background image

 

ELIZABETH BEVARLY 

 

Ach, ten mój szef 

 

That Boss of Mine   

Tłumaczyła: Małgorzata Studzińska 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

 

Wheeler  Rush  oparł  łokcie  na  blacie  biurka  i  ukrył  twarz  w  dłoniach.  Z  dużym 

wysiłkiem powstrzymał się od wyrzucenia z siebie potoku brzydkich słów, które cisnęły mu 

się na wargi. Miał ochotę wykrzyczeć je na głos. Na wprost niego, w jego eleganckim biurze 

w jednej z najdroższych dzielnic miasta, stało dwóch facetów. Dwóch mięśniaków, którzy na 

pewno bardzo rzadko posługiwali się tym, co mieli w głowach. 

Wyższy z nich, który przedstawił się jako Bruno - ot tak, po prostu Bruno i nic poza 

tym - cały czas przestępował z nogi na nogę, drapiąc się nerwowo po tłustym i krótkim karku. 

Brudne włosy opadały tłustymi strąkami na kołnierzyk koszuli. 

-  Słuchaj,  stary.  My  wcale  nie  chcemy  tego  robić.  Ale  sam  widzisz,  że  nie  mamy 

wyboru.  Jeśli  nie  masz  pieniędzy,  żeby  pokryć  swoje  długi,  musimy  zabrać  twoje  klamoty  i 

tyle. Przecież to oczywiste. 

- Nie będę ulegał tego rodzaju naciskom - zaoponował Wheeler, w głębi duszy czując 

się dużo mniej pewnie, niż to okazywał. - Wynoście się stąd albo wezwę policję. 

- Nie wywieramy na ciebie nacisku - zapewnił go Bruno. - To tylko oferta, jasne? Nie 

próbuj wzywać  glin, bo się policzymy. Chyba słyszysz, co mówię? A teraz wstawaj od tego 

biurka  -  kontynuował.  -  Sam  sobie  narobiłeś  kłopotów,  facet.  Na  litość  boską,  bądź 

mężczyzną. 

Wheeler  zmrużył  oczy  ze  złości.  Nie  znosił,  kiedy  traktowano  go  w  taki  sposób. 

Ostatnia  rzecz,  na  jaką  miał  ochotę,  to  ustąpić  tym  dwóm  umięśnionym  cymbałom,  ale  cóż 

innego  mógł  zrobić?  Bruno  i  jego  towarzysz  pojawili  się  tutaj  w  określonym  celu  i  nie 

zamierzali  stąd  wyjść,  dopóki  nie  wypełnią  swego  zadania.  Chory  ze  zdenerwowania,  zdał 

sobie  sprawę,  że  nie  ma  wyboru  i  musi  robić  to,  co  mu  każą.  Powinien  był  mieć  więcej 

rozsądku,  kiedy  zabrał  się  do  rozkręcania  własnego  interesu.  Ale  działał  zbyt  nerwowo,  a 

poza  tym  wykazał  się  karygodną  lekkomyślnością  w  sprawach  finansowych,  zaciągając 

pożyczki, których nie był w stanie spłacić. Teraz musiał ponieść konsekwencje. 

-  Posłuchaj,  stary  -  warknął  Bruno,  kiedy  Wheeler  nie  ruszał  się  z  miejsca.  -  Jest  mi 

bardzo przykro, że ci się nie powiodło, ale zarówno ja, jak i mój kolega, mamy jeszcze sporo 

pracy  i  trochę  nam  się  spieszy.  Więc  rusz  się  zza  tego  biurka.  Nie  zmuszaj  nas  do  tego, 

ż

ebyśmy stali się niegrzeczni. 

Wheeler ponownie zacisnął usta, żeby nie powiedzieć im, co o tym wszystkim myśli, 

ale po chwili niechętnie podniósł się z krzesła. 

background image

-  Świetnie  -  mruknął  pod  nosem.  Przygładził  włosy,  poprawił  krawat  i  niedbałym 

ruchem zdjął z oparcia krzesła swoją marynarkę. - Skończmy z tym wreszcie. Kiedy będziecie 

zabierać meble, proszę, zachowujcie się w sposób cywilizowany i niczego nie zniszczcie. 

Bruno  i  jego  wierny  cień  energicznie  podeszli  do  biurka.  Wheeler  instynktownie 

cofnął  się  o  krok.  Kiedy  to  zrobił,  jeden  z  mężczyzn  chwycił  za  jeden  koniec  blatu,  a  drugi 

zrobił błyskawicznie to samo po przeciwnej stronie. 

Potem,  bez  najmniejszego  wysiłku,  podnieśli  ten  masywny,  bardzo  drogi  mebel  z 

tekowego drzewa w stylu art deco i wynieśli z pokoju, by umieścić go w czekającej na dole 

ciężarówce,  do  której  zamierzali  załadować  również  pozostałe  eleganckie  i  drogie  sprzęty  z 

biura Wheelera. 

Obserwując  ich,  miał  wrażenie,  że  właśnie  nogami  do  przodu  wynoszą  jego 

najbliższego  przyjaciela.  Teraz  pozostawało  mu  spakować  swoje  rzeczy  w  kartony,  które 

dostał  od  właściciela  winiarni  znajdującej  się  pod  jego  nowo  wynajętym  lokum.  Było  ono 

dziesięć  razy  mniejsze  od  poprzedniego  mieszkania,  które  mieściło  się  na  Tony  St.  James 

Court,  w  eleganckim,  starym,  wiktoriańskim  domu  z  czerwonej  cegły.  Wheeler  musiał  je 

sprzedać po bardzo niekorzystnej cenie, żeby ratować szybko idącą na dno firmę. Zamieszkał 

w  niewielkim  pomieszczeniu  na  ostatnim  piętrze  czynszówki,  w  niezbyt  ciekawym 

sąsiedztwie. 

Niech to szlag! 

Miał  tyle  nadziei,  kiedy  otwierał  własną  firmę.  A  teraz,  w  dziewięć  miesięcy  po 

powieszeniu na drzwiach biura tabliczki „Rush. Projekty handlowe”, był załatwiony. 

- Pan Wheeler? 

Spojrzał w stronę otwartych drzwi biura. Damski głos, który dobiegał z recepcji, był 

mu zupełnie obcy. 

- Nazywam się Rush - powiedział poirytowany, że ktoś myli jego imię z nazwiskiem, 

co  zdarzało  się  zresztą  dosyć  często,  ale  nie  zawsze  wywoływało  u  niego  aż  tak  nerwową 

reakcję. - Wheeler Rush - powtórzył, lecz kiedy w drzwiach jego gabinetu nadal nikt się nie 

pojawiał, podniósł głos: - Jestem tutaj. 

W  chwili  kiedy  to  mówił,  w  drzwiach  pojawiła  się  kobieca  głowa,  na  której  czubku 

powiewały  niedbale  związane  do  góry  włosy.  Twarz  okolona  była  kilkoma  lokami,  którym 

udało się wymknąć z niezbyt mocno związanej kitki. 

Olbrzymie, okrągłe okulary słoneczne przykrywały oczy, a usta pociągnięte pomadką 

w kolorze malin miały idealny kształt. 

- Czym mogę służyć? - zapytał zaskoczony. 

background image

Młoda  kobieta  uśmiechnęła  się  promiennie  i  weszła  do  gabinetu.  Jej  strój  wprawił 

Wheelera w lekkie osłupienie. Ściśle przylegająca do ciała, bardzo czerwona minispódniczka, 

prowokująco  opinała  biodra  nieznajomej.  A  całości  dopełniał  jeszcze  bardziej  obcisły  i 

równie jaskrawoczerwony sweterek. 

Wszystkie  dodatki,  to  znaczy:  duża  słomiana  torba,  gładkie  rajstopy  i  pantofle  na 

bardzo wysokich obcasach, były w niemal identycznym odcieniu czerwieni. 

Wheeler  zamrugał  kilkakrotnie  powiekami,  próbując  w  ten  sposób  choć  trochę 

zmniejszyć intensywność doznań wzrokowych. Nie pomogło, nadal wszystko było czerwone. 

Wściekle czerwone. 

-  W  zasadzie  to  ja  powinnam  panu  zadać  to  pytanie  -  powiedziała  nieznajoma, 

uśmiechając się promiennie. 

Chociaż  próbował  ze  wszystkich  sił,  to  jednak  nie  był  w  stanie  oderwać  oczu  od  jej 

nóg.  Były  nieprawdopodobnie  zgrabne.  Wheeler  mógł  śmiało  powiedzieć,  że  była  to 

najzgrabniejsza para nóg, jaką dotąd widział. 

- Co takiego? - wydusił w końcu. 

Nadal intensywnie wpatrywał się w nogi, które zbliżały się do niego. 

Kiedy  ześlizgnął  się  wzrokiem  po  łydkach,  by  przyjrzeć  się  delikatnym  kostkom, 

zauważył, niestety zbyt późno, że kobieta idzie prosto na zwinięty w rulon żółto-lawendowy 

chodniczek. Musiał znaleźć się w tym miejscu przez nieuwagę, kiedy Bruno i jego pomocnik 

wynosili  ostatnie  meble.  Zanim  Wheeler  zdążył  ją  ostrzec,  kobieta  zaczepiła  stopą  o 

przeszkodę i runęła jak długa. 

A stało się to w chwili, gdy w geście powitania wyciągała do niego dłoń. 

Padając,  instynktownie  zacisnęła  dłonie  w  kułak  i  w  rezultacie  trafiła  nimi  Wheelera 

prosto w brzuch. 

Zgiął się wpół, bardziej ze zdziwienia niż z bólu, w tym samym momencie, w którym 

nieznajoma  próbowała  się  podnieść.  W  efekcie  zderzyli  się  głowami.  Kobieta  ponownie 

znalazła się na ziemi, a Wheeler runął do tyłu. 

Potrząsnął  głową,  chcąc  pozbyć  się  gwiazd,  które  zawirowały  mu  przed  oczyma,  a 

potem  wyciągnął  rękę,  by  pomóc  nieznajomej  wstać.  Ale  ona  właśnie  w  tym  momencie 

uniosła głowę. Oberwałaby prosto w oko, gdyby nie okulary słoneczne, które miała na nosie. 

Zatrzymały impet uderzenia i wylądowały na podłodze. 

- O Boże! 

Był  to  jedyny  komentarz,  na  jaki  się  zdobył,  kiedy  kobieta  spojrzała  na  niego. 

Kimkolwiek  była,  miała  najwspanialsze  zielone  oczy,  jakie  kiedykolwiek  widział. 

background image

Bladozielone  jak  mielizna  w  oceanie,  ale  dostatecznie  głębokie,  by  mężczyzna  mógł  w  nich 

utonąć, jeśli nie okaże się wystarczająco ostrożny. 

Ocienione  długimi,  gęstymi  rzęsami  i  pięknie  zarysowanymi  brwiami,  stanowiły  jej 

niezaprzeczalny atut. 

Przez długą chwilę gapił się na te niesamowite oczy bez słowa. Potem powoli wrócił 

do równowagi i takiego stanu umysłu, że spokojnie mógł zaakceptować całą resztę, której już 

zdążył się przyjrzeć. 

Wspaniała istota! Po prostu piękna. 

To  się  rzucało  w  oczy.  Naprawdę  oszałamiająca  kobieta.  Jej  cera,  w  kolorze  kości 

słoniowej,  była  gładka  i  bez  najmniejszej  skazy.  Delikatny  rumieniec  podkreślał  wystające 

kości  policzkowe.  Jej  wargi  -  tak  czerwone  i  prowokujące  jak  strój  -  były  pełne  i  kusząco 

wilgotne.  Wheeler  uzmysłowił  sobie,  że  zbyt  natarczywie  przygląda  się  nieznajomej. 

Zwłaszcza  że  sytuacja,  w  jakiej  się  oboje  znaleźli,  była  bez  wątpienia  dość  kłopotliwa  i 

niezwykła. Zmusił się do działania. Wyciągnął rękę w kierunku kobiety. 

Skorzystała z jego pomocy. Wheeler delikatnie pomógł jej się podnieść, a potem udał, 

ż

e nie zauważa, jak obciąga minispódniczkę i obcisły sweterek. 

Niepokój, jaki w nim wywołała, nie znikał, a nawet się nasilał. 

- Przepraszam - powiedziała z lekkim zakłopotaniem. 

- Drobiazg. Przecież nic się nie stało - odpowiedział odruchowo, nie mogąc oderwać 

od niej wzroku. 

Kobieta  uniosła  do  góry  rękę  z  długimi,  pomalowanymi  na  czerwono  paznokciami  i 

szybkim ruchem poprawiła włosy związane na czubku głowy. 

-  Nazywam  się  Audrey.  Audrey  Finnegan.  Jestem  pomocą  biurową,  którą  pan  chce 

zatrudnić. 

Wheeler  był  tak  zajęty  podziwianiem  jej  figury,  że  w  pierwszej  chwili  nie  usłyszał 

tego, co powiedziała. 

- Pomocą biurową? - zapytał, kiedy w końcu dotarł do niego sens jej słów. 

-  Tak.  Dzwonił  pan  do  agencji  w  piątek  i  prosił  o  przysłanie  kogoś  od  poniedziałku. 

To znaczy od dzisiaj. Więc jestem. Chyba wszystko się zgadza? 

Zadała  pytanie.  Zdawał  sobie  sprawę,  że  musi  na  nie  odpowiedzieć,  ale  cała  jego 

uwaga była skupiona na tym, co widział. 

- Dzwoniłem w piątek? - powtórzył, bo na nic więcej nie było go stać. 

Z trudnością oderwał wzrok od jej sylwetki i spojrzał na twarz swojej rozmówczyni. 

Natychmiast zrozumiał, że popełnił duży błąd. To, co zobaczył, ze wszech miar zasługiwało 

background image

na uwagę. 

-  A  nie  telefonował  pan  w  piątek?  Czyżbym  znowu  trafiła  do  niewłaściwej  firmy?  - 

zdenerwowała się. - Przecież dzisiaj jest poniedziałek. 

Jestem tego pewna. Prawda? 

Te  wszystkie  pytania  zaskoczyły  go,  ale  jednocześnie  pozwoliły  mu  wrócić  do 

rzeczywistości. To prawda, dzwonił do agencji i prosił o przysłanie sekretarki w poniedziałek. 

Ten lokal wciąż jeszcze pełnił funkcję jego biura, chociaż pewnie już niedługo. Wheelerowi 

potrzebna była pomoc,  gdyż musiał zwolnić swoją sekretarkę, Rosalie. W zeszłym miesiącu 

dał również wypowiedzenie dwóm innym współpracownikom. 

Brak personelu był poważnym problemem, ale Wheeler nie był już w stanie im płacić. 

Nie  miał  nawet  pieniędzy  na  własną  pensję.  Przyjęcie  tymczasowej  sekretarki  wymagało 

dalszych  wyrzeczeń  finansowych.  Zdawał  sobie  jednak  sprawę,  że  samemu  nie  uda  mu  się 

postawić firmy na nogi. 

Potrzebował  kogoś,  kto  zajmie  się  biurem,  by  on  sam  mógł  skupić  się  na  klientach, 

którzy  mu  jeszcze  pozostali,  no  i  na  rachunkach.  Klienci  są  najważniejsi,  pomyślał.  Nie  był 

wcale  pewny,  czy  mu  jeszcze  jacyś  zostaną  do  końca  miesiąca.  Topnieli,  niczym  wiosenny 

ś

nieg. 

Nadal  nie  wiedział,  co  poszło  nie  tak.  Kiedy  był  doradcą  handlowym  w  wielkiej 

firmie,  miał  więcej  pracy  niż  jego  koledzy.  Jego  projekty  cieszyły  się  ogromnym 

powodzeniem,  więc  bardzo  szybko  pokonywał  kolejne  szczeble  kariery.  Tak  szybko,  że  w 

ubiegłym  roku  zdecydował  się  rozpocząć  samodzielną  działalność.  Cieszył  się  wspaniałą 

opinią w środowisku i nie chciał dłużej pracować na cudze konto. 

Założył  firmę,  zabierając  ze  sobą  kilku  stałych  klientów.  Na  początku  wszystko  szło 

wspaniale.  Nie  opuszczała  go  wena  twórcza  i  tworzył  projekt  za  projektem.  Zaczął 

obsługiwać  kilka  nowych  firm.  Jego  biuro  rozwijało  się  z  coraz  większym  rozmachem, 

zatrudnił więc dwóch dodatkowych pracowników, bo sam nie dawał już rady. 

Tak  było  jeszcze  do  niedawna.  Przyszłość  malowała  się  naprawdę  w  różowych 

kolorach. 

A potem... 

Cóż, Wheeler do tej pory nie potrafił zrozumieć, co poszło źle. Wrócił z ciężką grypą 

z  podróży  służbowej  i  dwa  tygodnie  przeleżał  w  łóżku.  Podczas  jego  nieobecności 

współpracownicy  świetnie  sobie  radzili.  A  w  każdym  razie  był  o  tym  przekonany.  Niestety, 

po powrocie stwierdził, że nastąpił nagły zastój w interesach. Pocieszał się, że początek roku 

jest zawsze złym okresem, ale kiedy sytuacja nie uległa poprawie w następnych miesiącach, 

background image

zupełnie  nie  wiedział,  jak  z  tego  wybrnąć.  Coraz  częściej  jego  klienci  byli  niezadowoleni  z 

projektów. To podcinało mu skrzydła i stawał się coraz mniej twórczy. Tak jakby jego umysł 

wysychał. Projekty rzeczywiście były kiepskie, a to powodowało odpływ kolejnych klientów. 

Przecież  to  nie  miało  żadnego  sensu.  Był  utalentowany,  ambitny  i  zawsze  miał 

nieprawdopodobne  szczęście  w  życiu.  Urodził  się  w  kochającej  rodzinie,  która  nigdy  nie 

zaznała kłopotów finansowych. Wszyscy byli inteligentni, atrakcyjni i łatwo odnosili sukcesy. 

Nie było takiego dnia, by Wheeler nie pomyślał, że jest prawdziwym szczęściarzem. Zawsze 

osiągał  to,  do  czego  zmierzał,  i  to  na  dodatek  bez  najmniejszego  wysiłku.  W  końcu  święcie 

uwierzył, że sukces jest mu po prostu pisany. 

Tak  było  do  momentu,  w  którym  jego  interes  zaczął  iść  źle.  Dopiero  wtedy  dopadły 

go myśli o klęsce. Przykrej, jakże upokarzającej i okropnej. 

Ale przecież to się musi kiedyś skończyć, przekonywał sam siebie. Był tego pewien. 

No,  powiedzmy,  że  prawie  pewien.  Wheeler  był  skłonny  do  największych  poświęceń,  byle 

tylko  nie  pójść  na  dno.  Chyba  na  samym  początku  był  zbyt  pewny  siebie,  ale  nie  zamierzał 

powtarzać tego błędu. 

Zmniejszył  budżet  biura  do  niezbędnego  minimum.  Ale  przecież,  by  zarobić 

pieniądze,  najpierw  trzeba  je  wydać.  Tak  uważał  do  tej  pory.  A  teraz  jego  nowe  motto 

brzmiało: musisz oszczędzać, by coś zarobić. I tak właśnie zamierzał postępować. 

I  stąd  panna  Finnegan.  Minimalna  płaca,  żadnych  dodatków.  To  byłby  dopiero 

korzystny  interes.  Jak  tylko  ponownie  rozkręci  firmę  -  a  Wheeler  był  w  stu  procentach 

przekonany, że się tak stanie - zatrudni swoich dawnych współpracowników. A jeśli ta nowa 

dziewczyna okaże się przydatna, zatrzyma ją i przyjmie z powrotem Rosalie. 

Ale na razie jego biuro będzie miało tylko dwoje pracowników: szefa i sekretarkę. 

-  To  od  czego  mam  zacząć?  -  zapytała.  Wyraźnie  doszła  do  wniosku,  że  jest  tu 

absolutnie potrzebna. 

Wheeler  rozejrzał  się.  Audrey  musiała  czuć  się  trochę  nieswojo  w  tym  wnętrzu. 

Ż

adnych mebli ani klientów w poczekalni i na dodatek milczący telefon. Przydałby się jakiś 

cud. 

Na razie Audrey Finnegan musi wystarczyć. 

Czekając na odpowiedź, Audrey obejrzała nowego szefa od stóp do głów. 

Ale  przystojniak,  pomyślała.  Wysoki,  ciemnowłosy  i  świetnie  zbudowany.  A  poza 

tym ma cudowne, brązowe oczy. Może w końcu, po dwudziestu ośmiu latach, los się do niej 

uśmiechnie! 

Już to widzę, pomyślała z ironią. Po co się oszukiwać? 

background image

Audrey była najbardziej pechową osobą na świecie i nowa praca na pewno niczego tu 

nie zmieni. To przecież jasne. Audrey co miesiąc znajdowała nową posadę i wszystko zawsze 

kończyło się tak samo, czyli źle. Przez całe życie wciąż miała pecha. W kartach, w miłości, w 

pracy, na wakacjach, zawsze i wszędzie. Więc po co oszukiwać samą siebie, że tym razem los 

się do niej uśmiechnie? 

Właśnie  w  tym  tygodniu  straciła  pracę,  mieszkanie,  kota,  samochód  i  chłopaka. 

Roxanne,  srebrna  kotka,  którą  dostała  kilka  miesięcy  temu,  pobiegła  za  jakimś  ohydnym 

kocurem  i  już  nie  wróciła.  Samochód,  który  właśnie  odebrała  z  naprawy,  zaparkowała 

lekkomyślnie  na  stromej  ulicy.  Puścił  ręczny  hamulec  i  stary  volkswagen  stoczył  się  w  dół, 

rozbijając się doszczętnie o słup wysokiego napięcia. 

Jakby tego wszystkiego było mało, ulewne wiosenne deszcze zalały jej mieszkanie w 

suterenie. Nie udało się uratować nawet mebli i Audrey musiała się przeprowadzić do swojej 

koleżanki,  Marlene.  Była  przekonana,  że  świetnie  sobie  poradzi  jako  kasjerka  w  sklepie 

spożywczym,  ale  na  koniec  miesiąca  okazało  się,  że  ma  manko,  więc  natychmiast  ją 

wyrzucili. 

Jeśli chodzi o jej chłopaka, powinna jak najszybciej o nim zapomnieć. Nie ma sensu 

spotykać  się  z  facetem,  który  twierdzi,  że  jesteś  zimna  jak  ryba,  a  nie  potrafi  równie 

krytycznie spojrzeć na siebie. Przecież nie był zbyt namiętnym kochankiem i między innymi 

dlatego Audrey od dawna zastanawiała się, czy z nim nie zerwać. 

Mając  na  uwadze  pecha,  który  ją  ostatnio,  a  właściwie  to  przez  całe  życie, 

prześladował,  Audrey  nie  miała  najmniejszej  nadziei,  że  zmiana  pracy  cokolwiek  zmieni. 

Ostatecznie pech był jej nieodłącznym towarzyszem od dnia urodzin. A nie od rzeczy będzie 

dodać, że był to poród pośladkowy i aż trzynaście dni po terminie. Jakieś fatum wisiało nad 

jej  rodziną.  Wszyscy  Finneganowie  mieli  pecha,  poczynając  od  prababki.  Udało  jej  się 

wypaść  za  burtę  statku,  którym  przypłynęła  do  Nowego  Jorku  w  pierwszej  połowie 

dwudziestego wieku. 

I to był początek łańcucha nieszczęść, które prześladowały Finneganów. 

Pechowcy,  nieudacznicy,  nieszczęśnicy  -  takich  słów  używano  latami,  opisując  jej 

rodzinę. Życie Audrey podporządkowało się tej tradycji. Gdziekolwiek poszła, pech podążał 

w ślad za nią. Zaiste, na pewno nie była dzieckiem szczęścia. Nic nigdy nie układało się tak, 

jak powinno, co czyniło z Audrey godną następczynię pechowych przodków. 

Jednak, patrząc na swojego nowego szefa, miała cichą nadzieję, że może chociaż tym 

razem los będzie dla niej łaskawszy. Już sama możliwość obcowania z kimś tak przystojnym 

wydawała się jej szalenie emocjonująca. 

background image

-  No  cóż,  chyba  powinienem  oprowadzić  panią  po  naszym  biurze  -  odpowiedział  w 

końcu na jej pytanie. 

Audrey  szybko  rozejrzała  się  po  pokoju.  Stół  kreślarski  z  lampą  halogenową  i 

wysokim barowym stołkiem oraz dużo kartonów z aktami i dokumentami. Pokój ten niewiele 

różnił  się  od  sekretariatu,  w  którym  wcześniej  zauważyła  zdezelowane  biurko  ze  starym 

komputerem i kolejne pudła z papierami. 

-  Jak  najbardziej  -  stwierdziła  z  uśmiechem,  zastanawiając  się,  co  jeszcze  Wheeler 

zamierza jej pokazać. 

-  To  jest  mój  gabinet  -  powiedział.  -  A  to  moje  miejsce  pracy  -  dodał,  wskazując  na 

stół  kreślarski  -  i  pod  żadnym  pozorem  nie  wolno  tu  niczego  ruszać.  Tam  też  nie  należy 

niczego  przekładać  -  machnął  ręką  w  stronę  kartonów.  -  W  pomieszczeniu  obok  jest 

sekretariat  i  właśnie  tam  będzie  pani  pracować.  Na  dole  w  holu  jest  mała  łazienka,  z  której 

może pani korzystać. 

I  w  ten  to  właśnie  sposób  Audrey  została  oprowadzona  po  pomieszczeniu,  które 

Wheeler nazywał „biurem”. 

-  Chyba  nie  będzie  miał  pan  nic  przeciwko  temu,  że  przyjrzę  się  bliżej  swojemu 

stanowisku pracy? Biurko, komputer i telefon, prawda? - zapytała. 

Przeraziło go jej pytanie. 

-  A  co,  nie  widziała  pani  wszystkiego,  wchodząc  tutaj?  Chyba  Bruno  nie  położył 

swoich łap na moim sprzęcie? Do licha, mam na to faktury! 

-  A  kto  to  jest  Bruno?  -  zainteresowała  się  Audrey,  ruszając  za  nim  do  pierwszego 

pokoju. 

Zbyt  późno  zorientowała  się,  że  Wheeler  zatrzymał  się  tuż  za  drzwiami,  więc, 

przyspieszając  kroku,  wpadła  na  niego  z  impetem,  który  powalił  go  na  podłogę.  Audrey 

rzuciła  się,  żeby  mu  pomóc,  ale  skręciła  nogę  w  kostce  i  wylądowała  miękko  na  plecach 

nowego  szefa.  Wyglądało  to  dość  zabawnie,  tak  jakby  dosiadała  Wheelera  niczym 

wierzchowca. 

Przez  chwilę  żadne  z  nich  nie  poruszyło  się.  Potem  Rush  wykonał  gwałtowny  ruch, 

przewracając  się  na  plecy,  więc  Audrey  znalazła  się  teraz  na  jego  brzuchu.  Popatrzył  na  nią 

spod  przymrużonych  powiek.  Kiedy  ich  spojrzenia  spotkały  się,  serce  Audrey  zaczęło  bić 

szybciej. Wtedy Wheeler uśmiechnął się, co wskazywałoby na to, że chyba się na nią zbytnio 

nie gniewa. 

Ucieszyła się, chociaż jej serce waliło w piersi jak oszalałe. 

Chwycił ją w pasie, żeby pomóc jej wstać. Nagle Audrey zdała sobie sprawę, że chyba 

background image

nie jest najwłaściwiej ubrana. Jej ciuchy i tak niewiele zakrywały, a teraz jeszcze spódniczka 

zadarła  się  tak  wysoko,  że  jej  nowy  szef  mógł  spokojnie  obejrzeć  czerwoną  koronkę  przy 

majteczkach.  Dzięki  Bogu,  sweterek  jakimś  cudem  tkwił  na  swoim  miejscu,  więc  nie  było 

widać płomiennie czerwonego staniczka, który miała pod spodem. 

W  tej  chwili  nie  była  wcale  pewna,  czy  wybór  takiego  właśnie  stroju  na  pierwszy 

dzień w pracy był rzeczą najmądrzejszą. Z drugiej jednak strony, po ponurej zimie słoneczny 

marcowy  poranek  wydał  jej  się  tak  cudowny,  że  Audrey  swoim  strojem  chciała  wyrazić 

radość z długo oczekiwanego nadejścia wiosny. Chciała również wywrzeć dobre wrażenie na 

nowym szefie, a poza tym była dzisiaj w świetnym nastroju, dlatego też zdecydowała się na 

ten nieco ekscentryczny ubiór. 

Prawdę  mówiąc,  w  jej  garderobie  przeważały  tego  typu  rzeczy.  Audrey  była  bardzo 

grubym  dzieckiem,  potem  pucołowatą  nastolatką,  dlatego  była  taka  dumna  ze  swojego 

obecnego wyglądu. Naprawdę miała się czym pochwalić. Jej figura była idealna, choć zostało 

to okupione latami wyrzeczeń i ćwiczeń. 

Jeśli  masz  coś  godnego  uznania,  należy  się  tym  chwalić,  usprawiedliwiała  się  przed 

sobą.  Szczególnie  gdy  jest  to  twój  jedyny  walor.  W  tej  chwili  nie  była  jednak  do  końca 

przekonana o słuszności tej zasady. 

Nie bardzo wiedziała, jak wybrnąć z kłopotliwej sytuacji. Wciąż czuła na swojej talii 

dłonie Wheelera. Wyczuwała też bicie jego serca pod swoimi palcami wbitymi w jego klatkę 

piersiową. Jakże wspaniale był zbudowany. 

Zaczęła się zastanawiać, czy mogliby spędzić resztę dnia, siedząc tak twarzą w twarz i 

odkrywając nawzajem swoje ciała. Był to na pewno jakiś ożywczy powiew w stosunkach szef 

- personel. 

-  Nie  jest  to  chyba  najbardziej  udany  dzień  w  naszym  życiu,  prawda?  -  zauważył 

Wheeler, niszcząc niepowtarzalny nastrój, jaki zapanował między nimi. 

Mów  tylko  za  siebie,  pomyślała  Audrey.  To  był  jeden  z  lepszych  dni,  jakie  ostatnio 

przeżyła. 

- Chyba nie tak powinna się zacząć nasza znajomość - zauważyła. 

Skinął  głową,  ale  nie  zrobił  nic,  by  zmienić  cokolwiek.  Po  prostu  nadal  siedział  na 

podłodze  i  wpatrywał  się  w  jej  oczy,  jakby  szukał  w  nich  odpowiedzi  na  bardzo  ważne 

pytania.  Audrey  zrobiło  się  gorąco.  I  na  pewno  nie  miało  to  nic  wspólnego  ze  wspaniałą 

pogodą, która przypominała o sobie delikatnymi podmuchami ciepłego wiatru, wpadającymi 

do biura przez uchylone okna. 

A zatem Wheeler będzie teraz jej szefem. O rany! To wprost niemożliwe! 

background image

Dopiero teraz dotarło do niej, jak fatalnie zaczęła swój pierwszy dzień w nowej pracy. 

Z  gracją,  na  jaką  potrafiła  się  zdobyć  w  zaistniałych  warunkach,  Audrey  podniosła  się  i 

błyskawicznie obciągnęła spódniczkę. 

Zapamiętaj,  dziewczyno,  żeby  koniecznie  kupić  wygodne,  luźne  spodnie,  upomniała 

się w duchu. Pamiętaj: sklep ze spodniami! 

Niestety,  zakup  ten  będzie  musiał  poczekać,  dopóki  Audrey  nie  zarobi  trochę 

pieniędzy.  Na  jej  rachunku  widniała  śmieszna  kwota  trzydziestu  sześciu  dolarów  i 

czterdziestu siedmiu centów. 

Natychmiast  przestała  o  tym  myśleć.  Starała  się  poruszać  z  wdziękiem,  ciągle 

poprawiając spódniczkę. Pan Wheeler nadal siedział na podłodze, Audrey pozostawało zatem 

mieć  tylko  nadzieję,  że  jej  spódniczka  nie  jest  zbyt  kusa.  W  sumie  niepotrzebnie  się  tym 

przejmowała, bo czyż przed chwilą nie dała mu całkiem niezłego przedstawienia, i to zupełnie 

za darmo? 

W  końcu  podniósł  się,  wygładzając  rękoma  koszulę  na  piersiach.  Audrey  miała 

wrażenie,  że  Wheeler  nie  dba  wcale  o  zagniecenia  na  koszuli,  a  po  prostu  chce  wytrzeć 

spocone ręce, przecież ona z tego samego powodu cały czas obciągała spódniczkę. 

Dopiero  kiedy  stanęli  twarzą  w  twarz,  jak  normalni  ludzie,  jej  szef  przemówił 

ponownie. 

- To jest pani biurko - powiedział, wyciągając rękę nonszalanckim gestem. 

Audrey  skierowała  wzrok  we  wskazanym  kierunku,  po  raz  kolejny  odnotowując 

rozpadające  się  biurko  i  kulawe  krzesło.  Komputer  cały  czas  wydawał  z  siebie  niepokojące 

rzężenie,  tak  jakby  to  były  jego  ostatnie  podrygi  i  jakby  tylko  czekał  na  kogoś,  kto  naciśnie 

właściwy guzik i przerwie jego mękę. 

Spojrzała na szefa, nie ukrywając swego zaskoczenia takim wyposażeniem. 

- I to wszystko? - zapytała. - Przepraszam bardzo, panie Wheeler, ale... 

- Rush - przerwał jej. 

- Słucham? 

- Nazywam się Rush, a nie Wheeler. Wheeler to moje imię. Milczała przez chwilę. 

- Bardzo przepraszam. 

- Nic nie szkodzi. 

-  Proszę  mi  wybaczyć  pytanie,  ale  czy  nie  powinno  być  tu  trochę  więcej  sprzętu 

biurowego? 

Skinął głową z rezygnacją. 

-  Oczywiście,  że  tak.  Ale  go  nie  ma.  Będzie  pani  pracować  dla  bankrutującej  firmy, 

background image

którą  bardzo  chcę  uratować,  panno  Finnegan.  Niestety,  ostatnio  zawodzi  mnie  szczęście. 

Przykro mi z tego powodu. Mam nadzieję, że poradzi sobie pani w tych warunkach. 

Uśmiechnęła się do niego promiennie. 

- Proszę się nie martwić, panie Wheeler - powiedziała, po raz pierwszy w życiu czując 

się pewnie. - Myślę, że sobie poradzimy. Pan i ja. Bo jeśli chodzi o brak szczęścia w życiu, to 

niejaka Audrey Finnegan mogłaby na pewno napisać na ten temat grubą książkę. 

ROZDZIAŁ DRUGI 

 

Wheeler  przekonał  się  w  następnym  tygodniu,  że  początek  jego  znajomości  z  panną 

Audrey  Finnegan  był  tylko  skromną  zapowiedzią  całej  serii  kataklizmów.  Nikt,  absolutnie 

nikt,  nie  mógł  aż  tak  bardzo  nie  pasować  do  otoczenia,  jak  jego  nowa  pomoc  biurowa. 

Pocieszał  się,  że  jej  niezdarność  wynika  wyłącznie  ze  zdenerwowania  nową  pracą.  Kiedy 

tylko Audrey oswoi się i nabierze rutyny, wszystko będzie w porządku. 

W  dniu,  w  którym  ją  poznał,  Audrey  po  prostu  padła  ofiarą  splotu  nieszczęśliwych 

wypadków. Wkrótce jednak odzyska równowagę i może nawet okaże się sekretarką idealną. 

Właśnie o tym starał się sam siebie przekonać przez cały pierwszy tydzień. 

To rozumowanie okazało się jednak z gruntu błędne. 

Najwyraźniej  Audrey  Finnegan  nie  miewała  w  ogóle  dobrych  dni.  Kiedy  szóstego 

dnia wspólnej pracy Wheeler wrócił pamięcią do pierwszych pięciu, doszedł do wniosku, że 

sprawy przybierają coraz gorszy obrót. Był po prostu wściekły. 

Gdy  dotarł  do  biura  w  poniedziałek,  siedem  dni  po  zatrudnieniu  nowej  sekretarki, 

dzięki  Bogu  tylko  na  czas  określony,  z  niepokojem  wlepił  wzrok  w  drzwi  wejściowe  do 

swojej firmy. W ciągu tych kilku dni pannie Finnegan udało się doznać więcej nieszczęść, niż 

jemu przytrafiło się przez ostatnich kilka lat. 

W poniedziałek rozwaliła biurowy komputer. We wtorek uszkodziła kserokopiarkę. W 

ś

rodę zniszczyła mikrofalówkę. A w piątek chyba po to, żeby ukoronować osiągnięcia całego 

tygodnia,  rozbiła  samochód.  I  to  na  dodatek  nie  własny,  ale  pożyczony  od  przyjaciółki.  Z 

właściwym  sobie  wdziękiem  uszkodziła  przy  tym  również  samochód  Wheelera.  I  w  ten  oto 

sposób  skazała  swego  szefa  na  konieczność  korzystania  ze  środków  komunikacji  miejskiej, 

gdyż nie miał pod ręką kwoty, której zażądano od niego w warsztacie naprawczym. 

W  chwilach  kiedy  panna  Finnegan  nie  pastwiła  się  nad  sprzętem  biurowym, 

pracowała  przy  biurku,  co  właściwie  było  równie  irytujące.  Mówiąc  prosto  z  mostu,  nowa 

sekretarka  Wheelera  miała  swój  własny,  niepowtarzalny  sposób  wykonywania  poleceń.  Był 

background image

on niezrozumiały dla wszystkich ludzi, poza nią samą oczywiście. 

Kiedy  Wheeler  zapytał  ją,  gdzie  włożyła  aneksy  do  jednej  z  umów  dotyczącej 

lokalnego  minimarketu,  którego  nazwa  zaczynała  się  na  literę  W,  jego  sekretarka  wyjęła  je 

spod  litery  L.  A  kiedy  Wheeler  nieopatrznie  zapytał,  co  też  litera  L  ma  wspólnego  z  tym 

projektem,  Audrey  popatrzyła  na  niego  tak,  jakby  był  potwornie  tępy  czy  wręcz  niespełna 

rozumu.  Z  promiennym  uśmiechem  wyjaśniła,  że  litera  L  oznacza  loterię.  Otóż  ona  zawsze 

kupuje  loteryjne  losy  właśnie  w  minimarkecie.  Dlatego  też,  żeby  niepotrzebnie  nie  szukać 

tych dokumentów, umieściła je przezornie pod jedyną odpowiednią literą. 

A jeśli chodzi o kawę przygotowywaną przez jego nową sekretarkę... 

Wystarczy powiedzieć, że Wheeler nigdy więcej nie poprosił o drugą filiżankę. 

Już po pierwszym dniu miał najwyraźniej dość tego płynu. Nie widział powodu, żeby 

próbować kawy panny Finnegan, chyba że chciałby czuwać przez kilka nocy pod rząd. 

