background image

SANDRA FIELD

Kraina dobrej nadziei

(The land of maybe)

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Nie znosił tego typu kobiet. 
Przyglądał   się   jej   przez   chwilę,   stojąc   w   szerokim,   wyłożonym   miękką   wykładziną 

przejściu. Nie wyglądała na zadowoloną. Ubrana w elegancki pastelowy kostium, siedziała ze 
skrzyżowanymi   nogami,   nerwowo   kołysząc   stopą.   Dłonie   oparła   na   kolanach.   Miała 
polakierowane paznokcie i żadnych pierścionków. Zmarszczyła brwi. 

To wcale nie odbiera jej uroku, pomyślał Craig z nagłą i nieoczekiwaną wrogością. Nie 

tylko nogi miała piękne. Gęste włosy w ciepłym kasztanowym odcieniu były upięte w węzeł z 
tyłu w sposób, na który mogły sobie pozwolić jedynie kobiety o doskonałych rysach. Kształt 
kości   policzkowych,   zarys   czoła,   łagodne   zaokrąglenie   ust   i   chłodne   spojrzenie   mogłyby 
znaleźć się na okładce najbardziej wymagającego magazynu. 

Wiotka,  krucha  i  wyrafinowana.  Nie  zachwycał   go ten  rodzaj   kobiet.  Dlaczego   więc 

zatrzymał się i nie spuszczał z niej oczu, jakby nigdy wcześniej nie widział pięknej kobiety?

Ruszył naprzód i zaczął przedzierać się przez rzędy plastikowych foteli. Zatrzymał się tuż 

przed nią. 

– Przepraszam, czy byłaby pani uprzejma spojrzeć na mój bagaż, chciałbym wejść do 

księgarni?

Marya była tak zatopiona w myślach, że nie widziała niczego wokół siebie. Zaskoczona 

popatrzyła na stojącego przed nią mężczyznę. Nie mogła ukryć zmieszania. Wykrztusiła z 
trudem:

– Przepraszam, o co chodzi?
– Pytałem, czy mogłaby pani spojrzeć na moją torbę, gdy wejdę do księgarni?
Pod   uprzejmym   uśmiechem   ciemnoszarych   oczu   krył   się   chłód.   Miała   wrażenie,   że 

przeszywa ją na wskroś i nie ma przyjaznych zamiarów. Nie powinien w ten sposób na mnie 
patrzeć – stwierdziła. Przecież to on prosi mnie o przysługę. Poczuła nagłą niechęć, że tak 
naruszył jej prywatność. Nie siliła się na grzeczność. 

– Oczywiście, może pan ją tu zostawić. 
Nie wiedziała, jak nazwać to, co odmalowało się w jego oczach. 
– Dziękuję. 
Zwykłe słowo, ale wypowiedziane takim tonem, że zacisnęła zęby. Nachylił się i położył 

torbę obok jej krzesła. Dostrzegła jego brązowe włosy, gęste i błyszczące, nieco wyblakłe od 
słońca,   szerokie   ramiona   pod   grubym   wełnianym   swetrem   w   szare   i   niebieskie   wzory. 
Wyprostował się i na krótką chwilę ich spojrzenia się spotkały. W jego oczach dostrzegła 
wyraźną wrogość. Przeszedł wzdłuż rzędów krzeseł i skierował się w stronę przechodzących 
pasażerów. 

Nagły dreszcz przebiegł jej po plecach. Wbrew własnej woli odprowadziła go wzrokiem, 

dopóki   nie   zniknął.   Z   niechęcią   popatrzyła   na   jego   torbę   podróżną   –   zwykła 
bezpretensjonalna   płócienna   torba,   wyraźnie   często   używana.   Plakietka   z   adresem   była 
odwrócona, więc nie mogła zobaczyć, jak się nazywa. 

background image

Zresztą nie było jej to potrzebne. Musi unikać wszelkich kontaktów, dopóki nie znajdzie 

się w domu i nie doprowadzi do końca swojej misji. 

Zmusiła się, by przestać o nim myśleć. Znów wypełniła ją obawa, nadzieja i tęsknota, 

uczucia, które przez ostatnie dwa dni nie opuszczały jej ani na chwilę. Zmarszczyła czoło i 
czubkiem buta rytmicznie uderzała w płócienną torbę. Wszystko sprawił ten list od siostry. 

Kathrin Hansen skończyła dziewiętnaście lat i choć była od niej tylko trzy lata młodsza, 

Marya zawsze uważała, że pod względem doświadczenia siostra jest zupełnym dzieckiem. Z 
natury   ufna   i   pogodna,   z   radością   przyjmowała   każdy   kolejny   dzień.   Poza   tym   była 
wyjątkowo piękna. Nic więc dziwnego, że ten Robb, o którym pisała, tak się nią zachwycił. 
„Jestem zaręczona!!  Czy to nie cudowne???” – pisała  w liście,  jak zwykle  z nadmiarem 
stosując interpunkcję. „Na imię ma Robb, jest przystojnym Kanadyjczykiem o wspaniałych 
czarnych włosach i bawią go wszystkie moje żarty – więc chyba jest zakochany? Jest też 
bardzo bogaty, ale nie przejmuj się tym zbiegiem okoliczności, on jest» zupełnie inny niż 
Tony. Jeszcze nie mamy żadnych planów, ale to tak wspaniale być zaręczoną. Poza tym tata 
musi   się   do   tego   przyzwyczaić.   Przyjedziesz   na   moje   wesele,   prawda???   Obiecaj.   Nie 
wyobrażam sobie, że mogłoby Ciebie zabraknąć... Całuję Cię i odpisz szybko!!!”

List kończył się wymyślnym zawijasem, który Kathrin uważała za romantyczny podpis. 

Tym razem otoczyła go wianuszkiem delikatnych serduszek i kwiatków. 

Marya westchnęła. Dlaczego historia znów się powtarza z taką koszmarną dokładnością? 

Przystojny, Kanadyjczyk, brunet, bogaty – doskonała charakterystyka Tony’ego Mortimera, 
w którym tak nieprzytomnie zakochała się trzy lata temu. 

Zamknęła oczy i natychmiast pojawił się jego obraz – białe zęby i promiennie błękitne 

oczy. Była młoda i naiwna, zupełnie jak Kathrin, i uwierzyła w jego zapewnienia o dozgonnej 
miłości i wierności, o sile uczucia, które nigdy się nie zmieni. 

To nigdy oznaczało około dziewięciu tygodni. Dopóki nie wziął jej do łóżka. Wtedy ją 

zostawił. Nie dopuści, by to samo przydarzyło się Kathrin. Ona jakoś przeżyła, ale Kathrin 
może być słabsza. 

Zachmurzyła się na myśl o tym, co powie bogatemu uwodzicielowi, który oczarował jej 

siostrę. Nagle usłyszała zjadliwy męski głos. 

– Obiecuję, że już nigdy więcej nie poproszę o żadną przysługę. 
Poderwała się. Stał przed nią mężczyzna o brązowych włosach. Odrzekła chłodno:
– To nie z pana powodu. 
Nie wyglądał na przekonanego. Podniósł torbę. 
– Dziękuję za popilnowanie bagażu. 
Oboje   wiedzieli,   że   zupełnie   zapomniała   o   jego   torbie.   Ze   złością   skinęła   głową   i 

ostentacyjnie odwróciła wzrok. 

Krzesła   obok   niej   już   się   zapełniły.   Kątem   oka   zauważyła,   że   mężczyzna   usiadł 

naprzeciwko   niej.   Torbę   postawił   na   podłodze.   Stopniowo   złość   jej   mijała   –   chyba   była 
bardziej spięta, niż chciała się do tego przyznać. By odwrócić myśli, zaczęła ukradkiem mu 
się przyglądać. 

Miał na nogach skórzane turystyczne buty i podniszczone szare sztruksy. Ciekawe, dokąd 

background image

się wybiera. Może na wędrówkę do Walii albo na wspinaczkę do Nepalu? Miała niezbitą 
pewność, że cokolwiek zamierzał, musiał być w tym dobry. Poruszał się niespiesznie i ze 
zdradzającą doświadczenie pewnością siebie. Bardzo możliwe, że wybierał się samotnie, nie 
wyglądał na kogoś, kto lubi zorganizowane wycieczki. 

Zauważył, że mu się przygląda i uśmiechnął się do niej. Spłoszona, szybko odwróciła 

wzrok. Poczuła się tak, jak rok temu, gdy po raz pierwszy rozpoczęła pracę w La Roulade, 
jednej z najdroższych restauracji w Toronto. 

Sala zapełniała się coraz bardziej. Mały chłopiec bawił się samolocikiem, a różowy bobas 

zanosił   się   płaczem   na   kolanach   matki.   Wskazówki   zegara   przesuwały   się   z   nieznośną 
powolnością. Marya wyjęła swoją kartę pokładową, ścisnęła ją w wilgotnej dłoni, modląc się 
w duchu, by lot się nie opóźnił. Na podróż zdecydowała się nagle i przez ostatnie dni była tak 
zajęta,   że   nawet   nie   miała   czasu   na   myślenie.   Teraz   wszystkie   wspomnienia   ożyły   i 
przypomniała sobie gniew ojca, niepokój ciotki i łzy Kathrin. Od trzydziestu ośmiu miesięcy 
nie widziała swoich najbliższych i rodzinnego domu na spowitej w mgły małej wulkanicznej 
wyspie na Morzu Północnym, nazywanej krainą dobrej nadziei... 

– Pasażerowie z biletami pierwszej klasy i osoby wymagające pomocy, oczekujące na lot 

numer 376 do Londynu, proszeni są o przygotowanie się do wejścia na pokład. Startujemy 
mniej więcej za dwadzieścia minut. 

Mężczyzna w szarym swetrze wyprostował się z leniwym wdziękiem. Zarzucił torbę na 

ramię i skierował się do wejścia. Za nim podążyła kobieta z dzieckiem. 

Marya popatrzyła za nim z nagłą złością. Mężczyźni, których spotykała w restauracji, też 

podróżowali pierwszą klasą. Właściwie nie powinna być zdziwiona – choć jego strój o tym 
nie świadczył, zdradzało go coś w sposobie bycia. Na pewno Nepal – pomyślała. Z całą 
pewnością nie Walia, to byłoby zbyt prozaiczne, zbyt łatwe. 

Weszła na pokład. Gdy przechodziła przez rzędy pierwszej klasy, za rozpostartą płachtą 

„Financial Post” dostrzegła szare sztruksy i brązową czuprynę. 

Kolejny punkt przeciwko niemu. Zbyt wielu tamtych facetów czytało podobne gazety. 
Idący przed nią gęsiego pasażerowie zatrzymali  się na moment  akurat w chwili, gdy 

mężczyzna opuścił gazetę. Dostrzegł jej pełne dezaprobaty spojrzenie. Ze zdziwieniem uniósł 
brwi. 

– A teraz co zrobiłem?
–   Według   mnie   te   wszystkie   interesy   giełdowe   są   czymś   wymyślonym   i   często 

niemoralnym. 

– I pewnie uważa pani, że prawdziwi mężczyźni nie piją mleka i nie czytają „Financial 

Post”?

Chłopak przed nią przesunął się dwa kroki naprzód. 
– Ja nie mam takich kłopotów. 
Uśmiechnęła się ze słodyczą i przeszła za zasłonę oddzielającą drugą klasę. Cieszyła się, 

że przynajmniej raz mogła sobie pozwolić na odpowiedź. Ileż to razy w La Roulade pragnęła 
wyrazić   swoje   zdanie   na   ten   temat.   Może   nie   powinna   wyładowywać   na   nim   swoich 
tłumionych przez rok frustracji. Chociaż z drugiej strony to mu nie zaszkodzi. 

background image

Czas   wlókł   się   powoli.   Monotonię   przerywały   posiłki,   obejrzała   film   o   Supermanie. 

Męczyły ją sny o Tonym, budził płacz dziecka. Z samolotu wyszła jako jedna z ostatnich. 
Lotnisko Heathrow było jak wieża Babel – wielojęzyczne kolejki tłoczyły się do okienek, w 
żadnej z nich nie dostrzegła wysokiego nieznajomego. 

Rzuciła   okiem   na   zegarek   i   szybko   zaczęła   przedzierać   się   przez   tłum.   Miała   tylko 

dziesięć minut do następnego samolotu. Pobiegła długim korytarzem. Grupa rozprawiających 
po   norwesku   biznesmenów   właśnie   wchodziła   na   pokład.   Marya   już   przechodziła   przez 
kabinę pierwszej klasy, gdy pojawiła się stewardesa. Obejrzała jej bilet. 

– Niestety, proszę pani, wszystkie miejsca są zarezerwowane. 
Marya na moment zamknęła oczy. Głos jej się łamał i bała się, że za chwilę wybuchnie 

płaczem. 

– Czy to znaczy, że nie mogę lecieć?
–   Poszukamy   dla   pani   miejsca.   –   Zaczęła   przeglądać   listy.   –   Mam   jedno   wolne   w 

pierwszej klasie. 

Marya poczuła, jak ciężar spada jej z serca. Mogłaby siedzieć nawet na podłodze. Im 

bliżej była miejsca przeznaczenia, z tym większą trudnością przychodziło jej panowanie nad 
sobą. Uśmiechnęła się słabo. 

– To świetnie. 
Stewardesa gestem wskazała jej miejsce. 
– Proszę usiąść obok tego pana. 
Marya   odwróciła   się.   Zobaczyła   utkwione   w   nią   ciemnoszare   oczy   mężczyzny   o 

brązowych włosach. Zaskoczona powiedziała tylko:

– Och, to pan. 
– Tak, to ja. – Szybko zdjął „Financial Post” z fotela przy oknie. – Proszę mi wybaczyć, 

gdybym wiedział, że się spotkamy, wyrzuciłbym to przy pierwszej okazji. 

Poczuła, że się rumieni. Usiadła i zapięła pasy. Drzwi samolotu zatrzasnęły się z hałasem. 

Stewardesa zaproponowała jej coś do picia. 

– Poproszę sok pomarańczowy. Z boku dobiegło ją mruknięcie. 
– Myślałem, że zamówi pani szampana. Popatrzyła  mu prosto w oczy, z niesmakiem 

zauważając szyderstwo w jego spojrzeniu i z jeszcze większą niechęcią czując obok siebie 
jego bliską obecność. 

– Nienawidzę szampana. 
Z lekkim drżeniem samolot ruszył z miejsca. 
–   Zdążyła   pani   w   ostatniej   chwili   –   stwierdził.   –   Przy   okazji   –   nazywam   się   Craig 

Huntingdon. Czy pani mieszka w Oslo, pani... ?

Był   bardzo   pewny   siebie.   Wyglądał   świetnie:   miał   gęste,   nieco   potargane   włosy, 

zniewalające spojrzenie szarych oczu i rozbrajający dołek na policzku. Kobiety z pewnością 
łatwo traciły dla niego głowę. Opanowała się. 

– Nie. 
– Ja tylko staram się być uprzejmy. 
Przez   ostatnie   miesiące   musiała   być   wzorem   taktu   i   dyskrecji.   Ale   ten   rozdział   był 

background image

zamknięty. Już nie musiała i nie chciała być uprzejma – zresztą coś w jego zachowaniu ją 
drażniło i budziło agresję. 

Stewardesa   rozłożyła   stolik   i   postawiła   przed   nią   wysoką   szklankę   soku 

pomarańczowego,   udekorowaną   plasterkiem   pomarańczy   i   listkiem   mięty.   Marya 
podziękowała z uśmiechem i uniosła ją do ust. 

Bardziej poczuła niż zobaczyła, że jej sąsiad odwrócił wzrok. Z lekkim rozbawieniem 

pomyślała, że chyba nie przywykł do takiego traktowania. 

Odstawiła szklankę i wyjrzała przez okienko. Samolot poruszał się po pasie startowym. 

Promienie   słońca   wpadały   do   środka   i   wzniecały   płomienie   w   jej   gęstych   kasztanowych 
włosach. Usłyszała szelest otwieranej gazety – to jej sąsiad zatopił się w lekturze. 

Samolot   wzbił   się   w   powietrze   i   Anglia   została   za   nimi.   Lecieli   na   północ.   Marya 

przyglądała   się   chmurom   i   nieprawdopodobnym   podniebnym   krajobrazom.   Z   rosnącym 
podnieceniem oczekiwała chwili, gdy wieczorem wysiądzie ze znajomego biało-niebieskiego 
autobusu kilkaset metrów od rodzinnego domu. Oczami wyobraźni widziała każdy szczegół 
wąskiej, biegnącej między domami drogi, prowadzącej do siedziby Magnusa Hansena. Nie 
wiedziała i nawet nie próbowała zgadywać, jak będzie wyglądać jej powitanie z ojcem. Trzy 
lata temu nie mógł jej darować, że gnana gwałtowną i dziką miłością podążyła za ukochanym 
na koniec świata. Ani razu do niej nie napisał. Może nie wybaczył jej tamtej decyzji. 

– Proszę pani. 
Zamrugała, wyrwana z rozmyślań. Nie miała pojęcia, jak długo stewardesa próbowała 

przywołać ją do rzeczywistości i czy zdołała coś wyczytać z jej twarzy. 

– Słucham?
Stewardesa znów popatrzyła na listę. 
– Pani Marya Hansen i leci pani do Bergen?
– Marya kiwnęła głową. – Bardzo proszę pozostać na tym miejscu do końca podróży. 
– Więc nazywa się pani Marya Hansen. – Mężczyzna nie krył satysfakcji. – Mieszka pani 

w Bergen?

Wypowiedział jej imię tak, jak w jej rodzinnych stronach, akcentując pierwszą sylabę. To 

się jej spodobało. Poza tym nie chciała znów wracać myślą do spotkania z ojcem – obawiała 
się, że może skończy się zatrzaśnięciem jej drzwi przed nosem. 

– Nie, nie mieszkam w Bergen. A pan?
– Jestem z Vancouver – uśmiechnął się do niej. 
– I chociaż tych kilka słów, które od pani usłyszałem, nie było dla mnie szczególnie 

pochlebnych,   to   uważam,   że   ma   pani   czarujący   akcent.   Chyba   nie   urodziła   się   pani   w 
Toronto. 

Drobne zmarszczki w kącikach oczu, które powstawały, gdy się uśmiechał, dodawały mu 

uroku. Z pewnością wiedział o tym. Zamrugała oczami i podniosła głowę. 

– Wybiera się pan na wspinaczkę, panie Huntingdon?
– Proszę mi mówić Craig. Zdarzało mi się wspinać, to prawda. A dlaczego pani pyta?
– Jedzie pan do Nepalu? Twarz mu się ściągnęła. 
– Chciałbym.  Ale tym razem nie. Proszę mi powiedzieć, panno Hansen... czy panno? 

background image

Może mąż oczekuje pani na lotnisku w Bergen?

Nikt na nią nie czeka, nawet na przystanku autobusu w Tjørnuvík. Nikt nawet nie wie o 

jej przyjeździe, zaskoczy wszystkich. Może w ten sposób wywrze wrażenie na Kathrin i jej 
ciemnowłosym Robbie. Wygładziła spódniczkę. 

– Nie dostąpiłam szczęścia posiadania męża ani w Bergen, ani gdziekolwiek indziej. 
Popatrzył z niedowierzaniem. 
– Kobieta tak piękna jak pani, niezamężna? Starała się ukryć zadowolenie, jakie sprawiły 

jej te słowa. 

– Nie każdy uważa małżeństwo za jakieś wyjątkowe osiągnięcie... 
Urwała,   bo   zjawiła   się   stewardesa   z   tacami   pełnymi   jedzenia.   Marya   spojrzała   na 

wykrochmaloną serwetkę, błyszczące sztućce, ozdobionego czerwoną wisienką grejpfruta i 
miniaturową   białą   różę   w   srebrnym   wazoniku.   Nagłe   przerażenie   odmalowało   się   w   jej 
oczach. Zaniemówiła i nawet nie podziękowała stewardesie. 

Pierwszej   wspólnej   nocy   w   Toronto   Tony   obsypał   ją   różami,   takimi   jak   ta.   Kwiaty 

wypełniały każdy skrawek hotelowego pokoju. Tony lubił takie gesty, bez względu na cenę, 
zresztą  nigdy  nie  narzekał   na  brak  pieniędzy.  Później,  w  ogromnym   łóżku,  w  powietrzu 
przesyconym duszącym zapachem kwiatów, po raz pierwszy poznała mężczyznę... 

– Co się stało?
Aż się wzdrygnęła na szorstki dźwięk jego głosu. Zagryzła wargi. 
– Nic. Po prostu nie jestem głodna. 
Popatrzył jej prosto w oczy. Po chwili odezwał się z nieoczekiwaną łagodnością. 
–   Maryo,   czy   zmarł   ci   ktoś   bliski?   Czy   to   jest   powód   twojej   podróży?   Jeśli   tak,   to 

wybacz, jeżeli w jakiś sposób sprawiłem ci przykrość. 

Wiedziała, jak sobie radzić z niegrzecznością, insynuacjami czy złośliwością, miała z tym 

wystarczająco   często   do   czynienia,   ale   jego   delikatność   ją   rozbroiła.   Odwróciła   wzrok   i 
wyszeptała tylko:

– Nie, nikt mi nie umarł. 
Tylko ja – pomyślała. Trzy lata temu coś w niej umarło. 
– Naprawdę nie mam ochoty na jedzenie. – Nacisnęła guzik, by przywołać stewardesę. – 

To wszystko. 

– Lepiej powiedz, żebym się nie wtrącał do nie swoich spraw – powiedział Craig. – Wolę 

to niż takie wymówki. 

– Więc dobrze. Zajmij się swoimi sprawami. Zbliżająca się stewardesa dosłyszała ostatnie 

słowa. 

Marya poczerwieniała, odezwała się głośniej niż potrzeba. 
– Czy mogłaby pani zabrać tacę? Nie jestem głodna. I czy mogę dostać koc i poduszkę?
– Oczywiście, proszę pani. 
Wyniosła tacę i przyniosła miękki niebieski pled i białą poduszeczkę. Marya opuściła 

oparcie fotela i ułożyła się do snu. Podciągnęła wysoko koc i zamknęła oczy. 

Przez warkot silnika słyszała dźwięk łyżeczki uderzającej o talerz – to Craig zabrał się do 

swojego grejpfruta. Jeśli jego troska była prawdziwa – a chyba tak było – to zachowała się 

background image

grubiańsko.   Po  raz   kolejny.   Ale  czy  to   miało   jakieś  znaczenie?   W   Bergen   ich   drogi   się 
rozdzielą, a ona nie miała zamiaru opowiadać każdemu nieznajomemu historii swego życia. 

Poprzedniej nocy prawie nie spała, a fotel okazał się wyjątkowo wygodny. Pierwsza klasa 

ma jednak swoje zalety – pomyślała. Zaczęła oddychać wolniej i coraz głębiej. 

Siedzący obok niej mężczyzna dokończył grejpfruta, zjadł jajka i deser. Popijając kawę 

przyjrzał   się   kobiecie   na   sąsiednim   fotelu.   Koc   zsunął   jej   się   z   ramion   i   w   wycięciu 
kremowego żakietu widniał ciemnozielony jedwab jej bluzki, doskonale dobrany do koloru 
cieni   na   powiekach.   Skrzyżowane   ręce   podkreślały   kształt   jej   rysujących   się   pod   cienką 
tkaniną piersi. Wyglądała nieskończenie ponętnie. Ale nawet we śnie zaciskała dłonie. 

Starając się jej nie obudzić, delikatnie podciągnął koc na jej ramiona. Znów zagłębił się w 

lekturze. 

Nadal spała, gdy pod skrzydłami zazieleniły się lasy Norwegii i samolot zniżył się do 

lądowania. Craig zawahał się, po chwili lekko dotknął jej ramienia. 

– Jesteśmy w Oslo. 
Otworzyła szeroko oczy. Śniło się jej, że samolot płynie przez chmury białych róż, ich 

płatki oblepiają okna, przytłumiają światło słońca. Na to wspomnienie poczuła nagły dreszcz, 
powiedziała bez sensu:

– Przecież wcale nie jest ciemno. 
– Lepiej  podnieść oparcie – powiedział  Craig, wsuwając torbę pod fotel. – To tylko 

międzylądowanie, do Bergen już niedaleko. 

Zachował się miło, a przynajmniej taktownie, nie zauważając jej zmieszania. Spróbowała 

wziąć się w garść. Nacisnęła przycisk, by podnieść oparcie fotela. Musi być w formie, inaczej 
cała ta wyprawa będzie daremna. Na szczęście jej sąsiad był zajęty książką. Odwróciła się i 
wyjrzała przez okno. Przyglądała się czerwonym dachom budynków i wzgórzom wokół Oslo, 
potem ich miejsce zajęły jeziora, góry i fiordy. Następne lądowanie będzie w Vagar, skąd 
tylko dwie godziny jazdy autobusem dzielą ją od domu. Poczuła zdenerwowanie, bezwiednie 
zacisnęła dłonie na kolanach. 

– Czy ktoś na ciebie czeka?
Wyrwana z zamyślenia popatrzyła na niego, z trudem go rozpoznając. 
– To jeszcze nie koniec mojej podróży. 
– I nie powiesz mi, dokąd jedziesz?
Uśmiechnęła się blado. 
– To nie twój interes – mruknęła. 
– Ale chyba dasz mi swój adres w Toronto? Wiedziała, że zadał to pytanie wbrew sobie. 

Poczuła nagłe zdenerwowanie. Wściekła na siebie, że nie potrafi się oprzeć jego urokowi, 
odrzekła zimno:

– Zupełnie nie mam pojęcia, kiedy wrócę do Toronto. 
Rzuciła obie prace, bo żaden z jej szefów nie chciał dać jej dwóch tygodni urlopu z 

dwudniowym wyprzedzeniem, więc wolała sama zrezygnować, niż zostać wyrzucona. 

– W takim razie ja dam ci mój adres w Vancouver. Nie przypuszczam, że długo będę 

poza domem. 

background image

– Być może wcale nie wrócę do Kanady. – Tę myśl wypowiedziała po raz pierwszy – i 

nagle zdała sobie sprawę, że wcale jej nie zależy na powrocie. 

–   Nie   musisz   być   z   tego   taka   zadowolona.   Złość   w   jego   głosie   podziałała   na   nią 

prowokująco. 

– Nie ma powodu, żeby to dla ciebie miało jakieś znaczenie. 
– Chyba nie. – Wyglądał, jakby miał jej dość. 
–   Możesz   mnie   złapać   przez   kompanię   leśną   Northwest   Forestry   w   Vancouver   – 

zapamiętasz? Zawsze wiedzą, gdzie jestem. Northwest Forestry. 

– Dziękuję. 
Nawet nie udała, że chce to zapisać. 
Samolot   wylądował   i   z   hałasem   mknął   po   pasie,   nie   dało   się   rozmawiać.   Marya   z 

zachmurzoną twarzą wyglądała przez okno. Znała powód tego nastroju – nazwa firmy Craiga 
na   zawsze   wryła   się  w   jej   pamięć.   Chociaż   wygląda   na   kogoś,  kto   pracuje   na   świeżym 
powietrzu   –   pomyślała   z   nagłym   ożywieniem.   Wyobraziła   go   sobie   samotnie 
przemierzającego szlaki wśród sosen i jodeł, zadomowionego w otoczeniu całkowicie różnym 
od hałaśliwych ulic Toronto i dyskretnej elegancji La Roulade. 

Przez chwilę zastanawiała się, jak wyglądałoby ich spotkanie w innych okolicznościach, 

na przyjęciu albo przez znajomych. Czy wpadłaby mu w oko tak jak teraz? Czy też to całe 
jego zainteresowanie wynikło z nudy, z chęci nawiązania niezobowiązującej znajomości, by 
podróż minęła szybciej?

A ona? Czy gdyby była mniej zaaferowana swoją misją, czy powiedziałaby mu, dokąd 

jedzie i dałaby adres ciotki? Dlatego, że wyglądał na innego niż większość bogatych facetów, 
których na co dzień oglądała przez ostatni rok? Na innego niż Tony?

Samolot zatrzymał się i pasażerowie zaczęli zbierać bagaże i płaszcze. Marya odpięła 

pasy, Craig wstał i gestem przepuścił ją przed siebie. 

Dopiero teraz zdała sobie sprawę z jego wzrostu. Kiwnęła głową stewardesie i ruszyła 

korytarzem do wyjścia. Spódnica zawirowała wokół jej nóg. Nie zdziwiła się zbytnio, gdy 
Craig dołączył do niej. Zapytała od niechcenia:

– Czy żona na ciebie czeka?
–   Nigdy   nie   dostąpiłem   szczęścia   posiadania   żony,   ani   w   Bergen,   ani   gdziekolwiek 

indziej. 

–   Bardzo   zabawne   –   parsknęła,   tłumiąc   niespodziewane   uczucie,   którego   nie   chciała 

nazwać ulgą. 

– Z tymi rudymi włosami nie możesz być Norweżką. 
– Pochodzę w prostej linii od Eryka Czerwonego. 
– Wcale bym się nie zdziwił, gdybyś miała w sobie krew wikingów. 
Podeszli   do   celników.   Craiga   poproszono   do   okienka   z   prawej,   ją   z   lewej   strony. 

Stemplowano jej paszport, gdy celnik przeglądał torbę Craiga. Musiała jeszcze poczekać na 
swoje bagaże. Zobaczyła, że Craig zarzuca torbę na ramię i odchodzi. Ucieszyła się – nawet 
dobrze, że nie będą się żegnać, im szybciej straci go z oczu, tym lepiej, tym łatwiej zapomni o 
nim. Zresztą, czy było coś do pamiętania?

background image

Uniósł dłoń w geście pożegnania i zawołał w jej stronę:
– Northwest Forestry – nie zapomnij!
Taśma poruszyła się ze zgrzytem. Marya czekała na bagaże, z trudem starając się nie 

wybuchnąć płaczem. Sama nie wiedziała, dlaczego tak się czuła. Na szczęście jej walizka 
była jedną z pierwszych. Celnik ledwie rzucił na nią okiem. Przeszła przez szklane drzwi i nic 
nie   mogło   jej   powstrzymać   przed   uważnym   rozejrzeniem   się   wokół   w   poszukiwaniu 
mężczyzny o brązowych włosach. 

Nie było go nigdzie. 

background image

ROZDZIAŁ DRUGI

Na chwilę przystanęła z wahaniem. Craiga nigdzie nie było. Wszystko skończyło się, 

zanim jeszcze naprawdę się zaczęło. Przestań zawracać sobie nim głowę – skarciła się w 
duchu. 

Ścisnęła mocniej walizkę. Minęła rząd automatów telefonicznych i toalet i skierowała się 

w stronę duńskich linii lotniczych. Dostrzegła ich stanowisko bez trudu. Przed pulpitem stał 
Craig Huntingdon. 

Zamarła.  Z trudem próbowała opanować histeryczny śmiech.  Tego naprawdę było za 

wiele. 

Był tak zajęty rozmową z przedstawicielem linii, że nawet jej nie zauważył. Stąpając 

delikatnie, aby nie stukać obcasami, podeszła i stanęła tuż za nim. 

– To było Southeast Mining, tak?
Ściągnął ramiona i z twarzą pozbawioną wszelkiego wyrazu powoli odwrócił się do niej. 
– Northwest Forestry, przecież świetnie pamiętasz. Co ty tu robisz?
– Lecę na Wyspy Owcze. Jak ty. 
– Tymi liniami tam nie dolecisz. Jej uśmiech zgasł. 
– Co chcesz przez to powiedzieć?
– Z powodu mgły loty są zawieszone. 
Miała nadzieję, że to żarty, niestety informacje Craiga potwierdziły się. 
–   Właśnie   miałam   zaproponować   temu   panu,   żeby   popłynął   promem   –   dodała   miła 

agentka. – Prom odpływa o trzeciej. Wydaje mi się, że to lepsze wyjście niż czekanie na 
samolot. 

– Czy są jeszcze wolne miejsca?
– Zaraz sprawdzę. 
– Craig, ten prom jest najlepszym rozwiązaniem, oczywiście, jeśli dostaniemy miejsca. 

Wtedy na pewno jutro znajdziemy się na miejscu. 

Bez zastanowienia przyjęła, że popłyną razem. Głos Craiga zabrzmiał obojętnie. 
– Więc płyniesz promem?
–   Mogę   zarezerwować   dwa   bilety   do   Torshavn   –   wtrąciła   z   ożywieniem   agentka.   – 

Wszystkie kabiny są już zajęte, ale ktoś zrezygnował i mają jeszcze dwie wolne kuszetki. 

Marya szybko przekazała tę informację Craigowi i dodała:
– Ja się decyduję. 
W głębi serca cieszyła się, że w ten sposób o całą dobę odsunie spotkanie z ojcem. Jej 

postanowienie nie ma więc nic wspólnego z Craigiem – upewniała sama siebie. Absolutnie 
nic. 

– Ja również. 
Agentka zarezerwowała miejsca. 
– Nie mamy dużo czasu – stwierdził Craig. – Weźmy taksówkę. 
Bez trudu złapali taksówkę. Kierowca załadował bagaże. Craig usiadł obok Maryi  na 

background image

tylnym siedzeniu. Samochód ruszył. 

– Mam nadzieję, że dobrze robimy. Nie przypuszczałem, że wszystko może się opóźnić o 

cały dzień. 

Przez chwilę wydawał się szczerze zmartwiony. Marya nie okazała współczucia. 
– Jeśli się śpieszysz, to wybrałeś złe miejsce. Na tych wyspach stale są mgły, wiatry, 

przypływy i odpływy. W takich warunkach nie można się śpieszyć. 

Przyjrzał się jej uważnie. 
– To twoje rodzinne strony, prawda?
– Tak. – Z trudem przełknęła ślinę, próbując panować nad swoim głosem. 
– Co to jest kuszetka?
Odwróciła głowę, smutek nie zniknął z jej oczu. Zamrugała powiekami. 
– Coś jakby koja – wymamrotała. – Dlaczego pytasz?
– Coś takiego jak w pociągu? Starała się odegnać nostalgię. 
– Na promie są kabiny, ale wszystkie zostały już zarezerwowane, a poza tym są bardzo 

drogie.   Są   również   kuszetki,   po   dwanaście   w   pokoju,   z   materacami,   ale   bez   poduszek   i 
pościeli. W każdym razie to lepsze niż przesiedzenie całej nocy. 

– I oboje mamy miejsce w tej samej sali?
– Tak, z dziesięcioma innymi osobami. W jego oczach dostrzegła jakby drwinę. 
– Panno Hansen, mam propozycję. 
Nie   domyślała   się,   co   może   mieć   na   myśli,   ale   praca   w   restauracji   nauczyła   ją 

zachowywać zimną krew. 

– Nie przypuszczam, by jakakolwiek propozycja mogła mnie zainteresować. 
– Jeszcze nie wiesz, o co chodzi. 
Musiała przyznać, że jego uśmiech był ujmujący. 
– Jesteś zbyt pewny siebie. Uśmiechnął się szerzej, jakby nigdy nic. 
– Przez najbliższe dwadzieścia cztery godziny będziemy skazani na siebie, więc może 

spróbujemy spędzić miło ten czas?

– Nie ma potrzeby. Na promie będzie mnóstwo innych osób. 
– Ale dlaczego nie, Maryo? Przecież to nic wielkiego. Z jakiegoś powodu ta propozycja i 

jego podejście nie przypadły jej do gustu. 

– Jest wiele powodów. 
– Więc wymień je. 
Gdzieś w jego uśmiechu czaiło się ostrzeżenie. 
– To nie twoja sprawa – odrzekła stanowczo. 
– Jak często mam ci to powtarzać?
– Ty chyba nienawidzisz mężczyzn? Odsunęła się od niego, najdalej jak na to pozwalała 

wąska kanapa. Już coś takiego słyszała – Tony kiedyś też tak powiedział. 

– Czy zwykle tak robisz – zalecasz się do kobiety, a gdy ona odmawia, oskarżasz ją w ten 

sposób?

Wziął głęboki oddech. 
–   Wybacz,   jeśli   to   tak   wyglądało.   Chciałem   tylko   powiedzieć,   że   chociaż   jesteś 

background image

najpiękniejszą kobietą, jaką kiedykolwiek widziałem, nie potrafię pokonać muru, którym się 
otoczyłaś – więc trudno o inne wnioski. – Uśmiechnął się. – Popatrz na swoją fryzurę. 

Poczuła się urażona. 
– A co w niej złego?
– Pasuje do wiktoriańskiej guwernantki. Włosy takie jak twoje powinny być swobodne. 
Przez chwilę na jej twarzy walczyły różne uczucia. W końcu, zapatrzona w dal, odezwała 

się spokojnym tonem. 

– Rybacy na  naszych  wyspach  mają  takie  powiedzenie:  strzeż  się, by rudowłosa  nie 

przeszła ci drogi. 

Przez chwilę panowała pełna napięcia cisza. 
– Czy to ostrzeżenie?
Zadrżała. Powinna udać, że w miejskim hałasie Toronto zapomniała już, co te słowa mają 

znaczyć. 

– Właściwie sama nie wiem, co miałam na myśli. 
– Maryo, dlaczego wracasz do domu?
– Z powodów osobistych. – Opuściła wzrok na kolana i starała się, by jej głos zabrzmiał 

normalnie. 

– Ale coś ci powiem. Nie szukam okazji do znajomości. W moim życiu nie ma miejsca 

dla mężczyzny. Jeśli to znaczy, że nienawidzę mężczyzn, to w tym sensie można to tak ująć. 

– A czy nie sądzisz, że to przeznaczenie skrzyżowało nasze drogi? – zapytał ze spokojem. 

– Ze wszystkich osób, które rozpoczęły podróż w Toronto, tylko  my dwoje jedziemy na 
Wyspy Owcze. 

