background image

Wiesław Wernic

Wędrowny Handlarz

Cisza

Słońce zachodzi, ucicha wiatr, Samotne 
ognisko płonie.

 Pod ręką strzelba — trapera brat,

 Po niebie obłoki gonią.

Chciałbym z obłokiem popłynąć w dal,

 Do miejsc, gdzie nikt mnie nie czeka, 

Gdzie preria śpi, a pluskiem fal

 Podzwania nieznana rzeka.

I dotrzeć tam, gdzie rośnie bór

 W zadumie swej mrocznej ciszy 

I w grzmocie pian, gdzie spada z gór Potok ze 
skalnej niszy.

A kiedy wreszcie zróżowi świat
Zorza, gdy wstanie na wschodzie,
Chcę patrzeć, jak bóbr — nasz młodszy brat,
Opuszcza swój dom na wodzie.

Pochwycić chmurę, okiełznać ją Niczym 
dzikiego konia, Wskoczyć na grzbiet i przez 
mil sto Prerii przemierzać błonia!

— Ładne. Sam pan ułożył?
— Gdzie   tam!   Nauczył   mnie   znajomek   podczas   pie-

kielnie długiej i mroźnej nocy. Na Alasce. Byłem wówczas 
cheechako.

background image

— Przybyszem?
— Tak, w języku czerwonoskórych, ale wśród białych 

słowo to oznaczało coś nie bardzo dla mnie przyjemnego: 
frajer   albo...   naiwniak.   Wędrowaliśmy   daleko.   Kiedy 
dotarłem   do   Fort   Yukon   byłem   już   prawie   „kwaśnym 
chłopcem",  a w Nome skwaśniałem do reszty.

— Nic a nic nie wiem o kwaśnych chłopcach — za-

uważyłem   popychając   obcasem   w   głąb   ogniska   długie 
polano, którego koniec zdążył się zwęglić.

Drzewa  mieliśmy  pod dostatkiem,  a  w miarę  jak za-

chodziło słońce, wieczorny chłód coraz silniej dawał znać 
o sobie.

— Ba, pan nie był na Alasce.
— Nie byłem. Cóż to są „kwaśni chłopcy"?
— Ci,   którzy  nie   znają   tych   wymyślnych   proszków, 

jakie dodane do mąki czynią pieczywo pulchnym.

— Można jeść podpłomyki.  Ja sam... — tu ugryzłem 

się w język i urwałem w połowie zdania.

Chciałem   przecież   powiedzieć,   że   setki   razy   wśród 

prerii i lasów spożywałem właśnie podpłomyki — twarde 
placki z mąki i wody, zastępujące mi chleb przez długie 
miesiące   wędrówek.   Jednak   tego   nie   powiedziałem   nie 
chcąc   pozbawiać   się   przyjemności   zabawy.   Jakiej 
zabawy? Później to wyjaśnię.

— Och — odparł mój towarzysz — kwaśni chłopcy są 

wybredni. Jeśli tylko mają okazję, robią zaczyn  z mąki, 
która kwaśnieje i służy jako drożdże. Kiedy przybyliśmy 
do Sitki, byłem miękki jak bułka z takiego ciasta, ale nim 
doszliśmy   do   Yukonu,   stwardniałem   na   suchar. 
Wiedziałem już bardzo wiele o Alasce, to na przykład, że 
gdy   plunąć,   a   ślina   zamarza   w   powietrzu,   wiadomo: 
sześćdziesiąt stopni murowane *, i jeszcze sporo o innych 
sprawach.   Dlatego   wróciłem   cały  i   zdrowy,   a   mój   brat 
stracił tylko jeden palec i tylko u lewej ręki, co nie jest, 
myślę, wielkim nieszczęściem.
— Odmrożenie — zgadłem bez trudu.

Oczywiście,   ale   operacja   odbyła   się   w   warunkach, 

które pan uznałby za karygodne.

— To znaczy?
— Na   przydrożnym   kamieniu,   jeśli   można   mówić   o 

jakiejkolwiek  drodze,   i   przy  pomocy  siekiery.   Operowany 
wcale nie czuł bólu, a operujący musiał się spieszyć, żeby 
sobie nie odmrozić dłoni.

— Nie było innego sposobu?
— Ba,   każda   zwłoka   kosztowałaby   mego   brata   kilka 

dalszych   palców.   Dlatego   nie   szukaliśmy   ani   stołu   ope-
racyjnego, ani szpitala. Gdzież ich tam zresztą szukać?

— Hal! — zawołałem. — Dorzuć drewna!

Przed wyruszeniem w drogę Norton przedstawił mi swego 

pomocnika:   „To   jest   Hal   Burns.   Chłopak   poczciwy   z 
kośćmi".

— Ryzykowna   decyzja   —   wróciłem   do   przerwanej 

rozmowy.   — Brudna   siekiera  i  brudny  kamień,  w  sumie: 
otwarta furtka dla gangreny.

— Nie   taka   bardzo   ryzykowna,   doktorze.   W   klimacie 

tamtejszej   zimy   wszystkie   zarazki   marzną   na   kość,   na 
kamień, na śmierć. Pan nie ma pojęcia, co to jest alaskańska 

background image

zima.   A   wiosna   wcale   nie   lepsza.   Wszystko   topnieje   w 
oczach,   wodospady  grzmią   pod  byle   skałką,   śnieg  ginie   i 
powstaje jedno gigantyczne błoto, z którym dają sobie radę 
tylko   łosie.   Brr!   Nigdy   więcej   do   Alaski,   doktorze,   takie 
moje   hasło!   Chociaż   na   tej   Alasce   można   zrobić   niezły 
interes.

— Odkrył pan złoto?
— Nie.   Komu   wspomnę   o   Alasce,   zaraz   napomyka   o 

złocie. Wprawdzie przywieźliśmy nieco złota, ale interes to 
skórki.

— Traperstwo?

background image

— Coś w tym rodzaju. Nikt tu nie uwierzy, że sypiałem 

na   posłaniu   ze   srebrnych   lisów.   Ale   z   jakim   trudem 
zdobytych!   Obecna   wyprawa   to   po   prostu   letnia   woda. 
Wycieczka, świąteczny piknik, chociaż wydawać się może 
uciążliwa. Zwykle tak się dzieje za pierwszym razem, ale 
jak   pan   powróci   do   Milwaukee,   kto   wie?   Może   nawet 
zatęskni za następną przejażdżką?

— Zupełnie co innego opowiadał mi pan właśnie w

Milwaukee.

— Święta prawda! Chciałem pana odwieść od zamiaru. 

Lękałem się kłopotów. Nie nadaję się do roli mamki,  a 
przewidywałem mnóstwo
nieprzyjemnych historii.
Nie sprawdziły się. Z pana, doktorze, urodzony westman! 
Co prawda to dopiero początek drogi, ale początki zwykle 
są najtrudniejsze. Hal, daj nam kawy!

Burns bez słowa przyniósł dwa pełne Jsubki.

— Kawa   nieraz   ratowała   mi   życie   podczas   tamtych 

wściekłych mrozów. Nie nudzę pana, doktorze?

— Słucham z ciekawością.
— Otóż, Alaska to nie tylko mrozy. Jeszcze Indianie.
— Chyba spokojni.
— Diabła tam! To tu są spokojni na tym niby-dzikim 

Zachodzie. Chociaż największy krzyk podnoszono właśnie 
tutaj, a nie tam, gdzie wszyscy czerwonoskórzy posiadają 
strzelby, chociaż broni nie wolno im sprzedawać. A poza 
tym... jedzą psy! Fu!

Roześmiałem się.
— Słyszałem, że biali w tamtych stronach, gdy im głód 

dokuczy, również nie gardzą psami.

— Prawda   —   odparł   niechętnie.   —   Mnie   się   to   nie 

zdarzyło. Na szczęście.

Jeśli czerwoni polują na psy, nie jest to jeszcze 

najgorsze.

— Żeby tylko na psy! Na ludzi również...

Nie   przesadza   pan?   Opowiadano   mi   wiele   o 

walkach czerwonoskórych w Dakocie,  Montanie,  Nowym 
Meksyku i Arizonie, ale nic a nic o Alasce.

— Bo   ludzi   tam   mało,   przestrzenie   ogromne,   a 

wiadomości nie docierają do miast.

W tym twierdzeniu było sporo prawdy, ale chyba Norton 

miał   dość   powierzchowne   informacje   o   ludach 
zamieszkujących   Alaskę.   Ten   kraj   należał   do   Stanów 
dopiero od dwudziestu lat, a minie jeszcze ze sto, zanim go 
będzie można dokładniej spenetrować *. Powiedziałem więc 
tylko:

— Handluje   pan   z   Indianami,   ale   jakoś   nie   cieszą   się 

pana sympatią, czyżby ten handel był mało popłatny?

Spojrzał   na   mnie   ostro,   tak   że   oczekiwałem   wybuchu 

oburzenia. Ale pomyliłem się.

— Pan   mnie   krzywdzi,   doktorze,   takim   podejrzeniem. 

Sympatia   nie   ma   nic   wspólnego   z   handlowym   interesem. 
Żeby   powiedzieć   prawdę,   to   ja   ich   lubię   i   myślę,   że   z 
wzajemnością. Dlaczego? Dlatego, że nie jestem oszustem, 
nie   wymieniam   dziurawych   koców   na   srebrne   ozdoby 
nawajskie i nie wyłudzam złotego piasku za baryłki ognistej 

background image

wody.   Chociaż   tak   czyniło   przede   mną   bardzo   wielu 
wędrownych   handlarzy.   Ja   lubię   czerwonoskórych,   ale   to 
wcale nie znaczy, iż ich nie rozróżniam. Są tacy, są owacy. 
Podobnie   jak   i   u   nas.   Przyznam,   że   niejeden   raz   dobrze 
zaleźli mi za skórę, ale pamiętam, że ze strony białych jakże 
często   stosowa  no   oszustwo,   mord   i   wyzysk.   Nie   jestem 
traperem ani westmanem, nie mam na sumieniu ani jednego 
czerwonego wojownika, ale też wiem, że nie każdy z nich 
ma anielskie skrzydła u ramion.

background image

— Oczywiście. Jednak warto chyba pamiętać, że ich 

zbrojne   wyprawy   usprawiedliwiała   nasza   zachłanność. 
Szczuliśmy jedne plemiona przeciwko drugim.

Czy nie tak?

— Ho,   ho!   —   roześmiał   się.   —   Widzę,   że   jest   pan 

kandydatem na „brata" czerwonych twarzy. Jaka szkoda, 
że nie może pan do końca odbyć tej wędrówki w moim 
towarzystwie. Ułatwiłbym panu lepsze poznanie dawnych 
władców tej ziemi.

— Niestety   —   odparłem,   z   trudem   zachowując   po-

wagę — jestem umówiony z przyjacielem w El Paso.

— Wiem, wiem. I przyznam szczerze, że nadal lękam 

się o tamtą część pańskiej drogi. Samotność, doktorze, to 
niezbyt   przyjemne   towarzystwo.   Zwłaszcza   dla   kogoś, 
kto pierwszy raz wybiera się tak daleko.

— Jakoś dam sobie radę.
— Bardzo pan niefrasobliwy jak na lekarza.

— Moi pacjenci są innego zdania. Kiedyś... zresztą, 

mniejsza z tym — przerwałem. O mało się nie zdradziłem, 
że pracowałem jako chirurg w szpitalu 

w Milwaukee.   Co  prawda,  wielu  lekarzy  było 
zatrudnionych w tamtym szpitalu, ale żaden z nich nie 
odszedł z takim hukiem, jak ja. Jeden z miejscowych 
dzienników zarzucił mi przecież wówczas (w 1880 roku), iż 
stosuję znachorskie metody leczenia! Poinformował 
czytelników, że wpuściłem na teren szpitala dwu 
czerwonoskórych i że zgodziłem się na zastosowanie ich 
metod w stosunku do pacjenta ciężko chorego. Tym 
pacjentem był znany traper i przyjaciel Indian — Karol 
Gordon, a niespodziewani goście — wodzami plemienia 
Czarnych Stóp. Gordonowi groziła wówczas amputacja 
nogi, czego przecież nie mogłem dokonać wobec ostrego 
sprzeciwu pacjenta.
I to nie był błąd, że dopuściłem Indian do Gordona, bowiem 
ich właśnie kuracja poskutkowała w sposób zdumiewający. 
Operacja stała się zbędna, ale ja z trzaskiem wyleciałem z 
posady. A Karol Gordon stał się później moim 

background image

nauczycielem, dzięki któremu zapoznałem się z urokami 
prerii, lasów i gór oraz ze zwyczajami czerwonych narodów.

Sprawa wówczas była głośna i Norton na pewno o niej 

słyszał.   Gdybym   wyznał,   że   pracowałem   w   szpitalu, 
musiałby szybko skojarzyć  moją ochotę do wędrówek po 
Dzikim Zachodzie z tamtym wypadkiem, a na tym wcale mi 
nie zależało.

— Nie   będę   się   spierał,   doktorze,   przecież   panu   zaw-

dzięczam   zdrowie,   ale   że   mi   pan   szpetnie   przymówił   o 
niepopłatnym handlu, powiem, że trafił pan blisko celu. Na 
tych wędrówkach nie zarabiam ani milionów, ani tysięcy, 
ale   też   nie   dokładam.   Trochę   traktuję   to   jak   letnią 
wycieczkę. Pewnie to pana zdziwi?

— Nic a nic — odparłem szczerze, ponieważ coroczne 

wyprawy   na   Zachód   od   lat   stały   się   moim   zwyczajem. 
Ciągnęła   mnie,   mogła   ciągnąć   i   Nortona   tęsknota   za 
rozległą prerią i za spokojem dalekich przestrzeni.

Urwaliśmy rozmowę wpatrzeni w łuny zachodu płonące 

nad horyzontem. Obozowaliśmy w naturalnym wklęśnięciu 
płaskiej   jak   taca   łąki,   porośniętej   rzadką   trawą.   Koliste 
wzniesienie   chroniło   nas   od   wiatru   i   tylko   na   wypadek 
deszczu nie było odpowiednim obozowiskiem: woda szybko 
wypełniałaby zagłębienie. Ale nic nie zwiastowało zmiany 
pogody. Niebo było bezchmurne, szumiał bór, czarną ścianą 
zaznaczający się na niedalekiej granicy prerii, gdzie płynął 
niewielki   strumyk.   Tam   właśnie   nad   tym   strumykiem 
poruszały się łby naszych spętanych wierzchowców. Jak na 
moje doświadczenie — pozostawionych zbyt blisko leśnych 
zarośli,   w   których   mogły   się   kryć   najróżniejsze 
puszczańskie   drapieżniki.   Zwróciłem   Nortonowi   uwagę, 
starając się, aby nie zabrzmiała zbyt fachowo.

— Nie ma strachu,  doktorze.  Znam  tę okolicę jak 
własną kieszeń. Ten las nie kryje żadnego niebezpie-
czeństwa dla naszych koni.
Taka pewność nie trafiła mi do przekonania. Wprawdzie 

na   Dzikim   Zachodzie   w   miarę   upływu   lat   czworonodzy 
mieszkańcy czuli się coraz mnie] pewnie — coraz więcej 
myśliwych  uganiało  się  za  cennymi  skórami.

background image

Nie   znaczyło   to   jednak,   by   ziemie   te   upodobniły   się   do 
parku,   w   którym   po   drzewach   śmigają   tylko   wiewiórki. 
Stanowczo, mój towarzysz był zbyt pewny siebie. Ale czy 
mogłem   go   przekonać   nie   zdradzając,   że   znam   te   tereny 
znacznie  lepiej,  niż  on  o  tym  sądził?  Postanowiłem więc 
zaostrzyć własną czujność, nastawić uszy na odgłosy leśne i 
mieć stale broń w zasięgu ręki.

Noc powoli nadciągała. Bladły purpurowe blaski zachodu 

i   wkrótce   szarość   pokryła   niebo.   Czerwony  pas,   wiszący 
jeszcze nad linią horyzontu, nabrał odcienia zielonkawego. 
Przygasał. Wiatr przestał dąć i nagle zapadła zupełna cisza, 
jakby   ktoś   przykrył   prerię   szklanym   kloszem.   Trzask 
pękniętego patyczka zabrzmiał jak wystrzał karabinu. Ale 
nie wywołał echa, wsiąkł natychmiast niczym woda w watę.

— Co   u   licha?   —   zdziwiłem   się   i   w   tym   momencie 

niemal ogłuszył mnie mój własny głos, który natychmiast 
utonął w ciszy. — Czy spotkał się pan z czymś podobnym? 
— szepnąłem.

— Tak. Podczas wędrówek po Alasce. Ale to działo się 

w zimie, gdy nawet słowa zamarzają. Hm, wcale nie czuję 
wiatru, nawet ogień przygasł, zupełnie jak w oku cyklonu.

— Mam nadzieję, że pan się myli — odparłem.
Przeżyłem już kiedyś trąbę powietrzną na południowych 

równinach Kanady i miałem tego dość na całe życie.

Siedzieliśmy w milczeniu. Słychać  było głośny chrzęst 

trawy   wyrywanej   końskimi   zębami,   a   przecież   nasze 
wierzchowce pasły się o dobrych kilkadziesiąt kroków od 
nas.   Poczułem   się   jakoś   nieprzyjemnie.   Przeczucie 
nieszczęścia?

Przypomniałem  sobie, jak Karol Gordon opowiadał,  że 

wielu   doświadczonych   traperów,   tych   najlepszych   z 
najlepszych,   odczuwa   jakiś   niewytłumaczony   lęk,   gdy 
zbliża     się   niedostrzegalne   jeszcze   niebezpieczeństwo. 
Czyżbym wyrobił w sobie traperski instynkt?

Przyciągnąłem   ku   sobie   strzelbę.   Zaszurała   po   trawie, 

jakby ważyła kilka ton. Norton dostrzegł mój ruch, a raczej 
usłyszał, i rozejrzał się dokoła.

— Zauważył pan coś, doktorze? — zapytał szeptem.
— Nie   —  odparłem  —  jednak...   nie   potrafię   tego  wy-

tłumaczyć...  czuję się tak, jakbym  siedział naprzeciw lufy 
rewolweru.   Ale   to   pewnie   skutki   gwałtownej   zmiany 
ciśnienia  powietrza  —  wytłumaczyłem  fachowo.

Przytaknął.

— Nerwy, nerwy, doktorze. Zdarza się tak, zwłaszcza

gdy ktoś po raz pierwszy przeżywa takie zjawisko.

Nie   mogłem   dłużej   usiedzieć   w   miejscu.   Wstałem   i 

począłem   krążyć   dokoła   obozowiska,   a   moje   stąpnięcia 
wywoływały   trzask   suchych   traw,   jakby   po   nich   jechał 
ciężki wóz.

Szarzało coraz bardziej, zorze zapadły już w ziemię, mrok 

gęstniał i pierwsza gwiazda zabłysła na czerniejącym niebie. 
Ale nadal nie działo się nic, co warte byłoby naszej uwagi. 
Konie były spokojne. Dwa z nich ułożyły się już do snu, 
pozostałe szczypały trawę. Wróciłem.

— I cóż, doktorze?
— Nic.   Wierzchowce   nie   zdradzają   niepokoju.   Chyba 

to...

background image

Urwałem, bo w tej sekundzie dobiegł moich uszu tętent 

kopyt,  jak gdyby szybko  biegnącego kłusaka.

— Słyszy pan?

Norton poderwał się z ziemi.

— W cień! — rozkazał. — Za dobrze nas tu widać.
Ktoś gnał w naszą stronę z niewidocznej dali. Nieznany 

przybysz  podczas nocy  — trzeba  być   przygotowanym  na 
każdą niespodziankę.

background image

Skoczyliśmy   poza   krąg   blasku   rzucanego   przez   dopa-

lające się polana.

Dudnienie   kopyt   zbliżało  się,   aż   z   czerni   nocy  wypadł 

czarniejszy   jeszcze   stwór.   Zachrapał   i   zatrzymał   się 
raptownie w migotliwym świetle ogniska. Koń!

Wyglądał   jak  potwór  ze  złej   bajki.   W  drżącym  świetle 

płomieni   to   nikł,   to   ukazywał   się   naszym   oczom.   Może 
właśnie z tego powodu wydawał się zdumiewająco wielki, a 
może   dlatego,   że   stanął   na   samym   szczycie   naturalnego 
nasypu okalaj ącegamasz obóz, a my leżeliśmy niżej?

Żaden   z   nas   się   nie   podniósł.   Czekaliśmy,   tłumiąc 

oddechy,  czy za spłoszonym  zwierzęciem nie wychynie  z 
mroku   łeb   jakiegoś   drapieżnika   albo   nie   zatętni   pogoń 
zbrojnych jeźdźców. Ale nic, cisza.

Ognisko   przygasało   i   już   tylko   jasna   smuga   różowiła 

nieruchome kopyta, potem i ona znikła. Ciemność zakryła 
zwierzę   niby   czarnym   płaszczem.   Podniosłem   dłoń 
zaciśniętą na zamku sztucera.

background image

Sytuacja się gmatwa

— No więc? Co panu dolega?

Ten człowiek wzbudził we mnie sympatię od pierwszego 

spojrzenia. Zawodna to często ocena, ale ja coś niecoś znam 
się   na   ludziach.   Jak   przyszłość   miała   pokazać   —   nie 
pomyliłem się.

Był to ostatni mój pacjent tego dnia. Zmęczony, miałem 

nadzieję, że przyszedł z jakimś głupstwem, któremu zaradzę 
w kilka minut. Otóż właśnie — nie.

— Nie   wiem,   doktorze   —   odpowiedział   wolno.   —  Po 

prostu czuję się fatalnie już od kilku dni. Myślałem, że mi 
samo   przejdzie,   ale   nie   przeszło.   Coś   mnie   kłuje   pod 
łopatką, nie tak bardzo, można wytrzymać, ale ciągle pocę 
się jak bochen chleba w piekarskim piecu.

Wyjąłem termometr z szuflady biurka.

— Niech pan zdejmie marynarkę, będzie wygodniej.

Posłuchał. Rozpiął koszulę, włożył termometr pod pachę. 

Zerknąłem   na   zegarek   i   siedzieliśmy   w   milczeniu   przez 
kilka minut. Miałem teraz okazję przyjrzeć się pacjentowi. 
Był to postawny, tęgi mężczyzna z czarną czupryną i gładko 
wygoloną twarzą, z piwnymi oczami, które patrzały bystro i 
wesoło.   Policzki   świeciły   rumieńcami   o   nienaturalnej 
intensywności, co wzbudziło we mnie zawodową czujność. 
Zerknąłem po raz drugi na zegarek.

— Wystarczy. Niech pan pokaże.

background image

Spojrzałem na termometr i gwizdnąłem.
— O, ho, ho!
— Co tam, doktorze?
— Prawie   sto   cztery   stopnie*.   Nadaje   się   pan   do 

szpitalnego łóżka. I to zaraz! Proszę zdjąć koszulę i położyć 
się na kozetce.

Zbadałem go dokładnie.

— Co mi jest?

— Przeziębienie. 
Odetchnął z ulgą:
— Głupstwo...

— Niezupełnie. Podejrzewam początki zapalenia płuc.

Musi pan mieć niezwykle silny organizm, jeśli przy takiej 
gorączce zdołał do mnie przyjść. Proszę się ubrać.
Daleko pan mieszka?

Wymienił ulicę i numer domu.

Siadłem za biurkiem i zająłem się wypisywaniem bardzo 

długiej recepty. Niektóre leki są gotowe — zauważyłem — 
na inne trzeba poczekać.

— Aż tyle ich jest? — jęknął.

Uśmiechnąłem   się.   Pacjenci   oceniają   chorobę   ilością 

lekarstw, jakie mają stosować.

— Nie jest tak źle — pocieszyłem go. — Mieszka pan 
sam?

— Z bratem i bratową. Czemu pan pyta, doktorze?
— Konieczna  jest  stała opieka. Zostanie  pan przykuty, 

jak to się mówi, do łóżka na wiele dni, nie wolno wstawać. 
Więc albo opieka domowa, albo... szpital.

— Szpital? Nie, nie potrzeba. Jak to długo potrwa?
— Już powiedziałem: wiele dni. Szybkie wyzdrowienie 

zależy od trzech czynników: od właściwej diagnozy lekarza, 
od właściwych leków i właściwego postępowa-

background image

nia   chorego.   Dwa   pierwsze   warunki  spełniłem,   jak 
mogłem najlepiej, teraz kolej na pana.

— Bardzo mi zależy na sz3'bkim wyzdrowieniu.
— Każdemu zależy — wtrąciłem.
— Za miesiąc, najdalej za półtora powinienem ruszyć w 

daleką drogę.

— Niczego panu nie gwarantuję. Ostrzegam: zbyt szybkie 

opuszczenie   łóżka   spowoduje   nawrót   choroby.   Jeśli   to 
przytrafi się panu w drodze, sprawa będzie poważna, nawet 
bardzo.

— Rozumiem   —   mruknął.   —   Że   też...   Ale   co   tam, 

wyzdrowieję,   doktorze,   bo   muszę!   Z   wiosną   ruszam.   Nie 
usiedziałbym w mieście ani godziny dłużej.

— Jedzie pan na odpoczynek?

To są interesy handlowe.

— Hm... Ostrzegłem, reszta zależy od chorego. Idziemy 

— zakomenderowałem.

— Pan również wychodzi? Do pacjenta?
— Nie,   przespaceruję   się   kawałek,   a   przy   okazji   od-

prowadzę pana.

I mimo jego sprzeciwów nie ustąpiłem.

Kiedy   wychodziliśmy   na   ulicę,   kazałem   mu   podnieść 

kołnierz   płaszcza.  Był   mróz,   ostatnie   podrygi  zimy  przed 
nadchodzącą wiosną 1887 roku. Żachnął się twierdząc, że 
nie z takimi mrozami dawał sobie radę, ale posłuchał.

— A   teraz   —   powiedziałem   —   proszę   oddać   moją 

receptę.

— Po co?
— O, tam jest apteka. Załatwię sprawę szybciej niż pan. 

Proszę zmykać do domu i kłaść się. Za małe pół godzinki 
przyniosę lekarstwa.

Zaprotestował,   oświadczył,   że   on   również   wejdzie   do 

apteki, bo nie może się zgodzić, aby lekarz odgrywał rolę 
posłańca. Zirytował mnie, więc odparłem nieco złośliwie:

background image

— Niech się pan nie martwi, za tę usługę nie będę

liczył. — I zaraz dodałeny — Jeśli pan nie zastosuje
się do moich poleceń, nic nie wyjdzie z zaplanowanej
podróży. Ręczę za to.

Mruknął: „przepraszam" i powędrował dalej.

Sprawę w aptece załatwiłem w pół godziny, a w kilkanaście 

minut,   bo   droga   była   krótka,   znalazłem   się   na   miejscu. 
Sprawdziłem numer domu — zgadza się. Ale recepta z wypisanym 
nazwiskiem pacjenta została w aptece. Zawahałem się.

Jakże, u licha, się nazywał? Chyba na literę „O"? Przez słabo 

oświetloną bramę (był już wieczór) wszedłem na klatkę schodową. 
Tam   było   nieco   widniej.   Zatrzymałem   się   przed   drzwiami   na 
parterze. Zerknąłem na metalową plakietkę — nazwisko wydało 
mi się zupełnie obce. Ruszyłem wwżej. Na pierwszym piętrze od-
czytałem: „Elizabeth i Francis Norton", a obok: „Ed Norton".

— Norton   —   powiedziałem   półgłosem.   —   Oczywiście,   że 

Norton. Jakie tam „O"!

Pociągnąłem za gałkę dzwonka. Otworzono. Na progu stanął 

mężczyzna, który nieco przypominał mego pacjenta.

— Pan doktor? — zapytał.

Przytaknąłem.

:

— Proszę, proszę bardzo.

W   małym   korytarzyku   pomógł   mi   zdjąć   palto,   a   później 

poprowadził   do   obszernego   pokoju,   spełniającego   zapewne, 
sądząc po umeblowaniu, rolę salonu.

— Jak tam mój chory?
— Proszę spocząć. Ned już jest w łóżku. Powiedział, że do tej 

pory nie spotkał jeszcze tak energicznego lekarza. To prawda, bo 
Ned nigdy dotąd się nie leczył.

— Bardzo   silny   organizm   —   zauważyłem   —   jednak   tym 

razem uległ.

background image

— Czy to coś niebezpiecznego?
— Każda   choroba   stanowi   niebezpieczeństwo.   Pański   brat, 

chyba   się   nie   mylę?...   musi   leżeć   i   zażywać   lekarstwa,   które 
zapisałem. A przede wszystkim niech się uzbroi w cierpliwość. Za 
dwa, trzy dni... zobaczymy. Można do niego zajrzeć?

Gospodarz   nie   zdążył   odpowiedzieć,   gdy   w   głębi   salonu 

uchyliły się drzwi.

— Elsie, to pan doktor. Moja żona.
Uścisnąłem dłoń szczupłej blondynki.
— Ed już pytał o pana — powiedziała miękkim głosem. — Jest 

trochę zdenerwowany.

— To   normalne   przy  takiej   temperaturze.   Prawie   sto   cztery 

stopnie. Czy pani jest cały czas w domu? Chory potrzebuje opieki, 
powinien leżeć, póki gorączka nie
spadnie.

Wyjąłem z kieszeni butelki, proszki i pudełka.

— To   dla   niego   —   rzekłem.   —   Trzeba   przypilnować,   aby 

zażywał systematycznie. — Wyjąłem notes, wyrwałem kartkę i z 
pedantyczną   dokładnością   wypisałem   godziny   i   nazwy 
specyfików.

— Rozumiem.

Poszliśmy do Eda. Od razu zauważyłem, że stan jego musiał się 

pogorszyć.   Niezdrowe   wypieki   na   policzkach   nabrały   jeszcze 
intensywniejszej  barwy,  oddychał  nierówno, a  uśmiech,  którym 
mnie   powitał,   wypadł   bardzo   blado.   Dlatego   rozmowę 
ograniczyłem  do kilku słów. Zostawiłem  swój adres, obiecałem 
wpaść   następnego   dnia   i   pożegnałem   się,   mimo  że  gospodarze 
chcieli mnie zatrzymać na wieczornym posiłku.

Nazajutrz nie otrzymałem żadnego alarmującego sygnału, więc 

dopiero   wieczorem   odwiedziłem   Eda   Nortona.   Czuł   się   lepiej, 
temperatura   spadła   o  kilka   kresek,   ale   wraz   z   tym   pożądanym 
zjawiskiem nastąpiło nieuchronne w takich wypadkach osłabienie 
organizmu.

background image

Przepisałem   środek   na   wzmocnienie   serca   i   znowu   po-
dziękowałem za propozycję wspólnego spędzenia wieczoru.

Przez   kilka   kolejnych   dni   byłem   stałym   gościem 

Nortonów. Później moje wizyty stały się już niepotrzebne. 
Pacjent   wracał   do   zdrowia.   Po   miesiącu   nastąpił   okres 
rekonwalescencji. Zaczął się kwiecień i znikły ślady zimy.

Któregoś   dnia   oświadczyłem,   że   przychodzę   po   raz 

ostatni.   Zaleciłem   spacery   po   mieszkaniu   i   odwiedzenie 
mnie, gdy poczuje się na siłach.

— Powinienem już szykować się do drogi — zauważył. 

— Co pan o tym sądzi, doktorze?

— Odradzam. Nie wcześniej jak za jakieś dwa tygodnie. 

Chyba to panu nie zrobi różnicy?

— Ależ doktorze, ja się umówiłem!
— To proszę uprzedzić, kogo trzeba, że się pan spóźni.
— Ba,   to   zbyt   skomplikowana   sprawa.   Mam   pisać   do 

Mescalerów?

— Do kogo? — zdumiałem się.
— No,   do   Mescalerów.   To   taki   odłam   plemienia 

Apaczów, mają rezerwaty w Nowym Meksyku.

Siadłem z powrotem przy łóżku.

— Co pana łączy z Mescalerami? — zapytałem.

Jestem wędrownym handlarzem. Prowadzę z bratem 

małe przedsiębiorstwo. Zauważył pan nasz sklep na dole?

Przyznałem, że nie zauważyłem.

To jest magazyn  konfekcji męskiej, ale poświęcony 

przede   wszystkim   ekwipunkowi   wycieczkowemu.   Klient 
znajdzie u nas wszystko, począwszy od specjalnego obuwia 
i   ubrań,   skończywszy   na   walizach,   plecakach,   siodłach   i 
nawet namiotach.

— A broń?
— Mamy i to, w najlepszym gatunku.

background image

— Interes się rozwija?

Nie   narzekamy.   Na   dobrą   sprawę   mógłbym   już 

zaniechać wędrownego handlu. Jeśli go nadal prowadzę, to 
tylko   w   najdogodniejszych   porach   roku   i   raczej   z 
przyzwyczajenia niż potrzeby. Dziwi to pana, doktorze?

— Wcale   —   odparłem   szczerze.   Sam   przecież   od   lat 

brałem   udział   w   dalekich   wyprawach   i   wiedziałem,   jak 
trudno zerwać z tym zwyczajem.

— A co pan sprzedaje? Artykuły ze swego sklepu?

Potrząsnął przecząco głową. One są dobre dla „bladych 

twarzy", ja handluję z czerwonymi. Tam potrzeby są nieco 
inne.

— Handel wymienny?
— Zgadł   pan.   Przeważnie   za   skórki.   Dlatego   w   drogę 

wyruszam wiosną, nie jesienią.

— Rozumiem.  Tylko   futra  zwierząt  upolowanych   zimą 

są pełnowartościowe.

Widzę, że orientuje się pan...

— Różni u mnie się leczą, niekiedy autentyczni traperzy.

— To ciekawi ludzie — zauważył.

— A co pan sprzedaje Indianom? Jeżeli moje pytanie nie 

jest zbyt niedyskretne.

— Cóż znowu! Wożę świecidełka, ozdoby, noże, derki... 

— zawahał się. Czyżby dostarczał również broń palną? Ale 
nie miałem zamiaru ciągnąć go za język. Podniosłem się z 
krzesła.

— Niech pan wpadnie do mnie, porozmawiamy dłużej. 

Bardzo mnie zainteresowały pańskie wyprawy.

To   nie   był   grzecznościowy   zwrot.   Rzeczywiście,   za-

interesowałem się wędrownym  handlarzem, a powód tego 
zainteresowania   był   dość   istotny.   Jak   już   wspomniałem, 
Karol Gordon — mój były pacjent — od lat towarzyszył mi 
podczas wiosennych wypraw w góry,

background image

prerie   i   lasy  Dalekiego   Zachodu.   Te   coroczne   ucieczki   z 
dusznego miasta stały się moim przyzwyczajeniem, którego 
nie potrafiłbym się wyrzec. Każdej zimy Karol wyprawiał 
się na północ, już beze mnie. Stamtąd wiosną powracał ze 
stosami cennych futer i zawsze znalazł czas, by wpaść do 
mnie,   do   Milwaukee.   Ale   w   tym   roku   wcale   nie   z 
początkiem   wiosny,   lecz   jeszcze   przed   wizytą   Nortona 
zjawił się w moim mieszkaniu. Zaniepokoiłem się, czy nie 
zdarzyło mu się co złego, lecz Karol był cały, zdrowy i w 
znakomitym usposobieniu.

— Cóż   za   niespodzianka!   —   wykrzyknąłem   na   jego 

widok.

Ba   —   odparł   ściskając   moją   dłoń   z   siłą   żelaznych 

kleszczy. — Ba — powtórzył — w mojej niespodziance tkwi 
jeszcze druga niespodzianka. Pamiętasz Rainy Valley?

— Oczywiście.
— Wyobraź   sobie,   że   otrzymałem   wiadomość   od 

Adamsa.

— To ten szeryf z Rainy?
— Ten   sam.   Wbrew   temu,   co   nam   obiecywał,   pa-

miętasz?... wcale nie zrzekł się godności szeryfa.

— No, no... Ale skąd ta wiadomość, byłeś w Arizonie?
— Nie w Arizonie. Jak zwykle: na północy.
— I tam odnalazł cię Adams?
— To dłuższa historia, pozwól, że nieco odsapnę.
— Przepraszam, ale sam mnie sprowokowałeś do pytań. 

Rozgość   się,   zaraz   powiem   Katarzynie   (takie   imię   nosiła 
moja gospodyni, nieokreślonego wieku rudowłosa Irlandka).

Karol   otrzymał   wszystko,   co   potrzeba   gościowi   wra-

cającemu z dalekiej drogi. Na koniec siedliśmy za stołem i 
wówczas   dowiedziałem   się   o   przyczynie   tak   wczesnego 
powrotu   mego   przyjaciela.   Początek   tej   relacji   brzmiał 
zupełnie nieprawdopodobnie. Oto wiadomość od Adamsa

background image

dosięgła przypadkowo Karola, gdy bawił w Fort Benton, w 
Montanie, na pograniczu kanadyjskim.

— Ten Adams jest chyba jasnowidzem? — mruknąłem.

Z dalszego opowiadania wynikło, że Adams, nie wiedząc, 

gdzie go szukać, wysłał pismo do Waszyngtonu, na adres 
Rady do Spraw Indian *. Dlaczego właśnie tam? Dlatego, że 
Karol w roku 1883 bawił na terenie Arizony jako wysłannik 
Rady   celem   zaspokojenia   słusznych   żądań   plemienia 
Nawajów.   Któryś   z   urzędników   Rady   wyniuchał,   że 
poszukiwany   przez   Adamsa   człowiek   spędza   zimy   na 
polowaniach   bądź   w   północnej   Montanie,   bądź   nawet   w 
kanadyjskiej   prowincji   Alberta.   Ten   sam   przemyślny 
urzędnik   polecił   iluś   tam   szeryfom   pogranicznych 
miasteczek, by odszukali trapera.

— Coś w rodzaju listu gończego — zauważyłem.
— Prawie. Mogło bowiem się zdarzyć, że któryś z mniej 

rozgarniętych   przedstawicieli   władzy,   zamknąłby   mnie   w 
szeryfowskim więzieniu do wyjaśnienia sprawy!

Jednakże   Karol   miał   ten   przysłowiowy   łut   szczęścia. 

Odwiedził Fort Benton, gdzie szeryfem był jego serdeczny 
przyjaciel,   Vincent   Irvin,   znający   z   opowiadań   historię 
arizońskiej   eskapady   Karola.   Przekazał   mu   wiadomość   z 
Waszyngtonu. Karol przerwał polowanie, spakował manatki 
i przyjechał do mnie.

— Dziwna historia i jakoś mi się nie podoba. Czego chce 

Adams?

— Wiem   tyle,   co   i   ty.   Sądzę   jednak,   że   jeżeli   mnie 

wzywa Rada, nie chodzi tu o prywatną sprawę Adamsa.

— Bardzo   mi   się   to   nie   podoba   —   stwierdziłem.   — 

Pewnie znowu mają jakieś kłopoty z Indianami. Czy musisz 
jechać do Waszyngtonu?

background image

— A jak ty byś postąpił na moim miejscu? 
Wzruszyłem ramionami.
— Ano widzisz! Więc nie miej do mnie pretensji.

— Jeśli  skończyłeś   jeść,   przejdziemy  do  gabinetu.  I   ja 

mam niespodziankę, ale chyba przyjemniejszą od twojej.

— No, to chodźmy, ginę z ciekawości...
— Nie kpij.

Gdy zagłębił się w fotelu naprzeciw bierwion płonących 

w kominku, sięgnąłem do szuflady biurka.

— Masz.
— Co to?
— Po prostu: list.
— Od kogo?

Czytaj.

Przebiegł szybko oczami pierwsze linijki pisma i spojrzał 

na mnie.

— Kto by pomyślał! Gonzales przypomniał sobie o nas!
— To my zapomnieliśmy o nim. Aż wstyd!
— Hm... mieliśmy szczery zamiar odwiedzić go.

— Ale nic z tego zamiaru nie wyszło. Czytaj dalej. 
Zaszeleściły kartki.
— Jest nieco rozżalony — zauważył po chwili.
— Cóż w tym dziwnego?
— Co on tu pisze? Ach, że ma zaszczyt przypomnieć

o swym zaproszeniu. Cóż za pompatyczny styl!

Złożył kartkę i wsunął ją do koperty.

— I co ty na to?

Zastanówmy się. Gonzales mieszka w Meksyku...

— Tylko tyle zapamiętałeś?

I jeszcze coś więcej: że najkrótsza droga do mająttku 

Gonzalesa   prowadzi   przez   El   Paso   *   nad   Rio   Grandę. 
Piekielnie daleko.

background image

— Posiadasz   nadzwyczajne   wiadomości   —   burknąłem.   — 

Lepiej powiedz szczerze, że nie chcesz jechać.

.— Bo to nie takie proste. Dotrzeć do El Paso to nie sztuka, ale 

co   dalej?   W   którym   kierunku?   Nie   mam   pojęcia,   gdzie   leży 
hacjenda Gonzalesa.

— To ja ci powiem?
— Tak? Zdumiewasz mnie!
— Hacjenda Gonzalesa leży... na końcu języka, mój drogi!
— No, proszę. A niby w jakim to języku chcesz dopytywać się 

o Gonzalesa?

 — W hiszpańskim. Wytrzeszczył na mnie oczy w komicznym 

zdumieniu.

— To chyba zabierzemy z sobą tłumacza?

— Ja będę tłumaczem. 
Podskoczył na fotelu!
— Ty?! 
— Od kilku miesięcy pilnie studiuję   hiszpański...

— Poddaję się! — wykrzyknął. — Janie, jesteś zdumiewający!
— Dziękuję za uznanie. Jedziemy?
— A Waszyngton?
— Do   licha   z   Waszyngtonem!   —   nie   wytrzymałem.   — 

Zresztą, przecież wrócisz po kilku dniach.

— A jeśli Adams potrzebuje pomocy? Czy niepokoiłby Radę, 

gdyby sprawa nie była poważna?

— To znaczy, że zamierzasz udać się do Rainy Valley?
— Nie wiem, o niczym z góry nie przesądzam.
— Pięknie, więc wędruj do swego Waszyngtonu i wracaj jak 

najszybciej,   a   przede   wszystkim   nie   daj   się   wplątać   w   żadną 
kabałę. Co u licha?! Czy nie ma innych?

Przyrzekł mi, pół żartem, pół serio, że zastosuje się do

background image

mej   rady   i   że   zrobi   wszystko,   co   będzie   mógł,   aby   nie 
odkładać raz jeszcze wizyty u Gonzalesa. Nie bardzo mu 
wierzyłem,   więc   wymogłem,   że   podpisał   się   na   liście   do 
meksykańskiego hacjendera, w którym zapowiedziałem nasz 
przyjazd. W terminie zresztą dość nieokreślonym, w każdym 
razie jeszcze przed nadejściem jesieni.

background image

— Ten list zaraz wyślę — ostrzegłem — pamiętaj!
Później   przegadaliśmy   cały   wieczór,   wracając   wspo-

mnieniami właśnie do arizońskich czasów, kiedy to i szeryf 
Jerzy   Adams   z   Rainy   Valley,   i   Pedro   Gonzales   stali   się 
naszymi  przyjaciółmi.  Następnego dnia Karol wyjechał, ja 
wysłałem list i ze zdwojoną energią wziąłem się do nauki 
hiszpańskiego. Chciałem opanować znajomość tego języka, 
aby   nie   uchodzić   za   niemowę   po   przekroczeniu   granicy 
Meksyku. Gonzales biegle władał angielskim, więc później 
już żadnych kłopotów nie będzie. Z kolei nabyłem dokładną 
mapę meksykańskiego pogranicza i odnalazłem na niej — ku 
mej radości — małą rzekę o nazwie Conchos, wpadającą do 
Rio  Grandę.   Ku   niej   mieliśmy   wędrować   przekroczywszy 
granicę, a potem z biegiem Conchos aż do ujścia strumienia, 
który   miał   nas   doprowadzić   prosto   ku   hacjendzie 
Meksykanina.   Przed   dwoma   laty   Gonzales   kupił   nową 
posiadłość.   Pisał   o   tym   w   swym   liście,   równocześnie 
przestrzegając   przed   wszelkimi   próbami   obrania   innego 
kierunku — można łatwo zabłądzić.

Niecierpliwie   czekałem   na   powrót   mego   przyjaciela. 

Zjawił   się   u   progu   moich   drzwi   dopiero   po   tygodniu. 
Starałem   się   odczytać   z   jego   twarzy,   z   jakimi   nowinami 
wraca: dobrymi czy złymi, ale niczego nie odgadłem.

background image

Go-ja-tle

— Uzbrój się w cierpliwość, Janie, historia będzie dość 

długa.

— Zaczynaj, milczę jak głaz.
— A więc... wszystko ma swój początek w działalności 

pewnego   Indianina   o   imieniu   Go-ja-tle,   co   tłumaczy   się: 
Ten-który-ziewa.

— Jakiś dobroduszny jegomość — wtrąciłem.
— Tak można by sądzić, ale pozory mylą, a szkoda. Bo 

to był  bardzo energiczny człowiek i znakomity wódz. Na 
nieszczęście, swoją energię skierował w niezbyt właściwym 
kierunku.   Czy   pamiętasz,   Janie,   wiadomości   o   rebelii   w 
Arizonie,   bodaj   że   w   marcu   ubiegłego   roku?   Bawiliśmy 
wówczas w Montanie.

— W Montanie byliśmy późną wiosną — sprostowałem.

—-   Mniejsza   z   tym.   Przypomnę   ci:   z   rezerwatu   San 

Carlos uciekło wtedy około czterdziestu Indian, później był 
napad na dyliżans jadący z Fortu Davisa do Fortu Quitman. 
Pamiętasz?

— Tak, tak, oczywiście! — krzyknąłem. — Geronimo!
— Otóż to właśnie. Dla nas: Geronimo, dla nich: Go-ja-

tle.

Co   pisały   wtedy   gazety?   Geronimo   był   wodzem 

Apaczów, odłamu Chiricahua, jednego z najbardziej bitnych 
plemion indiańskich. Co prawda Geronimo po-

background image

dawał się za Apacza Mimbrenio, przewodził jednak grupie 
ChiricahuŁ Zresztą, nie ma to znaczenia. Napad na dyliżans, 
o czym przypomniał mi Karol, nie mógł przynieść chwały 
żadnemu   wojownikowi,   był   bowiem   atakiem   na 
bezbronnych podróżnych. Jak to odkryto?

Oto pamiętnego dnia dyliżans ciągniony przez spłoszone 

konie wpadł na plac Fortu Quitman w Arizonie. Z niemałym 
trudem   udało   się   go   zatrzymać.   Żołnierze   ujrzeli   obraz 
okropny: woźnica, przeszyty na wylot strzałą, leżał na koźle; 
dwu ludzi przywiązanych do kół pojazdu nie dawało znaku 
życia;   wewnątrz   dyliżansu   spoczywały   martwe   ciała 
pasażerów, przygwożdżone pękami strzał do oparć ławek.

Tyle wiedziałem o tej tragicznej historii.

I cóż z tym Geronimo? — zapytałem. — Słyszałem, że 

go schwytano.

— Tak.   W   sierpniu   1886   roku   jego   oddział   otoczyło 

wojsko w dolinie rzeki Bavispe. Geronimo poddał się i wraz 
z towarzyszami przewieziony został na Florydę, a stamtąd 
do Alabamy, gdzie go dobrze pilnowano.

— To znaczy, że sprawa została ostatecznie zakończona.
— Otóż   nie.   Dla   lepszej   orientacji   warto   chyba,   abyś 

dziejów Geronimo wysłuchał od początku. Jak myślisz, bo 
nie chciałbym cię zanudzić?

Cóż znowu! Opowiadaj.

Dowiedziałem się w Waszyngtonie wielu nie znanych 

mi   szczegółów.   Na   przykład,   że   Geronimo   urodził   się   w 
pobliżu   źródeł   Gila,   na   terenie   dzisiejszego   Nowego 
Meksyku,   podobno   w   roku   1829.   Mówię   „podobno", 
ponieważ   Indianie   nie   przywiązują   większej   wagi   do   dat 
swego urodzenia. W kilkanaście lat później na wioskę, w 
której mieszkał Geronimo, a była  to wioska Mimbreniów, 
napadły   oddziały   meksykańskiego   generała   Carosco   i 
wymordowały całą prawie ludność. Geronimo

background image

ocalał,  ponieważ  bawił  poza   domem.   Gdy wrócił,   znalazł 
wśród zabitych zwłoki swojej matki, żony i trojga dzieci.

— Przepraszam,   Karolu   —   wtrąciłem   się   —   co   robił 

generał meksykański na terenie Stanów?

— Zaraz cię zawstydzę. Zapomniałeś, że Nowy Meksyk i 

Arizona należały wówczas do Meksyku.

Słusznie! I co dalej?

Podobno   rzeź   Mimbreniów   wytyczyła   późniejszą 

ścieżkę życiową Geronima. Tak on sam twierdzi i chyba nie 
ma powodów w to wątpić. Najwyższy wódz Mimbreniów po 
tej rzezi wykopał topór wojenny, a Geronimo stał się jego 
prawą   ręką,   pośrednicząc   w   zjednaniu  dla   wspólnej   walki 
przeciw   Meksykanom   odłamów   Apaczów:   Chiricahua   i 
Nedni. Kiedy w roku 1845 Nowy Meksyk został przyłączony 
do Stanów, Geronimo wielokrotnie przekraczał granicę i w 
okresie   1858-1873   zorganizował   aż   trzydzieści   zbrojnych 
wypadów   na   Meksyk.   W   jednym   z   nich   zdobył   jakieś 
miasteczko, a wszystkich mieszkańców wymordował. Został 
schwytany   w   roku   1876   przez   pewnego   Indianina 
pozostającego   na   rządowej   służbie.   Jednakże   wkrótce 
odzyskał   wolność.   Wówczas   udał   się   do   Meksyku,   gdzie 
zebrał wokół siebie sporą grupkę wojowników. Z tą grupką 
wędrował   po   tej   i   po   tamtej   stronie   granicy   i   prawdo-
podobnie   jego   to   dziełem   stał   się   napad   (w   kanionie 
Thompsona, w Arizonie) na karetę, w której odbywał podróż 
sędzia   McComos   z   żoną   i   dzieckiem.   Dorośli   zostali 
zamordowani, dziecko (syn) uprowadzone. Po tym napadzie 
Geronimo wycofał się do Meksyku. Pogoń za nim prowadził 
generał Crook, dopadł go w górach Sierra Mądre. Nie widząc 
szans   obrony,   Geronimo   zgodził   się   zamieszkać   w 
rezerwacie.   Ale   już   po   kilku   tygodniach   z   trzydziestoma 
wojownikami i prawie setką kobiet i dzieci, uciekł w góry. 
Jakoby   przyczyną   .ucieczki   miał   być   obowiązujący   w 
rezerwacie   zakaz   picia   piwa.   Zorganizowano   pościg. 
Dopiero zimą 1886 roku Geronimo znów został schwytany i 
umieszczony   na   terenach   rezerwatu   San   Carlos.   Któregoś 
dnia zawitał do tego rezerwatu jakiś wędrowny handlarz i 
sprzedał Indianom sporą ilość wody ognistej. Pod wpływem 
alkoholu grupa dwudziestu wojowników i trzynastu kobiet z 
sześciorgiem dzieci wymknęła  się pod wodzą Geronimo  z 
rezerwatu.   W   kilka   tygodni   później   dokonano   napadu   na 
dyliżans jadący do Fortu Quitman. Jak pamiętasz, głośno o 
tym było we wszystkich gazetach. Ale to nie koniec. Nieco 
później Geronimo dokonał napadu na farmę leżącą w dolinie 
Santa   Cruz.   Zabito   kowbojów,   poddano   torturom   żonę 
rolnika,   porwano   i   uprowadzono   córkę.   Farmer   dostał 
pomieszania   zmysłów.   To   wydarzyło   się   w   kwietniu 
ubiegłego   roku.   Przez   trzy   miesiące   trwała   pogoń   za 
Geronimo, który przedostał się na ziemie Meksyku. Według 
danych   władz   amerykańskich   w   okresie   trzech   miesięcy 
wojownicy  Geronimo   zabili   sześćset   osób.   O  zakończeniu 
tego dramatu już wiesz. Geronimo ma  dzisiaj pięćdziesiąt, 
osiem   lat   i   czuje   się   w   pełni   sił.   Myślę,   Janie,   że   to 
wyjątkowy okrutnik, któremu równych nie zapisała historia 
indiańskich narodów.

— Ale też przyczyną był napad białych.
— Nie ulega wątpliwości.

— Czyżby znowu wymknął się na swobodę?

background image

— Nie.
— Więc o co chodzi Adamsowi?
— O   to,   że   jakaś   drobna   grupka   Indian,   najprawdo-

podobniej dawnych towarzyszy Geronimo, buszuje gdzieś w 
okolicy Rainy Valley. Adams dowiedział się,

background image

że   jej   wysłannicy   próbowali   skłonić   Nawajów,   by   przy-
łączyli się do tej zbrojnej bandy. Trudno więc się szeryfowi 
dziwić, że podniósł alarm.

Pięknie, ale dlaczego zwrócił się właśnie do ciebie?

— Uznał,   że   to   najlepszy   sposób   zapobieżenia   rebelii. 

Adams wie, że mamy przyjaciół wśród Nawajów, i dlatego 
prosi, abym pogadał z nawajskimi wodzami. Rada do spraw 
Indian popiera tę prośbę.

P o p i e r a   — powtórzyłem z przekąsem. — Pewnie, 

nie potrzebują nawet palcem ruszyć ani podejmować żadnej 
decyzji! Ale nie bardzo wierzę, aby Nawajowie skłonni byli 
do rebelii.

.— Co tu znaczy wiara lub niewiara. Czy pamiętasz, jak 

przed czterema laty o mało nie doszło do powstania?

Wcale   nie   zapomniałem.   Ale   tamto   było   aktem 

samoobrony.

— Byle   pretekst   może   stać   się   podstawą   rzekomej 

samoobrony. Zresztą tu, w Milwaukee, nie rozstrzygniemy 
tej sprawy. Muszę odwiedzić Rainy Valley.

— To   znaczy  —  powiedziałem  w   rozdrażnieniu   —   że 

zaproszenie Gonzalesa wrzucimy do śmieci, a twój podpis 
pod listem przyjmującym zaproszenie będzie tyle wart, co 
kartka papieru, na której go złożyłeś.

Niepotrzebnie   unosisz   się,   Janie.   Pojedziemy   do 

Meksyku,   ale   żeby   nam   starczyło   czasu   na   tę   eskapadę, 
muszę jak najszybciej ruszać na spotkanie z Adamsem.

— Konno?

!

  — Nie! Z trzech powodów. Pierwszy: pogoda nie sprzyja 

takiej   wycieczce.   Drugi:   jazda   konna   zajęłaby   zbyt   wiele 
czasu.   Trzeci:   nasze   konie   znajdują   się   w   Fort   Benton. 
Sprowadzać   je   to   zwłoka   czasu,   a   nabywać   nowego 
wierzchowca nie ma sensu. Skorzystam więc z kolejowego 
wagonu   i   sądzę,   że   Adams   wynajdzie   mi   odpowiedniego 
kłusaka. W tym miejscu warto wyjaśnić, że przed rokiem ba-

background image

wiliśmy (Karol i ja) w Montanie, gdzie właściciel pewnej 
farmy   hodowlanej   ofiarował   nam   dwa   przepiękne   rumaki 
karej   maści.   Wracając   z   Montany   do   Milwaukee 
zostawiliśmy oba zwierzęta u wspólnego przyjaciela, szeryfa 
w Fort Benton. Karolowi podczas zimowych polowań koń 
nie był potrzebny, mnie — również. Cóż bym z nim począł 
w mieście, zimą?

Tak   więc   decyzja   Karola   wybrania   komunikacji   ko-

lejowej była słuszna, ale nie przywróciła mi dobrego
humoru.

— Nie wiem — powiedziałem — czy tak szybko uwi-

niesz się, żeby na czas wrócić do Milwaukee.

— A po co do Milwaukee? Przecież będę znacznie bliżej 

El   Paso.   Po   prostu   dojedziesz   do   mnie   w   określonym 
terminie. Umówimy się...

— Pamiętam taką umowę — przerwałem — w Arizonie. 

Czekałem   na   ciebie,   Karolu,   w   Rainy   Valley   przez   cały 
dzień   i   gdyby   nie   przypadkowo   spotkany   znajomek, 
zmarłbym chyba z pragnienia i głodu o krok

od saloonu!

— Jeszcze   o   tym   pamiętasz?   Doprawdy,   nie   moja   to 

wina, że cię wówczas tak doszczętnie ograbiono.

— Ani moja!

Spojrzeliśmy   na   siebie   dość   groźnie   i...   jednocześnie 

wybuchnęliśmy  śmiechem.   Jakiż   sens  wypominać   sprawy 
sprzed czterech lat?

— Więc   dobrze,   Karolu   —   odparłem   udobruchany   — 

spotkamy się w El Paso. Tylko oznacz termin.

— Poczekaj   —   zamyślił   się.   —   Ogarnęły   mnie 

wątpliwości. Z Milwaukee do El Paso... to piekielny kawał 
drogi. Czy aby dasz sobie radę?

— Podobny szmat drogi już kiedyś przebyłem —

odparłem mając na myśli podróż z Milwaukee do Rainy

Valley.

— Ale też spotkała cię niemiła przygoda. Myślę, że

background image

powinieneś przynajmniej  część drogi  do El  Paso przebyć 
koleją.

~ Z końmi?

—   Nie,   to   zbyt   kłopotliwe.   Niech   sobie   nasze   rumaki 

odpoczywają  w Fort Benton. Znajdziemy inne w Nowym 
Meksyku.   Jedź   koleją,   to   nie   tylko   bezpieczniej,   ale 
wypadnie szybciej.

Ten   ostatni   argument   trafił   mi   do   przekonania   i   nie 

spierałem się dłużej.

W dwa dni później Karol odjechał. Oto właśnie dlaczego 

zainteresowałem   się   moim   pacjentem   bardziej,   niż   tego 
wymagał   mój   lekarski   obowiązek.   Przecież   wędrowny 
handlarz chciał odwiedzić siedziby Apaczów-Mescalerów w 
Nowym  Meksyku,  a więc udawał się w drogę,  którą i ja 
musiałem przebyć, aby dotrzeć do El Paso! Jeden rzut oka 
na mapę wystarczył. Jakże wielkim dla mnie udogodnieniem 
byłoby przyłączenie się do Nortona. Długo rozmyślałem nad 
formą, w jakiej należy zwrócić się z taką propozycją. Nie 
chciałem stwarzać sytuacji, w której moja prośba zostałaby 
uwzględniona   jedynie   z   wdzięczności   za   szybkie   wyle-
czenie, a w istocie z ukrytą niechęcią i obawą przed kło-
potami, jakich mógł przysporzyć nie zaprawiony do dalekich 
wędrówek lekarz. Ed Norton musiał mnie przecież uważać 
za   zasiedziałego   mieszczucha,   nie   obeznanego   z 
trudnościami   piętrzącymi   się   na   drodze   wiodącej   przez 
ziemie   Dzikiego   Zachodu.   Co   prawda,   mogłem   rozwiać 
takie   obawy   ujawniając   swe   podróże   odbyte   z   Karolem 
Gordonem. Ale czy Norton nie uznałby mego oświadczenia 
za   zwykłe   samochwalstwo?   I   udając,   że   mnie   wierzy   — 
jeszcze   bardziej   przerazić   się   skutków   nie   proszonego 
towarzystwa?   Więc,   po   namyśle,   zdecydowałem   się   nie 
ujawniać swojej „preriowej" przeszłości. Jeśli mi  handlarz 
odmówi, nie będę go więcej nudził i udam się w drogę sam.

background image

Przy kolejnej wizycie złożonej memu pacjentowi (był już 

rekonwalescentem,   ale   jeszcze   przesiadywał   w   domu, 
zgodnie   z   moim   zaleceniem)   nawiązałem   do   naszej 
poprzedniej rozmowy o handlowych podróżach i wreszcie 
— aby przedłużyć czas pogawędki — przyjąłem zaproszenie 
pani Elizabeth Norton na wieczorny

posiłek.

Wkrótce zjawił się brat Nortona, jak się zaraz okazało, 

również uczestnik szeregu handlowych eskapad. Obecnie nie 
opuszczał już Milwaukee, pilnował sklepu. Rozmawialiśmy 
o   tym   i   o   owym,   a   ja   starałem   się   podtrzymywać   temat 
związany z dalekimi wędrówkami.

— Słyszał pan, doktorze — zagadnął Francis Norton — o 

białych Indianach?

— Chyba Metysach?

— Nie, o białoskórych.
Uśmiechnąłem się sądząc, że to żart.

-— Naprawdę, doktorze. Opowiadał mi pewien traper w 

Północnej   Dakocie,   że   jeszcze   w   okresie   poprzedzającym 
wojnę z Południem * jakiś oddział Komanczów napadł na 
osiedle   pograniczne.   Został   odparty,   ale   zanim   odstąpił, 
Indianie wtargnęli do wnętrza któregoś z domostw i porwali 
kilkuletniego 

chłopca. Zabrano go do wsi czerwonoskórych, gdzie rósł pod 
opieką   przybranej   matki   i   przybranego   ojca,   którzy  stracili 
własne   dziecko   podczas   napadu   bladych   twarzy.   Po 
kilkunastu   latach,   gdy   chłopak   wyrósł   na   młodzieńca,   w 
jakiejś  potyczce  z  oddziałem  wojska  dostał  się  do niewoli. 
Uwagę zwróciła jego jasna cera i rysy twarzy. Poczęto badać, 
w   jaki   sposób   trafił   do   Komanczów.   Nie   pamiętał,   był 
przekonany, że jest urodzonym Indianinem,  ale  szczęśliwym 
trafem odnaleziono jego

background image

prawdziwą   rodzinę:   ojca,   matkę   i   dwu   braci!   To   była 
sensacja na całą okolicę. Zjeżdżali się sąsiedzi, gratulowali 
szczęśliwego   powrotu   i   współczuli   jeńcowi 
czerwonoskórych.   I   cóż   pan   powie,   doktorze!   Po   roku 
chłopiec   uciekł!   Ktoś   opowiadał,   że   widział   go,   jak   wę-
drował ku siedzibom Komanczów.

Zadziwiająca historia — zauważyłem — ale to chyba 

rzadki przypadek.

— Podobno ongiś takie przypadki  trafiały się często, a 

białym   Indianom   wcale   nieźle   się   powodziło.   Niektórzy 
doszli nawet do godności wodza.

 — Coś jak z Samuelem Houston — przypomniałem sobie 

nagle. — Jako mały chłopiec uciekł z rodzicielskiego domu 
i zawędrował na tereny plemienia Czirokezów. Był bardzo 
gościnnie przyjęty.  Dorósłszy lat męskich, został wybrany 
wodzem i parokrotnie kierował wyprawami przeciw bladym 
twarzom. Po kilku latach wrócił do cywilizacji i sprawował 
przez pewien czas funkcję gubernatora stanu Tennessee *.

Porozmawialiśmy jeszcze o miejskich wydarzeniach, po 

czym   pożegnałem   się   —   nie   mogłem   się   zdobyć   na 
wystąpienie ze swoją propozycją.

W   następnym   tygodniu   nie   odwiedziłem   Nortonów   — 

zdrowie   Eda   Nortona   nie   wymagało   już   ani   leków,   ani 
lekarza. Jednak myśl o czekającej mnie samotnej wędrówce 
nie dawała mi spokoju.

W   końcu   zdecydowałem   się   na   jeszcze   jedną   wizytę, 

jednak tego samego dnia pod wieczór zjawił się u mnie Ed 
Norton.

background image

Jestem   zdrów   i   czuję   się   jak   ryba   w   wodzie   — 

oświadczył.   —  Przyszedłem   nie   na   badanie,   lecz   żeby 
podziękować.

— Nie ma o czym mówić — zaprotestowałem.
— Owszem,   jest   o   czym.   Nie   cierpię   bezczynności,   a 

tylko panu, doktorze, zawdzięczam, że dłużej nie potrzebuję 
leżeć.

— Więc niech pan jeszcze uważa. Pogoda fatalna i lepiej 

siedzieć w domu.

Machnął ręką i począł opowiadać o przygotowaniach do 

drogi.

— Czasu nie zostało wiele — stwierdził — a nie lubię się 

spieszyć.   Najczęściej   wtedy   zapominam   o   przedmiotach, 
które są drobiazgami, ale których brak później bardzo się 
odczuwa.

— Kiedy pan wyrusza?
— Sądzę, że w maju.
— Do Nowego Meksyku?
— Właśnie tam.

— Wybrałbym się z panem — powiedziałem nagle.
Wybałuszył oczy i zakaszlał się. Podejrzewam, że w ten 
sposób chciał ukryć wybuch trochę niegrzecznej 
wesołości. No, pewnie! Jakże inaczej 
zareagować na propozycję zasiedziałego mieszczucha, nie 
mającego pojęcia o trudach dalekiej wędrówki? Potem 
zauważył, że do Nowego Meksyku to: „Ho, ho! Szmat 
drogi!" I że drogę tę, co najmniej w połowie, należy 
przebyć na końskim grzbiecie, jako że linie kolejowe 
jeszcze nie wszędzie docierają.
— Jeżdżę konno — stwierdziłem.

Skrzywił   się   zabawnie.   Czułem,   że   traktuje   moją 

propozycję   jako   szczyt   idiotyzmu   i   nie   wie,   jak   mi   ją 
wyperswadować.

— Jeździ pan zapewne, doktorze, na wycieczki za

miasto, ale moja wyprawa trwa wiele dni. Proszę wierzyć, 
porządnie bolą kości po paru dniach spędzonych w siodle. 
Dokąd pan zamierza dojechać.

— Do El Paso.
— Do   El   Paso...   —   jęknął.   —   Czy   pan   sobie   zdaje 

sprawę,   doktorze,   z  trudów  tak dalekiej   drogi?   Proponuję 
raczej skorzystać z kolei, a ostatni odcinek drogi przebyć w 
dyliżansie. Tam, na południu, jeszcze kursują dyliżanse. Nie 
najlepsza to forma podróży, ale bezpieczniejsza od jazdy na 
końskim grzbiecie.

— Trochę się pan pomylił — odparłem. — Nie odbywam 

przejażdżek konnych za miasto.

— Więc jeździ pan tylko po ulicach?
— Nie. Nawet nie mam konia w Milwaukee.
— Och,   to   jeszcze   gorzej!   Odwiedza   pan   pewno   zna-

jomych,   którzy  utrzymują   stajnię...   Jeszcze   raz   odradzam, 
szczerze odradzam.

— Znowu pan się myli. Mimo że nie mam tu konia ani 

przyjaciół posiadających  wierzchowce, potrafię spędzić na 
siodle cały dzień, od świtu do zmroku.

Zaraz   pożałowałem   tych   słów,   zabrzmiały   jak   samo-

chwalstwo.   Ale   też   Norton   nieco   mnie   zdenerwował.   Do 
licha! Przecież na końskich nogach przebyłem już setki mil, 
a nocleg z siodłem pod głową nie stanowił dla mnie żadnego 

background image

problemu.   No   tak,   lecz   skąd   mógł   o   tym   wiedzieć   mój 
pacjent?

— To taki z pana chwat, doktorze?

Zabrzmiało to nieco jak ironia, ale pohamowałem się.

— Nie będę się narzucał ani przysparzał panu kłopotów. 

Pojadę sam.

Zdaje   się,   że   sprawiłem   mu   ulgę   tą   decyzją.   Od   razu 

rozpromienił się.

— Tak   będzie   najlepiej   —   stwierdził   skwapliwie.   — 

Podróż   pociągiem   pozwala   na   oglądanie   krajobrazu   z 
pozycji znacznie wygodniejszej niż na siodle końskim.
No i bezpieczeństwo! Tamte strony to jeszcze dziki kraj.

background image

— Nie wybieram się koleją.
— Jak to?
— Właśnie   poiadę   na   siodle   —   odparłem   bawiąc   się 

przerażeniem,  jakie odmalowało się na jego obliczu.

— Na koniu do El Paso?

Właśnie do El Paso. Mam się tam spotkać z moim 

przyjacielem.

— To również lekarz?

Nie, znakomity westman i traper zarazem.  Mój dawny 

pacjent.

— I to on panu tak poradził?
— Oczywiście   —   odparłem,   z   trudem   zachowując 

powagę.   Osłupienie   widoczne   na   twarzy   Nortona   mogło 
rozśmieszyć najbardziej ponurego człowieka.

— Doktorze,   niech   pan   zaniecha   tego   zamiaru,   który 

może z pana zrobić... pacjenta.

Pokręciłem przecząco głową.

— Doktorze!   Tyle   panu   zawdzięczam...   To,   prze-

praszam,   szalony   pomysł.   Niech   się   pan   zastanowi.   Nie 
mogę dopuścić, aby z mego powodu wpadł pan w tarapaty.

— Cóż znowu?! — wykrzyknąłem. — Pańska osoba nie 

ma   tu   nic   do   rzeczy.   Moja   podróż   do   El   Paso   została 
zdecydowana, zanim jeszcze pana poznałem.

— Ale czy przemyślana? W drodze spotka pan na pewno 

różnych ludzi. Czerwonoskórzy nie aniołki, ale najgorsi to 
biali, którzy się włóczą bez celu. Czy pan potrafi obchodzić 
się z bronią?

— Polowałem dość często.
— Az bronią krótką? Tamci potrafią walić z koltów i to 

bardzo celnie. Widziałem niejeden raz.

