background image

Lucy Clark

Tajna misja

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY

– Zacisk. 
Kimberlie Mason w skupieniu obserwowała, jak doktor Harry 

Buchanan,   jeden   z   najlepszych   australijskich   chirurgów, 
posiadający   rozliczne   tytuły   naukowe   członek   Królewskiego 
Towarzystwa   Chirurgów,   operuje   ministra   spraw   zagranicznych 
Tarparnii,   małego   państewka   na   Pacyfiku.   Nie   mogła   wprost 
uwierzyć, że asystuje takiej medycznej sławie. 

– Tampon. 
Harry, jak go w myślach nazywała, miał głęboki, dźwięczny 

głos   o   przyjemnym   brzmieniu.   Podniosła   wzrok.   Kątem   oka 
dostrzegła,   że   anestezjolog,   John   McPhee,   zmienia   pojemnik   z 
płynem   do   kroplówki.   Operacja   była   długa   i   skomplikowana   i 
większość zespołu wyraźnie zaczynała odczuwać zmęczenie. 

–   Ssak,   doktor   Mason   –   poinstruował   ją   Jerry   Mayberry, 

chirurg robiący specjalizację pod kierunkiem Harry’ego. 

Kim   natychmiast   skupiła   całą   uwagę   na   przydzielonym   jej 

zadaniu. Już dawno nie była w tak wspaniale wyposażonej sali 
operacyjnej,   chociaż   od   ostatniego   zabiegu,   jaki   samodzielnie 
przeprowadzała,   nie   minęło   wcale   tak   dużo   czasu.   Była 
chirurgiem, oczywiście nie tego kalibru co Harry Buchanan, lecz 
zdobyła doświadczenie, o jakim otaczający ją koledzy nie mieli 
pojęcia. 

–   Nasze   zadanie   skończone   –   oznajmił   Harry.   –   Proszę   o 

prześwietlenie kontrolne – dodał, uniósł obie ręce i cofnął się od 
stołu operacyjnego. 

Jeny i Kim poszli w jego ślady. Kim ponownie spojrzała na 

dzisiejszego   mistrza   ceremonii.   Serce   zabiło   jej   mocniej,   gdy 
poczuła   na   sobie   jego   wzrok.   W   ciągu   pięciu   dni,   jakie 
przepracowała   w   General   Hospital   w   Sydney,   po   raz   pierwszy 
znalazła się tak blisko człowieka, którego cały personel uważał za 
pierwszego po Bogu. 

Wytrzymała   badawcze   spojrzenie.   Zachowaj   zimną   krew, 

background image

powtarzała sobie w duchu. Czy nie tego cię nauczono?

Nagle   w   chwili,   gdy   rentgenolog   przystępował   do   zrobienia 

zdjęcia,   rozległ   się   przenikliwy   sygnał   aparatury   monitorującej 
pracę serca pacjenta. 

– Co jest, John?
– Migotanie komór!
Wszyscy   rzucili   się   na   ratunek.   Kim   poczuła   nieprzyjemne 

ściskanie   w   dołku.   Ostrzegano   ją,   że   podczas   wizyty   ministra 
spraw   zagranicznych   Tarparnii   na   kontynencie   dojdzie   do 
zamachu na jego życie. Czy atak serca podczas operacji mógłby 
zostać sztucznie wywołany?

Ściągnęła   prześcieradło   przykrywające   pierś   mężczyzny,   a 

pielęgniarka podała Harry’emu łopatki defibrylatora. 

– Odsunąć się! – rzucił i przystąpił do reanimacji. 
– Bez rezultatu – zakomunikował John. Zwiększono napięcie, 

lecz kolejna próba również nie odniosła skutku. Kim wstrzymała 
oddech. W duchu modliła się, by serce ministra zaczęło bić. – 
Asystolia – stwierdził anestezjolog tonem tak płaskim, jak linia na 
ekranie monitora. 

– Jeszcze raz – zadecydował Harry. 
– On nie żyje – beznamiętnym głosem sprzeciwił się John. – 

Kontynuowanie akcji nie ma sensu. 

Harry oddał elektrody pielęgniarce. 
– Zgon... szesnasta dwadzieścia pięć – podyktował. 
– Co się stało? – zwrócił się do kolegi. 
– Właśnie staram się dociec – odparł John i pokazał mu wydruk 

elektrokardiogramu.   –   Wszystko   było   w   porządku   i   nagle 
nastąpiło zatrzymanie akcji serca. 

–   Zawał?   –   W   głosie   Harry’ego   zabrzmiała   nuta 

powątpiewania. 

W   sali   operacyjnej   zapanowała   atmosfera   napięcia   i 

niedowierzania. Oczy wszystkich skierowane były na głównego 
chirurga. 

– Zdarza się, że pacjenci dostają zawału na stole operacyjnym – 

tłumaczył John. 

background image

– Ale nie na moim – obruszył się Harry. – Poza tym tu nie 

chodzi z zwykłego pacjenta, a o przedstawiciela obcego państwa. 

– Kiedyś zawsze jest jakiś pierwszy raz – mruknął pod nosem 

Jerry. 

Na nieszczęście dla niego Harry usłyszał tę uwagę. Odwrócił 

się na pięcie i zgromił go wzrokiem. 

– Niczego nie  dotykać!  – Powiódł  wzrokiem  po obecnych i 

dodał:   –   Wszyscy   znają   zasady   postępowania   określone   w 
regulaminie   szpitalnym,   prawda?   Należy   ich   bezwzględnie 
przestrzegać. A teraz proszę się przebrać i jak najszybciej stawić 
w moim gabinecie. 

– Ściągnął rękawiczki, wrzucił je do pojemnika na odpady i 

stanął obok drzwi. Otworzył je i zaczekał, aż wszyscy po kolei 
opuszczą salę. Kim szła na końcu. Kiedy go mijała, zatrzymał ją: 
– Chwileczkę, doktor Mason... Proszę mi jeszcze raz wyjaśnić, jak 
to się stało, że dziś po południu znalazła się pani tutaj?

– Zamieniłam się z doktorem Edingtonem, bo jego żonie zepsuł 

się samochód i nie mogła odebrać dzieci ze szkoły. 

– I pani sama się zaoferowała?
– Niezupełnie. Doktor Edington zwrócił się do mnie z prośbą, 

żebym go zastąpiła. 

– A pani chętnie się zgodziła. 
–   Oczywiście   –   odparła   Kim   i   butnie   uniosła   głowę.   W   jej 

oczach pojawiły się wyzywające błyski. – Bez względu na to, co 
myślę   o   panu   prywatnie,   jest   pan   znakomitym   specjalistą. 
Ponieważ   dopiero   od   tygodnia   pracuję   w   tym  szpitalu,   chętnie 
skorzystałam   z   okazji,   żeby   zobaczyć   słynnego   doktora 
Buchanana w akcji. 

– Z pani dokumentów wynika, że nie ma pani zbyt wielkiego 

doświadczenia zawodowego. 

– Odbywam dopiero staż podyplomowy, więc siłą rzeczy nie 

mogę mieć wielkiego doświadczenia. 

– Muszę przyznać, że całkiem dobrze dawała pani sobie radę. 
– Staram się. Czy ma pan jeszcze coś do mnie, doktorze? – 

spytała i zrobiła taki ruch, jak gdyby chciała go wyminąć. 

background image

– Cóż to za dziwny doprawdy zbieg okoliczności – ciągnął, nie 

pozwalając jej odejść – że akurat kiedy pani po raz pierwszy jest 
w zespole, pacjent umiera podczas operacji. 

Kim odwróciła się i spojrzała mu prosto w twarz. 
– Co pan sugeruje?
– Ze wszystkimi innymi już pracowałem. Tylko pani jest nowa. 
– A więc dlatego, że jestem nowa, chce mnie pan obarczyć 

winą za śmierć pacjenta? – W obronnym geście uniosła dłonie. – 
To był zawał. 

– Pani w to wierzy, doktor Mason?
– Byłam przy tym. Pan też był – odparła Kim i lekko zmrużyła 

powieki.   –   Czyżby   starał   się   pan   zasugerować,   że   pacjent   nie 
zmarł na zawał?

– Jeszcze nigdy się nie zdarzyło, żeby pacjent zmarł mi na stole 

operacyjnym – powtórzył z naciskiem. 

– Więc dziś był ten pierwszy raz. I nie zwalaj winy na nikogo, a 

szczególnie nie na mnie, Harry!

Doktor Buchanan uniósł brwi, zdumiony jej poufałością, a ona 

skorzystała z okazji, odwróciła się i udała do szatni. Zła była na 
siebie za to, że zachowała się tak nieprofesjonalnie. Weszła do 
damskiej przebieralni i przez uchylone drzwi wyjrzała na korytarz. 
Gdzie Harry? Podświadomie spodziewała się, że pójdzie za nią, 
lecz minęła prawie minuta, zanim dostrzegła go w głębi korytarza. 
Zamknęła   drzwi.   Co   go   zatrzymało?   Czyżby   próbował   usunąć 
dowody,   zatrzeć   ślady?   Czyżby   wielki   Harry   Buchanan   był 
uwikłany w zamach na ministra?

– Pospiesz się, Kimberlie – ponaglała ją instrumentariuszka. – 

Szef nie znosi spóźniania się. 

– I tysiąca innych rzeczy – mruknęła Kim pod nosem. 
Pielęgniarka roześmiała się. 
–   Jesteś   tutaj   dopiero   tydzień   i   już   zdążyłaś  zauważyć?   Nie 

zapomina i nie wybacza. 

– Z zasady – wtrąciła jej koleżanka. – Po rozstaniu z Elaine już 

na pewno nie umówi się żadną dziewczyną ze szpitala – dodała z 
wyraźnym żalem. 

background image

– Kim jest Elaine? – zainteresowała się Kim. 
– Zaraz ją zobaczysz. Biedak. Nie ma szczęścia do kobiet. – 

Instrumentariuszka   ściszyła   głos.   –   Podobno   jakieś   dziesięć   lat 
temu ożenił się z kobietą, która okazała się bigamistką!

– Naprawdę?
Kim miała nadzieję, że dobrze odegrała zdziwienie. Oczywiście 

doskonale   znała   historię   małżeństwa   Harry’ego   z   jego   dossier. 
Zapoznała się też z teczkami kilku innych pracowników szpitala 
mających   kontakty   w   Tarparnii.   Jej   zadaniem   była   dyskretna 
obserwacja każdego z nich. 

–   Nie   wierzę,   że   nie   obiło   ci   się   to   o   uszy.   Babka   była 

policjantką,   tajną   agentką,   czy   kimś   takim.   Często   wyjeżdżała, 
nawet na wiele tygodni. I cały czas go oszukiwała. 

–   Podłe   świństwo   –   skomentowała   Kim,   wygładziła   białą 

bluzeczkę i zapięła pasek szortów koloru khaki. 

– Od tamtej pory – ciągnęła pielęgniarka – szef wścieka się, 

jeśli tylko przyłapie kogoś na kłamstwie. Lepiej od razu przyznać 
się do błędu, niż próbować kręcić. 

–   Nie   dziwię   mu   się   –   stwierdziła   Kim.   Wsunęła   stopy   w 

pantofle   na   płaskim   obcasie   i   razem   z   koleżankami   wyszła   z 
szatni. Po drodze wyjęła spinki z włosów i palcami roztrzepała 
fryzurę. Rude fale opadły jej na ramiona. Widząc, że pielęgniarki 
zajęte   są   rozmową,   dyskretnie   wsunęła   do   ucha   miniaturową 
słuchawkę połączoną z bardzo czułym nadajnikiem. 

– A wracając do dzisiejszych wydarzeń – odezwała się – nie 

wierzę,   żeby   ten   minister   tak   po   prostu   zmarł   na   stole 
operacyjnym. 

– Co? – W słuchawce zabrzmiał męski głos. 
– Obawiam się, że szef ciężko to przeżyje – mruknęła jedna z 

pielęgniarek. – I odreaguje to na nas. Przez następnych kilka dni 
będzie nieznośny. 

– To ma taki wybuchowy charakter?
– Przeciwnie. Zamyka się w sobie, jest chłodny i rzeczowy, i w 

rezultacie atmosfera staje się nie do wytrzymania. 

– Kim – w słuchawce odezwał się ten sam męski głos – nie 

background image

mogę się skontaktować z Ivanem w kostnicy. Zadzwoń do niego i 
powiedz, że mamy sprawę. 

Kim przeprosiła koleżanki i pod pretekstem, że musi jeszcze 

wstąpić   do   toalety,   zawróciła.   Pamiętała,   że   chwilę   przedtem, 
przechodząc obok łazienki, minęły automat telefoniczny. Szybko 
wykręciła numer wewnętrzny do kostnicy. 

–   Mówi   doktor   Mason   –   przedstawiła   się.   –   Mogę   prosić 

Ivana... ? Nie żyje – zakomunikowała, kiedy Ivan podszedł do 
telefonu. 

– Przyjąłem – odparł i rozłączył się. 
– Załatwione – zameldowała Kim do nadajnika. 
– Okej. Tam na dole muszą być jakieś zakłócenia. Słysząc za 

sobą kroki, Kim obejrzała się przez ramię. Harry, zdziwiła się w 
duchu. Ubrany był teraz w swój zwykły strój do pracy: ciemny 
garnitur,   wykrochmaloną   białą   koszulę   i   krawat   ekskluzywnej 
uczelni.   Wyglądał   niezwykle   elegancko.   Nie   odezwała   się   do 
niego, lecz zaczęła wchodzić po schodach. 

Kiedy dotarli na piętro, szarmanckim gestem otworzył przed 

nią drzwi, a wyciągając rękę, na jedno mgnienie ramieniem otarł 
się o jej ramię. Miała wrażenie, że przeszył ją dreszcz. Zapach 
wody po goleniu uderzył ją w nozdrza, pobudził zmysły. 

– Dzięki – wybąkała. 
Zauważyła jego taksujące spojrzenie i serce zabiło jej mocniej. 

Musiała wziąć głęboki oddech, by odzyskać równowagę. Kiedy 
weszli   do   gabinetu,   zobaczyła,   że   zebrało   się   tam   sporo   osób. 
Oprócz   całego   zespołu   operacyjnego   stawili   się   też   inni 
pracownicy szpitala, których jeszcze nie znała. 

Harry   potoczył   wzrokiem   po   pokoju,   skinął   lekko   głową 

wysokiej   blondynce   ubranej   w   elegancką   czarną   garsonkę   i 
udzielił jej głosu. 

– Widzę kilka nowych twarzy – odezwała się blondynka – więc 

zacznę od prezentacji. – Patrząc na Kim, ciągnęła: – Nazywam się 
Elaine Parkinson i jestem dyrektor administracyjną. W sytuacjach 
nadzwyczajnych   koordynuję   wewnętrzne   dochodzenie.   Każdy 
przypadek   zgonu   w   szpitalu   jest   przez   nas   dokładnie   badany, 

background image

obojętnie na jakim etapie leczenia nastąpił. 

Aha,   więc   to   jest   Elaine,   pomyślała   Kim.   Przyjrzała   się   jej 

uważnie.   Doszła   do   wniosku,   że   nie   pasuje   do   Harry’ego. 
Przestań, upomniała się w duchu. Skąd wiesz, jakie kobiety są w 
jego   typie,   a   poza   tym   co   cię   to   obchodzi!   Zmusiła   się   do 
skoncentrowania   na   słowach   Elaine,   która   kontynuowała 
przemówienie:

–   Jak   wszystkim   wiadomo,   pacjentem   był   minister   spraw 

zagranicznych   Tarparnii,   pan   Japarlin.   Zawiadomiliśmy   już 
władze o jego śmierci. Ekipa dochodzeniowa jest w drodze. Im 
szybciej   zakończą   wizję   lokalną   na   bloku   operacyjnym,   tym 
szybciej   będziemy   mogli   wznowić   zabiegi.   Wszyscy   obecni 
zostaną poproszeni o złożenie oświadczeń. Okoliczności wskazują 
na to, iż śmierć nastąpiła z przyczyn naturalnych, więc śledztwo 
nie powinno trwać dłużej niż trzy dni. 

Elaine zamilkła, uśmiechnęła się ze sztucznym optymizmem i 

powiodła wzrokiem po zebranych. 

Kim spojrzała na Harry’ego. Wyraz jego twarzy nie zmienił się. 

Wciąż był obrażony, że pacjent ośmielił się umrzeć mu na stole. 
Właściwie, pomyślała, nie widziałam go zadowolonego. Czy będę 
kiedyś miała okazję powiedzieć mu, żeby się częściej uśmiechał, 
bo   inaczej   zostanie   już   z   tą   nadętą   miną   na   zawsze?   Nagle 
uświadomiła   sobie,   że   to   na   nią   patrzy   takim   gniewnym 
wzrokiem. Odwróciła oczy i skupiła uwagę na Elaine. 

Biurokracja,   biurokracja   i   jeszcze   raz   biurokracja,   myślała, 

słuchając   pani   dyrektor.   Jeśli   Kim   czegoś   w   swoim   zawodzie 
nienawidziła, to właśnie biurokracji. Musimy ściśle przestrzegać 
przepisów, powtarzał jej prawdziwy szef, Moss, chociaż teraz jej 
szefem był Harry Buchanan. Została oddelegowana do pracy w 
General Hospital w Sydney, aby wyśledzić, kto z personelu ma 
jakiekolwiek   związki   z   Tarparnią,   wyspiarskim   państewkiem 
pogrążonym w głębokim kryzysie politycznym i gnębionym przez 
niepokoje   społeczne.   Australijskie   służby   specjalne   zdobyły 
bowiem informację, że podczas wizyty ministra na kontynencie 
dojdzie do próby zamachu na jego życie. 

background image

Po przybyciu policji Kim złożyła zeznanie, pamiętając jednak, 

by nie zdradzić swoich związków z wywiadem. Nie było potrzeby 
informowania policji stanowej, co naprawdę robi w szpitalu, tym 
bardziej że pracowała dla służb federalnych. Wiedziała, że ekipa 
dochodzeniowa skrupulatnie wykona swoje zadanie, wiedziała też, 
że Ivan znacznie lepiej od nich zrobi to, co do niego należy. 

Przemowa   Elaine   świadczyła   o   tym,   że   szpital   trzyma   się 

wersji, iż zgon ministra nastąpił z przyczyn naturalnych, jednak 
Kim nie do końca się zgadzała z tą diagnozą. Harry Buchanan, jak 
dowodziła   ich   wcześniejsza   rozmowa,   również   żywił   poważne 
wątpliwości. 

Po   rozmowie   z   policją   Kim   zeszła   do   szpitalnego   bufetu.   Z 

kubkiem   mocnej   kawy   w   ręku   podeszła   do   automatu 
telefonicznego i ponownie połączyła się z kostnicą. 

–   Przesłuchanie   zakończone.   Oficjalna   wersja:   śmierć   z 

przyczyn naturalnych. Co dalej?

– Przyjdź o ósmej. Wpuszczę cię. 
– Okej. – Odwiesiła słuchawkę, podniosła kubek z kawą do ust, 

obróciła się i... zderzyła ze stojącym za nią mężczyzną. Gorąca 
kawa oblała ich oboje. – Przep... – zaczęła i umilkła, rozpoznając 
w ofierze Harry’ego Buchanana. Szybko spuściła wzrok, by nie 
patrzeć w jego błękitne oczy. – Przepraszam – wybąkała – nie 
chciałam... 

–   Uhm   –   mruknął   Harry   i   dwoma   palcami   chwycił   przód 

koszuli, by nie ulec poparzeniu. Potem spojrzał na nią znacząco i 
dodał: – Przynajmniej jestem w dobrym towarzystwie. 

Kim podążyła za jego spojrzeniem. Na białej bluzce widniały 

brązowe   plamy.   Próbując   opanować   przyspieszone   bicie   serca, 
oblizała nagle wyschnięte wargi. 

–   Wygląda   na   to,   że   oboje   ucierpieliśmy...   Tymczasem   z 

zaplecza   wyszła   starsza   kobieta   z   mopem   w   ręce,   podniosła 
upuszczony kubek i zabrała się do wycierania podłogi. 

–   Nie   martwicie   się,   kochaniutcy.   Zaraz   to   zmyję.   Lepiej 

pójdźcie zaprać te plamy – poradziła. 

background image

– Dziękuję – odpowiedzieli chórem. 
Przystojny, uprzejmy i jeszcze obdarzony poczuciem humoru. 

No, no, pomyślała Kim i uśmiechnęła się do siebie. 

– Co w tym śmiesznego? – spytał Harry. 
–   Naprawdę   ogromnie   mi   przykro.   Jeszcze   raz   bardzo   pana 

przepraszam za ten incydent, doktorze Buchanan. 

– Znowu jesteśmy na oficjalnej stopie? – Spojrzała na niego, 

nie bardzo rozumiejąc, o czym mówi. – Kiedy wychodziliśmy z 
sali operacyjnej, zwróciłaś się do mnie po imieniu – przypomniał. 

– Tak? – Kim udała zdziwienie. Jako stażystka była przecież na 

najniższym szczeblu hierarchii zawodowej i chociaż zauważyła, 
że w szpitalu nikt nie przywiązuje szczególnej wagi do tytułów, 
wiedziała,   że   powinna   zaczekać,   aż   się   bliżej   poznają,   zanim 
zacznie zwracać się do niego bardziej swobodnie. Problem jednak 
polegał na tym, że kilka tygodni temu przeczytała jego dossier, 
zresztą   nie   tylko   jego,   innych   pracowników   również,   i   była... 
zaintrygowana.   W   myślach   nigdy   nie   nazywała   go   inaczej   jak 
właśnie Harry. Nic więc dziwnego, że pod wpływem emocji się 
zagalopowała. – Przepraszam... 

– Nie ma sprawy. 
– Skoro tak, dlaczego mi to wytykasz?
Harry odwrócił się i z wyzywającym błyskiem w oczach spytał:
– Szukasz zaczepki?
Kim uniosła brwi zdziwiona jego tonem. 
– A ty? – Kolejny raz wbił w nią wzrok, jak gdyby chciał ją 

przywołać   do   porządku,   jednak   Kim   nie   dała   się   speszyć.   Nie 
spuściła oczu, przeciwnie, wpatrywała się w hipnotyzujący błękit, 
aż poczuła niespodziewaną falę podniecenia. 

Harry przesunął wzrok niżej, zatrzymał się na jej ustach, potem 

znowu   spojrzał   prosto   w   jej   źrenice.   Wyraz   jego   oczu   nią 
wstrząsnął. Dostrzegła w nich... Pożądanie? Nie, przecież prawie 
się nie znają. Przypomniawszy sobie, że znajdują się w miejscu 
publicznym, oświadczyła:

– Muszę pędzić. I jeszcze raz przepraszam za ten wypadek z 

kawą. 

background image

Zeszła na dół. W ciemnym zakamarku przystanęła, sprawdziła 

puls na przegubie. Żmudne szkolenie w służbach specjalnych nie 
przygotowało   jej   na   spotkanie   z   mężczyzną   takim   jak   Harry 
Buchanan. 

Westchnęła i spojrzała na zegarek. Siłą woli odegnała od siebie 

myśli   o   przystojnym   szefie   i   skupiła   całą   uwagę   na   bieżącym 
zadaniu.   Jesteś   tajną   agentką,   powtarzała   sobie,   i   masz   ważne 
zadanie do wykonania. 

– Kim? – W nadajniku odezwał się ten sam co przedtem głos. – 

Wszystko w porządku?

–   Tak.   Trzeba   się   zająć   pojemnikami   na   odpady   z   bloku 

operacyjnego.   Jak   tylko   ekipa   dochodzeniowa   skończy   pracę   i 
pielęgniarki posprzątają, musimy je przejąć. 

– Załatwione. 
Kim spojrzała na zaplamioną bluzkę. 
– Jadę teraz do domu się przebrać – zameldowała. – Potem 

spotykam się z Ivanem. 

– Dobrze. Przekażę Mossowi. 
– Rozłączam się. 
Wyjęła słuchawkę z ucha. Ponownie” spojrzała na zegarek i 

włączyła   telefon   komórkowy.   Piechotą   doszła   do   stacji   kolejki 
miejskiej.   Minęła   siódma   i   zachodzące   słońce   zabarwiło   letnie 
niebo na różowo i czerwono. 

W   drodze   do   domu   –   na   czas   pełnienia   misji   w   szpitalu 

szefowie wynajęli dla niej mieszkanie – starała się skupić na tym, 
co   jeszcze   ma   dziś   do   zrobienia,   lecz   myśli   jej   uporczywie 
wracały   do   Harry’ego   i   uczucia,   które   tak   niespodziewanie 
zobaczyła w jego zdumiewających błękitnych oczach. 

W domu zrzuciła z siebie oblane kawą ubranie i weszła pod 

prysznic.   Właśnie   kiedy   wycierała   włosy,   zadzwonił   telefon. 
Odsunęła klapkę komórki i nacisnęła przycisk. 

– Doktor Mason. 
–   Jak   leci,   Kimmy?   –   usłyszała   głos   najlepszej   przyjaciółki, 

Tamary Jones. 

– Nie najgorzej. A tobie jak minął dzień?

background image

– W porządku. Chciałam ci powiedzieć, że przydzielono mnie 

do ciebie. 

– Super! Jak tego dokonałaś?
–   Zwyczajnie.   Po   przeczytaniu   dossier   Buchanana   od   razu 

wiedziałam, że popadniesz w tarapaty i że potrzebna ci będzie 
życzliwa dusza, która będzie cię asekurować. 

– Co masz na myśli?
– Och, Kim, nie udawaj, że nie wiesz, o czym mówię. Facet jest 

bosko przystojny. Jak mogłabyś nie wpaść w jego ramiona, jeśli 
zechce   je   dla   ciebie   otworzyć?   Podczas   pełnienia   tej   misji 
potrzebny ci jest do pomocy ktoś, kto zjadł z tobą beczkę soli. 

Kim zastanawiała się, czy jej nie przejrzała. 
– Owszem, jest przystojny, ale nie w moim typie. 
– A kto jest w twoim typie? – spytała przyjaciółka łagodnym 

tonem. – Posłuchaj, przez ostatnie dwa lata odrzucałaś wszystkich 
facetów, jakich ci podsuwałam. 

– W sprawie mężczyzn mamy zupełnie różne gusta, Tam. Nie 

podobają mi się ci twoi pokryci tatuażami rockowcy z kolczykami 
wszędzie, gdzie tylko się da. 

–   Musisz   nauczyć   się   nie   zwracać   uwagi   na   wygląd,   a 

dostrzegać bogate wnętrze człowieka – obruszyła się Tammy. – 
Zresztą   nieważne.   Przeczucie   mi   mówi,   że   Harry   mógłby 
przywrócić uśmiech na twojej twarzy. 

– No tak, jeśli to on zamordował Japarlina, pęknę chyba ze 

śmiechu. 

– Kim... spróbuj!
–   Już   raz   próbowałam   i   pamiętasz,   czym   się   to   dla   mnie 

skończyło. Złamanym sercem. 

– Na miłość boską, Kim! Chris zmarł cztery lata temu! I to nie 

była twoja wina. Doskonale o tym wiesz. 

– Wiem, Tammy. Nieraz o tym rozmawiałyśmy. Przepraszam, 

ale się spieszę. O ósmej jestem umówiona z Ivanem w kostnicy. 

– Ale miejsce na randkę! – zażartowała Tammy. 
– Mam nadzieję, że żona Ivana mi wybaczy. Dostaliście moją 

wiadomość o odpadach?

background image

– Tak. Wszystkim się zajęłam. Niedługo je dostarczą. 
– Świetnie. To dopiero nazywa się zespołowa robota. Grunt to 

komunikacja. Nie rozumiem, dlaczego Moss nie chce, żebyśmy 
zawsze pracowały razem. Tworzymy znakomity tandem. 

– Powoli zaczyna to do niego docierać. Mam cię wspomagać w 

tej kostnicy?

– Nie trzeba. Idę tylko na rekonesans, a poza tym przecież Ivan 

tam będzie. 

–   Zadzwoń,   kiedy   skończycie.   Aha,   byłabym   zapomniała. 

Twoja mama dwa razy dziś dzwoniła na numer kontaktowy i... 

–   Wiem.   Aż   trzy   razy   nagrała   mi   się   na   pocztę   głosową   w 

komórce.   Właśnie   wyszłam   spod   prysznica   i   miałam   do   niej 
dzwonić, ale... – zerknęła na zegarek – ale muszę już pędzić do 
szpitala. Chcę rzucić okiem na ciało, a potem jeszcze zostaję na 
nocny dyżur. 

– Martwi się o ciebie – wtrąciła Tammy, poważniejąc. 
– Wiem. Chce, żebym się ustatkowała, założyła rodzinę. Mam 

zaledwie   trzydzieści   dwa   lata,   ale   według   niej   moje   jajniki   się 
starzeją i już nie produkują tyle jajeczek, ile powinny. 

– Zrozum ją, chce mieć wnuki. Wszyscy rodzice pragną tego 

samego dla swoich dzieci. A ty jesteś jedynaczką. 

Kim wychwyciła nutę rozbawienia w głosie Tammy. 
– To nie jest śmieszne – obruszyła się. 
– Coś ci się nie podoba? Sama chciałaś ze mną pracować. No, 

zadzwoń do niej. Uspokój ją, że wszystko jest w porządku. 

– Dobrze, już dobrze. Zrzędzisz prawie tak samo jak ona. No, 

muszę pędzić. Dzięki za telefon. Pa!

Kim włożyła czarne spodnie i czarny trykotowy podkoszulek 

bez   rękawów,   podmalowała   się   lekko,   do   plecaczka   wrzuciła 
identyfikator, pager, telefon komórkowy oraz klucze i wybiegła z 
mieszkania.   Na   ulicy   złapała   taksówkę   i   w   drodze   do   szpitala 
zadzwoniła do matki. Tak, u niej wszystko w porządku... Nie, z 
nikim   się   nie   spotyka...   Nie,   w   przyszły   weekend   nie   może 
przyjechać   na   kolację,   dopiero   w   następny...   Chyba   sama,   ale 
gdyby coś się zmieniło, da znać... 

background image

Kończąc rozmowę, Kim uśmiechnęła się do siebie. Cóż, miło 

jest być kochanym, lecz nie można żyć pod dyktando rodziców. 
Gdyby   się   dowiedzieli,   że   od   pięciu   lat   pracuje   w   służbach 
specjalnych, chyba dostaliby ataku serca. Matka i ojciec wiedzieli 
tylko, że ich córka służy w wojsku – to tłumaczyło, dlaczego tyle 
podróżuje   –   i   już   wystarczająco   się   denerwowali.   Nie   chciała 
dodawać im stresu. Nie lubiła kłamać, ale w tych okolicznościach, 
kierując się miłością, uznała, że tak będzie najlepiej. 

Jej pojawienie się w szpitalu nie wzbudziło zdziwienia, stażyści 

pracują przecież w najrozmaitszych porach dnia i nocy. Przeszła 
na   zaplecze,   gdzie   obok   kaplicy   znajdowała   się   kostnica. 
Głównego wejścia pilnował strażnik, lecz ona obeszła budynek od 
tyłu. Sprawdziła czas i lekko zapukała do drzwi, które natychmiast 
się otworzyły. Skinieniem głowy przywitała się z Ivanem. 

– Przyjrzałeś mu się? – zapytała. 
– Nie było czasu. Później, kiedy się tu uspokoi. 
– Dobra. Daj mi pięć minut. 
Ivan wysunął szufladę z ciałem zmarłego ministra i odszedł. 

Kim naciągnęła rękawiczki, zapaliła latarkę. 

Nie   bardzo   wiedziała,   czego   szuka,   lecz   uznała,   że   każda 

wskazówka sugerująca, co się właściwie stało, byłaby cenna. 

W   skupieniu   analizowała   w   myślach   przebieg   operacji.   Nie 

potrafiła   przypomnieć   sobie   niczego,   co   odbiegałoby   od 
rutynowych   działań.   Pochłonięta   oględzinami,   nie   zapominała 
jednak,   że   Ivan   za   pięć   minut   wróci.   Nagle   usłyszała   za   sobą 
kroki. 

– Już? Twój zegarek chyba się spieszy – szepnęła. 
– Doprawdy? – odezwał się głęboki głos, który natychmiast 

rozpoznała,   i   ciarki   przeszły   jej   po   plecach.   –   Proszę   mi 
wytłumaczyć, doktor Mason, co taka miła osoba jak pani porabia 
w takim miejscu?

background image

ROZDZIAŁ DRUGI

W   ułamku   sekundy   przez   głowę   Kim   przemknęły   dziesiątki 

myśli.   Wpatrując   się   w   Harry’ego,   zauważyła,   że   on   też   się 
przebrał. Teraz ubrany był bardziej sportowo. 

Granatowa   koszulka   polo   podkreślała   błękit   jego   oczu,   a 

obcisłe dżinsy nadawały mu młodzieńczy wygląd. Zmusiła się do 
odwrócenia wzroku. Co  on tutaj  robi?!  Przypomniała  sobie, że 
Harry   pierwszy   zadał   jej   to   pytanie   i   postanowiła,   że   najlepiej 
obrócić całą sprawę w żart. Nonszalancko wzruszyła ramionami, 
jak   gdyby   chciała   pokazać,   że   jego   nadejście   wcale   jej   nie 
przestraszyło. 

– No wiesz... – zaczęła i znowu pochyliła się nad ciałem – 

dziewczynie w moim wieku trudno jest poznać kogoś miłego... 

Harry nie był tym ubawiony. 
– Ile masz lat?
– Trzydzieści dwa. 
– Naprawdę? Wyglądasz na osiemnaście. 
– Potraktuję to jako komplement. A ty ile masz lat?
– Trzydzieści osiem. Skoro zakończyliśmy temat wieku, może 

odpowiesz na moje pytanie: co tu robisz?

–   Jak   ci   się   wydaje?   –   Skierowała   światło   latarki   na   rękę 

zmarłego,   w   której   wciąż   tkwiła   kaniula   od   kroplówki.   W 
przypadku śmierci na stole operacyjnym wszystkie przewody są 
przecinane i usuwane dopiero podczas sekcji zwłok. Przechodząc 
na drugą stronę szuflady, spytała: – A ty? Po co ty tu przyszedłeś? 
Harry zbliżył się do zwłok. 

– Nie wydaje mi się, żeby zmarł na atak serca. 
– Mnie też nie. 
– Rano nie zdradziłaś się z wątpliwościami. Kim nie spieszyła 

się z odpowiedzią. Oświetliła ranę na brzuchu zmarłego, której już 
nie zdążyli zszyć. 

