background image

 

 

 

Desmond Bagley 

 

 

Odwet 

 

 

 

 

Przekład: Jerzy  ebrowski

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

Rozdział 1 

 

Le ała na łó ku w niedbałej pozie, nie wiadoma ju  obecno ci rosłych 

m czyzn zapełniaj cych pokój, którzy sprawiali,  e wydawał si  on jeszcze 

mniejszy ni  był w rzeczywisto ci. Uleciało z niej  ycie, a słusznego wzrostu 

panowie przyjechali stwierdzi , dlaczego tak si  stało - nie z czystej ciekawo ci, 

lecz z przyczyn zawodowych. Byli bowiem policjantami. 

Detektyw - inspektor Stephens nie zwracał uwagi na ciało. Rzucił na nie tylko 

okiem, a potem zainteresował si  pokojem, zauwa aj c tanie, zdezelowane meble 

i wytarty dywan, który był zbyt mały, aby ukry  zakurzone deski. Brakowało 

szafy, a rzeczy dziewczyny le ały bezładnie porozrzucane, niektóre na oparciu 

krzesła, inne na podłodze obok łó ka. Ona sama była naga jak opustoszała 

muszla. Martwe ciało nie budziło po dania. 

Stephens wzi ł z krzesła sweter i zauwa ył ze zdziwieniem, jak bardzo jest 

mi kki. Spojrzawszy na metk  z nazw  firmy zmarszczył brwi, a potem podał go 

sier antowi Ipsleyowi. 

- Było j  sta  na dobre rzeczy. Co z ustaleniem to samo ci? 

- Betts rozmawia z wła cicielk  domu. 

Stephens wiedział, ile to warte. Mieszka cy jego rewiru niech tnie rozmawiali 

z policj . 

- Niewiele mu to da. Dostanie tylko jakie  nazwisko i to zapewne fałszywe. 

Widział pan strzykawk ? 

- Trudno było nie zauwa y , sir. My li pan,  e to narkotyki? 

- Mo liwe. - Stephens odwrócił si  w stron  komody z jasnego surowego 

drewna i poci gn ł za jedn  z gałek. Szuflada otworzyła si  na szeroko  cala, a 

potem zaci ła si . Uderzył w ni  kantem dłoni. - Czy zjawił si  ju  policyjny 

lekarz? 

- Pójd  si  dowiedzie , sir. 

- Nie ma problemu. Przyjdzie we wła ciwym czasie. - Stephens odwrócił głow  

w stron  łó ka. - Poza tym jej si  tak bardzo nie  pieszy. -  Szarpn ł szuflad , 

która znów si  zaci ła. - Co za cholera! 

Umundurowany policjant pojawił si  w drzwiach, zamykaj c je za sob . 

- Nazywała si  Hellier, sir. June Hellier. Mieszkała tu od tygodnia. 

Przyjechała w zeszł   rod . Stephens wyprostował si . 

- To niewiele nam daje, Betts. Widział pan j  ju  kiedy  na swoim terenie? 

Betts spojrzał w stron  łó ka i pokr cił głow . 

- Nie, sir. 

- Czy wła cicielka domu znała j  wcze niej? 

- Nie, sir. Przyszła z.ulicy i poprosiła o pokój. Zapłaciła z góry. 

- Inaczej by go nie dostała - stwierdził Ipsley. - Znam t  star  j dz  - nie za 

darmo, a za sze  pensów niewiele. 

- Czy miała jakich  przyjaciół, znajomych? - zapytał Stephens. - Rozmawiała 

z kim ? 

- Nic mi o tym nie wiadomo, sir. Wygl da na to,  e wi kszo  czasu sp dzała w 

pokoju. 

background image

 

Niski m czyzna z zaokr glonym brzuszkiem wcisn ł si  mi dzy nich. 

Podszedł do łó ka i poło ył torb . 

- Przepraszam za spó nienie, Joe. Te cholerne korki s  coraz gorsze. 

- W porz dku, doktorze. - Stephens zwrócił si  ponownie do Bettsa: - Niech 

pan tu jeszcze pow szy i spróbuje si  czego  dowiedzie . - Podszedł do doktora, 

stoj cego w nogach łó ka i spojrzał z góry na ciało dziewczyny. - Chodzi, jak 

zwykle, o czas i przyczyn  zgonu. 

Doktor Pomray zmierzył go wzrokiem. 

- Podejrzewa pan co ? Stephens wzruszył ramionami. 

- Na razie nic nie wiem. - Wskazał na strzykawk  i szklank , które le ały na 

nocnej szafce z bambusa. - To mogły by  narkotyki. Mo e przedawkowała. 

Pomray pochylił si  nad szklank  i ostro nie j  pow chał. Na dnie wida  było 

cieniutk  warstw  wilgoci. Ju  miał j  dotkn , gdy Stephens powiedział: 

- Prosz  tego nie robi , doktorze. Chciałbym,  eby najpierw sprawdzono 

odciski. 

- To nie ma wi kszego znaczenia - odparł Pomray. - Jasne,  e była 

narkomank . Niech pan spojrzy na jej uda. Chciałem tylko sprawdzi , czym si  

truła. 

Stephens zauwa ył ju  wcze niej  lady ukłu  i wyci gn ł własne wnioski, 

stwierdził jednak: 

- Mo e miała cukrzyc . 

Pomray zdecydowanie pokr cił głow . 

- S   lady zakrzepu  ylnego i zaka enia skóry.  aden lekarz nie dopu ciłby do 

tego u pacjenta z cukrzyc . - Pochylił si  i ucisn ł jej skór . - S  te  pocz tki 

ółtaczki. Oznacza to uszkodzenia w troby. Powiedziałbym,  e to narkomania i 

typowa beztroska w obchodzeniu si  z igł . Ale dopiero po sekcji b dziemy mie  

pewno . 

- W porz dku, zostawiam to panu. - Stephens odwrócił si  do Ipsleya i 

powiedział jakby od niechcenia: - Mo e pan otworzy  t  szuflad , sier ancie? 

- Jeszcze jedno - dorzucił Pomray. - Przy swoim wzro cie ma spor  

niedowag . To kolejny dowód. - Wskazał na popielniczk  zasypan  niedopałkami 

papierosów. - I bardzo du o paliła. 

Stephens zobaczył, jak Ipsley delikatnie uj wszy kciukiem i wskazuj cym 

palcem gałk  komody, bez trudu otwiera szuflad . Odwrócił wzrok od jego 

twarzy, na której malował si  wyraz triumfu i stwierdził: 

- Ja te  du o pal , doktorze. To niewiele oznacza.  - Pasuje do klinicznego 

obrazu - przekonywał Pomray.    

 Stephens skin ł głow .      - Chciałbym wiedzie , czy zmarła na tym łó ku. 

Pomray wydawał si  zaskoczony. 

- Ma pan powody przypuszcza ,  e było inaczej? Stephens lekko si  

u miechn ł. 

- Bynajmniej. Po prostu jestem ostro ny. 

- Zobacz , czego zdołam si  dowiedzie  - stwierdził Pomray. 

 

W szufladzie znale li niewiele: torebk , trzy po czochy, par  wymagaj cych 

uprania majtek, p k kluczy, szmink , pas do po czoch i strzykawk  ze złaman  

background image

 

igł . Stephens odkr cił szmink  i zajrzał do  rodka. Była zupełnie zu yta, a  lady 

wskazywały na to,  e dziewczyna próbowała wykorzysta  j  do ko ca, co 

potwierdziło odnalezienie w szczelinie szuflady starej zapałki z zabarwionym na 

czerwono ko cem. Stephens specjalizuj cy si  w interpretowaniu takich 

szczegółów, wywnioskował,  e June Hellier była w finansowych tarapatach. 

Majtki miały z przodu dwie czerwonobr zowe plamy. W podobny sposób 

zaplamiona była górna cz  jednej z po czoch. Wygl dało to na zaschni t  krew 

i było zapewne efektem zrobionego nieumiej tnie zastrzyku w udo. Na 

metalowym kółku znajdowały si  trzy klucze, w tym jeden od stacyjki 

samochodu. Stephens zwrócił si  do Ipsleya: 

- Niech pan pójdzie sprawdzi , czy dziewczyna miała samochód. 

Drugi klucz pasował do luksusowej i wytwornej walizki, któr  znalazł w 

k cie; zajrzał do  rodka - była pusta. Stephens chciał kiedy  kupi  podobn  w 

prezencie dla  ony, ale zrezygnował z powodu ceny. 

Trzeciego klucza nie potrafił do niczego dopasowa , zaj ł si  wi c torebk , 

zrobion  z mi kkiej skóry. Zamierzał j  wła nie otworzy , gdy wrócił Ipsley. 

- Nie ma samochodu, sir. 

- Doprawdy? - Stephens zacisn ł wargi. Otworzył zatrzask torebki i - zajrzał 

do jej wn trza. Papiery, bibułki, jeszcze jedna doszcz tnie zu yta szminka, trzy 

szylingi i cztery pensy w drobnych,  adnych banknotów. 

- Prosz  uwa nie posłucha , sier ancie - powiedział. - Przyzwoita torebka, 

przyzwoita walizka, kluczyki do stacyjki, ale bez wozu, przyzwoite ciuchy, z 

wyj tkiem po czoch, które s  tanie, w szufladzie szminka w złotej oprawie, w 

torebce szminka od Woolwortha - obie zu yte. Co pan o tym wszystkim my li? 

- Musiała zbiednie , sir. 

Stephens skin ł głow , tr caj c wskazuj cym palcem kilka monet. Nagle 

zapytał: 

- Mo e mi pan powiedzie , doktorze, czy ona była dziewic ? 

- Nie była, ju  to sprawdziłem - odparł Pomray. 

- Mo e  yła na kredyt - podsun ł Ipsley. 

- Mo liwe - stwierdził Stephens. - Dowiemy si , je li b dzie trzeba. 

Pomray wyprostował si . 

- Na pewno zmarła na tym łó ku. S  na to dowody. Wi cej nic tu nie 

zdziałam. Mo na gdzie  umy  r ce? 

- Na ko cu korytarza jest łazienka - odparł Ipsley. - Ale niezbyt tam czysto. 

Stephens porz dkował niewielki plik papierów. 

- Jaki był powód zgonu, doktorze? 

- Powiedziałbym,  e przedawkowanie narkotyku, ale dopiero sekcja wyka e, 

co to było. 

- Przypadkowe czy celowe? - zapytał Stephens. 

- Z tym te  trzeba poczeka  do sekcji - odparł Pomray. - Je eli 

przedawkowanie było naprawd  spore, mo na wła ciwie mie  pewno ,  e to nie 

przypadek. Narkoman z reguły wie dokładnie, ile ma wzi . Je li przedawkowała 

tylko troch , mogło si  to sta  przypadkowo. 

- A wi c je eli to nie przypadek, mamy do wyboru samobójstwo albo 

morderstwo - stwierdził z zadum  Stephens. 

background image

 

- My l ,  e morderstwo mo e pan  miało wykluczy  - stwierdził Pomray. - 

Narkomani nie lubi ,  eby inni wbijali im igły. - Wzruszył ramionami. - Ale 

wska nik samobójstw jest wysoki w ród tych, którzy s  ju  na dnie. 

Stephens mrukn ł cicho, natrafiaj c na wizytówk  jakiego  lekarza. Jego 

nazwisko wydało mu si  dziwnie znajome. 

- Co pan wie o doktorze Nicholasie Warrenie? Czy to specjalista od 

narkotyków? 

Pomray przytakn ł. 

- A wi c była jedn  z jego dziewczyn, tak? - zapytał z zainteresowaniem. - Co 

to za lekarz? Ma czyste r ce? Pomray zareagował gwałtownie. 

- Mój Bo e! Nick Warren ma nieskaziteln  opini . To jeden z najlepszych 

fachowców w bran y. Nie jest  adnym szarlatanem, je li o to panu chodzi. 

- Z ró nymi ma si  do czynienia - powiedział pojednawczo Stephens. - Sam 

pan to dobrze wie. - Podał wizytówk  Ipsleyowi. - To niedaleko st d. Niech pan 

spróbuje go odnale , sier ancie. Nie zidentyfikowali my jeszcze tej dziewczyny. 

- Tak jest, sir - powiedział Ipsley i ruszył do drzwi. 

- Aha, sier ancie - zawołał Stephens. - Prosz  mu nie mówi ,  e dziewczyna 

nie  yje. 

Ipsley szeroko si  u miechn ł. 

- Nie powiem. 

- Prosz  posłucha  - odezwał si  Pomray. - Je eli spróbuje pan przyciska  

Warrena, czeka pana spora niespodzianka. To twardy facet. 

- Nie lubi  lekarzy, którzy rozdaj  narkotyki - odparł ponuro Stephens. 

- Cholernie dobrze pan wie, jak to jest - burkn ł Pomray. - A lekarskiej etyce 

Nicka Warrena nie zdoła pan niczego zarzuci . Je eli zastosuje pan tak  taktyk , 

da panu nie le popali . 

- Zobaczymy. Radziłem ju  sobie z twardzielami. Pomray wyszczerzył nagle 

z by w u miechu. 

- Chyba zostan  i popatrz  sobie. Warren wie o narkotykach i narkomanach 

tyle samo, co najlepszy specjalista w tym kraju, a mo e i wi cej. Ma na tym 

punkcie lekkiego bzika. Nie przypuszczam,  eby wiele pan z niego wyci gn ł. 

Wróc , jak tylko domyj  si  w tej zafajdanej łazience. 

 

Stephens spotkał si  z Warrenem w ciemnym korytarzu przy wej ciu do 

pokoju dziewczyny. Chciał wykorzysta  psychologiczn  przewag , któr  uzyskał 

nie informuj c doktora o  mierci dziewczyny. Je eli zdziwiło go,  e Warren 

przyjechał tak szybko, nie okazał tego, lecz obserwował id cego po korytarzu 

m czyzn  z zawodow  rezerw . 

Warren był człowiekiem wysokim, o delikatnej, ale dziwnie nieruchomej 

twarzy. Mówił zawsze z namysłem, robi c nieraz długie przerwy, zanim udzielił 

odpowiedzi. Stephens odnosił wra enie,  e Warren go nie słyszy albo nie zwraca 

uwagi na zadawane pytanie, ale w chwili gdy zamierzał je powtórzy , Warren 

zawsze odpowiadał. Ta pow ci gliwo  dra niła Stephensa, chocia  starał si  tego 

nie okazywa . 

- Ciesz  si ,  e pan przyjechał - powiedział. - Mamy pewien problem, 

doktorze. Zna pan młod  danie o nazwisku June Hellier? 

background image

 

- Znam - odparł lakonicznie Warren. 

Stephens czekał z nadziej ,  e Warren powie co  wi cej, ale ten tylko mu si  

przygl dał. Tłumi c irytacj  zapytał: 

- Czy to jedna z pa skich pacjentek? 

- Tak - odparł Warren. 

- Na co chorowała, doktorze? 

Warren odpowiedział dopiero po dłu szej chwili: 

- To sprawa mi dzy pacjentem a lekarzem i nie chc  o tym rozmawia . 

Stephens poczuł, jak Pomray porusza si  niespokojnie za jego plecami. 

Odezwał si  chłodno: 

- To sprawa dla policji, doktorze. 

Warren znowu zamilkł, patrz c spokojnie na Stephensa. W ko cu powiedział: 

- Wydaje mi si ,  e je eli panna Hellier potrzebuje pomocy lekarskiej, tracimy 

czas stoj c tutaj. 

- Nie b dzie potrzebowała pomocy - rzekł oboj tnie Stephens. Pomray znów 

si  poruszył. 

- Ona nie  yje, Nick. 

- Rozumiem - odparł Warren. Wydawał si  nieporuszony. Stephens był zły,  e 

Pomray wtr cił si  do rozmowy, ale bardziej zainteresował go brak reakcji ze 

strony Warrena. 

- Nie jest pan zaskoczony, doktorze. 

- Nie - odparł krótko Warren. 

- Dostarczał pan jej narkotyki? 

- Dawałem jej recepty. To było kiedy . 

- Na jakie narkotyki? 

- Na heroin . 

- Czy to było konieczne? 

Warren był nieporuszony jak zawsze, ale w jego oczach pojawił si  wyraz 

niech ci, gdy powiedział: 

- Nie mam zamiaru rozmawia  z osob  postronn  na temat kuracji moich 

pacjentów. 

Stephensa ogarn ł gniew. 

- Ale jej  mier  pana nie zaskoczyła. Czy była umieraj ca?  miertelnie chora? 

Warren spojrzał na Stephensa z namysłem i powiedział: 

- Współczynnik  miertelno ci w ród narkomanów jest jakie  dwadzie cia 

osiem razy wy szy ni  w ród ogółu ludno ci. Oto dlaczego jej  mier  mnie nie 

dziwi. 

- Brała heroin ? 

- Tak. 

- A pan j  zaopatrywał? 

- Tak. 

- Rozumiem - podsumował Stephens. Spojrzał na Pomraya, a potem zwrócił 

si  ponownie do Warrena: - Nie powiem,  eby mi si  to podobało. 

- Mało mnie obchodzi pa skie zdanie - stwierdził spokojnie Warren. - 

Chciałbym zobaczy  moj  pacjentk . B dzie panu potrzebne  wiadectwo zgonu. 

Lepiej,  ebym ja je wystawił. 

background image

 

,,Co za cholerny tupet" - pomy lał Stephens. Odwrócił si  gwałtownie i 

otworzył drzwi do sypialni. 

- Prosz  t dy - powiedział szorstko. 

Warren min ł go i wszedł do pokoju, a za nim pod ył Pomray. Stephens 

zdecydowanym ruchem głowy nakazał sier antowi Ipsleyowi,  eby wyszedł, po 

czym zamkn ł drzwi za jego plecami. Kiedy zbli ył si  do łó ka, Warren i 

Pomray byli ju  zaj ci rozmow , z której rozumiał co czwarte słowo. 

Prze cieradło, którym doktor Pomray przykrył ciało dziewczyny, zostało 

odsuni te i wida  było znów nag  June Hellier.  Stephens wtr cił si  do rozmowy: 

- Doktorze Warren, kiedy zasugerowałem,  e te  lady ukłu  mog   wiadczy  o 

cukrzycy, doktor Pomray powiedział,  e dziewczyna miała zaka enie i  e  aden 

lekarz nie dopu ciłby do tego u swojego pacjenta.,Ona była pa sk  pacjentk . 

Jak pan to wyja ni? 

Warren spojrzał na Pomraya i k ciki ust zadrgały mu lekko, jakby si  

u miechał. 

- Nie musz  niczego wyja nia  - odparł. - Ale zrobi  to. Lek przeciw cukrzycy 

wstrzykuje si  w zupełnie odmiennych warunkach ni  heroin . Dzieje si  to w 

innej atmosferze, a cz sty po piech mo e powodowa  zaka enia. 

Zwracaj c si  do Pomraya, dorzucił: 

- Nauczyłem j  posługiwa  si  igł , ale, jak wiesz, oni nie przejmuj  si  

szczególnie higien . Stephens był oburzony. 

- Nauczył  j  pan posługiwa  si  igł ?! Bo e, dziwne ma pan poj cie o etyce! 

Warren spojrzał na niego beznami tnie i powiedział z niezwykłym 

opanowaniem: 

- Panie inspektorze, je li w tpi pan w moj  etyk , prosz  to zakomunikowa  

stosownym władzom. Ch tnie słu  adresem, gdyby pan nie wiedział, gdzie si  

uda . - Odwrócił si  od Stephensa w niemal obra liwy sposób i rzekł do Pomraya: 

- Podpisz   wiadectwo zgonu razem z patologiem. Tak b dzie lepiej. 

- Tak. Mo e tak b dzie lepiej - stwierdził z namysłem Pomray. 

Warren podszedł do wezgłowia łó ka i stał tam przez chwil , przygl daj c si  

zmarłej dziewczynie. Potem bardzo powoli nasun ł prze cieradło na martwe 

ciało. W tym powolnym ruchu było co , co zaintrygowało Stephensa. Wygl dało 

to na gest... czuło ci. 

Zaczekał, a  Warren podniesie wzrok, po czym zapytał: 

- Wie pan co  na temat jej rodziny? 

- Wła ciwie nic. Narkomani nie lubi , kiedy si  ich wypytuje - wi c nie pytam. 

- Wiadomo coso jej ojcu? 

- Tylko tyle,  e go miała. Wspominała o nim par  razy. 

- Kiedy przyszła do pana po narkotyki? 

- Zgłosiła si  do mnie na leczenie jakie  półtora roku temu. Na leczenie, 

inspektorze. 

- Oczywi cie - odparł ironicznie Stephens, wyjmuj c z kieszeni zło on  kartk  

papieru. - Mo e zechce pan na to spojrze . Warren wzi ł kartk  i rozło ył j , 

zauwa aj c,  e jest zmi ta.  - Sk d pan to ma? 

- Z jej torebki. 

background image

 

Był to list napisany na maszynie efektown  czcionk , na dobrej jako ci 

papierze z wytłoczonym nagłówkiem: REGENT FILMS COMPANY i adresem z 

Wardour Street. Nosił dat  sprzed sze ciu miesi cy i zawierał tak  oto tre : 

 

Droga panno Hellier, 

pisz  z polecenia pani ojca, aby zawiadomi ,  e nie mo e si  z pani  spotka  w 

przyszły pi tek, poniewa  tego samego popołudnia wyje d a do Ameryki. Nie 

b dzie go zapewne przez jaki  czas. Nie potrafi  w tej chwili okre li , jak długo. 

Zapewnia pani ,  e napisze, gdy tylko załatwi najpilniejsze sprawy i ma 

nadziej ,  e swoj  nieobecno ci  nie sprawia pani nadmiernej przykro ci. 

 

Z powa aniem, 

D. L. Waiden 

 

- To wiele wyja nia -powiedział cicho Warren, podnosz c wzrok. - Czy 

napisał? 

- Nie wiem - odparł Stephens. - Tu niczego nie ma. Warren postukał palcem w 

list. 

- Nie przypuszczam. Skoro June zachowała taki niewiele znacz cy list, tym 

bardziej nie zniszczyłaby tamtego. - Spojrzał na okryte prze cieradłem ciało. - 

Biedna dziewczyna. 

- Niech pan lepiej pomy li o sobie, doktorze - powiedział uszczypliwie 

Stephens. - Prosz  spojrze  na skład zarz du w nagłówku tego listu. 

Warren rzucił okiem: „Sir Robert Hellier, prezes". Z grymasem na twarzy 

podał kartk  Pomrayowi. 

- Maj Bo e! - powiedział Pomray. - To ten Hellier! 

- Tak, ten Hellier - potwierdził Stephens. - My l ,  e b dzie z tego  mierdz ca 

sprawa. Prawda, doktorze Warren? - Powiedział to z nie ukrywan  satysfakcj , 

obrzucaj c Warrena pełnym niech ci spojrzeniem. 

 

Warren siedział przy biurku w swoim gabinecie. Czekaj c na kolejnego 

pacjenta wykorzystywał cenne minuty, aby nadrobi  zaległo ci w papierkowej 

robocie, do której zmuszał go system ubezpiecze . Jak ka dy lekarz nie cierpiał 

biurokracji w medycynie, poczuł wi c dziwn  ulg , gdy prac  przerwał mu 

telefon. Uczucie to wkrótce go jednak opu ciło, kiedy usłyszał słowa telefonistki: 

- Panie doktorze, chce z panem rozmawia  sir Robert Hellier. Warren 

westchn ł. Spodziewał si  tego telefonu. 

- Poł cz go, Mary. 

Usłyszał trzask i w słuchawce pojawił si  nowy sygnał. 

- Mówi Hellier. 

- Tu Nicholas Warren. 

Nawet brz czenie na linii nie zdołało zagłuszy  rozkazuj cego tonu w głosie 

Helliera. 

- Chc  si  z panem zobaczy , Warren. 

- Spodziewałem si  tego, sir Robert. 

- B d  dzi  w biurze o wpół do trzeciej po południu. Wie pan, gdzie to jest? 

background image

 

- To zupełnie niemo liwe - odparł zdecydowanie Warren. - Jestem bardzo 

zaj ty. Proponuj  panu spotkanie w moim gabinecie. 

Zaległa pełna niedowierzania cisza, a potem głos w słuchawce wykrztusił: 

- Niech pan posłucha... 

- Przykro mi, sir Robert - przerwał mu Warren. - Proponuj ,  eby przyszedł 

pan do mnie dzi  o pi tej. Powinienem by  wtedy wolny. Hellier podj ł decyzj : 

- Dobrze - odparł opryskliwie. Warren skrzywił si  na odgłos rzuconej na 

widełki słuchawki. Odło ył delikatnie swój jednocz ciowy telefon i wł czył 

interkom. 

- Mary, o pi tej przychodzi do mnie sir Hellier. Mo e b dzie trzeba 

poprzestawia  par  spotka . Spodziewam si  długiej wizyty, wi c musi by  

ostatnim pacjentem. 

- W porz dku, panie doktorze. 

- Aha, Mary. Gdy tylko przyjdzie sir Robert, jeste  wolna. 

- Dzi kuj  panu. 

Warren zwolnił przycisk i w zamy leniu patrzył w przestrze , ale po krótkiej 

chwili wrócił do swojej papierkowej roboty. 

 

Sir Robert Hellier był dobrze zbudowanym m czyzn , a nosił si  tak, by 

robi  wra enie jeszcze pot niejszego. Subtelny garnitur z Savile Row nie łagodził 

ci ko ci jego ruchów, za  głos  wiadczyło tym,  e nie jest przyzwyczajony do 

znoszenia sprzeciwu. Zaledwie wszedł do pokoju Warrena, powiedział krótko i 

bez wst pów: 

- Wie pan, dlaczego tu jestem. 

- Tak. Przyszedł pan w sprawie córki. Mo e zechce pan usi

? Hellier zaj ł 

krzesło po drugiej stronie biurka. 

- Przejd  do rzeczy. Moja córka nie  yje. Policja przekazała mi informacj , w 

któr  nie mog  uwierzy . Mówi ,  e była narkomank . Brała heroin . 

- To prawda. 

- Heroin , któr  pan jej dostarczał. 

- Heroin , któr  jej zapisywałem - poprawił Warren. Hellier był przez chwil  

zbity z tropu. 

- Nie oczekiwałem,  e tak łatwo pan to potwierdzi. 

- Dlaczego nie? - odparł Warren. - Leczyłem pa sk  córk . 

- Ale  z pana tupeciarz! - wybuchn ł Hellier. Pochylił si  do przodu, a jego 

pot ne ramiona zgarbiły si  pod marynark . - TO ha ba,  eby lekarz 

przepisywał silne narkotyki młodej dziewczynie. 

- Moim zdaniem... 

- Wsadz  pana do wi zienia! - rykn ł Hellier. 

- ...ona niezb dnie potrzebowała tych recept. 

- Jest pan zwykłym handlarzem narkotyków! 

Warren wstał, a jego lodowaty glos przerwał tyrad  Helliera: 

- Je eli powtórzy pan to zdanie poza tym gabinetem, oskar  pana o 

zniesławienie. Skoro nie chce pan posłucha , co mam do powiedzenia, prosz  st d 

wyj , bo dalsza rozmowa z panem nie ma sensu. A je eli nie podoba si  panu 

background image

 

10 

moja etyka, musi pan pój  na skarg  do Komisji Dyscyplinarnej przy Izbie 

Lekarskiej. 

Hellier ze zdumieniem podniósł wzrok. 

- Chce pan przez to powiedzie ,  e Izba Lekarska usprawiedlłwiłaby takie 

post powanie? 

- Wła nie - odparł Warren z przek sem i ponownie usiadł. - Brytyjski rz d 

tak e. Wydali w tej sprawie ustaw . Hellier wydawał si  zupełnie zbity z tropu. 

- No dobrze - powiedział niepewnie. - Zapewne powinienem posłucha , co ma 

pan mi do zakomunikowania. Po to tu przyszedłem. Warren przypatrywał mu si  

badawczo. 

- June zjawiła si  u mnie jakie  osiemna cie miesi cy temu. Brała ju  wtedy 

heroin  prawie od dwóch lat. Hellier znowu wybuchn ł. 

- To niemo liwe! 

- Niby dlaczego? 

- Wiedziałbym o tym. 

- W jaki sposób? 

- No có , rozpoznałbym... objawy. 

- Rozumiem. A jakie s  te objawy, sir Robert?  Hellier zacz ł mówi , potem 

opanował si  i zamilkł. 

- Wie pan - odezwał si  Warren - narkomana, który bierze heroin , nie 

poznaje si  po dr eniu r k. Objawy sa o wiele trudniejsze do uchwycenia, a 

narkomani umiej tnie je ukrywaj . Mógł pan jednak co  zauwa y . Prosz  mi 

powiedzie , czy wygl dało wtedy na to,  e córka ma kłopoty finansowe? 

Hellier przypatrywał si  swoim dłoniom. 

- Nie przypominam sobie,  eby kiedykolwiek ich nie miała - odparł pogr ony 

w my lach. - Zaczynało mnie to ju  m czy  i w ko cu ostro si  sprzeciwiłem. 

Powiedziałem jej,  e nie została wychowana na rozrzutn  pró niaczk . - Podniósł 

wzrok. -  Znalazłem jej prac , załatwiłem mieszkanie i zmniejszyłem o połow  

kieszonkowe. 

- Rozumiem - powiedział Warren. - Jak długo miała t  prac ? Hellier pokr cił 

głow . 

- Nie wiem. Wiem tylko,  e j  straciła. - Zacisn ł dłonie na kraw dzi biurka, 

a  zbielały mu kostki palców. - Wie pan, ona mnie okradła. Okradła własnego 

ojca. 

- Jak to si  stało? - zapytał ostro nie Warren. 

- Mam wiejski dom w Berkshire - odparł Hellier. - Pojechała na wie  i 

spl drowała go - dosłownie spl drowała. Było tam, mi dzy innymi, sporo 

georgia skich sreber. Miała czelno  zostawi  kartk  z informacj ,  e to zrobiła. 

Podała mi nawet nazwisko kupca, któremu sprzedała towar. Odzyskałem 

wszystko, ale kosztowało mnie to cholernie du o pieni dzy. 

- Podał j  pan do s du? 

- Niech pan nie b dzie głupcem - odparł ostro Hellier. - Musz  dba  o 

reputacj . Ładnie wypadłbym w gazetach, oskar aj c o kradzie  własn  córk . I 

tak mam ju  do  problemów z pras . 

- Mo e byłoby dla niej lepiej, gdyby j  pan zaskar ył - stwierdził Warren. - 

Nie zadał pan sobie pytania, dlaczego pana okradła? Hellier westchn ł. 

background image

 

11 

- My lałem,  e zeszła zupełnie na zł  drog ,  e odziedziczyła to po matce. - 

Wyprostował ramiona. - Ale to osobna historia. 

- Oczywi cie - odparł Warren. - Wi c jak mówi , kiedy June zgłosiła si  do 

mnie na leczenie, a wła ciwie po heroin , była ju  prawie od dwóch lat 

narkomank . Tak powiedziała i stan jej organizmu to potwierdzał. 

- Co pan ma na my li - zapytał Hellier -  e zgłosiła si  po heroin , a nie na 

leczenie? 

- Narkoman traktuje lekarza jako  ródło zaopatrzenia - odparł Warren nieco 

znu onym głosem. - Narkomani nie chc  by  leczeni. Boj  si  tego. 

Hellier patrzył na Warrena t pym wzrokiem. 

- Ale  to potworne. Dawał jej pan heroin ? 

- Tak. 

- I nie leczył jej pan? 

- Nie od razu. Nie mo na leczy  pacjenta, który tego nie chce, a angielskie 

prawo nie pozwala na stosowanie przymusu. 

- Ale przez pana uzale niała si  jeszcze bardziej. Pan dostarczał jej heroin . 

- Wolałby pan,  ebym tego nie robił? Miałem jej pozwoli  wyj  na ulice,  eby 

zdobywała heroin  z nielegalnego  ródła, po czarno-rynkowej cenie i 

zanieczyszczon  Bóg wie jakim  wi stwem? Narkotyki, które przepisywałem, 

były przynajmniej czyste i odpowiadały normom brytyjskiej farmakopei, co 

zmniejszało prawdopodobie stwo zapalenia w troby. 

Hellier jakby si  skurczył. 

- Nie rozumiem - wymamrotał, kr c c głow . - Po prostu nie rozumiem. 

- Istotnie - przyznał Warren. - Zastanawia si  pan, co si  stało z lekarsk  

etyk . Pó niej o tym pomówimy. - Zł czył dłonie czubkami palców. - Po miesi cu 

zdołałem przekona  June,  e powinna si  leczy . Istniej  kliniki zajmuj ce si  

takimi przypadkami. Była w szpitalu przez dwadzie cia siedem dni. - Mierzył 

Helliera surowym spojrzeniem. - W tpi , czy na jej miejscu wytrzymałbym 

tydzie . June była dzieln  dziewczyn , sir Robert. 

- Nie bardzo wiem, jak wygl da... hm... samo leczenie. 

Warren otworzył szuflad  biurka i wyj ł pudełko papierosów. Wyci gn ł 

jeden, a potem, najwyra niej zreflektowawszy si , pchn ł otwarte pudełko na 

drug  stron  biurka. 

- Przepraszam, pali pan? 

- Dzi kuj  - odparł Hellier i si gn ł po papierosa. Warren nachylił si  i 

posłu ył mu swoj  zapalniczk , po czym sam z niej skorzystał. 

Przygl dał si  Hellierowi przez chwil , a nast pnie podniósł do góry papieros. 

- Wie pan, to tak e narkotyk, ale nikotyna nie jest szczególnie silna. Powoduje 

psychiczne uzale nienie. Ka dy, kto ma wystarczaj co siln  wol , mo e rzuci  

palenie. - Pochylił si  do przodu. - Heroina to co innego. Uzale nia w sposób 

fizjologiczny. Potrzebuje jej organizm i rozum ma tu niewiele do powiedzenia. 

Ponownie odchylił si  do tyłu. 

- Kiedy pozbawi si  narkomana heroiny, obserwowane u niego fizjologiczne 

objawy maj  takie nasilenie,  e szans  prze ycia s  jak jeden do pi ciu. Lekarz 

musi si  nad tym dobrze zastanowi , zanim rozpocznie kuracj . 

Hellier pobladł. 

background image

 

12 

- Czy ona cierpiała? 

- Owszem - odparł chłodno Warren. - Bardzo chciałbym móc powiedzie ,  e 

nie, ale byłoby to kłamstwo. Oni wszyscy cierpi . Cierpi  tak bardzo,  e mo e 

jednemu na stu udaje si  przej  kuracj . June wytrzymała ile potrafiła, a potem 

wyszła. Nie mogłem jej zatrzyma  - prawo tego nie przewiduje. 

Papieros w dłoni Helliera wyra nie dr ał. Warren stwierdził: 

- Potem do  długo jej nie widziałem. Wróciła pół roku temu. Oni zwykle 

wracaj . Chciała dosta  heroin , ale nie mogłem da  jej recepty. Zmieniło si  

prawo. Wszystkim narkomanom przepisuje si  teraz narkotyki w specjalnych 

klinikach, które zorganizował rz d. Doradzałem jej leczenie, ale nie chciała o tym 

słysze , zabrałem j  wi c do szpitala. Poniewa  znalem jej przypadek - i poniewa  

obchodził mnie jej los - mogłem pełni  rol  konsultanta. Zanim nie umarła, 

dostawała recepty na heroin  - najmniejsze mo liwe dawki. 

- A jednak zmarła z przedawkowania. 

- Nie - zaoponował Warren. -  mier  spowodowała dawka heroiny 

rozpuszczonej w roztworze metyloamfetaminy, a to ju  zbyt ostra mieszanka. Nie 

miała zapisanej amfetaminy - musiała zdoby  j  gdzie indziej. 

Hellier cały si  trz sł. 

- Podchodzi pan do tego bardzo spokojnie, Warren - powiedział niepewnym 

głosem. - Jest pan cholernie opanowany. Na mój gust - a  do przesady. 

- Musz  by  opanowany - stwierdził Warren. - Lekarz, który zanadto si  

przejmuje, szkodzi sobie i swoim pacjentom. 

- Có  za pi kna, pozbawiona emocji postawa profesjonalisty - szydził Hellier. 

- Ale to zabiło moj  córk . - Podsun ł Warrenowi pod nos dr cy palec. - Dobior  

si  panu do skóry, Warren. Mam swoje wpływy. Zniszcz  pana. 

Warren obdarzył Helliera niech tnym spojrzeniem. 

- Nie mam zwyczaju w takich sytuacjach pogn bia  zbolałych rodziców - 

powiedział dobitnie - ale sam pan si  tego dopomina. Prosz  mnie nie 

prowokowa . 

- Prowokowa ! - U miech Helliera pozbawiony był wesoło ci. - Ja pana 

pogrzebi , jak powiedział ten Rosjanin. 

Warren wstał. 

- W porz dku. Prosz  mi wi c powiedzie , czy ma pan zwyczaj kontaktowa  

si  z dzie mi przez osoby trzecie, zlecaj c sekretarce pisanie do nich listów? 

- O co panu chodzi? 

- Pół roku temu, tu  przed pa skim wyjazdem do Ameryki, June chciała si  z 

panem zobaczy . A pan, na Boga, zbył j  urz dowym listem, który napisała 

pa ska sekretarka! 

- Byłem wtedy bardzo zaj ty. Miałem na głowie du  transakcj . 

- Potrzebowała pa skiej pomocy. Nie uzyskała jej, wi c zjawiła si  u mnie. 

Obiecał pan napisa  z Ameryki. I co? 

- Byłem zaj ty - odparł Hellier cicho. - Miałem napi ty program: mnóstwo 

podró y, konferencji... 

- A wi c pan nie napisał. Kiedy pan wrócił? 

- Przed dwoma tygodniami. 

background image

 

13 

- Po prawie sze ciu miesi cach. Czy wiedział pan, gdzie przebywa pa ska 

córka? Czy próbował pan si  tego dowiedzie ? Wtedy jeszcze  yła, prosz  pana. 

- Wielki Bo e, musiałem uporz dkowa  tutaj ró ne sprawy. Kiedy mnie nie 

było, wszystko zacz ło si  wali ! 

- Istotnie - przyznał Warren lodowatym tonem. - Mówi pan,  e znalazł pan 

June prac  i załatwił jej mieszkanie. W tej wersji nawet ładnie to brzmi, ale ja 

powiedziałbym,  e pan j  wyrzucił. Czy par  lat wcze niej próbował pan dociec, 

dlaczego si  zmieniła? Dlaczego potrzebowała coraz wi cej pieni dzy? Prawd  

mówi c, chciałbym wiedzie , jak cz sto widywał pan córk . Czy kontrolował pan 

jej post powanie? Czy sprawdzał pan, w jakim towarzystwie si  obraca? Czy 

wywi zywał si  pan z roli ojca? 

Hellier był szary na twarzy. 

- O Bo e! 

Warren usiadł i powiedział cicho: 

- Teraz naprawd  sprawi  panu ból, panie Hellier. Córka nie znosiła 

pa skiego  elaznego charakteru. Sama mi to powiedziała, cho  nie miałem 

poj cia, kim pan jest. Zachowała na pami tk  ten cholernie protekcjonalny w 

tonie list od pa skiej sekretarki,  eby podsycał jej nienawi  - i trafiła w ko cu do 

n dznego pensjonatu w Notting Hill, maj c w kieszeni trzy szylingi i cztery pensy. 

Gdyby pół roku temu zechciał pan po wi ci  córce kwadrans swojego bezcennego 

czasu, nie byłaby teraz martwa. 

Pochylił si  nad biurkiem i powiedział chrapliwym głosem: 

- Niech mi pan teraz powie, panie Hellier, kto odpowiada za  mier  pa skiej 

córki? 

Twarz Helliera wyra ała gł bokie przygn bienie. Warren oparłszy si  z 

powrotem o krzesło, przygl dał mu si  niemal ze współczuciem. Wstydził si ,  e w 

tak niegodny profesjonalisty sposób dał si  ponie  emocjom. Widz c,  e Hellier 

si ga po chusteczk , wstał i podszedłszy do kredensu si gn ł po buteleczk , z 

której wysypał dwie tabletki. 

Potem wrócił do biurka i rzekł: 

- Prosz  je wzi . To pomo e. - Hellier przyj ł tabletki bez protestu, popijaj c 

je szklank  wody. Uspokoiwszy si , zacz ł mówi  cichym rw cym si  głosem: 

- Helen... to znaczy moja  ona... matka June... moja była  ona... wie pan, 

rozwiodłem si  z ni . June miała wtedy pi tna cie lat. Helen była zł  kobiet , 

bardzo zł . Zadawała si  z innymi m czyznami... Miałem ju  tego do . Robiła 

ze mnie głupca. June została ze mn , z własnej woli. Bóg  wiadkiem,  e Helen nie 

chciała jej mie  przy sobie. 

Z trudem zaczerpn ł powietrza. 

- Oczywi cie, June chodziła wtedy jeszcze do szkoły. A ja miałem swoj  prac , 

moj  firm , która stawała si  coraz wi ksza i nawi zy- 

wala coraz wi cej kontaktów. Nie ma pan poj cia, jakie to mo e przybra  

rozmiary i jak staje si  skomplikowane. Rozumie pan, działalno  na 

mi dzynarodow  skal . Du o podró owałem. -Zamy lił si  nad przeszło ci . - Nie 

zdawałem sobie sprawy... 

- Wiem - wtr cił cicho Warren. Hellier podniósł wzrok. 

background image

 

14 

- W tpi , doktorze. - Zamrugał oczami napotkawszy opanowane spojrzenie 

Warrena i ponownie spu cił głow . - A mo e si  myl . Pewnie miał ju  pan do 

czynienia z takimi cholernymi głupcami jak ja. 

Warren powiedział stonowanym głosem, staraj c si  okaza  Hellierowi 

zrozumienie: 

 - Trudno znale  z młodymi wspólny j zyk, nawet je eli trzyma si  ich przy 

sobie. Maj  jakby inny sposób my lenia, inne ideały. 

Hellier westchn ł. 

- Ale mogłem przynajmniej spróbowa . - Zacisn ł mocno dłonie. - Ludzie z 

mojej sfery my l  na ogół,  e zaniedbywanie obowi zków rodzicielskich i 

przest pczo  młodzie y to przywilej ni szych klas. Wielki Bo e! 

- Dam panu na dzisiejsz  noc jaki   rodek nasenny - powiedział zdecydowanie 

Warren. Hellier pokr cił głow . 

- Nie, doktorze, dzi kuj . Musz  przełkn  t  gorzk  pigułk . - Podniósł na 

niego wzrok. - Czy pan wie, jak to si  zacz ło? W jaki sposób ona...? Jak 

mogła...? 

Warren wzruszył ramionami. 

- Niewiele mi powiedziała. Miała dosy  bie cych problemów. Ale s dz ,  e jej 

przypadek był typowy. Najpierw konopie - dla zgrywy albo  eby si  popisa , 

potem mocniejsze narkotyki, a w ko cu heroina i jeszcze silniejsze odmiany 

amfetaminy. Zwykle wszystko si  zaczyna od nieodpowiedniego towarzystwa. 

Hellier pokiwał głow . 

- Brak kontroli ze strony rodziców - powiedział z gorycz . - Sk d oni bior  to 

wi stwo? 

- W tym tkwi cały problem. Sporo kradzie y w magazynach dokonuj  

przest pcy maj cy gotowy rynek zbytu. No i oczywi cie istnieje przemyt. Tu, w 

Anglii, gdzie w klinikach przepisuje si  heroin  w sposób kontrolowany 

narkomanom zarejestrowanym w MSW, nie jest tak  le jak w Stanach. Tam, 

poniewa  jest to całkowicie zabronione, istnieje rozbudowany czarny rynek, co 

oznacza pot ne zyski i zorganizowany nielegalny handel. Ocenia si ,  e w samym 

Nowym Jorku jest około czterdziestu tysi cy narkomanów bior cych heroin , gdy 

w całym Zjednoczonym Królestwie jest ich około dwóch tysi cy. Ale i tak 

niedobrze si  u nas dzieje, bowiem liczba podwaja si  co szesna cie miesi cy. A 

policja nic nie mo e poradzi  na nielegalny handel narkotykami - rzekł Hellier. 

- Przypuszczam,  e inspektor Stephens wszystko panu o mnie powiedział - 

odpari ironicznie Warren. 

- Całkowicie si  mylił - wymamrotał Hellier i poruszył si  niespokojnie. 

- W porz dku, jestem do tego przyzwyczajony. Policja ma do tej sprawy 

mniej wi cej taki sam stosunek jak całe społecze stwo, ale prze ladowanie 

narkomana, który ju  wpadł w nałóg, jest bez sensu. Daje to tylko wi ksze zyski 

handlarzom, bo wygłodniały narkoman musi za wszelk  cen  dosta  swoj  porcj  

prochów. Wzrasta w ten sposób przest pczo , gdy  jest mu wszystko jedno, sk d 

zdob dzie pieni dze na narkotyki. - Warren obserwował Helliera, który wyra nie 

si  uspokajał. Uznał,  e ich akademicka dyskusja zadziałała w tym samym 

stopniu, co  rodek uspokajaj cy, wi c ci gn ł dalej: 

background image

 

15 

- Narkomani to ludzie chorzy i policja powinna zostawi  ich w spokoju - 

stwierdził. - My si  nimi zajmujemy. Policja powinna likwidowa   ródła 

nielegalnego handlu. 

- Czy tego nie robi? 

- To nie takie proste. Problem ma mi dzynarodowy charakter. Poza tym 

trudno jest zdoby  informacje. To nielegalne transakcje i dlatego ludzie nie chc  

mówi . - U miechn ł si . - Narkomani nie lubi  policji, wi c policja niewiele z 

nich wyci ga. Z kolei ja, chocia  nie lubi  narkomanów, bo to trudni pacjenci, z 

którymi wi kszo  lekarzy nie chce mie  do czynienia, rozumiem ich i dowiaduj  

si  ró nych rzeczy. Mam pewnie wi cej informacji o tym, co si  dzieje, ni  

oficjalne  ródła policyjne. 

- Czemu wi c nie powie pan tego policji? - zapytał z naciskiem Hellier. 

Głos Warrena stał si  nagle szorstki. 

- Gdyby który  z moich pacjentów dowiedział si ,  e nadu yłem jego zaufania 

i wygadałem si  przed policj , straciłbym wszystko. Pacjenci, zwłaszcza gdy 

chodzi o narkomanów, musz  bezwzgl dnie ufa  lekarzowi, inaczej nie zgłosz  si  

na leczenie. Je eli nie maj  do  zaufania - przerzucaj  si  na czarny rynek. 

Dostaj  zanieczyszczon  heroin  z doków, po wy rubowanych cenach, albo 

aseptyczn  od którego  z moich kolegów, pozbawionego skrupułów i nie stosu-

j cego  adnej kuracji. W medycznym  wiatku mamy par  czarnych owiec. 

Inspektor Stephens ch tnie to panu opowie. 

Hellier siedział przygarbiony i w zamy leniu wpatrywał si  w biurko.. 

- Jaka wi c jest odpowied ? Nic pan nie mo e zrobi ? 

- Ja? - zdziwił si  Warren. - A có  ja mógłbym zrobi ?  ródło dostaw le y 

poza Angli , na Bliskim Wschodzie. Nie jestem awanturnikiem z powie ci 

przygodowej, panie Hellier. Jestem lekarzem, który ma swoich pacjentów - i 

jako  wi

 koniec z ko cem. Nie mog  tak po prostu wyskoczy  do Iranu,  eby 

prze y  szale cz  przygod . 

- By  mo e miałby pan mniej pacjentów, gdyby był pan wystarczaj co szalony 

- mrukn ł Hellier, podnosz c si  z krzesła. - Przepraszam, doktorze Warren,  e 

wchodz c tutaj zachowałem si  niestosownie. Wyja nił mi pan wiele spraw, 

których nie rozumiałem. Wytkn ł mi pan moje bł dy. Zapoznał mnie pan ze 

swoj  etyk . Wskazał pan te , jak mo na by rozwi za  problem, ale nie chce pan 

do tego przyło y  r ki. Jakie wi c pan popełnia bł dy, doktorze Warren i jak to 

si  ma do pa skiej etyki? 

Ruszył ci kim krokiem do drzwi. 

- Prosz  mnie nie odprowadza , doktorze. Sam trafi . 

Kiedy za Hellierem zamkn ły si  drzwi, Warren zaskoczony jego uwag , nie 

mógł si  pozbiera . Wrócił powoli do stoj cego za biurkiem krzesła i usiadł. 

Zapalił papierosa i przez kilka minut trwał w gł bokim zamy leniu, po czym 

potrz sn ł głow  z rozdra nieniem, jakby chciał odp dzi  natr tn  much . 

„To absurd! Kompletny absurd!" - pomy lał. 

Ale ziarno w tpliwo ci zostało zasiane i nie umiał pozby  si  tej my li, chocia  

bardzo si  starał. 

Tego wieczoru przeszedł si  po Piccadilly i Soho, mijaj c restauracje, nocne 

lokale i kluby, ulubione miejsca wi kszo ci jego pacjentów. Zobaczył kilku z nich. 

background image

 

16 

Machali do niego, a on odpowiadał automatycznie tym samym gestem i szedł 

dalej, prawie nie zdaj c sobie sprawy, gdzie jest, a  dotarł na Wardour Street, w 

s siedztwo biur Regent Films Company. 

Spojrzał na budynek i powiedział gło no: 

- To absurd! 

 

Sir Robert Hellier równie  miał ci k  noc. Wrócił do swego mieszkania w 

dzielnicy St. James, prawie wcale nie zdaj c sobie sprawy, jak tam dotarł. Szofer 

zauwa ył jego zaci ni te wargi i spuszczony wzrok, zanim wi c odstawił 

samochód, na wszelki wypadek zadzwonił z gara u do mieszkania. 

- Stary jest w kiepskim nastroju, Harry - oznajmił Hutchinsowi, słu cemu 

Helliera. - Lepiej trzymaj si  od niego z daleka i miej si  na baczno ci. 

Kiedy wi c Hellier wszedł do swego luksusowego mieszkania. Hutchins 

przygotował whisky i znikn ł. Hellier nie zauwa aj c ani obecno ci whisky, ani 

nieobecno ci Hutchinsa, zagł bił si  we wspaniałym fotelu i pogr ył w my lach. 

Dr czyło go poczucie winy. Nie pami tał ju , kiedy po raz ostatni kto  o mielił 

si  „podsun  mu lustro", w którym mógłby si  „przejrze ". Wra enie było 

piorunuj ce. Nienawidził samego siebie, a Warrena nienawidził by  mo e jeszcze 

bardziej za to,  e wtykał nos w dra liwe dla niego sprawy. Ale w gruncie rzeczy 

był uczciwy i w pewnej chwili miał  wiadomo ,  e słowa, które wypowiedział 

przed wyj ciem i po piesznym opuszczeniem gabinetu Warrena to efekt 

uzmysłowienia sobie, i  pragnie zmusi  doktora, by naruszył swoje zasady 

moralne; chciał znale  jego słaby punkt i sprowadzi  go do własnego, n dznego 

poziomu. 

A June? Jakie miejsce zajmowała jego córka? Pomy lał, jaka była kiedy : 

wesoła, pogodna i beztroska. Jego córka mogła mie  wszystko: najlepsze szkoły, 

modne stroje, przyj cia, zagraniczne wakacje i pod ka dym wzgl dem dostatnie 

ycie. 

„Miała wszystko, tylko nie mnie" - pomy lał z wyrzutem. 

A potem, w którym  momencie jego wypełnionego prac   ycia, 

niepostrze enie co  si  zmieniło. June ogarn ła niezaspokojona  dza pieni dzy. 

Wygl dało na to,  e nie chodzi o rzeczy, które mo na za nie kupi , lecz o 

pieni dze jako takie. Hellier doszedł do maj tku o własnych siłach, przeszedł 

trudn  szkoł   ycia i uwa ał,  e młodzi powinni samodzielnie dorabia  si . 

Zacz ło si  od spokojnych rozmów z June, ale stopniowo zamieniły si  one w cał  

seri  awantur, a  w ko cu stracił panowanie nad sob  i wtedy si  rozstali. 

Warren mówił prawd : wyrzucił córk  z domu, nie próbuj c docieka , dlaczego 

tak si  zmieniła. 

Kradzie  sreber z domu utwierdziła go jedynie w przekonaniu,  e córka 

zeszła na zł  drog  i martwił si  głownie o to, by sprawa nie nabrała rozgłosu i by 

nie dowiedziała si  o niczym prasa. Ze wstydem u wiadomił sobie nagle,  e odk d 

ujrzał inspektora Stephensa najbardziej dr czyła go my l, jak  le b d  o nim 

pisa  w zwi zku ze  ledztwem. 

Jak do tego doszło? Jak to si  stało,  e utracił najpierw  on , a potem córk ? 

Pracował ci ko, Bo e, jak ci ko! Wdarł si  na sam szczyt w bran y, gdzie 

najskuteczniej włada si  sztyletem. Obracał milionami. Na przykład ta podró  do 

background image

 

17 

Ameryki: dobrał si  do skóry tym cholernym, przebiegłym jankesom, ale za jak  

cen ? Rezultatem tych sze ciu miesi cy był wrzód, podwy szone ci nienie, które 

wcale nie podobało si  lekarzowi, oraz wypalane nerwowo trzy paczki papierosów 

dziennie... I martwa córka. 

Rozejrzał si  po swym apartamencie, popatrzył na  wietlistego Renoira na 

przeciwległej  cianie i na bł kitnego Picassa na ko cu pokoju. Symbole sukcesu. 

Znienawidził je nagle. Przesiadł si  na inne krzesło,  eby mie  je za plecami i móc 

patrze  na panoram  Londynu, na el bieta skie zwie czenia pałacu St. James. 

Po co tyle pracował? Pocz tkowo robił to dla June, dla małej June i dzieci, 

które miały dopiero si  urodzi . Ale Helen nie chciała mie  dzieci i June została 

jedynaczk . Czy to wła nie wtedy praca stała si  dla niego nałogiem, a mo e 

raczej  rodkiem uspokajaj cym? Wci gn ł go bez reszty dziwny  wiat wytwórni 

filmowych, w którym nie wiadomo, co jest wa niejsze: pieni dze czy sztuka. A dla 

ony nie było ju  miejsca w jego sercu. 

Mo e dlatego,  e j  zaniedbywał, Helen zmuszona była szuka  innych 

m czyzn, najpierw potajemnie, potem ju  otwarcie. Zm czyła go w ko cu ta 

dwuznaczna sytuacja i doprowadził do rozwodu. 

Ale jakie, na Boga, miejsce zajmowała w tym wszystkim Helen? Miał prac , 

któr  nale ało wykona . Musiał podejmowa  decyzje -nikt by tego nie zrobił za 

niego. A ka da cholerna decyzja poci gała za sob  nast pne, wypełniaj c mu czas 

i  ycie, a  nie było ju  miejsca na nic poza prac . Rozprostował dłonie i przyjrzał 

si  im. „Jestem tylko maszyn . Mam umysł, który słu y do podejmowania wła-

ciwych decyzji i r ce do podpisywania stosownych czeków" - pomy lał z 

niech ci . 

I gdzie  po drodze stracił June, swoj  córk . Ogarn ł go nagle potworny 

wstyd na my l o li cie, o którym mówił Warren. Przypomniał sobie, jak do tego 

doszło. To był fatalny tydzie . Przygotowywał si  do podró y do Ameryki i 

wszystko szło  le, miał wi c mas  roboty. Pami tał, jak panna Waiden, jego 

sekretarka, zast piła mu drog  na korytarzu w biurze. 

- Sir Robert, mam dla pana list od panny Hellier. Chciałaby spotka  si  z 

panem w pi tek. 

Przystan ł nieco zaskoczony, pocieraj c rozpaczliwie podbródek. Chciał 

załatwi  swoje sprawy, ale zarazem chciał zobaczy  si  z June. 

- Niech to diabli. Na pi tek rano jestem umówiony z Matchetem, a to oznacza 

tak e wspólny obiad. Co z popołudniem, panno Waiden? 

Nie nale ała do tych sekretarek, które musz  zagl da  do terminarza. 

Wła nie dlatego j  zatrudniał. 

- Pa ski samolot odlatuje o wpół do czwartej. B dzie pan musiał wcze nie 

sko czy  obiad. 

- Hm... Poprosz  pani  o co , panno Waiden. Niech pani napisze do mojej 

córki i wyja ni sytuacj . Prosz  j  powiadomi ,  e odezw  si  ze Stanów, gdy 

tylko b d  mógł. 

I wszedł do gabinetu, a potem do nast pnego i nast pnego, a  sko czył si  

dzie  - osiemnastogodzinny dzie  pracy. Dwa dni pó niej był pi tek, narada z 

Matchetem i kosztowny obiad, konieczny, aby go udobrucha . Potem szybka 

jazda samochodem na Heathrow - i w mgnieniu oka znalazł si  w Nowym Jorku, 

background image

 

18 

gdzie oczekiwali go Hewling i Morrin ze swoimi zdradliwymi ofertami i 

propozycjami. 

Potem trzeba było lecie  nagle do Los Angeles i pobi  hollywoodzkich 

magnatów na ich własnej ziemi. Gdy wrócił do Nowego Jorku, Morrin namówił 

go na wycieczk  do Miami i na wyspy Bahama. Była to niewybredna próba 

przekupienia go pozorami go cinno ci. Ale pokonał ich wszystkich i prze ywał 

szczyt swej kariery, przywo c do Anglii owoce zwyci stwa. Na miejscu zastał 

"jednak jeden wielki bałagan, poniewa  nikt nie był wystarczaj co silny,  eby 

kontrolowa  Matcheta. Przez cały ten czas ani razu nie pomy lał o swojej córce. 

Zapadaj cy mrok ukrywał szaro  jego twarzy, gdy zastanawiał si  nad t  

odpychaj c  prawd . Próbował szuka  usprawiedliwienia, ale go nie znalazł. 

Wiedział,  e było co  jeszcze gorszego. Wiedział,  e nigdy nie dał June okazji, by 

mogła si  z nim zwyczajnie, po ludzku, porozumie . Była w jego  yciu czym  

drugoplanowym. Wła nie czym , a nie kim .  wiadomo  tego najbardziej go 

dr czyła. Hellier wstał i przechadzał si  niespokojnie po pokoju, my l c o tym 

wszystkim, co mówił Warren. Warren najwyra niej traktował narkomani  jako 

co  zwyczajnego, normalne zjawisko, z którym trzeba sobie jako  radzi . I cho  

nie powiedział tego wprost, mo na było wywnioskowa ,  e jego zadaniem było 

likwidowanie skutków zaniedba  takich ludzi jak Hellier. Ale z pewno ci  win  

ponosił kto inny. Czy nie ci, którzy czerpi  z tego zyski? Handlarze narkotyków? 

Hellier przystan ł, czuj c jak ogarnia go gniew, gniew, którego po raz pierwszy 

nie kierował przeciw sobie samemu. Zgrzeszył zaniedbaniem, i nie mo na było 

tego bagatelizowa . Ale ci, którzy grzeszyli uczynkiem,  wiadomie dostarczaj c 

narkotyki młodym ludziom, aby osi gn  zysk, popełniali rzecz potworn . On 

sam okazał si  po prostu nierozwa ny, natomiast handlarze narkotyków byli 

uosobieniem zła. Jego gniew narastał i w ko cu miał wra enie,  e go rozsadzi, ale 

wtedy  wiadomie si  opanował, aby móc logicznie my le . Podobnie jak nie 

dopu cił, by emocje wzi ły w nim gór , gdy prowadził negocjacje z Matchetem, 

Hewlingiem i Morrinem, i tym razem starał si , by jego niebagatelny intelekt nie 

napotkał przeszkód w rozwi zywaniu nowego problemu. Hellier, jak wydajna 

maszyna, zaczynał powoli sprawnie funkcjonowa . 

Najpierw pomy lał o Warrenie, który jako znawca tematu był niew tpliwie 

kluczow  postaci . Hellier zwykł uwa nie obserwowa  ludzi, z którymi miał do 

czynienia, poniewa  drobne szczegóły zachowania ujawniały ich słabe i mocne 

strony. Starał si  przypomnie  sobie dokładnie, co i w jaki sposób mówił Warren. 

Skoncentrował si  na tych dwóch kwestiach. Był pewien,  e Warren wie co  

wa nego. Musiał jednak mie  pewno ,  e wybrany klucz nie złamie mu si  w 

r ce. Podniósł zdecydowanie słuchawk  telefonu i wykr cił numer. W chwil  

potem mówił: 

- Tak, wiem,  e jest pó no. Czy mamy jeszcze adres tej firmy 

detektywistycznej? Pomogli nam w sprawie Lowreya... Dobrze! Chc ,  eby 

sprawdzili doktora Nicholasa Warrena. Prosz  powtórzy . Trzeba to zrobi  

dyskretnie. Wszystko, co mo na zdoby  na jego temat, do cholery! Jak 

najszybciej... raport w ci gu trzech dni... Och, do diabla z kosztami! Zapiszcie to 

na mój prywatny rachunek. 

Si gn ł machinalnie po karafk  z whisky. 

background image

 

19 

- I jeszcze jedno. Niech dział informacji zdob dzie, co si  da, na temat 

przemytu narkotyków. Chodzi w ogóle o nielegalny handel narkotykami. Ten 

raport te  ma by  gotowy za trzy dni... Tak, nie  artuj .. Z tego mo e by  niezły 

film. - Przerwał na moment. - I ostatnia sprawa: niech ludzie z działu informacji 

nie zbli aj  si  do doktora Warrena... Tak, wiem,  e to prawdopodobne, ale 

musz  trzyma  si  od niego z daleka, zrozumiano? To dobrze! 

Odło ył słuchawk  telefonu i z pewnym zdziwieniem spojrzał na karafk . 

Postawił j  ostro nie, po czym wszedł do sypialni. Po raz pierwszy od lat 

zrezygnował ze zwyczaju starannego wieszania swoich rzeczy, pozostawiaj c je 

rozrzucone na podłodze. 

Gdy tylko znalazł si  w łó ku, opu ciło go napi cie i poczuł fizyczne 

odpr enie. Dopiero wtedy jego organizm poddał si  rozpaczy i przyszło 

załamanie. Ciałem tego pi dziesi cioletniego m czyzny wstrz sn ł szloch i 

poduszka zrobiła si  mokra od łez. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

20 

Rozdział 2 

 

Warren był i zarazem nie był zaskoczony,  e Hellier ponownie si  odezwał. 

Zastanawiał si  usilnie, o co mu mo e chodzi  i miał wła ciwie ochot  nie zgodzi  

si  na spotkanie. Wiedział z do wiadczenia,  e gdy krewni ofiar rozpami tuj  

zbyt długo  mier  swych bliskich, na dłu sz  met  nikomu nie przynosi to 

po ytku. Efekt jest taki,  e ich poczucie winy zamienia si  w pogodzenie z losem, 

on za  jako człowiek wyznaj cy okre lone zasady moralne uwa ał, i  winowajcom 

nale y si  kara, a najsurowiej karzemy siebie sami. 

Ale gdzie  w zakamarkach  wiadomo ci czaiła si  nadal niepokoj ca 

w tpliwo , któr  zaszczepiły w nim słowa wypowiedziane na po egnanie przez 

Helliera. Tak wi c, troch  ku własnemu zaskoczeniu, przyj ł zaproszenie do 

mieszkania w dzielnicy St. James. Tym razem, o dziwo, nie miał nic przeciwko 

temu, by spotka  si  z Hellierem na jego terenie. Bitw  i tak ju  wygrał. 

Hellier przywitał go konwencjonalnym „Ciesz  si ,  e pan przyszedł, 

doktorze" i poprowadziwszy do du ego, luksusowego pokoju o przyjemnym 

wystroju, wskazał uprzejmie fotel. 

- Czego panu nala ? - zapytał. - A mo e pan nie pije? Warren u miechn ł si . 

- Nie jestem pozbawiony zwykłych wad. Poprosz  szkock . 

Po chwili popijał tak dobr  whisky,  e było niemal zbrodni  rozcie cza  j  

wod , i trzymał w r ku papieros z monogramem Helliera. 

- My, ludzie filmu, jeste my malownicz  gromad  - powiedział z przek sem 

Hellier. - Skłonno  do autoreklamy to jedna z naszych najwi kszych wad. 

Warren spojrzał na splecione złote litery RH, wytłoczone na papierosie 

r cznej roboty. Podejrzewał,  e nie był to zwykły styl Helliera,  e z 

wyrachowaniem dostosowywał si  on do konformistycznych wymogów swojej 

bran y. Czekał w milczeniu, a  gospodarz zagai rozmow  w sensowniejszy 

sposób. 

- Przede wszystkim musz  przeprosi  za t  scen  w pa skim gabinecie - 

powiedział Hellier. 

- Ju  pan to zrobił - odparł z powag  Warren. - A zreszt  nie ma pan powodu 

przeprasza . 

Hellier usadowił si  w fotelu naprzeciwko Warrena i postawił szklank  na 

niskim stoliku. 

- Słysz ,  e cieszy si  pan, w swoim  rodowisku znakomit  opini . Warren 

uniósł brew. 

- Doprawdy? 

- Zbierałem informacje na temat handlu narkotykami. Wydaje mi si ,  e 

zdobyłem tego sporo. 

- W ci gu trzech dni? - zapytał Warren z ironi  w głosie. 

- W przemy le filmowym, ze wzgl du na jego charakter, musimy posiada  

ogromny zasób wiedzy na ró ne tematy. Mój dział informacji jest niemal równie 

dobry jak, powiedzmy, biuro prasowe. Je eli do jakiej  sprawy przydzieli si  

wystarczaj co du  grup  ludzi, mo na w trzy dni wiele zdziała . 

Warren pozostawił to bez komentarza i tylko skin ł głow . 

background image

 

21 

- Moi informatorzy stwierdzili,  e co trzecia spo ród indagowanych osób 

radziła im zwróci  si  do pana jako czołowego specjalisty. 

- Ale nie zrobili tego - stwierdził lakonicznie Warren. Hellier u miechn ł si . 

- Nie, bo im zabroniłem. Sam pan powiedział,  e jest bardzo zaj ty. Nie 

chciałem panu przeszkadza . 

- Pewnie powinienem podzi kowa  - odparł Warren z udan  powag . 

Hellier wyprostował plecy. 

- Doktorze Warren, sko czmy te potyczki. Wyło  wszystkie karty na stół. 

Poprosiłem równie , aby zebrano informacje na pana temat. 

Warren popijał whisky, spokojnie przygl daj c si  Hellierowi znad szklanki. 

- Za du o pan sobie pozwala - zauwa ył ogl dnie. - Powinienem chyba 

zapyta , czego si  pan dowiedział. Hellier uniósł dło . 

- Samych dobrych rzeczy, doktorze. Cieszy si  pan godn  pozazdroszczenia 

opini  jako człowiek i jako lekarz, a prócz tego jest pan wybitnym specjalist  w 

dziedzinie narkomanii. 

- Chciałbym kiedy  przeczyta  swoje dossier - stwierdził drwi co Warren. - 

Przypominałoby to lektur  własnego nekrologu. Niewielu z nas ma tak  szans . - 

Odstawił szklank . - A czemu maj  słu y  te... te wysiłki z pa skiej strony? 

- Chciałem uzyska  pewno ,  e jest pan odpowiednim człowiekiem - odparł 

powa nie Hellier. 

- Mówi pan zagadkami - zniecierpliwił si  Warren. - Chce pan mi 

zaproponowa  prac ? - zapytał rozbawiony. - Mo e mam by  doradc  przy 

kr ceniu filmu? 

- Mo e - odparł Hellier. - Pozwoli pan,  e zadam jedno pytanie. Rozwiódł si  

pan z  on . Dlaczego? 

Warren był oburzony, zdziwiony i zaszokowany. Oburzył go charakter 

pytania. Zdziwiło to,  e układny Hellier je zadał, a zaszokował fakt, i  zasi gał o 

nim a  tak szczegółowych informacji. 

- To moja sprawa - odpowiedział chłodno. 

- Niew tpliwie. - Helłier przygl dał si  Warrenowi przez moment. - Powiem 

panu, dlaczego  ona si  z panem rozwiodła. Nie podobały si  jej pa skie kontakty 

z narkomanami. 

Warren oparł dłonie o por cze fotela, zamierzaj c wsta , ale Hellier 

powiedział stanowczo: 

- Siadaj, człowieku. Wysłuchaj, co mam do powiedzenia. 

- Niech to b dzie co  sensownego - odparł Warren, uspokajaj c si . - Takie 

rozmowy działaj  mi na nerwy. Hellier zgasił papierosa i zapalił nast pnego. 

- Ten fakt mówi mi wi cej o panu ni  o pa skiej  onie, która mnie nie 

obchodzi. Dowodzi mianowicie,  e sprawy zawodowe s  dla pana wa niejsze ni  

ycie osobiste. Wie pan,  e uwa aj  pana za fanatyka w dziedzinie narkotyków? 

- Ju  mi na to zwracano uwag  - rzekł chłodno Warren. Hellier pokiwał 

głow . 

- Jak sam pan wspomniał - a potwierdza to mój pobie ny raport 

- narkomani nie nale  do najłatwiejszych pacjentów. S  zarozumiali, 

agresywni, zakłamani, zło liwi, przebiegli - pasuj  do nich wszelkie pejoratywne 

background image

 

22 

okre lenia. A jednak pan mimo wszystko uporczywie stara si  im pomóc. Nawet 

za cen  rozstania z  on . Na mój gust  wiadczy to o wielkim zaanga owaniu. 

- Te  co ! -  achn ł si  Warren. - Taki ju  jest charakter tej pracy. Wszystkie 

ujemne cechy, które pan wymienił, stanowi  objawy typowego zespołu 

uzale nienia. Narkomani zachowuj  si  w ten sposób z powodu nałogu i nie 

mo na pozostawi  ich własnemu losowi tylko dlatego,  e nie podoba nam si  ich 

sposób bycia. - Pokr cił głow . - Brosz  przej  do rzeczy. Nie zjawiłem si  tu, 

eby by  podziwianym - zwłaszcza przez pana. 

Hellier zrobił si  czerwony na twarzy. 

- W pewnym sensie powiedziałem ju , o co chodzi - stwierdził. -Ale przejd  do 

sedna sprawy. Kiedy byłem w pa skim gabinecie, powiedział pan,  e cała rzecz w 

tym, by powtrzyma  nielegalny dopływ narkotyków. Powiedział pan te ,  e to 

problem mi dzynarodowy. I stwierdził pan natychmiast,  e nie jest 

przygotowany, by wyskoczy  do Iranu i prze y  tam szale cz  przygod . - 

Wymierzył w niego wyprostowany palec. -My l ,  e pan co  wie. doktorze 

Warren, i to co  bardzo konkretnego. 

- Mój Bo e! - odrzekł Warren. - Wyci ga pan pochopne wnioski. 

- Jestem do tego przyzwyczajony - odparł spokojnie Hellier. - Mam spore 

do wiadczenie - i na ogół si  nie myl . Za to mi płac  i to sporo. A wi c dlaczego 

Iran? Heroin  wyrabia si  z opium, a opium pochodzi z wielu miejsc. Mo e 

pochodzi  z Dalekiego Wschodu, z Chin albo Birmy, ale pan stwierdził,  e 

problem nielegalnych dostaw ma swoje  ródło na Bliskim Wschodzie. Dlaczego 

Bliski Wschód? I dlaczego akurat Iran? To opium mogłoby pochodzi  z 

któregokolwiek z kilku krajów od Afganistanu po Grecj , a pan bez namysłu 

wymienia Iran. - Odstawił szklank , która delikatnie brz kn ła. -Pan wie co  

konkretnego, doktorze Warren. Warren poruszył si  w fotelu. 

- Sk d to nagłe zainteresowanie? 

- Poniewa  postanowiłem co  z tym zrobi  - odparł Hellier. Za miał si  

krótko, widz c wyraz twarzy Warrena. - Nie, nie oszalałem ani nie mam manii 

wielko ci. Sam pan mi podsun ł t  my l. Po jakiego diabła leczy  tych cholernych 

idiotów, skoro mog  wyj  na ulic  i za najbli szym rogiem dosta  nast pn  

porcj  narkotyku? Gdyby przerwa  nielegalne dostawy, miałby pan o wiele 

łatwiejsz  prac . 

- Na Boga! - wybuchn ł Warren.-Pracuj  nad tym setki policjantów na całym 

wiecie. Niby dlaczego pan miałby by  od nich lepszy? 

Hellier wycelował w niego palec. 

- Poniewa  posiada pan informacje, których nie chce pan przekaza  policji ze 

znanych sobie powodów - jestem pewien,  e najzupełniej etycznych. 

- A które przeka  panu, czy o to chodzi? 

- No, nie - odparł Hellier. - Mo e je pan zatrzyma  dla siebie, je li pan chce. - 

Raz jeszcze wymierzył palec w kierunku Warrena. -Widzi pan, to pan załatwi t  

spraw . 

- Teraz ju  wiem,  e pan oszalał - stwierdził z niesmakiem War-ren. - Panie 

Hellier, my l ,  e jest pan wytr cony z równowagi. Chce pan odby  jak  

dziwaczn  ekspiacj  i próbuje mnie pan do tego wci gn . - Skrzywił si . - To 

background image

 

23 

przypomina zamykanie drzwi do stajni, kiedy ko  ju  z niej uciekł. Nie chc  bra  

w tym udziału. 

Hellier nie przejmuj c si  jego słowami, zapalił kolejnego papierosa, na co 

Warren powiedział nagle: 

- Za du o pan pali. 

- Jest pan ju  drugim lekarzem, który mi to mówi w ci gu ostatnich dwóch 

tygodni - Hellier machn ł r k . - Widzi pan, nawet teraz nie przestaje pan 

wykonywa  swego zawodu. Kiedy poprzednio si  widzieli my, powiedział pan co  

jeszcze: „Jestem lekarzem, który jako  wi e koniec z ko cem". - Roze miał si . - 

To fakt, znam co do grosza stan pa skiego konta. Przypu my jednak,  e 

dysponowałby pan praktycznie nieograniczonymi funduszami, a do tego informa-

cjami, które moim zdaniem pan posiada, bo nawiasem mówi c wcale pan temu 

nie przeczy. Co wtedy? 

Warren odezwał si  bez namysłu: 

- Jeden człowiek sobie z tym nie poradzi. 

- Kto powiedział,  e chodzi o jednego człowieka? Niech pan dobierze sobie 

ludzi - nalegał Hellier. Warren wpatrywał si  w niego. 

- Zdaje si ,  e mówi pan powa nie - stwierdził ze zdziwieniem. 

- W mojej bran y wymy la si  dla ludzi bajki - powiedział powa nie Hellier - 

ale na własny u ytek tego nie robi . Mówi  jak najbardziej powa nie. 

Warren wiedział,  e si  nie omylił.  mier  córki naprawd  wytr ciła Helliera 

z równowagi. Zawsze d ył w  yciu do jednego celu, a teraz zboczył z kursu i 

skoncentrował si  całkowicie na nowym zadaniu. I trudno byłoby go 

powstrzyma . 

- Chyba nie zdaje pan sobie sprawy, o jak  chodzi stawk  - powiedział. 

- Nie obchodzi mnie to - odparł oboj tnie Hellier. - Chc  załatwi  tych drani. 

Chc  krwi! 

- Czyjej krwi? Mojej? - zapytał cynicznie Warren. - Wybrał pan 

nieodpowiedniego człowieka. Zreszt  chyba nikt odpowiedni nie istnieje. 

Potrzebny panu kto  po redni mi dzy  wi tym Jerzym a Jamesem Bondem. 

Jestem lekarzem, a nie pogromc  gangsterów. 

- Ma pan potrzebn  wiedz  i kwalifikacje - powiedział z naciskiem Hellier. 

Zdawał sobie spraw ,  e za chwil  mo e Warrena utraci , dodał wi c spokojnie: - 

Niech pan nie podejmuje pochopnej decyzji, doktorze. Prosz  to przemy le . - 

Jego głos nabrał ostrego tonu. - I prosz  nie zapomina  o etyce. - Spojrzał na 

zegarek. - A teraz mo e co  przek simy? 

 

Warren opuszczał mieszkanie Helliera najedzony do syta, ale pełen 

niepokoju. Id c po Jermyn Street w kierunku Piccadilly Circus rozwa ał 

wszystkie aspekty jego dziwnej propozycji. Bez w tpienia Hellier mówił serio, ale 

nawet w połowie nie miał poj cia, w co si  pakuje. W wyst pnym  wiatku 

handlarzy narkotyków nie znano lito ci. Gra szła o zbyt du  stawk . 

Przeciskaj c si  przez szemrz cy tłum na Piccadilly Circus, skr cił w Soho. 

Przystan ł obok pubu, spojrzał na zegarek i wszedł do  rodka. Było tam tłoczno, 

ale kto  usłu nie zrobił mu miejsce w rogu baru, zamówił wi c szkock  i 

trzymaj c szklank  w r ce, rozejrzał si  wokół. Po drugiej stronie sali siedziało 

background image

 

24 

przy stoliku trzech jego chłopaków. Przyjrzał si  im badawczo i uznał,  e 

niedawno musieli si  szprycowa . Zachowywali si  swobodnie i prowadzili 

o ywion  rozmow . Jeden z nich spojrzał znad stolika i pomachał do niego r k . 

Warren pozdrowił go, unosz c dło . 

Aby dotrze  do swoich pacjentów i mimo wszelkich trudno ci zdoby  ich 

zaufanie, Warren przebywał w ród nich i w ko cu go zaakceptowali. Walczył z 

uporem,  eby stosowali czyste strzykawki i wod  destylowan . Zbyt wielu z nich 

nie miało najmniejszego poj cia o higienie. Dzielił z nimi  ycie w przest pczym 

pół wiatku, o którym nawet prostytutki z Soho wyra ały si  z pogard , uwa aj c, 

e narkomani psuj  opini  całej okolicy. Człowiek miał ochot  si   mia  - albo 

płaka . 

Warren nie poddawał ocenie ich post powania. Dla niego był to problem 

społeczny i medyczny. Nie obchodziła go bezpo rednio wrodzona człowiekowi 

słabo , która doprowadzała ludzi do za ywania heroiny. Wiedział jedynie,  e 

gdy kto  raz popadł w nałóg, nie miał ju  wyj cia. Na tym etapie  adne 

oskar enia nie miały sensu, gdy  do niczego nie prowadziły. Był tylko chory 

człowiek, który potrzebował pomocy i Warren pomagał mu, maj c przeciw sobie 

całe społecze stwo, policj , a nawet samego narkomana. 

Wła nie w tym pubie i w podobnych miejscach dowiedział si  trzech 

niepodwa alnych faktów i usłyszał tysi ce pogłosek, składaj cych si  na t  

wyj tkow  wiedz , któr  Hellier usiłował z niego wydoby . Zadaj c si  z 

narkomanami miał do czynienia ze  wiatem przest pczym. Na pocz tku w jego 

obecno ci byli małomówni, ale potem, kiedy przekonali si ,  e mo na liczy  na 

jego dyskrecj , zacz li rozmawia  z nim bardziej swobodnie. Wiedzieli, kim jest i 

co robi, ale akceptowali to, chocia  dla cz ci z nich był po prostu Jeszcze jednym 

„napalonym samarytaninem", który nie powinien wtyka  nosa w cudze sprawy. 

Wi kszo  jednak go zaakceptowała. 

Odwrócił si  w stron  baru i zacz ł wpatrywa  w szklank . „Nick Warren 

jako Bond-amator!" - pomy lał. Hellier jest niesamowity. Problem polegał na 

tym,  e nie zdawał sobie sprawy, na co si  porywa. Był milionerem, ale przy 

cenach obowi zuj cych w handlu narkotykami nawet Hellier mógł si  wydawa  

biedakiem, a gdy gra idzie o takie pieni dze, ludzie nie wahaj  si  zabija . 

Czyja  ci ka r ka waln ła go po plecach tak,  e a  si  zakrztusił. 

- Cze , doktorku. Topisz smutki? Warren odwrócił si . 

- Cze , Andy. Napij si . 

- Bardzo ch tnie - odparł Andrew Tozier.- Ale na mój rachunek. - Wyci gn ł 

portfel i z grubego pliku wyłuskał pojedynczy banknot. 

- Nie przyszłoby mi to do głowy - powiedział chłodno Warren. -Jeste  wci  

bez pracy. - Odszukał wzrokiem barmana i zamówił dwie porcje whisky. 

- Taaak... - odparł Tozier, chowaj c portfel. - Na mój gust, na  wiecie robi si  

zbyt spokojnie. 

- Chyba nie czytasz gazet - zauwa ył Warren. - Rosjanie znowu rozrabiaj , a 

w Wietnamie, jak słyszałem, dalej jest gor co. 

- Ale to wielki biznes - stwierdził Tozier. - Dla takich drobnych 

przedsi biorców jak ja, nie ma miejsca. Wsz dzie to samo - du e firmy niszcz  

nas, nic nie znacz cych facetów. - Wzi ł do r ki szklank . - Zdrowie! 

background image

 

25 

Warren przygl dał mu si  z nagłym zainteresowaniem. Major Andrew 

Tozier. Zawód: najemnik. Płatny zabójca. Andy nie strzeliłby do kogokolwiek - to 

byłoby morderstwo. Ale gotów był na zlecenie jakiego  nowego rz du zap dzi  do 

szeregu pułk na wpół wyszkolonych czarnoskórych  ołnierzy i poprowadzi  ich 

do boju. Stanowił  yw  ilustracj  ogarni tego schizofreni   wiata. 

- Zdrowie! - powiedział machinalnie Warren. W głowie kł biły mu si  szalone 

my li. 

Tozier wskazał głow  na drzwi. 

- Twój gabinet si  zapełnia, doktorku. - Warren obejrzał si  i zobaczył 

wchodz cych wła nie czterech młodych m czyzn. Trzej byli jego pacjentami, ale 

czwartego nie znał. - Nie rozumiem, jak mo esz znie  tych  mierdzieli - 

stwierdził Tozier. 

- Kto  musi si  nimi zajmowa  - odparł Warren. - Kim jest ten nowy? 

Tozier wzruszył ramionami. 

- Jeszcze jedna przekl ta dusza w drodze dopiekła. - Jego słowa zabrzmiały 

do  makabrycznie. - Spotkasz go zapewne, jak b dzie chciał si  szprycowa . 

Warren pokiwał głow . 

- A wi c w twojej robocie zastój. 

- Całkowity. 

- Mo e  dasz wygórowanych stawek? Przypuszczam,  e to kwestia poda y i 

popytu, jak w ka dej innej bran y. 

- Stawki nigdy nie s  wygórowane - odparł Tozier nieco sm tnie. - Jak  cen  

wyznaczyłby  za własn  skór , doktorku? 

- Wła nie  dano mi to pytanie - w po redni sposób - rzekł Warren, my l c o 

Hellierze. - A jaka wła ciwie obowi zuje stawka? 

- Pi set miesi cznie plus cholernie wysoka premia po wykonaniu zadania. - 

Tozier u miechn ł si . - Chcesz zacz  wojn ? Warren popatrzył mu w oczy. 

- Niewykluczone. Tozier przestał si  u miecha . Przyjrzał si  Warrenowi 

uwa nie. Sposób, w jaki to powiedział, zrobił na nim wra enie. 

- Wielki Bo e! Chyba mówisz serio - rzekł. - Z kim chcesz si  zmierzy ? Ze 

stołeczn  policj ? - U miechn ł si  ponownie, tym razem jeszcze szerzej. 

- Nigdy nie pracowałe  tak naprawd  na prywatne zlecenie, prawda? - zapytał 

Warren. - Chodzi mi o to czy brałe  udział w jakiej  prywatnej, a nie publicznej 

wojnie. 

Tozier pokr cił głow . 

- Zawsze trzymałem si  prawa, a przynajmniej polityki. Zreszt  niełatwo o 

ludzi, którzy finansuj  rozróby z własnej kieszeni. Rozumiem,  e nie chodzi o 

noszenie spluwy za jakim  wa niakiem z Soho, który dorabia si  mozolnie 

prywatnego imperium? Ani o osobist  ochron ? 

- Nic z tych rzeczy - odparł Warren. Zastanawiał si , jaki jest Andrew Tozier. 

Miał swoje zalety. Niedawno Warren spytał go, dlaczego nie skorzystał z 

konfliktu w jednym z krajów Ameryki Południowej. 

Tozier okazał zjadliw  pogard . 

- Na Boga! Tam bij  si  o władz  dwa gangi awanturników z wy szych sfer. 

Nie mam ochoty powystrzela  Bogu ducha winnych, pieprzonych wie niaków, 

background image

 

26 

którzy przypadkiem znajd  si  na linii ognia. - Patrzył na Warrena w skupieniu. - 

Sam decyduj  o tym, gdzie mam walczy  - stwierdził. 

Warren pomy lał,  e gdyby podj ł idiotyczne wyzwanie Helliera, Andy Tozier 

byłby dla niego odpowiednim towarzyszem. Ale nie brał tego powa nie. 

Tozier pomachał r k  na kelnera i uniósł w gór  dwa palce. Potem odwrócił 

si  do Warrena i rzekł: 

- Masz jaki  problem, doktorku. Kto  wywiera na ciebie presj ? 

- W pewnym sensie - odparł kwa no Warren. Pomy lał,  e Hellier tak 

naprawd  jeszcze nie zacz ł. Nast pnym etapem b dzie moralny szanta . 

- Podaj mi jego nazwisko - zaproponował Tozier. - Troch  go przycisn . Nie 

b dzie ci si  wi cej naprzykrzał. Warren u miechn ł si . 

- Dzi ki, Andy. To innego rodzaju presja. Tozier najwyra niej poczuł ulg . 

- W takim razie w porz dku. My lałem,  e zmówili si  przeciw tobie ci twoi 

szprycownicy. Szybko bym ich przywołał do porz dku. - Poło ył na kontuarze 

jednofuntowy banknot i zabrał reszt . - No to, oby nam si ...! 

- Przypu my,  e to ja potrzebowałbym ochrony - zacz ł ostro nie Warren. - 

Czy podj łby  si  tego za normaln  cen ? Tozier roze miał si  na głos. 

- Nie byłoby ci  sta . Ale popracowałbym za darmo, gdyby ta robota nie 

trwała zbyt długo. - Na czole pojawiły mu si  zmarszczki. -Ciebie naprawd  co  

gryzie, doktorku. Lepiej powiedz mi, o co chodzi. 

- Nie - odparł stanowczo Warren. Je eli - a stało to pod cholernie du ym 

znakiem zapytania - miał gł biej wchodzi  w t  spraw , nie mógł nikomu ufa , 

nawet Andy'emu Tozierowi, który wydawał si  do  uczciwy. - Je li w ogóle do 

tego dojdzie - powiedział powoli - cała rzecz potrwa, powiedzmy, par  miesi cy i 

dotyczy  b dzie Bliskiego Wschodu. Dostałby  swoich pi  setek miesi cznie plus 

premi . 

Tozier ostro nie odstawił szklank . 

- I nie chodzi o polityk ? 

- O ile mi wiadomo, nie - odparł Warren w zamy leniu. 

- I mam ochrania  ciebie"? - Tozier wydawał si  zaskoczony. Warren 

u miechn ł si  szeroko. 

- Mo e b dzie troch  przepychanki. 

- Bliski Wschód i  adnej polityki. Mo na i tak - powiedział Tozier z zadum , 

kr c c głow . - Lubi  zwykle wiedzie  dokładniej, w co si  pakuj , - Posłał 

Warrenowi przenikliwe spojrzenie.- Ale tobie mog  zaufa . Daj zna , kiedy b d  

potrzebny. 

- Mo e nigdy do tego nie doj  - ostrzegł Warren. - Nie ma  adnych 

zobowi za . 

- W porz dku - odparł Tozier. - Powiedzmy,  e jestem do usług. -

Ostentacyjnie opró nił szklank  i odstawił j  z hałasem, patrz c wyczekuj co na 

Warrena. - Teraz twoja kolejka. Je eli kogo  sta  na wynaj cie mnie, mo e 

postawi  mi drinka. 

 

Wróciwszy do domu, Warren przez długi czas siedział w fotelu wpatruj c si  

w przetrze . Mimo tego, co usłyszał od niego Andy Tozier, w jaki  trudny do 

okre lenia sposób czuł si  zaanga owany w spraw . Ju  samo spotkanie z tym 

background image

 

27 

człowiekiem nasun ło mu ró ne pomysły, pomysły zupełnie szalone, ale z ka dym 

tykni ciem zegara coraz bardziej realne i konkretne. W pewnej chwili nerwowo 

wstał z fotela i przeszedł przez pokój. 

- A niech ci  diabli, Hellier! - powiedział na głos. 

Podszedł do biurka, wyj ł kartk  papieru i zacz ł co  skrz tnie zapisywa . 

Wpół godziny pó niej miał zanotowanych około dwudziestu nazwisk. Przejrzał 

uwa nie list  i zacz ł wykre la  niektóre z nich. Gdy min ł kolejny kwadrans, 

spis zawierał tylko pi  nazwisk: 

 

ANDREW TOZIER  

JOHN FOLLET  

DAN PARKER  

BEN BRYAN  

MICHAEL ABBOT 

 

Dom pod numerem dwudziestym trzecim na ulicy Akacjowej był schludnym 

bli niakiem, podobnym do setek innych w okolicy. War-ren pchn ł drewnian  

furtk , po czym mijaj c male ki przydomowy ogródek przeszedł kilka kroków 

dziel cych go od frontowych drzwi i nacisn ł dzwonek. Otworzyła mu zadbana 

kobieta w  rednim wieku, witaj c go z rado ci . 

- O, doktor Warren! Dawno pana nie widzieli my. - Na jej twarzy pojawiło si  

zaniepokojenie. - Chyba nie chodzi znów o Jimmy'ego, prawda? Nie wpakował 

si  w nowe kłopoty? 

Warren u miechn ł si  uspokajaj co. 

- Nic mi o tym nie wiadomo, pani Parker. Czuł, jak  sprawiło jej to ulg . 

- Och! - westchn ła. - No to i dobrze. Chce pan zobaczy  si  z Jimmy'm? Nie 

ma go w domu. Poszedł do klubu. 

- Przyszedłem do Dana na przyjacielsk  pogaw dk  - wyja nił Warren. 

- Ale  jestem roztrzepana - zreflektowała si  pani Parker. - Trzymam pana w 

drzwiach. Prosz  wej , doktorze. Dan wła nie wrócił. Myje si  na górze. 

Warren doskonale wiedział,  e Dan Parker dopiero co wrócił. Nie chciał si  z 

nim spotyka  w warsztacie, w miejscu pracy, czekał wi c w swoim samochodzie i 

pojechał za nim do domu. Pani Parker wprowadziła go do pokoju, którego okno 

wychodziło na ulic . 

- Powiem mu,  e pan przyszedł - oznajmiła. 

Warren rozejrzał si  po niewielkim pokoiku. Zobaczył na  cianie trzy gliniane 

kaczki, a na kredensie zdj cia dzieci i fotografi  młodego jeszcze Dana Parkera w 

mundurze. Nie musiał czeka  długo. Parker wszedł do pokoju i wyci gn ł do 

niego r k . 

- Có  za nieoczekiwana przyjemno , doktorze. -  ciskaj c mu dło , Warren 

poczuł twardo  zgrubiałego naskórka. -Którego  dnia mówiłem wła nie do Sally, 

e byłoby dobrze cz ciej pana widywa . 

- Mo e tak jest lepiej - odparł Warren z odrobin   alu. - Obawiam si ,  e 

wła nie przestraszyłem pani  Parker. 

- Taak - powiedział z powag  Parker. - Wiem, o czym pan my li. Ale mimo 

wszystko chcieliby my pana widywa . Tak po przyjacielsku. - W jego głosie nadal 

background image

 

28 

pobrzmiewał miły akcent z Lancaster, chocia  Parker od wielu lat mieszkał w 

Londynie. - Niech pan siada, doktorze. Sally przyniesie zaraz herbat . 

- Przyszedłem do pana... w interesach. 

- Ach, tak - odparł ze spokojem Parker. - Zajmiemy si  tym po podwieczorku, 

zgoda? Sally i tak musi wyj . Jej młodsza siostra niezbyt dobrze si  czuje, wi c 

pomaga jej troch  przy dziecku. 

- Przykro mi to słysze  - powiedział Warren. - A co u Jimmy'ego? 

- Teraz ju  w porz dku - odparł Parker. - Sprowadził go pan ze złej drogi, 

doktorze. Postraszył go pan jak nale y, a ja staram si  dopilnowa ,  eby dalej 

miał bat nad głow . 

- Nie byłbym dla niego zbyt surowy. 