Mówiono mi  o tym  — odparłem celowo niedbałym 

tonem.

To prawda. Czy nie lepiej byłoby, aby ten pański 

przyjaciel przyjechał do pana?

background image

Roześmiałem się.

— Niestety,   to   niemożliwe.   Widzę,   że   się   pan   o   mnie 

bardzo troszczy, ale proszę mi wierzyć, dam sobie radę.

Moja   odpowiedź,   a   przede   wszystkim   ton   mego   głosu 

znowu wprawiły Nortona w panikę.

— Nie będę dłużej nudził, ale bardzo proszę, zanim pan 

wyjedzie,   przyjść   do   nas   w   najbliższych   dniach.   Bardzo 
proszę.

— Przyjdę pojutrze.

Pożegnał się szybko i odszedł, a ja wpadłem w bardzo 

wesoły nastrój. Poczułem bowiem, że jeszcze nieco uporu z 
mej strony i wówczas już nie ja, lecz sam Norton namawiać 
będzie   do   wspólnej   wyprawy.   Byłem   w   ostateczności 
zdecydowany na samotną podróż, ale o ileż łatwiej przebyć 
taką   drogę   w   towarzystwie   wędrownego   handlarza, 
znającego szlak lepiej ode mnie!

Zgodnie   z   obietnicą   odwiedziłem   Nortonów   w   umó-

wionym terminie, spodziewając się dalszego ciągu rozmowy 
zaczętej w moim gabinecie. Zawiodłem się. Ani Ned, ani 
jego   brat   Francis,   ani   pani   Elizabeth   nie   nawiązali   do 
interesującego mnie tematu. Ja również nie poruszyłem go. 
Kiedy   późnym   wieczorem   żegnałem   się   z   gospodarzami 
Ned, jak gdyby sobie nagle przypomniał:

— Ach, doktorze, wyleciało mi to z głowy. W niedzielę, 

jeśli   tylko   pogoda   dopisze,   wybieramy   się   za   miasto   na 
konną przejażdżkę. Czy nie przyłączyłby się pan do nas? 
Tak na cały dzień.

— Chętnie, ale nie mam wierzchowca.
— Głupstwo! Znajdzie się koń ze wszystkim, co trzeba 

do jazdy.

To   zaproszenie   wyjaśniło   przyczynę,   z   powodu   której 

Ned już więcej nie usiłował straszyć  okropnościami drogi 
do El Paso.  Po prostu — chciał  mnie  wypróbować.  Taki 
mały spisek, którego cel natychmiast odgadłem.

background image

A z tego wynikało, że (zapewne po naradzeniu się z bratem) 
rozważał   na   nowo   możliwość   wspólnej   podróży.   Pomysł 
nieco naiwny. Jakże bowiem jednodniowa wycieczka mogła 
stać się wystarczającym sprawdzianem moich umiejętności 
jeździeckich i wytrzymałości fizycznej? Ale, niech tam!

W   niedzielę   wczesnym   rankiem   stawiłem   się   przed 

domem,   a   raczej   —   przed   sklepem   braci   Nortonów. 
Ujrzałem gotowe do drogi konie, które trzymał za uzdy jakiś 
chłopak. Zdziwiłem się, bo koni było aż cztery. Czyżby ten 
chłopiec miał nam towarzyszyć?

Okazało   się   jednak,   że   czwartym   jeźdźcem   była   pani 

Elizabeth.   Próba   mej   sprawności   nie   wyglądała   groźnie, 
skoro w niej uczestniczyć miała kobieta.

Ruszyliśmy poprzez prawie jeszcze puste ulice. Najpierw 

stępa, później lekkim kłusem,  aż zostały za nami  ostatnie 
domki   przedmieścia,   a   świeża   zieleń   podbiegła   ku   obu 
krańcom   drogi.   Pogoda   była   piękna,   słońce   zdążyło 
dźwignąć   się   nad   horyzont,   wiał   rzeźwy   wiatr.   Drogą 
jechaliśmy   nie   więcej   niż   godzinkę.   Francis   Norton, 
posuwający się na czele naszej kawalkady, skręcił w wąską 
steczkę odbiegającą od gościńca i ruszył cwałem. Po długich 
zimowych   miesiącach   była   to   pierwsza   moja   wyprawa   i 
wiedziałem, że jej konsekwencje na pewno w jakimś stopniu 
odczuję. Jeśli nie zaraz, to następnego dnia. Bałem się tylko, 
aby te drobne i przemijające szybko dolegliwości nie zostały 
zauważone przez Nortonów. Postanowiłem więc, cokolwiek 
się przytrafi, nadrabiać miną.

Tymczasem   gnaliśmy   cwałem,   a   w   tym   cwale   pani 

Elizabeth podążała zaraz za swym mężem. W pewnej chwili 
uderzyła   konia   cuglami,   że   zerwał   się   jak   szczupak 
wyciągany   z   wody,   i   natychmiast   wyminęła   naszego 
przewodnika w odległości nie większej od cala. Wiedziałem 
(któż o tym nie wie?), że jazda na damskim

background image

siodle   jest   czymś   znacznie   trudniejszym   niż   na   męskim, 
ponieważ   nie   można   trzymać   wierzchowca   udami   i 
kolanami,   przez   co   łatwiej   spaść,   zwłaszcza   przy   skoku. 
Pani Elizabeth musiała być dobrą amazonką, kto wie, czy 
nie   najlepszym   jeźdźcem   z   naszej   czwórki?   Tak   więc 
pomyliłem się sądząc, że obecność kobiety ograniczy próbę 
mych   jeździeckich   umiejętności.   Teraz   znalazłem   się   w 
szeregu   tuż   za   Francisem,   przed   Edem.   Posuwaliśmy   się 
nadal cwałem, aż do chwili, w której, Francis zwolnił biegu. 
Spojrzałem z boku i dostrzegłem przyczynę: wąską dróżkę 
przegrodzoną   prymitywną   zasieka   palików.   Ujrzałem,   jak 
pani   Elsie   zamiast   zatrzymać   wierzchowca,   trzasnęła   go 
szpicrutą,   pochyliła   się   na   siodle,   ściągnęła   cugle   i 
przeskoczyła nad płotkiem.

— Brawo,   Elsie!   —   zawołał   Francis.   —   Ale   nie   pój-

dziemy w twoje ślady. — Odwrócił się ku mnie i powie-
dział: — Trzeba nieco rozebrać płotek.

— Niech pan poczeka — odparłem.
— O co chodzi, doktorze?

Zaiste   chyba   diabeł   mnie   skusił.   Uderzyłem   konia 

piętami, pognałem, jak mogłem najszybciej.

Przez   kilka   lat   Karol   Gordon   niezłą   mi   dawał   szkołę 

jazdy,   ale   teraz   znajdowałem   się   po  zimowej   przerwie,   a 
poza   tym   nie   znałem   zwierzęcia,   na   którego   grzbiecie 
jechałem,   a   zwierzę   nie   znało   mnie.   To   nie   żart!   Jeśli 
wierzchowiec nie wyczuwa tego, co chce uczynić jeździec, 
każda szybsza jazda może skończyć się katastrofą. Dlatego 
powtarzam:  diabeł musiał mnie podkusić do postępku tak 
nierozważnego.   Resztka   rozsądku   nakazała   mi   wysunąć 
stopy ze strzemion. Cóż gorszego bowiem, jak spaść z nogą 
uwięzioną   w   strzemieniu   i   być   wleczonym   później   przez 
rozpędzone zwierzę?

Usłyszałem wołanie, wspiąłem konia ani na sekundę

background image

za wcześnie, ani na sekundę za późno i gładko przesko-
czyłem zaporę.

— Doskonale, doktorze! — zawołała Elsie Norton. — 

Gdzie pan się tego nauczył?

Mam przyjaciela, zamiłowanego koniarza. To jego 

zasługa.

background image

Tymczasem obaj bracia uporali się z płotkiem, obniżyli go 

do wysokości umożliwiającej przeprowadzenie koni.

— Ho, ho, doktorze — odezwał się Ned — ale z pana 

tajemniczy   człowiek.   Inny   z   taką   umiejętnością   jazdy   na 
pewno   pochwaliłby   się   przede   mną,   a   pan   zaledwie 
napomknął,   że   umie   trzymać   się   na   siodle.   I   ja   w   to   nie 
bardzo wierzyłem! Gdzież pan się tego nauczył? Przecież nie 
w Milwaukee?

Powtórzyłem swą odpowiedź.

Ruszyliśmy dalej, aż ścieżka zginęła w zielonym kobiercu 

traw   ciągnącym   się   het,   daleko,   ku   wodnej   tafli   jeziora 
wielkiego   jak   morze,   Michigan,   które   poprzez   podobne, 
śródlądowe   morza:   Huron,   St.Clair,   Erie,   Ontario   i   rzekę 
Świętego   Wawrzyńca,   łączy   się   z   Oceanem   Atlantyckim. 
Olbrzymi szlak wodny! Jezioro Michigan jest mi znane, nad 
jego brzegami leży przecież moje rodzinne Milwaukee, ale 
co innego nie tknięta gospodarką człowieka, malownicza w 
swej pierwotności przyroda, a co innego brudny i zadymiony 
port.

Było  pusto,   cicho i  pięknie.  Z  lewej   strony ograniczała 

pole widzenia czarna ściana lasu, biegnąca z niewidocznej 
dali   aż   prawie   ku   samej   wodzie,   której   powierzchnię 
marszczył w drobniutkie fale łagodny i ciepły, prawdziwie 
wiosenny wiatr. Ten obraz natychmiast skojarzył się w mym 
umyśle   z   widokiem   dzikiej   przyrody,   tyle   razy 
obserwowanym podczas wędrówek, jakie przy boku Karola 
Gordona   odbywałem   poprzez   prerie,   bory   i   doliny 
majestatycznych   gór.   Teraz   zatęskniłem   za   tamtymi 
wyprawami.

Francis Norton powiódł naszą kawalkadę w stronę lasu. 

Wówczas dostrzegłem w cieniu pierwszych drzew niewielki 
domek   z   długą,   poprzeczną   werandą.   Przed   werandą 
sterczały   dwa   drągi   połączone   poziomą   belką,   wzorem 
saloonów małych miasteczek Dzikiego Zachodu.

Przywiązaliśmy konie do belki. Wnętrze budynku również 

było jakby kopią prawdziwego saloonu, ba, umieszczony nad 
wejściem   brzmiał:   „Grey   Owl's   Saloon.   Z   boku   widniał 
wizerunek szarej sowy,  ale różnił się bardzo od rysunków 
zdobiących autentyczne oberże tego typu — zbyt dobrze był 
wykonany. Wszystko tu było tylko podobne: sala o podłodze 
z surowych desek, długie ławy, szynkwas obity błyszczącą 
blachą i rzędy butelek na półkach. Jak dobrze to pamiętałem! 
Tu jednak z obrazem saloonu Dzikiego Zachodu nie zgadzał 
się widok stołów przykrytych śnieżnobiałymi obrusami ani 
strój   posługacza   odzianego   w   olśniewający   kitel,   ani 
porcelanowe talerze i błyszczące srebrem sztućce.

Ten   „Grey   Owl's   Saloon"   był   po   prostu   gospodą   dla 

miejskich   snobów,   którzy   nigdy   nie   wąchali   zapachów 
prerii,   stroje   traperskie   oglądali   tylko   na   rysunkach,   a 
polowali na... wiewiórki w podmiejskich lasach.

Przyjemnie jednak było siedzieć w tej przestronnej sali i 

spożywać potrawy znacznie w smaku lepsze od antylopiej 
polędwicy, bardziej okopconej i przypalonej niż upieczonej 
na obozowym ognisku!

Szczęśliwego dnia trafiliśmy do tego zakątka, bo, jak nas 

poinformował kelner, od wiosny do późnej jesieni pełno tu 
każdej  niedzieli,  a  nawet  w  zimie  sporo  gości  przyjeżdża 
saniami z Milwaukee.

background image

Gdy zakończyliśmy posiłek i wskoczyli na siodła, Francis 

Norton powiódł nas wzdłuż linii lasu, w kierunku jeziora, a 
później skręcił, aż wyjechaliśmy na polanę z jednej strony 
osłoniętą gąszczem drzew, z drugiej otwartą na niezmierną 
taflę   wody.   Tu   rozkulba-czyliśmy   konie   i   spoczęli   na 
derkach   rozłożonych   wśród   gęstej       trawy.     Rozmowa 
toczyła  się  na  temat  mego

background image

„nadzwyczajnego" skoku, co mnie  nieco krępowało. Więc 
szybko   zacząłem   mówić   o   jeździeckich   umiejętnościach 
pani Elsie, wyrażając szczery podziw. Okazało się teraz — a 
rzecz wyjaśnił  Francis Norton — że pani Elsie należy do 
klubu   jeździeckiego   w   Milwaukee,   że   dwukrotnie   brała 
udział w konkursach hippicznych, zajmując raz drugie, raz 
trzecie miejsce. Z kolei zagadnąłem Neda o jego przygody 
podczas handlowych wędrówek. Nie dał się prosić i w ten 
sposób sprawa mego skoku poszła w zapomnienie.

Nie   przytaczam   anegdot   Neda,   zbyt   wiele   zajęłyby 

miejsca,  a   nie   wszystkie  na  to zasługują.   Kiedy skończył 
opowiadać zwrócił się do mnie Francis:

— Nie zapolowałby pan, doktorze?

Musiałem   zrobić   bardzo   zdziwioną   minę,   bo   szybko 

wyjaśnił:

— Mam dubeltówkę.
— Gdzie?

— Przywiozłem w futerale przy siodle.

— A na cóż tu polować?

Niestety,   zwierzyna   godna   strzału   dawno   się   stąd 

wyniosła, ale pozostały wiewiórki.

— Bardzo lubię te zwierzątka — odparłem — i nie widzę 

powodu, by je mordować.

Zmieszał   się,   więc   żeby   jakoś   złagodzić   przykrość, 

zaproponowałem:

— Możemy postrzelać do celu...

Dobrze przecież wiedziałem, że chodziło nie o polowanie, 

ale o wypróbowanie mego oka i mej ręki.

— Ba — odparł — cel będzie nieruchomy.
— Niekoniecznie...

Wstałem i zbliżyłem się ku wodzie. Za linią traw ciągnęła 

się   wąska   i   długa,   piaszczysta   plaża.   Począłem   ją 
przemierzać   w   różnych   kierunkach,   aż   zaintrygowany 
Francis podszedł z dubeltówką w ręku.

background image

— Czego pan szuka?
— O,   jest!   —   zawołałem   schylając   się   po   wbitą   w   piach 

metalową puszkę. — Proszę — powiedziałem — oto, czego nam 
potrzeba. Chce pan ruchomego celu, mam go. Kto zaczyna?

Zrozumiał.

— Pan ma pierwszeństwo, doktorze.
Wręczył mi dubeltówkę, a ja mu podałem blaszankę.
— Niech pan rzuca — powiedziałem.

Zamachnął   się   i   cisnął   w   górę,   niezbyt   wysoko.   A   warto 

pamiętać, że przy strzelaniu clo rzutków im niżej się rzuci, tym 
gorzej dla strzelającego. Musi mieć szybki refleks, w przeciwnym 
wypadku, zanim zdąży się złożyć, rzucony przedmiot upadnie na 
ziemię.  Tak  więc   czas  celowania  ograniczony jest  do  sekundy. 
Jednakże strzał z dubeltówki nabitej śrutem daje duży rozrzut — 
trafić znacznie łatwiej niż jednym pociskiem.

Kiedy   blacha   zajaśniała   w   słońcu,   pociągnąłem   za   cyngiel. 

Puszka podskoczyła  tak, że zdążyłem  wypalić  i z drugiej  lufy. 
Znowu   trafiłem.   Nie,   nie   była   to   wielka   sztuka   dla   osoby 
obeznanej z palną bronią. Francis pogratulował mi tak szczerze, że 
albo   musiał   podejrzewać   mnie   do   tej   pory   o   całkowitą 
nieumiejętność posługiwania się bronią palną, albo też sam był 
bardzo kiepskim strzelcem.

background image

Na żelaznym szlaku

Szarzało. Daleka, pusta płaszczyzna, ciemniejąca z każdą 

chwilą   i   już   prawie   czarna   na   krańcach   horyzontu   — 
otaczała nas z trzech stron. Z czwartej zamykał widoczność 
maleńki   budynek   stacyjny   oraz   długi   sznur   towarowych 
wagonów.   Dostrzegłem,   jak   w   głębi   budki   maszynisty 
błysnęło   czerwono.   Zapewne   palacz   otworzył   drzwiczki 
pieca. Od parowozu wprost ku naszemu ognisku posuwała 
się szybko czarna sylwetka człowieka.

— Hal — rozkazał Norton — zbierz naczynia.  Pewnie 

wkrótce ruszymy.

Hal podniósł się wolno i podreptał ku torom, pobrzękując 

kociołkiem i patelnią.

W   sylwetce   sunącej   ku   nam   rozpoznałem   kierownika 

pociągu.

— Za pięć minut odjazd! — krzyknął w naszą stronę.
Poszedł dalej, wzdłuż szyn, ku ostatniemu z wagonów

błyskającego czerwonym punkcikiem nocnej latarni.

— Trzeba zagasić.

Norton   wstał   z   pnia,   wytarł   dłonie   o   spodnie   i   począł 

butem przydeptywać żarzące się głownie. Pomogłem mu.

Na tej małej stacyjce pociąg stał pół godziny, właściwie 

nie wiadomo po co, ale taki był rozkład jazdy. Korzystając z 
przerwy   w   podróży   —   nie   pierwszej   —   uwarzyliśmy 
kolację przy obozowym ognisku.

background image

—   Idziemy,   doktorze.   Prawdopodobnie   w   nocy   lunie 

deszcz. Podróż wagonem ma jednak swoje dobre strony.

Przytaknąłem   i   spojrzałem   w   górę.   Niebo   w   kolorze 

ołowiu pokrywały niskie chmury. Nie ukazał się nawet ślad 
wieczornej zorzy.

Wdrapaliśmy   się   do   wnętrza   wozu,   gdzie   pachniało 

sianem  i   końskim   potem.   Cztery  wierzchowce   zajmowały 
część   wagonu,   oddzieloną   deskami,   ale   dla   nas   i   dla 
bagażów   sporo   jeszcze   pozostawało   miejsca.   Usiadłem   w 
drzwiach. Parowóz zagwizdał żałośnie, szczęknęły łańcuchy, 
zgrzytnęły  bufory  i   powoli   począł   odsuwać   się   ku  tyłowi 
stacyjny   budynek,   za   nim   —   kępa   drzew,   jakieś  krzaki   i 
wodna   pompa.   Maszyna   zadudniła,   szarpnęło   powtórnie, 
koła poczęły wystukiwać swą monotonną melodię.

Jak doszło do tego, że znalazłem się w pociągu razem z 

Ed   Nortonem   i   jego   pomocnikiem   Hal   Burnsem?   Że 
jechałem żelaznym szlakiem ku południowemu zachodowi?

Potwierdziło się moje przypuszczenie, że wycieczka nad 

jezioro Michigan była rodzajem próby moich westmańskich 
zdolności.   Co   prawda,   próby   bardzo   powierzchownej, 
jednak widać wystarczającej dla wędrownego handlarza, bo 
w   dwa   dni   później   Ed   Norton   sam   zaproponował   mi 
wspólną   podróż.   Oświadczył,   że   przemyślał   wszystko 
jeszcze   raz   i   doszedł   do   wniosku,   że   dam   sobie   radę   z 
trudami   dalekiej   jazdy.   Oczywiście   —   nie   odmówiłem. 
Norton zagadnął mnie  o osobiste wyposażenie, bo — jak 
twierdził — miejskie ubranie ani nie pasuje, ani nie nadaje 
się do biwakowania na prerii.

Rzecz   jasna,   posiadałem   odpowiedni   strój.   Jednakże 

nabyty bodaj że przed sześciu laty i stale używany podczas 
kolejnych   wędrówek   z   Karolem,   znajdował   się   w 
pożałowania godnym stanie. Dlatego chętnie przystałem na 
propozycje Nor tona, że zaopatrzy mnie we

background image

wszystko,   co   w   długiej   podróży   przez   pustkowia   jest 
nieodzownie   potrzebne.   Nie   było   z   tym   kłopotu,   przecież 
właśnie sklep braci Nortonów dostarczał myśliwym i ludziom 
wybierającym   się   na   Dziki   Zachód   broni,   odzieży,   siodeł, 
worów do wody i mnóstwa innego sprzętu. Sklep Nortonów, 
jak   to   wkrótce   stwierdziłem,   liczył   sobie   dość   słono   za 
sprzedawany towar, dla mnie jednak zastosowano specjalną 
obniżkę cen. Bezstronnie muszę przyznać, że sprezentowano 
mi ekwipunek pierwszorzędnej jakości. Długo go dobierali i 
dopasowywali obaj bracia i to nie bez porady pani Elsie. Tak 
oto nabyłem jelonkową kurtę i spodnie, buty o podeszwach z 
bizoniej   skóry   oraz   szerokoskrzydły   kapelusz   odporny   na 
wszelkiego rodzaju kaprysy aury. Chcieli jeszcze dobrać pas i 
broń,   ale   te   przedmioty   zachowały   mi   się   w   doskonałym 
stanie. Zdziwili się bardzo, gdy ich o tym poinformowałem. 
Zdziwienie wzrosło przy odmowie kupna siodła z uprzężą. 
Moje dotychczasowe nadal było znakomite.

— Więc jednak wyprawiał się pan na dłuższe wycieczki 

— stwierdził Ed Norton.

— Przecież o tym wspominałem.
Miałem więc wszystko, poza... koniem. Mój wierzchowiec 

znajdował się w Fort Benton, razem z koniem Karola. A Fort 
Benton   leży   w   Montanie   (o   czym   już   mówiłem)   nad 
Missouri. Jest to odległość niewiele mniejsza od tej, która 
oddziela Milwaukee od celu mej  podróży — El Paso. Na 
szczęście,   i   w   tym   pomogli   mi   Nortonowie.   Wynaleźli 
rosłego   kasztanka,   który   poddany   próbom   jazdy,   zdał 
egzamin celująco. Ot, i było po kłopocie.

Później Ed Norton zaznajomił mnie szczegółowo z trasą 

podróży.   Mieliśmy   wyruszyć   we   trójkę,   bo   Nor   tonowi 
towarzyszył   jak   zwykle   pomocnik,   młody   chłopak   o 
nazwisku Burns. Konie zabieraliśmy aż cztery,  po jednym 
dla   każdego   z   jeźdźców   oraz   jucznego   luzaka,   mającego 
dźwigać toboły z towarami przeznaczonymi na sprzedaż. W 
drodze   powrotnej   ich   miejsce   miały   zająć   skórki   futrzane 
zakupione   od   czerwonoskórych.   Większa   część   drogi 
zaplanowano odbyć koleją, razem ze zwierzętami. Sądziłem, 
że   wsiądziemy   do  któregoś  z   wygodnych,   dalekobieżnych 
ekspresów,   a   konie   umieścimy   w   wagonie   towarowym. 
Omyliłem   się.   Bracia   Nortonowie   byli   dobrymi 
handlowcami i liczyli każdy wydany cent. Wyjaśniono mi, 
że   jazda   pośpiesznym   pociągiem   jest   zbyt   kosztowna,   że 
daleko lepiej i prawie równie wygodnie można dojechać do 
celu... towarówką, a kilka dni różnicy w czasie nie odegra 
roli.

— Ale przecież w pociągu towarowym nie ma miejsc dla 

pasażerów.

— Są, doktorze — roześmiał się Ned. — Widzę, że pan 

nigdy nie jeździł towarówką. Są miejsca dla pasażerów, jeśli 
jadą razem ze swoim towarem. Ja wynajmuję cały wagon i 
podróżuję   z   końmi.   Najlepsza   gwarancja,   że   nikt   ich   nie 
ukradnie, a poza tym rzecz wypada znacznie taniej.

— Jeszcze   taniej   byłoby   zrezygnować   z   przewozu 

zwierząt.

Potrząsnął przecząco głową.

Wiozę sporo towaru. Musiałbym go oddać na bagaż, a 

na południu nabyć trzy wierzchowce i dwa juczne. Za każdą 

background image

cenę.   Cóż   bym   bowiem   bez   nich   począł?   I   tak   będę 
potrzebował jeszcze jednego luzaka.

— To zrezygnować z pociągu.
— To  się   nie   opłaca.   Droga   trwałaby  zbyt   długo,   a  na 

jedzenie   wydałbym   więcej   niż   wynosi   koszt   biletów 
kolejowych.

Nie spierałem się dłużej. Norton posiadał doświadczenie.

background image

Jednakże   niecałą   podróż   mieliśmy   odbyć   żelaznym 

szlakiem.   Jedynie   do  granic   terytorium   Nowego   Meksyku. 
Tam, posuwając się konno, Norton chciał odwiedzić niektóre 
miasteczka, aby pozbyć  się części swego towaru, wreszcie 
dotrzeć   do   rozległych   rezerwatów   indiańskich   i   wymienić 
resztę   wiezionych   rzeczy   na   futra   lub   na   skóry   bizonie. 
Liczył,   że   te   zwierzęta   nie   zostały   jeszcze   do   reszty 
wytępione.

I   oto,   któregoś   wieczoru   opuścił   stację   kolejową   w 

Milwaukee   długi   pociąg   towarowy,   a   w   jednym   z   jego 
wagonów jechała nasza trójka. We wnętrzu było przytulnie i 
ciepło, a jednocześnie przez uchylone drzwi wpadało świeże 
powietrze.   Z   tłumoków   i   bagaży   porobiliśmy   niezłe 
legowiska i gdy deszcz padał — chwaliłem pomysł Nortona. 
Nie   tylko   zresztą   dlatego.   Byłem   również   zabezpieczony 
przed   przypadkowym   towarzystwem   nie   zawsze   miłych 
współpasażerów, mogłem spać o każdej porze dnia i nocy i 
stale   mieć   na   oku   własnego   konia.   Że   podróż   była   nieco 
monotonna?

Na pewno z wysokości siodła świat wygląda ciekawiej, ale 

za  to  w pociągu strugi  deszczu nie   lecą   za   kołnierz   i  nie 
trzeba   przerywać   jazdy   przy   większej   ulewie   lub   dla 
odnalezienia brodu na rzece.

Nieco kłopotu przysparzało nam przyrządzenie gorącego 
posiłku. Nie sposób było go warzyć we wnętrzu wagonu, a 
pociąg albo nie zatrzymywał się 

wtedy, gdy nadchodziła pora posiłku, albo zatrzymywał się 
na wielkich i ludnych węzłowych stacjach, gdzie nie można 
rozpalać ogniska.

To były najgorsze chwile w naszej podróży. Godzinami 

trwało   odłączanie   i   przyłączanie   nowych   wagonów. 
Zjeżdżaliśmy z torów na tory, w hałasie hamulców, szczęku 
buforów,   gwizdach   parowozu   i   nawoływaniach   obsługi. 
Kiedy jednak wreszcie ruszaliśmy poza panoramę ponurych, 
zakurzonych  budynków,  kiedy  wiatr  rozwiał  dymy  — od 
razu wracał mi humor.

Za najprzyjemniejsze uważam postoje na małych stacjach, 

gdy można było wysiąść, napoić konie, rozpalić ognisko i 
zagotować potrawę starym traperskim sposobem.

Z kierownikiem pociągu zapoznaliśmy się jeszcze przed 

odjazdem,   a   ponieważ   byliśmy   jedynymi   pasażerami, 
kierownik — który nudził się setnie — odwiedzał nas na 
każdym   prawie   postoju   i   uprzedzał,   jak   długo   ma   trwać 
przerwa.

Tak więc z Milwaukee nie gnaliśmy, bo to przesada, ale 

jechaliśmy   na   pewno   szybciej,   niż   gdybyśmy   pędzili 
galopem   —   przez   Chicago,   dorzeczem   Illinois,   aż   prze-
skoczyliśmy   z   łomotem   kół   most   nad   Missisipi.   Daleki 
Zachód zbliżał się ku nam, a w miarę jak się zbliżał, malały 
wielkie  miasta,  znikały  skupiska  domów,  rzedły kolejowe 
przystanki i nikły orne pola pokryte wiosenną runią. Coraz 
częściej   podbiegała   pod   tory   naga   przestrzeń   dziko 
rosnących traw, to znów las, odpowiadający echem na gwizd 
parowozu, podchodził do szyn tak blisko, że gałęzie drzew 
uderzały o ściany wagonów.

Pociąg   głucho   dudnił   w   ciemnym   tunelu   puszczy,   a 

migające   przed   oczami   pnie   i   witki   krzewów   stwarzały 

background image

złudzenie błyskawicznego pędu.

background image

Niekiedy zatrzymywaliśmy się na skrajach lasów, gdzie 

leżały polana poukładane w sagi, przygotowane do zabrania 
przez   maszynistę   —   najtańszy  opał   w   tych   stronach.   We 
trójkę   pomagaliśmy   obsłudze,   a   gdy   ostatnia   szczapa 
wędrowała na parowozowy tender, odpoczywaliśmy chwilę, 
wdychając   zapach   igliwia   i   mchów,   wilgotny   zapach 
wiosny.   Potem   maszyna   gwizdała,   kierownik   pociągu 
machał   ręką,   wskakiwaliśmy   do   pociągu,   ruszał   sznur 
wagonów   z   monotonnym   stukotem,   który   usypiał.   Nie 
zawsze   jednak   spaliśmy.   Często   Ed   Norton   opowiadał   o 
swych  handlowych  wyprawach, o drogach, które nie były 
drogami, lecz ścieżkami wydeptanymi     przez       antylopy, 
rzadziej    przez   bizony.

background image

O   strumieniach   bez   nazw,   szumiących   wodospadach, 
piaskach bezwodnych pustyń i zdradliwych bagnach leśnych 
ostępów.

Ten świat nie był mi obcy, ale się tym nie zdradzałem. 

Słuchałem rad handlarza udając powagę, bo chociaż słuszne 
— były mi dobrze znane. Opowiadał mi, jak można, jeśli ma 
się   nieco   wprawy,   rozniecić   ogień   bez   użycia   zapałki. 
Pogrzebał   w   tobołkach   i   wydobył   z   nich   punks: 
wrzecionowaty patyk   z  twardego  drzewa  o jednym  końcu 
płaskim, drugim zakończonym ostro, oraz zwykłą deseczkę. 
Cierpliwie trzeba wiercić patykiem w desce, aż drewno się 
zwęgli   i   zabłysną   drobniutkie   iskierki,   wtedy   wystarczy 
nieco   suchego   mchu,   aby   z   iskry   buchnął   płomień. 
Obejrzałem   ten   przyrząd,   ale   widać   nie   potrafiłem   udać 
zainteresowania,   bo   Norton   począł   mi   zachwalać   zalety 
takiego   punksa,   między   innymi   tę,   że   łatwo   można   go 
samemu   wykonać   —   wystarczy   zwykły   kozik   i   kawałek 
drewna,   natomiast,   gdy   zgubi   się   zapałki,   to   niemal 
katastrofa.

Udając naiwnego zapytałem:
A jak deseczka nasiąknie wilgocią?
Przyznał, że w takim wypadku nie da się rozniecić ognia, 

ale   dodał   natychmiast,   że   mokre   zapałki   są   równie 
bezużyteczne.

W   naszym   pociągu   jechało   tylko   trzech   pasażerów,   to 

znaczy legalnych pasażerów, znanych obsłudze. Okazało się 
jednak, że z towarowek chętnie korzystają, jak tylko mogą, 
inni wędrowcy. Kim oni są?

Po prostu trampami. Włóczęgami, którzy potrafią wśliznąć 

się do wagonów towarowych, mimo że obsługa tam zagląda. 
Zauważyłem, że kolejarze naszej towarówki coraz częściej i 
tym   dokładniej   sprawdzają   zawartość   wozów,   im  większa 
jest stacja, na której wypada postój. Początkowo nieco mnie 
to   dziwiło.   Sądziłem   bowiem,   że   chodzi   o   ochronę   przed 
złodziejami, ale na dużej, ludnej stacji trudniej o kradzież 
wiezionych towarów. Gdy odwiedził nas kierownik pociągu, 
zagadnąłem go w tej sprawie.

— Oczywiście   —   odparł   —   wciąż   kontrolujemy   stan 

zabezpieczenia towarów w wagonach, ale mamy już obecnie 
kilka   pustych   i   jednocześnie   otwartych,   które   odczepimy 
dopiero na Dalekim Południu. Te puste wagony sprawdzamy 
najczęściej.

— Nieproszeni pasażerowie?
— Właśnie to.
— Przepisy nie pozwalają — stwierdziłem.
— Właśnie to. Chociaż... — tu ściszył głos — niekiedy 

przymykamy   oczy,   jeśli   taki   jadący   na   gapę   nie   jest 
zawodowym trampem.

— Zawodowy tramp? — zdziwiłem się.
— Widzi pan... gdy znajdę w wagonie człowieka, którego 

nie   stać   na   opłacenie   biletu   za   przejazd   osobowym 
pociągiem, a konieczność życiowa zmusiła go do podróży... 
macham ręką.

— A skąd pan wie, kim jest taki pasażer?
— Trzeba   mieć   doświadczenie.   Dobre   oko   również. 

Wtedy się pozna, kto to taki. Przeważnie jednak podróżują 
zawodowi  włóczędzy.  Ludzie, którzy nigdzie nie zagrzeją 
miejsca, nigdzie nie pracują, chyba dorywczo. Najczęściej 

background image

żebrzą lub kradną. Nie są to wielkie kradzieże, skoro nadal 
korzystają z towarówek.

— Przecież mogą jeździć na gapę osobowymi?
— To zbyt wielkie ryzyko, bo jeśli złapie ich kontrola, 

nie wyrzuca po prostu, jak my to robimy, ale wzywa policję, 
spisuje protokół i jeśli jegomość nie ma czym zapłacić kary, 
musi ją odsiedzieć. Tego lękają się najbardziej. Nam brak 
czasu na takie ceregiele. Zresztą nas jest zaledwie trzech, nie 
licząc   maszynisty   i   palacza,   i   nikt   nie   może   pozostać   na 
stacji dla dopilnowania sprawy.    A na małych  stacyjkach 
najczęściej  nie ma

background image

policjanta   i   do   najbliższego   szeryfa   kilka   mil   drogi. 
Wyciąga   się   trampa   za   kołnierz   i   pilnie   baczy,   aby   nie 
zdążył z powrotem wskoczyć do wagonu.

— Po co ci ludzie tak jeżdżą?
— Mnie to również ciekawiło, ale prawdy dowiedziałem 

się   dopiero   od   jednego   z   takich   pasażerów.   To   nie   był 
typowy tramp. Jechał do Kalifornii do brata, który przyrzekł 
mu dobrą posadę. Nie od razu w to uwierzyłem. Przekonała 
mnie dopiero treść listu, który mi pokazał i zaświadczenie z 
pracy wystawione w Nowym Jorku. No, i pozwoliłem mu 
jechać dalej. Ale inni? Łgali, aż się kurzyło. Ci są najgorsi, 
stare   wygi.   Ja   ich   uważam   po   prostu   za   ludzi   chorych. 
Jeżdżą  latami,  to tu,  to tam,  bez  względu na porę roku i 
oczywiście bez żadnej istotnej potrzeby. Powiadają, że ich 
kolej zaczarowała. Słyszał pan coś podobnego?

— Szukają przygody — zauważyłem.

Być może. Na szczęście nie lubią zbytnio ryzykować. 

Dlatego nie ma wśród nich kandydatów na bandytów. Nie są 
westmenami   ani   poszukiwaczami   skarbów   nie   zbadanych 
ziem. W ogóle unikają wszelkiego chodzenia, wolą jeździć. 
Eekrutują   się   przeważnie   z   wielkich   ośrodków   miejskich, 
dlatego kręcą się po węzłowych stacjach, a nie ma ich na 
przystankach   ani   podrzędnych   stacyjkach   obsługujących 
wyłącznie wiejskie osiedla.

Kto  wie?   Gdyby   mieli   konie,   może   staliby   się 

kowbojami czy traperami?

Niech pan w to nie wierzy. Każdy z nich mógłby mieć 

konia, gdyby trochę popracował u farmera. Ale gdzie im w 
głowie   praca!   Posiedzi   taki   przez   kilka   dni   w   jednym 
miejscu i już gna ku szynom, byle złapać jakiś dalekobieżny 
i   przenieść   się   na   drugi   koniec   kraju.   To   dziwny   klan. 
Wspomagają   się   wzajemnie,   mają   ulubione   miejsca,   w 
których   umieszczają   swe   dziwne   znaki   ostrzegające:   na 
przykład przed zbyt ostrą obsługą pociągów czy przed zbyt 
srogą policją. W takich miejscach wpisują swe nazwiska, a 
raczej   przezwiska   lub   przezwiska   kolegów,   których 
poszukują. Widziałem te napisy niejeden raz na obudowie 
stacyjnych   zbiorników   na   wodę,   na   słupach 
sygnalizacyjnych, na pompach. To ich takie prywatne urzędy 
pocztowe. No, tu powinniśmy stanąć — dodał nagle.

Parowóz zagwizdał, szczęknęły hamulce. Ujrzałem kilka 

domków,   jakiś   potok   biegnący   wzdłuż   torów,   na   koniec 
budynek stacji. Zanim nasz wagon się zatrzymał, kierownik 
wyskoczył.

— I co pan na to? — zagadnąłem Nortona. — Widział 

pan kiedy trampa?

Zapewne   niejednego.   Mówię   „zapewne",   bo   trudno 

odróżnić trampa  od normalnego pasażera. I dopiero kiedy 
ten   ostatni   wsiada   spokojnie   do   osobowego   wozu,   a   ten 
pierwszy   skacze   do   znajdującej   się   w   biegu   towarówki, 
wiadomo,   kto   jest   kim.   Tak   trafia   się   za   dnia.   Podczas 
postoju   nocnego   obsługa   ma   ciężką   służbę   i   często   nie 
upilnuje się przed nieproszonymi pasażerami. Powiem panu, 
doktorze, że przed sześciu laty, jak jechałem przez Kansas 
City,  pociąg zatrzymywał  się na tej stacji aż siedem razy. 
Przez   trampów.   Ledwie   minęliśmy   ostatnie   budynki,   już 
wiedziałem,   co   się   święci.   Ujrzałem   wzdłuż   torów 

background image

rozstawionych ludzi. Pojedynczo. Jeden od drugiego o jard, 
o dwa. Rzecz na tym polega, że w ciągu dnia niełatwo jest 
wśliznąć się do wagonu niepostrzeżenie. Dlatego ustawiają 
się za stacją, gdzie pociąg już jedzie pełną parą, a obsługa 
nie może biegać po wagonach, bo między towarowymi nie 
ma  przejść.  Ale wtedy obsługa się  zawzięła.  Siedem razy 
przystawaliśmy,   siedem   razy   wypędzano   trampów   z 
wagonów i gnano ku tyłowi. Bo na końcu jedzie platforma, a 
na niej któryś z konduktorów, więc tam już

background image

skoczyć się nie da. Dlatego każdy doświadczony tramp, gdy 
go wygonią, gna co sił w nogach ku lokomotywie, by zająć 
dogodne do skoku miejsce. Ale nie każdemu się to udaje. 
Pociąg rusza gwałtownie i od razu pędzi. Ryzyko skoku jest 
wielkie, co odstręcza mniej odważnych. Opowiadano mi o 
wielu   trampach,   którzy   zginęli   pod   kołami.   W   Kansas, 
gdyśmy trzeci raz się zatrzymali, nawet obsługa parowozu 
wzięła udział w nagonce. Nielegalni pasażerowie pryskali na 
obie strony toru, aż się kurzyło,  lecz dopiero za siódmym 
razem   pociąg   został   z   nich   oczyszczony.   Siódmy   raz   za-
trzymaliśmy się akurat na moście. To było bardzo sprytnie 
pomyślane.   Wypędzeni   z   wagonów   nie   mogli   uciekać   na 
boki,   musieli   biec   ku   tyłowi   pociągu.   Potem   nawet   nie 
próbowali nas doścignąć. Nigdy pan o takich nie słyszał?

— Słyszeć,   słyszałem,   ale   chciałbym   kiedyś   porozma-

wiać z takim trampem.

— Po co, doktorze? To nie są przyjemni ludzie, niekiedy 

nawet niebezpieczni. Lepiej nie kusić licha.

Nie przeczuwałem wówczas, jak szybko spełnią się moje 

życzenia. Stało się to w dwa dni po wieczorze (o którym już 
wspominałem)   zapowiadającym   deszcz.   Niedługo 
czekaliśmy.   Gdy   pociąg   ruszył,   spadły   krople,   a   później 
nieprzenikliwa,   zimna   ciemność   okryła   ziemię.   Spałem 
znakomicie, kołysany stukotem kół, bo jechaliśmy całą noc 
bez   przerwy.   Rankiem   ujrzałem   na   nowo   niebo   barwy 
ołowiu, zasnute deszczem, i zupełnie pustą dal. Humory się 
nam popsuły. Norton zagadywał i nadrabiał miną starając się 
rozruszać   mnie   i   Burnsa,   ale   bez   skutku.   Dokuczał   nam 
chłód i wilgoć. Marzyliśmy o kubku gorącej kawy,  której 
nie  mogliśmy przecież zagotować.  Kiedy wreszcie pociąg 
zatrzymał się, siąpiący deszczyk przeszedł w ulewę. Nawet 
kierownik nas nie odwiedził, jak czynił to każdego ranka.

background image

Norton oświadczył, że kładzie się z powrotem spać, ja siadłem na 
tobołku i gapiłem się w szarą dal żałując, że nie zabrałem ze sobą 
żadnej książki. Z nudów spróbowałem pociągnąć za język Burnsa. 
Nie   udało   się.   Zawsze   odpowiadał   monosylabami   i   należał   do 
najbardziej małomównych ludzi, jakich zdarzyło mi się spotkać.

Dopiero następnego ranka przejaśniło się, ale ziemia, jak daleko 

sięgnąć   wzrokiem,   świeciła   wilgocią,   upstrzona   kałużami   i 
rozlewiskami.   O   rozpaleniu   ogniska   nie   było   co   marzyć.   Na 
którymś z kolejnych postojów przywędrował kierownik pociągu z 
wiadrem pełnym wrzątku. Przyjęliśmy go z entuzjazmem. A skąd 
wrzątek? Z parowozu. Woda nie była zbyt smaczna, lecz gorąca! 
Zaparzyliśmy   mnóstwo   kawy   i   podróżowali   dalej   razem   z 
gościem, ponad trzy godziny. Wreszcie słońce przepędziło resztki 
chmur,   ziemia   poczęła   parować   i   zrobiło   się   znacznie   cieplej. 
Wówczas   wypadł   następny   przystanek.   Kierownik   wysiadł 
zapowiadając   krótki   postój.   Wyskoczyłem   i   ja   rozprostować 
zdrętwiałe mięśnie, a Hal Burns poszedł z wiadrami do strumyka 
płynącego   przez   nagą   równinę,   żeby   napoić   konie.   Począłem 
spacerować wzdłuż wagonów. Wypełnione towarem i opatrzone 
odpowiednimi nalepkami z nazwą stacji docelowej, były na głucho 
zamknięte i zaplombowane. Natomiast puste wagony miały drzwi 
szeroko   rozsunięte,   aby   można   było   szybko   sprawdzić,   czy 
wewnątrz ktoś się nie ukrył. Szedłem zerkając raz po raz w głąb 
pustych   wagonów,   aż   przystanąłem   przy   jednym   z   ostatnich. 
Drzwi   były   częściowo   zasunięte.   Spojrzałem   przez   szparę   — 
półmrok,  pusto, ale  wydało  mi  się,  jakby w kącie  tkwiła jakaś 
czarna sylwetka. Chwyciłem za antabę i wskoczyłem. Ktoś rzucił 
się ku zamkniętym po przeciwnej stronie drzwiom. Nie ustąpiły. 
Położyłem mu rękę na ramieniu, czułem, że drży.

background image

— Nie bój się, nie jestem kolejarzem.

Odwrócił   się.   Wówczas,   mimo   mroku,   ujrzałem   jego   twarz 

skurczoną   strachem,   pobladłą   i   rozbiegane   oczy.   Sądząc   po 
wzroście,   nie   mógł   mieć   więcej   niż   czternaście,   piętnaście   lat. 
Młodociany tramp.

— Pan jest... łaps? — zapytał drżącym głosem.
Wiedziałem, co to określenie znaczy, więc odparłem:

— Nie   jestem   policjantem.   Jestem   pasażerem   i   jadę   w   tym 

pociągu.

Od razu poweselał.

— Kolega ze szlaku? — szepnął.
— Nie — zaprzeczyłem. — Zwykły pasażer.

Od strony parowozu dobiegł głos konduktorskiej świstawki.

— Ruszamy   —   stwierdziłem   i   mocniej   zacisnąłem   dłoń   na 

jego ramieniu. — Nie wyskakuj — przestrzegłem. — To pusta 
stacyjka, żadnego budynku w pobliżu.
I przestań się bać nareszcie! Nie zjem cię.

Pociąg drgnął i potoczył się z wolna.

— Doktorze! Doktorze!

Ujrzałem wychyloną z któregoś wagonu głowę Nortona.

— Jestem tutaj! — wrzasnąłem. — Przyjdę na najbliższym 
przystanku! Pomachał ręką i znikł.
— No — rzekłem cofając się w głąb — teraz możemy

swobodnie porozmawiać.

Stacyjka została daleko w tyle, a chłopak uspokoił się widać, bo 

przestał się trząść. Może uznał, że podczas jazdy nie mogę mu 
zrobić nic złego.

— Dokąd jedziesz?
— Do Kalifornii.
— Do jakiej miejscowości? 
Wzruszył ramionami:
— Albo ja wiem?

background image

— Nigdy dotąd nie byłeś w Kalifornii?
— Nigdy — a po chwili milczenia dodał: — Nie myślałem, że to 

tak daleko...

— Masz tam znajomych, krewnych? Pokręcił 
przecząco głową.
— Pierwszy raz w drodze?

— Po co te pytania? — żachnął się. — Czego pan chce?
— Poradzić w kłopocie.

Milczał i tylko  groźnie błyskał  oczami. Wyglądał  na osobnika 

nieufnego,  nieco  dzikiego,  zamkniętego  w sobie. Jeśli nie zdążył 
rozsmakować się we włóczędze, może da się go jeszcze ocalić?

— Co chciałeś znaleźć w Kalifornii? — zapytałem starając się 

mówić głosem spokojnym i przyjacielskim.

— Złoto — odparł zupełnie serio.
— Jak wpadłeś na taki pomysł?
— Słyszałem, że tam znaleziono złoto. Prawda?
— Owszem,   ale   zbyt   późno   się   o   tym   dowiedziałeś.   Złoto 

znaleziono przed czterdziestoma laty i przypuszczam, że to, co z 
tego złota jeszcze pozostało, nadaje się już tylko do wydobywania 
przy pomocy maszyn kruszących skały, a nie łopatą i sitem. Zresztą 
—   rozejrzałem   się   po   wagonie   —   widzę,   że   nie   wieziesz   ani 
jednego, ani drugiego.

I teraz nastąpiło coś dla mnie nieoczekiwanego. Chłopiec nic nie 

odpowiedział,   odwrócił   się,   zgarbił,   pochylił   głowę.   Odgadłem: 
płakał. Odczekałem kilka minut, żeby mógł się opamiętać.

— No,   no   —   powiedziałem   —   może   znajdzie   się   jaka   rada. 

Powiedz, co ci się przydarzyło?

Jąkając się zdradził mi swą tajemnicę: został okradziony!
Dalsze   wyjaśnienia   musiałem   z   niego   wyciągać   z   trudem   i 

powoli. Podróżował z towarzyszem, starszym od 

niego, z Chicago, 

gdzie   mieszkał   i   gdzie   właśnie   poznał   tamtego.   To   była 
banalna   historia.   Stary   nie   wiekiem,   lecz   doświadczeniem 
włóczęga   łatwo   namówił   na   wspólną   podróż   zupełnie 
„zielonego" wyrostka. Dlaczego?

Słowo po słowie dowiedziałem się i tego. Mój młody 

towarzysz wiózł tłumoczek sporządzony ze zniszczonego 
koca, a w tym tłumoczku miał zapasowe obuwie, zmianę 
bielizny i nieco prowiantu. Ale to jeszcze nie wszystko. 
Zabrał z domu — bo mieszkał z rodzicami — wszystkie 
oszczędności.  Nie było wiele,  ale  jednak  około  dziesięciu 
dolarów. Po co wyruszył w tę drogę? Padła rozbrajająco 
naiwna odpowiedź: od lat marzył o dalekiej podróży i wolne 
chwile spędzał na dworcu kolejowym w  Chicago  obserwując 
przyjeżdżające  i  odjeżdżające pociągi. Tam właśnie spotkał 
przyszłego kompana podróży. A że bał się wyruszyć w świat 
samotnie, ucieszyła go propozycja wspólnej eskapady.

— Powiedział   mi,   że   się   nazywa   Fred,   że   jedzie   do 

Kalifornii   i   może   mnie   zabrać   pod   warunkiem,   że   mu 
przyniosę pieniądze i żywność na drogę.

— Dużo chciał?
— Pięćdziesiąt   dolarów.   Nie   miałem   tyle.   Zaczął   na-

mawiać, abym poprosił rodziców, albo...

— I jak postąpiłeś?

— Odmówiłem.

To był twój pierwszy mądry postępek. A co on na to?

— Bardzo się zmartwił i zaproponował, żebym mu dał to, 

co mam przy sobie. Powiedziałem, że nie dam, aż będziemy 

background image

w drodze. No i... później umówiliśmy się.
Zabrałem   z   domu   jedzenie,   ile   mogłem,   i   wieczorem 
pobiegłem na dworzec.

— Nie sądziłeś, że rodzice zaczną cię szukać, że mogą 

przypuszczać, że stało się coś złego?

background image

— Zostawiłem   kartkę   z   wyjaśnieniem.   Na   dworcu   spotkałem 

Freda. Wyprowadził mnie kawałek za miasto, a później poszliśmy 
torami do miejsca, gdzie stały towarowe wagony.

— I ten Fred nie wydał ci się podejrzany?
— Nie przyszło mi to do głowy, był taki dla mnie miły.
— I co dalej?
— Kazał mi milczeć. Powiedział, że mogą nas złapać strażnicy.
— Myślę  — przerwałem  mu — że dzięki  tym  strażnikom od 

razu wtedy cię nie ograbił. Ale mów dalej.

— Bardzo się wtedy bałem — wyznał szczerze — lecz wstyd mi 

było zawrócić. Doszliśmy do towarowego pociągu. Stał na bocznym 
torze.   Fred   powiedział,   że   ten   pociąg   zaraz   rusza   do   Kalifornii. 
Skradając się jak Indianie, wskoczyliśmy do pustego wagonu. Wtedy 
Fred zażądał, żebym mu oddał pieniądze. Powiedziałem, że dam, jak 
ruszymy.   Staliśmy   jeszcze   z   godzinę,   wreszcie   poczułem,   że 
jedziemy. Wtedy wręczyłem Fredowi pieniądze.

— A on uciekł.
— Prawda,  ale nie zaraz. Jechaliśmy kilka dni  i wszystko  się 

nam udawało. Fred mówił, że to dlatego, że nie ma w tym pociągu 
poza   nami   żadnych   innych   trampów  i  konwojenci   myślą,   że  jest 
„czysty”. 

— Kiedy on uciekł?
— Fred?
Skinąłem głową.

— Powiedział, że idzie po wodę, było wtedy zupełnie ciemno.
— Kiedy?
— Wczoraj.  Na   takiej   małej   stacyjce.   Bardzo   się   przeraziłem, 

gdy pociąg ruszył, a Fred nie wrócił. Nie wiedziałem, co począć, już 
chciałem   wyskoczyć,   ale   pociąg   jechał   tak   szybko...   Później 
poczułem   głód   i   szukałem   swego   tobołka.   Nie   znalazłem   — 
zakończył z westchnieniem. Biedny chłopak.

— Jak pociąg stanie, pójdziesz ze mną.
— Dokąd? — przestraszył się.
— Do nas, do naszego wagonu.
— Nigdzie nie pójdę.
— Nie bądź głupi — zgromiłem go. — Przecież od wczoraj nic 

nie   jadłeś.   Chcesz   się   rozchorować?   W   ten   sposób   nigdy   nie 
dojedziesz do Kalifornii.

— A nie wyda mnie pan?

Możesz być spokojny,  dostaniesz jeść i położysz się spać.

— A pan dokąd jedzie?
— Do Meksyku.
— To może... może mógłbym się przyłączyć?
— Wybij   to   sobie   z   głowy.   Sądzę,   że   będzie   najlepiej   dla 

ciebie, jak wrócisz do Chicago. Słyszysz? Przystajemy.

Hamulce   rozpoczęły   już   swą   charakterystyczną   muzykę. 

Jeszcze koła się obracały, gdy wyskoczyłem.

— Chodź — rozkazałem — musimy się spieszyć!
Posłuchał. Chwyciłem go za rękę i pobiegliśmy, ile tchu w 
piersiach... Nim sznur wagonów znieruchomiał, obaj 
wgramoliliśmy się do wagonu.
— A to kto? — zdumiał się Norton.

— Mój znajomy — odparłem krótko. — Trzeba mu pomóc, ale 

przede wszystkim nakarmić. Od wczoraj nic nie miał w ustach.

background image

Bizony

Wysiedliśmy w małym miasteczku, skąd kolejowy szlak biegł ku 

zachodowi, a nasz — skręcał na południe. Wyleciała mi z pamięci 
nazwa   tego   miasteczka,   chociaż   zachowałem   jego   obraz:   niskie 
domki   i   szeroka   ulica,   po   której   toczył   się   właśnie   wóz   kryty 
półokrągłą budą — bliźniaczy tym, jakie wyruszały z pierwszymi 
osadnikami   na   Daleki   Zachód.   Na   tej   ulicy   dostrzegłem   sklep   z 
okropną werandą-przybudówką,« przed nią wbite w ziemię paliki do 
przywiązywania koni. Norton zaciągnął mnie do wnętrza i ku memu 
zdziwieniu   począł   się   targować   o   fantastycznie   kolorowe   derki. 
Kupił ich cały stos. Derek tych nie zabraliśmy natychmiast, lecz po 
nabyciu konia, co poprzedzone zostało wizytą u kowala. Tam nasze 
wierzchowce   otrzymały   nowe   podkowy,   a   Ned   —   adres   osoby, 
która   miała   konia   na   zbyciu.   Poszliśmy   potem   do   saloonu, 
prawdziwego   saloonu   Dalekiego   Zachodu.   Okropna   brzydota 
łączyła się z nieodpartym urokiem wydeptanej podłogi z surowych 
desek,   ze   stołami   niczym   nie   nakrytymi   i   z   obsługującym   gości 
właścicielem, barmanem, kelnerem i kucharzem w jednej osobie.

Przyznam, że po tak długiej jeździe pociągiem nieco odwykłem 

od chodzenia, a wędrówka z Nortonem, tu, tam i z powrotem, dała 
mi się we znaki. Z przyjemnością siadłem na prymitywnej  ławie i 
oparłem  łokcie na blacie stołu. Salka była pusta i cicha, za niskimi 
drzwiczkami,  które  pozwalały bez   otwierania  zajrzeć  do wnętrza 
saloonu lub wyjrzeć na zewnątrz, biegła pusta ulica, skąd słychać 
było tylko potupywanie naszych koni przywiązanych do palików.

Przy   stole   pojawił   się   kelner-barman-kucharz   i   w   chwilę 

później   piliśmy   piwo   („Kto   wie,   kiedy   je   znowu   łykniemy, 
doktorze")   i   krajaliśmy   wielkie   plastry   zimnej   pieczeni.   Była 
znakomita.

A mały tramp? Cóż z nim się stało? Odjechał w kierunku swego 
domu, do Chicago i mam nadzieję, iż przybył tam bez przeszkód. 
Zanim   dotarliśmy   do   Kansas   City,   dał   się   przekonać.   Nie   bez 
trudu.   Wydaje   się,   że   jego   upór   wynikał   przede   wszystkim   ze 
wstydu, że się tak dał oszukać pierwszemu-lepszemu włóczędze, 
więc chciał pokazać, że nie jest niedołęgą i potrafi sam wędrować.

Wytłumaczyłem   mu,   że   trampy   potrafią   wyprowadzać   w   pole 
bardziej doświadczonych i starszych od niego, ale za to jemu już 
nigdy się to nie przytrafi  po takim doświadczeniu. Chłopak był 
niegłupi   i   po   krótkim   namyśle   przyznał   mi   rację.   Na   osłodę 
dodałem, że w jego wieku „podróż na gapę" z Chicago do Kansas 
jest wielkim osiągnięciem, ale lepiej, aby się tym nie chwalił. W 
Kansas City kupiłem mu bilet do Chicago, Ned zaopatrzył go w 
żywność i chłopak odjechał.

Wypiliśmy piwo, zjedli pieczeń i nieco ociężali wskoczyli na 

siodła. Ned nie chciał nocować w miasteczku. Powiedział, że nie 
ma tu hotelu, a on nie będzie spał u nieznajomych ludzi.

—   Mam   sporo   towaru,   doktorze,   łatwiej   go   upilnuję   na 

pustkowiu niż tutaj.

Przyznałem  mu rację i  powlekliśmy się sznurem  pięciu  koni 

poza granicę ostatnich zabudowań i jeszcze dalej, dopóki zmrok 
nie położył kresu wędrówce. Ale

background image

właśnie   wówczas   dobrnęliśmy   do   brzegów   szeroko 
rozlanego   strumienia.   Na   jego   przeciwległej   stronie   rosło 
nieco  krzewów   i   kilka   drzew.   Tam   rozbiliśmy   obóz.   Hal 
Burns rozpalił ognisko, właściwie nie wiadomo po co, bo 
byliśmy najedzeni i żaden z nas nie zamierzał nic pi trasie. 
Na moją uwagę Norton odparł, że noce są jeszcze chłodne, a 
ta będzie na pewno zimna dla doktora, „który nie przywykł 
do noclegów pod gołym  niebem".  Nic na to nie rzekłem, 
zaprotestowałem dopiero wówczas, gdy po wypaleniu fajek 
na   dobranoc,   Norton   zdecydował   się   wyłączyć   mnie   z 
nocnej warty.

— Powinien się pan stopniowo przyzwyczajać, doktorze.

Mój protest nie odniósł skutku. Myślę, że nie z powodu 

troski o moje zdrowie, lecz z powodu troski o... towar. Na 
pewno   obaj   towarzysze   przypuszczali,   że   podczas   warty 
zdrzemnę się niejeden raz i nie zauważę złodzieja, gdyby 
taki tu się zakradł!

Otuliłem się pledem, pod głowę podsunąłem siodło, broń 

położyłem   obok   i   ze   stopami   wyciągniętymi   w   kierunku 
żarzącego się ognia — zasnąłem.

Może istotnie byłem bardzo zmęczony podróżą, a może 

tak na mnie podziałało powietrze dalekich przestrzeni, dość 
że   spałem   jak   niedźwiedź   w   zimowej   gawrze.   Kiedy 
otworzyłem oczy, słońce już stało ponad linią horyzontu, co 
jak dla westmana i trapera oznacza bardzo późną godzinę.

Czemuście mnie nie obudzili?

— Musi pan dobrze wypocząć, doktorze. Czekają nas nie 

byle trudy.

Muszę   przyznać,   że   ich   troskliwość   mocno   mnie   zde-

nerwowała. Humor  wrócił mi  dopiero podczas pakowania 
się do dalszej drogi, która miała coraz bardziej oddalać nas 
od żelaznego szlaku. Znajdowaliśmy się już w   granicach 
Teksasu  — jak  mnie  zapewnił  Norton,

background image

który tę trasę wielokrotnie przebywał. Teraz mieliśmy dotrzeć do 
doliny Południowego Canadianu i posuwając się ku jego źródłom 
osiągnąć terytorium Nowego Meksyku. Nie była to najkrótsza z 
wiodących do celu dróg, ale najwygodniejsza. Najkrótsza wiodła 
bowiem   przez   pustynne,   bezwodne   połacie   Liano   Estacado, 
rozciągającego się od doliny rzeki Pecos na zachodzie, po źródła 
Brazos i Południowej Colorado — na wschodzie.

background image

Na   Liano   nie   byłem   nigdy,   ale   Karol   Gordon   zapuścił   się 

kiedyś   w   te   niegościnne   ziemie.   Opowiadał   później   o   krainie 
płaskiej,   otwartej   i   bezludnej,   znaczonej   gdzieniegdzie   kępami 
kaktusów,   gdzieniegdzie   nagimi   jak   słupy   ogrodzenia   pniami 
jukki.   Trzeba   posiadać   sporo   odwagi,   a   przede   wszystkim... 
worków   z   wodą,   żeby   udać   się   w   tamte   strony.   Wielu   już 
próbowało i w piaskach zginęły całe karawany ludzi, którzy pra-
gnęli skrócić sobie drogę ze wschodu na zachód. Ed Norton nie 
chciał ryzykować, i słusznie.

Ruszyliśmy,   mając   słońce   po   prawej   stronie,   prościutko   na 

południe.   Naszą   karawanę   prowadził   Hal   Burns,   wiodąc   na 
linkach oba juczne zwierzęta. Norton i ja zamykaliśmy kawalkadę, 
bacząc   na   juki.   Zmienialiśmy   kolejność   tylko   wtedy,   gdy   na 
horyzoncie   ukazywały   się   postacie   jeźdźców   lub   pieszych. 
Trafiało się to jednak bardzo rzadko. Olbrzymi obszar Teksasu, 
mimo że już od 1845 roku posiadał prawa stanu, a kolonizacja 
zaczęła   się   jeszcze   wcześniej,   bo   za   hiszp-pańskiego,   później 
meksykańskiego   władztwa,  był   ciągle   jeszcze  niemal  bezludny. 
Przed siedmiu laty szacowano mieszkańców tego kraju na półtora 
miliona na obszarze 267 tysięcy mil kwadratowych.  Jak okiem 
sięgnąć,   ciągnęła   się   lekko   sfalowana   równina,   porosła   rzadką 
trawą.   Na   tej   równinie   napotykaliśmy   co   pewien   czas   małe 
strumyki o brzegach zarośniętych krzakami dającymi upragniony 
cień, gdy słońce stawało u szczytu nieba i wcale nie wiosenny upał 
spadał na ziemię. Nad tymi zbiornikami kryształowo czystej wody 
gasiliśmy pragnienie i poili konie. Wszystkie strumienie płynęły 
ku południowi. Zwróciłem na to uwagę Nortonowi. Przyznał mi 
rację   dodając,   że   świadczy   to   o   właściwym   kierunku   naszej 
wędrówki,  bo wszystkie  te rzeczki wpadają do Canadianu albo 
jego dopływów.

— Niech pan jednak nie sądzi, doktorze, że właściwy

background image

kierunek jest zawsze łatwy do określenia. Niejeden raz musiałem 
się nad nim dobrze nabiedzić, chociaż wędruję tędy co roku.

W   kilka   godzin   po   tej   rozmowie   spostrzegłem   w   sporej 

odległości  przed nami coś, co przypominało niekształtną plamę 
ciemnej barwy.

— Niech pan spojrzy — powiedziałem. — Ki li

cho?

Norton przyłożył dłoń do czoła, bo słońce raziło w oczy.

— Nie mam pojęcia — odparł po chwili.
— Plama się porusza.
Znowu spojrzał.

— Antylopy...   —   odparł   niepewnie   —   albo...   grupka 

jeźdźców. Bodajby to byli Indianie!

— Dziwne życzenie.
— Nie   takie   znów   dziwne.   Tutaj   wolę   spotkać 

czerwonoskórych   niż   blade   twarze.   Czerwoni   nie   złupią 
wędrownego handlarza, bo on im dostarcza kul i prochu, ale biali? 
Ileż to razy napadali na niewinnego człowieka tylko dlatego, że 
wiózł towar. Oczywiście, nie mam na myśli wszystkich białych 
buszujących po Dzikim Zachodzie...

Wyciągnąłem  z juków przy siodle lornetkę. Nie rozstawałem 

się   z   nią   nigdy   podczas   wypraw   w   nie   znane   strony,   gdyż 
możliwość   dalekiej   obserwacji   często   pozwala   uniknąć 
niebezpieczeństwa.   Ta   lornetka   stała   się   przyczyną   wesołości 
Nortona. Kiedy ją ujrzał w mych rękach pierwszy raz, stwierdził z 
udaną powagą, że nie wybieramy się do teatru ani na rodeo. Nie 
zareagowałem  wtedy na  tę  uwagę.  Teraz   przyłożyłem   szkła  do 
oczu.

background image

— To nie są jeźdźcy — stwierdziłem. — Możemy

spokojnie wędrować dalej.
_   — Antylopy?

— Nie.
— Więc cóż pan widzi?
— Nie jestem pewien — odparłem.
— Czyżby mustangi?
— Nie mustangi.
— Doktorze, drżę z niecierpliwości.
— Przecież   tu   nie   teatr   ani   rodeo   —   pozwoliłem   sobie   na 

złośliwość.

— Przepraszam, dostałem nauczkę. W przyszłości nigdzie się 

nie ruszę bez lornetki.

— Niech pan spojrzy przez szkła.
Ledwie zerknął, a już krzyknął.
— Bizony! Co za traf! Będzie pan miał okazję przyjrzeć się 

tym wspaniałym zwierzętom. Pędźmy jak najszybciej, bo jeszcze 
nam uciekną.  

Nie   uciekły.   Zbliżyliśmy   się   tak,   że   gołym   okiem   mogłem 

rozróżnić   poszczególne   sztuki,   policzyć   je   w   przybliżeniu:   od 
osiemdziesięciu   do   stu   okazów   tego   wymierającego   gatunku 
największych   (obok   szarego   niedźwiedzia)   czworonogów 
Północnej   Ameryki   pasło   się   przed   nami.   Wiedziałem   — 
opowiadał mi Karol — że jeszcze nie tak dawno można było z 
okien   pociągów   jadących   na   zachód   obserwować   stada   liczące 
tysiąc i więcej egzemplarzy. A gdy takie stado przebiegało przez 
tory,   pociąg   musiał   stawać,   mimo   że   specjalne   sikawki 
umieszczone   w   parowozach   wyrzucały   pod   silnym   ciśnieniem 
strumienie wody, by rozpędzić stado. Trzeba było nieraz czekać 
tak godzinę, dwie... Czymże więc była ta maleńka grupka, jaką 
teraz napotkaliśmy? Piesztką ocaloną od zagłady, wędrującą — jak 
zwykle o tej porze — z południa na północ.

Wjechaliśmy na spore wzniesienie, skąd rozciągał się

background image

widok   na   płytką   dolinkę   przeciętą   strumykiem.   Właśnie 
przeciwległym grzbietem dolinki wędrowały bizony. Sądziłem, że 
przejdą  bokiem,  ale  pomyliłem   się.  Idący  na  czele  przewodnik 
stada skręcił w dół zbocza, za nim ruszyły inne.

— Doktorze, o coś pana poproszę.
— Słucham.
— Niech pan dopilnuje naszych jucznych. Urządzimy z Halem 

małe polowanie. Zgoda?

— Jak to? To ja mam się przyglądać?
— Ktoś   musi   przypilnować   naszych   bagaży...   przepraszam, 

doktorze,   nie   to   chciałem   powiedzieć.   Polowanie   na   bizony   to 
niebezpieczna rozrywka. Hal i ja wielokrotnie braliśmy udział w 
takich łowach. Nie mogę się zgodzić, żeby pan ryzykował.

Już   miałem   zamiar   odpowiedzieć,   że   i   ja   polowałem   na   te 

wspaniałe   zwierzęta,   ale   powstrzymałem   się.   Postanowiłem   do 
końca grać rolę greenhorna. Zapytałem tylko:

— Cóż   pan   pocznie   z   taką   górą   mięsa?   Przecież   nie 

zabierzemy z sobą.

— Oczywiście, że nie. Tylko najsmaczniejsze kawałki. Nie o 

mięso   mi   chodzi,   ale   o   skórę!   Nie   ma   na   świecie   bardziej 
odpornego surowca, nie ma lepszego na buty, siodła, pasy.

— Dlatego wkrótce zniknie z powierzchni ziemi ostatni bizon 

— odparłem zgryźliwie.

Nie odpowiedział. Trzepnął konia cuglami, wydobył strzelbę.
— Hal! Zajedziemy je z boku.
Burns   rzucił   mi   linkę   od   jucznych   i   obaj   skręcili   w   lewo. 

Ruszyli   grzbietem   wzniesienia,   wreszcie   zjechali   ku   rzeczce. 
Bizony,   zaspokoiwszy   pragnienie,   pasły   się   teraz   na   łączce. 
Dotychczas   nas   nie   zauważyły.   Nic   dziwnego   —   zwierzęta   te 
mają kiepski wzrok, po-

background image

dobno dlatego, że im kudły opadają na oczy. Za to węch posiadają 
znakomity, ale teraz właśnie wiatr dął w naszym kierunku.

Siedziałem   na   koniu   z   linką   w   dłoni,   ale   gdy   obaj   moi 

towarzysze   oddalili   się   spory   kawałek,   zeskoczyłem   z   siodła, 
wyjąłem   kołki   z   juków   i   wszystkie   trzy   zwierzęta   uwiązałem. 
Niech sobie Norton nie wyobraża, że będę tkwił przy koniach! 
Zabrałem sztucer i zeszedłem kilkanaście kroków po zboczu, po 
czym siadłem.

