł nasz stary kogut i poszedłem z 

ojcem na targ kupić nowego. Kosztował równowartość... mniej więcej trzech funtów. Ale 

oszczędzaliśmy te pieniądze przez rok. Bardzo byłem przejęty kupnem tego koguta. Już nigdy 

background image

potem, przy żadnej zawieranej przeze mnie transakcji finansowej, włącznie z tą transakcją, 

nie stać mnie było na takie zaangażowanie.

Uśmiechnął się świadom, że ta opowiastka wprawiła ich w zakłopotanie, ale było mu 

to obojętne.

- Milion funtów to nic wielkiego, a kogut może uchronić całą rodzinę od przymierania 

głodem.

- Święta prawda - bąknął Hamilton.

Laski przybrał swą zwykłą postawę...

- Pozwólcie mi, panowie, zadzwonić do banku i uprzedzić, że czek jest w drodze.

- Oczywiście - rzekł Fett i podprowadził go do drzwi. - Tu jest wolny pokój. Waleria 

pana połączy.

- Dziękuję. Zaraz wrócę i będziemy mogli podpisać dokumenty.

Laski  wszedł do niewielkiego  gabinetu  i podniósł  słuchawkę. Usłyszawszy sygnał 

rozejrzał się, sprawdzając, czy Waleria nie słucha. Była obok, w archiwum. Wykręcił numer.

- Cotton Bank of Jamaica.

- Tu Laski. Dajcie mi Jonesa.

Nastąpiła chwila przerwy.

- Dzień dobry, panie Laski.

- Jones, podpisałem właśnie czek na milion funtów.

Początkowo nie było odpowiedzi. Wreszcie Jones wyjąkał:

- Jezu, nie ma pan tyle.

- Mimo wszystko puść pan czek.

- Ale co z Threadneedle Street? - bankier mówił podnieconym głosem.

- Przekroczymy ten most, kiedy się na nim znajdziemy.

- Panie Laski nasz bank nie może dokonać przelewu miliona funtów ze swego konta w 

Banku Angielskim na inne konto w tym banku, ponieważ nie dysponujemy milionem funtów 

na koncie w Banku Angielskim. Nie sądzę, bym mógł przedstawić jaśniej sytuację.

- Jones, kto jest właścicielem Cotton Bank of Jamaica?

Jones westchnął głośno.

- Pan jest właścicielem.

- No właśnie - rzekł Laski i odłożył słuchawkę.

Dwunasta w południe

20

Peter   “Jesse”   James   spływał   potem.   Zbliżało   się   południe,   słońce   prażyło 

background image

niemiłosiernie,   a   przez   szeroką   szybę   furgonetki   lał   się   żar,   prosto   na   jego   obnażone, 

barczyste ramiona i poprzez spodnie na nogi. Było mu okropnie gorąco.

Ponadto miał potężnego pietra.

Jacko przykazał mu powolną jazdę. Była to zbędna przestroga. O milę od składnicy 

złomu znalazł się w takim natłoku samochodów, że jechał zderzak w zderzak przez połowę 

South London. Nawet gdyby chciał, nie mógłby przyspieszyć.

Odsunął z obu stron ślizgowe drzwi furgonetki, ale to niewiele pomagało. Kiedy stał, 

nie było żadnego przewiewu, kiedy ruszał z miejsca, czuł tylko lekkie ciepłe podmuchy z rur 

wydechowych.

W pojęciu Jessego jazda samochodem powinna mieć smak przygody. Był zakochany 

w samochodach; kiedy miał dwanaście lat ukradł pierwszy - zefira-zodiaka z dorobionymi na 

zamówienie płetwami. Lubił wyrywać do przodu spod świateł, wysprzęglać podwójnie na 

zakrętach i napędzać stracha niedzielnym kierowcom. Jeśli ktoś ośmielił się napomnieć go 

klaksonem,   Jesse   miotał   przekleństwa,   potrząsał   pięścią   i   wygrażał   z   fantazją,   że   strzeli 

skurwielowi w łeb. W skrytce swego samochodu trzymał zawsze pistolet, ale nigdy go dotąd 

nie użył.

Jednakże taka jazda, gdy się miało za plecami fortunę w skradzionych pieniądzach - 

nie była wcale zabawna.

Należało   przyspieszać   stopniowo,   równo   hamować,   sygnalizować   zwalnianie, 

powstrzymywać się od wyprzedzania, przepuszczać pieszych na skrzyżowaniach. Przyszło 

mu do głowy, że takie dobre maniery mogą być podejrzane; inteligentny gliniarz - widząc za 

kółkiem furgonu młodego faceta, który ciągnie się grzeczniutko, jak starsza paniusia podczas 

próbnej jazdy - może wyczuć smród.

Podjechał   do   kolejnego   skrzyżowania   na   nie   kończącej   się   South   Circular   Road. 

Światło zmieniło się z zielonego na żółte. Słuchając instynktu, wdepnąłby gaz do dechy i 

przeskoczył światło, ale nie zrobił tego, tylko westchnął cierpiętniczo i wywiesiwszy jak głupi 

ramię przez okienko szoferki, ostrożnie przyhamował.

Nie   wolno   mu   się   było   denerwować   -   nerwowi   ludzie   robią   błędy.   Powinien 

zapomnieć   o   forsie,   myśleć   o   czymś   innym.   Przejechał   tysiące   mil   w   koszmarnym 

londyńskim ruchu i nigdy jeszcze nie zatrzymał go żaden policjant; dlaczego dzisiaj miałoby 

być inaczej? Nawet gliniarz nie potrafiłby wyniuchać trefnej forsy.

Światła się zmieniły i ruszył do przodu. Ulica zwężała się teraz w ciąg handlowy, 

gdzie   wzdłuż   krawężnika   stały   ciężarówki   dostawcze,   a   liczne   przejścia   dla   pieszych 

zwalniały ruch samochodów. Na wąskich chodnikach kłębili się klienci i uliczni sprzedawcy, 

background image

wymachujący tandetną biżuterią i pokrowcami na deski do prasowania.

Kobiety,   z  powodu  upału,   ubrane   były  w   letnie   suknie.   Jesse  -   posuwając   się  do 

przodu   po   kilka   metrów   -   gapił   się   na   obcisłe   trykotowe   koszulki,   na   rozkoszne   luźne 

kubraczki i obnażone kolana. Lubił dziewczyny z dużą dupą i przeglądał badawczo tłum, 

szukając odpowiedniej sztuki, aby ją rozebrać wzrokiem.

Spostrzegł   taką   w   odległości   około   dwudziestu   metrów.   Miała   na   sobie   niebieski 

nylonowy sweterek i białe obcisłe spodnie. Prawdopodobnie uważała, że jest za gruba, ale 

Jesse powiedziałby jej, że wcale tak nie jest. W staromodnym staniku jej piersi sterczały 

niczym torpedy; sięgające do pasa portki wybrzuszały się na obfitych biodrach. Zerkając na 

dziewczynę miał nadzieję, że zobaczy, jak trzęsą się jej piersi. Nie zawiódł się.

Chętnie by za nią stanął, ściągnął powoli jej spodnie i...

Samochód, jadący bezpośrednio przed nim, posunął się z dziesięć metrów do przodu, 

a Jesse tuż za nim. Była to nowiutka marina z winylowym dachem. Kto wie, może sprawi 

sobie taki wóz za swój udział w łupie. Sznur wozów znowu się zatrzymał. Jesse zaciągnął 

ręczny hamulec i poszukał wzrokiem grubaski.

Wypatrzył ją dopiero wtedy, kiedy samochody znowu ruszyły z miejsca. Zwalniając 

sprzęgło zobaczył, że przystanęła przed witryną sklepu z obuwiem. Spodnie opinały ją tak 

ciasno,   że   widział   brzeg   majtek,   dwie   ukośne   linie   zbiegające   się   w   rozwidleniu   ud. 

Ubóstwiał widok majtek prześwitujących przez spodnie; rajcowało go to prawie tak samo, jak 

goła dupa. Wtedy - myślał - zsunąłby jej majtki w dół i...

Rozległ się trzask stali uderzającej o stal. Wstrząs przy hamowaniu rzucił Jessego na 

kierownicę. Drzwi poleciały z obu stron do przodu, zamykając się z podwójnym łoskotem. 

Wiedział z góry, co narobił, i lęk przyprawił go o mdłości.

Poprzedzająca go marina przystopowała wcześniej, niż było trzeba, a Jesse, zajęty 

tłustą dziewczyną w obcisłych portkach, stuknął prosto w tył auta.

Wysiadł z furgonetki. Właściciel luksusowego wozu lustrował już szkodę. Spojrzał na 

Jessego czerwony ze złości.

- Ty wściekły skurwielu - wykrztusił. - Oślepłeś czy zgłupiałeś? - Mówił akcentem z 

Lancashire.

Jesse   zignorował   go   i   patrzył   na   zderzaki   obu   pojazdów   wygięte   w   stalowym 

pocałunku.

- Przepraszam, kolego, moja wina - powiedział, usiłując zachować spokój.

- Przepraszam! Takim chamom powinno się zakazać jazdy po ulicach.

Był to niski, tęgi mężczyzna, w garniturze. Na jego okrągłej twarzy malowało się 

background image

święte oburzenie. Był agresywny jak większość małych ludzi i w charakterystyczny dla nich 

sposób - odchylał głowę do tyłu. Jesse od razu go znienawidził. Zalatywało od niego starszym 

sierżantem. Miał wielką ochotę rąbnąć go w gębę albo - co byłoby jeszcze lepsze - strzelić mu 

prosto w łeb.

-   Błędy,   ludzka   rzecz   -   odezwał   się   z   wymuszoną   uprzejmością.   -   Wymieńmy 

nazwiska i co tam trzeba, i jedźmy. To tylko małe wgniecenie. Nie rób pan z tego sprawy 

państwowej.

Były to niefortunne słowa. Kurdupel poczerwieniał jeszcze mocniej.

- Nie wywiniesz się z tego psim swędem - oświadczył.

Samochody   z   przodu   ruszyły   i   kierowcy   z   tyłu   zaczęli   się   niecierpliwić.   Kilku 

nacisnęło klaksony, jeden wysiadł z wozu.

Kierowca mariny zapisywał w notesie numer furgonetki. Tacy faceci - pomyślał Jesse 

- zawsze mają przy sobie notes i ołówek w kieszonce marynarki.

- Do cholery, jak można tak nieuważnie jeździć! - powiedział zamykając notes. - 

Zatelefonuję na policję.

- A może by tak zepchnąć ten kram z drogi? - odezwał się kierowca, który wysiadł z 

wozu - wtedy reszta mogłaby przejechać.

Jesse wyczuł sprzymierzeńca.

- Chciałbym to zrobić, przyjacielu, ale ten gość uparł się wezwać Kojaka.

Grubas pogroził mu palcem.

- Znam takich, co to jeżdżą jak chuligani, a ubezpieczenie niech płaci. Postawię cię 

przed sądem, kochasiu.

Jesse postąpił krok w przód, zaciskając pięści, po czym zatrzymał się. Zaczynała go 

ogarniać panika.

- Policja ma dość innej roboty - rzekł pojednawczo.

Mężczyzna zlustrował go przenikliwie. Dostrzegł strach Jessego.

-  To  już  oni   sami   rozstrzygną,   czy  mają   coś  lepszego   do  roboty  -  rozejrzał   się  i 

zobaczył budkę telefoniczną. - Stój tutaj! - polecił kierując się w stronę budki.

Jesse złapał go za ramię. Teraz naprawdę wpadł w panikę.

- To nie ma nic wspólnego z policją - powiedział.

Tamten odkręcił się i strzepnął rękę Jessego.

- Łapy przy sobie, ty śmieciu...

Jesse chwycił go za klapy i podciągnął do góry.

- Ja ci dam śmiecia... - Nagle zdał sobie sprawę, że zebrał się spory tłum ciekawskich, 

background image

było już chyba kilkanaście osób. Jesse przyjrzał się wszystkim. Były to głównie kobiety z 

torbami na zakupy, a na samym froncie stała dziewczyna w obcisłych spodniach. Uprzytomnił 

sobie, że narobił bigosu.

Postanowił się z tego wygrzebać.

Puścił   poszkodowanego   kierowcę   i   wsiadł   do   furgonetki.   Tamten   wytrzeszczył   z 

niedowierzaniem oczy.

Jesse włączył silnik i cofnął się. Pojazdy rozdzieliły się z chrzęstem. Zobaczył, że 

zderzak mariny zwisa luźno, a obudowa tylnego oświetlenia jest roztrzaskana. Pięćdziesiąt 

funciaków, i da się naprawić - pomyślał machinalnie. - Dziesiątak przy własnej robocie.

Tłuścioch stanął przed maską furgonetki niczym Neptun i wygrażał palcem.

- Nie ruszaj! - krzyknął. Scysja zaostrzała się i tłum gapiów gęstniał. Zrobił się korek i 

wozy z tyłu zaczęły ich omijać.

Jesse   wrzucił   pierwszy   bieg   i   podkręcił   silnik.   Kierowca   mariny   nie   ruszał   się   z 

miejsca. Jesse zwolnił raptownie sprzęgło i furgonetka wyprysnęła do przodu.

Grubas odskoczył do krawężnika, ale spóźnił się. Jesse, skręcając, usłyszał głuchy 

odgłos przy błotniku. Jadący z tyłu samochód zahamował z piskiem opon. Jesse zmienił bieg i 

pognał, nie oglądając się za siebie.

Ulica wydawała mu się ciasna i dokuczliwa niczym pułapka, gdy - nie zważając na 

pasy -  pędził  zygzakami,  zmuszany  do hamowania.  Próbował  rozpaczliwie  zebrać  myśli. 

Wszystko popieprzył. Cały skok udał się wspaniale, a Jesse James wpakował się w kraksę 

ucieczkowym wózkiem. Furgon, pełen papierowego szmalu, spalony z powodu stłuczki za 

pięćdziesiąt funtów. Niech to diabli!

Uspokój się - mówił sobie. - Nie ma wsypy, póki cię nie zamknęli. Jeszcze jest czas. 

Oby tylko mógł się skupić.

Zwolnił   i   skręcił   z   głównej   ulicy.   Lepiej   nie   zwracać   na   siebie   uwagi.   Lawirując 

bocznymi uliczkami, oceniał sytuację.

Co teraz może nastąpić? Ktoś zatelefonuje na policję, zwłaszcza że przewrócił tego 

grubego, który zapisał sobie numer furgonetki; któryś ze świadków mógł go zresztą także 

zanotować. Zgłoszą ucieczkę z miejsca wypadku i numer otrzymają przez radio wszystkie 

wozy patrolowe. Potrwa to najdłużej piętnaście minut. Minie dalsze pięć minut i ogłoszą 

rysopis Jessego. Jak był ubrany? Niebieskie dżinsy i pomarańczowa koszula. Do licha!

Co by powiedział Tony Cox, gdyby mógł go zapytać o radę? Jesse wyobraził sobie 

pulchną twarz szefa i usłyszał jego głos: ustal, w czym problem, dobrze?

Jesse rzekł głośno:

background image

- Policja ma numer wozu i mój rysopis.

Pomyśl, co trzeba zrobić, żeby rozwiązać problem.

- Co, do diabła, mogę zrobić, Tony? Zmienić tablice rejestracyjne i wygląd?

No więc, zrób to!

Jesse zmarszczył brwi. Analiza rozumowania Tony'ego na tym się skończyła. Gdzie, 

do cholery, mógł skombinować tablice i jak je umocować?

Oczywiście, jasne jak słońce.

Przedostał   się   na   główną   ulicę   i   jechał,   dopóki   nie   natrafił   na   warsztat   ze   stacją 

benzynową. Stanął przy dystrybutorach. Więzienny wrak - pomyślał - a to heca! Za pompami 

były garaże naprawcze, nie opodal cysterna tankowała paliwo do zbiornika.

Jeden z pracowników stacji, przecierający zatłuszczoną szmatą okulary, podszedł do 

furgonetki.

- Za pięć funciaków - powiedział Jesse. - Gdzie jest kibel?

- Tu zaraz, z boku - pracownik wskazał mu kierunek kciukiem.

Jesse poszedł betonową ścieżką koło garażu i minął rozpadające się drzwi z napisem 

“Dla panów”.

Za  garażem znajdował się  niewielki plac,  na którym  stały bezładnie czekające na 

reperację auta z zardzewiałymi drzwiczkami i pogiętymi błotnikami, porozrzucane też były 

części silników. Jesse nie widział jednak tego, czego szukał.

Dotarł do rozwartego na oścież bocznego wejścia, przez które mógłby śmiało wtoczyć 

się autobus. Nie było sensu bawić się w chowanego. Wszedł do środka.

Upłynęła  chwila,   zanim  przystosował  wzrok  do  mrocznego  wnętrza.  W  powietrzu 

unosiła   się   woń   oleju   silnikowego   i   spalin.   Z   podniesionego   na   rampę   mini   wyzierały 

obrzydliwe flaki podwozia. Przód przegubowej ciężarówki podłączony był przewodami do 

urządzenia   kryptona.   Pozbawiony   kół   jaguar   siedział   na   klockach.   Nie   było   żadnego 

pracownika.   Jesse   zerknął   na   zegarek   -   pewnie   są   na   obiedzie.   Rozejrzał   się   i   wreszcie 

zobaczył to, czego potrzebował.

W rogu, na beczce z olejem, leżały dwie czerwono-białe tablice rejestracyjne. Zabrał 

je i, znowu się rozglądając, zwędził jeszcze dwie rzeczy:  czysty kombinezon z kołka na 

ścianie i leżący na podłodze kłębek brudnego sznurka.

- Szukasz czegoś, bracie? - usłyszał nagle czyjś głos.

Jesse drgnął, serce podskoczyło mu do gardła. Daleko w kącie hali warsztatowej - 

oparty   o   lśniący   błotnik   jaguara   -   stał   ciemnoskóry   mechanik   w   wysmoluchanym 

kombinezonie, usta miał wypchane jedzeniem.

background image

- Kibelka. Chcę się przebrać - odpowiedział z zapartym tchem.

- Na zewnątrz - wskazał mechanik, przełknął kęs i ugryzł znów kanapkę z jajkiem na 

twardo po szkocku.

- Dzięki - rzekł Jesse, wychodząc w pośpiechu.

-   Zawsze   do   usług   -   rzucił   za   nim   mechanik,   z   irlandzkim   akcentem.   Irlandzkie 

negatywy? To coś nowego - pomyślał Jesse.

Przy furgonetce czekał facet obsługujący dystrybutor. Jesse wdrapał się do szoferki i 

cisnął   kombinezon   wraz   z   jego   zawartością   za   oparcie   siedzenia.   Benzyniarz   popatrzył 

zaciekawiony na zawiniątko.

- Przytrzasnęło go w tylnych drzwiach i wybrudził się - wyjaśnił Jesse. - Ile płacę?

- Na ogół bierzemy piątaka, jak wlewa się za pięć funtów. Nie patrzyłem na stan baku.

- Ani ja, przez pięćdziesiąt sakramenckich mil. Powiedziałem: “Za pięć funciaków”?

- Tak pan powiedział. Sracz za darmo.

Jesse wręczył mu pięć funtów i prędko odjechał.

Odbił się trochę od trasy, ale było mu to na rękę. Okolica, w jakiej się znalazł, była 

spokojniejsza od tej, którą jechał poprzednio. Po obu stronach ulicy, w pewnym oddaleniu od 

jezdni,   stały   bliźniacze,   stare   domy.   Wzdłuż   chodników   rosły   kasztanowce.   Zauważył 

przystanek autobusowy zielonej linii.

Potrzebna mu była cicha uliczka, gdzie mógłby zmienić tablice. Sprawdził godzinę. 

Od wypadku musiał już upłynąć kwadrans, nie mógł się cackać.

Skręcił   w   najbliższą   ulicę.   Nazywała   się   Brook   Avenue   i   była   zabudowana 

bliźniakami. Chryste, potrzebne mu było jakieś ustronniejsze miejsce. Nie mógł wymieniać 

tablic na oczach sześćdziesięciu wścibskich gospodyń domowych.

Skręcił w następną ulicę i jeszcze w następną i za krótkim szeregiem sklepów znalazł 

boczną drogę. Prowadziła do garaży, śmietników i tylnych drzwi sklepowych, przez które 

dostarczano towar. Na nic lepszego nie mógł liczyć.

Przelazł na tył furgonetki. Było tam bardzo gorąco. Usiadł na skrzynce z pieniędzmi i 

wciągnął na nogi kombinezon. Jezu, chyba mi się udało, daj mi jeszcze dwie minuty - prawie 

się modlił.

Wstał z pochyloną głową i ubrał się w kombinezon.

Jeśli to spieprzę, Tony poderżnie mi gardło - pomyślał i przeszedł go dreszcz. Tony 

Cox to bezlitosny drań. I ma hysia na punkcie wymierzania sprawiedliwości.

Jesse   zaciągnął   suwak   kombinezonu.   Wiedział,   jakie   będą   zeznania   naocznych 

świadków.   Policja   szuka   teraz   wielkiego,   groźnie   wyglądającego   typa   o   zdesperowanym 

background image

spojrzeniu,   w   dżinsach   i   pomarańczowej   koszuli.   Każdy,   kto   teraz   popatrzy   na   Jessego, 

zobaczy tylko mechanika.

Wziął do ręki tablice. Sznurka nie było, chyba go upuścił. Rozejrzał się po podłodze 

furgonetki. Cholera, zawsze się tu przecież poniewiera jakiś kawałek linki! Otworzył pudło z 

narzędziami i znalazł zatłuszczony smarem sznurek owinięty wokół lewarka.

Wylazł z wozu i poszedł do furgonetki od przodu. Pracował uważnie, nie chcąc w 

pośpiechu spartaczyć roboty. Przywiązał czerwono-białą tabliczkę na właściwej, tak jak się to 

zazwyczaj robi przy próbnej jeździe samochodem wystawionym na sprzedaż. Odstąpił krok i 

przypatrzył się swemu dziełu. Wyglądało znakomicie.

Powtórzył tę operację z tylną tablicą i odetchnął z ulgą.

- Zmieniamy tablice?

Jesse zadygotał i odwrócił się. Serce mu zamarło. Był to głos policjanta.

Jessemu zdawało się, że to już klops. Nie przychodziły mu do głowy żadne sztuczki, 

żadne wykręty, żadne sprytne kłamstwa. Opuściło go całe natchnienie. Nie potrafił wydobyć z 

siebie słowa.

Gliniarz podszedł bliżej. Był bardzo młody, miał rudawe bokobrody i piegowaty nos.

- Jakieś kłopoty? - spytał.

Ku zdumieniu Jessego, uśmiechnął się. Do skamieniałego mózgu przeniknął promyk 

nadziei. Odzyskał nagle mowę.