- Tyle, ile trzeba - stwierdził bezkompromisowo Parker. - Nie b dzie si  ju  

głupio zabawiał. - Westch ł ci ko. - Co te dzieciaki teraz wyprawiaj . Kiedy 

byłem młody, to si  nie zdarzało. Gdybym zrobił to, co Jimmy, ojciec złoiłby mi 

pasem skór . A miał ci k  r k  ten mój stary. - Pokr cił głow . - Ale nam co  

takiego nawet by nie przyszło do głowy. 

Warren wysłuchiwał tych staromodnych rodzicielskich utyskiwa  bez cienia 

u miechu. 

 -Tak - zgodził si  z cała powag . - Wiele si  zmieniło. 

Sally Parker wniosła podwieczorek. Była to skromniejsza, południowa 

odmiana posiłku, jaki jada si  tradycyjnie w północnej cz ci kraju. Namawiała 

Warrena na domowe ciasteczka i ro ki, nalegała te , by wypił drug  fili ank  

herbaty. Warren dyskretnie przygl dał si  Parkerowi, próbuj c si  zorientowa , 

jak zacz  rozmow  na delikatny temat, aby mo liwie najskuteczniej skłoni  go 

do współpracy. 

Daniel Parker miał czterdzie ci lat. W ostatnich miesi cach wojny wst pił do 

marynarki i postanowił w niej pozosta . Podczas pokoju pi ł si  uparcie do góry, 

mimo  e awanse, sił  rzeczy, nast powały rzadko. Walczył na wodach Korei, a po 

zako czeniu konfliktu był ju  podoficerem z szansami na stopie  oficerski. Ale w 

1962 roku torpeda stoczyła mu si  na nog  i taki był koniec jego kariery w 

marynarce. Wyszedł z wojska pozbawiony stopy, z rent  inwalidzk  i bez pracy. 

Brakiem zaj cia si  nie martwił, wiedz c,  e ma talent w r kach. Od 1963 roku 

pracował jako mechanik samochodowy i War-ren był zdania,  e jego pracodawca 

ma piekielne szcz cie. 

Pani Parker spojrzała na zegarek i zawołała: 

- Och, spó ni  si . Musi mi pan wybaczy , doktorze. 

- Oczywi cie, pani Parker - odparł Warren wstaj c. 

- Id , złotko -powiedział Parker. -Pozbieram ze stołu i porozmawiamy sobie 

spokojnie z doktorem. - Kiedy  ona wyszła, Parker wyci gn ł p kat  fajk  i 

zacz ł j  napełnia . -Wspomniał pan,  e ma do mnie jaki  interes, doktorze - 

spojrzał na niego z zaciekawieniem, a potem si  u miechn ł. - Mo e potrzebny 

panu nowy wóz? 

- Nie - odparł Warren. - Jak tam w warsztacie, Dan? Parker wzruszył 

ramionami. 

- Jak zwykle. Czasem robi si  troch  nudno, ale teraz mam ciekawe zaj cie 

przy mini-cooperze. - U miechn ł si    wolna. - Najcz ciej wybawiam z kłopotów 

background image

 

29 

damy. Którego  dnia przyszła taka jedna i powiedziała,  e samochód za du o pali. 

Sprawdziłem, wszystko było w porz dku, wi c go jej oddałem. Ale niedługo 

potem wróciła z t  sam  spraw . - Zapalił zapałk . - Znowu niczego nie 

stwierdziłem, wi c mówi  do niej: „Panno Hampton, przejad  si  z pani  jeszcze 

raz na prób ". No i ruszamy. A ona wyci ga ssanie,  eby powiesi  sobie torebk . 

Była przekonana,  e wła nie do tego słu y. - Pokr cił głow  zdegustowany. 

Warren za miał si . 

- Marynarka to ju  odległa przeszło , Dan. 

- Tak, to prawda - odparł Parker troch  sm tnie. - Wie pan, ci gle mi tego 

brak. Ale có  mo na poradzi ? - bezwiednie potarł okaleczon  nog . - Mo e tak 

jest lepiej dla Sally i dzieciaków, chocia  nigdy nie miała nie przeciwko temu,  e 

nie było mnie w domu. 

- Czego najbardziej panu brak, Dan? Parker z namysłem pykał z fajki. 

- Trudno powiedzie . Chyba okazji do obsługiwania dobrego sprz tu. Przy 

tym łataniu fabrycznych wozów człowiek si  nie rozwija. Dlatego lubi  dostawa  

co  nowego, jak ten mini-cooper, nad którym teraz pracuj . Kiedy sko cz , sam 

Issigonis by go nie rozpoznał. 

- Przypu my,  e miałby pan okazj  zaj  si  znowu czym  z dziedziny 

marynarki - zacz ł ostro nie Warren. - Podj łby si  pan tego? 

Parker wyj ł fajk  z ust. 

- Do czego pan zmierza, doktorze? 

- Potrzebuje kogo , kto zna si  na torpedach - powiedział Warren prosto z 

mostu. 

Parker zmru ył oczy. 

- Chyba znam si  na nich lepiej ni  ktokolwiek, ale nie pojmuj ... - przerwał w 

pół zdania i patrzył na Warrena zaskoczony. 

- Niech pan posłucha. Powiedzmy,  e chce przemyci  do kraju, który graniczy 

z morzem co  stosunkowo lekkiego i maj cego du  warto . Czy mo na to zrobi  

za pomoc  torpedy? 

Parker podrapał si  po głowie. 

- Nigdy nie wpadłem na ten pomysł - powiedział, szeroko si  u miechaj c. - 

Ale to cholernie dobra my l. Co chce pan szmuglo-wa ? Szwajcarskie zegarki? 

- A co by pan powiedział na heroin ? - zapytał cicho Warren. 

Parker zesztywniał i wpatrywał si  w Warrena tak, jakby temu wyrosły nagle 

rogi i ogon. Fajka wypadła mu z r ki, ale nie zwracał na ni  uwagi. 

- Mówi pan powa nie? - zapytał. - Nigdy bym w to nie uwierzył. 

- Wszystko w porz dku, Dan - odparł Warren. - Mówi  powa nie, ale w 

innym sensie ni  pan s dzi. Tylko czy dałoby si  to zrobi ? Dopiero po dłu szej 

chwili Parker si gn ł po fajk . 

- Jak najbardziej - powiedział. - Starego typu torpeda Mark XI miała w 

głowicy ładunek o wadze ponad siedmiuset funtów. Mo na by tam wpakowa  

cholernie du o heroiny. 

- A co z zasi giem? 

- Maksymalnie pi  i pół tysi ca jardów, gdyby wcze niej rozgrza  baterie - 

odparł Parker bez namysłu. 

background image

 

30 

- Cholera! - Warren był zawiedziony. - To za mało. Wspomniał pan o 

bateriach. To torpeda z elektrycznym nap dem? 

- Tak. Idealna do przemytu. No wie pan, nie pozostawia za sob  p cherzyków 

powietrza. 

- Ale ma zdecydowanie za mały zasi g - odparł Warren zniech cony. - A to był 

taki dobry pomysł... 

- W czym problem? - zapytał Parker, zapalaj c zapałk . 

- My lałem o tym,  eby wystrzeli  torped  na brzeg ze statku płyn cego poza 

wodami terytorialnymi Stanów Zjednoczonych. To jakie  dwana cie mil - ponad 

dwadzie cia jeden tysi cy jardów. 

- Du a odległo  - stwierdził Parker, pykaj c z fajki. Nie paliła si , musiał 

wi c u y  nast pnej zapałki i dopiero po jakim  czasie tyto  roz arzył si  jak 

nale y. - Ale mo e dałoby si  co  zrobi . 

Warren na nowo odzyskał nadziej  i spojrzał na niego z uwag . 

- Naprawd ? 

- Torped  typu Mark XI skonstruowano w 1944 roku, a od tamtego czasu 

wiele si  zmieniło - powiedział Parker zamy lony, po czym podniósł wzrok. - A w 

ogóle sk d by j  pan wzi ł? 

- Jeszcze si  nad tym nie zastanawiałem - odparł Warren. - Ale nie powinno 

by  problemu. W Szwajcarii mieszka pewien Amerykanin, który ma 

wystarczaj ce zapasy broni,  eby uzbroi  cał  brytyjsk  armi . Powinien mie  te  

torpedy. 

- A wi c b dzie to typ Mark XI - odpal Parker. - Albo ich niemiecki 

odpowiednik. W tpi ,  eby co  nowocze niejszego trafiło ju  na wolny rynek. - 

ci gn ł wargi. - To ciekawa sprawa. Widzi pan, torpeda typu Mark XI ma 

baterie ołowiowo-kwasowe. Pi dziesi t dwie sztuki. Ale od wojny sporo si  

zmieniło i teraz mo na ju  dosta  co  lepszego. Wyrzuciłbym te stare baterie i 

zast pił je rt ciowymi, o du ej mocy. - Popatrzył w sufit rozmarzonym wzrokiem. 

- Trzeba by zaprojektowa  od nowa wszystkie obwody i cholernie du o by to 

kosztowało, ale my l ,  e bym sobie poradził. 

Pochylił si  do przodu, postukał fajk  o kominek,  eby opró ni  j  z popiołu, 

po czym wbił w Warrena stanowcze spojrzenie. 

- Tyle,  e nie ma mowy o przemycaniu narkotyków. 

- W porz dku, Dan. Nie zmieniłem pogl dów. - Warren potarł dłoni  

podbródek. - Chc  panu zaproponowa  wspóln  robot . Zarobi pan dwa razy 

tyle, co w warsztacie, a na koniec b dzie du a premia. Gdyby potem nie chciał 

pan do warsztatu wraca , ma pan zagwarantowan  stał  prac  na jak długo pan 

zechce. 

Parker wydmuchał dług  smug  dymu. 

- Co  mi tu nieładnie pachnie, doktorze. Wygl da to na nielegaln  robot . 

- Nie jest nielegalna - odparł po piesznie Warren. - Ale mo e by  

niebezpieczna. 

Parker zastanawiał si . 

- Ile by to potrwało? 

- Nie wiem. Mo e trzy miesi ce, mo e pół roku. Poza tym nie chodzi o Angli . 

Pojechałby pan na Bliski Wschód. - I mo e by  niebezpiecznie. 

background image

 

31 

- W jakim sensie? 

Warren zdecydował si  postawi  spraw  uczciwie: 

- No có , je eli zrobi pan niewła ciwy krok, mog  pana zastrzeli . Parker 

poło ył fajk  na kominku. 

- Czy aby nie za du o pan  da? Mam  on  i troje dzieci, a pan przychodzi tu 

z dziwaczn  ofert , która  mierdzi na odległo  i dowiaduj  si  w dodatku,  e 

mog  mnie zastrzeli . Dlaczego wła ciwie zwraca si  pan do mnie? 

- Potrzebuj  specjalisty od torped, a nie znam  adnego oprócz pana. - Na 

ustach Warrena pojawił si  ledwie widoczny u miech. -W pa skiej bran y nie roi 

si  od fachowców. 

Parker skin ł głow  potakuj co. 

- To fakt. Nie chc  si  chwali , ale nie znam innego człowieka, który zrobiłby 

to, czego pan oczekuje. Trzeba by si  przy tym nie le nagimnastykowa , co? 

Pchn  to stare cygaro na odległo  ponad dwudziestu tysi cy jardów - no, no! 

Warren wstrzymał oddech, obserwuj c, jak Parker walczy z pokus , a potem 

westchn ł, gdy ten pokr cił głow , mówi c: 

- Nie, nie mógłbym tego zrobi . Co by powiedziała Sally? 

- Wiem,  e to niebezpieczna robota, Dan. 

- Nie tym si  martwi . Nie chodzi o mnie. Mogłem zgin  w Korei. Problem w 

tym,  e... No có , nie mam wysokiego ubezpieczenia, a co ona pocznie z trójk  

dzieciaków, gdyby co  mi si  stało? 

- Powiem panu tylko tyle, Dan - odparł Warren. - Nie przypuszczam,  eby 

doszło do najgorszego, ale gdyby tak si  zdarzyło, dopilnuj ,  eby Sally dostała 

do ywotni  rent  równ  pa skim obecnym zarobkom. Bez  adnych warunków - i 

mog  to panu da  na pi mie. 

- Widz ,  e szasta pan pieni dzmi. A mo e nie s  pa skie? - spytał rzeczowo 

Parker. 

- Niewa ne, sk d pochodz . Chodzi o słuszn  spraw . Parker westchn ł. 

- Na tyle mog  panu zaufa . Wiem,  e nigdy nie stan łby pan po niewła ciwej 

stronie. Kiedy ma si  zacz  ta heca? 

- Nie wiem - odparł Warren. - Mo e w ogóle si  nie zacznie. Jeszcze si  nie 

zdecydowałem. Ale je eli wystartujemy, to w przyszłym miesi cu. 

Parker gryzł cybuch fajki, najwyra niej nie zdaj c sobie sprawy,  e dawno 

zgasła. Wreszcie spojrzał na Warrena z błyskiem w oczach. 

- Dobrze, zgadzam si . Sally zrobi mi pewnie piekieln  awantur . - 

U miechn ł si  szeroko. - Najlepiej nic jej nie mówi , doktorze. Wymy l  jak  

bajeczk . - Podrapał si  w głow . - Musz  spotka  si  z kumplami z marynarki i 

zdoby  instrukcj  do torpedy Mark XI Gdzie  si  jaka  musiała uchowa . B dzie 

mi potrzebna,  eby przerobi  obwody. 

- Prosz  si  tym zaj . Mo e lepiej panu powiem o co chodzi - powiedział 

Warren. 

- Nie ! - zaprotestował Parker. - Mam ju  ogólne poj cie. Je eli to ma by  

niebezpieczne, im mniej wiem, tym lepiej dla pana. Kiedy nadejdzie pora, powie 

mi pan, co robi , a ja to zrobi  - o ile b d  umiał. 

- Czy mo e si  nie uda ? - zapytał Warren bez ogródek. 

background image

 

32 

- Mo e. Ale je eli dostan  wszystko, o co poprosz , chyba da si  to zrobi . 

Mark XI to  wietny sprz t. Nietrudno z jego pomoc  zrobi  co  niewykonalnego. 

- U miechn ł si  szczerze. - Co pana do tego skłoniło? Ma pan do  leczenia 

kolejnych narkomanów? 

- Co  w tym rodzaju - skwitował pytanie Warren. 

Opuszczaj c Parkera, który z zadowoleniem mruczał co  do siebie na temat 

baterii i obwodów, ostrzegł go,  e rozmowa jest na razie niezobowi zuj ca, A 

jednak, podkre laj c z naciskiem wst pny charakter wszelkich uzgodnie , 

wiedział,  e anga uje si  w spraw  coraz bardziej. 

 

Warren zatelefonował do Andrew Toziera. 

- Mog  liczy  dzi  wieczorem na twoje wsparcie, Andy? 

- Jasne, doktorku. Moralne czy fizyczne? 

- Mo liwe,  e jedno i drugie. Zobaczymy si  w Howard Club. Wiesz, gdzie to 

jest? 

- Wiem - odparł Tozier. - Mógłby  wybra  lepsze miejsce, je eli chcesz traci  

pieni dze, doktorku. To pierwszej wody szulernia. 

- Uprawiam hazard, Andy - stwierdził Warren. - Ale nie chodzi o pieni dze. 

Trzymaj si  z boku, dobrze? Poprosz  ci , gdyby  był potrzebny. Zjawi  si  tam o 

dziesi tej. 

- Rozumiem. Potrzebujesz ubezpieczenia. 

- Wła nie - przytakn ł Warren i odło ył słuchawk . 

 

Howard Club mie cił si  w Kensington, ukryty dyskretnie w jednym ze 

starych wiktoria skich domów w szeregowej zabudowie. W odró nieniu od 

klubów w Soho, nie było tam błyskaj cych neonów, które reklamowałyby gr  w 

oko i ruletk , gdy  lokal nie nale ał do tanich. W Howard Club nie kupowało si  

etonów za pół korony. 

Tu  po dziesi tej Warren przeszedł przez sal  gry w kierunku baru. Miał 

pełn   wiadomo ,  e jego wizyta wzbudziła zainteresowanie personelu. Kiedy si  

pojawił, portier podniósł słuchawk  wewn trznego telefonu i wiadomo  dotarła 

szybko do jego zwierzchników. Warren przygl dał si  przez chwil  ruletce i 

pomy lał drwi co: „Gdybym był Jamesem Bondem, rozbiłbym bank". 

Przy barze zamówił szkock , a kiedy barman postawił j  przed nim, usłyszał 

beznami tny głos, mówi cy z ameryka skim akcentem: 

- To b dzie na koszt firmy, doktorze Warren. Odwróciwszy si , ujrzał za sob  

Johna Folleta, szefa klubu. 

- Co pan porabia tak daleko na Zachodzie? - zapytał Follet. -Je eli szuka pan 

której  ze swoich zagubionych owieczek - to tu jej pan nie znajdzie. Nie 

przepadamy za nimi. 

Warren zrozumiał bardzo dobrze,  e to ostrze enie. Zdarzało si  ju ,  e 

niektórzy z jego pacjentów próbowali dorobi  si  szybko fortuny,  eby móc 

zaspokaja  narkotyczny głód. Nie udawało im si  to, oczywi cie, a kiedy tracili 

panowanie nad sob , wszystko ko czyło si  awantur . Zarz d Howard Club nie 

lubił awantur - psuły atmosfer  szacownego lokalu - poradzono wi c Warrenowi, 

eby pilnował swoich chłopców 

background image

 

33 

U miechn ł si  do Folleta. 

- Tylko si  rozgl dam, Johnny. - Wzi ł do r ki szklank . - Napijesz si  ze 

mn ? 

Follet skin ł na barmana i stwierdził: 

- W ka dym razie, milo pana widzie . 

„Wkrótce zmieni zdanie" - pomy lał Warren, gło no za  powiedział: 

- Mówisz o pacjentach, Johnny. To chorzy ludzie. Nie rz dz  nimi. Nie jestem 

przywódc  ani nikim w tym rodzaju. 

- Mo liwe - odparł Follet. - Ale kiedy ci pana narwa cy dostaj  pary, mog  

narobi  niewiarygodnie wiele szkód. A tylko pan potrafi utrzyma  ich w ryzach. 

- Rozgłosiłem wsz dzie,  e nie s  tu mile widziani - odparł War-ren. - I to 

wszystko, co mog  zrobi . 

Follet odpowiedział lekkim skinieniem głowy. 

- Rozumiem, doktorze. To mi w zupełno ci wystarczy. Warren rozejrzał si  po 

sali i zobaczył,  e Andrew Tozier stoi przy najbli szym stoliku do gry w oko. 

- Nie le si  wam powodzi - powiedział zdawkowo. Follet prychn ł 

pogardliwie. 

- W tym zwariowanym kraju nikomu nie mo e si  dobrze powodzi . Musimy 

gra  w ruletk  bez zera, a to jest nie do przyj cia.  aden klub nie mo e 

funkcjonowa  nie maj c forów. 

- No, nie wiem - stwierdził Warren. - Klient i klub maj  równe szans , wi c 

jest to uczciwe. Poza tym macie dochód ze składek członkowskich, z baru i 

restauracji. 

- Czy pan oszalał? - naskoczył na niego Follet. - To nie działa w ten sposób. W 

ka dej grze, która stwarza równe szans , bogaty szcz ciarz zawsze bije na głow  

szcz ciarza bez forsy. Stwierdził to ju  w 1713 roku Bernoulli. To tak zwany 

paradoks z Sankt Petersburga. - Wskazał r k  na stół z ruletk . - To koło 

przynosi pi dziesi t tysi cy funtów. A na ile wycenia pan naszych klientów? 

Jeste my zmuszeni gra , przy równych szansach, przeciwko wszystkim. Mo na 

wiec uzna ,  e nasz przeciwnik dysponuje nieograniczonymi funduszami. Na 

dłu sz  met  dostajemy w ko  i to nie le. 

- Nie wiedziałem,  e tak dobrze znasz si  na matematyce - zauwa ył Warren. 

- Je eli kto  w tej bran y si  na niej nie zna, szybko bankrutuje -odparł Follet. 

- I najwy sza pora,  eby w waszym brytyjskim prawodawstwie zatrudniono, paru 

matematyków. - Rzucił Warrenowi gniewne spojrzenie. - To nie wszystko. 

We my gr  w oko. Kiedy  była zakazana, bo nazywano j  „gra przypadku". 

Teraz, kiedy takie gry zalegalizowano, znów chc  jej zabroni , poniewa  dobry 

gracz ma w niej mo liwo  pokona  złego. Sami nie wiedz , czego chc , do 

cholery. 

- Czy dobry gracz mo e wygra  w oko? - zainteresował si  War-ren. Follet 

przytakn ł. 

- Wymaga to fenomenalnej pami ci i  elaznych nerwów, ale jest mo liwe. 

Szcz cie dla klubu,  e niełatwo o takich facetów. Przy grze w oko mo emy 

ryzykowa , ale w ruletce musimy mie  przewag . - 

Wpatrywał si  sm tnie w dno szklanki. - A nie widz  na to wi kszej szansy, 

przynajmniej przy aktualnych przepisach. 

background image

 

34 

- Wsz dzie jest ci ko - stwierdził Warren, nie okazuj c współczucia. - Mo e 

powiniene  wróci  do Stanów. 

- Nie, jeszcze troch  si  tu pokr c . - Follet opró nił szklank . 

- Nie odchod  - zatrzymał go Warren. - Nie przyszedłem bez powodu. 

Chciałem z tob  pogada . 

- Je eli chodzi o datek dla pa skiej kliniki, ju  figuruj  w ksi gach. Warren 

u miechn ł si . 

- Tym razem chc  tobie da  pieni dze. 

- Tego warto posłucha  - zainteresował si  Follet. - Niech pan mówi dalej. 

- Planuj  zorganizowa  mała ekspedycj  - wyja nił Warren. -Zapłata nie jest 

wysoka - powiedzmy dwie cie pi dziesi t miesi cznie, przez pół roku. Ale je eli 

wszystko dobrze pójdzie, na koniec b dzie premia. 

- Dwie cie pi dziesi t miesi cznie! - Follet roze miał si . -Niech si  pan 

rozejrzy i zobaczy, ile zarabiam. Prosz  wymy li  co  lepszego, doktorze. 

- Nie zapominaj o premii - powiedział ze spokojem Warren. 

- No dobrze. Ile wynosi premia? - zapytał Follet, u miechaj c si . 

- To pozostaje do uzgodnienia, ale powiedzmy,  e tysi c. 

- Umr  ze  miechu, panie Warren, naprawd . Niesamowite, z jak  powag  na 

twarzy opowiada pan dowcipy. - Zacz ł zbiera  si  do odej cia. - Do zobaczenia, 

doktorze. 

- Zosta , Johnny. Jestem przekonany,  e si  do mnie przył czysz. Widzisz, 

wiem, co przydarzyło si  przed paroma miesi cami owemu Argenty czykowi - i 

wiem, jak do tego doszło. Obrobili cie go na ponad dwie cie tysi cy funtów, 

prawda? 

Follet stan ł jak wryty i odwróciwszy głow , powiedział przez rami : 

- A sk d pan o tym wie? 

- Takie opowiastki si  rozchodz . Ty i Kostas byli cie bardzo sprytni. 

Follet wrócił do Warrena i rzekł powa nie: 

- Doktorze Warren, na pa skim miejscu byłbym bardzo ostro ny z 

wypowiadaniem takich opinii - zwłaszcza na temat argenty skich milionerów. 

Mo e si  panu co  przytrafi . 

- Nie w tpi  - zgodził si  Warren. - Tobie te  mo e si  co  przytrafi , Johnny. 

Gdyby Argenty czyk dowiedział si , na przykład, jak go urz dzono, zrobiłby si  

smród, prawda? Z pewno ci  poszedłby na policj . Co innego przegra , a co 

innego zosta  oszukanym, wi c poszedłby na policj . - Poklepał Folleta po torsie. - 

A policja zjawiłaby si  u ciebie, Johnny. W najlepszym razie zostałby  

deportowany. Wsadziliby ci  na statek do Stanów. A mo e to nie byłoby 

najlepsze? Jak słysz , Johnny Follet woli trzyma  si  teraz z daleka od Ameryki. 

Chodzi o jakich  ludzi, którzy maj  dobr  pami . 

- Cholernie du o pan słyszy - odezwał si  chłodno Follet. 

- Bywam w wielu miejscach - stwierdził Warren, u miechaj c si  skromnie. 

- Na to wygl da. Nie b dzie pan chyba próbował tego wykorzysta , prawda? 

- Mo na to tak okre li . Follet westchn ł. 

- Panie Warren, wie pan, jak to jest. Mam w tym lokalu pi tna cie procent 

udziału. Nie jestem szefem. To Kostas tak urz dził tego Argenty czyka. Pewnie, 

background image

 

35 

e wszystko widziałem, ale nie ja wymy liłem ten numer. Nie maczałem w tym 

palców i nie miałem z tego  adnych korzy ci. Wszystko załatwiał Kostas. 

- Wiem - stwierdził Warren. - Jeste  czysty jak  nieg. Ale to nie b dzie miało 

wi kszego znaczenia, kiedy wsadz  ci  do VC-10 i odstawi  do Stanów. - Zamilkł, 

a potem dodał zamy lony: - Mo e dałoby si  nawet zorganizowa  komitet 

powitalny na lotnisku Kennedy'ego. 

- Wcale mi si  to nie podoba - powiedział zdenerwowany Follet. - A gdybym 

tak powiedział Kostasowi,  e ma pan za długi j zyk - jak pan my li, co by si  z 

panem stało? Nigdy nic do pana nie miałem i nie rozumiem, dlaczego pan to robi. 

Radz  by  ostro nym. 

Kiedy si  odwracał, Warren powiedział: 

- Przykro mi, Johnny. Co  mi si  zdaje,  e przed ko cem miesi ca wrócisz do 

Stanów. 

- Dosy  tego - odparował z w ciekło ci  Follet. - Kostasowi nie warto wchodzi  

w drog . Niech si  pan ma na baczno ci, Warren. -Strzelił palcami. Podpieraj cy 

cian  m czyzna stał si  nagle czujny i podszedł do baru. - Doktor Warren 

wła nie wychodzi - oznajmił Follet. 

Warren spojrzał w kierunku Andy'ego Toziera i uniósł w gór  palec. Tozier 

podszedł powoli i odezwał si  grzecznie: 

- Dobry wieczór wszystkim. 

- Johnny Follet chce mnie st d wyrzuci  - powiedział Warren. 

- Naprawd ? - spytał Tozier z zainteresowaniem. - A jak zamierza to zrobi ? 

Pytam zreszt  z czystej ciekawo ci. 

- Co to za facet, do cholery? - warkn ł Follet. 

- Och, jestem przyjacielem doktora Warrena - odparł Tozier. -Ładny ma pan 

lokal, panie Follet. To byłoby ciekawe zadanie. 

- O czym pan mówi? Jakie zadanie? 

- Och, mo na by sprawdzi , jak szybko da si  rozebra  ten lokal na kawałki. 

Znam paru krzepkich sier antów, którzy w pół godziny by si  z tym uporali. 

Jedyny problem,  e miałby pan potem cholernie du o roboty ze zło eniem 

wszystkiego do kupy. - Jego głos nabrał ostrego tonu. - Niech pan posłucha mojej 

rady. Je eli doktor Warren chce z panem porozmawia , prosz  poło y  po sobie 

swoje kosmate uszy i słucha . 

Follet nabrał gł boko powietrza i wyd ł policzki. 

- W porz dku, Steve. Sam to załatwi  - powiedział do stoj cego obok 

m czyzny. - Ale trzymaj si  w pobli u. Mo esz mi by  pilnie potrzebny. - 

M czyzna skin ł głow  i wrócił na swoje miejsce pod  cian . 

- Napijmy si  wspólnie czego  na uspokojenie - zaproponował Tozier. 

- Nic z tego nie rozumiem - zaprotestował Follet. - Dlaczego pan si  mnie 

czepia, Warren? Niczego panu nie zrobiłem. 

- I niczego nie zrobisz - zauwa ył Warren. - A zwłaszcza nie powiesz o niczym 

Kostasowi, bo gdyby co  mi si  stało, wszelkie informacje, które posiadam, dotr  

bezpo rednio tam, gdzie oka  si  najbardziej przydatne. 

- Nie wiem, o co tu chodzi - wtr cił Tozier - ale je eli doktorowi Warrenowi 

co  si  przytrafi, niejaki Johnny Follet b dzie  ałował,  e w ogóle si  urodził, bez 

wzgl du na to, co w ogóle si  z nim stanie. 

background image

 

36 

- Dlaczego si  na mnie uwzi li cie, do diabła? - zapytał z rozpacz  Follet. 

- Nie wiem - odparł Tozier. - Dlaczego si  na niego uwzi li my, doktorku? 

- Chodzi tylko o to,  eby  zrobił sobie urlop, Johnny - wyja nił Warren. - 

Pojedziesz ze mn  na Bliski Wschód, pomo esz przy pewnej robocie, a potem 

wrócisz tutaj. I wszystko b dzie po staremu. Osobi cie nie obchodzi mnie, na ile 

forsy naci gasz argenty skich milionerów. Chc  tylko mie  wykonan  robot . 

- Ale dlaczego wybrał pan wła nie mnie? - dopytywał si  Follet. 

- Wcale ci  nie wybierałem - odparł Warren zm czonym głosem. - Po prostu 

nie mam nikogo innego, do cholery! Wpadłem na pomysł,  e przydałby mi si  

facet z takimi zdolno ciami jak twoje, wi c na ciebie wypadło. I nie masz za wiele 

do powiedzenia. Nie odwa yłby  si  zaryzykowa ,  e wy l  ci  z powrotem do 

Stanów. Jeste  hazardzi-st , ale nie a  do tego stopnia. 

- Dobra, wi c wrobili cie mnie - stwierdził Follet z przek sem. -Co to za 

interes? 

- Załatwiam to ha zasadzie „dowiesz si  w swoim czasie". Nie musisz niczego 

wiedzie , musisz tylko działa  - a ja ci powiem kiedy. 

- Zaraz, jedn  chwileczk , do cholery... 

- Tak to funkcjonuje - doko czył beznami tnie Warren. Follet pokr cił głow  

z niedowierzaniem. 

- Njgdy w  yciu nie przytrafiło mi si  nic równie idiotycznego. 

- Je li ci  to pocieszy, bracie Jonatanie, ja tak e nie mam poj cia, o co chodzi - 

stwierdził Tozier, przygl daj c si  Warrenowi z namysłem. - Ale nasz doktorek 

wczuł si  najwyra niej w rol  szefa, wi c przypuszczam,  e nim jest. 

- No to wydam ci rozkaz. - W u miechu Warrena wida  było zm czenie. - 

Przesta , na miło  bosk , nazywa  mnie „doktorkiem". W - przyszło ci to mo e 

by  wa ne. 

- W porz dku, szefie - odparł Tozier, zachowuj c twarz pokerzysty. 

 

Warren nie musiał szuka  Mike'a Abbota, poniewa  Mike Abbot sam si  u 

niego zjawił. Wychodz c z gabinetu po szczególnie pracowitym dniu spotkał go 

pod drzwiami. 

- Ma pan mi co  do powiedzenia, doktorze? - zapytał. 

- Nic szczególnego - odparł Warren. - A co ci  interesuje? 

- Jak zwykle - brudny  wiat narkotyków. - Abbot szedł obok Warrena, 

dotrzymuj c mu kroku. - Na przykład, co z t  córk  Hellie-ra? 

- Czyj ? - spytał oboj tnie Warren. 

- Sir Roberta Helliera, magnata przemysłu filmowego. I niech pan nie próbuje 

udawa  pokerzysty. Wie pan, o kim mówi . Ze  ledztwa wynikn ło cholernie 

niewiele. Stary zamkn ł wszystkim usta. Zadziwiaj ce, jak wiele mo na załatwi , 

maj c par  milionów funciaków. To był wypadek czy samobójstwo - a mo e kto  

j  do tego nakłonił? 

- Dlaczego mnie pytasz? - odparł Warren. - Sensacje to twoja specjalno . 

Abbot szeroko si  u miechn ł. 

- Wiem tylko to, o czym pisz  do gazet. Ale musz  sk d  zdobywa  

informacje. Sk d  albo od kogo . Tym razem tym kim  jest pan. 

- Przykro mi, Mike. Nie mam nic do powiedzenia. 

background image

 

37 

- No có , przynajmniej spróbowałem - stwierdził filozoficznie Abbot. - 

Dlaczego omijamy ten pub? Wejd my, postawi  panu drinka. 

- W porz dku - zgodził si  Warren. - Nie odmówi . Miałem ci ki dzie . 

Otworzywszy drzwi, Abbot powiedział: 

- S dz c z tego, ile pan ostatnio pije, ma pan same ci kie dni. -Kiedy dotarli 

do baru, zapytał: - Co dla pana? 

- Szkock  - odparł Warren. - Co, u diabła, miała znaczy  ta uwaga? 

- Nic złego - odrzekł Abbot, podnosz c w gór  r ce, jakby si  poddawał. - To 

jeden z moich kiepskich dowcipów. Po prostu widziałem ze dwa razy, jak pan 

zdrowo tankował. W pubie w Soho, a kilka dni pó niej w Howard Club. 

-  ledziłe  mnie? - dopytywał si  Warren. 

- Na Boga, nie! - zaprotestował Abbot. - To był przypadek. -Zamówił co  do 

picia. - W ka dym razie obraca si  pan w trunkowym towarzystwie. Zadaj  sobie 

pytanie: co ł czy lekarza z zawodowym szulerem i najemnym  ołnierzem? I wie 

pan co? Nie znajduj  odpowiedzi. 

- Którego  pi knego dnia kto  ci obetnie ten przydługi nos - ostrzegł Warren, 

rozcie czaj c whisky wod . 

- Lepsze to ni  utrata twarzy - stwierdził Abbot. - Zarabiam na swoj  opinie, 

zadaj c wła ciwe pytania. Na przykład, o co ogromnie szanowany doktor Warren 

pokłócił si  z Johnny'm Folletem? Wie pan, to si  rzucało w oczy. 

- Sam rozumiesz, jak to jest - odparł Warren znu onym głosem. - Niektórzy z 

moich pacjentów wszczynali burdy w Howard Club. Johnny'emu si  to nie 

podobało. 

- I musiał pan korzysta  z prywatnej obstawy,  eby pana ubezpieczała? - 

zastanawiał si  Abbot. - Prosz  wymy li  inn  bajeczk . -Barman patrzył na 

niego wyczekuj co, zapłacił mu wi c, po czym dodał odwróciwszy si  do 

Warrena: 

- W porz dku, doktorze. Wypijmy jeszcze po jednym. To na rachunek firmy. 

- Widz  - skwitował oschle Warren. Wci  jeszcze nie był zdecydowany, czy 

przyj  propozycj  Helliera. Poczynił zaledwie wst pne przygotowania i to 

jedynie po to,  eby si  upewni , czy w razie potrzeby zdoła skompletowa  

potrzebny zespół ludzi. Mike Abbot był jednym z potencjalnych kandydatów - 

miało to zale e  od decyzji Warrena - ale wszystko wskazywało,  e tak czy inaczej 

sam wprasza si  do udziału w przedsi wzi ciu. 

- Wiem,  e dziennikarzowi nie zadaje si  takich idiotycznych pyta  - zacz ł. - 

Ale na ile potrafisz dochowa  tajemnicy? Abbot uniósł brew. 

- W niewielkim stopniu. Na pewno nie na tyle, by pozwoli  komu  odebra  

sobie temat. Wie pan, jakimi prawami rz dzi si  Fleet Street. 

Warren skin ł głow . 

- Ale na ile jeste  niezale ny? Chodzi o to, czy musisz składa  komu  ze swojej 

gazety sprawozdania na temat uzyskanych informacji? Na przykład naczelnemu? 

- Zazwyczaj tak - potwierdził Abbot. - W ko cu to on mi płaci. -B d c 

specjalist  od przeprowadzania wywiadów, czekał, by Warren kontynuował. Ale 

Warren nie wł czył si  do gry. Powiedział tylko „Szkoda" i zamilkł. 

- No nie! - podj ł rozmow  Abbot. - Nie mo e pan tak po prostu tego zostawi . 

O co chodzi? 

background image

 

38 

- Chciałbym,  eby  mi pomógł - ale pod warunkiem,  e nie b dzie o tym 

gło no w redakcji. Wiesz, w jakim plotkarskim  wiatku si  obracasz. Powiem ci, o 

jak  stawk  idzie gra, ale nikt inny nie mo e si  tego dowiedzie  - w przeciwnym 

razie le ymy. 

- Nie s dz ,  eby mój naczelny to kupił - zauwa ył Abbot. - To przypomina za 

bardzo owego faceta z firmy South Sea, który sprzedawał udziały spółki: „Byle 

tylko nikt nie wiedział, co to za akcje". Domy lam si ,  e chodzi o narkotyki? 

- Wła nie - potwierdził Warren. - Trzeba b dzie pojecha  na Bliski Wschód. 

Abbot rozpromienił si . 

- Brzmi interesuj co. - Zab bnił palcami o bar. - Czy to jaka  grubsza 

sprawa? 

- Owszem. Mo e nawet bardzo. 

- I dostan  wył czno ? 

- Tak - odparł Warren. - Wszelkie prawa. 

- Ile czasu to potrwa? 

- Tego nie wiem. - Warren popatrzył mu w oczy. - Nie wiem nawet, czy w 

ogóle si  zacznie. Jest wiele niewiadomych. Powiedzmy,  e trzy miesi ce. 

- Cholernie długo - skwitował Abbot i przez chwil  był pogr ony w my lach. 

- Wkrótce mam urlop - stwierdził w ko cu. - Mógłbym pogada  z naczelnym i 

powiedzie  mu,  e chc  w wolnym czasie popracowa  troch  na własny rachunek. 

Je eli b dzie warto, zostan  przy tej robocie, kiedy sko czy mi si  urlop. Mo e si  

zgodzi. 

- Nie wymieniaj mojego nazwiska - ostrzegł Warren. 

- Jasne. - Abbot opró nił szklank . - Tak, my l ,  e si  zgodzi. Wiadomo ,  e 

chc  pracowa  w czasie urlopu b dzie dostatecznie szokuj ca. - Odło ył szklank  

na kontuar. - Ale najpierw musi pan przekona  mnie. 

Warren zamówił jeszcze dwa drinki. 

- Usi d my przy stoliku, a opowiem ci wystarczaj co du o, by  nabrał 

apetytu. 

 

Lokal mie cił si  przy Dean Street, a staranny, złocony napis głosił: 

O RODEK TERAPEUTYCZNY W SOHO. Poza tym nic nie wskazywało, do 

czego słu ył. Wygl dał jak wszystkie inne lokale przy Dean Street, z t  tylko 

ró nic ,  e okna miał zamalowane zielon  farb , o przyjemnym odcieniu, nie 

mo na wi c było zajrze  do  rodka. 

Warren otworzył drzwi i nie zobaczywszy nikogo, przeszedł do pokoju na 

zapleczu, w którym urz dzono biuro. Przy biurku siedział rozgor czkowany, 

młody człowiek, przetrz saj c szuflady, wyci gaj c wszystko i wykładaj c na 

wierzch stert  papierów. Na widok Warrena powiedział: 

- Gdzie si  podziewałe , Nick? Próbowałem ci  złapa . Warren lustrował 

biurko. 

- W czym problem, Ben? 

- Nigdy by  mi nie uwierzył na słowo - odparł Ben Bryan, grzebi c w 

papierach. - B d  musiał ci to pokaza . Gdzie to si  podziało, do diabła? 

Warren zmiótł z krzesła stert  ksi ek i usiadł. 

- Tylko spokojnie - powiedział. - Co nagle, to po diable. 

background image

 

39 

- Spokojnie? Poczekaj, a  sam zobaczysz. Nie b dziesz taki spokojny jak 

teraz. - Bryan szperał dalej, rozrzucaj c papiery. 

- Mo e lepiej po prostu mi powiedz - zasugerował Warren. 

- No dobrze... nie, ju  mam. Czytaj! 

Warren rozło ył pojedyncz  kartk  papieru. Zapisana na niej informacja 

była zwi zła i brutalnie jednoznaczna. 

- Wyrzuc  ci ?! - Warren czuł, jak wzbiera w nim gniew. - Nas wyrzuc ? - 

Podniósł wzrok znad kartki. - Czy mo e tak po prostu wypowiedzie  nam 

dzier aw ? 

- Mo e - i zrobi to - odparł Bryan. - W umowie jest zapisana drobnym 

drukiem klauzula, której nasz adwokat nie zauwa ył, niech go szlag trafi. 

Warren w ciekły, jak jeszcze nigdy w  yciu, odezwał si  zdławionym głosem: 

- Gdzie  pod t  kup   mieci jest telefon - wydosta  go. 

- To nic nie da - odparł Bryan. - Ju  z nim rozmawiałem. Mówi,  e nie zdawał 

sobie sprawy,  e z tego miejsca b d  korzysta  narkomani. Twierdzi,  e inni 

najemcy si  skar . Uwa aj ,  e cierpi na tym ich reputacja. 

- Bo e Wszechmog cy! - rykn ł Warren. - Jeden ma nocny lokal ze strip-

teasem, a drugi sklep porno. Na co si  mog  uskar a , do cholery?! Co za 

mierdz ca hipokryzja! 

- Stracimy naszych chłopców, Nick. Je eli nie b d  mieli dok d przychodzi , 

utracimy ich wszystkich. 

Ben Bryan był psychologiem, specjalist  w dziedzinie narkomanii. Wspólnie z 

Warrenem i kilkoma studentami medycyny zało ył O rodek Terapeutyczny w 

Soho, aby w ten sposób dotrze  do narkomanów. Mogli oni porozmawia  tam z 

lud mi, którzy rozumieli ich problemy, a wielu dostawało skierowanie do kliniki 

Warrena. Mieli miejsce, - w którym mogli si  odpr y , nie włócz c si  po 

ulicach, higieniczne warunki do zrobienia zastrzyku przy u yciu wody desty-

lowanej i aseptycznych strzykawek. 

- Znowu pójd  na ulic  - stwierdził Bryan. - B d  si  szprycowa  w toaletach 

na Piccadilly, a gliniarze b d  si  za nimi ugania  po całym West Endzie. 

Warren skin ł potakuj co głow . 

- A potem nast pi kolejna epidemia zapalenia w troby. Dobry Bo e, tego 

najmniej by my sobie  yczyli. 

- Próbowałem znale  inne miejsce - tłumaczył Bryan. - Cały wczorajszy dzie  

sp dziłem przy telefonie. Nasze kłopoty nikogo nie obchodz . Wiadomo ci ju  si  

rozeszły i chyba jeste my na czarnej li cie. A wiesz,  e to musi by  w tym rejonie. 

Warren nagle si  przełamał. 

- I b dzie - rzekł zdecydowanie. - Ben, co by  powiedział na naprawd  dobry 

lokal tutaj, w Soho? W pełni wyposa ony, bez liczenia si  z kosztami, nawet z 

krz taj c  si  słu b ? 

- Zadowoliłbym si  tym, co mamy teraz - odparł Bryan. Warren czuł,  e 

ogarnia go podniecenie. 

- A ten twój pomysł, Ben,  eby zorganizowa  o rodek grupowej terapii na 

zasadach samorz dnej wspólnoty, takiej jak w Kalifornii? Co by  na to 

powiedział? 

background image

 

40 

- Odbiło ci? - zapytał Bryan. - Do tego potrzebny jest dom na wsi. Sk d 

wzi liby my pieni dze? 

- Dostaniemy je - stwierdził z przekonaniem Warren. - Wydob d  ten telefon. 

Podj ł decyzj  i pozbył si  wszelkich skrupułów. Zm czyło go borykanie si  z 

ludzk  głupot , której pojedynczym zaledwie przejawem były zastrze enia 

ograniczonego wła ciciela lokalu. Skoro mógł dopi  swego tylko jako James 

Bond w pigułce, przedzierzgnie si  w t  posta . 

Ale b dzie to kosztowało Helliera kup  forsy.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

41 

Rozdział 3

 

 

Kiedy Warren zdołał si  wreszcie przedrze  przez kordon sekretarek, z 

których ka da była wa niejsza i zgrabniejsza od poprzedniej, został 

wprowadzony do gabinetu Helliera przy Wardour Street. Trafił w ko cu do 

wi tego przybytku i Hellier przywitał go słowami: 

- Nie oczekiwałem wła ciwie pa skiej wizyty, doktorze. Przypuszczałem,  e 

b d  musiał pana szuka . Prosz  usi

. Warren natychmiast przeszedł do rzeczy. 

- Wspomniał pan o nieograniczonych funduszach, ale rozumiem,  e była to 

tylko metafora. Na ile s  nieograniczone? 

- Całkiem nie le mi si  powodzi - odparł Hellier z u miechem. -Ile panu 

potrzeba? 

- Dojdziemy do tego. Najpierw przedstawi  problem w ogólnym zarysie,  eby 

miał pan poj cie o jego rozmiarach. Kiedy to do pana dotrze, mo e si  okaza ,  e 

dysponuje pan zbyt skromnymi zasobami. 

- Zobaczymy - odparł Hellier, u miechaj c si  coraz szerzej. Warren poło ył 

teczk . 

- Nie mylił si  pan mówi c,  e posiadam specjalne informacje, ale ostrzegam, 

e nie jest tego wiele. Dwa nazwiska, jedno miejsce -reszta to tylko pogłoski. - 

U miechn ł si  cierpko. - To nie zasady etyczne powstrzymywały mnie od pój cia 

na policj , tylko najzwyklejszy brak konkretnych faktów. 

- Pozostawmy na boku te trzy, o których pan wspomniał. Interesuj  mnie 

pogłoski. Na ich podstawie podejmowałem w  yciu cholernie wa ne decyzje, a jak 

ju  panu wspomniałem, płacami,  ebym si  przy tym nie mylił. 

Warren wzruszył ramionami. 

- To wszystko jest niezbyt jasne. Nasłuchałem si  ró nych rzeczy w Soho. 

Sp dzam tam sporo czasu, głownie w West Endzie. Kr ci si  tam wi kszo  moich 

pacjentów. Nocne apteki na Piccadilly nie maj  powodów do narzeka  - dodał 

drwi co. 

- Widziałem, jak ustawiaj  si  w kolejce - stwierdził Hellier. 

- W 1968 roku zlikwidowano we Francji gang handlarzy narkotyków. Była to 

du a grupa. Powinien pan wiedzie ,  e heroina docieraj ca do Wielkiej Brytanii 

to tylko niewielkie przecieki z przynosz cego o wiele znaczniejsze zyski handlu w 

Ameryce. Gang, o którym mowa, zajmował si  przemytem du ych ilo ci towaru 

do Stanów, ale kiedy został rozbity, skutki tego odczuli my tutaj. Chłopcy biegali 

jak kurczaki z odr banymi głowami. Nielegalny handel zupełnie zamarł. 

- Chwileczk  - wtr cił Hellier. - Chce pan przez to powiedzie ,  e  aby 

przerwa  dopływ narkotyków do Wielkiej Brytanii, trzeba by zrobi  to samo w 

Stanach? 

- Tak nale ałoby rozumowa , chc c przypu ci  atak na  ródło dostaw, co 

byłoby najlepszym rozwi zaniem. Sił  rzeczy trzeba bra  pod uwag  i ten drugi 

rynek. Mówiłem panu,  e to problem na du  skal . 

- Ma wi kszy zasi g ni  przypuszczałem - przyznał Hellier. - Nie jestem 

bynajmniej szowinist  - dodał wzruszaj c ramionami. - Jak sam pan powiedział, 

to problem mi dzynarodowy. 

background image

 

42 

Hellier nie wydawał si  na razie zmartwiony potencjalnymi kosztami 

przedsi wzi cia, wi c Warren ci gn ł dalej: 

- Chyba najlepiej wyja ni  panu kr

ce pogłoski, je eli przedstawi  

problem,  e tak powiem, od ko ca, czyli zaczynaj c od Ameryki. Typowy 

nowojorski narkoman kupuje „szesnastk ", to znaczy jedn  szesnast  uncji, u 

po rednika. Musi korzysta  z jego usług, bo nie mo e dosta  narkotyków legalnie, 

jak w Anglii. Podbija to cen , szesnastka b dzie go wi c kosztowała jakie  sze , 

siedem dolarów. A w ci gu dnia potrzebuje przeci tnie dwóch zastrzyków. 

Było niemal wida , jak Hellier intensywnie my li. Po chwili stwierdził: 

- Do Stanów musi wi c dociera  cholernie du o heroiny. 

- Nie tak du o - odparł Warren. - Nie s  to ilo ci hurtowe. Powiedziałbym,  e 

w ci gu roku trafiaj  tam nielegalnie ze dwie, trzy tony towaru. Widzi pan, 

heroina, któr  kupuje narkoman, jest zmieszana z oboj tn  rozpuszczaln  

substancj  wypełniaj c , zazwyczaj laktoz , czyli cukrem mlecznym. W 

zale no ci od tego, czy go oszukuj  - a na ogół tak jest - dostaje od pół procenta 

do dwóch czystej heroiny. My l ,  e mo na by przyj   rednio jeden procent. 

Hellier znowu przyst pił do kalkulacji. Wyci gn ł kartk  papieru i zacz ł 

liczy . 

- Je eli jeden zastrzyk zawiera szesna cie setnych uncji czystej heroiny, a 

narkomani płac , powiedzmy, sze  i pół dolara... - Zamilkł raptownie. - Do 

diabła, wychodzi ponad dziesi  tysi cy dolarów za uncj ! 

- Bardzo intratne zaj cie - zgodził si  Warren. - Robi si  na tym du e interesy. 

Funt heroiny sprzedawanej konsumentowi wart jest około stu siedemdziesi ciu 

tysi cy dolarów. Oczywi cie, nie cała ta suma stanowi zysk. Problem w tym, jak 

dostarczy  narkotyk do konsumenta. Heroin  wyrabia si  z maku gatunku 

Papaver somniferum, który z oczywistych powodów nie jest uprawiany w 

Stanach. Cykl 

produkcyjny wygl da w ten sposób,  e z maku uzyskuje si  surowe opium, z 

opium morfin , a z morfiny heroin . 

- Ile kosztuje naprawd  jej wytworzenie? - spytał Hellier. 

- - Niewiele - odparł Warren. - Ale nie w tym rzecz. Funt heroiny 

sprzedawanej konsumentowi w Stanach wart jest sto siedemdziesi t tysi cy 

dolarów. U ameryka skiego hurtownika wewn trz kraju kosztuje pi dziesi t 

tysi cy. Poza granicami Stanów jest wart dwadzie cia tysi cy. A je eli pójdzie si  

tym tropem do samego  ródła, na Bliskim Wschodzie mo na kupi  nielegalnie 

surowe opium za pi dziesi t dolarów za funt. 

- Nasuwaj  mi si  dwa wnioski - powiedział z namysłem Hellier. 

- Ka dy po rednik mo e sporo zarobi , a cena towaru na poszczególnych 

etapach zale y bezpo rednio od ryzyka, jakie wi e si  z jego szmuglowaniem. 

- Wła nie - zgodził si  Warren. - Jak dot d handel był rozdrobniony, ale 

kr

 pogłoski,  e ma si  to zmieni . Zlikwidowanie gangu we Francji 

pozostawiło pró ni , któr  ju  kto  wypełnia - i to działaj c w inny sposób. Zdaje 

si ,  e nowa organizacja chce wykluczy  po redników. Sami zajm  si  wszystkim, 

poczynaj c od uprawy maku, a ko cz c na dostawach niewielkich ilo ci towaru 

do dowolnego miasta wewn trz Stanów. Powinno im to gwarantowa  pi dziesi t 

background image

 

43 

tysi cy dolarów netto za funt, po odliczeniu kosztów. Ostatni etap -dostarczanie 

towaru do Stanów - jest najbardziej ryzykowny. 

- Integracja pionowych struktur - stwierdził powa nie Hellier. - Ci ludzie ucz  

si  od wielkiego biznesu. Pełna kontrola nad produktem. 

- Je eli to si  uda i zdołaj  wej  na ameryka ski rynek, mo emy si  

spodziewa  wzmo onego napływu towaru do Wielkiej Brytanii. Zyski s  tu o 

wiele mniejsze, ale istniej , a ci ludzie nie omieszkaj  skorzysta  z okazji. - 

Warren uczynił lekcewa cy gest. - Ale to tylko domysły. Wyci gam wnioski na 

podstawie setek zasłyszanych pogłosek. 

Hellier poło ył dłonie na blacie biurka. 

- Przejd my wi c do faktów - powiedział z powag . 

- Nie wiem, czy zasługuj  na to miano - odparł Warren znu onym głosem. - 

Dwa nazwiska i pewne miejsce. George Speering, farmaceuta o podejrzanej 

reputacji. W ubiegłym roku był uwikłany w spraw  o narkotyki i towarzystwo 

farmaceutyczne dobrało mu si  do skóry. Miał szcz cie,  e unikn ł wiezienia. 

- Zakazali mu... eee... uprawiania zawodu? 

- Wła nie. Tym facetom b dzie potrzebny chemik. Słyszałem, jak wymieniano 

jego nazwisko. Jest jeszcze w Anglii. Staram si  mie  go na oku, ale spodziewam 

si ,  e wkrótce wyjedzie za granic . 

- Dlaczego wkrótce? I jak szybko? 

Warren postukał palcem w stoj cy na biurku kalendarz. 

- Zbiory opium jeszcze si  nie zacz ły i nie zaczn  si  przez najbli szy miesi c. 

Ale morfin  uzyskuje si  najlepiej ze  wie ego opium, wi c jak tylko gang 

zdob dzie je w wystarczaj cych ilo ciach, Speering b dzie miał zaj cie. 

- Mo e powinni my dokładniej go obserwowa ? Warren skin ł głow . 

- Wygl da na to,  e na razie jest na sporym luzie. I ma fors , wi c pewnie 

dostał zaliczk . Zgadzam si ,  e trzeba mie  go na oku. 

- A to drugie nazwisko? - spytał Hellier. 

- Jeanette Delorme. Nigdy przedtem o niej nie słyszałem. Bardzo mo liwe,  e 

jest Francuzk , ale na Bliskim Wschodzie niewiele to oznacza, a podobno tam 

zamieszkuje. Nawet tego nie wiem na pewno. Wła ciwie nic o niej nie wiem. Tyle, 

e jej nazwisko pojawiło si  w rozmowie na temat Speeringa. 

Hellier zanotował co  na kartce papieru. 

- Jeanette Delorme - powtórzył i podniósł wzrok. - Wspominał pan o jakim  

miejscu? 

- To Iran - odparł lakonicznie Warren. Hellier wydawał si  rozczarowany. 

- Có , to niewiele. 

- A czy twierdziłem,  e jest inaczej? - Warren był rozdra niony. -My lałem, 

eby pój  z tym na policj , ale, na dobr  spraw , co miałem im powiedzie ? 

- Mogli przekaza  informacj  do Interpolu. Mo e tamci by co  zdziałali. 

- Kr ci pan za du o filmów dla telewizji - stwierdził Warren nieuprzejmym 

tonem. - A w dodatku wierzy pan w ich scenariusze! Interpol stanowi tylko 

o rodek informacji i nie podejmuje  adnych działa . Przypu my,  e 

dowiedziałaby si  o całej sprawie ira ska policja. W  adnym kraju policja nie jest 

nieprzekupna, a za gliniarzy z Bliskiego Wschodu nie dałbym złamanego grosza. 

Chocia , z tego co wiem, z Ira czykami nie jest jeszcze najgorzej. 

background image

 

44 

- Doceniam pa ski punkt widzenia. - Hellier milczał przez chwil . - Wygl da 

na to,  e najlepiej byłoby postawi  na Speeringa. 

- Chce si  pan wi c anga owa  w spraw  w oparciu o t  gar  informacji, 

które posiadam? Hellier okazał zdziwienie. 

- Ale  oczywi cie! 

- Warren wzi ł do r ki kilka przyniesionych ze sob  arkuszy papieru. 

- Mo e zmieni pan zdanie po obejrzeniu tego. W gr  wchodzi spora suma. 

Powiedział pan,  e mog  dobra  sobie ludzi. Poczyniłem w pa skim imieniu 

zobowi zania, z których b dzie pan musiał si  wywi za . - Pchn ł dwie kartki 

papieru na drug  stron  biurka. -Znajdzie pan tam szczegółowe informacje - kim 

s  ci ludzie, jakich  daj  honorariów - i gar  danych biograficznych na ich 

temat. 

Hellier przejrzał szybko papiery i powiedział szorstko: 

- Zgadzam si  na te stawki. Zgadzam si  te  na premi  w wysoko ci pi ciu 

tysi cy funtów na osob  po pomy lnym wykonaniu zadania. - Podniósł wzrok znad 

kartki. - W razie niepowodzenia nie b dzie premii. Czy to uczciwe warunki? 

- Uczciwe - w zale no ci od tego, co uwa a pan za niepowodzenie. 

- Chce,  eby ten gang został zlikwidowany - odparł Hellier chrapliwym 

głosem. -  eby przestał istnie . 

- To zrozumiałe, je eli w ogóle mamy podj  si  takiego zadania - stwierdził z 

przek sem Warren. Pchn ł na przeciwległa stron  biurka nast pn  kartk  

papieru. - Ale nie doszli my jeszcze do proponowanej przeze mnie ceny. 

Hellier wzi ł papier do r ki i po chwili powiedział: 

- Hm... Po diabła panu lokal w Soho? S  cholernie drogie. Warren wyja nił z 

przej ciem, w jakich tarapatach znalazł si  ich o rodek terapeutyczny. Hellier 

za miał si  cicho. 

- Tak, ludzie s  cholernymi hipokrytami. Pewnie sam bym tak kiedy  

post pił... no có , niewa ne. - Wstał i podszedł do okna. - Czy lokalizacja przy 

Wardour Street panu odpowiada? 

- Byłoby nie le. 

- Spółka ma budynek dokładnie po drugiej stronie ulicy. Mieli my tam 

magazyn, ale ju  go nie u ywamy. Stoi teraz pusty i jest troch  zniszczony, ale 

powinien panom odpowiada . - Wrócił do biurka. - Zamierzali my go sprzeda , 

ale przeka  go panu tanio w dzier aw , zapewniaj c spółce zwrot kosztów z 

własnych funduszy. 

Warren, który bynajmniej jeszcze nie sko czył, skin ł tylko głow  i podsun ł 

na drug  stron  biurka kolejn  kartk  papieru. 

- A oto moja premia w wypadku pomy lnego wykonania zadania. 

- Z celow  ironi  zaakcentował to samo słowo, co Hellier. 

Hellier spojrzał na zapisany na kartce tekst i o mało nie wybuchn ł. 

Wiejska rezydencja z dwudziestoma sypialniami?! Co to jest, do cholery? - 

Przeniósł wzrok na Warren . - Bardzo si  pan ceni, doktorze. 

- Chce pan krwi - odparł Warren. - To kosztowny towar. Kiedy podejmiemy 

si  tego zadania, wejdziemy natychmiast w konflikt z gangiem, który nie 

zrezygnuje z walki, poniewa  osi ga milionowe zyski. My l ,  e w którym  

background image

 

45 

momencie polej  si  krew - po ich stronie albo po naszej. Je li chce pan tej krwi, 

musi pan za ni  zapłaci . 

- Mianuj c pana feudałem na wło ciach? - zapytał cynicznie Hellier. 

- Nie mnie, tylko niejakiego Bena Bryana. Chce zało y  samorz dn  

wspólnot  dla narkomanów,  eby na pocz tek wył czy  ich z obiegu, »potem 

nauczy  odpowiedzialnego zachowania. W Stanach ten pomysł nie le si  

sprawdził. 

- Rozumiem - powiedział cicho Hellier. - W porz dku, zgadzam si . 

Zabrał si  do czytania krótkich biografii członków grupy, tymczasem Warren 

rzekł zdawkowo: 

-  aden z tych ludzi nie wie naprawd , w co si  anga uje. Przypu my,  e 

zdob dziemy na przykład sto funtów heroiny - to kupa pieni dzy. Nie wiem, czy 

Andy Tozier byłby wtedy godny zaufania -zapewne nie. Z cał  pewno ci  nie 

ufałbym Johnny'emu Folletowi. 

Hellier odwrócił kartk  i po chwili podniósł głow . 

- Mówi pan serio? Wybrał pan tych wła nie ludzi? Dobry Bo e, połowa z nich 

to typy spod ciemnej gwiazdy, a druga połowa nie wiadomo sk d si  tu wzi ła. 

- A jakich ludzi si  pan spodziewał? - zapytał Warren. - Tej sprawy nie 

załatwi  powiewaj cy sztandarami  wi ci.  adna z tych osób nie robi tego dla 

pieni dzy - wyj tkiem jest Andy Tozier. Wszyscy maj  swoje osobiste powody. -

Patrz c krytycznie na własne post powanie, pomy lał o Follecie. - Odkrywam w 

sobie nieoczekiwane zdolno ci do szanta owania i wymuszania. 

- Rozumiem,  e wybrał pan Tozièra - to zawodowy  ołnierz - stwierdził 

Hellier. - Ale Follet? Po co panu hazardzista? 

- Johnny ma rozmaite zdolno ci. Jest hazardzista, ale potrafi te  znakomicie 

wyłudza  pieni dze. Szybciej wynajdzie sposób,  eby wydosta  fors  z pa skiej 

kieszeni ni  pan zd y si  zastanowi , jak go powstrzyma . My l ,  e taki talent 

mo na wykorzysta  nie tylko w sprawach finansowych. 

- Pa skie rozumowanie brzmi do  rozs dnie - odparł Hellier bez 

przekonania. - Ale ten Abbot, jest przecie  dziennikarzem. Do diabła! Na to si  

nie zgodz ! 

- Owszem - powiedział oboj tnie Warren. - I tak si  do nas przyczepi, a wol , 

z by był z nami ni  przeciw nam. Miałem go wcze niej na li cie, ale teraz sam si  

wprosił i odmawiaj c mu - za wiele by my ryzykowali. Ma lepszego nosa ni  

niejeden detektyw, a tego nam trzeba. 

- Zapewne wi c to tak e ma sens - stwierdził ponuro Hellier. -Nie wiem tylko, 

po co nam ten Parker. Nie widz , do czego miałby si  przyda . 

- Dan to jedyny uczciwy człowiek w tym całym towarzystwie -odparł Warren i 

roze miał si . - Poza tym jest moj  polis  ubezpieczeniow . 

 

Hellier zrobił Warrenowi wykład na temat obowi zuj cej w przemy le 

filmowym filozofii. 

- W wi kszo ci krajów - zwłaszcza tych ubo szych - lubi  filmowców. Faceci u 

władzy darz  nas sympati , bo nie oszcz dzamy na łapówkach. Zwykli ludzie 

lubi  nas, poniewa  na planie płacimy wystrojonym kolorowo statystom, jak na 

background image

 

46 

miejscowe warunki, wyj tkowo dobrze. Nie mamy nic przeciwko temu, bo w 

sumie stawki s  i tak o wiele ni sze ni  u nas w kraju. 

Wa ył w r kach wielk  ksi g  formatu A3 w eleganckiej oprawie. 

- To scenariusz, który od pewnego czasu le y u nas na półce. Mniej wi cej 

połowa akcji dzieje si  w Iranie. Zdecydowałem,  e nie powinien si  zmarnowa . 

Zrobimy z niego film. Zatrudnimy pana i pa skich ludzi. B dziecie stanowi  

ekip , któr  wy lemy do Iranu na rozpoznanie terenu,  eby poszukała 

odpowiednich miejsc do zdj . Maj c taki pretekst mo ecie pojawi  si  w 

dowolnym miejscu. Odpowiada to panu? 

- Bardzo - odparł Warren. - To dobra osłona. 

- Dostaniecie samochody i cały ekwipunek, jaki zabiera zwykle grupa 

rozpoznawcza - wyja nił Hellier. - Niech mi pan dostarczy list  wszystkich rzeczy, 

których mo ecie potrzebowa . - Przerzucił kartki scenariusza. - Kto wie, mo e 

nawet nakr cimy ten film -stwierdził drwi co. 

 

Andy Tozier podszedł do Warrena. 

- Za wiele przede mn  ukrywasz - powiedział niezadowolony. - Chciałbym 

wiedzie , w co si  pakuj . Nie mam poj cia, do czego si  przygotowywa . 

- Przygotuj si  na najgorsze - odparł Warren, niczego nie wyja niaj c. 

- To nie jest odpowied , do cholery! Czy to ma by  operacja wojskowa? 

- Powiedzmy,  e paramilitarna - stwierdził ostro nie Warren. 

- Rozumiem. Akcja policyjna, ze strzelanin . 

- Tyle,  e nieoficjalna - wyja nił Warren.- A do strzelaniny mo e doj . 

Tozier potarł dłoni  szcz k . 

- Nie podoba mi si  ta „nieoficjalno ". A skoro ju  maj  do mnie strzela , 

chciałbym mie  co  por cznego,  eby móc si  broni . Jak to załatwimy? 

- Nie wiem - przyznał Warren. - My lałem,  e ty si  tym zajmiesz. Jeste  

specjalist . - Tozier odburkn ł co , a Warren dodał: - Nie wiem, czego wła ciwie 

mamy si  tam spodziewa . Wszystko jest troch  skomplikowane. 

Tozier zastanowił si . 

- Jakie samochody nam daj ? 

- Dwa nowe land-rovery. Polec  z nami do Iranu. Tam potrzebne s  wozy 

terenowe. 

- A wyposa enie, które dostajemy? Z czego si  składa? 

- To nasz parawan. Aparaty fotograficzne z całym mnóstwem obiektywów, 

dwie kamery szesnastomilimetrowe, zestaw wideo i cholernie du o sprz tu, 

którego nie potrafi  nazwa . 

- Czy do kamer s  statywy? - Warren potwierdził skinieniem głowy. - To 

dobrze - ci gn ł dalej Tozier. - Chciałbym dosta  jak najszybciej te land-rovery i 

cały sprz t. By  mo e trzeba b dzie wprowadzi  tam par  ulepsze . 

- Jutro wszystko dostaniesz. 

- Chciałbym te  troch  szmalu z tej kopalni, któr  odkryłe . Przynajmniej 

tysi c funtów. Moje ulepszenia drogo kosztuj . 

- Powiedzmy,  e równie  jutro dam ci dwa tysi ce - powiedział Warren 

pojednawczo. 

background image

 

47 

- Johnny Follet mo e by  potrzebniejszy ni  my lałem - stwierdził z namysłem 

Tozier. - Umie posługiwa  si  broni ; był w Korei. 

- Naprawd ? W takim razie Dan Parker i on b d  si  dobrze rozumieli. 

Tozier potrz sn ł głow . 

- A kto to jest Dan Parker? Warren szeroko si  u miechn ł. 

- Kiedy  go poznasz - obiecał. 

 

- Zabieram si  z wami - oznajmił Ben Bryan, kiedy Warren wyja nił mu, co 

si  dzieje. 

- A po co niby nam psychiatra? - spytał Warren. Bryan szeroko si  

u miechn ł. 

-  eby zaaplikowa  wam odrobin  zdrowego rozs dku. To najbardziej 

szalony pomysł, o jakim słyszałem. 

- Je eli do nas doł czysz, b dziesz takim samym szale cem. Ale mo esz si  

przyda . - Przyjrzał si  Bryanowi z namysłem, a potem stwierdził: - Chyba 

powiniene  by  w głównej grupie. Mike Abbot mo e jecha  z Parkerem. 

- Co b dzie robił? 

- Jest naszym koniem troja skim - o ile uda si  nam odnale  t  Delorme, a 

b dzie to chyba cholernie trudne. Ludzie Helliera przegl daj  w Pary u ksi gi 

urodze , szukaj c osób o nazwisku Jeanette Delorme i staraj c sieje 

zlokalizowa . Znale li ich ju  osiem. Poniewa  istnieje prawdopodobie stwo,  e 

urodziła si  w Szwajcarii, Hellier ma i tam swoj  ekip . 

- A je eli pochodzi z Martyniki? - zapytał Bryan. 

- Na pocz tek mo emy sprawdzi  tylko najbardziej oczywiste poszlaki - 

odparł Warren. - Hellier ma dobrych wywiadowców. Wiem, bo zebrali dla niego 

sporo na mój temat. Poza tym wydaje pieni dze, jakby miał własn  mennic . 

Mamy ju  u niego siedemdziesi t tysi cy funtów. - Wyszczerzył z by w u miechu. 

- A to zaledwie tyle, ile wydaje w ci gu dwóch lat na utrzymanie jachtu. 

- Nigdy nie słyszałem,  eby bogacz rozstawał si  ch tnie ze swoimi pieni dzmi 

- rzekł Bryan. - Musiałe  nie le nim wstrz sn . Zmusiłe  go,  eby dobrze si  

sobie przyjrzał, a to, co zobaczył, wcale 

nie przypadło mu do gustu. Chciałbym móc post pi  tak samo z niektórymi 

pacjentami. Mo e powiniene  zmieni  zawód. 

- Ju  to zrobiłem. Zajmuj  si  naborem ludzi do prywatnej armii. 

 

Wiele rzeczy rozgrywało si  równocze nie. Dzi ki szcz ciu, a mo e dobrze 

zorganizowanemu dochodzeniu, natrafiono na  lad osoby o nazwisku Delorme. 

Nie zawdzi czali tej informacji skrupulatnemu przegl daniu ksi g urodze , lecz 

kontaktom z francusk  słu b  bezpiecze stwa. Zdaje si ,  e Mike Abbot miał 

znajomego, którego znajomy... 

Hellier rzucił Warrenowi akta. 

- Prosz  przeczyta  i powiedzie  mi, co pan o tym s dzi. Warren zagł bił si  w 

fotelu i otworzył teczk .

 

 

Jeanette Veronique Delorme. Urodzona 12 kwietnia 1937 roku w Chalons. 

Rodzice...

 

 

background image

 

48 

Opu cił podstawowe dane,  eby przej  do tre ci raportu:

 

 

...w 1955 roku trzy miesi ce wi zienia za drobne oszustwa; w 1957 - sze  

miesi cy wi zienia za udział w przemycie na granicy francusko-hiszpa skiej; 

wyjechała z Francji w 1958 roku. 

 

Dalej nast powało co  w rodzaju całej serii hipotez:

 

 

Podejrzana o udzial w przemycie z Tangeru do Hiszpanii w latach 1958-1960, w 

przemycie broni do Algierii w latach 1961-1963 oraz w przemycie narkotyków do 

Wioch i Szwajcarii w latach 1963-1967. Podejrzana o współudział w zabójstwach, 

których ofiarami byli: Henry Rowe (Amerykanin), 1962; Kurt Schlesinger 

(Niemiec), Ahrned ben Bonza (Algierczyk) i Jean Fouget (Francuz), 1963; Kameer 

Osman (Liba czyk) i Pietro Fuselli (Wioch), 1966. 

Charakterystyka metod działania: wykazuje zdolno ci organizatorskie i 

umiej tno  przewodzenia du ym grupom; jest. bezwzgl dna i nie toleruje bł dów; 

stara si  nie bra  osobi cie udziału w przemycie, ale mo liwe,  e kierowała du ymi 

akcjami kradzie y bi uterii na południu Francji w 1967 roku. S  to jednak nie 

potwierdzone informacje.. 

Obecne miejsce pobytu: Bejrut, Liban. 

Obecna sytuacja - prawna: na terenie Francji nie jest poszukiwana za 

popełnienie przest pstwa.

 

 

Dwa niewyra ne zdj cia, którym kopiowanie stanowczo nie wyszło na dobre, 

ukazywały blondynk  w trudnym do okre lenia wieku. Warren wyd ł policzki. 

- Ale  z niej musi by  diablica. - Postukał palcami w teczk . -My l ,  e to ona. 

Wszystko pasuje. 

- Te  tak uwa am - zgodził si  Hellier. - Kazałem zaprzesta  poszukiwa  i 

skoncentrowa  si  na niej. Do Bejrutu poleciał ju  człowiek, który maj  

zlokalizowa . 

- Mam nadziej ,  e kto  mu powiedział,  eby był ostro ny - rzekł Warren. 

- Ma tylko ustali , gdzie mieszka i... hm... jaka jest jej pozycja w  rodowisku. 

To nie powinno by  zanadto ryzykowne. Potem on si  wycofuje, a panowie 

wchodz  do akcji. 

- Gdy tylko dowiemy si  czego  konkretnego, wy l  tam Dana Parkera. Mike 

Abbot b dzie mu pomagał. Nie jestem pewien, czy Dan poradziłby sobie sam. 

Sprawa mo e okaza  si  delikatna. Aha, mamy ochotnika: Ben Bryan doł czy do 

grupy, która leci do Iranu. 

- Miło słysze ,  e pan Bryan chce zarobi  na swoj  rezydencj  na wsi - 

stwierdził Hellier nieco zgry liwie. - Ten pa ski Speering na razie nic nie robi. 

- Niedługo si  ruszy - powiedział z przekonaniem Warren. Był tego tym 

bardziej pewien,  e dossier Jeanette Delorme tak znakomicie pasowało do obrazu 

sytuacji. 

- No có , zajmiemy si  nim w ten sam sposób. Przez cał  drog  kto  b dzie go 

ledził. Je eli zdecyduje si  lecie , nasz agent wsi dzie prawdopodobnie do tego 

samego samolotu. A potem kolej na panów. 

 

background image

 

49 

Speering wyruszył w drog  dwa dni pó niej, a po upływie dwunastu godzin 

Warren, Tozier, Follet i Bryan wzbijali si  w powietrze na pokładzie 

czarterowego samolotu, który transportował równie  dwa land-rovery. Parker i 

Abbot zmierzali ju  w kierunku Libanu. 

 

W Teheranie padał  nieg. 

Follet zadr ał z zimna, gdy poczuł przez kurtk  ostry powiew wiatru. 

- My lałem,  e tu jest zawsze gor co. - Spojrzał poza płyt  lotniska na stromy 

masyw gór Elburs, a potem na zimne, szare niebo, z którego opadały  nie ne 

płaty. - I to ma by  Bliski Wschód? - spytał z pow tpiewaniem. 

- Jak najbardziej - odparł Tozier. - Tyle  e jest marzec i znajdujemy si  

prawie pi  tysi cy stóp nad poziomem morza. Follet postawił kołnierz, osłaniaj c 

szyj . 

- Gdzie, do cholery, podziewa si  Warren? 

- Załatwia odpraw  celn  samochodów i sprz tu. - Tozier u miechn ł si  

złowieszczo. Udoskonalił land-rovery w taki sposób,  e gdyby podczas odprawy 

celnej to odkryto, rozp tałoby si  istne piekło, a Warren i Bryan zostaliby bez 

adnej dyskusji wtr ceni do wi zienia. Nie powiedział jednak Warrenowi, na 

czym te udoskonalenia polegały, i dobrze si  stało. Kiedy prze wietla człowieka 

wzrok do wiadczonego celnika, prawdziwa niewinno  jest lepsza od udawanej. 

Mimo wszystko Tozier odetchn ł swobodniej, gdy Follet dotkn ł jego 

ramienia i, wskazuj c na co  r k , powiedział: „Jad ". Zobaczył z ulg ,  e zbli a 

si  do nich jeden z łand-roverów. Z boku miał gustowny napis: REGENT FILMS 

COMPANY. ROZPOZNANIE TERENU. Toziera opu ciło napi cie. 

Warren wychylił głow  przez boczne okienko. 

- Ben jedzie tu  za mn  - oznajmił. - Niech jeden z was wsiada. 

- Miałe  jakie  problemy? - zapytał Tozier. 

- Absolutnie  adnych. - Warren wydawał si  zaskoczony. Tozier u miechn ł 

si  bez słowa. Obszedł samochód i pogładził dłoni  jeden z metalowych 

wsporników, podtrzymuj cych plandek . 

- Niech mi pan da wsi

 i schroni  si  przed tym cholernym wiatrem - 

powiedział Follet. - Dok d jedziemy? 

- Mamy rezerwacj  w hotelu Royal Hilton w Teheranie. Nie wiem, gdzie to 

jest, ale nietrudno b dzie trafi . - Wskazał na zapełniaj cy si  pasa erami 

mikrobus z wypisan  z boku nazw  hotelu. -Wystarczy pojecha  za nim. 

Follet wsiadł i zatrzasn ł drzwi. Spojrzał pos pnie na obcy krajobraz i nagle 

zapytał: 

- Co my tu, do cholery, wła ciwie robimy, panie Warren? Warren rzucił 

okiem we wsteczne lusterko i zobaczył,  e nadjechał ju  drugi land-rover. 

-  ledzimy pewnego człowieka. 

- Jezu, jest pan tak samo małomówny jak ten pa ski goryl. A mo e on te  o 

niczym nie wie? 

- Rób tylko to, co ci ka , Johnny, a wszystko b dzie w porz dku - poradził 

mu Warren. 

- Czułbym si  o niebo lepiej, gdybym wiedział, czego si  ode mnie oczekuje - 

narzekał Follet. 

background image

 

50 

- Przyjdzie na to czas. 

Follet niespodziewanie si  roze miał. 

- Zabawny z pana facet, Warren. Co  panu powiem. Lubi  pana. Naprawd . 

Miał mnie pan w gar ci. Zaproponował mi pan tysi c funtów wiedz c,  e 

zgodziłbym si  na ka d  sum . Potem podniósł pan premi  do pi ciu tysi cy, 

chocia  wcale pan nie musiał. Dlaczego pan to zrobił? 

Warren u miechn ł si . 

- Fachowiec jest wart dobrej ceny. Zasłu ysz na ten zarobek. 

- Mo e i tak, ale nie wiem jeszcze, w jaki sposób. W ka dym razie chciałem 

powiedzie ,  e doceniam pa ski gest. Mo e pan na mnie polega  - oczywi cie w 

granicach rozs dku - dodał po piesznie. -Tozier wspominał o jakich  bzdurach - 

na przykład,  e maj  do nas strzela ... 

- Powiniene  był przywykn  do tego w Korei. 

- Wie pan,  e nigdy mi si  to nie udało - odparł Follet. - Do pewnych rzeczy 

człowiek nie mo e si  jako  przyzwyczai . Zabawne, prawda? 

 

Hotel Royal Hilton w Teheranie znajdował si  na peryferiach miasta. Był to 

karawanseraj, zaprojektowany specjalnie dla nafciarzy i ludzi interesu, 

napływaj cych tłumnie do Iranu wskutek gospodarczego boomu, który 

spowodowały reformatorskie rz dy Mohammada Rezy Pahlavi, Króla Królów i 

wiatło ci Aryjczyków. Jazda z lotniska nie nale ała do najłatwiejszych, gdy  

miejscowi kierowcy mieli skłonno  do traktowania jezdni jako toru 

wy cigowego. Kilkakrotnie Warren był o włos od powa nej kolizji i kiedy dotarli 

do hotelu, pomimo zimna spływał z niego pot. 

Zameldowali si , a na Warrena czekała ju  wiadomo . Dopiero gdy znalazł 

si  u siebie, rozdarł kopert  i przeczytał krótk , tajemnicz  notatk : W pa skim 

pokoju o 19.30. Lane. Spojrzał na zegarek i stwierdził,  e akurat wystarczy mu 

czasu,  eby si  rozpakowa . 

O siódmej dwadzie cia dziewi  rozległo si  dyskretne pukanie. Otworzył 

drzwi i jaki  człowiek powiedział: 

- Pan Warren? Byłem z panem umówiony. Nazywam si  Lane. 

- Prosz  wej , panie Lane - odparł Warren, otwieraj c szerzej drzwi. 

Przygl dał si , jak Lane zdejmuje płaszcz. Wygl dał zupełnie przeci tnie i mógł 

równie dobrze pracowa  w ka dym zawodzie, co w przypadku prywatnego 

detektywa stanowiło niew tpliw  zalet . 

- Pa ski człowiek mieszka tutaj, w hotelu Hilton - poinformował Lane, kiedy 

ju  usiadł. - Zarezerwował pokój na tydzie . Jest teraz na miejscu, gdyby go pan 

potrzebował. 

- Ufam,  e nie jest sam - stwierdził Warren. 

- Wszystko w porz dku, panie Warren. Zajmuj  si  nim dwie osoby. Jest pod 

obserwacj . - Lane wzruszył ramionami. - Ale i tak si  nie ruszy. Lubi mie  pod 

r k  butelki. 

- Du o pij ? 

- Nie jest mo e alkoholikiem, ale zdrowo poci ga. Dopóki nie zamkn  baru, 

sp dza tam cały czas, a potem posyłaj  mu butelk  do pokoju. 

Warren skin ł głow  ze zrozumieniem. 

background image

 

51 

- Co jeszcze mo e mi pan powiedzie  na temat Speeringa? Lane wyj ł z 

kieszeni notes. 

- Był w paru miejscach. Mam tu szczegółowe notatki i dostanie je pan, ale w 

pi  minut mog  wszystko powiedzie . - Otworzył notes. - 

Na lotnisku czekał na niego kto  st d - my l ,  e to Ira czyk - i zawiózł go do 

hotelu. Tego Ira czyka nie byłem w stanie zidentyfikowa . Dopiero 

przyjechali my i nie mieli my sprz tu - stwierdził przepraszaj co. 

- W porz dku. 

- W ka dym razie ju  go potem nie widzieli my. Nast pnego dnia Speering 

odwiedził pewne miejsce na Mowlavi, koło stacji kolejowej. Mam tutaj adres. 

Odjechał stamt d samochodem, a  ci lej bior c, ameryka skim d ipem. To nie 

jest wóz z wypo yczalni. Próbowałem sprawdzi  numer rejestracyjny, ale w tym 

dziwnym mie cie s  z tym trudno ci. 

- Tak, z pewno ci  - przytakn ł Warren. 

- Potem pojechał do firmy farmaceutycznej - ma.pan zapisan  jej nazw  i 

adres - i sp dził tam półtorej godziny. Nast pnie wrócił do hotelu Hilton i 

przebywał w nim przez reszt  dnia. To było wczoraj. Dzi  rano kto  go odwiedził 

- Amerykanin, niejaki Jack Eastman. Spotkali si  w pokoju. Eastman został 

przez cały ranek - trzy godziny. Potem jedli obiad w hotelowej restauracji. 

- Wie pan co  na temat Eastmana? Lane pokr cił głow . 

-  eby móc kogo  bez przerwy  ledzi , potrzeba w zasadzie czterech ludzi. 

Nas jest tylko dwóch. Próbuj c zaj  si  Eastmanem, mogli my zgubi  Speeringa. 

A mieli my instrukcj ,  eby si  go trzyma . - Lane ponownie zajrzał do notesu. - 

Eastman wyszedł wkrótce po obiedzie, a Speering nie ruszył si  od tamtej pory. 

Jest teraz na dole, w barze. To wszystko, panie Warren. 

- My l ,  e bior c pod uwag  okoliczno ci nie le si  pan spisał - powiedział 

Warren. - Jestem tu z kilkoma przyjaciółmi. Chciałbym,  eby przyjrzeli si  

Speeringowi i wiedzieli, jak wygl da. Da si  to załatwi ? 

- Nic prostszego - odparł Lane. - Wystarczy pój  na drinka. -Wyj ł kopert  i 

wr czył j  Warrenowi. - To wszystko, co mamy na temat Speeringa: numer 

rejestracyjny jego d ipa, nazwy i adresy miejsc, które odwiedzał w Teheranie. - 

Zamilkł na chwil . - Rozumiem,  e na tym nasze zadanie si  ko czy - jak tylko 

wska  panu tego człowieka. 

- Zgadza si . Nie chodziło o nic wi cej. Lane najwyra niej odetchn ł z ulg . 

- Nie było to proste - przyznał. - W Londynie takie zlecenie nie sprawia mi 

adnych trudno ci. Pracowałem te  w Pary u i w Rzymie. Ale tutaj, w niektórych 

cz ciach miasta Europejczyk cholernie rzuca si  w oczy, a to utrudnia  ledzenie 

kogokolwiek. Kiedy chce pan zobaczy  Speeringa? 

- Mo e od razu? - powiedział Warren. - Zbior  chłopaków. 

Zanim zeszli do baru, Warren zatrzymał si  i oznajmił: 

- Jeste my tu słu bowo. Pan Lane wska e nam dyskretnie człowieka, którego 

mamy zobaczy . Podkre lam: zobaczy . Przyjrzyjcie mu si  dobrze,  eby cie 

mogli wsz dzie go rozpozna , ale zróbcie to ostro nie. Rzecz w tym,  eby widzie  

nie b d c zauwa onym. Proponuj  si  rozdzieli . 

Przeszli przez foyer do baru. Warren natychmiast dostrzegł Speeringa i 

zmienił kierunek, by na niego nie wpa . Spotkali si  kilka razy w Londynie i 

background image

 

52 

chocia  nie przypuszczał, by Speering go poznał, wolał mie  pewno ,  e nie jest 

obserwowany. Usiadł tyłem do sali, oparł si  o bar i zamówił co  do picia. 

Siedz cy obok m czyzna obrócił si  w jego stron , mówi c „Cze !" 

Warren uprzejmie skin ł głow . 

- Dobry wieczór. 

- Jest pan z IMEG? - Nieznajomy był Amerykaninem. 

- IMEG?.., 

M czyzna roze miał si . 

- Widz ,  e nie. Zauwa yłem,  e jest pan Brytyjczykiem i my lałem,  e mo e 

pracuje pan dla IMEG. 

- Nawet nie wiem, co to takiego - stwierdził Warren. Spojrzał w lustro za 

barem i zobaczył,  e Tozier siedzi przy stoliku i zamawia drinka. 

- Nie było chyba niczego wa niejszego w dziejach tego n dznego kraju - 

powiedział Amerykanin, troch  ju  wstawiony. - Przeci gamy przez jego  rodek 

czterdziestocalowy gazoci g - z Abadanu do rosyjskiej granicy. Jest wart ponad 

sze set milionów dolców. Forsa płynie jak... jak forsa. - Za miał si . 

- Naprawd ? - odparł Warren, nie okazuj c szczególnego zainteresowania. 

- IMEG nadzoruje cały interes. To wy, Brytyjczycy. A ja... pracuj  dla firmy 

Williams Brothers, która jest od czarnej roboty. Nazwie pan to sprawiedliwym 

podziałem pracy? 

- Zdaje si ,  e to spore przedsi wzi cie -powiedział wymijaj co Warren. 

Zmienił pozycj  i przy drugim ko cu baru zobaczył Folleta. 

- Najwi ksze. -Amerykanin poci gn ł łyk ze szklanki. -Ale cała  mietanka 

przypadnie Ruskim. Bo e, co za genialna kombinacja! B d  dostawali ira ski 

gaz, płac c niecałe dwa centy za jednostk  ciepln , a poniewa  zbudowali 

gazoci g do Triestu, mog  sprzedawa  rosyjski gaz Włochom za ponad trzy 

centy. Nie powie mi pan,  e ci skubani bolszewicy nie s  dobrymi kapitalistami. - 

Tr cił Warrena łokciem. - Mo e si  pan napije? 

- Nie, dzi kuj -odparł Warren. - Czekam na znajomego. 

- Ech, do diabła! - Amerykanin spojrzał na zegarek. - Zreszt  i tak musz  co  

zje . Do zobaczenia. 

Kiedy sobie poszedł, przy barze zjawił si  Tozier ze szklank  w r ce. 

- Kim jest twój przyjaciel? - 

- To samotny pijaczyna. 

- Widziałem tego twojego faceta - stwierdził Tozier. - Te  wygl da na pijaka. 

Co teraz? 

- Postaramy si  nie straci  go z oczu. 

- A potem? 

Warren wzruszył ramionami. 

- A potem si  zobaczy. 

Tozier milczał przez chwil . Wyj ł papiero nic , zapalił papierosa i 

wydmuchał dług  smug  dymu. 

- To nie wystarczy, Nick. Nie lubi  porusza  si  po omacku. 

- Przykro mi to słysze . 

- B dzie ci jeszcze bardziej przykro, kiedy jutro si  wynios . -Warren 

gwałtownie odwrócił głow , a Tozier dodał: - Nie wiem, do czego zmierzasz, ale 

background image

 

53 

nie mo esz prowadzi  tej akcji trzymaj c wszystko w tajemnicy. Jak mam, do 

cholery, wykona  zadanie, je eli nie wiem, co wła ciwie robi ? 

- Przykro mi,  e tak to odbierasz, Andy. Nie masz do mnie zaufania? 

- Och, mam! Problem w tym,  e to ty mi nie ufasz. A wi c wycofuj  si , Nick. 

Jutro wieczorem b d  z powrotem w Londynie. Masz jaki  haczyk na Johnny'ego 

Folleta, Ben Bryan te  mo e co  mie  na sumieniu; o ile si  orientuj . Ale ja 

jestem czysty, Nick. Zaanga owałem si  w cał  spraw  z uczciwych powodów - 

wył cznie dla pieni dzy. 

- Wi c zosta  i zarób je. Tozier powoli pokr cił głow . 

- Musz  wiedzie , w co si  pakuj  - i dlaczego. Powiedziałem ci kiedy ,  e lubi  

mie  pod r k  jak  bro . kiedy do mnie strzelaj . Lubi  te  wiedzie , dlaczego 

kto  strzela. Do diabła, mo e mie  powody, z którymi b d  skłonny si  zgodzi . 

Mo e nawet byłbym po jego stronie, gdybym wiedział, o co walczy. 

- Warren zacisn ł dło  na szklance. Zmuszano go do podj cia decyzji. 

- Andy, płac  ci za ró ne rzeczy. Czy przemycałby  narkotyki dla pieni dzy? 

- Nigdy si  nad tym nie zastanawiałem - powiedział Tozier z namysłem. - Nikt 

mi czego  takiego nie proponował. Czy to oferta, Nick? 

- Czy wygl dam na handlarza narkotyków? - odparł Warren z niesmakiem. 

- Nie wiem - stwierdził Tozier. - Nie wiem, jak oni si  zachowuj . Ale wiem,  e 

najuczciwsi nawet ludzie łami  si  pod wpływem napi cia. A ty  yjesz w napi ciu 

od dłu szego czasu, Nick. Obserwuj , jak si  z tym borykasz. - Opró nił szklank . 

- Skoro ju  padło to pytanie - dodał - odpowied  brzmi „nie". Nie przemycałbym 

narkotyków dla pieni dzy. I uwa am,  e jest z ciebie kawał skurwysyna, Nick. 

Próbowałe  mnie w to wrobi , ale ci si  nie udało, co? 

Warren wyd ł policzki i odetchn ł z wyra n  ulg . Przepełniała go rado . 

U miechn ł si  do Toziera. 

-  le mnie zrozumiałe , Andy. Opowiem ci wszystko - chod my w k t,  eby 

Speering nas nie widział. 

Wzi ł Toziera pod rami , poprowadził do stolika i w ci gu pi ciu minut 

wyja nił mu pokrótce, o co chodzi. Tozier słuchał, a na jego twarzy pojawiło si  

lekkie zdumienie. 

- I tylko na tym si  opierasz? - zapytał. - Zwariowałe ? 

- Niewiele tego - przyznał Warren. - Ale nie mamy nic wi cej. Nieoczekiwanie 

Tozier zachichotał. 

- To na tyle wariacki pomysł,  e brzmi interesuj co. Przykro mi,  e  le ci  

oceniłem, Nick, ale byłe  tak cholernie tajemniczy. -Pokiwał głow  ze smutkiem. - 

Rozumiem, w jakim poło eniu si  znalazłe . W tej sprawie nie mo esz nikomu 

ufa . Dobra, jestem z tob . 

- Dzi ki, Andy - odparł cicho Warren. Tozier zawołał kelnera i zamówił co  do 

picia. 

- Przejd my do rzeczy - powiedział. - Pod jednym wzgl dem miałe  racj : 

Johnny Follet nie powinien si  dowiedzie , co jest grane. Gdy chodzi o pieni dze, 

Johnny b dzie chciał uszczkn  co  dla siebie, nie przebieraj c w  rodkach. Z 

drugiej strony takiego faceta jak on warto mie  pod r k  i dopóki potrafisz 

trzyma  go krótko, mo e okaza  si  po yteczny. Jaki wła ciwie masz na niego 

haczyk? 

background image

 

54 

- Czy to istotne? 

Tozier wzruszył ramionami. 

- Chyba nie. A co s dzisz o Speeringu? 

- Przyjechał tu wyrabia  morfin  z opium - odparł Warren. -Jestem o tym 

przekonany. To dlatego odwiedził wczoraj te zakłady farmaceutyczne. Zamawiał 

towar. 

- Czego mógł potrzebowa ? 

