background image

Gordon R. Dickson 

 
 
 

Nekromanta 

 

Przełożył Zbigniew A. Królicki 

background image

Ścieżka się dzieli. Za rozstajnym progiem 

Widzę zaczątek mrocznej realności 

Bliźniaka skrzesanego z prastarej Jedności 

- I mnie, com wiecznym mego Brata wrogiem! 

 

Zaklęta Wieża 

Hal Mayne 

 

background image

Księga Pierwsza 

IZOLOWANY 

 

 

 

 

I oto widzę za lunety szkłami 

Twarz mego Brata mroczniejącą w dali 

Wesprzyj nas, Thorze, którzyśmy więźniami. 

Młot ześlij, Panie! Niech mury rozwali 

 

Zaklęta Wieża 

background image

Rozdział 1 

 

 

Kopalnia  była  automatyczna.  Składało  się  na  nią  wyposażenie  o  wartości  stu 

osiemdziesięciu  milionów  dolarów  oraz  sześć  kilometrów  sześciennych  kwarcu  i  granitu  z 

wtrąceniami  złota.  Całość  zaś  kontrolowano  z  jednej  konsoli,  przy  której  zasiadał  dyżurny 

inżynier zmiany. 

Kopalnia  wędrowała  wśród  pokładów  skalnych  niczym  ociężały,  wielofunkcyjny 

organizm, mozolnie przeżuwający złotonośną rudę, kruszący ją na niewielkie jak kamyki kęsy i 

przesyłający transporterami ponad dwieście metrów w górę, do znajdujących się na powierzchni 

przetwórni. Wraz z przenoszeniem się  machiny powstawały  i pustoszały kominy wentylacyjne, 

szyby  wind  transportowych,  poziomy  i  ściany  eksploatacyjne.  Rozprzestrzeniał  się  też  coraz 

bardziej obszerny  labirynt korytarzy, przez które w  miarę postępu robót przesuwała się konsola 

sterownicza i ciężka maszyneria na kładzionych z przodu i rozbieranych z tyłu szynach. 

Wszystkim  tym  sterował  jeden  inżynier.  Odrobina  megalomanii  z  jego  strony  nie 

przeszkadzała  w  pracy.  Czuwał  nad  ekranami  kontrolnymi  konsoli  jak  świadomość  nad 

mózgiem,  spełniając  rolę  najwyższej  i  ostatecznej  instancji.  Danych,  na  podstawie  których 

powstawały jego decyzje, dostarczały wbudowane w maszynerię czujniki komputera. Muskając 

palcami  klawiaturę,  można  było  otrzymać  optymalne  reakcje  stalowego  potwora.  Często 

okazywało się jednak, że podobnie jak samo życie, nowoczesne górnictwo to coś więcej niż tylko 

logika. 

Najlepsi  z  inżynierów  mieli  wyczucie.  Była  nim  wrażliwość  zrodzona  z  doświadczenia, 

talentu oraz czegoś zbliżonego do miłości, z jaką rozkazywali skałom i machinie, którą kierowali. 

Tę  cechę  dodano  do  listy  ludzkich  umiejętności,  których  wymagano  na  równi  z 

matematyką  i  geologią.  Wśród  kończących  szkoły  młodych  inżynierów  górnictwa,  mniej  niż 

dziesięć  procent  okazywało  się  posiadaczami  owych  szczególnych  talentów,  koniecznych,  aby 

zespolić  się  w  jedność  z  tytanem,  którego  mieli  dosiąść.  Dlatego  nawet  na  przepełnionych 

rynkach  pracy  XXI  wieku  kopalnie  nieustannie  poszukiwały  nowych  inżynierów.  Proces 

stawania się nieomylnym bogiem machiny, choćby tylko na cztery godziny, był długi nawet dla 

tych dziesięciu procent wybrańców. A machina nigdy nie odpoczywała. 

 

background image

 

Dwieście  metrów  nad  głową  człowieka  za  konsolą,  Paul  Formain,  rozpoczynając  swój 

pierwszy dzień w kopalni Malabar, wyszedł z segmentu mieszkalnego o ścianach z plastykowej 

pianki i zobaczył góry. 

To  było  widzenie.  Zdarzało  mu  się  to  wielokrotnie  od  czasu  wypadku  z  łodzią,  przed 

pięciu laty, a ostatnio coraz częściej. 

Teraz jednak nie ujrzał otwartego morza. Nie zobaczył też zamglonego obrazu dziwnej, 

mrocznej  postaci  człowieka  w  opończy  i  wysokim,  stożkowatym  kapeluszu,  który,  jak  się 

Paulowi zdawało, przywrócił go do życia, po tym, jak umarł w łodzi i zanim odnalazła go straż 

przybrzeżna. 

Tym razem były to góry. 

Odwróciwszy  się  od  białych  plastykowych  drzwi,  zatrzymał  się  nagle  i  zobaczył  je. 

Wokół rozciągało  się stronie, pokryte  innymi  białymi zabudowaniami zbocze kopalni Malabar. 

Wyżej,  przejrzyście  błękitne,  wiosenne  niebo  przeglądało  się  w  ciemnej,  modrej  toni  jeziora, 

które  wypełniało  rozpadlinę  górskiego  grzbietu.  Zewsząd  otaczały  Paula  kanadyjskie  Góry 

Skaliste, sięgające jednym końcem do odległego o pięćdziesiąt kilometrów, leżącego w Kolumbii 

Brytyjskiej  miasta  Kamloops,  w  drugim  zaś  kierunku  dochodzące  do  Pasma  Nabrzeżnego  i 

skalistych plaż lizanych słonym przybojem Pacyfiku. 

Góry powstały i otoczyły Paula niczym królowie. Jego ciało przeniknął grzmot trzęsienia 

ziemi  i  nagle  poczuł,  że  rośnie  i  kroczy  im  na  spotkanie.  Wkrótce  dorównał  wzrostem 

najwyższym szczytom. Wraz z nimi kontemplował odwieczny ruch trzewi planety. Potem góry 

tchnęły ku niemu słowa: 

Strzeż się. 

Nie zjeżdżaj dziś do kopalni! 

 

 

- ...oswoi się pan z tym i przywyknie - zapewniał go po wypadku psychiatra w San Diego. 

- Teraz popracował pan nad sobą i rozumie pan istotę problemu. 

- Owszem - odparł Paul. 

Wszystko było logiczne i miało sens - tłumaczył sobie, stosując się do sugestii psychiatry. 

Był sierotą od dziesiątego roku życia, kiedy stracił rodziców w wypadku drogowym. Oddano go 

background image

pod opiekę rodziny zastępczej. Ci ludzie byli dlań dobrzy, ale nie zastąpili mu ojca i matki. Na 

zawsze pozostał samotny. 

Brakowało  mu  tego,  co  psychiatra  w  San  Diego  nazywał  “obronnym  egoizmem”. 

Posiadał  za  to  zdolność  odgadywania  intencji  ludzi,  ale  bez  skłonności,  by  wykorzystywać  tę 

wiedzę  dla  własnej  korzyści.  Ci,  którzy  mogliby  zostać  jego  przyjaciółmi,  odczuwali 

zakłopotanie, gdy odkrywali  w  nim tę umiejętność. Ona  budziła w  nich  instynktowną potrzebę 

trzymania  Paula  na  bezpieczny  dystans.  Podświadomie  obawiali  się  go  i  nie  ufali  jego 

powściągliwości. Gdy był jeszcze chłopcem, czuł ich rezerwę i nie pojmował przyczyn, które ją 

powodowały. To zaś, orzekł psychiatra, dało mu fałszywy obraz sytuacji, w jakiej się znajdował. 

-  ...i tak  - mówił  lekarz  - ów brak chęci wykorzystywania przewagi płynącej z pańskich 

zdolności  stał  się  ułomnością.  Nie  jest  to  jednak  czymś  poważniejszym  niż  jakakolwiek  inna 

ułomność, taka jak ślepota czy kalectwo. Nie powinien pan sądzić, iż nie można z tym żyć. 

Jednak  w  głębi  duszy  Paul  tak  to  właśnie  odczuwał.  Przekonanie  to  zaowocowało  w 

końcu zaplanowaną podświadomie próbą samobójstwa. 

- ...nie ulega wątpliwości - ciągnął psychiatra - że odebrał pan ostrzeżenie o złej pogodzie, 

nadane przez straż przybrzeżną. I wiedział pan, iż niezależnie od rodzaju pogody, żeglując w tak 

małej łodzi zapędzi się pan zbyt daleko od brzegu... 

Sztorm  zepchnął  łódź  Paula  w  morze.  Zniosło  go  daleko  od  szlaków  żeglugowych  i  w 

ciszy  morskiej,  która  nastała  zaraz  po  burzy,  śmierć  jak  ociężałe,  szare  ptaszysko  przysiadła 

wyczekująco na maszcie. 

- ...warunki, w których pan się znalazł, sprzyjały halucynacjom  - orzekł psychiatra. - To 

naturalne, iż wyobraził pan sobie, że już umarł. Później zaś, gdy przyszło ocalenie, nieświadomie 

szukał pan wyjaśnienia  faktu, że pozostał pan przy życiu. Podświadomość dostarczyła pożywki 

dla  tej  fantazji,  którą  było  pańskie  rzekome  zmartwychwstanie  spowodowane  przez  kogoś 

tajemniczego,  podobnego  do  pańskiego  ojca,  i  odzianego  w  szaty,  które  sugerowały  magiczne 

umiejętności tego człowieka. Jednak po powrocie do zdrowia, rozsądek podpowiedział panu, iż 

historia ta jest raczej nieprawdopodobna. 

Istotnie,  pomyślał  Paul,  trudno  było  sądzić  inaczej.  Przypomniał  sobie,  jak  leżał  w 

szpitalu w San Diego i zastanawiał się nad tym, co zapamiętał. 

- Aby więc wesprzeć prawdopodobieństwo tej historii, wykształcił pan w sobie zdolność 

do chwilowego odczuwania niezwykle głębokiej, prawie bolesnej nadwrażliwości. Zaspokoiło to 

background image

dwie pańskie potrzeby; dostarczyło podstaw do zrodzonej z maligny fantazji o zmartwychwstaniu 

i  stanowiło  wymówkę  dla  tego,  co  wywołało  w  panu  pierwotne  pragnienie  śmierci. 

Podświadomie wytłumaczył pan sobie, że nie jest upośledzony, tylko inny. 

- Tak - powiedział wówczas Paul. - Rozumiem. 

-  Teraz  zaś,  skoro  odkrył  pan  prawdę  o  sobie,  potrzeba  takiego  usprawiedliwienia 

powinna  stopniowo  zanikać.  Fantastyczna  wizja  nieznajomego  zbawcy  powinna  zatrzeć  się  w 

pańskiej pamięci, a chwile  nadwrażliwości  będą  zdarzać się panu coraz rzadziej, aż w końcu  i 

one znikną. 

- Miło mi to słyszeć - rzekł Paul. 

Tyle że po pięciu  latach wcale  nie zaznał spokoju. Chwile  nadwrażliwości zdarzały  mu 

się  nadal,  a  pierwotna  wizja  nieznajomego  uparcie  tkwiła  gdzieś  w  zakamarkach  jego 

świadomości. Rozmyślał nawet o wizycie u innego psychiatry, ale później doszedł do wniosku, 

że skoro nie pomógł mu jeden, to jaki jest sens szukać porady u drugiego? 

Zamiast  tego,  nauczył  się  żyć  z  tym  problemem,  opierając  się  na  czymś,  co  odkrył  w 

sobie  po  wypadku.  Głęboko  wewnątrz  jego  jaźni  tkwiło  od  tamtej  pory  coś  nienazwanego  i 

niepojętego, co niczym kamienny obelisk przeciwstawiało się zmiennym porywom uczyć. Sądził, 

że to coś w jakiś sposób łączy się z wizją maga w wysokim kapeluszu, choć równocześnie jest od 

niej niezależne. Tak więc, gdy jak teraz, wiatry szeptały mu do ucha ostrzeżenie, słyszał je, ale 

nie czuł się nim poruszony. 

Strzeż się! - powiedziały góry. - Nie zjeżdżaj dziś do kopalni. 

“To  głupota”  -  orzekł  jego  umysł,  przypominając  mu,  że  dostał  wreszcie  to,  do  czego 

przygotowywał  się  przez  całe  swoje  świadome  życie.  Dostał  pracę,  o  jakiej  w  dzisiejszym 

przeludnionym  świecie  marzyło  wielu,  a  która  przypadała  w  udziale  nielicznym.  Sięgnął  więc 

teraz do tego, co niepokonane trwało na dnie jego umysłu. 

Lęk,  mówiło  mu  coś,  jest  po  prostu  jednym  z  wielu  czynników,  jakie  należy  brać  pod 

uwagę, przesuwając się od punktu A do punktu B. 

 

 

Paul otrząsnął się z przeczuć i powrócił do rzeczywistości. Wszędzie wokół wznosiły się 

zabudowania  kopalni  Malabar.  Niedaleko  miejsca  gdzie  stał,  żona  radcy  prawnego  kopalni 

wyszła  na  ganek  i  ponad  niewysokim,  białym  płotem  wołała  coś  do  stojącej  na  sąsiednim 

background image

podwórku żony pracującego na powierzchni technika. Dla Paula był to pierwszy dzień pracy i już 

spóźniał się na zmianę pod ziemią. Odwrócił spojrzenie od gór i budynków, po czym odszukał 

wzrokiem betonową ścieżkę prowadzącą do głównego szybu. Ruszył ku niej i czekającemu nań 

ślizgowi. 

background image

Rozdział 2 

 

 

Ślizg  zwiózł  Paula  pochyłą  sztolnią  w  głąb  góry.  Dwieście  metrów  w  dół.  Mimo 

romantycznej  i  nieco staromodnej  nazwy,  ślizg  był w  istocie zwykłą windą  magnetyczną. Gdy 

Paul  zjeżdżał,  poprzez  przejrzyste  ścianki  szybu  windy  skrzyły  się  ku  niemu  granit  i  różowy 

kwarc. Minerały przemawiały podobnie jak góry. Te nowe głosy były cichsze, lecz bezlitosne  i 

krystalicznie twarde. Zjeżdżającemu Paulowi dotrzymywało towarzystwa jego odbicie w ściance 

rury - wizerunek barczystego dwudziestotrzyletniego młodego człowieka, który miał już za sobą 

wiek chłopięcy i młodzieńczy. 

Paul  był  mężczyzną  grubokościstym,  mocno  zbudowanym,  o  okrągłej  głowie  i 

atletycznym wyglądzie. Takich jak on można było zobaczyć na boiskach, choć nie przypominał 

najczęściej  spotykanego  typu  piłkarza.  Nie  dość  krępy,  by  grać  w  ataku,  nie  posiadał  też 

zwinności potrzebnej w obronie. Dobrze natomiast spisywał się na bramce. Był silny, opanowany 

i  miał  ręce  o  długich  palcach,  którymi  mógł  pewnie  uchwycić  piłkę.  W  czasie  studiów 

występował w barwach podstawowego składu drużyny Instytutu Górnictwa Colorado. 

Jego oczy miały intrygująco głęboką i ciepłą, szarą barwę. Usta o wąskich wargach były 

szerokie  i  o  przyjaznym  wyrazie.  Proste,  jasnobrązowe  włosy  Paula  zaczynały  już  rzednąć  na 

skroniach.  Strzygł  się  krótko  i  widać  było,  że  wyłysieje  wkrótce  po  trzydziestce.  Ponieważ 

jednak nie należał do ludzi, którzy przesadnie dbają o wygląd zewnętrzny, nie miało to dla niego 

większego znaczenia. 

Sprawiał wrażenie urodzonego przywódcy; męskiego, inteligentnego, silnego, umiejącego 

każdy problem ocenić prawidłowo od pierwszego spojrzenia. I takim też był w istocie. Dopiero 

po bliższym poznaniu ludzie dostrzegali głębiej ukryte cechy jego charakteru, które były częścią 

jego własnego wyobrażenia o sobie. Zdarzały się chwile, takie jak ta, w których Paul dostrzegał 

nagle swój wizerunek, odbity w jakimś zwierciadle i zastygał zdumiony, jakby stanął twarzą w 

twarz z kimś obcym. 

Ślizg  zatrzymał  się  na  poziomie  eksploatacyjnym.  Paul  wkroczył  do  jasno  oświetlonej, 

rozległej  pieczary,  aż  po  wysokie  sklepienie  wypełnionej  tytanem  i  stalą  maszynerii  wspartej 

ciężko na szynach. Rześkie i ostre powietrze podziemi poraziło chłodem jego płuca. Wydało mu 

się,  że  atmosfera  kopalni  przenika  go  na  wskroś.  Ruszył  wzdłuż  kruszarki  i  po  kilkudziesięciu 

background image

krokach  dotarł  do  konsoli  sterowniczej.  Wypełniające  ją  klawisze  i  przełączniki  przypominały 

klawiaturę  wielkich  organów  elektronicznych.  Tylko  trzy  niewielkie,  umieszczone  centralnie 

ekrany  przeczyły  temu  wrażeniu.  Siedzący  wewnątrz  niewysoki,  krępy  i  ciemnowłosy 

mężczyzna po czterdziestce kończył właśnie czynności obowiązujące przy zdawaniu służby. 

Paul zbliżył się do brzegu platformy, na której znajdowała się konsola i operator. 

- Cześć! - powiedział. Operator spojrzał nań z góry. 

- Jestem nowy, Paul Formain - przedstawił się Paul. - Gotów do zmiany? 

Opuszczający  stanowisko  inżynier  ruchliwymi  dłońmi  wykonał  jeszcze  parę  szybkich 

czynności  na  konsoli.  Potem  odchylił  się  na  fotelu  i  przeciągnął.  Wreszcie  wstał  i  zwrócił  ku 

Paulowi twardą, lecz przyjazną twarz. 

- Paul? - spytał. - A jak dalej? 

- Formain. Paul Formain. 

- Ach tak. Pat Teasley - wyciągnął do Paula małą, ale zaskakująco krzepką dłoń. 

Uścisnęli  sobie  ręce.  Teasley  mówił  z  akcentem  australijskim,  tą  szczególną  jego 

odmianą,  którą  Amerykanie  zazwyczaj  biorą  za  akcent  londyński,  rozjuszając  tym 

Australijczyków.  Wyglądał  na  osobnika  tak  otwartego  i  prostolinijnego,  jak  sama  ziemia.  Po 

gwałtowności gór, Paul poczuł uspokajającą odmianę. 

-  Sądząc  z  próbek  -  rzekł  Teasley  -  podczas  swej  pierwszej  zmiany  będziesz  miał 

spokojne i równe kopanie. 

- Miło mi to słyszeć - odparł Paul. 

- Właśnie. Nie widać żadnych większych uskoków, a żyła odchyla się od pionu nie więcej 

niż o osiem stopni. Uważaj na korki w sztolni A. 

- Aha - mruknął Paul. - Przestoje w pracy? 

- Właściwie to nie. Wagoniki zakleszczały się i stłaczały tuż za klapą numer osiem, około 

stu czterdziestu metrów od wylotu. Sztolnia jest tam nieco za wąska, ale poszerzanie jej nie ma 

sensu, skoro za sto pięćdziesiąt godzin będziemy bili nową. Tak czy owak, podczas tej zmiany 

dwukrotnie musiałem tam pójść, aby cofnąć wagon z zębatki. 

-  Dobra  -  rzekł  Paul.  -  Dziękuję.  -  Przeszedł  obok  Teasleya  i  usiadł  przed  konsolą. 

Podniósł  wzrok  na  niewysokiego  mężczyznę.  -  Może  spotkamy  się  w  barze  na  górze,  dziś 

wieczorem po zmianie? 

-  Czemu  nie?  -  podchwycił  myśl  Teasley.  Zwrócił  ku  Paulowi  swą  szczerą  twarz.  - 

background image

Ukończyłeś jeden z tych amerykańskich instytutów? 

- W Kolorado. 

- Masz tu żonę i rodzinę? 

Paul potrząsnął głową. Jego palce przesuwały się już po konsoli, zaznajamiając się z jej 

budową. 

- Nie - odparł. - Jestem kawalerem i sierotą. 

-  Wpadnij  kiedyś  do  nas  na  kolację  -  zaproponował  Teasley.  -  Moja  żona  uwielbia 

gotować dla gości. 

- Dziękuję - rzekł Paul. - Nie omieszkam. 

- No to do zobaczenia. 

Paul  usłyszał  chrzęst  żwiru  pod  stopami  odchodzącego  Teasleya.  Popatrzył  uważnie  na 

pulpit i zajął się czynnościami wymaganymi przez instrukcję przy przejmowaniu zmiany. Zajęło 

mu to około sześciu minut. Gdy skończył, znał już pozycję każdego urządzenia i wiedział też, co 

robi  każde  z  nich.  Następnie  zajrzał  do  sekcji  programów,  po  czym  uruchomił  prognozę  i 

oszacowanie wydobycia w ciągu najbliższych czterech godzin. 

Wszystko zgadzało się z oceną Teasleya. Zapowiadała się łatwa, rutynowa zmiana. Przez 

chwilę trzymał palce na obudowie komputera, próbując poprzez odbierane opuszkami delikatne 

drgania  robocze  wyczuć  indywidualne  cechy  kombajnu.  Wróciło  mu  wrażenie  obcowania  ze 

ślepą,  przemożną  siłą,  podobne,  choć  nie  takie  samo,  jak  w  przypadku  machin  w  innych 

kopalniach, których dotykał w czasie studenckich praktyk. Cofnął dłonie. 

Przez jakiś czas nie będzie miał nic do roboty. Oparł głowę o zagłówek fotela i szybko 

rozważył  możliwość opuszczenia konsoli  i  zajrzenia do sztolni transportowej, w której według 

raportu  Teasleya  korkowały  się  wózki  z  rudą.  Zdecydował,  że  tego  nie  zrobi.  Dopóki  nie 

przywyknie do nowej kopalni, lepiej siedzieć przy konsoli. 

Wskaźniki  świetlne  i  ekrany  kontrolne  wskazywały  normalną  pracę  kombajnu 

wydobywczego.  Wyciągnął  rękę  i  na  ekran  centralnego  systemu  wizyjnego  rzucił  obraz 

wiadomości telewizyjnych z Vancouver. 

Ujrzał  plac  przed  wejściem  do  hotelu  Koh-I-Nor  w  Kompleksie  Chicago.  Poznał  to 

miejsce; w tym hotelu zatrzymał się raz czy dwa, podczas pobytów w Chicago. Patrząc teraz z 

góry  ujrzał  małą  grupkę  ludzi  niosących  kamery  i  inny  sprzęt  reporterski,  którzy  stłoczyli  się 

wokół  trzech  osób.  Punkt  widzenia  błyskawicznie  opadł  w  dół,  by  zatrzymać  się  metr  nad 

background image

głowami  obecnych,  po  czym  nastąpiło  sekundowe  zbliżenie  dwojga  z  tej  trójki,  stojących  w 

pewnej odległości za swym szefem. Zobaczył bezbarwnego, krótko ostrzyżonego mężczyznę w 

średnim wieku i wysoką, szczupłą dziewczynę, swoją rówieśniczkę. Kamera zmieniła położenie i 

dziewczyna  zniknęła  sprzed  oczu  Paula,  który  zmarszczył  brwi,  usiłując  zrozumieć,  jaka 

szczególna cecha tej kobiety wzbudziła jego zainteresowanie. Nigdy przedtem nie widział ani jej, 

ani tamtego bezbarwnego faceta. 

Szybko jednak zapomniał o dziewczynie. Na ekranie pojawił się trzeci z członków grupy. 

Było w nim coś, co natychmiast przykuło uwagę Paula. 

Zobaczył  wysokiego,  niemal  olbrzymiego,  poważnego,  starego  człowieka,  w 

przepisowym czarno-białym stroju wieczorowym. Choć jak na swój wiek mężczyzna ów trzymał 

się  prosto,  to  jednak  podpierał  się  trzymaną  w  prawej  ręce  grubą  laską  o  rzeźbionej  gałce.  W 

pewnym  momencie  jego  szerokie  bary  uniosły  się  jeszcze  bardziej,  tak  iż  wydawało  się,  że 

zastygł  jak  posąg  nad  tłumem  reporterów.  Wyraz  oczu  kryły  ciemne  szkła  okularów,  ale  i  bez 

tego  jego  twarz  była  nieprzenikniona.  Choć  wyraźnie  widoczna  na  ekranie,  umykała  jednak 

percepcji  Paula.  Dostrzegał  wyłącznie  jej  pojedyncze  elementy,  nie  ogarniał  natomiast  całości. 

Mógł się skupić tylko na wąskich ustach i głębokich bruzdach w kącikach warg nieznajomego. 

Ten zaś mówił: 

-  ...szaty?  -  usta  rozciągnęły  się  w  uśmiechu.  -  Przecież  nie  spodziewa  się  pan,  że 

mechanik przyjdzie na kolację w ubraniu roboczym, nieprawdaż? - wydobywający się spomiędzy 

warg głos był głęboki i odpowiednio drwiący. - Jeśli państwo chcecie zobaczyć mnie w oficjal-

nych szatach, musicie umówić się ze mną w godzinach urzędowania. 

-  Wielki  Mistrzu,  czy  Gildia  Orędowników  ma  godziny  urzędowania?  -  zapytał  kolejny 

reporter. Rozległy się śmiechy, nie pozbawione jednak szacunku. Usta ponownie rozciągnęły się 

w uśmiechu. 

- Niech pan przyjdzie i przekona się sam - powiedziały. 

Paul  zmarszczył  brwi.  W  jego  pamięci  otworzyła  się  mała,  zamknięta  dotąd  szufladka. 

Słyszał już o Gildii Orędowników, zwanej inaczej Societe Chanterie. Mówiło się o nich tu i tam, 

nawet  dość  często.  Byli  jakąś  grupą  kultową,  czcicielami  Szatana,  czy  czymś  w  tym  guście. 

Zawsze  myślał  o  nich  jako  o  sekcie  zwariowanych  ekscentryków.  Ten  człowiek  jednak,  ten 

Wielki Mistrz nie wyglądał ani na ekscentryka, ani na stukniętego. Był... 

Poirytowany Paul odruchowo wyciągnął dłoń przed siebie, jakby chciał zetrzeć z ekranu 

background image

wizerunek tego mężczyzny. Jednak tylko bezsilnie musnął opuszkami palców w chłodną, szklaną 

powierzchnię. Reporterzy nadal zadawali pytania: 

- Wielki Mistrzu, czy mógłby pan powiedzieć nam coś o Operacji Odskocznia? 

Usta skrzywiły się ironicznie. 

- Co mianowicie? 

- Czy Gildia sprzeciwia się próbom dotarcia do najbliższych gwiazd? 

-  Cóż  znowu,  panie  i  panowie...  -  usta  ponownie  rozciągnęły  się  w  uśmiechu.  -  Jak  to 

powiadali Sumerowie i Semici w czasach starych bogów? Oni nazywali planety owcami, które są 

zbyt daleko. Czy nie tak? Odpowiedzialni za to stwierdzenie byli Shamash i Adad, jak możecie to 

państwo  wyczytać  w  starych  księgach.  A  jeśli  nadające  się  do  zamieszkania  światy  są  niczym 

owce, to na pewno wiele z nich zabłąkało się wokół dalszych gwiazd i możemy je tam odnaleźć. 

Uśmiech pozostał na wargach. 

-  A  więc  Gildia  popiera  działalność  stacji  na  Merkurym?  Nie  sprzeciwiacie  się  pracom 

nad technikami podróży międzygwiezdnych? 

-  To  już  -  odezwały  się  wargi,  z  których  zniknął  uśmiech  -  nie  moja  sprawa  ani  naszej 

Gildii. Ludzkość może igrać zabawkami technicznymi i nauką, tak jak to czyniła w przeszłości. 

Może  też  igrać  z  przestrzenią  i  gwiazdami.  Jednak  zabawa  ta  jeszcze  bardziej  ją  osłabi.  Już 

niemal nastąpił krach! My w Gildii zajmujemy się tylko jedną rzeczą; jest nią destrukcja, która 

uratuje ludzkość przed nią samą. 

- Wielki Mistrzu - odezwał się jakiś głos. - Nie zamierza pan chyba rzec, że totalna... 

-  Totalna  i  ostateczna!  -  głośnik  zadudnił  głębokim  basem  mówcy.  -  Całkowita 

destrukcja.  Destrukcja  Ludzkości  i  wszystkich  jej  dzieł.  -  Głos  rozbrzmiewał  coraz  głośniej  i 

dźwięczniej,  wstrząsając  Paulem  jak  szok  po  dożylnie  podanym  środku  podniecającym.  -  Są 

moce,  które  od  sześciuset  lat  pracują,  by  uratować  Ludzkość  przed  samozagładą.  Biada 

Ludzkości,  gdy  nadejdzie  ów  dzień  i  zastanie  ją  bezpieczną  i  chronioną.  Biada  kobietom  i  nie 

narodzonym,  jeśli  Ludzkości  skradziona  zostanie  ostatnia  szansa  samozniszczenia.  Przez  swe 

wieczne trwanie zostanie skazana na zagładę, przetrwać zaś może tylko dzięki destrukcji. 

Brzęczyk alarmu oznajmił Paulowi, że w sztolni A zakleszczyła się kolejka transportowa. 

Dłoń Paula poruszyła się i niemal odruchowo wyłączyła zasilanie sztolni na piętnaście minut. 

- I wzywam was - głos mówcy zabrzmiał niczym werbel pod gilotyną - abyście wejrzeli 

na dobro Ludzkości, nie zaś na swe własne. Byście odwrócili się precz od fałszywych obietnic 

background image

życia  i gotowali się  na śmierć. Byście pojęli swą powinność.  A tą  jest kompletna, ostateczna  i 

totalna destrukcja. Destrukcja. Destrukcja! 

Destrukcja... 

Paul przetarł oczy i siadł prosto. 

Wokół wznosiły się ściany kopalni. Siedział za konsolą, pośrodku której, na ekranie, na 

placyku  przed  hotelem  Koh-I-Nor  rozchodziła  się  grupka  ludzi.  Stary  człowiek  wraz  z 

towarzyszącymi  mu  dziewczyną  i  mężczyzną  podążali  za  szczupłym  młodzieńcem  o  czarnej 

czuprynie, który sprężystym krokiem wchodził właśnie do hotelu. Paul patrzył na to wszystko z 

ogromnym  zdumieniem.  Czuł,  że  minęła  zaledwie  minuta  i  to  było  zaskakujące.  Z  jakichś 

nieznanych  powodów  był  absolutnie  niepodatny  na  hipnozę.  Ta  przeszkoda  utrudniała  pracę 

psychiatry, który zajmował się nim po wypadku z łodzią. Jakże więc mógł nie zauważyć upływu 

choćby minuty? 

Wspomnienie zakleszczonych w sztolni wózków oderwało jego myśli od tej zagadki. Jeśli 

zaraz nie upora się z tym problemem, trzeba będzie wyłączyć z ruchu kilka urządzeń. Wyszedł z 

konsoli i wsiadł do znajdującej się obok sztolni A windy łańcuchowej. Ekran konsoli wskazywał 

zakleszczenie  na  sto  trzydziestym  piątym  metrze  poniżej  powierzchni.  Paul  dotarł  do  klapy 

numer  osiem,  włączył  światła  w  tej  sekcji  sztolni  i  wczołgał  się  do  środka.  Przyczynę  zatoru 

zobaczył tuż przed sobą. 

Sztolnia  A,  podobnie  jak  szyb  ślizgu,  wznosiła  się  pod  kątem  sześćdziesięciu  stopni. 

Środkiem  tunelu  biegły  szyny  zasilania.  Pękate  wózki  wypełnione  rozdrobnionym  urobkiem 

nadjeżdżały  z  dołu,  tocząc  swe  zębate  koła  po  izolowanych  sworzniach  łączących  obie  szyny. 

Sworznie  te  służyły  Paulowi  jako  uchwyty,  gdy  wspinał  się  ku  miejscu,  w  którym  jeden  z 

wózków zeskoczył z szyny i zablokował się na skalnej ścianie. 

Myśląc  wciąż  o  znajomo  wyglądającej  dziewczynie  i  tym  dziwacznym  fanatyku,  który 

kazał  nazywać  się  Wielkim  Mistrzem,  Paul  wcisnął  się  pomiędzy  wykolejony  wózek  a 

chropowatą ścianę sztolni. Kopnął w obluzowany zaczep pomiędzy dwoma wózkami. Po trzecim 

uderzeniu zaczep wrócił do prawidłowego położenia, z którego wyskoczył, gdy wagonik otarł się 

o skałę. Ze szczękiem i zgrzytem blokujący cały skład wózek ponownie stanął na szynach. 

Równocześnie światła w sztolni przygasły i rozbłysły, a wszystkie silniki wózków ożyły. 

Skład szarpnął i ruszył w górę sztolni. Paul bez namysłu skoczył i przylgnął do przedostatniego 

wagonika. 

background image

W nagłym olśnieniu, równie wyrazistym jak widok gór na tle wiosennego nieba, pojął, że 

zajęty myślami o transmisji telewizyjnej, wyłączył zasilanie sztolni tylko na piętnaście minut, a 

po chwilowej utracie świadomości nie przełączył sterowania zasilaniem na kontrolę ręczną. 

I oto został uniesiony w górę sztolni przez przedostatni wagon zestawu. Gdyby dotknął 

szyny  zasilania  znajdującej  się  kilkanaście  centymetrów  niżej,  zostałby  porażony  prądem. 

Wysokie  wózki,  wypełniające  prawie  cały  prześwit  sztolni,  uniemożliwiały  jakąkolwiek  próbę 

otwarcia  mijanych  przez  skład  luków  ewakuacyjnych  znajdujących  się  pomiędzy  Paulem  a 

powierzchnią. 

Ściany sztolni i jej sufit były coraz bliżej. 

O pułap niemal się ocierał. Wyrąbany w granicie i kwarcu strop wznosił się i opadał w 

nierównych odstępach. Paul wiedział, że w niektórych miejscach wózki z rudą prawie dotykały 

sklepienia  sztolni.  Jeśli  będzie  trzymał  się  nisko,  może  uda  mu  się  wyjechać  z  wózkiem,  do 

którego przylgnął, aż na powierzchnię. Uczepiony tylnej ścianki wagonika czuł jednak, że jego 

chwyt słabnie. 

Podciągnął się i ułożył płasko na powierzchni urobku. Gdy kolejka zanurzając się w mrok 

opuszczała oświetloną sekcję tunelu, sklepienie sztolni szorstko musnęło tył głowy  leżącego na 

wózku  człowieka.  Wbiwszy  dłonie  w  drobne  i  ostre  bryłki,  Paul  rył  rozpaczliwie,  usiłując 

zagrzebać się w urobku. Rozchybotany, hałaśliwy skład podążał w górę. Pogrążony w ciemności 

Paul nie dostrzegł obniżenia pułapu, ku któremu się zbliżał... 

 

 

Pełniący  służbę  na  powierzchni  inżynier  dyżurny,  zaalarmowany  migotaniem  białego 

światełka  na  swej  konsoli  i  późniejszym  sygnałem  wyłączenia  mocy  w  sztolni  A,  szedł  ku  jej 

wylotowi. Zbliżył się do otworu, a kilka minut później dołączył do niego szef nadzoru, który z 

uwagi  na  pierwsze  zejście  na  dół  nowego  pracownika,  śledził  dotąd  sytuację  na  monitorach  w 

swoim biurze. 

-  Już  jadą  -  odezwał  się  inżynier  dyżurny,  szczupły  mężczyzna  równie  młody  jak  Paul, 

gdy usłyszeli pomruk motorów odbijający się wzdłuż ścian tunelu. - Ustawił je. 

-  Trochę  to  trwało  -  mruknął  szef  nadzoru  i  zmarszczył  brwi.  -  Poczekajmy  chwilę  i 

sprawdźmy, co tam się zacięło. 

Czekali  więc.  Słyszeli  coraz  bliższy  grzechot  i  szczęk  zębatek.  Pierwszy  z  wózków 

background image

wychynął na światło słoneczne i zjechał na płaski grunt. 

- A cóż to? - spytał nagle dyżurny. Zbliżający się przedostatni wózek niósł na sobie coś, 

co w półmroku sztolni widzieli niezbyt wyraźnie. 

Skład przejeżdżał obok. Interesujący ich wózek wyjechał na powierzchnię i jasne światło 

dnia wyraźnie ukazało sylwetkę człowieka, nieruchomą i na wpół zagrzebaną w ładunku rudy. 

-  Mój  Boże!  -  sapnął  szef  nadzoru.  -  Niech  pan  zatrzyma  te  wózki  i  pomoże  mi  go 

wyciągnąć! 

Lecz  młody  inżynier  dyżurny  odwrócił  się,  oparł  o  ścianę  kruszarni  spowitej  długimi 

cieniami gór i zaczął wymiotować. 

background image

Rozdział 3 

 

 

Pracujący po południu, na dziennej zmianie recepcjonista hotelu Koh-I-Nor był świadomy 

faktu, iż jego testy przydatnościowe wykazały, że posiada dosyć szczególny talent kaligraficzny. 

Zajęciem,  które  najbardziej  mu  odpowiadało  była  ornamentacja  -  dziedzina  mało  potrzebna 

według  współczesnych  zasad  prowadzenia  hoteli.  Dlatego  recepcjonista  świadomie  rozwijał  w 

sobie  podstawową  cechę  dobrej  ornamentacji  polegającą  na  tym,  że  powinno  się  jej  nie 

dostrzegać. 

Gdy  usłyszał  kroki  zbliżającego  się  do  recepcji  gościa,  nawet  nie  podniósł  głowy. 

Ozdobnym pismem,  na karcie czerpanego papieru tworzył  listę aktualnie godnych uwagi gości 

hotelowych. 

- Mam tu rezerwację - usłyszał głos przybysza. - Paul Formain. 

- To doskonale - skwitował recepcjonista, dodając kolejne nazwisko do swej listy i wciąż 

nie  podnosząc  głowy.  Przerwał  na  chwilę,  by  podziwiać  zamaszyste  i  płynne  Pętle,  którymi 

kunsztownie ozdobił litery P i L. 

Nieoczekiwanie poczuł, że za rękę chwyciła go dłoń znacznie większa niż jego własna. W 

chwycie obcego dłoń recepcjonisty była jak uwięziona mucha - nieznajomy nie miażdżył jej, ale 

czuło się,  iż  ma  jeszcze duży zapas krzepy. Zaskoczony  i przestraszony recepcjonista przyjrzał 

się przybyszowi. 

Nieznajomy okazał się wysokim, młodym człowiekiem, posiadającym tylko jedno ramię, 

którego dłoń trzymała recepcjonistę piekielnie mocno, choć niedbale. 

-  Słucham  pana  -  rzekł  recepcjonista.  Jego  głos  zabrzmiał  nieco  bardziej  jękliwie,  niż 

zamierzył. 

- Powiedziałem - odparł cierpliwie wysoki mężczyzna - że mam tu rezerwację. 

-  Tak  jest,  proszę  pana.  Oczywiście  -  recepcjonista  podjął  ponowną  próbę  uwolnienia 

zgniatanej dłoni. Wysoki mężczyzna puścił ją jakby po namyśle. 

Recepcjonista szybko odwrócił się do rejestru rezerwacji i wybrał nazwisko gościa. Ekran 

rejestru wyświetlił informację. 

- Tak, proszę pana. Oto jest. Oddzielny, pojedynczy. 

Jaki wystrój? 

background image

- Współczesny. 

-  Oczywiście,  panie  Formain.  Pokój  1412.  Windy  w  lewo  i  za  rogiem.  Dopilnuję,  by 

bagaż dostarczono panu natychmiast po przybyciu. Dziękuję... 

Wysoki, jednoręki mężczyzna już szedł w stronę wind. Recepcjonista popatrzył w ślad za 

nim, a potem spojrzał na swą rękę. Na próbę poruszył palcami. Nigdy przedtem nie pomyślał o 

tym, jakim cudem techniki są poruszające się palce. 

 

 

Na górze w pokoju 1412 Paul rozebrał się i wziął prysznic. Gdy wyszedł z łazienki, jego 

walizka czekała już w niszy bagażowej w ścianie przy drzwiach. Na wpół odziany, popatrzył na 

swoje  odbicie  w  lustrze.  Przed  nim  stał  szczupły,  muskularny  mężczyzna  w  szarozielonych, 

luźnych spodniach hotelowych, które wyjął z szafki w łazience. Widoczna nad spodniami górna 

część  jego ciała  była zdrowo opalona. Delikatne  blizny po operacjach plastycznych  już prawie 

zniknęły. Od czasu wypadku minęło osiem miesięcy. 

Kikut  lewej  ręki  Paula  wyglądał  jak  przykurczony.  Powodował  to  nie  tyle  brak  dalszej 

części ramienia, co kontrast z drugą ręką Paula. 

Jej  regeneracja  przebiegała,  zdaniem  lekarzy,  z  niezwykłą  szybkością  i  intensywnością. 

Teraz, widoczna w odbiciu lustra, zwisała bez ruchu niczym konar lub grań z kości i muskułów. 

Nad złączeni obojczyka i stawu barkowego górował jak skała mięsień kapturowy, poniżej widać 

było, spływające ku węzłom muskulatury łokcia, zbocza wałów bicepsu i tricepsu. Dalej jeszcze, 

niczym  łańcuchy  niższych  wzgórz,  ciągnęły  się  sznury  mięśni  przedramienia,  zakończone 

rumowiskiem muskulatury kciuka. 

Paul  czasami  myślał  o  swej  prawej  ręce  właśnie  jak  o  konarze  lub  górskim  zboczu. 

Przypominała ona potężny, niezwyciężony taran z mięśni, ścięgien i kości. W ciągu minionych 

miesięcy,  dzielących  wypadek  w  kopalni  od  chwili  obecnej,  podczas  drugiego  procesu 

rehabilitacji i regeneracji, w niej właśnie zagnieździła się owa niezwyciężona, najgłębsza część 

jego  osobowości.  Prawe  ramię  stało  się  autonomiczną  częścią  Paula,  która  nie  poddawała  się 

zwątpieniu,  a  z  pewnością  nie  wątpiła  w  samą  siebie.  Nie  traciła  też  czasu,  by  tam,  na  dole 

ustawić recepcjonistę. 

Było w tym fakcie coś niejasnego i niepokojącego. Niczym człowiek badający językiem 

zbolały ząb, Paul nieustannie odczuwał pokusę próbowania siły ramienia na różnych rzeczach  i 

background image

za  każdym  razem  zaskakiwały  go  rezultaty  tych  prób.  Teraz  na  przykład,  stojąc  przed 

zwierciadłem,  wyciągnął  rękę  i  zdjął  z  szafki  ubraniowej  jedyny  przedmiot  zdobiący  pokój  - 

odlany  w  kształcie  tulipana,  cynowy,  kilkunastocentymetrowej  wysokości  wazon  z  jedną, 

wstawioną weń czerwoną różą. Wazon doskonale mieścił się w dłoni i Paul podniósł go, powoli 

zwiększając siłę uścisku. 

Przez chwilę wydawało się, że grube metalowe ścianki naczynia nie ulegną. Potem jednak 

wazon  wolno  zapadł  się  w  głąb,  aż  złamana  w  połowie  łodygi  róża  przechyliła  się  na  bok,  a 

przelana  przez  brzeg  naczynia  woda  pociekła  po  zaciśniętych  palcach.  Paul  rozluźnił  uchwyt, 

otworzył dłoń i przyjrzał się zmiażdżonemu naczyniu. Potem wrzucił szczątki do stojącego obok 

szafki  kosza  i  kilkakrotnie  poruszył  palcami.  Nawet  nie  zdrętwiały.  Po  takim  wysiłku  ramię 

powinno zesztywnieć i odmówić mu posłuszeństwa. Tymczasem wcale tak się nie stało. 

Ubrał się i zjechał na parking mieszczący się w podziemiach hotelu. Pomiędzy pustymi 

pojazdami  znalazł  wóz  jednoosobowy.  Wsiadł  i  wybrał  standardowe  4441,  numer  Zarządu  w 

każdym  Kompleksie,  mieście  i  ośrodku  zamieszkanym  przez  więcej  niż  pięćdziesiąt  tysięcy 

ludzi. Niewielki pojazd włączył się do ruchu miejskiego i po piętnastu minutach przeniósł Paula 

sześćdziesiąt kilometrów dalej, pod terminal Zarządu. 

Paul  zatwierdził  swą  kartę  kredytową  w  Książnicy  Kompleksu  Chicago  i  obsługa 

skierowała  go  do  kabiny  na  dziewiątym  piętrze.  W  towarzystwie  paru  innych  osób  stanął  na 

dysku transportowym, gdzie jego uwagę przykuła książka, którą trzymała jakaś dziewczyna. 

Książka  tkwiła  w  niewielkiej,  podręcznej  przeglądarce,  z  której  ekranu  wyglądała  ku 

Paulowi okładka dzieła. Z okładki zaś spoglądały na niego ciemne okulary i zaciśnięte, wąskie 

usta twarzy,  którą  widział  tamtego  feralnego  dnia  w  kopalni.  To  było  to  samo oblicze.  Jedyna 

różnica polegała na tym, że zamiast białego kołnierzyka i krawata, pod brodą Wielkiego Mistrza 

pyszniła się czerwonozłota, ceremonialna szata. 

Na tle tej czerwieni i złota odciśnięto czarne litery tytułu książki: “NISZCZ”. 

Odrywając  wzrok  od  okładki,  spojrzał  na  dziewczynę.  Patrzyła  na  niego  wyraźnie 

wstrząśnięta, on zaś na widok jej twarzy poczuł  w sobie  bezgłośny wybuch. Znalazł się oko w 

oko  z  tą  samą  dziewczyną,  którą  widział  stojącą  za  Wielkim  Mistrzem  wtedy,  gdy  w  kopalni 

oglądał transmisję sprzed wejścia do hotelu. 

- Proszę mi wybaczyć - odezwała się teraz. - Przepraszam. 

Odwróciła się i przeciskając się na oślep pomiędzy innymi pasażerami dysku wysiadła o 

background image

jeden poziom wcześniej, niż zamierzał Paul. 

Pod  wpływem  nagłego  impulsu  ruszył  za  nią.  Ona  jednak  szybko  przepadła  w  tłumie. 

Paul  stwierdził,  że  znalazł  się  w  sekcji  muzycznej  biblioteki  Zarządu.  Potrącany  przez 

przechodniów stał przez chwilę,  na próżno usiłując dojrzeć dziewczynę ponad głowami tłumu. 

Pół kroku od niego ciągnął się rząd kabin. Zza uchylonych drzwi jednej z nich dolatywała cicha 

melodia  pieśni,  nuconej  przez  śpiewającą  sopranem  kobietę,  której  wtórował  powolny  rytm 

dzwonów... 

 

W kwieciu jabłoni moje czekanie 

 

Ta melodia ogarnęła Paula niczym dmący z dali wiatr i popychający go zewsząd ludzie 

stali  się  nagle  nieobecni  i  nieważni  jak  cienie.  Był  to  głos  dziewczyny  z  książką.  Wiedział  to, 

choć usłyszał tylko te kilka słów w windzie. Muzyka ogarnęła go i pochłonęła, poruszając w nim 

struny głębokich uczuć, zbyt gwałtownych, by nazwać je miłością i zbyt wielkich, by określić je 

mianem smutku. 

 

Długie i słodkie moje kochanie 

 

Słowa i dźwięki były niczym wiatr lecący nad bezkresnym, ośnieżonym polem ku jaskini, 

gdzie palce wichury wygrywają kuranty na kryształach lodowych sopli.... 

 

W jesiennych liściach i kwieciu wiosny 

Moja tęsknota łkać nie przestanie 

 

Wysiłkiem woli uwolnił się od czaru. 

Coś w nim zgasło. Stał i patrzył wokół siebie, ponownie świadom obecności innych ludzi. 

Dobiegająca  z  kabiny  melodia  ponownie  stała  się  wątłą  nicią  dźwięków,  słyszanych  na  tle 

szmeru kroków i pomruku rozmów przypominających szum morza. 

Rozejrzał  się  dookoła;  ze  wszystkich  stron  otaczały  go  tylko  regały  sekcji  muzycznej. 

Czar i urok gdzieś zniknęły. 

Dziewczyna również. 

background image

 

 

Udał się na dziewiąte piętro i znalazł wolną kabinę. Usiadł, zamknął drzwi i stukając w 

klawiaturę,  zażądał  listy  miejscowych  psychiatrów,  podając  swój  niedawno  zarejestrowany 

numer kredytowy. Po chwili  namysłu dorzucił poprawkę, że lista powinna ograniczać się tylko 

do  tych  psychiatrów,  którzy  w  przeszłości  zajmowali  się  problemami  amputacji.  Ekran  przed 

Paulem  rozbłysnął,  sygnalizując  przyjęcie  poprawki,  pojawił  się  też  na  nim  komunikat,  iż  na 

odpowiedź przyjdzie poczekać dziesięć do piętnastu minut. 

Paul  usiadł  wiec  wygodniej.  Potem  pod  wpływem  impulsu  wybrał  tytuł  książki,  którą 

niosła ze sobą dziewczyna, potwierdził chęć nabycia jednego egzemplarza i po upływie sekundy 

ze szczeliny podajnika na biurko przed nim wysunęła się standardowa przeglądarka. 

Podniósł ją. Odniósł wrażenie, że twarz z okładki patrzy nań z drwiną, jakby radując się 

jakimś,  sobie  tylko  wiadomym  sekretem.  Była  to  ta  sama  twarz,  którą  widział  na  ekranie  w 

kopalni, ale wtedy jej rysy nie dawały się złożyć w jedno wyraziste oblicze. Teraz mógł obejrzeć 

ją całą. Było w niej coś niewłaściwego. Coś, co budziło sprzeciw. Nie patrzył na ludzką twarz, 

ale na woskową maskę bez życia i wyrazu. Dotknął przycisku, by zmienić wizerunek okładki na 

obraz pierwszej strony. 

Na tle białego papieru, raz jeszcze pojawiły się litery tytułu: 

 

“NISZCZ” 

Walter Blunt 

 

Paul  odwrócił  tę  stronę  i  zaczął  czytać  pierwsze  wiersze  wstępu,  napisanego  przez  nie 

znanego mu autora. Szybko przebiegł wzrokiem kilka stron. 

Dowiedział  się,  iż  Walter  Blunt  urodził  się  jako  syn  majętnych  rodziców.  Jego  rodzina 

posiadała  kontrolny  pakiet  akcji  jednej  z  wielkich  szkół  hodowlanych  tuńczyka  błękitnego. 

Młody  Blunt  prowadził  życie  bogatego  próżniaka,  aż  do  dnia,  kiedy  to  polując  na  jelenie  w 

głuszy Lakę Superior, wraz z kilkoma myśliwymi został pochwycony w objęcia nagłej śnieżycy, 

która zerwała się grubo za wcześnie jak na tę porę roku. 

Czterech  członków  grupy  Blunta  umarło  z  wyczerpania  i  zimna.  Blunt,  mieszczuch  z 

urodzenia  i  równie  jak  tamci  niezahartowany,  w  krytycznym  momencie  stworzył  koncepcję 

background image

Alternatywnych Sił Istnienia  i w zamian za  możliwość przetrwania, ofiarował  im  swoje usługi. 

Potem  mimo  kąśliwej  wichury  i  tężejącego  mrozu,  którym  mógł  przeciwstawić  jedynie  lekką 

odzież  myśliwską,  Blunt  zdołał  bezpiecznie  wydostać  się  z  lasów,  a  następnie  dotarł  do 

schroniska pełen sił i nawet niezmarznięty. 

Po tym doświadczeniu poświęcił się Siłom Alternatywnym. W ciągu całego swego życia 

stworzył  i  zorganizował Gildię Orędowników,  inaczej  zwaną Societe Chanterie, wśród których 

znaleźli  się  wszyscy  późniejsi  badacze  Sił  Alternatywnych.  Celem  Gildii  było  głoszenie 

konieczności powszechnej akceptacji zasady pozytywnej destrukcji. Jedynie bowiem destrukcja 

mogła określić stosunek Ludzkości do  Sił  Alternatywnych,  jedynie zaś Alternatywne Siły  i  ich 

prawa posiadały dość mocy, by uratować Ludzkość przed pułapką cywilizacji technicznej, która 

zamykała się wokół niej, jak kropla żywicy wokół uwięzionej muchy. 

Łagodny dźwięk brzęczyka przyciągnął uwagę Paula ku ekranowi. Zobaczył na nim listę 

nazwisk,  adresów  i  numerów  telefonicznych.  Korzystając  ze  znajdującej  się  poniżej  ekranu 

klawiatury wystukał informację dla wszystkich lekarzy, których nazwiska znalazły się na liście: 

 

W  wypadku, który  zdarzył  się blisko osiem miesięcy temu, straciłem obie  ręce. Do dnia 

dzisiejszego  mój  organizm  odrzuca  wszelkie  próby  wszczepienia  zalążka  regeneracji  lewego 

ramienia.  Zwykle  badania  fizjologiczne  nie  wyjaśniły  przyczyny  tego  braku  tolerancji.  Lekarze 

poradzili  mi,  abym  zbadał,  czy  u  podłoża  odrzutów  nie  leżą  przyczyny  natury  psychicznej. 

Zaproponowano  mi  też,  bym  skorzystał  z  usług  tutejszych  psychiatrów,  ponieważ  oddali  oni 

wielkie  usługi  ludziom,  którzy  przeszli  amputacje.  Czy  byłby  pan  (pani)  uprzejmy  (a)  zająć  się 

moim przypadkiem? 