- Tablice się obluzowały - wyjaśnił. - Umocowałem je i tyle.

Gliniarz pokiwał głową.

- Jeździłem kiedyś czymś takim - mówił zagadując. - Lżej się prowadzi niż osobowy. 

Fajne bryczki.

Jessemu przemknęła przez głowę myśl, że policjant jest sadystą i bawi się nim jak kot 

myszką. Dobrze wie, że Jesse jest kierowcą poszukiwanej furgonetki, ale zgrywa się, aby go 

zaskoczyć w ostatnim momencie.

- Dobre, kiedy się nie psują. - Czuł na twarzy zimny pot.

- No, zrobił pan, co trzeba. Teraz w drogę, blokujesz pan ulicę.

Jesse wdrapał się jak lunatyk do kabiny i zapuścił silnik. Gdzie jest samochód tego 

gliniarza? Czy ma włączone radio? Dał się naprawdę nabrać na te tablice i kombinezon? 

Gdyby przeszedł na przód furgonetki i zobaczył wgniecenie zderzaka przez marinę...

Zwolnił stopę ze sprzęgła i ruszył wolno do przodu. Dotarłszy do końca bocznej drogi, 

rozejrzał się na wszystkie strony. W bocznym lusterku dostrzegł policjanta wsiadającego do 

patrolowego wozu.

background image

Kiedy wyjechał na główną ulicę, stracił wóz policyjny z pola widzenia. Otarł czoło. 

Trząsł się jak osika.

- Rany, a niech to grom spali! - Westchnął.

21

Po  raz   pierwszy  w życiu  Evan   Jones  pił  whisky  przed  południem.  Była  po  temu 

przyczyna.   Miał   swój   życiowy   kodeks   i   złamał   go   -   również   po   raz   pierwszy  w   życiu. 

Wyjaśniał to właśnie swemu przyjacielowi, Arny Matthewsowi, ale wyrażał się mętnie, bo nie 

był przyzwyczajony do whisky i po pierwszej podwójnej zaszumiało mu w głowie.

-  To   kwestia   wychowania,   rozumiesz?   mówił   melodyjnym   walijskim   akcentem.   - 

Wszystko   zgodnie   z   przepisami.   Ścisła   ortodoksja.   Otóż   człowiek   może   zamienić   jeden 

kodeks na inny, ale nie może wyzbyć się obowiązku posłuszeństwa, rozumiesz?

- Rozumiem - odparł Arny, ale nic nie rozumiał. Evan był dyrektorem londyńskiej filii 

Cotton Bank of Jamaica, zaś Arny pracował jako starszy specjalista od ubezpieczeń w firmie 

Fire   and   General   Marine   Insurance   i   obaj   mieszkali   w   sąsiednich   pseudoelżbietańskich 

domach w Woking, w hrabstwie Surrey. Nie łączyła ich zażyła przyjaźń, ale trwała.

-   Bankierzy   mają   swój   kodeks   -   ciągnął   Evan.   -   Musisz   wiedzieć,   że   narobiłem 

nielichego   zamieszania   mówiąc   rodzicom,   że   chcę   być   bankierem.  W  południowej  Walii 

chłopcy   po   gimnazjum   zostają   zwykle   nauczycielami   lub   duchownymi,   urzędnikami   w 

zarządzie   kopalni   węgla   bądź   działaczami   związkowymi...   ale   nigdy   nie   trudnią   się 

bankowością.

- Moja matka nie miała pojęcia, o co chodzi w ubezpieczeniach - rzekł Arny ni z 

gruszki, ni z pietruszki.

-   Pomijam   już   pryncypia   przyzwoitej   bankowości:   prawo   najmniejszego   ryzyka, 

zastaw jako gwarancja pożyczki, wyższe odsetki przy dłuższym terminie. Ale nie o to mi 

teraz chodzi.

- Nie. - Arny nie miał pojęcia, o co chodzi Evanowi. Czuł jednak, że Evan zamierza 

wyjawić jakąś tajemnicę, a jak każdy w City uwielbiał cudze tajemnice. - Jeszcze jedną? - 

spytał unosząc szklanki.

Evan przytaknął głową i patrzył, jak Arny podchodzi do baru. Spotykali się często w 

klubowym salonie Pollarda, czekając na popołudniowy pociąg. Evan lubił tutejsze pluszowe 

fotele i cichych, służalczych barmanów. Szkoda mu było czasu na nowe puby, od których 

zaroiło   się   w   okolicy:   modne,   zatłoczone   piwnice   z   głośną   muzyką   dla   długowłosych 

sprytnych młodzików w trzyczęściowych garniturach i jaskrawych krawatach, pijących piwo 

w półlitrowych kuflach lub europejskie aperitify.

background image

- Mówię o czymś takim, co się nazywa prawością - podjął Evan, gdy Arny wrócił do 

stolika. - Bankier może być głupi i przetrwa, jeżeli trzyma pion, ale jeśli pozbawiony jest 

prawości...

- Masz rację.

- Weź na przykład takiego Feliksa Laskiego. To człowiek totalnie wyzuty z prawości.

- To ten, który was przejął.

- Tak... ku memu nieustającemu ubolewaniu. Mam ci opowiedzieć, w jaki sposób 

uzyskał nad nami kontrolę?

Arny pochylił się do przodu z papierosem w ręku.

- Okay - powiedział.

- Mieliśmy klienta, firmę o nazwie South Middlesex Properties. Była powiązana z 

domem towarowym prowadzącym sprzedaż po obniżonych cenach, a my szukaliśmy ujścia 

dla większej ilości gotówki na długoterminowy kredyt. Pożyczka była za duża w stosunku do 

wartości   spółki,   ale   dali   ogromny   zastaw   w   nieruchomościach.   Żeby   nie   przeciągać 

opowiadania - nie wywiązali się z płatności.

- Ale były pod zastaw te nieruchomości - rzekł Arny. - Na pewno trzymaliście w 

skarbcu tytuły własności.

-  Były  guzik  warte.  Mieliśmy tylko  duplikaty,  tak  samo  zresztą,  jak  kilku  innych 

wierzycieli.

- Czyste szalbierstwo!

- W rzeczy samej, chociaż udało im się przedstawić to jako zwykły brak kompetencji. 

Tak czy owak wpadliśmy jak śliwka w kompot. I Laski wyciągnął nas z tego w zamian za 

większość udziałów.

- Chytre.

- Chytrzejsze, niżbyś się spodziewał, Arny. Otóż Laski praktycznie kontrolował South 

Middlesex Properties. Zauważ, że nie był dyrektorem, ale miał akcje i zatrudniali go jako 

konsultanta, a dyrekcja była nieudolna....

- A więc kupił Cotton Bank za pieniądze, które pożyczył i zdefraudował.

- Na to wygląda, prawda?

Arny potrząsnął głową.

- Aż trudno w to uwierzyć.

- Uwierzyłbyś, gdybyś znał tego skurwysyna. - Evan zniżył głos, bo przy sąsiednim 

stoliku siedziało nad kwartami piwa dwóch mężczyzn w adwokackich garniturach w prążki. - 

Człowiek totalnie wyzuty z prawości - powtórzył.

background image

- Ale co za pociągnięcie! - W głosie Arny'ego zabrzmiała nuta podziwu. - Jeśli to 

prawda, mógłbyś przekazać prasie.

-   Kto   by   to,   do   diabła,   chciał   wydrukować   prócz   “Private   Eye”.  Ale   to   prawda, 

chłopcze. Nie ma otchłani, w którą by się ten człowiek nie zanurzył - rzekł pociągając spory 

łyk whisky. - A wiesz, co on zrobił dzisiaj?

- Chyba nic gorszego niż ten numer z South Middlesex - podpuszczał go Arny.

- Tak myślisz? Ha! - Na policzkach Evana wykwitł lekki rumieniec, szklanka drżała 

mu w ręku. - Polecił mi, uważasz... polecił mi wydać czek bez pokrycia na milion funtów. - 

Odstawił zamaszyście szklankę.

- Ale co na to Bank Angielski?

-   Dokładnie   o   to   samo   go   zapytałem.   -   Dwaj   adwokaci   podnieśli   wzrok   i   Evan 

zorientował się, że mówi zbyt głośno. Zaczął więc szeptać: - Moje słowa. Nigdy byś nie 

uwierzył,  co  mi  powiedział.  Spytał:  “Kto jest  właścicielem Cotton  Bank  of Jamaica?”.  I 

trzasnął słuchawką.

- A co ty na to?

Evan wzruszył ramionami.

- Kiedy płatnik zatelefonował, oświadczyłem, że czek jest w porządku.

Arny zaświstał.

- To, co powiedziałeś jest bez znaczenia. To Bank Angielski musi zrobić przelew. I 

kiedy odkryją, że nie macie tego miliona...

- Powiedziałem mu to - Evan był bliski łez, odczuwał wstyd. - W ciągu trzydziestu lat 

pracy w bankowości, a zacząłem w Barclays Bank w Cardiff, nigdy nie wydałem czeku bez 

pokrycia. Aż do dzisiaj. - Opróżnił szklankę i spojrzał posępnie na Arny'ego - Jeszcze jedną?

- Nie. I tobie też odradzam. Ustąpisz ze stanowiska?

- Muszę - pokręcił głową. - Trzydzieści lat. Co tam, napij się jeszcze.

- Nie - rzekł stanowczo Arny. - Powinieneś pojechać do domu. - Podniósł się i ujął 

Evana za łokieć.

- W porządku.

Wyszli obaj na ulicę. Słońce mocno prażyło. W kawiarniach i sklepach z sandwiczami 

zaczynały formować się kolejki na lunch. Minęły ich dwie ładne sekretarki, zajadające lody w 

waflach.

- Wspaniała pogoda jak na tę porę roku - zauważył Arny.

- Piękna - przyznał Evan żałobnym głosem.

Arny zszedł z krawężnika i przywołał taksówkę. Czarny wóz skręcił w poprzek jezdni 

background image

i podjechał do nich z piskiem opon.

- Dokąd jedziesz? - spytał Evan.

- Nie ja. Ty. - Otworzył drzwiczki i rzucił szoferowi: - Dworzec Waterloo.

Evan potknął się i usiadł na tylnym siedzeniu.

- Jedź do domu, póki jesteś jeszcze trzeźwy i możesz chodzić - powiedział Arny i 

zatrzasnął drzwiczki.

- Dzięki - rzucił Evan opuściwszy szybę.

- W domu zawsze najlepiej.

Evan skinął głową.

- I co ja powiem mojej Myfanwy?

Arny odprowadził wzrokiem znikającą taksówkę, po czym udał się do swego biura. 

Cały czas myślał o przyjacielu. Evan skończył się jako bankier. W City trzeba było długo 

pracować   na   reputację   człowieka   uczciwego,   ale   traciło   się   ją   szybko.   Evan   straci   ją 

niechybnie, równie dobrze mógłby włożyć rękę do kieszeni ministra skarbu. Może uda mu się 

z tego wyjść z godziwą rentą, ale pracy już nigdzie nie dostanie.

W przeciwieństwie do Evana, Arny miał bezpieczną pozycję materialną. Otrzymywał 

przyzwoitą   pensję,   ale   zapożyczył   się,   żeby  rozbudować   parter   domu,   i   miał   kłopoty  ze 

spłaceniem   długu.   Uznał,   że   nadarza   mu   się   sposobność,   aby  się   podreperować   kosztem 

Evana. Zalatywało to nielojalnością, ale Evanowi i tak już nie można było więcej zaszkodzić.

Wszedł   do   budki   telefonicznej,   nakręcił   numer,   a   otrzymawszy   sygnał   pchnął 

kciukiem monetę.

- “Evening Post”?

- Z jakim działem mam łączyć?

- Z redaktorem działu miejskiego.

Nastąpiła przerwa, po czym usłyszał:

- Dział miejski.

- Mervyn?

- Przy aparacie.

- Mówi Arnold Matthews.

- Halo, Arny. Co słychać?

Arny zaczerpnął głęboko powietrza.

- Cotton Bank of Jamaica jest w opałach - powiedział.

22

Doreen, żona Głuchego Williego, siedziała sztywno na przednim siedzeniu samochodu 

background image

Jacko, ściskając na kolanach torebkę. Twarz miała pobladłą, a usta skrzywione w dziwnym 

grymasie   wściekłości   i   trwogi.   Była   to   kobieta   wysoka,   o   szerokich   biodrach   i   miała 

skłonność do tycia z powodu upodobania Williego do frytek. Była nędznie ubrana, ponieważ 

Willie   bardzo   lubił   ciemne   piwo.   Patrzyła   prosto   przed   siebie,   rozmawiając   z   Jacko 

półgębkiem.

- No więc, kto go zawiózł do szpitala?

- Nie wiem, Doreen - skłamał Jacko. Może był na robocie i nie chcieli puścić pary. 

Wiesz,   jak   to   jest.  A  ja   odebrałem   telefon:   Głuchy Willie   jest   w   szpitalu,   powiedz   jego 

kobiecie - i buch! - wykonał gest odkładania z łoskotem słuchawki.

- Kłamca - powiedziała spokojnie Doreen. Jacko milczał.

Z tyłu za nimi siedział syn Williego, Billy, i gapił się bezmyślnie przez szybę. Był 

niezgrabny, miał długie nogi i z trudem mieścił się w aucie. Zazwyczaj lubił przejażdżki 

samochodem, ale dzisiaj matka była bardzo zdenerwowana i wyczuwał, że zdarzyło się coś 

złego. Nie miał pojęcia, o co chodzi; było to zagmatwane. Wyglądało na to, że mama jest zła 

na Jacko, ale Jacko to przyjaciel. Powiedział, że tata leży w szpitalu, ale nie jest chory - jak 

mógłby być chory? Przecież, kiedy rano wychodził z domu, czuł się dobrze.

Szpital mieścił się w dużym budynku, zbudowanym z cegły, trochę jakby w stylu 

gotyckim;   kiedyś   była   to   rezydencja   burmistrza   Southwark.   Dobudowano   do   niej   kilka 

bocznych   skrzydeł   o   płaskich   dachach,   a   wyasfaltowane   parkingi   unicestwiły   resztki 

trawników.

Jacko zatrzymał samochód w pobliżu wejścia do izby przyjęć. Wysiedli z wozu i bez 

słowa podeszli do drzwi, mijając po drodze sanitariusza, który ćmił fajkę, oparty o znak 

zakazu palenia obok karetki.

Z parkingowego skwaru przenieśli się w szpitalny chłód. Unosił się zapach środków 

dezynfekcyjnych;   Doreen   ścisnęło   w   żołądku,   mdliło   ją,   była   przerażona.   Pośrodku, 

naprzeciw wejścia, znajdowała się recepcja, pod ścianami stały zielone plastikowe krzesełka. 

Doreen   zauważyła   chłopczyka   ssącego   skaleczony   palec,   mężczyznę   z   ręką   na 

prowizorycznym temblaku i dziewczynę z głową schowaną w dłoniach. Gdzieś w pobliżu 

jęczała kobieta. Doreen czuła, że ogarnia ją coraz większa panika.

Siedząca   za   biurkiem   pielęgniarka   rodem   z   Karaibów   rozmawiała   przez   telefon. 

Zaczekali, aż skończy, i Doreen spytała:

- Macie tu Williama Johnsona? Przywieziono go dziś rano.

- Chwileczkę, proszę - powiedziała pielęgniarka nie patrząc na Doreen. Zapisała coś 

na bloczku, a gdy podniosła wzrok, podjechała właśnie karetka. - Zechcą państwo usiąść? - 

background image

rzuciła i obchodząc biurko poszła do drzwi.

Jacko zrobił ruch, jakby chciał usiąść, ale Doreen przytrzymała go za rękaw.

- Stój tutaj - rozkazała. - Nie będę czekać cholera wie jak długo. Musi mi powiedzieć.

Wniesiono  nosze,  na   których  ktoś  leżał   na  twarzy,  okryty  pokrwawionym  kocem. 

Pielęgniarka odprowadziła sanitariuszy do wahadłowych drzwi.

Z innych drzwi wyłoniła się pulchna, biała pielęgniarka i do niej zwróciła się Doreen:

- Czemu nie mogę się dowiedzieć, czy jest tu mój mąż? - zapytała ostro.

Pielęgniarka   przystanęła,   ogarniając   spojrzeniem   całą   trójkę.   Czarna   pielęgniarka 

wróciła do biurka.

- Pytałam ją - rzekła Doreen - ale mi nie odpowiedziała.

- Dlaczego siostrzyczka nie zajęła się tymi ludźmi?

- Sądziłam, że ranny w wypadku, który ma odcięte obie kończyny, jest w gorszym 

stanie od tej pani.

- Postąpiła pani słusznie, ale te złośliwości są zbyteczne. Jak się nazywa pani mąż? - 

zwróciła się do Doreen pulchna siostra.

- William Johnson.

Spojrzała w rejestr.

- Nie mamy takiego nazwiska. Ale - dodała po chwili - jest jakiś nie zidentyfikowany 

pacjent. Biały, w średnim wieku, postrzał w głowę z dubeltówki.

- To on - powiedział Jacko.

- O Boże! - jęknęła Doreen.

Lepiej niech pani pójdzie i zobaczy, czy to pani mąż - ujęła słuchawkę telefonu i 

nakręciła jedną cyfrę. - Doktorze, tu siostra Rowe z izby przyjęć. Mam tu kobietę, która może 

być żoną tego z postrzałem. Tak. Oczywiście. Pójdziemy do pana. Proszę za mną - rzekła 

odkładając słuchawkę.

Doreen, idąc przez wyłożony linoleum korytarz, walczyła z rozpaczą. Bała się tego od 

dnia, gdy ponad piętnaście lat temu odkryła, że poślubiła przestępcę. Zawsze to podejrzewała. 

Willie powiedział jej, że robi interesy, a ona nie zadawała pytań, ponieważ w czasach, gdy się 

do niej zalecał, dziewczyna, która chciała wyjść za mąż, nie mogła zadawać takich pytań. Ale 

w   małżeństwie   niełatwo   jest   utrzymać   sekret.   Pewnego   razu,   gdy   Billie   był   jeszcze   w 

pieluchach, zastukano do drzwi i Willie, wyjrzawszy przez okno, zobaczył gliniarza. Zanim 

otworzyła, przykazał jej: - Wczoraj graliśmy tu w pokera - ja, Scotch Harry, Tom Webster i 

Stary Gordon. Zaczęliśmy o dziesiątej wieczorem i trwało to do czwartej rano. - Doreen, która 

przez   pół   nocy  siedziała,   lulając   Billy'ego   do   snu,   skinęła   tępo   głową,   a   gdy  gliniarz   ją 

background image

przepytywał, powtórzyła, co jej Willie kazał powiedzieć. Od tej pory zaczęła się martwić.

Jeżeli to tylko podejrzenie, można sobie jakoś z tym poradzić, ale kiedy kobieta wie, 

że jej mąż włamuje się gdzieś do fabryki, sklepu albo nawet do banku, wtedy trudno się 

pozbyć lęku, czy wróci on do domu.

Nie  wiedziała właściwie,  dlaczego jest taka  wściekła i  przestraszona.  Nie kochała 

Willie'go, przynajmniej tak, jak sobie wyobrażała miłość. Mąż był z niego parszywy; w nocy 

zawsze poza domem, nie śmierdział groszem i do tego kiepski kochanek. W ich małżeństwie 

były okresy znośne i okropne. Doreen dwa razy poroniła, zanim urodził się Billy, potem 

poniechali   dalszych   prób.   Łączył   ich   Billy,   a   Doreen   nie   przypuszczała,   że   są   pod   tym 

względem wyjątkową parą. Co prawda Willie nie przykładał się zanadto do wychowywania 

upośledzonego   dziecka,   ale   miał   poczucie   winy,   które   go   powstrzymywało   od   rozbicia 

małżeństwa. A chłopak kochał ojca.

Nie, Willie - myślała - nie kocham cię. Ale chcę cię i jesteś mi potrzebny. Lubię cię 

mieć w łóżku, lubię, kiedy siedzimy razem przed telewizorem i kiedy wypełniasz przy stole 

kupony totka. A jeżeli to się nazywa miłość, no to cię kocham.

Zatrzymali się.

- Wezwę was, kiedy doktor pozwoli - powiedziała siostra i zniknęła w sali szpitalnej, 

zamykając za sobą drzwi.

Doreen wlepiała wzrok w pustą kremową ścianę, starając się nie myśleć o tym, co się 

za nią kryje. Miała już za sobą podobne przejście, po tej robocie ze zgarnięciem forsy na 

wypłaty u Componiego. Ale to było co innego. Przyszli do domu i powiedzieli jej: - Willie 

wylądował w szpitalu, ale nic mu nie będzie. Jest trochę przygłuszony. - Przyłożył nieco za 

dużo gelignitu do drzwiczek sejfu i ogłuchł na jedno ucho. Poszła do szpitala - nie do tego, co 

teraz - i czekała. Ale wiedziała, że to nic groźnego.

Wtedy próbowała - pierwszy i jedyny raz - namówić go, by zaczął żyć uczciwie. 

Wydawało się, że posłucha, dopóki nie wyszedł ze szpitala i nie musiał podejmować decyzji. 

Przez kilka dni siedział w domu, a kiedy zabrakło mu pieniędzy, znów poszedł na robotę. 

Później wygadał się, że Tony Cox przyjął go do swej firmy. Napawało go to dumą, a Doreen 

się wściekała.

Od tej pory nienawidziła Tony'ego Coxa. Tony o tym wiedział. Przyszedł kiedyś do 

nich, dostał talerz frytek i rozmawiał z Williem o boksie. Nagle popatrzył na Doreen i zapytał:

- Co masz przeciwko mnie, dziewczyno?

- Wolnego, Tony - wtrącił zakłopotany Willie.

- Ale z ciebie drań! - powiedziała Doreen podrzucając głową.

background image

Tony roześmiał się otwierając usta i ukazując nie pogryzione frytki.

- Twój mąż też, nie wiedziałaś o tym? - spytał i wrócił do przerwanej rozmowy o 

boksie.

Doreen nigdy nie potrafiła odciąć się w porę takim cwaniakom jak Tony i zamilkła. 

Williemu zaś nawet do głowy nie przyszło, że mógłby nie sprowadzać do domu człowieka, 

którego ona nie lubi. To był dom Williego, mimo że Doreen musiała co tydzień opłacać 

czynsz z własnych zarobków przy odbiorze zamówionych towarów z katalogu.

Tę dzisiejszą robotę nadał Williemu także Tony Cox. Doreen dowiedziała się tego od 

żony Jacko, Willie by jej nie powiedział. Jeżeli Willie umrze - rozmyślała - przysięgam Bogu, 

że ten Cox za to zadynda. O Boże, spraw, żeby Willie z tego wyszedł...

Drzwi otworzyły się i siostra wysunęła głowę.