- Wysokiej jako ci wapnia, które stosuje si  w farmacji, chloro-metanu, 

benzenu, alkoholu amylowego, kwasu chlorowodorowego i pewnej ilo ci szkła 

laboratoryjnego. - Warren zamilkł na chwil . - Nie wiem, czy ma zamiar 

przerabia  morfin  na heroin  tutaj. Je li tak, b dzie potrzebował tak e kwasu 

octowego. 

Tozier zmarszczył brwi. 

- Nie bardzo rozumiem. Czym ró ni si  morfina od heroiny? Przyniesiono 

drinki. Warren nie odpowiadał, dopóki kelner nie odszedł. 

- Morfina to alkaloid, który wyodr bnia si  z opium za pomoc  stosunkowo 

prostej reakcji chemicznej. Heroina jest morfin , której struktura molekularna 

uległa zmianie wskutek jeszcze prostszej reakcji. - U miechn ł si  cierpko. - Do 

tej roboty wystarczy dobrze wyposa ona kuchnia. 

- Ale na czym polega ró nica? 

- Có , heroina jest syntetyczna pochodn  morfiny. W odró nieniu od niej 

rozpuszcza si  w wodzie, rozchodzi si  wi c szybciej w organizmie, a poniewa  

ludzkie ciało składa si  w wi kszo ci z wody, pewne wła ciwo ci narkotyku 

ulegaj  wzmocnieniu i uzale nienie nast puje o wiele szybciej ni  w przypadku 

morfiny. 

Tozier odchylił si  do tyłu. 

- A wi c Speering b dzie zajmował si  ekstrakcj  morfiny. Ale gdzie? Tutaj, 

w Iranie? I w jaki sposób morfina albo heroina dotrze na wybrze e? Gdzie  na 

południe od Zatoki Perskiej? A mo e przez Irak i Syri  do Morza  ródziemnego? 

Musimy dowiedzie  si  cholernie wielu rzeczy, Nick. 

- Tak - przyznał Warren z ponur  min . - Poza tym istnieje pewien spory 

problem, z którym zupełnie nie mog  sobie poradzi . Co , czego nawet nie 

omawiałem z Hellierem. 

- O! Wi c lepiej wydu  to z siebie. 

- W Iranie nie ma opium - stwierdził Warren beznami tnym głosem. 

Tozier wpatrywał si  w niego. 

- S dziłem,  e na całym Bliskim Wschodzie jest tego od cholery. 

- Zgadza si . W Iranie za poprzedniego szacha było tak samo. Ale ten nowy 

jest reformatorem. - Warren oparł łokcie o stolik. - Za starego szacha wszystko 

si  waliło. Rz dził Iranem jak rzymskim imperium.  eby zjedna  sobie ludno , 

utrzymywał na nienaturalnie niskim poziomie ceny zbo a. Polityka ta okazała si  

zgubna, poniewa  farmerzy stwierdzili,  e nie wy yj  z uprawy zbó  i zacz li sia  

mak, przynosz cy o wiele wi ksze zyski. W ten sposób zbo a było coraz mniej, a 

opium coraz wi cej. - Skrzywił si  - Stary szach nie miał nic przeciwko temu, 

poniewa  stworzył opiumowy monopol. Rz d pobierał podatek od zbiorów, a on 

otrzymywał prowizj  od ka dego funta. 

background image

 

55 

- Urocza historyjka. 

- To zaledwie pocz tek. W 1936 roku Iran wytwarzał l 350 ton opium. 

wiatowe zapotrzebowanie na opium stosowane w lecznictwie wynosiło wtedy 400 

ton. 

Tozier obruszył si . 

- To znaczy,  e ten dra  je przemycał? 

- Nie musiał - odparł Warren. - Nie było zakazu. W Iranie to on ustalał prawa. 

Po prostu sprzedawał towar ka demu, kto miał pieni dze,  eby za niego zapłaci . 

Nie le mu szło, ale wszystko, co dobre, kiedy  si  ko czy. Zbytnio zaufał swemu 

szcz ciu i musiał abdykowa . Powołano na krótko rz d tymczasowy, a potem 

przej ł władz  obecny szach. Okazało si ,  e to m dry go . Chciał wzi  swój 

nieszcz sny kraj za kark i wprowadzi  go w dwudziesty wiek, ale stwierdził,  e 

nie da si  rozwija  przemysłu tam, gdzie siedemdziesi t pi  procent ludno ci to 

narkomani. A wi c błyskawicznie i zdecydowanie przykr cił  rub . W tpi , czy 

dzisiaj znajdziesz w całym kraju cho by uncj  nielegalnego opium. Tozier 

wydawał si  zbity z tropu. 

- Wi c co Speering tu robi? 

- W tym cały problem - odparł spokojnie Warren. - Nie zamierzam jednak 

pyta  go o to wprost. 

- No jasne - powiedział Tozier zamy lony. - Ale musimy depta  mu po pi tach. 

Podszedł kelner i odezwał si  z obcym akcentem: 

- Pan Warren? 

- To ja. 

- Wiadomo  dla pana, sir, 

- Dzi kuj . - Wr czaj c kelnerowi napiwek, Warren spojrzał na _ Tozìera i 

znacz co uniósł brwi. W minut  pó niej oznajmił: - To od Lane'a. Speering 

odwołał rezerwacj . Jutro wyje d a. Lane nie wie dok d, ale jego d ip miał 

przegl d, a na tył załadowano kanistry z wod . Jak my lisz, co to oznacza? 

- Wyje d a z Teheranu - powiedział z przekonaniem Tozier. -Lepiej wróc  

sprawdzi  samochody. Chc  si  upewni , czy maj  sprawne radia. Wyjdziemy 

osobno. Daj mi pi  minut. 

Warren czekał niecierpliwie, a  upłynie ustalony czas, a potem wstał i odszedł 

od baru. Mijaj c Speeringa o mało nie przystan ł ze zdumienia. Zobaczył,  e 

siedzi przy nim Johnny Follet i obaj graj  w monety. 

 

Speering jechał drog  w kierunku Qazvin na północny zachód od Teheranu. 

- Wyprzed  go, a ja zostan  - z tyłu - powiedział Tozier do Warrena. 

- B dziemy go mieli w gar ci. Je eli zboczy z drogi, dam ci zna  przez radio. 

Przez cał  noc mieli na oku d ipa, ale okazało si  to niepotrzebne. 

- Speering zjadł bez po piechu  niadanie i nie opu cił Teheranu przed 

dziesi t . Towarzyszył mu kierowca, Ira czyk o wyrazistych rysach. Wlekli si  za 

d ipem przez miasto w sznurze samochodów, a kiedy wyjechali na główn  drog , 

Warren dodał gazu, wyprzedził Speeringa i zwolnił dopiero po pewnym czasie, 

aby trzyma  si  w dogodnej od niego odległo ci. Follet siedział obok i z uwag  

patrzył w tył, korzystaj c z dodatkowego wstecznego lusterka, które było jednym 

z udoskonale  wprowadzonych przez Toziera. 

background image

 

56 

Na prawo wznosiły si  o nie one szczyty gór Elburs, ale wokół rozpo cierała 

si  jednostajna równina, piaszczysta i monotonna. 

Zdaniem Warrena droga nie nale ała do najlepszych, ale poniewa  miał 

wy sze wymagania ni  ira scy kierowcy, pomy lał,  e według miejscowych 

kryteriów uchodziła zapewne za znakomit . W ko cu była to główna autostrada 

prowadz ca do Tebriz. 

Kiedy oswoił si  ju  z prowadzeniem land-rovera, powiedział szorstko do 

Folleta: 

- Rozmawiałe  wczoraj wieczorem ze Speeringiem. Na jaki temat? 

- Po prostu gaw dzili my - odparł swobodnie Follet. 

- Nie popełnij bł du, Johnny - powiedział cicho - Warren. - Mo esz sobie 

zaszkodzi , i to bardzo. 

- Do diabla, nic si  nie stało - zaprotestował Follet. - Nawet nie ja zacz łem. 

Podszedł do mnie, wi c co miałem zrobi , nie odzywa  si ? 

- O czym rozmawiali cie? 

- O wszystkim po trochu. O pracy. Powiedziałem mu,  e pracuj  dla Regent 

Films. No wie pan, powtórzyłem te brednie na temat filmu, który kr cimy. 

Opowiedział mi,  e pracuje w przemy le naftowym. - Follet roze miał si . - Poza 

tym oskubałem go troch  z forsy. 

- Zauwa yłem - skomentował z przek sem Warren. - Miałe  monet  z orłem 

po obu stronach? 

Follet podniósł r ce udaj c przera enie. 

- Bóg mi  wiadkiem,  e go nie oszukałem. Wie pan,  e to nie w moim stylu. 

Zreszt  nie musiałem. Był kompletnie zalany. - Spojrzał w lusterko. - Prosz  

troch  zwolni . Tracimy go z oczu. 

Z Teheranu do Qazvin było prawie sto mil i dochodziła pierwsza, kiedy 

zbli yli si  do peryferii miasta. Gdy przez nie przeje d ali, zatrzeszczał gło nik: 

- Regent Dwa, zgło  si . Regent Dwa, zgło  si . Odbiór. Follet wzi ł do r ki 

mikrofon i pstrykn ł przeł cznikiem. 

- Słysz  ci  dobrze, Regent Jeden. Odbiór. 

Docieraj cy do nich głos Toziera był słaby i zniekształcony. 

- Nasz człowiek zatrzymał si  w hotelu. Pewnie si  posila. Odbiór. 

- To cholernie dobry pomysł. Te  jestem głodny - stwierdził Follet i unosz c 

brew spojrzał na Warrena. 

- Zjedziemy z drogi za miastem - odrzekł Warren. - Powiedz mu to. - 

Kontynuował jazd , dopóki przedmie cia Qazvin nie zostały daleko za nimi i 

dopiero wtedy zatrzymał wóz na poboczu. - Z tyłu jest kosz z jedzeniem - 

oznajmił. - Mianowałem Bena kwatermistrzem. Zobaczmy, jak si  spisał. 

Po zjedzeniu kanapek z kurczakiem i wypiciu gor cej kawy z termosu 

Warren poczuł si  lepiej, natomiast Follet był wyra nie przygn biony. 

- Co za n dzny kraj - stwierdził. - Przejechali my sto mil, a te przekl te góry 

ani troch  si  nie zmieniły. - Wskazał na id ce rz dem wzdłu  drogi objuczone 

wielbł dy. - Zało  si ,  e wyl dujemy w ko cu na grzbietach tych stworze . 

- Mo e by  jeszcze gorzej - odparł z namysłem Warren. - Co  mi si  zdaje,  e 

jak na nasz  tajn  misj  te land-rovery troch  za bardzo rzucaj  si  w oczy. - 

Wzi ł do r ki map . - Ciekawe, dok d jedzie Speering. 

background image

 

57 

Follet zajrzał mu przez rami . 

- Nast pne miasto to Zand an - znowu sto przekl tych mil. -Rozejrzał si  

wokół. - Bo e, czy  to nie potworny kraj? Gorzej ni  w Arizonie. 

- Byłe  tam? 

- Pochodz  stamt d, do cholery. Prysn łem, jak tylko troch  podrosłem. W 

gł bi duszy jestem chłopakiem z miasta. Lubi  blask neonów. - Zanucił kawałek 

„Melodii z Broadwayu", a potem si gn ł na półk  obok tablicy rozdzielczej i 

wzi ł do r ki tali  kart. - A skoro tam wracam, nie mog  wychodzi  z wprawy. 

Warren usłyszał szmer tasowanych kart i zerkaj c na bok zobaczył, jak Follet 

z niebywał  zr czno ci  przerzuca cał  tali . Nie przypominało to bynajmniej 

niezdarnych amatorskich sztuczek. 

- Mówiłe  chyba,  e nie oszukujesz. 

- Nie, ale potrafi  to robi , gdyby zaszła potrzeba. Całkiem nie le radz  sobie 

z kartami, kiedy chc . - U miechn ł si  ujmuj co. - To jest tak - je li posiada si  

takie kasyno jak moje w Londynie, nie musi si  oszukiwa  - o ile lokal ma fory w 

grze. Widzi pan, licz  si  fory. Nie przypuszcza pan chyba,  e Monte Carlo 

prosperuje dzi ki oszustwom, prawda? 

- Z zało enia to uczciwa gra. 

- Uczciwa w stu procentach - stwierdził stanowczo Follet. - Dopóki rachunek 

prawdopodobie stwa przemawia na nasz  korzy , wszystko jest w porz dku i 

nie ma potrzeby oszukiwa . Poka  panu, co mam na my li, bo czuj ,  e wła nie 

dopisze mi szcz cie. W ci gu godziny mijamy na tej drodze około dwudziestu 

samochodów. Zało  si  z panem,  e w ród tych, które miniemy przez nast pn  

godzin , b d  dwa z identyczn  kombinacj  ko cowej pary cyfr na tablicy 

rejestracyjnej. To taka zabawa dla zabicia czasu. 

Warren zastanowił si . Istniało sto mo liwych kombinacji, od 00 do 99. Skoro 

Follet ograniczył je do dwudziestu samochodów, wygl dało na to,  e szans  

Warrena s  wi ksze. 

- Zakładamy si  o pierwsz  dwudziestk  - powiedział ostro nie Warren. 

- O sto funtów - stwierdził Follet ze spokojem. - Je eli wygram, dorzuci je pan 

do mojej premii. Oczywi cie pod warunkiem,  e wygram. Zgoda? 

Warren westchn ł ci ko, a potem powiedział: 

- W porz dku. 

Jednostajny szum w gło niku zakłóciła napływaj ca fala. Usłyszeli, jak Ben 

Bryan mówi: 

- Regent Dwa, zgło  si . Nasz człowiek szykuje si  do odjazdu. Odbiór. 

Warren wzi ł do r ki mikrofon. 

- Dzi kuj , Regent Jeden. Ruszamy powoli i poczekamy, a  nas dogoni.  arcie 

było niezłe, Ben. B dziesz naszym stałym dostawc . Wył czam si . 

Z gło nika rozległy si  nieprzyjemne trzaski, a potem zapadła cisza. Warren 

u miechn ł si  szeroko i nacisn ł samoczynny rozrusznik. 

- Patrz w tył, Johnny i daj mi zna , kiedy poka e si  Speering. Follet wyj ł 

pióro. 

- Niech pan podaje liczby, a ja b d  zapisywa . Prosz  si  nie obawia . 

Upilnuj  Speeringa. 

background image

 

58 

Dzi ki rywalizacji czas upływał szybciej. Jazda była monotonna, droga 

równie  i Warren miał si  przynajmniej czym zaj . Poniewa  Follet pilnował 

tego, co działo si  z tyłu, Warrenowi pozostawało tylko prowadzenie wozu. Na 

polecenie Folleta przy pieszał lub zwalniał, aby utrzyma  bezpieczny dystans od 

jad cego za nimi Speeringa. Poza tym za kierownic  stawał si  senny, a zabawa 

zmuszała go do czujno ci. 

Odczytywał liczby z tablic rejestracyjnych nadje d aj cych samochodów, a 

Follet je notował. Warren spostrzegł,  e kieruj c prawie cał  uwag  na 

Speeringa, Follet co jaki  czas sprawdzał jednak podawane numery. U miechn ł 

si . Ten facet nigdy nikomu nie ufał. Kiedy w ród pi tnastu zanotowanych liczb 

adna si  nie powtórzyła, Warren zacz ł mie  wielk  nadziej ,  e wygra te sto 

funtów i jego zainteresowanie zabaw  wzrosło. To nie było ju  tylko zabijanie 

czasu. 

Przy osiemnastej pozycji Follet powiedział nagle: 

- No prosz , numer pi ty i osiemnasty s  takie same! Liczba trzydzie ci 

dziewi . Przegrał pan, Warren. Moja premia zwi ksza si  o sto funtów. - 

Wsadził pióro z powrotem do kieszeni koszuli. - To było tak zwane podpuszczenie 

albo inaczej frajerski zakład. Nie miał pan wi kszych szans. 

- Nie bardzo rozumiem - odparł Warren. Follet roze miał si . 

- To dlatego,  e w matematyce jest pan ignorantem. Wyliczył pan,  e przy stu 

mo liwych rozwi zaniach i wyborze tylko dwudziestu z nich, pa skie szans  

wygranej s  czterokrotnie wi ksze i uznał pan,  e jestem durniem, skoro uwa am 

je za wyrównane. Ale to pan okazał si  durniem, poniewa  tak naprawd  

przewaga była po mojej stronie, i to w stosunku co najmniej siedem do jednego. 

Warto zna  si  na matematyce. 

- Nadal nie rozumiem - stwierdził po namy le Warren. 

- Prosz  spojrze  na to z innej strony. Gdybym si  zało ył,  e w pierwszej 

dwudziestce pojawi si  dwukrotnie jaka  konkretna liczba, byłbym głupcem. Ale 

tego nie zrobiłem. Powiedziałem,  e dowolne dwie liczby spo ród pierwszych 

dwudziestu b d  identyczne. 

Warren zmarszczył brwi. Ci gle nie wiedział, w czym rzecz, ale zawsze był 

słaby w matematyce. 

- Podpuszczanie polega na tym - powiedział Follet -  e zakład wydaje si  

korzystny dla frajera, ale w rzeczywisto ci przewag  ma cwaniak, który mu go 

proponuje. Wystarczy poszpera  troch  w zakamarkach matematyki, zwłaszcza 

w teorii prawdopodobie stwa,  eby znale  dziesi tki pomysłów, na które 

naiwniak zawsze si  nabierze. 

- Ze mn  ju  ci si  nie uda - stwierdził Warren. Follet stłumił  miech. 

- Mo e si  zało ymy? To zadziwiaj ce, jak cz sto frajerzy ponownie próbuj  

szcz cia. Andy Tozier te  dał si  wykiwa . I nabior  go jeszcze raz. Zanim 

sko czymy akcj , odbior  mu cał  premi . -Zerkn ł w lusterko. - Niech pan 

zwolni, dobrze? Droga robi si  kr ta. 

Jechali dalej, a  dotarli do Zandzan. 

- Mam tego d ipa na oku - oznajmił Follet. - Chyba jedzie w naszym 

kierunku. 

W dwie minuty pó niej powiedział: 

background image

 

59 

- Zgubiłem go. 

Z radia odezwał si  głos, zakłócony trzaskami, spowodowanymi zapewne 

przez wyładowania atmosferyczne nad górami na zachodzie. 

- ...skr cił w lewo... hotelu... jed cie... zrozumieli cie? Odbiór. Follet pstrykn ł 

przeł cznikiem. 

- Speering skr cił w lewo koło hotelu. Czy chcesz,  eby my jechali za nim? 

Czy o to chodzi, Andy? Odbiór. 

- Tak... szybko... Wył czam si . Warren zatrzymał wóz. 

- Teraz ja poprowadz  - powiedział Follet. - Wygl da pan na zm czonego. 

- W porz dku - odparł Warren. Zamienili si  miejscami. Warren przeci gn ł 

si  i rozsiadł wygodnie w fotelu obok kierowcy. Jechał przez cały dzie , a land-

rovera prowadziło si  nieco trudniej ni  jego limuzyn . Wrócili do Zandzan, 

znajduj c obok hotelu drog  wiod c  na zachód. Na drogowskazach były 

arabskie napisy, których Warren nie potrafił odczyta . Follet gwałtownie skr cił i 

Warren musiał przytrzyma  mapy. 

Droga pogarszała si  z ka d  chwil , a poniewa  prowadziła w góry, była 

coraz bardziej kr ta i niebezpieczna: Follet jechał nieco szybciej ni  powinien, 

staraj c si  dogoni  Toziera i Bryana, wóz trz sł si  wi c i podskakiwał. W ko cu 

zobaczyli przed sob  tuman kurzu. 

- To chyba Andy - stwierdził Follet, a po chwili dodał: - Tak, to on. - 

Zmniejszył nieco pr dko . - Zwolni  troch ,  eby my nie łykali przez cał  drog  

tego przekl tego kurzu. 

Kiedy wjechali gł biej w góry, jazda stała si  powolniejsza. Droga była bardzo 

zła, pełna kolein, na których trz sło jak wszyscy diabli i rozmyta w miejscach, 

gdzie przepływały wezbrane potoki. Zbocza stawały si  coraz bardziej strome, a 

zakr ty coraz ostrzejsze, tak  e Follet musiał korzysta  ze specjalnego niskiego 

biegu, w który wyposa ony jest land-rover. Dzie  miał si  ju  ku ko cowi. 

Warren trzymał na kolanach spi ty zestaw map, obserwuj c równocze nie 

kompas. Jechali cały czas na zachód. Sprawdziwszy ponownie map , powiedział: 

- To droga do Kurdystanu. 

Wiedział,  e t  tras  przemycano od lat opium z Iranu do Syrii i Jordanii. 

Nabrał jeszcze gł bszego przekonania,  e si  nie myli - to ju  nie mógł by  

wył cznie przypadek. 

Follet pokonał kolejny zakr t i zjechał w dół jednym z niewielu prostych 

odcinków drogi. W tym miejscu biegła ona wzdłu  zbocza góry. Na prawo 

wznosiła si  pionowo skalna  ciana, a na lewo znajdowała si  nie mniej stroma 

przepa . 

- Niech pan patrzy - powiedział Follet, wskazuj c głow  w dół. 

Droga przecinała dolin  i pi ła si  znowu zboczem góry po drugiej stronie. W 

oddali p dz cy samochód wzniecał czerwony tuman kurzu, wyra nie widoczny w 

promieniach sło ca. 

- To Speering - powiedział Follet. - Andy nie wyjechał jeszcze z doliny. Skoro 

widzimy Speeringa, to i on nas widzi. Musiałby by   lepy albo zalany w trupa, 

eby nie zauwa y ,  e go  ledzimy. 

- Nic si  na to nie poradzi - stwierdził ponuro Warren. - Tak ju  jest. 

background image

 

60 

- Niech mi pan powie jedn  rzecz - zagadn ł Follet. - Co b dzie po zachodzie 

sło ca? Pomy lał pan o tym? 

Warren rzeczywi cie si  nad tym zastanawiał i bardzo go to martwiło. 

Spojrzał na zegarek i stwierdził,  e została im niecała godzina. 

- B dziemy jecha , jak długo si  da - odparł pozbawionym emocji głosem. 

Nie zajechali zbyt daleko. W pół godziny pó niej natrafili na drugiego land-

rovera, zaparkowanego przy drodze. Ben Bryan zatrzymał ich machni ciem r ki. 

Tu  za nim stał Tozier, obserwuj c góry. Follet zahamował, a Warren wychylił 

si  przez okno. 

- Co si  dzieje, Ben? 

Z by Bryana l niły biel  na tle pokrytej kurzem twarzy, a górski   wiatr 

rozwiewał mu włosy. 

- Przegrali my, Nick. Podejd  tam, gdzie stoi Andy. Warren wysiadł z wozu i 

poszedł za nim w kierunku Toziera, który odwrócił si  i rzekł: 

- Mo e ty mi powiesz, któr dy pojechał. 

Na szczycie skalistego płaskowy u drogi rozchodziły si  w pi ciu kierunkach. 

- Pi  mo liwo ci - oznajmił Tozier. - Powiedz, któr  wybrał. 

- Nie zostawił  adnych  ladów? 

- Nawet tam, gdzie nie ma litej skały, ziemia jest twarda. -Tozier rozejrzał si  

wkoło. -Wygl da to na skrzy owanie głównych dróg, ale na mapie nie jest 

zaznaczone. 

- Tej drogi, któr  jechali my, te  tam nie ma - zauwa ył Warren. Przykucn ł, 

opieraj c sobie map  na kolanie. - Przypuszczam,  e jeste my gdzie  tutaj. - 

Zaznaczył na mapie niewielki krzy yk. -Jakie  trzydzie ci mil w gł b 

Kurdystanu. - Wyprostował si , przeszedł na skraj drogi i popatrzył na zachód, 

gdzie zni aj ce si  sło ce o wietlało co jaki  czas burzowe chmury nad 

czerwonymi szczytami. - Speering mo e jecha  prosto do irackiej granicy. 

- Dzisiaj tam nie dotrze - odparł Tozier. - Po takich górskich drogach nie da 

rady. Co robimy, Nick? 

- A co mo emy robi , do cholery? - zdenerwował si  Warren. -Zgubili my go 

ju  na samym pocz tku. Mamy jedn  szans  na cztery,  e wybierzemy wła ciw  

drog . Jak przy frajerskim zakładzie. -Opanował bezcelowy gniew. - Teraz 

niewiele na to poradzimy. Ju  prawie ciemno, wi c lepiej rozbi  obóz. 

Tozier skin ł głow . 

- W porz dku. Ale zróbmy to tak,  eby nie było go wida  z  adnej z tych dróg. 

- Dlaczego? O co ci chodzi? 

- Wła ciwie o nic. - Tozier wzruszył ramionami. - Przestrzegam 

podstawowych zasad bezpiecze stwa. Weszło mi to w krew. 

Oddalił si  w kierunku samochodów, pozostawiaj c Warrena w podłym 

nastroju. 

"Sknocili my robot " - pomy lał Warren. „W Bogu nadzieja,  e Mike i Dan 

maj  wi cej szcz cia". 

Nie miał jednak ochoty si  o to zakłada . Byłby to kolejny zakład frajera.

 

 

 

 

 

background image

 

61 

Rozdział 4

 

 

- To jest  ycie - stwierdził Michael Abbot. Popijał co  z wysokiej szklanki z 

matowego szkła, przygl daj c si  z wyra nym zainteresowaniem efektownej 

dziewczynie w nader sk pym bikini, która weszła wła nie na trampolin . 

Ugi wszy nogi w kolanach znieruchomiała na chwil , a potem  mign ła w 

powietrzu, wykonuj c po mistrzowsku jaskółk  i nurkuj c gładko - w Morzu 

ródziemnym. 

Dan Parker pozostał niewzruszony. 

- Tracimy tylko czas - powiedział. 

- Nie mo na niczego przy piesza  - odparł Abbot. Omawiał to ju  wcze niej z 

Parkerem i Dan zgodził si , aczkolwiek niech tnie,  e lepsze rozwi zanie nie 

istnieje. Mieli dwa wyj cia. Mogli działa  w sposób bezpo redni -to znaczy 

przedstawi  si  pannie Delorme jako potencjalni sojusznicy. Kłopot polegał na 

tym,  e gdyby im si  nie powiodło, ponie liby totaln  kl sk  i nie mieli  adnych 

innych mo liwo ci. Rozwi zanie po rednie polegało na tym,  eby nakłoni  jako  

Delorme, by sama do nich przyszła. Gdyby w rozs dnie krótkim czasie si  to nie 

udało, zastosuj  wariant bezpo redni. 

Abbot pochylił si  do przodu,  eby popatrze  na dziewczyn , która 

wychodziła wła nie z wody. 

- Zd ymy na czas. 

- Mamy wi c przesiadywa  w tym szykownym hotelu, a ty b dziesz wlewa  w 

siebie kolejne drinki. Czy o to chodzi? - Parker był rozdra niony. Dobrze 

wiedział,  e hotel Saint-Georges nie jest dla niego odpowiednim miejscem. 

- Spokojnie, Dan - powiedział cicho Abbot. - To dopiero pocz tek. Je eli nie 

zdołamy do niej dotrze , b dziemy musieli si  dowiedzie , w jakim towarzystwie 

si  obraca - i po to tu jeste my. 

Jeanette Delorme nale ała w Libanie do towarzyskiej  mietanki. Mieszkała w 

Hammana, w luksusowej willi w górach i sta  j  było na to, by jada  przez dwa 

dni z rz du w hotelu Saint-Georges. Problem polegał na tym, jak j  podej . 

Musieli znale  sposób,  eby si  do niej zbli y . Abbot pomy lał,  e przypomina 

to podchodzenie do grzechotnika. Czytał ju  jej dossier. 

Uwa ał,  e jedynie mogli dowiedzie  si , kim s  jej wspólnicy - ci najbardziej 

podejrzani - a potem zało y  jak  solidn  przyn t . Musiało to zaj  sporo czasu 

- zdaniem Dana Parkera zbyt du o - ale nie było innego wyj cia. Siedzieli wi c w 

hotelu Saint-Georges, trzymaj c si  dyskretnie na uboczu, a tymczasem panna 

Delorme jadła obiad z jakim  znajomym, którego personalia zostan  sprawdzone, 

gdy tylko si  z ni  rozstanie. Poprzedni dzie  miał podobny przebieg - i nic nie 

osi gn li. Jej towarzysz okazał si  otyłym liba skim bankierem o 

nieposzlakowanej reputacji i zdecydowanie nie był łajdakiem, jakiego 

potrzebowali. 

Abbot przygl dał si  dziewczynie, która wchodziła znów na trampolin . 

- Wiesz, Dan, dlaczego ten hotel nazywa si  Saint-Georges? -zapytał 

nieoczekiwanie. 

- Nie. - Ton lakonicznej odpowiedzi Parkera  wiadczył,  e zupełnie go to nie 

obchodzi. 

background image

 

62 

Abbot zakołysał zamaszy cie trzyman  w r ce szklank . 

- Wła nie w Bejrucie  wi ty Jerzy zabił smoka. Tak mi przynajmniej 

mówiono. Stało si  to podobno tutaj, nad Zatok   wi tego Jerzego. Zawsze 

my lałem,  e chrze cijanie podkradli ten w tek z mitologii greckiej - no wiesz, z 

historii o Perseuszu i Andromedzie. - Wskazał dziewczyn  na trampolinie. - Sam 

bym ch tnie zabił smoka, gdyby ona była nagrod . 

Parker poruszył si  niespokojnie na krze le, a Abbot pomy lał,  e b dzie 

musiał znale  mu jakie  zaj cie. Dan był w porz dku, kiedy miał co robi  z 

r kami, ale to obce otoczenie działało mu na nerwy. 

- Co ci  gryzie, Dan? - zapytał. 

- Nadal uwa am,  e tracimy czas. - Parker wyj ł chusteczk  i otarł pot z czoła. 

- Ch tnie napiłbym si  piwa. Wiele bym teraz dał za du y kufel. 

- Nie widz  powodu,  eby  sobie odmawiał - stwierdził Abbot, rozgl daj c si  

za kelnerem. - Dlaczego jeszcze go nie zamówiłe ? 

- Co? Tutaj? - Parker był zaskoczony. Angielskie piwo kojarzyło mu si  z 

londy skim pubem i kuflami z czasów króla Edwarda, albo z niskim, 

drewnianym sklepieniem wiejskiej gospody. - Nie s dziłem,  e w takim 

eleganckim miejscu mog  podawa  piwo. 

- Zarabiaj  na  ycie, oferuj c to, czego  ycz  sobie klienci - stwierdził sucho 

Abbot. - Ten jankes za nami popija budweisera, nie widz  wi c powodu, dlaczego 

miałby  nie dosta  swojego kufla. - Przywołał wzrokiem kelnera, który 

natychmiast si  zjawił. - Ma pan jakie  angielskie piwo? 

- Oczywi cie, prosz  pana. Jakie pan sobie  yczy? Bass, worthington, 

watney... 

- Niech b dzie watney - odparł Parker. 

- A dla mnie jeszcze raz to samo. - Abbot patrzył w  lad za odchodz cym 

kelnerem. - Widzisz, Dan, jakie to proste? 

- Nigdy bym nie przypuszczał - zdziwił si  Dan. 

- Kiedy zjawia si  tutaj angielski milioner i nie mo e dosta  ulubionego 

trunku, robi karczemn  awantur , a to nie sprzyja interesom - stwierdził Abbot. - 

Zapewne b dziemy musieli zapłaci  słony rachunek, ale to i tak idzie na konto 

starego. 

Dan zdziwił si  jeszcze bardziej, kiedy przyniesiono mu cynowy kufel. 

Pogr ył si  w nim natychmiast, a gdy wynurzył si  dla zaczerpni cia powietrza, 

miał pian  pod nosem. 

- Takie wła nie lubi  - oznajmił. - Zimne i w dobrym gatunku. 

- Mo e poprawi ci humor - rzekł Abbot. Rzucił okiem na rachunek, skrzywił 

si  i odwrócił go na drug  stron , aby Dan nie zobaczył zapisanej tam kwoty. 

Zepsułoby mu to na pewno cał  przyjemno , nawet je eli Hellier za wszystko 

płacił. Popatrzył z ukosa na Parkera i stwierdził,  e znajomy smak piwa wyra nie 

go rozlu nił. - Jeste  pewien,  e nie mylisz si  co do tej torpedy? Znaczy,  e to si  

da zrobi ? 

- Ale  tak. Dam sobie rad . Potrafi  nauczy  je ró nych sztuczek. 

- Nie chodzi nam o  adne sztuczki. Chcemy tylko,  eby torpeda mogła dotrze  

na cholernie du  odległo . Pi  razy dalej ni  przewiduje jej konstrukcja. 

background image

 

63 

- O to si  nie martw - powiedział uspokajaj co Dan. - Poradz  sobie. 

Chciałbym tylko wiedzie , czy ci ludzie zdob d  torped . Wiesz,  e nie jest o nie 

tak łatwo. 

Abbot podzielał jego niepokój, cho  si  do tego nie przyznawał. Warren 

wpadł na zwariowany pomysł,  eby wykorzysta  do przemytu torped , ale 

wprowadzenie jego pomysłu w czyn było ju  osobn  spraw . Je eli Delorme nie 

zdob dzie torpedy, cały plan we mie w łeb. 

- Pomartwimy si  o to w swoim czasie - stwierdził. 

Zaj li si  lu n  rozmow , a Abbot z min  kalifa na targu niewolnic odbierał 

równocze nie defilad  skacz cych z trampoliny dziewcz t. Miał jednak na oku 

wej cie do restauracji i w pół godziny pó niej powiedział cicho: 

- To ona. Ko cz piwo, Dan. 

Parker wlewał w siebie zawarto  drugiego ju  kufla ze swobod  wskazuj c  

na wieloletni  praktyk . 

- A wi c tak samo jak wczoraj? 

- Zgadza si . Jedziemy za tym facetem. Wiadomo, gdzie j  mo na znale . - 

Abbot płacił rachunek, a Parker pod ył wolno  ladem Jeanette Delorme i jej 

towarzysza. Kiedy Abbot dogonił Parkera, ten otwierał wła nie drzwiczki wozu. 

- To czwarty samochód - wyja nił Parker. - Chyba nie b dzie z nim 

problemów. Mam tylko nadziej ,  e ten facet nie oka e si  jeszcze jednym 

pieprzonym bankierem. 

- Ja poprowadz  - powiedział Abbot i wsun ł si  za kierownic . Zaczekał, a  

wielki mercedes ruszy, a potem wrzucił bieg i wł czył si  do ruchu trzy wozy za 

nim. - Nie przypuszczam,  eby to był bankier. Przede wszystkim nie ma brzucha. 

I z pewno ci  nie wygl da na Liba czyka. 

- Zauwa yłem, jak przygl dałe  si  tym wszystkim gołym panienkom, które 

paradowały przed hotelem - rzekł Parker. - A co my lisz o tej przed nami? 

- O naszej Jeanette? - Abbot w skupieniu wyprowadzał wóz z rue Minetel 

Hosn. - Jako  nie my lałem o niej w tych kategoriach -stwierdził drwi co. - Jakby 

si  nad tym zastanowi , jest całkiem niebrzydka, ale nie miałem nigdy okazji 

popatrze  sobie na ni  czule i bez po piechu. Troch  trudno oceni  urod  kobiety, 

kiedy nie pozwalaj  ci si  jej przygl da . 

- Nie gadaj bzdur -  achn ł si  Parker. 

- No ju  dobrze. Jest dla mnie troch  za stara. - Abbot miał dwadzie cia sze  

lat. - Ale szykowna, bardzo szykowna.  wietnie nadaje si  do łó ka. - Skrzywił 

si . - Tyle  e, moim zdaniem, równie dobrze mo na by i  do łó ka z modliszk . 

- O czym ty mówisz, do cholery? 

- Nie wiesz,  e modliszki zjadaj  swoich partnerów, kiedy si  ju  z nimi 

zabawi ? - Skr cił w avenue Bliss, jad c w dyskretnej odległo ci za mercedesem. 

Gdy mijali Uniwersytet Ameryka ski, powiedział: - Zastanawiam si , po co t dy 

jad . U wylotu tej drogi jest ju  tylko morze. 

- Wkrótce si  przekonamy - odrzekł flegmatycznie Parker. Avenue Bliss 

przeszła w rue Manarah, a mercedes jechał dalej. Za zakr tem ukazało si  morze. 

- Uwa aj! - ostrzegł Parker. - Zatrzymuje si . Abbot przejechał obok 

mercedesa, staraj c si  usilnie nie patrze  na boki. Skr cił za róg i zaparkował 

wóz na Corniche. 

background image

 

64 

- To był hotel - powiedział i zacz ł si  zastanawia . W ko cu podj ł decyzj . - 

Pójd  tam. Je eli ten mercedes ruszy, a facet b dzie w  rodku, jed  za nim. Nie 

czekaj na mnie. 

- W porz dku - odparł Parker. 

- I pami taj, Dan - działaj dyskretnie. 

- To i ciebie dotyczy-stwierdził Parker. Patrzył, jak Abbot skr ca za róg w rue 

Manarah, a potem zawrócił samochód na miejsce, z którego mógł lepiej 

obserwowa  wej cie do hotelu i równocze nie, w razie potrzeby, ruszy  za 

zaparkowanym wci  na ulicy mercedesem. Delorme i towarzysz cy jej 

m czyzna wyszli wła nie z chłopcem hotelowym, który pakował do samochodu 

całe mnóstwo baga y. 

Mercedes ruszył mi kko, a Parker pojechał za nim i niebawem znalazł si  na 

znajomej drodze. Min li Uniwersytet Liba ski i lotnisko Khaldeh, kieruj c si  do 

Hammana. Kusiło go,  eby zawróci , ale przejechał cał  tras , towarzysz c 

Jeanette Delorme i jej go ciowi a  do samego domu. Potem udał si  z powrotem 

do Bejrutu, przedzieraj c si  w drodze do hotelu przez uliczne korki. 

Kiedy Parker wszedł do pokoju, Abbot Je ał do góry brzuchem. 

- Gdzie si  podziewałe  tyle czasu, Dan? 

- O tej porze jest cholerny ruch na drodze - odparł z rozdra nieniem Parker. - 

Zabrała go do siebie, a wiesz, jak wygl da teraz wyjazd z miasta. Wzi ła go do 

domu, z baga ami i ze wszystkim. Wygl da na to,  e jest jej go ciem. - 

Wyszczerzył z by w u miechu. -Je eli on zniknie, b dziesz wiedział,  e to 

naprawd  modliszka. Udało ci si  czego  dowiedzie ? 

- Owszem - przytakn ł Abbot. - Jedna z panienek w hotelu uległa mojemu 

słynnemu urokowi i dzi ki temu wiem ju ,  e facet jest Amerykaninem, nazywa 

si  Jack Eastman i przyleciał wczoraj z Teheranu. Słyszałe , Dan? Z Teheranu! 

Odkryli my pierwsze ogniwo. 

 

Mo liwe,  e było to pierwsze ogniwo, ale nie ostatnie, gdy  Eastman okazał si  

niemal tak samo nieprzyst pny, jak panna Delorme. 

- Ci przemytnicy narkotyków strasznie zadzieraj  nosa - zauwa ył Abbot. - 

Nie zadaj  si  z pospólstwem. 

Zastosowali wi c wobec Eastmana star  taktyk . Obserwowanie go i 

demaskowanie jego wspólników było potwornie czasochłonne. Zrezygnowaliby z 

tego, gdyby nie mieli pewno ci,  e s  na wła ciwym tropie. Abbot dostał bowiem 

list od Helliera, który pełnił rol  ich o rodka informacji. 

- Wiadomo ci s  dobre i złe - stwierdził Abbot po zapoznaniu si  z tre ci  

przesyłki. 

- Zacznijmy od tych złych - stwierdził. Parker. - Mo e b d  potrzebowa  

pocieszenia, kiedy je usłysz . 

- Warren stracił z oczu Speeringa. Rozpłyn ł si  im gdzie  w centrum 

Kurdystanu. Teraz wszystko w naszych r kach, Dan. Zało  si ,  e Nick jest 

w ciekły jak diabli - dodał w zadumie. 

- My te  nie posun li my si  zbyt daleko - powiedział ponuro Parker. 

- Wprost przeciwnie. To jest wła nie ta dobra wiadomo . Spe-ering zwiał 

Nickowi, ale dzie  wcze niej spotkał si  z Eastmanem. To ł czy go bezpo rednio z 

background image

 

65 

pann  Delorme. Uzyskujemy w ten sposób pierwszy konkretny dowód. Wszystko 

inne to były tylko domysły Nicka Warrena. 

Parker rozpromienił si . 

- No, skoro tak, to bierzmy si  do roboty. 

I rzeczywi cie, wzi li si  do roboty, ale upłyn ło jeszcze sporo czasu, zanim 

Abbot zdecydował: 

- To jest odpowiedni człowiek. Zarzucimy na niego przyn t  i miejmy 

nadziej ,  e sowicie si  to opłaci. 

- Picot? 

Picot był tylko plotk . Znał faceta, który znal kogo , kto znal Eastmana. 

Łatwo było do niego dotrze  i Abbot miał nadziej ,  e oka e si  otwarty na nowe 

pomysły, je li mu si  je odpowiednio poda. Bystre i wnikliwe oko dostrzegało 

równie ,  e jest oszustem, co zwi kszało jeszcze bardziej nadzieje Abbota. 

- Jak go podejdziemy? - zapytał Parker. 

- Przede wszystkim musimy przenie  si  do ta szego hotelu. - Przyjrzał si  

Parkerowi z uwag . - Nie mamy nadmiaru gotówki, ale i nie jeste my 

kompletnymi bankrutami. Faceci  dni forsy, ale ostro ni. Mamy co  do 

sprzedania i chcemy dosta  najwy sz  cen , wi c nie decydujemy pochopnie. 

Rozumiesz? 

Parker sm tnie si  u miechn ł. 

- Najłatwiej b dzie mi udawa  brak gotówki. Nigdy nie miałem za wiele forsy. 

Jak podsuniemy Picotowi temat do rozmowy? 

- B dziemy improwizowa  - odparł spokojnie Abbot. 

Picot odwiedzał cz sto kawiarni  na starym mie cie w pobli u portu. Kiedy 

Abbot i Parker znale li si  tam nast pnego dnia wieczorem, siedział wła nie przy 

stoliku, czytaj c gazet . Abbot wybrał stolik obok. Usiadł przy nim razem z 

Parkerem, marszcz c nos na widok  ladów jedzenia na jadłospisie, po czym zło ył 

zamówienie dla dwóch osób. 

Parker rozejrzał si  wokół i powiedział zni aj c głos: 

- Co teraz? 

- Spokojnie - odparł cicho Abbot. - Niech to wyniknie spontanicznie. - 

Odwrócił si  i spojrzał na plik gazet i czasopism, le cych na stoliku Picota i 

przeznaczonych najwyra niej dla klientów. Odezwał si  po angielsku: 

- Przepraszam, monsieur. Czy mo na? Picot podniósł wzrok i skin ł głow . 

- Prosz  bardzo. 

Jego angielszczyzna była dziwnie zabarwiona francuskim i ameryka skim 

akcentem. 

Abbot wzi ł jakie  czasopismo i przegl dał je od niechcenia, dopóki nie zjawił 

si  kelner, który postawił na stoliku całe mnóstwo talerzy, dwa drinki i dzbanek z 

wod . Abbot nalał sobie do szklanki troch  wody, powoduj c zm tnienie napoju. 

- Twoje zdrowie, Dan. 

Parker poszedł niezdecydowanie w jego  lady, napił si  i prychn ł. 

- Co to jest? - zawołał uderzaj c szklank  o stół. - Lekarstwo na kaszel? 

- To arak, miejscowy trunek. Parker badał j zykiem podniebienie. 

background image

 

66 

- Nie próbowałem czego  takiego od dzieci stwa. - Ze zdziwieniem dokonał 

odkrycia. - Ziarenka any u! - Pow chał zawarto  szklanki. - To nie jest napój 

dla m czyzny. Nie maj  tu watneya? 

Abbot szeroko si  u miechn ł. 

- W tpi . Je eli chcesz napi  si  piwa, masz do wyboru liba skie francuskie i 

liba skie niemieckie. 

- Niech b dzie niemieckie - zdecydował Parker. Abbot zło ył zamówienie na 

henninger byblos, a odwróciwszy si  zobaczył, jak Parker przygl da si  

podejrzliwie zawarto ci talerzy. 

- Na miło  bosk , Dan, przesta  zachowywa  si  jak turysta! -powiedział ze 

zło ci . - Czego si  tu spodziewałe , ryby z frytkami? 

- Lubi  wiedzie , co jem - stwierdził nieporuszony Parker. 

- To „mezza" - powiedział gło no Abbot. - Niewiele kosztuje i wystarczy,  eby 

si  naje . Je eli chcesz czego  lepszego, id  do Saint-Georges'a, ale nie ja b d  

płaci  rachunek. Zaczynam mie  ciebie do . Jeszcze troch , a wszystko odwołam. 

Parker wygl dał na zaskoczonego, ale uspokoił si , gdy Abbot do niego 

mrugn ł. Przyniesiono piwo. Parker spróbował je, po czym odstawił szklank . 

- Chyba mo e by . 

- Czy my lisz,  e mógłby  si  tym... hm... zala ? - zapytał cicho Abbot. 

Parker prztykn ł palcem w szklank . 

- Taka słabizna nie wystarczy. 

- Ale mógłby  si  postara , prawda? Mo e nawet zacz łby  by  niedyskretny. 

- To zamów mi nast pne piwo - stwierdził Parker i jednym pot nym haustem 

opró nił szklank . 

Abbot jadł z apetytem, natomiast Parker przebierał w talerzu i pił 

najwyra niej wi cej ni  powinien. Mówił coraz gło niej, coraz bardziej bełkotał i 

zaczynał uskar a  si  na swój los. 

- Chcesz ze wszystkiego zrezygnowa ? A nie pomy lałe  o tym, co ja czuj ? To 

był mój pomysł - cholernie dobry pomysł - i jak go wykorzystujesz? Siedzisz na 

tym swoim arystokratycznym tyłku i nic nie robisz. 

- Uspokój si , Dan! - nalegał Abbot. 

- Wcale si  nie uspokoj ! Tych twoich pretensji te  zaczynam mie  ju  do . - 

Zacz ł mówi  przedrze niaj cym tonem: „Nie rób tego Dan. - Nie rób tamtego 

Dan. - Zamykaj usta przy jedzeniu Dan". Za kogo ty si  uwa asz, do cholery? 

- Och, na miło  bosk ! - wtr cił Abbot. 

- Powiedziałe ,  e mo esz mi pomóc w załatwieniu tej sprawy - i co zrobiłe ? 

Gówno! 

- Trzeba czasu,  eby nawi za  kontakty - odparł ze znu eniem Abbot. 

- Mówiłe ,  e masz kontakty - stwierdził zjadliwie Parker. 

- Na co ty wła ciwie narzekasz? - powiedział Abbot podniesionym głosem. - 

Nie płacisz za to, prawda? Gdyby nie ja, siedziałby  dalej na tyłku w Londynie, 

grzebał si  w pogruchotanych wozach i marzył o tym, jak szybko zrobi  maj tek. 

Wyło yłem ju  prawie tysi c funtów, Dan. Czy to si  w ogóle nie liczy? 

- Nie obchodzi mnie, czyje to pieni dze. Ci gle nic nie robisz i trac  tylko czas. 

- Parker wskazał zamaszystym gestem otwarte drzwi: - W porcie jest pełno 

statków i zało e si ,  e polowa z nich bierze udział w przemycie. Wezm  to, co 

background image

 

67 

mam im do zaoferowania i dobrze mi zapłac . Mówisz,  e siedz  na tyłku - a 

czemu ty swojego nie ruszysz? 

Abbot próbował bezskutecznie uciszy  Parkera. 

- Zamknij si , na Boga! Chcesz,  eby wszystko si  wydało? Sk d wiesz, czy tu 

nie roi si  od policji? Parker z trudem stan ł na nogi. 

- A, do cholery! - Rozejrzał si  wokoło zamglonym wzrokiem. -Gdzie tu jest 

toaleta? 

Abbot patrzył na niego z rezygnacj . 

- Tam - powiedział wskazuj c drzwi w gł bi kawiarni. - Tylko nie rozmawiaj z 

obcymi. - Patrzył, jak Parker odchodzi chwiejnym krokiem od stolika, po czym 

wzruszył ramionami i wzi ł do r ki gazet . 

- Monsieur? - odezwał si  głos za jego plecami. Odwróciwszy si  zobaczył,  e 

Picot bacznie mu si  przygl da, 

- Słucham? 

- Czy myliłbym si  twierdz c,  e pan i pa ski przyjaciel szukacie... pracy? 

- Owszem - odparł krótko Abbot i odwrócił si . Zawahał si  wyra nie, po 

czym znowu spojrzał na Picota. - Dlaczego pan tak uwa a? 

- Pomy lałem,  e mo e szukacie roboty. Jeste cie marynarzami? 

- Czy ja wygl dam na marynarza?- spytał Abbot. Picot u miechn ł si . 

- Nie, monsieur. Ale pa ski przyjaciel... - - To jego sprawa. 

- A nie pa ska, monsieur? - Picot uniósł brwi. - Wi c zdecydowanie nie 

szukacie panowie pracy? 

- Jakiego rodzaju? 

- Ka dy, kto ma błyskotliwe pomysły, a zwłaszcza marynarz... zawsze co  

odpowiedniego si  dla niego znajdzie. 

- Nie jestem marynarzem. Mój przyjaciel był nim w przeszło ci. Ale i dla mnie 

musiałoby si  znale  miejsce. Jeste my serdecznymi przyjaciółmi. Rozumie pan, 

nigdy si  nie rozstajemy. 

Picot z u miechem przygl dał si  swoim paznokciom. 

- Rozumiem, monsieur. Wiele zale e  b dzie od tego, co pa ski przyjaciel 

wymy lił. Gdyby zechciał mi pan to wyja ni , na pewno pan nie po ałuje. 

- Je eli panu powiem, b dzie pan wiedział tyle, co ja, prawda? -powiedział 

chytrze Abbot. - Nic z tego. Poza tym nie wiem, kim pan jest. Nie lubi  robi  

transakcji z nieznajomymi. 

- Nazywam si  Jules Fabre - przedstawił si  Picot, zachowuj c powag  na 

twarzy. 

Abbot pokr cił głow . 

- To mi nic nie mówi. Mo e pan by  równie dobrze grub  ryb  albo n dznym 

oszustem. 

- Nie zabrzmiało to ładnie, monsieur - powiedział z wyrzutem Picot. 

- Bo i wcale nie miało - odparł Abbot. 

- Utrudnia pan spraw  - stwierdził Picot. - Nie spodziewa si  pan chyba,  e 

kupi  kota w worku. To  aden interes. Wcze niej czy pó niej b dzie mi pan 

musiał powiedzie . 

- Nie martwi  si  tym za bardzo. Tego, co wymy lił Dan - mój przyjaciel - nie 

dokona nikt inny. On jest specjalist . 

background image

 

68 

- A pan? 

Abbot wyszczerzył z by w impertynenckim u miechu. 

- Mo na powiedzie ,  e jestem jego mened erem. Poza tym, wło yłem w to na 

razie swoje pieni dze. - Zmierzył Picota obra liwym spojrzeniem. - A skoro 

mowa o pieni dzach - to, co mamy do sprzedania, b dzie kosztowało kup  forsy, 

a nie przypuszczam,  eby taki drobny kanciarz jak pan je miał, wi c niech pan 

nie zabiera mi czasu. - Powiedziawszy to, znów si  odwrócił. 

- Chwileczk  - powstrzymał go Picot. - Ile spodziewa si  pan dosta  za t  

swoj  tajemnic ? 

Abbot zrobił obrót i zmierzył Picota wzrokiem. 

- Pół miliona dolarów ameryka skich. Ma pan tyle? - zapytał ironicznie. 

Picot  ci gn ł usta i zni ył głos: 

- I chodzi o przemyt? 

- A o czym niby cały czas rozmawiali my, do cholery? - spytał Abbot. 

Picot wyra nie si  o ywił. 

- Chce pan skontaktowa  si  z kim  u góry? Mog  panu pomóc, monsieur, ale 

to b dzie kosztowało. - Znacz co potarł kciuk o wskazuj cy palec, wzruszaj c 

ramionami. - Ja te  mam swoje wydatki, monsieur. 

Abbot zawahał si , ale zaraz potem pokr cił głow . 

- Nic z tego. Nasza oferta jest tak dobra,  e góra zapłaci za to,  eby nas pan 

znalazł. Po co miałbym dawa  panu w łap ? 

- Bo je eli pan nie da, góra nigdy o was nie usłyszy. Staram si  tylko zarobi  

na  ycie, monsieur. 

Parker wrócił i usiadł ci ko na krze le. Wzi ł do r ki pust  butelk  i uderzył 

ni  o stół. 

- Chc  jeszcze jedno piwo. 

Abbot obrócił si  na krze le i powiedział ze zło ci : -   - No to sobie kup. 

- Nie mam forsy - stwierdził Parker. - Poza tym - dodał wojowniczo - to ty 

jeste  bankierem. 

- Och, na lito  bosk ! - Abbot si gn ł po portfel, wyłuskał z cienkiego zwitka 

pojedynczy banknot i rzucił go na stolik. - Kup sobie całe wiadro piwa i wyk p si  

w nim. Je li o mnie chodzi, 

mo esz si  nawet utopi . - Odwrócił si  do Picota: - No dobrze, ile za to 

chcesz, cholerny kr taczu? 

- Tysi c funtów. Liba skich. 

- Polowa teraz, a reszta po nawi zaniu kontaktu. - Odliczył banknoty i rzucił 

je Picotowi przed nos. - W porz dku? Picot wyci gn ł r k  i ostro nie zabrał 

pieni dze. 

- W porz dku, monsieur. Jak pan si  nazywa i gdzie mog  pana znale ? 

- Moje nazwisko jest bez znaczenia. B d  tu prawie co wieczór - oznajmił 

Abbot. - To wystarczy. Picot skin ł głow . 

- Wierz ,  e nie marnujecie czasu - ostrzegł. - Ten facet nie toleruje głupców. 

- B dzie zadowolony z tego, co mamy do zaoferowania - powiedział z 

przekonaniem Abbot. 

- Mam nadziej . - Picot spojrzał na Parkera, który siedział z nosem w 

szklance. - Pa ski przyjaciel za du o pije - i za gło no mówi. To niedobrze. 

background image

 

69 

- Jest w porz dku. Zrobił si  tylko dra liwy z powodu długiego czekania, nic 

wi cej. W ka dym razie potrafi  nim pokierowa . 

- Doskonale pana rozumiem - stwierdził oschle Picot. Zaraz potem wstał. - 

Wkrótce si  zobaczymy. 

Abbot popatrzył w  lad za nim, a po chwili powiedział: 

- Byłe  znakomity, Dan. Scena straciła wielkiego aktora. Parker odstawił 

szklank  i przygl dał si  jej bez entuzjazmu. 

- Grałem kiedy  nie le w amatorskim teatrze - powiedział z zadowoleniem. - 

Wypłaciłe  mu co . Ile tego było? 

- Ma dosta  tysi c funtów. Dałem mu połow . - Abbot roze miał si . - 

Spokojnie, Dan. To funty liba skie. Ka dy wart jest około pół korony. 

Parker odchrz kn ł i zabełtał piwo w szklance. 

- To i tak za du o. Daj  tu straszn  lur . Chod my gdzie  napi  si  czego  

przyzwoitego i wtedy mi wszystko opowiesz. 

 

Nast pnego dnia nic si  nie wydarzyło. Wieczorem znale li si  w kawiarni o 

tej samej porze, ale nie zastali tam Picota, zjedli wi c co , pogaw dzili troch  i 

wyszli. Abbot był pewny swego, a jednak zastanawiał si , czy Picot nie blefował i 

czy nie zapłacił sze dziesi ciu funtów zr cznemu naci gaczowi, którego nigdy 

wi cej nie zobaczy. 

Nast pnego wieczoru mieli wła nie i  do kawiarni, gdy rozległo si  pukanie 

do drzwi. Abbot uniósł brwi, spogl daj c ze zdziwieniem na Parkera i poszedł 

otworzy . 

- Kto tam? 

- Fabre. Otworzył drzwi. 

- Sk d pan wiedział, gdzie nas szuka ? 

     - To bez znaczenia, panie Abbot. Chciał pan z kim  rozmawia . Ta osoba 

tu jest. - Pokazał wzrokiem w bok. - To b dzie kosztowało pi set funtów. 

Abbot rzucił okiem w mroczny korytarz, gdzie stał jaki  wysoki m czyzna. 

- Niech mnie pan nie próbuje nabra , Fabre. Sk d mam wiedzie ,  e to facet, 

którego szukam? To mo e by  jedno z pa skich szachrajstw. Najpierw z nim 

pogadam, a potem dostanie pan pieni dze. 

- W porz dku - zgodził si  Picot. - B d  jutro tam gdzie zwykle. 

Odszedł korytarzem, a Abbot czekał przy drzwiach. Wysoki m czyzna ruszył 

z miejsca, a gdy jego twarz wyłoniła si  z mroku, Abbot wiedział,  e trafił w 

dziesi tk . Był to Eastman. Usun ł si  na bok,  eby pozwoli  mu przej , a 

Eastman odezwał si  z bezbarwnym akcentem człowieka ze  rodkowego 

Zachodu: 

- Czy Picot próbował pana naci ga ? Abbot zamkn ł drzwi. 

- Kto? - spytał oboj tnie. - Powiedział,  e nazywa si  Fabre. 

- Nazywa si  Picot i jest z niego kawał hochsztaplera - oznajmił Eastman bez 

cienia zło liwo ci. 

- Skoro mowa o nazwiskach - powiedział Abbot - to Dan Parker, a ja jestem 

Mike Abbot. A pan nazywa si ...? - zawiesił pytaj co głos. 

- Eastman. 

Abbot u miechn ł si . 

background image

 

70 

- Prosz  usi

, panie Eastman. Dan, dostaw sobie fotel i przył cz si  do 

zgromadzenia. 

Eastman usiadł sztywno na podsuni tym mu fotelu. 

- Podobno chcecie mi panowie co  sprzeda . Przejd my do rzeczy. 

- Ja zaczn , Dan - powiedział Abbot. - Mo esz si  wtr ci , kiedy dojdziemy do 

kwestii technicznych. - Spojrzał na Eastmana. - Podobno w tym rejonie istnieje 

du y przemyt. Dan i ja mamy pewien pomysł. Dobry pomysł. Kłopot w tym,  e 

nie posiadamy kapitału,  eby go zrealizowa , oczekujemy wi c propozycji - 

oczywi cie na zasadach partnerstwa. 

- Nie dostaniecie ani centa, dopóki nie dowiem si , o co chodzi. 

- W tym miejscu rozmowa staje si  trudna - stwierdził Abbot. -Dan jest 

jednak zdania,  e nawet gdy pozna pan nasz  tajemnic , nie b dzie to miało 

wi kszego znaczenia. Uwa a,  e tylko on wie, jak zrealizowa  swój pomysł. 

Oczywi cie, nic z tego nie wyjdzie przy zbyt du ym obci eniu. Co chciałby pan 

przemyca ? Eastman zawahał si  przez moment. 

- Powiedzmy,  e złoto. 

- Powiedzmy - zgodził si  Abbot. - Dan, ile mógłby  tego przerzuci  - bior c 

na wag ? 

- Do pi ciuset funtów. 

- Interesuje to pana? - spytał Abbot. 

- Niewykluczone. Co to za cudo? 

- Mo liwo  przemytu od strony morza. Za pomoc  torpedy. -Abbot patrzył 

na Eastmana, jakby oczekiwał oklasków. 

Eastman westchn ł i poło ył dłonie na stole, jak gdyby zamierzał wsta . 

- Nara a mnie pan na strat  czasu - stwierdził. - Bardzo mi przykro. 

- Chwileczk  - zatrzymał go Abbot. - Dlaczego uwa a pan,  e to strata czasu? 

Eastman zmierzył go wzrokiem i sm tnie pokr cił głow . 

- Ju  tego próbowano, z miernym skutkiem. Nie macie szcz cia, chłopcy. 

- Mo e u ywali cie nieodpowiednich torped. 

- Mo liwe. - Eastman spojrzał na Abbota, okazuj c znowu zainteresowanie. - 

A jakie pan ma? 

- Je eli pan mi powie, co jest potrzebne, mo e dojdziemy do porozumienia. 

Eastman lekko si  u miechn ł. 

- W porz dku, wchodz  do gry. Mam jeszcze dziesi  minut. Torpeda 

sprawdziła si  tylko raz. Było to na granicy austriacko-włoskiej. Kilku 

cwaniaczków-amatorów zdobyło torped  i zabrali si  za przemyt przez jedno z 

tamtejszych jezior. W jedn  stron  przerzucali alkohol, w drug  tyto . Celnicy 

dostawali szału i nie mogli doj , jak to działa. A potem jaki  głupek zacz ł za 

du o gada  i wszystko si  sko czyło. 

- A wi c to działało, prawda? - spytał Abbot. 

- Owszem, ale tylko przez jakie  pieprzone jeziorko. Torpeda ma dla mnie za 

mały zasi g. 

- A mo e pan j  zdoby ? 

- Pewnie, ale po co? Te, do których jest dost p, docieraj  na zbyt mał  

odległo , a te, które by si  nadały, s  na tajnych listach. Bo e, gdybym mógł 

background image

 

71 

dosta  jeden z tych nowoczesnych, zdalnie sterowanych podwodnych pocisków, 

byłbym bogatym człowiekiem. 

- Jakiego rodzaju torped  mo e pan zdoby ? - wtr cił si  Parker. Eastman 

wzruszył ramionami. 

- Jedn  z tych, które s  dost pne na mi dzynarodowym rynku broni. Modele 

z lat czterdziestych i pi dziesi tych. Nic szczególnie nowoczesnego. 

- A model brytyjski, Mark XI? 

- Na pewno te  mo na je dosta . Maj  zasi g maksymalnie do trzech mil. Na 

co by si  zdały, do diabła? 

- Przy podgrzanych bateriach pokonaj  pi  i pół tysi ca jardów - poprawił 

go Parker. Abbot u miechn ł si . 

- My l ,  e powiniene  mu wszystko powiedzie , Dan. - - Mog  wypu ci  

torped  Mark XI na odległo  pi tnastu mil - rzekł z naciskiem Parker. 

Eastman wyprostował si  w fotelu. 

- Mówi pan serio? 

- Tak - potwierdził Abbot. - Nasz Danny sprawi,  e Mark XI stanie na wodzie 

i b dzie robił sztuczki. Przedstawiam pana Parkera, najlepszego podoficera, 

jakiego miała kiedykolwiek Królewska Marynarka, i specjalist  od torped. 

- Zaciekawia mnie pan - powiedział Eastman. - Jest pan pewien tych pi tnastu 

mil? 

Parker z wolna si  u miechn ł. 

- Naładuj  torped  tak  energi ,  e b dzie pan mógł wystrzeli  j  w kierunku 

brzegu z pr dko ci  trzydziestu w złów, pozostaj c bezpiecznie poza 

dwunastomilowym pasem wód terytorialnych. Nie pozostawi nawet  ladu 

p cherzyków powietrza. 

- I uniesie ładunek pi ciuset funtów? 

- Wła nie. 

Eastman zastanawiał si . 

- A co z dokładno ci ? 

- To zale y od egzemplarza, który dostan . Urz dzenia steruj ce s  czasem 

nieco prymitywne. Ale mog  je usprawni , je eli da mi pan zrobi  próby na 

morzu. - Parker potarł szcz k . - Zakładam,  e mógłbym zagwarantowa  

dokładno  trzech cali na sto jardów, co przy odległo ci pi tnastu mil oznacza 

ewentualne odchylenie o niecałe siedemdziesi t jardów w jedn  lub drug  stron . 

- Mój Bo e! - odezwał si  Eastman. - Całkiem nie le. 

- Chyba znajdzie pan dostatecznie du , spokojn  pla  - stwierdził Abbot. - 

Musi łagodnie opada  w gł b morza, ale z tym nie powinno by  wi kszych 

problemów. 

- Chwileczk  - wtr cił si  Parker. - Mówi  o dokładno ci samej torpedy, ale 

osobn  spraw  s  pr dy. Je eli na nie natrafi, zboczy z kursu, a niech pan nie 

zapomina,  e b dzie w wodzie przez pół godziny. Przy bocznym pr dzie o 

pr dko ci zaledwie pół w zła torped  zniesie o pi set jardów. Mo na to jednak 

uwzgl dni  i wzi  odpowiedni  poprawk  albo w ogóle unikn  problemu, 

wybieraj c spokojne wody. 

- Tak, z tym daliby my sobie rad . - Eastman z namysłem przygryzał kciuk. -

Jest pan, zdaje si , bardzo pewny,  e wszystko si  uda. 

background image

 

72 

- Owszem - odparł Parker. - Ale b dzie to pana cholernie du o kosztowało. 

Potrzebna jest przede wszystkim torpeda, a do niej wyrzutnia. Trzeba kupi  

wysokiej mocy ogniwa rt ciowe, które te  nie s  tanie. Poza tym... 

- ...nasze usługi równie  kosztuj  - wtr cił gładko Abbot. - I to niemało. 

- Je eli wam si  uda, potrafimy o was zadba  - powiedział Eastman, - Je li nie, 

zadbamy tak e, tylko w inny sposób. - Zmierzył ich lodowatym spojrzeniem. 

Parker zachował całkowity spokój. 

- Na pocz tek udowodni  panu,  e to si  da zrobi . Urz dzimy próby na 

morzu. 

- W porz dku - zgodził si  Eastman. - Ale najpierw musz  pogada  o 

wszystkim z szefem.   - Z szefem? - zdziwił si  Abbot. - My lałem,  e to pan nim 

jest! 

- Jeszcze wielu rzeczy pan nie wie - stwierdził Eastman. - Prosz  by  w 

pobli u. - Podniósł si  z fotela. - Sk d panowie jeste cie? 

- Z Londynu - odrzekł Abbot. Eastman skin ł głow . 

- Dobrze. Wkrótce si  zobaczymy. 

- Nie chc  wyj  na natr ta - odezwał si  Abbot - ale co z naszym anga em? 

Mówi c inaczej, nabył pan wła nie prawo do naszych usług, za które nale y si  

zaliczka, prawda? 

- Ma pan tupet. - Eastman wydobył portfel. - Na ile naci gn ł was Picot? 

- Tysi c liba skich funtów. Połowa teraz, reszta potem. 

- W porz dku. Macie tu dwa pi set. To daje ju  dwa tysi ce czystego zysku - 

zanim cokolwiek zrobili cie. Gdyby Picot upominał si  o drug  pi setk , 

ode lijcie go do mnie. - U miechn ł si  nieznacznie. - Ale nie zrobi tego. - 

Odwrócił si  gwałtownie i wyszedł z pokoju. 

Abbot usiadł powoli i odezwał si  do Parkera: 

- W Bogu nadzieja,  e sobie poradzisz. Mamy ich wreszcie w gar ci, ale oni 

nas tak e. Je eli nam si  nie uda, wpadniemy w tarapaty. 

Parker z całkowitym spokojem napełnił fajk . 

- Dostan  to, czego chc , a mo e i wi cej. - Zamilkł na chwil . -My lisz,  e on 

b dzie zasi gał o nas informacji w Londynie? 

- Z cał  pewno ci . Jeste  czysty, Dan. W twojej przeszło ci nic go nie 

zaniepokoi. - Abbot przeci gn ł si . - A co do mnie, tu  przed wyjazdem zrobiłem 

naczelnemu karczemn  awantur . Specjalnie j  zaaran owałem. Zało  si ,  e na 

Fleet Street do dzisiaj jest o tym gło no. - U miechn ł si  szeroko. - Wylali mnie, 

Dan. Zostałem na własnym garnuszku za zachowanie niegodne dziennikarza i 

d entelmena. Mam tylko nadziej ,  e Eastmana i spółk  to zadowoli. 

 

Eastman nie kazał im długo czeka . W trzy dni pó niej zadzwonił i oznajmił: 

- Dzie  dobry, panie Abbot. Prosz  wło y  na siebie co  ekstra. Dzi  

wieczorem wychodz  panowie do miasta. 

- Dok d? 

- Do Paon Rouge. Je eli nie macie przyzwoitych strojów, skorzystajcie z forsy, 

któr  wam dałem. 

- Kto stawia kolacje? - zapytał Abbot, graj c konsekwentnie rol  faceta, który 

dopiero ma si  wzbogaci . 

background image

 

73 

- Wszystko b dzie zapłacone - odparł Eastman. - Macie spotka  si  z szefem. 

Zachowujcie si  jak nale y. O wpół do dziesi tej przy l  po was samochód. 

Abbot powoli odło ył słuchawk  i odwrócił si  do Parkera, który z 

zainteresowaniem mu si  przygl dał. 

- Masz smoking, Dan? Parker skin ł głow . 

- Na wszelki wypadek go zapakowałem. 

- Dzi  wieczorem b dzie ci potrzebny. Mamy zaproszenie do Paon Rouge. 

- A wi c wło  go ju  po raz trzeci - stwierdził Parker. Dotkn ł r k  brzucha. 

- Mo e by  troch  ciasny. Co to jest Paon Rouge? 

- Nocny klub w hotelu Fenicja. Mamy spotka  si  z szefem, a je eli to ta 

osoba, o której my l , dopi li my swego. Dano nam wła nie delikatnie do 

zrozumienia,  eby my si  ogolili i ładnie umyli z by. 

- Hotel Fenicja... Czy by to był ten stylowy lokal koło Saint-Georges? 

- Wła nie. Wiesz, co to jest hotel pi ciogwiazdkowy, Dan? Parker zmru ył 

oczy. 

- Saint-Georges? - odpowiedział na chybił trafił. 

- Zgadza si ! A do sklasyfikowania hotelu Fenicja brakuje w informatorze 

gwiazdek. Przemyt narkotyków musi si  opłaca . 

 

Liba czyk, który zawiózł ich czarnym mercedesem do hotelu Fenicja, okazał 

si  małomówny. Parker był cały nieszcz liwy, gdy  potwierdziły si  jego obawy 

co do wieczorowego stroju. Kołnierzyk koszuli uciskał mu gardło, dusz c go 

powoli, a spodnie uwierały go okrutnie w pasie i w kroku. Postanowił,  e zacznie 

si  gimnastykowa ,  eby pozby  si  typowego dla pana w  rednim wieku 

brzuszka. 

Kiedy tylko wymienili nazwisko Eastmana, ubrany w imponuj cy strój 

majordomus z godn  podziwu skwapliwo ci  zaprowadził ich do jego stolika. W 

Paon Rouge, jak przystało na nocny klub, panował stosowny półmrok, nie było 

jednak na tyle ciemno, by Abbot nie mógł dostrzec swej zdobyczy. Eastman 

siedział obok Jeanette Delorme. Gdy podeszli, podniósł si  z miejsca. 

- Rad jestem,  e mogli cie si  panowie zjawi  - przywitał ich konwencjonalnie. 

- Cala przyjemno  po mojej stronie, panie Eastman - odparł Abbot. Spojrzał 

na siedz c  kobiet . - Czy szefem jest ta pani? Eastman u miechn ł si . 

- Sam si  pan przekona; je li wejdzie jej pan w drog . - Odwrócił si  do 

kobiety. - Panowie Abbot i Parker. Pozwalam sobie przedstawi  pann  Delorme. 

Abbot przyjrzał si  jej, skłaniaj c głow . Miała na sobie prost  narzutk , 

ledwie osłaniaj c  jej ramiona i piersi. Wygl dała najwy ej na dwadzie cia pi  

lat. Wiedział z cał  pewno ci ,  e ma trzydzie ci dwa, ale pieni dze potrafi  

zdziała  cuda. Panna Delorme była bardzo kosztownym k skiem. 

Skin ła na niego palcem. 

- Pan usi dzie tutaj. 

Powstało małe zamieszanie, gdy  lokaje musieli poprzestawia  krzesła, po 

czym Abbot, z kieliszkiem szampana w r ce, znalazł si  obok panny Delorme i 

naprzeciwko Parkera. Panna Delorme przygl dała - si  Parkerowi przez 

moment, a potem o wiadczyła: 

background image

 

74 

- Je eli to, co mówi Jack, jest zgodne z prawd , mo e b d  chciała pana 

zatrudni . Potrzebuj  jednak dowodów. 

Mówiła doskonał  angielszczyzn , pozbawion  niemal obcego akcentu. 

- B dzie je pani miała - stwierdził Abbot. - Dan ich pani dostarczy. 

- Wsz dzie wokoło jest morze - powiedział Parker. - Mo emy zrobi  próby. 

- Jaka torpeda byłaby najodpowiedniejsza? 

- To wła ciwie bez znaczenia - odparł Parker. - Byleby miała elektryczny 

nap d. 

Obracała powoli w palcach kieliszek. 

- Mam pewnego znajomego - powiedziała. - Był podczas wojny kapitanem 

niemieckiej łodzi podwodnej. Nie miał wysokiego mniemania o brytyjskich 

torpedach. Twierdził,  e połowa z nich po odpaleniu zbaczała z kursu. - Jej głos 

zabrzmiał agresywnie. - To byłoby niedopuszczalne. 

- Na Boga, nie! - odezwał si  Eastman. - Nie mo emy straci  torpedy z 

ładunkiem, który ma zawiera . To by cholernie du o kosztowało. 

- Och, mówi pani o brytyjskich torpedach starego typu - stwierdził Parker. - 

Model Mark XI to co innego. Pani znajomy kapitan miał całkowit  racj . 

Pierwsze brytyjskie torpedy były fatalne, ale Mark XI to chi ska wersja modelu 

niemieckiego. Kiedy weszła do u ytku w czterdziestym czwartym, okazała si  

bardzo dobra. Podkradli my j  szkopom, a jankesi nam. Ka da z tych torped 

mogłaby si  nada , ale osobi cie wol  model Mark XI. Po prostu lepiej go znam. 

W sumie s  bardzo podobne i ró ni  si  tylko szczegółami. 

- W jaki sposób chce pan j  udoskonali ? 

- Prosz  posłucha  - powiedział Parker, z przej ciem pochylaj c si  do 

przodu. - Torped  Mark XI skonstruowano w czterdziestym czwartym roku. 

Miała baterie ołowiowo-kwasowe. Innych wtedy nie znano. W ci gu ostatnich 

dwudziestu pi ciu lat wiele si  zmieniło. Nowego typu ogniwa potasowe - to tlenek 

rt ci z cynkiem - maj  bez porównania wi ksz  moc, któr  da si  wykorzysta  na 

dwa sposoby. Mo na zwi kszy  zasi g torpedy albo jej pr dko . 

Zaprojektowałem odpowiednie obwody dla obu wariantów. 

- Nas interesuje wi kszy zasi g - stwierdził Eastman. Parker skin ł głow . 

- Wiem. B dzie to kosztowało kup  forsy - ostrzegł. - Ogniwa rt ciowe nie s  

tanie. 

- Ile? - zapytała Delorme. Parker podrapał si  po głowie. 

- Przy ka dym odpaleniu torpedy sama energia b dzie pani  kosztowa  ponad 

tysi c. 

Spojrzała na Eastmana, który wyja nił: 

- To znaczy tysi c funtów szterlingów. Abbot wypił łyk szampana. 

- Wszystko dro eje - zauwa ył chłodno. 

- Fakt - odparł z u miechem Parker. - A w czterdziestym czwartym całe to 

cholerne cygaro kosztowało zaledwie sze set funciaków. Nie mam poj cia, jak  

teraz maj  cen . 

- Tysi c pi set funtów - oznajmił Eastman. - Po tyle chodz  na wolnym 

rynku. 

background image

 

75 

- No prosz  - powiedział Parker. - Nast pny tysi c b dzie kosztowała próba i 

tysi c wykonanie zadania plus, powiedzmy, pi set za przeróbki. Podstawowy 

koszt wyniesie wi c cztery tysi ce. Do tego dochodzi nasz udział. 

- A jaki jest panów udział? - zapytała Jeanette Delorme. 

- Procent od zysków - oznajmił Abbot. Odwróciła si  w jego stron . 

- Doprawdy? A na czym polega pa ska rola? Wygl da na to,  e cał  robot  

wykonuje pan Parker. Abbot u miechn ł si  szczerze. 

- Powiedzmy,  e jestem jego mened erem. 

- W naszej organizacji nie ma zb dnych ludzi - powiedziała bez cienia emocji. 

- Mike i ja jeste my kumplami - wtr cił si  Parker. - Pójd  tam, gdzie on, i 

odwrotnie. Poza tym postaram si ,  eby miał co robi  -sam wszystkiemu nie 

podołam. 

- Jak pani widzi, to sprzeda  wi zana - stwierdził Abbot. - A o interesach 

trzeba mówi  ze mn . 

- Zyski z przemytu złota nie s  zbyt wysokie - powiedziała z pow tpiewaniem. 

- Och, niech pani da spokój - odezwał si  z niesmakiem Abbot. - Nie 

przemycacie przecie  złota, tylko narkotyki. Popatrzyła na Eastmana, a potem 

znów na Abbota. 

- A sk d pan o tym wie? - zapytała cicho. 

- Potrafi  logicznie my le . Po Londynie kr yły ró ne pogłoski. Dlatego tu 

przyjechali my. 

- Za wiele tych pogłosek - powiedziała oschle. Abbot u miechn ł si . 

- Nie martwiłbym si  szczególnie z tego powodu. Wysłuchiwałem ich jako 

zawodowiec. To był czysty przypadek i jechali my tutaj zupełnie w ciemno. - 

Wzruszył ramionami. - Ale si  opłaciło. 

- Jeszcze nie - rzuciła uszczypliwie. - Ile chcecie dosta ? 

- Dwadzie cia procent - odparł bez namysłu Abbot. Delorme roze miała si . 

- Och, co za głupiec nam si  trafił. Nie uwa asz, Jack? - Eastman u miechn ł 

si  szeroko, a Delorme o wiadczyła powa nie: - Dostanie pan jeden procent i 

b dzie pan bardzo bogaty, monsieur Michael Abbot. 

- Mo e jestem głupi - stwierdził Abbot - ale nie na tyle szalony,  eby zgodzi  

si  na jeden procent. 

- Moim zdaniem sam fakt,  e spodziewa si  pan procentowego udziału, 

wiadczy o szale stwie - powiedział Eastman. - W ten sposób nie dojdziemy do 

porozumienia. 

- No dobrze - oznajmiła Delorme. - Damy panu okre lon  sum  za cał  robot . 

Co by pan powiedział na sto tysi cy dolarów ameryka skich? 

Abbot uniósł brwi. 

- Dla ka dego z nas? Zawahała si  przez moment. 

- Oczywi cie. 

- Powiedziałbym,  e si  nie zgadzam - odparł Abbot, kr c c głow . - Chcemy 

co najmniej dwa razy tyle. My li pani,  e nie wiem, jakie zyski osi ga si  w tej 

robocie? 

Eastman za miał si  chrapliwie. 

- Jeste cie obaj głupcami i szale cami. Do cholery, i tak ju  zdradzili cie nam 

swój pomysł. Co nas powstrzyma,  eby zrealizowa  go bez waszego udziału? 

background image

 

76 

- I kto tu jest głupcem? - spytał Abbot. - Niełatwo znale  mechanika 

znaj cego si  na torpedach - dodał wskazuj c na Parkera. - Jeszcze trudniej o 

takiego, który potrafi dokona  potrzebnych w tym przypadku przeróbek. A 

mechanika skłonnego przemyca  narkotyki szukaliby cie ze  wiec . Bez nas nie 

dacie rady i dobrze o tym wiecie. 

- Wi c uwa acie,  e macie nas w gar ci? - stwierdził ironicznie Eastman. - 

Posłuchaj no, tydzie  temu nie wiedzieli my nawet o waszym istnieniu. Nie 

jeste cie nam do niczego potrzebni! 

- Pomysł jest jednak niezły, Jack - powiedziała z namysłem Delorme. - Mo e 

pan Abbot pójdzie na ugod . - Odwróciła si  do niego. 

- To ostateczna propozycja. Zgodzi si  pan albo nie. Trzysta tysi cy dolarów 

dla was obu. Sto tysi cy zdeponuj  w miejscowym banku po pomy lnym 

zako czeniu prób. Reszt  dostaniecie po wykonaniu zadania. 

- Co o tym my lisz, Dan? - spytał Abbot. 

Parker siedział z otwartymi ustami. Zamkn ł je, a potem odrzekł: 

- To ty masz głow  do interesów. Zdaj  si  na ciebie, Mike - stwierdził i z 

trudem przełkn ł  lin . Abbot długo si  zastanawiał. 

- W porz dku. Zgadzamy si . 

- Dobrze! - odparła Delorme, promiennie u miechni ta. - Zamów jeszcze 

szampana, Jack. Abbot mrugn ł do - Parkera. 

- Jeste  zadowolony, Dan? 

- Bardzo si  ciesz  - powiedział Parker słabym głosem. 

- My l ,  e honorarium uzale nione od rezultatów to najlepsze rozwi zanie - 

stwierdził Abbot i zerkn ł na Eastmana. - Gdyby my upierali si  przy udziale 

procentowym, Jack zdarłby z nas skór . Na pewno nie chciałby pokaza  nam 

ksi g. 

Eastman u miechn ł si , 

- Jakich ksi g? - Uniósł palec i natychmiast podbiegł do nich kelner. 

- Chciałabym zata czy  - o wiadczyła Delorme. Patrzyła na Abbota, wi c ten 

zacz ł podnosi  si  z miejsca, ona rzekła jednak: -Poprosz  chyba... pana 

Parkera. 

Abbot usiadł, przygl daj c si , jak panna Delorme pozwala zaprowadzi  si  

na parkiet zupełnie ogłupiałemu Parkerowi. Na jego ustach pojawił si  zło liwy 

u miech. 

- A wi c ona jest szefem. Tego si  nie spodziewałem. 

- Je eli trafnie odgaduj  pa skie my li, prosz  pozby  si  złudze  - doradził 

Eastman. - Jeanette nie jest dziewczyn , która pozwoli wodzi  si  za nos. 

Wolałbym raczej rzuci  si  z gołymi r kami na pił  tarczow . - Skin ł głow  w 

kierunku parkietu. - Czy Parker jest tak dobry, jak twierdzi? 

- Da sobie rad . Jaki to ma by  towar? Eastman zawahał si  przez moment, a 

potem powiedział: 

- Pewnie i tak si  dowiecie. To heroina. 

- Pełny ładunek? Całych pi set funtów? 

- Tak. 

Abbot gwizdn ł cicho, dokonał szybkiej kalkulacji, po czym stwierdził z 

u miechem: 

background image

 

77 

- To warte w przybli eniu co najmniej dwadzie cia pi  milionów dolarów. 

Tak czy inaczej, udało mi si  przekroczy  ten jeden procent, który proponowała 

Jeanette. 

- Ma pan fart - powiedział Eastman. - Prosz  jednak nie zapomina ,  e jest 

pan tylko facetem, którego wynaj ła. -Zapalił papierosa. 

- Te pogłoski, które słyszał pan w Londynie... sk d pochodziły? Abbot 

wzruszył ramionami. 

- Wie pan, jak to jest. Słyszy si  tu i tam ró ne rzeczy. Kiedy je zło y  do 

kupy, uzyskuje si  pewien obraz. Mam w tym do wiadczenie. Byłem kiedy  

reporterem. 

- Wiem - powiedział spokojnie Eastman. - Sprawdzano pana. Za to na temat 

Parkera nic na razie nie mamy. - Zmierzył Abbota przenikliwym spojrzeniem. - 

Radz ,  eby teraz przestał pan ju  bawi  si  w reportera, Abbot. 

- Nie mógłbym dosta  roboty nawet w prowincjonalnej gazecie -stwierdził z 

gorycz  Abbot. - Mam zaszargan  opini . Je eli mnie pan sprawdzał, to pan wie, 

e wylali mnie na zbity pysk. Wła nie dlatego postanowiłem wzi  udział w tej 

aferze i zarobi  troch  gotówki. 

- Okazał si  pan prawie szanta yst  - przyznał Eastman. 

- Niczego nie mogli mi udowodni  -bronił si  Abbot. 

- Niech pan tylko nie narobi sobie kłopotów pracuj c dla nas - doradził 

Eastman. - No dobrze, a co nam pan mo e powiedzie  na temat Parkera? Szefowa 

chce,  eby i jego sprawdzi . Bardzo dba o bezpiecze stwo. 

Abbot zapoznał go skwapliwie z  yciorysem Parkera, trzymaj c si  wył cznie 

znanych faktów. Nie mogło to w niczym zaszkodzi , gdy  w tym przypadku 

wła nie prawdziwe informacje najlepiej słu yły ich celom. Sko czył w momencie, 

gdy Jeanette i Parker wrócili do stolika. Parker był ró owy na twarzy. 

- Dan ma chyba niecz sto do czynienia z nowoczesnymi ta cami - stwierdziła 

Jeanette. - A pan, panie Abbot? Abbot wstał od stolika. 

- Chce mnie pani wypróbowa ? 

W odpowiedzi wyci gn ła do niego r ce. Zabrzmiały wła nie pierwsze takty 

muzyki. Abbot wyst pił naprzód. Grano wolny i do  staromodny kawałek, obj ł 

j  wi c i kiedy tylko znale li si  na parkiecie, zapytał: - Co taka miła dziewczyna 

jak pani robi w tym interesie? 

- Lubi  pieni dze - odparła.-Tak jak pan. 

- Musi pani mie  ich sporo - stwierdził w zamy leniu. - Nie ka dy ma pod r k  

sto tysi cy dolarów w gotówce. Tyle dostajemy za udan  prób , gdyby pani 

przypadkiem nie pami tała. Zakładam,  e nie sko czy si  na jednym razie? 

- A jakie to ma znaczenie? 

- Lubi  by  tam, gdzie s  pieni dze. Nie miałbym nic przeciwko osi ganiu w 

ten sposób regularnych dochodów. Przysun ła si  do niego bli ej. 

- Dlaczego by nie. Musi pan tylko robi  swoje i nie puszcza  pary z ust. To 

dwa podstawowe warunki zachowania dobrego zdrowia. 

- Czy by to była gro ba? - zapytał beztrosko Abbot. Przylgn ła do niego 

całym ciałem. 

- Owszem. Mnie nikt nie robi kawałów, monsieur Abbot. 

background image

 

78 

- Nie mam takiego zamiaru - stwierdził Abbot, którego przeraził kontrast 

miedzy jej słowami a zachowaniem. Widział dossier panny Delorme i pasowało 

ono dokładnie do słów Eastmana. Wspominał o pile tarczowej. Ka dy, kto 

próbowałby dobra  si  do panny Delorme albo którego  z jej podejrzanych 

przedsi wzi , sko czyłby w najlepszym razie z obci t  dłoni . A lista sze ciu 

osób ró nych narodowo ci dowodziła,  e mogło by  jeszcze gorzej. Obejmuj c w 

ta cu sto sze dziesi t pi  centymetrów kobiecego ciepła, które lgn ło do niego 

nami tnie, Abbot pomy lał,  e mo e jednak panna Delorme jest modliszk . 

- Bardzo dobrze ta czysz, Mike - szepn ła mu do ucha. Skrzywił si , gdy 

przygryzła je delikatnie z bami. 

- Dzi ki, ale nie ma potrzeby a  tak si  emocjonowa  - stwierdził oschle. 

- Dan był zaszokowany - powiedziała chichocz c. - Ci gle mówił o  onie i 

dzieciach. Naprawd  ma  on  i dzieci? 

- Oczywi cie. Chyba troje. 

- To typ wie niaka - stwierdziła. - Ma rozum w r kach. Ty jeste  inny. 

Abbot za miał si  w duchu, wyobra aj c sobie oburzenie Parkera, gdyby 

usłyszał,  e kto  okre la go jako wie niaka. 

- W jakim sensie jestem inny? 

- Dobrze wiesz - odparła. - Witamy w organizacji, Mike. Postaramy si ,  eby  

był szcz liwy. U miechn ł si  w półmroku. 

- Czy Jack Eastman si  pod tym podpisze? 

- Nie przejmuj si  nim - odparła nieoczekiwanie ostrym tonem. - Jack zrobi 

to, co mu ka . On nie jest... - Zamilkła i w owym ruchem przywarła piersiami 

do jego torsu. - B dziesz szcz liwy ze mn  - wyszeptała. 

Muzyka przestała gra , ale Jeanette odsun ła si  od niego dopiero po dłu szej 

chwili. Odprowadził j  do stolika. Zdawało mu si ,  e w oczach Eastmana 

dostrzegł drwi cy błysk. 

- Nie jestem jeszcze zm czona - oznajmiła panna Delorme. - Miło mie  do 

towarzystwa trzech m czyzn. Chod , Jack. 

Eastman zabrał j  z powrotem na parkiet, a Abbot opadł na krzesło obok 

Parkera. Stwierdził,  e troch  si  poci. „To pewnie z powodu upału" - pomy lał, 

bior c do r ki napełniony ponownie kieliszek szampana. 

Parker przygl dał si  tłumowi na parkiecie. 

- Ta kobieta mnie przera a - stwierdził ponuro. 

- Co zrobiła? Próbowała zgwałci  ci  w ta cu? 

- Cholera, niewiele brakowało. - Parker zrobił si  znów ró owy na twarzy. - 

Bo e, gdyby moja stara mnie zobaczyła, jutro byłby rozwód. - Rozlu nił 

kołnierzyk koszuli. - To prawdziwy ludojad. 

- Zdaje si ,  e mamy dokładny podział zada  - stwierdził Abbot. - Ty 

zajmujesz si  torped , a ja Jeanette. - Wypił łyk szampana. - A raczej ona 

zajmuje si  mn , o ile dobrze zrozumiałem. 

U wiadomił sobie,  e si  u miecha. 

 

Zostali w Paon Rouge do  długo, jedz c kolacj  i ogl daj c kabaret. Wyszli 

około drugiej nad ranem. Mercedes czekał na zewn trz. Eastman usiadł z przodu 

background image

 

79 

obok kierowcy, a Abbot znalazł si  koło ubranej w błyszcz c  srebrn  peleryn  

Jeanette, która ocierała si  o niego ramieniem i udem. 

Samochód ruszył. Po chwili Abbot popatrzył przez okno na morze i 

stwierdził: 

- Byłoby dobrze wiedzie , dok d jedziemy. 

- Dowiesz si  - odparła Jeanette, otwieraj c papiero nic . - Daj mi ognia. 

Pstrykn ł zapalniczk  i zobaczył,  e Parker siedzi z drugiej strony obok 

Jeanette, rozlu niaj c ciasny kołnierzyk. 

- Ty tu jeste  szefem. 

Samochód jechał dalej bez przeszkód drog  prowadz c  z Bejrutu do 

Trypolisu. Zastanowiło go, dok d ich wiezie - i po co. Nie my lał o tym jednak 

długo, gdy  w tej samej chwili wóz skr cił i zatrzymał si  przed drewnianymi 

wrotami, które otworzył jaki  Arab. Mercedes wjechał na du y dziedziniec i 

stan ł. 

Kiedy wysiedli, Abbot rozejrzał si  wokół. Było ciemno, ale na ile zdołał si  

zorientowa , znajdowali si  w jakiej  fabryce. Na tle mrocznego nieba majaczyły 

kontury du ej szopy, a jeszcze dalej skrzyło si  na powierzchni morza  wiatło 

ksi yca. 

- T dy -powiedział Eastman i Abbot pod ył za nim do biura. Pierwsz  

rzecz , któr  ujrzał, gdy tylko rozbłysło  wiatło, była stoj ca pod  cian  jego 

własna walizka. 

- Go u diabła...? 

- Zostajecie panowie tutaj - oznajmił Eastman. - W s siednim po,koju stoj  

dwa łó ka. Niestety, nie ma łazienki, ale jest umywalka. - Spojrzał na Jeanette, a 

potem ponownie na Abbota. - Powinno panom by  całkiem wygodnie - stwierdził 

drwi co. - Ali b dzie wam gotował. 

- Zostaniecie tutaj do zako czenia prób z torped  - oznajmiła Jeanette. - Od 

was samych zale y, ile czasu to potrwa. - U miechn ła si  i dodała beztrosko: - 

Ale b d  was odwiedzała. Cz sto. - Odwróciła si  do Parkera i zapytała nagle: - 

Ile czasu zabior  przeróbki? 

Parker wzruszył ramionami. 

- Dwa tygodnie, je eli dostan  odpowiedni sprz t. Bez niego potrwa to 

cholernie długo albo w ogóle si  nie uda. Ale najpierw musze mie  torped . 

Skin ła głow . 

- Chod cie ze mn . 