Bizony   nadal   pasły   się   spokojnie   i   tylko   przewodnik   stada, 

olbrzym  z brodą sięgającą do kolan, potrząsał potężnym łbem i 
odwracał głowę raz w prawo, raz w lewo. Norton i Burns skręcili 
teraz   ku   wodzie,   przebyli   strumień   i   poczęli   wjeżdżać   na 
przeciwległe wzniesienie dolinki. Odgadłem ich plan: mieli zamiar 
zaatakować stado od tamtej strony i wpędzić je w wodę. Pomysł 
był   niezły,   ale   miał   jedną   zasadniczą   wadę:   wganiając   do 
strumienia,  jechało  się  pod wiatr, a  w takiej  sytuacji  zwierzęta 
musiały   zwietrzyć   myśliwych   jeszcze   przed   przystąpieniem   do 
akcji. Dziwne, że o tym nie pomyślał Norton. Może dlatego, że 
stracił   głowę   na   widok   stada,   a   może   dlatego,   że   nie   był   tak 
doświadczonym myśliwym, za jakiego się przedstawiał.

Skutek błędnego postępowania zaraz się ujawnił. Rozproszone 

dotąd   stado   poczęło   zdradzać   niepokój.   Zwierzęta   przestały 
szczypać  trawę. Te, które tarzały się na brzegu, zerwały się na 
nogi, a brodaty olbrzym zadarł łeb wietrząc.

Wstałem i zeszedłem jeszcze niżej. Czułem, że lada chwila całe 

stado   rzuci   się   do   ucieczki.   Ujrzałem,   jak   Norton   i   Burns 
rozdzielili   się.   Pierwszy   pogalopował   dalej,   równolegle   do 
rzeczki, drugi począł zjeżdżać ku wodzie. Teraz bizony zbiły się w 
zwartą gromadę, a później runęły w bok. Kiedy Burns zjechał na 
dno   doliny,   gnały   już   we   wściekłym   galopie   wzdłuż   brzegu. 
Wtedy właśnie ukazał się Norton. Zamiast  jechać równolegle z 
gnającym stadem, co stwarzało możliwość celnego strzału w lewy 
bok, wysunął się przed czoło stada. Nie mogłem pojąć, w jakim 
celu. Podniosłem się i sprawdziłem sztucer.

Bizony,   gdy   Norton   zabiegł   im   drogę,   skręciły   ku   nurtowi 

rzeczki.   Znalazłem   się   w   niezbyt   bezpiecznym   miejscu,   więc 
ruszyłem szybko w górę strumienia. Po kilkudziesięciu krokach 
zatrzymałem się i odwróciłem. Hal Burns gnał w kierunku stada. 

background image

To   był   zupełny   bezsens.   Należało   bowiem   stado   rozbić   na 
poszczególne sztuki, nie zbijać je w gromadę, co tylko utrudnia 
strzał i nie pozwala na wybór upatrzonego egzemplarza.

Bizony roztrąciły racicami wodę, aż bryznęła rzęsistą fontanną. 

Wtedy dostrzegłem, jak jeden odłączył się od grupy i skierował 
się w bok, w stronę Nortona. Norton powinien był natychmiast 
zawrócić. Nie uczynił tego. Jak się później dowiedziałem, poniósł 
go koń. Przerażony wierzchowiec gnał w stronę rzeczki, wpadł w 
jej nurt, a za nim pędził bizon. Prosto ku mnie.

Norton   zauważył   mnie   i   coś   krzyknął,   ale   wśród   tętentu   i 

plusku wody nie zrozumiałem słów. Jeździec już dosięgał brzegu, 
na którym stałem, gdy bizon rozbryzgiwał wodę w środku nurtu. 
Przyłożyłem   kolbę   do   ramienia   i   czekałem,   aby   minął   mnie 
Norton.   Nie   minął!   Tuż   przy   brzegu   jego   koń   zapadł   się   w 
bagienko aż po kolana, a jeździec przeleciał przez łeb i z chara-
kterystycznym plaśnięciem upadł na mokrą ziemię.

Bizon biegł w poprzek rzeczki wprost na nieszczęsnego konia, 

który  w   panicznej   trwodze   szarpał   się   i   zapadał   coraz   głębiej. 
Spojrzałem  na Nortona.  Nadal  leżał  nieruchomo.  Skoczyłem  w 
bok. W ten sposób jako cel miałem nie łeb gnającego byka, lecz 
jego   całą   sylwetkę.   Trzykrotnie   pociągnąłem   za   cyngiel,   za 
trzecim   razem   rozpędzone   zwierzę   zatrzymało   się   raptownie   i 
powoli osunęło w wodę. Podbiegłem do konia, schwyciłem go za 
cugle tuż przy pysku. Sprawa nie była łatwa i gdyby nie Burns, 
który   właśnie   przygalopował,   nie   dałbym   rady.   Razem 
wyciągnęliśmy z błota drżące ze zmęczenia zwierzę. Dopiero po 
tym  zawróciłem  w stronę Nortona. Siedział spoglądając  dokoła 
nieprzytomnym wzrokiem.

— Jak się pan czuje?
— Oj doktorze! Nie wiem, czy skręciłem  kark, czy nie, ale 

żebra mnie bolą, jakbym wszystkie połamał. Oj...

— Może pan wstać?

Podałem mu rękę. Podniósł się wolno, ciągle stękając.

background image

Ująłem     go     pod     ramię     i     zaprowadziłem     na     suchsze 
miejsce.

—Teraz proszę się położyć. 

Posłusznie wykonał polecenie.

— A bizony? — zapytał.

— Już ich nie ma — odezwał się Burns. — Został tylko jeden. 

Ten, którego upolował doktor. Gdyby nie trafił, byłoby po panu.

— Drugi raz ratuje mi życie — stęknął.
Ukląkłem przy nim i rozpiąłem mu bluzę.

— Z choroby wyleczyłby pana każdy lekarz — zauważyłem — 

a   co   się   tyczy   tego   bizona,   przypuszczam,   że   zadowoliłby   się 
koniem. Czemu pan gnał do rzeki?

— Koń mnie poniósł.
— Sporo w tym pańskiej winy.
— Jak to?
— Teraz proszę leżeć spokojnie.

Zbadałem go. Żadna z kości nie była naruszona, chyba dzięki 

temu, że upadł w miękkie błoto, cały był też tym błotem ubabrany.

— I co, doktorze?

— Sińce na pewno będzie pan miał, ale to wszystko.
Pomogłem mu wstać i chciałem wprowadzić na wzniesienie.
— Chwileczkę, doktorze — powstrzymał mnie. — Gdzież ten 

bizon? O, widzę! — ucieszył się. — Nie może leżeć w wodzie. To 
cenna skóra i chętnie ją od pana kupię.

— Ode mnie?
— Przecież pan go zastrzelił.
— Ale   pan   polował,   nie   ja.   W   najlepszym   więc   wypadku 

należy mi się połowa skóry. Proszę ją przyjąć na pamiątkę naszej 
wspólnej wędrówki, bizoniej pieczeni nie odmówię.

— Skoro tak... Hal, rozładuj nasze juczne i wyciągnij

background image

nimi bizona z wody. Trochę odsapnę, potem zdejmiemy skórę. 
Uff... jak mnie boli. Co za pech? Żeby nie ten narwany 
wierzchowiec, mielibyśmy niejedną skórę. Drgnąłem.

— Czyżby chciał pan zmasakrować całe stado?
Spojrzał na mnie zdziwiony.

— I zostawić kilka ton mięsa na pożarcie kujotom — dodałem. 

— Zaczynam się cieszyć, że pan runął z siodła. Chodźmy.

Powlókł  się  w  milczeniu.  Dopiero  gdy  osiągnęliśmy  grzbiet 

wzniesienia, stwierdził półgłosem:

— Nie   mogę   pana   zrozumieć,   doktorze.   Nigdy   pan   nie 

polował?

— Wiele razy, ale przenigdy nie zabijałem zwierzyny ponad 

potrzebę. Albo tylko w obronie własnej lub innego człowieka.

Zabrzmiało   to   trochę   patetycznie,   ale   byłem   wściekły   na 

Nortona.

Obóz   rozłożyliśmy   niedaleko   rzeczki,   w   której   leżała   „góra 

mięsa".   Pomogłem   Burnsowi   sprowadzić   konie,   napoić   je,   a 
później   przy   pomocy   linek   przywiązać   do   rogów   bizona. 
Zwierzęta   z   dużym   wysiłkiem   wyciągnęły   bizona   z   wody. 
Odszedłem, gdy przywlókł się Norton. Zdejmowanie skóry trwało 
dość   długo.   W   tym   czasie   zdążyłem   zebrać   sporo   uschłych 
patyków,   wędrując   wzdłuż   rzeki,   a   nawet   skonstruować 
prymitywny rożen. Na koniec rozpaliłem ogień i dopiero wówczas 
zjawili się moi towarzysze dźwigając skórę i spory kawał mięsa. 
Burns   zajął   się   kucharzeniem,   ale   mimo  najlepszych   wysiłków 
pieczeń okazała się twarda, o nieprzyjemnym,  ostrym  zapachu. 
Zgodnie stwierdziliśmy, że zabita sztuka to był stary osobnik, zbyt 
żylasty jak na nasze zęby. Po tym nieudanym posiłku Burns zajął 
się nacieraniem  wewnętrznej strony skóry drzewnym  popiołem, 
co   miało   zapobiec   kurczeniu,   wysychaniu   i   pękaniu.   Kiedy 
zakończył   tę   pracę,   miało   się   już   ku   zachodowi.   Tak   więc 
spotkanie   z   bizonami   przerwało   naszą   podróż   prawie   na   cały 
dzień.

Ledwie   zmierzchło,   a   Norton   począł   sobie   mościć   posłanie, 

powiedział: „dobranoc" i — nieco postękując — owinął się derką.

— Kto ma czuwać? — zapytałem.
— Nikt, doktorze. Ludzi w okolicy nie ma, a zwierzęta czeka 

nad rzeczką świetny posiłek, więc dadzą nam spokój.

Nie   bardzo   mi   to   trafiło   do   przekonania,   ale   nie   mogłem 

namawiać   Norton   a   na   wartę.   Kiedy   Hal   Burns,   uznający   za 
obowiązującą   go   decyzję   szefa,   również   poszedł   za   jego 
przykładem, wziąłem  sztucer i ruszyłem  na przechadzkę  wokół 
naszego obozowiska.

Było   ciemno   i   w   górze   poczęły   przebłyskiwać   gwiazdy. 

Wkrótce   ukazał   się   księżyc   i   rozświetlił   daleki   obszar   prerii. 
Zrobiło   się   widno   jak   w   dzień.   Powędrowałem   na   grzbiet 
wzniesienia,   poniżej   którego   bezszelestnie   toczył   swe   wody 
strumień.   Tuż   przy   brzegu   czerniała   masa   bizoniego   mięsa. 
Jeszcze   nie   zgromadzili   się   przy   nim   nocni   biesiadnicy. 
Wiedziałem, że na pewno przyjdą, znęceni zapachem, który ja już 
czułem.   Zatoczywszy   krąg   wróciłem   do   ogniska   żarzącego   się 
wiśniową   barwą   nadpalonych   drewien.   Odwiązałem   od   siodła 
derkę, siodło ustawiłem jako oparcie dla pleców i w ten sposób 
ulokowałem   się   przy   ognisku.   Dokoła   było   cicho   i   ta   cisza 
podziałała na mnie usypiająco. Kiedy zbudziłem się, nadal trwała 
noc, ale już nie tak spokojna. Od rzeki niosły się naszczekiwania 
kujotów. Nocne bractwo ucztowało. Czy tylko preriowe psy?

background image

Chyba im biesiadę musiał przerwać jakiś większy drapieżnik, 

którego   woń   poczuły   nasze   konie.   Cała   piątka   skupiła   się   w 
pobliżu ogniska. Nie spały i nie pasły się. Miały głowy zwrócone 
w stronę rzeki i nerwowo strzygły uszami. Ten widok skłonił mnie 
do powtórzenia wędrówki. Jednak w najbliższym sąsiedztwie nic 
nie odkryłem. Norton słusznie twierdził, że mięso bizona uchroni 
nas od wizyty czworonogów. Stwierdziwszy ten fakt położyłem 
się i zasnąłem.

Obudził mnie ranny wietrzyk i zapach kawy. Przetarłem oczy. 

To Burns krzątał się przy rozpalonym na nowo ognisku. Norton 
jeszcze leżał, owinięty po czubek nosa brązowym kocem.

—- Co nowego, Hal? — zagadnąłem.

— Zaraz   będzie   kawa,   tylko   upiekę   podpłomyki.   Jada   pan 

boczek?

— Oczywiście, a co słychać z naszym bizonem?
-— Zostały tylko kości.

Wstałem i powędrowałem ku rzeczce z mydłem i ręcznikiem — 

przedmiotami, które wzbudziłyby śmiech prawdziwego westmana. 
No, ale ja nie byłem „prawdziwym". Burns powiedział prawdę, 
rogaty łeb i kości — oto co znalazłem zamiast bizoniego mięsa.

Zdjąłem obuwie, ściągnąłem odzież i zanurzyłem się w wodzie, 

w   najgłębszym   miejscu.   Sięgała   pasa   i   zimna   była   jak   lód. 
Natychmiast wyskoczyłem szczękając zębami. Namydliłem się i 
znowu   wskoczyłem,   nie   na   długo.   Po   czym   wytarłem   się 
szorstkim   ręcznikiem.   Resztki   snu   wyparowały   ze   mnie   jak 
wrząca woda z garnka.

Wróciłem do ogniska, pełen energii i dobrego humoru.

— Jak pan się dziś czuje? — zagadnąłem Nortona.

— Dzień dobry, doktorze. Trochę mi przeszło, ale nie całkiem.
— Proszę ściągnąć koszulę. Jeszcze raz sprawdzę.
Opukałem go i osłuchałem dokładnie, ale poza sińcami, które 

teraz wystąpiły na skórze, nic więcej nie odkryłem.

background image

— Proszę się cieszyć, że nie upadł pan na kamienie — 

zauważyłem. — A teraz dajcie mi kawy.

Od  pamiętnego  spotkania   z  bizonami   minęło  kilka  dni, 

podczas   których   coraz   bardziej   zbliżaliśmy   się   do 
Canadianu, w jego górnym biegu. Jak zapowiedział Norton, 
już   nazajutrz   mieliśmy   przekroczyć   granicę   Nowego 
Meksyku.   Ale   zanim   to   się   stało,   podczas   wieczornego 
biwaku   ukazał   się   nam   czarny   koń,   o   którym   już 
wspomniałem.  Koń wyglądający na nocną zjawę.

background image

Nocny gość

Zerwałem   się   pierwszy.   Pierwszy   chwyciłem   za   cugle 

chrapiącego ze zmęczenia i przerażenia zwierzęcia.

— Ostrożnie — zaszeptał za mymi plecami Norton.

Nie odpowiedziałem. Na grzbiecie konia siedział, raczej 

leżał   człowiek   z   dłońmi   wplątanymi   w   grzywę,   z   głową 
przytuloną   do   karku.   Dotknąłem   ramienia   tajemniczego 
jeźdźca. Nawet nie drgnął.

— Trzeba go ściągnąć. Hal, niech pan odłoży strzelbę, 

sam nie dam rady.

Ale   i   we   dwóch   dopiero   z   wielkim   trudem   zdjęliśmy 

jeźdźca   z   siodła.   Najwięcej   kłopotu   sprawiło   rozgięcie 
zaciśniętych kurczowo na końskiej grzywie palców — koń 
się płoszył. W końcu zupełnie bezwładne ciało zsunęliśmy z 
grzbietu.

— Ostrożnie — powiedziałem. — Tak, teraz połóżmy go. 

Hal, dorzuć do ognia.

— I   spętaj   zwierzę   —   dodał   Norton.   —   Cóż   za   nie-

spokojne stworzenie! Czy on żyje, doktorze?

— Sprawdzimy.

Płomień   rozbłysł   i   począł   migotać,   bo   z   ciemności 

dmuchnął   wiatr.   Ukląkłem   obok   nieruchomego   ciała. 
Zbadałem puls. Bił, chociaż bardzo słabo.

— Żyje   —   powiedziałem.   —   Trzeba   teraz   poszukać 

przyczyny omdlenia.

— To   jasne,   doktorze.   Musiał   pędzić   strasznie   długo, 

wyczerpała go taka jazda, ja sam...

background image

— Przyjrzał się pan koniowi? — przerwałem. Nie wygląda na 

to, żeby odbył  długą  drogę,  a nasz  gość,  jak widać,  wcale  nie 
ułomek.   Tacy   nie   mdleją   nawet   po   najdłuższej   jeździe.   Nie! 
Przyczyna musi być inna.

— Ba, jaka?
— Właśnie jej szukam. .

Nieznajomy miał na sobie grubą kamizelkę, a pod nią flanelową 

koszulę. Palcami rąk wyczułem, jak pierś podnosi się i opada w 
wyraźnie   wyczuwalnym   oddechu.   Nie   odkryłem   żadnego 
widocznego   obrażenia   ciała,   mimo   że   Hal   przyświecał   mi 
łuczywem.

— I co, doktorze? — niecierpliwił się Norton.
— Jak dotychczas... nic. Potrzebna mi woda.
— Hal — zakomenderował handlarz — skocz do rzeczki.

W   parę   minut   później   chlusnąłem   wiaderkiem   na   twarz 

leżącego.   Poruszył   głową   i   otworzył   oczy.   Wymamrotał   coś 
niezrozumiale,   usiłował   powstać,   ale   tylko   jęknął   i   opadł   z 
powrotem na trawę.

— Co wam jest? — zapytałem.

— Piekielnie boli — stęknął. — Tak mnie urządził...
Reszty zdania nie dosłyszałem. Zamknął oczy i leżał 
nieruchomo, ciężko dysząc.

— Musimy go przewrócić — stwierdziłem. — No... razem...

Dotknąłem pleców. , — O, u licha! Hal, niech pan weźmie drugie 

łuczywo i dorzuci do ognia. Źle widzę.

Rzeczywiście źle widziałem, za to moje palce trafiły na lepką 

prawie już zaskorupiałą powłokę, przypominającą w dotyku klej. 
Dobrze wiedziałem, co to takiego.

— Hal, jeszcze wody! Ten człowiek jest ranny.

Słyszy mnie pan? — zwróciłem się do leżącego.

Coś mruknął.

— Jak pan się czuje?

background image

— Źle — stęknął nie odwracając głowy. — Plecy mnie pieką 

jak ogniem.

— Zaraz temu zaradzimy. Trochę poboli. Ma pan szczęście, że 

trafił pan na lekarza.

— Na lekarza? — mruknął.
— I to jakiego! — wtrącił się Norton.
— Trzeba   odlepić   koszulę,   przyschła   do   rany,   tylko 

powinszować.

— Czego?

-— Umarłby pan z upływu krwi.
Nic nie odpowiedział. Zlałem mu plecy wodą, a kiedy materiał 

nieco   zmiękł,   poczęliśmy   —   Norton   i   ja   —   rozbierać 
nieszczęśnika. Kiepsko nam szło, przede wszystkim dlatego, że nie 
chciałem przysparzać rannemu dodatkowego bólu, po drugie — że 
mimo   wody   materiał   nadal   przylegał   do   rany,   po   trzecie   — 
przeszkadzała nam zła widoczność. Z wielkim trudem zdołaliśmy 
ściągnąć kamizelkę, z koszulą poszło jeszcze gorzej. Spocony z 
wysiłku zdołałem wreszcie oderwać flanelę od ciała. Natychmiast 
popłynęła krew. Przyniosłem swą podręczną apteczkę, obmyłem 
ranę   i   nałożyłem   opatrunek.   W   tych   warunkach   szukanie   kuli, 
która, jak stwierdziłem, nie przeszła na wylot, nie mogło dać wy-
ników. Dlatego, obandażowawszy pacjenta, powiedziałem:

— Kuli poszukamy jutro.

— To nie od kuli — jęknął przewróciwszy się na

bok. — Dostałem nożem...

Zrobiło mi się wstyd. Nie rozpoznałem przyczyny zranienia — 

to należało położyć na karb złej widoczności, ale zawsze.

— Tym lepiej — mruknąłem. — Czy jest tu w pobliżu jakiś 

saloon?

— Na takim pustkowiu?
— No, to gdzież pana w ten sposób urządzono?

background image

— Gdzie? Właśnie na pustkowiu.
— A kto?
— Żebym ja to wiedział...

Wzruszyłem ramionami. Nie chciał zdradzić tajemnicy — 

jego sprawa. Pomogłem mu wstać, a później umieściliśmy 
leże   niedaleko   ogniska,   gdzie   ułożył   się   jak   mógł 
najwygodniej.   Napojony   kawą,   co   uznałem   za   konieczne 
wobec takiego osłabienia, prawie natychmiast zasnął.

— Co z nim będzie, doktorze? — odezwał się Norton.
— Jeśli   nie   zajdą   jakieś   komplikacje,   za   parę   dni   z 

powrotem   znajdzie   się   na   końskim   grzbiecie.   Miał 
szczęście, że koszula zatamowała upływ krwi i że trafił na 
nas.

— Więc jutro nie ruszy się stąd.
— Wiem, że panu się spieszy. Niestety, jutro nie będzie 

zdolny do jazdy.

Handlarz   nie   pytał   więcej.   Rozstawiliśmy   warty,   które 

miały   się   zmieniać   co   dwie   godziny.   Należało   zachować 
ostrożność. Tajemniczy jeździec stanowił dowód, że okolica 
nie  jest bezludna, jak się  nam wydawało. Kto wie, może 
nawet   naszego   gościa   ścigano?   Jednak   noc   upłynęła 
spokojnie,   a   jedynym   skutkiem   czuwania   była   moja 
senność.

Ziewając i przeciągając się wstałem ze swego legowiska, 

zbudzony   brzękiem   garnczków,   trzaskaniem   polan   w 
ognisku i zapachem kawy unoszącym się nad kociołkiem. 
To Hal, który pełnił końcową wartę, krzątał się teraz przy 
przyrządzaniu rannego posiłku. Norton jeszcze spał, mimo 
że słońce dawno wspięło się na niebo, co według zwyczajów 
i   miary   Dalekiego   Zachodu   świadczyło   o   bardzo   późnej 
godzinie.

Mój pacjent także drzemał. Chwilę przysłuchiwałem się 

równemu   oddechowi,   potem   odszedłem   w   stronę  

lasu, 

gdzie   wśród   sitowi   ciurkał   strumyczek   i   gdzie   pasło   się   stado 
naszych   koni,   a   między   nimi   wierzchowiec   nocnego   gościa. 
Dawno   nie   oglądałem   tak   wspaniałe   prezentującego   się 
zwierzęcia! Było kruczoczarne, czernią przechodzącą w granat, z 
jedną białą strzałką na czole.

„Czyżby   koniokrad?"   —   pomyślałem   nagle,   wspomniawszy 

liche odzienie naszego gościa.

Opluskałem się w wodzie i wróciłem do obozowiska. Norton 

już wstał.

— Mamy piękny dzień, doktorze — powitał mnie wesoło.
— Co porabia mój pacjent?
— Jak pan widzi.

Wskazał na otuloną derką postać.

— Niech sobie jeszcze pośpi — odparłem. — Tylko mu na 

dobre to wyjdzie, a teraz...

Ująłem Nortona pod ramię i powiodłem w stronę lasu.

— Czy   pan   zwrócił   uwagę   na   uprząż   i   na   konia   naszego 

przybysza?

— No, było dość ciemno...

— Więc niech się pan teraz przypatrzy. 
Rozejrzał się dokoła i cicho gwizdnął.
— Ho, ho! To zwierzę jest warte... jest warte...

— Mniejsza z tym, ile. Na pewno bardzo drogi koń, a nasz 

niespodziewany przybysz jakoś nie wygląda na właściciela,

background image

— Hm,   podejrzewa   pan,   że   daliśmy   schronienie   ko-

niokradowi? Jednak ja oglądałem jeszcze gorszych obdartusów z 
nie   mniej   wspaniałymi   wierzchowcami.   Tu,   na   Dalekim 
Zachodzie, do pewnych spraw należy przykładać inną miarę.

Pouczywszy   mnie   w   ten   sposób,   chciał   wrócić   do   ogniska. 

Zatrzymałem go.

background image

— Chcę obejrzeć uprząż — powiedziałem — ale tak, żeby tego 

nikt nie zauważył.

— Dobrze, jakoś to urządzę. Pan jest podejrzliwy, doktorze.
— Tylko... ostrożny. Cóż pan wie o tym człowieku?
— Istotnie, nic.
— Więc spróbujmy dowiedzieć się.

Wróciliśmy w samą porę, bo Hal kończył pieczenie ostatniego 

podpłomyka, a ranny już się przebudził i siedział okryty kocem. 
Na mój widok usiłował wstać. Natychmiast go powstrzymałem.

— Żadnego  wysiłku!   — rozkazałem.  — Dopóki   nie  obejrzę 

rany.

— Dowiedziałem się, kto mnie wyciągnął  z biedy — odparł 

powoli. — Dziękuję.

— Każdy postąpiłby podobnie.
— Nie każdy — zaprotestował słabo. — Na przykład ten, który 

mnie tak dziabnął...

— W czasie bójki?
— Żeby to! Podszedł do mnie znienacka i ciachnął! Nawet nie 

wiem, kto.

— Tylu ich było?
— Pięciu. Dobrze, że koń znalazł się pod bokiem i że trafiłem 

do was.

— Koń trafił — sprostowałem — bo jeździec nie władał ani 

ręką, ani nogą.

Uśmiechnął się z widocznym wysiłkiem. Ten uśmiech, ta twarz, 

ten głos wydały mi się znajome.

— Och — stęknął — gdy się poruszę, zaraz mnie rwie. Czy to 

duża rana?

— Duża,   nieduża.   Podczas   wczorajszych   ciemności   niewiele 

mogłem zobaczyć. Sprawdzę teraz, ale najpierw... kawa.

Hal, jak zwykle milczący, podał wydzielone porcje. Wędzony 

boczek   na   podpłomyku   nigdzie   tak   nie   smakuje,   jak   na   prerii. 
Sprawdziłem to wielokrotnie. I nigdy człowiek nie zjada tyle, co 
podczas dalekiej wędrówki konnej. Dlatego przestałem sią dziwić 
traperom, którzy po pochłonięciu funta pieczeni twierdzili, wcale 
nie żartem, że zdołali zaspokoić pierwszy głód! Znałem jednego z 
takich.   Jadł   za   pięciu,   a   przecież   był   zawsze   szczupły,   nawet 
chudy.   Mieszczuch,   który   by   spróbował   tak   się   odżywiać, 
popadłby   szybko   w   żołądkowe   dolegliwości   albo   roztył   się   do 
karykaturalnych   rozmiarów.   Jednakże   wadą   traperskiego 
odżywiania   jest   całkowity   brak   owoców   i   jarzyn.   W 
przeciwieństwie do Indian, których jadłospis nie ogranicza się do 
potraw   mięsnych   (jedzą   leśne   jagody,   kukurydzę   w   rozmaitych 
postaciach,   a   lecznicze   wywary   z   ziół   znane   są   czarownikom 
wszystkich plemion), traper nie zna niczego poza mięsem, bo też w 
swym wędrownym życiu nie ma możliwości ani zdobycia, ani tym 
bardziej   dźwigania   ze   sobą   szybko   psujących   się   owoców   lub 
jarzyn. Co najwyżej nosi nabytą w jakimś miasteczku mąkę, i to w 
niewielkiej   ilości.   Odżywianie   się   wyłącznie   mięsem   powoduje 
nadkwasotę żołądka, przypadłość dokuczliwą i na dłuższy okres 
nawet groźną dla organizmu człowieka.

Zawsze   po   kilku   miesiącach   pobytu   na   Dzikim   Zachodzie, 

gdzie   mięso   stanowiło   podstawę   pożywienia,   wracałem   do 
Milwaukee   stęskniony   za   kapustą,   ziemniakami,   fasolą,   pełen 
marzeń o śliwkach, jabłkach i wiśniach. Ale teraz znajdowałem się 
dopiero na początku wielkiej i dalekiej drogi, więc boczek na go-
rącym podpłomyku był dla mnie znów smakowitą nowością.

background image

Po   rannym   posiłku   zająłem   się   naszym   gościem.   Stękał   i 

kwękał,   gdy   zdejmowałem   bandaże,   a   jeszcze   bardziej,   gdy 
zabrałem się do odlepiania przyschłego opatrunku.

Rana   się   nieco   zaskorupiła.   Stanowiło   ją   długie

background image

i   wąskie   cięcie.   Uderzającemu   albo   drgnęła   ręka,   albo   też 
uderzony pochylił się i to mu ocaliło życie. Ostrze noża trafiło w 
żebro i ześliznęło się czyniąc paskudne na oko, ale w istocie mało 
niebezpieczne skaleczenie.

Norton,   który   z   zainteresowaniem   przyglądał   się   „operacji", 

mruknął   coś   na   temat   „znakomitych   leków   indiańskich", 
zwłaszcza pewnego ziela, które przyłożone do rany usuwa ból i 
szybko goi.

— Ma pan to ziele? — zapytałem.
— Nie.
— To może go poszukamy?
— Ba, nawet nie wiem, gdzie rośnie.

—   No   to   —   uśmiechnąłem   się   —   poprzestaniemy   na 

tradycyjnym sposobie leczenia.

— Pan jest naprawdę lekarzem? — zapytał ranny. — Takim, 

co w mieście przyjmuje pacjentów?

— Jestem.
— I leczy pan ludzi na prerii?
— Od przypadku do przypadku. No, gotowe.
— Czy to coś poważnego?
— Gdyby   było   coś   poważnego,   nie   siedziałby   pan   tak 

swobodnie   i   nie   zjadł   tak   obfitego   śniadania.   Myślę,   że   nawet 
gorączka   nie   wystąpiła.   Organizm   silny,   a   rana,   jak   na   Dziki 
Zachód, powierzchowna. W sumie, za kilka dni będzie pan brykał 
jak młody jelonek, a na pamiątkę zostanie tylko blizna.

— I mogę jechać konno?
— Dzisiaj...   nie   radzę.   Opatrunek   zacznie   trzeć   ranę   i 

doprowadzi   do   zaognienia.   Dlatego   nie   trzeba   schylać   się   zbyt 
często.

— Muszę uprać koszulę i kamizelkę.
— Lepiej to odłożyć na później.
— Doktorze — wtrącił się Norton — coś panu pokażę.

background image

— Proszę   leżeć   spokojnie   —   poleciłem   pacjentowi   i 

wstałem.

Odeszliśmy kilka kroków od ogniska.

— Będzie   mógł   utrzymać   się   w   siodle?   —   zagadnął 

szeptem.

— Na pewno, jeśli nie nastąpią komplikacje.
— O,   toś   mnie   pan   pocieszył!   A   ileż   czasu   trzeba   na 

zagojenie?

— Niech pan rusza  — odparłem.  — Za  dwa, trzy dni 

dopędzę was.

Potrząsnął energicznie głową.

— Nigdy   na   coś   takiego   nie   przystanę.   Uważam,   że 

jestem odpowiedzialny za pana, a na samotnego wędrowca 
czyha   tu   wiele   niebezpieczeństw.   Przede   wszystkim 
niesłychanie łatwo zabłądzić. A co będzie, gdy pańskiemu 
pacjentowi nagle się pogorszy?

— Więc co pan proponuje?
— Znalazłem się w rozterce, ale przecież nie zostawię 

rannego   człowieka.   Dziś   nie   ruszymy   się   stąd,   a   jutro... 
zobaczy się. Odpowiada to panu?

— Porządny z pana chłop, Norton. Dziękuję.
— Nie ma za co.
— Oglądał pan uprząż?

— Tak. Właśnie dlatego odciągnąłem pana na bok. To 

wspaniała   uprząż.   Nikt   nie   używa   podobnej   na   Dzikim 
Zachodzie. Zbyt wiele kosztuje, a złodziejów tu nie brak.

— Sądzi pan, że gościmy koniokrada?
— Może... Proszę go spróbować pociągnąć za język.
— Spróbuję.
Kiedy wróciliśmy,  nieznajomy,  owinięty w koc, znowu 

spał.

— Wygląda   na   to,   jakby   przez   kilka   nocy   czuwał   — 

stwierdził szeptem Norton.

Niekoniecznie. Jest bardzo osłabiony upływem krwi. 

Weźmiemy go na spytki, gdy odpocznie. A gdzież to Hal?

Rozejrzałem się.  Hal klęczał nad brzegiem strumienia, 

dostrzegałem tylko czubek jego głowy.

— Pewnie  nabiera  wody  —  zauważył  Norton.  — Ale 

cóż teraz poczniemy, doktorze? Tyle wolnego czasu i nic 
do roboty! Bardzo to nudne.

Miał rację. Przymusowy postój na prerii nie należy do 

przyjemności.

— Hm,   można   by   iść   do   lasu   na   małe   polowanie   — 

rozważał głośno Norton — ale ani to pora, ani bezpiecznie. 
Rozsądek nakazuje trzymać się razem. Ten ranny jegomość 
nie   daje   mi   spokoju.   Przecież   wiozę   towar   za   dobrych 
paręset dolarów! Ech, legnijmy na słonku. Dogrzewa coraz 
mocniej.

Tak też postąpiliśmy. Leżałem, przymknąwszy oczy, aż 

złapał   mnie   sen.   Odrabiałem   zaległości   minionej   nocy. 
Kiedy się ocknąłem, było już dobrze po południu. Norton 
spał   obok.   Jeszcze   się   nie   obudził.   Niezmordowany   i 
milczący Hal coś tam pitrasił przy skąpym ogniu. Pachniało 
mięsem,   mąką   i   jeszcze   czymś,   czego   nie   potrafiłem 
odgadnąć.   W   chwilę   później   okazało   się,   że   to 
najprawdziwsza grochówka. Zbudziliśmy Nortona i mego 
pacjenta i szybko zabraliśmy się do jedzenia.

background image

— Wydaje mi się — powiedziałem do rannego — że już 

jutro   będzie   pan   mógł   jako-tako   utrzymać   się   na   siodle. 
Radzę udać się do najbliższego miasteczka i tam przez kilka 
dni odpocząć.

— A wy dokąd jedziecie?
Nie przypadło  mi  do smaku  takie  pytanie,  więc  odpo-

wiedziałem niezbyt   grzecznie,  jak odpowiada  się   w  tych 
stronach   na   pytania   osób   zbyt   ciekawych.   Wskazałem 
palcem przed siebie i powiedziałem krótko: — Tam — a 
później   machnąłem   ręką   za   siebie   i   dodałem:   ~— 
stamtąd.

Chyba zrozumiał, bo -wyraz zakłopotania odmalował się 

na jego twarzy.

— Przepraszam   —   powiedział   półgłosem.   —   Gdybym 

mógł... przyłączyć się. Chociaż na kilka dni.

— O, to już nie zależy od mej zgody. Proszę się zwrócić 

do szefa — wskazałem na Nortona.

Moja   odpowiedź   musiała   go   zaskoczyć.   Nie   powtórzył 

pytania. Oceniłem, że nie zalicza się do tych bezczelnych 
typów,   które   próbują   wbrew   wszystkiemu   narzucać   swe 
towarzystwo   i   pokrywać   niewyrobienie   życiowe   tupetem. 
Uznałem go za człowieka skromnego i zapisałem mu to na 
plus.

Nie — odezwał się Norton — nie możemy skorzystać 

z pańskiej propozycji. Udzielenie pomocy rannemu to był 
nasz obowiązek, ale na tym rzecz się kończy.

— To znaczy, że mnie pan wypędza — mruknął ranny. 

— Nie mam ani kawałka jedzenia, ani broni...

— Podzielimy się zapasami i każdy ruszy w swoją stronę. 

Preria jest szeroka, starczy miejsca dla każdego.

— Gdybym mógł wrócić... — szepnął na pół do siebie, 

na pół do nas. — Ale to niemożliwe.

— Nie pytaliśmy się — przerwałem — o powód nocnej 

wizyty. Nie nasza to sprawa, ale od nas zależy dobieranie 
sobie towarzyszy.

Powiedziałem to specjalnie ostrym tonem, licząc, że w ten 

sposób spowoduję naturalny odruch oburzenia, że przybysz 
wreszcie zdradzi swą tajemnicę.

Przyszedł Hal i — jak zwykle bez słowa wyjaśnienia — 

rozłożył na trawie dwie sztuki mokrego materiału: koszulę i 
kamizelkę nieznajomego. Uprał.

background image

Ranny zauważył to i aż poczerwieniał na opalonej twarzy.

— Dziękuję — powiedział — mogłem sam to zrobić.
— Nie mógł pan — odparłem — nie wolno się schylać. 

Teraz to wyschnie, otrzyma pan żywność, a jutro o świcie 
rozstaniemy się, co będzie pięknym zakończeniem naszego 
spotkania. Wobec... pańskiego milczenia — dodałem po 
krótkiej przerwie. — Chyba mówię zrozumiale?

Skinął głową.

— Znałem kiedyś pewnego doktora — odezwał się — i 

dużo   mu   zawdzięczam.   Panu   również,   ale   nie   o   tym 
chciałem  mówić.   Nazywam   się  Lewis  Stone.  Byłem  tra-
perem,   poszukiwaczem   metali,   kowbojem.   Wiodło   misję 
różnie, ale ostatnio bardzo kiepsko. Dlatego zgodziłem się 
wziąć udział w wyprawie myśliwskiej.
Wciągnął   mnie   do   niej   przygodny   znajomy,   ale   od 
początku wszystko mi się nie podobało. Umilkł — Kiepska 
płaca? — zapytałem, aby go skłonić do

dalszego mówienia.

— Płaca była dobra, tylko że zupełnie nie wiedziałem, 

co   mam   robić,   a   ja   lubię   wiedzieć.   Myślałem,   że   będę 
tropicielem zwierzyny i opiekunem 

czuwającym   nad   myśliwymi,   a   skończyło   się   na   tym,   że 
rąbałem drzewo, nosiłem wodę, czyściłem i karmiłem konie, 
rozbijałem   namioty,   a   nawet   szorowałem   garnki.   A   poza 
tym... oni nie mają pojęcia, jak zachowywać się na prerii... 

— I dlatego postanowił pan uciec — zauważył Norton.

— Nie   dlatego.   Zawarłem   umowę   na   trzy  miesiące   i 

byłbym  jej dotrzymał,  gdyby...  Jak już powiedziałem,  tę 
pracę naraił mi pewien znajomy kowboj, 

który się wynajmuje  do pilnowania bydła  w lecie, a zimą 
rzuca  

robotę i ucieka do miasta. Nic złego o nim nie słyszałem. 

Ściągnął   mnie   do   St.   Louis   razem   z   dwójką   innych   i   tam 
przedstawił jakiemuś panu. To musiał być wielki pan. Powiadam: 
wielki, bo miał lokaja ubranego niby generał, w czerwoną kurtkę 
ze złotymi  lampasami. Nigdy takiego  dotąd  nie  oglądałem.  Ten 
wielki pan nazywał się Roger Deen, syn fabrykanta, facet strasznie 
bogaty. To on zaprojektował wycieczkę na Dziki Zachód i do niego 
zgodził   mnie   znajomek.   Wyprawa   była   zwariowana   od   samego 
początku:  lokaj, kuchcik   i  nas,  świeżo  zwerbowanych,   czterech. 
Ruszyliśmy na koniach, ale i z wozem wyładowanym namiotami i 
różnym sprzętem. Takim, jaki tylko wariat mógłby zabierać w te 
strony. Nie uwierzycie, gdy powiem, że przywieźli z miasta stół i 
krzesła, że ten stół przed każdym posiłkiem lokaj nakrywa białym 
obrusem i podaje potrawy na tacy!  Słyszał kto o czymś takim?! 
Uśmiechnąłem się.

— Pan nie wierzy, doktorze?
— Nie takie dziwy oglądałem.
— No,   właśnie!   Oni   wiozą   żelazny   piecyk   do   gotowania, 

naftowe   lampy,   świeczniki   i   mnóstwo   tym   podobnych   rzeczy. 
Najgorsze, że ci ludzie zupełnie nie pasują do tych stron.

— Jak to: nie pasują? — zapytał Norton.
— Powiem panu tyle, że jedna z pań...
— Pań! — zdziwiłem się. — Tam są kobiety?
— Zapomniałem   powiedzieć,   że   Deen   zabrał   na   swą 

zwariowaną wyprawę żonę i jej siostrę. Otóż jedna "z tych kobiet 
zapytała mnie, czy nie można by złapać w sidła bizona! Słyszycie! 

background image

Bizona w sidła! A tamci mężczyźni...

— Poczekaj, Stone — znowu wtrąciłem się. — Opowiadasz 

tak chaotycznie, że nie sposób się zorientować. Kto towarzyszy 
Deenowi?

background image

— Mówiłem:   żona,   jej   siostra   i   jeszcze   taki   jegomość, 

koleżka Deena. Nazywa się... Scudder.

— To już wszyscy?

Wszyscy.   Ten Scudder  właśnie  chciał  zapolować  na 

pumy,   żeby   przywieźć   piękne   futro   z   wyprawy.   Co   za 
szczęście, że w tych stronach nie ma pum! Takie polowanie 
kiepsko by się skończyło. Co prawda Rathmoor...

— Stop! — krzyknąłem. — Kto to jest Rathmoor?
— Nie   mówiłem?   —   zdziwił   się.   —   Tak   się   właśnie 

nazywa  mój  znajomek,  który mnie  wciągnął do wyprawy. 
Ten   Rathmoor   wiele   mu   obiecywał,   nawet   polowanie   na 
pumy,   chwytanie   grzechotników,   ściganie   antylop   i   inne 
cuda, tylko na łapanie bizonów w sieci przystać nie chciał. 
Nawet   jak   na   jego   łgarstwa...   było   tego   za   wiele.   Długo 
jechaliśmy, aż przywlekliśmy się w te okolice; z tabunkiem 
koni,   z   wozem.   Jakie   to   konie,   możecie   sprawdzić,     na 
jednym z nich tu przybyłem.

background image

Przyznać muszę, że i obaj mężczyźni, i kobiety umieją trzymać się 
na   siodle,   jak   na   miejskich   ludzi.   Więc   powiadam,   jak   tu 
przybyliśmy,   a   po   drodze   nie   spotkaliśmy   nic   godnego   do 
polowania, Deen począł się krzywić. Tak go podbechtały kobiety. 
Powiedział Rathmoorowi, sam to przypadkiem słyszałem, że ich 
oszukuje, bo wodzi po bezdrożach, na których nawet komara się 
nie uwidzi. Rathmoor przysięgał, że to nie jego wina. Zbyt wolno 
jedziemy, zbyt wiele czasu traci się na różne kolacyjki, na ranne 
ubieranie się. Jeszcze tam różnych różności mu nagadał. Potem 
dodał, że zwierzyny jest w bród na terenie Nowego Meksyku, a 
nie   tutaj.   Rathmoor   miał   sporo  racji,   ale   nieco   przesolił   swym 
ostrym tonem. Widziałem, jak Deen poczerwieniał na twarzy i* 
nie wiem, na czym by się to skończyło, gdyby nie Florence (to 
jego   żona).   Przybiegła   usłyszawszy   gromki   głos   Rathmoora, 
odciągnęła męża na bok i coś mu tam tłumaczyła. Wreszcie Deen 
przyszedł   do   nas   (do   Rathmoora   i   do   mnie)   i   powiedział,   że 
poczeka kilka dni, lecz jeśli  i wówczas nie pokażą się bizony, 
pumy   i   antylopy,   zwolni   nas   z   pracy,   bo   nie   dotrzymaliśmy 
obietnicy.

Rathmoor tylko wzruszył ramionami, wziął mnie pod ramię i 

prawie   siłą   odprowadził,   nawet   się   nie   obejrzawszy.   A   kiedy 
znaleźliśmy się odpowiednio daleko, zapytał, czy widziałem kiedy 
większego   wariata.   Zaprzeczyłem,   bo   przecież   trzeba   być 
głupcem,   aby   tu,   na   pustkowiu,   odprawiać   jedynych   ludzi 
znających właściwą drogę. Tego dnia i dwu następnych nic więcej 
się   nie   wydarzyło.   Nawet   Deen   bardzo   grzecznie   się   do   nas 
odzywał,   a  Rathmoor  postępował  tak,   jakby  nic  między nim   a 
Deenem nie zaszło. Ale którejś nocy, bardzo późno, kiedy nawet 
kuchcik i lokaj poszli spać, wyciągnął naszą trójkę daleko za obóz. 
Tu   muszę   wspomnieć,   że   na   nas   czterech   ciążył   obowiązek 
całonocnych wart, więc nawet gdyby ktoś ze śpiących obudził się i 
spotkał   nas  przypadkiem,  nie  mógłby  mieć  żadnych  podejrzeń. 
Bardzo   byłem   ciekaw,   o   co   Rathmoorowi   chodzi.   Kiedy 
usiedliśmy, powiedział, że trzeba „zmiękczyć" tych greenhornów, 
bo w przeciwnym wypadku zaczną nami pomiatać. Jak to zrobić? 
Ano, skoro świt należy wymówić im pracę. Jeśli się nie przelękną, 
wsiądziemy na konie i odjedziemy. Nie za daleko, ale tak, byśmy 
mogli ich śledzić, sami będąc niewidoczni. Po kilku dniach, kiedy 
się najedzą strachu i z kretesem zabłądzą, wrócimy podyktować 
warunki. Nie powiem, żeby się mnie to podobało, ale milczałem. 
Wtedy odezwał się Chudy Bob. Podobno nazywa się Creddle, ale 
zawsze   słyszałem,   jak   nań   wołano   Bob   albo   Chudy,   bo 
rzeczywiście bardziej przypomina szkielet niż żywego człowieka! 
Ten jegomość  nie  podobał  mi  się od pierwszej  chwili, gdy go 
ujrzałem w St. Louis, ale pomyślałem wtedy, że Rathmoor wie, 
kogo sobie dobiera. Ten Chudy Bob teraz powiedział, że przecież 
wyprawa greenhornów może spotkać przypadkowo jakiegoś tra-
pera, który doprowadzi ich do najbliższego miasteczka, a tam już 
sobie dadzą radę.

"I   co   nam   wtedy   z   tego   przyjdzie?   —   zapytał.   —   Tylko 

stracimy dobrze płatną pracę. Ja radzę zabezpieczyć się".

„W jaki sposób?" — zapytałem.
„W jaki? Zabierzemy co najlepsze ich konie i zwiejemy nocą. 

Jeśli później nawet znajdą przewodnika, my zarobimy nieźle na 
koniach. Wiecie chyba, co są warte? Jeśli przewodnika nie znajdą, 
zgłosimy się po kilku dniach i podyktujemy warunki. Ręczę, że 
będą tak przerażeni, iż przystaną na wszystko i wybaczą nam taką 

background image

sztuczkę."

Myślałem, że Rathmoor oburzy się. Gdzie tam! Zaśmiał się, a 

reszta mu zawtórowała. Z wyjątkiem mnie.

background image

Przecież ci ludzie planowali rabunek. Ja się trzymam daleko od 
takich spraw. Zaraz też odezwałem się, że na mnie niech nie liczą. 
Ani przy ucieczce, ani przy rabunku. Umilkli, a później Chudy 
burknął, że ślamazarów nie potrzeba.

Pewnie doszłoby do kłótni, żeby nie Rathmoor. Pamiętam, jak 

powiedział ostro:

„Ty,   Chudy,   nie   obrażaj   mego   przyjaciela!   Stone   nie   jest 

ślamazarą i nigdy nie był. Zapamiętaj sobie!".

Po takiej uwadze nikt już nie ośmielił się mnie zaczepić i narada 

skończyła się na niczym. Myślałem, że Rathmoor zrezygnował ze 
swego planu. Ale gdzie tam! Tylko udawał i żeby nie przypadek, 
nic bym o tym nie wiedział. To zdarzyło się w nocy. Trzymałem 
pierwszą   wartę   wieczorną,   a   kiedy   Rathmoor   przyszedł   mnie 
zluzować, począłem szukać miejsca do spania. Wreszcie odkryłem 
jakiś dołek, w sam raz dla mnie...

— Streszczaj   się   —  wtrąciłem   —  inaczej   nie  skończysz   do 

rana.

Musiałem tak powiedzieć, bo Stone zaplątał się w szczegóły, 

które nie mogły nas interesować. Przypomniał mi w ten sposób 
bardzo   wielu   traperów,   którzy   po   tygodniach   przymusowego 
milczenia,   gdy   spotykają   ludzi,   stają   się   wodospadami 
gadatliwości i każdą swą opowieść przedłużają zupełnie zbędnymi 
opisami. A poza tym  nabrałem  pewności, że Stone'a  już raz w 
swym  życiu musiałem spotkać. „Lewis Stone, Lewis  Stone" — 
powtarzałem   w   myślach   i   nagle   otworzyła   się   w  moim   mózgu 
jakaś klepka. Lewis! Już wiedziałem. A czy on mnie poznał, czy 
też moja sylwetka zatarła się w jego pamięci?

— I co się stało później? — przynagliłem.
— Dołek był kiepski albo może to... przeczucie? Słyszałem od 

mądrych ludzi o przeczuciach, które ostrzegają...

background image

Teraz zniecierpliwił się Norton:

— Doktor miał rację, w ten sposób nie dojdziemy do żadnego 

mądrego końca. Co nas obchodzi jakiś dołek?

— Przepraszam. Chcę wytłumaczyć dokładnie, żebyście mnie 

uwierzyli.

— Dalej, dalej... — ponagliłem go.
— Właśnie   mówię...   Począłem   wałęsać   się   tu   i   ówdzie. 

Zajrzałem do koni, które rozłożyły się w trawie, pokręciłem się 
dokoła wozu, w którym spali kuchcik i lokaj, wreszcie obszedłem 
trzy namioty. Jeden z nich zajmował Deen z żoną, drugi siostra 
żony, trzeci koleżka Deena...

— Nie obchodzą nas te szczegóły — zauważyłem.
— Rozumiem.   We   wszystkich   namiotach   i   w   wozie   było 

ciemno i cicho. Rzecz normalna, natomiast dziwne mi się wydało, 
że podczas tej wędrówki nie spotkałem żadnego z naszej czwórki. 
Gdzież się podział Rathmoor, który objął po mnie wartę? Gdzie 
inni? Postanowiłem ich odszukać. Zacząłem podejrzewać, że się 
zebrali na jakąś naradę, i to w tajemnicy przede mną. To mi się 
bardzo nie podobało.

Znalazłem ich bez wielkiego trudu. Pewnie sądzili, że już od 

dawna  śpię, i  gadali  zbyt  głośno jak na nocną ciszę. Może się 
nawet pokłócili, bo nagle usłyszałem głosy. Przypadłem do ziemi. 
Wtedy najlepiej zorientować się w kierunku, skąd dźwięk dobiega. 
Nie jestem tropicielem śladów, ale przecież nieraz podchodziłem 
zwierzynę,   więc   miałem   nieco   wprawy.   Odkryłem   ich   we 
wgłębieniu   gruntu,   jakieś   sto   kroków   od   naszego   obozowiska. 
Gdybym  nawet stąpał jak bizon, nie dosłyszeliby mnie. Tak się 
zagadali.

Postaci nie rozróżniałem, było zbyt ciemno. Poznawałem je po 

głosie.   Właśnie   odezwał   się   Rathmoor.   Powiedział   coś   w   tym 
rodzaju (bo dokładnie nie pamiętam):

background image

„Chudy, wal zaraz do koni, weź siodła i przygotuj do drogi 

trójkę, którą wybrałem. Nie pomylisz się?"

Chudy,  od razu go poznałem po głosie, mruknął, że nie jest 

ślepy. Jego buty zaszeleściły w trawie o kilka cali od mej głowy i 
odszedł.

„A co zrobimy ze Stone'm?" — zapytał ten drugi.

„Nic   —   odpowiedział   Rathmoor.   —   Niech   sobie   z   nimi 

zostanie".

Wycofałem   się   tak   szybko,   jak   tylko   to   było   możliwe   bez 

spowodowania nadmiernego hałasu. Przyznaję, że nie wiedziałem, 
co mam począć. Czy pobiec do namiotów i obudzić Deena, czy też 
gnać   za   Chudym?   Doszedłem   do   wniosku,   że   zanim   podniosę 
alarm i zanim zaspany Deen zdobędzie się na decyzję, tamci zdążą 
uciec   albo   —   gorzej   jeszcze   —   zaatakują   nas.   Dlatego 
skierowałem się nie ku namiotom, ale w stronę koni. Pomyślałem, 
że   w   takich   ciemnościach   Chudy   nie   od   razu   mnie   pozna. 
Wykorzystam   zaskoczenie   i   powalę   go,   zanim   Rathmoor 
nadejdzie, a później załatwię Rathmoora i jego koleżkę.

— Co to znaczy „załatwię"? — wtrącił się Norton. — Chciałeś 

ich zabić?

— Gdzie tam! Nie znoszę mokrej roboty.  Po prostu miałem 

zamiar ogłuszyć i związać. O resztę niechby się Deen martwił. Źle 
kalkulowałem?

— Świetnie — odparłem — ale nic z tego nie wyszło.
— Skąd pan wie?
— Bo w przeciwnym wypadku nie siedziałbyś tu z nami.
— Ano  tak. Musiałem   kapinkę  zgłupieć  po tym  wszystkim. 

Prawda,   nic   z   tego   nie   wyszło.   Skoczyłem   na   Chudego,   gdy 
dopinał popręg przy siodle, ale w tej samej chwili wpadli tamci 
dwaj. Wtedy Chudy ryknął: „To Stone! Dalej na niego!"

Wiedziałem,   że   nie   dam   rady:   trzech   na   jednego.   Musiałem 

czym prędzej zniknąć. Koń stał tak blisko, że 

tylko ręką sięgnąć. 

Trzasnąłem Chudego pięścią w głowę, złapałem za cugle, 
nogę   wsunąłem   w   strzemię   i   wtedy   ktoś   mnie   dziabnął. 
Nawet   nie   bardzo   zabolało.   Wskoczyłem   na   siodło   i 
pognałem prosto przed siebie i nie wiadomo gdzie. Później 
musiałem   zemdleć,   bo   już   nic   więcej   nie   pamiętam.   To 
wszystko.

— No tak — mruknąłem — paskudna historia.
— Co ja mam teraz robić, doktorze?
— Najpierw   umyć   się   —   odparłem   żartem.   —   Nie 

wyobrażasz   sobie,   jaki   jesteś  brudny.   Chodź,   zaprowadzę 
cię do strumienia.

Pomogłem   mu   wstać   i   powlekliśmy   się   pod   las,   gdzie 

woda ciurkała po piaszczystym dnie. Stone ukląkł ostrożnie 
na   brzegu   i   niemrawo   spłukiwał   brud   z   twarzy   i   szyi. 
Przyglądałem   się   temu   przestrzegając,   żeby  nie   zachlapał 
pleców i opatrunku. Wreszcie, gdy ukończył  swą toaletę i 
siadł przy mnie, zapytałem półgłosem:

—- Tak więc, Złoty Lewis, zostałeś koniokradem?

background image

Złoty Lewis

Wytrzeszczył na mnie oczy. Wydało mi się, że nawet pobladł 

pod opalenizną.

— Pan się myli...
— Mam   dobrą   pamięć.   Ty   jesteś   Złoty   Lewis.   Pamiętasz 

Arizonę?

— Nie wiem, o czym pan mówi?
—   Wiesz,   wiesz.   Widziałeś   mnie   w   pueblo   Nawajów,   w 

gospodzie „Arizonac" w Rainy Valley... I ja ciebie tam widziałem. 
Czemu   jesteś   taki   niewdzięczny,   że   nie   chcesz   przyznać   się 
osobie, która już raz wyciągnęła cię z biedy?

Drgnął, jakby go grzechotnik ukąsił.

— Więc to był pan, doktorze?
— Świetnie udajesz, Lewis — stwierdziłem.
— Ależ nie! Zapomniałem, to było tak dawno...
— Wyciągnąłem cię z biedy nie po to, żebyś kradł konie.
— Nie   jestem   złodziejem   —   zaprotestował   energicznie.   — 

Przysięgam, że wszystko, co opowiedziałem, jest prawdą.

— To znaczy, że stałeś się koniokradem z przypadku. Myślę, 

że konia należałoby zwrócić.

— W   jaki   sposób?   Tamci   na   pewno   zrobiliby   ze   mnie 

koniokrada, jeśli już nie zrobili.

— Tym bardziej należy zwierzę oddać właścicielowi. Pomogę 

ci w tym, Lewis.

background image

— Dziękuję, doktorze. Ale co za przypadek? Chyba już minęło 

ze cztery lata, prawda?

— Co porabiałeś przez ten czas?
— Wróciłem do eksplorerstwa.
— Z jakim skutkiem?
— Trafiłem   na   bonanzę.   Zebrałem   złota,   ile   tylko   mogłem 

zmieścić w jukach, i ruszyłem do miasta.

— Po czym wydałeś wszystko po saloonach.
— Zgadł pan. Pieniędzy starczyło mi aż do wiosny. Wówczas 

ruszyłem z powrotem do swej kopalni skarbów.

— I nie trafiłeś.
— Ja bym nie trafił? Wystarczy, żebym raz zerknął na okolicę, 

a już wszystko mam w głowie. Trafiłem nie zmyliwszy drogi ani o 
cal. Zabrałem z sobą jucznego i dobrze się rozglądałem, czy kto za 
mną nie jedzie. To była mała, ustronna dolinka z siklawą walącą z 
samego środka pionowej skały. Dalej strumyk torował sobie drogę 
pośród głazów, aby zniknąć bez śladu w rozpadlinie. Kiedy po raz 
drugi   przybyłem   do   dolinki,   wyglądała,   jakby  uległa   trzęsieniu 
ziemi. Przecierałem oczy i sprawdzałem drogę. Powędrowałem na 
lewo i na prawo. Przed siebie i do tyłu. Po raz pierwszy przeląk-
łem się, że zbłądziłem. Ani śladu wodospadu, ani śladu potoczku, 
pionowa ściana zmieniła się w łagodną pochyłość, a dno dolinki 
jeżyło się od kanciastych  głazów, między którymi  leżały zwały 
piachu i drobnych  kamyków. Ale ja nadal  szukałem. Szukałem 
swego majątku pogrzebanego pod ziemią. Czasem zdarza się, że 
zbocze góry, które runęło, odsłania ukryte skarby. Tu nic się nie 
odsłoniło.   W   ten   sposób   skończyła   się   moja   bonanza.   Żebym 
wrócił tej samej jesieni, byłbym bogaczem jak ten Deen. Takiego 
mam pecha!

— Nie   przesadzaj,   Lewis.   Już   niejednemu   wydarzyła   się 

podobna przygoda. No, wracajmy.

background image

— Doktorze — zaniepokoił się — czy pana towarzysze 

wiedzą, że ja jestem Złoty Lewis?

— Nie wiedzą i nie dowiedzą się, ja im tego nie zdradzę, 

ale warunek!

— Jaki?

Nie powiedz nikomu, gdzie i kiedy spotkaliśmy się za 

pierwszym   razem.   Ja   tu   uchodzę   za   mieszczucha   i 
greenhorna i nie pragnę zmieniać  tej opinii. Dlaczego, to 
moja sprawa.

— Przyrzekam, doktorze.
— Świetnie! Chodźmy.

A teraz — kilka słów wyjaśnienia poświęconych Złotemu 

Lewisowi czy też Lewisowi Stone, jak kto woli.

Wspomniałem. uprzednio, że w ^883 roku bawiłem kilka 

miesięcy wraz z Karolem Gordonem w Arizonie, głównie w 
okolicach   małego   miasteczka   o   nazwie   Rainy   Valley,   a 
oprócz   tego   —   na   terytoriach   plemienia   Na-wajów,   z 
wodzami,  z którymi  zawarliśmy wieczystą  przyjaźń.  Nasz 
pobyt w tamtych stronach związany był (o czym również już 
wspomniałem)  z  koniecznością  likwidacji  bandy rabusiów 
noszącej nazwę „Słońce Arizony". Nie była to grupka luźno 
z   sobą   związanych   urwipołciów   i   zabijaków,   lecz   zwarta 
organizacja, nieco wzorowana na głośnym Ku-Klux-Klanie, 
licząca   chyba   ponad   setkę   członków   podległych   tajnemu 
kierownictwu i rzadko kiedy nawzajem się znających. Dla 
celów   rozpoznawczych   posługiwali   się   hasłem   i   oznaką 
wykutego w metalu stylizowanego słońca. Banda dała się we 
znaki   nie   tylko   farmerom,   ale   i   Nawajom,   a   kiedy 
bezradność   szeryfów   i   niechęć   osadników   do   ryzyka 
rozzuchwaliły   napastników,   Nawajowie   postanowili 
wykopać   topór   wojenny.   I   dopiero   ten   fakt,   głośno   roz-
trąbiony na całą Arizonę, skłonił władze administracyjne w 
odległym  Waszyngtonie do właściwej  oceny

background image

sytuacji.  Niestety,   ten  sam   Waszyngton   nie   dostarczył   środków 
umożliwiających   szybką   likwidację   ogniska   niepokoju.   I 
właściwie tylko Karol Gordon — zaopatrzony w pełnomocnictwo 
Rady do Spraw Indian — przy mojej skromnej pomocy potrafił nie 
tylko   uspokoić   wzburzonych   Indian,   ale   nawet,   umiejętnie 
posługując się czerwonymi wojownikami, doprowadzić do całko-
witej likwidacji „Słońca Arizony". Pomagało nam wówczas kilku 
dzielnych ludzi, między nimi: Adams, szeryf Rainy Valley, oraz 
pewien   bogaty   hacjender   meksykański:   don   Pedro   Gonzales, 
którego właśnie teraz jechałem odwiedzić.

A Lewis Stone?
Był   jednym   z   najmniej   znaczących   członków   bandy.   Nosił 

przezwisko   Złoty   Lewis,   ponieważ   dawniej   zajmował   się 
eksplorerstwem, głównie poszukiwaniem złota. Jak zdołałem się 
zorientować,   wciągnięto   go   w   szeregi   „Słońca   Arizony"   przy 
pomocy   szantażu:   albo   uczestnictwo   w   bandzie   i   prawo 
swobodnego   szukania   minerałów,   albo   groźba   przepędzenia 
Lewisa poza granice terytorium Arizony. Złoty Lewis nie należał 
do bohaterskich ryzykantów walczących samotnie (najczęściej w 
powieściach) o słuszne prawa. Wolał szukać złota jako członek 
„Słońca Arizony" niż... nie szukać go wcale.

Zetknąłem   się   z   nim   po   raz   pierwszy,   kiedy   był   jeńcem 

Nawajów. Podczas realizowania planu opracowanego przez Karola 
Gordona, który to plan przyjęliśmy za jedyny prowadzący do celu, 
a   celem   było   wykrycie   uczestników   bandy   „Słońca   Arizony". 
Wykorzystaliśmy fakt, że członkowie bandy najczęściej nie znali 
się   wzajemnie.   Mnie   została   powierzona   rola   jednego   z 
wtajemniczonych   —   znałem   hasło   porozumiewawcze,   a   nawet 
rozporządzałem znaczkiem z wizerunkiem stylizowanego słońca.

background image

Przedsięwzięcie było niebezpieczne, wymagające nie lada 

sprytu   i   szybkiej   orientacji.   To   właśnie   ja   —   za   zgodą 
Nawajów — uwolniłem Złotego Lewisa.  Jeniec okazał  się 
człowiekiem tak naiwnym, że dziwnie łatwo przeprowadzone 
„uwolnienie"   nie   wzbudziło   w   nim   podejrzeń.   Później   — 
dzięki   mimowolnej   pomocy   Lewisa   —   udało   się   nam 
ujawnić   dwuosobowe   kierownictwo   bandy.   W   wyniku 
zbrojnego starcia wielu bandytów poległo, wielu dostało się 
do niewoli, a między nimi i Lewis. Ponieważ jednak wykazał 
całkowitą   skruchę   i   pomógł   w   zidentyfikowaniu   herszta 
bandy,  postanowiliśmy powtórnie przywrócić mu wolność.. 
Nie   było   to   zamierzenie   łatwe   do   wykonania.   Oficjalny 
przedstawiciel władzy, szeryf Rainy Valley, -estro sprzeciwił 
się naszej propozycji. Na nic zdały się prośby. Wszystkich 
schwytanych — a wśród nich i Lewisa — pod dobrą strażą 
przetransportowano   do   fortu   Huachuca.   Zanim   jednak 
transport dotarł do miejsca przeznaczenia, Złoty Lewis zdołał 
umknąć. Szeryf nie robił z tego powodu żadnych wymówek, 
ale przez kilka kolejnych dni pokazywał nam obu (Karolowi i 
mnie) bardzo posępne oblicze i stał się dziwnie małomówny. 
Później jakoś mu to przeszło, a przy rozstaniu oświadczył z 
humorem, że nie rości do nas pretensji, a nawet skłonny jest 
przypuszczać,   że   Złotemu   Lewisowi   pomogły   w   ucieczce 
nadprzyrodzone siły!

Tak   to   się   wówczas   sprawa   zakończyła,   a   o   Złotym 

Lewisie nic już więcej nie słyszałem. Sądziłem, że opuścił 
Arizonę raz na zawsze w obawie przed spotkaniem szeryfa 
Rainy Valley łub przed zdemaskowaniem przez któregoś z 
farmerów.

Z opowiadania Lewisa wynikało, że nie pomyliłem się, a 

pchnięcie w plecy świadczyło chyba o jego uczciwości.

background image

Ciekaw   byłem   opinii   Nortona,   więc   zapytałem   go   w 

cztery oczy, co sądzi o Lewisie Stone.

— Wydaje się, że to człowiek uczciwy. Niejeden w jego 

sytuacji, bądź ze strachu, bądź z chęci zysku, przyłączyłby 
się do tamtej trójki, a nie występował przeciw nim.

Wydaje się czy też: na pewno? — zagadnąłem.

— Och, w tych czasach najtrudniej o pewność. Cóż my o 

nim wiemy, poza tym, co sam powiedział? Dlatego mówię: 
wydaje się.

Z kolei zwróciłem się do Hala:

— Wygląda   na   uczciwego   człowieka   —   odparł   —   z 

większym szczęściem niż rozumem.

— Dlaczego?   —   zapytałem   rozbawiony   taką   odpo-

wiedzią.

— Bo   gdyby   miał   lepiej   w   głowie   ułożone,   nie   on 

uciekłby, ale jego kumple. A gdyby miał mniej szczęścia, 
leżałby teraz z nożem wbitym w serce.

Wygłosiwszy tę wyjątkowo długą orację, oddalił się. Nad 
wieczorem zbadałem znowu ranę Stone'a. Nie znalazłem 
obrzęku ani zaczerwienienia.

— Będę mógł jechać? — zapytał.
— Sądzę,   że   tak.   Wyjątkowo   zdrowy   organizm   i   wy-

jątkowo czysta rana.

— To mogę ruszać razem z wami?
— Po tym, coś nam opowiedział, tak! Ale biada ci, jeśli 

skłamałeś.

Znowu   zaklął   się   na   wszystkie   świętości,   że   mówił 

szczerą prawdę.

Nadeszła noc parna i duszna. Parny i duszny był ranek. 

Zwierzęta   okazywały   zdenerwowanie,   ludzie   zlani   byli 
potem. Leniwie i sennie likwidowaliśmy nasz biwak. Norton 
już nie wspominał o rozstaniu ze Stone'em. Hal milczał jak 
zwykle. Więc Lewis osiodłał swe-

background image

go wspaniałego wierzchowca i ruszył za nami. Zauważyłem, 
że starał się trzymać jak najbliżej mnie, jakbym był jakimś 
piorunochronem mogącym go ustrzec przed nieszczęściem. 
Ano — już dwa razy wyciągnąłem go z biedy.  Ale teraz 
rozmyślałem,  czy Lewisowi nie szykuje się trzecia bieda? 
Jeśli   spotkamy   „wyprawę   myśliwską",   skutki   mogą   być 
nieoczekiwane. Komu uwierzy ten jakiś Deen? Zbójeckiej 
trójce   (która   pewnie   już   oskarżyła   Lewisa   o   ucieczkę   ze 
skradzionym  koniem)  czy naszemu  towarzyszowi?  A jeśli 
jemu — jak zachowa się Rathmoor,  Chudy Bob i ten trzeci?

Jakże   teraz   żałowałem,   że   przy   mym   boku   nie   jedzie 

Karol Gordon. Wymyśliłby coś właściwego.

Cały czas posuwaliśmy się w milczeniu. Ja — pogrążony 

w   rozmyślaniach,   inni   —   przygnębieni   zapewne   duchotą. 
Upał   wzmógł   się,   chociaż   słońce   skrywały   chmury.   Kark 
mego konia począł lśnić od wilgoci. Po przebyciu kilku mil 
niebo zaciągnęło się jeszcze ciemniejszą oponą i zerwał się 
gorący wiatr, nie przynoszący ochłody. Norton powstrzymał 
wierzchowca,   a   kiedy   się   z   nim   zrównałem,   odezwał   się 
apatycznym głosem:

— Nieźle   nas   rozgrzewa,   co?   Zanosi   się   na   burzę, 

doktorze, albo na coś jeszcze gorszego.

— Trąba powietrzna?
— Tak   myślę.   Przydałaby   się   nam   teraz   jaka   jaskinia 

albo chociaż skrawek lasu.

Rozejrzał   się   dokoła.   Jak   okiem   sięgnąć,   ciągnęła   się 

lekko   sfalowana   równina   bez   żadnej   kępki   drzew   czy 
krzewów.