Jej oczy zmieniały kolor jak kameleon. Popatrzyła na niego, jakiś cień przytłumił nagle 

zielone tęczówki. Odwróciła wzrok. Jego spokój niepokoił ją bardziej niż jego gniew. 

– To tylko zbieg okoliczności. 
– Nie jestem taki pewny. – Taksówka zatrzymała się na światłach, dojeżdżali do portu. 

Craig   dodał   z   naciskiem:   –   Ta   podróż   promem   to   naprawdę   zrządzenie   losu.   Daj   mi 
przynajmniej szansę, bym mógł cię lepiej poznać. Te wyspy są dostatecznie duże, by stracić 
się z oczu zaraz po wylądowaniu. Jeśli nadal będziemy tego chcieć. 

Z lewej strony już widać było port i ogromną białą bryłę promu. Ostatni raz była tu razem 

z   Tonym,   gdy   rozpoczynali   podróż   do   Kanady.   Kanada.   Małżeństwo.   Obietnica 
niezmąconego szczęścia. Ależ była głupia!

– Nie. Nie ma powodu, żebyśmy się mieli lepiej poznać – odrzekła szorstko. – Nie chcę. 
Otworzyła   torebkę   i   zaczęła   szukać   portmonetki.   Nie   dostrzegła,   jak   Craig   mocniej 

zacisnął usta, a jego oczy przybrały twardy wyraz. Wyjęła kilka banknotów. 

Craig wykrzyknął:
– A to co?
Odpowiedziała z lekkim zdziwieniem:
– To moja część za taksówkę. 
Wyraźnie było to dla niej czymś oczywistym. Nie mogła przecież wiedzieć, że przywykł 

do kobiet, które oczekiwały, że to on za wszystko płaci. Sięgnął po portfel, a Marya otworzyła 

background image

drzwiczki i wysiadła. 

Świeciło  słońce, a lekki  wiatr  od morza  przeganiał  spaliny i przynosił  słony zapach. 

Marya stała z uniesioną głową i zupełnie zapomniawszy o Craigu, rozkoszowała się tą chwilą. 

– Twoja torba. 
Popatrzyła na niego. Oczy jej błyszczały, a uśmiech czaił się w kącikach ust. 
– Zawsze powinnaś tak wyglądać. To przywołało ją do rzeczywistości. 
– Co mam zrobić, żeby się ciebie wreszcie pozbyć?
–   Jesteś   dla   mnie   wyzwaniem   –   powiedział   leniwie,   kierując   się   w   stronę   portu.   – 

Przywykłem, że to kobiety tracą dla mnie głowę. 

– Więc jeśli się zakocham, to natychmiast się stąd zabierzesz?
– Może tak, a może nie. 
Przepływający   kuter   rybacki   zagłuszył   jej   westchnienie   i   pozostawił   po   sobie 

charakterystyczny ostry zapach. Marya znieruchomiała, zmarszczyła nos i nagle wybuchnęła 
głośnym śmiechem. 

– Wracam do domu! – wykrzyknęła zapominając, że jeszcze przed chwilą nie chciała 

mieć nic wspólnego ze stojącym obok niej mężczyzną. – Och, Craig, wracam do domu!

Przybrał melodramatyczną pozę i jęknął:
– Porzucony dla rybackiego kutra!
–   Może   czas,   żebyś   zmienił   swoją   wodę   kolońską?   –   zapytała   z   zuchwałą   miną.   – 

Proponuję ci Esencję z Dorsza, wariuję od tego. 

Odpowiedział miękko:
– Jesteś piękna, gdy się śmiejesz. 
– Pewnie powtarzasz to każdej. Lepiej chodźmy stanąć w kolejce. Uprzedzałam cię o 

tym, prawda?

– Już się nauczyłem, żeby nie wierzyć tym twoim szeroko otwartym oczom. O niczym 

nie mówiłaś. 

Marya otworzyła drzwi. Nic się nie zmieniło – duża poczekalnia była zapełniona ludźmi i 

bagażami,   gwar   rozmów   odbijał   się   od   sklepienia.   Na   pierwszy   rzut   oka   panował   tu 
kompletny chaos, ale atmosfera była  radosna. Marya  skierowała się ku ludziom po lewej 
stronie i postawiła walizkę na ziemi. 

– Tu musimy poczekać. Craig stanął obok niej. 
– Prom odchodzi za pięćdziesiąt pięć minut, nie zdążymy. 
– Na pewno się uda. I nie opowiadaj tylko, że potrzeba tu amerykańskiej organizacji. 
– Zgoda. Muszę tylko zadzwonić w kilka miejsc. – Uśmiechnął się ironicznie. – Wybacz, 

ale czy mogłabyś spojrzeć na mój bagaż?

– Już raz to mówiłeś, naprawdę mógłbyś wykazać się większą pomysłowością. 
–   Ani   miejsce,   ani   czas   po   temu   –   odparł   z   jeszcze   wyraźniejszą   ironią.   –   Gdy   się 

rumienisz, też jesteś piękna, Maryo Hansen. Wracam za parę minut. 

Patrzyła, jak przedziera się przez tłum. Jej uwagi nie uszły spojrzenia, jakimi po drodze 

obrzucały go kobiety. Pomyślała, że nie jest od nich lepsza. 

Kolejka przesunęła się jakieś trzy metry. Przed nią stało mniej więcej trzydzieści osób. 

background image

Craig w końcu dotarł do niej. 

– Musiałem użyć całej swojej przemyślności, żeby pojąć, jak tu działają telefony: Dwa 

razy mnie rozłączono. 

Marya szukała repliki, gdy nagle dwóch chłopców z impetem wpadło w tłum. Ludzie 

cofnęli się, popchnięty Craig poleciał na Maryę. Zachwiała się i straciła równowagę. Craig w 
ostatniej   chwili   złapał   ją   w   ramiona.   Mocno   przyciśnięta   do   niego   poczuła   na   policzku 
szorstki dotyk wełny. Usłyszała bicie jego serca, silne ramiona obejmowały jej kruchą postać, 
jego   dłonie   na   plecach...   W   jednej   chwili   gwałtowna   i   niespodziewana   fala 
obezwładniającego   pożądania   zagłuszyła   wszystko   inne.   Było   to   tak   nieoczekiwane,   że 
zupełnie straciła panowanie nad sobą. 

Trzymał  ją w ramionach i pragnęła go, musiała go mieć, nie była  w stanie się temu 

przeciwstawić. Zrozumiała, że wpadła w zasadzkę – Craig obudził ją z trzyletniego snu. 

W tej krótkiej chwili, zanim zmalał nacisk tłumu, poczuła, że z nim dzieje się to samo. 

Ziemia zachwiała się jej pod nogami i jakby patrząc na siebie z oddali pomyślała, że chyba 
zaraz zemdleje. Ona, która nigdy w życiu nie zemdlała. 

Craig rozluźnił uścisk, oczy mu płonęły. Poczuła na czole jego przyśpieszony oddech. 
– Czujesz to samo, co ja?
Cała drżała. Podświadomie wiedziała, że to, co zaszło, w jakiś sposób nieodwołalnie 

zmieniło jej życie. Nie mogła skłamać. Z pobladłą twarzą bezgłośnie skinęła głową. Złote 
plamki na jej tęczówkach zalśniły jak iskierki. 

Odepchnął   ją   lekko   i   dopiero   wtedy   zdała   sobie   sprawę,   że   zaczęli   wzbudzać 

zainteresowanie. Uniosła dłoń, by poprawić włosy, ręce jej drżały. Kolejka znów się ruszyła. 
Popchnęła torbę nogą. Chłopcy już roztopili się w tłumie. Usłyszała cichy głos Craiga. 

– Maryo, jeszcze nigdy czegoś takiego nie doświadczyłem. 
Każdą cząstką swego ciała aż do bólu czuła jego bliskość. Nie było przed tym ucieczki. 

Nie   wiedziała,   co   robić.   Ani   z   Tonym,   ani   w   czasie   młodzieńczych   pocałunków   i 
późniejszych randek w Toronto nie przeżyła czegoś podobnego. 

Craig odezwał się jeszcze ciszej. 
– Mówiłem ci już, że to przeznaczenie. Zasłoniła uszy rękoma i wyszeptała gwałtownie:
– To nie przeznaczenie, to seks. 
– Nie, to coś więcej. 
– Może dla ciebie!
– Ty czułaś to samo – widziałem twoją twarz. Wymamrotała:
– Nie chcę już dłużej z tobą rozmawiać. Spróbowała przesunąć się do przodu. Craig nie 

odezwał się ani słowem, ale czuła za sobą jego obecność. W milczeniu posuwali się naprzód. 
Gdy Marya doszła do okienka, po duńsku przedstawiła historię ich rezerwacji. Na koniec 
zapytała:

– Czy przypadkiem nie ma wolnej kuszetki w innej kabinie?
– Niestety, wszystkie są zajęte. 
Nie mogła ukryć rozczarowania. Podpisała czeki, odebrała bilet i nie oglądając się za 

siebie   skierowała   się   do   drugiego   okienka   po   kartę   pokładową.   Chciała   znaleźć   się   jak 

background image

najdalej od Craiga i zapomnieć o tym nieoczekiwanym przeżyciu w jego ramionach. 

Po chwili Craig dołączył do niej. Odezwał się półgłosem, nie kryjąc irytacji:
– O co tam pytałaś?
Zuchwale popatrzyła mu prosto w oczy. 
– Pytałam, czy nie mają oddzielnej kuszetki. 
– Świetnie. Maryo, czy ty zawsze musisz uciekać? – dodał ostrzejszym tonem. – Czy ty 

przypadkiem nie uciekłaś z domu?

Poproszono ją o bilet. Dostała niebieską kartę pokładową i zaczęła wchodzić po trapie. 
– To duży statek, ale nie aż tak, by udało ci się mnie unikać przez następne dwadzieścia 

cztery godziny.  Maryo, przestań wreszcie uciekać i spróbujmy pomówić o tym,  co przed 
chwilą przeżyliśmy. 

– Nie ma o czym mówić. 
Skierowała   się   w   stronę   schodów   prowadzących   do   kabin.   Jak   mogła   rozmawiać   z 

Craigiem o tym, co zaszło, skoro sama nie mogła tego pojąć i zupełnie straciła głowę. 

Przedzierała się przez zatłoczony korytarz, szukając swojej kabiny, wreszcie weszła do 

środka. W najdalszym kącie sali zostały dwa wolne miejsca. Pokój był zupełnie pusty, leżały 
tylko bagaże i śpiwory. Położyła swoją torbę na dolnej kuszetce. 

Torba Craiga wylądowała na górnym łóżku, a on sam oparł się o drabinkę, blokując 

przejście między nią i drzwiami. 

– A więc jesteśmy sami. To może być sprzyjający moment na coś, jak sama powiedziałaś, 

bardziej pomysłowego. 

Jego powolne ruchy i spokojny głos nie zwiodły jej. 
– Nie mam ochoty ani na rozmowy,  ani na nic innego – odrzekła chłodno. – To się 

wydarzyło tylko przypadkiem i nigdy więcej się nie powtórzy. 

– Skąd możemy o tym wiedzieć, jeśli nie spróbujemy?
Wyprostował się i zrobił krok w jej stronę. Poczuła za sobą zimną metalową ścianę. 
– Craig, przestań! – powiedziała ostro. – Zacznę krzyczeć, jeśli tylko spróbujesz dotknąć 

mnie palcem!

– Mówisz jak w amerykańskich serialach. Oczy jej błysnęły. 
– Więc przestań się zachowywać jak łajdak dobierający się do bezbronnej dziewczyny. 
– Rzeczywiście, jesteś taka bezbronna jak żbik!
Widziała, że jest wściekły, jednak nie tracił panowania nad sobą. Wzruszył ramionami i 

odsunął się od niej. 

– Nie możesz zaprzeczyć, że to się wydarzyło. 
– Możesz być pewny, że to się więcej nie powtórzy. 
– Więc jesteś tchórzem!
– Tchórzem, bo mówię „nie” komuś, kto do tego nie przywykł? Komuś takiemu jak ty? 

Pomysłowemu?

Rozbawiony uśmiechnął się mimowolnie. 
– Jesteś naprawdę inna, Maryo, już ci to mówiłem. 
– Uniósł dłoń w geście pożegnania. – To do zobaczenia. 

background image

– Wyszedł z kabiny. 
Przebierała się jeszcze, gdy silniki zaczęły pracować i poczuła, że odpływają. Wybiegła 

na pokład. Serce zabiło jej mocniej na widok powiększającego się dystansu między promem i 
keją. W oddali w promieniach słońca jaśniało siedem zielonych wzgórz Bergen. 

Morski wiatr targał jej włosy. Przepełniona szczęściem, jakiego nie czuła od trzech lat, 

zapomniała o Craigu i podeszła do rufy, wiotka w obcisłych dżinsach i obszernym zielonym 
swetrze,   z   grubym   warkoczem   przewiązanym   kolorową   apaszką.   Na   wietrze   łopotała 
norweska flaga, a mewy nad jej głową zataczały coraz szersze koła. Płynęła do domu... 

– Zamówiłem w restauracji stolik na dwie osoby. Odwróciła się do niego, wiatr odrzucił 

jej na twarz koniec apaszki. 

– Już zdążyłeś kogoś poznać? Naprawdę jesteś szybki!
Roześmiał się w odpowiedzi. 
– Nie doceniasz siebie. Wcale nie mam zamiaru kogoś poznawać. 
W promieniach słońca jego włosy pobłyskiwały złoto, a siła i charakter, które mogła 

wyczytać z jego twarzy, nie brały się tylko z dobrego wyglądu – pomyślała. 

– Miałam zamiar pójść do baru. 
Wyciągnął rękę, jednym ruchem zdjął jej ciemne okulary i cofnął dłoń, by nie mogła ich 

dosięgnąć. 

– Tak jest dużo lepiej – stwierdził. – Lubię widzieć oczy osoby, z którą rozmawiam. Więc 

dobrze, zjedzmy śniadanie w barze. 

Walczyły  w  niej  sprzeczne   uczucia,  poczuła,  że   krew  zaczyna  szybciej  krążyć   w  jej 

żyłach i znów po tych trzech latach chciało się jej żyć. 

– Wydaje mi się, że kobiety, z którymi miałeś do czynienia, były zupełnie bezwolne. A 

może jesteś arogancki z natury?

– Z pewnością żadna z nich nie była podobna do ciebie. – Uśmiechnął się do niej. – 

Mamy stolik tuż przy oknie, będziesz mogła patrzeć na wodę. 

Uniosła brwi. 
– Czyżbyś starał się mnie przekupić?
– Kto nie ryzykuje, ten nie wygrywa. Marya zacięła twarz, nie kryła wrogości. 
– A co spodziewasz się wygrać? Jego słowa zabrzmiały szczerze. 
– Nie mogę ci powiedzieć, bo sam nie wiem. Ta odpowiedź nią poruszyła. 
– Przynajmniej jesteś uczciwy. 
–   Obiecuję,   że   zawsze   możesz   liczyć   na   moją   uczciwość.   Wtedy,   w   tej   kolejce, 

zachwiałaś moim światem. Nadal nie wiem, jak i dlaczego to się stało. Ale nie łudź się, że się 
poddam i pozwolę ci zniknąć z mojego życia. 

– „Zawsze” to słowo, które dla nas nic nie znaczy. 
– Więc nadamy mu nasze znaczenie. Czy jeszcze o tym nie wiesz?
– Dopiero zdecydujemy,  czy zechcemy to zrobić – odpaliła. – Jedna osoba nie może 

dokonać wyboru za dwie, czy jeszcze o tym nie wiesz?

– Więc zrobię wszystko, co w mojej mocy, żeby cię przekonać. 
– Jesteś niemożliwy!

background image

– Maryo, czy ty uciekłaś z domu? Bezbłędnie odnalazł jej słaby punkt. Uśmiechnęła się 

zjadliwie. 

– Chyba znasz moją odpowiedź – nie twój interes. 
– Mężczyzna – stwierdził spokojnie. – To był mężczyzna, prawda?
Nagle poczuła, że ma tego dość. 
– Maryo, wybacz. – Craig mówił bardzo wolno. 
– Nie chciałem, żebyś płakała. 
– Nie płaczę!
W jego głosie zabrzmiał nowy ton. 
– Naprawdę bardzo bym chciał, żebyś poszła ze mną na kolację. 
– Tylko wtedy, jeśli będę płacić za siebie. 
Sama nie wiedziała, dlaczego tak łatwo się zgodziła. 
– Możesz zapłacić nawet za całą salę – odrzekł z taką ulgą, że aż się zdziwiła. – Poczekaj, 

nie ruszaj się, tusz ci się rozmazał. 

Wyjął z kieszeni chusteczkę i delikatnie dotknął nią kącika oka. Drugą dłonią przytrzymał 

jej   policzek.   Znienacka   poczuła,   że   tak   samo   jak   poprzednio,   przez   jej   ciało   przebiegł 
gwałtowny wibrujący prąd. Stała nieruchomo,  całą siłą woli walcząc z tym  szaleństwem, 
wiedząc z góry, że przegrała, zanim jeszcze zaczęła się opierać. 

Craig szybko cofnął rękę. 
– Ach, więc to się powtarza! – powiedział ochryple. – Powinienem o tym wiedzieć. 
– Przy twoim doświadczeniu. 
Spojrzał na nią tak, jakby jej nienawidził. 
– Przecież już ci mówiłem, że to, co się nam zdarzyło, to coś zupełnie wyjątkowego!
Z każdym słowem jej niepokój się pogłębiał. Zadrwiła. 
– Coś wyjątkowego, dopóki inna się nie pojawi. 
– Ty naprawdę nienawidzisz mężczyzn. 
– Nie. Sam przyznałeś, że jestem inna, bo powiedziałam nie. Gdybym od razu rzuciła ci 

się na szyję, nie powiedziałbyś tego. 

– Mylisz się. To nie o to chodzi, czy mówisz tak, czy nie. 
Ta odpowiedź ją ostudziła. 
– Zaczynają się nam przyglądać. Przyszłam na pokład, żeby oglądać widoki. 
– Spotkajmy się przed restauracją o siódmej. 
Starając się jej nie dotknąć zwrócił okulary, obrócił się na pięcie i odszedł. 
Marya  oparła   się  o barierkę.   Wcześniej   sądziła,  że  siła  Craiga   bierze  się  z  pracy  na 

świeżym powietrzu. Teraz nie była już tego taka pewna. W jego słowach czaiło się coś, co ją 
przerażało, bardziej nawet niż namiętność, która wybuchła między nimi. Obawiała się go. Był 
niebezpieczny. Przez samo swoje istnienie stanowił dla niej zagrożenie. 

Prom przepłynął pod mostem. Miejsce domów zajęły wiejskie chaty, krzewy zastąpiły 

drzewa, a zamiast trawy wszędzie rozpościerały się nagie skały cypla i wysepek. 

Wiatr się wzmógł i większość pasażerów zeszła do środka. Brzegi Norwegii znikały za 

rufą. Marya nie ruszała się z miejsca. Przyzwyczaiła się do kołysania, a szum fal i niskie 

background image

mruczenie silników podziałały na nią uspokajająco. Stopniowo napięcie ostatnich dni zaczęło 
ustępować. Gdy już znajdzie się w domu, Kathrin na pewno zrozumie jej obawy. Jej bogaty 
Kanadyjczyk niech wraca do siebie. Ojciec ucieszy się na widok powracającej z tułaczki córki 
i przeszłość zostanie  jej zapomniana.  A ciotka Grethe jak zawsze powita ją z otwartymi 
ramionami. 

Ten mężczyzna nic dla niej nie znaczy. Przeszła na rufę i zapatrzyła się w linię horyzontu. 

Za bardzo podporządkowała się Craigowi. Kolację zje sama w barze. 

Zadowolona z decyzji oparła łokcie na barierce i poddała się rytmicznemu kołysaniu fal. 

background image

ROZDZIAŁ TRZECI

Pozostała na pokładzie jeszcze przez godzinę. Ogarnęło ją uczucie całkowitego, dawno 

zapomnianego   spokoju.   W   świetnym   nastroju   skierowała   się   do   bufetu.   To   był   dobry 
początek jej pierwszych od trzech lat wakacji. 

– Chyba dobrze zrobiłem rezerwując stolik w restauracji?
Marya zauważyła go dopiero teraz. Zachowała spokój. 
– Nie miałam zamiaru tam iść. 
– Tak przypuszczałem. Dlatego czekałem tu na ciebie. 
Stwierdziła uszczypliwie:
– Myślisz o wszystkim. 
Stał na wyciągnięcie ręki. Nie uczynił najmniejszego gestu, aby ją dotknąć. Wyglądał na 

rozluźnionego. Z bolesną dokładnością przypomniała sobie dotyk obejmujących ją ramion, 
donośne bicie serca tuż przy jej policzku, dotykającym jego piersi, i nagle gdzieś rozwiał się 
jej spokój. 

– Craig, dlaczego musiałeś wyjechać z Toronto akurat tego samego dnia co ja? Dlaczego 

nie dzień wcześniej lub później? Wtedy byśmy się nie spotkali. 

– To było nam przeznaczone. 
Nie mogła znaleźć słów. Odezwała się z irytacją:
– Chodźmy już coś zjeść. 
Restauracja zajmowała całą szerokość promu. Po obu stronach były okna, białe obrusy 

nakrywały  stoliki,   wystawione  w  bufecie  potrawy  wyglądały  zachęcająco,  a  w powietrzu 
unosił się przytłumiony gwar rozmów. Wskazano im stolik. Craig zaczął przeglądać kartę 
win, a Marya krytycznym okiem rozejrzała się po sali. Craig złożył zamówienie i popatrzył na 
nią ze szczerym rozbawieniem. 

–   Wyglądasz   zupełnie   tak   samo   jak   moja   nauczycielka,   kiedy   zapominałem   o   pracy 

domowej. 

– Podłoga jest źle odkurzona, kelner miał plamę na mankiecie i co najmniej trzy półmiski 

w bufecie powinni uzupełnić. 

– Zakładam się, że w Toronto pracujesz w restauracji. 
– Jestem hostessą w La Roulade. – Po chwili dodała: – Właściwie byłam. – Nic nie 

ryzykowała mówiąc mu o tym. I tak nie zamierzała wracać. 

– Słyszałem o tym miejscu. Musisz być naprawdę dobra, skoro tam pracowałaś. 
– Nienawidziłam tego. 
– Czy dlatego zrezygnowałaś?
– Nie. – Zachmurzyła się. 
– Jak długo byłaś w Toronto?
– Trzy lata. 
– Czy mieszkałaś jeszcze gdzieś indziej w Kanadzie?
– Nie wyjeżdżałam poza Toronto. 

background image

– Nigdy nie widziałaś wschodniego wybrzeża ani Gór Skalistych? Maryo, dlaczego nie 

podróżowałaś?

– Nie miałam za co. 
– Przecież chyba nieźle ci płacili. 
– Oszczędzałam na uniwersytet. 
Z żalem pomyślała, jak niewiele jej pozostanie po tej wyprawie do domu. 
– Czy jesteś zaręczona? Albo coś takiego?
– Nie. 
– Aha... Więc pojechałaś do Kanady za mężczyzną, potem on znika, a ty, żeby zarobić na 

studia, podejmujesz pracę, której nienawidzisz... Założę się, że to twój pierwszy wyjazd do 
domu. 

Poruszyła ją ścisłość tego podsumowania, pominął tylko jej wcześniejszą pracę kelnerki, 

o   której   wolała   zapomnieć,   i   dodatkowe   zajęcie   w  klubie   sportowym.   No,  i   jej   uczucia. 
Podniosła się gwałtownie. 

– Chodźmy do bufetu. 
– To przez niego nienawidzisz mężczyzn. Odrzekła zgodnie z prawdą. 
– Rzeczywiście, z jego powodu nie cierpię wygadanych Kanadyjczyków!
– Muszę coś zrobić, żeby to zmienić. 
Morskie powietrze pobudziło jej apetyt.  Nałożyła  sobie dwa kawałki śledzia z sosem 

musztardowym i dołożyła porcję wędzonego węgorza. Przy stoliku Craig zaczął opowiadać o 
swoich  wyprawach  do  Arktyki   i na  Wyspy  Królowej  Charlotty.  Opowieści   o roślinach   i 
zwierzętach rozbudziły jej ciekawość. Wypytywała go o wiele rzeczy i sama zaczęła mówić o 
ptakach   na   Wyspach   Owczych.   Zupełnie   zapomniała,   że   nienawidzi   rozmownych 
Kanadyjczyków. Gdy w końcu podnieśli się do wyjścia, nie kryła zaskoczenia. 

– Wiesz, naprawdę było przyjemnie. Skrzywił się. 
– Pochlebiasz mi. 
Poczuła się zakłopotana. Zatrzymała się i popatrzyła na niego – choć trudno jej było w to 

uwierzyć, była prawie pewna, że zrobiła mu przykrość. Czyżby pod pewnością siebie kryła 
się wrażliwość? Raczej nieprawdopodobne. Popatrzyła na niego spod oka. 

– Czy rozjaśniasz włosy?
– Nie, spłowiały na słońcu. A to twój naturalny kolor?
– Tak. Craig, dlaczego jedziesz na Wyspy Owcze? Przestał się uśmiechać. 
– Wolałbym o tym nie mówić. 
– To nie moja sprawa, tak?
– Tak. Masz ochotę napić się czegoś?
– Nie, dziękuję. Idę na pokład. 
Uśmiechnęła się i szybko odeszła w stronę kabin. Bała się, że w ostatniej chwili zmieni 

zdanie. Nie poszedł za nią. 

Oparła się o barierkę. Plamy ropy na Morzu Północnym zniknęły za horyzontem, a na 

miejscu przybrzeżnych mew pojawiły się ptaki otwartego morza. Craig Huntingdon nic dla 
niej nie znaczył. Dlaczego więc tak ją ciągnęło, by usiąść w zadymionym barze, patrzeć w 

background image

jego ciemnoszare oczy, obserwować bruzdy przecinające przy uśmiechu jego policzki? Czy 
dlatego, że łączyły ich podobne zainteresowania? Ale przecież to nie był powód, by uganiać 
się za nim i zająć kolejne miejsce w długim szeregu kobiet, które straciły dla niego głowę... 

Zamyślona stała nieruchomo na rufie i wpatrywała się w dal. Powoli ogarnął ją spokój – 

to morze znów wywarło na nią swój dobroczynny wpływ. Myśli o Craigu odepchnęła na 
dalszy plan. Każdy obrót śruby przybliżał ją do domu, do rodziny, którą trzy lata temu tak 
pochopnie porzuciła, do wzgórz i urwistych brzegów rodzinnej wyspy. 

Dochodziła jedenasta, a Marya  ciągle jeszcze stała na pokładzie. Na tle migoczącego 

morza rysowały się czarne sylwetki mew, a na niebie złoto pobłyskiwały gwiazdy. Grupa 
młodych   ludzi   z   jej   stron   śpiewała   stare   ballady.   Ktoś   ją   poznał   i   zawołano,   by   się 
przyłączyła. Nie zauważyła Craiga, który przyglądał się jej z ukrycia. Do kabiny wróciła po 
północy. Tylko ich miejsca były puste. 

Poczuła   nagłe   ukłucie   zazdrości.   Sama   przed   sobą   nie   chciała   się   do   tego   przyznać. 

Czyżby znalazł kobietę bardziej uległą niż ona? Zmarszczyła brwi i zaczęła się szykować do 
snu. Podłożyła pod głowę swetry, ściągnęła buty i przykryła się kurtką. Odwrócona do ściany 
zamknęła oczy. 

Musiała   zasnąć   natychmiast,   bo   gdy   się   obudziła,   nie   od   razu   doszła   do   siebie. 

Mężczyzna naprzeciwko niej chrapał donośnie. Poczuła, że ma zimne dłonie i stopy. 

Spróbowała szczelniej  okryć  się kurtką i usnąć. Myślami  wróciła do wąskich uliczek 

Tjørnuyík,   usiłowała   policzyć   jego   mieszkańców.   Mężczyzna   głośno   oddychał,   chrapał   i 
wzdychał. Marya zaczęła drżeć z zimna. 

Wyślizgnęła się z kuszetki, założyła buty i poszła do łazienki. Podstawiła dłonie pod 

strumień ciepłej wody, próbując je rozgrzać. Popatrzyła na swoją twarz w lustrze. Ciekawe, 
czy Kathrin powie, że się zmieniła? A ojciec?

Wytarła   dłonie   i   wróciła   do   kabiny.   Odsuwała   zasłonę   oddzielającą   wejście,   gdy 

zobaczyła stojącego z boku mężczyznę. Craig. 

W półmroku dostrzegła jego uśmiech. Odezwał się szeptem. 
– Chyba go uciszyłem. Rzeczywiście, chrapanie ustało. 
– To świetnie – uśmiechnęła  się. Starała  się nie patrzeć  na niego,  ubranego tylko  w 

sztruksy i cienki podkoszulek. 

Odsunął się, żeby ją przepuścić. 
– Dobrze się czujesz? Zaskoczona wymamrotała:
– Zmarzłam. 
– Zamieńmy się miejscami, na górze jest cieplej. Dam ci moją kurtkę. 
– Przecież tobie jest potrzebna. 
– Nigdy mi nie jest zimno. 
Wszystko było lepsze niż świadomość, że stoi tuż obok niej. Musiała się powstrzymywać, 

żeby go nie dotknąć. Ogrzać się w jego ramionach... 

– Dziękuję – wymruczała i zaczęła się wspinać po drabince. 
– Połóż się. 
Delikatnie otulił jej ramiona ciepłą puchową kurtką, na nogach rozłożył jej własną kurtkę. 

background image

– Teraz powinno ci być cieplej. Rozbroił ją swą łagodnością. 
– Dziękuję – wyszeptała. 
Craig podłożył sobie sweter pod głowę. 
– Śpij dobrze. 
Usłyszała, jak układa się do snu. Nawet nie próbował jej dotknąć, czy w jakiś inny sposób 

wykorzystać tę sytuację. 

Leżała nieruchomo. Otulona ciepłą kurtką wdychała zapach jego wody – było to nieomal 

tak, jakby trzymał  ją w ramionach. Craig leżał na jej miejscu, z głową przytuloną do jej 
swetrów. 

Jej ciało obudziło się do życia. Zatęskniła za dotykiem rąk Craiga, za jego ciałem. Ukryła 

twarz w kurtce, bała się, że w jakiś sposób domyśli się, co ona odczuwa. Przypomniała sobie 
to nieoczekiwane przeżycie w kolejce do promu i swoją reakcję, której nie potrafiła zapobiec. 
Poczuła, że się boi. 

Zamknęła oczy. Starała się odegnać natrętne myśli i obrazy, które cisnęły się jej pod 

powiekami. Jej włosy rozsypane na jego piersi, płomienne spojrzenie szarych oczu Craiga na 
widok jej nagiej postaci... Nie może o tym myśleć, nie może wyobrażać sobie, że są razem w 
łóżku. W ramiona Tony’ego popchnęła ją pełna uniesienia, paląca ogniem i ciało, i duszę 
miłość, ale ani miłość, ani pożądanie nie wystarczyły, by go utrzymać. 

Nie może po raz drugi popełnić tego błędu. 
Nie przyzwyczaiła się jeszcze do innego czasu i obudziła się późno. Craiga nie było. 

Uczesała się, umyła i poszła do baru. 

Większość   osób   już   wyszła.   Craig   siedział   przy   oknie   i   zajęty   lekturą   popijał   kawę. 

Zobaczył ją od razu i pomachał ręką. Postawiła tacę i usiadła z ostrożnym uśmiechem. 

– Dzień dobry. 
– Jak się spało? Udało ci się rozgrzać? Przyglądał się jej tak, jak to sobie wyobrażała w 

nocy. Poczuła, że się rumieni i opuściła wzrok na talerz. 

– Tak, dziękuję. 
– Maryo, na litość boską, nie patrz na mnie w taki sposób w miejscu publicznym. 
Odrzuciła głowę i zacisnęła usta. 
– To znaczy jak?
– Jakbyś spędziła ze mną noc. Poczuła uderzenie gorąca. 
– Nie mogę  tego pojąć – wykrztusiła.  – Wczoraj  w nocy,  gdy wszyscy  spali  i  było 

ciemno,   nawet   najmniejszym   gestem   nie   dałeś   mi   do   zrozumienia,   że   możesz   myśleć   o 
czymkolwiek innym niż zapewnienie mi wygody. A teraz mówisz o czymś takim. 

– Czy ty naprawdę nie rozumiesz, że całą siłą woli musiałem się powstrzymywać, żeby 

cię  nie  dotknąć?  Myślisz,  że nie  przyszło  mi  do głowy,  że mógłbym  cię  ogrzać  w inny 
sposób? Szczególnie wtedy, gdy leżałem na twoim miejscu i wszystko wokół było przesycone 
zapachem twoich perfum?

To nie był odpowiedni moment, by wyznać mu, co sama czuła, otulona jego kurtką. 
– Tak czy inaczej – dodał z wrogim uśmiechem – wcześniej chyba kochałaś się w środku 

dnia. 

background image

Mylił się. Tony był nocnym markiem, sypiał do późna, a wieczorami ciągnął ją ze sobą 

od klubu od klubu, z baru do baru i tak aż do świtu. Zawsze miał ochotę na miłość o trzeciej 
nad ranem. 

Craig z westchnieniem wciągnął powietrze. 
– Masz bardzo wyrazistą twarz – stwierdził. – Wolałbym, żeby tak nie było. 
– Wcale tak nie jest. A zresztą skończmy tę rozmowę. 
– Czy ten facet, który zwabił cię do Toronto, był ślepy, niespełna rozumu czy impotent?
– Craig! – wybuchła. – Idź i przynieś sobie jeszcze jedną kawę. I nie spiesz się. 
Rumieniec zniknął z jej policzków, ale oczy nadal błyszczały. Craig nie ustępował. 
– Maryo, co by się stało, gdybyśmy tej nocy byli sami w kabinie?
– Nic!
– Nie wierzysz w to tak samo jak ja. Nie zaprzeczysz, że w nocy myślałaś o tym. 
Wysyczała przez zaciśnięte zęby:
– Idź po kawę! – Znów się zarumieniła. 
– Kiepski z ciebie kłamca. I jeszcze gorsza aktorka. – Podniósł filiżankę. – Mam nadzieję, 

że nie zamierzałaś iść na uniwersytet, żeby studiować grę aktorską?

– Nie, biologię. – Poprosiła słodkim tonem: – Czy wracając mógłbyś mi przynieść trochę 

dżemu?

Wstał. 
– I nóż kuchenny? Żebyś mogła się bronić? Patrzyła za nim przez ramię, jak przechodzi 

między stolikami.  Potrafił czytać  w jej myślach.  W jaki sposób domyślił  się, że w nocy 
umierała z tęsknoty za uściskiem jego ramion?

Zajęła się jedzeniem.  Im szybciej  ta podróż się skończy,  tym  lepiej. Craig wrócił do 

stolika i odezwał się, jakby wiedział, o czym myślała. 

– W porcie będzie na mnie czekać wynajęty samochód. Odwiozę cię dokąd zechcesz. 
– Mam autobus. 
– Czyli nie mieszkasz w Torshavn. 
Prom przybijał do portu w Torshavn, stolicy Wysp Owczych. Marya odłożyła łyżeczkę. 
– Słuchaj, Craig, wyjaśnijmy coś sobie. To prawda, że tracę panowanie nad tym, co czuję, 

gdy tylko znajdziesz się obok mnie. Jeśli chcesz, to niech ci to pochlebia. Ale przeżyłam już 
coś takiego trzy lata temu i wiem, że nie można na tym niczego opierać. Nie chcę żadnego 
romansu, a nic innego nie wchodzi w grę. Ty mieszkasz w Vancouver, a ja na Wyspach 
Owczych, i nawet w dwudziestym wieku pięć tysięcy mil to trochę za duża odległość, by coś 
z tego mogło wyniknąć. – Dodała śmietankę do kawy. – Czy to jest dla ciebie jasne?

– Aż nadto – wycedził. – Nie chcesz, żebym cię odwiózł, bo dowiedziałbym się, gdzie 

mieszkasz. Ale przecież prowadzą tu jakąś ewidencję i pewnie nie ma wielu kobiet, które 
nazywają się jak ty i urodziły się jakieś dwadzieścia lat temu?

– Dwadzieścia dwa. – Nabrała powietrza. – Widzę, że znalezienie mnie nie sprawi ci 

kłopotu. Zresztą, mógłbyś zabawić się w detektywa i jechać za autobusem. 

Nie tracił spokoju. 
– Też mi to przyszło do głowy. 

background image

–   Niczego   nie   rozumiesz!   Nawet   jeśli   mnie   odnajdziesz,   to   niczego   nie   zmieni.   – 

Raptownie   zerwała   plastikową   folię   z   pojemnika   z   dżemem   i   wbiła   nóż   w   czerwoną 
truskawkową masę. – Nie jestem skromnisią ani nie chcę udawać niezdobytej. W ogóle nie 
chcę niczego udawać. Po prostu nie chcę cię więcej widzieć. 

– Nie chcesz, czy się boisz?
Zaczęła rozsmarowywać dżem na grzance. 
– To moja sprawa. 
Wyciągnął rękę i wyjął nóż z jej dłoni. 
– Nauczono mnie, że należy patrzeć na osobę, z którą się rozmawia. 
Poczuła ciepło jego palców. Popatrzyła mu prosto w oczy. 
– Boję się – powiedziała krótko. Wyprostował się na krześle, nie spuszczał z niej wzroku. 
– No, wreszcie do czegoś doszliśmy. Podoba mi się twoje podejście, Maryo. Ze złości 

mogłabyś mi wydrapać oczy, ale jesteś szczera. 