Wyszli za ni  z biura i pod yli przez podwórze do wielkiej szopy. Ali wyj ł 

du y klucz i otworzył drzwi, a potem stan ł z boku, pozwalaj c im wej . Szopa 

miała dwa poziomy. Znale li si  na pode cie, z którego wida  było główny 

warsztat. Drewniane schody prowadziły na dół. 

Abbot spojrzał przez barierk  i powiedział: 

- A niech mnie diabli! Musiała  by  bardzo pewna,  e si  dogadamy, co? 

W mdłym  wietle połyskiwała uło ona na kozłach  mierciono na torpeda. 

L niła dzi ki pokrywaj cej j  cienkiej warstwie ochronnego smaru. Abbot 

odniósł wra enie,  e jest ogromna. Natychmiast za witało mu pytanie: jak, do 

cholery, w ci gu zaledwie trzech dni ta suka zdobyła torped ?

 

 

 

background image

 

80 

Rozdział 5

 

 

Warren przegl dał ponownie mapy, zaznaczaj c piórem przebyt  dotychczas 

tras . Dwa tygodnie, które sp dzili w Kurdystanie zostały zmarnowane, ale jego 

zdaniem nie mogli post pi  inaczej. Istniała szansa, cho  z pewno ci  niewielka, 

e natkn  si  na Speeringa i nie nale ało jej marnowa . Dwa tygodnie okazały si  

jednak bezowocne. 

Wrócili zatem do Teheranu w nadziei,  e co  odkryj , cho  nie miał poj cia 

co. Wiedział jedynie,  e doznał pora ki, i to dotkliwej. Za ka dym razem, gdy 

musiał pisa  do Helliera i przyznawa  si  do niepowodzenia, w ciekał si  i 

przeklinał. Pocieszaj ce było jedynie to,  e Abbot i Parker najwyra niej nie le 

sobie radzili w Libanie. Jego „polisa ubezpieczeniowa" mogła okaza  si  

zbawienna. Na razie jednak znikn li mu z oczu i nie wiedział, co o tym my le . 

Johnny Follet przyjmował wszystko ze spokojem. Nie miał poj cia, czego 

Warren tak wytrwale szuka i nie obchodziło go to specjalnie, dopóki mu płacono. 

Ju  dawno przestał odnosi  si  do Warrena z niech ci . Czuł si  w Teheranie 

całkiem dobrze i traktował pobyt tam jako miłe egzotyczne wakacje. Przechadzał 

si  po ulicach, ogl dał widoki, znalazł sobie nawet odpowiednie towarzystwo. 

Niepokoił si  natomiast Ben Bryan, cho  nie a  tak, jak Warren, by  mo e 

dlatego,  e nie na nim spoczywała odpowiedzialno  za powodzenie akcji.  l czeli 

razem nad mapami północno-zachodniego Iranu, próbuj c odgadn , gdzie mógł 

si  ukry  Speering. 

- To bez sensu - stwierdził Ben. - Gdyby my mieli brytyjskie mapy sztabowe, 

mo na by jeszcze na co  liczy , ale połowa tych cholernych dróg nie jest tu w 

ogóle z-aznaczona. 

- Wi c co robimy? - spytał Warren. 

Ben nie potrafił odpowiedzie . Sprawy nie posuwały si  naprzód. 

Andy Tozier miał pewien problem - niewielki co prawda, ale jednak. Bardzo 

był złego powodu zmartwiony. Johnny Follet pozbawiał go powoli pieni dzy, a 

Andy nie potrafił si  zorientowa , na czym polega sztuczka. Bior c pod uwag  

liczb  rozgrywek nie stracił tak du o, ale powolny ubytek gotówki wyra nie go 

dra nił. 

Wspomniał o tym Warrenowi. 

- Na oko bior c gra jest uczciwa. Nie rozumiem, jak on to robi. 

- Nie uwierzyłbym,  e Johnny gra uczciwie - stwierdził Warren. - O co chodzi 

tym razem? 

- No wi c tak. Ka dy z nas ma monet . Porównujemy je ze sob . Nie rzucamy 

ich, wi c odpada tu element przypadku. Sami decydujemy, czy pokaza  orła czy 

reszk . Jasne? 

- Na razie tak - odparł ostro nie Warren. 

- W porz dku - powiedział Tozier. - A wi c je eli ja pokazuj  orła, a on 

reszk , płaci mi trzydzie ci funtów. Je eli pokazuj  reszk , a on orła, płaci mi 

dziesi  funtów. 

Warren zastanowił si . 

- To dwie z czterech potencjalnych mo liwo ci. 

background image

 

81 

- Wła nie! - odparł Tozier. - Pozostaj  dwa orły lub dwie reszki. W ka dym z 

tych przypadków ja płac  mu dwadzie cia funtów. 

- Chwileczk  - powiedział Warren, notuj c co  na kawałku papieru. - Przy 

czterech potencjalnych mo liwo ciach w dwóch przypadkach wygrywa on, a w 

dwóch ty. Skoro przyjmiemy wszystkie za równie prawdopodobne - bo tak jest - 

w razie ich zaistnienia wygrasz czterdzie ci funtów - i on tak e. Wygl da to na 

uczciw  gr . -Wygl dało mu to równie  na dziecinad , ale tego ju  nie powiedział. 

- Wi c dlaczego wygrywa, do cholery? - dopytywał si  Tozier. -Jestem ju  

prawie sto funtów do tyłu. 

- Chcesz powiedzie ,  e zawsze przegrywasz? 

- No nie. Czasem wygrywam ja, czasem on - tyle  e on cz ciej. To 

przypomina hu tawk . Wa y jakby wi cej ni  ja i moja forsa toczy si  w jego 

kierunku. Nie mog  si  zorientowa , na czym polega sztuczka i to doprowadza 

mnie do szału. 

- Mo e lepiej przesta  gra . 

- Dopiero kiedy si  dowiem, jak on to robi - stwierdził Tozier z determinacj . - 

Dr czy mnie jedna sprawa. Nie mo e przecie  podstawia  monety z podwójnym 

awersem - to by mu nie pomogło. Do diabła, nawet by mu zaszkodziło, bo wtedy 

wiedziałbym, co wypadnie i jak powinienem post pi . - U miechn ł si  szczerze. - 

Mam zamiar po wi ci  jeszcze stów ,  eby rozwikła  t  zagadk . Ta gra przynosi 

zysk. Sam mógłbym z niej korzysta , gdybym wiedział, w jaki sposób. 

- Zdaje si ,  e b dziesz miał na to du o czasu - stwierdził z przek sem 

Warren. - Na razie stoimy w miejscu. 

- Zastanawiałem si  nad tym - powiedział Tozier. - Przyszło mi co  do głowy. 

Co z tymi zakładami farmaceutycznymi, w których Speering zamawiał towar? 

Musz  go gdzie  dostarczy , prawda? Powinni wi c mie  w swoich ksi gach jaki  

adres. Trzeba go tylko stamt d wydosta . 

Warren przygl dał mu si  ze znu eniem. 

- Proponujesz zrobi  włamanie? 

- Co  w tym stylu. 

- Te  brałem to pod uwag  - przyznał Warren. - Ale powiedz mi jedno. Jak, 

do cholery, znajdziemy to, czego szukamy, nawet je eli tam b dzie? Ci ludzie 

prowadz  ksi gi po persku -w j zyku, którego jiie znamy, a w dodatku u ywaj  

arabskiego zapisu, wi c  aden z nas go nie odczyta. Poradzisz sobie z tym, Andy? 

- Cholera, wyleciało mi to z głowy - stwierdził Andy. - Mog  jako tako 

dogada  si  po arabsku, ale czyta  nie potrafi . - Podniósł wzrok na Warrena. - 

Pozwolisz mi porozmawia  o tym z Johnnym? 

Warren zawahał si . 

- Ale nie mów mu o szczegółach. Nie chc ,  eby za du o wiedział. 

- Nie powiem mu wi cej ni  trzeba. Pora ju  zagoni  go do roboty. Jest z niego 

niezły kanciarz, skoro wi c nie mo emy zdoby  informacji w inny sposób, mo e 

oszustwa Johnny'ego nani pomog . 

 

Tak wi c Tozier wyja niał Johnny'emu Folletowi, w czym rzecz, a Johnny 

słuchał. 

background image

 

82 

- W porz dku - powiedział w ko cu. - Dajcie mi par  dni. Zobaczymy, co 

mo na załatwi . 

Ruszył w miasto, znikaj c im z oczu i nie widzieli go przez cztery dni. Kiedy 

wrócił, oznajmił Tozierowi: 

- Da si  zrobi . B dzie to wymagało troch  zachodu, ale jest do załatwienia. 

Mo ecie mie  informacje za niecały tydzie . 

 

Plan Folleta był tak szata ski,  e Warrenowi włosy stan ły d ba. 

- Siedzi w tobie diabeł, Johnny - stwierdził. 

- Chyba tak - odparł beztrosko Follet. - Ka dy znajdzie dla siebie rol . Im nas 

b dzie wi cej, tym lepiej si  zabawimy. Ale, na lito  bosk , podejd cie do tego 

powa nie! Wszystko musi wygl da  prawdziwie i przekonywaj co. 

- Powiedz mi co  wi cej o tym facecie. 

- Jest zast pc  kierownika działu sprzeda y w firmie. Oznacza to,  e realizuje 

zamówienia na towary i prowadzi ksi gowo . Ten facet b dzie miał informacje, 

których potrzebujecie - albo przynajmniej potrafi je zdoby .  adne pieni dze nie 

wchodz  w rachub , bo nigdy nie ma z nimi do czynienia. Wszystko załatwia 

centrala. Wła ciwie szkoda, bo tracimy szans ,  eby go naprawd  wrobi . 

- A dlaczego nie da  mu łapówki? - zapytał Tozier. 

- Dlatego,  e to uczciwy facet - albo przynajmniej dobrze si  maskuje. 

Przypu my,  e spróbujemy go przekupi , a on odmówi? Zawiadomiłby swoich 

szefów i nasze informacje znikn łyby z biura firmy w takim tempie,  e ju  by my 

do nich nie dotarli. Poza tym mogliby zawiadomi  policj , a to by nas naraziło na 

kłopoty. 

- Mo liwe,  e nie daliby zna  policji - stwierdził Warren. - Nie wiemy, jak 

blisko firma współpracuje ze Speeringiem, ale domy lam si ,  e we wszystkim si  

orientuj . Z cała pewno ci . Ka da firma, która dostarcza okre lonego sprz tu i 

odczynników cholernie dobrze wie, do czego maj  słu y . Moim zdaniem oni 

wszyscy siedz  w tym po uszy. 

- W czym? - zaniepokoił si  Follet. 

- Niewa ne, Johnny, mów dalej. Follet wzruszył ramionami. 

- Ten Javid Raqi to bystry chłopak. Mówi dobrze po angielsku, jest 

wykształcony i ambitny. Domy lam si ,  e jego szef nie zagrzeje długo stołka, je li 

Javid depcze mu po pi tach. Ma tylko jedn  wad : lubi hazard. 

Tozier u miechn ł si . 

- To tak e twoja wada, Johnny? 

- Niezupełnie - odparł szybko Follet. - On naci ga frajerów. Co nie znaczy 

zreszt ,  e jest głupcem. Nauczył si  gra  w pokera od facetów pracuj cych przy 

budowie gazoci gu. Jest dobrym graczem. Sam si  przekonałem, bo pozbawił 

mnie cz ci gotówki i wcale nie musiałem mu w tym pomaga . Oskubał mnie jak 

zawodowiec. Oznacza to jednak,  e mo na mu si  dobra  do skóry. Da si  złapa . 

A maj c chłopaka w gar ci, przyci niemy go jak nale y. 

Warren z odraz  zmarszczył nos. 

- Wolałbym załatwi  to inaczej. 

background image

 

83 

- Oszustowi nie nale y nigdy dawa  równych szans - stwierdził Follet, po czym 

zwrócił si  do Toziera: - Powodzenie całego planu zale y od magnetowidu. Na ile 

jest sprawny? 

- Mam go w pokoju. Działa bardzo dobrze. 

- Musz  sam si  przekona  - powiedział Follet. - Chod my tam. Poszli na gór  

do pokoju Toziera, który wł czył telewizor i wskazał r k  magnetowid. 

- Oto on. Jest ju  podł czony. 

Urz dzenie przypominało zwykły magnetofon, jakby nieco bardziej masywny. 

Ta ma miała jednak cal szeroko ci, a rolki były bardzo du e. Follet pochylił si , 

ogl daj c z zainteresowaniem cały sprz t. 

-  eby nie było nieporozumie . To urz dzenie zarejestruje wszystko, obraz i 

d wi k, czy tak? 

- Zgadza si  - odparł Tozier. 

- A co z jako ci ? 

- Przy korzystaniu z kamery wideo obraz jest troch  zamazany, zwłaszcza w 

ruchu, ale kiedy nagrywa si  z telewizji, kopia prawie nie ró ni si  od oryginału. - 

Rzucił okiem na ekran telewizora. - Zaraz ci to zademonstruj . 

Z ekranu przemawiał jaki  człowiek. Usłyszeli go, gdy Tozier nastawił gło niej 

odbiór. Mówił w obcym dla Warrena j zyku. Nadawano chyba wiadomo ci, gdy  

spiker nagle znikn ł, a zamiast niego pojawił si  obraz ulicy, cho  głos słycha  

było nadal. Tozier pochylił si  i pstrykn ł jakim  przeł cznikiem. Rolki zacz ły 

si  obraca  o wiele szybciej ni  w normalnym magnetofonie. 

- Ju  si  nagrywa. 

- Ta ma przesuwa si  do  szybko - zauwa ył Follet. - Na ile jej starczy? 

- Na godzin . 

- O cholera, to sporo. - Wpatrywał si  przez chwil  w ekran telewizora, po 

czym powiedział: - No dobrze, zróbmy powtórk . 

Tozier przewin ł ta m , przeł czaj c telewizor na wybrany uprzednio wolny 

kanał. Zatrzymał magnetowid, nastawił go na odtwarzanie i wcisn ł klawisz. Na 

ekranie pojawiły si  ogl dane wcze niej sceny z ulicy. Usłyszeli te  głos spikera. 

Follet pochylił si  do przodu, obserwuj c obraz krytycznym okiem. 

- No, no, jako  jest całkiem dobra. Dorównuje oryginałowi, tak jak 

powiedziałe . To powinno si  uda . - Wyprostował si  i dodał: -A teraz 

posłuchajcie. W sobot  zaczynamy akcj  i nie mo ecie niczego sknoci . Musicie 

uwa a  nie tylko na to, co mówicie, ale i w jaki sposób.  adnych fałszywych 

tonów. - Zmierzył ich wzrokiem. - Jeste cie amatorami w tej grze, zrobimy wi c 

par  prób. Wyobra cie sobie,  e wystawiamy sztuk , a ja j  re yseruj . Zagracie 

tylko dla jednoosobowej widowni. 

- Nie potrafi  gra  - przyznał si  Bryan.- Nigdy mi to nie wychodziło. 

- Nie ma sprawy. Mo esz obsługiwa  sprz t. Co do pozostałych: ja zagram 

faceta na luzie, Andy twardziela, a Warren szefa. - Follet roze miał si  szczerze, 

widz c wyraz twarzy Warrena. - Mówi pan niewiele i zawsze spokojnie. Uwa am, 

e im mniej b dzie pan grał, tym lepiej. W pewnych sytuacjach nawet zwykły ton 

rozmowy mo e brzmie  wystarczaj co gro nie. - Rozejrzał si  po pokoju. - Gdzie 

b dzie Ben z magnetowidem? 

Tozier podszedł do okna, otworzył je i wyjrzał na zewn trz. 

background image

 

84 

- Chyba przeci gn  kabel do twojego pokoju, Johnny. Ben mo e tam siedzie . 

- Dobra - zgodził si  Follet, po czym klasn ł w dłonie i dodał: - W porz dku, 

zaczynamy pierwsz  prób . Amatorzy na scen . 

 

W sobot  o wpół do pierwszej czekali w salonie, przylegaj cym do foyer 

hotelu. Nie byli wła ciwie ukryci, ale te  nie rzucali si  specjalnie w oczy. W 

pewnej chwili Follet tr cił Warrena łokciem. 

- To on. Powiedziałem mu,  eby zaczekał na mnie w barze. Wchodzi pan 

pierwszy, Andy da panu czas na załatwienie sprawy, a ja wł cz  si  zaraz potem. 

Prosz  i . 

Kiedy Warren si  oddalił, Follet powiedział nieco zmartwiony do Toziera: 

- Mam nadziej ,  e Ben nie nawali z tym telewizorem. 

Warren przeszedł przez foyer i znalazłszy si  w barze zamówił co  do piciä. 

Javid Raqi siedział przy stoliku. Wygl dał na zdenerwowanego, cho  z pewno ci  

bardziej denerwował si  Warren, zbieraj cy siły, by odegra  w przedstawieniu 

sw  rol . Raqi liczył sobie około dwudziestu pi ciu lat i ubrany był elegancko od 

stóp do głów na europejsk  modł . Miał tajemnicz  urod  Rudolfa Valentine i 

czekała go zapewne wielka przyszło . Warrenowi zrobiło si  go  al. 

Tozier pojawił si  w drzwiach, trzymaj c na ramieniu przerzucon  niedbale 

marynark . Kiedy przechodził obok Raqiego, co  wyleciało mu z kieszeni i upadło 

tamtemu pod nogi. Był to gruby portfel z br zowej skóry. Raqi zerkn ł na 

podłog , schylił si , a potem wyprostował, trzymaj c w r ku portfel. Popatrzył w 

lad za Tozierem, który szedł dalej nie zwalniaj c kroku i po chwili Raqi pod ył 

za nim do baru. 

Warren usłyszał cich  wymian  zda , a potem gło niejsze słowa Toziera: 

- Có , bardzo dzi kuj . Ale  jestem roztrzepany! Pozwoli pan zaprosi  si  na 

drinka? 

Johnny Follet był ju  w barze i brał Raqiego w obroty. 

- Cze , Javid. Nie wiedziałem,  e si  znacie - stwierdził ze zdziwieniem. 

- Nie znamy si , panie Follet - powiedział Raqi. 

- A wi c to jest ten człowiek, o którym opowiadałe , Johnny? -powiedział 

Tozier. - Pan Raqi - tak si  pan nazywa, prawda? Wła nie zwrócił mi portfel. - 

Otworzył go, pokazuj c gruby plik banknotów. -A mógł wszystko zabra , wcale 

ze mn  nie wygrywaj c. 

Follet stłumił  miech. 

- Pewnie i tak dasz mu t  fors . To pierwszorz dny pokerzysta. -Rozejrzał si  

wokoło. - Jest Nick. B dzie nas czterech, Javid. Czy to ci odpowiada? 

- W porz dku, panie Follet - odparł troch  nie miało Raqi. 

- Do diabła z panem Folletem! Jeste my przecie  przyjaciółmi. Mam na imi  

Johnny, to jest Andy Tozier, a to Nick Warren. Panowie, oto Javid Raqi, 

najlepszy pokerzysta, jakiego spotkałem w Teheranie. Wcale nie  artuj . 

Warren u miechn ł si  do Raqiego zdawkowo, mrucz c pod nosem jak  

powitaln  formułk . 

- Nie zamawiaj niczego, Andy - powiedział Follet. - Chod my tam, gdzie 

b dzie si  co  działo. Mam ju  wszystko przygotowane, alkohol i zagrych . 

background image

 

85 

Poszli razem na gór  do pokoju Toziera, w którym telewizor został 

przesuni ty pod okno. Follet przygotował całe przyj cie: kurczaki na zimno, 

ró ne gatunki kiełbas, sałatki i kilka zamkni tych jeszcze butelek whisky. 

Szykowała si  dłu sza nasiadówka. Warren spojrzał dyskretnie na zegarek, który 

wskazywał,  e min ła wła nie dwunasta. Oznaczało to dokładnie półgodzinne 

opó nienie. Zastanawiał si , w jaki sposób Follet dobierze si  bez wiedzy Raqiego 

do kosztownie wygl daj cego zegarka, który tamten nosił na szczupłym 

przegubie  niadej r ki. 

Follet otworzył szuflad  i rzucił na stół zapakowan  tali  kart. 

- Masz, Javid. Rozdajesz pierwszy. To przywilej nowego gracza, ale nie 

pozostaniesz nim długo. Nie dolewaj mi za du o wody, Nick. 

Warren napełnił cztery szklanki i przyniósł je do stolika. Raqi tasował karty. 

Robił to chyba do  fachowo, chocia  Warren nie czuł si  kompetentny, by go 

ocenia . Był natomiast pewien,  e Follet jest w tym lepszy. 

Follet zmierzył wzrokiem siedz cych przy stole m czyzn. 

- Panowie, ograniczymy si  do czystego pokera.  adnych sztuczek. To 

powa na gra dla powa nych graczy. Zaczynamy. Raqi rozdał ka demu po pi  

kart i powiedział cicho: 

- Otwieraj  walety albo wy sze. 

Warren spojrzał na swoje karty. Nie był dobrym pokerzyst , chocia  

orientował si  w zasadach gry. Follet przekonywał go,  e to bez znaczenia, bo i 

tak nie ma wygrywa . Zrobił mu jednak krótkie intensywne szkolenie. 

W ci gu pierwszej godziny przegrał około czterech tysi cy riali, czyli jakie  

dwadzie cia dwa funty. Tozier tak e troch  stracił, ale o wiele mniej. Follet był na 

niewielkim plusie, ale Raqi okazał si  najlepszy, wygrywaj c około pi ciu tysi cy 

riali. 

- A nie mówiłem? - stwierdził jowialnie Follet, tasuj c karty. - Ten chłopak 

potrafi gra  w pokera. Jaki masz ładny zegarek, Javid. Mog  zobaczy ? 

Raqiego przepełniało tak wielkie poczucie triumfu,  e jego pocz tkowa 

nie miało  i zdenerwowanie prawie zupełnie znikn ły. 

- Oczywi cie -powiedział beztrosko,  ci gaj c zegarek z przegubu. 

Kiedy Follet wzi ł go do r ki, Warren powiedział: 

- Mówisz bardzo dobrze po angielsku, Javid. Gdzie si  tego nauczyłe ? 

- Miałem angielski w szkole, Nick. Potem chodziłem na kursy wieczorowe. - 

U miechn ł si . - A teraz  wicz  graj c w pokera. 

-  wietnie ci to idzie. 

Tozier przeliczył pieni dze i odezwał si : 

- Grajcie, bo jestem na minusie. Follet u miechn ł si  szelmowsko. 

- Ostrzegałem,  e Javid opró ni ci portfel. - Zegarek, trzymany na 

wskazuj cym palcu, z jakiego  powodu wy lizn ł mu si  z r ki i upadł na 

podłog . Follet odsun ł krzesło do tyłu. Rozległ si  charakterystyczny chrz st. - 

Niech to cholera! - zawołał ze zło ci , schylaj c si , by go podnie . - P kło 

szkiełko. Ale chodzi - stwierdził, przykładaj c zegarek do ucha. Raqi wyci gn ł 

r k . 

- To nie ma znaczenia, Johnny. 

background image

 

86 

- Dla mnie ma - stwierdził Follet. - Dam ci go do naprawy. -Wrzucił zegarek 

do kieszeni koszuli. - Nie, nie - bronił si  przed naleganiami Raqiego - pozwól mi 

to zrobi . Zepsułem go, wi c zapłac  za napraw . Kto rozdaje? - Raqi przestał si  

upiera . 

Grali dalej i Raqi ci gle wygrywał. Na ile Warren mógł si  zorientowa , był to 

urodzony pokerzysta, przypuszczalnie wi c Follet nie musiał mu wcale dyskretnie 

pomaga . Nie znal si  na tym jednak na tyle dobrze, by mie  całkowita pewno . 

Wiedział jedynie,  e sam ci gle przegrywa, chocia  starał si  gra  jak najlepiej. 

Tozier odrobił pocz tkowe straty i wyszedł na zero. Follet natomiast zacz ł mie  

zł  pass . 

W pokoju zrobiło si  g sto od papierosowego dymu i Warren poczuł lekki ból 

głowy. Nie był to jego ulubiony sposób sp dzania sobotniego wieczoru. Zerkn ł 

na zegarek i zobaczył,  e wskazuje drug  trzydzie ci. W s siednim pokoju Ben 

Bryan powinien był nagrywa  wła nie program z telewizji. 

Za kwadrans trzecia Tozier podniósł r k , demonstruj c rozdra nienie. 

- Hej! - powiedział zaniepokojony. - Załatw lepiej ten telefon. Follet popatrzył 

na zegarek. 

- O Bo e, byłbym zapomniał. Ju  za kwadrans trzecia. Wstał i podszedł do 

telefonu. 

- My lałem,  e jest pó niej - stwierdził Raqi z pewnym zdziwieniem. 

Warren odsłonił tarcz  swojego zegarka i podsun ł mu go pod nos. 

- Nie, jest wła nie ta godzina. Ale dla nas mo e ju  by  troch  za pó no. 

Follet podnosił wła nie słuchawk  telefonu, kiedy Tozier odezwał si  szorstko: 

- Nie st d, Johnny. Zadzwo  z holu. - Znacz cym ruchem głowy wskazał na 

Raqiego. 

- Javid jest w porz dku - stwierdził beztrosko Follet. 

- Powiedziałem,  eby  dzwonił z holu. 

- Nie b d  taki zasadniczy, Andy. Facet okazał si  na tyle uczciwy,  e oddał ci 

portfel wcale nie wiedz c, kim jeste . Dlaczego mamy go wył cza ? 

- Zawsze miałe  trudny charakter, Andy - powiedział cicho Warren. 

Raqi patrzył na ich twarze, nie rozumiej c, co si  dzieje. Tozier z niech ci  

wzruszył ramionami. 

- Nie moja sprawa. My lałem,  e chcecie zachowa  to w tajemnicy. 

- Niewa ne - powiedział oboj tnie Warren. - Javid jest w porz dku. Wszyscy 

to wiemy. Zadzwo , Johnny. Robi si  pó no. Je eli b dziemy dłu ej dyskutowa , 

spó nimy si  na pocz tek gonitwy. 

- W porz dku - odparł Follet i zaczai wykr ca  numer, zasłaniaj c ciałem 

telefon. Nast piła chwila ciszy. - To ty, Jamshid? ... Tak, wiem. Wsz dzie s  

problemy. ... Tym razem wygram, obiecuj . ... Zd

 jeszcze obstawi  gonitw  o 

trzeciej. Powiedzmy, dwadzie cia tysi cy riali na Al Fahkri. - Odwrócił si , 

wyszczerzaj c z by do Raqiego. - Tak, dokładnie... I postaw jeszcze dwa tysi ce 

dla mojego znajomego. 

- Zakład stoi, chłopcy - oznajmił, odkładaj c słuchawk . - Płac  osiem do 

jednego. Postawiłem za ciebie dwa tysi ce, Jayid. 

- Ale , Johnny, ja nie gram na wy cigach - zaprotestował Raqi. -Dwa tysi ce 

riali to kupa pieni dzy! 

background image

 

87 

- Zagrasz na rachunek firmy - stwierdził wielkodusznie Follet. -Andy opłaci 

zakład,  eby odpokutowa  za swoje winy. Prawda, Andy? . 

- Id  do diabła -  achn ł si  Tozier. 

- Przesta  si  martwi , Javid - stwierdził Follet. - Ja stawiam. Niech chłopak 

zostanie i obejrzy gonitw  - powiedział do Warrena. - Nikt z nas nie mówi 

tutejsz  gwar , wi c powie nam, gdyby my nie zrozumieli, który ko  wygrał. 

- Mo e by  si  tak zamkn ł? - odezwał si  Tozier, wyprowadzony z 

równowagi. 

- Nie ma sprawy, Andy - powiedział Warren. - Johnny jest w porz dku. Ale  z 

ciebie niewdzi cznik! Ile forsy miałe  w portfelu, kiedy ci wypadł? 

- Jakie  sto tysi cy riali - odparł niech tnie Tozier. Follet był oburzony. 

- I uparłe  si ,  eby nie da  chłopakowi nagrody? - krzykn ł. - W dodatku nic 

ci  to nie kosztuje, do cholery. Za wszystko zapłaci Jamshid. - Zwrócił si  do 

Raqiego. - Znasz Jamshida, chłopcze? 

Raqi lekko si  u miechn ł. Czuł si  niezr cznie, b d c z niezrozumiałych dla 

siebie powodów tematem rozmowy. 

- W Teheranie wszyscy go znaj . Ka dy, kto gra na wy cigach, idzie do 

Jamshida. 

- Tak, cieszy si  spor  sław  - przyznał Follet. - Szybko wypłaca wygrane, ale 

niech Bóg ci  ma w opiece, je eli nie zapłacisz mu równie szybko, kiedy 

przegrywasz. To twardy facet. 

- Mo e popatrzymy sobie, jak wygrywa nasz ko ? - zaproponował Warren. 

Skin ł głow  na telewizor. - Gonitwa powinna si  zaraz zacz . 

- Tak - potwierdził Follet, podchodz c do odbiornika. Warren zacisn ł kciuki 

z nadziej ,  e Ben wykonał zadanie. Znał ju  zwyci zc  gonitwy z godziny trzeciej 

i przekazał t  wiadomo  Folletowi podczas jego rzekomej rozmowy z 

Jamshidem. Je eli jednak sknocił nagranie, cały plan we mie w łeb. 

Z telewizora popłyn ły coraz gło niej wypowiadane po persku słowa, po czym 

na ekranie pojawił si  zgromadzony na wy cigach tłum Follet spojrzał 

krytycznym okiem na obraz i stwierdził:  - Zostało jeszcze około pi ciu minut. 

Warren pozwolił sobie na dyskretne westchnienie ulgi. 

- Co on mówi? - zapytał Tozier. 

- Podaje informacje o koniach - wyja nił Raqi i nasłuchiwał przez chwil  słów 

komentatora. - To Al Fahkri - wasz ko . Numer pi . 

- Nasz wspólny ko , Javid - stwierdził jowialnym tonem Follet. - Ty te  

bierzesz w tym udział. - Wstał i podszedł do zaimprowizowanego na kredensie 

baru. - Napełni  szklanki,  eby to obla . Ta gonitwa nie potrwa długo. 

- Zdaje si ,  e jeste  pewny wygranej - zauwa ył Raqi. Follet odwrócił si  i 

mrugn ł do niego porozumiewawczo: 

- Za słabo powiedziane. To murowany typ. Stuprocentowy - oznajmił, bez 

po piechu napełniaj c szklanki. 

- Wychodz  na start, Johnny - powiedział Tozier. 

- Dobrze, dobrze. To przecie  bez znaczenia, prawda? 

Sprawozdawca komentował rozpocz t  gonitw  coraz bardziej podniesionym 

głosem i Warren pomy lał,  e nawet nie rozumiej c j zyka nie mo na było 

background image

 

88 

pomyli  wy cigów konnych z niczym innym. Raqi obserwował w napi ciu, jak Al 

Fahkri wysuwa si  do przodu, biegn c tu  za prowadz cym koniem. 

- Ma szans  - stwierdził. 

- Nawet wi cej - powiedział niewzruszonym tonem Follet. - On wygra. 

Al Fahkri wyszedł na prowadzenie, wygrywaj c o dwie długo ci. Warren 

wstał i wył czył telewizor. 

- No i ju  po wszystkim - stwierdził ze spokojem. 

- Masz, chłopcze. Napij si  za zdrowie Jamshida - powiedział Follet, wciskaj c 

Raqiemu szklank  do r ki. -Za uczciwego bukmachera, który nigdy nie kantuje. 

Jeste  teraz troch  bogatszy ni  byłe  rano. 

Raqi przygl dał si  po kolei ka demu z nich. Warren wyj ł notes i zapisywał 

systematycznie jakie  liczby. Tozier zbierał rozrzucone na stole karty. Follet 

wprost tryskał dobrym humorem. 

- Czy ta gonitwa była... zaaran owana? - zapytał niepewnie Raqi. 

- Była kupiona, chłopcze. Opłacili my paru dobrych d okejów. Mówiłem ci,  e 

to stuprocentowa inwestycja. 

„Raczej stuprocentowy kant" - pomy lał Warren. 

Follet wyj ł portfel z le cej na oparciu krzesła marynarki i przeliczył 

banknoty. 

- Nie musisz czeka  na wypłat  od Jamshida - powiedział. -Wezm  od niego te 

pieni dze, kiedy b d  brał nasze. - Rzucił Raqiemu na stół zwitek banknotów. - 

Było osiem do jednego. Masz tu swoich szesna cie tysi cy: - U miechn ł si  

szeroko. - Puli ci nie zwracam, bo nie była twoja. W porz dku, chłopcze? 

Raqi wzi ł pieni dze i ze zdumieniem si  im przygl dał. 

-  miało - zach cał Follet. - We  je. S  twoje. 

- Dzi ki - powiedział Raqi, szybko je chowaj c. 

- Grajmy dalej w pokera - odezwał si  lakonicznie Tozier. 

- To jest my l - stwierdził Follet. - Mo e odbierzemy Javidowi tych szesna cie 

tysi cy. - Zaj ł miejsce, a Warren odło ył na bok notes. - Ile mamy na razie, 

Nick? 

- Troch  poni ej dwóch milionów - odparł Warren. - My l ,  e powinni my na 

jaki  czas spasowa . 

- Kiedy tak dobrze nam idzie? Chyba oszalałe ! 

- Jamshid zacznie si  niepokoi  - rzekł Warren. - Fakt,  e sprytnie to 

rozegrali my - nie wie,  e we trzech stanowimy zespół - ale mo e si  zorientowa , 

je eli nie b dziemy ostro ni. Znaj c Jamshida wolałbym do tego nie dopu ci . 

Chciałbym jeszcze troch  po y . 

- W porz dku - odparł z rezygnacj  Follet. - W przyszł  sobot  ko czymy - 

przynajmniej na razie. Ale mo e by tak zrobi  jaki  naprawd  du y numer? 

- Nie! - zaprotestował gwałtownie Tozier. 

- Dlaczego nie? Załó my,  e postawimy sto tysi cy na dziesi  do jednego. 

Zgarniemy kolejny milion. - Follet rozło ył r ce. - Ułatwi nam to zreszt  

obliczenia. Wypadnie po milionie na głow . 

- Za bardzo ryzykujemy - upierał si  Warren. 

background image

 

89 

- Zaraz, mam pomysł - powiedział z przej ciem Follet - Jamshid nie zna 

Javida. Dlaczego Javid nie miałby postawi  za nas zakładu? Opłaci si  i nam, i 

jemu. Mo e doło y  własn  fors  i te  si  obłowi . Co ty na to, Javid? 

- No, sam nie wiem... - odparł niepewnie Raqi. Tozier okazał zainteresowanie. 

- To całkiem mo liwe - powiedział z namysłem. 

- Stałby  si  bogatym człowiekiem, Javid - stwierdził Follet. -Zamieniłby  tych 

szesna cie tysi cy, które teraz wygrałe , na sto sze dziesi t. Czyli tyle, ile 

wygrali my dzisiaj we trzech. Nie mo e ci si  nie uda  - i to jest pi kne. 

Raqi chwycił przyn t  jak pstr g much . 

- W porz dku - zdecydował si  nagle. - Zrobi  to. 

- No dobrze. - Warren dał za wygran . - Ale niech to b dzie ostatni raz w tym 

roku. Jasne? 

Follet skin ł głow , a Tozier powiedział: 

- Grajmy w pokera. 

- Tylko do szóstej - oznajmił Warren. - Mam dzi  wieczorem spotkanie. Bez 

wzgl du na wynik ko czymy o szóstej. 

Przez reszt  popołudnia odrobił wi kszo  strat. Zawdzi czał to cz ciowo 

zgarni ciu du ej puli po bezczelnym blefie, ale i w ogóle lepiej mu szło. O szóstej 

przegrywał ju  tylko tysi c riali. Zd ył te  nastawi  dyskretnie zegarek na 

wła ciw  godzin . 

- No dobrze - powiedział Follet. - Zobaczymy si  w przyszłym tygodniu, Javid. 

- Mrugn ł do niego znacz co. - B dziesz miał swój wielki dzie . 

Kiedy Raqi wyszedł, Warren wstał i przeci gn ł si . 

- Có  to za sposób sp dzania czasu - stwierdził. 

- Nasz mały był szcz liwy - powiedział Follet. - Wspi ł si  na sam szczyt i nie 

kosztowało go to ani centa. Zobaczmy, ile jest nam winien. Jak du o pan 

przegrał, Warren? 

- Około tysi ca, do cholery. 

- A ty, Andy? 

- Jakie  trzy tysi ce. On umie gra  w pokera. 

- Rzeczywi cie - stwierdził Follet. - Po gonitwie musiałem go troch  

przystopowa . Nie chciałem by my lał,  e graj c w pokera mo e zarobi  wi cej 

ni  na wy cigach. - Spojrzał na Warrena. - Pan nie nadaje si  na pokerzyst . No 

dobrze, zobaczmy. Ja przegrałem tysi c, wi c wzi ł w sumie dwadzie cia jeden 

tysi cy, wliczaj c fors , któr  dałem mu za wy cigi. Za tydzie  na pewno wróci. 

-  dny jeszcze wi kszego szmalu - powiedział Tozier. -Mówiłe , zdaje si ,  e 

jest uczciwy. 

- W ka dym z nas drzemi  złodziejskie skłonno ci - odparł Follet. - Wielu 

porz dnych obywateli uwa a,  e oszukiwanie bukmachera to nic nagannego - 

podobnie jak przemycanie przez granic  butelki whisky. - Wzi ł do r ki tali  kart 

i zacz ł je tasowa . - Faceci wyłudzaj cy fors  maj  takie stare powiedzenie: 

uczciwego nie oszukasz. Gdyby Javid był naprawd  uczciwy, nasz plan by si  nie' 

powiódł. Ale on nie jest inny ni  wi kszo  ludzi. 

- Naprawd  potrafisz go ogra  w pokera? - zapytał Warren. - Od tego wiele 

zale y. 

background image

 

90 

- Ju  to dzisiaj robiłem, prawda? - zauwa ył Follet. - Sam pan powinien 

najlepiej wiedzie . Nie zacz ł pan przecie  wygrywa  dzi ki swojej dobrej grze. - 

Podsun ł Warrenowi tali . - Prosz  wzi  górn  kart . Warren odkrył j . Była to 

dziewi tka karo. 

Follet nadal trzymał tali  w r ce. 

- Prosz  poło y  j  z powrotem. Teraz ta górna karta trafi w rozdaniu na stół. 

Niech pan uwa nie patrzy. - Wzi ł do r ki le c  na wierzchu kart , rzucaj c j  

wprawnym ruchem przed Warrena. -Prosz  j  odwróci . 

Warren odkrył asa trefl. 

Follet roze miał si . 

- Nie le sobie radz  z wyci ganiem drugiej karty. Dałem panu drug  z kolei, 

nie t  z wierzchu, a pan tego nie zauwa ył. - Podniósł w gór  dło . - Je eli zobaczy 

pan faceta, który trzyma karty w ten sposób, prosz  z nim nie gra . To chwyt 

szulera. B dzie wyci gał drug  albo ostatni  kart  z talii i opró ni panu kieszenie. 

Javid Raqi nie ma ze mn  szans. 

 

Tydzie  wlókł si  niemiłosiernie. Warren rozumiał,  e ich bezczynno  jest 

uzasadniona, a jednak był rozdra niony. Tozier i Follet grali bez ko ca w 

monety. Tozier stale przegrywał i bardzo go to denerwowało. 

- Znajd  rozwi zanie, cho bym miał pa  trupem - o wiadczył, co Folleta 

wyra nie rozbawiło. 

Warren nie pojmował, dlaczego Toziera tak bardzo wci gn ła ta gra. 

Wygl dało to na dziecinad , chocia  pozostawało pytanie, dlaczego Follet ci gle 

wygrywał, maj c na oko równe szans  i nie mog c oszukiwa . 

Bryan niecierpliwił si  nie mniej od Warrena. 

- Czuj  si  zupełnie zb dny - powiedział. - Jakbym był pi tym kołem ü wozu. 

Mam wra enie,  e niczego nie robi  i zmierzam donik d. 

- Nie tylko ty tak si  czujesz - stwierdził z rozdra nieniem War-ren. 

- Owszem, ale wy trzej dobrze si  bawili cie, kiedy ja tkwiłem przy tym 

cholernym magnetowidzie. 

- To było najwa niejsze, Ben. 

- Mo liwe. Ale ju  si  sko czyło. Tym razem wideo nie b dzie wam potrzebne. 

Wi c co mam robi  - siedzie  z zało onymi r kami? Follet podniósł na niego 

wzrok. 

- Zaczekaj: - Przygl dał si  Benowi z namysłem. - Zdaje si ,  e przeoczyli my 

pewn  szans . Chyba mo emy ci  wykorzysta , Ben, ale musiałby  troch  

po wiczy  ze mn  i z Andym. Byłoby to zreszt  wa ne zadanie. Miałby  ochot  

zaryzykowa ? 

- Jasne - odparł z entuzjazmem Bryan. Poszli wi c we trzech do pokoju 

Folleta. 

- Pan nie musi si  o nic martwi , Nick - oznajmił Follet. - Najlepiej,  eby pan 

nie wiedział, co si  stanie. I tak kiepski z pana aktor, a chc ,  eby to była 

naprawd  niespodzianka. 

 

Nadeszła sobota. Javid Raqi zjawił si  wcze nie. Follet zadzwonił do niego i 

zaproponował,  eby zacz li rano i pograli dłu ej. Raqi ch tnie na to przystał. 

background image

 

91 

- Musimy mie  czas,  eby oskuba  tego cwaniaczka - stwierdził cynicznie 

Follet. 

Zacz li gr  w pokera o wpół do jedenastej i pocz tkowo Raqi wygrywał, 

podobnie jak tydzie  wcze niej. Potem jednak szcz cie jakby go opu ciło. 

Warren pobił trzema asami jego trzy króle, ful nie wystarczył mu przeciwko 

czterem trójkom Toziera, a sekwens z asem okazał si  za słaby przy fulu Folleta. 

Nie było tych sytuacji tak wiele, ale zdarzały si  przy wysokiej grze i Raqi 

przegrywał du e sumy. Stałe niedu e wygrane nie zrekompensowały kilku 

powa nych wpadek. 

Do południa miał ju  pusty portfel i si gn ł niezdecydowanie po kopert . 

Rozerwał j  niecierpliwym ruchem, wysypuj c na stół plik banknotów. 

- Jeste  pewien,  e chcesz to zrobi ? - spytał delikatnie Follet. 

- Mam jeszcze pieni dze. Du o pieni dzy - odparł Raqi, wyra nie 

zdenerwowany. 

- Nie chciałem ci  obrazi  -powiedział Follet, zbieraj c karty. -Chyba sam 

wiesz, co robisz. Jeste  ju  dorosły. - Rozdał karty. Javid Raqi znowu przegrał. 

O drugiej po południu Raqi był niemal zupełnie spłukany. Trzymał si  jeszcze 

przez jakie  pół godziny, a le ce przed nim pieni dze - około tysi ca riali - 

kr yły po stoliku, pozostaj c jednak w grze. Warren domy lił si ,  e Follet to 

wszystko aran uje i poczuł lekkie mdło ci. Nie podobała mu si  ta zabawa w 

kotka i myszk . 

W ko cu Tozier spojrzał na zegarek. 

- Zajmijmy si  lepiej ko mi - powiedział. - Zostało niewiele czasu. 

- Jasne - zgodził si  Follet. -Wyłó  fors , Nick. Jeste  bankierem. Wiesz, co 

masz robi , Javid? Raqi jakby nieco pobladł. 

- Po prostu zadzwoni  - powiedział oboj tnie, gdy Warren przeliczał na stole 

banknoty o du ych nominałach. 

- Nie, do cholery! - krzykn ł Follet. - Powy ej dwudziestu pi ciu tysi cy 

Jamshid nie przyjmuje zakładów na kredyt, a we trzech stawiamy cał  setk . 

Musisz to wpłaci  u Jamshida - gotówk  na stół. Ile chcesz postawi , Javid? »Raqi 

przełkn ł  lin . 

- Nie wiem - powiedział wskazuj c bezradnie na stół. - Ja... wszystko 

przegrałem - oznajmił z rozpacz . 

- Fatalnie - stwierdził oboj tnie Tozier. - Mo e nast pnym razem ci si  

poszcz ci. 

Warren zło ył banknoty do kupy. 

- Sto tysi cy - oznajmił, popychaj c stert  pieni dzy na drug  stron  stołu. 

- Tak czy inaczej, postawisz je za nas, prawda? - zapytał Follet, podsuwaj c 

fors  Raqiemu. - Obiecałe ,  e to zrobisz. 

Raqi skin ł głow . Zawahał si  przez moment, a potem zapytał: 

- Czy... czy mogliby cie... eee... po yczy  mi troch  do ko ca gonitwy? 

Follet spojrzał na niego z politowaniem. 

- Słuchaj, chłopcze. Jak jeste  na szczycie, musisz korzysta  z własnej forsy. 

Tam, gdzie gra si  o marne grosze, mo na si  nimi wymienia , ale nie tutaj. 

Pogardliwy ton Toziera najwyra niej zbił Raqiego z tropu. Cofn ł si , jakby 

kto  go uderzył. 

background image

 

92 

- Ale... ale...- wyj kał. Warren pokr cił głow . 

- Przykro mi, Javid. S dziłem,  e to rozumiesz. Tutaj ka dy odpowiada za 

siebie. - Zamilkł na chwil . - Mo na by rzec,  e zaci ganie po yczek jest  le 

widziane - nie nale y do dobrego tonu. 

Raqi był zlany potem. Spostrzegłszy,  e dr  mu r ce, wło ył je do kieszeni. 

Przełkn ł  lin , po czym zapytał: 

- Kiedy musze i  do Jamshida? 

- Zanim konie podejd  na start - stwierdził Follet. - Chcieliby my jednak 

wpłaci  t  fors  jak najszybciej. Nie mo emy straci  tej. gonitwy - to wyj tkowa 

okazja. 

- Mog  wyj  na par  minut? - zapytał Raqi. 

- Byleby  wrócił na czas - odparł Follet. - Jak powiedziałem, to wyj tkowa 

okazja. Raqi podniósł si . 

- Zaraz b d  z powrotem - odezwał si  przez  ci ni te gardło. - Najpó niej za 

pół godziny. - Wyszedł, potykaj c si  w progu. 

Follet zaczekał, a  zamkn ły si  za nim drzwi, po czym powiedział cicho: 

- Mamy go w gar ci. 

- Ale czy na pewno wróci? - zapytał Warren. 

- Wróci. Podpuszczony frajer zawsze wraca - stwierdził Follet z cynicznym 

przekonaniem. 

- Ile przegrał? - zapytał Tozier. 

Follet przeliczył pieni dze i zrobił kalkulacj . 

- Moim zdaniem, nieco ponad czterdzie ci osiem tysi cy. Musiał wyci gn  

oszcz dno ci,  eby si  obłowi , ale zd yli my mu si  do nich dobra . B dzie teraz 

zachodził w głow , sk d wzi  fors . 

- Gdzie j  zdob dzie? - zapytał Warren. 

- Czy to wa ne? Sk d  j  wydostanie, to pewne. Wie,  e trafia mu si  nie lada 

okazja i nie przepu ci jej. Nie b dzie mógł oprze  si  pokusie oszukania 

Jamshida, wi c jako  znajdzie pieni dze. 

W oczekiwaniu na powrót Raqiego - owcy przeznaczonej na rze  - Tozier i 

Follet grali w monety i tym razem Follet przegrywał. 

- Niewa ne - wzruszył ramionami. - Statystycznie i tak jestem gór . 

- Szkoda,  e nie wiem dlaczego - stwierdził zjadliwie Tozier. - Ale kiedy  to 

rozszyfruj . Chyba jestem bliski rozwi zania. Rozległo si  dyskretne pukanie do 

drzwi. 

- To nasz chłopak - powiedział Tozier. 

Kiedy Follet otworzył, Javid Raqi wszedł po cichu do pokoju. Zbli ył si  do 

stołu, na którym le ało sto tysi cy riali. Spojrzał na pieni dze, ale nie próbował 

nawet ich ruszy . 

- Wszystko w porz dku, Javid? - upewnił si  Warren. Raqi si gn ł powoli po 

plik banknotów. 

- Tak - odparł. - Jestem gotowy. - Nagle odwrócił si  do Folleta i zapytał z 

naciskiem: - Czy ten ko  jest pewny? Czy wygra? 

- Wielki Bo e! - odpowiedział Follet. -Trzymasz w r ku nasze sto tysi cy i 

zadajesz takie pytania? Oczywi cie,  e wygra! Wszystko jest załatwione. 

- Wi c mog  ju  i  - stwierdził Raqi, chowaj c szybko pieni dze. 

background image

 

93 

- Pójd  z tob  - powiedział Follet z szerokim u miechem. - Nie chodzi o to,  e 

ci nie ufamy, ale nie chciałbym,  eby jaki  cwaniaczek załatwił ci , kiedy masz 

przy sobie nasz  fors . Mo esz mnie uwa a  za ochron . - Wło ył marynark . - 

Wrócimy obejrze  gonitw  - powiedział wychodz c razem z Raqim. 

-  al mi tego chłopaka - westchn ł Warren. 

- Mnie te  - przyznał Tozier. - Ale Johnny miał racj : gdyby był uczciwy, 

nigdy by mu si  to nie przydarzyło. 

- Zapewne - zgodził si  Warren i zamilkł. Po chwili poruszył si  i zapytał: - A 

je eli ten ko  wygra? 

- Nie wygra - odparł z przekonaniem Tozier. - Wybrali my z Johnny'm 

najn dzniejsz  szkap , jak  udało nam si  znale . Mogłaby wygra  - przyznał - 

gdyby wszystkie inne konie połamały nogi. 

- A je eli jednak zwyci y? - dopytywał si  Warren, wyra nie tłumi c  miech. 

- Kto  musi przecie  na niego stawia . 

- Wtedy wygramy kup  forsy - i Raqi tak e, w zale no ci od tego, ile udało mu 

si  zebra . Musieliby my od nowa bra  go w obroty. Ale to si  nie zdarzy. 

Zacz ł gra  sam ze sob  w monety, a Warren przechadzał si  tymczasem 

nerwowo po pokoju. Follet i Raqi do  długo nie wracali. Zjawili si  akurat w 

momencie, gdy Warren wł czył telewizor, by obejrze  gonitw . Raqi - cichy i 

niepozorny - usiadł na swoim miejscu przy stole. 

- Javid jest kł bkiem nerwów - odezwał si  jowialnym tonem Follet. - 

Powtarzam mu,  e wszystko b dzie okej, a on ci gle si  martwi. Zaryzykował 

troch  gotówki. Zdaje si ,  e kosztuje go to za wiele emocji. 

- Ile postawiłe ? - zapytał z zainteresowaniem Tozier. Raqi nie odpowiedział, 

za to Follet wybuchn ł  miechem. 

- Pi dziesi t tysi cy - oznajmił. - Płac  pi tna cie do jednego. Nasz chłopak 

zarobi siedemset pi dziesi t tysi cy riali. Powtarzam mu,  e wszystko jest w 

porz dku, ale najwyra niej mi nie wierzy. 

Tozier gwizdn ł cicho. Siedemset pi dziesi t tysi cy riali oznaczało około 

czterech tysi cy funtów. Dla młodego ira skiego urz dnika była to fortuna. 

Nawet pi dziesi t tysi cy, które postawił, stanowiło niemał  sum  – jakie  

dwie cie sze dziesi t funtów, czyli spor  cz  rocznych zarobków Raqiego. 

- Sk d wzi łe  a  tyle forsy? - zapytał. - Rozbiłe  domow  skarbonk ? 

- Zamknij si ! - powiedział opryskliwie Warren. - Zaraz zacznie si  gonitwa. 

- Napełni  szklanki,  eby to uczci  -oznajmił Follet, podchodz c do kredensu. 

- Mo ecie mi gratulowa , chłopcy. Ten ko  nazywa si  Nuss el-leil. 

- Nic mi to nie mówi - stwierdził Tozier. - Co to znaczy? 

- Północ - odpowiedział Raqi, nie odrywaj c oczu od ekranu. Miał zupełnie 

zbielałe wargi. 

- Dobra nazwa dla czarnego konia- zauwa ył Tozier. -Ju  ruszyli. 

Warren popatrzył k tem oka na Raqiego, który siedział w napi ciu na 

kraw dzi krzesła. Bł kitna po wiata z telewizora odbijała si  w jego oczach. 

Zaciskał tak mocno zł czone dłonie,  e a  zbielały mu kostki. 

- Do diabła, gdzie podziewa si   ten ko ? - zdenerwował si  Tozier. - Widzisz 

go, Javid? 

background image

 

94 

- Jest na czwartej pozycji - oznajmił Raqi. W chwil  pó niej powiedział: - 

Spadł na pi t ... nie, na szóst . - R ce zacz ły mu dr e . 

- Co ten przekl ty d okej wyprawia? - irytował si  Tozier. - Wszystko 

zmarnuje, do cholery! 

W pi tna cie sekund pó niej gonitwa si  sko czyła. Nuss el-leil nie został 

nawet sklasyfikowany. 

Follet stał oniemiały obok kredensu. 

- Ten karzeł nas przechytrzył - wyszeptał. W porywie gniewu cisn ł pełn  

szklank  whisky o  cian . Rozleciała si  na kawałki. - Ju  ja go urz dz ! - rykn ł. 

Warren wył czył telewizor. 

- Uspokój si , Johnny. Mówiłem ci,  e to nie mo e trwa  wiecznie. 

- Owszem, ale nie wyobra ałem sobie,  e sko czy si  w ten sposób - stwierdził 

wojowniczo Follet. - Jamshid mógł si  w którym  momencie zorientowa , ale nie 

przypuszczałem,  e okantuje mnie taki kurdupel. Niech ja go tylko dostan  w 

swoje r ce! 

- Masz zostawi  go w spokoju - rozkazał Warren, po czym dodał bardziej 

pojednawczym tonem: - Stracili my sto tysi cy - to tylko pi  procent 

dotychczasowych zysków. Jeste my do przodu. - Usiadł przy stole i pozbierał 

karty. - Kto ma ochot  zagra ? 

- Moim zdaniem Johnny ma racj  - powiedział stanowczo Tozier. - Nie 

powinni my pu ci  tego płazem. Mo esz by  pewny,  e  aden d okej nie b dzie 

wystawiał mnie do wiatru. Je eli mu płac , to nie na darmo, do cholery! 

- Zapomnijcie o tym - stwierdził lakonicznie Warren. - Ta gra ju  si  

sko czyła, przechodzimy do nast pnej. Powiedziałem,  e robimy to po raz 

ostatni, prawda? - Spojrzał przez rami . - Na miło  bosk , Johnny, chod  tu i 

usi d .  wiat si  jeszcze nie sko czył. Poza tym masz teraz rozdawa . 

Follet westchn ł, zajmuj c miejsce. 

- No dobrze, ale nie uwa am,  eby to było w porz dku. Naprawd . Có , ty tu 

decydujesz. - Potasował tali  kart i przesun ł j  na drug  stron  stołu. - Przełó . 

Javid Raqi siedział w zupełnym bezruchu. 

- Hej! - odezwał si  Follet. - O co chodzi, chłopcze? Wygl dasz, jakby  

zobaczył ducha. 

Raqiemu pociekły z oczu dwie wielkie łzy i spłyn ły po policzkach. 

- Na lito  bosk ! - powiedział z niesmakiem Tozier. - Mamy pod opiek  

płacz ce niemowl ! 

- Zamknij si , Andy! - rozkazał stanowczo Warren. 

- Co si  stało, Javid? - zapytał Follet. - Za du o postawiłe ? Nie było ci  sta  

na tych pi dziesi t tysi cy? 

Raqi gapił si  w przestrze , jakby miał przed oczami jak  straszliw  scen . 

Jego oliwkowa cera przybrała brudnozielony odcie . Dr ał na całym ciele, nie 

mog c si  opanowa . Oblizał wargi i wyszeptał: 

- To nie były moje pieni dze. 

- O, to niedobrze - powiedział współczuj co Follet. - Ale pami tasz, co ci 

mówiłem? Powiniene  zawsze gra  za własn  fors . Powtarzałem ci to - i Nick 

równie . 

background image

 

95 

- Wyrzuc  mnie z pracy - stwierdził Raqi z rozpacz  w głosie. - Co powie 

moja  ona? Co ona powie? - Głos mu si  załamał. Zacz ł mamrota  co  po persku 

i  aden z nich nie rozumiał, co mówi. 

Follet nagłym ruchem wymierzył Raqiemu policzek, przywołuj c go do 

porz dku. 

- Przepraszam, Javid, ale zaczynałe  wpada  w histeri . Uspokój si  i mów do 

rzeczy. Sk d wzi łe  fors ? 

- Z biura - odparł Raqi, z trudem przełykaj c  lin . - Kierownik ma sejf, a ja 

mam do niego klucz. Trzyma tam pieni dze na bie ce wydatki. Wróciłem do 

biura i... i... 

- Ukradłe  fors  - stwierdził Tozier oboj tnym tonem. Raqi skin ł głow  

zrozpaczony. 

- Zorientuje si  w poniedziałek, jak tylko otworzy sejf. B dzie wiedział,  e... 

- Spokojnie, chłopcze - powiedział Follet. - Jeszcze nie wsadzili ci  do 

wi zienia. 

O tym Raqi dotychczas nie pomy lał. Wpatrywał si  teraz w Folleta z jeszcze 

wi kszym przera eniem. 

- Mo e zdołamy ci pomóc - oznajmił Follet. 

- Na mnie nie liczcie - powiedział bezpardonowo Tozier. - Nie b d  płaci  za 

nieopierzonego smarkacza, który  eruje na innych. Niech nie włazi do kuchni, jak 

mu tam za gor co. Nie powinno si  go w ogóle dopuszcza  do gry. Od razu wam 

to mówiłem. 

Warren spojrzał na Folleta, który wzruszył tylko ramionami i stwierdził: 

- Chyba ma racj . Musisz si  uczy  na własnych bł dach, chłopcze. Je eli 

teraz ci  z tego wyci gniemy, kiedy  znowu wpadniesz. 

- Och, nie! Obiecuj ! Naprawd ! - Raqi szeroko rozło ył r ce na stole, 

płaszcz c si  przed Folletem. - Pomó cie mi... prosz ... Obiecuj ,  e... 

- Na miło  bosk , wsta  i b d  m czyzn ! - warkn ł Tozier. Raqi podniósł 

si . - Nie znosz  takich scen. Wychodz . 

- Chwileczk  - zatrzymał go Follet. - Zdaje si ,  e mam pomysł. -Wycelował 

palec w Toziera. - Nie wspominałe  mi przypadkiem,  e jaki  facet potrzebuje 

czego  z firmy, w której pracuje ten chłopak? Informacji o jakich  

odczynnikach? 

Tozier zastanowił si  przez chwil , a potem skin ł głow . 

- No i co z tego? 

- Ile by za to zapłacił? 

- Sk d mam wiedzie , do cholery? - odparł Tozier zbolałym głosem. - Facet 

zajmował si  sprawami, które mnie nie interesuj . 

- Zawsze mo esz go spyta . Masz tu telefon. 

- A niby dlaczego? Co mi z tego przyjdzie? 

- Na miło  bosk , nie mógłby  cho  raz w  yciu okaza  odrobiny ludzkich 

uczu ? - zapytał Follet tonem rozpaczy. 

- Zadzwo , Andy - odezwał si  Warren spokojnym, ale nie znosz cym 

sprzeciwu głosem. 

- No ju  dobrze. - Tozier si gn ł po marynark . - Chyba mam gdzie  tutaj ten 

numer. 

background image

 

96 

Follet poklepał Raqiego po ramieniu. 

- Głowa do góry, Javid. Jako  ci  z tego wyci gniemy. - Usiadł obok i zacz ł z 

nim cicho rozmawia . 

    Tozier mamrotał co  do słuchawki. W ko cu odło ył j  i przeszedł przez 

pokój z kartk  papieru w r ce. 

- Facet chce wiedzie , kto zamawiał te odczynniki - i w jakich ilo ciach. Chce 

wiedzie , gdzie je wysłano. Potrzebuje te  informacji o wszelkich transakcjach, w 

których brał udział niejaki... - spojrzał na kartk  - ...Speering. To wszystko. - 

Potarł dłoni  szcz k . - Naci gn łem go na czterdzie ci tysi cy, ale wi cej za t  

informacj  nie da. 

- Po co mu s  potrzebne? - zainteresował si  Warren. 

- Przypuszczalnie chodzi o szpiegostwo gospodarcze. Follet wzi ł od Toziera 

kartk  papieru. 

- Czy to istotne? Byle tylko Javid mógł mu je dostarczy . - Podał kartk  

Raqiemu. - Mo esz to zdoby ? 

Raqi wytarł oczy r k , popatrzył uwa nie, po czym skin ł głow  i szepn ł: 

- Tak mi si  zdaje. To wszystko jest w ksi gach. 

- Ale facet nie da wi cej ni  czterdzie ci tysi cy, diabli by go wzi li - stwierdził 

Follet. - Niech tam, jestem gotów doło y  cz  tej brakuj cej sumy. 

- Na mnie nie liczcie - powiedział ponuro Tozier. - Ju  swoje zrobiłem. 

- Nick? 

- W porz dku, Johnny. We miemy to na siebie. - Warren odliczył z le cych 

na stole pieni dzy pi  tysi cy riali i podał je Folletowi. 

- Jak widzisz, Javid, mamy tu dziesi  tysi cy. Wystarczy,  e wrócisz do biura, 

a zarobisz pozostałe czterdzie ci. Masz klucz? 

Raqi skin ł głow  i z pomoc  Folleta podniósł si  z krzesła. 

- To troch  potrwa - stwierdził. 

- Masz pół godziny. Tyle czasu potrzebowałe ,  eby obrobi  sejf-powiedział 

brutalnie Tozier. 

Follet odprowadził Raqiego do drzwi, ostro nie je zamkn ł, po czym odwrócił 

si  i oznajmił: 

- Jeste my prawie u celu. Pozostaje do załatwienia jeszcze tylko jedna sprawa. 

- Chyba nie mo emy ju  zrobi  nic gorszego - westchn ł Warren. - Co to ma 

by ? 

- Pan jest wył czony, wi c prosz  si  niczym nie przejmowa  - stwierdził 

Follet. -Teraz pozostaje nam tylko czeka . Pójd  zobaczy  si  z Benem. Wracam 

za dziesi  minut. 

 

Oczekiwanie na powrót Raqiego dłu yło si  Warrenowi w niesko czono . 

Powoli mijały minuty. Zastanawiał si , jaki wpływ wywiera na niego ta szale cza 

przygoda. Nie do ,  e szanta ował Folleta, to jeszcze przyczynił si  do 

sprowadzenia na zł  drog  młodego człowieka, który dot d był bez skazy. Co 

prawda Follet twierdził,  e uczciwego si  nie oszuka, ale ten, kto proponuje trzy-

dzie ci srebrników, winien jest tak samo jak ten, kto je przyjmuje. 

background image

 

97 

Ponownie rozległo si  oczekiwane pukanie do drzwi i Follet poszedł je 

otworzy . Raqi wzi ł si  ju  troch  w gar  i nie wygl dał na zrozpaczonego. Jego 

policzki nabrały znów koloru i nie był tak zbolały, jak wówczas, gdy wychodził. 

- No i co, chłopcze?- spytał Follet.- Masz to? Raqi skin ł głow . 

- Spisałem te rachunki po angielsku. Pomy lałem,  e tak b dzie lepiej. 

- Z pewno ci  - odparł Follet, który zd ył zapomnie ,  e istnieje tego rodzaju 

problem, - Poka  mi to. 

Raqi podał mu trzy kartki papieru, a Follet przekazał je Tozierowi. 

- Postaraj si , Andy,  eby to dotarło, gdzie trzeba. - Tozier skin ł głow , Follet 

za  wr czył Raqiemu plik banknotów. - Masz tu swoich pi dziesi t tysi cy, 

Javid. Włó  je jak najszybciej z powrotem do sejfu. 

Raqi chował wła nie pieni dze do kieszeni, kiedy z łoskotem otworzyły si  

drzwi. Stan ł w nich m czyzna z chust  na twarzy i automatem w r kach. 

- Nie rusza  si  - to nikomu nic si  nie stanie - powiedział przytłumionym 

głosem. 

Warren patrzył z niedowierzaniem, jak nieznajomy robi krok do przodu. 

Zastanawiał si , kim, u diabła, jest i co zamierza. M czyzna machn ł luf , 

mówi c rozkazuj cym tonem: „Przejd cie tam". Raqi i Follet ruszyli posłusznie 

przez pokój, doł czaj c do Warrena. 

Kiedy Tozier chciał pój  w ich  lady, nieznajomy rzeki: 

- Ty nie. Zosta  na miejscu. - Podszedł do Toziera i wyrwa! mu z r ki papiery. 

- Chc  tylko tego. 

- Id  do diabla! - zawołał Tozier, rzucaj c si  na niego. Rozległ si  huk 

wystrzału i Tozier stan ł w miejscu, jakby natrafił na kamienny mur. Na jego 

twarzy pojawił si  t py grymas. Ugi ły si  pod nim kolana. Powoli, jak powalone 

drzewo, osun ł si  na ziemi , a kiedy upadł, z ust popłyn ła mu stru ka krwi. 

Za nieznajomym zamkn ły si  z trzaskiem drzwi. W powietrzu unosił si  lekki 

sw d prochu. 

Pierwszy otrz sn ł si  Follet. Rzucił si  w kierunku Toziera i ukl kn ł przy 

nim. Po chwili podniósł zdumiony wzrok. 

- Bo e wielki! On nie  yje! 

Warren, wiedziony instynktem lekarza, błyskawicznie znalazł si  obok, ale 

Follet powstrzymał go ruchem r ki. 

- Nie dotykaj go, Nick. Zaplamisz si  krwi . 

Powiedział to tak dziwnym tonem,  e Warren zatrzymał si . 

Raqi dr ał jak osika na wietrze. Patrzył z przera eniem na poplamiony krwi  

r kaw marynarki, a z jego ust dobywał si  j k. Nie były to słowa, lecz 

powtarzaj ce si  w kółko gło ne posapywanie. Follet chwycił go za rami  i 

potrz sn ł nim. 

- Javid! Javid, przesta ! Słyszysz mnie? Raqi jakby oprzytomniał. 

- Ja... Nic mi... nie jest. 

- Wi c posłuchaj uwa nie. Nie ma potrzeby,  eby  był we wszystko 

zamieszany. Nie wiem, co to za cholerna historia, ale je eli si  po pieszysz, mo esz 

si  z tego wykaraska . 

- Niby jak? - oddech Raqiego stał si  spokojniejszy. Follet spojrzał na ciało 

Toziera. 

background image

 

98 

- Nick pomo e mi si  go pozby . Biedaczysko. Był z niego kawał drania, ale 

nie  yczyłem mu a  tak  le. Ta informacja, której potrzebował jego znajomy, 

musiała by  naprawd  wa na. - Odwrócił si  do Raqiego. - Je eli dbasz o własn  

skór , wyno  si  st d i nie puszczaj pary z ust. Id  do biura, włó  fors  z 

powrotem do sejfu, a potem wracaj do domu i nikomu nic nie mów. Rozumiesz? 

Raqi skin ł głow . 

- No wi c ruszaj - rozkazał Follet. - I nie biegnij, tylko id . Bez nerwów. 

Raqi czmychn ł z pokoju, wydaj c zdławiony okrzyk. Drzwi zatrzasn ły si  

za nim z hałasem. 

Follet westchn ł i potarł dłoni  kark. 

- Biedny Andy - stwierdził. - Kawał „rycerskiego" sukinsyna. Dobra, mo esz 

si  ju  podnie . Wsta , Łazarzu. 

Tozier otworzył oczy i mrugn ł porozumiewawczo, po czym podparł si  na 

łokciu. 

- Jak to wygl dało? 

- Doskonale. Ju  my lałem,  e Ben naprawd  ci  r bn ł. 

Warren podszedł do Folleta. 

- Czy to przedstawienie było naprawd  konieczne? - zapytał chłodno. 

- Owszem - odparł oboj tnie Follet. - Przypu my,  e nie załatwiliby my go w 

ten sposób. Za par  dni zacz łby si  zastanawia , zło yłby wszystko do kupy i nie 

musiałby by  geniuszem,  eby si  zorientowa ,  e został wykiwany. Wie pan, ten 

chłopak nie jest wcale głupi. Ale zmusili my go do po piechu. Nie dali my mu 

czasu,  eby spokojnie wszystko przemy lał. 

- I co z tego? 

- To,  e teraz ju  nigdy nie b dzie zdolny pomy le  spokojnie o tym, co si  

stało. Widok czyjej  nagłej  mierci działa na ludzi w ten sposób. Do ko ca  ycia 

nie b dzie w stanie doj , co si  naprawd  wydarzyło. Nigdy si  nie dowie, kto 

zastrzelił Andy'ego - i z jakiego powodu, bo to do niczego nie pasuje. B dzie wi c 

siedział cicho,  eby nie by  zamieszanym w zabójstwo. Dlatego wła nie 

musieli my go załatwi  za pomoc  kurzego p cherza. 

- Czego? 

- Kurzego p cherza. - Follet skin ł na Toziera: - Poka  mu, Andy. Tozier 

wypluł na dło  co , co trzymał w ustach.   - O mało tego cholerstwa nie 

połkn łem. 

Wyprostował r k , pokazuj c zabarwiony na czerwono kawałek mi kkiej 

gumy. 

- To tylko kauczukowy woreczek wypełniony krwi  kurcz cia -tak zwany 

kurzy p cherz. Korzysta si  z niego do  cz sto,  eby pozby  si  ró nych durniów, 

kiedy przestaj  by  potrzebni. -Za miał si  ze zło liw  satysfakcj . - To jeden z 

dwóch wła ciwych sposobów wykorzystania prezerwatywy. 

Do pokoju wszedł Ben Bryan, u miechaj c si  z zadowoleniem. 

- Jak wypadłem, Johnny? 

- Znakomicie, Ben. Gdzie s  te papiery? - Wzi ł je od Bryana i wcisn ł 

Warrenowi do zwiotczałej dłoni. - Tego pan chciał. 

- Tak - powiedział z gorycz  Warren. - Tego chciałem. 

background image

 

99 

- Wi c dostał pan, co trzeba - powiedział z naciskiem Follet. -Prosz  zrobi  z 

tego u ytek. Tylko niech pan nie udaje przede mn   wi toszka, Warren. Nie jest 

pan lepszy od innych. 

Odwrócił si  na pi cie i wyszedł z pokoju.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

100 

Rozdział 6

 

 

Jechali znów po stromych i kr tych drogach przez brunatnoczerwone góry 

Kurdystanu. Warren dzi kował Bogu,  e s  na przedzie. Tozier i Follet byli 

gdzie  za nimi w drugim land-roverze, niewidoczni w tumanie kurzu. Wcale im 

nie zazdro cił. Bryan prowadzi! wóz, a Warren go pilotował, próbuj c znale  

drog  do miejsca zaznaczonego na mapie. Okazało si  to trudniejsze ni  

pocz tkowo s dzili. Warren czuł si  chwilami, jakby był z Alicj  po drugiej 

stronie lustra, gdy  nie pozaznaczane na mapie drogi wiły si  i zakr cały 

gwałtownie i cz sto wygl dało na to,  e najlepszym sposobem dotarcia do 

jakiego  miejsca jest jazda w przeciwnym kierunku. 

Poza tym samo uznanie tych górskich traktów za drogi wymagało sporego 

wysiłku wyobra ni. Były to pełne wybojów, kamieniste, wypłukane przez wod  i 

biegn ce cz sto po litej skale szlaki, wydeptywane od setek, a mo e i tysi cy lat 

przez niezliczone pokolenia wielbł dów. Przemierzał te góry Aleksander 

Macedo ski, prowadz c swe heterie na podbój Persji oraz Indii. Warren 

przypuszczał,  e od tamtego czasu nikt tych dróg nie naprawiał. 

Kilkakrotnie mijali grupy koczowniczych Kurdów, którzy szukali 

prawdopodobnie bardziej zielonych pastwisk, chocia  Warren nie miał poj cia, 

gdzie mogliby je znale . Wokół rozci gała si  kamienna pustynia, a z jałowej 

ziemi wyrastały jedynie nieliczne, najbardziej odporne ro liny. Pojawiały si  z 

rzadka w szczelinach skalistych zboczy, wiotkie, ale nad podziw  ywotne. Cała 

ro linno  była brunatna i wyschni ta. Nie widziało si  ani  ladu zieleni. 

Spojrzał ponownie na map , a potem podniósł j , odsłaniaj c trzy kartki 

papieru, które Javid Raqi z tak wielkim po wi ceniem wydostał z biura. Zdobyte 

informacje dawały Warrenowi od samego pocz tku powód do zmartwienia. 

Spodziewał si  znale  zamówienia na jakie  rozs dne ilo ci odczynników - 

wystarczaj ce do uzyskania z surowego opium najwy ej stu funtów morfiny. To, 

co zobaczył, było zupełnie bez sensu. 

Chodziło o nieprawdopodobnie du e partie towaru. Zamawianego 

chlorometanu, benzenu, alkoholu amylowego, kwasu chlorowodorowego i 

farmaceutycznego wapnia wystarczyłoby do uzyskania co najmniej dwóch ton 

morfiny. Dwie tony! Na sam  my l przechodziły go ciarki. Taka ilo  heroiny 

nasyciłaby na ponad rok czarny rynek w Stanach Zjednoczonych. Gdyby trafiła 

do sprzeda y, handlarze mieliby pełne r ce roboty i pojawiłoby si  mnóstwo 

nowych narkomanów. 

- Sprawdziłem jeszcze raz te liczby, Ben - powiedział - i wydaj  mi si  

pozbawione sensu. 

Bryan zwolnił, zbli aj c si  do niebezpiecznego zakr tu. 

- S  zaskakuj ce. -  przyznał. 

- Zaskakuj ce? - powtórzył jak echo Warren. - S  cholernie mało 

prawdopodobne. Posłuchaj, Ben. To by oznaczało dwadzie cia ton czystego 

opium. Na miło  bosk , dwadzie cia ton! Taka ilo  opium kosztowałaby na 

czarnym rynku prawie milion funtów. My lisz,  e Delorme dysponuje a  tak 

du ym kapitałem? 

Bryan za miał si . 

background image

 

101 

- Gdybym miał tyle forsy, przestałbym pracowa . - Skr cił kierownic . - 

Wła nie przyszło mi do głowy,  e Raqi mógł z wra enia co  pokr ci . Pami taj,  e 

przekładał orientalne pismo na zapis łaci ski. Mo e popełniał konsekwentnie 

jaki  bł d, zwi kszaj c liczby o stały współczynnik. 

Warren przygryzł warg . 

- Ale jaki to był współczynnik? Powiedzmy,  e pomylił si  o dziesi . 

Dawałoby to około czterystu funtów morfiny. Te  cholernie du o, ale brzmi ju  o 

wiele rozs dniej. 

- Ile miałaby z tego Delorme? - spytał Bryan. 

- Jakie  dwadzie cia milionów dolarów, ulokowanych w Stanach. 

- Tak - powiedział powa nie Bryan. - To chyba rozs dna suma. -Zredukował 

bieg, gdy  zacz li zje d a  w dół. -Jak daleko jeszcze do tego... jak on si  nazywa? 

- Szejk Fahrwaz. - Warren rzucił okiem na map . - Je li wszystko dobrze 

pójdzie - to znaczy lepiej ni  dotychczas - za godzin  powinni my tam dotrze . 

Land-rover z rykiem silnika pi ł si  na szczyt górskiej przeł czy. Kiedy tam 

dotarli, Bryan zwolnił. Warren spogl daj c przez zakurzon  przedni  szyb , 

nagle znieruchomiał. 

- Zawracaj, Ben - powiedział zdecydowanie. - Schowaj si  za wzgórze, szybko. 

Bryan, któremu udzieliło si  podniecenie Warrena, wrzucił gwałtownie 

wsteczny bieg. Land-rover kilka razy podskoczył i zatrzymał si . 

- Biegnij z powrotem drog  - rozkazał Warren. - Le  najdalej, jak si  da i 

zatrzymaj Andy'ego. Niech tu do mnie podejdzie. I nie trzaskaj drzwiami, kiedy 

b dziesz wysiada . 

Otworzył drzwiczki i zeskoczył na ziemi . Biegn c na szczyt przeł czy, 

zboczył w stron  grupy skał, za którymi mógł si  ukry . Dotarł na gór  zdyszany, 

bardziej jednak z przej cia ni  z wysiłku. Przykucn ł za skałami, a potem 

ostro nie podniósł głow ,  eby przyjrze  si  le cej poni ej dolinie. 

Po jej drugiej stronie, na tle typowej scenerii spalonych sło cem wzgórz, 

rozci gały si  połacie zielonej uprawnej ziemi, poci tej szachownicami pól, a na 

rodku znajdował si  kompleks niskich budynków o płaskich dachach - niewielka 

osada albo spora farma. W tym miejscu zamieszkiwał szejk Fahrwaz - człowiek, 

który zamówił ogromne ilo ci nie stosowanych w rolnictwie substancji chemi-

cznych i tam wła nie Warren miał nadziej  znale  Speeringa. 

Usłyszał za plecami odgłos kroków na kamieniach i odwróciwszy głow  

zobaczył zbli aj cego si  Toziera, a tu  za nim Folleta. Dał im r k  znak,  eby si  

pochylili. Podeszli bli ej, zachowuj c wi ksz  ostro no  i zacz li razem z nim 

przygl da  si  dolinie. 

- Wi c to tutaj - odezwał si  po chwili Tozier. - I co teraz? 

- Ci ludzie mieli du e kłopoty - stwierdził nagle Follet. 

- Sk d ci to przyszło do głowy? - zapytał Warren, spogl daj c w dół. 

- Nie widzi pan? - odpowiedział pytaniem Follet. - Prosz  spojrze  na te leje 

po bombach. Przecinaj  cał  dolin . Jedna bomba o mało nie trafiła w ten du y 

budynek. Kto  atakował naszych chłopców z powietrza. 

Wygl dało na to,  e Follet ma racj . Leje ci gn ły si  szeregiem wzdłu  

doliny, od miejsca, w którym stali a  do zabudowa  i jeszcze dalej. Tozier si gn ł 

po lornetk . 

background image

 

102 

- Kto chciałby ich bombardowa ? Chyba,  e było to ira skie lotnictwo. - 

Nastawił ostro . - Nie bardzo im si  zreszt  udało. Ten budynek pozostał nie 

tkni ty. Na  cianie obok leja nie wida   adnych  ladów reperacji. 

- Jeste  pewien,  e to leje po bombach? - zapytał Warren. M czyły go jakie  

niejasne skojarzenia. 

- Widziałem ich sporo w Korei - odparł Follet. 

- Tak, to na pewno leje - potwierdził Tozier. - Po niezbyt du ych bombach. 

Stanowiło to nowy element sytuacji, a dla Warrena kolejny powód do 

zmartwienia. Pozostawiaj c ten problem na pó niej, zapytał: 

- Wi c co robimy? Doł czył do nich Bryan. 

- Pojed my tam - powiedział wskazuj c głow  na stoj ce z tyłu pojazdy. - 

Mamy wystarczaj co dobry kamufla  i powinno nam si  uda . Nawet ci ludzie 

musieli słysze  o przemy le filmowym. 

Tozier skin ł głow : 

- Pojedzie tylko połowa grupy - oznajmił, koryguj c Bryana. - Jeden 

samochód. Drugi wóz zostanie tu w ukryciu, na nasłuchu radiowym. 

- Co robimy? - zapytał Warren. Nie miał złudze  co do swoich mo liwo ci i 

wiedział,  e Tozier, jako zawodowiec, zna si  lepiej od niego na tego rodzaju 

akcjach. Był gotów słucha  jego rozkazów. 

Tozier spojrzał w dolin . 

- Kiedy  przetrz sałem wiele spokojnych z pozoru wiosek, głównie w 

poszukiwaniu ukrytej broni. Ale szli my tam wtedy uzbrojeni po z by, jako 

patrol wojskowy. Tutaj nie mo emy tego zrobi . Je eli ci ludzie maj  czyste 

sumienia, potraktuj  nas jak przyjaciół. Je eli s  winni, b d  udawali go cinno . 

Musimy zajrze  do ka dego budynku, a gdyby co  przed nami ukrywali, 

wystawi  sobie złe  wiadectwo. Potem zobaczymy, co da si  zrobi . Jedziemy. 

- Tylko my dwaj - oznajmił Warren. - Ben i Johnny zostaj  tutaj. 

 

Kr t  drog  jechało si  do  yznej oazy w dolinie, gdzie zielona ro linno  

wygl dała niewiarygodnie  wie o. Cz  ziemi le ała odłogiem, zaorana płytko 

prymitywnymi pługami, ale na wi kszo ci pól wida  było uprawy. Tozier zapytał 

zza kierownicy: 

- Rozpoznałby  ten mak, z którego wytwarza si  opium? Mo e tu rosn . 

- Na razie nic takiego nie widz  - odparł Warren. - Czekaj. Mo esz pojecha  

t dy? - powiedział wskazuj c kierunek r k . 

- Czemu nie - Tozier skr cił kierownic . Land-rover zjechał z trasy i pomkn ł 

przez szczere pole. Nie odczuli szczególnej ró nicy: trz sło nimi i telepało 

dokładnie tak samo. Poj cie drogi było czysto umowne. - Dok d jedziemy? 

- Chc  popatrze  na te leje - powiedział Warren. - Przypuszczenie,  e kto  

zrzucał tu bomby, nie daje mi spokoju - to zupełnie bez sensu. 

Tozier podjechał do najbli szego lej , pozostawiaj c wł czony silnik. Wysiedli 

z wozu i popatrzyli na le c  w dolinie osad . Leje usytuowane w równych 

odst pach co pi dziesi t jardów, ci gn ły si  szeregiem w kierunku zabudowa . 

Tozier spojrzał na najbli szy z nich i stwierdził: 

- Je eli to nie jest lej po bombie, to ja jestem baletnic . Zobacz t  wyrzucon  

na zewn trz ziemi . 

background image

 

103 

- Przypatrzmy si  dokładniej - powiedział Warren i ruszył naprzód. Wspi ł 

si  po mi kkiej kraw dzi leja, zajrzał do  rodka i zacz ł si   mia . - A wi c jeste  

baletnic , Andy. Spójrz. 

- Niech mnie diabli! - powiedział Tozier. - To tylko wykop. -Wszedł do  rodka, 

chwycił kamie  i wrzucił go w otwór. Po dłu szej chwili rozległ si  cichy plusk. 

Wyprostował si  i ze zdumieniem popatrzył na szereg lejów, a raczej wykopów. 

- To jeszcze bardziej idiotyczne. Po jak  choler  kto  miałby kopa  co 

pi dziesi t jardów a  tyle gł bokich studni, i w dodatku w idealnym szeregu? 

Warren strzelił palcami. 

- Ju  wiem! O mało nie domy liłem si  ju  wtedy, gdy Follet nam je pokazał, 

ale nie mogłem si  jako  skupi . To qanat. 

- Co takiego? 

- Qanat. Podziemny kanał. - Odwrócił si , spogl daj c na wzgórza. - Zbiera 

wod  z tamtych zboczy i sprowadza j  do wioski. Zanim tu przyjechali my 

interesowałem si  troch  Iranem i czytałem o tych kanałach. Przecinaj  wzdłu  i 

wszerz cały kraj. Maj  w sumie prawie dwie cie tysi cy mil długo ci. 

Tozier podrapał si  w głow . 

- Dlaczego nie buduj  kanałów na powierzchni, tak jak wszyscy? 

- Chodzi o zaopatrzenie w wod  - wyja nił Warren. - Dzi ki podziemnym 

kanałom traci si  jej mniej wskutek parowania. To bardzo stary system. Persowie 

stosuj  go od trzech tysi cy lat. -U miechn ł si  z ulg . - To nie leje po bombach, 

tylko szyby wentylacyjne. S  niezb dne,  eby robotnicy, którzy dokonuj  

napraw, nie udusili si . 

- Wi c ten problem mamy z głowy - stwierdził Tozier. - Jedziemy. 

Ruszyli znowu, najpierw z powrotem na drog , a potem w kierunku 

zabudowa . Były one typowe, podobne do tych, jakie widywali ju  w innych 

miejscach. Miały  ciany z utwardzonej ziemi i płaskie dachy. Były to wył cznie 

parterowe budynki, co mogło ułatwi  im poszukiwania. Podjechawszy bli ej 

zobaczyli kozy, pas ce si  pod czujnym okiem małego chłopca. Pomachał do nich 

r k , gdy go mijali. Wje d aj c na dziedziniec przed najwi kszym z budynków 

spłoszyli stado wychudzonych kurcz t. 

Tozier zatrzymał wóz. 

- Gdyby  chciał mi co  powiedzie , zaczekaj, a  b dziemy sami. Ci ludzie 

mog  zna  angielski lepiej ni  nam si  wydaje. Na razie musz  przyzna ,  e jest tu 

całkiem spokojnie. 

Warren nie podzielał jednak jego zdania, gdy  nieoczekiwanych go ci 

otoczyła nagle chmara małych chłopców, którzy pl sali w tumanach kurzu i 

robili przera liwy hałas. Znajduj ce si  w pobli u kobiety znikały gdzie  jak 

duchy, zakrywaj c chustami twarze i chowaj c si  po piesznie za drzwiami w 

którym  z kilkunastu pomieszcze . 

- Cholernie tu du o tych pokoi do sprawdzenia - zauwa ył War-ren. - A je eli 

Fahrwaz ma harem, b d  problemy. Wyszli z wozu, otoczeni przez grup  

chłopców. 

- Zamknij lepiej wszystko, bo ub dzie nam sprz tu - powiedział gło no Tozier. 

W tym momencie czyj  równie dono ny glos wydał stanowcz  komend  i 

chłopcy rozbiegli si , p dz c przez podwórze, jakby gonił ich diabeł. Na 

background image

 

104 

dziedzi cu pojawił si  wysoki m czyzna, bogato ubrany i postawny, cho  w sile 

wieku. R koje  tkwi cego za szarf  zakrzywionego no a l niła klejnotami, 

pojedynczy kamie  przypi ty do turbana skrzył si , a pier cienie na palcach 

równie  l niły. M czyzna miał szczupł , surow  twarz i siw  brod . 

Odwrócił si  i powiedział co  cicho do swego towarzysza, który odezwał si  - o 

dziwo - po angielsku: 

- Szejk Fahrwaz wita panów. Jego dom jest waszym domem. - Zamilkł na 

chwil , po czym dodał drwi co: - Nie brałbym tego zbyt dosłownie - to tylko 

metafora. 

Warren okazał si  na tyle przytomny, by odpowiedzie : 

- Dzi kujemy. Nazywam si  Nicholas Warren, a to jest Andrew Tozier. 

Poszukujemy planów zdj ciowych do filmu. - Wskazał napis na boku land-

rovera. - Pracujemy dla wytwórni Regent Films z Londynu. 

- Znale li si , panowie, z dala od ucz szczanych szlaków. Nazywam si  

Ahmed, a to mój ojciec. - Odezwał si  do starca. Szejk pokiwał powa nie głow , 

mrucz c co  w odpowiedzi. - Jeste cie tu mile widzianymi go mi - kontynuował 

Ahmed - chocia  ojciec nie pochwala tego, co robicie. To prawdziwy muzułmanin, 

a nasze prawo nie pozwala nikogo portretowa . - U miechn ł si . - Mnie tam 

wszystko jedno. Nie musz  panowie zamyka  samochodu. Nic panom nie zginie. 

Warren u miechn ł si . 

- To do ... hm... zaskakuj ce,  eby spotka  na tym odludziu kogo , kto mówi 

po angielsku. 

Ahmed u miechn ł si  troch  drwi co. 

- Uwa a pan,  e na D ebel Ramadi powinno si  umie ci  du y napis: 

MÓWIMY PO ANGIELSKU? -Uczynił zapraszaj cy gest: - Mój ojciec pragnie, 

by panowie weszli do jego domu. 

- Dzi kujemy - powiedział Warren. - Bardzo dzi kujemy. - Spojrzał na 

Toziera. - Chod , Andy. 

Wprowadzono ich do du ego pomieszczenia. Na podłodze le ały rozpostarte 

owcze skóry, a  ciany obwieszone były gobelinami. Otwart  przestrze  na  rodku 

pokoju zdobił pi kny perski dywan, a wokół niego stało kilka niskich sof. 

Wnoszono wła nie kaw  na mosi nych tacach. 

- Prosz  siada  - powiedział Ahmed, sadowi c si  dystyngowanie na jednej z 

sof. Warren taktownie zaczekał, a  szejk Fahrwaz zajmie swoje miejsce, a potem 

usiadł, staraj c si  na ladowa  dziwn  nieco pozycj  Ahmeda, w której tamtemu 

było najwyra niej całkiem wygodnie. Tozier zrobił to samo i Warren usłyszał, jak 

trzeszcz  mu stawy. 

- Miewali my ju  go ci z Europy - stwierdził Ahmed. - Mój ojciec jest 

tradycjonalist , zwykle wi c informuj  przyjezdnych o naszych zwyczajach. 

Ojciec cieszy si , gdy post puj  tak, jak uwa a za stosowne, a nikomu przecie  

nie przynosi to szkody. - U miechn ł si  ujmuj co. -Pó niej pójdziemy do mnie i 

wypijemy du o whisky. 

- Bardzo pan uprzejmy - stwierdził Warren. - Prawda, Andy? 

- Nie odmówiłbym jakiego  trunku - przyznał Tozier. Ahmed powiedział co  

do ojca, a potem wyja nił: 

background image

 

105 

- Napijemy si  teraz kawy. To cała ceremonia, ale nie potrwa długo. Mój 

ojciec pragnie wiedzie , od kiedy, przebywaj   panowie w Kurdystanie. 

- Od niedawna - odparł Warren. - Przyjechali my z Gilan dwa dni temu. 

Ahmed przetłumaczył to ojcu, a nast pnie powiedział: 

- Mosi n  fili ank  bierze si  do prawej r ki. Kawa jest bardzo gor ca i 

słodka - mo e zbyt słodka dla waszego podniebienia. Czy s  panowie w 

Kurdystanie po raz pierwszy? 

Warren uwa ał,  e lepiej mówi  prawd . Niepotrzebne kłamstwa mogły 

okaza  si  niebezpieczne. Uniósł fili ank  i obj ł j  dłoni . 

- Byli my tu ju  przed paroma tygodniami - przyznał. - Nie mieli my szcz cia 

w poszukiwaniach, wrócili my wi c do Teheranu,  eby troch  odpocz . 

- To prawda - stwierdził Ahmed. - Kurdystan nie jest spokojnym miejscem - 

Zwracaj c si  do szejka Fahrwaza wyrzucił z siebie potok słów, a potem rzekł: - 

Prosz  wypi  od razu cał  kaw  i poło y  na tacy odwrócon  fili ank . Zrobi si  

bryja, ale to bez znaczenia. Jaki film b dzie pan kr cił, panie Warren? 

- Nie robi  filmu - odparł Warren. - Wyszukuj  tylko miejsca, jakich wymaga 

scenariusz. - Wypił kaw . Była gor ca i obrzydliwie słodka, a połow  obj to ci 

zajmowały fusy, które odsuwał j zykiem. Odstawił fili ank  i odwrócił j  na tacy 

do góry dnem. Stary szejk Fahrwaz u miechn ł si   yczliwie. 

- Rozumiem - powiedział Ahmed. - Jeszcze tylko dwie fili anki i b dziemy 

ko czy . Sprawiaj  panowie wielk  rado  mojemu ojcu, wykazuj c zrozumienie 

dla naszej kurdyjskiej go cinno ci. - Wypił kaw , jakby znajdował w tym 

przyjemno . - Czy pan jest ... hm... szefem, panie Warren? 

- Tak. - Warren poszedł za przykładem Ahmeda i wzi ł do r ki drug  

fili ank . - Andy - to znaczy pan Tozier - jest od spraw technicznych. Zajmuje si  

ustawianiem kamer i tak dalej. - Warren nie wiedział, co wła ciwie robi ekipa 

rozpoznawcza i miał jedynie nadziej ,  e nie za bardzo si  sypie. 

- I s  panowie tylko we dwójk ? 

- Och, nie - odparł uprzejmie Warren. - Jest nas czterech, w dwóch 

samochodach. Tamci dwaj złapali gum  i zatrzymali si ,  eby zmieni  koło. 

- Ach, wi c musimy zaprosi  tak e pa skich przyjaciół. Zbli a si  noc. 

Warren pokr cił głow . 

- To zbyteczne. Maj  wszystko, czego potrzeba do rozbicia obozu. 