- Proszę, możecie wchodzić.

Doreen przeszła pierwsza przez próg. Opodal drzwi stał niski ciemnoskóry lekarz o 

gęstych włosach. Minęła go i ruszyła prosto w stronę łóżka.

W pierwszej chwili zmieszała się. Człowiek, leżący na wysokim metalowym łóżku, 

był  nakryty  pod  szyję  prześcieradłem,  a   głowę  od  podbródka  aż   po  czoło  spowijały mu 

bandaże. Spodziewała się, że zobaczy najpierw twarz i od razu rozpozna Williego. Przez 

moment nie wiedziała, jak się zachować, po czym uklękła i delikatnie odsunęła prześcieradło.

- Pani Johnson, czy to pani mąż? - spytał lekarz.

- O Boże, Willie, co oni ci zrobili? - wykrzyknęła. Pochyliła głowę i oparła ją na 

obnażonym ramieniu męża.

Z oddali dobiegł ją głos Jacko:

-   To   on,   William   Johnson.   -   Podał   następnie   wiek   i   adres   Williego.   Doreen 

uprzytomniła sobie, że tuż przy niej stoi Billy. Chłopiec położył rękę na jej ramieniu. Ze 

względu na niego starała się zapanować nad sobą i nie poddawać rozpaczy. Podniosła się.

- Pani mąż będzie żył - rzekł doktor z poważną miną.

Objęła syna ramieniem.

- Co oni mu zrobili?

- Śrut z dubeltówki. Bliska odległość.

Ścisnęła mocno ramię Billy'ego. Nie będzie płakać.

- Czy wyzdrowieje?

- Powiedziałem, że będzie żył, pani Johnson. Ale nie uda się uratować mu wzroku.

- Co?

- Będzie niewidomy.

background image

- Nie! - wrzasnęła Doreen zaciskając powieki.

Spodziewali   się   napadu   histerii,   więc   ją   otoczyli,   ale   odepchnęła   wszystkich. 

Ujrzawszy przed sobą twarz Jacko krzyknęła:

- Tony Cox to zrobił. Ty skurwysynu! - uderzyła go. - Ty skurwysynu!

Usłyszała szloch Billy'ego, natychmiast się uspokoiła. Przytuliła do siebie chłopca. 

Był od niej wyższy.

- No dobrze, już dobrze, Billy - szeptała. - Tatuś żyje, ciesz się z tego.

- Powinna pani iść teraz do domu - radził lekarz. - Mamy numer telefonu, w każdej 

chwili możemy się z panią skontaktować...

- Odwiozę ją - rzekł Jacko. - To mój numer, ale mieszkam w pobliżu.

Doreen puściła Billy'ego i podeszła do drzwi, które otworzyła przed nią siostra. Na 

korytarzu stało dwoje policjantów - mężczyzna i kobieta.

- Co to ma znaczyć? - zapytał Jacko z oburzeniem.

- W takich przypadkach jak ten - wyjaśnił doktor - mamy obowiązek zawiadomić 

policję.

Na   widok   policjantki   Doreen   odczuła   nieprzepartą   ochotę,   aby  jej   powiedzieć,   że 

Willie został ranny podczas roboty dla Coxa, to by go załatwiło. Ale piętnaście lat małżeństwa 

ze złodziejem wpoiło w nią nawyk oszukiwania policji. Obawiała się też, że gdyby sypnęła, 

Willie nigdy by jej nie wybaczył.

Nie wolno jej było wygadać się przed policją. Nagle jednak uprzytomniła sobie, komu 

mogłaby wszystko powiedzieć.

- Chcę zatelefonować - oświadczyła.

Pierwsza po południu

23

Kevin Hart popędził schodami w górę i wszedł do redakcji wiadomości. Minął go 

goniec w koszulce z nadrukiem “Brutus” i w butach na podwyższonych obcasach, z naręczem 

pierwszego wydania “Evening Post”. Kevin porwał leżący na wierzchu egzemplarz i zasiadł 

przy biurku.

Jego tekst zamieszczony był na pierwszej kolumnie, a nagłówek brzmiał: “Członek 

rządu, boss od ropy naftowej, uległ zapaści”. Kevin wpatrywał się przez chwilę z zachwytem 

w następne słowa: “Napisał Kevin Hart”, po czym zaczął czytać tekst.

“Pana Tima Fitzpetersona, podsekretarza stanu, znaleziono dziś nieprzytomnego w 

jego westminsterskim mieszkaniu.

Obok niego znajdowała się pusta fiolka po pigułkach.

background image

Pana Fitzpetersona, odpowiedzialnego w Ministerstwie Energetyki za sprawy ropy 

naftowej, przewieziono natychmiast do szpitala karetką pogotowia.

Zjawiłem się w jego mieszkaniu w celu przeprowadzenia wywiadu jednocześnie z 

policjantem Ronem Bowlerem, któremu polecono, aby dowiedział się, dlaczego minister nie 

przybył na posiedzenie komisji.

Znaleźliśmy   pana   Fitzpetersona   nieprzytomnego   przy   biurku.   Natychmiast 

wezwaliśmy karetkę.

Rzecznik ministerstwa oświadczył, że pan Fitzpeterson prawdopodobnie przypadkowo 

przedawkował zażyty specyfik.

Tim Fitzpeterson ma czterdzieści jeden lat, jest żonaty, ma trzy córki.

Według ostatniej relacji ze szpitala jego życiu nie zagraża niebezpieczeństwo”.

Kevin   przeczytał   całość   jeszcze   raz,   nie   wierząc   własnym   oczom.   Tekst,   który 

podyktował przez telefon, został przerobiony nie do poznania. Ogarnęło go uczucie pustki i 

rozgoryczenia.  Miał   to  być   moment   jego  chwały,  a  tymczasem  jakiś  tchórzliwy  redaktor 

wszystko schrzanił.

A co z anonimowym donosem, że Fitzpeterson ma przyjaciółkę? Co z telefonem od 

niego i oświadczeniem, że jest szantażowany? Gazety powinny przecież pisać prawdę, tak czy 

nie?

Był   wściekły.   Wykonywał   ten   zawód   nie   po   to,   aby   być   czyimś   bezwolnym 

Murzynem.   Przesada   to   inna   sprawa   -   można   było   w   dzień,   gdy   nic   się   nie   działo, 

przemalować   pijacką   burdę   na   wojnę   gangów,   ale   zatajanie   ważnych   faktów,   zwłaszcza 

dotyczących polityków, to już nie zabawa.

Jeżeli reporter nie może ujawnić prawdy, to kto, do cholery, ma to zrobić?

Zwinął gazetę i podszedł do biurka Artura Cole'a, który odkładał właśnie słuchawkę 

telefonu.

Kevin podsunął mu gazetę pod nos.

- Co to jest, Arturze? Szantażowany polityk chce popełnić samobójstwo, a “Evening 

Post” pisze, że to przypadkowe przedawkowanie leku.

Cole nawet na niego nie spojrzał.

- Barney! - zawołał. - Chodź na chwilę!

- Co się dzieje, Arturze? - spytał Kevin.

- Och, odpierdol się, Kevin - warknął Cole.

Kevin popatrzył na niego w osłupieniu.

Cole zwrócił się do reportera Barneya:

background image

-   Zadzwoń   do   policji   w   Essex   i   dowiedz   się,   czy   alarmowano   ich   w   związku   z 

poszukiwaną ciężarówką?

Kevin odwrócił się oniemiały. Oczekiwał dyskusji, argumentów, nawet kłótni, ale nie 

tak obojętnej odprawy. Usiadł znów na końcu sali, tyłem do działu wiadomości, i wlepił 

niewidzące spojrzenie w gazetę. Czy to właśnie mieli na myśli prowincjonalni zagorzalcy 

ostrzegając go przed Fleet Street? Czy to mieli na myśli lewicujący pomyleńcy w college'u 

mówiąc, że prasa jest skurwiona?

Nie chodzi o to, że jestem jakimś wszawym idealistą - pomyślał. - Jestem gotów 

bronić naszej chorobliwej ciekawości i naszej pogoni za sensacją i wiem doskonale, że ludzie 

mają taką prasę, na jaką zasługują. Ale nie jestem totalnym cynikiem, jeszcze nie, na litość 

boską! Wierzę, że naszym zadaniem jest wykrywać i drukować prawdę.

Zaczął się zastanawiać, czy rzeczywiście pragnie być dziennikarzem. Najczęściej to 

nudna robota. Niekiedy bywało ciekawiej, jeśli coś się powiodło, jeśli udało się spreparować 

dobry tekst i podpisać go własnym nazwiskiem albo kiedy wystrzeliło coś nadzwyczajnego i 

kilku reporterów dopadało telefonów, aby ubiec konkurencję i stoczyć wyścig między sobą - 

coś takiego działo się teraz z napadem na furgonetkę bankową, ale Kevin nie brał w tym 

udziału. Przeważnie jednak było to tylko czekanie - czekanie na detektywów, aż wyjdą z 

komisariatów, czekanie na przysięgłych, by ogłosili swój werdykt, czekanie na przybycie 

sławnych osobistości, zwykłe czekanie na temat.

Kevin   sądził,   że   praca   na   Flett   Street   będzie   inna   niż   w   prowincjonalnej 

popołudniówce   środkowych   hrabstw,   w   której   pisywał   po   skończeniu   uniwersytetu.   Jako 

stażysta   musiał   się   zadowalać   wywiadami   z   tępymi,   nadętymi   rajcami   miejskimi, 

publikowaniem przesadnych skarg lokatorów czynszówek i pisaniem historyjek o występach 

amatorskich teatrzyków, zaginionych psach i pladze wandali. Od czasu do czasu robił rzeczy, 

z których był dumny: napisał serię artykułów o imigrantach miejskich, kontrowersyjny tekst o 

marnotrawstwie pieniędzy przez ludzi z Ratusza, sprawozdanie z długiego i powikłanego 

wywiadu z planistami. Wyobrażał sobie w swojej naiwności, że kiedy przeniesie się na Fleet 

Street,   będzie   publikował   ważne   teksty   na   skalę   krajową,   przestanie   zajmować   się 

błahostkami.   Tymczasem   okazało   się,   że   wszystkie   poważne   dziedziny   -   polityka, 

gospodarka, przemysł, kultura - były opanowane przez specjalistów i że na te specjalistyczne 

tematy czekało w kolejce wielu bystrych utalentowanych młodych ludzi, takich jak Kevin 

Hart.

Musiał czymś zabłysnąć, dzięki czemu jego zwierzchnicy mogliby go zauważyć i 

powiedzieć: ten młody Hart jest dobry... czy wykorzystujemy go należycie? Wystarczyłby 

background image

jeden dobry numer: jakieś rewelacyjne zdarzenie, wywiad, błyskotliwy pomysł.

Zdawało mu się, że na coś takiego wpadł dzisiaj, ale był w błędzie. Teraz zastanawiał 

się, czy jeszcze kiedykolwiek nadarzy mu się taka okazja.

Podniósł się i poszedł do toalety. Co jeszcze mógłbym robić? - zastanawiał się. - 

Zawsze mogę się przenieść do komputerów, do ogłoszeń, reklamy albo do kolportażu. Ale 

wolałbym opuścić dziennikarstwo na fali sukcesu, a nie porażki.

Mył właśnie ręce, gdy wszedł Artur Cole. Ku zdumieniu Kevina powiedział:

- Przykro mi, Kevin, wiesz, jak to bywa czasami w dziale wiadomości.

Kevin ściągnął w dół ręcznik na rolce; nie wiedział, jak zareagować.

Cole podszedł do umywalki i spytał:

- Jesteś obrażony!

- Nie jestem - odparł Kevin. - Nie mam ci za złe tego przekleństwa. Możesz mnie 

wyzywać od najgorszych skurwieli, nie dbam o to. - Zawahał się. Nie to chciał powiedzieć. 

Spojrzał na chwilę w lustro, po czym zaryzykował: - Ale kiedy drukuje się mój tekst odarty z 

połowy  faktów,   zaczynam   sobie   zadawać   pytanie,   czy  nie   powinienem   się   przerzucić   na 

programowanie komputerów.

Cole   napełnił   umywalkę   zimną   wodą   i   ochlapał   sobie   twarz,   po   czym   wymacał 

ręcznik i wytarł się do sucha.

- Powinieneś to sam rozumieć, ale powiem ci - zaczął. - Daliśmy do druku to, co 

wiemy, nic poza tym. Wiemy, że Fitzpetersona znaleziono bez przytomności i odwieziono do 

szpitala, i wiemy, leżała przy nim pusta fiolka, bo widziałeś to na własne oczy. Znalazłeś się 

we właściwym czasie na właściwym miejscu, a jest to, mówiąc nawiasem, ważna umiejętność 

reportera. I co jeszcze wiemy? Wiemy, że dostaliśmy anonimowy cynk, że facet spędził noc z 

kurwą   i   że   ktoś,   podający   się   za   Fitzpetersona,   zawiadomił   nas   telefonicznie,   że   jest 

szantażowany   przez   Laskiego   i   Coxa.   Otóż,   jeśli   ogłosimy   te   dwa   fakty,   dajemy   do 

zrozumienia, że mają one związek z zażyciem pigułek, inaczej mówiąc, że był szantażowany 

z powodu tej kurwy i dlatego połknął tabletki.

- Ale jest to tak oczywisty wniosek, że przemilczając go oszukujemy czytelników - 

powiedział Kevin.

-   A   jeżeli   telefony   były   lipne,   pigułki   na   niestrawność,   a   gość   miał   zapaść 

cukrzycową? I jeśli zrujnujemy mu karierę?

- To nieprawdopodobne!

- Zgadzam się! Kevin jestem w dziewięćdziesięciu procentach pewny, że twoja wersja 

jest prawdziwa. Ale nie wolno nam drukować podejrzeń. A teraz wracajmy do pracy!

background image

Kevin   wrócił   za  Arturem   do   redakcji.   Czuł   się   jak   bohaterka   filmu   wygłaszająca 

kwestię: jestem tak speszona, że doprawdy nie mam pojęcia, jak postąpić. Skłonny był uznać, 

że Artur ma rację, ale czuł także, że coś tu nie jest tak, jak być powinno.

Na   biurku,   przy   którym   nikogo   nie   było,   zadzwonił   telefon   i   Kevin   podniósł 

słuchawkę.

- Tu wiadomości - oznajmił.

- Jest pan reporterem? - odezwał się kobiecy głos.

- Tak, proszę pani. Nazywam się Kevin Hart. Czym mogę służyć?

- Mój mąż został postrzelony i domagam się sprawiedliwości.

Kevin westchnął. Strzelanina domowa znaczyła, że sprawa pójdzie do sądu, ale dla 

gazety to niewielki pożytek. Domyślał się, że kobieta powie mu, kto strzelał do męża, i będzie 

się domagała, żeby to wydrukować. Ale to przysięgli, a nie gazety, rozstrzygają, kto do kogo 

strzelał.

- Pani nazwisko, proszę?

- Doreen Johnson, Yew Street pięć wschodnia strona. Mój Willie dostał postrzał przy 

tym skoku na furgonetkę. Został oślepiony. - Głos jej się załamał, po czym zaczęła krzyczeć: - 

To sprawka Tony Coxa, wydrukujcie to! - Połączenie się urwało.

Kevin odłożył słuchawkę i próbował zebrać myśli.

Dzisiejsze telefony to cholerne piekło.

Wziął notes i poszedł do przegródki Artura.

- Masz coś? - spytał Cole.

-   Nie   wiem   -   odparł   Kevin.   -   Dzwoniła   jakaś   kobieta.   Podała   nazwisko   i   adres. 

Powiedziała, że jej mąż był zamieszany w ten napad na furgonetkę, że oślepł od postrzału w 

twarz i że to robota Tony Coxa.

- Cox? - wytrzeszczył oczy Artur. - Cox?

- Hej, Artur! - ktoś zawołał. Kevin odwrócił się zirytowany, że im przeszkadzają.

Był   to   redaktor   działu   miejskiego,   Mervyn   Glazier   -   krępy   młody   człowiek   w 

znoszonych zamszowych półbutach i zapoconej koszuli. Zbliżywszy się powiedział:

- Niewykluczone, że będę miał po południu coś na twoją kolumnę. Zanosi się na krach 

jednego z banków. Nazywa się Cotton Bank of Jamaica, jego właścicielem jest niejaki Feliks 

Laski.

Artur i Kevin popatrzyli na siebie.

- Laski? - spytał Artur. - Laski?

- Jezu Chryste! - wykrzyknął Kevin.

background image

Artur zmarszczył brwi, podrapał się w głowę i powiedział z zadumą:

- Co się, do diabła, dzieje?

24

Niebieski morris ciągle jeździł za Tony Coxem. Kiedy wychodził z pubu, zauważył go 

na parkingu. Miał nadzieję, że nie będą się wygłupiać i nie każą mu dmuchać w balonik. 

Wypił trzy kufle piwa do kanapek z wędzonym łososiem.

Detektywi wyjechali z parkingu w kilka sekund po rollsie. Tony nie przejmował się 

tym. Już ich raz dzisiaj zgubił i może to zrobić po raz drugi. Najłatwiejszy sposób to znaleźć 

prosty odcinek drogi i nacisnąć gaz. Jednakże wolał, aby myśleli, że im się nie zgubił, tak jak 

dziś rano.

To nie będzie trudne.

Przejechał na drugą stronę rzeki i znalazł się w dzielnicy West End. Przedzierając się 

przez ruch uliczny zastanawiał się, z jakiego powodu gliny go stale śledzą. Niewątpliwie chcą 

go po prostu niepokoić. Jak to określają adwokaci? Nękanie. Wykombinowali sobie, że jeśli 

mu długo deptać po piętach, to się zniecierpliwi i przez nieuwagę zrobi jakieś głupstwo. Ale 

był to jedynie pretekst: prawdziwa przyczyna kryła się zapewne w politycznych rozgrywkach 

Scotland Yardu. Być może zastępca komisarza do spraw kryminalnych zagroził, że odbierze 

gang Coxa wydziałowi pierwszemu i przekaże go lotnej brygadzie, więc jedynka wzięła go 

pod nadzór, bo chce się wykazać, że coś robi.

Dopóki nie zabierali się zbyt serio, Tony nie miał nic przeciw temu. Kilka lat temu 

zdarzyło się, że zaczęli działać na serio. Wtedy firma Tony'ego znajdowała się pod orlim 

wzrokiem wydziału kryminalno-śledczego z centrali na West Endzie. Tony miał urobionego 

detektywa, który był przydzielony do jego sprawy.  Pewnego razu nie przyjął jak zwykle 

tygodniówki i ostrzegł Tony'ego, że gra jest skończona. Tony miał szanse wykaraskać się 

tylko  w  jeden  sposób  -  poświęcić  kilku   swoich   żołnierzy.  Razem  ze   swoim  detektywem 

wrobili pięciu opryszków średniego szczebla w sprawę o wymuszenie pieniędzy. Cała piątka 

poszła siedzieć, prasa wychwalała wydział za wyrwanie Londynu ze szponów gangu, a interes 

szedł   normalnie.   Niestety   ten   sam   detektyw   później   wpadł   za   podłożenie   studentowi 

haszyszu. Żałosny koniec obiecującej kariery - pomyślał Tony.

Podjechał pod wielopiętrowy parking w Soho. Zatrzymał się przy wjeździe, marudząc 

przy odbieraniu biletu z automatu, i przyglądał się w lusterkach niebieskiemu morrisowi. 

Jeden z detektywów wyskoczył z wozu i przebiegł przez ulicę, by mieć na oku wyjście dla 

pieszych. Drugi znalazł w odległości kilku metrów miejsce do parkowania z licznikiem, skąd 

mógł obserwować samochody wyjeżdżające z budynku. Tony kiwnął głową z zadowoleniem.

background image

Wjechał na pierwsze piętro i zatrzymał rollsa koło kantoru, w którym siedział jakiś 

nieznany mu młody człowiek.

- Nazywam się Tony Cox - przedstawił się. - Chciałbym, żebyś zaparkował mój wóz i 

dał mi jedną z tych postawionych na dłużej maszyn, która dziś na pewno nie będzie odebrana.

Młodzieniec nastroszył się. Miał kędzierzawą, poczochraną czuprynę i wystrzępione, 

poplamione smarami dżinsy.

- Nie mogę tego zrobić, przyjacielu - oświadczył.

- Nie lubię się powtarzać, synu - rzekł Tony i zastukał niecierpliwie butem. - Jestem 

Tony Cox.

Młody   człowiek   roześmiał   się.   Wstał   i   starając   się   nie   okazywać   rozbawienia, 

powiedział:

- Nie obchodzi mnie, kim jesteś, ty...

Tony trzasnął go wielką pięścią w żołądek. Rozległ się łomot podobny do walnięcia w 

wypchaną pierzem poduszkę. Chłopak zgiął się wpół i pojękując z trudem łapał powietrze.

- Mam niedużo czasu, chłopcze - powiedział Tony.

Drzwi biura otworzyły się i wszedł starszy mężczyzna w czapeczce baseballowej.

- Co się tu dzieje? - spytał. - Ach, to ty, Tony. Masz jakieś kłopoty?

- Gdzieś się podziewał, kurzyłeś w sraczu? - rzucił opryskliwie Tony. - Potrzebny mi 

zmyłkowy wóz, spieszę się.

- Żaden problem - rzekł mężczyzna, zdejmując pęk kluczy z haczyka w azbestowej 

ścianie. - Mam tu niezłe auto, ford granada, zostawiona na dwa tygodnie. Automatic. Trzy 

litry pojemności, przyjemny brązowy kolor.

- Guzik mnie obchodzi, jaki ma kolor - przeciął Tony biorąc kluczyki.

- Tam stoi - mężczyzna wskazał głową. - Zaparkuję twoją gablotę.

Tony wyszedł z kantorka, wsiadł do granady i zapiął pas; odjeżdżając zatrzymał się 

przy swoim aucie, w którym siedział już mężczyzna w czapeczce.

- Jak się nazywasz? - spytał Tony.

- Davy Brewster, Tony.

-   W   porządku,   Davy   Brewster   -   rzekł   Tony   i   wyjął   z   portfela   dwa   banknoty 

dziesięciofuntowe. - Dopilnuj, żeby szczeniak trzymał jadaczkę na kłódkę, dobra?

- Żaden problem, wielkie dzięki - odparł biorąc pieniądze.

Tony odjechał. W czasie jazdy nałożył okulary przeciwsłoneczne i sukienną czapkę. 

Kiedy znalazł się na zewnątrz, miał niebieskiego morrisa po prawej stronie. Oparł łokieć 

prawej ręki na listwie okiennej, zasłaniając twarz i prowadząc lewą ręką. Drugi detektyw z 

background image

lewej   strony Tony'ego   stał   tyłem   do   ulicy,   obserwując   wyjście   dla   pieszych.   Udawał,   że 

przygląda się witrynie z książkami o tematyce religijnej.

