background image

o
szczęściu

cierpieniu

miłości

background image
background image

Ponadto w serii:

Bernhard Welte 
Czas i 
tajemnica

Bernhard Welte 
Czym jest 
wiara?

Ladislaus 
Boros 
Odkrywanie 
myśli

Josef Pieper 
Scholastyka

background image

Pierre

Teilhard

de Chardin

  o szczęściu
  cierpieniu 
miłości

Przełożyli

Wanda Sukiennicka

Mieczysław Tazbir

Instytut Wydawniczy Pax 

Warszawa 2001

by Nieomyty

background image

Tytuły oryginałów

Sur le Bonheur © by Editions du Seuil, Paris 1966 Sur la 

Souffrance © by Editions Bernard Grasset, 1965 © by 

Desclee de Brouwer, 1965 © by Editions du Seuil, Paris 

1974 Sur 1'Amour © by Editions du Seuil, Paris 1967

© for the Polish edition by Instytut Wydawniczy Pax, 

Warszawa 2001

Okładkę projektował 

Krzysztof R. Jaśkiewicz

Redaktor 

Ewa 

Burska

Redaktor techniczny Ewa 
Dębnicka

Korekta 

Zespól

ISBN 83-211-0129-1

background image

szczęściu

background image

I.  Myśli o szczęściu {Reflexions sur le Bonheur) -  

tekst  odczytu,  wygłoszonego w Pekinie  28 grudnia  1943 r., 
opublikowany w  Cahiers Pierre Teilhard de Chardin,  nr 2, 
Seuil, Paris 1960, następnie w tomiku  Sur le Bonheur,  Seuil, 
Paris 1966 i na koniec w Les Directions de l'Avenir (Oeuvres,  
t.  XI),  Seuil,  Paris  1973,  s.  119-140.  Przełożył  Mieczysław 
Tazbir.

II.

Przemówienia do nowożeńców (Trois dis-cours  

de mariage) - teksty opublikowane w tomiku Sur le Bonheur,  
wyd. j. w., a następnie w Le coeur de la matiere (Oeuvres, t. 
XIII),   Seuil,   Paris   1976,   s.   157-170,   187-190.   Przełożył 
Mieczysław Tazbir.

B. Odpowiedź faktów

1. Rozwiązanie ogólne: ku 
przyrostowi świadomości

Ja   osobiście   jestem   pewien,   że   takie 

kryterium - bezsporne i obiektywne - istnieje i nie jest 
bynajmniej tajemnicze czy ukryte, lecz dostrzegalne dla 
każdego.   Twierdzę,   że   aby   je   dostrzec,   wystarczy 
rozejrzeć   się   wokół   nas,   przyjrzeć   się   przyrodzie   w 
świetle ostatnich odkryć fizyki i biologii, czyli w świetle 
nowych poglądów na wielkie zjawisko ewolucji.

Wiadomo,   że   nikt   już   dziś   nie   ma   co   do   niej 

wątpliwości.   Wszechświat   nie   jest   „ontologicznie" 
niezmienny, lecz od samego początku podlega ruchowi 
przechodzącemu na wskroś, poprzez najgłębsze wnętrze 
całej   jego   masy,   a   mającemu   postać   dwóch 
przeciwstawnych nurtów. Jeden z nich pociąga materię 
ku   stanom   maksymalnego   rozpadu,   drugi   powoduje 
tworzenie   się   układów   organicznych,   których   wyższe 
typy,   nieskończenie   złożone,   składają   się   na   to,   co 
nazywamy „światem istot żywych".

Przyjąwszy  to, skoncentrujmy  nasze  rozważania   na 

drugim z tych nurtów, na nurcie życia, którego cząstką 
sami jesteśmy. Co najmniej przez sto lat uczeni, uznając 
ewolucję   biologiczną   za   zjawisko   rzeczywiste, 
zastanawiali   się,   czy   ruch,   który   nas   unosi,   jest 
wirowaniem po zamkniętym

13

background image

okręgu, czy też ma on określony kierunek, zgodnie z którym 
ożywiona   część   świata   zmierza   ku   jakiemuś   określonemu 
wyższemu stanowi. Dziś niemal wszyscy są zgodni, że druga z 
tych hipotez wydaje się całkowicie zgodna z rzeczywistością. 
Złożoność   życia   nie  wzrasta   chaotycznie  czy  przypadkowo. 
Zarówno wzięte jako całość, jak i rozpatrywane w odniesieniu 
do   poszczególnych   istot   uorgani-zowanych,   zmierza   ono 
systematycznie   i   nieodwracalnie   ku   stanom   coraz   wyższej 
świadomości.  Pojawienie   się   w  końcu   człowieka   (niedawne 
zresztą)   jest   więc   prawidłowym   i   logicznym   rezultatem 
procesu, który zarysował się już z grubsza u początków naszej 
planety.

Z  historycznego  punktu  widzenia  życie   (czyli   sam

V      wszechświat w swej najaktywniejszej części) - to przyrost

świadomości.  Czyż nie rzuca  się natychmiast  w  oczy

bezpośrednia konsekwencja tej tezy dla naszej postawy

i naszego nastawienia wewnętrznego?
Dyskutujemy bez końca - jak przed chwilą stwierdziłem

- nad tym,  jaka jest  najwłaściwsza postawa  wobec  naszego
życia. Czy jednak, wiodąc te dysputy,  nie zachowujemy się
jak   podróżny,   który   w   wagonie   pociągu   pędzącego   z   Pary
ża   do   Marsylii   zacząłby   się   zastanawiać,   czy   lepiej   byłoby
skierować   się   na   północ,   czy   na   południe?   Dyskutujemy.
Po   co   jednak,   skoro   decyzja   została   powzięta   bez   naszego
udziału   i   skoro   „jesteśmy   już   na   pokładzie".   Od   przeszło
czterystu   milionów   lat   (należałoby   nawet   powiedzieć:   od
początku   we   wszechświecie)   ogromna   masa   bytów,   której
cząstką jesteśmy, pnie się w górę uparcie, niestrudzenie
- ku   większej   wolności,   większej   wrażliwości,   pełniej
szemu   widzeniu   wewnętrznemu.   A   my   się   tymczasem
zastanawiamy, w którą stronę zdążać!

W rzeczywistości, w świetle wielkich praw kosmicznych, 

rozwiewają   się   mroki   fałszywych   problemów.   Jeśli   nie 
chcemy popaść w sprzeczność „fizyczną" (czyli zanegować to 
wszystko,   czym   jesteśmy,   i   to   wszystko,   co   sprawiło,   że 
jesteśmy tym, czym jesteśmy), każdy z nas musi uznać za swój 
ów wybór pierwotny, podstawowy,

14

background image

implikowany   przez   świat,   którego   myślącymi   cząstkami 
jesteśmy.   Cofanie   się   dla   pomniejszenia   własnego   bytu, 
zatrzymywanie się dla rozkoszowania się czymś tam - te próby 
żeglowania   pod   prąd   powszechnego   nurtu   okazują   się 
absurdalne, niewykonalne.

A więc i droga w lewo, i droga w prawo - to ślepe zaułki. 

Otwarta pozostaje tylko droga wprost, naprzód.

Z   naukowego   i   obiektywnego   punktu   widzenia   jedyną 

odpowiedzią na wezwanie życia jest marsz drogą postępu.

Tym samym, również z naukowego i obiektywnego punktu 

widzenia,   jedynym   prawdziwym   szczęściem   jest   to,   które 
nazwaliśmy szczęściem rośnięcia i ruchu.

Czy chcemy być szczęśliwi jak świat i wraz ze światem? 

Pozostawmy więc znużonych i pesymistów; niech się zsuwają 
w dół. Pozostawmy tych, co chcą się „cieszyć życiem"; niech 
sobie leżą na zboczu ci burżuje na wywczasach! Przyłączmy 
się   bez   wahania   do   grupy   tych,   co   chcą   zaryzykować 
wspinaczkę aż na szczyt.

Zdecydować się na drogę w górę - to jednak nie wszystko, 

nie wolno zmylić szlaku. Pięknie to - podnieść się z ziemi i 
ruszyć w drogę. Jaką jednak wybrać ścieżkę, by radośnie dojść 
na szczyt? I tym razem, chcąc pozostać na pewnym gruncie, 
zbadamy   działania   natury,   czyli   spróbujemy   poszukać 
rozwiązania w naukach przyrodniczych.

2. Rozwiązanie szczegółowe: 
trzy fazy personalizacji

Życie na świecie wznosi się, jak już stwierdziłem, 

ku   coraz   większej   świadomości   poprzez   coraz   większą 
złożoność - tak jakby skutkiem rosnącego komplikowania się 
organizmów   było   pogłębianie   się   samego   centrum   ich 
istnienia.

Jak jednak dokonuje się de facto i w szczegółach ów proces 

zmierzający ku wyższym postaciom jedności?

15

background image

Aby jaśniej i prościej przedstawić sprawę, poprzestaniemy 

na obserwacjach dotyczących człowieka, istoty o najwyższym 
poziomie   psychizmu,   a   dla   nas   -   najlepiej   znanej   spośród 
wszystkich istot żywych.

W procesie  naszego  wewnętrznego  jednoczenia się,  czyli 

personalizacji, można w wyniku analizy wyróżnić trzy fazy, 
trzy „kroki", trzy wzajemnie sprzężone kolejne procesy. Aby 
być  w pełni sobą i żyć człowiek musi: 1. ześrodkować się, 
skoncentrować   się   na   sobie  (se   centrer   sur   soi),  2. 
„rozśrodkować   się"  (se   decentrer)  ku   „innym",   3. 
ześrodkować się wyżej (se surcentrer) na czymś większym od 
niego.

Zdefiniujmy   i   wyjaśnijmy   po   kolei   te   trzy   fazy   ruchu 

naprzód, którym powinny odpowiadać trzy rodzaje szczęścia 
(skoro,   jak   już   stwierdziliśmy,   szczęście   jest   skutkiem 
rośnięcia).

1. Ześrodkowanie się na sobie.  Nie tylko  pod względem 

fizycznym,   ale   i   pod   względem   intelektualnym   i   etycznym 
człowiek   jest   człowiekiem,   jeśli   „kultywuje   siebie",   czyli 
pracuje nad sobą. I to nie tylko do dwudziestego roku życia! 
Aby   więc   być   w   pełni   sobą,   musimy   przez   całe   życie 
pracować   nad   „organizowaniem"   siebie,   czyli   nad   wprowa-
dzaniem   coraz   lepszego   ładu,   coraz   większej   spójności   w 
nasze   poglądy,   uczucia,   postępowanie.   To   cały   program,   a 
zarazem   cała   wartość   (a   przy   tym   -   wielki   trud)   życia 
wewnętrznego   -   z   jego   nieodpartą   skłonnością   do   przed-
miotów coraz bardziej duchowym, coraz wyższym... Podczas 
tej   pierwszej   fazy   każdy  z   nas   musi   podjąć   i   samodzielnie 
powtórzyć   powszechną   pracę   życia.   Istnieć   -   to   przede 
wszystkim stworzyć siebie i odnaleźć siebie.

2. Rozśrodkowanie   się.  Główną   pokusą   czy   złudzeniem 

czyhającym  na myślące  centrum,  które każdy z nas nosi w 
głębi   siebie,   jest   mniemanie,   że   chcąc   stać   się   większym, 
trzeba się odizolować i egoistycznie, w samym  sobie tylko, 
kontynuować   szczególną   pracę   zmierzającą   do   osiągnięcia 
pełni, odciąć się od innych, wszystko mierzyć własną miarą. 
Człowiek nie jest jednak na ziemi sam. Przeciwnie,

16

background image

jest ich wielu i mogą oni istnieć tylko w ogromnej mnogości. 
Jest   to   banalna   oczywistość.   A   jednak   fakt   ten   nabiera 
szczególnej   wagi,   gdy   go   uwzględnimy   w   ogólnej   perspek-
tywie fizyki, świadczy bowiem o tym, że choć istoty myślące 
są z natury zindywidualizowane, to jednak człowiek jest tylko 
atomem   albo   ogromną   molekułą,   a   wraz   z   innymi   ludźmi 
tworzy układ (system) o strukturze kor-puskularnej, z którego 
nie   może   się   wyrwać.   Pod   względem   fizycznym   czy 
biologicznym człowiek, jak wszystko w przyrodzie, jest w swej 
istocie   czymś,   co   występuje   tylko   w     mnogości.     Jest 
„zjawiskiem  masowym".  Znaczy  to

- w pierwszym przybliżeniu - że nie możemy się rozwijać do 
kresu naszych możliwości, jeżeli nie wyjdziemy poza samych 
siebie   i   nie   zespolimy   się   z   innymi   po   to,   by   przez   to 
zespolenie osiągnąć - zgodnie z prawem złożoności
- przyrost świadomości. Stąd konieczność, stąd głębszy sens 
miłości, która, bez względu na postać, jaką przybiera, popycha 
nas   do   złączenia   naszego   własnego   centrum   z   innymi 
wybranymi,   „uprzywilejowanymi"   centrami;   miłości,   której 
podstawowa  funkcja  i największy urok  polegają  na  tym,  że 
dzięki niej zyskujemy dopełnienie nas samych.

3.  Ześrodkowanie się w górze.  Tę fazę, choć jej potrzeba 

jest mniej oczywista, koniecznie trzeba zrozumieć.

Powiedziałem  już, że aby stać się w pełni sobą, musimy 

poszerzyć   niejako   podstawę   naszego   istnienia,   musimy   się 
złączyć z „kimś innym". Gdy jednak zaczną się już tworzyć 
więzy   uczuciowe   z   „uprzywilejowanymi"   jednostkami, 
niepodobna   zatrzymać   tej   ekspansji.   Niepostrzeżenie, 
stopniowo krąg się powiększa. Jest to szczególnie  wyraźnie 
widoczne w świecie współczesnym. Człowiek był zapewne od 
początku   świadomy   przynależności   do   jednej   wielkiej 
ludzkości. Jednakże dopiero dla ostatnich pokoleń ów zrazu 
niewyraźny zmysł społeczny zaczyna nabierać rzeczywistego i 
pełnego   znaczenia.   W   ciągu   ostatnich   dziesięciu   tysiącleci 
(okres,   podczas   którego   dokonało   się   nagłe   przyspieszenie 
rozwoju cywilizacji)  ludzie, nie zastanawiając się wiele nad 
tym, poddawali się oddziaływaniu wielo-

17

background image

rakich sił, głębszych niż wszelkie wojny, które to siły pomału, 
stopniowo zbliżały ich do siebie wzajemnie. Obecnie otwierają 
się   nam   oczy   i   zaczynamy   dostrzegać   dwie   prawdy.   Oto 
pierwsza   z   nich:   na   ograniczonej   i   nierozciąg-liwej 
powierzchni   Ziemi,   pod   ciśnieniem   przyrostu   naturalnego   i 
wskutek   oddziaływania   stale   rozrastających   się   powiązań 
ekonomicznych,   zaczynamy   tworzyć   jedno   ciało.   Drugie 
ważne   stwierdzenie:   w   tym   właśnie   ciele,   wskutek 
stopniowego   tworzenia   się   jednolitego,   ogólnoziemskiego 
systemu   przemysłowego   i   naukowego,   nasze   umysły   za-
czynają   w   coraz   większej   mierze   funkcjonować   tak,   jak 
komórki   jednego   mózgu.   Czy   to   nie   znaczy,   że   jeśli   te 
przemiany będą postępowały dalej naturalnym torem, można 
przewidywać, że kiedyś w przyszłości ludzie przekonają się, 
że mogą jak gdyby jednym sercem wspólnie i równocześnie 
pragnąć   tego   samego,   z   nadzieją   oczekiwać   na   to   samo, 
kochać to samo.

Ludzkość   jutra,   jakaś   super-ludzkość   o   wiele   bardziej 

świadoma, o wiele potężniejsza, o wiele bardziej jednomyślna 
niż nasza zaczyna się wyłaniać z mroków przyszłości, nabiera 
kształtu na naszych oczach. Równocześnie zaś (wrócę jeszcze 
do tego) budzi się w nas odczucie, że aby dojść do kresu tego, 
czym   jesteśmy,   nie   wystarczy   zespolić   naszego   istnienia   z 
dziesiątkiem innych istnień wybranych spośród otaczających 
nas   tysięcy,   lecz   trzeba   się   zespolić   ze   wszystkimi 
równocześnie.

Jakież   wnioski   nasuwają   te   dwa   zjawiska   -   zewnętrzne   i 

wewnętrzne? Chyba przede wszystkim ten wniosek, że koniec 
końcem   życie   domaga   się   od   nas   tego,   że   aby   istnieć, 
powinniśmy   się   włączyć   w   Całość,   podporządkować   się 
Całości   uorganizowanej,   której   -   w   aspekcie   kosmicznym   - 
jesteśmy tylko myślącymi  cząstkami. Oczekuje nas Centrum 
należące   do   wyższego   porządku;   już   się   pojawia   -   nie   na 
uboczu, lecz przed nami i nad nami.

A więc nie wystarczy rozwijać się samemu, nie wystarczy 

ofiarować siebie komuś równemu sobie. Trzeba się

18

background image

jeszcze   poddać,   podporządkować   swoje   życie   czemuś   wię-
kszemu niż my.

Innymi   słowy,   najpierw   istnieć,   następnie   -   kochać,   na 

koniec zaś - wielbić.

Oto naturalne fazy personalizacji.
Są to, jak widać, trzy zazębiające się stopnie na wznoszącej 

się w górę drodze życia, a tym samym - trzy coraz to wyższe 
stopnie   szczęścia,   jeśli   rzeczywiście,   zgodnie   z   tym,   cośmy 
uznali   za   prawdę,   szczęście   jest   nierozerwalnie   związane   z 
dążeniem wzwyż.

Szczęście   rośnięcia   -   szczęście   kochania   -   szczęście 

wielbienia. Oto trzy stopnie szczęśliwości, które przewidzieć 
można teoretycznie, opierając się na prawach życia.

Jaki jest jednak w tej sprawie wyrok doświadczenia?

Spróbujmy   zweryfikować   bezpośrednio,   opierając   się   na 

faktach, trafność naszych dedukcji.

Szczęście „rośnięcia" wewnętrznego, w głębi siebie samego: 

przybytek   sił,   wrażliwości,   władzy   nad   sobą   samym.   I 
szczęście jednoczenia się z innymi, zespalania się dusz i ciał 
stworzonych do tego, by się wzajemnie dopełnić i połączyć.

Nie   warto   się   chyba   rozwodzić   nad   czystością   i   inten-

sywnością   tego   rodzaju   radości.   W   gruncie   rzeczy   wszyscy 
zgodnie je wysławiają.

Jednakże   szczęście   zanurzenia   się,   zagubienia   się   w 

przyszłości,   w   czymś   większym   niż   my   sami...   Czy   to   nie 
czysta spekulacja myślowa lub marzenie? Radować się czymś, 
co nas przerasta, czymś, czego nie możemy jeszcze zobaczyć 
ani   dotknąć?   Kogóż   poza   kilkoma   wizjonerami   może 
obchodzić   coś   takiego   w   pozytywistycznym,   materia-
listycznym świecie, w którym tkwimy?

Kogóż może coś takiego obchodzić?
Rozejrzyjmy się jednak, zobaczmy, co się dzieje wokół nas.
Przed   kilkoma   miesiącami,   podczas   podobnego   zebrania 

opowiadałem   państwu   o   Marii   i   Piotrze   Curie,   o   parze 
małżeńskiej, która znalazła szczęście w wielkiej przygo-

19

background image

dzie z radem, wiedząc, że w tym  wypadku sukces życiowy 
będzie jednoznaczny z utratą życia. Iluż innych ludzi wczoraj i 
dzisiaj, może z mniejszymi ambicjami, może w inny sposób 
wpadło   w   sidła   i   pozostaje   w   mocy   demona   poszukiwań! 
Spróbujcie ich policzyć!

Ci   z   Arktyki   i   Antarktyki:   Nansen,   Andre,   Shackleton, 

Charcot i tylu innych...

Ci z gór: np. ci, co usiłowali zdobyć Everest.

Ci   z   niebezpiecznych   laboratoriów,   zabici   przez   promie-

niowanie, substancje, z którymi mieli do czynienia, zastrzyki 
eksperymentalne...

Ci, co podbili przestworza. Jest ich legion.

Ci,   co   zdobywają   człowieka   dla   człowieczeństwa:   ci 

wszyscy, co ryzykują lub już dali życie za jakąś ideę...

2

Powtarzam:   spróbujcie  ich  wszystkich   policzyć.   A  potem 

weźcie do ręki - jeśli istnieją - notatki lub listy pozostałe po 
tych   ludziach   -   od   najsłynniejszych   poczynając   (od   tych,   o 
których   się   mówi),   a   kończąc   na   najskromniejszych 
(anonimowych),   takich   jak   np.   owi   piloci   pocztowi,   którzy 
przed dwudziestu pięciu laty,  nieustannie ryzykując życiem, 
przecierali  w poprzek Ameryki  szlak powietrzny,  by mogły 
nim popłynąć ludzkie myśli i uczucia. Cóż znajdziecie w tych 
zwierzeniach?   Radość.   Radość   wyższego   rzędu,   głęboką, 
wielką. Wybuch radości towarzyszącej życiu, które dla swej 
ekspansji znalazło teren bezkresny.

Radość bezkresności. To właśnie chciałem powiedzieć.

Tym,   co   najczęściej   podkopuje   i   zatruwa   szczęście,   jest 

uczucie,   że   wkrótce   dosięgniemy   dna,   dojdziemy   do   kresu 
wszystkiego,   co   nas   pociąga.   Cierpienia,   jakie   sprawiają 
rozstania, zużycie, bolesne przerażenie upływem czasu, lęk w 
obliczu   nietrwałości   posiadanych   dóbr,   rozczarowanie 
związane   ze   zbyt   szybkim   osiągnięciem   kresu   tego,   czym 
jesteśmy, tego, co kochamy...

2

 „Wiecie, że moje życie - to ofiara złożona, radośnie i świadomie bez 

egoistycznej nadziei na nagrodę, Mocy, która jest ponad życiem", pisze 
Rathenau.

20

background image

Dla   tego,   co   w   jakiejś   idei   czy   sprawie   znalazł   sekret 

bliskiego czy pośredniego współdziałania i utożsamiania się z 
wszechświatem w toku przemian rozwojowych, rozwiewają się 
wszystkie   te   mroki.   Radość   wielbienia   łączy   się   z   radością 
życia   i   z   radością   kochania,   potęguje   je   i   umacnia   (Curie, 
Termier byli wspaniałymi przyjaciółmi, ojcami, małżonkami), 
a   dzięki   swej   pełni   obdarza   nas   niezrównanym   spokojem 
wewnętrznym. Przedmiot tego uwielbienia jest niewyczerpany, 
ponieważ   stopniowo   coraz   bardziej   utożsamia   się   ze 
spełnieniem otaczającego nas świata. Tym samym nie grozi mu 
śmierć czy zniszczenie. Poza tym jest zawsze - tak czy inaczej 
- dostępny dla nas, ponieważ najlepszy sposób dosięgnięcia go 
polega  na   tym,  by każdy na   swoim  miejscu  robił  możliwie 
najlepiej to, co może.

Radość   elementu,   który   stał   się   świadomy   całości,   jakiej 

służy   i   w   jakiej   znajduje   spełnienie,   radość,   którą   myślący 
atom znajduje wraz z poczuciem roli, jaką w niej pełni, i z 
poczuciem   własnego   dopełnienia   się   w   unoszącym   go 
wszechświecie - oto de iure de facto najbardziej postępowa, 
najwyższa   postać   szczęścia,   jaką   mogę   przedstawić   i   jakiej 
wam życzę.

background image

II.  Podstawowe reguły 

szczęścia

Porzućmy teraz czystą teorię i zajmijmy się jej 

zastosowaniami w naszym życiu indywidualnym.

Prawdziwym   szczęściem   jest,   jak   już   stwierdziliśmy, 

szczęście rośnięcia, a jeśli tak, to należy go szukać w okre-
ślonym kierunku dążąc:

1. do scalenia siebie samego od wewnątrz,
2. do   zespolenia   naszego   istnienia   z   istnieniami   innych, 

nam równych,

3. do podporządkowania naszego życia życiu większemu 

niż nasze.

Co   wynika   z   tych   definicji   w   odniesieniu   do   naszego 

codziennego postępowania? Jak konkretnie mamy działać, by 
być szczęśliwymi?

Rzecz jasna, mogę podać tylko najogólniejsze wskazówki, 

by zaspokoić państwa  ciekawość  i odwołać  się do państwa 
dobrej woli. Oczywiście jest rzeczą zrozumiałą, że wyniknie tu 
wiele   kwestii   związanych   ze   zróżnicowaniem   upodobań, 
możliwości  i  temperamentów.  Taka  jest  natura życia  i jego 
struktura, że ustala się ono i rozwija tylko dzięki ogromnemu 
zróżnicowaniu elementów. Każdy z nas widzi świat i ustosun-
kowuje   się   do   niego   ze   swoistego   punktu   widzenia,   za-
chowując   właściwy   mu,   nieprzekazywalny   zasób   i   odcień 
witalności  (nawiasem  mówiąc,  komplementarna  odmienność 
stanowi o biologicznej wartości „osobowości"). Każdy z nas 
musi   więc   koniec   końcem   sam   znaleźć   dla   siebie   postawę, 
sposób postępowania nie nadające się do naśladowania, a za-

22

background image

pewniające mu jak najściślejsze zespolenie i uszczęśliwiające 
pojednanie ze wszechświatem w ruchu, w toku przemian.

Po   tych   zastrzeżeniach   można   -   zgodnie   z   nakreślonymi 

wyżej perspektywami - sformułować trzy reguły szczęścia.

1. Po   pierwsze,   ażeby   być   szczęśliwym,   trzeba   się   prze-

ciwstawić skłonności do kierowania się zasadą najmniejszego 
wysiłku   albo   do   tkwienia   w   jednym   miejscu,   albo   do 
powierzchownej   ruchliwości,   mającej   na   celu   „odnawianie" 
własnego  życia.  Nie  ulega  wątpliwości,  że  musimy głęboko 
zapuścić korzenie w otaczającej nas przebogatej, a dotykalnej 
rzeczywistości   materialnej.   Szczęście   jest   jednak   osiągalne 
dopiero jako wynik pracy nad naszą wewnętrzną doskonałością 
- intelektualną, artystyczną, moralną. Najważniejsza sprawa w 
naszym życiu - powiedział kiedyś Nansen - to znaleźć samego 
siebie.   Duch   z   trudem   wypracowywany   -   poprzez   materię   i 
poza materią. A zatem ześrodkowanie się w sobie.

2. Po   drugie,   aby   być   szczęśliwym,   trzeba   się   przeciw-

stawić egoizmowi, który każe nam zamknąć się w sobie lub 
podporządkowywać   sobie   innych.   Można   się   spotkau   z 
pewnym   sposobem   kochania   -   niedobrym,   jałowym,   a 
polegającym   na   tym,   że   chcemy   kogoś   posiadać,   zamiast 
ofiarować mu siebie. Tu znowu - w przypadku stadła czy grupy 
-   przypomnieć   trzeba   zasadę   największego   wysiłku, 
obowiązującą   w   pracy   nad   rozwojem   wewnętrznym.   Jedyną 
miłością dającą prawdziwe szczęście jest taka, która się wyraża 
we wspólnie urzeczywistnianym postępie duchowym. A więc - 
rozśrodkowanie się.

3. Po trzecie, aby być szczęśliwym, w pełni szczęśliwym, 

trzeba w taki czy inny sposób, bezpośrednio czy poprzez stale 
poszerzane   ogniwa   pośrednie   (badania   naukowe,   wielkie 
przedsięwzięcia, idea, sprawa...) - związać ostateczną wartość 
naszego   istnienia   z   postępem   i   sukcesem   otaczającego   nas 
świata. Aby osiągnąć sferę radości wielkich i trwałych musimy 
-jak małżonkowie Curie, jak Termier, jak Nansen, jak pierwsi 
lotnicy, jak wszyscy pionierzy, o których mówiłem - przesunąć 
biegun swego

23

background image

istnienia, umieścić go w czymś większym od nas samych. Nie 
znaczy to bynajmniej - możecie się państwo nie niepokoić - że 
szczęście można zdobyć tylko za cenę wielkich, niezwykłych 
czynów. Wystarczy coś, co jest osiągalne dla wszystkich: to 
mianowicie,   byśmy   stawszy   się   świadomymi   naszej   żywej 
solidarności  z wielką rzeczą, z wielką sprawą,  czynili  małe 
rzeczy w sposób nacechowany wielkością. Dodać jeden ścieg, 
choćby najmniejszy, do zachwycającej tkaniny życia; dostrzec, 
rozpoznać rzecz wielką, która powstaje, która nas przyciąga, w 
samym   jądrze   i   u   celu   naszych   najmniejszych   działań; 
rozpoznać   ją   i   przyłączyć   się   do   niej   -   oto   w   ostatecznym 
rozrachunku   wielki   sekret   szczęścia.   „W   głębokim, 
instynktownym   zespoleniu   z   wszechogarniającym   nurtem 
życia znajdujemy największą ze wszystkich radości", powiada 
sam Bertrand Russell, jeden z najtrzeźwiejszych i najdalszych 
od   spirytualizmu   umysłów   współczesnej   Anglii.   A   zatem 
-ponowne ześrodkowanie się w górze.

Skoro   już   doszliśmy   do   kluczowego   punktu   całej   mojej 

wypowiedzi, pozwolę sobie dorzucić na zakończenie jeszcze 
jedną uwagę, którą jestem winien zarówno państwu, jak i sobie 
samemu, chcąc być do końca w zgodzie z prawdą.

Czytałem   niedawno   interesującą   książkę

3

,   w   której   po-

wieściopisarz i filozof angielski Wells przedstawia oryginalne 
poglądy   amerykańskiego   biologa   i   biznesmena,   Williama 
Burrougha Steele'a na ten sam temat, którym  zajmowaliśmy 
się dzisiaj, a mianowicie na temat szczęścia. Steele trafnie i 
przekonywająco   dowodzi   -   podobnie   jak   ja   -   że   ponieważ 
szczęście   jest   nierozerwalnie   związane   z   jakąś   ideą   nie-
śmiertelności, człowiek nie może być w pełni szczęśliwy, jeśli 
nie   utożsami   swych   osobistych   korzyści   i   nadziei   z 
korzyściami   i   nadziejami   świata,   a   zwłaszcza   ludzkości. 
Jednakże to rozwiązanie jest jeszcze, dodaje Steele, jako takie, 
niepełne. Aby bowiem móc ofiarować siebie bez reszty, trzeba 
móc kochać. Jakże jednak kochać rzeczywis-

3

 H.G. Wells, Anatomy of Frustration.