- Jak pan uwa a - odparł Ahmed, po czym odwrócił si  do ojca. 

Kiedy po trzeciej i ostatniej fili ance ceremoniał picia kawy dobiegł ko ca, 

szejk Fahrwaz wstał i wygłosił uroczyst , przydług  mow . Ahmed stre cił j  

krótko: 

- Mój ojciec upowa nia panów do korzystania tej nocy z jego domu. 

Warren spojrzał k tem oka na Toziera, a ten prawie niezauwa alnie skin ł 

głow . 

- B dziemy zachwyceni. Chciałbym tylko zabra  par  rzeczy z land-rovera - 

przybory do golenia i tak dalej. 

- Przynios  je - zaofiarował si  Tozier. 

- No, panie Tozier - odezwał si  Ahmed tonem wymówki - zaczynałem ju  

s dzi ,  e odj ło panu mow  - stwierdził, popisuj c si  znajomo ci  potocznej 

angielszczyzny. 

background image

 

106 

- Od mówienia jest szef - odparł z u miechem Tozier. 

- Mog  panowie, oczywi cie, wyj  - powiedział Ahmed - ale dopiero po moim 

ojcu. Taki jest zwyczaj. 

Szejk Fahrwaz ukłonił si  i znikn ł w.drzwiach w gł bi pokoju. Tozier 

wyszedł na dziedziniec. Si gn ł do kabiny wozu, zdj ł z zaczepu mikrofon i rzucił 

go niedbale na tył pojazdu. Na szcz cie przewód był wystarczaj co długi. Wspi ł 

si  na tył land-rovera. Rozpinaj c walizk , nacisn ł równocze nie przeł cznik i 

powiedział cicho: 

- Regent Dwa, zgło  si . Regent Dwa, zgło  si . Odbiór. Głos Folleta, który 

popłyn ł z konsoli na przedzie, słycha  było niepokoj co dobrze. 

- Tu Johnny. Wszystko w porz dku? Odbiór. 

- Mów ciszej to wszystko b dzie dobrze. Zostajemy tu na noc. B d cie na 

nasłuchu na wypadek, gdyby co  si  działo. Odbiór. 

- Nie mog  wł czy  radia na cała noc - powiedział ju  ciszej Follet. - 

Wyczerpi  si  baterie. Odbiór. 

- Wi c b d cie na nasłuchu przez dziesi  minut o ka dej pełnej godzinie. 

Zrozumiałe ? Odbiór. 

- Zrozumiałem. Powodzenia. Wył czam si . 

Tozier wypakował wszystko, czego mogli z Warrenem potrzebowa  i ukrył 

mikrofon. Kiedy wszedł z powrotem do budynku, zastał Warrena i Ahmeda na 

pogaw dce. 

- Pan Ahmed opowiadał mi wła nie, jak nauczył si  angielskiego 

- wyja nił Warren. - Przez siedemna cie lat mieszkał w Anglii. 

- O, to ciekawe - zainteresował si  Tozier. - Jak to si  stało? Ahmed uczynił 

uprzejmy gest. 

- Porozmawiamy o tym przy szklaneczce. Chod cie, przyjaciele. -Poprowadził 

ich przez dziedziniec do pomieszcze , w których niew tpliwie zamieszkiwał, 

umeblowanych w cało ci po europejsku. Otworzył szafk  i zapytał: - Whisky? 

- Ch tnie - odparł grzecznie Warren. - Bardzo to ładnie z pana strony. 

Kiedy Ahmed nalewał do szklanek, Warren zauwa ył,  e pij  chivas regal. 

- Ojciec tego nie pochwala, ale kiedy jestem u siebie, robi  to, na co mam 

ochot . -Podał Warrenowi szklank . - Prorokzabrania picia alkoholu, ale czy Bóg 

pozwoliłby nam go produkowa , gdyby był zakazany? -Podniósł butelk  i 

powiedział  artem: - A je eli grzesz , przynajmniej jest to grzech najwy szej 

jako ci. Panie Tozier, pa ska szklanka. 

- Dzi kuj . 

Ahmed nalał sobie solidn  porcj  whisky. 

- Poza tym samo słowo „alkohol" jest pochodzenia arabskiego. Musz  

przyzna ,  e kiedy byłem w Anglii, zagustowałem w szkockiej whisky. Usi d cie, 

panowie. My l ,  e b dzie wam tu wygodniej ni  u mojego ojca. 

- Jak znalazł si  pa  w Anglii? - zapytał z zainteresowaniem Warren. 

- O, to długa historia - odrzekł Ahmed. - Czy du o pan wie o polityce 

Kurdystanu? 

- Zupełnie nic. A ty, Andy? 

- Słyszałem o problemie Kurdów, ale nigdy nie miałem poj cia, o co tam 

chodzi - przyznał Tozier. Ahmed za miał si . 

background image

 

107 

- My, Kurdowie, wolimy nazywa  go problemem ira skim, irackim albo 

tureckim. Nie postrzegamy siebie jako problemu, ale to zupełnie naturalne. - 

Poci gn ł łyk ze szklanki. - Jak panowie wiedz , w czasie wojny południe Iranu 

było okupowane przez was, Brytyjczyków, a północ przez Rosjan. Kiedy 

okupacja si  sko czyła, Rosjanie rozegrali spraw  po swojemu i pozostawili za 

sob  „pi t  kolumn ". Próbowali wykorzysta  do tego Kurdów. Proklamowano 

w Mahabadzie popieran  przez Rosjan Republik  Kurdyjsk , nie przetrwała 

jednak długo i upadła, gdy tylko nowy rz d Iranu wysłał armi  na północ. - 

Podniósł szklank . - Działo si  to w roku 1946, kiedy miałem pi  lat. Mój ojciec 

był zaanga owany w spraw  i podobnie jak mullah Mustafa Barzani schronił si  

w Rosji. - Ahmed uderzył si  w pier . - Ale mnie wysłał do Anglii i mieszkałem 

tam do 1963 roku. Mój ojciec jest m drym człowiekiem. Nie chciał,  eby cała 

rodzina była w Rosji. Wy, Anglicy, mówicie,  e nie nale y wkłada  wszystkich 

jajek do jednego koszyka. Mnie wysłano do Anglii, a mojego starszego brata do 

Francji. To wszystko wyja nia, prawda? 

- Ten mullah czy jak mu tam - kto to taki? - zapytał Tozier. 

- Mullah Mustafa Barzani? To jeden z naszych kurdyjskich przy wódców. 

Nadal  yje. - Ahmed za miał si  cicho. - Jest w Iraku z armi  dwudziestu tysi cy 

ludzi. Sprawia Irakijczykom sporo kłopotów. Ja te  nale  do Barzaniego, to 

znaczy jestem członkiem szcze pu, któremu przewodzi mullah. Podobnie, rzecz 

jasna, jak mój ojciec. 

- Jak pana ojciec wrócił do Iranu? - zapytał Warren. 

- Ogłoszono co  w rodzaju amnestii - odparł Ahmed - i pozwolono mu wróci . 

Oczywi cie jest  ledzony. Ale dotyczy to w zasadzie wszystkich Kurdów. Ojciec 

jest ju  stary i nie zajmuje si  polityk . A mnie nigdy ona nie interesowała.  ycie 

w Anglii uczy człowieka... łagodno ci. 

Warren spojrzał na nó , który Ahmed miał zatkni ty za szarf . Ciekaw był, 

czy nosi go jedynie dla ozdoby. 

- Co maj  z tym wspólnego Irakijczycy i Turcy? - zapytał Tozier. 

- Z problemem Kurdów? Najlepiej wyja ni  to na mapie. Chyba mam tu 

jaka . - Ahmed podszedł do biblioteczki i wyj ł co , co wygl dało na stary szkolny 

atlas. Przerzucił kartki i powiedział: -Prosz , tutaj jest Bliski Wschód. Na 

północy Turcja, na wschodzie Iran, a na zachodzie Irak. - Wykre lił palcem lini  

na południe od gór we wschodniej Turcji, wzdłu  granicy iracko - ira skiej. 

- Oto ojczyzna Kurdów. Jeste my podzielonym narodem, zamieszkuj cym 

trzy ró ne kraje i w ka dym z nich stanowimy mniejszo  - uciskan  mniejszo , 

je li pan woli. Jeste my podzieleni pod rz dami Persów, Irakijczyków i Turków. 

Przyzna pan,  e to mo e prowadzi  do konfliktu. 

- Tak, to zrozumiałe -powiedział Warren. - I mówi pan,  e doszło do tego w 

Iraku? 

- Barzani walczy tam o autonomi  dla Kurdów - wyja nił Ahmed. 

- To m dry człowiek i dobry  ołnierz. Irakijczycy znale li si  w sytuacji bez 

wyj cia. Nie byli w stanie go pokona , cho  dysponuj  samolotami, czołgami i 

ci k  artyleri , wi c teraz prezydent Bakr został zmuszony do negocjacji. - 

U miechn ł si . - Barzani triumfuje. - Zamkn ł atlas. -Ale dosy  ju  tej polityki. 

Nalej  panom jeszcze whisky i porozmawiamy o Anglii. 

background image

 

108 

 

Nast pnego ranka Warren i Tozier wstali do  pó no. Ahmed był ujmuj co 

go cinny, natomiast szejk Fahrwaz ju  si  nie pokazał. Ahmed opowiadał im do 

pó nej nocy o swoim  yciu w Anglii i zasypywał pytaniami na temat tego, co si  

tam aktualnie dzieje. Rano, po  niadaniu zapytał: 

- Chcieliby panowie zobaczy  farm ? To typowe kurdyjskie gospodarstwo. - 

U miechn ł si  czaruj co. - Mo e jeszcze kiedy  zobacz  farm  ojca na ekranie. 

Ahmed zaprowadził ich w ka dy zak tek - i był wyj tkowo m cz cy. 

Pokazywał im wszystko, a towarzyszył temu nieprzerwany komentarz. Dopiero 

po jedenastej byli gotowi do drogi. 

- Dok d panowie teraz jad ? - zapytał. Tozier zerkn ł na zegarek. 

- Johnny jeszcze si  nie pokazał. Mo e ma jakie  kłopoty. Powinni my chyba 

wróci  i odszuka  go. Nie uwa asz, Nick? 

- Mo e masz racj  - odparł Warren. - Ale zało yłbym si ,  e pojechał z 

powrotem jeszcze raz rzuci  okiem na to obozowisko, 

którym si  tak zachwycał. Lepiej ruszajmy w pogo . - U miechn ł si  do 

Ahmeda. - Dzi kujemy za go cin . Był pan bardzo miły. 

- Typowo po kurdyjsku - odparł pogodnie Ahmed. 

Wymienili jeszcze kilka grzeczno ciowych formułek, a potem odjechali. 

Ahmed po egnał ich słowami „Niech was Bóg prowadzi" i pomachał im r k . 

Kiedy jechali wyboist  drog  z powrotem w kierunku przeł czy, Warren zapytał: 

- No i co o tym my lisz? Tozier fukn ł z pogard : 

- Na mój gust to wszystko jest zbyt pi kne,  eby było prawdziwe. Facet za 

bardzo nam nadskakiwał. 

- Fakt,  e zaj ł si  nami bardzo troskliwie - stwierdził Warren. -„Typowa 

kurdyjska go cinno " - powtórzył słowa Ahmeda. 

- W dupie mam tak  go cinno  - powiedział wulgarnie Tozier. -Zauwa yłe , 

e wprowadził nas do ka dego budynku i do wszystkich pokoi? Jak by chciał 

udowodni ,  e nie ma nic do ukrycia. Dobrze spałe ? 

- Jak zabity - odparł Warren. - Nie  ałował tego swojego chivas regal. 

Wróciłem do pokoju na mi kkich nogach. 

- Ja te  - przyznał Tozier. - Zwykle szkocka tak na mnie nie działa. - Zamilkł 

na chwil . - Czy by odurzyli nas t  morfin , której szukamy? Czy to mo liwe? 

- Owszem - powiedział Warren. - Musz  przyzna ,  e dzi  rano czułem si  

troch  niewyra nie. 

- A ja mam niejasne wra enie,  e w nocy był tu spory ruch -stwierdził Tozier. 

-Pami tam jakie  wchodz ce i wychodz ce wielbł dy. Kłopot w tym,  e nie wiem, 

czy działo si  to naprawd , czy tylko mi si   niło. 

Wjechali na szczyt przeł czy i Warren obejrzał si . Osada wygl dała 

spokojnie i niewinnie - urocza sielankowa sceneria. „Typowo kurdyjska", 

pomy lał z ironi . A jednak szejk Fahrwaz był odbiorc  tych cholernych 

odczynników. 

- Zobaczyli my tam wszystko, co chcieli my, a wi c nie maj  nic do ukrycia - 

stwierdził Warren. - Chyba  e... 

- Chyba  e co? 

background image

 

109 

- Chyba  e wszystko jest doskonale zamaskowane i Ahmed był pewien,  e 

niczego nie zauwa ymy. 

- Ile miejsca zajmowałoby to laboratorium Speeringa? Warren przypomniał 

sobie absurdalne ilo ci odczynników, o których informował ich Javid Raqi. 

- Od dwudziestu do dwustu metrów kwadratowych. 

- No to tam go nie ma - stwierdził stanowczo Tozier. - Musieliby my je 

zauwa y . 

- Jeste  pewien? - zastanawiał si  Warren. - Wspominałe  o poszukiwaniu w 

wioskach ukrytej broni. Gdzie j  zwykle znajdowali cie? 

- Och, na lito  bosk , oczywi cie,  e pod ziemi ! - odparł Tozier, uderzaj c ze 

zło ci  w kierownic . - Ale tamta bro  była rozło ona na cz ci, które le ały 

oddzielnie. Nie chodziło nigdy o  adne du e pomieszczenie, jak w tym przypadku. 

- Nie byłoby to takie trudne. Dno doliny nie ma skalistego podło a. Warstwa 

gleby le y na czerwonej glinie, która jest zupełnie mi kka. 

- Wi c uwa asz,  e powinni my tam wróci  i rozejrze  si ? To  b dzie trudne i 

ryzykowne. 

- Przedyskutujemy spraw  we czterech. Jest Ben. 

Bryan dał im znak r k ,  eby zjechali z drogi w niewielk  dolin , która była 

wła ciwie w wozem. Kiedy przeje d ali obok, wskoczył na stopie  samochodu. 

Dwie cie jardów dalej w wóz zakr cał pod k tem prostym. Zobaczyli stoj cy tam 

drugi wóz, przed którym siedział na ziemi Follet. Gdy si  zatrzymali, spojrzał na 

nich i zapytał: 

- Jakie  kłopoty? 

- Na razie nie - odparł lakonicznie Tozier. Podszedł do Folleta. -Co tam masz? 

- Zdj cia doliny. Zrobiłem kilkana cie uj  swoim polaroidem. 

- Mog  si  przyda . Musimy tam wróci  - zachowuj c dyskrecj . Poka  je, 

Johnny. Wszystkie. 

Follet rozło ył fotografie na masce land-rovera. Po chwili Tozier oznajmił: 

- Nie ma si  z czego cieszy . Zauwa  ka dego, kto w ci gu dnia b dzie 

schodził w dolin , a zało  si ,  e j  obserwuj . Od podnó a przeł czy do osady s  

cztery mile - osiem w obie strony. Daleko jak na nocn  przechadzk . A kiedy 

dotrzemy na miejsce, b dziemy musieli szuka  po omacku czego , co wcale nie 

musi si  tam znajdowa . Nie bardzo to sobie wyobra am. 

- Czego pan szuka? - zapytał Follet. 

- Ukrytego pod ziemi  pomieszczenia - odparł Warren. Follet skrzywił si . 

- Jak pan je chce znale , do cholery? 

- Nie wiem, jak je znajdziemy - odrzekł Warren nieco znu onym głosem. 

Bryan pochylił si  i wzi ł do r ki jedno ze zdj . 

- Andy bardziej martwi si  tym, jak dotrze  potajemnie do osady - powiedział. 

- Musi by  jaki  sposób. - Pokazał palcem szereg „lejów". - Powiedz mi co  wi cej 

na temat tego podziemnego kanału. 

- Po prostu  ci ga wod  z gór i doprowadza j  w dolin . 

- Jakiej jest wielko ci? Czy człowiek mo e si  w nim porusza ? Warren skin ł 

głow . 

- Na pewno. - Próbował sobie przypomnie , co czytał na temat owych 

kanałów. - Posyłaj  tam ludzi, którzy je konserwuj , 

background image

 

110 

- No wła nie - stwierdził Bryan. - Nie trzeba bł dzi  po omacku. To jak 

autostrada, która prowadzi wprost do osady. Mo na wej  do dziury w jednym 

miejscu i wyj  w innym, jak królik. 

Tozier przygl dał mu si  przez chwil . 

- To takie proste - powiedział z wyra n  ironi . - Jaki tam jest k t nachylenia, 

Nick? 

- Niewielki. Wystarczaj cy, by zapewni  przepływ wody. 

- A gł boko ? 

- Te  chyba niedu a. Mo e trzydzie ci centymetrów. - Warrena ogarn ła 

rozpacz. - Słuchaj, Andy. Niewiele wiem na ten temat. Tylko tyle, co 

przeczytałem. 

Tozier nie zwrócił uwagi na jego słowa. 

- Jakie tam jest podło e? Płaskie? 

Warren przymkn ł oczy, próbuj c przypomnie  sobie ogl dane ilustracje. 

- Chyba tak - powiedział w ko cu. Tozier spojrzał na fotografie. 

- O zmroku zejdziemy w dolin . Dostaniemy si  szybem do kanału. Je eli da 

si  nim i , powinni my robi  dwie mile na godzin . W dwie godziny 

dotarliby my do osady. Podchodzimy mo liwie najbli ej i prawie do  witu mamy 

czas na poszukiwania. Pó niej wskakujemy z powrotem do naszej dziury i 

wracamy pod ziemi , nie zauwa eni przez nikogo. Zaryzykujemy wej cie na 

przeł cz przy dziennym  wietle. Mamy tam wystarczaj c  osłon . To wszystko 

zaczyna wygl da  realnie. 

- Realnie? -  achn ł si  Follet. - Moim zdaniem to szale stwo. Na miło  

bosk , mamy zapuszcza  si  pod ziemi ? 

- Powiedzmy,  e da si  skorzysta  z kanału - stwierdził Warren. -W tpi  w to, 

ale gdyby zało y  tak  mo liwo , w jaki sposób przeszukamy osad ,  eby nikt 

nas nie nakrył? 

- Zawsze trzeba próbowa  szcz cia - stwierdził Tozier. - A zreszt , mo esz 

zaproponowa  inne rozwi zanie? 

- Nie, do cholery - odparł Warren. - Nie mog . 

 

Tozier nadzorował przygotowania. Wyci gn ł z land-roverów takie ilo ci lin, 

e Warren nie podejrzewał nawet, i  tyle ich wioz . Były to wła ciwie lekkie 

nylonowe linki o du ej odporno ci na zerwanie. Ze skrzynki na narz dzia wyj ł 

raki. 

- Zej  do szybu b dzie łatwo - powiedział. - Spu cimy si  na linie. Z 

wychodzeniem mo e by  gorzej. Te raki b d  nam potrzebne. 

Wyci gn ł elektryczne latarki o du ej mocy i no e, które mieli wetkn  sobie 

za pas. Kiedy jednak zacz ł rozkłada  jeden ze statywów do kamer, Warren 

zapytał ze zdziwieniem: 

- Co robisz? 

Tozier przerwał na chwil . 

- Załó my,  e znajdziemy to laboratorium - co masz zamiar z nim zrobi ? 

- Zniszczy  je - odparł bez namysłu Warren. 

- W jaki sposób? 

- My lałem,  eby je spali  czy co  w tym rodzaju. 

background image

 

111 

- Pod ziemi  to mo e si  nie uda  - orzekł Tozier, zabieraj c si  ponownie do 

rozkładania statywu. Zdj ł okr głe aluminiowe nó ki i wytrz sn ł z nich kilka 

br zowych lasek. - Ale to nam pomo e. Do zniszczenia stosunkowo niewielkiej 

instalacji wystarczy mała ilo  dynamitu. 

Warren- otworzył usta ze zdumienia, patrz c jak Tozier układa laski 

dynamitu w zgrabn  wi zk  i owija je ta m  izolacyjn . 

- Przecie  kazałe  mi si  zaj  przygotowaniami do walki, pami tasz? - 

zapytał z u miechem Tozier. 

- Pami tani - odparł Warren. 

Potem Tozier zrobił co  jeszcze bardziej zaskakuj cego. Wzi ł  rubokr t i 

wymontował z tablicy rozdzielczej zegar. 

- Jest ju  gotowy do akcji - powiedział. - Widzisz to ostrze z tyłu? To zapalnik. 

Wystarczy wetkn  go w jedn  z tych lasek dynamitu i mo emy z 

dwunastogodzinnym wyprzedzeniem nastawia  czas eksplozji. - Roze miał si . - 

Sztuka wojenna polega na tym,  eby by  na wszystko przygotowanym. 

- Masz jeszcze jakie  niespodzianki? - zapytał oschle Warren. Tozier przyjrzał 

mu si  z powag  i wskazał kciukiem w kierunku osady. 

- Ci faceci to gangsterzy i b d  u ywa  wła ciwej sobie broni - no y i 

pistoletów. W tym kraju mo e równie  strzelb. Ale ja jestem  ołnierzem i lubi  

ołnierski sprz t. - Poklepał bok land-rovera. - Te pojazdy ró ni  si  od modeli 

fabrycznych. Firma Rover nie rozpoznałaby wielu cz ci, które w nich 

zamontowałem. Celnicy, na szcz cie, tak e. 

- I co z tego? 

- Wiesz, jak wygl da karabin? Warren z konsternacj  pokr cił głow . 

- Ma luf , spust, kolb ... 

- Wła nie - potwierdził Tozier. Podszedł do land-rovera od tyłu i zacz ł 

demontowa  jeden ze wsporników, podtrzymuj cych plandek . Kiedy go wyj ł, 

plandeka opadła, ale tylko troch . - Oto i lufa -oznajmił wpychaj c j  Warrenowi 

w r ce. - Teraz potrzebny nam jest mechanizm zamka. 

Zacz ł wymontowywa  z pojazdu ró ne dziwne kawałki metalu. Zapalniczka 

z tablicy rozdzielczej została rozebrana na cz ci składowe, wytłoczona z metalu 

popielniczka okazała si  wykonanym precyzyjnie suwadłem, w skrzynce z 

narz dziami znalazły si  spr yny i w ci gu dziesi ciu minut Tozier miał zło ony 

karabin. 

- A teraz kolba - powiedział,  ci gaj c przymocowan  do boku land-rovera 

łopat . Jednym ruchem dłoni rozkr cił j  na dwie cz ci. R koje  łopaty została 

wmontowana w karabin, umo liwiaj c oparcie go o rami . - No i gotowe - 

oznajmił Tozier. - Automatyczna bro  maszynowa. W samochodzie jest tyle 

metalowych cz ci,  e drobnych elementów nikt nie rozró nia, a du e trzeba 

zamaskowa . - Pokazał trzyman  w r ce bro . - Z czym  takim nie przeszliby my 

zwyczajnie przez granic , prawda? 

- Nie - odparł Warren, wyra nie zafascynowany. - Ile tego masz? 

- Dwie takie zabawki i do  porz dny, chłodzony powietrzem kaem, który 

mocuje si  na jednym z trójnogów. Problem tylko z amunicj  - nie daje si  

zamaskowa  jako co  innego, wi c nie mamy jej za wiele. - Znacz co wskazał 

background image

 

112 

kciukiem za siebie. - Ka da z tych zapiecz towanych puszek z nie na wietlon  

klisz  mie ci stosowny ładunek. 

- Bardzo pomysłowe. 

- Poza tym jest mo dzierz - dodał od niechcenia Tozier. - Nigdy nie wiadomo, 

kiedy mo e si  przyda  troch  lekkiej artylerii. 

- Nie! - rzekł z nagłym niedowierzaniem Warren. - W to ju  nie uwierz . 

- Prosz  bardzo - powiedział Tozier, wskazuj c na land-rovera. -Je eli go 

znajdziesz, dostaniesz moj  premi  - albo przynajmniej tyle, ile mi z niej zostawi 

Johnny Follet. 

Gdy odszedł, Warren zacz ł ogl da  samochód z nowym zainteresowaniem. 

Mo dzierz musiał mie  spore rozmiary. Mimo dokładnych poszukiwa  nie mógł 

znale  niczego, co by cho  w przybli eniu go przypominało. Nie znalazł te  

adnych pocisków, które same w sobie musiały by  do  du e. Pomy lał,  e chyba 

jednak Tozier z niego zakpił. 

 

Zako czywszy przygotowania wjechali na szczyt przeł czy i zaparkowali 

land-rovery za głazami obok drogi. O zachodzie sło ca zacz li schodzi  w dolin . 

Nie okazało si  to szczególnie trudne. Było jeszcze na tyle jasno,  e widzieli drog  

na kilka metrów przed sob , ale wystarczaj co ciemno, by nikt ich z daleka nie 

zobaczył. Od szczytu przeł czy do pierwszego szybu wentylacyjnego qanat mieli 

do przebycia nieco ponad mil  i dotarliby tam prawie po ciemku, gdyby nie 

wzeszedł wła nie ksi yc. 

Tozier spojrzał na niebo. 

- O tym nie pomy lałem - stwierdził. - Kiedy tam dotrzemy, mo e by  

niebezpiecznie. Mamy cholerne szcz cie,  e istnieje ten podziemny korytarz -

je eli tylko si  nada. - Zacz ł rozwija  lin . 

- Zaczekaj - powstrzymał go Warren. - Nie ten szyb. - Wła nie co  sobie 

przypomniał. - Tu jest zapewne główna studnia - na dole b dzie gł boka woda. 

Spróbujmy w nast pnym. 

Przeszli około pi dziesi ciu jardów wzdłu  linii kanału a  dotarli do 

nast pnego szybu. Tozier zdj ł z ramienia lin . 

- Jak gł bokie s  te szyby, Nick? 

- Nie mam poj cia. 

Tozier podniósł kamyk i wrzucił go do wykopu, mierz c na zegarku czas 

spadania. 

- Niecałe sto stóp. To nie najgorzej. Mo liwe,  e b dziemy musieli szybko tedy 

wychodzi . - Podał Bryanowi jeden koniec liny. 

- Masz, Ben. Przy wi  j  do czego  - i upewnij si ,  e to co  si  nie przesunie. 

Bryan rozejrzał si  i znalazł mocno osadzony w ziemi głaz. Okr cił wokół 

niego lin  i mocno j  zawi zał. Tozier sprawdził silnym poci gni ciem, czy dobrze 

trzyma, po czym wrzucił jej drugi koniec do szybu i podał Warrenowi swój 

automat. 

- Zejd  pierwszy. Je eli tam na dole b dzie wszystko w porz dku, błysn  trzy 

razy latark . - Usiadł na kraw dzi szybu z opuszczonymi swobodnie nogami, po 

czym odwrócił si  na brzuch i zacz ł zje d a  po linie. - Do zobaczenia na dole - 

szepn ł, a jego głos zabrzmiał niesamowicie z ciemnej otchłani. 

background image

 

113 

Spuszczał si  powoli, zapieraj c si  kolanami o  ciany szybu, który miał około 

trzech stóp  rednicy. Natrafiał na kolejne skrawki materiału, przywi zane do liny 

co dziesi  stóp. Mógł w ten sposób oceni  przebyt  odległo . Kiedy min ł 

poziom dziewi dziesi ciu stóp, uderzył butami o twarde podło e i poczuł 

powy ej kostek pr d wody. 

Spojrzał w gór  i zobaczył ciemne niebo, którego obraz nagle lekko zamigotał, 

domy lił si  wi c,  e kto  zagl da do szybu. Si gn ł po latark , trzykrotnie 

błysn ł  wiatłem w tamtym kierunku, a potem po wiecił wokół siebie i wzdłu  

kanału. Był szeroki na trzy stopy i wysoki na sze . Ci gn ł si  daleko w gł b, o 

wiele dalej ni  si gało  wiatło latarki.  ciany wykopanego w ziemi tunelu były 

zawilgocone, a przepływaj ca woda miała gł boko  około dziewi ciu cali. 

Poczuł drgni cie liny, gdy kto  zacz ł schodzi  w gł b szybu. Na głow  

posypała mu si  ziemia. Odsun ł si  na bok i wkrótce zobaczył obok siebie 

Warrena, który z trudem chwytał oddech. Odebrał od niego bro  i powiedział: 

- Tak to wygl da, Nick. - O wietlił latark  ziemne sklepienie tunelu. - Niech 

Bóg ma nas w opiece, je li si  to co  zawali. 

- Nie powinno - stwierdził Warren. - Tam, gdzie istnieje takie zagro enie, 

wzmacnia si  ziemi  wielkimi, glinianymi obr czami. Nie zapominaj,  e do  

regularnie pracuj  tu ludzie, którzy zapewniaj  swobodny przepływ wodzie. Oni 

te  nie maj  ochoty gin . -Nie wspomniał Tozierowi,  e robotnicy pracuj cy w 

tych podziemnych kanałach wymy lili dla nich bardzo trafn  i obrazow  nazw  - 

nazywali je „mordercami". 

- Jak my lisz, ile ten tunel ma lat? - zapytał Tozier. 

- Nie wiem. Mo e dziesi , a mo e tysi c albo i wi cej, Czy to wa ne? 

- Chyba nie. 

Doł czył do nich Bryan, a zaraz potem Follet. 

- Szyb, przez który chcemy wychodzi , jest trzydziesty pi ty z kolei - 

powiedział Tozier. 

- Trzydziesty czwarty - poprawił go cicho Warren, 

- No tak. Zapomniałem,  e pierwszy omin li my. Na wszelki wypadek 

b dziemy wszyscy liczy . Gdyby my nie byli zgodni, zadecyduje zdanie 

wi kszo ci. I zachowujmy si  cicho, bo nie wiem, jak w tych szybach rozchodzi si  

głos. Mam bro , wi c pójd  przodem, za mn  Nick, potem Ben, a na ko cu 

Johnny z automatem jako tylna stra . Ruszajmy. 

Trasa okazała si   miesznie łatwa. Szli o wiele szybciej ni  przewidywał 

Warren - co najmniej trzy mile na godzin . Jak powiedział Bryan, była to 

autostrada prowadz ca wprost na farm . Twarde podło e nie okazało si  wcale 

błotniste ani  liskie, szło si  wi c po nim nawet łatwiej ni  wzdłu  strumienia w 

Anglii. Woda nie była na tyle gł boka, by zanadto utrudnia  im marsz, a silna 

latarka Toziera dawała du o  wiatła. 

Tylko raz natrafili na drobn  przeszkod . Gł boko  wody wzrosła nagle do 

dwóch, a potem trzech stóp. Tozier kazał im si  zatrzyma  i poszedł naprzód, 

eby rozwali  nog  zapor  z mi kkiej ziemi, która powstała wskutek osuni cia si  

niewielkiego fragmentu sklepienia. Spi trzona woda popłyn ła swobodnie, 

opadaj c szybko do normalnego poziomu około dziewi ciu cali. 

background image

 

114 

Mimo wszystko marsz był jednak m cz cy i Warren poczuł ulg , kiedy Tozier 

podniósł r k , ka c im si  zatrzyma . Odwróciwszy si  powiedział cicho: 

- To trzydziesty trzeci szyb. Jeste my co do tego zgodni? - Nikt nie miał 

zastrze e . - Teraz uwaga - powiedział. - Pami tajcie,  e osada jest tu  nad nami. 

Zachowajmy cisz . 

Szli dalej w ciemno ciach, a Tozier bardzo ostro nie stawiał ka dy krok. 

Nagle zatrzymał si  i Warren o mało na niego nie wpadł. 

- Słyszycie co ? - zapytał  ciszonym głosem. 

Warren nasłuchiwał, ale słyszał jedynie delikatny plusk wody. Odpowiedział 

przecz co i w tej samej chwili dotarł do jego uszu warkot, który szybko ucichł. 

Zachowywali milczenie, ale nie usłyszeli ju  niczego wi cej. 

- Chod my - odezwał si  w ko cu Tozier. - Zostało nam tylko dwadzie cia 

jardów. -Brn ł dalej, a  przystan ł pod szybem. Odwrócił si  nagle i wyszeptał: - 

Na górze pali si   wiatło. Rzu  okiem i powiedz mi, co to mo e by . 

Warren przecisn ł si  obok niego i spojrzał w gór . Wysoko nad głow  

zobaczył blady kr g nieba, ale nieco ni ej, na  cianie wida  było inne ja niejsze 

wiatło, wychodz ce jakby z boku samego szybu. Ocenił,  e znajduje si  w 

odległo ci około pi dziesi ciu stóp. 

Cofn ł si  i rzeki cicho: 

- Szukali my czego , co jest pod ziemi , prawda? Moim zdaniem to wła nie to. 

Musz  doprowadza  tam jako  powietrze, wykorzystuj  wi c jeden z szybów 

kanału. A ten le y najbli ej farmy. 

Głos Toziera był pełen niedowierzania. 

- My lisz,  e tak od razu trafili my w dziesi tk ? 

- Ka dy ma kiedy  szcz cie - odezwał si  z ciemno ci Follet. -Dlaczego nie 

miałoby trafi  na nas? 

Usłyszeli jaki  odgłos. Było to dochodz ce z daleka, ale wyra ne kaszlni cie. 

- Kto  si  obudził - wyszeptał Tozier. - Na razie nie mo emy nic zrobi . - 

Wyjrzał przez szyb. - Je eli w ogóle si  kład , zgasz  to  wiatło. Zostan  na 

stra y. A wy cofnijcie si  jakie  sto jardów. I b d cie cicho. 

W ten sposób zacz ło si  jedno z najbardziej nieprzyjemnych do wiadcze  w 

yciu Warrena. Min ły prawie trzy godziny, zanim Tozier dał im znak latark . 

Warren wiedział, w jakim stanie zobaczy swoje stopy, gdy zdejmie buty. B d  

białe jak brzuch ryby i pomarszczone jak dłonie pomywaczki. Zanotował w 

pami ci,  e kiedy - i je li - wróc , musi rozda  wszystkim chirurgiczny spirytus, 

bo inaczej odciski zupełnie ich unieruchomi . 

Ucieszył si  wi c bardzo, gdy na sygnał Toziera mógł wreszcie ruszy  dalej i 

rozprostowa  zdr twiałe ko czyny. 

- Wszystko w porz dku? 

-  wiatło nie pali si  ju  prawie od godziny. Przed chwil  słyszałem chyba 

jakie  chrapanie, wi c miejmy nadziej ,  e ten kto  jeszcze  pi. Wejd  na gór  i 

rozejrz  si . B dziecie musieli mnie podsadzi . 

- Tylko spokojnie. 

- Nie ma obawy - odparł zgry liwie Tozier. - Przygl dałem si  temu  wiatłu, 

zanim zgasło. Domy lam si ,  e jest tam główne wej cie do ich kryjówki. 

Zaczynajmy. Rzuc  wam lin . 

background image

 

115 

Warren, Bryan i Follet utworzyli  yw  drabin , po której Tozier mógł si  

wspi . Podci gn ł si  w gór , wymacał r kami  ciany szybu, a potem podniósł 

nog  i wbił kolce buta w glin . Wyprostowawszy si  z wysiłkiem, wkopał w ziemi  

drug  stop . Nie było to szczególnie trudne. Wspinał si  ju  w gorszych 

warunkach, ale nigdy w takich ciemno ciach. Zmierzał powoli ku górze, o jedn  

cian  opieraj c plecy, a od drugiej odpychaj c si  nogami. Tej kominowej 

techniki wspinaczki nauczył si  kiedy  w szkółce alpinistycznej. 

Zatrzymał si  w połowie drogi, by przez par  minut odpocz , po czym ruszył 

dalej. Czuł,  e złapał wła ciwy rytm i coraz lepiej sobie radzi, dzi ki czemu druga 

połowa wspinaczki poszła mu o wiele szybciej ni  pierwsza. Dotarł w ko cu do 

wykopanej w  cianie szybu niszy, wystarczaj co przestronnej, aby w niej stan . 

Zaryzykował zapalenie na moment latarki i zobaczywszy podpieraj cy sklepienie 

słup, przywi zał do niego mocno jeden z ko ców zdj tej z ramienia liny, rzucaj c 

j  potem w gł b szybu. 

Jako nast pny dotarł na gór  Warren. Miał ze sob  automat, który Tozier 

odebrał i odbezpieczył, powoduj c metaliczny trzask. Potem zjawił si  Bryan, a 

tu  za nim Follet. Wszyscy czterej zmie cili si  w w skiej niszy. Gdy Tozier 

błysn ł latark , ujrzeli jakie  drzwi. Ostro nie je pchn ł. Otworzyły si  

bezgło nie, wszedł wi c do  rodka, z gotow  do strzału broni . 

Za Tozierem pod ył Follet, gdy  i on był uzbrojony, a tu  za nimi trzymali 

si  Warren i Bryan. Tozier wł czył latark . Snop  wiatła omiótł całe 

pomieszczenie, odbijaj c si  od ustawionych na ławach; szklanych pojemników, 

po czym skoncentrował si  na łó ku, na którym spał jaki  człowiek. Kiedy ten 

poruszył si  niespokojnie, Tozier szepn ł : 

- Zajmij si  nim, Johnny. 

Follet ruszył tam, gdzie padało  wiatło latarki. Pokonał trzema krokami 

dziel c  przestrze , po czym uniósł r k , trzymaj c w niej jaki  czarny 

przedmiot. Kiedy opadła, rozległo si  głuche uderzenie, a potem stłumiony j k. 

Tozier przeszukał z pomoc  latarki całe pomieszczenie, staraj c si  

sprawdzi , czy nie  pi tam kto  jeszcze, ale nikogo nie znalazł, 

- Zamknij drzwi, Ben - powiedział. - Johnny, zapal t  lamp . 

Jej jaskrawe  wiatło wystarczyło, aby Warren nabrał przekonania,  e 

odnale li wła ciwe miejsce. Było tam tylko jedno pomieszczenie, wy łobione w 

osadowej glinie, ze sklepieniem z surowego drewna. Przypominało mu bardzo 

widywane na filmach okopy z czasów pierwszej wojny  wiatowej. Było ciasne, 

gdy  prawie połow  powierzchni zajmowały skrzynie, a reszt  zawalone sprz tem 

ławy. 

- Rozejrzyj si , Nick - powiedział Tozier. - Czy tego szukałe ?, Warren 

popatrzył fachowym okiem na ustawiony na ławach sprz t. 

- Na miły Bóg, owszem! - Pow chał zawarto  kilku otwartych butelek, a 

potem znalazł jaki  biały proszek i dotykaj c ostro nie oblepiony palec czubkiem 

j zyka, skrzywił si . - To jest z cał  pewno ci  to. 

Bryan wyprostował si , stoj c nad łó kiem. 

- Jest nieprzytomny. Czym go r bn łe , Johnny? 

Follet u miechn ł si , pokazuj c p kat  skórzan  pałk . 

- To na pewno Speering - stwierdził Bryan. - Zapu cił brod , ale poznaj  go. 

background image

 

116 

- Niemo liwe,  eby pracował sam -powiedział Tozier. Warren szukał czego  

mi dzy ławami. 

- Na pewno potrzebował paru pomocników, ale kiedy miał ju  gotow  

instalacj , prac  mogli wykonywa  pod jego nadzorem ludzie bez kwalifikacji. 

Przypuszczam,  e byli to nasi go cinni Kurdowie. - Rozejrzał si  wokół i zobaczył 

termos do kawy, brudne talerze i puste butelki po whisky. - Widz ,  e Ahmed nie 

daje mu chivas regal. Chyba przez cały czas tu siedzi. Nie pozwoliliby mu 

spacerowa  po osadzie,  eby ich nie zdradził. 

Zacz ł przygl da  si  skrzyniom i sprawdziwszy zawarto  jednej z nich, 

która była otwarta, powiedział: „Wielki Bo e!" 

Tozier popatrzył mu przez rami  na przedmioty o cylindrycznym kształcie. 

- Co to, sery? 

- To opium - odparł Warren. - W dodatku tureckie, jak mi Bóg miły! Wcale 

nie ira skie. 

- Sk d wiesz,  e tureckie? 

- Spójrz na ten kształt - tylko Turcy pakuj  je w ten sposób. -Cofn ł si  o 

krok, przygl daj c si  stercie skrzy . - Je eli wszystkie s  pełne, musi tu tego by  

z dziesi  ton. 

Tozier sprawdził ci ar kilku wybranych przypadkowo skrzy . 

- Z cała pewno ci  s  pełne. 

Warren pomy lał,  e Raqi podał im jednak prawdziwe dane. Znalazł k t, w 

którym przechowywano odczynniki i zacz ł porównywa  pozostałe tam zapasy z 

dostarczon  im list . Po chwili stwierdził: 

- Wygl da na to,  e zu ył je mniej wi cej w połowie. Ale gdzie jest morfina? 

Follet wydał stłumiony okrzyk, gdy Tozier podnosz c prostok tn  bryłk , 

zapytał: 

- Co to? 

Warren wzi ł j  do r ki i poskrobał po powierzchni paznokciem. 

- Opium zawini te w li cie maku. Przypuszczam,  e z Afganistanu.  ci gaj  

chyba towar z całego Bliskiego Wschodu. - Rzucił bryłk  na ław . - Ale to mnie 

nie interesuje. Chc  znale  morfin . 

- Jak ona wygl da? 

- To miałki biały proszek. Jak sól kuchenna albo cukier puder. I powinno tego 

by  cholernie du o. 

 Przeszukiwali starannie cale pomieszczenie i w pewnej chwili Follet zapytał z 

przej ciem „Co to?", podnosz c wielki szklany g sior, wypełniony do połowy 

białym proszkiem. 

Warren spróbował ostro nie, jaki ma smak. 

- To jest to. Morfina. 

- Czysta czy z domieszk ? 

- Czysta - przynajmniej na tyle, na ile to mo liwe w tak prymitywnych 

warunkach. 

Follet gwizdn ł cicho. 

- A wi c tego pan szukał. Skrz tnie pan to ukrywał, prawda, panie Warren? - 

Sprawdził, ile wa y g sior. - Jezu! Musi tu by   e dwadzie cia funtów. To jest 

warte z pół miliona dolców. 

background image

 

117 

- Lepiej nic nie kombinuj, Johnny - ostrzegł Tozier. Warren nadal w szył. 

- Dwadzie cia funtów! Spodziewam si  znale  sto razy tyle! 

- Mówi pan serio? - Follet przypatrywał mu si  z niedowierzaniem. - Na 

pewno pan  artuje, doktorze. 

- To nie temat do  artów - powiedział z pasj  Warren, wskazuj c wyci gni t  

r k  na stoj ce pod  cian  skrzynie z opium. - Z tego mo na wyprodukowa  ton  

morfiny. Speering zu ył połow  odczynników, mo emy wi c zało y ,  e wykonał 

połow  roboty. Jest tu dostatecznie długo,  eby, korzystaj c z pomocy, 

wyprodukowa  ton  morfiny. Wielko  laboratorium te  by si  zgadzała. Wi c 

gdzie ona jest, do cholery? - Mówił coraz bardziej podniesionym głosem. 

- Nie tak gło no - ostrzegł Tozier. Skin ł głow  w kierunku łó ka, sk d 

dochodził chrapliwy oddech Speeringa. - Mo e jego spytamy? 

- Tak - przyznał Follet. -  eby tylko nie podniósł krzyku, kiedy b dziemy to 

robi . 

- Wi c zabierzemy go ze sob  - zaproponował Tozier. - Pójdzie z nami 

kawałek. - Odwrócił si  do Warrena. - Co chcesz zrobi  z tym laboratorium? 

- Chc  je zniszczy  - odparł chłodno Warren. - Całkowicie. 

- Pół miliona dolców - westchn ł Follet, tr caj c nog  szklany g sior. - 

Kosztowna eksplozja. 

- Czy by  miał jaki  inny pomysł? - zapytał cicho Tozier. 

- Nie, do cholery! - odrzekł Follet. - To nie moja działka. Przestrzegam prawa 

- chocia  musz  przyzna ,  e ta eskapada wymaga odst pstw od niektórych zasad. 

- W porz dku, wi c spu  Speeringa do szybu. Nick, mo esz mi pomóc zało y  

ładunki. 

Follet podarł na kawałki prze cieradło i zacz ł wi za  Speeringa, wtykaj c 

mu na koniec knebel do ust. 

- To na wypadek, gdyby si  ockn ł, kiedy b dzie zje d ał w dół. Pomó  mi, 

Ben. 

Owi zali bezwładne ciało Speeringa lin , wywlekli go przez drzwi i zacz li 

opuszcza  w gł b szybu. Kiedy lina straciła napr enie, wiedzieli,  e znalazł si  na 

dole i Follet zacz ł przygotowywa  si  do zej cia. Podszedł do Toziera i oznajmił: 

- Ben i ja ju  schodzimy. 

- W porz dku. Zaczekajcie tam na Nicka i na mnie. - Tozier spojrzał na 

zegarek. - Eksplozja nast pi za trzy godziny. Powinni my mie  do  czasu,  eby 

spokojnie si  st d wynie . 

Follet wyszedł, a Tozier sko czył zakłada  ładunki. Na koniec nastawił 

ostro nie zegar i bardzo delikatnie przesun ł niewielk  d wigni . 

- Gotowe - powiedział. - To budzik dla Ahmeda. Chod , Nick, wynosimy si  

st d w choler . Uzbrojone ładunki zawsze działaj  mi na nerwy. 

Warren wszedł do mrocznego szybu i schodził po linie, dopóki jego stopy nie 

znalazły si  w wodzie. 

- T dy - wyszeptał Bryan i Warren ruszył w gór  strumienia. 

- Nasz przyjaciel dochodzi do siebie - oznajmił Follet,  wiec c Speeringowi 

przed nosem latark . Ten przewracał dziko oczami, a z jego zakneblowanych ust 

wydobywał si  stłumiony bełkot. Zobaczył tu  przy twarzy długi nó , od którego 

ostrza odbijało si   wiatło. -Jak narobisz hałasu, poder n  ci gardło. 

background image

 

118 

Speering nagle umilkł. 

Od strony szybu dobiegło głuche uderzenie i plusk wody. 

- W porz dku - powiedział Tozier. - Zabierajmy si  st d szybko. Czy Speering 

mo e i ? 

- Niech si  lepiej postara - zagroził Follet. - B d  z tym skalpelem tu  za nim. - 

O wietlił latark  stopy Speeringa i rozci ł mu wi zy. - Podnie  si , skurwielu. 

Wstawaj i ruszaj naprzód. 

Mimo  e Speering był dla nich przeszkod , szybko posuwali si  w gór  

kanału. Tozier szedł przodem, tu  za nim pod ał Speering, któremu dodawał sił 

strach przed Folletem i jego no em, za  Bryan i Warren zamykali pochód. 

Poniewa  Speering miał zwi zane r ce, z trudem utrzymywał równowag . 

Zataczał si  w kanale i obijał o  ciany, padaj c czasem na kolana. Follet d gał go 

bezlito nie no em i zmuszał kopniakami, by si  podniósł. 

Po trzech kwadransach morderczego marszu Tozier dał znak,  eby si  

zatrzymali. 

- Pora na odpoczynek - oznajmił. - Poza tym chcemy pogada  ze Speeringiem, 

prawda? Tu powinno by  wystarczaj co bezpiecznie. -Po wiecił w gór  latark . - 

Jeste my mi dzy szybami. Wyci gnij mu knebel, Johnny. 

Follet przytkn ł Speeringowi nó  do twarzy. 

- Masz by  cicho, rozumiesz? - Speering skin ł głow , a Follet wło ył ostrze 

pod szmat , która trzymała knebel i przeci ł j . -Wypluj to, kanalio. 

Speering, krztusz c si  i kaszl c, wyrzucił z ust gałgan. Po policzku płyn ła 

mu krew, plami c brod , gdy  Follet zranił go przy usuwaniu knebla. Przełkn ł 

gwałtownie  lin  i wyszeptał: 

- Kim jeste cie? 

- Nie zadawaj pyta , tylko odpowiadaj - oznajmił Tozier. - Zaczynaj, Nick. 

- Ile morfiny pan wyprodukował, panie Speering? I gdzie ona jest? 

Speering nie odzyskał jeszcze tchu. Oddychaj c z trudem, pokr cił głow . 

- Mój Bo e! - odezwał si  Follet. - Rozmawiamy z nieboszczykiem. 

Tozier zareagował gwałtownie i z w ciekło ci . Unosz c błyskawicznie r k , 

trzasn ł Speeringa z obu stron w twarz. 

- Mój przyjaciel ma racj  - powiedział cicho. - Odpowiadaj na pytania albo 

b dzie po tobie. 

- Ile morfiny pan wyprodukował, Speering? - powtórzył spokojnie Warren. 

- Oni mnie zabij  - wykrztusił Speering. - Nie znacie ich. 

- Kto? 

- Fahrwaz i Ahmed. - Speering był przera ony. - Nie wiecie, jacy s   li. 

- A ty nie wiesz, jacy my jeste my  li - powiedział rozs dnie Follet. - Wybieraj 

- mo esz umrze  teraz albo pó niej. - Przytkn ł Speeringowi nó  do gardła. - 

Odpowiedz na pytanie: ile było tej morfiny? 

Speering wygi ł si  w tył, próbuj c unikn  no a. 

- Ty... tysi c kilogramów. Tozier zerkn ł na Warrena. 

- Niewiele si  pomyliłe . To dwa tysi ce dwie cie funtów. No dobrze, Speering 

- gdzie jest ta morfina? Speering gwałtownie pokr cił głow . 

- Nie wiem. Przysi gam,  e nie wiem. 

- Kiedy j  wywie li? 

background image

 

119 

- Wczoraj. Zabrali wszystko o północy. 

- Pewnie wtedy, kiedy tam byli my - powiedział w zamy leniu Tozier. - 

Sprz tn li nam towar sprzed nosa. Dok d z nim pojechali? 

- Nie wiem. 

- Ale mo e si  domy lasz - nalegał Follet, dociskaj c odrobin  mocniej ostrze 

no a. Po szyi Speeringa popłyn ła stru ka krwi. -Zało  si ,  e potrafisz to nie le 

odgadn . 

- Do Iraku - wybuchn ł Speering. - Powiedzieli,  e towar ma dotrze  do Iraku. 

- Jeste my jakie  trzydzie ci mil od irackiej granicy - stwierdził Tozier. - 

Wszystko zaczyna si  zgadza . Przysi głbym,  e minionej nocy słyszałem 

wielbł dy. Czy wywie li towar na ich grzbietach? 

Speering próbował skin  głow , ale trafił gardłem na czubek no a, 

powiedział wi c cicho „Tak". 

- Dlaczego nie przerabiał pan morfiny tutaj? - zapytał Warren. - Gdzie maj  

zamiar zamieni  j  na heroin ? 

- Chciałem zrobi  to tutaj - odparł Speering - ale oni zmienili zdanie. Wczoraj 

w nocy zabrali towar. Nic wi cej nie wiem. Tozier spojrzał na Warrena. 

- Czy Speering nie jest im do tego potrzebny? 

- Niekoniecznie. Nie tak trudno to zrobi . Zdaje si ,  e nap dzili my 

Ahmedowi strachu. Chyba w trosce o bezpiecze stwo pozbył si  przedwcze nie 

towaru. 

- Jak wida , miał racj  - powiedział zgry liwie Tozier. - Gdyby tego nie zrobił, 

zgarn liby my wszystko. A tak stracili my okazj . O tej porze towar jest ju  

pewnie w Iraku. - Odwrócił si  do Speeringa: - Czy na pewno nie wiesz, dok d 

mieli tam z nim jecha ? Lepiej powiedz prawd . 

Speering niespokojnie rozgl dał si  na boki. 

- No, chłopcze - zach cał go Follet. - To ju  ostatnie pytanie. Speering poddał 

si . 

- Dokładnie nie wiem, ale gdzie  w okolice As-Sulajmanija. Tozier sprawdził 

czas. 

- Zaknebluj go jeszcze raz, Johnny. Droga do Iraku prowadzi obok farmy 

Fahrwaza. Musimy zd y  na fajerwerki. 

- Co zrobimy ze Speeringiem? - zapytał Warren. 

- A có  mo emy z nim zrobi ? Zostawimy go tutaj. Ze zwi zanymi r kami i 

kneblem w ustach niewiele zdziała. Po piesz si , Johnny. 

W trzy minuty pó niej wyruszyli znowu w drog , ju  bez Speeringa. Kiedy 

odchodzili, Warren odwrócił si  i po wiecił latark  w gł b kanału. Speering był 

oparty o  cian  w pozycji, w jakiej go pozostawili, potem jednak przekr cił si  i 

poku tykał w przeciwnym kierunku. Warren napotkał wzrokiem spojrzenie Bena 

Bryana. 

- No dobrze, Ben, chod my. 

Bryan zawahał si  przez ułamek sekundy, a potem ruszył w  lad za 

Warrenem, który starał si  dogoni  b d cych ju  daleko w przedzie towarzyszy. 

Warren zastanawiał si  intensywnie nad znaczeniem uzyskanych informacji. 

Góry Kurdystanu stanowiły cz  istniej cego od stu lat szlaku przemytników. 

Fahrwaz i Ahmed musieli dobrze je zna , nie miał wi c w tpliwo ci,  e mogli bez 

background image

 

120 

trudu przeszmuglowa  morfin  do Iraku. W  adnym rejonie Kurdystanu prawo 

nie działało skutecznie, a w jego irackiej cz ci, od której siły rz dowe trzymały 

si  z daleka, zupełnie przestało istnie . 

Warren pod ał bezwiednie za Folletem, zastanawiaj c si , jak u diabła teraz 

post pi . Tozier najwyra niej nie miał co do tego w tpliwo ci. Oznajmił,  e droga 

do Iraku prowadzi obok farmy Fahrwaza i uznał za oczywiste,  e tam pojad . 

Warren zazdro cił mu uporu i nieust pliwo ci. 

1

 Rozmy lania te przerwał Ben 

Bryan, klepi c go po plecach. 

- Poczekaj. Powiedz Tozierowi,  eby si  zatrzymał. Warren przekazał to do 

przodu i Tozier przystan ł. 

- O co chodzi? 

- Speering nie prze yje - oznajmił Bryan. - Kiedy ostatnio go widziałem, szedł 

w przeciwnym kierunku ni  my. Je eli nie zginie wskutek wybuchu, przywali go 

sklepienie tunelu. A wi c umrze. 

- Mo e wyj  przez szyb - powiedział Follet. 

- Maj c zwi zane z tyłu r ce? 

- No wi c czeka go  mier  - stwierdził oboj tnie Tozier. - I co z tego? 

- Ale  eby umiera  w taki sposób? - powiedział z rozpacz  Bryan. - Potykaj c 

si  w mroku z zawi zanymi r kami? 

- Nie uwa asz,  e na to zasłu ył? 

- Nikomu nie  yczyłbym takiego ko ca. Zawracam. 

- Na lito  bosk ! - zaprotestował Tozier. - Nie mamy czasu. Musimy wróci  

do samochodów i ruszy  w drog , zanim b dzie wybuch. Kiedy to podziemne 

laboratorium wyleci w powietrze, na 

farmie zrobi si  rojno jak w mrowisku. Chc  by  ju  wtedy po drugiej stronie. 

- Id cie dalej - powiedział Bryan, - Dogoni  was. 

- Chwileczk , Ben - odezwał si  Warren. - Co masz zamiar zrobi ? 

- Rozwi za  mu r ce i kaza  i  w przeciwnym kierunku - odparł Bryan. - To 

mu da szans . 

- Szans ,  eby narobi  cholernego rabanu - zauwa ył z przek sem Follet. 

- Nic mnie to nie obchodzi. Zawracam - oznajmił Bryan, odł czaj c si  od 

grupy. Warren po wiecił latark  i zobaczył, jak oddala si  szybko w gł b 

mrocznego kanału. 

- Przekl ty głupiec - powiedział ponuro Tozier. 

- Co robimy? - zapytał niepewnie Warren. 

- Ja si  st d wynosz - odparł Follet. - Nie b d  nara a   ycia dla takiego, 

faceta jak Speering. 

- Johnny ma racj  - przyznał Tozier. - Nie ma sensu tu zostawa .  ci gniemy 

samochody z przeł czy i podjedziemy po Bena. Ruszajmy. 

Wygl dało to na najlepsze rozwi zanie. Warren przez chwil  si  zastanawiał, 

ale potem poszedł w  lady pozostałych, brn c w wodzie za Folletem. Tozier, 

przekonany,  e maj  przed sob  woln  drog  i  wiadomy zbli aj cej si  

nieuchronnie eksplozji za plecami, narzucił im mordercze tempo marszu. Z 

monotonn  regularno ci  mijali kolejne szyby, a Warren zliczał je w pami ci. 

Wreszcie Tozier zatrzymał si . 

- To tutaj. 

background image

 

121 

- Niemo liwe - powiedział Warren, z trudem łapi c oddech. -Naliczyłem ich 

dopiero trzydzie ci jeden. 

- Mylisz si  - stwierdził z przekonaniem Tozier. - Trzymam w r kach lin . Im 

szybciej wydostaniemy si  wszyscy na powierzchni , tym bardziej b d  si  

cieszy . 

Wspi ł si  na gór , a za nim Warren, który upadł bez sił na kraw d  szybu, z 

trudem chwytaj c powietrze. Tozier pomógł si  wydosta  Folletowi, a potem 

powiedział: 

- Pójdziemy z Johnny'm po samochody. Wy zosta cie tutaj i dajcie nam znak 

latark , jak usłyszycie warkot silników. 

Znikn li w mroku i tylko chrz st kamieni pozwalał zorientowa  si , dok d 

poszli. 

Warren spojrzał w niebo. Ksi yc zachodził za górami, nadal jednak rzucał 

blask, a nawet  wiatło na skalisty pejza , widział wi c w oddali dachy zabudowa . 

Czekał przez jaki  czas w zupełnej ciszy, po czym nachylił si  w gł b szybu i 

zawołał: 

- Ben! Ben, gdzie jeste ? 

Jego głos odbił si  głucho o  ciany studni, ale odpowiedzi nie było. Przygryzł 

warg . Niew tpliwie Ben post pił głupio, ale czy nie miał racji? Warren odczuwał 

wewn trzny niepokój. Nigdy dot d nie prze ywał takiego konfliktu mi dzy 

ideałami a troska, o własne interesy. Z wahaniem chwycił lin , gotów spu ci  si , 

w gł b szybu, ale potem zrezygnował, zastanawiaj c si , czy jednak post piłby 

słusznie. Co stanie si  z pozostałymi? Czy id c po Bryana nie narazi ich 

wszystkich na  mier ? 

Pu cił lin  i usiadł zrozpaczony na brzegu szybu, tocz c wewn trzn  walk . 

Zaraz potem usłyszał cichy warkot silnika i ostro nie po wiecił w tamtym 

kierunku latark , staraj c si  osłoni  j  dłoni , aby w osadzie nie dostrze ono 

adnego błysku. Z ciemno ci wyłonił si  nagle land-rover. Kiedy stan ł, jego 

silnik zacz ł pracowa  cicho na wolnych obrotach. Tozier wysiadł z wozu i 

podszedł do szybu. 

- Wrócił? 

- Nie - odparł z rozpacz  Warren. 

- Cholerni ideali ci! - zakl ł Tozier. - Zawsze działaj  mi na nerwy. 

- Jego praca polega na ratowaniu  ycia - stwierdził Warren. -Trudno to tak 

nagle zmieni . Co robimy? 

Tozier zerkn ł na fosforyzuj ce wskazówki swego zegarka, który nosił na 

przegubie tarcz  do wewn trz. 

- Za trzydzie ci minut nast pi wybuch. Miałem nadziej  by  ju  wtedy po 

drugiej stronie osady. -Westchn ł z irytacj . -Ten cholerny gówniarz wszystko 

zepsuł. 

- Wy ju  jed cie - powiedział Warren. - Ja zaczekam na Bena. 

- Nie - zaoponował Tozier.- Ja zaczekam. Ty ruszaj z Johnny'm w kierunku 

osady. Kiedy b dzie wybuch, spróbujcie si  przedrze . W zamieszaniu powinno 

si  wam to uda . Zaczekajcie na mnie po drugiej stronie. Je eli usłyszycie 

strzelanin , wró cie i wydosta cie nas. 

- Nie wiem, czy to jest... - zacz ł Warren. 

background image

 

122 

- Na miło  bosk , ruszajcie - ponaglił go Tozier. - Wiem, co robi  i mam 

wi ksze do wiadczenie. W drog . 

Warren podbiegł do drugiego land-rovera i wyja nił Folletowi, co si  dzieje. 

- Niech pan lepiej siada za kierownic  - powiedział Follet, podnosz c luf  

automatu. - B d  mógł swobodnie strzela . 

Warren wsiadł do wozu i ruszył, staraj c si  robi  jak najmniej hałasu. 

Jechali po wyboistym dnie doliny w kierunku osady z pr dko ci  poni ej 

dziesi ciu mil na godzin . Follet cały czas z niepokojem spogl dał na zegarek. W 

ko cu Warren ostro nie przyhamował. Zobaczył przed sob  w  wietle ksi yca 

pierwsze niskie zabudowania o płaskich dachach, ale cała sceneria pozostawała w 

bezruchu. Jedynym d wi kiem był cichy równomierny warkot silnika. 

- Niecała minuta - szepn ł Follet. 

Zaledwie to powiedział, rozległ si  głuchy grzmot, jakby zakasłał gwałtownie 

jaki  olbrzym. Ziemia zadr ała im pod nogami. Z le cego najbli ej osady szybu 

qanat - tego, który stanowił tajne wej cie do podziemnego laboratorium - 

wystrzeliła w niebo chmura pyłu. Unosiła si  coraz wy ej, przybieraj c kształt 

pier cienia, skł biona i błyszcz ca w  wietle ksi yca, jakby olbrzym wydmuchał 

w powietrze kółko dymu. W widocznej na horyzoncie linii dachów zaszła jaka  

zmiana, była ona jednak tak niezauwa alna,  e Warren nie potrafił okre li , co 

si  tam stało. Follet waln ł go po ramieniu. 

- Jazda, człowieku, jazda!  wiatła! 

Land-rover ruszył z du ym przy pieszeniem do przodu, rozja niaj c 

reflektorami zabudowania. Silnik wył przy szybkich zmianach biegów. Warren 

czuł, jak  lizgaj  si  koła, kiedy za mocno naciskał na gaz, a potem zacz ła si  

szale cza jazda po wertepach, która na zawsze pozostała mu w pami ci. 

Postrzegał jedynie szybko , ruch i pojawiaj ce si  nagle pojedyncze obrazy, 

wydobywane z mroku przez jaskrawe  wiatła reflektorów: spłoszone stado kur, 

brutalnie obudzonych ł przera onych wybuchem, ogorzała twarz w jednym z 

okien, z oczami zmru onymi z powodu o lepiaj cego blasku, człowieka, który 

rozpostarłszy ramiona przywarł do muru, aby uchroni  si  przed rozp dzonym 

pojazdem. 

Nagle Follet wrzasn ł „Uwaga!" i Warren nadepn ł z całej siły na pedał 

hamulca. P kni ta  ciana jednego z budynków, który mieli przed sob , zacz ła si  

nagle rozpada  i run ła na drog . Wyostrzone zmysły Warrena odbierały to 

wszystko jak w zwolnionym tempie. Rozległ si  huk i land-rover wpadł w 

skł bion  chmur  pyłu, zatrzymuj c si  ze zgrzytem hamulców. Kurz wdarł si  

do kabiny i Warren, maj c go pełno w ustach, zaczai gwałtownie kaszle . 

- Co za cholernie prymitywne budownictwo - utyskiwał Follet. 

Warren wrzucił wsteczny bieg i zacz ł szybko cofa . Kiedy kurz opadł 

okazało si ,  e droga przed nimi jest zupełnie zablokowana. Z daleka słycha  było 

stłumiony huk wystrzałów. 

- Lepiej si  st d wynosi  - powiedział Follet. - Mo e znajdziemy jaki  objazd. 

Warren jechał ci gle na wstecznym biegu, nie maj c gdzie zawróci . Przy 

pierwszej okazji skr cił i zacz ł rozgl da  si  za wyjazdem, który prowadziłby 

mniej wi cej we wła ciwym kierunku. Padło jeszcze kilka strzałów, ale  adna z 

kul ich nie dosi gła. 

background image

 

123 

- Niech pan spróbuje t dy - zawołał Follet, wskazuj c drog . -Szybciej, na 

Boga! 

Kiedy Warren skierował land-rover w w sk  uliczk , co  uderzyło w bok 

wozu. Follet wysun ł przez boczne okienko automat i nacisn ł spust, opró niaj c 

do połowy magazynek. Towarzyszył temu d wi k przypominaj cy prucie 

tkaniny. 

- To powinno ich powstrzyma ! - krzykn ł. 

Land-rover p dził ulic , która jakby coraz bardziej si  zw ała i w pewnej 

chwili otarł si  ze zgrzytem o mur. Z przodu wyskoczył jaki  człowiek, mierz c do 

nich z karabinu. Warren odruchowo schylił głow  i nacisn ł  mocniej na gaz. 

Wóz szarpn ł i pop dził naprzód. 

Rozległo si  głuche stukniecie, a potem zobaczyli tylko dwie wyrzucone 

rozpaczliwie w gór  r ce i znikaj cy w mroku karabin. 

Wreszcie wyjechali z ulicy i znale li si  po drugiej stronie osady, maj c przed 

sob  jedynie ciemno . Follet chwycił Warrena za rami . 

- Niech pan wył czy  wiatła,  eby nas nie widzieli. - Spojrzał w tył. - Ciekawe, 

jak radzi sobie Andy? 

 

Kiedy nast pił wybuch, Tozier patrzył w kierunku osady. Zobaczył 

wzbijaj c  si  w niebo chmur  pyłu, a zaraz potem ziemia zadr ała mu pod 

nogami na skutek wstrz su i usłyszał odgłos eksplozji. Poczuł na twarzy nagły 

podmuch powietrza z wylotu szybu. Trwało to tylko chwil , po czym doszły go 

jakie  hałasy, których nie mógł rozpozna . 

Nachylił si  i krzykn ł „Ben!" Nie było odpowiedzi. 

Wahał si , przygryzaj c nerwowo warg , ale w ko cu chwycił lin  i opu cił si  

w gł b szybu. Znalazłszy si  na dole po wiecił wokół latark . Wygl dało na to,  e 

nic si  nie stało, zawołał wi c jeszcze raz. W tym momencie od sklepienia oderwał 

si  kawałek ziemi i spadł z pluskiem do wody. 

Skierował snop  wiatła w dół i zmarszczył brwi, widz c gł boko  strumienia. 

Z cał  pewno ci  przedtem było tu płycej. Wyj ł nó  i wbił go w  cian  qanat tu  

nad lustrem wody. Gdy zobaczył, jak jej poziom stopniowo si  podnosi, 

zakrywaj c trzonek no a, zas pił si  jeszcze bardziej. 

Ruszył naprzód,  wiec c latark  w gł b kanału, ale niczego nie zauwa ył. 

Kiedy przeszedł sto jardów i min ł dwa szyby, woda si gała mu ju  do ud. I 

wtedy zobaczył zapadni te sklepienie, które całkowicie zablokowało qanat. 

Prymitywny, pozbawiony stempli tunel nawet w tej odległo ci nie był w stanie 

oprze  si  pot nej sile eksplozji. Zastanawiał si , jak du y odcinek kanału uległ 

zniszczeniu. 

Był zupełnie bezsilny, zawrócił wi c, a kiedy dotarł do liny, płyn ca z 

podziemnego górskiego  ródła woda si gała mu ju  do piersi. Wyszedł na 

powierzchni  przemoczony i rozdygotany z powodu nocnego zimna, ruszył 

jednak biegiem, nie ogl daj c si  na  mierteln  pułapk , - która pogrzebała 

Bryana i Speeringa. W jego fachu  mier  była czym  zwyczajnym i nale ało si  z 

ni  pogodzi . W  aden sposób nie mógł ju  pomóc Bryanowi, a musiał si  jeszcze 

sporo napracowa , by ocali  własn  skór . 

background image

 

124 

Podjechał ostro nie na skraj osady i zatrzymał si , wył czaj c silnik, aby 

lepiej wszystko słysze . Słycha  było sporo - krzyki i zgiełk głosów, pojawiły si  

te   wiatła, gdy  Ahmed i jego ludzie próbowali ustali  rozmiary szkód. Tozier 

u miechn ł si  cynicznie, słysz c,  e całe zamieszanie przemieszcza si  coraz 

bardziej w lewo, w kierunku qanatu. 

Zdj ł z automatu wspornik na rami , odbezpieczył bro  i poło ył obok siebie 

na siedzeniu, aby mie  j  pod r k . Potem wł czył ponownie silnik i nie zapalaj c 

wiateł zanurzył si  w ciemno . Przyszedł czas na spryt, a nie brawur . Ludzie 

Ahmeda byli ju  na nogach i nie przedarłby si  przez osad , jak radził zrobi  

Warrenowi. 

Przejechał powoli obok pierwszych zabudowa , ale gdy znalazł si  na 

otwartej przestrzeni, zauwa ono go. Rozległ - si  krzyk, kto  wystrzelił z 

karabinu, a z daleka odpowiedział nast pny strzał i odległe, podniesione głosy. 

Kiedy próbował przeło y  bieg, strzelono ponownie. Dostrzegł przed sob  w 

mroku błysk z lufy karabinu, wł czył wi c  wiatła,  eby przekona  si , co go 

czeka. 

Land-rover nabierał szybko ci. Tozier zobaczył przed sob  trzech ludzi, 

zasłaniaj cych oczy przed o lepiaj cym  wiatłem reflektorów. Si gn ł po le c  

na siedzeniu bro  i zd ył j  akurat podnie , gdy jeden z m czyzn wskoczył na 

stopie  wozu, jednym szarpni ciem otworzył drzwi i wyci gn ł r k  w jego 

kierunku. Tozier podniósł bro  i dwukrotnie wystrzelił, Rozległ si  zdławiony 

krzyk. Kiedy mógł na chwil  oderwa  wzrok od drogi, rozejrzał si  ostro nie i 

spostrzegł,  e napastnik znikn ł. 

Rzucił okiem we wsteczne lusterko i zobaczył za sob  w ciemno ciach błysk 

wystrzału z karabinu. Obraz znikn ł raptownie, gdy obok głowy przemkn ł mu 

pocisk, rozbijaj c lusterko na kawałki. Obrócił kierownic , aby skr ci  za róg i 

si gn ł r k  do czoła, próbuj c zetrze  z oczu lepk  plam  krwi, s cz cej si  z 

gł bokiej rany. 

Potem nagle zahamował, natrafiaj c na ten sam zwalony mur, na który 

natkn li si  Follet i Warren. Zakl ł, wrzucaj c wsteczny bieg i pochylił si , gdy 

kul  trafiła w bok karoserii. Krótka, ostra salwa kilku strzelaj cych 

równocze nie karabinów sprawiła,  e chwycił automat, przeł czył go na ogie  

ci gły i wypruł cały magazynek  mierciono nych pocisków w kierunku 

znajduj cych si  za nim niewidocznych postaci. 

Follet przysłuchiwał si  w napi ciu dochodz cym z osady coraz gło niejszym 

odgłosom strzelaniny. Kiedy usłyszał terkot automatu, powiedział: 

- Andy jest otoczony. Trzeba go wydosta . 

Warren, który zd ył ju  zawróci  wóz, aby by  przygotowanym na t  chwil , 

przyst pił do akcji i natychmiast ruszyli z powrotem. 

- My l ,  e osaczyli go w tym samym miejscu, gdzie o mało i nas nie dostali - 

stwierdził Follet. - Wie pan, dok d jecha . 

Warren pop dził w sk  uliczk , mijaj c skr cone ciało człowieka, którego 

wcze niej przejechał. Za rogiem natkn li si  na grup  Kurdów, kryj cych si  

przed ogniem Toziera i zaskoczonych niespodziewanym atakiem od tyłu. Follet 

wychylił si  przez okno i nacisn ł spust, zmuszaj c ich do ucieczki. Jednemu si  

background image

 

125 

nie udało. Potykaj c si  jakby o jaki  niewidzialny przedmiot, upadł i le ał 

nieruchomo. 

- Prosto! - krzykn ł Follet. - A potem w bok. 

Zapiszczały opony, gdy Warren ze zbyt du  pr dko ci  wprowadził land-

rovera w ostry zakr t. W  wietle reflektorów zobaczyli drugi wóz. Follet wychylił 

si  i krzykn ł: 

- Jazda, Andy, na co czekasz, do cholery! 

Tozier raptownie cofn ł land-rovera, wykorzystuj c wolny teren i pop dził 

w sk  uliczk , maj c tu  za sob  Warrena. Follet wystrzeliwał tymczasem w tył 

regularne serie, by powstrzyma  ewentualny po cig. Warren siedział cały czas 

Tozierowi na kole i w ten sposób wynikn li si  z osady, zatrzymuj c si  dopiero 

całe trzy mile dalej, na szczycie góruj cej nad dolin  przeł czy. 

Follet popatrzył na  wiatła w dole, ale  adne z nich si  nie poruszało. 

- Nie jad  za nami - stwierdził. - Nie  cigaliby nas po ciemku. 

Warren czuł ucisk w  oł dku i pustk . Pierwszy raz w  yciu kto  chciał go 

zastrzeli . Podniósł dr ce dłonie, po czym spojrzał w kierunku drugiego wozu. 

- Nie widziałem Bena - powiedział. 

Usłyszał skrzypienie butów na  wirze i w oknie po jego stronie ukazała si  

zakrwawiona twarz Toziera. 

- Ben nie przyjdzie - powiedział cicho. - Ju  po nim. 

- Sam sobie winien, do cholery - odezwał si  podniesionym głosem Follet. 

- Tak - przyznał ze smutkiem Warren. - Sam sobie winien. Jeste  tego pewien, 

Andy? 

- Całkowicie - odparł zdecydowanie Tozier. Obejrzał si , patrz c w dolin . - 

Lepiej ju  jed my. Chc  by  za irack  granic , zanim Ahmed zda sobie spraw , 

co si  naprawd  stało. 

Odszedł i po chwili Warren usłyszał trza niecie drzwiczek. Oba pojazdy 

powoli ruszyły w drog .

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

126 

Rozdział 7

 

 

Dan Parker z lubo ci  przesun ł r k  po gładkiej powierzchni torpedy. Na 

dłoni została mu warstwa lepkiego smaru. 

- Stary Mark XI... - powiedział. - Nie s dziłem,  e znowu go zobacz . 

- Radz ,  eby wszystko grało - ostrzegł Eastman. - Te rzeczy kosztuj  sporo 

forsy. 

- Zanim sko cz , wydacie o wiele wi cej - odparł spokojnie Parker. - B d  

potrzebował troch  sprz tu. - Rozejrzał si  po pustej szopie. - Jest tu dosy  

miejsca. 

- Co b dzie potrzebne? - zapytała Jeanette Delorme. 

- Przede wszystkim troch  maszyn: obrabiarka, niewielka frezarka - najlepiej 

ogólnego u ytku - i pionowa wiertarka. Tak e całe mnóstwo drobnych narz dzi, 

kluczy i temu podobnych - przygotuj  ich wykaz. 

- We  to zaraz od niego, Jack - rozkazała. - Daj mu wszystko, czego chce. Jad  

do domu. 

- A ja? - zapytał Eastman. 

- Złap taksówk  - powiedziała i wyszła. 

Abbot u miechn ł si  do Eastmana. 

- Rzeczywi cie ona tu rz dzi. To od razu wida . 

- Obejd  si  bez pa skich uwag - powiedział Eastman z kwa n  min , po 

czym zwrócił si  do Parkera: - Co  jeszcze? 

- O, tak - odparł Parker, przygl daj c si  z uwag  tej cz ci torpedy, która 

miała posłu y  do robienia interesów. - To jest głowica. Mam nadziej ,  e pusta. 

- Tak  zamawiali my. 

- Oddycham z ulg . Trotyl to cholernie niepewny materiał. Zreszt  i tak ta 

torpeda mi nie wystarczy. 

- Co do diabła...? 

- Spokojnie - odparł Parker. - Nic si  nie stało. Je eli jednak chcecie 

sprawdzi , czy wszystko działa, b dzie mi potrzebna dodatkowo próbna głowica. 

Gdyby wystrzeli  t  torped , zaton łaby ko cz c bieg, a to by wam nie 

odpowiadało. Próbna głowica ma komor  pływakowa, dzi ki której torpeda i 

wiatło umo liwiaj ce jej odszukanie, nie tonie. Zdob dziecie j  w tym samym 

miejscu, gdzie dostali cie to - poklepał korpus torpedy. - Gdziekolwiek si  ono 

znajduje. 

- W porz dku. B dzie pan miał próbn  głowic . Co  jeszcze? 

- Oczywi cie baterie. S  do  istotne, prawda? Wpisz  je tak e na list  - 

jakiego typu i ile sztuk. Wydacie na nie kup  forsy. -Przygl dał si  torpedzie. - 

B d  chciał robi  tu próby, wi c musimy w jaki  sposób j  umocowa . Dwa 

betonowe słupy z odpowiednimi zaciskami. - Podniósł wzrok. - Ten mechanizm 

ma cholernie wysokie obroty, a nie chcemy przecie ,  eby torpeda latała po całej 

szopie. - Poklepał dłoni  okaleczon  nog . - Wła nie z tego powodu sko czyła si  

moja słu ba w marynarce. 

Abbot odliczał krokami długo  torpedy. 

- Jest wi ksza ni  my lałem. Nie s dziłem,  e s  a  tak du e. 

background image

 

127 

-  rednica dwadzie cia jeden cali - powiedział Parker. - Dwadzie cia dwie 

stopy plus pi  i cztery pi te cala długo ci. Ci ar uzbrojonej torpedy: trzy 

tysi ce sze set trzydzie ci jeden funtów. -Poklepał r k  głowic . - I mie ci tutaj 

cholernie du y ładunek: siedemset osiemna cie funtów trotylu. 

- Mo emy tam załadowa  ponad siedemset funtów towaru? - zapytał z 

o ywieniem Eastman. Parker pokr cił głow . 

- Powiedziałem pi set to pi set. Mam zamiar wło y  do głowicy par  baterii. 

Zastanawiał si  pan, w jaki sposób odpali  t  torped ? 

- To pan jest ekspertem - odparł Eastman. - Prosz  mi powiedzie . 

- S  trzy sposoby. Mo na j  wystrzeli  z wyrzutni umieszczonej pod wod , jak 

na okr cie podwodnym, z wyrzutni nad woda, jak na niszczycielu, albo z 

samolotu. Tego ostatniego bym nie polecał, kiedy chodzi o cenny ładunek. System 

naprowadzania mo e ulec uszkodzeniu. 

- W porz dku - zgodził si  Eastman. - Samolot odpada. A pozostałe 

mo liwo ci? 

- Nie przypuszczam,  eby cie mogli zdoby  niszczyciel - powiedział z zadum  

Parker. - A zainstalowane gdzie indziej wyrzutnie torped s  jakby troch  nie na 

swoim miejscu, je li rozumie pan, co mam na my li. Chyba najlepiej b dzie 

wystrzeli  je spod wody - sprawnie i dyskretnie. Oznacza to jednak,  e 

potrzebujemy statku o du ej wyporno ci. 

Eastman skin ł głow . 

- Podoba mi si  pa skie rozumowanie. Brzmi logicznie. 

- Tam, gdzie załatwił pan t  torped , powinien pan te  dosta  wyrzutni , z 

jakich korzystaj  okr ty podwodne. Do odpalenia ładunku mog  wykorzysta  

butle z powietrzem. 

- B dzie pan miał t  wyrzutnie - obiecał Eastman. Parker ziewn ł i oznajmił: 

- Jestem zm czony. Zrobi  panu wykaz na jutro. 

- Szefowa kazała dzisiaj - zauwa ył Eastman. 

- Wi c b dzie musiała poczeka , do cholery - odburkn ł Parker. 

- Jestem tak zm czony,  e nie mog  my le . To nie b dzie robota od r ki i 

osiem godzin niczego nie zmieni. 

- Przeka  jej pa skie słowa - powiedział drwi co Eastman. 

- Zrób to, kolego - odparł Parker. - Ustalmy od razu zasady współpracy, 

dobrze? - popatrzył Eastmanowi w oczy. - Je li chce pan,  ebym si   pieszył - 

prosz  bardzo, ale nie r cz  za efekty. Kiedy pracuj  po swojemu, daj  

gwarancj . - U miechn ł si . -Nie chcieliby cie straci  tej torpedy z pełnym 

ładunkiem narkotyków, prawda? 

- Nie, do diabła! - na sam  my l o tym Eastman mimo woli si  wzdrygn ł. 

- No wła nie - powiedział Parker, odprawiaj c go ruchem dłoni. 

- Niech pan teraz st d zje d a i wróci rano, około dziesi tej. Wtedy wykaz 

b dzie gotowy. Wiemy ju , gdzie mamy spa . 

- W porz dku - odparł Eastman. - Wróc  jutro. - Przeszedł przez szop  i 

zacz ł wchodzi  po drewnianych schodach. Kiedy dotarł na gór , odwrócił si . - 

Jeszcze jedno. Niech nikt z was si  st d nie oddala. Ali ma tego dopilnowa . To 

kawał drania, kiedy si  go rozdra ni, wi c uwa ajcie. 

background image

 

128 

- B dziemy na niego uwa a  - stwierdził Abbot. Eastman u miechn ł si  

jowialnie. 

- Nie to miałem na my li, ale wiecie, o co chodzi. - Otworzył drzwi ł usłyszeli, 

jak mówi co   ciszonym głosem. Kiedy znikn ł, pojawił si  Ali. Nie zszedł po 

schodach, lecz stał oparty o por cz i obserwował ich. 

Abbót spojrzał na Parkera. 

- Troch  go przydusiłe , co? 

- Musiałem sobie zapewni  swobod  ruchów - odparł Parker, szeroko si  

u miechaj c. - Spotykałem ju  takich typów, kiedy byłem podoficerem. W 

marynarce jest wielu zadufanych oficerów, którzy próbuj  ci  zgnoi . Ale dobry 

fachowiec zawsze da im popali . Trzeba tylko przycisn  ich na tyle mocno,  eby 

to poczuli. Zorientuj  si  w mig, o co chodzi. 

- Mam nadziej ,  e si  nie przeliczysz - powiedział Abbot i spojrzał na 

torped . - Błyskawicznie to załatwili. Zastanawiam si , jakim cudem zdobyli j  

tak szybko. Cholernie sprawnie działaj . My l ,  e b dziemy musieli bardzo na 

siebie uwa a . - Popatrzył z namysłem na stoj cego na schodach Araba. 

- Wcale nie  artowałem,  e jestem zm czony - stwierdził Parker. 

- Poza tym chc  zrzuci  z siebie ten idiotyczny strój, bo mnie dobija. Chod my 

ju  spa , do diabła! 

 

Otrzymawszy wykaz Eastman załatwił wszystko bardzo sprawnie. W ci gu 

dwóch dni zainstalowano wi kszo  potrzebnego sprz tu. Torpeda została na ten 

czas ukryta, aby nie zobaczył jej nikt z robotników. Mieli odnie  wra enie,  e 

wyposa aj  jedynie niewielki warsztat. 

Potem zacz ła si  praca przy samej torpedzie. Abbot był zdumiony 

zło ono ci  jej konstrukcji i patrzył na Parkera z coraz wi kszym podziwem. 

Kto , kto zna si  na tak skomplikowanym urz dzeniu i obchodzi si  z nim nader 

swobodnie, zasługuje na najwy szy szacunek. 

Wyj li ołowiowo-kwasowe baterie - pi dziesi t dwie sztuki - i uło yli je w 

stos w k cie szopy. 

- B d  mi pó niej potrzebne do przetestowania silnika - oznajmił Parker. - 

Nie ma sensu zu ywa  tych drogich. Ale potem trzeba je zatopi  w morzu. Byle 

marynarz zorientuje si  od razu, co to jest i mo e by  wpadka. 

Eastman zanotował to sobie, Abbot pomy lał za ,  e Parker jakby za bardzo 

wczuwa si  w swoj  rol . Powiedział mu to, kiedy zostali sami. 

- Musimy si  postara ,  eby to dobrze wygl dało, prawda? - odparł z 

u miechem Parker. - Liczy si  ka dy drobiazg. Eastman powoli si  z nami 

zaprzyja nia. Mo emy na tym skorzysta . - Abbot musiał przyzna  mu racj . 

Parker wymontował silnik,  eby go wyczy ci . 

- Jest w dobrym stanie - powiedział, poklepuj c go niemal z czuło ci . - 

Pi kna robota. Taki mały, a ma dziewi dziesi t osiem koni mechanicznych. 

Konstruuj  prawdziwe cuda,  eby je potem wysadza  w powietrze. - Pokr cił 

głow . -  yjemy w dziwnym  wiecie. 

Demontował ostro nie torped , a tymczasem Abbot pomagał mu we 

wszystkim i czy cił mniej wa ne cz ci. Parker zamówił - i dostał - specjalne oleje 

i smary do uszczelniania dławików oraz kosztowne kable do zmodernizowanych 

background image

 

129 

obwodów. Nowe baterie rt ciowe te  warte były fortun . Parker, niczym 

ewangelista, głosił słowo „perfekcja". 

- Nic nie jest dla niej za dobre - twierdził stanowczo. - To b dzie najlepsza 

torpeda, jaka kiedykolwiek  lizgała si  po wodzie. 

I bardzo mo liwe,  e si  nie mylił.  adnej torpedy nie otaczano dot d w 

marynarce tak niepodzieln  i serdeczn  trosk . Abbot doszedł do wniosku,  e 

podobne emocje mógł wzbudza  jedynie prototyp, hołubiony przed ostatnimi 

próbami przez zdenerwowanych konstruktorów. 

Eastman szybko poj ł sens nieprzejednanej postawy Parkera. Zobaczył,  e 

Parker naprawd  bardzo si  stara i udzielał mu ch tnie wszelkiej pomocy. Abbot 

pomy lał,  e wła ciwie trudno si  temu dziwi , skoro głowic  torpedy miały 

wypełni  narkotyki warte dwa-dzie cia pi  milionów dolarów. 

Najwi cej czasu zaj ł Parkerowi system naprowadzania, nad którym trz sł 

si  jak kwoka nad kurcz ciem. 

- Je eli co  tu nawali, stracicie wszystko - wyja nił Eastmanowi. 

- Lepiej,  eby do tego nie doszło - odparł Eastman ponuro. 

- Nie ma obawy - powiedział spokojnie Parker. 

- Do czego to słu y? 

- Utrzymuje kurs torpedy - bez wzgl du na okoliczno ci - stwierdził Parker. - 

Kiedy wspomniałem o trafianiu z dokładno ci  trzech cali na sto jardów, 

pozwoliłem sobie na pewien margines bł du. Dzi ki dobremu mechanikowi Mark 

XI mo e trafia  prawie tak samo celnie jak pocisk z karabinu - z dokładno ci , 

powiedzmy, jednego cala na sto jardów. Oczywi cie, zwykła torpeda tego typu ma 

mały zasi g, a wi c je eli została prawidłowo wystrzelona - nawet w skrajnym 

przypadku zboczy z kursu najwy ej o sze  stóp. Ale to cacko ma pokona  

cholernie du  odległo , zamierzam wi c ustanowi  nowy rekord. Staram si , 

eby odchylenie wynosiło najwy ej pół cala na sto jardów. To prawie 

niewykonalne, ale robi , co mog . 

Eastman odchodził wyra nie uszcz liwiony. 

- Po wi casz sporo czasu i energii czemu , co ma by  wysadzone w powietrze - 

zauwa ył Abbot. Parker wzruszył ramionami. 

- Ka dy specjalista od torped miewa czasem podobne uczucie. Dostajesz do 

r ki takie wspaniałe urz dzenie i uzyskujesz wyniki, o jakich nie marzył nawet 

jego konstruktor. A potem rozbijasz je o burt  okr tu i wszystko rozpada si  na 

kawałki. To tak e pewnego rodzaju sabota , prawda? 

- Mo na by tak powiedzie . Ale torpedy wła nie do tego słu . Parker skin ł 

głow . 

- Wiem,  e trzeba b dzie j  w ko cu zniszczy , ale czekaj  nas jeszcze próby 

na morzu i wtedy musi by  sprawna. - Spojrzał na Abbota i rzekł powa nie: - 

Wiesz, ju  dawno nie czułem si  tak cholernie szcz liwy. Odk d rozstałem si  z 

marynark  i zacz łem dłuba  w cudzych samochodach, cały czas czego  mi 

brakowało, a nie wiedziałem czego. - Wymownym gestem wskazał na 

zdemontowan  torped . - Teraz ju  wiem. Brakowało mi tych  licznotek. 

- Tylko za bardzo si  nie rozczulaj - doradził Abbot. - Pami taj,  e jak 

przyjdzie co do czego, ta torpeda musi nawali . 

background image

 

130 

- I nawali - powiedział sm tnie Parker. Twarz mu st ała. - Ale najpierw 

poka e, co potrafi. - Poklepał Abbota po torsie. - Je eli s dzisz, Mike,  e to prosta 

sprawa, całkowicie si  mylisz. Próbuj  przez cały czas zrobi  co  prawie 

niewykonalnego. Mark XI nie miał nigdy pokonywa  dystansu pi tnastu mil i nie 

b dzie łatwo go do tego przystosowa . Ale zrobi  to z wielk  przyjemno ci , bo 

mam ostatni  w  yciu okazj ,  eby popracowa  przy torpedzie. Bierzmy si  do 

roboty. 

Wszystkie daj ce si  rozł czy  metalowe elementy zostały rozebrane, 

dokładnie obejrzane i starannie zło one z powrotem. Kawałek po kawałku 

zmontowano ponownie cał  torped , a  nadszedł czas, by umocowa  j  i podda  

próbom. Abbot przekonał si , po co potrzebne s  zaciski. Ju  po wł czeniu 

zaledwie jednej czwartej mocy stało si  oczywiste,  e gdyby torpedy do czego  nie 

przytwierdzi , miotałaby si  po całej szopie. 

Parker okazał zadowolenie i zwrócił si  do Eastmana: 

- Co z wyrzutni ? Zrobiłem ju  przy torpedzie wszystko, co mogłem. 

- W porz dku - odparł Eastman. - Prosz  za mn . 

Poprowadził ich kawałek wzdłu  brzegu, do niewielkiej stoczni i pokazał 

sfatygowan  łajb  o wyporno ci około trzech tysi cy ton, u ywan  do  eglugi 

przybrze nej. 

- To ten statek. Nazywa si  „Orestes". Zarejestrowany w Panamie, pływa pod 

greck  bander . 

Parker przygl dał si  statkowi podejrzliwie. 

- Chce pan na tym przepłyn  Atlantyk? 

- Owszem - i to razem z panem - o wiadczył Eastman. - Ten statek kursował 

ju  t  tras  i zrobi to raz jeszcze. Tylko jeden raz - potem zaginie na morzu. - 

U miechn ł si . - Jest ubezpieczony poni ej swej warto ci, a i tak nie zamierzamy 

stara  si  zbyt usilnie o odszkodowanie. Nie chcemy,  eby ktokolwiek zacz ł 

w szy , co mu si  przytrafiło. Skoro chce pan zainstalowa  podwodn  wyrzutni , 

trzeba b dzie wyci  dziur  w kadłubie. Jak ma pan zamiar to zrobi ? 

- Przyjrzyjmy mu si  z bliska - powiedział Parker, weszli wi c na statek. 

Sp dził sporo czasu pod pokładem i na dziobie, a nast pnie sporz dził szkic. - 

Zrobimy kaseton. Niech go przygotuj  i przyspawaj  od zewn trz do kadłuba, 

tak jak zaznaczyłem. Potem b d  mógł wyci  od  rodka otwór i zainstalowa  

rur  wyrzutni. Maj c to urz dzenie mo na odpala  torped . B dziecie musieli 

znale  nurka, który umie zachowa  milczenie. W stoczni nie robi si  zwykle 

takich rzeczy. 

Eastman u miechn ł si . 

- Stocznia nale y do nas - powiedział cicho. 

Tak wi c Parker wzi ł si  za instalowanie wyrzutni torped, co zaj ło mu 

kolejny tydzie . Po wi cił sporo czasu na pomiary, by precyzyjnie umie ci  rur  

mi dzy dziobem a ruf . 

- Musicie teraz tylko dokładnie ustawi  statek - powiedział. - I mo emy 

zaczyna  próby. 