–   Nasza   rozmowa   w   drzwiach   sali   operacyjnej   dała   mi   do 

myślenia. Przyszłam, żeby się wszystkiemu przyjrzeć. 

background image

– I ot tak, po prostu tu weszłaś?
Kim nie uznała za stosowne się tłumaczyć. 
–  A   ty   wiesz,  co   chciałeś  sprawdzić?   –   zapytała.  Potrząsnął 

głową. 

–   Nie.   Ciągle   analizuję   przebieg   operacji.   Czy   niechcący 

przeciąłem jakąś arterię? Czy zostawiłem coś w ranie?

– Nic z tych rzeczy. Zresztą sam zobacz – rzekła, podała mu 

latarkę   i   odsunęła   się.   Harry   naciągnął   lateksowe   rękawiczki   i 
pochylił się nad ciałem. – I co? – Kiedy milczał, ponagliła go: – 
Znalazłeś coś?

– Jesteś zdenerwowana – stwierdził. 
– Może to ty tak na mnie działasz? – odpowiedziała zaczepnym 

tonem. 

– Nie sądzę. Nie wyglądasz na osobę, która się mnie boi. 
– A powinnam?
– Chyba nie, ale większość stażystów sprawia wrażenie, jak 

gdyby się mnie bała. 

– Czyżbym była inna?
– Uhm. Cechuje cię pewność siebie rzadko spotykana u kogoś, 

kto dopiero zaczyna karierę w naszym zawodzie. 

– Jestem trochę starsza niż większość stażystów. 
– Zgadza się. Dlaczego?
Kim   wzruszyła   ramionami,   gwałtownie   szukając   w   myśli 

sensownej odpowiedzi, która wybawiłaby ją z opresji. 

– Nie każdy podejmuje studia zaraz po maturze. 
–   No   tak.   A   więc   skoro   to   nie   ja   cię   peszę,   to   znaczy,   że 

okoliczności śmierci tego polityka tak cię wytrąciły z równowagi. 

Kim westchnęła. 
– Naprawdę nie wiem, ale mam jakieś przeczucie... To tylko 

intuicja – dodała pospiesznie. 

Harry pokiwał głową i rzekł:
– Coś tu się nie zgadza. – Wyłączył latarkę, zasunął szufladę ze 

zwłokami. – Chodźmy stąd. 

Mijając   Ivana   zajętego   zmywaniem   posadzki,   Kim   ledwo 

zauważalnie   dała   mu   znak   głową.   Strażnik   pilnujący   głównego 

background image

wejścia nie zwrócił na nich uwagi. 

W milczeniu doszli na oddział chirurgii ogólnej. W gabinecie 

Harry   wskazał   Kim   krzesło,   a   sam   pewnym   krokiem   obszedł 
biurko i zajął miejsce naprzeciw niej. 

– Dlaczego uważasz, że Japarlin nie zmarł na atak serca? – Kim 

uprzedziła jego pytanie. 

– Bo to był zdrowy mężczyzna w dobrej kondycji fizycznej. 
– Miał sześćdziesiąt kilka lat. W tym wieku ryzyko zawału... 
– Wiek nie odgrywa większej roli – przerwał jej. 
–   Nie   palił,   prawie   nie   pił.   Nie   był   obciążony   genetycznie. 

Odżywiał się racjonalnie, uprawiał sporty. 

– No tak... 
– A co ty o tym wszystkim sądzisz?
– Śmierć na stole operacyjnym z przyczyn naturalnych wydaje 

się...   –   szukała   właściwego   „słowa   –   nazbyt   wygodnym 
rozwiązaniem,   skoro,   jak   zauważyłeś,   Japarlin   był   w   dobrej 
kondycji   fizycznej.   –   Zaczęła   chodzić   po   pokoju.   –   W   kraju 
oskarżano go o zbrodnie przeciwko narodowi – dodała. 

– Nie ma na to dowodów – zauważył Harry. 
– Nigdy nie ma. Większość polityków pilnie zaciera ślady – 

odparła tonem rzeczowym i bezstronnym. – A każdy, kto zacznie 
wyciągać brudy na wierzch, jest uciszany. Zanim Japarlin został 
ministrem spraw zagranicznych, piastował wysokie stanowisko w 
wojsku   i   dowodził   oddziałami,   które   „przypadkowo” 
wymordowały   wszystkich   mieszkańców   wysepki   Barhana. 
Dokonano po prostu czystki etnicznej, a takich rzeczy ludzie nie 
zapominają. Japarlin miał wielu wrogów. 

– Mówisz, jak gdybyś sympatyzowała z Tarpareńczykami. 
–   A   ty?   –   Kim   przez   chwilę   przyglądała   się   Harry’emu 

uważnie, w końcu spytała: – Jeździsz do Tarparnii regularnie, raz 
albo dwa fazy do roku, tak? Dlaczego nie operowałeś go tam, na 
miejscu?

Harry zmrużył oczy. 
– Dużo wiesz o tym, co robię. 
– To żadna tajemnica. Wszyscy w szpitalu wiedzą o twoich 

background image

wyjazdach. 

– Muszę przyznać, że w ciągu zaledwie tygodnia zebrałaś sporo 

informacji na mój temat. 

–   Nie   tylko   na   twój,   chociaż   jeśli   chodzi   o   plotki,   jesteś   w 

ścisłej   czołówce.   Jak   chcesz,   mogę   ci   powtórzyć,   co   o   tobie 
mówią. Może dowiesz się czegoś nowego?

– Dzięki – uciął cierpko. – A wracając do twojego pytania... 

Dlaczego   nie   operowałem   go   tam?   To   była   jego   decyzja. 
Wiedział,   że   przyjedzie   do   Australii   na   spotkanie   na   szczycie, 
jakie ma się odbyć za trzy tygodnie, i postanowił skorzystać z 
okazji i połączyć wizytę z leczeniem. Moje wyjazdy do Tarparnii 
służą tym, których nie stać na kosztowne podróże. 

– Bardzo to szlachetne z twojej strony. 
– Daruj sobie te komentarze, Kimberlie. Uważam, że każdy, 

bez względu na status społeczny i dochód, powinien mieć dostęp 
do opieki medycznej. Zresztą jeżdżę nie tylko do Tarparnii, ale 
również do Papui-Nowej Gwinei, Tajlandii... 

– Kiedy ostatni raz tam byłeś?
– Co to? Śledztwo?
–   Nie,   po   prostu   zwykłe   pytanie   –   odparła   Kim.   Uważaj, 

pomyślała, bo cię zdemaskuje. 

–   To   ja   powinienem   zadawać   ci   pytania.   –   Harry   powoli 

obszedł   biurko.   –   Co   robiłaś   w   kostnicy?   Jak   ci   się   udało 
przekonać   strażnika,   żeby   cię   wpuścił?   –   Stanął   przed   nią, 
skrzyżował ręce na piersi  i zmrużył oczy. –  I jak  ci  się udało 
wkręcić do zespołu operującego Japarlina?

– Nie za dużo pytań naraz?
Kim   nie   miała   zamiaru   do   niczego   się   przyznawać   ani 

ujawniać,   jak   mechanicy   ze   służb   specjalnych   unieruchomili 
samochód żony doktora Edingtona po to, by musiał poprosić ją o 
zastępstwo. 

–  Zabiłaś  go?  –  Kim  spojrzała  na  Harry’ego  zdumiona.  Nie 

żartował, mówił poważnie. – Po co poszłaś do kostnicy? Chciałaś 
pozacierać ślady?

– O to samo mogłabym zapytać ciebie – odcięła się ostro. – Ale 

background image

dla   pełnej   jasności   wyjaśnię:   nie   zabiłam   go.   Chciałabym   się 
jednak dowiedzieć, kto to zrobił. 

– Czyli jest nas dwoje. 
– Zabiłeś go?
–   Wszyscy   patrzyli   mi   na   ręce.   Byłem   szefem   zespołu 

chirurgów. Gdybym zrobił coś nie tak, każdy by widział. 

–   Odpowiedz   mi.   Zabiłeś   go?   Tak   czy   nie?   Harry   milczał 

chwilę, potem spojrzał jej prosto w oczy i odrzekł:

– Nie. 
Odetchnęła z ulgą. Nawet nie zdawała sobie sprawy z tego, że 

czekając na odpowiedź, wstrzymywała oddech. 

–   Cieszę   się,   że   usłyszałam   to   z   twoich   ust.   Harry   nadal 

figurował na jej liście podejrzanych, lecz jego wyjaśnienia miały 
sens.   Gdyby   uczynił   jeden   fałszywy   ruch,   cała   asysta   by   to 
spostrzegła.   Chyba   że   nie   działał   sam...   Odnotowała   to 
spostrzeżenie w pamięci. 

–   Jest   jeszcze   coś   –   ciągnął   Harry   –   co   wzmaga   moje 

podejrzenia. Z bloku operacyjnego zniknęły wszystkie pojemniki 
z odpadami. 

– Niesłychane. Co mogło się z nimi stać?
Kim starała się jak najbardziej wiarygodnie odegrać zdziwienie. 
– Nie mam pojęcia. – Przez chwilę przyglądał jej się badawczo. 

–   Ale   wszystko   to   dowodzi,   że   śmierć   Japarlina   nie   była 
wybrykiem natury. 

– Mógł złapać infekcję szpitalną. 
– Nie zdążył. Przyjęliśmy go dziś rano. Zbadałem go bardzo 

dokładnie, zanim John McPhee zrobił z nim wywiad. Był zdrowy. 

– Niemniej – odezwała się Kim, jak gdyby myślała na głos – 

obojętnie jakie środki ostrożności zastosuje szpital, żeby zapobiec 
infekcji,   „wybryki   natury”,   używając   twojego   określenia,   się 
zdarzają. 

– W kostnicy i ty, i ja obejrzeliśmy go sobie dokładnie – odparł 

Harry   poirytowanym   tonem.   –   Nie   zauważyliśmy   niczego 
niezwykłego. 

–   Na   zewnątrz   –   wtrąciła   Kim,   zdziwiona   jego   nerwową 

background image

reakcją. – Dlaczego jest to dla ciebie aż takie ważne?

Harry przeczesał palcami włosy. 
– Bo w tym wszystkim jest coś... zagadkowego. To nie był 

wybryk natury, to nie był atak serca... 

– Pozostaje tylko jedno: morderstwo. Harry kiwnął głową. 
W milczeniu zastanawiali się nad grozą sytuacji. Kim wróciła 

na swoje krzesło przed biurkiem i zapatrzyła się w jeden punkt. 
Nie mogła wprost uwierzyć, że Harry jest gotów na własną rękę 
szukać winnego. Przestraszyła się. Przecież on nie ma pojęcia, w 
co się pakuje! Czuła się w obowiązku przestrzec go, by się miał na 
baczności, chociaż wiedziała, że później będzie się musiała gęsto 
tłumaczyć   przed   Tammy,   a   nawet   przed   samym   Mossem. 
Westchnęła ciężko. 

– Dobrze się czujesz, Kimberlie? – spytał łagodnym tonem, a 

gdy   przeniosła   na   niego   wzrok,   w   jego   oczach   dostrzegła 
autentyczną troskę. – Wiem, że to zabrzmi cynicznie, ale takie 
rzeczy się zdarzają. 

Kim   przygryzła   wargę,   by   się   nie   uśmiechnąć.   Miło   z   jego 

strony, że się o mnie troszczy, pomyślała. Najwyraźniej sądził, że 
przestraszyłam się wniosku, do jakiego wspólnie doszliśmy. Już 
miała coś odpowiedzieć, gdy zabrzmiał ostry dźwięk jej pagera. 
Sekundę później odezwał się pager Harry’ego. 

– Oddział ratunkowy? – spytała. 
– Uhm – potwierdził. – Wygląda na to, że na dziś jeszcze nie 

skończyliśmy z emocjami. 

– Karambol na szosie – poinformował ich lekarz dyżurny w 

izbie   przyjęć.   Przywieziono   już   dwie   ofiary...   –   Urwał, 
nasłuchując odległego sygnału karetki. – Jadą następne. 

–   Idziemy   –   zakomenderował   Harry.   Nałożył   biały   fartuch 

lekarski i sięgnął po lateksowe rękawiczki. Kim poszła za jego 
przykładem.   Rannym   w   wypadku   był   osiemnastoletni   chłopak, 
Tony   Donnelly,   którego   należało   natychmiast   operować.   – 
Zobaczymy, jak szybko robi pani postępy, doktor Mason – rzekł. 

– Przy takim mistrzu błyskawicznie – zapewniła go. Dręczyły 

ją wyrzuty sumienia, że co do swoich kwalifikacji oszukuje nie 

background image

tylko szpital, ale i Harry’ego osobiście, lecz Moss uznał, że tak 
będzie najlepiej. Jako stażystka miała więcej okazji do kontaktów 
z   niższym   personelem   medycznym   i   mogła   być   bardziej 
obiektywna w ocenie wydarzeń. W chwili takiej jak ta trapiły ją 
jednak wątpliwości, czy zamiast tylko asystować Harry’emu nie 
powinna   zrezygnować   z   kamuflażu   i   zacząć   ratować   ludzkie 
życie. Z drugiej strony w szpitalu nie brakowało lekarzy i na razie 
jej aktywna pomoc nie była konieczna. 

Przystępując   do  operacji,  Harry   zdjął  tymczasowy   opatrunek 

uciskowy i wyjaśnił, co będzie robił. 

– Tomografia wykazała pęknięcie pęcherza moczowego, jelita 

cienkiego i, o tutaj, uszkodzenie wątroby. 

Zabieg   przebiegał   prawidłowo,   a   Kim   od   czasu   do   czasu 

zadawała jakieś pytanie, żeby wiarygodnie wypaść w swojej roli. 
Podziwiała   pewność   i   precyzję   ruchów   Harry’ego.   Zasłużenie 
uważano go za jednego z najlepszych chirurgów w kraju. 

Gdy przebywali w sali operacyjnej, zawiadomiono  ich przez 

pager, że są dwie następne ofiary wypadku – jedna nie żyła już w 
chwili przybycia, drugą natomiast zajął się doktor Edington, który 
prosił   Harry’ego   o   konsultację,   kiedy   tylko   będzie   wolny.   Po 
skończonej   operacji   Harry   przebrał   się   i   poszedł   pomóc 
młodszemu koledze. 

–   Sprawdź,   co   nowego   w   izbie   przyjęć   i   jeśli   nie   będziesz 

potrzebna, dołącz do nas – polecił Kimberlie. Posłusznie udała się 
na oddział ratunkowy, gdzie sytuacja była już opanowana. – Oto i 
ona – powitał ją Harry, kiedy zjawiła się w sali operacyjnej. – 
Pacjent ma pękniętą śledzionę, której niestety nie da się uratować, 
więc doktor Edington przystępuje do jej usunięcia. Robiłaś już 
kiedyś tego rodzaju zabieg?

–   Mam   mu   asystować?   –   Kim   specjalnie   zrobiła   unik   i   nie 

odpowiedziała na pytanie. 

–   A   jak   ci   się   wydaje?   –   Harry   cofnął   się,   robiąc   dla   niej 

miejsce przy stole operacyjnym. 

Cały czas czuła na sobie jego wzrok i chociaż działało jej to na 

nerwy, pracowała w skupieniu. Doktor Edington operował powoli, 

background image

ostrożnie, zupełnie inaczej niż Harry. Zdecydowanie wolała styl 
szefa... i to nie tylko jeśli chodzi o posługiwanie się skalpelem. 

–   Świetna   robota   –   pochwalił   Harry,   gdy   skończyli.   – 

Zadzwonił na oddział ratunkowy, a kiedy dowiedział się, że na 
razie   panuje   tam   spokój,   poszli   sprawdzić,   jak   się   czuje   Tony. 
Przekonawszy   się,   że   jego   stan   nie   budzi   obaw,   zarządził:   – 
Możemy się przebrać. 

Kim   czuła   się   śmiertelnie   zmęczona,   ale   i   szczęśliwa. 

Wiedziała, że Tammy  czeka na szczegółowy raport. Ubrała się 
szybko,   zarzuciła   na   ramię   plecaczek,   z   zamachem   otworzyła 
drzwi i... zderzyła się z Harrym. 

– To już wchodzi pani w zwyczaj, doktor Mason. Przynajmniej 

tym razem nie trzyma pani filiżanki z kawą – skomentował.  – 
Zabierajmy się stąd szybko, zanim coś następnego się wydarzy – 
dodał. 

–   Czy   szefowi   wypada   mówić   takie   rzeczy?   –   Spojrzała   na 

niego   przekornie.   –   Demoralizuje   pan   personel,   doktorze 
Buchanan. 

Harry ujął jej rękę poniżej łokcia i lekko popchnął w stronę 

wyjścia. 

– Odprowadzę cię do samochodu. 
Kim   wzdrygnęła   się   i   odsunęła,   ale   nie   z   obawy,   że   ktoś 

mógłby   ich   zobaczyć,   lecz   dlatego,   że   dotyk   Harry’ego 
przyprawiał   ją   o   przyspieszone   bicie   serca.   To   wcale   nie   jest 
zabawne, pomyślała. 

– Dziękuję. Nie trzeba. 
–   Odprowadzę   cię   do   samochodu   –   powtórzył   z   lekkim 

naciskiem. 

A   jednak   wciąż   zdarzają   się   prawdziwi   dżentelmeni   na   tym 

świecie. 

– Nie mam samochodu – oznajmiła. – Wezmę taksówkę. Przed 

głównym wejściem zawsze stoi przynajmniej jedna albo dwie. 

– O tej porze? Nie sądzę. 
Kim z lubością wciągnęła świeże ranne powietrze. 
– Mmm... Nareszcie odrobina chłodu. 

background image

– Nie lubisz lata?
–   Lubię,   ale   lubię   też   taką   bryzę,   a   po   nocnym   dyżurze   w 

operacyjnej muszę ochłonąć. 

Harry przyglądał się jej uważnie. Miała zachwycającą szyję. Aż 

go kusiło, by przytulić do niej twarz i zacząć całować jej kark. 
Zacisnął   pięści,   aby   się   opanować.   Zdjęła   z   głowy   opaskę   i 
potrząsnęła   włosami.   Nie   ulega   wątpliwości,   że   zielonooka 
Kimberlie jest piękną kobietą. 

– Na pewno masz trzydzieści dwa lata?
– Na pewno. 
– Wyglądasz tak młodo, tak bezradnie, tak bezbronnie... 
Nie mogła powstrzymać śmiechu. Gdyby znał prawdę!
– Nie śmieję się z ciebie – zapewniła go pospiesznie, widząc, 

że poczuł się urażony, i położyła mu dłoń na ramieniu. – Miło, że 
tak o mnie myślisz, ale to całkiem błędne wrażenie. No, może 
czasami jestem bezradna, ale zazwyczaj świetnie daję sobie radę. 
– Harry spojrzał na jej dłoń. – Przepraszam – wybąkała i szybko 
cofnęła rękę. 

–   Nie   ma   za   co.   –   Zerknął   w   stronę   głównego   wejścia.   – 

Żadnych taksówek. 

– Zaraz jakaś nadjedzie. 
– Nie mogę pozwolić, żebyś bladym świtem wystawała przed 

szpitalem. Chodź, odwiozę cię. – Ponownie dotknął jej łokcia i 
rzeki: – Tędy... 

– Ale ja mieszkam w przeciwnym kierunku... 
– Skąd wiesz?
Kim zagryzła wargi. Jak mogła być tak nieostrożna! To jego 

wina. Jego dotyk budzi w niej tęsknotę, rozpraszają. Tymczasem 
dotarli do samochodu. Harry wyjął kluczyki i otworzył drzwi od 
strony pasażera. 

–  Dziękuję  –   rzekła.   –  Po   prostu  wydawało  mi   się,   że  jako 

stażystka mieszkam w tańszej dzielnicy niż ty. Wszystkie modne i 
eleganckie domy znajdują się po drugiej stronie miasta. 

– To bardzo dziwne stwierdzenie. 
– Mylę się? – spytała Kim. 

background image

Doskonale wiedziała, gdzie Harry mieszka. 
– Eee, nie. – Wsiedli i zapięli pasy. – Ziemia jest okrągła, a 

poza tym będzie szybciej, jeśli cię odwiozę. Bóg wie jak długo 
czekalibyśmy na taksówkę. 

– Dzięki. 
Podała   Harry’emu   wskazówki,   którędy   jechać.   Po   drodze 

rozmawiali   trochę   o   szpitalu   i   zakończonej   właśnie   operacji, 
starając się wybierać tematy neutralne. Kiedy dotarli na miejsce, 
Harry odwrócił się w jej stronę. 

– Wracając do śmierci Japarlina... 
– Tak?
– Wszystko, co wcześniej mówiliśmy, pozostanie oczywiście 

między nami, jasne?

Kim kiwnęła potakująco głową. 
– Zachowam to dla siebie. 
Zdam co prawda dokładną relację Tammy, ale i tak będzie to 

ściśle tajne, dorzuciła w myśli. 

– Dobrze, bo nie wiemy, w co możemy się wplątać. Ani ty, ani 

ja   nie   chcemy   zostać   uwikłani   w   jakieś   wewnętrzne   problemy 
rządu Tarparnii. 

– Racja. 
– I chociaż sprawa jest intrygująca, obiecaj, że jeśli sytuacja 

stanie się niebezpieczna, wycofasz się i zapomnisz o wszystkim. 

– Wiesz – odparła Kim – zaczynasz mnie martwić. Był uroczy, 

kiedy przybierał ten opiekuńczy ton. 

– Obiecaj mi, Kim – nalegał. 
– Tylko pod warunkiem, że ty obiecasz to samo. Harry kiwnął 

głową.   W   milczeniu   popatrzyli   sobie   w   oczy.   Woń   wody   po 
goleniu,   która   stała   się   teraz   jego   znakiem   rozpoznawczym, 
drażniła jej zmysły. Bezwiednie wstrzymała oddech, lecz szybko 
się opanowała. No już! Wysiadaj! Natychmiast, nakazała sobie. 

–   Dziękuję   za   podwiezienie   –   wybąkała,   otworzyła   drzwi   i 

sięgnęła po plecaczek. 

– Do zobaczenia. Niebawem. 
– Do zobaczenia. Uważaj na siebie. 

background image

– Będę. Dobranoc, Kimberlie. Wyprostowała się i pomachała 

mu ręką. Ruszając, Harry obserwował ją w lusterku wstecznym, 
dopóki   nie   odwróciła   się   i   nie   zniknęła   wewnątrz   budynku. 
Dojechał do skrzyżowania na końcu ulicy, przystanął i na moment 
zamknął oczy. Fascynująca kobieta. Nie mógł się jej oprzeć. Z 
trudem się powstrzymywał, by nie wziąć jej w ramiona. 

Otworzył oczy, wrzucił bieg i skręcił w ulicę prowadzącą w 

stronę   Harbour   Bridge.   Kimberlie   jest   stażystką,   młodszą 
koleżanką,   tłumaczył   sobie.   W   przeszłości   zdarzało   mu   się 
umawiać z lekarkami i nigdy nic dobrego z tego nie wynikło. Czy 
mimo to warto spróbować jeszcze raz? Zaryzykować, że znowu 
się   sparzy?   Doszedł   do   wniosku,   że   nie   ryzykując,   też   może 
popełnić błąd. A jeśli Kimberlie Mason jest kobietą jego życia?

background image

ROZDZIAŁ TRZECI

– Pst! Panie doktorze... Pst!
Dochodziła   siódma.   Harry   wracał   właśnie   z   porannego 

joggingu. Przystanął i rozejrzał się. Drzwi mieszkania sąsiadki, 
pani Pressman, były lekko uchylone. 

– Dzień dobry – odezwał się przyciszonym głosem. – Jak noga?
– Już lepiej – starsza pani odpowiedziała również szeptem. – 

Dzisiaj przyjdzie pielęgniarka, więc robię ćwiczenia. 

– Ale musi pani dużo wypoczywać. Wrzodów na nogach nie 

wolno lekceważyć – przestrzegł. 

– Wiem, wiem. – Machnęła ręką, jak gdyby nie to było teraz 

ważne. – Niech pan słucha, ktoś u pana jest. 

Po   wydarzeniach   wczorajszego   dnia   w   Harrym   natychmiast 

obudziła się czujność. 

– Jest pani pewna?
– Widziałam, jak wchodziła. 
Słysząc, że mowa o kobiecie, Harry uspokoił się trochę. 
– Rozpoznała ją pani?
– Wydaje mi się, że to ta niesympatyczna osoba, z którą się pan 

spotykał w zeszłym roku. Rozum musiał pana wtedy opuścić – 
dodała odrobinę ciszej. Pani Pressman traktowała Harry’ego jak 
syna. – Zmieniła fryzurę, ale słyszałam, jak mówi do Clarry’ego, 
wie pan, tego nowego portiera, że jest pańską narzeczoną. 

– Dziękuję, że mnie pani uprzedziła. A teraz proszę się położyć 

i oszczędzać nogę. 

– Dobrze, panie doktorze. 
Harry zawsze mógł polegać na czujności sąsiadki. Nic, co się 

działo na ich piętrze, a nawet w całej kamienicy, nie umknęło jej 
uwadze. Podszedł do swoich drzwi. Nie były zamknięte. 

–   Wróciłem!   –   zawołał,   wchodząc.   Zasłony   były   odsunięte, 

słońce zalewało całe wnętrze. – Nie chowaj się, Elaine! Wiem, że 
tu jesteś. 

Sekundę później Elaine Parkinson, ubrana i uczesana jak do 

background image

pracy, wyłoniła się z kuchni. 

– Idziesz do szpitala?
– Włączyłam czajnik. – Elaine zignorowała pytanie. – Napijesz 

się kawy?

–   Wtargnęłaś   tu   pod   moją   nieobecność.   Mogę   kazać   cię 

aresztować. 

–  Nie   zrobisz   tego   –  odparła   słodkim  głosikiem.   –   Jestem... 

dobrą przyjaciółką – dodała, kładąc nacisk na ostatnie słowo. – 
Zdziwiło mnie, że nie zmieniłeś kodu w alarmie, ale doszłam do 
wniosku, że może spodziewałeś się mojej wizyty i dlatego... 

– Nie sądziłem, że posuniesz się do tego, żeby tu wejść, kiedy 

mnie nie będzie. Zrozum, między nami wszystko skończone. 

– To ta wścibska sąsiadka ci o mnie powiedziała, tak?
Harry   nie   zareagował.   Chwilę   przyglądał   się   Elaine   w 

milczeniu, potem spytał bez ogródek:

– Czego właściwie chcesz?
– Jesteś takim atrakcyjnym mężczyzną, Harry. Szkoda, że nie 

potrafiliśmy pokonać dzielących nas różnic. 

– Zapominasz, że ja wierzę w uczciwe związki. Elaine zbyła tę 

uwagę machnięciem ręki. 

– Straszny z ciebie tradycjonalista, mój drogi. Szkoda, że wciąż 

nie możesz zapomnieć, jak potraktowała cię kochana żoneczka. 
Przez wieki mężczyźni korzystali z... nazwijmy to, rozmaitości, 
jeśli   idzie   o   partnerki,   więc   dlaczego   teraz   kobiety   nie   mogą 
postępować podobnie? – Harry spojrzał na nią z nieskrywanym 
obrzydzeniem. – Zachowujmy się jak dorośli. – Elaine przybrała 
uwodzicielski ton. – Pragnę cię, a ty... pragniesz mnie. 

Wyciągnęła   rękę   i   starannie   wymanikiurowanym   palcem 

pogładziła   go   po   policzku.   Harry   chwycił   ją   za   przegub   i 
zdecydowanym ruchem odsunął jej rękę od twarzy. 

– I tu się mylisz. Nie pragnę cię, Elaine, a jeśli chcesz wiedzieć, 

już mnie wcale, ale to wcale nie pociągasz. – Nie puszczając jej 
dłoni, podszedł do drzwi, otworzył je i rozkazał: – Wyjdź!

Kiedy znalazła się za progiem, zamknął drzwi na zamek. Potem 

poszedł do kuchni i nalał sobie szklankę soku pomarańczowego. 

background image

Elaine   myli   się,   myślał,   otrząsnąłem   się   po   nieudanym 
małżeństwie. Przecież minęło od tamtej pory dziesięć lat! Już nie 
odczuwał bólu, lecz uraz pozostał. Jeśli rodziły się w nim jakieś 
podejrzenia, nie lekceważył ich, dociekał prawdy. Tak też postąpił 
z Elaine. Zapytana wprost, przyznała, że spotyka się z innymi. 

Jaka jest Kimberlie Mason? Po raz pierwszy uczestniczyła w 

operacji i pacjent zmarł. Harry nadał nie wiedział, co mogło być 
przyczyną   zgonu,   ale   wizyta   w   kostnicy   i   dokładne   oględziny 
zwłok   utwierdziły   go   w   przekonaniu,   że   nie   popełnił   żadnego 
błędu. 

Co ona tam robiła? Westchnął ciężko. Kiedy podpisywał się w 

księdze przyjść, strażnik zapewnił go, że w kostnicy już nie ma 
nikogo, z wyjątkiem sprzątacza, który się guzdrze z robotą. Więc 
którędy się tam dostała? Czego szukała? I co się stało z odpadami 
z sali operacyjnej? Może Kim coś wie na ich temat? Nie, nie, to 
wszystko nie trzyma się kupy, zirytował się. 

Przyszło   mu   do   głowy,  że   mógłby   ją   po   prostu   o   wszystko 

zapytać.   Tylko   czy   to   jego   sprawa?   Gdyby   coś   ich   łączyło   i 
zaczęły się dziać różne dziwne rzeczy, pytanie i domaganie się 
wyjaśnień byłoby usprawiedliwione. Ale ich nic nie łączy. Kim 
mu   się   podoba,   ale   sprawa   śmierci   ministra   rzuca   cień   na   jej 
osobę. 

Milion pytań rodziło się w jego głowie. Wszystkie dotyczyły 

Kimberlie i wszystkie pozostawały bez odpowiedzi. Postanowił 
nie   spuszczać   z   niej   oka.   Ze   zdziwieniem   stwierdził,   że   ta 
perspektywa nie jest aż taka całkiem niemiła. 

– To jakiś obłęd – powiedziała Kim na głos. 
Siedziała   po   turecku   na   podłodze   otoczona   dokumentami, 

usiłując   coś   zrozumieć.   W   końcu   wstała,   rozprostowała 
ścierpnięte   nogi,   pokuśtykała   do   kuchni,   nalała   sobie   zimnego 
soku,   wróciła   do   salonu   i   teraz   z   góry   popatrzyła   na   teczki 
zawierające dossier poszczególnych osób należących do personelu 
szpitala, które otrzymała od swoich szefów. Sporo pracowników 
pochodziło   z   Tarparnii,   inni,   jak   Harry,   utrzymywali   takie   czy 

background image

inne kontakty z tym krajem. Włączyła telewizor. Wiadomość o 
śmierci   ministra   znalazła   się   w   wieczornych   dziennikach. 
Podawano w nich, że zgon nastąpił z przyczyn naturalnych, ale że 
wszczęto w tej sprawie dochodzenie. Natychmiast skontaktowała 
się   z   Ivanem,   który   poinformował   ją,   że   sekcja   zwłok   została 
wyznaczona   na   poniedziałek   rano.   Ponownie   spojrzała   na 
dołączone   do   akt   zdjęcie   Harry’ego   i   potrząsając   głową   z 
niezadowoleniem, upomniała się:

– Uważaj, Kimmy. Zbytnio się angażujesz. Otrzymałaś zadanie 

do wykonania, musisz działać profesjonalnie, zachować dystans. 
Nie daj przystojnemu doktorowi Buchananowi zawrócić sobie w 
głowie. 

Zdecydowanym ruchem zamknęła teczkę Harry’ego, wsunęła 

ją pod inne i skupiła uwagę na następnej osobie. 

Ni Kartu. Instrumentariusz. Rodowity Tarpareńczyk. Zdążyła 

zauważyć, że bardzo interesuje się wydarzeniami w ojczyźnie. Ale 
czy zdolny byłby posunąć się aż do morderstwa?

John McPhee. Anestezjolog. Od blisko dziesięciu lat żonaty z 

Nowozelandką. Bezdzietny. Bardzo dobrze sytuowany. Kim nie 
miała   okazji   z   nim   rozmawiać,   ponieważ   nie   zniżał   się   do 
kontaktów ze stażystami, lecz wpatrując się w jego zdjęcie, miała 
wrażenie, że w jego oczach dostrzega niepokój i brak pewności 
siebie. 

Kiedy   rozległo   się   pukanie   do   drzwi,   Kim   aż   podskoczyła, 

oblewając   się   sokiem.   Wstała,   dłonią   wytarła   mokry   przód 
koszulki, i podeszła do drzwi. Przez judasza zobaczyła, że późnym 
gościem jest Tammy. 

– Przestraszyłam cię? – spytała przyjaciółka. 
–   Trochę.   Kiedy   się   nad   czymś   mocno   zastanawiam, 

zapominam o bożym świecie i wszystko może mnie przestraszyć. 

– Tylko nie pochwal się tym Mossowi – przestrzegła Tammy i 

wręczyła   Kim   torebkę   z   cukierni.   –   Twoje   ulubione   babeczki 
czekoladowe. 

–   Dzięki.   Jesteś   nieoceniona   –   rzekła   Kim.   –   Dobrze,   że 

przyszłaś. Poczęstuj się  sokiem  i pomóż   mi  zorientować  się w 

background image

tym, co tak naprawdę dzieje się w szpitalu. 

Czekając, aż Tammy wróci z kuchni, Kim usiadła na kanapie. 

Spod stosu teczek wyciągnęła dossier Harry’ego i znowu zaczęła 
przyglądać się jego zdjęciu. Ma hipnotyzujące oczy, pomyślała. 
Jest w nich jakaś tajemnicza głębia. Tak, ten mężczyzna coraz 
bardziej ją intrygował. Przypomniała sobie falę pożądania, jaka ją 
ogarnęła, kiedy dotknął jej ręki... 

– Twoja babeczka. – Kim drgnęła nerwowo i wytrąciła talerzyk 

z ręki Tammy. Fotografia Harry’ego upadła na podłogę. – Facet 
niczego sobie – zażartowała przyjaciółka, schylając się po nią. – 
Widzę, że zrobił na tobie silne wrażenie. Tylko się pilnuj, żeby ci 
to nie przeszkodziło w wykonaniu zadania. 

– Jak możesz coś takiego sugerować!
–   Prawda,   superszpieg   Kimberlie   Mason   jest   ponad   takie 

rzeczy!

–   Nie   jestem   superszpiegiem,   ale   agentką   służb   specjalnych 

oddelegowaną z... 

–   Wiem,   wiem   –   przerwała   jej   Tammy   i   usadowiła   się   w 

drugim rogu kanapy. – Opowiedz, czy w rzeczywistości jest tak 
samo przystojny jak na tym zdjęciu?