24

background image

tość   zbiorową,   bezosobową,   potworną   pod  pewnymi   wzglę-
dami, jaką jest świat, a nawet ludzkość?

Wątpliwość, którą Steele napotkał w głębi serca i której nie 

rozwiał,   jest   straszliwie,   okrutnie   słuszna.   Nie   wypowie-
działbym się więc do końca ani szczerze, gdybym nie zwrócił 
uwagi państwa na fakt, że niewątpliwa tendencja sprawiająca, 
iż masy ludzkie chcą się poświęcić służbie dla postępu, nie jest 
„samowystarczalna".  Ten ziemski  poryw,  który z całą  mocą 
pochwalam, powinien - dla podtrzymania i dla wzmocnienia - 
scalić się z porywem chrześcijańskim.

Wokół   nas   mistyka   nauki,   mistyka   społeczna   rusza   z   za-

chwycającą   wiarą   na   podbój   przyszłości.   Nie   ma   tu   jednak 
jakiegoś   określonego   szczytu,   ani,   co   ważniejsze,   żadnego 
przedmiotu  uwielbienia  godnego  miłości.  Oto dlaczego   entu-
zjazm   i  ofiarność,  jaką   ta mistyka  budzi,  są  twarde,  oschłe, 
zimne, smutne, a przez to niepokojące dla obserwatorów, i na 
koniec, nie w pełni uszczęśliwiające tych, których porwały.

Zważmy jednak, że obok - dotychczas niejako na marginesie 

owej   mistyki   ludzkiej   -   mistyka   chrześcijańska   od   dwóch 
tysięcy lat nieprzerwanie poszerza (choć mało kto o tym wie) 
wyobrażenie  Boga  osobowego,  będącego  nie  tylko  Stwórcą, 
ale   i   Ożywicielem,   i   Jednoczycielem   wszechświata, 
sprawiającym, że powraca on do Niego pod łącznym wpływem 
wszystkich sił, które obejmujemy mianem ewolucji. Wytrwałe 
wysiłki myśli chrześcijańskiej doprowadziły z czasem, do tego, 
że   w   przerażającym   ogromie   świata   zaczynamy   dostrzegać 
linie   rozwojowe   zmierzające   do   jednego   punktu   w   górze, 
przeistaczającego się w ognisko promieniujące energią miłości.

Czyż można nie dostrzec, że te dwa potężne nurty, na które 

się obecnie rozdziela impet religijnych energii ludzkich - nurt 
postępu ludzkiego i nurt wielkiej miłości - domagają się tego 
właśnie, by się złączyć i wzajemnie dopełnić?

Wyobraźmy sobie, że ta świeża eksplozja ludzkich aspiracji, 

wspaniale   spotęgowana   dzięki   nowym   koncepcjom   czasu, 
przestrzeni,   materii   i   życia,   nasyca   ludzkimi   treściami   nurt 
chrześcijański,  wzbogacając  go  i  ożywiając.  Wyobraźmy

25

background image

sobie   też   równocześnie,   że  vice   versa,  jakże   współczesna 
postać Chrystusa Wszechświata, taka, jaka się dziś pojawia w 
świadomości   chrześcijańskiej,   ukazuje   się   i   promieniuje   na 
szczycie naszych marzeń o postępie, precyzując, humanizując, 
personalizując   te   marzenia.   Czy   nie   byłaby   to   odpowiedź, 
jedyna prawdziwie pełna odpowiedź na pytania i trudności, z 
którymi zmaga się nasza wola działania?

Bez   dopływu   świeżej   krwi   materialnej,   duchowości 

chrześcijańskiej   grozi   starcze   zniedołężnienie   i   błądzenie   w 
obłokach.   Bez   wszczepienia   jakiejś   zasady   miłości   po-
wszechnej,   miłości   społecznej   ludzkiemu   zmysłowi   postępu 
grozi   jeszcze   bliższe   niebezpieczeństwo:   odwrócenie   się 
człowieka   -   z   uczuciem   grozy   -   od   przerażającej   machiny 
kosmicznej, w której, jak się okazuje, tkwimy.

Połączmy ciało z głową, podstawę z wierzchołkiem, a nagle 

pojawi się pełnia.

W gruncie rzeczy pełne rozwiązanie problemu szczęścia dać 

może,   moim   zdaniem,   tylko   humanizm   chrześcijański   lub, 
inaczej mówiąc, super-ludzki chrystianizm, w świetle którego 
każdy kiedyś zrozumie, że w każdej chwili i w każdej sytuacji 
może   nie   tylko   służyć   (to   za   mało!)   ewoluującemu 
wszechświatowi,   ale   i   kochać   ów   wszechświat   naładowany 
miłością   -   we   wszystkich   rzeczach,   zarówno   miłych   i 
pięknych, jak i w przykrych i najpospolitszych

4

.

4

  Pod   powyższym   tekstem   w   pierwszym   maszynopisie   autor   zanotował 

następujący cytat w języku angielskim: „Szczęście i zadowolenie - to nie coś, 
co jest wynikiem »dobrobytu« w czysto materialnym lub czysto biologicznym 
znaczeniu tego słowa. Gdybyśmy uwolnili ludzką społeczność od wszelkich 
chorób,   nieszczęśliwych   wypadków,   nędzy   i   zbrodni,   byłaby   ona   nadal 
nieszczęśliwa   i   nieznośnie   ponura.   Zadowolenie   daje   tylko   służba   Bogu. 
Służba ta może być równie rzeczywista zawsze, bez względu na najbardziej 
różnorakie okoliczności i na takie czy inne położenie człowieka, ponieważ 
Królestwo Boże jest w nas. W Królestwie Bożym służba musi być lojalna bez 
względu   na   to,   na   czym   ona   w   danym   wypadku   polega.   Religijne 
przeświadczenie, że ta służba, bez względu  na same rezultaty,  łączy nas z 
Bogiem,   niesie   z   sobą   natchnienie,   siłę   i   wewnętrzne   zadowolenie"   -   J.S. 
Haldane, Materialism, Hodder and Stoughton, London 1932, s. 156 ns. (przyp. 
wydawcy francuskiego w Directions de l'Avenir).

background image

Przemówienia do 

nowożeńców

Przemówienie wygłoszone  14 czerwca  1928 r.
w kościele Świętego Augustyna
w Paryżu podczas zaślubin Odęty Bacot
z Janem Teilhard d'Eyry

5

Panno Odęto! Drogi Janie!

Gdy patrzę na was, złączonych teraz na zawsze, nie potrafię 

się   powstrzymać   (dawne   przyzwyczajenie   zawodowe)   od 
spojrzenia w przeszłość na dwie drogi życia, na wasze dwie 
drogi, niegdyś - zdawałoby się - zupełnie niezależne od siebie, 
które   nagle   spotkały   się,   a   teraz   złączyły   razem.   Nie 
powinniście   się   dziwić,   że   to   nieoczekiwane,   a   przecież   od 
dawna przygotowywane spotkanie zachwyca mnie i raduje jak 
każdy piękny sukces życiowy.

Twoja droga, Janie, zaczęła się daleko stąd, pod ciężkimi 

chmurami   tropików,   wśród   płaskich   pól   ryżowych   zam-
kniętych błękitną sylwetką przylądka Saint-Jacques. Widocznie 
taka właśnie „mocna" mieszanina chłodnej Ower-nii z Dalekim 
Wschodem była potrzebna, by ożywić w tobie dziedzictwo po 
matce, odważnej wędrownicy, a także po wuju, legendarnym 
„wuju   Jerzym",   na   którego   jako   dziecko   patrzałem   z 
podziwem, gdy go widywałem - obok siwowłosej babki - w 
nieco mrocznym, na wpół chińskim salonie przy ulicy Savaron.

3

 Z bocznej linii rodziny Teilhardów.

27

background image

Z tradycji rodzinnej i z urodzenia związany jesteś z Azją. 

Dlatego wciąż do niej wracałeś, by nią odetchnąć.

Czym jednak są naprawdę te podróże serca i umysłu? Tylko 

ty   sam   mógłbyś   nakreślić   mapę   etapów   i   nawrotów,   jakie 
przebyło twoje „ja", zanim pojawił się człowiek, którym dziś 
jesteś.   Ileż   jednak   oddziaływań,   spotkań,   pokus,   ileż 
konieczności dokonywania  wyboru - w życiu rodzinnym,  w 
szkole, wszędzie  zresztą...  Jakże  złożona  jest  owa delikatna 
sieć powiązań, w którą wplecione są nasze żywoty!

W   końcu,   przebywszy   labirynt   sił   zewnętrznych   i   we-

wnętrznych odkryłeś własną duszę. Czy w tym miejscu (raczej 
wewnętrznym niż zewnętrznym), w którym się znalazłeś, nie 
pozostaniesz   samotny,   niejako   zagubiony?   Na   kamienistych 
gościńcach i polnych drogach ludzie tłoczą się, potrącają się 
wzajemnie.   Nawet   w   powietrzu   muskają   się   czasem 
skrzydłami.   Jednakże   na   tysiąckroć   bardziej   obszernym   i 
złożonym   obszarze   duchowym   czyż   każdy   z   nas   -   tym 
bardziej,   im   bardziej   jest   człowiekiem   (czyli   czymś 
niepowtarzalnym) - nie jest skazany na to, by właśnie wskutek 
swych osiągnięć bez końca błąkać się samotnie? Mogłeś się 
obawiać,   Janie,   że   tam,   gdzie   wskutek   tylu   okoliczności   i 
przypadków   znalazła   się   twoja   łódź,   nie   spotkasz   niczyjej 
innej łodzi...

I wówczas, jak w bajce, właśnie na tym obszarze ducho-

wym,   gdzie   -   zdawałoby   się   -   nie   jest   możliwe   spotkanie 
dwóch istot ludzkich, zjawiła się pani, Odetto, po prostu, jak 
gdyby   nigdy   nic.   W   wielotysięcznym   tłumie   spotkanie   się 
dwóch   spojrzeń   jest   już   czymś   niezwykłym.   Cóż   dopiero 
spotkanie się dwóch dusz!

W czasie, gdy ty, Janie, kontynuowałeś marszrutę, podczas 

której dojrzewało w tobie to, co jest istotną podstawą każdej 
istoty   żywej,   a   mianowicie   zdolność   kochania,-pani   - 
podążając   inną   trasą,   pozostającą   jednak   w   zadziwiającej 
harmonii z trasą Jana - przebywała kolejno, jeden po drugim, 
etapy, których ukoronowania jesteśmy dziś świadkami.

28

background image

Pani, również z racji urodzenia, wzrastała na glebie jednej z 

najstarszych dzielnic Francji, nie w Owernii, co prawda, lecz w 
Turenii.   Rozkwitała   pani   w   jednym   z   najbardziej 
„uśmiechniętych",   w   jednym   z   najłagodniejszych   klimatów 
Francji,   a   pełny   rozkwit   zawdzięcza   pani   niezastąpionemu 
oddziaływaniu   klimatu   Paryża.   Pani   również   wpojono   od 
wczesnego   dzieciństwa   szacunek   dla   wielkiej   Szkoły   i 
znajomość najpiękniejszego oręża. Pani również, dzięki matce 
o   wyjątkowej   osobowości,   wzrastała   wraz   z   trojgiem 
rodzeństwa   (w   którym   nie   brakło   nawet   Jac-ąueline)   w 
atmosferze   wychowania   otwartego,   a   zarazem   naprawdę 
chrześcijańskiego, dzięki któremu rozkwitła pani tak pięknie i 
harmonijnie.   Równocześnie   (zadziwiająca   harmonia   losów!) 
wznosiła się pani stopniowo do punktu spotkania z tym, który, 
nie wiedząc o tym, zdążał na spotkanie z panią.

Wspomniałem   o   bajce,   o   królestwie   czarodziejek   czy 

wróżek.   Cóż   to  za  wróżka,   jaka   czarodziejka,   nie   zrywając 
nici, splotła na zawsze włókna waszych żywotów?

Czy  tylko   ślepy przypadek   sprawił,  że  stał  się  cud?  Czy 

naprawdę   musimy   wierzyć,   że   wszystko,   co   najpiękniejsze, 
zawdzięczamy temu, co nieprzewidziane, wyjątkowe, a więc i 
kruche - w elementach, z których zdaje się składać?

To prawda, świat wydaje się niekiedy ogromnym chaosem. 

Zamęt jest wielki, tak wielki, że czasem, gdy patrzymy na nas 
samych, nasze własne istnienie wydaje nam się niewiarygodne. 
Czyż pośród tylu sprzecznych możliwości nie wątpimy czasem 
w szansę zjednoczenia (z zachowaniem życia), zjednoczenia w 
sobie   samym,   a   tym   bardziej   zjednoczenia   dwóch   istnień? 
Zastanawiamy się, czy prawdziwa mądrość nie polega na tym, 
by   natychmiast   pochwycić   i   wyzyskać   szansę,   jaka   się 
pojawia. Czy nie jest szaleństwem stawianie na przyszłość, na 
„bardziej nieprawdopodobne", wyższe postaci życia?

Każdy dzień mojej egzystencji, drogi Janie, zmuszał mię od 

wielu lat do życia w obliczu konieczności pracy i nie-

29

background image

prawdopodobieństwa   sukcesu.   Otóż   właśnie   nieprawdopo-
dobieństwo   raz   jeszcze,   w   obliczu   waszego   wspólnego 
szczęścia, okazuje się rzeczywistością.

Ponieważ prosiłeś, bym zabrał dziś głos, pozwól, że wam 

zwierzę - po długiej konfrontacji ze wspaniałą rzeczywistością 
świata - moje najdroższe i najgłębsze przekonania. Jak każdy 
uległem   zrazu   fascynacji   tym,   co   wydaje   się   mieć 
pierwszeństwo:   tym,   co   niższe   i   minione.   Następnie,   by 
zachować zdolność rozumienia tego, co się dzieje we mnie i 
wokół   mnie,   musiałem   „odwrócić   perspektywę"   i   przyznać 
pierwszeństwo Przyszłości i „Temu, co większe".

Tak,   jestem   głęboko   przeświadczony,   że   konsystencja 

otaczającego   nas   wszechświata   jest   zależna   nie   tyle   od 
pozornej   „stałości"   zniszczalnych   elementów,   z   których 
składają   się   ciała,   ile   od   płomienia   „organizacji",   który   od 
samego   początku   przenika   świat   i   jest   obecny   w   świecie. 
Całym   swoim   ciężarem   świat   ciąży  ku   Centrum,   które   jest 
przed   nim.   Dusze,   przymierza   dusz,   siły   duchowe   nie   są 
kruche   ani   przypadkowe.   Właśnie   one   rosną,   rozwijają   się 
nieuchronnie, właśnie one przetrwają.

To, co nieuchwytne na tym świecie, jest czymś większym 

od tego, co dotykalne.

To, czym promieniują istoty ludzkie, jest więcej warte niż 

ich pieszczoty.

To, co się jeszcze nie wydarzyło, jest cenniejsze od tego, co 

się już narodziło.

Dlatego   też   chcę   ci   w   tej   chwili   powiedzieć,   chcę   wam 

powiedzieć, co następuje.

Jeśli obydwoje chcecie we właściwy sposób odpowiedzieć 

na apel (należałoby raczej rzec: na łaskę), z jakim zwraca się 
dziś do was Życie animowane przez Boga, oprzyjcie się, rzecz 
jasna,   bez   wahania   na   dotykalnej   materii,   znajdźcie   w   niej 
wsparcie, lecz poprzez nią czy ponad nią wierzcie we wsparcie 
tego, co niedotykalne.

Wierzcie w Ducha poza wami, w długim szeregu związków 

podobnych do waszego, które w ciągu stuleci zgroma-

30

background image

dziły - by go wam przekazać - cały skarbiec zdrowia, mądrości 
i   wolności.   Ta   spuścizna   przechodzi   dziś   w   wasze   ręce. 
Pamiętajcie, że jesteście za nią odpowiedzialni wobec Boga i 
wobec wszechświata.

Wierzcie też w ducha przed wami. Dzieło stworzenia nie 

zostało ukończone, proces tworzenia trwa. Życie domaga się 
przedłużenia poprzez was dwoje. Niechże więc wasz związek 
nie będzie zamkniętym uściskiem. Niech się urzeczywistnia w 
tym,   co   jednoczy   tysiąc   razy   mocniej   niż   spoczynek:   we 
wspólnym   dążeniu   do   jednego   celu,   coraz   to   większego, 
namiętnie umiłowanego.

Wierzcie też odtąd (a ten termin mieści w sobie wszystkie 

inne)   w   ducha   między   wami.   Jedno   dla   drugiego   staje   się 
polem oddziaływania, by wzajemnie coraz lepiej się rozumieć, 
wzbogacać,   uwrażliwiać.   Jest   to   więc   stałe   przenikanie   się, 
stała   wymiana   myśli,   uczuć,   marzeń,   modlitw.   Tylko   tam 
bowiem, jak wiecie, gdzie duch przebija poprzez ciało, nie ma 
przesytu,   rozczarowań   ani   granic.   Tylko   tam   wasza   miłość 
oddycha swobodnie, tylko tam znajduje szerokie ujście.

Czy nie czujecie, że ów Duch, o którym  mówię, ześrod-

kowuje się na was, koncentruje się wokół was?

Serdeczne   uczucia   krewnych   i   przyjaciół,   którzy   się   tu 

zebrali,   gorące   i   czyste   życzenia,   które   na   jakichś 
niewykrywalnych falach dotarły tu z Owernii, Turenii i Poitou, 
a   nawet   ze   Srebrnego   Wybrzeża;   błogosławieństwa   tych, 
których   już   nie   zobaczymy;   przede   wszystkim   zaś   - 
nieskończona miłość Tego, który jest świadkiem powstania - 
w postaci waszego związku - nowego cennego ogniwa w Jego 
wielkim dziele stwórczego jednoczenia...

Oczywiście,   znacznie   ważniejsze   od   zewnętrznego,   ma-

terialnego przepychu tej uroczystości są skoncentrowane siły 
życzliwości wypełniające ten kościół.

Niechże ta duchowa żarliwość przeniknie waszą rodzącą się 

miłość i zachowa ją na życie wieczne. Amen.

31

background image

Przemówienie wygłoszone podczas 
uroczystości zaślubin państwa de la 
Goublaye de Menerval w kościele 
Świętego Ludwika (Inwalidów) 15 
czerwca 1935 r.

Drodzy państwo młodzi!

W chwili gdy w tej kaplicy zostały złączone wasze 

życia, nie sądzę, bym mógł wam ofiarować coś stosowniej-
szego ani cenniejszego niż pochwałę jedności.

Jedność - termin, być może, abstrakcyjny,  umiłowany 

przez filozofów; równocześnie jednak konkretna jakość, 
w którą pragnęliśmy wyposażyć nasze dzieła i otaczający 
nas świat. Wprowadzić nieco więcej jedności w pozorny 
chaos elementów materialnych i kapryśne działania przy-
rody,  w nieregularność barw i dźwięków, w ruchy mas 
ludzkich, w nasze niezdyscyplinowane i zmienne aspiracje 
i   myśli   -   oto   cel   naszych   najszlachetniejszych   dążeń. 
Nauka, sztuka, polityka, etyka, filozofia, mistyka - to różne 
postaci tego samego dążenia do harmonii, w których - 
poprzez   nasze   ludzkie   działania   -   wyraża   się   prze-
znaczenie i niejako istota wszechświata. Szczęście, władza, 
bogactwo, mądrość, świętość - to różne postaci zwycię-
stwa nad chaosem mnogości. W głębi każdego bytu kryje 
się   marzenie  o  Zasadzie,   która  kiedyś   uporządkuje  jego 
rozproszone bogactwa. Bóg jest jednością.

Cóż   jednak  wypada  czynić,  by  się   zbliżyć   do owej 

Boskiej jedności, by jej dosięgnąć?

Może   każdy   z   nas   powinien   uczynić   siebie   samego 

środkiem własnego światka, jedynym centrum władzy i 
rozkoszy? Może szczęście polega na skupieniu - w miarę 
możności   -   maksimum   wszystkiego   innego   wokół   nas 
samych? Może będziemy szczęśliwsi wówczas, gdy każdy 
z nas stanie się bożkiem dla samego siebie?

Drodzy państwo, wasza  obecność  przed tym  ołtarzem 

dowodzi, jak bardzo obce są wam te złudzenia egoizmu.

32

background image

Skoncentrowanie   się   elementu   na   samym   sobie   (jedna   z 
najbardziej   niebezpiecznych   pokus,   jakie   napotyka   życie,   w 
którym budzi się intelekt) nie skusiło was. Zrozumieliście, że 
nikt   z   nas   nie   jest   ostatecznym   biegunem   życia;   każdy   jest 
tylko cząstką, która ma się stać składnikiem wyższej syntezy. 
A zatem nie jedność przez odizolowanie się, ale jedność przez 
zespolenie, której stajecie się przykładem.

Wybraliście   jedność   przez   zespolenie   się.   I   dobrze   wy-

braliście.   Jak   jednak   konkretnie   owa   jedność   może   stać   się 
doskonała   w   was   dwojgu   -   owa   jedność   wyższa,   obiecana 
elementom, które się zjednoczą w łonie wspólnej scalającej je 
zasady?   Na   co   -   przechodząc   od   razu   do   głównego   punktu 
mego   przemówienia  -   odpowiem   krótko:   nie  możecie   nigdy 
osłabić   wysiłku   zmierzającego   do   tego,   by   każde   z   was   - 
ofiarowując siebie - stawało się coraz bardziej sobą.

Zjednoczenie  - wskutek uczucia pełni, jakim darzy -może 

wydać   się   kresem,   odpoczynkiem.   W   rzeczywistości   jednak 
bardziej niż cokolwiek musi być posłuszne naturze życia, które 
jest nieustannym  rozwojem. Ci, co mają się sobą wzajemnie 
obdarzać, muszą przedtem długo pielęgnować dopełniające się 
wartości, które mają się złączyć. I kiedy się w końcu spotkają, 
nie mogą się prawdziwie zespolić, jeśli każde z nich nie dąży 
nadal   swoim   własnym   torem   do   osiągnięcia   pełni   rozwoju. 
Prawdziwe   zjednoczenie   różnicuje   -   w   tej   samej   mierze,   w 
jakiej   zespala.   Jest   nieustannym   odkrywaniem,   nieustannym 
zdobywaniem.

Z przyjemnością  znajduję, drodzy państwo, w tych  nieco 

ciężkawych sformułowaniach wyjaśnienie waszej przeszłości i 
zapowiedzi na przyszłość...

Wasza przyszłość...

Kiedy na panią patrzę

6

 w tym odświętnym otoczeniu, myślę, 

że niejeden  z  nas,  pani  przyjaciół,  którzy tak

6

 Eliane Basse de Menerval - geolog, paleontolog i biolog. Współpracowała z 

Janem Piverteau w pracowni prof. Boule'a.

33

background image

często widzieli panią schyloną nad mapami czy nad próbkami 
mineralogicznymi   lub   towarzyszyli   pani   myślami   podczas 
niebezpiecznych   i   dalekich   wypraw   badawczych,   może   się 
zastanawiać, czy nie zboczyła pani z drogi, czy nie stała się 
pani   inną   kobietą.   „Po   cóż   było   osiągać   tamto,   jeśli   się   w 
końcu wybiera to?" „Po co?" Odpowiadam zdecydowanie: po 
to właśnie, by przygotować to, do czego się doszło. Niech pani 
nigdy nie żałuje (gdyby pani w ogóle odczuła taką pokusę) 
godzin   spędzonych   w  laboratorium,   żmudnego   redagowania 
długich   referatów,   uciążliwych   marszów   przez   sawanny 
Madagaskaru.   Czyż   podczas   tych   przygód   duchowych   i 
cielesnych nie stała się pani doskonałą towarzyszką życia dla 
tego, który również należy do pracowników i badaczy ziemi? 
Życie potrzebowało milionów lat, by pod wpływem działania 
stwórczego   wytworzyć   serce   i   intelekt,   które   odziedziczyła 
pani po matce. Potrzebne były trudy i niebezpieczeństwa pani 
młodości, by stała się pani kimś, kto może ofiarować siebie.

Teraz  zaś, jak już zauważyłem,  to samo prawo, na mocy 

którego każde z was z osobna przygotowało się do związku, 
domaga się, byście, będąc złączeni, dopełniali się wzajemnie. 
Jakie będą niekończące się nigdy dzieje waszego wzajemnego 
zdobywania się? Wie to tylko Bóg, który was pobłogosławi. Ja 
mogę   wam   jedynie   powiedzieć,   opierając   się   na 
najpełniejszym   doświadczeniu   ludzkim,   że   wasze   szczęście 
zależeć   będzie   od   zakresu,   jaki   wyznaczycie   waszym 
nadziejom.  Uczucie  zamknięte  w   sobie   sprawia,   że  więdnie 
ciało   i   duch.   Aby   zapewnić   konieczny   rozwój   płodności 
waszego związku, musicie jeszcze poszerzyć wasze horyzonty.

Nie będziecie szczęśliwi tak, jak wam teraz życzymy, takim 

szczęściem,   o   jakie   się   dla   was   modlimy,   jeśli   złączywszy 
wasze   życia   nie   wychylicie   się   śmiało   ku   przyszłości, 
umiłowawszy namiętnie coś większego niż wy sami.

34

background image

Przemówienie wygłoszone podczas

uroczystości zaślubin Klaudiusza

Marii Haardta

7

 i panny Krystyny Dresch

w kościele Panny Maryi

w Auteuil dnia 21 grudnia 1948 r.

Droga Krystyno! Drogi Klaudiuszu!

Doprawdy,   życie   jest   pełne   przedziwnych   zbiegów   oko-

liczności, może nawet - ukrytych związków przyczynowych... 
Któż by przewidział w okresie Bożego Narodzenia w r. 1932, 
gdy przemierzałem wraz z Jerzym  Marią Haardtem pustynie 
Azji Środkowej, że szesnaście lat później będę przemawiał do 
was,   gdy   wy   z   kolei   wkraczacie   na   drogę   innej   wielkiej 
przygody:   przygody   zjednoczenia   waszych   dróg   życiowych. 
Zbieg okoliczności ukrywa prawdopodobnie tajemne intencje 
przeznaczenia. Czemu więc ta ukryta  intencja przeznaczenia 
(czy Opatrzności) nic miałaby być równoznaczna z hasłem, z 
dewizą,   którą   wam   przekażę,   wam,   a   zwłaszcza   tobie, 
Klaudiuszu,   w   obecności   matki,   której   tyle   zawdzięczasz,   z 
dewizą, którą stale głosił, której  uczył  własnym  przykładem 
twój ojciec, wielki podróżnik i znakomity organizator, gdyśmy 
razem  wędrowali  po Azji:  „Patrzcie zawsze w górę  i  przed 
siebie!"

Wyprawy poprzez  Saharę, Afrykę,  Chiny...  Każde z tych 

przedsięwzięć,   jak   każda   żywa   realność,   miało   solidne 
podstawy materialne.   Każde  z  nich  miało na  celu  wyraźnie 
określone   i   starannie   obmyślane   rezultaty.   A   jednak,   nieza-
leżnie   od   wszystkich   zadań   praktycznych,   ekonomicznych, 
flotylla ciężarówek i pojazdów na gąsienicach zmierzała

7

  Syn   Jerzego   Marii   Haardta,   kierownika   słynnej   „Żółtej   ekspedycji" 

(8.5.1931-12.2.1932),   w   której   brał   udział   o.   Teilhard.   Zachowały   się   trzy 
piękne listy o. Teilharda do matki Klaudiusza. Pierwszy z nich (z 1.1.1934) 
dotyczy   m.in.   rzekomego   powołania   kapłańskiego   Klaudiusza,   które   o. 
Teilhard radzi wystawić na próbę czasu. Por. Claude Cuenot, Pierre Teilhard 
de Chardin. Les grandes itapes de son evolution, 
Plon, Paris 1958, s. 136-138.

35

background image

zawsze   -   pod   kierunkiem   dowódcy   -   ku   czemuś   prze-
czuwanemu,   wymarzonemu...   Dla   wszystkich,   którzy   ucze-
stniczyli  w tych  ekspedycjach,  będą  one zawsze, pozostaną 
zawsze w ich wspomnieniach wędrówkami za gwiazdą...

Droga Krystyno! Drogi Klaudiuszu!

Pójdźcie, w innej dziedzinie, śladami ojca i w tym samym 

duchu wejdźcie w życie, dotykając mocno stopami ziemi - jak 
on - mając jednak - jak on - oczy zwrócone ku czemuś, co jest 
większe i piękniejsze niż wy sami. Wiecie dobrze, że pokusą i 
wyjałowieniem miłości jest spoczynek w posiadaniu, egoizm 
we dwoje. Jeśli się chcecie wzajemnie odnaleźć i połączyć się 
naprawdę, nie szukajcie innej drogi niż namiętne umiłowanie 
wspólnego   ideału.   Między   wami   (pod   tym   względem   sama 
struktura   świata   narzuca   pewne   nieprzekraczalne   prawo) 
niemożliwy   jest   piękny   związek   bez   wpływu   jakiegoś 
wyższego centrum oddziaływającego na was jednoczące

Oby tym centrum stało się wkrótce dziecko!
W   każdym   razie   niech   będzie   nim   zapał   i   radość 

wzajemnego poznawania siebie i dopełniania siebie w sercu i 
umyśle.

