background image

SERIA KRYMINAŁÓW 
TOM 24

Agatha Raisin i

śmiertelny dług

M.C. Beaton

background image

W SERII KRYMINAŁÓW 
ukazały się:

Tom 1. Agatha Raisin i ciasto śmierci
Tom 2. Agatha Raisin i wredny weterynarz
Tom 3. Agatha Raisin i zakopana ogrodniczka
Tom 4. Agatha Raisin i zmordowani piechurzy
Tom 5. Agatha Raisin i śmiertelny ślub
Tom 6. Agatha Raisin i koszmarni turyści
Tom 7. Agatha Raisin i krwawe źródło
Tom 8. Agatha Raisin i tajemnice salonu fryzjerskiego
Tom 9. Agatha Raisin i martwa znachorka
Tom 10. Agatha Raisin i przeklęta wieś
Tom 11. Agatha Raisin i miłość z piekła rodem
Tom 12. Agatha Raisin i zemsta topielicy
Tom 13. Agatha Raisin i śmiertelna pokusa
Tom 14. Agatha Raisin i nawiedzony dom
Tom 15. Agatha Raisin i zabójczy taniec
Tom 16. Agatha Raisin i perfekcyjna pani domu
Tom 17. Agatha Raisin i upiorna plaża
Tom 18. Agatha Raisin i mordercze święta
Tom 19. Agatha Raisin i łyżka trucizny
Tom 20. Agatha Raisin i śmierć przed ołtarzem
Tom 21. Agatha Raisin i zwłoki w rabatkach
Tom 22. Agatha Raisin i mroczny piknik
Tom 23. Agatha Raisin i śmiertelne ukąszenie

background image

Tytuł serii: Seria kryminałów
Tytuł tomu: Agatha Raisin i śmiertelny dług
Tytuł   oryginalny   tomu:   Something   Borrowed,   Someone

Dead

background image

Książkę tę dedykuję „złotemu głosowi Szkocji" Grantowi

Macintoshowi   oraz   Desmondowi   Kingowi  -   z   wyrazami
sympatii

background image

Rozdział I
Recesja mocno dawała się we znaki prywatnej detektyw

Agacie Raisin i jej finansom. Źródło zleceń stanowiących do
tej   pory   chleb   powszedni   należącej   do   niej   agencji,   która
zajmowała się rozwodami, zaginionymi nastolatkami, a nawet
psami i kotami, stopniowo wysychało. Ludzie coraz częściej
wybierali  darmową   pomoc   policji,  zaś  mężczyźni  i  kobiety
żyjący   w   nieszczęśliwych   związkach   małżeńskich   woleli
wstrzymać   się   z   wydawaniem   pieniędzy   na   znalezienie
dowodów zdrady.

W agencji Agathy Raisin pracowało dwoje młodych ludzi:

Toni Gilmour i Simon Black, emerytowany policjant Patrick
Mulligan,   a   także   starszy   wiekiem   Phil   Marshall   oraz
sekretarka - pani Freedman.

Mimo   trudnej   sytuacji   na   rynku,   Agatha   nie   potrafiła

zdobyć   się   na   to,   by   zwolnić   kogokolwiek   z   nich.   Sama
spędzała teraz więcej czasu w swoim domu we wsi Carsely, w
regionie   Cotswolds.   Paliła   papierosy,   piła   gin   z   tonikiem   i
bawiła się ze swoimi dwoma kotami - Hodge'em i Boswellem.
Po sąsiedzku mieszkał jej były mąż James Lacey, który żył z
pisania   przewodników   turystycznych   i   często   wyjeżdżał.
Znajomy policjant Bill Wong był z reguły zbyt zajęty, żeby
zawracać mu głowę telefonami, zaś jej drugi przyjaciel - sir
Charles Fraith - nie odzywał się od ponad miesiąca.

Pewnego słonecznego poranka, zamiast pojechać do biura,

Agatha powędrowała na plebanię, aby złożyć wizytę swojej
najlepszej przyjaciółce, pani Bloxby - żonie pastora. Kobiety
stanowiły   swoje   przeciwieństwo.   Pastorowa   ubierała   się
staromodnie - latem nosiła zbyt obszerne suknie i bluzki, a
zimą sprane wełniane swetry. Miała brązowe włosy, łagodne
spojrzenie   i   piękne   dłonie.   Agatha   charakteryzowała   się
przenikliwymi,   niedźwiedzimi   oczkami,   okrągłą   twarzą,

background image

świetnymi   nogami   oraz   niezłą   figurą   -   nie   licząc   dosyć
szerokiej talii.