Tony przyspieszył i zerknął w lusterko. Żaden z detektywów go nie zauważył.

- To było łatwe - powiedział głośno i skierował się na południe.

Samochód był w istocie przyjemny. Wyposażony w automatyczną skrzynię biegów i 

wspomaganie   kierownicy.   Miał   też   radioodtwarzacz.   Tony   pogmerał   w   pudełkach   z 

nagraniami, wybrał kasetę Beatlesów, włączył ją i zapalił cygaro.

Mniej więcej za godzinę będzie już liczył forsę na farmie.

Feliks   Laski   wart   był   pielęgnacji   -  pomyślał  Tony.   Poznali   się   w  restauracji  przy 

jednym z klubów Tony'ego. Kasyna Coxa miały najlepsze jedzenie w Londynie. Musiały 

mieć. Dewiza Coxa brzmiała: jeśli podajesz ochłapy, kundle będą twoimi gośćmi.

Chciał, żeby do jego klubów przychodzili ludzie bogaci, nie lumpy zamawiające piwo 

z beczki i frytki za pięć pensów. Sam nie przepadał za wyszukanym jedzeniem, lecz tego 

wieczora, gdy poznał Laskiego, jadł akurat, siedząc w pobliżu finansisty, ogromny stek z 

polędwicy.

Szef kuchni został podkupiony od Pruniera. Tony nie miał pojęcia, co wyczyniał ze 

stekami, ale rezultat był rewelacyjny. Wysoki, elegancki mężczyzna przy sąsiednim stoliku 

przyciągnął jego uwagę: jak na swój wiek trzymał się świetnie. Był z młodą dziewczyną, 

którą Tony z miejsca zakwalifikował jako dziwkę.

Tony skończył stek i zajadał górę owocowej galaretki z kremem i maczanymi w winie 

biszkoptami, gdy doszło do incydentu. Kelner podawał właśnie Laskiemu canelloni i w tym 

momencie przewróciła się opróżniona do połowy butelka bordo. Dziwka wrzasnęła i zdążyła 

odskoczyć w porę, ale kilka kropel wina bryzgnęło na olśniewająco białą koszulę Laskiego.

Tony  natychmiast   przystąpił   do   działania.  Wstał,   rzucając   na   stół   zerwaną   z   szyi 

serwetkę, i wezwał trzech kelnerów oraz kierownika sali.

-   Idź   i   przebierz   się.   W  piątek   zgłosisz   się   po   wypłatę   -   powiedział   do   kelnera, 

winowajcy zamieszania. Następnie zwrócił się do pozostałych kelnerów. - Bernardo - obrus, 

Giulio - nowa butelka wina. Panie Charles - inny stolik i bez rachunku dla tego dżentelmena. - 

Potem odezwał się do gości: - Jestem Tony Cox, właściciel. Proszę przyjąć moje przeprosiny i 

zjeść kolację na koszt lokalu. Mam nadzieję, że wybierzecie państwo najdroższe dania z 

jadłospisu, rozpoczynając od butelki Dom Perignon.

- To się zdarza - powiedział Laski głębokim głosem, w którym wyczuwało się obcy 

akcent. - Ale miło usłyszeć tak wielkoduszne przeprosiny w dawnym stylu - uśmiechnął się.

- O mało co, a wino splamiłoby mi suknię - odezwała się dziwka. Jej sposób mówienia 

background image

upewnił Tony'ego, jaki uprawia zawód. Pochodziła z tej samej co i on dzielnicy Londynu.

- Monsieur Cox - powiedział szef sali - jest komplet. Nie mamy wolnego stolika.

- A ten nie będzie dobry? - odparł Cox wskazując na własny stolik. - Niech pan go 

uprzątnie, szybko!

- Proszę tego nie robić - rzekł Laski. - Nie chcielibyśmy pozbawiać pana miejsca.

- Nie ustąpię, ten stolik jest dla państwa.

- Wobec tego proszę się do nas przyłączyć.

Tony obrzucił ich spojrzeniem. Dziwce ta propozycja nie była w smak. Czy facet jest 

po prostu grzeczny, czy też zaproszenie jest szczere? No cóż, Tony już prawie skończył jeść, 

więc w razie czego będzie mógł szybko odejść od stolika.

- Nie chciałbym przeszkadzać...

- Nie będzie pan przeszkadzał - rzekł Laski. - I powie mi pan, jak wygrać w ruletkę.

- Och, zgoda - odparł Tony.

Siedział z nimi  przez cały wieczór. Od razu przypadli sobie z Laskim do gustu i 

gawędzili na tematy, które w pojęciu dziewczyny musiały być mało ważne. Tony opowiadał 

kryminalne historyjki ze świata hazardu, a Laski rewanżował się anegdotami o bezwstydnych 

praktykach giełdowych. Okazało się, że sam Laski stronił od gier hazardowych, ale lubił 

przyprowadzać znajomych do kasyna. Kiedy przeszli do sali gry, kupił żetony za pięćdziesiąt 

funtów i wszystkie dał dziewczynie. Wieczór dobiegał końca, gdy Laski mocno już podpity, 

powiedział:

- Wezmę ją chyba teraz do domu i wydymam.

Spotykali się potem w klubie, jeszcze kilkakrotnie... zawsze przypadkowo... i zawsze 

kończyło się to wspólną pijatyką. Po pewnym czasie Tony wyznał Laskiemu, że jest pedałem, 

a Laski się wcale nie obruszył, z czego Tony wywnioskował, że finansista jest tolerancyjny, 

ale sam woli przeciwną płeć.

Tony'emu schlebiało, że przyjaźni się z facetem tej klasy co Laski. Scena z restauracji 

udała mu się, została dobrze rozegrana: hojny gest, władcza postawa, uprzejmość, unikanie 

żargonowych   zwrotów.   Ale   dłuższa   znajomość   z   kimś   tak   inteligentnym   i   bogatym, 

ocierającym się o sfery bliskie arystokracji, wydawała się trudniejsza do osiągnięcia.

To   Laski   zrobił   pierwszy   krok   w   kierunku   bardziej   zażyłej   znajomości.   Którejś 

niedzieli,   podchmieleni   od   rana,   wdali   się   w   dyskusję   o   potędze   pieniądza   i   zaczęli   się 

przechwalać.

- Mając odpowiednią ilość pieniędzy - rzekł Laski - mogę się w City dowiedzieć 

wszystkiego, włącznie z kombinacją szyfrową sejfu w Banku Angielskim.

background image

- Seks jest lepszy - rzekł Tony.

- Co pan ma na myśli?

- Seks jest lepszą bronią. Posługując się seksem, potrafię w Londynie uzyskać każdą 

potrzebną mi informację.

- Śmiem wątpić - odparł Laski, który dobrze panował nad swym popędem płciowym.

Tony wzruszył ramionami.

- Dobrze. Możemy zrobić próbę.

I wtedy właśnie Laski wykonał pierwszy ruch.

- Licencja na eksploatację obszarów roponośnych Shield. Niech się pan dowie, kto ją 

dostanie, przed obwieszczeniem rządowym.

Tony   dostrzegł   błysk   w   oku   finansisty   i   domyślił   się,   że   cała   rozmowa   była 

zaplanowana.

- Dlaczego nie zaproponuje pan czegoś trudniejszego? - zareplikował. - Politycy i 

urzędnicy państwowi to zbyt łatwy cel.

- To mi wystarczy - uśmiechnął się Laski.

- Okay. Ale mam dla pana kontrpropozycję.

Laski przymrużył oczy.

- Niech pan mówi.

Tony rzucił pierwszą myśl, jaka mu przyszła do głowy.

- Termin i trasa dostarczania zużytych banknotów do spalarni Banku Angielskiego.

- Mogę to wykonać bez trudu - powiedział Laski.

W   ten   sposób   to   się   zaczęło   -   roześmiał   się   Tony   za   kierownicą   forda,   którym 

przejeżdżał przez South London. Nie miał pojęcia, jak Laskiemu udało się wywiązać z tego 

zadania, ale jego własne było małym piwem. Kto zna poszukiwaną informację? Minister. Kto 

to jest? Następna pozycja zaraz po dziewicy - wierny małżonek. Czy jego ślubna daje mu, co 

trzeba? Nie za wiele. Czy da się nabrać na najbardziej ograny numer? Jak złoto.

Taśma się skończyła i przełożył kasetę na drugą stronę. Ciekaw był, ile forsy znajduje 

się   w   furgonetce   -   sto   kafli?   Może   nawet   ćwierć   miliona.   Dużo   większa   suma   mogła 

nastręczyć kłopoty. Trudno wkroczyć do Barclays Bank z workami używanych piątek i nie 

wzbudzić podejrzeń. Ideałem było sto pięćdziesiąt kafli. Po pięć tauzenów dla każdego z 

chłopaków,   jeszcze   kilka   na   pokrycie   wydatków   i   jakieś   pięćdziesiąt   tysięcy  podrzucone 

wieczorem po kryjomu do różnych legalnych utargów. Kasyna były bardzo pożyteczne przy 

zatajaniu bezprawnych dochodów.

Chłopcy wiedzieli, jak trzeba pozbyć się pięciu kafelków. Spłać kilka długów, kup 

background image

używany   samochód,   włóż   parę   setek   na   dwa-trzy   konta   bankowe,   podaruj   żonie   nowy 

płaszcz, pożycz teściowej dwa szylingusy, zabaw się raz w pubie i ciach! - Wszystko poszło. 

Ale jak im dać dwadzieścia tysięcy, wtedy zaczynają mieć głupie pomysły. Kiedy robotnicy 

bez pracy i wolni strzelcy zaczynają gadać o willach na południu Francji - stróże prawa stają 

się podejrzliwi.

Tony uśmiechnął się do siebie. Będę się martwił później, czy forsy jest za dużo - 

pomyślał. - Lubię takie problemy. Ale nie mów hop, póki nie przeskoczysz, jak powiada 

Jacko. Furgonetka mogła wieźć do przetopienia kupę starych półpensówek.

To dopiero byłoby kino!

Już prawie dotarł do celu. Zaczął pogwizdywać.

25

Feliks Laski siedział w swoim gabinecie, darł na strzępy żółtą kopertę i wpatrywał się 

w   ekran   telewizyjny.   Kablowa   telewizja   była   współczesnym   odpowiednikiem   taśmy 

telegraficznej i Laski czuł się jak niespokojny makler ze starego filmu o krachu w 1929 roku. 

Nieustannie podawano notowania rynkowe i ruchy cen aktywów, towarów i walut. Żadnej 

wzmianki   o   licencji.  Akcje   Hamiltona   spadły   od   wczoraj   o   pięć   punktów   i   obrót   był 

umiarkowany.

Skończył   niszczenie   koperty   i   rzucił   strzępki   do   metalowego   kosza   na   śmieci. 

Obwieszczenie licencyjne powinno nastąpić już godzinę temu.

Podniósł słuchawkę niebieskiego telefonu i nakręcił 123.

-   Przy   trzecim   uderzeniu   zostanie   podany   dokładny   czas...   pierwsza   czterdzieści 

siedem   i   pięćdziesiąt   sekund   -   usłyszał.   Komunikat   był   spóźniony   już   ponad   godzinę. 

Zadzwonił do Ministerstwa Energetyki i poprosił o biuro prasowe.

- Sekretarz stanu przybędzie z opóźnieniem - poinformował go kobiecy głos. - Kiedy 

się   zjawi,   rozpoczniemy   konferencję   prasową   i   natychmiast   po   jej   otwarciu   zostanie 

ogłoszony komunikat.

Do diabła z waszym opóźnieniem - pomyślał Laski. - Przepadnie mi przez to fortuna.

Nacisnął guzik intercomu.

- Carol? - Nie było odpowiedzi. - Carol! - zaryczał.

Dziewczyna wsadziła głowę w drzwi.

- Przepraszam, byłam zajęta przy szafce z aktami.

- Zrób mi kawy!

- Oczywiście.

Wziął skoroszyt z nagłówkiem “Rury małych średnic - raport sprzedaży za pierwszy 

background image

kwartał”. Był to rutynowy szpiegowski materiał o firmie, którą zamierzał przejąć. Wyznawał 

teorię, że sprzęt inwestycyjny ma większe szanse, gdy z powodu zastoju robi się na rynku 

zamieszanie.  Ale   -   zastanawiał   się   -   czy   to   przedsiębiorstwo   dysponuje   możliwościami 

ekspansji?

Spojrzał   na   pierwszą   stronę   sprawozdania,   zerknął   na   niestrawną   prozę   dyrektora 

handlowego   i   odrzucił   skoroszyt.   Kiedy  podejmował   ryzyko   i   ponosił   porażkę,   umiał   ją 

przyjąć ze spokojem. Ale miotało nim, kiedy coś się zacinało z niewiadomych przyczyn. 

Wiedział, że nie potrafi się skupić na niczym, dopóki nie rozstrzygnie się sprawa Shield.

Przeciągnął palcami po ostrych kantach spodni i pomyślał o Tony Coxie. Polubił tego 

młodego opryszka, choć jego homoseksualizm aż rzucał się w oczy. Czuł w nim bratnią 

duszę.   Podobnie   jak   Laski,   Cox   wyszedł   z   biedy  i   zdobył   majątek   dzięki   determinacji   i 

bezwzględności. I podobnie jak Laski próbował na swój sposób oszlifować swoje prostactwo 

i nieokrzesanie. Laski przewyższał go w tej mierze, ale miał dłuższą praktykę. Cox chciał być 

taki, jak Laski i osiągnie to - mając pięćdziesiątkę stanie się dystyngowanym, siwowłosym 

dżentelmenem z City.

Laski zdawał sobie sprawę, że nie może ufać Coxowi. Instynkt mówił mu wprawdzie, 

że młody człowiek postępuje przyzwoicie z ludźmi, których dobrze zna, ale Coxowie tego 

świata żywią się oszustwem. Czy ta kombinacja z Timem Fitzpetersonem została po prostu 

wymyślona?

Na ekranie ukazała się znów cena Hamilton Holdings: o jeden punkt niższa. Laski 

wolałby, aby nie stosowali tego cholernego komputerowego wydruku w pionowo-poziomych 

liniach, męczyły mu się oczy. Zaczął obliczać, ile straci, jeśli Hamilton Holdings nie otrzyma 

licencji.

Gdyby sprzedał teraz pięćset dziesięć tysięcy akcji, straciłby zaledwie kilka tysięcy 

funtów. Ale nie dałoby się uzyskać za wszystko wartości rynkowej. A cena wciąż spadała. 

Maksymalna strata może wynieść powiedzmy, dwadzieścia tysięcy. No i doszłaby do tego 

porażka psychologiczna, szwank na reputacji człowieka sukcesu.

Czy  wchodziło   w   rachubę   jeszcze   inne   ryzyko?   Z   całą   pewnością   Cox   zamierzał 

zrobić kryminalny użytek z informacji dostarczonej mu przez Laskiego. Skoro jednak Laski 

nie został w to wprowadzony, nie może być skazany za współudział.

Istniała także ta ustawa o ochronie tajemnicy służbowej - łagodna według Europy 

Wschodniej, ale przecież groźny oręż prawny. Wyciąganie poufnych danych od urzędnika 

państwowego jest karalne. Chyba trudno byłoby udowodnić, że się tego dopuścił, ale należało 

to wziąć pod uwagę. Spytał Petersa, czy czeka go “wielki dzień”, a tamten odparł, że to jeden 

background image

z “tych” dni. Następnie Laski powiedział Coxowi: “To dzisiaj”. No cóż, jeśli Peters i Cox 

dadzą się skłonić do składania zeznań - Laski nie wymiga się od wyroku. Ale Peters nawet nie 

wiedział,   że   wyjawił   tajemnicę   służbową,   a   nikomu   nie   przyjdzie   do   głowy,   aby   go 

wypytywać. Przypuśćmy, że aresztują Coxa? Policja brytyjska ma swoje sposoby wyciskania 

zeznań niekoniecznie przy pomocy kijów baseballowych. Gdyby Cox oświadczył, że dostał 

wiadomość od Laskiego, wtedy sprawdzą, co Laski robił w ciągu dnia, i mogą odkryć, że pił 

kawę z Petersem.

Było to jednak mało prawdopodobne. Laski bardziej się trapił przeprowadzeniem do 

końca transakcji z Hamiltonem.

Brzęknął telefon.

- Tak? - odezwał się Laski.

- Dzwoni pan Ley z Banku Angielskiego - oznajmiła Carol.

Laski odniósł się do tego niechętnie.

- Pewnie chodzi mu o Cotton Bank. Połącz go z Jonesem.

- Telefonował już do Cotton Bank i powiedziano mu, że pan Jones pojechał do domu.

- Pojechał do domu? W porządku, będę rozmawiał.

Dobiegły go słowa Carol:

- Łączę z panem Laskim.

- Laski? - odezwał się wysoki głos o arystokratycznym brzmieniu.

- Tak.

- Tu Ley, Bank Angielski.

- Witam!

- Dzień dobry. Słuchaj pan, chłopie - Laski przewrócił oczami słysząc ten zwrot - 

wystawił pan raczej spory czek na Fetta i Spółkę.

Laski zbladł.

- Mój Boże, już go przedstawili?

- Owszem, domyśliłem się, że atrament jeszcze dobrze nie wysechł. Rzecz w tym, że 

jest wystawiony na Cotton Bank, a pan dobrze wie, że biedny mały Cotton Bank nie ma nań 

pokrycia. Rozumie mnie pan?

- Oczywiście, że pana rozumiem. - Cholernik mówi jak do dziecka, a to najbardziej 

irytowało Laskiego. - Wynika z tego, że moje instrukcje co do przygotowania tej kwoty nie 

zostały wypełnione. Chciałbym prosić o wyrozumiałość, mój personel zapewne uznał, że czas 

nie nagli.

- Hm. Przydałoby się mieć fundusze w pogotowiu, kiedy podpisuje pan to cholerstwo, 

background image

tak po prostu dla pewności.

Laski   zbierał   szybko   myśli.   Psiakrew,   nie   doszłoby   do   tego,   gdyby   ogłoszono 

komunikat na czas. I gdzie, do diabła, podziewa się Jones?

- Jak się pan pewnie domyśla, czek stanowi płatność za kontrolny pakiet w Hamilton 

Holdings. Chyba można by traktować te udziały jako zabezpieczenie.

- Och, Boże mój, to wykluczone - przerwał Ley. - To nie przejdzie. Bank Angielski nie 

może finansować spekulacji giełdowych.

Zapewne   nie   może   -   pomyślał   Laski   -   ale   gdyby  komunikat   był   już   ogłoszony   i 

wiedziałbyś,   że   Hamilton   Holdings   ma   prawo   do   wierceń,   nie   byłbyś   taki   drobiazgowy. 

Przyszło mu na myśl, że coś już wiedzą i że spółka Hamilton nie dostała licencji - stąd ten 

telefon. Zaczynał go ogarniać gniew.

-   Jesteście   przecież   bankiem   -   powiedział.   -   Zapłacę   wam   stopę   procentową   za 

dwudziestoczterogodzinną...

- Bank nie ma zwyczaju wchodzić na giełdę pieniężną.

- Do cholery, dobrze pan wie, że mogę łatwo pokryć ten czek mając trochę czasu! - 

mówił podniesionym głosem. - Jeśli go zwrócicie, moja reputacja legnie w gruzach. Chcecie 

mnie zrujnować z dnia na dzień dla parszywego miliona i niemądrych zwyczajów?

- Panie Laski - rzekł Ley bardzo chłodnym tonem - nasze zwyczaje istnieją właśnie po 

to, aby rujnować ludzi podpisujących czeki, które nie są prawomocne. Jeżeli ten czek nie 

zostanie dziś spieniężony, poproszę płatnika, aby go oddalił. Znaczy to, że ma pan półtorej 

godziny na wpłacenie miliona funtów gotówką do Banku Angielskiego. Do widzenia.

- Niech cię szlag! - wykrzyknął Laski, ale linia była już głucha. Cisnął słuchawkę na 

widełki, aż pękła plastikowa obudowa aparatu. Bił się z myślami. Musiał być jakiś sposób na 

zgromadzenie natychmiast miliona... No nie?

Kiedy rozmawiał przez telefon, Carol przyniosła mu kawę. Nie zauważył nawet, że 

weszła. Pociągnął łyk i skrzywił się.

- Carol! - zawołał.

- Tak? - spytała otwierając drzwi.

Rozdygotany,   czerwony   na   twarzy,   cisnął   delikatną   porcelanową   filiżankę   do 

metalowego kosza, gdzie roztrzaskała się z hukiem.

- Ta cholerna kawa jest zimna! - wrzasnął.

Dziewczyna pierzchła w popłochu.

Druga po południu

background image

26

Młody Billy Johnson szukał Tony Coxa, ale wciąż o tym zapominał.

Kiedy  wrócili   ze   szpitala,   wyszedł   prędko   z   domu.   Matka   darła   się   wniebogłosy, 

przyplątało się kilku policjantów i Jacko został zabrany na komisariat, aby złożyć zeznania. 

Naschodziło   się   też   sporo   sąsiadów   i   krewniaków,   przez   co   zrobiło   się   jeszcze   większe 

zamieszanie. A Billy lubił spokój.

Nikt nie zwracał na niego uwagi ani nie kwapił się z podaniem mu lunchu, więc Billy 

zjadł paczkę pierników i wyszedł tylnymi drzwiami. Powiedział pani Glebe, która mieszkała 

o trzy piętra niżej, że idzie do ciotki na kolorową telewizję.

Próbował sobie wszystko uporządkować. Kiedy szedł, łatwiej mu się myślało, a kiedy 

czuł   zamęt   w   głowie,   uspokajał   się   patrząc   przez   jakiś   czas   na   samochody,   sklepy   i 

przechodniów.

Skierował się najpierw w stronę ciotki, ale przypomniał sobie, że wcale nie do niej 

chciał iść; powiedział tak tylko dlatego, żeby pani Glebe nie usiłowała go zatrzymać. Musiał 

się zastanowić, dokąd idzie. Przystanął przed sklepem z płytami i z trudem odczytywał tytuły 

na kolorowych okładkach, starając się dopasować je do piosenek, które słyszał przez radio. 

Miał adapter, ale zawsze brakowało mu pieniędzy na płyty, a nie podzielał gustu rodziców. 

Mama lubiła ckliwe śpiewanie, tata lubił orkiestry dęte, a Billy lubił rock and rolla. Jedyną 

znaną mu osobą, lubiącą także rock and rolla, był Tony Cox...

No właśnie. Szukał Tony Coxa.