Niechże   jednak   -   w   taki   czy   inny   sposób,   zgodnie   z 

waszymi   usposobieniami   -   centrum   owym   stanie   się   Bóg, 
przed którym  i w którym  zostaniecie za chwilę złączeni na 
zawsze. Bóg - jedyne ostateczne Centrum wszechświata. Nie 
Bóg konwencjonalny i daleki, lecz taki, jaki powinien i chce 
się   wam   w   nieprzekazywalny   sposób   objawić,   jeśli   tylko 
będziecie do końca posłuszni sile wewnętrznej, która działa w 
tej chwili, by was połączyć.

background image

O cierpieniu

background image

Fragmenty pism Teilharda zebrane w tomiku Sur la 

Souffrance,  Seuil, Paris 1974. Fragmenty Środowiska Bożego 
(s. 56-73) przełożyła  Wanda Sukiennicka, pozostałe teksty - 
Mieczysław Tazbir.

background image

W   układzie   organicznym   tak   wielkim   jak   wszechświat 

mnóstwo   dobrych   intencji   i   środków   pozostaje   niewyko-
rzystanych,  a za kilka sukcesów trzeba płacić niezliczonymi 
niepowodzeniami.   Ludzie   nikomu   nieznani,   niepotrzebni,   ci, 
którym   się   nie   wiedzie,   muszą   szukać   zadowolenia   w 
wyższości innych, do których sukcesów się przyczyniają, lub 
za które płacą. Wszystko to jest okrutne. Świat, zależność od 
świata, obowiązek służenia światu są trudne do niesienia. Jak 
krzyż.   Właśnie  po   to,   byśmy   to   zrozumieli,   byśmy   w   to  
uwierzyli,  
Jezus   zapragnął   znaleźć   się   na   krzyżu   górującym 
ponad   wszystkimi   drogami   świata   jako   symbol,   w   którym 
każdy   z   ludzi   mógłby   rozpoznać   swój   własny   prawdziwy 
obraz.

Chcielibyśmy móc w to wątpić, chcielibyśmy wierzyć, że 

cierpienie i zło - to przejściowe warunki życia, które kiedyś 
wyeliminuje nauka i cywilizacja... Bądźmy szczersi i miejmy 
odwagę   spojrzeć   prosto   w   twarz   naszej   egzystencji.   Im 
bardziej   życie   ludzkości   staje   się   wyrafinowane   i 
skomplikowane,   tym   bardziej   rosną   szanse   nieładu   i   jego 
niebezpieczeństwa. Im wyższe szczyty, tym głębsze przepaści, 
a wszelka energia  - to zarówno moc czynienia  dobra, jak i 
wyrządzania zła. Wszystko, co jest w toku stawania się, cierpi 
lub grzeszy. Prawdą naszej sytuacji na tym świecie jest to, że 
jesteśmy ukrzyżowani.

Otóż pragnieniem Chrystusa nie było to, by Jego bolesny 

obraz   był   po   prostu   wieczną   przestrogą   dla   świata.   Na 
Golgocie   jest   On   jeszcze   i   przede   wszystkim  Centrum,   w 
którym skupiają się i znajdują ukojenie  
wszystkie cierpienia 
ziemskie. Niewiele mamy podstaw, by móc powiedzieć, w jaki 
sposób Pan nasz doświadcza swego Ciała Mistycznego i cieszy 
się nim. Możemy sobie jednak mniej

39

background image

więcej  wyobrazić, jak przejmuje On jego cierpienia;  jest to 
nawet jedyny sposób uświadomienia sobie ogromu Jego męki: 
zrozumienie, że jest to ból będący echem wszystkich bólów, 
że jest to  cierpienie „kosmiczne".  Podczas męki Jezusa Jego 
osamotnione   i   zbolałe   serce   odczuwało   ciężar   wszystkich 
cierpień   ludzkich   w   postaci   niezwykłej,   niewy-słowionej 
syntezy.   Wszystkie   te   cierpienia   uczynił   swoimi,   wszystkie 
odczuł...

Wprowadzając je zaś w krąg swojej świadomości, dokonał 

ich   przeistoczenia.   Przed   Chrystusem   cierpienie   i   grzech 
tworzyły jak gdyby „wysypisko" świata. Na hałdzie bolesnych 
wysiłków, daremnych wysiłków, wysiłków „zahamowanych" i 
ukrytych gromadziły się odpadki ludzkich działań w świecie. 
Mocą   Krzyża   ta   góra   odpadków   stała   się   czymś   cennym. 
Człowiek zrozumiał, że nie ma dłań skuteczniejszego sposobu 
osiągania   postępu   niż   zużytkowanie   strasznego, 
odpychającego cierpienia.

Chrześcijanin odczuwa cierpienie tak samo jak inni. I tak 

samo jak inni powinien się starać zmniejszać je czy łagodzić 
nie   tylko   przez   błagalne   modlitwy,   lecz   wysiłkiem 
przedsiębiorczej i pewnej siebie nauki. Kiedy jednak cierpienie 
przychodzi,   chrześcijanin   je   spożytkowuje.   Wskutek   jakiejś 
cudownej   kompensacji   cierpienie   fizyczne   znoszone   w 
pokorze   niszczy   zło   moralne.   Zgodnie   z   dającymi   się 
prawidłowo   sformułować   prawami   psychologii   cierpienia 
oczyszcza   duszę,   pobudzają,   ułatwia   oderwanie.   Na   koniec 
wreszcie,   niby  sakrament,   przynosi   tajemnicze   zjednoczenie 
wierzącego z cierpiącym Chrystusem.

Idziemy przez świat śladem Chrystusa najpierw z pogodną 

ufnością, potem z nastawieniem zdobywczym, lecz logicznym 
zakończeniem   tej   wędrówki   jest   namiętny   i   bolesny   uścisk 
ramion Krzyża. Dusza ludzka pełna zapału i szczera zaufałaby 
i powierzyłaby się wszystkim wielkim nurtom natury. U kresu 
swych   doświadczeń   i   powolnego   dojrzewania   poglądów 
dostrzega   jednak,   że   żadna   praca   nie   jest   skuteczniejsza   i 
bardziej kojąca niż zbieranie wszelkiego bólu świata, by go 
złagodzić i ofiarować Bogu,

40

background image

oraz   że   nie   ma   postawy,   która   by   wprawiała   w   większe 
uniesienie niż otwarcie się - z Chrystusem i w Chrystusie - na 
życzliwość   dla   wszelkiego   cierpienia,   na   „   współczucie  
kosmiczne".

La   Vie   cosmiąue  w:  Ecrits   du   temps   de   la  
Guerre,  
Grasset,   Paris   1965,   s.   55-57. 
Nieuport, 24 marca 1916

Tym,   co   mnie   pasjonuje   w   życiu,   jest   możność   przy-

czyniania się do jakiegoś dzieła, do jakiejś realności trwalszej 
niż   ja.   W   tym   duchu   i   z   tego   punktu   widzenia   usiłuję   się 
doskonalić   i   nieco   lepiej   panować   nad   rzeczywistością. 
Niedawna śmierć bliskiej mi osoby, choć bolesna, nie miała 
wpływu na te sprawy, te idee, te realności trwalsze i cenniejsze 
ode mnie. Z drugiej strony wiara w Opatrzność każe mi ufać, 
że   ta   śmierć   przyszła   we   właściwym   czasie   wraz   ze   swą 
tajemniczą   szczególną   owocnością   (nie   tylko   dla 
nadprzyrodzonego przeznaczenia duszy, ale i dla przyszłego 
postępu Ziemi). Po cóż więc lękać się i rozpaczać, skoro to, co 
istotne   w   moim   życiu,   pozostało   nie   naruszone,   skoro   jego 
linia   ciągnie   się   dalej,   bez   przerwy,   bez   katastrofalnego 
zerwania ciągłości?...

Jeśli się czegoś lękam w śmierci, to (czemu miałbym tego 

nie wyznać) - oprócz cierpienia, nieznanego, zmiany świata 
lub   co   najmniej   zmiany   oblicza   świata.   Powiadasz,   że 
realności wiary nie mają tej samej odczuwalnej konsystencji 
co   realności   doświadczenia.   A   zatem   nieuchronny   i 
opatrznościowy   jest   lęk   i   jakiś   „zawrót   głowy"   na   myśl   o 
porzuceniu jednego dla drugiego.

Wówczas   jednak   powinny   wziąć   górę   adoracja,   ufność   i 

radość uczestniczenia w czymś większym  od nas. Sądzę, że 
jeśli   coś   może   złagodzić   ból   umierania,   to   tylko   (wciąż   i 
zawsze)   ów   właściwie   pojęty   kult   „biernych   doznań",   o 
których tak często mówię. Dzięki śmierci nie wkraczamy w 
wielki nurt rzeczywistości wedle koncepcji panteistycz-nych. 
Zostajemy jednakże przejęci, zagarnięci, opanowani

41

background image

przez   Moc   Bożą   -   zawartą   w   silach   wewnętrznej   dezor-
ganizacji  - obecną zwłaszcza w przyciąganiu, które skieruje 
naszą   duszę   oddzieloną   na   przyszłe   drogi   jej   przeznaczenia 
(równie nieuchronnie jak słońce sprawia, że para unosi się z 
wody, którą ogrzewa)... Śmierć oddaje nas całkowicie Bogu, 
sprawia, że niejako „przechodzimy w Boga", powinniśmy się 
jej - na zasadzie wzajemności - oddać z miłością i ufnością, 
gdy bowiem przychodzi, nie pozostaje nam nic innego, jak dać 
się całkowicie opanować Bogu i pozwolić Mu kierować nami. 
Moje   myśli   powstają   dopiero,   rodzą   się,   gdy  to   piszę;   stąd 
nieporadność   wysłowienia,   pozory   (być   może)   banalności   i 
chaos. Niemniej sądzę, że można by powiedzieć coś istotnego 
o   radości   (zdrowej)   umierania,   o   jej   harmonijnym 
współbrzmieniu   z   życiem,   o   głębokim   związku   (a   zarazem 
oddzieleniu)  Świata Umarłych  i  Świata Żywych,  o jedności 
obydwu w tym samym wszechświecie. Zbyt często traktowano 
śmierć jako temat melancholijny, jako przedmiot ascezy, jako 
nieco   mglistą   istność   teologiczną...   Trzeba   by   jej   przyznać 
miejsce potężnej realności w świecie i stawaniu się, które są 
tym   samym   światem   i   tym   samym   stawaniem   się,   które 
poznajemy empirycznie.

Genese  d'une  Pensie,  Grasset,  Paris  1961,  s. 
185-187. Menil-sur-Saulx, 13 listopada 1916

Wydało mi się, że jedyną, wspaniałą modlitwą, którą należy 

odmawiać   wtedy,   gdy   przestajemy   dostrzegać   drogę   przed 
sobą,   są   słowa   Nauczyciela   na   Krzyżu:  In   manus   tuas 
commendo   spiritum   meum.  
W   ręce,   które   łamały   chleb   i 
tchnęły weń życie, które błogosławiły i pieściły, które zostały 
przebite (...), w ręce łagodne i potężne, które dosięgają jądra 
duszy,   które   kształtują   i   stwarzają;   w   ręce,   przez   które 
przepływa   tak   wielka   miłość,   powinno   się   powierzać   swą 
duszę,   zwłaszcza   gdy   ktoś   cierpi   lub   jest   zatrwożony.   To 
wielkie szczęście i wielka zasługa.

42

background image

Genese d'une Pensie,  wyd.  cyt.,  s.   189. 
Menil-sur-Saulx, 23 listopada 1916

Nader   kłopotliwym   punktem   wszelkich   rozważań   nad 

problemem   zła   jest   właściwa   światu   niemożność   doprowa-
dzenia do sukcesu, nie powiem już: najlepszej, lecz znacznej 
jego części. W obliczu tej tajemnicy dobrze jest, jak słusznie 
zauważyłaś,   poddać   się   potężnej   fali   -   równie   Boskiej,   gdy 
unicestwia   nasze   zamiary,   jak   i   wówczas,   gdy   unosi   nas 
naprzód.   Czy   w   końcu   najważniejsze   nie   jest   to,   byśmy 
pozostawali   w   jedności   z   Bogiem   i   szli   w   tym   kierunku 
(obojętnie jakim), który On nam narzuca?  Czyż  odczuwanie 
oddziaływania   Tego,   którego   kochamy,   nie   uszczęśliwia   tak 
samo wówczas,  gdy nas ono pomniejsza (zgodnie  z planem 
Jego Mądrości), jak i wówczas, gdy sprawia, że stajemy się 
więksi.   Można   by   tu   przytoczyć   słowa   Blondela,   które   mi 
wypisałaś,   i  stwierdzić, że  „oddziaływanie   bliźniego   w nas" 
przejawia się częściej jako cierpienie niż jako przyjemność; a 
zatem   to   samo   odnosi   się   też   do   związanej   z   tym 
oddziaływaniem radości.

Genese d'une Pensie, wyd.  cyt.,  s.  228. 
Bagneux, 29 stycznia 1917

Uważam,   że   analizujesz   bardzo   trafnie   i   wnikliwie   cier-

pienie związane z zapominaniem tych, których się kocha. Jest 
cała dziedzina uczuć dziwnie bolesnych, które dopiero pomału 
zaczynam rozumieć; należą do nich i te, o których piszesz, te, 
co rozdzierają duszę, przeciwstawiając jej najbardziej żywotne 
determinizmy jej   najżywotniejszym   uczuciom.  Czy odczułaś 
kiedyś, co to znaczy nie móc dość mocno kochać kogoś, kto 
nas kocha w sposób wzruszający i kogo chcielibyśmy kochać 
całym  sercem (wiesz dobrze, że nie mam na myśli  Ciebie)? 
Zdarzyło mi się to już i nie znam bardziej wyrafinowanej kary. 
A zatem istotnie duszę jak gdyby rozdzierają, rozszarpują siły 
sprawiające, że jest ona tym, czym jest, i pozostające, jak się 
okazuje, w bardzo

43

background image

skomplikowanych   relacjach   wzajemnych.   W   związku   ze 
wspomnieniem mojego wuja odczuwasz bolesny lęk, walczysz 
z sobą. Jedyny sposób, jak powiadasz, to zwrócić wzrok ku 
Panu,   Centrum   dusz,   a   następnie   poddać   się,   w   duchu 
uwielbienia,   nieubłaganemu,   opatrznościowemu   prawu. 
Nawiasem   mówiąc,   jak   wielki   niezbadany   obszar   mógłby 
znaleźć,  idąc  w  kierunku  owej   „duszy w  konflikcie  z  sobą 
samą", psycholog czy powieściopisarz zdolny do poruszania 
się w tych ciemnościach!

Genese d'une Pensie, wyd.  cyt.,  s.  233. 
Marne, 5 lutego 1917

Nadeszła chwila próby.
Lecz   nie   pogrążyło   mnie   -   jak   się   obawiałem   -   w   naj-

głębszym   smutku   to,   że   zderzyłem   się   z   niepewnościami   i 
ograniczeniami   jakichś   określonych   dóbr.   Przeciwnie, 
niespodziewana wspaniała radość ogarnęła moją duszę.

Dlaczego, Panie mój?
Dlatego,   że   gdy   załamało   się   to,   co   chciałem   uczynić 

podstawą mojego życia, w osobliwy sposób przekonałem się 
niejako   doświadczalnie,   że   mogę   polegać   tylko   na   Twojej, 
Panie, stałości.

Doznania   i   rozwój   własny   są   niezbędne,   by   mógł   się 

obudzić i rozwijać zmysł mistyczny.  Wszystkie ich uniesienia 
są jednak mniej warte niż chłód rozczarowania 
jako dowód, że 
tylko Ty, Boże, możesz być trwałym oparciem. Tylko dzięki 
cierpieniu, nie zaś dzięki radości, Twoja Boskość staje się  
naszym odczuciu  
wyższą rzeczywistością, którą jest z natury 
rzeczy, którą jednak tak trudno uchwycić, nawet  najbardziej 
„wtajemniczonym".

Dlatego   też,   gdy   pewnego   dnia   (choćby   w   dniu   mojej 

śmierci)   wszystko   wokół   mnie   zacznie   się   rozpadać,   gdy 
zawali się całkowicie gmach badań i uczuć, będący dziełem 
mego życia, a z tych ruin wyłoni się niczym nie przesłonięty 
obraz Twojej,  Panie,  trwałości,  moje usta

44

background image

wypowiedzą, z Twoją, Panie, pomocą,  słowa pochwały 
starożytnej: Io, triumpe! (O tryumfie!)

Le milieu  mystiąue  w:  Ecrits  du temps  de  la 
guerre, 
wyd. cyt., s. 146-147. Oise, 13 sierpnia 
1917

Cóż więc takiego jest w cierpieniu, co tak do głębi wydaje 

mnie Tobie, Panie?

Dlaczego ogarniała mnie większa radość, gdy mi nakładałeś 

więzy, niż wówczas, gdy wyrastały mi skrzydła?

Otóż w Twoich darach, Panie, jedynym składnikiem, który 

pobudza   moje   pożądanie,   jest   odczucie   Twojego 
oddziaływania, wrażenie, że dotyka mnie Twoja dłoń.

Bardziej niż wolność, bardziej niż sukces upaja nas, ludzi, 

radość ze znalezienia wyższej Piękności, panującej nad nami; 
upaja nas radość, że jesteśmy przez nią „opętani".

Gdy działam i rozwijam się zgodnie z mymi pragnieniami, 

mogę sądzić, że jestem panem siebie. Gdy jednak poruszam się 
pod wpływem Twego działania, nie odczuwam go; wydaje mi 
się, że moja łódź jest pozbawiona żagli  i steru. Gdy jednak 
zdarzą   się   nagłe   porywy   wiatru,   nagłe   zahamowania,   nagłe 
nawroty, które niemalże przewracają łódź, odczuwam w całej 
mocy   działanie   siły,   która   mnie   podtrzymuje.   Właśnie   gdy 
przeciwstawiasz się moim skłonnościom, gdy je udaremniasz, 
Twoja   Wszechmoc,   Boże,   staje   się   rzeczywista   dla   mojego 
serca   i   naznacza   mnie   błogosławionym   piętnem   swego 
panowania.

Niechże   więc   będą   błogosławione   rozczarowania,   które 

wytrącają   nam   z   ręki   puchar,   więzy,   które   sprawiają,   że 
idziemy tam, gdzie nie mielibyśmy ochoty pójść!

Niech   będzie   błogosławiony   nieubłagany   czas,   jego   nie-

przezwyciężona   przemoc,   nieunikniona   niewola   czasu,   pły-
nącego   zbyt   wolno   i   drażniącego   naszą   niecierpliwość   lub 
uciekającego zbyt szybko i sprawiającego, że się starzejemy, 
czasu, który się nie zatrzymuje i nie powraca nigdy!

45

background image

Niechże przede wszystkim  będzie błogosławiona śmierć i 

okropność   rozproszenia   się   w   energiach   kosmicznych.   W 
chwili śmierci potęga tak ogromna jak wszechświat skupia się 
na naszym ciele, by je zamienić w proch i nicość; przyciąganie 
silniejsze   niż   jakiekolwiek   naprężenie   materialne   działa   na 
nasze   dusze,   kierując   je   bez   oporu   ku   przeznaczonemu   im 
Centrum. Śmierć sprawia, że całkowicie „tracimy grunt pod 
nogami" i jesteśmy zdani wyłącznie na Moce Niebieskie i na 
moce Ziemi. Oto ostatnie słowo trwogi mistyka, lecz również 
szczyt  jego szczęścia: otwarty dostęp - nareszcie! - do Śro-
dowiska, które opanowuje, unosi i rozpłomienia. I o, triumpe\

Le Milieu mystiąue  w:  Ecrits du temps de la  
guerre,  
wyd.   cyt.,   s.   150-151.   Beaulieu-les-
Fontaines, 13 sierpnia 1917

Moralność jest na ogół uważana za system praktyk i relacji 

drugorzędnych pod względem biologicznym,  mniej ważnych i 
mniej konkretnych niż relacje materialne czy życiowe. Jest to 
niesłuszne.   Wystarczy   zbadać   z   punktu   widzenia 
„jednoczącego działania stwórczego" jej znaczenie w ewolucji 
istot   żyjących,   aby   się   przekonać,   jak   głębokie   jest 
oddziaływanie   „kształtotwórcze"   dobra.   Moralność 
chrześcijańska,   bardziej   niż   jakakolwiek   inna,   dzięki   dwu 
podstawowym cnotom: czystości i miłości, praktykowanym w 
duchu   wyrzeczenia,   jest   niejako   przeznaczona   do   tego,   by 
doprowadzić stopniowo do zjednoczenia bytu.

Czystość  - dzięki temu, że zwalcza tendencje rozkładowe, 

odśrodkowe  istoty ludzkiej,  a   podtrzymuje  i  wspiera  w  ich 
żmudnych   działaniach   scalających   czynniki   duchowe. 
Czystość wewnętrznie jednoczy monadę.

Miłość, przeciwnie, skłania istoty ludzkie, by nie zużywały 

swych możliwości egoistycznie, lecz udostępniły się, otwarły, 
ofiarowały sobie wzajemnie, by się „rozśrod-

46

background image

kowały"   na   rzecz   wyższego   Centrum   zjednoczenia.  Miłość 
jednoczy monady z sobą,  
co jest funkcją szczególnie Boską i 
opatrznościową   w   świecie,   gdzie   pojawienie   się   intelektu 
zapoczątkowało kryzys autonomii i indywidualizmu.

L'Union   creatrice  w:  Ecrits   du   temps   de   la  
guerre, 
wyd. cyt., s. 194. Listopad 1917

Jedynie prawdziwa śmierć, dobra śmierć jest paroksyzmem 

życia. Można na nią zasłużyć żarliwym wysiłkiem stawania się 
coraz   czystszym,   coraz   bardziej   „obnażonym"   i   wysiłkiem 
wyrwania się poza strefę, w której jesteśmy zamknięci.

La Grandę Monadę  w:  Ecrits du temps de la  
guerre,  
wyd. cyt., s. 246. Vertus, 15 stycznia 
1918

Niedostatek,   jaki   znajduję   w   naturze,   niemalże   cierpiąc 

fizycznie   z   tego   powodu,   to   nieuchronna  powierzchowność 
empirycznego   jej   poznania,   jakie   tu   na   Ziemi   jest   dla   nas 
możliwe.   Wszelka  nowość,  jaką   udaje   się   nam   odkryć   lub 
uzyskać, mieści się w obszarze z góry ograniczonym naszymi 
zdolnościami.   Gdy   tylko   dowier-cimy   się   do   pewnej 
głębokości,   natrafiamy   na   litą   skałę;   stale   napotykamy 
nieprzekraczalne   bariery,   które   można   przeskoczyć   tylko   w 
rezultacie   całkowitej   transformacji   organicznej,   takiej,   jaką 
może przynieść jedynie śmierć. Natura budzi w nas pragnienie 
śmierci;   chcemy   umrzeć,   by   wreszcie   zobaczyć,   co   w   niej 
naprawdę   jest   (umrzeć   śmiercią   będącą   kresem   życia 
dojrzałego   w   sposób   przewidziany   przez   Opatrzność, 
dodajemy,   by   pozostać   w   zgodzie   ze   zdrowym   rozumem   i 
doświadczeniem) - oto, jak mi się zdaje, ostatni etap ewolucji 
uczuć wobec rzeczywistości. Byłem nieco zaskoczony, kiedy 
znalazłem  wyraz  tego  uczucia  u  Baudelaire'a

47

background image

Kwiatach zła (oczywiście nieco skażony dyletanty-zmem i 
pesymizmem): „Umrzeć, ażeby wreszcie dosięgnąć nowego".

Genese d'une Pensie, wyd. cyt., s. 277-278. 
Vauciennes, 12 lipca 1918

W   sumie   nie   naraziłem   się   tym   razem   na   poważniejsze 

niebezpieczeństwo   ani   nie   dokonałem   żadnego   wielkiego 
czynu.   Może   właśnie   dlatego   odczułem   dotkliwiej   niż 
kiedykolwiek   „cień   śmierci"   i   niebezpieczny   dar,   jaki   nam 
ofiarowuje   istnienie:   nieuchronne   zbliżanie   się   do   nieunik-
nionego kresu materialnego, sytuacja, z której nie ma innego 
wyjścia   niż   cielesna   dekompozycja...   Sądzę,   że   nigdy   nie 
wydało  mi się to tak realne...  Zrozumiałem  wówczas nieco 
lepiej bolesny lęk Jezusa w Wielki Czwartek... Tym wyraźniej 
dostrzegłem środek zaradczy: powierzyć się z wiarą i miłością 
przyszłości   Bożej   (stawaniu   się),   która   jest   „najbardziej 
rzeczywista",   „najbardziej   żywa",   w   której   najbardziej 
przerażające   jest   to,   że   w   najwyższym   stopniu   „czyni 
wszystko   nowym"   (a   więc,   że   jest   najbardziej   twórcza, 
najcenniejsza).

Genese d'une Pensee,  wyd.  cyt.,  s.  300. 
Carlepont, 28 sierpnia 1918

Ufność do Boga (a więc i do podtrzymywanego przez Niego 

istnienia), nie przekreśla śmierci; czyni z niej jednak przejście 
do   większego   życia.   (...)   Z   im   mocniejszą   wiarą   damy   się 
zabrać śmierci, tym snadniej udostępni nam ona szczególnie 
wysoką postać istnienia...

Genese d'une Pensee, wyd.  cyt.,  s.  307. 
Moyvillers, 12 września 1918

Chorobę, grzech, pod których wpływem załamują się ludzie 

słabego ducha, wierzący, jeśli naprawdę wierzy, może uczynić 
elementami   operacji,   w   wyniku   której  jego  świat   staje   się 
bardziej uświęcający i bardziej Boży. Chrze-

48

background image

ścijanin może opanować, uczynić swoim, spożytkować to, co 
dla   innych   jest   trucizną,   i   uzyskać   dzięki   temu   pewne 
„powiększenie" życia.

... W obliczu praktycznej niepewności jutra trzeba zawierzyć 

-   kosztem   pewnego   ryzyka   wewnętrznego   -   Opatrzności 
(uważając ją za równie realną fizycznie jak przyczyny naszego 
niepokoju). W cierpieniu spowodowanym  przez doznane zło, 
wśród   wyrzutów   sumienia   wobec   popełnionego   błędu,   w 
rozdrażnieniu   wskutek   niewykorzystania   okazji   trzeba   się 
zmusić do wierzenia bez wahania, że Bóg jest dość potężny, by 
zmienić  to   zło  w   dobro.   Nawet   jeśli   na   pozór   należałoby 
postępować  inaczej,   trzeba   działać  bez  zastrzeżeń,  tak  jakby 
czystość,   pokora,   łagodność   były   jedynymi   kierunkami,   w 
jakich może się rozwijać nasze istnienie.

W półmroku śmierci trzeba się zmuszać do nieodwraca-nia 

wzroku   do   przeszłości   i   do   wypatrywania   w   ciemnościach 
jutrzenki Bożej...

La   Foi   ąui   operę  w:  Ecrits   du   temps   de   la 
guerre, 
wyd. cyt., s. 323, 328. Chavannes-sur-
1'Etang, 28 września 1918

Odtąd, opierając się na solidnych podstawach naturalnych, 

czyli   na   żywej   przyrodzonej   zdolności   do   rozwoju   i 
samozaparcia,   Chrystus   będzie   działał   (zwłaszcza   poprzez 
cierpienie), wchodząc w dusze, a raczej  zajmując ich miejsce 
(„doprowadzając   je   do   ekstazy").   Dla   istoty   stworzonej 
opanowanej przez Jezusa przychodzi chwila, gdy trzeba sobie 
powiedzieć:  Oportet illum crescere, me autem minui.  Jest to 
godzina  specyficznie chrześcijańskiej  operacji, w toku której 
Chrystus,   zachowując   skarby   natury   ludzkiej,   pozbawia 
człowieka egoizmu i zabiera mu jego serce.  Jest to bolesna 
godzina   dla   niższych   natur   poddanych   działaniu 
pomniejszających sil tego świata, a godzi-

49

background image

na  szczęścia  dla  człowieka  oświeconego   przez   wiarę,  który 
czuje   się   wyzuty   z   siebie   samego,   czuje,   że   umiera   mocą 
Komunii.

Forma Christi w: Ecrits du temps de la guerre,  
wyd. cyt., s. 346, Strasburg, 22 grudnia 1918

Mimo  wszystko  uderzający  jest  dla  mnie  nacisk,  z jakim 

Kościół przy każdej sposobności powtarza, iż  Christus factus 
est   obediens   usąue   ad   mortem   crucis.  
Oczywiście   jest   to 
dokładnie   określone   głębokie   znaczenie   Krzyża: 
posłuszeństwo,   poddanie   się   prawu   życia.   Trudzić   się   cier-
pliwie aż do śmierci, akceptować wszystko w duchu miłości, 
nawet   śmierć   -   oto   istota   chrześcijaństwa.   Mocniej   niż 
kiedykolwiek   nalegam,   byś   porzuciła   wszelkie   zbędne   żale 
dotyczące   przeszłości   i   wszelkie   niejasne   niepokoje   co   do 
przyszłości.   Skoncentruj   się   wyłącznie   na   tym,   by   być 
posłuszną   Bogu,   w   miarę   jak   z   dnia   na   dzień   będzie   się 
ujawniała Jego wola.