Postanowił odsunąć od siebie wszelkie myśli dotyczące Audrey. Poranek był piękny, a 

wokół  ludzie  spieszyli  do  swoich  zajęć.  Nie  wyglądali  na  szczególnie  zmartwionych  ani 

przerażonych czekającymi ich zadaniami. 

Większość  mijających  Wheelera  osób  sprawiała  wrażenie  znudzonych  kolejnym 

długim dniem pracy. 

Faktem jest, że nikt z nich nie musiał go spędzić z Audrey Finnegan. 

Przestań już, Rush! Chyba się czepiasz. Wszystko się ułoży, pocieszał się w myślach. 

Przecież Audrey nie może być aż tak nieudolna. Sam miałeś okropny tydzień, więc wszystko 

zwalasz na nią. Przyznaj się. 

Właśnie  to  sobie  powtarzał,  wchodząc  do  budynku.  Ponieważ  spędził  weekend  na 

rozmyślaniu  o  pechu,  który  zaczął  go  ostatnio  prześladować,  rozpoczynał  nowy  tydzień  w 

bardzo  złym  nastroju.  Najwygodniej  było  mu  zwalić  winę  na  kogoś  innego.  Przecież  to 

proste. 

Faktycznie,  jego  sekretarka  zniszczyła  kilka  urządzeń  biurowych.  No  i  co  z tego? W 

końcu udało mu się po części je nareperować. A że stracił sporo czasu w charakterze technika 

komputerowego, elektryka i kogoś tam jeszcze... W obecnej sytuacji i tak nie miał zbyt wiele 

pracy, więc w nawet wyszło mu to na dobre, bo przynajmniej nie miał czasu się zamartwiać. 

To  prawda,  że  towarzystwo  ubezpieczeniowe  nie  pokryje  jego  strat  w  przypadku 

samochodu,  ale  przecież  i  tak  będzie  musiał  wkrótce  sprzedać  tego  grata,  bo  na  gwałt 

potrzebuje pieniędzy. 

Prawdopodobnie też, jeśli w wyniku jakiegoś tragicznego wypadku Audrey zejdzie z 

tego  świata,  Wheeler  nigdy  nie  będzie  w  stanie  doprowadzić  do  porządku  swoich 

background image

dokumentów. 

A przy swoim pechu panna Finnegan mogła zginąć w każdej chwili. 

Ale przecież są rzeczy dużo gorsze niż takie drobiazgi! 

Głowa  do  góry,  nakazał  sobie  stanowczo.  Jeśli  sprawy  mają  się  aż  tak  źle,  to  muszą 

teraz zacząć układać się lepiej. 

Mimo  tych  wywodów  Wheeler  nie  czuł  się  ani  trochę  pewniej,  kiedy  kładł  rękę  na 

klamce od drzwi do biura. Zawahał się przed wejściem do środka. Nie czuć było dymu. Nie 

słychać  było  żadnych  podejrzanych  dźwięków,  które  mogłyby  zwiastować  następną 

katastrofę. Niczego, co mogłoby być zapowiedzią kolejnego nieszczęścia... 

A  więc  wszystko  było  w  porządku.  Odetchnął  z  ulgą.  Trochę  chyba  przesadził  w 

krytyce  swojej  nowej  sekretarki.  Nie  powinien  wysnuwać  pochopnych  wniosków  po  tak 

krótkiej znajomości. Podbudowany na duchu, wszedł do środka i zastał tam... 

... istny horror! 

No  bo  jak  inaczej  określić  to,  co  zobaczył?  Jego  sekretarka  z  zapałem  dusiła 

najważniejszego,  a  raczej  ostatniego  klienta  firmy,  który  wciąż  regularnie  płacił  rachunki. 

Właśnie  tak  to  wyglądało.  Audrey  Finnegan  stała  z  rękoma  zaciśniętymi  na  szyi  pana  Otisa 

Denby’ego, a on powoli siniał, walcząc rozpaczliwie o życie. Próbował się bronić, wczepiając 

palce  w  dłonie  Audrey,  ale  prawdę  mówiąc,  wcale  jej  to  nie  przeszkadzało  w  dążeniu  do 

zamierzonego celu. 

Jedyne  co  dotarło  do  Wheelera,  to  fakt,  że  nie  może  pozwolić  na  zamordowanie 

klienta,  który  płacił  rachunki  i  w  ten  sposób  dawał  nadzieję  na  wyprowadzenie  firmy  z 

zapaści. 

- Panno Finnegan! - zawołał. - Co pani, u licha, robi? 

Nie  czekając  na  odpowiedź,  chwycił  ją  za  ręce  i  oderwał  je  od  gardła  Bogu  ducha 

winnego klienta. Pan Denby zatoczył się najpierw do tyłu, potem do przodu, usiłując z trudem 

utrzymać równowagę na krześle. Jego twarz i bardzo wysokie czoło były czerwone z wysiłku, 

ale  ogólnie  nie  wyglądał  na  osobę,  która  cudem  uniknęła  śmierci.  Wciągnął  powietrze  do 

płuc, a jego bladoniebieskie oczy rozszerzyły się z przerażenia, ale i z ulgi. 

I wtedy, ku zdziwieniu Wheelera, roześmiał się radośnie. 

- Do licha, panno Finnegan - powiedział z zachwytem. - To rzeczywiście podziałało. 

Pani  jest  naprawdę  niesamowita.  Nigdy  bym  nie  przypuszczał,  że  kobieta  taka  jak  pani... 

może mieć tak delikatny dotyk. Dziękuję. 

Dziękuję,  powtórzył  Wheeler  w  myśli.  Delikatny  dotyk?  O  co  w  tym  wszystkim 

chodzi? 

background image

- Co się tutaj wyrabia? - zawołał, patrząc najpierw na klienta, potem na sekretarkę. 

W odpowiedzi Audrey wzruszyła ramionami. 

-  Przez  jakiś  czas  pracowałam  u  kręgarza  -  machnęła  niedbale  ręką.  -  Zawsze  się 

można  czegoś  nauczyć.  Na  przykład  wszystko,  co  wiem  o  modzie,  to  efekt  mojej 

dwutygodniowej pracy w firmie „The Limited”. 

Dopiero  kiedy  zaczęła  mówić  o  modzie,  Wheeler  zauważył,  że  jego  sekretarka  jest 

dzisiaj  ubrana  na  niebiesko.  A  właściwie  na  szafirowo,  jeśli  chodzi  o  ścisłość.  A  więc 

szafirowa minispódniczka i obcisły sweterek w identycznym kolorze. Szafirowe pończochy i 

szafirowe botki z materiału. 

Całość  uzupełniały  szafirowe  kolczyki  w  uszach.  Czarne  włosy  jak  zwykle  były 

związane w kitkę na czubku głowy, ale nawet one wydawały się mieć niebieski odcień. 

Chyba nie za wiele nauczyła się o modzie w ciągu tych dwóch tygodni, gdyż nie miała 

zupełnie  pojęcia,  jak  zestawiać  kolory,  a  to,  co  prezentowała,  można  by  krótko  określić 

mianem: szok. 

- Czy ktoś mi w końcu wyjaśni, co się tutaj dzieje? - powtórzył pytanie. 

Zanim panna Finnegan zdążyła mu odpowiedzieć, odezwał się Otis Denby. 

-  Pańska  sekretarka,  Rush,  właśnie  nastawiła  mi  kręgi,  rozwiązując  mój  odwieczny 

problem z kręgosłupem. Nie jestem w stanie określić, ile pieniędzy wydałem na lekarzy, ale 

ż

aden nie był w stanie mi pomóc. Dopiero dzisiaj panna Finnegan... Boże, jaki ja jestem pani 

wdzięczny! Co za ulga! 

- Mój ojciec cierpiał na to samo schorzenie. Po prostu trzeba wiedzieć, gdzie ucisnąć - 

wyjaśniła z uśmiechem. 

Wheeler  starał  się  nie  myśleć  o  ewentualnych  uszkodzeniach  ciała  swego  klienta, 

które  mogła  spowodować  jego  niezwykle  sprawna  i  wszechstronna  sekretarka.  Zaczął  się 

zastanawiać,  co  powinien  z  nią  zrobić.  Oczywiście  należało  przestrzegać  przepisów 

prawnych, a wystrzegać się działania pod wpływem impulsu. 

- Powinieneś jej dać podwyżkę, Rush - stwierdził Otis Denby, z zachwytem wpatrując 

się w ręce Audrey. - A może ja mógłbym ją po prostu zatrudnić na stałe. Jest cudowna. 

Kiedy Wheeler spojrzał na swoją sekretarkę, zauważył rumieniec na jej twarzy. 

- Dziękuję bardzo, panie Denby. To bardzo miłe z pańskiej strony, ale nie mogę w tej 

chwili  rozpocząć  pracy  u  pana.  Nie  mogłabym  tego  zrobić  panu  Rushowi.  Nie  mam  w 

zwyczaju zostawiać nikogo na lodzie. Zawsze wywiązuję się ze swoich zobowiązań. 

A  może  mogłaby  tym  razem  złamać  swoje  niezłomne  zasady  i  zostawić  mnie  na 

lodzie, pomyślał Wheeler z iskierką nadziei. 

background image

-  Czy  myśmy  się  umawiali  na  dziś  rano,  panie  Denby?  -  zapytał,  nie  ujawniając 

swoich myśli. 

Klient zaprzeczył. 

-  Po  prostu  byłem  w  okolicy,  więc  pomyślałem,  że  wpadnę  do  pana.  -  Popatrzył  na 

pannę Finnegan, a potem znowu na Wheelera. - Czy moglibyśmy przez chwilę porozmawiać 

na osobności, Rush? 

No  tak!  Stało  się!  westchnął  w  duchu  Wheeler.  Ostatni  i  na  dodatek  najlepszy  klient 

postanowił zrezygnować z usług jego firmy. 

- Czy to naprawdę konieczne? - zapytał zrezygnowany. Denby pokiwał głową. 

- Obawiam się, że tak. Już dość długo zwlekałem z tą rozmową. 

Wheeler już miał poprosić go do swego pokoju, kiedy wtrąciła się panna Finnegan. 

- Panie Denby - powiedziała - czy przypadkiem nie wie pan czegoś o orchideach? 

Wheeler  nigdy  w  życiu  nie  wpadłby  na  to,  że  jego  sekretarka  może  zadać  takie 

pytanie. Nie tylko ona, ale ktokolwiek inny. Natomiast pan Denby uznał to za oczywiste. 

-  Tak,  wiem  coś  na  ten  temat.  Prawdę  mówiąc,  hodowanie  orchidei  to  moje  hobby. 

Pani też się tym interesuje? 

- W zasadzie to nie ja, tylko moja mama,  ale to  hobby jest bardziej powszechne, niż 

mógłby pan przypuszczać - zapewniła go. - Zanim pójdzie pan do szefa, czy mogłabym zadać 

panu kilka pytań? Mama strasznie się męczy, bo  nie bardzo wie, na czym polega jej błąd w 

przypadku odmiany o dość wyszukanej nazwie Phalaenopsis. 

Denby pokiwał głową ze zrozumieniem. 

- Są strasznie trudne w hodowli, prawda? 

-  Mogę  coś  powiedzieć  na  ten  temat,  bo  ta  odmiana  spędza  sen  z  powiek  nie  tylko 

mojej mamie, ale i mnie. 

Denby  natychmiast  wdał  się  w  bardzo  fachową  dyskusję  na  temat  sprawiającej  tyle 

kłopotów roślinki i dopiero po chwili przypomniał sobie o Wheelerze. 

-  Chyba  nie  ma  pan  nic  przeciwko  naszej  dyskusji,  Rush?  Nie  zajmie  to  zbyt  wiele 

czasu, ale chciałbym jeszcze chwilę porozmawiać z panną Finnegan. 

- Proszę sobie nie przeszkadzać. Będę czekał na pana w swoim pokoju. 

Nie jestem dziś zbyt zajęty. 

Ale Denby wcale go nie słuchał. Całkowicie poświęcił się tematowi, który od dawna 

go  fascynował.  Audrey  poczęstowała  go  swoją  kawą.  Nawet  jeśli  Wheeler  łudził  się,  że 

Denby  chce  z  nim  porozmawiać  o  czymś  innym  niż  zerwanie  umowy,  to  po  takim 

poczęstunku  klient  z  pewnością  zacznie  rozważać  wycofanie  się  ze  współpracy  z  tak 

background image

dziwaczną  firmą.  Zmartwiony  Rush  ruszył  do  swojego  pokoju.  Z  przerażeniem  pomyślał  o 

czekającej go przyszłości. Podszedł do stołka przy  desce kreślarskiej i usiadł na nim, ciężko 

wzdychając. 

Cały czas tłukły mu się po głowie dwa przerażające słowa: „marcowe bankructwo”, i 

zupełnie  nie  mógł  się  otrząsnąć  z  przygnębienia.  Nie  przeszkodziło  mu  to  jednak,  tak  na 

wszelki  wypadek,  przyjąć  przy  desce  pozycję  kogoś,  kto  ma  naprawdę  świetne  pomysły  i 

jedynym jego marzeniem jest przenieść je na papier. 

Nagle zdał sobie sprawę, że naprawdę ma dobry pomysł. 

Rewelacyjny! Im więcej o nim myślał, tym bardziej mu się podobał. 

Naprawdę  był  wart  każdych  pieniędzy.  Właśnie  takich  pomysłów  ostatnio  mu 

brakowało. A ten trafiał w dziesiątkę, jeśli chodzi o potrzeby pana Otisa Denby’ego. Wheeler 

szybko zabrał się do pracy, by wszystko przenieść na papier. 

Dyskusja  z  Audrey,  która  miała  zająć  panu  Denby’emu  chwilę,  przeciągała  się 

niepokojąco.  Ale  Wheeler  nawet  tego  nie  zauważył,  tak  bardzo  był  zajęty  pracą.  Szkicował 

jak szalony, bojąc się uronić najdrobniejszy nawet szczegół. 

Po  jakiejś  godzinie  to  nie  pan  Denby  wszedł  do  jego  pokoju,  ale  panna  Finnegan. 

Podśpiewywała  pod  nosem  motyw  muzyczny  z  jednego  z  filmów  rysunkowych.  Ostrożnie 

niosła  dwie  filiżanki  z  kawą.  Wheeler  zdał  sobie  sprawę,  że,  niestety,  jedna  z  nich 

przeznaczona jest dla niego. 

Nie był tym zachwycony. 

Ku  jego  zdziwieniu,  Audrey  potknęła  się  tylko  raz  i  wylała  naprawdę  śladowe  ilości 

kawy na chodniczek leżący na podłodze. Kiedy wyciągnęła filiżankę w jego stronę, zauważył, 

ż

e  dziewczyna  ma  zabandażowany  nadgarstek.  Już  miał  ją  zapytać,  co  się  stało,  ale  sama 

zaczęła rozmowę. 

- Pan Denby jest uroczym człowiekiem - zauważyła. 

Wheeler  pokiwał  tylko  głową  i  lekkomyślnie  przyjął  ofiarowaną  mu  kawę,  co 

wyraźnie świadczyło o tym, że jest bez reszty pochłonięty dręczącym pytaniem, w jaki sposób 

utrzymać ostatniego klienta. 

- Tak. To był nasz najlepszy klient. Mam nadzieję, że pomysł, który właśnie wpadł mi 

do głowy, pozwoli mi go odzyskać. 

- Odzyskać? - powtórzyła Audrey zaskoczona. - O czym pan mówi? 

Przecież on nadal jest naszym klientem. 

Wheeler popatrzył na nią zaskoczony. 

- Naprawdę? 

background image

- No pewnie! 

- No to po co przyszedł tu dziś rano? Bo przecież nie chodziło mu tylko o rozmowę na 

temat orchidei. A może się mylę? 

Wzruszyła ramionami, zupełnie nie przejmując się jego nastrojem. 

- Chciał wyjaśnić parę rzeczy i tyle. A na jakiej podstawie doszedł pan do wniosku, że 

Denby chce zrezygnować z naszych usług? 

Zawahał się przez moment, zanim odpowiedział. Oczywiście nie uszło jego uwagi, że 

Audrey  Finnegan  nie  jest  najbardziej  spostrzegawczą  osobą  na  świecie.  Ale  nawet  ona 

musiała  zauważyć,  jak  bardzo  podupadła  firma  Wheelera.  Powinno  się  jej  to  rzucić  w  oczy 

już  pierwszego  dnia.  Brak  wyposażenia  w  biurze,  brak  klientów,  opóźnione  płatności.  Ale 

może do Audrey z trudem docierały nawet najbardziej oczywiste sprawy. 

- No cóż - powiedział spokojnie. - Straciłem już wszystkich pozostałych klientów i nie 

sądzę, żeby pan Denby był w tym względzie wyjątkiem. 

-  Ach,  o  to  panu  chodzi  -  stwierdziła  panna  Finnegan,  popijając  kawę.  I  co  dziwne, 

wcale  się  przy  tym  nie  krzywiła.  -  Mam  wrażenie,  że  pan  Denby  jest  inny.  A  pan  tak 

naprawdę wcale nie potrzebuje tamtych klientów. 

Niestety, Wheeler patrzył na to inaczej i nie omieszkał tego powiedzieć. 

-  Sądzę,  panno  Finnegan,  że  naprawdę  potrzebuję  również  i  tamtych  klientów.  I  to 

bardzo. Niestety, mam parę rachunków do zapłacenia. - A nawet całkiem sporo, pomyślał. 

Audrey  zmarszczyła  nos  i  potrząsnęła  głową.  Wheeler  pomyślał,  że  wygląda  dość 

zabawnie. 

-  Nieprawda.  Pan  ich  wcale  nie  potrzebuje  -  oświadczyła,  rozkoszując  się  kolejnym 

łykiem kawy. 

- Nie potrzebuję? 

- Nie. To są panikarze. 

- Naprawdę? Skinęła głową. 

-  Ludzie  tego  typu  uciekają  przy  najmniejszej  nawet  oznace  niepowodzenia.  Ale  oni 

nigdzie nie zagrzeją miejsca. I tak by od pana odeszli. 

- Tak pani sądzi? 

- Tak. Podczas porządkowania archiwum przejrzałam dokumenty i... 

Wheeler wyprostował się przerażony. 

- Porządkowała pani moje dokumenty? 

-  No  pewnie.  Miał  pan  w  nich  straszny  bałagan.  Wszystko  niby  poukładane  w 

porządku alfabetycznym, ale wcale nie można się było w tym połapać. Z  całym szacunkiem 

background image

dla pańskiej poprzedniej sekretarki, sądzę, że chyba powinna się jeszcze wiele nauczyć. 

Wheeler  przymknął  oczy.  Rosalie,  jego  była  sekretarka,  świetnie  radziła  sobie  z 

księgowością.  Co  prawda  nie  była  wyjątkowo  lotną  i  sympatyczną  osobą,  ale  sposobu 

ewidencji  dokumentów  mógł  jej  pozazdrościć  nawet  Pentagon.  Jego  współpracownicy 

nazywali ją żandarmem. Wheeler chciał być wobec niej łaskawszy, więc określał ją mianem 

królowej  porządku.  A  teraz  panna  Finnegan  zrobiła  bałagan  w  tych  tak  precyzyjnie 

poukładanych teczkach. 

O Boże, nie... 

-  Zapoznałam  się  z  dokumentacją  dotyczącą  klientów  biura  i,  moim  zdaniem, 

większość  z  nich  nie  rokuje  zbyt  dobrze.  Rozumiem,  że  pan  dopiero  rozkręca  interes,  więc 

przyjmuje  pan  wszystkie  zlecenia,  ale  to  bardzo  krótkowzroczna  strategia.  Powinien  pan 

skoncentrować  się  na  zdobywaniu  klientów  godnych  zaufania  i  przede  wszystkim 

wypłacalnych. 

Wheeler  spojrzał  na  nią  badawczo.  To,  co  mówiła  Audrey,  brzmiało  wyjątkowo 

rozsądnie. 

- Ale jak to zrobić? - zapytał. 

- Proszę sobie nie zawracać tym głowy. Pan zajmie się projektami, a ja resztą. Jestem 

niezłą księgową. 

-  Nie...  nie  sądzę.  Panno  Finnegan  -  zaczął  dyplomatycznie.  -  Doceniam  pani  chęć 

pomocy, ale, prawdę mówiąc, wolałbym wiedzieć, co dokładnie ma pani na myśli. 

Uśmiechnęła się do niego przyjaźnie. 

- Po prostu proszę mi zaufać. Naprawdę wiem, co robię. 

- Ale... - próbował podjąć dyskusję. 

- Czy mogę przedłużyć przerwę na lunch o pół godziny? - przerwała mu. 

- Muszę załatwić sprawę samochodu Marlene. 

Zmiana tematu zaskoczyła go kompletnie. 

- Nie. Najpierw musimy porozmawiać o pani pomyśle. 

- O jakim pomyśle? - popatrzyła na niego zaskoczona. 

- Dotyczącym moich rachunków. Chyba nie sugeruje pani, że... 

-  Odpracuję  te  pół  godziny  jutro  -  wyjaśniła,  zupełnie  nie  zwracając  uwagi  na  jego 

próby powrotu do poprzedniego tematu rozmowy. - Przecież to tylko trzydzieści minut. 

- Nie, panno Finnegan, wróćmy do spraw związanych z finansami firmy. 

- A o czym tu rozmawiać? 

-  Jak  to  o  czym?  Jak  zdobyć  wiarygodnych  klientów.  Właśnie  o  tym  chcę  z  panią 

background image

porozmawiać. 

- A niby skąd mam coś wiedzieć na ten temat? 

- Jak to: skąd? Przecież od tego zaczęła się nasza rozmowa. Wydawało mi się, że pani 

ma jakiś pomysł. 

Zastanawiała  się  przez  chwilę.  Nerwowo  wygładziła  ręką  króciutką  spódniczkę  i 

obciągnęła sweterek. Trzeba przyznać, że wyglądała wyjątkowo ponętnie. 

Może  nie  była  najmądrzejszą  osobą,  jaką  Wheeler  znał,  ale  miała  wprost 

oszałamiającą  figurę.  Chociaż  był  naprawdę  zainteresowany  tematem,  jakoś  nie  ponaglał  jej 

do dyskusji. 

-  Naprawdę  nie  pamiętam,  co  zamierzałam  powiedzieć  -  stwierdziła  po  głębokim 

namyśle. 

Wheeler zamknął oczy, czując, że gaśnie ostatnia iskra nadziei. No cóż, po prostu nie 

miała  nic  do  powiedzenia  w  interesującej  go  sprawie.  Bez  zastanowienia  wypił  duży  łyk  z 

filiżanki  i  o  mały  włos  nie  zadławił  się  na  śmierć,  czując  w  przełyku  gorzki  smak 

prawdziwego szatana. 

Panna  Finnegan  natychmiast  rzuciła  się  na  ratunek,  co  okazało  się  posunięciem 

wyjątkowo nierozważnym, biorąc pod uwagę fakt, że uprzednio postawiła swoją filiżankę na 

stole kreślarskim. A ponieważ był dość chwiejny, kawa wylała się na powstały przed chwilą, 

naprawdę wyjątkowy projekt Wheelera. 

On  zaś  z  poczuciem  ostatecznej  klęski  tępo  patrzył,  jak  szkic,  z  którym  wiązał  tyle 

nadziei,  zamienia  się  w  brudny  kawałek  papieru.  Po  chwili  kawa  ściekła  z  biurka  na  kolana 

Wheelera. Nawet tego nie poczuł. 

- O Boże, nie! - jęknęła panna Finnegan. - Nie mogę w to uwierzyć. 

Zaraz postaram się to naprawić. Przysięgam, że mi się uda. 

Nim zdążył zaprotestować, wybiegła z jego pokoju. Po chwili zjawiła się znowu z całą 

masą  papierowych  ręczników.  I  chociaż  Wheelera  najbardziej  martwił  zniszczony  szkic, 

panna Finnegan poświęciła bez reszty swoją uwagę kolanom szefa. 

Jeszcze nigdy nikt nie zajmował się nimi z takim oddaniem. 

Przez  chwilę  Wheeler  był  tak  oszołomiony,  że  nawet  nie  próbował  powstrzymać 

Audrey.  A  potem  nagle  stwierdził,  że  wcale  tego  nie  chce.  Było  to  dla  niego  całkiem  nowe 

doświadczenie. Jednak zreflektował się i chwycił ją stanowczo za rękę. 

- Dziękuję, panno Finnegan - powiedział. - Chyba zrobiła pani wystarczająco dużo jak 

na jeden ranek. 

- Tak strasznie mi przykro - powiedziała z przejęciem. 

background image

- Drobiazg - odpowiedział odruchowo. 

Spojrzał  na  rysunek,  nad  którym  spędził  ostatnie  trzydzieści  minut.  Chyba  da  się  go 

uratować.  Przecież,  na  dobrą  sprawę,  to  był  tylko  szkic,  a  kawa  jedynie  zabarwiła  go  na 

brązowo. I nie w tym tkwił problem. 

Problemem  była  panna  Finnegan  ze  swoją  nieporadnością  i  pechem,  który  ciągle  ją 

prześladował. 

Nawet wspaniała figura Audrey nie była w stanie powetować Wheelerowi szkód, jakie 

poniósł  w  wyniku  nadaktywności  swojej  niezręcznej  sekretarki.  Ta  dziewczyna  doprowadzi 

go do bankructwa szybciej, niż zakładał w najczarniejszym nawet scenariuszu. 

Powinien ją zwolnić. Nagle zdał sobie sprawę, że ta myśl go zasmuciła. 

Ale  chyba  nie  miał  wyjścia.  Postanowił  zadzwonić  do  jej  firmy  i  wymyślić  jakąś 

bajeczkę, by nie przysparzać Audrey kłopotów. Po prostu poprosi o przysłanie kogoś innego. 

Ale  kiedy  spojrzał  na  nią  i  zobaczył,  jak  bardzo  jest  przejęta  tym,  co  się  stało,  nie 

potrafił  wydusić  z  siebie  informacji  o  tym,  że  ją  zwalnia.  W  zasadzie  była  bardzo 

sympatyczna.  Poza  tym  musiał  przyznać,  że  biuro  naprawdę  jakby  rozjaśniło  się  pod  jej 

rządami. Fakt, że zapuścił je w ciągu ostatnich kilku tygodni. 

A na dodatek była nieprzyzwoicie zgrabna. I to się chyba też liczy. 

Wheeler  westchnął  ciężko.  Był  przekonany,  że  ze  względu  na  sytuację  firmy  nie 

powinien  dawać  Audrey  jeszcze  jednej  szansy.  Z  drugiej  jednak  strony  chyba  osiągnął  już 

przysłowiowe dno, więc cóż jeszcze mogło mu zaszkodzić? 

Na  chwilę  zapomniał  o  powiedzeniu,  że  nigdy  nie  jest  tak  źle,  by  nie  mogło  być 

jeszcze gorzej. 

Nie  chciał  pamiętać  tego  wszystkiego,  co  go  denerwowało.  Przecież  to  nie  miało 

najmniejszego sensu. W zasadzie nawet lubił swoją nową sekretarkę. Co prawda, nie potrafił 

powiedzieć, z jakiego powodu, ale naprawdę tak  było. Może dlatego, że płynęli w tej samej 

łódce, która tonęła. Może jeśli da jej jeszcze jedną szansę... 

-  Dobrze,  proszę  wykorzystać  te  dodatkowe  pół  godziny  -  powiedział  cicho.  - 

Odpracuje to pani jutro. 

Jej oczy rozszerzyły się ze zdumienia. 

- Cudownie - mruknęła, zaszokowana jego reakcją. - Dziękuję, panie Rush. Naprawdę 

to doceniam. 

Powinna  mówić  do  niego  Wheeler.  Nikt  nigdy  nie  był  w  stosunku  do  niego  tak 

oficjalny. Nawet wtedy, gdy firma odnosiła sukcesy. Ze swoją poprzednią sekretarką byli na 

ty  od  pierwszego  dnia.  Co  prawda  Rosalie  była  pięćdziesięciosześcioletnią  babcią  trojga 

background image

wnucząt, ale przecież to nie miało znaczenia. Nie było też żadnych powodów, żeby on i panna 

Finnegan traktowali się tak oficjalnie. 

Niemniej  jednak  coś  powstrzymywało  go  od  przejścia  z  nią  na  ty.  Chyba  najlepiej 

będzie,  jeśli  ich  stosunki  pozostaną  takie,  jak  obecnie.  Potrzebna  mu  była  ta  bariera,  by  nie 

zapominać, że Audrey jest jego podwładną. 

Uśmiechnął się do niej, z trudem tłumiąc uczucia, które go zawsze ogarniały, ilekroć 

panna Finnegan była w pobliżu. Nigdy dotąd nie odczuwał czegoś podobnego w towarzystwie 

innych kobiet. 

-  Tak  mi  przykro  z  powodu  tej  kawy  -  przerwała  jego  rozmyślania,  powtarzając 

przeprosiny. Już pierwszego dnia zauważył, że ona ciągle za coś przeprasza. - Powinnam była 

uważać, gdzie stawiam filiżankę. To naprawdę był przypadek. Nie zamierzałam... 

- Proszę, panno Finnegan, niech się pani tym nie przejmuje - przerwał jej. - Umówmy 

się, że będziemy bardziej ostrożni w przyszłości. A teraz zapomnijmy wreszcie o tym, co się 

stało. 

Skinęła głową. 

-  Zapomnę,  jeśli  i  pan  to  zrobi.  I  obiecuję,  że  nic  podobnego  już  się  nie  powtórzy. 

Nigdy! Naprawdę nie chciałabym pana zawieść, panie Rush. Myślę, że uda nam się wspólną 

pracą podźwignąć pańską firmę. 

ROZDZIAŁ TRZECI 

 

Audrey,  pamiętając  o  tym,  co  wydarzyło  się  w  poprzednim  tygodniu,  postanowiła 

wziąć się w garść. Pierwsze koty za płoty, powtarzała sobie w duchu, ale teraz będzie inaczej. 

Była speszona nowym otoczeniem i obowiązkami, dlatego zrobiła z siebie idiotkę, ale koniec 

z tym. Te myśli bardzo podniosły ją na duchu. Miała nadzieję, a właściwie była pewna, że od 

tej pory wszystko pójdzie gładko i bez niepotrzebnych komplikacji. 

Tak było  aż do drugiego dnia kolejnego tygodnia. No, może prawie. Ale  przecież na 

całym świecie ludzie wciąż rozlewają kawę i potykają się, a nikt z tego nie robi sensacji. 

Piętą  Achillesa  Audrey  były  wszelkie  urządzenia  mechaniczne,  by  więc  umknąć 

dalszych  katastrof,  starannie  omijała  je  szerokim  łukiem.  Swojej  szansy  postanowiła 

natomiast  poszukać  na  innym  polu,  gdzie  mogła  wykorzystać  swe  niewątpliwe  i  cenne 

zdolności. 

Skoncentrowała  się  na  klientach  Rusha.  Nie  pozostało  ich  zbyt  wielu,  ale  właśnie 

dlatego wymagali szczególnej uwagi i specjalnych zabiegów. 

background image

Uzupełniała  ich  kartoteki  i  cierpliwie  wyjaśniała,  co  mogą  zyskać  na  współpracy  z 

biurem, a swoim entuzjazmem starała się tych ludzi zarazić. 

Wiedziała, że walcząc o wizerunek firmy, wykonywała robotę za Rusha. 

Usprawiedliwiała  go  jednak  tym,  że  pogrążony  był  teraz  w  wyplątywaniu  biura  z 

innych kłopotów. 

W  rozmowach  z  klientami  mocno  podkreślała,  że  wprawdzie  firma  przeżywa 

chwilowe kłopoty, co zresztą widać było gołym okiem, lecz obecnie wychodzi już na prostą, a 

poziom  świadczonych  usług  jest  naprawdę  bardzo  wysoki.  Starała  się  zrozumieć,  czego 

naprawdę  oczekują  od  biura,  a  podczas  rozmów  starannie  obserwowała  klientów,  by 

zrozumieć, jakimi są ludźmi. Praca ta tak bardzo ją wciągnęła, że szybko poczuła się cząstką 

przedsiębiorstwa Rusha. 

Było  to  bardzo  przyjemne  uczucie.  I  zupełnie  nowe.  Nigdy  dotąd  nie  czuła  się  tak 

bardzo potrzebna, wręcz niezbędna. Pan Rush potrzebował pomocy, a ona mu ją zapewniała. 

Pan Rush miał pecha i wpadł w tarapaty, a pech i walka z nim to była przecież jej specjalność. 

Audrey była pewna, że znalazła się na właściwym miejscu. 

- Dzień dobry, panno Finnegan. 

Spojrzała znad biurka. Przed nią stał pan Rush, jak zwykle z dużym kubkiem kawy w 

ręku.  Nie  mogła  tego  zrozumieć,  bo  przecież  zawsze  miała  przygotowaną  świeżą  kawę  dla 

szefa. 

-  Dzień  dobry  panu  -  odpowiedziała  z  uśmiechem.  -  Dobrze,  że  zdążył  pan  przed 

deszczem. 

- A co, ma dzisiaj padać? - zdziwił się. 

-  Nie  zauważył  pan  tych  czarnych  chmur?  W  prognozie  pogody  mówili,  że  będzie 

lało. Ostrzegali nawet przed tornadem. 

- Żartuje pani? 

Ten  człowiek  naprawdę  potrzebuje,  żeby  ktoś  się  nim  zaopiekował,  pomyślała 

Audrey. Jak udało mu się tyle lat przeżyć bez większego uszczerbku na zdrowiu? 

- Na szczęście nie musi pan dzisiaj wychodzić, więc uniknie pan niebezpieczeństwa. 

- Naprawdę? - zapytał, uśmiechając się ironicznie. 

- Może o czymś nie wiem? 

- Panno Finnegan, nie musi pani udawać. Oboje dobrze wiemy, że firma pada i że jest 

tylko  kwestią  czasu,  kiedy  zamkniemy  drzwi  za  ostatnim  klientem  i  zgasimy  światło.  Więc 

naprawdę, proszę... 

- Przecież mamy kilka nowych zamówień. Nie pamięta pan, w zeszłym tygodniu... 

background image

- Wiem, ale to same drobiazgi. Z zysków ledwie pokryjemy bieżące płatności. 

- Fakt, że to nowe firmy, które dopiero startują,  ale dzięki pana projektom na pewno 

się  wybiją.  Takie  rzeczy  się  pamięta.  A  gdy  już  umocnią  się  na  rynku,  staną  się  naszymi 

najlepszymi klientami, których inne biura będą nam zazdrościć. 

-  Może  i  ma  pani  rację  -  powiedział  Wheeler  po  długiej  chwili.  -  A  poza  tym  są 

wypłacalni i nie zalegają z rachunkami. 

Ruszył  w  stronę  swojego  pokoju.  Nagle  zawahał  się,  zwolnił,  a  po  chwili 

znieruchomiał. Przez długi czas stał tak, wpatrując się w ścianę przed sobą. 

Audrey milczała, nie chcąc mu przeszkadzać. Wyglądał tak, jakby bardzo intensywnie 

nad czymś myślał. Kiedy odwrócił się do niej, twarz miał rozjaśnioną uśmiechem. 

- Proszę ze mną dzisiaj nie łączyć nikogo, panno Finnegan - poprosił. - Wydaje mi się, 

ż

e mam pomysł dla Windsor Deli. 

- Pokiwał głową i szybkim krokiem wszedł do swojego biura. 

- Naprawdę mam - mruknął do siebie. - Mam naprawdę wspaniały pomysł! 

Kiedy zniknął, Audrey uśmiechnęła się z satysfakcją. No, proszę! Była mu potrzebna. 

Choćby tylko po to, by podtrzymywać go na duchu. 

Poprawiła  się  na  krześle  i  zerknęła  na  komputer.  No  cóż,  maszyna...  ta  straszna 

maszyna! 

-  Ale  i  z  tobą  sobie  poradzę,  ty  draniu  -  warknęła.  Podciągnęła  rękawy  sweterka  i 

zatarła dłonie. 

-  No,  dobra  -  powiedziała  do  elektronicznego  potwora.  -  Przepraszam,  że  nazwałam 

cię draniem. Wiesz, że wcale tak nie myślę. A teraz, kochanie, musimy się wziąć do roboty. 

Napiszę  kilka  listów,  a  ty  pozwolisz  mi  to  zrobić  bez  żadnych  numerów  z  twojej  strony.  A 

więc umowa stoi? - zapytała i szybko dodała: - Kochanie. 

Kursor na ekranie mrugał zachęcająco, a komputer nie wydał żadnego dźwięku. 

- Wspaniale - mruknęła do siebie. 

Nucąc  pod  nosem  piosenkę  „Jesteś  dla  mnie  stworzony”,  z  energią  zabrała  się  do 

pracy. 

To  naprawdę  fantastyczne,  czego  można  dokonać,  gdy  tylko  ma  się  dobry  pomysł, 

pomyślał  Wheeler,  spoglądając  na  gotowy  projekt.  To  jest  naprawdę  niezłe,  dodał  z 

satysfakcją. Znów wiedział, dlaczego wybrał właśnie ten zawód. 

Przede wszystkim dlatego, że jest niezwykle interesujący. Ta praca może być świetną, 

intrygującą  zabawą.  Trzeba  się  tylko  urodzić  do  tego  zajęcia.  A  Rush  wyposażony  został 

przez rodziców we właściwe geny. 

background image

Przez  ostatnich  kilka  miesięcy  był  w  złym  stanie.  Prawdę  powiedziawszy,  popadł  w 

depresję.  Ale  czarne  dni  minęły,  wreszcie  czuł  w  sobie  dawną  energię,  a  mózg  pracował  na 

najwyższych obrotach. Niby nic się nie zmieniło, ale był pewien, że wkrótce znów jego firma 

znajdzie się na szczycie. Sukces stał tuż za drzwiami. Te dwa nowe zlecenia, które dostał w 

zeszłym tygodniu, choć niezbyt duże, staną się początkiem nowej ery. Odetchnął głęboko. 

Znów  był  fali.  Jest  zdolny  i  wykształcony,  a  głowę  pełną  ma  rewelacyjnych 

pomysłów. Wkrótce odzyska pozycję, którą niedawno stracił. 

Czuł to. Po prostu - czuł. 

Usłyszał stukanie do drzwi. Uśmiechnął się. Był w świetnym nastroju. 

- Tak, panno Finnegan? - zawołał. 

Audrey  próbowała  otworzyć  drzwi,  które  się  zaklinowały.  Pchnęła  je  mocno  -  i  z 

całym impetem wpadła do środka. Dzięki Bogu, tym razem nie wylądowała ani na ziemi, ani 

na kolanach szefa. Nie jest więc tak źle. 