 

Paul Allen Formain 

Akta nr 432 36 47865 2551 OG3 K122b 

Pokój 1412, hotel Koh-I-Nor Kompleks Chicago 

 

Wstał,  wziął  książkę,  którą  nabył  przed  chwilą  i  wrócił  do  hotelu.  Podczas  jazdy  i  po 

powrocie  do  swego  pokoju  czytał  dalej  dzieło  Blunta.  Rozciągnięty  na  łóżku  hotelowym 

pochłaniał  fascynującą  mieszankę  czystych  bzdur  i  niezaprzeczalnych  faktów,  przez  którą 

przebijało  naglące  wezwanie,  by  czytelnik  niezwłocznie  rozpoczął  nauki  pod  kierunkiem 

background image

jakiegoś  uświadomionego  już  adepta  Gildii.  Nagrodą  za  pomyślne  odbycie  studiów  miała  być 

potęga,  przewyższająca  wszystko,  co  kiedykolwiek  śniło  się  komukolwiek  o  możliwościach 

magii. 

Było to zbyt zabawne, by rzecz potraktować poważnie. 

Paul zmarszczył brwi. 

Nagle  stwierdził,  że  dotyka  książki  bardzo  ostrożnie.  Była  ona  nieruchoma  w  sensie 

fizycznym, ale wibracje, które z niej emanowały, mroziły szpik w kościach. W pokoju zapadła 

dzwoniąca  w  uszach  cisza.  Paul  poczuł,  że  zbliża  się  jeden  z  jego  ataków.  Jak  wilk  wietrzący 

pułapkę,  z  wysiłkiem  zachował  spokój.  Niebawem  ściany  pokoju  tchnęły  ku  niemu  znanym 

podmuchem. Śpiew ciszy wzmógł się. Miejsce i chwila przemówiły do niego: 

NIEBEZPIECZEŃSTWO. 

Odłóż tę książkę. 

Cisza rozśpiewała się głośniej, tłumiąc wrażenia innych zmysłów... 

Niebezpieczeństwo,  odparła  niepokonana  część  jego  osobowości,  jest  słowem 

wymyślonym przez dzieci, które dla dorosłych nie ma żadnego znaczenia. 

Prawa ręka nacisnęła przycisk i odwróciła stronę. Paul przeczytał tytuł nowego rozdziału: 

 

SIŁY  ALTERNATYWNE  A  ODRASTANIE  UTRACONYCH  CZŁONKÓW  I 

REGENERACJA ZWŁOK 

 

Regeneracja  utraconych  części  ciała  drogą  epimorfozy  lub  odrostu,  którego  zaczątkiem 

jest  uformowanie  na  powierzchni  rany  blastemu,  czyli  zalążka,  jest  możliwa  tylko  dzięki 

stymulacji  Sil  Alternatywnych.  Zjawiska  te  znajdują  swe  wytłumaczenie  i  źródło  w  celowym 

działaniu  autodestrukcyjnym.  Jak  w  każdym  przypadku  manipulacji  Siłami  Alternatywnymi, 

mechanizm zjawiska jest prosty, o ile tylko zrozumie się kierunek działania Sil. W tym przypadku 

jest  on  skierowany  przeciwko  Ewolucji  (blokując  biernie  działanie  Sil  Natury)  i  przeciwko 

Postępowi (aktywnie działając wbrew Siłom Natury). Zasady te są nie tylko negatywne statycznie, 

ale  dynamicznie,  tak  iż  z  ich  dynamizmu  wynikają  siły  dostarczające  energii  niezbędnej  do 

procesu regeneracji... 

 

W  tej  chwili,  przerywając  działanie  zaklęcia,  w  pokoju  Paula  rozdzwonił  się  telefon. 

background image

Wszystko  wróciło  do  normy  i  książka  przestała  wysyłać  tajemnicze  wibracje.  Ze  swego  łóżka 

zobaczył, że rozjaśnia się ekran nad aparatem. 

- Notatka z Zarządu, odpowiedź na pańskie poszukiwania - rozległ się mechaniczny głos 

spod ekranu. 

Wkrótce  pojawiła  się  lista  nazwisk  z  towarzyszącymi  im  stopniami  naukowymi. 

Nazwiska  gasły  kolejno,  aż  wreszcie  pozostało  tylko  jedno.  Paul  odczytał  je  unosząc  lekko 

głowę. 

 

DR ELIZABETH WILLIAMS 

 

W chwilę później obok tego nazwiska pojawiło się słowo Przyjęte. Paul odłożył książkę 

na stolik obok łóżka. 

background image

Rozdział 4 

 

 

Jak  się  pan  czuje?  Był  to  głos  kobiety.  Paul  otworzył  oczy.  Nad  fotelem,  w  którym 

siedział, stała dr Elizabeth Williams. Odłożyła strzykawkę ultradźwiękową na biurko i okrążyła 

je, aby zasiąść naprzeciwko pacjenta. 

- Czy coś mówiłem? - Paul wyprostował się w fotelu. 

- Chce pan wiedzieć, czy odpowiadał pan na moje pytania? Nie. 

Dr Williams spojrzała nań zza biurka. Była niewysoką, krępą kobietą o brązowych oczach 

i zupełnie przeciętnej twarzy. 

- Od jak dawna wie pan o swojej wysokiej odporności na hipnozę? 

- A opierałem się? - spytał Paul. - Sądziłem, że usiłuję współpracować. 

- Od jak dawna? 

- Od tego wypadku z łodzią. To było pięć lat temu. - Paul spojrzał na nią ponownie. - Cóż 

więc mówiłem? 

Dr Williams spojrzała mu w oczy.  

 

Nazwał mnie pan głupią babą. 

Paul mrugnął szelmowsko. 

- Tylko tyle? - spytał. - Nie powiedziałem niczego więcej? 

- To wszystko - ponownie spojrzała na Paula ponad biurkiem. Wyczuł emanującą od niej 

ciekawość i pewną samotność. - Paul, czy jest coś, czego powinien się pan obawiać? 

-  Obawiać?  -  powtórzył  pytanie  i  zmarszczył  brwi.  -  Obawiać  się...?  Właściwie  to  nie. 

Nie. 

- Może coś pana gnębi? Zastanowił się krótko. 

-  Nie,  nie  w  tej  chwili  -  odpowiedział  w  końcu.  -  Nie  istnieje  nic  takiego,  co  mogłoby 

mnie przygnębić. 

- Może czuje się pan nieszczęśliwy? 

Uśmiechnął się. Potem, dość nieoczekiwanie, zmarszczył brwi. 

- Nie - odparł i zawahał się. - To znaczy, tak sądzę. 

- Więc po co pan do mnie przyszedł? Spojrzał na nią ze zdziwieniem. 

- No jak to, z powodu mej ręki... 

background image

-  A  nie  dlatego,  iż  osierocono  pana  w  dzieciństwie?  Nie  dlatego,  że  zawsze  pędził  pan 

życie  samotnika,  który  nie  ma  nawet  przyjaciół?  Nie  dlatego,  że  pięć  lat  temu  usiłował  pan 

popełnić samobójstwo w łodzi i ponownie spróbował pan w kopalni, mniej niż rok temu? 

- Wolnego! - przerwał jej Paul. Spojrzała na niego uprzejmie i pytająco. 

- Sądzi pani, że sam zaaranżowałem te wypadki, bo chciałem się zabić? 

- A nie powinnam tak myśleć? 

- Jasne, że nie. 

- Dlaczego? 

-  No  bo...  -  i  nagle  Paul  zrozumiał  wszystko.  Pojął  też,  że  ona  niczego  nie  dostrzega. 

Patrzył na nią i na jego oczach dr Williams jakby się postarzała i zapadła w samą siebie. Wstał z 

fotela. - To nie ma znaczenia - powiedział. 

- Paul, powinien pan to przemyśleć. 

- Nie omieszkam. Przemyślę wszystko. 

- To dobrze - nie wstała ze swego miejsca i wbrew brzmiącej w jej głosie pewności siebie, 

nie była już tak spokojna, jak na początku tej rozmowy. - Termin następnej wizyty uzgodni pan z 

recepcjonistką. 

- Dziękuję - odparł. - Żegnam. 

- Miłego popołudnia, panie Formain. 

Wyszedł  z  gabinetu.  W  poczekalni  recepcjonistka  podniosła  nań  spojrzenie  znad 

segregatora. 

-  Panie  Formain?  -  pochyliła  się  nad  aktami.  -  Czy  chce  pan  umówić  się  na  następną 

wizytę już teraz? 

- Nie - odparł Paul. - Raczej nie. 

 

 

Kilka pięter, dzielących biuro dr Williams od parteru, pokonał pieszo. Na parterze znalazł 

publiczną rozmównicę. Wszedł do środka i zamknął za sobą drzwi. Czuł się jak nowo narodzony. 

Przesuwając  palcami  po  klawiaturze  zażądał  listy  mieszkających  w  okolicy  członków  Gildii 

Orędowników. Ekran rozświetlił się nazwiskami. 

 

 

background image

Walter Blunt, Wielki Mistrz (brak numeru telefonu) 

Jason Warren, Nekromanta, Sekretarz Gildii Orędowników, numer telefonu 66 433 35246 

Kantela Maki (brak numeru telefonu) 

Morton Brown, 66 433 67420 

Warra, Mag, 64 256 89235 

(lista powyższa, zgodnie z życzeniem abonenta, zawiera tylko nazwiska starszyzny Gildii) 

Paul wybrał numer 66 433 35246. Ekran zabłysł bielą, upłynęło jednak pół minuty, zanim 

pojawiła się na nim twarz jednego z ludzi, których Paul oglądał na ekranie telewizora rok temu w 

kopalni. Była to twarz tego młodego, chudego bruneta o głęboko osadzonych, patrzących upor-

czywie oczach. 

- Nazywani się Paul Formain - oznajmił Paul. - Chciałbym mówić z Jasonem Warrenem. 

- To ja. O co chodzi? 

-  Właśnie  przeczytałem  książkę  Waltera  Blunta,  gdzie  napisano,  że  Siły  Alternatywne 

mogą spowodować odrost utraconych części ciała - Paul przesunął się tak, aby rozmówca mógł 

zobaczyć jego pusty, lewy rękaw. 

- Pojmuję - Warren celował w niego swymi nieruchomymi oczami. - I cóż dalej? 

- Chciałbym pomówić o tym z panem. 

- Sądzę, że dałoby się to załatwić. Kiedy chciałby pan do mnie zajrzeć? 

- Teraz - wypalił Paul. 

Ciemne brwi na ekranie drgnęły nieznacznie. 

- Teraz? 

- Liczyłem na to - nie ustępował Paul. 

- Doprawdy? 

Paul czekał bez słowa. 

- No dobrze, w takim razie niech pan przyjeżdża. - Ekran zgasł nagle, ale Paul widział na 

nim  jeszcze  przez  chwilę  pozostałość  obrazu  -  ciemną  twarz,  która  wpatrywała  się  weń  ze 

szczególną uwagą i napięciem. Wstał i westchnął z ulgą. Wyszedł nie myśląc już o tej sekundzie 

objawienia,  którego  doznał  w  gabinecie  Elizabeth  Williams.  Wtedy  właśnie  nieoczekiwanie 

pojął,  że  jej  praktyka  i  wykształcenie,  w  jego  przypadku,  uniemożliwiały  dotarcie  do  istoty 

rzeczy. Ona niczego nie rozumiała. Prawda ta poraziła go niczym eksplozja. Dr Williams była jak 

ktoś,  kto  usiłuje  zmierzyć  prędkość  światła  za  pomocą  zwykłego  stopera,  dlatego  że  ufa  temu 

background image

narzędziu.  A  jeśli  ona  nie  ustrzegła  się  tego  błędu,  to  pewnie  i  psychiatra  w  San  Diego,  do 

którego udał się po wypadku z łodzią, popełnił tę samą pomyłkę. 

Paul przystąpił do działania bez chwili namysłu, ale instynkt mówił mu, że się nie myli. 

Do tej pory szukał pomocy opierając się na żałosnej i zniekształcającej rzeczywisty obraz świata 

wierze w skuteczność ręcznych stoperów. Gdzieś tam, przekonywał sam siebie, musi być głębsza 

wiedza.  Ulgę  przynosił  mu  fakt,  iż  wyrusza  na  poszukiwania  pozbywszy  się  uprzedzeń  i  z 

rozbudzonym umysłem. 

background image

Rozdział 5 

 

 

Gdy  Paul  przekroczył  drzwi  apartamentu  Jasona  Warrena,  ujrzał,  że  w  pomieszczeniu 

tym, przypominającym połączenie salonu i biura, byli już inni ludzie. 

Niewielka  grupka  wyłaniała  się  właśnie  z  pokoju  w  głębi.  Paul  dostrzegł  ich  tylko 

przelotnie. Jedną z tych osób rozpoznał  ze zdumieniem. Była  nią dziewczyna, którą widział  w 

bibliotece.  Obok  szedł  bezbarwny  gość  w  średnim  wieku,  roztaczający  wokół  siebie  atmosferę 

spokojnej  fachowości. On również towarzyszył dziewczynie  i Bluntowi rok temu. Przez krótką 

chwilę  Paul  zastanawiał  się,  czy  i  Blunt  jest  gdzieś  niedaleko.  Potem  przestał  o  tym  myśleć. 

Stwierdził bowiem, iż patrzy właśnie na ciemną, bystrą twarz Jasona Warrena. 

- Paul Formain - przedstawił się. - Telefonowałem... 

- Proszę usiąść. - Warren skinieniem dłoni wskazał Paulowi krzesło, sam zaś zajął stojące 

naprzeciw.  Obserwował  Paula  nie  kryjąc  zainteresowania,  jak  dziecko  nieświadome 

popełnianego nietaktu. - Czym mogę panu służyć? 

Paul  również  obrzucił  rozmówcę  taksującym  spojrzeniem.  Warren  siedział  niedbale, 

niemal pokładając się na fotelu, ale jego szczupłe ciało instynktownie utrzymywało równowagę, 

jak ciało tancerza lub atlety w szczytowej formie. Widać było, że mógłby błyskawicznie zerwać 

się na nogi. 

- Chciałbym, aby odrosło mi ramię - oznajmił Paul. 

- A, tak - odparł Warren zerkając w stronę telefonu. - Po rozmowie z panem zasięgnąłem 

o panu informacji z dostępnych źródeł. - Jest pan inżynierem. 

- Byłem - stwierdził Paul, nieco zdumiony brzmiącą w jego głosie nutką goryczy. 

- Wierzy pan w Siły Alternatywne? 

- Nie - przyznał się Paul. - Mówiąc szczerze, to nie. 

- Ale sądzi pan, że dzięki nim może odzyskać ramię? 

- Zawsze to jakaś szansa. 

-  No tak - skwitował  Warren.  -  Oto inżynier. Praktyczny realista, dopóki coś działa, nie 

obchodzi go zasada działania. 

- To tylko część prawdy - zaprotestował Paul. 

- Ale dlaczego zawraca pan sobie głowę Siłami Alternatywnymi? Dlaczego po prostu nie 

background image

wyhodował pan nowego ramienia, korzystając z banku zalążków? 

- Próbowałem - przyznał Paul. - Nie przyjęły się. 

Przez  kilka  sekund  Warren  siedział  w  całkowitym  bezruchu.  Paul  nie  dostrzegł  żadnej 

zmiany  w  wyrazie  jego  twarzy  lub  postawy,  odniósł  jednak  wrażenie,  iż  nagle  w  umyśle 

rozmówcy uruchomił się jakiś subtelny mechanizm. 

-  Proszę  -  rzekł  Warren,  wolno  i  wyraźnie  wymawiając  słowa  -  niech  mi  pan  wszystko 

opowie. 

I Paul spełnił tę prośbę. Kiedy mówił, Warren siedział w milczeniu i słuchał. Przez cały 

kwadrans, jaki zajęła Paulowi relacja, jego rozmówca nie drgnął ani razu. I dość nieoczekiwanie 

Paul  przypomniał  sobie,  u  kogo  widział  już  taką  zdolność  koncentracji.  Kiedyś  obserwował 

wyżła  wystawiającego  ptaka:  nos  wysunięty  do  przodu,  tworzący  jedną  linię  z  grzbietem  i 

ogonem, uniesiona łapa, a całość nieruchoma jak Śmierć na starej ikonie. 

Gdy  Paul  skończył,  Warren  milczał  jeszcze  przez  chwilę.  Bez  słowa,  nie  poruszając 

żadnym zbędnym mięśniem, uniósł prawą rękę i wyciągnął ku Paulowi palec wskazujący. Ruch 

ten miał w sobie coś z nieuchronności działania maszyny lub chylenia się wierzchołka ściętego 

drzewa. 

- Proszę patrzeć na mój palec - odezwał się monotonnym głosem. - Proszę patrzeć na sam 

koniec mojego palca. Niech pan patrzy bardzo uważnie. Na końcu palca, pod paznokciem, widzi 

pan  małą  czerwoną  plamkę.  To  kropla  krwi,  wypływającej  spod  paznokcia.  Widzi  pan,  jak 

nabrzmiewa. Robi się coraz większa. Za chwilę opadnie na ziemię. Teraz jednak ona rośnie, jest 

większa, większa, większa... 

- Przepraszam - przerwał Paul. - Nie widzę żadnej kropli krwi. Traci pan czas, swój i mój. 

Warren opuścił rękę. 

- Ciekawe - powiedział tylko. - Bardzo ciekawe. 

- Doprawdy? - spytał Paul. 

-  Wyzwolonych  członków  Gildii  Orędowników  również  nie  można  zahipnotyzować  - 

stwierdził Warren. - Pan jednak przyznał, iż nie wierzy w Siły Alternatywne. 

- Wydaje się więc, że mógłbym startować poza konkursem - orzekł Paul. 

Warren, zgodnie z oczekiwaniami Paula, podniósł się z fotela jednym płynnym ruchem. 

Szybkim i lekkim krokiem przeciął pokój, przy ścianie odwrócił się i ruszył z powrotem. 

-  Aby  oprzeć  się  hipnozie  -  powiedział  zatrzymując  się  przed  Paulem  -  musiał  pan 

background image

korzystać  z  Sił  Alternatywnych,  choćby  nie  uznawał  pan  ich  istnienia.  Podstawą  Sił 

Alternatywnych jest ich absolutna niezależność od jakiejkolwiek siły, fizycznej, czy innej natury. 

- I vice versa? - spytał Paul z uśmiechem. 

-  I vice versa  -  potwierdził  Warren z powagą. Nadal stał, spoglądając  na Paula z góry.  - 

Pytam pana raz jeszcze: czego pan oczekuje ode mnie? 

- Chcę odzyskać moje ramię - powtórzył Paul. 

-  Nie  mogę oddać panu ramienia. Nie  mogę zrobić dla pana  niczego. Siły  Alternatywne 

służą tylko tym, którzy korzystają z nich sami. 

- Proszę mi więc pokazać, jak to zrobić. 

Warren  westchnął  cicho.  Paul  usłyszał  w  tym  dźwięku  nie  tylko  znużenie,  ale  i 

zniecierpliwienie. 

-  Nie  wie  pan,  do  licha,  o  co  pan  prosi  -  rzekł  Warren.  -  Aby  wyćwiczyć  pana  tak,  by 

mógł  pan  korzystać  z  Sił  Alternatywnych,  musiałbym  przyjąć  pana  w  charakterze  czeladnika 

nekromanty. 

- Z książki Blunta wywnioskowałem, iż Gildia potrzebuje ludzi. 

-  Owszem,  potrzebujemy  ludzi  -  przyznał  Warren.  -  Pilnie  potrzebujemy  kogoś  takiego 

jak  Leonardo  da  Vinci.  Radzi  bylibyśmy  przyjąć  też  kogoś  o  kwalifikacjach  Miltona  czy 

Einsteina.  Oczywiście,  tak  naprawdę  potrzebny  jest  nam  ktoś  o  talencie  zupełnie  jeszcze  nie 

znanym, taki swego rodzaju geniusz X. Dlatego ogłaszamy nabór kandydatów. 

- Więc tak naprawdę nie potrzebujecie ludzi? 

- Tego nie powiedziałem - Warren ponownie odwrócił się, przeszedł przez pokój i wrócił 

do Paula. - Pan naprawdę chciałby wstąpić do Gildii? 

- Jeśli Gildia zwróci mi ramię... 

-  Gildia  nie  zwróci  panu  ramienia.  Powiadam  panu,  że  nie  może  tego  zrobić  nikt,  poza 

panem. Pomiędzy Siłami  Alternatywnymi a pracami Gildii  istnieje pewien związek,  nie  jest on 

jednak taki, jak pan sądzi. 

- Proszę mnie zatem oświecić - poprosił Paul. 

-  No  dobrze  -  zgodził  się  Warren.  Wetknął  dłonie  w  kieszenie  i  stał  teraz  nad  Paulem 

nieco  przygarbiony.  -  Niechże  pan  przemyśli,  co następuje:  żyjemy,  panie  Formain,  w  świecie, 

który został dotknięty chorobą w postaci nadmiaru luksusów technicznych. Świat przeładowany 

jest  ludźmi,  zbliżającymi  się  do  kresu  drogi  -  Warren  nie  spuszczał  z  Paula  spojrzenia  swych 

background image

głęboko osadzonych oczu. - Współcześni nam ludzie są jak człowiek, który sądzi, że wszystko, 

co  zapewnia  szczęście,  przychodzi  automatycznie  z  sukcesem  zawodowym.  No  i  osiągnęli  ten 

swój  sukces,  czyli  doskonałość  cywilizacji  technicznej,  w  której  pod  względem  fizycznego 

luksusu  nikomu  niczego  nie  brakuje.  Trafili  jednak  do  fałszywego  raju.  Jak  rozbiegany

*

  silnik 

elektryczny, psychika ludzka bez celu i potrzeby rozwoju zaczyna toczyć się na manowce. Coraz 

prędzej, prędzej, aż wreszcie zniszczy i rozwali świat, który stworzyła. Przerwał. 

- I co pan na to? - spytał. 

-  To  nie  jest  niemożliwe  -  przyznał  Paul.  -  Osobiście  nie  wierzę,  iż  w  takiej  właśnie 

znaleźliśmy się sytuacji, ale nie jest to niemożliwe. 

-  Doskonale  -  skwitował  Warren.  -  Teraz  proszę,  by  zechciał  pan  zauważyć,  że  w 

ogólnym  zamieszaniu,  najpewniejszą  drogą  oszukania  wroga  jest  powiedzenie  mu  czystej 

prawdy.  I  to  właśnie  zrobił  Wielki  Mistrz:  wyłożył  w  swej  książce  czystą  prawdę.  Gildia 

Orędowników  nie  jest  zainteresowana  propagowaniem  konsumpcji  Sił  Alternatywnych.  Gildia 

pragnie kształcić i wykorzystać do swego celu osoby, które mogą już używać Sił. A celem tym 

jest  przyspieszenie  nieuniknionego  końca  i  doprowadzenie  do  zniszczenia  współczesnej 

cywilizacji. 

Warren przerwał. Wydawało się, że czeka, aż Paul coś powie. Jednak Paul też czekał. 

-  Jesteśmy  -  podjął  więc  dalej  Warren  -  nieliczną,  ale  potężną  i  wpływową  grupą 

rewolucjonistów, których celem jest doprowadzenie tego chorego świata do kompletnego chaosu 

i  zapaści.  Siły  Alternatywne  są  prawdziwe,  natomiast  większa  część  naszej  struktury 

organizacyjnej  jest fikcją. Jeśli zechce pan zostać moim uczniem, poświęci się pan pracy, której 

celem ostatecznym jest zniszczenie cywilizacji technicznej. 

- Czy to jedyny sposób, abym nauczył się korzystać z Sił Alternatywnych? - spytał Paul. 

-  Jeśli  zaakceptuje  pan  filozofię  i  cele  Gildii,  to  tak  -  odparł  Warren.  -  W  przeciwnym 

razie, nie. 

-  Nie wierzę  -  stwierdził  nagle Paul.  - Jeśli te wasze Siły  Alternatywne  istnieją, posłużą 

równie dobrze mnie samemu, jak wszystkim razem wziętym członkom Gildii. 

Warren opadł na fotel i przez chwilę bez słowa patrzył na Paula. 

-  Arogant  -  odezwał  się  w  końcu.  -  Absolutny  arogant.  Przekonajmy  się...  -  wstał, 

przeszedł do przeciwległej ściany i dotknął jakiegoś punktu. 

Ściana  cofnęła  się,  odsłaniając  pomieszczenie,  które  wyglądało  jak  połączenie 

background image

współczesnego  laboratorium  i  pracowni  alchemika.  Na  stojącym  na  środku  pokoju  stole 

znajdowały  się  gliniane  pojemniki,  metalowe  dzbany  i  spora  butla  pełna  krwistoczerwonego 

płynu. 

Warren  otworzył  szufladę  pod  blatem  stołu  i  wyjął  z  niej  coś,  czego  Paul  nie  mógł 

dostrzec,  bo  widok  zasłaniało  mu  ciało  Nekromanty.  Ten  zaś  zamknął  schowek  i  wrócił  do 

rozmówcy, niosąc starą muszlę, wypolerowaną przez częste dotykanie. 

Położył muszlę na bocznym stoliku, metr od fotela, na którym siedział Paul. 

- Jak to działa? - spytał Paul, z ciekawością przyglądając się muszli. 

- Na mnie - odparł Warren - na wiele sposobów. Ta informacja na nic się panu nie przyda, 

no, chyba że Powiem, iż muszla jest wrażliwa na działanie Sił Alternatywnych. Sprawdźmy, czy 

ta pańska arogancja może coś z nią zdziałać. 

Paul zmarszczył brwi i spojrzał na muszlę. Przez moment sytuacja wydawała mu się po 

prostu  zabawna.  I  nagle  stało  się,  jakby  przeszyła  go  igła  jasności.  Gdzieś,  głęboko  wewnątrz 

siebie, poczuł niesamowite wrażenie, jakby zabrzmiał tam niski, donośny głos dzwonu. A potem 

doznał zawrotu głowy. Nawał wspomnień dawno i nie wiadomo już kiedy zapomnianych, ruszył 

do szturmu na drzwi od piwnicy pamięci, by wyrwać się na wolność. 

Muszla drgnęła i zmieniła położenie, dotykając teraz blatu stolika niezgodnie z prawami 

równowagi.  Z  odległego  okna  strzelił  jasny  promień  światła,  a  zza  drzwi  sąsiedniego  pokoju 

dobiegły  ciche,  łagodne  dźwięki  muzyki.  I  muszla  przemówiła  przenikliwym,  choć  cichym 

głosem: 

ciemności większej do światła nikłego. A potem znowu ku ciemności dąży... 

Łomot  do  zamkniętych  drzwi  w  umyśle  Paula  rozpłynął  się  w  ciszę.  Muszla  straciła 

równowagę i upadła z  łoskotem  na  bok. Siedzący  naprzeciw Paula  Warren zaczerpnął głęboko 

tchu, wstał i podniósł muszlę. 

- Może to u pana wrodzone - mruknął. 

- Wrodzone? - Paul spojrzał na niego pytająco. 

-  W  dziedzinie  Sił  Alternatywnych  istnieją  pewne  zdolności,  które  mogą  przypaść  w 

udziale tym, co nie wiedzą nic o prawdziwej naturze tych Sił. Na przykład czytanie w myślach. 

Albo natchnienie artystyczne. 

-  Ach  tak?  -  zainteresował  się  Paul.  -  A  w  czym  upatruje  pan  różnicę  pomiędzy  tymi 

ludźmi a wami, znawcami Sił Alternatywnych? 

background image

- To bardzo proste - odparł Warren. Ton jego głosu, a także sposób, w jaki trzymał muszlę 

i mierzył Paula wzrokiem, mówiły jednak co innego. - W przypadku owych ludzi, ich zdolności 

przejawiają się spontanicznie i nie zawsze wtedy, gdy trzeba z nich skorzystać. Natomiast nas nie 

zawodzą nigdy. 

- Na przykład czytanie myśli? 

-  Jestem  Nekromantą  -  wyjaśnił  zwięźle  Warren.  -  Nie  Jasnowidzem.  Posłużyłem  się 

zresztą  określeniem  powszechnie  znanym.  Mówiono  mi,  iż  myśli  się  nie  czyta,  a  raczej 

doświadcza. 

- Kiedy ktoś wdziera się do umysłu drugiej osoby, traci własny punkt widzenia? 

-  Owszem  -  odparł  Warren.  -  Ale  wracając  do  pana,  te  zdolności  są  u  pana  wrodzone  - 

zaniósł muszlę z powrotem do pracowni i schował ją. Potem odwrócił się i przemówił z miejsca, 

w którym stał. 

-  Coś  w  panu  jest.  To  może  być  coś  cennego,  a  może  i  nie.  Zgadzam  się  jednak  wziąć 

pana  na  próbę.  Jeśli  po  jakimś  czasie  dojdę  do  wniosku,  że  zapowiada  się  pan  obiecująco, 

zostanie pan przyjęty w poczet pełnoprawnych członków Gildii w stopniu czeladnika. Jeśli tak 

się  stanie,  zażąda  się  od  pana,  aby  przekazał  pan  cały  swój  osobisty  majątek  i  ewentualne 

przyszłe  dochody  do  dyspozycji  Gildii.  Jeśli  jednak  do  tego  dojdzie,  nie  będzie  pan  musiał 

martwić się o sprawy  materialne  - usta Warrena  drgnęły  lekko. - Zatroszczy  się o pana Gildia. 

Niech pan uczy się i studiuje, a któregoś dnia będzie pan mógł odtworzyć swe ramię. 

Paul wstał. 

- Gwarantuje to pan? - spytał. 

- Oczywiście - padła odpowiedź. Warren nie drgnął nawet patrząc na Paula nieruchomym 

wzrokiem. 

background image

Rozdział 6 

 

 

Przeciskając  się  jednoosobowym  pojazdem  przez  wielopoziomowy  labirynt  ulic  i 

budynków Kompleksu Chicago, Paul oparł głowę o poduszkę siedzenia i zamknął oczy. 

Był  wyczerpany,  a  wyczerpanie  to,  jak  podejrzewał,  zrodziło  się  z  czegoś  więcej,  niż 

tylko  z  fizycznego  wysiłku.  Gdy  pojął  naiwność  i  śmieszność  podejścia  psychiatrów  do  jego 

problemu,  odczuł  zmęczenie  jak  po  całym  dniu  ciężkiej  pracy.  Wyczerpało  go  również 

doświadczenie z muszlą. 

Zmęczeniu  mógł  jednak zaradzić wypoczynek. Teraz ważniejsze od snu  były dwie  inne 

sprawy.  Pierwsza  z  nich  to  wyraźne  uświadomienie  sobie,  iż  zbyt  wiele  przytrafiało  się  jemu 

samemu  albo  działo  się  wokół  niego,  aby  złożyć  to  wszystko  na  karb  przypadku.  Ale  jeśli 

odrzucić  wyjaśnienie  dr  Williams,  iż  podświadomie  dążył  do  samozniszczenia,  to  jedynym 

racjonalnym wyjaśnieniem pozostawał przypadek. 

Drugim problemem był fakt, że ten Nekromanta, Warren, nazwał go arogantem. 

Zaniepokojonego  tym  Paula  najbardziej  zaskoczył  fakt,  iż  taki  niepokój  był  dlań 

niezwykły.  Teraz,  kiedy  się  nad  tym  zastanawiał,  zrozumiał,  że  niezależnie  od  tego,  co  go  w 

życiu  spotkało,  nigdy  nie  przyszło  mu  do  głowy,  iż  może  być  kiedyś  zdany  na  łaskę  sił 

niezależnych od  jego woli. Możliwe, pomyślał, że to właśnie  jest arogancją,  nie sądził  jednak, 

aby miało to okazać się prawdą. Przede wszystkim przywykł ufać własnym uczuciom i wcale nie 

czuł się arogantem. Zdał sobie z tego sprawę, gdy zaczął zastanawiać się nad przyczynami swojej 

spokojnej pewności siebie. To ten niepokonany element jego osobowości przyjmował wszystkie 

wydarzenia tak niewzruszenie. 

Arogancja,  rozmyślał  Paul  z  zamkniętymi  oczyma,  odchylając  się  do  tyłu  w  fotelu,  jest 

ostatnią  z  rzeczy,  o  jakie  można  byłoby  mnie  posądzić.  Był  jak  człowiek,  który  z  łodzi 

zakotwiczonej  w  zacisznej  zatoczce,  przez  gładką  powierzchnię  wody  obserwuje  życie 

mieszkańców  głębin.  Na  jego oczach  dzieją  się  zdumiewające  rzeczy  i  trwa to,  dopóki  nic  nie 

zakłóci  spokoju  wód.  Wystarczy  jednak  podmuch  wiatru,  czy  muśnięcie  palcem,  tworzące 

zmarszczkę na powierzchni i świat w dole staje się izolowany i nietknięty. Kluczowym słowem 

była  łagodność.  Łagodność  i  najwyższa  troska.  Stopniowo  zaczął  wydzielać  i  identyfikować 

elementy wspomnień: ślad ruchu, zmiana barwy, wyłaniający się z głębin kształt... 

background image

Oparłszy  się  wygodnie  i  zamknąwszy  oczy  Paul  zatracił  się  w  półśnie  i  marzeniach  o 

rzeczach, które kiedyś oglądał. 

Nagłe szarpnięcie wyrwało go z fotela. Wóz zatrzymał się raptownie. Paul otworzył oczy 

i rozejrzał się dookoła spoglądając przez przejrzystą kopułę. 

Znajdował się na środkowym poziomie wielowarstwowego skrzyżowania ulic. Poniżej  i 

powyżej  rozciągały  się  zespoły  biurowe  i  mieszkalne  wielkiej,  trójwymiarowej  układanki,  jaką 

był  Kompleks  Chicago.  Pojazd  Paula  zatrzymał  się  pośrodku  skrzyżowania,  w  którego  rogach 

znajdowały  się  niewielkie  sklepy  i  biura.  Za  budynkami  z  lewej,  widoczny  w  prześwicie 

rozciągał  się rejon wypoczynkowy, podobny do porośniętego drzewami parku. Paul  jednak  nie 

spostrzegł w pobliżu żadnych ludzi. W sklepach nie widział klientów. Park zupełnie opustoszał. 

Ulice, jak okiem sięgnąć, puste i ciche. 

Pochylił się do przodu i podał parametry parkingu przy hotelu Koh-I-Nor. Wóz nawet nie 

drgnął. Paul wybrał więc numer kontroli ruchu, zamierzając zgłosić usterkę. 

Ekran nad tablicą rozdzielczą rozbłysł bladym światełkiem. 

-  Słucham?  -  we  wnętrzu  wozu  rozległ  się  żeński,  mechaniczny  głos.  -  Czym  możemy 

służyć? 

-  Siedzę  w  jednoosobowym  wozie,  który  zatrzymał  się  bez  powodu  -  oznajmił  Paul.  - 

Utknąłem na skrzyżowaniu - zerknął na oznakowanie ulic - Poziom 2432 i AANB. 

-  Sprawdzamy  -  odparł  mechaniczny  głos.  Nastąpiła  chwila  milczenia,  potem  głos 

odezwał się ponownie:  - Czy  jest pan pewien,  iż podał właściwą  lokalizację? Rejon, w którym 

pan się znalazł, zamknięto dla ruchu. Podczas minionych trzydziestu minut, pański wóz nie mógł 

tam wjechać. 

- Wygląda na to, że jednak wjechał - przerwał Paul szorstko. Wydało mu się, iż słyszy coś 

niezwykłego.  Wysiadł  z  wozu  i  stanął  obok.  Teraz  słyszał  wyraźniej.  Był  to  pogłos  pieśni, 

śpiewanej przez wielu ludzi i rozbrzmiewający coraz bliżej. 

-  Rejon,  w  którym  się  pan  znalazł  -  oznajmił  głos  z  wozu  -  został  zwolniony  dla 

manifestacji. Czy  nie zechciałby  pan raz  jeszcze  sprawdzić swą  lokalizację?  Jeśli  jest taka, jak 

pan  nam podał, prosimy o natychmiastowe opuszczenie pojazdu  i przejście na wyższy poziom, 

gdzie znajdzie pan drugi wóz. Powtarzam, prosimy o natychmiastowe opuszczenie pojazdu. 

Paul odsunął się od wozu. Po drugiej stronie ulicy zobaczył spiralę ruchomych schodów. 

Dotarłszy do nich, dał się unieść do góry. Transporter zataczał szeroki łuk nad ulicą, którą Paul 

background image

właśnie opuścił. Zawodzenie stało się bardzo wyraźne. Nie były to słowa, lecz pozbawione sensu 

dźwięki. 

- Hej, hej! Hej, hej! Hej, hej! 

Zaintrygowany  Paul  zstąpił  z  ruchomej  rampy  i  wyjrzał  ponad  wysokim  po  pierś 

poboczem.  Na  skrzyżowanie,  gdzie  utknął  jego  wóz,  z  bocznicy  wylewał  się  tłum  ludzi, 

biegnących całą szerokością jezdni w szeregach po dwudziestu. 

Nadciągnęli  szybko.  Młodzi  ludzie,  mężczyźni  i  kobiety,  odziani  przeważnie  w 

niebieskie,  luźne  spodnie,  białe  koszule  i  zielone,  trójgraniaste  kapelusze.  Biegli  złączywszy 

ramiona i dostosowawszy krok do rytmu zawodzenia. 

Paul  zrozumiał,  kim  są.  Oto  miał  przed  sobą  jedną  z  tak  zwanych  maszerujących 

społeczności.  Takie  grupy  zbierały  się  razem  w  jednym  tylko  celu;  aby  raz,  czy  dwa  razy  w 

miesiącu  biec  przed  siebie  ulicami.  O  ile  Paul  dobrze  pamiętał,  był  to  rodzaj  kontrolowanego 

upustu  histerii.  Jak  utrzymywali  socjologowie,  takie  manifestacje  dawały  upust  większości 

nagromadzonych  napięć  społecznych.  Dopóki  takie  grupy  nie  natrafiały  na  opór,  biegły  nie 

wyrządzając nikomu krzywdy, dlatego wcale im nie przeszkadzano. 

Zbliżyli się już na tyle, że Paul dostrzegł ich oczy. Wszyscy patrzyli do przodu. Nie były 

to  jednak  szkliste  spojrzenia  ludzi  pijanych  lub  znajdujących  się  pod  wpływem  narkotyku. 

Biegnący  spoglądali  przed  siebie  wzrokiem  jasnym,  choć  pustym,  jakby  przeżywali  chwilę 

uniesienia lub szaleństwa. Teraz znajdowali się niemal pod Paulem. Wbiegali na skrzyżowanie. 

Paul spostrzegł, że jego porzucony wóz znajduje się dokładnie na drodze tłumu. Szybko 

dotarli  do  pojazdu.  Rytmiczny  łomot  stóp  o  asfalt  wstrząsał  przęsłem,  na  którym  stał  Paul. 

Wydawało  się,  że  cała  struktura  Kompleksu,  poziom  za  poziomem,  wibruje  poddana  wysokim 

szybkim  drganiom.  Dotarła  doń  fala  ciepła,  wydzielanego  przez  rozpędzone  ciała,  a  głośne 

zawodzenie drażniło mu uszy, tak jak zdarza się to niekiedy chorym w gorączce. Oszołomiony 

falą hałasu i gorąca, Paul ujrzał, jak pierwsze szeregi wpadają na jego pusty wóz niczym bydło 

podczas bezmyślnej ucieczki na oślep. Nie zatrzymując się przewrócili pojazd na bok, unieśli ze 

sobą, aż wreszcie zepchnęli ponad barierą na niższy poziom. Paul widział, jak pudło wozu spada 

w  przepaść  i  znika  z  pola  widzenia.  Łoskot  uderzenia  utonął  we  wszechogarniającej  wrzawie 

tłumu. 

Paul  spojrzał  w  kierunku  ulicy,  z  której  nadeszli  demonstranci.  Rzeka  ludzka  ginęła  z 

oczu  gdzieś  za  odległym  zakrętem.  Teraz  jednak  spostrzegł,  iż  dalsze  szeregi  nie  są  już  tak 

background image

stłoczone  i  gęste.  Usłyszał  również,  wybijające  się  ponad  rozgardiasz,  przenikliwe  jęki  syren 

karetek pogotowia, wolno podążających za tłumem. 

Wspiął  się  na  kolejny  poziom,  znalazł  na  poboczu  pusty,  dwuosobowy  pojazd  i  wrócił 

nim do hotelu. 

 

 

Kiedy dotarł do swego pokoju, zastał drzwi otwarte. Gdy wszedł, z krzesła podniósł się 

niewielki,  szary  człowieczek  w  garniturze  i  podsunął  mu  do  obejrzenia  otwarty  portfel  z 

wizytówką. 

- Panie Formain, jestem detektywem hotelowym - wyjaśnił. - James Butler. 

- Cóż pana sprowadza? - spytał Paul. Fala zmęczenia ogarnęła go niczym ciemny i ciężki 

płaszcz. 

-  Sprawy  służbowe,  panie  Formain.  Obsługa  zauważyła  w  pańskim  pokoju  nieco 

zniekształcony wazon. 

-  Proszę  obciążyć  tym  mój  rachunek  -  uciął  Paul.  -  Teraz  zaś,  jeśli  zechciałby  pan 

wybaczyć... 

- Waza to drobiazg, panie Formain. Domyślamy się jednak, iż złożył pan wizytę jednemu 

z psychiatrów? 

- I owszem, odwiedziłem dr Elizabeth Williams, l co z tego? 

-  Sprawa  zwykłej  rutyny,  dyrekcja  hotelu  jest  powiadamiana,  jeśli  którykolwiek  z  gości 

poddaje się kuracji psychiatrycznej. Wydział Zdrowia Publicznego Kompleksu Chicago zezwala 

nam  odmówić  gościny  osobnikom,  którzy  mogą  sprawić  kłopoty.  Oczywiście,  w  pańskim 

przypadku nie ma o tym mowy. 

- Wyprowadzam się jutro rano - stwierdził Paul. 

-  Czyżby? Przykro mi to słyszeć  - szybko rzucił  Butler.  -  Śpieszę pana zapewnić,  iż  nie 

zamierzaliśmy  pana  czymkolwiek  urazić.  Mamy  po  prostu  zwyczaj  informować  gości,  iż 

powiadomiono nas o ich dolegliwościach. 

-  Tak  czy  owak,  zamierzałem  wyjechać  -  przerwał  Paul.  Spojrzał  na  nieprzeniknioną 

twarz oraz nieruchome ciało detektywa i osobowość Jamesa Butlera stanęła przed nim otworem, 

czytelna  niczym  księga.  Butler  był  niebezpiecznym,  małym  człowieczkiem.  Niewielką,  lecz 

skutecznie  działającą  machiną  kontroli,  wcieloną  podejrzliwością.  Jednak  w  głębi  jego 

background image

osobowości, pod osłoną wewnętrznego lęku, kryło się coś jeszcze... - Teraz chciałbym wypocząć. 

Jeśli więc nie ma pan nic przeciwko temu... 

Butler lekko skłonił głowę. 

- Ależ skąd... chyba że chciałby pan jeszcze coś wyjaśnić. 

- Nie, to już wszystko. 

- Dziękuję panu - Butler odwrócił się i posuwistym krokiem ruszył do wyjścia.  - Proszę 

się  nie  krępować  i  o  dowolnej  porze  dzwonić  na  obsługę  -  powiedział  i  wyszedł,  zamykając 

drzwi za sobą. 

Paul zmarszczył brwi. Chwilę potem odczuł w pełni ciężar znużenia. Rozebrał się i zwalił 

na łóżko. Sen pochłonął go i otulił, niczym wielkie, szare skrzydła. 

Śnił, że idzie samotnie, brukowaną drogą, w mroku rozświetlanym tylko przez gwiazdy. 

Brukowce stawały się coraz większe, aż w końcu musiał się na nie wspinać. Wydało mu się, że 

unieruchomiony unosi  się w nad  nocnymi ulicami  Kompleksu Chicago. Żeglował  nad nimi  nie 

dotykając  ziemi,  po  chwili  zaś  znalazł  się  pod  kręgiem  światła  latarni,  która  zamieniła  się  w 

gigantyczną  laskę  cukrową.  Tuż  za  nią  zobaczył  witrynę  sklepu,  która  właśnie  zmieniła  się  w 

topniejący szybko lód. 

Gdy zbudził się rano, poczuł się tak, jakby zamiast czternastu godzin przespał czternaście 

lat. Spakował się szybko i zjechał do hallu, by uregulować rachunek. 

Udając  się  na  podziemny  parking,  skrócił  drogę  przechodząc  przez  jeden  z  hotelowych 

barów.  O  tak  wczesnej  godzinie  było  tu  prawie  pusto.  Przy  stoliku  nad  smukłym  kielichem, 

wypełnionym  jakimś purpurowym płynem, siedział  jeden tylko samotny, otyły gość w średnim 

wieku.  Mijając  go  Paul  odniósł  wrażenie,  iż  człowiek  ten  jest  pijany.  Jednak  zaraz  poczuł 

unoszący  się  z  kielicha  zapach  cynamonu  i  zobaczył,  że  źrenice  nieznajomego  zwęziły  się  do 

wielkości główki szpilki. Nieco w głębi sali, kryjąc się w mrocznym rogu, siedział obserwujący 

wszystko Butler. Paul podszedł do detektywa. 

- Czy jesteście również informowani o narkomanach? - spytał. 

- W naszym barze dostępne są tylko nieszkodliwe syntetyki, nie powodujące uzależnienia 

- rzekł Butler. - Wszystko zgodnie z prawem. 

- Nie odpowiedział pan na moje pytanie. 

-  Hotel poczuwa się do odpowiedzialności  za  niektórych rezydentów  -  odparł detektyw. 

Podniósł  wzrok  na  Paula.  -  To  również  jest  zgodne  z  prawem.  Dodatkowe  opłaty  są  dość 

background image

skromne. Gdyby nie to, iż raczy pan wyjeżdżać, panie Formain, mógłbym panu polecić niektóre z 

naszych usług. 

Paul  bez  słowa  odwrócił  się  i  wyszedł.  Na  parkingu  znalazł  jednoosobowy  wóz  i 

wsiadłszy do niego, wybrał adres Warrena. Pierwszym życzeniem Nekromanty było, aby podczas 

okresu próbnego Paul zamieszkał u niego. 

Po  przybyciu  na  miejsce  Paul  stwierdził,  że  Warren  go  oczekuje.  Nekromanta 

przekształcił  jedną  ze  swoich  sypialni  w  apartament  dla  gościa,  a  następnie,  z  sobie  tylko 

znanych  powodów,  zostawił  go  samego.  Do  końca  tygodnia  Paul  prawie  nie  widywał 

zapracowanego młodego człowieka. 

Pięć  dni  później  skrajnie  znudzony  Paul  przeglądał  kolekcję  utworów  muzycznych, 

zebranych w odtwarzaczu Warrena. I nagle zobaczył tytuł, który przykuł jego uwagę. 

 

W KWIECIU JABŁONI... pieśń. Wykonuje - Kantela 

 

Kantela.  W  umyśle  Paula  wszystko  się  nagle  złożyło.  Imię  to  znajdowało  się  na  liście 

miejscowych  członków  Gildii  Orędowników.  Kantela  Maki.  Teraz  dowiedział  się,  że  istniała 

dziewczyna, która śpiewała profesjonalnie posługując  się  imieniem  Kantela. To musiała  być ta 

sama  dziewczyna,  którą  widział  w  telewizji,  a  później  w  Zarządzie.  Nacisnął  niewielki  czarny 

przycisk znajdujący się obok tytułu pieśni. 

Po sekundzie z odtwarzacza popłynęły delikatne, miękkie dźwięki muzyki, przeplatające 

się z zimnymi niczym srebrne dzwonki tonami głosu, który Paul natychmiast rozpoznał. 

 

W kwieciu jabłoni jam cię czekała 

O, jakżem długo na cię czekała 

W jesiennych liściach i kwieciu... 

 

Słysząc  za  sobą  niespodziewane  westchnienie,  Paul  szybko  wyłączył  odtwarzacz  i 

odwrócił się. Znalazł się oko w oko z wykonawczynią pieśni. 

Stała obok regału, na którym ustawiono staromodne tomy książek. Paul odkrył, ku swemu 

zdziwieniu,  że  regał  przesunięto  z  jego  zwykłego  miejsca,  odsłaniając  znajdujące  się  za  nim 

wejście  do  niewielkiego  pomieszczenia,  umeblowanego  jak  biuro.  Spostrzegłszy,  że  Paul 

background image

przygląda  się  temu  wszystkiemu,  Kantela  otrząsnęła  się  z  zaskoczenia,  wyciągnąwszy  rękę 

popchnęła regał na miejsce i zamknęła przejście. Przez chwilę oboje stali i patrzyli na siebie. 

- Nie wiedziałam... - odezwała się wreszcie. - Zapomniałam, że teraz pan tu mieszka. 

Paul patrzył na nią z zainteresowaniem. Dziewczyna wyraźnie pobladła. 

- Myślała pani, że zastanie tu kogoś innego? 

- Tak. To znaczy... - zaplątała się - sądziłam, że spotkam tu Jase'a. 

Należała  do  osób,  które  nie  potrafią  kłamać.  Czuł  dzielącą  ich,  oprócz  przestrzeni, 

nieufność. 

- Ma pani miły głos - stwierdził. - Słuchałem właśnie jednej z pani pieśni... 

- Owszem, słyszałam - przerwała mu. - Wolałabym, aby pan tego nie robił, jeśli łaska. 

- Doprawdy? - spytał Paul. 

- Ma ona dla mnie pewne szczególne znaczenie. Jeśli byłby pan tak uprzejmy... 

- Jeśli pani nie chce, oczywiście nie będę jej słuchał - odparł Paul. Postąpił krok ku niej i 

nagle przystanął, widząc, iż dziewczyna cofnęła się odruchowo pod ścianę. 

- Jase... - zaczęła - lada chwila będzie tu Jase. 

Paul  obserwował  ją,  marszcząc  lekko  brwi.  Był  zaskoczony  i  zdenerwowany,  ale  i 

dziwnie  wzruszony.  Uczucia  takie  mógłby  wzbudzić  w  nim  ktoś  absolutnie  bezbronny  i  nie 

zdający  sobie  sprawy  z  tego,  iż  Paul  nie  zamierza  wyrządzić  mu  żadnej  krzywdy.  To  również 

było  niezwykłe,  ponieważ  Kantela  nie  sprawiała  wrażenia  osoby  bezbronnej,  przeciwnie, 

wyglądała na kogoś z charakterem. Paul bliski już był zaskoczony i zdenerwowany, ale i dziwnie 

wzruszony. Uczucia takie mógłby wzbudzić w nim ktoś absolutnie bezbronny i nie zdający sobie 

sprawy z tego, iż Paul nie zamierza wyrządzić mu żadnej krzywdy. To również było niezwykłe, 

ponieważ  Kantela  nie  sprawiała wrażenia osoby  bezbronnej, przeciwnie, wyglądała  na kogoś z 

charakterem.  Paul  bliski  już  był  sformułowania  swych  odczuć  w  postaci  słów,  gdy  szelest 

otwieranych drzwi spowodował, iż oboje zwrócili głowy w tamtą stronę. 

Do  pokoju  wszedł  Warren  i  bezbarwny,  znany  Paulowi  z  ekranu  telewizyjnego,  krótko 

ostrzyżony  jegomość, ten sam który wychodził z Kantelą, gdy Paul po raz pierwszy odwiedzał 

Warrena. Obaj ruszyli wprost ku Paulowi i dziewczynie. 

background image

Rozdział 7 

 

 

Nikt  nie  odpowiadał  na  pukanie  do  drzwi  -  stwierdził  Warren  zatrzymując  się  przed 

Paulem i spoglądając na Kantelę.  

- Nie pukał pan - odparł Paul. 

- On ma na myśli moje... moje mieszkanie, to znaczy następne drzwi - wyjaśniła Kantela, 

unikając  wzroku  Paula.  -  Jase,  zapomniałam  o  obecności  tego  pana.  Usłyszałam  muzykę, 

ponieważ zaś wiedziałam, że wyszedłeś, zajrzałam tu ze swego biura. 

-  Rozumiem  -  rzekł  Warren.  Jego  szczupła,  ciemna,  inteligentna  twarz  zwróciła  się  ku 

Paulowi.  -  No  cóż,  spotkalibyście  się  i  tak.  Znacie  się?  Kantelo,  to  Paul  Formain.  Paul,  oto 

Kantela Maki. 

-  Miło  mi  panią  poznać  -  rzucił  Paul  w  stronę  dziewczyny  i  uśmiechnął  się  przyjaźnie. 

Dziewczyna odpowiedziała grymasem, który od biedy można było uznać za uśmiech. 

- A to Burton McLeod. 

- McCloud? - powtórzył Paul potrząsając dłonią przybysza. 

-  Pisze  się  McLeod,  wymawia  McCloud  -  wyjaśnił  McLeod.  Wypowiedział  te  słowa 

spokojnym,  nieco  ochrypłym  głosem.  Miał  pewny,  mocny  uścisk  dłoni.  Jego  spojrzenie 

przypominało  smutny,  tęskny  i  dziki  wzrok  siedzącego  na  rękawicy  myśliwskiego  sokoła. 

Spotkany  przed  tygodniem  detektyw  hotelowy,  Butler,  wywarł  na  Paulu  wrażenie 

niebezpiecznego  mężczyzny.  McLeod  również  emanował  niebezpieczeństwem,  ale  innego 

rodzaju.  Jeśli  Butlera  można  byłoby  porównać  do  sztyletu, ostrego  i  gładkiego  jak  igła,  to ten 

człowiek przypominał ciężki, dwuręczny miecz renesansowego piechura. 