Szara mgiełka wisiała nad krańcami horyzontu, a niebo 

wydawało się tak niskie, że wystarczyło podnieść rękę, by 
dotknąć czarnych chmur.

— Jedziemy dalej — zdecydował handlarz. — Zmoknąć 

na siodle, czy zmoknąć na ziemi... cóż za różnica?

background image

Oczywiście, różnicy nie było, więc jechaliśmy aż do chwili, gdy 

pierwsza   błyskawica   przebiegła   niebo   trój-palczastym 
rozgałęzieniem, a w kilka sekund później daleki pomruk grzmotu 
wypełnił przestrzeń.

— Czy   zatrzymamy   się,   szefie?!   —   zawołał   Hal   wiodący 

juczne konie w tylnej straży naszej kawalkady.

— Spróbujemy   jeszcze   kawałek.   I   tak   zmarnowaliśmy   cały 

dzień.

To było pod adresem Stone'a i nie spodobało mi się, ale nawet 

nie mruknąłem. Adresat — również.

Jechaliśmy więc dalej. Błyski  na niebie powtarzały się coraz 

częściej i trwały coraz dłużej. Grzmoty przybierały na sile, aż zlały 
się w jeden przejmujący łoskot, tak że konie poczęły kłaść uszy po 
sobie i płoszyć się. Spadły pierwsze grube krople. Deszcz gęstniał, 
wreszcie drżąca firanka wody uniemożliwiała widoczność.

— Zsiadamy — zarządził Norton. — Nie widzę drogi i boję 

się, że zamiast do Canadianu dojedziemy do źródeł Rio Grandę.

Co prawda, nigdy w tym miejscu nie istniała żadna droga, ale 

handlarz   miał   na   myśli   kierunek   jazdy   i   wolał   niedowierzać 
swemu instynktowi.

Przemoczeni od stóp do głów, zatrzymaliśmy się w szczerym 

pustkowiu.

— Jak tam rana? — zatroszczyłem się o Lewisa. — Ta kąpiel 

nie wyjdzie jej na dobre.

— Cóż począć doktorze! Ale czuję się nieźle.

Zeskoczyliśmy  z   siodeł   i   trzymając   zwierzęta   za  cugle,  stali 

gromadką, sieczeni przez upusty niebieskie. Niebo rozświetlało się 
i gasło, pioruny strzelały niczym  baterie dział, a tym odgłosom 
towarzyszył   potężny   szum   wody,   niczym   wodospadu   Niagary. 
Wiatr   pędził   fale   dżdżu   ukośnie,     tak   że   biły   w   nas   niczym 
strumienie

background image

wyrzucane z wylotów strażackich sikawek. Jak to długo trwało — 
trudno   mi   określić,   lecz   chyba   ponad   godzinę.   Potem   grzmoty 
poczęły  się   oddalać,   błyskawice   migotały   coraz   krócej   i   jakby 
nieco   przerzedziła   się   nieprze-nikliwa   zasłona   chmur.   Jednak 
deszcz   ani   wiatr   nie   ustawały.   Czułem   na   plecach   lodowaty 
prysznic i dobrze musiałem zaprzeć się w ziemię, aby utrzymać 
równowagę.   Nie  rozmawialiśmy,   zajęci  trzymaniem   płoszących 
się   wierzchowców,   zresztą   szum   wody   zagłuszał   słowa.   Ktoś 
trącił mnie w ramię. Odwróciłem się i ujrzałem Stone'a. Wyglądał 
jak przysłowiowa zmokła kura.

— O co chodzi? — krzyknąłem.
— Ktoś jedzie! — wrzasnął.
Rozejrzałem się dokoła, ale nic nie dostrzegłem. Potrząsnąłem 

głową na znak przeczenia.

— Nie mylę się — zahuczał mi nad uchem — wyraź

nie słychać turkot.

Słyszał turkot po rozmokłej od deszczu ziemi i w szumie, który 

tłumił każde słowo!

— Niech pan spojrzy, doktorze. Tam!
Spojrzałem.  Za drżącą zasłoną deszczu nie rysował

się żaden kształt, a przecież Stone się nie mylił. Zapamiętałem 
sobie to zdarzenie i odtąd przykładałem wielką wagę do tego, co 
Lewis usłyszał. Bo oto nagle za wodną ścianą ujrzałem wehikuł 
podskakujący  na  nierównościach  gruntu.   Wóz  kryty   półokrągłą 
budą, ciągniony przez dwa konie, gnał ku nam.

— A cóż to za wariat! — zakrzyczał Norton. — Na siodła!
Ledwie   zdążyliśmy  wykonać  rozkaz   i   nieco  odskoczyć,  gdy 

minął nas rozbryzgując błoto i wodę, pędzący pojazd. Wyglądało 
na to, że nikt nim nie kierował, bo nagle wóz zakolebał się, konie 
skoczyły w bok i pognały dalej.   Szarpnąłem  cuglami i ruszyłem 
za znikającym w półmroku kształtem. W minutę znalazłem się tuż 
przy przednich kołach, w sekundę później — na linii końskich 
łbów.

— Doktorze! Teraz, teraz!

To był  głos Stone'a.  Widać ruszył  równocześnie ze mną, bo 

dostrzegłem go po przeciwległej stronie zaprzęgu.

— Cugle, doktorze!
Podjechałem tak blisko, że wyciągnąwszy rękę chwyciłem za 

uździenicę biegnącego  z lewej  strony zaprzęgu konia. To samo 
uczynił   Stone   z   drugim   koniem.   I   oto,   po   kilku   jardach   coraz 
wolniejszego  biegu,  chrapiąc ze zmęczenia i przestrachu, konie 
stanęły w miejscu. Dopiero teraz zauważyłem, że jednak ktoś nimi 
kierował.   Na   koźle   tkwił   mężczyzna   o   twarzy   szarobiałej   jak 
ściana   świeżo   otynkowanego   domu.   Widziałem,   że   drżały   mu 
dłonie, gdy przywiązywał lejce i obracał korbką hamulca.

— Hamulec zawiódł? — zagadnąłem.

 — Zaciął się... bardzo wam dziękuję, moi ludzie.
„Moi ludzie"? Na sekundę zaniemówiłem ze zdumienia.

— O,   jest   koniokrad!   —   wykrzyknął   nagle   nieznajomy 

dostrzegłszy Stone'a.

Zeskoczył z kozła, a za nim spod budy wyjrzały jeszcze dwie 

postacie.   Jedna   —   ubrana   w   czerwony   fraczek   ze   złotymi 
guzikami.   To   mi   się   najbardziej   rzuciło   w   oczy.   Miałem   więc 
przed sobą lokaja, o którym  opowiadał Lewis, a jeśli tak — to 
powożącym   musiał   być   Deen.   Nieczęsto   spotyka   się   czerwono 
ubranych lokajów na Dzikim Zachodzie!

Następny   pasażer   wozu  okazał   się   Chińczykiem.   A   więc   — 

background image

kucharz. Tak oto burza przygnała ku nam ludzi, których wcale nie 
pragnęliśmy spotkać. Ale gdzie podziała się reszta „myśliwskiej 
wyprawy"?

background image

Deszcz   ustał,   widnokrąg   poszerzył   się,   lecz   nie   ukazał   nam 

żadnej nowej postaci.

— Koniokrad — powtórzył przybysz. — Poznałem go. Czy on 

jest z wami?

Te „z wami" zostało skierowane wyłącznie do mnie, jako że 

Norton   i   Hal   pozostali   daleko   w   tyle   i   byłem   jedynym 
towarzyszem Stone'a.

— On   jest   z   nami   —   odparłem   naśladując   ton   głosu   mego 

rozmówcy. — Ale to nie koniokrad.

Przysunąłem się do Lewisa i szeptem pytałem:
— Deen? Skinął 
głową.
— Henry! — krzyknął Deen. — Podaj mi strzelbę.
— Tak jest, sir.

Czerwony fraczek zniknął pod budą wozu. Nie było go widać 

dość długo, aż zniecierpliwiony Deen wetknął głowę do wnętrza 
pojazdu.

— Prędzej, niedołęgo!

— Nie   mogę   znaleźć,   sir.   Musiała   wypaść   podczas   tej 

piekielnej jazdy.

— Głupstwa gadasz! Szukaj lepiej. Głowa Deena 
znowu wyjrzała spod budy.
— Gdzie pana towarzysze? — zapytałem.
— Co to was obchodzi — burknął.

— Nic a  nic  — odparłem  tym  samym  tonem. — Sądzę  po 

prostu,   że   samotne   kobiety   nie   odnajdą   właściwego   kierunku 
jazdy.

— Nic mnie nie obdchodzi, co sądzicie. Henry!  Gdzie moja 

strzelba, u licha!?

— Nie ma, sir.

Czerwony fraczek wyjrzał na światło dzienne.

— Wydaje  mi  się, sir, iż  pańska strzelba została  w kaburze 

przy siodle.

— Do diabła! Chyba prawda. Henry, trzeba by poszukać pań...

background image

— Tak jest, sir. Czy pojedziemy wozem?
— Zwariowałeś?   Nie   będą   więcej   powoził   tymi   szalonymi 

końmi. Tak, zostaniemy tutaj, póki tamci nie przyjdą.

— Ośmielę się zauważyć — wtrąciłem — że jeśli nie odnajdą 

kolein wozu, nigdy tu nie trafią.

— Jechały za nami, dopóki burza nie przepłoszyła zwierząt.
— Lewis — szepnąłem — idź do Nortona i powiedz mu, co się 

stało.   Ja   ruszę   koleinami   wozu,   gdybyś   mnie   nie   zastał   po 
powrocie, goń moim tropem.

Skierowałem wierzchowca w jedną stronę, Stone — w drugą.

— Hej! Człowieku!

To było do mnie, ale nawet się nie obejrzałem. Pogalopowałem 

szlakiem głęboko wyżłobionym w miękkiej ziemi. Znaki kół nie 
biegły prosto. Raz skręcały w prawo, raz w lewo, ale były tak 
doskonale widoczne, że nie potrzebowałem zwalniać szybkości.

Naga płaszczyzna ciągnąca się przede mną nadal była pusta, ale 

nie traciłem nadziei. Koleiny wozu musiały wreszcie doprowadzić 
mnie do miejsca, w którym cała kawalkada jechała jeszcze razem, 
a odciski końskich kopyt nie mogły zniknąć bez śladu, zwłaszcza 
przy takiej gromadzie jeźdźców: dwie kobiety, kolega Deena, no i 
trzech   pomagierów   razem   z   Rathmoorem.   Ale   tych   ostatnich 
raczej należało się obawiać niż liczyć na ich pomoc.

Wóz musiał przebyć sporą drogę, zanim do nas dotarł, bo nadal 

poza   odciskami   kół   nic   więcej   nie   potrafiłem   dostrzec.   Słońce 
wytoczyło   się   na   środek   nieba,   a   nad   prerią   wstała   mgiełka 
parującej   wilgoci.   Koleiny   biegły   zygzakiem,   aż   w   którymś 
miejscu zatoczyły szeroki łuk i znikły za obłym wzniesieniem — 
dziwacznym   wybrykiem   natury   przypominającym   kolejowy 

nasyp.  Tak  było  równo  usypane   i  tak  prosto biegnące   ze 
wschodu na zachód.

Za   tym   wzniesieniem   odnalazłem   liczne   odciski   kopyt 

towarzyszące   koleinom.   W   kilku   miejscach   darń   została 
stratowana, jakby odbyło się tu stampede. Odtąd ślady kół 
ciągnęły się równo ku południowi wraz z towarzyszącymi 
odciskami kopyt. Zeskoczyłem z siodła i począłem badać te 
odciski.   Nie   mogłem   się   mylić:   przeszło   tędy   nie   sześć 
wierzchowców, tylko trzy! Tu muszę wyjaśnić, że chociaż 
podkowy w oczach laika nie różnią się między sobą, nieco 
bardziej   doświadczony   tropiciel   potrafi   je   bez   trudu 
rozróżnić.   A   ja   miałem   za   sobą   dobrą   szkołę   Karola 
Gordona. Wskoczyłem na siodło i zawróciłem do miejsca, 
gdzie   koleiny   wozu   odtoczyły   się   od   odcisków   końskich 
podków. Właśnie stało się to przed wzniesieniem. Od tego 
punktu ślady koni rozbiegały się we wszystkich kierunkach, 
ale   żaden   z   nich   nie   przekraczał   nasypu.   Tu   więc   ulec 
musiała rozproszeniu cała kawalkada.

Trzy   tropy   końskie!   Teraz   już   nie   mogłem   się   mylić. 

Tylko trzech jeźdźców odłączyło się od wozu. Było to dla 
mnie   zagadką,   której   nie   mogłem   rozwiązać.   Ruszyłem 
pierwszym lepszym śladem, coraz bardziej oddalając się od 
kolein   wozu,   niekiedy   ginących   wśród   szeroko   rozlanych 
kałuż.   Dlatego   musiałem   co   pewien   czas   przystawać, 
zawracać,   niekiedy   krążyć   dokoła   jak   pies   węszący 
zagubiony  trop.   Na   koniec,   niespodziewanie,   zauważyłem 
ciemny   punkt   poruszający   się   wśród   prerii.   Uderzyłem 
wierzchowca po zadzie i pomknąłem galopem, rozbryzgując 
wodę i błoto. Teraz już widziałem wyraźniej — jeździec! I 
on mnie dostrzegł, ponieważ odległość między nami poczęła 

background image

gwałtownie maleć.

background image

Zatrzymałem   się   na   chwilę,   przyłożyłem   lornetkę   do   oczu   i 

pognałem znowu. Jeźdźcem była kobieta.

Podjechałem na dwa kroki od wierzchowca, na którym siedziała 

amazonka   w   pomiętej,   mokrej,   pokrytej   błotem   sukni,   bez 
nakrycia głowy, z włosami potarganymi, twarzą śmiertelnie bladą.

— Pani Deen? — zapytałem.
— Nie, to moja siostra. Spadł pan jak z nieba — odparła, z 

trudem łapiąc oddech. — Gdzie reszta?

— Wóz   i   trzech   ludzi   napotkaliśmy   po   drodze.   Trzeba   tam 

wracać.

— Jestem   okropnie   zmęczona.   Sądziłam,   że   przyjdzie   mi 

zginąć na tym straszliwym pustkowiu... Kim pan jest?

— Podróżnym.   Jedźmy.   Na   pytania   i   odpowiedzi   przyjdzie 

czas później.

Uśmiechnęła się blado.

— Słusznie. Pan jest traperem. Zawsze marzyłam, żeby poznać 

prawdziwego trapera.

— Nie jestem traperem. Czy może pani jechać nieco szybciej?
— Spróbuję.

Odtąd posuwaliśmy się w milczeniu. Nie zadawałem pytań, a 

nawet   przyhamowałem   tempo   jazdy   zauważywszy,   że   moja 
towarzyszka   ledwo   trzyma   się   w   siodle.   Tak   dotarliśmy   do 
wzniesienia przekreślającego ukośnie prerię, a gdy konie wspięły 
się na jego grzbiet, krzyknąłem:

— Stone! Hej, Stone!
Trójka konnych zjeżdżała właśnie po zboczu. Na mój głos — 

zatrzymali się.

— Florence!   Florence!   —   zawołała   moja   towarzyszka.   — 

Gdzieście się podzieli?! Szukałam was...

— A my ciebie. Żeby nie ten człowiek — wskazała na Stone'a 

— nadal  byśmy się błąkali. Cóż  to za okrop

ność taka burza! 

Jestem cała przemoczona i trzęsę się z zimna. Spieszmy się!

— Dokąd jedziemy?
— Ten człowiek wie, gdzie zatrzymał się nasz wóz.
— Ten człowiek? Przecież to koniokrad! Z tamtej bandy!
— Pani się myli — wtrąciłem. — Lewis Stone nie jest i 

nigdy   nie   był   koniokradem.   Jeśli   chcecie   dowiedzieć   się 
prawdy,   jedźcie   z   nami.   Jeśli   nie,   wolna   droga.   Chodź, 

background image

Lewis, niech ci państwo się namyślą.

Zaciąłem  konia  i lekkim  kłusem  ruszyłem  wzdłuż.

background image

starych śladów.  Stone skoczył za mną i zrównał się z moim 
wierzchowcem.

— Gdzie ich znalazłeś? — zapytałem.
— Po tej stronie tego dziwnego nasypu. Jechali wzdłuż, 

myśląc,   że   to   wynik   robót   ziemnych   pod   budowę   linii 
kolejowej.' Przypuszczali, że napotkają robotników.

— Zadziwiające!   Nie   zwrócili   uwagi,   że   wzniesienie 

pokryte jest trawą?

— Widać im to do głowy nie przyszło. Prawdziwy cud, 

że jeszcze żyją po tym wszystkim. Burza ich zaskoczyła w 
drodze,   byli   zupełnie   bezradni.   Pan   jeszcze   nie   wie,   że 
Rathmoor zwiał ze swymi kumplami. Dowiedziałem się od 
tej   spotkanej   pary.   To   jest   żona   Deena   i   jego   przyjaciel, 
Frank Scudder. Stracili najlepsze konie.

— To znaczy,  że Rathmoor  nie zrezygnował  ze swego 

planu.

— Ani   na   sekundę!   Tej   samej   nocy,   jak   mnie   zranili, 

odjechali.   Pewnie   zaraz   po   mojej   ucieczce.   Deen   i   całe 
towarzystwo jest przekonane, że byłem wspólnikiem.

— Dziwne, że wobec tego dali ci się prowadzić.
— Wcale nie dziwne. Oni mnie nie poznali.
— Chyba kpisz ze mnie, Lewis?
— Gdzieżbym śmiał? Trudno panu uwierzyć, ale tamci w 

ogóle przez cały czas jakby mnie nie dostrzegali. Tylko Ella 
Gardy,   wie   pan,   siostra   Florence,   niekiedy   dawała   mi 
polecenia i dlatego zapamiętała moją twarz.

Zerknąłem nieznacznie wstecz. Cała trójka posuwała się 

za nami. Widać doszli do wniosku, że dłuższe pozostawanie 
na pustkowiu narazi ich na niebezpieczeństwo większe od 
spotkania z „koniokradem".

Dojechaliśmy na koniec do miejsca, w którym obozował 

Norton   z   Halem   i   dokąd   —   jak   stwierdziłem   — 
przywędrował już wóz.

background image

Handlarz na mój widok pomachał ręką i zaraz podbiegł.
— Nie mogę  zrozumieć  tego faceta z wozu — wyznał 

szeptem. — Od pół godziny domaga się, żebym szukał jego 
towarzyszy.

— Już jadą za nami. Znaleźliśmy całą trójkę.
— A reszta?

Powtórzyłem   Nortonowi   to,   co   usłyszałem   od   Stones. 

Zauważyłem, jak handlarz z ulgą odetchnął.

— Nic lepszego nie mogło nas spotkać. Nie obeszło-by 

się bez awantury przy spotkaniu Rathmoora ze Stone'em. A 
jeśli   chodzi   o   tych   z   wozem,   im   prędzej   się   z   nimi 
rozstaniemy, tym lepiej. Nie uważa pan, doktorze?

— Zgadzam   się.   Myślę,   że   po   stracie   najlepszych 

wierzchowców i ucieczce przewodników odejdzie im chętka 
do włóczenia się po tych stronach. Stone jeden wystarczy, 
żeby ich doprowadzić do najbliższego miasteczka.

— Niech pan pogada z tym Deenem, a przekona się, że 

wcale mu ta chętka nie minęła. Ciągle gada o polowaniu. 
Kiedy zobaczył naszą skórę bizonia, zaczął dopytywać się, 
gdzie   spotkaliśmy   stado,   a   później   koniecznie   chciał   ją 
kupić. Odmówiłem. Za wyroby z tej skóry dostanę dziesięć 
razy tyle, co on dawał.

Nie zdążyłem zapytać, ile wynosiła proponowana kwota, 

bo nadjechała trójka zagubionych. Dostrzegli wóz i wydali 
chóralny   okrzyk   radości.   Zeskoczyli   z   siodeł   i   obstąpili 
Deena. Rozmowa trwała długo i była bardzo głośna. O czym 
mówili — nie wiem. Wraz z Nor-tonem odeszliśmy na bok, 
do miejsca, gdzie Hal krzątał się przy niewielkim ognisku. 
Juki leżały obok, spętane konie pasły się opodal.

— A teraz, Lewis — powiedziałem ściągaj koszulę.

Muszę cię opatrzyć.

background image

Skwapliwie   wykonał   polecenie.   Oczywiście,   cały   opatrunek 

przemókł. Wydezynfekowałem ranę, nałożyłem nowy bandaż. Po 
czym zapaliłem fajkę.

Dzień miał się ku końcowi. Słońce swym błyszczącym kręgiem 

już dotykało linii horyzontu. Norton siadł obok mnie, a Stone — 
kilka   kroków   dalej.   Milczeliśmy   obserwując,   co   robią   nasi 
sąsiedzi.   Widziałem,   jak   spod   budy   wozu   powyciągano 
najrozmaitszy   sprzęt,   jak   ustawiono   namioty,   jak   lokaj   w 
czerwonym   fraczku   i   Chińczyk   wynieśli   dziwnego   kształtu 
przedmiot   zaopatrzony   w   śmieszny   okrągły   komin   i   bardzo 
męczyli   się   nad   rozpaleniem   ognia.   To   była   żelazna   kuchenka 
przenośna. Przedmiot w tych stronach chyba jeszcze przez nikogo 
nie oglądany. Kiedy wreszcie komin zadymił, a Chińczyk napełnił 
wodą garnki i ustawił je na żelaznym blacie kuchenki, ujrzałem, 
jak lokaj powynosił  z wozu krzesła, z kolei spory,  prostokątny, 
przypominający skrzynkę przedmiot.

— To   składany   stół   —-   wyjaśnił   Stone   i   zachichotał:   — 

Takiego cyrku nigdy dotąd nie oglądałem.

Stół został rozstawiony, otoczony krzesłami, nakryty obrusem, 

na którym pojawiły się talerze, w końcu...

— Lichtarze! — Norton z uciechy klepnął się dłonią po udzie. 

— Lichtarze ze świecami!

— Z prawdziwego srebra — dorzucił Lewis.
— I zapalają?
— Jasne.   Jak   wiatr   nie   za   bardzo   wieje,   wszystko   jest   w 

porządku, ale przy większych podmuchach, gasną.

— I co wtedy? Przerywają posiłek czy jak?
— Lokaj   zapala   na   nowo.   Niekiedy   po   kilkanaście   razy. 

Widziałem.

Przystrojony świecznikami i nakryty obrusem stół, ustawiony 

wśród   nagiej   płaszczyzny,   wyglądał   tak   gro

teskowo,   że   nie 

mogłem powstrzymać się od śmiechu.

— Deen idzie do nas — szepnął Stone.
Zerknąłem w stronę namiotów i zająłem się czyszczeniem 

fajeczki.

— Nie zwracajmy na niego uwagi — powiedziałem. — 

Rozmawiajmy o czymkolwiek.

Handlarz kiwnął głową.
— Jutro   ruszamy   o   świcie.   Będzie   teraz   pogoda   mu-

rowana. Jak pan się czuje, doktorze, po dzisiejszej jeździe? 
Dla nieprzywykłych do takich wypraw to olbrzymi wysiłek!

Ujrzałem, jak Lewis szeroko otworzył usta ze zdziwienia. 

Po czym szybko je zamknął i począł kaszleć. Spojrzałem nań 
ostro i szybko odpowiedziałem:

Znakomicie. Jak tam teraz twoja rana, Lewis?

— Zapomniałem o niej.
— Wspaniały dowód zdrowia — stwierdziłem.
— Mam   dla   was   propozycję   —   zabrzmiał   nagle   obcy 

głos.

Uderzyłem raz jeszcze główką fajki o podeszwę buta, a 

później wolno odwróciłem się. Deen.

— Propozycje? — zdziwił się Norton. — Najpierw niech 

pan usiądzie. W tych stronach nie wypada mówić stojąc, gdy 
inni siedzą.

Deen rozejrzał się dokoła.
— Henry! Ej, Henry! Przynieś krzesło!
Rozkaz został wykonany bardzo szybko.

— A   więc   —   odezwał   się   Deen   siadając   —   chcę   was 

background image

zaangażować   na   czas   mojej   podróży.   Sto   dolarów   dla 
każdego i wyżywienie. Dodatkowo po pięć dolarów za każde 
zwierzę, które ja albo ktoś z mego otoczenia upoluje. Zgoda?

Mimo woli wzruszyłem ramionami i chociaż język mnie 

świerzbił, pozostawiłem odpowiedź Nortonowi.

— Nie jesteśmy traperami, nie jesteśmy tropicielami. Już 
panu o tym mówiłem. Mamy własne interesy i dlatego 
odmawiamy.
— Namyślcie się.
— Czy   to   wszystko?   —   zagadnął   Norton   niezbyt 

grzecznie.

— Nie.   Jeszcze   jest   druga   sprawa.   Moja   szwagierka 

rozpoznała w nim — tu wskazał na Stone'a — jednego z 
tych, ludzi, którzy nas okradli i opuścili. Obejrzałem wasze 
konie. Jest wśród nich mój  wierzchowiec z moją uprzężą. 
Słyszałem, że na Dzikim Zachodzie koniokradów stawia się 
przed sądem prerii i przykładnie karze. Nie wiem, czy ten 
człowiek to  wasz  towarzysz,  czy nie,  ale  ma   natychmiast 
zwrócić cudzą własność, a później stanie przed sądem.

— I któż ma go sądzić? — nie wytrzymałem.
— Oczywiście, my!

Poszkodowani   mogą   oskarżać,   ale   nie   mogą   wy-

rokować — wtrącił Norton.

— To się jeszcze okaże. Oddajecie konia czy nie?
— Nie tak ostro — odparłem. — Nikt z nas nie zaprzecza 

pańskiej   własności,   wierzchowiec   zostanie   zwrócony, 
oczywiście   w   zamian   za   konia   Stone'a,   którego   wam 
pozostawił. Czy nie tak, Stone?

Lewis skinął głową.

— No właśnie. A sądu żadnego nie będzie, ponieważ nie 

ma kogo sądzić.

— Jak to? Sami przyznaliście, że koń jest mój.

Przyznaliśmy.   Ale   Stone'owi   należy   się   przede 

wszystkim podziękowanie, że wam tego konia ocalił. Jeśli 
Stone jest złodziejem, to z równym prawdopodobieństwem 
ja jestem sachemem plemienia Nawajów.

Nic  nie  rozumiem.  Jeśli  mój   koń    jest     u    was,   to 

znaczy,   że   został   skradziony,   a   nie   istnieje   kradzież   bez 
sprawcy.

— Bardzo   pan   to   mądrze   wywiódł,   lecz   to   wszystko 

nieprawda.

Deen zerwał się z krzesła, twarz mu poczerwieniała.
— Niech pan siada, Lewis, mów! Opowiedz o wszystkim 

dokładnie,   od   samego   początku.   Proszę   nie   przerywać   — 
dodałem widząc, że Deen chce się wtrącić.

Lewis spojrzał po nas i zaczął. Od samego początku, to 

znaczy   od   chwili   zaangażowania   go   przez   Rathmoora. 
Milczeliśmy, dopóki opowieść nie dobiegła końca.

— I co pan na to?
— Dziwna historia — mruknął Deen.

— Chce pan obejrzeć plecy Stone'a?
Pokręcił głową.
— Wy we trójkę wyglądacie na uczciwych ludzi, ale on? 

Może daliście się nabrać?

— Znam Stone'a od czterech lat — zapewniłem.— Nigdy 

nie kradł.

— Przypuśćmy — mruknął podnosząc się z krzesła. — 

Omówię   tę   sprawę   z   przyjaciółmi,   a   wy   odeślijcie   mego 

background image

wierzchowca.

— Może go pan zaraz zabrać.
— Przyślę lokaja — odpadł.

Odwrócił się i odszedł dostojnym krokiem.

— To większy dureń, niż sądziłem — powiedział Norton. 

— Jeśli napotka ludzi mniej od nas cierpliwych, nie zobaczy 
więcej St. Louis.

— Spróbuję wytłumaczyć...
— Nic   mu   pan   nie   potrafi   wytłumaczyć,   doktorze   — 

wtrącił   się   Stone.   —   Ten   jegomość   uważa,   że   zjadł 
wszystkie   rozumy.   Może   tam   na   Wschodzie,   w   mieście, 
istotnie   jest   bardzo   mądry,   ale   tu   nie   potrafi   odróżnić 
antylopy od mustanga.

Przesadzasz, Lewis. Liczę na to, że jeśli nie Deen,

 

to 

ktoś z jego otoczenia jest bardziej rozsądny. Jak się nazywa 
ten jego przyjaciel?

Zanim   padła   odpowiedź,   zjawił   się   człowiek   w   czer-

wonym fraczku.

— Mam odprowadzić wierzchowca — powiedział.
— A gdzie koń Stone'a? — zapytałem.
— Jaśnie pan nic mi o tym nie mówił.
— Lewis — rozkazałem — idź z nim i odszukaj swoje 

zwierzę. Jeśli nie chcą nam ufać, to sami nie zasługują na 
wiarę.

Lokaj   nie   odezwał   się,   a   kiedy   Stone   ruszył   w   stronę 

namiotów, podreptał za nim.

— Pan   jest   nadzwyczajny,   doktorze   —   ucieszył   się 

handlarz.

— Żle postąpiłem?
— Nie   można   lepiej.   Z   pana,   doktorze,   byłby   świetny 

westman!

— Cóż to ma wspólnego z koniem Lewisa?
— To, że nie daje pan sobie dmuchać w ognisko. W tych 

dzikich stronach ceni się tylko odważnych i mądrych, a pan 
posiada i jedno, i drugie. A w ogóle... nie mogę pojąć, w jaki 
sposób   i   kiedy   nauczył   się   pan   tak   celnie   strzelać   i   tak 
świetnie   jeździć?!   Stone   już   mi   opowiadał   o   zatrzymaniu 
wozu.

— Zatrzymaliśmy obaj. Bez Stone'a nie dałbym rady.

Przypuśćmy. Pan coś przede mną ukrywa. 

— Co takiego?
— Na przykład: skąd pan zna Stone'a?
— To był przypadek.
— Przecież nie spotkał się pan z nim w Milwaukee?
— Nie — przyznałem niechętnie. — To rezultat pewnej 

wycieczki.

— W okolice Milwaukee?

Stone   już   wraca   —   zauważyłem,     żeby   pominąć 

kłopotliwe dla mnie pytania. — Prowadzi konia — dodałem.

Za Stone'em kroczył lokaj.

— Jak tam było? — zagadnąłem.
— Bardzo gładko, ale jeszcze coś dodam, tylko osiodłam 

karego, Henry nic się na tych sprawach nie zna.

— Nie jestem groomem — oburzył się lokaj.

Ja również, ale nie masz czego się boczyć, praca przy 

koniach to piękna robota, lepsza od twego obnaszania tacy.

Nie usłyszałem, co odpowiedział „czerwony fraczek", bo 

poszli do koni.

background image

— No Hal — zagadnął Norton — co nam dasz? Czuję 

okropny głód.

— Grochówka na mielonym grochu, boczek, podpłomyki 

i czarna kawa.

— Znakomicie,   chociaż   zaczynasz   się   powtarzać. 

Grochówka była już dwa razy, boczek... z dziesięć.

— Niech pan co upoluje, szefie.
— Ba, od kilku dni marzę  o antylopiej pieczeni, ale tu 

dokoła zwierzyna jakby wymarła. Słyszał kto, żeby po prerii 
wędrowało więcej ludzi niż czworonogów? Świat się psuje, 
doktorze.  Przed kilkunastu  laty,  gdy wróciłem  z bratem  z 
Alaski,   podczas  pierwszej   wyprawy  do  Nowego   Meksyku 
każdego dnia oglądałem stada bizonów, mustangów, antylop. 
Już nie wspomnę o dzikich indykach. Jak tak dalej pójdzie, 
trzeba będzie zwinąć sklep. Któż jeszcze zaryzykuje kupno 
myśliwskich przyborów? To smutne. Hal, pospiesz się!

Wrócił Stone i siadł przy mnie.

— Załatwione — stwierdził krótko. — Nie macie pojęcia, 

jak   oni   się   kłócą!   Kiedy   zabierałem   konia,   spierali   się 
zawzięcie   o   to,   czy   mają   jechać   dalej,   czy   wracać. 
Najbardziej złościł się Scudder. Myślałem, że się pobiją. Byli 
tak zacietrzewieni, że na mnie nie zwrócili uwagi.

— Nie   mogą   ani   jechać   dalej,   ani   wracać   bez   twej 

pomocy — powiedział Norton.

— Uważają mnie za koniokrada.
— Chyba Deen już zmienił zdanie — wtrąciłem się — i 

więcej nie będzie mowy o żadnym sądzie prerii. Zobaczysz. 
Dlatego jeśli do ciebie się zwrócą, Lewis, powinieneś im 
pomóc.   Wybawisz   ich   i   nas   z   wielkiego   kłopotu,   bo 
przyznam,   że   nie   potrafiłbym   tych   bezradnych   ludzi 
pozostawić na pustkowiu.

— A ja nie mógłbym  opuścić pana, doktorze — dodał 

Norton.   —   Mam   obowiązek   czuwania,   póki   jesteśmy   w 
drodze.

— Dziękuję, nie jestem małym chłopcem. Chyba dałbym 

sobie radę.

— W   moim   towarzystwie,   doktorze.   W   moim   towa-

rzystwie, ale nie z tamtymi.  Pan nie ma  jeszcze przecież 
doświadczenia.

Pouczony w ten sposób, nie zaprotestowałem. Położyłem 

się na suchej już trawie. Głosy moich towarzyszy brzmiały 
coraz mniej wyraźnie, aż na koniec przestałem je słyszeć.

Obudził   mnie   Hal.   Zgasły   już   wieczorne   zorze,   a   na 

szarówce  nieba   poczęły  połyskiwać  pierwsze  gwiazdy.

— Wszystko gotowe.

Hal podał mi parującą miseczkę. Spróbowałem.

— Hal   —   stwierdziłem   —   jesteś   najdoskonalszym 

kucharzem świata. Gdyby nie fakt, że mam gospodynię...

— Przesadza pan, doktorze — zaprotestował Norton. — 

Grochówka  cuchnie  dymem,   jest  przypalona,   zbyt  gęsta  i 
nieco przesolona. Nic podobnego nie wziąłby pan do ust w 
Milwaukee. Idę o zakład! Czego jednak

background image

nie   dokazuje   świeże   powietrze   prerii?   Przyprawia   każde 
danie   cudownym   smakiem.   Ale   to   już   nie   zasługa   Hala, 
chociaż, przyznać muszę, lepiej gotuje ode mnie.

— Jednak ta grochówka jest wspaniała.
— Dziękuję   —   odparł   Hal.   —   Jeśli   kiedykolwiek   za-

pragnę   zmienić   miejsce   pracy,   zgłoszę   się   do   pana,   do-
ktorze.

— Doskonale!

Tak to pogadywaliśmy sobie, aż w pewnej chwili Norton 

zauważył:

— Oto mamy iluminację. Spójrzcie do tyłu.
Odwróciłem się. Mrok okrył ziemię, a w tym mroku 
gorzały migotliwie jasne plamy.
— Świeczniki   —   powiedziałem.   —   Nasi   myśliwi   za-

siedli do stołu. Pójdę do nich, gdy zakończą ucztę.

— Z sąsiedzką wizytą? — zażartował handlarz.
— Po   prostu   chcę   ich   uprzedzić,   że   jutro   ruszamy   w 

dalszą drogę. Czy nie tak?

— Jasne.
— Więc niech się zdecydują  na Stone'a. Poprowadzisz 

ich Lewis?

Westchnął.

— Wolałbym z wami. Obrzydła mi już służba u Deena.
— Zastanów   się,   Lewis.   Pomyśl,   jak   byś   się   czuł 

znalazłszy się w ich sytuacji?

— Doktor   mądrze   mówi   —   poparł   mnie   Norton.   — 

Chodzi   tylko   o   to,   żeby   zgodzili   się   skorzystać   z   twej 
pomocy.

Lewis powtórnie westchnął, ale już nie zaprotestował.
Zapadła   ciemność,   zaczęliśmy   sobie   szykować   nocne 

legowiska,   potem   losowaliśmy   przy   pomocy   patyczków 
kolejność nocnej straży. Uznaliśmy ją za  konieczną.

background image

Ponieważ było nas teraz czterech (bo Stone został milcząco 
uznany   za   pełnoprawnego   członka   naszej   grupy)   —   na 
każdego   wypadało   zaledwie   po   półtorej   godziny:   od 
dziewiątej wieczorem do czwartej nad ranem. Wtedy czyni 
się widno i każdy prawdziwy traper zaczyna szykować się 
do drogi.

Tym   razem   wypadło   mi   czuwanie   w   samym   środku 

najczarniejszej nocy. Przyciągnąłem siodło, rozłożyłem pled 
i teraz postanowiłem udać się do sąsiadów.

— Niech pan poczeka, doktorze — odezwał się Hal — 

ktoś się tu zbliża.

Z ciemnej dali posuwał się ku nam migocący płomień.

— Tajemniczy duch prerii — zażartowałem.
— Założę   się,   że   to   ten   „czerwony"   jegomość   z   kan-

delabrem   i   informacją   dla   nas.   Ciekaw   jestem,   jaką?   — 
zauważył  Norton.   — Hal,  dołóż  do  ognia.   Trzeba   gościa 
przyjąć jak najlepiej.

Światło   zbliżało   się,   na   koniec   ujrzeliśmy   w   kręgu 

płomienia   ogniska   i   w   żółtym   blasku   czteroramiennego 
świecznika „czerwony fraczek". Lichtarz-kandelabr trzymał 
lokaj lewą ręką. W prawej niósł jakiś podłużny przedmiot. 
Dopiero   gdy   zapłonęły   mocniej   polana,   stwierdziłem,   że 
tym przedmiotem był metalowy półmisek.

„Czerwony fraczek" zbliżył się do Nortona (widać uznał 

go za najważniejszą osobę w naszej grupie) i powiedział:

— Pan Deen przysyła wam poczęstunek.

Zdaje   się,   że   we   czwórkę   zaniemówiliśmy,   zdumienie 

odebrało nam głos. Najszybciej odzyskał go Norton.

— Powiedz   swemu   panu   —   odezwał   się   ostro   —   że 

poczęstunki   przyjmujemy   tylko   od   przyjaciół.   A   to   — 
sięgnął do kieszeni — masz za fatygę.

Zabrzęczało na metalowym półmisku. Handlarz należał 
raczej do oszczędnych ludzi, jeśli więc zdobył się na taki 
gest, musiały mu dobrze dopiec usłyszane słowa!

— Poczekaj  — rozkazał widząc,  że lokaj  zawraca.
Dmuchnął na świece.

— Tak   będzie   lepiej.   Powiedz   swemu   panu,   że 

spacerowanie z ogniem po prerii zawsze grozi pożarem. Idź!

„Czerwony fraczek" ani mruknął, odwrócił się na pięcie i 

zniknął w ciemnościach.

— Coś podobnego! — wybuchnął  Norton.  — Coś po-

dobnego....

background image

Myśliwi

Wreszcie dotarliśmy do koryta Canadianu.

— Rozpoczyna   się   najprzyjemniejsza   część   drogi   — 

obwieścił  mi   Norton.  —  Znajdziemy lasy i  cieniste  gaje, 
pastwiska o soczystej trawie i mnóstwo zwierzyny.
Jeśli jej dotąd nie wybito... — dodał.

Brzeg   był   niski,   piaszczysty,   a   woda   cicho   płynąca 

wyglądała   jak  zakropiona  czerwonym.  winem,   tak  w niej 
odbijały się różowe barwy zachodu. Przed spłachciem plaży 
rosły   kępy   liściastych   drzew,   dalej   —   wysokie   krzaki, 
jeszcze dalej — wśród gęstych  traw widniały wydeptane, 
wąskie ścieżki.

— Widzi pan, doktorze?
— Możemy spodziewać się nocą licznych gości.
— Nie ma strachu! Raz tylko spotkałem w tych stronach 

niedźwiedzia, brunatnego misia, który nie wchodzi w drogę 
człowiekowi,   a   poza   tym...   antylopy.   Pieczeń   z   antylopy 
bardzo by się nam przydała, nie sądzi pan?

— Jestem tego samego zdania. Gdzie rozbijemy obóz?
— Na piasku wilgoć, ale poczekajmy jeszcze chwilkę, aż 

się karawana przywlecze.

Mówiąc  o karawanie  Norton miał  na myśli  wóz  i całe 

towarzystwo od trzech dni dotrzymujące nam drogi. Jak to 
się stało?

background image

2eby   to   wyjaśnić,   muszę   się   cofnąć   w   czasie,   aż   do 

opisanego   już   wieczoru,   podczas   którego   Deen   usiłował 
nas zjednać „poczęstunkiem", co odczuliśmy jako obrazę. 
Jednak — natychmiast po odejściu lokaja — wybrałem się 
z nie proszoną wizytą do sąsiadów. Lichtarze już pogasły, 
ze stołu zdjęto talerze i obrus, natomiast ustawiono naftową 
lampę   z   imponującym   białym   kloszem.   Mżyła   dokoła 
bladym światłem. W tym świetle zauważyłem dwie osoby: 
mężczyznę i kobietę. Siedzieli zwróceni do mnie plecami. 
Podszedłem.

— Przepraszam — powiedziałem głośno.
Odwrócili się. To był Deen i jego żona.

— Przepraszam   —   powtórzyłem.   —   Pora   nieco   spó-

źniona,   ale   pewne   sprawy   powinny   być   rozstrzygnięte 
jeszcze dzisiaj.

Nie podnieśli się, Deen nie poprosił mnie, abym usiadł.
— O co chodzi? — zapytał.
— O  to —  odparłem  — że  jutro,  zaraz   o świcie,  ru-

szamy w drogę. Warto chyba, aby państwo do tego czasu 
coś postanowili.

Nie   bardzo   rozumiem.   Co   ma   wspólnego   wasz 

odjazd z nami?

— To — odparłem, z trudem zachowując spokój — że 

zostaniecie  sami   na  tym   pustkowiu,  bez  osoby,   która  by 
orientowała się, w jakim kierunku należy jechać.

— Przecież   proponowałem   wam   dobrą   zapłatę   za   to-

warzyszenie w podróży.

— Mamy własne sprawy do załatwienia.

— Więc ruszacie jutro rano? 
Potwierdziłem.
— Pojedziemy za wami.

— Obawiam się, że zanim spakujecie swoje bagaże, nas 

tu   już   dawno   nie   będzie.   Zresztą,   niewiele   mnie   to 
obchodzi.   Powiedziałem,   co   myślę   o  tej   sprawie,   a   jeśli 
miałbym radzić, to radzę porozumieć się ze Stone'em. On 
potrafi poratować was w kłopocie.

— Mam go prosić? Tego koniokrada?
— Bezpodstawne oskarżenie. Przecież chcąc was ocalić, 

o   mało   nie   postradał   życia.   I   nawet   nie   otrzymał   słowa 
podzięki.   Powtarzam:   bez   pomocy   Stone'a   nie   potraficie 
dojechać do żadnego osiedla.

— Nie dam się zastraszyć — burknął Deen. — Skąd pan 

wie, czy potrafimy, czy nie?

— Przepraszam — wtrąciła się Florence. — Wydaje się, 

Roger, że nie masz racji. Za skarby świata nie chcę znowu 
błąkać   się   tak,   jak   to   nam   się   przytrafiło   podczas   burzy. 
Gdyby   nie   Stone,   błąkałabym   się   razem   z   Frankiem   na 
pewno jeszcze do tej pory.

— Burza może przytrafić się każdemu.
— Na pewno, ale gdyby wśród nas znajdowali się ludzie 

z doświadczeniem, nie doszłoby ani do popłochu zwierząt, 
ani do rozproszenia się naszej grupy.

Mruknął coś pod nosem, a ja pomyślałem,  że Florence 

Deen jest znacznie rozsądniejsza od swego małżonka.

— Musimy porozmawiać ze Stone'em — powiedziała. — 

Ella się myli i ty się mylisz, nie po raz pierwszy.

— O czym myślisz?

background image

— Przypomnij  sobie, jak cię przestrzegałam przed tym 

Rathmoorem. Nie podobał mi się od samego początku. On i 
tamci   dwaj.   Tylko   Stone   właśnie   różnił   się   od   tego 
towarzystwa. Pamiętasz?

— Być   może   coś   takiego   mówiłaś,   ale   bez   żadnych 

dowodów. Ja brałem pod uwagę fakt, że Rathmoor świetnie 
orientuje się na prerii.

— To prawda — powiedziałem. — Rathmoor zna prerię, 

ale przy dobieraniu przewodników czy tropicieli zwierzyny 
o powodzeniu wyprawy decyduje również uczciwość tych 
ludzi.

background image

— Skąd mogłem wiedzieć...

— Przestań, Roger — zdenerwowała się Florence. — Co 

było,   to   było.   Chodzi   teraz   o   to,   w   jaki   sposób   mamy 
wędrować   dalej.   Jeśli   ty   nie   chcesz,   ja   porozmawiam   ze 
Stone'em,

— Oszalałaś? Nie wypada, to nie kobieca sprawa.
— Co nie  jest  kobiecą sprawą? — ozwał się  z mroku 

nowy głos.

— Ella!   Chodź   do   nas.   Może   we   dwoje   damy   radę 

Rogerowi. Jest nieznośny.

W   bladym   świetle   lampy   ujrzałem   sylwetkę   mej   naj-

nowszej znajomej.  Teraz już w niczym  nie przypominała 
wystraszonej amazonki resztką sił trzymającej się w siodle.

— O! — zawołała.  — Jest  mój  wybawca.  Czemu  pan 

stoi? Proszę usiąść. Nigdy nie gawędziłam z prawdziwym 
traperem.   Ale   o   co   wam   idzie?   —   zwróciła   się   do 
małżeństwa. — Planujecie wyprawę na bizony? Zwątpiłam, 
czy  kiedykolwiek  zobaczę  te  zwierzęta.  A  może   to  tylko 
wymysł rysowników? Może bizony nigdy nie istniały?

— Ella, Ella, nie czas na żarty — zgromiła ją Florence. 

— Jutro musimy jechać dalej.

— Co   za   szczęście!   Sądziłam,   że   tu   zostaniemy   na 

zawsze.

— Ella, przestań! Słuchaj...

Tu powtórzyła wiernie wszystko, z czym przyszedłem.

— A więc tak? Cóż, mogłam się mylić. Jeśli ten Stone 

nie   jest   koniokradem,   weźmy   go   ze   sobą.   Ja   nie   będę 
oporządzać koni, a Henry i kucharz nic się na tym nie znają.

— Jeden   Stone   nie   da   rady   -—   zauważył   Deen.   — 

Proponowałem tym ludziom pracę u mnie, ale odmówili — 
zakończył z żalem.

background image

— Pewnie zbyt mało chcesz zapłacić, Roger, ty

skąpcze!

Teraz rozwinęła się chaotyczna dyskusja nad wysokością 

wynagrodzenia   dla   mnie,   Nortona   i   Hala.   Stone   nie   był 
brany pod uwagę. Siedziałem jak na szpilkach nie wiedząc, 
czy mam się śmiać, czy oburzać. Wreszcie skorzystałem z 
przypadkowej pauzy w rozmowie.

— Każdy   chyba   —   powiedziałem   dobitnie   —   pragnie 

nieco pospać tej nocy, a ta rozmowa trwa zbyt długo i w 
ogóle   jest  niepotrzebna.  Żaden  z  nas,   poza   Stone'em,   nie 
przyjmie   pracy.   Już   wspomniałem,   że   podróżujemy   we 
własnych interesach.

— Roger — krzyknęła Ella — ten traper ma rację! Po co 

tyle gadania o sprawie, której nie załatwimy! Oni przecież 
nie   chcą   z   nami   jechać.   Poślij   natychmiast   Henry'ego   po 
Stone'a i załatw wreszcie.

— Twierdziłam tak samo — odezwała się Floren-ce. — 

Na co jeszcze czekasz, Roger? Jeśli ci traperzy nie chcą...

— Nie jesteśmy traperami — wtrąciłem szybko. Ella 
odwróciła się gwałtownie:
— A kimże jesteście?
Ton pytania nie był grzeczny, ale odpowiedziałem bardzo 

spokojnie:

— Ja jestem lekarzem...
Klasnęła w ręce:
— A   to   cudownie!   Nigdy   nie   spotkałam   wędrownego 

lekarza!

— Znachora — mruknął Deen.

Udałem,   że   nie   słyszę   tej   obrazy.   Nie   miało   sensu 

rozpętywanie kłótni.

— Kogo pan leczy? — zapytała Ella. — Traperów? A 

może czerwonoskórych? To byłoby wspaniałe!

— Ani jednych, ani drugich. W ogóle na prerii niko-

background image

go nie  leczę.    Niekiedy niosę    pomoc    rannym,    ale    to 
przypadek, jak ze Stone'em.

— Słyszałam. Podobno dostał pchnięcie nożem od tych 

zbójów. Ale — zmartwiła się — jak ranny będzie mógł nas 
prowadzić? On sam potrzebuje opieki.

— Tutejsi ludzie mają twarde życie — odpowiedziałem. 

— Rana jest powierzchowna. Dobrze ją opatrzyłem i Stone 
już   dziś   nie   odczuwa   bólu.   Za   trzy   dni   zapomni   o 
wszystkim.

— A pan to skąd? — zmieniła nagle temat.
— Z miasta.
— To skąd pan zna tutejszych ludzi?
— Miałem okazję poznać Dziki Zachód.
— A dokąd pan jedzie?

Do   El   Paso   —   odpowiedziałem   i   natychmiast   po-

żałowałem   odpowiedzi.   Po   cóż   wtajemniczać   we   własne 
sprawy obcych, i do tego bardzo niesympatycznych ludzi?

— A gdzie to El Paso?
— Nad meksykańską granicą.
— To musi być bardzo daleko. 
Potwierdziłem.
— A pańscy towarzysze? Koledzy po fachu?

— Wierzę,   że   to   panią   interesuje,   ale   pora   doprawdy 

mocno spóźniona i chyba czas powziąć decyzję.

Umilkła,  pewnie  urażona  moją   odpowiedzią.  Odezwała 

się Florence:

— Proszę mnie zaprowadzić do Stone'a.
To już był zupełnie inny ton. Czyżby tak oddziaływała 

informacja, że jestem lekarzem?

— I ja idę — zdecydował sie Deen.
— I ja! — zawołała Ella.

Nie przytoczę  szczegółów rozmowy między tą trójką a 

moim pacjentem. Powiem jednak, że bez interwencji

background image

Florence nic z tej gadaniny by nie wyszło. Z winy Deena. 
Swym pogardliwym traktowaniem ludzi każdego zrażał. Na 
szczęście   Florence   uderzyła   w   inną   nutę.   Udobruchała 
Stone'a,   podziękowała   za   próbę   ratunku,   zapytała   o   jego 
zdrowie.   I   tak   doszli   do   porozumienia.   Ale   żeby   to 
porozumienie   było   jasne   —   i   ja   dodałem   coś   niecoś. 
Polegało   ono   na   wyraźnym   sprecyzowaniu   obowiązków 
Stone'a.   Miał   być   przewodnikiem  i   tylko   przewodnikiem. 
Ani rąbanie drzewa na opał, ani noszenie wody do garnków 
nie miały wchodzić w zakres jego pracy.

— No — zauważyła wesoło Ella — teraz Roger i Frank 

będą musieli pokazać, że są prawdziwymi mężczyznami, a 
nie piecuchami zwalającymi robotę na innych.

I tak się to zakończyło. Kiedy odeszli, powiedziałem:

— Tylko   nie   ustępuj   na   jeden  krok,   Lewis,   bo   znowu 

zrobią z ciebie posługacza. I pamiętaj, zabierz się do nich 
grzecznie, ale ostro. Niech tych dwu wielkich panów i te 
dwie   eleganckie   panie   posmakują   prawdziwego   życia   na 
prerii. Na dobre im to wyjdzie.

— Właśnie — przytaknął Norton. — Niech stwardnieje 

skóra na delikatnych rączkach. Brawo, doktorze! Ujął pan 
sprawę   jak   należy   i   przy   tarł   im   nieco   rogów.   Będziesz 
jechał za nami, Stone? W razie czego możesz na nas liczyć. 
No, teraz chyba pora nieco się zdrzemnąć.

Z   westchnieniem   ulgi   oparłem   głowę   na   siodle   i   owi-

nąłem się kocem.

Nazajutrz   wstałem,   gdy   czerwone   zorze   rozświetliły 

niebo, ale miejsce Stone'a już było puste. Dostrzegłem, jak 
uwijał się w obozie sąsiadów. Zdaje się, że wziął do serca 
me   rady,   bo   nim   skończyliśmy   ranny   posiłek,   tamci   już 
czekali, gotowi do drogi. Obie kobiety i jeden mężczyzna 
siedzieli   na   koniach,   pozostali   skryli   się   w   wozie,   a   gdy 
ruszyliśmy, za nami zaturkotały koła.

background image

Jechaliśmy   prościutko   ku   dalekiej   rzece,   która   musiała 

(jak   twierdził   Norton)   przeciąć   nam   drogę.   Juczne   konie 
ograniczały naszą szybkość, więc i wóz Deena bez trudu za 
nami   nadążał.   Podczas   pierwszych   godzin   jazdy   nie 
utrzymywaliśmy   żadnej  łączności  z   tamtą  grupą.   Dopiero 
koło południa przycwałował Stone.

— Są   ponurzy   jak   najgorsza   noc   przed   burzą   —   po-

informował.

Stało się co?

— Nie,   ale   musiałem   rankiem   ich   poganiać.   Teraz 

wyglądają jak zaspane sowy.  Są wściekli, że muszą mnie 
słuchać. Pytali, czy pan jest naprawdę lekarzem.

— I cóż im rzekłeś?
— Szczerą prawdę.

Zaraz   się   okazało,   iż   „szczerą   prawdą"   Lewisa   była 

zręcznie   ułożona  bajeczka   o przypadkowym  spotkaniu ze 
mną w jakimś saloonie małego miasteczka, gdzie go zwaliła 
z nóg gorączka, z której go szybko wyciągnąłem. W ten oto 
sposób   Stone   sfałszował   historię   naszej   znajomości.   Nie 
miałem mu tego za złe. Ze względu na Nortona i mnie było 
to na rękę.

Ale właśnie Norton zainteresował się:

— Cóż to za miasteczko?
— Nazwa wyleciała mi z głowy — odparłem szybko i 

żeby zmienić temat zagadnąłem: — A co oni na to?

— Ucieszyli   się.   Deen   oświadczył,   że   w   razie   czego 

pomoc lekarska na miejscu.

— Patrzcie go — mruknął handlarz. — Jaki wygodny! 

Dokąd chcesz ich zaprowadzić, Lewis?

— Najpierw w pobliże Pecos, a później ku jakiejkolwiek 

linii kolejowej, żeby mogli wrócić do St. Louis.

— Pecos — powtórzyłem. — Podobno nad rzeką Pecos 

leżą tereny Apaczów odłamu Mescalero? Uważaj, Lewis. 
Jeśli twoi podopieczni zechcą tam polować, wpadniesz w 
tarapaty.

background image

Słusznie!   —   potwierdził   me   słowa   Norton.  —   W 

dorzeczu Pecos istotnie rozciągają się ziemie Mescalerów. 
Wiem   o   tym,   ponieważ   niejeden   raz   odwiedzałem 
indiańskie   wioski,   i   teraz   tam   zmierzam.   Spory   jeszcze 
szmat   drogi   przejedziemy   razem,   doktorze,   zanim   pana 
puszczę   do   El   Paso.   A   co   się   tyczy   polowania,   należy 
przedtem   poprosić   o   zezwolenie.   Kto   wie,   może   nawet 
zapłacić? Ale skoro i ja tam się udaję, rzecz da się załatwić. 
Czerwonoskórzy   bardzo   szanują   wędrownych   handlarzy, 
zwłaszcza uczciwych! — tu stuknął się palcem w pierś. — 
A   ja   zawarłem   z   wojownikami   Mescalerów   sporo 
znajomości. Pamiętaj o tym, Stone, gdyby tamtym przyszła 
chętka postrzelać nad Pecos.

— Już mnie zagadywali, kiedy urządzę polowanie.
— Urządź   nad   Canadianem   *.   Gdy   bawiłem   tam   w 

ubiegłym roku, widziałem sporo zwierzyny. I chyba jeszcze 
trochę jej zostało, bo to bezludne strony.

— To może lepiej zrezygnować z Pecos? Ale, ale... Ja tu 

przyjechałem   z   poleceniem,   to   jest   raczej:   z   prośbą.   Ta 
panna Ella pyta, czy może z panem porozmawiać, doktorze.

Norton wytrzeszczył oczy, a i ja byłem zaskoczony. Cóż 

takiego   wydarzyło   się,   że   osoby,   które   traktowały   mnie 
niegrzecznie, nagle proszą o rozmowę?

— Przypadł   jej   pan   do   serca,   doktorze   —   zażartował 

handlarz.

— Sądzę, że po prostu uwierzyli w mój lekarski dyplom, 

a  ponieważ  Ella rozmawiała  ze mną  najdłużej, uznali, że 
można   jej   użyć   za   pośrednika.   Ciekaw   jestem,   o   co   im 
chodzi? Jedziemy, Lewis.

Nie przebyłem i połowy odległości dzielącej nas od 
wozu, gdy naprzeciw wyskoczył ku mnie jeździec. To 
Ella Gardy gnała odważnym galopem.

— Dzień dobry, doktorze! Wczoraj pytałam pana o tyle 

rzeczy, a pan mi nawet na połowę pytań nie odpowiedział. 
Lewis — zwróciła się do Stone'a, który zatrzymał się obok 
mnie — pan Deen ma jakieś kłopoty z koniem. Zobacz, co 
tam takiego.

Jak się wieczorem dowiedziałem, Deen nie miał żadnych 

kłopotów   z   powożeniem,   był   to   więc   tylko   pretekst   do 
pozbycia się świadka.

Później ruszyła wolno, a ja z nią, za jucznymi Hala. Teraz 

miałem okazję dokładnie przyjrzeć się towarzyszce. Chyba 
nie liczyła sobie więcej niż osiemnaście-dziewiętnaście lat, 
sądząc   z   wyglądu   i...   zachowania   się,   chwilami   prawie 
dziecinnego.   Była   ubrana   w   strój,   który   mógł   wzbudzić 
zazdrość niejednej elegantki wielkiego miasta na wschodzie 
kraju,   ale   tu  nie   pasował.   Zresztą   wszyscy   uczestnicy  tej 
zwariowanej   wyprawy   nie   pasowali   do   prerii   Dzikiego 
Zachodu.

— Cóż pani chciałaby jeszcze wiedzieć.

Jeszcze?! — zawołała wybuchając śmiechem. — Ależ 

ja nic do tej pory się nie dowiedziałam, prawie nic. Wiem 
tylko, że udaje się pan do El Paso, gdzieś strasznie daleko. 
Czy jedzie pan do pacjenta?

— Mam spotkać się z przyjacielem.
— A ten Norton, to kto to?
— Wędrowny handlarz.
— Biedny! Musi zarabiać w tak trudny sposób.

background image

— Norton ma sklep na Wschodzie i wcale nie jest biedny. 

To   tylko   dawne   przyzwyczajenie   pcha   go   w   te   strony, 
równie dobrze mógłby już nie handlować.

— Ale komu on tu sprzedaje? Przecież to pustkowie.

— Norton handluje z Indianami. 
Klasnęła w dłonie:
— Z prawdziwymi Indianami?

background image

— Z najprawdziwszymi. Czy. zresztą mogą istnieć jacyś 

nieprawdziwi?

— I nie boi się?

Z trudem powstrzymywałem śmiech.

— A pani nie bała się przywędrować w te strony?
— Roger i Frank zapewniali mnie, że nie ma tu żadnego 

niebezpieczeństwa.   Po   prostu   wakacyjna   przejażdżka 
połączona   z   polowaniem.   Wszystko   mieli   robić   ludzie, 
których   Roger   wynajął.   Któż   mógł   przypuszczać,   że   nas 
oszukają i uciekną? Mieliśmy takie dobre wierzchowce — 
westchnęła — a ocalał tylko  jeden, dzięki Stone'owi. To 
smutne.

Nie zdawała sobie sprawy z sytuacji.

— Ta wakacyjna wycieczka, jak ją pani nazwała, mogła 

się   skończyć   tragicznie.   Gdyby   nie   nasza   obecność   w 
pobliżu...

— Sądzi pan, że zginęlibyśmy? — zapytała pobladłszy z 

wrażenia.

— Tak to wyglądało. Wątpię bowiem, czy znaleźlibyście 

odpowiednią drogę, a przede wszystkim, czy potrafilibyście 
odszukać się wzajemnie.

Rozumiem.   A   cóż   ten   Norton   sprzedaje 

czerwonoskórym? — zmieniła nagle temat rozmowy.

— Proszę jego zapytać.

— To pan nie wie?
— Wiem, że na pewno nie wozi wódki, a reszta mnie nie 

interesuje.

— Gdzie pan poznał Nortona?
— W Milwaukee. To mój były pacjent.
— A ten drugi?
— Hal?   To   pracownik   Nortona.   Bez   niego   nie   dałby 

sobie rady w drodze.

— Pewnie. I kto by upilnował złota?
— Jakiego złota? — zdziwiłem się.

No, tego, którym Indianie płacą za towary. Przecięż 
czymś muszą płacić, a dolarów na pewno nie mają. 
Roześmiałem się głośno.

— Przepraszam, ale to wydało mi się bardzo zabawne. 

Handel   jest   wymienny,   proszę   pani.   Norton   przyjmuje 
zamiast   pieniędzy   skóry   zwierzęce   i   robi   na   tym   dobry 
interes. Kto pani naopowiadał o tym indiańskim złocie?

— Czytałam   w   jakiejś   powieści,   że   czerwonoskórzy 

znają   miejsca,   w   których   leżą   pokłady   złotego   pyłu,   a 
niekiedy nawet całe bryły. Czy to nieprawda?

— Autor miał bujną fantazję. Zdarza się, iż niektórzy z 

czerwonoskórych znają złotodajne tereny, ale rzadko z nich 
korzystają.

— Dlaczego? Przecież to wielkie bogactwo?
— Indianie nie przywiązują takiej wagi do bogactwa, jak 

my. Złotem płacą niechętnie, ponieważ zwraca to uwagę i 
ściąga   na   ich   tereny   poszukiwaczy,   ludzi   nie   zawsze 
uczciwych i nie przebierających w środkach dla zdobycia 
majątku.

Pokiwała głową, nie bardzo jednak przekonana. Tak mi 

się wydało.

— Och, chciałabym zobaczyć Indian! Ciekawa je

stem, czy wyglądają tak samo jak na rysunkach.

Nie   zdążyłem   odpowiedzieć.   Usłyszałem   głuche   ude-

background image

rzenia kopyt o ziemię.

— Ella! — ozwał się obcy głos. — Florence cię prosi.
— Akurat   teraz?   Prowadzę   tak   ciekawą   rozmowę. 

Przepraszam, panowie się nie znają. To jest Frank Scudder, 
a to pan doktor...

Wymieniłem   swoje   nazwisko   i   w   zamian   otrzymałem 

dość sztywny ukłon. Do tej pory jakoś nie zetknąłem się ze 
Scudderem, teraz miałem okazję przyjrzeć mu się z bliska. 
Był jakby przeciwieństwem Deena. Tamten — raczej niski, 
z widocznymi oznakami skłonności do tycia, ten — chudy 
jak patyk i wysoki. Czy równie

background image

zarozumiały   jak   jego   przyjaciel,   nie   zdołałem   już 
stwierdzić,   ponieważ   Ella   rzuciła   mi   krótkie:   „Do   zo-
baczenia!" i wykręciła koniem. Scudder popędził za nią.

— No i co, doktorze? — odezwał się Norton, gdy się z 

nim   zrównałem.   —   Czy   kolejna   propozycja   zatrudnienia 
nas   w   charakterze   aniołów-stróżów,   czy   też   skarga   na 
Stone'a?

— Nic z tych rzeczy. Po prostu, towarzyska pogawędka, 

której ostatecznego celu nie potrafię odkryć. Ta młoda pani 
ma   takie   wyobrażenie   o   Dzikim   Zachodzie,   jak   ja   o 
mieszkańcach Patagonii albo... jeszcze gorzej.

W   ciągu   następnych   trzech   dni   Ella   parokrotnie 

przyłączała się do naszego towarzystwa, chyba na przekór 
tamtym,  bo gdy tylko dłużej z nami zabawiła, zjawiał się 
Frank Scudder i pod byle pozorem skłaniał do powrotu. Tak 
wędrowaliśmy   dalej.   Drogę   torował   Norton,   któremu 
towarzyszyłem najczęściej, dalej jechał Hal z jucznymi, po 
nim następowała przerwa długości kilkudziesięciu jardów, 
wreszcie   posuwał   się   wóz   w   otoczeniu   konnych. 
Najzabawniejsze było, że Deen, mimo iż jechał trop w trop, 
w   ogóle   się   z   nami   nie   porozumiewał.   Wieczorami 
przychodził tylko Stone, żeby omówić z Nortonem kierunek 
drogi   na   następny   dzień   i   poplotkować   na   temat   swych 
chlebodawców. Bardzo mnie ubawił opowiadaniem, jakich 
to musiał użyć wybiegów, aby zmusić Deena i Scuddera do 
odbywania nocnych wart. Nagadał im o niebezpieczeństwie 
grożącym  ze  strony kujotów  (odzywały się  każdej  nocy). 
Uwierzyli   w   ich   krwiożerczość,   chociaż   powszechnie 
wiadomo, że są to stworzenia tchórzliwe. Obaj mężczyźni 
dali   się   nabrać   i   „w   obronie   kobiet"   zdecydowali   się   na 
odbywanie dyżurów.

— Diabła tam warte jednak takie czuwanie — stwierdził 

Stone. — Ubiegłej nocy przyłapałem Deena, jak   drzemał! 
Jeszcze  kucharz-Chińczyk  najlepiej się sprawuje, za to nie 
umie  obchodzić  się  z bronią, a lokaj  nie  lepszy od pana. 
Gdyby   to   były   mniej   spokojne   strony  i   gdyby   nie   wasze 
sąsiedztwo, nie mógłbym przespać ani jednej nocy.

Trzeciego dnia — jak już wspomniałem — dotarliśmy do 

Canadianu.   Licząc   od   Milwaukee,   przebyłem   już   dwie 
trzecie drogi dzielącej mnie od celu, a Norton, którego cel 
znajdował się bliżej — znacznie więcej.

Kiedy wreszcie wóz nadciągnął nad brzeg i Stone do nas 

przygalopował,   wspólnie   ustaliliśmy   rozmieszczenie   dwu 
obozowisk poza plażą, aby umożliwić zwierzętom dostęp do 
wody.   Później   rozpoczęły   się   przygotowania   do 
wieczornego   posiłku   i   noclegu.   W   naszej   grupie 
przebiegające   sprawnie   i   szybko,   u   naszych   sąsiadów   — 
nieskoordynowanie   i   wolno,   mimo   na   pewno   sporych 
wysiłków Stone'a.

Jak zwykle, kiedy już bagaże zostały zdjęte z końskich 

grzbietów, a ognisko rozpalone, ruszyłem na krótki spacerek 
wokół biwaku, z nieodstępną lornetką zawieszoną na pasku. 
Obszedłem   w   wielkim   promieniu   najbliższy   teren,   aż 
dotarłem   do   brzegu   pokrytego   trawą,   który   dźwigał   się 
stromo   nad   korytem   rzeki.   Rozglądałem   się   za   śladami 
zwierząt, potem przyłożyłem szkła do oczu. Przesuwałem je 
powoli, najpierw wzdłuż linii różowiejącego horyzontu — 
był pusty. Opuściłem nieco szkła i wtedy, po tamtej stronie 

background image

Canadianu,   ale   hen,   hen,   dostrzegłem   ciemny   punkt 
poruszający się przez prerię.

— Lewis! — zawołałem dostrzegłszy go, jak zmierzał w 

stronę naszego obozowiska. Podałem mu lornetkę. — Tam! 
— powiedziałem.

— Samotny jeździec albo co najwyżej dwu — stwierdził. 

— Czyli nie ma strachu, doktorze.

— Ciekaw jestem, jak się zachowają, gdy nas zauważą?.

background image

— Podjadą.
— Skąd taka pewność?
— Namioty.   Żadna   banda   trampów   nie   wozi   z   sobą 

namiotów.   Płachty   namiotowe   widać   z   dużej   odległości. 
Będą sądzili, że to oddział wojska i wobec tego nic im nie 
grozi. Jeśli oczywiście... nie mają niczego na sumieniu.

— Właśnie! Ale zdarza się, że wojsko niekiedy zmusza 

napotkanych   traperów   do  odgrywania   roli   przewodników. 
Nie każdemu to w smak.

Ciemny punkt, najpierw coraz bliższy, tak że w szkłach 

lornetki   wyraźnie   rozróżniałem   dwie   sylwetki,   później 
począł rozmazywać się w miarę zapadających ciemności, na 
koniec — znikł. Albo więc szlak nieznajomych wędrowców 
prowadził w innym kierunku, albo też spostrzegli nas, ale 
woleli   nie   ryzykować   spotkania.   Powiedziałem   o   tym 
Nortonowi, przyjął informację obojętnie.

Noc   zapowiadała   się   ciepła,   nie   było   powodu   do   pod-

sycania płomienia naszego ogniska.