Co więcej, szybko udało jej się odzyskać równowagę, nie czyniąc nikomu krzywdy. I 

tylko zaróżowione policzki świadczyły, jak bardzo się zdenerwowała. 

I stała się zakłopotaną, różową figurką, bowiem jej dzisiejszy strój cały utrzymany był 

w  tym  kolorze.  Zawsze  ubierała  się  w  jednej  tonacji.  Rush  nie  potrafił  zrozumieć  tej 

monochromatycznej obsesji. 

- Przepraszam - powiedziała po chwili. 

- Nie ma sprawy  - odpowiedział Wheeler odruchowo. Podobne dialogi prowadzili ze 

sobą kilka razy dziennie. 

- O co chodzi, panno Finnegan? 

- Dzwoni niejaki pan Bernardi. Próbowałam połączyć pana przez centralkę, ale znów 

mi się nie udało. - Zarumieniła się jeszcze bardziej. - Ale ten pan Bernardi... 

Wheeler aż przymknął oczy z wrażenia. Kto w Louisville nie znał tego nazwiska? Ale 

nie, to niemożliwe... 

- Chyba nie Charles Bernardi z Bernardi Electronics? - zapytał. 

Głupie złudzenia. Na pewno telefonował Joe Bernardi, komornik. 

Posłaniec przynoszący złe wieści. 

Ale  kiedy  na  twarzy  panny  Finnegan  pojawił  się  promienny  uśmiech,  Wheeler 

zrozumiał, że cuda jednak się zdarzają. 

-  Tak,  to  ten  -  powiedziała.  -  Jest  bardzo  sympatyczny.  Jego  i  moja  matka  należą  do 

tego samego klubu. Wyobraża pan sobie, co za zbieg okoliczności? 

-  Pani  zna  Charlesa  Bernardiego?  -  zapytał  zdziwiony.  Przecież  to  absolutnie 

background image

niemożliwe, by ci dwoje obracali się w tych samych kręgach towarzyskich. 

Potrząsnęła głową. 

- Ależ skąd. A przynajmniej nie znałam go jeszcze dziesięć minut temu. 

Bardzo  przyjemnie  się  z  nim  rozmawia  Wheeler  zamknął  oczy.  Jego  tymczasowa 

sekretarka  gawędziła  sobie  przez  telefon  z  Charlesem  Bernardim,  jednym  z  najbardziej 

wpływowych i najbogatszych ludzi w mieście. 

Niesamowite! Gdyby tak udało się otrzymać od niego jakieś zlecenie... 

-  I  on  chce  z  panem  rozmawiać  -  wyjaśniła.  -  Został  pan  mu  polecony  przez 

właścicielkę Windsor Deli, która jest jego córką. 

- To niemożliwe. 

Audrey uśmiechnęła się radośnie. 

- Czy może pan podnieść słuchawkę? 

Nie  musiała  mu  tego  powtarzać  dwa  razy.  Wheeler  rzucił  się  z  impetem  w  stronę 

telefonu. 

Dwadzieścia minut później był umówiony na prezentację u największego pracodawcy 

w mieście. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, firma będzie uratowana! 

Intuicja  podpowiadała  Rushowi,  że  za  tym  wszystkim,  w  jakiś  niewytłumaczalny 

sposób,  stoi  panna  Finnegan.  To  zabawne,  ale  odkąd  ją  zatrudnił,  zaczynał  wychodzić  z 

dołka. Wpadł na kilka dobrych pomysłów, podpisał nowe zlecenia, a teraz miał się spotkać z 

samym Charlesem Bernardim. 

Jeśli wszystko wypali, firma może się podźwignąć z upadku. 

Uśmiechnął  się.  życie  naprawdę  bywa  przewrotne.  Panna  Audrey  Finnegan, 

niekwestionowana królowa pecha, właśnie jemu przyniosła szczęście. 

To, co prawda, zabawna myśl, ale zupełnie absurdalna: panna Katastrofa miałaby stać 

się jego talizmanem? 

Niemniej wypadało to uczcić. Wstał i ruszył do pokoju, w którym siedziała sekretarka. 

Zastał  ją  nad  komputerem.  Niezbyt  przebierając  w  słowach,  usiłowała  zmusić  diabelskie 

urządzenie do posłuszeństwa. 

-  Panno  Finnegan.  -  Audrey  podskoczyła  jak  oparzona,  omal  nie  spadając  z  krzesła, 

szczęśliwie  jednak  w  ostatniej  chwili  udało  jej  się  chwycić  za  brzeg  biurka.  -  Właśnie 

umówiłem  się  na  spotkanie,  które  prawdopodobnie  pozwoli  mi  wyjść  z  kryzysu.  Chciałbym 

to jakoś uczcić. Czy pozwoli się pani zaprosić do Kunza na lunch? Chyba jednak nie będzie 

dzisiaj padać. Zapowiada się naprawdę piękny dzień, na niebie i na ziemi. 

Audrey promiennie się uśmiechnęła... a z Wheelerem zaczęło dziać się coś dziwnego. 

background image

Było to miłe, ale zarazem bardzo niepokojące uczucie. Nie wiedząc, co zrobić, po prostu też 

się uśmiechnął. 

- Moje gratulacje, panie Rush. Wspaniale! 

- Coś mi mówi, panno Finnegan, że był to nasz wspólny wysiłek. 

Zarumieniła się z radości. 

- Dziękuję za uznanie, ale jestem tylko sekretarką, i to zaledwie od tygodnia. 

Roześmiał się. 

- To prawda, ale okazała się pani cennym nabytkiem. Zarumieniła się jeszcze bardziej, 

nieśmiało  spoglądając  spod  rzęs,  a  dziwne  uczucie,  które  od  jakiegoś  czasu  nawiedzało 

Rusha, jeszcze się pogłębiło. 

- Tylko wezmę torebkę i już jestem gotowa. 

Wspólny  lunch  nie  był  dobrym  pomysłem.  Wheeler  zrozumiał  to  jednak  trochę  za 

późno. A przecież zdążył już poznać swoją sekretarkę i dobrze powinien wiedzieć, do czego 

jest  zdolna.  Najpierw  wylała  na  siebie  mrożoną  herbatę,  a  w  sekundę  potem  zrzuciła  na 

kolana Rusha sałatkę. I było po lunchu. 

Uciekli z restauracji głodni, mokrzy, brudni i wściekli. 

Gdy  wracali  do  biura,  panna  Finnegan  mogła  przynajmniej  zasłonić  różową  torebką 

wielką  plamę  na  swojej  spódnicy.  Natomiast  on,  ponieważ  nie  wziął  ze  sobą  teczki,  musiał 

paradować  przez  centrum  miasta  w  poplamionych  oliwą  spodniach.  Było  to  niezbyt  miłe 

uczucie. 

Na  domiar  złego,  niebo  nagle  pociemniało  i  lunął  potworny  deszcz.  W  ciągu  kilku 

sekund byli przemoczeni do suchej nitki. 

-  Bardzo  mi  przykro  -  przepraszała  panna  Finnegan,  kiedy  wchodzili  do  biura.  - 

Naprawdę przepraszam. 

- Drobiazg - mruknął Wheeler i odgarnął z czoła mokre włosy. 

Miał  w  biurze  zapasowe  ubranie.  Za  chwilę  się  przebierze  i  będzie  po  kłopocie.  Ale 

jego  sekretarka  przez  resztę  dnia  będzie  siedzieć  w  wilgotnych  ciuchach.  Zrobiło  mu  się  jej 

ż

al. Panna Finnegan może się przeziębić albo nawet dostać zapalenia płuc... 

Naprawdę  jednak  chodziło  mu  o  coś  innego.  Mokre  i  skąpe  ciuszki  przylegały  do 

Audrey  w  bardzo  niepokojący  sposób.  Tak  naprawdę,  uwydatniały  każde  zaokrąglenie  jej 

ciała. Dobrze chociaż, że miała pod spodem bieliznę. Dobrze? Prześwitujące przez wilgotny 

materiał maleńkie figi i równie mikroskopijny staniczek wyglądały kusząco. Tylko wyciągnąć 

rękę, a to cudowne ciało... 

Tylko spokojnie, panie Wheeler! Trzeba natychmiast coś z tym zrobić. 

background image

Tylko  co? Już  wie.  Przykryje  pokusę  własnym  ubraniem.  Inaczej,  zamiast  pracować, 

będzie marzył i fantazjował o swojej sekretarce. 

Szybko przyniósł z gabinetu spodnie i koszulę, i wręczył je Audrey. 

- Jest pan pewien? - zapytała zdziwiona. - A pan w co się przebierze? 

- Niech pani zrobi to, o co proszę. W końcu to ja wyciągnąłem panią z biura i przeze 

mnie pani zmokła. Nie mogę pozwolić na to, by trzęsła się pani z zimna, podczas gdy ja będę 

paradował w suchym ubraniu. 

- To bardzo miłe z pańskiej strony, panie Rush. 

- Nie przesadzajmy. 

-  Jest  pan  wyjątkowo  szarmancki  -  dodała.  -  A  z  tym  deszczem  to  był  prawdziwy 

pech. 

- Przecież to nie pani wina. 

Kiedy zamykał drzwi od swojego gabinetu, usłyszał, jak coś mokrego pada na ziemię. 

Jego  wyobraźnia  wprost  oszalała.  Kilka  metrów  stąd  Audrey,  całkiem  naga,  powoli  nakłada 

jego spodnie i koszulę... Zacisnął powieki, ale wtedy obraz stał się jeszcze bardziej wyrazisty, 

więc błyskawicznie je otworzył. 

Czuł się okropnie zażenowany. 

- A ja myślę, że ten deszcz pada jednak z mojej winy. - Zza drzwi dobiegł go spokojny 

głos Audrey. 

- Dlaczego? - zainteresował się. 

-  Możliwe,  że  pan  jeszcze  tego  nie  zauważył  -  wyjaśniła  mu.  -  Ale  jestem 

prawdziwym pechowcem. 

- O czym pani mówi? 

-  Kiedy  to  prawda!  Wszyscy  Finneganowie,  poczynając  od  mojej  babki  Fiony,  mieli 

pecha od dnia urodzin. 

Wheeler nie rozumiał, o co jej chodzi. 

Wtedy otworzyła drzwi i weszła do jego pokoju. Rush był przekonany, że Audrey nie 

jest  już  w  stanie  niczym  go  zaskoczyć.  Ale  kiedy  zobaczył  ją  w  swoim  ubraniu,  doszedł  do 

wniosku,  że  prezentuje  się  jeszcze  bardziej  pociągająco  i  seksownie  niż  w  obcisłych  i 

króciutkich kieckach. 

Wyglądała  naprawdę  rewelacyjnie.  Szykownie  i  kusząco.  Całości  stroju  dopełniał 

skórzany pasek, mocno ściskający talię, i jedwabny, jaskrawy krawat zawiązany w klasyczny 

węzeł windsorski. Rush siłą woli zmusił się do tego, by przestać zachłannie gapić się na swoją 

pracownicę. 

background image

-  Jestem  naprawdę  zdziwiona,  że  dotąd  pan  tego  nie  zauważył  -  stwierdziła.  -  Mam 

pecha od dnia urodzin i wszyscy ludzie, którzy mogli poznać mnie choć trochę, natychmiast 

przekonywali się o tym. 

Jednak  Wheeler  dostrzegał  w  tej  chwili  jedynie  piękną  zieleń  jej  oczu,  cudowny 

wykrój pełnych warg i burzę wspaniałych włosów. 

- No cóż - powiedział. - Ostatnio... hm... dużo miałem na głowie. 

Rzeczywiście, wydaje mi się, że... 

-...ciągle coś mi się przytrafia? - dopowiedziała Audrey. 

- Zgadza się. Faktycznie spostrzegłem, że tak jest - przyznał. 

- Gubię również różne rzeczy. I to bez przerwy. 

- Jak to: gubi pani rzeczy? Na przykład: co? 

- Kluczyki od samochodu. Szkła kontaktowe. Tracę pracę. Chłopaków. 

Przyjaciół. I tak dalej. 

- Rozumiem. 

- A poza tym sprowadzam pecha na innych ludzi. 

- W jakim sensie? - Wheeler był wyraźnie zaintrygowany. 

-  Na  przykład,  gdy  tylko  wprowadziłam  się  do  mojej  przyjaciółki,  Marlene, 

natychmiast wysiadł piec i kanalizacja. A jak zaczęłam spotykać się z Bradem, stał się... jak 

by to powiedzieć... w pewnym sensie impotentem. 

Tym razem to Wheeler się zarumienił. Naprawdę nie chciał o tym słuchać. 

Niestety wyglądało na to, że panna Finnegan postanowiła mu wszystko opowiedzieć. 

- Nie chciałabym, żeby pan sobie pomyślał, że ja i Brad... 

Kiedykolwiek...  No,  rozumie  pan.  Mam  zasady.  Muszę  kogoś  poznać  bardzo,  ale  to 

bardzo  dobrze,  by  się  na  coś  takiego  zdecydować.  A  myśmy  z  Bradem  chodzili  ze  sobą 

dopiero  od  dwóch  miesięcy,  więc  coś  takiego  w  ogóle  nie  wchodziło  w  grę.  Ale  mimo 

wszystko okazało się, że i tak byśmy nie mogli, no, wie pan... ponieważ przy mnie całkowicie 

tracił swą... męskość. Poczułam się głupio, chociaż nigdy nie miałam zamiaru... no, wie pan, 

robić tego właśnie z nim. 

Co dziwne, Wheeler z uwagą przysłuchiwał się tej całej paplaninie. Ale nim zdążył ją 

skomentować, przeszła do następnej historii. 

- Kiedyś pojechałam na obóz harcerski dla dziewcząt. 

I  niech  pan  sobie  wyobrazi,  że  do  dzisiaj  nie  zdołano  usunąć  wszystkich  szkód  po 

straszliwej powodzi. Rzeka wylała pierwszej nocy po naszym... albo raczej moim przybyciu. 

Tym razem chyba przesadziła. 

background image

- Przecież nie może pani siebie obwiniać o każdą klęskę żywiołową, panno Finnegan. 

Spojrzała na niego badawczo. 

- Tak pan uważa? 

- No pewnie. 

-  To  w  takim  razie  jak  wytłumaczyć  tę  okropną  burzę  śnieżną  kilka  lat  temu,  która 

sparaliżowała prawie cały kraj? Rozpętała się ona właśnie wtedy, gdy wybrałam się na narty. 

- Niechże pani przestanie! - Wheeler parsknął śmiechem. - Wkrótce powie mi pani, że 

to  właśnie  pani  jest  odpowiedzialna  za  trzy  kwietniowe  tornada,  które  spustoszyły  miasto 

dwadzieścia lat temu. 

Przygryzła wargi. 

- Widzi pan... ja właśnie wtedy... przyjechałam tu po raz pierwszy w życiu. Byłam z 

wizytą u moich krewnych. Dobrze pamiętam, co się wówczas działo. 

Wheeler  potrząsnął  głową.  Z  całą  pewnością  Audrey  należała  do  tego  gatunku  ludzi, 

którym złośliwy bożek Pech nieustannie płata przedziwne figle. 

Ale winić się za wszelkie nieszczęścia, jakie spadały na ludzkość? Tego, nawet jak na 

możliwości Audrey Finnegan, było za wiele. 

- Panno Finnegan... Przerwała mu ruchem ręki. 

-  Panie  Wheeler,  proszę  przyjąć  moje  przeprosiny.  Naprawdę  zrobię  wszystko,  co  w 

mojej mocy, żeby nie zarazić pana moim pechem. 

Uśmiechnął się. 

- Wydaje mi się, że jeśli chodzi o mnie, nie powinna się pani tym martwić. Przynosi 

mi pani szczęście. 

Wyraz jej twarzy mówił wszystko. Nie wierzyła mu. 

- O czym pan mówi? 

- Chcę, żeby pani to przemyślała. Odkąd pojawiła się pani w moim biurze, podpisałem 

kilka  nowych  umów.  Mam  spotkanie  z  Charlesem  Bernardim  i  jeśli  dostanę  od  niego 

zlecenie, wszyscy w Louisville będą mi zazdrościć, a firma wypłynie na szerokie wody. Czy 

to można nazwać pechem? 

Niech  pani  sobie  sama  odpowie  na  to  pytanie.  Panno  Finnegan,  pani  mi  przynosi 

szczęście. Jest pani moim talizmanem. 

- A poplamiony kawą dywan, a dzisiejszy lunch... 

-  Myślę,  że  z  plamami  jakoś  sobie  poradzimy.  Sprawy  firmy  są  na  pewno  dużo 

ważniejsze.  A  w  tej  chwili  wszystko  zaczęło  się  nagle  układać  jak  nigdy  dotąd.  Naprawdę 

przyniosła mi pani szczęście. I to wszystko. 

background image

Chociaż mówił tak, by podnieść ją na duchu, po części sam w to uwierzył. 

Może  rzeczywiście  Audrey  jest  jego  talizmanem.  Zdarzały  mu  się  już  dziwniejsze 

rzeczy w życiu. 

Przez moment Audrey wpatrywała się w niego, jakby stracił rozum. A potem powoli 

uśmiechnęła się. 

- Byłabym naprawdę szczęśliwa, gdyby okazało się to prawdą. Dziękuję, panie Rush - 

powiedziała  cicho.  -  I  niech  pan  będzie  spokojny  o  swoje  ubranie,  będę  bardzo  uważać.  A 

moje rzeczy rozwiesiłam, by szybciej wyschły. Mam nadzieję, że to panu nie przeszkadza? 

- Ależ skąd, panno Finnegan - powiedział rozmarzonym głosem. 

Czuł  się  wspaniale.  Był  pewien,  że  pech  go  wreszcie  opuścił,  dzięki  czemu  firma  w 

niedługim  czasie  znów  będzie  świetnie  prosperować.  Wróciła  również  wena  twórcza.  Czeka 

go  wiele  ciężkiej  pracy,  nim  ostatecznie  wydźwignie  biuro  z  upadku,  ale  ma  w  sobie  dość 

talentu, siły i energii, by temu podołać. A szczęśliwa odmiana nastąpiła wraz z pojawieniem 

się w jego życiu Audrey Finnegan. 

Zaraz więc ruszy do walki. Zaraz, ale jeszcze nie w tej chwili. 

Bowiem  przed  oczyma  Rusha  suszyła  się  różowa  bielizna  Audrey,  jego  talizmanu. 

Przez  moment  sobie  posiedzi,  popatrzy,  pomarzy...  pofantazjuje.  Coś  mu  się  od  życia,  do 

diabła, chyba należy! 

ROZDZIAŁ CZWARTY 

 

Pod  koniec  drugiego  tygodnia  pracy  Audrey  ostatecznie  wdrożyła  się  do  prac 

biurowych  i  wszystko  szło  jak  w  zegarku.  Co  prawda  był  to  zegarek,  który  nie  zawsze 

wskazywał właściwy czas, ale większość spraw układała się dużo lepiej niż na początku. 

Nareszcie  zorientowała  się,  jak  działa  system  telefoniczny,  i  była  w  stanie  otworzyć 

samodzielnie  prawie  każdy  plik  w  komputerze.  Bardzo  rzadko  korzystała  z  pomocy  szefa, 

choć  jeszcze  się  jej  to  zdarzało.  Uporządkowała  akta  tak,  by  był  do  nich  jak  najłatwiejszy 

dostęp. System, który zastosowała, był według niej rewelacyjny, chociaż Wheeler nie zawsze 

umiał  sobie  z  nim  poradzić  i  z  trudnością  dopatrywał  się  w  nim  jakiejkolwiek  logiki. 

Nauczyła się obsługiwać mikrofalówkę, przynajmniej częściowo. 

A  poza  tym  zniszczyła  tylko  jedną  rzecz  w  biurze.  Fakt,  że  był  to  talizman  pana 

Rusha, który miał przynosić mu szczęście - długopis ze szczerego złota. 

Podarował mu go pradziadek z okazji ukończenia studiów. No, ale przecież tak cenna 

rzecz  nie  powinna  walać  się  po  biurku,  bo  wtedy  łatwo  o  jakieś  nieszczęście.  Audrey  tylko 

background image

stanęła  na  blacie,  żeby  zmienić  żarówkę,  i,  niestety,  nadepnęła  na  długopis,  który  tego  nie 

wytrzymał. 

Mimo  to  sprawy  miały  się  coraz  lepiej.  W  pracy  wszystko  się  ułożyło  nad  podziw 

dobrze  i  Audrey  coraz  rzadziej  rozmyślała  o  pechu  prześladującym  jej  rodzinę.  Poza  tym 

udało się jej znaleźć nowe mieszkanie, tuż przy przystanku autobusu, którym mogła dojechać 

do biura bez żadnej przesiadki.  I nie było to wreszcie mieszkanie w suterenie. Wprowadziła 

się do przytulnej kawalerki na ostatnim piętrze wiktoriańskiego budynku. Co prawda niektóre 

urządzenia  były  dość  kapryśne  lub  w  ogóle  nie  działały,  były  to  jednak  drobiazgi  niewarte 

wspomnienia. 

A  najlepszą  rzeczą,  jaka  się  ostatnio  przytrafiła  Audrey,  było  odnalezienie  Roxanne, 

jej ślicznej kotki. Kiedy pojechała po nią do schroniska, zabrała stamtąd również syjamskiego 

kota o imieniu Marco, gdyż jej buraska bardzo się do niego przywiązała. 

Audrey  zdawała  sobie  sprawę,  że  ta  dobra  passa  nie  będzie  trwała  wiecznie.  Bardzo 

często zdarzały się w jej życiu takie lepsze okresy, ale potem wszystko wracało do normy, to 

znaczy znów pojawiał się jej dobry kumpel, pech. Ani przez chwilę nie łudziła się, że jest to 

jakaś  długotrwała  zmiana.  Była  pewna,  że  już  wkrótce  szczęście  się  od  niej  odwróci. 

Wszystko,  co  dobre,  szybko  się  kończy,  szczególnie  w  jej  przypadku.  Dlatego  też  nie 

powinna  popadać  w  euforię,  bo  potem  trudno  będzie  powrócić  do  brutalnej  rzeczywistości. 

Oczywiście nie oznaczało to, że nie powinna cieszyć się tymi ulotnymi chwilami szczęścia i 

spokoju. Wręcz przeciwnie, należało jak najlepiej wykorzystać ten miły okres. 

Poza  tym  nie  wszystko  w  jej  życiu  wyglądało  teraz  tak  różowo.  Nie  miała  nikogo 

bliskiego, a przede wszystkim nie miała chłopaka, z którym mogłaby spędzać wolny czas. Jak 

by  to  było  miło,  pomyślała,  wyciągając  z  piekarnika  zapiekankę,  oblać  nowe  mieszkanie  z 

kimś sympatycznym, obdarzonym ciepłym uśmiechem i pięknymi, brązowymi oczami... 

Ale  nie  wolno  tracić  nadziei.  Może  w  końcu  kogoś  pozna.  Wiatr  poruszył  firanką. 

Spojrzała  przez  okno  i  zobaczyła  sympatyczną  parę  całującą  się  pod  parasolem.  Ogarnął  ją 

smutek.  Poczuła  się  bardzo  samotna,  więc  szybko  wróciła  myślami  do  obiadu.  Próbowała 

przestać użalać się nad sobą, ale nie było to takie proste. Przekonywała samą siebie, że przy 

jej  pechu  i  tak  żadna  znajomość  nie  miała  szans  przerodzić  się  w  trwały  związek.  No  cóż, 

przynajmniej  Roxanne  i  Marco  dotrzymywali  jej  towarzystwa,  a  nikt  nie  mógł  jej  zabronić 

snucia fantazji na temat szefa. I nawet jeśli miałoby się skończyć tylko na fantazjach, to i tak 

było to już coś. 

Nie  zakochała  się  w  panu  Rushu,  absolutnie  nie.  No,  może  trochę  ją  zauroczył. 

Chociaż  był  naprawdę  przemiły,  delikatny  i  uroczy,  a  na  dodatek  zabawny,  to  ich  stosunki 

background image

powinny mieć charakter czysto zawodowy. Przecież była tylko jego tymczasową sekretarką. 

A  co  było  równie  istotne,  nic  nie  wskazywało  na  to,  żeby  jej  szef  był  w  jakikolwiek 

sposób nią zainteresowany. I przecież nie chodziło tu o to, że koniecznie chciała być z kimś 

związana. A tym bardziej z kimś takim, jak Wheeler Rush. Czy też o to, że nigdy nie miała 

szczęścia w miłości. Nie kłamała, kiedy mówiła,  że jej pech przenosi się  na ludzi, którzy są 

jej bliscy. 

Historia  niepowodzeń  jej  rodziny  była  bardzo  długa,  a  na  przeróżne  nieszczęścia 

szczególnie  narażeni  byli  ci  pechowcy,  których  ktokolwiek  z  Finneganów  obdarzył  swoją 

miłością.  A  Audrey  naprawdę  nie  chciała  przysparzać  panu  Rushowi  dodatkowych 

problemów. Nie podołałby im, tego była pewna. 

Po  prostu  nie  cierpiała  mieszkać  sama  i  do  tego  sprowadzał  się  cały  problem.  Była 

zwierzęciem  ze  wszech  miar  stadnym  i  dlatego  czuła  się  wspaniale,  kiedy  mieszkała  z 

Marlene, chociaż nie dogadywała się najlepiej z jej przyjacielem. W końcu Marlene postawiła 

sprawę jasno: Audrey komplikuje jej życie. Nie było więc innego wyjścia, jak tylko znaleźć 

sobie  własne  lokum.  Jeśli  sądzona  jest  jej  samotność,  to  co  za  różnica,  kiedy  zacznie  się  do 

tego przyzwyczajać? 

Nie  rozumiała,  co  ją  dzisiaj  napadło.  Dlaczego  przez  cały  czas  wygłasza  ten 

wewnętrzny  monolog? Musi  przestać  myśleć  o  tym  wszystkim.  Sięgnęła  po  gazetę  i  usiadła 

przy stole, rozkoszując się zapiekanką. Koty leżały obok siebie na parapecie i przyglądały się 

jej znudzonym wzrokiem. Miała wrażenie, że zazdroszczą jej obiadu. 

- Przykro mi, ale to jedzenie nie dla was. Zbyt dużo cholesterolu. Ale przygotowałam 

coś, co zjecie z apetytem. Pyszną rybkę. Na pewno będzie wam smakowała. 

Nie wyglądały na przekonane. 

- Naprawdę - powiedziała, pochłaniając kolejną porcję zapiekanki. - Zaufajcie mi. 

Dźwięk dzwonka zaskoczył ją. Nie oczekiwała nikogo w ten sobotni wieczór, o czym 

ś

wiadczył jej dość niedbały wygląd. Miała na sobie czarne getry i o wiele za dużą koszulkę, 

ozdobioną dziwnymi napisami. 

Zaciekawiona,  zerknęła  przez  wizjer.  Stwierdzenie,  że  widok  szefa  zaskoczył  ją,  na 

pewno  nie  oddawało  w  pełni  jej  uczuć.  Ale  najbardziej  zaskakujące  było  to,  że  trzymał  w 

garści bukiet kwiatów i jakąś ładnie zapakowaną paczkę. Jedyne co jej przyszło na myśl, to że 

idzie do kogoś z wizytą i po drodze wstąpił do niej, ponieważ... 

Może po prostu zabłądził? 

Szybko otworzyła drzwi. 

-  Witam,  szefie  -  powiedziała,  mając  nadzieję,  że  jej  głos  nie  zdradza  zaskoczenia. 

background image

Zamierzał odpowiedzieć, ale żadne słowo nie chciało mu przejść mu przez gardło. Patrzył na 

nią ze zdumieniem. 

- Panna Finnegan? - zapytał. 

- Co pan tutaj robi? - zapytała. 

- Ja... Panna Finnegan? - upewnił się. 

- Tak. 

- Przepraszam, ale prawie pani nie poznałem. Wygląda pani... 

Zamilkł, zanim jeszcze skończył szczegółowe oględziny jej osoby. 

Audrey  w  duchu  podziękowała  losowi,  bo  ostatnią  rzeczą,  jaką  chciała  usłyszeć,  był 

komentarz na temat jej wyglądu. To w końcu jej wolny dzień, dzień przeprowadzki. Przecież 

nie  będzie  się  stroić  dla  para  pudełek,  które  rozpakowywała,  i  dla  mebli,  które  zamierzała 

poprzestawiać. 

Mimo  wszystko  i  tak  nie  mogła  się  powstrzymać  od  poprawienia  włosów  i 

przygładzenia pogniecionej koszulki. 

Rozsądek podpowiadał, że nie powinna się z niczego tłumaczyć, ale po chwili uznała, 

ż

e jednak winna jest szefowi kilka słów wyjaśnienia. 

- To mój wolny dzień - powiedziała. - Nie spodziewałam się żadnych gości. Właśnie 

się tu wprowadziłam i... 

Chrząknął skonsternowany. Chyba nie o to mu chodziło. 

-  Pani  mnie  źle  zrozumiała.  Przecież...  pani  wygląda...  Znowu  zamilkł  i  tylko 

wpatrywał się w nią z uśmiechem na ustach. 

- Może pan wejdzie? - zapytała, nie wiedząc, czego bardziej pragnie. Czy tego, żeby 

skorzystał z jej zaproszenia, czy tego, żeby sobie poszedł. 

- Z przyjemnością - uśmiechnął się w odpowiedzi. 

Otworzyła drzwi szerzej, żeby mógł wejść. Spojrzała na niego z aprobatą. 

Jego  strój  był  mniej  oficjalny  niż  noszony  w  biurze.  Miał  na  sobie  jasne  dżinsy  i 

sweter w kolorze tytoniu, który wspaniale współgrał z kolorem jego oczu. 

Westchnęła,  kiedy  wszedł  do  środka.  Tu  naprawdę  niewiele  było  do  oglądania. 

Mieszkanko  było  śmiesznie  małe.  Za  to  jej  szef  prezentował  się  wspaniale.  Ależ  był 

przystojny! Całe szczęście, że się w nim nie zakochała. 

- Przyjemnie tu - stwierdził, rozglądając się. 

Z miejsca, w którym stał, mógł zobaczyć każdy kąt mieszkania. 

- Ale trochę ciasno - stwierdziła. 

- Chyba tak samo, jak u mnie, a przecież jest tu wszystko, czego trzeba. 

background image

Teraz, kiedy tu przyszedł, Audrey naprawdę niczego już nie brakowało do szczęścia. 

-  Wczoraj,  kiedy  powiedziała  mi  pani,  gdzie  postanowiła  zamieszkać,  zupełnie  nie 

zwróciłem uwagi na adres. Dopiero dziś to do mnie dotarło. 

Mieszkam za rogiem. 

- Naprawdę? - zapytała z niedowierzaniem. 

- Tak, na ulicy Hepburn. 

To było tylko dwie przecznice stąd. 

-  Nie  żartuje  pan  sobie,  prawda?  To  zaskakujące.  Cóż,  wielkie  umysły  myślą 

podobnie. 

- Chyba należałoby powiedzieć, że puste portfele wymusza - ją określone działania - 

poprawił ją Wheeler. - Ale mniejsza o to. Wpadłem, aby życzyć pani wszystkiego najlepszego 

w nowym mieszkaniu - powiedział, podając jej kwiaty i prezent. 

- To dla mnie? - zapytała równie zaskoczona, jak i zachwycona jego zachowaniem. 

- To tylko drobiazg na szczęście. 

To  mogło  nawet  być  pudełko  herbatników,  a  Audrey  i  tak  byłaby  wniebowzięta.  W 

końcu był to prezent od pana Rusha. 

- Mogę obejrzeć prezent? - zapytała. 

Nie była pewna, ale miała wrażenie, że się zarumieniła. 

- No, oczywiście... Jeśli tylko ma pani ochotę. 

Pewnie, że miała. Położyła pięknie zapakowaną paczkę na kuchennym stole i zaczęła 

szukać  wazonu  na  kwiaty.  Naturalnie  nie  miała  niczego  odpowiedniego  dla  takiego  bukietu. 

Była to przepiękna wiązanka ze stokrotek, goździków i asparagusa. W końcu zdecydowała się 

na olbrzymią szklankę, którą dostała od matki jako pamiątkę z Nowego Orleanu. 

- Są piękne - powiedziała, wstawiając kwiaty do wody. Potem postawiła je na środku 

kuchennego  stołu  i  cofnęła  się  nieco,  żeby  zobaczyć,  jak  wyglądają  w  wybranym  przez  nią 

miejscu. - Tak, teraz dobrze. Brakowało tu czegoś, co rozjaśniłoby ten kąt. 

Tych  wspaniałych  kwiatów  i  szefa  do  towarzystwa,  pomyślała.  Ale  tego  przecież  on 

nie musiał wiedzieć. Wheeler wskazał palcem na stojący na stole talerz. 

- Przepraszam, pewnie przeszkodziłem? Roześmiała się. 

- Jak już mówiłam, przez cały dzień rozpakowywałam się, więc w końcu dopadł mnie 

głód. 

- Powinienem był najpierw zatelefonować. 

-  Ależ  skąd!  Wszystko  jest  w  porządku,  naprawdę.  A  poza  tym  nie  mam  jeszcze 

podłączonego telefonu. 

background image

Audrey  nie  zamierzała  się  przyznawać  do  tego,  że  chwilowo  po  prostu  nie  miała 

pieniędzy na ten cel. 

Poza tym wręcz chorobliwie nie znosiła niespodzianek. Może dlatego, że często jej się 

przytrafiały,  a  nie  zawsze  były  przyjemne.  Ale  teraz  nagle  odkryła,  że  niespodzianki  mogą 

być wspaniałe. Oczywiście tylko w przypadku, gdy chodziło o Wheelera Rusha. 

- Nic jeszcze nie jadłem - powiedział nagle. - Miałem zamiar gdzieś się wybrać. Czy 

zechciałaby pani... 

Zawahał  się  przez  chwilę.  Serce  Audrey  zamarło.  Chyba  Wheeler  nie  proponuje  jej 

wspólnego  wyjścia.  Po  prostu  jest  dobrze  wychowany.  Pewnie  teraz  zastanawia  się,  czy  nie 

posunął się za daleko. 

- Czy miałaby pani ochotę przekąsić coś razem ze mną? - wydusił z siebie w końcu. - 

Miałem zamiar odwiedzić tę nową knajpkę niedaleko stąd na Bardstown Road. Podobno jest 

tam niedrogo, a jedzenie wspaniałe. Moglibyśmy pójść tam spacerkiem. 

- W deszczu? - zapytała. - Czy jeden raz panu nie wystarczy? 

Wróciła  myślami  do  dnia,  kiedy  zmoczył  ich  deszcz  i  Rush  oddał  jej  zapasowe 

ubranie,  które  zawsze  trzymał  w  biurze.  Do  tej  pory  nie  zwróciła  mu  tych  rzeczy.  Miała 

nadzieję,  że  szef  zapomni  o  nich,  a  ona  będzie  je  mogła  zatrzymać  na  zawsze.  Miło  byłoby 

chodzić w nich po domu. To tak, jakby Wheeler wciąż był przy niej. 

- Przestaje padać - powiedział z uśmiechem. - Jeszcze tylko trochę kropi, a poza tym... 

- Tak? 

- Mam wrażenie, że lubię spacerować z panią po deszczu, panno Finnegan. 

Och, jakie to miłe z jego strony! 

Właśnie w tym momencie zdała sobie sprawę, że jej życie zaczyna się komplikować. 

Rzeczywistość niebezpiecznie upodabnia się do fantazji. Audrey z wysiłkiem otrząsnęła się z 

marzeń. Nie powinna sobie robić złudzeń. 

- W porządku - powiedziała. - Dziękuję za zaproszenie. Z przyjemnością coś zjem na 

mieście, ale każdy płaci za siebie. 

Chciał zaprotestować. 

-  Nie  pójdę,  jeśli  się  pan  nie  zgodzi  na  mój  warunek  -  nalegała.  To  powinno  ją 

ś

ciągnąć na ziemię. W marzeniach nigdy za siebie nie płaciła. 

- Zgoda. Tym razem może pani za siebie zapłacić. Brzmiało to dość obiecująco. 

- Za chwilę będę gotowa. Muszę się tylko przebrać. 

Wheeler  cały  czas  usiłował  zrozumieć,  jakie  licho  podkusiło  go,  by  zaprosić  swoją 

sekretarkę  na  obiad.  Kiedy  wyszła  z  łazienki,  nie  mógł  wyjść  z  podziwu.  Wyglądała 

background image

wspaniale,  chociaż  w  niczym  nie  przypominała  dziewczyny  z  biura.  Miała  na  sobie  czarne 

legginsy,  czarną tunikę i czarną biżuterię. Nie zrobiła sobie makijażu, a jej wspaniałe włosy 

spływały  luźno  na  ramiona.  Nie  zdawał  sobie  dotąd  sprawy,  że  są  aż  tak  długie.  Miał 

nieprzepartą  ochotę  zanurzyć  w  nich  palce  i  sprawdzić,  czy  są  tak  miękkie  i  jedwabiste,  na 

jakie wyglądają. 

Przez cały  czas nie mógł uwierzyć, że to ta sama osoba. Panna Finnegan, którą znał, 

wyglądała zawsze perfekcyjnie. Każdy włosek na swoim miejscu, staranny makijaż, no i te jej 

jednobarwne stroje! Na użytek prywatny nie przykładała do ubioru wielkiej wagi i wyglądało 

na to, że pastelowe barwy nie należą do jej ulubionych. 

W tej postaci wydawała się bardziej przystępna, bardziej ludzka. I niezwykle kobieca. 

Audrey, z czego po raz pierwszy zdał sobie sprawę, była nie tylko atrakcyjną, piękną kobietą 

o  wspaniałej  figurze.  Miała  dom,  koty,  swoje  prywatne  życie.  Nosiła  podkoszulki  z 

zabawnymi napisami. Potrafiła gotować. 

Wszystko  to  w  odniesieniu  do  kobiety,  która  codziennie  przychodziła  do  jego  biura, 

dawało niezwykle intrygującą i pociągającą mieszankę. Jednak Wheeler zdawał sobie sprawę 

z  tego,  że  istnieje  całe  morze  powodów,  dla  których  nie  powinien  nawiązywać  bliższych 

kontaktów  z  panną  Finnegan.  Po  pierwsze  pracowała  dla  niego,  a  biurowe  romanse, 

szczególnie  te  pomiędzy  szefem  i  sekretarką,  rzadko  kiedy  miały  szczęśliwy  koniec.  A  po 

drugie pracowała u niego tylko tymczasowo, bo  przecież nie było wiadomo, czy uda mu się 

uchronić firmę przed bankructwem. 

Ale teraz nareszcie zrozumiał, dlaczego zaprosił Audrey do restauracji. 

Była  rewelacyjna,  potrafiła  go  rozbawić.  A  poza  tym  wzbudzała  w  nim  niezwykle 

ciepłe  uczucia.  Nie  potrafił  również  wyrzucić  z  pamięci  jej  obrazu,  gdy  stała  na  biurku  i 

próbowała wymienić żarówkę w lampie pod sufitem. 