Kim   westchnęła   i   uśmiechnęła   się   do   niej.   Znały   się   od 

przedszkola i nie miały przed sobą żadnych tajemnic. To zresztą 
Tamara Jones niechcący przyczyniła się do tego, że Kim podjęła 
pracę w wywiadzie. Ponieważ rodziców nie było stać na opłacenie 
edukacji   córki,   namówiła   przyjaciółkę,   by   wstąpiła   do   wojska. 
Wojsko zapłaciło za jej studia, a po uzyskaniu dyplomu Kimberlie 
zaczęła pracować dla armii. Pięć lat temu  oddelegowano ją do 
udziału w misji  prowadzonej przez służby specjalne, potem do 
jeszcze jednej, potem do kolejnej, i tak już zostało. 

– Nawet bardziej. I jest taki słodki... 
– Słodki? Mnie nie przyszłoby do głowy nazywać go słodkim!
– Masz rację. Jest bezpośredni, uparty, apodyktyczny... 
– Bardzo męski, seksowny... – podrzuciła Tammy. 
– Wystarczy. Przeczucie mi mówi, że jeśli nie będę się miała na 

baczności, narobi mi kłopotów. 

background image

– Dasz sobie radę. 
– Oczywiście, że dam, ale jest jedna sprawa, o której musisz 

wiedzieć.   Otóż   Harry   sam   chce   dociec   przyczyny   śmierci 
Japarlina. Nie uważa, żeby to był atak serca. Wczoraj wieczorem 
przyłapał mnie w kostnicy. Razem obejrzeliśmy ciało, a potem 
zabrał mnie do swojego gabinetu, gdzie przyznał, że w tej sprawie 
istnieje wiele podejrzanych okoliczności. 

– Dlaczego tak mu zależy na jej wyjaśnieniu?
– Bo jeszcze nigdy żaden pacjent nie zrnarł mu na stole. Poza 

tym   Japarlin   nie   należał   do   chorych   wysokiego   ryzyka,   a 
tajemniczy   zawał   wydaje   mu   się   zbyt   nieprawdopodobnym 
zbiegiem okoliczności. 

–   Sądzisz,   że   miał   z   tym   coś   wspólnego?   Może   chce   się 

posłużyć   tobą   dla   zatarcia   śladów?   Na   przykład   zacznie   ci   się 
zwierzać, żebyś mu pomogła ukryć prawdę... 

–   Niewykluczone,   ale   intuicja   mi   podpowiada,   że   jest 

uczciwym   człowiekiem.   Gdyby   chciał   coś   ukryć,   starałby   się 
raczej uśpić moją czujność, zamiast namawiać, żebyśmy wspólnie 
prowadzili prywatne śledztwo, nie?

–   Przypomnij   sobie   pierwszą   zasadę   wywiadu:   każdy   jest 

podejrzany. 

– Masz rację. 
–   Poza   tym   Mossowi   zależy   na   tym,   żeby   go   dokładnie 

sprawdzić. To rozkaz, majorze Mason. 

–   Tak   jest!   Rozejrzę   się   w   jego   mieszkaniu.   Mam   założyć 

podsłuch?

– Na tym etapie nie, ale – Tammy zawiesiła głos – prywatna 

uwaga. Najpierw się upewnij, że go nie ma, albo przynajmniej że 
śpi, dobrze? Szukaj notatek, faksów, skopiuj twardy dysk. Masz 
jakiś pomysł, kiedy to zrobisz?

– Dziś wieczorem w szpitalu jest bankiet, w którym powinien 

wziąć udział. Pomyślałam, że to świetna okazja. 

–   Słusznie.   Zorganizuję   samochód   operacyjny   i   będę   cię 

ubezpieczać. 

– Dobrze. A jeśli on okaże się czysty? Jeśli zacznie mu grozić 

background image

jakieś niebezpieczeństwo?

– Cały czas będziesz trzymała rękę na pulsie. Jeśli uznasz, że 

sytuacja staje się zbyt groźna, zapewnimy mu ochronę albo gdzieś 
go ukryjemy, ale to ostateczność. 

– Co z odpadami z sali operacyjnej? Aha, Harry zauważył ich 

brak, więc musimy sfałszować protokół utylizacji. 

– Zajmę się tym. Na razie przeprowadzane są analizy. Jak tylko 

czegoś się dowiem, natychmiast dam ci znać. 

– Dzięki. 
–   Nie   ma   za   co.   Dobrze,   teraz   przyjrzyjmy   się   pozostałym 

podejrzanym. – Przez chwilę w skupieniu przeglądały teczki, lecz 
w pewnej chwili przerwał im dzwonek do drzwi. – Spodziewasz 
się kogoś? – zdziwiła się Tammy. 

– Nie. – Kim podeszła do drzwi i wyjrzała przez judasza. – To 

on – szepnęła. 

– Co za on?
– Harry! – odparła i na migi pokazała Tammy, żeby sprzątnęła 

papiery. 

– Zajmę się tym – uspokoiła ją przyjaciółka – a ty otwieraj – 

ponagliła. 

Kim   spojrzała   na   swoje   bezkształtne   szorty   i   koszulkę   i 

skrzywiła się. Trudno. Wzburzyła włosy i otworzyła drzwi. 

– Harry? – Nie potrafiła ukryć zdziwienia... i zadowolenia. – 

Co cię sprowadza?

Dobre pytanie, żebym tylko znał na nie odpowiedź, pomyślał 

Harry. Odchrząknął i rzekł:

– Jest kilka spraw, które chciałbym z tobą omówić. 
–   Hm.   Proszę...   –   Kim   obejrzała   się   przez   ramię,   chcąc 

sprawdzić,   czy   Tammy   zdołała   uprzątnąć   teczki.   Kiedy   się 
przekonała się, że droga wolna, dokończyła: – Wejdź. 

Harry   rozejrzał   się   dyskretnie   dookoła.   Uderzyło   go,   że 

mieszkanie   przypomina   bardziej   apartament   hotelowy   niż   dom. 
Było wysprzątane, wygodne – i anonimowe. Dziwne, pomyślał, 
Kimberlie   jest   tak   silną   osobowością,   że   natychmiast   wywiera 
wpływ na otoczenie, a tu... 

background image

Nagle z kuchni wyszła jakaś kobieta. 
– Przepraszam. Nie wiedziałem, że nie jesteś sama – zaczął się 

usprawiedliwiać. 

Kim wciąż nie mogła ochłonąć ze zdziwienia, że Harry stoi tu 

przed nią, w jej mieszkaniu. Teraz ona także dostrzegła Tammy i 
dokonała prezentacji:

– Poznaj moją przyjaciółkę, Tamarę Jones. 
– A ty, domyślam się, jesteś jej szefem – odezwała się Tammy i 

wyciągnęła do Harry’ego rękę. 

– Tak. Od tygodnia, ale... co to był za tydzień – dodał, patrząc 

znacząco na Kim. 

– Usiądź. Napijesz się czegoś? Kawy, herbaty?
–   Z   chęcią   napiję   się   kawy,   chociaż   nie   wiem,   czy   to 

bezpieczne – odparł. 

–   Bezpieczne?   –   zdziwiła   się   Tammy,   spoglądając   to   na 

przyjaciółkę, to na jej gościa. 

– Nastawię ekspres – rzuciła Kim i czym prędzej zniknęła w 

kuchni. 

Z   salonu   dobiegł   ją   śmiech   Tammy.   Widocznie   Harry 

opowiedział jej poranną przygodę z kawą. Otworzyła szafkę, by 
wyjąć filiżanki, i wówczas zobaczyła plik teczek wciśniętych na 
wierzch. 

– A niech ją – mruknęła. 
– Pomóc? – Tuż za jej plecami rozległ się głos Harry’ego. 
– Dziękuję, dam sobie radę – wybąkała. Chwyciła pierwszą z 

brzegu filiżankę, szybko zatrzasnęła drzwiczki i odwracając się do 
niego, zaproponowała: – Wracaj do Tammy, a ja zaraz przyniosę 
kawę, dobrze?

– Rozmawia przez telefon. Nie chciałem jej przeszkadzać. 
–   Aha.   –   Kim   spojrzała   na   ekspres,   jak   gdyby   chciała 

przyspieszyć jego działanie. – Mleko? Cukier?

– Za mleko dziękuję, za to poproszę dwie łyżeczki cukru. – 

Milczeli chwilę. – A ty nie pijesz?

– Moja filiżanka została w tamtym pokoju. Przyniosę ją, kiedy 

Tammy skończy gadać. – Ponownie zapadła kłopotliwa cisza. W 

background image

końcu   Kim   odezwała   się:   –   Po   co   przyszedłeś?   I   skąd   znałeś 
numer mieszkania?

– Sprawdziłem w twoich aktach. 
– Aha. 
– A przyszedłem zapytać, czy nie zechciałabyś wybrać się ze 

mną dziś wieczorem na bankiet dla ordynatorów. 

– Ja nie jestem ordynatorem. 
– Ale możesz być osobą towarzyszącą. 
– Rozumiem. – Kim nie mogła uwierzyć, że Harry proponuje 

jej randkę. Już bardzo dawno żaden mężczyzna nie chciał się z nią 
umówić. – Nie obawiasz się, że damy powody do plotek?

– Przyznam ci się szczerze, że nie dbam o to. A ty?
– Cóż, mnie też jest to obojętne. 
To   prawda.   Prywatnie   mało   ją   obchodziło,   że   szpital   będzie 

huczeć od plotek, niemniej wiedziała, że jej misja może na tym 
bardzo ucierpieć. Ludzie zaczną milknąć na jej widok. Poza tym 
musi dostać się do mieszkania Harry’ego. 

– Czyli przyjmujesz zaproszenie. – Harry raczej stwierdzał fakt, 

niż pytał. 

– Przykro mi. Nie mogę. Muszę się pouczyć. Dobra wymówka. 

Stażyści dużo czasu poświęcają na naukę. 

– A nie mogłabyś zrobić sobie wolnego? Kim roześmiała się. 
– Zapomniałeś już, jak to jest? – spytała, podając mu filiżankę z 

kawą. 

Harry wypił łyk. 
– Nie zmienisz zdania?
– Przykro mi, ale nie. Może weźmiesz Tammy?
– Dopiero przed chwilą ją poznałem. Nic o niej nie wiem. 
– O mnie również nic nie wiesz. 
– Więcej niż o niej. 
– Doprawdy? Na przykład co?
Nie spuszczając z niej oczu, Harry podniósł filiżankę do ust, 

wypił jeszcze jeden łyk kawy i dopiero wtedy odpowiedział:

– Wiem,  że  podczas  operacji  potrafisz  przewidzieć następny 

ruch,   co   wróży   ci   dobrą   przyszłość   w   zawodzie.   –   Urwał, 

background image

przestąpił z nogi na nogę, a Kim miała nieodparte wrażenie, że 
odrobinę   się   do   niej   zbliżył.   –   Jesteś   praworęczna,   nie   masz 
samochodu i irytuje cię, kiedy włosy wymykają ci się spod opaski. 
– Przysunął się jeszcze bliżej. Kim wstrzymała oddech, a Harry 
wyciągnął rękę, odgarnął pasemko włosów z jej twarzy i założył 
za ucho. – Masz zielone oczy, które rzucają szmaragdowe błyski, 
kiedy   cię   coś   rozzłości,   a   szczególnie   wtedy,   kiedy   jesteś 
podniecona. – Teraz znalazł się tuż przy niej. Jego oddech muskał 
jej twarz. – Nie zaprzeczysz, że się wzajemnie pociągamy. Żadne 
z nas o to nie prosiło, ale tak jest. 

–   Delikatnie   pogładził   ją   po   policzku,   palcem   przesunął   po 

wargach. Z ust Kim wyrwało się westchnienie. 

– Kimberlie – szepnął. 
– Kawa gotowa? – Głos Tammy wyrwał ich z transu. – Prze... 

przepraszam – wybąkała Tammy i wycofała się. 

– Lepiej już pójdę – stwierdził Harry. – Do widzenia – rzucił w 

stronę salonu. 

Kim na sztywnych nogach odprowadziła go do drzwi. 
–   Przepraszam   cię   –   sumitowała   się   Tammy,   kiedy   zostały 

same. 

– Nie przepraszaj. Dobrze się stało, że weszłaś. Przecież Harry 

to jeden z podejrzanych! Zachowałam się jak kretynka. 

– Wcale nie. – Przyjaciółka podeszła, objęła ją i usadziła na 

kanapie.   –   Harry   jest   przystojnym  mężczyzną   bez   zobowiązań, 
bardzo tobą zainteresowanym, i nie ma w tym nic złego. 

– Tammy!
–   Najwyższy   czas,   żebyś   doszła   do   siebie   po   tragedii   z 

Chrisem. 

– Doszłam do siebie. 
– Na pewno?
– Tak. Nie mogę się tylko pogodzić z tym, że Chris postąpił tak 

głupio i że w naszej pracy częściej niż zwykli ludzie ocieramy się 
o śmierć. 

– Chciałabyś wrócić do normalnego życia?
–   Nie   wiem.   Mama   wciąż   mi   powtarza,   że   powinnam   się 

background image

ustatkować,   założyć   rodzinę.   Skończyłam   trzydzieści   dwa   lata, 
mój zegar biologiczny bije i wiesz... dochodzę do wniosku, że ona 
ma rację. Harry bardzo mi się podoba, ale zdaję sobie sprawę z 
tego,   że   wykonując   powierzoną   mi   misję,   mogę   narazić   go   na 
niebezpieczeństwo.   Chris   był   moim   podwładnym   i   jak   to   się 
skończyło?

– Chris był inny. Nie posłuchał rozkazu. Kim potarła dłonią 

czoło. 

– Nie, nie... Skoncentruję się na zadaniu. Nie będzie więcej 

„momentów” z Harrym. 

–   Słusznie.   Dziś   wieczorem   pojedziesz   do   jego   mieszkania, 

poszukasz   dowodów   na   to,   że   w   taki   czy   inny   sposób   jest 
uwikłany   w   tę   sprawę.   Jeśli   natomiast,   zgodnie   z   tym,   co 
podpowiada   ci   intuicja,   okaże   się,   że   jest   czysty,   wówczas 
zastanowisz się, co dalej, zgoda?

– A praca? Jak i kiedy będę mogła mu powiedzieć, dla kogo 

pracuję? Jak mu wyjaśnię, że kłamałam nie tylko w sprawie moich 
kwalifikacji zawodowych, ale i w wielu innych kwestiach?

–   Nie   ma   idealnych   związków   –   stwierdziła   filozoficznie 

Tammy. 

–   On   już   kiedyś   się   sparzył.   –   Kim   ruchem   ręki   wskazała 

kuchnię, gdzie w szafce na filiżanki leżały teczki. – Okazuje się, 
że jego żona była bigamistką! To musiał być dla niego straszny 
cios. Pielęgniarki w szpitalu ostrzegły mnie, żebym nigdy przed 
nim nie kłamała, a ja co? Każda chwila spędzona z nim podlana 
jest fałszem. 

– Tego wymaga twoja praca. 
Kim jęknęła i ukryła twarz w dłoniach. 
– Wiem, ale on jest taki słodki. 
– To prawda. – Przyjaciółka poklepała ją po plecach. – A może 

byśmy   pojechały   na   salę   gimnastyczną   powalić   w   worki 
treningowe? – zaproponowała. – Co ty na to?

– To niezbyt ładny sposób rozmawiania o Mossie – odparła 

Kim i spróbowała się uśmiechnąć. 

– No, już lepiej – pochwaliła ją Tammy. – Obiecuję, że nie 

background image

powtórzę Mossowi, że myślałaś o nim jak o worku. 

– Dzięki. Szefom należy się szacunek – odparła Kim, starając 

się odwrócić myśli od drugiego „szefa”. 

Tuż   po   wpół   do   dziewiątej   wieczorem   wytrychem   otwierała 

zamek   w   drzwiach   mieszkania   Harry’ego.   Szybciej,   szybciej, 
powtarzała w duchu, słysząc nadjeżdżającą windę. Łatwiej by jej 
było manipulować przy zamku, gdyby zdjęła rękawiczki, lecz ze 
zrozumiałych względów nie mogła tego zrobić. Kiedy rozległ się 
cichy szczęk, pchnęła drzwi i wśliznęła się do środka. Umocowała 
deszyfrator do alarmu zainstalowanego wewnątrz i w ciągu kilku 
sekund   uzyskała   odpowiedź.   Szybko   schowała   urządzenie   do 
kieszeni długiego czarnego płaszcza, który miała na sobie. 

–   Udało   się   –   rzekła   przyciszonym   głosem,   wiedząc,   że 

mikrosłuchawka z nadajnikiem wychwytuje wszystkie dźwięki. 

– Świetnie. Idź prosto do gabinetu – rozkazała Tammy. 
Kim wyciągnęła z kieszeni latarkę, włączyła ją i poświeciła. Ku 

swojemu   zaskoczeniu   zobaczyła   porozrzucane   na   podłodze 
rozmaite   części   garderoby,   a   gdy   przyjrzała   się   im   bliżej, 
stwierdziła, że to ubranie, które Harry miał na sobie w pracy. Nie 
wiedziała,   dlaczego,   ale   spodziewała   się,   że   jest   pedantem   i 
ucieszyła  się,  że  ma   też  swoje  małe  ludzkie  wady. Stłumiła  w 
sobie impuls, by schylić się, pozbierać i poskładać rzeczy. Nie 
przyszłaś tu sprzątać, upomniała się w myślach. 

Przeszła z jednego pokoju do drugiego. 
–   Jestem   w   gabinecie   –   zameldowała.   –   Zobaczymy,   co   tu 

mamy. 

– Pst!
– Dobry wieczór, pani Pressman. Jak noga?
– Ona wróciła. – Starsza pani zignorowała pytanie i palcem 

wskazała drzwi mieszkania Harry’ego. 

– Nie – jęknął. – Jeszcze tylko tego mi dziś trzeba!
–   Właśnie   wysiadałam   z   windy,   kiedy   dostrzegłam   jakąś 

postać,   chyba   kobietę,   całą   ubraną   na   czarno,   wchodzącą   do 
pańskiego   mieszkania.   Zaraz   zadzwoniłam   do   Clarry’ego,   ale 

background image

powiedział, że nikogo nie wpuszczał. Po tym ostatnim incydencie 
dostał od szefa niezłą reprymendę. Obiecał dać mi znać, że pan 
wraca, żebym mogła pana uprzedzić. 

– Dziękuję. Ale powinna pani oszczędzać nogę. 
– Będę uważać. Dobranoc. 
– Dobranoc. 
Harry ostrożnie zbliżył się do mieszkania i nacisnął klamkę. 

Drzwi były zamknięte. Przypomniał sobie, że poprzednim razem 
Elaine zostawiła je otwarte. Otworzył zamek kluczem, wszedł do 
środka i zawołał:

–   Wróciłem!   –   Zanotował   w   pamięci,   by   po   wyjściu 

nieproszonego   gościa   zmienić   kod   alarmu.   Zapalił   światło.   – 
Elaine! Nie chowaj się. Wiem, że tu jesteś. – Zajrzał do kuchni. – 
Pani Pressman cię widziała... 

Przyczajona w gabinecie Kim zmobilizowała całą siłę woli, by 

zapanować nad przyspieszonym biciem serca. Kiedy w słuchawce 
usłyszała wiadomość od Tammy, że Harry wchodzi do budynku, 
zaczęła gorączkowo zacierać ślady swej bytności. Miała nadzieję, 
że uda jej się w porę opuścić mieszkanie. Nie zdążyła. Dlaczego 
on uważa, że Elaine tu jest? Później się nad tym zastanowi, teraz 
trzeba jakoś się stąd wydostać. Podeszła do drzwi i na wszelki 
wypadek schowała się za nimi. 

– Elaine? Przestań się ze mną bawić w kotka i myszkę. Nie 

jestem w nastroju! – wołał Harry. 

Kim domyśliła się, że musi być w którymś z pokoi od frontu. 

Ostrożnie   wyśliznęła   się   na   korytarz.   Nieraz   była   w   podobnej 
sytuacji i zawsze udawało jej się uciec, ale teraz różnica polegała 
na tym, że znała właściciela mieszkania. Lubiła go. Jeśli przyłapie 
ją na węszeniu w jego domu, już nigdy nie zaproponuje jej randki. 
Harry   zbliżał   się,   po   drodze   zapalając   kolejne   światła.   Teraz! 
Udało jej się zgasić lampę najpierw w kuchni, potem w holu, lecz 
w tej samej chwili Harry pojawił się na korytarzu łączącym hol z 
resztą mieszkania. 

– Dość tego, Elaine – mówił. – Twoje żałosne gierki nie robią 

na mnie wrażenia. 

background image

Przyklejona   do   ściany   Kim   centymetr   po   centymetrze 

przesuwała   się   ostrożnie   w   stronę   drzwi.   Wyciągnęła   rękę, 
dotknęła klamki. Już miała ją nacisnąć, gdy Harry skoczył na nią i 
triumfalnym głosem wykrzyknął:

– Mam cię!

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY

Kim błyskawicznie obróciła się, wystawiając łokieć, a trafiony 

w szczękę Harry puścił ją i zatoczył się do tyłu. Szarpnięciem 
otworzyła   drzwi,   lecz   wówczas   on   rzucił   się,   by   ją   zatrzymać. 
Barkiem   uderzył  ją   w   żołądek   i   przygniótł   do   ściany.   Jęknęła. 
Zaimponowało   jej   jednak,   że   dzielnie   walczy.   Chwyciła   go   za 
włosy i odgięła mu głowę do tylu. Zawył z bólu. 

Jego   okrzyk   ugodził   ją   w   samo   serce,   lecz   głos   Tammy   w 

słuchawce   ponaglał,   by   uciekała,   i   to   szybko.   Kim   wykonała 
kolejny   obrót,   stopą   trafiła   Harry’ego   w   splot   słoneczny,   a 
łokciem w kark. 

Harry osunął się bezwładnie na ziemię. 
– Uciekaj! – denerwowała się Tammy. 
–   Znokautowałam   go   –   szepnęła   przerażona   Kim.   Stała,   jak 

gdyby przykuta do miejsca. 

– Uciekaj – powtórzyła Tammy. – Rozkaz!
Kim jeszcze raz spojrzała na ciemny kształt na podłodze, potem 

wybiegła, zatrzaskując za sobą drzwi. Na schodach ściągnęła z 
głowy czarną trykotową czapeczkę osłaniającą włosy, wepchnęła 
ją do kieszeni płaszcza, potem zdjęła płaszcz, zwinęła go i gdy 
dopadła samochodu operacyjnego, wrzuciła go do środka. Dopiero 
wówczas zsunęła z dłoni rękawiczki. 

– Wracam na górę – oświadczyła, wyjęła słuchawkę z ucha i 

wręczyła ją Tammy. – Meldowałam, że w mieszkaniu nie udało 
mi się znaleźć niczego, co wskazywałoby na udział w zamachu, 
ale nie zawadzi jeszcze raz się rozejrzeć. 

– Teraz? – Tammy nie kryła zdziwienia. 
–   Dlaczego   nie?   Chociaż   wracam   głównie   po   to,   żeby 

sprawdzić, czy nic mu się nie stało. 

– A czym wytłumaczysz swoją wizytę?
Kim   sięgnęła   po   firmową   torbę   z   eleganckiego   magazynu 

leżącą na przednim siedzeniu. 

–   W   ramach   rekompensaty   za   oblanie   kawą   kupiłam   mu 

background image

koszulę. 

–   Sprytne   –   pochwaliła   ją   przyjaciółka.   –   Idź.   Sprawdź,   w 

jakim jest stanie. 

–   Tylko   jeszcze   zamieńmy   się   bluzkami,   dobrze?   Tammy 

zdjęła czerwony sweterek z wycięciem w serek, a Kim wręczyła 
jej swój czarny z długimi rękawami. 

– Ale weź też słuchawkę – poprosiła Tammy. – Na wszelki 

wypadek. 

Tym  razem  Kim   weszła  frontowymi   drzwiami,   zameldowała 

się   w   recepcji,   a   kiedy   w   mieszkaniu   Harry’ego   nikt   się   nie 
zgłaszał, Cłarry zostawił na posterunku kolegę i sam pojechał z 
nią na górę. 

– Doktorze Buchanan? – zawołał, pukając do drzwi. 
– Może bierze prysznic? – zasugerowała Kim. 
–  Doktorze  Buchanan?   –  portier  zawołał  odrobinę  głośniej  i 

ponownie zapukał. – Nic panu nie jest?

Zza   drzwi   dały   się   słyszeć   jakieś   stłumione   dźwięki   i   Kim 

odetchnęła z ulgą. Portier wyciągnął z kieszeni klucz uniwersalny 
i otworzył zamek. 

– Doktorze Buchanan! – powtórzył, wszedł do środka i zapalił 

światło. 

Odpowiedział mu jęk bólu. 
– Harry! – Kim upuściła torbę z koszulą i podbiegła do niego. – 

Co ci się stało?

– Po... potknąłem się – wymamrotał. 
– Może wezwać lekarza? – zaoferował się Clarry. 
– Nie trzeba. Ja jestem lekarzem – wyjaśniła Kim. 
–   Wszystkim   się   zajmę   i...   dziękuję,   że   mnie   pan   wpuścił. 

Jestem   pewna,   że   doktor   Buchanan   –   ciągnęła,   odprowadzając 
Clarry’ego   do   drzwi   –   nie   chciałby   rozgłaszać   tego   incydentu. 
Rozumiemy się, prawda?

– Oczywiście. Dobranoc, doktor Mason. 
– Dobranoc. – Chociaż Harry zapewniał ją, że czuje się dobrze, 

Kim   nalegała,   że   go   zbada.   Ujęła   jego   głowę   w   obie   dłonie   i 
dokładnie   ją   obejrzała.   Na   widok   guza   nad   prawym   łukiem 

background image

brwiowym i drugiego na karku ogarnęły ją wyrzuty sumienia. – 
Naprawdę się potknąłeś?

– Nie – burknął Harry. – Powiedziałem tak, żeby pozbyć się 

Clarry’ego. Zostałem zaatakowany. 

Kim czuła do siebie wstręt, musiała jednak wziąć się w garść. 
– Przyniosę lód i paracetamol – odezwała się łagodnie i poszła 

do kuchni. – Czuję się strasznie winna – szepnęła, wiedząc, że 
Tammy ją usłyszy. 

W   jednej   z   szafek   znalazła   apteczkę,   potem   z   zamrażalnika 

wyjęła dwie torebki z kostkami lodu i owinęła je w ścierki. Ze 
szklanką   wody,   środkami   przeciwbólowymi   i   zimnymi 
kompresami   wróciła   do   salonu.   Harry   posłusznie   poddawał   się 
wszystkim   zabiegom.   Kiedy   już   leżał   na   kanapie   z   zimnymi 
okładami, zapytała:

– Zostałeś napadnięty?
– Tak – odparł. – Czuję się jak ostatnia oferma – dodał. 
– Dlaczego?
– Bo nie zdołałem złapać tego drania. 
– Dobrze – wtrąciła Tammy. – On sądzi, że atakującym był 

mężczyzna. 

– Nie obwiniaj się. Drzwi były otwarte, kiedy przyszedłeś?
– Tak. 
– Opowiedz mi wszystko – poprosiła. 
–   Wróciłem   z   bankietu   wcześniej,   bo   nudziłem   się 

niemiłosiernie. Szczególnie bez ciebie... 

– Aha. Czyli to wszystko moja wina? – zażartowała. O ironio, 

pomyślała, nigdy nie byłam bliższa prawdy. 

– Oczywiście. Gdybyś zgodziła się pójść ze mną, nie miałbym 

ochoty wracać wcześniej. 

– Ale wróciłeś i... – ponaglała go. 
–   Drzwi   były   zamknięte,   alarm   wyłączony   i   przez   moment 

pomyślałem... – spojrzał na nią niepewnie – że to znów Elaine. 

– Elaine?
–   Elaine   Parkinson,   wiesz,   dyrektor   administracyjna.   W 

zeszłym   roku   przez   pewien   czas   byliśmy   razem,   ale   to   już 

background image

skończone. 

– Ona też tak uważa?
–   Tak.   Wczoraj   rano   jednak   całkiem   niespodziewanie   się   tu 

zjawiła i dlatego pomyślałem o niej. 

– To wiele wyjaśnia – wtrąciła Tammy. Słysząc tak znienacka 

jej głos, Kim omal nie podskoczyła przestraszona. 

– Ale to nie była ona. 
– Nie. 
– Wiesz kto?
– Nie. 
– Dlaczego ktoś chciałby się dostać do twojego mieszkania? – 

spytała, bacznie go obserwując. 

– Nie mam pojęcia – odparł bez zająknienia. 
– Zwykły złodziej?
– Złodziej czy nie, ale fachowiec. Drzwi były zamknięte, alarm 

wyłączony. 

– Przyniosę telefon. Trzeba zawiadomić policję – stwierdziła, 

lecz Harry wyciągnął rękę i ją powstrzymał. 

– Nie trzeba. 
– Jak to? Przecież nie co dzień ktoś włamuje się do twojego 

mieszkania i na dodatek napada na ciebie! To poważna sprawa. – 
Znowu sprawdzała, jak Harry zareaguje na jej słowa, lecz on tylko 
przymknął powieki. – Posłuchaj, naprawdę nie wiesz, dlaczego 
ktoś się tu włamał?

Harry   odetchnął   ze   świstem   i   skrzywił   się   z   bólu.   Kim 

popatrzyła na niego ze współczuciem. 

– Jedyna dziwna rzecz, jaka ostatnio mi się przytrafiła, to... – 

zawiesił głos, uniósł powieki i poszukał jej wzroku – to śmierć 
Japarlina. 

Kim zrobiła wielkie oczy. 
– Sądzisz, że napad ma związek z tą śmiercią?
– Bystry facet – pochwaliła Tammy. 
– Nie wiem. 
– Chcesz, żebym sprawdziła, czy czegoś nie brakuje? – Kim 

rozejrzała po pokoju. Patrząc wymownie na porozrzucane ubranie, 

background image

zażartowała: – Oprócz kamerdynera, oczywiście. 

–   No   tak,   nie   należę   do   pedantów   –   rzekł   z   uśmiechem.   – 

Dziękuję za propozycję, ale skąd mogłabyś wiedzieć, co zniknęło?

– Racja. Chciałam się na coś przydać... 
– Już się przydałaś. – Ujął jej dłoń. – I to bardzo. Mógłbym się 

szybko przyzwyczaić do twojej troskliwej opieki. 

– Doprawdy?
Harry zmarszczył brwi. 
– A w ogóle to skąd się tu wzięłaś? Jest bardzo późno. Mam 

nadzieję, że przyjechałaś taksówką, a nie kolejką. 

Kim rozczuliła jego troska o nią. 
– Tammy mnie podrzuciła, wracając do siebie. 
– To ona z tobą nie mieszka?
– Nie. 
– Czyli mieszkasz sama?
– Tak. 
– Jeszcze jedna rzecz, która nas łączy. 
– Czyżby zaczynał pan ze mną flirtować, doktorze Buchanan?
– A jeśli?
–   Skąd   mogę   wiedzieć,   czy   na   serio,   czy   wskutek   silnego 

uderzenia w głowę?

– Jak sądzisz? – szepnął i pogładził ją po policzku. Siedziała 

jak przykuta do miejsca. Jeszcze żaden mężczyzna nie działał na 
nią tak paraliżująco. Czuła, że przyciąga ją do niego jakaś dziwna, 
tajemnicza siła, jak gdyby złapał ją na lasso. Harry wprawiał ją w 
takie podniecenie, że wątpiła, czy kiedykolwiek ochłonie. 

– Przy... przyniosłam ci koszulę – wybąkała i ruchem głowy 

wskazała firmową torbę. – Miałam wyrzuty sumienia, że oblałam 
cię kawą. 

– To miło z twojej strony. 
Kim jak zahipnotyzowana śledziła ruchy jego warg, nie słysząc 

słów, jakie wypowiadał. 

– Uhm?
– Kimberlie? Muszę cię pocałować. 
Serce   zabiło   jej   szybciej.   Zrozumiała,   że   ona   też   musi   go 

background image

pocałować. Harry objął ją, lecz gdy przywarła do jego piersi, aż 
syknął z bólu. 

–   Przepraszam,   że   cię   poturbowałam   –   szepnęła.   Nawet   nie 

zwrócił uwagi na jej wyznanie. Ujął jej twarz w dłonie i zamknął 
jej usta pocałunkiem. Potem przesunął się, robiąc dla niej miejsce 
obok siebie. 

– Pozwól się przytulić... 
Po chwili usłyszała równomierny oddech. Wyśliznęła się z jego 

ramion. 

– Zrobię herbatę – szepnęła mu do ucha. Harry mruknął coś 

niewyraźnie w odpowiedzi. W kuchni napełniła czajnik wodą i 
włączyła go. 

Zajrzała do salonu, sprawdziła, że Harry, pogrążony we śnie, 

spokojnie leży na kanapie, i weszła do gabinetu. 

– Zasnął – powiedziała do Tammy. 
– Nareszcie! Dobrze się bawiłaś? Kim jęknęła. 
–   Szczęście,   że   to   ty   mnie   ubezpieczasz,   a   nie   ktoś   inny. 

Spaliłabym się ze wstydu. 

– Dobrze całuje?
– Cudownie. 
– Opowiesz mi później, a teraz do roboty. Jesteś w gabinecie?
– Tak, ale mówiłam ci już, że tu czysto. 
– Sprawdź sypialnię. 
–   Dobry   pomysł   –   rzuciła   Kim   i   wyszła   na   korytarz.   Przed 

drzwiami sypialni zawahała się jednak. – Nie mogę tam wejść. Co 
będzie, jak się obudzi i mnie tam zastanie?

– Rzucisz się na łóżko i powiesz, że nie mogłaś się doczekać, 

kiedy wreszcie przyjdzie. 

– Tammy!
– Pospiesz się. Nie będziemy się martwić na zapas. W razie 

czego coś wymyślimy. 

Prawie   całą   sypialnię   zajmowało   ogromne   łoże.   Nie   było 

posłane,   jedna   z   poduszek   zsunęła   się   na   podłogę.   Na   stoliku 
nocnym   piętrzył   się   stos   książek.   Kim   wzięła   każdą   do   ręki, 
odwróciła grzbietem do góry, potrząsnęła. Nic. Potem zajrzała do 

background image

szufladki i pod materac. 

– Na razie zero – zakomunikowała. – Idę sprawdzić, co robi. 
Harry wciąż leżał na kanapie pogrążony we śnie, więc wróciła 

do sypialni. Przejrzenie szafy na ubrania nie zajęło jej dużo czasu, 
za to kiedy otworzyła szufladę z bielizną, musiała zmobilizować 
całą siłę woli, żeby trzymać wyobraźnię na wodzy. 