Tony nie potrzebował jej szczerości, uciekał przed nią. Uświadomiła sobie, że Craiga 

podejrzewała o to samo. Ale on docenił jej wahania. Wyznała:

– Boję się ciebie. Tego, że tak się zachowuję, gdy tylko się zbliżysz. Ale decyduję o sobie 

i nie poddam się. Wiesz, jak to jest w naturze – ucieczka albo walka. Ja wybieram ucieczkę. 

– Walka jest ciekawsza. I na dłuższą metę może dać efekty. 
– Może dla ciebie. Pochylił się ku niej. 
– Na litość boską, co on ci zrobił, ten, który zaciągnął cię do Kanady, a potem zniknął?
Zostawił ją samą i bez pieniędzy, w obcym mieście, gdzie mówiono w nieznanym języku, 

w kraju, w którym nie mogła liczyć na bratnią duszę. Miała wtedy dziewiętnaście lat... 

– Mógłbym go zabić – powiedział z dziką wściekłością Craig. – Wystarczy mi wyraz 

twojej twarzy. 

Marya leciutko potrząsnęła ramionami. Przez moment zapragnęła oprzeć policzek na jego 

piersi i wypłakać się w jego ramionach. 

– Przez niego coś we mnie umarło – wyszeptała. – Craig, proszę cię, odejdź i znajdź sobie 

kogoś innego. 

Poczuła, że kręci się jej w głowie i przestraszyła się, że zrobi jej się słabo. Mamrocząc 

słowa przeprosin zerwała się i wybiegła z baru. Wpadła do pierwszej po drodze toalety. Zlana 
potem   popatrzyła   na   swoje   odbicie.   Zastanowiła   się,   przed   kim   ucieka   –   Tonym   czy 
Craigiem. 

Chyba   przed   jednym   i   drugim   –   pomyślała   przygnębiona.   Wspomnienia   związane   z 

Tonym nadal ją dręczyły. A Craig fascynował ją i budził tak różne uczucia... 

Nie  chcę   żadnego   z  nich.  Chcę   tylko   powstrzymać  Kathrin   przed  popełnieniem  tego 

samego błędu co ja i chcę pogodzić się z ojcem. 

Z trudem łapiąc powietrze opłukała twarz zimną wodą i popchnęła ciężkie, drewniane 

drzwi.  Korytarz  był  pusty.  Craig,  jeśli  próbował ją znaleźć,  na  pewno zaczął  od kabiny. 
Skręciła w drugą stronę i zeszła na niższy pokład. Usłyszała dobiegający skądś śpiew. To 
grupa, którą poznała wczoraj. Prom przypływa do Torshavn po południu. Jeszcze przez cztery 
godziny musi trzymać się od Craiga z daleka. 

background image

Po chwili dołączyła do chóru. Poczuła się jak w domu. Te melodie podśpiewywała ciotka 

Grethe, a ojciec pogwizdywał je przy pracy. Kwadrans później pojawił się Craig. Od razu 
przejrzał jej grę. Zaczęła śpiewać głośniej. Nie patrzyła na niego, ale wiedziała, że odszedł. 

Koło   południa   cała   grupa   poszła   razem   do   baru.   Marya   siedziała   nad   kanapkami, 

zatopiona   w   rozmowie   z   dawnymi   znajomymi.   Z   przyjemnością   wróciła   do   ojczystego 
języka. W końcu musiała zwolnić miejsce dla innych pasażerów. Pożegnała się i wyszła na 
pokład.   Chciała   zobaczyć,   jak   z   morza   wynurzy   się   ląd.   Stanęła   na   rufie   i   oparła   się   o 
barierkę. 

Tuż nad linią horyzontu rozpościerała się mgła, szara na tle błękitnego nieba. Tam jest 

mój dom – pomyślała i poczuła, że serce zaczyna jej bić szybciej. 

– Wiedziałem, że prędzej czy później tu przyjdziesz. 
Craig był wyraźnie zły. Odwróciła się do niego, kątem oka zauważając, że na pokładzie 

jest tylko pięć osób i wszyscy patrzą w inną stronę. Odezwała się zimnym tonem. 

– Myślałam, że wyraziłam się jasno. 
– Tak – skrzywił się. – Przyszedłem się pożegnać. Poczuła się osaczona. Stała w rogu 

barierki,   a   Craig   przybliżał   się   do   niej.   Chciała   zaprotestować,   ale   chwycił   ją   mocno   w 
ramiona   i   pochylił   głowę.   Przestraszona   wydała   ciche   westchnienie   i   nagle   poczuła   na 
wargach jego usta. Delikatność pocałunku złagodziła siłę stalowego uścisku. Nie wiedziała, 
co się dzieje. 

Całował ją łagodnie, jakby wiedząc, czego od niego oczekuje. Jeszcze raz bezskutecznie 

próbowała   się   wyzwolić,   napięła   mięśnie,   odpychała   pięściami   jego   ciało.   Przez   sweter 
poczuła   bijące   od   niego   ciepło,   rozluźniła   zaciśnięte   dłonie,   a   jej   palce,   jakby   chcąc   się 
ogrzać,   zaczęły   mimowolnie   przemykać   po   jego   piersi,   dotykały   ramion...   Przycisnął   ją 
jeszcze mocniej. 

Przepełniona   uniesieniem   oddała   mu   pocałunek.   Craig   jakby   tylko   na   to   czekał. 

Przytrzymując ją w talii  całował coraz mocniej, coraz namiętniej. Drżała na całym  ciele, 
wiedziała   już,   że   jej   pragnie,   jeszcze   raz   bezskutecznie   spróbowała   stawiać   opór   i   nagle 
wszystko stało się nieważne, istnieli tylko oni dwoje i tylko to się liczyło... 

Craig rozluźnił uścisk, obsypał jej policzki i zaciśnięte usta drobnymi pocałunkami. 
–   Wybrałem   złe   miejsce   –   wyszeptał   jej   do   ucha.   –   Wyrzucą   nas   stąd,   jeśli   nie 

przestaniemy. 

Głos mu drżał, a pod dłonią czuła szalone bicie jego serca. Wydawało się jej, że przebyła 

ogromną odległość i znów znalazła się w tym samym miejscu. Otworzyła oczy. 

Prom kołysał się na falach, niebo i morze lśniły błękitem, a na horyzoncie nadal ścieliła 

się mgła. Zrobiła krok do tyłu, Craig się nie poruszył. Nie zrobił niczego wbrew mojej woli – 
pomyślała bezradnie. Wiedział, czego się może spodziewać. Wie, że nie mogę mu się oprzeć. 
W jej głosie zabrzmiała rozpacz. 

– Craig, dlaczego to zrobiłeś?
–   Chciałem   cię   tylko   pocałować   i   odejść.   Chciałem,   żebyś   pożałowała,   że   mnie 

odrzucasz,   żebyś   zmieniła   zdanie.   –   Zaśmiał   się   znienacka.   –   I   tylko   jeszcze   bardziej 
zaplątałem się w sieci, które tu zastawiasz, niebezpieczna rudowłosa kobieto. 

background image

– Wcale nie myślałam... nie chciałam... 
– Może nie. Ale w jakiś sposób chcesz mnie. – Popatrzył na nią z mocą. – Słuchaj, moje 

interesy nie zajmą mi dużo czasu, potem będę wolny. Przyjadę do ciebie. Obiecuję, że nie 
będę cię do niczego zmuszać, nawet cię nie pocałuję... Ale przynajmniej dajmy sobie szansę. 

Czuła, jak krew krąży w jej żyłach, nie wiedziała, co się z nią dzieje. Mgła na horyzoncie  

była coraz bliżej. Nagle, bez uprzedzenia, poczuła łzy w oczach. Zawisły na rzęsach, jedna 
spadła na policzek. Uniosła głowę, zbyt dumna, by otrzeć łzę. 

– Nie. Nie. 
– Maryo, jesteś tchórzem. Tchórzem i głupcem. Czy miał rację? Czy może bała się, że 

znów zostanie odrzucona? Popatrzyła w dal. Białoszara mgła na horyzoncie układała się w 
dziwne kształty, tak jakby ukryty za nią ląd wcale nie istniał. 

– Chyba tak nie jest – odrzekła stanowczo. – Żegnaj Craig. 
Gwałtownie zmienił się na twarzy. Była niemal pewna, że w jego oczach dostrzegła błysk 

bólu. Trwało to tylko kilka sekund. Odezwał się oficjalnym tonem, jakby chciał nim pokryć 
wściekłość. 

– Popełniasz błąd i wiesz o tym równie dobrze jak ja. Żyć to znaczy podejmować ryzyko.  

A ty wolisz stchórzyć, wybrać spokój i uznać mnie za takiego samego jak tamten. 

Przestraszyła się. A co, jeśli to on ma rację? A jeśli to, co z taką intensywnością czuła w 

jego ramionach było zapowiedzią szczęścia większego, niż mogła to sobie wyobrazić? Jeżeli 
tak było, to rzeczywiście zachowała się jak głupiec. 

Trzy lata temu tak jak teraz płynęła promem i objęta ramieniem Tony’ego wpatrywała się 

w   spowite   mgłą   wyspy   znikające   za   horyzontem.   Wydawało   się   jej   wtedy,   że   jest 
najszczęśliwszą osobą na świecie. Ryzyko, jakie wtedy podjęła, było najgłupszą rzeczą, jaką 
mogła zrobić. Spróbowała się opanować, nie chciała, by z jej twarzy wyczytał nurtujące ją 
wątpliwości. Odezwała się zimno. 

– Trudno wymagać, żebyś ocenił to inaczej. 
– Rozumiem. – Skinął głową. – Nigdy nie znosiłem pożegnań. Uważaj na siebie, Maryo. 

– Obrócił się, pchnął drzwi do baru i zniknął w środku. 

Opadła na barierkę, mocno zacisnęła dłonie na metalowej poręczy, jakby chcąc obronić 

się przed pokusą, by pobiec za nim i rzucić się w jego ramiona. Jak to się stało, że mężczyzna, 
którego znała zaledwie od wczoraj, doprowadził ją do takiego stanu? Przecież to śmieszne! 
Ale dlaczego te dręczące wątpliwości i obawy sprawiają tyle bólu?

Zapatrzyła się na morze. Biała piana obmywała burty promu, mewy dotykały powierzchni 

fal, słońce odbijało się w wodzie, jego promienie lśniły w mokrych piórach ptaków... Mewy 
kołysały się na falach, czasami z pluskiem nurkowały i znikały pod wodą. Popatrzyła wyżej i 
zobaczyła ląd, wynurzający się z mgły. 

To kraina dobrej nadziei – pomyślała. Ale ona powiedziała Craigowi „nie”, rozwiewając 

tym   samym   wszelkie   nadzieje.   Usłyszał   to   i   już   nie   wróci.   „Żegnaj”   znaczy   dla   niego 
„żegnaj”. 

Poczuła ucisk w gardle. Wiedziała, że gdyby teraz Craig podszedł do niej, rzuciłaby mu 

się na szyję, nie bacząc na konsekwencje. Jednak nie nadszedł i chociaż na pokładzie wciąż 

background image

przybywało pasażerów, Craiga nie było między nimi. 

Wciągnięto biało-czerwono-niebieską flagę Wysp Owczych. Coraz więcej mew krążyło 

nad statkiem. Wpłynęli w mgłę, powietrze stało się chłodne, wilgotne, o słonym posmaku. 
Pod jego wpływem odżyły wspomnienia dzieciństwa, Marya przypomniała sobie piaszczystą 
plażę i nieustający huk fal rozbijających się o skały. Nagle mgła się rozsunęła i przed oczami 
wyrósł stromy urwisty brzeg, zwieńczony błyszczącą zielenią trawy. To wyspa Nolsoy, leżąca 
przed wejściem do portu. 

Otoczone porośniętymi trawą wzgórzami leżało w dole miasteczko Torshavn. Nic się tu 

nie zmieniło. Stąd już tylko podróż autobusem dzieliła ją od domu. Przynajmniej w autobusie 
skryje się przed Craigiem. W duchu modliła się, by nie wpaść na niego w kabinie czy w 
porcie – nie ręczyła za to, co mogłaby zrobić czy powiedzieć. 

Syrena promu odbiła się od wzgórz, echo ją powtórzyło, a krzyk mew zagłuszył wszystko 

inne. Rzucono cumy, ludzie oczekujący w porcie machali na powitanie. Marya zebrała się na 
odwagę i zeszła po torbę. 

Kabina była pusta, bagaż Craiga zniknął. Poprawiła makijaż. Zagryzła usta, oparła czoło 

o kuszetkę. W wyobraźni zobaczyła szare stanowcze oczy i silne ramiona Craiga. 

– Dobrze się pani czuje?
Podniosła głowę. Stał przed nią młody mężczyzna z ciemną brodą. 
– Dziękuję, już dobrze. 
Chwyciła walizkę i wybiegła na korytarz. Pasażerowie zgromadzili się przy trapie, ale 

wśród nich nie było mężczyzny o brązowych spłowiałych włosach i w swetrze, którego wzory 
znała na pamięć. 

Nie mogła znieść myśli, że już więcej go nie zobaczy.  Zeszła po trapie. Nagle serce 

zabiło jej mocniej. Spostrzegła Craiga, jak ładuje swoją torbę do małego białego samochodu. 
Nie oglądając się za siebie usiadł obok kierowcy. Samochód ruszył i włączył się w strumień 
pojazdów wyjeżdżających z portu. 

Poczuła gorzkie rozczarowanie. „Żegnaj” znaczyło dla Craiga „żegnaj”. Więc skąd to 

ukłucie żalu, że nawet się nie obejrzał i po raz ostatni nie spojrzał na kobietę o płomiennych 
włosach?

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY

Trzy godziny później autobus wziął ostatni zakręt. W autobusie nie pozostał nikt oprócz 

niej. U stóp zamglonych gór rozciągała się zatoka, na jej brzegu wyrastały malutkie domy. Po 
chwili   dostrzegła   rzekę   i   usypany   z   kamieni   murek   otaczający   cmentarz,   na   którym 
siedemnaście lat temu pochowano jej matkę. 

Serce jej biło. Jazda autobusem znów obudziła w niej tęsknotę za domem. Poznawała 

każdy, nawet najdrobniejszy szczegół. 

Trawa po prawej stronie zniknęła i jej miejsce zajęło stalowoszare morze. Wioska rosła w 

oczach, mogła już dostrzec kucyka pasącego się na brzegu rzeki i owce na wzgórzach. Po 
chwili autobus zatrzymał się na końcu trasy. 

– Maryo, jesteś w domu! – zawołał kierowca. – I jak ci się podoba?
– Wydaje mi się, że nigdy stąd nie wyjeżdżałam. Czuła, że w jakiś sposób to była prawda. 

Ściągnęła walizkę z półki, uśmiechnęła się na pożegnanie i wysiadła. 

Kościół jaśniał bielą świeżej farby. W ogródku Johana Olsena kwitły ziemniaki. Weszła 

między domy. W oknie pani Rasmussen poruszyła się koronkowa firanka – pewnie zaraz 
wszyscy dowiedzą się o jej powrocie. Stanęła przed domem ojca. Jakże znajome były te 
ściany, białe okna, pokryty darnią dach! Za domem stała mała owczarnia, a jeszcze dalej 
warsztat, w którym Magnus budował łódki, z czego się utrzymywał. Z kamiennego komina 
unosiła się mała smużka dymu. 

Obok był dom ciotki Grethe. Najprościej byłoby wejść najpierw do niej, ale zamiast tego 

poszła do warsztatu. Pchnęła drzwi i od razu owionął ją zapach dzieciństwa – przedziwna 
mieszanina   woni   torfu,   wiórów   drzewnych   i   dymu   tytoniowego.   Magnus   Hansen 
dopasowywał wręgę do dna łodzi. 

– Tato?
Jej głos zabrzmiał słabo jak głos dziecka. Dopiero wtedy Magnus spojrzał na nią. 
– Ach, więc przyjechałaś do domu. 
– Nie wyglądasz na zaskoczonego... 
– Zobaczyłem cię przez okno. 
Ale nawet się nie ruszył, żeby ją powitać. Odezwała się ostrożnie:
– Nie cieszysz się, że mnie widzisz? Odłożył nóż, wyjął fajkę i zaczął ją nabijać. 
– Czy przywiozłaś ze sobą tego wspaniałego męża, po którego pojechałaś do Kanady?
– Przecież ci pisałam, że nie będzie ślubu. 
Oczy jak dawniej miał niebieskie i wojownicze. Odwrócił wzrok. 
– Nie czytałem twoich listów. 
– Ciotka na pewno ci powiedziała. Albo Kathrin. Z kieszeni starej marynarki wyciągnął 

pudełko zapałek, zapalił fajkę i na moment zniknął za chmurą dymu. Wzruszył ramionami. 

– Możliwe. Kobiety lubią gadać. 
Marya powoli policzyła do dziesięciu. Tak łatwo byłoby wrócić do dawnych zwyczajów, 

kiedy każdego dnia toczyli nieustające boje o najmniejszy drobiazg i żadne z nich nie chciało 

background image

uznać racji drugiej strony.  Ale teraz była  starsza i nauczyła  się inaczej  patrzeć na życie. 
Przysiadła na stołku. 

– Trzy lata temu miałeś rację, gdy ostrzegałeś mnie przed Tonym. Miałeś całkowitą rację, 

tylko że ja byłam zbyt zakochana, żeby kogokolwiek słuchać. 

– Magnus chrząknął. – A kiedy mnie porzucił, byłam zbyt dumna, by wrócić do domu. – 

Nie chciała dodawać, że była też zbyt biedna, by mogła sobie na to pozwolić. 

– Więc po co przyjechałaś?
– Nie chcę, żeby Kathrin popełniła ten sam błąd!
– Ona nie jest taka głupia i uparta jak ty. Obudził w niej dawne urazy. 
– Przyznaj się, zawsze ją wolałeś ode mnie. 
– Miałem powody. Mówiłem ci, żebyś nie wierzyła Tony’emu, ale czy mnie posłuchałaś? 

Nie, poleciałaś za nim do Kanady, a teraz wracasz bez męża i bez obrączki, i wystawiasz 
mnie na pośmiewisko ludzkie. 

– Zawsze umiałeś wysoko nosić głowę. 
– Kathrin wyjdzie za niego, to dobry człowiek, ona umiała wybrać. To różnica między 

tobą i nią. 

– Twarz mu  pociemniała.  – Chociaż  dla jednej  i drugiej ktoś z naszych  stron byłby 

wystarczająco dobry. 

Już to kiedyś słyszała. Starała się zachować spokój. 
– Tato, powiedz, że cieszysz się, że mnie widzisz. Nawet nie mrugnął. 
– Mam robotę. Idź do ciotki, jeśli zależy ci na zachwytach. 
Straciła cierpliwość. 
– Jestem twoją córką, a ty nie widziałeś mnie od trzech lat!
– Aha, widzę, że wcale się nie zmieniłaś. 
– Przynajmniej mógłbyś spróbować przywitać się ze mną. 
Podniósł nóż i pochylił się nad łódką. 
– Nie prosiłem, żebyś dała sobie tak zamącić w głowie, by lecieć za tym cudzoziemcem 

na koniec świata. A potem zostać tam, jakbyś zapomniała, gdzie się urodziłaś i że masz ojca, 
który cię wychował. 

Ich wychowanie wzięła na siebie ciotka, ale Magnus zawsze mówił tylko to, co chciał. 

Zawrzało w niej. 

– Jesteś starym, kłótliwym człowiekiem i naprawdę nie wiem, dlaczego cię kocham!
Z siłą wbił nóż w wypolerowane drewno. 
– Idź stąd – warknął. – Idź, zanim popsuję to, co zrobiłem. 
– Więc łódki nadal są dla ciebie ważniejsze od ludzi. Ty się też nie zmieniłeś!
– Idź już!
Chwyciła walizkę i wyszła z warsztatu. Delikatnie zamknęła za sobą drzwi. Sama nie 

wiedziała,  czy ma się śmiać, czy płakać. Magnus zawsze faworyzował  Kathrin, a Marya 
zawsze   z  nim   walczyła,   zawsze  przeciwstawiała  się  jego  surowym   zasadom  i   nie  mogła 
pogodzić  się z jego oschłością. Przyszło  jej  do głowy,  że zapewne dlatego,  iż  nigdy nie 
okazywał jej uczucia, tak łatwo wpadła w ramiona Tony’ego. 

background image

Okrągła ciotka Grethe bez tchu biegła po schodach. Właściwie to nie była ciotka, tylko 

sąsiadka, która po śmierci matki wzięła je pod swoje skrzydła i opiekowała się nimi, kiedy 
Magnus   pracował   w   warsztacie.   Ciotka   nie   wpajała   im   zasad,   zamiast   tego   otoczyła   je 
miłością. Teraz Marya patrzyła na wszystko innymi oczami. W przebłysku intuicji pomyślała, 
że może kiedyś Grethe miała nadzieję, iż Magnus się z nią ożeni. 

Wpadła w jej ciepłe ramiona, poczuła znajomy zapach fiołków. 
– Schudłaś – stwierdziła z wyrzutem ciotka. – A co zrobiłaś z włosami?
– Jak dobrze znów cię widzieć! – wykrzyknęła Marya. – Dostawałam takie cudowne listy 

od ciebie i Kathrin... tylko one wiązały mnie z domem. 

Grethe popatrzyła w stronę warsztatu. 
– Nawet nie chciał tknąć pióra, mimo że Kathrin go błagała. Ale tęsknił za tobą, wiem o 

tym. 

–   Jesteś   niepoprawną   optymistką,   ciociu.   Zawsze   widzisz   ludzi   lepszymi,   niż   są 

naprawdę. 

– Dzięki temu stają się lepsi – odrzekła pogodnie. 
– Chodź, zrobię herbatę i upiekę ciasto na kolację. 
– A gdzie jest Kathrin?
Grethe kiwnęła głową w stronę rzeki. 
– Poszła na spacer ze swoim przyjacielem. Myślę, że będzie niedługo. No chodź już, 

chodź. Nie mogę uwierzyć, że naprawdę wróciłaś, tyle razy wyobrażałam sobie tę chwilę. 

Nowoczesna   kuchnia   Grethe   lśniła   czystością.   Zdobiła   ją   kolekcja   porcelanowych 

zwierzątek i bujnie kwitnące rośliny. 

– Jaki on jest? – zapytała wprost Marya. – Ten przyjaciel Kathrin. 
– Bardzo przystojny. – Grethe przewróciła oczami. 
– Powiedział, że nigdy nie jadł tak pysznej ryby jak u mnie!
Nie warto było jej o nic więcej pytać. W Tonym też widziała tylko pięknego mężczyznę. 
– W ostatnim liście Kathrin pisała, że się zaręczyła. 
– Chce się z nią ożenić. – Grethe wyglądała na zakłopotaną. – Ale wtedy Kathrin będzie 

mieszkać w Kanadzie, tak jak ty. 

Nie ożeni się z nią, ciociu – pomyślała Marya i zdjęła z półki swój ulubiony kubeczek. 
– Napiję się herbaty i pójdę nad rzekę ich poszukać. 
– Kathrin tak się ucieszy! Jak ona się o ciebie martwiła! – Grethe postawiła na blacie 

dzbanek z herbatą. Zachmurzyła się. – Do tej pory nie mogę pojąć, dlaczego Tony się z tobą 
nie ożenił. Przecież cię kochał, to było widać. I tak do siebie pasowaliście. 

– On nie był z tych, którzy się żenią. – Machnęła ręką. – Przystojny, czarujący, bogaty,  

ale nie można mu ufać. – W duchu dodała: to idealnie pasuje do Robba. 

– Może to przez twój charakter. – Ciotka zamyśliła się. – Zawsze mówisz to, co myślisz. 
– Nawet gdybym była tak łagodna jak ty, to i tak by to nie pomogło. 
Grethe nie była przekonana, ale zajęła się herbatą i zaczęła snuć opowieści o sąsiadach i 

wszystkich drobnych wydarzeniach, które zaszły przez ostatnie trzy lata. Marya słuchała jej 
jednym   uchem.   Musi   wziąć   się   w   garść,   wciąż   nie   wie,   jak   skłonić   siostrę,   by   zerwała 

background image

zaręczyny. 

– Pójdę zobaczyć, czy Kathrin nie idzie. – Uścisnęła ciotkę. – Zaraz wracam. 
Minęła domy i wyszła na drogę. Od strony plaży dobiegł ją miarowy plusk fal i ostre 

krzyki czarnych i białych mew. Mgła się podniosła i promienie słońca oświetlały trawę na 
wzgórzach. To dobry znak – pomyślała. Przeszła przez mostek i skręciła na ścieżkę biegnącą 
wzdłuż rzeki. Płytka woda z hukiem rozbijała się o skały, zagłuszała szum morza. Zostawiła 
za sobą porośnięty mchem murek otaczający cmentarz i odszukała grób matki. Podniosła oczy 
i popatrzyła na wzgórza. Nagle zdała sobie sprawę z przejmującej ciszy, jaka tu panowała i 
nieoczekiwanie cała jej misja wydała się zupełnie nieważna. Zrozumiała, że właśnie za tą 
ciszą tęskniła w zgiełku ulic Toronto, o wiele bardziej niż za zielonymi lasami Kanady. Tu, na 
wyspach, nie było lasów, lato było zbyt krótkie i zbyt chłodne, by mogły rosnąć drzewa, a 
spod zielonej trawy wystawały nagie skały. 

Ptaszek przemknął z drugiej strony muru i przysiadł na jego szczycie. Marya podeszła do 

uwiązanego nie opodal kucyka i pogłaskała go po nosie. 

Nagle kucyk gwałtownie odrzucił głowę i odbiegł. Zaskoczona spojrzała przez ramię i 

nagle aż zesztywniała. Dziesięć metrów od niej stał Craig. 

– Jesteś ostatnią osobą, której mógłbym się tu spodziewać. 
Miał na sobie ten sam sweter, wiatr targał mu włosy. Zjawił się w jej rodzinnej wiosce. 

Nie wiedziała, co ma powiedzieć, co ma o tym myśleć. 

Wykrztusiła:
– Skąd się dowiedziałeś, że tu jestem?
– Nie wiedziałem. Choć to zabrzmi dziwnie, nie szukałem cię. 
Nadal   nie   rozumiała.   Spojrzała   w   dal   i   dostrzegła   zaparkowany   przy   drodze   biały 

samochód. 

– Zobaczyłeś mnie z szosy – stwierdziła oskarżycielskim tonem. – Kto ci powiedział, 

gdzie mieszkam?

– Nikt. – Spoważniał. – To znów przeznaczenie. Od Toronto do Tjørnuvík... Nie mogę w 

to uwierzyć. A więc tu mieszkasz?

Oniemiała kiwnęła głową. Nadal nie mogła pojąć, jak to się stało, że ją odnalazł. 
– Maryo, dlaczego wróciłaś do domu? Czy przypadkiem nie dostałaś listu od siostry? Czy 

ona ma na imię Kathrin?

– Tak. Skąd wiesz?
– Robb jest moim bratem. 
Nagle wszystko zaczęło się układać w całość. 
– Napisała do mnie, że się zaręczyła, dlatego przyjechałam. – Marya ciągle jeszcze nie 

mogła dojść do siebie. – Wiedziałam tylko, że na imię ma Robb... czyli nasza wspólna podróż 
od Toronto do Tjørnuvík to nie zbieg okoliczności... 

– Chociaż to dalej może być przeznaczenie. – Podszedł do niej bliżej i utkwił w niej 

wzrok. – Więc przyjechałaś na jej wesele, tak?

Była zbyt zła, by zachować się taktownie. 
– Nie, oczywiście że nie! – wykrzyknęła. – Przyjechałam, żeby temu zapobiec. 

background image

– Maryo, przestań –  uciął.  –  Robb  może jest młody i głupi, ale z niego jest cholernie 

dobra partia. Twoja siostrzyczka mogłaby gorzej trafić. Poczuła skurcz żołądka, coś do niej 
dotarło. 

– Robb jest bogaty – wyszeptała i instynktownie cofnęła się przed nim. – Czy to znaczy,  

że ty też?

– Mój ojciec jest właścicielem Northwest Forestry. To dla ciebie niespodzianka?
Nagle zniknął obraz Craiga przemierzającego w ciężkich butach i kurtce drwala leśne 

ostępy, zamiast tego zobaczyła go w eleganckim garniturze, urzędującego za biurkiem. Syn 
właściciela. Bogacz. 

W pierwszych tygodniach pracy w La Roulade Marya często przyciągała uwagę klientów. 

Była   piękna   i   czuła   się   niepewnie.   Gdy   poskarżyła   się   kierownictwu,   usłyszała,   że   pod 
żadnym pozorem nie może być nieuprzejma dla bogatych gości, z których żyła restauracja. 

Pieniądze to władza, zrozumiała to bardzo szybko. Krążąc między stolikami słyszała, jak 

budowano i niszczono fortuny i ludzi. Wiedziała, którzy z tych mężczyzn oszukują żony, a w 
eleganckich  kobietach  potrafiła  rozpoznać  luksusowe prostytutki.  W końcu, po czternastu 
miesiącach   pracy,   cały   żal   i   złość   na   Tony’ego   przeniosła   na   tych   bogatych,   którzy 
przychodzili do restauracji. Przestała zauważać, że nie wszyscy z nich są tacy, według niej 
wszyscy byli  tacy sami  – nie liczyli  się z niczym,  a kobiety zmieniali  równie łatwo jak 
kosztowne buty od Gucciego. 

Teraz Craig okazał się jednym z nich. 
– Masz rację, to dla mnie  nowość. Czy sądzisz, że spędziłabym  z tobą choć chwilę, 

gdybym o tym wiedziała?

Spojrzał na nią spod oka. 
– Tak. Prawdę mówiąc, tak. 
– Więc  się mylisz!  Tony był  bogaty.  Przystojny bogaty brunet  – ten opis pasuje do 

twojego brata. 

tak? Czy uważasz, że będę się przyglądać i pozwolę na to, by moja siostra wpadła... 
Przerwało   jej   przenikliwe   rżenie   kucyka.   Odwróciła   się   i   zobaczyła   pędzącą   w   jej 

kierunku Kathrin. Biegła przez trawę wymachując rękami, a jej złote loki tańczyły wokół 
głowy. 

– Maryo, czy to naprawdę ty? Och, wróciłaś do domu!
Kathrin rzuciła się na siostrę, łzy pociekły jej po policzkach. 
– Dlaczego nas nie zawiadomiłaś, że przyjeżdżasz? Tak się cieszę, że cię widzę, tak mi 

ciebie brakowało... 

Śmiała   się   i   płakała   jednocześnie.   Z   całej   siły   uścisnęła   Maryę   i   szybko   otarła   łzy 

wierzchem dłoni. 

– Nie podoba mi się to, co zrobiłaś z włosami. 
– Jeśli jeszcze raz ktoś coś powie na temat moich włosów, zetnę je – ostrzegła Marya. 

Nagle oczy wypełniły się jej łzami, a głos zaczął łamać. – Kathrin, ja też za tobą tęskniłam, 
nawet nie wiesz, jak bardzo. 

– Nie powinnaś zostawać tam tak długo. Musiałam dorastać sama, bez ciebie. – Nagle jej 

background image

twarz rozjaśnił uśmiech jak słońce przeświecające przez mgiełkę. 

– A teraz zgadnij, co się stało! Zakochałam się! Marya zesztywniała. Uśmiech zgasł na jej 

twarzy. 

– Wiem, dostałam twój list. 
Wiele razy wyobrażała sobie tę scenę, ale nie przypuszczała, że Craig będzie przy tym. 

Kathrin   z   promiennym   uśmiechem   odwróciła   się   w   stronę   nadchodzącego   mężczyzny, 
błękitna spódniczka zawirowała wokół jej nóg, zafalowały złote loki. 

– Robb! Moja siostra przyjechała! – wykrzyknęła. 
– Jak to cudownie! Nie musimy czekać aż do Kanady, żebyś ją poznał!
Złapała go za rękaw ciemnoniebieskiej marynarki. Robb objął wzrokiem sylwetkę brata. 

Jego oczy o niemal takim samym kolorze jak marynarka były pełne skupienia. Ma się na 
baczności – pomyślała Marya. 

Robb   Huntingdon   rzeczywiście   był   przystojny.   Czarnowłosy,   o   rysach   bardziej 

regularnych   niż   brata,   poruszał   się   sprężyście,   bez   charakterystycznego   dla   Craiga   nieco 
nonszalanckiego luzu. Kathrin roześmiała się, oparła głowę na jego ramieniu. Błękitne oczy i 
bijąca z niej radość i ożywienie tworzyły ujmujący kontrast z jego stanowczością i rezerwą. 
Marya  uświadomiła  sobie, że Robb jest dużo bardziej  niebezpieczny niż Tony.  Tony był 
otwarty, wystarczyło na niego spojrzeć, by wiedzieć, co myśli. Grzecznie uśmiechający się do 
niej Robb stanowił zagadkę. 

– Robb, to Marya. – Zaszczebiotała uszczęśliwiona Kathrin. – Maryo, to jest Robb. 
Marya nie wyciągnęła ręki. Przywitała go chłodno. 
– Cześć, Robb. Uprzejmie skinął głową. 
– Kathrin dużo mi o tobie opowiadała. – Przeniósł wzrok na stojącego obok niej Craiga. – 

Wygląda na to, że to rodzinne spotkanie – dodał sucho. – Kathrin, to mój brat Craig. Craig – 
jego miły głos nabrał twardych tonów – to moja narzeczona, Kathrin Hansen. 

Kathrin zaśmiała się. 
– Jeszcze nie zdążyłam się z tym oswoić. Jak się masz, Craig. Miło mi cię poznać. 
Robb zwrócił się do brata. 
– Mam nadzieję, że już zdążyliście się poznać z Maryą?
– Tak. 
– To naprawdę niesamowite.  – Kathrin  z niedowierzaniem  pokręciła  głową. – Oboje 

przyjechaliście tu w tym samym czasie. 

– Pisałem do Craiga o zaręczynach. 
–   A   ja   napisałam   do   Maryi!   –   Kathrin   przyglądała   się   im   promiennymi   oczami.   – 

Przyjechaliście złożyć nam gratulacje – to cudowne!

– Nie, ja nie. Craig dodał:
– Niezupełnie. 
Marya  utkwiła  wzrok w Craigu.  Teraz był  dla niej tylko  jeszcze jednym  z bogatych 

mężczyzn, których spotykała w restauracji i w klubie. Nie siliła się na delikatność. Odwróciła 
się do siostry. 

– Kathrin, czy ty tego nie widzisz? Robisz dokładnie to co ja trzy lata temu, popełniasz 

background image

ten sam błąd. Robb nie ożeni się z tobą! Zabierze cię do Kanady i gdy już weźmie cię do 
łóżka... 

Urwała, widząc rumieniec na policzkach siostry.  Rzuciła  ostre spojrzenie na Robba i 

parsknęła:

– Porzuci cię. Po co miałby się żenić, jeśli dostanie to, co chce, bez ślubu. Tacy jak on nie 

myślą o małżeństwie. Biorą, co chcą i znikają. 

Kathrin pobladła. Osłupiała wpatrywała się w siostrę. 
– Maryo, co ty mówisz? – wyszeptała. – Czy ty zwariowałaś?
– To ty zwariowałaś. On nawet wygląda jak Tony!
– On jest zupełnie inny,  pisałam ci w liście. Robb jest solidny i można mu ufać – i 

pobierzemy się. Przecież się kochamy. Dlaczego mielibyśmy nie wziąć ślubu?

Craig odezwał się spokojnie:
– Podam ci dobry powód... Robb zacisnął pięści. 
– Nie wtrącaj się, Craig. 
–   Robb,   dobrze   wiesz,   że   nie   przyjechałem   tu,   żeby   ci   gratulować.   Nie   dostaniesz 

pieniędzy   po   matce,   dopóki   nie   skończysz   dwudziestu   pięciu   lat,   a   i   potem   potrafię   je 
zablokować. A za biednego Kathrin nie wyjdzie tak chętnie. 

Marya aż zaniemówiła. Zapadła śmiertelna cisza. Przerwała ją Kathrin. Wyprostowała się 

z godnością, zaskakującą przy jej porywczości. 

– Oboje się mylicie. Robb chce się ze mną ożenić, a mnie nie obchodzą jego pieniądze. – 

Z zamarłą twarzą przeniosła spojrzenie z Maryi na Craiga, znów spojrzała na siostrę. – Chyba 
potrafię zrozumieć, skąd się bierze twoja gorycz, Maryo, choć nie jest mi łatwo ci wybaczyć... 
a co do ciebie, Craig, to dziwię się, że brat Robba może być taki małostkowy. 

Marya była jak ogłuszona. W oczach siostry dostrzegła skrywaną pogardę, poczuła się 

okropnie. Craig pozostał niewzruszony. W jego głosie usłyszała szyderstwo. 

– Milion dolarów to nie jest mało. Robb wycedził:
– Nie mówiłem jej, o jakie pieniądze chodzi. Odpowiedział z ironią:
– Oczywiście. 
Robb postąpił krok do przodu. Kathrin chwyciła go za rękaw. Łzy zalśniły w jej oczach. 
– Robb, proszę cię, chodźmy stąd – błagała. – Oni chcą zniszczyć to, co nas łączy, chcą, 

żebyśmy stali się jak oni podejrzliwi i nieufni. Robb, proszę cię. 

Przez chwilę Marya sądziła, że Robb jej nie usłucha, ale widząc łzy Kathrin powiedział 

tylko:

– Masz rację, chodźmy. 
Objął ją ramieniem i poprowadził ostrożnie, omijając Maryę i Craiga. 
– Robb, jeszcze nie skończyłem – stwierdził spokojnie Craig. – Zobaczymy się później w 

hotelu. 