Wyglądała wtedy tak, że zaparło mu dech w piersiach. Siłą woli musiał powstrzymać 

się od wzięcia jej w ramiona. Naprawdę trudno mu się było opanować, więc ostro zapytał, co 

się  tutaj  dzieje,  i  natychmiast  kazał  jej  zejść  z  biurka.  Swoim  nagłym  odezwaniem  się 

wystraszył  ją  do  tego  stopnia,  że  upuściła  żarówkę,  zrobiła  krok  do  tyłu  i  stanęła  na  jego 

pamiątkowym  długopisie,  który  rozpadł  się  na  dwie  części.  Ból  w  stopie  spowodował,  że 

Audrey straciła równowagę i padła prosto w ramiona Wheelera. 

W  tym  momencie  myślał  tylko  o  tym,  że  Audrey  ma  bardzo  gładką  skórę,  a  on  ma 

wielką ochotę pocałować swoją sekretarkę. 

Ale ponieważ byłoby to sprzeczne z jego zasadami i etyką zawodową, ograniczył się 

jedynie do spojrzenia w te najbardziej zielone oczy na całym świecie. Postawił ją powoli na 

background image

podłodze,  próbując  zignorować  gwałtowne  bicie  serca  i  uczucie  gorąca,  które  trawiło  go  od 

wewnątrz. Odniósł wrażenie, że jej odczucia są  podobne.  I że Audrey również miała wielką 

ochotę na pocałunek. 

Proponowanie  jej  wspólnego  wyjścia  to  pakowanie  się  w  kłopoty,  pomyślał.  Nie 

powinien  lekkomyślnie  ulegać  każdej  swojej  zachciance.  Im  więcej  o  tym  myślał,  tym 

bardziej  skłonny  był  przyznać,  że  popełnił  olbrzymi  błąd.  Nie  wolno  pozwolić  na  to,  by 

nawiązała  się  między  nimi  jakaś  głębsza,  bardziej  osobista  więź.  Teraz  powinien  się  skupić 

wyłącznie  na  ratowaniu  firmy,  a  Audrey  Finnegan  na  pewno  mu  w  tym  nie  pomoże.  Była 

najbardziej pechową osobą, jaką udało mu się dotąd spotkać. 

W obecnej sytuacji nie mógł sobie pozwolić na związek z żadną kobietą. 

Był  na  krawędzi  bankructwa.  Walczył  o  utrzymanie  firmy,  a  jego  życie  było  w 

rozsypce. Nie miał ani czasu, ani energii, żeby wikłać się damsko-męskie układy. Oczywiście 

panna Finnegan była miła i atrakcyjna i w bardziej sprzyjających warunkach chętnie poznałby 

ją bliżej. Ale teraz nie czas na to ani miejsce. Było zbyt wiele innych rzeczy, które wymagały 

jego stałej uwagi. 

Musiał  zrezygnować  z  tej  znajomości,  jak  i  z  wielu  innych  rzeczy  w  życiu.  Audrey 

należała do tych osób, od których lepiej się trzymać z daleka. 

Naprawdę  trudno  było  odgadnąć,  co  pójdzie  nie  tak,  jeśli  tylko  panna  Finnegan 

znajdzie  się  w  pobliżu.  Pewne  było  jedynie  to,  że  zdarzy  się  coś  nieoczekiwanego  i 

niekoniecznie miłego. 

A  dla  kogoś  takiego  jak  Wheeler,  który  starał  się  wygrzebać  z  bagna,  nawiązanie 

bliższych  kontaktów  z  kimś  takim  jak  panna  Finnegan...  Cóż,  mogło  się  to  okazać  fatalną 

mieszanką. Fatalną dla jego spraw zawodowych, jak również dla równowagi psychicznej. 

Wiedział to wszystko, a jednak nie potrafił się oprzeć jej niezaprzeczalnemu urokowi. 

Niezależnie  od  pecha,  który  prześladował  Audrey,  Wheeler  czuł  się  przy  niej  dziwnie 

bezpiecznie  i  radośnie.  Nie  mógł  też  pozbyć  się  wrażenia,  że  to  łaskawy  los  zesłał  mu  tę 

dziewczynę. 

- Jest pani gotowa? - zapytał. 

- Tak, chyba że pan się rozmyślił. 

Deszcz ustał, kiedy opuszczali jej mieszkanie. Wieczór był piękny, pełen świeżości i 

zapachu rozkwitających kwiatów. Kiedy tak szli ulicą, Wheeler ze zdumieniem stwierdził, że 

jest  trochę  onieśmielony  i  zdenerwowany.  Tak  jakby  miał  za  chwilę  zdawać  jakiś  ważny 

egzamin.  W  obecności  panny  Finnegan  poczuł  się  nagle  jak  niedoświadczony  nastolatek. 

Potrafił się zdobyć jedynie na prowadzenie grzecznościowej rozmowy. 

background image

- A więc przeprowadziła się tu pani niedawno? 

-  Dorastałam  w  Kalifornii,  ale  moja  mama  pochodzi  stąd  i  mam  tutaj  dość  liczną 

rodzinę. Odwiedzałam ich często, kiedy jeszcze byłam dzieckiem. 

Wydaje  mi  się,  że  to  dobre  miejsce  do  zamieszkania.  A  poza  tym  musiałam 

wyprowadzić się z Zachodniego Wybrzeża Po prostu nie miałam wyjścia. 

- A co zmusiło panią do wyjazdu z Kalifornii? 

- Trzęsienia ziemi. 

-  Bała  się  pani?  -  zapytał,  w  pełni  rozumiejąc  jej  stanowisko.  Popatrzyła  na  niego 

zaskoczona. 

- Ależ skąd. Wcale się nie bałam. Musiałam wyjechać, bo wywoływałam większość z 

nich. Po moim wyjeździe liczba trzęsień ziemi w tej części Kalifornii znacznie zmalała. 

Wheeler chciał jej coś odpowiedzieć, ale po chwili zdał sobie sprawę, że zupełnie nie 

ma pojęcia, jak powinien zareagować na tak dziwaczne stwierdzenie. 

- Oczywiście aktywność tornad w tym rejonie znacznie wzrosła po moim przyjeździe, 

a poza tym była jeszcze ta okropna powódź. Więc możliwe, że będę zmuszona przeprowadzić 

się gdzieś indziej. 

Zaskoczony  Wheeler  zmrużył  oczy.  Uważał,  że  trzeba  jej  wybić  z  głowy  podobne 

bzdury.  Nie  chodziło  mu  o  częstotliwość  występowania  tornad  czy  powodzi,  ale  o  pomysł 

dotyczący przeprowadzki do innej części kraju. Po prostu nie chciał, żeby Audrey wyjechała. 

Nie wiedział, dlaczego, ale nie chciał. 

-  Panno  Finnegan,  zapewniam  panią  jako  rdzenny  mieszkaniec  Louisville,  że  życie 

nad  taką  rzeką  jak  Ohio  zawsze  pociąga  za  sobą  niebezpieczeństwo  powodzi.  A  tornada 

towarzyszą  nam  od  lat.  Zawsze  tak  tu  było.  Każda  kolejna  wiosna  niesie  ze  sobą  określone 

zagrożenia  Pani  na  pewno  nie  ma  nic  wspólnego  z  tymi  zjawiskami  przyrody.  Proszę  mi 

wierzyć, takie są fakty. Naprawdę. 

Nie wyglądała na przekonaną. 

-  Jeśli  chce  pan  sobie  w  ten  sposób  poprawić  samopoczucie,  to  proszę  bardzo.  Na 

pewno nie zamierzam powiedzieć niczego, co zmieniłoby pańskie zdanie na ten temat. 

Patrzył  na  nią  w  osłupieniu.  Nigdy  dotąd  nie  spotkał  nikogo  takiego  jak  Audrey 

Finnegan. 

- No cóż, Kalifornia dużo straciła. A dla nas to czysty zysk. Jestem tego pewien. 

- Dziękuję. To miło z pańskiej strony. Przez chwilę szli w milczeniu. 

-  Czy  pan  wie,  że  pan  Skolnik  z  firmy  Davenport  zamierza  rozkręcić  własny  interes 

jeszcze przed końcem roku? 

background image

Wheeler zatrzymał się, zaskoczony. Nie planami Skolnika, ale tym, że panna Finnegan 

zna jego zamierzenia. 

- Skąd pani o tym wie? 

- Pan Skolnik mi o tym powiedział. 

- To pani go zna? - zapytał. To było zadziwiające, biorąc pod uwagę fakt, że Audrey 

mieszkała tu od niedawna. A jednak wydawała się znać niezliczoną ilość osób, i to z różnych 

kręgów. 

Pokiwała przecząco głową. 

-  Musiałam  zadzwonić  do  Davenporta,  aby  uaktualnić  ich  dane.  Wtedy  się 

poznaliśmy.  To  bardzo  sympatyczny  człowiek.  Powiedziałam  mu,  że  w  przyszłości  może 

liczyć na pańskie usługi. Sądzę, że będzie świetnym klientem. 

Wypłacalnym. 

- Dziękuję, że mnie pani poleciła. 

- Drobiazg - odpowiedziała z uśmiechem. 

Przez  resztę  wieczoru  konwersacja  nie  sprawiała  im  najmniejszego  kłopotu.  Po 

obiedzie,  podczas  którego  wszystkie  potrawy  i  napoje  zostały  skonsumowane  bez  żadnych 

przykrych  niespodzianek,  Audrey  opowiedziała  o  klątwie,  która  od  dawna  prześladuje  jej 

rodzinę.  Wheeler  nie  bardzo  wierzył  w  takie  opowieści,  choć  oczywiście  nawet  ślepiec  by 

zauważył,  że  jego  sekretarka  nie  jest  osobą  w  czepku  urodzoną.  Potem  on  opowiadał  jej  o 

swojej przeszłości. 

Jego rodzina dla odmiany zawsze miała szczęście. 

Powiedział  jej,  że  kiedy  chodził  do  szkoły  i  interesował  się  Szekspirem,  doszedł  do 

wniosku,  że  musi  być  potomkiem  jednej  z  par  kochanków  ze  „Snu  nocy  letniej”,  którzy 

zostali  pobłogosławieni  przez  dobre  wróżki.  Tylko  w  ten  sposób  potrafił  wyjaśnić 

przychylność losu zawsze sprzyjającego jego rodzinie. 

Naprawdę nie było, jego zdaniem, innego wyjaśnienia tego fenomenu. 

- Pan jest romantykiem - powiedziała Audrey, kiedy spacerkiem szli w stronę domu. - 

Tylko niepoprawny romantyk mógł wymyślić coś podobnego. 

Ś

ciemniło się i tysiące gwiazd bawiło się w chowanego z chmurami. 

Deszcz wisiał w powietrzu. Wheeler przyspieszył trochę, czując silny powiew wiatru. 

Nie  chciał,  żeby  znowu  zmokli.  Z  drugiej  jednak  strony  żałował,  że  uroczy  wieczór  z  jego 

sekretarką  powoli  dobiega  końca.  Zwłaszcza  że  upłynie  jeszcze  cały  długi  dzień,  zanim 

zobaczy ją ponownie. 

-  Jestem  romantykiem?  -  powtórzył  ze  śmiechem.  -  Ależ  skąd!  Jestem  na  to  zbyt 

background image

pragmatyczny. Romantyczne przeżycia to... 

- Co? - zapytała zaciekawiona. Wzruszył ramionami. 

- Nie wiem. Myślę, że ich nigdy dotąd nie doświadczyłem i to wszystko. 

A więc uważam, że coś takiego nie istnieje. 

Audrey roześmiała się radośnie. 

- Oczywiście, że istnieją. Trzeba tylko wiedzieć, gdzie ich szukać. Różnie to wygląda 

u różnych ludzi. Czasami same cię dopadają, a czasami musisz im wyjść naprzeciw, a nawet 

ich szukać. - Spojrzała na niego badawczo, jakby chciała się upewnić, że Wheeler dobrze ją 

rozumie.  -  Przecież  nie  chce  mi  pan  powiedzieć,  że  ktoś,  kto  pochodzi  z  tak  szczęśliwej 

rodziny,  nigdy  nie  doświadczył  romantycznych  przeżyć  -  dodała.  -  Romantyczne  przeżycia 

idą w parze ze szczęściem. Takie są fakty. 

-  No  cóż,  a  ja  ich  nigdy  nie  zaznałem  -  powtórzył  z  uporem.  Spojrzała  na  niego  z 

zainteresowaniem. 

- Nie był pan żonaty? - zapytała. 

- Nigdy. 

- A był pan kiedyś zakochany? 

- Chyba nie. 

- I nigdy nie chciał się pan zakochać? 

- Tego bym nie powiedział. 

Sam  nie  wiedział,  co  skłoniło  go  do  takiej  odpowiedzi.  Czyżby  chciał  się  zakochać? 

Tak  naprawdę  nigdy  o  tym  nie  myślał.  Miłość  wydawała  mu  się  zawsze  jedną  z  tych 

dolegliwości,  które  dopadają  człowieka  niespodziewanie,  bez  względu  na  to,  czy  się  tego 

chce, czy też nie. Miłość nadaje sens ludzkiemu życiu, tak przynajmniej uważają poeci. A kto 

nie chciałby doznać wspaniałego i płomiennego uczucia? 

Uśmiechnęła  się  do  niego.  Znowu  poczuł,  że  robi  mu  się  gorąco.  Ależ  była  piękna! 

Wydawała się promieniować jakimś wewnętrznym światłem. Była oszałamiająca. 

- A więc chce się pan zakochać - stwierdziła tonem nieznoszącym sprzeciwu. 

- Tego nie powiedziałem - odparł, nie bardzo wiedząc, jak powinien reagować na jej 

uwagi. 

Jak to się stało, że rozmowa zeszła na tak niebezpieczny temat? Parę minut wcześniej 

dyskutowali  o  tornadach,  powodziach  i  trzęsieniach  ziemi,  a  już  po  chwili  rozważali  istotę 

miłości. Ale w zasadzie te wszystkie klęski żywiołowe były równie gwałtowne i nieobliczalne 

jak porywy serca. Trzeba dać sobie z tym spokój, pomyślał, i porozmawiać o czymś innym. 

-  Typowy  mężczyzna  -  zauważyła  z  uśmiechem.  Jej  uwaga  wytrąciła  go  trochę  z 

background image

równowagi. 

- O co pani chodzi? 

- Po prostu nie potraficie się na nic zdecydować. 

- Coś takiego! Zawsze sądziłem, że to kobiety nie potrafią podjąć decyzji. 

Potrząsnęła głową. 

- Tak się powszechnie uważa. Nic bardziej mylnego. 

- A ja zawsze myślałem, że legendy to te wszystkie opowieści o wielkich bohaterach, 

gadających skałach i... 

- Po co ten sarkazm? Proszę wybaczyć,  ale przed chwilą zareagował pan jak typowy 

mężczyzna. 

Wheeler właśnie zamierzał zmusić Audrey do dalszych wyjaśnień, kiedy zauważył, że 

stoją  przed  jej  domem,  solidną  wiktoriańską  budowlą  z  czerwonej  cegły.  Wpatrywał  się  w 

budynek,  zaskoczony,  że  powrotna  droga  minęła  im  tak  szybko.  I  wtedy  pierwsza  kropla 

deszczu spadła mu na nos. Potem następna i następna. 

-  Och,  nie!  -  zawołała  panna  Finnegan  i  szybko  wbiegła  na  kamienne  schodki, 

prowadzące  na  zadaszony  ganek.  -  Niech  się  pan  pospieszy.  Znowu  zaczyna  lać.  Szybko, 

proszę wejść do środka. 

Wheeler popędził za nią po schodach, uszczęśliwiony tym, że zdążyli znaleźć się pod 

dachem, zanim dopadła ich ulewa. Rozległ się grzmot, zwiastun zbliżającej się burzy. 

Wheeler musiał przyznać, że tym razem deszcz jest mu bardzo na rękę. 

Przecież Audrey nie wygoni go w taką pogodę... 

- Ale mieliśmy szczęście - zauważył. 

- Chciał pan powiedzieć: pecha - poprawiła go. 

-  Ależ  nie!  Mieliśmy  szczęście.  Zdążyliśmy  przed  deszczem.  Jeszcze  chwila,  a 

przemoklibyśmy do suchej nitki. 

- Ale teraz pan tu ugrzązł. Przecież nie pójdzie pan w taki deszcz do domu. Zapowiada 

się na porządną burzę. 

Jakby na potwierdzenie jej słów, niebo przecięła kolejna błyskawica. 

- Ależ ja nie mam nic przeciwko temu - stwierdził zdziwiony, że naprawdę tak myśli. - 

Oczywiście, jeśli nie przeszkadza pani moje towarzystwo. 

Lubię deszcz, ale wolałbym przeczekać burzę. 

Widoczne  zdenerwowanie  Audrey  Wheeler  złożył  na  karb  coraz  gwałtowniejszej 

nawałnicy. Nawet nie przyszło mu do głowy, że jego sekretarka mogłaby być speszona jego 

towarzystwem i perspektywą wspólnego wieczoru. 

background image

-  Chyba...  nie...  Nie  mam  nic  przeciwko  temu  -  powiedziała.  -  Naprawdę.  Proszę 

wejść. Zaraz zaparzę dla nas kawę. 

ROZDZIAŁ PIĄTY 

 

- Naprawdę, panno Finnegan, nie musi pani parzyć kawy. 

- A może jednak? 

- Nie, dziękuję. Nie chcę sprawiać pani kłopotu. 

Gdy Audrey z westchnieniem zamykała drzwi, rozległ się kolejny grzmot. 

Był  tak  głośny,  że  aż  podskoczyła.  Jednak  to  nie  pioruny  były  prawdziwą  przyczyną 

jej zdenerwowania. 

Weszła  do  pokoju  i  zapaliła  lampę.  Rush  podążył  za  nią.  Słyszała  jego  kroki  tuż  za 

sobą. Kiedy obróciła się, miała wrażenie, że jest wyższy niż zwykle. 

Swobodny i odprężony. Spojrzała na niego jeszcze raz... 

Wyglądał naprawdę wspaniale! 

Stała nad przepaścią. Znalazła się nad nią w chwili, w której otworzyła drzwi i ujrzała 

Rusha. Spotkała się z jego wzrokiem... Wobec magicznej siły tego spojrzenia była bezradna. 

Te niepokojące dreszcze... Rush, inny niż zazwyczaj, zrelaksowany i pogodny, zdawał się nią 

zawłaszczać przez samą swą obecność. 

Tyle razy fantazjowała na jego temat, pofantazjuje i teraz. Nie ma to, co prawda, zbyt 

wiele  wspólnego  z  rzeczywistością,  ale  cóż  to  szkodzi.  Za  chwilę  połączą  się  w  gorącym 

uścisku  i  wyznają  sobie  miłość.  Wreszcie  przestaną  się  kryć  ze  swoimi  uczuciami.  Na  tym 

polega  uroda  życia,  by  mówić  drugiej  osobie  „kocham”,  patrząc  jej  prosto  w  oczy.  Audrey 

marzyła o takiej chwili od dwóch tygodni. O tym samym śniła w tej chwili. Przymknęła oczy. 

Będziemy razem żyć długo i szczęśliwie, pomyślała. I otworzyła oczy. 

Lampa  świeciła  ostro  i  ani  myślała  zgasnąć.  Audrey  była  naprawdę  pechową  osobą. 

Tyle  razy  przeżyła  awarię  prądu,  z  powodu  nagłych  ciemności  nabijała  sobie  guzy  i  tłukła 

naczynia.  I  wymyślała  coraz  to  wspanialsze,  skomplikowane  przekleństwa.  Lecz  kiedy  ten 

jeden jedyny raz elektrownia mogła się jej tak wspaniale przysłużyć, agregaty pracowały bez 

zarzutu. Lampa, ta cholerna przyzwoitka, z każdą chwilą zdawała się świecić coraz jaśniej. 

No  cóż,  westchnęła  Audrey  w  duchu.  Tak  naprawdę  mogła  liczyć  co  najwyżej  na 

wspólną kawę. Ale Rush nawet tego odmówił. 

- Dlaczego nie powiedziała mi pani o przeprowadzce? - powiedział z lekką pretensją 

w głosie, wskazując na nierozpakowane pudła. - Z radością pomógłbym pani. 

background image

-  Och,  bardzo  dziękuję,  ale  poradziłam  sobie  -  odpowiedziała  i  natychmiast 

zaniepokoiła  się  dziwnym  brzmieniem  własnego  głosu.  -  Pomogli  mi  moi  kuzyni,  wszystko 

więc poszło gładko. 

Ta  rozmowa  nie  miała  sensu.  Zastępcze  słowa,  sztuczne  uśmiechy.  A  tak  naprawdę 

atmosfera  pęczniała  od  emocji.  Burza  za  oknem  i  burza  w  pokoju.  Jak  długo  można  to 

wytrzymać? Audrey modliła się w duchu o to, by deszcz wreszcie przestał padać. Była spięta 

do ostatnich granic. Za chwilę przestanie odpowiadać za swoje czyny. 

Jednak aura była nieubłagana. Burza rozszalała się na dobre. Waliły pioruny, a woda 

opadała na ziemię potężną lawą. Wiatr wściekle tłukł o szyby i z furią łamał drzewa. 

-  No  cóż  -  zaczęła  Audrey,  by  przerwać  milczenie.  -  To  fatalne,  że  jeszcze  nie  mam 

kablówki. Moglibyśmy obejrzeć prognozę pogody i dowiedzieć się, co nas czeka. 

Nie miała kablówki, bo nie miała pieniędzy, ale to był tylko jej problem. 

Również  tylko  jej  problemem  było  to,  jak  długo  utrzyma  się  na  posadzie  w  firmie 

Rusha. Była to jej trzynasta praca. Z poprzednich dwunastu wylatywała z hukiem, bowiem jej 

nieodłączny towarzysz, pech, zawsze tak narozrabiał, iż pracodawcy nie mieli innego wyjścia, 

jak tylko wyrzucić Audrey na bruk. A teraz po raz pierwszy miała nadzieję, że zakotwiczyła 

się  na  dłużej.  Była  to  jej  wielka,  życiowa  szansa.  Niestety,  nastąpiła  drobna  komplikacja: 

chyba zakochała się w szefie. A on ma chyba na nią ochotę. Wystarczy jeden gest... i będzie 

po  sprawie.  Przeżyją  miłe  chwile,  a  potem  odezwie  się  proza  życia:  szukanie  czternastej 

posady. 

Nie wolno jej o tym zapominać. 

Rush natomiast promieniał. 

-  Nie  ma  czym  się  przejmować  -  powiedział.  -  Jestem  pewny,  że  burza  wkrótce  się 

skończy. 

Ale  chyba  nie  o  tym  marzył.  Zdradzały  go  wysyłane  fluidy.  Biedna  Audrey  z  coraz 

większym  trudem  panowała  nad  swoimi  emocjami  i  ciałem.  Jej  serce  wyprawiało  dziwne 

harce,  płucom  brakowało  powietrza.  Z  przerażeniem  stwierdziła,  że  jej  niezłomne  zasady 

dotyczące seksu zaczynają rozpadać się w gruz... 

-  Wie  pan...  myślę,  że  mógłby  mi  pan  jednak  pomóc  -  wydusiła  z  siebie  i  na 

sztywnych nogach podeszła do kanapy. - Doszłam do wniosku, że ona tu zupełnie nie pasuje. 

Będzie lepiej wyglądała pod oknem, nie sądzi pan? 

Perfidny kłamca! Przez chwilę udawał, że rozważa ten poważny problem. 

- Sądzę, że ma pani rację. 

-  Myślę,  że  we  dwójkę  damy  radę  ją  przesunąć.  Wheeler  machnął  ręką,  jakby  się 

background image

opędzał od uprzykrzonej muchy. 

- Panno Finnegan, sam ją przesunę. 

- Ale ona jest bardzo ciężka. Uśmiechnął się z politowaniem. 

- Proszę mi tylko pozwolić. 

Z  rozmachem  uniósł  kanapę  i  zaczął  przesuwać  ją  w  stronę  okna.  I  gdy  niewiele  już 

dzieliło go od osiągnięcia celu, nagle, jak diabeł z pudełka, skądś wyskoczyły dwa walczące 

ze sobą koty. Roxanne i Marco przemknęły przez pokój z szybkością światła, celując prosto 

w  stopy  Rusha,  który  runął  na  plecy,  a  kanapa  przygniotła  mu  nogi.  Wheeler  ryknął  basem, 

Audrey pisnęła sopranem, zaś koty miauknęły przeraźliwie - i znikły. 

Panna Finnegan natychmiast uniosła kanapę i Rush wydostał się spod niej. 

-  Och,  bardzo  przepraszam  -  wyjąkała.  -  Tak  strasznie  mi  przykro.  Nie  mogę 

uwierzyć,  że  Roxanne  i  Marco  zrobiły  coś  podobnego.  Nic  się  panu  nie  stało?  Może  pan 

wstać? 

Czy już mam mu wręczyć swoją rezygnację, czy pozwolić, żeby mnie wylał z roboty 

jutro z samego rana, zastanawiała się w panice. 

Wheeler  zacisnął  zęby  z  bólu,  ale  wiedział,  że  powinien  jakoś  zareagować  na  jej 

troskliwe pytania. 

-  Wszystko  w  porządku  -  wydusił  w  końcu  z  siebie.  -  Chyba  niczego  sobie  nie 

złamałem. Ale jeśli nie zrobi to pani różnicy, chwilę tu posiedzę. 

Powinienem trochę ochłonąć. To nie było zbyt przyjemne wydarzenie. 

-  Tak  mi  przykro  -  powtórzyła  Audrey  raz  jeszcze,  przygryzając  wargę.  -  A  może 

przyniosę lodu? 

- Dobry pomysł. Dziękuję. 

Wdzięczna, że nareszcie może coś dla niego zrobić, rzuciła się do kuchni i napełniła 

lodem dwa woreczki śniadaniowe. Potem zawinęła je w ręcznik i wróciła do pokoju. Jej gość 

przeniósł się już na kanapę i delikatnie masował potłuczone miejsca. 

-  Dziękuję  -  powiedział,  kiedy  podała  mu  woreczki.  Obłożył  nogi  lodem,  cały  czas 

unikając wzroku Audrey. 

- Drobiazg - odpowiedziała odruchowo. A po chwili znowu zaczęła go przepraszać. 

- Przecież to nie pani wina, panno Finnegan. 

Audrey miała wrażenie, że jej szef wcale nie wierzy w to, co mówi. 

Usiadła na kanapie, jak najdalej od Rusha. 

- Za karę Roxanne i Marco nie dostaną dzisiaj kolacji. Wciąż nie mogę uwierzyć, że 

moje koty zrobiły coś podobnego. 

background image

Westchnął ciężko. 

- Proszę tego nie robić. Przecież to był wypadek. Nie zrobiły tego celowo. 

- Widać, że nigdy nie miał pan kotów, panie Rush. 

- To prawda, nie miałem. 

- Więc nie wie pan, do czego są zdolne. 

- Proszę mi obiecać, że zostawi pani tę kanapę tam, gdzie teraz stoi. 

Uśmiechnęła się do niego z wdzięcznością. 

-  Oczywiście,  w  tym  miejscu  wygląda  wspaniale.  Dziękuję.  To  bardzo  uprzejme  z 

pana strony, że mi pan pomógł, i to z narażeniem własnego zdrowia. 

I  wtedy  zawładnął  nią  instynkt.  Spontanicznie  pochyliła  się  i  delikatnie  pocałowała 

Rusha w policzek. 

Natychmiast  zrozumiała,  jak  wielki  popełniła  błąd.  I  nie  dlatego,  że  zachowała  się 

niestosownie, ale dlatego, że chciałaby zrobić to jeszcze raz i jeszcze raz... 

Twarz jej płonęła. Musi natychmiast zapanować nad sobą! Nie mogła uwierzyć w to, 

co  zrobiła  przed  chwilą.  Próbowała  odsunąć  się  w  najdalszy  kącik  kanapy,  ale  niestety, 

okazało się to niemożliwe. 

Bowiem poczuła na swoich dłoniach rękę szefa. Popatrzyła mu w oczy. 

Był w nich taki sam ogień, który bez wątpienia płonął również w niej. 

Przez  długą  chwilę  żadne  z  nich  nawet  nie  drgnęło.  Patrzyli  tylko  na  siebie  ze 

zdumieniem.  Co  tu  się  dzieje?  I  wtedy  poczuła,  jak  delikatnie  gładzi  jej  szyję.  A  potem 

powoli, bardzo powoli przyciągnął jej twarz do swoich ust. 

W żaden sposób nie mogła uniknąć tego pocałunku. Ale trzeba też uczciwie przyznać, 

ż

e jej opór był równy zeru. 

Kiedy dotknął wargami jej ust, świat po prostu zwariował. Z trudem opanowała się, by 

nie przylgnąć do Rusha całym ciałem. Choć bardzo tego pragnęła, bała się, że wystraszony jej 

dziką namiętnością, przestanie ją całować. 

Wciąż  czuła  jego  delikatne  palce  na  swoich  włosach  i  karku.  Przenikały  ją  dreszcze. 

Nie  była  w  stanie  dłużej  panować  nad  sobą.  Z  cichym  westchnieniem  poddała  się  jego 

pieszczocie. 

Natychmiast  zareagował  na  jej  cichą  zachętę,  obejmując  Audrey  w  talii.  A  ona 

oddawała mu się całą sobą. 

Nareszcie spełniało się jej marzenie, które nawiedziło ją już w pierwszym dniu pracy. 

Delikatnie  przesuwała  palcami  po  wspaniałych  włosach  Wheelera  i  z  wielką  namiętnością 

oddawała mu pocałunki. 

background image

Pociągnął ją za sobą na kanapę. Nie chciała myśleć o niczym. Badali wzajemnie swoje 

ciała. To, co czuli, było tak niewiarygodne, tak silne. Pragnęli być ze sobą i wydawało się, że 

już nic nie może im w tym przeszkodzić. 

- Och! - zawołała Audrey w zachwycie. - Och, panie Rush... 

Dźwięk  własnego  nazwiska  i  oficjalna  forma  „pan”,  użyta  w  tak  intymnej  sytuacji, 

całkowicie  zmroziły  Wheelera.  Znów  stali  się  dla  siebie  obcymi  ludźmi.  Wpatrywał  się  w 

Audrey z przerażeniem w oczach. 

Zamarła,  a  jej  serce  rozpadło  się  na  milion  kawałków.  Przed  chwilą  był  czuły  i 

namiętny, a teraz... Nie rozumiała, co się stało. I nagle wszystko pojęła. 

Wheeler żałuje chwilowego impulsu, uważa, że popełnił niewybaczalny błąd. 

Szybkim ruchem odsunął ją od siebie i usiadł w drugim końcu kanapy. 

Zakrył twarz rękoma. Zrobiło mu się strasznie głupio. 

Audrey  nie  wiedziała,  co  robić.  Już  zaczynały  się  spełniać  jej  najbardziej  skryte 

marzenia,  lecz  nagle  wszystko  się  skończyło  i  pozostał  tylko  wstyd.  Na  usta  cisnęły  się  jej 

słowa przeprosin. Wsunęła się w najdalszy róg kanapy. A może spróbować wszystko obrócić 

w żart? 

- Chyba - powiedziała - oznacza to, że czuje się pan lepiej. Uprzejmie skinął głową. 

- O, tak. Dziękuję. Przynajmniej nie czuję takiego bólu w nogach. 

- To już coś - ucieszyła się Audrey. Westchnął głęboko. 

- Rzeczywiście. 

- Panie Rush, ja... 

Popatrzył  na  nią.  Wyraz  rozpaczy  na  jego  twarzy  po  prostu  zamknął  jej  usta.  Nie 

wiedziała,  co  powiedzieć.  Na  szczęście  nie  patrzył  jej  w  oczy.  Wbił  wzrok  w  ścianę,  gdzieś 

ponad jej głową. 

- Myślę, że po tym wszystkim, co wydarzyło się dzisiejszego wieczoru, lepiej będzie, 

jeśli zaczniesz mówić do mnie Wheeler. 

Uśmiechnęła  się  z  nadzieją,  że  nie  wszystko  stracone.  A  w  każdym  razie,  że  jeszcze 

nie straciła posady. 

-  A  ty  nazywaj  mnie  Audrey.  Prawdę  mówiąc,  wprost  nie  znoszę,  gdy  mówisz  do 

mnie „panno Finnegan”. Czuję się wtedy jak jakaś dziedziczka albo nauczycielka ze szkółki 

niedzielnej, a w każdym razie jak ktoś, kim na pewno nie jestem - stwierdziła. 

Parsknął śmiechem i nareszcie na nią spojrzał. 

- Zgoda, Audrey. 

Odniosła  wrażenie,  że  nazywanie  jej  po  imieniu  sprawia  mu  wyraźną  przyjemność. 

background image

Wywnioskowała  to  z  błysków  w  jego  oczach,  z  miękkiej  modulacji  głosu  i  ciepłego 

uśmiechu. W każdym razie sposób, w jaki wymawiał jej imię, zabrzmiał jak kołysanka. 

-  Rozumiem,  że  to  już  ustaliliśmy  -  powiedział  z  powagą.  -  Mam  na  myśli  imię,  bo 

jeśli chodzi o całą resztę, to... 

Zamilkł, ale Audrey dobrze rozumiała, co miał na myśli. Naprawdę trudno było o tym 

rozmawiać. Szczególnie gdy parę minut temu znajdowali się w tak niedwuznacznej sytuacji. 

Najlepiej było o tym zapomnieć. 

- Panie Rush, ja... 

- Wheeler - poprawił ją szybko. Przełknęła ślinę. 

- Więc, Wheeler - zaczęła znowu, niezadowolona z tego, jak jego imię zabrzmiało w 

jej ustach. - To co się wydarzyło dzisiejszego wieczoru... Chcę powiedzieć... że... Próbuję ci 

wytłumaczyć... 

Westchnęła  ciężko,  przesunęła  dłonią  po  włosach  i  postanowiła  spróbować  jeszcze 

raz. 

-  Czasami  -  powiedziała  łagodnie,  z  nadzieją  w  głosie  -  takie  rzeczy  się  zdarzają,  a 

jeśli będziesz próbował zrozumieć, dlaczego, to i tak do niczego nie dojdziesz. Zrzućmy więc 

to na burzę i cudowną kolację, i dajmy sobie spokój. 

Jeżeli chcesz, możemy się umówić, że po prostu nic się nie stało. I nigdy nie będziemy 

do tego wracać. 

Spojrzał na nią zdumiony. 

- Sądzisz, że będziesz w stanie o tym zapomnieć? Szybko skinęła głową. 

Zbyt szybko. Żadne z nich nie miało wątpliwości, że Audrey kłamie. 

- Oczywiście, że tak. Mogę o tym zapomnieć. A ty nie? Zawahał się przez chwilę,  a 

potem powoli skinął głową. 

-  Tak  -  powiedział,  kłamiąc  w  żywe  oczy.  -  Ja  również  mogę  o  tym  zapomnieć. 

Będziemy po prostu... Będziemy udawać, że nic takiego nie miało miejsca - dokończył tonem, 

który wskazywał na to, że wcale nie jest pewny tego, co mówi. 

- W takim razie nie ma żadnego problemu - ucieszyła się. 

- Nie... nie wspomnimy o tym już nigdy więcej. - Spojrzał przez okno. - Wygląda na 

to, że niebo się przejaśnia. - Huk grzmotu wyraźnie wskazywał na to, że burza się nasila. - A 

więc czas na mnie. 

Skinęła głową i podniosła się, kiedy ruszył w stronę drzwi. Wszedł do kuchni, wrzucił 

woreczki z lodem do zlewu i podszedł do wyjścia. 

- Wygląda na to, że nic mi nie jest - stwierdził, kiedy udało mu się przebyć ten dystans 

background image

bez większych problemów. 

Audrey zmusiła się do uśmiechu. 

- Miło to słyszeć. Dopiero za dwa dni będziesz musiał iść do pracy, więc zdążysz się 

wykurować. 

- Do zobaczenia w poniedziałek rano, Audrey. 

- Do zobaczenia, Wheeler. 

Próbowała  coś  jeszcze  dodać,  aby  przerwać  ciszę,  która  zapadła.  Ale  nie  mogła 

wymyślić nic odpowiedniego. Stała więc w progu mieszkania i wpatrywała się w swego szefa 

z  niepewną  miną.  Marzyła  o  tym,  żeby  wszystko  potoczyło  się  inaczej.  Chciałaby  tylko 

zrozumieć choć w części to, co zaszło między nimi. Pragnęła też wiedzieć, co ich tak silnie ze 

sobą związało. 

Wheeler wyszedł na klatkę i uśmiechnął się do niej przez ramię. 

- Dobranoc, Audrey. 

- Dobranoc. I... dziękuję za wszystko. 

Kiedy  zniknął,  zamknęła  drzwi  i  oparła  się  o  nie.  Musi  to  wszystko  przemyśleć.  Od 

kiedy ich wzajemne stosunki uległy tak radykalnej zmianie? 

Męczyło  ją  również  pytanie,  dlaczego  Rush  tak  nagle  wycofał  się,  gdy  wreszcie  coś 

zaczynało się dziać.. 

Miała  ochotę  pociągnąć  to  dalej.  Chciałaby  zobaczyć,  dokąd  ich  to  zaprowadzi.  Ale 

chociaż  on  zaczął  to  wszystko,  nagle  zmienił  zdanie.  A  ona,  jak  najzwyklejszy  tchórz,  nie 

miała odwagi dowiedzieć się, dlaczego. Może po prostu nie chciała wiedzieć. 

Audrey miała pewne doświadczenie, zarówno życiowe, jak i miłosne. 

Wiedziała,  że  mężczyźni  potrafią  być  całkowicie  nieobliczalni.  Nie  miała  za  sobą 

wielu  romansów,  ale  i  tak  było  ich  wystarczająco  dużo,  by  doszła  do  wniosku,  że  nigdy  nie 

zrozumie, o co im naprawdę chodzi. Zawsze jednak udawało jej się pójść na jakiś kompromis, 

który był do zaakceptowania przez obie strony. Jednakże w przypadku Wheelera... 

Cóż, stanowił dla niej jedną wielką niewiadomą. 

Nadal  głowiła  się  nad  tym  trudnym  problemem,  kiedy  spojrzała  na  prezent,  który 

Wheeler  jej  przyniósł,  a  którego  nie  zdążyła  do  tej  pory  rozpakować.  Mała,  kwadratowa, 

gustownie  zapakowana  -  na  pewno  w  jakimś  domu  towarowym  albo  butiku  -  paczka 

wyglądała tak ładnie, leżąc na kuchennym stole, jakby pytała: no i na co czekasz? 

- Nie - powiedziała głośno. - Nie czekam na nic. 