– Znalazłaś coś? – dopytywała się Tammy. 
–   Dowiedziałam   się   tylko,   że   lubi   bokserki.   Tammy 

zachichotała. 

– Coś jeszcze?
– Nic. Chyba naprawdę jest czysty. 
– A łazienka, kuchnia, schowek?
– Cierpliwości. Zaraz tam dotrę. – Weszła do łazienki. – Na 

ścianie wiszą aż dwie szafki z lustrami. 

– Ciepło, ciepło... 
Kim   podeszła   do   pierwszej   z   nich,   były   w   niej   przybory 

toaletowe. Otworzyła drugą. 

– Bingo!
– Sejf?
– Tak. 
– Dasz radę otworzyć?
– Zamek cyfrowy. 
– Sprytne. Użyj deszyfratora. 
– Jest w kieszeni płaszcza. 
– Nie rozumiem. 
– Płaszcz został w samochodzie. 
– Bardzo śmieszne. 
Kim zamknęła sejf i starannie wytarła ślady palców z lustra. 

Potem w desperacji uderzyła pięścią w brzeg umywalki. 

– Coś nie tak? – usłyszała za plecami. Obróciła się gwałtownie. 

Śledził ją?

– Harry! Przestraszyłeś mnie! Dlaczego wstałeś? – Podeszła do 

niego i dotknęła guza na czole. Zaczął już nabierać sinej barwy. – 
Powinieneś leżeć. 

Już dawno odkryła, że w takich sytuacjach najlepszą obroną 

background image

jest   odwrócenie   uwagi   pytającego.   Zaprowadziła   Harry’ego   do 
salonu, posadziła na kanapie, sprawdziła reakcję źrenic na światło, 
zmierzyła   ciśnienie,   a   kiedy   otworzył  usta,   by   coś   powiedzieć, 
zręcznym   ruchem   wsunęła   mu   termometr   między   zęby. 
Skończywszy,   zapakowała   wszystko   do   apteczki,   zabrała 
kompresy z torebkami lodu i zaniosła je do kuchni. 

– Mogę coś powiedzieć? Znowu nie słyszała jego kroków!
–   Nosisz   jakieś   cichochody,   czy   co?   Przestań   mnie   tak 

zaskakiwać!

– Dlaczego jesteś dziś taka nerwowa? Zmusiła się do uśmiechu. 
– Zawsze jestem nerwowa, nie tylko dziś – odparła i sięgnęła 

po czajnik. – Napijesz się herbaty? Zaparzyłabym już wcześniej, 
ale tak smacznie spałeś, że nie miałam sumienia cię budzić. 

– Rozumiem.  – Harry usadowił się na wysokim stołku przy 

barze i obserwował, jak gość nalewa herbatę. – Bez cukru, za to z 
odrobiną mleka – rzucił. 

– Dokładnie odwrotnie niż kawa – zauważyła, – Masz dobrą 

pamięć. – Jego spojrzenie stało się teraz czujne. – Dziękuję, że tak 
się o mnie troszczysz. 

– Cała przyjemność po mojej stronie. 
– Byłabyś świetną pielęgniarką. 
– Mam nadzieję, że zasłużę na podobną ocenę jako lekarka. 
– Pracowałaś kiedyś jako pielęgniarka?
– Nie. Zawsze chciałam być lekarzem. 
–   Nie   obraź   się,   ale   intryguje   mnie   twój   wiek.   Stażyści 

zazwyczaj są znacznie młodsi. 

Kim wzruszyła ramionami. 
– W życiu różnie bywa. 
– Masz rodzeństwo? Twoi rodzice żyją?
– Nie i tak – odpowiedziała na oba pytania. – A ty?
– Mam dwie siostry. Lidia jest nauczycielką. Razem z mężem 

przepracowali kilka lat w Rwandzie. 

– Podziwiam takich ludzi. 
–   Druga   siostra,   Zoe,   mieszka   w   Melbourne   i   kończy 

medycynę. 

background image

– Obie są młodsze od ciebie?
– Znacznie. 
– A rodzice?
– Są już na emeryturze i cieszą się życiem. Ostatnio wybierali 

się w rejs na pokładzie „Queen Elizabeth II”. 

– Wspaniale! – Kim wzięła łyk herbaty i westchnęła. – Szkoda, 

że moich rodziców nie stać na nic podobnego. Prowadzą spokojne 
życie w gronie rodziny i przyjaciół i martwią się o mnie. 

– Martwienie się o dzieci to przywilej rodziców. 
– Wiem. 
– Mieszkają w pobliżu? Często się z nimi widujesz?
Kim   wahała   się,   co   powiedzieć.   Nie   lubiła   ujawniać 

szczegółów prywatnego życia. Z natury była podejrzliwa, a jeśli 
Harry   jest   wplątany   w   sprawę   Japarlina,   w   grę   wchodzi 
bezpieczeństwo najbliższych. 

– Niezbyt daleko i odwiedzam ich tak często, jak mogę. 
– Jesteś nieufna – zauważył, obserwując ją bacznie. 
– To źle? – odparła. 
Pociągnęła   duży   łyk   herbaty,   połykając   przy   tym   haust 

powietrza.   Oczywiście   natychmiast   zaniosła   się   kaszlem.   Harry 
zerwał się i poklepał ją po plecach. 

– Dobre posunięcie – mruknęła Tammy. Ingerencja przyjaciółki 

przypomniała Kim, że powinna się zbierać. Wylała resztę herbaty 
do zlewu. 

–   Lepiej   żebym   już   więcej   nie   piła.   –   Kiedy   się   odwróciła, 

spostrzegła,   że   Harry   stał   tuż   za   nią.   Natychmiast   poczuła 
podniecenie.   –   Harry...   to,   co   zdarzyło   się   między   nami 
wcześniej... 

– Nic nie mów. – Położył jej dwa palce na wargach. – Miałem 

złe   doświadczenia   z   kobietami,   kilkakrotnie   się   sparzyłem   i 
przysiągłem sobie, że już nigdy nie umówię się z żadną koleżanką 
ze   szpitala,   ale   pojawiłaś   się   ty   i   nie   wiem,   czy   nie   złamię 
postanowienia. Bardzo chciałbym jeszcze się z tobą zobaczyć. 

– Zobaczymy się. W pracy. 
– Nie udawaj, że nie wiesz, co mam na myśli. Kim ukryła twarz 

background image

w dłoniach. 

– Nie, Harry. Nie – potrząsnęła głową, opuściła ręce i spojrzała 

na niego błagalnie. – Nie rób tego, proszę. 

– Czego mam nie robić? – Chwycił ją za ramiona. – Powiedz. 

O co chodzi?

– Nie mogę się angażować. Po prostu nie mogę. 
– Dlaczego? Czy jest w twoim życiu jakiś mężczyzna?
–   Nie   –   wyrwało   jej   się,   zanim   zdążyła   wymyślić   jakieś 

kłamstwo. Chwyciła się więc ostatniej deski ratunku. – Muszę się 
skoncentrować na pracy. – To przynajmniej jest prawdą. – Zbyt 
wiele wysiłku włożyłam w to, żeby dojść do etapu, na którym 
teraz jestem, a przede mną jeszcze daleka droga. Przez następne 
cztery, pięć lat, dopóki nie zrobię specjalizacji, nie mogę sobie 
pozwolić ani na stały związek, ani nawet na randki. Z pewnością 
zdajesz sobie z tego sprawę. 

Harry   przytaknął   ruchem   głowy,   lecz   nie   zdjął   dłoni   z   jej 

ramion. Ciepło płynące z jego rąk ją przenikało. 

–   Czy   przynajmniej   możemy   wspólnie   dociekać   prawdy   o 

śmierci Japarlina?

– Pewnie, chociaż i to odbywać się będzie kosztem nauki. 
–   Jeśli   nasze   dochodzenie   zajmie   ci   za   dużo   czasu,   zawsze 

możesz   się   wycofać.   A   na   razie   będzie   dobrym  pretekstem   do 
spotkań. Platonicznych – dorzucił, przysunął się bliżej i szepnął: – 
Prawie... 

Pochylił   się   i   dotknął   jej   warg.   To   było   silniejsze   od   niej. 

Zarzuciła   mu   ręce   na   szyję   i   oddała   pocałunek.   Tym   razem 
całowali   się   mocno,   namiętnie,   żarliwie.   Czuła,   jak   ogarniają 
pożądanie. Harry całował teraz jej szyję, jego usta zbliżały się do 
jej ucha. Do prawego ucha!

W panice chwyciła go za włosy i odgięła mu głowę do tyłu. 

Grymas bólu wykrzywił mu twarz. 

– Przepraszam, nie chciałam – zapewniała go. Wywinęła się z 

jego   objęć.   –   Przykro   mi,   Harry,   ale   naprawdę   nie   mogę...   – 
rzuciła i wybiegła z mieszkania. 

Nie pobiegł za nią. Dotknął głowy. Ciekawe, pomyślał, że Kim 

background image

i tajemniczy napastnik zastosowali ten sam chwyt. Wrócił myślą 
do chwili, gdy rzucił intruza na ścianę i przycisnął go barkiem. To 
nie było ciało mężczyzny, uświadomił sobie nagle. Na studiach 
grał w drużynie rugby i wiedział, jak wyglądają zapasy z facetem. 
To była kobieta! A potem zjawiła się Kimberlie... 

Co o niej wiem?
Jest   starsza   niż   zazwyczaj   stażyści   i   nie   chce   zdradzić, 

dlaczego.   Jej   zachowanie   w   sali   operacyjnej   wskazuje,   że   ma 
większe doświadczenie, niż się przyznaje. 

Nie   chciała   powiedzieć   niczego   o   swojej   rodzinie.   Uderzyła 

pięścią   w   umywalkę,   jak   gdyby   ze   złości,   że   co?   Że   mnie 
pocałowała?

Harry poszedł do łazienki, otworzył sejf. Czy go znalazła? Czy 

doszła do wniosku, że mam coś do ukrycia?

Szybko   wprowadził   kod   i   sprawdził   zawartość   schowka. 

Wszystko leżało na swoim miejscu: dokumenty dotyczące pracy, 
testament, lista podejrzanych o udział w zamachu na Japarlina. 
Jego wzrok padł na nazwisko Kimberlie Mason. Czy rzeczywiście 
maczała w tym palce? Czy usiłuje go omamić czarem i urodą? 
Czy sam nie pcha się w zastawione przez nią sidła?

Pytań było więcej niż odpowiedzi. Intuicja podpowiadała mu, 

że kluczem do rozwiązania zagadki jest Kimberlie Mason. 

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY

Nie wiedziała, czy w niedzielę Harry był w szpitalu, czy nie. 

Mieli   takie   urwanie   głowy,   że   dopiero   około   trzeciej   mogła 
wyrwać się na lunch. 

W bufecie przysiadł się do niej Jerry. 
– Ale młyn – westchnął znad filiżanki kawy. 
– Uhm. 
–   Dobrze   się   spisałaś   –   pochwalił   ją,   mając   na   myśli 

zakończoną przed chwilą operację, w której asystowała. 

– Dziękuję. 
– Moim zdaniem nie powinnaś mieć kłopotów z dostaniem się 

na specjalizację. Słyszałem, że szef też jest pod wrażeniem twoich 
umiejętności i jeśli uzyskasz jego rekomendację, droga przed tobą 
otwarta. 

Kim   uśmiechnęła   się,   wzruszyła   ramionami   i   ugryzła   kęs 

kanapki z sałatką jarzynową. 

–   Nie   chwalmy   dnia   przed   zachodem   słońca   –   odparła 

wymijająco. – A ty długo musiałeś czekać, zanim cię przyjęli? – 
spytała, chociaż wszystko o Jerrym wiedziała. 

– Mnie się poszczęściło. Pochodzę z lekarskiej rodziny i odkąd 

skończyłem piętnaście lat, marzyłem o chirurgii. 

–   Jesteś   wyjątkiem.   Większość   nastolatków,   kończąc   szkołę, 

nie wie, co chce robić dalej. Zresztą, czy można im się dziwić?

Jeny pokiwał głową i spytał:
– Jak było z tobą?
– Zawsze chciałam studiować medycynę. 
– Co się właściwie stało, że dopiero teraz starasz się o przyjęcie 

na specjalizację?

–   No   wiesz,   różnie   się   w   życiu   układa...   –   zaczęła   i, 

przybierając żartobliwy ton, dodała: – W końcu nie jestem aż taka 
stara. 

– Najważniejsze, że dopięłaś celu. Gratuluję. 
– Dziękuję. 

background image

Kilka godzin później Tammy podjechała pod szpital i zabrała 

przyjaciółkę do domu. 

– Co z doktorem Mayberrym? – spytała, kiedy po raz kolejny 

przeglądały teczki. 

–   Wydaje   mi   się,   że   jest   w   porządku.   Nie   ma   związków 

rodzinnych z Tarparnią, nigdy tam nie był, a podczas operacji stał 
tuż przy mnie. Poza tym kiedyś poznałam jego szwagra, nawet 
zaprosili   mnie   z   żoną   na   kolację.   To   mili,   uczciwi   ludzie.   – 
Potrząsnęła głową. 

– Gdyby się okazało, że Jerry maczał w tym palce, byłabym 

bardzo zdziwiona. 

– Aż tak jesteś go pewna?
– Aha. Chociaż oczywiście będę go miała na oku. 
– Tylko nie przesadź, bo Harry zrobi się zazdrosny. 
– Och, daj spokój. 
–   Nie   obawiasz   się,   że   Jerry   mógłby   wspomnieć   o   tobie   w 

rozmowie z siostrą?

– Nie pomyślałam o tym. – Kim zmarszczyła brwi. 
– Ech! Nie będę się martwić na zapas. 
– Dobrze. Co z tym instrumentariuszem, Ni Kartu?
–   Może   jutro   uda   mi   się   go   złapać.   Po   dyżurze   spróbuję 

wyciągnąć go na kawę. Ma opinię podrywacza, więc powinien się 
zgodzić. 

– Najlepiej umów się z nim w jakieś kawiarni. Zawiadom mnie, 

gdzie będziecie, żebym miała czas się przygotować. 

– Dobrze. 
– Kto następny? – Tammy przerzucała teczki. – John McPhee, 

anestezjolog. 

–   Nieprzystępny.   Jako   stażystka   nie   mam   wiele   okazji   do 

kontaktów ze szpitalną elitą. Muszę coś wymyślić. 

– No tak. Szkoda, że nie poszłaś na ten bankiet. 
– Może, ale za to miałam okazję rozejrzeć się w mieszkaniu 

Harry’ego. 

– Został ci jeszcze sejf. 

background image

– Wiem. Pomyślałam, że wpadnę do niego pod pretekstem... 

no, że niby chciałam się dowiedzieć, jak się czuje po... 

– Po wczorajszym pobiciu? Kim przymknęła powieki. 
– Mam takie wyrzuty sumienia – wyznała. 
–   To   się   ich   pozbądź   –   poradziła   przyjaciółka.   –   Stało   się. 

Zresztą doktor Buchanan wciąż figuruje na liście podejrzanych. 

– Tylko że ja się z nim całowałam!
– Właśnie. Obiecałaś opowiedzieć mi wszystko z detalami. 
– Niczego nie będę opowiadać!
Na   szczęście   dzwonek   telefonu   wybawił   ją   z   kłopotliwej 

sytuacji. 

– Doktor Mason. Słucham... Harry!
– Nie przeszkadzam?
– Ależ skąd. 
– Masz chwilkę? Dasz się wyciągnąć na kawę? Pół godziny, 

nie dłużej, obiecuję. 

Kim spojrzała na zegarek. Wpół do dziewiątej. Dobrze, mogę 

się z nim umówić, pomyślała. 

–   Pół   godziny?   Zgoda.   Masz   mi   coś   szczególnego   do 

powiedzenia?

– Nie przez telefon – odparł. 
Z   głosu   Harry’ego   znikła   uwodzicielska   nuta,   toteż   Kim 

natychmiast się domyśliła, że sprawa musi dotyczyć tajemniczej 
śmierci Japarlina. 

– Gdzie się spotkamy?
– Niedaleko szpitala jest mała kawiarnia. Możemy się spotkać 

tam,   albo   jeśli   wolisz,   przyjadę   po   ciebie   i   pojedziemy   gdzie 
indziej. 

– Nie, nie. Tamara mnie podrzuci. 
– Za kwadrans wystarczy?
– Tak. 
–   Zadzwonię,   żeby   przysłali   samochód   operacyjny   –   rzuciła 

Tammy, kiedy Kim skończyła rozmawiać. 

– Nie zdążą. Wezmę dyktafon. 
– Jesteś pewna?

background image

– Oczywiście. 
– Na wszelki wypadek będę krążyć w pobliżu. 
Na widok Kim, Harry wstał i odsunął dla niej krzesło. 
– Pięknie wyglądasz. 
– Dziękuję. 
– Ładne kolczyki. 
Kim dotknęła małych diamencików w uszach. 
– Prezent od rodziców. 
– Moja matka nigdy nie daje mi prezentów, którymi mógłbym 

się pochwalić przed szerszą publicznością. 

Kim uniosła brwi. 
– Jak już zacząłeś, to musisz dokończyć. 
–   Daje   mi   bieliznę.   Na   każde   urodziny,   odkąd   pamiętam. 

Twierdzi, że to przywilej matki. 

Kim   przypomniały   się   bokserki   w   kiczowate   wzroki   w 

szufladzie jego komody i zachichotała w duchu. 

– Pewnie wybiera bardzo elegancką i dystyngowaną. 
– Wręcz przeciwnie. Jest wielbicielką komiksów. Kim oparła 

łokcie   na   blacie   stołu,   pochyliła   się   do   przodu   i 
konfidencjonalnym szeptem spytała:

–   Jakie   masz   teraz   na   sobie?   –   Harry   skrzywił   się.   –   Sam 

zacząłeś. No powiedz, jakie?

– W uśmiechnięte buziaczki. Takie „Keep smiling!”. 
– „Keep smiling!” Ho, ho. Kto by pomyślał, że sławny doktor 

Buchanan pod eleganckim garniturem ma bokserki w śmieszne 
wzorki. 

– Uprzedzam, że jeśli w szpitalu zaczną się na ten temat plotki, 

będę wiedział, kto je rozpuszcza. 

– Nie zapominaj o Elaine. 
– Zazdrosna?
– Gdyby łączyło nas coś więcej, a nie tylko śledztwo w sprawie 

tajemniczej   śmierci   zagranicznego   polityka,   może   byłabym 
zazdrosna. Chociaż Elaine Parkinson nie wydaje mi się kobietą w 
twoim typie. 

– Bo nie jest. 

background image

– To dobrze. – Kelner podał im kawę, a kiedy odszedł, Kim 

spytała: – O czym chciałeś ze mną rozmawiać?

Harry wypił kilka łyków, dosypał trochę cukru do filiżanki i 

dopiero po chwili odpowiedział:

– Kilka godzin temu przybyła delegacja Tarparnii. Kim kiwnęła 

głową. Nie było to dla niej nic nowego. 

– Znam jednego z członków – ciągnął Harry, nie patrząc na nią. 

Wydawał   się   całkowicie   pochłonięty   mieszaniem   kawy.   – 
Zdradził mi, że dotarły do nich informacje o przygotowywanym 
zamachu   na   Japarlina   tu,   w   Australii,   podczas   planowanej 
operacji. 

Kim zrobiła wielkie oczy. 
– Mają dowody?
– O dowodach nie wspomniał. 
– A więc to było morderstwo. 
– Rząd Tarparnii uważa śmierć ministra za mocno podejrzaną. 

Sekcję   zwłok   wyznaczono   na   jutro   rano,   ale   wyniki   zostaną 
podane   do   publicznej   wiadomości,   dopiero   kiedy   Tarparńczycy 
wypowiedzą się na ten temat. 

–   Jeśli   coś   znajdą,   jakieś   niezbite   dowody,   to   czy   twoim 

zdaniem ogłoszą, że to było morderstwo, czy będą się trzymać 
wersji o śmierci z przyczyn naturalnych?

– Nie wiem. 
– Czy w sekcji zwłok weźmie udział ktoś z naszej strony?
Kim doskonale znała odpowiedź, lecz chciała sprawdzić, jak 

dobrze poinformowany jest znajomy Harry’ego. 

–   Owszem,   lecz   Tarpareńczycy   stawiają   warunek,   że   sekcji 

dokona ich lekarz, zresztą właśnie ten mój kolega. Jest cenionym 
specjalistą w dziedzinie medycyny sądowej. 

– Ufasz mu?
–   Tak.   To   porządny   człowiek.   Wielokrotnie 

współpracowaliśmy   podczas  moich   wizyt  w  Talrparnii.  Zawsze 
społecznie robił badania histopatologiczne. 

–   Mamy   przynajmniej   gwarancję,   że   sekcja   będzie 

przeprowadzona uczciwie. 

background image

–   To   prawda,   ale   teraz   zaczynam   bać   się   o   niego.   A   jeśli 

znajdzie   dowody   zabójstwa?   Jaki   to   będzie   miało   wpływ   na 
stosunki między naszymi państwami?

– Sądzisz, że któraś ze stron będzie chciała zatuszować sprawę?
– Nie wiem. Mój znajomy twierdzi, że niektórzy z urzędników 

biorących   udział   w   delegacji   chcieliby   widzieć   Japarłina 
martwym. 

– No, no... 
– Właśnie. 
– Możemy coś zrobić?
– Mie mojego znajomego na oku. 
– Jak to sobie wyobrażasz? Żadne z nas nie jest ekspertem w 

dziedzinie medycyny sądowej. Nie pozwolą nam nawet zbliżyć się 
do kostnicy. 

– Ponieważ to ja operowałem ministra, mój znajomy poprosi, 

żebym był obecny w charakterze obserwatora. 

– Czyli jutro nie będzie cię na oddziale?
– Nie, ale jestem pewien, że Jeny i doktor Edington znakomicie 

poradzą sobie beze mnie. 

–   Oczywiście.   Zawiadomisz   mnie   przez   pager,   kiedy 

skończycie, dobrze? – Kim dotknęła jego dłoni i dodała: – Proszę. 

W jej oczach Harry dostrzegł autentyczną troskę. Zaskoczyło 

go to, a nawet wzruszyło. Dawno nie spotkał kobiety takiej jak 
Kimberlie. Czasami wydaje się szczerze o niego zaniepokojona, a 
czasem robi coś, co stawia pod znakiem zapytania jej szlachetne 
intencje. 

– Postaram się – obiecał. 
– Dzięki. To dla mnie bardzo ważne. Czy będziesz miał wgląd 

w analizy?

– Nie wydaje mi się. Sądzę, że Tarpareńczycy położą na nich 

rękę. 

–   Będą   musieli   to   sobie   wywalczyć   z   naszym   rządem...   – 

wyrwało jej się, lecz natychmiast się zreflektowała i dodała: – Tak 
mi się wydaje. – Dopiła kawę, spojrzała na zegarek. – Miło mi się 
tu z tobą siedzi, ale... 

background image

–   Wiem.   Musisz   wracać   do   nauki.   –   Skinął   na   kelnera   i 

zaproponował: – Odwiozę cię. 

– Będzie mi miło. 
Wstając od stolika, Kim wyłączyła dyktafon, który przez cały 

czas   miała   w   torebce.   Kiedy   doszli   do   sportowego 
ciemnozielonego   jaguara   Harry’ego   ze   skórzanymi   fotelami, 
wyznała:

– Podoba mi się twoje auto. Od dawna je masz?
– Kupiłem je, kiedy zostałem konsultantem. 
– Ja też coś sobie sprezentuję, ale na pewno nie samochód. 
– Nie masz prawa jazdy?
– Mam, ale wolę nie siadać za kierownicą. 
– Dlaczego?
–   Bo   za   bardzo   lubię   szybką   jazdę,   więc   gdybym   miała 

sportowy   wóz,   to   nie   wiem,   czym   by   się   to   skończyło.   Za   to 
wyżywam się na torze. 

– Brzmi to groźnie. 
Kim wzruszyła ramionami. 
– Przynajmniej znam swoje wady. 
– Wszystko przygotowane? – spytała Tamarę następnego dnia 

rano.   Siedziała   w   maleńkim   pokoiku   za   biurkiem   zarzuconym 
kartami pacjentów, które dostała do przejrzenia. Za dwie minuty 
miała się stawić u Harry’ego na porannej odprawie. 

–   Tak.   Ivan   zainstalował   miniaturową   kamerę   nad   stołem 

prosektoryjnym, więc wszystko zobaczymy i usłyszymy. 

– Znakomicie. Spotkamy się wieczorem? U mnie?
– Świetnie. Przynieść chińszczyznę na kolację?
–   Uhm.   Zawiadom   mnie   przez   pager,   jeśli   czegoś   jeszcze 

będziesz potrzebowała. 

– Dobrze. Do zobaczenia. 
Po skończonym obchodzie Harry zwrócił się do Kim:
–   Przed   rozpoczęciem   dyżuru   proszę   na   słowo   do   mojego 

gabinetu, doktor Mason. 

Gdy weszła, sprawiał wrażenie bardzo zdenerwowanego. 
– Coś się stało? Chodzi o sekcję?

background image

– Nie – odparł. – Chodzi o ciebie. Nie mogę spać, nie mogę 

myśleć!   –   wybuchnął.   –   Doprowadzasz   mnie   do   szaleństwa. 
Podobam ci się? Powiedz... 

– Słucham?!
– Przepraszam, że pytam tak obcesowo, ale muszę wiedzieć!
–   Posłuchaj,   Harry...   –   zaczęła   łagodnym   tonem.   Musi   mu 

powiedzieć, że wszelka zażyłość między  nimi jest wykluczona. 
Znalazła się tu, bo powierzono jej misję, której szczegółów nie 
wolno jej zdradzić. Okłamuje go, chociaż wie, że on nienawidzi 
kłamstwa. Jej praca związana jest z podróżami po całym świecie, 
a jego życie jest tu, w Sydney. Nie, nie może się przyznać, że 
Harry się jej podoba, że ją pociąga. To nie byłoby fair ani wobec 
niego, ani wobec niej samej. 

– Tak?
– Chcesz wiedzieć, czy mi się podobasz? – powtórzyła pytanie. 

– Oczywiście, że tak, ale ja nie... 

Nie   pozwolił   jej   dokończyć.  W  okamgnieniu   znalazł   się   tuż 

przy niej i pocałował ją – władczo i namiętnie, dokładnie tak, jak 
pragnęła.   Świat   wokół   niej   zawirował.   Poczuła   się   lekka, 
bezwolna,   marzyła,   żeby   ta   chwila   trwała   wiecznie.   Dźwięk 
interkomu   sprowadził   ją   na   ziemię.   Drgnęła,   lecz   Harry   nie 
spieszył się. Powoli oderwał od niej wargi, podprowadził ją do 
krzesła, pomógł jej usiąść i dopiero wtedy podniósł słuchawkę. 

– Doktor Buchanan. 
– Czekają na pana w kostnicy – zawiadomiła sekretarka. 
– Dziękuję. – Odłożył słuchawkę i zwrócił się do Kim. – Muszę 

iść. 

– Uważaj na siebie. 
– Obiecuję. 
– I zawiadom mnie, jak będzie po wszystkim. 
– Oczywiście. 
Kiedy zabrzęczał pager, Kim sprawdziła numer i ku swojemu 

zdziwieniu zobaczyła, że nadawcą wiadomości nie jest Harry, lecz 
Tammy.   Pobiegła   do   podziemia,   gdzie   odkryła   automat 
telefoniczny,   z   którego   można   było   dyskretnie   rozmawiać,   i 

background image

szybko zadzwoniła. 

– Mamy problem – wyznała przyjaciółka. 
– O co chodzi? Coś z Harrym? – zaniepokoiła się Kim. 
– Tak. Ukradł próbkę tkanki wątroby Japarlina. 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY

– Musisz się dowiedzieć, dlaczego to zrobił – mówiła Tammy. 

– Kamera wychwyciła, jak ten jego koleżka, który przeprowadzał 
sekcję, podaje mu preparat. Nikt jakoś niczego nie zauważył, ale 
możesz   mi   wierzyć,   nie   dwa,   ale   trzy   razy   obejrzałam   taśmę. 
Widać jak na dłoni! Niezły numer z tego twojego Harry’ego. 

–   Podejrzewam,   że   będzie   się   starał   jak   najszybciej   oddać 

preparat   do   analizy.   Dobrze   by   było   sprawdzić   laboratoria   i 
skopiować wyniki. 

– Uważasz, że nie skorzysta z laboratorium w szpitalu? Może 

mieć tam kogoś zaufanego... 

– Sprawdzę. 
– Nie. Niech Ivan się tym zajmie. Ty musisz zbadać sejf. A 

wracając do tematu, po co mu taka analiza?

– Pewnie sądzi, że to coś wyjaśni. 
– W jakim kierunku szłoby twoje rozumowanie?
–   Po   pierwsze   chciałabym   wiedzieć,   czy   do   kroplówki   nie 

dodano   żadnej   substancji,   która   nie   powinna   się   tam   znaleźć. 
Badanie wątroby to wykaże. 

– Może też chcieć zatrzeć ślady. 
Kim przymknęła oczy i potrząsnęła głową. 
– Nie. Nie sądzę. Harry nie miał nic wspólnego z tą śmiercią. 

On chce się dowiedzieć, co ją spowodowało. 

– Intuicja ci to podpowiada?
– Tak. 
– Nie hormony?
– Nie!
–   Nie   irytuj   się   tak.   Zadałam   tylko   zwyczajne   pytanie.   Dla 

twojej   informacji   dodam,   że   zgadzam   się   z   tobą.   Moss   jest 
zadowolony z tego, co „do tej pory dostarczyłaś i on też przychyla 
się do twierdzenia, że Harry jest czysty. Musimy jeszcze tylko 
sprawdzić jego sejf. 

– Dziś wieczorem się tym zajmę, ale ja i bez tego mam taką 

background image

pewność. 

– Moss chce, żeby wszystko było zrobione jak należy. 
Słowa Tammy zastanowiły Kim. 
– Dlaczego Moss tak się nim interesuje?
– Powiedzmy, że facet zrobił na nim duże wrażenie. 
– Nie!
– Co nie?
– Pamiętasz, jak było ze mną? Powiedziałaś, że zrobiłam na 

nim   duże   wrażenie   i   zanim   się   zorientowałam,   już   dla   niego 
pracowałam.   Nie   chcę,   żeby   Harry   został   wciągnięty   w   takie 
życie. 

– Rozumiem, co czujesz, ale to nie twoja sprawa. 
– To niech Moss go do siebie wezwie i spyta wprost, dlaczego 

ukradł tkanki – napadła na nią Kim. 

– Uspokój się. Na razie każę go śledzić, żeby się dowiedzieć, 

do którego laboratorium się zwróci. 

Kim westchnęła. Wiedziała, że Tammy ma rację. 
– Pogadam z nim. Może sam mi wszystko powie?
– Moss czeka na raport do końca dnia. – Kim milczała. – Jesteś 

tam? Kim?

– Uhm. 
–   Spójrz   na   to   od   innej   strony.  Jeśli   Moss   chce   zwerbować 

Harry’ego... nie, wcale nie twierdzę, że tak jest – wtrąciła szybko 
– to znaczy, że uważa go za niewinnego. 

– Chyba tak. Wiecie, co było w odpadach? Do tej pory wyniki 

powinny już być. 

–   Moss   już   je   nawet   dostał.   Za   godzinę   się   z  nim   zobaczę, 

wtedy dowiem się czegoś konkretnego. 

Przerwał im sygnał pagera Kim. Miała nadzieję, że to nareszcie 

Harry się odezwał, lecz wyświetlił się nie jego numer. 

– Muszę pędzić. Wzywają mnie na salę operacyjną. 
– Harry ma teraz dyżur?
–   Powinien,   ale   jak   będzie,   nie   wiem.   Zazwyczaj   Jerry   go 

zastępuje, ale mam nadzieję, że kiedyś się zjawi. 

– Jeśli ci się uda... 

background image

– Oczywiście. Spróbuję wysondować, dlaczego to zrobił. No, 

porozmawiamy później. – Kim odwiesiła słuchawkę i pobiegła na 
blok   operacyjny.   –   Więc   kogo   dzisiaj   mamy?   –   zagadnęła 
Jerry’ego. 

– Nie wiesz? Przecież sama układałaś listę pacjentów. 
Zgadza   się,   przypomniała   sobie.   Dwa   pęcherzyki   żółciowe, 

dwa   wyrostki   robaczkowe,   jedna   przepuklina   i   dwie   operacje 
wycięcia nasieniowodu. 

Harry   dołączył   do   nich,   akurat   kiedy   myli   się   do   usunięcia 

przepukliny. 

– Jak leci? – zwrócił się do Jerry’ego. 
– W porządku, prawda, Kim?
– W absolutnym – potwierdziła. 
Powie   jej   o   tej   skradzionej   próbce   czy   nie?   Miała   ochotę 

zaciągnąć   go   w   jakiś   kąt,   przywiązać   do   krzesła,   oślepić 
reflektorem,   wydobyć  z   niego   prawdę,   a  potem   całować  aż   do 
utraty tchu. Przymknęła powieki, by się uspokoić. Tak, w ciągu 
ostatnich kilku dni Harry stał się kimś bardzo dla niej ważnym. 

– Kimberlie? Dobrze się czujesz? – Jego głos sprowadził ją na 

ziemię. 

Gwałtownie   otworzyła   oczy.   Wyprostowała   się,   zmusiła   do 

uśmiechu. 

– Oczywiście. Jak sekcja? – zapytała cicho. Harry zwlekał z 

odpowiedzią, lecz cały czas patrzył jej prosto w oczy. 

– Masz dziś wolny wieczór? Zjemy razem kolację? Tym razem 

uśmiech, który pojawił się na jej twarzy, nie był udawany. 

– Dobrze. 
Świetnie.   Cudownie.  Od   razu   humor   jej  się   poprawił.   Harry 

opowie jej, co zaszło podczas sekcji. 

– Długo jeszcze będziecie tak stali i robili do siebie słodkie 

oczy? – zirytował się Jeny. Harry zgromił swego podwładnego 
wzrokiem, lecz on tylko wzruszył ramionami. – Wolałbyś, żeby 
instrumentariuszka cię zobaczyła albo podsłuchała, jak zapraszasz 
stażystki na kolację?

– Dziękuję za troskę. 

background image

Harry nalegał, by drugą operację usunięcia nasieniowodu Kim 

przeprowadziła   samodzielnie   i   chociaż   nie   było  to   dla   niej   nic 
nowego, świadomość,  że Harry z uwagą śledzi każdy jej ruch, 
trochę jej przeszkadzała. 

Kiedy skończyli, Jerry pierwszy pobiegł do przebieralni i na 

chwilę zostali sami. 