Ruszył w kierunku, który, jak mu się wydawało, prowadził do Bethnal Green. Znał 

bardzo dobrze East End - każdą ulicę, każdy sklep, wszystkie wyburzenia po bombach, puste 

place, parki - ale znał je we fragmentach. Minął plac rozbiórkowy i przypomniał sobie, że 

mieszkała   tu   babcia   Parker,   która   siedziała   uparcie   w   pokoju   od   frontu,   podczas   gdy 

demolowano   stare   domy   po   drugiej   stronie   ulicy,   aż   dostała   zapalenia   płuc   i   umarła, 

uwalniając radę municypalną dzielnicy Tower Hamlets od kłopotu, bo nie wiedziano, co z nią 

począć.   Billy   śledził   tę   historię   z   wielkim   zaciekawieniem:   to   było   coś   jak   w   telewizji. 

Owszem, znał każdą cząstkę krajobrazu East London, ale nie potrafił ich ze sobą połączyć. 

Znał Commercial Road i znał Mile End Road, nie wiedział jednak, że spotykają się przy 

Aldgate. Pomimo to prawie zawsze jakoś trafiał do domu, choć czasami trwało to dłużej, niż 

się spodziewał, a gdy się rzeczywiście zgubił, gliny odwoziły go z powrotem patrolowym 

wozem. Wszyscy gliniarze znali jego tatę.

Zanim   dotarł   do   Wapping,   znów   zapomniał,   dokąd   zmierza,   ale   pomyślał,   że 

prawdopodobnie idzie popatrzeć na statki. Przelazł przez dziurę w płocie, tę samą, którą 

background image

przełazili z nim Snowy White i Tubby Toms tego dnia, kiedy złapali szczura i powiedzieli 

Billy'emu, żeby zaniósł go do domu i dał mamie, która bardzo się ucieszy i ugotuje go na 

podwieczorek. Oczywiście wcale się nie ucieszyła; skoczyła jak oparzona, upuściła torebkę z 

cukrem i wrzeszczała, a później rozpłakała się mówiąc, że chłopcy nie powinni robić sobie 

żartów z Billy'ego. Często płatali mu różne figle, ale on się nie gniewał, ponieważ dobrze 

było mieć kumpli.

Kręcąc się przez jakiś czas, odniósł wrażenie, że dawniej, kiedy był mały, statków 

było więcej. Teraz widział tylko jeden. Był wielki dość głęboko zanurzony w wodzie, ale jego 

nazwy na burcie nie mógł odczytać. Jacyś mężczyźni przeciągali rurę od statku do magazynu.

Stał, przyglądając im się chwilę, po czym spytał:

- Co w nim jest?

Jeden z mężczyzn, w sukiennej czapce i kamizelce, spojrzał na niego i odpowiedział:

- Wino, bracie.

Billy zdziwił się.

- W statku? Samo wino? Do pełna?

- Tak jest, bracie. Chateau Morocco, zbiór z ostatniego czwartku.

Wszyscy mężczyźni się roześmieli, lecz Billy nie zrozumiał. Mimo to i on się śmiał. 

Pracowali dalej, a potem ten, który się odezwał, zapytał:

- A ty co tutaj robisz?

Billy dumał przez moment, po czym odparł:

- Zapomniałem.

Mężczyzna   spojrzał   na   niego   surowo   i   mruknął   coś   do   swoich   towarzyszy.   Billy 

usłyszał tylko część zdania:

- ...jeszcze wpadnie, kurwa, do napoju.

Mężczyzna poszedł do magazynu i po chwili zjawił się policjant portowy.

- To ten chłopak? - zapytał, a kiedy mężczyźni przytaknęli, zwrócił się do Billy'ego: - 

Zabłądziłeś?

- Nie - odpowiedział Billy.

- Dokąd idziesz?

Billy już miał powiedzieć, że nigdzie nie idzie, ale ta odpowiedź nie wydała mu się 

dobra. Nagle przypomniał sobie:

- Bethnal Green.

- W porządku, chodź ze mną, powiem ci, jak masz iść.

Zawsze skłonny do uległości Billy poszedł z gliniarzem do bramy doków.

background image

- Gdzie mieszkasz? - spytał policjant.

- Na Yew Street.

- Czy matka wie, gdzie jesteś?

Billy uznał, że glina jest kimś w rodzaju pani Glebe i że przydałoby się kłamstwo.

- Tak. Idę do cioci.

- Na pewno znasz drogę?

- Tak.

Stanęli przy bramie. Policjant popatrzył na niego z wahaniem i wreszcie postanowił:

- W porządku, zmykaj. I nie włócz się więcej po dokach, tak będzie bezpieczniej.

- Dzięki - rzekł Billy i oddalił się. Kiedy miał wątpliwości, zawsze wtedy ludziom 

dziękował.

Teraz zaczynał sobie przypominać. Tata wylądował w szpitalu. Będzie ślepy i to wina 

Tony Coxa. Billy znał jednego ślepca, właściwie dwóch, jeśli liczyć Squinty Thatchera, który 

był ślepy tylko wtedy, gdy szedł na West End z akordeonem. Ale naprawdę ślepy był tylko 

Hopcraft, który mieszkał samotnie w śmierdzącym domu na Psiej Wyspie i chodził z białą 

laską.   Czy   tata   będzie   musiał   nosić   okulary   i   chodzić   bardzo   wolno,   obstukując   laską 

krawężnik? Ta myśl go zdenerwowała.

Ludzie zazwyczaj uważali, że Billy nie potrafi się denerwować, ponieważ nigdy nie 

płakał. Tak właśnie wyszło na jaw, że jest inny, gdy był jeszcze dzieckiem: nie płakał, kiedy 

się uderzył albo skaleczył. Mama mówiła czasami: - Boli go, ale tego nie pokazuje.

Tata powiadał, że mama i tak denerwuje się za ich oboje.

Kiedy zdarzało się coś rzeczywiście okropnego, jak ten kawał ze szczurem, który mu 

zrobili Snowy i Tubby, Billy aż się skręcał w środku i chciał zrobić coś gwałtownego, choćby 

krzyknąć, ale nigdy do tego nie dochodziło.

Zabił tego szczura i to mu pomogło. Przytrzymał go jedną ręką, a w drugą wziął cegłę 

i tłukł go w głowę tak długo, aż przestał się miotać.

Zrobi również coś takiego Tony Coxowi.

Uzmysłowił sobie, że Tony jest większy od szczura, nawet większy od niego. Zbiło go 

to z tropu, więc poniechał tej myśli.

Zatrzymał się przy końcu ulicy. W suterenie narożnego domu był sklep, jeden z tych 

starych sklepików, gdzie sprzedawano mnóstwo różnych rzeczy. Billy znał córkę właścicielki, 

ładną, długowłosą dziewczynę imieniem Sharon. Jakieś dwa lata temu pozwoliła mu pomacać 

cycki, ale zaraz uciekła i nigdy się już do niego nie odzywała. Przez wiele następnych dni nie 

myślał o niczym innym, tylko o małych, krągłych pagórkach pod bluzką, i o tym, co czuł, 

background image

kiedy ich dotykał. Wreszcie doszedł do wniosku, że była to jedna z tych miłych rzeczy, które 

się nigdy nie powtarzają.

Wszedł   do   sklepu.   Za   ladą   stała   matka   Sharon,   ubrana   w   nylonowy   fartuch   w 

kolorowe paski. Nie poznała Billy'ego.

- Dzień dobry - rzekł z uśmiechem.

- Czym mogę służyć? - była trochę niespokojna.

- Jak się ma Sharon?

- Świetnie, dziękuję. Nie ma jej chwilowo. Znasz ją?

- Tak.

Billy   rozglądał   się   po   półkach   wypełnionych   różnymi   towarami:   żywnością, 

artykułami   żelaznymi   i   tytoniowymi,   książkami,   słodyczami,   pstrokatą   galanterią.   Chciał 

powiedzieć: pozwoliła mi raz dotknąć cycków - ale wiedział, że to nie będzie właściwe.

- Bawiliśmy się razem - oświadczył.

Chyba o taką odpowiedź kobiecie chodziło, wyraźnie się uspokoiła. Uśmiechnęła się i 

Billy dostrzegł, że ma przyżółcone zęby, jak jego ojciec.

- Co ci mogę podać? - spytała.

Na schodach rozległ się stukot pantofli i przez drzwi za ladą weszła do sklepu Sharon. 

Billy zdziwił się: wyglądała na dużo starszą. Obcięła krótko włosy, a jej duże cycki kołysały 

się pod sportową koszulką. Długie nogi wbiła w obcisłe dżinsy.

- Pa, mamo! - zawołała spiesząc do wyjścia.

- Witaj, Sharon - odezwał się Billy.

Przystanęła,   wytrzeszczając   oczy,   po  czym   błysk   przypomnienia   przemknął   jej   po 

twarzy.

- O, cześć, Billy, spieszę się - rzuciła i już jej nie było.

Matka Sharon poczuła się zażenowana.

- Przepraszam, zapomniałam, że jest jeszcze na górze...

- Nic nie szkodzi. Ja ciągle o czymś zapominam.

- Więc co mam podać? - powtórzyła kobieta.

- Potrzebny mi nóż.

Strzeliło mu to nagle do głowy, lecz wiedział od razu, że trafił w sedno. Nie miałoby 

sensu walić kamieniem w głowę takiego siłacza, jak Cox, zaraz by oddał. Musi dźgnąć go 

nożem w plecy... jak Indianin.

- Dla ciebie, czy dla twojej matki?

- Dla mnie.

background image

- A po co ci nóż?

Billy czuł, że nie powinien jej mówić prawdy. Zmarszczył brwi:

- Do cięcia różnych rzeczy. Sznurka i w ogóle.

- Aha! - Wyjęła z witryny skautowski nóż w skórzanej pochwie.

Billy wyciągnął z kieszeni spodni wszystkie pieniądze. Nie potrafił liczyć, zwykle 

pozwalał, by sprzedawca sam sobie brał, ile trzeba.

- Masz tylko osiem pensów - rzekła matka Sharon, spojrzawszy na pieniądze.

- Czy to dosyć?

- Przykro mi, za mało - westchnęła.

- To może mógłbym dostać balonówkę?

Kobieta odłożyła nóż na wystawę i wzięła z półki paczuszkę gumy do żucia.

- Sześć pensów.

Billy podał jej garstkę monet, z której wybrała należność.

- Dzięki - powiedział Billy. Wyszedł na ulicę i otworzył paczuszkę. Lubił wkładać do 

ust od razu całą zawartość. Żując z zadowoleniem, ruszył  przed siebie. Na chwilę znów 

zapomniał, dokąd idzie.

Zatrzymał się przy robotnikach, którzy kopali dół w chodniku. Czubki głów mieli na 

wysokości stóp Billy'ego. Z zaciekawieniem obserwował ściany wykopu w różnych kolorach, 

zależnie od głębokości. Najpierw był chodnik, potem czarna warstwa podobna do smoły, 

następnie sypka brązowa ziemia i wreszcie mokra glina. Na dnie leżała nowiutka betonowa 

rura. Dlaczego kładą rury pod chodnikiem? Billy nie miał pojęcia. Nachylił się i zapytał:

- Po co kładziecie rurę pod chodnikiem?

Robotnik zerknął do góry i odparł:

- Ukrywamy ją przed Rosjanami.

- Aha! - kiwnął głową Billy w geście zrozumienia i poszedł dalej.

Odczuwał głód, ale musiał jeszcze coś zrobić przed powrotem do domu na lunch. 

Zjadł tylko paczkę pierników, ponieważ tata był w szpitalu. Miało to coś wspólnego z jego 

obecnością w Bethnal Green, ale nie mógł tego jakoś powiązać.

Skręcił na rogu, popatrzył na tabliczkę z nazwą ulicy wysoko na murze i stwierdził, że 

jest na Quill Street. Teraz sobie przypomniał. To tutaj mieszka Tony Cox, pod numerem 

siedemnastym. Zastuka do drzwi...

Nie. Zapomniał dlaczego, ale był pewien, że powinien zakraść się przez tylne drzwi. 

Za tarasem ciągnęła się ścieżka, którą Billy dotarł na tyły domu Tony'ego.

Balonówka straciła smak, więc ją wyrzucił, po czym cicho odhaczył tylną furtkę i 

background image

wśliznął się cichaczem do domu.

27

Tony  Cox   jechał   powoli   błotnistym,   zrytym   koleinami   traktem,   mając   na   uwadze 

raczej   własną   wygodę   niż   troskę   o   “pożyczony”   samochód.   Była   to   droga   bez   nazwy, 

prowadząca od szosy drugiej kategorii do farmy za stodołą. Stodoła i pusty, rozwalający się 

dom oraz akr jałowego gruntu należały do spółki o nazwie Land Development Ltd., a ta z 

kolei   należała   do   pewnego   nieuleczalnego   hazardzisty,   który   był   winien   Tony   Coxowi 

mnóstwo   pieniędzy.   Stodołę   niekiedy   wykorzystywano   do   składowania   uszkodzonych 

podczas pożarów, a skupowanych za bezcen towarów, toteż nikogo nie mógł dziwić widok 

furgonetki czy auta, wjeżdżających na podwórze farmy.

Pięcioprętowa brama na końcu drogi stała otworem i Tony wjechał na dziedziniec. 

Nigdzie nie było widać niebieskiej furgonetki, ale zobaczył Jessego, który stał oparty o ścianę 

i palił papierosa. Podszedł do samochodu, aby otworzyć Coxowi drzwi.

- Wcale nie poszło gładko, Tony - oznajmił natychmiast.

Tony wysiadł z wozu.

- Pieniądze są tutaj?

- W furgonetce. - Jesse zrobił ruch głową w kierunku stodoły. - Ale nie poszło gładko.

- Chodźmy do środka, tutaj jest za gorąco. - Tony pchnął wierzeje i wszedł do stodoły, 

a   za   nim   Jesse.   Jedną   trzecią   klepiska   zajmowały  kartonowe   pudła.  Tony  odczytał   kilka 

etykiet: Zawierały płaszcze i mundury wojskowe z odrzutów. Niebieska furgonetka stała na 

wprost   wrót.  Tony   zauważył,   że   na   oryginalne   tablice   rejestracyjne   nałożone   są   próbne, 

umocowane sznurkiem.

- W co ty się zabawiałeś? - spytał zdumiony.

- Niech mnie szlag, Tony, musisz posłuchać, co mi się przytrafiło.

- No, to gadaj, do cholery!

- No, miałem grzmot, nic wielkiego, po prostu mała stłuczka. Ale z wozu wyłazi gość i 

chce wołać policję. To ja chcę zwiewać, no nie! A ten staje mi w poprzek, więc ja go bach!

Tony zaklął pod nosem.

Na twarzy Jessego pojawił się lęk.

- Wiedziałem, że władza wsiądzie mi na ogon, nie? Więc staję przy warsztacie, idę od 

tylca niby do kibla i podpieprzam tablice, no i ten kombinezon. Pokiwał gorliwie głową, 

jakby chciał sam sobie udzielić aprobaty. - I potem zjeżdżam tutaj.

Tony popatrzył na niego z osłupieniem i wybuchnął śmiechem.

- Ty zbzikowany skurwysynu - zachichotał.

background image

Jessemu najwyraźniej ulżyło.

- Sprawiłem się chyba najlepiej jak można, no nie?

Tony przestał się śmiać.

- Ty zbzikowany skurwysynu - powtórzył. - Jedziesz z górą lewego szmalu w furgonie 

i podjeżdżasz - zaczerpnął tchu i parsknął znowu śmiechem - i podjeżdżasz do warsztatu, 

żeby buchnąć kombinezon.

Jesse   także   się   uśmiechnął.   Nie   dlatego,   żeby   było   mu   wesoło,   ale   że   wreszcie 

odetchnął, że minął już strach. Po chwili znów spoważniał.

- Ale stało się coś naprawdę złego - powiedział.

- Bodaj to szlag, co jeszcze?

- Kierowca furgonetki odgrywał bohatera.

- Nie zabiłeś go chyba?

- Nie. Dostał tylko po łbie. Ale zrobił się rumor. Pukawka Jacko odpaliła i trafiła 

Głuchego Willie. Prosto w ślepia. Kiepsko z nim, Tony.

- O, kurwa! - Tony przysiadł raptownie na starym trójnożnym stołku. - Biedny stary 

Willie. Odwieźli go chyba do szpitala?

Jesse przytaknął ruchem głowy.

- To dlatego Jacko nie przyjechał ze mną. On go zawiózł. Ale czy jeszcze żywego?...

- Tak z nim marnie?

Jesse skinął głową.

- Och, kurwa. - Milczał przez chwilę. - Nie ma fartu nasz Głuchy Willie. Jedno ucho 

mu wysiadło, jego chłopak jest psychiczny, żona wygląda jak bokser wagi ciężkiej i teraz to... 

cmoknął   smutno   językiem.   -   Dostanie   podwójną   działkę,   ale   to   mu   głowy   nie   zlutuje   - 

powiedział wstając.

Jesse otworzył furgonetkę, rad, że udało mu się przekazać złe nowiny i nie ściągnąć na 

siebie gniewu Tony'ego.

- Dobra, spójrzmy, co tam mamy - Tony zatarł ręce.

W tyle furgonetki stało dziewięć szarych stalowych skrzynek. Wyglądały jak pękate 

metalowe kuferki, miały z obu stron rączki i podwójne zamki. Były ciężkie. Wyładowali je, 

jedną po drugiej, i ustawili na środku stodoły. Tony przyglądał się im chciwie. Jego twarz 

wyrażała nieomal zmysłową rozkosz.

- To zupełnie jak Ali Baba i czterdziestu pieprzonych rozbójników - oświadczył.

Z turystycznego worka w kącie stodoły Jesse wyjął plastikowe ładunki wybuchowe, 

przewody i detonatory.

background image

- Chciałbym, żeby to Willie mógł zrobić bum-bum - powiedział.

- I ja chciałbym, żeby tu był - rzekł Tony.

Jesse   szykował   skrzynie   do   rozsadzenia.   Oblepił   naokoło   zamki   galaretowatym 

plastikiem, przymocował detonatory oraz przewody i podłączył każdy ładunek z tłokowym 

mechanizmem spustowym.

- Wygląda na to, że znasz się na tej robocie - odezwał się Tony.

- Widziałem nieraz, jak Willie to robił - rzekł szczerząc zęby. - Może nawet zostanę w 

firmie kanonierem.

- Willie, jak dotąd nie umarł - uciął burkliwie Tony. - Jeszcze nam nic o tym nie 

wiadomo.

Jesse wyniósł na zewnątrz przewody i urządzenie spustowe, Tony także wyszedł.

- Wyprowadź lepiej furgonetkę, no wiesz, żeby benzyna nie wybuchła, jasne?

- Nie ma obawy.

- Nigdy przedtem nie robiłeś za kanoniera i nie mam ochoty ryzykować.

- Okay. - Jesse zatrzasnął tylne drzwi i wycofał furgonetkę na podwórze. Następnie 

podniósł maskę  i za pomocą “krokodylowych” zacisków połączył  urządzenie spustowe z 

akumulatorem furgonetki. - Wstrzymać oddech - powiedział i wcisnął bezwładnik.

Rozległ się głuchy huk.

Weszli  obaj  z  powrotem do stodoły.  Z ustawionych  obok siebie skrzynek  zwisały 

wywalone pokrywy, pogięte na wszystkie strony.

Odwaliłeś porządną robotę - pochwalił Tony.

Skrzynki   były   zapakowane   szczelnie   i   porządnie.   Pliki   banknotów   ułożono   po 

dwadzieścia wzdłuż, dziesięć wszerz i pięć w głąb. Każda paczka zawierała sto banknotów, w 

sumie sto tysięcy banknotów w każdej skrzynce.

W   pierwszych   sześciu   skrzynkach   znajdowały   się   banknoty   dziesięcioszylingowe, 

które wyszły z użycia i były bezwartościowe.

- Chryste Panie! - jęknął Tony.

Następna   skrzynka   zawierała   jedynki,   ale   nie   była   pełna.   Tony   naliczył   osiemset 

paczek. W przedostatniej znajdowały się też banknoty jednofuntowe, ale ta była zapełniona.

- To już lepiej - powiedział Tony.- Prawie tyle, ile trzeba.

Ostatnia skrzynka wyłożona była ściśle dziesiątkami.

- Boże miłosierny! - wymamrotał Tony.

- Ile to jest, Tony? - spytał Jesse wybałuszając oczy.

- Milion sto osiemdziesiąt tysięcy funtów szterlingów, mój synu.

background image

Jesse wydał okrzyk triumfu.

- Jesteśmy bogaci! Jest tego od cholery!

- Chyba powinniśmy spalić dziesiątki - rzekł posępnie Tony.

- Co ty mówisz! - Jesse popatrzył na niego jak na wariata. - Co to znaczy “spalić”? 

Zbzikowałeś?

Tony odwrócił się i ścisnął mocno ramię Jessego.

- Słuchaj, jeżeli pójdziesz pod “Różę z Koroną”, zamówisz małe jasne z pasztecikiem, 

zapłacisz dziesiątakiem i będziesz to robił codziennie, to co wszyscy sobie pomyślą?

- Pomyślą, że udał mi się skok. Boli mnie ramię, Tony.

- A ile czasu będzie potrzebował jeden z tych parszywych niuchaczy, żeby poleźć na 

posterunek i nachlapać ozorem? Pięć minut? - Puścił ramię Jessego. - Tego jest za dużo, Jess. 

A ty masz trudności z myśleniem. To kupa forsy i musisz ją gdzieś trzymać, a jeśli ją gdzieś 

będziesz trzymał, gliny mogą znaleźć.

Takie rozumowanie było dla Jessego nie do strawienia.

- Nie możesz przecież wyrzucać pieniędzy - zaprotestował.

- Chyba nie słyszałeś, co mówiłem, prawda? Mają Głuchego Williego, nie? I wiedzą, 

że  Willie   jest   w   mojej   firmie,   wiedzą   też,   kto   wykonał   robotę,   tak?   Murowane,   że   dziś 

wieczór spędzą u ciebie, rozprują ci materace i przekopią grządkę z ziemniakami. Mówię ci, 

pięć kafli w jedynkach może ujść za życiowe oszczędności, ale pięćdziesiąt w dziesiątkach to 

już pewny hak, prawda?

- Nigdy tak nie kombinowałem - powiedział Jesse. Jest na to słowo: przefajnować.

- Chyba nie można włożyć aż tyle forsy na konto budowlańców z Abbey National. 

Każdy może się raz odkuć na wyścigach psów, ale jak szastasz za bardzo, wychodzi na to, że 

zrobiłeś skok, kapujesz? - wyjaśniał teraz Jesse Tony'emu, jakby chciał mu dowieść, że pojął, 

o co chodzi. - Na tym to polega, co?

-  Tak.   -  Tony  osłabł   w   swym   profesorskim   zapale.   Myślał   teraz,   jak   bezpiecznie 

rozlokować tyle lewej forsy.