— Przed  świtem  spróbuję  zapolować  —  poinformował 

mnie handlarz. — Co pan na to?

— Idę.
— Świetnie. Pan ma celne oko i na pewno nie wrócimy z 

pustymi rękami.

Zbudził mnie, gdy czarna jak smoła ciemność poczęła się 

ledwie   przecierać,   a   cisza   była   tak   intensywna,   że   nasze 
kroki brzmiały w niej jak stąpania stada bizonów, chociaż w 
rzeczywistości sunęliśmy po miękkiej trawie jak dwa koty, 
bezszelestnie   skradające   się   za   zdobyczą.   Norton   nie 
powiódł   mnie   drogą   najkrótszą   ku   wodzie.   I   słusznie. 
Bliskość obozu, koni i ludzi  mogła  odstraszyć  porannych 
wędrowców prerii. Ruszyliśmy równolegle do koryta rzeki. 
Rozgrzałem   się   tym   marszem,   a   jednocześnie   chłodne 
powietrze wypłoszyło ze mnie resztki

background image

snu. Tak dotarliśmy do trzech samotnych drzew rosnących 
w   punkcie,   w   którym   nurt   Canadianu   skręcał   łagodnym 
łukiem, gdzie brzeg był niski, pokryty piaskiem.

Drzewa   wyrastały   o   krok   jedno   od   drugiego,   tworząc 

trójkątny placyk — doskonałe schronienie dla dwu osób.
Umieściliśmy się możliwie najwygodniej i wysunęli spoza 
pni   lufy   strzelb   skierowane   ku   rzece.   Teraz   należało   już 
tylko   uzbroić   się   w   cierpliwość   i   zdać   na   myśliwskie 
szczęście.   Zwierzyna   mogła   przywędrować   do   wodopoju 
właśnie tutaj, albo... kilkadziesiąt jardów dalej i uciec nam 
sprzed   nosa.   Co   prawda,   liczne   odciski   racic   na   piasku 
świadczyły   o   dobrym   wyborze   miejsca,   ale   wiatr   mógł 
zmienić kierunek, zadąć w stronę nadchodzących zwierząt i 
zdradzić  im naszą obecność.  Wiele  już  razy przeżywałem 
takie   poranne   polowanie,   ale   tego   rodzaju   wrażenia   nie 
traciły  na   świeżości.   Więc   i   teraz,   jak   dawniej,   z   trudem 
hamowałem zniecierpliwienie i chęć zmiany pozycji, która 
najpierw   wydawała   się   bardzo   wygodna,   a   później   coraz 
bardziej dokuczliwa. Jednakże nie wolno było poruszać się. 
Leżałem   nadal   nieruchomy   jak   kloc   obok   równie   nie-
ruchomego Nortona i wytrzeszczałem, ile się dało, oczy na 
wodę   migocącą   w   ciemnościach   i   na   spłacheć   piachu 
szarzejący w odległości kilku zaledwie kroków. W  końcu 
ujrzałem,   jak   na   jasną   płaszczyznę   wypełzł   bezszelestnie 
bury cień. Znieruchomiał, to znowu się poruszał, aż nachylił 
nad samiutką granicą lądu i wody. Pił.

Nie   takiej   zwierzyny   oczekiwaliśmy!   Ten   kujot   mógł 

całkowicie przekreślić nasze marzenia o antylopiej pieczeni. 
Kiedy   odszedł,   odetchnąłem   z   ulgą.   Niestety,   po   chwili 
pojawił się drugi przedstawiciel tego samego gatunku, a po 
nim trzeci.

background image

— Warto by je odpędzić — szepnąłem.

Norton mruknął coś niezrozumiale. Jak na komendę obie 

szare sylwetki uniosły łby, skoczyły w bok i rozpłynęły się w 
mroku.   Nie   wiem,   czy   to   był   przypadek,   czy  efekt   mego 
szeptu, dość że miejsce dla następnych nocnych gości zostało 
opróżnione. Oby nadeszli.

Jakże   dłużył   się   czas!   Początkowo   orzeźwiony   przed-

rannym   chłodem,   teraz   czułem   coraz   większą   senność.   I 
chyba   w   dobrym   momencie   Norton   trącił   mnie   w   ramię. 
Jeszcze chwila — a popadłbym w drzemkę.

Uniosłem   głowę,   bezszelestnie   przyciągnąłem   kolbę 

sztucera,   tak   że   przywarła   do   ramienia.   Malutkie   stadko 
zwierząt   zbliżyło   się   ku   wodzie.   Antylopy.   Jako  pierwszy 
szedł   przewodnik,   z   łbem   dumnie   uniesionym.   Wietrzył. 
Przystanął i rozglądał się dokoła. Na szczęście dla nas, nie 
było   wiatru.   W   chwilę   później   piątka   czworonogów 
zatrzymała   się   na   krańcu   piaszczystej   łachy.   Co   chwila 
opuszczały i podnosiły łby.

— Teraz — szepnął Norton.
Nakierowałem muszkę na cel. Najbliższa antylopa stanęła 

bokiem. Nacisnąłem cyngiel. Grzmotnęło, aż echo poszło, 
ale nim przebrzmiał głos mej broni, ozwał się następny, nie 
mniej donośny. Antylopy uskoczyły błyskawicznie i znikły 
wśród nadbrzeżnych  traw. Na pustej plaży pozostały dwa 
ciała pięknych zwierząt.

— Czy   nie   za   wiele   tej   pieczeni?   —   zapytałem   pod-

nosząc się.

Norton ujął mnie za dłoń.

— Doktorze   —  powiedział   szeptem  —   przecież   ja   nie 

strzelałem!

Chwycił mnie mocniej i pociągnął ku ziemi.

— Co?
— Nie strzelałem — powtórzył. — Jeszcze ktoś tu obok 

nas poluje.

— MożeStone?
— To przyłączyłby się do nas.
— Może   Deen   lub   Scudder?   Mogli   się   wybrać   na 

polowanie   nie   uprzedzając   Stone'a.   Po   nich   wszystkiego 
wolno się spodziewać.

— To   tylko   przypuszczenie,   pewności   żadnej.   Lepiej 

poleźmy, zanim ukaże się tajemniczy myśliwy.

Spoczywaliśmy więc nadal. Ustąpił nocny mrok, a różowe 

zorze   zapowiedziały   nadejście   dnia.   I   dopiero   wówczas 
dostrzegłem   sylwetkę   człowieka.   Wysunęła   się   z 
nadbrzeżnych   zarośli,   przemknęła   przez   nagi   spłacheć 
piasku,   schyliła   nad   jedną   z   ubitych   antylop   i   z   dziwną 
lekkością zarzuciła ją sobie na plecy, po czym odeszła.

background image

Zanim jednak ten człowiek zniknął w zaroślach, odwrócił 

się i zawołał:

— Ej! Zabierzcie swoje mięso!

To nie był ani Deen, ani Scudder, ani Stone.

— Kogo tu diabli przynieśli? — szepnął handlarz. — Coś 

mi   się   widzi,   doktorze,   że   ta   bezludna   okolica   nagle 
zmieniła się w rojny szlak. Nie uważa pan?

— Podejrzewam,   że   to   jeden   z   tych   dwu   jeźdźców, 

których   obserwowaliśmy   i   którzy   nagle   zniknęli   nam   z 
oczu.

— Kto wie? No, idę.
— Idziemy — poprawiłem go.
— Nie, nie. Proszę zostać i patrzeć. Tak będzie lepiej. 

Nie znamy tego typa, który zniknął w trawach.

— Ale   przecież   się   nam  pokazał?   Zresztą...   niech   pan 

idzie.

Ostrożność  Nortona  okazała  się  zbyteczna.  Przyciągnął 

antylopę do miejsca, w którym spoczywałem, a później we 
dwóch ruszyliśmy mocno obciążeni ku obozowisku. Zorze 
już   przygasły,   a   nad   ziemią   ukazał   się   rąbek   słonecznej 
tarczy. Byłem zmęczony,  zziębnięty i głodny. Jakże mnie 
uradował   cieniutki   pióropusz   dymu   unoszący   się   nad 
środkiem   naszego   obozu.   Niezmordowany   Hal   dokładał 
drew i gałęzi, a garnek z wodą wisiał na zaimprowizowanej 
poprzeczce. Obok siedział Stone i obłupywał z kory gruby i 
prosty kołek.

— Jak się masz, Lewis, co nowego?
— Usłyszałem strzały, doktorze, więc przybiegłem. Jak 

się dowiedziałem, że to polowanie, pomyślałem, że przyda 
się rożen.

— I nie pomyliłeś się. A co porabia twoja gromadka?
— Śpią jak susły i moja opieka teraz im niepotrzebna.
Zabrał się z Halem do ściągania skóry, a ja, zapaliwszy 
węgielkiem  fajkę,  opowiedziałem  o  tajemniczym 
myśliwym znad rzeki.
— Traper? — zagadnął Stone.
— Prawdopodobnie.
— Może   jeden   z   tych,   których   widzieliśmy   przez 

lornetkę?

— I to prawdopodobne.
— Dlaczego nie przyszedł do nas?

Wzruszyłem  ramionami.  Skądże  mogłem  wiedzieć?

— Jak   obudzę   moich   niedołęgów,   pójdę   nad   rzekę. 

Warto wiedzieć, kogo mamy pod bokiem.

— Słusznie  —  stwierdził  Norton.  —  Hal  podaj  rożen. 

Trzeba spróbować, ile warta ta antylopa.

Jak się okazało — była warta bardzo dużo, przynajmniej 

jej pierwszy kawałek.

Wczesny ranek minął nam przy zwykłych zajęciach, ale 

do nich doszła jeszcze konieczność upieczenia całej „góry" 
mięsa. Nie mogliśmy go transportować w stanie surowym. 
Szybko   uległoby   zepsuciu.   Więc   kiedy   Hal   posprzątał   i 
umył   naczynia,   zabrał   się   do   spółki   z   Norto-nern   do 
ćwiartowania zwierzęcia. A Stone wyruszył do swoich i już 
po   chwili   słyszałem   jego   grzmiący   głos,   jakim   budził 
śpiochów.   Ja   zabrałem   mydło   i   ręcznik   (jakżeby   mnie 
wyśmiał  przeciętny westman,  raczej stroniący od wody)  i 
pobiegłem ku rzece. Zrzuciłem z siebie ubranie i beztrosko 

background image

się wykąpałem. Po czym prawie biegiem, żeby się rozgrzać, 
skierowałem w stronę naszego biwaku, ale w połowie drogi 
zwolniłem   kroku.   Cztery   osoby   siedziały   wokół   ogniska. 
Jeśli Stone zdążył wrócić — to kim był ten czwarty? Chyba 
Deen? A do niego wcale mi się nie spieszyło.

Wlokłem się teraz noga za nogą mając nadzieję, że zanim 

dojdę, nieproszony gość oddali się. Nic z tego. Tkwił na 
tym   samym   miejscu,   ba,   rozmawiał,   żywo   gestykulując 
rękami.

background image

Najwolniejszy nawet marsz w końcu musi doprowadzić 

do mety. Znalazłem się tak blisko ogniska, że rozróżniałem 
głosy, a i tamci, musieli mnie zauważyć. Deen odwrócił się, 
a ja mimo woli stanąłem — to wcale nie był Deen! Zupełnie 
ktoś  inny,   nie   znany.   A   ten  drugi?   Znowu   pomyłka.   Nie 
Stone, lecz człowiek, którego ujrzałem po raz pierwszy w 
życiu.

background image

Tajemnicze złoto

Norton podniósł się, Hal zdejmował z rożna kolejny piat 

pieczeni.

— Dzień dobry — odezwałem się, co wypadło niezbyt 

mądrze,   jako   że   dzień   już   dawno   się   rozpoczął,   ale   nie 
wiedziałem, jak mam przywitać tych obcych.

— A, dobry, dobry... — zaśmiał się jeden z przybyszów. 

— Nawet   dla   nas  bardzo  dobry.  Któż   by się  spodziewał 
znaleźć na tym pustkowiu wędrujący sklepik, i to wówczas 
gdy kończy się proch i braknie kul?

— Mamy gości — powiedział niepotrzebnie Norton. — 

To oni polowali nad rzeką.

Cisnąłem ręcznik z mydłem i siadłem.

— Czemu nie pokazaliście się wcześniej?
— Ba, lepiej wiedzieć, z kim będzie się miało do czy-

nienia.   Taka   gromada   ludzi!   Ale   sprawdziliśmy   i   oto 
właśnie targujemy się o proch i kule.

— Z daleka?
— Z Albuquerque.

Albuquerque leżało nad Rio Grandę w jej górnym biegu. 

Wiedziałem   o   tym,   ale   jak   daleko   stąd?   Chyba   jednak 
piekielny kawał drogi.

— Jesteśmy traperami — poinformował nieznajomy. — 

Sprzedaliśmy   skórki,   właśnie   w   Albuquerque,   a   teraz 
wracamy na wschód.

Mogło to być prawdą, mogło być kłamstwem. Wyglądali 
istotnie na traperów, w odpowiednio zniszczonej odzieży, 
opaleni na ciemny brąz i w 

obliczach tak zarośniętych, jakby od roku nie tknęła ich 
brzytwa. Jeden z nich nosił zarost ciemny, drugi — jasny. 
To wszystko, co mogłem zaobserwować, bo brody i wąsy 
zniekształcały zarys twarzy. Czy wracali pieszo, czy konno? 
Bo koni nigdzie w pobliżu nie zauważyłem. Co prawda, 
traperzy polowali raczej bez koni, ale oni przecież mieli 
pieniądze na kupno wierzchowców i poza tym — jak 
dostarczyli skórki do Albuquerque? Na własnych 
grzbietach?

Norton jakby przeczuł moje wątpliwości, bo powiedział:

— Konie mają w pobliżu, nad rzeką.
— Woleliśmy   podejść   bez   naszych   człapaków   —   wy-

jaśnił brunet.

— Przyprowadź je, Jonas.

Drugi   brodacz,   ten   o   jasnym   zaroście,   dźwignął   się   i 

odszedł w kierunku rzeki.

„Widać jestem zbyt podejrzliwy — pomyślałem. — To 

są autentyczni myśliwi i nic więcej. Dziwne tylko, że skórki 
sprzedali   tutaj,   a   nie   zawieźli   ich   na   wschód,   gdzie 
otrzymaliby za nie parokrotnie więcej".

Tak sobie pomyślałem, ale natychmiast zgromiłem sam 

siebie za nieuzasadnioną nieufność. Konie wkrótce zostały 
przyprowadzone. Jeden rzut oka wystarczył, aby stwierdzić, 
że musiały mieć za sobą długą drogę.

— Hal — odezwał się Norton — jak skończysz z mię

background image

sem, idź do Stone'a i powiedz mu, że zaraz ruszamy.
Jeśli   pragnie   nam   towarzyszyć,   niech   popędzi   swoich 
nierobów.

Usłyszawszy to wziąłem się do pakowania manatków i 

siodłania   wierzchowca.   Unikam   pośpiechu,   jeśli   tylko 
można   zawczasu  przygotować   się   do  jazdy.   Najlepszy  to 
sposób, żeby o niczym nie zapomnieć i później nie wracać 
po zgubę. Kiedy ukończyłem oporządzanie konia, wróciłem 
do ogniska. Nieznajomych już nie zastałem.

— Poszli do sąsiadów — wyjaśnił Norton.
— Po co? Wzruszył 
ramionami.

Albo   ja   wiem?   Pewnie   przez   ciekawość.   Jeśli   ty-

godniami   wędrują   we   dwójkę,   ciekawi   są   nowych   ludzi, 
zwłaszcza takich cudaków.

— Opowiadał pan o Deenie?
— Ano, gadało się o tym i o owym. Wyśmiewali się z 

namiotów, więc im wyjaśniłem, kim są właściciele.

— Czy to było konieczne?
— Uważa pan, że popełniłem błąd?
— Nie wiem, ale gadulstwo nie jest chyba zaletą.
Roześmiał się.

— Może,   ale   nie   tu,   na   prerii.   Oj,   doktorze,   od   razu 

poznać, że pan nie wędrował po pustkowiach. Smutno przy 
ognisku,   gdy   nie   ma   do   kogo   ust   otworzyć,   a   wówczas 
najmilszym gościem taki, który dużo i długo mówi.
Coś panu pokażę.

Sięgnął   do   kieszeni   i   podał   mi   na   dłoni   kilka   nie-

kształtnych   kamyków,   zabrudzonych   ziemią,   o   żółto-
zielonkawym odcieniu.

— Wie pan, co to jest?

Oczywiście, że wiedziałem, ale nie zdradziłem się z tym, 

dopóki   przy   pomocy   noża   nie   spróbowałem   twardości 
grudek. Nacięcia błysnęły.

— Złoto — stwierdziłem. — Zapłacili za proch?
— Zapłacili   dolarami,   a   to-to   wypadło   jednemu   z 

kieszeni,   jak   wyciągał   pieniądze.   Poprosiłem,   żeby   mi 
odstąpił kilka grudek. Przystał, ale policzył sobie więcej, niż 
to warte. Będzie co pokazywać w Milwaukee.

;

 Zwróciłem nacięty kamyk.

background image

— Niech pan zatrzyma, doktorze. Na pamiątkę.
— Przecież pan zapłacił?
— E tam! Proszę to przyjąć.
— Dziękuję. Mówili, skąd mają?
—i   Powiadali,   że   im   w   Albuquerque   częściowo   ure-

gulowano rachunek za futra złotem. Prawdopodobne.

— Trochę dziwne, żeby eksplorer nabywał futra.
— A   któż   twierdzi,   że   skórki   sprzedali   eksplorerowi? 

Agent mógł nabyć złoto, a później zabrakło mu pieniędzy, 
więc resztę należności pokrył złotem.

— Możliwe. Prędko ruszamy?
— Za chwilę. No Hal, bierz się do roboty, bo słonko już 

wstępuje na niebo.

Nie   mylił   się,   czas   było   ruszać,   ale   dopiero   po   pół 

godzinie znaleźliśmy się na siodłach. Spojrzałem w lewo. 
Stożki namiotów już znikły, zaprzęgano konie do wozu.

— Naprzód, doktorze! Stone na pewno nas dogoni, a jeśli 

nie dogoni, niech sobie sam daje radę.

— A tamci?
— Jacy tamci?
— Traperzy. Widzę, że zostawili tu swoje zwierzęta.
— Nie mamy obowiązku na nich czekać. Naprzód.

Klepnąłem   konia   po   zadzie   i   wyjechaliśmy   umiarko-

wanym kłusem. Przy takiej szybkości nawet najcięższy wóz 
łatwo mógł nas doścignąć. Droga była równa jak stół, a jej 
kierunek wskazywała dolina Canadianu, którego brzegiem 
nadal jechaliśmy.  Od czasu do czasu odwracałem się, ale 
poza   Halem,   wiodącym   za   nami   juczne   konie,   nie 
dostrzegałem   nikogo   więcej.   Gdy   więc   słońce   dosięgło 
szczytu nieba, ściągnąłem cugle.

— Może   im   się   co   przydarzyło?   —   powiedziałem   do 

handlarza.

— Dadzą sobie radę, doktorze.
— Nie jestem tego pewien. Lepiej byłoby poczekać.

background image

Westchnął.
— Prawdę powiedziawszy, wcale nie martwię się takim 

rozstaniem. Czuję tego Deena i całą jego gromadę jak kulę 
u nogi. Pan nie?

— Gdyby nie kobiety — odparłem — nie zwracałbym na 

nich żadnej uwagi.

— Jest przecież Stone, a prócz niego czterech mężczyzn.

Niedołęgi. A sam Stone może okazać się zbyt słaby.

— O   czym   pan   mówi?   Cóż   im   mogło   się   przytrafić? 

Napad   dzikich   zwierząt?   Zatarg   z   czerwonoskórymi?   W 
tych stronach? Co najwyżej koło odpadło od wozu, ale na to 
i ja im nic nie poradzę.

— A ci traperzy?
— Czuję, doktorze, że wpadli panu w oko. Uważam, że 

już dawno ruszyli na wschód.

— A jednak...
— Więc   zgoda.   Widzi   pan   tę   kępę   drzew?   Tam   po-

czekamy na tych łazęgów, chociaż wcale na to nie zasługują.

Czarna kępa z bliska okazała się sporym laskiem młodych 

drzewek.   Zapewne   kiedyś   porywisty   wiatr   musiał   tu 
przynieść   i   rozrzucić   nasiona   pinii.   Po   latach   wyrósł 
piniowy   zagajnik.   Pokrywał   cypel   urwistego   brzegu,   za 
którym rzeka łagodnym łukiem skręcała ku południowi. Tu 
przystanęliśmy,   zeskoczyli   z   siodeł,   ale   nie   zdjęli   ani 
uprzęży, ani juków. Z dużą ulgą rozciągnąłem się w cieniu 
drzew. Norton i Hal Burns zaraz mnie naśladowali.

— Pan   musi   mieć   miękkie   serce,   że   tak   o   nich   się 

troszczy,   a   ja   —   równie   miękkie,   bo   nie   potrafiłem 
odmówić.

Handlarz   wrócił   do   przerwanego   tematu,   ale   że   po-

wiedział to głosem żartobliwym, nie żachnąłem się.

background image

— Bardzo to ładnie o panu świadczy — odparłem.  — 

Nie zapomnę tego i w wypadku następnej  choroby...

— Nie, nie! Byle nie leżenie w łóżku — zaprotestował z 

zabawnym przestrachem. — Jest pan najlepszym lekarzem 
na świecie i życzę powodzenia na... innych.

Roześmiałem się.

Preria   nadal   była   pusta   i   otwarta   na   wszystkie   strony 

świata.  Tylko   na   północy,  bardzo stąd  daleko,  majaczyły 
ledwie   dostrzegalnymi   konturami   jakieś   wysoczyzny. 
Minęła już prawie godzina. Zauważyłem, jak Norton począł 
się   niepokoić.   Raz   po   raz   wstawał   i   wychodził   na   skraj 
lasku,   powracał,   krążył   dokoła.   Nie   odezwał   się,   ale 
odgadłem, że ma dosyć czekania.

— Ruszajmy — powiedziałem smętnie.

Zaraz się rozpromienił i kiwnął głową na znak aprobaty. 

Wskoczyliśmy już na siodła, gdy Hal wyciągnął rękę:

— Patrzcie! Jadą!

Nie   omylił   się.   Przez   równinę   posuwała   się   mała   ka-

walkada.

— Więc wszystko w porządku — zauważył handlarz — 

nie mamy potrzeby dłużej czekać. Chyba pan zadowolony, 
doktorze?

— Ruszajmy — powtórzyłem.

Pomyślałem,   że   zapewne   Deen   i   jego   towarzystwo 

porządnie   zmarudzili   przy   zwijaniu   obozu,   co   stało   się 
przyczyną spóźnienia.

Po tej pierwszej zbytecznej przerwie w podróży, po raz 

drugi zatrzymaliśmy się, aby dać odsapnąć zwierzętom. Ale 
karawana Deena nie zrównała się z nami, dopiero późnym 
wieczorem,   gdy   na   dobre   przerwaliśmy   podróż,   przy 
ognisku   zjawił   się   Lewis   Stone,   ponury   jak   gradowa 
chmura.

— Cóżeście się tak zawieruszyli?
— To nowy pomysł Deena.

background image

— Nowy pomysł? — zażartował Norton. — Zdradź go 

nam, będzie powód do śmiechu.

— Wcale   mi   nie   do   śmiechu.   Zamierzam   rzucić   tę 

robotę.

— Uspokój się, Lewis — powiedziałem. — Opowiadaj 

wszystko od początku, co ci na wątrobie leży. Pokłóciłeś się 
z Deenem?

— Nie, ale znalazłem się w bardzo głupiej sytuacji. Czy 

pan wie, doktorze, że Deen przyjął na przewodników tych 
dwu traperów?

— To ciekawe. No cóż, będzie ci teraz lżej.
— Nie,   nie   podoba   mi   się   ta   sprawa!   —  krzyknął.   — 

Deen z nimi gadał na osobności. Później zebrało się całe 
towarzystwo i nad czymś tam radzili, beze mnie.

— Przesadzasz,   Lewis   —   powiedział   Norton.   —   Nie-

potrzebnie się denerwujesz. Cóż ci to przeszkadza, że sobie 
radzą?

— Jestem   ich   przewodnikiem   i   zobowiązałem   się,   że 

doprowadzę   Deena   do   najbliższej   stacji   kolejowej.   Jako 
przewodnik odpowiadam za bezpieczeństwo ludzi, których 
prowadzę. Czy nie tak?

— Oczywiście.
— Więc   dlaczego   przyjmują   do   pomocy   nieznanych 

włóczęgów i to bez porozumienia się ze mną? Dlaczego coś 
tam   obgadują   za   moimi   plecami?   To   przez   te   narady 
opóźnili wyjazd przeszło o godzinę, mimo że nalegałem o 
pośpiech. Nie będę ukrywał, wolę trzymać się blisko was, a 
nie pozostawać sam na sam z tymi niedołęgami.

Wierzyłem,   że   mówił   szczerze.   Sytuacja   wyglądała 

denerwująco, jednak nie należało działać w zdenerwowaniu. 
Dlatego powiedziałem:

Uspokój się, Lewis. Cóż z tego, że Deen rozmawia z 

traperami? Rób, co do ciebie należy, i nie zwracaj uwagi na 
tamtych.

— A jeśli przestaną mnie słuchać?

background image

— Dopiero   wówczas   będziesz   miał   prawo   cisnąć   całą 

robotę   do   licha.   Skoro   Deen   przybrał   sobie   nowych 
pomocników,   a   wyglądają   na   prawdziwych   traperów,   nie 
zginie nawet bez twojej pomocy.

Tak to uspokajałem Lewisa, a gdy Norton mnie poparł, 

Stone, opuszczając nas nocą, przyrzekł zachować rozsądek i 
umiar w postępowaniu.

Gdy   zniknął   w   ciemnościach,   raz   jeszcze   rozważyłem 

sytuację. Poczęły mnie ogarniać coraz większe wątpliwości 
i w końcu gotów byłem przyznać rację Lewisowi. Myślałem 
o tym przez długie godziny spoczynku, nie mogąc zasnąć i 
tylko udając sen, aby uniknąć pytań Nortona.

Nazajutrz   o   świcie   Stone   znowu   się   nam   pokazał. 

Powiedział,   że   traperzy   obiecali   doprowadzić   Deena   do 
wspaniałych   terenów   łowieckich   i   że   wobec   tego   Deen 
postanowił nie wracać na wschód, lecz odbyć wyprawę tak, 
jak ją pierwotnie zaplanował.

— I co pan na to, doktorze?
Wzruszyłem ramionami.
— Nic — odparłem. — Jeśli ci to nie odpowiada, możesz 

każdego dnia zrezygnować ze swych obowiązków.

— Ba... — odparł — myślałem o tym wczoraj, ale jak 

rzecz rozważyłem na zimno to... — zawahał się — Deen 
nieźle płaci, a u mnie się nie przelewa.

Było jasne: Stone — wbrew temu, co mówił ostatniego 

wieczoru   —   nie   potrafi   zdecydować   się   na   wybór.   A   ja 
uważałem, iż sytuacja nie wymaga gwałtownych rozwiązań. 
Dlatego poradziłem krótko:

— Zostań, zobaczysz, jak wszystko się dalej ułoży,  i... 

możesz liczyć na mnie.

Opuścił nas pełen wahań, ale nieco pocieszony. Tego dnia 
nie wydarzyło się nic więcej godnego uwagi. 
Wędrowaliśmy nadal wzdłuż Canadianu, słońce dogrzewało 
coraz silniej, a nocami zrywał się z dalekich gór chłodny 
wiatr i oziębiał rozpaloną ziemię. Górskie szczyty rosły w 
oczach z każdą przebytą milą, rozległa płaszczyzna prerii 
poczęła się zwężać, drogę raz po raz przecinały strumyki 
wlewające swe wody do Canadianu, dość płytkie, nie 
stanowiące przeszkody.

— Nim minie miesiąc, pozostaną po nich tylko wyschłe 

łożyska   —   wyjaśnił   Norton,   gdy   przejeżdżaliśmy   przez 
kolejny nurt, chyba piąty czy szósty tego dnia. — Dopóki 
śniegi na szczytach, dopóty wody w tych rzeczkach.

Teren   począł   stopniowo   dźwigać   się,   przechodząc   w 

płaskowyż.   Wiedziałem,   że   góry   ograniczające   od   pół-
nocnego wschodu tę płaszczyznę stanowią odgałęzienie Gór 
Skalistych o hiszpańskiej nazwie Sangre de Cristo. Za ich 
grzebieniem toczy swe wody Rio Grandę, mająca źródło w 
innym paśmie — San Juan. Tak daleko nie zamierzaliśmy 
wędrować.   Potrzebowaliśmy   jedynie   przebyć   górny 
Canadian w  miejscu,  które  znajduje  się  najbliżej  górnego 
biegu rzeki Pecos. Dalej prowadzić nas miała właśnie dolina 
tej   rzeki   —   najwygodniejszy   szlak   na   południe.   Moje 
wiadomości potwierdził Norton, ale kiedy go zapytałem, po 
czym   rozpozna   miejsce,   w   którym   powinniśmy   zmienić 
kierunek jazdy, klepnął się po czole, roześmiał i odparł:

— Po prostu to się wie, doktorze. Nie pierwszy raz tędy 

jadę.

background image

Coraz częściej ukazywały się nam samotne drzewa pinii, 

niekiedy   całe   gaje,   zarośla   złożone   z   coraz   wyższych 
jałowców,   a   gdzieniegdzie   skupiska   krzaków   szałwii, 
rosnących w suchym i gorącym klimacie Nowego Meksyku 
dopiero na wysokości około pięciu tysięcy stóp.

background image

Następnego   dnia,   podczas   krótkiego   postoju   w   naj-

gorętszej, południowej porze dnia, przygalopowała do nas 
Ella Gardy. Byliśmy zaskoczeni wizytą.

— Dzień dobry wszystkim! Jak się pan ma, doktorze?
— Znakomicie  — odparłem podnosząc się z ziemi.  — 

Czy się co wydarzyło?

— Och, nic nowego. Przyjechałam zapytać, czemu nas 

pan unika?

— Cóż,   pani   szwagier   praktykuje   dziwne   sposoby 
odnoszenia się do ludzi. Nie podobają mi się.

— Nie mógł odgadnąć, że pan jest lekarzem.
— Ba,   kiedy   się   o   tym   dowiedział,   nazwał   mnie   zna-

chorem.   Pan   Deen   powinien   bardziej   zważać   na   to,   co 
mówi. Zwłaszcza w tych stronach, w których ludzie bardzo 
ostro odpowiadają na zarzut kłamstwa. A poza tym... sądzę, 
że   należy   traktować   jednakowo   grzecznie   i   trapera,   i 
lekarza.

Zauważyłem, że się zmieszała.

— Bardzo   mi   przykro,   doktorze.   Ja   wiem,   że   Roger 

wydaje   się   dość   dziwny   przy   pierwszym   poznaniu 
(pomyślałem, że raczej arogancki), ale z niego dobry czło-
wiek. Proszę wierzyć.

Nie   odpowiedziałem,   nie   trafiło   mi   to  do  przekonania. 

Chyba opacznie zrozumiała moje milczenie, bo poweselała.

— Widzi   więc   pan,   że   nie   można   sądzić   ludzi   po 

pozorach.

— Staram się — mruknąłem.
Zeskoczyła z konia, zerknęła na Nortona.
— Proszę mnie poprowadzić ku rzece, tam jest na pewno 

chłodniej.

Spełniłem jej życzenie, chociaż stanowiło tylko pretekst 

dla rozmowy w cztery oczy. Nad rzeką było równie gorąco 
jak na prerii.

background image

— Usiądźmy — zaproponowała, gdy zatrzymaliśmy,  się 

na brzegu.

Zgodziłem się milcząco. Spojrzała na mnie raz i drugi. 

Wyglądało na to, że nie wie, jak zacząć rozmowę.

— Chce   się   pana   o   coś   zapytać.   Czy   pan   nadal   musi 

towarzyszyć temu handlarzowi?

— Nikt mnie do tego nie zmusza. Korzystam z okazji, 

aby nie wędrować samotnie po pustkowiach. Dlaczego pani 
się o to pyta?

— Sądziłam,   że   pan   ma   jakiś   udział   w   wędrownym 

handlu.

Zaprzeczyłem.

— Więc mógłby pan się od niego odłączyć?
— Oczywiście, ale w jakim celu?

— Aby w dalszej drodze towarzyszyć nam.
Pokręciłem głową.

— To nie jest możliwe. Spieszę na umówione spotkanie 

w   oznaczonym   miejscu   z   oznaczoną   osobą.   Towarzyszę 
Nortonowi,   ponieważ   jego   szlak   wiedzie   w   tym   samym 
kierunku.

Pomarkotniała.

— Jakże   nazywa   się   to   miejsce?   Ach,   już   sobie   przy-

pomniałam! El Paso, prawda?

Nie   miałem   zaufania   ani   do   Deena,   ani   do   jego   to-

warzyszy i dlatego odparłem:

— Nazwa nie odgrywa  w tym  wypadku żadnej roli, ta 

miejscowość leży stąd bardzo daleko.

Poruszyła   się   gwałtownie,   jakby  zamierzała   odejść,   ale 

została.

— Wielce   z   pana   tajemniczy   człowiek,   nie   będę   do-

ciekać, czy cel pańskiej drogi znajduje się na ziemi, czy na... 
księżycu. Gdyby jednak leżał na naszym szlaku?

— Nie   leży.   Przecież   Stone   ma   was   doprowadzić   do 

najbliższej stacji kolejowej.

background image

— To pan nic nie wie? Myślałam, że ten kowboj doniósł 

panu o zmianie naszych planów.

— Nie   doniósł   —   powiedziałem  ostro.   —   Wspominał   o 

takim projekcie.

— Ci dwaj traperzy obiecali doprowadzić nas do miejsc, w 

których pasą się bizony. Czy to nie wspaniałe?

Nie potwierdziłem i nie zaprzeczyłem.

— I   dlatego   nie   jedziemy   do   żadnej   stacji   kolejowej   — 

wyjaśniła.

— A dokąd?
— Nie wiem — wyznała z komiczną szczerością.
— A ci traperzy wiedzą?,
— Oczywiście!
— Życzę powodzenia.
— Sądziłam, że pan przyłączy się do nas.
— Niestety...

Rozmowa   poczęła   mnie   nużyć.   O   co   naprawdę   chodziło 

EUy   Gardy?   Czy   to   był   tylko   kaprys,   czy   też   za   taką 
propozycją kryło się coś, o czym nie mogłem wiedzieć?

— Widzi pan, doktorze, ja... ja nie powiedziałam jeszcze 

wszystkiego. Roger chce być zabezpieczony.

— Przed czym? — zdumiałem się.
— No...   bo   w   razie   czego...   Widzi   pan,   ci   traperzy   są 

bardzo sympatyczni, ale Roger obawia się powtórzenia tamtej 
historii.

— Z koniokradami?
Przytaknęła.
— Łatwo   uniknąć   niebezpieczeństwa.   Po   prostu   należy 

odprawić tych ludzi.

— Ale wówczas musielibyśmy wracać.

Tak   będzie   najlepiej.   Zupełnie   nie   rozumiem   po-

stępowania   pani   szwagra.   Czy   nie   zdaje   sobie   sprawy   z 
niebezpieczeństwa?   Proszę   go   przekonać,   że   powrót   w 
bardziej   ludne   okolice   to   najlepsze   zakończenie   waszej 
wędrówki.

— Roger nie ustąpi.
— Przykro   mi   —   powiedziałem   wstając   —   że   nie 

potrafię w niczym pani pomóc i że nie mogę z wami jechać 
jako... strażnik.

— Jeszcze chwilę, doktorze — odezwała się prosząco. 
Siadłem.
— Czy pan umie dotrzymać tajemnicy?
— Doprawdy nie rozumiem, o co chodzi.

— Niech pan przyrzeknie zachować to dla siebie, sprawa 

jest bardzo ważna.

Uśmiechnąłem się.

— Dobrze, jeśli ta pani tajemnica nie wyrządzi nikomu 

krzywdy.

— Cóż znowu! Teraz panu powiem, że ci dwaj traperzy 

odkryli złoża złota.

— A   to   rzeczywiście   coś   nowego   —   odparłem   żar-

tobliwie.   —   I   namawiają   was   do  wzięcia   udziału   w   wy-
prawie. Tacy są hojni, że pragną podzielić się skarbem!

— Dlaczego pan kpi ze mnie?
— Dlatego,   żeby   zwrócić   pani   uwagę   na   nieprawdo-

podobieństwo tej propozycji. Przypadkowo spotkani ludzie 

background image

zdradzają   wam   informację,   na   której   mogliby   dobrze 
zarobić. Czy to nie dziwne?

— Oni nie mają pieniędzy na eksploatację złoża.
— To znaczy, że złoto tkwi w skale, którą należy kruszyć 

mechanicznie.

— Nie znam się na tym, ale chyba jest właśnie tak, jak 

pan powiedział.

— A  nie   opowiadali,   w  jaki   sposób  dokonali   tego  od-

krycia?

— Pokazywali grudki złota.

I twierdzili, że to one naprowadziły ich na ślad? — 

Właśnie tak.

background image

Już chciałem powiedzieć,  że ci sami  ludzie  opowiadali 

Nortonowi,   jakoby   nuggety   otrzymali   za   skóry,   ale 
powstrzymałem   się.   Ella   Gardy   nie   wyglądała   na   osobę, 
która by potrafiła zachować dyskrecję, a mnie zależało na 
tym,   aby   ci   prawdziwi   czy   rzekomi   odkrywcy   złota   nie 
dowiedzieli się o moich wątpliwościach.

Nigdy   nie   zajmowałem   się   poszukiwaniem   skarbów 

ziemi.   Wiedziałem   jednak,   że   złoto   może   występować   w 
postaci   samorodków   —   kawałków   czystego   metalu,   w 
postaci pyłu zmieszanego z piaskiem lub we wnętrzu skał, 
skąd   najtrudniej   je   wydobyć.   Najczęściej   są   to   skały 
kwarcowe i skały pochodzenia wulkanicznego, które należy 
kruszyć.   Jeśli   w   pobliżu   takich   złotonośnych   skał 
znajdowały się pokłady rodzimego złota, ci dwaj traperzy 
mogli   na   nich   tyle   zarobić,   że   starczyłoby   im   na   pewno 
pieniędzy nawet na zakup kruszących urządzeń. Słyszałem 
również,   że   odkrywcy   złotodajnych   skał   po   prostu 
sprzedawali   wiadomość   o   tym   przedsiębiorstwom 
zajmującym   się   eksploatacją.   Albo   też   sprzedawali   teren, 
jeśli stanowił ich własność.

Zapytałem:

— A jaką rolę pragnie mi wyznaczyć pani szwagier?
— Już mówiłam, że Roger nie bardzo ufa tym ludziom, 

szuka więc sprzymierzeńców. Roger powiedział, że za taką 
przysługę da panu udział w kopalni.

— Jeśli taka kopalnia w ogóle istnieje. Nie, proszę pani, 

ja się do takiej roli nie nadaję. Proszę to powiedzieć swemu 
szwagrowi.   Bardzo   jestem   ciekaw,   czy   pani   propozycja 
została uzgodniona z traperami?

— Och, nie! Postawili za warunek, że Roger nikomu nie 

powie.  Że   nie   zdradzi   tajemnicy przed  tym   handlarzem i 
jego towarzyszami.

— Ale ja przecież jestem towarzyszem Nortona.
— Roger uważa pana za osobę godną zaufania.

I dlatego zawiódł zaufanie tamtych. Zbyt to dla mnie 

zagmatwane.   Ostrzegam   panią   i   niech   pani   ostrze-że 
swego   szwagra   przed   lekkomyślnością.   Nie   wiem,   do 
czego  zmierzają   ludzie,   których   uważamy   za   traperów, 
ale chyba do niczego dobrego dla waszej gromadki.
Ż wyrazu jej twarzy widziałem, że moje słowa nie trafiają 

do przekonania. Zastanowiłem się chwilę: jakże odwieść od 
fatalnej decyzji Deena i jego towarzyszy?

— Proszę mnie posłuchać: jutro zwichnie pani nogę.
— Coo?! — zdumiała się. — Jest pan jasnowidzem?
— Nie posiadam takich zdolności. Dlatego zwichnie pani 

nogę „na niby".

— Po co?
— Żebym miał okazję odwiedzić wasz obóz.
— Przecież może pan przyjść do nas w każdej chwili!
— Potrzebuję   pretekstu,   żeby   nie   budzić   niczyich   po-

dejrzeń co do celu mej wizyty.

— Bardzo pan ostrożny.
— W tych okolicach ostrożność jest niezwykle wskazana.
— Nie będę się z panem spierać — odparła wstając. — 

Kiedy mam zwichnąć nogę?

— Jutro,   koło   południa,   w   czasie   przerwy   w   podróży. 

Przyśle pani po mnie Stone'a. Proszę nikomu ani słowa!

— Obiecuję — odparła krótko.

background image

Odprowadziłem ją do naszego obozowiska. Wskoczyła na 

siodło, machnęła ręką i odjechała. Norton spojrzał na mnie 
bacznie.   Usiadłem   i   opowiedziałem   mu   o   wszystkim. 
Złamałem przyrzeczenie tajemnicy, ale przecież chodziło — 
kto   wie?   —   może   nawet   o   życie   kilku   osób,   a   w   takiej 
sytuacji   pomoc   handlarza   stawała   się   bardzo   cenna. 
Wysłuchał mnie w milczeniu.

— Niech się pan w to nie miesza, doktorze. Oni nie są 

warci pańskiej troski.

— Wierzy pan w te pokłady złota?

background image

— Nie   odpowiem:   ani   tak,   ani   nie.   Mogą   istnieć 

złotodajne   skały,   z   których   wydobycie   kruszcu   wymaga 
wiele   wysiłku   i   pieniędzy   na   urządzenie.   Ale   jeśli   to 
wszystko   kłamstwo,   niech   się   Deen   martwi,   skoro   taki 
chciwy!

Dałem   spokój   dalszej   rozmowie,   tym   bardziej   że   nie 

posiadałem   żadnych   dowodów   obciążających   tych 
prawdziwych   czy   udanych   traperów.   Postanowiłem 
dowodów poszukać, ale o tym nie wspomniałem Nortonowi.

Nazajutrz,   podczas   południowego   postoju,   przygnał   do 

nas Stone.

— Ta panna Gardy zwichnęła sobie nogę — powiedział. 

— Prosi, żeby pan przyszedł i zbadał. Ale ja myślę, że to 
tylko pańskie fanaberie, że ona po prostu udaje, bo jej pan 
wpadł w oko.

— Z czego to wnosisz? — zapytałem rozbawiony.
— Ja wiem, doktorze, co znaczy zwichnięcie nogi. Boli 

piekielnie,   nie   można   kroku   uczynić,   a   ona   co   prawda 
kuleje,   ale   jest   taka   zadowolona,   jakby  to  było   ciastko  z 
kremem, a nie zwichnięcie.

U   celu   naszej   drogi   powitał   mnie   Roger   Deen,   bardzo 

grzeczny   i   bardzo   przepraszający   za   wezwanie.   Reszta 
towarzystwa nie raczyła mnie zauważyć.

Ella Gardy kiepsko udawała. Podczas badania rzekomo 

zwichniętej w kostce nogi była tak wesoła, że zmusiło mnie 
to do drobnego okrucieństwa. Ścisnąłem jej nogę powyżej 
pięty tak silnie, że „pacjentka" krzyknęła.

— Oj! Co pan robi?!
— Przepraszam. Zwichnięcie musi boleć.

Na słowie „musi" położyłem specjalny akcent.
Nie wiem, czy mnie zrozumiała, czy też tylko obraziła się 

za taki nietakt, dość, że do końca mej wizyty pokazywała 
twarz zachmurzoną, jak przystało na osobę

background image

dotkniętą  bolesną  przypadłością.  A  o  to mi  właśnie  cho-
dziło.

Przyniosłem swą podręczną apteczkę, sporządziłem niby-

okład   na   rzekome   opuchnięcie   i   obandażowałem   nogę   w 
kostce. Kiedy ukończyłem ten zabieg, zjawiła się Florence 
Deen.

— Dzień dobry, doktorze. Jak tam nasza inwalidka? — 

zapytała bez cienia troski w głosie.

Albo więc przejrzała grę swej siostry, albo też była osobą 

o sercu oschłym, nieczułym na cierpienia innych.

— Och, głupstwo — odparłem. — Jutro nie pozostanie 

śladu bolesności. To tylko lekkie naciągnięcie
mięśnia. Ale radzę nie forsować nogi.

Powiedziawszy   to   począłem   pakować   swe   manatki 

rozłożone na specjalnie w tym celu przyniesionym krześle. 
Na drugim spoczywała moja pacjentka.

— Proszę, doktorze, niech pan usiądzie. Mamy jeszcze 

chwilę czasu. Ta ustawiczna jazda poczyna mnie nużyć. A 
pana? — I nie czekając na odpowiedź zawołała: — Henry, 
Henry! Przynieś jeszcze jedno krzesło!

Człowiek w  czerwonym  fraczku  wyrósł  jak  spod ziemi i 
szybko wykonał polecenie.

— A teraz przynieś  szklanki  i piwo — rozkazała  Flo-

rence. — Napije się pan z nami, doktorze?

Siedliśmy   w   trójkę,   jedno   obok   drugiego.   „Czerwony 

fraczek" elegancko odkorkował butelki i równie elegancko 
napełnił   szklanki.   Piwo   pięknie   pachniało   chmielem.   Od 
chwili pożegnania się z ostatnią stacją kolejową i ostatnim 
miasteczkiem piłem tylko  wodę  lub kawę. Jakże mi  teraz 
smakował   inny   napój!   Wychyliłem   z   pół   szklanki   i 
zaryzykowałem pytanie:

— Jakże sprawują się traperzy?
— Sympatyczni ludzie, tylko... trochę nieokrzesani.
— Ba, oni zwykle są tacy. Jeśli nawet któryś z nich

background image

poprzednio nabył ogłady na Wschodzie, tu szybko się jej 
oduczy. Nie jest to przecież największa wada.

— A jaką pan uważa za największą?
— Brak   poczucia   uczciwości,   obojętność   na   cudzą 

krzywdę.

— Och, ci dwaj na pewno są uczciwi. Pod tym względem 

nic nie można im zarzucić.

— To   niełatwo   stwierdzić   po   kilku   zaledwie   dniach 

znajomości.

Florence machnęła lekceważąco ręką.

— Nie   jesteśmy   ślepi.   Jeśli   cokolwiek   zauważymy, 

odprawi się ich. 

Powiedziała to takim tonem, jakby chodziło o służących, 

którym dostojna dama gdzieś w wielkim mieście wymawia 
pracę. — A jeśli oni nie zechcą odejść? — zapytałem.

— Jak to? To niemożliwe!
— Bardzo   możliwe.   Będą   na   przykład   nadal   za   wami 

jechać. Albo... przed wami, albo gdzieś z boku. Tacy ludzie, 
proszę mi wierzyć, potrafią być dokuczliwi.

— Pan chyba  żartuje? Zresztą... jest Roger, jest Frank. 

Oni   dadzą   sobie   radę.   A   poza   tym   liczę   na   pana   i   na 
pańskiego   handlarza.   Nie   pozwolicie   zrobić   krzywdy 
kobietom, jestem tego pewna.

Otóż to właśnie! Najpierw potraktowano mnie, Nortona i 

Hala   jako   niegodnych   towarzystwa,   a   teraz   apelowano   o 
pomoc.

— Gdzież ci traperzy? — zmieniłem temat rozmowy.
— Interesują pana?
— W takim samym stopniu, jak każdy inny wędrowiec 

spotkany na prerii.

— Rozumiem. Udali się nad rzekę łowić ryby. Ot tam — 

wskazała kierunek ruchem dłoni. — Chce pan sprawdzić? 
Zaprowadzę pana.

Skwapliwie przyjąłem tę propozycję.

background image

— Ale pani — zwróciłem się do Elly, bo zauważyłem jej 

chęć przyłączenia się do nas — nie może forsować nogi.

Skrzywiła się zabawnie, jednak nie zaprotestowała.
Do doliny Canadianu doszliśmy bardzo szybko. Stamtąd 

Florenee   poprowadziła   mnie   w   górę   rzeki   do   wysokiego 
brzegu,   dźwigającego   się   kilka   stóp   nad   poziom   wody. 
Wówczas ich ujrzałem. Siedzieli obróceni plecami w uskoku 
gruntu, poniżej skarpy, na której przystanęliśmy. Położyłem 
palec na ustach. Florenee spojrzała na mnie ze zdziwieniem, 
ale nie odezwała się.

Tamci   rozmawiali,   dość   głośno,   słyszałem   wyraźnie 

każde słowo.

— ... nie warto. Widziałeś, co on wiezie? Koce, jakieś 

świecidełka, kule i proch. Co nam po tym?

— Możemy wymienić na skóry.
— A co ze skórami? Wieźć je na wschód? Taki szmat 

drogi?

— To daje niezły zarobek.
— A zarabiaj sobie! Człowieku, nie pomyślałeś, że mogą 

nas szukać?

Jakiś kamyczek obsunął się pod moją stopą, potoczył w 

dół i pacnął wprost w kapelusz jednego z rozmawiających. 
Podnieśli głowy.

— Jakże wypadł połów? — zagadnąłem niefrasobliwym 

głosem.

— Połów? — szczerze zdziwił się brunet.

Jego towarzysz natychmiast się zorientował i pospieszył z 

wyjaśnieniem.

— Mieliśmy łowić, to prawda. Ale w pobliżu nie rośnie 

żaden uczciwy patyk nadający się na wędkę.
Jakem Jonas!

Kłamał. Kilkadziesiąt kroków stąd gęstniał pas wysokich 

krzewów,   których   długie   witki   świetnie   nadawały   się   na 
wędziska. Ten fakt obudził moją nieufność.

background image

— Są w tych rzekach duże ryby?
— W Angelo łapaliśmy pstrągi za każdym rzutem wędki. 

Ci głupi czerwonoskórzy nie łowią ryb.

To było  prawdą. Apacze i Nawajowie rzeczywiście nie 

łowią i nie jedzą ryb właśnie dlatego, że przez ich ziemie 
płyną   rzeki   obfitujące   w   pstrągi.   Mieniące   się   plamy   na 
łuskach   pstrągów   kojarzą   się   indiańskim   wojownikom   z 
objawami   ospy   i   odry,   które   ongiś   zdziesiątkowały   oba 
plemiona. Uważają więc, że jedzenie ryb mogłoby na nowo 
wyzwolić ducha chorób.

— No — powiedziałem — muszę już wracać.

Potrzebowałem   spokoju,   aby   się   zastanowić   nad   zna-

czeniem fragmentu przypadkowo zasłyszanej rozmowy.

— Odprowadzę pana kawałek.

Ruszyliśmy   znowu   brzegiem.   Po   kilkunastu   krokach 

Florence zagadnęła:

— Elly rozmawiała wczoraj z panem?

— Tak.
— I pojedzie pan z nami?
— Już   mówiłem   pani   siostrze:   moja   droga   wiedzie   w 

zupełnie innym kierunku.

— Szkoda — westchnęła. — Roger bardzo sobie życzy, 

aby w naszym towarzystwie znajdował się lekarz. W razie 
wypadku. Roger potraktowałby to jako pracę zawodową.

— Niestety.   Muszę   się   spieszyć,   bo   cel   mej   podróży 

bardzo daleki.

— Bardzo żałuję. Żegnam.

Rozstaliśmy   się   w   połowie   drogi   dzielącej   moje 

obozowisko od Deena. Florence nie wspominała ani słowem 
o złocie. Czyżby Elly samorzutnie zdradziła tajemnicę? Cóż 
teraz miałem począć z tym wszystkim? Zostawić na pastwę 
losu gromadkę tych naiwnych zarozumialców? Za kilka dni 
obaj z Nortonem skierujemy

background image

się ku dolinie Pecos, a Deen ze swymi traperami ruszy na 
poszukiwanie   skarbu,   w   którego   istnienie   już   całkowicie 
zwątpiłem.   To   były   podejrzane   typy   ci   rzekomi   traperzy. 
Podsłuchany fragment rozmowy dotyczył przecież Nortona i 
jego towaru. Mieli zamiar obrabować handlarza, a jeśli tego 
zaniechają,   to   tylko   dlatego,   że   Deen   stanowił   dla   nich 
bogatszy i łatwiejszy do osiągnięcia łup!

background image

Spisek

Nad wieczorem odwiedził nas jak zwykle  Lewis Stone. 

Utarło się bowiem, iż każdego dnia, po zapadnięciu zmroku, 
przychodził   spożyć   z   nami   kolację.   Nie   odpowiadało   mu 
bowiem ani towarzystwo lokaja i kucharza (bo z nimi miał 
jadać), ani jakość potraw. Polubiłem go, a każde odwiedziny 
stawały się dla mnie okazją usłyszenia nowinek o Deenie. 
Norton przyzwyczaił się do tych wizyt, a Hal miał tyle głosu 
w tej sprawie, co ryba w wodzie.

Tego   wieczoru   oczekiwałem   Lewisa   z   dużą   niecier-

pliwością.   Byłem   ciekaw,   jak   zareagowało   towarzystwo 
Deena   na   moją   odmowę   uczestniczenia   w   myśliwskiej 
wyprawie.

— Co nowego? — zagadnąłem ujrzawszy wyłaniają

cą się z mroku znajomą postać.

Rozczarował mnie:

— Nic nowego, doktorze.
— A myśliwska wyprawa?
— Nikt o niej nawet nie wspomniał. Wydaje mi się, że 

jeszcze długo będziemy jechać za wami.

— Jak z traperami?
— Nie rozmawiam z nimi. Nie odstępują Deena, jadą na 

czele   kolumny,   a   mnie   kazano   pilnować   kobiet   i   wozu. 
Zupełnie jakbym był lokajem — stwierdził z goryczą.

background image

— Nie narzekaj, Lewis. — Być lokajem to także praca, 

wcale nie gorsza od innych.

— To nie dla mnie — burknął. — Ten przyjaciel Deena, 

Frank   Scudder,   kręci   się   ciągle   obok   wozu.   Myślę,   że 
dlatego, aby mieć na oku Ellę Gardy. To dziwny jegomość, 
doktorze.   Prawie   się   nie   odzywa,   ale   jak  się   odezwie,   to 
takim   samym,   jaśniepańskim   tonem,   jak   Deen   i   wszyscy 
inni.

— A ci traperzy?
— Już o nich mówiłem.
— Gdzie śpią i gdzie jedzą? Razem z Deenem? 
Stone roześmiał się hałaśliwie.
— Co też pan mówi? Gdzieżby tak się pospolitował?
— Więc sami sobie gotują?

— Nie. Deen posyła im jedzenie przez lokaja. Na tacy, 

pewnie srebrnej, ale do własnego stołu nie dopuszcza.

— I jak spędzają noce?
— Podejrzewam, że w ogóle nie śpią. Gdy zostałem sam 

na tym gospodarstwie, zapędziłem wszystkich mężczyzn do 
wartowania, razem z Deenem i Scudde-rem. Tak to trwało, 
póki nie zjawili się ci dwaj i póki Deen nie wszedł z nimi w 
konszachty. Teraz oni trzymają nocne warty, na zmianę ze 
mną, kuchcikiem i lokajem. Deen i Scudder wycofali się z 
tego obowiązku.

— Cóż za durnie — mruknąłem do siebie, ale widać zbyt 

głośno, bo Lewis aż prychnął z zadowolenia.

— Święta   prawda,   doktorze.   Ci   traperzy  kręcą   się   bez 

przerwy po obozie, w nocy również, nawet gdy nie mają 
warty. Powiedziałem o tym Deenowi, ale odprawił mnie z 
niczym.   Mówił,   że   to   bardzo   dobrze,   że   w   ten   sposób 
chronią nas przed niebezpieczeństwem.

— Jednak muszą kiedyś spać.

background image

— Pewnie,   że   muszą.   Nawet   rozpalają   oddzielne 

ognisko, chociaż nic na nim nie gotują.

— Gdzie trzymają konie?
— Zawsze   w   pobliżu  ogniska.   Przepraszam...   dlaczego 

pan o to pyta?

— O,   tak   sobie.   Zwykła   ciekawość.   Dobrze   wiedzieć, 

kogo ma się za sąsiadów.

Przyznał mi rację, skończył swój posiłek, pożegnał się i 

zniknął w ciemnościach. Odczekałem kilka minut, po czym 
podniosłem się.

— Co   takiego,   doktorze?   —   zdziwił   się   Norton.   — 

Dokąd pan chce iść w takiej ciemnicy?

— Zapomniałem zapytać, jak się czuje Ella Gardy.
— Zapyta się pan jutro.
— Nie, nie — zaprzeczyłem i nie czekając odpowiedzi 

pobiegłem za Lewisem.

Zdumiał się na mój widok.

— Co się stało?
— Głupstwo.   Pokaż   mi   miejsce,   gdzie   rozłożyli   się 

traperzy.

— Zaraz tam pana doprowadzę.
— Nie trudź się, wystarczy, gdy mi pokażesz. Nie chcę, 

aby mnie dostrzegli.

Ruszyliśmy   w   kierunku   obozowiska   Deena.   Noc   już 

zapadła   i   w   ciemnościach   zauważyłem   pompats^czne   i 
zupełnie   nie   pasujące   do   otoczenia   zapalone   świeczniki. 
Towarzystwo musiało akurat jeść kolację. Lewis przystanął.

— Proszę spojrzeć. To tam.

Kilka jardów w bok ujrzałem ciemniejszy od nocy pas 

krzewów, nad którymi gorzała mała łuna.

— Widzi pan? Za tymi krzakami. Już rozpalili

ogień. Konie powinny stać w pobliżu.

— Świetnie. Dziękuję ci, Lewis. Dobranoc.

background image

Odwróciłem się i odszedłem. Kroki Stone'a ucichły, a ja 

pomaszerowałem z powrotem do swoich.

— No   i   jak   tam?   —   zagadnął   Norton.   —   Panienka 

zdrowa?

— Czuje się coraz lepiej.

Siadłem   przy   ogniu   i   począłem   medytować,   jak   by 

wyrwać   się   chociaż   na   godzinkę,   nie   zwracając   uwagi 
towarzyszy. Los przyszedł mi z pomocą.

Co   wieczór   ustalaliśmy   kolejność   nocnych   dyżurów. 

Teraz   wypadła   na   mnie   pierwsza,   najwcześniejsza   straż. 
Norton   i   Hal   położyli   się   i   prawie   natychmiast   zasnęli, 
bardzo widać strudzeni drogą. Dołożyłem nieco drewna do 
ogniska, żeby ze szczętem nie wygasło, i począłem krążyć, 
zataczając coraz większe koła, aż w ten sposób dotarłem do 
kępy dzikiej szałwii.

Ukląkłem,   a   później   położyłem   się   wśród   silnie   pa-

chnących liści, na koniec — wytarzałem się. Wróciłem do 
ogniska. Norton i Burns nadal pogrążeni byli w głębokim 
śnie. Odszedłem. Czy postąpiłem lekkomyślnie? Nie sądzę. 
Moim towarzyszom nie mogło nic grozić. Niedaleko pasły 
się konie, a w niewielkiej odległości wznosiły się namioty 
Deena i jego towarzystwa. Żaden dwunożny napastnik nie 
odważyłby się zbliżyć do tak licznego zgromadzenia ludzi, 
a czworonożnego natychmiast zwietrzyłyby konie. Jedyne 
niebezpieczeństwo stanowili dwaj traperzy, ale właśnie ku 
nim zmierzałem.

Było   ciemno,   jednak  nie   w  takim  stopniu,   by  uniemo-

żliwiało to widoczność. Dlatego po przejściu kilkudziesięciu 
kroków, gdy już dostrzegłem blask ognia, przypadłem ku 
ziemi i pozostałą część drogi począłem przebywać czołgając 
się.   Nie   wiedziałem,   czy  zastanę   jednego,   czy  dwu   łudzi 
przy ogniu, czy jeden z nich akurat nie odprawia warty przy 
namiotach Deena. Zapomniałem zapytać o to Lewisa.

background image

Męcząca była taka wędrówka. W pobliżu celu musiałem 

odpocząć. Rozciągnąłem się w trawie, z ustami przy samej 
ziemi,   mokry   od   potu   i   ciężko   dyszący.   Niejeden   raz 
praktykowałem,   pod   czujnym   okiem   Karola,   ten   sposób 
podchodzenia,   jednak   zimowe   miesiące   przymusowej 
bezczynności pozbawiły mnie osiągniętej wprawy.

Minęło   kilkanaście   minut,   zanim   oddech   mój   się 

uspokoił.   Uniosłem   głowę.   Różowa   łuna,   widoczna   nad 
pasmem   krzewów,   świeciła   tak   samo   intensywnie. 
Natężyłem słuch. Wówczas w ciszy nocy dobiegł mych uszu 
tępy   dźwięk,   jaki   wydają   kopyta   końskie   uderzające   w 
ziemię. Gdzieś w pobliżu musiały stać traperskie mustangi. 
Zdążyłem się im przyjrzeć i nie miałem wątpliwości, że to 
zwierzęta   bardzo   czujne.   Jeśli   jeszcze   przeszły  uprzednio 
indiańską   tresurę   —   a   wyglądało   to   prawdopodobnie   — 
potrafiły   parskaniem'   zwrócić   uwagę   swoich   panów. 
Dlatego   właśnie   wytarzałem   się   w   szałwii,   której   mocna 
woń musiała zneutralizować zapach człowieka.

Wydało  mi  się, że uderzenia kopyt  słyszałem z prawej 

strony,   skręciłem   więc   w   lewo,   ale   przez   to   droga   mej 
wędrówki wydłużyła się. Cal po calu i coraz wolniej, gdyż 
ryzyko   wzmagało   się   z   każdym   moim   ruchem, 
podchodziłem ku drzewom, aż znalazłem się tak blisko, że 
poprzez   zasłonę   rzadkich   w   tym   miejscu   liści   i   witek 
ujrzałem płomień i dwu ludzi niedbale obok rozciągniętych. 
Zanim ich ujrzałem, już usłyszałem, Rozmawiali. Jakże mi 
ta okoliczność sprzyjała!

— Pięknie zaplanowałeś, Jonas, ale jeśli się nie odłączą, 

co wtedy?

— Nie kłopocz się, Clay. Coś wymyślę. Zresztą oni się 

kochają jak kot z myszą, a ten Deen tylko dlatego wlecze się 
za nimi, że nie ma tu innej drogi na zachód.

— Nie, nie! To Stone nie chce się z tamtymi rozstać.

background image

— Postaram   się,   żeby  ten   Stone   pożarł   się   z   Deenem. 

Zrobię to, jakem Jonas.

— Po co?
— Nie   masz   tyle   rozumu,   co   mój   koń.   Stone   to   stary 

wyga, jeszcze by nam przeszkadzał. On ciągle łazi do tego 
handlarza i pewnie donosi o wszystkim, co tu podsłuchał. 
Jak  się   pokłóci   z   Deenem,   odejdzie.   Wtedy  zrobimy  coś, 
żeby zostać na drodze, a jak tamci odjadą, powędrujemy w 
góry. Jakem Jonas! Po złoto!

Roześmieli się obaj.

— Jak to sobie wyobrażasz?

Pomyśl, Clay. Na przykład, trzaśnie koło u wozu Bez 

wozu nie ruszą. My zaczniemy reperować, nie spiesząc się. 
Handlarz się zniecierpliwi i nie będzie czekał. Jakem Jonas!

— Nieźle   —   stwierdził   Clay.   —   Widziałeś,   co   oni 

wiozą?

background image

— Same głupstwa niewarte i centa. Wolę konia Dee-na i 

to, co Deen ma w swej sakiewce. Starczy na dwu.

— Widziałeś?
— Aha, podejrzałem. Powiadam ci, bracie, starczy na rok. 

A jeszcze do tego te pierścioneczki, bransoletki i kolczyki... 
Towarzystwo nadziane jest forsą. Żona Deena ma całe łapy 
upierścienione.

— Prawda.
— Więc widzisz, co tam łasić się na te graty w wozie?
— A co z nimi?
— Z wozem? Zostawimy.
— Pytam o ludzi.
— Pal ich licho, przecież... — tu przerwał raptownie. To 

był błąd z jego strony.

Zamieniony   w   słuch   teraz   zamieniłem   się   we   wzrok. 

Widziałem,   jak   Jonas   pozornie   niedbałym   ruchem   przy-
ciągnął ku sobie strzelbę, jak ujął ją za lufę w okolicy zamka 
i   niby   bawił   się   bronią.   Później   podkurczył   prawą   nogę. 
Gdyby   nie   nagła   przerwa   w   rozmowie,   pewnie   nie 
zwróciłbym uwagi na te manewry. Teraz widziałem już, co 
nastąpi,   i   ukryłem   twarz   w   trawie.   Karol   niejeden   raz 
pokazywał mi strzał z kolana. Aby nie spłoszyć przeciwnika, 
przykłada   się   kolbę   nie   do   ramienia,   lecz   do   uda,   i 
odpowiednio   podnosząc   lub   opuszczając   kolano   nastawia 
lufę na cel. Rzecz to bardzo trudna i trzeba być znakomitym 
strzelcem,   aby   nie   chybić.   Kto   wie,   może   właśnie   Jonas 
należał   do   tych   nie   chybiających   myśliwców?   Jego 
doświadczenia wolałbym nie próbować na własnej skórze.

Jonas musiał mnie dostrzec, ściślej — nie mnie, lecz moje 

oczy. Stara to prawda, że oczy każdego stworzenia w nocy 
błyszczą.   Niełatwo   to   zauważyć,   jeśli   jednak   wzrok 
obserwatora przypadkiem skieruje się we właściwą stronę — 
odkryje   intruza.   Oczywiście,   wzrok   doświadczonego 
obserwatora, bo człowiek z miasta nic nie dostrzeże.

Leżałem   nieruchomo,   bojąc   się   każdego   ruchu,   nawet 

własnego oddechu.

— Cóżeś tak zamilkł? — usłyszałem.
— Chyba konie się płoszą.
— Zdaje ci się.
— Pójdę sprawdzić.
Zerknąłem poprzez szparę w gałęziach. Jonas podniósł się, 

odwrócił i zniknął w zaroślach, w kierunku przeciwnym od 
miejsca, w którym się znajdowałem. Nie miałem ani sekundy 
do stracenia. Zacząłem się wycofywać tyłem, niczym rak. Jak 
najciszej, ale i jak najszybciej. Byle dalej od linii krzewów. 
Kiedy   odległość   oceniłem   za   dostateczną   —   ległem 
nieruchomo.   Wówczas   ujrzałem   zamazaną   sylwetkę 
człowieka. Jonas skradał się dokoła. Zbliżył się do mnie tak, 
że jeszcze kilka kroków — a zostałbym zdemaskowany. Na 
szczęście, zawrócił. Krążył jeszcze tu i tam, wreszcie zniknął 
w   krzakach.   Nadal   jednak   leżałem   nieruchomy.   Jonas   nie 
odkrył   mnie,   ale  był  groźnym,  bo  chytrym  przeciwnikiem. 
Minęło wiele minut, zanim rozpocząłem dalszy odwrót.

Kiedy   przebyłem   połowę   drogi   (tak   mi   się   wydawało) 

dzielącej   mnie   od   obozowiska   Nortona,   podniosłem   się   i 
powędrowałem na nogach, ale skulony we dwoje, co chwila 
przystając i nasłuchując. Nieco później wyprostowałem się i 

background image

zmieniłem kierunek marszu: ruszyłem ku rzece. Dotarłem do 
brzegu   i   do   piaszczystej   plaży,   na   której   moje   obuwie 
musiało   pozostawić   wyraźne   ślady.   Doszedłszy  do  granicy 
wody,   począłem   się   cofać   aż   ku   porośniętej   trawą 
płaszczyźnie.   Dopiero   w   tym   miejscu   odwróciłem   się   i 
poszedłem ku naszemu obozowisku. Moi towarzysze  nadal 
spali.

Dlaczego właśnie tak postąpiłem? Jonas, chociaż mnie nie 
odnalazł, i chociaż mógł przypuszczać, że blask oczu był 
po prostu złudzeniem, na pewno nie wyzbył się podejrzeń. 
Byłem przeświadczony, że rankiem dokładnie przeszuka 
najbliższą okolicę wokół swego obozowiska. Jeśli trawa, 
którą musiałem dobrze pognieść, nie podniesie się pod 
wpływem rosy, traper odkryje moje ślady i ruszy za nimi. 
Wówczas dojdzie do rzeki i do plaży. Cóż stwierdzi? Że 
dwu ludzi weszło do wody. Na pewno zacznie szukać, w 
którym miejscu z niej wyszli, i miejsca takiego nie 
odnajdzie.
Tak   sobie   całą   sprawę   obmyśliłem,   nie   mając   jednak 

pewności, czy podstęp się uda.

Zbudziłem   Hala,   bo   nadeszła   godzina   jego   warty. 

Powiedziałem, żeby pilnie uważał, owinąłem się w derkę i 
zasnąłem. Nic się więcej tej nocy nie wydarzyło, pozwolono 
mi spać aż do świtu. Kiedy się zbudziłem, Norton rozpalał 
ognisko, a Hal rozplątywał się z koców.

Jak zwykle chwyciłem za ręcznik i pognałem ku rzece. 