– Przyjadę po ciebie o siódmej, dobrze?
– Tak wcześnie?
– Tak, żebyś potem mogła się jeszcze pouczyć. 
– Aha. Pamięta pan o wszystkim, doktorze – odparła. – Będę 

gotowa. – Stali wpatrzeni w siebie jak zahipnotyzowani. W końcu 
Kim nadludzkim wysiłkiem zmusiła się do zrobienia pierwszego 
kroku. – Do zobaczenia – rzuciła, odwróciła się i odeszła. 

W   szatni   puściła   zimny   prysznic,   by   ostudzić   rozbudzone 

zmysły.   To   nie   fair,   myślała.   Kiedy   spotkałam   faceta,   który 
naprawdę mi się podoba, z którym świetnie się rozumiem, jest dla 
mnie nieosiągalny. 

Zakręciła kran, wytarła się, ubrała i jak najszybciej opuściła 

blok   operacyjny.   Zajrzała   jeszcze   do   kilku   pacjentów,   by 
sprawdzić ich stan, i przed szóstą wyszła ze szpitala. Gdy znalazła 
się   na   zewnątrz,   włączyła   telefon   komórkowy.   W   poczcie 
głosowej   miała   dwie   wiadomości,   obie   od   Tamary.   Pierwsza 
brzmiała: „Zadzwoń, jak tylko będziesz mogła. Spotkanie u Mossa 
bardzo interesujące. „ Druga: „Będę u ciebie koło siódmej. Mam 
coś. Cześć. „

Szkoda, że jeszcze nikt nie wynalazł sposobu, jak być w dwóch 

miejscach   naraz.   Kim   usiadła   na   ławce,   westchnęła   i   zaczęła 
wystukiwać numer przyjaciółki. Nagle tuż nad głową usłyszała:

– Ciężki dzień?
Ze zdziwieniem zobaczyła, że przysiada się do niej Ni Kartu, 

instrumentariusz asystujących przy operacji Japarlina. 

– Jak każdy – odparła i schowała telefon. – Co u ciebie? – 

zagadnęła. 

– Nic szczególnego. 
Bez oporów wykorzystała nadarzającą się okazję. 

background image

– Wiesz, kawa postawiłaby mnie na nogi – rzuciła. Ni uniósł 

brwi, zdumiony jej bezpośredniością. 

– Mnie też. To może razem poszukamy jakiegoś baru?
– Świetnie – podchwyciła. 
Wiedziała, że nie ma czasu do stracenia. Musi wyciągnąć z Ni, 

co się tylko da, potem wymienić uwagi z Tammy i jeszcze zdążyć 
przyszykować się na randkę z Harrym. 

Harry zatrzymał się przed samochodem, sięgnął do kieszeni po 

kluczyki   i   podniósł   głowę   akurat   w   chwili,   kiedy   Kim   z   Ni 
opuszczali   teren   szpitala.   Zacisnął   zęby.   To   po   prostu   zbieg 
okoliczności, tłumaczył sobie. Przy przejściu dla pieszych pewno 
każde pójdzie w swoją stronę. Jednak nie, dalej też szli razem. 
Mocniej   zacisnął   palce   na   rączce   teczki.   Co   prawda   Kim 
przyznała, że się jej podoba, ale to nie znaczy, że ma monopol na 
jej towarzystwo. Starał się opanować wzbierającą złość. 

– Harry! – John McPhee szybkimi krokami zmierzał w jego 

stronę. – Dobrze, że cię złapałem. W piątek wydajemy  z żoną 
przyjęcie i chcieliśmy cię zaprosić. Żadna okazja, po prostu dużo 
picia, dużo jedzenia i tłum ludzi. Przyjdź z dziewczyną, jeśli masz 
ochotę. 

– Dzięki. – Natychmiast pomyślał o Kimberlie. 
–   Widziałem   cię   wczoraj   wieczorem   w   kawiarni   w 

towarzystwie tej nowej stażystki. Niezła. 

–   Tak.   Bardzo   atrakcyjna   –   przyznał   Harry   i   jeszcze   raz 

spojrzał w kierunku, w którym oddaliła się Kim. Potem przeniósł 
wzrok na Johna. – Było dość późno – zauważył. – Sądziłem, że 
odkąd   zostałeś   szefem   anestezjologów,   nie   bierzesz   już   tych 
okropnych nocnych dyżurów. 

Czy   mu   się   tylko   wydawało,   czy   John   uśmiechnął   się   z 

wyraźnym przymusem?

–   Nie   miałem   dyżuru,   ale   musiałem   nadgonić   papierkową 

robotę. Wiesz, jak to jest. 

Harry ze zrozumieniem pokiwał głową. 
– Wiem. Mnie też się zebrało sporo zaległości. 

background image

– Miałeś jakieś wiadomości o sekcji? – spytał John wciąż z tym 

samym sztucznym uśmiechem. 

– Byłem tam. Wszystko przebiegło zgodnie z planem. 
– Byłeś tam?
–   To   był   wyłącznie   gest   kurtuazji   wobec   mnie   jako   szefa 

zespołu chirurgów operujących Japarlina. 

– Nie rozumiem. Byłem anestezjologiem odpowiedzialnym za 

pacjenta. Też zasługiwałem na podobny gest. Dlaczego mnie nie 
poproszono?

– Nie mam pojęcia. Jeśli chcesz, spytaj jutro Elaine. 
–   Nieważne.   –   John,   wyraźnie   wzburzony,   machnął   ręką.   – 

Kiedy będą wyniki?

Harry wzruszył ramionami. 
– Najwcześniej jutro. Sądzę, że władze poruszą niebo i ziemię, 

żeby dostać je jak najszybciej – odparł, a widząc, że John jest 
zdenerwowany, spytał: – Coś nie tak?

–   Nie,   nic.   Po   prostu   cała   ta   sprawa   wytrąciła   mnie   z 

równowagi. Nie wiem, jak możesz tam jeździć operować. 

–   Ludzie,   bez   względu   na   to,   gdzie   mieszkają,   potrzebują 

pomocy. Jeżdżę nie tylko do Tarparnii. 

– Racja. No, nie będę cię zatrzymywać. 
Kim starała się nakierować rozmowę na temat, który był na 

ustach wszystkich – śmierć ministra Japarlina. 

– Opowiedz mi o swoim kraju – poprosiła. – Nigdy tam nie 

byłam. 

–   Mamy   najpiękniejsze   na   świecie   plaże   i   dlatego   przemysł 

turystyczny kwitnie – zaczął Ni. – A zachody słońca... – Urwał 
rozmarzony. 

– Tęsknisz?
– Jasne. 
– Masz tam rodzinę?
– Z wyjątkiem młodszej siostry wszyscy moi bliscy nadal tam 

mieszkają. 

–   Denerwujesz   się,   prawda?   Cała   ta   niepewna   sytuacja 

polityczna powoduje, że w Tarparnii nie jest bezpiecznie. 

background image

–   Każdy   kraj   ma   swoje   problemy   –   odparł   Ni,   przybierając 

lekko defensywny ton. 

–   Przepraszam.   Nie   chcę   nikogo   krytykować,   próbuję   tylko 

zrozumieć. 

– Dlaczego?
Kim wzruszyła ramionami. 
– Bo mnie to interesuje. I dlatego wyciągnęłam cię na kawę – 

wyznała i skromnie spuściła wzrok. – Wiesz, chyba zrobiłam coś 
bardzo   nierozsądnego...   –   Zawiesiła   głos,   jakby   się   wahała.   – 
Zaczęłam   trochę   badać   śmierć   tego   waszego   ministra   – 
dokończyła. 

– Dlaczego? – spytał znacznie poważniejszym głosem. 
–   Bo   byłam   wtedy   w   sali   operacyjnej.   Cieszyłam   się,   że 

nareszcie mam okazję obserwować, jak doktor Buchanan operuje, 
ale nigdy bym nie przypuszczała, że pacjent umrze mu na stole. 
Wszyscy byli zdziwieni. 

–   Mnie   już   niewiele   dziwi.   –   Ni   wypił   kilka   łyków   kawy   i 

dodał: – Dziś robili sekcję, ale nie znam wyników. 

– Cóż, z tego miejsca, gdzie stałam, wyglądało to na atak serca. 
Ni milczał chwilę. 
– Czasami pozory mylą – odezwał się w końcu. 
– Co masz na myśli?
Ni rozejrzał się po sali, nachylił do Kim i ściszając głos, rzekł:
– Po powrocie do kraju Japarlin miał stanąć przed sądem pod 

zarzutem zbrodni przeciwko narodowi. 

Kim także pochyliła się i szeptem zapytała:
– Jakie jest twoje zdanie? Słusznie?
–   Według   mnie   zasłużył   sobie   na   to,   ale   teraz   większość 

Tarpareńczyków będzie zawiedziona, że uniknął sprawiedliwości. 
Zastanawiam się, czy nie uśmiercono go tutaj, żeby ocalić twarz. 

– Taka polityczna zagrywka?
– Coś w tym rodzaju. 
– Kto ci o tym powiedział?
–   Ojciec.   Mówił,   że   gazety   pisały,   że   dla   dobra   kraju 

Japarlinowi zostanie wytoczony proces. 

background image

– Kiedy to było?
– W piątek w południe tutejszego czasu. 
– Czyli już po śmierci Japarlina – szepnęła. – Zdumiewające! – 

Potrząsnęła głową. Nagle w jej plecaczku odezwała się komórka. 
– Przepraszam... 

– Gdzie jesteś? – dopytywała się Tammy. 
– W kawiarni. 
– Z Harrym?
– Nie. Jestem potrzebna na oddziale? – spytała. 
– Aha, rozumiem. 
– Zaraz tam będę – rzuciła, rozłączyła się i zwracając się do Ni, 

dodała: – Obowiązki wzywają... 

Zanim   Tammy   dojechała   na   miejsce,   Kim   zdążyła   wziąć 

prysznic i się przebrać. 

– Dlaczego nie oddzwaniałaś?
– Nie miałam czasu. Harry zaprosił mnie na kolację, za dziesięć 

minut   już   tu   będzie,   a   jeszcze   muszę   wysuszyć   włosy. 
Porozmawiajmy w łazience, dobrze?

– Z kim byłaś na kawie?
– Z Ni Kartu. 
– Dowiedziałaś się czegoś ciekawego?
Kim   powtórzyła   jej   usłyszane   przed   chwilą   rewelacje,   lecz 

Tammy już znała te nowiny. 

– Dziś po południu Moss mi o wszystkim powiedział. 
– Wiesz coś jeszcze? – spytała Kim. 
–   Mamy   raport   w   sprawie   odpadów.   Przyniosłam   go,   żebyś 

sprawdziła, czy na liście coś wzbudza twoje podejrzenia. 

– Zaraz się tym zajmę. Pomóż mi umalować rzęsy, bo sama 

zawsze rozmazuję sobie tusz... 

– Co to jest propofol? – spytała Tammy, kiedy skończyła z 

jednym okiem. 

– Środek znieczulający niezawierający barbituranu, stosowany 

w   chirurgii   jednego   dnia.   Ma   lekkie   działanie   uspokajające. 
Dlaczego pytasz?

– Ponieważ wśród odpadów znaleźliśmy całkiem sporo fiolek 

background image

po tym specyfiku. 

Kim uniosła brwi. 
– Nie ruszaj oczami! – zdenerwowała się Tammy. 
– Przepraszam. Skończyłaś?
– Tak. 
– To pokaż tę listę. – Tammy wyjęła z teczki kartkę. – Czy 

propofol to niebezpieczny środek?

– Nie, jeśli stosuje się go zgodnie z zaleceniami. Niewłaściwie 

podany może mieć fatalne skutki, zresztą jak każdy inny lek. 

– Więc nie jest niebezpieczny dla zdrowia?
– Istnieją przeciwwskazania, na przykład przy alergii na soję i 

jajka,   ale   o   ile   mi   wiadomo,   minister   nie   był   uczulony   na   te 
produkty. 

– Sprawdzimy. 
– Dobrze. 
Kim odwróciła kartkę i potrząsnęła głową. 
– Tu jest stanowczo za dużo fiolek jak na jedną operację. 
– O ile za dużo?
– Przynajmniej o pięćdziesiąt mililitrów. 
– Czy takie przekroczenie dawki mogłoby wywołać atak serca?
Kim uśmiechnęła się do przyjaciółki. 
– Zabiłoby go na miejscu. 
– Czyli już wiemy. 
– Tak. 
– Jak się nazywa ten anestezjolog?
– John McPhee. 
– Okej. Odtąd podejrzany numer jeden. – Dzwonek do drzwi 

przerwał im rozmowę. Kim szybko oddała protokół przyjaciółce. 
– Nie za wcześnie? – zdziwiła się Tamara. 

Kim zerknęła na zegarek. 
– Kilka minut. Dobrze wyglądam?
– Wspaniale. Tylko nie zapomnij o słuchawce. 
– Nie zapomnę. Coś jeszcze?
–   Przekręć   spódnicę.   Włożyłaś   tył  na   przód.   Kim   poprawiła 

spódnicę i otworzyła drzwi. 

background image

– Świetnie wyglądasz – pochwalił Harry, wchodząc. 
– Dziękuję. Jestem gotowa – oznajmiła Kim, a zwracając się do 

Tammy, rzuciła: – Zamkniesz, wychodząc, dobrze?

– Oczywiście. Bawcie się dobrze. 
Kim wiedziała, że jak tylko znikną z pola widzenia, Tammy 

popędzi do samochodu operacyjnego i podąży za nimi. Chcąc dać 
jej czas, udała, że musi sprawdzić, czy wzięła klucze i grzebała w 
torebce dopóty, dopóki kątem oka nie zobaczyła, że przyjaciółka 
wyszła z budynku. Wówczas jej klucze natychmiast się odnalazły. 

Harry   zabrał   ją   do   modnej   restauracji   w   samym   centrum 

Sydney.   Szef   sali   przywitał   Harry’ego   z   wielką   rewerencją   i 
zaprowadził   ich   do   stolika.   Kim   od   razu   zaczęła   rozmowę   o 
porannej sekcji, lecz Harry ją powstrzymał:

–   Później   –   rzekł   i   położył  rękę   na   jej   dłoni.   –   Przez   kilka 

godzin   postarajmy   się   po   prostu   cieszyć   nawzajem   swoim 
towarzystwem, dobrze?

– Jak na prawdziwej randce?
Zamiast   odpowiedzi,   uśmiechnął   się   uwodzicielsko,   i   Kim 

natychmiast straciła głowę. Ilekroć spoglądał na nią w ten sposób, 
z  uśmiechem  na  ustach, z hipnotyzującym błyskiem  w oczach, 
ilekroć   czuła   na   skórze   ciepły   dotyk   jego   dłoni,   zapominała   o 
wszystkim.   W   jej   pracy   z   pewnością   było   to   bardzo 
niebezpieczne. A niech tam, pomyślała, poddając się magii chwili. 

Kolacja minęła w cudownym nastroju, a kiedy skończyli deser, 

Harry zaproponował kawę. 

Kim zastanawiała się chwilę. 
–   Czuję   się   najedzona,   ale   –   zawiesiła   głos   –   dam   się 

poczęstować trochę później, już u ciebie, dobrze?

Uniesione brwi Harry’ego niemal dotknęły linii włosów. 
–   Cała   przyjemność   po   mojej   stronie   –   odparł   i   dał   znak 

kelnerowi, że chciałby zapłacić rachunek. 

– Dobra robota – w słuchawce odezwał się nagle głos Tammy, 

która do tej pory milczała. 

Kim drgnęła, zaskoczona. 
– Co ci jest? – spytał Harry. 

background image

–   Nic,   nic.   Wszystko   w   porządku.   Przepraszam,   chciałabym 

jeszcze pójść do toalety. Zaraz wracam. – Korzystając z chwili 
samotności, Kim skarciła przyjaciółkę: – Mogłabyś darować sobie 
komentarze   i   odzywać   się,   kiedy   masz   coś   ważnego   do 
powiedzenia. 

W samochodzie Harry powiedział:
–   W   piątek   wieczorem   John   McPhee   wydaje   przyjęcie. 

Pójdziesz ze mną?

Kim zgodziła się z ochotą. Po pierwsze, miło jej się zrobiło, że 

Harry zaproponował jej następną randkę, po drugie, nadarzała się 
okazja poznania Johna McPhee. 

Gdy dojechali przed dom, Harry odpiął pas, przechylił się w 

stronę swej towarzyszki i pocałował ją w usta. 

–   Dziękuję,   że   się   zgodziłaś   –   szepnął.   Obszedł   samochód, 

otworzył   drzwi   i   pomógł   Kim   wysiąść.   Ucieszył   się,   gdy 
zaproponowała,   by   wypili   kawę   u   niego,   nie   tylko   dlatego,   że 
mogli swobodnie porozmawiać o porannej sekcji, ale ponieważ 
zamierzał   zadać   jej   kilka   poważnych   pytań.   Postanowił 
dowiedzieć się prawdy, nawet gdyby miał wymusić odpowiedź 
pocałunkami.   Uśmiechnął   się   do   siebie   na   tę   myśl.   Właśnie 
przechodzili przez hol, kiedy kątem oka dostrzegł panią Pressman 
wysiadającą z taksówki. 

–   Poczekamy   na   moją   sąsiadkę   –   powiedział   do   Kim.   – 

Zabierzemy się jedną windą. 

– Co jej dolega? – zainteresowała się, widząc, że starsza pani 

podpiera się laską. 

– Owrzodzenie żylakowe. 
W tej samej chwili kamienicą wstrząsnął silny wybuch. Harry i 

Kim wybiegli przed dom. Z okna na trzecim piętrze sypały się 
odłamki   szkła   zmieszane   z   gruzem,   buchały   płomienie. 
Przestraszona   hukiem   pani   Pressman   odwróciła   się,   straciła 
równowagę i upadła na trotuar. 

– Dzwoń po straż, policję i pogotowie! – krzyknął Harry do 

Clarry’ego, który wybiegł na ulicę. 

– Co to było? – odezwała się Tammy. 

background image

– Nie wiem. Jakaś eksplozja. W budynku wybuchł pożar. 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY

W   ciągu   lat   pracy   w   służbach   specjalnych   Kim   nieraz 

znajdowała się w sytuacji, kiedy musiała myśleć w biegu, lecz 
dzisiaj, zamiast błyskawicznie ustalić kolejność działań, martwiła 
się przede wszystkim o bezpieczeństwo Harry’ego, który rzucił się 
na pomoc pani Pressman. A jeśli nastąpi drugi wybuch? Jeśli coś 
mu się stanie?

Wiedziała, że powinna odegnać od siebie te myśli, lecz nagle 

osaczyły ją wspomnienia. Zmobilizowała całą siłę woli, by nad 
sobą zapanować. Rozejrzała się dookoła, czy nie zauważy czegoś 
podejrzanego. 

– Tammy? Jesteś tam? – spytała półgłosem. 
– Właśnie parkuję. Uch! Ale demolka! Chcesz, żebym wezwała 

służby ratunkowe?

–   Ochrona   budynku   już   się   tym   zajęła   –   poinformowała   i 

podbiegła do Harry’ego klęczącego przy sąsiadce. 

–   Zostań   z   panią   Pressman   i   sprawdź,   czy   nie   doszło   do 

złamania kości udowej – poprosił, wstając. 

– Nic mi nie jest, chłopcze – zaprotestowała starsza pani, lecz 

gdy Kim dotknęła jej biodra, skrzywiła się z bólu. 

– Gdzie idziesz? – zaniepokoiła się Kim. 
– Pomóc. 
– Ale trzecie piętro się pali! – Czuła, jak wzbiera w niej panika. 

– Zaczekaj! To niebezpieczne! Możesz... 

– Uspokój się – przerwał jej, odrobinę zdziwiony tą histeryczną 

reakcją. – Wiem, co robię. 

– Kim?? Co się tam dzieje? – denerwowała się Tammy. 
– Harry wszedł do środka!
– Opanuj się i skoncentruj! – rozkazała przyjaciółka. 
–   Clarry!   –   zawołała   Kim   do   portiera,   który   przyszedł 

powiedzieć im, że służby ratunkowe są już w drodze. – Znajdź 
jakieś koce i okryj panią Pressman. Nie wolno jej ruszać, dopóki 
ratownicy jej nie zbadają. Podejrzewam złamanie kości udowej. I 

background image

trzymaj   gapiów   z   daleka   –   dodała.   –   Ja...   pobiegnę   pomóc 
doktorowi Buchananowi. Aha, i zaopiekuj się tym. – Wręczyła mu 
swoją torebkę. 

– Nie musisz tego robić, Kim – odezwała się Tammy. 
– Muszę. Nie mogę go stracić. Potrzebuję go. Serce jej waliło 

jak   młotem,   dłonie   zwilgotniały,   a   przecież   jeszcze   nawet   nie 
zbliżyła   się   do   płomieni.   Przystanęła   na   moment,   przymknęła 
powieki i skupiła się na ćwiczeniach, jakie lata temu zalecił jej 
terapeuta. 

– Kim?
Otworzyła oczy i gwałtownie wypuściła powietrze z płuc, jak 

gdyby chciała się pozbyć wzbierającego w niej gniewu. 

– W porządku, Tammy. Nie martw się o mnie. 
– Uważaj na siebie i bądź w stałym kontakcie. Kim weszła na 

pierwsze   piętro.   Przez   uchylone   drzwi   zaniepokojeni   lokatorzy 
wyglądali na klatkę schodową. 

– Wybuchł pożar. Proszę zachować spokój i opuścić budynek – 

przemówiła do nich tonem nakazującym posłuch. 

Podeszła   do   zawieszonego   na   ścianie   alarmu 

przeciwpożarowego, zdjęła but, obcasem zbiła szybę i nacisnęła 
przycisk. Gdzie jest Harry? Dlaczego nie włączył alarmu? Może 
coś mu się stało? Może ktoś go napadł i ogłuszył? Znowu zaczęła 
ją ogarniać panika. 

Na drugim piętrze natknęła się na grupkę zdezorientowanych 

ludzi. Niektórzy byli bliscy histerii. 

– Nie wsiadajcie do windy – ostrzegła. – Zejdźcie schodami. 

Straż zaraz tu będzie, a z nimi policja i pogotowie. Nic się pani nie 
stało? – zwróciła się do płaczącej starszej kobiety. 

– Mnie nie. 
– Ktoś został w mieszkaniu?
– Nie, ale te hałasy! Kiedy je usłyszałam, serce zaczęło mi bić 

tak mocno i... i nie mogę się uspokoić. Brak mi tchu. 

– Wszystko będzie dobrze, proszę mi wierzyć. 
– Mam na imię Enid, córeńko. 
– Ja nazywam się Kim Mason i jestem lekarką – przedstawiła 

background image

się, wzięła przestraszoną kobietę za przegub i sprawdziła puls. Był 
bardzo przyspieszony. 

– Musi pani zejść na dół, Enid. Tam już są ratownicy, którzy 

się panią zajmą. – Widząc młodego człowieka, który kierował się 
na schody, złapała go za ramię i poprosiła: – Mógłby pan pomóc 
sąsiadce?

– Oczywiście. 
– A co z tobą, dziecko? Nie schodzisz? – zaniepokoiła się Enid. 
– Muszę sprawdzić, co się dzieje na ostatnim piętrze. 
– Uważaj na siebie, moja droga. 
Dobry   znak,   pomyślała   Kim,   jeśli   biedaczka   jest   w   stanie 

troszczyć się o innych. 

Kiedy   dochodziła   na   trzecie   piętro,   duszący   dym   zaczął 

wypełniać klatkę schodową. Nie, nie, powtarzała sobie w myśli, 
teraz sytuacja jest inna, całkiem inna niż cztery lata temu, kiedy 
zginął Chris. 

– Harry! – zawołała, lecz nie otrzymała odpowiedzi. 
– Kim? Co tam się dzieje? – usłyszała głos Tammy. 
– Nie mogę go znaleźć. Harry! – krzyknęła głośniej. 
– Kimberlie! Tutaj! – Zaczęła iść po omacku za jego głosem. – 

Pochył się!

Kim   przypomniała   sobie   polecenia   instruktorów   podczas 

szkoleń   i   natychmiast   padła   na   kolana.   Dalej   już   pełzała   na 
czworakach. Trzeba było włożyć spodnie, pomyślała. 

– Słyszysz syreny? Jadą – informowała Tamara. 
– Straż jest blisko! – Kim krzyknęła do Harry’ego. 
– To dobrze. Wszystkie mieszkania są puste, z wyjątkiem tego 

jednego, skąd wydobywa się dym. 

– Poczekajmy na strażaków. Wyważą drzwi. 
– Właśnie z nimi rozmawiam i zdaję relację – w słuchawce 

znowu odezwał się głos Tammy. 

Kim wyciągnęła rękę i napotkała dłoń Harry’ego. Przyciągnął 

ją do siebie i przytulił. Ogarnęło ją poczucie ulgi. Na schodach 
słychać już było głośne tupanie. Nareszcie! Jej modlitwy zostały 
wysłuchane. 

background image

– Doktorze Buchanan! Doktor Mason!
–   Tutaj!   –   zawołał   Harry.   –   Dym   wydostaje   się   z   tego 

mieszkania, ale drzwi są zablokowane. Macie apteczkę?

Strażacy wręczyli im obojgu maski. 
– Proszę nałożyć maski i odsunąć się – rozkazali i natychmiast 

przystąpili do wyważania drzwi. 

Kim ukryła twarz na piersi Harry’ego. Nie mogła na to patrzeć. 

Drżała. 

– Co ci jest, Kimberlie? – zaniepokoił się. 
W   odpowiedzi   jeszcze   mocniej   przytuliła   się   do   niego.   Nie 

chciała go puścić. Zabroniła Chrisowi iść w płomienie, lecz on 
pobiegł i nie wrócił. Teraz zaś zrozumiała, że kocha Harry’ego. 
Podejrzewała   go,   sprawdzała,   okłamywała,   a   jednak   darzyła 
miłością.   Nienawidziła   świata,   w   którym   żyła.   Jak   może   dalej 
oszukiwać   mężczyznę,   który   stał   się   dla   niej   najważniejszy   na 
świecie?

– Jak tam? – odezwała się Tammy. 
– Strasznie – mruknęła Kim. 
– Pamiętaj – uspokajała przyjaciółka – teraz okoliczności są 

zupełnie inne. Strażacy już przystąpili do akcji, Harry jest z tobą. 
Musisz się skoncentrować na ofiarach. Jesteś przede wszystkim 
lekarzem. 

Skoncentrować   się.   Słusznie.   Uniosła   głowę,   a   Harry 

natychmiast wypuścił ją z objęć. Napotkała jego wzrok, dodający 
jej otuchy. 

– Tutaj! – krzyknął strażak, który wraz z kolegą wyciągał na 

kocu pierwszą ofiarę, nieprzytomną kilkunastoletnią dziewczynę. 
–   Pożar   zaczął   się   od   piekarnika   piecyka   gazowego. 
Niewykluczone, że ktoś jeszcze został w mieszkaniu. Zajmijcie się 
nią. 

Harry i Kim natychmiast przystąpili do badania. 
–   Będzie   potrzebny   tlen   –   rzuciła   Kim.   Podczas   gdy   Harry 

badał puls i osłuchiwał serce, zajęła się sprawdzeniem, czy oprócz 
lekkich   ran   na   rękach,   nogach   i   twarzy   nastolatka   nie   doznała 
poważniejszych   obrażeń.   –   Przydadzą   się   nosze   –   dodała   po 

background image

chwili. 

– Już się robi – wtrąciła Tammy. 
– Ci faceci chyba czytają w naszych myślach – odezwał się 

Harry, kiedy niecałe pół minuty później na górę wbiegli ratownicy 
z noszami i dodatkową maską tlenową. 

Tymczasem   strażacy   wydobyli   z   mieszkania   drugą   ofiarę, 

kobietę w średnim wieku. Była nieprzytomna, twarz i ręce miała 
silnie   poparzone,   a   z   jej   podbrzusza   wystawał   kawałek 
stłuczonego talerza. 

–   Musimy   ją   stąd   zabrać   –   zadecydował   Harry.   Zmienił 

rękawiczki,   zbadał   puls.   –   Niedobrze.   Potrzebna   aparatura   do 
reanimacji, plazma, sól fizjologiczna. Natychmiast!

– Słyszałaś? – mruknęła Kim do Tammy. 
– Tak. 
Błyskawicznie pojawiła się druga ekipa ratowników z noszami. 
– Jest tam jeszcze ktoś? – zawołał Harry do strażaków, a kiedy 

zaprzeczyli, dodał: – Ta kobieta wymaga reanimacji. Schodzimy 
na dół. 

– Dobra. My zostajemy. Ogień został opanowany, ale musimy 

wszystko zabezpieczyć. 

Kim i Harry dogonili ratowników, którzy zaczęli już schodzić. 

Na   ulicy   zdjęli   maski,   wręczyli   je   policjantowi   i   wsiedli   do 
karetki. Tuż przed zamknięciem drzwi Kim dostrzegła Tammy, 
która podniosła kciuk, gratulując jej zwycięstwa nad sobą. 

– No, nareszcie napijemy się tej obiecanej kawy – stwierdził 

Harry, kiedy kilka godzin później opuszczali blok operacyjny. 

– Kawa? Zdecydowanie tak!
Harry wziął Kim za rękę i zaprowadził do bufetu. Oszalał czy 

jest aż tak zmęczony, że jest mu wszystko jedno? Na szczęście o 
tej  porze,  tuż nad ranem,  niewiele osób  ich widziało, niemniej 
doskonale wiedziała, że zaraz szpital zacznie się trząść od plotek, 
że ona i Harry są parą. Ale czy rzeczywiście? Wiele muszą sobie 
jeszcze wyjaśnić i obawiała się, że gdy tylko Harry pozna prawdę, 
nie będzie chciał mieć z nią do czynienia. 

W pustym bufecie usiedli przy stoliku. Kim zastanawiała się, 

background image

czy   nie   przyznać   się   Harry’emu   do   wszystkiego.   Wiedziała 
jednak, że gdyby tylko powiedziała choć słowo o swojej pracy bez 
pozwolenia zwierzchników, wpędziłaby się w nie lada kłopoty. 
Czy warto? Czy Harry jest tego wart? Powiodła palcem po brzegu 
filiżanki. Starała się sobie wyobrazić, jak by zareagował, gdyby 
wyznała mu miłość. Chyba to nie jest zabronione?

Harry, mówiła w myślach, znamy się od niedawna, ale dzisiaj, 

w tym wypełnionym dymem budynku, uświadomiłam sobie, że 
cię kocham. Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko temu. 

Nie, to bez sensu. Nie tak wyznaje się komuś miłość. Nie w 

szpitalnym   bufecie,   nie   tuż   po   kilkugodzinnej   skomplikowanej 
operacji. 

– Dlaczego nie lubisz pożarów? – Głos Harry’ego zabrzmiał 

tak niespodziewanie, że Kim aż drgnęła i jak zwykle oblała sobie 
dłonie kawą. Harry chwycił garść serwetek, wytarł jej ręce i blat 
stołu.   –   Chyba   powinnaś   przerzucić   się   na   kawę   mrożoną, 
najlepiej w kartoniku z rurką – zażartował. 

Kim   zamknęła   oczy   i   westchnęła.   Kiedy   uniosła   powieki, 

zobaczyła,   że   jej   towarzysz   wpatruje   się   w   nią   z   zachwytem 
pomieszanym   ze   zdumieniem,   jak   ktoś,   kto   odwinął   z   papieru 
piękny   prezent   i   nie   bardzo   wie,   co   z   nim   zrobić.   Na   twoje 
nieszczęście,   pomyślała,   do   odwinięcia   został   jeszcze   niejeden 
papier. 

– Dlaczego nie lubię pożarów? – Wiedziała, że Harry ma prawo 

znać   odpowiedź.   Musi   tylko   ostrożnie   dobierać   słowa,   by   nie 
zdradzić   szczegółów,   których   nie   wolno   jej   ujawnić.   –   Bo   w 
pożarze zginął mój narzeczony. 

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY

– Twój narzeczony? Kiedy to się stało?
Kim spodziewała się, że teraz Harry puści jej dłoń, lecz on, ku 

jej ogromnej radości, nie cofnął ręki. 

– Cztery lata temu. Poznaliśmy się w pracy i tydzień, może dwa 

tygodnie   później   już   byliśmy   zaręczeni.   –   Urwała,   wzruszyła 
ramionami. – Jak widzisz, cokolwiek robię, robię szybko – dodała 
i ponownie umilkła. Po chwili westchnęła, wzięła głęboki oddech 
i ciągnęła: – Zostaliśmy oddelegowani do Papui-Nowej Gwinei. 
Po wykonaniu zadania... to jest zakończeniu zmiany – poprawiła 
się szybko – mieliśmy już wracać, kiedy wydarzyła się ta tragedia. 
Szliśmy   w   odwiedziny   do   znajomych.   Nagle   rzucono   bomby 
zapalające, dwa domy stanęły w płomieniach. – Kim odwróciła 
wzrok.   –   Trwały   tam   wówczas   zamieszki,   było   bardzo 
niespokojnie. – Przymknęła powieki. Nie powinna była tego robić, 
bo   natychmiast   powróciły   wspomnienia,   żar   płomieni,   swąd 
dymu, krzyki ludzi. Harry lekko uścisnął jej dłoń. – Chris zawołał 
tylko do mnie, że musi biec na pomoc i pobiegł, ignorując mój 
rozkaz... 

– Twój rozkaz? – przerwał jej zdumiony. 
– No wiesz, wołałam za nim, błagałam – gorączkowo usiłowała 

naprawić błąd – ale on nie zdawał sobie sprawy z tego, na jakie 
niebezpieczeństwo się naraża. Kiedy nie wracał, chciałam biec za 
nim,   wyciągnąć   go,   ale   znajomi,   którzy   tam   byli,   siłą   mnie 
powstrzymali. 

Kim powoli otworzyła oczy i przez łzy spojrzała na Harry’ego. 

Wyciągnął rękę i delikatnie otarł jej mokry policzek. 

–   A   dziś   to   ja   wbiegłem   do   budynku   –   zauważył.   –   Teraz 

rozumiem   twoje   zdenerwowanie,   ale   wierz   mi,   gdyby   coś   mi 
groziło,   zaczekałbym   na   strażaków.   Jak   to   dobrze,   że   wszyscy 
mieszkańcy wyszli tak spokojnie i nikomu nic się nie stało. 

– Dlaczego nie włączyłeś alarmu przeciwpożarowego?
– Włączyłem. Ten na parterze. Kiedy nie usłyszałem żadnego 

background image

dzwonka, pomyślałem, że to jakiś nowy system. Chwilę potem, 
kiedy rozległa się syrena, doszło do mnie, że alarm po prostu nie 
zadziałał. A ty się zlękłaś, że coś mi się stało, tak?