Podczas  gdy  Paul  i  McLeod  wymieniali  uścisk  dłoni,  Warren  i  Kantela  przez  chwilę 

patrzyli  sobie  w  oczy.  I  nagle  Warren  szybko  odwrócił  się  od  dziewczyny  i  wyjął  z  kieszeni 

niewielkie pudełko. Otworzył je tak, by Paul mógł zajrzeć do środka. 

Paul zobaczył rząd równo ułożonych białych żelatynowych kapsułek. Warren wyjął jedną 

z nich i podawszy pudełko McLeodowi, zgniótł kapsułkę w palcach i wysypał z niej na dłoń biały 

proszek. 

- Proszę skosztować - polecił Paulowi. 

Ten zmarszczył brwi. 

background image

- To zupełnie nieszkodliwe - zapewnił go Warren. Zanurzył zwilżoną śliną opuszkę palca 

w  proszku  i  podniósł  go  do  ust.  Przez  chwilę  Paul  jeszcze  się  wahał,  potem  poszedł  za 

przykładem Nekromanty. Na języku poczuł słodycz. 

- Cukier? - spytał patrząc na Warrena. 

- Owszem - Nekromanta oczyścił dłoń nad najbliższą popielniczką. - Ale dla mężczyzny, 

któremu przekaże pan to pudełko, będzie to kokaina. Podkreślam - Warren wbił wzrok w Paula - 

to  będzie  kokaina.  Stanie  się  tak  w  tej  samej  chwili,  w  której  pudełka  dotkną  dłonie  odbiorcy. 

Wspominam  o  tym  po  to,  aby  pan  wiedział,  że  z  punktu  widzenia  prawa  nie  popełnia  pan 

żadnego wykroczenia trzymając to pudełko w kieszeni. 

- Chce pan, bym je komuś przekazał? - spytał Paul. - Komu? 

-  Zna  pan  rozkład  pomieszczeń  w  hotelu  Koh-I-Nor?  Chciałbym,  aby  zaniósł  pan  to 

pudełko  do  apartamentu  2309.  Proszę  nie  pytać  o  wskazówki  ani  recepcjonisty,  ani  nikogo 

innego. Odda pan przesyłkę mężczyźnie, którego znajdzie pan wewnątrz. Jeśli napotka pan jakieś 

trudności... - Warren zawahał się i rzucił szybkie spojrzenie na  Kantelę. - Nie spodziewam się, 

ale...  Na  sześćdziesiątym  poziomie,  w  salach  bankietowych  rozgrywany  jest  turniej  szachowy. 

Proszę tam wjechać i odszukać Kantelę. Ona wyprowadzi pana na zewnątrz. 

Przerwał. W pokoju zapadła chwila ciszy. 

- Gdyby to była kokaina - odezwał się Paul - nie wziąłbym jej, to chyba jasne. 

- Będzie pan niósł cukier - przypomniał mu Warren. Przez jego szczupłą twarz przemknął 

grymas gniewu.  - Przemieni się on w  narkotyk dopiero wtedy, gdy go pan przekaże. Może pan 

wierzyć lub nie, może pan iść tam lub pozostać ze mną, jak pan woli. 

-  Wezmę  to  -  zdecydował  Paul.  Wyciągnął  rękę  i  wziął  pudełko  od  McLeoda.  - 

Dwadzieścia trzy, zero dziewięć? 

- Dwadzieścia trzy, zero dziewięć - powtórzył Warren. Wychodząc z pokoju, Paul czuł na 

swoich plecach skupione spojrzenia całej trójki. 

Recepcjonista, którego minął przy wejściu do Koh-I-Nor był nowy i nie podniósł nawet 

głowy. Paul wsiadł do windy i pojechał na dwudzieste trzecie piętro. 

Znalazł  się  we  wnętrzu  zaprojektowanym  nowocześnie,  w  stylu  przypominającym 

apartamenty dla ważnych gości. Takich, co zarabiają nie mniej niż sto tysięcy rocznie i bez bólu 

mogą  zapłacić  każdy  rachunek.  Paul  ruszył  szerokim  j  korytarzem  rozjaśnionym  światłem 

wpadającym przez dwa wysokie okna na obu końcach i dotarł do drzwi oznaczonych liczbą 2309. 

background image

Napis znajdujący się poniżej numeru powiadamiał, iż jest to wejście służbowe. 

Paul  dotknął  drzwi.  Były  otwarte,  a  nawet  lekko  uchylone.  Dotknięte  przez  niego, 

bezgłośnie cofnęły  się w głąb. Paul znalazł  się w  niewielkiej kuchni,  należącej do wskazanego 

mu apartamentu. 

Z głębi dobiegały odgłosy rozmowy. Zamarł w bezruchu i usłyszał cichy dźwięk wydany 

przez  zamykające  się  za  nim  drzwi.  Jeden  z  rozmówców  przemawiał  zjadliwym  tenorem, 

drżącym ze zdenerwowania. Głos drugiego był głębszy, ponury i mniej wyraźny. 

- ...się w garść! - to tenor. 

Ponury mruknął coś niezrozumiale. 

- Wiesz o tym doskonale! - nacierał tenor. - Nie chcesz, żeby cię wyleczyli, oto w czym 

rzecz.  Namiastki  były  wystarczająco  kłopotliwe.  Jednak  twoje  kombinacje  z  prawdziwymi 

narkotykami  narażają  na  niebezpieczeństwo  cały  Wydział,  o  ile  nie  całą  Grupę.  Dlaczego  nie 

skorzystałeś z urlopu i nie odwiedziłeś psychiatry, kiedy w marcu dałem ci taką możliwość? 

Niższy głos mruknął coś o zupie lub czymś o podobnym brzmieniu. 

-  Nie  zawracaj  sobie  tym  głowy!  -  zdenerwował  się  tenor.  -  Ze  zmęczenia  widzisz  już 

duchy za każdymi drzwiami. Elektronika to elektronika, nie mniej, nie więcej. Czy nie sądzisz, że 

gdyby było tam coś więcej, ja wiedziałbym o tym wcześniej? 

- Chyba że... - bąknął niższy głos - już wpadłeś. 

-  Dla  twego  własnego  dobra  -  tenor  ociekał  teraz  niesmakiem  -  zobacz  się  z  lekarzem. 

Załatw sobie zwolnienie. Przez kilka najbliższych dni zostawię wasz Wydział w spokoju. Da ci 

to czas potrzebny na załatwienie miejsca w szpitalu, gdzie masz prawo odmawiać odpowiedzi na 

Pytania. Tak sprawy stoją w chwili obecnej. Wybór należy do ciebie - rozległ się dźwięk kroków 

zmierzających  ku  drzwiom,  potem  Paul  usłyszał  trzask  mechanizmu  zamka.  -  Cztery  dni.  Ani 

godziny dłużej! 

Paul poczuł nagle przeszywający go chłodny dreszcz podejrzenia. Odwrócił się szybko i 

wyszedł na korytarz przez te same drzwi, którymi wszedł. Dwa metry dalej, w ścianie znajdowała 

się  płytka  nisza.  Paul  ukrył  się  w  niej,  cofnął  w  cień  i  spojrzał  w  stronę  głównych  drzwi 

wejściowych do apartamentu 2309. 

Wyszedł z nich niewysoki, trzymający się prosto mężczyzna o rzadkich, siwych włosach, 

który  ruszył  ku  windom  znajdującym  się  w  drugim  końcu  korytarza.  Kiedy  odwracał  się,  jego 

jastrzębi  profil  mignął  na  tle  błękitnej  poświaty  padającej  przez  okno  i  Paul  poznał  go.  Gdy 

background image

słuchał rozmowy, jeden z głosów, tenor, brzmiał znajomo i Paul pomyślał, że może to być głos 

tego detektywa, Butlera. Teraz jednak zrozumiał, dlaczego wydawało mu się, iż poznaje ten głos. 

Człowiekiem  stojącym  przy  windzie  był  Kirk  Tyne,  Inżynier  Naczelny  Kompleksu 

Światowego.  Pełnił  funkcję  szefa  zespołu  obliczeniowego,  który  koordynował  działania 

sprzężonych Kompleksów składających się z urządzeń technicznych, umożliwiających życie na 

planecie. On i jego Grupa Inżynierów posiadali największą władzę na świecie, ponieważ decyzje 

podejmowane przez komputery musiały być ostatecznie sprawdzane i zatwierdzane przez ludzi. 

Tyne wyciągał rękę, by otworzyć drzwi windy. 

Zaledwie  zdążył  ich  dotknąć,  większą  część  padającego  z  okna  blasku  przysłoniły 

szerokie bary wysokiego mężczyzny, który wyszedł z sąsiedniej kabiny. 

- Proszę, proszę... Kirk - rzekł wysoki. - Nie spodziewałem się, że cię tu zastanę. 

W uszach podsłuchującego Paula, głos ten zabrzmiał jak echo, pod sklepieniem rozległej, 

głębokiej  pieczary,  w  której  ktoś  uderzył  w  gong.  Był  to  głos  Waltera  Blunta.  Paul  ryzykując 

odkrycie  wysunął  całą  głowę  ze  swej  kryjówki,  aby  lepiej  przyjrzeć  się  przywódcy  Gildii 

Orędowników. Blunt stał jednak zwrócony tak, że jego twarz była skryta w cieniu. 

- Och, to pomyłka - odparł Tyne, szybko i bez zająknienia.  - Jadę na górę, na ten turniej 

szachowy. A ty co tu robisz, Walt? 

-  Jakże  to?  -  Blunt  wsparł  się  na  swej  grubej  lasce,  a  w  jego  głosie  pojawiły  się  nutki 

rozbawienia. -  Zobaczyłem ciebie i wysiadłem, żeby się z tobą przywitać. Zjeżdżałem do hallu, 

by kogoś spotkać. Nieźle wyglądasz, Kirk - odstawił laskę, opierając ją o ścianę i podał Tyne'owi 

dłoń. Tyne uścisnął rękę Blunta. 

-  Dziękuję,  Walterze  -  odparł.  I  dodał  nie  bez  kpiny  w  głosie:  -  Myślę,  że  jeszcze 

pożyjemy, co? 

-  No  cóż,  chyba  nie,  Kirk  -  odparł  Blunt.  -  Narzędzia  Armageddonu  zabrały  się  już  do 

dzieła. Kiedy dojdzie do konfliktu, zamierzam znaleźć się wśród tych, co przetrwają, nie sądzę 

jednak, aby tobie się to udało. 

Tyne potrząsnął głową. 

- Walt, zdumiewasz mnie - powiedział. - Wiesz doskonale, iż jestem jedyną osobą, która 

wie  wszystko  o  twojej  sekcie,  włącznie  z  faktem,  że  naprawdę  jest  was  nie  więcej  niż 

sześćdziesiąt tysięcy, rozrzuconych po całym globie. A jednak mówisz mi w oczy, iż zamierzacie 

przejąć  władzę  nad  światem.  I  co  z  nim  zrobicie,  gdy  już  będziecie  go  mieli?  Nie  dacie  rady 

background image

kierować nim, bez uciekania się do usług tego samego zespołu kompleksów technologicznych, o 

którym powiadacie, że chcecie go zniszczyć. 

- No cóż - odparł Blunt. - Istnieje wiele wersji naszego świata, Kirk. Ty znasz jedną, tę z 

tymi twoimi kompleksami zaopatrzeniowymi. To świat funkcjonujący jak zegarek. Szkoda tylko, 

że  nie  przestaje  rozwijać  się  i  komplikować.  Oprócz  niego  istnieje  też  świat  fanatyków,  ludzi, 

którzy  zajmują  się  niebezpiecznymi  sportami,  wyznają  szalone  religie,  a  także  świat 

maszerujących społeczności. Dalej masz tajemniczy, mglisty świat spirytystów, świat pionierów 

odrzucających tradycję, artystów i naukowców. Istnieje i świat tych, dla których dawne obyczaje 

i  przeszłość  są  jedynymi  trwałymi  wartościami  życia.  Jest  nawet  świat  psychotyków  i 

neurotyków. 

-  Przemawiasz tak, jakby tamte inne... odchylenia posiadały równie  istotne wartości,  jak 

normalne i cywilizowane społeczeństwo. 

-  Ależ  posiadają,  Kirk,  posiadają  -  odparł  Blunt,  górujący  wzrostem  nad  niewysokim 

rozmówcą. - Zapytaj o to członka któregokolwiek z nich. Nie patrz tak na mnie, człowieku. To 

jest  twój  świat,  świat,  który  tacy  jak  ty  zapoczątkowali  rewolucją  przemysłową,  czterysta  lat 

temu.  Ale  aby  wyrazić  się  prostacko,  jeśli  żyjemy  w  raju,  to  dlaczego  nadal  miewamy  bóle 

brzucha? 

-  Miewamy  bóle  brzucha  -  odciął  się  Tyne,  robiąc  ruch  w  stronę  windy  -  ale  mamy  i 

doktorów,  którzy  je  leczą.  Co  nie  zawsze  sprawdzało  się  w  przeszłości.  Jeśli  zechciałbyś  mi 

wybaczyć, Walt, to przejadę się do góry, na turniej. Też tam jedziesz? 

- Nie tracąc ani chwili - odparł Blunt. 

Tyne stanął jedną nogą na dysku unoszącym się w rurze obok niego. Dysk zatrzymał się. 

- Jak się czuje pani Tyne? - spytał Blunt. 

-  Świetnie  -  oznajmił  Tyne.  Wstąpił  na  dysk  drugą  nogą  i  uniesiony  w  górę  zniknął 

Paulowi z oczu. 

Blunt  również  odwrócił  się  i  wkroczywszy  w  otwarte  drzwi  windy,  wszedł  na  dysk 

zjeżdżający w dół i również zniknął. 

Paul wyszedł z ukrycia. Laska Blunta nadal stała pod ścianą, tam gdzie odstawił ją Wielki 

Mistrz, zanim uścisnął dłoń Tyne'a. Paul przypomniał sobie sposób, w jaki Blunt odwracał się od 

jego niszy i nagle zdał sobie sprawę z faktu, że nigdy dotąd nie miał okazji spojrzeć przywódcy 

Gildii Orędowników prosto w twarz. Dotychczas była to jedynie drobnostka, błąkająca się gdzieś 

background image

po zakamarkach l umysłu. Teraz pragnienie spotkania z Bluntem stanęło w centrum uwagi Paula. 

Nagle  też  zdał  sobie  sprawę  z  czegoś,  co  do tej  pory  przyjmował  jako  rzecz  naturalną. 

Gdy  kogoś  spotykał,  automatycznie  dowiadywał  się  o  nim  wielu  rzeczy  dzięki  swemu  darowi 

wewnętrznego  postrzegania.  Blunt  zaś  był  dla  niego  zagadką.  I  to  zagadką,  która  odgrywała 

coraz większą rolę w życiu Paula. Zarówno w przypadku Blunta, jak i samej Gildii, wiele spraw 

nie  było najwyraźniej takimi,  jakimi wydawały się na pozór. Paul podszedł do wind  i podniósł 

zgubę. Blunt nie będzie mógł uniknąć spotkania z człowiekiem, który odda mu jego laskę. 

Wrócił do apartamentu 2309, tym razem kierując się ku głównemu wejściu, temu, przez 

które  wyszedł  Tyne.  Wdusił  przycisk  na  drzwiach,  a  te  ustąpiły  przed  naciskiem  dłoni  Paula. 

Wszedł  i  znalazł  się  w  bawialni  apartamentu,  przed  tym  samym  człowiekiem,  którego  widział 

naćpanego i pod nadzorem Butlera wtedy, gdy wyprowadzał się z hotelu. 

Dźwięk  zamykających  się  drzwi  spowodował,  iż  ów  człowiek  uniósł  głowę.  Aż  do  tej 

bowiem chwili był on głęboko pochylony i wdychał coś z małej bibułki. Słysząc szczęk zamka, 

poderwał  się  gwałtownym  ruchem.  Na  widok  wchodzącego  zaczął  cofać  się  w  głąb 

pomieszczenia  powłócząc  nogami  i  bełkocząc  coś,  jak  człowiek  skrajnie  przerażony,  któremu 

strach całkowicie odebrał zdolność  logicznego rozumowania.  Zatrzymał  się dopiero pod wyso-

kim, szerokim oknem. 

Stał tam jak schwytane w pułapkę zwierzę, gapiąc się na Paula, mrugając oczami, drżąc i 

tak mocno wtulając się w szybę, jakby chciał przepchnąć się przez nią ku dzielącym go od ziemi 

dwudziestu trzem piętrom swobodnego spadania. 

Paul wyczuł to. Niczym potężny przy bój oceanu, ogarnęła go fala strachu i odrazy, bijąca 

od tego człowieka. Zatrzymał się na chwilę porażony wstrętem. Nigdy nie Podejrzewał, iż istota 

myśląca może doprowadzić się do takiego stanu. 

Nieznajomy wbił wzrok w Paula. Niedługo to trwało. Za moment jego oczy zaszły łzami i 

pociągał też nosem. Najwyraźniej nie mógł nad tym zapanować. Twarz mieszkańca apartamentu 

była teraz szara i napięta. W jego umyśle toczyła się jakaś walka. Coś mocno pokiereszowanego 

usiłowało dojść do głosu. 

- Już dobrze - powiedział Paul. -  Wszystko w porządku... - podchodził do nieznajomego 

powoli i łagodnie, wetknąwszy laskę Blunta pod prawą pachę, a pudełko z kapsułkami trzymając 

w wyciągniętej dłoni. - Proszę... Właśnie przyniosłem panu te... 

Nieznajomy nadal wytrzeszczał oczy na Paula i spazmatycznie wdychał powietrze nosem. 

background image

Paul, który znalazł się od niego w odległości wyciągniętego ramienia, położył pudełko na stole. 

Potem  tknięty  nową  myślą,  otworzył  pudełko  i  dwoma  palcami  wyjął  zeń  jedną  z  białych 

kapsułek. 

-  Widzi  pan?  -  spytał.  -  O,  proszę...  -  podał  ją  nieznajomemu,  tamten  jednak,  czy  to 

sięgając  po  nią  zbyt  gorączkowo,  czy  też  pragnąc  ją  odepchnąć  od  siebie,  wytrącił  pigułkę  z 

palców Paula. Paul odruchowo schylił się by ją podnieść. 

Był  jeszcze  pochylony,  gdy  rozdzwonił  się  jego  wewnętrzny  sygnał  alarmowy. 

Wyprostował się szybko, tylko po to, by spojrzeć wprost w lufę niewielkiego czarnego pistoletu, 

tkwiącego w rozdygotanej dłoni ćpuna. Koniec lufy i chwiał się niepewnie. 

-  Ejże  -  powiedział  Paul.  -  Spokojnie...  Wydawało  się,  że  tamten  nawet  go  nie  słyszy. 

Narkoman; zrobił krok do przodu. Paul cofnął się machinalnie. 

- Przysłało cię - wychrypiał nieznajomy. - Przysłało j cię... 

-  Nic  mnie  nie  przysłało  -  zaprotestował  Paul.  -    Przyszedłem  tu,  by  przynieść  panu  to 

pudełko. O, proszę - wskazał na stół. 

Tamten  nawet  nie  spojrzał  w  tę  stronę.  Idąc  w  głąb  pokoju,  zaczai  okrążać  Paula,  cały 

czas nie spuszczając zeń wzroku i muszki broni. 

- Zabiję cię - powiedział. - Myślisz, że tego nie zrobię, a jednak cię zabiję. 

- Za co? - spytał Paul. Pomyślał, że to pytanie powinno wytrącić ćpuna z transu, tamten 

jednak zdawał się niczego nie słyszeć. 

-  Przysłało  cię,  żebyś  mnie  zabił  -  mówił.  -  Samo  zabić  nie  może.  Tak  zostało 

skonstruowane, że nie może. Ale potrafi tak ustawić okoliczności, że brudna robota i tak zostanie 

wykonana. 

- Nie zamierzam pana skrzywdzić - zapewnił Paul. 

- Nie ma sensu przeczyć - odparł narkoman. 

Paul  wyczuł,  iż  tamten  zbiera  resztki  pozostałej  mu  jeszcze  siły  woli,  by  pociągnąć  za 

spust. Zaczął się nawet prostować, a w oczach błysnęło mu coś na kształt dumy. 

-  Widzisz,  ja  rozumiem.  Wiem  o  nim  wszystko.  Nieznajomy  stał  teraz  dokładnie 

pomiędzy Paulem  a wyjściem, o krok, poza zasięgiem ręki. Paul wykonał ruch w  jego stronę  i 

wylot lufy natychmiast uniósł się wyżej. 

- Nie, nie! - uprzedził mężczyzna. - Nie! 

Paul zatrzymał się. Nagle uświadomił sobie, że pod pachą nadal trzyma twardą i gładką 

background image

laskę  Blunta.  Miała  ponad  metr  długości.  Rozluźnił  uścisk,  tak  by  laska  zaczęła  osuwać  się  w 

jego dłoń. 

- Jeszcze chwilę - odezwał się tamten. - Jeden moment... To sądziło, że znajdziesz mnie tu 

samego. Nie wiedziało, że mam broń. Nie ma mowy, by się dowiedziało, że ją ukradłem. Brak 

zapisków... co robisz! 

Ostatnie  słowa  zostały  wywrzeszczane.  Nieznajomy  spostrzegł  osuwający  się  w  dłoń 

Paula koniec laski. Lufa broni nagle skoczyła do przodu. Paul rzucił się w bok i przed siebie. Na 

to, by wytrącić laska broń, tak jak to planował, nie miał już czasu. Zobaczył, jak tamten odwraca 

się, by wziąć go na muszkę. Prawie mu się udało. 

-  A  masz!  -  wrzasnął  narkoman.  Laska  w  dłoni  Paula  sama  pomknęła  w  górę  i  dół. 

Poczuł, że trafiła w coś twardego. Nieznajomy runął w bok. 

Przewrócił się jeszcze na plecy i znieruchomiał na dywanie. Pistolet wypadł mu z dłoni. 

Leżał tak i wbijał w sufit oskarżycielskie i przerażone zarazem spojrzenie. 

Trzymając  laskę w dłoni Paul postąpił krok do przodu. Spojrzał z góry na przeciwnika. 

Ten  leżał  bez  ruchu.  Jego  pokryte  siecią  krwawych  żyłek  oczy  nie  skupiały  się  już  na  Paulu, 

który  uniósł  nieco  trzymaną  w  dłoni  laskę  i  uważnie  ją  obejrzał.  Ciemne  drewno  było 

wgniecione, ale nie złamane. Ponownie spojrzał na rozciągniętego na ziemi mężczyznę i bardzo 

powoli opuścił rękę i laskę. 

Spomiędzy  rzadkich  włosów  pokrywających  ciemię  nieznajomego  zaczęła  wypływać 

krew.  Paul  poczuł  pustkę  w  duszy,  jakby  nagle  zaczerpnął  potężny  haust  nicości.  Pęknięta 

czaszka nieboszczyka wyglądała, jak rozłupana ciosem miecza. 

background image

Rozdział 8 

 

 

Ten  człowiek  nie  żyje,  pomyślał  Paul.  Znów  zaczerpnął  głęboko  tchu.  Poczucie 

wewnętrznej pustki jednak nie ustąpiło. Dlaczego nie czuję nic więcej

Niegdyś  mógłby  oczekiwać  odpowiedzi  od  tej  niepokonanej  cząstki  swej  osobowości, 

która kryła się głęboko w zakamarkach umysłu. Ale wraz z podjęciem tamtej decyzji w gabinecie 

psychiatry owa część osobowości niepostrzeżenie rozpłynęła się pośród reszty jego świadomości. 

Potrafił jednak wyobrazić sobie jej widmowy szept odpowiadający na jego pytanie. 

Śmierć, brzmiałaby odpowiedź, jest również tylko czynnikiem

W dłoni nadal trzymał laskę. Rozluźnił uścisk i na dywan upadł niewielki przedmiot. Paul 

pochylił  się  i  podniósł  go.  Była  to  kapsułka,  którą  chciał  podać  martwemu  teraz  człowiekowi. 

Została  ona  zgnieciona  i  spłaszczona  pomiędzy  dłonią  a  laską.  Wetknął  kapsułkę  do  kieszeni, 

odwrócił się i wyszedł z pomieszczenia. 

Zamknął za sobą drzwi i był już w połowie drogi do wind, z których przedtem skorzystali 

Tyne i Blunt, kiedy jego umysł znów zaczai funkcjonować normalnie. I wtedy stanął jak wryty. 

Dlaczego  mam  uciekać?  -  zapytał  sam  siebie.  Działał  przecież  w  samoobronie, 

zaatakowany ni mniej, ni więcej, tylko przez wymachującego bronią szaleńca. Pod wpływem tej 

myśli wrócił do apartamentu 2309 i sięgnął po telefon, by wezwać policję hotelową. 

Biuro  ochrony  odpowiedziało  na  wezwanie  nie  rozjaśniając  ekranu  wizyjnego.  Z  szarej 

pustki przemówił do Paula bezcielesny głos. 

- Słucham, kto mówi? 

- Apartament 2309. Nie należę do gości hotelowych. Chciałbym złożyć doniesienie o... 

- Proszę zaczekać. 

Nastąpiła  chwila  ciszy.  Ekran  dalej  pozostawał  szary.  Potem  rozjaśnił  się  nagle  i  Paul 

spojrzał na szczupłą, nie wyrażającą żadnych uczuć twarz Jamesa Butlera. 

-  Panie  Formain  -  odezwał  się Butler.  -  Dwadzieścia osiem  minut temu poinformowano 

mnie, że wszedł pan na teren hotelu wejściem od placu. 

- Przyniosłem coś dla... 

-  Tak  przypuszczaliśmy  -  przerwał  Butler.  -  Do  naszych  zwykłych  praktyk  należy 

śledzenie kamerami ludzi, którzy nie są gośćmi hotelu, o ile o ich wizycie nie zawiadomiono nas 

background image

wcześniej. Czy mieszkaniec apartamentu 2309 jest teraz z panem, panie Formain? 

- Owszem - odparł Paul. - Obawiam się jednak, iż miał tu miejsce pewien wypadek. 

- Wypadek? - Wyraz twarzy Butlera i brzmienie jego głosu pozostały bez zmian. 

- Człowiek, którego tu spotkałem groził mi bronią. - Paul zawahał się, po czym oznajmił: 

- On nie żyje. 

-  Nie  żyje?  -  spytał  Butler.  Na  chwilę  w  jego  oczach  zabłysło  zainteresowanie.  -  Panie 

Formain, musiał pan paść ofiarą pomyłki, przynajmniej jeśli idzie o tę broń. Posiadamy dokładne 

informacje o mieszkańcu apartamentu 2309. Nie miał przy sobie żadnej broni. 

- No tak. Powiedział mi, że ją ukradł. 

- Panie Formain, nie zamierzam się z panem spierać. Muszę jednak powiadomić pana, że 

zgodnie z przepisami policyjnymi rozmowa ta jest zapisywana i zapisu tego nie można wymazać. 

- Zapisywana? - zaskoczony Paul wytrzeszczył oczy na ekran. 

-  Nie  inaczej,  panie  Formain.  Widzi  pan,  tak  się  składa,  iż  wiemy,  że  mieszkaniec 

apartamentu  2309  nie  miał  żadnej  szansy  na  popełnienie  kradzieży  broni.  Znajdował  się  pod 

ścisłym nadzorem naszych pracowników. 

- To znaczy, że się wam wyniknął! 

- Obawiam się, że i to jest niemożliwe. Do apartamentu, w którym pan się teraz znajduje, 

broń mogła przeniknąć tylko w jeden sposób. Pan musiał ją przynieść ze sobą! 

-  Wolnego  -  Paul pochylił  się ku ekranowi.  -  Kirk Tyne, Inżynier Naczelny  Kompleksu 

Światowego, był tu przede mną. 

- Pan Tyne - stwierdził Butler - opuścił mieszkanie w North Tower o 14.09 i korzystając z 

windy  o  14.10  pojawił  się  na  poziomie  sześćdziesiątym,  na  turnieju  szachowym.  Kamery  na 

korytarzach przekazały, że podczas ostatnich sześciu godzin do apartamentu 2309 nie wchodził 

nikt, prócz pana. Wynika z tego... 

Butler na ułamek sekundy uciekł spojrzeniem w bok i to uświadomiło Paulowi bliskość 

pułapki,  która  już  się  zatrzaskiwała.  Detektyw  hotelowy  był  nie  byle  jakim  hipnotyzerem. 

Monotonia jego głosu i twarz nie wyrażająca żadnych uczuć sprowadzały problem zabójstwa do 

kategorii  nudnych  historyjek  o  zagubionych  kluczach  lub  odesłanych  pod  niewłaściwy  adres 

bagażach.  Byłoby  to  niezwykle  skuteczne  przeciwko  każdemu,  kto  nie  dysponował  wrodzoną 

odpornością Paula. 

Nie tracąc czasu nawet na wyłączenie telefonu, Paul pozwolił, by inicjatywę przejęły jego 

background image

odruchy.  Był  w  drzwiach  i  wypadał  na  korytarz,  zanim  Butler  zdążył  przerwać  mowę.  Na 

zewnątrz nie zastał nikogo. 

Minął  windy  i  szybko  przebiegł  korytarzem  do  wyjścia  ewakuacyjnego.  Otworzył  je  i 

znalazł się w betonowym szybie klatki schodowej. Stał na niewielkim podeście. Z jednej strony 

schody ciągnęły się w górę, po drugiej opadały w dół. Obok pierwszego stopnia wiodącego w dół 

dostrzegł wsunięte w ścianę dodatkowe drzwi przeciwpożarowe. 

Pomknął schodami w dół. Poruszał się cicho, na klatce schodowej panowała jednak taka 

cisza, jakby przed wiekami zapieczętowano ją na głucho. Paul przebiegł cztery piętra i jak dotąd 

nic nie wskazywało na jakiekolwiek zagrożenie. Ale gdy dotarł do podestu znajdującego się pięć 

pięter niżej, dalszą drogę w dół zamknęły mu wysunięte ze ściany drzwi. 

Po krótkim namyśle odwrócił się i wyszedł na korytarz osiemnastego piętra. 

- Panie Formain - odezwał się uprzejmy głos tuż przy jego uchu. - Czy nie zechciałby pan 

pójść za mną... 

Agent ochrony, sądząc po głosie jakiś młodzik, stał plecami do ściany po drugiej stronie 

drzwi i czekał, aż Paul wyjdzie. Gdy tylko się pokazał, agent powiedział swoją kwestię i zrobił 

krok do przodu, aby go pochwycić. Paul poczuł, że lewa dłoń przeciwnika wprawnie wyszukuje 

sploty nerwowe tuż nad jego łokciem, prawa zaś sięga po kciuk, by wyłamać go ku nadgarstkowi 

w dyskretnym chwycie zwanym przez policjantów „chodź bratku”. 

Szukające swych celów palce agenta chybiły, ale nie z jego winy. Były dwie przeszkody, 

których ochroniarz nie mógł oczekiwać. Po pierwsze, kciuk i palec środkowy lewej dłoni agenta 

trafiły  na  osłaniającą  nerw  potężną  muskulaturę  nad  łokciem  Paula.  Drugi  powód  był  taki,  że 

Paul  nie  obmyśliwał  swoich  działań.  Nagłe  zagrożenie  sprawiło,  iż  reakcję  pozostawił  tej 

niepokonanej  części  swego  umysłu,  która  już  wcześniej  uzurpowała  sobie  wyłączność  do  jego 

prawego  ramienia.  Dlatego  też,  gdy  agent  sięgnął  po  Paula,  by  wziąć  go  jak  chłystka,  ten 

przystąpił już do działania. 

Czując dotknięcie przeciwnika,  błyskawicznie przesunął  się odrobinę w prawo  i z całej 

siły uderzył łokciem w tył. 

Ruch  ten  wykonany  został  z  szybkością  i  precyzją,  które  poraziłyby  zawodowego 

zapaśnika. Taki cios musiał być śmiertelny. Koniec łokcia poruszając się z dołu w górę wystrzelił 

z  potworną  siłą  prosto  w  nie  chronione  miejsce,  znajdujące  się  tuż  poniżej  mostka.  Gdyby 

dosięgnął celu, rozdarłby płuca, zmiażdżył arterie i zgniótł serce. Jedynym powodem, dla którego 

background image

tak się nie stało, było to, że w ostatnim ułamku sekundy Paul pojął, jaki będzie efekt tego ciosu, i 

udało mu się zmienić nieco jego kierunek. 

Mimo wszystko, uderzenie uniosło agenta w powietrze i rzuciło nim o ścianę korytarza, 

od której odbił  się  i runął  na dywan. Pozostał  na podłodze w pozycji  embriona z  zamkniętymi 

oczami  i  drgającymi  konwulsyjnie  nogami.  Zmiana  kierunku  uderzenia  nie  uchroniła  go  od 

połamania żeber. 

Paul miał wrażenie, jakby on też oberwał. 

Poczuł się tak, jakby zadany przez niego cios trafił weń z tą samą siłą. Całym jego ciałem 

wstrząsnęła  fala  bólu.  Chwiejąc  się  na  nogach,  oszołomiony,  skulony  i  na  wpół  ślepy,  ruszył 

korytarzem walcząc z ogarniającymi go mdłościami. Uparcie szedł jednak przed siebie i w końcu 

zdołał  zapanować  nad  swoim  ciałem.  Szukał  i  znalazł  w  sobie  siły  niezbędne  do  odzyskania 

samokontroli i stało się to tak, jakby wdusił jakiś przełącznik. Szok minął momentalnie i mógł się 

wyprostować. 

Znalazł  się  teraz  na  końcu  korytarza,  przy  ocienionych  zasłonami  oknach.  Nie  opodal 

były  rury  wind  -  jedyna  droga  ucieczki.  Przypomniał  sobie,  że  w  razie  kłopotów  miał  na 

sześćdziesiątym piętrze odszukać  Kantelę  i  stanął  na dysku wiszącym w rurze prowadzącej  do 

góry. 

Dysk uniósł go szybko. Znajdujące się nad głową Paula dno następnego dysku zamykało 

go  jak  w  niewielkiej  puszce.  Przez  jakiś  czas  mógł  się  czuć  bezpiecznie.  Przez  przezroczyste 

ściany  windy  widział  kolejne  piętra.  Żaden  z  przypadkowych  przechodniów  na  mijanych 

korytarzach, nie zwrócił na niego szczególnej uwagi. 

Założył,  że  jeśli  agenci ochrony  mieliby  gdzieś czekać, to zaczailiby  się w ogrodzie  na 

dachu  hotelu,  gdzie  znajdowało  się  małe  lądowisko  dla  helikopterów.  Jednak  dach  leżał 

trzydzieści pięter wyżej niż to, na które wybierał się Paul. 

Mijając piętro pięćdziesiąte ósme, przeszedł na skraj dysku i gdy podjechał do poziomu 

sześćdziesiątego, wyszedł na zewnątrz. 

Prawie natychmiast wpadł w tłum ludzi, którzy przechadzali się tu i tam lub zbierali się w 

niewielkie, zajęte rozmowami grupy. Przecisnął się między nimi i wszedł do pierwszej z brzegu 

sali  bankietowej.  Wewnątrz  stały  stoliki,  na  których  rozgrywano  partie  szachowe.  Wokół 

niektórych  graczy  zgromadziły  się  niewielkie  grupki  kibiców.  Nigdzie  nie  dostrzegł  Kanteli. 

Wyszedł stąd i ruszył dalej. 

background image

Znalazł  dziewczynę  dopiero  w  trzeciej  sali.  Stała  pośród  paru  innych  osób,  które 

obserwowały rozgrywaną partię. Za Kantelą znajdowały się oszklone drzwi, prowadzące na taras 

lub  balkon.  Przed  nią,  w  fotelu,  siedział  Blunt.  Paul  poczuł  nagły  przypływ  ekscytacji.  Zajęty 

obserwacją  sytuacji  na  szachownicy  Wielki  Mistrz  pochylał  się  właśnie  do  przodu,  a  Kantelą 

położyła dłoń na jego szerokim ramieniu. 

Paul  znalazł  się  oto  w  obliczu  szansy  wcześniejszego,  niż  się  spodziewał,  spotkania  z 

Bluntem. Ruszył w stronę stolika, na który patrzyli Blunt i Kantelą, i wtem przystanął. 

Stwierdził, że nie ma przy sobie laski Blunta. 

Stał  nieruchomo  przez  kilka  sekund.  Świadomość  tego  faktu  wyparła  z  umysłu  Paula 

szmer rozmów i obecność innych. Dłoń miał pustą. Nie pamiętał jednak, by odkładał łaskę lub ją 

rzucał na ziemię. Odgadł, iż musiał ją upuścić w chwili częściowej utraty panowania nad sobą, 

która  była  reakcją  jego  psychiki  na  powalenie  agenta  ochrony.  Jeśli  rzeczywiście  tak  się  stało, 

Blunt  będzie  musiał  złożyć  wyjaśnienia  na  policji,  choć  możliwe,  że  do  tego  nie  dojdzie.  Być 

może, że tak jak i w przypadku wizyty Tyne'a w pokoju 2309, ochrona hotelu zatuszuje sprawę. 

Tak czy owak, Paul postanowił porozmawiać z przywódcą Gildii Orędowników właśnie 

teraz. 

Niestety,  już  się  spóźnił.  Dostrzegł,  iż  patrzy  nań  Kantelą.  Z  twarzą  nienaturalnie 

obojętną,  nieznacznym  skinieniem  głowy  wskazała  mu  oszklone  drzwi  za  sobą.  Przez  ułamek 

sekundy Paul wahał się, czy usłuchać, potem jednak postąpił zgodnie z niemym poleceniem. 

Minął stolik i wyszedł na zewnątrz. Tak jak się spodziewał, trafił na długi i wąski taras, 

otoczony  wysokim  do  pasa  parapetem  z  rzeźbionego  marmuru.  W  dali  widać  było  dachy 

niższych,  otaczających  hotel  budynków  oraz  odległe  poziomy  Kompleksu  Chicago.  Było 

bezchmurne  popołudnie  i  na  białych  powierzchniach  rozstawionych  na  balkonie  okrągłych 

stolików  oraz  ażurowych  krzeseł,  igrały  wesoło  promienie  słońca.  Paul  podszedł  do  parapetu  i 

spojrzał w dół. 

Zobaczył  ścianę  Północnej  Wieży  hotelu  Koh-I-Nor  opadającą  pionowo  ku  leżącemu 

sześćdziesiąt pięter niżej poziomowi komunikacyjnemu. Szachownica ciemnych okien i jasnych 

płyt okładziny zewnętrznej zwężała się w dół zgodnie z prawami perspektywy. Wprost pod sobą 

Paul  ujrzał  plac  przed  głównym  wejściem,  który  z  tej  wysokości  wydawał  się  nie  większy  od 

znaczka  pocztowego.  Po  drugiej  stronie  placu,  w  odległości  dwustu  metrów  znajdował  się 

znacznie  niższy  od  hotelu  biurowiec.  Na  dachu  tego  budynku  stał  helikopter.  W  lustrzanych 

background image

ścianach biurowca przeglądało się intensywnie błękitne niebo. 

Paul  odwrócił  się  od  parapetu.  Na  blacie  najbliższego,  białego  stolika  ujrzał  jaskrawo 

ilustrowany  magazyn  typu  „przeczytaj  i  wyrzuć”  zostawiony  tu  przez  jakiegoś  gościa.  Lekki 

wietrzyk bawił się kartkami pisma. Paul rzucił okiem na barwne tytuły artykułów. Jeden z nich 

przykuł uwagę zbiega. 

 

CZY GANDHI MIAŁ RACJĘ? 

 

Niżej zaś, mniejszymi literami: „Psychozy przeludnionych miast” 

Paul  zauważył  z  zainteresowaniem,  że  autorką  artykułu  była  dr  Elizabeth  Williams,  z 

którą zetknął się przed tygodniem. 

Sięgnął po magazyn, by przejrzeć ten artykuł. 

- Formain! - usłyszał. Podniósł wzrok znad magazynu i odwrócił się. 

W odległości pięciu kroków, oparty jedną dłonią o uchylone skrzydło oszklonych drzwi, 

stał  Butler.  Drugą  dłoń  niewysoki  agent  wetknął  w  kieszeń  swej  workowatej  marynarki.  Na 

twarzy miał wyraz zawodowej uprzejmości. 

- Formain, lepiej będzie, jeśli pójdziesz ze mną bez żadnych awantur - stwierdził. 

Paul  upuścił  magazyn.  Palce  jego  jedynej  dłoni  odruchowo  zwinęły  się  w  pięść.  Niby 

przypadkiem, zrobił krok w stronę Butlera. 

-  Zatrzymaj  się!  -  ostrzegł  go  Butler.  Wyjął  dłoń  z  kieszeni  ukazując  trzymany  w  niej 

rewolwer. Paul przystanął. 

- Bez wygłupów - odezwał się Paul. 

Na  twarzy  detektywa  błysnęło  coś,  co  przy  odrobinie  dobrej  woli  można  było  wziąć  za 

uśmiech. 

- Myślę, że to moja kwestia - rzekł Butler. - Bez wygłupów, Formain. Podejdź spokojnie. 

Paul zmierzył wzrokiem dzielącą ich odległość. Pierwszym jego odruchem, tak jak wtedy, 

gdy spotkał tamtego ochroniarza na korytarzu, było natychmiastowe działanie. Powstrzymał się 

jednak. Teraz jedna część jego osobowości krytycznie obserwowała poczynania drugiej. Spojrzał 

na  Butlera  i  spróbował  zawęzić  swe  psychiczne  pole  widzenia.  Usiłował  ujrzeć  tamtego  jako 

jednostkę ograniczoną siłami, które wiążą ją z jej środowiskiem, czyniąc ją tak niebezpieczną. 

Każdego można zrozumieć, powiedział sobie Paul. Każdego, bez wyjątku. 

background image

Paul  wytężył  wzrok  i  w  ciągu  ułamka  sekundy  na  siatkówce  jego  oczu  pojawił  się 

rozmyty, jakby oglądany przez dno butelki wizerunek Butlera. Obraz szybko nabrał ostrości. 

-  Nie  zamierzam  się  wygłupiać  -  stwierdził  Paul.  Usiadł  przy  stoliku,  obok  którego  się 

zatrzymał. - Nigdzie też z panem nie pójdę. 

- Pójdziesz - odparł Butler. Nadal trzymał wymierzoną w Paula broń. 

-  Nie  -  zaprzeczył  Paul.  -  Jeśli  mnie  pan  ruszy,  zeznam  na  policji,  że  dostarczał  pan 

narkotyków człowiekowi z apartamentu 2309. Powiem im, że sam pan używał narkotyków. 

Butler westchnął ze znużeniem. 

- Formain, daj temu spokój i chodźmy. 

-  Nigdzie  nie  idę  -  ponownie  sprzeciwił  się  Paul.  -  Aby  mnie  stąd  ruszyć,  będzie  pan 

musiał użyć broni. Jeśli mnie pan zabije, spowoduje to śledztwo, którego wolałby pan uniknąć. 

Jeżeli zaś nie uda się panu zabić mnie na miejscu, spełnię swoją groźbę. 

Na  balkonie  zapadła  cisza.  Słychać  było  tylko  szelest  kartek  magazynu  przewracanych 

tchnieniami wiatru. 

- Nie jestem narkomanem - odezwał się Butler. 

-  Teraz  nie  -  stwierdził  Paul.  -  Był  pan  nim  jednak,  dopóki  pewien  rodzaj  fanatyzmu  i 

szczególnego zaślepienia nie dały panu siły, potrzebnej do wyzwolenia się z nałogu. Obawia się 

pan nie tyle samego ujawnienia tej tajemnicy, co raczej ryzyka, że śledztwo w tej sprawie odetnie 

pana od źródła pańskiej siły. Jeśli zeznam to na policji, będą musieli rzecz sprawdzić. Tak więc 

pozwoli mi pan spokojnie odejść. 

Butler zmierzył Paula wzrokiem. Z jego twarzy nadal nie można było niczego wyczytać, 

jednak  trzymana  przez  niego  broń  drgnęła  raptownie,  gdy  ręką  detektywa  wstrząsnął  nagły 

dreszcz. Szybko schował rewolwer do kieszeni marynarki. 

- Kto ci powiedział? - zapytał. 

-  Pan sam  -  odparł Paul.  -  Jeśli wziąć pod uwagę to, jakim  jest pan człowiekiem, reszty 

łatwo się domyślić. 

Butler patrzył nań jeszcze przez chwilę, potem odwrócił się w stronę oszklonych drzwi. 

-  Któregoś  dna  zmuszę  cię,  abyś  zdradził  mi,  kto  ci  powiedział  -  rzucił  na  odchodne  i 

wrócił do sali, w której toczyli boje szachiści. 

Zaledwie za detektywem zamknęły się jedne drzwi, natychmiast otworzyły się sąsiednie i 

weszła  przez  nie  Kantela,  starannie  je  za  sobą  domykając.  Jej  twarz  o  delikatnych  rysach  była 

background image

blada. Zaciskając wargi podeszła szybko do Paula. Miała na sobie doskonale dobrany, błękitny 

żakiet  o  prostym  kroju,  a  przez  jedno  ramię  przerzuciła  skórzaną  szelkę  ciężkiej,  podręcznej 

torby. 

- Jak pan zdołał... nie, proszę nic nie mówić - powiedziała podchodząc do Paula. - Nie ma 

czasu. W salach bankietowych myszkuje kilkunastu agentów. Proszę... 

Położyła torbę na jednym ze stolików i przycisnęła ją w kilku miejscach. Torba rozkwitła, 

jak otwierające się w zwolnionym tempie magiczne pudełko, z którego wyskakuje diabełek. Po 

chwili zamiast torby na stoliku leżał jednoosobowy spadokopter, używany przez załogi samolo-

tów  i  strażaków  w  sytuacjach  awaryjnych.  Dziewczyna  rozpięła  pasy,  które  miały  umocować 

aparat na plecach, po czym pomogła Paulowi włożyć go na siebie. 

-  Będzie  pan  bezpieczny,  o  ile  nie  spostrzegą  pana  policjanci  z  kontroli  ruchu  - 

powiedziała Kantela, zaciskając pasy. - Proszę lecieć na dach przeciwległego budynku. 

Nagły  łoskot  i  szczęk  sprawiły,  że  oboje  odwrócili  się  gwałtownie.  Silnie  pchnięte 

skrzydło  szklanych  drzwi  uderzyło  o  stolik,  rozbijając  się  w  drobny  mak.  Na  taras  wkroczyli 

dwaj agenci, którzy natychmiast sięgnęli po broń. 

Paul  bez  namysłu  chwycił  stojący  obok  stolik  i  cisnął  nim  w  pędzących  na  niego 

mężczyzn z taką łatwością, jakby była to tekturowa atrapa. 

Uchylili  się,  jednak  nie  dość  szybko.  Trafieni,  runęli  jak  kręgle.  Paul  porwał  Kantelę, 

jednym susem wskoczył na parapet i dal nura w sześćdziesięciopiętrową przepaść. 

background image

Rozdział 9 

 

 

Dopóki  Paul,  nie  mogąc  swobodnie  poruszać  ręką,  którą  przytrzymywał  Kantelę, 

gorączkowo szukał palcami tabliczki kontrolnej spadokoptera, lecieli w dół jak kamień. W końcu 

natrafił  na  nią,  nacisnął  przycisk  i  nagle  potężny  hamulec  przeciwstawił  się  sile  grawitacji. 

Wirujące nad nimi płaty powstrzymały dalszy upadek. 

-  Przykro  mi  -  odezwał  się  Paul  do  Kanteli  -  ale  oni  widzieli  nas  razem.  Nie  mogłem 

zostawić pani na ich pastwę. 

Nie odpowiedziała. Przechyliła głowę na ramię i zamknęła oczy. Na jej twarzy malowała 

się rezygnacja właściwa komuś, kto musi ustąpić przed przemocą. 

Paul skupił uwagę na doprowadzeniu koptera do przeciwległego budynku. Udało mu się, 

choć  niezupełnie  tak,  jak  to  planował.  Aparat,  dysponujący  silnikiem  wystarczającym  do 

uniesienia  osobnika  ważącego  maksymalnie  sto  dwadzieścia  kilogramów,  obciążony  teraz 

łącznym ciężarem mężczyzny i kobiety, przekraczających przeciętną wagę swej płci, przegrywał 

walkę z wysokością. Spływali w dół po łagodnie pochylonej krzywej, przypominającej lot uno-

szonego wiatrem skrzydlatego nasienia klonu. 

-  Mówiła  pani  coś  o  dachu?  -  spytał  Paul.  Oczy  dziewczyny  pozostały  zamknięte. 

Potrząsnął nią lekko. - Kantelo! 

Powoli uchyliła powieki. 

- Tak? - odezwała się wreszcie. - Co to za hałas? Dookoła nich słychać było przeciągłe, 

świszczące dźwięki. 

Spoglądając przez ramię, Paul zobaczył, że agenci, których zwalił z nóg, opierali się teraz 

o parapet, wyciągając przed siebie ramiona. Obaj strzelali do Paula i Kanteli. 

Maleńkie  strzałki  usypiające,  którymi  załadowane  były  pistolety  agentów,  nie  mogły 

trafiać  celnie  z  tej  odległości,  która  zresztą  stale  się  powiększała.  Większym  zagrożeniem  dla 

uciekinierów  była  policja  powietrzna.  Paul  zabębnił  palcami  po  guzikach  sterowniczych  i 

zakręcili o sto osiemdziesiąt stopni. 

Na  północ  od  nich  i  może  sto  pięćdziesiąt  metrów  wyżej,  widać  było  dwie  szybko 

zbliżające  się  plamki.  Kantela  zobaczyła  je  równie  wyraźnie,  jak  Paul,  skwitowała  to  jednak 

milczeniem. 

background image

-  A co po wylądowaniu  na dachu?  -  spytał Paul.  Spojrzał przy tym  z góry  na  jej twarz. 

Znowu zamknęła oczy. 

-  Piętro  niżej  czeka  na  nas  Jase.  -  Powiedziała  to  prawie  sennym  głosem  i  ponownie 

oparła głowę o ramię Paula, 

-  Piętro  niżej?  -  Paul  był  zdumiony  jej  zagadkowym  zachowaniem.  Wydało  się,  że 

wszystko  pozostawiła  jego  inicjatywie.  -  Nie  dostaniemy  się  na  dach,  brak  nam  wysokości  - 

oznajmił. - Spróbuję dotrzeć do okna. 

- Jeśli Jase je otworzy... - powiedziała tym samym sennym głosem, nie uchylając powiek. 

Paul pojął, co miała na myśli. Opadali zbyt szybko, nawet jak na lot ślizgowy. Jeśli Jason 

Warren  nie spostrzeże, że lecą w stronę okna  i  nie otworzy go w porę, to uderzą o niełamliwe 

szyby,  i  z  pogiętymi  płatami  nośnymi  runą  w  dół  na  rozciągające  się  trzydzieści  pięter  niżej 

poziomy komunikacyjne. Z czegoś takiego nie można było ujść z życiem. 

- Otworzy je - stwierdził Paul. Dziewczyna nie odezwała się. 

Pojazdy  policyjne  zbliżały  się  do  nich  rosnąc  w  oczach.  Ale  i  budynek,  ku  któremu 

zmierzali,  był  tuż,  tuż.  Spoglądając  w  dół,  Paul  zauważył,  że  jedno  z  większych  okien 

najwyższego piętra otwiera się i przymyka. 

Skierował kopter w tę stronę. 

Przez chwilę wydawało  mu  się,  iż opadają zbyt  szybko, by  zdołali prześlizgnąć się  nad 

parapetem. Nagle okno skoczyło im na spotkanie. Paul gorączkowo wduszał przyciski kontrolne, 

usiłując wydobyć z silnika całą moc, gotów nawet zatrzeć niewielki motorek teraz, gdy spełnił on 

już swe zadanie. 

Uratował  ich  ostatni  wysiłek  rozlatującego  się  aparatu.  Kopter  przeleciał  przez  okno  i 

zatrzymał się w zamęcie huraganu wywołanego przez siebie w zamkniętej przestrzeni. Wirujące 

płaty  aparatu  znieruchomiały  z  rozdzierającym  uszy  zgrzytem.  Paul  i  Kantela  opadli  o  kilka 

centymetrów i stanęli na podłodze pomieszczenia. 

Tornado  fruwających  wszędzie  dokumentów  i  lżejszych  przedmiotów  nagle  ucichło  i  z 

odległego rogu pokoju ruszył ku nim Nekromanta. Kantela otworzyła oczy, rozejrzała się wokół i 

zesztywniawszy nieoczekiwanie, gwałtownym ruchem odepchnęła Paula od siebie. Odwróciła się 

i  zrobiła  parę  chwiejnych  kroków,  dopóki  nie  zatrzymało  jej  biurko.  Paul  patrzył  na  nią  zma-

rszczywszy brwi. 

-  Zdejmuj  pan  ten  kopter  -  poradził  Warren.  Paul  odpiął  taśmy  nośne.  Resztki 

background image

zniszczonego aparatu spadły z łoskotem na podłogę. 