Podeszła do stołu i po chwili wahania gwałtownie rozerwała opakowanie. 

W  środku  był  jakiś  przedmiot  zawinięty  w  białą  bibułkę.  Bardzo  zaintrygowana, 

background image

powoli zaczęła ją rozwijać. Kiedy w końcu zobaczyła swój prezent, roześmiała się radośnie. 

Ceramiczna  podkowa!  Była  trochę  większa  od  dłoni,  pomalowana  na  biało  i 

udekorowana czterolistnymi koniczynkami. Do prezentu doczepiona była karteczka. 

Szybko  wyjęła  ją  z  koperty  i  przeczytała:  „Dziękuję  za  szczęście,  jakie  mi  pani 

przyniosła. Proszę powiesić ją nad drzwiami wejściowymi, końcami do góry, żeby odpędzić 

pecha.  Tak,  w  każdym  razie,  zawsze  powtarzała  mi  moja  matka.  Dziękuję  za  tak  wiele. 

Witamy w sąsiedztwie. 

Z poważaniem, Wheeler Rush”. 

Audrey stała w kuchni, trzymając podkowę tak, jakby to były królewski klejnot. Przez 

głowę przebiegła jej myśl, że jeśli chodzi o szefa, naprawdę ma szczęście. 

Tylko fatalnie się składa, iż Wheeler zatrudnił ją jedynie na umowę zlecenie. 

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

 

Minęły  dwa  miesiące  od  owego  deszczowego  wieczoru,  który  Wheeler  spędził  w 

towarzystwie  swojej  sekretarki.  Niezbyt  często  wracał  myślami  do  tego  romantycznego 

spotkania,  i  to  nie  tylko  z  powodu  natłoku  zajęć.  Chociaż  niewątpliwie  były  to  miłe 

wspomnienia,  to  jednak  nieuchronnie  prowadziły  do  snucia  marzeń  i  fantazji  na  temat 

Audrey, co Wheeler uważał za wysoce nieodpowiednie i niebezpieczne. Nie powinien w taki 

sposób rozmyślać o kobiecie, która była jego podwładną. 

Nadal  nie  potrafił  zrozumieć,  jaka  siła  popchnęła  go  tamtego  wieczoru  do  tak 

nieodpowiedzialnego  zachowania.  Może  winna  była  temu  sama  bliskość  Audrey  i  jej 

niezaprzeczalny urok, któremu nie był w stanie się oprzeć. 

Ilekroć o tym rozmyślał, zawsze opanowywało go niezdrowe podniecenie. 

Było  to  tym  bardziej  irytujące,  że  Wheeler  powinien  się  teraz  skupić  wyłącznie  na 

pracy. 

Podpisanie umowy z Bernardi Electronics stało się punktem zwrotnym w jego walce o 

utrzymanie firmy. Nagle wszystko zaczęło iść jak po maśle. 

Wheeler aż kipiał od pomysłów, w  efekcie  czego otrzymywał zlecenie za zleceniem. 

Jego sytuacja finansowa w bardzo krótkim czasie poprawiła się do tego stopnia, że można już 

było mówić o sukcesie. 

Miejscowe  firmy  walczyły  o  to,  by  podpisać  z  nim  kontrakt.  Po  miesiącu  musiał 

ponownie  zatrudnić  swoich  byłych  współpracowników,  bo  sam  nie  dawał  już  rady.  A  kiedy 

po  dwóch  miesiącach  skontaktował  się  ze  swoją  byłą  sekretarką,  dowiedział  się,  że  Rosalie 

background image

jest gotowa zacząć pracę od zaraz. 

Wyglądało na to, że zła passa opuściła Wheelera i że nareszcie będzie mógł rozwinąć 

skrzydła. 

Przede wszystkim potrzebował sprawnego i kompetentnego personelu. 

Oczywiście Audrey jakoś sobie radziła ze zwiększającą się ilością obowiązków, ale... 

była to po prostu tylko Audrey, niezbyt zręczna istota, którą prześladował wieczny pech. Na 

dywaniku w gabinecie pojawiały się kolejne plamy, a różne drobiazgi marnie kończyły swój 

ż

ywot  w  wyniku  nieokiełznanego  temperamentu  panny  Finnegan.  Wheelera  oczywiście  stać 

było na zatrudnienie sprzątaczki, jednak po smutnych doświadczeniach sprzed paru miesięcy 

jak  ognia  bał  się  wszelkich  niepotrzebnych  wydatków.  Dokumenty,  których  ilość  wzrastała 

teraz  w  iście  niepokojącym  tempie,  zostały  wprawdzie  schowane  w  nowych  szafkach,  ale 

nadal poukładane były według kodu zrozumiałego wyłącznie dla Audrey. Urządzenia biurowe 

psuły  się  z  tą  samą,  a  może  i  nawet  większą  częstotliwością  niż  wcześniej,  ale  teraz  można 

było  zatrudnić  technika,  który  zjawiał  się  w  biurze  na  każde  zawołanie.  Wheeler  przez  cały 

czas bardzo pilnował wydatków, mając w pamięci dramatyczną sytuację finansową, w jakiej 

się znalazł kilka miesięcy temu. 

Ostrożność przede wszystkim, często powtarzał sobie w duchu. Nie chciał już więcej 

ż

adnych kłopotów, a przy Audrey wydawały się one nieuniknione. 

Lubił  Audrey,  zapewne  bardziej  niżby  należało,  ale  każdy  kolejny  dzień  jej  pracy 

przynosił  małą,  a  czasami  nawet  dość  sporą,  katastrofę.  Wheeler  na  początku  dość 

pobłażliwie  traktował  kolejne  wpadki  panny  Finnegan,  lecz  głównie  dlatego,  że  nie  mógł 

sobie  pozwolić  na  inną  sekretarkę.  Poza  tym  jego  firma  była  wtedy  na  skraju  bankructwa  i 

pech Audrey wydawał mu się niczym w porównaniu z tym, co spotkało jego samego. 

Teraz jednak jego firma znowu była na szczycie. Wheeler chciał mieć pewność, że nie 

zaniedba niczego, by nigdy więcej nie popaść w tarapaty. 

Każdy nowy kontrakt to dodatkowa praca dla Audrey. I chociaż klienci ją lubili - była 

czarującą,  przemiłą  osóbką  -  nie  takiej  sekretarki  życzyłby  sobie  Rush  dla  swojej  świetnie 

prosperującej firmy. 

Potrzebował  kogoś,  kto  potrafiłby  napisać  więcej  niż  siedemnaście  słów  na  minutę. 

Kogoś, kto wiedziałby, jak wejść do pamięci komputera bez uszkadzania systemu. Kogoś, kto 

prowadziłby rejestr spraw według zasad zrozumiałych dla zwykłych śmiertelników, a nie na 

zasadzie wolnych skojarzeń. 

Uniemożliwiało to pozostałym pracownikom odnalezienie czegokolwiek. 

Potrzebował  kogoś,  kto  choć  trochę  orientowałby  się,  na  czym  polega  praca  tego 

background image

biura. No i w końcu bardzo potrzebował sekretarki, która potrafiłaby zaparzyć nadającą się do 

spożycia kawę. 

Chociaż Wheeler powtarzał sobie od jakiegoś czasu, że musi się rozstać z Audrey, nie 

bardzo  miał  odwagę  powiedzieć  jej  to  prosto  w  twarz.  Wreszcie  jednego  wieczoru  został  w 

biurze  dłużej.  Napisał  rozwiązanie  umowy.  Wystawił  czek  na  dodatkową,  zupełnie  sporą 

kwotę w ramach odprawy, chociaż wcale nie był do tego zobowiązany, gdyż panna Finnegan 

nie  była  jego  stałym  pracownikiem.  Pozostawało  tylko  powiadomienie  o  wszystkim  samej 

zainteresowanej. Zamierzał powiedzieć Audrey, że bardzo wiele jej zawdzięcza, bo odegrała 

ważną rolę w poprawie kondycji firmy, i że będzie mu jej bardzo brakowało. 

W  końcu  w  piątek  po  południu  poprosił  ją  do  siebie.  Weszła  do  jego  biura  radośnie 

uśmiechnięta.  Ubrana  była  na  turkusowo,  począwszy  od  apaszki  na  szyi,  a  skończywszy  na 

butach.  Od  tamtej  pamiętnej  soboty  nosiła  rozpuszczone  włosy.  Wyglądała  wspaniale. 

Wheeler  przez  chwilę  chciał  się  wycofać  z  podjętej  decyzji,  jednak  rozsądek  przeważył  nad 

porywami serca. Poprosił, żeby usiadła. Nie bardzo wiedział, od czego zacząć, a jej wygląd i 

uśmiech  wyraźnie  go  rozpraszały.  Sam  usiadł  na  skraju  biurka.  Powinien  wyjaśnić  jej 

wszystko krótko i zwięźle, żeby nie było żadnych wątpliwości. 

-  Audrey  -  powiedział.  -  Byłaś  niezwykle  cennym  nabytkiem  dla  mojej  firmy  i  nie 

wiem, jak ci mam dziękować za pomoc, którą mi okazałaś. 

Spojrzała na niego badawczo. 

- Domyślam się, że jest jakieś „ale”. 

Pokiwał głową i przygryzł wargi. Czuł się jak świnia. 

-  Masz  rację.  Byłaś  wspaniała,  ale  firma  znalazła  się  na  takim  etapie,  że  muszę 

zatrudnić  na  twoim  stanowisku  kogoś  innego.  Kogoś,  kto  lepiej  orientuje  się  w  niektórych 

sprawach. Kogoś, kto... 

- Kogoś, kto nie tłucze naczyń - wpadła mu w słowo. - Kogoś, kto nie rozlewa kawy, 

nie przewraca się i nie psuje sprzętu. 

W jej głosie nie było złości, tylko smutek. 

- Audrey, ja... 

-  Daj  spokój  -  przerwała  mu.  -  Naprawdę  nie  musisz  tłumaczyć  się  przede  mną. 

Dobrze wiedziałam, że to zajęcie jest tymczasowe. I tak jestem zdziwiona, że pozbywasz się 

mnie dopiero teraz. Po tych wszystkich katastrofach, które spowodowałam. 

Uśmiechnął się na wspomnienie tych chwil. 

-  Naprawdę  potrzebuję  kogoś  bardziej  doświadczonego,  ale  pracowało  mi  się  z  tobą 

cudownie. 

background image

Audrey pokiwała głową ze zrozumieniem, ale miał wrażenie, że mu nie uwierzyła. 

- Dziękuję - powiedziała, wstając. - To ładnie z twojej strony, że to powiedziałeś. 

Chwycił kopertę z biurka i podał jej. 

- To list z referencjami do agencji, w którym informuję, jak bardzo zadowolony jestem 

z naszej współpracy. 

-  Dziękuję.  Nigdy  w  życiu  nie  przypuszczałam,  że  dostanę  kiedyś  dobre  referencje. 

Spotyka mnie to po raz pierwszy w życiu. 

Wheeler zaczął coś mówić, ale po chwili głos uwiązł mu w gardle. Nie przypuszczał, 

ż

e  tak  bardzo  przeżyje  rozstanie  z  Audrey.  Powoli  narastał  w  nim  jakiś  wewnętrzny  bunt. 

Nagle  zrozumiał,  jak  bardzo  czekał  każdego  ranka  na  pojawienie  się  Audrey.  I  na  to,  żeby 

przez chwilę z nią pogadać. Również i na to, żeby z nią po prostu trochę pobyć. 

Ale  nie  miał  wyboru.  Bezwzględnie  potrzebował  dobrej  sekretarki.  A  Audrey  z 

pewnością nią nie była. 

Wskazał głową kopertę. 

- Tam jest dla ciebie małe co nieco. Spojrzała na niego zmieszana. 

- Co masz na myśli? Machnął ręką, zażenowany. 

- Parę groszy ekstra. Skromne podziękowanie z mojej strony. To wszystko. 

Patrzyła na niego ze zdziwieniem. 

- Och, rozumiem! Pieniądze? 

Szybko  skinął  głową,  czując  dziwne  rozdrażnienie,  którego  pochodzenia  nie  potrafił 

sobie wytłumaczyć. Premia wydawała mu się jeszcze przed chwilą dobrym pomysłem. Miłym 

gestem  i  dowodem  uznania.  Teraz  jednak  ofiarowanie  Audrey  pieniędzy  wydawało  mu  się 

niezręcznością. Po prostu gafą. 

I kolejny raz nie mógł zrozumieć, co jest źródłem tego typu wątpliwości. 

Przecież nie była to zapłata za zbliżenie, bo do niczego między nimi nie doszło. 

I  tak  naprawdę  prawie  się  nie  znali.  Więc  co  tu  mówić  o  jakichś  intymnych 

stosunkach. 

Chyba  żeby  uwzględnić  wszystkie  jego  fantazje  i  marzenia.  Tyle  tego  było,  że 

wystarczyłoby dla co najmniej kilku kochających się par. Wheeler nigdy nie podejrzewał, że 

ma aż tak bujną wyobraźnię. 

Zgoda,  może  myślał  o  Audrey  przez  te  ostatnie  miesiące  dużo  więcej,  niż  powinien. 

Ale to chyba żadna zbrodnia. Był młodym, zdrowym mężczyzną i takie odczucia w stosunku 

do  pięknej  kobiety  były  rzeczą  jak  najbardziej  naturalną.  Nie  rozumiał  tylko,  dlaczego 

wręczając  jej  kopertę,  czuł  się  tak  niezręcznie.  Tak,  jakby  robił  coś  złego.  A  potem  po  raz 

background image

kolejny jego wyobraźnia zupełnie wymknęła się spod kontroli i zaczęła wariować. Kochali się 

z  Audrey  wszędzie.  Na  jego  biurku,  na  poplamionym  chodniczku  w  jego  gabinecie  i  na 

każdym  sprzęcie  w  jej  mieszkaniu.  To  było  czyste  szaleństwo,  dobrze  chociaż,  że  przez 

chwilę wyobrażał ich sobie razem na Karaibach, bo to wydawało mu się jakby trochę bardziej 

normalne. 

-...ale nie jest to dla mnie żadnym zaskoczeniem, że mogłeś tak sobie pomyśleć. - Głos 

Audrey wyrwał Wheelera z krainy marzeń. 

Dopiero  wtedy  zdał  sobie  sprawę,  że  dziewczyna  mówi  do  niego  już  od  jakiegoś 

czasu, a on nie usłyszał  z tego ani jednego słowa. Spojrzał na nią z zakłopotaniem, a potem 

potrząsnął głową, jakby chciał się pozbyć natrętnych myśli. 

Po chwili popatrzył jej prosto w oczy. Chyba zwariowałem, pomyślał, przecież przez 

ostatnie kilka minut wyobrażałem sobie ją całkiem nagą, w dodatku w bardzo jednoznacznej 

sytuacji. 

- Przepraszam. Co mówiłaś? Myślałem zupełnie o czymś innym. 

Kiedy  ich  spojrzenia  spotkały  się,  na  policzkach  Audrey  wykwitły  mocne  rumieńce, 

tak jakby dobrze wiedziała, czego dotyczyły myśli Wheelera. 

- No cóż... To już nieważne - stwierdziła cichym głosem. 

Popatrzyła na kopertę i przełożyła ją z ręki do ręki. Nie bardzo wiedziała, co ma z nią 

zrobić. Spojrzała na Wheelera i wtedy doświadczył dziwnego uczucia.  Miał wrażenie, jakby 

jego serce ważyło tonę. 

-  Więc...  -  powiedziała,  kierując  się  z  ociąganiem  w  stronę  drzwi.  Może  po  prostu 

spodziewała się, że Wheeler ma jej jeszcze coś do powiedzenia. Kiedy stało się oczywiste, że 

czeka na próżno, dodała: - Dziękuję ci bardzo. Dziękuję za wszystko. 

-  Drobiazg  -  odpowiedział  odruchowo.  Czuł,  że  powinien  coś  zrobić,  ale  nic 

sensownego nie przychodziło mu do głowy. Więc jeszcze raz podziękował Audrey za to, co 

dla niego zrobiła. 

- Daj spokój - przerwała mu. Skinął głową i zamilkł. 

Uśmiechnęła  się  do  niego  na  pożegnanie  i  otworzyła  drzwi.  Patrzył,  jak  wychodzi,  i 

myślał cały  czas o tym,  że zapomniał jej o czymś powiedzieć. O czymś  bardzo ważnym, co 

zatrzymałoby ją chociaż na krótką chwilę. Chciał jeszcze raz spojrzeć tej dziewczynie prosto 

w oczy, zobaczyć jej promienny uśmiech. 

Niestety, Audrey nie spojrzała na niego nawet wtedy, gdy jak zwykłe poślizgnęła się 

na chodniczku przy drzwiach. 

Po jej wyjściu Wheeler nie ruszył się z miejsca przez dobre pięć minut. 

background image

Łudził się, że wszystko w biurze zostanie po staremu. Oczywiście było to dziecinne i 

ś

mieszne, bo przecież z chwilą odejścia Audrey  zmieniło się absolutnie wszystko. Próbował 

tłumaczyć sobie, że tego wymagało dobro firmy, że biuro będzie teraz prowadzone w bardziej 

profesjonalny sposób, że wszystko będzie szło lepiej. Ale prawdę mówiąc, miast oczekiwanej 

ulgi odczuwał tylko zakłopotanie i smutek. 

Cisza  panująca  w  biurze  wydała  się  Wheelerowi  nienaturalna  i  złowieszcza.  A 

przecież  zawsze  tak  było  w  piątkowe  popołudnia  i  doprawdy  nie  powinien  widzieć  w  tym 

niczego  niezwykłego.  Ale  teraz  Wheeler  miał  wrażenie,  że  otacza  go  niemal  dotykalna 

skorupa  samotności.  Samotności,  która  schwyciła  go  swymi  szponami  za  serce,  by  już  na 

zawsze trwać przy nim niczym wierna drużka. 

Przecież  to  szaleństwo,  przekonywał  sam  siebie,  zbierając  swoje  rzeczy  i  obchodząc 

całe biuro, jak to miał w zwyczaju czynić w każdy piątek. Odejście jednego pracownika nie 

może zdezorganizować pracy całego biura. Przeciwnie, powinno pomóc w jej usprawnieniu. 

Powrót  kompetentnej  Rosalie  sprawi,  że  firma  znowu  będzie  działać  w  sposób  bliski 

perfekcji. 

Brakowało mu Audrey, bo po prostu ją polubił, po co dorabiać do tego całą filozofię. 

Przecież mogą się teraz umawiać na gruncie prywatnym. To nawet lepiej, że panna Finnegan 

już  tu  nie  pracuje,  bo  w  ten  sposób  uda  im  się  uniknąć  wielu  niezręcznych  sytuacji.  Przy 

odrobinie  szczęścia  może  Wheelerowi  uda  się  zrealizować  niektóre  z  nawiedzających  go 

fantazji. 

Kiedy zamknął biuro i  ruszył Main Street w kierunku lokalu  Luigiego, żeby  tam coś 

przekąsić, zdał sobie sprawę, że prawdopodobnie nie zatelefonuje do Audrey, żeby się z nią 

umówić.  Właściwie  nie  mógł  się  teraz  spotykać  z  żadną  kobietą.  Był  po  prostu  bardzo 

zajętym człowiekiem i cały swój czas poświęcał pracy. Szczególnie teraz, kiedy udało mu się 

wyprowadzić firmę na prostą i zamierzał nadal utrzymać ten kierunek. Oznaczało to, że całe 

dnie i wieczory Wheeler miał wypełnione pracą i nie mógł sobie pozwolić na wiązanie się z 

kimkolwiek. 

A  na  dodatek  Audrey  była  osobą,  która  wymagała  więcej  uwagi,  zainteresowania  i 

cierpliwości ze strony mężczyzny niż inne jego znajome. Była niezmiernie absorbująca.  I to 

na wiele sposobów. 

Wheeler  nie  potrafiłby  chyba  nad  tym  wszystkim  zapanować.  Audrey  pracowała  u 

niego tylko dwa miesiące i trzeba przyznać, że był to okres pełen wrażeń. Ta dziewczyna była 

pechowa. Ciągle trzeba było ratować ją z jakichś opresji. Należała do tych ludzi, których pech 

szczególnie  sobie  upodobał.  Co  to  było?  Przeznaczenie,  przypadek,  negatywna  energia?  A 

background image

może  kara  za  zbrodnie  popełnione  w  poprzednim  wcieleniu?  Jak  to  zwał,  tak  zwał,  lecz 

Audrey przyciągała kłopoty niczym wysokie drzewo pioruny podczas burzy. 

Wheeler nie należał do  osób przesądnych, a jednak gdzieś w odległych  zakamarkach 

jego umysłu czaił się lęk przed dalszą współpracą z pechową sekretarką.  Tak jakby obawiał 

się,  że  zarazi  się  od  niej  pechem.  Zdawał  sobie  sprawę,  że  takie  rozważania  pozbawione  są 

sensu, ale lepiej dmuchać na zimne. 

Zwłaszcza teraz, kiedy udało mu się odnowić dawne kontakty, a jego firma ponownie 

stanęła na nogi. Szczęście znów się do niego zaczęło uśmiechać i lepiej było nie kusić złego 

losu. 

I dlatego właśnie nie powinien dzwonić do Audrey  Finnegan. Owszem, uważał ją za 

wyjątkowo śliczną, słodką i podniecającą istotkę, ale tylko szaleniec mógłby zdecydować się 

na bliższą znajomość z tą dziewczyną. 

Wheeler  zaś  nie  zamierzał  prowokować  losu  ani  tym  bardziej  igrać  ze  szczęściem, 

które znów zaczęło mu dopisywać. 

Wheeler  nie  pamiętał  jednak,  czy  też  może  po  prostu  nie  chciał  przyjąć  do 

wiadomości faktu, że nic nie trwa wiecznie, a już szczególnie coś tak ulotnego i kapryśnego 

jak dobra passa. Los bywa przewrotny, a fortuna kołem się toczy. 

Miesiąc  po  odejściu  Audrey  życie  przypomniało  mu  o  tym  w  sposób  daleki  od 

delikatności. 

Pustka, która go otaczała, stawała się wprost trudna do zniesienia. 

Wheelerowi  coraz  bardziej  brakowało  Audrey.  Tęsknił  do  jej  radosnych,  porannych 

słów  powitania  i  zaraźliwego  śmiechu.  Z  rozrzewnieniem  wspominał  jej  kolorowe  stroje,  a 

nawet drobne katastrofy, które powodowała. Nagle życie stało się nudne i męczące. 

Nie  był  to  jedyny  powód  depresji  Wheelera.  Wkrótce  po  odejściu  jego  pechowej 

sekretarki  firma  zaczęła  ponownie  podupadać.  A  przecież  jeszcze  niedawno  wszystko 

zdawało  się  zmierzać  w  dobrym  kierunku.  Teraz  znowu  spadła  liczba  kontraktów. 

Pracownicy byli niezadowoleni, a, co gorsza, klienci również. Sekretarka, która zajęła miejsce 

Audrey,  a  w  której  umiejętności  i  sprawność  zawodową  nikt  nie  wątpił  ani  przez  chwilę, 

nagle opuściła się w pracy. Wheeler był tym wszystkim przerażony, a w dodatku nie potrafił 

odkryć źródła swych niepowodzeń. 

Nagle  grunt  zaczął  mu  się  usuwać  spod  nóg,  a  on  nic  nie  potrafił  na  to  poradzić. 

Przecież  nie  zmienił  swego  postępowania  nawet  na  jotę.  Robił  wszystko  tak  samo  jak  za 

czasów Audrey, ale tylko wtedy, kiedy ona była w biurze, wszystko szło jak po maśle. 

Nie mógł uwierzyć, że wypowiedzenie, które jej wręczył, mogło wpłynąć na sytuację 

background image

w firmie. Brak w tym było jakiejkolwiek logiki. 

A jednak... 

Jego rozmyślania zostały przerwane przez głośne stukanie. Zanim zdołał się odezwać, 

drzwi  otworzyły  się  z  impetem  i  do  pokoju  jak  burza  wtargnęła  Rosalie.  Wyglądała  na 

zdesperowaną. Bez słowa podeszła do biurka i rzuciła na nie papier z firmowym nadrukiem, 

na którym widniały tylko trzy słowa: odchodzę z firmy. 

Wheeler spojrzał na nią z przerażeniem. 

- Co to, do cholery, ma znaczyć? - zawołał. 

- To moja rezygnacja - powiedziała Rosalie stanowczo. 

- Co takiego? Nie może pani tak po prostu odejść. Przecież dopiero co panią ponownie 

zatrudniłem. 

-  Przykro  mi,  panie  Rush  -  powiedziała  bez  krztyny  żalu  w  głosie  -  ale  ja  nie  mogę 

pracować w takich warunkach. Dokumenty są poukładane w sposób przeczący jakiejkolwiek 

logice,  komputer  ciągle  się  psuje  i  prawdę  mówiąc,  nie  jestem  w  stanie  tego  wszystkiego 

ogarnąć. Nie zmienię swego postanowienia za żadne pieniądze. Odchodzę. 

Wheeler wyciągnął do niej ręce w błagalnym geście. 

- Nie może pani odejść, Rosalie! Potrzebuję pani. 

-  Domyślam  się.  Nie  tylko  ja  mam  dość  takiej  pracy.  Klienci  też  się  denerwują. 

Telefonują do pana, a pan ciągle przesuwa terminy. Zupełnie nie wiem, co mam im mówić. 

Wheeler spoglądał na nią z narastającą paniką. 

-  Proszę  nadal  uspokajać  Bernardiego.  Potrzebuję  dnia  lub  dwóch,  aby  skończyć  ten 

projekt.  Proszę  przełożyć  wszystkie  spotkania.  Chociaż  na  kilka  dni.  Tylko  o  to  proszę.  I 

niech pani nie odchodzi, Rosalie. Obiecuję, że wszystko wróci do normy... i to już wkrótce. 

- Ja tu już nie pracuję. 

- Rosalie, proszę... 

- I niech pan lepiej uważa, bo Stephen i Sandra też zamierzają odejść. 

Jego współpracownicy? Nie mógł w to uwierzyć. Boże, tylko nie oni! Jak sobie sam z 

tym wszystkim poradzi? Czyżby wszyscy uciekali jak szczury z tonącego okrętu? 

- Proszę posłuchać, Rosalie. Wiem, że sprawy wyglądają trochę kiepsko, ale wkrótce z 

tego wyjdziemy. Czuję, że tak będzie. Proszę dać mi trochę czasu. 

Spojrzała na niego z politowaniem. 

-  To  samo  mówił  pan  poprzednim  razem.  I  co?  Pamięta  pan,  jak  to  się  wtedy 

skończyło? 

Przełknął ślinę. Nie chciał w ogóle myśleć o tym, jak to było poprzednim razem. Był 

background image

już prawie na dnie. Jedyna rzecz, która go uratowała przed zupełnym upadkiem... 

... to pojawienie się Audrey. 

Przecież to niemożliwe! 

- Rosalie, obiecuję pani, że... 

-  Odchodzę,  panie  Rush  -  powtórzyła.  -  Przykro  mi,  ale  taka  jest  moja  ostateczna 

decyzja. Ta praca kosztuje mnie zbyt dużo wysiłku. Nie będę miała problemu ze znalezieniem 

sobie  lepszego  miejsca,  w  którym  nie  będę  musiała  poprawiać  bez  przerwy  czegoś,  co 

naknocili moi poprzednicy. 

- Ależ panna Finnegan naprawdę nie była aż tak beznadziejna! 

Nie bardzo rozumiał, dlaczego instynktownie stanął w obronie byłej sekretarki, mimo 

ż

e  sam  przecież  nigdy  nie  był  zadowolony  z  jej  pracy.  Miał  odczucie,  że  jest  to  winien 

Audrey. 

Spojrzenie,  jakie  rzuciła  mu  Rosalie,  było  zupełnie  jednoznaczne.  Chciał  z  nią 

podyskutować, ale byłoby to bezcelowe. Nie tylko dlatego, że i tak nie przekonałby jej. Ona 

po prostu nie zamierzała dłużej go słuchać. Ruszyła bez słowa w stronę drzwi i zamknęła je 

za sobą z wymownym trzaśnięciem. 

Wheeler  opadł  na  krzesło.  Podparł  głowę  rękoma  i  zadumał  się.  Nie  potrafił 

zrozumieć,  dlaczego  znów  znalazł  się  w  tak  paskudnej  sytuacji.  Czemu  znowu  wszystko 

poszło  źle?  Gdzie  popełnił  błąd,  czym  zawinił?  Naprawdę  nic  się  nie  zmieniło  od  zeszłego 

miesiąca. Nic, poza odejściem Audrey... 

Im  dłużej  o  tym  myślał,  tym  bardziej  utwierdzał  się  w  przekonaniu,  że  znalazł 

odpowiedź na dręczące go pytania. Audrey Finnegan! 

Wkrótce po tym, jak pojawiła się w jego życiu, wszystko zaczęło się dobrze układać. 

Po  romantycznym  wieczorze  w  jej  mieszkaniu  firma  zaczęła  rozkwitać.  Klienci  walili 

drzwiami  i  oknami  i  Wheeler  nie  mógł  się  opędzić  od  zleceń.  Nagle  wszyscy  chcieli  z  nim 

współpracować. Po odejściu Audrey interes ponownie zaczął się chylić ku upadkowi. 

Audrey!  Wheeler  analizował  wszystko  z  najróżniejszych  punktów  widzenia,  ale 

niezmiennie  dochodził  do  tego  samego  wniosku.  Wszystko  zaczynało  się  i  kończyło  się  na 

Audrey.  Kiedy  ona  była  przy  jego  boku,  nie  miał  żadnych  problemów.  Gdy  zniknęła  z  jego 

ż

ycia, sprawy wymknęły się spod kontroli. 

Dobry  Boże!  To  było  idiotyczne!  Audrey  mogła  uchodzić  za  sztandarowy  wręcz 

przykład pechowca, ale Wheelerowi po prostu przynosiła szczęście. Była jego talizmanem. 

Kilka  razy  nawet  powiedział  jej  coś  na  ten  temat,  ale  to  były  tylko  takie  sobie 

niewinne żarty. Nie sądził, by Audrey mogła przynosić komukolwiek szczęście. Przecież była 

background image

taka pechowa. 

Lecz nie w sprawach, które dotyczyły Wheelera. 

Usiłował  przekonać  samego  siebie,  że  jest  szalony  i  że  nie  istnieje  coś  takiego  jak 

talizman  szczęścia.  Ludzie  sami  są  odpowiedzialni  za  swoje  życie  i  tylko  fajtłapy  zwalają 

swoje  niepowodzenia  na  zły  los.  Twierdzenie,  że  jakaś  osoba  przynosi  nam  szczęście,  to 

zwykłe zabobony. 

Te rozmyślania wpędziły go w jeszcze gorszy humor. Miał sobie za złe, że reaguje jak 

zdesperowany  histeryk,  który  chwyta  się  każdego  wytłumaczenia.  Że  bezdenną  głupotą  jest 

wmawianie sobie, iż Audrey Finnegan ponosi jakąkolwiek odpowiedzialność za rozkwit czy 

też upadek jego firmy. 

Wszystko  to  prawda,  ale  teraz  należało  się  skupić  nad  niedopuszczeniem  do 

bankructwa  firmy.  W  tym  momencie  ponowne  zatrudnienie  Audrey  wydawało  się  jedynym 

rozsądnym  wyjściem.  Wheeler  był  gotów  na  wszystko,  by  ratować  firmę  przed  kolejną 

klęską, nawet na czary. 

Musi  ją  ponownie  zatrudnić.  Bez  względu  na  koszty,  jakie  będzie  musiał  ponieść. 

Zgodzi  się  na  wszystkie  jej  warunki.  Ściągnie  ją  tutaj  choćby  z  końca  świata,  a  w  razie 

potrzeby  zmusi  siłą  do  powrotu.  Nieważne,  ile  nowych  plam  będzie  na  chodniczku.  De 

nowych  urządzeń  biurowych  bezpowrotnie  ulegnie  zniszczeniu.  Wheeler  po  prostu 

potrzebował Audrey, i to natychmiast. W przeciwnym wypadku... 

Ponownie dopadnie go pech, z którym nie potrafił walczyć. A wtedy firma pójdzie na 

dno wraz z jej niefortunnym właścicielem. 

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

 

Audrey uśmiechała się łagodnie, spłukując szampon z długich, jedwabistych, złotych 

włosów Reksa. Podrapała go delikatnie pod łopatką i pomasowała po grzbiecie, aby złagodzić 

stresy  całego  dnia.  W  odpowiedzi  pies  pisnął  radośnie  i  z  miłością  popatrzył  na  nią  swoimi 

czekoladowo-brązowymi oczyma. 

Jest idealnym reprezentantem płci męskiej, pomyślała z uśmiechem. Taki przystojny. 

Taki  silny.  Taki  słodki.  Taki  elegancki.  Wiedziała,  że  zrobiłby  dla  niej  wszystko,  gdyby  go 

tylko poprosiła. Jedynym mankamentem był jego oddech... 

Cóż, nie można mieć wszystkiego, zauważyła filozoficznie. A poza tym czegóż można 

się spodziewać po golden retriwerze? 

Takie  są  uroki  pracy  w  salonie  piękności  dla  psów.  Audrey  zdążyła  nawiązać  tu  już 

background image

wiele  miłych  znajomości.  Oczywiście,  wszyscy  nowi  przyjaciele  mieli  cztery  łapy  i  niezbyt 

przyjemny  oddech,  a  podczas  konwersacji  ograniczali  się  do  dwóch  dźwięków:  „wrrr”  i 

„hau”,  lecz  i  tak  w  porównaniu  z  niektórymi  mężczyznami  mogliby  uchodzić  za  bardzo 

elokwentnych rozmówców. 

Audrey straciła pracę w agencji. Skierowano ją do banku, a ona natychmiast, z sobie 

tylko  właściwym  wdziękiem,  skutecznie  rozprawiła  się  z  całym  systemem  komputerowym. 

Dyrektor  banku  dostał  furii  i  wylądował  w  klinice  w  stanie  przedzawałowym.  Audrey 

natychmiast  pobiegła  za  nim,  by  gorąco  przeprosić  go  za  ten  nieszczęsny  incydent,  jednak 

przytomna  pielęgniarka,  zorientowawszy  się,  z  kim  ma  do  czynienia,  nie  dopuściła  panny 

Finnegan  przed  oblicze  ledwie  żywego,  lecz  wciąż  miotającego  obelgi  szefa.  A  obelgi  owe 

dyrektor  banku  miotał  do  telefonu  komórkowego,  rozmawiał  bowiem  z  agencją.  Groził 

procesem,  a  samej  Audrey  i  jej  potomkom  aż  do  siódmego  pokolenia  życzył  wszystkiego 

najgorszego. Panna Finnegan musiała więc zmienić zawód. W całym mieście i okolicach nie 

znajdzie się już ani jedna firma, która wpuściłaby ją do swojego biura. 

Tak  naprawdę  nie  bardzo  się  tym  nie  zmartwiła.  Od  czasu  gdy  Wheeler  Rush 

podziękował jej za pracę, straciła wszelki entuzjazm. Dopiero w salonie dla psów poczuła się 

trochę lepiej. Miała nadzieję, że może wreszcie znalazła właściwe zajęcie. Psy pałały do niej 

miłością, a praca sprawiała jej przyjemność. 

A  co  najważniejsze,  przez  dwa  tygodnie  nie  wywołała  żadnej  katastrofy  i  nie 

spowodowała w firmie żadnych strat. Trudno w to uwierzyć, ale taka była prawda. Stało się 

tak  zapewne  dlatego,  że  Audrey  szerokim  łukiem  omijała  kasę,  komputer  i  wszelkie  inne 

urządzenia biurowe. Miała więc nadzieję, że wreszcie wszystko jakoś się ułoży. 

Uśmiechała się jednak rzadko, a na jej twarzy na stałe zagościł wyraz melancholijnego 

smutku. 

Brakowało  jej  Wheelera  Rusha.  I  to  nawet  bardzo.  Tęskniła  za  nim,  za  jego 

uśmiechem,  westchnieniami  i  wzruszeniami  ramion.  Za  jego  głosem,  nawet  gdy 

pobrzmiewała w nim z trudem skrywana gorycz: „Nie ma sprawy, Audrey. 

Trudno, stało się. Naprawdę nie powinnaś się tym martwić”. 

Najsmutniejsze  były  wieczory.  Leżąc  w  łóżku,  wciąż  wspominała  krótkie  chwile, 

które spędzili tylko we dwoje. W restauracji i w jej mieszkaniu. 

Dokładnie pamiętała menu, wszystkie słowa, które do siebie wypowiedzieli, wszystkie 

gesty... i wciąż obsesyjnie wracała do tego, co się wtedy wydarzyło. 

Dlaczego tak głupio się odezwała? 

Jak  długo  będzie  się  tak  jeszcze  męczyć?  Każda  myśl  o  Wheelerze  wywoływała 

background image

przyśpieszone  bicie  serca,  wzrost  temperatury  ciała,  trudności  z  oddychaniem.  I  pocenie  się 

oczu. 

Tyle  razy  chciała  do  niego  zadzwonić.  Po  prostu  pragnęła  się  z  nim  przywitać  i 

dowiedzieć  się,  co  u  niego  słychać.  I  zawsze  rejterowała,  gdy  miała  wybrać  ostatnią  cyfrę. 

Czasami tak trudno rozmawia się przez telefon. Słowa mają inną treść, gdy patrzy się w oczy 

rozmówcy.  I  co,  znów  będzie  go  przepraszać  za  rozlaną  kawę,  zepsute  urządzenia, 

rozwydrzone koty? I za to, że do tej pory nie zwróciła mu spodni i koszuli? 

Mokre oczy, smutek w sercu. To nie ma sensu, Audrey, weź się w garść, szepnęła do 

siebie. 

Raz  wpadła  do  biura  Wheelera.  Chciała  się  przywitać,  zamienić  parę  słów,  jak  to 

bywa  między  znajomymi.  Usłyszeć  głos  dawnego  szefa,  zobaczyć  uśmiech...  No  cóż,  był 

bardzo  zajęty.  Przy  jej  biurku  siedziała  sekretarka,  świetnie  zorganizowana,  szczyt 

profesjonalności. 

- Czy przekazać jakąś wiadomość panu Rushowi? 

- Nie, to nic ważnego - odpowiedziała Audrey. 

Czy  ja  tu  naprawdę  kiedyś  pracowałam?...  Tak  tu  obco,  pomyślała  Audrey.  Kiedyś 

czułam się w tym biurze jak w domu, a potem ze mnie zrezygnowano. 

Szybko wyszła. Na schodach przestała tłumić łzy. 