– Nieźle narozrabiałeś jak na jeden dzień – odpalił Robb. – Jeśli o mnie chodzi, to przez 

najbliższy tydzień mogę cię nie oglądać. 

Kathrin pociągnęła go za ramię, odwrócił się i odeszli. 
Marya patrzyła za nimi. Czuła ucisk w żołądku. Myślała tylko o tym, co zrobiła. Zmąciła 

background image

szczęście   siostry,   zamiast   promiennego   uśmiechu   w   jej   oczach   pojawiła   się   pogarda   i 
przerażenie.   Musiała   tak   postąpić.   Lepiej,   żeby   Kathrin   była   nieszczęśliwa   teraz,   w 
rodzinnym domu, niż w odległym kraju, sama i bezbronna. 

Jej umysł starał się znaleźć racje, ale w głębi duszy czuła, że nigdy nie będzie mogła o 

tym zapomnieć. I siostra też jej tego na pewno nie wybaczy. Pod wpływem nagłego impulsu 
zrobiła   krok   naprzód,   jakby   chcąc   dogonić   Kathrin.   Po   chwili   zatrzymała   się 
niezdecydowana. 

– O czym myślisz?
Stał, trzymając ręce w kieszeniach i przyglądał się bardziej jej niż oddalającej się parze. 

Nawet jeśli coś odczuwał, to nie dawał tego po sobie poznać. 

– Moje myśli nie są wiele warte – odpowiedziała cicho. – Nienawidzę sama siebie za to, 

co właśnie zrobiłam. 

– Musiałaś tak postąpić. Poczuła wzbierającą złość. 
– Może tak. Ale oni są istotami ludzkimi, a nie kamieniami na plaży. Czy ty naprawdę nie 

potrafisz okazać nawet odrobiny jakiegoś uczucia?

Nie spuszczał oczu z jej twarzy. 
– Nie lubię kobiet, które uganiają się za mężczyzną dla pieniędzy. 
– Kathrin ani trochę nie obchodzą jego pieniądze!
– Więc jest głupia. Pieniądze wszystko zmieniają. 
– Sądzisz, że o tym nie wiem?
– Ty pewnie masz pieniądze od Tony’ego. 
– Oczywiście. – Zawrzała w niej wściekłość. – Zapłacił za mój bilet do Kanady, bilet w 

jedną stronę, pokój w hotelu zastawił kwiatami, a dwa tygodnie później zniknął nie płacąc 
rachunku. 

– Jakimi kwiatami? Czy to były białe róże?
– Nic nie ujdzie twojej uwagi, co?
Twarz mu złagodniała, jakby ze współczucia. 
– Białe róże, bo byłaś dziewicą. Ścisnęło ją w gardle. 
– Przestań się nade mną użalać – ucięła. – Czy teraz rozumiesz, dlaczego nie pozwolę 

Kathrin popełnić tego samego błędu?

– Robb jest młody i naiwny, ale jest odpowiedzialny i płaci swoje rachunki. 
– Wszyscy bogaci są tacy sami. Życie jest dla nich tylko grą, a ludzie pionkami, którymi 

kierują według swoich zachcianek. 

– Maryo, nie wszyscy są tacy. 
– Mam dość powodów, by tak sądzić. 
– Nie możesz twierdzić, że Robb jest nic niewart tylko dlatego, że jest bogaty!
– A ty nie możesz twierdzić, że Kathrin leci na jego pieniądze tylko dlatego, że jest 

kobietą! Wracam do domu. – Głos jej drżał. – Muszę porozmawiać z Kathrin. 

– Chyba dać jej swoje błogosławieństwo. 
– Nie!
Chwycił ją za ramiona, jego twarz znalazła się tuż przy jej twarzy. 

background image

– Zdajesz sobie sprawę, że jeśli dojdzie do tego ślubu, to zostanę twoim szwagrem?
Poczuła nagły strach. Będą związani na zawsze, nie pozbędzie się go. 
– Nie dojdzie do ślubu. 
Przyciągnął ją mocniej. Wiedziała, co zamierza. 
– Craig, jeśli mnie pocałujesz, przysięgam, że zacznę płakać – powiedziała szczerze. Głos 

się jej rwał. – Nieczęsto płaczę, ale gdy to się już zdarzy, to strzeż się!

– Stawiam milion dolarów, że pocałunek byłby dobrym zagraniem. 
Wściekłość zamigotała w jej oczach. 
–   Z   tym   już   koniec!   Zabieraj   swojego   brata   do   Vancouver,   tam   na   dźwięk   nazwy 

Northwest Forestry wszyscy będą przed wami padać na kolana, a kobiety będą uległe. Im 
szybciej stąd znikniecie, tym lepiej!

Zaczęła przedzierać się przez trawę w stronę mostu. Tuż za sobą usłyszała mruczenie 

Craiga. 

– Masz ostry języczek, Maryo. Przyśpieszyła. 
– Odejdź ode mnie!
– Nie domyśliłem  się, że jesteś siostrą Kathrin. Robb nie podał mi  jej nazwiska ani 

miejsca zamieszkania. Jej sytuację finansową sam sobie wyobraziłem. 

Zwolniła. Ogarnęła wzrokiem ogrodzone pastwiska, niewielkie ogródki i małe, otoczone 

wzgórzami domki. Patrzyła tak, jak mógłby patrzeć przybysz z daleka. 

–   Powiem   ci   coś,   Craig.   Musiałam   drogo   zapłacić   w   tym   twoim   Toronto,   żeby   to 

zrozumieć. To tutaj ludzie są bogaci! Bogaci w sposób, którego nigdy nie pojmiesz! Mają 
swoje   miejsce   na   ziemi,   swoją   pracę   i   swoje   tradycje,   w   których   wyrośli,   ł   przestań 
wymachiwać mi przed nosem tymi swoimi dolarami, ani ja ich nie potrzebuję, ani Kathrin!

Odburknął:
– Nie wierzę ci. 
Nie oczekiwała innej odpowiedzi. Z oddali dobiegł ją szum rzeki. Powiedziała cicho, 

bardziej do siebie niż do niego. 

– Jakie to dziwne... musiałam tu wrócić, żeby to zrozumieć. I pomyśleć, że gdy miałam 

kilkanaście lat, marzyłam tylko o tym, żeby się stąd wyrwać. 

– A teraz zostaniesz tu? – zapytał cierpko. – Do końca życia? To bezpieczne miejsce, 

Maryo. 

Craig, Kathrin, Robb, Magnus, Grethe – ich twarze zawirowały jej przed oczami. Każde z 

nich oczekiwało od niej czegoś innego. A ona sama nie wiedziała, czego chce. 

Przede   wszystkim   muszę   się   uwolnić   od   tego   mężczyzny   o   stalowym   spojrzeniu   – 

pomyślała z rozpaczą. 

– Muszę już iść. Muszę znaleźć Kathrin i przemówić jej do rozsądku. 
Nie próbował jej zatrzymać. 
–   Jestem   pewien,   że   wkrótce   się   spotkamy   –   powiedział   z   ironią.   –   Gdybyś   mnie 

potrzebowała, to mieszkam w hotelu w Eidi. 

W hotelu w Eidi, gdzie latem pracowała jako kelnerka, poznała Tony’ego. Z cichym 

okrzykiem odwróciła się na pięcie i pobiegła w stronę osady. 

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY

Ciotka Grethe miała ręce zanurzone w cieście, gdy Marya wpadła do kuchni. 
– Była tutaj Kathrin?
– Tak, przybiegła tu, powiedziała, żeby nie czekać na nich z kolacją i zaraz wyleciała. 

Płakała. – Ciotka głośno i z dezaprobatą wciągnęła nosem powietrze. 

– Pokłóciłyśmy się z Kathrin. 
– Zanim zdecydowałaś, że ten jej Robb jest nic niewart, powinnaś go przynajmniej nieco 

poznać. 

– Z tego przecież nic nie wyjdzie! On mieszka za daleko!
– Twoja matka i ojciec pochodzili z jednej osady, a ich małżeństwo było tak burzliwe jak 

pogoda w grudniu. 

Marya na chwilę zapomniała o Kathrin. Zaciekawiła się. 
– Co masz na myśli?
–   Nie   przejmuj   się   tym,   co   powiedziałam.   –   Ciotka   wyjęła   ziemniaki   z   torby   pod 

zlewozmywakiem i zaczęła je obierać. – Wróciłaś tu zgorzkniała i naładowana złością. Nie 
tak powinien wyglądać powrót do domu. Siostra przeciwko siostrze... 

Marya   nie   odpowiedziała.   Kolację   zjedli   w   milczeniu,   w   atmosferze   napiętej   od   nie 

zadanych  pytań. Po kolacji Marya  poszła nad rzekę. Usiadła na skale i zapatrzyła  się na 
wysoki poszarpany brzeg i plażę u stóp urwiska. Na południu zatokę zamykały dwie ostre 
skały, zwane Wiedźma i Olbrzym. Nie mogła otrząsnąć się z przygnębienia. Przecież musiała 
tak postąpić. Przemierzyła tysiące mil, by uchronić siostrę przed kolejnym Tonym, musiało 
dojść do tej rozmowy. 

Dopiero teraz w samotności uświadomiła sobie jeszcze coś innego – Craig pochodzi z 

tego   samego   kręgu,   co   goście   La   Roulade.   To,   co   brała   za   siłę,   było   w   gruncie   rzeczy 
bezwzględnością, a pewność siebie świadczyła tylko o wrodzonej arogancji człowieka, który 
nigdy nie musiał się martwić o pieniądze i pozycję społeczną. Ani o kobiety. Zresztą wcale 
się   z   tym   nie   krył.   A   ona   zaintrygowała   go   tylko   dlatego,   że   zapłaciła   swoją   część   za 
taksówkę i odmówiła podania adresu. 

Pochyliła się do przodu i zanurzyła dłonie w trawie. Dotykała różowych i czerwonych 

płatków   storczyków.   Nie   dostrzegała   piękna   kwiatów.   Namiętność,   która   spalała   ją   w 
ramionach Craiga i przyjemność przebywania w jego towarzystwie bezlitośnie świadczyły o 
jej naiwności. Czy to znaczy, że przez te trzy lata niczego się nie nauczyła?

Przestraszyła   się,   gdy   rano   wyszło   na   jaw,   że   Kathrin   nie   wróciła   na   noc.   Może 

postanowili   uciec,   pojechali   do   Vagar   i   stamtąd   odlecieli   do   Europy?   Dopiero   Grethe 
wyjaśniła jej, że Kathrin nocowała u niej, a rano poszła do pracy. 

–   Pracuje   na   campingu   młodzieżowym,   pewnie   nie   wiedziałaś.   –   Parsknęła.   –   Takie 

rzeczy cię nie obchodzą. 

Marya wyszła na dwór, zamieniła kilka słów z sąsiadami i poszła na długi spacer. Po 

powrocie aż do wieczora razem z ciotką robiły przetwory na zimę. Ojciec był  jeszcze w 
warsztacie. Położyła się do łóżka i spróbowała czytać. 

background image

Ciotka nie pochwalała tego, co zrobiła. Ojca wcale nie obchodziło, czy Marya jest w 

domu, czy nie. 

Kathrin unikała jej. A na dodatek okazało się, że Craig jest taki sam jak Tony. 
Craig...   przypomniała   sobie   jego   ruchy,   pełne   niewymuszonego   wdzięku,   to 

nieprawdopodobne uczucie, gdy przyciągał ją do siebie, jego pocałunki i żarliwy odzew jej 
ciała. Co to wszystko znaczy? Jest dla niej nikim, nikim. A nawet gorzej niż nikim, bo jest 
bogaty, a takich przecież nienawidzi. 

Znów poczuła gwałtowne ukłucie stale przyczajonego w niej strachu. Możliwe, że już 

wyjechał razem z Robbem do Kanady. Z jego punktu widzenia to byłoby rozsądne. 

Ręce jej drżały, popatrzyła na nie bezmyślnie. Najlepiej by było, gdyby wyjechał bez 

pożegnania. Więc skąd ta przemożna pokusa, by wynająć samochód i sprawdzić w hotelu, czy 
już wyjechali?

Odrzuciła   książkę   i   zaczęła   się   przechadzać   po   pokoju.   Po   chwili   zeszła   na   dół, 

wyczyściła   zlewozmywak   i   stary,   brzuchaty   piec.   Craig   powiedział,   że   jest   piękna.   Czy 
naprawdę   tak   myślał?   Czy   mógł   wyjechać   bez   pożegnania?   Jako   jedyny   ślad   po   sobie 
zostawić tylko nazwę firmy istniejącej tysiące mil stąd?

Nagle przed domem zatrzymał  się samochód, trzasnęły drzwiczki. Usłyszała kroki na 

schodach. Kurczowo ścisnęła w ręku ścierkę, serce zaczęło jej mocno bić. 

Na progu stanęła Kathrin. Jej twarz rozjaśniał miękki, promienny uśmiech, jakiego Marya 

nigdy wcześniej nie znała. Kathrin dostrzegła zdziwione spojrzenie siostry i jej uśmiech zgasł. 
Odezwała się nieprzyjaźnie. 

– Cześć. 
Marya odrzuciła ścierkę. Była blada, to zwróciło uwagę Kathrin. 
– Co się stało?
– Myślałam, że to Craig. 
– Jest teraz w hotelu – odrzekła z goryczą Kathrin. 
– Próbuje dopaść Robba i przekonać go, że lecę tylko na jego pieniądze. 
Marya podniosła ścierkę i złożyła ją starannie. 
– To nieprawda, wiem, że tak nie jest. 
– To mu to powiedz. 
– Mówiłam. 
– Widocznie nie słuchał. Naprawdę nie wiem, o co wam chodzi! A zwłaszcza tobie!
– Chcę tylko twojego dobra!
– A ja chcę Robba!
– Kathrin, ja też myślałam, że chcę Tony’ego – i zobacz, co z tego wynikło. Kathrin 

potrząsnęła złotymi lokami. 

– Widzę tylko, co się z tobą stało przez te trzy lata. Jesteś przepełniona goryczą i do 

żadnego mężczyzny nie masz za grosz zaufania, zwłaszcza jeśli ma pieniądze i jest brunetem. 

Marya popatrzyła jej prosto w oczy. Żadna siła nie była w stanie jej powstrzymać, słowa 

same cisnęły się na usta. 

– Posłuchaj mnie przez chwilę! Kathrin, nigdy nikomu nie mówiłam, jak to było trzy lata 

background image

temu. Sama wiesz, jak surowo zostałyśmy wychowane, mowy nie było, żebym zgodziła się 
pójść z kimś do łóżka bez ślubu. Więc Tony obiecał, że się ze mną ożeni i zwabił mnie do 
Kanady.  Zgadzał się na wszystko  – przyrzekał ślub kościelny z tuzinem druhen, miesiąc 
miodowy   na   Wyspach   Bahama,   nowe   stroje   i   wielkomiejskie   rozrywki,   wszystko, 
czegokolwiek bym zapragnęła. Uwierzyłam mu. Pamiętaj, miałam wtedy dziewiętnaście lat, 
tyle co ty teraz, i marzyłam tylko o tym, żeby się stąd wyrwać. W Toronto wynajął pokój w 
luksusowym hotelu, zastawił go bukietami kwiatów i tam mnie uwiódł. 

Popatrzyła za okno i ciągnęła dalej, głosem pozbawionym jakichkolwiek uczuć. 
–   Ojciec   został   daleko,   ja   byłam   zakochana,   więc   przystałam   na   to.   –   Wzruszyła 

ramionami. – Mieszkaliśmy w tym hotelu prawie dwa tygodnie i powoli zaczęłam poznawać 
prawdziwego Tony’ego. Egoista, stale goniący za nowymi podnietami; ani przez moment nie 
mógł usiedzieć spokojnie; ciągle potrzebował towarzystwa. Ja chciałam iść na spacer, ale on 
myślał   tylko   o   tym,   by   widziano   go   we   wszystkich   znanych   nocnych   klubach.   –   Znów 
wzruszyła ramionami. – Bardzo szybko dał mi do zrozumienia, że inne kobiety nie przestały 
go interesować, a ponieważ w tej dziedzinie ja go rozczarowałam, przestałam się łudzić, że na 
serio mówił o ślubie. – Z napięciem popatrzyła na siostrę. – Dopiero wtedy odkrył swoją 
prawdziwą twarz. Kathrin, on nigdy nie zamierzał się ze mną ożenić, a kiedy już mnie zdobył, 
wyrzucił mnie ze swojego życia jak parę starych butów. 

Kathrin szybko przebiegła przez pokój i objęła ją mocno. 
– Maryo, to musiało być dla ciebie straszne! Dlaczego nie wróciłaś do domu?
– Nie miałam pieniędzy i byłam zbyt dumna, żeby zwrócić się do ciebie, i zbyt zawzięta, 

żeby prosić ojca. 

– I zamiast tego wysyłałaś do nas te liściki, w których zapewniałaś, że wszystko układa 

się cudownie!

– Kathrin, błagam cię, nie zrób tego samego błędu co ja!
– Słuchaj, teraz łatwiej mi zrozumieć, dlaczego wczoraj tak się zachowałaś. Ale Maryo, 

musisz  wyzwolić  się  z  przeszłości,  dla  twojego i  mojego  dobra.  Robb  to  nie  Tony.  Jest 
wierny,   szczery   i   dobry,   i   nie   zmieni   się,   nawet   gdybyśmy   się   znaleźli   na   biegunie 
północnym. 

– Ale on... 
–   Craig   zagroził,   że   Robb   nie   dostanie   pieniędzy,   ale   to   wcale   nie   zmieniło   jego 

postanowienia. Mojego również. 

– Zobaczysz, jeszcze tego pożałujesz!
– Przenocuję u Grethe – powiedziała Kathrin z rezygnacją. – Maryo, nie cieszę się, że 

wróciłaś.   Nie   dałaś   mu   żadnej   szansy.   –   Zacisnęła   usta   i   wyszła,   trzaskając   z   całej   siły 
drzwiami. 

Marya powlokła się na górę. Sen długo nie przychodził. 

Po przebudzeniu była zmęczona i wyczerpana. Zeszła na dół, postanowiła wziąć kąpiel. 

Wygodniej byłoby to zrobić u Grethe – tutaj musiała najpierw nagrzać sobie wody na piecu, 
ale nie chciała od rana patrzeć na pełną dezaprobaty minę ciotki. Po kąpieli poczuła się dużo 

background image

lepiej.  Wytarła  włosy ręcznikiem  i przelotnie  spojrzała  na swoje odbicie  w lustrze  – jak 
zwykle, gdy były mokre, jej włosy skręciły się w burzę splątanych loków. Nagle poprzez 
bulgotanie spływającej wody usłyszała pukanie do drzwi. 

To z pewnością Robb. Szybko zarzuciła na siebie szarą, podobną do habitu podomkę, 

którą   Kathrin  uszyła   jej   na  Gwiazdkę.   Nie  wiedziała,  co   ma  mu   powiedzieć,   nic   jej  nie 
przychodziło do głowy. Boso pobiegła do drzwi. 

Światło   ją   oślepiło,   mokre   włosy   zapłonęły,   a   promienie   słońca   prześwietliły   cienką 

tkaninę, pod którą całkiem wyraźnie zarysowało się jej ciało. 

Craig powiedział tylko:
– O, Boże!
Zaskoczona cofnęła się i szybko zamknęła drzwi. Jednak Craig był szybszy – wsunął 

nogę w szczelinę, z całej siły je pchnął i z impetem wpadł do środka. Zatrzasnął drzwi i oparł 
się plecami o grubo ciosane deski. 

Marya   poczerwieniała  ze   złości.  Cienka  bawełna  oblepiała   jej   mokre  ciało,  wyraźnie 

podkreślała piersi i biodra. 

– Chyba widziałeś za dużo filmów o Rambo. 
– Maryo – powiedział ochrypłym głosem. – Maryo, jesteś taka piękna. 
Mogła uciec przed nim do łazienki i zaryglować drzwi, ale duma nie pozwoliła jej na to. 

W milczeniu uniosła głowę i popatrzyła na Craiga. 

Miał   na   sobie   beżowe,   sportowe   spodnie   i   luźną,   rozpiętą   pod   szyją   koszulę   z 

podwiniętymi rękawami. Zadrżała pod jego spojrzeniem, piersi zarysowały się mocniej pod 
cienkim materiałem. Zarumieniła się jeszcze bardziej. 

– Nawet nie muszę cię dotykać, co?
Nie mylił się, ale była wściekła na niego, że to powiedział. Poczuła się zdradzona przez 

własne ciało. Nie odzywając się ani słowem uniosła głowę jeszcze wyżej. 

Postąpił krok ku niej. Nie ruszyła się z miejsca, tylko oddychała coraz szybciej. Craig 

mówił ze szczerością, która ją oszołomiła. 

– Maryo, odkąd się poznaliśmy, ani na chwilę nie przestajemy ze sobą walczyć. Oboje 

zupełnie   inaczej   patrzymy   na   sprawę   twojej   siostry.   Ale   coś   ci   powiem.   Jeszcze   żadnej 
kobiety nie pragnąłem tak bardzo jak ciebie. Nigdy dotąd. Jesteś najpiękniejszą istotą, jaką 
kiedykolwiek spotkałem. 

Zachmurzyła się. 
– Ależ, wierzę ci. 
– Jak to? Nawet nie próbujesz się spierać? Przypomniała sobie, do czego doprowadziły 

kłótnie z siostrą. 

– Chyba czas, żebym przestała się kłócić. Od trzech czy czterech dni mam z tego powodu 

tylko same kłopoty. 

Zrobił następny krok do przodu. Z napiętymi nerwami czekała na jego kolejny ruch i 

nagle ze zdziwieniem uświadomiła sobie, że w jakimś stopniu mu ufa. Jest z nią szczery, nie 
próbuje jej oszukać, nazywa rzeczy po imieniu, nie ukrywa, że pożąda jej ciała. By ją zdobyć, 
nie sięga po kłamliwe zapewnienia o miłości i nie łudzi fałszywymi obietnicami małżeństwa. 

background image

Mówi jedynie, że jej pragnie. 

Stał   tuż   obok   niej.   Wyciągnął   rękę   i   delikatnie   musnął   jej   włosy,   płomienne   pasma 

przesypywały mu się przez palce. Zanurzył obie ręce w splątane gęste loki, ostrożnie, jak 
cenny dar, uniósł je wyżej, jakby ważąc w dłoniach. 

– Kiedy będziesz ze mną, zostaw je tak jak teraz, proszę... Rozpuszczone, swobodne, 

targane wiatrem... 

Dwa dni temu na wzgórzach zdecydowała, że już nigdy więcej go nie zobaczy. Jak łatwo 

było to postanowić, gdy był od niej daleko!

– Nie ma powodu, żebyśmy jeszcze kiedyś mieli być razem – stwierdziła stanowczo. – 

Nigdy więcej. 

–   Ależ   będziemy,   nie   maco   zaprzeczać...   Maryo,   proszę...   Gdy   rozpuścisz   włosy, 

odrzucisz od siebie wspomnienia tych lat w Toronto i znów będziesz sobą, taką, jaką jesteś 
naprawdę. 

– Jaka będę, to nie twoja sprawa. 
– Oboje zasługujemy na coś lepszego. 
–   Zasługujemy.   –   Zniecierpliwiła   się.   –   Jestem   pewna,   że   mój   ojciec   od   razu   by 

powiedział, że na wszystko, co mnie spotkało, sama sobie zasłużyłam. 

–   A   Robb,   bez   wątpienia,   stwierdziłby,   że   ja   zasłużyłem   na   kogoś   tak   upartego   i 

zawziętego jak ty. – Niespodziewanie uśmiechnął się do niej tak, że aż zaparło jej dech. – 
Zostawmy to na razie. Coś ci powiem – naprawdę nie wiem, czym sobie na to zasłużyłem, ale 
jesteś dla mnie najbardziej niespodziewanym, cudownym podarunkiem losu. 

Stała   nieruchomo,   jeszcze   oszołomiona   jego   uśmiechem.   Zostawił   jej   włosy,   położył 

dłonie na jej ramionach i pochylił się, chcąc ją pocałować. Wiedziała co zamierza, ale nie 
mogła nic zrobić, by mu przeszkodzić. Musnął ją ustami delikatnie, jakby się bał. Całował ją 
długo, niespiesznie, poczuła, jak krew burzy jej się w żyłach, a dotyk szorstkiej bawełny 
drażni nagie ciało. Zwolnił uścisk, oczy mu płonęły. Nie spuszczając z niej wzroku położył 
dłoń na jej falującej piersi. Powiedział ochryple:

– Czuję, jak ci serce bije. 
Ciepło jego rąk napełniało ją omdlewającą słodyczą, widział to w jej oczach. Bezwiednie 

wyciągnęła się ku niemu. Pieścił jej piersi, czuła dotyk palców rozkoszujących się miękkością 
jej ciała. Zamknęła oczy i zapomniała o bożym świecie, czuła tylko jego dłonie i narastające 
w niej pożądanie. 

Znów   ją   pocałował,   tym   razem   mocno   i   namiętnie.   Przyciągnął   ją   do   siebie,   przez 

bawełnianą   podomkę   poczuła   dotyk   jego   rąk.  Serce   biło   mu   mocno.   Objęła   jego   głowę, 
szerokie rękawy opadły odsłaniając jej ręce aż po łokcie, poczuła, że Craig znów zanurza 
dłonie w gęstwinie jej splątanych włosów. 

Czas stanął w miejscu. Marya już nie wiedziała, co się z nią dzieje. Gdy Craig, okrywając 

jej policzki pocałunkami, odsunął się nieco i położył jej ręce na ramionach, popatrzyła na 
niego nieprzytomnie i wyszeptała:

– Dlaczego przestałeś?
Craig starał się zapanować nad oddechem. 

background image

– Przecież wiesz, że mógłbym  się z tobą kochać nawet na tej podłodze. Ale to dom 

twojego ojca i w każdej chwili ktoś mógłby tu wejść. 

Zachmurzyła się, jeszcze niezupełnie otrzeźwiona. Całkiem zapomniała o rodzinie. 
– Kathrin by nie weszła – powiedziała żałośnie. – Nie rozmawiamy ze sobą. 
– Wczoraj koło północy Robb też mi zaproponował, żebym się wynosił do Vancouver i 

zostawił go w spokoju. Może tylko nie wyraził się tak grzecznie. 

– I zrobisz to?
– Nie. – Po chwili ochrypłym głosem dodał: – Chociaż, ze względu na ciebie, to może by 

było dla mnie najlepsze. 

– Nie rób niczego z mojego powodu!
– Maryo, znów się kłócisz. 
– Jak chcesz, to zamiast kłótni możemy zacząć się wspinać lub skoczyć do morza. 
Od pierwszej chwili urzekły ją te zmarszczki w kącikach oczu, kiedy się uśmiechał. 
– Radzę ci góry, bo woda tutaj zawsze jest zimna. Powoli przeciągnął wzrokiem po jej 

twarzy, łagodnej linii ust. 

– W połowie drogi mogę ulec pokusie, żeby się z tobą pokochać. 
– Wytrzymasz tak długo? Roześmiał się. 
– Raczej nie. Zresztą, ty chyba też nie. – Zarumieniła się, a on dodał z nagłym naciskiem: 

– Po Tonym musieli być inni. 

Gwałtownie odrzuciła głowę, aż pasma włosów uderzyły o policzki. 
– Nie było nikogo!
Nie mógł wątpić w jej szczerość. 
– Nie mam do tego żadnego prawa, ale cieszę się. Choć to nie jest rozsądne z mojej 

strony, ani nie ma nic wspólnego z tym, po co tu przyszedłem. 

– A po co przyszedłeś?
–   Chciałem   ci   zaproponować,   żebyśmy   połączyli   swoje   siły   i   razem   spróbowali   nie 

dopuścić do tego ślubu. 

Zaskoczył ją. 
– Ale jak? W dodatku patrzymy  na to zupełnie  inaczej. Ty uważasz, że Kathrin jest 

wyrachowana i chodzi jej o pieniądze... 

– A ty, że mój brat jest oszustem. 
– Trudno uznać to za wspólną płaszczyznę. 
– Wybrali się na piknik do Vidoy – przerwał szorstko. – Jestem pewien, że Kathrin 

postara się zajść w ciążę, wtedy Robb będzie musiał się z nią ożenić. 

– Jak śmiesz mówić coś takiego! – wybuchła. 
– Kathrin nie jest taka, żeby z premedytacją... Zresztą – dodała zjadliwie – twój brat z 

pewnością wie, jak zapobiec takim niepożądanym konsekwencjom... 

– Nic nie wie! Cały czas staram się, żebyś to zrozumiała!
– Więc proponujesz współpracę? – powtórzyła z ironią. – Chyba oszalałeś!
–   Oboje   nie   chcemy,   żeby   do   tego   doszło,   tak?   Więc   jedźmy   do   Vidoy.   Może 

przynajmniej przeszkodzimy im, gdy zechcą się kochać na wzgórzach. 

background image

Nie kryła niesmaku. 
– Chcesz ich śledzić?
– Może nie posuną się tak daleko. Może w Vidoy chcą poczynić przygotowania do ślubu. 
Marya   pobladła.   Kathrin   zawsze   lubiła   tę   wyspę,   zwłaszcza   miasteczko   Vidareidi, 

najdalej na północ wysuniętą miejscowość na Wyspach Owczych. Może sądziła, że ślub w 
takim miejscu będzie wyjątkowo romantyczny. 

– Chodźmy. – Pośpieszył ją. – Poznaję po twoich oczach, że... – urwał na dźwięk ciężkich 

kroków na ganku. Drzwi się otworzyły i na progu stanął Magnus. 

Przeniósł wzrok z Craiga na Maryę, popatrzył na jej’ skręcone w pierścionki, płomienne 

włosy i długą do ziemi podomkę. Usta mu zadrżały. 

– Widzę, że nic się nie zmieniłaś – mówił po angielsku z wyraźnym akcentem. – Jesteś w 

domu od dwóch dni i już masz gościa. 

– Tato, przestań. 
Dodał zgryźliwie, przyglądając się Craigowi bez sympatii:
– Cudzoziemiec. 
– Tato – powtórzyła głośniej – to brat Robba, lecieliśmy razem z Toronto. 
Jak kiedyś, znów zobaczyła w jego oczach złość i potępienie. 
– Sądząc po twoim wyglądzie, nie tylko wspólna podróż was łączy. 
– Dosyć! – Głos Craiga zabrzmiał ostro. – Pozwoliłem sobie przyjechać wcześnie rano, 

żeby   zaprosić   Maryę   na   piknik   do   Vidoy.   Jej   strój   nie   ma   z   tym   nic   wspólnego,   nie 
spodziewała się mnie. 

Magnus wyprostował się i zagrzmiał. 
– Na tych wyspach mamy zwyczaj odnosić się do starszych z szacunkiem!
Marya skrzywiła się, Craig pozostał niewzruszony. 
– To dobra zasada – tak długo, jak starsi odnoszą się z szacunkiem do tych,  którzy 

niczym sobie nie zasłużyli na inne traktowanie. 

– Ona jest nieokiełznana! Zawsze taka była, cokolwiek bym jej powiedział. I nikt mi nie 

będzie dyktować, jakim tonem mam do niej mówić!

Craig nadal był opanowany. 
– Marya już zapłaciła za popełniony kiedyś błąd. Dopiero teraz zaczynam to rozumieć. A 

pan nie chce jej wybaczyć. 

Magnus żylastą ręką jeszcze mocniej przekrzywił czapkę na głowie. 
– Nie pozwolę się obrażać we własnym domu! – ryknął. – Wynosić się stąd!
–   Poczekam   tu   na   Maryę   –   powiedział   spokojnie   Craig.   –   Wyjdziemy,   gdy   będzie 

gotowa. 

Skrzyżował ręce i na pozór zupełnie rozluźniony uśmiechnął się do Magnusa. 
Magnus nigdy nie dawał wejść sobie na głowę. Policzki nabrzmiały mu czerwienią. 
– Ci cudzoziemcy! – wybuchnął. – Chciałbym wreszcie wiedzieć, w czym oni są lepsi od 

mężczyzn z Tjørnuvík... 

Marya znała tę śpiewkę na pamięć. Powiedziała dobitnie:
– Craig, będę gotowa za pięć minut. – Pobiegła na górę. 

background image

Dopiero w sypialni uświadomiła sobie, że mimowolnie zgodziła się spędzić z nim dzień. 
Założyła beżowe spodnie i brązowy wełniany sweter z kremowym wzorem, tradycyjnym 

na Wyspach. Ten sweter zrobiła jeszcze przed poznaniem Tony’ego. Szybko zrobiła makijaż, 
po chwili wahania zaczesała  gładko włosy i przewiązała je na karku brązową aksamitką. 
Zbiegła na dół. 

Craig cierpliwie czekał na nią w kuchni, a Magnus nadal się pieklił. Przewiercił córkę 

wzrokiem. 

– Nie powinienem pozwolić ci stąd wyjść. Nagle poczuła, że ma tego dość. 
– Kathrin może umawiać się z Robbem i to jest w porządku. – Głos się jej rwał. – Ale ja z 

jego   bratem   nie   mogę!   Zawsze   ją   bardziej   kochałeś,   ojcze,   zawsze!   –   Dopadła   drzwi, 
szarpnęła je i zbiegła po schodach. 

Wskoczyła do samochodu Craiga i zatrzasnęła drzwiczki. Craig usiadł obok, zapalił silnik 

i bez słowa zaczął się wycofywać  wąską drogą między domami.  Przejechali obok plaży, 
zostawili z tyłu osadę i zaczęli się wspinać urwistą drogą wzdłuż brzegu. Dopiero wtedy 
Craig zjechał na bok i wyłączył silnik. 

– Maryo, on cię kocha – powiedział, jakby ich rozmowa trwała. – Inaczej by  tak  nie 

ryczał i nie opowiadał tego wszystkiego. 

– Nienawidzi mnie. 
– To inne oblicze miłości... Przychodzi ci do głowy, dlaczego miałby cię nienawidzieć?
Potrząsnęła głową. 
– Chciałabym to wiedzieć. 
– Co się stało z twoją matką? Nie żyje?
– Umarła, gdy miałam pięć lat. Prawie jej nie pamiętam. 
– Jesteś do niej podobna? Popatrzyła na niego zaskoczona. 
– Nie wiem, nie zostały po niej żadne zdjęcia. 
– Czy miała rude włosy?
– Pamiętam, jak byłam  mała – mówiła powoli – i siedziałam u niej na kolanach, na 

kamiennym murku, w słońcu, jej włosy lśniły czerwonym światłem jak pióra naszych kur... – 
Opuściła wzrok na kolana; przywołała ten obraz po raz pierwszy od wielu miesięcy. 

– Może to ma coś wspólnego z twoją matką, może w jakiś sposób przypominasz mu ją. 
– Grethe może coś wiedzieć. – Ożywiła się. 
– Zapytaj ją. 
Marya podniosła głowę. Patrzył na nią poważnie szarymi oczami, zupełnie nie wyglądał 

jak   ci,   którzy   przychodzili   do   La   Rouiade.   Nie   przypominał   też   Tony’ego.   Z   rozpaczą 
stwierdziła, że tak mógłby patrzeć przyjaciel. 

– Stanąłeś w mojej obronie. – Słowa zabrzmiały trochę niezręcznie. – I nie pozwoliłeś się 

wyrzucić z domu. 

– Nie podobał mi się sposób, w jaki się do ciebie zwracał. 
– Może widział, że się całowaliśmy. 
– Jeśli nawet, to co? Maryo, masz dwadzieścia dwa lata, nie czternaście. 
– Czasami przy nim czuję się, jakbym miała czternaście. 

background image

– Trzy lata temu zrobiłaś błąd i zapłaciłaś za to – powiedział poważnie. – Teraz zapomnij 

o tym i nie pozwól innym, by, jak twój ojciec, wypominali ci to do końca życia. 

Kathrin też powiedziała coś takiego. 
– Jedźmy! – Z jej oczu nie można było nic wyczytać. 
– Jedźmy, jeśli chcemy ich odnaleźć. 
– Pomyśl o tym, co powiedziałem, dobrze? Łagodność zniknęła z jego twarzy. Marya 

ucieszyła się. Ten inny Craig nie pasował do jej obrazu bogatego mężczyzny,  nie umiała 
sobie z nim radzić. 

Ruszyli. Droga prowadziła przez most nad kanałem między wyspami Stremoy i Eysturoy. 

Niebo było prawie bezchmurne, białe mewy krążyły w nagrzanym powietrzu, spokojną toń 
wody tylko  gdzieniegdzie  mąciły żerujące łososie. Dookoła rozciągały się pokryte  bujną, 
zieloną trawą wzgórza. 

Na górzystej wyspie Eysturoy droga prowadziła przez dwa wydrążone w skale tunele, 

każdy   długości   prawie   dwóch   kilometrów.   Pogrążona   w   nieprzyjemnych   rozmyślaniach 
Marya zupełnie o nich zapomniała. W tunelach zawsze cierpiała na klaustrofobię. Przerażały 
ją te na następnej wyspie  – miały tylko  jedno pasmo ruchu i nie były oświetlone.  Dwie 
najgorsze kłótnie w życiu przeżyła w jednym z tych tuneli, jedną z ojcem, drugą z Tonym. To 
chyba nie przypadek – pomyślała z goryczą. 

Właśnie przejeżdżali  przez  drugi tunel.  W jej obecnym  nastroju to przepełniło  czarę. 

Odezwała się od niechcenia. 

– Wiesz co, Craig, nie postępujesz zbyt rozważnie. Nie podjął tematu. 
– Zgodnie z tym, co mówiłeś, Kathrin zależy tylko na pieniądzach Robba. Jestem jej 

siostrą,   w   dodatku   już   raz   za   bogatym   poleciałam   za   ocean.   Mimo   to   proponujesz   mi 
współpracę. Nie boisz się, że mi też chodzi o twoje pieniądze?