-  I  co  dalej,  Jase?  -  spytał  Paul.  W  chwili  gdy  to  powiedział,  poczuł,  jak  dziwnie 

zabrzmiało  to  imię  w  jego  ustach.  Zdał  sobie  sprawę  z  tego,  iż  do  tej  pory,  myśląc  o 

Nekromancie  używał  zawsze  jego  nazwiska.  To,  że  nazwał  go  teraz  imieniem,  którym 

posługiwały się osoby znające Warrena bliżej, było przełamaniem pewnej bariery. Spostrzegł, iż 

tamten rzucił mu krótkie, zagadkowe spojrzenie. 

-  Już  nas  zlokalizowali  -  rzekł  Jase.  -  Prawdopodobnie  jesteśmy  okrążeni.  Będziemy 

musieli wydostać pana stąd inną drogą. 

-  Dlaczego  w  ogóle  zadajecie  sobie  tyle  trudu?  -  spytał  Paul.  Jase  znów  rzucił  mu  to 

dziwne spojrzenie. 

- Przecież to jasne, że dbamy o swoich - odparł. 

- A należę do nich? - spytał Paul. 

Nekromanta znieruchomiał i spojrzał na niego po raz trzeci. 

-  Co,  nie  chce  pan?  -  spytał  w  końcu.  Wskazał  dłonią  drzwi  pokoju  i  dodał  z  kpiną  w 

głosie: - Jeśli ma pan ochotę wyjść, nie będę pana zatrzymywał. 

- Nie - odpowiedział Paul i ku swemu zdziwieniu stwierdził, iż uśmiecha się z odrobiną 

melancholii. - W porządku, jestem jednym w was. 

-  To  dobrze  -  Jase  szybko  odwrócił  się  w  stronę  biurka  i  jednym  ruchem  dłoni  zmiótł 

wszystkie  leżące  na  nim  przedmioty.  -  Zamknij  okno!  -  rozkazał  Kanteli,  która  natychmiast 

ruszyła, by wykonać polecenie. Jase wyjął spod stołu niewielką walizeczkę i otworzył ją. 

Z  dyplomatki  wyciągnął  obszerną,  czarną  opończę  z  kapturem,  która  skryła  go  prawie 

całkowicie. W rzucanym przez kaptur cieniu twarz Nekromanty straciła swą tożsamość. Kantela 

wróciła do biurka. Jase wyjął  z walizeczki trzy stożki kadzidła  i zapalił  je. Natychmiast zaczął 

unosić się gęsty, ciężki dym, który szybko wypełnił całe pomieszczenie. Paul wyczuł słodkawy, 

oszałamiający  zapach.  W  dymie  musiał  być  jakiś  narkotyk.  Już  po  kilku  pierwszych  haustach 

zaszemrało Paulowi w głowie. 

Wszyscy  skupili  się wokół biurka. Pokój  był  już  pełen dymu. Przytępione zmysły Paula 

utrudniały mu skupienie uwagi na czymkolwiek. I nagle usłyszał głos Nekromanty, głębszy niż 

zwykle, miarowy, śpiewny... 

Oto noc, gniewna noc, noc nadejdzie snadnie

Z drugiej strony stołu odpowiedział dźwięczny głos Kanteli. Słowa, które w ustach Jasona 

background image

były zwykłą recytacją, wypowiadane przez dziewczynę stały się muzyką. 

Ogień, zamieć, blaski świec, wszystko niech przepadnie!  

Nekromanta wyjął jeszcze jedną rzecz i położył ją na biurku. Na widok tego przedmiotu 

w  umyśle  Paula  rozdzwoniły  się  sygnały  alarmowe.  Kiepskim  byłby  inżynierem  górnikiem, 

gdyby nie poznał tego, co Jason wyjął z walizeczki. Był to przesycony plastycznym materiałem 

wybuchowym sześcian bawełny, o boku długości pięciu centymetrów, wystarczający, by roznieść 

na  strzępy  całe  biuro  i  wszystkich  znajdujących  się  wewnątrz.  Do  kostki  przymocowano  lont, 

którego  czas  spalania  nie  przekraczał  dziewięćdziesięciu  sekund.  Paul  patrzył  poprzez  kłęby 

dymu, jak Nekromanta ujmuje lont w palce i zapala go. 

Dokonując tego Jason śpiewał: 

Choćbyś z daleka gościu szedł... 

W tym momencie przyłączyła się doń Kantela: 

Noc nadejdzie snadnie... 

W Czarnym Kurhanie spoczniesz wnet - znów samotnie zaciągnął Jason. 

I wszystko niech przepadnie! - raz jeszcze włączyła się Kantela. 

Paul  nie  powinien  rozpoznać  tego,  co  śpiewali,  stało  się  jednak  inaczej.  W  tej  chwili, 

wśród  dymu  i  mgły  nie  potrafiłby  odpowiedzieć,  skąd  wiedział  co  to  za  śpiew.  Była  to 

zmodyfikowana  wersja  jednej  z  pieśni  żałobnych  śpiewanych  w  północnej  Anglii,  podczas 

czuwania  przy  zwłokach  ułożonych  pod  stołem  z  czarką  soli  na  piersiach.  Ta  pieśń  rytualna 

zrodziła  się  grubo  przed  chrześcijaństwem,  wśród  pogańskich  Celtów.  Ci  niewysocy, 

ciemnoskórzy  mężczyźni  zbierali  się  w  lesie,  w  noc  po  zgonie,  by  pośpiewać  martwym 

krewniakom wyruszającym w mroczną drogę. Wersja, którą teraz Paul słyszał nie miała w sobie 

nic  z  powagi  melodii  siedemnastowiecznej,  brzmiała  jak  ochrypłe,  atonalne  za-śpiewy 

barbarzyńców,  lodowate  niczym  menhiry  w  zimie  i  bezlitosne  jak  hulający  wśród  nich  wiatr. 

Rozwijała  się  dalej.  Jason  przemawiał,  a  Kantela  dołączała  doń  tworząc  duet.  Brzmiało  to  jak 

pieśń zmartwychwstałego wilkołaka. 

 

- Jeśliś ogień znał i dach 

- Noc nadejdzie snadnie... 

- Teraz grobu poznasz piach 

- I wszystko niech przepadnie! 

background image

- Gdy stojące głazy miniesz 

- Noc nadejdzie snadnie... 

- W głuchej pustce się rozpłyniesz 

- I wszystko niech przepadnie! 

- Rybom, ptactwu będziesz żerem 

- Noc nadejdzie snadnie... 

 

Jakby z ogromnej dali, poprzez wijące się dymy i poprzez słowa pieśni, zza zamkniętego 

okna dotarł do Paula potężny, metaliczny jazgot: 

-  Formain!  Paul  Formain!  Mówi  policja.  Jesteś  otoczony.  Jeśli  w  ciągu  dwu  minut  nie 

wyjdziesz razem z tymi, którzy  są tam z tobą, wyłamiemy drzwi  -  nastąpiła  chwila  ciszy  i ryk 

megafonów raz  jeszcze wstrząsnął  szybami okien.  - Formain! Paul  Formain! Tu policja. Jesteś 

otoczony... 

W  biurze  dym  był  tak  gęsty,  że  Paul  nie  widział  już  ładunku  wybuchowej  bawełny  i 

szybko spalającego się lontu. Wydawało mu się też, iż Jason i Kantela śpiewają coraz głośniej: 

 

- Z głuchej pustki nie ucieczesz 

Noc nadejdzie snadnie... 

- Znajdziesz tam swój kres, człowiecze 

I wszystko niech przepadnie! 

 

Coś się działo. Lont już się dopalał. Pomiędzy całą trójką, skupioną wokół stołu, narastało 

dziwne napięcie. Paul poczuł raptowną i nieodpartą potrzebę przyłączenia się do śpiewu Kanteli. 

Usłyszał  syk  lontu.  Jedna  część  jego  osobowości  krzyczała  w  nim,  że  za  ułamek  sekundy 

zostanie rozerwany na strzępy. Ale ta druga zachowywała się tak, jakby jej to nie dotyczyło i z 

zainteresowaniem  śledziła  bieg  wydarzeń,  przypominając  sobie  słowa  pieśni,  które  za  moment 

uleciały z ust Paula: 

 

- Jeżeliś wziął choć jedną rzecz 

Noc nadejdzie snadnie... 

- Z progu Wieczności pójdziesz precz 

background image

I wszystko niech przepadnie! 

 

Głosy Jasona i Kanteli krążyły wokół Paula jak zwoje liny, wiążącej ich coraz ciaśniej ze 

sobą. Lont musiał się już dopalić. 

 

- Lecz jeśliś puste dłonie miał 

Noc nadejdzie snadnie... 

- Po kres Wieczności będziesz trwał 

A wszystko niech przepadnie! 

 

Nagle Kantela i Jason gdzieś zniknęli i prawie w tym samym mgnieniu oka świat wokół 

Paula  rozjaśnił  potężny  błysk.  Paul  poczuł,  że  powietrze  stężało  i  uderzyło  weń,  jak  dwie 

ogromne dłonie tłukące muchę. Przez ułamek sekundy, podczas którego mógł jeszcze cokolwiek 

odczuwać, widział rozlatujące się wokół siebie biuro, a potem poleciał w pustkę. 

background image

Księga druga 

USIDLONY 

 

 

 

 

Poprzez kamienne schody, hali i długi ciemny loch 

Gdzie cienie jęczą w labiryntach mroku 

Tkajcie sieci zwątpienia, o głupcy! i zabijcie 

Tę cząstkę siebie, w którą nie wątpicie. 

Zaklęta Wieża 

background image

Rozdział 10 

 

 

Jest rzeczą ogólnie znaną, że w pewnych dramatycznych sytuacjach, w ostatnim ułamku 

sekundy poprzedzającym nagłą śmierć, może nastąpić gwałtowny wybuch myśli i wspomnień. 

W dziewięćdziesiąt trzy  lata po chwili, w której Paul został pochwycony przez wybuch 

plastycznego  żelu,  fenomen  nie-czasu  -  to  jest  stanu  istnienia,  w  którym  brak  czasu,  został 

ostatecznie i całkowicie wyjaśniony. Zjawisko to, oczywiście, wykorzystywano wcześniej, przed 

powstaniem  Gildii  Orędowników.  Były  to  jednak  wypadki  rzadkie,  zdarzające  się  na  zasadzie 

prób  i  błędów.  Jednak  wraz  z  rozwojem  komunikacji  międzynarodowej,  opartej  na  zjawisku 

przesunięcia fazowego, co umożliwiło ludzkości ekspansję kosmiczną, pojawiła się konieczność 

zrozumienia  bardziej  podstawowego  efektu  nie-czasu,  bez  którego  niemożliwe  byłoby 

przesunięcie  faz.  Mówiąc  zwięźle  i  w  sposób  uproszczony:  istnieje  wzajemne  powiązanie 

pomiędzy  czasem  i  pozycją  w  przestrzeni.  Jeśli  czas  zaniknie,  lub  raczej  przestanie  płynąć, 

wybór pozycji staje się praktycznie nieograniczony. 

Istnieją, oczywiście, praktyczne trudności w stosowaniu tej zasady, które powstają wtedy, 

gdy  pojawia  się  problem  obliczenia  pozycji  pożądanej

*

.  Być  może  zjawisko  nie-czasu  odegra 

jeszcze dużą rolę w przyszłości, kiedy nabiorą znaczenia filozoficzne aspekty tego zagadnienia. 

Wracając zaś do konkretnego momentu wybuchu plastyku, przyjmijmy dla celów praktycznych, 

że nie-czas może być po prostu uważany za dowolną ilość nieograniczonego czasu. 

Nikt, dosłownie nikt, nie może ustrzec się przed popełnianiem błędów. Paul popełnił błąd 

zwlekając z udaniem się za Jasonem i Kantelą i w rezultacie został ogarnięty przez pierwszą falę 

eksplozji. W tej sytuacji pozostała mu tylko jedna droga ucieczki. Unikając unicestwienia, instyn-

ktownie przeszedł w stan nie-czasu, tak jak czynili to wcześniej inni ludzie. Prawie każdy słyszał 

o potwierdzonym dowodami przypadku człowieka, który  obchodząc konie przy swojej  bryczce 

wkroczył w niebyt. Znane są też inne zdarzenia tego rodzaju. 

Paul  zachował  w  nie-czasie  przytomność  umysłu,  dzięki  temu,  że  od  czasu  wypadku  z 

łodzią  pewna  część  jego  umysłu  zawsze  czuwała.  Nawet  podczas  snu  oddawał  się 

asymbolicznym  rozmyślaniom  na  poziomie  podświadomości.  Jego  marzenia  senne  pełniły 

funkcję  bardzo  drobno  mielącego  młynu,  w  którym  rozdrabniano  dane,  wydobyte  za  dnia,  z 

materii  codzienności  za  pośrednictwem  zmysłów.  Dane  owe  były  wstępnie  kruszone  przez 

background image

inteligencję, podczas snu zaś mielono je na pył i przesiewano na tajemniczych sitach procesów 

myślowych, które oddzielały czyste elementy pojmowania o dużej wartości poznawczej. 

Nic innego nie miało wpływu na świadomość Paula. Kiedyś sądził on, że właśnie to jest 

przyczyną jego niepodatności na hipnozę. Wyjaśnienie to jednak nie zadowoliło go całkowicie, 

ponieważ  sprzeciwiało  się  tej  formie  jego  percepcji,  która  przejawiała  największą  wrażliwość, 

czyli  intuicji.  Paul  wyraźnie  czuł,  że  nie  jest  to  pełna  odpowiedź.  Jeśli  racjonalny  proces 

poznawczy,  dzięki  któremu  usiłował  pojmować  i  kontrolować  swe  otoczenie,  był  podobny  do 

działania  mechanicznego,  to  intuicję  należałoby  porównać  do  trawienia  chemicznego.  Było  to 

narzędzie  tak  potężne  i  tak  skuteczne  w  praktyce,  że  wykorzystywanie  go  stłumiło  w  Paulu 

zwykłe sposoby rozumowania. Z dużym trudem  przychodziło  mu dodanie dwu do dwu tak, by 

otrzymać  cztery.  Niezwykle  łatwo  natomiast  potrafił  rozpatrywać  dwójkę  jako  symbol  sam  w 

sobie,  element  izolowany  i  dojść  do  pojęcia  czwórki  na  drodze  implikacji,  czyli  możliwości 

wynikającej z samego istnienia dwójki. 

Na  wszystkie  byty  Paul  spoglądał  zawsze  jakby  przez  szkło  powiększające,  które 

ukazywało  jedynie  ich  pojedyncze  składniki.  Wszystko  rozpatrywał  jako  odrębne  jednostki  i 

charakteryzujące  je  możliwości.  Na  przykład,  całość  czasu,  a  w  tym  i  historia,  była  ukryta  w 

pojedynczych chwilach, które mógł dowolnie wybrać i badać. Każda chwila była bytem osobnym 

i niezmiennie oddzielonym od wszystkich innych, ale z każdego takiego izolowanego momentu 

można było metodą implikacji wyprowadzić całą historię i czas. 

Z  powyższego  wynikało  to,  iż  niemożliwe  było  oszukanie  lub  okłamanie  Paula.  Każdy 

fałsz,  który  usiłowano  mu  wmówić,  natychmiast  załamywał  się  zgnieciony  własnymi 

konsekwencjami  logicznymi  tak,  jak  słaba  budowla  zapadająca  się  pod  własnym  ciężarem. 

Wynikało z tego również, a  nie zawsze  było to pożyteczne, że rzeczą prawie  niemożliwą  było 

zaskoczenie  Paula  czymkolwiek.  Każdy  rozwój  wypadków,  ukryty  jako  implikacja  logiczna  w 

chwili  poprzedzającej  jego  zaistnienie,  wynikał  z  tej  chwili  w  sposób  dla  Paula  absolutnie 

naturalny.  W  rezultacie  nie  podawał  on  w  wątpliwość  bardzo  wielu  rzeczy,  które  normalnemu 

człowiekowi mogłyby wydać się absurdalne i nie do przyjęcia. 

Zgodnie  z  tym,  Paul  nie  podawał  w  wątpliwość  wiedzy,  której  posiadanie  przypisywali 

sobie  członkowie  Gildii  Orędowników.  Wydawało  mu  się,  a  przynajmniej  tak  mniemała  część 

jego  jaźni,  że  podjęta  przez  Jasona  i  Kantelę  próba  ucieczki  z  pomocą  narkotycznych  dymów, 

archaicznych pieśni żałobnych i kostki wybuchowego plastyku z krótkim lontem, nie kłóci się ze 

background image

zdrowym rozsądkiem. Mimo to pozwolił, by obserwacja tego, co się dzieje tak go zajęła, iż został 

w tyle i zaskoczyła go pierwsza mikrosekunda wybuchu. 

Zniosło go na samą krawędź świadomości, ale nie dalej. Zdawał sobie sprawę z tego, że 

porusza się  bardzo szybko, niesiony przez eksplozję w  nieprawdopodobnie  mały wylot czegoś, 

co  wyglądało  na  gigantyczny  komin.  Walcząc  o  przetrwanie,  przeleciał  przezeń  całkowicie 

świadom  tego,  co  się  z  nim  dzieje.  Znalazł  się  w  głębinach  nieskończonych  mroków,  jednak 

gdzieś nad nim było światło i życie. 

Nie poddając się i walcząc, popłynął w górę. 

Jego umysł zareagował na odzyskanie świadomości szybciej niż jego ciało. Wychynął na 

powierzchnię rzeczywistości w jakimś niewielkim pokoiku o gołych ścianach i czymś w rodzaju 

podwyższenia lub sceny na środku. Czterech mężczyzn szarpało się z nim, usiłując sprowadzić 

go z tego podium. 

Pojął,  co  się  dzieje  i  przestał  się  miotać.  W  sekundę  później,  trzymający  go  ludzie 

rozluźnili chwyty. Rozstąpili się przed nim i Paul ujrzał swój wizerunek w zwierciadle, wiszącym 

na  drzwiach.  Jego  odzież  była  w  strzępach,  poszarpana  eksplozją,  krwawił  też  lekko  z  nosa. 

Wyjął  z  kieszeni  chusteczkę  i  wytarł  krew  z  górnej  wargi.  Z  drugiego  krańca  pomieszczenia 

obserwowali go Jason i Kantela. 

- Nic nie rozumiem - odezwał się jeden z mężczyzn, którzy przed chwilą trzymali Paula. 

Był to niewysoki,  żwawy człowieczek z  czupryną brązowych włosów kłębiących się  nad ostro 

rzeźbioną twarzą. Spojrzał na Paula niemal wyzywająco.  - Jakżeś się tu dostał? Jeśli zabrał cię 

Jase, dlaczego nie przybyłeś razem z nim? Paul zmarszczył brwi. 

- Wydaje się, że byłem nieco za wolny - odparł. 

- Nieważne - odezwał się Jase. - Paul, jeśli dobrze się czujesz, to chodź z nami. 

Wyszedł z pomieszczenia. Za nim ruszyła Kantela, rzuciwszy przedtem Paulowi krótkie, 

niespokojne spojrzenie. Paul poszedł za nimi. 

Na zewnątrz znajdował się korytarz pozbawiony okien i prowadzący pod kątem w górę. 

Po jakimś czasie  minęli zakręt  i wyszli  na otwartą przestrzeń. Było to rozległe pole, upstrzone 

plamkami wznoszących się tu i ówdzie białych betonowych placyków, na których tkwiły statki 

kosmiczne  oplecione  kratownicami  wind  i  urządzeń  pomocniczych.  Nieco  dalej  wznosiły  się 

ośnieżone szczyty gór, których Paul nie umiał rozpoznać. 

Nie  było  to  lądowisko  powszechnego  użytku.  Jednolitość  konstrukcji  i  kolor 

background image

kombinezonów personelu świadczyły, że jest to instytucja rządowa. 

- Gdzie jesteśmy? - spytał Paul. 

Jason  i  Kantela  bez  słowa  skierowali  się  ku  płycie,  na  której  przycupnął  pękaty  statek 

dalekiego  zasięgu.  Wyglądał  jak  wielokrotnie  powiększony  starożytny  pocisk  artyleryjski, 

otoczony  kołnierzem  silników  rakietowych  i  opleciony  taśmami  łączącymi  wachlarze  napędu 

atmosferycznego.  Pośrodku  kadłuba  umieszczono  jeszcze  silniki  korygujące.  Paul  podszedł  do 

Jasona i Kanteli. 

- Gdzie jesteśmy? - spytał ponownie. 

-  Powiem  ci,  jak znajdziemy  się  na pokładzie  -  odparł zwięźle  Jason. Gdy szli tak obok 

siebie,  a  Jason  patrzył  na  statek,  wyraz  twarzy  Nekromanty  przywiódł  Paulowi  na  myśl  ostrze 

noża. Kantela nic nie mówiąc opuściła wzrok na spieczoną, pozbawioną trawy powierzchnię pola 

startowego. Paul patrząc na nią poczuł nagły przypływ smutku. 

Pomyślał o tym,  że  istoty  ludzkie pozostają tak  odległe od siebie ciałem  i  duszą,  jakby 

były  przykute  do  nie  zazębiających  się  trybów  machiny  przeznaczenia.  I  nagle,  zupełnie 

nieoczekiwanie odkrył ze zdumieniem, że w całym Wszechświecie istnieje jeden tylko gatunek, 

który stara się przełamać granice dzielące jednych od drugich - gatunek ludzki. 

Świadomość  tej  prawdy  eksplodowała  w  umyśle  Paula  niczym  torebka  magnezji  przed 

człowiekiem,  który  bezgwiezdną  nocą  zagubił  się  w  opustoszałym  mieście.  Taki  błysk  oślepia 

raczej, niż rozjaśnia drogę, pozostawia on jednak na siatkówce oczu nocnego wędrowca wyraźną 

pozostałość  obrazu  najbliższej  okolicy.  Z  umysłem  wolnym  od  innych  problemów,  Paul  jak 

automat wszedł do tunelu znajdującego się u podstawy płyty startowej. Potem podjechał w górę 

windą  i  nie  zwracał  uwagi  na  otoczenie,  dopóki  wycie  wachlarzy  napędu  atmosferycznego  nie 

przywróciło go rzeczywistości. Ocknął się, by stwierdzić, iż znajduje się w kabinie pasażerskiej i 

siedzi w fotelu redukującym skutki przyspieszenia. Przed sobą widział czubek pokrytej czarnymi 

kędziorami  głowy  Jase'a,  która  wystawała  nieco  ponad  zagłówek  fotela.  Z  lewej  na  tle 

walcowatej ściany kabiny dostrzegł profil Kanteli. 

Statek  uniósł  się  w  górę.  Po  paru  sekundach  dźwięk  wachlarzy  zanikł  w  narastającym 

grzmocie  silników  rakietowych,  które  ryczały  coraz  głośniej,  aż  w  końcu  ucichły.  Wkrótce 

rozjaśnił  się  przestrzenny  ekran  na  przodzie  kabiny.  Paul  spoglądając  w  to  niby-okno  ujrzał 

odrywający  się  od  kadłuba  pierścień  silników  atmosferycznych.  Pomknęły  w  dół,  niczym 

ogromny ptak, pikujący z gracją, ku oplecionej koronką chmur powierzchni Ziemi. 

background image

- Wszyscy pasażerowie proszeni są o zajęcie miejsc w fotelach - rozległo się wezwanie z 

głośnika, umieszczonego gdzieś nad głową Paula. - Wszyscy pasażerowie... 

Fotele  drgnęły  i  przechyliły  się  do  poziomu.  Dookoła  ciała  Paula  napęczniały  poduszki 

amortyzujące.  Nastąpił  moment  ciszy  i  zaskoczyły  silniki  marszowe.  Ich  potężny  ciąg  pchnął 

pękaty kadłub statku, wraz z Kantelą, Jase'em, Paulem i innymi prosto w gwiazdy. 

Rejs  na  Merkurego  trwał  pięć  dni.  Na  statku,  pomiędzy  położoną  na  dziobie  kabiną 

pilotów  a  przedziałem  napędowym  znajdującym  się  na  rufie,  rozciągały  się  cztery  poziomy 

załogowe. Dwa z  nich udostępniono pasażerom.  Ze względu  na przepisy rządowe, poproszono 

ich o zażycie na czas lotu łagodnego środka usypiającego. Kantelą pogrążyła się we śnie wraz z 

trójką  pozostałych  pasażerów,  których  Paul  nie  znał.  Jase  zniknął  w  sekcji  przeznaczonej  dla 

załogi  i  podczas  pierwszych  czterech  dni  rejsu  Paul  w  ogóle  go  nie  widywał.  Ponieważ  zaś 

Kantelą  działanie  środka  nasennego  wsparła  swą  nie  skrywaną  niechęcią  do  jakichkolwiek 

kontaktów z Paulem, Paul raz jeszcze musiał pogodzić się z samotnością. 

Z  powodu  nietypowej  kombinacji  reakcji  psychicznych  i  chemicznych,  środek  nasenny 

unieruchamiając ciało Paula, wzmógł wyrazistość jego myśli. Jase zniknął, zanim Paul zdążył go 

o cokolwiek spytać, jednak wysoki, trzymający się prosto mężczyzna, zajmujący fotel za Paulem, 

zareagował na jego pytania. 

-  Operacja  Odskocznia  -  wyjaśnił  zwięźle.  Obrzucił  Paula  niemal  wrogim  spojrzeniem 

oczu, patrzących znad równo przystrzyżonych, siwych wąsów, które kontrastowały z opaloną na 

ciemny  brąz  twarzą.  -  Słyszałeś  chyba  o  projekcie  dotarcia  do  planet  Arktura?  Jesteś 

czeladnikiem, prawda? 

- Owszem - odparł Paul. 

- Chłopcze, spytaj swego mistrza! On ci odpowie. Któż to taki? Nekromanta Warren? 

Rozbawiony  tym,  że  ktoś  zwraca  się  doń  per  „chłopcze”,  co  ostatni  raz  miało  miejsce 

przed ukończeniem przez niego czternastego roku życia, Paul skinął głową. 

- Owszem - potwierdził. - Czy i ty również jesteś Nekromantą? 

-  Nie,  nie  -  odparł tamten.  -  Jestem Socjologiem, oni tak  nazywają  „nieutytułowanych”. 

Nie miałem cierpliwości do tych bzdetów. Ale dla młodego człowieka, takiego jak ty, to piękna 

sprawa...  -  nieoczekiwanie  spochmurniał.  Jego  białe  wąsy  gniewnie  się  najeżyły.  -  Wielka 

sprawa! 

- Nekromancja? - spytał Paul. 

background image

- Wszystko. Dosłownie wszystko. Pomyśl o naszych dzieciach... I dzieciach ich dzieci. 

Z  fotela  ustawionego  po  tej  samej  stronie  przejścia,  co  fotel  Paula,  wychylił  się 

mężczyzna, który wyglądał na rówieśnika siwego wąsacza. 

- Heber! - odezwał się surowo. 

-  Dobrze  już,  dobrze  -  odparł  wąsacz,  kryjąc  się  w  swym  fotelu.  -  Masz  rację,  Tom. 

Chłopcze, nie mnie zadawaj pytania. Pytaj swego mistrza. Ja zaś zajmę się moimi medytacjami - 

sięgnął po coś do schowka w poręczy fotela, a Paul się cofnął w głąb własnego kokonu. 

I tak miał mnóstwo spraw do rozważenia. Pozwolił, by jego umysł sam wybrał niektóre z 

nich. 

Był  to  typ  rozmyślań  nierozłącznie  związany  z  przyjemnością.  Paul  pojął  dopiero 

niedawno,  że  byłaby  ona  częściej  osiągalna,  gdyby  na  przeszkodzie  nie  stało  bezwzględne 

dążenie  do  sukcesu.  Teraz  doraźne  życiowe  cele  i  sposoby  ich  osiągania  przestały  zajmować 

uwagę  Paula.  Dzięki  temu  mógł  oddać  się  przyjemności  puszczania  myśli  luzem  w  wielkim, 

mrocznym labiryncie wiedzy o sobie. Nie było to zajęcie dla tych, którzy w ciemnościach łatwo 

wpadają  w  panikę.  Jednak  ci,  co  nie  znają  strachu  i  mają  koci  wzrok,  chętnie  wyruszają,  by 

błąkać się po tych posępnych korytarzach, dopóki z cieniów nie wyłonią się kształty, z kształtów 

plan,  a  z  planu  pierwotny  zamysł  i  zasada  działania.  Dopiero  wtedy,  gdy  wędrowiec  przyswoi 

sobie  i  pojmie  ów  pierwotny  zamysł,  dojdzie,  być  może,  do  poważniejszych  prób  użycia  tej 

wiedzy w nowych konstrukcjach myślowych. 

Tak więc podczas tych pięciu dni Paul prawie całkowicie pogrążył  się  w penetracji  nie 

znanych mu dotąd zaułków w labiryncie swej osobowości. Oderwano go od tego zajęcia krótko 

przed lądowaniem na Merkurym, osobą zaś, która to uczyniła była Kantela. 

- Nie zamierzałam pytać cię o powody...  - oznajmiła. Paul otworzył oczy i stwierdził, że 

dziewczyna  stoi  przed  jego  fotelem  i  patrzy  nań  z  góry.  -  Ale  nie  umiem  się  powstrzymać... 

Dlaczego to zrobiłeś? Dlaczego musiałeś zabić Malorna? 

-  Kogo?  -  spytał  Paul.  Przez  chwilę  ona  sama  i  jej  pytanie  mieszały  się  z  tym,  o  czym 

rozmyślał. Potem tamte rozważania gdzieś umknęły i Paul mógł skupić się nad tym, co mówiła 

Kantela. 

- Kevina Malorna, tego mężczyznę w hotelu. 

-  Kevina  Malorna...  -  powtórzył  za  nią.  Przez  jego  umysł  przemknęło  uczucie 

nieskończonego żalu i smutku, iż stał się przyczyną śmierci człowieka oraz że aż do tej chwili nie 

background image

słyszał nazwiska, pod którym jego ofiarę znali inni ludzie. 

- Nie zdradzisz mi tego? - spytała Kantela, gdy nie odpowiadał przez chwilę. 

-  Owszem  -  odparł.  -  Choć  prawdopodobnie  mi  nie  uwierzysz,  ja  go  nie  zabiłem.  Nie 

wiem też, co było przyczyną jego śmierci. 

Patrzyła nań jeszcze przez chwilę, potem zakręciła się w miejscu i wyszła z kabiny. Paul 

podążył  za  nią  wkrótce  potem  i  niebawem  odnalazł  wszystkich  pasażerów  z  jego  poziomu, 

zebranych w komorze głównej. Czekali tam na start ładownika, który miał niebawem przewieźć 

ich bezpiecznie na powierzchnię Merkurego. 

background image

Rozdział 11 

 

 

Niecały  kilometr  dzielący  statek  od  kopuły  recepcyjnej  Stacji  Odskoczni  pasażerowie 

przebyli pieszo, w kombinezonach ochronnych. Bezchmurne niebo było jasne z prawej i ciemne 

z  lewej strony. W Strefie  Zmierzchu Merkurego było dość atmosfery,  by rozproszyć słoneczne 

światło.  Powstała  w  wyniku  tego  zjawiska  poświata,  widziana  przez  szybkę  hełmu  Paula, 

przypominała żółtawe  lśnienia przed  burzą pod łagodnym  niebem Ziemi. W tym  nieruchomym 

oświetleniu  cała  okolica  przypominała  zwałowisko  potrzaskanych  i  zniekształconych 

fragmentów  rzeźb.  Musiało  to  być  efektem  szybkich  i  ostrych  zmian  temperatury.  Po 

kilkusetstopniowym  żarze dnia, nocami panował  tu ziąb kosmicznej pustki. W tych warunkach 

rozrywane  naprężeniami  technicznymi  skały  pękały  jak  polanę  wrzątkiem  szkło,  tworząc 

najdziwniejsze  kształty.  Swoje  robiły  również  wulkany  ciągnące  się  wzdłuż  osłabień  skorupy 

Merkurego.  Skąpany  w  żółtym  świetle  krajobraz  przypominał  nierzeczywisty  sen,  ogród 

koszmarów, założony i pielęgnowany przez wiedźmy. 

Pod  kopułą,  po  przejściu  przez  śluzę  skierowali  się  do  windy,  która opadła  na  znaczną 

głębokość. Paul ocenił, że znaleźli się przeszło sto metrów pod powierzchnią gruntu. Ponieważ 

winda  była  mechaniczna,  a  nie  magnetyczna,  jazda  w  dół  była  dość  niewygodna.  Gdy  kabina 

stanęła, otworzyły się kolejne drzwi i weszli do przebieralni, gdzie zdjęli kombinezony. 

Z  przebieralni  skierowano  ich  do  niewielkich,  oddzielnych  pomieszczeń,  które  jak 

wynikało z informacji udzielonych Paulowi przez Jase'a, pełniły funkcję komór dezynfekcyjnych. 

Ukryty w ścianie głośnik polecił przybyszowi, by się rozebrał i przeszedł pod prysznic, a potem 

przez kolejne drzwi udał się do salki, gdzie czekało nań nowe ubranie. 

Paul  usłuchał  i  po  kilku  minutach  znalazł  się  w  następnym  pomieszczeniu.  Była  to  po 

prostu komora wyrąbana w surowym granicie. Na betonowej ławie leżała odzież. 

Zaczął  ją  wkładać,  odkrywając  równocześnie  jej  osobliwy  krój.  Na  zestaw  składały  się 

miękkie,  płowe,  skórkowe  buty,  na  końcu  ścięte  w  szpic,  następnie  długie  zielone  pończochy, 

zielona  bluza  z  luźnym  pasem,  za  pomocą  którego  można  było  ją  ściągać  oraz  coś  w  rodzaju 

kurtki z rękawami do łokci. 

Paul zaczął podejrzewać, że tu, na Merkurym, członkowie Gildii Orędowników odziewają 

się szczególnie uroczyście. Kurtkę i bluzę uszyto bez lewego rękawa. Cała odzież  pasowała nań 

background image

jak ulał. Ubrawszy się przeszedł do trzeciej komory. 

Odruchowo przystanął, by się rozejrzeć. 

Znalazł  się  w  nisko  sklepionej,  również  wyrąbanej  w  surowej  skale  komnacie,  którą 

oświetlały  dwie  pochodnie,  osadzone  w  ciężkich,  przymocowanych  do  ścian  uchwytach  z 

poczerniałego  żelaza.  Nierówna  powierzchnia  podłogi  dawała  się  wyczuć  poprzez  cienkie 

podeszwy miękkich trzewików. Za pochodniami, jak daleko Paul mógł sięgnąć wzrokiem, trwała 

ciemność. 

Odwrócił  się  w  stronę  drzwi,  którymi  tu  wszedł  i  zamarł  w  bezruchu.  Tam,  gdzie 

przechodził przed minutą, nie było żadnych drzwi. Widział chropowatą powierzchnię skały i nic 

więcej. Przesunął po niej dłonią. Twardości i solidności ściany mógłby zaufać równie pewnie, jak 

nieuchronności Dnia Sądu Ostatecznego. 

Odwrócił  się  ku  pochodniom.  Dostrzegł  teraz  stojącego  pomiędzy  nimi  człowieka, 

którego zwano Heber i zobaczył połysk światła na jego wąsach. W odróżnieniu od Paula tamten 

odziany był w długą purpurową szatę z kapturem. Kaptur rzucał cień na twarz Hebera,  a długie 

rękawy szaty zwisały luźno poniżej splecionych przed sobą dłoni. 

- Podejdź tu - odezwał się Heber. Po ostatnim słowie jego wargi zadrżały, jakby z trudem 

wstrzymał  się  od  dodania  słowa  „chłopcze!”  Paul  podszedł  więc  i  przystanął.  Heber  spoglądał 

gdzieś,  ponad  głową  Paula.  Ocienione  kapturem  oczy  starszego  mężczyzny  sprawiały  wrażenie 

patrzących z ogromnej dali. 

- Jestem tu, by opiekować się tym uczniem - oznajmił Heber - podczas wprowadzania go 

w szeregi Gildii Orędowników. Wymaga się jednak, aby opiekunów było dwu, jeden widzialny i 

drugi niewidzialny. Czy drugi opiekun jest obecny? 

-  Jestem  -  nieoczekiwanie,  obok  prawego  ucha  Paula  rozległ  się  głos  Jasona  Warrena. 

Paul odwrócił się, ale nie dostrzegł niczego, prócz ścian komnaty. Mimo to wyczuł obok siebie 

obecność Jase'a. 

Odwrócił się do Hebera. Ujrzał, iż białowąsy mężczyzna trzyma teraz w dłoniach wielką, 

oprawną w skórę księgę. W drugiej ręce dzierżył wijącego się, niemal dwumetrowego węża. 

-  Przeszedłeś oto pod jurysdykcję Sił  Alternatywnych  -  powiedział  Heber.  -  Jurysdykcji 

Sił  Alternatywnych  poświęcasz  się  i  oddajesz.  I  będziesz  podlegać  jej,  w  przyszłości, 

teraźniejszości i poza czasem, dopóki Siły Alternatywne nie utracą mocy. 

- Poświadczam - odezwał się głos Jase'a nad ramieniem Paula. 

background image

- Weź więc swą włócznię - rzekł Heber. Podał węża Paulowi, wsuwając go w jego jedyną 

dłoń. 

Paul ujął gada, a ten pod dotykiem palców znieruchomiał i zmartwiał. Paul stwierdził, że 

trzyma w dłoni długą włócznię o matowo połyskującym, stalowym grocie. 

- Weź i tarczę - powiedział następnie Heber postępując do przodu z księgą. Lecz była to 

już owalna tarcza o skórzanych, umocowanych do drewnianej obręczy uchwytach, którą Heber 

zawiesił u bezrękiego ramienia Paula. - Teraz pójdź za mną - Heber ruszył w mrok, poza granicę 

światła  pochodni.  Paul,  usłuchawszy  wezwania,  poszedł  opadającym  lekko  tunelem.  Na  jego 

końcu  znajdowało  się  niewielkie,  kwadratowe  pomieszczenie,  gdzie  kolejne  dwie  pochodnie 

płonęły  po  bokach  czegoś,  co  przypominało  kamienny  ołtarz.  Na  nim  od  lewej  do  prawej 

złożono:  mały  model  przewróconej  na  burtę  żaglówki,  z  której  bezwładnie  wychylała  się 

miniaturowa  figurka  żeglarza,  nieduży  model  kopalnianej  konsoli,  brudną,  wytartą  muszlę  i 

trójwymiarowe zdjęcie rozbitego czerepu Malorna. 

Paul i Heber zatrzymali się przed ołtarzem. 

- Niech drugi z opiekunów powie nowicjuszowi, co ów ma czynić - rzekł Heber. 

- Nowicjusz zostaje czeladnikiem w sztuce Nekroman-cji - oznajmił niewidzialny Jase. - 

Dlatego przywiedliśmy go do korzeni drzewa. Niech czeladnik przyjrzy się uważnie. 

Paul ponownie spojrzał na ołtarz. Ze skały wyłonił się potężny korzeń drzewa i omijając 

leżące na płycie przedmioty opuścił się na podłogę. 

- Oto - ciągnął dalej głos Jase'a - jest studnia Hvergelmer w państwie umarłych. Korzeń to 

pierwszy z korzeni jesionu Yggrasila, drzewa życia, wiedzy, przeznaczenia, czasu i przestrzeni. 

Podczas  czuwania  tutaj,  nowicjusz  ma  obowiązek  strzec  korzenia  i  leżących  na  ołtarzu  części 

swego życia. Może się zdarzyć, że w trakcie czuwania nowicjusz nie  będzie niepokojony. Może 

jednak stać się i tak, że smok Nidhug i jego plemię przyjdą tu, by przegryźć korzeń drzewa. W 

takim wypadku nowicjusz może, wedle swego wyboru, odwołać się do Sił Alternatywnych lub 

nie, jeśli jednak nie pokona Nidhuga, zostanie pożarty. 

Głos Jase'a umilkł. Przemówił teraz Heber i Paul odwrócił głowę ku białowąsemu. 

- Drzewo - stwierdził z powagą Heber - jest złudzeniem. Złudzeniem jest i życie. Nidhug i 

jego plemię również są ułudą, podobnie jak cały Wszechświat, czas i wieczność. Istnieją jedynie 

Siły Alternatywne, a czas, przestrzeń i wszystko, co w nich się zawiera, są jedynie igraszkami Sił 

Alternatywnych. Uznaj tę prawdę, a będziesz niepokonany. 

background image

- Masz trzymać tu straż - dodał głos Nekromanty - aż do trzeciego uderzenia w gong. Gdy 

gong przebrzmi po raz trzeci, zostaniesz uwolniony z królestwa śmierci i wrócisz do światłości i 

życia. Teraz cię opuszczam, aż do trzeciego gongu. 

Paul  poczuł,  że  obok  niego  zrobiła  się  pustka.  Odruchowo  odwrócił  się  ku  Heberowi. 

Białowąsy ciągle stał przy nim. 

- I ja zostawię cię samego - powiedział - dopóki gong nie zabrzmi trzeci raz  - przeszedł 

obok  Paula  idąc  w  stronę  wyjścia.  Gdy  mijał  młodego  adepta, ten  zauważył  szybkie  drgnienie 

jego  powieki,  jakby  Heber  powstrzymał  się  od  mrugnięcia  okiem.  Paul  usłyszał  też,  jak 

białowąsy mruczy do siebie pod nosem: 

- Błazenada... 

Potem Heber zniknął w mroku. W pomieszczeniu nastała cisza. 

Było to milczenie skał tam, gdzie skały, głęboko pod ziemią, zachowują swą nieskalaną 

naturę.  Znikąd  nie  kapała  woda.  Wszędzie  panowało  niezmącone,  zimne  milczenie  żywiołów. 

Nawet  pochodnie  płonęły  bezgłośnie.  W  ich  czerwonym,  migotliwym  świetle  oddech  Paula 

zakwitał białymi pióropuszami. 

Paul zaczai wczuwać się w otoczenie. 

Wokół  niego,  we  wszystkich  kierunkach  rozciągała  się  kamienna  skorupa  Merkurego. 

Stopami  badał  nierówności  podłoża,  chłód  zaś  otulił  go  jak  mroźna  opończa.  W  ciszy  mijały 

kolejne minuty, każda bliźniaczo podobna do drugiej. Paul wyczuwał upływ czasu tylko po coraz 

mocniejszym ucisku rzemienia tarczy na ramieniu i sztywnieniu palców zaciśniętych na drzewcu 

włóczni.  Drugi  koniec  drzewca  oparł  o  podłoże,  odchylając  od  siebie  ostrze,  niczym  rzymski 

legionista na warcie. Minęła godzina, za nią przemknęła następna. I, być może, jeszcze jedna... 

Głęboki,  wibrujący  dźwięk  spiżowego  gongu  porażając  słuch  Paula  odbił  się  od  ścian 

komnaty. I ucichł, pozostawiając po sobie pogłos, który zaniknął wśród mijających minut. 

Umysł Paula odpłynął w niewyobrażalną dal. Rozmyślał o łańcuchach górskich, których 

kamienne zbocza otaczała próżnia o migających światełkach odległych osiedli na szczytach gór i 

światełkach,  będących  ognikami  dalszych  jeszcze,  niewidocznych  z  Ziemi  gwiazd.  Jak 

nieuchwytny  zapach  płonącej  wonnej  żywicy,  w  sercu  Paula  obudziły  się  uczucia  gorzkie  i 

słodkie zarazem. Smutek i tęsknota. Ścierały się w nim miłość i pożądanie... 

I nagle, gdzieś w jego jaźni, rozdzwonił się dzwonek alarmowy. 

Powrócił  duchem  do  kamiennej  komnaty.  Wyglądała  tak  jak  przedtem.  Bezgłośnie 

background image

płonęły pochodnie, a jego oddech nadal rozpływał się niezakłócenie w nieruchomym powietrzu. 

Ale było tu coś jeszcze. W czasie gdy oddawał się snom na jawie, do komnaty zaczęła napływać 

czarna woda zagrożenia. Niebezpieczeństwo czaiło się w ciemnościach, tuż za kręgiem światła. 

Coś drgnęło w głębinach tych wód. 

Nidhug i jego łuskowate plemię. 

Nie  byli prawdziwi. Byli  iluzją, podobnie  jak głębokie wody, które uczyniły z komnaty 

zalewaną zewsząd wysepkę. 

Paul szybko zdał sobie z tego sprawę i nie żywił w tym względzie żadnych wątpliwości. 

Ci  spośród  członków  Gildii,  którzy  posiadali  umysły  zdolne  do  takich  sztuczek,  potrafili 

nasączyć  skałę  emanacją  strachu  i  obaw,  postrzegalną  jako  gęsta  i  czarna  woda.  Pośród  tych 

lęków,  pod  postacią  odrażającego,  pokrytego  łuskami  potwora  i  jego  pomiotu,  stworzyli 

personifikację zwątpienia w  siebie. Wszystko to było grą wyobraźni, co wcale  nie znaczyło,  iż 

Paulowi nic nie grozi. Strach był śmiertelnie niebezpieczny dla umysłu, a brak wiary w siebie, co 

Paul doskonale wiedział, mógł popchnąć organizm do samozniszczenia. Wiedzy można użyć jak 

tarczy, mądrości jako broni, by jednak posłużyć się nimi, potrzebna była wielka siła ducha. 

Paul  zebrał  się  w  sobie.  Podnoszący  się  coraz  wyżej  przypływ  fali  strachu  zaczął  już 

zalewać komnatę. Jeśli  pozwoli  swym zmysłom  ulec w tej grze złudzeń,  zobaczy  wkrótce, jak 

srebrne  strumyczki  przerażenia,  niczym  nitki  rtęci,  rozpełzają  się  po  zagłębieniach  nierównej 

posadzki. Nidhug i jego pomiot byli już bardzo blisko. 

W tym momencie dźwięk gongu rozległ się po raz drugi. 

Czarne wody spiętrzyły się nagle i bezładną falą runęły w głąb komnaty. Zalały Paula po 

kolana,  objęły  w  pasie  i  po  kilku  sekundach  sięgnęły  szyi.  Przelały  się  ponad  jego  głową. 

Dotknęły sklepienia. Pomieszczenie wypełniło się wodą. 

Nadejście zbliżającego się Nidhuga zwiastowała potężna fala przypływu. Nidhug wyłonił 

się z wód niczym demon z mroku i w sekundę później jego potworny pysk zablokował wejście 

do komnaty. 

Paul kuląc się za tarczą ruszył mu na spotkanie z pochyloną włócznią. Jak w koszmarnym 

śnie,  gęste  wody  strachu  i  obaw  spowolniły  jego  pchnięcie.  Dobrze  wymierzony  grot  włóczni 

przemknął pomiędzy zbliżającymi się szczękami i przejechał po pysku udręczonego smoka. 

Ale  mięśnie  przerośniętego  ramienia  Paula,  podobnie  jak  to,  co  nimi  kierowało,  były 

czymś więcej,  niż tylko zwykłymi  muskularni.  Ześlizgujący się grot wyrył więc w pysku gada 

background image

głęboką bruzdę, od wykręconych bólem szczęk aż po wybałuszone ślepia. W komnacie zaczęła 

rozpływać się gęsta chmura purpurowej krwi. 

Bitwa toczyła się w coraz gęstszym mroku. Paul raz za razem, w posępnej ciszy odpierał 

pchnięciami  nieustające  ataki  wroga.  Stopniowo  zaczął  pojmować,  że  walka  będzie  trwać 

wiecznie  i że  jego przeciwnik siłę czerpie od  niego samego. Aby  zwyciężyć,  musi  zignorować 

wroga i zaprzestać walki. Zrozumiawszy to, wybuchnął śmiechem. 

I odrzucił precz tarczę i włócznię. 

Nidhug  runął  na  niego  niczym  rozpędzony  pociąg.  Paul  stał  bez  ruchu.  I  oto  potworne 

szczęki zatrzymały  się tuż przed nim  i zamknęły,  jakby uderzyły w  niewidzialną ścianę. Stwór 

zniknął. 

Wody zaczęły wypływać z pomieszczenia. Z daleka do uszu Paula dotarły pierwsze tony 

trzeciego uderzenia w gong. 

W  tej  samej  chwili,  w  tym  szczególnym  ułamku  sekundy,  gdy  smok  rozpływał  się  w 

niebycie,  a  wody  znikały,  z  mroków  uderzyło  w  Paula  coś  realnego  i  śmiertelnie 

niebezpiecznego. 

Nadeszło  z  głębin  przestrzeni,  w  której  odległości  pomiędzy  najdalszymi  gwiazdami  są 

jak  pierwszy  krok  całodziennej  wędrówki.  Nadciągnęło  z  szybkością,  przy  której  prędkość 

światła  jest  zbyt  mała,  by  można  ją  było  zmierzyć.  Nadleciało  tym  długim,  brukowanym, 

wyboistym szlakiem, o którym Paul śnił po powrocie do hotelu z pierwszego spotkania z Jase'em. 

Było  to  młode,  niedoświadczone  i  niewprawne,  ale  instynktownie  rozpoznało  swego  wroga.  I 

natychmiast zaatakowało. 

Rzuciło Pauła na kolana z łatwością, z jaką olbrzym powaliłby na ziemię dziecko. Jednak 

zaraz  potem  trafiło  na  twardy  jak  stal  opór  nieustępliwej  cząstki  jaźni  młodego  adepta.  Przez 

ułamek  sekundy  obie  siły  spierały  się  zaciekle,  potem  gasnący  huk  gongu  zamknął  tajemne 

wrota,  przez  które  nie  tracąc  czasu,  w  ciągu  mikrosekundy  uciekło  owo  nieznane  coś.  Paul 

wolny, ale otępiały i ślepy, pozostał klęcząc na twardej, skalistej podłodze. 

Odzyskawszy  wzrok  ujrzał  białe  sklepienie  pokoju  nad  łóżkiem,  w  którym  leżał.  Z 

trudem przypominał sobie, jak go tu niesiono. 

Pochyliła  się  nad  nim  twarz  Jase'a.  W  jej  ostrych  rysach  był  teraz  wyraz  przyjaźni, 

którego  Paul  wcześniej  w  niej  nie  dostrzegał.  Nieco  dalej  spostrzegł  zatroskane  oblicze 

białowąsego Hebera. 

background image

-  Kiedy  już  było  po  wszystkim  -  powiedział  Jase  -  zaskoczyłeś  nas  swą  reakcją.  Nie 

spodziewaliśmy się, że runiesz na ziemię. 

Paul wbił w Nekromantę uporczywe spojrzenie. 

- Doprawdy? - spytał. - Na pewno oczekiwaliście, że utrzymam się na nogach? 

Teraz Jase zmarszczył lekko brwi. 

- A dlaczegóż by nie? - odparł. -  Jeśli wytrzymałeś starcie, czemu padłeś, gdy wszystko 

było już za tobą? 

I wtedy Paul zdał sobie sprawę z tego, iż Jase i inni obserwatorzy o niczym nie wiedzieli. 

Osłabiony i nieco rozczarowany zamknął oczy. W końcu zaczął coś rozumieć, a to, co właśnie 

odkrywał, było niczym bogactwo - nie zawsze przynosiło ze sobą szczęście... 

-  No  właśnie,  dlaczego?  -  spytał  po  chwili.  -  Może  nie  przyszedłem  dość  szybko  do 

siebie? 

background image

Rozdział 12 

 

 

Tydzień później, odziany w zwykłą kurtkę i luźne spodnie, Paul razem z trzema innymi 

czeladnikami  Gildii  Orędowników  siedział  w  sali  konferencyjnej  oficjalnej  części  Stacji 

Odskoczni.  Przemawiał  do  nich  krótko  ostrzyżony  i  atletycznie  zbudowany  młody  człowiek, 

niewiele  starszy  od  samego  Paula,  a  na  pewno  młodszy  od  dwu  innych  czeladników,  którzy 

wyglądali na nieco speszonych domokrążców z nadwagą i po trzydziestce. Czwarty z uczniów, 

od którego zalatywał intensywny zapach wody po goleniu, wyróżniał się znacznie wyższym od 

pozostałych wzrostem. 

-  Nie  można  nauczyć  się  Sił  Alternatywnych  -  stwierdził  na  początek  instruktor,  który 

przysiadł  na  brzegu  stolika  i  spoglądał  z  góry  na  rozpartą  w  niskich,  wygodnych  fotelach 

czwórkę uczniów. - Podobnie, jak nie można nauczyć się podstawowej zdolności tworzenia dzieł 

sztuki lub istoty przekonań religijnych. Czy mówię zrozumiale? 

- Ach, nauczanie! - zupełnie nieoczekiwanym, dźwięcznym basem odezwał się czwarty z 

grupy,  wysoki  młody  człowiek  o  ciemnobrązowych  włosach.  -  Jakichże  zbrodni  dokonano  w 

jego imieniu! 

Ponieważ  nie  odzywał  się  wcześniej,  pozostałych,  z  instruktorem  włącznie,  zaskoczyło 

nie tyle samo stwierdzenie, co głębokość i barwa tonu głosu, jakim je wypowiedziano. 

-  Jest  to  dość  bliskie  prawdy  -  stwierdził  instruktor  po  chwili  milczenia.  -  I  bardzo 

prawdziwe w odniesieniu do Sił Alternatywnych. Uprośćmy je aż do przesady i powiedzmy, że 

zasadę  ich  działania  można  zwięźle  ująć  tak  oto:  istnieje  możliwość,  iż  elektromagnetyczne 

prawo  trzech  palców,  świetnie  funkcjonujące  w  przypadku  innych  osób,  zawiedzie  w  waszym 

przypadku.  Inaczej  mówiąc,  jeśli  chcecie  dotrzeć  na  szczyt  góry  i  widzicie  wiodącą  nań 

doskonale oznakowaną i przetartą drogę, to jest to ostatni ze szlaków, jaki powinniście wybrać. 