Dzwonek oznajmił, że przyszedł następny klient. Pewnie jego ulubieniec potrzebował 

fachowej  opieki.  Audrey  pogłaskała  Reksa,  dyskretnego  powiernika  jej  smutnych  myśli,  i 

zaprowadziła  go  do  budy.  Różowym  fartuchem  wytarła  ręce.  Poprawiła  różowe  dżinsy  i 

obciągnęła  różową  koszulkę.  Różową  chusteczką  wytarła  oczy.  Poprawiła  koński  ogon, 

przewiązany różową kokardką. I weszła do poczekalni, by powitać nowego zwierzaka. 

A ujrzała Wheelera Rusha. 

- Cześć - tylko tyle, poza uśmiechem, potrafiła wydusić z siebie. 

Co się ze mną dzieje? pomyślała w panice. Dlaczego tak dziwnie się czuję? Przecież 

już byłam na najlepszej drodze, by wypłakać z siebie tego faceta.  No cóż, pewnie pan Rush 

hoduje jakiegoś futrzaka, który wymaga pomocy... 

- Cześć - odpowiedział. 

Był sam. Nie towarzyszył mu żaden czworonóg. 

-  Co  cię  tu  sprowadza?  -  zapytała,  bardzo  zaintrygowana.  Przez  chwilę  milczał. 

Patrzył w jej oczy, a potem wzrokiem ogarnął ją całą. Jej włosy. Jej twarz. Jej usta. Jej figurę. 

Całą Audrey. 

Poczuła się jak podczas inspekcji. O co mu chodzi, do diabła? Złamał jej serce, przez 

background image

niego co noc wypłakuje się w poduszkę. Wystarczy, że stanął w drzwiach, a ona już cała drży. 

To  nie  jest  życie,  to  męka.  Dlaczego  nic  nie  mówi  i  tylko  tak  gapi  się  na  nią?  Z  obojętną, 

nieruchomą twarzą... 

No dobrze, popatrz sobie. Tak wygląda dziewczyna, która zajmuje się kąpaniem psów, 

pomyślała Audrey. Jeżeli chcesz wąchać  róże, znajdź sobie ogrodniczkę. A ja jestem psiarą. 

No dobra, Audrey, weź się w garść. Byle tylko się nie rozpłakać! Marzyłaś o tym facecie, ale 

teraz pora zejść na ziemię. 

- W jakiej sprawie pan przyszedł, panie Rush? 

- Przyszedłem po ciebie, Audrey... 

Jego spojrzenie, jego głos i ten ledwie dostrzegalny, ale jakże widoczny ruch dłonią... 

Czy to dzieje się naprawdę? 

- Chyba cię nie zrozumiałam. O co ci chodzi? - zapytała na pozór obojętnie. 

-  Przyszedłem  po  ciebie  -  powtórzył.  Ale  jego  głos  posmutniał.  Wyglądał  teraz  jak 

człowiek, który nagle stracił resztki nadziei. Jednak zebrał się w sobie. 

- Przestraszyłem się, gdy powiedziano mi w agencji, że już tam nie pracujesz. 

Myślałem, że straciłem cię na zawsze - dokończył drżącym głosem. 

O co tu chodzi? Audrey była oszołomiona. Wheeler bał się, że ją stracił na zawsze?! 

Jak  to,  stracił  ją...  przecież  nigdy  jej  nie  miał.  Nie,  nie  myśleć,  tylko  cieszyć  się  cudowną 

chwilą. Jego słowa. Jeszcze nigdy nikt do niej tak nie mówił. Bał się, że ją stracił... 

-  To  jak  mnie  tutaj  znalazłeś?  -  Audrey  nadal  starała  się  być  oficjalna.  Za  chwilę 

wszystko i tak się wyjaśni. Jakieś zagubione dokumenty... a może potrzebuje swoich spodni. 

Niech je sobie bierze. I niech znika. A ona jeszcze z pół roku sobie popłacze, a potem będzie, 

jak będzie. 

-  Poszedłem  dzisiaj  do  twojego  mieszkania,  ale  zastałem  zamknięte  drzwi.  Twoja 

sąsiadka z dołu, pani... Nie pamiętam jej nazwiska... 

-...pani Wendover - podpowiedziała Audrey. 

- Zgadza się. Pani Wendover powiedziała mi, że tu pracujesz. 

- Jest naszą stałą klientką. Ma dwa mopsy. 

-  To  chyba  jej  kuzyni,  bo  patrząc  na  nią,  widać  rodzinne  podobieństwo!  -  Wheeler 

roześmiał się. 

Zawtórowała mu. I nagle zrobiło się tak jakoś sympatycznie. 

- Miło mi, że wpadłeś - powiedziała cicho. 

- Też się cieszę. Musiałem cię odnaleźć. 

- Dlaczego? 

background image

-  Bo  cię  potrzebuję,  Audrey  -  wyrzucił  z  siebie  jednym  tchem.  A  po  chwili,  lekko 

speszony, dodał: - W pracy. Chcę, żebyś wróciła do mojej firmy. Żeby było jak dawniej. 

A  więc  marzenie  Audrey  spełniło  się.  Jednak  warto  czasami  popłakać  w  poduszkę. 

Przecież  od  razu  pierwszego  wieczoru,  kiedy  dostała  wypowiedzenie,  zaczęła  marzyć  i 

płakać, by pewnego dnia Wheeler stanął w jej drzwiach, padł na kolana i zaczął błagać, by do 

niego wróciła. 

Wprawdzie nie chodziło jej o pracę, ale dobre i to. Na początek. 

A  jeśli  mu  naprawdę  chodzi  tylko  o  pracę?  Czyżby  kupił  nowy  dywan,  który  trzeba 

ochrzcić  kawą?  Albo  komputer  niepokojąco  długo  działa  bez  awarii?  Czegoś  tu  nie 

rozumiem, pomyślała Audrey. 

- Chcesz, żebym znowu pracowała dla ciebie? - postanowiła się upewnić. 

Wheeler skinął głową. 

- Dlaczego? Jesteś samobójcą? 

Tym razem pokręcił przecząco głową. Czuł, co chce powiedzieć, ale nie umiał znaleźć 

słów. Natomiast Audrey miała wiele do powiedzenia. 

-  Posłuchaj,  oboje  dobrze  wiemy,  że  nie  najlepiej  mi  wychodzi  praca  sekretarki.  Jak 

się  okazało,  nadaję  się  tylko  do  kąpania  psów.  Miałeś  rację,  że  gdy  tylko  stanąłeś  na  nogi, 

zwolniłeś mnie i przyjąłeś swoją dawną pracownicę. 

Droższą  ode  mnie,  ale  dużo  bardziej  kompetentną.  Ta  pani  nie  rozlewa  wciąż  kawy, 

nie niszczy wszystkiego, co jej wpadnie w ręce, a przede wszystkim dobrze wie, co należy do 

jej obowiązków. 

- To nieistotne - powiedział krótko. 

- Nieistotne? 

Wepchnął ręce jeszcze głębiej w kieszenie. Po chwili wyciągnął je i zaczął się bawić 

krawatem. A w końcu zajął się wygładzaniem nieistniejących zmarszczek i załamań na swojej 

białej koszuli. 

- No cóż... właściwie... - jąkał się. 

- No więc? 

- Wszystko to nie jest istotne u dobrej sekretarki - stwierdził nagle. 

- Naprawdę? - zdziwiła się. 

- Oczywiście, że nie. 

-  Uważasz,  że  aby  być  dobrą  sekretarką,  nie  trzeba  umieć  obsługiwać  komputera  i 

centralki telefonicznej, archiwizować dokumentów, porządnie prowadzić rachunków... 

- Właśnie tak uważam - przerwał jej. 

background image

- Rozumiem. 

Po co w ogóle z nim dyskutuje? Tak bardzo chciała u niego pracować. 

Marzyła o tym. Powinna natychmiast przyjąć jego ofertę i skakać z radości pod sufit, 

ż

e wreszcie wszystko zaczyna się układać w jej życiu. 

Ale Audrey czegoś tu nie rozumiała. A tak naprawdę niczego nie rozumiała. Dlaczego 

Wheeler  postanowił  ją  ponownie  zatrudnić?  Przecież  nic  za  tym  nie  przemawiało.  Jej  były 

pryncypał albo oszalał, albo naprawdę miał samobójcze skłonności. Ale to już jego problem. 

Uśmiechnęła się z łobuzerskim wdziękiem. 

- No cóż, jeśli szukasz najbardziej niekompetentnej sekretarki na zachód od Atlantyku 

i na wschód od Pacyfiku, to trafiłeś na właściwą osobę. 

Wheeler roześmiał się. 

- Możesz zacząć jutro? 

Jutro? 

Przecież  obowiązuje  mnie  dwutygodniowy  okres  wypowiedzenia.  Poza  tym  byłoby 

niegrzecznie tak po prostu odejść. Pan Easley naprawdę mnie potrzebuje. 

- Dwa tygodnie? - wykrzyknął. - Nie będziesz mogła zacząć wcześniej? 

Przecież tyle może się w tym czasie zdarzyć. 

Naprawdę  pragnął  jej  powrotu.  O  co  tu  chodzi?  Czy  tylko  o  sprawy  zawodowe? 

Stęsknione serce Audrey zabiło niespokojnie. 

-  Może  mi  się  uda  skrócić  ten  okres  do  tygodnia  -  powiedziała  z  uśmiechem,  który 

wcale nie był jednoznaczny. 

Wheeler zaczynał wykazywać oznaki paniki. 

-  Posłuchaj,  a  gdybym  znalazł  kogoś  na  twoje  miejsce,  czy  zaczęłabyś  u  mnie  pracę 

jutro? 

Audrey uniosła brwi ze zdumienia. 

- Chyba tak. Oczywiście, jeśli pan Easley nie miałby nic przeciwko temu. 

- No to załatwione - ucieszył się Wheeler. - Moja siostrzenica, Wendy, szuka pracy na 

wakacje. Kocha zwierzęta. Myślę, że będzie jej tu dobrze. A więc jutro z rana widzę cię przy 

twoim biurku? - upewnił się. - Naprawdę tego chcesz? Mogę liczyć na ciebie? 

Audrey, przecież nie jesteś idiotką, pomyślała. To wszystko nie ma sensu. 

A jeżeli ma, to ty tego sensu nie rozumiesz. Wheelerowi z jakichś powodów zależy na 

tobie, ale ty nie znasz tych powodów. Więc jak najszybciej tego się dowiedz. 

- Wheeler? 

background image

- Tak? 

- Dlaczego chcesz, żebym wróciła? Tylko nie cygań, powiedz prawdę. 

Nie jestem dobrą sekretarką, ale nie jestem też kretynką. Pamiętaj o tym. 

Ale  on  jednak  o  tym  nie  pamiętał  i  zaczął  coś  nawijać.  Żałosny  słowotok  płynął  i 

płynął, a Audrey zrobiło się przykro. On naprawdę myśli, że ja w to uwierzę? pomyślała. 

- Wheeler, powiedz mi prawdę. Wiem, jaką byłam sekretarką. Fajtłapą. 

Nawet nie potrafię powiedzieć, czym zajmuje się twoja firma. Ignorantka ze mnie! O 

jedno cię proszę, bądź ze mną szczery, bo naprawdę nie jestem idiotką. 

Fajtłapą  -  tak,  ignorantką  -  tak,  ale  nie  idiotką.  Więc  wreszcie  mi  powiedz,  dlaczego 

chcesz, bym wróciła do pracy. 

Westchnął. Potem spojrzał jej prosto w oczy. 

- Rosalie odeszła. 

Nareszcie dowiedziała się prawdy. A więc śpij, serduszko, bo tak naprawdę nic się nie 

dzieje.  Pan  Wheeler  Rush  powtórnie  stracił  swoją  ulubioną  sekretarkę,  Rosalie,  więc  znowu 

potrzebna jest Audrey. No cóż, dobre i to! 

Lecz on mówił dalej: 

- Ale nie jest to jedyny powód, Audrey. Po prostu brakuje mi ciebie. 

Odkąd odeszłaś, biuro bardzo się zmieniło. 

Potrzebował  jej,  bo  czuł  się  samotny.  A  ona  ze  swoim  pechem  potrafi  rozbawić 

każdego. Będzie więc robić za błazenka. Lepsze to niż nic, pomyślała i szybko przetarła oczy, 

które znów zaczynały się pocić. 

Spojrzał na nią uważnie. 

- Audrey, od kiedy ciebie nie ma, moje życie bardzo się zmieniło. 

- Co chcesz przez to powiedzieć? - zapytała z nagłym ożywieniem. 

- Brakuje mi ciebie - powiedział po prostu. - I chcę, żebyś wróciła nie tylko do mojego 

biura, ale i do mojego życia. 

Czy  było  to  wyznanie?  Audrey  nie  wiedziała,  co  o  tym  sądzić.  Słowa  są  tylko 

słowami, mogą znaczyć wiele. Postanowiła nie prowokować losu, który nagle okazał się dla 

niej  tak  łaskawy.  Żadnych  następnych  pytań,  koniec  z  drążeniem  tematu.  Od  jutra  znów 

będzie sekretarką Wheelera, a potem... będzie, co będzie. 

-  Zgadzam  się.  Jeśli  twoja  siostrzenica  mnie  tu  zastąpi,  od  jutra  wracam  do  twojego 

biura - powiedziała. 

Wheeler  odetchnął  z  ulgą,  a  Audrey  nadal  nie  mogła  zrozumieć,  dlaczego  tak 

desperacko o nią walczył. Jakby była kimś naprawdę wyjątkowym. Zdarzyło się jej to po raz 

background image

pierwszy w życiu. Miała kilku chłopaków, spotykała się z nimi... 

Ładna  i  zgrabna  dziewczyna,  jest  się  czym  pochwalić...  Wiedziała,  że  tylko  o  to  im 

chodzi.  A  Wheeler  prosi  ją,  a  właściwie  błaga.  Naprawdę  mnie  potrzebuje,  pomyślała  i 

uśmiechnęła się. 

Byli  sobie  obcy,  połączyła  ich  tylko  praca.  Zdarzył  się  mały  incydent,  ale  widocznie 

nie miał znaczenia, bo zaraz potem Wheeler wyrzucił ją na bruk. 

Nieważne. Bo dzisiaj jej szef przyszedł i gorąco prosi, by wróciła. 

A ona wyraziła zgodę. A tak naprawdę wzięła głęboki oddech, zatkała nos palcami - i 

skoczyła  do  głębokiej  wody.  Utonie  w  odmętach  marzeń  czy  radośnie  wypłynie  ku  słońcu? 

Czas pokaże. 

Spokojnie, nie minie tydzień, a doprowadzę wszystko do porządku, uspokajała się w 

duchu  Audrey.  No  cóż,  nie  spodziewała  się,  jaka  herkulesowa  praca  ją  tu  czeka.  Przez  jakiś 

czas jej tu nie było, i oto, proszę, jakie są tego efekty. Bałagan, bałagan i jeszcze raz bałagan! 

Po  pierwsze  -  dokumenty.  Niczego  nie  można  znaleźć,  bo  ktoś,  czyli  ta 

„profesjonalna” Rosalie, ułożył je zupełnie bez sensu. Po drugie, ktoś „uporządkował” zbiory 

w komputerze. No to szukaj wiatru w polu! Czy raczej na twardym dysku... Po trzecie, klienci 

byli coraz bardziej wściekli. A poza tym, kto śmiał zmienić gatunek kawy! 

Ale  powoli  wszystko  zaczynało  się  układać.  Jasne,  zdarzały  się  jeszcze  dziwne 

wpadki, lecz mniejsza z tym, bo ważne było to, że życie w biurze wreszcie wracało do normy. 

Rzecz oczywista, mierzonej kategoriami Audrey. 

Która,  trzeba  to  sprawiedliwie  przyznać,  bardzo  się  zmieniła.  Przede  wszystkim 

ułożyła sobie stosunki z pozostałymi współpracownikami Wheelera. 

Polegało to na tym, że Audrey przestała mówić im całą prawdę. Robiła to zawsze ze 

szczerego  serca,  ale  jej  intencje  były  często  opacznie  rozumiane,  więc  nauczyła  się  trzymać 

język  za  zębami.  Zbyt  dobrze  pamiętała  spojrzenie  jednej  z  koleżanek,  obdarzonej  przez 

naturę mini biustem, gdy chwaląc jej stanik z wypełniaczem, radośnie krzyknęła: „Świetnie! 

Teraz  już  nikt  nie  pomyli  cię  z  facetem”.  A  o  reakcji  czułego  na  punkcie  swej  łysiny 

Stephana,  któremu  Audrey  poleciła  rewelacyjny  płyn  na  porost  włosów,  lepiej  nawet  nie 

wspominać. 

Ale  takie  gafy  ma  już  za  sobą.  A  przede  wszystkim  jej  dwutygodniowa  praca 

zaczynała  przynosić  efekty.  Biuro  działało  w  miarę  sprawnie,  wszystko  toczyło  się 

właściwym torem. 

I nawet nie zrobiłam sobie większej krzywdy, pomyślała z radością, zmieniając plaster 

na dłoni. A z martwych przedmiotów zniszczyła tylko ohydny zegar, tak fatalnie szpecący jej 

background image

biurko. 

Wszystko  układało  się  więc  wspaniale.  Audrey  miała  prawdziwe  powody  do 

satysfakcji. A teraz pójdzie do domu, by należycie odpocząć. 

- Audrey - powiedział cicho Wheeler. 

Gwałtownie  odwróciła  się,  robiąc  efektowny  piruet,  omal  niezakończony  upadkiem. 

Szybko obciągnęła kusą spódniczkę i z niepewnym uśmiechem spojrzała w kierunku gabinetu 

szefa. 

Jedynym jej problemem był Wheeler Rush. Wciąż o nim myślała. 

Przebywanie z nim pod jednym dachem sprawiało jej wielką radość, ale jednocześnie 

było przyczyną ogromnej zgryzoty. 

Niby  wszystko  układało  się  dobrze.  Audrey  awansowała  na  pełnoetatowego 

pracownika,  co wiązało się z licznymi przywilejami socjalnymi, a jej pozycja w biurze stała 

się niepodważalna. 

Tylko jak długo można tłamsić własne serce? 

Wheeler w ciemnych spodniach, białej koszuli i rozluźnionym krawacie wyglądał tak 

fantastycznie. Tylko te włosy w nieładzie i zaczerwienione od ciągłej pracy oczy... 

Był  przemęczony  i  zestresowany.  Wprawdzie  udało  się  jej  naprawić  stosunki  z 

większością klientów, ale jeszcze nie wszystko wyglądało jak należy, szczególnie jeśli chodzi 

o  płatności.  Jednak  dzięki  niekonwencjonalnym  działaniom  Audrey  żaden  z  klientów  nie 

odszedł  do  konkurencji  i  wciąż  przybywali  nowi.  Na  tym  polegała  jej  praca  i  była  w  tym 

dobra. Ale daleko jeszcze było do pełnego sukcesu. 

- Czy czegoś ode mnie potrzebujesz? Właśnie zamierzałam wyjść. 

-  Chciałem  ci  po  prostu  podziękować  za  wszystko,  co  zrobiłaś  przez  ostatnie  dwa 

tygodnie. To naprawdę bardzo ważne dla mnie i dla firmy. Świetna robota! 

Uśmiechnęła się radośnie. 

- Na tym polega moja praca. 

-  Jasne.  Ale  odkąd  wróciłaś,  wszystko  lepiej  się  układa.  Wiedziałem,  że  jesteś  tu 

potrzebna. 

To,  co  mówił,  było  bardzo  miłe,  ale  i  zabawne  zarazem.  Rush  nie  miał  wprawy  w 

prawieniu komplementów, nawet jeśli dotyczyły tylko pracy. 

Wyglądał dość nieporadnie - duży, speszony chłopiec. Ale jego spojrzenie było dość 

zagadkowe. O co mu chodzi? A może to wynik przepracowania? 

Na pewno tak, bo przecież Rush zaharowuje się na śmierć, pomyślała. I spontanicznie 

stwierdziła: 

background image

- Wyglądasz na strasznie zmęczonego. Może masz ochotę wpaść do mnie na kolację? 

To ci oszczędzi sporo czasu, a przy okazji pogadamy o jutrzejszych spotkaniach z klientami. 

Przez chwilę rozważał jej propozycję. W końcu skinął głową. 

- Dziękuję. To bardzo miłe. 

- Nie licz na żadne specjały, ale przynajmniej nie będziesz musiał sam gotować. 

- Za dziesięć minut będę gotowy i możemy jechać - powiedział. 

Codziennie odwoził ją do domu. Niby  chodziło o to, że mieszkają blisko siebie i nie 

było potrzeby, by Audrey  traciła czas, stojąc na  przystankach. Ale intuicja podpowiadała jej 

co innego. Panna Finnegan miała wrażenie, że jej szef stara się kontrolować jej życie. 

Niby  nic  się  nie  działo,  ale...  Wheeler  wciąż  był  przy  niej.  Zaglądał  jej  przez  ramię, 

upewniał  się,  czy  czegoś  nie  potrzebuje  i  czy  jest  zadowolona  ze  swej  pozycji  w  firmie.  I 

dyskretnie dowiadywał się, co ma zamiar robić po pracy. 

Wmawiała w siebie, że chodzi mu tylko o to, by mógł się z nią zawsze skontaktować 

w nagłych wypadkach związanych z firmą. 

Ale  czy  tylko  o  pracę  mu  chodziło?  To  pytanie  narzucało  się  samo  i  nie  mogła  go 

ignorować.  Ślepy  by  zauważył,  jak  bardzo  Audrey  potrzebna  jest  Wheelerowi.  Jak 

zbawiennie  wpływa  na  jego  samopoczucie.  Lecz  wszystko  to  działo  się  w  atmosferze 

niedopowiedzeń.  Audrey  była  kompletnie  zdezorientowana.  Z  jednej  strony...  z  drugiej 

strony... No cóż! Gdyby tylko mogła powiedzieć mu, czego naprawdę pragnie... 

Trzeba  jednak  przyznać,  że  pan  Rush  bardzo  się  zmienił.  Oczywiście  wciąż 

najważniejsza  dla  niego  była  firma.  Walczył  o  sukces  z  wielką  determinacją,  miał  tyle 

problemów do rozwiązania, ale... 

Ale  był  inny.  Delikatniejszy,  bardziej  przystępny.  I  wciąż  prosił  ją  o  pomoc  w 

najdrobniejszych  nawet  sprawach.  Jakby  wciąż  szukał  z  nią  kontaktu,  jakby  się  bał,  że  ją 

straci. Audrey nie była ślepa, wszystko to widziała i czuła. 

Tylko nie wiedziała, co o tym sądzić. 

- Jesteś gotowa? - zapytał, wchodząc do pokoju. Uśmiechnęła się pogodnie. 

- Jasne. 

-  Wspaniale!  Ale,  zamiast  gotować,  lepiej  weźmy  coś  na  wynos  od  Luigiego.  Kupię 

też dobre wino. Co ty na to? 

- Fantastycznie. A może szampana? Wypijemy za firmę. 

-  I  za  to,  co  będzie  w  przyszłości  -  powiedział.  -  Bo  wiesz,  Audrey,  jestem 

przekonany, że dzięki tobie czekają mnie wspaniałe czasy. 

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

 

Spojrzał jeszcze raz na swój talizman, bo właśnie tak myślał teraz o Audrey. Nie krył 

zadowolenia, bo znów dopisało mu szczęście. 

Najpierw wtedy, kiedy Audrey po raz pierwszy trafiła do jego firmy stojącej na progu 

bankructwa.  I  teraz,  gdy  udało  mu  się  odszukać  dziewczynę  i  namówić  ją  do  powrotu. 

Wspaniale,  że  lubiła  dla  niego  pracować.  Przynajmniej  Wheeler  miał  taką  nadzieję,  bo  to 

dawało mu pewność, że Audrey zamierza zostać w firmie na dłużej. Nie miał pojęcia, co by 

bez niej zrobił. 

Pewnie straciłby biuro. Tego był pewien. A gdyby tak się stało, jego życie rozpadłoby 

się na kawałki. 

To,  że  Audrey  nie  była  wykwalifikowaną  sekretarką,  nie  miało  najmniejszego 

znaczenia.  Równie  nieistotny  był  fakt,  że  przez  resztę  życia  Wheeler  zmuszony  będzie 

naprawiać lub wymieniać kolejne zepsute czajniki elektryczne, mikrofalówki, kserokopiarki i 

drukarki. Nieważne, że  prędzej czy później skończy w zakładzie dla obłąkanych. Nieważne, 

ż

e Audrey była ostatnią osobą pod słońcem, którą zatrudniłby w normalnych okolicznościach. 

Może  i  ta  dziewczyna  była  pechową  ofermą,  ale  Wheelerowi  przynosiła  szczęście. 

Jemu i jego firmie. 

Była  jego  dobrą  wróżką.  Wystarczyło,  że  dwa  tygodnie  pobyła  w  firmie,  a  wszystko 

wróciło  do  normy.  Klienci  przestali  mieć  do  Wheelera  pretensje  o  zawalone  terminy. 

Niektórzy  nawet  przepraszali  go  za  to,  że  kiedykolwiek  śmieli  w  niego  zwątpić.  Wena 

twórcza  powróciła  jak  za  dotknięciem  czarodziejskiej  różdżki  i  biuro  pozyskało  nawet  kilku 

nowych klientów. 

A  wszystko  to  dzięki  Audrey.  Wheeler  przez  moment  w  to  nie  wątpił,  zwłaszcza  że 

nie  znajdywał  innego  logicznego  wytłumaczenia.  Osoba  panny  Finnegan  zdawała  się 

decydować  o  upadku  lub  rozkwicie  firmy.  W  obecności  Audrey  wszystko  szło  jak  z  płatka: 

klienci  byli  zadowoleni,  a  projekty  Wheelera  odznaczały  się  najwyższą  jakością.  Bez  niej 

wszystko się waliło. Po prostu. 

Dlatego  musiał  zrobić,  co  tylko  mógł,  żeby  ją  zatrzymać.  Bez  niej  jego  życie  traciło 

sens. 

- Napijesz się kawy? - przerwała jego rozmyślania. 

Nieprzygotowany  na  to  pytanie,  pokiwał  twierdząco  głową  i  natychmiast  pożałował 

swojej decyzji na widok czarnej, przeraźliwie smolistej cieczy, którą Audrey wlała do kubka. 

background image

- Dziękuję - wydusił z trudem. 

- Proszę bardzo - odpowiedziała z uśmiechem. 

Dawno  już  skończyli  obiad  i  rozmowę  na  tematy  biurowe,  więc  Wheeler  pomógł 

posprzątać  gospodyni  ze  stołu.  Chętnie  nawet  wymalowałby  kuchnię,  byle  tylko  Audrey 

pozwoliła mu zostać trochę dłużej. 

Wino,  które  wypili  do  obiadu,  spowodowało,  że  Wheeler  czuł  się  lekko 

podchmielony. Po raz pierwszy od miesiąca był zrelaksowany i spokojny. 

Widok Audrey siedzącej naprzeciwko niego wpływał kojąco na jego nastrój. 

Kiedy  przyjechali  do  niej  po  pracy,  Wheeler  nakrywał  do  stołu,  a  Audrey  poszła  się 

przebrać. Miała teraz na sobie śliczną czerwoną koszulę z miękkiego materiału i tego samego 

koloru  legginsy.  Rozpuszczone  włosy  spływały  jej  na  ramiona,  a  twarz  nie  nosiła 

najmniejszego śladu makijażu. I właśnie taka Audrey podobała się Wheelerowi najbardziej. 

Przypomniał sobie dzień, kiedy po raz pierwszy ją odwiedził. Ale zamiast wspominać 

te mniej przyjemne chwile, wracał myślami tylko do tego, co było cudowne. Miał wrażenie, 

ż

e to zdarzyło się wczoraj. 

Wpatrywał  się  w  Audrey  bez  słowa.  Miło  byłoby  powtórzyć  tamten  wieczór,  ale 

sprzeciwiał  się  temu  rozsądek.  Nie  tylko  dlatego,  że  Rush  był  szefem  Audrey,  ale  również 

dlatego,  że  była  jego  talizmanem  i  nie  chciał  jej  stracić  z  powodu  jakiegoś  niewczesnego 

romansu.  A  bliższa  znajomość  z  dziewczyną  na  pewno  skończyłaby  się  katastrofą.  Związać 

się  z  kimś  tak  pechowym  mógł  tylko  szaleniec.  W  obecnej  sytuacji  Wheeler  nie 

zdecydowałby  się  nawet  na  romans  z  kobietą  idealną,  a  Audrey  bez  wątpienia  do  takich  nie 

należała. 

-  Myślę,  że  zarówno  pani  Tobias,  jak  i  państwo  Duran  z  korporacji  Megastar 

zaaprobują twój projekt. I nie będą dłużej protestować przeciwko twoim rozwiązaniom. 

Komentarz  pomógł  Wheelerowi  wrócić  do  rzeczywistości.  Najwyższa  pora  przestać 

się  zastanawiać,  jaką  bieliznę  ma  na  sobie  jego  sekretarka.  To  nierozsądne  i  godne 

pożałowania zachowanie. 

- Naprawdę? 

Próbował  zająć  swoje  myśli  czymś  innym,  ale  cały  czas  męczyło  go  pytanie,  czy  jej 

ciało jest tak gładkie, jak się wydaje. 

- Uważają cię za geniusza. 

- Niemożliwe! 

- Ależ tak. Trzeba było ich posłuchać. 

Właściwie wcale go nie dziwiło, że klienci są mu tak życzliwi. Zawsze tak było, gdy 

background image

zatrudniał Audrey. Była jego talizmanem. 

-  Przygotowałam  już  wszystko,  co  wiąże  się  z  twoim  wyjazdem  na  konferencję  w 

Cincinnati. Jesteś pewien, że nie chcesz, bym ci towarzyszyła? 

- Nie, dziękuję. To nie jest konieczne. Poradzę sobie. 

- Chętnie z tobą pojadę. Wyjazd planujesz na weekend, a ja nie mam żadnych planów. 

- Naprawdę dziękuję, Audrey. Pojadę sam. 

Nie  chciał  nawet  myśleć  o  tym,  jak  wyglądałaby  wspólna  podróż  z  pechową 

sekretarką  u  boku.  W  najlepszym  razie  złapaliby  gumę,  ale  mogliby  przecież  jeszcze 

zabłądzić, a nawet mieć jakiś wypadek, bo drogi w czasie świątecznego, lipcowego weekendu 

były zawsze bardzo zatłoczone. 

-  Dobrze,  ale  gdybyś  zmienił  zdanie,  daj  mi  znać.  Spakuję  się  w  kwadrans  i  będę 

gotowa do jazdy. 

- Baw się dobrze w czasie weekendu. Naprawdę sobie poradzę. 

Nie  wyglądała  na  przekonaną.  Przyglądała  mu  się  uważnie  przez  dłuższą  chwilę, 

jakby chciała coś powiedzieć. 

- O co chodzi? - zapytał. 

Otworzyła usta, by odpowiedzieć na jego pytanie, ale po chwili zrezygnowała i tylko 

bacznie wpatrywała się w niego. 

- Posłuchaj, Wheeler - powiedziała w końcu. - Martwię się o ciebie. 

Pracujesz zbyt ciężko. Zwolnij trochę tempo. 

Nie  było  w  tym  nic  niezwykłego,  że  sekretarka  mówi  szefowi  takie  rzeczy.  Ale 

Audrey  mówiła  to  w  dość  szczególny  sposób.  Uważał,  że  bezwzględnie  powinien  położyć 

temu  kres,  i  to  natychmiast.  Był  pewien,  że  ich  stosunki  nie  powinny  wykraczać  poza  grunt 

zawodowy. Tak będzie najlepiej dla nich obojga. 

-  Posłuchaj  Audrey,  wszystko  jest  w  porządku  -  przekonywał  ją  z  uśmiechem.  -  To 

prawda, że całe moje życie rozpadło się po twoim odejściu, ale teraz, kiedy wróciłaś, sprawy 

przybrały lepszy obrót. Jesteś wszystkim, czego potrzebuję, aby znów wyjść na prostą. 

Natychmiast  zorientował  się,  że  jego  słowa  zabrzmiały  dość  dwuznacznie  i  Audrey 

mogła je niewłaściwie zrozumieć. 

A  przecież  chciał  tylko  powiedzieć,  że  docenia  to,  co  panna  Finnegan  robi  dla  jego 

firmy.  Najwidoczniej  jednak  Audrey  uznała,  że  Wheeler  ma  na  myśli  sprawy  osobiste. 

Wyczuł  to  natychmiast,  kiedy  zobaczył  rumieniec,  który  opromienił  jej  twarz,  i  nieśmiały 

uśmiech, jakim go obdarzyła. 

-  Och,  Wheeler,  jestem  taka  szczęśliwa,  że  to  powiedziałeś!  Bo  ja  czuję  podobnie. 

background image

Stałeś się ważną częścią mojego życia. Nigdy dotąd nie spotkałam takiego człowieka jak ty. 

A  potem,  jakby  tego  wszystkiego  było  mało,  wstała  z  krzesła,  podeszła  do  niego  i 

usiadła mu na kolanach. Zarzuciła mu ręce na szyję, pochyliła się i pocałowała go w usta. 

Po prostu źle go zrozumiała! 

Przez sekundę chciał wszystko sprostować, póki jeszcze nie było za późno. Ale kiedy 

otworzył usta, by jej wytłumaczyć, co miał na myśli, wypowiadając ostatnie zdanie, Audrey 

delikatnie dotknęła palcami jego warg. 

Poczuł wtedy tak nieprzepartą potrzebę bliskości z nią, że zapomniał o rozsądku. 

Objął ją w pasie, przyciągnął do siebie i zaczął całować. Żarliwie odpowiadała na jego 

pieszczoty,  topniała  pod  dotykiem  jego  palców.  Trzymała  się  tak  kurczowo  jego  koszuli, 

jakby  nie  zamierzała  już  nigdy  wypuścić  go  ze  swoich  objęć.  Wheeler  zresztą  nie  miał  nic 

przeciwko temu, bo w tej chwili też marzył tylko o tym, by ta chwila trwała wiecznie. Powoli 

i jakby z namysłem zaczęli odkrywać swoje ciała. 

Audrey była w siódmym niebie. Przecież marzyła o tej chwili od momentu, kiedy po 

raz pierwszy zobaczyła Wheelera. Nie wyobrażała sobie, że można odczuwać tak intensywną 

rozkosz.  Nie  spodziewała  się,  że  drzemią  w  niej  takie  pokłady  nieokiełznanej  pasji.  Chyba 

innym coś takiego się nie przytrafia. Zaskoczyła ją również reakcja własnego ciała. Pragnęła 

tego mężczyzny bezwstydnie i zachłannie. 

Wheeler nie mógł pojąć, co się właściwie dzieje. Przecież nie miał w planach romansu 

z własną sekretarką. Wszystko to jakby działo się poza nim. 

Doznawał tak niesamowitych odczuć, że chwilami wątpił w zdrowie swoich zmysłów. 

Przestał  w  końcu  analizować  stan  swego  umysłu  i  skupił  się  na  odczuwanych  emocjach, 

potrzebach  i  pragnieniach.  Czuł,  jak  ciało  Audrey  płonie  pod  dotykiem  jego  rąk.  Nie  mógł 

nasycić się jej pocałunkami. Było cudownie. 

- Och, Wheeler... - jęknęła. 

Pieścił delikatnie jej ciało. Z zachwytem obserwował reakcje Audrey. 

Czuł, jak cała drży z pożądania. Powoli i systematycznie zaczął się rozbierać, rzucając 

jej i swoje rzeczy gdzie popadło. Wiedział, że nie może już dłużej czekać. 

-  Audrey  -  wyszeptał.  -  Myślę,  że  nie  będziesz  zbytnio  zdziwiona  tym,  że  chcę  się  z 

tobą kochać. Bardzo. 

- Ja też tego chcę. 

- Nie rób niczego, czego mogłabyś później żałować. Uśmiechnęła się pobłażliwie. 

- Nigdy nie będę żałowała tego, że kochałam się z tobą. Nigdy! 

Przełknął ślinę. Chciał coś jeszcze powiedzieć, ale nie mógł sobie przypomnieć, o co 

background image

mu chodziło. Otworzył usta, ale Audrey położyła palce na jego wargach i pokiwała przecząco 

głową. 

- Nie mów nic - poprosiła. - Ani słowa więcej, proszę. 

- Ale... 

- Przestań! Nie musisz mi mówić, co czujesz. Ja to po prostu wiem. 

- Ale... 

-  Po  prostu  kochaj  się  ze  mną,  Wheeler.  Proszę.  Uspokój  się,  człowieku,  pomyślał. 

Przecież właśnie Audrey powiedziała ci, że nie potrzeba jej żadnych wyjaśnień. Jest dorosłą 

kobietą  i  na  pewno  ma  za  sobą  jakieś  doświadczenia  z  mężczyznami.  Oboje  chcemy  tylko 

jednego. 

I  chociaż  wiedział,  że  nie  nazwałby  miłością  tego,  co  czuje  do  Audrey,  nie  potrafił 

znaleźć  odpowiedniego  słowa,  by  to  nazwać.  Powstała  między  nimi  jakaś  więź,  która 

połączyła ich na zawsze. Los? Przeznaczenie? Cokolwiek to było, już nigdy nie można będzie 

tego  bezboleśnie  przerwać.  Wheeler  przestał  filozofować  i  poddał  się  urokowi  chwili  w 

oczekiwaniu na to, co nieuniknione. 

Już za późno, by się wycofać. 

-  Przestań  dumać,  Wheeler.  Ja  naprawdę  tego  chcę.  Chciałam  kochać  się  z  tobą  od 

wielu  miesięcy.  -  Uśmiechnęła  się  rozkosznie.  -  Pragnęłam  tego  od  pierwszego  dnia,  w 

którym cię ujrzałam. 

Zaśmiał się. 

- To ty też? - zapytał. 

Odpowiedziała mu promiennym uśmiechem. Wheeler nie mógł oderwać od niej oczu. 

Wydawała  się  jeszcze  piękniejsza  niż  zwykle.  Jak  on  za  nią  tęsknił!  A  teraz  tuliła  się  do 

niego, drżąca i niecierpliwa. Pochylił się nad nią i przywarł wargami do jej ust. Pozwolił, by 

zawładnęły nim zmysły. 

Audrey  nigdy  nie  przypuszczała,  że  można  przeżywać  tak  intensywną  rozkosz.  Nie 

potrafiła  powstrzymać  ogarniającej  ją  niecierpliwości.  Jej  ciało  płonęło.  Pragnęła  tylko 

jednego. Kochać się z Wheelerem. 

Była pewna. To był ten mężczyzna. Ten właściwy. Jedyny. Przy nim czuła się piękna i 

podziwiana. Wheeler musiał dostrzec w niej coś, czego inni nie potrafili docenić. Była pewna, 

ż

e pragnął jej naprawdę, tak jak ona pragnęła jego. Pokochała go głęboko i czule. 