- Nie możesz wparować do Barclays Bank z milionem funciaków i poprosić, żeby ci 

założyli rachunek oszczędnościowy, no nie?

-   Zaczynasz   to   łapać   -   rzucił   sarkastycznie   Tony.   Nagle   spojrzał   przenikliwie   na 

Jessego. - A kto może wparować do banku ze stosem forsy i nie wzbudzić żadnych podejrzeń?

Jesse stropił się.

- No, nikt nie może.

- Tak uważasz? - Tony wskazał na skrzynie z odrzutami mundurów wojskowych. - 

background image

Otwórz   kilka   tych   pudeł.   Chcę   was   przebrać   za   marynarzy  Królewskiej   Floty.  Wpadłem 

właśnie na cholernie klawy pomysł.

28

Popołudniowe narady u naczelnego były rzadkością. Naczelny zwykł czasem mawiać: 

- rano to zabawa, po południu pracujemy. - Aż do lunchu poświęcał cały swój wysiłek i czas 

na   wyprodukowanie   gazety.   Z   wybiciem   drugiej   było   już   za   późno,   żeby   zdziałać   coś 

istotnego: zawartość gazety była mniej więcej ustalona, większość wydań wydrukowana i 

rozkolportowana, a naczelny przestawiał swój umysł na to, co nazywał administracyjnym 

szlamem. Ale musiał być na podorędziu na wypadek, gdyby zaszło coś, co wymagało decyzji 

na najwyższym szczeblu. Artur Cole był zdania, że właśnie coś takiego wynikło.

Cole - zastępca redaktora działu wiadomości - siedział naprzeciw ogromnego białego 

biurka naczelnego. Po lewej ręce miał reportera Kevina Harta, po prawej - redaktora działu 

miejskiego, Marvyna Glaziera.

Naczelny uporał się z podpisywaniem sterty listów i podniósł wzrok.

- Jak stoją sprawy? - zapytał.

-   Tim   Fitzpeterson   będzie   żył,   komunikat   o   ropie   naftowej   uległ   zwłoce,   rabusie 

furgonetki bankowej uciekli z ponad milionem funtów, a Anglia w krykiecie wychodzi na 

siedemdziesiąt dziewięć.

- I co?

- I coś się wciąż dzieje.

Naczelny zapalił cygaro. W gruncie rzeczy lubił, gdy od administracyjnego szlamu 

odrywano go dla jakiejś ekscytującej historii.

- Mów dalej - rzucił.

-   Pamiętasz   -   podjął   Cole   -   jak   Kevin   wpadł   na   poranną   odprawę   podniecony 

telefonem, jakoby od Tima Fitzpetersona?

Naczelny uśmiechnął się pobłażliwie.

-   Jeżeli   reporterzy   nie   podniecają   się,   gdy  są   młodzi,   to   jacy,   do   diabła,   będą   w 

starszym wieku?

- Cóż, zapewne Kevin miał rację mówiąc, że kroi się coś niezwykłego. Pamiętasz 

nazwiska osób szantażujących rzekomo Fitzpetersona? Cox i Laski. Okay, Kevin - zwrócił się 

do Harta.

Hart wyprostował skrzyżowane nogi i pochylił się do przodu.

- Był jeszcze inny telefon, tym razem od kobiety, podała swoje nazwisko i adres. 

Oświadczyła, że jej mąż, William Johnson, brał udział w napadzie na furgonetkę bankową, 

background image

dostał postrzał i oślepł, i że to była robota Tony Coxa.

- Tony Cox! - powtórzył naczelny. - Poszedłeś tym śladem?

- W szpitalu istotnie leży William Johnson, ranny w twarz z dubeltówki. Przy jego 

łóżku siedzi detektyw i czeka, aż ten odzyska przytomność. Poszedłem do żony Johnsona, ale 

nie chciała ze mną rozmawiać.

Naczelny, który kiedyś był reporterem kryminalnym, powiedział:

- Tony Cox to bardzo gruba ryba. Dam wiarę we wszystko, co o nim usłyszę. Nie jest 

to człowiek przyjemny. Mów dalej.

- Następną nitkę złapał Mervyn - rzekł Cole.

- Jeden z banków jest w tarapatach - oznajmił redaktor działu miejskiego. - Cotton 

Bank of Jamaica, z filią w Londynie. Ma sporo do czynienia z brytyjskim biznesem. A jego 

właściciel nazywa się Feliks Laski.

- Skąd o tym wiemy, że jest w tarapatach? - spytał naczelny.

- Dostałem cynk od swego informatora. Zadzwoniłem do Banku Angielskiego, żeby to 

sprawdzić. Oczywiście, nie dają nigdy wyraźnej odpowiedzi, ale ich przebąkiwania zdają się 

potwierdzać cynk.

- Co dokładnie powiedzieli?

Glazier wyjął swój stenopis. Potrafił zapisywać sto pięćdziesiąt słów na minutę. I jego 

notatki były zawsze bezbłędne.

- Rozmawiałem z facetem nazwiskiem Ley, który najprawdopodobniej zajmuje się 

sprawą. Znam go, ponieważ...

- Daruj sobie reklamę, Mervyn - przerwał naczelny. - Wszyscy wiemy, jakie masz 

dobre kontakty.

- Przepraszam - wyszczerzył zęby Glazier. - Najpierw spytałem go, czy wie coś na 

temat Cotton Bank. Na to on, że Bank Angielski wie całkiem sporo o każdym banku w 

Londynie.

“Wobec tego - mówię - będzie pan wiedział, jak się obecnie trzyma Cotton Bank”.

“Oczywiście - odparł. - Co nie znaczy, że powiem to panu”.

“Podobno idzie na dno, czy to prawda?”

“Pas” - odparł na to.

“Daj spokój, Donald - mówię - przecież tu chodzi o pieniądze obywateli”.

“Wiesz dobrze, że nie wolno mi mówić o tych sprawach. Banki to nasi klienci. Nie 

możemy zawodzić ich zaufania”.

“Mam zamiar napisać - powiadam - że Cotton Bank ma się zwinąć. Czy artykuł w tym 

background image

tonie będzie twoim zdaniem prawdziwy czy fałszywy”?

Na to on: “Radzę, żebyś sprawdził fakty”. To tyle tego - Glazier zamknął notatnik. - 

Gdyby bank był w porządku, na pewno by to powiedział.

Naczelny przytaknął ruchem głowy.

-   Nigdy   nie   przepadałem   za   tego   rodzaju   kalkulacją,   ale   w   tym   wypadku   masz 

zapewne rację. - Zgasił cygaro w dużej szklanej popielniczce. - Jaki stąd wniosek dla nas?

- Cox i Laski szantażują Fitzpetersona. Ten próbuje się zabić. Cox robi napad. Laski 

plajtuje - podsumował Cole i wzruszył ramionami. - Coś się tu kotłuje.

- Jakie masz plany?

- Dowiedzieć się, w czym rzecz. Czy nie od tego jesteśmy?

Naczelny wstał i podszedł do okna, jakby chciał zyskać czas do namysłu. Uchylił 

żaluzje i w pokoju zrobiło się trochę jaśniej. Na puszystym błękitnym dywanie pojawiły się 

pasma słońca, które uwydatniły ozdobny deseń. Naczelny powrócił do biurka i usiadł.

- Nie - powiedział. - Odpuśćmy to i powiem wam dlaczego. Po pierwsze: nie możemy 

sobie pozwolić na zapowiedź bankructwa banku, bo taka zapowiedź sama w sobie mogłaby 

się przyczynić do jego upadku. Zwykłe wypytywanie o wiarygodność banku może narobić 

zamieszania w całym City.

Po drugie: nie wolno nam silić się na wykrywanie sprawców napadu. To należy do 

policji. Zresztą, cokolwiek byśmy odkryli, nie mogłoby to pójść do druku, przez wzgląd na 

bezstronny   przebieg   procesu.   Innymi   słowy,   jeśli   my   wiemy,   że   to   sprawka  Tony  Coxa, 

policja   też   o   tym   wie,   a   prawo   mówi,   że   gdy   wiadomo   nam   o   postanowionym   lub 

prawdopodobnym aresztowaniu, tekst jest sub iudice.

Po trzecie: Tim Fitzpeterson przeżyje. Jeżeli będziecie łazić po Londynie i wypytywać 

o jego życie seksualne, zanim się obejrzycie, w parlamencie podniosą się głosy, że reporterzy 

“Evening Post” wygrzebują błoto, by obrzucać nim polityków. Pozostawmy to niedzielnym 

szmatławcom. Przykro mi, chłopcy - zakończył, kładąc dłonie na biurku.

Cole uniósł się z krzesła.

- Okay, wracajmy do pracy.

Kiedy trzej dziennikarze znaleźli się z powrotem w redakcji wiadomości, Kevin Hart 

powiedział:

- Gdyby on był naczelnym “Washington Post”, Nixon nadal wygrywałby wybory pod 

hasłami prawa i porządku.

Nikt się nie roześmiał.

Trzecia po południu

background image

29

- Mam na linii Smitha i Bernsteina, panie Laski.

- Dziękuję, Carol. Łącz go. Halo, George?

- Jak się masz Feliks?

- Wspaniale. - Laski usiłował nadać swemu głosowi pogodne brzmienie. Nie było to 

łatwe. - A jak tam twój serwis, poprawiłeś go? (George Bernstein grywał w tenisa.)

- Ani trochę. Wiesz, że uczyłem grać George'a juniora?

- Tak.

- A teraz mnie leje.

Laski zaśmiał się.

- A jak się ma Rachel?

- Nic nie schudła. Rozmawialiśmy o tobie wczoraj. Powiedziała, że powinieneś się 

ożenić. Na to ja: “Nie wiesz, że Feliks to ładna mężczyzna?” “Mężczyzna? - spytała. - A cóż 

to, ładni mężczyźni nie mogą się żenić?” “Nie - mówię - mam na myśli, że się zabawia z 

panami”. Robótka wyleciała jej z rąk. Uwierzyła, Feliks. Wyobrażasz sobie?

Laski zmusił się znów do śmiechu. Nie był pewny, jak długo to zniesie.

- Myślę o tym, George.

- O małżeństwie? Nie rób tego! Nie rób tego! Czy to w tej sprawie do mnie dzwonisz?

- Nie, to bardzo drobna sprawa, która na razie tylko trochę kołacze mi się po głowie.

- A więc, co mogę dla ciebie zrobić?

-   Chodzi   o   drobiazg.   Potrzebuję   miliona   funtów   na   dwadzieścia   cztery   godziny  i 

pomyślałem sobie, że pchnę ten interes w twoją stronę. - Laski wstrzymał oddech.

Nastało krótkie milczenie.

- Milion! Jak długo Feliks Laski działa na giełdzie pieniężnej?

- Odkąd nauczyłem się, jak można z dnia na dzień zrobić dużą forsę.

- Dopuść mnie do sekretu, dobrze?

- Zgoda. Jak mi pożyczysz pieniądze. Nie żartuję, George. Możesz?

- Pewnie, że tak. Jakie są twoje gwarancje?

- Och, przecież normalnie nie domagacie się gwarancji na dwudziestoczterogodzinną 

pożyczkę. - Laski zacisnął pięść na słuchawce, aż mu zbielały knykcie.

- Masz rację. I normalnie nie pożyczamy takich sum takiemu bankowi jak twój.

-   Okay.   Moje   zabezpieczenie   to   dziesięć   tysięcy   pięćset   udziałów   w   Hamilton 

Holdings.

- Chwileczkę.

background image

Nastąpiła   cisza.   Laski   wyobraził   sobie   George'a   Bernsteina:   przysadzisty,   z   dużą 

głową i wielkim nochalem, ustawicznie uśmiechnięty od ucha do ucha. Siedzi przy starym 

biurku w ciasnym gabinecie z widokiem na katedrę Świętego Pawła i sprawdza liczby w 

“Financial Times”, operując niedbale klawiaturą podręcznego komputera.

Bernstein podjął słuchawkę.

- Przy dzisiejszych cenach to nie wystarczy, Feliksie.

- Och, dajże spokój, to tylko formalność. Wiesz, że nie mam zamiaru cię wykołować. 

Przecież jestem twoim przyjacielem - otarł czoło rękawem.

- Chciałbym na to pójść, ale mam partnera.

- Twój partner śpi tak mocno, że plotka głosi, jakoby umarł.

- Na wieść o takiej transakcji obudziłby się nawet w grobie. Spróbuj, może Larry 

Wakely mógłby coś dla ciebie zrobić, Feliksie.

Laski próbował już z Larym Wakely, ale nie przyznał się do tego.

- Zrobię to. Co powiesz na partyjkę w czasie weekendu?

- Będę zachwycony. - Ulga w głosie Bernsteina była wyraźna. - Sobota rano w klubie?

- Dziesięć funtów gem?

- Serce mi pęknie, że cię ograbiam.

- Cieszę się na to. Do widzenia, George.

- Trzymaj się!

Laski zamknął na moment oczy, słuchawka dyndała mu w dłoni. Wiedział z góry, że 

Bernstein nie pożyczy mu pieniędzy. Po prostu chwytał się teraz wszystkiego. Przeciągnął 

palcami po twarzy. Jeszcze nie był pokonany.

Nacisnął widełki w aparacie odezwał się sygnał. Zaczął wykręcać numer pogryzionym 

ołówkiem.

Długi czas nikt nie odpowiadał. Laski miał już dzwonić ponownie, gdy usłyszał:

- Ministerstwo Energetyki.

- Proszę biuro prasowe - powiedział Laski.

- Postaram się połączyć.

Inny damski głos.

Biuro prasowe, słucham.

- Dzień dobry, rzekł Laski. - Może mi pani powiedzieć, kiedy minister stanu złoży 

oświadczenie na temat ropy naftowej?

-   Nastąpiła   zwłoka   -   przerwała   kobieta.   -   Pańska   komórka   prasowa   została 

powiadomiona, A pełne wyjaśnienie poszło do agencji telegraficznych. - Rozłączyła się.

background image

Laski wyprostował się w krześle. Zaczynał go ogarniać popłoch i wcale mu się to nie 

podobało. Zawsze starał się panować nad tego typu sytuacjami: lubił być jedynym, który wie, 

i być manipulatorem, wokół którego wszyscy się kręcą, usiłując wysondować, co jest grane. 

Chodzenie z czapką w garści do lichwiarzy nie było w jego stylu.

Zadzwonił znów telefon.

- Telefonuje pan Hart - powiadomiła go Carol.

- Czy to ktoś, kogo znam?

- Nie, ale mówi, że to w związku z pieniędzmi, których potrzebuje Cotton Bank.

- Połącz go... Halo, Laski przy aparacie.

- Dzień dobry, panie Laski - odezwał się młody głos. - Mówi Kevin Hart z “Evening 

Post”.

Laski przeląkł się.

- Sekretarka, zdaje się, mówiła, że... mniejsza z tym.

-   Cotton   Bank   jest   w   potrzebie.   Bank,   który  znalazł   się   w   kłopotach,   potrzebuje 

gotówki, prawda?

- Młody człowieku, nie mam ochoty z panem rozmawiać.

Zanim zdążył odłożyć słuchawkę, Hart rzucił:

- Tim Fitzpeterson.

Laski zbladł.

- Co takiego?

- Czy problemy Cotton Bank mają coś wspólnego z niedoszłym samobójstwem Tima 

Fitzpetersona?

Jak, u diabła, na to wpadli? - myślał gorączkowo. - A może jednak nie wiedzą. Może 

strzelają   w  ciemno,   puszczają   latawca,   jak  to   określają,   udają,   że   coś   wiedzą,   oczekując 

zaprzeczenia drugiej strony.

- Czy pański naczelny wie, że dzwoni pan do mnie? - spytał.

- Hm. Oczywiście, że nie.

Laski wyczuł w głosie reportera, że trafił w słaby punkt. Postanowił iść za ciosem.

- Nie wiem, w jaką grę się pan bawi, młody człowieku, ale jeśli znowu usłyszę ten 

nonsens, będę wiedział, gdzie bije źródło plotki.

- Co pana łączy z Tony Coxem? - zapytał Hart.

- Z kim? Do widzenia, młody człowieku - Laski odłożył słuchawkę.

Spojrzał na zegarek, było piętnaście po trzeciej. W żaden sposób nie uda mu się przez 

kwadrans zgromadzić miliona funtów. Wygląda na to, że jest po wszystkim.

background image

Bank pójdzie na dno, reputacja Laskiego ucierpi i prawdopodobnie będzie uwikłany w 

postępowanie   karne.   Pomyślał   o   opuszczeniu   kraju,   jeszcze   tego   popołudnia.   Musiałby 

wyjechać z pustymi rękami. Zaczynać wszystko od początku w Bejrucie lub w Nowym Jorku. 

Był na to za stary. Gdyby został, ocaliłby choćby tyle ze swego imperium, by spokojnie 

spędzić resztę życia. Ale jakie to będzie życie, do jasnej cholery?

Przekręcił się w obrotowym krześle i wyjrzał przez okno. Dzień już mijał. Przecież to 

jeszcze nie lato. Wysokie budynki City rzucały długie cienie i cała ulica w dole pogrążała się 

w półmroku. Patrząc na ruch uliczny, pomyślał o Ellen Hamilton.

Dziś wreszcie postanowił, że się z nią ożeni. Co za ironia! Przez dwadzieścia lat mógł 

do   woli   przebierać   w   kobietach:   modelkach,   aktorkach,   nawet   księżniczkach.   I   kiedy  na 

koniec zdecydował się na jedną - jest zrujnowany. Ktoś przesądny uznałby to za znak, że nie 

powinien się żenić.

Być może, nie ma już żadnych szans. Co innego Feliks Laski, playboy i milioner, a 

zupełnie co innego Feliks Laski zbankrutowany kryminalista. Był pewien, że jego stosunki z 

Ellen nie  opierały się na uczuciu, które  mogłoby przetrwać  taką klęskę. Ich miłość była 

zmysłowa, samolubna, hedonistyczna - w niczym nie przypominała dozgonnego przywiązania 

według anglikańskich zasad wiary.

Z   drugiej   strony,   taka   była   zwykła   kolej   losu.   Laski   zakładał,   że   trwałe   uczucie 

rozwinąć się może później, w wyniku wspólnego życia i wspólnych doświadczeń; bo przecież 

ta nieomal histeryczna chuć, jaka ich do siebie przywiodła, musiała z czasem osłabnąć.

Nie powinienem teoretyzować - pomyślał. - W moim wieku powinienem wiedzieć.

Rano   podjął   decyzję,   że   poślubi   Ellen,   po   prostu   dokonał   wyboru   -   chłodno, 

nonszalancko, nawet cynicznie, kalkulując korzyści, tak jakby to był jeszcze jeden manewr 

giełdowy. Ale teraz, gdy nie kontrolował już sytuacji, uzmysłowił sobie - i ta myśl zabolała go 

fizycznie - że rozpaczliwie jej potrzebuje. Chciał dozgonnego przywiązania, pragnął czyjejś 

troski, kogoś, kto będzie chętnie z nim przebywać, kto, mijając go obok krzesła, na którym 

siedzi, dotknie czule jego ramienia, kto będzie przy nim zawsze, kto będzie mówił “kocham 

cię”, kto będzie dzielił z nim starość. Przez całe życie był samotny, trwało to już za długo.

Wyznawszy sobie tak wiele, poszedł dalej. Jeśli będzie ją miał - pogodnie przyjmie 

rozpad   swego   imperium,   fiasko   transakcji   z   Hamilton   Holdings,   unicestwienie   własnej 

reputacji. Poszedłby nawet do więzienia z Tony Coxem, gdyby wiedział, że ona będzie na 

niego czekała.

Żałował, że poznał Tony Coxa, wolałby się z nim nigdy w życiu nie spotkać.

Laski sądził, że bez trudu zdobędzie przewagę nad prostackim opryszkiem, jakim był 

background image

Cox. Mógł on mieć potężną władzę w swoim światku, ale szacowny biznesmen był poza jego 

zasięgiem. Może i tak, ale kiedy ów biznesmen wdaje się z opryszkiem w partnerstwo - 

choćby i nieoficjalnie - przestaje być godny szacunku. To Laski, a nie Cox kompromitował się 

tą znajomością.

Usłyszał, że drzwi się otwierają, i obróciwszy krzesło ujrzał wchodzącego Tony Coxa.

Wytrzeszczył oczy i otworzył usta... jakby zobaczył ducha.

Za Coxem dreptała Carol, czepiając się go jak terier.

-   Prosiłam,   żeby  poczekał   -   powiedziała   -   ale   nie   chciał,   po   prostu   wtargnął   bez 

pytania.

- W porządku, Carol - rzekł Laski. - Sam to załatwię.

Dziewczyna wyszła zamykając za sobą drzwi.

- Co tu robisz, do diabła? - wybuchnął Laski. - To okropnie niebezpieczne. Dopiero co 

gazeciarze wypytywali mnie o ciebie i Fitzpetersona. Czy wiesz, że chciał się zabić?

- Spokojnie, nie ma się co gorączkować - powiedział Cox.

- Spokojnie? Totalna klęska! Straciłem wszystko i jeśli mnie z tobą zobaczą, skończę 

za kratkami...

Cox zrobił długi krok naprzód, chwycił Laskiego za gardło i uniósł w górę.

- Zamknij jadaczkę - warknął, ciskając go z powrotem na krzesło. - Teraz słuchaj, 

chcę, żebyś mi pomógł.

- Nie ma mowy - wybełkotał Laski.

- Zamknij się! Potrzebna mi twoja pomoc i dostanę ją, albo postaram się, żebyś trafił 

do paki. Wiesz chyba, że to ja dziś rano wykonałem ten skok na furgonetkę bankową.

- Nie chcę o niczym widzieć.

Cox zignorował go.

- Otóż nie mam gdzie schować forsy i chcę ją złożyć w twoim banku.

- Nie bądź śmieszny - odparował lekceważąco Laski, po czym zastanowił się. - Ile 

tego jest?

- Ponad milion.

- Gdzie?

- Na dole. W furgonetce.

Laski zerwał się na równe nogi.

- Przywiozłeś mi milion skradzionych funtów pieprzoną furgonetką?

- Tak jest.

- Oszalałeś! - wykrzyknął Laski, starając się pozbierać natłok myśli. - W jakiej postaci 

background image

jest ta forsa?

- W różnej, zużyte banknoty.

- W oryginalnych pojemnikach?

- Nie jestem aż takim frajerem. Są złożone w zwykłych kartonowych pudłach.

- Numery seryjne nie po kolei?

- Powoli zaczynasz kapować. Jeśli się nie pospieszysz, odholują mi furgonetkę za 

nieprawidłowe parkowanie.

Laski poskrobał się w głowę.

- Jak chcesz to wnieść do skarbca?

- Mam na dole sześciu chłopaków.

- Nie mogę pozwolić, żeby sześciu opryszków wnosiło gotówkę do skarbca. Personel 

zacznie podejrzewać...