Przerwał. Wszyscy spojrzeli nań wyczekująco. 

-  Nie -  skwitował  ich  spojrzenia.  - Wcale  nie zamierzam powiedzieć wam, dlaczego tak 

jest.  To  byłoby  nauczanie.  Nauczanie  dobre  jest  dla  uczniów,  nie  dla  odkrywców.  Teraz  zaś 

macie  jedyną  okazję,  by  jako  członkowie  Gildii  pytać  o  coś  i  szukać  odpowiedzi  -  objął  ich 

wszystkich  uważnym  spojrzeniem.  -  Macie  wolny  wybór  i  jeśli  zechcecie,  to  wy  możecie 

wyjaśnić mi, dlaczego tak jest. 

background image

- Aaa - odezwał się jeden z „domokrążców”. Wtrącił się dość nieoczekiwanie i wszyscy 

słuchacze  zauważyli  natychmiast,  że  jego  głos,  choć  mocny  i  brzmiący  dość  pewnie,  nie  był 

basem ani nie miał miłej dla ucha barwy.  - Ja... ehm... pojąłem, iż Siły Alternatywne są natury 

para-psychologicznej.  Czy  nie  jest  tak,  że  zajmowanie  się  zwykłymi,  to  znaczy...  ehm... 

naukowymi prawami wywiera pewien niepożądany i niesprzyjający wpływ na osobowość... mam 

na  myśli  ten  szczególny  typ  osobowości,  której  posiadacz  może  posługiwać  się  Siłami 

Alternatywnymi? - szybko zaczerpnął tchu i dodał: - To znaczy, zmienia ją w sposób zasadniczy? 

- Nie - uprzejmym głosem odparł instruktor. 

-  Nie?  Aaa...  -  uczeń  rozsiadł  się  wygodniej,  odchrząknął,  skrzyżował  nogi,  wyjął 

chusteczkę i hałaśliwie przedmuchał nos. 

-  Parapsychologia  - wyjaśnił  instruktor  - zajmuje się tylko drobną  częścią wszechświata 

czasu i przestrzeni. Siły Alternatywne obejmują całość i... jeszcze więcej. 

- Są takie, jak ich nazwa, nieprawdaż? - spytał nagle drugi z przypominających handlarzy 

adeptów.  -  Siły  lub  Prawa  Alternatywne  to  po  prostu  inne  prawa.  Jedynym  zaś  sposobem 

odkrycia innej drogi jest unikanie szlaków już ustalonych. 

- Słusznie - stwierdził instruktor. 

- Działanie twórcze - zadźwięczał bas drągala. 

- I to jest głęboko słuszne - przyznał instruktor. Przyjrzał się uważnie każdemu z nich po 

kolei.  -  Żaden  z  was  nie  dotarłby  aż  tutaj,  gdyby  przedtem  nie  zademonstrował  pewnych 

zdolności w dziedzinie Sił Alternatywnych. Zdolności te mogły być natury parapsychologicznej, 

jak  na  przykład  teleportacja.  Lub  autentyczny  talent  poetycki.  Może  to  być  też  szczególna 

wrażliwość  na  potrzeby  rozwijających  się  roślin.  Nie  myślcie  jednak,  iż  chcę  przez  to 

powiedzieć,  że  zdolności  twórcze  są  istotą  Sił  Alternatywnych,  czy  choćby  kluczem  do  ich 

zrozumienia. 

-  Aaa  -  odezwał  się  rosły  „domokrążca”  -  z  pewnością  nie  oczekuje  się  od  nas,  że 

zaczniemy tu pisać wiersze, hodować rośliny, czy się teleportować. 

- Nie - skwitował jego wypowiedź instruktor. 

- Zatem... ehm... czy chcesz przez to rzec... - na czole mężczyzny zaczął zbierać się pot - 

że  te  rzeczy,  czymkolwiek  by  one  były,  są  jedynie  częścią  Sił  Alternatywnych?  I  czy  nie 

powinniśmy odnaleźć reszty? Musimy próbować? 

- Owszem  - odparł  instruktor. - To bardzo trafne  stwierdzenie, ale  nie  jest to w żadnym 

background image

razie pełna odpowiedź... 

-  Nie,  nie,  oczywiście,  że  nie...  -  wtrącił  „domokrążca”,  uśmiechając  się  przy  tym, 

rumieniąc  i  wyjmując  chusteczkę.  Ponownie  przedmuchał  nos  tak  energicznie,  jakby  trąbił  na 

trwogę. 

-  ...w  żadnym  razie  pełna  odpowiedź  -  ciągnął  niewzruszenie  instruktor.  -  W  rzeczy 

samej,  jeśli  nawet  istnieje  pełna  odpowiedź,  nic  mi  o  tym  nie  wiadomo.  W  tej  materii  każdy 

zdany jest na własne domysły. Teraz zaś myślę - rzekł wstając - iż to omawianie przedmiotu ze 

swej natury nieomawialnego, wystarczy, by dać wam temat do rozmyślań na całe życie. O ile w 

ogóle  nie zaszkodziliśmy wam, poprzez wszczepienie pewnych sztywnych pojęć. Pamiętajcie  - 

jego  głos  i  sposób  bycia  uległy  nagłej  zmianie,  jakby  nałożył  na  siebie  niewidzialny  płaszcz  - 

życie jest iluzją. Czas, przestrzeń i wszystko, co istnieje, jest iluzją. Nie ma niczego, dosłownie 

niczego, poza Siłami Alternatywnymi. 

Umilkł  nagle.  Czeladnicy  wstali  i  ruszyli  do  wyjścia.  Gdy  Paul  mijał  instruktora,  ten 

wyciągnął rękę i dotknął ramienia adepta. 

- Chwileczkę - odezwał się instruktor. Paul odwrócił się ku niemu. Tamten poczekał, aż 

pozostali wyjdą z pokoju. - W ogóle się nie odzywałeś - stwierdził. 

- I owszem - odparł Paul. - To prawda. 

- Wolno spytać, dlaczego? 

-  Jeśli  dobrze  pamiętam  -  rzekł  Paul  -  kluczowym  słowem  w  książce  Blunta  jest 

destrukcja. 

- Tak jest. 

-  My  zaś  -  stwierdził  Paul  spoglądając  na  instruktora  z  wyżyn  swego  wzrostu  - 

mówiliśmy o tworzeniu. 

-  Mmmm...  -  odezwał się  instruktor, kiwając z  namysłem głową.  -  Pojmuję. Sądzisz, że 

ktoś tu kłamie? 

-  Nie  -  zaprzeczył Paul. Poczuł  nagłe osłabienie,  które nie  było słabością  fizyczną.  -  Po 

prostu nie było o czym mówić. 

Instruktor spojrzał na niego ze zdziwieniem. 

- Teraz ty mnie zdumiewasz - powiedział wreszcie. - Nie rozumiem cię. 

- Sądzę - wyjaśnił spokojnie Paul - że omawianie czegokolwiek nie ma sensu. 

Instruktor potrząsnął głową. 

background image

-  Nadal  cię  nie  rozumiem  -  powiedział.  -  Ale  to  nic  nie  szkodzi  -  uśmiechnął  się.  -  W 

Gildii jest tak: Jeśli jesteś wierny sobie, nie musisz niczego wyjaśniać innym. 

Poklepał Paula po ramieniu. 

- Śmiało, człowieku! - powiedział na pożegnanie. 

 

 

Wracając do swego pokoju, co polecił mu Jase, w przypadku, gdyby nie miał nic innego 

do roboty, Paul  szedł pomostem ponad  salą  łączności w służbowej części Stacji.  Miał kiepskie 

pojęcie o tym, co działo się w trzystopniowym akceleratorze, który zajmował obszerną, wysoką 

na  pięć  pięter  jaskinię,  gdzie  rurę  głównego  urządzenia  otaczały  kilkunastometrowe  ściany 

aparatury  pomocniczej.  Paul  wiedział  tylko,  a  wiedzę  czerpał  z  wiadomości  telewizyjnych  i 

magazynów popularnonaukowych, że zasada działania urządzenia opiera się na przesyłaniu tam i 

z powrotem pęku energii o wysokim stopniu koncentracji, dopóki ów pęk nie osiągnął prędkości 

bliskiej szybkości światła. Następowało wtedy „przebicie”, pęk energii znikał stając się punktem 

nie-czasu,  podążającym  w  tym  samym  kierunku.  Punkt  ów,  odpowiednio  zsynchronizowany  z 

punktem  nie-czasu w  laboratorium  Kompleksu  Kwatery Głównej Inżynierii Światowej, tworzył 

ścieżkę natychmiastowej, bezczasowej transmisji. 

Ponieważ  ów  punkt  nie-czasu  posiadał  konkretne  wymiary  fizyczne,  można  było  tym 

sposobem  przesyłać  przedmioty  różnych  rozmiarów  ze  stacji  nadawczej  na  Ziemi  do  stacji 

odbiorczej  na  Merkurym.  Z  pewnych  powodów  istniała  krytyczna  odległość,  która  musiała 

dzielić obie stacje - Mars i Wenus były położone zbyt blisko Ziemi. Stacje, które zbudowano na 

tych  planetach,  nie  spełniły  oczekiwań.  Teoretycznie  baza  na  Merkurym  mogła  być 

zaopatrywana  wprost  z  Kompleksu  Inżynierii  Światowej  we  wszystko,  co  było  jej  potrzebne. 

Jednakże nie wykorzystywano tej możliwości. Akcelerator używano tylko do eksperymentów na 

końcu  ścieżki  transmisyjnej.  Większość  materialnych  potrzeb  Stacji  zaspokajano  drogą 

eksploatacji gleby i skał Merkurego. 

Przesyłanie  istot  żywych,  w  tym  i  ludzi,  było  możliwe  i  wykonalne.  Niestety,  reakcje 

tych, którzy wypróbowali ów sposób, były dość różne; od szaleństwa i śmierci do trwałego urazu 

psychicznego. Natomiast nieliczni, którzy wyszli z tego cało, nie godzili się na żadne ponowne 

próby. Mówi, iż doznawali pozbawionego poczucia upływu czasu wrażenia rozpraszania się ich 

jaźni w nieskończoność, po którym następowało skupianie świadomości w punkcie odbiorczym. 

background image

Niewiele pomagało używanie środków uspokajających  lub  nasennych  - uraz psychiczny stawał 

się  wtedy  śmiertelnym  szokiem.  Lekarze  zapewniali,  iż  pracują  nad  pewnymi  środkami 

odurzającymi i problem zostanie niebawem rozwiązany. Na razie jednak w tunelu nie było widać 

światełka. 

Tymczasem do pobliskich gwiazd, o których wiedziano, że posiadają systemy planetarne, 

wysyłano  poruszające  się  z  szybkością  podświetlną  statki  bezzałogowe.  Statki  te  wiozły  na 

swych  pokładach  zestawy  automatów,  zdolnych  po  wylądowaniu  na  odpowiedniej  planecie 

założyć tam stację odbiorczą. Jeśli medycyna zdoła kiedykolwiek uporać się z problemem szoku 

psychicznego, system transportowy będzie gotów w porę. 

Wszystko  to  jednak  niewiele  Paula  obchodziło.  Spojrzał  na  urządzenie  i  poszedł  dalej. 

Odczuł  tylko,  jak  zawsze  gdy  tędy  przechodził,  emanującą  od  aparatury  aurę  łagodnego, 

przyjemnego podniecenia. Było to uczucie podobne do tak zwanej elektryzacji powietrza przed 

burzą, spowodowanej nie tylko obecnością jonów, ale również kontrastem światła i mroku, kiedy 

ciemne chmury zasnuwają stopniowo jasne niebo. 

Paul  minął  akcelerator  i  wkroczył  w  rejon  węższych  korytarzy  i  pomieszczeń 

mieszkalnych. Przeszedł też obok podwójnych, zbudowanych z przezroczystego plastyku drzwi 

śluzy  basenu  kąpielowego.  Ponieważ  woda  była  cenna,  pomieszczenie  z  basenem  stanowiło 

osobny  system  zamknięty,  niezależny  od  reszty  stacji.  Wyposażono  je  także  w  urządzenia 

zwiększające grawitację Merkurego, by można było pływać i nurkować tak jak na Ziemi. Jedyną 

osobą kąpiącą się teraz była  Kantela. Gdy przechodził obok, zobaczył  jak wdzięcznym ruchem 

skacze  z  niższej  trampoliny.  Zatrzymał  się,  by  niewidoczny  dla  niej,  patrzeć,  jak  płynie  ku 

brzegowi basenu, tuż obok szklanej ściany, przy której stał. W kostiumie kąpielowym wydawała 

mu się bardzo zgrabna i przez chwilę Paul głęboko odczuł własną samotność. 

Ruszył dalej, zanim zdążyła wspiąć się po drabince i zobaczyć go. Gdy dotarł do swego 

pokoju,  zauważył  od  razu  przypiętą  do  drzwi  kartkę:  „Wykład  wstępny.  Sala  numer  osiem, 

poziom osiemnasty, po obiedzie, godz. 13.30”. 

 

 

Wykład wstępny odbył się w jeszcze innej sali konferencyjnej niż poprzednie spotkanie. 

Prowadził  go  mężczyzna  po  sześćdziesiątce,  który  wyglądem  i  zachowaniem  przypominał 

doświadczonego nauczyciela akademickiego. Przysiadł na niewysokim podwyższeniu i spojrzał z 

background image

góry  na  audytorium  składające  się  z  Paula,  trzech  mężczyzn,  którzy  towarzyszyli  Formainowi 

ostatnim razem oraz sześciu innych ludzi. Wśród tych nowych znajdowała się młoda kobieta tuż 

po dwudziestce, niezbyt ładna, ale o zaskakująco radosnej twarzy, na której doskonale odbijały 

się wszystkie uczucia. Prowadzący zajęcia przedstawił  się  jako Leland  Minault  i  nie zaczął od 

wykładu. Poprosił natomiast o zadawanie mu pytań. 

W tym  momencie,  jak zwykle w takich wypadkach, zaległa cisza. Przerwał  ją w końcu 

jeden z pięciu nie znanych Paulowi mężczyzn. 

- Nie rozumiem, jaki związek ma Gildia Orędowników z Projektem Odskoczni i tutejszą 

Stacją  -  powiedział.  Leland  Minault  spojrzał  na  pytającego  zezując  tak,  jakby  na  nosie  miał 

niewidoczne binokle. 

- To - rzekł - jest stwierdzenie, nie pytanie. 

- No dobrze - przyznał rozmówca. - Czy Gildia Orędowników popiera działalność Stacji 

Odskoczni  albo  czy  prowadzi  badania  nad  sposobami  wydostania  się  w  przestrzeń 

międzygwiezdną? 

- Nie - odparł Minault. 

- Cóż więc w takim razie - pytał dalej tamten - robimy tutaj? 

- Jesteśmy tu - rzekł Minault starannie dobierając słowa i składając dłonie na swym nieco 

zbyt wypukłym brzuchu - ponieważ machina nie jest człowiekiem, o przepraszam, istotą ludzką. 

Istota ludzka bowiem, jeśli umieści się ją w miejscu takim jak, powiedzmy, Merkury, w warun-

kach, które pozostają w absolutnej niezgodzie z celem, dla jakiego ją tam umieszczono, prędzej 

czy później zacznie się rozglądać i dopatrywać ukrytych związków. 

I uśmiechnął się promiennie do rozmówcy. 

- Wtedy zaś - ciągnął dalej - istnieje możliwość, że po otrzymaniu właściwej odpowiedzi, 

istota  owa  przemyśli  problem  głębiej,  zamiast  po  prostu  przełknąć  gotową  formułkę.  Co  być 

może stanie się waszym udziałem, jeśli zależy wam tylko na informacji. 

Wszyscy obecni wymienili uśmiechy. 

- Niech będzie - poddał się ten, co zadał pytanie. - Każdy z nas mógł dać się naciąć. Nadal 

jednak nie otrzymałem odpowiedzi. 

- Słuszna uwaga - rzekł Minault. - Cóż, sedno w tym, że istota ludzka reaguje tak, a nie 

inaczej z powodu wrodzonej ciekawości. Machina zaś, nazwijmy ją monstrum technologicznym, 

może posiadać najróżniejsze cechy, ograniczona jest jednak brakiem wrodzonej ciekawości. Ten 

background image

talent zarezerwowano wyłącznie dla istot żywych. 

Przerwał ponownie. Słuchacze milczeli. 

-  Nasz  obecny  świat  -  podjął  po  chwili  Minault  -  znajduje  się  w  krzepkim  uścisku 

mechanicznego  potwora,  którego  głową,  jeśli  zgodzicie  się  na  to  określenie,  jest  Kompleks 

Inżynierii  Światowej.  Potwór ów  jest  nam  wrogi  i  może  nas  aż  nazbyt  swobodnie  śledzić.  Na 

przykład,  poprzez  każdą  transakcję,  jakiej  dokonujemy  za  pomocą  kart  kredytowych,  lub  za 

każdym razem, gdy używamy środków transportu publicznego, jemy posiłek, czy wynajmujemy 

mieszkanie, słowem tak długo, dopóki pozostajemy na Ziemi. Kompleks zaopatrzeniowy tu, na 

Stacji  Odskoczni,  oficjalnie  jest  częścią  Kompleksu-Matki  tam,  na  Ziemi.  W  istocie  jednak 

obecnie obie planety nie mają żadnego kontaktu, poza eksperymentalnym łączem transportowym 

-  obdarzył  całą  grupę  szerokim  uśmiechem.  -  Tak  więc  -  ciągnął  dalej  -  kryjemy  się  tutaj  pod 

pozorami uczestnictwa w Operacji Odskocznia. Właściwie to w chwili obecnej kontrolujemy tę 

operację.  Nie  interesuje  nas  ona,  po  prostu  służy  jako  zasłona  dymna.  Oczywiście,  nasza 

obecność  intryguje  tych  pracowników  Stacji,  którzy  nie  są  członkami  Gildii.  Machina  jednak, 

jako się rzekło, nie reaguje tak jak istota ludzka. Jeśli czegoś nie widzi, zakłada po prostu, że tego 

nie ma i nie zagląda, nie szpera po mrocznych kątach dlatego tylko, iż mogłaby natknąć się tam 

na wrogów. 

Czyjaś dłoń uniosła się w górę. Odwróciwszy głowę Paul spostrzegł, że należała ona do 

tej energicznej, młodej dziewczyny. 

- Tak? - spytał Minault. 

- To nie ma sensu - powiedziała. - Kompleks Inżynierii Światowej jest zarządzany przez 

ludzi, nie przez machiny. 

-  A,  tak  -  odparł  Minault.  -  Ale  mówiąc  to,  zakładasz  jednak,  że  sprawami  kierują 

Naczelny  Inżynier  Świata  i  jego  zespół.  Tak  nie  jest.  Oni  są  kontrolowani  przez  naukowców, 

którzy  z  kolei  ulegają...  użyjmy  tej  nazwy  dla  wygody,  Kompleksowi  Ziemi,  bez  którego  oni 

sami nie mogą istnieć. 

Dziewczyna zmarszczyła brwi. 

-  Czyżbyś  twierdził  -  zawahała  się  na  moment,  jak  pływak  mający  zamiar  dać  nura  do 

zimnej  wody,  wyraźnie  zaskoczona  niezwykłością  tego,  co  zamierzała  powiedzieć  -  że 

Kompleks-Matka posiada inteligencje? 

-  O,  jestem  tego  całkowicie  pewien  -  beztrosko  oznajmił  Minault.  -  Posiada  on 

background image

fantastyczną wiedzę, a także coś w rodzaju śladowej inteligencji. Nie sądzę jednak, żeby właśnie 

o  nią  ci  chodziło.  Chciałabyś  się  dowiedzieć,  czy  Kompleks-Matka,  albo,  jak  wielu  zaczęło 

nazywać go ostatnio, Superkompleks, posiada świadomość i własną osobowość. 

- No... owszem - przyznała się. 

-  Tak  myślałem.  Cóż,  odpowiedź  na  to  pytanie,  droga  pani  i  wy,  drodzy  panowie,  jest 

dość zaskakująca. Jak najbardziej, posiada. 

Cała grupa, przysłuchująca się dotąd w milczeniu sokratejskiemu dialogowi dziewczyny i 

Minaulta, ocknęła się raptownie i odpowiedziała pomrukiem niedowierzania. 

- O, nie w rozumieniu ludzkim, nie w rozumieniu ludzkim - rzekł Minault uspokajająco. - 

Nie  zamierzam  nadużywać  waszej  łatwowierności.  Na  pewno  jednak  wszyscy,  wcześniej  czy 

później, pojmiecie, iż machinie owej niezbędna była zdolność elementarnego rozumowania, a do 

tego trzeba było osiągnąć pewien stopień komplikacji systemu. I dlaczegóż by nie? Poręcznie jest 

mieć  machinę,  która  potrafi  rozumować  i  stopniowo  nauczy  się  nie  powtarzać  swych 

popełnionych już błędów. 

- Aaa - odezwał się rosły, sprawiający wrażenie domokrążcy uczeń, poznany przez Paula 

na wcześniejszych zajęciach. - W takim przypadku nie potrafię dostrzec... może inaczej... wynikł 

z tego problem kontroli, której wolelibyśmy uniknąć. Czy nie tak? 

-  Ja  tylko  -  zastrzegł  się  Minault,  zerkając  na  pytającego  -  wyjaśniani,  w  jaki  sposób 

Kompleks-Matka uzyskał osobowość. 

-  Och, rozumiem  -  powiedział tamten  i oparłszy  się wygodniej tradycyjnie przedmuchał 

nos. 

- Twoje pytanie było dobre, choć nieco przedwczesne - stwierdził Minault. - W tej chwili 

musicie  pojąć,  co  mam  na  myśli  mówiąc  o  ego  machiny.  Pomyślcie  o  rozrastających  się  i 

sterowanych  przez  komputery  Kompleksach,  jak  o  zwierzęciu,  którego  zadaniem  jest  coraz 

częstsze  wyręczanie  ludzkości  w  jej  staraniach  o  utrzymanie  się  przy  życiu  i  dobrobyt.  Zespół 

owych Kompleksów rozrasta się, stając się środkiem, za pomocą którego ludzkość może istnieć i 

opływać w dostatek. Rozrasta się więc, aż w końcu powstaje potrzeba wbudowania weń pewnej 

umiejętności  samodzielnego  rozumowania,  tak  by,  na  przykład,  nie  ustalał  pięknej  pogody  w 

Kalifornii,  kiedy  może  to  spowodować  huragany  na  kanadyjskich  polach  uprawnych.  Jeśli  zaś 

daliśmy mu aż tyle samodzielności, jaki jest następny, logiczny krok? 

- Instynkt samozachowawczy? - spytała szybko dziewczyna, podczas gdy „domokrążca” 

background image

chrząkaniem przygotowywał swą krtań do kolejnego „Aaa”. 

- Całkiem słusznie. 

- Aaa, powinienem więc sądzić, iż będzie on uważał działania ludzkie, które przeczą jego 

wnioskom, za... jak by to rzec... żwir wrzucony do dobrze pracującego mechanizmu? 

-  Czy będzie on posiadał aż tyle wyobraźni?  -  spytała dziewczyna. Ona  i  „Aaa” patrzyli 

na Minaulta. który siedział odprężony i zerkał na nich zmrużywszy powieki. 

- Właściwie, nie miałem na myśli wyobraźni. Aaa, to był przykład. 

-  I  całkiem  niezły  -  powiedział  Minault,  przerywając  dziewczynie,  która  otwierała  już 

usta, by coś wtrącić. - Kompleks-Matka jest czymś w rodzaju dobrodusznego i pełnego dobrych 

zamiarów potwora, którego jedynym pragnieniem jest udławić nas nadmiarem usług i dóbr. Jest 

to  rodzaj  machiny,  która  nie  ma  wytyczonego  wyraźnie  celu,  ale  która  przejawia  instynkt 

samozachowawczy  i  tendencję  do  coraz  szerszego  pojmowania  dobra  ludzkości  i  dbania  o  to 

dobro.  Nas,  członków  Gildii  Orędowników  oraz  wszystkich  tych,  którzy  manifestują  swą 

niezależność poprzez zażywanie narkotyków, przyłączanie się do wspólnot kultowych lub żyją w 

inny,  nie  zaplanowany  przez  niego  sposób,  uważa  on  za  rodzaj  żwiru,  ciśniętego  do  gładko 

pracującego urządzenia. Żwir ten, któregoś dnia, trzeba będzie usunąć. 

Spojrzał na tył grupki słuchaczy. 

- Tak? - spytał. 

Paul  obejrzał  się  i  spostrzegł,  iż  siedzący  z  tyłu  młody,  opalony  człowiek  opuszcza 

właśnie rękę. 

-  Sądzę  -  stwierdził  on  -  iż  to  głupota  zadawać  sobie  tyle  trudu,  by  przeciwstawić  się 

kupie urządzeń dostawczych, nieistotne, jak bardzo skomplikowanych. 

-  Mój  młody,  drogi  przyjacielu  -  rzekł  Minault.  -  My,  z  Gildii  Orędowników  nie 

przeciwstawiamy  się  kupie  urządzeń  dostawczych.  Przeciwstawiamy  się  idei  coraz 

popularniejszej  od  paru  setek  lat,  iż  szczęście  rasy  ludzkiej  polega  na  coraz  ciaśniejszym 

zawijaniu  jej  w  pieluchy  cywilizacji  technologicznej  -  przerwał  na  chwilę.  -  Sądzę,  że  na  razie 

macie dość tematów do przetrawienia. Proponuję, byście to wszystko gruntownie przemyśleli. 

Zszedł z podium i ruszył do wyjścia. Audytorium również wstało z miejsc. Gdy Paul tuż 

za  Minaultem  przeciskał  się  przez  drzwi,  spostrzegł,  że  dziewczyna  szarpie  rosłego 

„domokrążcę” za guzik kurtki. 

-  Myślę,  że  mylisz  się  całkowicie,  jeśli  sądzisz,  iż  Kompleks-Matka  ma  jakąkolwiek 

background image

wyobraźnię - rzekła poważnym tonem. 

background image

Rozdział 13 

 

 

Czy  zdarzało  ci  się  mieć  do  czynienia  z  materiałami  wybuchowymi?  -  spytał  chudy 

instruktor  o  opalonej  twarzy.  Trzymał  on  w  dłoni  paczkę  miękkiego,  samoprzylepnego  żelu  z 

wetkniętym weń detonatorem z trzyminutowym lontem. 

- Zdarzało się - odparł Paul. 

Stali na krawędzi doskonale realistycznej imitacji przepaści w górach, głębokiej na jakieś 

dwieście  metrów,  ponad  którą  przerzucono  pajęczynę  mostu  zbudowanego  z  przęseł 

magnezowych. Kraniec mostu, przy którym znajdowali się Paul i instruktor, osadzono w skrzyni 

z drewnianych bali, wypełnionej odłamkami skał. Przyczółek wysunięty był na odległość ponad 

pięciu metrów poza krawędź skały. 

-  Taką ilość plastyku  - rzekł  instruktor ważąc materiał w dłoni  -  można, nie wzbudzając 

niczyich  podejrzeń,  przenieść  w  walizeczce  czy  dyplomatce.  Ładunek  ten  ma  dość  mocy,  by 

przeciąć wybuchem dwie lub trzy drewniane belki albo jedną, czy dwie metalowe sztaby, które tu 

widzisz. Jak zabrałbyś się do całkowitego zniszczenia tego tu mostu? 

Paul  ponownie  spojrzał  na  rozciągającą  się  przed  nim  konstrukcję.  Podczas  ubiegłych 

dziewięciu  dni  przeszedł  przez  kilka  sesji  -  było  to  jedyne  słowo,  opisujące  rzecz  właściwie. 

Wyglądało to na zbiór zajęć z dziwnie odległych przedmiotów, z których niejeden pozornie nie 

miał  żadnego  związku  z  Gildią  Orędowników.  Najdłużej  trwające  zajęcia  nie  przekroczyły 

dwudziestu minut, informacje zaś, jakich dostarczały, były mgliste i niejasne. W istocie nie było 

pewne,  czy  sesje  miały  dostarczyć  adeptom  informacji,  czy  też  poddawać  ich  testom.  Skład 

audytorium był różny za każdym razem. Na swój użytek Paul uznał, że celem było jedno i drugie. 

Prawdopodobnie chodziło też o pobudzenie umysłów adeptów. Żywił przekonanie, że niektórzy z 

jego towarzyszy byli w zmowie z prowadzącymi zajęcia. Do niektórych sesji idealnie pasowało 

określenie „stek nonsensów”. 

Na  przykład  sesja  obecna;  on  sam  na  sam  z  instruktorem,  materiałem  wybuchowym  i 

repliką  mostu znajdującego się gdzieś  na Ziemi.  Czy  miał to być  instruktaż, test, jakaś  bzdura, 

czy może coś innego? 

Most i przepaść wykonano doskonale. Musiał to być w dużej części hologram, sceneria ta 

w  żaden  sposób  nie  dałaby  się  bowiem  odtworzyć  tu,  głęboko  pod  powierzchnią  Merkurego. 

background image

Oczy Paula spoglądały na głęboką, może ćwierćkilometrową przepaść, z której dobiegał odległy 

ryk górskiej rzeki. Powietrze było rozrzedzone  i  suche,  jak wszędzie  na dużych wysokościach. 

Na niebie nie dostrzegł żadnych chmur. 

Problem polegał na tym, iż Paul nie wiedział, co z tego było prawdziwe, a co złudzeniem. 

Jeśli  prawdziwy  był  blok  materiału  wybuchowego  i  jeśli  miał  on  zostać  zdetonowany  w  małej 

komorze  podziemnej  o  rozmiarach  podobnych  do  rozmiarów  pomieszczeń,  w  których  Paul 

odbywał  ostatnie  sesje,  to  koniecznie  trzeba  będzie  odwołać  się  do  Sił  Alternatywnych,  by 

objaśnić  powód,  dla  którego  Paul  i  instruktor  mieliby  przeżyć  eksplozję.  Paul  położył  dłoń  na 

drewnianym przyczółku mostu i wyjrzał za krawędź przepaści. Jego wzrok zagubił się w zasnutej 

oparami  głębinie.  Jeśli  miał  wierzyć  swym  zmysłom,  od  dna  dzieliła  go  duża  odległość.  Ile 

dokładnie, tego nie potrafił określić. Ale poza krawędzią przepaści naprawdę czuło się głębię. Z 

drugiej  strony,  przedmioty,  których  dotykał  dłonią  sprawiały  wrażenie  rzeczywistych,  ale 

wrażenie to było podszyte fałszem. 

- Cóż... - zaczai - nie jestem specem od mostów. Ale sądzę, że sztuka polega na zerwaniu 

tej belki - pokazał. - Jeśli jej koniec poleci w dół i wyłamie tamtą, to całość runie w przepaść. 

-  Nieźle  wykombinowane  -  ocenił  instruktor.  -  A  jak  zabrałbyś  się  do  zerwania  go  od 

naszej strony? 

- Podejrzewam - odparł Paul wskazując miejsce, w którym koniec przyczółka łączył się z 

magnezowym dwuteownikiem  - że  jeśli rozwalimy go właśnie tutaj, przecinając  wybuchem ten 

dźwigar, to ciężar reszty konstrukcji skręci ją w dół, załamie i rozerwie drugi łuk nośny. Wtedy 

runie cały ten koniec mostu. 

-  Doskonale  -  instruktor  podał  Paulowi  blok  plastyku.  -  Zobaczmy,  jak  sobie  z  tym 

poradzisz. 

Paul  ponownie  przyjrzał  się  mostowi.  Następnie  wetknął  plastyk  za  pasek  od  spodni  i 

zaczął wspinać się po belkach przyczółka. Brak jednej dłoni nie przeszkadzał mu aż tak bardzo, 

jak  mogło  się  to  wydawać  instruktorowi.  Siła,  którą  dysponowało  prawe  ramię,  pozwalała 

Paulowi  utrzymać  ciężar  ciała  pod  kątami  nieosiągalnymi  dla  przeciętnego  wspinacza.  Kiedy 

dotarł na miejsce, zatrzymał się, pozornie po to, by odetchnąć, w istocie zaś dla uporządkowania 

myśli. 

Nadal wyczuwał, że z mostem jest coś nie tak. Oddzielił nieznacznie drzazgę od belki, na 

której siedział i zrzucił ją w dół. Opadała łagodnie, dopóki nie stracił jej z oczu jakieś dziesięć, 

background image

może piętnaście  metrów niżej. Cóż, przynajmniej  odległość pod  nim  nie  była  złudzeniem. Raz 

jeszcze przyjrzał się miejscu, w którym powinien przymocować ładunek. 

Był to punkt tuż powyżej pojedynczej, ostatniej belki przyczółka. Aby wykonać zadanie, 

będzie  musiał  stanąć  na  tej  belce  i  umieścić  plastyk  tam,  gdzie  stykała  się  ona  z  magnezową 

szyną nośną w kształcie dwóch  liter „T” połączonych podstawami. Ruszył dalej.  Wspiął się  na 

dwuteownik, wychylił i znalazł się nad belką. Trzymając się metalu, ostrożnie opuścił stopy, aż 

oparły się na belce. 

I  wtedy,  tak  dyskretnie,  jak  to  było  możliwe,  nie  puszczając  dwuteownika,  obiema 

stopami zaczął coraz silniej naciskać belkę. 

Drzewo  pękło  z  rozdzierającym  trzaskiem.  Belka  nagle  umknęła  mu  spod  stóp  i  Paul 

zawisł na wyciągniętej ręce, uczepiony dwuteownika. Przez chwilę widział pod sobą obracającą 

się i obijającą o ściany przepaści belkę, na której miał stanąć, aż wreszcie ta znikła nagle jakieś 

dwadzieścia metrów niżej. Wisząc spojrzał na miejsce, w którym dolną część belki połączono z 

górną  za  pośrednictwem  metalowej  obejmy  umocowanej  czterema  grubymi,  magnezowymi 

nitami. 

W drewnie górnej połowy  belki  nie dostrzegł ani  dziur po nitach, ani  nawet zerwanych 

nitów.  Widział  tylko  złamany  koniec  drewnianego  kołka  klinowego  o  grubości  zaledwie  kilku 

milimetrów. 

Łatwo podciągnął się na szynę ze stopu magnezu. Most trzymał się pewnie, najwidoczniej 

zrównoważono go na podporach inaczej, niż wydawało się to na pierwszy rzut oka. Paul wspiął 

się do instruktora, na stały grunt i podał mu paczkę plastyku. 

- I co teraz? - spytał. 

- Cóż... - odparł instruktor. - Wrócimy na górę do biur. Nie wiem, co powie twój mistrz, 

to jego sprawa. Jeśli jednak chodzi o mnie, powiedziałbym, że zdałeś. 

Opuścili górską makietę sytuacyjną i powróciwszy do oficjalnej części Stacji, podjechali 

windą kilka pięter. Paul odniósł wrażenie, że znaleźli się tuż pod powierzchnią, o ile nie na niej 

samej. Wrażenie to potwierdziło się, gdy weszli do pomieszczenia biurowego, gdzie znajdowało 

się prawdziwe okno, przez które widać było żółtawy zmierzch i czarcie ogrody rozciągające się 

wokół Stacji na powierzchni Merkurego. 

Byli  tu  Jase,  Heber  i  kilku  ludzi,  których  Paul  nie  znał.  Instruktor  polecił  Paulowi 

poczekać  przy  wejściu,  a  sam  ruszył  dalej  i  przez  chwilę  mówił  coś  do  tamtych  ściszonym 

background image

głosem. Potem Jase  z  instruktorem przeszli do  jednego z  biurek  i zaczęli przeglądać  leżące  na 

nim akta. Do Paula dotarły słowa: „uczeń” i „test”. 

- Podejdź tu do okna - polecił Jase. 

Paul usłuchał. Szczupły Nekromanta był w tak wesołym nastroju, w jakim Paul go jeszcze 

nie widział. Mimo to w ruchach Warrena nadal była czujność czyhającego na mysz kota. 

- Siadaj. 

Paul  usiadł  więc  w  niskim,  miękkim  fotelu.  Jase  rozsiadł  się  w  drugim,  stojącym 

naprzeciwko. 

-  Stałeś  się  obecnie  -  zaczął  Jase,  bacznie  obserwując  Paula  swymi  ciemnymi,  głęboko 

osadzonymi  oczami  -  pełnoprawnym  członkiem  Gildii  Orędowników.  Zanim  przyszedłeś  do 

mnie,  miałeś  określony  pogląd  dotyczący  ciebie  samego  i  twego  utraconego  ramienia.  Teraz 

wyjaśnię  ci,  jak  naprawdę  wygląda  sytuacja  widziana  oczyma  kogoś,  kto  jak  ja,  jest  biegły  w 

prawach Sił Alternatywnych... - przerwał na moment. - Zamierzałeś coś powiedzieć? - spytał. 

- Nie - odparł Paul. 

- Doskonale - rzekł Jase. - Sprawa ma się tak. W zakresie Sił Alternatywnych posiadasz 

zdolności,  które  prawdopodobnie  są  natury  parapsychologicznej.  Kiedy  spotkałem  cię  po  raz 

pierwszy, powiedziałem ci, a do moich zdolności zalicza się umiejętność oceny charakteru, coś o 

twej zdumiewającej arogancji. 

Paul zmarszczył brwi. To, że Nekromanta nazwał go aroganckim, odstawił na boczny tor 

pamięci. Była to jedyna rzecz, z którą nie mógł się pogodzić. 

- Teraz lepiej już pojmuję powody, dla jakich powinieneś być arogantem - ciągnął Jase. - 

Nie miałem pojęcia, żaden z nas, zwykłych członków Gildii, nie miał pojęcia o granicach twych 

zdolności. Nie mieliśmy jednak wątpliwości co do ich charakteru. Twoje umiejętności polegają 

na  wykorzystywaniu  Sił  Alternatywnych  do  prawie  doskonałej  obrony  samego  siebie. 

Próbowaliśmy  wszystkiego,  prócz  bezpośredniego  zamachu  na  twe  życie.  Wyszedłeś  z  tego 

obronną  ręką.  Powiedz  mi,  czy  dałbyś  radę  objaśnić  słowami,  co  wzbudziło  twoje  podejrzenia 

tam  na  belce,  nad  przepaścią?  Nie  proszę,  byś  mi  to  wyjaśnił,  pytam  jedynie,  czy  myślisz,  że 

potrafiłbyś mi to wyjaśnić? 

- Nie - odparł Paul po namyśle. - Sądzę, że nie. 

-  Tak właśnie sądziliśmy. No dobrze. To, co zechcesz zrobić z twoimi umiejętnościami, 

zależy teraz tylko od ciebie. Ja osobiście mniemam, iż powodem, dla którego nie przyjmuje się u 

background image

ciebie przeszczep lewej ręki, jest związane z nim niebezpieczeństwo, które w tym przeszczepie 

widzą twoje mechanizmy obronne. Jeśli umiałbyś określić, jakiego rodzaju jest owo zagrożenie, 

to  może  potrafiłbyś  znaleźć  sposób  na  uniknięcie  go  i  następne  ramię,  które  kazałbyś  sobie 

wszczepić, przyjęłoby się zamiast obumierać. 

Przerwał. Paul odniósł wrażenie, że po raz pierwszy, od chwili kiedy się poznali, Jase jest 

lekko zbity z tropu. 

-  Jak  już  powiedziałem  -  odezwał  się  znowu  Nekromanta;  mówił  nieco  wolniej  niż 

zwykle - we wszystkim, oprócz nazwy, jesteś teraz członkiem Gildii. Pracowaliśmy nad tobą nie 

tylko  tutaj,  ale  i  na  Ziemi.  Jeśli  zechcesz  wrócić,  będziesz  musiał  stawić  czoło  policyjnemu 

śledztwu  w  sprawie  śmierci  Kevina  Malorna,  tego  człowieka  w  Koh-I-Nor,  któremu  miałeś 

dostarczyć narkotyki. 

- Zastanawiałem się nad tym - rzekł Paul. 

- Już nie musisz -  stwierdził Jase. -  W dziale muzycznym księgarni Zarządu Kompleksu 

Chicago istnieje zapis, stwierdzający, że nabyłeś tam taśmę z nagraniem pewnej pieśni, dokładnie 

w chwili, kiedy zabito Malorna. Jedyne, co powinieneś zrobić, to pojawić się tam i poświadczyć 

prawdziwość  tego  faktu.  Ponieważ  zapisy  dokonywane  są  automatycznie,  powszechnie  uważa 

się, że nie można ich zafałszować. Tak więc, po upływie godziny od momentu pojawienia się w 

Chicago, będziesz wolny od podejrzeń w związku ze śmiercią Malorna. 

- Rozumiem - rzekł Paul. - Ta taśma z pieśnią... czy nie chodzi przypadkiem o tę, gdzie 

Kantela śpiewa coś o kwieciu jabloni

Jase zmarszczył brwi. 

- I owszem - przyznał. - W rzeczy samej, tak. A co? 

- Nic - odparł Paul. - Słyszałem to nagranie, ale nie do końca. 

-  Wybór  był  dość  oczywisty  -  rzekł  Jase.  -  Zapis  wskazuje  mój  numer  kredytowy. 

Kupowałeś na moją prośbę. To naturalne, ponieważ Kantela i ja jesteśmy starymi przyjaciółmi, a 

pieśń skomponował dla niej Blunt. 

- Blunt? 

-  No tak  -  Jase  uśmiechnął  się  cierpko.  -  Nie  wiedziałeś,  iż  Wielki  Mistrz  komponował 

muzykę? 

- Nie. 

- On robi mnóstwo rzeczy - stwierdził Jase z cieniem kpiny w głosie. - Tak czy inaczej, 

background image

możesz bez przeszkód wracać na Ziemię, gdzie będziesz cieszył się pełną wolnością. Oczywiście, 

z  jednym wyjątkiem;  jako członek Gildii powinieneś wykonywać rozkazy  mistrzów, takich  jak 

ja. 

- Pojmuję - bez entuzjazmu zgodził się Paul. 

-  Czyżby?  -  odparł  Jase  i  westchnął.  -  Nie,  myślę,  że  nie.  Niczego,  psiakrew,  nie 

pojmujesz! Czy mógłbyś bez żadnych uprzedzeń posłuchać mnie choć przez pięć minut? 

- Oczywiście - zgodził się Paul. 

-  Doskonale  -  rzekł  Jase.  -  Ludzkość  otrzymała  impuls  pobudzający  w  czasach 

Renesansu.  Wtedy  to  zainicjowano  dwa  procesy  intelektualne.  Jeden  z  nich  zintensyfikował 

badania naukowe, które pchnęły Ludzkość na drogę cywilizacji technicznej. Celem tej drogi jest 

zbudowanie Ludzkości domu i utrzymywanie jej w nim, dobrze odkarmionej i szczęśliwej dzięki 

wykorzystaniu machin. 

- Co, jak rozumiem, jest rzeczą zlał - spytał Paul. 

-  Ależ  nie  -  odparł Jase.  -  Nie  ma  niczego złego w podpieraniu się protezami, kiedy  nie 

ma zamienników. Ty jednak, na przykład, wolałbyś mieć ramię z krwi i kości, nieprawdaż? 

- Cóż dalej? 

-  Stało  się  tak,  iż  w  procesie  rewolucji  technologicznej  pierwotna  rola  machin  uległa 

zmianie. Zaczęto je uważać nie za środek do osiągnięcia pożądanego celu, ale za część celu samą 

w  sobie.  Proces  ten  uległ  przyspieszeniu  w  dziewiętnastym  stuleciu,  a  rozkwitł  w  pełni  w 

dwudziestym. Człowiek zaczai żądać coraz większych i szerszych usług od technologii, a ona ich 

dostarczała. Ceną za to były kolejne ustępstwa w dziedzinie indywidualnych, ukrytych zapasów 

energii ludzkiej. W końcu, za naszych czasów, technologia stała się czymś bardzo zbliżonym do 

religii. Zostaliśmy schwytani w jej pułapkę, co nas tak osłabiło, iż wmawiamy sobie, że jest to 

jedyny możliwy sposób życia. Że innej drogi po prostu nie ma. 

- Ja... - zaczai Paul i umilkł. 

-  Właśnie,  „Ja”  -  przytaknął  Jase.  -  To  aroganckie  „Ja”  z  wbudowanymi  weń  cechami, 

umożliwiającymi przetrwanie. Inni ludzie nie są jednak tacy jak ty. 

- To niezupełnie to, co chciałem powiedzieć - żachnął się Paul. 

-  Nieważne  -  uciął  Jase.  -  Nie  chodzi  o  ciebie,  ale  o  świat,  zdany  na  łaskę  nieustannie 

rozwijającego się systemu technologicznego. 

- Który ma być celem ataku Gildii? 

background image

- Ataku? - zdziwił się Jase. - Gildia Orędowników została założona przez Blunta po to, by 

chronić jej członków przed atakami systemu. 

-  Innymi  słowy  -  zauważył  Paul  -  wasi  członkowie  wyrastają  z  tradycji  innej,  niż 

technologiczna. 

- Trafna uwaga - przyznał Jase spokojnie. - Wyrastają z innej tradycji. Tak jak ty. 

Paul spojrzał na Nekromantę badawczo, ale wyraz ciemnej twarzy Jase'a był szczery jak 

nigdy przedtem. 

-  Powiedziałem,  że  w  czasach  Renesansu  zainicjowano  dwa  procesy  -  ciągnął 

niewzruszenie Jase. - Jeden zaowocował powstaniem korzeni systemu, który dał początek naszej 

cywilizacji  technicznej,  utrzymującej,  iż  jest  tylko  jeden  sposób  życia  dla  Człowieka:  być 

rozpieszczanym  przez  machiny.  Drugi  proces  zapoczątkował  wszystkie  inne  systemy,  a  w  tym 

zasadę  wolności,  która  leży  u  podstawy  Sił  Alternatywnych.  Pierwszy  proces  czyni  Człowieka 

podmiotem, drugi uznaje jego supremację. 

Spojrzał na Paula, jakby czekając na jego reakcję. 

- Nie sprzeciwiam się idei supremacji - stwierdził Paul. 

-  Gdy  wszyscy  z  Wujem  Charlie  na  czele  -  mówił  dalej  Jase  -  coraz  bardziej  wielbili  i 

ubóstwiali  machinę,  kilku  utalentowanych  ludzi  utrzymywało,  że  Człowiek  stanął  u  progu 

boskości,  ale  proces  ten  nawet  się  nie  zaczai.  W  każdym  pokoleniu  działał  jakiś  geniusz,  a 

geniusz ma zawsze do czynienia z Siłami Alternatywnymi. Niestety, po pewnym czasie machina 

obrosła  w piórka  na tyle,  by zacząć deptać geniuszom po piętach, co sprowadza  nas do chwili 

obecnej, Paul. 

- Wydaje mi się, że cały czas do niej zmierzaliśmy - zakpił Paul, nie mogąc powstrzymać 

się od uśmiechu. 

- Sądziłem, iż obiecałeś wysłuchać mnie bez uprzedzeń - żachnął się Jase. 

- Przepraszam. 

-  No  dobrze  -  udobruchał  się  Nekromanta.  -  Odpowiedz  mi  na  jedno  pytanie. 

Przypuśćmy, że jesteś osobnikiem, żyjącym w jednym z pokoleń, do mniej więcej pięćdziesięciu 

lat  wstecz,  którego  zdolności  i  skłonności  popychają  go  do  czegoś  większego,  niż  to,  co  jest 

osiągalne dla ogółu ludzi w tym czasie. Cóż się stanie? 

- Słucham bez uprzedzeń - powiedział Paul. 

-  Taki  człowiek  mógł  ulec  tendencji  ogólnej  i  odrzucając  swe  zdolności,  zginąć  jako 

background image

jednostka.  Mógł  też  wznieść  się  ponad  przeciętność  i  unosić  się  nad  masami  dzięki  swym 

nadzwyczajnym umiejętnościom. Zgoda? 

Paul przytaknął kiwnięciem głowy. 

-  Innymi  słowy,  może  on  wygrać  lub  przegrać  swą  prywatną  bitwę  z  opinią  publiczną 

swoich czasów - Jase ponownie spojrzał na Paula, który znów skinął głową. - W naszych czasach 

taki osobnik nie przeciwstawia się opiniom lub nastawieniom współobywateli. Przeciwko sobie 

ma poglądy, które zrodziły się i rozwinęły w mechanicznym monstrum, z którym nie można się 

spierać,  czy  dyskutować  i  którego  nie  da  się  przestroić.  Człowiek  ów  nie  ma  szans  na 

zwycięstwo, podobnie jak nie może wygrać ten, co idzie z gołymi rękami na spychacz. Człowiek 

ten  nie  może  się  nawet  poddać,  bo  buldożer  nie  zna  pojęcia  kapitulacji.  Spychacz  zna  jedynie 

pojęcie wykonanego zadania. 

Jase  oparłszy  obie  dłonie  na  kolanach,  pochylił  się  ku  przodowi.  Emocje,  jakie  teraz 

przeżywał, ugodziły Paula jak grot strzały. 

-  Nie  pojmujesz?  -  spytał  Nekromanta.  -  Gildię  Orędowników  założono,  ponieważ 

współczesny  nam  system  technologiczny  usiłuje  zabijać  ludzi,  którzy  wybijają  się  ponad 

przeciętność! Każdego z nich, wszystkich, zlikwidować ich co do jednego! - Jase utkwił płonący 

uniesieniem wzrok w twarzy Paula. - Tak, jak próbował zabić ciebie! 

Paul również przez długą chwilę nie odrywał wzroku od Jase'a. 

- Mnie? - spytał w końcu. 

-  Ostrzeżenie przed  burzą, którego nie odebrałeś  -  zaczął wyliczać  Jase.  - Dezorientacja 

czasowa, z powodu której zostałeś zmiażdżony przez wózki w szybie kopalni. Zboczenie z trasy 

wozu,  który  postawił  cię  na  drodze  przeznaczonej  dla  maszerujących.  Owszem  -  odparł,  kiedy 

Paul  uniósł  brwi  w  niemym  zapytaniu.  -  Gdy  opuszczałeś  moje  mieszkanie,  podrzuciliśmy  ci 

pluskwę  i  od  tej  chwili  nie  spuszczaliśmy  cię  z  oczu.  To  zwykła  praktyka  -  przez  chwilę  był 

wyraźnie speszony. - Część wojny, jaką prowadzimy z TYM. 

-  Rozumiem  -  powiedział  Paul,  zastanawiając  się  równocześnie  nad  niektórymi 

wydarzeniem! ze swej przeszłości. 

-  Czy  to  ci  się  podoba,  czy  nie,  bierzesz  udział  w  tej  wojnie  po  stronie  Gildii. 

Chcielibyśmy,  abyś  wziął  w  niej  udział  aktywny.  Jeśli  twe  zdolności  w  dziedzinie  Sił  Alter-

natywnych  są  takie,  jak  nam  się  wydaje,  będziesz  dla  Gildii  nabytkiem  bardziej  cennym,  niż 

ktokolwiek inny. 

background image

- Dlaczegóż to? - spytał Paul. 

Jase wzruszył ramionami w geście lekkiej irytacji. 

-  Nie  mogę  powiedzieć  ci  tego teraz  -  odparł.  -  Przedtem  musisz  poświęcić  się  sprawie 

Gildii,  to  znaczy  spróbować  zdobyć  stopień  Nekromanty,  mistrza.  Poddamy  cię  próbie.  Jeśli 

przejdziesz ją pomyślnie, w swoim czasie dowiesz się, co mógłbyś zrobić dla Gildii. Dowiesz się 

tego  od  jedynego  człowieka,  który  będzie  mógł  wydawać  ci  polecenia,  gdy  będziesz  już 

mistrzem. Od samego Wielkiego Mistrza, Waltera Blunta. 

- Od Blunta? 

Paul  poczuł,  że  nazwisko  to  wypełnia  określone  miejsce  łamigłówki  wydarzeń  w 

Odskoczni  na Merkurym. Poczuł też, że zalewa  go fala zapomnianych uczuć, potem smutku, a 

wreszcie w głębi jego jaźni zbudziła się determinacja, by zmusić Blunta do odkrycia kart. 

- Oczywiście - usłyszał Jase'a. - Któż inny mógłby wydawać polecenia mistrzowi? Blunt 

jest naszym generałem. 

- Zgadzam się - głos Paula był spokojny i zdecydowany. - Co mam zrobić? 

-  Cóż  -  odparł  Jase,  cofając  dłonie  z  kolan  i  siadając  prosto.  -  Mówiłem  ci,  że  chcemy 

określić zasięg twoich zdolności. Powiedziałem, że aby cię zabić, próbowaliśmy już wszystkiego, 

oprócz bezpośredniego zamachu na twoje życie. Teraz zamierzamy podjąć tę próbę. Zaplanujemy 

rzecz  starannie  i  zrobimy,  co  tylko  w  naszej  mocy.  Poprzemy  nasze  wysiłki  wszelkimi 

sposobami, na jakie może zdobyć się Gildia, bez żadnych zabezpieczeń i zobaczymy, czy uda ci 

się przeżyć... 

background image

Rozdział 14 

 

 

Jako nominalny mistrz i Nekromanta, czując na karku chłód groźby, że któregoś dnia ktoś 

dokona  zamachu  na  jego  życie,  Paul  wrócił  na  Ziemię  i  do  Kompleksu  Chicago.  Oficjalnie 

powracał z wycieczki łodzią do Parku Narodowego Quetico, leżącego nad granicą kanadyjską w 

pobliżu  Lakę  Superior.  Policjanci  zdjęli  go  z  zewnętrznego  terminalu  Kompleksu,  skąd  został 

odwieziony  do  Komendy  Głównej  i  tam  złożył  wyjaśnienia,  gdzie  przebywał,  podczas  gdy 

nieznany osobnik, czy osobnicy, mordowali Malorna. Policja zwolniła go po złożeniu zeznań, a 

gdy  opuszczał  gmach,  dopadł  go  reporter  kroniki  policyjnej  jednego  z  dzienników  i 

przeprowadził z nim pośpieszny wywiad. 