Genese d'une Pensee, wyd. cyt., s. 384. Paryż, 
Wielki Piątek (20 kwietnia) 1919

Rozumiem  Pani  niepokój  co  do tego,  czy stanie  Pani  na 

wysokości  zadania. Jest to jedno z poważniejszych  cierpień 
ludzkich. Trzeba mu spojrzeć prosto w twarz, w prawdzie i w 
świetle Boga, ponieważ żyjemy w promieniach tego słońca. 
Niech  się Pani nie gubi  w jałowych  rozważaniach  nad swą 
rzeczywistą   wartością.   Niech   Pani   sobie   powie   w   sposób 
kategoryczny, że dla zapewnienia sukcesu ogromnemu dziełu 
stworzenia   Bóg   potrzebuje   tylko   jednego:   tego,   by   każdy 
zrobił wszystko, na co go stać. Gdy dajemy z siebie wszystko, 
jesteśmy  w   najwyższym   stopniu  zjednoczeni   z   Bożym 
działaniem stwórczym i nie możemy być bardziej użytecznymi 
pomocnikami. Niech Pani dobrze zrozumie niezwykle istotną 
prawdę: jedno tylko jest ważne w naszym istnieniu (aby nasze 
życie było pełne), a miano-

50

background image

wicie to, byśmy się zawsze znajdowali w wymaganym  przez 
Boga   miejscu,   wyznaczanym   w   każdej   chwili   przez   stan 
równowagi   pomiędzy   naszym   wysiłkiem   (aby   osiągnąć 
określony   cel   i   rozwijać   się)   a   oporem,   jaki   stawia 
rzeczywistość,   która   nas   ogranicza.   Znajdując   się   w   takim 
miejscu,   jesteśmy   we   wszechświecie   atomem   wiernym   i   w 
najwyższym   stopniu   użytecznym,   prawdziwie   złączonym   z 
Ciałem i z Sercem Chrystusa. Nie mamy wpływu na inspirację 
ani na naszą inteligencję, nie zapominajmy jednak o korzyści, 
jaką  może  przynieść   zdolność  wzmagania   naszych  intencji   i 
naszej   wiary.   Im   dłużej   nad   tym   rozmyślam,   tym   bardziej 
utwierdzam się w przekonaniu, że pod tym  względem  nasze 
możliwości są niezwykłe. Im mniej będzie się Pani czuła silna i 
pewna siebie, tym bardziej musi Pani w sobie umacniać wizję 
Wszechobecnej  Istoty,  której  ofiarowała  Pani   swoje  wysiłki. 
Najskromniejszy   wysiłek   dokonany   z   pełną   miłości 
świadomością,   że   działamy   (fizycznie)   w   Chrystusie, 
oddziałuje na rzeczywistą tkankę świata silniej niż jakikolwiek 
czyn   czysto   „ludzki".   Innymi   słowy,   chciałbym   Pani 
powiedzieć:   trzeba   kompensować   odczuwane   braki   własne 
podwojeniem życia wewnętrznego, „życia mistycznego".

Lettres   a   Leontine   Zanta,  Desclee   De   Brou-
wer, Paris 1965, s. 65-66.  Tiensin, 12 grudnia 
1923

Wyobraźmy sobie ocean wszystkich ludzkich namiętności, 

oczekiwań,   cierpień,   radości.   Każdy   człowiek   jest   kroplą   w 
tym oceanie. Chrystus zanurzył się w tym ogromnym morzu, 
chłonął wszystkimi porami ludzkie doświadczenia i wszystkie 
uczynił   swoimi.   Przelał   to   burzliwe   morze   w   swoje   serce, 
ujarzmił je w sobie, nadając jego falowaniu, jego przypływom i 
odpływom   swój   własny   rytm.   Oto   sens   żarliwego   życia 
dobrotliwego,   rozmodlonego   Chrystusa.   Oto   niezgłębiona 
tajemnica Jego Męki. Oto niezrównana zasługa Jego śmierci na 
krzyżu.

51

background image

Śmierć   wzięta   w   oderwaniu   jest   czymś   gorszącym;   jest 

klęską, ślepym odwetem niedostatecznie ujarzmionych sił - na 
duszy, która ogranicza ich autonomię. Śmierć pojawia się w 
świecie   jako   najgorsza   ze   słabości,   jako   najgroźniejszy   z 
nieprzyjaciół. Jednakże, pomimo tej pierwotnej skazy, może 
mieć   pozytywne   znaczenie   i   głębszy   sens   w   ramach 
stwórczych procesów jednoczących. Dla istoty ludzkiej śmierć 
jest w zasadzie powrotem do mnogości. Może ona jednak być 
dla niej również przemianą niezbędną do przejścia pod władzę 
duszy   wyższej.   Chleb,   który   spożywamy,   zdaje   się   ulegać 
rozkładowi, niemniej jednak staje się naszym ciałem. Czy nie 
są   więc   możliwe   takie   procesy   rozkładu,   w   toku   których 
elementy pozostają nadal pod wpływem jedności i rozpadają 
się tylko po to, by się przekształcić? (...)

Nim   śmierć   fizjologiczna   (w   świecie   ludzkim   jest   to 

pozostałość   panowania   mnogości),   mogła   zostać   przekształ-
cona w czynnik zjednoczenia, skazane na nią monady musiały 
(była to konieczność fizyczna), nauczyć się odnosić do niej z 
pokorą,   miłością,   a   przede   wszystkim   z   ufnością.   Musimy 
intelektualnie   i   biologicznie   przezwyciężyć   lęk   przed 
unicestwieniem. Chrystus, doświadczywszy osobiście śmierci 
jednostkowej,   zmarłszy   świątobliwie   śmiercią   ziemską, 
sprawił, że nasze zapatrywania i nasze obawy uległy niejako 
odwróceniu. Zwyciężył śmierć. Nadał jej (fizycznie) charakter 
metamorfozy. Z Nim poprzez śmierć świat zyskał dostęp do 
Boga (...).

Umieranie poprzez czyn

Taka jest w istocie rzeczywista logika działania, że 

nie  możemy  zawładnąć   sobą  i   stać  się   większymi,   jeśli  po 
trosze   nie   odumrzemy   samych   siebie.   Działać   szlachetnie   i 
pożytecznie   -   to,   jak   powiedzieliśmy,   jednoczyć   się.   Lecz 
jednoczyć się - to przekształcać się w coś większego.

52

background image

A   zatem   działać   -   to   naprawdę   wydobywać   się   z   material-
ności, z tego, co bezpośrednio dane, przezwyciężać egoizm i 
zagłębiać się w rzeczywistość powszechną, która się tworzy. 
To   nieco   skomplikowane   sformułowanie   stanowi   odbicie 
najpowszedniejszego   i   najpowszechniejszego   ludzkiego 
doświadczenia: męki towarzyszącej wysiłkowi.

Nie   ma   większej   męki   niż   wysiłek,   zwłaszcza   wysiłek 

duchowy. Zapytajcie mistrzów ascezy, które z umartwień jest 
największe,   najskuteczniejsze   i   najwznioślejsze.   Wszyscy 
zgodnie   odpowiedzą,   że   jest   to   praca   nad   rozwojem 
wewnętrznym,   wysiłek   niezbędny   do   tego,   by   się   od   siebie 
oderwać,   by   siebie   przezwyciężyć,   prześcignąć,   pozostawić 
samego   siebie   za   sobą.   Droga   każdego   istnienia   indywidu-
alnego,   jeśli   jesteśmy   wierni   sobie,   usiana   jest   skorupami 
porzuconymi po każdej kolejnej przemianie. Cały wszechświat 
pozostawił   za   sobą   szereg   stanów,   które   by   mu,   być   może, 
dogadzały, które jednak musiał porzucić, bo musiał rosnąć. To 
wspinanie   się   w   górę,   któremu   towarzyszy   nieustannie 
ogołacanie się, jest już drogą krzyżową.

Mój wszechświat  w:  Pisma wybrane  I V 
Pax, Warszawa 1967, s. 43 ns. Tiensin, 25 
marca 1924

Umieranie poprzez doznania

Trzeba   z   wielką   uwagą,   bardzo   starannie   roz-

graniczyć  dwie fazy w procesie urzeczywistnienia się wokół 
nas woli Bożej, czyli uruchamiania przyczyn wtórnych przez 
Chrystusa   Wszechrzeczy.   Ziemskie   uwarunkowania   - 
zwłaszcza te, co nas krępują, pomniejszają, zabijają - nie są 
same   w   sobie,   w   sposób   bezpośredni   Boskie;   Bóg   ich 
bynajmniej   nie   pragnie.   Są   one   przejawami   niezupełności   i 
nieładu   szpecącego   niecałkowicie   zjednoczone   stworzenie. 
Dlatego też nie podobają się Bogu, który walczy z nimi od 
początku wraz z nami (i w nas)

53

background image

i zatryumfuje kiedyś nad nimi. Ponieważ jednak czas naszego 
indywidualnego istnienia jest niczym w porównaniu z powolną 
ewolucją   Chrystusa   Wszechrzeczy,   nie   będzie   nam   dane 
oglądać Jego ostatecznego zwycięstwa podczas naszego życia 
na  Ziemi. Nasz  mozolny rozwój  jest  stale w jakiejś mierze 
dezorganizowany   i  hamowany  i  każdego   z  nas  czeka  nieco 
wcześniejsze   lub   nieco   późniejsze   zniedołężnienie   i   śmierć. 
Chrystus nie może jednak ponieść klęski. W jaki więc sposób 
wszechmoc,   którą   posiada   z   racji   swej   funkcji   kosmicznej, 
„wyrówna straty", zbawiając i uświęcając wszystkie posłuszne 
składniki Jego wzrastającego Ciała? Dokona się to w wyniku 
cudownej  metamorfozy.  Słowo   Wcielone   włada   tym 
wszystkim,  co nas ogranicza  i pomniejsza, a często w toku 
powszechnego   procesu   przemian   kosmicznych   nie   może 
zniweczyć  (tak  jak wytrawny artysta-rzeźbiarz  wykorzystuje 
skazy na marmurze), i przenosi te niedomogi (nie zmieniając 
ich) na wyższy stopień naszej spirytualizacji. Dlatego też, gdy 
po nieustępliwej walce o własny rozwój i o zwycięstwo na-
trafiamy   na   przeciwne   siły   świata   i   ponosimy   porażkę, 
wówczas,  jeśli wierzymy,  potęga, z którą się zmagamy, nagle 
przestaje być  ślepą czy zgubną mocą. Wroga materia znika. 
Zamiast niej mamy przed sobą Boskiego Pana Wszechświata, 
który „pod postacią i pod pozorami" wydarzeń - bez względu 
na to, jakie one są - kształtuje nas, uwalnia nas od egoizmu, 
przenika w głąb nas (...).

Niekiedy Chrystus posługuje się naszymi niepowodzeniami 

i  nieszczęściami, by nas  skierować  na  drogę,  która  wiedzie 
wyżej,   na   drogę   doskonalenia   przez   doświadczenia.   Iluż 
świętych   zawdzięcza   swą   świętość   klęsce   poniesionej   w 
jakiejś   ziemskiej   dziedzinie!   Często   jednak   naszych 
pomniejszeń i niepowodzeń nie wynagradza żadna uchwytna 
korzyść - nawet duchowa. Wówczas bardziej niż kiedykolwiek 
zaufajmy Bogu. Świat może osiągnąć Boga,  in Christo Jesu, 
tylko w wyniku całkowitego przetworzenia, podczas którego 
wszystko powinno pozornie ulec całkowitemu unicestwieniu, 
bez żadnej widocznej rekom-

54

background image

pensaty   (w   porządku   ziemskim).   Gdy   spadnie   na   nas   taka 
śmierć   -   nagła   czy   powolna   -   otwórzmy   serce   nadziei   na 
zjednoczenie.   Moc,   która   ożywia   świat,   włada   nami   teraz 
całkowicie, bardziej niż kiedykolwiek przedtem.

Mój wszechświat w:  Pisma wybrane, wyd. 
cyt., s. 46-48. Tiensin, 25 marca 1924

Całe   moje   życie   wewnętrzne   jest   ukierunkowane   na 

zjednoczenie i utwierdza się coraz bardziej w zjednoczeniu z 
Bogiem znajdowanym we „wszystkich siłach wewnętrznych i 
zewnętrznych   tego   świata".   Aby   jednak   ta   postawa   była 
skuteczna,   nie   należy  niczego  wykluczać   z   owych   sił   -   ani 
śmierci,   ani   „prześladowania"   w   dziedzinie   idei.   Wszystko 
może się przeistoczyć w Panu naszym, jeśli tylko wierzymy.

Lettres a Leontine Zanta,  wyd. cyt., s. 73. 
Linn-Si  (Mongolia  Wschodnia), 20 maja 
1924

Śmierć   egoizmu   -   to   uświadomienie   sobie,   że   jesteśmy 

elementami   wszechświata,   który   (jeśli   wolno   mi   się   tak 
wyrazić) personalizuje się, jednocząc się z Bogiem (nie mówię: 
stając się Bogiem). Wtedy już nie siebie kochamy w sobie.

Accomplir l'Homme,  Grasset, Paris 1968, 
s. 43. Pekin, 13 czerwca 1926

Zło powinno zostać pochłonięte przez naddatek wierności.

List do Edouarda Le Roy. Tiensin, 24 stycz-
nia 1927

W  naszym  dzisiejszym   wszechświecie   nic  -  to aż   nazbyt 

oczywiste   -   nie   może   się   całkowicie   oprzeć   siłom   śmierci; 
wszystko musi prędzej czy później przed nimi ustąpić. Pani

55

background image

umiłowanie życia jest siłą zdrową i wspaniałą. Powinna Pani 
zazdrośnie   strzec   tego   ducha   oporu   wobec   pomniejszeń 
fizycznych, który Pani pomaga znosić zło. W Pani postawie 
brak   jednak   jeszcze   czegoś:   nie   udało   się   Pani   jeszcze 
pokochać  wszelkiego  życia,  całego wszechświata, a tylko pod 
tym warunkiem potrafimy zaakceptować (kiedy nieuchronnie 
przyjdzie   chwila)   to,   że   się   (pozornie)   pomniejszymy   i 
przejdziemy   gdzie   indziej,   we   wszechświat   z   uczuciem 
miłości.  Powinniśmy walczyć   wszelkimi   siłami  ze  śmiercią, 
jest to bowiem podstawowy obowiązek żywych. Kiedy jednak 
wskutek pewnego stanu rzeczy (zapewne przejściowego, lecz 
nierozerwalnie   związanego   z   procesem   rośnięcia   świata) 
przychodzi  śmierć,  musimy być  zdolni  do tego  paroksyzmu 
wiary w życie, który sprawia, że poddajemy się śmierci, niby 
spadaniu w sferę życia wyższego. Tak bardzo kochać życie, 
tak bardzo mu ufać, że przyjmujemy je radośnie, rzucamy się 
w nie nawet poprzez śmierć - oto jedyna postawa, która może 
Panią napełnić spokojem i umocnić - kochać do szaleństwa coś 
większego   od   siebie.  
Wszelkie   zjednoczenie,   szczególnie   z 
czymś   lub   kimś   większym,   pociąga   za   sobą   coś   w   rodzaju 
„odumarcia samego siebie". Ze śmiercią można się pogodzić, 
jeśli   jest  ona  dla  nas  przejściem  (fizycznie   niezbędnym)  do 
zjednoczenia, warunkiem metamorfozy.

Accomplir l'Homme, wyd. cyt., s.  97-98. 
Marsylia, 2 października 1927

Nadeszła   odpowiednia   chwila,   by   rozpatrzyć   negatywną 

stronę   naszego   życia.   Tu,   jakkolwiek   daleko   sięgałby   nasz 
wzrok, nie widać żadnego szczęśliwego rozwiązania, żadnego 
zadowalającego zakończenia spotykających nas niepowodzeń. 
Łatwo   nam   zrozumieć,   że   Bóg   uchwytny   jest   w   życiu,   we 
wszelkim życiu. Lecz czy Bóg może także znajdować się w 
śmierci, we wszelkiej śmierci? Oto nader kłopotliwe pytanie. 
A jednak jest to pytanie, na które musimy odpowiedzieć ze 
zwykłego, praktycznego punktu

56

background image

widzenia pod groźbą, że pozostaniemy ślepymi na to, co jest 
najbardziej chrześcijańskie w perspektywach chrześcijańskich, 
a także pod groźbą pozbawienia łączności z Bogiem jednej z 
najrozleglejszych i najbardziej podatnych na wpływy dziedzin 
naszego życia.

Wobec sił destrukcyjnych  jesteśmy naprawdę bezsilni. Ich 

liczba jest ogromna, ich formy nieskończenie różnorodne, ich 
oddziaływanie nieustanne. W celu nadania większej precyzji i 
właściwego kierunku naszym rozważaniom podzielimy siły te 
na dwa rodzaje, odpowiadające dwóm postaciom, pod jakimi 
ukazały nam się poprzednio siły konstrukcyjne, mianowicie na 
siły   destrukcyjne  pochodzenia   wewnętrznego  i   siły 
destrukcyjne pochodzenia zewnętrznego.

Doznania   powstałe   pod   wpływem   destrukcyjnych   sił 

zewnętrznych   -   to   wszystkie   nasze   niepowodzenia.   Przed-
stawmy sobie w myśli  przebieg naszego  życia,  a uprzytom-
nimy   sobie,   jak   napływają   one   ze   wszystkich   stron.   Oto 
zagradzająca drogę bariera, oto oddzielający mur. Oto kamień 
zmuszający do zboczenia z drogi lub przeszkoda, która łamie 
człowieka.   Oto   mikroby   zabijające   ciało   lub   nieuważnie 
rzucone słowo zatruwające ducha. Wypadki, przypadki różnej 
wagi  i różnego  rodzaju (niedostatek, nieoczekiwany wstrząs, 
kalectwo, śmierć) niby bolesna interferencja świata „innych" 
rzeczy i świata przez nas roztaczanego. A jednak, gdy grad, 
ogień, złoczyńcy pozbawili Hioba wszystkich bogactw i gdy 
stracił całą rodzinę, szatan mógł powiedzieć do Boga: „Życie 
za   życie,   człowiek   gotów   jest   wszystko   utracić,   byle   tylko 
ocalił siebie. Dotknij tylko ciała sługi Twego, a zobaczysz, czy 
będzie Cię błogosławił". W pewnym sensie to mało ważne, że 
tracimy rzeczy, gdyż  zawsze możemy sobie wyobrazić, iż je 
odzyskamy. Straszne natomiast jest to, że my odchodzimy od 
rzeczy przez wewnętrzne i nieodwracalne malenie.

Po ludzku rzecz biorąc, doznania powstałe pod wpływem sił 

destrukcyjnych oddziałujących od wewnątrz stano-

57

background image

wią najtragiczniejszy, rozpaczliwie bezużyteczny osad naszego 
życia. Jedne z nich czyhały na nas i dotknęły nas, gdyśmy po 
raz pierwszy ujrzeli światło dzienne - ułomności przyrodzone, 
upośledzenie   fizyczne,   intelektualne   czy   moralne   -   wskutek 
czego   od   urodzenia   na   całe   życie   zostało   bezlitośnie 
ograniczone pole naszego działania, naszych radości, naszego 
widzenia.   Inne   staną   później   na   naszej   drodze.   Pojawią   się 
nagle   w   postaci   jakiegoś   wypadku   lub   zaczają   się   jak 
rozwijająca   się   w   ukryciu   choroba.   Wszyscy   pewnego   dnia 
uświadomiliśmy   sobie   lub   uświadomimy,   że   któryś   z   tych 
procesów  rozkładu usadowił  się w samym  centrum  naszego 
życia.   Jest   to   bądź   bunt   lub   rozpad   komórek   ciała,   bądź 
elementy   samej   naszej   osobowości   zdają   się   rozprzęgać   i 
usamodzielniać.   I   wtedy   stajemy   się   bezsilnymi   świadkami 
słabości, buntu, wewnętrznej tyranii w dziedzinie, w której na 
nic się nie zda żadna przyjazna pomoc. A jeśli przypadkiem w 
mniejszym lub większym stopniu unikniemy krytycznych form 
tej inwazji niszczącej w bezwzględny sposób siły, światło lub 
miłość,   którymi   żyjemy,   to   jeszcze   pozostanie   powolna   i 
zasadnicza zmiana na gorsze, której ujść nie zdołamy: wiek, 
starość,   odbierające   nam   z   sekundy   na   sekundę   coś   z   nas 
samych po to, aby nas zbliżyć do kresu. Czas, który kładzie 
kres   posiadaniu,   czas,   którego   nie   można   radośnie 
wykorzystać, czas, który czyni z nas wszystkich skazanych na 
śmierć - jakże strasznym doznaniem jest przemijanie czasu...

W   śmierci   tak   jak   w   oceanie   łączą   się   nasze   nagłe   lub 

stopniowe malenia. Śmierć jest streszczeniem i dopełnieniem 
wszystkich   naszych   pomniejszeń   -   jest   ona   złem,   zwykłym 
złem fizycznym w tej mierze, w jakiej organicznie wynika z 
mnogości materialnej, w której jesteśmy zanurzeni, lecz jest 
także   złem   moralnym   o   tyle,   o   ile   ta   nie   uporządkowana 
mnogość, źródło wszelkich trudności i wszelkiego skażenia, 
zrodziła   się   w   społeczeństwie   lub   w   nas   samych   wskutek 
niewłaściwego użytkowania naszej woli.

58

background image

Przezwyciężmy   śmierć,   odkrywając   w   niej   Boga!   A   tym 

samym   Bóg   zamieszka   w   naszym   sercu,   w   najtajniejszym 
zakątku, mogącym, zdawałoby się, ujść Jego uwagi (...)•

Chrystus   zwyciężył   śmierć,   nie   tylko   kładąc   kres   spus-

toszeniom   przez   nią   czynionym,   lecz   także   odwracając   jej 
oścień.   Na   mocy   Zmartwychwstania   nic   już   nie   musi 
nieodwracalnie zabijać, lecz wszystko w naszym życiu może 
stać   się   błogosławionym   dotknięciem   rąk   Bożych, 
błogosławionym oddziaływaniem woli Boga. W każdej chwili - 
jakkolwiek rozpaczliwa wskutek naszych błędów czy wskutek 
okoliczności   byłaby   nasza   sytuacja   -   możemy   się   podnieść, 
wprowadzić   na   nowo   ład   w   otaczającym   nas   świecie   i 
pomyślnie  rozpocząć   nowe  życie.  Diligentibus  Deum   omnia 
convertuntur   in   bonum.  
Oto   fakt   przerastający   wszelkie 
wyjaśnienia i wszelką dyskusję (...).

Zapytajmy   więc,   w   jaki   sposób   i   pod   jakimi   warunkami 

nasze pozorne umieranie, czyli ubytek naszego istnienia, może 
być włączone w budowanie wokół nas Królestwa i środowiska 
Bożego.   Aby   odpowiedzieć   na   to   pytanie,   wyodrębnimy 
myślowo dwie fazy,  dwa takty w procesie zmierzającym  do 
przeobrażenia  naszych   pomniejszeń.  Pierwszy z  tych   taktów 
polega   na   zwalczaniu   zła.   Drugi   dotyczy   upadku   i   jego 
przeobrażenia.

Doznania pomniejszające w: Środowisko Boże, 
IW   Pax,   Warszawa   1967,   s.   49-53.   Tiensin, 
listopad 1926-marzec 1927

W   cierpieniu   chrześcijanin   zwykł   mówić:   „Bóg   mnie 

dotknął". Powiedzenie to jest w najwyższym stopniu słuszne. 
Lecz w swej prostocie obejmuje ono złożony szereg czynności 
tylko z ich zakończeniem człowiek ma prawo tak powiedzieć. 
W historii naszych spotkań ze złem nie należy oddzielać tego, 
co scholastycy nazywają „skłonnościami natury", lecz od razu 
na początku należy stwierdzić: „Bóg pragnie mnie wyzwolić 
od tego pomniejszenia, Bóg chce, bym  pomógł Mu odsunąć 
ode mnie ten kielich".

59

background image

Zwalczać zło, sprowadzać zagrażające nam zło do minimum 
(nawet zwykłe zło fizyczne) - to niewątpliwie pierwszy odruch 
naszego Ojca, który jest w niebie; rzeczą niemożliwą byłoby 
pojmować Go w inny sposób, a tym bardziej kochać Go.

Wyznajemy   ściśle   ewangeliczny   i   słuszny   pogląd   na   te 

sprawy,   gdy   przedstawiamy   sobie,   że   Opatrzność   czuwa   w 
ciągu wieków nad tym, by oszczędzić światu cierpień i koić 
jego   rany.   Zaprawdę,   to   Bóg,   zgodnie   z   ogólnym   rytmem 
postępu,   powołuje   w   ciągu   wieków   do   życia   wielkich 
dobroczyńców   i   wielkich   lekarzy.   To   On   inspiruje   -   nawet 
wśród   niewierzących   -   poszukiwania   tego   wszystkiego,   co 
przynosi   ulgę   i   co   leczy.   Czy   ludzie   nie   rozpoznają 
instynktownie   tej   Boskiej   Obecności,   ludzie,   których 
nienawiść znika i sprzeciw ustaje u stóp każdego, kto leczy ich 
ciała lub dusze? Nie wątpmy w to. W pierwszym momencie 
zbliżania się cierpienia nie możemy odnaleźć Boga inaczej niż 
przeciwstawiając się temu, co na nas spada, i stwarzając sobie 
możliwości   uniknięcia   tego   zła.   Im   silniej   odeprzemy 
cierpienie

1

,   tym   bardziej   zbliżymy   się   jednocześnie   całym 

sercem   i   ze   wszystkich   swych   sił   do   serca   i   do   działania 
Bożego.

Pozostając   w   przymierzu   z   Bogiem,   mamy   pewność,   że 

zawsze ocalimy swą duszę. Lecz wiemy aż nazbyt dobrze, iż 
nic nie daje nam gwarancji, że nigdy nie zaznamy cierpienia 
lub   że   unikniemy   załamań   wewnętrznych,   które   w   naszym 
mniemaniu zubożają nasze życie. W każdym

' Oczywiście, bez buntu i goryczy, lecz z wybiegającą w przyszłość intencją 

ostatecznego wzięcia na siebie tego cierpienia i pogodzenia się z nim. Bez 
wątpienia,   trudno   jest   oddzielić   obydwie   „skłonności   natury",   nie 
zniekształcając   w   niczym   ich   opisu.   Zauważmy   jedynie,   że   skłonność 
początkowego   stadium   polegającego   na   przeciwstawieniu   się   złu   jest 
oczywista   i   wszyscy   są   co   do   tego   zgodni.   Niepowodzenie   będące 
następstwem   lenistwa,   choroba   spowodowana   nieuzasadnionym   brakiem 
rozwagi itd. nie mogą uchodzić w niczyich oczach za bezpośrednią wolę Bożą 
(przypis autora).

60

background image

razie wszyscy się starzejemy i wszyscy umrzemy. Znaczy to, że 
w tym  czy innym  momencie - niezależnie od tego, jak silny 
byłby nasz sprzeciw - odczujemy, że napór sił destrukcyjnych, 
któremu   się   przeciwstawiliśmy,   zwycięża   powoli   nasze   siły 
życiowe i pokonuje nas fizycznie. Lecz jak możemy przegrać 
walkę, skoro Bóg walczy wraz z nami? Co oznacza ta porażka?

Problem   zła,  czyli   problem   pogodzenia   spotykających   nas 

ciosów,   nawet   po   prostu   fizycznych,   z   dobrocią   i   mocą 
stwórczą pozostanie zawsze dla naszych umysłów i serc jedną z 
najbardziej niepokojących tajemnic wszechświata. Zrozumienie 
cierpień   istoty   stworzonej   (podobnie   jak   kary   potępionego) 
byłoby możliwe, gdyby dana nam była możliwość oceny natury 
i   wartości   „Bytu,   w   którym   uczestniczymy",   a   tej   mieć   nie 
możemy   z   braku   porównania.   Domyślamy   się   jednak,   że   z 
jednej   strony   podjęte   przez   Boga   dzieło   zespolenia   się   z 
istotami stworzonymi wymaga powolnego ich przygotowania, 
w   toku   którego  (już   istniejące,   lecz   nie   posiadające   jeszcze  
pełni   istnienia)  
nie   mogą   one   z   samej   swej   natury   uniknąć 
ryzyka   (zwiększonego   przez   grzech   pierworodny),   jakie 
pociąga za sobą niedoskonała organizacja mnogości w nich i 
wokół   nich:   z   drugiej   zaś   strony,   ponieważ   ostateczne 
zwycięstwo dobra nad złem może nastąpić tylko w całościowej 
organizacji   świata,   przeto   nasze   indywidualne   egzystencje, 
nieskończenie   krótkie,   nie   będą   mogły   skorzystać   na   tym 
padole   z   dobrodziejstw   Ziemi   Obiecanej.   Podobni   jesteśmy 
żołnierzom ginącym w czasie szturmu, który przyniesie pokój. 
Bóg więc nie zostaje zwyciężony w następstwie naszej klęski, 
gdyż   jeśli   nawet   się   wydaje,   że   zostaliśmy   pokonani 
indywidualnie, to jednak świat, w którym rozpoczniemy nowe 
życie, zwycięża przez naszą śmierć.

Lecz ten pierwszy aspekt zwycięstwa Bożego, dostatecznie 

upewniający   o  wszechmocy  Jego   ramienia,   uzupełniają   inne 
okoliczności, może bardziej bezpośrednie, a w każdym  razie 
bezpośredniej   i   skuteczniej   przekonujące   nas   o   Jego 
powszechnym panowaniu. Bóg nie może, nawet na

61

background image

mocy swej doskonałości, sprawić

2

, by elementy świata będą-

cego na drodze rozwoju - a przynajmniej na drodze wstępu-
jącej - uniknęły potknięć i upadków, nawet natury moralnej: 
necesse   est   enim   ut   veniant   scandala.  A   więc   Bóg   będzie 
wyrównywał  sobie  stratę   -  będzie  rewanżował  się,  jeśli   tak 
można   powiedzieć   -   zmuszając   do   służenia   dobru   swych 
wiernych nawet zło, którego nie pozwala Mu jeszcze zniwe-
czyć obecny stan stworzonej rzeczywistości. Tak jak artysta, 
który potrafi wykorzystać skazę lub niedoskonałość materiału, 
by  wydobyć  z   rzeźbionego   kamienia  lub  odlewanego  brązu 
bardziej   wyszukane   linie   lub   piękniejszy   dźwięk,   tak   samo 
Bóg - jeśli Mu tylko zawierzymy z miłością - nie oszczędzając 
nam   stopniowego   umierania   ani   ostatecznej   śmierci,   sta-
nowiących   w   zasadzie   część   naszego   życia,   przeobraża   je, 
włączając je w całość doskonalszego planu. I przeobrażeniu 
temu podlegają nie tylko nie dające się uniknąć nieszczęścia, 
lecz i nasze występki, nawet najbardziej rozmyślne, jeśli tylko 
za nie żałujemy. Dla tych, którzy szukają Boga, nie wszystko 
jest dobre bezpośrednio, lecz wszystko może się takim stać. 
Omnia convertuntur in bonum.

W   drodze   jakiego   procesu,   przez   jakie   fazy   Bóg   prze-

prowadza   to   cudowne   przeobrażenie   naszych   słabości   w 
doskonalsze życie? Na podstawie analogii do tego, czego sami 
potrafimy dokonać, oraz na podstawie rozważań nad postawą i 
praktycznymi   poczynaniami   Kościoła   w   odniesieniu   do 
ludzkiego cierpienia możemy spróbować pewnych domysłów.