– Uhm. 
Nie puszczając dłoni Kim, Harry wstał, obszedł stolik i usiadł 

obok niej. 

–   Wbiegłaś   na   górę   mnie   szukać.   Wykazałaś   się   ogromną 

odwagą. 

– Tak mnie szkolono. – Znowu wyrwało się jej niewłaściwe 

słowo!   –   Lekarz   nie   może   być   tchórzem   –   dodała   szybko.   – 
Jesteśmy narażeni na straszne widoki, spieszymy z pomocą tam, 
gdzie   możemy.   Zniosę   wszystko   z   wyjątkiem...   z   wyjątkiem 
ognia. 

–   Dzięki,   że   mi   zaufałaś.   Teraz   potrafię   jeszcze   bardziej 

docenić to, na co się zdobyłaś. – Delikatnie pogładził wnętrze jej 
dłoni. – Stałaś się bardzo mi bliska, Kimberlie – szepnął. Palcem 
dotknął   jej   ust,   a   ona   instynktownie   rozchyliła   wargi.   – 
Kompletnie straciłem dla ciebie głowę i... jest mi z tym bardzo 
dobrze. 

Patrząc na niego, Kim czuła, że serce jej pęka. Jakże pragnęła 

przyjąć wszystko, co jej ofiarowywał! Wiedziała jednak, że nie 
wolno jej tego uczynić. Nie wolno! Na jedną chwilę odsunęła od 
siebie te myśli i poddała się magii dotyku Harry’ego, czekając na 
pocałunek. 

– Jeśli nie chcecie, żeby cały szpital o was plotkował, całujcie 

się   w   bardziej   ustronnych   miejscach!   –   Nad   ich   głowami 
zabrzmiał głos Jerry’ego. 

Kim   podskoczyła   jak   oparzona,   lecz   Harry   się   nie   speszył. 

Dotknął wargami jej warg, palcami przeczesał jej włosy i dopiero 
potem spojrzał na intruza. 

– O co chodzi, Jeny? – spytał. 
–   Uliczny   karambol.   Ortopedzi   już   badają   pacjentów,   ale 

tworzy   się   kolejka.   Wiem,   że   nie   macie   teraz   dyżuru,   ale   nie 
dajemy sobie rady. Możemy liczyć na waszą pomoc?

– Obowiązek przede wszystkim. – Harry wstał i pociągnął Kim 

background image

za sobą. Uścisnął jej dłoń, ucałował i dopiero wówczas puścił. Nie 
zwracając uwagi na Jeny’ego, rzekł: – Dzięki. – Nie musiał mówić 
nic więcej, z jego oczu wyczytała całą resztę. W drodze na oddział 
ratunkowy Harry pytał: – Jaki jest stan ofiar pożaru? Znamy już 
ich nazwiska?

– Louanne Curruthers, lat czterdzieści siedem, wciąż jest na sali 

operacyjnej. Teraz zajmują się nią specjaliści od oparzeń. 

– A ta młoda dziewczyna?
– To jej córka, Cynthia. 
– Dopilnuj, żeby mogła zobaczyć matkę, jak tylko wybudzi się 

po operacji. Może wejść na OIOM, oczywiście z zachowaniem 
wszelkich zasad regulaminu. Wiadomo już, jak doszło do pożaru?

– Strażacy znaleźli w piecyku jakieś danie spalone na żużel. 

Ktoś   powiedział,   że   to   prawdopodobnie   deser   z   beżów.   Do 
upieczenia   beżów   potrzebny   jest   bardzo   mały   ogień,   a   w 
przypadku piecyka gazowego płomień może po prostu zgasnąć, 
jeśli   się   go   zbytnio   zmniejszy.  I   tak   się   chyba   stało.   Louanne, 
która   pali,   z   papierosem   w   ręku   otworzyła   piecyk,   a 
nagromadzony   gaz   wybuchł.   Ogień   szybko   się   rozprzestrzenił, 
zajęły się firanki, obicia... 

Kim wzdrygnęła się, a widząc to, Harry położył jej dłoń na 

ramieniu. 

– Co z moją sąsiadką, panią Pressman?
–   Zrobiliśmy   prześwietlenie.   Ma   złamaną   kość   udową   i 

najprawdopodobniej   konieczna   będzie   operacja   wszczepienia 
protezy stawu biodrowego. 

– Na czyją listę ją wpisaliście?
– Jeszcze się pytasz?
– Dzięki. 
– Nie ma za co. To bardzo sympatyczna starsza pani. 
– Co mamy robić? – spytała Kim już na miejscu. 
– Dwójka i czwórka dla ciebie, proszę. – Jeny wręczył jej karty. 

– Dla ciebie, Harry, jedynka, proszę. A dla mnie trójka, piątka i 
dziewiątka. 

Kim   zauważyła,   że   z   chwilą,   kiedy   Harry   dostał   do   ręki 

background image

kopertę, wszystko inne, łącznie z nią, przestało dla niego istnieć. 
Wzięła z niego przykład i udała się do wskazanego boksu. 

Na   łóżku   zobaczyła   dwudziestokilkuletniego   mężczyznę   z 

zielonymi   i   czerwonymi   włosami   postawionymi   na   sztorc, 
kolczykami   w   uszach,   nosie,   brwiach   i   wargach,   tatuażami   na 
piersi i ramionach. Leżał z zamkniętymi oczami i przez słuchawki 
słuchał   nastawionej   na   pełny   regulator   dudniącej   muzyki.   Kim 
uśmiechnęła się z niedowierzaniem. 

Na   brzuchu   pacjenta   zauważyła   tymczasowy   opatrunek. 

Czytając   wpis   z   izby   przyjęć,   ze   zdziwienia   aż   uniosła   brwi. 
Odłożyła kartę, podeszła do łóżka. 

– Panie Switch... – Żadnej reakcji. Bębnienie w słuchawkach 

zagłuszało   wszystko.   Lekko   dotknęła   ramienia   chłopaka,   który 
podskoczył jak oparzony i wykrzyknął:

– Ach!
Zaraz potem jedną ręką dotknął opatrunku, a drugą ściągnął z 

głowy słuchawki. 

– Przepraszam – wybąkała. – Przepraszam – powtórzyła i sama 

aż   podskoczyła   przestraszona,   kiedy   nagle   zasłona   boksu 
rozsunęła się z chrzęstem i do środka wkroczył Harry w asyście 
dwóch pielęgniarek. 

Rzucił okiem na pacjenta, podszedł bliżej i stanął pół kroku 

przed Kim, jak gdyby chciał ją chronić. 

– Co się tutaj dzieje? – zażądał wyjaśnień. 
– Nic – obruszyła się Kim. – Po prostu pacjent, pan Switch, 

miał na uszach słuchawki, więc nie usłyszał, co do niego mówię, i 
chyba się przestraszył, kiedy go trąciłam w ramię. Potem ja z kolei 
się przestraszyłam, jak wszedłeś. Ale już jest dobrze. 

Harry   przyjrzał   się   jej   uważnie   i   zwracając   się   do   jednej   z 

pielęgniarek, zadecydował:

– Siostra zostanie z doktor Mason, dobrze?
– Dziękuję. – Kiedy Harry z drugą pielęgniarką wyszli, Kim 

przystąpiła do badania. Zaczęła od przeprowadzenia wywiadu. – 
Co się właściwie stało?

– Tam jest wszystko napisane. 

background image

– Wiem, przeczytałam opis zajścia, ale chciałabym usłyszeć to 

z twoich ust, Switch. Pozwolisz, że będę się zwracać do ciebie po 
imieniu, dobrze?

– Proszę. Dlaczego mam jeszcze raz o tym opowiadać?
– W ten sposób sprawdzimy twoją sprawność umysłową. Wiem 

już, że brałeś udział w bójce, zostałeś uderzony butelką w głowę... 

– Zgadza się, ale najgorsze jest to. – Urwał i wskazał swój 

brzuch. 

Kim ostrożnie uniosła opatrunek i oczy omal nie wyszły jej z 

orbit. W brzuchu tkwiła pałeczka do perkusji. 

– Dostałeś jakiś środek uśmierzający ból?
– Nie. Niczego nie potrzebuję. – Wziął do ręki słuchawki. – To 

jest mój główny środek na ból. Poza tym wypiłem kilka drinków, 
więc chyba lepiej nie brać żadnych leków. 

– Nie boli cię?
– Tylko wtedy, gdy się śmieję – zażartował – albo przestraszę – 

dodał, patrząc na nią znacząco. 

– Zrobiono prześwietlenie, siostro?
– Oczywiście. Proszę – odrzekła pielęgniarka i przypięła klisze 

do ekranu negatoskopu. 

Kim aż potrząsnęła głową ze zdumienia. 
–   Masz   szczęście   –   rzekła   do   Switcha.   –   Jakimś   cudem 

pałeczka ominęła wszystkie ważne narządy. 

– Świetnie. Pogratuluję precyzji temu, który mnie tak załatwił – 

odparł Switch i podnosząc słuchawki, spytał: – Mogę?

Kim   kiwnęła   potakująco   głową,   potem   zwróciła   się   do 

pielęgniarki:

–   Zastosuję   znieczulenie   miejscowe.   –   Siostra   natychmiast 

zaczęła   przygotowywać   narzędzia   potrzebne   do   zabiegu.   Kiedy 
Kim   wzięła   do   ręki   strzykawkę,   Switch   nastawił   swojego 
discmana na pełny regulator. Przez cały czas bacznie śledził jej 
ruchy, a kiedy wyjęła pałeczkę, kiwnął z aprobatą głową. – Po 
wszystkim – oznajmiła, kończąc zakładać sterylny opatrunek. 

– Dzięki. Mogę już iść do domu?
– Nie. Musisz zostać jeszcze przynamniej godzinę, żebyśmy 

background image

mogli monitorować twój stan. 

– Nic mi nie będzie. 
– Proszę. Dla mojego spokoju. 
– Zgoda. Poczekam, ale zrobię to tylko dla ciebie... – spojrzał 

na jej identyfikator – Kim. 

– Jeśli  nie  będę zajęta  w sali  operacyjnej, zajrzę jeszcze  do 

ciebie – obiecała. 

–   Super.   Aha,   kiedy   tylko   zechcesz   się   zabawić,   zajrzyj   do 

King’s Cross. – Kim znała nazwę tego modnego klubu, lecz nigdy 
w nim nie była. – Dobra muzyka, a ludzie nie tacy wcale straszni, 
jak opowiadają. Gram na perkusji z Crazy Shadows. 

Kim oniemiała. 
– Jesteś tym sławnym perkusistą?
– Słyszałaś o mnie?
– Moja przyjaciółka was uwielbia. 
Kim   już   sobie   wyobrażała,   jak   Tammy   zareaguje,   kiedy 

usłyszy, kogo opatrywała. 

– To wybierzcie się obie. 
– Skończone, doktor Mason? – Za plecami Kim rozległ się głos 

Harry’ego. – Proszono mnie, żebym to pani oddał. 

Podniósł do góry słoik ze złamaną pałeczką do perkusji, a Kim 

przekazała go Switchowi. 

– Na pamiątkę. 
– Dzięki. I nie zapomnij wpaść do klubu. 
– Kiedy opowiem Tammy, komu dziś zszywałam brzuch... 
– Znasz Tammy? Taką krótko obciętą odjazdową blondynkę z 

brązowymi oczami? – zdziwił się, a kiedy potwierdziła, dodał: – 
Dawno jej nie widziałem. Pracuje w jakichś obłędnych godzinach. 

–   Zgadza   się.   No,   muszę   już   iść.   Pacjenci   czekają.   Do 

zobaczenia. 

– Przyjdźcie koniecznie – zapraszał Switch. – Ma pan fajną 

dziewczynę, doktorze – dodał, patrząc na Harry’ego. – Niech jej 
pan dobrze pilnuje. 

– Postaram się. – Kiedy znaleźli się na korytarzu, rzekł: – Jesteś 

potrzebna na bloku operacyjnym. 

background image

– Ale ja muszę jeszcze zbadać pacjenta w czwórce. 
–   Właśnie   o   niego   chodzi.   Kamienie   żółciowe.   Pacjent   już 

dwukrotnie zgłaszał się do nas z bólem i był poddawany litotrypsji 
ultradźwiękowej, ale tym razem ból jest znacznie silniejszy. Kiedy 
ty   byłaś   zajęta   usuwaniem   tej   pałeczki,   Jerry   zbadał   chorego. 
Konieczne jest nacięcie pęcherzyka żółciowego. 

– Nie chcecie spróbować kolejnej litotrypsji?
– Za późno. Pacjent jest już znieczulony. Pomyślałem, że może 

zechcesz samodzielnie zrobić ten zabieg. Metodą laparoskopową 
nie będzie to trudne. 

– Dobrze. Spróbuję. 
Z lekką tremą weszła do sali operacyjnej. W życiu zrobiła setki 

takich zabiegów, więc dlaczego miałoby jej się teraz nie udać? 
Czy dlatego, że Harry tu jest?

Zrobiła   centymetrowe   nacięcie   na   brzuchu   pacjenta   nad 

pępkiem,   wpompowała   do   jamy   otrzewnej   dwutlenek   węgla 
unoszący   powłoki   brzuszne,   potem   wprowadziła   laparoskop 
połączony   z   kamerą.   Następnie   wykonała   kolejne   nacięcia   pod 
żebrami dla narzędzi mikrochirurgicznych, potem jeszcze jedno 
dla lasera chirurgicznego. 

Zerknęła na Harry’ego i dopiero wówczas zorientowała się, że 

popełniła   błąd.   Każdy   ruch   powinna   konsultować   z   nim!   Za 
późno. Dokończyła operację. 

– Dobra robota – pochwalił ją, kiedy już przebrani opuszczali 

blok   operacyjny.   –   Domyślam   się,   że   zanim   do   nas   przyszłaś, 
dużo operowałaś – dodał. – Mam tylko nadzieję, że pewnego dnia 
zaufasz mi na tyle, że wyjaśnisz, po co ta cała mistyfikacja. 

Kim   westchnęła.   Wiedziała,   że   kiedyś   musi   wyznać   mu 

prawdę. Może uda jej się uzyskać zgodę Mossa? Będzie musiała 
poprosić Tammy, by się za nią wstawiła. Uniosła oczy, napotkała 
jego spojrzenie. Kochała Harry’ego i pragnęła być w stosunku do 
niego uczciwa. 

– Naprawdę bardzo chciałabym ci wszystko powiedzieć, ale... 

nie mogę. Jeszcze nie. 

– Co jest grane, Kimberlie? – zirytował się. – Mam tyle pytań, 

background image

tyle rzeczy nie trzyma się kupy!

– Wiem.  To  tylko dobrze świadczy  o  twojej przenikliwości. 

Dostrzegłeś, że coś jest nie... tak. Daj mi jeszcze kilka dni. Proszę. 

Harry wahał się, zanim odpowiedział:
– Nienawidzę kłamstw. 
– Wiem. 
– Na pewno znasz historię mojego nieudanego małżeństwa. – 

Kiwnęła głową. – Minęło sporo czasu i już nie odczuwam bólu, 
ale nie mogę ścierpieć, że zostałem okłamany nie tylko przez nią, 
ale i przez innych. W relacjach między ludźmi nie toleruję fałszu. 

– Wiem o tym. Moje uczucia wobec ciebie są szczere. Musisz 

mi uwierzyć, że mówię prawdę. 

–   Jak   możesz   tego   ode   mnie   wymagać?   Jesteś   taka   skryta. 

Musimy być uczciwi wobec siebie we wszystkim, a jak dotąd ty 
nie byłaś ze mną szczera. 

– Masz rację. 
– Więc powiedz mi – nalegał, kładąc jej ręce na ramionach. – 

Zaufaj mi, Kimberlie. 

Zamknęła oczy i potrząsnęła głową. 
– Ufam ci. Naprawdę ci ufam, ale nic nie mogę powiedzieć. 

Nie teraz. 

Harry popatrzył na nią przeciągle, potem opuścił ręce i odszedł. 

Jakże pragnęła za nim pobiec! Zamknęła oczy, by nie widzieć, jak 
się od niej oddala. 

Stała jeszcze chwilę, mobilizując siłę woli, by się opanować, 

lecz   nie   udawało   jej   się   zwalczyć   wszechogarniającego 
odrętwienia. W końcu zmusiła się do zrobienia pierwszego kroku. 
Zajrzała   do   sali   pooperacyjnej,   by   sprawdzić,   jak   ma   się   jej 
pacjent. Potem zeszła na oddział ratunkowy poszukać Harry’ego, 
lecz go nie znalazła. Switch został wypisany do domu, poszła więc 
zobaczyć, jak się czują Louanne, jej córka Cynthia i Enid. Mimo 
że dochodziła czwarta nad ranem, Enid leżała z szeroko otwartymi 
oczami. Nie spała. 

– Jesteś, moja droga – ucieszyła się na widok Kim. 
– Tak się o ciebie martwiłam. 

background image

– To dlatego nie może pani spać?
–   Och,   już   taka   jestem.   Co   z   moimi   sąsiadkami   z   trzeciego 

piętra? Nic im się nie stało?

–   Cynthia   nawdychała   się   dymu,   ale   czuje   się   coraz   lepiej. 

Dostała środki uspokajające. 

– A jej matka?
– Jest na oddziale intensywnej opieki medycznej. 
– To brzmi poważnie. 
–   Właśnie   od   niej   wracam.   Najważniejsze   są   najbliższe 

dwadzieścia cztery godziny. Jest poparzona, ma złamaną rękę i 
bark, poza tym głęboką ranę brzucha. 

– Jesteś chirurgiem?
Kim potwierdziła skinieniem głowy. 
– Operowaliśmy ją natychmiast po przewiezieniu. 
– Od dawna pracujesz w szpitalu? Wyglądasz tak młodo... 
Kim uśmiechnęła się. 
– Ale czuję się staro. To była ciężka noc. 
– Na pewno. Idź odpocząć, córeńko. 
– Uda się pani zasnąć? Mogę poprosić pielęgniarki, żeby dały 

pani środek nasenny. 

– Dziękuję. Nie martw się o mnie. Dam sobie radę. Wiesz, cała 

rodzina zapowiedziała się na dziś po południu z odwiedzinami. 
Chcą, żebym z nimi zamieszkała... 

– A pani? Co by pani wolała?
– Zaczęłam się nad tym poważnie zastanawiać – odparła Enid i 

westchnęła.   –   Po   tym   wypadku   zrozumiałam,   że   życie   bywa 
nieprzewidywalne. Obojętne, jak się zabezpieczę na przyszłość, są 
rzeczy całkowicie ode mnie niezależne. – To prawda, pomyślała 
Kim. Ja na przykład wcale nie planowałam, że zakocham się w 
Harrym.   –   Kocham   moje   dzieci   i   wnuki   –   ciągnęła   Enid.   – 
Myślałam, że dobrze by było częściej do nich jeździć, spędzać z 
nimi więcej czasu. Rodzina, korzenie, to wszystko ogromnie się w 
życiu liczy. Córka już planuje dobudować dla mnie samodzielny 
pokój na tyłach domu, żebym była bliżej nich. 

– To bardzo... dobry plan – rzekła Kim poruszona. – Domyślam 

background image

się, że pani już podjęła decyzję, prawda?

Starsza pani przymknęła powieki i wyszeptała:
– Tak, córeńko. 
Kim   pożegnała   się   z   Enid,   pewna,   że   teraz   chora   zaśnie,   i 

poszła na ortopedię zajrzeć do pani Pressman. W drzwiach sali 
zatrzymała   się,   widząc,   że   Harry   siedzi   przy   łóżku   sąsiadki   i 
trzymają   za   rękę.   Wezbrała   w   niej   miłość   i   czułość.   Stąpając 
cicho, podeszła bliżej. 

– Chyba będę zazdrosna – szepnęła. 
Harry odpowiedział uśmiechem, który dodał jej otuchy. Może 

pogodził się z tym, że istnieją pewne tajemnice, których nie może 
mu zdradzić, chociaż bardzo by pragnęła?

– Biedaczka. Ostatnio wiele przeszła. W zeszłym roku straciła 

męża,   potem   zachorowała,   potem   porobiły   jej   się   wrzody   na 
nogach. A teraz jeszcze ta operacja wszczepienia protezy. – Był 
wyraźnie zmartwiony. 

– Ma rodzinę?
– Pięciu synów. Często ją odwiedzają. 
– I ma jeszcze ciebie. Harry kiwnął głową. 
–   Kiedy   słyszy,  że   wracam,   zawsze   wygląda.   To   przyjemne 

uczucie. 

– Jak przebiegła operacja?
– Bez komplikacji. 
– To dobrze. 
Milczeli chwilę, potem Harry pocałował rękę pani Pressman i 

spytał:

– Jesteś już wolna?
– Tak. – Spojrzała na swój biały fartuch. – Przebiorę się, a 

potem mogę nareszcie wypić obiecaną kawę. 

– A ta w naszym bufecie?
– Nie liczy się. Prawie całą wylałam. 
–   No   tak.   Mój   samochód   został   przed   domem,   więc   złapię 

taksówkę i podrzucę cię do mieszkania. 

Kim przypomniała sobie, że musi zajrzeć do sejfu i chociaż 

była śmiertelnie zmęczona, postanowiła skorzystać z nadarzającej 

background image

się okazji. Poza tym wcale nie chciała rozstawać się z Harrym. 

–   Klucze   mam   w   torebce,   a   torebkę   zostawiłam   twojemu 

portierowi. 

– Więc musisz jechać ze mną. 
– Na to wygląda. 
– Przebieraj się. Daję ci dwie minuty. 
Była   gotowa   nawet   wcześniej.   Nie   miała   gdzie   schować 

mikrosłuchawki z nadajnikiem – nie miała ani torebki, ani żadnej 
kieszeni, a nie chciała, by Harry zauważył, że trzyma coś w ręce – 
włożyła  ją   więc   do   ucha.   Rozwiązała   włosy,  tak   że   zakrywały 
uszy,   potem   spłukała   twarz   wodą,   by   otrzeźwieć.   Im   szybciej 
dostanie się do tego sejfu, tym szybciej całe to szpiegowanie się 
skończy. Jeszcze tylko sprowokuje go, by się przyznał, dlaczego 
ukradł preparat, i już. Koniec. Potem skoncentruje się na Johnie 
McPhee i jak tylko będzie to możliwe, uwolni się od całej sprawy. 
Nareszcie zajmę się swoim życiem, planowała. 

W korytarzu zatrzymała się przy automacie telefonicznym, by 

zawiadomić Tammy, że wychodzi ze szpitala i podejmuje trop. 

–   Do   kogo   dzwonisz   o   tak   wczesnej   porze?   –   zaskoczył   ją 

Harry. 

–   Do   Tammy.   Na   pewno   się   denerwuje.   Nagram   się   na 

sekretarkę, żeby wiedziała, że jestem bezpieczna. 

Harry’ego   najwyraźniej   usatysfakcjonowała   ta   odpowiedź. 

Zachowywał się tak, jak gdyby zawarli milczący  układ, że nie 
będą wracać do trudnej rozmowy sprzed paru chwil. Całą drogę 
trzymał Kim za rękę, a kiedy znaleźli się w jego mieszkaniu, objął 
ją i pocałował żarliwie, nie miękko i delikatnie jak w szpitalnym 
bufecie. 

– Od kilku godzin chcę to zrobić – szepnął. – Szaleję za tobą, 

Kimberlie. Nie mogę spać, nie mogę jeść, z trudem koncentruję 
się na pracy. Wiem, że to obłęd, ale to jest silniejsze ode mnie. 

–   Wiem.   –   Wplotła   palce   w   jego   włosy,   przyciągnęła   jego 

głowę do siebie i oddała pocałunek. – Muszę się trochę odświeżyć 
–   powiedziała,   kiedy   nareszcie   wypuścił   ją   z   objęć.   –   Zaparz 
kawę, dobrze?

background image

Schyliła się po torebkę. Ku swojemu przerażeniu spostrzegła, 

że   jest   otwarta   i   że   na   samym   wierzchu   leży   deszyfrator. 
Zatrzasnęła ją i zniknęła w łazience. Odetchnęła głęboko, potem 
podeszła do lustra maskującego sejf. 

– Tammy?
– Tak?
– Przepraszam, jeśli cię obudziłam, ale jestem w łazience. – 

Odkręciła kran, wyjęła deszyfrator i w mgnieniu oka dostała się 
do   sejfu.   Zobaczyła   plik   papierów:   dokumenty   dotyczące 
mieszkania,   samochodu,   polisa   ubezpieczeniowa,   a   na   samym 
spodzie lista nazwisk. Domyśliła się, że są to osoby, które Harry 
podejrzewa o związek ze śmiercią ministra. Na kartce znajdowało 
się i jej nazwisko, a nazwisko Johna McPhee było podkreślone na 
czerwono. Natychmiast poinformowała o tym Tammy. 

– Prowadzi własne śledztwo. No, no... 
– Kimberlie? – dobiegło zza drzwi. 
– Już idę! – odkrzyknęła. 
Szybko   odłożyła   dokumenty   na   miejsce,   ręcznikiem   wytarła 

wszystko, czego dotykała, i zamknęła sejf. Opłukała ręce i wyszła 
z łazienki. 

– Dobrze się czujesz?
– Tak. Co z kawą?
– Możesz dostać mrożoną. Będzie bezpieczniej. – Chwycił ją w 

ramiona i dodał: – Nie mogę się tobą nacieszyć. 

– Ja tobą też nie. 
Ich   usta   spotkały   się.   Kim   przymknęła   powieki   i   odchyliła 

głowę do tyłu. Nagle Harry znieruchomiał. 

– Co się stało? – spytała, otwierając oczy. Przed sobą zobaczyła 

beznamiętną maskę. 

– Co to jest? – spytał, odsłaniając jej ucho. Kim wydała z siebie 

stłumiony   okrzyk.   Chciała   się   cofnąć,   lecz   on   trzymał   ją   w 
stalowym uścisku. 

– Co to jest? – powtórzył. 

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

– Jeden z naszych ludzi przetrząsnął gabinet Johna McPhee w 

szpitalu, ale niczego nie znalazł, więc jutro koniecznie musisz iść 
z Harrym na to przyjęcie – mówiła Tammy. – Kim? Czy ty mnie 
w ogóle słuchasz?

Kim beznamiętnym wzrokiem patrzyła przed siebie. 
– Wątpię, czy zechce mnie zabrać na to przyjęcie albo w ogóle 

gdziekolwiek – odezwała się w końcu. 

– Zechce. 
– Skąd ta pewność? Słyszałaś, co się stało w poniedziałek! On 

mnie nienawidzi!

– Nieprawda. Czuje się oszukany, ale ciebie nie nienawidzi. 
– Skąd możesz to wiedzieć? – Kim wstała i zaczęła nerwowo 

chodzić po pokoju. – Wciąż nie mogę uwierzyć, że dałam się tak 
ponieść emocjom! Gdybym się pilnowała, nie znalazłby tej siu... 
tej pluskwy!

–   To   jeszcze   nie   koniec   świata.   Najważniejsze,   że   nie 

zdradziłaś tajemnicy zawodowej. 

– A jak się miałam zachować? Powiedzieć: cieszę się, że sam 

odkryłeś, że jestem szpiegiem? Właśnie ci miałam o wszystkim... 

– Nie jesteś szpiegiem – przerwała jej Tammy. 
– Jego szpiegowałam. 
– Ale to skończone. Moss ucieszył się, że Harry nie przyłożył 

ręki do śmierci Japarlina... 

– Co z kradzieżą tkanek?
– Zajęliśmy się tym. Jego motywy były uczciwe. 
–   Oczywiście   –   obruszyła   się   Kim.   –   Ale   wciąż   nie   mogę 

pogodzić   się   z   tym,   że   szpiegowałam   mężczyznę,   którego 
kocham. 

– Nie szpiegowałaś, tylko sprawdzałaś. Kim jęknęła z rozpaczą 

i wybiegła z pokoju. 

– Przepraszam, że to tak zabrzmiało!
Kim zatrzasnęła za sobą drzwi sypialni, rzuciła się na łóżko i 

background image

ukryła twarz w poduszce. W pamięci wciąż miała obraz Harry’ego 
trzymającego inkryminujący dowód rzeczowy w dwóch palcach, 
jak gdyby to była miniaturowa bomba, która zaraz ma wybuchnąć. 

Przez   ostatnie   trzy   noce   wciąż   od   nowa,   słowo   po   słowie, 

rozpamiętywała ich rozmowę. Ilekroć w szpitalu napotykała jego 
wzrok, natychmiast wracały tamte dramatyczne chwile. 

– Kimberlie? – Wypowiedział jej imię z nieukrywaną odrazą. – 

Co tu jest grane?

Oswobodziła się w końcu z jego rąk, wyrwała mu słuchawkę z 

ręki i włożyła z powrotem do ucha. 

– Harry, posłuchaj... – zaczęła. 
– Czego? Kolejnych kłamstw?
Kim przymknęła oczy, starając się zebrać myśli. Wiedziała, że 

obojętne,   co   w   tej   chwili   powie,   on   i   tak   jej   nie   uwierzy. 
Otworzyła oczy i spojrzała na niego poważnie. 

–   To   –   podniosła   rękę   do   ucha   –   nie   ma   nic   wspólnego   z 

uczuciem, jakim cię darzę – zaczęła. 

– To? A co „to” właściwie jest? Czy „to” ma coś wspólnego z 

twoimi   znakomitymi   kwalifikacjami   zawodowymi?   Dlaczego 
zataiłaś przede mną, że jesteś lekarką z dużym doświadczeniem? – 
Kim pokręciła głową, westchnęła ciężko, wzięła torebkę i ruszyła 
w   stronę   drzwi.   –   Tak,   odejdź   bez   słowa   wyjaśnienia.   W   ten 
sposób dopiero udowodnisz, co do mnie czujesz. Z ręką na klamce 
zatrzymała się, odwróciła i spojrzała mu w twarz. Całą siłą woli 
powstrzymywała łzy. 

–   Cokolwiek   powiem,   nie   będzie   miało   żadnego   znaczenia, 

Harry. Przecież ty już mnie osądziłeś. 

– A więc między nami koniec?
Kiwnęła głową. To nie był odpowiedni moment na wyjaśnienia. 

Bardzo pragnęła sprzeciwić się rozkazom, jakie otrzymała, lecz 
nie mogła. Była żołnierzem, rozkaz był dla niej święty. 

– Koniec. 
–   Kogo   słyszysz   w   tej   słuchawce?   –   dopytywał   się.   –   Oni 

słyszą, co teraz mówimy?

Kim przełknęła dławiące ją łzy. 

background image

– Muszę iść. 
Wyszła z mieszkania i nie czekając na windę, ruszyła w stronę 

schodów.   Harry   nie   wybiegł   za   nią,   mimo   że   bardzo   tego 
pragnęła. Od tamtej pory prawie się do niej nie odzywał, czasami 
tylko zamienili kilka słów w sprawach zawodowych. Jerry przejął 
od niego opiekę merytoryczną nad nią jako stażystką i taktownie 
nie zadawał żadnych pytań, dlaczego ona i Harry unikają się. 

Natomiast   jedna   sprawa   się   wyjaśniła.   Badania   patologiczne 

tkanek pobranych podczas sekcji wykazały, że przyczyną zgonu 
Japarlina była nadmierna dawka propofolu. Harry zapewne dostał 
takie same wyniki analizy skradzionej próbki, więc wiedział, w 
jaki sposób zmarł jego pacjent. Najdziwniejsze jednak było to, że 
rząd   Tarparnii   trzymał   się   wersji   o   śmierci   z   przyczyn 
naturalnych. Kim zastanawiała się, dlaczego. Możliwe, że podanie 
prawdy  do  publicznej  wiadomości  zaogniłoby  już  i tak napiętą 
sytuację   wewnętrzną   w   kraju,   lecz   ją   wciąż   zastanawiały 
rewelacje   usłyszane   od   Ni   Kartu.   Gdyby   Japarlin   żył,   stanąłby 
przed sądem. Dlaczego John McPhee go zabił? Sprawiedliwości 
miało stać się zadość, więc po co było to morderstwo?

Służby specjalne wiedziały teraz, kto i w jaki sposób dokonał 

zbrodni,   lecz   motyw   nadal   pozostawał   nieznany.   I   właśnie   jej 
kolejnym zadaniem było wyjaśnienie tej sprawy. Przysięgła sobie, 
że   gdy   rozwikła   tę   zagadkę,   odszuka   Harry’ego   i   wyjawi   mu 
prawdę. Wyzna, że go kocha, będzie błagać, aby dał jej jeszcze 
jedną szansę, a on... Cóż, miała nadzieję, że się zgodzi i że odtąd 
będą żyli długo i szczęśliwie. 

Proszę,   modliła   się   w   duchu,   zaciskając   mocno   powieki   i 

zwijając dłonie w pięści. 

– Kim? – Tammy zapukała do drzwi sypialni, odczekała chwilę 

i weszła do pokoju. – Musisz wziąć się w garść. – Położyła się na 
łóżku obok przyjaciółki i ciągnęła: – A może wybrałybyśmy się 
posłuchać Crazy Shadows? Widziałam wczoraj Switcha. Pokazał 
mi szwy. 

Kim roześmiała się przez łzy. 
– Chyba oszalałaś. 

background image

– Rozerwiesz się trochę. Zobaczysz. 
– Akurat. Uważasz, że przyglądanie się wam, jak robicie do 

siebie słodkie oczy, dobrze mi zrobi? Wykluczone. 

Tammy uniosła się na łokciu. 
– Czyli z Harrym to coś naprawdę poważnego, tak?
– Kocham go, a on mną gardzi. 
–   Nieprawda.   Jest   zdezorientowany,   bo   nie   znajduje 

odpowiedzi na nurtujące go pytania. Kiedy tylko skończymy tę 
robotę, będziecie mogli paść sobie w ramiona. 

– Co z wywiadem? Co z wojskiem?
– Właśnie. Co? Powiedz, jak ty to widzisz. 
– Lubię moją pracę – zaczęła Kim – lubię wojsko, podróże, ale 

teraz... – zawahała się. – Któregoś dnia rozmawiałam z jedną z 
ofiar   tego   pożaru,   starszą   już   kobietą.   Powiedziała,   że   rodzina 
namawiają, żeby się do nich przeprowadziła. Z początku uważała, 
że chcą jej odebrać niezależność, ale teraz zrozumiała, że chcą, 
żeby była bliżej nich. 

– A ty chcesz być blisko Harry’ego, tak? Skoro go kochasz, to 

chyba naturalne. 

– Lubię też moją pracę. 
– Bardziej niż jego?
– Nie. I tu leży pies pogrzebany. Czy mam poświęcić wszystko 

dla niego? Złożyć ofiarę z siebie na ołtarzu miłości?