- Co odczuwa człowiek - spytał reporter usiłując dotrzymać kroku Paulowi, gdy obaj szli 

w  stronę  wozów  przy  parkingu  policyjnym  -  który  właśnie  uniknął  spodziewanego  wyroku 

śmierci? 

-  Nie  wie  pan?  -  spytał  Paul  wsiadając  do  dwuosobowego  wozu,  który  zaraz  ruszył. 

Reporter przez chwilę zastanawiał się nad tymi trzema słowami, a potem wykasował je. Uznał, że 

wypowiedź jest za bardzo beztroska. 

- Oczywiście, odczuwam ulgę - podyktował. - Znając jednak współczesne metody śledcze 

i  jakość  sprzętu,  którym  posługuje  się  policja,  nie  miałem  żadnych  wątpliwości,  iż  potwierdzą 

one moją niewinność. - Włożył magnetofon do kieszeni i ruszył do biura oficera dyżurnego. 

Paul, zwróciwszy się do Jase'a, który również powrócił na Ziemię, otrzymał polecenie, by 

wynająć apartament nie opodal Suntden Place i zająć się czymkolwiek. I tak też zrobił. W ciągu 

kilku następnych tygodni miał wolne. Kładł się spać późno, włóczył się po Kompleksie, poznając 

dzielnice i zamieszkujące je tłumy. Czekał, aż na jego kark spadnie cios zawieszonego nad nim 

topora. 

Topór jednak nie spadał. Urlopowany i odstawiony przez Gildię Orędowników na boczny 

tor Paul zdążył zresztą prawie o nim zapomnieć. Gdy jednak kontaktował się z Nekromanta, za 

każdym  razem  przekonywał  się,  że  Jase  jest  pogrążony  w  jakiejś  gorączkowej  działalności. 

Podobnie  było  z  Kantelą,  którą  Paul  widział  przelotnie  raz  czy  dwa.  Podczas  jednej  z  wizyt  u 

Jase'a,  Paul  podjął  próbę  dowiedzenia  się,  jak  mógłby  dotrzeć  do  Blunta.  Jase  nie  owijając  w 

bawełnę  poinformował  go,  że  kiedy  taka  informacja  będzie  mu  potrzebna,  otrzyma  ją 

background image

niezwłocznie,  ale  dopiero  wtedy  i  nie  wcześniej.  Paul  domyślał  się,  że  Blunt  nie  posiada 

określonego  miejsca  zamieszkania.  Miejsce  jego  aktualnego  pobytu  zależało  od  chwilowej 

decyzji i było znane tylko najbliższym współpracownikom, takim jak Jase, czy Kantelą. 

Poniedziałek pierwszego tygodnia maja zastał Paula w Wisconsin Dells, dokąd wybrał się 

pod pozorem polowania  na wiewiórki.  W zasadzie przestał  już, przynajmniej świadomie, strzec 

się zamachu  na swe życie, który obiecał  mu  Jase. Jednak dbająca o takie sprawy,  skryta część 

jego jaźni, miała się na baczności. 

Pochodziwszy  po  lesie  rozsiadł  się  wygodnie,  opierając  plecy  o  pień  srebrnego  klonu. 

Jakiś czas wpół drzemał w potokach ciepła, lejącego się z błękitnego, wiosennego nieba. Potem 

zaczął  przeglądać  przywieziony  ze  sobą  stos  periodyków  i  dzienników.  Broń  jednak  trzymał 

wciąż na kolanach i siedział tyłem do kilkunastometrowego urwiska, opadającego stromo zaraz 

za  pniem  klonu.  Patrząc  przez  rzadki  zagajnik  młodych  klonów,  sosen  i  topoli  miał  doskonały 

widok na rozległe pole czarnoziemu, z rzadka upstrzone zielenią kiełkującej pszenicy. W sumie 

zajął doskonałą pozycję obronną. 

Na  drzewach  porastających  zbocze  uwijały  się  szare  wiewiórki.  Gdy  Paul  rozsiadał  się 

pod klonem, trzymały się z daleka, ale że przedstawicielkom gatunku Sciurus carolinensis nigdy 

nie  brakowało  wścibstwa,  pozwalały  więc  sobie  na  coraz  bliższe  igraszki.  Po  prawie 

dwugodzinnym  bezruchu  pogrążonego  w  lekturze  Paula,  jakiś  bezczelny  młodzik  rozzuchwalił 

się do tego stopnia, że nie dalej jak o dwa metry od siedzącego człowieka wychylił się zza pnia 

topoli i zaczął się gapić na człowieka. Paul zdawał sobie sprawę z uwagi, z jaką obserwowały go 

zwierzątka.  Sprawiało  mu  to  przyjemność  i  nie  zamierzał  im  przeszkadzać.  Zabijanie  ich  było 

ostatnią rzeczą, na jaką miał teraz ochotę. Odkrył właśnie, że żywił głębszą niechęć do zabijania, 

niż dotąd sądził. Uznał je za rodzaj samookaleczenia. W takiej jak ta chwili, kiedy pozwolił sobie 

na głębokie zjednoczenie się z życiem i ruchem tej cząstki świata, która go otaczała, byłby to po 

prostu koszmar. Pławiąc się w cieple, blasku i pulsującej wokół aktywności, całą uwagę skupił na 

czytaniu materiałów, które kupił przed przybyciem tutaj. 

Była to luźna kolekcja wielu osiągalnych aktualnie periodyków, które kupił wybierając je 

zupełnie przypadkowo. Przeglądając to teraz, doznał szoku. Zastanawiał się też, jak to się stało, 

że nie słyszał wcześniej tak licznych głosów wieszczących nieszczęście. 

Artykuły pełne były niepokojących danych. Testy przeprowadzane wśród dzieci w wieku 

szkolnym  ujawniały,  że  siedem  procent  osobników  do  lat ośmiu  cierpi  na  poważne  schorzenia 

background image

umysłowe. Od pięćdziesięciu lat stale wzrastał wskaźnik przestępczości, który tylko w bieżącym 

roku podskoczył o dwadzieścia trzy procent. Wszystko to działo się w świecie, w którym nikt nie 

cierpiał  na  brak  środków  do  życia,  a  większość  obywateli  cieszyła  się  bez  mała  luksusem. 

Szybko  wzrastał  światowy  wskaźnik  samobójstw.  Wzrastała  również  liczba  wyznawców 

najrozmaitszych  kultów.  Nasilały  się  przeróżne  histerie,  takie  jak  te,  którym  dawały  upust 

społeczności maszerujące. Obniżał się wskaźnik urodzin. 

Kolejne artykuły albo poszukiwały wyjścia z sytuacji, albo przedstawiały własne metody 

indywidualnego  przystosowania  się  do  niej.  A  jednak,  jak  stwierdził  Paul,  gdy  ponownie 

przejrzał  leżące  przed  nim  pisma,  dość  było  innych  tematów,  takich  jak  sport,  najnowsze 

wiadomości,  humor,  sztuka  czy  nauka,  by  niewygodne  informacje  rozpłynęły  się  w  nich  i  nie 

dotarły  do  świadomości.  Ktoś  taki  jak  Paul,  kto  nie  cierpiał  szczególnie  dotkliwie,  bez  trudu 

ignorował  dysonanse  w  ogólnej  symfonii  pochwalnej  na  cześć  osiągnięć  współczesnej 

cywilizacji. 

Paul zmarszczył brwi. Nie uwierzył w to, co przeczytał, lub w to, co powiedzieli mu inni. 

Wierzył tylko w to, co mógł poddać próbie swoich przeczuć. Teraz zaś wydało mu się, że czuje 

coś w związku z tym spisem  niedostatków i  niedoli. Cichy, oddalony  jęk,  jakby ktoś płakał.  A 

może się łudził? 

Odsunął  od  siebie  stertę  papieru  i  przymknąwszy  oczy  pogrążył  się  w  kontemplacji 

prześwitującego  przez  liście  światła  słonecznego.  Wyczuwał  ciężar  spoczywającej  na  udach 

strzelby i słyszał zwykłe szmery pośród drzew. Po wiewiórce z awanturniczą żyłką pojawiły się 

dwie  następne,  ale  ta  pierwsza  przewodziła.  Gdy  Paul,  nie  poruszywszy  się,  obserwował  je 

zaciekawiony, ta  najzuchwalsza pomknęła  nagle  ku obcasowi  jego  lewego buta  i obwąchała go 

drżącym noskiem. 

Dwie towarzyszki ruszyły za nią. Człowiek, rozmyślał leniwie Paul, rozwija się skokami, 

jak  te  wiewiórki,  a  każde  nowe  odkrycie  wywraca  stary  świat  do  góry  nogami.  Każdy  zwrot 

rzeczywistości  wydaje  się  zagrażać  wiecznej  nocy.  Przyjrzał  się  wiewiórkom.  Wszystkie  trzy 

badały  teraz  strzelbę,  która  mierzyła  w  powietrze  obok  jego  prawego  kolana.  Ich  czarne, 

zafascynowane  oczka  zaglądały  do  luf.  Próbował  wyobrazić  sobie,  co  się  czuje,  kiedy  jest  się 

jedną  z  nich  i  na  sekundę  jego  widzenie  rzeczywistości  rozpłynęło  się  w  fantastycznym, 

zawartym w kolumnach i gałęziach drzew świecie skoków i lądowań, snu, głodu i nieznanego. 

Zza  najbliższego  drzewa  nagle  wyskoczyła  ku  niemu  nowa  wiewiórka.  Nieoczekiwanie 

background image

ruchy  wszystkich  zwierzątek  nabrały  celowości.  Gdy  do  aktualnej  trójki  dołączył  kolejny 

przybysz, wszystkie trzy z  nienaturalną precyzją, niczym  jeden zespół, rzuciły  nagle całą  masę 

swych wiewiórczych ciał na czubek wystającej lufy. Strzelba chybnęła się i przechyliła, a wylot 

lufy oparł się o pierś Paula. 

W tej samej chwili czwarta wiewiórka skoczyła wprost na spust broni. 

Wszystko  stało  się  w  jednym,  eksplodującym  ułamku  sekundy.  Ramię  Paula  ożyło  w 

jednej  błyskawicznej  i  absolutnie  precyzyjnej  reakcji.  Gdy  czwarta  wiewiórka  śmigała  nad 

ściółką pokrytą cętkami plam słońca, jego długie palce schwytały zwierzątko w locie i złamały 

mu kark. 

Pozostałe wiewiórki szurnęły na wszystkie strony. Nastąpiła cisza. Paul stwierdził, że stoi 

nad dubeltówką, pośród sterty rozrzuconych gazet, wokół nie ma żadnych żywych stworzeń, a on 

trzyma w dłoni martwą wiewiórkę. 

Serce  Paula  załomotało  gwałtownie.  Spojrzał  na  swoją  ofiarę.  Czarne  oczka  zwierzątka 

były mocno zaciśnięte, jak u każdego żywego stworzenia, zmuszonego do podjęcia największego 

z możliwych ryzyka i zagonionego do szalonej wycieczki w nieznane. 

Paul poczuł, że gdzieś w głębi jego istoty krwawi rana jak po amputacji. We wpatrzonych 

w  wiewiórkę  oczach  pojawiły  się  łzy.  Słońce  skrywało  się  właśnie  za  chmurą  i  poszycie  lasu 

przybrało  jednolity ciemny kolor. Paul ostrożnie  ułożył  małe szare ciałko u podnóża srebrnego 

klonu i wygładził zmierzwione futerko. Następnie ujął strzelbę za chłodny metal lufy i zagłębił 

się pomiędzy drzewa. 

Gdy wrócił do swego apartamentu w Kompleksie Chicago, Jase czekał już tam na niego. 

- Gratulacje... Nekromanto - przywitał go, gdy tylko Paul przekroczył próg. 

Paul spojrzał mu prosto w oczy. Pod naporem tego spojrzenia, Jase mimo woli cofnął się 

o krok. 

background image

Rozdział 15 

 

 

Paul w ciągu paru najbliższych dni został członkiem Gabinetu  - grupy, która pracowała 

pod  kierunkiem  samego  Blunta.  W  skład  Gabinetu  wchodzili  Jase,  Kantela,  Burton  McLeod  - 

tego przypominającego dwuręczny miecz mężczyznę Paul poznał już wcześniej w apartamencie 

Jase'a  -  oraz  nieokreślony  niczym  szary  opłatek  człowieczek  o  nazwisku  Eaton  White.  White 

zajmował  wysokie  stanowisko  w  sztabie  Kirka  Tyne'a  i  pierwszą  rzeczą,  jaką  zrobił,  było 

zabranie  Paula  na  spotkanie  z  Tyne'em  dotyczące  podjęcia  przez  Paula  pracy  w  biurze 

Naczelnego Inżyniera Świata. 

-  Przypuszczam  -  odezwał  się  Tyne,  gdy  w  świetle  porannych  promieni  słońca 

docierających  przez  wysokie  okna  luksusowego  biura,  położonego  dwieście  poziomów  ponad 

ulicami Chicago, wymieniali uścisk dłoni  - że zastanawia się pan, dlaczego żywię tak niewiele 

wątpliwości  przed  zatrudnieniem  człowieka  Gildii  jako  członka  mojego  osobistego  personelu? 

Proszę usiąść. Ty też siadaj, Eat. 

Paul  i  Eaton  White  zajęli  miejsca  w  wygodnych  fotelach.  Tyne  również  usiadł  i 

wyciągnął nogi. Wydawało się, iż doskonale pasuje do tego miejsca. Odpowiedzialność związana 

z jego stanowiskiem nie wywierała na nim większego wrażenia. Jego oczy, spoglądające w oczy 

Paula spod krótkich rzęs, były zaskakująco bystre. 

- Owszem, byłem zdziwiony - przyznał Paul. 

- No cóż, składa się na to wiele powodów - rzekł Tyne. - Czy kiedykolwiek zastanawiał 

się pan nad trudnościami, związanymi ze zmienianiem teraźniejszości. 

- Zmienianiem teraźniejszości...? 

- Jest to możliwe - stwierdził Tyne niemal wesołym tonem. - Choć bardzo niewielu ludzi 

zadaje  sobie  trud,  by  o  tym  pomyśleć  i  pojąć  ten  fakt.  Kiedy  ujmuje  pan  choćby  centymetr 

teraźniejszości, by go przesunąć, przesuwa pan równocześnie parę tysięcy kilometrów historii. 

-  A,  rozumiem  -  rzekł  Paul.  -  Chce  pan  powiedzieć,  że  aby  zmienić  teraźniejszość, 

przedtem należy zmienić przeszłość. 

- Dokładnie tak - odpowiedział Tyne. - O tym zawsze zapominają reformatorzy. Mówią o 

zmianie  przyszłości.  Jak  gdyby  było  to  wielkim  i  nowym  osiągnięciem.  Jako  istoty  ludzkie, 

zajmujemy  się  głównie  zmienianiem  przyszłości.  W  rzeczy  samej,  jest  to  jedyne,  co  możemy 

background image

zmienić.  Teraźniejszość  jest  pochodną  przeszłości,  ale  nawet  jeśli  potrafilibyśmy  igrać  z 

przeszłością, któż by się na to ośmielił? Zmieńmy jeden drobny czynnik i rezultaty tego postępku 

w  teraźniejszości  mogą  rozwalić  ludzkość  w  drobny  mak.  Tak  więc  wasi  reformatorzy,  wasi 

wielcy  działacze  oszukują  samych  siebie.  Rozprawiają  o  zmianie  przyszłości,  podczas  gdy  tak 

naprawdę chcą zmienić teraźniejszość, w której żyją. Nie pojmują, że usiłują przesuwać meble w 

pokoju, w którym przybito je do podłogi. 

- Uważa pan więc, że Gildia jest niczym więcej, niż cechem tragarzy mebli? - spytał Paul. 

-  W  zasadzie,  tak  -  odparł  Tyne.  Pochylił  się  do  przodu.  -  Och,  chciałbym,  aby  pan 

wiedział, że wysoko cenię sobie Gildię i jej członków, a moja opinia o Walterze 

Bluncie jest więcej niż pochlebna. Walt mnie przeraża i nie wstydzę się do tego przyznać. 

Nie zmienia to jednak faktu, iż... jak by to rzec... ujada pod niewłaściwym drzewem. 

- On nie ukrywa, że myśli o panu to samo - rzekł Paul. 

-  Oczywiście!  -  ucieszył  się  Tyne.  -  Musi  tak  myśleć,  nie  ma  innego  wyjścia.  Jest 

urodzonym rewolucjonistą  idealistą. Ja zaś  jestem rewolucjonistą realistą. Wiem, że  nie  można 

zmienić  teraźniejszości  i  skupiam  się  na  zmianie  przyszłości.  I  zmieniam  ją  naprawdę,  ciężką 

pracą, odkryciami i postępem. Inaczej nie da się tego zrobić. 

Paul spojrzał na niego nie bez ciekawości. 

- Jaka jest pańska idea przyszłości? - spytał. 

- Utopia - odparł Tyne. - Rzeczywista Utopia, w której wszyscy znajdziemy swe miejsce. 

Wie  pan,  to  właśnie  jest  prawdziwym  mankamentem  teraźniejszości.  Dzięki  naszej  nauce  i 

technologii  osiągnęliśmy  w  praktyce  Utopię.  Jedynym  naszym  problemem  jest  to,  że  my  sami 

jeszcze się do niej nie przystosowaliśmy. Podejrzewamy nieustannie, że gdzieś musi tkwić jakiś 

haczyk,  coś,  z  czym  trzeba  walczyć,  co  trzeba  pokonywać.  Tak  przy  okazji,  to  właśnie  jest 

ułomnością Walta. Nie potrafi ustrzec się uczucia, że powinien buntować się przeciwko czemuś, 

co  jest  nie  do  przyjęcia.  Ponieważ  zaś  nie  może  znaleźć  owego  czegoś,  z  czym  nie  wolno  się 

godzić,  zadał  sobie  ogromny  trud  podjęcia  rewolty  przeciwko  czemuś,  co  nie  tylko  jest  do 

przyjęcia,  ale  jest  ogromnie  pożądane.  Wystąpił  więc  przeciwko  zjawiskom,  które  są  naszym 

celem od stuleci. Przeciwko dobrobytowi, wolności i bogactwu. 

- Sądzę - odezwał się Paul marszcząc brwi, bo przez jego myśli przemknęło wspomnienie 

małej szarej wiewiórki - że nie przejmuje się pan zbytnio wzrostem wskaźników przestępczości, 

samobójstw, chorób psychicznych i tak dalej? 

background image

- Rozmyślam nad nimi, ale istotnie nie przejmuję się nimi - powiedział Tyne, pochylając 

się  do  przodu.  -  W  postaci  Kompleksu-Matki,  mam  na  myśli  połączenie  pojedynczych 

Kompleksów,  tutaj,  w  gmachu  Kwatery,  otrzymaliśmy  najwspanialsze  narzędzie,  jakie 

kiedykolwiek wytworzył Człowiek, by rozwiązywać problemy Ludzkości. Niewątpliwie potrwa 

to jeszcze kilka pokoleń, ale w końcu wykorzenimy te emocjonalne reakcje, które są powodem 

zjawisk, o jakich pan wspominał. 

- Emocjonalne reakcje? - spytał Paul. 

- Oczywiście! Po raz pierwszy w historii ludzkości, od czasu kiedy człowiek wytknął nos 

z bezpiecznej nory w ziemi, ludzie nie muszą się niczego bać, o nic nie muszą się martwić. Czy 

to dziwne, że w tych warunkach wszystkie drobne indywidualne niechęci i uprzedzenia rozwijają 

skrzydła? 

-  Trudno  mi  uwierzyć  -  sprzeciwił  się  Paul  starannie  dobierając  słowa  -  że  powodem 

wszystkiego,  o  czym  przeczytałem  w  gazetach  i  czasopismach  są  uprzedzenia  niektórych 

jednostek. 

- No, oczywiście nie takie to proste - Tyne z powrotem odchylił się do tyłu. - W ludzkiej 

naturze tkwią silne elementy zespołowe. Choćby religia, która legła u podstaw wszystkich kultów 

i  sekt. Skłonność do histerii  i skupiania się  w tłumy  spowodowała pojawienie się  społeczności 

maszerujących.  Stajemy  się  społeczeństwem  podzielonym.  Jednak  tylko  dlatego,  iż  Utopia  jest 

czymś  nowym,  nie  można  uparcie  stawać  okoniem.  Jak  powiedziałem,  jeszcze  pokolenie  lub 

dwa, a wszystko się ułoży. 

Przerwał mowę. 

-  No  cóż...  -  powiedział  Paul,  ponieważ  oczekiwano  od  niego  odpowiedzi.  -  To  jest 

niezwykle zajmujące. Zakładam, iż usiłuje pan nawrócić zgubioną owieczkę? 

- Dokładnie tak - przyznał się Tyne. - Jak powiedziałem, nie zgadzam się z Waltem, ale 

muszę przyznać, że werbuje on najlepszych ludzi. Batona, na przykład. Biedak Malorn również 

był członkiem Gildii. 

- Malorn! - powiedział Paul wpatrując się uważnie w twarz Tyne'a. 

-  Owszem,  może  pan  uznać,  że  jestem  panu  coś  winien  za  to,  iż  niesłusznie  oskarżono 

pana w związku z jego śmiercią. Zawdzięcza pan to usterce urządzeń policyjnych, ja zaś jestem 

odpowiedzialny za niezakłócone funkcjonowanie wszelkich aparatów. 

- Ale chyba nie dlatego dał mi pan pracę? 

background image

-  Nie,  oczywiście,  że  nie.  Eat  ma  o  panu  dobrą  opinię  i  utrzymuje,  że  nie  dał  się  pan 

zupełnie otumanić i olśnić teoriom Walta. Chętnie podejmę ryzyko przedstawienia panu mojego 

punktu widzenia, jeśli zechce pan posłuchać. Oczywiście Walt również będzie mile połechtany, 

jeśli  uda  mu  się  pana  tu  wetknąć.  Widzi  pan,  on  sądzi,  że  przechytrzył  mnie  swą  całkowitą 

szczerością i otwartością w otaczaniu mnie swymi ludźmi. 

- Pan zaś - zauważył Paul - uważa, iż przechytrzył jego. 

-  Ja  wiem,  że  tak  jest  w  istocie  -  odparł  Tyne  z  uśmiechem.  -  I  mam  inteligentnego 

przyjaciela, który też tak twierdzi. 

-  A  zatem,  rzecz  załatwiona  -  skwitował  Paul.  Wstał,  razem  z  nim  podnieśli  się  Tyne  i 

Eaton. - Chciałbym poznać pańskiego inteligentnego przyjaciela. 

- Kiedyś to może nastąpi - odparł Tyne. Wymienili uściski dłoni. 

-  W  istocie,  sądzę,  że  tak  się  stanie.  To  właśnie  jego  opinia  zadecydowała  o  tym,  że 

przyjąłem pana do swego zespołu. 

Paul spojrzał bystro na Naczelnego. Z ostatnimi słowami wyraz twarzy Tyne'a zmienił się 

nagle. Ta zmiana była tak szybka  i tak szybki  był powrót  do normalności, że  niemożliwe  było 

określenie, co właściwie mignęło w tej twarzy. Przypominało to nagłe obnażenie klingi. 

- Poczekam zatem - zakończył Paul, a Eaton wyprowadził go na zewnątrz. 

Opuściwszy  gmach  kompleksu  Kwatery  Głównej  Naczelnego  Inżyniera  Świata, 

rozdzielili się. Eaton wrócił do swych zajęć, Paul zaś odszukał Jase'a. 

Przechodząc przez drzwi apartamentu Nekromanty i wsuwając klucz do kieszeni, usłyszał 

głosy.  Jeden  należał  do  Jase'a.  Drugi  jednak...  Paul  zatrzymał  się  usłyszawszy  ten  głos,  był 

głębokim, dźwięcznym i sarkastycznie brzmiącym basem Blunta. 

- Jase - mówił Blunt - zdaję sobie sprawę z tego, że niekiedy posądzasz mnie o to, iż zbyt 

wiele czasu poświęcam na udawanie playboya. Z tym jednak musisz się pogodzić. 

-  Walt!  Wcale  tak  nie  myślę!  -  sądząc  po  głosie,  młodszy  mężczyzna  był  ponury  i 

zmęczony. - Któż, spośród wszystkich ludzi, mógłby powiedzieć tobie, co masz robić? Po prostu 

chciałbym  wiedzieć,  co  zamierzasz,  na  wypadek  gdybym  musiał  przejąć  kierowanie  biegiem 

naszych spraw. 

- Jeśli przejmiesz władzę, pokierujesz sprawami po swojemu i tak powinno być  - odparł 

Blunt.  -  Zajmujmy  się  przeszkodami  wtedy,  gdy  się  wyłaniają,  nie  wcześniej.  Być  może,  nie 

będziesz musiał brać spraw w swoje ręce. Kto wszedł? 

background image

Przy ostatnich słowach Paul, mijając zakręt w przedpokoju, wchodził właśnie do saloniku 

apartamentu  Jase'a.  Przejście  w  ścianie  do  biura  w  mieszkaniu  Kanteli  było  otwarte  i  Paul 

zobaczył  przez  nie  szerokie  barki  i  plecy  Blunta  i  częściowo  zasłoniętą  nimi  zdumioną  twarz 

Jase'a. 

- To ja, Formain - oznajmił Paul i ruszył w stronę przejścia w ścianie. Jase jednak szybko 

przeszedł obok Blunta i wkroczył do swego mieszkania, zamykając za sobą drzwi do biura. 

- O co chodzi? - spytał Paula. 

-  Wygląda  na  to,  że  jestem  teraz  członkiem  osobistego  sztabu  Naczelnego  Inżyniera 

Świata - oznajmił Paul. Ponad ramieniem Jase'a spojrzał na zamkniętą ścianę. - Tam jest Walter 

Blunt, nieprawdaż? Chciałbym z nim pomówić. 

Minął Jase'a, podszedł do ściany i odsunął ją. Zobaczył za nią puste biuro. 

- Gdzie on się podział? - zwrócił się do Jase'a. 

-  Wyobrażam  to  sobie  tak  -  zakpił  Jase  -  że  gdyby  chciał  zostać  i  pomówić  z  tobą,  to 

pewnie by został... 

Paul  odwrócił  się  i  wszedł  do  biura.  Idąc  dalej,  dotarł  do  położonych  głębiej  pokojów 

Kanteli.  Nie  było  tu  nikogo.  Przy  drzwiach  wejściowych  nie  spostrzegł  jednak  nic,  co 

świadczyłoby o tym, że Walter Blunt tędy wychodził. 

Paul  wrócił  do  mieszkania  Nekromanty.  Nie  zastał  Jase'a,  który  najwyraźniej  też  już 

wyszedł. Paul, zakłopotany i zmieszany, miał już zamiar pójść za jego przykładem, kiedy wejście 

do pokoju Jase'a otworzyło się z cichym trzaskiem i ktoś wszedł. 

Oczekujący  Blunta,  Jase'a  lub  ich  obu  razem  Paul  znieruchomiał  z  wrażenia,  gdy  w 

pokoju pojawiła się Kantela. Niosąca jakiś pakunek dziewczyna przystanęła. 

- Paul! - nie taiła swego zaskoczenia. 

Sposób, w jaki Kantela wymówiła jego imię świadczył, że obecność Paula bynajmniej jej 

nie ucieszyła. 

- Słucham - powiedział nie bez smutku. 

- Gdzie zniknął... - tu nieco się zawahała - ...Jase? 

-  I  Walter  Blunt  -  uzupełnił  Paul.  -  Sam  chciałbym  wiedzieć,  gdzie  zniknęli  i  z  jakich 

przyczyn? 

-  Prawdopodobnie  musieli  odwiedzić  jakieś  miejsce  -  Kantela  nie  skrywała  swego 

niepokoju. Obronnym gestem przycisnęła do piersi swój pakunek. 

background image

-  Nie  miałem pojęcia  -  rzekł Paul usiłując  sprowadzić rozmowę na  neutralny temat  -  że 

Blunt skomponował pieśń „W kwieciu jabłoni” dla ciebie. Dopiero Jase mi to powiedział. 

Obrzuciła go szybkim, wyzywającym spojrzeniem. 

- To cię zaskoczyło, prawda? - spytała. 

- No... - odparł. - Nie. 

- Nie? 

- Nie wiem, czy to, co czułem - stwierdził - można nazwać zaskoczeniem. Nie wiedziałem 

po prostu, że Wielki Mistrz pisze muzykę. I... 

- I co? 

-  I nic  -  powiedział z wysiłkiem  starając się zachować spokój.  -  Tyle tylko, że pierwszą 

zwrotkę  usłyszałem  tamtego  dnia,  zanim  weszłaś,  a  kiedyś  słyszałem  ją  wcześniej.  Wtedy 

wydawało mi się jednak, że jest to pieśń, którą śpiewa młody mężczyzna. 

Kantela przeszła obok niego nie kryjąc irytacji. Paul odniósł wrażenie, że fakt, iż miała na 

kim  wyładować  swe  uczucia  sprawia  jej  satysfakcję.  Nacisnęła  guzik  na  odtwarzaczu  Jase'a  i 

odwróciła się na pięcie ku rozmówcy. 

-  Czas  więc,  byś  usłyszał  drugą  zwrotkę,  nieprawdaż?-  syknęła.  W  sekundę  później  ze 

stojącego za nią głośnika rozległ się jej śpiew. 

 

W kwieciu jabłoni moje czekanie  

Długie i słodkie moje kochanie 

 

- Pieśń młodzieńca, nieprawdaż? - powiedziała z gryzącą ironią. 

 

W jesiennych liściach i kwieciu wiosny  

Moja tęsknota łkać nie przestanie 

 

Jej  dźwięczny  niczym  śpiew  górskiego  strumienia  głos  umilkł  na  chwilę,  potem 

zabrzmiały takty drugiej zwrotki. Kantela z zaciśniętymi ustami wbiła wzrok w Paula. 

 

Teraz jesienią w moim schronieniu 

Wśród pełnych dzbanów sączę wspomnienia 

background image

Stróżem mej męki lawa wygodna  

Pamięć amorów wypijam do dna 

 

Muzyka  ucichła.  Paul  odkrył,  iż  dziewczyna  jest  głęboko  wzruszona  i  autentycznie 

nieszczęśliwa. Podszedł bliżej. 

-  Przykro  mi  -  powiedział  stając  przed  nią.  -  Nie  pozwól,  by  moja  opinia  wpływała  ma 

twój nastrój. Zapomnij w ogóle o tym, że mówiłem cokolwiek na ten temat. 

Usiłując cofnąć się przed nim, Kantela odkryła, że za nią jest już ściana. Przycisnęła do 

niej  głowę,  a  Paul  przekonany,  że  dziewczyna  zaraz  upadnie,  wyciągnął  szybko  swe  długie 

ramię.  Kantela  jednak  wciąż  stała,  plecami  do  ściany  i  zamknąwszy  oczy  odwróciła  od  niego 

twarz. Spod jej zaciśniętych powiek zaczęły wypływać łzy. 

- Och! - szepnęła - dlaczego sobie gdzieś  nie pójdziesz? - Mówiąc to przytuliła policzek 

do ściany. - Proszę, zostaw mnie samą! 

Głęboko poruszony jej rozpaczą, Paul odwrócił się i wyszedł, zostawiając ją zmartwiałą, 

nieszczęśliwą i wciąż przytuloną do ściany. 

background image

Rozdział 16 

 

 

Podczas paru następnych dni Paul jej nie widywał. Kantela wyraźnie go unikała. W końcu 

nawet musiała porozmawiać o nim z Jase'em, ponieważ któregoś dnia Nekromanta poruszył ten 

temat. 

- Tracisz czas - powiedział wprost. - Ona należy do Walta. 

-  Wiem  -  skwitował  Paul  i  spojrzał  na  siedzącego  po  drugiej  stronie  stołu  Jase'a. 

Nekromanta  zaprosił  go  na  lunch  nie  opodal  gmachu  siedziby  Zarządu  Inżynierii  Świata  i 

przyniósł ze sobą długą listę rozmaitych kultów i towarzystw, wśród których, jak to ujął, Gildia 

miała  pewne  wpływy.  Paul  miał  nauczyć  się  nazw  i  obyczajów  tych  grup,  ponieważ  pewnego 

dnia  Gildia  mogła  z  tych  wpływów  skorzystać.  Paul  wziął  listę  bez  sprzeciwu.  Wbrew  teorii, 

według której polecenia miał otrzymywać wyłącznie od Wielkiego Mistrza, spotkanie z Bluntem 

miał jeszcze przed sobą. Wszystkie instrukcje przekazywał mu Jase. Paul zdecydował, iż na razie 

nie będzie robił z tego sprawy. Wiedział, że powinien się jeszcze wiele nauczyć. 

Gildia  Orędowników  skupiała  w  swych  szeregach  około  sześćdziesięciu  tysięcy 

członków.  Może tysiąc  pięciuset  z  nich  miało  wybitne  talenty  parapsychologiczne.  W  świecie, 

który  godził  się  z  tymi  zjawiskami,  choć  traktowano  je  głównie  jako  wdzięczne  tematy  do 

banalnych rozmówek, typu umiejętność poruszania uszami, piętnaście setek ludzi przedstawiało 

sobą  ogromną,  potencjalną  siłę.  Paul  musiał  nauczyć  się  danych,  dotyczących  każdego  z  tych 

ludzi: co potrafi, kiedy i w jakich okolicznościach objawia swe umiejętności oraz co najbardziej 

istotne,  kto  rozwijał  jego  możliwości,  badając  je  w  mistycznym  i  rozproszonym  świetle  Sił 

Alternatywnych. 

Ponadto, Paul musiał poznać wiele innych aspektów działalności Gildii, takich jak lista, 

którą Jase przyniósł ze sobą na to spotkanie. Dodatkowym obciążeniem była praca w Kompleksie 

Inżynierii Świata. 

Na całym świecie pogoda była kapryśna  i zła. Zima  na południowej półkuli okazała się 

mroźna i burzliwa. Tutaj zaś dni były duszne i upalne, choć bezdeszczowe. Kompleks Kontroli 

Pogody  znalazł  się  w  sytuacji  kogoś,  kto  usiłuje  okryć  się  przykrótkim  kocem.  Wilgoć 

przeniesiona w jeden potrzebujący jej rejon pozostawiała inne, albo spieczone do cna, albo zalane 

ulewnymi deszczami wyrządzającymi znaczne szkody. Sytuacja nie była kryzysowa, ale irytująca 

background image

i  niewygodna.  Wielkie kompleksy  miejskie posiadały własne regulatory  niezależnie od pogody 

zewnętrznej.  Jednak  emocjonalne  efekty  tych  zaburzeń,  zakodowane  w  naturalnym  rytmie  pór 

roku docierały nawet do klimatyzowanych wnętrz, takich jak to, w którym siedzieli Paul i Jase. 

- Powinieneś po prostu przyjąć do wiadomości, że ona należy do Walta - powtórzył Jase. 

Po raz pierwszy od czasu, gdy się poznali, Paul wyczuł w głosie rozmówcy pewną miękkość.  - 

Ona pochodzi z Finlandii, i ciekaw jestem, czy wiesz, skąd się wzięło jej imię? 

- Nie - przyznał się Paul. - Nie mam pojęcia. 

-  „Kalevala” to fiński poemat narodowy. Longfellow wzorował  się  na  nim pisząc  swoją 

„Hiawathę”. Wiedziałeś o tym? 

- Nie - powtórzył Paul. 

- Kaleva to Finlandia - rzekł Jase. 

Wiatr dmący ponad ośnieżonymi polami. Zaśpiew wichru grającego na soplach w jaskini 

- wiedziałem od samego początku, pomyślał Paul. 

- Kaleva miał trzech synów. Urodziwego Lemmnikainena, biegłego w sztuce kowalskiej 

Ilmarinena i wiekowego Väinämöinena. 

Paul obserwował Jase'a z ciekawością. Po raz pierwszy zniknęły gdzieś charakterystyczne 

dla Nekromanty pośpiech i napięcie wewnętrzne. 

-  Väinämöinen  stworzył  świętą  harfę  -  Kantelę.  I  ona  jest  harfą,  naszą  Kantelą.  Harfą 

ukształtowaną dla dłoni bogów lub herosów. Dlatego Walt trzyma ją przy sobie. Choć jest stary, 

folguje  tylko  własnej  woli  i  postępuje  po  swojemu  -  patrząc  ponad  stołem  na  Paula,  Jase 

potrząsnął  głową.  -  Paul,  możesz  sobie  być  arogantem  i  nie  uznawać  autorytetów.  Nawet  ty 

jednak musisz przyznać, że Walt jest kimś więcej, niż zwykłym człowiekiem. 

Paul  dyskretnie  się  uśmiechnął.  Obserwujący  go Jase  zaśmiał  się  krótko.  Przed  Paulem 

znów siedział zamknięty w sobie, błyskotliwy Nekromanta. 

- Ponieważ sądzisz, że nie można cię zabić - stwierdził Jase - uważasz też, że nie można 

cię pokonać! 

Paul potrząsnął głową. 

- Jestem absolutnie pewien, że zabić mnie można - odparł. - Wątpię natomiast w to, czy 

można mnie pokonać. 

- Dlaczegóż to? - spytał Jase pochylając się ku przodowi. Paul stwierdził ze zdziwieniem, 

że pytanie to zostało zadane z całą powagą. 

background image

- Nie wiem. Po prostu... tak czuję - powiedział niepewnie. 

Jase parsknął, zdradzając duże zniecierpliwienie i wstał od stolika. 

-  Przestudiuj  tę  listę  -  polecił.  -  Burt  poprosił  mnie,  bym  ci  przekazał,  że  wpadnie  po 

ciebie  dziś  wieczorem,  gdy  skończysz  dyżur,  oczywiście,  jeśli  nie  jesteś  już  umówiony  gdzie 

indziej. Możesz do niego zadzwonić. 

-  Zadzwonię  -  obiecał  Paul  i  jeszcze  przez  chwilę  patrzył  za  manewrującym  zręcznie  i 

szybko pomiędzy stolikami, oddalającym się Nekromantą. 

 

 

Burton McLeod, dwuręczny  miecz z  ludzkim umysłem  i duszą, stał  się  jedyną osobą w 

życiu Paula, którą z braku lepszego określenia można było nazwać jego przyjacielem. Znajomość 

ta rozwijała się od kilku miesięcy. 

McLeod  niedawno  ukończył  czterdziestkę.  Niekiedy  jednak  wyglądał  znacznie  starzej. 

Zdarzały się też chwile, gdy można go było wziąć za chłopca. Były w nim pokłady głębokiego, 

nieustającego smutku, powstałe w rezultacie gwałtu, który zadawał. Samo  szafowanie  śmiercią 

nie było jednak przyczyną jego melancholii. McLeod nie żałował swoich uczynków. 

Nie widział powodów, dla jakich wróg Gildii miałby ujść z życiem. Lecz w głębi duszy 

czuł  smutek,  ponieważ  walki,  które  staczał  nie  były  uświęcone.  Skrytobójstwo  z  samej  swej 

istoty nie miało tej prawości i świętości, co uczciwa, otwarta bitwa i godnie przyjęta śmierć na 

udeptanej ziemi. 

McLeod nigdy nie poprosiłby o łaskę dla siebie i odczuwał niepokój na myśl o tym, że 

świat, w którym żyje uparcie trzyma się koncepcji łaski bez wyjątku dla wszystkich. Nawet dla 

tych,  których  uważał  za  niegodnych  życia.  Był  w  istocie  mężczyzną  łagodnym  i  nieco 

nieśmiałym  w  stosunku  do  tych,  których  uznawał  za  wyższych  przedstawicieli  rasy  ludzkiej  - 

obok Blunta, Kanteli i Jase'a zaliczył do tej kategorii także Paula, ku zadowoleniu i zakłopotaniu 

tego ostatniego. McLeod posiadał błyskotliwy umysł i kochał książki. Jego kodeks moralny był 

tak zrośnięty z nim samym, że wydawało się, iż pomiędzy McLeodem a możliwością nieprawego 

postępku wznosi się nieprzebyta ściana. 

Był,  jak  i  Paul,  samotnikiem.  Być  może  właśnie  ta  wspólna  im  cecha  zbliżyła  ich  do 

siebie. Pewną rolę odegrało również i to, że obaj byli wobec siebie uczciwi oraz nie znali uczucia 

zwykłego  strachu.  Wszystko  zapoczątkowały  lekcje  technik  samoobrony,  które  były  częścią 

background image

szkolenia członka Gildii. Obaj odkryli wkrótce, że pokryte przerośniętą muskulaturą ramię Paula 

jest całkowicie niepodatne na atak czy uszkodzenie. 

-  Rzecz  w  szybkości  -  stwierdził  McLeod  pewnego  wieczoru  w  sali  ćwiczeń,  po  kilku 

nieudanych  próbach  założenia  dźwigni  na  ramię  Paula.  -  Jeśli  dysponujesz  szybkością  i 

odpowiednio dużą zręcznością, nie potrzebujesz zbyt wielkich muskułów. Choć trzeba przyznać, 

że i na nich ci nie zbywa - przyjrzał się z zainteresowaniem ręce Paula. - Nie pojmuję jednego. 

Powinieneś być powolny jak spychacz. A ty jesteś równie szybki jak ja, a może i szybszy. 

-  Wybryk  natury  -  stwierdził  Paul  otwierając  i  zaciskając  pięść,  by  obserwować,  jak 

naprężają się i rozluźniają mięśnie przedramienia. 

-  O  właśnie!  -  zgodził  się  McLeod,  nie  zdradzając  intonacją  głosu,  co  myśli  o 

stwierdzeniu Paula. - To nie jest zwykła, przerośnięta ręka. To jest prawidłowo ukształtowane  i 

wyćwiczone  ramię  kogoś  wyższego  od  ciebie  o  dwadzieścia  centymetrów.  Gość  byłby  raczej 

szczupły,  w  świetnej  formie  fizycznej,  wysoki  mniej  więcej  na  dwa  metry.  Czy  twoje  drugie 

ramię też było takie długie? 

Paul  opuścił  rękę  wzdłuż  boku.  Z  nagle  rozbudzonym  zainteresowaniem  spostrzegł,  że 

czubkami palców sięga kolana. 

- Nie - odparł. - To, zresztą, również nie. 

-  No  tak...  -  Mc  Leod  skwitował  rzecz  wzruszeniem  ramion.  Zaczął  wciągać  koszulę, 

którą zdjął zaczynając lekcję z Paulem. - Właściwie tośmy się nawet nie spocili, Prysznic wezmę 

w domu. Postawić ci kielicha? 

-  Jeśli  pozwolisz,  że  ja  postawię  następnego  -  zgodził  się  Paul  i  taki  był  początek  ich 

przyjaźni. 

Dzień, w którym Jase zostawił Paulowi listę kultów i stowarzyszeń, powiadamiając go o 

tym, że McLeod zamierza zobaczyć się z nim po pracy, był jednym z ostatnich dni lipca. 

Paul zadzwonił z biura i umówił się z McLeodem w barze tej samej restauracji, w której 

jadł  obiad  z  Jase'em.  Pozostałą  część  popołudnia  miał  spędzić  w  sercu  ogromnego 

dwustupiętrowego budynku, który w prawie całej  objętości wypełniała  maszyneria  sterownicza 

świata, nazywana potocznie Superkompleksem. 

Służba ta, wypadająca raz w miesiącu, obciążała każdego pracownika sztabu Tyne'a, nie 

wyłączając  samego  Naczelnego.  Superkompleks  był  na  razie  półautomatem.  Nieustannie 

wprowadzano doń poprawki, by zestroić go z aparaturą i mechanizmami świata zewnętrznego, z 

background image

którymi  był  połączony  i  które  kontrolował.  W  pewnych  granicach  wszakże  był  on  zdolny,  a 

zdolność  tę  pogłębiano  nieustannymi  ćwiczeniami,  dostrajać  się  i  przekształcać  samoistnie.  W 

związku z tym, każdy członek sztabu Tyne'a zobowiązany był mieć własny zestaw schematów i 

informacji  o  Superkompleksie.  Zaczynało  się  od  grubego  pliku  notatek  o  zmianach  już 

dokonanych,  sprawdzało  działające  poziomy  i  odnotowywało  zmiany,  które  zaszły  aktualnie. 

Gdyby  nie  to  ludzka  obsada  dyżuru  mogłaby  się  pogubić  w  próbach  wprowadzania  korekt  w 

miejscach, w których już ich dokonano. 

Praca  związana  ze  stanowiskiem  członka  zespołu  współpracowników  Naczelnego 

Inżyniera  Świata  była  dość  prosta  i  polegała  na  konieczności  aktualizacji  danych  w  przy-

dzielonym zakresie odpowiedzialności. 

W przypadku Paula zajęcie okazało się mniej nudne i rutynowe, niż sądził. Poruszając się 

losowo  wybranymi  korytarzami,  będącymi  również  drogami  dla  ruchomych  jednostek  samego 

Superkompleksu,  otoczony  niewiarygodnie  skomplikowaną  i  cicho  brzęczącą  aparaturą,  Paul 

zrozumiał, że kogoś tak słabego psychicznie, jak otumaniony narkotykami Malorn, sam pobyt w 

takim miejscu mógł wypchnąć poza granice szaleństwa. Paul wyczuwał z absolutną pewnością, 

że w tym nieprzerwanie działającym labiryncie przetwarzania i kontroli było życie. Nie takie, jak 

pojmował  je  człowiek.  Ono  nie  objawiało  się  bezpośrednio.  Czaiło  się  za  zgromadzoną  tu 

aparaturą. Czyhało w korytarzu zamkniętym przez przemieszczającą się  jednostkę samobieżną, 

której ruch  bezustannie zmieniał konfigurację dostępnych przejść  na danym poziomie, tworząc 

labirynt o ruchomych ścianach. 

Podczas  dwu  poprzednich  dyżurów,  których  celem  była  aktualizacja  danych  w  jego 

rewirze, Paul nie zważał zbytnio na to, że w mechanicznym życiu, jakie wyczuwał wokół siebie 

było sporo celowości. Teraz zastanawiał się, jak odbierał to Malorn. 

Stało się to dla Paula jasne dopiero w chwili, gdy dla celów porównawczych odtworzył 

sobie załamaną osobowość Malorna. Ten człowiek panicznie bał się tego, co go otaczało! 

Na sześćdziesiątym siódmym poziomie Paul stał przez chwilę nieruchomo i rozglądał się 

dookoła. Daleko, w głębi korytarza, wysoki lśniący blok przesunął się o kilka metrów, zamykając 

jeden tunel  i otwierając  nowe przejście po prawej. Paul poczuł  się  jak  mrówka poruszająca  się 

pomiędzy ruchomymi częściami jakiegoś gigantycznego silnika, który bez trudu mógł zmiażdżyć 

stworzonko, krzątające się w jego wnętrzu. 

Paul badawczo przyjrzał się swojemu zestawowi schematów. Nigdy przedtem nie wpadło 

background image

mu na myśl, żeby przeglądać plany całych poziomów. Podobnie jak inni członkowie sztabu, po 

prostu  podążał  do  punktu,  w  którym  należało  sprawdzić  zgodność  układu  ze  schematem,  robił 

swoje  i  najkrótszą  drogą  ruszał  ku  następnemu  punktowi,  w  którym  zaszły  zmiany.  Stale 

aktualizowany plik notatek był więc zapisem historii zmian, sięgających wstecz aż do schematu 

podstawowego, ustalanego na początku każdego roku. Paul zaczął to przeglądać. 

Przekonał się, że poziom czterdziesty dziewiąty pozostał nie zmieniony od początku roku. 

Na tym piętrze Super-kompleksu znajdowały się elementy łączące ziemski terminal nie-czasu ze 

Stacją Odskoczni na Merkurym. Były tu także urządzenia, które odpowiadały za powiązania tego 

projektu z ekonomiką, czynnikami natury socjologicznej i stanem nauki na Ziemi. Przyglądając 

się schematowi tego poziomu Paul zmarszczył brwi. Wydało mu się nieprawdopodobne, że rejon, 

w którym zajmowano się badaniami i odkryciami nie wykazał licznych zmian w ciągu ostatnich 

paru miesięcy. Ba! Nie wykazał żadnej zmiany! 

Pomyślał,  że  istnieje  możliwość,  iż  informacja  o  zmianach  w  tym  rejonie  może  być 

zastrzeżona  i  dostępna  tylko  określonej  grupie  ludzi.  Być  może,  wyłącznie  samemu  Tyne'owi. 

Naczelny  Inżynier  Świata  nie  raz  jednak,  ale  wiele  razy  powtarzał,  że  Paul  powinien  pytać  o 

wszystko,  co  go  intryguje.  Paul  podniósł  więc  mikrofon  na  nadgarstku  i  wezwał  biuro  na 

dwusetnym poziomie. 

-  Nancy  -  powiedział  do  sekretarki  -  tu  Paul.  Czy  w  rejonach,  w  których  się  teraz 

znajduję, jest coś, o czym nie powinienem wiedzieć lub gdzie nie powinienem włazić? 

-  Ależ  skądże  -  odparła  dziewczyna.  Na  niewielkim  ekraniku  telełącza  Paula  jej  twarz 

była  drobna,  radosna  i  cokolwiek  zaskoczona.  -  Wewnątrz  Supera  członkowie  sztabu  mogą 

chodzić gdzie chcą. 

- Rozumiem - rzekł Paul. - Czy mogę pomówić z Tyne'em? 

- Cóż, około pięciu minut temu sam zjechał do Supera. 

- Schematy? 

- Właśnie. 

- Zabrał ze sobą telefon, prawda? 

- Chwileczkę... - spojrzała w dół. - Chyba musiał zostawić go na biurku. Wie pan, że on 

nie lubi tego nosić - uśmiechnęła się do Paula. - Niestety, wszyscy pozostali muszą przestrzegać 

przepisów. 

- Niech tam - stwierdził Paul. - Złapię go później, gdy wróci. 

background image

- Powiem mu, że pan dzwonił, Paul. Na razie. 

- Na razie, Nancy. - Paul wyłączył komunikator. Po krótkim namyśle ruszył w stronę nie 

zmienianych rejonów pomiędzy poziomami czterdziestym dziewiątym a pięćdziesiątym drugim. 

Na czterdziestym dziewiątym piętrze nie odkrył niczego, co różniłoby je od innych, dopóki nie 

dotarł  do  długiej,  wznoszącej  się  nad  nim  wypukłości  tuby  akceleratora.  Minął  jeden  z  jej 

końców  i  znalazł  się  w  niewielkim  pustym  pomieszczeniu,  które  było  odpowiednikiem 

oglądanego  przezeń  na  Odskoczni  punktu  kontaktowego.  Był  to  koniec  ścieżki  nie-czasu, 

łączącej przestrzeń dzielącą oba terminale. 

Z  pierwszym  krokiem,  którym  wstąpił  na  lśniącą  podłogę  tego  miejsca  w  świadomości 

Paula  rozdzwonił  się  sygnał  alarmowy.  W  tej  samej  jednak  chwili  coś  innego  przykuło  jego 

uwagę. 

Usłyszał  rozmowę.  Obaj  rozmówcy  mieli  niskie,  męskie  głosy,  jednym  z  nich  był  głos 

Tyne'a. Drugi brzmiał dość nienaturalnie. 

Dotarły  one  do  uszu  Paula,  gdy  doszedł  do  zakrętu  korytarza,  wijącego  się  wśród 

wysokich  bloków  z  aparaturą.  Nie  zastanawiając  się  nad  przyczyną  swego  postępowania,  Paul 

cicho ruszył w stronę głosów. 

Skręcił  za  róg  i  przystanął,  kryjąc  się  za  krawędzią  wysokiego  na  sześć  metrów, 

srebrzystego  prostopadłościanu.  Przed  sobą  ujrzał  spory  prostokątny  plac  otoczony 

dwupoziomowymi  blokami. Niższe  ich platformy były oświetlone, górne części zaś krył  mrok. 

Wznosiły  się  one  wokół  prostokąta  otwartej  przestrzeni  jak  pięknie  wypolerowane  posągi  w 

świątyni. Naprzeciw ściany jednego z obelisków stał drobny w porównaniu z nim Tyne. 

-  Nie  ulega  wątpliwości  -  mówił  Główny  Inżynier  -  że  pogoda...  i  wszystko  pozostałe, 

staje na głowie i buntuje się. Sytuacja na całym świecie jest nienormalna. 

- Wszystko odnotowano - głos wydobywał się ze ściany bloku, przed którym stał Tyne. - 

Wszystko zostało przedstawione w postaci symboli i porównane z sytuacją podstawową. Na razie 

nie istnieje potrzeba zastosowania środków nadzwyczajnych. 

- Atmosfera społeczna jest napięta. Sam to wyczuwam. 

- Nie zasygnalizowano i nie odnotowano żadnych konkretnych przejawów. 

-  No...  nie  wiem  -  powiedział  Tyne,  mówiąc  teraz  jakby  do  siebie.  -  Myślę,  że 

powinienem cię przestroić, tak byś zareagował na tę sytuację. 