 

Jeanette Delorme nie pokazywała si  od pewnego czasu, co martwiło Abbota, 

poniewa  chciał mie  j  na oku. W zaistniałych warunkach byli z Parkerem 

background image

 

131 

praktycznie uwi zieni i odci ci od reszty zespołu. Nie wiedział, co robi Warren, 

ani nie miał mo liwo ci skontaktowania si  z Hellierem,  eby zawiadomi  go o 

sytuacji. Przy takim braku ł czno ci sprawy mogły przybra  fatalny obrót. 

- Pana szefowa nie okazuje nam specjalnego zainteresowania - powiedział do 

Eastmana. - Nie widziałem jej od naszego pierwszego spotkania. 

- Ona nie zadaje si  z wyrobnikami - odparł Eastman. - Sam wszystkiego 

dogl dam. - Zmierzył Abbota drwi cym spojrzeniem. - Prosz  pami ta , co panu 

o niej mówiłem. Na pa skim miejscu trzymałbym si  od niej z daleka. 

Abbot wzruszył ramionami. 

- My l  o pieni dzach. Jeste my gotowi do prób, a pan nie ma chyba 

upowa nienia,  eby podpisywa  czeki. 

- O fors  niech si  pan nie martwi - stwierdził z u miechem Eastman. - Prosz  

si  pomartwi  o wynik próby. Jest wyznaczona na jutro. Ona tam b dzie - i niech 

Bóg ma pana w opiece, je eli co  nie wyjdzie. - Po namy le dodał: - Była wła nie 

w Stanach,  eby pozałatwia  tam sprawy. 

 

Czarny mercedes przyjechał wczesnym rankiem, aby zabra  Abbota, który z 

niepokojem stwierdził,  e chc  go rozdzieli  z Parkerem. 

- Gdzie b dzie Dan? 

- Na „Orestesie" - odparł Eastman. 

- A ja? 

- Niech pan pojedzie i sam si  przekona - stwierdził Eastman. Był wyra nie w 

złym humorze. 

Abbot wsiadł wi c niech tnie do mercedesa,  eby pojecha  tam, dok d 

zamierzano go zawie  - jak si  okazało, do centrum Bejrutu. Kiedy samochód 

mijał biura wydawanego po angielsku dziennika „Daily Star", Abbot dotkn ł 

schowanej w kieszeni koperty i zacz ł si  zastanawia , jak mógłby 

niepostrze enie dosta  si  do budynku redakcji. Ustalili z Hellierem system 

przekazywania sobie w nagłych wypadkach wiadomo ci, wygl dało jednak na to, 

e nie b dzie miał szansy z niego skorzysta . 

Dojechał samochodem do przystani jachtów, a tam wyszedł mu na spotkanie 

starannie ubrany marynarz. 

- Pan Abbot? - zapytał, a gdy Abbot skin ł głow , tamten powiedział „Prosz  

t dy" i zaprowadził go do zacumowanej przy schodach szybkiej motorówki. 

- Dok d płyniemy? - zapytał Abbot, kiedy odbili gładko od brzegu. 

- Do jachtu „Stella del Mare" - marynarz wskazał r k  kierunek. - Tam. 

Abbot obejrzał sobie dokładnie ów jacht, gdy si  do niego zbli ali. Był typow  

na Morzu  ródziemnym zabawk  dla bogaczy. Miał około dwustu ton 

wyporno ci i wyposa ono go zapewne we wszelkie mo liwe wygody oraz 

przyrz dy nawigacyjne, umo liwiaj ce upłyni cie kuli ziemskiej. 

Prawdopodobnie nigdy jednak w taki rejs nie wyruszy, co równie  było typowe. 

Owe jachty - pływaj ce rezydencje bogaczy - stały zwykle przycumowane całymi 

tygodniami w Nicei, Cannes, Bejrucie i innych ulubionych miejscach ludzi z 

wy szych sfer. Wida  było coraz wyra niej,  e przemyt heroiny to intratne 

zaj cie. 

background image

 

132 

U góry powitał Abbota kolejny okr towy lokaj w marynarskim uniformie, 

który zaprowadził go na pokład słoneczny. Wspinaj c si  po schodkach Abbot 

usłyszał brz k ła cucha kotwicznego i wibracj  silników. Wygl dało na to,  e 

„Stella del Mare" czekała tylko na niego. 

Na pokładzie słonecznym spotkał Jeanette Delorme. Opalała si , wyci gni ta 

na wznak i ubrana w taki sposób, by wystawi  na sło ce jak najwi ksz  

powierzchni  skóry. Miała na sobie najbardziej sk pe bikini, jakie widział w 

yciu: niedu y trójk cik na biodrach i stanik, zakrywaj cy tylko sutki. Ogl dał 

co  podobnego jedynie w nocnym lokalu na Soho. W tpił, czy cały kostium wa y 

wi cej ni  ósm  cz  uncji. Z pewno ci  był l ejszy od ciemnych okularów, przez 

które si  w niego wpatrywała. 

Powitała go leniwie unosz c dło . 

- Cze , Mike. To jest Youssif Fuad. 

Abbot niech tnie oderwał od niej wzrok, by spojrze  na siedz cego obok 

m czyzn . Jego łysina, ciemna jak u jaszczurki skóra i oczy gada stanowiły na 

pewno mniej przyjemny widok. Ukłonił mu si , mówi c „Dzie  dobry, panie 

Fuad". Widział ju  tego człowieka. Był to ów liba ski bankier, z którym Delorme 

jadła obiad i do którego nie próbowali podej , bo wydał im si  zbyt porz dny. 

Dowodziło to jedynie, jak bardzo mo na si  pomyli . Z pewno ci  nie wzgl dy 

zdrowotne skłoniły Fuada do wybrania si  na wycieczk  w morze w dniu, gdy 

testowali torped . 

Pokr cił gwałtownie głow , zupełnie jak ptak i powiedział z rozdra nieniem: 

- Dlaczego on tu jest? 

- Bo ja tego chc  - odparła Jeanette. - Siadaj, Mike. 

- Mówiłem chyba wyra nie,  e masz mnie nie wpl tywa ... - Fuad przerwał i 

jeszcze raz pokr cił głow . - Nie podoba mi si  to. 

Abbot, który wła nie zamierzał usi

, ponownie si  wyprostował. 

- Rozumiem,  e nie jestem tu mile widziany. Prosz  wezwa  motorówk , to 

zejd , ze statku. 

- Usi d , Mike - powiedziała Jeanette tak rozkazuj cym tonem,  e Abbot 

poczuł, jak nogi same uginaj  mu si  w kolanach. - Youssif zawsze si  denerwuje. 

Boi si  utraty reputacji. - W jej głosie pobrzmiewała drwina. 

- Zawarli my umow  - przypomniał rozgniewany Fuad. 

- Wi c jej nie dotrzymałam - odparła Jeanette. - Co na to poradzisz? - 

U miechn ła si . - Nie przejmuj si  tak bardzo, Youssif. Zadbam o ciebie. 

Rozgrywało si  mi dzy nimi co , co Abbotowi nie przypadło do gustu. 

Najwyra niej nie powinien był wiedzie  o istnieniu Fuada, który chciał pozosta  

w cieniu. Mike Abbot mógł znale  si  w niebezpiecze stwie, gdyby Fuad 

postanowił zrobi  ze wszystkim porz dek. Wygl dał na faceta, który zdolny jest 

popełni  morderstwo, nie mrugn wszy nawet tym swoim okiem bazyliszka. 

Abbot przeniósł wzrok na pann  Delorme i przygl daj c si  jej z o wiele wi ksz  

przyjemno ci  u wiadomił sobie,  e i ona bez zmru enia oka post piłaby tak, jak 

Fuad. 

- Co porabiałe , Mike? - zapytała Jeanette, u miechaj c si  do niego. 

- Cholernie dobrze wiesz, co robiłem - odparł bez ogródek Abbot. 

- Chyba  e Eastman marnował czas. 

background image

 

133 

- Jack powiedział mi wszystko, co wie - przyznała. - Ale to niewiele. Nie zna 

si  na technice. -Jej głos nabrał ostrego tonu. - Czy ta torpeda b dzie działa ? 

- Ja te  nie znam si  na technice - powiedział Abbot. - Ale Dan Parker jest 

pewny swego. - Potarł dłoni  szcz k . - My l ,  e przed wieczorem b dziesz nam 

winna sto tysi cy dolarów. 

- Youssif przygotował ju  czek. Mam nadziej ,  e go dostaniecie 

- to dla waszego dobra. 

To niedwuznaczne ostrze enie przed kar  za nieudan  prób  sprawiło,  e 

Abbotowi wyst piły na czole krople potu. Przypomniał sobie stwierdzenie 

Parkera,  e czeka go prawie niewykonalne zadanie. Zaczerpn wszy tchu, zmusił 

si , by zapyta  niefrasobliwie: „Dok d płyniemy? Jakie s  plany?" - Potem 

odwrócił głow  i popatrzył w kierunku oddalaj cego si  l du, nie tyle ze wzgl du 

na ciekawe widoki, ile po to, by unikn  spojrzenia Jeanette, przygl daj cej mu 

si  zza ciemnych okularów. Spo ród tych dwojga osobników, z którymi miał do 

czynienia, samica była z cał  pewno ci  bardziej jadowita ni  samiec. 

Podniosła si  nagle, poprawiaj c kusy stanik, który przy zmianie Pozycji 

niebezpiecznie si  osun ł. 

 - Podpłyniemy do „Orestesa". Jest na morzu, z dala od ucz szczanych 

szlaków. Mamy te  par  motorówek,  eby zapewni  sobie spokój. To przypomina 

morskie manewry. 

- Ile czasu b dziemy tam płyn ? 

- Dwie godziny, mo e dłu ej. 

- Powiedzmy,  e trzy godziny w jedn  stron  - stwierdził Abbot. - I Bóg raczy 

wiedzie , ile zajmie nam sama próba. To potrwa cały dzie . Ju  zaczynam 

odczuwa  mdło ci. Nigdy nie lubiłem okr tów. 

- Mam pewien sposób na chorob  morsk  - oznajmiła Jeanette, przesuwaj c 

czubkiem j zyka po górnej wardze. - Zapewniam,  e jest niezawodny. Nie s dz , 

Mike,  eby  miał czas chorowa . 

Kiedy poło yła r ce za głow  i wypr yła piersi w jego kierunku, był skłonny 

jej uwierzy . Rzucił okiem na Fuada, który równie  wpatrywał si  w ni  jak 

bazyliszek, ale w jego martwym gadzim spojrzeniu nie było  ladu po dania. 

 

„Orestes", widoczny ju  wyra nie na horyzoncie, sun ł oci ale na spotkanie 

po spokojnej tego ranka powierzchni morza. Parker wspi ł si  po schodkach na 

mostek i uniósł w gór  kciuk. 

- Wszystko w porz dku. Rozgrzej  teraz baterie. Eastman przytakn ł, a 

potem wskazał znacz co głow  na oficera z otoczk  ple ni na wygniecionej 

czapce. 

- Kapitan nie jest zachwycony. Mówi,  e statek stracił stabilno . 

- A czego si  spodziewał, skoro na samym  rodku dziobu jest ta cholernie 

wielka dziura? - zdenerwował si  Parker. - W ko cu si  przyzwyczai. 

- Pewnie tak - powiedział z namysłem Eastman. - Mo e byłoby dobrze wyci  

te  otwór po drugiej stronie? 

- Mo liwe - powiedział ostro nie Parker. - To by zapewniło lepsz  równowag . 

- O co chodzi z tym rozgrzewaniem baterii? Nie wiedziałem,  e pan to robi. 

background image

 

134 

- Rozgrzana bateria wydziela energi  szybciej i łatwiej ni  zimna. Przy 

ró nicy trzydziestu stopni Fahrenheita mo na o jedn  trzeci  zwi kszy  zasi g 

torpedy, a chcemy,  eby był on maksymalnie du y. - Parker wyj ł fajk . - 

Nastawiłem gł boko  na dwana cie stóp. Przy mniejszej kołysałaby si  zapewne 

na fałach i wyskakiwała z wody. Taki brak stateczno ci mógłby wytr ci  j  z 

kursu. Kiedy sko czy bieg, wypłynie na powierzchni  gładko jak korek, a dzi ki 

wiatłu Holmesa da si  łatwo zlokalizowa . 

- B dzie pan na miejscu,  eby j  odszuka . 

- My lałem,  e mam pomóc przy jej odpalaniu. 

- Zrobi pan jedno i drugie - stwierdził Eastman. - Motorówka zabierze pana 

tam, gdzie trzeba. Parker zapalił zapałk . 

- Musi by  cholernie szybka,  eby wyprzedzi  torped . 

- Mamy odpowiedni sprz t. Czy pr dko  czterdziestu pi ciu w złów 

wystarczy? 

- Wystarczy - przyznał Parker, wydmuchuj c wst g  niebieskiego dymu. 

Eastman z odraza zmarszczył nos i ustawił si  z wiatrem. 

- Co pan pali? Stare skarpetki? 

- Ju  łapi  pana mdło ci? - zapytał z szerokim u miechem Parker, ponownie 

si  zaci gaj c. - Gdzie podziewa si  od rana Mike? Eastman wpatrywał si  w 

horyzont. 

- Szefowa chciała si  z nim widzie  - odparł ponuro. 

- Po co? - zapytał ze zdziwieniem Parker. 

- Niech pan zgaduje. Do trzech razy sztuka - powiedział Eastman 

uszczypliwym tonem. - Ta dziwka lubi  ci ga  majtki. 

- Nieładnie tak mówi  o swojej szefowej - zauwa ył z dezaprobat  Parker. - 

My li pan,  e... hm...  e ona i Mike...? 

- Dałbym głow ,  e s  teraz w łó ku - powiedział z pasj  Eastman, wal c 

pi ci  w reling. 

- No, no, zdaje si ,  e Jack jest zazdrosny... - stwierdził Parker, tłumi c 

miech. 

- Gówno prawda - powiedział twardo Eastman. - Nie obchodzi mnie, co ten 

kociak robi ze swoim ostentacyjnie pokazywanym tyłkiem, ale nie powinna 

miesza  rozrywki z interesami. Mo e nam wszystkim przysporzy  kłopotów. Nie 

powinna była... 

Zamilkł nagle, a Parker zapytał niewinnie: 

- Czego nie powinna...? 

- Niewa ne - odparł szorstko Eastman. Poszedł na mostek i zacz ł rozmawia  

tam cicho z kapitanem. 

 

Abbot zapi ł koszul  i wychylił si  ze zmi tej po cieli, aby wyjrze  przez 

iluminator. „Czego to ja nie robi  dla sprawy" - pomy lał spogl daj c na 

zegarek. Byli na morzu od ponad dwóch godzin. Słyszał plusk wody, gdy  

Jeanette brała prysznic w kabinie przylegaj cej do kajuty. Zjawiła si  po chwili, 

mokra i naga. Rzuciła mu r cznik i rozkazała, by j  wytarł. 

Zabrawszy si  do tego energicznie, nie mógł oprze  si  wspomnieniom z 

dzieci stwa, kiedy bywał cz sto w stadninie dziadka, a stary Benson, główny 

background image

 

135 

stajenny, uczył go sztuki obchodzenia si  z ko mi. Mimo woli pogwizdywał przez 

z by, tak jak robił to Benson, gdy czesał wierzchowca. Zastanawiał si , co 

staruszek pomy lałby o tej klaczy. 

- Prawie wcale si  nie pokazywała  - powiedział. - Miałem nadziej  cz ciej ci  

widywa . 

- Widziałe  ju  wszystko. 

- Co robiła  w Stanach? Poczuł, jak lekko zesztywniała. 

- Sk d wiesz,  e tam byłam? 

- Eastman mi powiedział. 

- Jack za du o mówi. - Po chwili dodała: - Robiłam to, czego si  pewnie 

domy lasz - załatwiałam ró ne sprawy. 

- Z powodzeniem? 

- Jak najbardziej. - Wy lizn ła mu si  z r k. - Zarobi  mnóstwo pieni dzy. 

Abbot u miechn ł si  szeroko. 

- Wiem. Zastanawiałem si , w jaki sposób mógłbym wykroi  wi cej dla siebie. 

Przygl dał si  Jeanette, kiedy szła przez kajut . Jej smukłe ciało było 

równomiernie opalone, bez  ladu białych plam. Najwyra niej kuse bikini, które 

miała na sobie rano, stanowiło ust pstwo na rzecz czyjej  skromno ci. Nie 

wyobra ał sobie tylko - czyjej. Czy by Fu-ada? Czysta kpina. 

Odwróciła si  do niego i u miechn ła. 

- Je eli próba si  uda, mo esz dosta  wi cej. - Wło yła kuse figi i zapytała: - 

Co s dzisz o Jacku Eastmanie? 

- Robi wra enie twardziela - odparł z namysłem Abbot. - Nie jest mi czakiem. 

- Mógłby  si  z nim zaprzyja ni ? 

- Chyba tak. To zale y te  od niego. Skin ła głow . 

- Mo e dałoby si  co  zrobi  - powiedziała zapinaj c stanik. - Nawet gdyby cie 

nie doszli do porozumienia, mo na by to jako  załatwi  - o ile byłby  gotów 

pomóc. 

„Bo e, co za diablica!" - pomy lał. Było oczywiste, jak  kusz c  ofert  mu 

podsuwa. Pozbywszy si  Eastmana mógł zaj  jego miejsce, ale nie miał złudze , 

o co w tym wszystkim chodzi. Zapewne eliminuj c z pomoc  Abbota swego 

wspólnika, Jeanette zarobiłaby jeszcze wi cej pieni dzy. Ale znalazłszy si  na 

miejscu Eastmana -niebezpiecznym miejscu - stanowiłby cel dla nast pnego 

frajera ze spluw , który chciałby wej  w jej wypełnione tanim seksem  ycie. 

Pomy lał o spisie zamordowanych m czyzn w dossier Jeanette. Ciekawe, ilu z 

nich było jej kochankami. Modliszka po eraj ca samców. 

Obdarzył j  ujmuj cym u miechem. 

- To jest my l. A co ma z tym wszystkim wspólnego nasz przyjaciel Fuad? 

- Teraz ty za du o mówisz - odparła z wyrzutem, zapinaj c bluzk . 

- Ciebie to nie dotyczy. 

- Ale  tak. On trzyma kas , prawda? Usiadła przy toaletce i zacz ła si  

malowa . 

- Za pr dko wyci gasz wnioski - stwierdziła. - Ale nie mylisz si . 

- Jej oczy patrzyły na niego z lustra. - Jeste  bystry, Mike. O wiele bardziej 

ni  Jack. Nie przypuszczam,  eby  miał z nim jakie  problemy. 

- Dzi ki za wotum zaufania. 

background image

 

136 

- Skoro jeste  taki m dry, mo e co  mi wyja nisz. Co wiesz o Regent Films? 

Abbot zdawał sobie spraw ,  e go obserwuje, chocia  była odwrócona plecami 

i miał nadziej ,  e zdołał zachowa  niewzruszon  twarz. 

- To angielska, a wła ciwie brytyjska - wytwórnia filmowa. Całkiem du a. 

- Kto jest jej szefem? 

- Niejaki Hellier - sir Robert Hellier. Odwróciła si  do niego. 

- No wi c wyja nij mi, dlaczego angielski szlachcic przeszkadza mi w 

interesach? 

Abbot z trudem stłumił  miech. 

- Załó my,  e starego Helliera mo na nazwa  szlachcicem. Naprawd  ci 

przeszkadza? 

- Jego firma - i to bardzo. Narazili mnie na du e straty. 

Abbot zachował niewzruszon  twarz, cho  miał ochot  krzycze  z rado ci. A 

wi c Warren ze swoj  ira sk  grup  wbili jej sztylet w ten portfel, który nosiła 

zamiast serca. Wzruszył ramionami. 

- Niewiele wiem o Hellierze. To nie moja działka - nie interesowały mnie filmy 

ani plotki. Moim zdaniem prowadzi całkiem szacown  firm . Robi  niezłe filmy. 

Niektóre widziałem. 

Rzuciła z łoskotem grzebie . 

- Przez tych facetów z Regent Films straciłam wi cej forsy ni  jeste  sobie w 

stanie wyobrazi . Oni s ... - przerwała, gdy  zadzwonił telefon. Podniosła 

słuchawk . - Tak? W porz dku. 

Abbot wyjrzał przez iluminator i zobaczył,  e „Orestes" jest ju  blisko. 

- Chod , Mike - powiedziała Jeanette. - Musimy wyj  na pokład. Przenosimy 

si  na drugi statek. 

Kiedy znale li si  na pokładzie, Abbot zobaczył grup  marynarzy zaj tych 

spuszczaniem łodzi. „Stella del Mare" stan ła i kołysała si  niespokojnie na 

falach, a „Orestes" znajdował si  na jej trawersie w odległo ci około dwustu 

jardów. 

Fuad nie wyszedł na pokład, ale Abbot zauwa ył,  e ukrywa si  w salonie. 

Wygl dało na to,  e Youssif Fuad chciał zatai  swoje powi zania z ich podejrzan  

operacj  i dlatego sprzeciwiał si  obecno ci Abbota na statku. Jeanette zale ało 

natomiast wyra nie, aby Fuad został bardziej uwikłany w cała spraw . Abbot 

zastanawiał si , czy nie da si  tego wykorzysta  przeciw niemu. 

Zszedł za Jeanette do motorówki, która leniwie zatoczyła koło i popłyn ła w 

kierunku „Orestesa". Kiedy panna Delorme wspi ła si  na pokład sfatygowanego 

statku, zrobiła si  nagle bardzo oficjalna. 

- W porz dku, Jack, ruszamy. Jest pan gotowy, Parker? Parker u miechn ł 

si  beztrosko. 

- Jak najbardziej. 

Odpowiedziała mu zdawkowym u miechem. 

- Oby si  udało. Jack mówił mi zreszt ,  e dobrze pan pracuje. Zabrz czał 

telegraf, pokład zadr ał przy zwi kszonych obrotach silników i „Orestes" ruszył 

z miejsca. 

- Jak  mamy marszrut ? - zapytał Abbot. 

background image

 

137 

- Popłyniemy jeszcze pi tna cie mil - wyja nił Eastman. - Potem zawrócimy 

statek i wystrzelimy torped . Zostawiamy po drodze par  łodzi, na wypadek, 

gdyby za pr dko si  wynurzyła, ale tak czy inaczej b dziemy j   ledzi . Powinna 

wypłyn  gdzie  w pobli u jachtu - je eli zdołamy uzyska  odpowiedni zasi g. 

Abbot roze miał si  i powiedział do Parkera: 

-  eby  tylko nie okazał si  za dobry, Dan. Byłby niezły kawał, gdyby  r bn ł 

torped  w „Stella del Mare". Parker chrz kn ł. 

- Bez głowicy nie wyrz dziłaby wi kszych szkód. Ale nadawałaby si  na złom, 

a tego wolałbym unikn . 

- Ja tak e - przyznał Eastman. Rzucił Abbotowi złowrogie spojrzenie i 

powiedział chłodnym tonem: - Nie podoba mi si  pa skie poczucie humoru. 

- Mnie równie  - stwierdził Abbot, nadal si  u miechaj c. - Dan i ja mamy w 

tej torpedzie sto tysi cy dolarów. 

„Orestes" pruł fale, płyn c na zachód. Jeanette wzi ła Eastmana pod r k  i 

poszli na drugi koniec pokładu, pogr eni w rozmowie. 

- Nie jest ju  tak przyja nie nastawiony, jak kiedy  - powiedział Abbot. 

Parker nie mógł opanowa   miechu. 

- Mo e jest zazdrosny. Czy ma powody, Mike? 

- Chodzi ci o mnie i pann  Delorme? - Abbot zrobił kwa n  min . - Nie wiem, 

czy jest zazdrosny, ale powinien mie  cholernego stracha. Ta dziwka chce,  ebym 

go stukn ł, jak tylko nadarzy si  okazja. Mieli my mał  przyjacielsk  

pogaw dk . 

- Zało  si ,  e nie poprzestałe  na rozmowie - zauwa ył zgry liwie Parker. - 

Chcesz powiedzie ,  e zaproponowała ci zabicie Eastmana? 

- Mo e nie dosłownie, ale poruszyła ten temat. I jeszcze jedno: Warren zadał 

jej w Iranie dotkliwy cios. Jest w ciekła jak diabli. Pytała mnie o Regent Films. 

- Dobrze wiedzie  - stwierdził Parker. - Co jej powiedziałe ? 

- Udawałem idiot  i poprzestałem na ogólnikach. Mo e Warren zdoła sam 

załatwi  spraw  i uwolni nas z opresji. 

- Nie da rady - powiedział Parker. - Jeste my jak robak wij cy si  na haczyku. 

Sami b dziemy musieli si  z tego wypl ta . Zejd  na dół. Chc  sprawdzi  torped . 

Abbot zmarszczył brwi. Zdawało mu si ,  e dostrzegł u Parkera cie  

zdenerwowania. Nigdy dot d tego nie zauwa ył. Wolał nie my le , co mogłoby si  

sta , gdyby próba si  nie powiodła. Parkera martwiło jednak co innego: co 

b dzie, je eli próba si  uda. Warto było si  nad tym zastanowi . 

Kiedy przyjdzie pora na wykonanie zadania, b d  zapewne musieli razem z 

Parkerem przepłyn  na „Orestesie" Atlantyk i odpali  torped  w kierunku 

jakiej  samotnej pla y. Tyle tylko,  e torpeda nigdy tam nie dotrze - Parker ju  o 

to zadba. Nietrudno było przewidzie , co zrobi wtedy Jeanette - jedynie szczegóły 

pozostawały do wyja nienia. Prawdopodobnie podzieliłby z Parkerem betonow  

trumn  na dnie Morza Karaibskiego. Była to nieprzyjemna perspektywa. 

Nale ało raczej zaczeka  a  głowica zostanie napełniona heroin , a potem 

zatopi  torped  w takich okoliczno ciach,  eby obaj mogli uciec. Kłopot polegał 

na tym,  e wszystko zale ało od decyzji Delorme - sam nie mógł podj   adnego 

działania. Musieli po prostu czeka  i obserwowa , co si  dzieje. 

background image

 

138 

Oparł si  o reling i spogl dał pos pnie w morze, zatopiony w my lach. Potem 

westchn ł ci ko, a kiedy si  odwrócił, zobaczył Jeanette przytulon  do 

Eastmana. Opowiadała mu zapewne, co załatwiła w Stanach. Du o by dał,  eby 

podsłucha  ich rozmow . Gdyby wiedział, dok d chc  przerzuci  heroin , 

ameryka ski gang mógłby wpa  w pułapk . Torpeda zostałaby przechwycona 

na pla y, a Parker i on byliby czy ci. 

Rozmy lania te przerwało brz czenie dzwonka telegrafu i nagły spadek 

wibracji. Parker wrócił na gór  i wyjrzał przez burt . 

- Jeste my na miejscu - oznajmił. - Patrz, co tam płynie. Abbot zobaczył 

szybk  motorówk , poruszaj c  si  swobodnie po wodzie. Zjawił si  Eastman i 

powiedział: 

- Ma nas zabra  z powrotem na jacht. Jak zamierza pan to rozegra , Parker? 

- Mamy z motorówki ł czno  ze statkiem? 

- Oczywi cie. Przez radio. 

- Wi c prosz  pogada  z kapitanem. Obok kolumny busoli jest przeł cznik. 

Niech go naci nie, kiedy kompas wska e północ. Chciałbym by  w motorówce, 

eby widzie  start torpedy. Kapitan b dzie musiał tylko obserwowa  kompas i 

wł czy  przycisk. Wolałbym,  eby sam trzymał ster. 

- Przeka  mu to - obiecał Eastman i udał si  na mostek. 

Wydano polecenia, po czym wsiedli do motorówki, która stała przy burcie. 

Najpierw zeszli Jeanette i Eastman, potem Abbot i Parker. Silniki wydały głuchy 

pomruk, co oznaczało,  e pracuj  na małych obrotach. Zacz li oddala  si  od 

„Orestesa", który zatoczył szeroki kr g, by popłyn  w przeciwnym kierunku. 

Parker obserwował statek. 

- Niech mi pan da lornetk  i powie kapitanowi,  e mo e odpala , kiedy b dzie 

gotowy. Gdy dam znak, ruszamy. Odległo  nieco ponad trzydzie ci w złów. 

Kurs dokładnie na północ. Wszyscy niech patrz  za ruf . 

Eastman powiedział co  do mikrofonu, a potem oznajmił: 

- Odpali torped , kiedy znajdzie si  na wła ciwej pozycji. Lada chwila. 

Parker przytkn ł do oczu lornetk  i wpatrywał si  w dziób „Ore-stesa". 

Zaległo milczenie, po czym Eastman powiedział: „Odpalił!" i równocze nie 

Parker krzykn ł: 

- Ju  leci! Ruszamy! - Zobaczył wydobywaj ce si  spod dziobu „Orestesa" 

ba ki powietrza, które przykrył natychmiast kilwater. 

Przy otwartych przepustnicach cichy pomruk silników przeszedł nagle w 

ogłuszaj cy ryk, a gwałtowne przy pieszenie przyparło na chwil  Abbota do 

siedzenia. Parker wpatrywał si  w wod . 

- Nie wyskoczyła! - zawołał triumfalnie. - Troch  si  o to martwiłem. Chyba 

dobrze leci. 

- Co pan ma na my li? - krzykn ł Eastman. 

- Wyrzutnia jest zaledwie sze  stóp pod wod , a torped  nastawiłem na 

dwana cie stóp. Balem si ,  e mo e zanurkowa , a potem wyskoczy  nagle na 

powierzchni . Ale ta  licznotka nie zrobiła tego. - Parker pochylił si  do przodu. - 

Niech pan powie sternikowi,  eby starał si  utrzymywa  pr dko  trzydziestu 

jeden w złów i płyn  cały czas prosto. 

background image

 

139 

Była to szale cza gonitwa i Abbot miał wra enie,  e nigdy si  nie sko czy. 

Morze było spokojne, ale nawet na niewielkich falach motorówka podskakiwała i 

leciała przez ułamek sekundy w powietrzu, zanim opadła z trzaskiem na 

powierzchni  wody. Dotkn ł w ko cu ramienia Parkera i zapytał: 

- Ile czasu to potrwa? 

- Jakie  pół godziny. Torpeda robi trzydzie ci w złów, powinni my wi c by  

troch  przed ni . Patrz uwa nie za ruf . Przy odrobinie szcz cia jeszcze przez 

jaki  czas niczego nie zobaczymy. 

Abbot wpatrywał si  w morze za motorówk  i w kipiel, któr  za sob  

pozostawiała, pruj c, jak mu si  wydawało, z niesamowit  pr dko ci . Po 

pewnym czasie stwierdził,  e ten widok go hipnotyzuje i przyprawia o mdło ci, 

odwrócił wi c głow  i spojrzał na pozostałych, mru c oczy od wiatru. 

Jeanette siedziała równie spokojnie jak swego czasu w Paon Rouge, trzymaj c 

si  jedn  r k  metalowego relingu. Wiatr rozwiewał jej jasne włosy i przyciskał 

do ciała bluzk . Eastman szczerzył z by jakby w wymuszonym u miechu. Od 

czasu do czasu mówił co  do trzymanego w r ce mikrofonu, Abbot nie wiedział 

jednak, z kim si  kontaktuje. Zapewne informował „Stell  del Mare",  e s  w 

drodze. Parker był na luzie i spogl dał za ruf  z błyskiem podniecenia w oczach i 

szerokim u miechem na twarzy. Prze ywał swój wielki dzie . 

Motorówka p dziła bez ko ca po wodzie. Po dziesi ciu minutach przemkn li 

obok innej du ej łodzi, która kr yła leniwie w kółko. Eastman podniósł si  i 

pomachał r k . Była to jedna z łodzi pilnuj cych szlaku. Eastman przysiadł 

raptownie, gdy ich motorówka podskoczyła nagle, przecinaj c raz i drugi 

pozostawiony przez tamtych  lad na wodzie. P dzili naprzód, oddalaj c si  coraz 

bardziej od kr

cej lodzi. 

Abbot pomy lał o torpedzie, która - o ile Parker si  nie mylił - znajdowała si  

pod wod  gdzie  za nimi. Chocia  widział j  rozebran  na cz ci, z trudem 

potrafił sobie uzmysłowi ,  e mknie tam w dole z du  pr dko ci , nie zbaczaj c z 

kursu. Popatrzył w przód na barczystego m czyzn  przy sterze i zobaczył, jak 

napina ramiona i plecy, staraj c si  utrzyma  kurs motorówki. Dało mu to 

poj cie o tym, czego podj ł si  Parker - zredukowa  odchylenie do połowy cala na 

sto jardów, na dystansie wielu mil. 

Min li nast pn  kr

c  łód , podskakuj c znowu na pozostawionej przez ni  

fali i pr dko si  od niej oddalaj c. Eastman zerkn ł na zegarek. 

- Jeszcze dziesi  minut - krzykn ł, u miechaj c si  do Parkera. - 

Pokonali my dziesi  mil - zostało pi . Parker energicznie skin ł głow . 

- Prosz  zmniejszy  pr dko  o jeden w zeł, je li to mo liwe. Nie powinni my 

jej za bardzo wyprzedza . 

Eastman odwrócił si , by powiedzie  co  do ucha sternika i ryk silników 

minimalnie osłabł. Abbot nie odczuł  adnej zmiany pr dko ci. Motorówka 

pozostawiała za sob  spieniony  lad, równie pr dko kre l c idealnie prost  lini  

na bł kitnej powierzchni morza. Coraz bardziej ogarniały go mdło ci. Hałas był 

ogłuszaj cy, a ruch motorówki działał mu  le na  oł dek. Wiedział,  e je li 

wkrótce si  nie zatrzymaj , zwymiotuje za burt . Ten rodzaj sportów wodnych 

stanowczo mu nie odpowiadał. 

background image

 

140 

Po chwili Jeanette przerwała milczenie, wstała i pokazuj c co  r k , 

powiedziała: -,,Stella del Mare". 

Abbot poczuł ulg  - jego m czarnie dobiegały ko ca. Parker odwrócił si  i 

spojrzał na jacht, po czym skin ł na Eastmana: 

- Nie zatrzymujmy si  tutaj. Płyniemy dalej tym samym kursem. Chodzi o 

torped , a nie o ten przekl ty jacht. 

Eastman pokiwał głow  i znowu powiedział co  sternikowi. Przemkn li obok 

„Stelli del Mare" i mieli teraz przed sob  ju  tylko faluj cy horyzont. 

- Niech wszyscy patrz  za ruf ! - krzykn ł Parker. - Zobaczycie j  z dziobem 

nad wod , jak wystaj cy z morza ogromny słup. B dzie wida   wiatło i troch  

dymu. 

Wszyscy rozgl dali si , ale widzieli jedynie oddalaj c  si  sylwetk  „Stelli del 

Mare". W miar  upływu czasu Abbot był coraz bardziej przygn biony. Spojrzał 

na zegarek i zauwa ył,  e min ły ju  trzydzie ci trzy minuty, odk d zacz li t  

szale cz  gonitw  po Morzu  ródziemnym. Obliczył w pami ci,  e przebyli co 

najmniej szesna cie mil, a mo e nawet wi cej. Co mogło zawie ? 

Przypomniał sobie słowa Parkera,  e torpeda odpalona na gł boko ci sze ciu 

stóp ma potem zej  na dwana cie. Parker martwił si , czy nie grozi jej 

wynurzenie, ale co b dzie, je eli po prostu opadła na dno morza? Z tego, co mu 

opowiadał, wynikało,  e gdyby znalazła si  na gł boko ci poni ej sze dziesi ciu 

stóp, zmia d yłoby j  ci nienie wody i nigdy wi cej by jej nie zobaczyli. 

Spojrzał na Jeanette, której twarz nie wyra ała  adnych uczu . Jak si  

zachowa? Mógł si  domy la ,  e zareaguje gwałtownie. Parker wpatrywał si  z 

napi ciem w morze za ruf . Nie u miechał si  ju , a zmarszczki w k cikach oczu 

stały si  bardziej widoczne. 

Trzydzie ci cztery minuty - i nic. Trzydzie ci pi  minut - nadal nic. Abbot 

próbował napotka  wzrok Parkera. ale ten koncentrował cał  uwag  na morzu. 

„Wszystko przepadło" - pomy lał z rozpacz . 

Nagle Parker podskoczył. 

- Wypływa! - krzykn ł z podnieceniem. - Z prawej burty. Wył czcie te 

przekl te silniki! 

Abbot patrzył w morze, dzi kuj c Bogu,  e silniki przestały pracowa . 

Torpeda wynurzała si  w oddali dokładnie w taki sposób, jak opisał to Parker. W 

silnym blasku sło ca wida  było dym i nikły  ółty płomie . Motorówka skr ciła i 

popłyn ła w tym kierunku. Parker dosłownie ta czył z rado ci. 

- Gdzie jest bosak? - pytał. - Musimy j  zaczepi . 

- Co to za płomie ? - zainteresował si  Eastman. 

-  wiatło Holmesa - wyja nił Parker. - Zasilane sodem - im wi ksza wilgo , 

tym intensywniej si  pali. 

- Zr czna sztuczka - stwierdził Eastman. 

Parker odwrócił si  do niego i powiedział uroczy cie: 

- To drobiazg wobec faktu,  e ta torpeda w ogóle tu jest. Przypuszczam,  e 

zrobiła osiemna cie mil. To ju  nie sztuczka, tylko prawdziwy cud. Jeste cie 

zadowoleni? 

Eastman u miechn ł si  i spojrzał na Jeanette. 

- Chyba tak. 

background image

 

141 

- Spodziewamy si  teraz czeku - powiedział Abbot do Jeanette. Odpowiedziała 

mu promiennym u miechem. 

- Dostan  go od Youssifa, gdy tylko wrócimy na jacht. 

 

Wrócili do Bejrutu na pokładzie „Stelli del Mare", pozostawiaj c „Orestesa", 

aby odczepił torped  od motorówki, do której była przymocowana. Parker 

przyrzekał wieczne pot pienie ka demu, kto okazałby si  na tyle nieostro ny, by 

j  uszkodzi . Kiedy znale li si  w luksusowym salonie, Eastman otworzył barek. 

- Chyba wszyscy musimy si  czego  napi . 

Abbot opadł bez sił na fotel. Tym razem Eastman okazał si  wyrazicielem jego 

uczu . W ci gu minionej godziny zaznał tylu emocji,  e wystarczyłoby ich na cale 

ycie i miał ochot  na jaki  mocny trunek. Towarzystwo dobrze si  bawiło. 

Eastman miał znakomity humor, Parker, który upajał si  sukcesem, nie musiał 

poprawia  sobie nastroju alkoholem, Jeanette była wesoła i ol niewaj ca, nawet 

Youssif Fuad udobruchał si  na tyle,  e na jego twarzy pojawił si  przez moment 

ulotny u miech. Abbot odczuwał jedynie ulg . 

Jeanette pstrykn ła palcami na Fuada, który wyj ł z kieszeni zło ony kawałek 

papieru i podał go jej. 

- To pierwsza rata, Mike - powiedziała przekazuj c papier Abbotowi. - Potem 

b dzie wi cej. 

- Oby było ich jak najwi cej - powiedział. 

Rozło ył czek i zobaczył,  e Fuad wystawił go we własnym banku na sum  stu 

tysi cy dolarów ameryka skich. Pomy lał, co by si  stało, gdyby próbował go 

zrealizowa , zanim torpeda wykona swoje zadanie na wybrze u Stanów. Nie 

pozwolił sobie jednak na  aden komentarz. Nie powinien przecie  wiedzie ,  e 

Fuad jest bankierem. 

Eastman wzniósł toast: 

- Za najlepszego mechanika, jakiego miałem szcz cie spotka . Wypili 

zdrowie Parkera, który a  si  zarumienił. 

- Szkoda,  e nie organizuj  wy cigów torped - stwierdził Eastman. - Miałby 

pan zapewnion  prac , Dan. Nie widziałem czego  równie podniecaj cego, odk d 

byłem w Hialeah. - U miechn ł si  do Jeanette. - Tyle,  e na tym mo na chyba 

zarobi  o wiele wi cej ni  wygrałem kiedykolwiek na wy cigach. 

- To dopiero pocz tek - powiedział Parker. - Teraz, zaczn  si  nast pne 

problemy. 

Jeanette pochyliła si  naprzód. 

- Jakie problemy? - zapytała ostro. Parker zamieszał drinka w szklance. 

- Torpeda typu Mark XI ma zwykle niewielki zasi g - nieco ponad trzy mile. 

Wida  to, do czego si  strzela. Nawet głupiec zobaczy statek z odległo ci trzech 

mil. W waszym przypadku jest inaczej. Chcecie celowa  w co , co jest za 

horyzontem. 

- Nie powinno by  z tym problemu - stwierdził Eastman. Sami widzieli cie, 

jaki kawał drogi przepłyn li my. Je eli jeszcze ma si  dobrego nawigatora, który 

wie, gdzie si  znajduje... 

- Nawet najlepszy nawigator na  wiecie nie potrafi okre li  pozycji statku na 

otwartym morzu z dokładno ci  do jednej czwartej mili - powiedział stanowczo 

background image

 

142 

Parker. - Chyba,  e miałby inercyjny system naprowadzania, na który nie byłoby 

was sta , nawet gdyby marynarka zechciała wam go sprzeda . Takich rzeczy nie 

kupuje si  na wolnym rynku. 

- Jakie mamy wyj cie? - zapytała Jeanette. 

- Ten wielki bom na „Orestesie" jest około pi dziesi ciu stóp nad wod  - 

odparł Parker. - Gdyby umie ci  tam człowieka w czym  w rodzaju bocianiego 

gniazda, widziałby horyzont o ponad osiem mil 

dalej. Musieliby cie na tej samej wysoko ci, albo nawet wy ej, zapa li  na 

brzegu  wiatło i je li tylko b dzie wystarczaj co jasno, nasz obserwator powinien 

je dostrzec z odległo ci szesnastu mil od l du. Ale trzeba by to robi  noc . 

- Takie było zało enie - stwierdził Eastman. Parker skin ł głow . 

- Wszystko wymaga jeszcze doszlifowania, ale w ogólnym zarysie tak to 

wygl da. - Przerwał na chwil . - Na brzegu mo e si  pali  wi cej  wiateł, wi c 

musicie znale  jaki  sposób,  eby rozpozna  to wła ciwe. Mo na wybra  jaki  

okre lony kolor, albo lepiej wł czy  do obwodu przerywacz i nadawa  sygnał. 

Człowiek w bocianim gnie dzie na „Orestesie" powinien mie  teleskop - 

wystarczy taki, jakich u ywaj  strzelcy wyborowi. I niech b dzie solidnie 

umocowany, jak celownik teleskopowy. Gdy tylko zobaczy w nim  wiatło, 

naci nie guzik i odpali torped . Byłoby dobrze, gdyby miał kontakt ze sternikiem 

przez interkom. 

- Widz ,  e ma pan du o błyskotliwych pomysłów - powiedział z podziwem 

Eastman. 

- Staram si  tylko zasłu y  na zarobek - powiedział skromnie Parker. - W 

ko cu mam w tym swój udział. 

- Taaak - stwierdził Eastman. - Kolejnych dwie cie tysi cy dolców. 

Zapracowuje pan na nie. 

- Mo e dostanie pan nawet wi cej, Parker - o wiadczyła Jeanette, u miechaj c 

si  słodko do Fuada. - Youssif nie jest ani biedny, ani sk py. 

 Fuad zmru ył oczy. Jego twarz była sztywna i napi ta. Abbot odniósł 

wra enie,  e jest tak samo hojny jak kto , komu udało si  wła nie obrabowa  

ko cieln  skarbonk  na datki dla ubogich. 

 

Kiedy wrócili do przystani jachtów, samochód Jeanette nadal ich oczekiwał. 

- Chce wam co  pokaza  - powiedziała do Abbota i Parkera. - Wsi d cie do 

wozu. - Potem zwróciła si  do Eastmana: 

- Ty zostaniesz z Youssifem i sprawdzicie to, o co prosiłam. Zobaczymy, czy 

który  z was znajdzie tam jakie  luki. 

Wsiadła do wozu, zajmuj c miejsce obok Abbota. Samochód ruszył. Abbot 

szukał okazji,  eby porozmawia  na osobno ci z Parkerem, który - upojony 

sukcesem - troch  za du o gadał. Musiał mu o tym powiedzie . 

- Dok d jedziemy? - powiedział, zwracaj c si  do Jeanette. 

- Z powrotem na miejsce, z którego zabrali my was rano. 

- Nic mnie tam nie zaskoczy - stwierdził. - Wszystko ju  obejrzałem. 

U miechn ła si  tylko, nic nie mówi c. Samochód opu cił majestatycznie 

Bejrut i jad c szos  w kierunku Trypolisu dotarł do szopy. 

background image

 

143 

w której znajdowała si  torpeda. Kiedy skr cił na dziedziniec, Jeanette 

powiedziała: 

- Zajrzyjcie do  rodka, a jak wrócicie, to porozmawiamy. 

Wysiedli obaj i poszli w kierunku szopy. Zanim otworzyli drzwi, Abbot 

powiedział: 

- Zaczekaj chwileczk , Dan. Chc  z tob  pogada . Chyba nie powiniene  

mówi  im za du o, tak jak dzisiaj w powrotnej drodze. Je eli tej diablicy 

przyjdzie do głowy,  e ju  nas nie potrzebuje, mo emy mie  kłopoty. 

Parker u miechn ł si  zuchwałe. 

- Jeste my im potrzebni - powiedział z przekonaniem. - Kto wło y do torpedy 

nowe baterie? Eastman nie wiedziałby przede wszystkim, jak to zrobi . B dziemy 

bezpieczni a  do ko ca, Mike. - Twarz mu nagle spowa niała. - Nie wiem tylko, 

do cholery, co si  stanie potem. Wejd my tam i zobaczmy, co to za wielka 

niespodzianka. 

Weszli do szopy. Parker zapalił  wiatło i stan ł osłupiały na szczycie schodów. 

- A niech mnie diabli! - wybuchn ł. - Z cał  pewno ci  b d  nas potrzebowa ! 

Na dole stały na kozłach a  trzy torpedy. Abbot poczuł nagle,  e zaschło mu w 

gardle. 

- Jeszcze trzy! To oznacza cholern  ilo  heroiny. 

Odczuł nieodpart  potrzeb ,  eby przekaza  informacj  na ten temat komu , 

kto mógłby je z po ytkiem wykorzysta . Ale jak miał to zrobi , u diabła? Ka dy 

jego krok, ka de posuni cie było pod obserwacj . 

- Je eli my l ,  e zaczn  tu sam ta mow  produkcj , to grubo si  myl  - 

zrz dził Parker. 

- Dan, uspokój si , na miło  bosk ! - zganił go Abbot. - Staram si  co  

wymy li . - Po chwili dodał: - Spróbuj  wystawi  t  dziwk  do wiatru. Musisz mi 

pomóc. Pami taj tylko,  e miałe  ci ki dzie  i marzysz o tym,  eby si  poło y . 

Opu ciwszy szop  poszedł przez podwórze do oczekuj cego samochodu. 

Nachylił si  i powiedział: 

- To spora niespodzianka. Czy wszystkie chcecie załadowa  i odpali  

równocze nie? 

- Jack nazywa to pul  - odparła Jeanette. - Oczywi cie i wy wi cej w ten 

sposób zarobicie. 

- Jasne - przyznał Abbot. - B dziemy musieli wszystko omówi , ale po co robi  

to tutaj? Mo e we miemy Dana i pójdziemy gdzie  si  zabawi , powiedzmy do 

Paon Rouge. - U miechn ł si  szelmowsko. - Zapraszam. Mog  ju  sobie na to 

pozwoli . 

Parker odezwał si  za jego plecami: 

- Na mnie nie liczcie. Jestem za bardzo zm czony. Marz  tylko,  eby si  

wyspa . 

- No có , to chyba bez znaczenia, prawda? Pozwolisz mi załatwi  za ciebie 

sprawy finansowe z Jeanette? 

- Oczywi cie. Zrobisz, co trzeba. - Parker przesun ł dłoni  po twarzy. - Id  si  

poło y . Dobranoc. Kiedy odszedł, Abbot powiedział: 

background image

 

144 

- No i co, Jeanette? Mam ju  do  siedzenia tutaj. Chc  rozprostowa  

skrzydła i troch  sobie polata . - Wskazał r k  w kierunku szopy. - B dzie tam 

sporo roboty. Chciałbym rozerwa  si  nieco, zanim zaczniemy. 

- Ale nie pójd  do Paon Rouge w tym stroju - oznajmiła Jeanette, dotykaj c 

ubrania. 

- W porz dku - powiedział Abbot. - Daj mi tylko chwil ,  ebym si  przebrał, a 

potem pojedziemy do ciebie. Zało ysz co  i lecimy do miasta. Prosta sprawa. 

U miechn ła si  niezdecydowanie. 

- Tak, to mo e by  niezły pomysł. Jak radzisz sobie w roli pokojówki? Dałam 

swojej dziewczynie wychodne. 

- To dobrze - powiedział Abbot z o ywieniem. - Za chwil  b d  gotowy. 

 

W pi  minut pó niej obracał w r ce szklank  brandy i mówił: „ - Ci ko si  z 

tob  targowa , moja mała Jeannie, ale umowa stoi. Kupiła  nas za bezcen. Mam 

nadziej ,  e o tym wiesz. 

- Mike, czy by obchodziły ci  tylko pieni dze? - odparła z uraz . 

- W zasadzie tak - przyznał, popijaj c brandy. - Ty i ja jeste my do siebie 

podobni. - Dał znak kelnerowi, aby do nich podszedł. 

- Tak, chyba masz racj . Czuj ,  e jeste  mi bardziej bliski ni  biedny Jack. 

Abbot ze zdziwieniem uniósł brew. 

- Dlaczego biedny? 

Usiadła wygodniej na krze le. 

- Zło cił si ,  e byłe  dzisiaj na „Stelli". Chyba robi si  zazdrosny. Je eli 

zostaniesz z nami - ze mn  - trzeba b dzie jako  to załatwi . Raz na zawsze. - 

U miechn ła si . - Biedny Jack. 

- On z tob  mieszka, prawda? - zapytał Abbot. - Zdawało mi si .  e widziałem 

w szafie jego rzeczy. 

- No prosz , chyba ty te  jeste  zazdrosny - zawołała uradowana. 

Poczuł na karku zimny dreszcz, wyobra aj c sobie, jak Jeanette le y z 

tamtym w łó ku i podsuwa mu my l,  e niejaki Jack Eastman mógłby załatwi  

niejakiego Michaela Abbota. Ta diablica była zdolna gra  na dwie strony. 

Uznawała teori  doboru naturalnego. Kto prze yje, otrzyma główn  nagrod  - jej 

gi tkie, nienasycone ciało. Nagroda była niezła - byle tylko poradzi  sobie z 

konkurencj . Problem polegał na tym,  e przyjmuj c jej zasady gry, trzeba by 

walczy  w niesko czono . 

Zmusił si  do u miechu. 

Lubi  ciebie i pieni dze mniej wi cej w tym samym stopniu. A je li chodzi o 

Jacka Eastmana, proponuj ,  eby my odło yli t  spraw  na pó niej. Mo e si  

jeszcze przyda . 

Oczywi cie - przyznała. - Ale nie zwlekaj z tym za bardzo. 

- Przepraszam - powiedział, odsuwaj c krzesło. - Musz  pój  na stron . 

Zaraz wracam. 

Przeszedł pr dko przez foyer do jednego z nielicznych miejsc w hotelu 

Fenicja, gdzie panna Delorme nie mogła mu towarzyszy . Zanikn ł si  w kabinie, 

wyj ł z kieszeni kopert  i sprawdził tekst na umieszczonej w  rodku pojedynczej 

background image

 

145 

kartce papieru. Nast pnie wło ył j  z powrotem, zakleił kopert  i starannie 

zaadresował. 

Odszukawszy boya, który ze słu alcz  gorliwo ci  otrzepał mu marynark , 

powiedział: 

- Chciałbym,  eby natychmiast dor czono ten list do redakcji „Daily Star". 

Chłopak wydawał si  niezdecydowany, ale o ywił si  od razu, gdy usłyszał 

delikatny szelest banknotów. 

- Tak, sir. Dopilnuj  tego. 

- Chodzi o wa n  spraw  - podkre lił Abbot. - Musi dotrze  tam jeszcze dzi . - 

Dorzucił kolejny banknot. - Chciałbym mie  pewno ,  e b dzie na miejscu w 

ci gu godziny. 

Potem rozprostował ramiona i wrócił tam, gdzie oczekiwała go modliszka. 

 

Sir Robert Hellier siedział za biurkiem i przegl dał gazet . Był to wydawany 

po angielsku bejrucki dziennik „Daily Star", który regularnie dostarczano mu 

samolotem do Londynu. Omin ł bie ce wiadomo ci i koncentruj c si  na dziale 

ogłosze , przemierzał palcem kolejne kolumny. Od wielu tygodni robił to co rano. 

Nagle chrz kn ł, zaprzestał poszukiwa  i wzi ł do r ki pióro, aby zakre li  

kółko na jednym z ogłosze . Brzmiało ono nast puj co:

 

 

Gospodarstwo rolno-hodowlane w pobli u, Zahli. Dwa tysi ce akrów urodzajnej 

ziemi, du a winnica, zabudowania w dobrym stanie, bydło, narz dzia. Skr. poczt 192.

 

 

Odetchn ł z ulg . Ju  od wielu tygodni nie miał kontaktu z Abbotem i 

Parkerem i bardzo go to martwiło. Poczuł si  lepiej wiedz c,  e nic im si  nie 

stało. Ponownie przeczytał ogłoszenie i marszcz c brwi si gn ł po pióro. 

W pi  minut pó niej poczuł,  e oblewa go zimny pot. Musiał popełnił bł d w 

obliczeniach. Pomylił si  gdzie  po drodze o par  zer. Wspomniana w ogłoszeniu 

liczba dwóch tysi cy akrów oznaczała,  e Delorme miała zamiar przemyci  dwa 

tysi ce funtów heroiny. To stanowiło punkt wyj cia. Zacz ł od pocz tku i 

dokładnie wszystko sprawdził. Ko cowy wynik był niewiarygodny. 

Przyjrzał mu si  ponownie i nadal nie mógł si  otrz sn . Trzysta czterdzie ci 

milionów dolarów. Tyle zapłac  za dwa tysi ce funtów heroiny konsumenci, 

narkomani, których ka dy zastrzyk kosztuje od siedmiu do o miu dolarów. 

Zanotował jeszcze jedn  liczb : sto milionów dolarów. 

Tyle dostanie Delorme, je eli uda jej si  dostarczy  te narkotyki na 

ameryka ski rynek. Podejrzewał,  e sprawa b dzie załatwiana na zasadach 

kredytu Nawet mafii nie byłoby sta  na zgromadzenie takiego kapitału przy 

jednej transakcji. Ukryj  towar i b d  go wydawa  w kilkufuntowych porcjach, 

po pi dziesi t tysi cy dolarów za funt, a Delorme zbierze cala  mietank . 

Zorganizowała wszystko, poczynaj c od uprawy maku na Bliskim Wschodzie, 

wzi ła na siebie ogromne ryzyko i teraz doczeka si  kolosalnych zysków. 

Podniósł dr c  r k  słuchawk  telefonu. 

- Panno Walden, prosz  na czas nieokre lony odwoła  wszystkie moje 

spotkania, zarezerwowa  mi jak najszybciej lot do Bejrutu, a na miejscu hotel 

Saint-Georges albo Fenicja. Wszystko w mo liwie najkrótszym terminie. 

background image

 

146 

Siedział i wpatrywał si  w ogłoszenie, maj c w Bogu nadziej ,  e ten, kto 

składał je do druku, popełnił bł d i mo e jego podró  oka e si  zb dna. 

Miał te  nadziej  na jakie  wiadomo ci od Warrena, gdy  i on, i towarzysz cy 

mu trzej m czy ni gdzie  znikn li.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

147 

Rozdział 8

 

 

Z wjechaniem do Iraku nie było szczególnych problemów. Mieli wizy na 

wszystkie kraje Bliskiego Wschodu, do których mogli trafi  w pogoni za celem, 

poza tym Hellier zaopatrzył ich w nader cenne dokumenty i listy polecaj ce. Na 

przej ciu granicznym iracki oficer wyraził jednak zdziwienie,  e wje d aj  od 

strony Kurdystanu, tak daleko na północy, i okazał niepo dane zainteresowanie. 

Tozier wygłosił pełn  pasji mow , dobywaj c z gardła chrapliwe arabskie 

d wi ki i dopiero to, ł cznie z ich listami uwierzytelniaj cymi, umo liwiło 

przekroczenie granicy. W pewnej chwili Warren widział ju  jednak oczami 

wyobra ni wi zienie w irackim Kurdystanie, a nie jest to miejsce, z którego 

mo na by łatwo zadzwoni  do adwokata. 

Uzupełnili na granicy zapasy paliwa i wody, po czym pr dko odjechali, nie 

czekaj c, a  oficer zmieni zdanie. Tozier ruszył przodem, a Follet z Warrenem za 

nim. W południe Tozier zjechał na pobocze i zaczekał, a  dogoni go drugi wóz. 

Wyci gn ł szybkowar i stwierdził: 

- Pora co  przek si . 

Follet otworzył puszki i zauwa ył: 

- Zupełnie jak w Iranie. Nie powiem,  ebym był szczególnie głodny - najadłem 

si  kurzu. 

Tozier szeroko si  u miechn ł i spojrzał na jałowy pejza . Drogi były tu tak 

samo pełne kurzu, a góry równie ponure, jak po drugiej stronie granicy. 

- Do As-Sulajmanija ju  niedaleko, ale nie wiem, co zrobimy, kiedy tam 

dotrzemy. Pewnie trzeba b dzie zda  si  na przypadek. 

Warren wlał wod  do szybkowara i zacz ł j  gotowa . Potem spojrzał na 

Toziera i powiedział: 

- Nie mieli my jeszcze okazji porozmawia . Co tam si  wydarzyło? 

- W qanat"! 

- Wła nie - potwierdził cicho Warren. 

- Zawalił si  tunel, Nick. Nie mogłem si  przedosta . 

- Ben nie miał szansy? Tozier pokr cił głow . 

- To musiało si  sta  bardzo pr dko. 

Twarz Warrena była  ci gni ta ze zgryzoty. Nie mylił si  mówi c Hellierowi, 

e poleje si  krew, ale nie oczekiwał takiego obrotu sprawy. 

- Nie miej wyrzutów, Nick - powiedział Tozier. - Ben sam postanowił 

zawróci . Wiedział, czym ryzykuje. Post pił zreszt  cholernie głupio. O mało nie 

załatwił nas wszystkich. 

- Tak - przyznał Warren. -To było bardzo głupie. - Pochylił głow , aby 

pozostali nie mogli widzie  jego twarzy. Czuł si  tak, jakby wbito mu w brzuch 

zimny sztylet. Byli obaj lekarzami, powołanymi do ratowania  ycia. Kto okazał 

si  lepszy: Ben Bryan przy całym swoim naiwnym idealizmie, czy Nicholas 

Warren, który przywiózł go na pustyni  i doprowadził do jego  mierci? Warren 

wolał nie roztrz sa  tego nieprzyjemnego dylematu. 

Byli w połowie lunchu, kiedy Tozier zauwa ył jakby od niechcenia: 

- Mamy go ci. Radz  nie robi   adnych gwałtownych ruchów. Zaniepokojony 

Warren odruchowo si  rozejrzał. Follet pewn  r k  nalewał dalej kaw . 

background image

 

148 

- Gdzie oni s ? - zapytał. 

- Dwóch jest na wzgórzu nad nami - oznajmił Tozier. - Trzech albo czterech 

podchodzi z drugiej strony. Okr aj  nas. 

- Mamy szans  si  przedrze ? 

- Nie s dz , Johnny. Nie damy rady si gn  teraz po bro . Je eli ci faceci - 

kimkolwiek s  - nie  artuj , zablokowali z obu stron szos . Pieszo daleko nie 

zajdziemy. B dziemy musieli zaczeka , a  dowiemy si , co jest grane. - Przyj ł od 

Folleta fili ank  kawy. - Podaj mi cukier, Nick. 

- Co? 

- Podaj cukier - powtórzył cierpliwie Tozier. - Nie ma powodu robi  

zamieszania. Mo e to tylko w cibscy Kurdowie. 

- Mog  okaza  si  za bardzo w cibscy - stwierdził Follet. - Pami taj,  e Ahmed 

jest Kurdem. - Wstał powoli i przeci gn ł si . - Idzie do nas poselstwo. 

- Kto  znajomy? 

- Trudno powiedzie . Maj  na sobie burnusy. Warren usłyszał za plecami 

łoskot kamieni. 

- Tylko spokojnie - ostrzegł Tozier. - Wsta  i rób dobre wra enie. Podniósł si  

i odwrócił, a pierwszym człowiekiem, którego ujrzał, był Ahmed, syn szejka 

Fahrwaza. 

- Strzał w dziesi tk ! - zauwa ył Tozier. Ahmed wyst pił naprzód. 

- No có , panie Warren, panie Tozier - jak e miło znów panów spotka ! 

Prosz  mi przedstawi  swojego koleg . -U miechał si , ale Warren wyczytał z jego 

twarzy,  e nie ma ochoty na  arty. 

- To pan Follet. Nale y do mojej   grupy - odparł w podobnym tonie. 

- Miło mi pana pozna  - oznajmił rado nie Ahmed. - Ale czy kogo  nie 

brakuje? Nie powiecie mi panowie chyba,  e zgubili cie koleg ? - przyjrzał si  im 

z uwag . - Nie macie nic do powiedzenia? Na pewno zdajecie sobie spraw ,  e nie 

spotykamy si  przypadkowo. Szukałem panów. 

- A z jakiego powodu? - zainteresował si  Tozier. 

- Czy musi pan o to pyta ? Mój ojciec ma obawy, czy nie grozi panom 

niebezpiecze stwo - wskazał r k  otaczaj ce góry. - Nie uwierzyliby cie, jacy 

straszni ludzie kr c  si  w tej okolicy. Polecił mi zaprowadzi  panów w 

bezpieczne miejsce. Zauwa yli cie na pewno,  e otacza nas eskorta, która ma 

panów... hm... chroni . 

- Przed nami samymi - skomentował ironicznie Warren. - Nie zboczył pan 

czasem z drogi, Ahmedzie? Czy rz d iracki wie,  e jest pan w ich kraju? 

- Rz d iracki nie wie o bardzo wielu rzeczach - stwierdził Ahmed. - Proponuj  

jednak rusza  w drog . Moi ludzie zapakuj  wszystko z powrotem do 

samochodów. B d  je tak e prowadzi ,  eby zaoszcz dzi  panom zb dnego 

wysiłku. Wszystko w ramach naszych usług. 

Warren czuł si  bardzo nieswojo widz c uzbrojonych w karabiny ludzi 

Ahmeda i maj c  wiadomo ,  e cała okolica została otoczona. Zerkn ł na 

Toziera, który wzruszył ramionami, mówi c: 

- W porz dku! 

background image

 

149 

- Znakomicie - pochwalił go Ahmed. - Pan Tozier niewiele mówi, ale okazuje 

rozs dek. - Strzelił palcami i jego ludzie ruszyli naprzód. - Nie tra my czasu. Mój 

ojciec nie mo e si  doczeka ,  eby z panami... pomówi . 

Warrenowi zupełnie nie przypadł do gustu ton tej uwagi. 

 

Cał  trójk  wepchni to na tył jednego z land-roverów. Z przodu siedział 

kierowca i jaki  odwrócony cz ciowo w ich stron  człowiek, który trzymał 

nieruchomo pistolet. Czasem gdy wóz podskakiwał, Warren zastanawiał si , czy 

bro  nie jest odbezpieczona, gdy  nieznajomy dotykał zgi tym palcem spustu i 

wystarczył niewielki wstrz s, by wcisn ł go do ko ca. Gdyby wystrzelił w tył 

wozu, który  z m czyzn stłoczonych mi dzy fotograficznym sprz tem, na pewno 

by ucierpiał. 

    O ile zdołał si  zorientowa , zawrócili na wschód, prawie do granicy z 

Iranem, a potem skierowali si  na północ, wje d aj c 

gł biej w góry. Oznaczało to,  e omin li As-Sulajmanija, zostawiaj c je za 

sob . Jechali za ci arówk , pot n  maszyn , która wygl dała jakby zbudowano 

j  dla wojska. Kiedy udawało mu si  spojrze  w tył, widział od czasu do czasu 

drugiego land-rovera w chmurze wszechobecnego pyłu. 

Uzbrojony m czyzna nie zabraniał im rozmawia , Warren był jednak 

ostro ny. Dobra brytyjska wymowa, któr  tak zaskoczył ich Ahmed, stanowiła 

ostrze enie,  e złowrogi i obcy wygl d nie musi wcale oznacza  nieznajomo ci 

angielskiego. 

- Wszystko w porz dku? - zapytał Warren. 

- B dzie całkiem nie le, gdy kto  zabierze łokie  z mojego brzucha - stwierdził 

Follet i dodał: - A wi c to był Ahmed! Taki sympatyczny facet! 

- Chyba nie powinni my mówi  za wiele o interesach - ostrzegł Warren. - Ci 

chłopcy mog  mie  długie uszy. Follet spojrzał na faceta z pistoletem. 

- Długie i włochate - powiedział z odraz . - A oprócz tego brudne. Słyszałe  

kiedy  o wodzie, chłopie? 

Nieznajomy popatrzył na niego bez wyrazu, a Tozier stwierdził: 

- Przesta , Johnny. Nick ma racj . 

- Chciałem tylko co  sprawdzi  - bronił si  Follet. 

- Mogło ci  to drogo kosztowa . Nigdy nie  miej si  z faceta z broni  - mo e 

mie  zabójcze poczucie humoru. 

 

Jechali bardzo długo. 

Z zapadni ciem zmroku wł czono reflektory i posuwano si  wolniej, nadal 

jednak zapuszczali si  w góry, gdzie - o ile Warren przypominał sobie ogl dan  

map  - nie było w ogóle dróg. Zapewne si  nie mylił s dz c z tego, jak samochód 

chwiał si  i kołysał. 

O północy Warren usłyszał, jak warkot silnika odbija si  echem od skalistego 

w wozu i podniósł si  na łokciu,  eby popatrze  przed siebie. Na wprost ukazała 

si  w  wietle reflektorów skalna  ciana i kierowca land-rovera skr cił o 

dziewi dziesi t stopni, a potem robił to jeszcze wielokrotnie, gdy  w wóz biegł 

serpentynami i coraz bardziej si  zw ał. Nagle znale li si  na otwartej 

przestrzeni, sk d wida  było usiane  wiatłami zbocze i tam si  zatrzymali.  Gdy 

background image

 

150 

otworzyły si  tylne drzwiczki, wypeł li z wozu, ponaglani przez człowieka z 

broni . Otoczyły ich jakie  ciemne postacie i usłyszeli szmer głosów. Warren 

przeci gn ł si  z ulg , prostuj c zdr twiałe ko czyny, po czym rozejrzał si  

wokół po stromych, wyrastaj cych naokoło zboczach. Niebo rozja niała pełnia 

ksi yca, dzi ki czemu wida  było, jakie urwiska otaczaj  zewsz d t  niewielk  

dolin . 

Tozier pomasował udo, spojrzał w gór  na  wiatła na zboczu i rzekł drwi co: 

- Witajcie w Shangrila. 

     - Dobrze powiedziane - odezwał si  z mroku głos Ahmeda. - I zapewniam, 

e równie trudno si  tu dosta . Pozwólcie panowie za mn . 

„A je li nie pozwol ?" - pomy lał z przek sem Warren, nie próbował 

jednakiego sprawdzi . Przeszli po piesznie po dnie w wozu do podnó a urwiska, 

gdzie poczuli pod stopami w sk  i kret   cie k , która prowadziła stromo pod 

gór . Była zapewne na tyle szeroka,  e w ci gu dnia mogły po niej i  obok siebie 

dwie osoby, ale w ciemno ciach wydawała si  niebezpieczna. W połowie 

wysoko ci urwiska wychodziła na skaln  półk  i Warren przekonał si ,  e  wiatło 

pada z wykutych w skale jaski . 

Zajrzał tam, gdy przechodzili obok i stwierdził,  e mieszka w nich sporo ludzi. 

Ocenił na oko,  e w całej wspólnocie było co najmniej dwustu m czyzn. Nie 

zauwa ył  adnych kobiet. 

Kazano im si  zatrzyma  przed jedn  z wi kszych jaski . Była jasno 

o wietlona i kiedy Ahmed wszedł do  rodka, Warren zobaczył wysok  posta  

szejka Fahrwaza, który podniósł si  z sofy. Tozier wydał stłumiony okrzyk i tr cił 

łokciem Warrena, który zapytał szeptem: 

- O co chodzi? 

Tozier wpatrywał si  w gł b jaskini i w tym momencie Warren zobaczył, co 

przykuło jego uwag . Obok Fahrwaza stał ubrany po europejsku niski, szczupły, 

ale muskularny m czyzna. Podniósł r k  na powitanie Ahmeda, a potem 

trzymał si  z boku, gdy tamten rozmawiał z Fahrwazem. 

- Znam tego człowieka - wyszeptał Tozier. 

- Kto to jest? 

- Powiem ci pó niej - je eli b d  mógł. Ahmed ju  wraca. 

Wyszedłszy z jaskini Ahmed dał znak, by poprowadzono ich dalej wzdłu  

urwiska. Znikn li Fahrwazowi z oczu, przeszli około dwudziestu jardów i 

zatrzymali si  przed drzwiami, wmurowanymi w skaln   cian . Kto  otworzył je, 

brz cz c kluczami, po czym Ahmed oznajmił: 

- Mam nadziej ,  e to miejsce nie oka e si  zanadto niewygodne. Przy l  

panom jedzenie. Staramy si  bez potrzeby nie głodzi  naszych go ci... 

Czyje  r ce wepchn ły Warrena przez drzwi. Potkn ł si  i upadł, a zaraz 

potem kto  znalazł si  na nim. Kiedy pozbierali si  jako  w ciemno ciach, drzwi 

zostały zatrza ni te i zamkni te na klucz. 

- Co za nieokrzesane chamy! - powiedział Follet, z trudem łapi c oddech. 

Warren podci gn ł nogawk  i obmacuj c gole  poczuł pod palcami lepk  

krew. Zapalniczka Toziera zaiskrzyła si  par  razy, a potem wybuchn ła 

płomieniem, rzucaj c groteskowe cienie, kiedy uniósł j  w gór . W tylnej cz ci 

jaskini panowała ciemno  i jej odleglejsze zak tki były zupełnie niewidoczne. 

background image

 

151 

Warren dostrzegł jakie  skrzynie i worki, uło one pod jedn  ze  cian, ale niewiele 

poza tym, gdy  Tozier zagl dał w ró ne miejsca i  wiatło, podobnie jak cienie, 

cały czas pl sały. 

- O, tego nam potrzeba! - odezwał si  Tozier z zadowoleniem. Płomie  stał si  

nagle wi kszy i ja niejszy, gdy przytkn ł go do kawałka  wiecy. 

Follet rozejrzał si  wokół. 

- To pewnie areszt - stwierdził. - S dz c z wygl du tak e magazyn, ale przede 

wszystkim areszt. W wojsku zawsze jest niezb dny - takie s  prawa natury. 

- W wojsku? - zdziwił si  Warren. 

- Tak - potwierdził Tozier. - To obóz wojskowy. Troch  prymitywny - pewnie 

partyzancki - ale z pewno ci  stacjonuje tu jaki  oddział. Nie widziałe  broni? - 

zapytał stawiaj c  wiec  na skrzyni. 

- Tego si  nie spodziewałem - przyznał Warren. - Nie pasuje mi jako  do 

narkotyków. 

- Tak samo jak Metcalfe - stwierdził Tozier. - To ten człowiek, który był z 

Fahrwazem. Zupełnie mnie zaskoczył. Rozumiałbym, gdyby chodziło o bro  - 

kojarzy si  z ni  w tak oczywisty sposób, jak jajka z bekonem. Ale Metcalfe i 

narkotyki? To nieprawdopodobne! 

- Dlaczego? Kim on jest? 

- Metcalfe... có , to po prostu Metcalfe. Jest łajdakiem, jak wszyscy w jego 

bran y, ale słynie z jednego - nie chce mie  nic wspólnego z narkotykami. To 

bystry facet i dostawał sporo ró nych ofert, ale zawsze je odrzucał - czasem w 

brutalny sposób. Ma jaki  uraz na tym punkcie. 

- Powiedz mi o nim co  wi cej - poprosił Warren, sadowi c si  na skrzyni. 

Tozier przewrócił papierowy worek i spojrzał na umieszczony z boku napis. 

W  rodku był sztuczny nawóz. Ustawił go i usiadł na nim. 

- Robił to samo, co ja. Tak si  poznali my. 

- Był najemnikiem? Tozier skin ł głow . 

- W Kongo. Ale on nie trzyma si  jednego zaj cia. Przystaje na ró ne oferty - 

im bardziej s  szalone, tym lepiej. Zdaje si ,  e wyrzucono go z Południowej 

Afryki, bo był zamieszany w jak  afer  z diamentami. Wiem,  e organizował 

przemyt z Tangeru, kiedy był tam jeszcze otwarty port - zanim przej li go 

Maroka czycy. 

- Co przemycał? 

Tozier wzruszył ramionami. 

- Papierosy do Hiszpanii, antybiotyki - wtedy było ich brak. Słyszałem te ,  e 

szmuglował bro  dla powsta ców w Algierii. 

- Czy by? - zainteresował si  Warren. - Zupełnie jak Jeanette Delorme. 

- Słyszałem pogłoski,  e był zamieszany w przemyt cholernie du ych ilo ci 

złota z Włoch, ale chyba nic z tego nie wyszło. W ka dym razie nie wzbogacił si . 

Mówi  ci to wszystko,  eby  wiedział, jakim 

jest człowiekiem. Namówisz go na ka d  robot , z wyj tkiem jednego - 

narkotyków. I nie pytaj mnie o powód, bo sam tego nie wiem. 

- Wi c co on tu robi? 

- Jest wojskowym. To jeden z najlepszych dowódców partyzanckich, jakich 

znam. W regularnym wojsku nigdy specjalnie si  nie wyró nił, ale w partyzantce 

background image

 

152 

nie ma sobie równych. Mog  si  tylko domy la , o co chodzi. Wiemy,  e Kurdowie 

chc  zada  cios Irakijczykom - mówił nam o tym Ahmed. Sprowadzili Metcalfe'a, 

eby im pomógł. 

- A co z narkotykami, których podobno nie lubi? Tozier milczał przez chwil . 

- Mo e o nich nie wie. 

Warren pogr ył si  w rozmy laniach, zastanawiaj c si , w jaki sposób 

mo na by to wykorzysta . Miał wła nie zamiar si  odezwa , gdy w zamku 

zazgrzytał klucz i otworzyły si  drzwi. Wszedł jaki  Kurd z gotowym do strzału 

pistoletem i stan ł plecami do skalnej  ciany. Za nim pojawił si  Ahmed. 

- Powiedziałem,  e nie głodzimy naszych go ci. Oto i posiłek. Mo e nie b dzie 

odpowiadał waszym europejskim podniebieniom, ale to naprawd  dobre jedzenie. 

Wniesiono dwie du e, mosi ne tace, przykryte obrusami. 

- Ach, panie Tozier - powiedział Ahmed - zdaje si ,  e mamy wspólnego 

znajomego. Nie widz  powodu, by nie mógł pan pó niej pogaw dzi  sobie z 

panem Tomem Metcalfem. Po posiłku. 

- Ch tnie znowu go zobacz  - odparł Tozier. 

- Tak przypuszczałem. - Ahmed odwrócił si  i dodał po chwili milczenia: - 

Aha, panowie, jeszcze jedna sprawa. Mój ojciec potrzebuje pewnych informacji. 

Kto mógłby mu ich udzieli ? - przygl dał si  Warrenowi z lekkim u miechem na 

ustach. - Pana Warrena nie da si  chyba łatwo przekona . Pana Toziera tym 

bardziej. Uwa nie panów obserwowałem, kiedy widzieli my si  ostatnio. 

Skierował wzrok na Folleta. 

- Pan jest Amerykaninem, panie Follet. 

- Tak - odparł Follet. - Jak pan zobaczy ameryka skiego konsula, prosz  mu 

powiedzie ,  e chciałbym si  z nim widzie . 

- To bardzo chwalebna postawa - zauwa ył z westchnieniem Ahmed. - 

Obawiam si ,  e b dzie pan tak samo uparty, jak pa scy przyjaciele. Ojciec  yczy 

sobie... hm... porozmawia  z panami osobi cie, ale to starszy człowiek i o tej porze 

potrzebuje snu. Macie wi c panowie szcz cie, bo pozostało wam jeszcze kilka 

godzin. - Powiedziawszy to wyszedł, ubezpieczany przez stra nika. Drzwi 

zatrzasn ły si  za nimi z łoskotem. 

Tozier wskazał lamp  naftow , stoj c  na jednej z tac. 

- Był na tyle miły,  e nam j  zostawił. 

- Ciepły posiłek - stwierdził Follet, podnosz c obrus. Tozier odsłonił tak e 

drug  tac . 

- Chyba warto by co  zje . To nie jest wcale takie złe - kuskus i kurczak, a na 

deser kawa. 

Follet nadgryzł kurze udko. po czym spojrzał na nie z obrzydzeniem i 

stwierdził: 

- Ten kurczak musiał mie  atletyczn  budow . Warren wzi ł do r ki talerz. 

- Jak my lisz, gdzie jeste my? 

- Gdzie  w pobli u tureckiej granicy - odparł Follet. - Tak mi si  wydaje. I 

niedaleko od granicy z Iranem. 

- W samym sercu Kurdystanu - zauwa ył Tozier. - To mo e co  znaczy  - albo 

zupełnie nic. - Zmarszczył brwi. - Pami tasz, Nick, o czym Ahmed mówił nam w 

background image

 

153 

Iranie? Chodziło o sytuacj  polityczn  Kurdów. Wymienił jakie  nazwisko. 

Kogo , kto trzymał w szachu irack  armi . 

- Barzani - powiedział Warren. - Mullah Mustafa al-Barzani. 

- Wła nie. Ahmed mówił,  e posiada własn  armi . Zastanawiam si , czy ci 

ludzie do niej nie nale . 

- Mo liwe. Nie wiem tylko, co nam to daje. 

- Bóg pomaga tym, którzy nie s  bierni - stwierdził rzeczowo Follet. 

Trzymaj c w r ce kurze udko, wstał, wzi ł  wiec  i zacz ł zagl da  w najdalsze 

zakamarki jaskini. Usłyszeli jego dudni cy glos. - Niewiele tu jest. 

- A co chciałby  znale  w celi? - zapytał Tozier. -W ka dym razie nie 

zaszkodzi sprawdzi , czym dysponujemy. Co jest w tej skrzyni, na której siedzisz, 

Nick? 

- Jest pusta. 

- A ja siedz  na nawozie - powiedział z obrzydzeniem Tozier. -Masz co  

jeszcze, Johnny? 

- Niewiele. Te  troch  pustych skrzy , jakie  cz ci od samochodów - 

wszystkie zardzewiałe, pół puszki oleju nap dowego, całe mnóstwo ró nych  rub i 

sworzni, dwa worki słomy - to chyba wszystko. 

Tozier westchn ł. Follet wrócił, odło ył  wiec , a potem podniósł lamp  i 

potrz sn ł ni  przy uchu. 

- W  rodku jest troch  nafty, a tam mamy słom  - mo e dałoby si  co  zrobi . 

- Nie spal jaskini, Johnny. Tylko by my si  udusili. - Tozier podszedł do 

drzwi. - Wymagałyby sporego zachodu - maj  ze cztery cale grubo ci. - Przechylił 

głow  na bok. - Uwaga. Kto  idzie. - Oddalił si  od drzwi i usiadł. 

Do otwartej celi wszedł człowiek nazwiskiem Metcalfe. Otrzepał si  i odwrócił 

głow , słysz c za plecami łoskot zatrzaskiwanych drzwi. Potem spojrzał na 

Toziera i powiedział, wcale si  nie u miechaj c: 

- Cze , Andy. Dawno si  nie widzieli my. 

- Cze , Tom. 

Metcalfe podszedł i wyci gn ł r k , a Tozier j  u cisn ł. 

- Co tu robisz, u diabła? 

- Długo by trzeba mówi  - odparł Tozier. - To jest Nick Warren, a to Johnny 

Follet. 

- Gdybym powiedział „miło mi", min łbym si  z prawd  - stwierdził 

ironicznie Metcalfe. Obrzucił Warrena od stóp do głów przenikliwym 

spojrzeniem, a potem popatrzył na Toziera. - Jeste  tu w interesach, Andy? 

- W pewnym sensie. Nie przyjechali my z własnej woli.   - Widziałem, jak 

chłopcy was prowadzili. Nie wierzyłem własnym oczom. To do ciebie niepodobne, 

eby da  si  tak łatwo złapa . 

- Spocznij sobie, Tom - powiedział Tozier. - Co wolisz - nawóz czy skrzynk ? 

- Tak, prosz  zosta  na chwil  z nami - zach cał Follet. 

- Usi d  na skrzyni - powiedział skromnie Metcalfe. - Jest pan jankesem. 

prawda? 

- Tem, sk d pechodzem, majem tredrioszci z mówieniem - odparł, 

przedrze niaj c akcent południowców. - Mo e i uredziłem si  w Arezonie, ale me 

stary beł z D ord y. 

background image

 

154 

Metcalfe przygl dał mu si  z namysłem przez dłu sz  chwil . 

- Ciesz  si ,  e nie opuszcza pana optymizm. Oby go tylko nie zabrakło. Zdaje 

si ,  e słu ył pan w wojsku. 

- Dawno temu - odparł Follet. - W Korei. 

- Aha - Metcalfe u miechn ł si , a jego z by zal niły biel  na tle opalonej 

twarzy. - Prawdziwy  ołnierz. A pan, panie Warren? 

- Jestem lekarzem. 

- Ach, tak! A dlaczego to lekarz w druje po Kurdystanie z takim 

podejrzanym typem jak Andy Tozier? Tozier poci gn ł go za ucho. 

- Masz aktualnie jak  robot , Tom? 

- Wła nie ko cz  - odparł Metcalfe. 

- Jeste  dowódc ? 

Metcalfe wydawał si  zaskoczony. 

- Dowódc ? - Po chwili rozchmurzył si  i roze miał. - Chodzi ci o to, czy 

szkol  tych chłopców? To my mogliby my si  od nich uczy , Andy. Walcz  ju  od 

trzydziestu pi ciu lat. Przywiozłem tylko towar, nic wi cej. Za dwa dni 

wyje d am. 

- Co za towar? 

- A jak my lisz, u diabła? Oczywi cie bro . Czego innego mogliby 

potrzebowa ? - U miechn ł si . - Ale to ja mam zadawa  pytania, a nie wy. Stary 

Fahrwaz po to mnie tu przysłał. Ahmed nie był zachwycony. Chciał was 

natychmiast po wiartowa , ale staruszek uwa ał,  e mo e uda mi si  załatwi  

spraw  bez uciekania si  do radykalnych  rodków. - Jego twarz była powa na. - 

Tym razem paskudnie wpadłe , Andy. 

- Czego chce si  dowiedzie ? - zapytał Warren. Metcalfe podniósł wzrok. 

- Wszystkiego, co mo na. Zdaje si ,  e narazili cie go na jakie  kłopoty, ale nie 

wdawał si  ze mn  w szczegóły. Uwa a,  e skoro znam 

Andy'ego, mog  zdoby  wasze zaufanie. - Pokr cił głow . - Schodzisz na psy, 

Andy, je eli naprawd  pracujesz dla filmu. Moim zdaniem to tylko kamufla  - i 

Fahrwaz my li tak samo. 

- A co s dzi Barzani? - zapytał Tozier. 

- Barzani? - Metcalfe był szczerze zdziwiony. - Sk d mam wiedzie , do 

cholery, co on s dzi? - Nagle klepn ł si  po kolanie. -Naprawd  my lałe ,  e 

Fahrwaz jest jednym z ludzi Barzaniego? A to ci dopiero! 

- U miałem si  do rozpuku - stwierdził kwa no Follet. 

- Pora na wykład o sytuacji politycznej Kurdów - stwierdził Metcalfe z 

pedagogicznym zaci ciem. - Fahrwaz współpracował kiedy  z Barzanim. Byli 

razem, gdy Rosjanie próbowali w 1946 roku proklamowa  na terenie Iranu 

Republik  Kurdyjsk  w Mahabadzie. Kiedy upadła, udali si  nawet wspólnie na 

wygnanie. Byli wielkimi przyjaciółmi. Potem Barzani przyjechał tu, do Iraku, 

zdobył sobie zwolenników i od tamtej pory daje si  Irakijczykom we znaki. 

- A Fahrwaz? 

- Nale y do PEJ MERGA - odparł Metcalfe, jakby nazwa ta wszystko 

wyja niała. 

- To oznacza samoofiar  - przetłumaczył Tozier, pogr ony w my lach. - No i 

co? 

background image

 

155 

- Członkowie PEJ MERGA tworzyli trzon organizacji i Barzani mógł zawsze 

na nich polega , ale wszystko si  zmieniło, odk d zacz ł pertraktowa  z 

prezydentem Bakrem na temat utworzenia autonomicznej prowincji Kurdów w 

Iranie. Fahrwaz jest jastrz biem i uwa a,  e Irakijczycy nie dotrzymaj  umowy. I 

wcale nie musi si  myli . Co wa niejsze, ani on, ani wi kszo  członków PEJ 

MERGA nie chc   adnej Republiki Kurdyjskiej w Iranie. Nie  ycz  sobie,  eby 

Kurdystan został podzielony mi dzy Irak, Iran i Turcj . Chc  zjednoczenia 

narodu kurdyjskiego, bez  adnych pół rodków. 

- Całkiem jak w Irlandii - zauwa ył Tozier. - Fahrwaz i PEJ MERGA pełni  

tu rol  IRA. 

- Wła nie. Fahrwaz uwa a,  e Barzani zdradza naród kurdyjski, daj c 

posłuch Bakrowi, ale Barzani cieszy si  szacunkiem, gdy  przez całe lata walczył z 

Irakijczykami, kiedy Fahrwaz siedział na tyłku w Iranie. Gdyby Barzani zawarł z 

Irakijczykami porozumienie, Fahrwaz zostanie na lodzie. Dlatego tak po piesznie 

gromadzi bro . 

- A pan mu j  dostarcza - stwierdził Warren. - Po czyjej pan jest stronie? 

Metcalfe wzruszył ramionami. 

- Kurdów od stuleci  le traktowano - powiedział. - Je eli Barzani porozumie 

si  z Irakijczykami, a potem nic z tego nie wyjdzie, b d  potrzebowali jakiego  

zabezpieczenia. Wła nie to im zapewniam. Bakr doszedł do władzy wskutek 

zamachu stanu i pod jego rz dami wcale nie jest tak ró owo. Rozumiem punkt 

widzenia Fahrwaza. -Potarł szcz k . - Co nie znaczy,  e go lubi . Na mój gust 

troch  za du o w nim fanatyzmu. 

Kto go popiera? Sk d ma pieni dze? 

Nie wiem. - Metcalfe szeroko si  u miechn ł. - Póki mi płaci, nie obchodzi 

mnie, sk d bierze pieni dze. 

- Mo e ci  to jednak zainteresuje - powiedział cicho Tozier. - W jaki sposób 

dostarczyłe  bro ? 

- Dobrze wiesz,  e nie zadaje si  takich pyta . To tajemnica handlowa, mój 

stary. 

- Co st d zabierasz? 

- Nic - odparł Metcalfe ze zdziwieniem. - Płac  mi przez bank w Bejrucie. Nie 

my lisz chyba,  e włócz  si  po Bliskim Wschodzie z kieszeniami wypchanymi 

złotem. Nie jestem taki głupi. 

- Uwa am,  e powiniene  mu o wszystkim powiedzie , Nick - stwierdził 

Tozier. - Sprawa zaczyna by  do  oczywista, prawda? 

- Najpierw chciałbym o co  zapyta  - odparł Warren. - Kto zgłosił si  do pana, 

eby zamówi  dostaw  broni? Komu przyszło do głowy,  e byłoby dobrze zawie  

wszystkie karabiny do Fahrwaza? Kto je dostarczył? 

Metcalfe u miechn ł si  i zerkn ł na Toziera. 

- Twój przyjaciel jest zbyt w cibski, by mogło mu to wyj  na zdrowie. Takie 

sprawy równie  obejmuje tajemnica handlowa. 

- Czy t  osob  nie była przypadkiem Jeanette Delorme? - zagadn ł Warren. 

Metcalfe szeroko otworzył oczy. 

- Zdaje si ,  e sporo pan wie. Nic dziwnego,  e Fahrwaz jest zaniepokojony. 

background image

 

156 

- Ty te  powiniene  si  pomartwi  - stwierdził Tozier. - Kiedy zapytałem, czy 

co  st d zabierasz, miałem na my li narkotyki. Metcalfe nagle znieruchomiał. 

- A sk d ci to przyszło do głowy? - zapytał głosem pełnym napi cia. 

- Poniewa  gdzie  w pobli u le y tona czystej morfiny - powiedział Warren. - 

Poniewa  Fahrwaz sprzedaje narkotyki,  eby mie  pieni dze na swoj  rewolucj . 

Poniewa  panna Delorme płaci za nie broni , a teraz siedzi wła nie w Bejrucie i 

zamierza wysła  parti  heroiny do Stanów. 

Na twarzy Metcalfe'a pojawiły si  gł bokie bruzdy. 

- Trudno mi w to uwierzy . 

- Och, przesta  by  dzieckiem, Tom! - odezwał si  Tozier. - Zrobili my 

porz dek w rezydencji Fahrwaza w Iranie. Sam zniszczyłem dziesi  ton opium, 

wysadzaj c je w powietrze. Ten ko cisty staruch siedzi w tym po szyj . 

Metcalfe powoli stan ł na nogi. 

- Dajesz słowo, Andy? 

- O ile tylko co  dla ciebie znaczy - odparł Tozier. - Znasz mnie, Tom. 

- Nie pozwol  si  wykorzystywa  - powiedział Metcalfe zduszonym głosem. - 

Jeanette wie,  e nie lubi  narkotyków. Je eli mnie w 

to wpl tała, zabij  t  suk  - przysi gam. - Odwrócił si  do Warrena: - O jakiej 

ilo ci morfiny pan mówił? 

- Około tony. Przypuszczani,  e przed wysyłk  przetworz  j  na heroin . 

Je eli ta ilo  heroiny znajdzie si  jednorazowo na czarnym rynku, wol  nie 

my le  o konsekwencjach. 

- Ton ł - wyszeptał Metcalfe z niedowierzaniem. 

- Mogło jej by  dwukrotnie wi cej - stwierdził Tozier. - Ale zniszczyli my 

laboratorium. Twoja przyjaciółka starannie wszystko przygotowywała. To jeden 

z najwi kszych przemytów w historii. 

Metcalfe zastanawiał si . 

- Nie przypuszczam,  eby towar był tutaj - powiedział powoli. -Zaraz po moim 

przyje dzie pojawiła si  karawana wielbł dów. Było mnóstwo gadania na ich 

temat, wszystko w wielkiej tajemnicy. Kiedy przenosili towar do ci arówki, 

nikogo do niej nie dopuszczano. Odjechała o  wicie. 

- Wi c co zamierzasz zrobi , Tom? - zapytał od niechcenia Tozier. 

- Słuszne pytanie - Metcalfe gł boko wci gn ł powietrze.- Przede wszystkim 

trzeba was st d wydosta  - a to wymaga niemal cudu -u miechn ł si  ironicznie. - 

Nic dziwnego,  e Fahrwaz cały si  gotuje. 

- Mo esz nam dostarczy  jak  bro ? Poczułbym si  lepiej, maj c w r ku 

spluw . 

Metcalfe pokr cił głow . 

- Nie ufaj  mi a  na tyle. Zrewidowali mnie, kiedy tu wchodziłem. Na 

zewn trz stoi przez cały czas dwóch stra ników. Tozier wysun ł wskazuj cy 

palec. 

- Musimy wyj  tymi drzwiami, bez wzgl du na stra ników. -Podniósł si  

raptownie i worek z nawozem osun ł mu si  na nog . Od niechcenia odepchn ł go 

butem, a potem przystan ł i zacz ł mu si  przygl da . Po chwili zapytał, my l c o 

czym  intensywnie: - Czy mógłby  załatwi  dla nas par  kawałków w gla, Tom? 

background image

 

157 

- W giel w Kurdystanie? - Metcalfe był tym wyra nie ubawiony. Pow drował 

oczami za spojrzeniem Toziera, a potem schylił si , aby przeczyta  napis na 

worku. - Ach, rozumiem. Sztuczka z Mwanza? -Wyprostował si . - Wystarczy 

w giel drzewny? 