– Maryo, od pierwszego spotkania nie robisz nic innego, tylko próbujesz mnie zniechęcić. 
– Ale jeszcze kilka dni temu nie wiedziałam, że jesteś bogaty. Nie miałam powodu, żeby 

cię ośmielać. 

– Jednak dzisiaj rano zatrzasnęłaś mi drzwi przed nosem. 
– Może zrobiłam to celowo – prowokowała go dalej. – Może chcę udawać niezdobytą, 

przeciwieństwo tych wszystkich kobiet, które nie potrafiły cię usidlić. Przypomnij sobie, co 
się stało później. Chyba nie do końca cię odrzuciłam, co?

Słońce uderzyło ich prosto w oczy. 
– Maryo, przestań. 
– Pomyśl o tym, Craig. Wydałam wszystkie oszczędności na podróż, porzuciłam obie 

prace. Milion dolarów – tę sumę wspomniałeś, prawda? To brzmi zachęcająco, nie?

Bez słowa zjechał na nabrzeże, skąd odchodził prom na wyspę Bordoy. 
– Ty jesteś inna. Wiem o tym. Stanęli w kolejce do promu. 
– Wjedziemy za jakieś piętnaście minut – stwierdziła Marya. – Przejdę się trochę. 
– Zostanę w samochodzie. 
Trawiastym   zboczem   zeszła   nad   samą   wodę.   Ostre   skały   były   porośnięte 

pomarańczowymi   porostami,   w   szczelinach   kwitły   drobniutkie,   różowe   rośliny.   Brzegi 

background image

wpadającego do morza strumyczka złociły się żółtymi nagietkami. Zewsząd tchnęło ciszą. 

Nieoczekiwana myśl aż ją olśniła. Tu moglibyśmy się kochać, Craig i ja. 
Usłyszała gwizd promu i szybko, jakby ją ktoś gonił, wspięła się po zboczu i popędziła do 

samochodu. Dopadła go, gdy Craig właśnie ruszał. 

– Już myślałem, że postanowiłaś tu zostać – powiedział spokojnie. – Czy to może była 

kolejna zagrywka?

Uśmiechnęła się tajemniczo. 
– Może. 
– Maryo, nie wiem, co mam z tobą zrobić – wiesz o tym?
Spojrzała na niego spod rzęs. 
– To chyba dla ciebie coś nowego. 
Zatrzymał samochód w wyznaczonym miejscu i zaciągnął ręczny hamulec. 
– Może powinienem jeszcze raz przemyśleć tę naszą współpracę. 
Wysiadła z samochodu i odezwała się rozmarzonym tonem. 
– Z milionem dolarów mogłabym skończyć biologię. 
– Nie rozdrabniaj się. – Wyszczerzył zęby. – Dlaczego nie kupić sobie od razu całego 

wydziału?

Nie zwiódł jej tym  uśmiechem.  W dodatku na tylnym  siedzeniu zauważyła  koszyk  z 

jedzeniem, czyli Craig z góry przesądził, że zgodzi się mu towarzyszyć. Zacisnęła zęby i 
dołączyła do grupy pasażerów na górnym pokładzie. Z przejęciem patrzyła, jak prom odbija i 
kieruje się w stronę kanału między Kalsoy i Bordoy. Craig stanął obok niej. Odezwał się 
zwyczajnym tonem, ale nie spuszczał z jej twarzy badawczego wzroku. 

– Czy mówiłem ci, że zamierzam przekupić Kathrin?
Jeśli  czekał  na jej reakcję, to się nie  zawiódł. Popatrzyła  na niego z nie skrywanym 

niedowierzaniem. 

– Gzy to znaczy, że chcesz jej zapłacić, by zostawiła Robba?
– Mniej więcej... Jak myślisz, ile powinienem zaoferować?
– O wiele więcej niż masz! Tylko tacy jak ty mogą myśleć w ten sposób! Wszystko ma 

swoją cenę, tym się kierujesz, prawda? Ty i tobie podobni. Wiesz, jesteś nie do zniesienia!

– Ciebie nie można kupić, Maryo?
– Nie!
– W tunelu mówiłaś co innego. 
Dała się złapać. Wściekła na siebie, spróbowała odzyskać stracone pozycje. 
– To niekoniecznie znaczy, że nie interesują mnie twoje pieniądze. 
– I kto tu jest nierozsądny? – Zmarszczył brwi. 
– A to co?
Odwróciła się zaskoczona, a on szybko rozwiązał wstążkę w jej włosach. 
– O, tak jest dużo lepiej!
– Zachowujesz się jak dzieciak!
– Uśmiechnij się, Maryo – powiedział miękko. 
– Świat staje się wtedy lepszy. 

background image

Lekki wiatr podnosił loki na jej ramionach, targał włosy Craiga. Patrzyła na jego gładkie, 

opalone ręce, splątane włosy na piersi, płaski brzuch... Czy zdoła o nim zapomnieć, o tym 
wysokim nieznajomym, z którym tyle ją łączyło i który jednocześnie był od niej tak różny?

Jego głos zabrzmiał cicho. 
– Gdy patrzysz na mnie w taki sposób, myślę tylko o tym, żeby cię pocałować. 
– Och, Craig – wyznała z desperacją – wolałabym, żebyśmy się nigdy nie spotkali. 
Gwałtownie odwróciła się od niego. Pod lustrem wody w kanale można było dostrzec 

wirujące prądy. Nie mogę się znów zakochać. Nie mogę być taka głupia. Nie mogę popełnić 
tego błędu po raz drugi... 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Prom wpłynął do ruchliwego portu Klaksvik. Przy nabrzeżach kołysały się łódki, a stada 

krzykliwych mew unosiły się nad przetwórnią ryb. W skałach wyspy Bordoy wydrążono dwa 
wąskie tunele o jednym pasie ruchu. Minęli Vidoy i dalej posuwali się na północ, aż w końcu 
nad zatoką pojawiły się rozproszone domki Vidareidi. 

Craig uważnie popatrzył na osadę. 
– Nigdzie nie widzę samochodu Robba. 
– Ta droga prowadzi dalej, na drugą stronę, może tam pojechali. 
Ruszyli naprzód, szosa zmieniła się w zakurzoną polną drogę. Nigdzie nie dostrzegli ani 

śladu Kathrin i Robba. Craig wyłączył silnik. Marya wysiadła z auta. Czuła głęboką ulgę – 
nie chciała kolejnej kłótni z siostrą. Zresztą – pomyślała z rezygnacją – jak mogę potępiać 
Kathrin za to, że chce być z Robbem, skoro sama tylko marzę o ramionach Craiga, ilekroć na 
mnie spojrzy. 

– Tu ich nie ma – potwierdził Craig. – Myślisz, że mogliśmy ich przeoczyć w Klaksvik?
– Możliwe. Chociaż z drugiej strony, jeśli, jak twierdzisz, Kathrin chce jak najprędzej 

zajść w ciążę, to tu jest lepsze miejsce niż przy zakładach rybnych w Klaksvik. – Popatrzyła 
na niego spłoszona: – Skąd wiedziałeś, że wybierają się właśnie tutaj?

– Od recepcjonistki. Robb tak jej powiedział. Usłuchała złośliwego podszeptu. 
– Może chciał cię wywieść w pole. Może zamiast na wschód, wybrali się na zachód, do 

Vagar.   Tam   jest   lotnisko.   –   Z   udawanym   przejęciem   popatrzyła   na   niebo.   –   Dziś   jest 
wspaniała pogoda do latania. 

Pochwycił ją za ramię. Wyraźnie nie bawiły go jej przypuszczenia, wyglądał, jakby chciał 

ją zamordować. 

– Czy wiesz o czymś, czego ja nie wiem? Uniosła brodę i wciągnęła nosem powietrze 

węsząc, jakby przetwórnia rybna była tuż obok. 

– Nie mam pojęcia, gdzie może być Kathrin. Nieco rozluźnił uścisk. 
– Powiesz mi, jeśli będziesz wiedzieć?
–   Możliwe,   że   nie   –   odrzekła   nierozważnie.   –   Właściwie   to   cieszę   się,   że   ich   nie 

znaleźliśmy. 

– Czy to znaczy, że chcesz, by się pobrali?
– Chciałabym wiedzieć, dlaczego tak od razu uznałeś, że mojej siostrze chodzi tylko o 

pieniądze. Powiedziałeś o mnie, że nienawidzę mężczyzn,  a ja myślę, że ty nienawidzisz 
kobiet!

–   Spróbowałabyś   żyć   mając   bardzo   bogatego   ojca.   Ludzie   od   razu   przyklejają   ci 

etykietkę. Patrzą na ciebie i widzą tylko pieniądze, nie człowieka. Matki same popychają 
córki w twoje ramiona. – Urwał, przesunął palcami po włosach. – Zresztą, po co ja ci to 
mówię. Dobrze wiem, co zaraz powiesz: łatwo narzekać, gdy się ma pieniądze. Masz rację, 
ale nie myśl, że one nie mają wpływu na to, jak cię oceniają. 

Zaskoczona wbiła w niego wzrok, aż zaniemówiła. To wyznanie było tak nieoczekiwane, 

background image

taki punkt widzenia nigdy nie przyszedł jej do głowy. Craig znów potrząsnął ją za ramię. Był 
nadal zły, ale czuła, że już żałuje tego wybuchu. 

– Craig – ożywiła się – w samochodzie widziałam koszyk z jedzeniem. Taki piękny dziś 

dzień, nie traćmy go. Zapomnijmy na chwilę o twoim bracie i mojej siostrze, i zróbmy sobie 
przerwę na lunch. Zawsze możemy znów zacząć na nowo się kłócić, jeśli ci na tym zależy; 
całą powrotną drogę możemy spędzić w ten sposób. 

Rozluźnił uścisk i uśmiechnął się zagadkowo, dopasowując się do jej nastroju. 
– Świetny pomysł. Ale najpierw muszę cię pocałować. 
Cofnęła się nieco, na wpół przestraszona i rozśmieszona. 
– Możemy się obyć bez tego. 
– Tylko jeden pocałunek, obiecuję. 
Zanim zdążyła zaprotestować, przygarnął ją do siebie i odszukał jej usta. Zamknęła oczy, 

słońce przeświecało przez powieki. Z trudem zaczerpnęła tchu, gdy wreszcie ją uwolnił. Pierś 
jej falowała, a nogi się uginały. Oczy mu błysnęły. 

– To dużo lepsze niż kłótnia. Nie mogła się nie zgodzić. 
Craig   rozłożył   na   trawie   kurtki   i   wypakował   jedzenie.   Zapatrzeni   przed   siebie,   jedli 

kanapki z kurczakiem i jajkami, popijali lemoniadą. Słońce złociło powierzchnię morza, na 
horyzoncie wznosił się niski szczyt Svinoy i urwiste brzegi wyspy Fugloy; za ich plecami na 
wzgórzach beczały owce. 

Opowiadała o letnim strzyżeniu owiec, o jesiennych zajęciach, kiedy razem z Grethe 

przędły i nawijały wełnę, z której zimą powstawały swetry podobne do tego, jaki miała na 
sobie. W końcu zjadła kawałek orzechowego ciasta i zagryzła jabłkiem. Czuła się naprawdę 
szczęśliwa. 

Craig wyciągnął się obok niej na trawie, zamknął oczy, koszula opinała mu piersi. Marya 

podniosła się i zakurzoną ścieżką ruszyła w stronę morza. 

Zamyślona schodziła w dół stoku, zatrzymała się, by zerwać słodko pachnący tymianek. 

Kochała Tony’ego, ale nigdy nie czuła tego dzikiego, nieopanowanego pożądania, jak teraz z 
Craigiem. A przecież jego nie kocha – i nienawidzi wszystkiego, co dla niego się liczy. 

Dodała do bukietu jaskrów i koniczyny, popatrzyła na owce pasące się na skraju urwiska. 

Zastanowiła się, czy wolałaby znów znaleźć się w La Roulade w swoim spokojnym życiu, 
które wiodła jeszcze tydzień temu, czy być tutaj z mężczyzną, który ją fascynował i przerażał 
jednocześnie. 

– Maryo, jedźmy już!
Odwróciła się; Craig machał do niej. Powoli wspięła się na górę. 
– Chodź. – Niecierpliwił się. – Musimy wracać. Powrót wcale jej się nie uśmiechał, 

oznaczał spotkanie z Magnusem i Kathrin. 

– Skąd taki pośpiech?
– Chcę sprawdzić, czy nie pojechali do Vagar. Im więcej o tym myślę, tym  bardziej 

prawdopodobne mi się to wydaje. 

– Nawet jeśli tam pojechali, to i tak nie uda nam się ich zatrzymać. Za późno. A jeśli nie, 

to nie masz się czym martwić. 

background image

Pakował kurtki i koszyk do samochodu. Coś ją tknęło, gdy spojrzała na jego pochylone 

plecy. 

– Jeśli nie wyjechali, czy nadal masz zamiar przekupić Kathrin?
Wyprostował się. 
– Uhm... może spróbuję. 
Nie wiadomo, czego się po nim spodziewać. To było jak miotanie się na falach – w górę, 

w  dół,   w  górę,   w  dół.   Raz   uprzedzająco   grzeczny,   to   znów  nieznośny.   Nie   miała   na   to 
żadnego wpływu. 

Bez słowa wsiadła do samochodu i zapięła pas. Wjechali na drogę, zostawili za sobą 

kolorowe domki i kościółek w Vidareidi. Z wysokiego brzegu można było dostrzec malutką 
osadę Muli, dostępną tylko od strony wody. Promienie słońca tańczyły na powierzchni morza, 
z drugiej strony u stóp skały wyłonił się czarny otwór pierwszego z tuneli. Zesztywniała. 

–   W   tę   stronę   nie   mamy   pierwszeństwa,   musimy   przepuszczać   nadjeżdżających   z 

przeciwka. 

– Już nawet myślałem, że za łatwo nam poszło. Wjechali w absolutną ciemność, bardziej 

nawet   brązową  niż   czarną.   Światła   samochodu  z  trudem  przebijały  się  przez  opalizujący 
mrok,   oświetlały   zaledwie   kilka   metrów   przed   maską.   Woda   spływała   po   kamiennych, 
wydrążonych w skale ścianach i kolistym sklepieniu; tworzyła na ziemi ciemne kałuże. Craig 
zapytał beztrosko:

– Po czym można się zorientować, w których miejscach są mijanki?
–   Nie   ma   na   to   sposobu,   można   tylko   mieć   nadzieję,   że   się   jakąś   znajdzie,   zanim 

nadjedzie coś z przeciwka. Jeśli nie, trzeba się wycofać. 

Jego śmiech wydał się jej nie na miejscu. Craig uważnie popatrzył przez szybę. 
– Czy to przypadkiem nie są światła?
W gęstym mroku ledwie można było dostrzec dwa małe pomarańczowe punkciki. Trudno 

było ocenić, jak są daleko. Marya zesztywniała. 

– Po prawej stronie powinna być pierwsza mijanka. 
– Maryo, rozluźnij się, albo nam się uda, albo się wycofamy. 
Łatwo było mu mówić, ale jak mogła się odprężyć, gdy brudna woda ściekała po szybie, 

a nad głową czuła cały ciężar wiszącej nad nimi góry? Wbiła się w fotel. Światła przybliżały 
się z przerażającą prędkością. 

Craig nadal pogwizdywał. 
– Zaraz zjedziemy na bok. 
W nagiej skale wykuto małą zatoczkę. Craig podjechał jak najbliżej ściany. Wrzucił luz i 

opuścił szybę. 

Przesycone spalinami i zapachem zastałej wody powietrze wpadło do środka i napełniło 

Maryę   dziwnym   przeczuciem   jakiegoś   pierwotnego   zagrożenia.   Uwięziony   w   tunelu, 
wzbudzony przez samochody dźwięk odbijał się od skały,  powracał wzmocniony jak huk 
pociągu. 

Była coraz bardziej spięta. 
– Zamknij okno! Popatrzył na nią. 

background image

– Nie ma się czego bać. – Pochylił się i objął ją ramieniem. 
Kiedyś Tony zrobił dokładnie to samo. Odrzuciła rękę Craiga i krzyknęła ze wstrętem:
– Nie rób tego!
Craig odezwał się porywczo:
– Już zapomniałaś o milionie dolarów?
To była najgorsza rzecz, jaką mógł powiedzieć. Jest taki sam jak Tony. Wcześniej czy 

później wszystko ma swoją cenę. 

Nadjeżdżający samochód  minął  ich i przez mgnienie  oświetlił  jej napiętą,  przerażoną 

twarz. Wycedziła:

– Nie dotknęłabym cię nawet za pięć milionów dolarów!
Znów zapadła ciemność. Craig wyjechał z zatoczki. 
– Maryo, za pięć milionów dolarów zrobiłabyś wszystko. 
– Nie! Czy myślisz, że... a co to?
Gdzieś daleko przed nimi zamigotało pomarańczowe światełko. Craig ruszył. 
– Zobaczymy. 
Marya znów wbiła się w fotel. Czuła się zdruzgotana. Craig nie ufał jej ani odrobinę 

więcej   niż   ona   jemu.   Podświadomie   nie   wierzył,   że   jego   pieniądze   nie   mają   dla   niej 
znaczenia; w niej natomiast przy najlżejszym podejrzeniu natychmiast odżywały wszystkie 
uprzedzenia do bogatych. Poczuła, że drży. Z całego serca pragnęła tylko, by znów wydostać 
się na światło dzienne. 

Na środku jezdni stała ciężarówka z pulsującym pomarańczowym światłem na dachu. 

Craig zjechał na bok. 

– To wygląda na pomoc drogową. 
Byli  akurat  w połowie  góry.  Zamknęła  oczy,  przeraziła  ją ciemność  pod powiekami, 

znów je otworzyła. Craig zdenerwował się. 

– Dlaczego mi nie powiedziałaś, że boisz się tuneli? Tony zadał jej to samo pytanie. 

Wymamrotała:

– Tylko tego jednego. 
Jeden z mechaników stał na środku drogi, zatopiony w rozmowie z kierowcą. Skupiła na 

nich całą siłę woli i modliła się w duchu, żeby wreszcie ruszyli. Nie dostrzegła wahania, które 
przemknęło po twarzy Craiga; po chwili, jakby podejmując jakąś decyzję, pochylił się i objął 
ją   mocno.   Zaskoczona   poczuła   ciarki   na   plecach   i   zacisnąwszy   pięści,   gwałtownie,   po 
omacku, zaczęła go bić; wreszcie wybuchnęła płaczem. 

Opłakiwała   oszukaną   przez   Tony’ego   niewinną   dziewiętnastolatkę,   przejmującą 

samotność pierwszej kanadyjskiej zimy, brzydotę wynajmowanych mieszkań i pracę kelnerki 
w obskurnych restauracjach. Płakała za ojcem, który jej nie kochał i obrażoną na nią siostrą. 
Płakała, bo znalazła ciepło i bezpieczeństwo w ramionach mężczyzny, któremu nie ufała. 

Uporczywe,  głośne stukanie w szybę  wyrwało ją z odrętwienia. Odepchnęła Craiga i 

zaczęła szukać torebki. Usłyszała dźwięk otwieranej szyby. 

– Czy ta pani źle się czuje? Potrzebujecie pomocy?  Craig nie rozumiał  ani słowa w 

tutejszym języku. 

background image

– Już wszystko dobrze – wyjąkała. – Cierpię na klaustrofobię. 
– Aha... spróbujemy przesunąć samochód, żebyście mogli przejechać Marya wytarła nos. 

Craig   podziękował   światłami   i   ruszył.   Jechali   rozpryskując   kałuże,   światła   tańczyły   na 
kamiennych   ścianach   tunelu.   Minęli   jeszcze   jeden   samochód.   Marya   nie   odzywała   się, 
próbowała panować nad oddechem. Wreszcie wyjechali na zewnątrz. 

Wjazd   do   drugiego   tunelu   był   tuż,   tuż.   Craig   zjechał   na   wąskie   pobocze,   zaciągnął 

hamulec. 

– Chyba  od lat tak nie płakałaś – odezwał się miękko. – Założę  się, że ani razu od 

wyjazdu do Toronto. 

Westchnęła głęboko. Czuła się tak wyczerpana, że nie miała siły na kłamstwa. 
– Na początku nie miałam odwagi. – Opuściła wzrok na zmiętą chusteczkę. – Bałam się, 

że gdy raz zacznę, to nie będę mogła przestać. A później odgrodziłam się od świata jakąś 
skorupą i nawet gdybym chciała, nie mogłam płakać. 

– Rozumiem. – Uśmiechnął się. – Ale dlaczego rzuciłaś się na mnie z pięściami, gdy 

chciałem cię objąć?

– To przez Tony’ego. 
– Myślałaś, że ja jestem Tony?
Spojrzała na niego i instynktownie położyła mu rękę na ramieniu. 
– Nie! Ale Tony wściekł się na mnie, gdy jeden jedyny raz przejeżdżałam z nim przez ten 

tunel. I teraz to wszystko wróciło. 

– Dlaczego się wściekł? Zaszlochała. 
– Teraz ty też jesteś zły. 
– Na litość boską, Maryo, nie jestem na ciebie zły! Nie przekonana, wykrztusiła:
– Wtedy było zupełnie ciemno, żadnych samochodów, i przyszło mu do głowy, że to 

świetna   okazja,   żeby   trochę...   powygłupiać   się.   Nie   uwierzył,   gdy   mu   powiedziałam,   że 
nienawidzę tuneli. Pomyślał – stłumiła płacz – że tylko udaję taką niezdobytą. 

– Miły facet. 
Skrzywiła się na jego sarkazm. 
– Teraz wiem, że powinnam lepiej przyjrzeć się jego postępowaniu. Ale wtedy byłam 

młoda i naiwna, nic nie wiedziałam o mężczyznach i nie miałam do kogo zwrócić się po radę. 
Kathrin była  za mała,  a Grethe nie wypadało  o to pytać.  Zresztą,  wkrótce po tym  Tony 
powiedział, że się ze mną ożeni. 

– On nadal mieszka w Toronto?
–   Kiedyś   przyszedł   do   restauracji,   z   kobietą.   Potraktowałam   go   najbardziej 

profesjonalnie, jak mogłam. Więcej się nie pokazał. 

– Świetnie zrobiłaś. – Głos mu się zmienił. – Wiesz co, Maryo? To pierwszy raz, kiedy 

mnie dotknęłaś. 

Dopiero wtedy uświadomiła sobie, że jej dłoń nadal leży na jego ręce, poczuła ciepły 

dotyk  skóry, szorstkość włosów i utajoną siłę gładkich, napiętych mięśni. Z gwałtownym 
okrzykiem cofnęła rękę. 

– Przecież my nawet się nie lubimy!

background image

– Naprawdę tak sądzisz? Czy może do tej pory nigdy nie odważyliśmy się popatrzeć na 

siebie tak, jakbyśmy byli normalnymi ludźmi?

Nie spuszczał z niej wzroku. 
– Co masz na myśli?
– Zbyt wiele kobiet uganiało się za mną z powodu moich pieniędzy. Teraz, gdy patrzę na 

kobietę,   po   jej   oczach   poznaję,   że   chodzi   jej   tylko   o   to.   Ty   znów   tyle   razy   widziałaś 
zachowanie bogatych mężczyzn, że wiedząc, iż jestem bogaty, podświadomie mi nie ufasz. 
Kiedy wreszcie wyzwolimy się z tych uprzedzeń?

– Ja... nie wiem nawet, czy chciałabym... 
Sama nie była pewna, czy to prawda, czy kłamstwo. 
– Pomyśl o tym trochę. 
Sięgnął do dźwigni zmiany biegów, popatrzył we wsteczne lusterko. Jego twarz z profilu 

wyglądała jak wyrzeźbiona w kamieniu, tylko ściągnięte ramiona zdradzały napięcie. 

Wyraźnie   poczuł   się   dotknięty.   Zapragnęła   objąć   go   i   z   całej   siły   przytulić,   ale   już 

wjechał w czeluść tunelu. 

Ten tunel był oświetlony, a mijanki oznaczone kwadratowymi, niebieskimi znakami. Po 

kilku minutach  zjeżdżali  do Klaksvik. Prom stał w porcie, wjechali bez czekania. Marya 
wysiadła i ruszyła w stronę metalowych schodów prowadzących na górny pokład. Na wprost 
niej zbliżała się młoda blondynka. Kathrin. Tuż za nią szedł Robb. 

Kathrin szeroko otworzyła oczy. 
– Płakałaś! – Rzuciła się w stronę Craiga. – Coś ty jej zrobił?
Wzruszona, że Kathrin tak bez namysłu stanęła w jej obronie, Marya szybko wyjaśniła:
– To nie jego wina! To przez ten tunel. 
– Ten na Bordoy? Zawsze go nie cierpiałaś. To tam doszło do tej koszmarnej kłótni z 

ojcem, tak?

– Nic o tym nie wiem – wtrącił się Craig. 
– To było cztery lata temu. Chciałam iść na uniwersytet w Kopenhadze i prosiłam ojca, 

żeby mi pomógł finansowo, ale nie zgodził się. Powiedział, że skoro Tjørnuvík był dobry dla 
niego, to i mnie może wystarczyć. – Skrzywiła się. – To dodatkowy powód mojej ucieczki z 
Tonym. 

– A co robiliście na Vidoy? – zapytała podejrzliwie Kathrin. – Tylko coś rzeczywiście 

ważnego mogło cię skłonić do przejechania przez ten tunel. 

Skruszona Marya nie odezwała się ani słowem. Craig wyjaśnił uprzejmie:
– Szukaliśmy was. 
Kathrin już chciała wybuchnąć, gdy Robb zdecydowanie ujął ją za łokieć. 
– Czy mogłaś oczekiwać czegoś innego? Chodź, pójdziemy na górny pokład. – Chłodno 

skinął głową w stronę Maryi i lekko popchnął Kathrin w kierunku schodów. 

Marya szybko zwalczyła pokusę, by pobiec za nimi. Poczekała, aż nieco się oddalili i 

odezwała się zjadliwie:

– Zapomniałeś, że miałeś ją przekupić. 
– Właśnie. 

background image

Pokład zadrżał, fale uderzyły o burty, prom zaczął odpływać. 
– Coś ci powiem, Craig. – Była rozdrażniona. – Twój brat wcale nie wygląda na takiego 

głupca, za jakiego go uważasz. On naprawdę wie, jak postępować z Kathrin. 

–  Tak...  bardzo   się  zmienił.   –  Przyznał   jej   rację.  Przeciągnął  palcami  po  włosach.  – 

Jeszcze   rok   temu   zachowywał   się   jak   playboy,   gonił   tylko   za   rozrywkami   i   wypełniał 
przyjemnościami czas między kolejnymi eskapadami na narty. Potem zrobił to, co ja w jego 
wieku.   Wybrał   się   w   podróż   dookoła   świata,   mając   ograniczone   fundusze.   W   końcu 
wylądował na Wyspach Owczych. Przez ten czas wydoroślał, naprawdę się zmienił. 

– Ale nadal nie potrafi rozpoznać łowczyni posagów. 
– Znów te uprzedzenia? Ruszyła po schodach. 
– Musimy iść na górę. 
Kathrin   i   Robb   zostali   na   dziobie,   Marya   poszła   na   rufę   i   zapatrzyła   się   na   parę 

kołyszących   się   na   falach   nurzyków.   Ale   ze   mnie   jędza   –   pomyślała   w   przebłysku 
desperackiego humoru. Może to wpływ pracy w La Roulade, może nie. Może to tylko takie 
wymówki, bo boi się przyznać przed sobą, że to bliskość Craiga natychmiast wytrąca ją z 
równowagi. 

Craig odwiózł ją do domu późnym popołudniem. Nawet nie napomknął o następnym 

spotkaniu.   Po   kolacji   Marya   poszła   na   spacer.   W   oknie   pani   Rasmussen   lekko   drgnęła 
koronkowa firanka. Na to czekała. Pani Rasmussen uwielbiała plotkować. Marya wbiegła na 
ganek i zastukała do drzwi. 

Dom cały był zastawiony meblami. Cztery wypasione koty zaczęły ocierać się o nogi 

Maryi. Pani Rasmussen przeżyła czterech mężów i na początek Marya musiała wysłuchać 
opowieści   o   ostatnim   z   nich.   Potem,   zasypana   pytaniami,   opowiedziała   nieco   o   swoim 
pobycie w Kanadzie i przystojnym brunecie, z którym wyjechała. W końcu nadeszła jej kolej. 

– Pani Rasmussen – zaczęła – niech mi pani opowie coś o mojej mamie. Czy jestem do 

niej podobna?

Pani Rasmussen znów napełniła filiżanki mocną kawą i wygodnie rozsiadła się w fotelu. 
– Rzeczywiście, jesteś. Nigdy nie przypuszczałam, że ona skończy z kimś takim jak twój 

ojciec. Magnus to dobry człowiek – dodała szybko. – Ale jest bardzo zasadniczy. A twoja 
matka uwielbiała włóczyć się po polach, rozmawiać z owcami, z ptakami... była całkiem inna 
niż on. Trochę się uspokoiła, gdy przyszłaś na świat, zresztą, taki już los kobiety. 

Marya pogładziła kota, który wskoczył jej na kolana. 
– Czy kochała mojego ojca? A on ją?
– Chyba tak... wyszła za niego, a nie należała do tych, które to robią dla wygody czy 

bezpieczeństwa. On też ją kochał, może nawet za bardzo. Sądzę, że nie rozumiał jej i do 
końca nie był pewien, czy go nie opuści. Ona była jak morski wiatr, nie można go utrzymać w 
czterech ścianach. – Wypiła łyk kawy i dodała ostrożnie: – Mówiono, że nie była mu wierna. 
Ale ja w to nie wierzę. Gdyby się w kimś zakochała,  wyprowadziłaby się z domu,  taka 
właśnie była. Została z twoim ojcem aż do śmierci. Pani Rasmussen westchnęła głęboko. 

– Zmarła w czasie porodu – dodała. – To był martwy chłopiec. 

background image

Marya wiedziała o tym. Zapytała bez ogródek:
– A z kim miała mieć ten romans?
– To mężczyzna z Saksun, Petur Nielsen. Tak mówili. 
Pani Rasmussen na pewno też do nich należała. Marya stłumiła złość. Zaczynał się przed 

nią rysować obraz matki – była taka jak ona. Dokończyła kawę i podniosła się do wyjścia. Od 
razu skierowała kroki w stronę warsztatu. 

Warsztat był pusty, Magnus pewnie poszedł zagrać w karty ze starymi kumplami. Zła i 

rozczarowana wróciła do domu. Otwierała drzwi, gdy na górze usłyszała jakiś ruch. 

– Kathrin? Czy to ty? Głos siostry zabrzmiał obco. 
– Zabieram trochę ciuchów. 
Wspięła się na poddasze. Łóżko było zarzucone kolorowymi łaszkami Kathrin. 
– Proszę cię, nie idź dzisiaj do Grethe, nocuj tutaj – poprosiła Marya impulsywnie. – 

Wiesz, tak okropnie mi przykro, że nie możemy się ze sobą dogadać. Obiecuję, że ani słowem 
nie wspomnę o Robbie. 

Kathrin uniosła kwiecistą spódniczkę, znów odłożyła ją na bok. 
–   To   już   nie   ma   żadnego   znaczenia.   W   pewnym   sensie   ty   i   Craig   nawet   się   nam 

przysłużyliście.   Zrozumieliśmy,   jak   bardzo   się   kochamy.   –   Odwiesiła   do   szafy   kilka 
wieszaków, spojrzała na siostrę. – We wrześniu bierzemy ślub, tutaj albo w starym kościele w 
Kirkjubour. 

Przez chwilę wszystkie wątpliwości i uprzedzenia Marya miała na końcu języka: nie ufaj 

mu, jest bogaty, porzuci cię i złamie ci serce. Wzięła głęboki oddech i powiedziała szczerze:

– Kathrin, mam nadzieję, że oboje będziecie bardzo szczęśliwi. 
Kathrin uśmiechnęła się z głębi serca; nie potrafiła długo żywić urazy. 
– Będziemy, wiem o tym. 
– Wiesz, nagle poczułam się tak, jakbym to ja była młodszą siostrą. Wiesz więcej niż ja – 

powiedziała Marya żałośnie. Znów odetchnęła głęboko. – Kathrin, jak to jest... ? Nie, nie 
mogę   cię   o  to   pytać.   Chodziło   mi   tylko   o   to,  że   ja,   tak   naprawdę,   nigdy  specjalnie   nie 
lubiłam... 

– Kochać się z mężczyzną, to chciałaś powiedzieć?
– dokończyła za nią Kathrin. – Maryo, to coś cudownego. Najcudowniejsze przeżycie na 

świecie. 

Po jej ustach błądził tajemniczy uśmiech. Marya poczuła ukłucie zawiści. 
– Ze mną i Tonym tak nie było – wykrztusiła. 
– Czyli to nie był ten mężczyzna – stwierdziła Kathrin z pewnością osoby zakochanej po 

uszy. 

– Nigdy nie zadowalaj się namiastką. 
Dobra rada – potwierdziła w duchu Marya. Ale co to oznacza?

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY

Gdy Marya się obudziła, Kathrin już nie było. Wczoraj przegadały prawie całą noc, jakby 

chcąc nadrobić stracone lata. Wyjrzała przez małe okienko, powitał ją kolejny piękny dzień. 
Założyła  szeroką spódnicę, haftowaną białą bluzkę z koronkowymi  wstawkami i sandały. 
Podśpiewując, zbiegła na dół. Wczoraj naprawdę wiele rzeczy się wyjaśniło – pomyślała, 
napełniając wodą czajnik. Pogodziła się z siostrą i zdobyła informacje, dzięki którym może 
nawiąże jakiś kontakt z ojcem. 

Jeszcze trzymała  czajnik, gdy pojawił się przed nią obraz Craiga. Wygląda na to, że 

zostanie jej szwagrem. Będą ze sobą już na zawsze związani. Czy z nim też uda się dojść do 
porozumienia?

Ukroiła sobie kromkę chleba. Zaparzyła herbatę, napełniła dwa kubki i poszła z nimi do 

warsztatu. Magnus szlifował papierem wiosło. Podała mu kubek i usiadła na stołku. 

– Dzień dobry, tato. 
Zamamrotał coś pod nosem. Marya od razu przeszła do rzeczy. 
– Tato, nie denerwuj się, ale chcę ciebie o coś zapytać. Czy ja ci przypominam mamę?
Znieruchomiał. 
– O co ci chodzi?
– Odpowiedz mi, tato, proszę, to dla mnie naprawdę ważne. – Słowa same cisnęły się jej 

na usta. – Myślę, że to dlatego zawsze wolałeś Kathrin, ona ci się z nikim innym nie kojarzy, 
a ilekroć spojrzysz na mnie, mój widok przypomina ci matkę. Ona też miała takie włosy jak 
ja, prawda? Może nawet zachowywała się podobnie, przecież zawsze twierdziłeś, że jestem 
nieokiełznana i... 

– Przestań!
Kilka kropli herbaty rozlało się jej na kolana. Siedziała nieruchomo, podekscytowana i 

przestraszona.   Czuła,   że   była   bardzo   blisko   prawdy.   Magnus   aż   poczerwieniał,   ale   jego 
niebieskie oczy były zimne jak lód. Gdy się odezwał, poczuła ciarki na plecach. 

– Twoja matka nie żyje... nie żyje od tylu lat. Nie życzę sobie więcej żadnych rozmów na 

jej temat, rozumiesz?

Zacisnęła palce aż do bólu. 
– To moja matka! – wykrzyknęła. – A ty zachowujesz się tak, jakby jej nigdy nie było. 
– W moim domu i we własnym warsztacie będę się zachowywać tak, jak mi się podoba! – 

Ze złością, gwałtownie, szarpnął trzymanym  w ręku wiosłem. Marya odchyliła się. – Nie 
masz prawa więcej o niej mówić!

W jej oczach zapaliły się zielone ognie. Zdusiła zjadliwą odpowiedź. Odstawiła kubek na 

skrzynkę, pochyliła się w jego stronę. 

– Tato, wiem, że bardzo kochałeś mamę i to, że ja ci ją przypominam, jest dla ciebie 

bolesne. Powiedz tylko, że tak właśnie jest, zrozumiem to. 

– Już ci powiedziałem, że nie chcę dłużej tego słuchać. 
Strach jeszcze podsycił jej złość. 

background image

– Już dawno przestałam być dzieckiem, mam dwadzieścia dwa lata i mam prawo znać 

prawdę. Uważałeś, że nie była ci wierna, tak? I od tej pory byłeś na nią wściekły, a potem na 
mnie, bo ci ją przypominałam. To nie mnie nienawidzisz,  nienawidzisz swoich własnych 
wspomnień!

Zerwał się i zamierzył na nią wiosłem; uderzony kubek z herbatą poszybował w górę, 

upadł   na   ziemię   i   rozprysnął   się   na   kawałki.   Drewniane   wiórki   zatańczyły   w   rozlanej 
herbacie. 

– Wynoś się stąd! – ryknął. 
Odepchnęła   stołek   i   wyskoczyła   na   dwór,   z   całej   siły   trzaskając   drzwiami.   Pobiegła 

między   domami   w   stronę   brzegu.   Nagle   zrozumiała,   że   Magnus   wcale   nie   wyglądał   na 
zaskoczonego jej rewelacjami. Wściekł się tylko i natychmiast się jej pozbył. 

Zatrzymała się i, zasłuchana w szum spływającej po zboczach wody, zapatrzyła się na 

rozkołysane w trawie polne kwiaty. Co teraz powinna zrobić?