-  Przestrojenie  -  odezwał  się  głos  -  wprowadzi  nieprzewidywalny  czynnik,  podnoszący 

background image

szczytową podatność o dwanaście procent na okres ponadosiemnastomiesięczny. 

- Po prostu nie mogę ignorować tej sytuacji. 

- Nie ignoruje się żadnej sytuacji. Aby usunąć zakłócenia, stosuje się środki rutynowe. 

- Sądzisz, że to wystarczy? 

- Sytuacja ulegnie poprawie. 

-  Co oznacza, że ty uważasz, iż środki owe poskutkują  -  gniewnym tonem rzekł Tyne.  - 

Kiedyś  będę  musiał  wziąć  urlop  i  zaprojektować  dla  ciebie  obwód  uczciwej  samokrytyki  i 

zwątpienia. 

Odpowiedziało mu milczenie. 

- Cóż więc powinienem zrobić? - spytał wreszcie Tyne. 

- Postępować jak zwykle. 

-  Powinienem  był się domyślić  -  mruknął Tyne. Odwrócił się  nagle  i ruszył w kierunku 

drugiej  strony  placyku.  Przed  nim  otworzył  się  nowy  korytarz.  Tyne  wszedł  weń  i  przejście 

zamknęło się chwilę potem. 

Paul obserwował to wszystko w milczeniu. 

Teraz  zaś  spokojnie  wyszedł  na  plac  i  rozejrzał  się  dookoła.  Bloki,  na  które  patrzył,  z 

wyglądu nie różniły się niczym od zespołów komputerowych na innych poziomach. Podszedł do 

prostopadłościanu,  przed  którym  wcześniej  stał  Tyne.  Na  fasadzie  bloku  nie  potrafił  dostrzec 

głośnika. 

Cichy szum z tyłu sprawił, że Paul odwrócił się szybko. Korytarz, którym dotarł do tego 

placyku  przestał  istnieć.  Nieruchome,  stojące  ciasno  jeden  obok  drugiego,  srebrzyste  bloki 

otaczały Paula ze wszystkich stron. 

-  Paul  Formain  -  rozległ  się  głos,  który  poprzednio  przemawiał  do  Tyne'a.  -  Twoja 

obecność  w  tym  punkcie  czasu  i  przestrzeni  pozostaje  w  sprzeczności  z  symboliczną  strukturą 

społeczności ludzkiej. Zgodnie z tym, skutki twej likwidacji będą usprawiedliwione. 

background image

Księga trzecia 

WZÓR 

 

 

 

 

Zstępując na ostatnią, bitewną równinę  

Usłyszałem jęk dzwonu, co górą popłynął  

Drugi! I dusza Thora z mą duszą się zlała  

Gdy smocza postać z wolna słońce przesłaniała. 

Zaklęta Wieża 

background image

Rozdział 17 

 

 

Wpadłem!  -  rzekł  Paul.  Słowo,  które  wypowiedział  zagubiło  się  i  przepadło  w  ciszy 

otulającej  mroczne  wierzchołki  otaczających  Paula  bloków.  Ponownie  usłyszał  za  sobą  cichy 

szmer.  Obejrzał  się  i  zobaczył,  że  oto  otwiera  się  wylot  kolejnego  korytarza.  Po  przeciwnej 

stronie  placu  jeden  z  bloków  przesunął  się,  wypełniając  sobą  całą  wolną  przestrzeń  i  ruszył  w 

stronę Paula. Tocząc się powoli, spychał człowieka w kierunku nowo otwartego przejścia. Paul 

nie miał wyboru, musiał pójść tą drogą. 

- Możesz więc krzywdzić ludzi - stwierdził oskarżycielsko. 

- Nie - zaprzeczył głos, który przedtem przemawiał do Tyne'a. Paul odniósł wrażenie, że 

głos ów dobywa się teraz z bloku, który nań następował. 

- Wyrządzasz mi krzywdę, właśnie w tej chwili. 

- Usuwam wadę - odparł głos. - Twój system ocen jest subiektywny i fałszywy. W chwili 

obecnej zakłóca on funkcjonowanie symbolicznej matrycy społeczeństwa. 

-  Mimo to  - sprzeciwił się Paul  -  jesteś za  mnie  odpowiedzialny, tak samo  jak za resztę 

społeczeństwa. 

-  W stosunku do tych  - odparł blok, dalej  napierając  na Paula  i zmuszając go, by cofnął 

się w głąb korytarza - którzy nie są zdrowi i nie mają poczucia odpowiedzialności, możliwe jest 

zastosowanie innej skali wartości. 

- Ja nie jestem zdrowy? 

- Nie - odparła machina. - Nie jesteś. 

- Chciałbym zatem - powiedział Paul - usłyszeć twoją definicję zdrowia. 

-  Zdrowie  istoty  ludzkiej  -  rzekł  głos  -  polega  na  jej  chęci  zaspokojenia  naturalnych 

potrzeb.  Zdrowo  jest  spać,  jeść,  poszukiwać  żywności,  by  się  nasycić,  walczyć,  gdy  jest  się 

zaatakowanym, i spać, jeśli się nie ma innego zajęcia. 

Paul  dotknął  łopatkami  czegoś  twardego.  Odwróciwszy  się  stwierdził,  że  dotarł  do 

zakrętu  korytarza,  w  który  go  zapędzano.  Toczący  się  na  niewidocznych  rolkach  blok  nie 

zatrzymał się. Zmienił kierunek i dalej napierał na człowieka. 

- A myślenie? Czy myślenie jest zdrowe? 

-  Myślenie  jest  absolutnie  zdrowe,  dopóki  przebiega  zdrowymi  ścieżkami  mózgu 

background image

ludzkiego. 

- Tymi, które dotyczą spania i jedzenia? 

- Tak. 

- Ale nie tymi, które dotyczą malowania obrazów lub odkrywania nowych metod podróży 

międzygwiezdnych? - dopytywał się Paul. 

-  Takie  myślenie  -  odparł  blok  -  jest  reakcją  na  niewygody  środowiska,  w  którym  żyje 

dany człowiek. Doskonale zdrowa istota ludzka nie ma innych potrzeb, niż żyć i rozmnażać się w 

warunkach najwyższego komfortu. 

-  Według  tych  kryteriów  -  stwierdził  Paul  -  większość  rasy  ludzkiej  to  osobnicy 

niezdrowi. 

-  Mylisz  się  całkowicie  -  odparł  głos.  -  W  rzeczywistości  około  osiemdziesięciu  pięciu 

procent populacji nie ma innych potrzeb poza tymi, które wymieniono. Z pozostałych piętnastu 

jedna  trzecia  nie  podejmuje  żadnych  wysiłków,  by  w  praktyce  zaspokoić  swe  niezdrowe 

potrzeby.  Na  przyszłe  pokolenia  ma  wpływ  dwa  procent  aktualnej  populacji,  a  jedna  dziesiąta 

procent bywa później przedmiotem podziwu zdrowych. 

-  Nie  będę  się  spierał  -  odparł  Paul  czując,  jak  jego  lewy  bark  ociera  się  o  blok, 

nieustępliwy jak ceglany mur za człowiekiem stojącym przed plutonem egzekucyjnym. - Nawet 

gdybym mógł. Nie sądzisz jednak, że fakt, iż ludzie należący do ostatniej z wymienionych przez 

ciebie kategorii, są podziwiani nawet przez zdrowych według twojej definicji, jest dowodem na 

to, że chodzi tu o coś innego niż szaleństwo. 

- Nie - odparł głos. 

-  Wybacz  mi  -  rzekł  Paul.  -  Sądzę,  iż  oceniłem  cię  za  wysoko.  Pozwól  zatem,  że  ujmę 

rzecz w kategoriach, które będziesz mógł zrozumieć. Kiedy już uda ci się wytworzyć te idealne 

warunki dla rasy ludzkiej, co stanie się ze sztuką, nauką i odkrywaniem natury Wszechświata? 

- Zdrowi wyrzekną się ich. 

Przyparty do ściany Paul poczuł, że  blok za nim  cofa się, odsłaniając kolejne przejście. 

Równocześnie  prostopadłościan,  który  nań  napierał,  dojechał  do  tego  miejsca  i  stanął.  Paul 

stwierdził,  że  stoi  twarzą  do  ściany.  Odwrócił  się  więc  i  rozejrzał  dookoła.  Stał  otoczony 

czterema  zwartymi  szeregami  bloków  w  rejonie  styku  pod  wylotem  trójstopniowego 

akceleratora. Nad głową Paula, jak lufa działa nad wróblem szukającym w niej schronienia przed 

szponami  sokoła,  sterczała  aktywna  końcówka  terminalu,  który  mógł  wyssać  Paula  z  tego 

background image

miejsca i cisnąć do jakiego bądź punktu we Wszechświecie nie-czasu. 

- A jaki los spotka wtedy niezdrowych? - spytał. 

- Wtedy już nie będzie niezdrowych - odparł głos. - Zniszczą się sami. 

Paul nie dostrzegł nic i niczego nie usłyszał, ale głęboko w sobie, w mięśniach i szpiku 

kostnym poczuł, że akcelerator zaczyna działać. Tam i z powrotem, przebywając błyskawicznie 

kilometrowe  odległości,  pulsował  zgęstek  energii,  który  miał  się  stać  punktem  nie-czasu.  Paul 

pomyślał o Odskoczni i o próżni przestrzeni kosmicznej. 

- Stwarzałeś już okoliczności, w których mogłem zginąć z własnej ręki, prawda?  - spytał 

Paul, przypominając sobie to, co ongiś powiedział Jase. - W kopalni i tamtego dnia, przed grupą 

demonstrantów? 

- Zawsze stwarzało ci się możliwości, byś zginął z własnej ręki. To najlepsza metoda na 

niezdrowych. Zdrowych  łatwo jest zabić. Niezdrowi walczą z uporem  i  nie dają  się zabijać, są 

jednak bardziej podatni, kiedy stwarza im się okoliczności sprzyjające samozniszczeniu. 

- Czy zdajesz sobie sprawę z tego, że twoja definicja zdrowia i jego braku jest całkowicie 

sztuczna i błędna? - spytał Paul wczuwając się w pulsację akceleratora. 

-  Nie  -  odparła  machina  -  nie  potrafię  postępować  inaczej,  niż  właściwie.  Mój  błąd  jest 

absolutnie wykluczony. 

-  Trzeba  ci  wiedzieć  -  sprzeciwił  się  Paul  -  że  jedno  fałszywe  założenie,  użyte  jako 

przesłanka dla późniejszych wniosków, może być przyczyną błędu całego rozumowania. 

- Wiem o tym. Wiem również, że przyjęte przeze mnie przesłanki nie są fałszywe - odparł 

głos. 

Przytłaczający mrok czający się nad głową Paula wydawał się opadać w dół. Bezosobowy 

głos również opadł i zabrzmiał teraz niemal konfidencjonalnie. 

- Moje przesłanki zostały wielokrotnie przetestowane dla sprawdzenia, czy oparta na nich 

struktura zagwarantuje bezpieczne i niezakłócone istnienie ludzkości. Jestem strażnikiem rodzaju 

ludzkiego. Ty zaś, przeciwnie, jesteś jego niszczycielem. 

- Ja? - spytał Paul wpatrując się w wiszący nad nim mrok. 

-  Znam  cię. Jesteś zgubą  ludzkości. Jesteś wojownikiem, który  nie podejmie  walki  i  nie 

można  go  pokonać.  Jesteś  dumny  -  mówiła  machina.  -  Znam  cię,  Nekromanto.  Dokonałeś  już 

nieobliczalnych szkód i stworzyłeś pierwszą iskierkę życia niepojętego dla mnie wroga. 

W  umyśle  Paula  spadła  jakaś  zasłona.  Nie  widział  jeszcze,  co  cię  za  nią  kryje,  doznał 

background image

jednak  ulgi  i  pokrzepienia.  Poczuł  się  jak  żołnierz,  który  po  długim  okresie  wyczekiwania, 

otrzymuje wreszcie rozkaz wyruszenia na niebezpieczną wyprawę. 

- Rozumiem - rzekł spokojnie, bardziej do siebie niż do machiny. 

- Nie wystarczy rozumieć - odparł mechanizm. -  Nie dość jest przeprosić. Jestem żyjącą 

wolą  rodzaju  ludzkiego,  wcieloną  w  materię.  Mam  prawo  kierować  ludźmi.  Ty  nie.  Oni  nie 

należą  do  ciebie.  Należą  do  mnie  -  ton  głosu,  jakim  wypowiedziano  te  słowa,  nie  zmienił  się, 

Paul jednak odniósł wrażenie, że machanizm go oskarża. - Nie pozwolę ci poprowadzić rodzaju 

ludzkiego  na  oślep,  poprzez  mroczny  labirynt  ku  końcowi,  którego  nie  potrafią  pojąć.  Mimo 

kilku prób, nie potrafiłem cię zniszczyć. Mogę cię jednak usunąć. 

Głos zamilkł. 

Paul  zdał  sobie  sprawę  z  cichego  pomruku,  wydobywającego  się  z  wylotu  wielkiego, 

wymierzonego  weń  cylindra.  Akcelerator  osiągał  już  punkt  przebicia  do  nie-czasu,  który  za 

moment  miał  uderzyć  w  człowieka  niczym  piorun  i  usunąć  go  z  miejsca,  w  którym  był  teraz. 

Paul zdążył jeszcze przypomnieć sobie, że raz już doświadczył nie--czasu, kiedy uciekając przed 

policją, podążał śladami Kanteli i Jase'a. Wtedy jednak przypominało to zbieganie po schodach, 

teraz  zaś  miał  zostać  z  nich  brutalnie  zrzucony.  Zaledwie  starczyło  mu  czasu,  by  wziąć  się  w 

garść. 

Teraz - rzekła machina. 

I  Paul,  wyrwany  ze  swego  miejsca  w  czasie  i  przestrzeni,  został  rozproszony  po 

najdalszych zakątkach Wszechświata. 

background image

Rozdział 18 

 

 

Paul nie znalazł się od razu tam, gdzie skierowała go machina. 

To, co zrobił z nim akcelerator, przypominało zepchnięcie w dół z rozciągających się w 

nieskończoność  schodów.  Ale  gdy  leciał  tak  na  zbity  łeb,  owa  nieustępliwa  część  jego 

osobowości, działająca teraz jak odruch świetnie wytrenowanego atlety, instynktownie kazała mu 

podkurczyć stopy, odzyskać równowagę i powstrzymała upadek. Ona postawiła go też na nogi, 

choć jego świadomość była wciąż oszołomiona i niezdolna do akcji. Działając instynktownie, jak 

częściowo  znokautowany  bokser,  zbyt  dobrze  wyćwiczony,  by  zwalić  się  na  ring,  Paul  zdołał 

pokonać skutki impulsu akceleratora i obrazowo mówiąc, wylądował na poboczu schodów. 

Znalazł  się  jednak  w  całkowicie  innej  sytuacji  niż  wtedy,  gdy  uciekając  z  gmachu 

stojącego  naprzeciwko  Koh-I-Nor,  przechodził  przez  nie-czas  podążając  tuż  za  Jase'em  i  Kan-

telą.  Sposób,  w  jaki  wkroczyli  wtedy  w  nie-czas  był  o  wiele  bardziej  znośny  emocjonalnie. 

Metoda akceleracji nie złagodzona medykamentami, których jeszcze nie odkryto, była po prostu 

okrutna i prymitywna. 

To właśnie było przyczyną najróżniejszych efektów ubocznych, od poważnego załamania 

nerwowego  do  śmierci  ochotników  Operacji  Odskocznia,  transmitowanych  do  terminalu 

opuszczonego  teraz  przez  Paula.  Podczas  tego  procesu,  osobowość  człowieka  wznosiła  się  na 

poziom  nie-czasu,  aby  ujść  przed  nieoczekiwaną  i  nieznośną  zmianą  warunków,  w  jakich 

musiałaby  trwać  w  realnej  przestrzeni.  Obiekty  nieożywione,  oczywiście,  nie  doznawały  tych 

przykrości.  Ludzka  psychika  jednak  nie  potrafiła  się  przeorientować.  W  pełni  świadoma 

rozproszenia po wszystkich wymiarach Wszechświata, nie umiała się potem ponownie skupić. W 

instynktownej samoobronie, uciekała więc do wszechświata subiektywnego. 

Paul  doświadczający  tego  teraz,  pojął  nagle,  jak  działały  Siły  Alternatywne.  Jednak  w 

chwili,  gdy  to  zrozumiał,  nie  potrafił  nawiązać  kontaktu  z  aktywnymi,  lecz  pozostającymi  w 

szoku,  częściami  swego  umysłu.  Przetrawiały  one  subiektywne  aspekty  tej  linii  postępowania, 

której poświęciła się główna część jego osobowości. 

W subiektywnym wszechświecie, w którym błądził, nie istniały kształty ani wymiary. Był 

on rzeczywistością, narzuconą przez symbolikę podświadomości Paula. Zgodnie  z tym, przyjął 

postać rozległej, pustej równiny, pokrytej drobnymi kamykami, które w miarę oddalania się od 

background image

środka  równiny,  były  coraz  większe.  O  tej  właśnie  równinie  Paul  śnił  w  hotelu  po  powrocie  z 

pierwszego spotkania z Jase'em. 

Wtedy  przemierzał  ją  powoli,  jakby  idąc  pieszo.  Teraz  przesuwał  się  szybko, 

jednocześnie  unosząc  się  nad  jej  powierzchnią.  Szaroczarna  równina,  pokryta  rumoszem 

spłowiałych kamieni, rozciągała się wokół niego we wszystkich kierunkach, nie ku horyzontom 

jednak,  ale  na  ogromne,  choć  skończone  odległości.  Panująca  tu  atmosfera  wywierała 

przygnębiające  wrażenie  pustki  duchowej  i  osamotnienia.  Mimo  iż  przytomna  część  umysłu 

Paula  podpowiadała  mu,  że  jest  to  tylko  subiektywna  interpretacja  doświadczonych  przezeń 

wielkich  odległości,  czasu,  przestrzeni  oraz  wszystkiego,  czemu  kiedykolwiek  się  poświęcał, 

targnął nim dreszcz grozy. 

Arogant - pomrukiwał wiatr dmący nad rumowiskiem. 

Oni należą do mnie, nie do ciebie - metalicznym tchnieniem szeptała bryza nadlatująca z 

przeciwnej strony. A potem, ciszej jeszcze i z większej odległości: - Znam cię, Nekromanto... 

Szybko odepchnął od siebie te głosy. Otaczające go kamienie rozrosły się tymczasem w 

głazy o mamucich kształtach, a w końcu przekształciły się w potężne góry poznaczone plamami 

czerni. W końcu, przelatując ponad najdalszymi i najwyższymi, dotarł do skraju równiny. 

Była tu kotlina, za którą wyczuwał światłość. Nie mógł jej jednak zobaczyć, oddzielał go 

bowiem od niej pas głębokiej ciemności. W tej czerni coś drgnęło. 

Był to zaledwie zaczątek życia. Embrion, ameba, o świadomości, którą stać było zaledwie 

na  wyczucie  obecności  Paula  wtedy,  gdy  głęboko  pod  skałami  Merkurego  poddawano  go 

obrzędowi  inicjacji.  Reakcje  tego  stwora  pozwoliły  mu  jedynie  na  jeden  jedyny  instynktowny 

atak. Istota ta dopiero zaczynała się rozrastać. 

Cała była złem w sensie, w jakim pojmował je Super-kompleks. I była dziełem Paula. Bez 

niego nigdy by nie powstała. Teraz żyła i rosła w siłę, coraz więcej też rozumiała. 

Opanowała .Paula przemożna chęć zaatakowania tego stwora i załatwienia się z nim raz i 

na  zawsze.  Kiedy  jednak  przemieścił  się  bliżej,  natrafił  na  niewidzialną  zaporę,  która  nie 

pozwoliła  mu  przejść.  Była  to  bariera  praw,  dzięki  którym  tworzył  to,  co  się  tam  poruszało. 

Prawa te broniły go przed jego dziełem oraz chroniły je przed nim samym. Miało tak być, dopóki 

obaj przeciwnicy nie urosną w siłę na tyle, by przełamać wszelkie zapory. I nagle mgła otulająca 

oszołomiony umysł Paula zaczęła się rozwiewać i pojął on, że gdyby teraz zaatakował i zniszczył 

to coś, niczego by nie udowodnił. Niczego by też nie dokonał. Przede wszystkim zaś zrozumiał, 

background image

że niepotrzebnie stworzył to coś. 

W końcu odzyskał jasność umysłu. Szybko cofnął się i wrócił do miejsca, gdzie kamienie 

miały  wielkość  żwiru.  Tutaj,  nie  opodal  miejsca,  w  którym  zaczął  wędrówkę,  znalazł  świeżo 

ułożoną  piramidę  z  głazów,  jakby  kurhan.  Stos ten  był  trzykrotnie  wyższy  od  Paula,  a  będące 

dziełem  przypadku  szczeliny  pomiędzy  kamieniami  sprawiały  niesamowite  wrażenie  otworów 

strzeleckich. Paul czuł, że, przynajmniej na razie, wewnątrz nie kryje się nic żywego. Stojąc obok 

kurhanu  raz  jeszcze  rozejrzał  się  dookoła  i  zobaczył,  że  gdzieniegdzie,  u  najdalszych  granic 

równiny, subiektywny krajobraz uniósł się, otaczając go kręgiem rodzących się wzgórz. 

Wtedy  poddał  się  początkowemu  impulsowi,  który  go  tu  przywiódł  i  ruszył  ku  swemu 

przeznaczeniu. 

Świadomość  odzyskał  w  miejscu  wyglądającym  na  niewielki  apartament.  Zdążył  tylko 

obrzucić  go  błyskawicznym  spojrzeniem  i  jego  nogi  -  dostał  się  tu  w  takiej  samej  pozycji,  w 

jakiej znajdował się dyskutując z Superem - załamały się pod nim. Cała energia szoku, którego 

doznał, wyładowała się w jego ciele. Runął na ziemię jak pod ciosem olbrzymiej maczugi. 

I znów, jak zwykle, nie poddał się całkowicie nieświadomości. Według zwykłych norm, 

powinien natychmiast stracić przytomność, w rzeczywistości jednak doświadczał niewyraźnego, 

nietrwałego  stanu,  który  był  fizycznym  odpowiednikiem  oszołomienia,  w  jakim  błąkał  się  po 

swym subiektywnym wszechświecie. 

W  ciągu  następnych  dni  stan  Nekromanty  ulegał  powolnej  poprawie.  Paul  niejasno 

zdawał sobie sprawę z tego, że dźwignął się z podłogi i przeszedł na pobliską kanapę i że raz czy 

dwa  razy  napił  się  wody  z  kranu  obok.  Poza  tym  nie  jadł  i  nie  spał.  Nie  ulegał  nawet  temu 

półaktywnemu, pełnemu snów stanowi, który zastępował mu zwykłą drzemkę. 

W  fizycznym  sensie  nie  ucierpiał.  W  wyniku  przerzutu  do  tego  miejsca  nie  doznał 

najmniejszego  cielesnego  uszczerbku.  Zaatakowano  go  i  rozdarto  na  strzępy,  ale  przedmiotem 

napaści  była  jego  niematerialna  tożsamość.  Ostateczny  efekt  podobny  był  do  ataku  głębokiej 

depresji. Fizycznie pozostał sprawny i zdolny do podniesienia się i zbadania otoczenia. Akt ten 

jednak  wymagał  woli,  a  wysiłek  Paula  podobny  był  do  tego,  z  jakim  porusza  się  człowiek 

wykrwawiony  prawie  na  śmierć.  Stopniowo  jednak  przychodził  do  siebie.  Przede  wszystkim 

dotarło  doń,  że  pomieszczenie,  w  którym  leżał  było  częścią  cylindra  z  podłogą  wbudowaną  w 

dolną  krzywiznę.  Umeblowano  je  z  oszczędnym  luksusem,  jak  kabinę  oceanicznego  liniowca 

wycieczkowego. Pomiędzy wklęsłymi ścianami ustawiono kanapę, fotele, odtwarzacz muzyczny, 

background image

szafki,  bar,  kuchenkę,  a  nawet  kilka  rzeźb  z  czerwonej,  czarnej  i  żółtej  gliny  oraz  pięć  inte-

resujących obrazów abstrakcyjnych, w tym jeden w oleju. Znajdował się tu także, wypolerowany 

do ciemnego połysku, kwadrat na podłodze, będący terminalem końcowym podróży Paula. 

Trzeciego dnia Paul odkrył, że jak ogłupiały, godzinami wpatruje się w malowidła. Jego 

mizerna  jeszcze, ale  jasna  już percepcja skojarzyła to błyskawicznie  i  na ustach Paula wykwit! 

nikły uśmiech. Nagle zdał sobie sprawę z istnienia plazmy twórczej, która mogła zastąpić krew 

psychiczną, której tak wiele stracił. 

Z  trudem  dźwignął  się  z  kanapy  i  potykając  się,  poczołgał  na  czworakach  ku 

odtwarzaczowi.  Następnie  ruszył  ku  szafkom  i  przylegającym  półkom,  gdzie  znalazł  katalog 

haseł. 

Po dwudziestu minutach ponownie leżał na kanapie. 

Z  głośników  odtwarzacza  sączyły  się  złote  frazy  Trubadura,  na  przestrzennym  ekranie 

pyszniła  się  bogata  faktura  „Hołdu  Trzech  Króli”  Rubensa,  a  na  trzymanej  przez  Paula  karcie 

papieru  niczym  przytłumiony  dźwięk  dzwonów  drżały  poważne  i  wzruszające  strofy  sonetu 

niewidomego Miltona: 

 

Kiedy rozmyślam, na com światło trawił 

pół życia pędząc w pełnym mroku świecie 

 

Leżał tak, przerzucając się od sztuki, poezji i muzyki do matematyki, filozofii, medycyny 

i  wszystkich  innych  dziedzin  działalności  ludzkiej.  Powoli  też,  życie  tych,  którzy  umieli  coś 

życiu dać, wlewało się ponownie w jego wyjałowioną duszę i odzyskał siły. 

 

 

Czwartego dnia wróciła mu dawna sprawność. Korzystając z kuchenki przygotował sobie 

solidny posiłek, a potem zajął się badaniem celi więziennej, w której go osadzono. 

Miała ona około dziesięciu metrów długości i prawie tyleż samo szerokości i wysokości. 

Każdy  z  jej  końców  był  wielkim  okręgiem,  spłaszczonym  u  dołu  linią  podłogi.  Pod  jedną  z 

poprzecznych ścian znajdował się terminal, który przyjął Paula. Druga po prostu ograniczała jego 

przestrzeń życiową. 

Jej  właśnie  Paul  przyjrzał  się  z  najwyższym  zainteresowaniem.  Ściana  przy  terminalu 

background image

kryła  prawdopodobnie  roboczą  część  akceleratora.  Za  drugą  jednak  mogło  znajdować  się 

wyjście.  Gdy  więzień  obejrzał  ją  bliżej,  stwierdził,  iż  krąg  ten  w  istocie  jest  zwykłą  pokrywą, 

utrzymywaną przez zamek magnetyczny. 

Otworzył  ów  zamek  i  dolna  połowa  ściany  cofnęła  się  przed  nim  jak  wielkie  drzwi  od 

garażu. Przeszedł przez nie i trafił do dalszej części cylindra, trzykrotnie dłuższej niż poprzednia, 

wypełnionej skrzyniami z narzędziami i oprzyrządowaniem. Szybko zorientował się, że były to 

podzespoły, którymi należało uzupełnić tutejszy odbiorczy terminal, aby mógł on pełnić funkcję 

nadawczą. 

Paul  obejrzał  tabliczki,  przymocowane  do  niektórych  ze  skrzyń.  Były  to  karty 

przewozowe, oznakowane skrótami, których nie znał. Poszedł więc ku kolejnej kolistej ścianie, 

która  zamykała  tę  część  cylindra.  Ta  została  przyspawana  perełkami  zgrzewanego  plastyku. 

Wykonano to tak, by przeszkoda była łatwo usuwalna, ale tylko przez kogoś, kto wiedział, jak się 

do tego zabrać. 

Paul  cofnął  się  i  raz  jeszcze  przeszukał  całe  pomieszczenie,  nie  znalazł  jednak 

umieszczonej w widocznym miejscu instrukcji czy wiadomości dla użytkownika terminalu. 

Wrócił  więc  do  pomieszczenia  mieszkalnego  i  zajął  się  systematycznymi 

poszukiwaniami. Powysuwał szuflady. Zbadał zawartość szaf i szafek. Nie znalazł ani instrukcji 

obsługi, ani nawet podręcznika poświęconego problemom nie-czasu. Najwidoczniej oczekiwano, 

że osobnik, dla którego zaprojektowano owe miejsce, informację, jakiej szukał Paul, posiada po 

prostu w pamięci. Gdy na koniec stanął pośrodku celi i rozglądał się dookoła, szukając miejsca, 

gdzie jeszcze nie zajrzał, nagle usłyszał szum uruchamianego akceleratora. 

Paul spojrzał w stronę terminalu. Na gładkiej i lśniącej powierzchni podłogi leżała gazeta, 

podszedł i podniósł ją do oczu. 

Przez chwilę  nie potrafił domyślić się przyczyny, dla której Super  miałby przesyłać  mu 

najnowsze  wiadomości.  Nagłówki  na  pierwszej  stronie  wrzaskliwie  donosiły  o  rozruchach, 

panice  i trzęsieniach ziemi. Po chwili  jednak, przesuwając  wzrok z  jednej  szpalty  na drugą  i  z 

góry na dół, jak człowiek wprawiony w szybkim czytaniu, zauważył niewielki akapit: 

 

NADZWYCZAJNE UPRAWNIENIA DLA NACZELNEGO INŻYNIERA ŚWIATA 

 

Po niespodziewanym przebiegu ogólnoświatowego głosowania, Naczelny Inżynier Świata 

background image

został  uprawniony  do  zamrażania  kont  kredytowych  i  odmawiania  usług  Kompleksu 

buntownikom i  tym, których podejrzewa się o zakłócanie spokoju. Na tablicach informacyjnych 

Kompleksu-Matki wykazano wysoką, wynoszącą 82 % frekwencję w głosowaniu, w którym 97,54 

% zarejestrowanych głosów oddano za wnioskiem, przyznającym Naczelnemu Inżynierowi Świata 

dodatkową władzę. 

 

Ot, niewielka notatka. Paul zmarszczył brwi. Notatka była ważna, on jednak nie uważał 

jej za aż tak ważną, by Super posyłał mu gazetę. Nie sądził również, by warto było ją przysyłać z 

powodu  innych,  opisywanych  na  pierwszej  stronie,  historii  -  tych  o  wzrastającym  zasięgu 

rozruchów czy o zaburzeniach emocjonalnych.  Machina  nie została przystosowana do tego, by 

się  chełpić,  a  jakiż  byłby  inny  powód  informowania  go  o  wydarzeniach,  na  które  nie  miał 

najmniejszego wpływu? 

Nadal zaintrygowany, Paul otworzył gazetę, by przejrzeć stronę drugą i następne. I wtedy 

to zobaczył. 

Jakaś  wada,  czy  celowe  działanie  spowodowały,  że  na  tych  dwu  stronach  druk  był 

niewyraźny  i  nieczytelny,  z  wyjątkiem  małej,  równie  niewielkiej  jak  ta  z  pierwszej  strony, 

notatki, która jednak wyróżniała się właśnie dzięki temu 

 

STRACONA SONDA 

 

Kompleks-Matka  otrzymał  dziś  doniesienie,  że  jedna  z  sond  bezzałogowych,  biorących 

udział  w  Operacji  Odskocznia,  zaginęła  w  przestrzeni  kosmicznej.  Sonda  ta  miała  na  swym 

pokładzie aparaturę automatycznego terminalu odbiorczego, przeznaczoną dla znanej jako Nowa 

Ziemia,  czwartej  planety  w  układzie  Syriusza.  Ostatnia  znana  pozycja  statku  wskazywała,  iż 

wkrótce  dotrze  on  do  Nowej  Ziemi.  Sonda  nie  osiągnęła  jednak  wybranego  lądowiska  i  trafiła 

poza orbitę planety. Nowy tor wyniesie statek poza układ Syriusza. Kompleks-Matka podkreśla, iż 

nie ma nadziei na nawiązanie kontaktu z sondą oraz na odzyskanie aparatury. 

 

Paul  wypuścił  gazetę  z  dłoni  i  zawróciwszy  na  pięcie,  szybko  przeszedł  do  drugiego 

pomieszczenia. Tam chwycił narzędzie podobne do dłuta i zaatakował plastykowy zgrzew wokół 

kręgu  zamykającego  przejście.  Pod  naporem  dłuta  plastyk  ustąpił,  ukazując  wąską  szczelinę  w 

background image

metalu. Paul wcisnął w nią ostrze. Pokrywa opierała się tylko przez chwilę, potem dłuto przeszło 

na wylot. Obok dłoni Paula rozległ się głośny świst zasysanego powietrza i plastykowy zgrzew 

puścił  nagle  na całej długości krawędzi. Niższa  połowa pokrywy  cofnęła się ze  szczękiem.  Na 

oczach  Paula  poprzez  ścianę  przemknęła  pozioma  szczelina  i  dolna  połówka  oddzieliwszy  się 

gładko od górnej, wpadła do pomieszczenia. 

Paul  przytrzymał  ją.  Była  to  cienka  blacha  z  lekkiego  stopu  magnezu.  Wciągnął  ją  do 

środka i położył płasko na podłodze. Potem postąpił krok do przodu i patrząc przez grube szkło, 

wyjrzał na zewnątrz. 

Zobaczył przed sobą pofałdowany krajobraz, przykryty żółtawym niebem. W atmosferze 

unosiła się lekka mgiełka. Podłoże porastał dywan roślin podobnych do paproci. Z ich gąszczu 

wyrastały  rozrzucone  tu  i  ówdzie  kamienie  oraz  granitowe  skałki.  Dalej  zauważył  niskie, 

przysadziste  drzewa,  których  pnie  i  konary  wyglądały  jakby  poskręcano  je  z  ciemnych  żył. 

Całość  oświetlały  przedzierające  się  przez  mgiełkę  jaskrawe  promienie  dwu  gwiazd  typu  AO, 

położonych tak blisko siebie, że wydawało się, iż lada moment wpadną jedna na drugą. 

Zobaczywszy  słońca  i  przyjrzawszy  się  krajobrazowi,  który  oświetlały,  Paul  bez  trudu 

odnalazł  związek  pomiędzy  miejscem  swego  pobytu  a  znajdującymi  się  w  artykułach 

popularnonaukowych opisami planet docelowych bezzałogowych sond Operacji Odskocznia. 

Podwójne  słońce  na  niebie  mogło  być  jedynie  Syriuszem  i  jego  towarzyszem.  Co 

oznaczało, że znalazł się na Nowej Ziemi i jasnym stawał się sens przysłania mu tej gazety. Paula 

i sondę, w której go uwięziono, celowo, z rozmysłem i oficjalnie „stracono” dla zapisów. 

Czując  nagłą  słabość,  oparł  czoło  o  chłodną  szybę.  Bezsilnym  gestem  naparł  palcami 

jedynej  dłoni  na  powierzchnię  przejrzystej  płyty.  Tam,  na  zewnątrz,  zgodnie  z  doniesieniami 

oficjalnych raportów, była dusząca atmosfera dwutlenku siarki. Za plecami Paula znajdowało się 

zapakowane do skrzyń oprzyrządowanie, którego nie potrafił złożyć. 

I  nagle  zesztywniał.  Cofnął  dłoń  od  szklanej  płaszczyzny  i  uniósł  głowę.  Z  napięciem 

wpatrzył się w leżący za przejrzystą przegrodą krajobraz. 

Nie  dalej  niż  o  kilkanaście  kroków od  sondy,  oparta o  należący  do  innego  świata  głaz, 

stała solidna  laska z ciemnego drewna. Laska  Waltera Blunta! Jej główka  była rozszczepiona  i 

pęknięta, jakby użyto jej do rozbicia ludzkiej czaszki. 

background image

Rozdział 19 

 

 

Widzę - rzekł spokojnie Paul w pustkę pokoju i do krajobrazu za szkłem. - Oczywiście. 

Poczuł  się  jak ktoś, kto w nocy  jedzie przez  nie  znane  mu  miasto i  jest przekonany, że 

północ  leży  po  prawej.  I  nagle,  szybki  rzut  oka  na  przypadkowo  zauważony  znak  uliczny, 

drobny, lecz niepodważalny strzęp informacji, pozwala mu niezaprzeczalnie stwierdzić, iż północ 

znajduje się po lewej. Nagle i w ciszy, fizycznie nie ruszając się z miejsca, cały Wszechświat robi 

zwrot o sto osiemdziesiąt stopni i pojmujesz, że zmierzasz na zachód, nie na wschód. 

Równie  nieoczekiwanie,  wydarzenia,  w  których  Paul  brał  udział,  złożyły  się  w 

konstrukcję jasną i przejrzystą aż do najdrobniejszych szczegółów. 

Wszystko, rzecz jasna, było dziełem Blunta. Przez cały ten czas Paul czuł instynktownie, 

że  Blunt  -  człowiek,  który  ani  razu  nie  odwrócił  się  i  nie  pokazał  wprost  swej  twarzy,  był 

demonem. Paul raz jeszcze przemówił głośno, nie zwracał się jednak do Blunta: 

- Zabierz mnie stąd - powiedział. 

Nie,  nadeszła  odpowiedź  z  głębi  jaźni,  gdzie  kryła  się  nieustępliwa  część  jego 

osobowości. 

- Chcesz powiedzieć, że obaj tu skończymy? - spytał Paul. - Ty i ja, razem? 

Nie

- Więc cóż? 

Tu jest tylko jeden z nas

- Rozumiem - odparł Paul spokojnym tonem. - Powinienem był wiedzieć. 

Mogę  dokonać  wszystkiego,  czego  zapragniesz.  Jeśli  jednak  to  zrobię,  jakaż  będzie 

korzyść?  Nie  znaleźliśmy  innego  sposobu,  niż  silą.  Wszystko,  czego  dokonaliśmy,  poszłoby  na 

marne, jak ten żywy mrok, tam, za głazami, gdybyś go zabił. Albo jeśli zabijesz go teraz, kiedy 

jeszcze się nie rozwinął i nie dojrzał. Od ciebie zależy, czy znajdzie się inna droga

- Nie droga machiny? - spytał Paul. - Nie sposób, w jaki zabrałeś mnie wtedy z biura za 

Jase'em i Kantelą? Sposób inny od tych dwu? 

Tak

- Nie wiem, od czego zacząć. 

Wejrzyj w siebie. Przeżyj to jeszcze raz. Wczuj się

background image

-  Dobrze  -  zgodził  się  Paul.  Spojrzał  na  żylaste  pnie  za  oknem  i  na  laskę.  -  Dla 

wszechświatów, obiektywnego i subiektywnego, istnieje tylko jedna rzecz wspólna. Tożsamość 

jednostki. 

Tak jest. Mów dalej

-  Wszechświat  obiektywny  może  być  wyrażony  w  swoich  najniższych  wspólnych 

mianownikach jako nagromadzenie odrębnych i niezależnych tożsamości, zarówno żywych, jak i 

nieożywionych. 

Słusznie

-  Konkretne  tożsamości,  aby  żyć,  to  znaczy,  aby  funkcjonować  wzdłuż  pojedynczego 

wymiaru  na  linii  czasu,  muszą  łączyć  się  i  rozłączać,  tworząc  i  zmieniając  kombinacje,  które 

można nazwać zbiorami lub ustawieniami. 

Dalejże, Bracie

-  Ustawienia  te,  aby  w  obiektywnej  przestrzeni  i  czasie  stworzyć  iluzję  rzeczywistości, 

muszą  przez  cały  czas  formować  jeden  wzór.  Wzór  ten  może  się  zmieniać,  nie  można  jednak 

porzucić go, czy zniszczyć, jednocześnie nie niszcząc lub porzucając iluzji realności. 

Dokładnie tak. Rozumowanie znakomite, jak na tożsamość cząstkową, która ograniczona 

jest do posługiwania się emocjami i reakcjami. Możemy być z ciebie dumni. Cóż dalej? Jaki jest 

krok następny? 

Paul zmarszczył brwi. 

- To już wszystko. 

Zastosowanie

-  Zastosowanie?  Ach  tak!  -  wypalił  nagle  Paul.  -  Oczywiście.  Tak  zwane  Siły 

Alternatywne - raz jeszcze spojrzał na opartą o głaz laskę - i talenty do korzystania z nich są po 

prostu  metodami  zmiany  wzoru  w  taki  sposób,  że  iluzja  rzeczywistości  chwilowo  pozwala  na 

akcje, zazwyczaj niedozwolone... - Zastanowił się krótko. - Blunt tego nie rozumie - stwierdził. 

Jesteś pewien? 

Paul pozwolił sobie na skąpy uśmiech. 

- To moja specjalność, nieprawdaż? Zrozumienie.  

Poddaję się. Kontynuuj. 

Paul zawahał się. 

- A jest coś jeszcze? - spytał. 

background image

Chciałeś  się  stąd  wydostać.  Wejrzałeś  w  siebie.  Odtworzyłeś  przeszłość.  Od  tej  chwili 

zostawiasz mnie na twoim terenie. Wczuj się

Paul  zamknął  oczy.  Stojąc  w  żółtej,  padającej  z  zewnątrz  poświacie,  którą  wyczuwał 

poprzez zamknięte powieki, usiłował nawiązać całkowity kontakt ze wszystkim, co go otaczało; 

z  pokojem,  sondą,  planetami,  słońcami  i  przestrzenią.  Próba  ta  przypominała  subtelny  wysiłek 

stwierdzenia  za  pomocą  samego  tylko  dotyku,  jak  wygląda  wnętrze  oddalonego  na  długość 

ramienia skomplikowanego mechanizmu. Różnica polegała na tym, że usiłowania 

Paula były natury nie fizycznej. Sięgał na zewnątrz, by dokładnie i w pełni wczuć się w 

wielki  wzór  obiektywnego  Wszechświata,  by  precyzyjnie  wpiąć  własną  tożsamość  w  punkt 

zwrotny jego struktury. 

Przez chwilę rzecz się nie udawała. Trwało to ułamek sekundy, podczas którego czuł się 

absolutnie  obnażony,  czując  wszystko,  nie  mając  jednak  żadnej  możliwości  kontaktu,  jakby 

unosił się w próżni. I nagle zdarzyło się coś, co przypominało chwilę orientacji, jak wtedy, gdy 

za  szybą  zobaczył  tę  laskę.  Teraz  jednak  odczucie  to  było  o  wiele  głębsze,  wspanialsze  i 

połączone z wrażeniem stapiania się, ustępującym jedynie uczuciu, którego doznał, gdy skończył 

się seans u dr Elizabeth Williams. 

W  jednym,  niespodziewanym  ułamku  nie-czasu,  Paul  i  nieustępliwa  część  jego 

osobowości nieodwracalnie zlali się w jedno. 

Poczuł się jak ktoś stojący na niewielkiej scenie, wokół której nagle podniesiono w górę 

wysokie kurtyny. Odkrywał, że może spoglądać we wszystkich kierunkach na dowolnie wielkie 

odległości. Odkrywał też, że jest sam. 

-  Ave  atque  vale  -  powiedział  i  uśmiechnął  się  nie  bez  smutku.  -  Bądź  pozdrowiony  i 

żegnaj - odwrócił się do okna. - Niszcz - powiedział. - Oczywiście. Blunt zaplanował to dla mnie 

i na miarę swych ograniczonych możliwości miał rację. 

Wrócił do znajdującej się za plecami skrzyni z narzędziami. Wybrał ciężki młot i ruszył 

do okna. Pierwsze uderzenie zgięło metalowy trzon młota, powierzchnia szkła zaś została tylko 

draśnięta.  Jednak  po  drugim  ciosie  cała  szklana  ściana  legła  w  gruzach,  a  młot  wyleciał  na 

zewnątrz. 

Paul zdążył zrobić trzy kroki w stronę głazu, przy którym spoczywała laska, zanim żrąca 

atmosfera Nowej Ziemi stępiła jego zmysł powonienia i wypełniła mu płuca. Sięgnął po laskę  i 

chwycił ją w tej samej chwili, w której wzrok zaćmiły napływające do oczu łzy. Niemal słyszał 

background image

śpiew Blunta, jak wtedy, na ekranie w kopalni Malabar. 

-  Destrukcja!  Destrukcja  ostateczna!  Destrukcja  twórcza,  która  uratuje  Człowieka  przed 

tym, by wiecznie go ratowano... . . . 

Paul poczuł uderzenie kolan o grunt. Chwilę później jego osobowość porzuciła na zawsze 

to  okaleczone  ciało,  pozostawiając  je  leżące  i  konające,  z  pięścią  jedynej  ręki  zaciśniętą  na 

pękniętej lasce, w duszącej atmosferze świata, który nosił miano Nowej Ziemi. 

background image

Rozdział 20 

 

 

Pięć dwudziestek sążni w głębinę płyń śmiało. Kości te leżą na morza dnie... 

Pięćdziesiąt kilometrów na zachód od La Jolla w Kalifornii, w miejscu, które znajdziesz 

płynąc  wzdłuż  brzegu  na  pomoc  od  San  Diego,  na  piaszczystej  podmorskiej  równinie,  około 

dwustu metrów pod błękitną, wiecznie ruchliwą powierzchnią Pacyfiku, pozbawiona ciała dusza 

Paula  unosiła  się  nad  szkieletem  mężczyzny  zaplątanym  w  zardzewiały  łańcuch.  Początkowo 

Paul  nie  zamierzał  odwiedzać  tego  miejsca,  zboczył  tu  jednak,  by  uporać  się  z  własnymi 

emocjami. Teraz zaś, unosząc  się  nad swym  szkieletem poczuł ulgę, że ciało, które mu kiedyś 

służyło,  umarło  naturalną  śmiercią.  Paul  nie  wątpił,  że  Blunt  dla  osiągnięcia  swego  celu 

potrafiłby  uciec  się  do  morderstwa.  Dlatego  wolał,  by  karta,  na  której  miał  podsumować  swe 

rachunki z Bluntem, zawierała możliwie najmniej niejasnych punktów. 

Zostawił białe kości w pokoju otulającego je wiecznego mroku i ruszył dalej swoją drogą. 

Szlak ów, ten sam, którym przesłano na Nową Ziemię laskę Blunta, doprowadził w końcu Paula 

do przebudzenia się wewnątrz czegoś, co przypominało trumnę. Leżał na plecach, w metalowym 

pojemniku, z wyprostowanymi nogami i złożonymi na piersiach ramionami. Oczy miał otwarte, 

ale  nie  dostrzegał  nic,  prócz  ciemności.  Jednak  jego  percepcja  wtopiona  w  ogólny  wzór 

rzeczywistości  pozwoliła  mu  stwierdzić,  gdzie  spoczywa.  Był  to  zestaw  dwuipółmetrowych 

szuflad w kostnicy publicznej. Ciało, które zajmował obecnie, było identyczne z tym, do którego 

przywykł. Od poprzedniego różniło się tylko tym, iż miało dwoje sprawnych rąk. Wydawało się 

jednak całkowicie sparaliżowane. 

Przyczyną  tego  paraliżu,  jak  w  przebłysku  ponurej  wesołości  zorientował  się  Paul,  był 

fakt. iż ciało zamrożono na kamień. Pojemnik, w którym je złożono, otaczały zwoje chłodnicy i 

temperatura tkanek wynosiła minus sześć stopni Celsjusza. Zanim będzie można obudzić w nim 

życie, ciało to trzeba było najpierw rozmrozić. 

Paul  zbadał  otaczający  go  wzór.  Byłby  zdziwiony,  gdyby  okazało  się,  że  Blunt,  który 

zadał  sobie  dlań  tyle  trudu,  nie  przygotował  czegoś  i  tutaj.  I  rzeczywiście,  okazało  się,  iż 

pojemnik  spoczywa  na  szynach,  wewnątrz  zamrażarki  zaś  trzyma  go  jedynie  zwykły  zatrzask. 

Paul poczynił konieczne, acz drobne  zmiany we  wzorze rzeczywistości  i  zatrzask puścił. Ciało 

ześlizgnęło się do jasno oświetlonego pokoju bez okien. 

background image

Gdy tylko znalazł  się w tym pomieszczeniu, temperatura otoczenia ostro podskoczyła  z 

poniżej  punktu  zamarzania  wody  do  ponad  dwudziestu  stopni.  Paul  leżał  teraz  nachylony  pod 

niewielkim  kątem,  ze  stopami  przy  podłodze  i  głową  uniesioną  nieco  ku  górze.  Z  tej  pozycji 

mógł dostrzec, że pokój, do którego trafił jest niezbyt obszerny, ma pojedyncze drzwi i wyłożono 

go białymi kafelkami. 

Jedyną  godną  uwagi  rzeczą  była  wiadomość,  którą  napisano  dużymi  literami  na 

przeciwległej ścianie. Brzmiała ona jak następuje: 

 

Paul, tak szybko, jak tylko zdołasz, 

przybądź i przyłącz się do nas. Czekamy w Koh-I-Nor,  

apartament 1243. 

Walt Blunt 

 

Dotychczasowy  pojemnik,  w  którym  spoczywało  ciało  Paula  zmienił  funkcję. 

Promieniował  teraz  głębokim,  łagodnym  ciepłem,  obejmując  nim  zmrożone  kości  i  mięśnie. 

Musiało upłynąć pół godziny lub więcej, zanim temperatura podniesie się na tyle, że Paul będzie 

mógł  przejąć  kontrolę  nad  swoim  nowym  ciałem.  Blunt  oczywiście  zakładał,  iż  Paul  ze  swej 

strony pomoże przyspieszyć ten proces. Plan  Wielkiego Mistrza był, nie da się ukryć, piękny  i 

wskazywał na dalekie od skromności nastawienie Blunta do innych ludzi i Wszechświata. Po raz 

pierwszy  -  ot,  w  jak  nieoczekiwany  sposób,  drobne  sprawy  z  przeszłości  wyjaśniają  się  same  - 

Paul otrzymał nowy punkt widzenia na powtarzane przez Jase'a oskarżenia o arogancję. Podczas 

minionych lat, jako osoba bliska Bluntowi, Jase dobrze poznał oblicza arogancji... 

Paul  postanowił,  że  przyspieszy  bieg  wydarzeń.  Uczyni  to  jednak  w  sposób,  którego 

Blunt,  ze  swą  mniej  pełną  znajomością  wzoru,  nie  może  się  spodziewać.  Blunt  nie  oczekiwał 

mianowicie,  że  wiadomość  na  ścianie  będzie  dla  Paula  jasnym  i  czytelnym  ostrzeżeniem,  że 

Gildia  Orędowników  wykonała  już  swój  ruch.  Poza  ścianami  tego  pokoju  świat  uwikłał  się  w 

wojnę  -  dziwną,  niesamowitą  wojnę,  jakiej  nie  znała  przeszłość.  Blunt,  jako  generał  sił 

nacierających, zaplanował, iż na pole bitwy Paul wkroczy w chwili najbardziej dogodnej z jego, 

Blunta, punktu widzenia. 

Tyle tylko, że Paul dotrze tam wcześniej. 

Sięgnął w głąb wzoru i do tej niewidzialnej wiedzy, jaka stała się częścią jego osobowości 

background image

i jego zdolności. Przerwał pewne linie związków przypadkowych i ustanowił nowe. 

W  bezpośredniej  bliskości  jego  ciała  wzór  uległ  zmianie.  Samo  zaś  ciało  uniosło  się  w 

górę i popłynęło nad podłogą. 

Skierował  je  ku  drzwiom.  Te  otworzyły  się.  Przemykając  tuż  nad  stopniami  schodów, 

ciało Paula pokonało piętro i przez następne drzwi dotarło do krótkiego korytarza. Na jego końcu 

były trzecie, przezroczyste drzwi, które otwierały się na znaną Paulowi ulicę, odległą od Koh-1-

Nor o kilka przecznic. Za drzwiami panowała  noc  i  nie wiadomo dlaczego  Kompleks wydawał 

się  pogrążony  w  mroku  głębszym,  niż  należałoby  się  spodziewać.  Ciało  Paula  minęło  ostatnie 

drzwi i wypłynęło w upalną, lipcową noc. Dział Kontroli Pogody Kompleksu zawiódł chyba na 

całej linii, ponieważ temperatura na zewnątrz sięgała bez mała czterdziestu stopni, a wilgotność 

wynosiła  blisko  100  %.  Nieruchome,  ciężkie  powietrze  Kompleksu,  parnymi  uściskami  objęło 

lodowate ciało Paula. 

W  pobliżu  nie  było  żadnych  poruszających  się  pojazdów.  Mroczne  cienie  wypełniały 

odstępy między budynkami. Ulice, przynajmniej w tej okolicy, wydawały się opustoszałe. Paul 

skręcił i popłynął wzdłuż betonowej ściany w kierunku hotelu Koh-I-Nor. 

Dalsze ulice były również puste. Mieszkańcy Kompleksu najwyraźniej pozamykali się w 

zabarykadowanych  domach,  chroniąc  się  przed  hulającym  na  zewnątrz  szaleństwem.  Po 

przebyciu połowy drogi, Paul usłyszał  niesamowity, brzękliwy odgłos wadliwie  funkcjonującej 

lampy  ulicznej.  Przyjrzał  się  rozsiewanej  przez  nią  pulsującej  niepewnie  poświacie  i  ujrzał 

powód, dla którego, częściowo przynajmniej, lampa była niesprawna. Okazało się, że osadzono 

ją na ogromnym patyku od lizaka, owiniętym biało-czerwoną pasiastą folią, Paul popłynął dalej. 