 - Proszę wejść, pani Raisin - powiedziała pani Bloxby. -

Przed chwilą zaparzyłam kawę, możemy ją wypić w ogrodzie.
- Obie kobiety zwracały się do siebie po nazwisku - był to
zwyczaj z czasów nieistniejącego już Stowarzyszenia Pań z
Carsely.

Agatha   usiadła   w   fotelu,   w   zalanym   słońcem   ogrodzie

przy   plebanii.   Za   okalającym   go   murem   znajdował   się
parafialny   cmentarz.   Stare,   porośnięte   mchem   nagrobki
nieuchronnie przypominały o ulotności życia.

Pani Bloxby pojawiła się na werandzie z tacą, na której

stały dwie filiżanki z kawą i talerz ciastek z bakaliami.

 - Upiekłam je dziś rano - oznajmiła.
 - Uwielbiam je, ale nie mogę - odparła ponuro Agatha. -

Ten brak aktywności idzie mi w boczki. Chociaż... co mi tam!

Sięgnęła po ciastko.
Pani Bloxby spojrzała na nią z niepokojem. Wiedziała, że

nie   może   prosić   Boga,   aby   zesłał   Agacie   nową   sprawę   do
rozwikłania, ponieważ wiązałoby się to najpewniej z krzywdą
wielu osób. Jej mąż często powtarzał, że ludzie nie powinni
modlić się o nic konkretnego. Pastorowa uważała, że mimo
wszystko warto próbować. Odpowiedź może być odmowna -
ale z drugiej strony, zawsze coś może z tego wyjść.

Pani Bloxby nie mogła wiedzieć, że w wiosce nieopodal

Carsely   żyła   samotnie   wdowa,   która   potrafiła   wzbudzić   w
kimś taką nienawiść, by ten ktoś ją zamordował i tym samym
dał zajęcie Agacie Raisin...

Pani   Gloria   French   mieszkała   w   wiosce   Piddlebury   od

niedawna.   Miejsce   było   urokliwe   -   stare   domy   rozsypane
wśród   wzgórz   Cotswolds.   Była   pogodną   wdową   z
farbowanymi   blond   włosami,   rumianymi   policzkami   i
zaraźliwym   śmiechem.   Szerokie   usta   i   wyłupiaste,

background image

jasnobłękitne oczy wydawały się idealnym uzupełnieniem jej
wizerunku. Pani French przeprowadziła się w rejon Cotswolds
z Londynu i od razu zaangażowała w życie tej spokojnej wsi.
Piekła ciasta dla Instytutu Kobiet, dostarczała mieszkańcom
gazetę „Church Times", organizowała imprezy charytatywne,
podczas   których   kwestowała   na   rzecz   remontu   starego
kościoła.   Krótko   mówiąc   -   sprawiała   wrażenie
niezniszczalnej.

Dom Glorii miał dach kryty strzechą i okna z szybkami

oprawionymi   w   ołowiane   ramki.   Te   ostatnie   zostały
wstawione niedawno. Pani French uznała bowiem, że zwykłe
szyby nie są wystarczająco „wiejskie". Wśród kwiatów w jej
ogrodzie   przycupnęło   kilka   plastikowych   krasnali.   Pokój
dzienny i kuchnia zostały udekorowane licznymi miedzianymi
patelniami i replikami końskich podków. Na ścianach wisiało
kilka   kiczowatych   akwareli,   bo   Gloria   z   właściwym   sobie
entuzjazmem  oddawała się  amatorskiemu  malowaniu. „Jeśli
będziesz bardzo dobrym człowiekiem - zwykła mawiać - dam
ci   jeden   z   moich   obrazów".   Niewdzięczni   wieśniacy   mieli
cichą nadzieję, że nigdy nie zasłużą na to wyróżnienie.