Można by powiedzieć, że są trzy główne sposoby, jakimi 

posługuje   się   Opatrzność,   przeobrażając   zło   w   dobro   dla 
swych   wiernych.   Niekiedy   zaznane   niepowodzenie   skieruje 
naszą aktywność na obiekty lub dziedziny bardziej nam

2

 Ponieważ Jego doskonałość nie może się zwracać przeciw naturze rzeczy 

i   ponieważ   natura   świata,   który,   jak   przypuszczamy,   jest   na   drodze 
doskonalenia się lub na drodze „wznoszenia się", może być jeszcze częściowo 
nie zorganizowana. Świat, na którym nie byłoby śladów zla lub zagrożenia, 
byłby światem, który osiągnął już swoje spełnienie (przypis autora).

62

background image

sprzyjające,   jakkolwiek   nadal   usytuowane   na   płaszczyźnie 
poszukiwanego   przez   nas   sukcesu   ziemskiego.   Tak   się 
przedstawia   historia   Hioba,   w   której   na   nowo   odzyskane 
szczęście   przewyższyło   dawne.   Innym   razem,   i   to   częściej, 
poniesiona   strata   zmusi   nas   do   szukania   rekompensaty 
zawiedzionych   nadziei   w   dziedzinach   mniej   materialnych, 
gdzie   skarbu   nie   niszczy   mól   ani   rdza.   Dzieje   świętych,   a 
ogólniej biorąc, wszystkich znanych z dobroci i rozumu postaci 
obfitują   w   wypadki   dowodzące,   jak   silny,   zahartowany, 
odnowiony   wychodzi   człowiek   z   próby   czy   nawet   upadku, 
które, zdawałoby się, powinny by go osłabić lub pognębić na 
zawsze. Niepowodzenie odgrywa dla nas wówczas taką rolę, 
jaką dla samolotu odgrywa  ster wysokościowy lub, jeśli kto 
woli, dla rośliny nożyce. Koncentruje naszą siłę wewnętrzną, 
wyzwala najczystsze „składniki" naszej istoty, zmuszając nas, 
byśmy   rośli   wyżej   i   prościej.   Upadek,   nawet   moralny, 
przeobraża się w ten sposób w osiągnięcie, które gdyby nawet 
było jak najbardziej duchowe, zawsze jeszcze jest odczuwalne 
w   sferze   doświadczenia.   W   obliczu   świętego   Augustyna, 
świętej Magdaleny czy świętej Ludwiny nikt nie zawaha się 
pomyśleć:  felix   dolor  lub  felix   culpa.  Tak   więc   aż   do   tego 
punktu wciąż jeszcze „rozumiemy" Opatrzność.

Lecz   istnieją   przypadki   trudniejsze   (i   te   są   właśnie 

najczęstsze), w których  nasza mądrość zawodzi zupełnie. W 
każdej chwili w nas lub wokół nas obserwujemy straty, których 
zdaje   się   nie   kompensować   żadne   osiągnięcie   na   żadnej 
dostrzegalnej   płaszczyźnie:   przedwczesne   odejścia, 
bezsensowne   wypadki,   niemoc   ogarniająca   najwyższe   sfery 
naszego „ja". Pod ciosami tego rodzaju człowiek nie potrafi się 
dźwignąć i pójść w jakimś określonym kierunku, lecz ginie lub 
tragicznie maleje. Jakże więc jest możliwe, by nawet te szkody 
bez   kompensaty,   naznaczone   śmiertelnym   piętnem   śmierci, 
stały się dla nas dobrem? I tu właśnie, w dziedzinie tego, co 
nas zubaża, ujawnia się trzeci  sposób działania Opatrzności, 
najskuteczniejszy i najbardziej uświęcający.

63

background image

Wiemy,   że   Bóg   przeobraża   nasze   cierpienia,   każąc   im 

służyć widomemu doskonaleniu się człowieka. W Jego rękach 
siły destrukcyjne stały się w dostrzegalny sposób narzędziem, 
które ociosuje, rzeźbi, wygładza w nas kamień przeznaczony 
do zajęcia określonego miejsca w Niebieskim Jeruzalem. A 
uczyni   więcej   jeszcze,   gdy   dzięki   Jego   Wszechmocy 
spotykającej się z naszą wiarą, zdarzenia, które przedstawiają 
się w naszym doświadczeniu życiowym jako klęski i upadki, 
staną   się   bezpośrednim   czynnikiem   upragnionego 
zjednoczenia z Nim.

Zjednoczyć się - to w każdym razie wyjść poza siebie i po 

części  umrzeć w tym, co się kocha. Lecz  jeśli - jak o tym 
jesteśmy przekonani - to unicestwienie się w kimś innym ma 
być tym pełniejsze, im większy jest ten, z kim się łączymy, to 
jakież musi być owo oderwanie się od siebie, które by nam 
pozwoliło   dojść   do   Boga?   Niewątpliwie,   stopniowe 
wyzbywanie   się   egoizmu   dzięki   „automatycznemu" 
rozszerzaniu   się   naszych   horyzontów   oraz   uduchowienie 
naszych upodobań i ambicji, rosnące pod wpływem pewnych 
niepowodzeń, stanowią bardzo istotne formy wznoszenia się 
wyżej, które powinny nam dopomóc do wyrzeczenia się siebie 
w celu podporządkowania  się Bogu.  Jednak wynikiem  tego 
pierwszego   oderwania   się   od   siebie   jest   zaledwie 
przemieszczenie centrum naszej osobowości do ostatecznych 
granic   możliwości   naszego   „ja".   Doszedłszy   do   tego 
krańcowego punktu możemy mieć wrażenie, że opanowaliśmy 
siebie w najwyższym stopniu

- bardziej   wolni   i   aktywniejsi   niż   kiedykolwiek.   Nie   prze-
kroczyliśmy   jednak   krytycznego   punktu   naszego   dążenia 
odśrodkowego,   naszego   powrotu   do   Boga.   Trzeba   uczynić 
jeszcze   krok   dalej,   krok,   w   którego   wyniku   całkowicie 
utracimy grunt pod nogami. Illum oportet crescere, me autem  
minui.  
Nie  zatraciliśmy   się jeszcze  całkowicie?
- Cóż więc ma być czynnikiem ostatecznego przeobrażenia? 
Właśnie śmierć.

Śmierć   sama   w   sobie   jest   nieuleczalną   słabością   istot 

cielesnych, w naszym świecie łączą się z nią nadto skutki

64

background image

grzechu   pierworodnego.   Jest   ona   pierwowzorem   i   stresz-
czeniem tych  rodzajów pomniejszenia, z którymi  przychodzi 
nam walczyć bez nadziei na osiągnięcie osobistego zwycięstwa 
bezpośredniego   i   natychmiastowego.   A   więc   z 
chrześcijańskiego punktu widzenia wielki triumf Stworzyciela i 
Odkupiciela polega na przeobrażeniu tego, co samo w sobie 
jest wszechogarniającą siłą pomniejszania i unicestwiania, w 
podstawowy   czynnik   przywracania   do   życia.   Bóg,   aby 
ostatecznie nas przeniknąć, musi w jakiś sposób nas drążyć, 
żłobić, czynić sobie miejsce. Aby nas przyjąć do siebie, musi 
nas   przerobić,   rozbić   cząsteczki   naszego   ,   ja".   Zadaniem 
śmierci   jest   przebić   pożądany   wlot   do   głębi   naszej   jaźni. 
Zmusza   nas   ona,   byśmy   ulegli   oczekiwanej   dysocjacji. 
Wprowadza   nas   w   stan   organicznie   niezbędny   do   tego,   by 
mógł   spaść   na   nas   ogień   Boży.   I   w   ten   sposób   jej 
niszczycielska   moc   rozkładania   i   roz-przęgania   zostaje 
podporządkowana najwznioślejszym działaniom życia. To, co 
z natury było próżnią, luką, powrotem do mnogości, może w 
każdej   ludzkiej   egzystencji   stać   się   pełnią   i   jednością 
odnalezioną w Bogu.

Jak dobrze mi było, Boże, odczuwać pośród mego trudu, że 

przez swój rozwój zwiększyłem Twoją władzę nade mną; i jak 
dobrze   mi   było   pod   wewnętrznym   naporem   życia   lub   w 
pomyślnym   przebiegu   wydarzeń   zdawać   się   na   Twoją 
Opatrzność.   Spraw,   abym   poznawszy   radość   wszelkiego 
wzrastania, które skłania Cię lub dozwala Ci rosnąć we mnie, 
przystąpił  bez  lęku do ostatniej  fazy zjednoczenia, w  której 
posiądę Cię, malejąc w Tobie!

Spraw, abym poznawszy Cię, jako Tego, który jest „więcej 

mną niż ja sam", rozpoznał Ciebie, gdy godzina moja wybije,  
we wszelkiej obcej lub wrogiej mocy, która na pozór będzie 
chciała   mnie   zniszczyć   lub   wyzuć   ze   wszystkiego.   Gdy   na 
mym   ciele   (a   jeszcze   bardziej   w   moim   umyśle)   zaczną 
występować oznaki zużycia wiekiem, gdy spadnie na mnie z 
zewnątrz lub zrodzi się wewnątrz mnie zło, które pomniejsza 
lub zwycięża, w bolesnej chwili, gdy uświadomię sobie nagle, 
że jestem chory lub

3 — O szczęściu, cierpieniu, miłości

65

background image

stary,  a nade wszystko w tym ostatnim momencie, gdy 
odczuję, że uchodzę sobie, nie władam sobą, lecz jestem 
we władaniu wielkich nieznanych sit, które mnie ukształ-
towały - w tych wszystkich ciemnych godzinach pozwól 
mi, Boże, zrozumieć, że to Ty (jeśli tylko moja wiara jest 
dość silna) tak boleśnie rozsuwasz włókna mego „ja", by 
przeniknąć aż po rdzeń mej istoty i by zabrać mnie do 
siebie.

Im głębiej wszczepiło się zło w moje ciało, im bardziej 

stało się nieuleczalne, tym usilniej szukam u Ciebie schro-
nienia, jako u przyciągającej, czynnej zasady oczyszczenia 
i oderwania. Gdy przyszłość wydaje się podobna zawrotnej 
przepaści lub ciemnemu lochowi, tym bardziej powinienem 
ufać - jeśli odważę się w nią pójść na Twoje słowo - że 
zatracę się i pogrążę w Tobie, że złączę się w jedno z 
Twoim Ciałem, Jezu.

O mocy Pana mego, nieodparta i żywa siło, ponieważ 

jesteś  nieskończenie   potężniejsza   ode   mnie,   Tobie   więc 
przyjdzie spalić mnie w zjednoczeniu, które ma nas sto-
pić w jedno. Daj mi zatem, Panie, coś cenniejszego niż 
łaska, o którą proszą Cię wszyscy Twoi wierni. To nie 
dość, że umrę w zjednoczeniu z tobą, przyjąwszy Komu-
nię świętą. Naucz mnie  przyjmować śmierć jako Komu-
nię.

Powyższa analiza (w której staraliśmy się poznać moż-

liwości przebóstwienia naszych pomniejszeń i etapy, jakie 
ono przechodzi) pozwoliła nam wykazać słuszność powie-
dzenia tak drogiego wszystkim cierpiącym chrześcijanom: 
„Bóg mnie dotknął. Bóg wziął. Niech będzie wola Jego". 
Dzięki tej analizie zrozumieliśmy,  jak poprzez zło nisz-
czące nas od wewnątrz, jak poprzez ciosy łamiące nas z 
zewnątrz   może   się   objawić   Opatrzność   Boża,   której 
dłonie są wtedy bardziej czynne  i przenikają głębiej niż 
kiedykolwiek. Ta sama analiza przynosi nam jeszcze jeden 
wynik, niemal równie cenny. Zgodnie z naszą zapowiedzią 
pozwala ona nam, chrześcijanom, wykazać wobec innych 
ludzi uprawnioną i humanistyczną wartość rezygnacji.

66

background image

Wielu uczciwych ludzi bez osłonek piętnuje chrześcijańską 

rezygnację,   uważając   ją   za   jeden   z   najniebezpieczniej 
usypiających  składników „opium religii".  Wyjąwszy pogardę 
dla   świata,   nie   ma   postawy,   którą   by   z   większym   żalem 
wypominano   Ewangelii   niż   zalecanie   bierności   wobec   zła   - 
bierności, która może dochodzić do perwersyjnego poniżania 
się   i   umartwień.   Mówiąc   wyżej   o   błędnie   rozumianym 
oderwaniu się od świata, stwierdziliśmy, że oskarżenie to, czy 
po   prostu   przypuszczenie,   ma   w   dzisiejszych   czasach 
nieskończenie   bardziej   skuteczną   moc,   jeśli   chodzi   o 
powstrzymanie nawrócenia świata, niż wszystkie zastrzeżenia 
mające   źródło   w   nauce   lub   filozofii.   Religia,   która   zostanie 
uznana za coś niższego od ziemskiego humanistycznego ideału, 
choćby ją opromieniały największe cuda, jest religią straconą. 
A   zatem   dla   chrześcijanina   jest   sprawą   jak   największego 
znaczenia, by pojmował i przeżywał poddanie się woli Bożej w 
sensie   aktywnym,   który,   jak   przypomnieliśmy,   jest   jedynym 
sensem właściwym.

Chrześcijanin,   który   chce   osiągnąć   pełnię   doskonałości 

chrześcijańskiej,   nie   musi   bynajmniej   uchylać   się   od   obo-
wiązku sprzeciwiania się złu. Przeciwnie, przekonaliśmy się, 
że przede wszystkim powinien z przekonaniem i ze wszystkich 
swych sił, w łączności z twórczymi siłami świata, walczyć o 
odwrócenie   wszelkiego   zła:   o   to,   by   nic   nie   ulegało 
pomniejszeniu ani w nim, ani wokół niego. W tej początkowej 
fazie   jest   on   wiernym   sprzymierzeńcem   wszystkich,   który 
sądzą,   że   ludzkość   osiągnie   cel   tylko   wtedy,   gdy   będzie 
wytrwale   dążyła   do   wykorzystania   wszystkich   swych 
możliwości. Jak to już stwierdziliśmy przy omawianiu rozwoju 
człowieka, chrześcijaninowi wielkość tego zadania jest bliższa 
niż komukolwiek innemu, ponieważ w jego oczach zwycięstwo 
ludzkie   nad   wszelkim   złem   na   świecie,   nawet   fizycznym   i 
wynikającym z natury rzeczy, częściowo warunkuje ostateczne 
spełnienie tej Rzeczywistości, którą wielbi. A zatem, jeśli opór 
jest możliwy, on,   syn   Światłości,   tak  samo jak  najbardziej  
ziemscy

67

background image

synowie świata, będzie stawiał czoło temu, co powinno być 
odrzucone lub wykorzenione.

I wtedy może doznać porażki - porażki osobistej, od której 

nie   jest   zabezpieczona   żadna   ludzka   istota   w   ciągu   swego 
krótkiego   zmagania   się   indywidualnego   z   siłami   o   zasięgu 
powszechnym. Jednakże jego opór wewnętrzny, podobnie jak 
opór   pokonanego   herosa   pogańskiego,   jeszcze   nie   osłabnie. 
Wysiłki   jego,   jakkolwiek   przytłumione,   zdławione,   będą 
trwały   nadal.   Lecz   w   tym   momencie   dla   kompensaty   i 
przezwyciężenia   zbliżającej   się   śmierci   pozostanie   mu   coś 
więcej niż żałosna i problematyczna pociecha stoicyzmu (w 
którym   zresztą,   gdyby   go   zbadać   dostatecznie   głęboko, 
odnalazłoby się niewątpliwie jako ostateczną zasadę piękna i 
mocy   rozpaczliwą   wiarę   w  wartość   ofiary).  Ujrzy   on 
mianowicie   otwierającą   się   przed   nim   nową   dziedzinę 
możliwości.   Jeśli   przyjmie   z   wiarą   tę   wrogą   siłę,   która   go 
niszczy i rozkłada, i nie zaniecha z nią walki, siła ta może stać 
się   dla   niego   głównym   czynnikiem   odnowienia.   Na 
płaszczyźnie   doświadczenia   wszystko   jest   stracone.   Lecz   w 
dziedzinie   zwanej   nadprzyrodzoną  istnieje   jeszcze   jeden  
wymiar,  
który   pozwala   Bogu   dokonywać  niepostrzeżenie 
tajemniczego   przeistoczenia   zła   w   dobro.   Pozostawiając   za 
sobą strefę sukcesów i niepowodzeń ludzkich, chrześcijanin, 
dzięki temu, że zdobył się na ufność wobec Kogoś większego 
od   siebie,   dostępuje   sfery   rozwoju   i   przeobrażeń 
nadzmysłowych. Jego rezygnacja nie jest niczym  innym  jak 
porywem przenoszącym wyżej pole jego działania.

Jakże   daleko   odeszliśmy   -   zresztą   zgodnie   z   duchem 

chrześcijaństwa   -   od   owego   nader   słusznie   krytykowanego 
pojęcia   „poddania   się   woli   Bożej",   która   to   postawa   może 
osłabić, rozhartować wolę ludzką zmagającą się ze wszystkimi 
mocami ciemności i słabości. Zechciejmy dobrze zrozumieć i 
przekonajmy   wszystkich,   że   poddanie   się   i   spełnianie   woli 
Bożej (nawet w pomniejszeniu i śmierci) nie polega na biernej 
postawie ani na bezpośrednim spotkaniu się z Bogiem.  Nie 
mam prawa uważać, że to Bóg

68

background image

mnie   dotknął,   jeśli   zło   dosięgło   mnie   wskutek   mego   zanie-
dbania lub przewiny

3

. Z wolą Boga mógłbym łączyć się jedynie 

(w sposób odczuwalny) w każdym przypadku dojścia do kresu 
sił, 
wówczas gdy moja działalność zmierzająca do polepszenia 
mej   sytuacji   (polepszenie   sytuacji   rozumiem   zgodnie   ze 
zwykłymi ludzkimi pojęciami) jest ustawicznie równoważona 
przez siły przeciwne, które chcą mnie powstrzymać lub zmusić 
do odwrotu. Jeśli nie czynię tego, co jest w mojej mocy, by 
postępować naprzód lub by stawić opór, wówczas nie znajduję 
się w  pożądanym punkcie  - nie łączę się z Bogiem  w takiej 
mierze,  w jakiej  mógłbym  i  w jakiej  On tego  pragnie.  Jeśli 
natomiast zdobywam się na odważny i wytrwały wysiłek, łączę 
się   z   Bogiem   poprzez   zło,   poprzez   większą   głębię   niż   zło, 
przywieram do Niego - i w tej chwili optimum mej łączności z 
Bogiem w rezygnacji zbiega się z konieczności (strukturalnie) z 
maksimum mej wierności wobec zadań ludzkich.

Środowisko Boże, wyd. cyt., s. 53-65. Tien-sin, 
listopad 1926 - marzec 1927

Taka jest natura chorób, że pod ich wpływem  ci, których 

dotknęły,  odnoszą  wrażenie,   że  są  niepotrzebni,  a  nawet  że 
stali się ciężarem dla innych. Niemal nieuchronnie rodzi się w 
ich   świadomości   przeświadczenie,   że   niezasłużenie, 
przypadkiem wielki nurt życia wyniósł ich na ubocze, z dala 
od tych, co pracują i idą naprzód. Ich stan zdaje się nie mieć 
sensu.   Zmusza   ich   do   bezczynności   wśród   powszechnej 
aktywności.

Pragnąłbym,   by   niniejsze   rozważania   przyczyniły   się   do 

rozproszenia tych przygnębiających obaw przez wskazanie - z 
pewnego dającego się przyjąć punktu widzenia - miej-

3

 Zło spowodowane moim zaniedbaniem może jednak również stać się dla 

mnie wolą Boga, jeśli za nie żałuję i jeśli staram się skorygować swą leniwą 
lub   beztroską   postawę.   Wszystko   może   być   naprawione   i   przeobrażone   w 
Bogu, nawet występki (przypis autora).

69

background image

sca i skuteczności cierpienia w (nawet widzialnej) strukturze 
świata.

Przede wszystkim świat jest w toku kształtowania się. Oto 

prawda   podstawowa,   którą   od   razu   na   początku   trzeba 
zrozumieć,   i   to   tak   dobrze   zrozumieć,   by   stała   się   ona 
codzienną,   stałą,   niemal   naturalną   dominantą   naszego   myś-
lenia.   Na   pierwszy   rzut   oka   może   się   wydawać,   że   istoty 
ludzkie   i   ich   losy   są   rozmieszczone   przypadkowo   lub,   w 
najlepszym   razie,   arbitralnie   na   powierzchni   Ziemi.   Gotowi 
jesteśmy twierdzić, że każdy z nas mógł się urodzić równie 
dobrze wcześniej jak później, tu lub tam, być szczęśliwym lub 
nieszczęśliwym   -   tak   jakby   wszechświat,   od   początku   do 
końca swoich dziejów, tworzył w czasie i przestrzeni coś w 
rodzaju   ogromnego   klombu,   na   którym   kwiaty   są 
porozmieszczane wedle kaprysów ogrodnika. Te wyobrażenia 
są fałszywe. Im dłużej się zastanawiamy, opierając się na tym, 
co w swych dziedzinach mogą nam powiedzieć nauki, filozofia 
i   religia,   tym   bardziej   umacnia   się   w   nas   przekonanie,   że 
świata   nie   należy   porównywać   do   wiązki   sztucznie 
zestawionych   elementów,   lecz   raczej   do   jakiegoś   układu 
organicznego, ożywionego przez potężny nurt właściwego mu 
wzrastania. Wydaje się, że w ciągu wieków urzeczywistnia się 
wokół nas pewien plan ogólny. We wszechświecie dokonuje 
się jakaś  sprawa,  w grę  wchodzi  jakiś rezultat. Nasuwa  się 
porównanie   do   ciąży   i   porodu.   Ma   się   narodzić   pewna 
rzeczywistość   duchowa,   tworząca   się   z   dusz   i   z   tej   części 
materii,   którą   niosą   one   z   sobą.   Żmudnie,   przez   działania 
ludzkie   i   dzięki   nim   skupia   się,   wyłania   i   oczyszcza   nowa 
Ziemia.

Nie, nie można nas porównywać do kwiatów w bukiecie, 

lecz do liści i kwiatów wielkiego drzewa, na którym wszystko 
pojawia się we właściwym czasie i na właściwym miejscu, na 
miarę całości i wedle jej potrzeb.

Ta   koncepcja   świata   w   toku   wzrastania   może   się   wydać 

przemyślna,   lecz   abstrakcyjna.   W   rzeczywistości   ma   ona 
konsekwencje ważne i praktyczne, nie zmierza bowiem do

70

background image

niczego   innego,   jak   do   odnowienia   w   naszej   świadomości 
naszych   wyobrażeń   bądź   to   o   wartości   osobistego   wysiłku 
ludzkiego   (który   się   powiększa   o   całą   pracę   powszechną,   z 
którą współdziała), bądź też (a to nas w tej chwili interesuje) o 
wartości   indywidualnego   cierpienia   ludzkiego.   Wyjaśnijmy 
nieco ostatni punkt, wracając do obrazu bukietu i drzewa.

Zdziwilibyśmy   się,   gdybyśmy   znaleźli   w   bukiecie   kwiaty 

niedoskonałe, „chore", ponieważ były one zrywane po kolei i 
uważnie, z rozmysłem  dobrane. Natomiast na drzewie, które 
musi walczyć z wewnętrznymi zaburzeniami swego rozwoju i z 
niebezpieczeństwami   zewnętrznymi   (np.   w   postaci   zjawisk 
atmosferycznych),   złamane   gałęzie,   potargane   liście,   kwiaty 
zeschłe,   marne   lub   zwiędłe   są   „na   swoim   miejscu".   Są   one 
odbiciem bardziej lub mniej korzystnych warunków, w jakich 
rośnie drzewo.

Podobnie   we   wszechświecie,   w   którym   każde   stworzenie 

stanowi   pewną   zamkniętą   całość,   będącą   samą   sobie   celem, 
teoretycznie   dowolnie   przemieszczalną,   trudno   by   nam   było 
usprawiedliwić istnienie jednostek boleśnie upośledzonych pod 
względem ich możliwości i pędu rozwojowego. Jaka mogłaby 
być   przyczyna   tej   nieuzasadnionej   nierówności   i 
nieusprawiedliwionych  ograniczeń?  Jeśli natomiast świat jest 
odbywającym   się   aktualnie   działaniem   zdobywczym,   jeśli 
naprawdę rodząc się wpadamy w wir bitwy, łatwo pojąć, że 
warunkiem sukcesu powszechnego wysiłku, którego jesteśmy 
uczestnikami   i   który   dotyczy   nas   bezpośrednio,   jest   męka, 
bolesny trud, cierpienie.  Świat  rozpatrywany  empirycznie,  w 
naszej skali, jest wielkim poszukiwaniem po omacku, wyprawą 
badawczą,   atakiem;   postęp   może   się   dokonać   tylko   za   cenę 
wielu niepowodzeń i wielu ran. Ci, co cierpią, bez względu na 
gatunek, do którego należą, symbolizują tę sytuację - trudną, 
lecz   wzniosłą.   Nie   są   bynajmniej   zbędni   ani   pomniejszeni. 
Płacą jedynie za posuwanie się naprzód i sukces wszystkich. Są 
to ci, co polegli na polu chwały.

71

background image

Idźmy dalej. W owym podmiocie zbiorowym, który tworzą 

wszyscy ludzie zgromadzeni pod przywództwem Chrystusa w 
Ciele   Mistycznym,   można,   jak   powiada   święty   Paweł, 
wyróżnić   rozmaite   funkcje,   rozmaite   organy.   Która   część 
może się nam wydawać szczególnie predestynowana do tego, 
by   sublimować,   uduchawiać   powszechny   trud   postępu   i 
podboju? Niewątpliwie ci, co się poświęcają  kontemplacji  i 
modlitwie, ale również, z całą pewnością, chorzy i wszyscy, co 
cierpią.   Z   natury,   z   usposobienia,   ci   co   cierpią,   są   niejako 
wypędzeni z siebie samych, zmuszeni do opuszczenia obszaru 
zwykłych   aktualnych   form   życia.   Czyż   nie   są   tym   samym 
wybrańcami predestynowanymi do pracy polegającej na tym, 
by dźwigać świat ponad doraźne używanie, coraz wyżej, ku 
światłu?   To   oni   powinni   bardziej   zdecydowanie   i   bezkom-
promisowo  niż   inni  dążyć   ku  rzeczywistości  Bożej.   To  oni 
powinni   dostarczać   powietrza   do   oddychania   tym,   co   jak 
górnicy   pracują   w   głębi   materii.   A   zatem   ci   właśnie,   co 
dźwigają na swych barkach ciężar zmieniającego się świata, są 
-   na   mocy   wynagradzającego   zrządzenia   Opatrzności   - 
najaktywniejszymi   współtwórcami   postępu,   którego   zdawali 
się być ofiarami, który zdawał się ich miażdżyć.

Jeśli   te   uwagi   są   słuszne,   chory   w   swej   pozornej   bez-

czynności  ma do spełnienia piękne zadanie. Oczywiście  nie 
wolno mu zaniechać niczego, co możliwe, a co mogłoby się 
przyczynić   do   wyleczenia   lub   poprawy   stanu   zdrowia. 
Powinien również wykorzystać te siły, jakie mu pozostały, do 
wykonywania   różnych   dozwolonych   mu   prac,   które   nieraz 
bywają bardzo pożyteczne. Rezygnacja chrześcijańska jest w 
istocie dokładną odwrotnością kapitulacji. Gdy jednak zostaną 
już ustalone formy opierania się chorobie, cierpiący powinien 
zrozumieć, że właśnie jako cierpiący ma do spełnienia pewną 
szczególną misję, w której nikt go nie może zastąpić: misję 
przyczyniania   się   do   przetworzenia   (można   by   rzec:   do 
„nawrócenia") ludzkiego cierpienia.

Ludzkie cierpienia, suma cierpień doznawanych w każdej 

chwili na całym świecie - to przeogromny  ocean.

72

background image

Z czego się jednak składa ta masa? Z czerni? Z braków?  Z 
odpadków?   Nie,   powtarzam   raz   jeszcze,   składa   się   ona   z 
energii   potencjalnej.   W   cierpieniu   kryje   się   -   w   ogromnym 
stężeniu - skierowana w górę siła świata. Problem polega na 
tym,  by ją wyzwolić  uświadamiając  jej, co ona znaczy i co 
może. Ach, jak bardzo, jak raptownie świat zbliżyłby się do 
Boga, gdyby wszyscy chorzy równocześnie przetworzyli swe 
cierpienia we wspólne pragnienie, by jak najszybciej dojrzało 
Królestwo   Boże   przez   podbój   i   organizację   Ziemi!   Gdyby 
wszyscy cierpiący na Ziemi złączyli swe cierpienia, aby cały 
ból   świata   stał   się   jednym   jedynym   aktem   świadomości, 
sublimacji   i   zjednoczenia   -   czyż   nie   byłaby   to   jedna   z 
najpiękniejszych postaci, jaką w naszych oczach może przybrać 
tajemnicze dzieło Stworzenia?

Czyż nie dlatego właśnie dla chrześcijanina spełnieniem się 

Stworzenia   jest   Męka   Jezusa   Chrystusa?   Przywykliśmy 
widzieć   na   Krzyżu   tylko   indywidualne   cierpienie   i   zwykłą 
ekspiację.   Nie   dostrzegamy   stwórczej   mocy   tej   śmierci. 
Spójrzmy uważniej, a zauważymy, że Krzyż jest symbolem i 
ogniskiem działania o niewyrażalnej intensywności. Nawet z 
ziemskiego   punktu   widzenia,   jeśli   się   głębiej   zastanowimy, 
Jezus ukrzyżowany nie jest kimś odrzuconym czy pokonanym. 
Przeciwnie,   jest   Tym,   który   wziął   na   siebie   ciężar 
powszechnego marszu ludzkości i pociąga ją coraz wyżej, ku 
Bogu. Czyńmy jak On, by zjednoczyć się z Nim całym naszym 
istnieniem.

La Signification et la Valeur constructive de la  
Souffrance 
w: L'Energie humaine, Seuil, Paris 
1962, s. 61-66. 1 kwietnia 1933

W pewnym sensie powinniśmy szukać spokojnej przystani. 