– Wszystko? Przecież możesz nadal być lekarzem, tyle że nie w 

wojsku. 

– Cokolwiek zrobię, zrobię dla niego. 
–   Na   pewno?   A   nie   dla   siebie?   W   każdym   razie   musisz 

odpowiedzieć sobie na pytanie, czy on jest tego wart. 

Przez cały piątek Kim bezskutecznie próbowała skontaktować 

się z Harrym. Od drugiej nad ranem do drugiej po południu była 
na   bloku   operacyjnym,   potem   miała   dyżur   na   oddziale,   a   gdy 
skończyła, poszła sprawdzić, jak czuje się Louanne. 

Kobietę   przeniesiono   na   oddział   oparzeń.   Gdy   Kim   weszła, 

Cynthia siedziała przy łóżku matki i czytała kolorowy magazyn. 

– Jakieś ciekawe nowiny z eleganckiego świata? – zagadnęła 

background image

Kim i sięgnęła po kartę chorej. 

Ucieszyła się, widząc, że rokowania są dobre. 
– Nic specjalnego, ale mama uspokaja się, kiedy jej czytam na 

głos, i potem przysypia. Jak teraz. 

– Co u ciebie? – spytała Kim i przysunęła krzesło. 
– Da się wytrzymać. 
– Gdzie mieszkasz?
– U jednej starszej pani, sąsiadki z drugiego piętra. Ma na imię 

Enid. Jest kochana. Właściwie wszyscy nasi sąsiedzi są kochani. 
Pani   Enid   szykuje   się   do   przeprowadzki   do   rodziny,   ale 
powiedziała,   że   zostanie,   dopóki   mama   i   ja   będziemy 
potrzebowały pomocy. 

– Poznałam ją. Jest przemiła. 
– Co jeszcze... Strażacy powiedzieli, że nasze mieszkanie da się 

odremontować.   W   przeciwnym   razie   cały   budynek   trzeba   by 
rozebrać i tyle ludzi straciłoby dach nad głową. Na szczęście to 
nie będzie konieczne. 

– Super! – ucieszyła się Kim. – Skontaktował się z wami ktoś z 

towarzystwa ubezpieczeniowego?

– Tak. Niech go! Co za ludzie!
– Potrzebujesz pomocy w załatwianiu tych wszystkich spraw?
– Dziękuję. Jamie, taki chłopak też z drugiego piętra, zna się na 

tym i obiecał, że mi pomoże. 

Kim   spostrzegła   błysk   w   oczach   Cynthii,   kiedy   wymawiała 

jego imię, i uśmiechnęła się do dziewczyny. 

– To świetnie. – Spojrzała na zegar. – Teraz muszę już iść, ale 

zajrzę   jutro,   to   pogadamy.   Nie   zapomnij   pozdrowić   ode   mnie 
mamę, jak się obudzi. 

–   Dziękuję.   Będzie   niepocieszona,   że   przespała   pani   wizytę. 

Bardzo lubi, jak ją pani odwiedza, pani doktor. 

– Ja też lubię ją odwiedzać. 
Po   wyjściu   od   Louanne   Kim   po   raz   kolejny   zajrzała   do 

gabinetu Harry’ego, lecz sekretarka poinformowała ją, że szef jest 
na zebraniu. Czy naprawdę jest na zebraniu, czy to wymówka? 
Odczekała, aż sekretarka pójdzie do domu, i spróbowała jeszcze 

background image

raz. Drzwi gabinetu były zamknięte, ale to wcale nie oznaczało, że 
Harry’ego   nie   ma.   Z   kieszeni   spodni   wyjęła   wytrych   i   szybko 
otworzyła   zamek.   Gabinet   był   pusty.   Zmarszczyła   brwi.   Może 
sekretarka   rzeczywiście   mówiła   prawdę?   Może   miał   jakieś 
zebranie?

–   Kimberlie?   –   Na   dźwięk   swojego   imienia   drgnęła 

przestraszona. Harry podszedł do biurka i rzucił na blat naręcze 
segregatorów. Potem spytał bez ogródek: – Czego chcesz? Widzę 
– popatrzył wymownie na wytrych w jej dłoni – że nie miałaś 
trudności z dostaniem się do środka. 

Szybko schowała wytrych do kieszeni i zrobiła krok do przodu. 

Harry uniósł brwi. 

– Chciałam się upewnić – zaczęła – czy twoje zaproszenie na 

przyjęcie u Johna McPhee jest wciąż aktualne. 

Harry   zwlekał   z   odpowiedzią.   Kim   zaczęła   się   już   nawet 

zastanawiać, czy istotnie zadała to pytanie na głos. 

–   John   z   żoną   spodziewają   się   nas   obój   ga   –   przemówił   w 

końcu. 

– W porządku. Mam przyjechać do ciebie?
– Tak będzie najlepiej. Bądź o ósmej. A teraz, jeśli pozwolisz... 

– Urwał i wskazał papiery na biurku. 

– Przepraszam... – wybąkała. – Do zobaczenia wieczorem. 
Aha, myślała, wychodząc. Nadal chce, żebym poszła z nim na 

przyjęcie. Dziwne. Sądziła, że po tym, co się stało, nie będzie 
chciał mieć z nią do czynienia, a jednak... Może Tammy ma rację?

Pogrążona w rozmyślaniach, piechotą poszła do domu. Harry 

przyłapał  ją   w  swoim  gabinecie  z   wytrychem   w  ręku!  Dziwne 
tylko, że tak spokojnie przeszedł nad tym do porządku dziennego. 
Druga wpadka, wyrzucała sobie. Do tej pory nic podobnego nigdy 
jej   się   nie   przytrafiło.   No   tak,   ale   od   samego   początku   Harry 
rozpraszał jej uwagę. 

Wygląda na to, że akceptuje jej działania, co samo w sobie jest 

zastanawiające.   Czyżby   Moss   go   zaangażował?   Przeczucie 
mówiło   jej,   że   szef   się   nim   poważnie   interesuje.   Ile   mu 
powiedzieli?   Potrząsnęła   głową.   Nie   chciała,   by   Harry   został 

background image

wciągnięty w takie życie, szczególnie że ona, właśnie z miłości do 
niego, bardzo chętnie by się teraz z tego wszystkiego wycofała. 

Zanim to jednak uczyni, musi wywiązać się z powierzonego 

zadania. Dopiero potem będzie mogła usiąść z Harrym i wszystko 
mu wytłumaczyć. Zapewnić go, że w przyszłości już niczego nie 
będzie przed nim ukrywać, że między nimi nie będzie żadnych 
kłamstw czy tajemnic. Już nigdy nic nie stanie między nimi, jeśli 
tylko on da jej drugą szansę... 

W domu zastała Tammy. 
– Wybierasz się na bal, Kopciuszku? – powitała ją przyjaciółka. 
– Tak – ucięła krótko Kim i spytała: – Czy Moss rozmawiał z 

Harrym? – Tammy milczała, lecz wyraz jej twarzy świadczył o 
tym, że wie coś więcej na ten temat. – Niech zgadnę... Nie wolno 
ci niczego ujawnić?

– Nie. 
– Czyli rozmawiał. – Kim ze złości zacisnęła wargi i walnęła 

pięścią w kanapę. – Po co go w to miesza? Podejrzewam, że chce 
wykorzystać jego wiedzę o stosunkach panujących w Tarparnii i 
innych krajach, które odwiedza. Dla Mossa życie ludzkie się nie 
liczy, ważna jest tylko służba i to, jak może nami manipulować. 

Tammy wzdrygnęła się, słysząc te gorzkie słowa. 
– Uspokój się. Nie masz zbyt wiele czasu na przyszykowanie 

się na przyjęcie. Zobacz, co ci przygotowałam do włożenia. 

–   Podejrzewam,   że   w   kieszeniach   mam   wszelkie   rutynowe 

gadżety:   deszyfrator,   proszek   do   pobierania   odcisków   palców, 
broń laserową i ręczną wyrzutnię granatów. 

Tammy uśmiechnęła się. 
– Cieszę się, że poczucie humoru cię nie opuszcza. No, idź pod 

prysznic – zarządziła. 

Jazda do willi Johna McPhee nie trwała długo, lecz milczenie w 

samochodzie było trudne do wytrzymania. 

–   Dziękuję,   że   mnie   zabrałeś,   inaczej   musiałabym   pojechać 

taksówką – mruknęła Kim, kiedy stanęli na czerwonym świetle. 

Harry milczał. Siedział z zaciętą miną, a ona zastanawiała się, 

background image

czy dzisiejszego wieczoru w ogóle się do niej odezwie. Nie miała 
do niego pretensji. Gdyby była na jego miejscu, gdyby to on ją 
oszukał, trudno by jej było mu wybaczyć. Chociaż z drugiej strony 
miło by było trochę pogawędzić. 

Kiedy dojechali na miejsce, Harry odpiął pas i wysiadł. Kim 

szybko zrobiła to samo. Nie spodziewała się, że dziś okrąży auto i 
przytrzyma dla niej drzwi. 

– Im szybciej będziemy mieli to z głowy, tym lepiej – burknął i 

poszedł przodem. 

Kim zdołała go dogonić, a kiedy podnosił rękę, by nacisnąć 

dzwonek, rzekła:

– Postaraj się robić dobrą minę do złej gry, proszę. Zachowaj 

pozory. 

Zamiast odpowiedzi, Harry spojrzał na nią takim wzrokiem, że 

najchętniej   zapadłaby   się   pod   ziemię.   Nerwowo   obciągnęła 
granatową   jedwabną   bluzeczkę.   Miała   na   sobie   swój   ulubiony 
dwuczęściowy komplet ze spodniami, ulubiony, bo w szwach były 
ukryte   liczne   kieszenie,   w   których   doskonale   mieściły   się 
wszystkie narzędzia pracy. 

Dziś   Harry   zupełnie   nie   przypominał   mężczyzny,   którego 

pokochała. Jego błękitne oczy były zimne jak lód, a spojrzenie 
mrożące.   Nagle  drzwi  otworzyły  się   i  ukazała  się  w   nich  pani 
McPhee. Harry zmusił się do uśmiechu. 

– Witajcie. Jestem Kat – przedstawiła się i szerokim gestem 

zaprosiła gości do środka. 

Kim starała się nie przyglądać jej zbyt natrętnie. Kat McPhee. 

W dossier Johna niewiele było informacji na temat żony, jedynie 
wzmianka, że jest obywatelką Nowej Zelandii. 

– Kat? Ładnie imię. Czy to jakieś zdrobnienie?
– Tak. Od Kateka. 
– Och. Po kim je nosisz?
– Po babci. Oznacza: wybawicielka. 
– To w języku Maorysów, prawda? – wtrącił Harry. W nagrodę 

za szybki refleks Kim miała ochotę go ucałować. 

–   Nie.   W   języku   plemion   Tarparnii   –   wyjaśniła   Kat   i 

background image

pomachała ręką do męża, który stał w drugim końcu salonu. 

– Cieszę że, że was widzę – rzekł gospodarz, podchodząc do 

nowych gości. – Czego się napijecie? – Ręką, w której trzymał 
kieliszek,   wskazał   bar,   wylewając   przy   tym  czerwone   wino   na 
podłogę. 

– Przepraszam, pójdę po ścierkę – rzuciła Kat i zniknęła. 
– Dla mnie kieliszek szampana, jeśli jest – poprosiła Kim. 
– Och, dziś mamy mnóstwo szampana – zapewnił John. 
– Harry nie mówił, z jakiej okazji jest to przyjęcie. Świętujemy 

czyjeś urodziny? – zapytała. 

– Nie. Po prostu świętujemy dla świętowania – odparł John i 

puścił do nich oko. 

Widząc, że gospodarz chwieje się już trochę na nogach, Harry 

zaproponował:

– Może ja naleję?
– A ja tymczasem pójdę się odświeżyć – wtrąciła Kim. – Gdzie 

łazienka?

– W głębi korytarza skręć w prawo i trzecie drzwi po lewej. 

Nie, chyba czwarte... Zresztą znajdziesz. 

Kim bez trudu odnalazła łazienkę, a także gabinet gospodarza. 

Wśliznęła się tam, powiodła wzrokiem po pokoju i odezwała się:

– Tammy? Macie jakieś informacje o żonie Johna?
– Właśnie sprawdzamy. Na razie nie podejmuj żadnych działań. 

Potrzebujemy jeszcze co najmniej godzinę. 

Kim   wróciła   do   salonu.   Uśmiechnęła   się   promiennie   do 

Harry’ego, a on zerknął na nią zagadkowo. Dziwne, pomyślała po 
raz kolejny tego wieczoru, po czym wzięła z jego rąk kieliszek. W 
takich sytuacjach zawsze na początku prosiła o jakiegoś drinka, 
którego potem przez całe przyjęcie bardzo powoli sączyła. 

Godzinę   później   przyjęcie   rozkręciło   się   na   dobre,   a   goście 

rozeszli   się   po   całym   domu.   Harry   wyraźnie   się   odprężył   i   w 
pewnej chwili nawet objął swoją towarzyszkę. Kim wsparła się na 
nim.   Jak   cudownie   było   czuć   emanujące   z   niego   ciepło.   Na 
przyjęciu było wielu znajomych ze szpitala, którzy w zabawny 
sposób reagowali na wiadomość, że Harry i Kim przyszli razem. 

background image

–   Przecież   prawie   się   nie   znacie   –   zdziwiła   się   jedna   z 

pielęgniarek. 

Kim poczuła, że Harry sztywnieje, i rzuciła:
– Cóż, ja żyję szybko. Może nie znamy się długo – urwała i 

spojrzała na Harry’ego – ale za to dobrze. 

Ich oczy spotkały się. Włożyła w to spojrzenie wszystko, czego 

nie powiedziała słowami. Wydawało się jej, że zna Harry’ego od 
zawsze,   że   całe   życie   szukała   właśnie   jego   i   nareszcie   go 
odnalazła.   Teraz   pragnęła   tylko   jednego,   by   pocałunkiem   ją 
zapewnił,   że   nie   zniszczyła   uczucia,   jakie   do   niej   żywił.   Lecz 
Harry   tego   nie   uczynił.   Spuścił   głowę,   wbił   wzrok   w   ziemię, 
potem przeprosił i podszedł do baru nalać sobie kolejnego drinka. 

– To takie urocze – szczebiotała pielęgniarka. – W szpitalu nikt 

nic nie mówił. Jak wam się udało uniknąć rozgłosu?

–   Kim?   –   W   słuchawce   odezwał   się   głos   Tammy.   Kim 

uśmiechnęła się do pielęgniarki i rzekła:

–   Doprawdy   nie   wiem.   Przepraszam,   pójdę   mu   pomóc.   – 

Przeciskając się przez tłum, szepnęła: – Tam?

–   Mamy   dane.   Kateka   McPhee,   nazwisko   panieńskie   Zefari. 

Jako   kilkunastolatka   wstąpiła   do   prawicowej   bojówki.   Nasz 
ekspert od spraw Tarparnii poinformował, że od ponad dziesięciu 
lat jest poszukiwana w związku z pewnymi wydarzeniami, lecz 
nie   udało   się   ustalić   jej   miejsca   pobytu.   Do   teraz   –   dodała.   – 
Przygotowujemy nakaz aresztowania i wysyłamy policję. Powinni 
tam dotrzeć za około piętnaście, dwadzieścia minut. Gdyby udało 
ci się zdobyć konkretne dowody, że maczała palce w zamachu na 
Japarlina, bardzo by to pomogło ją oskarżyć. 

– Rozejrzę się. 
Kim odszukała wzrokiem Harry’ego. Stał przy barze, oparty o 

blat, śledząc jej każdy ruch. Uśmiechnęła się i na migi pokazała, 
że idzie do łazienki. Skinął głową i odwrócił się do Johna, który 
nalewał sobie kolejnego drinka. Przed drzwiami łazienki ustawiła 
się już kolejka. Świetnie, ucieszyła się i poszła dalej, udając, że 
ogląda zawieszone na ścianie obrazy. 

Kiedy się upewniła, że nikt na nią nie patrzy, wśliznęła się do 

background image

gabinetu Johna i zaczęła przeglądać szuflady biurka i teczki leżące 
na wierzchu, następnie otworzyła szafę z dokumentami. 

– Nic – zameldowała. 
–   Okej.   Sprawdziłaś   już   oczywiste   miejsca,   zajmij   się   tymi 

mniej oczywistymi. 

Kim zajrzała kolejno za wszystkie obrazy. Nic. Już miała się 

wycofać,   kiedy   nagle   pod   stopą   skrzypnęła   jedna   z   klepek   w 
podłodze.   Przystanęła,   spojrzała   pod   nogi,   potem   uklękła   i   na 
czworakach wczołgała się pod biurko. 

–   Zaraz,   zaraz...   –   Zaczęła   opukiwać   klepki.   W   pewnym 

momencie usłyszała głuchy odgłos. – Chyba coś mam. – Wstała, z 
biurka wzięła nóż do papieru i podważyła jedną z deseczek. – 
Dokumenty. Mnóstwo tego – meldowała na bieżąco. – Faksy z 
instrukcjami... trasa podróży Japarlina... 

– Wspaniale. Sfotografuj co smakowitsze kąski. Kim wyjęła z 

kieszeni miniaturowy aparat cyfrowy i zrobiła kilka zdjęć. 

– Mam coś stąd zabrać?
– Nie. Zostaw wszystko, jak jest. Niech policja sama znajdzie 

dowody. Powiemy im, gdzie mają szukać. 

– Dobrze. 
Kim schowała papiery na miejsce, zamknęła skrytkę, i właśnie 

kiedy wyczołgiwała się spod biurka, usłyszała:

–   Co   tu   robisz!?   –   Oczy   stojącej   w   progu   Kat   błyszczały 

złowrogo. – Tu nie wolno wchodzić! Nikomu!

Kim uśmiechnęła się do niej, ostrożnie przesuwając ręką nóż do 

papieru na właściwe miejsce. 

–   Przestraszyłaś   mnie.   –   Podniosła   drugą   rękę   do   ucha,   jak 

gdyby chciała poprawić kolczyk. – Przepraszam, że tu weszłam, 
ale   kiedy   zobaczyłam,   że   przed   łazienką   ustawiła   się   kolejka, 
postanowiłam   zwiedzić   dom.   Na   biurku   twojego   męża 
zobaczyłam   bardzo   ciekawy   artykuł.   –   Wskazała   otwarte 
czasopismo medyczne. – Usiadłam, zaczęłam czytać i bezwiednie 
bawiłam się kolczykiem. Odpiął się, upadł na podłogę... Jeszcze 
raz   przepraszam   za   wtargnięcie,   ale   to   taki   ładny   pokój.   – 
Skierowała się w stronę drzwi. 

background image

– Jestem dopiero na stażu przed specjalizacją, więc wszystko, 

na co mnie stać, to dwupokojowe mieszkanie, które zresztą dzielę 
z przyjaciółką. Wiele bym dała za gabinet taki jak ten, szczególnie 
że tyle czasu muszę ślęczeć nad książkami.  – Uśmiechnęła się 
nerwowo   do   Kat.   Miała   nadzieję,   że   wypadła   wiarygodnie.   – 
Zobaczę, czy kolejka do toalety się zmniejszyła – dokończyła i 
wyszła. Odrobinę zaniepokoiło ją to, że gospodyni nie podążyła za 
nią. – Chyba mnie sprawdza – powiedziała do Tammy. – Kiedy 
przyjedzie policja?

– Kimberlie? – zawołał Harry, doganiając ją na korytarzu. – Co 

tu jest grane?

– Możemy już iść? – spytała naglącym tonem. 
–   Proszę.   –   Zamiast   jej   posłuchać,   Harry   przystanął 

zdezorientowany.   Kim   obejrzała   się   za   siebie.   Kątem   oka 
dostrzegła, że Kat wychodzi z gabinetu. Chwyciła Harry’ego za 
klapy marynarki i pociągnęła ku sobie. 

– Pocałuj mnie. Szybko! – szepnęła. 
Na szczęście spełnił jej prośbę. W tej samej chwili wszystko 

uleciało jej z głowy. Sądziła, że już nigdy to się nie zdarzy, że już 
nigdy nie poczuje jego ciała tak blisko, że już nigdy zapach jego 
skóry nie pobudzi jej zmysłów. Ten pocałunek był mocny, gorący, 
jak gdyby Harry chciał ją ukarać za udrękę ostatnich dni. Poddała 
mu się z rozkoszą. Ona też przeżywała katusze i była to próba 
ponad siły. 

Nagle Harry odsunął się od niej i szepnął:
– Nie rób mi tego, Kimberlie. 
W   jego   oczach   dostrzegła   ból   i   uświadomiła   sobie,   może 

dopiero teraz w całej pełni, jak bardzo go zraniła. 

– Ja... ja... – zaczęła się jąkać, łzy przesłoniły jej wzrok. Jak 

mogła go tak zranić? – Ja... – Znowu urwała, pamiętając, że nic 
nie może mu powiedzieć. 

Jeszcze nie teraz. Ale już niedługo. Jeśli tylko poczeka jeszcze 

kilka godzin... Tylko kilka godzin i jej misja będzie zakończona. 

Harry cofnął się o krok. 
– Nadal nie możesz powiedzieć, co tu jest grane?

background image

– Zrozum, nie chodzi o to, że nie chcę. Niczego na świecie nie 

pragnę bardziej – tłumaczyła błagalnym tonem, lecz on potrząsnął 
głową i spojrzał na nią z pogardą. 

– Ach, tu jesteś! – wykrzyknęła Kat i nie zwracając uwagi na 

Harry’ego, chwyciła Kim za ramię. – Chodź! – Pociągnęła ją za 
sobą. 

–   Co   się   tam   dzieje!?   –   W   słuchawce   odezwał   się   bardzo 

zaniepokojony głos Tammy. 

– Puść mnie! – syknęła, oswobodziła ramię, wyminęła Kat i 

wybiegła do ogrodu. 

– Spadaj stamtąd! Natychmiast! – rozkazała Tammy. 
–   Nie   tak   prędko.   –   Kat   dogoniła   ją,   chwyciła   za   ramię   i 

obróciła ku sobie. – Co robiłaś w gabinecie mojego męża? Czego 
szukałaś?

– Tłumaczyłam ci już – odparła Kim. – Zainteresował mnie 

artykuł   w   czasopiśmie   medycznym,   więc   usiadłam,   żeby   go 
przeczytać i zaczęłam bawić się kolczykiem. Odpiął się, upadł na 
podłogę,   więc   schyliłam   się,  żeby   go   podnieść,  a  wtedy   ty   się 
pojawiłaś. 

Harry, który wyszedł za nimi, przystanął i uważnie przyglądał 

się tej scenie. Nie wiedział, o co chodzi, lecz nie podobała mu się 
agresja żony Johna wobec Kim. 

Na   trawniku   przed   domem   stała   grupka   gości.   Słysząc 

podniesione głosy, zaczęli się przysłuchiwać. 

– Nieprawda! – Z oczu Kat biła nienawiść. – Przyznaj się, że 

szperałaś w dokumentach! Dla kogo pracujesz?

– Nie rozumiem. 
W odpowiedzi Kat wymierzyła jej policzek. Kim odruchowo 

przyłożyła dłoń do twarzy. Jej zdumienie nie miało granic. 

–   No,   no!   –   wtrącił   się   natychmiast   Harry   i   stanął   między 

kobietami. – Co tu się wyprawia?

–   Nie   udawaj,   że   nie   wiesz!   Nie   wierzę,   że   na   ochotnika 

zgłosiłeś   się   operować   tego   padalca!   –   wykrzyknęła   Kat   i 
zręcznym wymachem nogi kopnęła Harry’ego w pierś. 

Harry z jękiem zatoczył się na Kim i oboje upadli na trawę. 

background image

– Nic ci cię nie stało? – zapytała Kini. – Harry! Harry charczał, 

Kim   zaś   aż   zagotowała   się   z   wściekłości.   Jak   ona   śmiała   go 
zaatakować!

Kat krzyczała coś teraz w swoim języku. Kim rozumiała tylko 

pojedyncze słowa, lecz z wyrazu twarzy przeciwniczki i intonacji 
domyśliła się reszty. 

Podniosła się z ziemi,  odeszła kilka kroków w bok, żeby w 

razie czego mieć swobodę ruchów. 

– Dlaczego to zrobiłaś? – odezwała się. 
– Bo jest jednym z nich – syknęła Kat. – Ty też! – Rzuciła się 

naprzód, chcąc zaatakować, lecz Kim zrobiła błyskawiczny unik, 
schyliła się i głową trafiła ją w brzuch. Wiedziała teraz, że Kat jest 
doskonale wyszkoloną przeciwniczką. 

Harry w osłupieniu przyglądał się pojedynkowi. Ręce i nogi 

migały tylko w powietrzu. 

– Kimberlie! – wyrwało mu się, gdy zobaczył, jak Kim stopą 

trafia żonę Johna w pierś, a kiedy tamta zgina się w pół, łokciem 
zadaje cios w kark. – To ty mnie znokautowałaś... 

Odwrócił głowę. Zrozumiał, że kolejny raz zrobiono z niego 

głupka.   Gdy   odkrył,   że   jest   zdradzany,   ogarnęło   go   poczucie 
głębokiego   zawodu,   poniżenia.   Teraz,   gdy   pokochał   Kimberlie, 
mocniej i żarliwiej niż jakąkolwiek kobietę, a ona zakpiła sobie z 
niego, uraz psychiczny sprzed lat odezwał się ze zdwojoną siłą. 

Nie mógł zmusić się do spojrzenia na nią. Powoli podniósł się z 

ziemi. Ból rozsadzał mu piersi, utrudniał oddychanie. Kątem oka 
dostrzegł   Johna,   który   pojawił   się   w   drzwiach   i   na   widok 
walczących kobiet wypuścił kieliszek z ręki. Potem z zaciętym 
wyrazem twarzy pobiegł do stojącej nieopodal ogrodowej rzeźby, 
zerwał ją z postumentu i zamierzył się na Kim. 

Harry nawet nie miał czasu krzyknąć, by ją ostrzec, toteż rzucił 

się na Johna. Anestezjolog padł jak długi, posąg rozprysł się w 
drobny mak. 

– Nie mieszaj się do tego, Harry – ostrzegł, zręcznie odwinął 

się i wystawionym łokciem uderzył Harry’ego w twarz. 

Harry   zatoczył   się,   lecz   szybko   złapał   równowagę   i   zaczął 

background image

odpierać ciosy. 

–   Wiem,   co   zrobiłeś.   To   było   morderstwo   z   zimną   krwią   – 

syknął przez zęby. 

Poczuł   przypływ   adrenaliny.   Wściekłość   dodawała   mu   sił. 

Zadał ostatni cios, po którym John zwalił się na ziemię. Uniósł 
pięść, lecz powstrzymał go okrzyk Kim. 

– Nie!
Otrzeźwiał.   Wówczas   zobaczył,   że   Kat,   która   przed   chwilą 

leżała nieruchomo, ocknęła się, zamachnęła nogą i podcięła Kim, 
która upadła płasko na plecy i jęknęła z bólu. Harry zerknął na 
Johna – ten nie dawał znaku życia. Tymczasem syreny policyjne 
wyły coraz głośniej. Goście zebrani przed domem zaczęli znikać. 
Kimberlie   natomiast   z   podrapaną   twarzą,   w   podartym   ubraniu 
leżała na trawniku. 

Nagle Kat zaczęła się podnosić. 
–   Kimberlie!   –   Tym   razem   udało   mu   sieją   ostrzec.   Z 

zadziwiającą zwinnością Kim odepchnęła się rękami i poderwała 
na   nogi.   Harry   patrzył  na   nią   szeroko   otwartymi   ze   zdumienia 
oczami.   Kobiety   ponownie   zwarły   się   w   zacieklej   walce.   Kat 
kilkakrotnie   uderzyła   Kim,   lecz   ta   nie   zamierzała   się   poddać. 
Harry   widział,   z   jaką   determinacją   zadaje   ciosy,   aż   w   końcu 
potężnym kopniakiem powala napastniczkę i sama pada przy niej 
na kolana. 

Czy   to   już   koniec?   Czy   Kat   znowu   udaje?   Gra   na   zwłokę, 

zbiera siły, szykuje się do kolejnego ataku?

Radiowozy   policyjne   z   wyciem   syren   i   błyskami   kogutów 

podjechały pod dom. 

Kim   sprawdziła   puls   Kat,   uniosła   jej   powieki,   zajrzała   w 

źrenice, i dopiero potem osunęła się na ziemię. 

– Tammy? Znokautowałam ją. 
– Masz aparat?
Kim pomacała kieszenie spodni. 
– Mam. 
– Do kogo mówisz? – dopytywał się Harry, który sprawdzał, 

czy John oddycha. 

background image

Kim  zamknęła   oczy.  Nie  miała   siły   teraz  z  nim   rozmawiać. 

Czuła się kompletnie wyczerpana. 

– Do Tammy. 
– Przez ten nadajnik w uchu?
Kim milczała. Teraz Harry zajął się Kat. Sprawdził jej puls i 

źrenice.   Żałował,   że   nie   ma   przy   sobie   latarki.   Zbadał   także 
ramiona i nogi. 

– Kość promieniowa złamana – oznajmił. 
– Upadła na nią – mruknęła Kim. 
– Potrzebne będzie prześwietlenie. – Po chwili spytał: – Co o 

niej wiesz?

– Kateka Zefari. W Tarpamii poszukiwana listem gończym. – 

Spróbowała usiąść, lecz tylko jęknęła z bólu. 

– Co jest?
– Kostka.. 
– Przecież przed chwilą stałaś na tej nodze. 
– Agent Mason? – policjant zwrócił się do obojga. 
– To ja – odezwała się Kim i machnęła ręką w stronę Kat. – 

Jest wasza. 

– Gdzie jej mąż?
– Tam – wskazał Harry, a potem spytał: – Agent Mason?
Kim wzniosła oczy do góry i ciężko westchnęła. 
– Doktor Mason, agent Mason, major Mason, co wolisz. – Była 

wykończona. Wyciągnęła się na trawie, zamknęła oczy i starała 
się o niczym nie myśleć. 

– Wezwaliście karetkę?
Dlaczego głos Harry’ego dochodzi jak gdyby z oddali?
– Jest w drodze. 
Odpowiedź policjanta też się rozmywa. Dlaczego? Przecież to 

nie   oni   stoczyli   właśnie   najzacieklejszy,   najbardziej   szalony 
pojedynek w życiu, a ja, myślała Kim. 

– Kiedy przyjedzie, chciałbym zamienić słowo z ratownikami. 
– Oczywiście. 
–   Kimberlie?   –   Harry   przyklęknął   obok,   a   kiedy   nie 

zareagowała, poklepał ją po twarzy. – Kimberlie?

background image

– Jęknęła, skrzywiła się, mocno zacisnęła powieki. Sprawdził 

jej   puls,   potem   zbadał   ręce,   nogi,   dotknął   kostki.   Krzyknęła   z 
bólu.   –   Kimberlie?   –   Delikatnie   odgarnął   włosy   z   jej   twarzy, 
dotknął małżowiny usznej i znalazł słuchawkę. Wyjął ją, włożył 
sobie do ucha. 

– Halo? Tammy?
– Harry! Co tam się dzieje!?
– Kimberlie potrzebuje pomocy. Ma skręconą prawą nogę w 

kostce.   Chcesz,   żeby   ją   przewieziono   do   naszego   szpitala,   czy 
gdzie   indziej?   Może   wasz   konsultant   medyczny   sam   zechce   ją 
zbadać?

– Ona jest naszym konsultantem. 
– W takim razie zabieram ją do siebie. 
– W porządku. Przyjadę i odbiorę aparat fotograficzny. 
– Aparat?
– Zadajesz za dużo pytań. 
– Racja. – W jego głosie zabrzmiała nuta goryczy. 
– Żadnych pytań, żadnych odpowiedzi. 
– Przykro mi. 
Harry spojrzał na Kimberlie i odrzekł:
– Mnie też. 
– No, nareszcie się obudziłaś – ucieszył się Jerry, wchodząc do 

boksu na oddziale ratunkowym, gdzie umieszczono Kim. – Kiedy 
niedawno do ciebie zaglądałem, jeszcze spałaś. 

Kim chciała się uśmiechnąć, lecz twarz jej wykrzywił grymas 

bólu. 

–   Czuję   się,   jak   gdybym   wpadła   pod   ciężarówkę.   Jerry 

roześmiał się z tego porównania. 

– Obawiam się, że tak też wyglądasz. – Zdjął przypiętą do ramy 

łóżka kartę chorobową i przeczytał wpisy. – Boli?

– W normie. 
–   Nie   odgrywaj   bohaterki.   Jeśli   potrzebne   ci   są   środki 

przeciwbólowe,   powiedz.   –   Kim   powoli   skinęła   głową.   Jerry 
uniósł prześcieradło i zbadał nogę. – Miałaś szczęście. Zobacz. – 
Pokazał jej klisze rentgenowskie. – Żadna kość nie jest złamana. 

background image

Kim westchnęła. 
– Cieszę się. 
– Pamiętasz, skąd cię przywieziono?
– Nie. 
Jak przez mgłę przypominała sobie Harry’ego ostrym tonem 

wydającego polecenia ratownikom. Potem już go nie widziała. 

– Muszę przyznać, że nieźle nabroiliście, ty, John i jego żona. 
– Co z nimi?
– John ma pękniętą szczękę, a Kat złamaną rękę i kilka żeber. 

Za to ty jesteś jak z gumy. 

– Widocznie lepiej odpierałam ciosy. Jeny potrząsnął głową. 
–   Wciąż   trudno   mi   uwierzyć,   że   stoczyłaś   pojedynek   jak   w 

filmie.   Szpital   aż   się   trzęsie   od   plotek.   Podobno   jesteś   tajną 
agentką. To prawda?

Kim spojrzała mu prosto w oczy i odrzekła:
–   Gdybym   ci   powiedziała,   musiałabym   cię   zabić.   Jeny 

spoważniał. 

–   Przyjmuję   to   za   odpowiedź   twierdzącą.   –   Przerwało   im 

wejście Harry’ego. Kim serce zabiło mocniej, jej oddech stał się 
płytki,   szybki,   urywany.   Odezwij   się   do   mnie,   powiedz   coś, 
zaklinała w myślach, patrząc na niego błagalnym wzrokiem. – To 
ja już pójdę, nie będę robił tłoku – bąknął Jeny. – Zajrzę później. 