Nadłożyłem   nieco   drogi,   żeby   stwierdzić,   czy   z   moich 
nocnych  wędrówek nie pozostał ani ślad, poza odciskami 
butów na piasku. Rosa zrobiła swoje.

Bardzo zadowolony, wróciłem do obozu. Wtedy właśnie 

nadszedł Stone. Przywitał się krótko i siadł przy ogniu jakiś 
markotny.

— Oho — zauważyłem — coś się musiało przydarzyć.
— Zgadł pan, doktorze — odpowiedział.
— Żadna sztuka, wystarczy spojrzeć na twoją twarz. 1 

Wyglądasz, jak grabarz. Napij się kawy, może ci przejdzie.

— Nie przejdzie — mruknął ponuro. — Deen to łobuz! 

Nagadał na mnie jednemu z tych traperów.

— A   on   ci   wszystko   powtórzył   —   stwierdziłem 

przypomniawszy sobie  podsłuchaną rozmowę.  Przecież to 
Jonas   zapewniał   swego   towarzysza,   że   skłóci   Stone'a   z 
Deenem. Jakże szybko zabrał się do rzeczy!

background image

Lewis   szeroko   otworzył   usta   i   spojrzał   na   mnie   zdu-

mionym wzrokiem.

— Skąd pan o tym wie?
Nie mogłem powstrzymać się od śmiechu, A skąd ty byś 
wiedział? Klepnął się w czoło.
— Rzeczywiście, musiałem całkiem zgłupieć.
— Więc cóż ten traper?

— Dałem mu słowo, że Deenowi o niczym nie powiem.
— To jasne — zauważyłem. — W przeciwnym wypadku 

okazałoby się, że Deen o niczym  takim nie wie. Chytrze 
pomyślane.

— Ale dlaczego?
— Dlatego, że jaki ten Deen jest, taki jest, ale się przed 

ludźmi   nie   krępuje   ze   swymi   poglądami.   Gdyby   miał   do 
ciebie pretensje, szybko byś jej wysłuchał. Cóż ci ten traper 
nagadał?

— Powiadał, że Deen nazwał mnie leniem i złodziejem!
— Uspokój   się,   Lewis.   To   kłamstwo,   Deen   tego   nie 

mówił.

— Skąd pan wie?
— Posłuchaj   I   Tym   traperom   widać   bardzo   zależy   na 

tym,  żebyś przestał pracować dla Deena. Naopowiadali ci 
różnych   bzdur,   których   nie   możesz   powtórzyć   Deenowi, 
licząc, że cię to zniechęci do dalszej z nim podróży.

— Ale dlaczego?
— Nie wiem,  nie jestem wszechwiedzący — odparłem 

nie   decydując   się   na   ujawnienie   swych   domysłów   i 
podsłuchanej nocą rozmowy. — Myślę, że jeszcze niejeden 
raz któryś z tych traperów powie ci w wielkiej tajemnicy, że 
Deen na ciebie psioczył. Udawaj, że w to wierzysz, ale nie 
rób awantury. Musisz mi to przyrzec, Lewis.

background image

— Nie rozumiem... — wyjąkał.
— Zrozumiesz później, jeśli mi ufasz.
— Zgoda, przyrzekam. Cóż jednak się stanie, gdy któryś 

z tych traperów naskarży na mnie przed Deenem?

— To   nieprawdopodobne.   Deen   zaraz   zrobiłby   kon-

frontację i kłamstwo zostałoby wykryte.

— A jeśli mnie nie uwierzy?
— Wtedy ja ci pomogę.
— Postąpię, doktorze, jak pan sobie życzy.
— Świetnie. Czy macie zapasowe koła do wozu? 
Zaskoczyło go to pytanie.
— Koła do wozu? O co chodzi?

— No, gdyby koło trzasnęło, czy można je wymienić?
— Oczywiście, mamy nawet dwa koła na zapas.
— A gdzie te zapasowe koła się znajdują?
— W wozie. Sam je tam wkładałem, zanim ruszyliśmy w 

drogę.

Pogadaliśmy   jeszcze   chwilę,   po   czym   Lewis   odszedł 

obiecując wpaść na wieczorny posiłek.

— Do czego pan zmierza? — zagadnął Norton. — Nie 

mogę zrozumieć, o co tu chodzi.

— Wyjaśnię panu, ale uczynię to dopiero w drodze. Nie 

chcę, aby ktokolwiek mi przeszkodził lub... podsłuchał.

Spojrzał na mnie  zdziwionym  wzrokiem,  ale nawet nie 

mruknął.   Więc   też   dopiero   gdy   ruszyliśmy,   gdy   Hal 
wyprowadził   juczne   konie,   opowiedziałem   handlarzowi   o 
wszystkim.   O   przypadkowo   usłyszanym   fragmencie 
rozmowy   nad   rzeką,   o   podsłuchanej   rozmowie   traperów. 
Pominąłem   milczeniem   zachowanie   się   Jonasa,   gdy 
spostrzegł   błysk   moich   oczu.   Po   prostu   dlatego,   że   zbyt 
zaskakująco   wyglądałoby   postępowanie   mieszczucha,   za 
jakiego uchodziłem, wobec groźby zdemaskowania.

background image

Ale i to, co Nortonowi opowiedziałem, wystarczyło, aby się 
zdumiał.

— Doktorze — powiedział półgłosem — pan pracuje w 

policji?

Z kolei ja się zdziwiłem.

— Jak pan wpadł na taki pomysł?
— No...   po   prostu...   zachował   się   pan   jak   stary   doś-

wiadczony   agent   śledczy.   Tego   nie   potrafiłby   dokonać 
amator.

Roześmiałem się.

— Daję panu słowo, że nigdy nie pracowałem dla policji 

i nie jestem niczym z nią związany.

— Wobec   tego  ma   pan  wrodzony  genialny  dar   odszu-

kiwania właściwych śladów wśród niewłaściwych ścieżek. 
Pan mnie stale zadziwia, odkąd wyjechaliśmy z Milwaukee. 
Gdzie się pan uczył podchodzenia? Ci traperzy wyglądają na 
ludzi bardzo ostrożnych i przebiegłych,  więc jeśli potrafił 
ich   pan   podsłuchać,   to   nie   mógł   być   tylko   zbieg 
okoliczności.   Pan   musi   być   bardzo   wprawny   w 
podchodzeniu.

— Nie wiem, czy bardzo — odparłem uradowany taką 

pochwałą — po prostu staram się. Zdradzę panu, że nauczył 
mnie tej sztuki pewien traper, ten sam, z którym mam się 
spotkać.

Popatrzał na mnie nieco podejrzliwie.

— Myślę, że jest pan lepszy, niż dotąd sądziłem, jednak 

ta nocna wyprawa była nie byle jakim ryzykiem.
Przecież ten Jonas mógł dostrzec pańskie tropy wiodące do 
naszego obozowiska.

Wyjaśniłem, jak wyglądał mój odwrót z nocnej wyprawy.

— Słusznie pan postąpił, doktorze. Jeśli pan jeszcze nie 

jest, to wkrótce będzie znakomitym westmanem. Teraz już 
nie wątpię, że te dwa draby są zwykłymi zbójami. Deen ma 
wyjątkowego pecha!

background image

— To tylko naiwność połączona z... głupotą.
— A Stone?
— Za Stone'a mogę ręczyć. Kiedyś dostał już dobrą nauczkę i 

sądzę, że mu bardzo pomogła do wkroczenia na uczciwą ścieżkę.

— No proszę, ciekawa historia!

—   Bardzo   ciekawa   —   przyznałem   —   ale   to   jego   prywatna 

sprawa.

— Rozumiem. A mówił mu pan o tej nocnej wyprawie?
— Lewis Stone jest na pewno porządnym człowiekiem. 

Niestety, wielki z niego gaduła. Dlatego pewne sprawy zataiłem.

— Hm, ma pan słuszność.
— A co pan o tym wszystkim sądzi?
— Cóż? Tamci chcą nas oddzielić od Deena, później skręcić 

gdzieś w bok, a przedtem sprowokować Stone

!

a do zrezygnowania 

z pracy. Później obskubią Deena i jego towarzystwo, z czego się 
tylko da.

— Na   to   wygląda.   Ale   ja   dopuszczam   jeszcze   inne 

zakończenie tej  sprawy: po prostu zamordują Deena.

— Możliwe, chociaż mało prawdopodobne. Wynika to nawet 

z tego, co pan podsłuchał.

— Dlaczego?
— Bo musieliby zamordować aż sześć osób! Co prawda, kraj 

jest dziki i bezludny, jednak... Czy wyobraża pan sobie, doktorze, 
jaki huczek powstałby po wykryciu takiej zbrodni?

— Po wykryciu... — mruknąłem sceptycznie.
— Oczywiście! Taka sprawa nie dałaby się długo ukryć. Na 

pewno Deen opowiadał wszystkim znajomym w St.Louis o swej 
wyprawie. Jeśli nie wróci w terminie (bo przypuszczam, że jakiś 
termin   oznaczył),   poczną   go   szukać   krewni   i   przyjaciele,   a 
wówczas tym dwu traperom zrobiłoby się nieco ciasno, chociaż tu 
ta-

background image

kie pustkowie. Zresztą...  po co mają zabijać?  Zaskoczą Deena, 
zmuszą go do oddania pieniędzy bez jednego strzału.

— To   również   ryzyko.   Zostawią   świadków   napadu, 

świadkowie zawiadomią szeryfów, zrobi się huczek nie lada.

— Może   tak,   może   nie.   Rabunek   a   morderstwo   to   inne 

konsekwencje.   Kto wie,  czy  Deen,  lękając   się śmieszności, nie 
zatai wszystkiego? Cóż dla niego może znaczyć jakaś tam kwota, 
którą wiezie z sobą? Będzie szczęśliwy, że uszedł z życiem. Niech 
pan pomyśli,  doktorze:  najpierw  kradną  mu konie, później całe 
towarzystwo  tylko  dzięki  naszej  pomocy unika  rozproszenia  na 
prerii,   wreszcie   Deen   w   sposób   nie   świadczący   dobrze   o   jego 
rozumie przyjmuje do pracy dwu złodziejaszków, aby na koniec 
stać się ich ofiarą. Czy pan, doktorze, chwaliłby się przed światem 
tego rodzaju własnym postępowaniem?

— Hm... raczej nie.
— No, widzi pan!
— Nawet   jednak,   wykluczając   morderstwo,   usiłowanie 

rabunku   to   chyba   wystarczający   powód,   abyśmy   się   tą   sprawą 
zajęli, nie sądzi pan?

— Zapewne, zapewne... Ale powiem panu, doktorze, że jeśli 

ten rabunek nastąpi, to jeszcze nieprędko.

— Z czego pan to wnioskuje?
— Proszę  spojrzeć   — zatoczył   ręką   półkole.  — Jak daleko 

wzrokiem   sięgnąć,   nie   istnieje   żadna   inna   droga   dla 
czterokołowego pojazdu. Tamte góry to właśnie Sangre de Cristo. 
Ten łańcuch będzie się ku nam i ku rzece zbliżał z każdym dniem. 
Tylko tam właśnie mogliby uprowadzić Deena i jego gromadkę ci 
dwaj rabusie. Ale ja wiem, że nie ma przejazdu dla wozu przez 
dzikie wąwozy i przełęcze. Deen nie zgodzi się na pozostawienie 
pojazdu, cóż by począł bez namiotów, składa-

background image

nej   kuchni   i   mnóstwa   innych   rzeczy,   które   uważa   za 
niezbędne?   Żeby   się   odłączyć   od   nas,   na   czym   bardzo 
zależy   tym   traperom,   muszą   skręcić   gdzieś   w   bok.   Nie-
prędko znajdą takie miejsce.

— Przecież mogą dostać się na drugi brzeg Canadianu?
— Mogą,   ale   nasza   droga   tam   właśnie   prowadzi,   ku 

źródłom Pecos. A poza tym w okolicy Pecos kraj jest ludniej 
szy, bo i rezerwaty Indian, i sporo osadników. Oni o tym 
dobrze wiedzą i właśnie dlatego będą próbowali opóźnić pod 
byle   pozorem   jazdę,   aby   się   od   nas   oderwać.   Myślę,   że 
jeszcze przed tym pozbędą się Stones. To zresztą wynika z 
podsłuchanej przez pana rozmowy. Z Deenem, Scuderem i 
resztą   bezradnego   towarzystwa   bardzo   łatwo   dadzą   sobie 
radę. Rozumie pan, doktorze?

— A jeśli Deen stawi opór?
— Do takiej ostateczności nie dojdzie. Przypuszczam, że 

którejś nocy, gdy nas już nie będzie w pobliżu, te dwa draby 
zwiążą śpiących, opróżnią im kieszenie i zwieją.

— A my będziemy się temu z daleka przyglądać?
— Tego   nie   powiedziałem,   doktorze,   ale   trzeba   się 

najpierw dobrze zastanowić, jak tamtych ustrzec, a samemu 
nie dostać po skórze.

— Pan   nie   wie,   że   najpierw   Ella   Gardy,   a   później 

Florence Deen namawiały mnie, żebym się do nich przy-
łączył  w charakterze osoby opiekującej się ich zdrowiem. 
To   na   pewno   pomysł   Deena.   Widać   nie   czuje   się 
bezpiecznym,   a   jednocześnie   kusi   go   obiecane   złoto.   Z 
jednej strony strach, z drugiej chciwość.

Norton cicho gwizdnął.

— Widzę, że ma pan swe tajemnice. Czy to wszystko?
— Wszystko.
— Można wiedzieć, co pan zdecydował?

background image

— Odmówiłem.
— I   słusznie.   Zamiast   pomóc,   sam   mógłby   stać   się   jeszcze 

jedną   ofiarą.   Obecnie   posiada   pan   dużą   swobodę   ruchu, 
przyłączywszy się do tamtych, znajdzie się pod stałą obserwacją 
traperów.   A   poza   tym...   kto   wie,   czy   właśnie   panu,   z   całego 
towarzystwa,   nie   groziłaby   śmierć?   Obok   Stone'a,   byłby   pan 
najgroźniejszym ich przeciwnikiem.

— Ponuro pan to widzi. Nie jestem takim miejskim niedołęgą, 

jak pan przypuszcza.

— Już nie przypuszczam, ale w żadnym wypadku nie zostawię 

pana samego wśród tych zbójów.

— Więc co mamy czynić dalej ?

— Cierpliwie czekać.
Żachnąłem się.

— Proszę mnie zrozumieć. Dopóki jadą za nami, dopóty nic 

się nie wydarzy,  a od Stone'a będziemy mieli zawsze dokładne 
informacje.

— Stone   nie   jest   orłem   —   mruknąłem   niezadowolony   z 

projektu.

— Na   pewno   nie,   jednak   posiada   oczy   i   uszy.   To   chyba 

wystarczy.

Nie   było   sensu   spierać   się   o   zwiadowcze   zdolności   Lewisa, 

znałem go przecież dłużej i lepiej od Nortona i wiedziałem, kiedy 
nań można liczyć, kiedy nie.

— Myślę   —   powiedziałem   —   że   należałoby   z   tą   historią 

zapoznać Hala.

— Oczywiście, uczynię to przy pierwszej okazji.
— Bardzo mi przykro, że wciągam pana w te niebezpieczne 

sprawy.

— Ani słowa, doktorze! Za kogo mnie pan uważa? Czy sądzi 

pan, że potrafiłbym przyglądać się spokojnie kombinacjom pary 
łobuzów?

Pomyślałem, że Norton wart jest znacznie więcej, niż go dotąd 

oceniałem, i zrobiło mi się bardzo wesoło.

background image

Mój plan

Czekać! Tak przecież brzmiała rada Nortona. Ale łatwiej było 

to powiedzieć niż wykonać. Każde czekanie, prędzej czy później, 
budzi   odruch   zniecierpliwienia,   a   człowiek   działający   pod 
wpływem zniecierpliwienia popełnia głupstwa.

W   mojej   sytuacji   dodatkowym   czynnikiem   mogącym 

wyprowadzić z równowagi była... obawa. Lęk, że zanim zacznę 
działać,   obaj   traperzy   wykonają   swój   zamiar.   Żywiłem 
wątpliwość,   czy   koniecznym   warunkiem   udania   się   ich 
przestępczego   zamiaru   było   wyprowadzenie   Deena   i   jego 
gromadki   w   bezludne,   górskie   wąwozy.   Czy   wobec   takiej 
wątpliwości nie powinienem go już teraz ostrzec?

Napomknąłem o tym Nortonowi. Stanowczo mi odradził.

— Nie   uwierzy.   Zapyta,   skąd   pan   o   tym   wie.   Kto   odkrył 

tajemnicę   rzekomego   złota?   I   cóż   wtedy?   Opowie   pan   o 
wszystkim?

— Nie mogę tak postąpić.
— A więc uprzedzenie Deena o niebezpieczeństwie minie się z 

celem,   a   nawet   może   jego   sytuację,   a   naszą   również,   jeszcze 
pogorszyć.

— Przypuszcza   pan,   że   zwierzy   się   ze   wszystkiego   tym 

traperom?

— Właśnie tak sądzę.

background image

— Wobec tego spróbuję porozmawiać z Elly Gardy.
— Popróbować   można,   byle   ostrożnie.   Jednak...   ta   Elly   nie 

wygląda na poważną osobę i dlatego wątpię, aby coś pan w ten 
sposób osiągnął.

Na   tym   stanęło.   Ba,   lecz   spotkać   się   z   Elly,   bez   zwrócenia 

czyjejś   uwagi,   nie   było   sprawą   łatwą.   Miałem   nadzieję,   że 
szwagierka   Deena   zjawi   się   któregoś   południa   w   naszym 
obozowisku. Z wodna to była nadzieja. Tylko Stone przychodził z 
regularnością zegarka, zawsze pod zachód słońca, ale wiadomości, 
które przynosił, były bardzo skąpe.

Tak mijały dni, jeden podobny do drugiego. Nic się nie działo 

poza tym, że — jak stwierdziłem — Norton zaniechał przy byle 
okazji udzielania mi zbawiennych  rad. Widać przestał mnie już 
uważać za stuprocentowego greenhorna.

Wreszcie któregoś wieczoru Stone przyszedł z informacją, że 

„towarzystwo" o świcie wyrusza na polowanie.

— Z kobietami? — zapytałem.
— Nie. Tylko Deen, Scudder i tamtych dwu.
— Ciebie nie zabierają?
— Deen kazał mi pilnować obozu — odpowiedział ponuro. — 

Oni na pewno skorzystają z okazji — wyznał — i obsmarują mnie 
przed Deenem.

— Już ci tłumaczyłem, Lewis, że nie postąpią w ten sposób z 

obawy przed konfrontacją.

— Jak pan powiedział? Konfro...
— Konfrontacją. To taki termin sądowy, określa jednoczesne 

przesłuchanie dwu osób w wypadku, gdy każda z nich twierdzi 
coś wręcz przeciwnego.

— Rozumiem, ale myślę, że Deen raczej im uwierzy niż mnie. 

Oni go zupełnie opętali.

— Wie pan co, doktorze — wtrącił się Norton — a gdyby tak 

wybrać się na polowanie, oczywiście, od-

background image

dzielnie?   Bizonia   pieczeń   już   się   skończyła,   antylopę 
właśnie   dojadamy,   a   na   smażony   boczek   jakoś   nie   mam 
chęci.   Od  dwu  dni   obserwuję  tropy na   prerii.   Gdyby   tak 
spróbować?

— Można.   Szkoda,   że   pan   nie   wpadł   na   ten   pomysł 

wczoraj.   Dwie   grupy   myśliwych   będą   sobie   wzajemnie 
przeszkadzać.

— Wstaniemy wcześniej, pójdziemy dalej. Kiedy 
Stone się pożegnał, zagadnąłem handlarza:
— Chce pan ich mieć na oku?
— Ależ   nie!   Ani   Deenowi,   ani   Scudderowi   nie   może 

teraz nic grozić. To tylko moja myśliwska żyłka tak mnie 
gna.

Zjedliśmy   resztkę   zapasów   mięsa,   po   czym   szybko 

wymościłem   sobie   leże.   Wiedziałem  bowiem,   że   Nortona 
„wcześniej"   mogło   tylko   oznaczać   czas   na   wiele   godzin 
przed świtem. Chciałem się wyspać.

Wylosowałem ostatnią wartę, i kiedy Hal mnie obudził, 

gwiazdy świeciły na niebie. Zerwałem się sądząc, że grozi 
nam niebezpieczeństwo, i dopiero po chwili uprzytomniłem 
sobie,   że   to   moja   kolejka   czuwania.   Nie   trwała   jednak 
długo. Niezmordowany Hal nie położył się. Rozdmuchał żar 
w   ognisku   i   zagotował   kawę.   Po   czym   zbudził   Nortona. 
Wypiliśmy po kubku wrzątku, wzięli broń, naboje i ruszyli 
w kierunku rzeki.

Czułem wilgoć unoszącą się w powietrzu. Chyba mgła, bo 

co   pewien   czas   czyniło   się   tak   przeraźliwie   ciemno,   że 
traciłem z oczu idącą przede mną czarną sylwetkę Nortona. 
Później   zbudził   się   łagodny  wietrzyk   i   pojaśniało,   ale   na 
krótko. Prawdopodobnie wiatr pędził mgłę gęstymi falami, a 
gdy się w taką falę wkroczyło, widoczność spadała do zera.

Nie   odzywałem   się.   Skupiłem   uwagę   na   postaci   mego 

towarzysza, starając się dotrzymać mu kroku i nie zgubić   w 
tej   ciemnicy.   Na   szczęście  jego   buty   lekko skrzypiały 
—   gdy  zawodził   wzrok,   ratował   mnie   słuch.   Musieliśmy 
przewędrować szmat drogi, zanim Norton zatrzymał  się,  i 
to  tak  nagle,  że  o  mało  na  niego nie wpadłem.

— Doktorze — zaszeptał — proszę mi podać rękę.

Zejście jest nieco strome.

Jak on mógł widzieć w tych ciemnościach strome zejście, 

nie mam pojęcia. Ja nic nie dostrzegałem, ani na prawo, ani 
na lewo, ani przed sobą.

Handlarz   ujął   mnie   pod   ramię.   Poczęliśmy   schodzić. 

Zaszeleściły krzaki, nogą zawadziłem o korzeń i mało nie 
upadłem.   Ta   niewygodna   wędrówka   szybko   się   jednak 
zakończyła.

— To tu — zaszeptał Norton przystając. — Siadamy.

Pociągnął mnie ku ziemi między wilgotne witki i jakieś 

grubsze,   stawiające   opór   gałęzie.   Najpierw   kucnąłem, 
później ukląkłem, wreszcie siadłem.

— Bardzo ciemno — zauważyłem.
— Wszystko   przez   mgłę.   Myślę,   że   za   jakąś   godzinkę 

nieco się rozjaśni.

Tak   więc   tkwiliśmy   w   wilgotnej   i   zimnej   czerni,   co 

uznałem za niezbyt udany początek polowania.

— Przybyliśmy za wcześnie — mruknąłem do Nor-tona. 

— I za godzinę nie rozjaśni się. Brr... ależ chłodno.

— Lepiej   za   wcześnie   niż   za   późno.   Musieliśmy   wy-

background image

przedzić   Deena.   Jeśli   pan   śpiący,   doktorze,   proszę   sobie 
podrzemać.

— Dziękuję. Nie sposób tu spać. Gdzie jest rzeka?
— Przed nami. Za tymi krzakami ciągnie się piaszczysta 

łacha, świetne miejsce wodopoju.

— To   był   zły   pomysł   —   powiedziałem   po   dłuższej 

przerwie.   —   Widoczność   nic   a   nic   się   nie   polepsza. 
Przegapimy antylopy, jeżeli w ogóle się tu zjawią.

— Zobaczymy.   Bardzo   się   stęskniłem   za   świeżym 

mięsem.

background image

— Jeśli   tamci   wybrali   lepsze   miejsce,   łatwo   mogą   nam 

sprzątnąć  sprzed  nosa  to  pańskie  świeże  mięso.

— Ponure   przewidywania,   ja   jednak   myślę...   niech   pan 

spojrzy, doktorze, przecież się rozwidnia! Połóżmy się, chyba za 
bardzo nas widać.

Nie wiem, skąd mu przyszło do głowy takie przypuszczenie. Ja 

nie   potrafiłem   nic   dostrzec.   Nadal   otaczał   mnie   nieprzenikliwy 
mur   ciemności.   Tylko   dotykiem   mogłem   zbadać   nierówności 
gruntu i grubości wilgotnych, gorzko pachnących pędów wikliny. 
Witki   chrzęściły,   gdy   mościłem   sobie   na   nich   legowisko,   bez-
skutecznie zabiegając o uzyskanie jakiejś równiejszej płaszczyzny 
dla swego  ciała. Na koniec rozciągnąłem  się ze sztucerem  pod 
pachą, a obok mnie spoczął Norton. Czekaliśmy w milczeniu. Jak 
długo? Nie mogę tego określić.

Chwilami   wydawało   mi   się,   że   ciemność   się   przeciera, 

chwilami, że mrok jeszcze bardziej gęstnieje. Jednak wreszcie, nie 
bez   zdziwienia,   stwierdziłem,   iż   oczy   moje   rozróżniają 
poszczególne witki rosnącego przede mną krzaka. Musiało świtać. 
Delikatnie   rozsunąłem   gałązki.   Cóż   za   rozczarowanie!   Zamiast 
zapowiedzianej przez Nortona piaszczystej łachy ujrzałem tumany 
mgły.

— Widzi pan co? — zagadnąłem szeptem.
— Jeszcze nie. Cierpliwości. Opada, wyraźnie opada...

Istotnie, po kilku dalszych minutach fale mgły poczęły jakby 

rzednąć.   W   górze   dostrzegałem   już   jaśniejsze   rąbki   nieba,   ale 
rzekę nadal przykrywało białe pasmo.

Przymknąłem   oczy   i   odwróciłem   się   bokiem,   co   wywołało 

trzask, szelest i milczącą naganę mego towarzysza, który ścisnął 
mnie za ramię. Wówczas — to nie było złudzenie — usłyszałem 
lekki   tupot.   Norton   powtórnie       dotknął       mego       ramienia. 
Odsłoniłem   ścianę

background image

zieleni, wytężyłem wzrok. I dostrzegłem sylwetki 
zwierząt,   jak   zamazane   szare   cienie.   Było   ich 
siedem  lub osiem  sztuk. Znieruchomiały,  znowu 
posunęły  się,   raz   jeszcze   przystanęły   i   pobiegły 
kilka   kroków.   Tam   musiał   płynąć   niewidoczny 
nurt rzeki.

— Spróbujemy — zaszeptał Norton.
Skierowałem wylot lufy na najbliższy cień. 
Strzelać

we mgle? Karol nigdy by na to nie przystał. Nie 
dlatego, że łatwo spudłować, ale dlatego, że można 
zwierzę   zranić.   Sam   nie   zdecydowałbym   się   w 
takich warunkach na strzał.

— Już, doktorze?
— Już — mruknąłem.
— Ognia — zakomenderował.
Dwa ogniste języczki buchnęły z wylotów luf i 

głos   obu   strzałów   zlał   się   w   jeden.   Cienie 
rozproszyły się, znikły.

— Chodźmy, doktorze, trzeba sprawdzić.

Z westchnieniem ulgi dźwignąłem się z ziemi. Mgła 
rzedła coraz wyraźniej. Na wschodzie delikatnie 
zaróżowiło się niebo.

— Niech pan spojrzy! Nie chybiliśmy!

Przyznam,   byłem   zaskoczony   tym 

zdumiewającym  rezultatem tego zdumiewającego 
polowania:   na   piasku   leżały   nieruchomo   dwie 
antylopy.

— Damy jedną sztukę tamtym  — powiedział 

handlarz. — Pewnie zrezygnowali, a dla nas tyle 
mięsa
wcale niepotrzebne. Co za traf...

Przerwałem mu w połowie i to w dość brutalny 

sposób, bo szarpnąwszy gwałtownie za kurtę. Obaj 
zwaliliśmy   się   w   piasek.   Przyczyną   mego 
postępowania był  nie tylko huk wystrzału, który 
rozległ   się   gdzieś   z   tyłu,   za   nami,   ale   również 
świst kuli. Usłyszałem go bardzo wyraźnie.

— Do licha, doktorze!

— Strzelano   w   naszym   kierunku   i   to   szczęśliwy 

przypadek, że strzelec chybił.

— Skąd...

— Kulka zaśpiewała mi nad uchem.

         Więc jednak spróbowali zapolować — stwierdził z 

zimną krwią.

— Lepiej pokażemy się im.
Powstrzymałem go.

— Lepiej   podczołgajmy   się   ku   krzakom   —   pora-

dziłem.     —    Tajemniczy  strzelec   może   spróbować   raz 
jeszcze.

— Po co? Czy trafił, czy chybił, zwierzyna musiała 
uciec.
— Obawiam się mocno, że nie strzelał do zwierzyny.

           Niech pan nie wstaje.

Zgodził się i na czworakach podpełzliśmy ku zaroślom.

— Sądzę, że pan się myli, doktorze. To musiała być 

zabłąkana   kula.   Dobra   to   dla   mnie   nauczka,   żeby   nie 

background image

polować podczas mgły. Nigdy sobie nie daruję, że pana 
wyciągnąłem...

— Głupstwo   —   odparłem,   chociaż   wypadku   tego 

wcale za głupstwo nie uważałem. Poczułem nawet żal do 
Nortona, że tak lekko potraktował zdarzenie.

Leżeliśmy nie odzywając się. Mgła opadała, już tylko 

jej   cienka   powłoka   wisiała   nad   naszymi   głowami. 
Wówczas   usłyszeliśmy:   najpierw   szelest   traw   roztrą-
canych   czyimiś   nogami,   później   ludzkie   głosy.   Norton 
znowu chciał powstać i znowu go powstrzymałem.

— Powiadam   panu,   że   to   był   ryzykowny   strzał,   ale 

czasem ryzykowne strzały udają się.

— Nie   widziałem  żadnej   antylopy.   Cóż   za   przeklęta 

mgła! Może spróbować teraz?

Poznałem Deena, jeśli nie po głosie, to po 
bezsen

sownej propozycji. Przecież polować po rannej zorzy 

to tyle, co psuć proch i tracić czas.

— Nie, nie! — zaśmiał się tamten. — Już zbyt późno, ktoś tu 

strzelał   i   na   pewno   przepłoszył   zwierzynę,   jakem   Jonas!   Ale... 
niech pan spojrzy. Tam, tam! Coś
leży   na   piasku,   jakem   Jonas.   Do   stu   tysięcy...!   Przecież   to 
antylopy! Dwie sztuki! A to się nam poszczęściło!

Nadszedł   czas   rozczarować   go.   Mgła   wsiąkła   bez   reszty   w 

ziemię. Podniosłem się, a Norton mnie naśladował.

— Poszczęściło się — powiedziałem — ale nie wam. 
Zaniemówili ze zdziwienia.
— To... to pan, doktorze? — wyjąkał Deen.

Jonas   nie   zdołał   ukryć   swego   niezadowolenia.   Powiedział 

ostro:

— Spłoszyliście nam zwierzynę. Należało uprzedzić.

— Właśnie   —   przytaknąłem.   —   Należało   nas   uprzedzić. 

Zresztą... żeby nikt nie został pokrzywdzony, daruję wam moją 
sztukę.

Deen   rozpromienił   się,   bąknął   coś   w   rodzaju   „dziękuję",   a 

Jonas bez słowa popędził ku wodzie. Ruszyliśmy za nim, znacznie 
wolniej.

— Czy to pan strzelał? — zagadnąłem Deena.
— Ja. Sterczeliśmy we mgle ze dwie chyba godziny. Nic nie 

widziałem   i   już   chciałem   wracać.   Wtedy   usłyszałem   huk   dwu 
strzałów   i   tym   bardziej   zapragnąłem   zawrócić.   Odeszliśmy   od 
brzegu,   a   wówczas   Jonas   zawołał,   że   widzi   antylopę. 
Rzeczywiście,   coś   tam   ruszało   się   w   krzakach   przy   wodzie. 
Wypaliłem.

— I o mało nie zastrzelił pan zwierzyny dwunożnej.
— Co? Co takiego?

— Pańska kula gwizdnęła bardzo blisko mego ucha.
Zatrzymał się i tak gwałtownie pobladł, iż sądziłem, że 
zemdleje.

background image

— To... to... chyba niemożliwe — wykrztusił. — Pan żartuje!

Wzruszyłem ramionami i odparłem ostro:

— Nie pozwalam sobie nigdy na takie żarty!
— Przepraszam... to wszystko przez tę przeklętą mgłę!
— Tak sądzę. Chodźmy.

Zatrzymaliśmy   się   dopiero   przy   antylopach,   w   chwili   gdy 

Norton właśnie podnosił się z klęczek:

— To   są   wspaniałe   trofea   —   powiedział.   —   Jedna   dostała 

prosto w głowę, druga  pod lewą łopatkę. No, zabierajcie  jedną 
sztukę, a my, doktorze, poniesiemy drugą.

Zarzuciliśmy na ramiona swoje trofeum i ruszyli ku obozowi. 

Tamci   jeszcze   pozostali.   Jak   dowiedziałem   się   później,   Deen 
odmówił dźwigania i przysłał Stone'a.

Dotarłem   do   celu   naszej   drogi   mocno   zmęczony   ciężarem, 

który mi ugniatał barki. Hal już krzątał się przy ognisku. Zerknął 
tylko   jednym   okiem   na   przyniesioną   zdobycz   i   zajął   się 
karmieniem   nas   i   pojeniem.   Później   razem   z   handlarzem 
przystąpili   do   oprawiania   upolowanej   sztuki.   Roboty   było 
mnóstwo,   bo   po   zdjęciu   skóry   należało   mięso   poćwiartować, 
pokrajać w długie pasy i wysuszyć nad ogniem, aby uchronić od 
zepsucia.

0 dziwo, Chińczyk Deena uporał się z tą robotą szybciej od nas i 
po raz pierwszy w historii naszej wyprawy grupa Deena zwinęła 
obóz   i   ruszyła   przed   nami.   Dopiero   w   jakąś   godzinę   później 
wskoczyliśmy na siodła.

— Co pan sądzi o tym strzale? — zagadnąłem Nortona, gdy 

posuwaliśmy się wzdłuż wijącego się brzegu Canadianu.

— Hm, chyba pomyłka. We mgle łatwo o pomyłkę.

1 my   palnęliśmy   głupstwo:   nie   wolno   polować   w   takich 
warunkach.   Co   za   szczęście,   że   tylko   tak   zakończyła   się   ta 
przygoda.

background image

Pokręciłem głową z niedowierzeniern.

— Deen rzeczywiście niczego nie dostrzegł — odparłem. 

— Pobladł jak ściana, kiedy mu o tym powiedziałem. Ale 
ten Jonas...

— O czym pan myśli, doktorze?
— Jonas   doskonale   wiedział,   że   ma   przed   sobą   nie 

antylopy, lecz ludzi.

— Przypuśćmy, jednak nie widzę sensu tego strzału.
— Mogę się mylić, ale wolno mi podejrzewać, że moja 

nocna wizyta została zauważona. Jonas nie czuje się pewnie. 
Kto   wie,   może   przyszło   mu   do   głowy,   aby   wykorzystać 
okazję   do   usunięcia   ze   swej   drogi   chociaż   jednego   z 
niebezpiecznych dlań ludzi?

Norton popatrzał na mnie raz i drugi, cmoknął na konia.

— Bardzo   sobie   cenię   pańskie   zdanie,   doktorze,   ale 

przepraszam, tym razem to pan się myli.

— Więc   proszę   pomyśleć,   że   zabicie   czy   zranienie 

któregoś z nas pozwoliłoby Jonasowi na odciągnięcie od nas 
karawany Deena. Deen na pewno nie przerwałby podróży, 
aby się nami opiekować, na takiego nie wygląda.

— Znowu nie mogę się z panem zgodzić. Deen na pewno 

zostałby z nami, zwłaszcza gdyby to kula z jego strzelby 
była   przyczyną   nieszczęścia.   Jaki   on   jest,   taki   jest,   ale 
przecież   przeraził   się,   gdy   mu   pan   powiedział   o   tym 
niefortunnym strzale. To nie jest nieludzki człek, doktorze!

Zaniechałem   dalszego   sporu,   chociaż   argumenty   Nor-

tona   niezbyt   trafiały   mi   do   przekonania.   Jednak   nie 
zaprzestałem   o   tym   myśleć.   W   kilka   godzin   później 
przyszedł mi do głowy pomysł, którego wykonanie uznałem 
za   najlepsze   zabezpieczenie   się   przed   dalszymi 
niespodziankami. A byłem pewien, że nastąpią.

background image

— Czy musimy Deena dogonić? — zapytałem swego 
towarzysza.   
— Uważa pan, że jedziemy zbyt prędko?
— Nie,   nie   w   tym   rzecz.   Po   prostu   myślę,   że   byłoby 

bezpieczniej posuwać się za nim niż przed nim. Byle tylko 
zbytnio się nie oddalać. Co pan o tym sądzi?

— Po co to wszystko?
— Uzyskamy większą swobodę ruchu. Rozumie pan?

— Nie bardzo.

— Po prostu łatwiej nam będzie ich obserwować. Jeśli 

się   zatrzymają   na   dłużej,   szybko   ich   dogonimy,   żeby 
stwierdzić,   co   było   przyczyną   postoju.   Jeśli   przyspieszą 
jazdę, i my przyspieszymy.

— A noclegi?
— Proponuję nie rozbijać obozowiska w pobliżu Deena. 

Dla własnego bezpieczeństwa.

— Hm, może i ma pan rację, doktorze. Jednak... jeśli ten 

Jonas ma trochę oleju w głowie, postara się dowiedzieć, co 
nas   skłoniło   do   zmiany   miejsca.   Poza   tym   w   ten   sposób 
stracimy łączność ze Stone'em i nie będziemy wiedzieli, co 
się u tamtych  dzieje. Pomyślał pan o tym?

— Oczywiście, przecież zobaczymy się ze Stone'em.
— To znaczy: mamy dopędzić Deena?
— Nie.
— Przepraszam, ale znowu nie rozumiem.

—-   To   proste.   Kiedy   dziś   wieczorem   nie   rozbijemy 

obozowiska w pobliżu Deena, Stone pomyśli, że się nam 
przydarzył jakiś wypadek. I co wówczas uczyni?

— Ba, trudno przewidzieć.

— Bardzo łatwo! Zaniepokoi się i pocznie nas szukać.
— Jeśli mu Deen na to zezwoli.

Sądzę, że zezwoli. Na pewno jest jeszcze pod wra-

żeniem swego niefortunnego strzału. Gdyby jednak

background image

odmówił zgody, Stone i tak tutaj się zjawi. Po prostu wyruszy 
nocą, gdy Deen będzie spał.

— I zabłądzi. 
Roześmiałem się.
— To pan nie docenia Lewisa!
— Zgoda. Więc odnajdzie nas, ale co dalej?

— Poproszę go, aby poinformował Deena, że mój koń okulał. 

Gaduła   z   Lewisa   okropny,   ale   tak   prostej   tajemnicy   potrafi 
dotrzymać.

— Chce pan mu wszystko wyjaśnić?
— Nie   wszystko.   Nadal   nie   wspomnę   ani   o   moich 

podejrzeniach związanych z niefortunnym strzałem Deena, ani o 
mojej nocnej wyprawie do obozowiska traperów, ani wreszcie o 
tym, co mi mówiła Ella Gardy o złocie. Lewisowi można ufać, 
jednak nie jest on zbyt sprytny i mimo woli mógłby się zdradzić. 
Nasze postępowanie uzasadnię tym, że nie podoba się nam ani Jo-
nas, ani jego towarzysz... Nie! — wykrzyknąłem gwałtownie — 
mam lepszy pomysł. Pan z nim wystąpi.

— Ja?! — zdumiał się handlarz.
— Oczywiście. Powie pas Stone'owi, że obawia się o całość 

swego transportu.

— Istotnie, nieco się obawiam. Myślę, że gdy tamci dowiedzą 

się   o   wszystkim,   przyspieszą   jazdę,   aby   jak   najszybciej   nas 
„zgubić". Skorzystają z okazji, aby gdzieś skręcić w bok na drogę 
wiodącą do rzekomego złota.

— I   ja   tak   przypuszczam.   Jeśli   jednak   zachowamy 

odpowiednią   ostrożność   i   odpowiednią   odległość,   zostaną 
przekonani, że dzieli ich od nas kilka dni drogi. Pomoże mi to 
powtórzyć swą sztuczkę.

— Jaką sztuczkę?
— Myślę o nocnej wędrówce.

Oj, doktorze!  Niebezpieczna  to gra.  Jeśli  się panu  

noga 

powinie, cały nasz plan na nic! Proszę się zastanowić.

Był szczerze zaniepokojony.

— Zresztą ...może się obejdzie bez tego. Wiele tu zależy 

od Lewisa. Nie powinien nas odwiedzać każdej nocy. Byłby 
to  dowód,   że   znajdujemy   się   w   sąsiedztwie.   A  wówczas 
może się zdarzyć, że Jonas uszkodzi wóz zmuszając nas w 
ten sposób do wysunięcia się na czoło kawalkady.

— Prawda. Jednak bez Lewisa nie będziemy wiedzieli, 

co się u Deena dzieje.

—- Co się dzieje, to wcale nie takie konieczne, ale:

background image

czy nie wydarzyło się coś zagrażającego bezpieczeństwu 
podróżnych? To jest ważne. A taką sprawę można załatwić 
na   przykład   przy   pomocy   umówionych   znaków,   które 
Lewis zostawiałby dla nas na każdym postoju.

— To niby jakie znaki? List?
Roześmiałem się:

— Nawet nie jestem pewien, czy Stone umie pisać.

Nie, list na nic! Trzeba wymyślić  coś bardziej prostego, 
jakiś  nie   zwracający  niczyjej  uwagi   przedmiot,   drobiazg 
upuszczony na ziemię niby przypadkiem.

Tego   wieczoru,   jak   ongiś,   obozowaliśmy   tylko   we 

trójkę. Lewis nie zjawił się. To było zrozumiałe. Nie mógł 
odjechać   przed   rozbiciem   obozu   i   bez   zgody   Dee-na. 
Zresztą miał  prawo przypuszczać, że nadciągniemy lada 
chwila. Tak właśnie rozumowałem, a później okazało się, 
że rozumowałem prawidłowo.

Stone   przygnał   z   zapadnięciem   zmroku   dnia   nastę-

pnego.

— Co się stało? — wykrzyknął z końskiego grzbietu.
— Nic groźnego — odparłem.
— Uff! — odetchnął z ulgą. — Podejrzewałem wszy-

stko najgorsze.

— Siadaj. Jesteśmy cali i żywi.
— Więc dlaczego?...
— Usiądź   —   powtórzyłem,   a   kiedy   to   uczynił,   wy-

jaśniłem prawdziwą przyczynę naszej zwłoki.

Pomarkotniał.
— Podejrzewacie coś?
— Ci   traperzy   coraz   mniej   nam   się   podobają   — 

oświadczył Norton.

Mnie również, ale przecież gdyby nie oni, nie byłbym 

teraz z wami. Deen nawet mnie słuchać nie chciał. Kiedy go 
molestowałem, rozwrzeszczał się, że nie po to tu przybył, 
aby tracić czas na szukanie jakichś handlarzy.  I wówczas 
tamci   dwaj   mnie   poparli.   Wytłumaczyli   Deenowi,   że   na 
Dzikim Zachodzie niesienie  pomocy innym  to obowiązek 
każdego. Deen jeszcze się rzucał, ale wówczas zjawiła się 
Elly Gardy i oświadczyła, że jeśli ja do was nie pojadę, to 
ona nie ruszy się stąd nigdzie. Nagadała różnych głupstw 
swemu szwagrowi, po czym zaczęli się we czwórkę spierać. 
Powiadam   panu,   doktorze,   prawdziwy   dom   wariatów! 
Odszedłem na bok, zły jak kot, kiedy mu na ogon nastąpić. 
Nie minęło i pół godzinki, jak przyszedł do mnie Jonas i 
zaprowadził do Deena. Dopiero teraz dowiedziałem się, że 
mogę   do   was   ruszać,   ale   mam   wrócić   przed   rannym 
odjazdem. No... i jestem. Czy to nie dziwne? Potrząsnąłem 
przecząco głową:

— Wcale   nie   dziwne.   Jonas   chce   się   ciebie   pozbyć, 

przeszkadzasz mu.

— W czym?
— W jego planach.
— To   prawda   —   przyznał.   —   Przecież   chciał   mnie 

skłócić z Deenem.

— Więc   widzisz...   I   dlatego...   jak   będziesz   wracał, 

uważaj na drogę.

— Może lepiej, żeby nie wracał? — wtrącił się Norton.
— Myślałem o tym, ale w taki sposób stracimy wszelką 

background image

łączność z Deenem.

— Nie ma  strachu — zauważył  buńczucznie Stone. — 

Nie z takich tarapatów wychodziłem cało.

— Pewnie, pewnie... Jednak ostrożność jeszcze nikomu 

nie   zaszkodziła.   W   samym   obozie   Deena   nic   nie   grozi, 
Jonas się nie ośmieli, ale w nocy i poza obozem, uważaj, 
Lewis!

— Urządzi zasadzkę?

   Właśnie tak myślałem. Stone nie powinien teraz wracać 
— odezwał się Norton. — Niech rusza przed świtem, kiedy 
widoczność 

jest niezła. I niech nie jedzie najprostszą drogą. 

Lepiej ominąć obóz Deena i dojechać z przeciwnej strony.

— Ależ   w   ten   sposób   nie   zdążę   na   czas   —   zaprotestował 

Stone. — Muszę ruszyć  zaraz po północy,  jeśli mam  nadłożyć 
drogi. Deen się wścieknie, jak mnie rankiem nie zobaczy.

— Więc   dobrze,   ruszysz   o   północy,   ale   to   jeszcze   nie 

wszystko.   Nie   wolno   ci   przyjeżdżać   do   nas   codziennie.   Zbyt 
wielkie to ryzyko, dla ciebie i dla nas.

— No to jak?
— Gdyby   Deenowi   groziło   jakieś   niebezpieczeństwo, 

przybywaj  bez względu na porę dnia czy nocy,  w przeciwnym 
jednak wypadku, zostawiaj na obozowisku umówiony znak.

— Jaki?
— Ba,   długo   nad   tym   myślałem.   Musi   to   być   coś,   co   nie 

zwróci niczyjej, poza naszą, uwagi.

— Wstążka — wtrącił się Norton. — Dam mu zwój czerwonej 

wstążki,   mam   ją   w   jukach.   Codziennie,   przed   wyruszeniem   w 
dalszą drogę, Stone odetnie kawałek i położy przy ognisku.

— To na nic — zaprotestowałem. — Czerwona barwa rzuca 

się   w   oczy.   Jeśli   nawet   za   pierwszym   razem   rzecz   będzie 
wyglądała   na   przypadkową   zgubę,   za   drugim   lub   za   trzecim 
wzbudzi podejrzenie. Żaden kowboj nie gubi kawałków tasiemki. 
Proponuję... zapałki. Każdemu może się zdarzyć rozsypanie kilku 
zapałek przy rozpalaniu ognia.

— Nie każdemu — sprzeciwił  się Norton — to zbyt  cenny 

towar w tych stronach.

— No, to proszę wymyślić coś innego — zirytowałem się.
— Przepraszam, doktorze. Niech już będą zapałki, tylko nie 

rzucać   ich   garściami.   Dam   ci,   Lewis,   kilka   opakowań,   ale 
oszczędzaj.

background image

— A   co   mam   uczynić,   gdy   odkryję   nagłe   niebez-

pieczeństwo?

— Już ci mówiłem: nat3^chmiast gnaj do nas.
— Ale może się zdarzyć, że nie będę mógł przyjechać.
— Słusznie.   Wszystko   trzeba   przewidzieć.   W   takim 

wypadku  nie rozsypiesz  zapałek przy ognisku. To będzie 
dla nas sygnałem alarmowym. A więc pamiętaj o zapałkach.

— Niech   się   pan   nie   obawia,   doktorze.   Mam   dobrą 

pamięć.

Mimo   takiego   zapewnienia   nie   potrafiłem   pozbyć   się 

niepokoju. Dręczyło mnie jeszcze coś innego: odpowiedź na 
pytanie, czy mój sposób porozumiewania się ze Stone'em 
nie był zbyt naiwny, czy wytrzyma życiową próbę.

Długo w nocy przewracałem się z boku na bok, a kiedy 

wreszcie   zasnąłem,   akurat   wypadła   kolej   mojej   warty,   o 
czym zawiadomił mnie Hal, bezceremonialnie szarpiąc za 
ramię.

background image

Nieprzewidziane

Stone pokłusował w mrok i ciszę drzemiącej prerii.

Widoczność była kiepska, więc nie przynaglał konia do 

szybszego biegu, pamiętny na przygodę sprzed lat, kiedy to 
galopując beztrosko i w podobnych warunkach wjechał w 
sam środek kolonii piesków preriowych. Wtedy to właśnie, 
na   przestrzeni   zrytej   norami   jak   gigantyczny   przetak, 
wierzchowiec przednimi kopytami trafił wprost w dziurę, a 
jeździec w oka mgnieniu został wyrzucony z siodła jak z 
procy. Mógł się cieszyć, że nie spadł na kamienie, lecz na 
murawę, ale i murawa była zbyt twarda jak na kości Stone'a. 
Koń okulał na dobre, jeździec ledwo się ruszał. W wyniku 
—   człowiek   i   zwierzę   wlekli   się   przeraźliwie   długo   do 
najbliższego   źródła   wody,   nad   którym   z   konieczności 
obozowali aż siedem dni.

— Bałem się tych nor jak ognia — wyznał mi później 

Stone — ale prawdziwego pietra poczułem przypomniawszy 
sobie pańską przestrogę. Nawet już żałowałem, że za radą 
Nortona nie pozostałem z wami  do świtu. Poczęło mi  się 
wydawać, że w każdym zagłębieniu gruntu czyha na mnie 
któryś z tych dwu traperów i że lada chwila otrzymam dobrą 
porcję ołowiu.

Tak właśnie czuł się wtedy Lewis Stone, bo nie wątpiłem, 

że   mówił   szczerą   prawdę.   Któż   by   chwalił   się   brakiem 
odwagi?

background image

Jechał   więc   Stone   z   duszą   na   ramieniu,   coraz   bardziej 

niespokojny,  aż  na koniec  zeskoczył  z siodła, ujął  wierz-
chowca   za   uzdę   i   sprowadził   go   ku   dolinie   Canadianu. 
Zgodnie   z   naszą   radą   postanowił   wracać   inną   drogą,   ale 
zamiast   objeżdżać   łukiem   miejsce   obozowiska   Deena   — 
zdecydował się na jazdę prawym brzegiem rzeki. Uznał, iż 
żaden z traperów nie wybierze na miejsce zasadzki prerii 
rozciągającej się za nurtem wody, którego dotąd nigdy nie 
przekroczono.

Podprowadziwszy zwierzę nad samą granicę lądu i wody 

— zatrzymał się. Stał nasłuchując, ale gdy ciszy nie zamącił 
żaden niepokojący odgłos poza dalekimi wołaniami kujotów 
(a   tych   żaden   traper   czy   kowboj   nie   uznawał   za 
niepokojące),   pozwolił   wierzchowcowi   zanurzyć   pysk   w 
czarnej   jak   smoła   strudze   i   napić   się   do   woli.   Zwierzę 
podniosło   wreszcie   łeb,   wstrząsnęło   cuglami   —   kropelki 
wilgoci   osiadły   na   policzku   Stone'a.   Nie   ruszył   się   z 
miejsca.   Natężał   oczy,   aby   przebić   ciemności   i   dostrzec 
brzeg przeciwległy. Bezskutecznie!

U   jego   stóp   płynęła   rzeka,   którą   rozpoznawał   jedynie 

słuchem.  Od  czasu do  czasu  łagodny plusk mącił  spokój 
nocy,   jak  gdyby   jakieś   zwierzę   (a   może   ryba?)   torowało 
sobie drogę poprzez wodę.

Stone nadal tkwił nieruchomo. Nie mógł zdobyć się na 

wkroczenie   do   koryta   rzeki.   Tak   wyglądała   tajemniczo   i 
niebezpiecznie. Ale  również  nie mógł  zdecydować  się  na 
odwrót. Stał i rozważał. W końcu dosiadł konia i skłonił go 
do zrobienia pierwszych, ostrożnych kroków w głąb nurtu. 
Zwierzę   chrapnęło   ostrzegawczo,   ale   uległo   rozkazowi. 
Stąpało powoli, zagłębiając się w wodę.

Stone, który ocenił Canadian jako szeroko rozlaną pełną 

płycizn, wierzył, że przebędzie ją w bród, nie zamoczywszy 
nawet czubków butów. Zawiódł się srodze.

background image

Woda oblała mu stopy, później sięgnęła kostek, na koniec 

poczuł   chłód   i   wilgoć   na   łydkach.   Obuwie,   jak   się   teraz 
okazało, wcale nie było szczelne. Jeszcze chwila — poczuł, 
że   zwierzę   płynie,   mimo   że   znajdowało   się   zaledwie   na 
odległość kilku kroków od brzegu. Zaiste, Stone nie mógł 
trafić gorzej. Początkowo chciał zawrócić. Zbyt późno, bo 
porwał go szumiący, czarny prąd i znosił. Dokąd? Ba, w tej 
nieprzenikliwej   ciemności   może   tylko   sowa   potrafiłaby 
cokolwiek dojrzeć.

— To było bardzo głupie uczucie, doktorze — zwierzał 

się w kilka dni później. — Włosy zjeżyły mi się na głowie. 
Ogarnął mnie strach. I to jaki! Nie wiedziałem, w którym 
miejscu kończy się ta przeklęta woda. Wyglądała jak jedno 
potężne jezioro, bez dna i granic.

Jeździec i koń sunęli nadal, raczej w bok niż przed siebie. 

Rzeka  szumiała   ponuro i  nic  nie  zapowiadało  zbawczego 
lądu. Wierzchowiec począł chrapać ze zmęczenia, a może 
—   przerażenia.   Stone   poklepał   go   po   szyi,   zachęcił 
półgłosem do większego wysiłku, ale kiedy woda sięgnęła 
mu bioder — wyjął nogi ze strzemion i trzymając cugle w 
garści   zsunął   się   z   siodła.   Teraz   płynęli   obok   siebie: 
człowiek i zwierzę.

Jeździec czuł uderzenia wartkiego prądu, który porywał 

go coraz prędzej i prędzej i opóźniał osiągnięcie zbawczego 
brzegu. Po kilku dalszych minutach Stone stwierdził, że cały 
rynsztunek, jaki na sobie dźwiga, poczyna mu ciążyć, jakby 
ubranie   i   buty   wyładowane   zostało   kamieniami.   Mocniej 
ścisnął cugle i dał się nieść wodzie niczym bezwładny kloc 
drewna. Ale najgorsze miało dopiero nastąpić.

Z góry rzeki nadpłynął potężny pień, którego zjawienie 

się Stone raczej przeczuł, niż dostrzegł, uderzył bokiem w 
jeźdźca,   następnie   w   konia.   Po   tym   uderzeniu   człowiek 
nurknął w głębię, wypłynął krztusząc się i łapiąc powietrze 
ustami. W sekundę później poszedł

background image

pod wodę po raz drugi. Po prostu pociągnął go w dół zaplątany 
wokół   palców   rzemień   uzdy.   Najprawdopodobniej   pień   musiał 
uderzyć w koński grzbiet i zwierzę z kolei zanurzyło się w nurcie, 
na   pół   utopione.   Wychynęło   na   powierzchnię   wydobywając   z 
odmętów jeźdźca, ale nie na długo. Raz jeszcze nakryła ich czarna 
fala i Stone stracił przytomność.

Gdy otworzył oczy, ujrzał nad sobą szarzejące niebo, na którym 

gasły ostatnie gwiazdy.

Nie wiedział, gdzie się znajduje i dlaczego jest mu tak bardzo 

zimno. Podniósł się i usiadł. Dopiero teraz zauważył, że wszystko, 
co ma na sobie, jest mokre. Wróciła pamięć przeżytych godzin.

Coś go szarpnęło za lewą dłoń. Odwrócił się i zauważył konia 

obgryzającego   resztki   traw   wyrosłych   na   nędznym   spłachciu 
gruntu. Rozplatał uzdę i zsunął ją z dłoni. Zwierzę ruszyło w bok, 
wspięło się na łagodną pochyłość  i tam poczęło szczypać  pędy 
krzaków. Stone odetchnął całą piersią i pomyślał, że gdyby nie 
mocny  rzemień   zaplątany   wokół   dłoni,   nie   ujrzałby   już   więcej 
brzasku dnia. Koń uratował mu życie. Jakim sposobem? Tego nie 
mógł odgadnąć.

Stone spostrzegł, że siedzi na piaszczystym półwyspie, głęboko 

wrzynającym  się w wodę. Rzeka w tym miejscu tworzyła ostry 
zakręt. Prąd wyniósł na wpół utopionych: człowieka i zwierzę na 
tę właśnie łachę. Tak należało sądzić. Odkrywszy prawdę Stone 
dźwignął   się   i   powędrował   za   koniem,   aż   osiągnął   wyniosły 
grzbiet   brzegu.   Dalej   ciągnęła   się   bezkresna   płaszczyzna. 
Dmuchnął z jej głębi wiatr i zimnym dreszczem przeniknął ciało 
człowieka.

Czym prędzej począł zrzucać z siebie mokre ubranie, aż pozbył 

się   wszystkiego.   Jednak   nie   zrobiło   mu   się  

cieplej.   Więc 

przebiegł kilka jardów, a później przysiadał i podskakiwał. 
Widowisko zaiste niezwykłe:  nagi człowiek wyczyniający 
dziwne łamańce w sercu preriowego pustkowia.

Kiedy się  nieco rozgrzał, nazbierał  i nazrywał  uschłych 

witek z krzaków rosnących na nabrzeżu i z kolei rozsiodłał 
konia. Drżącymi rękami porozpinał juki i z jednego wydobył 
pudełko, w którym zawsze woził zapałki. Tak, zapałek mu 
nie brakło, przecież Norton zaopatrzył go obficie. Niestety, 
wszystkie zamokły. Tylko jedno pudełko — metalowe i dość 
szczelne  — stanowiło słabą  gwarancję,  że  nie  przemokło. 
Jednakże   we   wnętrzu   lśniły   drobniutkie   kropelki   wilgoci. 
Wyrzucił zawartość na dłoń i dokładnie obejrzawszy wybrał 
dwie zapałki, które wydawały się najbardziej suche. Potem 
poszukał płaskiego kamienia. Wycierał go długo wierzchem 
dłoni (z braku czegokolwiek suchsze-go), na koniec, drżąc z 
zimna, potarł zapałką o chropowatą powierzchnię i... złamał 
drewienko.   Opanowawszy   się   —   powtórzył   operację   z 
ostrożnością aż nadmierną, bo dopiero za trzecim potarciem 
ujrzał   błękitny   płomyczek.   Wsunął   drewienko   między 
nastroszone patyki i wstrzymał oddech, gdy ogień zamigotał 
i   skurczył   się.   Na   szczęście   któraś   z   gałązek   trzasnęła 
cichutko, buchnął wężyk siwego dymu,  a później płomień 
począł przeskakiwać w górę i w dół, aż rozgorzał cały stos. 
Schły teraz wokół tego stosu części garderoby, a w miarę jak 
podsychały,  Stone  zakładał  je  na siebie.  Tylko  z suszenia 
butów   musiał   zrezygnować.   Zbyt   długo   trwałaby   taka 

background image

operacja. A i tak zmarnował sporo czasu. Gdy wskoczył na 
siodło, czerwona tarcza słońca wyjrzała zza horyzontu.

Ruszył   przed   siebie,   ciągle   prawym   brzegiem   ku   za-

chodowi.   Słońce   grzało   w   plecy,   a   on   raz   kłusem,   raz 
galopem   jechał   wypatrując   płycizn   i   piasków 
prześwietlających leniwie płynącą wodę. Odkrył bez trudu 
piaszczyste   wysepki   rozdzielające   nurt   na   szereg   odnóg   i 
pomyślał,   że   nocna   kąpiel   była   wyjątkowo   pechowym 
wydarzeniem,   bo od  brodów w  korycie   Canadianu  aż   się 
roiło.

Przejechał, nawet nie zamoczywszy pięt, i dostał się na 

świeży jeszcze szlak karawany Deena, bardzo zagniewany 
na samego siebie i pełen niepokoju, jak zostanie przyjęty. 
Nie   wiedział,   czy   prąd   rzeki   zniósł   go   aż   poza   ostatnie 
obozowisko   Nortona,   czy   tylko   wyrzucił   na   brzeg   w 
połowie drogi między Deenem a handlarzem.

Gdy dzienna gwiazda zajaśniała całym  swym  blaskiem, 

ujrzał   zdeptany   krąg   traw,   dwa   czarne   koła   wypalonych 
ognisk i resztki drewna rozrzucone obok, znaki niedawno 
zwiniętego   obozowiska.   Tu   nocował   Deen.   Poznał   to 
miejsce, ucieszył się i zmartwił jednocześnie. Zmartwił — 
ponieważ nie czekano na niego, ucieszył — ponieważ tak 
szybko   dotarł   do   punktu,   z   którego   wczoraj   wyruszył. 
Zatrzymał   wierzchowca   i   zastanawiał   się:   czy   zgodnie   z 
umową   ma   porozrzucać   obok   ognisk   zapałki,   czy   też 
zaniechać tej czynności, alarmując w ten sposób handlarza i 
jego   towarzyszy?   A   może   po   prostu   zaczekać   na   nich? 
Jednak tę ostatnią myśl natychmiast odrzucił, Deen będzie 
się wściekać z powodu parogodzinnego opóźnienia. Jeśli je 
spróbuje przedłużyć, na pewno straci dobrze płatne zajęcie.

Trzepnął   konia   piętami   i   ruszył   skokiem,   tak   zafascy-

nowany wizją gniewu swego chlebodawcy, że po prostu... 
zapomniał   o   zapałkach!   Nieprawdopodobne,   a   przecież 
prawdziwe.

Zorientował się dopiero po przebyciu chyba mili, ale już 

nie zawrócił.

„Jestem dureń — zgromił sam siebie. — Jednak... któż 

odgadnie, co się dzisiaj mogło wydarzyć? Może tak będzie 
lepiej?"

background image

Doszedłszy   do   takiego   wniosku   zmusił   zwierzę   do 

jeszcze   szybszego   biegu.   Później   się   okazało,   że   przy-
padkowo podjął decyzję najlepszą ze wszystkich.

Jego radosne zdumienie — po godzinie mniej więcej — 

wywołał widok rozpiętych namiotów, pasących się koni i 
znajomego   wozu,   przy   którym   krzątał   się   człowiek   w 
czerwonym fraczku.

„Coś się musiało im przytrafić — pomyślał. — Skąd ten 

nagły postój?"

Zatrzymał   wierzchowca   tuż   przy   budzie   i   skoczył   na 

ziemię.

— Co się stało? — zawołał.
— Stone, Stone! Chodź tu! — rozległ się nagle kobiecy 

głos.

Skierował się w stronę namiotów.

— Jak to dobrze, że wróciłeś!

Florence Deen wyglądała na szczerze uradowaną. Stone 

poczuł,   jak   mu   się   lżej   na   sercu   zrobiło.   Spodziewał   się 
awantury, nie radosnego powitania.

— Zabłądziłem — mruknął tonem usprawiedliwienia.
— Głupstwo! Przybyłeś w samą porę.
— Wypadek?
— Ależ nie! Oni pojechali na polowanie.

— Kto?
— Mój mąż, pan Scudder i obaj traperzy.
— O tej porze? — zdziwił się.
— A cóż z tym ma wspólnego pora?
— Ma. Zwierzęta przychodzą do rzeki o świcie.
— Nie pojechali nad rzekę, tylko tam — wyciągnęła rękę 

i   wskazała   daleką   przestrzeń   prerii,   na   krańcach   której 
niebieszczała ściana gór.

Ale preria, jak daleko Stone mógł sięgnąć wzrokiem, była 

pusta. Odsłoniło się skrzydło namiotu i z zewnątrz wyjrzała 
głowa Elly Gardy.

background image

— Pojechali po bizony! — krzyknęła. — Osiodłaj

nam konie, ruszymy za nimi. Nigdy nie oglądałam żywych 
bizonów. Za chwilę będę gotowa, Florence!

Stone   popatrzał   na   jedną,   popatrzał   na   drugą,   ale   nie 

ruszył się z miejsca.

— Więc tam są bizony? — zapytał.
— Są — odparła Florence. — Pospiesz się, inaczej nie 

zdążymy.

— Mój   wierzchowiec   jest   bardzo   zmęczony   —   odparł 

wykrętnie — jechałem całą noc.

— Całą   noc?   —   zainteresowała   się   Elly.   —   Ach,   za-

pomniałam!   Miałeś   odszukać   doktora   i   handlarza.   Co   z 
nimi?

— Okulał   koń Nortona  —  skłamał  gładko.   — Jadą  za 

nami, ale wolniej.

— Zatrzymamy się tutaj do jutra — wtrąciła się Florence 

— chyba nas d opędzą?

— Na pewno — odparł wspomniawszy na zapałki.
— To świetnie! — krzyknęła Elly i zniknęła we wnętrzu 

namiotu.

— Idź osiodłać konie — przypomniała Florence.
Pokręcił przecząco głową:

— Bizony   to   bardzo   niebezpieczna   sprawa.   Tylko 

myśliwy może brać udział w takim polowaniu.

— A   cóż   w   tym   niebezpiecznego?   —   zdziwiła   się 

szczerze. — Zatrzymamy się gdzieś z boku i popatrzymy.

Nie   wiedział,   jak   jej   ma   wytłumaczyć,   na   szczęście 

zaświtało mu w głowie zbawcze pytanie:

— Dlaczego nie pojechała pani z Deenem?
— Traperzy odradzali i Roger zgodził się z ich zdaniem.
— Wobec   tego   nie   mogę   pani   tam   poprowadzić.   Zre-

sztą... nawet nie orientuję się, jak długo mamy jechać.

— Chyba niezbyt długo, przecież Jonas dostrzegł stado 

gdzieś w pobliżu nas.

background image

— A kto jeszcze zauważył te zwierzęta?
— Nikt więcej.
— Nikt   więcej?   —   zdumiał   się.   —   Zupełnie   tego   nie 

rozumiem.

— Tu nie ma nic do rozumienia — odparła ostro.
— Poczekaj, Florence! — z namiotu wybiegła Elly. — Ja 

mu  wszystko  wyjaśnię.  Posłuchaj,  Stone. Dzisiaj  rankiem 
Roger, to jest pan Deen — poprawiła się szybko — bardzo 
się   gniewał   na   ciebie,   a   później   narzekał,   że   preria   jak 
pustynia   i   nic   z   obiecanych   polowań   nie   wyszło.   Wtedy 
Jonas   obiecał,   że   się   rozejrzy   po   okolicy.   Wskoczył   na 
siodło i odjechał. Tam! — wskazała palcem na prerię. — 
Mówił,   żeby   na   niego   nie   czekać.   Ruszyliśmy   dalej 
brzegiem   rzeki,   a   on   nas   później   dopędził.   Czy   nie   tak, 
Florence?

— Właśnie   tak,   ale   po   co   ta   cała   rozmowa?   Tylko 

tracimy czas.

— Przepraszam, Florence. Pozwól mi dokończyć. Więc 

jak Jonas powrócił, to powiedział, że zauważył  olbrzymie 
stado   bizonów   w   okolicy   tamtych   gór.   I   zaraz   ruszyli: 
Roger,   Frank   i   tamci   dwaj,   a   nam   kazali   rozbić   obóz   i 
czekać. Rozumiesz?

— Doskonale. Więc powinniśmy czekać.
— Stone   —   odezwała   się   Florence   —   rozkazuję   ci 

osiodłać konie.

— Dobrze — zgodził się niechętnie — ale ja dzisiaj nic 

jeszcze nie miałem w ustach...

— Henry! Henry!

Czerwony fraczek wyjrzał zza wozu.

— Przynieś coś do jedzenia, tylko szybko!

Lokaj zniknął, ukazał się znowu, znowu zniknął, by w 

końcu zbliżyć się posuwistym krokiem, z wielką tacą w obu 
dłoniach.

— Gdzie mam postawić?
Florence wzruszyła ramionami.

background image

— To dla niego — kiwnęła głową w stronę Stone'a.

Lokaj znieruchomiał i pewnie tkwiłby w miejscu jeszcze 

bardzo długo, gdyby Lewis bezceremonialnie nie wyjął mu 
tacy z dłoni i nie postawił jej na ziemi.

— Przepraszam   —   dodał   —   jestem   naprawdę 

bardzogłodny.

Siadł   obok   tacy,   wyciągnął   zza   pasa   myśliwski   nóż   i 

lekceważąc srebrnie polśniewające sztućce, począł odkrawać 
potężne plastry mięsa z pieczeni spoczywające na półmisku. 
Po czym palcami wkładał je do ust. Kobiety odeszły, a na 
twarzy Henry'ego ukazał się pogardliwy uśmiech.