Jeśli   jednak   życie   rzuca   nas   nieustannie   tu   i   tam,   nie 
pozwalając nam nigdzie osiąść na stałe, jest w tym, być może, 
jakieś wezwanie, jakieś błogosławieństwo. Świat rozumieją i 
zbawią go (jak już do Pani pisałem) tylko ci,

73

background image

co nie mają gdzie skłonić głowy. Ja osobiście proszę Boga, by 
mi pozwolił umrzeć - przynajmniej w znaczeniu przenośnym - 
na skraju drogi.

Accomplir  l'Homme,   wyd.   cyt.,   s.   108. 
Paryż, 13 września 1935

Jeśli   naprawdę   wszystko   w   nas   i   wokół   nas   zmierza   do 

wielkiego   zjednoczenia   w   miłości,   świat   powinien   być 
przepojony   radością.   Dlaczego   więc   pogrąża   się   w   cier-
pieniach?   Dlaczego   łzy   i   krew?   W   jaki   sposób   cierpienie 
wdziera się w świat personalistyczny?

Oto moja odpowiedź na to pytanie, najprzykrzejsze z pytań, 

jakie się może pojawić w ludzkim umyśle: we wszechświecie, 
który był przedmiotem moich rozważań, problem zła nie tylko 
nie   nasuwa   szczególnych   trudności,   lecz   znajduje   jak 
najbardziej   zadowalające   rozwiązanie   teoretyczne,   a   nawet 
szkicowe rozwiązanie praktyczne.

Sądzicie,   że   świat,   który   jest   w   toku   świadomego   kon-

centrowania   się,   powinien   tylko   „używać".   Jestem   odmien-
nego zdania. Uważam, że taki świat z natury musi cierpieć. 
Nie ma większego szczęścia niż osiągnięte zjednoczenie, ale 
też nie ma gorszego trudu niż dążenie do zjednoczenia. Co 
najmniej   z   trzech   powodów   ewolucja   personalizująca   musi 
być bolesna: jej punktem wyjścia jest mnogość; dokonuje się 
przez różnicowanie; prowadzi do metamorfoz.

Esąuisse d'un Univers personel w: L'Ener-gie 

humaine, wyd. cyt., s. 105. 4 maja 1936

Można   powiedzieć,   bez   obawy   popełnienia   błędu,   że 

prawdziwe cierpienie wkroczyło w świat wraz z człowiekiem, 
kiedy po raz pierwszy świadomość refleksyjna stała się zdolna 
stwierdzić swe własne pomniejszenie. Jedyne prawdziwe zło - 
to   „zło   osobowe".   Czym   jest   śmierć   we   wszechświecie 
personalistycznym, jaki tu przedstawiłem?

'l\

background image

Odpowiadam: jest metamorfozą.

Musimy   wciąż   powracać   do   ważnego   punktu,   który   już 

poruszyłem   wyżej,   mówić   o   kształtowaniu   się   i   spełnieniu 
osoby   ludzkiej:   żadna   rzeczywistość   fizyczna   nie   może 
wzrastać   w   nieskończoność   i   nie   osiągnąć   fazy,   w   której 
następuje zmiana stanu. Przez dłuższy lub krótszy okres czasu 
rzeczy podlegają prostym zmianom, nie przestając być podobne 
do   samych   siebie.   W   pewnym   momencie   jednak   staje   się 
konieczne   całkowite   przekształcenie   elementów,   aby   całość 
mogła   wejść   w   nową   fazę   wzrostu.   Energia   personalizacji, 
którą   uznaliśmy   za   główny   czynnik   napędowy   ewolucji, 
rozwija   się   również,   jak   się   zdaje,   w   sposób   nieciągły. 
Elementy   osobowe,   osiągnąwszy   pewien   stopień 
zesrodkowania, napotykają próg, który muszą przekroczyć, by 
znaleźć się w sferze oddziaływania centrum wyższego rzędu. 
Muszą wówczas nie tylko przezwyciężyć unieruchamiającą je 
inercję,   lecz   nadto   poddać   się   transformacji,   która   zdaje   się 
pozbawiać   je   wszystkiego,   co   już   zdobyły.  Nie   mogą   już 
rosnąć, nie zmieniając się.  
Wtedy zaś ogarnia  je straszliwy, 
bolesny   lęk,   że   się   zagubią   w   potwornej   masie   przyszłej 
ludzkości, lub jeszcze gorszy lęk, że wskutek powolnego lub 
nagłego   rozpadu   ciała   znikną   z   empirycznie   poznawalnej 
rzeczywistości, w której się urodziliśmy.

Zmarli i śmierć są to (są to tylko) punkty krytyczne, którymi 

jest usiana droga do jedności.

Esąuisse d'un Univers personel  w:  UEner-gie 
humaine,  
wyd. cyt., s. 108-109.  Pekin, 4 maja 
1936

Niech Pani przyjmuje to, co się Pani przydarza, tak jakby to 

była   Hostia.   Jeśli   uczyniliśmy   wszystko,   co   było   w   naszej 
mocy, „wszystko, co się zdarza, jest godne uwielbienia". Oto 
ostatnie słowo mądrości ludzkiej i świętości.

Z listu do pani Henry Cosme. Pekin, 9 maja 
1944

75

background image

Niech   Pani   się   pozbędzie   wewnętrznego  napięcia  wobec 

cierpienia. Niech Pani spróbuje zamknąć oczy i poddać mu się 
jak   potężnej   miłującej   sile.   Taka   postawa   nie   jest   ani 
przejawem słabości, ani niedorzecznością. Tylko jej możemy 
zaufać, chyba że sam byt jako taki jest wewnętrznie sprzeczny 
i   bezsensowny,   czemu   jednak   przeczy   jego   istnienie.   Jest 
niewątpliwie jeszcze za wcześnie dla Pani, za wcześnie, żeby 
się   podnieść.   Niech   Pani   spróbuje   „spać",   spać  aktywnym 
snem   ufności   jak   ziarno   w   ziemi   podczas   zimy.   Powtórzę 
jeszcze,   że   jest   to   prawdziwa,   wspaniała   modlitwa   na   czas 
ciężkiej choroby.

Accomplir l'Homme, wyd. cyt., s.  126.  19 
kwietnia 1948

Ciasna   brama  -   to   książka   inteligentnie   napisana,   lecz 

odrażająca. Myśl, że poświęcenie i cierpienie są same w sobie 
wartościowe   (gdy   wartością   cierpienia   jest   jedynie   to,   że 
można nim okupić jakieś cenne osiągnięcie) - to niebezpieczne 
(i   bardzo   „protestanckie")   sfałszowanie   „znaczenia   Krzyża" 
(prawdziwe znaczenie Krzyża: ku postępowi przez trud).

Accomplir l'Homme, wyd. cyt., s. 226 ns. 
Paryż, 18 września 1948

Obdarzonemu dobrym  wzrokiem obserwatorowi, który od 

dawna   z   wysoka   przyglądałby   się   Ziemi,   nasza   planeta 
wydawałaby się z początku błękitna od tlenu, który ją otacza, 
potem zielona od roślinności, która pokrywa jej powierzchnię, 
potem   świetlista,   coraz   bardziej   świetlista   od   myśli,   która 
zagęszcza się coraz bardziej na jej powierzchni, lecz zarazem 
ciemna, coraz ciemniejsza od cierpienia, które wzrasta i pod 
względem ilości, i pod względem dotkliwości, w miarę jak w 
ciągu wieków wzrasta świadomość.

Jakże przerażająca jest w każdej chwili suma cierpień na 

Ziemi! Gdybyśmy mogli je zgromadzić, ustalić ich łączną

76

background image

objętość, wagę, liczbę, byłyby to wielkości astronomiczne. A 
jaka przy tym szeroka i bogata gama - od mąk fizycznych po 
cierpienia moralne! Gdyby można było - dzięki jakiejś nagle 
powstałej   przewodności   pomiędzy   ciałami   i   duszami   - 
zmieszać wszystkie udręki i wszystkie radości świata, ciekawe, 
co by przeważyło - cierpienia czy radości?

Tak,   im   bardziej   człowiek   staje   się   człowiekiem,   tym 

bardziej bolesny staje się dla niego problem zła, tym mocniej 
wszczepia   się   w   jego   ciało,   w   jego   nerwy,   w   jego   umysł 
problem   zła,   które   trzeba   zrozumieć,   i   zła,   którego   trzeba 
zaznać.

Właściwszy   sposób   widzenia   wszechświata,   który   wy-

pracowujemy, umożliwia sformułowanie początku odpowiedzi. 
W toku procesu organizowania się tworzywa wszechświata, z 
którego   to   procesu   wyłania   się   życie,   za   każde   osiągnięcie 
trzeba, jak już wiemy, zapłacić znacznym odsetkiem porażek. 
Nie ma postępu bytu bez jakiejś tajemniczej daniny, łez, krwi i 
grzechu. Nic więc dziwnego, że wokół nas cienie pogłębiają 
się,   w   miarę   jak   rośnie   nasilenie   światła.   Z   tego   punktu 
widzenia   cierpienie,   we   wszystkich   jego   postaciach   i   na 
wszystkich   stopniach,   byłoby   jedynie   (przynajmniej 
częściowo)   naturalnym   następstwem   procesu,   któremu 
zawdzięczamy życie.

Zaczynamy   na   płaszczyźnie   intelektualnej   uznawać   za 

rzeczywistą   -   na   mocy   powszechnego   doświadczenia   -   tę 
komplementarność dobra i zła. Aby jednak nasze serce mogło 
bez sprzeciwu pogodzić się z tym surowym prawem natury, ze 
względów psychologicznych konieczne byłoby odkrycie w tym 
strasznym „ubocznym produkcie" procesu, który nas kształtuje, 
jakiejś   wartości   pozytywnej,   która   przeistaczając   go, 
pozwoliłaby go, nam zaakceptować.

To nie ulega  wątpliwości. I tu właśnie przychodzi  nam  z 

pomocą zdumiewające Objawienie chrześcijańskie, które mówi 
o   cierpieniu   dającym   się   przetworzyć   (jeśli   zostało  we 
właściwy sposób 
przyjęte) w wyraz miłości i zasadę jedności. 
Cierpienie traktowane przede wszystkim jako

77

background image

nieprzyjaciel,   którego   trzeba   pokonać,   cierpienie   zwalczane 
nieustępliwie,   a   równocześnie   cierpienie,   z   którym   się 
godzimy rozumem i sercem, jeśli odrywa to nas od naszego 
egoizmu   i   kompensując   nasze   błędy,   może   sprawiać,   że 
„ześrodkujemy się w górze", w Bogu.

Tak, ciemne i odpychające cierpienie staje się dla każdego, 

nawet   dla   pierwszego   lepszego   chorego,   w   najwyższym 
stopniu   czynną   zasadą   powszechnej   humanizacji   i 
przebóstwienia.   Oto  szczyty   cudownej  energetyki   duchowej 
zrodzonej   z   Krzyża.   Spróbuję   opisać   konkretny   przykład, 
jeden spośród tysiąca podobnych przypadków.

Ta,   którą   Moniąue   Givelet,   przewodnicząca   Union   Cat-

holiąue   des   Malades,   przedstawia   tu   czytelnikom,   jaśniała 
obliczem wewnętrznym, cechami i różnymi oznakami świad-
czącymi o tym, że potrafi ona dobrze cierpieć. Coraz bardziej 
wyostrzony   zmysł   krytyczny,   coraz   lepiej   wyważona   ocena 
wartości ludzkich, heroiczne starania, by do końca reagować 
uśmiechem na wszelkie doznania pomniejszające związane z 
chorobą. Stale rosnące wyczulenie serca na radości i cierpienia 
innych.   Umocnienie   i   trzeźwe   uproszczenie   wszelkiej 
rzeczywistości w obliczu wszechobecności Bożej. Wszystko to 
razem   składało   się   na   jakąś   szczególną   uspokajającą   siłę 
przyciągania, promieniującą niby aureola.

Naddatek ducha zrodzony przez uszkodzenie ciała.
Tak, prawdziwy cud, powtarzający się od dwóch tysięcy lat 

cud uchrystusowienia cierpienia.

Małgorzato,   moja   siostrzyczko!   Kiedy   ja,   zafascynowany 

pozytywnymi siłami wszechświata, przebiegałem kontynenty, 
przepływałem morza, namiętnie obserwowałem barwy Ziemi, 
Ty,   unieruchomiona   w   łóżku,   spokojnie,   w   głębi   swego 
wnętrza,   najgorsze   cienie   świata   przemieniałaś   w   światło. 
Powiedz, które z nas Stwórca uzna za to, co lepszą cząstkę 
obrało?

Przedmowa o. Teilharda de Chardin do książki 
Marguerite-Marie   Teilhard   de   Chardin, 
L'Energie  spirituelle  de  la Souffrdnce,  Seuil, 
Paris 1951, s. 9-12. Paryż, 8 stycznia 1950

background image

miłości

background image

Fragmenty pism Teilharda, zebrane w tomiku  Sur 

l'Amour, Seuil, Paris 1967. Fragmenty Środowiska Bożego (s. 
90-91)   i  Energii   miłości  (s.   91-105)   przełożyła   Wanda 
Sukiennicka, pozostałe teksty - Mieczysław Tazbir.

background image

1

Miłość   jest   najpowszechniejszą,   najpotężniejszą, 

najbardziej   tajemniczą   z   energii   kosmicznych.   W   wyniku 
wielowiekowych   prób   instytucje   społeczne   uregulowały   ją 
zewnętrznie,   postawiły   jej   pewne   tamy.   Korzystając   z   tej 
sytuacji, moraliści próbowali ją ująć w reguły, nie wykraczając 
zresztą   swymi   koncepcjami   poza   elementarny   empiryzm,   w 
którym odczuwa się jeszcze wpływy przestarzałych koncepcji 
materii   i   widoczne   są   ślady   pradawnych   tabu.   W   życiu 
społecznym nauka, świat produkcji i finansów, zgromadzenia 
publiczne udają, że nie wiedzą o istnieniu miłości, choć jest 
ona - w postaci utajonej - obecna wszędzie. Jest wszechobecna, 
wszechpotężna i nieujarzmiona. Zdaje się, że w końcu dano za 
wygraną   i   poniechano   prób   zrozumienia   i   opanowania   tej 
dzikiej   siły.  Pozwolono  jej  więc  działać  (i  czujemy,  że  ona 
działa) pod powierzchnią cywilizacji. Żąda się od niej tylko 
tyle, by umilała życie i nie wyrządzała szkód. Czy ludzkość 
może   istotnie   dalej   żyć   i   rozwijać   się,   nie   stawiając   sobie 
szczerze  pytania,   ile  prawdy  i  siły  marnuje  się  w niewiary-
godnej mocy miłości?

Z przyjętego tu punktu widzenia ewolucji duchowej wydaje 

się,   że   możemy   nadać   miano   przedziwnej   energii   miłości   i 
uznać jej wartość. Czy nie jest ona po prostu w swej istocie 
przyciąganiem,   jakie   wywiera   na   każdy   myślący   element 
tworzące się Centrum wszechświata, wezwaniem do wielkiego 
zjednoczenia,   którego   urzeczywistnienie   jest   jedną   wielką 
sprawą rozgrywającą się dziś w przyrodzie? Gdyby wedle tej 
hipotezy, zgodnie z wyni-

4 — O szczęściu, cierpieniu, miłości

81

background image

kami   analizy   psychologicznej,   miłość   była   pierwotną   i   po-
wszechną energią psychiczną, czyż wszystko nie stałoby się 
jasne - dla naszego intelektu i dla naszego działania? Można 
próbować zrekonstruować historię wszechświata z zewnątrz, 
obserwując   różne   procesy   polegające   na   kombinacjach 
atomów,   cząsteczek   lub   komórek.   Można   też   usiłować 
dokonać   tego   samego   od   wewnątrz,   z   jeszcze   lepszym 
skutkiem,  obserwując   postępy czy  stopnie  kolejno  osiągane 
przez   świadomą   spontaniczność.   Najbardziej   wymownym, 
najgłębszym   sposobem   opisania   ewolucji   powszechnej   jest 
niewątpliwie odtworzenie ewolucji miłości.

W swych formach najprymitywniejszych, w życiu zaledwie 

zaczynającym  się indywidualizować, miłość trudno wyróżnić 
spośród sił molekularnych - chemicznych czy mechanicznych. 
Później wyodrębnia się ona pomału, będąc jednak nadal, i to 
na   długo   -   jak   można   by   sądzić   -  pomieszana  ze   zwykłą 
funkcją reprodukcji. Dopiero na poziomie hominizacji ujawnia 
się   w   końcu   sekret   i   różne   możliwości   jej   siły.   Miłość 
„uczłowieczona"   różni   się   od   każdej   innej   miłości,   gdyż 
„widmo" jej ciepłego i przenikliwego światła wzbogaciło się 
wspaniale.   Miłość   -   to   już   nie   tylko   pociąg   fizyczny 
(szczególny i okresowy) związany z koniecznością zachowania 
gatunku,   lecz   nadto   nieograniczone   możliwości   kontaktu   o 
wiele bardziej duchowego niż cielesnego, nieskończenie liczne 
i   czułe   „narządy   kontaktu",   poszukujące   siebie   nawzajem 
wśród   wielu   subtelnych   doznań   duszy   ludzkiej,   powab 
wzajemnego   pogłębienia   wrażliwości,   wzajemnego 
wzbogacenia się i dopełnienia. Potrzeba zachowania gatunku 
schodzi   na   dalszy   plan   wobec   upajającej   świadomości,   że 
wspólnie bierze się w posiadanie cały świat. W istocie poprzez 
kobietę   cały   wszechświat   zbliża   się   do   mężczyzny.   Cała 
sprawa (sprawa żywotna dla całej Ziemi) polega na tym, by się 
wzajemnie rozpoznali i uznali.

Jeśli mężczyzna  nie pojmie, jaka jest rzeczywista  natura, 

rzeczywisty   przedmiot   miłości,   nieuchronnie   pogrąża   się   w 
groźnym,   głębokim   zamęcie.   Chcąc   czymś   zbyt   małym 
zaspokoić pragnienie, którego przedmiotem jest Wszystko,

82

background image

będzie usiłował przywrócić zachwianą podstawową równowagę 
wzmożoną cielesnością lub mnogością doznań. Są to, niestety, 
daremne   wysiłki,   a   w   oczach   tych,   co   dostrzegają 
nieoszacowaną   wartość   „ludzkiego   kwantum   duchowego"   - 
ogromna   strata.   Odłóżmy   jednak   na   bok   wszelkie   problemy 
moralne i reakcje uczuciowe. Spójrzmy tylko jako biologowie, 
jako  inżynierowie   energii   ludzkich  na rozżarzone  czerwienią 
wielkomiejskie   wieczory.   Ileż   wspaniałej   energii   idzie   tu   (i 
gdzie   indziej)   na   marne!   Ziemia   spala   się   tu   „na   otwartym 
powietrzu", czyli  płonie na darmo. Ileż energii bezpowrotnie 
straconej dla „ducha Ziemi" w ciągu jednej nocy!

Gdy   natomiast   mężczyzna   dostrzeże   powszechną   rzeczy-

wistość   przebłyskującą   duchowo   poprzez   ciało,   wówczas 
odkryje istotny sens tego, co go zwodziło i wykoślawiało jego 
zdolność   kochania.   Kobieta   stanie   się   dla   niego   jak   gdyby 
urokiem   świata   czy   jego   symbolem.   Nie   będzie   mógł   jej 
zdobyć inaczej jak rosnąc samemu na miarę świata. Ponieważ 
zaś świat jest coraz większy, zawsze niedokończony,  zawsze 
jeszcze   przed   nami,   mężczyzna   w   imię   miłości,   dla   miłości 
angażuje się w nieprzerwany podbój świata i w podbój siebie 
samego.   W   tym   znaczeniu   mężczyzna   mógłby   „zdobyć" 
kobietę tylko dzięki spełnieniu się powszechnego zjednoczenia. 
Miłość   jest   niejako   świętą   rezerwą   energii,   krwią   ewolucji 
duchowej   -   oto,   co   nam   przede   wszystkim   ujawnia   zmysł 
Ziemi..,

L'Esprit de la Terre (1931), w: L'Energie 
humaine, 
Seuil, Paris 1962, s. 40-42

2

Wzajemny   pociąg   płciowy   jest   faktem   tak   pod-

stawowym,   że   wszelkie   wyjaśnienie   świata   (biologiczne, 
fizjologiczne   czy   religijne),   które   by   mu   nie   przyznawało 
należnego miejsca i funkcji strukturalnej, byłoby daremne.

83

background image

Ustalenie miejsca i roli płciowości jest szczególnie łatwe w 
systemie kosmicznym opartym na zasadzie jednoczenia się. I 
tak   jednak   trzeba   je   wyraźnie   zdefiniować,   zarówno   w 
odniesieniu do przyszłości, jak i do przeszłości. Jaki jest więc 
sens i istota namiętności miłosnej we wszechświecie, którego 
budulcem są osobowości?

W   swych   postaciach   zaczątkowych,   a   nawet   wyrafino-

wanych,   płciowość  zdaje  się  utożsamiać  z   przekazywaniem 
życia.   Istoty   żywe   zbliżają   się   do   siebie,   ażeby   przedłużyć 
istnienie - nie tyle nawet własne, ile czegoś, co zdobyły. Ow 
związek   pomiędzy   kojarzeniem   się   par   a   przekazywaniem 
życia jest tak ścisły, że filozofowie - tacy jak np. Bergson - 
uznali   go   za   dowód,   iż   życie   jest   bardziej   rzeczywiste   niż 
istoty   żywe,   i   że   religie   -   nawet   tak   wyrafinowane   jak 
chrześcijaństwo - opierają na dziecku niemalże cały kodeks 
etyczny.

Inaczej   jednak   przedstawia   się   rzeczywistość   z   punktu 

widzenia, do którego nas doprowadziła analiza wszechświata o 
strukturze zbieżnej. Nie ulega, rzecz jasna, wątpliwości, że z 
początku główną funkcją płciowości było zachowanie gatunku 
- tak długo, dopóki człowiek nie osiągnął etapu  osobowości. 
Począwszy od punktu krytycznego hominizacji miłość zyskuje 
inne   znaczenie,   bardziej   istotne,   które   zaledwie   zaczynamy 
dostrzegać, a mianowicie jako niezbędna synteza pierwiastków 
męskich i kobiecych w kształtowaniu się osobowości ludzkiej. 
Żaden   moralista   ani   psycholog   nie   wątpił   dotąd,   że 
współmałżonkowie   dopełniają   się   wzajemnie   w   funkcjach 
rozrodczych. Zawsze jednak patrzono na tę komplementarnosć 
jako   na   zjawisko  drugorzędne,  tylko   przypadłościowo 
związane  z pierwszoplanowym  zjawiskiem  rozmnażania  się. 
Jeśli się nie mylę, obecnie dokonuje się przewartościowanie 
ważności zjawisk w świecie personalistycznym. Mężczyzna i 
kobieta dla dziecka - wciąż i długo jeszcze, tak długo, dopóki 
życie   na   Ziemi   nie   osiągnie   dojrzałości.   W   coraz   większej 
jednak mierze - i to już na zawsze - mężczyzna i kobieta dla 
siebie nawzajem.

84

background image

Aby   dowieść   prawdziwości   tych   poglądów,   nie   mogę 

uczynić   nic   innego   ani   nic   lepszego   niż   odwołać   się   do 
jedynego  kryterium, jakie stosujemy w tych rozważaniach, a 
mianowicie   -   do   kryterium   możliwie   jak   najdoskonalszej 
koherencji   danej   teorii   z   szerszym   obszarem   rzeczywistości. 
Gdyby mężczyzna i kobieta istnieli, jak powiedziałem, przede 
wszystkim   dla   dziecka,   wówczas   rola   i   moc   miłości 
zmniejszałyby   się   w   miarę   precyzowania   się   ludzkiej   in-
dywidualności, a także - z drugiej strony - w miarę zbliżania się 
Ziemi   do   demograficznego   „punktu   nasycenia".   Jeśli   jednak 
mężczyzna   i   kobieta   są   w   zasadzie   przeznaczeni   dla   siebie 
wzajemnie,   pojmujemy,   że   im   bardziej   się   humanizują,   tym 
silniej   odczuwają   potrzebę   zbliżenia   się   do   siebie. 
Doświadczenie   potwierdza   słuszność   drugiego   stanowiska, 
toteż trzeba je bliżej wyjaśnić.

W przyjętym  tu hipotetycznie świecie, podlegającym, pro-

cesowi personalizacji, jasno tłumaczy się fakt, że miłość nie 
zanika,   lecz,   przeciwnie,   wzrasta.   Łatwo   tu   też   dostrzec 
możliwość  ekstrapolacji  tej zależności. Ewolucja  nie kończy 
się   na   jednostce,   zmierza   dalej,   ku   jeszcze   doskonalszemu 
ześrodkowaniu,   związanemu   z   jeszcze   silniejszym   zróżnico-
waniem, które jest następstwem procesów jednoczących. Otóż 
kobieta jest dla mężczyzny tym,  co może mu narzucić owo 
dążenie   naprzód.   Dzięki   kobiecie   i   tylko   dzięki   kobiecie 
mężczyzna   może   uniknąć   wyobcowania,   którego   przyczyną 
mogłaby się stać nawet jego doskonałość. A zatem niezupełnie 
ścisłe   byłoby   dziś   stwierdzenie,   że   podstawową   cząstką 
wszechświata dostępnego naszemu doświadczeniu jest myśląca 
monada. Całkowita molekuła ludzka - to (już teraz wokół nas) 
element   bardziej   syntetyczny,   a   przede   wszystkim   bardziej 
uduchowiony niż osoba-jednostka, a mianowicie  compositum 
złożone z pierwiastka męskiego i kobiecego.

Rozumiemy   już   teraz   kosmiczne   znaczenie   płciowości. 

Równocześnie   jasne   się   stają   prawidła,   których   winniśmy 
przestrzegać, usiłując ujarzmić tę straszliwą energię, w której 
poprzez   nas   samych   przejawia   się   moc   sprawiająca,   że 
wszechświat jest wewnętrznie zbieżny.

85

background image

Wedle   pierwszego   z   tych   prawideł   miłość,   zgodnie   z 

ogólnymi prawami jednoczenia stwórczego, ma się przyczynić 
do   zróżnicowania   duchowego   dwojga   istot,   które   do   siebie 
zbliża. Jedna z nich nie ma prawa „wchłonąć" drugiej. Tym 
bardziej   obydwie   razem   nie   mogą   się   zatracić   w   rozkoszy 
cielesnego   posiadania,   co   oznaczałoby   osunięcie   się   w 
mnogość i powrót do nicości. Jest to codzienne doświadczenie. 
Można to jednak należycie zrozumieć tylko wówczas, gdy się 
właściwie   pojmuje   duchowo-materialną   osnowę 
rzeczywistości.  Miłość jest ryzykowną  przygodą,  podbojem. 
Trwa   i   rozwija   się   jak   cały   wszechświat   -   tylko   za   cenę 
nieustannych odkryć. Tylko ci mają prawo się kochać, których 
uczucia zmuszają - we wzajemnym oddziaływaniu na siebie - 
do   coraz   doskonalszego   opanowywania   siebie.   Dlatego   w 
grzechach   przeciwko   miłości   nie   to   jest   najgroźniejsze,   że 
obrażają   one   wstydliwość   czy   są   sprzeczne   z   jakąś   cnotą. 
Największe   niebezpieczeństwo   polega   na   tym,   że   przez 
niedbałość   czy   przez   pożądliwość   trwoni   się   energię 
przeznaczoną   do   personalizacji   wszechświata.   Właśnie   to 
marnotrawstwo   stanowi   istotę   „nieczystości".   Ono   też   -   na 
wyższym   etapie   miłosnego   związku   -   powoduje   inne, 
subtelniejsze   zwyrodnienie   miłości,   zwane   „egoizmem   we 
dwoje".

(...)   Gdy   w   tłumie   istot   spotykają   się   dwie,   zdolne   do 

wzajemnej   miłości,   zawsze   są   skłonne   się   zamknąć   w   sa-
molubnym posiadaniu osiągniętego spełnienia. Pod wpływem 
pełni, jaką zdobyły, instynktownie usiłują zamknąć się w sobie 
wzajemnie   i   odciąć   się   od   świata.   Nawet   gdy   im   się   uda 
przezwyciężyć   pokusę   wchłonienia   i   spoczynku,   usiłują 
zredukować obietnice przyszłości do wzajemnego odkrywania 
siebie, tak jakby stanowiły własny wszechświat dwojga.

Jeśli uwzględnimy wszystko, co wiemy o prawdopodobnej 

strukturze ducha, stanie się dla nas jasne, że to marzenie jest 
tylko niebezpiecznym złudzeniem. Na mocy tej samej zasady, 
która nakazywała „prostym" elementom osobowym łączyć się 
komplementarnie w pary, każda para

86

background image

musi   z   kolei   stale   przewyższać   siebie,   dążyć   do   osiągnięć, 
jakich wymaga  jej rozwój. Z jednej  strony musi  ona szukać 
zbliżenia   z  innymi  podobnymi   diadami   i   stowarzyszać   się  z 
nimi   celem   silniejszego   ześrodkowania   się   (...).   Z   drugiej 
strony,   Centrum,   do   którego   obydwoje   zbieżnie   zmierzają 
jednocząc się, musi się pojawić jako osoba w samym środku 
kręgu,   w   którym   chciałby   się   zamknąć   ich   związek.   Nie 
wychodząc poza siebie, diada znajduje równowagę tylko dzięki 
trzeciemu  elementowi  znajdującemu się przed nią. Jakie dać 
miano temu tajemniczemu „intruzowi"?

Dopóki   istoty   obdarzone   płcią   nie   były   jeszcze   w   pełni 

osobami, potomstwo mogło być tą realnością, w której rodzice 
w jakiś sposób znajdowali przedłużenie swego istnienia. Gdy 
jednak   mamy   do   czynienia   z   miłością   łączącą   dwie   osoby 
ludzkie, a nie tylko dwoje rodzicieli, musi się ukazać, mniej 
lub   bardziej   wyraźnie,   cel   ostateczny,   w   którym   zostałyby 
ocalone   i   znalazłyby   spełnienie   osobowości,   a   nie   tylko 
gatunek. I wówczas znowu możemy obserwować „ciążenie ku 
przyszłości",   „spadanie   w   przyszłość",   o   którym   już   była 
mowa. Stopniowo, etapami, musimy dojść do końca świata. W 
końcu samo totalne Centrum, bardziej niż dziecko,  staje się 
konieczne  do skonsolidowania  miłości. Miłość ma charakter 
trójbieguno-wy; te trzy bieguny to mężczyzna, kobieta i Bóg. 
Cała   jej   doskonałość   i   powodzenie   zależą   od   harmonijnego 
wyważenia tych elementów.