A on odpowiedział na jej miłość równie gorącym uczuciem. 

Nadal nie mogła uwierzyć, że Wheeler ją pokochał. Ale przecież wyraźnie powiedział, 

ż

e  bez  niej  jego  życie  traci  sens.  Na  ogół  ludzie  mają  kłopoty  z  wypowiedzeniem  dwóch 

background image

prostych słów: kocham cię. Wheeler nie był wyjątkiem i dlatego wyznał jej swoje uczucia w 

nieco zawoalowany sposób. 

Była  jednak  pewna,  że  właściwie  wszystko  zrozumiała.  Nie  mogło  być  mowy  o 

pomyłce. 

Kochał ją! 

A  ona  kochała  jego.  Dlatego  nie  było  sensu  zastanawiać  się,  czy  słusznie  postępują. 

Przecież  wszyscy  zakochani  dążą  do  spełnienia.  To  naturalna  kolej  rzeczy.  To  początek 

płomiennego i cudownego romansu. Będzie teraz więcej takich nocy i dni. To po prostu jest 

miłość. 

Pieszczoty Wheelera doprowadzały Audrey do szaleństwa. Pragnęła go tak bardzo, że 

każda chwila zwłoki stawała się nieznośną torturą. 

Wheeler jakby  czytał w  jej myślach. Kiedy ich ciała połączyły się, świat  zewnętrzny 

przestał dla nich istnieć. Doznanie było tak potężne, że potem długo nie mogli dojść do siebie. 

Nie mieli ochoty wracać do rzeczywistości. 

Gdy tak leżeli przytuleni, Audrey pocałowała Wheelera w policzek i powiedziała coś, 

co spowodowało, że zamarł na chwilę. 

- Kocham cię, Wheeler. Od dnia, w którym weszłam do twego biura. I uwierz mi, nic 

nie zniszczy tego uczucia. Będę cię zawsze kochać, bez względu na wszystko. 

Była zbyt zmęczona, by zauważyć jego reakcję. Zdziwiło ją, że nic nie powiedział, ale 

pewnie był zbyt wyczerpany i śpiący. Bez słowa przyciągnął ją tylko do siebie, pocałował w 

skroń i delikatnie pogłaskał. Audrey  pod  wpływem tych czułych pieszczot stawała się coraz 

bardziej senna. 

Jutro też jest dzień, pomyślała. Porozmawiamy jutro. W końcu mamy przed sobą całe 

ż

ycie. Uśmiechnęła się i zapadła w sen. 

Kiedy Audrey obudziła się następnego ranka, stwierdziła, że Wheeler zniknął. 

Chociaż  zapomniała  nastawić  budzik  -  była  przecież  dość  zajęta  -  udało  jej  się  nie 

zaspać.  Było  to  zupełnie  do  niej  niepodobne,  bo  na  ogół  miała  kłopoty  z  porannym 

wstawaniem. Często wybiegała z domu bez śniadania, byle tylko nie spóźnić się do pracy. 

Ale  teraz  nie  było  to  ważne.  Istotne  było  to,  że  obudziła  się  sama  w  łóżku,  które 

jeszcze tak niedawno dzieliła z czułym kochankiem. Sama, o ile nie liczyć dwóch kotów, jak 

zwykle rozciągniętych na szerokim parapecie okiennym. 

Wyraźnie obserwowały ją z czujnym błyskiem w oku. 

Audrey pokazała im język i zajęła się analizowaniem sytuacji. Wheeler  nie spędził z 

nią całej nocy, a to rzucało nowe światło na ich stosunki. Ogarnęły ją wątpliwości, a w głowie 

background image

natychmiast zalęgły się czarne myśli. 

Odsunęła  włosy  z  twarzy  i  usiadła.  Nerwowo  rozejrzała  się  wokół,  jakby  szukała 

potwierdzenia, że naprawdę spędziła ostatnią noc z Wheelerem Rushem. 

Potrzebowała choćby najmniejszego dowodu. Ale niczego takiego nie znalazła. 

Było  tak,  jakby  jej  się  to  wszystko  przyśniło.  Co  prawda  poduszka  obok  niej  była 

pognieciona, ale to jeszcze niczego nie oznaczało. 

A  jednak  Wheeler  na  pewno  był  tutaj.  I  kochali  się,  Audrey  nie  mogła  przecież  tego 

wszystkiego  wymyślić.  Ale  potem  zostawił  ją  samą,  a  ona  miała  głowę  pełną  wątpliwości. 

Nagle gdzieś ulotniła się jej pewność siebie. Może wczoraj wieczór poddali się tylko urokowi 

chwili. A może była to po prostu miłość. 

Skarciła się w duchu za ponuractwo, jednak fakty mówiły same za siebie. 

Mężczyzna, który właśnie odkrył, że zakochał się w swojej sekretarce, i spędził z nią 

szaloną noc, nie znika rano bez słowa, nawet jeśli jego firma jest na skraju bankructwa. Mógł 

przynajmniej się pożegnać.  Byłoby miło,  gdyby  na przykład podrzucił ją do pracy, żeby nie 

musiała  się  tłuc  autobusem.  Zwykle  Audrey  starała  się  być  w  pracy  przed  ósmą,  dlatego 

Wheeler,  który  zjawiał  się  później,  nawet  nie  proponował  jej  nigdy  podwiezienia,  ale  w 

obecnej sytuacji... 

Kiedy człowiek budzi się u boku kogoś, z kim spędził miłosną noc, wspólna jazda do 

pracy  wydaje  się  czymś  zupełnie  naturalnym.  A  co  dopiero  wtedy,  gdy  ludzie  ci  są  w  sobie 

szaleńczo zakochani i nie mogą bez siebie żyć. 

Oczywiście  Wheeler  mnie  kocha,  przekonywała  w  duchu  Audrey  samą  siebie.  Musi 

tak być! Przecież to niemożliwe, by okazał tyle czułości kobiecie, na której mu nie zależy. 

Kiedy  Audrey  zajęła  się  codzienną  poranną  krzątaniną,  jej  wątpliwości  zamiast 

zupełnie się rozwiać, przybrały jeszcze na sile. Była coraz mniej pewna uczuć Wheelera, ale 

jedna  sprawa  nie  podlegała  dyskusji.  Kochała  go.  I  to  już  od  dawna.  I  zrobi  wszystko,  aby 

utrzymać ten związek. 

Szybko  przygotowała  sobie  kanapkę,  niczego,  o  dziwo,  nie  niszcząc.  Nie  rozlała  też 

ani  kropli  kawy.  Ubrała  się  bez  żadnych  przygód,  które  przytrafiały  się  jej  nagminnie.  Na 

przykład, oczko w pończosze czy brak guzika przy bluzce. 

Potem umalowała się i uczesała.  I pozbierała drobiazgi, których zazwyczaj nigdy nie 

mogła  znaleźć,  a  bez  których  nie  mogła  iść  do  pracy:  klucze,  dokumenty,  szminkę.  Dzisiaj 

wszystko leżało na swoim miejscu. 

Ruszyła do wyjścia. Dopiero wtedy zdała sobie  sprawę, że po raz pierwszy od wielu 

lat wszystko poszło jej jak z płatka. Przeżyła pierwsze godziny dnia bez codziennego horroru 

background image

i nerwów. To musi być dobry znak, pomyślała. 

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

 

Siedząc w biurze, Wheeler wspominał ostatnią noc. Nadal nie mógł uwierzyć, że on i 

Audrey Finnegan... 

Spokojnie  omawiali  sprawy  zawodowe,  nie  działo  się  nic  nadzwyczajnego  -  i  nagle 

zaczęli  się  szaleńczo  kochać.  Musiał  przyznać,  że  były  to  wspaniałe,  cudowne  godziny.  A 

potem,  gdy  Audrey,  zaspokojona  i  szczęśliwa,  słodko  spała,  on  na  palcach,  jak  złodziej,  po 

prostu uciekł. Mówiąc po prostu, spanikował. 

Czuł się winny. 

Jak do tego wszystkiego doszło? Gdy przyszedł do Audrey, chciał jej powiedzieć coś 

bardzo ważnego, lecz nim zdążył to uczynić, zaczęli się kochać. 

Ale co takiego chciał jej powiedzieć? Nie mógł sobie teraz przypomnieć. 

Wspomnienie niesamowitej nocy wypierało wszystkie inne myśli. Wheelerowi zrobiło 

się gorąco. 

Najpierw  spokojnie,  jak  para  dobrych  znajomych,  jedli  kolację.  Nie  było  w  tym  nic 

niezwykłego. Potem pozmywali naczynia i posprzątali w kuchni. 

Następnie  zasiedli  do  kawy.  Zwyczajna  kolej  rzeczy,  a  w  powietrzu  nie  unosiły  się 

ż

adne niepokojące fluidy. 

Kawa,  jak  zwykle  przyrządzona  przez  Audrey,  była  prawie  nie  do  przełknięcia,  tak 

więc  każdy  łyk  wymagał  od  Rusha  sporej  dozy  poświęcenia.  I  właśnie  wtedy  coś  go 

podkusiło, by powiedzieć swojej sekretarce, że stała się dla niego kimś naprawdę ważnym. A 

Audrey  go  pocałowała.  A  on  zamiast  przyjąć  to  jako  koleżeńskie  podziękowanie  za  miłe 

słowa, rozpiął guziki u jej bluzki. 

I  zapadli  się  w  przepaść  miłości.  Łóżko  Audrey  stało  się  niemym  świadkiem 

niesamowitej  eksplozji  seksu.  Wheeler  wciąż  nie  mógł  się  otrząsnąć  z  tych  wspomnień. 

Intensywność doznań, jakich tej nocy doświadczył, była wprost nieprawdopodobna. 

- Dość tego, do cholery! - powiedział do siebie. - Wystarczy! 

Miał na głowie firmę, która nie posiadała jeszcze ugruntowanej pozycji na rynku. Nie 

wolno  mu  więc  poddawać  się  erotycznym  wspomnieniom.  Na  bujanie  w  obłokach  może 

kiedyś przyjdzie czas, ale nastąpi to na pewno nieprędko. 

Wciąż jednak analizował wydarzenia z ostatniej nocy, minuta po minucie. 

I ta chwila, w której Audrey wyznała mu miłość... 

background image

Wtedy się przestraszył, chciał się wycofać, lecz było już za późno. Źle się stało, że nie 

wykazał  wówczas  odrobiny  silnej  woli.  A  powinien  powiedzieć  Audrey,  że  wprawdzie 

pragnie się z nią teraz kochać, ale nie ma to nic wspólnego z prawdziwą miłością, na którą w 

jego  życiu  nie  ma  po  prostu  miejsca.  Potrzebował  Audrey,  przynosiła  mu  szczęście, 

odwracała złe siły od jego firmy. Ale miłość? Nie, i jeszcze raz nie! 

Postąpił  jak  świnia,  nie  mówiąc  jej  tego  wszystkiego.  Zachował  się  jak  oszust,  jak 

tandetny  podrywacz.  Przyjął  jej  wyznanie,  chyba  naprawdę  płynące  z  głębi  serca,  zrobił 

swoje, a potem zwiał jak ostatni tchórz. 

Usłyszał pukanie do drzwi. Tylko Audrey stukała w ten sposób. Co ma teraz zrobić? 

Schować się pod biurko albo wyskoczyć przez okno? Potrzebował trochę czasu, by wszystko 

do  końca  przemyśleć.  Wiedział,  że,  wcześniej  czy  później,  będzie  i  tak  musiał  z  Audrey 

porozmawiać. Ale był do tej konfrontacji jeszcze nieprzygotowany. 

- Wheeler? Czy możemy porozmawiać? 

A  więc  stało  się!  Jej  głos,  dochodzący  zza  drzwi,  był  drżący,  niepewny  i  smutny. 

Wcześniej, ilekroć wymawiała jego imię, odczuwał radość, bo robiła to z sympatią i swoistą 

czułością. Lecz teraz było zupełnie inaczej. 

- Wejdź, proszę - powiedział, przerażony tym, co go czeka. 

Nie wiedział, co ma jej powiedzieć. Nie rozumiał, jak mogło dojść do ich zbliżenia. A 

przede  wszystkim  nie  rozumiał,  co  naprawdę  czuje.  Chaos,  zdenerwowanie,  panikę,  a  poza 

tym nic. 

Audrey pchnęła delikatnie drzwi, weszła do gabinetu i zamknęła je za sobą z cichym 

trzaskiem.  Patrzyła  w  przestrzeń,  jakby  bała  się  napotkać  wzrok  Wheelera.  I  ruszyła  do 

przodu, w kierunku biurka. 

Chciał  ją  ostrzec,  żeby  uważała  na  chodniczek,  bo  zawsze  się  o  niego  potykała,  ale 

dzisiaj, ku jego zdziwieniu, przeszła po nim jak każdy normalny człowiek. Zdarzyło jej się to 

po  raz  pierwszy.  Naprawdę  zdumiewające!  Zbliżała  się  do  niego,  lecz  patrzyła  ponad  jego 

głową. Wheeler wstał i ich oczy powinny się spotkać, lecz ona zerknęła w lewo, by do tego 

nie  dopuścić.  Obszedł  biurko  dookoła.  Stanął  przed  nią  w  luźnej,  swobodnej  pozie.  Chciał 

wywołać  wrażenie,  że  jest  pewny  siebie,  a  nawet  nonszalancki.  Obawiał  się  jednak,  że  nie 

udało mu się ukryć zdenerwowania i niepokoju, które w rzeczywistości go przepełniały. 

-  Kiedy  obudziłam  się  dzisiaj  rano  -  powiedziała  cicho,  nadal  nie  patrząc  na  niego  - 

ciebie już nie było. Po prostu sobie poszedłeś. 

Potrafił jedynie skinąć głową, choć dobrze wiedział, że Audrey należą się wyjaśnienia. 

Lecz  nie  mógł  znaleźć  żadnego  sensownego  słowa.  Rozpaczliwie  usiłował  więc  utrzymać 

background image

beztroską,  luzacką  postawę.  I  coraz  bardziej  wydawał  się  sobie  żałosny,  śmieszny  i 

grubiański. I milczał. 

- Zostałam sama - dodała, wpatrując się w ścianę za jego plecami. 

- Zgadza się - powiedział. Nie ma dla niego żadnego usprawiedliwienia! 

Rozumiał to doskonale. Zdołał więc tylko z siebie wydusić: - Przepraszam. 

Wzdrygnęła się, a jej oczy wciąż omijały jego spojrzenie. 

-  Zastanawiam  się...  czy  przypadkiem...  No  wiesz...  Wciągnęła  powietrze  i  w  końcu 

spojrzała  na  niego.  Przez  jedną  krótką  chwilę  ich  spojrzenia  skrzyżowały  się.  Wheeler 

zobaczył w jej oczach głęboki, bezbrzeżny smutek. 

A  przecież  Audrey  dotąd  zawsze,  nawet  w  najtrudniejszych  i  najbardziej  przykrych 

sytuacjach, emanowała jakąś radosną, spokojną siłą i optymizmem. A on w niej to zniszczył. 

Zranił  ją  i  upokorzył.  Była  łatwą  zdobyczą.  A  teraz  serce  tej  dziewczyny  krwawi.  Audrey 

cierpi przez niego. 

Nie mogąc wytrzymać jej pełnego bólu spojrzenia, szybko odwrócił głowę. 

-  Nie  rozumiem,  dlaczego  mnie  tak  zostawiłeś.  Przecież  nie  powiedziałeś  mi  nawet 

„do widzenia”. 

Jest więc nas dwoje, pomyślał. 

Kiedy rano się obudził, w pierwszej chwili nie wiedział, gdzie się znajduje. A potem 

zobaczył  Audrey,  słodko  i  ufnie  wtuloną  w  niego.  I  poczuł  się  wspaniale.  Cudowna  noc  z 

cudowna dziewczyną, a teraz cichy świt, ciepło i błogi spokój. Przedsionek raju. 

A przecież nienawidził poranków po upojnych nocach. Po najbardziej nawet gorących 

randkach zawsze wracał do siebie przed wschodem słońca. 

Lubił budzić się sam w swoim łóżku. Cenił niezależność zarówno swoją, jak i kobiet, 

z którymi się umawiał, dlatego wspólne śniadania zawsze wyprowadzały go z równowagi. Bo 

ś

niadania powinno jadać się samotnie. Rush nie był mizantropem, ale cenił sobie samotność, 

spokój  i  ciszę.  Dzień  składał  się  z  godzin  pracy  i  wypoczynku.  Pracuje  się  w  biurze,  a 

wypoczywa w domu. 

Czasami  zdarzają  się  randki,  ale  one  nie  mogą  burzyć  naturalnego  porządku.  Po 

randce wraca się do swojego domu, gdzie wszystko jest na swoim miejscu. 

Wheeler  uwielbiał  ład  zarówno  w  harmonogramie  dnia,  jak  i  wśród  przedmiotów, 

które  go  otaczały.  I  nienawidził  budzić  się  w  nie  swoim  łóżku.  A  gdy  otworzył  oczy  w 

mieszkaniu Audrey, był po prostu szczęśliwy. 

I natychmiast zrozumiał, że jego ukochany ład i porządek diabli wzięli. 

Lecz wcale się tym nie przejął. 

background image

I dopiero to naprawdę go zaniepokoiło. 

Bo  tak  naprawdę  był  szczęśliwy.  Wpakował  się  w  romans  z  najbardziej  pechową 

dziewczyną pod słońcem? Fantastyczne! Jego życie ulegnie radykalnej zmianie? Wspaniale! 

Bo leży przy cudownej kobiecie, z którą pragnie się kochać, kochać i jeszcze raz kochać. 

Jak jednak może być szczęśliwy, gdy wszystko stanęło na głowie? 

Przecież ponad wszystko kocha ład, porządek i samotne poranki we własnym łóżku. 

Nim więc cokolwiek postanowi, musi to wszystko dobrze przemyśleć. 

Wprawdzie myślał cały ranek, ale widocznie za krótko, bowiem żadnego sensownego 

rozwiązania nie znalazł. 

A  teraz  patrzył  na  Audrey,  która  czekała  na  odpowiedź.  Z  jej  zielonych  oczu  bił 

smutek, a wargi lekko drżały. Była piękna, ale zupełnie inna niż do tej pory. W jej wzroku nie 

było wesołych iskierek. Nie promieniowała optymizmem. To wszystko przeze mnie, pomyślał 

Wheeler. 

Była  piękną,  dobrą  i  pełną  uroku  kobietą,  którą  prześladował  niesamowity  pech. 

Zasługiwała na mężczyznę, który w pełni by ją docenił. Na kogoś, kto będzie ją prawdziwie 

kochał.  A  co  on,  Wheeler  Rush  wyrabia?  Traktuje  ją  jak  maskotkę,  jak  talizman  szczęścia. 

Audrey potrzebowała innego faceta. 

Inny mężczyzna w jej życiu? Chaos w głowie Wheelera osiągnął swoje apogeum. 

- Możesz mi wreszcie odpowiedzieć, dlaczego tak postąpiłeś? Że obudziłam się sama? 

Zniknąłeś bez słowa! Wszystko rozumiem, ale żeby aż tak... 

-  Nie  wiem  -  odpowiedział  jej  szczerze.  -  Sam  nie  rozumiem,  dlaczego  tak  się 

zachowałem. Chyba że... 

- Chyba że co? 

Zrobił minę zbitego psa. I tym razem nie udawał. Tak się po prostu czuł. 

- Audrey - powiedział poważnie. - Proszę, usiądź. Usiadła na brzegu krzesła, spięta i 

gotowa do walki. Stała się inną kobietą. Nie jest już gapą i ciamajdą, która wciąż się potyka, 

wylewa kawę i plecie bzdury. Poznała prawdziwą miłość i jest już inną osobą. Kobietą, która 

walczy o uczucie. O godność. 

Gwałtownie założyła nogę na nogę. Jakie śliczne uda, pomyślał Wheeler... i łydki. 

Bronił  się,  nie  chciał  przyznać,  że  Audrey  ma  w  sobie  coś  więcej  niż  ładne  ciało...  i 

pecha.  Ale  wreszcie  przestał  oszukiwać  samego  siebie.  Ta  kobieta  miała  osobowość,  która 

dopiero dzisiaj objawiła się w całej swej niezwykłości. 

Westchnął  -  i  ocknął  się.  Za  chwilę  wyjaśni  Audrey,  jak  bardzo  oboje  się  pomylili. 

Będzie  szczery  aż  do  bólu.  Nie  wolno  mu  oszukiwać  tej  dziewczyny,  łudzić  jej  nadzieją. 

background image

Przeżyli piękną noc, która jednak nie powinna się zdarzyć. 

Audrey  na  pewno  to  zrozumie.  Nie  mają  przed  sobą  żadnej  przyszłości.  Szef  - 

podwładna,  no  i  tak  różne  charaktery.  Chociaż  tej  nocy  było  cudownie,  nie  wolno  im  tego 

kontynuować.  Zapanują  między  nimi  ciche  dni,  ale  potem  wszystko  się  ułoży,  wróci  do 

normy. Jest tyle do zrobienia w firmie. 

Wheeler westchnął. Wreszcie odzyskał zdolność logicznego myślenia. 

- Wczoraj powiedziałem ci, jak bardzo mi na tobie zależy. To prawda. 

Zależy mi na tobie, Audrey. - W jej oczach zajaśniało słońce. - To prawda, zależy mi 

na tobie - powtórzył, a jego serce przeszyło lodowate ostrze. - Lecz nie tak, jak myślisz. 

- Powiedz po prostu - szepnęła. Zacisnął palce. 

- Nie miałem na myśli, że... Tu nie chodziło o... Ja... chciałem ci powiedzieć, że... 

- Powiedz po prostu, Wheeler. 

Spojrzał w jej mądre, nieznające kłamstwa oczy. 

- Nie kocham cię, Audrey. 

Przez jej twarz przebiegł gwałtowny, krótki grymas. 

- Rozumiem. Nie, nie rozumiem. Bo dlaczego u mnie... Zamilkła. 

Machnęła ręką. Jakby strząsała z siebie jakiś brud. 

Jej oczy... 

- Posłuchaj, Audrey, stało się coś bardzo złego.  Naprawdę musimy  o tym pogadać.  I 

nie będzie to wcale łatwe. 

Czy  ten  koszmar  jej  się  śni?  Czy  ten  okrutny  facet  to  naprawdę  Wheeler  Rush?  Ten 

sam Wheeler Rush? 

Niestety, tak. Pan Rush nerwowo krąży po pokoju i usilnie stara się jej coś wyjaśnić. 

Naprawdę bardzo się stara. A niech go diabli! 

Nic gorszego nie mogło się jej przytrafić. Audrey czuła się zdruzgotana. 

Gdzie się podziała ta wesoła, pechowa dziewczyna? Nie ma jej już, niestety. 

Panno Finnegan, ratuj choć resztki swojej godności! Na płacz pora przyjdzie później. 

A na nowej życie? 

No cóż, trzeba najpierw dokończyć ten dialog. 

- Wheeler, my przecież właśnie rozmawiamy. 

Była  spokojna,  a  jego  ogarniała  coraz  większa  panika.  Tchórz,  jak  każdy  facet!  Gdy 

obudziła się sama, zrozumiała, co się sidło. Ale że jest zakochana, więc się łudziła. 

Lecz dobrze wiedziała, co Wheeler jej powie: „Seks i miłość to dwie różne sprawy”. 

Znała te teksty na pamięć. Jakie to wszystko beznadziejne! 

background image

Pomoże mu, bo stał się nagle tak mało elokwentny. „Wheeler, powinieneś mi jeszcze 

powiedzieć tak: Chociaż jesteś dla mnie kimś bardzo ważnym, Audrey, to jednak... szykowała 

złośliwą  podpowiedz,  lecz  Rush ją  wyprzedził:  -  Myślę,  że  wiesz,  Audrey,  jak  ważną  osobą 

jesteś dla mnie... - Boże, ratuj! To jeszcze bardziej beznadziejne słowa, pomyślała. - I chociaż 

chyba nie potrafiłbym poradzić sobie bez ciebie... 

O, nie! Musi być szybsza. 

- Składam wymówienie, panie Rush. 

Zamilkł. Potem poprosił, by została. 

-  Dla  dobra  firmy  mogę  zgodzić  się  na  dwutygodniowy  termin  rozwiązania  umowy. 

To moje ostatnie słowo, szefie. 

A on miotał się po pokoju jak wariat. 

- Nie kocham cię, Audrey - wydusił w końcu z siebie. 

- Tak się zdarza, Wheeler. 

Powiedziała  to  z  chłodną  ironią.  Ale  czy  warto  opisywać  ból,  który  ją  przenikał? 

Zacisnęła  powieki.  Tutaj  nie  będzie  płakać.  Gdyby  jakaś  ciepła,  przyjazna  mgła  otuliła  ją  w 

tej chwili... Bardzo tego potrzebowała. Lecz nie ma takiej dłoni. 

A  on,  Wheeler  Rush,  zapatrzony  nie  w  jej  nabrzmiewające  łzami  oczy,  lecz  w  swój 

pępek,  nagle  przemówił  pełnymi  zdaniami:  -  Bardzo  mi  przykro,  Audrey,  ale  taka  jest 

prawda. Nie wolno mi się z nikim wiązać, nie mogę jadać wspólnych śniadań z żadną kobietą. 

Jestem odpowiedzialny za firmę. Moja przyszłość jest jedną wielką niewiadomą, więc nikomu 

ze mną nie jest po drodze. Nie chcę nikogo, a już na pewno ciebie, narażać na niepewny los. 

Muszę  być  samotny,  by  zwyciężać.  Jestem  samotnikiem  i  nie  kocham  nikogo.  Nie  kocham 

ciebie, Audrey. 

Opadła  z  niej  furia,  została  tylko  gorycz...  i  wielki  smutek.  Ten  facet  jest  u  kresu 

wytrzymałości.  Co  tu  więc  mówić  o  miłości?  On  walczy  o  przetrwanie  i  tyle.  O  przyszły 

sukces. Wyznała, że go kocha, i zrobiła błąd. Nieodwracalny. 

Bo  od  tej  pory  na  jej  widok  będzie  uciekał.  A  powinna  zrobić  inaczej.  Kochać  się  z 

nim, tulić go, koić jego troski - i milczeć. Być przy nim, być dla niego. 

I wreszcie, po wielu trudnych dla niej latach, być może łaskawie zostałaby uznana za 

jego małżonkę. 

Wzdrygnęła się. 

-  Rozumiem.  Wyjaśniłeś  wszystko  bardzo  dokładnie.  Dziękuję,  ale  myślę,  że  trochę 

różnimy się między sobą. 

- Co masz na myśli? - zapytał z niepokojem. Spojrzała mu prosto w oczy. 

background image

- Cóż, chodzi mi o to, że ja jestem pewna swoich uczuć. 

-  Audrey...  -  wyszeptał,  wyciągając  rękę  w  jej  kierunku.  Lecz  ona  gwałtownie  się 

cofnęła. Nie chciała, żeby jej dotknął. Ale skąd tyle bólu w jego oczach? 

-  Cieszę  się,  że  jesteś  szczery.  Niewielu  facetów  na  to  stać.  Byłabym  twoją 

najwierniejszą  kochanką.  Kilka  miłych  słówek  co  jakiś  czas,  a  ja  zawsze  gotowa  do  usług. 

Ale  ty  jesteś  inny,  taki  przyzwoity.  Powinnam  być  wdzięczna  losowi,  że  jesteś  uczciwym 

człowiekiem. 

- Audrey, błagam... Nie chciałem cię... 

- Wheeler, śpieszę się. Żegnaj. 

Tylko wytrzymaj, Audrey, nie daj mu tej satysfakcji. Nie płacz! Nie teraz! 

Dopiero w domu. 

Chciała  płakać  i  głośno  krzyczeć.  Miała  ochotę  tłuc,  kogo  popadnie  -  Ale  najpierw 

musiała wyjść z tego pokoju z godnością, równym krokiem. Z podniesioną głową. 

- Audrey, poczekaj! - zawołał Wheeler. 

Nie, dość tego! Czy on wreszcie da jej święty spokój? I jak długo zdoła powstrzymać 

łzy? Kurczowo chwyciła za klamkę. 

- Audrey, to takie... Nie odchodź w taki sposób, proszę. 

- W jaki sposób?! - Łzy łzami, ale oczyszczająca furia przede wszystkim. 

- Jak poniżona kobieta?! Łaskawco, zaczynasz się nade mną litować? Nie warto. 

Wiesz,  że  jesteś  zwyczajną  świnią?  Zdajesz  sobie  sprawę  z  tego,  że  ufałam  tobie?  - 

Furia  ustąpiła  rozżaleniu.  -  Jestem  najbardziej  pechową  kobietą  na  ziemi.  Na  pewno  nie  ma 

drugiej takiej jak ja. Nigdy nic mi się nie układa, a gdzie się pokażę, tam powoduję katastrofy. 

-  Ależ  to  kompletna  bzdura!  -  zawołał  Wheeler.  -  Nikt  nie  przyniósł  mi  więcej 

szczęścia niż ty. Jesteś moim talizmanem. 

Puściła klamkę, odwróciła się do Wheelera i spojrzała na niego uważnie. 

- Możesz mi dokładniej wyjaśnić, co przez to rozumiesz? - powiedziała, jakby ważąc 

każde słowo. 

Chyba  zaczynała  rozumieć,  o  co  mu  chodzi.  Za  chwilę  usłyszy  coś,  czego  żadna 

kobieta nigdy nie powinna usłyszeć. Poczuła się tak, jakby spadała w przepaść. 

I do niego wreszcie zaczynało docierać, co tu się naprawdę dzieje. 

Ogarnęło  go  przerażenie.  Jak  mógł  do  tego  dopuścić?  Nie  ma  dla  niego  żadnego 

usprawiedliwienia.  Niestety,  powiedział  już  „a”  i  Audrey  na  pewno  nie  ustąpi,  dopóki  nie 

usłyszy „b”. 

-  Wheeler,  co  to  znaczy,  że  jestem  twoim talizmanem?  -  A  on milczał,  niezdolny  do 

background image

wypowiedzenia  jednego  choćby  słowa.  -  Dobrze,  nie  chcesz  mówić,  więc  ja  to  zrobię. 

Zatrudniłeś mnie ponownie, bo uważałeś, że przynoszę ci szczęście. Nie dlatego, że ci mnie 

brakowało  lub  że  ceniłeś  moją  pracę.  Po  prostu  dlatego,  że  ponoć  przynoszę  ci  szczęście. 

Mówiąc mi podczas kolacji, że od chwili gdy wróciłam do firmy, wszystko znów zaczęło się 

układać jak należy, to właśnie miałeś na myśli. Czy tak? - Wbił spojrzenie w podłogę i nadal 

milczał.  -  Mówiłeś  mi  słowa,  które  mogłam  zrozumieć  tylko  w  jeden  sposób:  że  mnie 

kochasz.  Zadrwiłeś  sobie  ze  mnie.  Wiesz  co,  Wheeler?  Jesteś  beznadziejny.  Szczęśliwe 

talizmany  można  kupić  za  pięć  dolarów  w  sklepie  z  pamiątkami.  A  ja,  do  cholery,  jestem 

ż

ywym człowiekiem! Informuję cię o tym, bo, jak widać, do tej pory tego nie zauważyłeś. - 

Roześmiała się z gorzką ironią. 

- I, na Boga, nie stój tak jak słup soli. Odezwij się. Bo może się mylę? 

Niestety,  jego  milczenie  i  wbity  w  podłogę  wzrok  były  aż  nadto  wymowną 

odpowiedzią na jej pytanie. 

- Odpowiedz mi - nie ustępowała. Wheeler wyglądał naprawdę żałośnie. 

- Audrey, jest inaczej, niż myślisz - powiedział cicho. 

- Przekonaj mnie o tym, Wheeler. Nerwowo wpatrywał się w swoje ręce. 

-  Wiesz,  jaka  była  sytuacja,  gdy  zaczęłaś  u  mnie  pracować.  Firma  padała,  byłem  o 

krok  od  bankructwa.  I  nagle  wszystko  się  odmieniło.  Zacząłem  stawać  na  nogi,  wróciła  mi 

wena  twórcza,  pojawili  się  nowi  klienci.  -  Zamilkł  na  chwilę.  -  Byłem  w  euforii,  zły  los  się 

odwrócił. Tylko zakasać rękawy i wykorzystać dobrą passę. I początkowo wcale nie łączyłem 

tego z twoją osobą. 

- Mów dalej. 

-  Wtedy  postanowiłem  znów  zatrudnić  Rosalie.  Przecież  ty  pracowałaś  u  mnie  tylko 

tymczasowo, na umowę zlecenie... 

- I to nie tylko w biurze - dodała Audrey. 

- Przecież to nie było tak. - Wheeler rozzłościł się. - Dobrze o tym wiesz. 

- To może mi powiesz, jak było. 

-  Kiedy  odeszłaś,  znowu  wszystko  zaczęło  się  walić.  Klienci  byli  niezadowoleni  z 

naszych  usług.  Personel  się  kłócił,  a  mnie  zaczynało  brakować  pomysłów...  Po  prostu  firma 

znów zaczęła tonąć.  I im więcej o tym myślałem, tym  częściej dochodziłem do wniosku, że 

tak  naprawdę  chodzi  o  ciebie.  Kiedy  pracowałaś  u  mnie,  wszystko  szło  jak  należy.  Kiedy 

odeszłaś, nastąpiła klapa. 

Po  prostu  przynosiłaś  mi  szczęście,  Audrey.  Możesz  temu  zaprzeczać,  ale  taka  jest 

prawda. Więc odnalazłem cię i ponownie przyjąłem do pracy... 

background image

- Bym znów rozkręciła interes - dokończyła za niego. 

- Zgadza się. Co w tym złego? 

- Uważałeś mnie za swój talizman. 

- Masz rację. 

Wszystko  jasne,  aż  do  bólu.  Była  talizmanem  Wheelera.  Podkową  zawieszoną  na 

ś

cianie.  Korkiem  od  ślubnego  szampana.  Wytartym  misiem,  noszonym  w  kieszeni. 

Wszystkim, tylko nie człowiekiem. Wheeler miał ją za ostatnią ciamajdę, uważał za fatalnego 

pracownika.  Nie  była  też  dla  niego  kobietą.  Mówił  jej  miłe  słowa,  a  nawet  raz  się  z  nią 

przespał.  A  wszystko  to  robił  wyłącznie  dla  dobra  firmy.  Dla  następnych  intratnych  umów. 

Bo była szczęśliwym talizmanem. Dobry Boże... 

Przez jakiś czas patrzyła na niego w milczeniu. 

- Wiesz co, Wheeler, jesteś kompletnym idiotą. 

- Słucham? - Był wyraźnie zaskoczony - Powiedziałam, że jesteś idiotą - powtórzyła z 

naciskiem. 

- Dlaczego mi to mówisz? 

- Bo taka jest prawda. Po prostu jesteś idiotą. 

Zerwał się zza biurka, przeszedł szybko przez pokój i stanął tuż przy niej. 

- Naprawdę nie musisz mi tego bez przerwy powtarzać. 

- Ależ muszę!  Idiotom trzeba w kółko  wciąż to samo powtarzać, by wreszcie coś do 

nich dotarło. 

Wzruszył ramionami. 

- Daruj sobie. O co chodzi? Słyszę cię dobrze. 

- Ale niczego nie rozumiesz. 

-  Zgoda,  jestem  idiotą  i  niczego  nie  rozumiem.  Więc  może  powiesz  wreszcie,  ale 

powoli i wyraźnie, bym wszystko dobrze pojął. O co ci chodzi? 

Roześmiała się z politowaniem. 

-  A  więc  słuchaj  uważnie,  głupi  mężczyzno.  Chodzi  mi  o  to,  że  rozpaczliwie  się 

bronisz przed tym, co oczywiste. Wolisz nazywać mnie swoim szczęśliwym talizmanem, niż 

przyjąć do wiadomości to, co dzieje się między nami. Jesteś zbyt tępy, by to zobaczyć. 

- Nie jestem głupi, Audrey. 

- Niestety, jesteś. Bo uważasz, że twoje sprawy idą dobrze tylko dlatego, iż znalazłeś 

swój talizman. Podkowę, którą zawiesiłeś nad drzwiami. Tak może myśleć tylko prawdziwy 

idiota, Wheeler. 

Spojrzał na nią zdziwiony. 

background image

- Audrey, o czym ty mówisz? 

O  czym  mówię?  O  miłości,  ty  durniu!  chciała  krzyknąć,  ale  się  powstrzymała. 

Wheeler  jest  dorosłym  mężczyzną,  świetnie  wykształconym,  wybitnym  projektantem.  Ale 

poza  tym  jest  małym,  nieporadnym  chłopczykiem,  który  panicznie  boi  się  miłości.  By  więc 

od  niej  uciec,  nazwał  swoje  uczucie  „szczęśliwym  talizmanem”.  To  miłość  do  mnie  ciebie 

uskrzydla,  a  nie  żaden  talizman,  ty  bałwanie,  pomyślała.  Lecz  nikt  ci  tego  nie  wytłumaczy. 

Zrozumieć  to  musisz  sam.  Albo  do  końca  życia  pozostaniesz  małym  chłopczykiem,  który 

wierzy w łut szczęścia i w różne amulety. Który nie wie, że świat zdobywa się z miłości i dla 

miłości. 

Audrey zrobiła wszystko, co mogła. Reszta zależała od Wheelera. A teraz pora odejść. 

Nic tu po niej... na razie. W każdym razie taką miała nadzieję. 

Bez słowa podeszła do biurka i wyrwała kartkę z bloczku. 

Potem sięgnęła po pióro. I wykaligrafowała następujące słowa: „Składam rezygnację z 

pracy  ze  skutkiem  natychmiastowym.  Z  poważaniem,  Audrey  Finnegan”.  Podpisała  się, 

napisała datę i podsunęła papier Wheelerowi. 

Przeczytał - i zbladł. A w jego oczach pojawiła się panika. 

-  Zamierzałam  przepracować  jeszcze  dwa  tygodnie,  żebyś  mógł  znaleźć  kogoś  na 

moje miejsce, ale teraz doszłam do wniosku, że muszę odejść jak najszybciej. 

- Odchodzisz z pracy? - powtórzył, nie wierząc własnym oczom i uszom. 

- Nie możesz mi tego zrobić. Audrey... - zaczął błagalnym tonem. - Nie rób tego. Nie 

możesz teraz odejść. 

- Ależ mogę - odpowiedziała krótko. - I to natychmiast. 

-  Nie!  -  zawołał.  -  Nie  możesz  tak  po  prostu  sobie  pójść  i  zostawić  mnie  na  pastwę 

losu. 

Teraz ona spojrzała na niego ze zdziwieniem. 

- Dlaczego nie? Przecież to ty pierwszy się mnie wyrzekłeś. 

- Co ty mówisz? Dobrze wiesz, że to nieprawda. 