Stone jadł powoli, nie lubił się spieszyć  przy jedzeniu i 

lekceważąc   obecność   lokaja   rozmyślał   nad   tym,   o   czym 
dowiedział się przed chwilą. Bizony... Mogło to być prawdą, 
chociaż on sam w tych stronach nie oglądał bizonów od lat. 
Ale to jeszcze o niczym nie świadczyło. Przecie Norton — 
sam opowiadał — polował na te zwierzęta przed kilkunastu 
dniami. A może sprawdzić? Ruszyli rano — trop jest świeży 
i   nieomylnie   doprowadzi   do   celu.   Po   cóż   Jonas   miałby 
kłamać?   Właśnie   —   po   co?   Antypatyczny   jegomość, 
chociaż...   Norton   ostrzegał   przed   tymi   traperami,   doktor 
potwierdził ostrzeżenie. Jednak... warto sprawdzić, jak to jest 
z tymi bizonami. Jeśli istotnie krążą w pobliżu, jakaż okazja 
do zapolowania na tę coraz rzadszą zwierzynę! Na taką myśl 
opuściło   Stone'a   całe   zmęczenie.   Postanowił   jechać   za 
Deenem,   oczywiście   —   bez   kobiet!   Cóż   za   pomysł?   Z 
takiego   towarzystwa   mógł   wyniknąć   tylko   kłopot.   Zresztą 
Florence   sama   się   przyznała,   że   Deen   kazał   jej   zostać   i 
czekać.

„Pojadę"   —   powiedział   sobie   w   myśli   i   poczuł   lekkie 

wyrzuty   sumienia   z   powodu   nie   rozsypanych   zapałek. 
Zaalarmował bez powodu doktora i handlarza.

— Palnąłem głupstwo — mruknął — będą teraz gnać za 
nami zupełnie niepotrzebnie! Przecież nic się nie stało! 
Czego się tak gapisz? — zwrócił się do lokaja, który 
sterczał nad nim jak samotny kołek z płota. — Czy Deen 
mówił co przed odjazdem?

— Jaśnie pan powiedział, że jak wróci, to dostaniesz za 

swoje.   Nie   chciałbym   znajdować   się   w   twojej   skórze   — 
stwierdził Henry z nie ukrywanym zadowoleniem.

— Tak sądzisz? Nie ma strachu! A teraz pozbieraj swoje 

skorupy.

Podniósł się z wolna, wetknął nóż za pas i obtarł dłonie o 

spodnie.

— Stone! Stone!
— Znowu — westchnął. — Czy nie ma  sposobu na te 

kobiety?

Zrezygnowany   powlókł   się   ku   siostrom   kręcącym   się 

wokół wozu.

— Siodłaj konie! — rozkazała Florence.
— Chce pani koniecznie jechać za panem Deenem?
— Już ci mówiłam.
— Ja do tego ręki nie przyłożę.
— Głupiec! — wrzasnęła. — Henry! Przyprowadź nasze 

wierzchowce! Same osiodłamy.

Odwróciła się plecami i odeszła.

Stone rozciągnął się na trawie. Czuł, że wzbiera w nim 

gniew.   W   takiej   sytuacji   musiał   przecież   zrezygnować   z 

background image

samotnej wyprawy. Wróciło zmęczenie i poczuł senność, ale 
nie   odważył   się   zamknąć   oczu.   Obie   siostry  rzeczywiście 
szykowały się do odjazdu, a do tego nie mógł dopuścić.

Przyglądał   się   niezdarnym   próbom   nałożenia   uprzęży 

zwierzętom,   które   —   widać   wyczuwszy   niedołęstwo 
przygodnych   masztalerzy — kręciły  się  to tu,  to tam,   ani 
chwili nie chcąc ustać w miejscu. Kobietom pomagał Henry. 
W istocie rzeczy tylko przeszkadzał.   Ale ponieważ nawet 
najniezdarniejsze   wysiłki   doprowadzają   w   końcu   do   celu, 
obie amazonki znalazły się w siodłach.

— Stone   —   odezwała   się   prosząco   Elly.   —   Nie   bądź 

uparty. Czy mamy ruszać bez ciebie?

Tym   razem   posłuchał.   Jednak   tylko   dlatego,   że   w   ten 

sposób mógł spróbować jeszcze jednej okazji zapobieżenia 
nierozsądnej wyprawie.

— Jedziemy   —   powiedział   krótko   i   powiódł   obie   ku 

prerii,   ale   brzegiem   Canadianu.   Nie   od   razu   się   zorien-
towały.  Przebyli   dobre  kilkadziesiąt  jardów,  nim  Florence 
zawołała:

— Dokąd prowadzisz!? Przecież to tam! — wskazała w 

stronę gór.

— Tam, tam — odparł uspokajająco — ale droga kiepska, 

trzeba objechać.

— Nieprawda   —   zaprzeczyła   Elly.   —   Oni   pognali 

prościutko na góry. Stone, ty nas zwodzisz!

Florence raptownie zatrzymała wierzchowca. Stanęli całą 

trójką.   Stone   usiłował   wytłumaczyć,   że   prerię   często 
przecinają   głębokie   parowy,   a   on   już   zauważył   z   daleka 
oznaki   zapadnięcia   się   gruntu.   Nie   bardzo   mu   to   wyszło. 
Amazonki   nie   uwierzyły   i   zawróciły.   Aby   jeszcze   nieco 
odwlec   wykonanie   nierozumnego   pomysłu,   zauważył   od 
niechcenia,   że   popręgi   są   nie   dociągnięte,   co  grozi   nawet 
najlepszemu   jeźdźcowi   upadkiem.   Nastraszył   je,   aż   same 
poczęły   go   prosić,   aby   sprawdził,   czy   siodła   zostały 
odpowiednio umocowane. Marudził przy uprzęży tak długo, 
jak długo zezwoliła mu na to niecierpliwość sióstr. W końcu 
musiał   ruszyć,   tym   razem   prosto   w   kierunku   gór.   Zajął 
miejsce   na   czele   maleńkiej   kawalkady.   Jechał   kłusem, 
niekiedy   zwalniał   do   stępa,   co   początkowo   nie   budziło 
sprzeciwu towarzyszek. Jednak za którymś tam razem tego 
rodzaju   manipulacja   sprowokowała   okrzyki   oburzenia. 
Florence 

oświadczyła ostro, że jeśli Stone na czas nie doprowadzi 

jej do celu, postara się, aby został zwolniony z pracy jeszcze tego 
samego dnia.

Lewis nie wymyślił kolejnego wykrętu, zaciął konia i. pognali 

wprost ku siniejącym na horyzoncie wysoczyznom.

Wydawało się, że szczyty leżą bardzo blisko, lecz z całej trójki 

tylko Lewis wiedział, że to złudzenie — wynik słonecznego dnia i 
zadziwiającej przejrzystości powietrza.

Minęła   pierwsza   godzina   jazdy.   Zarysy   gór   stały   się 

wyraźniejsze,   ale   między   podróżnikami   a   celem   drogi   nadal 
rozciągała   się   ogromna   przestrzeń   zielonej,   falującej   w 
podmuchach wiatru trawy. Stone obliczył, że przed południem na 
pewno  nie  dogonią  myśliwych,   i  zrobiło  mu  się lżej  na  sercu. 
Minęło   kolejne   pół   godziny,   gdy   dostrzegł   czarny   punkt 
poruszający   się   wskroś   płaszczyzny   i   prosto   w   ich   stronę. 
Zatrzymał konia.

— Dlaczego stanąłeś?

background image

— Człowiek — odpowiedział. — Proszę spojrzeć. Ktoś gna w 

naszym kierunku.

— Cóż z tego? Jedźmy.
— Trzeba sprawdzić, kto to jest.

Wyciągnął strzelbę z pochwy wiszącej z tyłu siodła i oparł ją 

kolbą na udzie.

— To od nich! — zawołała Elly. — Pewnie jakiś wypadek...

Trzasnęła konia cuglami, Florence pognała za nią. Stone musiał 

je naśladować. Ruszył z miejsca galopem, minął obie amazonki, 
aby pierwszy stawić czoło nieznanemu mężczyźnie i stwierdzić, 
kim jest.

Ziemia   dudniła   pod   kopytami,   trawy   kładły   się   na   boki   z 

suchym szelestem, odległość malała. Na koniec Stone rozpoznał 
jeźdźca:  to był Clay. Ściągnął cugle,

background image

w tej samej  chwili dopadły go obie siostry, a traper zbliżył się na 
odległość kilku kroków.

— Mów,   Clay!   —   wykrzyknęła   dramatycznym   głosem 

Florence — Nie ukrywaj, Co z moim mężem?

— Cały i zdrowy.
— A pan Scudder?
— Świetnie się czuje.
— To dlaczego wracasz bez nich?
— Pan Deen wysłał mnie z listem do pani.
— Z listem? Na pewno coś musiało się stać. Dawaj!
— Pan Deen kazał pismo oddać dopiero w obozie.
— Dlaczego?! Cóż to za dziwactwo!
— Wracajmy — wtrąciła Elly. — Umieram z ciekawości.
— Polowaliście   na   bizony?   —   zagadnął   Stone.   —   Daleko 

stąd?

— Będzie   kawałek.   Skąd   się   tu   wziąłeś,   Stone?   —   Clay 

spochmurniał.

— Spadłem z nieba.
Zawrócili końmi. Powrót trwał znacznie krócej niż droga ku 

górom. Tym  razem  Stone'owi  nic nie zależało na przedłużeniu 
czasu jazdy. Ze słów Claya wywnioskował, że polowanie zostało 
zakończone,   a   Deen   pewnie   nakazał   zwinąć   obozowisko. 
Dlaczego w tak prostej sprawie użył listu? A może chodziło o coś 
innego?

Zbliżył się do Claya i zapytał

-

— Udało się?

— Jeszcze jak! Sam się wkrótce przekonasz.
Zabrzmiało to nieco tajemniczo, ale Stone nie miał już okazji 
rozwikłać zagadki, bo wjechali do  oi"":u. Czerwony fraczek 
pomógł zsiąść kobietom.
— List! — rozkazała Florence.

Traper   sięgnął   do   kieszeni   kurty   i   wydobył   malutki,   biały 

prostokąt,   najpewniej   kartkę   wyrwaną   z   podręcznego   notesu. 
Prawie mu wyrwała z dłoni.

background image

— Mój Boże! — krzyknęła. — Spodziewałam się tego! 

Miałam złe przeczucie. Dlatego chciałam jechać. To przez 
ciebie, Stone! Chodź, Elly. A wy czekajcie! 

—   Sądziłem,   że   zwariowała   —   opowiadał   mi   później 

Lewis.   —   Doktorze,   żeby   pan   widział,   jak   Florence 
wyglądała! Przerażona i wściekła równocześnie. Myślałem, 
że się na mnie rzuci i rozszarpie paznokciami. Nie znałem 
powodu.   Dlaczego   pismo   Deena   sprawiło   na   niej   takie 
wrażenie?

„Co jest w tym liście" — zapytałem Claya.
Co jest w tym liście? — zagadnął Stone, osłupiały ze 
zdumienia.

— Nie twoja sprawa.
— Ale ty wiesz.
— Wiem.
— Czy Deen został ranny?
— Nie nudź! Ani Deenowi, ani temu drugiemu nic się 

nie stało i nie stanie, jeśli Florence posłucha męża, a sądzę, 
że posłucha.

Tu   zaśmiał   się,   ale   jakoś   bardzo   nieprzyjemnie,   co 

utwierdziło   Stone'a   w   mniemaniu,   że   jego   chlebodawcy 
przydarzył   się   wypadek.   Podejrzenie   wzrosło,   gdy   Clay 
dodał:

— Ale ty się nie wtrącaj.

Stone nadal nie wiedział, do czego ma się nie wtrącać. 

Nie spodobał mu się ton głosu trapera.

— Ważniak z ciebie, Clay. Jeszcze wczoraj byłeś potulny 

jak baranek. Gadaj zaraz, co z tym listem.

— Odczep się! Dowiesz się od nich.

Stone zrezygnował z dalszych pytań. Siadł na trawie siląc 

się na spokój, bo aż nim trzęsło z niecierpliwości.

background image

Na   szczęście   czekanie   nie   trwało   długo.   Kobiety   wybiegły   z 
namiotu: pierwsza Florence, za nią — Elly. Rzut oka wystarczył: 
obie   znajdowały   się   w   stanie   krańcowej   paniki.   Policzki   Elly 
nosiły ślady źle obtartych łez. Florence, z wypiekami na twarzy, 
niosła w drżących dłoniach jakieś zawiniątko.

— To   wszystko   —   odezwała   się   wręczając   je   Clayowi.   — 

Wszystko, co posiadamy — dodała i łzy pociekły z jej oczu.

Na ten widok Stone zerwał się z ziemi.

— Co się stało?

Nie otrzymał odpowiedzi.

— Zaraz sprawdzimy... — mruknął Clay. Położył zawiniątko 

na ziemi, rozwiązał supły kolorowej damskiej chusty. Stone ujrzał 
skórzany woreczek i obok paczkę banknotów.

Osłupiał na ten widok. Nigdy w życiu nie oglądał takiej ilości 

pieniędzy. Clay mozolnie zliczał papierki, na koniec zwinął je w 
gruby rulonik i schował w głębinach swej kurty. Z kolei rozplatał 
rzemyki   woreczka   i   wysypał   na   chustę   stos   srebrno   i   złoto 
połyskujących   monet.   Tych   nie   liczył.   Zgarnął   pospiesznie, 
wrzucił do woreczka i wstał.

— To nie wszystko — zauważył ochrypłym głosem.
— Wszystko   —   nieśmiało   zaprotestowała   Florence,   a   Elly 

wybuchnęła płaczem.

— Pokażcie ręce — rozkazał Clay. — O, właśnie! Zdjąć te 

cacka, szybko! Pięknie dziękuję. Nie ma co się mazać. Mężulek 
wróci cały i zdrowy.

— Kiedy go puścicie?

Clay podrzucił pierścionkami na dłoni.

— Jeszcze dzisiaj. My jesteśmy honorowe chłopaki. No, czas 

mi w drogę.

— Nie — wtrącił się Stone — jeszcze nie czas.
— Jak to?

background image

— Nie otrzymałeś wszystkiego, co ci się należy.
— Co mówisz, Stone? Naprawdę? — ucieszył się Clay. 

— Fajny z ciebie chłop!

— Jaki   jestem   fajny  zaraz   się   przekonasz.   A   teraz,'   na 

dokładkę, masz!

Przy   słowie   „masz"   pięść   Lewisa   uderzyła   w   szczękę 

Claya. Uderzony zachwiał się, ale nim upadł, otrzymał dwa 
dodatkowe ciosy. Runął jak kłoda.

— Stone! — krzyknęła Florence. — Coś ty zrobił? Teraz 

wszystko przepadło!

— Nic nie przepadło — odparł ostro — i... proszę nie 

przeszkadzać.

Ukląkł   przy   leżącym,   odpiął   mu   pas   i   skrępował   nim 

nogi. Następnie skoczył do swego konia, ściągnął lasso

background image

wiszące   na   łęku.   Całą   długością   rzemienia   obwiązał 
nieruchome ciało, tak iż Clay wyglądał prawie jak egipska 
mumia.  Papierowe  pieniądze  zostały zręcznie  wyciągnięte 
zza pazuchy i ciśnięte na woreczek, który wypadł z dłoni 
trapera. Pierścionkami  rozsypanymi  wśród trawy zajął się 
Henry.

— Coś   ty   zrobił,   Stone?   —   powtórzyła   Florence.   — 

Teraz zabiją Rogera...

— Nie zabiją. Jak pani widzi, mamy zakładnika. Więc 

męża porwano? Skorzystali, że mnie tu nie było.

— Rozwiąż go!
— Proszę się zastanowić.
Stone starał się mówić jak najłagodniejszym tonem. Bez 

skutku.

— Henry — rozkazała Florence — rozwiąż Claya.
Czerwony   fraczek,   ściskając   w   garści   pierścionki, 
niemrawo wykonał kilka kroków w kierunku nierucho-
mego ciała.

Tylko spróbuj — ostrzegł Lewis.

Wystarczyło. Henry rozłożył ręce na znak bezradności i 
wycofał się tak daleko, aż skryła go buda wozu.

— Niech pani zabierze pieniądze — powiedział Stone.
Ale Florence odwróciła się i pobiegła ku namiotom,

Elly   pozostała   spoglądając   osłupiałym   wzrokiem   to   na 
Stone'a, to na nieruchomego Claya.

— Panno   Elly,   proszę   oprzytomnieć.   Niech   pani   wy-

tłumaczy   siostrze,   że   to   był   jedyny   sposób   zapobieżenia 
rabunkowi. Clay jest zwykłym bandytą, a Jonas nie lepszy. 
Jaka   gwarancja,   że   po   zabraniu  pieniędzy  uwolniłby  pani 
szwagra?

Ja...  doprawdy...  ja  nie  wiem...  — Elly wybuchnęła 

płaczem. — Oni... — wykrztusiła — mogą się teraz mścić...

— Jacy oni? — zaniepokoił się Stone. — Czyżby zjawił 

się ktoś nowy?

background image

— Nie, miałam na myśli Jonasa... Tak mi się w głowie 

pokręciło... Co teraz będzie?

Stone uśmiechnął się:

— Nic,   nie   ma   strachu,   damy   sobie   radę.   Po   prostu 

wymienimy   pani   szwagra   i   kolegę   za   Claya,   chociaż   na 
dobrą sprawę taki łobuz powinien trafić do celi. Nie mam 
racji?

— Nie wiem — szepnęła ocierając chustką twarz — to 

wszystko takie okropne.

Wionęło skrzydło namiotu. Z wnętrza wybiegła Florence. 

W   dłoniach   trzymała   strzelbę.   Skierowała   lufę   w   pierś 
Stone'a.

— Natychmiast go rozwiąż, albo strzelam!

background image

Mylne tropy

Wyruszyliśmy, jak zwykle, wczesnym świtem.
W kiepskim znajdowałem się usposobieniu. Dręczył mnie 

niepokój   o   Stone'a.   Czy  zdołał   bez   przeszkód   wrócić   do 
obozu? Czy dotarł do celu cały? I czy w ogóle dotarł?

Mój posępny nastrój nie dał się ukryć.

— Co tam pana gnębi, doktorze? — zagadnął Norton.

Powiedziałem.

— Nie   należy   martwić   się   na   zapas   —   zauważył   żar-

tobliwie. — Na mój rozum Stone nie jest niedołęgą, zresztą 
zna go pan dłużej i chyba wie, czego można oczekiwać od 
niego.

— Oczywiście. Lewis na pewno nie jest niedołęgą, zbyt 

długo przebywa na Dzikim Zachodzie.

— No więc?

Nie wiedziałem, jak mu wytłumaczyć.

— Proszę się ze mnie nie śmiać, ale ten człowiek ma

życiowego pecha.

Spojrzał   na   mnie   badawczo   niepewny,   czy   mówię 

poważnie, czy żartuję.

— Z   czego   pan   wywnioskował?   Z   tego,   że   otrzymał 

pchnięcie   nożem?   Przecież   wyrwał   się,   a   rana   była   po-
wierzchowna.   Raczej   można   mówić   o   wyjątkowym 
szczęściu.

background image

— Prawda — przyznałem — bo też Stone'a prześladuje 

tylko drobny pech, Potrafi ni z tego, ni z owego wpakować 
się w bardzo groźną sytuację. Jak dotychczas zawsze cało 
wychodził   ze   swych   życiowych   przygód.   Kiedy   go 
poznałem,   był   pogrążony   po   uszy   w   aferze,   z   której 
normalnie   można   się   wydostać   tylko   poprzez   drzwi 
więzienia.

— Aż tak? Długo siedział?
— Wcale.   Uważałem   i   nadal   tak   uważam,   że   był   naj-

mniej winnym ze wszystkich winnych na świecie.

— Mówi pan zagadki. Pan mu wówczas pomógł?

I wcale tego nie żałuję. Zachowanie się Lewisa wobec 

Deena świadczy najlepiej o tym, że Lewis jest człowiekiem, 
jak to się określa, uczciwym z kośćmi.

— I wyjątkowym szczęściarzem, wcale nie pechowcem.

Pokręciłem przecząco głową.

— Gdyby  był  szczęściarzem,  nie potrzebowałby iść na 

służbę   u Deena.  To  przecież   jego  kolejny pech życiowy. 
Tak samo, jak złoto w dolinie, której nie mógł odszukać. 
Pamięta pan?

— Jeśli to nie bajka.
— Wierzę, że prawda. Stone był eksplorerem. Jednak nie 

dorobił się, prawdziwy pech!

— Pewnie zbyt dużo pił i zbyt często bawił się kartami.
— Nie więcej od innych.
Machnął   ręką   lekceważąco,   ale   widać   mój   niepokój 

udzielił się i jemu, bo zmusił konia, do szybszego biegu.

W   miarę   jak   upływały   godziny,   moje   zdenerwowanie 

rosło. Przeczucie? Traperski instynkt?

Wyciągnąłem lornetkę i co pewien czas przykładałem ją 

do oczu. Preria była pusta, prawie pusta, bo raz dostrzegłem 
stadko antylop. Pędziliśmy tuż przy samym

background image

płaskim brzegu Canadianu, szlakiem znaczonym kołami wozu i 
kopytami koni Deena.

Zerknąłem   na   brzeg   przeciwległy,   na   rzekę   i   krzyknąłem. 

Norton zatrzymał wierzchowca.

— O co chodzi?
— Proszą spojrzeć. 
Podałem mu lornetkę.
— Bardziej w prawo... 
Spoglądał długo.
— Trawa, piasek i woda — powiedział. — Nic ciekawego.
— Podjedźmy kawałek — zaproponowałem, gdy Hal zrównał 

się z nami. — Jeszcze nie jestem pewien, ale wydaje się...

— Co się panu wydaje?
— Chwileczkę — przyłożyłem szkła do oczu. — Kapelusz... 

albo... kawałek drzewa zdumiewającego kształtu.

, Spiąłem wierzchowca i w paru skokach znalazłem się tuż u celu. 
Zeskoczyłem, pobiegłem poprzez trawy aż 

KU

 piaszczystej ławicy. 

Tu,   na   pół   w   wodzie,   na   pół   na   wilgotnym   mule   spoczywał 
kowbojski   kapelusz   z   szerokim   rondem.   Całkowicie   mokry. 
Podniosłem go, spojrzałem na brzeg przeciwległy, w górę i w dół 
rzeki.   Powtórzyłem   badanie   przy   pomocy   lornetki.   Wszędzie 
pusto. Nigdzie śladów człowieka ani zwierzęcia.

— Rzeczywiście! Kapelusz! Pan ma świetny wzrok, doktorze.

Norton przystanął obok mnie.

— Kapelusze płyną Canadianem — stwierdził.
— To nakrycie głowy Stone'a. Miałem okazję dobrze mu się 

przyjrzeć.

— Większość   kapeluszy   jest   do   siebie   podobna.   Może   to 

Stone'a,   może   nie.   Jednak   bardzo   chciałbym   ujrzeć   człowieka, 
który to nosił.

background image

— Trzeba się rozejrzeć dokoła. Jeśli go wrzucono do wody...
— Kapelusz czy właściciela?
— Myślę o człowieku.
— Zbyt   tu   płytko,   aby   kogokolwiek   usiłowano   utopić.   Ale 

sprawdźmy.

Przebyliśmy Canadian brodem. Na przeciwległym  brzegu nie 

znaleźliśmy   żadnych   tropów.   Wróciliśmy   i   jechali   dalej   w 
poprzednio obranym kierunku.

— Stone,   jeżeli   to   jego   kapelusz,   mógł   go   zgubić.   Może 

wiatr... — rozważał głośno Norton.

— Mógł zgubić, ale tylko podczas walki lub ucieczki.
— Sprawdzimy, doktorze, jeśli tylko... da się to sprawdzić.

W   dalszej   drodze   mocno   wytrzeszczaliśmy   oczy,   co   pewien 

czas przystając dla tym lepszego zbadania śladów. Jak dotychczas 
żaden trop nie skręcał ku rzece płynącej nadal leniwie i świecącej 
w  słońcu  płyciznami   piaszczystego   dna.  Wreszcie  —  dziwnym 
wybrykiem natury — brzegi zbiegły się i wzniosły równocześnie. 
Woda   poczerniała   niezbadaną   głębią   i   ukazały   się   wiry   białej 
piany.

Norton   pierwszy   —   chyba   w   połowie   długości   rzecznej 

węzizny   —   zauważył   samotny   trop   gwałtownie   skręcający   ku 
rzece. Ruszyliśmy tym śladem, prowadząc wierzchowce za uzdy, 
ale kiedy przyszło do forsowania koryta, Norton zawrócił.

— Tu nie ma brodu — stwierdził wjechawszy za

ledwie kilka kroków w wodę. — Po co ryzykować?

Rzecz zrozumiała, że szaleństwem było przepływać rzekę, gdy 

poniżej,   zupełnie   niedaleko,   rozciągały   się   piaskowe   łachy. 
Zawróciliśmy.

Po   kilku   minutach   znaleźliśmy   się   na   drugim   brzegu   nie 

zamoczywszy nawet obcasów butów. I tu — kolejna

background image

niespodzianka:   świeży   ślad   kopyt   ciągnący   się   równolegle   do 
rzeki, ze wschodu na zachód.

— A to kto znowu?
— Nie wiem — odparłem krótko — jedźmy nad tamtą głębię.
Jednak nad głębią, na brzegu trawy i piaski widniały nie tknięte 

niczyją   stopą.   Nieznany   jeździec   (może   właśnie   Stone,   jak 
podejrzewałem) wjechał do wody, ale z niej nie wyjechał.

— 1 co pan na to, doktorze? Zaiste, 
nie wiedziałem, „co na to". Staliśmy 
kilka minut medytując.
— Chyba utopił się — powiedziałem z  wahaniem.

— Jeździec   i   koń?   Sam   pan   w   to   nie   wierzy.   Gdzież   się 

podział utopiony koń, gdzie człowiek?

— Woda zniosła tak, jak kapelusz.
— Ale   kapelusz   osiadł   na   mieliźnie,   z   jeźdźcem   i   koniem 

stałoby się podobnie. Nie sądzi pan chyba, że nadal spoczywają 
na dnie. Byłoby to wbrew naturze.

— Prawda   —   przyznałem,   zawstydzony   nielogicznością 

swego przypuszczenia. — Dziwnie pomylone są te tropy.

— Oj, pomylone. I co teraz? Jedziemy dalej czy szukamy?
— Szukamy.   Jeśli   to   nawet   nie   Stone,   to   może   ktoś 

potrzebujący pomocy?

Norton westchnął zabawnie. Zrozumiałem. Nie przypadła mu 

do smaku moja propozycja, musiał ją uznać za marnowanie czasu 
tak dlań cennego. Jednak nie sprzeciwił się.

Zawróciliśmy.   Rozpoczęła   się   długa   wędrówka   z   biegiem 

rzeki. Jechaliśmy wolno, aby nic nie przeoczyć.

W   ten   sposób   dotarliśmy   do   miejsca,   w   którym   wśród 

zielonych   traw   widniał   czarny,   okrągły   ślad   po   wypalonym 
ognisku.

background image

—   No   proszę   —   odezwał   się   handlarz   —   tutaj   na   pewno 

obozował  nasz nieznany wędrowiec. Niech pan popatrzy,  dalej 
ślad się urywa. Tylko... skąd on tutaj nadjechał?

Jednym   skokiem   znalazłem   się   na   ziemi,   w   dwu   susach 

przebyłem przestrzeń dzielącą mnie od koryta rzeki. Miałem już 
ustalony pogląd na całą sprawę, szukałem tylko potwierdzenia. 
Jeden rzut oka wystarczył.

— Wyszedł z wody! — zawołałem do Nortona. — Razem z 

koniem.

Handlarz   zbiegł   ku   rzece   i   długo   przyglądał   się   głębokim 

śladom   końskich   kopyt   odciśniętym   w   wilgotnym   mule   oraz 
równie   głębokim,   idealnie   wyraźnym   kształtom   podeszew   i 
obcasów.

— Pójdę spenetrować przeciwległy brzeg — powiedział. — 

Tak na wszelki wypadek, bo przecież on musiał właśnie tutaj się 
przeprawiać.

Nie   czekając   na   odpowiedź,   śmiało   wkroczył   w   płytkie 

rozlewisko. Wędrował od łachy do łachy, a później wałęsał się 
dość długo po tamtej stronie. Me mogłem pojąć, czego tam szuka. 
Na koniec wrócił i rozchlapując płytką wodę przyczłapał ku mnie.

— Zdumiewające   —   powiedział   na   me   nieme   pytanie.   — 

Zdumiewające! Nic a nic! Niech się zamienię we własnego konia, 
jeśli   nawet   najznakomitszy   tropiciel   śladów   cokolwiek   tam 
odnajdzie.

— Może ten ktoś pozacierał ślady?
— Doktorze! Za  kogo  pan mnie ma?  Najlepiej  zatarty trop 

będzie   tylko   zatartym   tropem   i   jeśli   mu   się   dobrze   przyjrzeć, 
zawsze powie nam prawdę. Nie jestem ślepy i, nie chwaląc się, 
coś niecoś znam się na odciskach zwierzęcych racic i ludzkich 
stóp.

— No więc? Jakiż wysnuwa pan wniosek?
— Hm... — podrapał się frasobliwie po głowie. — 

Wiem, że 

to nie trzyma się całości, ale wygląda na to, że jeździec 
posuwał się korytem rzeki. Niekiedy przecież tak właśnie 
postępuje, aby zgubić pościg.

Przyznałem   mu   rację:   istotnie   w   taki   sposób   można 

oderwać się od ścigających. Wielokrotnie to praktykowałem 
wędrując   po   Dzikim   Zachodzie   razem   z   Karolem 
Gordonem. Coś tu jednak nie pasowało...

— Zastanówmy   się   chwilkę   —   rzekłem.   —   Proszę 

sprostować,   jeśli   się   mylę.   Przecież...   pierwszy  podróżny 
wjeżdża   w   koryto   rzeki,   ale   śladów   jego   wyjazdu   nie 
odnaleźliśmy. Tymczasem odkrywamy tropy świadczące o 
tym, że ktoś z rzeki wyjechał. Prawda? A w którym miejscu 
wjechał   do   wody?   Czy   to   przypadkiem   nie   ten   sam 
człowiek?

— Z tego wynikałoby, że posuwał się środkiem koryta. 

To chyba niemożliwe!

— Dlaczego?
— Bo w miejscu, które chciał przebyć, jest głębia.
— Otóż to właśnie! Moje podejrzenie, że się utopił wcale 

nie było nielogiczne. Bo... jeśli go porwał prąd? I na pół 
utopionego poniósł wraz z koniem na płycizny?  Kapelusz 
popłynął dalej, jako lżejszy, człowiek i zwierzę tu musieli 
być wyrzuceni na brzeg.

Kiedy   to   mówiłem,   mój   wzrok   zupełnie   przypadkowo 

zatrzymał się na granicy piasku i rzeki.

— Oj! — krzyknąłem. — Proszę spojrzeć!

background image

Wskazałem na płaski ślad ciągnący się od wody.
— To przecież tu spoczywał  niedoszły topielec, zanim 

wróciły   mu   siły   i   zanim   wygramolił   się   wyżej.   Rozpalił 
ognisko,   żeby   się   wysuszyć.   Tak,   na   pewno   tak!   — 
zawołałem uradowany własną przenikliwością. — Jednego 
tylko nie mogę pojąć: czemu zdecydował się na przebycie 
rzeki w miejscu tak mało dla tego celu dogodnym?

Jeśli   to   wszystko   prawda,   jest   pan,   doktorze, 

wspaniałym   tropicielem   śladów.   Z   dnia   na   dzień   od-
krywam w panu coraz więcej zdumiewających zdolności.

— Dziękuję za uznanie — odparłem ze śmiechem — ale 

nie odpowiedział pan na moje pytanie.

— To proste. Noc była bardzo ciemna, jak sobie to pan 

przypomina.   Jeździec,   być   może   właśnie   Stone,   chociaż 
dotychczas   w   to   wątpiłem,   wjechał   w   rzekę   sądząc 
zapewne, że na całej długości jest jednakowo płytka.

— Mógł się cofnąć.
— Widać właśnie nie mógł. Albo uznał, że przypadkowo 

wjechał w jakiś dół i że za tym dołem trafi na bród, albo też 
poniósł go prąd, albo za wszelką cenę chciał jak najszybciej 
znaleźć się na przeciwnym brzegu. Odpowiada panu moje 
rozumowanie?

— Bardzo.   Cieszę   się,   że   ten   człowiek   ocalał.   To   na 

pewno Stone.

— Zobaczymy. Ruszajmy prościutko tropem rzekomego 

Stone'a.

Tak też uczyniliśmy. Dalsza wędrówka odbywała się bez 

przeszkód   i   marnowania   czasu   na   odczytywanie   za-
gmatwanych   śladów.   Przed   nami   biegł   tylko   jeden   trop, 
bardzo  wyraźny,  umożliwiający  szybką   jazdę.   Dotarliśmy 
do miejsca, w którym skręcał raptownie, przecinał koryto 
Canadianu   poprzez   płytkie   rozlewiska   i   ginął   po   drugiej 
stronie   wśród   rozdeptanych   traw   —   śladów   przejazdu 
kawalkady   Deena.   Na   taki   widok   Norton   ostatecznie 
przestał   wątpić,   iż   „tajemniczym   jeźdźcem"   był   Stone. 
Natomiast   tajemnicą   pozostawał   nadal   za-wikłany   szlak, 
jaki obrał, żeby się połączyć  ze swym  chlebodawcą. Czy 
Lewis trafił na zasadzkę traperów, czy też istniała jakaś inna 
przyczyna tak znacznego wydłużania powrotnej drogi — o 
tym mógł nam powiedzieć tylko on sam.

background image

Słońce   stało   już   wysoko   na   niebie,   gdy  dotarliśmy   do 

opuszczonego   obozowiska   Deena.   Zbadałem   dokładnie 
teren wokół obu wygasłych ognisk. Nic, ani jednej zapałki! 
Coś się musiało wydarzyć.

— Najpewniej o tych zapałkach zapomniał — zauważył 

Norton, jednak zeskoczył z siodła i obszedł wzdłuż śladów 
koni,   ludzi   i   namiotów,   spory  kawałek  prerii.   Postąpiłem 
podobnie, szukając — sam nie wiem czego! Oznak walki? 
Sygnałów pospiesznej ucieczki?
Zgubionych,   drobnych   przedmiotów,   co   zawsze   chara-
kteryzuje panikę i konieczność nagłego opuszczenia miejsca 
postoju?

Nic nie znalazłem, niczego nie odkryłem.

— Wygląda   na   to,   że   odjechali   w   jak   najbardziej 

normalny   sposób   —   zauważył   Norton.   —   Szkoda   czasu, 
doktorze. Ruszajmy. Sądzę, że Stone po prostu zapomniał o 
zapałkach.   Być   może   spóźnił   się   i   pognał   dalej,   nie 
zatrzymując się ani chwili.

W   tym   twierdzeniu   wiele   było   racji.   Istotnie   Lewis 

zmarnował sporo godzin na przebycie okrężnej drogi. A ile 
czasu   zabrała   mu   nieszczęśliwa   przeprawa   przez   rzekę? 
Jednak   nie   byłem   pewien,   czy   nie   zaszedł   zbieg 
niepomyślnych   okoliczności.   Dlatego   nie   w   pełni   prze-
konały mnie argumenty handlarza.

— Pojadę szybciej — zaproponowałem.
— Po co?
— Bardzo   mnie   korci   sprawdzić,   czy   pana   przy-

puszczenia są słuszne.

— Ależ w ten sposób i Deen, i ci dwaj traperzy zorientują 

się, że jedziemy za nimi w znacznie mniejszej odległości, 
niżby   pozwalała   na   to   zwichnięta   rzekomo   noga   mego 
wierzchowca. Cały pański plan „czuwania" nad Deenem w 
pobliżu, jak to się mówi, weźmie w łeb!

— Zachowam ostrożność. Nie zauważą mnie.

background image

— Na   takiej   równinie?   Ciekaw   jestem,   jak   pan   tego 

dokona? Założy czapkę-niewidkę?

— A od czego lornetka?
— Jeśli   taka   obserwacja   wystarczy.   Powiedzmy,   że 

wystarczy, ale to jeszcze nie wszystko.

— Cóż więcej?
— To,   że   nie   powinienem  puszczać   pana   samotnie.   Z 

drugiej znów strony... Hal nie nadąży z jucznymi. Zostawić 
go? Hm... to także ryzyko. Eh, doprawdy, dał mi pan rebus 
do rozwiązania.

Zrozumiałem go dobrze: bał się o mnie i równocześnie 

lękał   się   o   bezpieczeństwo   towarów   zostawionych   pod 
opieką tylko Hala.

— Proszę się o  mnie nie  kłopotać.  Wrócę szybko.

— To się tylko tak mówi.
— Wobec tego obiecuję, że nie rozpocznę żadnej akcji 

bez porozumienia się z panem.

Westchnął ciężko.

— Gdyby to się wydarzyło w pierwszych dniach naszej 

wyprawy, nie przystałbym na pana propozycję.
Muszę przyznać, że dotąd radził pan sobie wcale nieźle, i to 
w trudnych wypadkach. No więc... proszę jechać. Pognamy 
za   panem   tak   szybko,   jak   to   będzie   możliwe.   Do 
zobaczenia!

Machnąłem ręką i z miejsca ruszyłem galopem. Po raz 

pierwszy   w   dotychczasowej   podróży   znalazłem   się   bez 
towarzyszy,   na   pustkowiu   bezgranicznej   równiny. 
Spieszyłem   się,   ale   równocześnie   pamiętałem,   aby   nie 
przemęczyć konia. Więc co pół godziny zmieniałem galop 
w   cwał   i   w   kłus   i   korzystając   z   wolniejszej   w   takich 
chwilach jazdy lustrowałem lornetką okolicę.  Za trzecim 
czy też czwartym razem ujrzałem w szkłach obraz, który 
mi kazał zapomnieć o obietnicy złożonej Nortonowi.  Oto 
przede   mną   widniał   obóz:   namioty,   konie 
charakterystyczny wóz. Biwak Deena? A kogóż by innego?

Na jakąż to przeszkodę musieli natrafić decydując się na 

przerwanie podróży w połowie dnia?

Zsiadłem z konia i zbliżałem się bardzo wolno, ciągle z 

background image

lornetką   przy   oczach,   aż   szkła   stały   się   zbyteczne. 
Dostrzegłem już  „czerwony fraczek",  a  w  chwilę  później 
coś,   co   skłoniło   mnie   do   skoku   na   siodło   i   mocnego 
uderzenia wierzchowca po zadzie.

Zatrzymałem konia między Stone'em a Florence. Kobieta 

dźwigała   strzelbę.   O   lufę   tej   strzelby   otarłem   się   nogą   i 
broń, widać niezbyt pewnie trzymana, upadła

background image

na  ziemię.   Zeskoczyłem,   schyliłem   się  i  podniosłem ciężką, 
myśliwską dwururkę.

—   Co   tu   się   dzieje?   —   zawołałem   do   Stone'a,   ale 

odpowiedziała mi Florence krzycząc:

— Niech pan nas ratuje!
— Przed kim? Wskazała palcem 
na Lewisa.
— O co chodzi? — zapytałem powtórnie.

— Związał Claya. Uderzył go, może zabił! Niech pan spojrzy!

Dopiero teraz dostrzegłem: kilka kroków w bok spoczywał na 

trawie związany lassem Clay.

Nigdy nie podejrzewałem Stone'a o mordercze instynkty. Jeśli 

uderzył   trapera,   musiała   być   tego   przyczyna,   i   to   przyczyna 
usprawiedliwiająca taki postępek.

— Co ty na to, Lewis?

Nie zdążył  odpowiedzieć, bo Florence wybuchnęła potokiem 

słów:

— To zły człowiek! Od dawna go podejrzewałam.

Clay miał odwieźć pieniądze dla Jonasa.  Teraz  Jonas nie puści 
Rogera ani Franka. Zrozumiał pan?!

Była bardzo zdenerwowana i wiedziałem, że w takim stanie nie 

potrafi   zdobyć   się   na   zrozumiałe   wytłumaczenie   zajścia.   Co 
prawda domyśliłem się, w czym rzecz, ale potrzebowałem jeszcze 
potwierdzenia.

— Jeśli   pani   pozwoli   —   zauważyłem   jak   najbardziej 

spokojnym tonem — wysłucham Stone'a.

— Dobrze, niech pan pyta. Tylko szybko, nie mamy czasu...
— Lewis — rozkazałem — gadaj natychmiast i krótko. Co to 

wszystko znaczy?

Tym razem- zdobył się na zwięzłość — jakże rzadką u niego 

cnotę! Wysłuchałem nie przerywając.

— To wszystko, doktorze — zakończył. — Jeśli pan rozkaże 

— puszczę tego draba, ale moim zdaniem...

background image

— Dosyć!   —   krzyknąłem.   —   Postąpiłeś   słusznie.   A   teraz 

przygotuj konia! Ruszamy uwolnić tych dwu... — chciałem rzec 
„niedołęgów",   ale   w   porę   ugryzłem   się   w   język.   —   Panie   tu 
zostaną. Norton jedzie za mną i wkrótce powinien przybyć. Proszę 
mu powiedzieć, aby czekał na mnie.

— A Clay? — zaatakowała mnie gwałtownie Florence. — Ma 

tak leżeć związany?

— Oczywiście. Czy to panią dziwi?

— Oburza! Trzeba go natychmiast uwolnić.

— Po co?
— Bo Jonas nie puści Rogera.

Zaiste, w swym zdenerwowaniu nie potrafiła nic pojąć.

— Proszę   się   zastanowić   chwilkę   —   odparłem,   z   trudem 

opanowując   zniecierpliwienie.   —   Trzymamy   Claya   jako 
zakładnika,   na   wymianę   za   tamtych.   To   najlepszy   sposób 
załatwiania sprawy.

— Najlepszy... — powtórzyła — a ja żądam uwolnienia.
— Nie!   —   zaprzeczyłem   głośniej,   niż   wypadało,   bo 

dziwaczny upór ostatecznie wytrącił mnie z równowagi. — A czy 
pani — zwróciłem się do Elly — nie sądzi, że mam rację?

Liczyłem   na   poparcie,   zawiodłem   się   srodze.   Jeśli   Florence 

wyglądała na kłębek rozdygotanych nerwów, Elly znajdowała się 
w   stanie   jeszcze   bardziej   uniemożliwiającym   jakiekolwiek 
porozumienie. Czy dotarł do niej sens mego pytania?

Przytknęła chustkę do oczu i wybuchnęła głośnym szlochem. 

Przyznam,   zupełnie   straciłem   głowę,   a   odzyskać   równowagę 
pomogła mi — wbrew oczekiwaniu — właśnie Florence!

— Przestań się mazać! — krzyknęła na siostrę. — Wracaj do 

namiotu!

background image

Odetchnąłem.
— No — rzekłem do Lewisa — jedziemy!
Nie ruszył się, nie odpowiedział. Ręką wskazał kierunek. 

Spojrzałem.   Florence   klęczała   obok   Claya   i   usiłowała 
uwolnić go z więzów. Gdyby miała ostry nóż, jeniec w mig 
stanąłby na nogach. Z niezdarnej szarpaniny posuplonych 
rzemieni  nic nie wychodziło. Nie mogłem zgodzić się na 
przedłużanie tej próby.  W końcu musiałaby dać rezultaty. 
Podszedłem. Clay leżał spokojnie, ale oczy miał otwarte.

— Niech   pani   przestanie,   a   ty   —   zwróciłem   się   do 

więźnia   —   nie   próbuj   ucieczki.   Zostaniesz   wymieniony, 
chociaż...   najchętniej   widziałbym   cię   za   kratkami 
najbliższego więzienia.

Nawet nie mruknął.
— Proszę przestać — powtórzyłem.
Ująłem   ją   za   ramiona   i   podniosłem.   Nie   usiłowała   się 

wyrwać,   czułem,   jak   gdyby   zwiotczała   mi   w   dłoniach. 
Kiedy ją puściłem, zachwiała się i o mało nie upadła.

— Uważaj, Lewis — ostrzegłem i pognałem ku swemu 

koniowi.   Rozpiąłem   juki,   wyciągnąłem   puszkę   z 
lekarstwami.   Szybko   znalazłem   to,   o   co   mi   chodziło. 
Odwróciłem   się.   Stone   nadal   stał   nad   Clayem.   Florence 
nadal tkwiła w miejscu jak biblijna żona Lota zamieniona w 
słup soli. Czerwony fraczek sterczał obok wozu, zza budy 
którego wyglądała głowa Chińczyka-kucharza. Żaden z nich 
nawet   nie   kiwnął   palcem,   aby   pomóc   małżonce   swego 
szefa!   Oburzyło   mnie   to,   chociaż   bardzo   sprzyjało   moim 
zamierzeniom.

Henry! — wrzasnąłem z gniewem. — Chodź no tu!

Rozejrzał się dokoła, jakby nie o niego szło. Chciał widać 

zyskać na czasie: może nurknąć pod plandekę wozu, może 
usłyszeć inne polecenie Florence, ale Florence milczała.

background image

Podszedł.

— Słucham, sir.

Wzburzenie   natychmiast   ze   mnie   wyparowało.   O   mało   nie 

parsknąłem śmiechem.

— Przynieś szklanką wody. Dla pani.

Skłonił się, wrócił bardzo szybko,  ze srebrną tacą. Podałem 

szklankę Florence, a na drugiej dłoni podsunąłem żółtą pastylkę.

— Proszę połknąć i popić.

Spełniła polecenie, chyba odruchowo, bo twarz miała martwą, 

a oczy nic nie widzące.

Ująłem   ją   pod   ramię   i   poprowadziłem   ku   namiotom.   Nie 

opierała się. Czułem, że drży. Wyładowała całą swą energię na 
spór ze Stone'em, a później ze mną. Uprowadzenie męża musiało 
nią wstrząsnąć i teraz wystąpiły znane mi w takich wypadkach 
objawy fizycznego i psychicznego załamania.

Uchyliłem   namiotowego   płótna.   Elly   siedziała   na   polowym 

łóżku, z głową wspartą na dłoniach.

— Proszę zaopiekować się siostrą.

Poruszyła się i spojrzała na mnie półprzytomnym wzrokiem. 

Odczekałem chwilę.

— Czy pani mnie słyszy?
— Tak, tak, oczywiście... — podniosła się.
— Pani siostra powinna się położyć,  jest bardzo zmęczona. 

Dałem jej środek uspokajający.

— Dobrze — odparła już bardziej normalnym głosem. — A 

co z nimi?

— Będą tu z powrotem dziś jeszcze, najpóźniej jutro. Mój 
optymizm wywołał na jej twarzy uśmiech.
— Jak pan tego dokona, doktorze? Z kolei 
ja się uśmiechnąłem:

— To   zależy   od   okoliczności.   Proszę   być   dobrej   myśli   i 

czuwać nad siostrą. Do zobaczenia.

Wyszedłem  szybko,  aby  nie przedłużać  bezcelowej 
rozmowy, a przede wszystkim nie tracić cennego czasu.

— I co, doktorze? — zagadnął mnie Stone. — Jedziemy?
— Oczywiście...   —   tu   zawahałem   się.   —   Jednak...   ktoś 

powinien mieć oko na Claya. Przez cały czas mej nieobecności.

— Henry.
— Nie wierzę mu. Tylko ty, Lewis, nadajesz się do takiej roli.

Wyraźnie pomarkotniał.

— Na  pewno  pan  sobie  poradzi, doktorze... ale...   — urwał, 

zapewne szukając sensownych argumentów.

Albo nie ufał mej przedsiębiorczości, albo — co wydało mi się 

bardziej prawdopodobne — lękał się pozostać sam na sam nie tyle 
z Henrym i Chińczykiem--kucharzem, ile z dwiema kobietami.

— Nie możemy ruszać obaj — odparłem. — Dałem co prawda 

Florence środek nasenny, ale nie wiem, jak prędko i na jak długo 
poskutkuje. A Elly? Czy jej nie
strzeli   do   głowy   niedorzeczny   pomysł   wypuszczenia   więźnia? 
Zdajesz sobie sprawę, jak by to zagmatwało sytuację?

Nie   odpowiedział.   Podszedłem   do   konia   i   wskoczyłem   na 

siodło.

— Nie odchodź na krok od Claya — przestrzegłem. Ruszyłem 
wolniutko, aby ominąć wóz.
— Doktorze! 
Ściągnąłem cugle.
— Co jeszcze? — zniecierpliwiłem się.
— Niech pan spojrzy. Tam, tam! 

background image

Odwróciłem głowę.

Przez   prerię,   w   kierunku   naszego   obozowiska   pędziło   dwu 

jeźdźców.

background image

Dolina potrójnego echa

Trop   był   świeży,   dobrze   widoczny   wśród   wyjątkowo 

gęstej trawy. Pędziliśmy we trójkę: Norton, Stone i ja. Nie 
byłem   zadowolony   z   takiej   sytuacji.   Uważałem,   że   dwie 
osoby   to   aż   nadto,   aby   bądź   zaskoczyć   Jonasa   w   jego 
kryjówce, bądź też pójść na ugodę i wymienić zakładników 
na   Claya.   Natomiast   pozostawienie   Hala   i   tylko   Hala 
(przecież   nie   mogliśmy   liczyć   ani   na   Henry'ego,   ani   na 
Chińczyka!)   na   straży   jeńca   napawało   mnie   niepokojem. 
Dlaczego więc przystałem na takie rozwiązanie? Ustąpiłem 
sugestiom   swych   towarzyszy   tylko   dlatego,   aby   nie 
przedłużać   sporu.   Przybycie   Nortona   i   Hala   (bo   to   oni 
właśnie   byli   dwoma   jeźdźcami,   jakich   zauważył   Stone) 
opóźniło mój odjazd. Miałem nadzieję, że zjawienie się — 
w samą porę — handlarza pozwoli mi zabrać Stone'a. Nie 
potrafiłem jednak przewidzieć ambicji Nortona.

Uparł   się   towarzyszyć   mi   w   niebezpiecznej   wyprawie. 

Wyciągnął z zanadrza stare, zawsze te same  argumenty o 
odpowiedzialności,   jaką   ponosi   za   całość   mojej   skóry. 
Długo  mu   tłumaczyłem,   że   pilnowanie   Claya   jest   równie 
ważne, jak uwolnienie Deena. Odparł, że jeńcem opiekować 
się będzie Hal, „który wszystko potrafi", a w ostateczności 
„może zostać Stone".

Na taką propozycję nie chciałem przystać.  Byłaby 
krzywdząca dla Lewisa. Zresztą, aby rzec prawdę, ży-
wiłem większe zaufanie do westmańskich zdolności Le-
wisa niż Nortona. Żeby nie przedłużać sporu, ustąpiłem i 
tak oto wyjechaliśmy wreszcie na prerię. Późno, bardzo 
późno, niestety. Słońce już minęło szczyt nieba. Czy 
zdążymy uwolnić Deena i Scuddera, nim mrok zapadnie?
Nikt z nas nie orientował się w odległości dzielącej od 

celu,   a   pytać   Claya   nawet   nie   próbowaliśmy   —   jego 
odpowiedź   nie   mogła   przecież   zasługiwać   na   wiarę. 
Pocieszałem się tym,  że wciąż wyraźne tropy zezwolą na 
szybką  jazdę  i że Jonas uciekł niezbyt  daleko, jeśli  Clay 
zdołał   powrócić   przed   południem.   Ba,   jednak   kryjówka 
Jonasa musiała znajdować się w górach, a nie na otwartej 
równinie, a góry — na mój osąd — leżały diabelnie daleko.

Jechałem pierwszy, za mną — Norton, za Nortonem — 

Stone.   Nie   szczędziliśmy   wierzchowców   i   przestrzeń 
uciekała   pod   kopytami.   Wiatr   unosił   szerokie   skrzydła 
naszych   kapeluszy,   owiewał   gorącem   twarze   i   pokrywał 
potem   karki   zwierząt.   Rosła   linia   wysoczyn,   ogromniały 
szczyty, ukazywały się zbocza porosłe lasem, prawie czarne 
i   szare,   kamieniste   upłazy  najeżone   kolcami   skał.   Trawa 
coraz   częściej   poczynała   ustępować   rozległym   polom 
szałwii, której odurzający zapach aż wiercił w nosie. Potem 
pojawiły się kępy jałowców,  jak granatowe wyspy wśród 
zielonego   morza   zarośli,   i   skupiska   kaktusów   niby 
przybrzeżne rafy.

Niespodziewanie   odkryliśmy   małe   jeziorko   o   kształcie 

idealnego   koła,   a   średnicy  kilku   zaledwie   jardów,   ukryte 
wśród niskich oczeretów, rozbrzmiewające gwarem ptasich 
głosów.   Dokoła   promieniście   zbiegły   się   tropy 

background image

czworonożnych   wędrowców.   Jeziorko   powitało   mnie 
łopotem skrzydeł dzikich gęsi, szaro-białą chmurą,, która na 
chwilę przysłoniła słońce wiszące nad nami, aż opadła, gdy 
cień ostatniego z nas zniknął z gładkiej płaszczyzny wody.

Uważnie   obserwowałem  ziemię.   Nie   znalazłem   śladów 

postoju Jonasa, Claya i uprowadzonych. Widać bardzo się 
spieszyli   uwożąc   naiwne   ofiary,   zafascynowane   obrazem 
nie istniejącego stada bizonów.

Za jeziorkiem płaszczyzna poczęła się dźwigać i po raz 

pierwszy poczułem oddech gór — zimny powiew dmuchnął 
z   zacisznych   dolin   i   mrocznych   wąwozów.   Szczegóły 
gigantycznej   ściany   zamykającej   horyzont   rysowały   się 
coraz ostrzej. Zatrzymałem konia i sięgnąłem po lornetkę. 
W   jej   szkłach   zogromniały  dalekie   zbocza.   Na   którym   z 
nich ukrył  się poszukiwany człowiek? Czy tam, w górze, 
wśród   pionowych   drzew?   Czy   jeszcze   wyżej   —   w 
sosnowym lesie? A może u stóp skalnego wału?

Norton   przystanął   obok,   więc   podałem   mu   lornetkę. 

Patrzał długo.

— Nie   widzę   ani   jednej   dogodnej   dla   konnej   jazdy 

ścieżki. Oni nie mogli się tam wdrapać. Chyba tylko gdzieś 
u podnóża...

— Lewis, popatrz ty.
— Dolina albo przesmyk.  Niech pan spojrzy, doktorze, 

nakieruję szkła.

Musiał mieć najlepszy wzrok z całej trójki. Zauważył to, 

co przegapiliśmy.  Oczywiście  — przesmyk!  Rozpękła  od 
szczytu   po   podstawę   skała.   Linia   pęknięcia   była   nie-
regularna, dlatego trudna do zauważenia. Mogła oznaczać 
wjazd do jakiejś doliny,  mogła być  tylko szparą dostępną 
dla   dzikiego   królika   czy  wiewiórki.   Jednak   tropy  wiodły 
prosto w tamtym właśnie kierunku.

— Do licha — odezwałem się — jeśli on tam tkwi, ma 

nas jak na dłoni!

— Wobec   tego   musimy   się   spieszyć.   Gotów   uciec. 

Naprzód, dżentelmeni!

background image

Cóż za nierozwaga? Norton pognał konia, jak gdyby za nim 

płonęła   preria.   Ruszyłem   i   ja.   Należało   doścignąć   i   zatrzymać 
nierozsądnego jeźdźca, zanim znajdzie się w zasięgu traperskiej 
strzelby,   na   pewno   bijącej   bardzo   celnie.   Lecz...   czy   to 
wierzchowiec   Nortona   był   szybszy   od   mojego,   czy   też   — 
przyznaję   skromnie   —   handlarz   okazał   się   lepszym   ode   mnie 
kawalerzystą,   dość   że   niewielka   początkowo   odległość   między 
nim a mną poczęła się wydłużać.

— Stój! — krzyknąłem w desperacji.
Albo   mnie   nie   usłyszał,   albo   udał,   że   nie   słyszy,   bo   gnał 

zapamiętale na spotkanie oczywistego niebezpieczeństwa.

— Lewis! — odwróciłem głowę. — Spróbuj go powstrzymać!

Stone   zrównał   się   ze   mną   w   sekundę,   a   później   stałem   się 

widzem   wariackiej   zaiste   jazdy.   Och,   musiał   być   nie   lada 
mistrzem.   Że   też   mi   to   wcześniej   nie   zaświtało   w   głowie? 
Przecież tylko dzięki takiej umiejętności i nabytym odruchom nie 
zwalił   się   z   wierzchowca   pamiętnej   nocy   spotkania,   mimo   że 
zemdlał!   A   nocna   topiel   w   nurtach   Canadianu? 
Najprawdopodobniej gorszy jeździec pozostałby na zawsze wśród 
piaszczystych rozlewisk rzeki.

Teraz Stone pędził na skrzydłach wiatru. Nie, to złe określenie! 

Unosił   się   nad   ziemią.   Tkwił   skurczony   na   końskim   karku   w 
nieprawdopodobnej pozie, ginąc raz po raz w tumanie kurzu. Gnał 
nie   z   szybkością   kuli   karabinowej   —   to   przesada!   —   ale   z 
prędkością mocno uderzonej kuli bilardu. Nie zdążyłem doliczyć 
do pięciu, a już się zatrzymali. Teraz ich doścignąłem.

— O  co chodzi, doktorze?  — oburzył  się handlarz.  — Czy 

mamy posuwać się truchtem?

— Na pewno nie truchtem — odparłem dość ostro — jednak 

nie w sposób mający przysporzyć mi pacjentów!

background image

Nie rozporządzam tu ani szpitalnym łóżkiem, ani operacyjną salą. 
Doprawdy, dziwię się panu!

— Przecież musimy go ująć jak najszybciej — próbował się 

usprawiedliwić.

— Tak   —   przyznałem   —   jednak   warunkiem   schwytania 

Jonasa jest, abyśmy mocno trzymali się na nogach, a nie leżeli na 
ziemi podziurawieni kulami. Poza tym... nie sądzę, aby mógł nam 
umknąć mając aż dwu jeńców do pilnowania. Jak pan sobie to 
wyobraża?

— Może zrezygnować z okupu i zwiać.
— To byłoby najlepsze. Ścigać... to już go nie będę.
Zastanowił się chwilę i przyznał mi rację. W samą

porę,   bo   z   miejsca,   w   którym   zatrzymaliśmy   się,   skalna   rysa 
widoczna   była   jako   szerokie   pęknięcie   zdolne   przepuścić 
człowieka na koniu.

— Więc co dalej, doktorze? — zapytał. — Idziemy piechotą?
Gdy przytaknąłem, skrzywił się zabawnie, ale nie protestował. 

Ale   gdy   zaproponowałem   maszerowanie   jeden   za   drugim,   nie 
obok   siebie   (chyba   nie   mam   potrzeby   tłumaczyć,   dlaczego?), 
oświadczył, że stanie na czele, ponieważ nie może się zgodzić, 
„aby doktor stale się narażał". Ustąpiłem. Jakież to bowiem mogło 
mieć znaczenie?

Tak więc odtąd wędrowaliśmy wolniej, wiodąc konie za cugle i 

dzierżąc   strzelby   w   prawicach.   Mozolny   to   był   pochód   w 
porównaniu z dotychczasową jazdą, jednak każdy krok zbliżał nas 
do celu. Już widziałem szczegóły skalnej bramy, a szkła lornetki 
pozwoliły mi dojrzeć znacznie więcej: kamienie leżące tu i tam 
przy wjeździe do tej bramy,  a nawet  sięgnąć wzrokiem w głąb 
usianej kamiennym gruzem, ponurej, jałowej doliny.

— Nie zauważyłem nikogo. — powiedziałem zatrzymując się.

background image

— Ale   ślad   jest   wyraźny.   Nie   skraca,   wiedzie   wprost   do 

przejścia — zauważył słusznie Norton. — Że nikogo nie widać? 
To chyba zrozumiałe. Skryli się głębiej, gdzieś za skalną ciaśniną. 
Przecież   musieli   zaprowadzić   Deena   i   Scuddera   w   miejsce 
ustronne,   zaciszne   i   niewidoczne   z   prerii,   żeby   nikt   im   nie 
przeszkodził.

— Mogło tak być — przyznałem.
— Musiało,   doktorze.   Dopiero   w   dolinie   rozprawili   się   z 

porwanymi, a teraz Jonas czeka na okup.

— I dotąd nas nie zauważył. Czy to nie dziwne?
— Może   i   zauważył,   tylko   siedzi   cicho   i   czeka   na   wynik 

naszych poczynań. Ale... jeśli schował się gdzieś głębiej... Bo i to 
jest prawdopodobne. Gdyby był  sam, zapewne przycupnąłby za 
jakimś głazem  lub krzaczkiem u wlotu do doliny, aby mieć na 
widoku całą prerię. Ale z dwoma jeńcami i z końmi? Gdzieżby ich 
tu ukrył? Wyobrażam sobie, jaką zrobi minę, gdy nas spostrzeże.

Po tej dość długiej wypowiedzi Norton ruszył dalej, a my za 

nim, nie odzywając się ani słowem. W ten sposób dobrnęliśmy do 
kamiennych   wrót.   To,   co   za   nimi   ujrzałem,   stanowiło   obraz 
jeszcze bardziej ponury od poprzednio dostrzeżonego w szkłach 
lornetki: przerażający, posępny ugór skalnego szutru, wąski i długi 
chyba na milę, ograniczony z obu stron stromymi ścianami gór. 
Był to raczej wąwóz niż dolina. Czy posiadał drugie wyjście, czy 
też stanowił ślepy korytarz?

Stojąc na jego progu, starałem się przeniknąć półmroczną dal, 

ale bezskutecznie. Siady na ziemi urywały się raptownie. Gdyby 
nawet   po   osypisku   przebiegł   tabun   koni   —   żadne   kopyto   nie 
odcisnęłoby   charakterystycznego   wgłębienia   w   tak   twardym   a 
równocześnie   ruchomym   podłożu.   Jednak   Jonas   i   Clay   i 
towarzyszący im nieszczęśnicy musieli wjechać do tej gardzieli. 
To pewne. Równy i prosty trop nie skręcał nigdzie. Ciekaw byłem 
tylko, czy schronili się w wąwozie, czy też go

background image

przebyli   (jeśli   istniało   drugie   wyjście)   w   poszukiwaniu   stada 
rzekomych   bizonów.   Odpowiedź   na   pytanie   mogła   dać   tylko 
dokładna penetracja terenu.

Brać   z   sobą   konie   czy  pozostawić   spętane   na   prerii?   Jechać 

szybko wąwozem — to ryzyko ze wzglądu na skaliste i ruchome 
podłoże. Bezpieczniej posuwać się na własnych nogach, a w takim 
wypadku wierzchowce tylko by przeszkadzały.

Podzieliłem się swymi wątpliwościami z Nortonem, gdy nadal 

tkwiliśmy pod skałą,  o krok od przejścia.

Podrapał się w głowę w zakłopotaniu.

— Ba — odparł — a jeśli Jonas obserwuje to przejście? Czy 

sądzi pan, doktorze, że w ogóle można tu chybić? Jeśli pierwsza 
kula   nie   trafi   bezpośrednio   któregoś   z   nas,   to   dosięgnie   go 
rykoszetem.   Hm,   nie   pozostaje   nic   innego,   moim   zdaniem,   jak 
użyć koni jako żywej barykady.

Wzdrygnąłem się na taki projekt. Zauważył to.

— Wiem, co pana boli. I ja nie pragnę utraty żadnego z tych 

pięknych   zwierząt.   Proszę   znaleźć   inny   sposóbzabezpieczenia 
swojej i naszej skóry w tym piekielnym
korytarzu.

Sposobu   nie   znalazłem.   Wprowadziliśmy   trzy   nasze 

wierzchowce  w cieśninę i chyłkiem  pobiegli  za nimi. Przejście-
korytarz  ciągnęło się na długości kilku jardów, o szerokości nie 
większej niż półtora jarda. Z tupotem kopyt i klaskaniem butów po 
kamieniach minęliśmy pułapkę. U jej wylotu zdążyłem chwycić za 
uzdę swego wierzchowca, podobnie uczynił Stone. Norton, przez 
zwykłe   gapiostwo,   spóźnił   się.   Jego   tęgi   kasztan   pokłusował 
prościutko,   wywołując   w   ciszy   grzechotliwy   pogłos 
przesuwających się kamyków. Na szczęście dla handlarza zwierzę 
utknęło   wśród   osypisk   i   Norton,   pod   ochroną   naszych   strzelb, 
zdołał   je  dopaść.   Nagle      stałem    się    świadkiem     (raczej     — 
słuchaczem!)   zdumiewającego   zjawiska:   grzechotliwy   dźwięk 
ozwał   się   powtórnie,   po   sekundzie   przerwy   —   raz   jeszcze,   a 
później znowu zabrzmiał cichnącymi tony. W pierwszym odruchu 
odwróciłem się, przekonany, że jakiś czworonóg pędzi za nami.

— Echo — szepnął Stone. — Piekielnie wyraźne.

Nie gadajmy głośno, tam gdzieś siedzi diabeł i powtarza...

Uśmiechnąłem się, chociaż wrażenie było raczej ponure.
Gdziekolwiek teraz znajdował się Jonas: przed nami, z boku 

czy gdzieś w górze — został zaalarmowany. Czterokrotnie! Bodaj 
to licho wzięło!

Tkwiliśmy  w   miejscu,   bojąc   się   odetchnąć   mocniej.   Ale   nic 

więcej nie nastąpiło. Żaden już odzew nie napłynął z niewidocznej 
dali.

— Idziemy — zakomenderowałem. — Nie!
— Nie...   nie,   nie...   —   odpowiedziały   w   sekundowych 

przerwach skalne mury.

Ze złości o mało nie krzyknąłem powtórnie. Zrozumiały, ludzki 

odruch, ale w tym miejscu nie wolno było złościć się głośno.

Moje   energiczne   „nie"   zostało   wywołane   postępowaniem 

Nortona. Wysunął  się przed nas, mając widać zamiar kroczenia 
nadal   w   pojedynczym   szyku.   Miałoby   to   sens   tylko   wówczas, 
gdyby   Jonas   znajdował   się   przed   nami.   Równie   jednak   dobrze 
mógł tkwić w jakiejś kryjówce po lewej lub prawej stronie. A w 
takim wypadku maszerowanie jeden za drugim  — trójki ludzi i 
zwierząt — stwarzało wielce dogodny dla strzelca cel.

— Nie  —  tym   razem  szepnąłem  i   dla  pewności   chwyciłem 

Nortona   za   rękaw   kurty.   Nie   bez   trudu   wytłumaczyłem,   o   co 

background image

chodzi.

O posuwanie się jeden obok drugiego w odpowiednio szerokich 

odstępach. Idący na skrzydłach powinni pro

wadzić wierzchowce 

od   strony  skalnych   ścian.   Idący   środkiem   —   niestety  — 
jakkolwiek   wiódłby  konia,   zawsze   pozostawał   odsłonięty. 
Tę środkową pozycję wybrałem dla siebie wbrew niemym 
protestom   handlarza.   Wyglądało   to   zabawnie,   ale   bał   się 
echa.   Pomachał   jeszcze   raz   rękami,   jednak   zajął 
wyznaczone   miejsce.   Gestem   wskazałem   przed   siebie   i 
ruszyliśmy.   Bardzo   wolno   i   ostrożnie,   lecz   największa 
nawet ostrożność nie zezwoliła na uciszenie odgłosu kopyt. 
Nawet owinięcie ich szmatami na nic by, się nie zdało, nie 
zapobiegło hałaśliwemu przesuwaniu się kamieni.

Upływały   minuty,   skalne   ściany   towarzyszyły   nam   w 

drodze   ku   niewidocznemu   celowi,   a   wszystko   wyglądało 
nadal tak, jakbyśmy byli tutaj jedynymi ludźmi.

Gdzież ukrył się Jonas ze swymi jeńcami?

Długo   będę   pamiętał   ten   męczący   marsz   i   nerwowe 

napięcie. Trwał chyba z godzinę. Później zauważyłem litą 
ścianę, zamykającą przejście. Moja lornetka nie wykryła w 
skale najmniejszego nawet zagłębienia, żadnego otworu ani 
kamiennej   półki,   które   mogłyby   służyć   za   schronienie 
człowiekowi   czy   zwierzęciu.   W   dole   rozciągało   się   takie 
samo, jak to, po którym dotąd kroczyliśmy, szare rumowisko 
gruzu.

„Gdzie   się   podział   Jonas"   —   powtarzałem   w   myślach 

pytanie.

Zatrzymaliśmy się. Norton, po chwili wahania puściwszy 

cugle wierzchowca, stawiając długie kroki, przysunął się ku 
mnie.   Stanowiliśmy   teraz   we   dwóch   znakomity   cel   dla 
każdego strzelca, który by zaczaił się na krańcu wąwozu. 
Strzał nie padł, widocznie strzelca nie było.

— Co pan o tym sądzi? — zabrzmiał przy moim uchu 

przeraźliwy szept handlarza. — Zaczynam przypuszczać, że 
pofrunął   razem   z   końmi,   razem   z   Deenem   i   Scudderem, 
albo... minęliśmy jego kryjówkę.

background image

— To   niemożliwe   —   pokręciłem   przecząco   głową   1 

mruknąłem:   —   Nie   zauważyłem   ani   jednego   miejsca,   w 
którym dałoby się ukryć z końmi.

— Jeśli nie pofrunął, to zapadł się w ziemię — odparł z 

komiczną powagą. — Co robimy?

— Proszę   wracać   na   swoje   miejsce.   Maszerujemy   do 

końca.

— Dopóki nie stukniemy nosami  o tamtą ścianę?
— Właśnie tak.
— Po co?

— Żeby  ujrzeć to,  czego  jeszcze  nie  dostrzegamy.
Usłuchał mnie i powlekliśmy się dalej.