- Czemu nie. Nie potrzebujemy go du o. Ile oleju jest w tej puszce, któr  

znalazłe , Johnny? 

- Około kwarty. A bo co? 

- Wysadzimy te drzwi z zawiasów. B dzie nam potrzebny detonator. Tom, jak 

podejdziesz do land-roverów, zobaczysz,  e w jednym z nich jest zegar. Odkr  

go i przynie  tutaj, razem z w glem. 

- A niby jak mam go tu przemyci ? 

- Znajdziesz jaki  sposób. Id  ju , Tom. 

Metcalfe zastukał do drzwi i został wypuszczony. Kiedy si  za nim zamkn ły, 

Warren zapytał: 

- My lisz,  e on... nie stanowi zagro enia? 

- Dla nas nie - odparł Tozier. - Dla Fahrwaza - tak. Znam Toma Metcalfe'a 

bardzo dobrze. Wpada w szal, kiedy tylko kto  wspomni o 

narkotykach. Je eli wyjdziemy z tego cało, b dzie mi cholernie  al panny 

Delorme - obedrze j  ze skóry. - Schylił si  i zacz ł otwiera  worek z nawozem. 

Masz zamiar wysadzi  te drzwi za pomoc  nawozu - stwierdził beznami tnie 

Follet. - Naprawd  tak powiedziałe , czy ju  mi si  wszystko miesza? 

- Tak powiedziałem - zapewnił go Tozier. - Tom i ja byli my razem w Kongo. 

W pobli u Mwanza nieprzyjaciel wysadził skały i zablokował drog ,  eby nasze 

ci arówki nie mogły przejecha . Brakowało nam amunicji i materiałów 

wybuchowych, ale mieli my tajna bro  - faceta z Południowej Afryki o nazwisku 

van Niekerk, który był kiedy  górnikiem w Witwatersrand. 

Wsadził r k  do worka i wyj ł z niego gar  białego proszku. 

- To sztuczny nawóz - azotan amonowy. Skutecznie wzbogaca gleb  w azot. 

Al  van Niekerk wiedział o nim co  wi cej. Je eli we mie si  sto funtów tego 

proszku, trzy kwarty ropy, dwa funty pyłu w glowego i zmiesza si  to wszystko, 

powstaje co  w rodzaju czterdziestoprocentowego dynamitu. Zapami tałem to na 

zawsze. Van Niekerk nap dził mi strachu - przyrz dzał t  mikstur  w betoniarce. 

- Czy ten nawóz b dzie dobry? - zapytał z niedowierzaniem Follet. 

- Nie potrzebujemy go tak du o - odparł Tozier. - Nie wiem tylko, czy nadadz  

si  zast pcze składniki. Ale jak wszystko wyjdzie, b dzie bombowo. - U miechn ł 

si . - To cholernie nieprzyjemna gra słów. Van Niekerk twierdził,  e w kopalniach 

złota w Południowej Afryce cz sto wysadza si  w ten sposób skały. Stwierdzili,  e 

przygotowywanie mieszanki na miejscu jest bezpieczniejsze - i mniej kosztowne - 

ni  magazynowanie dynamitu. 

- Ale b dzie nam potrzebny w giel - przypomniał Warren. 

- I detonator. Mo emy wła ciwie odpocz , dopóki nie wróci Tom. 

„O ile w ogóle wróci" - pomy lał Warren. Usiadł na skrzyni i popatrzył 

ponuro na worek z nawozem. Swego czasu powiedział w Londynie Hellierowi,  e 

jad  wła ciwie na wojn . Al  z by rozgrywa  j , cholera, w taki sposób! 

 

background image

 

158 

Metcalfe wrócił w ci gu godziny. Wszedł pal c cygaro i lekko utykaj c. Kiedy 

tylko zamkn ły si  drzwi, oderwał z cygara  arz c  si  ko cówk  i wr czył j  

Tozierowi. 

- To kawałek w gla drzewnego - oznajmił. - Kiedy mnie rewidowali, 

przekładałem cygaro z r ki do r ki. W butach mam tego w gla du o wi cej. 

- A detonator? - zapytał z niepokojem Tozier. 

Metcalfe rozpi ł pasek i zacz ł grzeba  w spodniach. Wyj ł zegar z jakiego  

tajemniczego schowka i podał mu go. Szpic detonatora wystawał pod k tem 

prostym z tylnej  cianki. 

- Jak mogli tego nie znale , kiedy pana przeszukiwali? - zapytał nieco 

podejrzliwie Follet. Metcalfe skrzywił si : 

- Wsadziłem sobie ten detonator w tyłek i przez cały czas szedłem sztywno. 

Zało  si ,  e zaczn  mi si  robi  hemoroidy. 

- To wszystko dla sprawy - powiedział ze zjadliwym u miechem Tozier. - 

Miałe  jakie  problemy, Tom? 

-  adnych. Opowiedziałem Fahrwazowi w miar  prawdziw  historyjk , 

zostawiaj c w niej jednak troch  luk. Przysłał mnie z powrotem,  eby je 

uzupełni . Ustalmy lepiej, co robimy. Przez jaki  czas zostawi  was w spokoju. 

Staruszek powiedział,  e jest zm czony i kładzie si  spa . - Zerkn ł na zegarek. - 

Za trzy godziny b dzie  witało. 

- Mo e lepiej ucieka  noc  - zaproponował Tozier. Metcalfe zdecydowanie 

pokr cił głow . 

- W nocy nie mieliby cie szans. Złapi  was, zanim znajdziecie wyj cie. 

Najlepiej ucieka  o brzasku, bo wtedy b dzie wida  drog . Poza tym zyskam trzy 

godziny czasu. Mam par  pomysłów, jak odwróci  ich uwag . Z jak  

dokładno ci  mo esz nastawi  ten zegar? 

- Do jednej minuty. 

- To wystarczy. Nastaw na pi t  trzydzie ci. O tej porze b dzie si  sporo 

działo. - Metcalfe przykucn ł i zacz ł rysowa  co  na piaszczystym dnie jaskini. - 

Wasze land-rovery s  tutaj, z kluczykami w stacyjkach - sprawdziłem to. Tu jest 

wyj cie. Przy wysadzaniu drzwi stra nicy zgin  albo cholernie si  przestrasz . W 

obu wypadkach nie musicie si  ich obawia , je eli b dziecie działa  pr dko. Po 

wydostaniu si  z jaskini skierujcie si  w lewo - nie tam, sk d was przyprowadzili. 

O jakie  dziesi  jardów dalej schodzi ze skalnej półki w dolin  cholernie stroma 

cie ka. 

- Na ile stroma? 

- Dacie sobie rad  - zapewnił Metcalfe. - A teraz posłuchajcie. Z doliny jest 

tylko jedno wyj cie - przez w wóz. Dostaniecie si  do samochodów, wjedziecie do 

w wozu i staniecie przy pierwszym ostrym zakr cie. B d  jechał tu  za wami 

jedn  z ci arówek Fahrwaza, a potem unieruchomi  j  i zostawi  na drodze. 

Je eli uda nam si  zablokowa  w wóz, mamy szans  uciec. Tylko, na lito  bosk , 

zaczekajcie na mnie! 

- W porz dku, Tom. 

Metcalfe zdj ł buty i wytrz sn ł z nich na kupk  czarny proszek, wyjmuj c 

nast pnie ze skarpetek laski w gla drzewnego. 

background image

 

159 

- Mam nadziej ,  e to si  nada - stwierdził z pow tpiewaniem. - Bo jak nie, 

b dziemy w opałach. 

- To nasza jedyna szansa - zauwa ył Tozier. -Nie ma si  nad czym 

zastanawia . - Spojrzał na Metcalfe'a i powiedział: - Dzi ki za wszystko, Tom. 

- Czego si  nie robi dla starego kumpla - odparł niefrasobliwie Metcalfe. - 

Powinienem ju  i . Pami taj - pi ta trzydzie ci. Stra nik wypu cił go z celi, a 

Warren zapytał z namysłem: 

- Jak my lisz. Andy - czy Metcalfe pomógłby staremu kumplowi, gdyby nie 

chodziło o narkotyki? 

- Dobrze,  e nie musz  tego sprawdza  - powiedział oschle To-zier. - 

Najemnik, tak jak polityk, jest dobry wtedy, gdy dochowuje wierno ci temu, kto 

go opłaca. Walczyłem po tej samej stronie, co Tom Metcalfe, i po przeciwnej. 

Całkiem mo liwe,  e kiedy  do siebie strzelali my. My l ,  e gdyby nie chodziło o 

narkotyki, musieliby my liczy  tylko na siebie. Mamy cholerne szcz cie,  e 

poczuł si  oszukany. 

- I  e nam uwierzył - stwierdził Follet. 

- To prawda - przyznał Tom. - Inna sprawa,  e znamy si  z Tomem jak łyse 

konie.  aden z nas nigdy drugiego nie okłamał, wi c nie ma powodu, by mi nie 

ufał. No dobrze, bierzmy si  do roboty. 

Follet i Warren mieli uciera  nawóz na miałki proszek, u ywaj c misek jako 

mo dzierzy, a ły ek jako tłuczków. 

- Nie mog  pozosta   adne grudki. 

- Czy to bezpieczne? - dopytywał si  zdenerwowany Follet. 

- To tylko nawóz - uspokoił go Tozier. - Nawet gdy go zmieszamy, do eksplozji 

niezb dny b dzie detonator. - Zacz ł oblicza  ilo  i wag  poszczególnych 

składników, a potem zabrał si  za tłuczenie w gla drzewnego. Po chwili poszedł w 

gł b jaskini, poszperał w skrzynce, w której le ały cz ci silnika i wrócił z 

zaszpuntowan  z jednej strony rurk . - Wła nie tego nam potrzeba. Kompletne 

wyposa enie dla anarchisty-amatora. Robiłe  ju  kiedy bomby, Nick? 

- To chyba mało prawdopodobne, nie uwa asz? 

- Pewnie. To nie twoja działka. Ale ja ju  miewałem z tym do czynienia. Kiedy 

jest si  po stronie przegrywaj cych, zaczyna zwykle brakowa  pieni dzy i sporo 

rzeczy trzeba łata . Zło yłem kiedy  z sze ciu wraków całkiem sprawny czołg. - 

U miechn ! si . - Ale ta robota przypomina mi za bardzo histori  o Moj eszu - 

wyrabianie cegieł bez słomy. 

Wyczy cił dzbanek do kawy i starannie go wytarł, a potem wsypał do  rodka 

utarty nawóz i cały czas mieszaj c, dodawał stopniowo sproszkowany w giel. 

Kiedy uznał,  e proporcje s  ju  wła ciwe, podał dzbanek Folletowi. 

- Mieszaj dalej - przynajmniej nie b dziesz si  nudził. Podniósł puszk  z 

olejem nap dowym i popatrzył na ni  bez przekonania. 

- W przepisie jest mowa o ropie. Nie wiem, czy to si  nada. Ale nie dowiemy 

si , dopóki nie spróbujemy, wi c trzeba wszystko zmiksowa . - Wlał troch  oleju 

do trzymanego w wyci gni tej r ce dzbanka. - Mieszaj, Johnny. Nie mo na 

dolewa  za du o,  eby nie zrobiła si  z tego pasta. Masa musi by  na tyle 

wilgotna, by si  nie kruszyła, kiedy  ci nie si  j  w r ce. 

-  ciskaniem zajmij si  sam-stwierdził Follet - Ja  ciskam tylko dziewczyny. 

background image

 

160 

Tozier roze miał si . 

- S  tak samo wybuchowe, je eli nieodpowiednio si  do nich podejdzie. Daj mi 

to. - Spróbował ugnie  mas  w r ce, a potem dolał jeszcze troch  oleju. Okazało 

si ,  e za du o i trzeba było wyrówna  proporcje, dodaj c nawozu i w gla. 

Dopiero po pewnym czasie doszedł do wniosku,  e wszystko jest jak nale y i 

powiedział: - W porz dku. Teraz zrobimy bomb . 

Wzi ł rurk , sprawdził, czy jest dobrze zaszpuntowana, po czym zacz ł 

napełnia  j  z drugiego ko ca mieszank  wybuchow , któr  wpychał do  rodka 

długim pr tem. Follet przygl dał si  temu przez chwil  i nagle powiedział 

nerwowo: 

- Andy, zostaw to. Tozier znieruchomiał. 

- O co chodzi? 

- To.rurka ze stali, prawda? - zapytał Follet. 

- No i co? 

- I upychasz mas  stalowym pr tem. Na miło  bosk , nie zrób iskry! 

Tozier wypu cił powietrze z płuc. 

- Postaram si  - stwierdził i zacz ł du o ostro niej porusza  pr tem. Napełnił 

cał  rurk  mas , starannie j  upychaj c, a potem wzi ł do r ki zegar, nastawił go 

i wcisn ł trzpie  detonatora w koniec rurki. - W gł bi jaskini le y par  kawałków 

blachy, a skrzynia, na której siedzi Warren, jest skr cona  rubami. Dzi ki temu 

b dziemy mogli przymocowa  rurk  do drzwi. 

Potrwało to bardzo długo, gdy  musieli pracowa  w ciszy, obawiaj c si , by 

stra nicy nie zwrócili na nich uwagi. Zanim sko czyli, mały scyzoryk Toziera, 

którego u ywali jako prowizorycznego  rubokr ta, miał połamane wszystkie 

ostrza. Tozier przyjrzał si  krytycznie bombie, a potem popatrzył na zegarek. 

- Zaj ło nam to wi cej czasu ni  przypuszczałem. Jest ju  prawie pi ta. 

Zostało niewiele ponad pół godziny. 

- Nie chc  wyj  na zrz d  - stwierdził Follet-ale siedzimy teraz zamkni ci w 

jaskini z bomb , która zaraz wybuchnie. Pomy lałe  o tym drobiazgu? - 

- Je eli poło ymy si  z tyłu, za tamtymi skrzyniami, powinni my by  

bezpieczni. 

- Dobrze,  e jest z nami lekarz - powiedział Follet. - Mo e pan si  okaza  

potrzebny, Nick, je eli ta petarda naprawd  zadziała. Id  znale  sobie jaki  

bezpieczny k t. 

Warren i Tozier poszli za nim w gł b jaskini i zbudowali tam prowizoryczn  

barykad  ze skrzy , a potem poło yli si , u ywaj c worków ze słom  jako 

materacy. Przez nast pne pół godziny czas bardzo si  dłu ył. Warren był 

zdumiony, bo w pewnej chwili poczuł,  e usypia.  miałby si , gdyby kto  mu 

powiedział,  e co  podobnego mo e si  zdarzy  w tak krytycznej sytuacji. Nie było 

w tym jednak wła ciwie nic dziwnego, bior c pod uwag ,  e nie spał ju  drug  

dob . 

Tozier obudził go kuksa cem. 

- Zostało pi  minut. B d  gotowy. 

Warrenowi kł biło si  w głowie mnóstwo pyta . Czy ta idiotyczna bomba 

Toziera zadziała? Je eli tak, czy oka e si  wystarczaj co skuteczna? A mo e a  za 

bardzo? Follet wyraził ju  swoje obawy na ten temat. 

background image

 

161 

- Cztery minuty - oznajmił Tozier, wpatruj c si  w zegarek. - Johnny, ruszasz 

pierwszy, potem Nick. Ja biegn  na ko cu. 

Mijały sekundy i Warren obserwował, jak ogarnia go coraz wi ksze napi cie. 

Zaschło mu w gardle i odczuwał dziwne ssanie w  oł dku, jakby był bardzo 

głodny. Jaki  zak tek jego  wiadomo ci odnotowywał beznami tnie te objawy. 

„A wi c to jest uczucie przera enia" - pomy lał. 

- Trzy minuty - oznajmił Tozier, a zaledwie to powiedział, od strony drzwi 

rozległy si  jakie  odgłosy. - Niech to szlag! -wyszeptał. - Kto  wchodzi. 

- W cholernie dobrym momencie - mrukn ł Follet. 

Zaskrzypiały otwierane drzwi, a kiedy Tozier uniósł ostro nie głow , zobaczył 

w szarym  wietle poranka sylwetki jakich  m czyzn. Drwi cy glos Ahmeda odbił 

si  echem od kamiennych  cian: 

- Có  to, wszyscy  pi ? Nikogo nie m cz  wyrzuty sumienia? Tozier podniósł 

si  na łokciu i przeci gn ł si , jakby wła nie go obudzono. 

- Czego pan znowu chce, do cholery? - zapytał opryskliwym tonem. 

- Chc  z kim  porozmawia  - odparł Ahmed. - Któ  to mógłby by ? Jak pan 

my li, panie Tozier, kogo powinni my zabra  najpierw? 

Tozier próbował zyska  na czasie. Spojrzał na zegarek i powiedział: 

- Na mój gust, za wcze nie pan zaczyna. Prosz  wróci  za godzin . Albo niech 

pan lepiej w ogóle nie wraca. Jeszcze półtorej minuty. Ahmed rozło ył r ce. 

-  ałuj ,  e nie mog  spełni  pa skiej pro by. Mój ojciec  le sypia - to starszy 

człowiek. Wła nie si  obudził i bardzo si  niecierpliwi. 

- W porz dku - odparł Tozier. - Ej, wy dwaj, obud cie si ! Za minut  macie 

by  na nogach. Słyszycie? Za minut ! 

Warren poj ł wypowiedziane z naciskiem słowa i przylgn ł do podłogi. 

- O co chodzi, Andy? - odezwał si . - Jestem zm czony. 

- A, pan Warren - powiedział Ahmed. - Mam nadziej ,  e dobrze pan spał. - 

Jego głos nabrał ostrego tonu: - Wstawa , wszyscy. A mo e mam kaza  was st d 

wyci gn ? Ojciec czeka ju ,  eby wam pokaza , jak wygl da typowa kurdyjska 

go cinno  - oznajmił i roze miał si . 

Tozier zd ył na niego spojrze , zanim rzucił si  na ziemi . Ahmed jeszcze si  

miał, kiedy nast piła eksplozja. Wyrwane z zawiasów drzwi poleciały z impetem 

na roze mianego człowieka, przygniataj c go do skalnej  ciany. Podniósł si  

tuman kurzu, a w oddali słycha  było czyj  krzyk. 

- Naprzód! - wrzasn ł Tozier. 

Zgodnie z planem Follet pierwszy znalazł si  za drzwiami. Zrobił skr t w 

lewo, potkn ł si  o le ce na skalnej półce ciało i o mało nie spadł z kraw dzi 

urwiska. Warren, który biegł tu  za nim, błyskawicznie wyci gn ł r k  i uchronił 

go przez upadkiem. 

Follet szybko si  pozbierał i pop dził wzdłu  skalnej półki. Tam, gdzie 

zaczynała si   cie ka, stał stra nik. Rozdziawił ze zdumienia usta i próbował 

po piesznie zdj  karabin. Follet dopadł go, zanim tamten mógł skorzysta  z 

broni i dał mu pi ci  w twarz. Wewn trz pi ci miał du y stalowy pr t i Warren 

wyra nie usłyszał chrz st mia d onej szcz ki. Stra nik wydał zdławiony j k i 

upadł. Prowadz ca w dolin  w ska  cie ka była wolna. 

background image

 

162 

Follet zbiegał po niej niebezpiecznie szybko,  lizgaj c si  i potykaj c. Spod 

jego butów osuwały si  lawiny kurzu i kamieni. Warren zawadził nog  o skał  i 

poleciał do przodu, my l c przez ułamek sekundy,  e upadnie, ale Tozier chwycił 

go sw  pot n  dłoni  za pasek i przytrzymał. To były jedyne trudno ci, jakie 

napotkali schodz c w dolin . 

Tymczasem w okolicy zacz ły si  dzia  ró ne rzeczy. Wybuchła strzelanina, 

przy czym jazgot r cznej broni przeplatał si  z powa niej brzmi cymi odgłosami 

wybuchaj cych granatów. Jedna z odleglejszych jaski  wyleciała z hukiem w 

powietrze, a cz  skalnej półki osun ła si  nagle w dolin . Metcalfe „odwracał 

uwag  przeciwnika", wywołuj c co  w rodzaju małej wojny. 

Biegli w kierunku land-roverów w nikłym  wietle poranka. Jaki  człowiek z 

przetr conym kr gosłupem le ał, wij c si  z bólu, poni ej jaskini, w której ich 

wi ziono i Warren domy lił si ,  e wybuch bomby Toziera zdmuchn ł go ze 

skalnej półki. Przeskoczył przez poruszaj ce si  jeszcze ciało i pop dził za 

Folletem. Za sob  słyszał miarowy stukot butów Toziera. 

Nagły hałas spłoszył niewielkie stado przywi zanych w pobli u wielbł dów. 

Niektóre z nich zacz ły si  szarpa , powyrywały słupki i pop dziły wzdłu  doliny, 

powoduj c jeszcze wi ksze zamieszanie. Warrenowi bzykn ło co  koło ucha, 

potem usłyszał ostry brzd k i  wist kuli odbijaj cej si  od skały. Poj ł,  e w ród 

ogólnego popłochu kto  zd ył oprzytomnie  ju  na tyle, by do nich strzela . Nie 

miał jednak czasu zamartwia  si  z tego powodu. Koncentrował uwag  wył cznie 

na tym, by jak najszybciej dosta  si  do land-roverów. 

Miał do przebycia sto jardów. Oddech wi zł mu w gardle, gdy wyt ał płuca, 

a jeszcze bardziej gdy napinał nogi. Z przodu pojawiło si  nagle przed pojazdami 

trzech Kurdów i jeden z nich przykl kał ju  z podniesionym karabinem, gotów 

wystrzeli  z bliskiej odległo ci. Wygl dało na to,  e nie mo e chybi , ale kula 

trafiła przebiegaj cego wła nie wielbł da. Follet uskoczył w prawo, 

wykorzystuj c słaniaj ce si  zwierze jako osłon . Inny szalej cy wielbł d powalił 

drugiego z Kurdów. 

Follet skoczył na niego, z całej siły wbijaj c mu w gardło czubek buta. Si gn ł 

po le cy karabin i zacz ł strzela  w biegu, pr dko, lecz niedokładnie. 

Niespodziewany grad kul wystarczył jednak, aby dwaj przeciwnicy rzucili si  do 

ucieczki i droga była wolna. 

Pozostawiali za sob  jeden wielki chaos, gdy  rozszalałe wielbł dy wyrywały 

si , kopały i coraz wi cej zwierz t, uwolniwszy si  z p t, uciekało w dolin . 

Warren pomy lał pó niej,  e jedynie to ich uratowało.  aden ze znajduj cych si  

w pobli u Kurdów nie mógł w tym zamieszaniu celnie strzela  i kule trafiały w 

powietrze. Dobiegł do najbli szego land-rovera, jednym szarpni ciem otworzył 

drzwiczki i wskoczył do  rodka. 

Przekr ciwszy kluczyk w stacyjce zobaczył,  e drugi land-rover rusza, 

buksuj c kołami, a Tozier biegnie obok. Wskoczył do wozu dopiero wtedy, gdy 

Follet otworzył mu drzwiczki. Kule wzbiły fontanny piasku w miejscu, gdzie 

jeszcze przed chwil  były nogi Toziera, ale on siedział ju  bezpiecznie w kabinie. 

Warren, przerzucaj c ostro biegi, ruszył za Folletem z nadziej ,  e tamten 

pami ta drog  do w wozu. 

background image

 

163 

Rzucił okiem w boczne lusterko i zobaczył,  e z tyłu jedzie wielka ci arówka. 

To zapewne Metcalfe starał si  zablokowa  w wóz. Ruchoma przednia szyba 

ci arówki była podniesiona i Warren zobaczył z daleka opalon  twarz i błysk 

białych z bów. Metcalfe po prostu si   miał! Rzut oka wystarczył te  Warrenowi, 

by zorientowa  si ,  e z ci arówk  co  jest nie w porz dku. Ci gn ła za sob  

g st  chmur  czarnego dymu, który kł bił si  i płyn ł w kierunku doliny. Nagle 

gdzie  z tyłu rozległy si  dwa krótkie głuche uderzenia i boczne lusterko land-

rovera w jednej chwili rozpadło si  na kawałki. 

Warren gwałtownie nacisn ł gaz i pop dził za Folletem, który wje d ał 

wła nie do w wozu. Pami tał jak przez mgł ,  e o sto jardów dalej jest ostry 

zakr t, ale pojawił si  on nadspodziewanie pr dko, musiał wi c błyskawicznie 

hamowa , aby nie wpa  na Folleta. 

Słysz c za plecami gło ny huk, odwrócił głow , aby si  obejrze . Metcalfe 

zjechał w bok i uderzył ci arówk  w  cian  w wozu, całkowicie blokuj c 

przejazd. Gramolił si  wła nie przez przedni  szyb , a z ci arówki wydobywał 

si  nadal g sty czarny dym. Warrenowi przyszło na my l,  e było to celowe. 

Metcalfe mógł postawi  zasłon  dymn ,  eby ukry  ich ucieczk  w kierunku 

w wozu. 

Metcalfe przybiegł, wymachuj c automatem, pokiwał do Folleta, który 

siedział w pierwszym wozie i krzykn ł: - Jedziemy! - Potem wskoczył na fotel 

obok Warrena i powiedział zdyszany: - Zaraz b dzie tu piekielna eksplozja. Ta 

ci arówka, która tak ładnie si  pali, jest pełna pocisków od mo dzierzy. 

Follet ruszył, a Warren pojechał za nim. Zaledwie znale li si  za zakr tem, w 

płon cej ci arówce nast pił pierwszy wybuch, któremu towarzyszyły takie 

odgłosy, jakby pułk piechoty odbywał  wiczenia na strzelnicy. 

- Otworzyłem par  skrzynek z amunicj  i troch  tego porozrzucałem - 

wyja nił Metcalfe. - Przez najbli sze pół godziny przechodzenie obok tej 

ci arówki b dzie cholernie ryzykowne.  Warren stwierdził,  e nie potrafi 

opanowa  dr enia r k na kierownicy i jad c przez pełen zakr tów w wóz czynił 

rozpaczliwe wysiłki, aby si  uspokoi . 

- Czy mo emy napotka  tu jaki  opór? - zapytał. 

- To cholernie prawdopodobne - odparł Metcalfe, odbezpieczaj c automat. 

Zobaczywszy mikrofon, wzi ł go do r ki. - Działa? Jest podł czony? 

- B dzie działał, je eli si  go uruchomi. Nie wiem tylko, czy Andy jest na 

podsłuchu. 

- Na pewno - stwierdził z przekonaniem Metcalfe, pstrykaj c przeł cznikami. 

- Taki stary wyga, jak on, nie zaniedbuje ł czno ci. - Podniósł mikrofon do ust. - 

Cze , Andy. Słyszysz mnie? Odbiór. 

- Słysz  ci , Tom - odezwał si  metaliczny głos Toziera. - Znakomicie wszystko 

zorganizowałe . Odbiór. 

- Jestem do usług - odparł Metcalfe. - Mo emy jeszcze napotka  opór. 

Fahrwaz ma przyczółek po drugiej stronie w wozu. Najwy ej kilkunastu ludzi, 

ale uzbrojonych w karabin maszynowy. Masz jaki  pomysł? Odbiór. 

Z gło nika rozległ si  stłumiony okrzyk, po czym Tozier zapytał: 

- Ile mamy czasu? Odbiór. 

background image

 

164 

- Około dwudziestu minut. Najwy ej pół godziny. Odbiór. Gło nik zaszumiał, 

a potem lekko zatrzeszczał. 

- Sta my gdzie  na uboczu - powiedział Tozier. - Chyba sobie poradzimy. 

Wył czam si . 

Metcalfe odło ył mikrofon na miejsce. 

- Andy to dobry chłopak - powiedział beznami tnie. - Ale tym razem musi si  

okaza  cholernie dobry. - Przekr cił przewieszon  na ramieniu torb , aby móc j  

rozpi , po czym wskazał kciukiem w tył pojazdu. - Id  tam, ale zaraz wróc . 

Wspi ł si  na tył land-rov ra i Warren, zerkaj c we wsteczne lusterko, 

zobaczył,  e co pewien czas podnosi r k , jakby co  wyrzucał. Kiedy wrócił na 

swoje miejsce, cisn ł przez okno pust  torb . 

- Co pan tam wyrzucał? - zapytał zaintrygowany Warren. 

- Kotwiczki. Przebijaj  opony - odparł Metcalfe z u miechem. -Zawsze 

upadaj  w taki sposób,  e jeden kolec sterczy w gór . Kurdowie cz sto z nich 

korzystaj , kiedy  cigaj  ich irackie patrole z wozami pancernymi. Nie widz  

powodu, by nie mogli raz sami na nie wjecha . 

Warrenowi przestały si  trz

 r ce. Rzeczowo  i opanowanie tego człowieka 

podziałały na niego uspokajaj co. Zwolnił przed nast pnym ostrym zakr tem i 

zapytał: 

- Jak pan zorganizował t  cała hec  w dolinie? 

- Wznieciłem po ar w składzie amunicji - oznajmił wesoło Met-calfe - i 

podło yłem ładunek z opó nionym zapalnikiem w magazynie z pociskami do 

mo dzierzy. Przywi załem te  sznurki do całego mnóstwa granatów, mocuj c je z 

drugiej strony do ci arówki. Kiedy ruszyła, poci gn ła za wszystkie zawleczki i 

granaty - zacz ły wybucha . Mo e staruszek Fahrwaz ma jeszcze karabiny, które 

mu przywiozłem, ale nie b dzie miał czym z nich strzela . 

Daleko za nimi rozległy si  kolejne eksplozje, których odgłos stłumiły skaliste 

ciany w wozu. Metcalfe u miechn ł si  z zadowoleniem, a Warren zapytał: 

- Jak daleko jeszcze? 

- Jeste my mniej wi cej w połowie drogi. - Wzi ł mikrofon i poło ył go sobie 

na kolanach. Po chwili zbli ył go do ust i powiedział: - Doje d amy, Andy. 

Zatrzymaj si  za nast pnym zakr tem. Odbiór. 

- W porz dku, Tom. Bez odbioru. 

Kiedy Follet zacz ł zwalnia , Warren zatrzymał wóz. Metcalfe zeskoczył na 

ziemi  i podszedł do Toziera, który zapytał: 

- Jak  mamy sytuacj ? Metcalfe wskazał głow  na drog . 

- W wóz ko czy si  zaraz za tym zakr tem. Jest tam niewysokie skaliste 

wzgórze - w Południowej Afryce mówimy na nie „kopje". Góruje nad wej ciem 

do w wozu, a nasi chłopcy s  na jego szczycie. 

- Jak to daleko st d? Metcalfe zadarł głow . 

- Jakie  czterysta jardów. - Wskazał r k   cian  w wozu. - Je eli si  tam 

wdrapiesz, sam si  przekonasz. 

Tozier spojrzał w gór , kiwn ł głow  i odezwał si  do Warrena: 

- Nick, pomo esz Johnny'emu. Najpierw wyjmij zapasowe koło. I zrób to 

ostro nie - bez  adnych metalicznych odgłosów. 

background image

 

165 

- Zapasowe koło...? - powtórzył Warren, marszcz c brwi. Ale Tozier zd ył 

si  ju  oddali  i rozmawiał z Folletem. Warren wzruszył tylko ramionami i 

wyci gn ł korb , aby odkr ci   ruby mocuj ce zapasowe koło. 

Metcalfe i Tozier zacz li si  wspina  po zboczu w wozu, Follet za  przyszedł 

pomóc Warrenowi. Wyj li zapasowe koło i Follet toczył je po ziemi, jakby szukał 

dla niego jakiego  specjalnego miejsca. Wreszcie ostro nie je poło ył i wrócił do 

Warrena. 

- Niech pan wyci gnie lewarek - powiedział i, ku zaskoczeniu Warrena, 

wsun ł si  po land-rover,  ciskaj c w r ce klucz. 

Warren znalazł lewarek i poło ył go na ziemi. Follet powiedział stłumionym 

głosem: „Prosz  mi pomóc", wi c Warren przykl kn ł i zobaczył,  e tamten 

pracowicie zdejmuje z rury wyd  nowej tłumik. Wzi wszy go do r ki, przekonał 

si ,  e jest zaskakuj co ci ki i tylko troch  nagrzany. Kiedy wymontowali 

tłumik, Follet odkr cił jeszcze par   rub i  ci gn ł przymocowane do niego 

przegrody. 

- Niech pan zaniesie go tam - powiedział, wskazuj c głow  w kierunku koła. 

Johnny sam wzi ł lewarek i skrzynk  z narz dziami. Warren rzucił tłumik obok 

koła i zapytał: 

- Co my wła ciwie robimy? 

- Składamy mo dzierz - wyja nił Follet. - Koło posłu y za podstaw . Dzi ki 

Kryzie opiera si  mocno o ziemi . Tłumik b dzie luf . Nie przypuszczał pan,  e do 

land-roverów produkuje si  takie tłumiki, prawda? - Zacz ł si   pieszy . - Te 

uchwyty mocuje si  tutaj, do koła. Prosz  mi pomóc. 

Uchwyty pasowały idealnie do naci  w kole. Follet przeci gn ł pr t przez 

rz d otworów. 

- Ten lewarek zast pi mechanizm podno nika - wyja nił. - Montuje si  go w 

ten sposób,  e kiedy obraca si  korb , lufa podnosi si  albo opada. Prosz  tylko 

dokr ci  te  ruby, dobrze? 

Pobiegł z powrotem do wozów, pozostawiaj c Warrena oniemiałego ze 

zdumienia, nie na tyle jednak, by zapomniał,  e trzeba si   pieszy . Po chwili 

Follet wrócił i rzucił na ziemi  zwykł  ekierk  z przezroczystego plastiku. 

- Trzeba j  przykr ci  do podno nika. S  ju  tam wywiercone otwory. 

Warren przymocował ekierk  w odpowiednim miejscu i zobaczył,  e słu y 

jako prosty dalmierz. 

Metcalfe i Tozier obserwowali tymczasem z wysoka skaliste wzgórze. Le ało 

rzeczywi cie w odległo ci około czterystu jardów. Widzieli wyra nie kilku 

stoj cych na szczycie m czyzn. 

- Czy Fahrwaz ma z nimi kontakt przez telefon albo co  w tym rodzaju? - 

zapytał Tozier. 

Metcalfe przechylił głow , nasłuchuj c odległego grzmotu. 

- W tej sytuacji nie jest mu potrzebny - stwierdził. - Ci chłopcy doskonale 

słysz , co si  dzieje. Zaczynaj  si  ju  niepokoi . Spójrz na nich. 

Ludzie na wzgórzu obserwowali wej cie do w wozu,  ywo gestykuluj c. 

Tozier wyj ł niewielki kompas i starannie go ustawił. 

- Mamy mo dzierz - oznajmił. - Johnny Follet wła nie go składa. Mamy te  

lekki karabin maszynowy. Je eli go tu wci gniemy, b dziesz mógł ostrzela  szczyt 

background image

 

166 

wzgórza i sprowokowa  ich ogie . -Odwrócił si  i spojrzał ponownie na 

mo dzierz. - Jak tylko si  dowiemy, gdzie maj  cekaem, załatwimy go pociskami 

z mo dzierza. 

- Ale  z ciebie podst pna kanalia, Andy - powiedział czule Metcalfe. - Zawsze 

to powtarzam i Bóg mi  wiadkiem,  e mam racj . 

- Nasz kaem nie ma ta my ani b bna, tylko lejek, do którego wrzuca si  

pojedyncze naboje. Powiniene  sobie z nim poradzi . 

- To mi przypomina japo skie „nambu". Dam sobie rad . 

- B dziesz te  naszym zwiadem artyleryjskim - dodał Tozier. -Postrzelamy z 

dołu na o lep. Pami tasz sygnały, których u ywali my w Kongo? 

- Pami tam - odparł Metcalfe. - Wci gnijmy ten kaem na gór . Nie zdziwi  

si , je eli ci chłopcy zejd  do w wozu,  eby sprawdzi , co si  dzieje. 

Kiedy znale li si  na dole, Warren dokr cał w mo dzierzu ostatni   rub . 

Metcalfe popatrzył z niedowierzaniem: 

- Co za obł dna maszyneria! To naprawd  działa? 

- Działa - odparł lakonicznie Tozier. - Sprawd , jak Johnny radzi sobie z 

kaemem. Zostało niewiele czasu. 

Przykl kn ł na jedno kolano, sprawdził, czy mo dzierz jest dobrze 

zmontowany, a potem zacz ł go ustawia  zgodnie ze wskazaniami kompasu. 

- Damy zasi g czterystu jardów - powiedział. - I oby si  udało. 

- Nie wierzyłem ci, kiedy mówiłe ,  e mamy mo dzierz - przyznał Warren. - A 

co z pociskami? 

- To s  bomby - poprawił go Tozier. - Mamy ich zaledwie kilka. Zauwa yłe  

mo e,  e jeste my nie le zaopatrzeni w ga nice. Jedna le y pod mask  obok 

silnika, jedna pod desk  rodzielcz  i jedna z tyłu. W obu wozach jest ich w sumie 

sze  - i tyle wła nie mamy bomb. Pomó  mi je wyci gn . 

Metcalfe wspi ł si  po  cianie w wozu z powrotem na swoje stanowisko, 

wlok c za sob  lin . Kiedy ju  si  tam ulokował, wci gn ł do góry kaem, napełnił 

lejek nabojami i poło ył bro  przed sob , opieraj c j  mocno na nó kach. 

Starannie wymierzył celownik w niewielk  grup  na wzgórzu, po czym odwrócił 

głow  i pomachał r k . 

Tozier odpowiedział mu i skin ł na Folleta. 

- We  ten rozpylacz, który przyniósł Tom, i le  z powrotem do najbli szego 

zakr tu. Je li tylko co  si  tam poruszy, strzelaj. Follet wskazał na mo dzierz. 

- A co z tym? 

- Nick i ja damy sobie rad . Nie b dzie  adnej kanonady - mamy tylko sze  

pocisków. Id  ju . Chciałbym by  spokojny,  e kto  mnie od tyłu ubezpiecza. 

Follet skin ł głow , wzi ł do r ki erkaem i po piesznie si  oddalił. Tozier 

odczekał dwie minuty, po czym dał znak Metcalfe'owi. Ten wykonał kilka ruchów 

ramionami,  eby je rozlu ni , przyło ył policzek do kolby i spojrzał przez 

celownik. Zobaczył wyra nie pi ciu m czyzn. Nacisn ł delikatnie spust i 

mierciono ne pociski pomkn ły w kierunku wzgórza z pr dko ci  dwóch i pół 

tysi cy stóp na sekund . Z tej odległo ci nie mógł chybi . Przesuwał powoli kara-

bin, kosz c gradem kul wierzchołek wzgórza i w pewnej chwili nie ujrzał ju  tam 

nikogo. 

background image

 

167 

Przerwał ogie  i czekał, a  co  si  zdarzy. Poruszaj c si  bardzo wolno, 

wysun ł r k  i wrzucił do lejka gar  naboi. Ta pierwsza długa seria kosztowała 

go ogromn  ilo  amunicji. Zlustrował uwa nie wzgórze, nie dostrzegł tam 

jednak  adnego ruchu. 

Dwukrotnie rozległ si  wystrzał z karabinu, ale obie kule chybiły. Kto  

strzelał na o lep. Cekaem ustawiono na przyczółku w taki sposób,  eby 

kontrolował otwart  przestrze  przed wej ciem do w wozu. Najwyra niej nikt 

nie wzi ł pod uwag ,  e atak mo e nast pi  od tyłu, potrzebowali wi c troch  

czasu na reorganizacj . U miechn ł si  ze zło liw  satysfakcj  na my l o 

szale czych wysiłkach, jakie niew tpliwie czyniono po drugiej stronie wzgórza. 

Przera enie tych ludzi te  musiało by  niemałe. 

Karabin znowu wypalił dwa razy z rz du i Metcalfe doszedł do wniosku,  e 

strzelaj  dwie ró ne osoby. Miał  ci gn  na siebie ogie , postanowił wi c 

podra ni  przeciwnika. Ponownie nacisn ł spust i wypu cił oszcz dn  krótk  

seri  pi ciu pocisków. Tym razem odpowiedział mu ci gły ogie  cekaemu i grad 

kul, uderzaj cych o skały na lewo od niego, trzydzie ci jardów w bok i dziesi  w 

dół. 

Nie zauwa ył, sk d strzelano, wypu cił wi c kolejn  krótk  seri , która 

ponownie wywołała odzew. Tym razem ich zlokalizował. Przenie li cekaem na 

drug  stron  wzgórza i ukryli go za stosem kamieni, mniej wi cej w połowie 

wysoko ci zbocza. Dał znakTozierowi, który pochylił si , aby nastawi  mo dzierz. 

Tozier poci gn ł za sznur i mo dzierz wypalił. Warren zobaczył na tle nieba 

cienk  smug  dymu, kiedy pocisk zatoczył łuk i znikn ł z pola widzenia, 

natomiast Tozier patrzył ju  w kierunku Metcalfe'a, aby dowiedzie  si  o wynik 

próbnego strzału. 

Mrukn ł z niezadowoleniem, gdy Metcalfe pokazał mu r k  jakie  

skomplikowane znaki. 

- O trzydzie ci jardów za blisko - i dwadzie cia bardziej w lewo. - Zmienił k t 

podniesienia i lekko przesun ł mo dzierz, po czym ponownie go załadował. - 

Teraz powinno by  lepiej. - Mo dzierz wystrzelił po raz drugi. 

Kolejna bomba eksplodowała dokładnie na linii stanowiska cekaemu, ale za 

daleko. Jaki  człowiek rzucił si  do ucieczki i Metcalfe z zimn  krwi  powalił go 

krótk  seri  na ziemi , po czym dał znak Tozierowi, by zredukował odległo . 

„S  ju  na pewno ogłupiali z przera enia" - pomy lał, ale natychmiast zmienił 

zdanie, gdy  cekaem odezwał si  ponownie, i tu  pod jego stanowiskiem, jak za 

dotkni ciem czarodziejskiej ró d ki, wystrzeliły w gór  fontanny ziemi, a nad 

głow  przeleciały mu ze  wistem odłamki skał. Musiał szuka  schronienia, gdy  

miejsce, w którym przed chwil  si  znajdował, zasypał grad ołowiu, a uderzenia 

kul wytr ciły mu z r ki bro . 

Ale trzecia bomba była ju  wówczas w powietrzu. Usłyszał jej wybuch i ogie  

cekaemu raptownie umilkł. Podniósł si  i wyjrzał ostro nie w kierunku wzgórza. 

Delikatna smuga dymu unosz cego si  nad ziemi  w ten bezwietrzny poranek 

wyznaczała miejsce upadku bomby - dokładnie na stanowisku cekaemu. Usłyszał 

za plecami przygłuszony huk, gdy mo dzierz ponownie wystrzelił i jeszcze jedna 

bomba upadła niemal w tym samym miejscu. 

background image

 

168 

Odwrócił si  i krzykn ł: - Wystarczy! Ju  oberwali! - Potem zacz ł schodzi  

po zboczu, po lizn ł si  i zjechał na dół, w ko cu stan ł jednak na nogi. Podbiegł 

do mo dzierza i powiedział zdyszany: -Ruszajmy w drog , póki si  nie otrz sn . 

Rozpieprzyli mi to twoje cacko, Andy. 

- Ju  si  wysłu yło - stwierdził Tozier, wło ył w usta dwa palce i zagwizdał 

ostro jak uliczny włócz ga: - Johnny powinien to usłysze . 

Warren pobiegł do land-rovera i wł czył silnik, a Metcalfe wskoczył na 

siedzenie obok niego. 

- Ten Andy jest niesamowity - zagadn ł. - Co za wspaniała kanonada! - 

Warren ruszył tak ostro,  e Metcalfe'owi odskoczyła do tyłu głowa. - Ostro nie, 

bo zrobi mi pan krzywd ! 

Oba land-rovery z rykiem silników wyjechały z w wozu i min ły wzgórze, 

które spowijała nadal lekka mgiełka dymu. Follet siedział z tyłu pierwszego wozu, 

maj c przygotowan  bro , okazało si  to jednak zbyteczne. Nikt do nich nie 

strzelał, nie dostrzegli te   adnego ruchu. Warren zobaczył jedynie na skalistym 

zboczu trzy kupki łachmanów. 

Metcalfe zdj ł mikrofon. 

- Przepu  nas, Andy. Znam drog . Lepiej si  po pieszy , zanim Ahmed 

odblokuje przejazd. Odbiór. 

- Nie zrobi tego - stwierdził Tozier. - Nie  yje. Zderzył si  z drzwiami. Odbiór. 

- Niesamowite! - powiedział ze zdumieniem Metcalfe. - To był ukochany syn 

starego. Tym bardziej nale y si   pieszy . Fahrwaz b dzie  dny zemsty. Im 

szybciej wydostaniemy si  z tego kraju, tym lepiej. A to znaczy,  e musimy p dzi  

do Mosulu na mi dzynarodowe lotnisko. Zjed cie na bok - wyprzedzamy was. 

Bez odbioru. 

Odło ył mikrofon i powiedział: 

- Doktorze, je eli chce pan jeszcze leczy  ludzi, zamiast ich zabija , niech si  

pan modli,  eby ten gruchot nie nawalił, zanim miniemy As-Sulajmanija. 

Naprzód, doktorze - i to pr dko!

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

169 

Rozdział 9

 

 

Dwa dni pó niej wyl dowali na mi dzynarodowym lotnisku Khaldeh w 

Libanie i pojechali taksówk  do Bejrutu. Land-rovery pozostały w Mosulu pod 

opiek  jednego   podejrzanych przyjaciół Metcalfe'a. Wysłu yły si  ju  i nie były 

im wi cej potrzebne. 

- Bejrut to nasza ostatnia szansa - stwierdził Tozier. Kiedy zameldowali si  w 

hotelu. Warren oznajmił: 

- Zadzwoni  do Londynu. Hellier powinien nas poinformowa , co si  tu dzieje. 

B dzie wiedział, gdzie znale  Mike'a i Dana. Potem postanowimy, co robi  dalej. 

- Chciałbym teraz mocno zacisn  r ce na pi knej szyi Jeanette - powiedział 

brutalnie Metcalfe. 

Warren spojrzał na Toziera i uniósł brwi. Tozier odezwał si  cicho: 

- Jeste  nadal po naszej stronie, Tom? 

- Jestem. Mówiłem ci,  e nie lubi , jak mnie wykorzystuj . Mo na mnie kupi  

- tak jak ciebie - ale na moich warunkach. A to zawsze oznacza:  adnych 

narkotyków. 

- Wi c proponuj ,  eby  zostawił pann  Delorme w spokoju - powiedział 

Tozier. - Ona si  teraz nie liczy. Chodzi nam o heroin . Kiedy ju  j  zniszczymy, 

zajmiesz si  t  kobiet . 

- Z wielk  przyjemno ci  - stwierdził Metcalfe. 

- W porz dku - odezwał si  ponownie Tozier. - Johnny, wynajmij samochód - 

albo lepiej dwa. Musimy si  swobodnie porusza . Jak tylko Nick skontaktuje si  z 

Hellierem, bierzemy si  do roboty. 

Kiedy jednak Warren zadzwonił do Londynu, panna Walden oznajmiła mu, 

e Hellier jest w Bejrucie. Wystarczył szybki telefon do hotelu Saint-Georges i w 

pół godziny pó niej siedzieli wszyscy w apartamencie Helliera, przedstawiaj c mu 

Metcalfe'a. 

- Doł czył do nas w najbardziej odpowiednim momencie. Hellier rozejrzał si  

wkoło. 

- Gdzie jest Bryan? 

- Powiem panu pó niej - je li naprawd  chce pan wiedzie  - odparł Warren. 

Zaczynał odnosi  si  do Helliera z niech ci . Facet twierdził,  e jest  dny krwi, 

ale jak dot d nie nara ał na szwank własnej skóry, a w Londynie sprawy 

przedstawiały si  zupełnie inaczej ni  na Bliskim Wschodzie. Hellier wyj ł z 

teczki jakie  papiery. 

- Abbot co  pokr cił. Przekazał mi informacj ,  e Delorme przemyca dwa 

tysi ce funtów heroiny. Moim zdaniem to bzdura, ale nie mog  znale  Abbota, 

eby te dane zweryfikowa . 

- Potwierdzam,  e s  prawdziwe - oznajmił Warren. - Gdyby nie Andy i 

Johnny, byłyby tego dwie tony, zamiast jednej. 

- Niech mi pan wszystko opowie - poprosił Hellier. Warren spełnił jego 

pro b , niczego nie opuszczaj c. Kiedy doszedł do tego, jaki los spotkał Bena 

Bryana, stwierdził z gorycz : 

- Post pił cholernie głupio. Mam wyrzuty sumienia,  e pozwoliłem mu 

zawróci . 

background image

 

170 

- Bzdura! - zaprotestował Follet. - Ben sam dokonał wyboru. Warren 

zrelacjonował ich kolejne przygody, a kiedy sko czył, Hellier był bardzo blady. 

- To mniej Wi cej wszystko - stwierdził Warren bez entuzjazmu. - Przez cały 

czas nam nie wychodziło. Hellier b bnił palcami po stole. 

- Chyba nie mo emy ci gn  tego dalej. To sprawa dla policji -niech si  ni  

zajm . Mamy ju  teraz wystarczaj co du o dowodów. Głos Toziera zabrzmiał 

stanowczo: 

- Policja nie mo e si  o tym dowiedzie . Niech pan nie zapomina, w jaki 

sposób zdobyli my dowody. - Odwrócił si  do Warrena: -Nikogo nie zabiłe , 

Nick? 

- Nic mi o tym nie wiadomo - odparł Warren, rozumiał jednak, co  Tozier 

mana my li. 

- Czy by? A co zdarzyło si  w Iranie na farmie Fahrwaza, tej nocy gdy 

wysadzili my laboratorium? Johnny jest przekonany,  e przejechali cie 

człowieka. 

- Stukn li my go tak,  e nie miał szans - przyznał Follet. - Poza tym le ał 

jeszcze na drodze, kiedy tamt dy wracali my. 

- Ten człowiek do nas strzelał - powiedział ze zło ci  Warren. 

- Powiedz to ira skiej policji - stwierdził pogardliwie Tozier. - Co do mnie, nie 

b d  owija  w bawełn ,  e w czasie tej ekspedycji zabijałem ludzi. Ahmed zgin ł 

od bomby, któr  pomógł mi zrobi  Warren. Par  nast pnych osób załatwili my z 

mo dzierza. Na mój gust, spowodowali my we dwóch  mier  kilkunastu ludzi. - 

Pochylił si  naprzód. - Zwykle jestem kryty - pracuj   dla rz du, co upowa nia 

mnie do zabijania. Ale tym razem jest inaczej i zgodnie z prawem cywilnym mog  

zawisn  na szubienicy. Dotyczy to nas wszystkich. -Wycelował w Helliera 

wskazuj cy palec. - Pana tak e. Jest pan tak samo winny - brał pan udział w 

planowaniu przest pstwa, wi c prosz  dobrze si  zastanowi , zanim wezwie pan 

gliny. 

Hellier  achn ł si . 

- Naprawd  pan s dzi,  e  cigano by nas za zabicie jakich  m tów? - spytał z 

pogarda. 

- Nic pan nie rozumie, prawda? - stwierdził Tozier. - Wytłumacz temu 

kretynowi, Tom. 

Metcalfe u miechn ł si  pod nosem. 

- Rzecz w tym,  e tutejsi ludzie s  czuli na punkcie swojej narodowej dumy. 

We my na przykład Irakijczyków. Nie przypuszczam,  eby prezydent Bakr ronił 

łzy z powodu  mierci paru Kurdów - w ko cu sam próbuje si  z nimi rozprawi  - 

ale  aden rz d nie pozwoli na to, by jacy  cudzoziemcy wdzierali si  do jego kraju 

i wszczynali burdy, cho by nawet ich motywy były najbardziej chwalebne. Andy 

ma całkowit  racj : je eli wezwiemy teraz policj , zacznie si  afera 

dyplomatyczna na tak  skal ,  e nie wiadomo, czym si  to wszystko sko czy. 

Nawet si  nie obejrzymy, jak Rosjanie oskar  Johnny'ego,  e jest agentem CIA, 

a z pana zrobi  tajnego szefa brytyjskiego wywiadu. I trzeba b dzie cholernie 

g sto si  tłumaczy . 

-  adnej policji - o wiadczył Follet nie znosz cym sprzeciwu tonem. 

background image

 

171 

Hellier milczał przez chwil , nie mog c przełkn  tej pigułki. Wreszcie 

powiedział: 

- Rozumiem, co pan ma na my li. Naprawd  uwa a pan,  e pa ska 

działalno  w Kurdystanie mo e by  uznana za mieszanie si  w wewn trzne 

sprawy innego pa stwa? 

- Ale  tak, na Boga! - odparł zdecydowanie Tozier. - A jak by pan to okre lił, 

do cholery?! 

- Musz  przyzna ,  e mnie pan przekonał - powiedział ze skruch  Hellier. - 

Chocia  nadal uwa am,  e mogliby my liczy  na pobła anie. - Spojrzał na 

Metcalfe'a. - Przynajmniej niektórzy z nas. Przemyt broni to osobna sprawa. 

- Mam w gł bokim powa aniu pa skie opinie na temat mojej osoby - 

stwierdził spokojnie Metcalfe. - Sam odpowiadam za to, co robi . A skoro mam 

tutaj pozosta , prosz  zachowa  dla siebie wymysły tego pa skiego tłustego łba. 

Hellier zaczerwienił si . 

- Nie powiem,  eby podobało mi si  takie zachowanie. 

- Mało mnie to obchodzi - odparł Metcalfe, po czym zwrócił si  do Toziera. - 

Czy ten facet naprawd  istnieje, czy kto  go wymy lił? 

- Dosy  tego! - powiedział stanowczo Warren. - Niech pan si  zamknie, 

Hellier. Za mało pan wie,  eby si  wypowiada . Je eli Metcalfe chciał dostarcza  

bro  Kurdom, to jego sprawa. 

Metcalfe wzruszył ramionami. 

- Wybrałem po prostu niewła ciwych Kurdów - to bł d, który nie wpływa 

jednak na zmian  moich pogl dów. Ci chłopcy doznaj  od Irakijczyków wielu 

krzywd i kto  musi im pomóc. 

- A przy okazji zarobi  - szydził Hellier. 

- Robotnik zasługuje na zapłat  - stwierdził Metcalfe. - Nara am własn  

skór . 

Tozłer wstał i spojrzał na Helliera z niech ci . - Chyba nic tu po nas, Tom. 

Zrobiło si  za du o smrodu. 

- Taaak - zgodził si  Follet, odsuwaj c krzesło. - Troch  tu duszno. 

   - Siadajcie na miejsca - rozkazał Warren, a potem powiedział do Helliera: - 

My l ,  e jest pan komu  winien przeprosiny, sir Robert, 

Hellier, spu ciwszy z tonu, wymamrotał: 

- Nie miałem zamiaru pana urazi , panie Metcalfe. Prosz  o wybaczenie. 

Metcalfe odpowiedział skinieniem głowy, a Tozier ponownie usiadł. 

- Przejd my do rzeczy - odezwał si  Warren. - Andy, jak twoim zdaniem, 

mo emy odnale  Abbota i Parkera? 

- Odszukaj pann  Delorme, a ona ci  do nich zaprowadzi - odparł bez 

namysłu Tozier. 

- Sporo my lałem o tej kobiecie - stwierdził Warren. - Znasz j  najlepiej, 

Tom. Mo esz nam powiedzie  co , czego nie wiemy? 

- Te  si  nad tym zastanawiałem - przyznał Metcalfe. - Jest w niej sporo 

sprzeczno ci. Jeanette nie le sobie radzi, ale nigdy nie odnosiła błyskotliwych 

sukcesów. Wszystko, za co si  bierze, przynosi zyski, ale wydaje przy tym tyle 

pieni dzy,  e w tpi , by zgromadziła wi kszy kapitał. Odk d j  znam, zawsze 

trwoniła pieni dze. 

background image

 

172 

- I jaki st d wniosek? - zapytał Hellier. 

- Ile opium zgromadził w Iranie Fahrwaz? 

- Dwadzie cia ton albo wi cej - odparł Warren. 

- No wła nie - stwierdził Metcalfe. - To kosztuje cholernie du o szmalu. Sk d 

go miała? 

- Nie potrzebowała pieni dzy - zauwa ył Tozier. - Załatwiała transakcje w 

inny sposób. Wymieniała towar bezpo rednio na bro . Nie musiała wykłada  

gotówki na opium - robił to Fahrwaz, a na ojczystej ziemi i przy posiadanych 

kontaktach nie musiał płacie szczególnie du o. 

- Fakt,  e to była transakcja wymienna - powiedział z rozdra nieniem 

Metcalfe. - Ale dostarczyłem Fahrwazowi towaru za pół miliona funtów. I nie po 

raz pierwszy robiłem dostaw  do Kurdystanu. Sk d Jeanette wzi łaby pół 

miliona? 

- Chwileczk  - powiedział Hellier i zaczai szpera  w teczce. - W jednym z 

pierwszych raportów Abbota była mowa o jakim  bankierze. - Przerzucił kartki. 

- Jest. Jadła obiad z człowiekiem o nazwisku Fuad, który - jak si  okazało - 

pracuje w Inter-East Bank. - Podniósł słuchawk  telefonu. - Zasi gn  o nim 

informacji. Mam tam dobre kontakty. 

- Prosz  zrobi  to w miar  dyskretnie - ostrzegł Warren. Hellier obdarzył go 

pełnym wy szo ci u miechem. 

- Niech mi pan wierzy,  e znam si  na swojej robocie. To zwykły wywiad 

finansowy - rutynowa praktyka. 

Powiedział co  do telefonu, a potem przez dłu szy czas tylko słuchał. W ko cu 

znowu si  odezwał: 

- Tak, bardzo prosz . Interesuj  mnie wszelkie informacje na jego temat. 

Zwłaszcza lista przedsi biorstw i tak dalej. Bardzo dzi kuj . Tak, my l ,  e 

wpadn  pod koniec tygodnia - kr cimy tutaj film. Zadzwoni , jak tylko załatwi  

najpilniejsze sprawy. Musimy zje  razem obiad. Przy le mi pan zaraz to dossier 

Fuada?  wietnie. 

Odło ył słuchawk  telefonu i zawadiacko si  u miechn ł: 

- S dziłem,  e Fuad mo e by  dyrektorem banku Inter-East, ale nie - jest jego 

wła cicielem. To zaczyna wygl da  interesuj co. 

- Dlaczego? - zapytał Warren. 

Na twarzy Helliera pojawił si  jowialny u miech: 

- Ma pan konto w Midland Bank, prawda? Kiedy ostatnio jadł pan obiad z 

prezesem tego banku? Warren skrzywił si . 

- Nigdy. W tpi , czy wie o moim istnieniu. Obracam za mał  gotówk ,  eby 

wzbudza  zainteresowanie tak wysokich sfer. 

- Zdaniem Metcalfe'a panna Delorme te  nie ma jej za wiele, a jednak jada 

obiady z Fuadem, który jest wła cicielem banku Inter-East. - Hellier zetkn ł 

dłonie czubkami palców. - Liba skie banki funkcjonuj  w taki sposób,  e 

finansi ci z londy skiego City dostaliby apopleksji. Od czasu spektakularnego 

krachu w Intrabanku rz d liba ski stara si  odzyska  finansow  wiarygodno , 

ale ten Fuad swobodnie sobie poczyna z zalecanym kodeksem post powania. Jego 

zasady działania s  uznawane za normalne w atmosferze tolerancji, jaka panuje 

na Bliskim Wschodzie, oznacza to jednak,  e ka dy, kto podaje mu r k , 

background image

 

173 

powinien zaraz potem sprawdzi , ile ma palców. Znajomy, z którym 

rozmawiałem wła nie przez telefon, zbiera na bie co informacje na temat 

poczyna  Fuada - dla własnego bezpiecze stwa. Zaraz je nam pode le. 

- My li pan wi c,  e finansuje cał  transakcj  - stwierdził War-ren. 

- Bardzo mo liwe - przyznał Hellier. - Dowiemy si , kiedy przejrz  jego 

dossier. Zadziwiaj ce, jak wiele mówi o człowieku lista przedsi biorstw, którymi 

zarz dz . 

- To jedna sprawa, któr  trzeba si  zaj  - stwierdził Tozier. - Ale jest co  

jeszcze. Morfin  musi by  przerobiona na heroin . Co o tym s dzisz, Nick? 

- Gdzie  musz  to robi . Zało yłbym si ,  e tutaj, w Bejrucie. 

- Bez Speeringa? 

- S  inni chemicy, a nie jest to takie trudne. Łatwiejsze ni  wytwarzanie 

morfiny z opium. Przeprowadza si  acetylacj  morfiny i zmienia zasad  w 

chlorowodorek. Potrzeba jedynie du ej ilo ci plastikowych wiader i wiedzy, 

zdobytej na lekcjach chemii w szóstej klasie. 

Rozmawiali o tym przez jaki  czas, nie doszli jednak do  adnego 

konstruktywnego wniosku. Heroina mogła by  wytwarzana praktycznie wsz dzie, 

a nie byli przecie  w stanie przetrz sn  całego Bejrutu czy tym bardziej Libanu. 

Warren przypomniał o znikni ciu Abbota i Parkera. 

- Je eli Delorme dala si  namówi  na sztuczk  z torped , Parker ma pełne 

r ce roboty. My l ,  e dlatego znikn li nam z oczu. 

- Jeanette nie powinna mie  trudno ci ze zdobyciem torpedy -zauwa ył 

Metcalfe. - Od wielu lat handluje broni  w całym rejonie Morza  ródziemnego. 

Ale oznacza to co  jeszcze - b dzie jej potrzebny statek. Zaw a to obszar naszych 

poszukiwa  do wybrze a i portów. 

- Niewielka pociecha - stwierdził Follet. - Statków tu nie brakuje. 

Zadzwonił telefon i Hellier podniósł słuchawk . 

- Prosz  przysła  go na gór  - powiedział. Po chwili rozległo si  delikatne 

pukanie do drzwi. Hellier poszedł otworzy  i wrócił zaraz z grub  kopert . - To 

dossier Fuada - oznajmił. - Zobaczmy, co tu mamy. 

Wyci gn ł plik zapisanych na maszynie kartek i uwa nie je przejrzał. Po 

chwili stwierdził z odraz : 

- Ten człowiek kieruje si  zasadami kupca z bizantyjskiego bazaru. Zarabia 

mas  pieni dzy. Ma nawet jacht - „Stella del Mare". -Przerzucił par  stron. - 

S dz c z tej listy przedsi biorstw, macza palce w ró nego rodzaju działalno ci: 

hotele, restauracje, winnice, kilka farm, stocznia... - Podniósł wzrok znad kartki. - 

Mo e w kontek cie naszej rozmowy warto by si  ni  zainteresowa . 

Zanotował co  i czytał dalej: 

- Fabryka przypraw i marynat, warsztat samochodowy, zakład mechaniki 

ogólnej, firma budowlana... 

- Prosz  to powtórzy  - przerwał mu Warren. 

- O firmie budowlanej? 

- Nie. Co  na temat fabryki marynat. Hellier ponownie to sprawdził. 

- Tak, wytwórnia sosów i marynat. Kupił j  niedawno. I co z tego? 

background image

 

174 

- Powiem panu - odparł z namysłem Warren. - Acetylacja morfiny powoduje 

potworny smród. Dokładnie taki sam zapach spotyka si  w fabryce marynat. To 

kwas octowy.  mierdzi po prostu jak ocet. 

- No to ju  co  mamy - stwierdził z satysfakcj  Tozier.- Proponuj  si  

rozdzieli . Nick zajmie si  wytwórni  marynat - najlepiej si  na tym zna. Johnny 

przypilnuje panny Delorme, a ja w razie potrzeby przyjd  mu z pomoc . Tom 

zajrzy do stoczni. - Odwrócił si  do Metcalfe'a. - Trzymaj si  lepiej od Jeanette z 

daleka. Fahrwaz pała  dz  zemsty i dziewczyna wie ju  na pewno o twoim 

udziale w całej akcji. 

- W porz dku - zgodził si  Metcalfe. - Ale pó niej dobior  si  jej do skóry. 

- Dostaniesz j  - powiedział ponuro Tozier. - Sir Robert mo e dalej zgł bia  

dossier Fuada. Ju  nam to przyniosło korzy ci, a mo e opłaci  si  jeszcze 

bardziej. B dzie te  pełnił rol  sztabu. Zostanie tu przy telefonie,  eby kierowa  

akcj . 

 

Parker nucił sobie wesoło, przygotowuj c do przeróbki ostatni  torped . 

Pracował całymi godzinami, marnie jadał i od dłu szego czasu skazany był na 

przebywanie w szopie lub w jej s siedztwie, przepełniało go jednak uczucie 

szcz cia, gdy  zajmował si  prac , któr  najbardziej lubił.  ałował z dwóch 

powodów,  e zbli a si  ona do finału: ko czyło si  to, co przyjemne, a zaczynał 

naprawd  niebezpieczny etap. W tym momencie nie my lał jednak o tym, co si  

zdarzy po drugiej stronie Atlantyku, lecz był skoncentrowany na demontowaniu 

głowicy. 

Abbot odczuwał coraz wi ksze rozdra nienie. Nie potrafił wydoby  z Jeanette 

niczego na temat przebiegu operacji w Stanach. Chciał koniecznie zna  czas i 

miejsce akcji, nie podzieliła si  z nim jednak t  cenn  informacj . Przypuszczał, 

e Eastman równie  nic nie wie. Delorme trzymała karty bardzo blisko swych 

pi knych piersi. 

Od owej nocy, gdy zabrał j  do Paon Rouge, skazany był, podobnie jak 

Parker, na przebywanie w szopie. Wpadła mu w r ce gazeta, dzi ki czemu 

wiedział,  e udała si  sztuczka z ogłoszeniem, nie miał jednak poj cia, co z tego 

wyniknie. Zmarszczył gniewnie brwi i odwróciwszy głow  zobaczył,  e Ali, oparty 

o por cz na szczycie schodów, przygl da mu si  nieruchomymi ciemnymi oczami. 

To był kolejny problem - poczucie,  e jest si  stale pod obserwacj . 

W pewnym momencie u wiadomił sobie,  e w warsztacie zaległa cisza. 

Spojrzał na Parkera, który ze spuszczon  głow  wpatrywał si  w głowic  torpedy. 

- Co si  dzieje? 

- Podejd  tu - powiedział cicho Parker. 

Abbot stan ł obok niego i popatrzył na głowic . Parker odło ył narz dzie, 

które trzymał w lekko dr cych r kach. 

- Nie wpadaj w panik  - powiedział. - Nie rób niczego, co zwróciłoby uwag  

tego cholernego Araba. Ta torpeda jest pełna. 

- Pełna czego? - zapytał bez sensu Abbot. 

- Trotylu, cholerny głupcze. A czego mo e by  pełna głowica? Jest go tu dosy , 

eby wysadzi  cał  t  bud  na mil  w powietrze. Abbot gło no przełkn ł  lin . 

- Ale Eastman twierdził,  e torpedy b d  puste. 

background image

 

175 

- Wi c ta trafiła tu przez pomyłk  - wywnioskował Parker. - Co wi cej, ma 

detonator. Nale y tylko mie  nadziej ,  e nie jest uzbrojony. To mało 

prawdopodobne, ale w zasadzie nie powinno go tu w ogóle by  - podobnie jak 

trotylu. Uwa aj, dopóki go nie wyjm . 

Abbot wpatrywał si  w głowic  jak zahipnotyzowany, a Parker 

przeprowadzał ostro nie niezb dn  operacj . Wreszcie poło ył detonator na 

ławie. 

- Teraz jest ju  troch  lepiej - ale tylko troch . Nie mam poj cia, dlaczego 

wcze niej nie wybuchła. To zbrodnia zostawia  detonator w głowicy. Po prostu 

zbrodnia. 

- Tak - przyznał Abbot, czuj c,  e si  poci. - Dlaczego mówisz,  e jest tylko 

troch  lepiej? 

- Trotyl dziwnie si  zachowuje - wyja nił Parker. - Kwa nieje z czasem i 

wtedy nie jest ju  stabilny. Staje si  tak wra liwy,  e mo e samoczynnie 

wybuchn . - Spojrzał na Abbota spod oka. - Lepiej,  eby  si  do niego nie 

zbli ał, Mike. 

- Nie ma obawy, nie b d . - Abbot wyci gn ł machinalnie z kieszeni paczk  

papierosów, ale wystarczyło spojrzenie Parkera, by si  zreflektował. - 

Przypuszczam,  e pali  te  nie wolno. Co z tym zrobimy? 

- Wszystko wyjmiemy. W marynarce wypieprzyliby to za burt , ale mnie 

mo e si  jeszcze przyda . I nie chc ,  eby Ali o tym wiedział. 

- Raczej nie ma obawy - stwierdził Abbot. - Nie zna si  na technice. Ale gdyby 

przyszedł Eastman, mógłby si  zorientowa , co robimy. Po co ci ten trotyl, Dan? 

- Moim zdaniem torpedy powinny eksplodowa  - powiedział Parker. - Do tego 

słu  i nie widz  powodu, by miało by  inaczej. Kiedy je odpalimy, chc ,  eby 

wyleciały w powietrze. To dla mnie zrz dzenie Opatrzno ci,  e ta głowica jest 

pełna trotylu. 

Abbot pomy lał o czterech torpedach, z których ka da ma mie ci  ładunek 

heroiny wart dwadzie cia pi  milionów dolarów, a wszystkie eksploduj  na 

wybrze u Ameryki, wprawiaj c w zdumienie oczekuj cy tam komitet powitalny. 

Byłby to niezły numer. 

- A co z obci eniem? Ci gle marudzisz,  e nie mo e by  za du e. Parker 

znacz co mrugn ł okiem. 

- Nigdy nie nale y mówi  całej prawdy. Zachowałem co nieco w rezerwie. 

- Masz tylko jeden detonator. 

- Dobry rzemie lnik - zawsze sobie poradzi - oznajmił Parker. -Ale całkiem 

mo liwe,  e obaj wylecimy w powietrze, kiedy b d  to  wi stwo wyci gał, wi c 

zostawmy ten problem na pó niej. Mo e si  okaza  nieaktualny. - Przyjrzał si  

bacznie głowicy. - B d  mi potrzebne mosi ne narz dzia. Pójd  je przygotowa . 

Tak te  uczynił. Abbot przygl dał si  jeszcze przez chwil  głowicy, po czym 

tak e si  oddalił, zachowuj c maksymaln  ostro no . 

 

W cztery dni pó niej Eastman z satysfakcj  ogl dał torpedy. - A wi c twierdzi 

pan,  e jeste my gotowi, Dan? 

- Całkowicie - odparł Parker. - Trzeba tylko napełni  głowice ładunkiem. 

Potem mo na wsadza  torpedy do wyrzutni i odpala . 

background image

 

176 

- Zamontowanie na „Orestesie" drugiej wyrzutni poprawiło sterowno  - 

stwierdził Eastman. - Kapitan mówi,  statek ju  si  tak nie chybocze. 

Parker u miechn ł si . 

- To dzi ki wyrównaniu turbulencji. Je eli macie ju  towar, jestem gotów do 

rozpocz cia załadunku. 

- Szefowa troch  si  niepokoi - powiedział Eastman. - Chce zrobi  to sama - 

dla wszelkiej pewno ci. 

- Nie ma mowy - stwierdził stanowczo Parker. - To nie takie proste. Musz  - 

dopilnowa ,  eby  rodek ci ko ci wypadł w odpowiednim miejscu, bo w 

przeciwnym razie nie gwarantuj , jak zachowa si  torpeda. Musi by  idealnie 

wywa ona. 

Najmniej  yczył sobie tego, by kto  majstrował przy głowicach. 

- Mo e sta  przy mnie i patrze , co robi  - powiedział w ko cu. -Na to mog  

si  zgodzi . 

- Dan wspominał mi,  e przy niewła ciwym wywa eniu torpeda mo e opa  na 

dno - odezwał si  Abbot. 

- Miałoby to te  wpływ na ich sterowno  - dodał Parker. -Byłyby cholernie 

niedokładne. 

- W porz dku, w porz dku! - przerwał mu Eastman, podnosz c w gór  obie 

r ce. - Przekonał mnie pan - jak zwykle. Jeanette b dzie tu zaraz z ładunkiem do 

jednej torpedy. Zobaczymy, czy j  potrafi pan przekona . 

Wymagało to sporego wysiłku, w ko cu jednak Jeanette zgodziła si , 

ust puj c wobec pot gi technicznej wiedzy, któr  emanował Parker. 

- Pod warunkiem,  e b d  przy załadunku, a głowica zostanie zaplombowana 

- o wiadczyła. 

- Tak bardzo nam ufasz - stwierdził z przek sem Abbot. 

- Zgadza si  - odparła chłodno. - Pomó  Jackowi przynie  towar. 

Abbot pomógł Eastmanowi wci gn  do szopy du e kartonowe pudło. Znie li 

je po schodach i poszli po nast pne. Jeanette delikatnie postukała w karton 

zgrabnie obut  stop  i powiedziała: 

- Otwórz je. 

Parker wzi ł do r ki nó  i rozci ł pokryw  pudła. Było pełne plastikowych 

woreczków z białym proszkiem. 

- S  pakowane po pół kilo - wyja niła. - Pi set sztuk - akurat na jedn  

torped . 

Parker wyprostował si . 

- To nie jest w porz dku. Powiedziałem pi set funtów, a nie dwie cie 

pi dziesi t kilogramów. Nie wiem, czy dam rad  - to o pi dziesi t funtów za 

du o. 

- Załaduj wszystko - rozkazała. 

- Pani nie rozumie - stwierdził z irytacj . - Wywa yłem te torpedy na ładunek 

pi ciuset funtów. Zwi kszaj c obci enie przy samym dziobie o dziesi  procent 

zakłóca si  równowag  d wigni –  rodek ci ko ci ulega przesuni ciu. - Potarł 

palcem nos. - Mo e i da si  to zrobi  - powiedział bez przekonania. 

- Za nast pnych sto tysi cy dolarów? - zapytała. - Tylko dla ciebie. Abbotowi 

nic nie powiem. 

background image

 

177 

- W porz dku - zgodził si . - Spróbuj . - Chciał,  eby w torpedach znalazło si  

jak najwi cej heroiny, a na ich wywa enie nie miało to w istocie wi kszego 

wpływu. Spierał si  z Jeanette, zgrywał si  przed ni  i szafował naukowymi 

wywodami po to tylko, by nie wzbudza  podejrze . - Za dodatkowych sto tysi cy 

dolarów mog  to dla pani zrobi . 

- Tak przypuszczałam - stwierdziła z u miechem. 

Pomy lał,  e niewiele j  to kosztuje. Za dodatkowe dwie cie funtów heroiny o 

warto ci dziesi ciu milionów dolarów płaci zaledwie sto tysi cy - o ile w ogóle da 

mu te pieni dze. U diabła, ale  to dochodowy interes! 

Eastman i Abbot wrócili z kolejn  parti  towaru, a Parker zacz ł bardzo 

ostro nie upycha  pakunki do głowicy. 

- G sto  materiału te  ma swoje znaczenie - wyja nił. - Trotyl jest bardziej 

zbity. Ten proszek zajmuje wi cej miejsca, zwłaszcza w plastikowych 

opakowaniach. 

- Jeste  pewien,  e głowica jest wodoszczelna? - dopytywała si  Jeanette. 

- O to nie musi si  pani martwi  - uspokoił j  Parker. - Jest szczelna jak kaczy 

kuper. 

Jeanette wygl dała na zaskoczon . Eastman, tłumi c  miech, zainteresował 

si  ław , na której walały si  narz dzia i kawałki metalu. Wzi ł do r ki jaki  

przedmiot i zacz ł mu si  przygl da . Abbot zamarł widz c,  e to jeden z 

detonatorów, które zmajstrował Parker. 

- Co to? - zapytał Eastman. 

Parker popatrzył i odparł od niechcenia: 

- Przerywacz do obwodu B. Poprzedni był niesprawny, wi c zrobiłem nowy. 

Eastman podrzucił go w gór , pochwycił i poło ył z powrotem na ław . 

- Ma pan złote r ce, Dan. Chyba mógłbym panu znale  w Stanach dobr  

robot . 

- Nie miałbym nic przeciwko temu - odparł Parker. - Je li zarabiałbym tyle, 

co tutaj... - Przez dłu szy czas pracował w milczeniu, a Jeanette stała nad nim, 

zagl daj c mu przez rami . W ko cu powiedział: - To ostatnia paczka. Jestem 

naprawd  zaskoczony. Nie przypuszczałem,  e to wszystko si  zmie ci. Dokr c  

głowic  i b dzie pani mogła j  zaplombowa , je li pani chce. 

Sprawdził posmarowan  grub  warstw  smaru uszczelk  i przymocował 

niewielk  pokryw , po czym powiedział: 

- Mike, przygotuj blok. Zamontujemy głowic  do korpusu torpedy i b dzie 

ju  mo na przetransportowa  j  na „Orestesa". 

Głowica, kołysz c si  na bloku, pow drowała do korpusu torpedy i Parker 

solidnie j  tam umocował. 

- Prosz  bardzo, panienko - powiedział. - Jest pani zadowolona? Czuj ,  e 

powinienem poprosi  o pokwitowanie, ale w tpi , czy bym je dostał. 

- Jestem zadowolona - odparła Jeanette. - Jack, niech dzi  wieczorem wezm  

t  torped  na „Orestesa". Jutro b dzie nast pny ładunek, panie Parker. 

„Orestes" wypływa pojutrze rano. - U miechn ła si  do Abbota i dodała: - To 

b dzie dla nas wszystkich przyjemny rejs. 

 

background image

 

178 

Warren był przybity, kiedy spotkali si  w apartamencie Helliera, aby 

porówna  notatki. Miał za sob  bezowocny dzie . 

- Wytwórnia marynat jest zamkni ta na cztery spusty. Na zewn trz jest 

informacja,  e z powodu remontu. 

- A sk d pan to wie? - zapytał Metcalfe. - Napis był chyba po arabsku? 

- Kto  przetłumaczył mi go na francuski - wyja nił Warren znu onym głosem. 

- W okolicy pachniało troch  octem, ale nie za bardzo. Nie zauwa yłem,  eby 

ktokolwiek wchodził czy wychodził. To był stracony dzie . 

- Ja widziałem kogo , kto tam wchodził - wtr cił nieoczekiwanie Follet. - 

ledziłem pann  Delorme. Weszła do fabryki od tyłu. Był ni  jaki  facet - chyba 

Amerykanin. Sp dzili tam około godziny. 

- Wszystko zaczyna si  zgadza  - stwierdził Hellier, patrz c na Folleta z 

uznaniem. -To oznacza,  e Delorme ma na pewno powi zania z Fuadem. A co ze 

stoczni ? 

- Jest niedu a - odparł Metcalfe. - Nie ma szans,  eby dosta  si  tam 

niepostrze enie. W ogóle nie widziałem Jeanette. Wynaj łem łód  i przyjrzałem 

si  tej stoczni od strony morza. Jest tam zakotwiczony jacht Fuada i jaka  stara 

łajba, pływaj ca pod panamsk ; bander  - nazywa si  „Orestes". To wszystko. 

Sama stocznia wygl da na mocno zaniedban . Mało kto tam pracuje, za to przy 

głównej bramie kr ci si  mnóstwo goryli. 

- Mo e te  zamkn li j  z powodu remontu - stwierdził ironicznie Tozier. - 

Je eli przerzucaj  przez Bejrut heroin  warto ci wielu milionów dolarów, b d  

cholernie uwa a ,  eby w punktach przeładunkowych nikt ich nie podpatrzył. 

Całkiem mo liwe,  e „Orestes" jest tym statkiem, którego szukamy. Dałby rad  

przepłyn  przez Atlantyk? 

- Czemu nie? - powiedział Metcalfe. - Ma około trzech tysi cy ton wyporno ci. 

Ale jest co  jeszcze. Dzi  po południu pojawiła si  tam ci arówka z bardzo dług  

przyczep . Nie widziałem, co wiozła, bo wszystko zakrywała plandeka, ale mogła 

to by  torpeda. 

- Nie jestem taki pewny, czy si  na ni  zdecydowali - stwierdził Warren. - 

Parker mówił mi,  e torpeda mo e przenie  tylko pi set funtów ładunku, a 

wiemy,  e maj  do przemycenia cał  ton . - Zmarszczył brwi. - Gdyby nawet 

Abbot i Parker zatopili pierwsz  parti  towaru, pozostanie jeszcze siedemset 

pi dziesi t kilogramów Heroiny. Je eli torpeda zostanie zniszczona, Delorme i 

jej gang gdzie  si  zadekuj  i znajdziemy si  w jeszcze gorszej sytuacji ni  teraz. 

- Skoro Jeanette potrafi zdoby  jedn  torped , a wiem,  e potrafi, zdob dzie i 

cztery - stwierdził Metcalfe. - Znam j . Idzie zawsze na cało  i je eli b dzie 

przekonana,  e torpeda załatwi spraw , zrobi wszystko,  eby j  mie . 

- Bardzo dobrze - powiedział Warren - ale nie wiemy nawet, czy Parker 

przekonał j  do swojego pomysłu. 

- Mam jeszcze co  - kontynuował Metcalfe. -  ledziłem t  ci arówk  z 

przyczep , kiedy opu ciła stoczni . Pojechała w pewne miejsce nad morzem, 

które te  jest zamkni te na cztery spusty i cholernie trudne do obserwowania. 

Zapłaciłem kup  forsy za mo liwo  korzystania z poddasza i widziałem stamt d 

mniej wi cej jedn  czwart  terenu po drugiej stronie muru. Był tam jaki  Arab, 

background image

 

179 

chyba dozorca, a oprócz niego niewysoki facet, szeroki w ramionach i bardzo 

muskularny, który lekko utyka... 

- To Parker! - wykrzykn ł Warren. 

- ...i młody wysoki blondyn. Czy to Abbot? Warren skin ł głow . 

- Opis si  zgadza. 

- Pojawił si  tam jaki  samochód, stal przez par  minut, a potem odjechał. 

Przywiózł wysokiego m czyzn  z haczykowatym nosem i łysin  na skroniach. 

- Wygl da na faceta, który towarzyszy Delorme - stwierdził Follet. - Czy to 

był czarny mercedes? 

Metcalfe przytakn ł, a Hellier oznajmił: 

- Nie ulega chyba w tpliwo ci,  e posuwamy si  we wła ciwym kierunku. 

Pozostaje tylko pytanie, co dalej? 

- My l ,  e Parker i Abbot s  w bardzo niebezpiecznej sytuacji -stwierdził 

Warren. 

- To za mało powiedziane -  achn ł si  Metcalfe. - Załó my,  e statek 

wypłynie, a torpedy zawiod , poniewa  Parker je zniszczy. Jeanette b dzie 

w ciekła jak osa. Nikt nie przyj łby spokojnie straty takiej sumy pieni dzy, a ona 

zawsze była porywcza. Parker i Abbot dostan  za swoje - wyl duj  za burt  

„Orestesa" i nikt wi cej o nich nie usłyszy. - Metcalfe zamy lił si  gł boko. - 

Prawd  mówi c, mog  zgin  nawet gdyby torpedy sprawiły si  jak nale y.  

Jeanette ma obsesj  na punkcie zacierania  ladów. 

- Nick, obawiam si ,  e popełniłe  bł d - stwierdził Tozier. - Ten pomysł z 

torped  jest sam w sobie niezły, ale nie przemy lałe  go do ko ca. W porz dku, 

mamy okazj  zniszczy  heroin , ale co si  stanie z Abbotem i Parkerem? 

- My l ,  e sprawa jest oczywista - oznajmił Hellier. - Pozostaje decyzja, czy 

atakujemy fabryk  marynat czy statek? 

- Na pewno nie fabryk  - odparł bez namysłu Warren. - Przypu my,  e 

wywie li ju  stamt d cz  heroiny. Gdyby my nawet zaatakowali fabryk , cz  

towaru pozostanie gdzie  na zewn trz. Optuj  za statkiem. B dziemy mieli szans  

zgarn  wszystko. 

- A przy okazji uratowa  Parkera i Abbota - zauwa ył Hellier. 

- Czyli musimy zaatakowa  statek, zanim wypłynie w morze, a nie wiemy, 

kiedy to nast pi - stwierdził z namysłem Tozier. 

- Ani czy wyruszy z całym ładunkiem - dodał Metcalfe. - Wci  mamy za mało 

informacji. 

- Gdybym tak mógł porozmawia  z Abbotem cho by przez pi  minut - 

powiedział Warren. Metcalfe strzelił palcami. 

- Wspomniał pan,  e Parker słu ył w marynarce. Czy jest szansa,  e zna 

alfabet Morse'a? 

- To mo liwe - odparł Warren. - Nawet do  prawdopodobne. 

- Z tego poddasza, na którym byłem, wida  zachód sło ca - powiedział 

Metcalfe. - Miałem fataln  widoczno , bo  wieciło mi w oczy. Ale otwiera to 

przed nami pewne mo liwo ci. Potrzebuj  tylko lusterka. Mog  wysyła  sygnały. 

Warren zacisn ł usta. 

- Mam nadziej ,  e dyskretne. 

- Postaram si  - stwierdził z powag  Metcalfe. 

background image

 

180 

Narada dobiegła ko ca. Warren miał wesprze  Metcalfe'a, a Tozier i Follet 

skoncentrowa  si  na stoczni, aby znale  tam jaki  słaby punkt. Hellierowi 

pozostała rola koordynatora. 

Warren omówił z Metcalfe'm plan akcji, a potem powiedział: 

- Chciałbym zada  panu osobiste pytanie. 

- W porz dku, byle tylko nie oczekiwał pan uczciwej odpowiedzi. 

- Zastanawia mnie pan, Metcalfe. Nie wierzy pan w prawo i porz dek, 

prawda? A jednak jest pan zaciekłym wrogiem narkotyków. Dlaczego? 

Metcalfe przestał si  u miecha . 

- To nie pa ska sprawa - odparł chłodno. 

- W zaistniałych okoliczno ciach mam chyba prawo wiedzie  -powiedział 

ostro nie Warren. 

- Mo e i tak - przyznał Metcalfe. - Boi si  pan,  e mógłbym prysn  z fors  i 

wykiwa  was wszystkich. - U miechn ł si  pod nosem. - Zrobiłbym to, gdyby nie 

chodziło o narkotyki. Stawk  jest przecie  kupa szmalu. Powiedzmy,  e miałem 

kiedy  młodszego brata i niech to wystarczy, dobrze? 

- Rozumiem - powiedział powoli Warren. 

- Mo e i tak. Andy wspominał,  e jest pan z bran y. A je li chodzi o prawo i 

porz dek, wierz  w nie tak samo, jak ka dy, skoro jednak ci nieszcz ni 

Kurdowie chc  walczy  o to, by  y  jak ludzie, jestem gotów dostarcza  im bro . 

- Zdaje si ,  e podziela pan pogl dy Andy'ego Toziera. 

- Dobrze si  rozumiemy - stwierdził Metcalfe. - Ale niech pan posłucha mojej 

rady, Nick. Lepiej nie zadawa  nikomu osobistych pyta  - zwłaszcza na wschód 

od Marsylii. Łatwo narazi  si  na utrat  zdrowia - i to na zawsze. 

 

Dan Parker siedział na stołku obok ławy i przygl dał si  ostatniej torpedzie. 

Szopa sk pana była w popołudniowych promieniach sło ca. Dan sko czył ju  

wła ciwie prac . Dwie wypełnione ładunkiem torpedy zabrano tego ranka, a 

ostatnia miała opu ci  szop  ju  za kilka godzin. Czuł si  zm czony i nieco 

przygn biony. Niepokoił go bardzo nast pny etap ich przygody. 

Pozostawił w Londynie  on  i synów. Zastanawiał si , czy jeszcze kiedy  ich 

zobaczy. Nie miał złudze  co do tego, co stanie si  po drugiej stronie Atlantyku, 

gdy cztery torpedy eksploduj  u spokojnych wybrze y i ogromna fortuna ulegnie 

zniszczeniu. Po prostu go zabij  i nie widział sposobu, by tego unikn . Zdarzało 

mu si  ju  ryzykowa   yciem, ale tylko w przypadkowych sytuacjach, jakie zda-

rzaj  si  na wojnie. Tym razem mógł zosta  zamordowany z zimn  krwi . 

Zmru ył oczy, gdy  na ławie zamigotał jaki  przypadkowy promie   wiatła. 

Zastanawiał si , jak wybrn  z rozpaczliwego poło enia, w jakim znale li si  z 

Abbotem. Próba ucieczki z Bejrutu nie wchodziła w rachub , gdy  byłby to 

sygnał,  e z torpedami co  jest nie w porz dku i cała ryzykowna operacja 

poszłaby na marne. Delorme odrobiłaby straty i powróciła do swoich 

poprzednich planów. Nie pozostawało wi c nic innego, jak tylko wej  nast pnego 

dnia na pokład „Orestesa" i mie  nadziej ,  e wszystko dobrze si  uło y. 

W pewnej chwili zacz ła go nurtowa  jaka  my l, której nie potrafił na razie 

sprecyzowa . Miało to co  wspólnego z nim samym, z jego własnym... 

nazwiskiem? Zmarszczył brwi i próbował si  skoncentrowa . Co to było? Jakie 

background image

 

181 

znaczenie mogło mie  nazwisko Parker? Na ławie znowu zamigotało  wiatło. Stał 

si  nagle czujny, u wiadomiwszy sobie,  e kto  literuje w ten sposób jego 

nazwisko, w kółko je powtarzaj c. 

Podniósł si  oboj tnie i podszedł do Alego, który przycupn ł u podnó a 

schodów. 

- Hej, Ali, ty cholerny kundlu, id  do biura i przynie  mi papierosy. 

Rozumiesz? Papierosy. - Pokazuj c na migi, jak si  je zapala, wskazał na schody. 

- Mam tu jakie , Dan - odezwał si  Abbot. 

- Tych nie lubi  - odparł krótko Parker, nie odwracaj c głowy. - Rusz si , ty 

poga skie nasienie! 

Ali przytakn ł i zacz ł i  po schodach. Kiedy tylko znikn ł za drzwiami 

szopy, Parker powiedział po piesznie: 

- Wejd  na gór  i zatrzymaj go tam. Nie obchodzi mnie, jak to zrobisz, ale nie 

pozwól mu wej  do szopy! Niech ci  chwyci na dziedzi cu atak kolki albo co  w 

tym rodzaju. - Abbot skin ł głow  i pobiegł po schodach. Nie znosz cy sprzeciwu 

ton głosu Parkera sprawił,  e po piesznie wykonał jego polecenie, nie zadaj c dal-

szych pyta . Nie miał poj cia, o co chodzi, ale bez w tpienia sprawa była pilna. 

Parker podszedł z powrotem do ławy, na której nadal migotało  wiatło i chwil  

mu si  przygl dał. Potem powiódł wzrokiem w kierunku okna, przez które 

padały promienie. Kiedy si  schylił,  wiatło za wieciło mu prosto w oczy i 

znieruchomiało, zupełnie go o lepiaj c. Osłonił twarz r k , w znacz cym ge cie 

unosz c w gór  kciuk, a potem odsun ł si  na bok. 

wiatło zamarło przez chwil  na lawie, po czym zacz ło znowu migota , 

literuj c powoli słowa alfabetem Morse'a: 

Tu Warren... b d  zadawa  pytania... odpowied  tak jeden błysk... nie dwa 

błyski... czy to jasne... 

Parker wzi ł lamp  z długim kablem, ustawił j  przodem do okna i wł czył na 

krótk  chwil . Wpadaj ce przez okno  wiatło zamarło na moment na ławie, po 

czym znów zacz ło miga : 

...czy torpeda działa... 

Parker zawahał si . Chodziło chyba o to, czy u yj  do przemytu torpedy. 

Błysn ł  wiatłem jeden raz. 

...ile... jedna... 

Dwa błyski. 

...cztery... 

Pojedynczy błysk. 

... na Orestesie... 

Jeden błysk. 

...kiedy... wprzyszlym tygodniu... 

Dwa błyski. 

...jutro... 

Jeden błysk. 

Metcalfe, siedz c na poddaszu, sprawdzał przygotowany uprzednio zestaw 

pyta , które bardzo starannie przemy lał. Skorzystał z nazwiska Warrena, 

poniewa  sam był Parkerowi nie znany, a nie chc c go nara a  na 

niebezpiecze stwo musiał w jak najkrótszym czasie uzyska  maksimum 

background image

 

182 

informacji. Przypominało to gr  w „dwadzie cia pyta ". Nast pne było 

szczególnie wa ne. 