Zwiesiła ramiona. Piasek zachrzęścił pod jej stopami, gdy zaczęła schodzić w dół. Przy 

małym   pomoście   kołysały   się   dwie   wiosłowe   łódki.   Mniejszą   sześć   lat   temu   zbudował 
Magnus na prośbę Kathrin. Na dziobie miała wyrzeźbioną stylizowaną głowę smoka, a na 
plakietce przy burcie widniało imię „Kathrin”, nie Marya. 

– Maryo!
Zaskoczona rozejrzała się wokół, prawie spodziewając się widoku rudowłosej kobiety. 

Dopiero po chwili uświadomiła sobie, że głos należał do mężczyzny. 

Craig. Z wyjątkiem Magnusa był ostatnią osobą, którą chciałaby teraz spotkać. Zaczęła 

odwiązywać cumę, kątem oka dostrzegła, że zbiega w jej kierunku. 

Zręcznymi palcami rozwiązała węzeł, rzuciła cumkę do łódki i przytrzymując się burty, 

wskoczyła do środka. Sięgnęła po wiosło, by odepchnąć się od brzegu. 

Craig złapał ręką za bok łódki. Oczy Maryi błysnęły. 
– Craig, odsuń się. 
Klęczał   na   skale,   bawełniane   spodnie   ciasno   opinały   mu   biodra,   napięły   się   mięśnie 

ramion. 

– Dokąd się wybierasz?
– Nie twój interes!
– To już kiedyś było, Maryo. Teraz lepiej powiedz, bo inaczej nie pozwolę ci się stąd 

ruszyć. 

– Do Danii? – Zabrzmiało to jak smagnięcie batem. – Do Norwegii?
– W takim razie potrzebny będzie drugi wioślarz. Szybko wskoczył do środka i usiadł na 

ławeczce na wprost niej. 

– Siedzisz w złą stronę – parsknęła. – Craig, nie potrzebuję towarzystwa, a poza tym, co 

ty   tu   robisz?   Wydawało   mi   się,   że   twoim   głównym   zajęciem   jest   zdmuchnięcie   tych 
pięćdziesięciu milionów dolarów sprzed nosa mojej siostrze. 

– Ona jest teraz w pracy, a ja nie mam pięćdziesięciu milionów dolarów. Dlaczego jesteś 

tak niemożliwie wściekła, moja kochana Maryo?

Czułość w jego oczach wytrąciła ją z równowagi. 

background image

– Nie mów do mnie w ten sposób – ucięła. – Idź sobie stąd i zostaw mnie samą. 
Łódka  zdryfowała  na  gładką,  niebieskozieloną  wodę,  znad   wzgórz  dochodziły  krzyki 

morskich ptaków. 

– Musiałbym wracać wpław, a chyba nie chcesz, żebym na twoich oczach rozchorował 

się od tej lodowatej wody. Poza tym, nie odpowiedziałaś na pytanie. 

Dotyk gładkiego lakierowanego drewna, z którego były zrobione wiosła, przypomniał jej, 

jak Magnus w złości zamierzył się na nią. Craig nie miał zamiaru odejść, gotowy był zostać tu 
z nią przez cały dzień. Jego spokój i budzące się w niej zaufanie ośmieliły ją. Spojrzała mu 
prosto w oczy. 

– Dziś rano próbowałam pogodzić się z ojcem, ale nic z tego nie wyszło. – Pokrótce 

powiedziała mu, czego się dowiedziała od pani Rasmussen i streściła mu przebieg rozmowy z 
ojcem. – Tyle zwojowałam – zakończyła z rezygnacją i zanurzyła rękę w zimnej wodzie. 

– A ten Petur, znasz jego nazwisko?
– Petur Nielsen. 
– Czy on żyje?
–   Nie   wiem...   kiedyś   mieszkał   w   małej   osadzie   Saksun.   Zanim   zbudowano   drogę, 

prowadziła tam tylko wąska ścieżka przez wzgórza, to jakieś trzy mile od TJ0rnuvik. 

– Możemy spróbować go odnaleźć i dowiedzieć się, czy miał romans z twoją matką. 
– Nie możemy tego zrobić!
– Dlaczego nie, Maryo? Minęło już tyle lat. Popatrzyła na niego z konsternacją. 
– Dla ciebie wszystko jest proste. 
– To jest dla ciebie ważne, więc spróbuj coś zrobić. 
– Chyba masz rację. – Nieoczekiwanie uśmiechnęła się do niego. – Spróbujmy!
Uśmiechnął się w odpowiedzi. 
– Może najpierw trochę powiosłujemy, co? Taki wspaniały dziś dzień, sama mówiłaś, że 

takie dnie są tu rzadkością. 

Zawahała się. Wiedziała, dokąd z chęcią by go zabrała, choć nie była pewna, czy to dobry 

pomysł. 

– Mogę ci pokazać moje ulubione miejsce – powiedziała wolno. – Jeśli zechcesz. 
Na moment czujność zniknęła z jego oczu. Zaskoczyła go. 
– Będę się czuł zaszczycony. To ją wzruszyło. 
– Tony nigdy tam nie był – wypaliła i ugryzła się w język. 
Pochylił się ku niej, dostrzegła z bliska szare tęczówki. 
– Dlaczego mnie chcesz tam zabrać?
– Nie wiem – wymamrotała. 
Oczy mu złagodniały. 
– Zapomnijmy o powodach i motywach. Dziś jest cudowny dzień, jest ze mną piękna 

kobieta i mam okazję wypróbować te oryginalne wiosła. Dlaczego one są kwadratowe?

Była   mu   wdzięczna   za   tę   zmianę   tematu.   Wyraz   jego   oczu   napełnił   ją   dziwnym 

zmieszaniem połączonym z radością. 

– Są bezpieczniejsze od normalnych. Tę łódź zbudował Magnus. Wiele razy powtarzał 

background image

stare powiedzenie, że człowiek bez łódki jest jak zakuty w kajdany... 

Craig odwrócił się do niej plecami i umocował wiosła w dulkach. Zaśmiał się. 
– Nie wiosłowałem już od dwóch lat!
– Ja od trzech – zawtórowała. – Gotowy?
Przez następne kilka minut wiosłowali w ciszy, drobne fale z pluskiem rozbijały się o 

burtę.   Marya   starała   się   na   czymś   skoncentrować,   ale   nie   mogła   oderwać   oczu   od 
muskularnych pleców Craiga. 

Okrążali   urwisko.   Poszarpane   wulkaniczne   skały   mieniły   się   różnokolorowymi 

porostami.   Na   wysokich   krawędziach   zbocza   falowała   bujna,   zielona   trawa.   Usłyszeli 
beczenie barana, który pojawił się na skraju urwiska. 

– Czy owce nigdy nie spadają?
– Pasterze ich pilnują, jednak co roku kilka tonie. Przybliżali się do stromego zbocza, 

pojawiła się pierwsza jaskinia, jej czarna czeluść odbijała się w płytkiej, turkusowej wodzie. 

– Czy to jest to miejsce?
– Żartujesz? To za bardzo przypomina tunel... Osada zniknęła im z oczu, było tak, jakby 

cały świat pozostał za nimi, byli tylko oni dwoje. Ciszę przerywały jedynie uderzenia wioseł i 
plusk wody, słońce grzało coraz mocniej. Craig rozglądał się wokół, słońce złociło jego gęste 
włosy, oczami chłonął krajobraz. 

– Te ptaki chyba mają tu gniazda? Ucieszyła się, że to zauważył. 
– To gniazda nurzyków, może też mew. Popatrz tu, na tego maskonura... 
Ptak ślizgał się po powierzchni wody, z hałasem wymachiwał skrzydłami, migotały jego 

jasne łapki, a mokre piórka lśniły w słońcu. 

– Jeśli nie zrobimy dużo hałasu, to zobaczymy jeszcze więcej. 
Wysoka skalna iglica wyłaniała się z morza i wbijała w niebo. Mewy krążyły między nią 

i skalnym urwiskiem brzegu, nurkowały u jej podnóża rozpryskując wodę w małe fontanny. 

Marya oparła się na wiosłach, łódka powoli zaczęła się obracać. Przez kilka minut oboje 

w skupieniu i ciszy podziwiali piękno tego widoku. 

– To cudowne miejsce – powiedział półgłosem Craig. – Dziękuję ci, że mnie tu zabrałaś. 
Odwrócił się do niej, rozjaśnił twarz w miękkim uśmiechu. Pomyślała, że teraz łączy ich 

jeszcze coś innego, jakieś przejmujące poczucie wspólnoty i bliskości, jakiej nigdy wcześniej 
nie doświadczyła z Tonym, nawet w tym hotelowym pokoju zastawionym różami. 

Dopiero teraz uświadomiła sobie, że Craig sądzi, iż to jest jej ulubione, obiecane mu 

miejsce. 

Było inaczej, ale niechcący dał jej szansę, by jeszcze mogła się wycofać, nie ryzykować 

zabrania go do tego sekretnego zakątka, do którego nie dopuściła nawet Kathrin. 

– Masz taką poważną minę, Maryo. Teraz nie czas na rozwiązywanie problemów świata. 

O czym myślisz?

Odrzuciła do tyłu płomienne włosy, a zielone oczy ożywiły się w uśmiechu. 
– To jeszcze nie to miejsce – oznajmiła. – Tamto jest jeszcze przed nami. 
– Rybacy chyba mieli rację, ostrzegając przed kobietą o rudych włosach – powiedział 

miękko. – Chyba mnie zaczarowałaś... poszedłbym za tobą na koniec świata. 

background image

Prowokacyjnie wydęła usta. 
– Nie musisz iść tak daleko. Obiecuję, że ci się tam spodoba. 
Oczami lekko przeciągnął po delikatnej linii jej ust. 
– Nie mam najmniejszych wątpliwości. 
Serce jej zabiło, poczuła dziwne podniecenie. Już nie było odwrotu, zresztą wcale tego 

nie chciała. 

Pochyliła   się   do   wioseł,   w   wycięciu   bluzki   zarysował   się   kształt   jej   piersi.   Craig   z 

wysiłkiem odwrócił wzrok, spostrzegła to. Nie zmieniła pozycji, policzki się jej zaróżowiły, 
ale oczy pozostały nieustraszone... 

– Taka jesteś naprawdę, Maryo – odezwał się miękko. – Nie masz pojęcia, jak inaczej 

wyglądałaś, gdy zobaczyłem cię po raz pierwszy. 

Zacisnęła usta i popatrzyła w dół z taką miną, że Craig aż roześmiał się głośno. 
– To właśnie to. Nie wiem, jakie masz plany, ale nie wracaj z powrotem do La Roulade 

ani do miasta. 

„ To tak, jakby chcieć zamknąć orła w klatce. 
– Albo trzymać w wannie maskonura. 
Białe zęby Craiga zalśniły w szerokim uśmiechu. Dłonią uderzył na płask o powierzchnię 

wody, lodowate krople rozprysnęły się wokół. Jedna z nich upadła jej na piersi i szybko 
wsiąkła w cienką tkaninę. 

– Gdybym się nie obawiał, że oboje wylądujemy w wodzie, pocałowałbym cię tak, jak 

jeszcze nigdy cię nikt nie całował. 

– Craig, wiosłuj, to najlepszy sposób, żeby się wyładować. 
Sama też chwyciła za wiosła, prowadziła łódź między skalną iglicą a urwistym brzegiem. 

Minęli jeszcze dwie ziejące czernią jaskinie i długim przesmykiem  dopłynęli  do miejsca, 
gdzie  zielona  trawa schodziła  w dół, niemal  sięgając powierzchni  wody.  Cztery górzyste 
wysepki wyłaniały się z morza. Marya skierowała łódkę ku największej z nich. Płynęli bardzo 
blisko brzegu. Craig odłożył wiosła. 

Dziób delikatnie uderzył o skałę. Marya zrzuciła sandały i lekko wyskoczyła na brzeg. 

Wyciągnęła rękę do Craiga. 

– Dasz sobie radę?
Ujął jej dłoń i wyskoczył na ląd. 
– Przy złej pogodzie nie dałoby się tu przybić. 
– Tu  prawie  nigdy  nie  ma  dobrej  pogody.   Kiedyś  ludzie   przypływali  tu  polować  na 

morskie ptaki, ale już od dawna nikogo tu nie było. 

– Poza tobą. 
Pod   bosymi   stopami   poczuła   szorstką   skałę.   Pełną   piersią   wciągnęła   ostry   zapach 

wodorostów i cierpki tymianku. Odezwała się jakby do siebie. 

– Te trzy lata były jak cała wieczność... Gdy było mi już bardzo źle, wracałam myślą do 

tego miejsca i to pozwalało mi przetrwać. 

Craig   przykucnął,   z   zainteresowaniem   wpatrywał   się   w  wodę   przelewającą   się   przez 

skalne rumowiska. Po kilku chwilach Marya westchnęła głęboko, popatrzyła na mężczyznę 

background image

pochylonego u jej stóp, zarys jego pleców, skręcone włosy na karku. 

– Chcesz pójść ze mną?
Uniósł się z charakterystycznym mimowolnym wdziękiem. Stała tuż obok niego, wiotka 

w wirującej spódniczce i obcisłej bluzce, promieniejąca szczęściem. Jeszcze nigdy jej takiej 
nie widział. Mógł wziąć ją w ramiona, ale zamiast tego tylko skinął głową. 

– Dokąd tylko zechcesz, Maryo. 
Zaniosła się beztroskim, lekkim jak pianka śmiechem. 
– Nie ma specjalnego wyboru, możemy iść albo w górę, albo do morza. 
Odwróciła się i poprowadziła go przez skały w stronę porośniętego trawą wzgórza. 
Pierwszy etap wspinaczki nie był trudny, ale po chwili droga stała się bardziej stroma. 

Marya  przytrzymywała  się kępek trawy,  szukając oparcia wbijała palce w ziemię. Szczyt 
wysepki był płaski, obramowany ostrymi skalnymi występami, które, nie zasłaniając słońca, 
chroniły   przed   wiatrem.   Bujna   zielona   trawa   mieniła   się   jak   dywan   nakrapiany   pękami 
różowych i złotych polnych kwiatów. Od góry przestrzeń zamykało błękitne niebo, na którym 
stada mew w nieskończoność zataczały szerokie kręgi. 

Marya   odwróciła   twarz  do  Craiga.  Po  raz  pierwszy  poczuła   wątpliwości.  A  jeśli  nie 

spodoba mu się to miejsce? Może nie zrozumie, dlaczego od pierwszej chwili, gdy odkryła tę 
wyspę, stała się ona dla niej czymś w rodzaju sanktuarium, miejscem, w którym znalazła 
ucieczkę od świata i dzięki któremu przetrwała te lata w Toronto. 

Szybkie   spojrzenie   na   Craiga   upewniło   ją,   że   niepotrzebnie   się   dręczyła.   Craig 

niespiesznie rozglądał się wokół, jakby wchłaniając w siebie spokój tego zakątka. Odezwał 
się dopiero po dłuższej chwili. 

– To coś wspaniałego, Maryo. Dziękuję ci, że mnie tu zabrałaś. 
Dobrze  zrobiła,  zawierzając  swojej intuicji  i  pokazując mu  tę  wyspę.  W głębi  duszy 

cieszyła   się,   że   był   jedynym,   przed   którym   w   jakimś   sensie   odkryła   samą   siebie.   Stała 
nieruchomo, jakby na coś czekając, a słońce oblewało złotym blaskiem jej nagie ramiona i 
nogi. 

Na tle skał i błękitnego nieba jej szczupła sylwetka wyglądała jak morski ptak, gotowy w 

każdej chwili odlecieć. Craig bez słowa ruszył ku niej i wziął ją w ramiona. Jego pocałunek 
był jak ten pogodny dzień, nagrzane słońcem usta nie śpieszyły się, pewne przyjęcia. Było 
tak,  jakby wiedzieli,   że  czas  przed  nimi  jest  niezmierzony,   że  wystarczy  go na  powolne 
wzajemne poznawanie. Czas na dawanie i przyjmowanie. Czas ostatecznego oddania... 

Zarzuciła mu ręce na szyję i przywarła do niego całym ciałem. Pasowali do siebie, tak 

jakby byli dla siebie stworzeni. Może nawet od pierwszej chwili, gdy odkryła tę wysepkę i 
uznała ją za swoją wyłączną własność, przeczuwała, że kiedyś coś takiego się wydarzy, że 
nadejdzie   dzień,   kiedy  podzieli   się  tą   swoją  tajemnicą   z  mężczyzną.  I  nie   tylko  ona   ich 
połączy,  ale wtedy odkryje przed nim samą siebie, swoją prawdziwą naturę, której istoty 
Tony nawet nie przeczuwał. 

Usta   Craiga   całowały   ją   delikatnie,   stopniowo   pocałunki   stawały   się   coraz   bardziej 

namiętne; rozchyliła wargi, poczuła, jak nagły płomień przebiegł przez jej ciało. Jego ręce 
przyciągały ją coraz mocniej, przytulała się do niego, palce bawiły się jasnymi  miękkimi 

background image

włosami   na   karku.   Z   lubością   przyjmowała   twardy   dotyk   jego   muskularnej   piersi. 
Przeciągnęła dłońmi po jego ciele, pod palcami poczuła zarys żeber i bioder. Nie przestawał 
jej całować, odczuwała coraz większą przyjemność, pomyślała, że dłużej tego nie wytrzyma, 
umrze... 

Jego   usta   rozpoczęły   wędrówkę   po   jej   szyi,   błądziły   po   delikatnej   skórze. 

Niespodziewanie,   nie   mogąc   już   dłużej   się   powstrzymać,   szarpnął   jej   bluzkę   i   odsłonił 
ramiona. Rozkoszował się widokiem nabrzmiałych ust, płomieniem namiętności w jej oczach; 
znów zaczął całować obnażone białe ramiona. Nadal się nie odzywał. Wpatrując się w nią 
intensywnie zaczął powoli rozwiązywać tasiemki przy bluzce. Zadrżała pod dotykiem jego 
rąk, rozpięta bluzka odsłoniła ciało. 

Pochylił głowę, całował zagłębienie między piersiami, niecierpliwie odgarnął koronkę 

stanika i dotknął jędrnej białej skóry. Marya drżała coraz bardziej, oczy jej płonęły. Objęła go 
w pasie, przyciskała do siebie z całej siły, całą sobą czuła szaleńcze pulsowanie jego ciała. 

Rozdzielili   się   jednocześnie.   Craig   szarpnął   guziki   koszuli,   Marya   jednym   szybkim 

ruchem przez głowę ściągnęła bluzkę, odrzuciła ją na ziemię. Craig stał nagi do pasa. Szeroki 
w ramionach, ze splątanymi włosami na piersi, wydał się jej olśniewająco piękny. 

Jednym szarpnięciem rozpięła spódnicę, oswobodziła się z niej. Spodnie Craiga upadły na 

kępę trawy. Patrząc na Maryę, z rozmysłem ściągnął obcisłe slipki. 

Nie   speszyła   się.   Podświadomie   czuła,   że   właśnie   tak   powinno   być.   W   tym   dzikim, 

zalanym   promieniami   słońca   zakątku   ubranie   nie   było   potrzebne,   nagość   była   czymś 
naturalnym. Wyślizgnęła się z koronkowej bielizny i wyciągnęła ku niemu obie ręce. 

– Maryo, Maryo... jesteś moim przeznaczeniem, jedyną kobietą stworzoną dla mnie... 
Delikatnie przesunął dłońmi, jakby chcąc zapamiętać kształt jej ciała, w milczeniu ujął jej 

ręce   i   przyciągnął   mocno   do   siebie;   nie   opierała   się   jego   pocałunkom.   Powoli,   niemal 
nieświadomie, opadli na trawę. 

Kochał ją tak, jakby naprawdę była jedyną kobietą na całym świecie, jakby robił to po raz 

pierwszy w życiu. Każdy gest i każde dotknięcie było czymś zupełnie nowym, przesyconym 
niewinnością   pierwszych   doznań.   Marya   czuła   to   samo,   w   nicość   uleciały   wszystkie 
wspomnienia o Tonym. Nieśmiałość mieszała się z radosnym oczekiwaniem i gotowością jej 
ciała. Prawie nie odzywali się do siebie, wszystko działo się poza słowami: blask jej oczu, 
delikatnie zaróżowione policzki, gra słońca i cienia na jej skórze. 

Wygięła się pod nim, jakby chcąc go zatrzymać, w jej oczach zamigotała morska głębia. 

Wiedziała, skąd bierze się napięcie na jego twarzy,  miało to samo źródło, co jej – oboje 
chcieli   przedłużyć   tę   chwilę   w   nieskończoność,   ale   coś   odwiecznego   jak   ta   wyspa   i 
nieuchronnego jak przypływy i odpływy morza, popychało ich do ostatecznego spełnienia. 
Nagle w głosie Craiga zabrzmiała przejmująca szczerość. 

– Maryo, kochanie... teraz. 
Jakby tylko czekając na jego głos i tę chwilę, jej ciało dołączyło do jego rytmu, zatraciło 

się w oszałamiającej rozkoszy. Gdzieś z bardzo daleka usłyszała, jak jej własny głos zmieszał 
się z krzykiem morskich ptaków. 

background image

Bardzo powoli powracała. Ich ciała nadal były splątane w ciasnym uścisku, głowa Craiga 

spoczywała   na   jej   piersi.   Pomału   jej   serce   zaczynało   się   uspokajać.   Poczuła   zapach 
zgniecionej trawy, chłodny dotyk powietrza na skórze. Z nagłym uczuciem żalu uświadomiła 
sobie, że jej ciało znów należy tylko do niej. Nie chciała tego, pragnęła jeszcze przedłużyć tę 
chwilę, bez ruchu leżała w jego ramionach, rozkoszując się tym bezpiecznym schronieniem. 

W końcu Craig przerwał ciszę. Pocałował ją w usta, poczuła jego oddech na policzku. 
– Cieszę się, że po raz pierwszy kochaliśmy się tutaj, w pełnym słońcu i pod gołym 

niebem... To jest twój świat, Maryo, pełen kwiatów i słońca. Maryo, jesteś piękniejsza, niż 
potrafiłbym to wyrazić. 

Była jak zaczarowana. Wypełniało ją poczucie bliskości tak intensywnej, jakiej nigdy 

nawet sobie nie wyobrażała. Nie potrafiła teraz docenić tego, co właśnie powiedział. 

Zapytała miękko:
– Czy było ci dobrze, Craig?
– Czy naprawdę musisz o to pytać? – zamruczał tylko, całując ją w szyję. Po chwili 

uniósł się na łokciu, koniuszkiem palca obrysował kontur jej twarzy. – Było cudownie. Choć 
to słowo i tak nie oddaje wszystkiego. – Zastanowił się, jakby szukając lepszego określenia. – 
To było tak, jak bym  to robił po raz pierwszy w życiu. Tak, jakby to miejsce zatarło w 
pamięci całą przeszłość... Rozumiesz to?

Skinęła   głową   niemal   przestraszona,   bo   sama   myślała   podobnie.   Poczuła   chłód   na 

plecach, zadrżała. 

– Czy wiatr się wzmógł?
Craig uniósł  się, podziwiała  ukradkiem  jego płaski  brzuch i  długie muskularne  nogi. 

Dopiero teraz poczuła lekkie tchnienie wiatru. 

– Musimy wracać – zaniepokoiła się. – Tutaj nawet najmniejszy wiatr jest niebezpieczny. 
– Nie chcę stąd iść. 
Popatrzyła na niego z niedowierzaniem. 
– Musimy – uśmiechnęła się. – Nie byłbyś zachwycony, gdybyś naprawdę tu został. 
Spoważniał. 
– Z tobą bym zaryzykował... Maryo, jeszcze tylko jeden pocałunek. 
Znów wziął ją w ramiona. Tym razem ciepły dotyk jego ust był dla niej czymś innym, 

zapowiedzią pożegnania. Zadrżała. 

– Zmarzłaś. Lepiej załóż coś na siebie... pozwól mi tylko, bym jeszcze raz na ciebie 

spojrzał. 

Tony przestał o niej myśleć,  gdy tylko  dostawczego chciał.  Craig był  zupełnie  inny. 

Chciał utrwalić w pamięci to. co im się zdarzyło; to ją zmroziło. Było za wcześnie, by mogła 
to wszystko ogarnąć myślą i zrozumieć, chciałaby zostać sama. Głos Craiga się zmienił. 

– Maryo, nie rób takiej miny!
Zaczęła zbierać swoje rzeczy, pośpiesznie wciągnęła bieliznę i spódnicę. 
– Jakiej miny?
– Jakbyś już była  gdzie indziej. Jakbyś uleciała ode mnie, zanim zdążyłem  się na to 

przygotować... zanim do końca zdałem sobie sprawę z tego, co właśnie przeżyliśmy. 

background image

– Kochaliśmy się – odrzekła spokojnie. – To wszystko. 
Sięgnęła dłonią w tył, by zapiąć stanik, naprężyły się mięśnie ramion i brzucha. W jego 

oczach zapaliło się pożądanie, jakby jeszcze nigdy nie miał jej w ramionach. Zaniepokojona, 
szybko, przez głowę, wciągnęła bluzkę. 

– Craig, naprawdę musimy już iść. 
Jeszcze nie całkiem przytomny zakładał na siebie ubranie, z jego twarzy trudno było 

odczytać, co myśli. Marya zaczęła schodzić wąską ścieżką wśród kamieni. Szła nieuważnie, 
potknęła się i skaleczyła w kolano. Łódź łagodnie kołysała się na falach. He czasu mogło 
minąć od ich przybycia? – zastanowiła się, rozglądając dookoła. Wiedziała, że czas, który 
spędzili na wyspie, liczył się dla nich inaczej. 

Schodząc w dół Craig potrącił kilka kamieni, z pluskiem wpadły do morza. Odwróciła się 

do niego. 

– Lepiej ty wejdź pierwszy do łódki, a ja odcumuję. Jego słowa właściwie wcale jej nie 

zdziwiły. 

– Maryo, kiedy powiedziałem, że to był pierwszy raz, naprawdę tak myślałem. Ja nie 

rozpłynę się we mgle, tak jak Tony. 

– Ale ty jesteś bogaty! Chwycił ją za ramiona. 
–   Jestem   normalnym   człowiekiem   –   wybuchnął.   –   Nie   myśl   o   mnie   tak   jak   o   tych 

bogatych klientach La Roulade! Jestem Craig. Kochaliśmy się tu na górze, pamiętasz?

Wiatr odrzucił jej włosy na twarz, odgarnęła je do tyłu. Jej głos zabrzmiał ostro. 
– Musimy już wracać. Nie rozluźnił uścisku. 
– Wiesz co, Maryo – powiedział jakoś dziwnie – myślę, że mogę się w tobie zakochać... a 

być może to już się stało?

– Nie musisz tego mówić tylko dlatego, że się kochaliśmy, Craig. Po to, żebym poczuła 

się lepiej. 

– Głos jej drżał, próbowała się opanować. – Chciałam się z tobą kochać, może nawet 

dlatego cię tu przywiozłam. Ale to już się skończyło, musimy wrócić do świata, w którym 
mamy rodziny, pracę i inne zobowiązania. Do prawdziwego świata. 

– Czy chcesz przez to powiedzieć, że to, co się teraz stało, nie wydarzyło się naprawdę?
– To miejsce jest zaczarowane... jest poza czasem. Mówiłeś o czarach, być może oboje im 

ulegliśmy. 

– To zdarzyło się naprawdę, Maryo. Naprawdę! Oswobodziła się. 
– Możemy się kłócić przez całą drogę z powrotem, jeśli chcesz. Ale teraz, na litość boską, 

wchodź do łódki!

Spochmurniał.   Przytrzymał   się   burty   i   wskoczył   do   środka.   Usiadł   na   rufie.   Marya 

odwiązała   cumę   i   z   dziobu   wypchnęła   łódkę.   Zaczęła   wiosłować   z   dziką   energią.   Craig 
dopasował się do jej rytmu, łódź pruła wodę, fale rozpryskiwały się na boki. Biała koronkowa 
piana burzyła się przy brzegu, a nad wysokim urwiskiem unosiły się rzucane wiatrem mewy. 

Miarowy rytm wioseł przyniósł uspokojenie. Marya żałowała, że tak wymknęły się jej te 

gorzkie słowa. Wcale nie chciała tego mówić. Czy może w tych nieopatrznych uwagach było 
jakieś źdźbło prawdy?

background image

Craig jest bogatym Kanadyjczykiem, tak jak Tony. Kochała się z nim. Z Tonym też. 
Ale reszta nie była taka prosta. Nie mogła oszukiwać samej siebie, że między nimi nie 

było żadnych różnic. Nie mogła odmówić Craigowi wewnętrznej siły i szlachetności. Tony 
nigdy by nie odczuł magii tego miejsca tak jak Craig. Skoncentrowała uwagę na przejściu 
między iglicą i urwistym brzegiem, na hałaśliwych narzekaniach nurzyków, blasku słońca na 
mokrych wiosłach. Nagle ją olśniło. Nie ma znaczenia, czy ktoś jest bogaty, czy biedny, ale 
to, że ona znów stała się bezbronna. 

Popatrzyła  na grę mięśni na plecach Craiga. Obdarował ją sobą tak całkowicie  i bez 

zastrzeżeń, dał jej nie tylko ciało, ale jakąś część swojej duszy. Teraz zrozumiała tajemniczy, 
miękki uśmiech na twarzy Kathrin. 

Jak teraz będzie mogła o nim zapomnieć? Jak po chwili takiego szczęścia będzie mogła 

jeszcze kiedyś kochać się z kimś innym?

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY

Powrót zajął im prawie godzinę. Wiosłowali pod prąd i coraz silniejszy wiatr. Marya 

właściwie nie miała do czego się śpieszyć; nie wiedziała, jak po tym wszystkim powinna się 
zachować. Czy kochała się z Craigiem pod wpływem chwili? Czy popchnęła ją do tego żądza 
buntu? A może chciała się przekonać, że rację ma Kathrin i naprawdę istnieje miłość inna niż 
ta, którą odkrył przed nią Tony? Być może było to coś nieuniknionego, czego zapowiedzią 
było to nieoczekiwane przeżycie w porcie w Bergen. Od tej chwili minęły dopiero cztery dni, 
a wydaje się, że to było tak dawno. 

Łódka uderzyła o brzeg. Marya odrzuciła wiosła i wyskoczyła na ląd. 
Z wymuszonym uśmiechem odwróciła się do Craiga. 
– Chyba się trochę ochłodziło?
– Maryo, nie mówmy teraz o pogodzie. Czy chcesz pojechać do Saksun?
Nie oczekiwała takiego pytania. Zmieszała się. 
– Teraz?
– Czemu nie? Chyba chcesz jakoś zakończyć tę sprawę z ojcem? Oczywiście, jeśli to w 

ogóle jest możliwe. 

Uderzył ją jego ton. 
– Craig, jaki jest twój ojciec? Odwrócił wzrok. 
– Jest stanowczy, ma władzę, wie, czego chce i dopóki nim nie wstrząsnę, nawet nie 

udaje, że mnie słucha. 

– Aha, więc mamy wiele wspólnego. 
– Łączy nas dużo więcej, dobrze wiesz. Nie chciała dalej tego drążyć. 
– A co z twoją matką?
Cień przemknął po jego twarzy. 
– Umarła, gdy miałem sześć lat. 
– To znów coś wspólnego – dodała mimo woli. 
– Ja miałam pięć. 
–  Maryo,   może   porównanie   milionera,   właściciela   ogromnej   firmy,   ze   szkutnikiem   z 

Wysp Owczych wyda ci się dziwne, ale uwierz mi, że twój ojciec aż za bardzo przypomina 
mi mojego... To co, jedziemy do Saksun?

Wyglądało   na   to,   że   nie   zamierzał   wracać   do   tego,   co   zaszło   na   wyspie.   Marya 

uśmiechnęła się z wyraźną ulgą. 

– A co powiesz na lunch? Mogę ci zrobić kanapkę u Grethe. 
– Możesz zrobić nawet dwie. – Uśmiechnął się. 
– Chyba trochę zgłodniałem. Starała się nie zarumienić. 
– Wiosłowanie to ciężka praca. 
– Morskie powietrze też robi swoje. Poczekaj, masz trawę we włosach. 
Nic   nie   pomogło,   poczuła,   że   się   rumieni.   Craig   delikatnie   wyjął   źdźbła   trawy  z   jej 

włosów. 

background image

–   No,   teraz   już   możemy   pokazać   się   ciotce.   Zobacz   tylko,   czy   dobrze   pozapinałem 

guziki?

Zagryzła usta, z przejmującą dokładnością przypomniała sobie, jak Craig zdzierał z siebie 

koszulę. 

– Słuchaj, chyba mamy wszystko wypisane na twarzach – stwierdziła bezradnie. – Na 

pewno tak jest. 

– Ja wiem, co się stało, ale nikt inny się nie pozna. 
– To moja wina! – wybuchnęła. – To ja cię tam zabrałam. 
Głos mu się zmienił. 
– Maryo, nie mów o żadnej winie, to niedobre słowo. Gdybyśmy już nigdy więcej nie 

mieli nawet trzymać się za ręce, to i tak to, co dziś przeżyliśmy, jest czymś wspaniałym i 
cudownym. 

Nieoczekiwanie poczuła łzy w oczach. Wymamrotała:
– Chyba masz rację. 
– Mówisz, jakbyś nie była całkiem pewna. – Zirytował się i ruszył w górę. 
Popatrzyła za nim i krzyknęła:
– To najpiękniejsza rzecz, jaka kiedykolwiek w życiu mnie spotkała!
Znieruchomiał, obrócił się ku niej. Nie spuszczała z niego oczu, wiatr targał jej włosy, 

spódnica tańczyła wokół nóg. Craig z rękami w kieszeniach podszedł do niej. 

– Chyba bym się nie odważył kochać z tobą w tej chwili – powiedział z rozbawieniem. – 

Masz taką minę, jakbyś chciała mi wbić nóż między żebra. Coraz mi trudniej wyobrazić sobie 
ciebie jako pełną taktu i opanowania hostessę w La Roulade. – Nie zmieniając tonu, dodał: – 
Maryo, spodoba ci się miejsce, w którym mieszkam. Jest dzikie i zapomniane przez ludzi jak 
twoja wysepka. 

W Toronto nieraz oglądała zdjęcia zachodniego wybrzeża – pokryte śniegiem szczyty 

Gór Skalistych, cudowne, kuszące lasy i ciemnoniebieskie wody Pacyfiku; zawsze marzyła, 
by kiedyś tam pojechać. 

– Nie będę miała okazji się przekonać – ucięła. 
– Nie wybieram się tam. 
– Zobaczymy. – Zmrużył oczy. 
– Craig, już mam za sobą coś takiego. 
– Ale nie ze mną. – Uśmiechnął się leniwie. 
– Mówiłaś coś o kanapkach? Czy Grethe to siostra twojej matki?
– Przestań mnie denerwować!
– Kochanie, jeśli jesteś rozdrażniona, to znaczy, że nie spisałem się jako mężczyzna. 
Uśmiechnęła się mimo woli. Uświadomiła sobie naraz, że Tony prawie wcale nie miał 

poczucia humoru. Zadowolona ze zmiany tematu, zaczęła opowiadać o Grethe. Podeszli do 
domu ciotki. 

W   kuchni   słodko   pachniało   szarlotką.   Grethe   miała   wyraźną   słabość   do   wysokich 

blondynów. Za moment przed Craigiem stała ogromna porcja szarlotki z bitą śmietaną, pajda 
domowego chleba z serem i duży kubek herbaty. Craig zjadł z apetytem, wychwalał wszystko 

background image

i nawet nie mrugnął, kiedy Grethe zaczęła wyliczać potrawy przewidziane na wesele Kathrin i 
Robba. 

Ciotka pozwoliła mu odejść pod warunkiem, że znów ją odwiedzi. Wreszcie Marya i 

Craig wsiedli do samochodu i skierowali się w stronę Saksun. Osada leżała na końcu trasy, 
otoczona schodzącymi  w dolinę górami. Ich szczyty były teraz ukryte  w chmurach, a po 
zboczach spływały tworząc wodospady liczne strumienie. Szum wody mieszał się ze śpiewem 
ptaków i beczeniem owiec. 

Marya   stanęła   przy   samochodzie,   zastanawiając   się,   co   teraz   powinna   zrobić.   Cały 

pomysł wypytywania zupełnie obcego człowieka o jego przeszłość nagle wydał się jej bez 
sensu; gdyby Craiga nie było przy niej, z pewnością wróciłaby do domu. Craig odezwał się 
spokojnie, jakby odgadując jej myśli. 

– Podejdźmy do tego czerwonego domu, może dowiemy się, gdzie on mieszka. 
Skierowano ich do małego, białego domku po drugiej stronie głębokiego wąwozu, którym 

płynęła rzeka. Z ogródka aż do sąsiadów wylewały się pomarańczowe nasturcje i błękitne 
niezapominajki.   Smużka   dymu   unosiła   się   z   komina.   Marya   poczuła   suchość   w   ustach. 
Zastukała do drzwi. 

Otworzył jej wysoki, lekko przygarbiony mężczyzna. Jego błękitne oczy rozszerzyły się 

ze zdumienia, gdy spojrzał na Maryę. Zrobił ręką znak krzyża i wykrztusił słowa powitania. 

– Panie Nielsen, jestem Marya Hansen, córka Magnusa i Anny Marii. To mój znajomy z 

Kanady, Craig Huntingdon. 

Błękitne oczy prześlizgnęły się po Craigu. 
– Nie mogę w to uwierzyć – wyjąkał i oparł się o framugę. 
–   Proszę   mi   wybaczyć   –   powiedziała   Marya   ze   skruchą.   –   Mówiono   mi,   że   jestem 

podobna do matki, ale nie przypuszczałam, że aż tak pana zaskoczę... Czy możemy wejść?