Za  kolejnym  rogiem  minął  zamknięte  drzwi.  Ze  szczeliny  pod  nimi  wypływała  struga 

czerwonego  płynu,  który  barwą  i  konsystencją  przypominał  krew.  Przemieściwszy  się  do 

następnego budynku, 

Paul skręcił w kolejną ulicę i natknął się na pierwszą żywą istotę. 

Był to mężczyzna w rozdartej koszuli, siedzący na progu otwartych drzwi i obracający w 

dłoniach kuchenny nóż. Gdy Paul zbliżył się do niego, mężczyzna podniósł wzrok na przybysza. 

-  Czy  jest  pan  psychiatrą?  -  spytał.  -  Potrzebuję...  -  w tej  chwili  dostrzegł,  iż  pomiędzy 

stopami  Paula  a  płytami  trotuaru  zieje  spora  szczelina.  -  Och  -  powiedział  tylko.  Spojrzał 

ponownie na swoje dłonie i zaczął bawić się nożem. 

Paul zatrzymał się, ale zdał sobie sprawę z faktu, że nie może mówić, ruszył więc dalej. 

background image

Równocześnie  raz  jeszcze  sięgnął  do  wzoru.  Można  było,  tak  jak  podejrzewał  o  to  Blunta, 

przyspieszyć  pewne  wydarzenia,  ale  żywych  komórek  nie  wolno  było  odmrażać  równie 

intensywnie,  jak  martwego  mięsa.  Stopniowe  i  równomierne  czerpanie  ciepła  z  otoczenia 

okazywało  się  skuteczniejsze,  niż  rozmrażanie  za  pomocą  grzejnika  mikrofalowego,  w  który 

wyposażono pojemnik w przechowalni zwłok. Powoli,  ale szybciej,  niż ktokolwiek  mógłby  się 

spodziewać, ciało Paula wzbierało ożywczym ciepłem. 

Po drodze natknął się na rzeczy, które miały niewielki związek z normalnością. Pomnik 

na środku jednego z mijanych skrzyżowań topił się wolno, niczym wosk w piecyku. Kamienna 

głowa  lwa,  wkomponowanego  w  masywny  balkon  obejmujący  narożnik  wysokiego  budynku, 

pochyliła  się  i  ryknęła,  gdy  Paul  przemykał  dołem.  Pośrodku  jednej  z  ulic  minął  krąg  czerni  - 

pustą dziurę, przez którą nie dostrzegało się niższego poziomu, ale zniekształcenie przestrzeni, na 

którym  oko  ludzkie  nie  potrafiło  się  skupić.  Po  ulicach  nie  przejeżdżały  żadne  samochody. 

Transport  Kompleksu  musiał  zawieść  lub  został  pozbawiony  zasilania,  podobnie  jak  Dział 

Kontroli Pogody. Od czasu do czasu Paul dostrzegał w oddali samotnych przechodniów. Żaden z 

nich  nie  zatrzymał  się  na  jego  widok.  Gdy  spostrzegli,  że  się  do  nich  zbliża,  każdy  spiesznie 

umykał w bok. 

Ciało  Paula  szybko  wypełniało  się  życiem.  Dość  wcześnie  zapoczątkował  akcję  serca. 

Gdy  dotarł  do  placu  przed  hotelem,  jego  temperatura  wynosiła  już  trzydzieści  sześć  i  sześć 

dziesiątych  stopnia,  a  puls  i  oddech  miał  prawie  w  normie.  Mógłby  już  iść  pieszo,  ale  z 

postawieniem stopy na ziemi poczekał do chwili, w której dotarł do Północnej Wieży Koh-I-Nor. 

Wkroczył do mrocznego hallu, oświetlonego jedynie światłami awaryjnymi, w którym nie 

było  żadnych  gości  hotelowych.  Spod  ściany  za  biurkiem  gapiła  się  na  niego  czyjaś  blada  jak 

papier  twarz.  Był  to  znajomy  recepcjonista  kaligraf.  Paul  minął  go,  nie  zwracając  nań  uwagi  i 

skierował się ku windom. 

Te, jako system zrównoważony, pracujący na zgromadzonej energii, nie zostały dotknięte 

brakiem zasilania. Milcząco, delikatnie i skutecznie, jakby  rasa ludzka już wymarła i pozostały 

jedynie  maszyny,  dyski  unosiły  się  w  regularnych  odstępach,  płynąc  w  górę  i  w  dół,  w  prze-

zroczystych rurach swoich szybów. Paul zrobił krok i stanął na z dysku wznoszącym się do góry. 

Pomknął  gładko,  przecinając  szereg  korytarzy,  oświetlonych  jedynie  światełkami 

oznaczającymi wejścia do klatki schodowej. Zobaczył tylko jedną osobę. Mijał wtedy dziewiąty 

poziom. Była to młoda kobieta. Gdy dostrzegła Paula, szybko odwróciła się i schroniła w pokoju. 

background image

Dwunasty  poziom,  w  przeciwieństwie  do  reszty  świata,  widzianej  przez  Paula  tej  nocy, 

był  całkowicie  oświetlony.  W  porównaniu  z  panującymi  wszędzie  mrokami,  to  oświetlenie 

wydawało się jaskrawe i ostentacyjne. Jednak i na tym korytarzu nie widać było żadnego ruchu. 

Co więcej, za mijanymi przez siebie drzwiami Paul wyczuwał mrok i pustkę. Apartament 1243, 

ku któremu zmierzał, był na tym jasnym poziomie jedyną oazą życia. 

Gdy  skręcił  za  róg,  zobaczył,  że  drzwi  apartamentu  stoją  otworem.  Cofnięto  je  w  głąb 

ściany na trzy czwarte szerokości. Dobiegał stamtąd stanowczy, męski głos. 

Głos ów należał do Kirka Tyne'a. 

-  ...twój  ślepy  upór  -  mówił  Naczelny  Inżynier.  -  Nie  umiem  tego  pojąć,  Walt.  Jak 

człowiek  o  twej  inteligencji  może  uważać,  że  teraźniejszość  da  się  zmienić  działaniami  w 

teraźniejszości, bez cofnięcia się w czasie i zmiany czynników, które w przeszłości ukształtowały 

tę  teraźniejszość?  A  jednak  zdecydowałeś  się  uwolnić  moce,  które  są  źródłem  szaleństw, 

dziejących się tej nocy na całym świecie. 

Paul zatrzymał się przed wejściem. Słyszał już te argumenty z ust Tyne'a wtedy, gdy ten 

przyjmował  go  do  swego  sztabu.  Teraz  zaś  Paul  zapragnął  dowiedzieć  się,  jakiej  odpowiedzi 

udzieli Blunt. 

-  Sprzedałeś  swe  pierworództwo  za  miskę  mikroprocesorów  -  odparł  głos  Blunta.  -  Nie 

myślisz samodzielnie, Kirk. Niczym papuga powtarzasz to, czym karmi cię Super. Jeśli nie da się 

zmienić przeszłości, należy zmienić teraźniejszość. Trzeba to zrobić ze względu na przyszłość. 

-  Czy  nie  zechciałbyś  posłużyć  się  odrobiną  logiki?  -  spytał  Tyne.  -  Powiadam  ci,  że 

teraźniejszości  nie  da  się  zmienić,  nie  dokonując  zmian  w  przeszłości.  Nawet  Super,  z  całą 

zgromadzoną  przez  siebie  wiedzą,  nie  potrafiłby  wyliczyć  możliwych  konsekwencji  zmiany  w 

przeszłości  przebiegu  życia  nawet  jednego  owada.  A  to  droga  łatwiejsza.  Wy  zaś,  dzisiejszej 

nocy, próbujecie czegoś daleko trudniejszego. 

-  Kirk  -  rozległa  się  odpowiedź  Blunta  -  jesteś  głupcem.  Fakty,  które  zdecydowały  o 

takim, a  nie  innym  biegu wydarzeń dzisiejszej  nocy, zdarzyły  się  nieodwołalnie setki  lat temu. 

Wszystko, czego musimy dokonać, to rozpoznać je i posłużyć się tą wiedzą. 

- Powiadam ci, że to nieprawda! 

- Wszystko dlatego, że twój Super... - zaczął Blunt. 

Ironia w jego dźwięcznym głosie cięła niczym stal, gdy Paul podjął decyzję o wejściu na 

scenę. Przeszedł  przez drzwi  i  znalazł  się w salonie  apartamentu, który  był  najlepszym z tych, 

background image

jakie Koh-I-Nor mógł zaoferować swym gościom. 

Pod ścianami rozległego pokoju jak do fotografii ustawiło się siedmioro ludzi. Najbliżej, 

na lewo od Paula stała Kantela. Tuż przy niej, częściowo tyłem do wejścia znajdował się Blunt. Z 

szerokich ramion Wielkiego Mistrza zwisała ciężka, obramowana purpurowym szlakiem czarna 

peleryna,  a  na  głowie  miał  dziwny  wysoki  kapelusz.  Obok  Blunta  stał  Burton  McLeod,  który 

najmniej  z  całej  siódemki  zdawał  się  przejmować  powagą  sytuacji.  Dwa  kroki  dalej  był  Jase, 

także w pelerynie i kapeluszu. Zwrócony plecami do błękitnych zasłon, osłaniających szerokie na 

całą ścianę okno po przeciwnej stronie pokoju, niczym niewysoki, bezbarwny manekin, sterczał 

Eaton White. Po jego lewej stronie zajął pozycję agent ochrony Koh-I-Nor, James Butler. Widać 

było  po  nim,  że  nie  ominęło  go  szaleństwo  dzisiejszej  nocy.  Miał  na  sobie  jednolicie  czarny 

sweter  i  luźne  spodnie  wdziewane  przez  członków  jednej  z  szerzej  znanych  społeczności 

maszerujących.  Kombinezon  ten  obnażał  mu  tylko  twarz  i  dłonie.  W  jednej  z  nich  trzymał 

podłużny,  śmiertelnie  skuteczny  policyjny  pistolet  z  usuniętą  muszką.  Zamiast  muszki  na  lufie 

broni umieszczono mały metalowy błękitny krzyżyk. 

Stojących  naprzeciwko  siebie  Burtona  i  McLeoda  rozdzielało  kilka  metrów  wyłożonej 

dywanem  podłogi.  Trzymany  niby  niedbale  pistolet  wymierzony  był  pierś  McLeoda.  Obaj 

przeciwnicy  stali  spokojnie,  wydawało  się  jednak,  że  nie  dostrzegają  w  pokoju  nikogo,  prócz 

siebie nawzajem. 

Najbliżej ze wszystkich, z prawej strony Paula, stał Tyne. Spoglądał on na replikującego 

Blunta  i  on  też,  wespół  z  bezbarwnym  i  nieruchomym  Eatonem  White,  pierwszy  zauważył 

wkraczającego do pokoju Paula. 

Naczelny  Inżynier  Świata  wytrzeszczył  oczy  przerywając  tym  przemówienie  Wielkiego 

Mistrza.  Za  chwilę  pozostali,  nie  wyłączając  McLeoda  i  Butlera,  odwrócili  się  ku  Paulowi. 

Kantela  jęknęła  zduszonym  głosem.  Wszyscy,  prócz  Blunta,  wyglądali  jak  ludzie,  na  oczach 

których popełniono właśnie gwałt na prawach Natury. 

Blunt  oparł  się  na  srebrnej  gałce  swej  nowej  laski  i  uśmiechnął  się  tylko.  Podobny 

uśmiech  musiał  rozjaśnić  oblicze  ateńskiego  polemarchy  Callimacha,  gdy  dwa  tysiące  pięćset 

czterdzieści lat temu, pewnego pochmurnego, wrześniowego dnia, ujrzał w rzadkich promieniach 

słońca  pył  wzbijany  przez  wzmocnione  skrzydła  szyku,  którymi  Grecy  zamykali  pierścień 

okrążenia wokół hord perskich na równinie Maratonu. 

- Zjawiłeś się nieco za wcześnie, choć to drobiazg - powiedział patrząc na Paula. - Ten tu 

background image

Kirk jeszcze nie został dostatecznie zmiękczony. Ale wejdź, mój dwójniku

Paul zaś, wchodząc do pokoju, po raz pierwszy wprost i z bliska zajrzał Bluntowi w twarz 

i... ujrzał samego siebie! 

background image

Rozdział 21 

 

 

Paul wszedł do pokoju. Wszyscy obecni wpatrzyli się w niego, w niczyim jednak wzroku 

nie  uwidocznił  się  aż  taki  wstrząs,  jak  w  błękitnych  oczach  Kanteli.  Ona  jedna  spośród 

wszystkich obecnych czuła to od początku, ale nie chciała się z tym pogodzić. Właśnie to z taką 

siłą ciągnęło ją ku Paulowi i temu tak bardzo się opierała. Paul nie winił jej wtedy, obdarzony zaś 

zrozumieniem, tym  bardziej  nie winił  jej obecnie. Nawet dla  niego samego, gdy zatrzymał się, 

stając o krok przed Bluntem i spojrzał tamtemu w twarz, było to nienaturalne doświadczenie. 

Wiedział też, że ci, którzy ich obserwują, muszą odbierać to o wiele gorzej. Nie chodziło 

tylko o jego fizyczne podobieństwo do Blunta. Obaj byli wysocy, barczyści i mocno zbudowani. 

Obaj  mieli  wyraziste  rysy  twarzy.  Na  tym  jednak  kończyło  się  podobieństwo  ciał.  O  wiele 

bardziej  drażniła  ich  wspólna  tożsamość,  ponieważ  polegała  ona  na  dwoistości  wcale  nie 

fizycznej. Nie powinni byli wyglądać podobnie. A wyglądali. 

Było to tak niesamowite, jakby ten sam człowiek nosił dwa odmienne ciała. Obaj różnili 

się  wyglądem  zewnętrznym,  mieli  jednak  identyczne  postawy,  sposób  poruszania  się,  te  same 

nawyki  i  upodobania.  Wszystkie  te  podobieństwa  przeświecały  przez  powłokę  zewnętrzną, 

podobnie jak płomień świecy przez różne ornamenty latarni. 

-  Pojmujesz  teraz  -  rzekł  Blunt,  zwracając  się  do  Paula  tonem  rozmowy  towarzyskiej  - 

dlaczego przez cały czas unikałem twej obecności? 

- Oczywiście - odparł Paul. 

W tym momencie Kirk Tyne odzyskał wreszcie głos. Ton, jakim się odezwał, świadczył 

wyraźnie  o  tym,  iż  po  raz  pierwszy  coś  poważnie  zachwiało  przekonaniami  Na-.  czelnego 

Inżyniera Świata. 

- Walt, cóż to za przeciwne naturze diabelstwo? - wypalił bez ogródek. 

- Długo by o tym mówić - powiedział Blunt. Opierał się wciąż na swej lasce i przyglądał 

Paulowi  w  ten  sam  sposób,  w  jaki  wytrawny  koneser  kontempluje  szczególnie  cenne  dzieło 

sztuki. - Ale sprowadziłem cię tutaj, Kirk, po to, byś wszystkiego wysłuchał. 

Tyne  wodził  wzrokiem  od  Paula  do  Blunta  i  z  powrotem,  z  wysiłkiem  i  jakby  wbrew 

swojej woli. 

- Nie wierzę - wydusił z siebie. 

background image

- I światu, i mnie - odparł Blunt, nie spuszczając wzroku z Paula - będzie wszystko jedno, 

co sobie pomyślisz, gdy przeminie dzisiejsza noc. 

- Szatan! - zabrzmiał czyjś okrzyk. Wszyscy obecni, nie wyłączając Paula spojrzeli w tę 

stronę. Głos należał do agenta Butlera, który podnosił trzymany w dłoni pistolet. Umieszczony na 

lufie broni krzyżyk skierował się ku Paulowi, a potem zadrżał i przesunął się w stronę Blunta.  - 

Bluźnierca! 

Coś jasnego mignęło w powietrzu. Rozległ się łagodny odgłos uderzenia, Butler zachwiał 

się  i  wypuścił  broń.  Z  bicepsu  agenta  wystawał  koniec  gładkiej  liściokształtnej  klingi 

pozbawionego rękojeści sztyletu. Do Butlera niespiesznym krokiem podszedł McLeod. Pochylił 

się po pistolet, wetknął go sobie za pas, potem lewą dłonią ujął detektywa za ramię, prawą zaś 

wyciągnął sztylet z rany. Następnie wydobył z kieszeni samozaciskający się opatrunek, owinął 

nim ranę Butlera i chwyciwszy bezwładną rękę agenta, podniósł ją i włożył w jego zdrową dłoń. 

-  Proszę  tak trzymać  -  polecił.  Butler  wpatrywał  się  weń  bez  słowa.  McLeod  wrócił  na 

swe miejsce obok Blunta. 

- Tak więc - odezwał się pobladły Kirk - teraz szczujesz swych opryszków na mnie i na 

przyzwoitych ludzi? 

-  Tego  fanatyka  nazywasz  przyzwoitym  człowiekiem?  -  spytał  Blunt  kiwając  głową  w 

stronę odzianego w czerń Butlera.  - Jak  można  nazywać przyzwoitym kogoś, kto bez  namysłu 

zastrzeliłby mnie albo Paula? A zrobiłby to, gdyby Burt go nie powstrzymał. 

-  Wszystko  jedno  -  odparł  Tyne.  Na  ich  oczach,  dzięki  niezwykłemu  wysiłkowi  woli, 

Naczelny Inżynier Świata wziął się w garść i opanował. - Wszystko jedno - rzekł o wiele bardziej 

spokojnym głosem. - Nic z tego nie wpływa na moją opinię. Was jest tylko sześćdziesiąt tysięcy. 

Za mało, by zniszczyć świat. 

- Kirk - rzekł Blunt - wiesz, jak lubię się z tobą spierać. Jesteś tak uroczo naiwny. 

- Ty zaś jesteś równie zabawny - z kpiną w głosie odciął się Kirk. 

- Owszem, coś w tym jest - Blunt skinął głową z namysłem. - Widzisz, Kirk, liczę na to, 

że cię złamię. Jeśli uda się dokonać tego bez bólu, zaliczę cię w szeregi ludzi, którzy przewrócą 

tę  cywilizację  do  góry  nogami.  Swój  cel  osiągnę  dzięki  temu  dwukrotnie  szybciej.  W  prze-

ciwnym razie nie traciłbym czasu na tę rozmowę. 

- Zapewniam cię - odparł Kirk - że nie czuję się ani trochę załamany. 

- Bo nie powinieneś... na razie - uciął Blunt. 

background image

- Wszystko, co widziałem do tej pory - stwierdził 

Kirk  -  to  seria  zorganizowanych  na  nieco  szerszą  skalę  sztuczek  z  Dnia  Wszystkich 

Świętych. 

- Na przykład - podsunął mu Blunt - ten tu Paul, nieprawdaż? 

Kirk spojrzał na Paula. 

- Nie wierzę w zjawiska nadprzyrodzone - powiedział po chwili wahania. 

- Ja też - stwierdził Blunt. - Ja wierzę w Siły Alternatywne. Dzięki nim stworzyłem Paula. 

Czy nie tak, Paul? 

- Nie - odparł Paul. - Tworzenie nie jest aż tak proste. 

-  Ach,  przepraszam  -  odparł  Blunt.  -  Ujmijmy  to  w  ten  sposób;  zbudowałem  cię. 

Ożywiłem. Ile z tego pamiętasz? 

-  Pamiętam,  że  umierałem  -  przyznał  Paul.  -  Pamiętam  wysokiego  człowieka,  w 

kapeluszu i płaszczu takich jak te, które teraz masz na sobie. Ten człowiek przywrócił mnie do 

życia. 

- Nie zrobił tego - odparł Blunt. - Prawdziwy Paul Formain nie żyje - czyżbyś o tym nie 

wiedział? 

- Teraz już wiem - rzekł Paul. - Zbadałem sprawę. 

-  Kilkunastu  takich  jak  on  młodzików  śledziłem  od  ponad  piętnastu  lat  -  mówił  dalej 

Blunt  -  i  czekałem  na  dogodną  chwilę.  Wszystko  przemawiało  na  moją  korzyść.  Prędzej  czy 

później, któryś z nich musiał umrzeć w dogodnych dla mnie okolicznościach. 

- Mogłeś uratować go z tej żaglówki, gdy jeszcze żył - rzekł Paul. 

-  Owszem,  mogłem  -  odparł  Blunt  i  spojrzał  Paulowi  prosto  w  oczy.  -  Ale  myślę,  że 

wiesz, czemu tego nie zrobiłem. Musiałem dostać go w momencie śmierci. Pobrałem z jego ciała 

kilka żyjących jeszcze komórek. Dzięki mocy, jaką dały mi Siły Alternatywne, z każdej z tych 

komórek wyhodowałem ożywione ciało. 

-  Chcesz  powiedzieć,  że  takich  jak  on  jest  kilku?!  -  wyrzucił  z  siebie  Kirk,  patrząc  na 

Paula jak na coś przerażająco obcego. 

Blunt potrząsnął głową. 

- Ożywione, ale nie obdarzone życiem - rzekł. - W rzeczy samej, nie było w nich więcej 

życia, niż w tym konającym ciele, z którego je pobrałem. Osobowość żyjącej istoty ludzkiej to 

coś więcej, niż tylko arytmetyczna suma jej składników - przez moment milcząco wpatrywał się 

background image

w  Paula,  potem  powiedział  niespiesznie:  -  Z  pomocą  Sił  Alternatywnych,  zapaliłem  w  nim 

iskierkę życia, oddając mu część własnego. 

W  pokoju  zapadła  cisza,  tak  głęboka,  że  można  by  pomyśleć,  iż  wszyscy  wstrzymali 

oddechy. 

- Stworzyłem drugiego siebie - mówił dalej Blunt. - Ciało, pamięć, nawyki i umiejętności 

należały do chłopaka, który skonał przed chwilą. Ale w istocie, był on mną. 

- Tylko pod jednym względem - poprawił go Paul - byłem tobą. 

- Dobrze, pod jednym tylko, ale najistotniejszym względem - odparł Blunt. - Dlatego nie 

chciał  się  przyjąć  przeszczep  ramienia.  Komórki  twego  ciała  zużyły  już  swój  biologiczny 

potencjał podczas procesu tworzenia ciebie. Dalszy wzrost i przekształcenia były niemożliwe. 

- On ma dwa ramiona - stwierdził Kirk. 

-  To  nie  jest  ciało,  w  którym  go  zapoczątkowałem  -  odparł  Blunt.  -  Przypuszczam,  że 

pierwsze musiałeś zostawić na Nowej Ziemi? - spojrzał na Paula pytająco. 

- Obok twojej laski - rzekł Paul. 

- A tak, obok tamtej laski. 

- Jakiej laski? - spytał Kirk. 

-  Tej, którą zabito Malorna  - odpowiedział  Paul  i spokojnie spojrzał  w oczy Bluntowi.  - 

Tej, którą on zabił Malorna. 

- Nie - odezwał się zza Blunta McLeod. - To ja. 

Potrzebny  był ktoś, kto wiedział,  jak posłużyć się nią,  niczym  pałką.  Walt zmienił Siły 

Alternatywne, tak bym mógł tego dokonać. 

-  Ale  dlaczego?  -  krzyknął  Kirk.  -  Morderstwa,  laski,  Nowa  Ziemia?  Nie  rozumiem!  - 

spojrzał zdumiony. - Aby wyszkolić Paula w... - przerwał. 

-  Załamujesz  się, aż  miło,  Kirk  -  rzekł Blunt na  krótko zwracając twarz ku Naczelnemu 

Inżynierowi Świata  i ponownie przenosząc spojrzenie  na Paula.  - Widzisz,  jak  niewiele wiesz? 

Twój Super nawet się nie pofatygował, by poinformować cię, że użył wewnętrznego akceleratora 

do wysłania Paula  na planetę krążącą wokół Syriusza  i  jego towarzysza. Dopowiem ci resztę  i 

zobaczymy,  jak  to  wytrzymasz  -  wskazał  na  zasłonięte  okno.  -  Otwórz  je  -  polecił  Eatonowi 

White. 

Bezbarwny człowieczek zawahał się. 

- No, dalejże - szorstkim głosem ponaglił go Kirk. White chwycił fałd tkaniny i pociągnął. 

background image

Zasłony cofnęły się, ukazując okno zajmujące całą szerokość ściany. Niski parapet znajdował się 

na wysokości nieco ponad pół metra. 

- Do końca - rozkazał Blunt. 

White wyciągnął dłoń i nacisnął jakiś przełącznik. Całe okno zjechało w dół, kryjąc się w 

parapecie.  Do  chłodnego,  klimatyzowanego  apartamentu  buchnęła  fala  upalnego,  parnego 

powietrza. 

- Patrz! - powiedział Blunt. - Posłuchaj tego tam. - Wskazał laską ciemność, wypełniająca 

Kompleks,  gdzieniegdzie  tylko  rozjaśnioną  nikłymi  błyskami  światła.  W  gorącym  mroku 

rozbrzmiewał śpiewny okrzyk Hej-ha! Hej-ha! maszerujących społeczności. A nieco bliżej, poza 

zasięgiem  wzroku,  dwanaście  poziomów  poniżej  okna,  rozlegało  się  długie,  przeciągłe  wycie 

stworzenia,  które  niedawno  było  człowiekiem,  ale  teraz  cofnęło  się  daleko  wstecz  ku  swym 

zwierzęcym przodkom. - Patrz! - powtórzył Blunt i wyrzucił laskę przez okno. Laska zawirowała 

wokół  osi  przechodzącej  przez  jej  środek  i  oba  jej  końce  przekształciły  się  w  muszlowate, 

trzepocące  skrzydła.  Pomiędzy  nimi  pojawiło  się  ciało  gryzonia  i  to,  co  było  laską,  teraz  jako 

czarny nietoperz uniosło się w górę, śmignęło do wnętrza pokoju i oto w dłoni Blunta ponownie 

pojawiła  się  laska.  -  Powiadasz,  sześćdziesiąt  tysięcy  -  rzekł  Blunt  zwracając  się  do  Kirka.  - 

Ugrupowania  nieformalne,  organizacje  i  ruchy  żywiołowe  w  tym  waszym  świecie  składają  się 

prawie na jedną piątą jego ludności. Od czterdziestu lat Gildia Orędowników przygotowywała je 

do chwili ostatecznej zapaści systemu. Kirk, jedna piąta świata odrzuciła dziś rozum. 

- Nie - odparł Kirk. - Nie uwierzę w to. 

- Tak, Kirk. - Blunt ponownie wsparł się na lasce. Jego ciemne, skryte pod krzaczastymi 

brwiami  oczy  ponownie  wpiły  się  w  rozmówcę.  -  Od  setek  lat,  aż  do  chwili  obecnej  ty  i  tobie 

podobni  trzymali  na  smyczy  psy  Szaleństwa  i  wzbraniali  im  dostępu  do  świata.  Teraz  my 

puściliśmy  je  wolno,  jak  niegdyś  i  na  dobre.  Od  tej  chwili  nie  będzie  już  w  życiu  niczego 

pewnego.  Od  tej  chwili  zawsze  istnieć  będzie  możliwość,  że  niezmienne  dotąd  prawa  nie 

zadziałają.  Wskazówki  podsuwane  przez  rozum  i  dotychczasowe  doświadczenia  społeczne 

zawiodą. Pojedynczemu człowiekowi nie pozostanie nic, na czym mógłby polegać, z wyjątkiem 

jego samego. 

- Nic z tego nie będzie - sprzeciwił się Kirk. - Te ulice, tam w dole są prawie puste. Ja, 

mój  sztab  i  Super-kompleks  działaliśmy  zbyt  szybko,  byś  mógł  wykorzystać  sytuację.  Brak 

światła, brak wygód, brak usług. Ludzie kryją się w swych mieszkaniach, bo to my zmusiliśmy 

background image

ich do takiej reakcji. Mogą ukrywać się przez pewien czas. Potem podstawowe potrzeby, głód i 

znużenie wezmą górę. Wyjdą  na światło dzienne  i przekonają  się, w  jak  niewielkim  stopniu te 

twoje  sztuczki  rodem  z  maskarady  na  Wszystkich  Świętych,  zmieniły  podstawy  ich  życia. 

Przystosują  się  i  nauczą  żyć  z  tą  twoją  magią,  tak  samo  jak  nauczyli  się  żyć  z  zagrożeniem 

wypadkami ulicznymi lub niebezpieczeństwem śmierci od pioruna. 

-  Wy  działaliście  za  szybko!  -  zagrzmiał  Blunt.  -  Reagowaliście  jedynie  ze  ślepym 

posłuszeństwem, godnym jednej z waszych machin. Ulice kryje mrok, ponieważ ja chciałem, aby 

tak było. Upał zmusza ludzi, by się rozdzielali. Zostawia sam na sam z ich obawami, każdego we 

własnym pokoju, ponieważ one są najlepszą wylęgarnią Szaleństwa. Noc dzisiejsza nie stanie się 

czymś, do czego ludzie przywykną. Jest to tylko pierwsza bitwa w wojnie, która będzie trwała 

wiecznie,  w  której  zastosuje  się  coraz  to  nowe  bronie,  którą  rozgrywać  się  będzie  na  wciąż 

nowych polach bitew, dopóki ty i tobie podobni nie zostaniecie pokonani i zniszczeni! 

Podbródek Blunta uniósł się nieco. 

-  Dopóki  nie  nadejdzie  moment  destrukcji  ostatecznej!  -  jego  głos  jak  grzmot  dzwonu 

rozbrzmiał w pokoju i wśród nocnej ciszy za oknem. - Dopóki Człowiek nie zostanie zmuszony 

do odrzucenia swych kuł i lasek! Dopóki nie strząśnie kajdanów z nóg i nie rozwali krat, które 

sam  wzniósł wokół siebie. Dopóki  nie stanie  na  własnych  nogach, samotny  i wolny!  Wolny  w 

zwątpieniu, wolny duchem, wolny świadomością tego, że naprawdę istnieją jedynie dwie rzeczy: 

on sam i podatny na zmiany Wszechświat. 

Szerokie  bary  Blunta  chybnęły  się  ku  przodowi  nad  laską,  na  której  się  opierał,  jakby 

osobiście  zamierzał  rzucić  się  na  Kirka  Tyne'a.  Naczelny  Inżynier  Świata  nie  cofnął  się  przed 

tym ruchem. Wydawało się jednak, że to co usłyszał zachwiało jego pewnością siebie i głos mu 

drżał, gdy odpowiadał: 

- Nie poddam ci się, Walt - powiedział. - Będę walczył aż do końca. Dopóki jeden z nas 

dwu nie legnie trupem. 

- A więc już przegrałeś - stwierdził Blunt, a w jego głosie zabrzmiała nutka szaleństwa. - 

Ja  wycofuję  się  z  gry  na  dobre.  Pozwól,  Kirk,  że  przedstawię  ci  człowieka  młodszego  i 

silniejszego niż ty sam, obecnego przywódcę Gildii Orędowników! 

Skończył mowę, a cisza, która teraz zapadła wywarła wrażenie podobne temu, jakie czyni 

nagły  błysk  gromu  podczas  letniej  nocy.  I  zaraz  potem  Jase  wydał  z  siebie  nagły, 

nieartykułowany okrzyk. 

background image

- Nie, Jase - odezwał się Paul. - Wszystko w porządku. Przywództwo Gildii przejdzie na 

ciebie. Moje zadanie polega na czymś innym. 

Wszyscy obecni utkwili w nim swe spojrzenia. 

- Czymś innym? - spytał Blunt z kpiną. - A ty cóż takiego zamierzasz robić? 

Paul uśmiechnął się smutno do niego i pozostałych. 

-  Coś,  co  jest  brutalne  i  nieuczciwe  w  stosunku  do  was  wszystkich  -  powiedział.  - 

Zamierzam nie robić nic! 

background image

Rozdział 22 

 

 

Wszyscy  patrzyli  nań  bez  słowa.  Podczas  tej  chwili  zdarzyło  się  coś  nieuniknionego  i 

wcale  nie  wyjątkowego.  Zdarzało  się  to  już  wcześniej  na  zebraniach,  które  jak  obecne, 

przebiegały według wzoru, opartego na jednej, silnej osobowości. Zdarzało się wtedy, że ktoś coś 

mówił i nagle, choć nikt spośród obecnych nie czynił żadnego ruchu, przywódcą grupy stawał się 

kto  inny.  Wzór  zmieniał  się  i  choć  w  sensie  fizycznym  nie  działo  się  nic,  wszyscy  obecni 

wyczuwali emocjonalne skutki reorientacji. 

To właśnie stało się teraz. Paul dotknął wzoru stapiając się z innymi niczym pojedyncza 

kropla i nagle stał się ogniskiem emocji wszystkich obecnych, zajmując miejsce Blunta. 

Kolejny  raz  spojrzał  Bluntowi  w  oczy.  Wielki  Mistrz  odpowiedział  mu  beznamiętnym 

spojrzeniem  i  nie  odezwał  się  ani  słowem.  Nadal  wspierał  się  na  swej  lasce,  jakby  nic 

szczególnego się nie stało. Paul jednak wyczuł, że cały geniusz Blunta nagle zwraca się ku niemu 

i poczyna pojmować, czym stał się młody inżynier. 

-  Nic?  -  spytał  Jase przerywając ciszę. Załamanie się planu, opracowanego przez Blunta 

było dlań oczywiste, podobnie jak dla pozostałych osób w pokoju. 

-  Ponieważ,  jeśli  nie uczynię  nic, wszyscy podążycie  swoimi drogami  - wyjaśnił Paul.  - 

Gildia będzie trwała i będzie się rozwijała. Zwolennicy cywilizacji technologicznej przetrwają i 

będą ją nadal rozwijać. Podobnie jak grupy kultowe i społeczności maszerujące. Nawet i... - oczy 

Paula,  błądzące po pomieszczeniu,  na  moment spotkały  się ze wzrokiem Burtona McLeoda  -  i 

inne elementy. 

- I chcesz, by tak się stało? - spytał Tyne. - Ty? 

- Myślę, że to konieczne - odparł Paul, zwracając się do Naczelnego Inżyniera Świata.  - 

Nadszedł czas, w którym rodzaj ludzki musi się rozdzielić, tak by rozmaite fragmenty, składające 

się na oblicze cywilizacji mogły rozwijać się same, w pełni i bez wpływu innych - Paul obejrzał 

się przez ramię na Blunta. - Jeden silny przywódca - mówił dalej - może powstrzymać ten proces 

na  jakiś  czas,  ale  tylko  na  krótko,  bo  po  jego  śmierci  nie  znajdzie  się  nikt,  kto  mógłby  mu 

dorównać  znaczeniem  i  zająć  jego  miejsce.  Nawet  jednak  na  krótko  wstrzymując  ten  proces, 

człowiek  ów  może  dokonać  trwałych  szkód,  wpływających  na  późniejszy  rozwój  dziedzin, 

darzonych przez niego niechęcią. 

background image

Teraz Paul przeniósł wzrok na Kirka. Na twarzy Naczelnego Inżyniera Świata malowała 

się zgroza. 

-  Ale  mówiłeś,  że  jesteś  przeciwko  Waltowi  -  wyjąkał  Kirk.  -  Cały  czas  mu  się 

przeciwstawiałeś. 

-  Możliwe  -  przyznał  Paul,  nieco  zakłopotany.  -  W  pewnym  sensie.  Lepiej  byłoby 

powiedzieć, że nie jestem za nikim, włączając w to Walta. 

Kirk przez chwilę wpatrywał się w twarz rozmówcy, a wyraz jego twarzy zmieniał się od 

szoku do odrazy i wrogości. 

- Ale dlaczego? - wypalił wreszcie. - Dlaczego? 

- Obawiam się - przyznał Paul - że niełatwo to wyjaśnić. Być może mógłby pan to pojąć, 

gdybym  jako przykładu użył  hipnozy. Po tym,  jak Walt obudził do życia aktualnie zajmowane 

przeze mnie ciało, przeżyłem dość długi okres, nie wiedząc w istocie, kim jestem. Było jednak 

kilka spraw, które mnie zastanawiały. Na przykład fakt, że nie podlegam hipnozie. 

- Siły Alternatywne... - zaczął Jase z głębi pokoju. 

-  Nie  -  zaprzeczył  Paul.  -  Myślę,  że  któregoś  dnia  członkowie  Gildii  odkryją  coś,  do 

czego  Siły  Alternatywne  będą  miały  się  tak,  jak  alchemia  do  współczesnej  chemii.  Nie  można 

było  mnie  zahipnotyzować, ponieważ  najsłabsza  nawet  forma  hipnozy, podobnie  jak  naprawdę 

głęboka  nieświadomość,  wymaga  poddania  się  pewnej  części  osobowości,  to  zaś  w  moim 

przypadku jest niemożliwe - powiódł po nich spojrzeniem. - Z doświadczenia, polegającego na 

dzieleniu  tożsamości  z  Waltem,  wynika  w  sposób  nieunikniony,  że  powinienem  uzyskać 

zdolność dzielenia tożsamości z każdą jednostką ludzką, z którą mógłbym się zetknąć. 

Paul spostrzegł, że obecni, pominąwszy Blunta, nie w pełni pojęli znaczenie jego słów. 

- Mówię o zrozumieniu - powiedział cierpliwie. - Potrafię dzielić tożsamość z każdym z 

was, a czyniąc to odkryłem, że każde z was ma do zaofiarowania wartościową formę przyszłości 

społeczności ludzkiej. Na razie jednak nie ma w niej miejsca na inne i zostaną one stłamszone, 

jeśli w ogóle przetrwają. Nie mogę poprzeć żadnej z nich, ponieważ wszystkie powinny dojść do 

głosu na równych prawach. 

- Wszystkie? - spytał Kirk. W tym samym momencie pytanie to zadał również Jase: 

- Wszystkie? 

-  Pan  zresztą  zdawał  sobie  z  tego  sprawę,  Kirk  -  mówił  Paul.  -  Jak  sam  pan  mi 

powiedział,  społeczeństwo  musi  przejść  przez  nieuniknione  stadium  podziałów.  Przy  obecnym 

background image

stanie badań, wynalezienie leku, który przekształci prace nad Projektem Odskoczni w podstawy 

systemu transportu,  jest tylko kwestią czasu. Gdy zaś  ludzie rozprzestrzenia się  wśród gwiazd, 

podziały się pogłębią. 

Przerwał, pozwalając, by jego słowa głęboko wryły im się w pamięć. 

-  Żaden  z  was  -  ciągnął  dalej  po  chwili  -  nie  powinien  tracić  czasu  na  zwalczanie 

pozostałych.  Każdy  powinien  zająć  się  poszukiwaniami  tych,  co  myślą  podobnie  jak  on  sam  i 

wespół z nimi zacząć wykuwać własną wizję przyszłości. 

Tym razem przerwał na dłużej, dając im szansę odpowiedzi. 

Nikt  jednak  nie  był  chętny  do  zabrania  głosu.  W  końcu  odezwał  się  ten,  po  którym 

odpowiedzi należało się najmniej spodziewać. 

-  Nie  ma  żadnego  powodu,  dla  jakiego  mielibyśmy  uwierzyć  w  którekolwiek  z  tych 

twierdzeń - swym suchym, ciężkim głosem rzucił Eaton White. 

- Oczywiście, że nie ma - zgodził się z nim Paul. - Jeśli mi nie wierzycie, potrzebna wam 

tylko odwaga do obstawania przy swych przekonaniach i zignorowania tego, co powiedziałem  - 

popatrzył na nich po kolei. - Nie podejrzewacie mnie z pewnością o to, że usiłuję namówić was 

do czegokolwiek. Wszystko, czego pragnę, to możliwość zejścia ze sceny i udania się swą własną 

drogą, spodziewam się też, iż wszyscy tu obecni pragnęliby tego samego. 

Odwrócił się do Blunta. 

-  Tak  czy  owak  -  ciągnął  dalej  -  w  historii  ludzkości  nadszedł  okres  przejściowy,  o 

którym  Tyne  tak  często  mówił  nie  tylko  mnie.  Nadszedł  czas  napięć  i  zmagań,  w  takich  zaś 

okresach wszelkie sprawy przejawiają skłonność do dramatyzacji. Oczywiście, każde pokolenie 

lubi myśleć o sobie jako o tym, które pchnęło historię na nowe tory. Ludzie lubią też mniemać, iż 

decyzje podjęte w ich czasach mogą popchnąć ludzkość na drogę prawdy lub fałszu. W istocie 

jednak nie należy do tego podchodzić z aż taką powagą. Tak naprawdę, Ludzkość jest bryłą zbyt 

masywną, by dała się zepchnąć na nowe tory. Jedyny skuteczny w jej przypadku sposób zmiany 

kierunku ruchu, to długi, trwający  wiele pokoleń,  łagodny zakręt. Odwrócił  się do Naczelnego 

Inżyniera Świata. 

-  Kirk,  jak  mówiłem,  nie  usiłuję  nikogo  przekonywać  -  powiedział.  -  Ale  pan 

niewątpliwie widzi, że mówię z sensem? 

Kirk podniósł głowę, podejmując decyzję. 

- Owszem  - rzekł ostrym tonem.  -  Widzę.  -  Spojrzał  na Blunta  i powrócił  wzrokiem do 

background image

Paula. - Wszystko, co powiedziałeś, ma sens. Każdy z nas ma osobę, która może go napiętnować. 

Dla mnie tą osobą był Walt. - Odwrócił się znów do Błunta. - A to dlatego, Walt, że zawsze cię 

podziwiałem. Chciałem wierzyć w to, co mówisz. W rezultacie niemal udało ci się wmówić mi, 

że  świat  stanął  na  głowie  i  że  trzeba  go  jeszcze  przenicować.  I  musiał  pojawić  się  ktoś, 

trzymający się ziemi, jak ten tu Paul, by przywrócić mnie do rzeczywistości. Oczywiście, nasza 

cywilizacja  techniczna,  mająca  ponaddwustuletnią  tradycję,  nie  jest  czymś,  co  da  się  obalić  i 

wymazać z rzeczywistości wydarzeniami jednej nocy. Niewiele jednak brakowało, a udało by ci 

się sprawić, że zacząłbym tak myśleć. 

Podszedł do Paula i podał mu rękę. Paul przyjął uścisk. 

-  Każdy  z  nas  wiele  ci  zawdzięcza  -  powiedział  Kirk,  potrząsając  dłonią  Paula.  -  A  ja 

najwięcej ze wszystkich. Chciałbym, abyś wiedział, że nigdy w ciebie nie wątpiłem. Natychmiast 

wezmę  się  za  przywrócenie  funkcjonowania  usług.  Chodźmy,  Eat!  -  Obejrzał  się  na  Blunta, 

zawahał krótko, potem potrząsnął głową i odwróciwszy się ponownie, ruszył ku drzwiom. Blunt 

posłał za nim ponury uśmieszek. 

Od okna odszedł Eaton White. Mijając Paula przystanął, spojrzał na niego i otworzył usta, 

jakby chciał coś powiedzieć. Potem jednak bez słowa podążył za Kirkiem. Za nimi wyszedł Jase. 

-  Jim  -  łagodnym  głosem  odezwał  się  Paul  do  odzianego  w  czerń  agenta,  który  nadal 

podtrzymywał swe bezwładne ramię. - Prawdopodobnie czekają na pana obowiązki. 

Usłyszawszy  swe  imię,  Butler  potrząsnął  głową,  jak  człowiek,  który  budzi  się  ze  snu. 

Jego czarne oczy, niczym dwie lufy, zwróciły się ku Paulowi. 

- Owszem - przerwał. - Czekają na mnie obowiązki. Ale nie te, o których myślisz. Byłeś 

mi  narzędziem  objawienia  Nowego  Jeruzalem!  Przyszłość  może  kryć  w  sobie  rzeczy,  których 

wielu się nie spodziewa. 

Odwrócił się i wyprostowany, podtrzymując zranioną rękę, wyszedł na korytarz, skręcił w 

bok i znikł im z oczu. 

-  Żegnaj,  Walt  -  rozległ  się  nowy  głos.  Paul  i  Kantela  odwrócili  się,  by  ujrzeć  jak  do 

Blunta podchodzi  McLeod i kładzie  mu rękę  na  ramieniu. Blunt, wsparty ciągle  na swej  lasce, 

spojrzał na dłoń spoczywającą na swym barku. 

- I ty? - spytał nieco ochrypłym głosem. 

-  Dasz  sobie  radę,  Walt  -  rzekł  McLeod.  -  Prawda  jest  taka,  że  myślałem  o  tym  już  od 

pewnego czasu. 

background image

-  Od sześciu tygodni, wiem  -  stwierdził Blunt, uśmiechając się wilczym uśmieszkiem.  - 

Nie, nie zatrzymuj się, idź, Burt. I tak nie masz tu po co zostawać. 

Burt  uścisnął  okryte  peleryną  ramię,  spojrzał  na  Paula  ze  zrozumieniem  i  ruszył  ku 

drzwiom. Pozostała w pokoju trójka patrzyła w milczeniu, jak wychodził. 

Gdy  Burt  zniknął,  Blunt  nadal  wsparty  na  lasce,  zwrócił  się  do  Paula  i  spojrzał  nań 

kpiąco. 

- Czy konieczne jest, abym cię kochał? - spytał. 

- Nie - odparł Paul. - Nie, oczywiście, że nie. Nawet nie prosiłbym o to. 

- A więc przeklinam cię! - wrzasnął Blunt. - Obyś był przeklęty i gnił w piekle aż do dnia 

Sądu! 

Paul uśmiechnął się ze smutkiem. 

- Nie zechcesz mi powiedzieć, dlaczego? - spytał Blunt. 

-  Zrobiłbym  to  -  odparł  Paul  -  gdybym  mógł.  Ale  to  kwestia  słów.  Brak  mi  wyrażeń, 

których mógłbym użyć, zwracając się do ciebie... - zawahał się. - Mógłbyś przyjąć to na wiarę? 

-  Owszem  -  przyznał  Blunt  nieoczekiwanie  tak  zmęczonym  głosem,  jakby  opuściła  go 

cała  energia.  -  Mógłbym  przyjąć  to  na  wiarę,  gdybym  był  kimś  większym.  -  Wyprostował  się 

nagle i obrzucił Paula przenikliwym i zaintrygowanym spojrzeniem. 

-  Empatia  -  powiedział.  -  Powinienem  domyślić  się  wcześniej.  Skąd  jednak  ten  talent  u 

ciebie? 

-  Z  twoich  planów  dotyczących  mojej  osoby  -  odparł  Paul.  -  Powiedziałem  prawdę. 

Wysoka to ściana, która oddziela wnętrze jednej tożsamości od drugiej. Doświadczyłem jej braku 

pomiędzy mną i tobą, a to nauczyło mnie obniżać te ściany, które dzieliły mnie od innych. 

- Ale po co? - dopytywał się Blunt. - Dlaczego w ogóle się fatygowałeś? 

Paul ponownie pozwolił sobie na uśmiech. 

-  Po  części  dlatego,  że  nieograniczona  potęga,  czy  siła,  przypomina  nieco  kredyt 

bankowy. Początkowo wydaje się, że dość ją mieć, by dokonać wszystkiego, co zamierzasz. Ale 

gdy ją posiądziesz, przekonujesz się, że i ona ma swe ograniczenia. Są dziedziny, w których jest 

ona bezsilna i zawodzi, jak wszystko inne. Czy potrafiłbyś młotem wygładzić rysę w delikatnie 

rzeźbionym jadeicie? 

Blunt potrząsnął głową. 

- Nie dostrzegam analogii - przyznał. 

background image

- Chodzi o to, że mam z nimi kilka cech wspólnych - rzekł Paul. - A Kirk Tyne był bardzo 

bliski  prawdy.  Niemożliwa  jest  zmiana  przyszłości,  chyba  że  zmienimy  teraźniejszość.  Jedyną 

zaś drogą do zmiany teraźniejszości jest cofnięcie się w czasie i zmiana przeszłości. 

- Cofnięcie się? - spytał Blunt. - Zmiana? - Jego oczy straciły poprzednią twardość. Teraz 

były pełne życia. 

Opierając się na lasce spojrzał Paulowi w twarz. - Któż mógłby zmienić przeszłość? 

- Być może, ktoś obdarzony intuicją - odpowiedział Paul. 

- Intuicją? 

- Owszem. Ktoś, kto potrafiłby dostrzec pojedyncze drzewo w lesie - ciągnął dalej Paul. - 

I  kto  wiedziałby,  że  gdyby  ściąć  to  drzewo,  za  kilka  lat  zmieniłoby  to  życie  innego  osobnika, 

żyjącego  w  odległości  paru  lat  świetlnych.  Powiedzmy,  że  musiałby  to  być  człowiek  o 

wrodzonych  zdolnościach  intuicyjnych,  który  umiałby  natychmiast  wyobrazić  sobie  wszystkie 

możliwe  konsekwencje  jakiejkolwiek  akcji  w  momencie,  w  którym  rozważa  jej  podjecie.  Ktoś 

taki mógłby cofnąć się w czasie i być może, poczynić zmiany nie ryzykując pomyłki. 

Na twarzy Blunta malował się absolutny spokój. 

- Nie byłeś mną, w najmniejszym stopniu - stwierdził. - Nigdy nie byłeś mną. Myślę, że 

to ty animowałeś ciało Paula Formaina, a ja nie miałem z tym nic wspólnego. Kim jesteś? 

- Kiedyś - odparł Paul - byłem zawodowym żołnierzem. 

-  I  intuicjonistą?  -  spytał  Blunt.  -  A  teraz  stałeś  się  również  empatą  -  w  jego  głosie 

zabrzmiały twardsze nutki. - Cóż dalej? 

- Osobowość - przemówił Paul wolno - powinna być dynamiczna, nie statyczna. Jeśli jest 

statyczna, staje się bezsilna wobec wzoru wyznaczającego jej istnienie. To lekcja, której człowiek 

będzie musiał się nauczyć. Jeśli osobowość jest dynamiczna, może kierować swą egzystencją, tak 

jak kieruje się machiną górniczą w drodze przez niemożliwą do przebycia mieszaninę skał znaną 

pod nazwą rzeczywistości. Zamiast zostać przez nie zdominowana i unieruchomiona, może ona 

zapanować  nad  nimi  i  wykorzystać  je  dla  swych  celów.  A  w  ciągu  swej  egzystencji  może 

przekopywać, rozdrabniać i przerabiać rzeczywistość, dopóki nie wydzieli z niej tych naprawdę 

rzadkich i cennych elementów, które zechce uczynić swą własnością. 

Blunt  powoli,  jak  człowiek  bardzo  stary,  kiwał  głową.  Niejasne  było,  czy  zrozumiał 

wywód  i  zgadzał  się  z  nim,  czy  po  prostu  zrezygnował  z  prób  zrozumienia  i  godził  się  dla 

świętego spokoju. 

background image

-  Każdy  z  nich  będzie  miał  swą  przyszłość  -  odezwał  się.  -  To  właśnie  im  obiecałeś, 

nieprawdaż?  -  przestał  kiwać  głową  i  po  raz  pierwszy  spojrzał  na  Paula  wzrokiem  nieco 

przyćmionym. - Ale nie mnie. 

-  Oczywiście,  że  i  tobie  -  zaprotestował  Paul.  -  Po  prostu twoja  wizja  jest  jedną  z  tych 

największych, które spełnią się najpóźniej. To wszystko. 

Blunt ponownie kiwnął głową. 

- Ale nie za mego życia - stwierdził. - Nie za mego życia. 

- Przykro, mi. Niestety, nie. 

- No tak - rzekł Blunt. Zaczerpnął głęboko tchu i wyprostował się. - Miałem co do ciebie 

pewne plany wyrosłe z niewiedzy. Wszystko dla ciebie przygotowałem  - spojrzał na Kantelę. - 

To było prawie tak, jakbym miał... - powstrzymał się, z dumą uniósł głowę i mocniej ujął laskę. - 

Gdyby wydarzenia dzisiejszej  nocy potoczyły się zgodnie z  moją wolą  i tak wycofałbym się  z 

czynnego życia. 

Zaczai się odwracać. Wtem znieruchomiał na chwilę. Zawahał się, jakby nie wiedział co 

powiedzieć i spojrzał na Kantelę. 

- Nie sądzę... - rzekł - ale nie... - przerwał, wyprostował się i ruszył tak wyprostowany, że 

jego laska muskała tylko powierzchnię dywanu. Cofając barki wypchnął pierś do przodu i ostatni 

raz,  na  krótką  chwilę  stał  się  najdumniejszym  i  najbardziej  władczym  człowiekiem  w 

apartamencie. 

-  To było pouczające  -  powiedział  i oddał Paulowi  salut  laską. Następnie odwrócił  się  i 

wyszedł. Stojąca za nim Kantela wykonała bezradny gest,  potem opuściła ręce, a jej spojrzenie 

powędrowało ku podłodze. Stała tak z pochyloną głową  i wzrokiem  wbitym w dywan,  niczym 

branka pod strażą. 

Paul popatrzył na nią uważnie. 

- Ty go kochasz - stwierdził. 

-  Zawsze  tak  było  -  odpowiedziała  dziewczyna  prawie  niesłyszalnym  szeptem,  nie 

podnosząc głowy. 

- Głupio więc robisz, zostając tutaj. 

Milczała. Po dłuższej jednak chwili odezwała się ponownie, niepewnym głosem i wciąż 

nie odrywając wzroku od dywanu. 

- Możesz się mylić. 

background image

-  Nie  -  odparł  Paul.  Ona  zaś  nie  ujrzała  setek  lat  udręki,  które  przejrzały  się  w  jego 

oczach, gdy wypowiadał słowa: - Nigdy nie popełniam błędów.