- Są umundurowani. Marynarskie bluzy, spodnie, koszule i krawaty. Wyglądają jak 

strażnicy. Feliksie, jeśli chcesz bawić się w dwadzieścia pytań, zostawmy to na później, co?

- W porządku, do dzieła - zdecydował się Laski. Wyprowadził Coxa z gabinetu i 

podszedł do biurka Carol. - Zadzwoń do skarbca - polecił dziewczynie. - Powiedz, żeby się 

natychmiast   przygotowali   na   odbiór   przesyłki   gotówkowej.   Sam   załatwię   formalności 

papierkowe. I daj mi połączenie z miastem.

Wrócił   do   gabinetu,   stanął   przy   telefonie   i   wykręcił   numer   Banku  Angielskiego. 

Zerknął na zegarek. Była trzecia dwadzieścia pięć. Ley był przy aparacie.

- Tu Laski - powiedział.

- Ach tak? - rzekł z wahaniem bankier.

Laski zdobył się na spokój.

- Rozwiązałem ten problem, Ley - oświadczył. - Gotówka jest w moim skarbcu. Mogę 

albo od razu załatwić dostawę, jak pan wcześniej proponował, albo zrobi pan inspekcję dzisiaj 

i odbierze przesyłkę jutro.

- Hm - zastanawiał się Ley. - Ani jedno, ani drugie nie jest chyba konieczne, Laski. 

Jest już późne popołudnie, a trzeba by zająć się liczeniem stosu pieniędzy. Jeśli dostarczy pan 

rano pierwszą partię, jutro czek będzie spieniężony.

- Dziękuję. Przepraszam, że tak pana przedtem zirytowałem - dodał, chcąc mu jeszcze 

dopiec.

- Być może byłem nieco opryskliwy. Do widzenia, panie Laski.

Laski odłożył słuchawkę. Nadal intensywnie myślał. Przypuszczał, że uda mu się do 

jutra wygrzebać sto tysięcy gotówką. Drugie tyle prawdopodobnie będzie miał Cox ze swoich 

background image

klubów. Zastąpią tym  dwieście tysięcy skradzionych funtów. Był to jeszcze jeden środek 

ostrożności: gdyby wszystkie dostarczone jutro do banku banknoty były nazbyt zniszczone, 

ktoś mógłby skojarzyć depozyt z wcześniejszą o dzień kradzieżą. Pieniądze w dobrym stanie 

uśmierzą to podejrzenie.

Chyba pomyślał o wszystkim. Pozwolił sobie na moment relaksu. Udało mi się - 

rozważał. - Wygrałem. - Uśmiechnął się z triumfem.

Teraz trzeba dopilnować szczegółów. Najlepiej zrobi, jak zejdzie na dół do skarbca, 

żeby uspokoić personel, który pewnie jest oszołomiony. No i musi szybko się pozbyć Coxa i 

jego załogi.

A potem zatelefonuje do Ellen.

30

Ellen Hamilton prawie cały dzień spędziła w domu. Wyprawa po zakupy, o której 

wspomniała Feliksowi, była tylko pretekstem ich spotkania. Teraz nieznośnie się nudziła. 

Podróż do Londynu nie pochłonęła wiele czasu; po powrocie przebrała się, poprawiła włosy i 

dłużej, niż trzeba, przyrządzała lunch złożony z białego sera, sałaty, owoców i czarnej kawy 

bez cukru. Zrezygnowała ze zmywarki i sama zmyła naczynia, gdyż było ich niewiele, a panią 

Tremlett   wysłała   z   odkurzaczem   na   górę.   Obejrzała   w   telewizji   wiadomości   i   odcinek 

popularnego  serialu.  Potem  zaczęła  czytać  historyczną  książkę,  ale  odłożyła   ją  po pięciu 

stronach i krążyła po pokojach porządkując, co się dało, bez żadnej potrzeby. W końcu zeszła 

do basenu, żeby popływać, rozmyśliła się jednak w ostatniej chwili.

Stała naga na wykładanej kafelkami podłodze letniej altany, z sukienką w jednej ręce i 

kostiumem kąpielowym w drugiej i rozmyślała: skoro nie stać mnie na decyzję, czy mam 

popływać, czy nie, to w jaki sposób zdecyduję się na porzucenie męża?

Rzuciła kostium i sukienkę na podłogę i zwiesiła ramiona. Na ścianie wisiało długie 

lustro, ale w nie nawet nie spojrzała. Dbając o swą powierzchowność nie z próżności, lecz z 

poczucia estetyki - znała prawdomówność luster.

Zastanawiała się, czy nie popływać nago. Coś takiego było nie do pomyślenia w jej 

młodych latach, poza tym zawsze była wstydliwa. Nawet nie próbowała tego zwalczać, bo 

właściwie to jej odpowiadało - miała dzięki temu pewien styl i poczucie przyzwoitości, co 

sobie bardzo ceniła.

Posadzka była rozkosznie chłodna. Kusiło ją, żeby się na niej położyć i poturlać, 

ucieszyć rozgrzane ciało zimnem kafelków. Obawiając się jednak, że Pritchard albo pani 

Tremlett mogliby się tu nagle zjawić, postanowiła nie ryzykować.

Wobec tego się ubrała.

background image

Altana usytuowana była dość wysoko, roztaczał się z niej widok na większą część 

dziewięcioakrowego   terenu.   Był   tam   wspaniały  ogród,   założony  w  początkach   ubiegłego 

stulecia, o zaskakująco pięknym krajobrazie, pełen różnych gatunków drzew. Dostarczał Ellen 

wielkiej przyjemności, ostatnio jednak przygasłej, jak wszystko inne w jej życiu.

Nastała   najmilsza   pora   wolnego   od   upału   popołudnia.   Lekki   wietrzyk   powiewał 

bawełnianą   sukienką   Ellen   niby   flagą.   Przeszła   obok   basenu   do   zagajnika,   w   którym 

przenikające poprzez liście światło słoneczne igrało cieniami na wysuszonej ziemi.

Feliks mówił o niej, że nie ma zahamowań, ale oczywiście był w błędzie. Po prostu 

wytworzyła   sobie   w  życiu   pewien   obszar,   na   którym   wierność   małżeńską   poświęcała   na 

ołtarzu   uciechy.   Poza   tym,   posiadanie   kochanka   przestało   już   być   źle   widziane,   pod 

warunkiem zachowania dyskrecji, a ona była bardzo dyskretna.

Ceniła sobie jednak smak wolności. Zdawała sobie sprawę, że weszła w niebezpieczny 

wiek. Magazyny kobiece, które przerzucała (nigdy ich dokładnie nie czytając), uświadamiały 

jej, że wkroczyła w wiek, w którym kobieta liczy lata, jakie jej jeszcze pozostały, i stwierdza, 

że jest ich przeraźliwie mało. Postanawia więc wypełnić je tym, czego dotychczas nie robiła. 

Modne, wyzwolone młode autorki ostrzegały ją, że to jest właśnie źródło jej rozczarowania. 

Skąd o tym wiedziały? Po prostu bawiły się w domysły, jak wszyscy.

Podejrzewała, że jeśli chodzi o nią, nie ma to nic wspólnego z wiekiem. Nawet w 

wieku siedemdziesięciu lat potrafi sobie znaleźć do łóżka żywotnego dziewięćdziesięciolatka, 

o ile będzie jeszcze miała na to ochotę. Nie miało to też związku z przekwitaniem, które 

dawno już u niej minęło. Chodziło zwyczajnie o to, że Derek z dnia na dzień stawał się w jej 

oczach coraz mniej atrakcyjny, a Feliks na tym zyskiwał. I doszło do punktu, w którym ów 

kontrast stał się nie do zniesienia.

We właściwy sobie okrężny sposób powiadomiła obu o tej sytuacji. Uśmiechnęła się 

przypomniawszy   sobie,   w   jaką   zadumę   popadli,   gdy   przekazała   im   swe   zawoalowane 

ultimatum. Znała swych mężczyzn: każdy poddał analizie jej słowa, zrozumiał je niebawem i 

pogratulował sobie przenikliwości. Ale nawet im na myśl nie przyszło, że stanęli wobec 

zagrożenia.

Wyszła z lasku i oparła się o płot ogradzający łąkę. Pasły się tam razem osioł i stara 

klacz; osiołek służył wnukom, a klacz była niegdyś jej ulubioną towarzyszką polowań. Im to 

dobrze - nie wiedzą, że się starzeją.

Przeszła przez łąkę i wdrapała się na nasyp nieczynnego toru kolejowego. Sapały tu 

parowe   lokomotywy,   gdy   Ellen   i   Derek,   jako   młodzi   ludzie,   prowadzili   wesołe   życie 

towarzyskie, tańcząc w rytm jazzu, pijąc duże ilości szampana i wydając przyjęcia, na które 

background image

nie było ich właściwie stać. Szła między zardzewiałymi szynami, skacząc po podkładach, gdy 

nagle   wystraszyło   ją   jakieś   małe   futrzane   stworzonko,   które   wyskoczyło   spod   czarnej, 

butwiejącej   kłody   drewna.   Zbiegła   pędem   z   nasypu   i   poszła   w   kierunku   domu,   wzdłuż 

strumyka płynącego przez dziko rosnący zagajnik. Nie chciała być znowu młoda i radosna, 

ale wciąż chciała kochać i być kochaną.

No cóż, wyłożyła niejako karty na stół przed jednym i drugim. Derek dowiedział się, 

że praca usuwa żonę z jego życia i że będzie musiał zmienić postępowanie, jeśli chce ją przy 

sobie utrzymać. Feliks został ostrzeżony, że nie ma zamiaru być wiecznie jego zabawką.

Jeżeli obaj ulegną jej naciskom, pojawi się przed nią problem wyboru. Mogą także 

obaj dojść do wniosku, że obejdą się bez niej, i wówczas będzie musiała zostać desolee, 

niczym   dziewczyna   z   powieści   Francoise   Sagan;   wiedziała   jednak,   że   ta   rola   jej   nie 

odpowiada.

No dobrze, przypuśćmy, że jeden i drugi są gotowi poddać się jej woli: którego ma 

wybrać? Prawdopodobnie Feliksa - pomyślała, skręcając za narożnik domu.

Zaskoczył   ją   widok   samochodu   na   podjeździe   i   wysiadającego   Derka.   Dlaczego 

wrócił tak wcześnie? Pomachał jej dłonią. Wydawał się bardzo zadowolony.

Podbiegła wysypaną żwirem drogą i ucałowała go, pełna poczucia winy.

31

Kevin   Hart   powinien   się   martwić,   ale   jakoś   nie   potrafił   wykrzesać   z   siebie   dość 

energii.

Naczelny wyraźnie polecił mu nie drążyć sprawy Cotton Bank. Kevin nie usłuchał, a 

Laski spytał: “Czy pański naczelny wie o tym telefonie?” Było to pytanie często zadawane 

przez rozwścieczonych rozmówców i odpowiedź zawsze brzmiała beztrosko “nie” - chyba że, 

oczywiście, naczelny zabronił telefonować. Jeżeli Laskiemu przyjdzie do głowy zadzwonić 

do naczelnego - bądź nawet do prezesa - Kevin znajdzie się w opałach.

A więc się tym nie martwił?

Uznał, że już mu nie zależy tak bardzo na pracy, jak jeszcze dziś rano. Naczelny miał 

naturalnie   swoje   powody,   aby   ukręcić   łeb   sprawie;   zawsze   znajdą   się   powody   dla 

usprawiedliwienia tchórzostwa. Każdy zdawał się akceptować argument: “To jest sprzeczne z 

prawem”, jako ostateczny, ale przecież dawniej wielkie dzienniki zawsze gwałciły prawo - 

wtedy  o   wiele   bardziej   surowe   i   rygorystyczne,   aniżeli   dzisiaj.   Kevin   uważał,   że   gazety 

powinny drukować wszystko, bez względu na groźbę procesu czy nawet zawieszenia. Było 

mu łatwo tak myśleć, ponieważ nie był naczelnym.

Siedział więc w redakcji, niedaleko działu wiadomości, popijając herbatę z automatu i 

background image

czytając   kronikę   towarzyską   w   swej   rodzimej   gazecie,   a   zarazem   układał   heroiczną 

przemowę, jaką chciałby wygłosić naczelnemu. Jeśli chodzi o gazetę, dzień praktycznie się 

już kończył. Na łamy dostać się teraz mogła tylko jakaś okropna zbrodnia albo katastrofa z 

dużą liczbą ofiar. Połowa reporterów - pracujących na ośmiogodzinną zmianę - poszła do 

domu. Kevin pracował cztery razy w tygodniu po dziesięć godzin. Komentator ekonomiczny - 

po   ośmiu   kuflach   piwa   Guiness   -   spał   w   kącie.   Osamotniona   reporterka   w   dżinsach 

wystukiwała   niesprawnie   na   maszynie   jakąś   ponadczasową   historyjkę   do   jutrzejszego 

pierwszego wydania. Rejestratorzy przetelefonowanych tekstów dyskutowali o piłce nożnej. 

Adiustatorzy   wymyślali   żartobliwe   podpisy   pod   zdjęcia,   które   nie   poszły   do   druku,   i 

zarykiwali się ze śmiechu. Artur Cole chodził tam i z powrotem, walcząc z pokusą zapalenia 

papierosa i marząc w duchu o pożarze w pałacu Buckingham. Co pewien czas przystawał i 

wertował nadziane na szpikulec kopie zgłoszeń, jakby niepokoił się, że przeoczył sensacje 

dnia.

Po jakimś czasie Mervyn Glazier wypełzł ze swego małego królestwa. Koszulę miał 

wypuszczoną na spodnie. Usiadł obok Kevina, oparł zdartą podeszwę buta o brzeg kosza na 

śmieci i palił fajkę ze stalowym cybuchem.

Cotton Bank of Jamaica, rzucił cicho w formie wstępu.

Kevin uśmiechnął się szeroko.

- Czyżbyś także był niegrzecznym chłopcem?

Mervyn wzruszył ramionami.

- Nic na to nie poradzę, że ludzie dzwonią z informacjami. W każdym razie, jeśli bank 

był w niebezpieczeństwie, już ma je za sobą.

- Skąd wiesz?

- Mój tajemniczy kontakt w Banku Angielskim. “Po twoim telefonie przyjrzałem się 

uważniej temu Cotton Bank i stwierdziłem, że finansowo ma się wspaniale” - koniec cytatu. 

Innymi słowy, został cichutko odratowany.

Kevin dopił herbatę i zmiął z trzaskiem plastikowy kubeczek.

- Tylko tyle?

-   Doszły   mnie   też   słuchy   z   całkiem   innego   źródła,   bynajmniej   nie   oddalonego   o 

miliony mil od Rady Giełdowej, że Feliks Laski nabył kontrolny pakiet Hamilton Holdings.

- A więc nie maca się po kieszeniach szukając drobnych. Czy Rada zareagowała?

- Nie. Wiedzą i nie mają nic przeciw temu.

- Myślisz, że zrobiliśmy wiele hałasu o nic?

Mervyn potrząsnął głową.

background image

- W żadnym razie.

- Ja też tak uważam.

Fajka   Mervyna   się   dopaliła,   wytrząsnął   popiół   do   kosza.   Popatrzyli   na   siebie 

bezradnie, po czym Mervyn wstał i odszedł.

Kevin zajął się ponownie kroniką towarzyską, ale nie mógł się skupić. Przeczytał 

czterokrotnie jeden z akapitów, nic nie zapamiętał, więc dał sobie spokój. Doszło dziś do 

jakiegoś wielkiego łajdactwa i świerzbiło go, aby je wykryć, zwłaszcza że prawie wyczuwał, 

o co chodzi.

- Usiądź na moim miejscu, póki nie wrócę z ubikacji, dobrze? - poprosił go Artur.

Kevin   obszedł   biurko   redaktora   działu   i   ulokował   się   za   baterią   telefonów   i 

przełączników. Nie doznał dreszczyku emocji: posadzono go tu, gdyż o tej porze dnia nie 

miało to już żadnego znaczenia. Po prostu nawinął się pod rękę, bo akurat nie miał nic do 

roboty.

Bezczynność   jest   w   gazetach   nieunikniona   -   filozofował   Kevin.   Personel   był 

dostatecznie   liczny,   by  sprostać   wymaganiom   nadzwyczajnego   dnia,   więc   musiał   być   aż 

nazbyt liczny w zwykłe dni. W niektórych dziennikach zalecają głupie zadania, byle człowiek 

miał zajęcie: opracowywanie tekstów na podstawie materiałów reklamowych i biuletynów 

rządowych, sieczka nigdy nie trafiająca do druku. To demoralizujące marnotrawstwo czasu. 

Tylko niepewni swego autorytetu szefowie gazety domagają się takiej pracy.

Z pokoju teleksów wyszedł goniec i przyniósł długi tekst agencyjny Stowarzyszenia 

Prasowego.   Kevin   wziął   go   do   ręki,   rzucił   okiem   i   zaczął   czytać   z   uczuciem   rosnącego 

wzburzenia.

“Licencję na wiercenie na odkrytym ostatnio obszarze roponośnym Shield na dnie 

Morza Północnego otrzymał dzisiaj syndykat kierowany przez Hamilton Holdings.

Nazwę   zwycięskiego   pretendenta   podał   do   wiadomości   sekretarz   stanu   Resortu 

Zasobów Energetycznych, pan  Carl Wrightment, w czasie  konferencji prasowej, na  którą 

rzuciła cień nagła choroba jego zastępcy, pana Tima Fitzpetersona.

Oczekuje się, że obwieszczenie będzie nader pożądanym wzmocnieniem zniżkujących 

akcji koncernu drukarskiego Hamiltona, który - według ogłoszonych wczoraj danych - miał w 

minionym półroczu słabe wyniki ekonomiczne.

Ocenia się, że roponośne pokłady Shield pozwolą ostatecznie na wydobywanie pół 

miliona baryłek tygodniowo.

Partnerami koncernu Hamiltona jest kombinat budowlany Scan oraz British Organic 

Chemicals.

background image

Po założeniu oświadczenia pan Wrightment dodał: “Ze smutkiem informuję o nagłej 

chorobie Tima Fitzpetersona, którego zasługi dla działalności rządu w zakresie ropy naftowej 

są niesłychanie cenne””.

Kevin przeczytał tekst trzy razy nie mogąc dać wiary narzucającym się skojarzeniom. 

Fitzpeterson,   Cox,   Laski,   napad,   kryzys   bankowy,   przejęcie   firmy   -   wszystko   zatoczyło 

wielkie, przerażające koło z powrotem do Tima Fitzpetersona.

- To się nie mieści w głowie - powiedział głośno.

- Co tam masz? - dobiegł go z tyłu głos Artura. - Może jakiś stop press? - Stop press 

mówiono na wiadomość z ostatniej chwili, dodaną do numeru już w czasie druku.

Kevin podał mu komunikat i zwolnił krzesło.

- Sądzę - mówił powoli - że to skłoni naczelnego do zmiany decyzji.

Artur  usiadł  i  zaczął  czytać.  Kevin wpatrywał  się  w niego  ze  zniecierpliwieniem. 

Chciał, żeby starszy kolega zareagował, zerwał się i krzyknął: wstrzymać pierwszą stronę, lub 

coś w tym rodzaju. Jednakże Artur zachowywał zimną krew.

Odłożył wreszcie kartkę na biurko i spojrzał zimno na Kevina.

- No i co? - zapytał.

- Czy to nie oczywiste? - rzekł z przejęciem Kevin.

- Nie. Wytłumacz mi.

- Popatrz. Laski i Cox szantażują Fitzpetersona, żeby dowiedzieć się, kto dostanie 

licencję Shield. Cox, zapewne z pomocą Laskiego, napada na furgonetkę bankową i grabi 

milion funtów. Przekazuje pieniądze Laskiemu, a ten przeznacza je na przejęcie spółki, która 

otrzymała licencję.

- I co chcesz, żebyśmy z tym zrobili?

-   Na   litość   boską!   Możemy   kogoś   naprowadzić,   wszcząć   dochodzenie   albo 

powiadomić policję, przynajmniej powiadomić policję! Jesteśmy jedynymi ludźmi, którzy to 

wszystko wiedzą. Nie możemy pozwolić, żeby te skurwiele się z tego wywinęły!

- Nic jeszcze nie wiesz? - zapytał Artur z nutką goryczy.

- O co ci chodzi?

-   Hamilton   Holdings   to   macierzysta   spółka   “Evening   Post”   -   oznajmił   Artur 

grobowym głosem. Umilkł, po czym spojrzał Kevinowi w oczy i dodał: - Feliks Laski jest 

twoim nowym szefem.

Czwarta po południu

32

Sprzedałem spółkę - wyznał Ellen, gdy usiedli naprzeciw siebie przy okrągłym stole w 

background image

mniejszej jadalni.

- Cieszy mnie to, Derek - szepnęła z uśmiechem, po czym łzy nabiegły jej do oczu. Po 

raz pierwszy od chwili, gdy urodziła Andrzeja, opuściło ją chłodne opanowanie. Poprzez łzy 

ujrzała wyraz zdumienia na twarzy Derka, gdy dotarło do niego, jak wiele dla niej znaczyło 

to, co powiedział. Podniosła się i otworzyła kredens.

- Myślę, że to wymaga drinka.

-   Zapłacono   mi   milion   funtów   -   oznajmił,   choć   wiedział,   że   nie   była   tym 

zainteresowana.

- Czy to dobra cena?

- Owszem, całkiem dobra. Ale co ważniejsze, zapewni to nam dostatni byt do końca 

życia.

Przyrządziła sobie dżin z tonikiem.

- Masz ochotę na drinka?

- Proszę tylko o Perrier. Postanowiłem odstawić alkohol na jakiś czas.

Podała mu wodę mineralną i usiadła naprzeciw męża.

- Co cię skłoniło do tej decyzji?

- Nic szczególnego. Rozmowa z tobą, rozmowa z Natanielem. - Upił łyk wody. - 

Najbardziej rozmowa z tobą. To, co powiedziałaś na temat naszego trybu życia.

- Kiedy sprzedaż dojdzie do skutku?

- Już doszła i już nigdy nie wrócę do biura. - Odwrócił od niej wzrok i spoglądał na 

trawnik za francuskim oknem. - Zrezygnowałem o dwunastej w południe i odtąd wrzód siedzi 

cicho. Czy to nie cudowne?

- Tak. - Poszła za jego spojrzeniem i zobaczyła, jak promienie słońca prześwitują 

czerwonawym blaskiem przez gałęzie szkockiej sosny, jej ulubionego drzewa. - Masz jakieś 

plany?

- Pomyślałem, że wspólnie obmyślimy - uśmiechnął się. - Ale mam zamiar późno 

wstawać, jadać niewiele trzy razy dziennie i zawsze o tej samej porze, oglądać telewizję, no i 

malować, o ile jeszcze potrafię.