...czy wszystkie narkotyki b d  na statku... powtarzam... czy wszystkie... 

Pojedynczy błysk. 

...czy pani Abbot płyniecie... 

Jeden błysk. 

...czy oczekujecie pomocy... 

Nikłe  wiatło w szopie zamigotało gwałtownie i Metcalfe domy lił si ,  e 

Parker próbuje nadawa  alfabetem Morse'a. Sygnały były nieczytelne, gdy  

lampa  wieciła za słabo, a w dodatku sło ce raziło w oczy. Metcalfe trzymał 

lusterko w bezruchu, dopóki Parker nie przestał sygnalizowa , a potem zawahał 

si , widz c,  e z biura wyłania - si  Arab. Poczuł ulg , gdy Abbot ruszył naprzód i 

zast pił tamtemu drog . Odwrócił jego uwag  od szopy, po czym weszli razem do 

biura. 

Metcalfe nastawił lusterko: 

...prosz  sprawdzi  gdzie jestem... czy mo e pan w nocy nadawa  Morsem... 

Jeden błysk. 

... b dziemy tu ca ł noc... powodzenia... 

wiatło ponownie znieruchomiało na ławie, a potem nagle znikn ło. Parker 

zdj ł r k  z przeł cznika i westchn ł. Podszedł do okna i spojrzał na odległy 

budynek, z którego nadawano sygnały. Zachodz ce sło ce odbijało si  czerwon  

łun  w pojedynczym okienku na dachu. Przestał si  martwi . Nie byli ju  z 

Abbotem osamotnieni. 

Wszedł po schodach i otworzywszy drzwi szopy, wrzasn ł: 

- Gdzie s  te cholerne papierosy? 

 

Hellier wynaj ł szybki motorowy jacht, który stał teraz na przystani. Zebrali 

si  tam wczesnym rankiem na narad . Follet pomógł Metcalfe'owi wnie  na 

pokład ci k  walizk , a potem wszyscy usiedli wokół stołu w salonie. 

- Tom, jeste  pewien,  e „Orestes" ma wypłyn  o dziewi tej? - zapytał 

Tozier. 

- Tak wynika z informacji Parkera. Do  długo sobie pogaw dzili my. 

- Co ci przekazał? - dopytywał si  Tozier. 

- Nie chce,  eby my uwalniali ich z szopy. W razie potrzeby mog  z Abbotem 

wydosta  si  sami - ogłusz  tylko tego Araba i zwiej . Ale to by zniweczyło cał  

akcj . 

Tozier zerkn ł na zegarek. 

- Jest siódma. Trzeba pr dko podj  decyzj . Czy atakujemy statek w stoczni, 

zanim wypłynie, czy ju  na morzu? 

- Musimy to zrobi  zanim wypłynie - powiedział z przekonaniem Metcalfe. - 

Na morzu nie damy rady dosta  si  na pokład. Kapitan nie zatrzyma statku i nie 

poło y nam pod nogi czerwonego dywanu, kiedy Eastman b dzie si  wszystkiemu 

przygl dał. 

- Wyja nijmy spraw  dokładnie - powiedział Hellier. - Eastman płynie z 

Parkerem i Abbotem na „Orestesie". Delorme zostaje w Bejrucie, czy tak? 

background image

 

183 

- Nie na długo - odparł Warren. - Parker twierdzi,  e Delorme i Fuad 

wybieraj  si  w rejs jachtem - oficjalnie na Karaiby. Uwa a,  e zatopi  

„Orestesa", kiedy pozb dzie si  torped. Te wyrzutnie na statku stanowi  

oczywisty dowód, wi c nie odwa  si  wpłyn  nim do portu, gdzie celnicy 

poddaliby go kontroli. „Stella del Mare" we mie załog  na pokład. 

- By  mo e - stwierdził cynicznie Metcalfe. - Albo tylko cz  załogi. 

Wspominałem panu,  e Jeanette lubi zaciera   lady. 

- A wi c uderzamy na stoczni  - powiedział Tozier. - Proponuj  to zrobi , 

zanim „Orestes" wyruszy w rejs. Przejmiemy statek, wypłyniemy nim w morze i 

tam zatopimy torpedy. Potem przybijemy do jakiej  spokojnej pla y i znikniemy. 

- Powinni by  zaskoczeni - stwierdził Metcalfe. - Pojawimy si  od morza. To 

typowe szczury l dowe i trzymaj  stra  przy wej ciu, od strony brzegu. Trzeba 

jednak działa  pr dko i sprawnie. - Dał znak Folletowi: - Otwórz walizk , 

Johnny. 

Follet otworzył walizk  i zacz ł wykłada  jej zawarto  na stół. 

- Skontaktowałem si  z kumplami - mówił Metcalfe, gdy na blacie pojawiały 

si  kolejne sztuki broni. - Pomy lałem,  e b dziemy tego potrzebowa . Nie tylko 

Jeanette ma dost p do arsenałów. -U miechn ł si  do Helliera. - Rachunki 

dostanie pan pó niej. 

Tozier wzi ł do r ki erkaem. 

- To co  dla mnie. Jak stoimy z amunicj ? 

- Wystarczy, o ile nie b dziecie strzela  w powietrze, ale byłoby najlepiej, 

gdyby my w ogóle nie musieli korzysta  z broni. Robi du o hałasu, a nie chcemy 

ci gn  sobie na kark portowej policji. -Wskazał r k  na stół. - Na co pan ma 

ochot , Nick? 

Warren wpatrywał si  w kolekcj  broni. 

- Chyba na nic - powiedział powoli. - Nigdy nie strzelałem z pistoletu. Pewnie i 

tak bym nie trafił. 

Follet wzi ł bro  do r ki i zacz ł ni  manipulowa . 

- Lepiej niech pan co  dla siebie znajdzie, cho by tylko po to,  eby móc do 

kogo  wymierzy . W przeciwnym razie b dzie pan nosił dup  na temblaku. 

- Wezm  to - powiedział Hellier, wyci gaj c r k . - Te  nie mam specjalnego 

do wiadczenia. Słu yłem w artylerii, w dodatku bardzo dawno. 

Metcalfe ze zdziwieniem uniósł brwi. 

- Idzie pan z nami? 

- Oczywi cie - powiedział spokojnie Hellier. - A dlaczego nie? Metcalfe 

wzruszył ramionami. 

- W porz dku. My lałem,  e zostanie pan na tyłach. Hellier spojrzał na 

Warrena. 

- Abbot i Parker znale li si  tam, gdzie s , cz ciowo z mojej winy. 

Powiedziałem kiedy  Warrenowi,  e chc  krwi. Jestem gotów osobi cie za ni  

zapłaci . 

Warren zerkn ł na ostatni pozostawiony na stole pistolet. 

- Poka e panu, jak si  nim posługiwa  - powiedział Follet. -B dziemy mieli 

dosy  czasu na szkolenie. 

background image

 

184 

Warren wyci gn ł powoli r k  i si gn ł po bro . Metal, który poczuł w dłoni, 

był nadspodziewanie ci ki. 

- W porz dku, Johnny - stwierdził. - Poka  mi, jak to działa.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

185 

Rozdział 10

 

 

W krajach le cych na obszarze Bliskiego Wschodu wzrosła wyra nie liczba 

sporz dzanych raportów. Jeden z nich studiował wła nie w Teheranie pułkownik 

Mirza Davar. 

W pobli u granicy irackiej, w prowincji Kurdystan doszło do silnej eksplozji. 

Wybuchy nie były w Iranie rzecz  po dan , szczególnie w tak newralgicznym 

rejonie. Poza tym wygl dało na to,  e w spraw  zamieszany jest Fahrwaz, co nie 

napawało Davara szczególnym entuzjazmem. Pułkownik Mirza Davar był szefem 

wywiadu prowincji północno-zachodnich. 

Do drzwi zapukała sekretarka. 

- Przyszedł kapitan Muktarri. 

- Niech wejdzie. 

S dz c po jego zewn trznym wygl dzie, kapitan Muktarri miał za sob  ci k  

i szybk  jazd  w trudnym terenie. Pułkownik przyjrzał mu si  i zapytał: 

- I czego si  pan dowiedział, kapitanie? 

- To była eksplozja, sir. Bardzo silna. Qanat został całkowicie zniszczony. 

Pułkownik usiadł wygodniej w krze le. 

- Posprzeczali si  o wod  - stwierdził. Sprawa była wi c błaha, a w dodatku 

nie dotyczyła jego prowincji. Powinna si  tym zaj  miejscowa policja. 

- Te  tak my lałem, sir - powiedział Muktarri - dopóki nie znalazłem tego. - 

Poło ył na biurku niewielk  prostok tn  brył . 

Pułkownik wzi ł j  do r ki, poskrobał paznokciem i ostro nie pow chał. 

- Opium. - Teraz sprawa wygl dała ju  powa niej, cho  nadal bezpo rednio 

go nie dotyczyła. - Znaleziono to na farmie Fahrwaza? 

- Tak, sir. W ród zgliszcz pozostałych po eksplozji. Fahrwaza tam nie było - 

ani jego syna. Mieszka cy osady twierdz ,  e o niczym nie wiedzieli. 

- Jasne. - Pułkownik był nieporuszony. - Niech si  tym zajm  spece od 

narkotyków. - Przysun ł do siebie telefon. 

 

W Bagdadzie inny pułkownik wywiadu studiował kolejny raport. Co  

dziwnego działo si  w pobli u tureckiej granicy. Miała tam miejsce jaka  

potyczka, ale intensywne  ledztwo wykazało,  e irackie wojsko nie brało w niej 

udziału. Ciekawa sprawa. Wygl dało na to,  e Kurdowie zaczynaj  si  bi  mi dzy 

sob . 

Si gn ł po mikrofon i zaczai nagrywa  na ta m  ostatnie uwagi. 

- Jak powszechnie wiadomo, przywódca rebeliantów, Al Fahrwaz, który 

zamieszkuje w Iranie, ma baz  na naszym terenie. Nasuwa si  nieodparty 

wniosek,  e Mustafa Barzani próbował usun  Fahrwaza, zanim rozpoczn  si  

dalsze negocjacje z rz dem irackim. Według nie potwierdzonych doniesie  

Ahmed ben Fahrwaz zgin ł w walce. Szczegóły w nast pnych komunikatach. 

Nie wiedział, jak bardzo si  myli. 

 

O niecałe dwie cie jardów dalej, na tej samej ulicy Bagdadu wy szy oficer 

policji konfrontował z map  jeszcze jeden raport. Ismail Al-Khalil pracował od 

wielu lat w wydziale do spraw narkotyków i znał si  na swojej robocie. Raport 

background image

 

186 

dotyczył eksplozji, która zniszczyła podziemne laboratorium w Iranie. Znaleziono 

potłuczone szkło, ogromne ilo ci opium, a tak e mnóstwo odczynników, które 

zostały szczegółowo opisane. Doskonale wiedział, co to oznacza. 

Wykre lił palcem lini  z Iranu do północnego Iraku, a stamt d do Syrii. 

Potem wrócił do biurka i powiedział do swego towarzysza: 

- Ira czycy s  przekonani,  e towar znalazł si  za granic . -Wzruszył 

ramionami. - Przy obecnej sytuacji politycznej Kurdystanu nic na to nie 

poradzimy. Lepiej napisz  raport. Trzeba wysła  kopie do Syrii, Jordanii i 

Libanu. 

Al-Khalil usiadł i zanim zacz ł dyktowa  tekst raportu, stwierdził 

mimochodem: 

- Ira czycy uwa aj ,  e chodzi o przemyt a  pi ciuset kilogramów morfiny 

albo heroiny. Kto  tam si  nie popisał. -Pokr cił głow  ze smutkiem. 

 

Raportów było coraz wi cej i jeden z nich trafił na biurko Jamila Hassana z 

bejruckiego urz du do spraw narkotyków. Przeczytał go, a kiedy przyst pił do 

działania, liba ski pół wiatek zacz ł prze ywa  ci kie chwile. Jedn  z 

zatrzymanych osób był drobny oszust, niejaki Andrew Picot, podejrzany o udział 

w przemycie narkotyków. Przesłuchiwano go przez wiele godzin, ale bez 

rezultatu. 

Stało si  tak z dwóch powodów: nie do ,  e on sam niewiele wiedział, 

przesłuchuj cy go ludzie wiedzieli za mało, by zadawa  wła ciwe pytania. Tak 

wi c tu  przed dziewi t  rano, po całonocnej sesji, której jedynym efektem było 

to,  e od jaskrawego  wiatła lamp rozbolały Picota oczy, zwolniono go do domu. 

A szkoda. 

 

Dziesi  minut przed dziewi t  wynaj ty motorowy jacht kołysał si  łagodnie 

na bł kitnych falach Morza  ródziemnego. Jeden z silników pracował na wolnych 

obrotach, zapewniaj c statkowi minimum sterowno ci. Hellier siedział w 

kokpicie, najwyra niej koncentruj c cał  uwag  na trzymanej w r kach w dce, 

Tozier był natomiast w salonie i bacznie obserwował przez lornetk  „Orestesa". 

Smuga dymu unosz cego si  w niebo z pojedynczego komina, dowodziła,  e 

napalono ju  pod kotłami i statek przygotowywał si  do odpłyni cia. 

Warren siedział w salonie w pobli u drzwi i przygl dał si  Metcalfe'owi, który 

trzymał ster. - Pomy lał,  e  wietnie sobie radzi i nie omieszkał mu tego 

powiedzie . Metcalfe szeroko si  u miechn ł. 

- Przeszedłem tward  szkoł . Par  lat temu przemycałem papierosy z Tangeru 

do Hiszpanii z pewnym jankesem, który nazywał si  Krupke. Mieli my du y 

statek - typu Fairmile, z demobilu. Zmieniłem w nim silnik,  eby nie da  si  

dogoni  hiszpa skim kutrom patrolowym. Je eli w takich warunkach człowiek 

nie nauczy si  kierowa  łodzi , to ju  nigdy nie b dzie umiał tego robi . 

Pochylił si  i zajrzał do salonu. 

- Jest co  nowego, Andy? 

- Bez zmian - odparł Tozier, nie odrywaj c oczu od lornetki. - Zaczynamy za 

dziesi  minut. 

Metcalfe wyprostował si  i powiedział przez rami : 

background image

 

187 

- Musimy zostawi  t  łajb , sir Robert. Jej wła cicielom si  to nie spodoba. 

B dzie pan miał spraw  w s dzie. 

- Mog  sobie na to pozwoli  - mrukn ł rozbawiony Hellier. 

Warrena uciskał tkwi cy za paskiem pistolet. Było mu niewygodnie, wi c 

lekko go przesun ł. Metcalfe spojrzał na niego i powiedział: 

- Niech si  pan nie denerwuje, Nick, wszystko b dzie dobrze. Prosz  tylko 

wspi  si  po linie i trzyma  si  moich wskazówek. 

Warrenowi zrobiło si  głupio,  e Metcalfe zauwa ył jego zdenerwowanie. 

- Przejdzie mi, jak zaczniemy - stwierdził lakonicznie. 

- Oczywi cie - odparł Metcalfe. - Na tym etapie wszyscy mamy trem . - 

Westchn ł ci ko. - Przez całe  ycie daj  si  wci ga  w takie sprawy. Ale  ze mnie 

głupiec. 

Warren usłyszał za sob  metaliczny d wi k i odwróciwszy głow  zobaczył, jak 

Follet ładuje pełny magazynek do kolby pistoletu. 

- Ka dy z nas reaguje po swojemu - stwierdził Metcalfe. - Johnny te  jest 

zdenerwowany i dlatego ci gle sprawdza bro . Nigdy nie ma pewno ci, czy jest 

gotowa do strzału - zupełnie jak ta staruszka, która jad c na urlop zastanawia si  

ci gle, czy wył czyła gaz. 

Warren znowu poprawił pistolet i powiedział cicho: 

- Wchodzimy na pokład tego statku z broni  gotow  do strzału. A mo e jego 

załoga o niczym nie wie? 

- Wykluczone - powiedział drwi co Metcalfe. - Nie da si  zainstalowa  

wyrzutni torped na statku tej wielko ci tak, by załoga o tym nie wiedziała. S  we 

wszystko wtajemniczeni. Nie b dzie zreszt   adnej strzelaniny - chyba,  e sami 

zaczn . - Popatrzył na „Orestesa". -Mo liwe,  e załoga jest nieliczna -to 

ułatwiłoby nam spraw . Jeanette zadbała na pewno,  eby o wszystkim wiedziało 

jak najmniej osób. 

- Nie rozumiem, dlaczego by nie zacz  ju  teraz - powiedział Tozier. - Statek 

jest całkowicie przygotowany i my tak e. Nie mo emy czeka , a  b d  podnosi  

kotwice. 

- W porz dku - odparł Metcalfe. Obrócił lekko ster i powiedział przez rami : 

- Niech pan udaje w dkarza, sir Robert. - Zwi kszył nieco obroty silnika i jacht 

zacz ł szybciej posuwa  si  po wodzie. Mrugn ł do Warrena i stwierdził: - Rzecz 

w tym,  eby zachowywa  si  spokojnie. Nie b dziemy podpływa  do nich z 

rykiem silników. Zbli ymy si  powoli, jakby nigdy nic, wi c nawet je li nas 

zauwa , nie b d  mieli poj cia, co si  za tym kryje. A zanim si  zorientuj , 

b dzie ju  za pó no. Mam nadziej . 

Tozier odło ył lornetk  i zabrał si  do roboty. Przewiesił sobie przez rami  

erkaem i sprawdził, czy na linie nie ma zb dnych w złów. Do jednego z jej 

ko ców przymocowana była trójz bna kotwiczka, owini ta tak, by nie robiła 

hałasu. Upewnił si , czy jest mocno uwi zana, a potem poklepał Warrena po 

ramieniu. 

- Cofnij si  i daj my liwemu zobaczy  zdobycz - powiedział. War-ren pozwolił 

mu przej . 

Obserwator na l dzie mógł odnie  wra enie,  e jacht podpływa 

niebezpiecznie blisko „Orestesa", który, b d  co b d , najwyra niej zbierał si  do 

background image

 

188 

drogi. Gdyby  ruba zacz ła si  obraca , mogło doj  do paskudnego wypadku. 

Takiego bł du w sztuce nawigacji nie usprawiedliwiał fakt,  e pot ny gruby 

Anglik złapał wła nie co  na w dk  i jego podniecenie odwróciło uwag  sternika. 

Hellier wyci gał ryb  z morza. Kupił j  rano na targu w Suq des Orfdrvres. 

Był to naprawd  pi kny okaz. Follet, mistrz podst pu, wpadł na ten pomysł w 

ostatniej chwili. Hellier tak zrecznie poruszał link ,  e ryba wygl dała jak  ywa. 

Przy odrobinie szcz cia mogli dzi ki tej sztuczce podpłyn  bezkarnie do 

„Orestesa" o dziesi  jardów bli ej. 

Jacht był w coraz mniejszej odległo ci od statku. Metcalfe skin ł na Toziera i 

powiedział zdecydowanie: „Teraz!", zwi kszaj c obroty silnika i obracaj c ster, 

aby podpłyn  do rufy „Orestesa". Jacht ukryty za kadłubem statku, był nadal 

niewidoczny z brzegu. 

Tozier skoczył do kokpitu i dwukrotnie zakr cił w powietrzu kotwiczk , po 

czym rzucił j  w kierunku relingu na rufie. Kiedy si  tam zahaczyła, Hellier dał 

sobie spokój z wyci ganiem ryby i pochwycił lin , napr aj c j  i przyci gaj c 

jacht do burty statku. Metcalfe przeł czył tymczasem silnik na jałowe obroty. 

Tozier wspinał si  ju  po linie i po chwili Warren usłyszał, jak stukn ł butami o 

pokład. 

Metcalfe odszedł od steru i ruszył za nim, Warren za  patrzył z niepokojem za 

burt  na wysuni t  ruf  „Orestesa".  ruba statku była zanurzona jedynie w 

dwóch trzecich, gdy  nie miał on pełnego 'obci enia i gdyby kapitan dał rozkaz 

do wypłyni cia, niewielki jacht padłby niechybnie ofiar  turbulencji. 

Follet pchn ł Warrena, sycz c: „No, dalej!" Doktor chwycił lin  i zacz ł si  

wspina . Nie robił tego od gimnazjalnych czasów, gdy nauczyciel wuefu, 

trzymaj c w r ce palik do krykieta, zmuszał go do  wicze . Warren nigdy nie był 

wysportowany. Dotarł jednak na gór , gdzie czyja  r ka chwyciła go za kark i 

wci gn ła przez reling. 

Nie było czasu na odpoczynek. Z trudem łapi c oddech, pod ył za 

Metcalfem. Tozier znikn ł z pola widzenia, kiedy - jednak Warren odwrócił 

głow , zobaczył za sob  Helliera. Wygl dał komicznie w kolorowej koszuli w 

kwiaty i krótkich spodenkach, które postanowił nało y , by uchodzi  za 

w dkarza. Za to bro , któr  trzymał w pot nej dłoni, wcale nie wydawała si  

mieszna. 

Pokład zadr ał im pod stopami i Metcalfe uniósł r k  w ostrzegawczym 

ge cie. Kiedy Warren podszedł bli ej, powiedział do niego cicho: 

- Zd yli my na czas. Wła nie odpływa. - Wskazał r k  kierunek. - Tam s  

schody na mostek. Idziemy: 

Pobiegł ostro nie naprzód i zacz ł wchodzi  na gór . Warren pod ył za nim, 

nie mog c si  nadziwi ,  e nikt ich jeszcze nie zauwa ył. Teraz musiało jednak 

doj  do konfrontacji. Nie mo na wtargn  na mostek, nie nara aj c si  na 

protesty kapitana. 

Metcalfe dotarł na gór  pierwszy i równocze nie - jakby zgodnie z 

opracowanym wcze niej planem - z drugiej strony pojawił si  Tozier. Na mostku 

było czterech łudzi: kapitan, dwóch oficerów i sternik. Kapitan spojrzał z 

niedowierzaniem na trzymany przez To-ziera erkaem, a kiedy si  odwrócił, 

zast pił mu drog  Metcalfe. Nie pozwalaj c kapitanowi doj  do słowa, 

background image

 

189 

powiedział oschle: „Arretez!", po czym dodał na wszelki wypadek po arabsku: 

„Ukaf!" 

Ruch, który wykonał broni , był zrozumiały we wszystkich j zykach, wi c 

kapitan zamilkł. Tozier luf  erkaemu nakazał oficerom ustawi  si  z boku, a 

Metcalfe w ten sam sposób zatrzymał w miejscu sternika. Warren stał na szczycie 

schodów, trzymaj c w r ce pistolet. Spojrzał w dół na Helliera, który trzymał 

stra  przy wej ciu na mostek. Follet robił zapewne to samo po drugiej stronie. 

Statek powoli odpływał i wida  było coraz szerszy pas wody, który dzielił go 

od nabrze a. Metcalfe chwycił mosi n  r czk  telegrafu, którym przekazywano 

sygnały do siłowni i polecił nastawi  turbiny na połow  mocy. D wi k dzwonka 

potwierdził wykonanie rozkazu. Sternik gorliwie skin ł głow , gdy Metcalfe 

wskazał mu palcem kierunek, przystawiaj c bro  do pleców. Pokr cił sterem i 

nabrze e zacz ło oddala  si  coraz szybciej. 

Nagle nast pił zgrzyt. Z kabiny na mostku wyszedł Eastman i zd biał widz c, 

co si  dzieje. Si gn ł r k  pod marynark  i w mgnieniu oka wyci gn ł bro . 

Warren wymierzył ze swojego pistoletu i przez drobny ułamek sekundy obaj 

trwali w bezruchu. Potem Eastman krzykn ł, gdy kto  uderzył go od tyłu w r k  

stalowym dr giem. Bro  wystrzeliła. Usłyszeli metaliczny d wi k i  wist kuli, 

która odbita rykoszetem poleciała gdzie  w morze. Eastman nadal trzyma- -j  

pistolet, odwrócił si  w kierunku Dana Parkera, który stał tu  za nim ze stalowym 

dr giem. Trzymał go tak kurczowo, jakby przyrósł mu do r ki. 

Eastman grzmotn ł Parkera łokciem w  oł dek i ten zwin ł si  z bólu, 

upuszczaj c stalowy dr g, który z łoskotem upadł na pokład. Potem Eastman 

uciekł co sił w nogach i Warren usłyszał odgłos zatrzaskiwanych gdzie  drzwi. 

Metcalfe pierwszy ruszył si  z miejsca. Podbiegł na skraj mostku, spojrzał na 

brzegi zobaczył,  e zapanowało tam poruszenie i wszyscy wpatruj  si  w 

odpływaj cy statek. 

- Usłyszeli hałas - powiedział i dodał podniesionym głosem: -Johnny, podejd  

tutaj. - Potem zwrócił si  do Toziera, załoga te  musiała to usłysze : - Mo esz 

zosta  na mostku, dopóki Johnny i ja nie załatwimy Eastniana. 

- Nie ma sprawy - odparł Tozier. - Nick, przyprowad  na gór  Helliera, a 

potem zajmij si  naszym przyjacielem, który przykłada  elaznym dr giem. - 

Odwrócił si  do oficerów: - Kto z panów mówi po angielsku? - zapytał swobodnie. 

- Mówi  całkiem dobrze - odezwał si  kapitan. 

- Wi c si  dogadamy. Prosz  wzi  megafon i poleci  załodze,  eby zebrała si  

na dziobie. Ale najpierw powie mi pan, gdzie jest kabina radiowa. 

Kapitan wci gn ł gł boko powietrze, jakby zbierał siły, by odmówi , ale 

pr dko zrezygnował, gdy Tozier gro nie potrz sn ł broni . Wskazał głow  w 

kierunku, gdzie Warren pomagał wła nie Parkerowi stan  na nogach. 

- Jest tam - oznajmił. 

- Prosz  go przypilnowa  - powiedział Tozier do Helliera i pr dko si  oddalił. 

Kiedy wrócił, kapitan krzyczał co  do megafonu pod czujnym okiem Helliera, a 

załoga była ju  na pokładzie. Tak jak przypuszczał, stanowiło j  zaledwie paru 

ludzi. Statek nie miał pełnej obsady. 

- Wiele bym dał,  eby wiedzie , czy to ju  wszyscy - stwierdził, przygl daj c 

si  im z góry. 

background image

 

190 

W tym momencie podszedł do niego Warren w towarzystwie Parkera. 

- To Dan Parker. Mo e nam wszystko powie. Tozier u miechn ł si . 

- Miło mi pana pozna . 

- Ja ciesz  si  nawet bardziej - powiedział Parker, po czym spojrzał na pokład. 

- To ju  wszyscy. Nie widz  tylko ludzi z siłowni. Je eli zatrzymaj  silniki, b dzie 

po nas. 

- Nie mogli usłysze  strzału, ale zaraz si  przekonamy - Tozier nadał przez 

telegraf sygnał: „Cała naprzód" - i po chwili dzwonek potwierdził wykonanie 

rozkazu.   - Nikt im jeszcze nie powiedział - oznajmił. 

- Je eli ich stamt d wydostaniemy, poradz  sobie z turbinami - stwierdził 

Parker. Potem rozejrzał si  wokół i zapytał: - Gdzie jest Mike? 

- Nie widziałem go - odparł Warren. - A gdzie był? 

- Chyba w swojej kabinie. 

- Znajdziemy go pó niej - powiedział zniecierpliwiony Tozier. - Co zrobimy z 

załog ? Przede wszystkim musimy zapewni  sobie bezpiecze stwo na statku. 

- Mamy pust  ładowni  - oznajmił Parker. - B d  tam wystarczaj co 

bezpieczni. 

- Nick, we  Helliera i Parkera i zajmijcie si  tym. Ich te  zabierzcie. - Tozier 

wskazał na oficerów. - Nie sprawi  wam kłopotów. Kiepsko wygl daj . - 

Przygryzł z namysłem doln  warg . - Mam tylko nadziej ,  e Tom dobrze sobie 

radzi. 

 

Warren pomógł zwi za  członków załogi i wsadził ich do ładowni. Potem we 

trzech zaj li siłowni . Zostawił tam Parkera i Helliera, doł czył trójk  

mechaników do reszty załogi i zajrzał z dołu na mostek. Tozier wychylił si  przez 

reling i powiedział: 

- Przyjd  tu, mamy pewien problem. 

- A co z t  gromadk ? 

- Po l  tam Abbota. Ju  go znale li my. Daj mu swój pistolet. Abbot zszedł na 

dół i u miechn ł si  promiennie do Warrena. 

- Niezła zabawa - stwierdził. - Fajnie,  e zjawiła si  cała banda. Warren dał 

mu bro . 

- Ładna zabawka. W czym problem? 

- Chłopcy na górze wszystko panu powiedz . Warren wszedł na mostek i 

zastał Folleta przy sterze. Tozier, który stał obok, powiedział bez wst pów: 

- Mamy Eastmana w pułapce, ale sytuacja jest patowa. Tom pilnuje na dole, 

eby si  nie wymkn ł, oznacza to jednak dla nas pewien problem. Eastman jest 

tam, gdzie torpedy, wi c nie mo emy pozby  si  heroiny, póki go stamt d nie 

wykurzymy. 

- Chce uratowa  fors  - stwierdził Follet. - Pewnie spodziewa si  pomocy. 

Załoga jest bezradna, ale Delorme ma jacht Fuada i mo e nas  ciga . 

Warren odrzucił t  mo liwo . 

- W jaki sposób maj  by  wystrzelone torpedy? 

- Te dwa przyciski koło steru - powiedział Tozier, wskazuj c je palcem. - 

Wystarczy nacisn ,  eby odpali  dwie torpedy. Warren skin ł głow . 

- Mo emy si  pozby  połowy heroiny - stwierdził, robi c krok do przodu. 

background image

 

191 

Tozier chwycił go za r k . 

- Spokojnie. Ten twój Parker bardzo si  napracował. Wszystkie torpedy s  

uzbrojone. Znalazł ładunki wybuchowe. W ka dej głowicy jest sto osiemdziesi t 

funtów trotylu. 

- Je li nie liczy  bomby wodorowej, b dzie to najkosztowniejsza eksplozja w 

historii - odezwał si  Follet. Warren był zdezorientowany. 

- Ale na czym polega problem? 

- Na Boga, człowieku! - powiedział Tozier, przygl daj c mu si . - Na Morzu 

ródziemnym nie mo na tak sobie odpala  uzbrojonych torped - zwłaszcza 

takich. Abbot twierdzi,  e maj  zasi g osiemnastu mil. - Wskazał na horyzont. - 

Sk d mamy wiedzie , do cholery, co tam jest? Na odległo  osiemnastu mil nic nie 

wida . 

Follet za miał si  wesoło. 

- Podobno jest w tych stronach ameryka ska Szósta Flota. Je eli r bniemy w 

jeden z lotniskowców wuja Sama, b dzie całkiem niezły pretekst do trzeciej 

wojny. 

Warren zacz ł si  zastanawia . 

- Mo e s  tu bezludne wyspy? Albo skały czy mielizny, jakie  miejsce, w które 

mo na by wystrzeli , zabijaj c co najwy ej ryby? 

- To dobry sposób,  eby sprowokowa  mi dzynarodowy konflikt - stwierdził 

Tozier. - Wystarczy rozwali  torpedami skały na terytorium którego  z pa stw 

arabskich, by Izrael znalazł si  w tarapatach. Sytuacja jest bardzo delikatna i 

par  eksplozji w tym rejonie mo e naprawd  do czego  doprowadzi . 

- A nam i tak zostałaby jeszcze połowa towaru - powiedział Follet. - Albo 

nawet cały. Je eli Eastman jest dostatecznie sprytny mógł przeci  przewody. 

- Wi c musimy go stamt d wykurzy  - oznajmił Warren. - My l ,  e Parker 

powinien nam pomóc - zna statek. 

- Chwileczk  - przerwał mu Follet. - Tkwi  ci gle przy tym przekl tym sterze, 

wi c mo e kto  mi powie, dok d płyniemy? 

- Czy to wa ne? - zapytał zniecierpliwiony Tozier. 

- Metcalfe uwa a,  e tak - odparł Follet. - Kiedy odpływali my, widział na 

molo Jeanette Delorme - a ona widziała jego. Dojdzie do wniosku,  e 

uprowadzili my statek i Tom twierdzi,  e popłynie za nami uzbrojona po z by. 

- Wi c co mamy robi ? 

- Mo emy trzyma  si  brzegu albo wypłyn  na pełne morze. Ona ma do 

wyboru te same mo liwo ci. Co by  proponował? 

- Wolałbym trzyma  si  brzegu - stwierdził Tozier. - Gdyby dopadła nas na 

pełnym morzu, gdzie mo e strzela  sobie do woli, mieliby my nikłe szans , 

zwłaszcza, je eli ten jej jacht b dzie pełen zbirów. 

- Nie pomy lałe ,  e przewidzi takie wła nie rozumowanie i popłynie wzdłu  

wybrze a,  eby nas złapa ? Zało  si ,  e nawet teraz nas obserwuje. 

- Sk d mam wiedzie , u diabła, co my li Delorme? - wybuchn ł Tozier. - Albo 

jakakolwiek kobieta? 

- Jest na to sposób - powiedział Follet. - We  ster. - Odszedł na bok, wyjmuj c 

pióro i notes. - Je eli popłyniemy wzdłu  brzegu, a ona b dzie nas szuka  na 

morzu, mamy stuprocentowe szans  prze ycia, zgadza si ? 

background image

 

192 

- Dopóki nas nie dogoni - zauwa ył Warren. 

- Mo e uda nam si  uciec -przekonywał Follet. -To samo dotyczy odwrotnej 

sytuacji - gdyby my my popłyn li na morze, a ona wzdłu  brzegu. Andy, jakie 

dawałby  nam szans , gdyby dopadła nas na morzu? 

- Niewielkie - stwierdził Tozier. - Powiedzmy: dwadzie cia pi  procent. 

Follet zanotował t  liczb . 

- A gdyby dogoniła nas przy brzegu? 

- To brzmi lepiej - nie mogłaby robi  za wiele hałasu. My l ,  e mieliby my 

spore szans  wyj  z tego cało - jakie  siedemdziesi t pi  procent. 

Follet zacz ł szybko co  notowa . Warren, zagl daj c mu przez rami , 

zauwa ył,  e najwyra niej wylicza jaki  matematyczny wzór. Kiedy sko czył, 

oznajmił: 

- Oto, co zrobimy. Wło ymy do czapki cztery losy. Jeden b dzie oznakowany. 

Je eli go wyci gniemy, płyniemy na morze. Je eli nie, trzymamy si  brzegu. 

- Oszalałe ? - zawołał Tozier. - Pozostawiłby  tak  decyzj  przypadkowi? 

- Po prostu jestem wariat - stwierdził Follet. - Ile wygrałem z tob  w monety? 

- Prawie tysi c funtów - ale co to ma do rzeczy? Follet wyci gn ł z kieszeni 

gar  monet i rzucił je Tozierowi pod nos. 

- Prosz . Jest tutaj osiem monet. Trzy z nich z roku tysi c dziewi set 

sze dziesi tego. Kiedy grali my, wyci gałem z kieszeni któr kolwiek. Je eli była 

na niej data 1960, mówiłem „orzeł" - je li nie, „reszka". To wystarczyło,  ebym 

miał statystycznie wi ksze szans . I zupełnie nic nie mogłe  zrobi . - Zwracaj c 

si  do Warrena, dodał: - To wynika z teorii gier. Okre la si  w sposób 

matematyczny prawdopodobie stwo zaistnienia pewnej sytuacji w tych trudnych 

przypadkach, gdy maj c co  zrobi  przewidujemy,  e kto  tego wła nie si  po nas 

spodziewa, post pujemy wiec inaczej, gdy  znamy tok jego rozumowania, i tak w 

kółko. Teoria ustala nawet nasze szans  - w tym przypadku na nieco ponad 

osiemdziesi t jeden procent. Tozier spojrzał na Warrena z konsternacj . 

- Co o tym s dzisz, Nick? 

- Fakt,  e ci gle przegrywałe  - stwierdził Warren. - Mo e Johnny ma racj . 

- Oczywi cie,  e mam. - Follet schylił si  i podniósł z pokładu marynarsk  

czapk , do której wrzucił cztery monety. - Niech pan wybierze jedn , Nick. Je eli 

b dzie z 1960 roku, płyniemy na morze, je li nie - trzymamy si  brzegu. 

Kiedy jednak podsun ł Warrenowi czapk , ten si  zawahał. 

- Niech pan spojrzy na to z innej strony - rzekł powa nie Follet. - Teraz, póki 

jeszcze nie wyci gn ł pan monety, nie wiemy, dok d b dziemy płyn c - a skoro 

my nie wiemy, jak, u diabła, ma to odgadn  Delorme? Przypadkowy zestaw 

monet w czapce daje nam najwi ksze szans , bez wzgl du na jej decyzj . - 

Zamilkł na chwil . -Musimy jednak przestrzega  jednej zasady: post pimy tak, 

jak zadecyduje los,  adnych waha . To działa tylko w ten sposób. 

Warren si gn ł po monet  i poło ył j  na wierzchu dłoni, rewersem do góry. 

Tozier przyjrzał si  jej i powiedział z westchnieniem: 

- Rok tysi c dziewi set sze dziesi ty. Wypływamy w morze. Niech Bóg 

czuwa nad nami. 

Obrócił ster i skierował si  dziobem na zachód. 

 

background image

 

193 

Tozier pozostawił Warrena i Folleta na mostku i zszedł do siłowni, aby 

naradzi  si  z Parkerem. Zobaczył, jak przechadza si  z puszk  oleju w ród 

l ni cych, poruszaj cych si  nieustannie stalowych tłoków, co nie wygl dało na 

zbyt bezpieczne zaj cie. Hellier stał w pobli u telegrafu. 

Tozier skin ł na Parkera, który odstawił puszk  i podszedł do niego. 

- Mo e pan st d na chwil  wyj ? - zapytał Tozier. 

- Brakuje nam r k do pracy - odparł Parker. - Ale je eli nie potrwa to długo, 

nic si  tu nie stanie. O co chodzi? 

- Pa ski przyjaciel, Eastman, zabarykadował si  w torpedowni na dziobie. 

Próbujemy go stamt d wydosta . Parker zmarszczył brwi. 

- B dzie to troch  skomlikowane. Kazałem tam zamontowa  wodoszczeln  

przegrod , na wypadek awarii wyrzutni. Je eli si  za ni  ukrył, b dzie cholernie 

trudno si  do niego dobra . 

- Mo e ma pan jaki  pomysł? Zamkn ł si  tam i nie mo emy w  aden sposób 

dosta  si  do heroiny. 

- Chod my zobaczy  - stwierdził krótko Parker. 

Metcalfe siedział przykucni ty na ko cu w skiego korytarza o metalowych 

cianach, który zamykały z drugiej strony dokładnie zaryglowane stalowe drzwi. 

- Tam si  schował - wyja nił. - Gdyby kto  chciał spróbowa , dałoby si  te 

drzwi otworzy , ale postrzał gwarantowany. On nie mo e chybi . 

Tozier wyjrzał na korytarz. 

- Nie, dzi kuj . Nie ma si  gdzie schowa . 

- Poza tym drzwi s  kuloodporne - stwierdził Metcalfe. - Próbowałem par  

razy strzela , ale kule odbijaj  si  tu od  cian w taki sposób,  e bardziej to 

niebezpieczne dla mnie ni  dla niego. 

- Próbowałe  z nim rozmawia ? Metcalfe skin ł głow . 

- Nie słyszy mnie albo nie ma ochoty odpowiada . 

- Co pan na to, Parker? 

- Mo na tam wej  tylko jedn  drog  - odparł Parker. - Wła nie przez te 

drzwi. 

- A wi c pat - podsumował Tozier. Metcalfe zrobił kwa n  min . 

- Powiem wi cej. Je eli uda mu si  nas przetrzyma  do czasu, gdy statek 

zostanie odbity, odniesie zwyci stwo. 

- Chyba troch  za bardzo si  tym przejmujesz. Delorme musi nas najpierw 

odnale  i wcale łatwo si  nie poddamy. Co ci  tak niepokoi? Metcalfe odwrócił 

si  na pi cie. 

- Z partii towaru, który dostarczyłem Fahrwazowi, zostało co nieco - na 

przykład dwa cekaemy. 

- To niedobrze - powiedział cicho Tozier. 

- Jest co  gorszego. Delorme próbowała wcisn  Fahrwazowi cztery 40-

milimetrowe działka, ale za nic nie chciał ich kupi . Uznał,  e zu ywaj  za du o 

amunicji, wi c zostawił j  z tym towarem. Je eli okazała si  do  sprytna i wzi ła 

jedno z tych działek na jacht, wystarczy jej czasu,  eby zainstalowa  je na 

pokładzie. B dzie potrzebowała tylko troch  stali i spawark , a w stoczni ma tych 

rzeczy pod dostatkiem. 

- My lisz,  e mogłaby to zrobi ? 

background image

 

194 

- Ta dziwka jest zdolna do wszystkiego - odparł gwałtownie Metcalfe. - 

Powiniene  był mi pozwoli  załatwi  j  jeszcze w Bejrucie. 

- Wtedy straciliby my heroin . Musimy pozby  si  tych narkotyków. Nie 

mo na pozwoli ,  eby dostały si  w jej r ce. Metcalfe wskazał kciukiem w gł b 

korytarza. 

- Prosz  bardzo - otwórz te drzwi. 

- Mam pewien pomysł - odezwał si  Parker. - Mo e uda nam si  go stamt d 

wykurzy . 

- Pewnie chce pan zatopi  cała komor  - stwierdził Tozier. - Czy to si  da 

zrobi ? 

- Nie my lałem o wodzie - odparł Parker. Podniósł głow  i spojrzał w gór . - 

Tu  nad nami, na pokładzie dziobowym, znajduje si  wci garka kotwicy. Jest 

nap dzana par  z kotła. My l ,  e mógłbym podł czy  si  do której  z rur. 

- I co by to dało? 

- Na statku jest system urz dze  do przeprowadzania deratyzacji .-  eby 

pozby  si  szczurów. Do ka dej komory dochodzi przewód gazowy i, na mój gust, 

ten którego potrzebujemy, powinien by  otwarty. Sprawdz  tylko, gdzie si  

ko czy i podł cz  tam własn  instalacj . Starczy troch  gor cej pary,  eby Jack 

Eastman wyleciał stamt d jak z procy. 

- Ma pan sympatyczne pomysły - stwierdził Metcalfe. - I bardzo ludzkie. Ile 

czasu to zajmie? 

- Nie wiem. Godzin , mo e dwie. Zale y, co zastan  na górze. 

- No to do roboty - powiedział Metcalfe. 

 

Jamil Hassan był człowiekiem systematycznym, ale niestety zbiu-

rokratyzowana instytucja, w której pracował, działała opieszale i składała si  ze 

zbyt wielu wydziałów. Informacja o tym, co zaszło, w ogóle nie dotarła do jego 

biura i dowiedział si  o wszystkim tylko dlatego,  e postanowił wypi  rano 

fili ank  kawy. 

Przechodz c obok biurka dy urnego oficera, zapytał z przyzwyczajenia: 

- Jest co  nowego? 

- Nic specjalnego, sir. To, co zwykle. Była tylko jedna dziwna wiadomo  - 

meldunek o strzelaninie na statku, który wypływał ze stoczni El-Gamhurija. 

Młody policjant, który pisał obok jaki  raport, wyt ył słuch. 

- Co w tym dziwnego? - zapytał Hassan. 

- Zanim otrzymali my meldunek i posłali my tam kogo , statek opu cił ju  

nasze wody terytorialne. - Oficer dy urny wzruszył ramionami. - Nie mogli my 

nic na to poradzi . 

Młody policjant zerwał si  z krzesła. 

- Sir! 

- Słucham? - powiedział Hassan, mierz c go wzrokiem. 

- Wczoraj w nocy przesłuchiwano niejakiego Andrew Picota -zgodnie z 

pa skim rozkazem, sir. 

- I co z tego? 

Młody człowiek był troch  podenerwowany. 

background image

 

195 

- Chodzi o to,  e...  e trzy dni temu widziałem, jak Picot wychodził ze stoczni 

El-Gamhurija. Mo e to nie jest... 

Hassan uciszył go gestem r ki, porz dkuj c w my lach fakty, jak komputer. Z 

Iranu wywieziono na zachód du e ilo ci heroiny; przesłuchanie Picota 

podejrzanego o przemyt, nie dało rezultatu; widziano go w stoczni El-Gamhurija; 

w tej samej stoczni kto  strzelał na jakim  statku; statek opu cił po piesznie wody 

terytorialne Libanu. Były to okruchy informacji, ale wystarczaj co wa ne. 

Podniósł słuchawk  telefonu, wykr cił numer i powiedział: 

- Sprowad cie Andrew Picota na przesłuchanie. I prosz  o samochód. 

W pół godziny pó niej stał na nabrze u w stoczni, zadaj c pytania oficerowi, 

który zajmował si  spraw . 

- I kiedy padł strzał, statek odpłyn ł? 

- Tak, sir. 

- Jak si  nazywał? 

- „Orestes". 

Hassan przygl dał si  pustemu nabrze u. 

- I nie było tu  adnych innych statków? To dziwne. 

- Niezupełnie, sir. Był jeszcze jacht. Odpłyn ł dopiero przed pi cioma 

minutami. - Pokazał na morze. - Jest tam. 

Hassan osłonił oczy od sło ca i spojrzał we wskazanym kierunku. 

- I pu cił go pan? Czy wła ciciel jachtu był tutaj, kiedy zdarzył si  ten 

incydent? 

- Tak, sir. Mówi,  e niczego nie widział ani słyszał. Członkowie załogi tak e. 

Hassan spogl dał na jacht. 

- To bardzo wygodne. Kim on jest? 

- Nazywa si  Fuad, sir. Mówił,  e płynie na Karaiby. 

- Wielki Bo e! - powiedział z przej ciem Hassan. - Naprawd ? A co tam le y 

na rufie? 

Oficer wyt ył wzrok, staraj c si  odgadn . 

- Jakie  brezentowe plandeki...? 

- Jedna brezentowa plandeka, która co  przykrywa - poprawił go Hassan. - 

Potrzebny mi telefon. 

W dwie minuty pó niej wdał si  w sprzeczk  z wyj tkowo t pym oficerem 

sztabowym z dowództwa marynarki w Bejrucie. 

 

„Orestes" pruł fale, płyn c nowym kursem. Zarys l du za ruf  znikn ł i 

wida  było jedynie mgliste kontury w miejscu, gdzie wznosiły si  Góry Liban. 

Warren, nie marnuj c czasu, odszukał kuchni  i przygotował posiłek: wołowin  z 

puszek i płaskie bochny arabskiego chleba, które trzeba było popija  kiepskim 

kwa nym winem. 

Pracuj c zastanawiał si , co ł czy Metcalfe'a i Toziera. Nale eli do tego 

samego gatunku ludzi, ludzi o silnej woli i wygl dało na to,  e bardzo zgodnie ze 

sob  współpracuj  i ka dy z nich czuje instynktownie, i  jego partner w razie 

potrzeby zrobi, co trzeba. Ciekawe, który z nich byłby gór , gdyby doszło do 

konfliktu. 

background image

 

196 

Zdecydował w ko cu,  e postawiłby na Metcalfe'a. Tozier post pował 

ostro niej i chciał, by jego działalno  miała przynajmniej pozory legalno ci. 

Metcalfe był amoralnym awanturnikiem, do pewnego stopnia pozbawionym 

skrupułów i nader biegłym w sztuce podst pów. Warren pomy lał,  e gdyby 

doszło mi dzy nimi do starcia, Tozier mógłby niebezpiecznie si  zawaha , a 

Metcalfe by tego nie zrobił. Miał jednak nadziej ,  e nigdy nie dojdzie do 

sprawdzenia tych prognoz. 

Sko czył przygotowania i zaniósł jedzenie na mostek. Metcalfe znaj cy si  

najlepiej na statkach i morzu, przej ł teraz dowodzenie, a Tozier pilnował 

Eastmana. Follet był w siłowni, trzymaj c pod broni  dwóch wypuszczonych na 

wolno  mechaników, którzy nerwowo obsługiwali maszyny. Parker i Abbot 

pracowali na pokładzie dziobowym przy wci garce kotwicy, a Hellier trzymał 

stra  koło ładowni. 

Metcalfe zawołał Abbota, aby przyszedł po jedzenie, wezwał równie  na 

mostek Helliera. 

- Wszystko w porz dku? - zapytał. 

-  adnych problemów - zapewnił go Hellier. - Siedz  cicho.  Metcalfe 

pocz stował go kanapk , a kiedy Hellier j  ugryzł, stwierdził z jowialnym 

u miechem: 

- Dodał pan teraz do listy swoich wykrocze  piractwo, sir Robert. W Anglii 

mo na za to wisie . 

Hellier zakrztusił si  suchym kawałkiem chleba i z ust poleciały mu okruchy. 

- Nie przypuszczam,  eby Delorme wniosła oskar enie - stwierdził Warren. - 

Zwłaszcza bior c pod uwag  materiał dowodowy, który mamy na statku. - Rzucił 

Metcalfe'owi porozumiewawcze spojrzenie. - Ciekawe, co ona teraz my li. 

- Na pewno nic dobrego - odparł Metcalfe. - Bardziej martwi  si  jednak o to, 

co zrobi. Z pewno ci  nie b dzie siedziała na tym swoim zgrabnym tyłku. Kiedy 

Jeanette wpada w szał, staje si  bardzo aktywna. - Skin ł głow  w stron  dziobu: 

-Jak radzi sobie Parker? 

- Twierdzi,  e musi mie  jeszcze godzin  - powiedział Abbot. 

- Zanios  mu co  do  arcia i sprawdz , czy potrzebuje pomocy -oznajmił 

Warren. 

Metcalfe przytrzymywał jedn  r k  ster, a drug  jadł kanapk . 

- Co za krypa! Gdyby było z górki, robiłaby dziewi  w złów. - Spojrzał w 

niebo. - Co to za konstrukcja tam, na bomie? 

- To jeden z pomysłów Dana - odparł Abbot, wyja niaj c kombinacj  ze 

wiatłem na brzegu i człowiekiem w bocianim gnie dzie. 

- Sprytne - podsumował Metcalfe. - Wejd  tam i sprawd , co wida . 

Abbot wdrapał si  na bom i usadowił na górze, trzymaj c si  teleskopu 

celowniczego, który był solidnie przymocowany. Na tej wysoko ci, pi dziesi t 

stóp nad wod , odczuwał podmuchy wiatru, który wichrzył jego jasne włosy, a 

powolne kołysanie „Orestesa" jakby si  pot gowało. 

- S  tu jeszcze dwa przyciski - krzykn ł. - Eastman chciał mie  podwójny 

zestaw. 

- Nie ruszaj ich. Co tam wida ? 

Abbot spojrzał w kierunku dziobu. 

background image

 

197 

- Przed nami płynie jaki  statek. Widz  dym. - Obrócił si  powoli, obserwuj c 

horyzont. - Za nami te  jest jeden. Metcalfe okazał zaniepokojenie. 

- Zbli a si ? 

- Trudno powiedzie  - krzykn ł Abbot. Milczał przez chwil , a potem dodał: - 

Chyba tak. Widz  fal  przy dziobie. 

Metcalfe odszedł od steru, mówi c do Helliera: - Prosz  mnie zast pi . - Nie 

zwalniaj c kroku pochwycił lornetk  i wspi ł si  na bom jak małpa na palm . U 

góry stan ł tak, by kołysanie statku nie pozbawiło go równowagi i skierował 

lornetk  w stron  rufy. 

- To jacht Fuada. P dzi jak szalony. 

- S  daleko? 

Metcalfe oszacował odległo . 

- Jakie  sze  mil st d. Maj  radar. Na pewno ju  nas zlokalizowali. - Podał 

lornetk  Abbotowi. - Zosta  tu i miej ich na oku. 

Zszedł z bomu z powrotem na mostek, gdzie si gn ł po telefon i zadzwonił do 

siłowni. 

- Johnny, pogo  troch  tych swoich chłopaków - musimy płyn  szybciej... 

Wiem o tym, ale Jeanette siedzi nam na ogonie. Kiedy rzucił słuchawk , Hellier 

spojrzał na niego spod oka. 

- Ile mamy czasu? 

- Ta zardzewiała krypa wyci gnie mo e z osiem w złów, jak si  j  dobrze 

przydusi. Jacht robi trzyna cie albo czterna cie. Mamy około godziny. - Metcalfe 

poszedł na skraj mostku i spojrzał za ruf . - St d go nie wida . Jest jeszcze za 

horyzontem. - Odwrócił si  z kwa nym u miechem. - Byłem ju  kiedy  w 

podobnej sytuacji - po zachodniej stronie Morza  ródziemnego. Płyn łem razem 

z niejakim Krupke na łodzi typu Fairmile. Ale wtedy to my my kogo   cigali. 

- I kto wygrał? - spytał Hellier. 

U miech Metcalfe'a stał si  jeszcze bardziej ponury. 

- Ja! 

- Co mog  zrobi , je eli nas dogoni ? Przecie  nie wejd  na pokład. 

- Mog  nas powystrzela . - Metcalfe spojrzał na zegarek. - Za godzin  na tej 

łajbie nie b dzie zbyt bezpiecznie. 

- Mamy tu sporo stalowych płyt, za którymi mo na si  ukry . W głosie 

Metcalfe'a pobrzmiewała pogarda, gdy powiedział z niesmakiem: 

- Płyty ze stali! - Kopn ł w mostek, z którego posypały si  pordzewiałe płaty 

metalu. -Niklowane kule przebija to jak tektur . Był pan w artylerii, wi c 

powinien pan wiedzie . Mo e mi pan powie, co zrobi z tym mostkiem 40-

milimetrowe działko? 

Pozostawił Helliera z t  niepokoj c  my l  i poszedł na dziób, gdzie Parker i 

Warren pracowali przy wci garce. 

- Niech si  pan po pieszy - płyn  za nami. Ile to jeszcze potrwa, na Boga? 

Parker nie przerywał pracy, równomiernymi ruchami dokr caj c przewód. 

- Powiedziałem,  e godzin . 

- Nie b dzie pan miał ani chwili wi cej - stwierdził Metcalfe. -Potem radz  nie 

wystawia  głowy. Warren podniósł wzrok. 

background image

 

198 

- Dan mówił mi, o co pan podejrzewa Delorme. Czy naprawd  b dzie do nas 

strzela ? 

To wystarczyło, by Parker oderwał si  od pracy. 

- Jak tylko zobaczyłem t  bab , wiedziałem co z niej za ziółko -oznajmił. - Nie 

rozumiem, jak Mike mo e j  znie . Zabije nas wszystkich, a potem wróci na 

parkiet i przeta czy cał  noc, niczym si  nie przejmuj c. - Zaj ł si  znów 

przewodem wci garki i dodał: -Tu ju  wszystko gotowe. Teraz musimy zej  pod 

pokład. 

- Je eli mógłbym w czym  pomóc,  eby przy pieszy  robot , prosz  mnie 

zawoła  - powiedział Metcalfe. - Zejd  na dół,  eby zapozna  Andy'ego z sytuacj . 

- Sprawdził, jak radzi sobie Tozier, odwiedził w siłowni Folleta, a kiedy wrócił na 

pokład, jacht „Stella del Mare" był ju  widoczny daleko na horyzoncie. 

Natychmiast udał si  na ruf ,  eby co  zobaczy , a potem poszedł na mostek i 

powiedział do Helliera: 

- B d  celowa  przede wszystkim w miejsce, gdzie pan stoi - ka dy, kto si  tu 

znajdzie, zginie. 

- Kto  musi trzyma  ster - odparł spokojnie Hellier. 

- Tak, ale nie w tym miejscu. Na rufie jest stanowisko awaryjne. - Metcalfe 

spojrzał w gór  na bom. - Mike, zejd  stamt d i przejmij ster. 

Poszli z Hellierem na ruf  i wyci gn li ze schowka zapasowe koło, mocuj c je 

tu  nad sterem. Metcalfe popatrzył i stwierdził: 

- Troch  za bardzo je wida . Trzeba zrobi  zasłon  z brezentu. Nie zatrzyma 

kul, ale mo e nie b d  ostrzeliwa  rufy, je eli tu nikogo nie zobacz . 

Otoczyli ster brezentow  zasłon , po czym Metcalfe powiedział do Helliera: 

- Prosz  na razie tu zosta .  ci gn  Abbota z mostku - b dzie mi potrzebny. 

Pokieruje pan statkiem, dopóki pana nie zluzuj . 

Znowu pop dził przed siebie, my l c po drodze,  e pokonuje w ten sposób na 

nogach wcale niemałe odległo ci. Kazał Abbotowi pu ci  ster i patrzył, czy 

„Orestes" nie zmienia kursu. Pocz tkowo troch  zboczył, ale potem popłyn ł 

dalej swoj  drog , a koło na mostku obracało si  powoli i równomiernie tam i z 

powrotem, jakby poruszała nim jaka  niewidzialna istota. 

- Skocz do kajut oficerskich - powiedział do Abbota - i przynie  poduszki, 

prze cieradła, kurtki, czapki - chc  zrobi  kilka manekinów. 

Naci gn li uniformy na poduszki, przytwierdzaj c do nich marynarskie 

czapki zabranymi z kuchni szpilkami do rolad. Zrobili trzy kukły, które zwisały z 

sufitu sterówki, sprawiaj c nieprzyjemne wra enie powieszonych ludzi. Z 

wi kszej odległo ci musiały jednak wygl da  do  przekonywaj co. Kołysały si  

lekko i ich ruchy wydawały si  zupełnie naturalne. 

Metcalfe wyszedł na skraj mostku i spojrzał za ruf . 

- Szybko nas dogania. Ma jeszcze około mili - jakie  dziesi  minut. Lepiej si  

st d zabieraj, Mike. Zobacz , co robi Parker. 

- Tam płynie jaki  statek - oznajmił Abbot, wskazuj c za praw  burt . Statek 

zmierzał w przeciwnym kierunku i był mniej wi cej o dwie mile od nich. - 

My lisz,  e mamy szans  na pomoc? 

- Chyba  e chcesz zobaczy  prawdziw  masakr  - stwierdził Metcalfe z 

napi ciem. - Podpływaj c do tamtego statku, zwi kszyliby my tylko ilo  ofiar. 

background image

 

199 

- Czy to znaczy,  e zabiłaby te  jego załog ? 

- Sto milionów dolarów posiada zabójcz  moc. W okolicznych portach nie 

brakuje facetów, którzy załatwi  ka dego, kogo im wska esz, za pi  tysi cy 

dolarów i zało  si ,  e ten jacht jest nimi wypełniony. - Wzruszył nerwowo 

ramionami. - Bierzmy si  do roboty. 

Parker i Warren byli zm czeni i mieli podły nastrój. 

- Pi  minut - powiedział Parker, ponaglany przez Metcalfe'a. - To ju  ostatni 

kawałek przewodu. 

- Gdzie wł cza si  par ? 

- Na pokładzie, koło wci garki jest zawór - odparł Parker. -Łatwo go 

zauwa y . 

- Id  tam - oznajmił Metcalfe. - Prosz  krzykn , kiedy trzeba b dzie go 

przekr ci . I niech kto  pójdzie zawiadomi  Andy'ego, co si  dzieje. Mo e 

potrzebowa  pomocy, chocia  nie bardzo w to wierz . 

Kiedy znalazł si  znów na pokładzie, jacht „Stella del Mare" zbli ał si  od 

lewej burty. Zmniejszył pr dko ,  eby zrówna  si  z „Orestesem" i zatrzymał si  

o dwie cie jardów od nich. Metcalfe przykucn ł za wci gark , przygl daj c si  

jachtowi. Abbot odezwał si  za jego plecami: 

- Spójrz na ruf . Co to takiego? 

- Nie wychylaj si  - skarcił go Metcalfe. Popatrzył na nietrudne do 

rozpoznania kontury czego , co okrywała tylko powierzchownie brezentowa 

plandeka i poczuł,  e robi mu si  niedobrze. - To działko. Pociski lec  z niego tak  

strug  jak woda z gumowego w a. -Zamilkł na chwil . - Na dziobie maj  chyba 

jeden karabin maszynowy, a drugi na  ródokr ciu, na pokładzie łodziowym. To 

pływaj ca puszka Pandory. 

- Na co oni czekaj ? - zapytał Abbot niemal z rozdra nieniem. 

- Chc ,  eby odpłyn ł tamten statek. Jeanette woli nie mie   wiadków. 

Zaczeka, a  zniknie za horyzontem, zanim spróbuje cokolwiek zrobi . - Ocenił, 

jak daleko jest zawór, który znajdował si  na otwartej przestrzeni. - W ka dym 

razie mam tak  nadziej . 

Czekaj c na sygnał b bnił palcami o metal wci garki. W ko cu usłyszał 

wołanie Warrena: 

- W porz dku, Tom. Dan mówi,  eby odkr ci  zawór na trzy minuty - to 

powinno wystarczy . 

Metcalfe wyszedł zza wci garki, stan ł przy zaworze i odkr cił go. Miał pełn  

wiadomo ,  e z pokładu "Stelli del Mare" dokładnie go wida  i czuł 

nieprzyjemne kłucie mi dzy łopatkami. Para uchodziła z gwałtownym sykiem 

przez  le zamocowane zł cze. 

Na dole Tozier czekał ju  z gotowym do strzału erkaemem. Parker stał tu  za 

nim, podpieraj c  cian  w oczekiwaniu na bieg wydarze . Nie miał w tpliwo ci, 

e co  musi si  zdarzy . Nikt nie wytrzyma długo w stalowej klatce, do której 

wpuszcza si  pod ci nieniem gor c  par . Skin ł tylko głow , gdy Tozier 

wyszeptał: 

- Porusza si  rygiel. 

Tozier zlitowałby si  mo e nad Eastmanem i dał mu szans , ale ten otworzył 

gwałtownie drzwi i wyskoczył w obłoku pary, strzelaj c na o lep, Tozier nacisn ł 

background image

 

200 

spust i potworny łoskot erkaemu wypełnił zamkni t  przestrze , nie zdołał 

jednak zagłuszy  przera liwego  wistu uchodz cej pod ci nieniem pary. Kule 

dosi gn ły Eastmana, zanim ten zd ył zrobi  dwa kroki. Siła uderzenia 

odrzuciła go do tyłu i le ał teraz w otwartych drzwiach torpedowni. 

Gwizd pary ustał. 

- Wytrzymał dwie minuty - stwierdził Parker. - Dłu ej ni  przypuszczałem. 

Zobaczmy, czy czego  tam nie uszkodził. Tozier opu cił bro . 

- Tak, pozb d my si  tego piekielnego ładunku. Parker nagle przystan ł. 

- U diabła, fakt,  e jest piekielny - powiedział z naciskiem. - Przecie  to bro . 

Mo emy z niej skorzysta . 

Tozierowi opadła szczeka. 

- Na Boga, ma pan racj .  e te  o tym nie pomy lałem! Niech pan sprawdzi 

torpedy, Dan. Musz  wszystko zorganizowa . - Pobiegł korytarzem i zacz ł 

wspina  si  po drabinkach na dziób. Miał wła nie wyj  na pokład, gdy kto  

chwycił go za rami . 

- Uwa aj, bo mo esz oberwa  - ostrzegł Metcalfe, - Spójrz tam. Tozier wyjrzał 

ostro nie zza framugi drzwi i zobaczył,  e „Stella del Mare" jest ju  bardzo 

blisko. Schował głow , mówi c: 

- Niech to szlag! S  obok nas. 

- W pobli u przepływa jaki  statek, ale oddala si  z ka d  chwil . Jeanette 

czeka, a  zniknie za horyzontem. 

- Parker wpadł na pomysł - oznajmił Tozier. - Chce j  storpedowa . - 

U miechn ł si  widz c wyraz twarzy Metcalfe'a. - Słu ył kiedy  w marynarce - to 

dla niego oczywiste rozwi zanie. 

- Te  powinienem był o tym pomy le  - stwierdził Metcalfe ze złowrogim 

błyskiem w oku. - Chyba zluzuj  Helliera - nie zna si  a  tak dobrze na 

kierowaniu statkiem. Czy Parker potrzebuje pomocy? 

- Na pewno. Powiedz lepiej Hellierowi,  eby do niego poszedł. A ja dam zna  

Johnny'emu. 

Kiedy Tozier zszedł do siłowni, Follet siedział przy telegrafie z broni  w r ku i 

obserwował mechanika, który sprawdzał wskazania przyrz dów. Tozier musiał 

podnie  głos, aby Follet go usłyszał. 

- A to sukinsyn! - powiedział z podziwem Follet. - To znaczy,  e storpedujemy 

jacht? 

- Spróbujemy. 

Follet spojrzał na zroszon  blach . Za t  cienk  stalow  powłok  było morze. 

- W razie czego - gdyby były jakie  problemy - daj mi zna  -poprosił. - Nie le 

pływam, ale chciałbym mie  okazj  to udowodni . Tozier u miechn ł si  ponuro. 

- Jakie dajesz nam teraz szans , Johnny? 

- Koniec z zakładami - stwierdził Follet. - Ale post pili my słusznie, tego 

jestem pewien. Nawet gdy si  ma statystyczn  przewag , nie zawsze mo na 

wygra . 

Tozier postukał go lekko po ramieniu zaci ni t  dłoni . 

- Dopilnuj,  eby to  elastwo było na chodzie. Tom b dzie manewrował 

statkiem. 

background image

 

201 

Skierował si  do torpedowni, lecz zanim tam wszedł, odci gn ł na bok ciało 

Eastmana. 

- Zdaje si ,  e wszystko w porz dku - stwierdził Parker. - Eastman niczego tu 

nie zepsuł. - Poklepał korpus jednej z torped. - B d  przy nich potrzebował 

pomocy. Dwie s  ju  w wyrzutniach, ale tych sam nie rusz . 

- Zaraz przyjdzie Hellier - powiedział Tozier.- Ma najwi cej siły. - Odwrócił 

si . - O, ju  jest. Dan,  eby nie było nieporozumie : mamy tylko wdusi  te 

przyciski, tak? 

Parker skin ł głow . 

- Jeden zestaw jest na mostku, a drugi w bocianim gnie dzie. Mo na 

wykorzysta  którykolwiek z nich. Bocianie gniazdo jest o tyle lepsze,  e ma 

teleskop celowniczy. 

- Wróc  na gór  - stwierdził Tozier. - Zaraz zacznie si  zabawa. Wyszedł, 

egnaj c Helliera skinieniem głowy. 

- Co mam robi ? - zapytał Hellier. 

- Na razie nic - odparł ze stoickim spokojem Parker. - Mo emy tylko czeka . - 

Po chwili podniósł wzrok i dodał: 

- Je li jest pan wierz cy, mo e si  pan pomodli . 

 

Tozier znalazł Abbota i Warrena na rufie. Abbot le ał na pokładzie, 

przygl daj c si  ostro nie zza nadbudówki jachtowi „Stella del Mare". Cofn ł 

si , gdy Tozier dotkn ł jego ramienia. 

- Szykuj  tam co  na rufie - powiedział. 

Tozier zaj ł jego miejsce. Trzech albo czterech m czyzn uwijało si  na 

tylnym pokładzie jachtu,  ci gaj c brezentow  plandek  z podłu nej lufy działa. 

Jeden z nich usadowił si  na siodełku i gdy kr cił korb , lufa unosiła si  albo 

opadała. Drugi równie  usiadł i obrócił działo, a nast pnie przyło ył oko do 

celownika. Tozier oddałby dusz  diabłu za dobry karabin. Mógłby powystrzela  

ich wszystkich, zanim zd yliby uciec. 

Nieco dalej pozostali m czy ni przygptowywali karabiny maszynowe. 

Widział wyra nie, jak montuj  b ben z amunicj . Cofn ł si  i spojrzał za ruf . 

Statek, który min li, był ju  jedynie plam  na horyzoncie, a nad ni  unosiła si  

smuga dymu. Tozier wstał i zawołał gło no: 

- Tom, wchodzimy do akcji! 

- Tak jest, sir! - padła przytłumiona odpowied  zza brezentowej zasłony. 

Tozier odci gn ł Warrena i Abbota na bok: 

- Na lewej burcie nie b dzie od tej chwili zbyt bezpiecznie. Najlepiej poło y  

si  na pokładzie z prawej strony, gdzie  za mostkiem. Spróbujemy ich 

storpedowa . Tom przej ł dowodzenie, bo musi naprowadzi  statek na cel. 

- Ale przyciski do odpalania torped s  na mostku - zauwa ył Warren. 

- Tak - odparł Tozier. - I na tym polega cała zabawa. Mike, zostaniesz tutaj i 

b dziesz w kontakcie z Tomem - dasz zna , kiedy zechce atakowa . Ty, Nick, 

pójdziesz ze mn . Jak dostaniesz sygnał, pobiegniesz na mostek i spróbujesz 

dotrze  do przycisków. 

Warren skin ł głow  i zastanawiał si  przez moment, jakie zadanie Tozier 

przeznaczył dla siebie. Dowiedział si  tego niebawem, gdy Andy wskazał na bom. 

background image

 

202 

- Drugi zestaw przycisków jest tam, na górze. To b dzie zadanie dla mnie, 

gdyby  nie mógł si  dosta  na mostek. 

Warren spojrzał na niczym nie osłoni te bocianie gniazdo i zwil ył wargi. 

- A je eli ci si  nie uda?. 

- Wtedy przestan  si  tym przejmowa  - odparł beztrosko Tozier. - Kto  inny 

b dzie musiał spróbowa  szcz cia. Chod my si  schowa . 

Ukryli si  z Warrenem w pobli u prawej burty i czekali. Kanonada 

rozpocz ła si  nagle i z zaskakuj c  gwałtowno ci . 

Ze swej kryjówki Warren widział tyln  cz  mostku, który - przy 

akompaniamencie serii wybuchów - zacz ł si  rozpada . Pociski działa 

eksplodowały z brutaln  sił , wzniecaj c jaskrawe błyski i ze sterówki pozostały 

w jednej chwili n dzne szcz tki. 

Usłyszał nad głow  głuche uderzenie i spojrzawszy w gór  zobaczył ze 

zdumieniem wbity w drewnian  listw  kawałek szkła. Wyrzucone sił  wybuchu z 

rozbitej sterówki, pomkn ło niczym  mierciono ny pocisk w jego kierunku, 

wbijaj c si  ostr  jak brzytwa kraw dzi  na gł boko  jednego cala w twarde 

tekowe drewno. Gdyby trzymał głow  o par  cali wy ej, byłoby ju  po nim. 

Zd ył schowa  si  ponownie akurat w chwili, gdy działo zacz ło ostrzeliwa  

ruf . Pociski wybuchały na pokładzie i ze wszystkich stron sypały si  kawałki 

desek. Jeden z nich rozci ł mu kurtk , pozostawiaj c wystrz pion  dziur . 

Oprócz głuchego grzmotu działa dał si  słysze  terkot karabinów maszynowych. 

Kule przeszywały nadbudówk , jakby jej  ciany były zrobione z papieru. Warren 

przylgn ł mocno do pokładu i wygl dało na to,  e próbuje si  w nim zakopa . 

Kanonad  usłyszał w odległo ci czterech mil na zachód młody kapitan 

liba skiej łodzi patrolowej, na której płyn ł Jamil Hassan. Odwrócił si  do niego 

i powiedział: 

- Strzelaj ! Hassan odpowiedział ponaglaj cym gestem. 

- Szybciej! Niech si  pan po pieszy! 

Warren ostro nie uniósł głow , gdy  potworny hałas ustał i znów zaległa 

cisza. Słycha  było tylko jednostajne dudnienie silników i plusk fali przy dziobie. 

Spojrzał na mostek, zauwa aj c z przera eniem rozmiary zniszcze . Wyobraził 

sobie nagle, jak zrobione przez Metcalfe'a kukły ta czyły na sznurkach niby 

marionetki, a kule i pociski przelatywały przez nie i pomi dzy nimi tak długo, a  

nie zapadł si  dach. 

„Orestes" zacz ł - powoli zbacza  w lewo, jakby zabrakło r ki trzymaj cej 

ster. 

- Zmieniam kurs,  eby statek niby przypadkowo obrócił si  dziobem do 

jachtu - krzykn ł Metcalfe. - Mo e uda nam si  ich zmyli . Niech Andy b dzie 

gotowy. 

Abbot pochylaj c si  nisko, pomkn ł naprzód, aby przekaza  wiadomo . 

Tozier popatrzył na rozbity doszcz tnie mostek i pokr cił głow . 

- Biegnij, Nick, ale uwa aj. Zaczekaj, a  jacht b dzie na linii strzału, zanim 

naci niesz guzik. Je eli nie b dziesz mógł odpali , krzyknij. 

Warren stwierdził,  e cały si  trz sie. Nie był stworzony do takich zada  i 

dobrze o tym wiedział. Podbiegł do stopni prowadz cych na mostek i pr dko si  

po nich wspi ł. Gdy znalazł si  na górze, natychmiast schował głow  i poło ył si  

background image

 

203 

na brzuchu. Dopiero po chwili rozejrzał si  po sterówce. Jej przednia cz  

wyleciała w powietrze i niewiele z niej pozostało. Nie było steru, kolumny 

kompasu, telegrafu ani małej skrzynki z dwoma przyciskami. Mostek 

praktycznie przestał istnie . 

Krzykn ł: - Nic z tego, Andy! - i w obawie przed nast pn  kanonad  odwrócił 

si  szybko, aby pobiec z powrotem. Nie usiłował nawet schodzi  po stopniach, 

tylko zeskoczył na dół i upadł ci ko na pokład, kryj c si  za szcz tkami mostku. 

Zobaczył, jak Tozier mija go i p dzi wzdłu  pokładu na otwart  przestrze  

ródokr cia. Biegł zygzakiem w taki sposób, by nigdy nie robi  wi cej ni  trzech 

kroków w jednym kierunku. Kiedy znikn ł za osłon  maszynerii u podnó a 

bomu, Warren spojrzał w gór . Po tym wszystkim, co zaszło, wydawało si  

niemo liwe, by ktokolwiek był w stanie tam si  wspi . 

Metcalfe patrzył na bom, przygl daj c si  równocze nie jachtowi. Zobaczył, 

jak Tozier pnie si  w gór  i obrócił ster, by „Orestes" nie schodził z kursu. Tozier 

dotarł do bocianiego gniazda i pochylił si ,  eby przyło y  oko do celownika, ale 

jacht schodził mu z pola widzenia, cho  Metcalfe dokładał stara , by mie  go na 

linii dziobu. 

Nagła zmiana kursu obu statków zdezorientowała cekaemistów na jachcie. 

Przedni karabin maszynowy stał si  zupełnie bezu yteczny, a strzały ze 

ródokr cia chybiały. Za to działko było doskonale ustawione - obróciło si  

gładko, otwieraj c ogie . Obok Toziera przeleciał grad kul i wydawało si  

nieprawdopodobne, by  adna go nie dosi gn ła. Za ruf  „Orestesa" wytrysn ła z 

morza cala seria fontann, gdy przelatuj ce nad statkiem pociski eksplodowały w 

wodzie na przestrzeni jednej mili, nie czyni c  adnych szkód. 

Tozier wdusił z całej siły przyciski i dwie torpedy, warte ł cznie pi dziesi t 

milionów dolarów, zostały odpalone. 

Potem najszybciej jak mógł, zacz ł schodzi  z bomu. Znalazłszy si  dziesi  

stóp nad pokładem, skoczył w dół. Działo przestało strzela  i Warren usłyszał od 

strony burty czyj  radosny okrzyk, f Zastanawiał si , z czego Metcalfe tak bardzo 

si  cieszy. Jedno było pewne: torpedy chybiły. Na morzu nie nast piła  adna 

eksplozja, a karabin maszynowy nadal grał swoje staccato. 

Kiedy pociski wystrzelone z działa ze  wistem przelatywały nad statkiem, 

Metcalfe próbował na ladowa   ółwia, wtulaj c głow  w ramiona, jakby w ten 

sposób mógł j  ocali . Gdyby luf  ustawiono troch  ni ej, cały tył „Orestesa" 

poszedłby w diabły, a Tom Metcalfe 

razem z nim. Gdy wi c działko przestało strzela , wyjrzał przez dziur  w 

brezentowej zasłonie i zacz ł gło no wiwatowa . 

Załoga „Stelli del Mare" miała jakie  kłopoty. Na pokładzie rufowym zrobiło 

si  zamieszanie, a długa lufa sterczała w gór  pod nienaturalnym k tem. 

Zaimprowizowana podstawa nie wytrzymała nieustannego naporu działa, które 

wyrzucało z siebie grad pocisków. Teraz nie nadawało si  ju  do u ytku. Z jachtu 

dochodził odległy cichy j k, jakby kto  został ranny. 

Metcalfe miał wi c powody do rado ci. 

Ni ej, na dziobie Parker i Hellier usłyszeli syk spr onego powietrza, gdy 

torpedy wylatywały z wyrzutni. Hellier chciał zaczeka  i posłucha , czy 

dosi gn ły celu, ale Parker zamykał ju  zewn trzne włazy, przygotowuj c 

background image

 

204 

nast pny ładunek. Otworzył wewn trzne drzwiczki i usun ł si  na bok, gdy 

wytrysn ła przez nie woda, a potem sprawnym ruchem zwolnił zaciski, które 

mocowały torped  ustawion  na kozłach przy lewej burcie. 

- No, dalej! - krzykn ł. - Wepchnijmy to dra stwo do  rodka! 

Z całych sił napierali z Hellierem na torped , która sun ła powoli na rolkach 

w kierunku otwartej wyrzutni. Była bardzo ci ka i pocz tkowo przesun ła si  

zaledwie o ułamek cala, kiedy jednak wzmogli nacisk, nabrała rozp du i w ko cu 

weszła gładko do  rodka. Parker zatrzasn ł właz i zakr cił koło zamka. 

- Teraz druga - powiedział, z trudem łapi c powietrze. 

- My li pan,  e tamte trafiły? - zapytał Hellier. 

- Nie wiem - odparł Parker, ci gle czym  zaj ty. - Raczej nie. S dz c z 

zamieszania na górze, musieli by  zupełnie blisko. Na lito  bosk , wsu my t  

torped , do  rodka! 

Warren rozgl dał si  za Tozierem, ale nigdzie go nie dostrzegł. Wystawił 

głow  zza mostku i spojrzał na „Stell  del Mare". Gdy „Orestes" zmienił kurs, 

jacht uczynił to samo i płyn ł nadal równolegle, trzymaj c si  ich lewej burty. 

Cekaem ze  ródokr cia strzelał ci gle krótkimi seriami. Równie  karabin na 

dziobie ponownie otworzył ogie  i oba koncentrowały si  najwyra niej na 

przednim pokładzie statku. 

Po chwili zobaczył, dlaczego. Tozier ukrywał si  za zniszczon  nadbudówk  

na dziobie, siedz c tam z wywini t  do tyłu nog . Była dziwnie wygi ta w 

miejscu, gdzie nie ma  adnego stawu. Nawet z tej odległo ci Warren mógł 

stwierdzi ,  e jest złamana. Zobaczył, jak Dan Parker wybiega z drzwi 

nadbudówki, próbuj c dotrze  do Toziera. Nie zrobił nawet dwóch kroków, kiedy 

dosi gn ła go kula. Zatoczył si  i run ł na pokład. Le ał tam teraz, daj c nikłe 

oznaki  ycia. 

Dla Warrena tego było ju  za wiele. Wypadł z kryjówki i pobiegł na pokład, 

nie zwa aj c na niebezpiecze stwo. W tej samej chwili od strony rufy rozległo si  

dono ne wołanie: 

- Okr aj  nas,  eby zaatakowa  z prawej burty! Przepłyn  nam przed 

dziobem. B d cie gotowi do odpalenia torped! 

Warren usłyszał te słowa, ale nie poj ł ich sensu, my l c wył cznie o tym, by 

dotrze  do Parkera i Toziera. U wiadomił sobie jednak z ulg ,  e ogie  

karabinów maszynowych ustał. „Stella del Mare" zacz ła zawraca  przed 

dziobem „Orestesa" i strzelanina stała si  bezcelowa. Dzi ki temu zdołał dotrze  

do Parkera nawet nie dra ni ty. 

Pochylił si  i chwyciwszy Dana pod pachy, wci gn ł go do nadbudówki. Nie 

silił si  na delikatno , nie maj c ani chwili do stracenia, na szcz cie jednak 

Parker był nieprzytomny. Potem wrócił po Toziera, który podniósł na niego 

wzrok, u miechn ł si  blado i stwierdził: 

- Oberwałem w nog . 

- Mo esz stan  na drugiej - powiedział Warren i pomógł mu si  podnie . 

- Na miło  bosk ! - krzykn ł Metcalfe. - Niech kto  wdrapie si  na ten 

cholerny bom! 

Warren obejrzał si  niezdecydowanie, czuj c ci ar opieraj cego si  na nim 

Toziera. Zobaczył,  e Abbot biegnie w kierunku bomu, znikaj c - podobnie jak 

background image

 

205 

wcze niej Tozier - za osłon  maszyny i pojawiaj c si  w połowie wysoko ci bomu, 

na który wspinał si  tak pr dko, jakby gonił go diabeł. 

Metcalfe miał z rufy doskonały widok. „Stella del Mare" przepływała im 

przed dziobem w odległo ci trzystu jardów. Kiedy Abbot pojawił si  na.bomie, 

karabiny maszynowe ponownie otworzyły ogie , bezlito nie zasypuj c 

„Orestesa" gradem kul. Abbot nie próbował nawet korzysta  z celownika. Z całej 

siły wdusił r k  przeł czniki i w tej samej chwili przeszyła go seria z cekaemu, 

pozostawiaj c na piersi krwawe  lady. Run ł w tył, szeroko rozpostarłszy r ce i 

spadł na pokład z wysoko ci trzydziestu stóp. 

Zaraz potem jacht, trafiony torpedami, zadr ał i stracił rozp d, a kiedy w 

jego wn trzu eksplodowało ponad trzysta pi dziesi t funtów trotylu, wyleciał w 

powietrze. Nie był to okr t wojenny, którego konstrukcja pozwala na przyj cie 

takiego ciosu. Wybuch rozerwał go w kawałki.  ródokr cie uległo całkowitemu 

zniszczeniu i jacht rozpadł si  na pół. Dziób zaton ł po upływie paru sekund, a 

rufa szybko wypełniała si  wod . 

Zanim pogr yła si  w morskiej kipieli, wyskoczyło z niej kilka drobnych 

postaci. Metcalfe wyszczerzył z by w ponurym u miechu. „Orestes" pruł fale, 

sun c w kierunku unosz cych si  na morzu szcz tków jachtu i Metcalfe zobaczył 

w wodzie biał  twarz, długie jasne włosy i r k , rozpaczliwie wzywaj c  pomocy. 

Powoli i z najwi ksz  staranno ci  skr cił ster w taki sposób, by „Orestes" 

obrócił si  ruf  w kierunku Jeanette Delorme i powstaj cy przy  rubie wir 

wci gn ł j  w gł bin . Z nie mniejsz  precyzj  Metcalfe wyprowadził „Orestesa" 

na wła ciwy kurs, nie ogl daj c si  na to, co mogło si  wyłoni  za statkiem. 

 

Metcalfe stal oparty o reling, spogl daj c po raz drugi ju  tego dnia w 

przepastn  luf  szybkostrzelnego działka. Wycelowano je w „Orestesa" z 

liba skiej łodzi patrolowej, która kołysała si  spokojnie na falach o sto jardów od 

lewej burty statku, dokładnie w tym samym miejscu, gdzie przedtem znajdowała 

si  „Stella del Mare". Wszystko wygl dało podobnie, tyle  e silniki „Orestesa" 

zostały zatrzymane, spuszczono drabink , a w pobli u cumowała niewielka 

motorówka z dwoma marynarzami i młodszym oficerem liba skiej marynarki. 

- Niech mi pan pomo e, Tom - zawołał Warren. 

Metcalfe odwrócił si  i podszedł do miejsca, gdzie Warren banda ował 

Parkerowi rami . Pochylił si  i przytrzymał opatrunek, aby doktor mógł go 

zawi za . 

- Jak si  pan czuje? - zapytał. 

- Nie le - odparł Parker. - Mogło by  gorzej. Nie mam powodów si  skar y . 

Metcalfe przykuen ł i powiedział do Warrena: 

- Ten cywil, który wszedł na pokład, nie wygl da mi na oficera marynarki. 

- Nawet nie wiedziałem,  e Liban ma flot  wojenn  - stwierdził Warren. 

- Bo nie ma. Jest tylko par  okr tów obrony wybrze a. - Metcalfe wskazał na 

łód  patrolow . - Zwiewałem ju  tym chłopcom wiele razy. - Zmarszczył brwi. - 

Jak pan my li, o czym Hellier tak długo z nim rozprawia? Dyskutuj  ju  chyba z 

godzin . 

- Sk d mam wiedzie  - odparł lakonicznie Warren. Jego my li zaprz tali 

Mike Abbot i Ben Bryan - dwóch poległych z pi cioosobowej grupy. Czterdzie ci 

background image

 

206 

procent strat to wysoka cena, a nie obejmowała ona jeszcze rannych, którzy 

stanowili drugie tyle. 

Tozier le ał w pobli u z unieruchomion  nog , rozmawiaj c z Folletem. 

- Do cholery! Wyja ni  ci to jeszcze raz - powiedział Follet, brz cz c 

trzymanymi w r kach monetami. 

- Dobra, wierz  ci - stwierdził Tozier. - Musz , no nie? W ko cu wyci gn łe  

ode mnie cał  fors . Sprytna sztuczka. - Spojrzał na przykryte brezentem ciało, 

le ce przy wej ciu na statek. - Szkoda,  e pó niej si  nie sprawdziła. 

- Wiem, co masz na my li, ale to było najlepsze wyj cie - powiedział z uporem 

Follet. - Jak mówiłem, nie mo na zawsze wygrywa . - Podniósł wzrok. - Idzie do 

nas Hellier. 

Hellier przeszedł przez pokład, zmierzaj c w ich kierunku. Metcalfe podniósł 

si  i zapytał, wskazuj c głow  na czekaj cego przy relingu Hassana: 

- Czy ten facet jest z marynarki? 

- Nie - odparł Hellier. - To policjant. 

- Co pan mu powiedział? 

- Wszystko - stwierdził Hellier. - Cał  histori . Metcalfe wyd ł policzki. 

- No to wpadli my po uszy - zauwa ył. - B dziemy mieli szcz cie, je eli na 

najbli sze dwadzie cia pi  lat nie wsadz  nas do paki. Był pan kiedy  w 

wi zieniu na Bliskim Wschodzie, sir Robert? 

Hellier u miechn ł si : 

- O pa skim handlu broni  wspomniałem do  mgli cie. To go zreszt  nie 

interesowało. Chce z nami porozmawia . 

Odwrócił si  do Hassana, który podszedł do nich trzymaj c r ce w 

kieszeniach. Przygl dał si  im przez chwil  z zaci ni tymi ustami i nagle 

powiedział: 

- Nazywam si  Jamil Hassan. Jestem oficerem policji. Zdaje si ,  e prowadz  

panowie prywatn  wojn  i to cz ciowo na terytorium Ldbanu. Jako oficer policji 

musz  uzna  takie post powanie za nielegalne. - Jego twarz stała si  w tym 

momencie mniej surowa. -Jestem jednak bezsilny, gdy  obszar morza poza 

wodami terytorialnymi Libanu nie podlega mojej jurysdykcji. Wi c co mam 

zrobi ? 

- Niech pan nam to powie, przyjacielu - powiedział z u miechem Metcalfe. 

Hassan pu cił t  uwag  mimo uszu. 

- Oczywi cie, jestem nie tylko oficerem policji, lecz równie  oby- watelem 

Libanu. Wyst puj c w tej roli pozwol  sobie podzi kowa   panom za to, co 

panowie zrobili. Radziłbym jednak w przyszło ci  pozostawi  podobne sprawy 

kompetentnym władzom. – U miechn ł si  z przek sem. - Fakt,  e w tym 

przypadku nie okazały si  szczególnie kompetentne. Tak czy inaczej, pozostaje 

odpowied  na pytanie:  co mam z panami zrobi ? 

- Mamy rannych - stwierdził Warren. - Potrzebuj  szpitalnej opieki. Mógłby 

ich pan zabra  t  swoj  łodzi  z powrotem do Bejrutu. 

- Nie jest moja - poprawił go Hassan. - Pan nazywa si  chyba   Warren? - Gdy 

doktor skin ł głow , Hassan ci gn ł dalej: - Gdyby  który  z panów wrócił na tej 

łodzi do Bejrutu, trafiłby niechybnie do  wi zienia. W naszej niewielkiej flocie nie 

ma angielskiego zwyczaju  przymykania oczu. Nie, panowie zostan  tutaj, a ja 

background image

 

207 

wróc  do Bejrutu,  przy l  kogo ,  eby panów st d zabrał i dyskretnie wysadził 

gdzie   na l dzie. Rozumiej  panowie,  e organizuj  to wył cznie jako pry- watna 

osoba, a nie oficer policji. 

Metcalfe odetchn ł z wyra n  ulg . Hassan obdarzył go ironicz- nym 

spojrzeniem i powiedział: 

- Kraje arabskie  ci le ze sob  współpracuj  i bardzo łatwo o ekstradycj . 

Mieli my doniesienia o mi dzynarodowym gangu, który grasuje na Bliskim 

Wschodzie, dokonuje zabójstw, korzysta z wojsko-wego sprz tu i - tu przeszył 

wzrokiem Metcalfe'a - podejmuje inne działania na szkod  pa stwa, zwłaszcza w 

Iraku. Bior c pod uwag  zaistniałe okoliczno ci, opuszcz  panowie Liban 

mo liwie szybko. Dostan  panowie w hotelu bilety lotnicze i skorzystaj  z nich. 

Mam nadziej ,  e si  rozumiemy. 

- A co z załog ? - zapytał Tozier. - Siedzi nadal w ładowni. 

- Zwolnicie ich, zanim zejdziecie ze statku. - Hassan u miechn ł si  

zdawkowo. - Je eli kiedykolwiek zawin  tu do portu, b d  musieli odpowiedzie  

na par  kłopotliwych pyta . W tej sytuacji nie przypuszczam,  eby my jeszcze 

ich zobaczyli. 

- Dzi kuj  - powiedział Hellier. - Jeste my wdzi czni,  e rozumie pan nasze 

poło enie. 

Hassan skin ł lekko głow  i odwrócił si . W połowie drogi do zej cia 

zatrzymał si  i zapytał jeszcze: 

- Ile było tej heroiny? 

- Dokładnie tysi c kilogramów - odparł Parker. - Cała tona. Hassan  pokiwał 

głow . 

- Dzi kuj , panowie. - Nieoczekiwanie u miechn ł si  i dodał: - My lałem,  e 

wiem ju  wszystko o przemycie - ale torpedy!... - Pokr cił głow , a potem 

spowa niał, widz c załoni te ciało Abbota. -Proponuj  pochowa  tego dzielnego 

człowieka w morzu - powiedział i zszedł za burt  do oczekuj cej go motorówki. 

- Có , Nick, ju  po wszystkim - odezwał si  Tozier. - Szli my z nimi łeb w łeb, 

ale udało nam si  wygra . 

Warren oparł si  o pokryw  luku. Poczuł si  nagle bardzo zm czony. 

- Tak, udało nam si . Przynajmniej niektórym. 

Tyle,  e Ben Bryan nigdy nie zostanie panem na wło ciach, cho  Warren 

zamierzał dopilnowa , by Hellier dotrzymał obietnicy i zorganizował o rodek 

leczenia narkomanów. Nigdy nie spotka ju  te  u swoich drzwi Mike'a Abbota, 

poluj cego na sensacyjne nowinki ze  wiata narkotyków. 

Popatrzył na Helliera - człowieka, który był  dny krwi. Miał nadziej ,  e jest 

zadowolony. Czy ci ludzie nie zgin li na pró no? Pewna liczba osób, w wi kszo ci 

Amerykanów,  y  b dzie dłu ej i zapewne szcz liwiej, nie zdaj c sobie sprawy, 

e zawdzi cza dodatkowe lata  ycia czyjej   mierci. A za rok albo dwa pojawi si  

kolejny Eastman albo nast pna Delorme i cały ten cholerny, brudny interes 

rozkr ci si  od nowa. 

Warren zmru ył oczy od sło ca. „Ale wtedy niech walczy ju  z nimi kto inny" 

- pomy lał. - „Zwykłego lekarza kosztuje to za du o zdrowia."