- Czyżby? Wyrzekłeś się mnie w chwili, gdy uznałeś mnie za swój talizman szczęścia. 

Nie jestem talizmanem, Wheeler. Ani dla ciebie, ani dla nikogo. Nie zgadzam się występować 

w tej roli. Wolę wrócić do kąpania psów. 

One są szczere wobec mnie. Nie cieszą się z mojej obecności tylko dlatego, że jestem 

ich szczęśliwą kością. Po prostu mnie lubią - powiedziała cicho. 

- Ale nie możesz mnie teraz zostawić! Naprawdę nie możesz. Audrey...  - powiedział 

błagalnie. - Jeśli teraz odejdziesz, stracę wszystko. 

background image

Serce jej zamarło z żalu. 

- Posłuchaj, Wheeler. Przecież ty i tak już wszystko straciłeś. I tylko od ciebie zależy, 

czy to odzyskasz. 

- Ale... 

-  Żadnego  ale!  Możliwe,  że  pomogłam  ci  doprowadzić  wszystko  do  porządku  w 

twoim życiu, ale na pewno nie dlatego, że jestem twoim talizmanem szczęścia. Pomyśl o tym. 

A jak już pomyślisz, to wiesz, gdzie mnie szukać. 

- Ale... 

Otworzyła drzwi i odwróciła się, żeby jeszcze raz spojrzeć na niego. 

- Do widzenia albo żegnaj. Jeśli zrozumiesz, o czym mówię, daj mi znać. 

W przeciwnym razie nawet nie próbuj zawracać mi głowy. Bo natychmiast zlecisz ze 

schodów! 

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

 

To niezwykłe, ale w ciągu kilku tygodni od odejścia Audrey niewiele się zmieniło w 

ż

yciu zawodowym Wheelera. Natomiast jeśli chodzi o życie prywatne... 

Przez cały czas otaczała go pustka, z którą nie umiał sobie poradzić. Miał wrażenie, że 

absolutnie  nic  nie  jest  w  stanie  jej  zapełnić.  Nieznośnie  doskwierała  mu  samotność,  a 

otaczający świat stał się obcy i wrogi. Było to uczucie, jakiego nigdy dotąd nie doświadczył. 

Ale poza tym wszystko było w porządku. 

Nieobecność  Audrey  w  biurze  była  najmniejszym  problemem.  Wheeler  początkowo 

zamierzał zatelefonować do jej agencji i poprosić o przysłanie kogoś innego. Przynajmniej do 

chwili, dopóki nie uda mu się nakłonić Audrey do powrotu. W końcu jednak zdecydował się 

na zupełnie innego pośrednika. 

Tak będzie lepiej, bo nie należy przecież rozdrapywać świeżych ran. 

Sekretarka,  którą  w  końcu  zatrudnił,  była  całkiem  miła  i  niezwykle  kompetentna. 

Zgodził  się  ją  przyjąć  bez  większych  oporów,  oczywiście  tylko  do  czasu  powrotu  Audrey. 

Nazywała się Melinda, miała same zalety i Wheeler szczerze jej nie znosił. Przeszkadzało mu 

w niej wszystko. Perfekcja, z jaką pracowała. Sposób, w jaki się ubierała. Fakt, że niczego nie 

psuła:  ani  komputera,  ani  centralki  telefonicznej,  ani  nawet  ekspresu  do  kawy.  Niczego, 

dosłownie niczego. Nigdy się nie potykała i, co doprowadzało Wheelera do prawdziwej pasji, 

parzyła naprawdę znakomitą kawę. 

Ale  nie  potrafiła  uśmiechać  się  jak  Audrey  i  spoglądać  na  szefa  w  tak  zagadkowy  i 

background image

uroczy sposób. Nie potrafiła też rozmawiać z klientami tak serdecznie jak jej poprzedniczka. 

Miała pecha, nie była Audrey. 

Wbrew wszelkiej logice, nowa sekretarka po prostu działała mu na nerwy. 

Najchętniej jak najszybciej by się jej pozbył z firmy. 

Jego  klienci  też  zauważyli  zmianę.  Podczas  rozmów  telefonicznych  zasypywali  go 

gradem pytań na temat byłej sekretarki. 

- Gdzie, u licha, jest Audrey? - Od takiego pytania zaczynały się wszystkie rozmowy. 

I wtedy Wheeler musiał tłumaczyć, że Audrey odeszła, czym narażał się na zgryźliwe 

uwagi,  że  gdyby  był  dobrym  szefem  i  lepiej  się  troszczył  o  personel,  panna  Finnegan  na 

pewno  by  nadal  tutaj  pracowała.  Oczywiście  wszyscy  byli  zainteresowani,  do  jakiej  firmy 

przeniosła się Audrey i jak można się z nią skontaktować. 

W  efekcie  Wheeler  ze  skruchą  przyznawał  się,  że  tego  nie  wie.  Stwierdzał  tylko 

ostrożnie,  że  Audrey  zamierzała  na  dobre  zrezygnować  z  zawodu  sekretarki.  A  potem  po 

prostu  zmuszał  klientów  do  rozmowy  na  tematy  zawodowe.  Mniej  lub  bardziej  chętnie 

poddawali się jego sugestii i powoli wszystko wracało do normy. 

Na  pozór  życie  w  firmie  toczyło  się  zwykłym  torem,  ale  nic  już  nie  było  takie  jak 

dawniej. 

Poza  biurem  też  wszystko  wydawało  się  Wheelerowi  inne.  Po  odejściu  Audrey 

niespodziewanie doszedł do wniosku, że jego życie jest przeraźliwie puste. Nawet mieszkanie 

było teraz jakby bardziej ciche, a przecież Audrey nie odwiedziła go ani razu. Biuro stało się 

zimne,  pozbawione  dawnego  charakteru  i  ciepła,  chociaż  wszystkie  sprzęty  pozostały  na 

swoim  miejscu.  Droga  powrotna  do  domu  okazała  się  nagle  nieznośnie  nudna  i  długa. 

Wheelerowi po prostu brakowało Audrey. 

Kiedy samotnie spożywał posiłek, co nigdy wcześniej mu nie przeszkadzało, czuł się 

nieszczęśliwy  i  przygnębiony.  A  w  nocy  przypominał  sobie,  jak  miło  było  czuć  przy  sobie 

ciepłe ciało Audrey. 

Ale  jeszcze  bardziej  niż  pieszczot  brakowało  mu  po  prostu  jej  towarzystwa. 

Wspólnego  załatwiania  różnych  spraw,  wspólnych  rozmów,  a  nawet  wspólnego  milczenia, 

które zamiast ich dzielić, jeszcze mocniej wiązało ze sobą. 

Gdy  tylko  otwierały  się  drzwi  do  jego  gabinetu,  podświadomie  oczekiwał,  że  ukaże 

się w nich Audrey. Za chwilę, jak zwykle, potknie się o chodniczek. 

Ale  była  to  tylko  Melinda,  która  zręcznie  omijała  wszystkie  przeszkody,  dla  Audrey 

stanowiące barierę nie do pokonania. 

Kiedy wchodził do biura, bezwiednie oczekiwał kolejnej katastrofy z komputerem czy 

background image

innym  urządzeniem  biurowym...  ale  Melindzie  podobne  rzeczy  nigdy  się  nie  przytrafiały. 

Obrzydliwa profesjonalistka! 

Dlaczego to wszystko nie rozpadło się po odejściu Audrey, zastanawiał się w upalne 

piątkowe  popołudnie,  kiedy  zbierał  swoje  rzeczy  i  szykował  się  do  wyjścia.  Obecność  tej 

dziewczyny przynosiła mu szczęście, Wheeler święcie wierzył też, że Audrey ma decydujący 

wpływ  na  kondycję  jego  firmy.  Po  jej  odejściu  wszystko  powinno  zawalić  się  z  hukiem. 

Jednak tak się nie stało. 

Naprawdę nie potrafił tego zrozumieć. 

Wszyscy byli zadowoleni z jego usług i nadal nie opuszczało go twórcze natchnienie. 

Nie  miał  problemów  finansowych  i  właściwie  sytuację  w  firmie  należałoby  uznać  za 

zadowalającą.  Faktem  jest,  że  nie  przybyło  mu  nowych  klientów,  ale  tego  właśnie  się 

spodziewał.  W  końcu  firma  nie  mogła  przez  cały  czas  rozwijać  się  tak  dynamicznie.  Było 

zupełnie zrozumiałe, że sytuacja powoli się stabilizowała. I naprawdę nie było w tym niczego 

niepokojącego. Pod względem zawodowym wszystko grało. 

Stało się jasne, że to nie obecność Audrey była przyczyną rozkwitu firmy. 

Nagle  zrozumiał  to  jasno  i  wyraźnie.  Ruszył  w  stronę  drzwi  wyjściowych.  Aż 

przystanął,  porażony  dokonanym  właśnie  odkryciem.  Audrey  wcale  nie  przynosiła  mu 

szczęścia. Nie była też jego talizmanem. 

W każdym razie nie na gruncie zawodowym. 

Oczywiście życie prywatne Wheelera uległo zmianie i to bynajmniej nie na lepsze. 

Gdyby Audrey wróciła, rozmyślał dalej, nie czułby się taki samotny. Tego jednego był 

absolutnie pewien. 

W każdym razie tak mu się wydawało. 

Przez cały czas rozmyślając o tym, ruszył w kierunku wyjścia. Dobrze wiedział, co go 

czeka  za  drzwiami  -  po prostu  pustka.  I  nic  więcej.  Melinda  i  pozostały  personel  już  dawno 

sobie poszli. Tylko on siedział w biurze do późna. 

Wmawiał sobie, że to z powodu nawału pracy,  a nie dlatego, że przerażał go powrót 

do pustego domu. 

Ponownie pomyślał o Audrey. Łudził się, że zobaczy ją przy biurku, którego nigdy nie 

nazywał  biurkiem  Melindy,  próbującą  wystukać  coś  na  komputerze  własną,  dwupalcową 

metodą. Prawie czuł zapach palącego się przewodu i gorzki smak kawy. 

Gdyby tylko zamknął oczy, usłyszałby te wszystkie niewinne przekleństwa i okrzyki, 

którymi zawsze komentowała swoje kolejne wyczyny. 

Niestety,  nie  było  jej  tutaj.  Biuro,  tak  jak  się  spodziewał,  było  puste.  Tak  jak  i  całe 

background image

jego życie. 

Nie  powinien  był  uważać,  że  pojawienie  się  Audrey  w  jego  życiu  było  czymś 

zwyczajnym  i  naturalnym.  Próbował  siebie  przekonać,  że  nigdy  tak  nie  sądził.  Traktował  ją 

przecież jak swój talizman, coś zupełnie wyjątkowego. 

Dzięki niej jego życie zmieniło się na lepsze. Nie powinien tego ignorować. 

Kryła się w tym jakaś niezwykła tajemnica. 

Znowu ruszył w stronę drzwi, ale nagle się zatrzymał. Myślał o Audrey jako o swoim 

talizmanie,  tak  jakby  była  rzeczą.  A  była  przecież  kobietą  z  krwi  i  kości.  Może  powinien 

pamiętać  o  tym,  zamiast  koncentrować  się  na  jej  magicznych  zdolnościach,  które  miały 

zapewnić mu szczęście. 

Może zbyt późno uświadomił sobie, że Audrey nie jest żadnym talizmanem, ale kimś, 

kto  stał  mu  się  niezwykle  bliski.  Wniosła  do  jego  życia  coś  o  wiele  istotniejszego  niż 

zawodowy sukces. Po prostu jest kobietą, bez której on nie potrafił żyć. 

Kobietą, którą... chyba... pokochał. 

Zatrzymał  się,  oszołomiony  swoim  odkryciem.  Mój  Boże!  Przecież  cały  czas  o  to 

właśnie  chodziło.  Dzięki  Audrey  nawiedziła  go  miłość,  a  nie  żaden  „łut  szczęścia”. 

Prawdziwa, wielka miłość, dzięki której... 

Aż trudno uwierzyć, że zrozumiał to dopiero teraz. 

Wiesz co, Wheeler, jesteś kompletnym idiotą! Jak czarodziejskie zaklęcie powtarzał w 

myślach słowa, którymi pożegnała go Audrey. 

Rzeczywiście,  był  kompletnym  idiotą,  zupełnym  i  całkowitym.  Niczego  mu  nie 

brakowało do tego zaszczytnego tytułu. 

Mógł mieć tylko nadzieję, że wszystko jeszcze da się naprawić. Bo inaczej... Rozejrzał 

się dookoła i wyszedł z biura, zamykając drzwi na klucz. I kiedy tak spieszył do samochodu, 

uspokajał sam siebie, że miłość i szczęście znów się do niego uśmiechną. Dzięki Audrey. 

Jako  romantyk,  zaklinał  wszystkie  moce,  by  tak  się  stało.  A  jako  pragmatyk  układał 

precyzyjny plan, jak dotrzeć do krainy miłości. 

Audrey Finnegan czuła się najszczęśliwszą kobietą na świecie. Wszystko w jej życiu 

układało  się  idealnie.  Żyła  tak,  jak  zawsze  o  tym  marzyła.  Nie  opuszczało  jej  szczęście,  a 

wszystkie  marzenia  natychmiast  się  spełniały.  Jej  umysł,  jej  ciało  i  dusza  były  w  stanie 

idealnej równowagi. I wszystko było takie cudowne. 

Aż wreszcie się obudziła. 

Westchnęła  ciężko.  Przewróciła  się  na  drugi  bok  i  obojętnie  popatrzyła  na  słońce, 

które  tak  pięknie  złociło  świat.  Każdy  kolejny  poranek  przypominał  jej  gorzką  prawdę. 

background image

Wheeler Rush uważał ją tylko za talizman, który przynosi mu szczęście. 

I za nic więcej. 

Dlaczego  dziś  miałoby  być  inaczej? Czyżby  naprawdę  miała  nadzieję,  że  coś  zmieni 

się w jej życiu? 

Co noc, kiedy zasypiała, śniła o nim. O tym, że prosi ją, by do niego wróciła i została 

z  nim  na  zawsze.  W  tych  snach  zawsze  namiętnie  się  kochali,  razem  pracowali  w  biurze  i 

razem budowali wspólne życie. Wheeler po prostu nie potrafił bez niej żyć. 

Nie potrafił żyć bez jej miłości. 

To  było  wszystko,  co  jej  pozostało.  Sny  i  marzenia.  Przez  cały  czas  czuła  się 

przeraźliwie samotna i zupełnie nie wiedziała, jak temu zaradzić. Bała się, że tak już będzie 

zawsze. Że to przeklęte uczucie pustki nigdy jej nie opuści. 

Wmawiała  sobie,  że  jest  jej  lepiej  bez  niego.  Skoro  Wheeler  traktował  ją  tylko  jako 

swój  talizman...  Dobrze,  że  ich  kontakty  się  urwały,  bo  potem  rozstanie  byłoby  jeszcze 

bardziej bolesne. 

Tylko że ona pokochała go od pierwszego wejrzenia. Czas nie miał tu nic do rzeczy. 

Nie powinna była nigdy spotkać Wheelera. Po prostu. Ale go spotkała. 

Miała pecha. To śmieszne, że rozstali się z tak głupiego powodu. Bo Rush uważał ją 

za  swój  talizman.  Przeżyła  inne  pożegnania,  bardziej  racjonalnie  i  prozaicznie  uzasadnione. 

Jedno  było  w  tym  wszystkim  pocieszające,  że  nie  była  dla  Wheelera  zwyczajną  panienką. 

Dostrzegł  w  niej  coś...  Szkoda,  że  tylko  jakiś  absurdalny  talizman.  Talizman  szczęścia.  No 

cóż... 

Audrey nie potrafiła się oszukiwać i kiedy tak leżała w łóżku w ten słoneczny sobotni 

poranek, czuła tylko jedno - olbrzymią, wszechogarniającą pustkę. Smutek i samotność. 

Wyglądało na to, że czeka ją kolejny nudny, długi dzień. Że znowu nie będzie miała 

nic do roboty i nie będzie wiedziała, co z sobą począć. 

Po co więc wstawać z łóżka? Po co przeglądać ogłoszenia o pracy? 

Wszystko  wydawało  się  jej  pozbawione  sensu.  W  końcu  z  ciężkim  westchnieniem 

zwlekła  się  z  łóżka.  Nie  spojrzała  nawet,  gdzie  staje.  Chociaż  dawniej  było  to  nie  do 

pomyślenia. A i tak zawsze przytrafiało się jej coś niespodziewanego, o coś się potknęła, coś 

stłukła lub przewróciła. Znajomi mówili, że jeśli ma się komuś coś przydarzyć, to na pewno 

tym kimś będzie pechowa Audrey Finnegan. 

Ale od kiedy spędziła noc z Wheelerem, pech przestał ją prześladować. 

Tak naprawdę to miłość do Wheelera zmieniła całe jej życie. Nie miała pojęcia, jak to 

się  stało,  ale  dzięki  temu  uczuciu  Audrey  odzyskała  pewność  siebie  i  nabrała 

background image

przeświadczenia,  że  da  sobie  radę  ze  wszystkim.  Dzięki  temu  przezwyciężyła  pecha,  który 

prześladował ją przez całe życie. Co prawda jej miłość do Wheelera nie była odwzajemniona, 

ale szczęście nie opuszczało jej, tak jakby chcąc jej osłodzić gorycz porażki. 

Odgarnęła  włosy  z  twarzy  i  ruszyła  w  stronę  drzwi  wejściowych.  Po  drodze 

przycisnęła  guzik  ekspresu  do  kawy  i  przeciągnęła  się  leniwie.  Miała  na  sobie  bawełniany 

podkoszulek, gdyż nigdy nie przepadała za piżamami. 

Nie  zawracała  sobie  głowy  szlafrokiem.  Jej  mieszkanie  było  jedyne  na  tym  piętrze, 

więc  i  tak  nikt  jej  nie  podejrzy,  kiedy  będzie  brała  gazetę.  Poza  tym  ostatnio  miała  więcej 

szczęścia  niż  pecha,  po  co  więc  zawracać  sobie  głowę  takimi  głupstwami  jak  nieskromny 

negliż. 

Jednak  życie  jak  zwykle  przygotowało  dla  niej  inny  scenariusz.  Kiedy  otworzyła 

drzwi i pochyliła się po gazetę, zobaczyła na progu parę męskich butów. Kiedy lekko uniosła 

wzrok stwierdziła, że w drzwiach stoi jakiś mężczyzna. 

W pierwszej chwili pomyślała, że szczęście znowu ją opuściło. Ale po chwili przyszło 

jej do głowy, że przecież może to być Wheeler, co byłoby zaprzeczeniem pecha. 

Spojrzała  jeszcze  wyżej.  To  naprawdę  był  Wheeler!  Stał  na  progu  w  błękitnych 

dżinsach  i  zielonym  podkoszulku.  W  ręku  trzymał  gazetę,  którą  podniósł  sprzed  drzwi. 

Audrey  była  zdziwiona, że  wyglądał  na  bardzo  zadowolonego  z  siebie.  Oczy  błyszczały  mu 

radością. Uśmiechnął się szeroko na jej widok. Z czego on tak się cieszy? Przecież zniszczył 

jej życie... No cóż, widocznie dobrze mu się wiedzie. 

Nie 

wiedziała, 

ż

Rush 

właśnie 

przystąpił 

do 

realizacji 

swojego 

romantyczno-pragmatycznego planu. 

-  Cześć  -  powiedziała,  zapominając  o  tym,  że  jest  nieubrana  i  niemal  klęczy  u  jego 

stóp. 

- Cześć - odpowiedział zadowolony, że Audrey nie zamknęła mu drzwi przed nosem. 

Przełknęła nerwowo ślinę, ale nie powiedziała nic więcej. I na pewno nie dlatego, że 

zabrakło jej odpowiednich słów. Po prostu chciała na niego popatrzeć. Przecież tak dawno go 

nie widziała. Upłynął prawie miesiąc od ich ostatniego spotkania. 

Obiecała sobie wtedy, że jeżeli szczęście jej nie opuści, zacznie wreszcie korzystać z 

ż

ycia. Ale jeszcze nie zaczęła realizować tych zamierzeń. 

Wheeler wyciągnął do niej rękę i pomógł jej się podnieść. Zanim zdążyła się cofnąć, 

objął ją i zaczaj całować. Bez chwili wahania podała się pieszczotom. 

Jego pocałunki mówiły wszystko. Że tęsknił za nią, że mu jej brakowało i że zupełnie 

nie wiedział, jak zostanie przyjęty. 

background image

Co za głuptas, pomyślała. Naprawdę czasami zachowuje się jak idiota. 

Jak  gdyby  czytając  w  jej  myślach,  spojrzał  jej  prosto  w  oczy  i  stwierdził:  -  Jestem 

skończonym idiotą. Wiedziałaś o tym, prawda? Uśmiechnęła się do niego pogodnie. 

- Cóż, to nie było trudne. Oznaki były wyraźne. 

- Na przykład? 

- Chociażby sposób, w jaki przechowywałeś dokumenty. 

- A co w nim było złego? Wszystko poukładane w idealnym porządku. 

-  I  na  tym  właśnie  polegał  problem.  Ktoś,  kto  je  prowadził,  musiał  mieć  fioła  na 

punkcie porządku. Tego typu osoby mają na ogół problemy z nawiązywaniem kontaktów i nie 

są zbyt miłe dla klientów. A wtedy szef powinien rozważyć wszystkie za i przeciw... 

- I zatrudnić lepszą sekretarkę. 

- No właśnie. Przytulił ją do siebie i delikatnie pogłaskał po włosach. 

- Wybaczysz mi? - zapytał. 

- To zależy - odpowiedziała, czując, jak mocno wali jej serce. Bała się, że to wszystko 

tylko jej się śni. 

Pieścił delikatnie jej twarz i szyję, przez cały czas patrząc prosto w oczy. 

- Od czego? - zapytał z ciekawością. 

-  Od  tego,  co  mam  ci  wybaczyć.  Spojrzał  na  nią  uważnie  i  dopiero  wtedy  zauważył, 

jak skąpo jest ubrana. 

- Audrey? 

- Tak? 

- Chyba nie jesteś całkiem ubrana. 

- Niedawno się obudziłam - wyjaśniła. Pokiwał głową, ale to tłumaczenie nie rozwiało 

jego wątpliwości. 

- Ale... rozumiesz... Przecież ty w zasadzie... nie masz prawie nic na sobie - wydusił w 

końcu. 

- A czy to ma jakieś znaczenie? - zapytała. 

- No cóż, chodzi mi... po prostu... Zamierzałem z tobą porozmawiać i... 

- A nie możemy tego zrobić, gdy jestem w negliżu? 

- Oczywiście, że możemy - zapewnił ją skwapliwie. - Ale nie bardzo wiem, jak to się 

skończy. 

- Niektórzy uważają, że czyny mówią więcej niż słowa - powiedziała sentencjonalnie. 

Pokiwał głową z entuzjazmem. 

-  To...  To  na  pewno  jest  prawda.  I  wierz  mi,  że  chciałem  wyrazić  swoje  uczucia 

background image

przede wszystkim czynami. Ale teraz... 

Westchnęła ciężko. 

- No cóż, jeśli tak ci przeszkadza mój negliż... 

- Trochę mnie rozprasza. 

- Dobrze. W takim razie włożę szlafrok. 

Nie zrobiła jednak nic, żeby spełnić tę zapowiedź. 

-  Przypuszczam,  że  powinienem  za  to  podziękować.  Ale  jakoś  wcale  nie  jestem  ci 

wdzięczny. 

Uśmiechnęła się, starając się ignorować niecierpliwe bicie swojego serca. 

A  już  po  chwili  znowu  tonęła  w  objęciach  Wheelera.  Wiedziała,  że  jednak  muszą 

poważnie porozmawiać. 

- Proszę, wejdź - powiedziała, wpuszczając go w końcu do pokoju. 

Potem narzuciła na siebie kwieciste kimono, które leżało na krześle. 

Zaproponowała  niespodziewanemu  gościowi  kawę.  Jego  odmowa  zupełnie  jej  nie 

zaskoczyła.  Napełniła  więc  swoją  filiżankę  i  ruszyła  do  salonu,  w  którym  Wheeler 

niecierpliwie  na  nią  czekał.  Siedział  na  kanapie  z  rękoma  złożonymi  na  piersiach.  Audrey 

usiadła na krześle naprzeciwko niego, postawiła kawę na stoliczku - i czekała. 

- Brakowało mi cię, Audrey - powiedział bez żadnych wstępów. 

Spojrzała na niego zaskoczona, ale nie powiedziała ani słowa. 

Wheeler nie mógł usiedzieć w jednym miejscu.  Zerwał się  gwałtownie i przemierzył 

pokój dużymi krokami. Potem stanął naprzeciwko Audrey. 

- Żebym to zrozumiał, musiało upłynąć trochę czasu. Ale kiedy już to do mnie dotarło, 

zdałem sobie sprawę, że miałaś rację. I to w wielu sprawach. A przede wszystkim w tym, że 

jestem idiotą. To znaczy, byłem nim. 

- Byłeś? 

- Tak. Bo wreszcie przejrzałem na oczy. Zrozumiałem, co próbowałaś mi powiedzieć, 

zanim zostawiłaś mnie na lodzie. 

- Nie zostawiłam cię na lodzie. Po prostu odeszłam z pracy. 

- Powiedz, że jeszcze nie znalazłaś sobie nowej posady. Audrey doszła do wniosku, że 

rozmowa nie przebiega po jej myśli. Tym razem nie da się zbyć byle czym i zmusi Wheelera, 

by odpowiedział na najważniejsze pytanie. 

- A dlaczego cię to interesuje? 

- Bo chcę, żebyś wróciła do mojego biura. Tak po prostu. A więc chodzi mu tylko o 

firmę.  Diabli  wzięli  wszystkie  marzenia!  To  po  cholerę  tu  przyszedł,  zastanawiała  się.  Żeby 

background image

ponownie zaproponować mi pracę? Ten facet naprawdę był idiotą. 

- Wheeler... 

- To nie tak, jak myślisz - przerwał jej. - Wysłuchaj mnie do końca. 

- Niech będzie. Byle szybko. 

-  Jak  już  powiedziałem,  miałaś  rację,  nazywając  mnie  idiotą.  Ale  w  jednym  się 

myliłaś.  To  naprawdę  dzięki  tobie  najpierw  odniosłem  sukces,  a  potem  prawie 

zbankrutowałem. Kiedy byłaś przy mnie, wszystko szło jak z płatka, kiedy odeszłaś, wszystko 

zaczęło się walić. 

Audrey  zamknęła  oczy,  walcząc  ze  łzami.  Czyżby  ten  człowiek  niczego  nie 

zrozumiał? Znowu będzie gadał o talizmanie. Jak może jej to robić? 

- Ale teraz wiem, że działo się tak nie dlatego, że przynosiłaś mi szczęście. 

- Co takiego? - wykrzyknęła, otwierając szeroko oczy. 

- Nie byłaś żadnym talizmanem. Teraz to rozumiem. Ty po prostu umiesz postępować 

z ludźmi. 

- Nie wiem, co masz na myśli. 

Uśmiechnął się, przeszedł się jeszcze raz po pokoju i znowu zatrzymał przed nią. Ujął 

ją za ręce. 

- Klienci cię uwielbiają. Wielu z nich nie zrezygnowało z moich usług tylko dlatego, 

ż

e potrafiłaś ich przekonać, by dali mi jeszcze jedną szansę. 

Spowodowałaś,  że  zaczęli  myśleć  dobrze  i  o  mnie,  i  o  firmie.  Oczywiście  moje 

umiejętności,  moja  wiedza  i  talent  są  bardzo  ważne,  ale  to  właśnie  twoja  osobowość 

zadecydowała o sukcesie firmy. 

- Proszę, przestań. Nie zrobiłam niczego specjalnego. Każdy by to potrafił. 

- Ależ zrobiłaś! Rosalie, moja poprzednia sekretarka, nie potrafiła nawet rozmawiać z 

klientami.  Ją  interesowały  tylko  dokumenty.  Miała  w  nich  idealny  porządek,  ale  klienci 

zawsze  działali  jej  na  nerwy.  Ty  natomiast  wiesz,  jak  z  nimi  rozmawiać,  potrafisz  ich 

wysłuchać, udzielić im cennych rad. Dlatego chcą przychodzić do firmy. Powodzenie mojego 

biura wynikało z tego, że jesteś przemiłą osobą i ludzie cię lubią. 

- Ale... 

- I dlatego, biorąc to wszystko pod uwagę, chciałbym, żebyś wróciła do firmy, ale nie 

w charakterze sekretarki. 

Po  raz  kolejny  Audrey  musiała  przyznać,  że  wszystkie  nadzieje  na  spełnienie  jej 

marzeń  spełzły  na  niczym.  To  była  gorzka  i  trudna  do  przełknięcia  pigułka.  Wheeler,  co 

prawda,  nie  traktował  jej  już  jak  swojego  talizmanu,  ale  nadal  kierował  się  wyłącznie 

background image

interesem firmy. I dlatego tu przyszedł. Chciał, żeby Audrey wróciła, ale tylko ze względu na 

własne interesy. 

- Wiesz, Wheeler, nie sądzę, żebym... - powiedziała, wstając z krzesła. 

- Wróć do mnie, Audrey. Błagam - powtórzył i przyklęknął przed nią. 

- Dziękuję za propozycję, ale... 

- Jako wspólniczka... 

- Nie sądzę, żebym... 

-...i moja żona. 

- Naprawdę, nie... - zaczęła i zamilkła. - Proszę, powtórz to jeszcze raz. 

- Zostań moją wspólniczką. 

- Nie o to mi chodzi - powiedziała cicho. - Powtórz to, co powiedziałeś potem. 

- Chcę, żebyś została moją żoną - powtórzył, uśmiechając się szeroko. 

Wpatrywała się w niego bez słowa. 

-  Audrey  Finnegan,  chyba  mnie  nie  zrozumiałaś  -  powiedział  i  wziął  ją  za  rękę.  - 

Powtórzę ci to jeszcze raz. Czy wyjdziesz za mnie? 

-  Czy  wyjdę  za  ciebie?  Czy  ty  mówisz  poważnie?  Naprawdę  chcesz,  żebym  została 

twoją żoną? Ja? Dlaczego? 

- Mówię zupełnie poważnie. Naprawdę chcę, żebyś została moją żoną. 

- Ale dlaczego? 

- Zastanówmy się. Chyba jeszcze przed chwilą znałem odpowiedź na to pytanie. Ale 

co to było? Nie pamiętam. No tak, już wiem. Przecież ja ciebie kocham. 

- Ale... 

- I nie potrafię żyć bez ciebie. 

- Ale... 

- I jeśli się zgodzisz wyjść za mnie, będę największym szczęściarzem na świecie. 

Nie mogła uwierzyć własnym uszom. Czy on nigdy nie przestanie z niej żartować? 

-  Wheeler,  przestań!  Nie  mów  tylko,  że  przynoszę  ci  szczęście.  Tylko  nie  to!  Ja 

naprawdę nie mogę już tego słuchać. 

-  Przepraszam,  ale  każdy  człowiek,  któremu  udało  się  zdobyć  miłość  Audrey 

Finnegan, musi się uważać za wyjątkowego szczęściarza. Musisz w to uwierzyć i nauczyć się 

z tym żyć. To szczera prawda. 

- Ale przecież ja mam pecha, a moje życie to pasmo niepowodzeń. 

- Nic mnie nie obchodzą historie o pechu prześladującym  całą twoją  rodzinę. Ty i ja 

zbudujemy swoje własne szczęście i poradzimy sobie ze wszystkimi złymi mocami. 

background image

- A w jaki sposób? 

-  Dzięki  miłości,  która  nas  połączyła.  Mam  nadzieję,  że  nadal  mnie  kochasz? 

Zobaczysz, że wszystko będzie dobrze. 

- Naprawdę tak myślisz? - zapytała i uśmiechnęła się do niego. 

Skinął głową. 

-  No  pewnie.  Nauczyłem  się  tego,  choć  była  to  bolesna  lekcja.  Szczęście  to  suma 

naszego  życiowego  optymizmu  i  pozytywnego  myślenia.  A  ja  pogrążyłem  się  w  rozpaczy  i 

zwątpieniu, i właśnie od tego zaczęły się wszystkie kłopoty. Wtedy pojawiłaś się ty i nagle los 

znowu zaczął się do mnie uśmiechać. 

I  nie  dlatego,  że  byłaś  moim  talizmanem.  To  wszystko  sprawiła  twoja,  a  właściwie 

nasza,  miłość.  Bo  choć  nie  zdawałem  sobie  z  tego  sprawy,  od  razu  się  w  tobie  zakochałem. 

To uczucie dodawało mi skrzydeł i dlatego nie było dla mnie spraw nie do załatwienia. Bez 

ciebie czułem się beznadziejnie. Byłem zupełnie bezradny. I natychmiast wszystko zaczynało 

się walić. Wniosek jest prosty, nie mogę bez ciebie żyć. Byłem zbyt głupi, by to zrozumieć, i 

o mały włos nie zatrzasnąłem szczęściu drzwi tuż przed nosem. 

Audrey  słuchała  go  w  milczeniu,  nie  bardzo  wiedząc,  co  powinna  powiedzieć. 

Wheeler zbladł. 

-  Chyba  nie  jest  jeszcze  za  późno?  Nadal  mnie  kochasz?  Prawda?  -  zapytał 

przerażony. 

Audrey nie miała tym razem żadnych wątpliwości co do uczuć Wheelera. 

Jednym  gwałtownym  ruchem  ręki  rozwiązała  pasek  od  szlafroka,  wychodząc  ze 

słusznego założenia, że czyny mówią więcej niż słowa. 

- Powiedz, że mnie kochasz - nalegał Wheeler, chwytając ją w ramiona. 

- Kocham cię - powiedziała posłusznie. - Nawet nie wiesz, jak bardzo. 

- Obiecaj, że za mnie wyjdziesz. 

-  Obiecuję.  Wziął  ją  na  ręce  i  ruszył  w  stronę  sypialni.  Był  naprawdę  szczęśliwy. 

Oboje nie chcieli dłużej czekać. Musieli być razem i to natychmiast. 

Potem leżeli przytuleni do siebie, wyczerpani, ale ogromnie szczęśliwi. 

- Nigdy mnie nie opuszczaj - wyszeptała Audrey. 

- Obiecuję. Ale powiedz, że zawsze będziesz przy mnie. 

- Przecież wiesz, że będę. Tak cię kocham. 

- I ja ciebie też. 

I to naprawdę było wszystko, czego potrzebowali. 

background image

EPILOG 

 

W rozbudowanym lokalu przy Main Street pracowano z zapałem.  Firma kroczyła od 

sukcesu  do  sukcesu  i  była  na  ustach  całego  miasta.  Głośno  też  było  o  niej  w  prasie,  która 

rozpływała  się  w  zachwytach,  bowiem  nie  było  takiego  drugiego  biura  na  rynku.  Opinia  o 

nim stawała się z dnia na dzień coraz lepsza. 

Powodem tego był zarówno niezwykle wysoki poziom wykonywanych projektów, jak 

i wspaniała obsługa klientów. 

Audrey  z  zadowoleniem  obserwowała  robotników  wnoszących  nowe  meble  do  jej 

biura,  które  bezpośrednio  sąsiadował  z  gabinetem  Wheelera.  Miała  na  sobie  czarne  dżinsy  i 

sweter,  oczywiście  również  czarny.  Zwykle  do  pracy  przychodziła  w  kusych  spódniczkach, 

lecz  dzisiaj  była  sobota  i  biuro  nie  działało.  Była  tu,  by  dopilnować  właściwego  ustawienia 

mebli. 

- Trochę w lewo. O, tak! Już, prawie dobrze. Jeszcze trochę. Bliżej okna. 

Tak. Teraz jest świetnie. Po prostu idealnie! 

Robotnicy ustawili olbrzymie biurko dokładnie tak, jak sobie życzyła. 

-  Dziękuję  panom.  Dobra  robota.  Wszystko  poszło  tak  sprawnie.  Proszę  o  nas  nie 

zapominać. 

- Pewnie, że nie. Życzymy pani miłego dnia i w ogóle wszelkiego powodzenia. 

Audrey  pożegnała  się  z  nimi,  myśląc,  że  takie  życzenia  są  jej  już  niepotrzebne.  Bo 

miała wszystko, o czym kiedykolwiek marzyła. 

- Gotowe? 

Do  jej  pokoju  wszedł  Wheeler.  Był  najprzystojniejszym  mężczyzną,  jakiego  znała,  a 

w  garniturze  prezentował  się  niesłychanie  elegancko.  Ale  wolała  go  takim,  jak  dziś.  W 

dżinsach i szarej koszuli. Wyglądał... 

Po prostu brakowało jej słów. 

- Zwracaj się do mnie „pani wiceprezes” - powiedziała ze śmiechem. 

- Wolę nazywać cię moją żoną - stwierdził stanowczo. 

- A ja wolę, kiedy mówisz do mnie... - Wspięła się na palce i zaczęła szeptać mu coś 

do ucha. 

- Jeśli tylko sobie życzysz. - Objął ją ramieniem i zanurzył wargi w jej włosach. 

- Co ty robisz! Wiesz przecież, co ludzie gadają o biurowych romansach - skarciła go i 

parsknęła śmiechem. 

background image

- Nie. A co? 

- Popytaj swoich pracowników. Może ci powiedzą. 

-  Wiesz  co,  Audrey?  Kupiłaś  sobie  bardzo  duże  biurko  -  wymruczał  między  jednym 

pocałunkiem a drugim. 

- Mhm. 

- I możesz na nim robić różne rzeczy - szepnął zachęcająco. 

-  Chyba  masz  rację.  -  Z  trudem  opanowywała  drżenie,  które  ogarniało  ją  zawsze, 

kiedy Wheeler zbliżał się do niej. 

-  A  więc  możesz  pisać  zamówienia,  pracować  nad  projektami,  rozmawiać  przez 

telefon - wyliczał. - A co najważniejsze... kochać się ze mną. 

- A ty myślałeś, że po co je kupiłam? 

-  To  może,  zanim  podpiszę  rachunek,  powinniśmy  je  przetestować?  -  Wheeler 

mrugnął do żony, a w jego oczach zajaśniało pożądanie. 

- Dobry pomysł. - Mocno przytuliła się do niego. - Na co wiec czekasz? 

-  Jak  to  na  co?  Na  zachętę.  Zaczęła  go  delikatnie  całować,  przesuwając  palcami  po 

guzikach jego koszuli. 

- Czy to ci wystarczy? - zaśmiała się. 

- Niczego więcej mi nie potrzeba - powiedział, zabierając się do dzieła. 

Audrey  zdała  sobie  wtedy  sprawę,  że  mimo  pecha,  który  prześladuje  członków  jej 

rodziny od pokoleń, jest najszczęśliwszą kobietą pod słońcem.