– Ależ tak, proszę... 
– Craig mówi tylko po angielsku. 
Petur zrzucił opierającego się kota z jednego z krzeseł i podsunął je do kominka. 
– Więc mówmy po angielsku. – Uśmiechnął się do Maryi tak, że zrozumiała, dlaczego 

podobał się jej matce. – Nauczyłem się tego języka, gdy dawno temu służyłem jako pierwszy 
oficer na brytyjskim frachtowcu. 

Nie   mogła   dłużej   zwlekać   z   wyjaśnieniem   powodów   wizyty.   Streściła   informacje 

uzyskane od pani Rasmussen. 

– Teraz sam pan widzi – jeśli rzeczywiście moją matkę coś z panem łączyło, to wyjaśnia 

stosunek   ojca   do   mnie.   Nienawidzi   mnie,   bo   wyglądam   tak   samo   jak   mama...   –   Nagle 
zabrakło jej słów. 

– Między nami nie było żadnego romansu – zaczął spokojnie Petur – choć chciałbym 

tego. Od pierwszej chwili, gdy ją poznałem, z tymi płomiennymi włosami i oczami, które 
zmieniały kolor tak samo jak twoje, od pierwszego spojrzenia zapragnąłem, by została moją 
żoną.   Miała   wtedy   osiemnaście   lat.   –   Kot   wskoczył   mu   na   kolana,   Petur   pogłaskał   go 
bezwiednie. – Ale ona była zakochana w twoim ojcu, najlepszym szkutniku na wyspach. Była 
dla   mnie   miła,   to   wszystko.   Nie   potrzebowała   mnie.   Pojechałem   więc   na   morze   i   nie 

background image

wracałem tu przez sześć lat. Popatrzył w ogień, zagubił się we wspomnieniach. 

– Pewnego wrześniowego dnia znalazłem się w Torshavn. Staliśmy w porcie już trzeci 

dzień,   gdy   przypadkiem   spotkałem   twoją   matkę.   Przyjechała   autobusem   na   zakupy. 
Powiedziała mi, że ma dwie córeczki i właśnie się dowiedziała, że znów będzie mieć dziecko. 
Była piękniejsza niż kiedykolwiek wcześniej. Spacerowaliśmy i tak zajęliśmy się rozmową, 
że nie wiadomo kiedy znaleźliśmy się na wzgórzach za miastem. Powiedziałem jej wtedy, że 
nie przestałem jej kochać i jeśli nie jest jej dobrze, zabiorę ją od jej szkutnika, żeby znów 
mogła być szczęśliwa... 

Marya nie mogła się powstrzymać. 
– Nie była szczęśliwa?
– Twój ojciec nie był łatwy we współżyciu, ale powiedziała, że go kocha. Była bardzo 

lojalna. Znów opuściłem Wyspy, tym razem na wiele lat. Kiedy wróciłem, dowiedziałem się, 
że   zmarła   wydając   na   świat   dziecko,   o   którym   mówiła   mi   w   ten   wrześniowy   dzień. 
Wiedziałem, że jest tu pochowana, więc osiadłem tutaj. – Zwrócił na Maryę przepełnione 
smutkiem oczy. – Tego dnia wiele osób widziało nas razem. Twój ojciec był zazdrosny, sama 
mi o tym mówiła... Jeśli choć jedna osoba powiedziała mu o naszym spotkaniu, mogę sobie 
wyobrazić, że zaczął ją podejrzewać o niewierność. 

– Ale ona go nie zdradziła?
– Nie, nawet w myślach nie. 
–   Panie   Nielsen   –   odezwał   się   Craig   –   czy   zgodziłby   się   pan   pojechać   z   nami   do 

Tjørnuvík i ze względu na Maryę, powiedzieć to wszystko jej ojcu? Petur przeniósł wzrok z 
Maryi na Craiga. 

– A więc tak, pan ją kocha... tak jak ja kochałem jej matkę. 
Marya powiedziała głośno:
– Nie, to nieprawda. 
Craig nie spuszczał z niej oczu, jego twarz miała dziwny wyraz. 
– Tak, ma pan rację. 
Marya zrobiła gest, jakby chciała zaprotestować. Craig roześmiał się z niedowierzaniem. 
–   To   dlatego   ta   wyspa   wydała   mi   się   takim   cudownym   miejscem   –   dlatego,   że   cię 

kocham! Byłem ślepy, że do tej pory tego nie wiedziałem, Maryo. Naprawdę ślepy!

– Myślisz, że chodzi mi o twoje pieniądze! Nigdy nie wyjdę za bogatego, nigdy!
Petur odezwał się:
– Dobrze, pojadę z wami. – Marya jeszcze raz potrząsnęła głową, oczy błysnęły zielonym 

płomieniem. 

– Twoja matka tak samo się zachowała, kiedy jej powiedziałem, że ją kocham. Maryo, 

czy jesteś w kimś zakochana?

– Nie, w nikim! – wykrzyknęła. – Craig też nie. 
– Pozwól mi mówić za siebie! Marya odwróciła się do Petura. 
– Ojciec może wcale nie będzie chciał słuchać – próbowała zmienić temat. – Dziś rano, 

gdy zaczęłam go wypytywać o matkę, zamierzył się na mnie wiosłem i wyrzucił z warsztatu. 

Petur wyprostował się, błękitne oczy zalśniły. 

background image

– Ja też potrafię posłużyć się wiosłem. 
– To co, jedziemy? – zapytał Craig. 
Marya   z   uczuciem   ulgi   opuściła   mały   salonik,   w   którym   Craig   wydawał   się   jeszcze 

potężniejszy. 

Wślizgnęła   się   na   tylne   siedzenie.   Craig   i   Petur   zajęli   się   rozmową   o   minionych 

przygodach w najróżniejszych zakątkach świata. 

Do domu przyjechali wcześniej, niżby sobie tego życzyła. Marya wskazała na warsztat; 

Petur nadal był spokojny. 

– Pójdę sam. 
Wysiadł  i ruszył  w stronę warsztatu,  wysoki,  z bujną, siwą czupryną,  poruszał  się z 

godnością. Zastukał do drzwi i wszedł do środka, zamykając je za sobą. 

Craig   patrzył   w   stronę   warsztatu.   Widok   jego   skręconych   na   karku   kosmyków 

przypomniał jej chwile, gdy zanurzała ręce w jego włosach, ich miękkość... 

– Pójdę poczekać na plaży. 
– Idź. 
Nie zrobił najmniejszego gestu, by jej towarzyszyć. Tyle są warte jego zapewnienia o 

miłości – pomyślała zjadliwie, kierując się przez trawę do kamiennego murku odgradzającego 
plażę.   Usiadła   na   nim,   oparła   łokcie   na   kolanach.   Tony   zapewniał   ją   o   miłości,   żeby 
zaciągnąć ją do łóżka. Craig najpierw się z nią kochał, a potem wyznawał miłość. Jaka to 
właściwie różnica?

Jasne niebo i migoczące morze nie dały jej odpowiedzi. Zmusiła się, by myśleć o tym, co 

się   teraz   dzieje   w   warsztacie.   Nieoczekiwanie   zaczęła   rozmyślać   o   matce.   Minęła   jakaś 
godzina, gdy Craig dołączył do niej. 

– Czy Petur już wyszedł?
– Nie dał znaku życia. Ale warsztat jeszcze stoi, więc chyba  nie zaczęli walczyć  na 

wiosła... Zostawiłem mu kartkę na szybie, że tu na niego czekamy. – Przeszedł przez murek i 
patrzył na nią, odwrócony tyłem do morza. – Maryo, wtedy na wyspie powiedziałem, że 
mogę się w tobie zakochać. Nie myliłem się, kocham cię. 

Nie uśmiechał się, patrzył na nią poważnie. Jakby porządkując swoje wcześniejsze myśli, 

odrzekła spokojnie:

– Craig, nie musisz tego robić. Dziś rano kochaliśmy się, choć chyba nie powinniśmy, to 

było takie nagłe, zupełnie szalone... ale oboje nie mogliśmy zapanować nad namiętnością czy 
pożądaniem, czy jak to zechcesz nazwać. Naprawdę nie musisz teraz zapewniać mnie, że się 
śmiertelnie we mnie zakochałeś... – urwała. – Prawdę mówiąc, wolę, żebyś tego nie robił. 

– Więc tak to widzisz? Uważasz, że staram się jakoś zatuszować swoją winę? Dzięki za 

miłość, Maryo, nigdy nie przestanę cię kochać, a teraz żegnaj?

– Tak – odrzekła zimno – tak to sobie wyobrażam. 
– Nie wierzę ci – uciął. – Wiem, co ci się stało. Z powodu Tony’ego śmiertelnie boisz się 

tych dwóch słów: „kocham cię”. Wolisz uważać, że wszyscy mężczyźni są tacy sami i choć 
czasem możesz ulec namiętności i pokusie, by pójść z kimś do łóżka, nigdy nie pozwolisz 
swoim uczuciom... 

background image

– Od czasu Tony’ego nie byłam z żadnym mężczyzną!
– Więc co takiego jest we mnie? Wbiła paznokcie w skałę. 
–   To   tamto   miejsce!   –   wykrzyknęła.   –   Zawsze   kochałam   tę   wyspę,   mówiłam   ci. 

Kochaliśmy się tam, Craig, jak dwa orły i to było piękne! Ale to się skończyło, rozumiesz? 
Skończyło!

–   Nie,   nie   chcę   tego   słyszeć.   Czy   wiesz,   o   czym   myślałem   w   samochodzie,   zanim 

zszedłem   cię   tu   poszukać?   Wyobrażałem   sobie   ciebie   w   moim   domu   w   Kolumbii 
Brytyjskiej... Tam jest bardzo podobnie jak tu, Maryo, tylko są lasy. Mieszkam na północ od 
Vancouver, tam nadal jest zupełnie dziko... Jelenie podchodzą jeść jabłka z jabłoni, łososie 
płyną w górę rzek na tarło, można usłyszeć wieloryby... Spodoba ci się tam. To twój świat. – 
Postąpił krok ku niej. – Chcę się z tobą ożenić. Odchyliła się do tyłu. 

– I miałabym mieszkać w tym odludnym miejscu, podczas gdy ty, ubrany w elegancki 

garnitur,   z   neseserem   z   krokodylej   skóry,   będziesz   konferował   i   wyrzucał   z   pracy   tych, 
których  nawet nie  uważasz za  ludzi?  Nigdy nie  wyjdę  za bogacza,  Craig!  Bogactwa  nie 
zdobywa się uprzejmością – bogaci są bogaci, bo pieniądze stawiają na pierwszym miejscu. 
Kobieta jest dla nich jeszcze jednym przedmiotem, który przyjemnie posiadać, łatwo oszukać 
i bez skrupułów wyrzucić, gdy znajdzie się coś lepszego! Nie, dziękuję bardzo. 

Głos mu zadrżał. 
– Więc sądzisz, że jestem taki?
Był przybity. Marya zagryzła wargi. 
– To nie tylko Tony... W La Roulade i w klubie bez końca oglądałam takich samych. I 

wszyscy oni byli bogaci. 

– Nie padnę na kolana i ńie będę cię błagać, żebyś za mnie wyszła. Ani nie mam zamiaru  

opisywać   wszystkiego,   co   zrobiłem   w   ciągu   ostatnich   dziesięciu   lat,   żebyś   mogła   sama 
rozsądzić, czy pasuję do twojego wyobrażenia o bogatych. Mogę być tylko sobą, Maryo. Jeśli 
to zbyt mało, to... 

Usłyszeli glos Petura wołającego na nich z góry. Wybawił ją z opresji. Marya pomachała 

ręką, przeskoczyła murek i przez trawę pobiegła ku niemu. Zapytała bez tchu:

– No, i jak poszło? Petur poczekał na Craiga. 
– Najpierw chciał pokazać mi drzwi – zaczął spokojnie. – Gdy stało się jasne, że nie mam 

zamiaru wyjść, oskarżył mnie o zniszczenie jego małżeństwa. To zajęło trochę czasu. 

Znając Magnusa, Marya wiedziała, co to znaczy. 
– Czyli podejrzewał, że mama nie była mu wierna?
– Tak. Ktoś z sąsiadów powiedział mu, że spędziliśmy razem cały dzień. Zanim jeszcze 

Anna Maria wyszła za Magnusa, nie kryłem swoich uczuć do niej. 

– Czy Magnus uwierzył?
– Tak... po tym wszystkim, co mu powiedziałem, uwierzył. To oznacza, że to on zatruł 

ostatnie miesiące swojego małżeństwa, nie ja. Ani Anna Maria. Z tym trudno mu było się 
pogodzić. I zrozumiał, że przez tyle lat karał swoją rudowłosą córkę za to, iż przypominała 
mu żonę. Uświadomienie sobie tego też nie przyszło mu łatwo. 

Zapytała ze ściśniętym gardłem:

background image

– Czy chce mnie zobaczyć?
Petur skinął głową. Ujęła jego dłonie i ucałowała go w policzki. 
– Dziękuję ci, Petur. Dziękuję... Czy mogę kiedyś cię odwiedzić?
– Oczywiście, zapraszam. Zresztą, zobaczysz mnie tutaj. – Puścił do niej oko. – Razem z 

Magnusem mamy zamiar popracować nad kilkoma modelami łodzi wikingów. 

Nie mogła powstrzymać śmiechu. 
– Odwiozę cię do domu, Petur – wtrącił się Craig. – A Marya niech teraz idzie do ojca. 
Spojrzała mu prosto w oczy. W jednym mgnieniu przypomniała sobie wszystko, co się 

wydarzyło tego dnia. Poczuła, że się rumieni. Wymamrotała:

– Dziękuję. 
Skinął   głową.   Petur   przyglądał   im   się   uważnie.   Nie   wiadomo   było,   do   kogo   z   nich 

powiedział:

– Życie z poczuciem żalu może być bardzo gorzkie i samotne... do zobaczenia Maryo. 
Stojąc nieruchomo  patrzyła,  jak oddalają się w stronę samochodu  – dwóch wysokich 

mężczyzn, którzy zmienili jej życie. Czy Craig naprawdę chce się z nią ożenić? Czy nie 
będzie żałować, że z powodu złości i lęku nawet nie chciała rozważyć jego propozycji?

Drzwi do warsztatu były zamknięte. Marya popchnęła je bez pukania. 
– Cześć, tato. 
Magnus stał przy małym okienku wychodzącym na cmentarz. Po raz pierwszy w życiu 

Marya dostrzegła w nim starego człowieka i w nagłym przypływie współczucia podbiegła do 
niego i ujęła jego dłonie. 

– Już wszystko dobrze – powiedziała z mocą. 
– Mama dobrze ciebie znała. Ona wszystko rozumiała. 
– Nie ufałem jej – mówił z bolesną szczerością. 
– Kiedy ją zapytałem, czy w tych plotkach jest jakaś prawda, roześmiała się i odrzekła, że 

Petur jest tylko dawnym znajomym, a spacerowali po wzgórzach, bo dzień był piękny i nie 
miała ochoty na robienie zakupów. Ale ja nie chciałem w to uwierzyć... być może dlatego, iż 
nigdy do końca nie wierzyłem, że kobieta tak piękna i tak nieujarzmiona jak Anna mogła 
mnie kochać. – Głos mu stwardniał. – Ale Petur twierdzi, że mnie kochała. 

– Już dobrze – powtórzyła bezradnie. 
–   A   kiedy   umarła,   przelałem   moją   złość   na   ciebie,   bo   byłaś   do   niej   podobna...   – 

odchrząknął. – Przepraszam – powiedział sztywno. – Wyrządziłem wiele zła%

Wiedziała, jak ciężko było mu to powiedzieć. Objęła go i mocno uścisnęła. Chwilowy 

opór ustąpił i poczuła, jak poddaje się jej uściskowi. 

– Wybaczam ci – powiedziała ciepło. – Już wszystko dobrze, tato. 
Rozluźniła uścisk, zanim spróbował się uwolnić. Poprawił kołnierzyk i sięgnął po dłuto. 

Zaczęła   wypytywać   go   o   modele   łodzi   wikingów.   Nagle   Magnus   przerwał   rozmowę   i 
popatrzył na nią badawczo. 

– Ten człowiek, który był wczoraj rano... jakie on ma zamiary?
Słowa potoczyły się, zanim zdążyła je zatrzymać. 
– Chce się ze mną ożenić, tato. 

background image

– A... więc druga córka też pojedzie za morze. 
– Nie, ja nie. Nie wyjdę za niego. 
– On jest zupełnie inny niż tamten, z którym wyjechałaś trzy lata temu. 
– Skąd mogę to wiedzieć?
– Stanął w twojej obronie w moim domu. Czy tamten zrobiłby coś takiego?
– Nie – odrzekła wolno. – Tony by tego nie zrobił. 
– Raz w życiu postąpiłaś głupio. Czy ze strachu, że to się powtórzy, już nic więcej nie 

zrobisz?

W nagłym przebłysku intuicji zapytała:
– Grethe? Mogłeś się z nią ożenić. Magnus zrzucił wiórki na podłogę. 
– Tak. Ale nie mogłem zapomnieć twojej matki, więc jak miałem żenić się z inną. Maryo, 

zapomnij o tamtym, nie trwaj przy wspomnieniach, tak jak ja przy mojej złości. 

Miarowo uderzał końcem dłuta, wełnianą czapkę naciągnął na uszy, choć w warsztacie 

było ciepło. 

– Boję się – wyznała. – Nie chcę, by mnie skrzywdził. – Sama nie wierzyła, że mu to 

mówi. 

– Wolisz być jak ten Olbrzym i Wiedźma? Zastygła w kamień o zachodzie słońca? – 

Dłuto  wyślizgnęło  mu  się z ręki,  zmarszczył  brwi. – Powiedz  Grethe,  że  spóźnię  się na 
kolację. Jak mam pracować, gdy ciągle mi ktoś przeszkadza?

Trudno było oczekiwać, że Magnus natychmiast zmieni się w świętego. Uśmiechnęła się. 
– Dobrze, tato. 
Zanim się cofnął, pocałowała go w policzek, przekrzywiła mu czapkę i wybiegła na dwór. 

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

Następnego   dnia   Kathrin   nie   pracowała   i   razem   z   Robbem   wybierała   się   na   piknik. 

Grethe pojechała na zakupy do Torshavn. Osada zupełnie opustoszała, bo wszyscy mężczyźni 
i  chłopcy pomagali  w Haldarsvik przy spędzie  owiec.  Marya,  ubrana w dżinsy i  sweter, 
siedziała w kuchni Grethe i przyglądała się, jak Kathrin szykuje kanapki. Przyjechał Robb. 

Teraz,   gdy   poznała   go   trochę   lepiej,   zauważała   pewne   podobieństwo   między   nim   a 

Craigiem: taki sam zarys szczęki, sposób unoszenia głowy, kształt dłoni. Szczupłe palce o 
zadbanych paznokciach mogły należeć do Craiga. Palce, które poznały tajemnice jej ciała... 

Kathrin popatrzyła na nią z niepokojem. 
– Dobrze się czujesz, Maryo?
– Tak, dziękuję. – Uśmiechnęła się niepewnie do Robba. – Myślałam, że może Craig 

przyjedzie razem z tobą. 

– Byłem u niego rano, ale tylko odwrócił się na bok, zamruczał coś o nieprzespanej nocy 

i znów zasnął. To zupełnie do niego niepodobne, zwykle zrywa się skoro świt. 

Marya też miała za sobą męczącą noc. Raz obudziła się szukając w ciemności Craiga. 

Zauważyła, że Kathrin i Robb przypatrują się jej badawczo. Zerwała się z krzesła. 

– Przygotuję wam termos z herbatą. 
– Szkoda, że Craig nie przyjechał – odezwał się Robb. – Moglibyśmy się wybrać w 

czwórkę. 

– Czy to znaczy, że pogodził się z waszym ślubem?
– Tak daleko się nie posunął, ale przynajmniej przestał traktować mnie tak, jakbym wciąż 

miał szesnaście lat. 

– A do mnie ostatnio nawet się uśmiechnął – dodała Kathrin. 
Do   niej   uśmiechał   się   wczoraj,   gdy   leżała   w   jego   ramionach.   Poczuła   nagły   skurcz 

żołądka. Czy jeszcze kiedyś taka chwila się powtórzy?

Kathrin zerknęła na Robba. 
– Maryo, może wybierzesz się z nami? To by ci dobrze zrobiło. 
– Och nie, dzięki, naprawdę dobrze się czuję. 
Kathrin   zapakowała   do   plecaka   jedzenie   i   sztormiaki,   zarzuciła   sweter   na   ramiona. 

Uśmiechnęła się promiennie do Robba. 

– Gotowy?
Pocałował ją w czubek nosa. 
– Gotowy!
Gdy   wyszli,   kuchnia   wydała   się   Maryi   mniejsza   i   całkiem   pusta.   Wróciła   do   domu 

Magnusa,   wyczyściła   szafki   i   podłogę   w   kuchni.   Potem   poszła   do   Grethe   wziąć   kąpiel. 
Powinnam być szczęśliwa – wmawiała sobie, gdy ciepła woda spływała po jej ciele. Kathrin 
wszystko mi wybaczyła, a porozumienie z Magnusem jest na dobrej drodze. Przekonałam się, 
że miłość z mężczyzną może być tym, co obiecywali poeci. Więc czemu czuła się tak źle, 
czego jej brakowało?

background image

Wytarła   się,   ubrała,   zjadła   kanapki   z   serem   i   wyszła   z   domu.   Woda   dźwięczała   na 

kamieniach, kucyk zarżał na powitanie. Wyciągnęła do niego rękę z kępką trawy, pogładziła 
po   jedwabistym   nosie.   Ruszyła   wzdłuż   brzegu   w   górę   rzeki,   gdzie   woda,   spadając   po 
kamieniach, tworzyła małe wodospady. 

Odwróciła   się   i   popatrzyła   na   osadę.   Po   zboczu   wspinał   się   w   jej   stronę   wysoki 

mężczyzna o brązowych włosach. 

Serce jej zabiło, wypełniło ją nieoczekiwane uczucie szczęścia. Przyszedł. Odnalazł ją... 
Zawołała   do   niego   radośnie   i   pomachała   ręką.   Nie   odpowiedział,   zbliżał   się   do   niej 

przeskakując z kamienia na kamień. Po chwili zatrzymał  się, oparł ręce na biodrach. Nie 
wyglądał na szczególnie uszczęśliwionego jej widokiem. 

– Chyba dziś wstałeś z łóżka lewą nogą – powiedziała zaczepnie. 
– Ciebie w nim brakowało. 
– Orły nie potrzebują łóżek. 
– Nie. Ale zwyczajni ludzie tak. Prawdziwi ludzie. Nawet bogaci. 
– Kathrin i Robb zamierzają spędzić razem cały dzień. – Wdzięcznym gestem wskazała 

na   rozciągające   się  za   nimi   wzgórza.  –  Tam  poszli.   Mówię   ci  to,  w  razie  gdybyś   nadal 
zamierzał wyrwać jej sprzed nosa swoje pieniądze. 

– Nie przyszedłem tu rozmawiać o Kathrin i Robbie. Przyszedłem porozmawiać o nas. 
Usta miał zaciśnięte. Popatrzyła na niego zamyślona. 
– Może ja wcale nie chcę rozmawiać o nas. 
– Maryo, zatrzymam cię, jeśli spróbujesz uciekać. Dopadnę cię, zanim się spostrzeżesz. 
Cofnęła się kilka kroków, jakby rozważając w myśli, czy zdoła mu umknąć. Żałowała, że 

założyła te stare sandały. 

Craig wyprostował się, popatrzył jej prosto w oczy. 
– Więc chcesz uciec przede mną? – zapytał łagodnie. – To jedna z tych rzeczy, które u 

ciebie lubię... nigdy nie wiadomo, czego się po tobie spodziewać, potrafisz mnie zaskoczyć. 

– Wolałbyś, żebym ci padła do stóp i błagała o łaskę?
– Trudno mi to sobie wyobrazić. Maryo, po tej długiej, bezsennej nocy nadal chcę, żebyś 

za mnie wyszła. 

Chwyciła garść mokrych kamieni, cisnęła nimi w Craiga i biegiem rzuciła się do ucieczki. 

Był szybki, dogonił ją i pochwyciwszy w talii, tak mocno przycisnął ją do piersi, że nie mogła 
złapać tchu. Uchwyciła się go na chwilę, by utrzymać równowagę. 

Odepchnęła go zaraz, z trudem łapiąc powietrze. Z bijącym sercem przypomniała sobie 

ciepło jego skóry. Zielone jak trawa oczy zalśniły. 

–  Przewaga   mężczyzn   polega   na  tym,   że   ich   kościec   jest   mocniejszy.   –  Rozmyślnie 

przeciągnęła palcami po jego ramieniu. – I mają lepiej rozwinięte mięśnie. 

– Ja jestem Olbrzymem, a ty Wiedźmą – zaśmiał się przyjaźnie. – Maryo, jeśli zaraz nie 

przestaniesz, to nawet się nie obejrzysz, kiedy się znajdziesz na trawie. 

Uśmiechnęła się spod rzęs. 
– Na oczach całej osady?
– Muszę przyznać,  choć to chyba  niezbyt  rozważne, że długie  brązowe rzęsy i duże 

background image

zielone oczy są bronią bardzo niebezpieczną. Jestem gotowy rzucić cię tu na trawę. – Odsunął 
się na długość ramienia. – Maryo, wyjdź za mnie. 

Czuła, że sama też z trudem opiera się pokusie, by znaleźć się z nim na trawie. 
– To brzmi jak słowa kiepskiej piosenki... Nie Craig, dziękuję. 
Uśmiech zgasł na jego twarzy. 
–   Wyszłabyś   za   mnie,   gdybym   był   biedakiem   z   Nowej   Zelandii,   a   nie   bogatym 

Kanadyjczykiem?

– Nie jesteś. Masz jeszcze jakieś pytania?
– Słuchaj, przestańmy się droczyć.  Wczoraj  wieczorem miałem  telefon  z Vancouver. 

Moje sprawy przybrały nieprzewidziany obrót. To może oznaczać, że będę musiał wracać. 
Gdyby to nie były rzeczy, którymi zajmuję się już od trzech lat, machnąłbym na to ręką. Ale 
to naprawdę ważne... wszystko może się zawalić, a ja nie mogę sobie na to pozwolić. Poczuła 
ucisk w żołądku. 

– Nie możesz sobie pozwolić? Z tymi twoimi pieniędzmi?
Głos mu się zmienił. 
– Choć to zabrzmi dziwnie, tym razem nie chodzi o pieniądze. Jeśli... – nagle odwrócił 

głowę. – Co to było?

– Nic nie słyszałam. – Może odjechać... wrócić do Kanady. Kochał się z nią, a teraz 

wyjedzie... 

– Wydawało mi się, że ktoś woła. Słuchaj, znowu. Tym razem usłyszała. Pełen rozpaczy 

głos dochodził z daleka. Zmrużyła oczy i badawczo przeszukiwała wzrokiem wzgórza. 

– Tam! Z prawej strony tamtej skały, ktoś biegnie! To Kathrin!
Nie czekając na Craiga biegiem rzuciła się w stronę siostry. 
– Wybrali się na piknik. – Dyszała przez ramię do biegnącego obok Craiga. – Coś się 

musiało stać. 

Kathrin była coraz bliżej, wyraźnie wyczerpana poruszała się z trudem, jakby biegła z 

daleka. 

– Ona zaraz upadnie!
– Pobiegnę pierwszy. 
Przyśpieszył.   Cały   czas   wspinali   się   pod   górę,   niewygodne   sandały   utrudniały   bieg. 

Kathrin osunęła się w ramiona Craiga. Gdy Marya dobiegła do nich, usłyszała szlochanie 
siostry. 

– Robb, to Robb... 
Kathrin, wyczerpana i przerażona, cała drżała. Craig, mimo widocznego zdenerwowania, 

zachował spokój. 

– Spróbuj złapać oddech... Czy coś mu się stało?
–   Spadł...   uderzył   się   –   wykrztusiła.   –   Byliśmy   na   krawędzi   urwiska   i   nagle   owca 

podeszła zbyt blisko, spadła na dół i zatrzymała się na skalnym występie. Zraniła się i Robb 
chciał ją ratować. Prosiłam go, żeby tego nie robił, mówiłam, że trzeba iść do osady po 
pomoc, ale nie chciał mnie słuchać. Upadł na tę skalną półkę i uderzył głową o skałę. – 
Błękitne oczy Kathrin wypełniły się łzami. – Widziałam z góry krew i zostawiłam go tam 

background image

samego... 

– On zawsze miał miękkie serce dla zwierząt – westchnął Craig. – Musimy znaleźć jakąś 

linę i nosze. Jak to daleko stąd, Kathrin?

– Jakieś pięć kilometrów. Trzeba się śpieszyć!
– Wbiła wzrok w niewzruszoną twarz Craiga, choć Marya czuła, że mimo pozornego 

spokoju Craig myśli intensywnie. – Nie wyglądasz na przejętego!

– Oczywiście, że się przejąłem. Ale chyba przyznasz, że lepiej zacząć coś robić. Maryo, 

czy możemy liczyć na jakąś pomoc w osadzie?

Zmartwiała. 
– Wszyscy mężczyźni pojechali do Haldarsvik. 
– Więc jesteśmy zdani tylko na siebie. Czy uda się skądś zdobyć jakieś liny?
– W domku przy brzegu jest sprzęt ratowniczy. Nosze też. 
– Dobrze. Kathrin, zostań tutaj, jesteś zbyt wyczerpana. My zabierzemy wszystko, co 

będzie potrzebne i jak najszybciej tu wrócimy. 

– Ale pośpieszcie się, błagam. 
Marya uścisnęła siostrę. – Zaraz wracamy. – Szybko dołączyła do Craiga. 
Całą drogę przebyli  biegiem.  Po roku pracy w La Roulade straciła kondycję. Ciężko 

dysząc otworzyła drzwi domku. Craig zdjął wiszące na ścianie liny, chwycił ułożone przy 
wejściu   haki   i   z   aprobatą   spojrzał   na   zabrane   przez   Maryę   składane   nosze   i   podręczną 
apteczkę. Minęli osadę i pobiegli w górę rzeki. Niesiony sprzęt utrudniał bieg. Kathrin nie 
doceniła ich wysiłków. 

– Dlaczego tak długo? – wykrzyknęła i pędem puściła się w stronę wzgórz. 
Marya biegła za nią. Wreszcie dotarli do szczytu i przeszli ostatnie bazaltowe rumowisko. 

Otoczona wzgórzami dolina wychodziła na zatokę. Zawieszone wysoko nad wodą miejsce 
dzieliło   od   morza   poprzecinane   skalnymi   półkami   urwisko;   ze   skurczem   żołądka 
przypomniała sobie, jak woda rozbija się u jego podstawy, a wodorosty unoszą się na falach. 
Z wysiłkiem dołączyła do reszty, ręce paliły od ciężkich noszy. 

Byli na miejscu. Kathrin upadła na kolana i nachyliła się nad krawędzią przepaści. 
– Robb, och Robb! Żyjesz!  – Głos jej drżał, wycierała płynące  po policzkach łzy.  – 

Płaczę, bo tak się cieszę, już myślałam, że spadłeś stamtąd i utonąłeś. 

Marya, całkiem wyczerpana, opadła na kępę trawy. 
– Co teraz zrobimy?
Robb skrzywił  się. Koszulę miał  poplamioną, na lewej stronie twarzy widniały ślady 

krwi. 

– Przypuszczam, że teraz czas na braterskie kazanie. 
– Daruję to sobie. 
Marya patrzyła, jak Craig wbija haki, oplata na nich liny, zręcznymi  palcami zakłada 

skomplikowane  węzły.  Przy pierwszym  spotkaniu zastanawiała  się, czy nie zajmował  się 
górską wspinaczką. Chyba nie myliła się zbytnio. 

Dwa końce liny ześlizgnęły się po skale i upadły u stóp Robba. 
– Robb! – zawołał Craig z poważną miną. – Jeśli czujesz się tak marnie, jak wyglądasz,  

background image

zapomnij o zwierzaku. Wyciągniemy najpierw ciebie, a potem będziemy się martwić o owcę. 

– Nie, najpierw owca. 
Craig kiwnął głową, wcale nie zdziwiony. 
– Spróbuj obwiązać ją dookoła liną. 
Występ był wąski, owca protestowała. Po kilku minutach Robbowi udało się ją związać. 
– Marya, Kathrin, możecie mi pomóc? – Craig wskazał im miejsce. – Ciągnijcie, kiedy 

powiem... teraz!

Nad urwiskiem pojawiły się przerażone oczy owcy, nogami rozpaczliwie szukała oparcia. 

Gdy wreszcie stanęła na ziemi, skoczyła do przodu zwalniając linę. Marya tyłem upadła na 
trawę.   Craig  podbiegł,  zaczął   rozwiązywać   węzły,  owca  się   wyrywała.   Wymamrotał   pod 
nosem kilka nieparlamentarnych słów, Marya udała, że nie słyszy. 

–   Teraz   wyciągnięcie   Robba   to   małe   piwo.   Nieoczekiwanie   Robb   okazał   się   bardzo 

ciężki. Od napinania mięśni Marya już prawie nie czuła ramion. Wreszcie głowa i ręce Robba 
pojawiły się na krawędzi. Wydostali go na górę. Przez chwilę leżał nieruchomo, z głową 
opartą na wyciągniętej ręce, lina oplątywała mu ciało. Kathrin opadła przy nim na kolana, 
załamywała ręce. 

– Robb, jak się czujesz? Robb, odezwij się, Robb... Popatrzył na nią spojrzeniem tak 

pełnym miłości, że Marya aż odwróciła wzrok. 

– Kathrin, kocham cię... byłem głupi, że cię nie posłuchałem. Miałaś rację, trzeba było iść 

po pomoc. Proszę cię, nie płacz... 

Podniósł   się,   Kathrin   pomogła   mu,   podtrzymywała   go   za   ramię.   Był   bardzo   blady. 

Skrzywił się. 

– Dzięki, Craig. Craig odezwał się cicho:
–  Chciałbym   was  oboje  przeprosić.   Przekonałem   się,  że   pieniądze   nie   mają   żadnego 

znaczenia dla tego, co was łączy. Przepraszam, że mogłem myśleć inaczej... a jeszcze bardziej 
za to, że to powiedziałem. Źle was osądziłem. 

Zapadła  cisza. Po chwili  Craig i Robb klepnęli  się po plecach,  a Kathrin rzuciła  się 

Craigowi na szyję i uścisnęła go. Marya poczuła się jak intruz. Usiadła i zaczęła rozplątywać 
węzeł. W gardle ją dławiło. Odkryła w Craigu nowe cechy: kompetencję i opanowanie w 
trudnych sytuacjach i umiejętność przyznania się do popełnionego błędu. 

Nie jest taki jak Tony. Tony wymigiwał się, uciekał od swoich błędów. Ona też była taką 

pomyłką. 

Craig roześmiał się. 
– To się robi tak. 
Podniosła oczy. Craig przyklęknął na trawie obok niej, zbyt blisko, żeby to nie miało na 

nią wpływu. Wykonał kilka zręcznych ruchów i węzeł na linie zniknął. 

– Aha, widzę. 
Odsunęła się nieco. Przez chwilę myślała, że Craig chce coś powiedzieć, ale pochylił się 

tylko i wyciągnął hak z ziemi. 

Przyglądała się napiętym  mięśniom jego rąk, odwróciła wzrok i zobaczyła  Kathrin w 

objęciach   Robba.  Z   przerażającą   jasnością   uświadomiła   sobie,  że   uczucie,   które  ją  nagle 

background image

wypełniło, to zawiść. Zazdrościła Kathrin pewności, że kocha Robba i wie o jego miłości. 

Jakie to proste – pomyślała podnosząc się z ziemi. Ona sama była pewna tylko jednego, 

tego dzikiego, niepohamowanego pożądania, które wzbudzał w niej Craig. Starała się nie 
pamiętać o jego ewentualnym wyjeździe. 

Robb zdecydowanie odmówił położenia się na noszach. Ruszyli w stronę osady. Kathrin 

podtrzymywała go z jednej strony, Craig, obwieszony linami, z drugiej. Marya obarczona 
piknikowym koszykiem szła z tyłu i ciągnęła za sobą nosze. 

Doszli do Tj0rnuvik. Kathrin i Craig nalegali, by zabrać Robba do szpitala. Z Craigiem 

trudno było dyskutować. Wsiadł do samochodu, uchylił okno. 

– Mary o, jedziesz z nami?
Potrząsnęła głową, gestem wskazała na leżący sprzęt. 
– Muszę to wszystko poodnosić na miejsce. Oboje wiedzieli, że to tylko wymówka. Craig 

uśmiechnął się z ironią. 

– To do zobaczenia, gdy wrócimy z Kathrin. Może – pomyślała Marya, zbierając nosze, 

liny i apteczkę. Grethe już wróciła do domu. Marya musiała opowiedzieć jej i Magnusowi 
całą historię... Magnus był pełen dobrej woli, zaprosił ją nawet na partyjkę kart. Pomyślała, że 
tym się wymówi, jeśli Craig zechce się z nią zobaczyć. 

Dochodziła ósma, gdy przed domem zatrzymał się samochód. Na schodach rozległy się 

szybkie kroki i na progu stanęła Kathrin. Od razu popatrzyła na Maryę, jej głos był pełen 
napięcia. 

– Craig chce z tobą rozmawiać. 
Marya nie ruszyła się z miejsca, tasowała karty. 
– Jak czuje się Robb?
– Okazało się, że doznał małego wstrząsu. Boli go głowa i został w hotelu. Maryo, Craig 

czeka!