Esąuisse d'un Univers personel (1936) w: 
UEnergie humaine, wyd. cyt., s. 91-95

3

Szlachetna  namiętność   uskrzydla.   Dlatego  gdy  się 

chcemy   przekonać,   jak   bardzo   jakieś   uczucie   jest   wzniosłe, 
powinniśmy  zbadać,  czy rozwija  się ono ku

87

background image

większej wolności duchowej. Im  bardziej jest uduchowione, 
tym mniej pochłania i tym bardziej pobudza do działania.

(...)   Miłość   jest   progiem   innego   wszechświata.   Poza 

znanymi  nam wzruszeniami, gama  jej odcieni wciąż rośnie. 
Jednakże,   wbrew   fascynacji,   jaką   wywołują   niższe   tony, 
stwarzanie   światła   rozwija   się   tylko   w   kierunku   „ultra". 
Właśnie   w   tych   niewidzialnych,   niejako   niematerialnych 
strefach,   możemy   dostąpić   prawdziwych   „wtajemniczeń"   w 
jedność.  Głębiny,   jakie   przypisujemy   materii,   są   tylko  
odbiciami szczytów ducha.

Wydaje   mi   się,   że   ludzkie   doświadczenie   i   myśl   ludzka 

rozstrzygnęły już tę kwestię.

(...) W punkcie, do którego doszedłem, dostrzegam, jak mi 

się zdaje, dwie fazy w twórczym  przeistaczaniu się miłości 
ludzkiej. W  pierwszej  fazie rozwoju ludzkości  mężczyzna  i 
kobieta,   skupieni   na   oddaniu   fizycznym   i   sprawach 
związanych z przekazywaniem życia, tworzą stopniowo wokół 
tego   podstawowego   aktu   wciąż   rosnącą   aureolę   wymiany 
duchowej. Ta aureola jest początkowo wąskim pierścieniem. 
Stopniowo jednak przenosi się na jej powierzchnię i poszerza 
ją   płodność   i   tajemnica   zjednoczenia.   Na   koniec   wreszcie 
równowaga   zostaje   zniszczona   na   rzecz   ducha.   Właśnie 
wówczas   jednak   centrum   jedności   fizycznej,   z   którego 
promieniowało   światło,   nie   może   już   sprostać   nowym 
przyrostom. Centrum sił przyciągania przenosi się gwałtownie, 
jakby   w   nieskończoność,   naprzód.   I   aby   jeszcze   lepiej 
zjednoczyć   się   w   duchu,   mężczyzna   i   kobieta   muszą 
wzgardzić ciałem, by spotkać się w Bogu. Dziewictwo wyłania 
się z czystości jak myśl z życia przez jakieś „odwrócenie" lub 
w jakimś „punkcie krytycznym".

Oczywiście taka przemiana nie może się dokonać na Ziemi 

natychmiast. Potrzeba na to sporo czasu. Ogrzewana woda nie 
od razu zamienia się w parę w całości. Przez długi czas stan 
ciekły współistnieje w niej ze stanem gazowym. Tak musi być. 
Jednakże   pod   pozorami   tej   dwoistości   dokonuje   się   tylko 
jedno wydarzenie, którego sens

88

background image

i „godność" odnoszą się do całości. A zatem w chwili obecnej 
zjednoczenie cielesne jest konieczne, jest dobrem z uwagi na 
potrzebę   zachowania  gatunku.   Równocześnie  jednak  wartość 
duchową tych związków determinuje już wyższa forma spójni, 
którą przygotowują one i zasilają. W noosferze dokonuje się 
„zmiana stanu" miłości. I właśnie w tym kierunku, jeśli religie 
mają rację, przygotowuje się zbiorowe przejście ludzkości w 
Boga.

Tak sobie wyobrażam ewolucję czystości.
Taka przemiana miłości jest teoretycznie możliwa. Aby się 

mogła dokonać, apel  osobowego  Centrum Bożego  musi być 
silniejszy niż przyrodzony pociąg do drugiej płci, który działa 
na rzecz przedwczesnego łączenia się monad ludzkich w pary.

Nie łudzę się, wiem, że w praktyce  urzeczywistnienie  tej 

próby   byłoby   tak   trudne,   iż   dziewięciu   ludzi   na   dziesięciu 
uznałoby   wyłożone   tu   poglądy   za   szaleńcze   lub   naiwnie 
utopijne.   Czyż   powszechne   doświadczenie   nie   dowodzi 
niezbicie,   że   wszystkie   miłości   duchowe   kończyły   się   w 
błocie? Człowiek jest stworzony do chodzenia po ziemi. Czy 
komuś przyszło kiedy do głowy, żeby latać?

Odpowiadam   na   to:   owszem,   szaleńcy   marzyli   o   tym.   I 

właśnie dlatego człowiek opanował przestworza. To niewiara i 
brak odwagi paraliżują życie. Trudne jest nie rozwiązywanie 
problemów,   lecz   ich   stawianie.   Otóż   uświadamiamy   sobie 
dzisiaj,   że   ujarzmienie   namiętności   i   spożytkowanie   ich   dla 
ducha wydaje się z punktu widzenia życia warunkiem postępu. 
A   zatem   wcześniej   czy   później,   na   przekór   naszemu 
niedowiarstwu, świat uczyni ten krok. Wszystko bowiem, co 
prawdziwsze, zostaje w końcu odkryte. Wszystko, co lepsze, 
zawsze   w   końcu   przychodzi.   Kiedyś   -   po   eterze,   wiatrach, 
przepływach   morza   i   siłach   ciążenia   -   ujarzmimy   dla   Boga 
energie miłości. Wówczas zaś, po raz drugi w historii świata, 
człowiek odkryje ogień.

U   Evolution   de   la   Chastete  (1934)   w:  Les 
Directions de l'Avenir, 
Seuil, Paris 1973, s. 83-
92

89

background image

4

Czyż   to   nie   znaczy,   Panie   mój,   że   przez   całą 

szerokość   i   grubość   rzeczywistości,   poprzez   całą   jej   prze-
szłość i przez całe jest stawanie się, przez wszystko, czego 
doznaję   i   co   czynię,   przez   pełnione   służby  i   podejmowane 
przedsięwzięcia,   przez   samo   dzieło   mego   życia   mogę   Cię, 
Panie, dosięgnąć i bez końca pogłębiać ten związek!

Spełniasz,   Panie,   przez   swoje   Wcielenie   w   sposób   nie-

słychanie   pełny   potrójne   marzenie   miłości:   otoczyć   się 
przedmiotem miłości aż do zatopienia się w nim, nieustannie 
wzmagać jego obecność, zagubić się w nim, nie zdoławszy się 
nim nasycić...

Niech   substancjalne   i   umartwiające   oddziaływanie   Chry-

stusa rozprzestrzenia się coraz bardziej we wszystkich bytach i 
niech z nich spłynie na mnie, by mnie ożywić!

Niech   czasowy   i   ograniczony   kontakt   z   postaciami   sak-

ramentalnymi   wprowadza   mnie   w   Komunię   powszechną   i 
nieustanną   z   Chrystusem,   z   Jego   wszechdziałającą   wolą,   z 
Jego bezgranicznym Ciałem Mistycznym...

Le pretre (1918) w: Ecrits du Temps de la 
guerre, 
Grasset, Paris 1965, s. 297

5

Ten,   do   którego   wołam   jak   każde   stworzenie 

wołaniem   całego   mego   życia   i   całej   mej   żarliwej,   nawet 
ziemskiej miłości - to nie bliźni, którego  mam miłować;  to 
Bóg, którego mam uwielbiać.

Uwielbiać,   czyli   zatracić   się   w   tym,   co   niezgłębione, 

zanurzyć  się w tym,  co niewyczerpane,  znaleźć ukojenie  w 
tym,   co   niezniszczalne,   pogrążyć   się   w   ostatecznym 
bezmiarze, powierzyć się Światu i Jasności, unicestwić się

90

background image

świadomie   i   dobrowolnie   przez   rozwój   samoświadomości, 
oddać   się   bezgranicznie   Temu,   który  nie   ma   granic.   Kogóż 
więc moglibyśmy uwielbiać?

Im   bardziej   człowiek   będzie   się   stawał   człowiekiem,   tym 

bardziej   będzie   odczuwał   potrzebę   adoracji,   i   to   coraz 
wyraźniejszą, coraz czystszą, coraz wspanialszą.

O Jezu, otwórz swym piorunem zachmurzone niebo i ukaż 

nam się Zmartwychwstały w całej swej potędze i blasku! Jako 
Pantokrator, który w dawnych bazylikach sam swoją postacią 
wypełniał kopuły! Potrzeba nam tej Paruzji, aby zrównoważyć 
i przezwyciężyć  w naszych  sercach  chwałę  wywyższającego 
się świata. Abyśmy wraz z Tobą zwyciężyli świat, ukaż nam 
się w całej chwale świata.

Środowisko   Boże   (1926-1927),   IW   Pax, 
Warszawa 1967, s. 109

6

W ciągu stulecia dokonała się, choć sobie z tego nie 

zdajemy sprawy, doniosła przemiana w życiu intelektualnym. 
Odkrywanie,   zdobywanie   wiedzy   zawsze   były   głębokimi 
dążeniami   natury   ludzkiej.   Czyż   nie   dostrzegamy   ich   dziś 
nawet w człowieku jaskiniowym? Dopiero niedawno jednak ta 
istotna potrzeba poznania znalazła wyraz, została wyjaśniona i 
stała się autonomiczną funkcją życiową, mającą pierwszeństwo 
przed   zaspokajaniem   głodu   i   pragnienia.   Otóż,   jeśli   się   nie 
mylę,   zjawisko   indywidualizacji   wyższych   funkcji 
psychicznych   nie   tylko   nie   osiągnęło   jeszcze   kresu   w 
dziedzinie czystej myśli, lecz nadto dąży do rozprzestrzenienia 
się   w   sąsiedniej   dziedzinie,   która   pozostała   praktycznie 
bezkształtna i nie zbadana. To terra ignota władz afektywnych 
i miłości.

Jest   to   fakt   paradoksalny,   że   miłość   (pojmuję   ją   tutaj   w 

znaczeniu ścisłym jako „namiętność") pomimo (a może

91

background image

właśnie wskutek) swej  wszechobecności  i gwałtowności  nie 
została   dotychczas   objęta   żadną   rozumową   systematyzacją 
energii   ludzkiej.   Systemy   etyczne   metodą   empiryczną 
skodyfikowały, jak mogły, jej praktykę pod kątem zachowania 
i rozwoju gatunku. Czy jednak ktoś zastanowił się poważnie 
nad tym, że w tej niepokojącej mocy (ożywiającej jednak, jak 
wiadomo, geniuszy, sztuki piękne, wszelką poezję) kryją się 
rezerwy   ogromnej   siły   twórczej   -   tak   wielkiej,   iż   człowiek 
stałby się naprawdę człowiekiem dopiero wówczas, gdyby ją 
nie tyle poskromił, ile przeistoczył, spożytkował, wyzwolił?... 
Dziś   nasza   epoka,   która   nie   chce   zmarnować   żadnej   siły   i 
usiłuje   zawładnąć   najgłębszymi   mechanizmami   psychiki 
ludzkiej, zaczyna, jak się zdaje, coś dostrzegać. Miłość, tak jak 
i   myśl,   wciąż   się   rozwija   w   noosferze.   Z   każdym   dniem 
jaskrawszy staje się kontrast pomiędzy jej rosnącą energią a 
coraz   bardziej  ograniczonymi   potrzebami  prokreacji.  Miłość 
dąży więc do przybrania postaci bardziej zhomini-zowanej, do 
spełniania funkcji szerszej niż ta, co się wiąże z zachowaniem 
gatunku. Szczególna zdolność wzajemnego uwrażliwiania się i 
zapladniania   duchowego   jeszcze   właściwie   drzemie   w 
mężczyznach   i   kobietach   i   powinna   się   wyzwolić   jako 
niepohamowany   poryw   ku   wszystkiemu,   co   jest   pięknem   i 
prawdą. Przebudzi się w końcu. Będzie to, jak powiedziałem, 
uaktywnienie   dawnej   mocy.   Jest   to   oczywiście   zbyt   słabe 
wyrażenie.   Po   osiągnięciu   pewnego   poziomu   sublimacji, 
dzięki   nieograniczonym   możliwościom   intuicji   i   więzi 
międzyosobowych,   jakie   z   sobą   niesie,   miłość   duchowa 
przenika nieznane; w tajemniczej przyszłości znajdzie się ona 
w oczekiwanym zespole nowych uzdolnień i nowych postaci 
świadomości.

(...) Zjednoczenie, prawdziwe zjednoczenie ukierunkowane 

„wzwyż",   zjednoczenie   duchowe   dopełnia   w   ich   własnej 
doskonałości  elementy,  które  łączy.  Zjednoczenie  różnicuje. 
Na mocy tej podstawowej zasady osobowości składowe mogą 
i muszą znaleźć samoafirmację włączając

92

background image

się   w  jakąś   jedność  psychiczną  czy w   jakąś  wyższą  Duszę. 
Musi być jednak spełniony pewien warunek: wyższe Centrum, 
z którym te osoby się zespalają, nie zatracając się w nim, musi 
być   realnością   autonomiczną.   Skoro   nie   dochodzi   do 
„zatracenia   się"   czy   „rozpłynięcia   się"   osób--elementów, 
Centrum,   w   którym   się   spotykają,  bezwarunkowo   musi   być  
odrębne, czyli posiadać własną osobowość.

Stąd w końcu taki oto obraz najwyższego Celu, ku któremu 

dąży energia ludzka: „Zorganizowana wielość, której elementy 
w   paroksyzmie   zjednoczenia   i   wzajemnej   przejrzystości 
znajdują spełnienie własnej osobowości; całe to Ciało poddane 
jest   jednoczącemu   oddziaływaniu  odrębnego   Centrum 
suprapersonalizacji".

Ten ostatni warunek (czy ograniczenie) jest bardzo ważny. 

Oznacza on bowiem, że noosfera - aby trwać i funkcjonować - 
potrzebuje  fizycznie,  by istniał we wszechświecie rzeczywisty 
biegun psychicznej zbieżności, Centrum różne od wszystkich 
centrów,   które   „ześrodkowu-je   w   górze"   „przyswajając"   je 
sobie.   Osoba   różna   od   wszystkich   osób,   które   dopełnia, 
jednocząc je z sobą. Świat nie mógłby funkcjonować, gdyby 
gdzieś na przedzie w czasie i przestrzeni nie istniał kosmiczny 
punkt totalnej syntezy Omega.

Rozważania   nad   owym   punktem   Omega   pozwolą   nam 

zdefiniować w ostatnim rozdziale w sposób pełniejszy ukrytą 
naturę tego, co dotąd określaliśmy nader niejasno jako „energię 
ludzką".

Miłość, wyższa postać energii ludzkiej

W   nas   i   wokół   nas,   jak   mogliśmy   stwierdzić, 

elementy   świata   nieustannie   coraz   bardziej   się   personalizują 
dzięki więzi z osobowym  Centrum jedności - tak dalece, że 
owo   Centrum   zbieżności   ostatecznej   promieniuje   istotną 
energią świata, która do niego w końcu powraca; poruszy-

93

background image

wszy w niejasny sposób masę kosmiczną, wyłania się z niej, 
by utworzyć noosferę.

Jakie miano należałoby nadać tego rodzaju oddziaływaniu?
Jedno tylko: miłość.

Miłość   jest   na   mocy   definicji   słowem,   którym   się   po-

sługujemy,   chcąc   określić   siły   przyciągania   o   charakterze 
osobowym. Skoro we wszechświecie, który się stał myślący, 
wszystko   w   ostatecznym   rozrachunku   porusza   się   w 
pierwiastku osobowym i ku niemu, to miłość, pewna postać 
miłości   jest   i   będzie   w   coraz   większym   stopniu   „materią" 
energii ludzkiej.

Czy można  a posteriori  zweryfikować ten wniosek, który 

wynika  a   priori  z   warunków   funkcjonowania   i   pod-
trzymywania myśli na powierzchni Ziemi?

Sądzę, że tak - i to na dwa sposoby.

Przede wszystkim metodą psychologiczną, stwierdzając, że 

miłość, która osiągnęła pewien stopień powszechności dzięki 
poznaniu   Centrum,   jest   jedyną   siłą   zdolną   scalić   -   bez 
sprzeczności wewnętrznych - możliwości działania ludzkiego. 
Poza   tym,  metodą   historyczną,  stwierdzając,   że   nasze 
doświadczenie uznaje taką miłość powszechną za wyższą fazę 
przemiany już zapoczątkowanej w noosferze.

Spróbuję to udowodnić.

L'Eenergie  humaine  (1937)  w  tomie  pod 

tymże tytułem, wyd. cyt., s. 161 ns., 179-181

1. Scalająca moc miłości

Ci   sami   myśliciele,   którzy   z   największym   scep-

tycyzmem   przyjmują   wszelką   sugestię   co   do   możliwości 
przyspieszenia   ogólnej   koordynacji  myśli   na  Ziemi,  pierwsi 
skłonni są uznać stan rozdzielenia sil ludzkich skazujący je na 
wegetację i ubolewać nad nim: rozproszone punkty czynów 
jednostkowych,   rozproszone   punkty  jednostek

94

background image

w społeczeństwie. Oczywiście, mówią, w tym bezładnym ruchu 
marnuje się i ginie wielka moc, lecz w jaki sposób chcielibyście 
spoić   te  rozproszone   punkty?  Już  z   natury  swej   rozdzielone 
same   w   sobie   cząstki   ludzkie   odpychają   się   wzajemnie   od 
siebie   i   nie   ma   na   to   rady.   Możecie   jeszcze   w   sposób 
mechaniczny zmusić je do wzajemnego zbliżenia, lecz sprawić, 
by ożywiał je ten sam duch, jest fizyczną niemożliwością.

Słabą   i   mocną   stroną   wszystkich   zarzutów   wysuwanych 

przeciwko możliwości dalszego  zjednoczenia świata jest, jak 
sądzę,  fakt,  że w  zarzutach   tych  wyolbrzymia   się  w  sposób 
ukryty zjawiska aż nazbyt realne, a nie uwzględnia się pewnych 
nowych   czynników,   które   można   już   dostrzec   w   łonie 
ludzkości.   Pluraliści   zwykle   rozumują   tak,   jak   gdyby   żadna 
spajająca zasada nie istniała lub nie mogła powstać w naturze 
ponad   nieokreślonymi   bądź   powierzchownymi   stosunkami, 
stanowiącymi   zazwyczaj   przedmiot   rozważań   filozofii 
„zdrowego rozsądku" i socjologii. Myśliciele ci to w gruncie 
rzeczy jurydyści i fiksyści, którzy nie mogą wyobrazić sobie w 
swym   otoczeniu   niczego   innego   poza   tym,   co   w   ich 
przekonaniu zawsze istniało.

Zobaczmy jednak, co będzie się działo w naszych duszach 

wtedy, gdy w momencie wyznaczonym przebiegiem ewolucji 
zbudzi   się   w   nich   zdolność   postrzegania   żywego   Centrum 
powszechnej   zbieżności.   Przedstawmy   sobie   (nie   jest   to 
bynajmniej   fikcja,   wkrótce   omówimy   to   zagadnienie) 
człowieka,   który   uświadomił   sobie   swe   osobowe   stosunki   z 
Najwyższą  Osobowością  i   łączy  się   z  Nią   dzięki  całej   grze 
działań   kosmicznych.   Jest   rzeczą   nieuniknioną,   że   w   takiej 
jednostce   i   począwszy   od   niej   będzie   się   rozwijał   proces 
jednoczenia  wyznaczany  stopniowo przez  następujące  etapy: 
totalizacja   każdej   czynności   poszczególnej   jednostki   w 
odniesieniu do niej samej; totalizacja jednostki w odniesieniu 
do niej samej; i wreszcie totalizacja jednostek w zbiorowości 
ludzkiej. Wszystkie te „niemożliwości" urzeczywistniają się w 
sposób naturalny pod wpływem miłości.

95

background image

A. Totalizacja działań indywidualnych 
przez miłość

W  stanie  rozdzielenia,  w  jakim  chcą  nas   widzieć 

pluraliści (czyli wtedy, gdy nie uświadamiamy sobie wpływu 
punktu   Omega),   działamy   najczęściej   nieskończenie   małą 
cząstką   swej   istoty.   Człowiek,   czy   je,   czy   pracuje,   czy 
rozwiązuje zadania matematyczne lub krzyżówki, angażuje się 
w swoją czynność tylko częściowo, posługując się taką czy 
inną władzą. Działają bądź jego zmysły,  bądź członki, bądź 
rozum, ale nie serce. Jest to działanie ludzkie, w którym nie 
uczestniczy cały człowiek, powiedziałby scholastyk. Dlatego 
też uczony czy myśliciel u schyłku życia pełnego wzniosłych 
dążeń może poczuć się zubożony, wyjałowiony, zawiedziony: 
nad martwymi obiektami pracował jego intelekt, ale nie cała 
jego   osobowość.   Oddawał   się   swej   pracy,   ale   nie   mógł   jej 
pokochać.

Zobaczmy   teraz,   jak   przedstawiają   się   te   same   rodzaje 

działania w świetle punktu Omega. Omega, punkt, w którym 
wszystko   się   zbiega   i,   odwrotnie,   z   którego   wszystko 
promieniuje. Skoro tylko umieści się go w postaci ogniska na 
szczycie   wszechświata,   tym   samym   obecność   jego   musi 
przenikać   w   głąb   każdego,   nawet   najmniejszego   procesu 
ewolucji.   To   znaczy,   że  dla   tego,   kto   widzi,  każda   rzecz, 
choćby   najmniejszej   wagi,  byle   tylko   mieściła   się   na   linii  
postępu, 
nabiera ciepła, rozjaśnia się, ożywia i w konsekwencji 
staje   się   sprawą  pełnego  osobistego   zaangażowania.   To,   co 
było   zimne,   martwe,   bezosobowe   dla   tego,   kto   nie   widzi, 
wypełnia się dla tych, co widzą, nie tylko życiem, lecz życiem 
intensywniejszym niż ich własne; działanie absorbuje ich do 
tego stopnia, że przekładają je nad samych  siebie. Ten sam 
przedmiot,   który   u   pierwszego   wywołuje   słabą   reakcję,   u 
drugich budzi rezonans we wszystkich sferach ich istoty - tak 
że   mogą   oni   ukochać   całym   sercem   nawet   najskromniejsze 
spośród   swoich   zadań.   W   zewnętrznym   mechanizmie 
czynności nic się nie zmieniło. Lecz w tworzywie działania, w 
sile oddania się,

96

background image

jakaż   różnica!   Taka,   jak   między   spożywaniem   zwykłych 
pokarmów a Komunią.

I to jest pierwszy krok na drodze totalizacji. W świecie o 

zbieżnej   strukturze   osobowej,   gdzie   przyciąganie   staje   się 
miłością, człowiek spostrzega, że bez reszty może oddawać się 
temu, co czyni. W najskromniejszym ze swoich działań może 
nawiązać   całą   swą   istotą,   całą   głębią   swej   istoty,   całkowitą 
łączność   z   wszechświatem.   Wszystko   stało   się   dla   niego   w 
pełni zaspokajającym pokarmem.

B. Totalizacja jednostki przez miłość

Już sam fakt, że pod ożywiającym wpływem punktu 

Omega każdy nasz poszczególny uczynek może zyskać pełnię, 
stanowi   cudowne   spożytkowanie   energii   ludzkiej.   Lecz   to 
pierwsze, jak gdyby szkicowe przeobrażenie naszych działań 
może   znaleźć   swe   przedłużenie   w   innej,   jeszcze   głębszej 
metamorfozie.   Dzięki   temu,   że   każda   z   naszych   czynności 
zyskuje pełnię, wszystkie nasze czynności razem wzięte mogą 
w   konsekwencji   scalić   się   w   jeden   akt.   Zobaczmy,   w   jaki 
sposób.

Bezpośrednim   skutkiem   miłości   powszechnej,   możliwym 

dzięki   oddziaływaniu   punktu   Omega,   jest   rozszerzenie   na 
każde z naszych działań zasadniczej tożsamości, jaka powstaje 
między   korzyścią   a   oddaniem.   Jak   będzie   się   przedstawiał 
wpływ tej wspólnej podstawy (tego nowego klimatu - można 
by powiedzieć) na nasze życie wewnętrzne? Czy zatracimy swą 
odrębność   w   łagodnym   cieple   miłości?   Czy   zatrze   ona   w 
atmosferze   ułudy   wyrazistość   bliskich   przedmiotów?   Czy 
oderwie nas od konkretnych szczegółów, by nas pogrążyć  w 
nieokreślonym  odczuciu powszechności?  Gdybyśmy  się tego 
obawiali, znaczyłoby to, że raz jeszcze zapomnieliśmy o tym, 
iż   wtedy,   gdy   się   zdąża   w   kierunku   rozwoju   ducha, 
zjednoczenie   różnicuje.   Niewątpliwie   to   prawda,   jeśli 
odkryłem  punkt Omega,

97

background image

wszystkie   rzeczy   stają   się   dla   mnie   w   jakiś   sposób   jedną 
rzeczą, tak że cokolwiek bym czynił, mógłbym mieć wrażenie, 
że czynię to samo. Lecz ta podstawowa jedność nie ma nic 
wspólnego   z   rozpłynięciem   się   w   jednorodności.   Przede 
wszystkim, uwypukla ona zarysy zebranych składników, nie 
zacierając ich w najmniejszym stopniu, gdyż Omega, jedyny 
przedmiot pragnień, kształtuje się w naszych oczach i pozwala 
zbliżyć   się   do   siebie   jedynie   w   drodze   doskonalenia 
elementarnych   procesów   rozwojowych,   stanowiących   wątek 
ewolucji poznawalny empirycznie. Ponadto miłość nie tylko 
przesyca   wszechświat   na   sposób   werniksu,   który   dodaje 
barwom   żywości.   Nie   tylko   spaja   w   przejrzystą   całość 
nieprzejrzysty   pył   naszych   doświadczeń.   Dokonuje   ona 
prawdziwej   syntezy   całego   zespołu   naszych   władz.   I   ten 
właśnie punkt należy dobrze zrozumieć.

Gdy ujmuje się życie w sposób powierzchowny, wówczas 

co   innego   znaczy   widzieć,   a   co   innego   myśleć,   co   innego 
rozumieć, a kochać, dawać, a otrzymywać, wzrastać, a maleć, 
żyć,   a   umrzeć.   Lecz   czym   się   staną   wszystkie   te 
przeciwieństwa,   z   chwilą   gdy   w   punkcie   Omega   ich 
rozmaitość   ukaże   się   jako   nieskończenie   zróżnicowane 
odmiany   tego   samego   kontaktu   we   wszystkim?   Nie   tracąc 
niczego   ze   swej   istoty,   przeciwieństwa   te   będą   dążyć   do 
połączenia   się   w   jedną   wspólną   wypadkową,   w   której   ich 
wielość,   zawsze   rozpoznawalna,   ujawni   swe   niewypowie-
dziane bogactwo. Nie będzie to bynajmniej interferencja, lecz 
rezonans.   Nie   powinno   to   nas   dziwić.   W   naszym 
doświadczeniu znamy zupełnie podobne zjawisko, jakkolwiek 
o   mniejszym   stopniu   natężenia.   Gdy   mężczyzna   uwielbia 
kobietę,   gdy   obdarzają   owym   gorącym   uczuciem,   które 
wynosi ukochaną istotę ponad miłość własną, wówczas życie 
tego mężczyzny, jego moc tworzenia i odczuwania, cały jego 
wszechświat   zawierają   się,   różnicują   i   zarazem   zostają 
uwznioślone   w   miłości   do   tej   kobiety.   A   przecież   kobieta, 
jakkolwiek   by   była   niezbędna   mężczyźnie,   by   mu   odbijać, 
objawiać, przybliżać, personalizo-

98

background image

wać   świat,   nie   stanowi   jeszcze   centrum   świata.   Jeśli   więc 
miłość   jednostki   do   jednostki   okazuje   się   czynnikiem   tak 
silnym,   że   może   stopić   w   jedno   uczucie   wielość   naszych 
postrzeżeń i wzruszeń (nie mieszając ich ze sobą), to jakie siły 
wytworzy nasze spotkanie z punktem Omega?...

Zaprawdę,   każdy   z   nas   wezwany   jest   do   tego,   by   od-

powiedział   w   sposób   harmonijnie   czysty   i   jedyny   na   roz-
brzmiewającą we wszechświecie nutę. Gdy dzięki rozwijaniu 
się   w   naszych   sercach   miłości   wszechrzeczy   odczujemy,   że 
ponad różnorodnością naszych wysiłków i pragnień budzi się 
niewypowiedziany w swej prostocie poryw, w którym łączą się 
i uwznioślają, nie zatracając niczego ze swej istoty, niezliczone 
odcienie uczucia i działania, wówczas w masie wytworzonej 
przez   energię   ludzką   każdy   z   nas   zbliży  się   do   osiągnięcia 
pełni skuteczności swego działania i pełni swej osobowości.