Ta   wędrówka   istotnie   wyglądała   na   bezsens.   Ściana, 

gładka   ściana   stanowiła   ostateczny   kraniec   wąwozu. 
Widziałem   ją   dokładnie,   ze   wszystkimi   szczegółami   i 
mógłbym   przysiąc,   że   doprawdy   niewarta   była   bliższego 
obejrzenia. No, ale przecież Jonas nie mógł pofrunąć. Więc 
tkwiła   w   tym   jakaś   tajemnica.   Oto,   dlaczego   z   uporem 
szukałem dalej. Jak słuszną była moja decyzja, okazało się 
po kilku minutach. Bowiem, gdy tuż-tuż podchodziliśmy do 
ostatecznej   przeszkody,   nagle   i   nieoczekiwanie   otworzyło 
się   po   prawej   stronie   szerokie   przejście,   dalszy   ciąg 
wąwozu,   prostopadłe   do   dotychczasowego   kierunku.   Nie 
sposób   było   zauważyć   tego,   nie   dotarłszy   do   rzekomego 
krańca drogi.

Skinąłem   ręką,   aby   zatrzymać   towarzyszy,   i   ostrożnie 

wyjrzałem poza skalny narożnik.

Ten   nowy   korytarz,   również   ograniczony   stromymi 

ścianami,   był   jednak   znacznie   szerszy,   tworząc   jakby 
owalny plac. Na tym odgałęzieniu ostatecznie kończył  się 
wąwóz. I oto wreszcie ujrzałem pod przeciwległą ścianą — 
trzy konie z pochylonymi łbami. Czyżby wśród kamienistej 
pustyni rosła trawa?

— On   tam   jest   —   szepnąłem   cofnąwszy   się.   — 

Popatrzcie, tylko ostrożnie.

background image

Pierwszy wysunął głowę Norton i trwał w takie] postawie 

dość długo, ale z mizernym skutkiem.

— Widzę   konie   —   powiedział   odwracając   się   —   ale 

Jonasa i tamtych ani śladu.

— Lewis — rozkazałem szeptem — masz najlepsze oczy.

Popchnąłem go lekko i czekałem cierpliwie.

— Mógł   uciec   po   skałach,   zostawiwszy   zwierzęta   — 

półgłosem komentował sytuację Norton.

— Ciekaw   jestem,   którędy?   —   wyraziłem   swój 

sceptycyzm. — Ściany są gładkie jak szkło, wzrok mnie nie 
zawiódł, gdzież są Deen i Scudder? Także uciekli?

Ręka Stone'a wyciągnęła się ku mnie. Pojąłem ten gest i 

podałem   mu   lornetkę.   Znowu   spoglądał   bardzo   długo. 
Kiedy wreszcie  cofnął się,  odetchnął  głęboko.

— Mamy go — powiedział krótko. — Tkwi jak w matni. 

Nie ma wyjścia z tego wąwozu. Idę o zakład.

— A jeńcy? — pospieszyłem z pytaniem.

Wyjrzał raz jeszcze, ale szybko uskoczył za narożnik.

— Patrzy  w naszym  kierunku — wyjaśnił.  —  Deena  i 

Scuddera ani śladu. Czyżby ich...

Nie   dokończył   i   spojrzał   na   mnie.   Poczułem,   jak   lekki 

dreszcz przebiegł mi  po krzyżu. Do licha! Czy można by 
wiedzieć,   na   co   stać   Jonasa   i   Claya?   Jeśli   na   przykład 
porwani stawiali opór?

— Tfu! — odpowiedziałem. — Wypluj to słowo, Lewis. 

Gdzie on?

Zwrócił   lornetkę,   a   gdy   przyłożyłem   ją   do   oczu,   na-

kierowałem   powoli   w   pożądaną   stronę.   Wówczas   do-
strzegłem   Jonasa.   W   samej   głębi,   pod   ścianą   zamykającą 
wąwóz.   Stał   zakryty   po   pas   naturalnym   wałem   głazów   i 
drobnych kamieni. Prawie niewidoczny w cieniu padającym 
od górskich szczytów, na tle szarej skały.

— Lewis, spętaj konie. W takiej sytuacji tylko by nam 

przeszkadzały.

background image

Norton   coś   mruknął,   nie   wiem,   czy   protestował,   czy 

pochwalał moją decyzję. Stone wykonał polecenie.

— Słuchajcie  —  odezwałem się  szeptem — posuwamy 

się z obu stron, pod ścianami, jak wąwóz szeroki. Zawołam 
na Jonasa. Jeśli zgodzi się wydać jeńców za Claya, wycofam 
się, pojadę do obozu po naszego zakładnika. Zostaniecie tu 
obaj pilnować Jonasa.

— Ależ... — wtrącił Norton.
— Ani słowa — przerwałem mu — nie mamy czasu na 

spór.

— Nie poznaję pana, doktorze...
— Później   wszystko   wytłumaczę   —   odpowiedziałem 

celowo szorstkim tonem.

Liczyłem na to, że obrazi się i zamilknie. Tak się też stało. 

Natychmiast spochmurniał, nawet uczynił gest, jakby chciał 
odejść, jednak pozostał.

— A   jeżeli   on   nie   przystanie   na   wymianę?   —   zapytał 

Lewis.

— Spróbujemy podejść jak najbliżej, by móc go ująć.
— Strzelać?
— Tylko   wtedy,   jeśli   pierwszy   użyje   broni...   A   teraz, 

Lewis,   kieruj   się   pod   prawą   ścianę,   ja   pójdę   przy   lewej. 
Kuszamy.

Chyłkiem   wyskoczyliśmy   za   narożnik   i   pobiegli   w 

przeciwnych   kierunkach,   tuż   przy   podnóżu   kamienistych 
turni dźwigających  się wokół wąwozu. Osiągnąwszy swój 
cel   ukląkłem   za   głazem,   jaki   szczęśliwie   znalazł   się   na 
drodze,  i  zerknąłem  w  bok.   Stone   już   tam był.   Dostrzegł 
mnie   i   natychmiast   naśladował,   skuliwszy   się   w   uskoku 
gruntu, niby kot czatujący na mysz.

— Widzę go, doktorze, widzę świetnie, tam na

wprost!   —   zabrzmiał   za   mną   szept   Nortona.   Handlarz 
towarzyszył mi wiernie. — Co teraz?

Nie odpowiedziałem. Przyłożyłem do ust dłonie zwinięte 

w trąbkę i krzyknąłem:

background image

— Hej, Jonas, Jonas!
— Hej, Jonas, Jonas! — odpowiedziało echo przede mną, a 

w   sekundę   później   ten   sam   odzew   jeszcze   dwukrotnie 
nadbiegł   gdzieś   zza   moich   pleców.   Kiedy   wreszcie   skały 
umilkły,  posłyszałem: „Czego chcecie?" — powtórzone trzy 
razy.

— Mamy Claya — odparłem nie forsując gardła, ponieważ 

słyszalność była znakomita, a echo tym bardziej wrzaskliwe i 
nieznośne, im głośniej się mówiło.

— Mamy Claya — powtórzyłem. — Dostaniesz go całego, 

jeśli zwrócisz nam Deena i Scuddera.

Skały-papugi   powtórzyły   moje   słowa,   nieco   spokojniej   i 

ciszej. Później zapadło milczenie.

Czy Jonas rozważał moją propozycję, czy też nie wierzył 

mi i obmyślał sposób zdemaskowania kłamstwa?

Dałem mu  trochę czasu do namysłu,  ale nie wolno było 

takiej sytuacji przeciągać do wieczora. Bezsenna noc w tym 
wąwozie mogłaby być niebezpieczna. Kiedy już zwątpiłem w 
jakikolwiek odzew, usłyszałem:

— Hej,   wy   tam!   Dacie   Claya   i   pieniądze,   jeśli   chcecie 

oglądać tych dwu paniczyków!

Osłupiałem. Na co ten człowiek liczył? Miał tak świetną 

okazję   wycofania   się   bezpiecznie   z   rozbójniczej   imprezy. 
Przecież wlazł w matnię, z której nie było wyjścia.

Przyłożyłem  lornetkę do oczu, aby potwierdzić wszystko 

to,   co   już   wiedziałem   o   tym   ponurym   zakątku.   Owalna, 
nierówna   powierzchnia   zasypana   kamiennym   gruzem,   ze 
sterczącymi   tu   i   ówdzie   ostrymi   kantami   wielkich   głazów, 
otoczona   ścianami,   po   którym   nie   sposób   było   ani   się 
wdrapać, ani zejść bez pomocy drabin czy sznurów. Nieco z 
lewej strony, przede mną, trzy wierzchowce szczypały jakieś 
nędzne, jedyne tutaj liściaste krzaczki. Nawet gdyby Jonas — 
co było nieprawdopodobne — dopadł tych koni, nie potrafiłby 
wydostać się z tej pułapki. Stał w najdalszej głębi, za wałem 
ze skalnych odłamków. Jak długo mógł się nam opierać? W 
wąwozie   nie   dostrzegłem   najdrobniejszego   śladu   wody. 
Przetrzyma   nas   przez   noc.   Zgoda,   ale   nim   minie   następny 
dzień, pragnienie zmusi go do poddania się.

— On oszalał — szepnął skulony za moimi plecami 
Norton.
— Na to wygląda — mruknąłem — albo liczy na coś, o 
czym nie wiemy.
— Jonas! Jonas! Daję ci pięć minut do namysłu. Nie 
uciekniesz stąd!

W   odpowiedzi   dobiegło   naszych   uszu   coś   w   rodzaju 

rechotliwego   śmiechu.   Zaraz   potem   zarechotało   potrójne 
echo. Doprawdy, można było zwariować przebywając dłużej 
w tym diabelskim zakątku!

Czekaliśmy. Spojrzałem na zegarek — pięć minut minęło. 

Machnąłem ręką w stronę Stone'a i ruszyłem przed siebie. 
Skokami, od załamania do 

załamania gruntu od głazu do głazu. Niedługo trwała moja 
wędrówka.

Grzmotnął strzał. Ping! — rozległo się przede mną, błysnął 

złoty ognik z czubka kamienia i drobniutki odłamek skały 

furknął w powietrze. Natychmiast 

echo odezwało się gromowym głosem. Zanim nastała cisza, 

background image

huknęło powtórnie. Pomyślałem, że Jonas po raz drugi próbuje 
mnie dosięgnąć, ale to Stone odpowiedział ogniem na ogień. 
Jonas błyskawicznie zniknął, jakby się w ziemię zapadł. 
Wyglądało na to, że został trafiony. Ale nie! Po minucie 
wychynął zza swego szańca. Dźwigał przed sobą... Przetarłem 
oczy, tak nieprawdopodobny wydał mi się ten obraz. Jonas 
wtaszczył i ułożył na szczycie obwałowania ładunek 
przypominający kształtem potężną kukłę. Lornetka wyjaśniła 
zagadkę: to był Roger Deen, dokładnie skrępowany długim 
lassem!

background image

Jonas znowu zniknął z pola widzenia, aby po chwili ukazać 

się podobnym do poprzedniego ciężarem, który złożył obok 
pierwszego. Postąpiwszy tak — a tylko głowa wystawała mu 
sponad tej żywej barykady — wrzasnął:

— Teraz możecie strzelać!

Oczywiście,   nie  mogliśmy  już   strzelać,   jeśli...   jeśli   obaj 

jeńcy Jonasa żyli. Bo co do tego począłem mieć wątpliwości. 
Tylko jak rzecz sprawdzić? Na szczęście, ułatwił mi to sam 
Jonas.

— Hej tam! — obwieścił swym chrypliwym głosem. — 

Przynieście wody. Oni umierają z pragnienia.

Odczekałem,   póki   nie   wygasły   przeraźliwe   echa,   i   od-

powiedziałem:

— Chcę ich usłyszeć.
— A dobrze, dobrze. Deen, odezwij się!

Teraz dobiegł mych uszu głos Rogera, słaby i żałośliwy.

— Żyjemy! Dajcie nam wody i zapłaćcie Jonasowi.

Rozkazuję...

Słowo „rozkazuję" zabrzmiało jękliwie i rozpłynęło się w 

bełkotliwym echu.

— Scudder! — zawołałem.
Odpowiedź nadbiegła natychmiast.

— Jesteśmy   cali,   tylko   trochę   potłuczeni...   Nie   przej-

mujcie   się.  Ten   zbój...   —   tu   urwały   się   słowa. 
Prawdopodobnie Jonas wepchnął mu do ust knebel.

Frank   Scudder,   z   którym   w   ogóle   nie   miałem   okazji 

rozmawiać i pewnie dlatego w moim mniemaniu niczym nie 
różnił się od Deena, teraz urósł w moich oczach. Potwierdził 
mój pogląd, że niekiedy jedno wypowiedziane słowo może 
scharakteryzować człowieka. Zależy tylko od tego, kiedy i w 
jakiej sytuacji je wypowie.

No,   tak.   Ale   jak   dalej   należało   postępować?   Przyznam 

szczerze   —   nie   wiedziałem.     Od   Stone'a   nie   mogłem 
oczekiwać rozsądnej rady,  zresztą znajdował się ode mnie 
zbyt   daleko.   Pozostawał   Norton   narzucający   się   ze   swą 
denerwującą   nade   mną   opieką,   ale   przecież   znacznie 
mądrzejszy   od   Lewisa.   Ułożyłem   się   na   boku,   na   tych 
straszliwie   twardych   kamieniach,   aby   widzieć   twarz 
rozmówcy.

— Sytuacja się gmatwa — szepnąłem prowokując go do 
odpowiedzi.
— Hm...   wody  to  bym   im  nie   dawał.   Jeśli   pan  ustąpi, 

doktorze,   Jonas   z   kolei   gotów   zażądać   żywności.   To 
bezczelny typ. Nie ma strachu, nie umrą z pragnienia, nie 
takie   to   łatwe.   A   jeśli   Deen   nieco   pocierpi,   będzie   miał 
nauczkę za swą głupotę.

Pięknie   —   stwierdziłem  —  i   co   dalej?   Przypuszcza 

pan,   że   Jonas   dręczony   pragnieniem   natychmiast 
skapituluje?

— Na pewno nie. Myślę, że potrafiłby wytrzymać ze dwa 

dni. W tej dolinie chyba nigdy nie świeci słońce, więc jest 
chłodno.  Jednak nie  możemy  zwlekać  aż  tak długo. Mam 
inny pomysł.

— Słucham.

— Oczekuję   dziś   bezksiężycowej   nocy,   doktorze. 

Wyobraża pan sobie, jak w tej dziurze będzie ciemno?

— Przecież to nie nów.

background image

— Oczywiście, że nie. Ja czekam na chmury.
Zerknąłem   w   górę.   Krąg   nieba   zawarty   między 
szczytami turni był czysty i jasny, pozłocony słońcem, 
chylący się w stronę zachodu. Ani śladu jakiegokolwiek 
zaciemnienia.
— Długo będzie pan czekał — mruknąłem.

— Ja  się  nie  mylę.  Nocka  wstanie  ciemna   jak smoła  i 

żeby Jonas miał nawet sto par oczu, nas nie dojrzy.
Podejdziemy   bliziutko,   wpędzimy   na   niego   konie   i   mam 
nadzieję, że to ja właśnie schwycę go pierwszy za kołnierz.

background image

— Niełatwa to sprawa — odparłem — odgłos stąpania po 

tych kamieniach rozlega się na milę. Będzie strzelał do nas 
kierując   się   słuchem.   Każda   kula   zrykoszetuje,   a   więc 
szansa trafienia wzrasta co najmniej dwukrotnie. Pomyślał 
pan o tym?

— Już   mówiłem,   że   popędzimy   wierzchowce,   narobią 

tyle hałasu, ile potrzeba do zagłuszenia naszych kroków.

— I  zaalarmują   Jonasa.   To  na   nic.  Ach,   gdyby  można 

zaskoczyć go z góry — westchnąłem.

— Spuścić   się   na   linie   wprost   na   kark   zbója   —   pod-

chwycił moją myśl. — Tylko że w nocy nie jest to możliwe. 
Równa się samobójstwu, a za dnia? Przecież on zastrzeli jak 
kaczkę   każdego   śmiałka,   zanim   przebędzie   połowę 
wysokości! Zresztą... ile czasu potrzeba na dotarcie okrężną 
drogą dc końca wąwozu? Dwa albo trzy dni przynajmniej.

Nie odpowiedziałem. Norton miał rację. Niestety, nie było 

wyboru   poza   nocną   próbą,   jakże   ryzykowną.   A   więc   — 
skradać się po kamienistym,  nierównym gruncie. Skradać, 
nie czołgać! Czołgania nie wytrzymałyby nasze dłonie, ani 
ubrania raz po raz szarpane ostrymi kantami szutru.

Ponure   stały   się   moje   myśli.   Poczułem   ciężar   odpo-

wiedzialności za życie tych dwu dzielnych ludzi, którzy mi 
towarzyszyli. Co robić? Czekać, aż Jonas zemdleje z braku 
niezbędnej wody? A Deen i Scudder? Na pewno byli mniej 
odporni na pragnienie. Oni pierwsi stracą przytomność, co 
zawsze kończy się śmiercią, jeśli pomoc nie nadchodzi w 
porę...   W   tym   miejscu   moje   rozważania   zostały   nagle 
przerwane.

Usłyszałem rumor  podobny do grzechotu toczących  się 

głazów; głos wyolbrzymiony narastającym echem, co robiło 
wrażenie skalnej lawiny gdzieś bardzo blisko zsuwającej się 
turni.

background image

Spojrzałem za siebie, przypuszczając najgorsze: obsunięcie 

się skały i zasypanie drogi odwrotu. Jednak nie była to skała. 
Zza narożnika, który znaczył granicę między naszą kotliną a 
pozostałą częścią wąwozu, wypadł koń z jeźdźcem na siodle. 
Przerażająco wyglądała "ta jazda. Wierzchowiec posuwał się 
karkołomnymi sko-" kami, podczas których spod jego kopyt 
pryskały kamienie.

Przybysz   sadził   wprost   na   widniejący   w   dali   szaniec 

Jonasa.   Poznałem   natychmiast   —   to   był   Clay!   Jakim 
sposobem zdołał się oswobodzić?

background image

— Lewis! — krzyknąłem. — Zatrzymaj go!

Nie   wolno   było   dopuścić,   aby   Clay   połączył   się   z 

Jonasem.

Złożyłem   się   nie   czekając   skutków   swego   wezwania   i 

nacisnąłem cyngiel sztucera mierząc w głowę końską. Mając 
do wyboru strzał do człowieka lub do zwierzęcia, wybrałem 
oczywiście ten ostatni. Wybrałem i... chybiłem. Nie wstydzę 
się przyznać do tego. W tych warunkach mógł spudłować 
najlepszy nawet myśliwy. Nie zdążyłem się poprawić, gdy 
w półmroku wąwozu, na prawo ode mnie, błysnął krwawy 
ognik. To przemówiła broń Stone'a. Głosem gromu.

Zauważyłem,   jak   jeździec   zachwiał   się   w   siodle,   a 

później, z trzaskiem rozstępujących się kamieni, runął wraz 
ze zwierzęciem. Przypuszczałem, że Lewis trafił w konia. 
Pomyliłem   się.   Nim   zgasły   ostatnie   echa,   wierzchowiec 
dźwignął się krzesząc iskry na głazach i pognał pod ścianę 
wąwozu. Człowiek pozostał nieruchomy.

Wysunąłem się ze swego schroniska i pewnie zginąłbym 

stratowany, gdyby nie zbawcza dłoń Nortona, która w porę, 
ani o sekundę za późno, schwyciła mnie za przegub ręki i 
pociągnęła do tyłu. Spłoszony, rozszalały rumak przemknął 
tuż-tuż,   nieledwie   otarł   się   o   mnie.   Drugi   jeździec,   w 
przeciwieństwie   do   Claya,   nie   panował   nad   zwierzęciem. 
Drugi jeździec? Wielkie nieba! Któż z nas mógł  się tego 
spodziewać?   To  była   Elly!   Bezradna   amazonka   zdana   na 
łaskę i niełaskę pędzącego na oślep czworonoga. Przebiegł 
już prawie połowę odległości dzielącej mnie od stanowiska 
Jonasa i wówczas... Być  może  przeląkł się nieruchomego 
ciała Claya, być może przyczyna była inna, dość raptownie 
uskoczył   w   bok.   Elly   wyleciała   z   siodła   i   padła   między 
głazy. To mógł być śmiertelny upadek, gdyby nawet sprawa 
na tym się zakończyła. Ale nie!  Jedna z nóg amazonki

background image

uwięzła   w   strzemieniu   i   koń   wlókł   bezwładne   ciało   po 
nierównościach gruntu. Każda sekunda decydowała teraz o 
życiu   Elly.   Złożyłem   się   i   dwukrotnie   pociągnąłem   za 
cyngiel. Zwierzę runęło w połowie skoku. Pobiegłem.

Ukląkłem   i   oswobodziłem   nogę   ze   strzemienia.   Pod-

niosłem bezwładne ciało.

— Będę   pana   osłaniał,   doktorze   —   usłyszałem   szept 

Nortona. — Niech pan ją wyniesie z wąwozu.

Kroczyłem wolno, wówczas podskoczył ku mnie Lewis i 

pomógł dźwignąć zemdloną. Zemdloną czy martwą? Tego 
nie mogłem zbadać.

Norton,   Stone   i   ja   tworzyliśmy   zwartą   grupę   —   jakiż 

wyśmienity cel  dla  strzelby Jonasa. Mimo  to nie  strzelił. 
Może   zaskoczył   go,   jak   nas,   błyskawiczny   przebieg 
wypadków, a może Jonas wcale nie pragnął rozlewu krwi?

Jednak   odetchnąłem   z   ulgą   dopiero   wówczas,   gdy 

pozostał   za   nami   skalny   narożnik.   Pod   jego   osłoną 
złożyliśmy Elly na możliwie równym kawałku gruntu.

— Stone — rozkazałem — wracaj do wąwozu pilnować 

Jonasa.   Nie   spuszczaj   go   z   oka,   nie   daj   mu   uczynić   ani 
kroku.

Bez słowa zawrócił i zniknął mi z oczu.

— Niech pan mi poda moją apteczkę — zwróciłem się 

do handlarza. — Wie pan...

— Wiem — odparł krótko i odszedł.

Nasze   konie   stały   spętane   o   kilka   kroków   dalej.   Na 

szczęście, tylko o kilka kroków.

Począłem badać nieprzytomną. Puls bił słabo, oddech był 

ledwie wyczuwalny, twarz blada jak kredowa ściana, jednak 
bez najmniejszego nawet śladu zadrapania. Natomiast włosy 
na tyle głowy lepkie były od świeżej krwi, a dłonie również 
pokrwawione, ze skórą porozcinaną, miejscami zdartą. Tyle 
na   pierwszy   rzut   oka.   Jakie   były   inne,   wewnętrzne 
obrażenia   —   w   tych   warunkach   nie   sposób   stwierdzić. 
Norton wrócił z puszką.

— Potrzebuję wody — powiedziałem.
— Nie ma ani kropli — odparł zgnębionym głosem. — 

Kto mógł przypuszczać, że trafimy na taką pustynię?

— Muszę mieć wodę, i to szybko.
— Skoczę do Canadianu.
— Niech pan jedzie i nie oszczędza konia.

Zostawił   pudło   z   lekarstwami.   Słyszałem   jego   szybkie 

kroki, a w kilka sekund później metaliczny stukot podków 
na kamieniach.

Do Canadianu był szmat drogi, ale szukanie źródła czy 

strumienia gdzieś bliżej wyglądało na beznadziejne.

Zdjąłem koc zrolowany przy moim siodle, rozłożyłem go 

na   stosunkowo   równym   miejscu   i   ostrożnie   przeniosłem 
ranną na prowizoryczne posłanie. Wydało mi się wówczas, 
że jakoś silniej westchnęła, ale oczy nadal miała zamknięte, 
a twarz szarobladą.

Delikatnie, żeby nie sprawić bólu, począłem dotykać nóg, 

rąk,  ramion   i  piersi.  Wyglądało  na  to,  że  żadna  kość  nie 
została   uszkodzona.   Wyglądało,   bo   mogłem   się   mylić. 
Niepokoiła   mnie   dodatkowo   możliwość   wstrząsu   mózgu, 
którego   objawy   nie   zawsze   występują   natychmiast   po 
wypadku,   niekiedy   w   kilka   godzin   później.   Przede 

background image

wszystkim   jednak   potrzebowałem   wody,   bez   której   nie 
sposób   było   opatrzyć   rannej   ani   przywrócić   do 
przytomności. Dawno nie czułem się tak bezradny.

Usłyszałem tętent. Zerwałem się z klęczek, chwyciłem za 

broń. Ktoś nadjeżdżał od strony prerii. Kto? Przecież to nie 
mógł być Norton! Wytężyłem wzrok, starając się przeniknąć 
szarą kurtynę mroku zapadającego w głąb doliny, ale zanim 
ujrzałem, usłyszałem:

— Doktorze! To ja!

background image

Echo powtórzyło: „Doktorze, to ja! Doktorze, to jato ja..."
Więc  jednak Norton.  Wracał,  ale  nie  sam.   Osłupiałem, 

dostrzegłszy na drugim koniu Florence Deen. Nie mogłem 
wiedzieć, co ją tu przygnało, ale cokolwiek to było, zjawiła 
się w samą porę.

— Woda? — zapytałem.

— Jest,   jest...   —   odparła   zdyszanym   głosem.   —   Za-

brałam dwa worki.

Zeskoczyła zwinnie i podbiegła do leżącej.

— Spotkałem   panią   niedaleko   wjazdu   do   doliny   — 

wyjaśnił   Norton.   —   Opowiedziałem   jej   o   wszystkim.   Co 
nowego?

— Nic, cisza.

Odpiąłem   skórzany   wór   od   siodła.   Spryskałem   twarz 

rannej, natarłem jej skronie whisky (nigdy nie zapominam o 
tym   i   nigdy   nie   używam   zawartości   butelki   do   celów, 
którym powszechnie służy).

Pomogło.   Elly   Gardy   westchnęła   (równocześnie   i   ja 

odetchnąłem z ulgą) i otworzyła oczy.

— Jak się czujesz? Pan Norton opowiadał mi, że spadłaś 

z konia — Florence pochyliła się nad siostrą.

— Prawda — szepnęła — to było straszne, jak leciałam 

w dół, ale później już nie czułam... Wszystko mnie boli — 
skrzywiła się płaczliwie. — Jakby mnie zbito kijami.

Przysunąłem szyjkę butelki do jej ust.

— Proszę pociągnąć dobry łyk — poradziłem.
Posłuchała. Rumieńce wróciły na policzki, spojrzenie 
stało się żywsze.
— A   pani?   —   zwróciłem   się   do   Florence.   —   Po   co 

zapuściła się w te strony? W pogoni za Clayem?

— Nie   goniłam   Claya.   Przyjechałam   wykupić   mego 

męża   i   Franka.   To   najrozsądniejsze,   co   można   obecnie 
uczynić.

background image

— Razem   z   siostrą?   —   zagadnąłem   zaskoczony   od-

powiedzią.

— Tak. Elly towarzyszyła mi, a później zachciało się jej 

towarzystwa Claya i prześcignęła mnie.

— Nie pojmuję... skąd się tu nagle wziął Clay? Uciekł?
— Sama go zwolniłam. Roger będzie wdzięczny za to.
Ręce mi opadły — jak to się w takich wypadkach określa. 
Upór tej  kobiety był przerażający, a konsekwencje tego 
uporu wręcz tragiczne.

— Dopięła   pani   swego   —   odparłem   nie   panując   nad 

wzburzeniem.   —   A   oto   skutki:   pani   siostra   jest   ciężko 
ranna, a Clay prawdopodobnie zabity.

— Co!? — krzyknęła, a echo powtórzyło: „Co!?... co!?... 

co!?..." — Pan go zabił!

— ...zabił... zabił... zabił... — ozwały się skały.
Zaprzeczyłem gwałtownie, jednak moje zaprzeczenie jak 
gdyby nie dotarło do jej uszu.
— Pan będzie odpowiadał za życie Rogera!

— Ale nie będę odpowiadał za wyniki  pani szalonego 

postępku.

Z   głębi   wąwozu   dobiegł   zwielokrotniony   głos   strzału. 

Jeden,   drugi,   trzeci...   Florence   szarpnęła   się   do   przodu. 
Chwyciłem ją za ramię.

— Proszę tu zostać — rozkazałem siląc się na spokój. — 

Siostra potrzebuje opieki, a pani jest tam zby
teczna. Biegnijmy! — zawołałem na Nortona.

Gromowe   echa   rozlegały   się   nadal   w   sekundowych 

przerwach. Straszliwy łoskot wypełnił dolinę od krańca po 
kraniec.   Skoczyłem   pierwszy,   dopadłem   skalnego 
narożnika, wyjrzałem.

Stone, ukryty za sporym  głazem,  strzelał raz po raz w 

kierunku szańca Jonasa.

— Lewis!  — wrzasnąłem  — zwariowałeś?  — 
Dopadłem go i wytrąciłem  strzelbę z dłoni. — Chcesz 
zabić Deena?

— Ani mi to w głowie. Celuję do kamieni.
— Po co?
— Żeby odwrócić uwagę Jonasa.
— Od czego?
— Niech się pan dobrze przyjrzy, doktorze.

Spojrzałem.  Tuż nad stanowiskiem Jonasa,  na  cienkiej, 

długiej linie spuszczał się powoli z postrzępionej turni jakiś 
człowiek.

background image

Nad Pecos

Leżałem na trawie z siodłem pod głową. Jakże ta trawa 

pachniała!

Przede   mną,   w   dali,   za   siwą   mgiełką   upalnego   dnia 

dźwigało się zbocze o spatynowanych barwach roślinnych 
pasów, które przekreślały je w poprzek. Najniżej — czarną 
wstęgą jałowców, wyżej — jasną gęstwą piniowego lasu, z 
kolei   —   szarymi   zaroślami   szałwii,   jeszcze   wyżej   — 
cudownymi sosnami ponderosi, nie-bieszczejącymi jodłami, 
granatowymi krzewami i znowu szałwią.

Wszystko,   co   złe,   wraz   z   najgorszym   z   najgorszych: 

dniem  spędzonym   w   „dolinie   potrójnego   echa"  (tak  ją   w 
myślach   nazwałem),   już   przeminęło.   Tu   nie   istniało 
diabelskie   echo   dzwoniące   w   uszach.   Cisza   wisiała   nad 
ziemią, niekiedy przerywana delikatnym dźwiękiem czyichś 
kroków,   strzępkiem   słów   czyjejś   rozmowy,   szczekaniem 
psa. Aż trudno uwierzyć, że kilkanaście jardów od miejsca, 
w   którym   spoczywałem,   stały   skórzane   namioty   wsi 
Mescalerów.

Oto wreszcie Norton dotarł do celu, który chociaż nie był 

celem ani moim, ani innych, przecież powitany został przez 
wszystkich z radością. Najbardziej cieszyła się Elly, usiłując 
klaskać   na   widok   „prawdziwych   Indian",   zapominając   o 
bandażach okrywających jej dłonie.

background image

— Mego brata czeka niespodzianka — zapowiedział mi 

Pehnulte,   gdy   ujrzałem   pierwsze   stożkowate   wigwamy. 
Potem   ukazał   się   jeździec   mknący   galopem,   a   jeszcze 
później...

— Karolu — zawołałem — ty tutaj?!
— Ja tutaj. Jak widzisz, nasze drogi znowu się spotkały. 

Nie będziesz potrzebował szukać mnie nad Rio Grandę.

— Nawet nie mógłbym — odparłem ściskając mu dłonie. 

— Meksyk znowu oddala się ode mnie.

— Co to znaczy? — a ściszając głos dodał: — Co to za 

ludzie?

Za mną wlókł się Hal ze swymi jucznymi, dalej cwałował 

Stone i wreszcie ciężko się toczył wóz nakryty budą.

— Właśnie z powodu tych ludzi — odparłem szeptem. — 

Aż trzy osoby potrzebują lekarskiej opieki.

— Na długo?
— Na okres wystarczający, aby mój wyjazd do El Paso 

uczynić całkowicie nieaktualnym. Co za szczęście, Karolu, 
że ciebie spotkałem właśnie tutaj.

— Dobre   bogi   przywiodły   mnie   w   samą   porę.   Inaczej 

tkwiłbym w El Paso niecierpliwiąc się i niepokojąc o ciebie.

— Myślę,   że   Pehnulte   pchnąłby   jakiegoś   wojownika   z 

wiadomością.

— Na pewno. Ale... cóż to się takiego wydarzyło?
— Ba, nie sposób wyjaśnić w kilku słowach.
— Czy to coś pilnego?
— Nie, to już przeszłość raczej... bez dalszego ciągu.
— Doskonale.   Opowiesz   mi   później,   gdy  nikt   nam  nie 

będzie przeszkadzał. Rozmowy dzielnych wojowników nic 
nie powinno zakłócać — dodał żartem.

Niby głupstwo, a przecież dobrze charakteryzowało 
Karola Gordona. Jego wstrzemięźliwość w zaspokajaniu 
ciekawości była cechą, którą sobie przyswoił chyba od 
indiańskich wojowników. Jeśli informacja nie miała 
istotnego, praktycznego znaczenia, mógł na nią cierpliwie 
czekać.
— Dobrze — zgodziłem się. — Ale co u ciebie, Karolu? 

Co z Geronimo i jego poplecznikami?

— Och, nic interesującego. Zbyteczny alarm i zbyteczna 

moja wyprawa. Nawajowie nie tak łatwo dadzą się namówić 
do   nie   przemyślanych   wystąpień.   Odwiedziłem   Rainy 
Valley i obejrzałem stare kąty. Nagadałem się z szeryfem, 
przejechałem szmat kraju. Przejażdżka nawet piękna, szkoda 
tylko, że tak nie w porę wypadła.

— Szkoda   —   westchnąłem.   —   Iluż   bym   tarapatów 

uniknął wędrując razem z tobą!

— Aż tak? No, no... Opowiesz mi, jak się tu rozlokujecie.

To rozlokowanie zabrało wiele godzin.

Nad   rzeką   Pecos,   do   wioski   Apaczów-Mescalero   przy-

byliśmy koło południa, a szarówka już zapadała nad ziemią, 
gdy   mogłem   z   czystym   sumieniem   stwierdzić,   że   moi 
pacjenci   otrzymali   wszystko,   co   dla   przywrócenia   im 
zdrowia   było   konieczne.   Gdyby   nie   Norton   i   Stone   (bo 
Karol Gordon nie brał udziału w tej krzątaninie), gdyby nie 
Pehnulte — rzecz trwałaby jeszcze dłużej. Teraz już stały 
trzy   nasze   namioty,   kilka   kroków   od   indiańskiej   wioski. 
Elly,   najciężej   poszkodowana,   spoczęła   pierwsza   na 

background image

podróżnym   łóżku,   później   Deen,   jęczący   przy   każdym 
ruchu, chociaż przecież nie był ranny, tylko potłuczony, na 
koniec Frank Scudder, sprawujący się najdzielniej.

Zbadałem,   jak   czyniłem   to   każdego   poprzedniego 

wieczoru, całą trójkę, zmieniłem opatrunki i od wioskowego 
czarodzieja otrzymałem maść przedziwną, która goi rany i 
sińce. Karol stwierdził, że ongiś sam wypróbował ten lek ze 
znakomitym   efektem.   Wcale   mnie   to   nie   zaskoczyło. 
Wiedziałem   już   sporo   o   indiańskim   ziołolecznictwie, 
którego   skuteczność   niekiedy   wielokrotnie   przewyższała 
działanie naszych oficjalnych lekarstw. Sam przecież byłem 
kiedyś świadkiem, jak zioła i jakieś napary uratowały przed 
amputacją zgangrenowaną nogę Karola!

Ale   o   tym   wszystkim   nie   wspomniałem   swoim   pa-

cjentom.   Pewnie   uznaliby   mnie   za   szarlatana   i   odrzucili 
proponowane środki. I to tym bardziej że — jak zdążyłem 
to zauważyć  — ich stosunek do Indian nacechowany był 
pogardą dla „czerwonych  skór, które śmierdzą i są jedną 
wielką bandą dzikusów".

Gromadka   Deena   z   radością   przyjęła   zapowiedź 

dłuższego   odpoczynku,   nawet   zadowolona   była,   że   ma 
okazję przyjrzenia się „bandzie dzikusów", ale gdy przyszło 
do rozkładania obozowiska, Florence Deen oświadczyła, że 
nie będzie nocować w pobliżu wioski, bo to i niezdrowo, i 
niebezpiecznie.   Podejrzewam,   że   wyżej   stawiała   bandytę 
Jonasa od któregokolwiek z miedzianolicych wojowników. 
Ustąpiła   dopiero,   gdy   powiedziałem,   że   opieka   nad   jej 
siostrą i mężem wymaga  moich  częstych  odwiedzin, a ja 
będę nocował w którymś z indiańskich wigwamów.

Karol, który w milczeniu i z pewnej odległości przyglądał 

się moim zabiegom, musiał swym bystrym  okiem szybko 
dostrzec prawdę. Kiedy o wczesnej szarówce legliśmy obaj 
nad brzegiem leniwie płynącej rzeki, odezwał się pierwszy 
z tonem wyrzutu w głosie:

— Kogo żeś tu sprowadził, Janie? Widzę, że dostałeś się 

w ładne towarzystwo.

Roześmiałem się półgłosem.

— Nie sądź mnie zbyt ostro. Okoliczności tak się złożyły 

i postąpić inaczej nie mogłem,  chociaż... twoja opinia   o 
Deenie i jego  gromadce  będzie na pewno jeszcze gorsza, 
gdy mnie wysłuchasz.

— A  to  pięknie   —  mruknął.   —  Wystarczyło,   bym   cię 

puścił na pewien czas...

— Nie trzeba było opuszczać — odparłem rozweselony.

— Dobrze, dobrze... A teraz zamieniam się w słuch.
Zapaliliśmy  fajeczki.   Otuleni  szarością  zmroku,  w 
spokoju nadciągającej nocy, w szepczącym plusku wody i 
dalekim rżeniu koni pilnowanych przez indiańskich 
koniuchów — siedzieliśmy długo bardzo długo, aż gwia-
zdy poznaczyły czarne niebo, a księżyc osrebrzył dalekie 
góry, bliską prerię i nurt Pecos, aż począł błyskać i mienić 
się, jak gdyby nie woda, lecz właśnie rzeka srebra toczyła 
się wśród płaskich brzegów.
Lekki   wietrzyk,   zanim   ustał   zupełnie,   przynosił   wonie 

traw,   zapach   leśnego   igliwia   i   drewna   płonącego   na 
niedalekich ogniskach wojowników.

— Słucham — powtórzył Karol.

background image

Chciałbym z obłokiem popłynąć w dal Do 
miejsc, gdzie nikt mnie nie czeka, Gdzie preria 
śpi, a pluskiem fal podzwania nieznana rzeka...

— A to co takiego?!
— Strofka piosenki, jaką usłyszałem od Nortona.
— Ten wędrowny handlarz? Znajomy Pehnulte?
— Już wiesz? Właśnie on.
— Jest poetą? Zadziwiające.

— Ależ skądże! Przywiózł  piosenkę, której nauczył  się 

na Alasce.

— Aż tam zawędrował? No, to nie jest zwykły handlarz. 

Czy ta piosenka ma jakiś związek z twoją przygodą, Janie?

background image

— Chyba... żaden.
— No to po co?
— Ot, przypomniała mi się. Jakoś pasuje do tej wody i do 

tego wieczoru.

— Pięknie, ale w ten sposób nigdy nie zakończysz swej 

opowieści, bo... jej nie zaczniesz.

— Jesteś   okrutny,   Karolu!   —   zauważyłem.   —  A   teraz 

słuchaj...

Zacząłem   od   samego   początku,   od   choroby   Nortona, 

poprzez   próby,   jakim   poddawał   mnie   handlarz   pragnąc 
sprawdzić,   czy   nadaję   się   do   odbycia   dalekiej   podróży. 
Opowiedziałem o jeździe pociągiem i o spotkaniu z małym 
trampem.

Karol   milczał   przez   cały   czas   i   tylko   raz   jeden   mi 

przerwał.   Gdy  doszedłem   do   nocnych   odwiedzin   rannego 
Stone'a.

— Pamiętasz go? — zapytałem.
— Stone... Stone... powtórzył.
— To Złoty Lewis ze „Słońca Arizony".
— Oczywiście, tak! Twarz tego kowboja wydała mi się 

znajoma. To przecież jemu pomogliśmy uciec.

— Sza — przestrzegłem. — Nikomu ani słówka. Obie-

całem Lewisowi, a on z kolei przysiągł, że nie zdradzi, w 
jakich okolicznościach mnie poznał.

— Po cóż taka tajemnica?
— Dla Lewisa. Bo nie chce wobec obcych, ściślej: wobec 

Deena ujawnić swej niechlubnej przeszłości; dla mnie, bo 
chciałem odgrywać przed Nortonem rolę greenhorna.

— Też pomysł!
—   Ot,   taki   żarcik.   Zresztą...   w   ten   sposób   uniknąłem 

nudzących mnie Wypytywań o nasze przygody.

— Proszę, jaka skromność!

Przestań! Teraz, po spotkaniu z Pehnulte, wszystko się 

wydało, a Norton patrzy na mnie jak na dziwo. Pehnulte... 
Słuchaj,   Karolu,   Przecież   Pehnulte   również   zna   Lewisa. 
Żeby się tylko nie wygadał.

— On?   Chciałbym   kiedy   ujrzeć   czerwonoskórego--

gadułę!   Oni  potrafią   tylko   przy  ognisku toczyć  godzinne 
narady, jednak na pewno nie o Lewisie.

— Prawda — rzekłem uspokojony — więc...
Raz   jeszcze   przeżyłem   daleką   drogę:   od   rojnych   ulic 

Milwaukee   po   pustkowia   Nowego   Meksyku.   I   tak   oto 
opowieść moja dobiegała kresu. Dolina potrójnego echa!

— Któż   to   może   być?   —   zapytałem   bardziej   samego 

siebie niż Stone'a.

— Czerwona skóra, doktorze. — Widzę pióro we wło-

sach.

— Indianin?   Świetny  masz   wzrok,   Lewis,   ale   przecież 

nie dojrzysz, czy to nasz sprzymierzeniec, czy odsiecz dla 
Jonasa?

— Czy   nasz   przyjaciel,   nie   wiem,   ale   że   wróg   tego 

bandziora, to dla mnie pewne. I zaraz go capnie. Zobaczy 
pan, doktorze, jak się tam zakotłuje.

Sięgnął  po strzelbę  i zanim zdążyłem go powstrzymać, 

trzy razy pociągnął za cyngiel. Mierzył istotnie w kamienie, 
poniżej szańca, za którym krył się nasz przeciwnik, poniżej 

background image

żywej barykady Jonasowych jeńców. Kamyki pryskały pod 
uderzeniami  pocisków.   Głowa   Jonasa  zniknęła   na   chwilę. 
Jasne, był pewien, że do niego mierzono.

— Skąd wiesz, że ten Indianin jest wrogiem Jonasa?
— Bo   gdyby   był   przyjacielem,   zawołałby   z   góry:   A 

tymczasem...  Proszę spojrzeć,  jak delikatnie  się  opuszcza. 
Mogę strzelać dalej?

— A strzelaj, tylko uważaj na Deena i Scuddera.
— Nie ma strachu.

background image

Znowu pociągnął za cyngiel.

Kilkanaście   kroków   przed   nami   spoczywało   bezwładne 

ciało Claya. Zajęty ratowaniem Elly, zapomniałem o nim. 
Teraz należało zająć się nieszczęśnikiem.

— Przerwij  kanonadę  —  rozkazałem.  — Idę  do  Claya. 

Czemu mierzyłeś w niego? Wystarczyło trafić konia.

— Ręka mi drgnęła. Zresztą... Clay bez konia byłby tak 

samo niebezpieczny, jak na koniu.

— Poczekaj, Lewis — powiedziałem groźnie — jeszcze 

porozmawiamy na ten temat!

Wyskoczyłem zza głazu. Jeden, drugi, trzeci długi krok. 

Potem   nastąpił   huk   i   rozprysk   żwiru   o   jard   przede   mną. 
Padłem,   chroniąc   głowę   we   wklęsłości   gruntu.   Ostrożnie 
zdjąłem kapelusz, zatknąłem na koniec lufy i wysunąłem w 
bok na długość sztucera. Znowu strzał i znowu wyprysk, 
straszliwie blisko mego nakrycia głowy. Po raz drugi Jonas 
spudłował, za trzecim mógł trafić.

— Doktorze   —   usłyszałem   szept.   —   Niech   pan   mnie 

ubezpiecza. Spróbuję doczołgać się do Claya.

Norton   mnie   wzruszył.   Dopiero   teraz   go   zauważyłem, 

chociaż musiał iść za mną krok w krok. Chciał ryzykować 
własną skórą, aby tylko uchronić mnie przed kulami. Nie 
mogłem   na   to  przystać.   Po  pierwsze   dlatego,   że   tylko   ja 
potrafiłem szybko i bezbłędnie stwierdzić, czy Clay jeszcze 
żyje,   po  drugie   dlatego,   że   nie   sposób  było   kogokolwiek 
ubezpieczać w takiej sytuacji.

— Nie — odparłem zwięźle. — To na nic. Jakże mogę 

pana   chronić,   jeśli   każdy   strzał   oddany   w   stronę   Jonasa 
może trafić w Deena? Aż dziwne, że Jonas do tej pory nie 
spostrzegł, że cała kanonada Lewisa jest celowym pudłem!

— Doktorze   —   znowu   odezwał   się   przeraźliwym 

szeptem — widzi pan?

background image

Spojrzałem i porwałem się do biegu. Nieznany Indianin 

— tam, przede mną — oderwał się od liny i w tej samej 
sekundzie znikła mi z oczu sylwetka Jonasa.

Gnałem   potykając   się   na   kamieniach,   przeskakując 

rozpadliny,   omijając   potężne   głazy.   Za   mną   grzechotały 
kroki Nortona. Dopadliśmy wzniesienia, na którego zboczu 
spoczywali, skrępowani jak kukły,  Deen i Scudder. A po 
drugiej stronie...

Indiański wojownik nachylał się nad leżącym nieruchomo 

Jonasem   i   zaciskał   rzemień   lassa   na   nogach   i   rękach. 
Wyprostował się na nasz widok.

— Witam moich białych braci...
— ...białych   braci...   białych   braci...   białych   braci...   — 

powtórzyło echo wąwozu.

Ten głos, ten strój, ta twarz... Oglądałem ją po raz trzeci 

w życiu, ostatnio przed dwoma laty. Utrwaliła się na zawsze 
w mej pamięci.

— Pehnulte...   —   powiedziałem   ledwie   dysząc   po   sza-

leńczym   biegu.   —   Wielki   wódz   Mescalerów!   Nie   zapo-
mniałeś?

— Nigdy nie zapomnę... — Wyciągnął ku mnie ręce.
— Skąd wiedziałeś?
— Stałem   tam   —   wskazał   widniejący   wysoko   płaski, 

jakby ułamany szczyt. — Widziałem tego człowieka i jego 
jeńców i was, ale nie mogłem rozpoznać. Komu przyjść z 
pomocą? Atakującym czy atakowanemu? Kogo chronić, z 
kim   walczyć?   Wtedy  źrenice   moje   nabrały  siły,   ujrzałem 
twoją twarz, a później — zwrócił się do Nortona — i ciebie. 
I   wiedziałem,   po   której   stronie   są   sprawiedliwi.   Czyż 
mogłem przyglądać się walce mych braci i nie przyjść im z 
pomocą? Resztę znacie. Howgh!

Zerknąłem na handlarza. Spoglądał osłupiałym wzrokiem 

raz na mnie, raz na Pehnulte. Powstrzymałem śmiech.

background image

Więc... wy się znacie? — wyjąkał.

— Mój   brat   uratował   mnie,   gdy   runąłem   ze   skały   w 

Dolinie   Śmierci,   w   Arizonie,   przed   laty...   —   objaśnił 
Pehnulte.

— Pan mnie zwodził, doktorze! — wybuchnął handlarz. 

— Zwodził cały czas udając greenhorna. A ja... jak ja teraz 
wyglądam? Dałem się nabrać jak... jak właśnie prawdziwy 
greenhorn. Pan wie, co to znaczy?

Ująłem go pod ramię.

— Norton — powiedziałem — zawsze będę pana uważał 

za   najlepszego   towarzysza   dalekiej   drogi.   Nie   chciałem 
zakpić, to... to samo jakoś tak wyszło. Czy pan mi wybaczy? 
To ja postąpiłem jak greenhorn.

Twarz mu się rozjaśniła.

— Doktorze, ani słowa więcej na ten temat. Wierzę panu.

Ścisnął mi dłoń z siłą żelaznych cęgów.

— A co z nim? — zapytał wskazując na Jonasa.

Żyje? — zwróciłem się do Pehnulte.

— Tylko ogłuszony.
— Zabieramy go — powiedziałem. — Jak tylko wróci do 

przytomności...

— Będę   się   streszczał,   Karolu,   bo   najważniejsze   już 

znasz.   Więc...   Najpierw   rozcięliśmy   więzy   Deena   i 
Scuddera,  później  postawiliśmy ich na  nogi. Nieświe-tnie 
wyglądali i nieświetnie musieli się czuć. Takie przeżycie dla 
dwu urodzonych mieszczuchów to nie bagatelka. Deen nie 
powinien był wprawdzie tak głośno jęczeć i wyrzekać, aż 
echo przedrzeźniało jego utyskiwania.

— Mówiłem,   żeby   zapłacić...   —   stękał.   —   Po   co   to 

wszystko?

background image

Dostrzegłem   wzrok   Pehnulte.   Spojrzał   pogardliwie   na 

Deena i zajął się cuceniem Jonasa.

Scudder   na   pewno   nie   mniej   wycierpiał   od   swego 

towarzysza,   przecież   nie   jęczał,   chociaż   poruszał   się   z 
trudem.

— Co z panną Gardy? Widziałem wypadek...
Takie były jego pierwsze słowa.

— Bolesne   potłuczenie   —   odparłem   —   i...   miejmy 

nadzieję, nic więcej.

Kiwnął głową i począł kuśtykać poprzez kamienny nasyp. 

Ani od niego, ani od Deena nie otrzymaliśmy nawet słowa 
podziękowania. To także charakteryzowało tych ludzi.

Zdjęliśmy pęta z nóg Jonasa, bo właśnie zaczął mrugać 

oczami, jakby zdziwiony naszą obecnością, ale nie odezwał 
się.

W   drodze   powrotnej   przystanąłem   obok   ciała   Claya. 

Niestety, żadna siła ludzka nie mogła mu pomóc. Razem z 
towarzyszącym   mi   Nortonem   i   Pehnulte   pogrzebaliśmy 
nieszczęśnika pod jedną ze ścian wąwozu. Ta praca zajęła 
nam   sporo   czasu,   tak   że   nie   zastaliśmy   już   reszty 
towarzystwa  w dolinie. Dognaliśmy ich dopiero na prerii. 
Posuwali się bardzo wolno ze względu na Deena i Scuddera, 
a przede wszystkim z powodu Elly Gardy. Nie mogła iść, 
nie mogła utrzymać  się na koniu. Zabrała ją na siodło jej 
siostra,   jadąc   krok   za   krokiem.   Długo   trwała   ta   podróż. 
Kiedy osiągnęliśmy  obóz,  na  niebie   ukazały się  pierwsze 
gwiazdy.   A   w   obozie...   czekała   nas   niespodzianka,   w 
wyniku której Norton wybuchnął gniewem. Na kogo? Któż 
by się spodziewał? Na Hala Burnsa, wiernego pomocnika, o 
którym tyle razy słyszałem, że wszystko potrafi! A teraz się 
okazało, że podczas naszej wędrówki do doliny potrójnego 
echa Hal został rozbrojony i skrępowany. Oswobodziliśmy 
go dopiero po powrocie.

background image

Gdy słuchałem lakonicznych wypowiedzi małomównego 

chłopaka,   handlarz   siedział   wściekły   waląc   dłonią   po 
kolanie. Z trudem zachowałem powagę.

Po naszym odjeździe, w jakieś dwie godziny, przebudziła 

się Florence Deen. Dowiedziawszy się, co zaszło, wpadła w 
szał.   Rozkazała   lokajowi   uwolnić   Claya   z   więzów. 
Chińczyk i Henry — tak pokorni i pobłażliwi wobec nas — 
nabrali   odwagi.   Uznali   widać,   że   Hal   nie   jest   nikim 
„ważnym" i rzucili się na niego. Hal stawił skuteczny opór, 
broni   nie   użył,   ale   potrafił   dobrze   wywijać   pięściami.   I 
odniósłby   sukces,   gdyby   nie   kobiety!   Obie   siostry 
zaatakowały  go   równocześnie.   Broniąc   się   dzielnie   przed 
mężczyznami, skapitulował przed kobietami. Po prostu nie 
wiedział, co i jak ma uczynić. Komiczna sytuacja, przecież 
nie tak bardzo dziwna. Jakiż prawdziwy westman czy traper 
walczy z nieuzbrojonymi  kobietami?  A Hal miał  w sobie 
coś   z   westmana.   Połączonym   wysiłkiem   Florence,   Elly, 
lokaja   i   kucharza-Chińczyka   został   obalony   na   ziemię, 
rozbrojony i skrępowany.

Claya   uwolniła   własnoręcznie   Florence.   Zwróciła   mu 

konia i kazała zawiadomić Jonasa, że przyjeżdża z okupem. 
Tym razem bowiem nie wręczyła pieniędzy Clayowi. Obie 
siostry   ruszyły   w   kilka   minut   później.   Tak   to   wszystko 
wówczas się odbyło.

— Widzisz,   coś   narobił?   —   grzmiał   Norton.   —   Clay 

zginął, Elly ciężko poturbowana. Wszystko przez ciebie.
Jak mogłeś...

W tym miejscu przerwałem handlarzowi. Ująłem go pod 

ramię i prawie siłą wyprowadziłem na prerię.

— A pan jakby postąpił na miejscu Hala? — zapytałem.

Spojrzał na mnie ponuro, zamyślił się.

— Gdyby to były moje córki...
— Ale nie są! Proszę się przyznać, że pan nie wie.

background image

W   podobnej   sytuacji   chyba   i   ja   nie   oparłbym   się   nie-
oczekiwanemu atakowi. A przecież Hal nie ma  odpowie-
dniego   doświadczenia.   Nie   co   dzień   się   spotyka   kobiety 
podobne do Florence Deen.

Z tym zgodził się, ale długo jeszcze musiałem go prze-

konywać, zanim się udobruchał i wyzbył resztek gniewu.

— Hal nie będzie miał czym się chwalić — powiedział 

spokojnym już głosem.

Co do tego — na pewno się nie mylił.  Wróciliśmy do 

obozu,   gdzie   zająłem   się   opatrywaniem   trójki   po-
szkodowanych,   a   później   szukaniem   Pehnulte.   Zupełnie 
jakby w ziemię się zapadł. Zjawił się dopiero rankiem, na 
grzbiecie   własnego   mustanga,   którego  musiał   porzucić   w 
górach, gdy „skakał" na Jonasa.

Był to fatalny zbieg okoliczności. Gdyby Pehnulte spędził 

noc w naszym obozie, nie doszłoby...

— Do ucieczki Jonasa — wtrącił Karol.
— Właśnie. Słusznie odgadłeś.
— Niewielka   to   sztuka,   przecież   nie   przybyliście   tu   z 

tym Jonasem.

— Otóż... tak byłem zajęty opatrywaniem Elly Gardy, że 

nie miałem czasu zainteresować się, co zrobiono z naszym 
jeńcem. Gdzie go umieszczono i kto go pilnuje. Dopiero po 
paru godzinach odszukałem Jonasa. Leżał skrępowany na 
skraju   naszego   obozu.   Siedział   przy  nim   Norton,   ale   tak 
zmęczony   i   senny,   że   ledwie   zauważył   moje   przybycie. 
Poprosiłem   go,   aby   poszukał   Stone'a   i   zastąpiłem   przy 
jeńcu.   Długo   trwało   moje   czekanie.   Na   koniec   handlarz 
zjawił się prowadząc Henry'ego.

— Gdzie Stone?
— Nie mogłem go odszukać. Nikt nie wie...
Odgadłem, że Lewis zaszył się w dobrym zakątku, może 
wyjechał na prerię, aby tylko uniknąć zapowiedzianej 
przeze mnie rozmowy.

background image

— Niech pan idzie spać — odparłem — posiedzę tutaj.
— Całą   noc?   Lepiej,   żeby   zastąpił   pana   Henry.   Roz-

mawiałem z Florence Deen i zgodziła się.

Byłem   tak   potwornie   znużony,   że   przystałem   na   ten 

projekt. Uważałem,  że Jonas jest zbyt  dobrze skrępowany 
(zbadałem   więzy),   by   nie   potrafił   go   upilnować   nawet 
największy niedołęga. Tylko że nie przewidziałem zamiarów 
Florence...

Gdy   Norton   odszedł,   posiedziałem   z   dobrą   godzinkę 

razem z lokajem, ale kiedy powieki poczęły mi opadać na 
oczy   i   widziałem   jakby   przez   mgłę,   odszedłem   na   bok, 
położyłem się w trawie i zasnąłem, nieczuły na wszystko jak 
kamień. Nigdy sobie nie daruję takiego postępku.

Obudziłem się, gdy zorze stały na niebie. Nie znalazłem 

ani   Henry'ego,   ani   jeńca.   Zaalarmowałem   obóz   i   wtedy 
właśnie przybył Pehnulte, a w kilka minut później przybiegli 
Norton   i   Stone.   Pokazałem   im   porozcinane   więzy.   Tak, 
zostały rozcięte nożem. Pehnulte i Stone natychmiast ruszyli 
w   pościg,   ja   z   Nortonem   poszliśmy   szukać   Henry'ego. 
Znaleźliśmy   bez   trudu.   Spał   jak   suseł   we   wnętrzu   wozu. 
Wyciągnąłem go za kołnierz spod budy.

— Co tu robisz? — wrzasnąłem. — Gdzie jest Jonas?!
Począł coś mamrotać niewyraźnie. Zagroziłem, że mu

sprawię   takie   lanie,   iż   będzie   pamiętał   do   końca   życia. 
Dopiero   wówczas   przemówił   zrozumiale.   Przyznał,   że 
zdrzemnął się na warcie, a kiedy ocknął, Jonasa już nie było.

— Dlaczego mnie nie zbudziłeś?

Znowu począł coś mamrotać bardzo zawile. Nie ulegało 

wątpliwości,   że   kłamał.   Poszedłem   do   Florence   Deen. 
Jeszcze spała. Ponieważ w tym wypadku nie było po co się 
spieszyć,   czekałem   cierpliwie,   aż   wyjdzie   z   namiotu   i 
pomoże wydobyć prawdę z ust swego lokaja..

Na koniec ukazała się. Nie była zaskoczona moją informacją.
Dobrze się stało — stwierdziła. — Jonas nikomu nie uczynił 
krzywdy.

— Jak to?! Porwał pani męża, domagał się okupu...
— To moja sprawa — odparła zwięźle — i niech się pan 

tym nie zajmuje.

background image

— Jeśli   Pehnulte   nie   odnajdzie   Jonasa   —   pani   lokaj 

będzie   odpowiadał   za   pomoc   udzieloną   przestępcy.   A   ja 
potrafię dopilnować, aby stanął przed najbliższym szeryfem.

Już chciała odejść, ale moje słowa ją zatrzymały.

background image

— Henry   nie   jest   niczemu   winien.   To   ja   rozkazałam 

rozciąć więzy Jonasowi.

Na chwilę zaniemówiłem.
— Czy   pani   zdaje   sobie   sprawę   ze   swego   postępku? 

Uwalniając Jonasa stała się pani wspólniczką przestępcy.

— Pan się ośmiela! — krzyknęła.

— Ośmielam się rzecz nazwać po imieniu.
Odwróciła się i odeszła.
Pehnulte   i   Stone   wrócili   dopiero   nad   wieczorem.   Z 

pustymi rękami. Jonas musiał uciec w pełni nocy i miał za 
sobą   przewagę   kilku   godzin!   Siady   jego   konia   były 
widoczne na prerii, ale spryciarz wkrótce skręcił w stronę 
gór. Na kamienistych ścieżkach nie sposób było nic znaleźć.

Dlaczego Florence uwolniła Jonasa? Zaiste, na to pytanie 

nie potrafiłem sobie odpowiedzieć. Zapytywani o to Deen, 
Scudder,   na   koniec   Elly   Gardy   —   tylko   wzruszali 
ramionami uważając sprawę za niewartą rozważania.

— Teraz   już   wiesz   wszystko,   Karolu   —   zakończyłem 

swe sprawozdanie.

— A co dalej? — zapytał wytrząsając popiół z fajki.

— Odejść   stąd   nie   mogę   —   odparłem.   —   Deen   i 

Scudder   są   co   prawda   tylko   potłuczeni,   lecz   Elly   Gardy 
odniosła znacznie poważniejsze obrażenia.

— Rozumiem — powiedział krótko. — Poczekamy.

Teraz pora na sen.

Pierwsze dni naszego pobytu  nad Pecos nie były miłe. 

Deen   co   chwila   przyzywał   mnie   do   siebie,   żaląc   się   na 
prawdziwe   czy   też   urojone   bóle.   Jego   żona   udawała,   że 
mnie nie dostrzega, nawet Lewis Stone schodził mi z drogi, 
zapewne nadal lękając się zapowiadanej rozmowy na temat 
strzału   do   Claya.   Hal   Burns   unikał   nas     wszystkich. 
Przypuszczam,  że  wstydził się  swej

background image

rejterady   przed   kobietami.   Troską   napawał   stan   zdrowia 
Elly Gardy. Powinna by znaleźć się w szpitalu pod opieką 
specjalistów. Ale to było marzenie nie do zrealizowania.

Moje kłopoty i moje zmartwienia o chorą podzielał chyba 

tylko jeden Pehnulte, mimo że pozornie nie interesował się 
gośćmi, których mu przywiozłem. Po raz drugi skorzystałem 
z   jego   pomocy:   przysłał   mi   zaufanego   czarownika 
plemienia.   Elly  gorączkowała.   Teraz   dopiero   wystąpiły   u 
niej   konsekwencje   szoku,   jakiego   doznała   w   wąwozie. 
Zupełnie   prawdopodobne,   że   były   to   również   objawy 
wstrząsu mózgu  — co przerażało mnie  najbardziej, bo w 
tych   warunkach,   przy   tego   rodzaju   urazie   stawałem   się 
bezradny. Przeżyłem trzy dni trwogi, której starałem się nie 
okazywać otoczeniu. Jeden Karol o tym wiedział. Po trzech 
dniach   u   chorej   nastąpiło   przesilenie.   Gorączka   spadła, 
znikły   bóle.   To   było   wynikiem   stosowania   ziołowych 
preparatów,   jakie   codziennie   otrzymywałem   z   rąk 
czarownika. Niestety, nie chciał mi powiedzieć, z jakich ziół 
przyrządzał   to   cudowne   zaiste   lekarstwo.   Odetchnąłem, 
chociaż dobrze wiedziałem, że taka poprawa stanu zdrowia 
nie jest jeszcze gwarancją całkowitego wyleczenia.

Tymczasem   Norton   zdążył   pozałatwiać   swe   handlowe 

interesy i ruszał na dalszy objazd indiańskich wiosek.

Musieliśmy   się   rozstać.   Norton   padł   mi   w   ramiona, 

zapowiadając swą wizytę w Milwaukee, jak tylko wróci z 
dalekiej wyprawy.

— Doktorze   —   zniżył   głos   do   szeptu   —   odjeżdżam 

spokojny   o   pana,   jednak,   sądzę...   że   byłoby   wskazane 
szybko   pożegnać   się   z   Deenem   i   jego   gromadką.   To 
paskudni ludzie. Przepraszam, że narzucam się z radą...

Słusznie pan radzi — przerwałem mu w pół słowa. — 

Myślę tak samo, ale dopóki występuję w roli lekarza, dopóty 
muszę tutaj tkwić. — No, to... do zobaczenia!

— Do zobaczenia.

Uścisnąłem  dłoń Hala  i długo spoglądałem,   jak jechali 

wzdłuż brzegów rzeki, coraz dalej, aż znikli z oczu.

Niechże ich chronią opiekuńcze duchy prerii! Ed Norton 

na pewno na to zasłużył.

Wróciłem do wsi smętny i skwaszony. Zaszedł mi drogę 

Deen, który od dwu dni na nowo uczył się chodzenia.

— Doktorze, proszę mi  podać ramię. Czuję się jeszcze 

trochę słabo.

Uczyniłem zadość jego prośbie.

— Doktorze   —   odezwał   się   znowu   —   bardzo   się   pan 

przy nas natrudził. Ile jestem panu winien?

Tylko ktoś taki, jak Deen, mógł mi zadać tego rodzaju 

pytanie. Nawet się nie oburzyłem. Parsknąłem śmiechem.

— Nic pan nie jest winien. Dla pana i pańskich krewnych 

uczyniłem   to,   co   uczyniłbym   dla   każdego   chorego   czy 
rannego   napotkanego   na   prerii.   Jeśli   pan   jeszcze 
kiedykolwiek   odwiedzi   Dziki   Zachód,   to   być   może 
zrozumie   zwyczaje,   które   w   tych   stronach   stały   się   nie 
pisanym prawem.

Spochmurniał i jakoś tak... nadął się.

— Nie   mam   zamiaru   powtórnie   zapuszczać   się   w   te 

dzikie okolice, pełne nieokrzesanych ludzi.

background image

— To już tylko pana sprawa. Czym jeszcze mogę służyć?
— Kiedy będziemy mogli ruszyć w drogę?
1. To zależy od stanu zdrowia panny Gardy, ale sądzę, 

że obecnie i pan nie potrafiłby ujechać daleko. Być może za 
jakieś dwa do trzech tygodni...

background image

Niechętnie   przyznał   mi   rację   i   odszedł   napuszony   jak 
paw.

W   tym   miejscu   należałoby   zakończyć   historię   mej 

wyprawy,   związanej   przede   wszystkim   z   osobą   wędro-
wnego handlarza. Jednak nie byłaby ona pełna.

A   wiec...   nasz   pobyt   nad   Pecos   trwał   jeszcze   trzy 

tygodnie. Potem na prośbę Elly Gardy i Franka Scuddera 
(bo   Florence   Deen   nadal   ze   mną   nie   rozmawiała,   a   jej 
małżonek unikał mnie) ja, Karol i Stone odprowadziliśmy 
małą   karawanę   do   najbliższego   szlaku   kolejowej   linii.   W 
małym,   zakurzonym   miasteczku   Karol   Gordon   pomógł 
Deenowi sprzedać konie i wóz. Ja z kolei przypilnowałem, 
aby   Lewis   Stone   otrzymał   wynagrodzenie   równe   jego 
usługom.   Czego   też   dopiąłem.   Kiedy   wreszcie   całe 
towarzystwo   wsiadło   do   pociągu,   jedna   tylko   Elly  Gardy 
podziękowała mi za pomoc i za opiekę. Ba, nawet poprosiła, 
abym odwiedził ją w St. Louis. Pewnie bym to uczynił, ale 
odeszła   mnie   chętka,   gdy   dowiedziałem   się,   że   mieszka 
razem ze swoją siostrą i szwagrem.

Gdy pociąg ruszył, odetchnąłem z ulgą. Nigdy jeszcze los 

nie skazał mnie na obcowanie z tak nieprzyjemnymi ludźmi.

Z   tego   właśnie   miasteczka   (nazwa   wyleciała   mi   z   pa-

mięci)   wysłaliśmy   (Karol   i   ja)   list   do   seńora   Gonzalesa, 
podając   przyczyny,   które   znowu   nie   pozwoliły   nam   na 
złożenie wizyty w jego meksykańskiej hacjendzie. Jeśli po 
odczytaniu   tego   pisma   Gonzales   nie   obrazi   się   na   nas 
ostatecznie, uznam go za wzór dobroci i cierpliwości. Oby!

Ruszyliśmy na wschód, a Stone jechał z nami przez kilka 

dni.   Rozstaliśmy   się   w   nieokreślonym   miejscu   nad 
środkowym biegiem Arkansasu. Stone nosił się z zamiarem 
nabycia   farmy   lub   nawet   niezabudowanego   terenu,     aby 
rozpocząć  hodowlę  bydła.  Życzyłem mu pomyślności, ale 
równocześnie   przestrzegłem   przed   zbyt   pochopnym 
chwytaniem   za   broń.   Aby   nie   powtórzyła   się   „sprawa 
Claya".

I tak oto zostaliśmy we dwóch z Karolem.  Nadciągała 

jesień,   dni   stawały   sią   coraz   chłodniejsze,   noce   coraz 
dłuższe.     Żółkły   trawy   prerii,   złociły   się   liście   drzew   i 
krzewów.

Któregoś dnia, ciepłego i słonecznego, jakby zapowiadał 

nieoczekiwany powrót lata, trafiliśmy do zakątka, którego 
widok przypomniał mi piosenkę Nortona.

Czarny  bór   porastał   wyniosłą   skarpę,   ze   zbocza   której 

spadała ku nizinie błyszcząca, pienista struga wody.

I dotrzeć tam, gdzie rośnie bór W zadumie 
swej mrocznej ciszy I w grzmocie pian, 
gdzie spada z gór Potok ze skalnej niszy.

Digitalizował „Bodziokb”