Starała   się   nie   dostrzegać   palącego   wyrazu   błękitnych   oczu   Kathrin.   Powiedziała   z 

uporem:

– Jeśli chce ze mną rozmawiać, to może tu przyjść. 
– Nie ma czasu, właśnie wyjeżdża!
– Pograj za mnie. – Z trudem panowała nad sobą. – To nie potrwa długo. 
Kathrin zajęła jej miejsce, zrobiła groźną minę. 
– Tylko bądź dla niego miła!
Marya żachnęła się, wyszła na zewnątrz. Craig siedział w samochodzie, bębnił palcami 

po kierownicy. Siadając obok niego zauważyła, że zdążył się przebrać. 

– Podobno chcesz ze mną porozmawiać. 
– Maryo, muszę zaraz wyjechać – rzekł gwałtownie. 
–   W   hotelu   czekała   na   mnie   wiadomość.   Dzwoniłem   na   lotnisko,   wstrzymali   start, 

czekając na mnie. W ogóle nie powinienem tu przyjeżdżać, ale musiałem cię zobaczyć. 

Kochał się z nią, a teraz wyjeżdża. Historia się powtarza. Drżącą ręką sięgnęła do klamki, 

głos jej się zmienił, sama z trudnością go rozpoznawała. – Więc żegnaj, życzę miłej podróży. 

Gwałtownie szarpnął ją za rękę. 

background image

– Przestań! Wiem, co sobie teraz myślisz, że jestem taki sam jak Tony, masz to wypisane 

na twarzy. Przepraszam, że muszę wyjechać. Tak się fatalnie złożyło, ale gdy tylko załatwię 
swoje sprawy, wracam pierwszym samolotem, obiecuję. 

– Craig – poprosiła głosem pełnym bólu. – Proszę, przestań. Musisz wyjechać, więc jedź. 

Nie potrzebujesz udawać, że to ci nie na rękę. I nie obiecuj, że pewnego dnia powrócisz. 
Prawdę mówiąc, wcale tego nie chcę. 

–  Szarpnęła   dłonią   klamkę,   starała   się  wyrwać   rękę   z  jego  uścisku.   –  Doceniam,   że 

chciałeś się ze mną pożegnać. 

– Wcale mnie nie słuchałaś. – Jego głos ją zmroził. 
– Nic nie mówiłem o pożegnaniu. 
– Więc lepiej zrób to teraz, bo spóźnisz się na samolot. – Znów spróbowała uwolnić rękę. 

– Jedź już!

–   Pojadę   pod   jednym   warunkiem,   że   przez   pięć   minut   posłuchasz,   co   mam   ci   do 

powiedzenia. 

Pod dotykiem ściskających rękę jego palców jej ciało ożyło, jakby przebiegł je prąd. Nie 

dało się tego ukryć. 

– Craig, z jakichś niewiadomych powodów nie możemy się oprzeć, żeby się wzajemnie 

nie dotykać. I to jest tak, jakby cała ziemia wtedy drżała. Tak po prostu jest. Ale te czułe 
słówka i propozycje małżeństwa możesz sobie darować. 

– Posłuchaj mnie!
W jej oczach pojawił się przestrach. 
– Nie musisz też na mnie krzyczeć. 
– Jeśli to jedyny sposób, byś zaczęła mnie słuchać, to mogę nawet zedrzeć sobie płuca. 

Więc jak, słuchasz wreszcie? Czy tylko czekasz, kiedy przerwę, żeby znów zacząć swoje?

– Słucham. 
– To dobrze. – Puścił jej rękę. – Kiedy po raz pierwszy zobaczyłem cię na lotnisku w 

Toronto,   pomyślałem,   że   jesteś   kwintesencją   wszystkiego,   czego   najbardziej   nie   lubię   u 
kobiet. – Rozszerzyła szeroko oczy, Craig uśmiechnął się cierpko. – Zaskoczyłem cię, co? W 
Toronto wyglądałaś jak bogata, delikatna, wielkomiejska dama. Zupełnie nie w moim typie. 
Po drugie: dowiedziałem się o Tonym, o La Roulade i podjętej przez dumną i dzielną kobietę 
zaciętej   walce   o   przeżycie   i   zrozumiałem,   skąd   wziął   się   twój   wygląd.   Po   trzecie,   tylko 
pamiętaj, że teraz ty mnie słuchasz: w ciągu tych trzech lat zamknęłaś się przed światem. Z 
powodu jednego mężczyzny postanowiłaś już nigdy więcej żadnemu  nie zaufać, a gdyby 
jeszcze był bogaty, to natychmiast o nim zapomnieć. 

Marya odwróciła głowę, zacisnęła dłonie na kolanach. 
–   Obiecałaś   słuchać   –   przypomniał   jej.   –   Zresztą   to   już   ostatnia   rzecz,   jaką   ci   chcę 

powiedzieć. Kiedy kochaliśmy się na wyspie, zrozumiałem, że naprawdę jesteś zupełnie inna. 
Odkryłem   w   tobie   kobietę   związaną   z   tą   odległą   wyspą,   namiętną,   zakochaną   w  morzu, 
kobietę, dla której nie liczą się pieniądze ani pozycja społeczna. Ona jest w tobie, Maryo, 
musisz tylko zechcieć ją uwolnić. 

– Skończyłeś?

background image

Kącikiem oka dostrzegła, jak zacisnął palce na kierownicy, skóra na kostkach zbielała. 
– Jeszcze nie. – Nagle nie był już taki pewny siebie. 
Popatrzył na nią, w jego oczach malowało się cierpienie. – Maryo, kocham cię, taką, jaka 

jesteś naprawdę. Chcę się z tobą ożenić. Cofnęła się instynktownie. 

– W porządku, nie chcę cię ponaglać. Znamy się zaledwie siedem dni, choć trudno w to 

uwierzyć. Maryo. przyjadę, gdy tylko zakończę swoje sprawy, będziemy razem i poznamy się 
lepiej. 

– Nie przyjedziesz. 
Popatrzył na nią, zmienił się na twarzy. 
– Wierzysz w to, tak? – Skinęła głową, bojąc się, że jej głos nie zabrzmi przekonująco. 

Craig ciągnął z desperacją: – Potrafię wspinać się po górach, kierować firmami i stawiać 
czoło nieprzyjaznym politykom... a jedna rudowłosa kobieta może zmienić cały mój świat i 
sprawić, że wszystko inne traci znaczenie. 

Walczyła ze sobą, by nie chwycić go w ramiona, złagodzić jego napiętą twarz, ukoić 

ciało. 

– Craig – powiedziała bezbarwnym głosem – spóźnisz się na samolot. 
– To wszystko, co masz mi do powiedzenia?
– Tak. 
Nie wiadomo było, skąd biorą się te słowa i co naprawdę znaczą. 
– Dobrze, rozumiem. Nie ma sensu, żebym tu wracał, jeśli nie chcesz mnie widzieć... 
– A co ze ślubem Robba i Kathrin? Zaśmiał się cierpko. 
– Pewnie machnę im przed nosem czekiem na milion dolarów i obiecam wytworny ślub 

w Vancouver. Wtedy to ty będziesz musiała zdecydować, czy zechcesz tam przyjechać, czy 
nie. 

Przez mgnienie jej oczy zalśniły, ale płomień szybko zgasł. Craig odezwał się prawie 

zwyczajnym tonem:

– Wiesz, co w tym wszystkim jest najgorsze? To, że nawet nie próbujesz się ze mną 

spierać.   Gdybyś   na   mnie   krzyczała,   czułbym   się   lepiej,   miałbym   wtedy   jakąś   nadzieję. 
Gdybyś straciła panowanie nad sobą. Ale nie. Ty nawet nie masz zamiaru walczyć, prawda? 
Co mogła mu na to powiedzieć?

– Żegnaj, Craig. 
– Rybacy  mieli  rację...  strzeż  się  rudowłosej...  – Popatrzył   przed  siebie  i  powiedział 

cicho: – Żegnaj, Maryo. 

Wysiadła, trzasnęła drzwiami i pobiegła po schodach. Zobaczyła, że opadł na kierownicę 

i przez kilka sekund nie poruszał się. Nie mogła tego znieść. Wtem wyprostował się, zapalił 
silnik i ruszył, nie oglądając się za siebie. 

Co ja zrobiłam? – przeraziła się. Na litość boską, co ja zrobiłam?

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

Od odjazdu Craiga minęło kilka minut. Marya nadal stała oparta o ścianę. Dopiero teraz 

zdała sobie sprawę, że Craig użył całej siły przekonywania, by uzmysłowić jej sytuację. Nie 
posłużył się jednak bronią, której skuteczności mógł być pewien – własnym ciałem. To, że 
tego nie zrobił, jeszcze bardziej skłaniało ją do płaczu. 

Kathrin otworzyła drzwi. Od razu zobaczyła Maryę, podbiegła ku niej. 
– Czy Craig... – Popatrzyła na nią badawczo. – Co się stało? Wyglądasz okropnie. 
– On odjechał. 
–   No   tak,   śpieszył   się   na   samolot.   Ale   przecież   wróci.   –   Kathrin   wyraźnie   była 

zadowolona z reakcji siostry. – Rozumiem, że ci przykro, ale ... 

– On już nie wróci. Nigdy. – Marya zadrżała słysząc własne słowa. 
Kathrin patrzyła na nią w milczeniu. W jej głosie zabrzmiało niedowierzanie. 
– Odrzuciłaś go?
Marya ukryła twarz w kasztanowych włosach. 
– Ale dlaczego, Maryo, dlaczego? On jest stworzony dla ciebie!
– Bałam się – wyznała prawdę Marya. – Nie mogłam znieść myśli, że znów nie będę 

mogła się obronić, że może mnie skrzywdzi. 

– Wygląda na to, że sama sobie wyrządziłaś krzywdę. 
– Lepiej pocierpieć teraz niż przez następne trzy lata. 
– Jesteś niemożliwa! Jak możesz go porównywać z Tonym?! – Skrzywiła się. – Zresztą 

już dobrze, ‘chyba nie będziesz tu stać przez całą noc. Chodź do domu, zrobię ci herbaty. 

Nie   była   w   stanie   znieść   teraz   życzliwości   Grethe   i   badawczego   wzroku   Magnusa. 

Wymamrotała:

– Pójdę się położyć. 
– Możesz jeszcze zadzwonić na lotnisko i zostawić dla niego wiadomość. 
– Proszę cię, przestań. 
– Zobaczysz, jeszcze wszystko będzie dobrze. – Siostra uścisnęła ją mocno. – Przyjdę 

niedługo. 

Marya   położyła   się   do   łóżka.   Leżąc   na   plecach   wyobrażała   sobie   trasę,   którą   teraz 

przemierza Craig. Poczuła, że płacze. Ciężkie łzy powoli spływały po policzkach. Godzinę 
później, gdy do sypialni weszła Kathrin, Marya udała, że śpi. 

Gdy Tony odszedł, zostawiając ją w luksusowym hotelu w Toronto, nie miała czasu, by 

rozpaczać,   musiała   walczyć   o   przeżycie.   Teraz   miała   go  aż   za   dużo.   Mijały  kolejne   dni 
krótkiego lata, a ona wciąż myślała o Craigu. 

Myśli o nim nie opuszczały jej ani na chwilę. Wydawało jej się, że towarzyszy jej w 

wyprawach na wzgórza, długonogi, zapatrzony w nią z zachwytem. Wieczorami, kiedy, żeby 
się czymś zająć, zaczynała robić na drutach, widziała jego zręczne palce zaplatające węzły na 
linach nad tamtym urwiskiem. Nie miała odwagi zbliżać się do nadbrzeża, a swoją wyspę 
wymazała z pamięci. 

background image

Najgorsze były noce. Wydawało się jej, że czuje pod dłonią gładki dotyk jego skóry, 

szorstkie  włosy na  piersi, widzi  szare płonące  oczy,  gdy zatapiał  się w nią aż  do utraty 
zmysłów. 

Spała mało, nie miała apetytu, więc schudła i wyglądała, jakby stale była zmęczona. Dwa 

tygodnie po wyjeździe Craiga Kathrin przypadkiem zastała ją w kuchni. 

– Maryo. – Zatroskała się. – Co się z tobą dzieje, marniejesz w oczach. 
Uwolniła się z uścisku. 
– Zostaw mnie. 
– To już trwa za długo. Dziś wieczorem zabieramy cię z Robbem na kolację do hotelu w 

Eidi. 

Marya unikała Kathrin i Robba, bo był bratem Craiga, ale i z innego powodu. Nie mogła 

znieść widoku bijącego od nich szczęścia. 

– Dziś wieczorem mam zamiar umyć głowę. 
– Możesz to zrobić po południu. 
– Wiesz co, Kathrin? Gdy myślę teraz o Tonym, to niczego nie czuję. To dziwne... 
Kathrin, jeśli chciała, potrafiła być bezlitosna. 
– Czy z Craigiem jest tak samo?
– Nie – odparła cicho. 
– Kiedy wreszcie przyznasz się przed sobą, że go kochasz?
– Nie, ja... 
– Maryo, obiecaj mi coś. Kiedy będziesz myć głowę, pomyśl chwilę o tym, co czujesz do 

Craiga. 

– Och, idź już sobie!
Marya wyraźnie się ożywiła, policzki jej się lekko zaróżowiły. Kathrin uśmiechnęła się z 

zadowoleniem, spojrzała na zegarek. 

– Spóźnię się do pracy!
Marya nalała sobie herbaty, usiadła w słońcu przy oknie. Objęła dłońmi kubek, na skórze 

czuła delikatny dotyk słońca. Spróbowała odegnać od siebie wszystkie myśli i skoncentrować 
się na Craigu. Jego palące szare oczy. Ciało, które dało jej taką rozkosz. Jego oczekiwania... 

Dopiero   teraz   z   olśniewającą   jasnością   zobaczyła,   jaki   naprawdę   był   Tony   – 

powierzchowny,  kochający tylko  siebie. W przeciwieństwie do niego Craig miał  w sobie 
jakąś budzącą zaufanie, ukrytą siłę i bezkompromisową uczciwość. 

Z   nagłym   przerażeniem   uświadomiła   sobie,   że   porównywała   Craiga   z   Tonym   tylko 

dlatego,   że  też  był  bogaty.  Jak  mogła  być   tak  zaślepiona?   Jak mogła   być   tak  bezdennie 
głupia?

Herbata ostygła, słońce przesunęło się dalej i pozostawiło ją w cieniu. Nic do niej nie 

docierało. Zatopiła się w rozmyślaniach o Craigu, wypełniały ją uczucia, które rozpoznała bez 
zaskoczenia – to była miłość. Kathrin miała rację, kochała Craiga. Obudził w niej miłość, 
przed którą nie było odwrotu, która była wieczna i nieuchronna jak przypływy i odpływy 
oceanu, jak dzikie ptaki łączące się w pary na wysokim, urwistym brzegu... 

Uspokojona, z zamyślonym uśmiechem na twarzy, siedziała nieruchomo w kuchni, gdy 

background image

Magnus przyszedł na obiad. Zupełnie zapomniała, że miała przygotować coś do jedzenia. 
Magnus nalał wody do czajnika. 

– Wyglądasz jakoś inaczej. 
Po raz pierwszy od odjazdu Craiga jej twarz rozjaśnił szeroki uśmiech. 
– Tato, jestem zakochana. 
– W kim?
– No, w Craigu. 
– Mówisz o tym, którego odesłałaś dwa tygodnie temu?
Jej uśmiech zgasł. Rzeczywiście odesłała Craiga, ze strachu odepchnęła go od siebie. Już 

prawie o tym zapomniała. 

Straciła pewność siebie. 
– Może jeszcze wróci. 
– Nie on. Czy to ostatni bochenek chleba?
– No to napiszę do niego – odrzekła z uporem. – Tato, drugi bochenek masz przed nosem. 
– Aha, dobrze. To nie może być zwykły list. 
Kiedy zamówili kolację w małym  hotelu wychodzącym  na czerwone i zielone dachy 

miasteczka i spokojny port w Eidi, Marya od razu poprosiła Robba o adres Craiga. 

– Oczywiście mogę ci podać jego domowy adres, ale to raczej mało prawdopodobne, że 

go tam zastaniesz. 

– Czy to znaczy, że zatrzymuje się w Vancouver, kiedy ma jakieś ważne spotkania?
Robb popatrzył na nią dziwnie. 
– Co właściwie Craig powiedział ci o swojej pracy? Zarumieniła się. Nigdy go o to nie 

pytała. 

– Craig założył i kieruje wyjątkowo aktywną i przez niektórych szczególnie źle widzianą 

organizacją ekologiczną. 

– Myślałam, że pracuje dla waszego ojca w Northwest Foresty. 
– Już od dawna nie. A ta jego grupa bardzo często występuje przeciwko ojcu. Craig 

musiał wszystko rzucić i natychmiast wracać, by w sądzie wystąpić w obronie dużej doliny w 
północnej części Kolumbii Brytyjskiej, której zagraża całkowity wyrąb lasu. 

– Czy można go jakoś złapać telefonicznie?
– Słuchaj, jednego dnia Craig jest w sądzie, następnego leci samolotem na północ i w 

leśnych   osadach   bierze   udział   w   zebraniach.   Nie   wysiaduje   w   wytwornie   umeblowanym 
gabinecie ubrany w elegancki garnitur. 

Robb nieomal cytował jej własne myśli. 
– Okropnie się pomyliłam w jego ocenie – przyznała Marya ze skruchą. – Jak mam mu to 

powiedzieć?

– Wcześniej czy później Craig skontaktuje się ze mną – odparł Robb i dodał z pewnym 

ociąganiem. – To, co on robi, może być niebezpieczne. Chodzi o duże pieniądze, a niektóre 
firmy nie przebierają w środkach. 

Oczami wyobraźni ujrzała Craiga w szarych zniszczonych sztruksach, otoczonego kołem 

ponurych mężczyzn. Zaciskali pięści i podchodzili coraz bliżej... 

background image

Wyszeptała z pobladłą twarzą:
– Czy on do ciebie zadzwoni?
– Zwykle tak robi, ale nieczęsto ma dostęp do telefonu. 
– Jeśli zadzwoni, to proszę, powiedz mu, że zrobiłam błąd, każąc mu odjechać. Powiedz 

mu, że mi przykro. 

– Dobrze. Nie bądź taka zmartwiona, Maryo. Craig jest dorosły i od dawna sam się o 

siebie troszczy. 

Opowiadał o walce toczonej przez Craiga z ojcem. Zanim się zorientowała, wypiła kawę 

ze śmietanką,  a czekoladowy tort  zniknął  z jej talerzyka.  Tej  nocy,  mimo  kofeiny,  spała 
najlepiej od czasy wyjazdu Craiga. Wiedziała, że prędzej czy później dotrą do niego jej słowa. 
Wtedy zrozumie, że zmieniła zdanie i chce go zobaczyć... Czy na pewno zrozumie?

Mijały   dni.   Marya   czekała   na   jakiś   znak   od   Kathrin,   że   Robb   rozmawiał   z   bratem. 

Codziennie   napotykała   błękitne   oczy   siostry   patrzące   na   nią   ze   współczuciem.   Wtedy 
chwytała za druty – teraz robiła sweter dla Craiga – i starała się skupić na skomplikowanym 
wzorze. 

Któregoś ranka smażyła  właśnie jajecznicę dla Magnusa, a Kathrin szykowała  się do 

pracy, gdy naraz rozległo się stukanie do drzwi. Na progu stał siedmioletni wnuczek pani 
Rasmussen przejęty swoją misją. 

– Telefon, u mojej babci! – Brudnym paluszkiem wskazał na Maryę. – Do niej. Z Kanady 

– To na pewno Craig! – wykrzyknęła Kathrin. – Maryo, biegnij! Zostaw tę patelnię!

Marya stała jak sparaliżowana. 
– Myślisz, że to on?
– Jestem pewna, że to nie Tony... Maryo, no leć już! Puściła się biegiem między domami,  

boso, w szarej podomce, rudy warkocz uderzał ją po plecach. Pani Rasmussen czuwała przy 
telefonie. 

– To mężczyzna – syknęła. – Nie dosłyszałam nazwiska. Może to ten blondyn, z którym 

kiedyś byłaś nad rzeką?

Marya cieszyła  się, że pani Rasmussen słabo zna angielski. Podniosła słuchawkę, nie 

mogła złapać tchu. 

– Halo!
W słuchawce coś zatrzeszczało. 
– Halo! – Chyba się rozłączył, pomyślała z rozpaczą. 
– Maryo, czy to ty? Chciałbym mówić z Maryą Hansen... czy pani mnie słyszy?
– To ja, Marya! – Jej własne słowa powróciły do niej jak echo. 
– O Boże! – To był głos Craiga. – Czy to naprawdę ty?
Każde słowo odbijało się echem, musiała wytężać słuch. 
– Tak, to ja!
– Prosiłem tę starszą... – Kolejny trzask. – Ten chłopiec przynajmniej coś zrozumiał... – 

Znów trzeszczało – ... jak ty?

– Połączenie jest fatalne – krzyknęła. – Z tego, co mówisz, słyszę tylko jedną czwartą. 

background image

Poprzez nawracające echo i trzaski doszło do niej tylko jedno słowo. 
– Czwartą?
– Nieważne! Craig, kocham cię. 
Do trzasków dołączył przeraźliwy warkot. 
– ... tydzień, Maryo, słyszysz mnie? Chyba zwariuję przez ten telefon!
To zdanie  oczywiście  usłyszała  doskonale. Za  wszelką cenę  chciała,  by jej słowa, te 

słowa najważniejsze w życiu, dotarły do niego. 

– Craig, kocham cię, słyszysz mnie? Zrobiłam błąd, że pozwoliłam ci odjechać... Kocham 

cię!

– ... kocham cię... – powtórzyło echo. 
– Do diabła! – zaklął Craig. – Maryo, czy nadal jesteś... 
Wykrzyknęła z całej siły:
– Kocham cię! – Oczy pani Rasmussen rozszerzyły się z zadowolenia. 
– Co ty powiedziałaś?
– Kocham cię! Kocham cię! Kocham cię!
– ... to prawda?
Rozległ się jeszcze silniejszy trzask i połączenie się przerwało. 
– Craig – powtórzyła z rozpaczą – Craig, jesteś tam? O Boże, rozłączył się, co mam teraz 

zrobić?

W słuchawce nadal panowała cisza. Nagle zdała sobie sprawę z dzielącej ich odległości. 

Cały ocean, tysiące kilometrów.. Wcale nie wiedziała, czy ją usłyszał. 

–   Ach,   jakie   to   romantyczne   –   westchnęła   pani   Rasmussen.   –   Pamiętam,   kiedy   mój 

pierwszy mąż... 

Marya słuchała jednym uchem, przyciskała słuchawkę w nadziei, że siłą woli sprawi, iż 

znów usłyszy głos Craiga. 

– Poczekaj jeszcze chwilę – poradziła pani Rasmussen. – Może jeszcze raz się połączy. 

Pięknie wyglądasz w tej podomce. 

Była w niej, gdy Craig całował ją w kuchni Magnusa... 
Wypiła nie chcianą herbatę i z trudem przełknęła kawałek ciasta. Odpowiadała coś na 

pytania   sąsiadki.   W   duchu   modliła   się,   by   telefon   jeszcze   raz   zadzwonił.   Niestety,   nie 
odezwał się więcej. 

Półtorej godziny później wróciła do domu. 
Kathrin i Robb zamierzali wziąć ślub w średniowiecznym kościółku w Kirkjubour. Robb 

zaprosił Kathrin, Maryę, Grethe i Magnusa na kolację do jednego z hoteli w Torshavn. Potem 
mieli pojechać obejrzeć kościół. 

Marya starała się nie myśleć o Craigu, zresztą nie zadzwonił więcej. Nawet cieszyła się 

na ten wyjazd do Kirkjubaur. Nie była tam z Craigiem, więc to miejsce nie budziło w niej 
żadnych   wspomnień.   Założyła   wyciętą,   letnią   suknię,   a   ramiona   okryła   ręcznie   tkanym 
szalem. Wchodziła do kuchni Grethe, gdy nagle ziemia zachwiała się jej pod nogami. 

Z salonu dobiegł ją głos Robba. Stała jak przymurowana. 
– Kathrin właśnie dzwoniła na lotnisko w Vagar i Craiga nie było na pokładzie. 

background image

– Przecież powiedział, że przyleci – przerwała Grethe. – Więc gdzie on jest?
– Coś musiało go zatrzymać. Następny samolot jest dopiero jutro. 
Kathrin była wyraźnie przestraszona. 
– Może coś mu się stało? Robb, sam mówiłeś, że są tacy, którzy mogą się posunąć do 

ostateczności. 

Robb też był zgaszony. 
–   W   hotelu   spróbuję   się   skontaktować   z   firmą,   może   będą   wiedzieć,   czy   opuścił 

Vancouver zgodnie z planem. Na razie ani słowa Maryi, niepotrzebnie się zdenerwuje. Niech 
dalej sądzi, że to tylko rodzinne wyjście. 

Marya wycofała się na palcach. Czyli kolacja była zaplanowana nie na pięć, ale na sześć 

osób. 

Oczyma  wyobraźni zobaczyła  go otoczonego przez bandę podejrzanych  typów. Craig 

pada pod ich ciosami... Zabrakło jej tchu w piersi i mocno zamknęła oczy, chcąc odegnać od 
siebie tę przerażającą wizję. To tylko pogorszyło sprawę. 

Wbiła   paznokcie   w   dłonie.   Musi   przestać,   w   ten   sposób   doprowadzi   się   do   obłędu. 

Odepchnęła natrętne obrazy. W duchu prosiła Boga, by zechciał wziąć go w swoją opiekę. 
Ujęła klamkę, spróbowała przybrać normalny wyraz twarzy. 

– Jesteście gotowi?
Kathrin wychyliła głowę z salonu. 
– Już czekamy! – Chyba niczego się nie domyśliła po twarzy siostry. – Świetnie ci w tej 

sukience. 

Kathrin pojechała z Robbem, a Marya zabrała Grethe i Magnusa. Pominęła milczeniem 

fakt, że na stole jest sześć nakryć, a gdy Robb po krótkiej nieobecności wrócił do nich i 
nieznacznie potrząsnął głową w stronę Kathrin, udała, że niczego nie zauważyła. Odwróciła 
się plecami do okna, z którego rozciągał się widok na port. 

Zamówiła   kaczkę   i   zajęła   się   ożywioną   rozmową   z   Magnusem   i   zachwyconą 

nieoczekiwanym wyjściem Grethe. Jedzenie chyba było dobre i nawet, na wyraźne żądanie 
Kathrin, wmusiła w siebie obfity deser. 

Maleńka osada Kirkjubeur przycupnęła nad brzegiem morza. Z wody wyłaniało się kilka 

wysp, skąpanych w złotym świetle zachodzącego słońca. Prosty, pobielony wapnem kościół 
stał tuż przy kamienistej plaży. Za nim ciągnęły się kamienne mury katedry, rozpoczętej w 
trzynastym  wieku i nigdy nie ukończonej. Przez jej otwarte sklepienie widać było  niebo, 
wysoko w górę wznosiły się łuki okien. 

Marya   szła   za   resztą,   nieuważnie   słuchała   szczebiotania   siostry   i   odpowiedzi   Robba. 

Grethe zajęła się planowaniem wesela, Magnus też był ożywiony. 

W końcu postanowili wracać. 
– Pojedźcie jednym samochodem – poprosiła Marya. – Tak tu spokojnie, chciałabym 

jeszcze chwilę zostać. 

Nie czekając na odpowiedź, odwróciła się i ruszyła w stronę katedry. Z ulgą usłyszała, że 

głosy się oddalają, zadźwięczał klakson i samochód odjechał. Pomachała w ich stronę. 

Czerwonobiała krowa pasła się na trawie przed katedrą. Szerokie na prawie półtora metra 

background image

mury   były   pokryte   niebieskozielonymi   porostami.   Weszła   do   środka.   Dorodne   pędy 
arcydzięgla pięły się w załamaniach ścian, a kamienne mury były poprzetykane zielonymi 
kępkami zielska. Panujący tu przenikliwy chłód i trwająca od stuleci cisza nie przyniosły jej 
ukojenia. 

Otuliła   się   szczelniej   szalem,   wyszła   na   zewnątrz.   Między   kamieniami   dzika   kaczka 

nawoływała młode, delikatne fale marszczyły spokojną i pżowo-złotą toń wody. 

Usiadła,   opierając   się   o   białą   ścianę   kościoła,   na   policzkach   czuła   ciepło   ostatnich 

promieni   słońca;   gdy   zamknęła   oczy,   złote   światło   przeświecało   przez   powieki.   Nic   nie 
zakłócało ciszy, słyszała własny oddech. 

Nagle ogarnął ją długo tłumiony niepokój. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że znów 

stała się bezbronna. To tego się bała od pierwszej chwili, gdy poznała Craiga, i dlatego przed 
nim uciekała. Uciekała, bo wiedziała, że miłość ma swoją cenę. 

Kochała Craiga, kochała go całym sercem. Jeżeli coś było w stanie go ochronić i sprawić, 

by powrócił do niej, to była to tylko siła miłości. 

Czas mijał.  Gdy wreszcie  otworzyła  oczy,  słońce schowało się już za urwiste brzegi 

wyspy, trawa stała się chłodna i wilgotna. Marya poczuła się bardzo zmęczona, ale czuła, że 
wygrała  coś bardzo cennego. Miała pewność, że ta miłość  jest czymś  najważniejszym  w 
życiu, czymś dużo bardziej istotnym niż ciosy, które mogą ją spotkać. 

Za drewnianymi zabudowaniami trzasnęły drzwiczki samochodu. Uświadomiła sobie, że 

to właśnie odgłos jadącego auta przywrócił ją do rzeczywistości. Skrzywiła się z niechęcią, 
nie chciała, by ktoś zakłócił tę chwilę i jej z takim trudem osiągnięty spokój. 

Wychodzącego zza rogu mężczyznę  powitała nieprzyjazną  miną.  Craig zatrzymał  się, 

uniósł brwi. 

– Dokładnie tak samo wyglądałaś w Toronto, gdy zobaczyłem cię po raz pierwszy. 
Szok, niedowierzanie i lęk przemknęły jej po twarzy i ustąpiły miejsca gwałtownemu 

uczuciu szczęścia. Wyprostowała się, mocno oparła o ścianę, serce biło jak szalone. 

– Czy to sen? – wyszeptała. – Czy jesteś naprawdę? Podszedł bliżej, zatrzymał  się i 

przykucnął na trawie tuż obok niej. Był ubrany w sportowe spodnie i ciemnozieloną bluzę z 
długim rękawem. Pod oczami miał ciemne kręgi. 

– Ściąłeś włosy. 
– Już o tym zapomniałem. – Uśmiechnął się. – Cześć, rudowłosa. 
Był   tu   naprawdę,   jej   modlitwy   zostały   wysłuchane.   Przepełniła   ją   pomieszana   z 

wdzięcznością radość. Uśmiechnęła się do niego. 

– Witaj w domu, Craig. 
– Dom jest tam, gdzie ty jesteś. – Oparł dłonie o mur po obu stronach jej głowy, pochylił 

się   i   pocałował   ją.   Jej   zimne   od   wieczornego   chłodu   wargi   były   miękkie,   wilgotne, 
nienasycone... Koniuszkiem palca przeciągnął po linii jej ust. – Tak czekałem na tę chwilę, 
czasami myślę, że minęły lata... Maryo, wyjdziesz za mnie?

– Tak. 
Wzruszyła ją czułość w jego oczach. 
– Kobieta, której wystarczy tylko kilka słów. 

background image

– To chyba dobre słowo?
–   Najlepsze...   chyba   zasłużyliśmy   na   pocałunek.   Tym   razem   całował   ją   mocniej, 

namiętniej, obudziły się wspomnienia... Przeciągnął wzrokiem po jej twarzy tak, jakby do 
niego należała. To się jej spodobało. 

–   Teraz   chyba   powinienem   powiedzieć,   że   jesteś   piękniejsza,   niż   pamiętam.   Jesteś 

piękna. Ale też jesteś blada jak upiór i o wiele za szczupła. 

Przesunęła palcami po jego policzkach, musnęła drobne zmarszczki w kącikach oczu. 
– Jesteś zmęczony. 
– Tak. W Toronto mieli dwie godziny opóźnienia, a na lotnisku w Londynie był alarm 

bombowy i straciłem połączenie. 

– Przypadkiem usłyszałam rozmowę Robba z Kathrin i wiedziałam, że masz przyjechać... 

Już sobie myślałam, że leżysz gdzieś w jakichś chaszczach pobity przez drwali. 

– Jest wielu, którzy chętnie by to zrobili – odrzekł spokojnie. – Ale schodzę im z drogi. 

Mam jeszcze parę spraw, przed których zakończeniem nikt mnie nie powstrzyma, Maryo. 

Uśmiech znów rozjaśnił jej twarz, była niemal pewna, że to ją miał na myśli, mówiąc o 

nie zakończonych sprawach. 

– Więc w końcu jak się tu dostałeś?
– Wyczarterowałem samolot. 
–   Och,   Craig,   jak   to   cudownie   znów   cię   widzieć!   Tak   mi   przykro,   że   kazałam   ci 

wyjechać. Dopiero gdy odjechałeś, zrozumiałam, jaki naprawdę jesteś. Może to musiało tak 
być. Kiedy byłeś tuż obok mnie, na wyciągnięcie ręki, to było zbyt blisko – spojrzała spod 
rzęs – i za bardzo mnie rozpraszałeś. Wyrządziłam ci krzywdę, porównując cię z Tonym. 
Przepraszam cię. 

–   Wybaczam   ci.   Jeśli   tu   w  ogóle   jest   coś   do   wybaczenia.   Wszystko   działo   się   zbyt 

szybko, a ja tak się bałem, że mogę cię utracić. 

– Wiem od Robba, czym się zajmujesz. Znów powinnam cię przeprosić, że sama nigdy 

cię o to nie zapytałam. Czy ta sprawa zakończyła się tak, jak chciałeś?

– W końcu tak. Ale nie było to łatwe i wszystko mogło potoczyć się inaczej. – Odgarnął 

jej włosy z czoła. – Czy masz coś przeciwko temu, czym się zajmuję?

– Tylko wtedy, jeśli to jest dla ciebie niebezpieczne. 
– Żadne zagrożenie nie da się porównać z tym, że mógłbym ciebie utracić. Jeszcze nigdy 

w   życiu   nie   bałem   się   tak   jak   tej   nocy,   gdy   w   Vagar   wsiadałem   do   samolotu,   którym 
oddalałem się od ciebie. 

– Kazałam ci wyjechać, bo bałam się, że znów zostanę skrzywdzona, że porzucisz mnie i 

zostanę sama. Więc odepchnęłam cię pierwsza. – Ciągle była zasępiona. – Teraz wiem, że nie 
jesteś taki jak Tony. Wiedziałam już wtedy, ale nie chciałam tego przyznać. Ty nigdy byś nie 
porzucił mnie tak jak on. 

– Nie. 
– Dopiero słysząc Robba zdałam sobie sprawę, jak pełne niebezpieczeństw jest życie. A 

jeśli kogoś kochasz, stajesz się bezbronny. – Dokończyła z przekonaniem:

– Ale miłość jest tego warta. Tego mnie nauczyłeś. 

background image

– Lepiej późno niż wcale. Maryo, oboje jesteśmy bezbronni. Taka jest cena miłości. – 

Zawahał się. 

–  Szkoda,  że   mieszkam   tak   daleko.  Ale   będziesz   ?  mogła   przyjeżdżać   tu,  gdy  tylko 

zechcesz, a Kathrin i Robb będą blisko. 

– Z tobą mogłabym zamieszkać nawet na pustyni Gobi. 
– Mam nadzieję, że to nie będzie potrzebne. – Objął ją mocniej, pogładził otulone szalem 

ramię. – Możemy mieć podwójny ślub z Kathrin i Robbem. 

– W tym kościele tuż za nami. 
– Im szybciej, tym lepiej – zamruczał. – Nie możemy pójść do hotelu, bo wszyscy cię 

znają. Domy Magnusa i Grethe odpadają. A tutaj, pomijając już skrupuły, że jesteśmy pod 
kościołem, jakaś krowa przygląda się nam zza węgła. 

– Zawsze jeszcze zostaje tamta wysepka. Módl się, żeby morze było spokojne. 
Nagle Craig zmienił ton. 
– Maryo, kocham cię... kocham cię bardziej, niż potrafię powiedzieć. Do końca życia nie 

przestanę cię kochać. 

Wzruszona do głębi wyszeptała:
– Ja też cię kocham. 
Pocałował ją mocno, poczuła na sobie jego ciężar. Gdy wreszcie ją puścił, serca biły im 

mocno, oczy rozjaśniał dziwny blask. 

– Słowa nie wystarczą. – Głos jej drżał – Craig, tak cię kocham. 
Uśmiechnął się do niej, pomógł wstać. 
– Wróciłem, bo nie mogłem sam wytrzymać, a Robb alarmował, że marniejesz w oczach. 

I   dlatego,   że   byłem   niemal   pewny,   iż   powiedziałaś   te   słowa   przez   telefon.   Maryo,   czy 
powiedziałaś to?

–   Oto,   co   powiedziałam.   –   Odrzuciła   głowę   i   zawołała   z   całej   siły:   –   Kocham   cię! 

Kocham cię! Kocham cię!

– Nie dziwię się już, że nas rozłączyli!
– Teraz cała osada wie, że jestem zakochana. 
– Więc chodźmy i ogłośmy nasze zaręczyny. Objęci wpół zaczęli wspinać się po zboczu. 

Krowa   podeszła   bliżej   kościoła   i   zaczęła   skubać   wyrastającą   tuż   przy   murze   trawę.   Na 
spokojnej toni morza złoto zamigotały ostatnie różowe blaski zachodzącego słońca. Kraina 
dobrej nadziei... Tak, ten kto pierwszy tak nazwał to miejsce, miał rację. 


Document Outline