C. Scalenie jednostek w ludzkość 

przez miłość

Przejście   od   totalizacji   jednostkowej   do   totalizacji   spo-

łecznej   stanowi   aktualny   i   palący   problem   energii   ludzkiej. 
Musimy   wyraźnie   sobie   uświadomić,   że   pierwsze   kroki 
prowadzące w kierunku rozwiązania zwiększają jeszcze nasze 
dotychczasowe   trudności.   Z   jednej   strony   coraz   bardziej 
zacieśniająca się sieć związków ekonomicznych (co łączy się z 
pewnym   niezaprzeczalnym   determinizmem   biologicznym) 
stłacza   nas   i   przybliża   ku   sobie   w   sposób   nieunikniony.   Z 
drugiej strony wydaje nam się, że w toku tej kompresji tracimy 
najcenniejszy   nasz   przywilej:   samo-rzutność   działania   i 
wolność.   Totalitaryzm   i   personalizm:   czyżby   te   dwa   nurty, 
wbrew przewidywaniom naszej teorii, musiały rozwijać się i 
dążyć   w   kierunkach   przeciwnych?   Czy   chcąc   budować 
przyszłość   (skoro   trzeba   posuwać   się   naprzód),   musimy 
wybierać między Charybdą kolektywiz-

99

background image

mu   a  Scyllą   anarchizmu,   między  symbiozą,   która   mechani-
zuje, a rozproszeniem, które dewitalizuje, między termitierą a 
ruchami   Browna?   Wydaje   się,   że   dylemat   ten,   od   dawna 
dostrzegany przez przewidujące umysły,  wyłoni się nagle w 
polu świadomości powszechnej. Co najmniej od roku nie ma 
czasopisma   ani   zjazdu,   gdzie   nie   poruszano   by   tego 
zagadnienia,   chociaż   nikt   nie   zdobył   się,   niestety,   na   jasne 
przedłożenie choćby elementów trafnej odpowiedzi.

Moim   zdaniem,   przyczyny   niepokojących   niepowodzeń, 

jakich doznaje ludzkość w swoich dążeniach integracyjnych, 
nie   należy   szukać   w   jakiejś   istotnej   niemożliwości, 
nierozłącznie związanej z zamierzonym  działaniem - lecz w 
fakcie,   że   w   dotychczasowych   próbach   totalizacji   ulega 
odwróceniu   naturalny   porządek   czynników   przyszłego   zje-
dnoczenia. Wyjaśnię, co mam na myśli.

Chodzi   o   to,   by  totalizować   nie   depersonalizując.   Ocalić 

zarówno   całość,   jak   i   składniki.   Wszyscy   są   zgodni   co   do 
konieczności osiągnięcia  tego dwojakiego celu. Lecz  w jaki 
sposób w dzisiejszych programach społecznych szereguje się 
wartości,   które   w   teorii   zgodnie   chce   się   zachować?   Otóż 
zawsze   uważa   się   osobę   za   czynnik   drugorzędny   i 
przejściowy, a na czoło programu wysuwa się prymat całości. 
Wszystkie systemy organizacji społecznej, przedstawiane nam 
dzisiaj,   milcząco   zakładają,   że   końcowy   stan,   ku   któremu 
zmierza   noosfera,   to   ciało   bez   zindywidualizowanej   duszy, 
organizm   bez   oblicza,   nieokreślona   ludzkość,   słowem   - 
bezosobowość.

Skoro   raz   się   przyjmie   ów   punkt   wyjścia,   wówczas 

wszelkie dalsze działanie schodzi na błędne tory i w końcu 
staje się niemożliwe. W procesie syntezy ostateczne piętno na 
członach   zjednoczenia   musi   wyciskać   aktywna   zasada   ich 
zjednoczenia.   Krystalizacja   nadaje   całości   strukturę 
geometryczną, komórka nadaje życie materii, która z nią się 
łączy. W jakiż więc sposób we wszechświecie, który by dążył 
do stania się czymś, mogłoby się zachować miejsce dla kogośl 
Jeśli   uważa   się,   że   szczyt   ewolucji   ludzkiej   jest   natury 
bezosobowej, to elementy, które tę zasadę przyj-

100

background image

mują,   nieuchronnie,   pod   jej   wpływem,   wbrew   wszelkim 
wysiłkom  idącym  w przeciwnym  kierunku, będą się stawały 
coraz mniej osobowe. I tak się właśnie dzieje. Ludzie służący 
postępowi   materialnemu   lub   tworzeniu   rasowych   wspólnot 
daremnie   dążą  ku  wolności:   panują   nad  nimi  i   kierują   nimi 
deterministyczne prawa, które sami stworzyli. Mechanizują ich 
stworzone   przez   nich   mechanizmy.   Istna  karma  hinduska.   I 
wówczas nie pozostaje już nic, co mogłoby wprawiać w ruch 
mechanizmy energii ludzkiej, prócz brutalnej siły - siły, którą 
w konsekwencji każe nam się dziś znowu uwielbiać.

Jest to odstępstwo od ducha i zarazem wielki błąd w technice 

ludzkiego   działania.   W   układzie   złożonym   ze   świadomych 
elementów spójność może istnieć tylko na podłożu immanencji. 
Nie siła ponad nami, lecz miłość - a zatem na początku trzeba 
przyjąć   istnienie   punktu   Omega,   dzięki   któremu   miłość 
powszechna staje się możliwa.

Powiedzieliśmy,   że   współczesne   doktryny   społeczne   po-

pełniają błąd, czyniąc bezosobową ludzkość celem szczy:-nych 
dążeń   człowieka.   Przedstawmy   więc   sobie,   co   by   nastąpiło, 
gdybyśmy w miejsce owego ślepego bóstwa przyjęli istnienie 
świadomego   centrum   całkowitej   zbieżności.   Wówczas   na 
skutek innego rodzaju determinizmu niż ten, przed którym się 
bronimy,   poszczególne   jednostki,   włączone   w 
niepowstrzymany   rozwój   totalizacji   ludzkiej,   dzięki   samemu 
ruchowi, który je zbliża ku sobie, nabierałyby coraz więcej siły. 
Im   bardziej   by   się   stowarzyszały   pod   wpływem   czynnika 
osobowego, tym bardziej rozwijałaby się ich osobowość. I to w 
sposób   zupełnie   naturalny,   bez   wysiłku   z   ich   strony,   dzięki 
własnościom miłości.

Kilkakrotnie już podkreślaliśmy tę podstawową prawdę, że 

zjednoczenie   różnicuje.   Miłość   jest   jedynie   konkretnym 
wyrazem   owej   metafizycznej   zasady.   Wyobraźmy   sobie 
Ziemię,   na   której   głównym   (a   w   pewnym   sensie   jedynym) 
przedmiotem   zainteresowań   ludzkich   byłoby   dążenie   do 
całkowitego zjednoczenia się z gorąco upragnionym Bytem

101

background image

Powszechnym, którego żywy udział każdy rozpoznawałby w 
tym, co jest najbardziej nieprzekazywalne w jego bliźnich. Na 
takim   świecie   przymus   nie   byłby   potrzebny,   aby   utrzymać 
jednostki w rygorach najbardziej sprzyjających działaniu, aby 
skłaniać   je   do   poszukiwania   lepszych   rozwiązań.w   obrębie 
wolnej konkurencji, aby zachęcić je do przyjęcia ograniczeń i 
ofiar,   jakich   wymaga   właściwa   gospodarka   potencjałem 
ludzkim   -   i   w   końcu,   aby   przekonać   je,   że   nie   należy 
roztrwaniać   swej   mocy   miłowania,   lecz   że   trzeba   ją 
sublimować, mając na celu ostateczne zjednoczenie. W tych 
warunkach   życie   wyzwoliłoby   się   wreszcie   spod   tyranii 
przymusów natury materialnej (najwyższy rodzaj wyzwolenia) 
i   coraz   bardziej   wolna   osobowość   rozwijałaby   się   bez 
przeszkód.

„Miłujcie się, wzajemnie." Mijają dwa tysiące lat od czasu, 

gdy   słowa   te   zostały   wypowiedziane,   i   dziś   brzmią   one   w 
naszych  uszach  innym  dźwiękiem. W ciągu  wieków można 
było przedstawić miłość i braterstwo wyłącznie jako pewien 
kodeks   doskonałości   moralnej   lub   jako   pewną   metodę 
praktyczną, mającą na celu zmniejszenie tarć i trudów życia 
ziemskiego. Lecz odkąd poznaliśmy z jednej strony istnienie 
noosfery,   a   z   drugiej   strony   stojącą   przed   nami   życiową 
konieczność ocalenia jej, przykazanie miłości stało się bardziej 
naglące.   Mówi   nam   już   nie   tylko:   „Miłujcie   się,   aby   być 
doskonałymi",   ale   ponadto   ostrzega:   „Miłujcie   się,   w 
przeciwnym   bowiem   razie   zginiecie".   Realiści   mogą 
wyśmiewać marzycieli mówiących o ludzkości zjednoczonej, 
której bronią byłaby już nie brutalna siła, lecz miłość. Niech 
przeczą temu, że maksimum siły fizycznej może łączyć się z 
maksimum łagodności i dobroci. Ten sceptycyzm i te krytyki 
nie zdołają zmienić faktu, że teoria i praktyka energii ludzkiej 
zgodnie   wykazują,   iż  doszliśmy   do   decydującego   punktu  
ewolucji   ludzkiej,  
skąd   jedyna   droga   naprzód   -   to   wspólne 
namiętne   zaangażowanie,   ,,kon-spiracja",   czyli   jedność 
inspiracji i aspiracji.

Dalsze   zaufanie   do   porządku   społecznego   opartego   na 

przymusie zewnętrznym oznaczałoby po prostu wyrzecze-

102

background image

nie się wszelkiej  nadziei  na  doprowadzenie  ducha  Ziemi  do 
kresu rozwoju.

Jednakże nic nie może przeszkodzić energii ludzkiej (która 

tak jak sam wszechświat jest przejawem niepowstrzymanego i 
nieuniknionego   rozwoju)   w   swobodnym   osiągnięciu 
naturalnego celu swej ewolucji.

A   zatem   wbrew   wszelkim   niepowodzeniom   i   wszelkim 

nieprawdopodobieństwom   zbliżamy   się   nieuchronnie   do 
nowego wieku, w którym świat zrzuci swe więzy, aby zaufać 
wreszcie mocy swych związków wewnętrznych.

Musimy albo zwątpić w wartość wszystkiego, co nas otacza, 

albo   uwierzyć   bez   zastrzeżeń   w   możliwość   i,   obecnie   bym 
dodał, w nieuniknione następstwa miłości powszechnej.

Jak się przedstawiają te następstwa?
W dotychczasowych rozważaniach nad miłością, która scala 

energię   ludzką   pod   społecznym   kątem   widzenia,   mieliśmy 
przede   wszystkim   na   uwadze   szczególną   jej   właściwość, 
polegającą na możności łączenia i wyodrębniania myślących 
cząstek   noosfery   bez   ich   mechanizowa   ■   nia.   Lecz   jest   to 
jedynie negatyw  zjawiska. Miłość nie tylko może łączyć  nie 
depersonalizując,   ale   łącząc,   ultra-personalizuje.   Jakież   więc 
perspektywy   otwierają   się   przed   ludzkością   z   przełęczy,   do 
której doszliśmy?

Najpierw   musimy   cofnąć   się   do   punktu,   gdzie   pozo-

stawiliśmy jednostkę ludzką u kresu jej przeobrażania się przez 
miłość.   Stwierdziliśmy,   że   pod   wypływem   punktu   Omega 
każda  jednostka  może  w  pełni  wypowiedzieć   się   w  jednym 
akcie,   w   którym   łączą   się,   nie   mieszając   się   z   sobą,   jej 
niezliczone spostrzeżenia, czynności, cierpienia i pragnienia. I 
właśnie   do   podobnej   metamorfozy,   lecz   znacznie   wyższego 
rzędu,   zdaje   się   zmierzać   całość   energii   cząstkowych, 
stanowiąca globalną masę energii ludzkiej.

Prześledziliśmy,   jak   dokonuje   się   u   jednostki   stopniowe 

ujmowanie   uczuć,   aspiracji,   czynów   w   jedno   niewyrażalne 
dążenie  sui generis,  które jest jednocześnie tym wszystkim i 
jeszcze czymś więcej. Jest to to samo zjawisko, które

103

background image

w skali nieporównanie większej dąży do urzeczywistnienia się 
pod   tym   samym   wpływem   punktu   Omega   w   całości   myśli 
ziemskiej. I w istocie cała ludzkość na całym obszarze swych 
nieskoordynowanych   dążeń   urzeczywistnia   Centrum,   ku 
któremu zmierza, i jednocześnie podlega jego działaniu. Ten 
sam   porywający   fluid   przebiega   i   łączy   nieustannie 
niezdeterminowaną   rozmaitość   postaw,   punktów   widzenia, 
wysiłków,   i   każde   z   tych   zjawisk   reprezentowane   jest   we 
wszechświecie przez poszczególne elementy miriad ludzkich. 
Doprowadzona   do   szczytu   wielość   indywidualnych 
przeciwieństw   łączy   się   harmonijnie   w   głębokiej   prostocie 
jedynego pragnienia. Czymże więc jest to wszystko, jeśli nie 
genezą  zbiorowego i jedynego aktu,  w którym,  przybierając 
postać miłości (jedynie możliwą postać), urzeczywistniałyby 
się, zbliżając się do swej  dojrzałości, czyli  do ostatecznego 
zjednoczenia, siły osobowości zawarte w noosferze?

Totalizacja - w totalnej miłości - totalnej energii ludzkiej.
Ideał wymarzony w snach przez techników działań ziem-

skich.

Widzimy,   co   miłość   może   sprawić   pod   względem   psy-

chologicznym, jeśli się stanie miłością powszechną.

Lecz czy ten cud naprawdę ma się spełnić?
Jeśli tak, to ślady tego cudownego przeobrażenia powinny 

być   widoczne   w   historii.   Czy   możemy   je   rozpoznać?   To 
właśnie pozostało nam do zbadania i do udowodnienia.

2. Miłość, historyczny wytwór 
ewolucji ludzkiej

Przeprowadzona   powyżej   analiza   syntetyzującej 

mocy miłości w zakresie życia wewnętrznego  nie zostałaby 
zakończona - nie mogłaby zostać zakończona - gdybyśmy jej 
nie poparli naocznym przykładem.

104

background image

Gdzie   zatem   można   by   dojrzeć   w   dzisiejszym   świecie 

pierwszy zarys, pierwsze przybliżenie totalnego aktu będącego 
przedmiotem naszej wizji?

Wydaje się, że nigdzie nie jest on bardziej widoczny niż w 

akcie   miłości   chrześcijańskiej   -   tak   jak   go   pojmuje 
współczesny   wierzący,   dla   którego   świat   stworzony   stał   się 
możliwy   do   wyrażenia   w   terminach   ewolucji.   W   oczach 
takiego wierzącego historia świata przedstawia się w postaci 
gigantycznego   procesu   kosmogenezy,   w   toku   którego 
wszystkie   drogi   rozwojowe   rzeczywistości   zbiegają   się,   nie 
mieszając   się   z   sobą,   w   Chrystusie   osobowym,   a   zarazem 
przenikającym cały wszechświat. Mówiąc ściśle, bez metafory, 
chrześcijanin, który rozumie istotę swego credo oraz czasowo-
przestrzenne   związki   w   przyrodzie,   znajduje   się   w   tej 
szczęśliwej sytuacji, że może poprzez całą różnorodność swych 
działań i w łączności z innymi ludźmi przejść do jedynego aktu 
zespolenia się z Bogiem. Czy żyje, czy umiera, przez swe życie 
i  przez  swą   śmierć   dopełnia   on   niejako   swego   Boga'   i 
jednocześnie   podlega   Jego   działaniu.   Słowem,   Chrystus, 
którego   możemy   utożsamiać   z   przewidywanym   przez   naszą 
teorię   punktem   Omega   (jeśli   tylko   potrafimy   dojrzeć   całą 
rzeczywistość   Wcielenia),  zdąża   do   wytworzenia  owej 
oczekiwanej przez nas totali-zacji duchowej.

Nawet   sporadyczny   fakt   istnienia   stanu   świadomości   tak 

bogato  wyposażonej, gdyby  został niezbicie ustalony,  stano-
wiłby   potwierdzenie   przedstawionych   wyżej   poglądów   na 
ostateczną   naturę   energii   ludzkiej.   Jednakowoż   można   roz-
szerzyć dowodzenie, stwierdzając, że pojawienie się w czło-
wieku   miłości   do   Boga,   pojętej   w   całej   pełni,   jaką   temu 
zjawisku nadajemy, jest nie tylko sporadycznym przypadkiem, 
lecz normalnym wytworem długiej ewolucji.

Energia miłości (1937) w: Pisma wybrane, IW 
Pax, Warszawa 1967, s. 90-102

1

 Czyli Ciało Mistyczne Chrystusa: „aby byli jedno, jako Ojciec i ja jedno 

jesteśmy" (J 17,22).

background image

7. Miłość - energia

Zazwyczaj   ograniczamy   się   do   rozpatrywania   (i 

to /Jakim wyrafinowaniem analitycznym!) uczuciowej strony 
miłości:   radości   i   cierpień,   jakich   jest   ona   źródłem.   Ja, 
przystępując do rozważań nad najwyższymi fazami fenomenu 
człowieka, muszę się zająć jej przyrodzonym dynamizmem i 
jej znaczeniem w procesach ewolucji.

Miłość, ujęta w całej swej biologicznej realności, czyli jako 

„powinowactwo" skłaniające jeden byt ku drugiemu bytowi, 
występuje nie tylko w świecie ludzkim. Przejawia się w niej 
ogólna   właściwość   wszelkiego   życia.  Dostosowuje  ona  swe 
odmiany   i   stopnie   do   przeróżnych   postaci,   jakie   kolejno 
przybiera   materia   uorganizowana.   U   bliskich   nam   ssaków 
rozpoznajemy ją z łatwością w jej różnych odmianach: jako 
pociąg   płciowy,   instynkt   ojcowski   czy   macierzyński, 
solidarność   społeczną   itp.  Dalej,   a   raczej   niżej,  na   drzewie 
życia   analogie   są   coraz   słabsze   i   w   końcu   stają   się 
niedostrzegalne.   Przypomnę   jednak   to,   co   mówiłem   w 
związku   z   „wnętrzem   rzeczy":   gdyby   jakaś   wewnętrzna 
skłonność do jednoczenia się - niewątpliwie zalążkowa, lecz 
już rodząca się - nie istniała już w molekułach, to fizyczną 
niemożliwością   byłoby   pojawienie   się   wyżej,   na   naszym 
poziomie,   miłości   w   formie   uczłowieczonej.   Jeśli   więc 
stwierdzamy, że istnieje ona wśród nas, mamy prawo założyć, 
że jest ona obecna - w postaci mniej lub bardziej pierwotnej - 
we wszystkim, co istnieje. W rzeczy samej, gdy obserwujemy 
wokół nas zbieżne wznoszenie się świadomości, widzimy, że 
jest ona wszędzie. Odczuwał to

106

background image

już   Platon   i   w   nieśmiertelnej   formie   wyraził   w  Dialogach. 
Później,   dzięki   takim   myślicielom   jak   Mikołaj   z   Kuzy, 
filozofia średniowieczna zajęła się znów tą ideą, lecz w sposób 
bardziej   sformalizowany.   Pod   wpływem   sił   miłości   cząstki 
świata   poszukują   się   wzajemnie,   aby   ów   świat   doszedł   do 
skutku. Nie ma w tym żadnej metafory, jest wiele więcej niż 
poezja.   To,   co   nas   tu   frapuje,   można   uznać   za   siłę, 
„krzywiznę", ciążenie powszechne; mniejsza z tym, ważne, że 
jest  to odwrotna strona  czy cień tego,  co naprawdę  porusza 
naturę. Aby dostrzec „źródłową" energię kosmiczną, trzeba - 
jeśli rzeczy istotnie posiadają „wnętrze" - zejść w wewnętrzną, 
„radialną" sferę duchowych sił przyciągania.

Miłość we wszystkich jej odcieniach - to nic innego ani nic 

mniejszego niż bardziej lub mniej bezpośredni ślad, wyciśnięty 
na   sercu   elementu   przez   powszechną   zbieżność   psychiczną 
wszechświata.

Oto,   jeśli   się   nie   mylę,   snop   światła,   który   nam   może 

ułatwić rozeznanie się w tym, co nas otacza.

Odczuwamy cierpienie i niepokój, widząc, że współczesne 

próby   scalenia   społecznego,   wbrew   teoretycznym 
przewidywaniom  i naszym  oczekiwaniom, prowadzą  jedynie 
do poniżenia i zniewolenia świadomości. Jakie jednak drogi 
obieraliśmy   dotychczas,   by   się   zjednoczyć?   Obrona   jakiejś 
sytuacji materialnej, uruchomienie nowej dziedziny przemysłu, 
stworzenie   lepszych   warunków   jakiejś   klasie   społecznej   lub 
pokrzywdzonemu   narodowi   -   oto   nieliczne   i   ograniczone 
tereny, na których usiłowaliśmy się zbliżyć. Nic dziwnego, że 
podobnie   jak   społeczności   zwierzęce   mechanizowaliśmy   się 
pod   wpływem   działania   samych   mechanizmów   naszego 
uspołecznienia!   Nawet   w   działaniu   w   najwyższym   stopniu 
intelektualnym,   jakim   jest   wznoszenie   gmachu   nauki   - 
przynajmniej   tak   długo,   jak   długo   pozostaje   ona   czysto 
spekulatywna   i   abstrakcyjna   -   nasz   nacisk   duchowy   działa 
tylko   pośrednio,   niejako   ubocznie.   Kontakt   wciąż   jeszcze 
powierzchowny, a zatem - niebezpieczeństwo nowej niewoli. 
Tylko miłość - z tego istot-

107

background image

nego powodu, że tylko ona dosięga tego i łączy to, co w samej 
głębi   istot   ludzkich   -   zdolna   jest   je   dopełnić,   jako   istoty 
ludzkie, łącząc je z sobą wzajemnie. Jest to fakt, który można 
stwierdzić   w   codziennym   doświadczeniu.   W   jakiej   chwili 
dwoje kochających  się ludzi w najwyższym  stopniu posiada 
siebie? Czyż nie wtedy, gdy powiadają, że się zatracili? Czy 
magiczne   działanie,   uważane   za   wewnętrznie   sprzeczne,   a 
mianowicie   „personalizujące"   jednoczenie   nie   jest 
urzeczywistniane   przez   miłość   nieustannie   wokół   nas   -   w 
kochającym  się stadle, w różnych zespołach ludzkich? Czyż 
tego, czego miłość dokonuje codziennie w ograniczonej skali, 
nie może kiedyś dokonać w skali całego globu?

Ludzkość,   Duch   Ziemi,   integracja   jednostek   i   ludów, 

paradoksalne   pogodzenie   elementu   z   całością   i   jedności   z 
mnogością - czegóż potrzeba, by te wszystkie rzekome utopie 
(a   z   punktu   widzenia   życia   -   konieczności)   stały   się 
rzeczywistością?   Wyobraźmy   sobie,   że   nasza   zdolność 
kochania rozwinie się tak bardzo, że obejmie wszystkich ludzi 
na Ziemi. Czy to nie wystarczy?

Usłyszę na to zapewne: Właśnie to jest niemożliwe.
Wszystko,   na   co   stać   człowieka,   to   obdarzyć   uczuciem 

jedną  wybraną   istotę  ludzką  lub kilka.  Czyż   nie  tak?  Dalej 
zasięg działania naszego serca się kończy, możliwa jest tylko 
oschła sprawiedliwość i chłodny rozum. Kochać wszystkich i 
wszystko? Byłby to poryw kryjący wewnętrzną sprzeczność, 
fałszywy, który w końcu może doprowadzić tylko do tego, że 
nie będziemy kochali nikogo.

Wobec   tego   jednak,   odpowiedziałbym,   skoro,   jak   utrzy-

mujecie, miłość powszechna jest niemożliwa, cóż oznacza w 
naszych sercach ów nieodparty instynkt, popychający nas do 
jednoczenia się, ilekroć tylko coś, w jakimś kierunku, wzbudzi 
w   nas   entuzjazm?   „Zmysł   wszechświata",   „zmysł   Całości", 
tęsknota,   jaka   nas   ogarnia,   oczekiwanie,   odczucie   wielkiej 
Obecności   -   w   obliczu   przyrody,   w   obliczu   piękna,   przy 
słuchaniu   muzyki...   Jak   to   się   stało,   że   poza   mistykami   i 
autorami analizującymi ich pisma nikt,

108

background image

a   zwłaszcza   psychologowie,   nie   zainteresował   się   tą   pod-
stawową   wibracją,   której   brzmienie   jest   dosłyszalne   dla 
wrażliwego   ucha   u   podstaw,   a  raczej   na   szczytach   każdego 
wielkiego  uczucia?  Współbrzmienie z Całością, podstawowy 
ton poezji czystej i czystej religii. Raz jeszcze pytam, czy to 
zjawisko, które narodziło się wraz z myślą i rozwija się wraz z 
nią,   nie   oznacza   głębokiej   harmonii   pomiędzy   dwiema 
realnościami   poszukującymi   się   wzajemnie:   pomiędzy 
oddzieloną cząstką a Całością, do której zbliża się z drżeniem.

Wydaje nam się czasem, że miłość pomiędzy mężczyzną a 

kobietą, miłość rodzicielska, przyjacielska, w pewnej  mierze 
miłość   ojczyzny   -   to   wszystkie   możliwe   naturalne   postaci 
miłości. Otóż nie. Na tej liście brak najbardziej podstawowej 
formy   miłości:   tej,   która   pod   naciskiem   zwierającego   się 
wszechświata   popycha   elementy   ku   sobie   wzajemnie   i 
wszystkie razem - ku Całości. „Powinowactwo", a w ślad za 
nim - „zmysł kosmiczny".

Miłość powszechna nie tylko jest możliwa pod względem 

psychologicznym;   jest   to   jedyna   pełna   i   ostateczna   postać 
miłości.

Jak   jednak,   skorośmy   to   ustalili,   wytłumaczymy   fakt,   że 

wciąż - i to na pozór coraz bardziej - rośnie wokół nas niechęć 
i  nienawiść?  Jeżeli  tkwi  w nas i  niejako napiera  na nas  od 
wewnątrz   tak   potężne   pragnienie   jedności,   czemu   nie 
przemienia się w działanie?

Powiemy   po   prostu,   że   przezwyciężając   paraliżujący   nas 

kompleks „antypersonalistyczny" zdecydowaliśmy się przyjąć 
możliwość   i   realność   istnienia   Kogoś   kochającego   i   w 
najwyższym   stopniu   godnego   miłości   na   szczycie   świata, 
ponad naszymi głowami. Zbiorowość, jeśli wchłania lub zdaje 
się   wchłaniać   osobę   ludzką,   zabija   miłość   pragnącą   się 
narodzić. Zbiorowość jako taka nie może być w swej istocie 
przedmiotem   miłości.   Oto   przyczyna   porażek   wszelkiego 
rodzaju filantropii. Racja jest po stronie zdrowego rozsądku. 
Nie   można   ofiarować   siebie   anonimowej   liczbie.   Niech 
natomiast wszechświat zyska - przed

109

background image

nami,   w   naszych   oczach   -   oblicze   i   serce,   niech   się,   jeśli 
można   tak   powiedzieć,   „spersonalizuje",   a   wówczas   na-
tychmiast, w nowym klimacie stworzonym przez to ognisko, 
elementarne   siły   przyciągania   znajdą   warunki   do   zama-
nifestowania się i do rozwoju. I wtedy,  bez wątpienia, pod 
presją   zacieśniania   się   Ziemi,   wyzwolą   się   dotychczas 
drzemiące   ogromne   energie   przyciągania   pomiędzy   mole-
kułami   ludzkimi.   Naszemu   „zmysłowi   świata",   „zmysłowi 
Ziemi",   „zmysłowi   ludzkiemu"   odkrycia   dokonane   w   ciągu 
ostatniego   stulecia   dostarczyły,   dzięki   swym   całościowym 
perspektywom,   nowych   decydujących   bodźców.   Tym   się 
tłumaczy   eksplozja   współczesnych   panteizmów.   Ten   poryw 
zepchnie nas jednak na powrót w supermaterię, jeśli nas nie 
doprowadzi do Kogoś.

Ażeby zagrażająca nam porażka zmieniła się w zwycięstwo, 

ażeby   powstało   sprzysiężenie   monad   ludzkich,   trzeba   i 
wystarczy,   byśmy   -   doprowadzając   do   samego   końca   myśl 
nauki   -   uznali   za   prawdziwe   i   konieczne   do   zamknięcia   i 
zrównoważenia   czasoprzestrzeni   nie   tylko   jakieś   niejasne 
przyszłe istnienie, lecz także (co chcę podkreślić szczególnie 
mocno)   aktualną   rzeczywistość   i   aktualne   promieniowanie 
tajemniczego Centrum centrów, które nazwałem Omegą.

Le Phenomene humain (1938-1940), Seuil, 
Paris 1955, s. 293-298

background image

Spis treści

O szczęściu   ...............................................................15
O cierpieniu   ...............................................................37
O   miłości   .................................................................79

background image

Od zarania dziejów 

labirynt byl symbolem 

drogi pełnej 

niebezpieczeństw, z 

czasem, gdy stał się 

ważnym elementem 

kompozycyjnym 

średniowiecznych 

katedr, zaczął 

oznaczać trudności i 

wątpliwości, które 

człowiek musi 

pokonać w swej 

ziemskiej wędrówce, 

aby po śmierci 

osiągnąć zbawienie i 

móc połączyć się z 

Bogiem w niebieskim 

Jeruzalem. Powrót do 

źródeł jest cyklem 

wydawniczym będą-

cym zachętą, by po 

krętych ścieżkach 

myśli Czytelnik dotarł 

do miejsc, które 

określając jego 

tożsamość, przepro-

wadzą go z ciemności 

do światła.

Wybór tekstów francuskiego jezuity Teilharda de 
Chardin   składa   się   z   fragmentów   przemówień, 
notatek,   rozważań,   prac   naukowych   skupionych 
wokół tytułowych tematów: szczęścia, cierpienia i 
miłości.

Jak być szczęśliwym w świecie, w którym istnieją 
cierpienie i miłość? Prezentowane w tym tomiku 
rozważania   Teilharda   są   mocno   osadzone   w 
całości   jego   wizji,   w   której   człowiek   jest 
niepowtarzalną cząstką w procesie rozwoju świata. 
Szczęście - powiada Teilhard za Huxleyem - jest 
produktem ubocznym wysiiku. „Nie daje szczęścia 
żadna   zmiana,   która   nie   jest   wynikiem   dążenia 
wzwyż.   Szczęśliwy   jest   zatem   ten,   co   nie 
poszukując   szczęścia   bezpośrednio,   znajduje 
radość   jako   naddatek,   dążąc   do   pełni,   do   kresu 
samego siebie, dążąc naprzód".