Gloria   chętnie   wkładała   obcisłe,   błyszczące   sukienki,

przez co wyglądała jak parówka. Była zdeterminowana, aby
powtórnie   wyjść   za   mąż.   Bezlitośnie   nagabywała   kilku
wolnych mężczyzn w wiosce. Wyjątkiem był Jerry Tarrant,
szef   gminnej   rady,   narzekający   na   intensywność   zapachu,
którym się skrapiała. Mawiał: „Mamy poczuć delikatną nutkę
zapachu, przechodząc koło ciebie, a nie przejeżdżając obok z
szybkością   dziewięćdziesięciu   kilometrów   na   godzinę".
Istotnie, nie było dnia, w którym Gloria nie oblałaby się od
stóp do głów perfumami marki L'Air Du Temps.

Wszyscy   mieli   nadzieję,   że   pani   French   w   końcu   się

ustatkuje,   gdyż   byli   już   przyzwyczajeni   do   tego   rodzaju
przybyszów, którzy z miejsca starali się przejąć inicjatywę i

background image

na   oślep   rzucali   się   w   wir   tego,   co   uznawali   za   „wiejskie
życie".

Zachwycony   staraniami   nowej   parafianki   był   wyłącznie

pastor  Guy  Enderbury.   Glorii   nie   tylko   udało   się   zebrać
pokaźną sumę na odnowienie kościoła; kobieta czytała także
na   głos   starszym   sąsiadom   i   zabierała   ich   na   zakupy.
Duchownemu trudno więc było zrozumieć, dlaczego kobieta
budzi   taką   niechęć.   Zwrócił   się   z   tym   pytaniem   do   swojej
żony, która odpowiedziała:

„Ta kobieta jest nie tylko bezczelna i arogancka, ale też

pożycza rzeczy, których potem nie oddaje. A gdy ktoś upomni
się wreszcie o swoją własność, zaklina się, że te przedmioty
należą do niej".

Tak wyglądała sprawa z Glorią. Nie chodziło zresztą o

żadne   drogocenne   pamiątki   -   tu   dzbanek   na   herbatę,   tam
komplet noży - tego typu rzeczy.

Gdyby   nie   miała   dziwnego   daru   zmuszania   ludzi   do

robienia tego, co ona chce, ci już dawno przestaliby pożyczać
jej swoje rzeczy. W praktyce, gdy tylko pojawiała się na progu
ich domostw, miękli i poddawali się łatwo, chcąc po prostu
jak najszybciej się jej pozbyć.

W   momencie,   gdy   Agatha   popijała   poranną   kawę   w

towarzystwie pani Bloxby, Gloria malowała swoje wydatne
usta   czerwoną   szminką   i   wybierała   się   do   domu   Petera
Suncliffa.

Peter był emerytowanym inżynierem i wdowcem. Wysoki,

potężnie zbudowany mężczyzna po sześćdziesiątce, z bujną
siwą   czupryną   i   twarzą   o   wyrazistych   rysach.   Na   liście
potencjalnych   kandydatów   na   męża   pani   French   zajmował
pozycję niekwestionowanego lidera.

Peter otworzył drzwi i zobaczył na progu Glorię.
 - Czego? - rzucił krótko.

background image

 - Spodziewam się odwiedzin pastora, a skończyła mi się

sherry - powiedziała. Próbowała wyminąć Petera i wejść do
jego   domu,   ale   gospodarz   zagrodził   jej   drogę.   -   Czy
mogłabym   pożyczyć   od   ciebie   butelkę   tego   szlachetnego
trunku?

  - Nie  widzę  takiej  potrzeby  - odparł  Peter. - Sklep w

wiosce   jest   ciągle   otwarty,   nie   pamiętasz?   Sprzedają   tam
między innymi sherry. A może o tym też zapomniałaś? - To
mówiąc, zatrzasnął jej drzwi przed nosem.

Skonsternowana Gloria odwróciła się. Po chwili przyszło

jej jednak do głowy, że Peter musi być po prostu nieśmiały i
obawia   się   ujawnić   swoje   prawdziwe   uczucia   wobec   niej.
Miała właśnie odejść, gdy natknęła się na Jenny Soper. Jenny
również była wdową - niską i drobną. Miała zgrabną figurę i
okrągłą twarz ze zmarszczkami na czole, na które opadały jej
czarne kręcone włosy.