Po jego wyjściu zaległo kłopotliwe milczenie. W końcu Kim 

nie wytrzymała i szepnęła:

– Powiedz coś. – Harry wciąż milczał. Stał przy jej łóżku z 

rękami splecionymi na piersiach i patrzył jej w oczy, jak gdyby 
chciał wejrzeć w jej duszę. Czuła się obnażona, lecz nie miała do 
niego o to pretensji. Dobrze, że nareszcie może zobaczyć mnie 
taką,   jaka   naprawdę   jestem,   pomyślała.   Szkoda   tylko,   że 
przedstawia sobą tak opłakany widok. Ale przynajmniej prawda 
wyszła na jaw. Teraz muszę tylko znaleźć w sobie dość odwagi, 
żeby   zrobić   następny   krok   i   postarać   się   zasypać   przepaść 
pomiędzy nimi. – Wiem, że chcesz mi zadać wiele pytań... 

– I teraz na nie odpowiesz?
– Czy John i Kat zostali aresztowani? – spytała. 

background image

– Tak. 
– Gdzie mój aparat fotograficzny?
– Tammy go ma. 
Kit odetchnęła z ulgą. 
– Tyle przynajmniej wiesz. 
– Od jak dawna pracujesz w służbach specjalnych?
– Od pięciu lat. 
–   Powiedziałaś,   że   twój   narzeczony   zginął   cztery   lata   temu. 

Czy to się stało na służbie? On także był agentem?

–   Tak.   Chris   nie   posłuchał   mojego   rozkazu   i   wszedł   do 

płonącego budynku. 

Harry   w   zamyśleniu   pokiwał   głową.   Wracał   myślami   do 

rozmowy w szpitalnym bufecie. To wówczas wyrwało jej się, że 
nie posłuchał rozkazu. Co jeszcze powiedziała niechcący, a on był 
zbyt głupi, zbyt zaślepiony miłością, że nie zwrócił na to uwagi?

– Czy kiedykolwiek powiedziałaś mi prawdę?
– Oczywiście – żachnęła się. – Posłuchaj, musisz mi uwierzyć... 
– Uwierzyć ci? Dobre sobie! – Jego głos nabrzmiały był bólem. 

– Cały czas mnie okłamywałaś. Podejrzewałaś, że przyłożyłem 
rękę do śmierci Japarlina!

–   Na   tym   polegała   moja   praca,   moja   misja.   Oddelegowano 

mnie tu, żebym przeprowadziła śledztwo. 

– Ale zjawiłaś się, zanim Japarlina zamordowano. 
–   Tylko   dlatego,   że   wywiad   otrzymał   tajną   informację   o 

zamierzonym   zamachu.   Chcieliśmy   wzmocnić   jego   ochronę 
podczas   rekonwalescencji,   tylko   że   do   rekonwalescencji   nie 
doszło.   Otrzymałam   listę   osób,   które   mają   jakiś   związek   z 
Tarparnią. Figurowało na niej i twoje nazwisko. Kazano mi za 
wszelką cenę dostać się do zespołu operacyjnego. 

– Aha, czyli sama tak wszystko zorganizowałaś, żeby Edington 

musiał poprosić cię o zastępstwo. 

– Tak. Wszystko przebiegało zgodnie z planem, do momentu 

kiedy... kiedy poznałam ciebie. 

Harry zaciął wargi. 
– Zrobiłaś ze mnie głównego podejrzanego! – wybuchnął. – 

background image

Chciałaś mnie prześwietlić!

– Nie! To wcale nie było tak!
– Ale tak wyglądało. Już niczego nie jestem pewny. Nawet nie 

wiem, czy Mason to twoje prawdziwe nazwisko. 

– Prawdziwe. Znasz mnie lepiej, niż ci się wydaje. Przyznaj 

szczerze. 

– Szczerość! Kpisz sobie ze mnie? Szpiegowałaś mnie!
– I wzajemnie. 
– Co? – obruszył się Harry. – Zaglądałaś do sejfu – domyślił 

się. 

– Wykonywałam rozkazy. 
– Tylko to potrafisz. Ślepo wykonywać rozkazy. 
– Harry, nie rozumiesz... 
– Tu się nie mylisz. – Odwrócił głowę, potem znowu spojrzał 

na   nią.   –   Czy   chwile   intymności   między   nami   cokolwiek   dla 
ciebie znaczyły?

–   Tak.   –   Boże,   jak   mam   go   przekonać?   –   Znaczyły   bardzo 

wiele – zapewniła go. 

– W szczególny sposób to okazałaś – zakpił. Przełknęła łzy. 
– Wykonywałam swoją pracę. 
–   Cóż,   wypada   tylko   pogratulować   zapału.   Czy   uwodzenie 

mnie także należało do planu?

–   Nie!   –   Jak   on   mógł   coś   takiego   pomyśleć!   –   Ja   ciebie 

kocham!

– Kochasz? – Prychnął pogardliwie. – Czy ty w ogóle wiesz, co 

to słowo znaczy? Jak możesz twierdzić, że mnie kochasz, jeśli nie 
potrafisz zdobyć się na uczciwość wobec mnie?

Próbowała otrzeć łzy, lecz tylko skrzywiła się z bólu. Wściekła 

była na siebie za swoją słabość, bezbronność w momencie, który 
wymagał   szczytowej   formy.   Przecież   musi   mu   udowodnić,   że 
tworzą idealną parę!

– Każda chwila z tobą była dla mnie bezcenna. Prawdziwa. Z 

całej siły broniłam się, żeby się w tobie nie zakochać, ale to się 
stało i nie żałuję. 

–   Chwila   ze   mną?   Dobre   sobie!   Ze   mną,   z   Tammy   na 

background image

podsłuchu i cholera jeszcze wie z kim!

–   Harry   –   chciała   zaprzeczyć,   lecz   głos   odmówił   jej 

posłuszeństwa. 

– Daruj sobie, Kimberlie. 
Odwrócił się od niej i zrobił krok w stronę wyjścia. 
– Harry – błagała – Harry, zostań, nie odchodź... Obejrzał się i 

zmierzył ją takim wzrokiem, jak gdyby była mu zupełnie obca. 

– Nie wiem, kim jesteś, Kimberlie, i nie jestem pewien, czy 

chcę się dowiedzieć. – Z tymi słowami odszedł, a ona nie mogła 
go zatrzymać. 

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

–   Kochanie?   –   Eileen   Mason   ze   słuchawką   telefonu 

bezprzewodowego   w   ręce   podeszła   do   drzwi   pokoju   córki   i 
zapukała. – Kimmy, kochanie, dzwoni Tammy... 

Kim wytarła oczy i nos. 
– Wejdź, mamo, proszę. 
Eileen otworzyła drzwi i podeszła do łóżka. 
–   Córeńko   –   szepnęła,   siadając   na   brzegu.   Objęła   Kim   i 

przytuliła do siebie. – Czas leczy rany. Zobaczysz. – Widząc, że 
Kim na nowo zalewa się łzami, podniosła słuchawkę i powiedziała 
do   Tammy:   –   Ona   zadzwoni   później,   dobrze?   Co,   kochanie? 
Wychodzisz?   No   to   tymczasem.   –   Potem   wyłączyła   telefon   i 
wyjaśniła:   –   Tammy   sama   do   ciebie   zadzwoni,   bo   teraz   musi 
wyjść. 

Kim odsunęła się od matki i wymamrotała:
– Są tu gdzieś chusteczki?
– Proszę. 
Eileen   podała   jej   całe   pudełko.   Kim   wyciągnęła   ligninową 

chusteczkę, wytarła nos i odezwała się:

– Tammy to sprawdzona przyjaciółka... 
–   Martwi   się   o   ciebie   tak   samo   jak   ojciec   i   ja.   Powiedz, 

kochanie, czy... jest jeszcze ktoś, kto może też o tobie teraz myśli?

– Nie rozumiem. 
– Pytałam, czy jest... 
– O co ci chodzi, mamo?
– Jak on się nazywa, Kimmy? – nalegała Eileen. 
– Wiem, że nie rozpaczasz z powodu kostki. Tylko mężczyzna, 

i   to   mężczyzna,   którego   kochasz,   może   być   przyczyną   takiego 
morza łez. Pozwoliłam ci się wypłakać, miałam nadzieję, że sama 
się jakoś uporasz z tym problemem, ale teraz doszłam do wniosku, 
że   najlepiej   będzie,   jeśli   porozmawiamy.   Wyrzuć   to   z   siebie, 
kochanie. 

– Och, mamo, strasznie zagmatwałam sobie życie – westchnęła 

background image

Kim i łzy znowu napłynęły jej do oczu. 

– Wszystko da się naprawić. 
– Nie sądzę. Harry nie chce mieć ze mną nic wspólnego i nie 

obwiniam go za to. 

–   Nonsens.   Jesteś   jedną   z   najszlachetniejszych   osób,   jakie 

znam. Masz takie dobre serce i... 

– Nie jesteś obiektywna, mamo. 
– Właśnie że jestem. A jeśli ten Harry nie widzi, jaki był głupi, 

to może nie jest ciebie wart?

– Jest, mamo, jest. I świetnie do siebie pasujemy. 
– Więc na czym polega problem? Kim wzięła głęboki oddech i 

wyjaśniła:

– Widzisz... ja go okłamałam. Musiałam – dodała szybko. – 

Dlatego nie obwiniam go za to, że nie chce mnie więcej widzieć. 

– Musiałaś go okłamywać? Dlaczego?
– Nie chciałam, żeby stała się mu jakaś krzywda. 
– Więc działałaś ze szlachetnych pobudek. – Objęła córkę i 

przytuliła.   –   Jeśli   Harry   zna   cię   wystarczająco   dobrze,   jestem 
pewna, że ochłonie. Opowiedz mi o nim. 

– Oczy jej zabłysły z ciekawości. – Przystojny?
Kim westchnęła rozmarzona. 
– I to jak... 
Matka miała rację. Opowiadanie o ukochanym przyniosło jej 

ulgę,   a   gdy   skończyła,   ujrzała   nagle   promyk   nadziei 
rozświetlający   mroczną   rzeczywistość   ostatnich   tygodni.   Kiedy 
ojciec zawołał je na lunch, ze smakiem spałaszowała kanapkę i 
nabrała ochoty na spacer. 

– Przewietrzę się trochę – oznajmiła. 
– Gdzie się wybierzesz? – spytał ojciec. 
– Na Black Mountain, chociaż... – zawahała się – chociaż nie, 

zajrzę do Ogrodu Botanicznego. 

– Dasz radę prowadzić z chorą nogą? Może ja cię zawiozę – 

zaproponował. 

–   Dziękuję.   Kochany   jesteś.   –   Kim   przystała   na   propozycję 

ojca.   Od   czasu   do   czasu   miło   jest   znowu   znaleźć   się   pod 

background image

opiekuńczymi skrzydłami rodziców. 

– Ale czuję się coraz lepiej i już nie potrzebuję kul – dodała. 
– Miałaś szczęście, że nie złamałaś nogi, moja droga – wtrąciła 

matka.   –   Cud   boski,   że   przy   tych   wszystkich   wyczynowych 
sportach, jakie tam w wojsku uprawiacie, nigdy dotąd nie... 

– Nie zaczynaj od nowa, mamo – błagała Kim. 
–   Przepraszam.   –   Eileen   uniosła   obie   dłonie.   –   Wiem,   że 

uwielbiasz podróże i ten dreszczyk emocji, jakiego dostarcza ci 
twoja praca, ale latka lecą i nie możesz do końca życia rozbijać się 
po świecie. Musisz zapewnić sobie jakąś przystań. 

Kim wielokrotnie słyszała podobne przemowy i wiedziała, że 

gdyby jej rodzice poznali prawdę o tym, czym rzeczywiście się 
zajmuje, martwiliby się jeszcze bardziej. Tym razem jednak słowa 
matki trafiły w czuły punkt. Przecież odkąd spotkała Harry’ego, 
zaczęła   poważniej   zastanawiać   się   nad   życiem,   odczuwać,   że 
czegoś w nim brak. 

Harry. Wszystko sprowadza się do niego. 
– Gotowa? – spytał ojciec, biorąc kluczyki. 
– Tak. 
–   Odpocznij,   córeczko   –   życzyła   Eileen.   –   Zawsze   lubiłaś 

Ogród Botaniczny. 

–   Tak,   mamo.   –   Podeszła,   objęła   ją   i   szepnęła   do   ucha:   – 

Dziękuję, że jesteś ze mną. Nikt mi ciebie nie zastąpi. 

– Och, daj spokój! – żachnęła się Eileen, lecz Kim dostrzegła w 

jej   oczach   łzy   wzruszenia.   –   I   nie   zapomnij   komórki.   Kiedy 
będziesz miała dość, zadzwonisz i ojciec po ciebie przyjedzie. 

Kilka godzin później Kim czuła się już znacznie lepiej. Leżała 

na trawie pod rozłożystym drzewem rzucającym miły cień i przez 
gałęzie spoglądała na obłoki sunące po niebie. 

– Jak ja kocham to miejsce – szepnęła do siebie i westchnęła. 
Chwilę później zadzwonił telefon. Kim usiadła, wyciągnęła z 

kieszeni komórkę. Na wyświetlaczu pojawił się numer rodziców. 

– Nie chcesz już wracać, córeńko? – zapytała matka. 
– Która godzina? – Kim spojrzała na zegarek i wykrzyknęła: – 

Ale zrobiło się późno!

background image

– Widać dobrze odpoczywałaś, skoro straciłaś poczucie czasu. 
– Wspaniale. Leżę sobie pod moim ulubionym eukaliptusem i 

patrzę w niebo. Czuję się jak w raju. 

– W takim razie przepraszam, że ci przeszkodziłam. Więc jak? 

Przyjechać już teraz?

– Dobrze. 
– Zostań dłużej, jeśli masz ochotę. 
–   Nie,   nie.   Przecież   mogę   tu   przyjechać   jeszcze   jutro.   To 

czekam. Pa. 

Kim wyciągnęła się z powrotem na trawie i znowu spojrzała w 

niebo. Po chwili przymknęła powieki. Ostatni miesiąc wyczerpał 
ją nie tylko fizycznie, ale i psychicznie. 

Podczas   składania   raportu   z   wykonania   zadania,   kiedy 

dowiedziała się, że John i Kat McPhee zamordowali Japarlina na 
zlecenie rządu Tarparnii, myślała głównie o Harrym. Kiedy Moss 
nawrzeszczał na nią, że staczając publiczny pojedynek z Kateką 
Zefari, zdekonspirowała się i spaliła jako agentka, wcale się nie 
przejęła.   Teraz,   gdy   wszyscy   wiedzieli,   że   pracuje   dla   służb 
specjalnych,   jej   możliwości   działania   zostały   znacznie 
ograniczone. Dalsza praca w szpitalu przestała mieć sens, została 
więc wysłana na zwolnienie lekarskie. 

Tammy miała na ten temat własną, całkiem oryginalną teorię. 

Uważała mianowicie, że Kim chciała, oczywiście podświadomie, 
się zdekonspirować, by pomniejszyć swoją przydatność do służby. 
Po   głębszym   zastanowieniu   Kim   przyznała   jej   rację.   Chciała 
zrezygnować ze służby i w wywiadzie, i w wojsku. Chciała gdzieś 
osiąść,   mieszkać   w   jednym   miejscu   dłużej   niż   jeden   miesiąc   i 
każdą wolną chwilę spędzać z Harrym. 

Harry. Wszystko sprowadza się do niego. Poczuła, że znowu 

ogarniają beznadziejny smutek. A już była w tak dobrym nastroju! 
Westchnęła, spojrzała na obłoki. Przecież się nie rozpłacze, nie 
zrobi z siebie widowiska. Zmobilizowała  całą siłę woli, by  się 
opanować. Nie będzie myśleć o tym, co zaszło. Dopóki ojciec po 
nią nie przyjedzie, poobserwuje niebo, uspokoi się. 

Nagle   usłyszała   blisko   siebie   czyjeś   kroki.   Otworzyła   oczy. 

background image

Nad sobą zobaczyła mężczyznę, bacznie się jej przyglądającego. 
Serce   zabiło   jej   jak   młot.   Usiadła,   niemal   uderzając   czołem   w 
pochylającego się nad nią... 

– Harry!
–   Dlaczego   za   każdym   razem,   kiedy   się   do   ciebie   zbliżę, 

podskakujesz jak oparzona? – spytał żartem. 

Kim   oniemiała.   Siedziała   na   trawie   i   wpatrywała   się   w 

ukochanego. Harry usiadł tuż obok, spojrzał na nią i uśmiechnął 
się tym swoim rozbrajającym uśmiechem, któremu nie mogła się 
oprzeć. 

– Jak... jak mnie znalazłeś?
– Dzięki twojej mamie. 
– Mojej mamie! – wykrzyknęła. 
– Tak. Dzwoniła do ciebie przed chwilą, prawda?
– Dzwoniła, ale... 
– Uważasz, że tylko ty nadajesz się na szpiega?
– Posłuchaj, Harry, to nie... 
– Tammy podała mi adres twoich rodziców, a oni skierowali 

mnie do Ogrodu Botanicznego. Potem twoja matka telefonicznie 
udzieliła mi dalszych wskazówek, gdzie cię znajdę. 

– Przecież nie chciałeś mieć ze mną  nic wspólnego. – Głos 

odmówił jej posłuszeństwa, oczy zaszły łzami. 

– Nonsens, głuptasie – zaprzeczył łagodnie i ujął jej twarz w 

dłonie. – Oczywiście, że chcę. Kocham cię. 

– Jak to? Znienawidziłeś mnie, odszedłeś... 
Nie pozwolił jej dokończyć, bo zaczął ją całować. Nie mogła 

uwierzyć, że to wszystko dzieje się naprawdę. Harry jest przy niej. 
Pragnie jej. Kocha ją! Westchnęła. Wplotła palce w jego włosy, 
rozkoszując się ich miękkością. Ten gest pomógł jej uświadomić 
sobie,   że   to   nie   sen,   a   rzeczywistość.   Zapach   jego   ciała,   który 
przez ostatnie tygodnie ją prześladował, budził ją teraz do życia. 

– Kimberlie – jęknął cicho i wtulił twarz w zagłębienie jej szyi. 

– Tak się za tobą stęskniłem... 

– Odsunął się, spojrzał w jej przepełnione namiętnością oczy. – 

Byłem strasznie głupi. 

background image

– Nie mów tak. – Położyła mu palce na ustach. 
– Miałeś pełne prawo mnie porzucić. Bardzo cię zraniłam. 
– Mnie nie, może moją dumę – rzekł z uśmiechem. 
– Wiesz, co czuję, kiedy się tak uśmiechasz?
– A ty wiesz, co ja czuję, kiedy tak reagujesz na mój uśmiech?
– Nie. 
– Czuję w sobie niezwykłą moc. Czuję, że mogę być władcą 

świata, dokonać wszystkiego. Żadna kobieta nie miała na mnie 
takiego magicznego  wpływu  – ciągnął, muskając  oddechem jej 
twarz. – Sprawiasz, że czuję się silny, a jednocześnie bezradny, 
zdany na twoją łaskę. Nigdy nie mam ciebie dość. Uzależniłem 
się. Szaleję za tobą. 

Tym   razem,   kiedy   ją   pocałował,   był   to   najbardziej   władczy 

pocałunek w jej życiu. Wiedzieli, że są sobie przeznaczeni. 

W końcu Harry wypuścił ją z objęć i rozejrzał się dookoła, jak 

gdyby   nagle   przypomniał   sobie,   że   znajdują   się   w   miejscu 
publicznym. 

– Jeszcze trochę i poszedłbym na całość – szepnął. 
– Ja też. – Pochyliła się i wargami delikatnie uszczypnęła go w 

ucho. 

– Przestań!
– A jak nie przestanę? – zaczęła się z nim droczyć. 
–   Usychałam   z   pragnienia,   w   spiekocie   czołgałam   się   przez 

pustynię, a gdy nareszcie znalazłam oazę, zabraniasz mi się napić 
do woli? Nie jesteś fatamorganą, prawda?

– Nie. Odczuwam to samo pragnienie, co ty, ale wiem, że jeśli 

zbyt dużo wypiję, mogę się rozchorować. 

– Wstręciuch. Wszystko psujesz. 
–   Łakomczucha.   –   Kim   wybuchnęła   serdecznym   śmiechem. 

Czuła, że z jej ramion spadł przygniatający ciężar. – Wyjdziesz za 
mnie? – spytał Harry znienacka. 

–   Wyjść   za   ciebie?   –   Kim   nie   wierzyła   własnym   uszom.   – 

Niczego bardziej nie pragnę – odpowiedziała i spojrzała na niego 
wzrokiem przepełnionym miłością. 

– Naprawdę?

background image

Westchnęła i czułym gestem pogładziła go po policzku. 
– Wciąż nie mogę uwierzyć, że tu jesteś – szepnęła. 
– Tammy wie? – spytała po chwili. – Dzwoniła do mnie, ale... 
Nie dokończyła. Nie chciała mu mówić, że z rozpaczy nie była 

w stanie z nikim rozmawiać. 

– Ale?
Wzięła głęboki oddech. Żadnych tajemnic. 
–   Byłam   tak   zapłakana,   że   nie   mogłam   z   nią   rozmawiać   – 

przyznała się. 

– Przepraszam... Wiem, że powinienem przyjechać wcześniej, 

ale potrzebowałem czasu, żeby to wszystko w sobie przetrawić. 

– Miałeś pełne prawo mnie znielubić. Okłamywałam cię. 
– Zrozumiałem, że twoje motywy były uczciwe. Wiem, że to 

brzmi   jak   paradoks,   ale   cóż...   Zrozumiałem,   że   jesteś   kobietą, 
której mogę zaufać. Masz zasady, mocny kręgosłup moralny i... – 
spojrzał na nią przekornie – dobrze opanowane techniki walki, 
szczególnie cios łokciem w kark. 

– Och, nie! Przepraszam! Ale wróciłam, żeby cię pielęgnować. 
– Wiem. Tammy mi powiedziała. 
– Tak? I co jeszcze ci powiedziała?
– Masz na myśli instrukcje, jak wypełniać formularze przed 

wstąpieniem do służb specjalnych?

– Co! – wykrzyknęła i spojrzała na niego z niedowierzaniem. – 

Kiedy?

– Co kiedy?
– Kiedy cię zwerbowali?
– Oficjalnie? W zeszłym tygodniu. Kim potrząsnęła głową. 
– Nie! Harry, nie! Nie wiesz, w co się pakujesz. Niepotrzebne 

ci takie życie. 

– To jest twoje życie. 
– Już nie. Walcząc z Kat McPhee, zdekonspirowałam się. Teraz 

szef wydziału operacyjnego, Moss... 

– Poznałem go – wtrącił Harry. 
– Moss powiedział, że odtąd mogę pracować... 
– Wiem. Tylko za granicą. Wiem też o kamerze zainstalowanej 

background image

w kostnicy. 

Mnóstwo myśli przemknęło przez głowę Kim. Coś się jej w 

tym wszystkim nie zgadzało. 

– Widziałeś się z Mossem jeszcze przed przyjęciem u Johna?
– Tak. 
– Więc wiedziałeś, że dla nich pracuję?
–   Nie.   Powiedziano   mi   tylko,   że   mają   w   szpitalu   swojego 

człowieka. Podejrzewałem, że chodzi o tego sprzątacza z kostnicy 
i dopiero na przyjęciu zorientowałem się, że mówili o tobie. 

– Tak mi przykro. 
Harry położył palec na jej ustach. 
– Przestań przepraszać, kochanie, i pozwól mi wytłumaczyć. W 

trakcie naszej rozmowy Moss spytał, dlaczego ukradłem tkanki. 
Powiedziałem mu. 

–   Chciałeś   sprawdzić,   czy   do   organizmu   Japarlina   nie 

wprowadzono jakieś podejrzanej substancji. 

– Tak. 
– Sama im to wyjaśniłam. 
– Domyśliłem się. Moss powiedział mi także, że zainteresowali 

się mną, bo dużo operuję za granicą. Mam więc już znakomity 
kamuflaż,   ale   kiedy   wynikła   afera   z   Japarlinem,   chciał   zyskać 
absolutną pewność, że nie przyłożyłem ręki do jego śmierci. 

– Co jeszcze powiedział ci Moss?
– Że jeśli mnie zwerbują, będę potrzebował partnera. Warunek: 

ta osoba musi być agentem tajnych służb i wykwalifikowanym 
lekarzem... – Harry zawiesił głos. 

– Miał na myśli mnie?
– Tak. 
– Jestem zaskoczona. To już oficjalne?
–   Jeszcze   nie,   ale   będę   prosił,   żeby   przydzielono   mi   ciebie. 

Nikogo   nie   zdziwi,   że   jako   moja   żona   będziesz   ze   mną 
podróżowała. Spełniasz warunki przedstawione przez Mossa, więc 
nie widzę powodu, dlaczego nie miałby się zgodzić. Jedyne, co 
wciąż budzi moje wątpliwości, to twoje prawdziwe kwalifikacje 
jako lekarza. 

background image

– Nie wierzysz, że odbywam staż podyplomowy i staram się 

dostać na specjalizację?

– Absolutnie nie. Masz takie nawyki, że nikogo nie nabierzesz. 

Od razu wydawało mi się to podejrzane – dodał z uśmiechem, a 
kiedy milczała, zaniepokoił się. – O co ci chodzi?

– Nie wiem, czy to dobry pomysł. Kiedy Moss mi powiedział, 

że   w   Australii   jestem   praktycznie   spalona,   postanowiłam   się 
wycofać z wojska. Chciałam dostać etat w szpitalu i nareszcie stać 
się normalną kobietą. 

Ku jej zdumieniu Harry wybuchnął śmiechem. 
– Kimberlie, kochanie, ty nie jesteś normalną kobietą! Jesteś 

wyjątkowa,   niespotykana   i   wcale   nie   chcę,   żebyś  się   zmieniła. 
Jesteś   wszechstronnie   uzdolniona   i   posiadasz   wybitne 
predyspozycje do pracy wywiadowczej. Moss wprost nie mógł się 
ciebie nachwalić. 

– Naprawdę? – Kim była kompletnie zbita z tropu. 
–   Powiedz   szczerze,   czy   praca   w   wywiadzie   nie   daje   ci 

satysfakcji? Nie lubisz tego, co robisz?

– Lubię, ale zrozumiałam, że w życiu są ważniejsze rzeczy. 
– Jakie? Dom, codzienna rutyna? Kochanie, znudziłoby ci się 

już po miesiącu. 

– Naprawdę tak sądzisz?
– Nie sądzę, wiem. Jestem taki sam. Jak ci się wydaje, dlaczego 

jeżdżę operować za granicą? Bo muszę oderwać się od szpitalnego 
kieratu. Owszem, pomagam ludziom, których nie stać na przyjazd 
na   leczenie   tutaj,   ale   sam   też   wiele   korzystam.   Taki   wyjazd 
pozwala   mi   skoncentrować   się   na   tym,   co   w   życiu   naprawdę 
ważne. Praca w wywiadzie da mi okazję pomagać w inny sposób, 
a ty zaspokoisz moją tęsknotę za miłością. – Pocałował ją lekko. – 
Powiedz, co tak naprawdę cię dręczy?

Kim, zaskoczona jego dociekliwością, stwierdziła w myślach, 

że zdążył bardzo dobrze ją poznać. 

– Kocham cię i dlatego nie jestem przekonana, czy to dobry 

pomysł, żebym ci partnerowała w pracy. Jak zareaguję, jeśli coś ci 
się stanie? Boję się, że się załamię. 

background image

– Tak jak po śmierci Chrisa?
– Tak. Potrzeba było kilku lat, żebym odzyskała równowagę i 

chęć do życia. 

–   Chris   zginął,   ratując   innych.   Niektórzy   nazwaliby   go 

bohaterem. 

– Niektórzy, bo inni oskarżyliby go o głupią brawurę. Zawsze 

trzeba rozważyć ryzyko dla życia swojego i innych. Chris naraził 
na   niebezpieczeństwo   nie   tylko   siebie,   ale   i   mnie.   Przekreślił 
powodzenie misji, zdekonspirował się. Strasznie długo byłam na 
niego   po   prostu   wściekła,   co   tylko   pogłębiało   moje   wyrzuty 
sumienia. Nie chcę po raz drugi przeżywać czegoś podobnego. Za 
bardzo cię kocham. 

Przywarła do niego, a on objął ją mocno i zapewnił:
– Nic takiego się nie stanie. 
–   Skąd   pewność?   Kiedy   zobaczyłeś   pożar,   wbiegłeś   do 

budynku, prawda?

– To było zupełnie co innego. Starannie rozważyłem ryzyko. 

Pamiętasz,   że   nie   forsowałem   drzwi   do   tamtego   mieszkania, 
chociaż mogłem je wyważyć? Wiedziałem, że najrozsądniej jest 
czekać na pomoc, i tak też uczyniłem. Nie chcę zostać bohaterem, 
ty też nie, prawda? I dlatego mamy  szansę razem zdziałać coś 
dobrego dla świata. Czy nie tym się kierowałaś, zostając agentką? 
Nie chciałaś zmienić świata? Poza tym, we wszystkim, co robimy, 
istnieje   element   ryzyka,   ale   jeśli   oboje   zachowamy   ostrożność, 
jestem przekonany, że nic nam się nie stanie. 

– A co z dziećmi?
Harry spojrzał na nią poważnie. 
– Chcesz, żebyśmy mieli rodzinę?
– Chcę. Ty nie?
– Oczywiście, że chcę, ale... – zająknął się – z jakiegoś powodu 

zakładałem,   że   ty   jesteś   typem   kobiety,   która   nie   myśli   o 
dzieciach.   Cóż,   jeszcze   dużo   musimy   się   nawzajem   o   sobie 
nauczyć. 

– Więc jak będzie z dziećmi? – drążyła. 
–  Kiedy   pojawią   się   na  świecie,  wszystko  będzie  wyglądało 

background image

inaczej. Proponuję, żebyśmy wtedy oboje wycofali się ze służby 
operacyjnej i ewentualnie pracowali jako doradcy. – Położył jej 
ręce na ramionach. – Wierzę, że nam się uda, Kimberlie. 

– A jeśli wystąpię z wojska?
– Nie widzę problemu, oczywiście jeśli zrobisz to z poważnych 

pobudek. 

– Napodróżowałam się już – oświadczyła. – Chcę zamieszkać 

w Sydney. Chociaż chcę też wyjeżdżać z tobą na operacje, po to, 
żeby jak powiedziałeś, dać coś z siebie innym. 

– W takim razie dobrze. Załatwię ci etat w naszym szpitalu, 

oczywiście jeśli masz odpowiednie kwalifikacje. 

Kim poczuła się tak, jak gdyby zdjęto jej z barków kolejny 

ciężar. 

– Jesteś dla mnie taki dobry – rzekła i pocałowała go namiętnie. 
– Nie zmieniaj tematu, Kimberlie. Odpowiedz na moje pytanie. 
– Mam specjalizację z medycyny ogólnej, chirurgii ogólnej i 

ortopedii. 

– Co! – wykrzyknął Harry, wyraźnie pod wrażeniem. 
– Wiesz, jak to jest, kiedy pracujesz za granicą. Lekarz musi 

być omnibusem, znać się na wszystkim. Kiedyś nawet drutowałam 
szczękę i operowałam wrośnięte paznokcie. 

– To powiedz jeszcze, że masz doktorat. 
– Nie, ale zastanawiałam się nad tym. 
– Może się tym zajmiesz, kiedy dzieci będą małe?
– Podoba mi się ten pomysł. Więc kiedy pojawią się te dzieci?
– Za kilka lat – odparł i przygarnął ją do siebie. – Bo wpierw 

chcę cię mieć wyłącznie dla siebie. 

Nagle   odezwał   się   dzwonek   telefonu   komórkowego.   Kim 

sprawdziła numer na wyświetlaczu i poinformowała:

– Mama. 
– Wszystko u ciebie w porządku, córeczko?
– W absolutnym, mamo. 
– Rozumiem, że Harry cię znalazł... 
– Tak. 
–   Robi   bardzo   miłe   wrażenie.   A   jaki   przystojny. 

background image

Rozmawialiście już o ślubie?

– Tak, mamo. Możesz zacząć przygotowania. Do zobaczenia. – 

Rozłączyła się i z przekornym uśmiechem rzekła do Harry’ego: – 
Teraz już nie możesz się wycofać. 

Harry z poważną miną pokiwał głową i rzekł:
–   Rodzice   nie   wiedzą,   że   pracujesz   w   wywiadzie.   Było   to 

stwierdzenie, nie pytanie. 

–   Nie.   –   Widząc   w   jego   oczach   błysk   dezaprobaty,   Kim 

wyjaśniła:   –   Chcę   ich   chronić.   Pomyśl,   jak   twoja   rodzina   by 
zareagowała,   gdyby   się   dowiedzieli,   że   wstąpiłeś   do   służb 
specjalnych.   Nasi   przeciwnicy   są   bezwzględni   i   nie   cofną   się 
przed   niczym,   żeby   zdobyć   potrzebne   informacje.   W 
odpowiednim   momencie   im   powiem,   ale   jeszcze   nie   teraz. 
Oszukuję ich z miłości... 

– Jak mnie?
– Jak ciebie, chociaż bardzo chciałam przyznać się przed tobą 

do wszystkiego. 

–   Czy   Tammy   słyszała   wszystkie   nasze...   rozmowy?   Kim 

uśmiechnęła się domyślnie. 

– Prawie wszystkie. Znamy się jak łyse konie i wiedziała, kiedy 

się   rozłączyć.   Bardzo   się   cieszę,   że   to   właśnie   ona   była   moją 
partnerką   w   tej   misji.   Zresztą   to   właśnie   ona   zachęcała   mnie, 
żebym nie tłamsiła w sobie rodzącego się uczucia do ciebie. 

–   Przypomnij   mi,   że   muszę   jej   kiedyś   za   to   specjalnie 

podziękować. 

– Poprosimy, żeby była naszą druhną i zmusimy do włożenia 

sukienki z falbankami!

Harry roześmiał się na samą myśl o tym. 
– Nie spodoba się jej ten pomysł – rzekł. 
– Wiem, że nie – odparła i także wybuchnęła śmiechem. 
– No, komu w drogę... 
– Dobrze, chodźmy – zgodziła się Kim. Wsiedli do samochodu, 

a   kiedy   Harry   przejechał   skrzyżowanie,   na   którym   powinien 
skręcić do domu jej rodziców, zapytała: – Dokąd mnie wieziesz?

–   Do   jubilera.   Przecież   musimy   kupić   pierścionek 

background image

zaręczynowy.   Ale   błagam,   nie   wybieraj   takiego   z   wystającym 
kamieniem, żebyś mnie nie podrapała, kiedy będziemy ćwiczyć 
sztuki   walki.   Koniecznie   musisz   mnie   nauczyć   tego   ciosu,   no 
wiesz... 

– Jak długo masz zamiar mi to wypominać! – obruszyła się i 

czułym gestem położyła mu rękę na udzie. 

Harry. Wszystko sprowadza się do niego. Ale teraz już należy 

do mnie, pomyślała i poczuła się szczęśliwa.