Skinęła głową, czuła się zakłopotana tak samo zresztą, jak on. Nagle pojawiło się coś 

nowego w ich wzajemnych stosunkach i oboje odczuwali to na swój sposób, niepewni, co 

powiedzieć i jak się zachować. Dla niego sytuacja była prosta; złożył  ofiarę, o którą go 

prosiła, oddał jej swą duszę, a teraz pragnął uznania, gestu, świadczącego o przyjęciu daru. 

Ale dla niej ten gest oznaczałby wykluczenie Feliksa z jej życia. Nie mogę tego zrobić - 

myślała i słowa te dzwoniły jej w głowie jak wracające echem przekleństwo.

background image

- Co chciałabyś, żebyśmy robili? - zapytał.

Wydawało  się, że  wie o jej  dylemacie  i chce  ją przyprzeć do muru,  skłonić, aby 

zaczęła mówić o nich tak, jakby byli złączeni na zawsze.

- Wolałabym, żebyśmy się nie spieszyli z podejmowaniem decyzji - powiedziała.

- Dobra myśl - rzekł wstając z krzesła. - Pójdę się przebrać.

- Idę z tobą.

Wzięła drinka i także wstała. Zdziwiło go to i, prawdę mówiąc, ona sama była też 

zaskoczona. Od trzydziestu lat nie przyglądali się sobie przy rozbieraniu.

Minęli hall i weszli po schodach na górę. Derek dostał zadyszki i powiedział: - Za pół 

roku będę biegał na górę. - Patrzył w przyszłość z ufnością, a ona z lękiem. Dla niego życie 

zaczynało się od nowa. Jaka szkoda, że nie zrobił tego kroku, zanim poznała Feliksa!

Kiedy otworzył przed nią drzwi do sypialni, serce jej zamarło. Niegdyś był to rytuał, 

ich tajemny znak, szyfr kochanków, ustalony w młodości. Zauważyła, że gdy czuł przypływ 

żądzy, stawał się żenująco szarmancki, toteż powiedziała kiedyś żartem: - Otwierasz przede 

mną drzwi tylko wtedy, gdy masz ochotę się kochać. - Odtąd za każdym razem, gdy otwierał 

przed nią drzwi, myśleli o seksie. W ten sposób okazywał, że jej pragnie. Wtedy odczuwali 

potrzebę takich sygnałów, dzisiaj z lubością mówiła do Feliksa: - Zróbmy to na podłodze.

Czy Derek pamiętał? Czy chciał jej dać do zrozumienia, że chodzi mu o taki rodzaj 

uznania? Minęło tyle lat! I jest taki gruby! Czy to było możliwe?

Wszedł   do   łazienki   i   odkręcił   kurki.   Siedząc   przed   toaletką   przeczesywała   włosy. 

Widziała w lustrze, jak wychodzi z łazienki i zaczyna się rozbierać. Wciąż robił to w tej samej 

kolejności: najpierw zdejmował buty, potem spodnie, na końcu marynarkę. Powiedział jej 

kiedyś, że musi być  taka kolejność, ponieważ nie można ściągnąć spodni mając buty na 

nogach,   a   spodnie   umieszcza   się   na   wieszaku   przed   marynarką.   Powiedziała   mu,   że 

mężczyzna w koszuli, skarpetkach i krawacie wygląda nader osobliwie, i oboje się z tego 

śmiali.

Pozbył się krawata i odpiął z westchnieniem ulgi kołnierzyk u koszuli. Kołnierzyki 

zawsze były dla niego udręką. Być może nigdy już nie będzie musiał ich zapinać.

Zdjął   koszulę,   następnie   skarpetki,   podkoszulek   i   na   koniec   kalesonki.   I   wtedy 

zauważył jej odbicie w lustrze. W jego spojrzeniu było jakby wyzwanie, jakby mówił: tak oto 

wygląda   stary   człowiek   i   lepiej,   żebyś   do   tego   przywykła.   Na   chwilę   podchwyciła   jego 

wzrok, po czym odwróciła głowę. Poszedł do łazienki i dobiegł ją plusk wody, gdy wchodził 

do wanny.

Teraz, kiedy na nią nie patrzył, mogła łatwiej się skupić, tak jakby przedtem mógł 

background image

podsłuchać, co myśli. Dylemat Ellen objawił się w sposób brutalny: może czy też nie może 

zdobyć się na stosunek z Derkiem? Jeszcze kilka miesięcy temu mogłaby, nawet chciałaby, i 

to chętnie... Ale potem poznała twarde, muskularne ciało Feliksa i odkryła ponownie swoje 

ciało podczas ich czysto fizycznego kontaktu.

Zmusiła   wyobraźnię   do   wizji   nagiego   Derka:   gruby  kark,   tłuste   piersi   z   kępkami 

posiwiałych włosów przy sutkach, wielkie brzuszysko z klinem owłosienia, rozszerzającym 

się w pachwinach, i wreszcie... cóż, przynajmniej w tym miejscu Derek i Feliks byli mniej 

więcej podobni.

Wyobraziła sobie siebie w łóżku z Derkiem, jak jej dotyka, całuje... I co ona będzie 

robić? Nagle pomyślała, że może nawet sprawi jej to przyjemność w pełnym znaczeniu tego 

słowa. Co z tego, że palce Feliksa są wprawne i zręczne, ale to dłonie Derka trzymała przez 

tyle lat; ogarnięta namiętnością mogła drapać ramiona Feliksa, lecz Derek był jej prawdziwą 

ostoją.   Feliks   miał   świetną   prezencję,   ale   w   twarzy   Derka   odbijały   się   lata   wypełnione 

dobrocią, wygodą, wielkodusznością i zrozumieniem.

Być może kocha Derka i być może jest za stara na zmiany.

Usłyszała, jak podnosi się z wanny i wpadła w popłoch. Jeszcze nie była gotowa do 

podjęcia nieodwołalnej decyzji. Nie mogła tak od razu pogodzić się z myślą, że nigdy już nie 

złączy się w uścisku z Feliksem. To za szybko.

Musi porozmawiać z Derkiem. Musi przejść na inny temat, przełamać nastrój, swój i 

jego. Co mu powie? Wyszedł już z wanny, teraz się wyciera, za moment tu będzie.

- Kto kupił spółkę? - zawołała.

Nie   dosłyszała   odpowiedzi,   a   równocześnie   zadzwonił   telefon.   Przechodząc   przez 

pokój, aby go odebrać, powtórzyła pytanie:

- Kto kupił spółkę?

Podniosła słuchawkę.

- Facet, nazwiskiem Feliks Laski - zawołał Derek. - Poznałaś go, pamiętasz?

Stanęła jak wryta ze słuchawką przy uchu, nie mogła wykrztusić słowa. Tego już było 

za wiele: to splątanie, ironia losu, zdradzieckość.

- Halo, halo - wdzierał się w jej ucho głos z telefonu.

Dzwonił Feliks.

- O Boże, nie! - wyszeptała.

- Ellen? Czy to ty?

- Tak.

- Mam ci dużo do powiedzenia. Możemy się spotkać?

background image

- Nie... Myślę, że nie - wyjąkała.

- Nie bądź taka! - Jego głęboki, szekspirowski głos miał wiolonczelowe brzmienie. - 

Chciałbym, żebyś za mnie wyszła.

- O Boże!

- Ellen, odezwij się. Czy wyjdziesz za mnie?

Nagle   pojęła,   czego   pragnie,   a   uświadomiwszy   to   sobie,   odzyskała   spokój. 

Zaczerpnęła głęboko tchu.

- Nie, z całą pewnością nie - powiedziała i odłożyła słuchawkę, wpatrując się w nią 

przez dłuższą chwilę.

Powoli zdjęła z siebie ubranie i ułożyła je w schludny stosik na krześle.

Następnie weszła do łóżka i czekała na męża.

33

Tony Cox był szczęśliwy. W drodze do domu, jadąc powoli rollsem przez ulice East 

London, słuchał radia i rozmyślał, jak dobrze wszystko poszło. Zapomniał, co się zdarzyło 

Głuchemu Willie. Bębnił palcami po kierownicy w takt piosenki pop o łomocącym rytmie. 

Ochłodziło się. Słońce leżało nisko, na błękitnym niebie trzepotały proporczyki długiej białej 

chmury.   Zbliżała   się   godzina   szczytu   i   ruch   gęstniał,   ale   tego   wieczoru   Tony   był 

najcierpliwszym człowiekiem na świecie.

A więc wszystko się udało. Chłopcy dostali swoje działki i Tony wyjaśnił im, jak i 

dlaczego reszta pieniędzy została ukryta w banku. Obiecał następną wypłatę za dwa miesiące. 

Byli zadowoleni.

Laski przyjął skradzione pieniądze szybciej, niż Tony się spodziewał. Może myślał, 

chytry drań, że będzie mógł część sprzeniewierzyć. Niech tylko spróbuje! Będą musieli we 

dwóch   wypichcić   jakieś   szachrajstwo,   żeby   zamaskować   źródło   wycofywanych   przez 

Tony'ego funduszy. Ale to nic trudnego.

Dziś nic nie mogło być trudne. Zastanawiał się, co zrobić z wieczorem. Może pójdzie 

do homo-baru i poderwie kogoś na noc. Przebierze się, przystroi w fikuśną biżuterię i wsadzi 

do kieszeni rolkę dziesiątaków. Wyłuska sobie chłopaczka o parę lat młodszego i obsypie go 

przyjemnościami: wspaniała kolacja, show, szampan, a potem jego mieszkanie w dzielnicy 

Barbican. Trochę chłopcu przyłoży, nie za dużo, tyle, by go zmiękczyć, po czym...

To będzie morowa  noc. Rano chłopak  sobie pójdzie z  pełnymi  kieszeniami  forsy, 

cokolwiek poturbowany, ale szczęśliwy. Tony przepadał za uszczęśliwianiem ludzi.

Pod  wpływem  nagłego  impulsu  zatrzymał   się  przy narożnym  sklepie   i  wszedł  do 

środka.   Sklep   miał   błyszczący,   nowoczesny  wystrój,   wzdłuż   ścian   stały  nowe   stelaże   na 

background image

książki i magazyny. Tony poprosił o jak największe pudło czekoladek.

Młoda dziewczyna za ladą była tłusta, pryszczata i bezczelna. Kiedy sięgała wysoko 

po czekoladki, jej nylonowy kitel podjechał aż do tyłka. Tony odwrócił wzrok.

- Kim jest ta szczęśliwa dama? - spytała dziewczyna.

- Moja mama.

- Nie dla mnie taki bajer.

Tony zapłacił i  wyszedł  w pośpiechu.  Nie ma  nic obrzydliwszego niż  obrzydliwa 

kobieta.

Nagle pomyślał, że mając milion funtów mógłby się zdobyć na coś więcej aniżeli 

spędzenie nocy w mieście. Jednakże nie potrzebował nic więcej. Mógł sobie kupić dom w 

Hiszpanii, ale jest tam za gorąco. Miał pod dostatkiem samochodów, podróżami po świecie 

nudził się, nie pragnął rezydencji na wsi, nic nie kolekcjonował. Rozśmieszyło go to: w ciągu 

jednego dnia stał się milionerem i przyszedł mu do głowy tylko jeden zakup - trzyfuntowe 

pudełko czekoladek.

Pieniądze dawały jednak poczucie bezpieczeństwa. Gdyby miał złą passę, nawet jeśli, 

uchowaj   Bóg,   trafiłby   do   kicia,   mógłby   utrzymywać   chłopaków   przez   czas   właściwie 

nieograniczony.   Prowadzenie   gangu   bywało   kosztowne.   Łącznie   miał   około   dwudziestu 

zakapiorów i każdy z nich spodziewał się od niego co piątek kilku funciaków, niezależnie od 

tego, czy skok się odbył, czy nie. Westchnął. Tak, teraz odpowiedzialność będzie mu mniej 

ciążyła. Gra była warta świeczki.

Zatrzymał wóz przed domem matki. Zegar na tablicy rozdzielczej wskazywał czwartą 

trzydzieści pięć. Mama zaraz przygotuje herbatę, być może z plasterkiem sera na grzance, lub 

pieczoną   fasolę,   potem   będzie   placek   owocowy  albo   marcepanowy  mazurek   i   na   koniec 

konserwowe gruszki z mleczkiem Ideal. A może zrobi jego ulubione naleśniki z dżemem? 

Późniejszym wieczorem znowu się posili. Miał zawsze dobry apetyt.

Wszedł do domu frontowym wejściem, zamknąwszy za sobą drzwi. W korytarzu był 

bałagan. W połowie schodów stał porzucony odkurzacz, płaszcz przeciwdeszczowy spadł z 

wieszaka i leżał na podłodze, coś tam jeszcze walało się przy drzwiach do kuchni. Wyglądało 

na to, że mama musiała nagle wyjść. Miał nadzieję, że nie stało się nic złego.

Podniósł płaszcz przeciwdeszczowy i zawiesił go na kołku. Psa także nie było, nie 

usłyszał powitalnego szczekania.

Wszedł do kuchni i zatrzymał się z jedną nogą w przedpokoju.

Wszystko było czymś zapaćkane. W pierwszej chwili nie mógł się zorientować, co to 

jest. Nagle poczuł krew.

background image

Była   wszędzie.   Na   ścianach,   podłodze,   suficie,   na   całej   lodówce,   na   kuchence   i 

suszarce. Nozdrza miał wypełnione odorem rzeźni i zrobiło mu się niedobrze. Ale skąd ta 

krew? Rozejrzał się błędnie dookoła, szukając wyjaśnienia, lecz niczego nie znalazł. Była 

tylko krew.

Przeskoczył kuchnię dwoma susami i pchnął na oścież tylne drzwi.

Wtedy zrozumiał.

Pośrodku betonowego podwórka leżała na grzbiecie jego suka. Tkwił w niej nóż - ten 

sam,   który   naostrzył   za   mocno   dziś   rano.   Tony   przykląkł   przy   pokaleczonym   psie, 

pokurczonym niczym balon, z którego uciekło powietrze.

Tony   bluznął   przekleństwami.   Zatrzymał   spojrzenie   na   ranach   suki   i   skrawku 

materiału, zaciśniętego w jej obnażonych zębach, po czym szepnął:

- Walczyłaś dzielnie, panienko.

Ruszył ku furtce do ogródka i wyjrzał przez nią, jakby spodziewał się, że dostrzeże 

jeszcze zabójcę. Ale zobaczył tylko leżący na ziemi różowy kawałek wyssanej gumy do żucia, 

ciśnięty niedbale ręką dziecka.

Najwidoczniej   mamy   nie   było   w   domu,   gdy   się   to   zdarzyło,   na   całe   szczęście. 

Postanowił posprzątać, zanim wróci.

Wyjął z komórki łopatę. Między podwórkiem a furtką ogrodową była malutka grządka 

lichej   ziemi,   którą   jego   ojciec   niekiedy   uprawiał.   Teraz   zarosła   chwastami.   Tony   zdjął 

marynarkę, zaznaczył niewielki kwadrat i zaczął kopać.

Nie zabrało mu to wiele czasu. Był silny i roznosiła go wściekłość. Naciskał z pasją 

łopatę, planując, jak się zemści na zabójcy, jeśli go znajdzie. Ale na pewno go dopadnie. Ten 

skurwiel to jakiś mściwy drań, a taki zawsze się chełpi swoim wyczynem, albo przedtem, albo 

potem, bo inaczej nie wykaże się przed nikim, tylko przed sobą, a to zwykle nie wystarcza. 

Ktoś usłyszy i doniesie któremuś z chłopaków, spodziewając się nagrody.

Przemknęła mu myśl, że to może sprawka glin. Ale to raczej nieprawdopodobne, to 

nie w ich stylu. A więc kto? Miał niemało wrogów, ale żadnego z nich nie stać by było aż na 

tyle nienawiści i czelności, aby wykręcić taki numer. Kiedy Tony trafiał na twardziela tego 

typu, zwykle zatrudniał go u siebie.

Owinął sukę w marynarkę i delikatnie ułożył w dole. Zasypał z powrotem ziemią i 

równo uklepał ją płaską powierzchnią łopaty. Nie odmawia się modlitwy za psy, prawda? Nie.

Wrócił do kuchni, zababrana była  okropnie. Nie ma  mowy, żeby sam dał radę to 

oczyścić. Mama wróci lada chwila, dziwne, że jej dotąd nie ma. Potrzebował czyjejś pomocy. 

Postanowił zadzwonić do szwagierki.

background image

Przechodził przez kuchnię ostrożnie, by nie rozchlapywać krwi. Nawet jak na takiego 

psa jak bokser było jej strasznie dużo.

Wszedł do saloniku, aby zatelefonować, i tam ją znalazł.

Próbowała chyba sięgnąć słuchawki. Leżała na dywanie, a struga krwi spływała aż do 

drzwi. Cios był tylko jeden, ale śmiertelny.

Zastygła  w zgrozie  twarz Tony'ego  wykrzywiła  się  niczym  zgnieciona  poduszka  i 

okryła rozpaczą. Uniósł w górę ramiona, zasłonił policzki dłońmi i otworzył usta.

Wreszcie odzyskał mowę i zaryczał jak zwierz. - Mamo! - krzyknął. - O Boże, mamo!

Runął   na   kolana   obok   ciała   i   zapłakał,   wstrząsany   głośnym,   przeszywającym 

szlochem, niby przygniecione nieszczęściem dziecko.

Na ulicy pod oknem saloniku gromadził się tłum, ale nikt nie śmiał wejść do środka.

34

City Tennis Club nie miał nic wspólnego z tenisem, a wszystko z popołudniowym 

drinkiem. Kevina Harta niejednokrotnie uderzała kontrastowość tej nazwy. W zaułku przy 

Fleet Street, wciśniętym miedzy kościół i blok biurowy, starczyłoby z trudem miejsca na stół 

pingpongowy, co dopiero na kort do tenisa. Jeśli chodziło im - myślał Kevin - o pretekst do 

serwowania   drinków,   w   czasie   gdy   puby   są   zamknięte,   mogli   wymyślić   coś   bardziej 

wiarygodnego,   coś   w   związku   z   filatelistyką   albo   modelami   kolejek   na   szynach.   Tutaj 

najbliższa   tenisowi   była   gra   na   ekranie   automatu   wrzutowego.   Znajdował   się   tam 

miniaturowy kort; kierowało się graczami, pokręcając gałką.

Klub miał trzy bary oraz restaurację i było to dobre miejsce spotkań dla ludzi z “Daily 

Mail” lub z “Mirror”, gdzie czasem można było dostać pracę.

Kevin zjawił się tam tuż przed piątą. Wziął sobie kufel beczkowego piwa i siedział 

przy stoliku, gawędząc od niechcenia z przelotnie poznanym reporterem z “Evening News”. 

Ale nie mógł się skupić na rozmowie, ciągle jeszcze wrzały w nim emocje. Reporter oddalił 

się po chwili i Kevin zauważył wchodzącego Artura Cole'a, który podszedł do baru.

Ku zdziwieniu Kevina, zastępca redaktora działu wiadomości przysiadł się ze swym 

kuflem do jego stolika.

- Co za dzień! - rzucił zamiast powitania.

Kevin   przytaknął   ruchem   głowy.  W  gruncie   rzeczy  nie   życzył   sobie   towarzystwa 

Cole'a, chciał w samotności uporządkować stan swego ducha.

Artur   wypił   duszkiem   połowę   swego   piwa   i   odstawił   kufel,   westchnąwszy   z 

zadowoleniem.

- Podczas lunchu nie miałem czasu się napić - wyjaśnił.

background image

- Musiałeś sam dowodzić fortecą - powiedział przez grzeczność Kevin.

- Tak. - Cole wyjął paczkę papierosów i zapalniczkę i położył na stole. - Przyrzekałem 

sobie, że nie będę palił. Ciekawe, jak długo wytrzymam.

Kevin zerknął ukradkiem na zegarek, zastanawiając się, czy nie zmienić lokalu na “El 

Vino”.

- Zapewne uważasz, że zrobiłeś błąd wybierając ten zawód - odezwał się Artur.

Kevin był zaskoczony. Nie posądzał Cole'a o taką przenikliwość.

- Owszem - przyznał.

- Możliwe, że masz rację.

- Nader pocieszające.

- Wiesz, to twoja sprawa - westchnął Cole. - Masz swoje słuszne powody.

- Jeżeli mam wciąż kłaść uszy po sobie, nie dla mnie taki zawód.

Artur sięgnął po papierosa, ale cofnął rękę.

- Nauczyłeś się dzisiaj czegoś, prawda? Chyba rozumiesz, o co w tym wszystkim 

chodzi, i jeśli coś to dla ciebie znaczy, zaznałeś smaku pokory.

Ten ojcowski ton zirytował Kevina.

- Zdumiewa mnie - powiedział - że po tym, co się dzisiaj stało, nikt najwyraźniej nie 

odczuwa porażki.

Cole zaśmiał się z goryczą. Kevin zrozumiał, że trafił w sedno. Artur cierpiał, w 

mniejszym lub większym stopniu, na chroniczne poczucie porażki.

- Ludzie tacy jak ty - mówił - pochodzą z nowego chowu i myślę, że jesteście nam 

potrzebni. Stare metody, kiedy każdy musi zaczynać od podstaw i piąć się powoli w górę, 

były   może   dobre   dla   reporterów,   ale   nie   dla   menedżerów.   Bóg   świadkiem,   że   naszemu 

kierownictwu   brakuje   pomyślunku.   Mam   nadzieję,   że   jakoś   to   wytrzymasz.   Napijesz   się 

jeszcze?

- Z chęcią.

Artur podszedł do baru. Kevin był zbity z tropu. Nie szczędził Cole'owi krytycznych 

uwag, a teraz facet namawiał go, by został w dziennikarstwie i przymierzał się do funkcji 

menedżera. Nie leżało to w jego planach, nigdy o tym nie myślał. I wcale nie pragnął. Lubił 

ujawniać sprawy, pisać, służyć prawdzie.

Ogarnęło go poczucie niepewności. Musi o tym pomyśleć.

Kiedy Artur wrócił z piwem, Kevin powiedział:

- Jeżeli sprawy przybierają taki obrót, gdy trafia mi się bombowy temat, to jak mogę 

dojść do czegokolwiek?

background image

Artur znowu roześmiał się gorzko.

-   Myślisz,   że   jesteś   jeden?   Czy   uświadamiasz   sobie,   że   to   ja   dziś   byłem   szefem 

wiadomości? Ale ty jeszcze będziesz miał swój bombowy temat. - Sięgnął znów po papierosy 

i tym razem zapalił.

Kevin obserwował, jak się zaciąga.

Tak - pomyślał - ja jeszcze będę miał swój bombowy temat.

Artur już nie.