 - Och, Glorio - zagadnęła ją. - Pamiętasz, że pożyczyłaś

ode mnie worek mąki? Czy mogłabyś mi ją oddać?

 - Co takiego? Ach, rzeczywiście. Ale czymże jest worek

mąki pożyczony przyjaciółce?

  -   Nie   jesteśmy   przyjaciółkami   -   odparła   niewzruszona

Jenny.

Gloria   zignorowała   ją   i   ruszyła   w   kierunku   wiejskiego

sklepu. Jenny podążyła w ślad za nią.

 - Mówię do ciebie - wrzasnęła. - Chcę, żebyś mi oddała

mi ten worek mąki. Kup go i mi oddaj!

 - Nie mam w tej chwili przy sobie tyle pieniędzy - odparła

Gloria. - O rany, Jenny! Cała jesteś w pąsach. Tyle nerwów o
głupi worek mąki.

 - Chciwa krowa! - syknęła Jenny. - Mam nadzieję, że ktoś

cię wreszcie zabije! - To mówiąc, odwróciła się na pięcie i
pomaszerowała w swoją stronę.

background image

Gloria   rozejrzała   się   wokoło,   po   twarzach   zdumionych

klientów sklepu.

  -   Kochana   Jenny   -   powiedziała,   kręcąc   głową.   -

Menopauza potrafi zrobić z kobietą straszne rzeczy.

 - Jest na to jeszcze za młoda - wtrąciła się staruszka, pani

Tripp. - Na menopauzę, znaczy się. A ty nie przychodź mi
więcej czytać. Zrozumiałaś?

Gloria   spojrzała   nią   ze   zdumieniem.   Spędziła   wiele

godzin, czytając tej starej, brzydko pachnącej kobiecie.

  - Co więcej - ciągnęła dalej staruszka, poruszająca się z

trudem o dwóch kulach - widzę, że akurat ty sama masz już
ten trudny moment dawno za sobą.

Gloria nie wierzyła własnym uszom. Niedawno skończyła

pięćdziesiątkę i była dumna z tego, że wygląda przynajmniej
na dziesięć lat młodszą.

Uśmiechnęła się do obserwujących ją ludzi.
 - Upał udziela się dziś wszystkim - stwierdziła. Wszyscy

odwrócili się do niej plecami. Gloria nie była

przesadnie   wrażliwa,   ale   nawet   ona   czuła   otaczającą   ją

atmosferę wrogości, równie starą jak wzgórza Cotswolds.

W   odróżnieniu   od   wielu   innych  wiosek,   w   których   nie

brakowało   przyjezdnych,   prawie   wszyscy   mieszkańcy
Piddlebury żyli tutaj od wielu pokoleń.

Gloria   w   pośpiechu   kupiła   butelkę   najtańszej   sherry   i

wróciła do domu.

Kiedy   weszła   do   środka,   usłyszała   dzwonek   telefonu.

Podbiegła, żeby go odebrać.

 - Moja droga pani French. - Usłyszała w słuchawce głos

pastora. - Obawiam się, że muszę odwołać nasze dzisiejsze
spotkanie. Coś mi wypadło.

 - Co?
 - Sprawy parafialne.
 - Jakie?

background image

Wtedy   usłyszała   w   tle   wyraźny,  podniesiony   głos   żony

pastora:

 - Udało ci się ją spławić?
  -   Opowiem   pani   następnym   razem   -   powiedział   Guy

Enderbury. - Teraz się spieszę.

Po tych słowach się rozłączył.
Gloria powoli odłożyła słuchawkę. Musiała się napić. Ale

na pewno nie tej przeklętej, taniej sherry. W piwnicy miała
coś specjalnego. Zeszła po wąskich, stromych stopniach. Na
ziemi leżała skrzynka z kilkoma butelkami wina z dzikiego
bzu.

W   ubiegłym   miesiącu   odpowiadała   za   przekąski   na

imprezie   dobroczynnej   w   kościele.   Żona   jednego   z
miejscowych   farmerów,   pani   Ada   White,   przyniosła   na
sprzedaż wino. Gloria wiedziała, że takie domowe trunki są
szczególnie   smaczne,   więc   ukradła   skrzynkę,   którą   Ada
wstawiła pod stół na zapas. Jedna z butelek, stojąca w rogu
skrzynki,   miała   etykietę,   której   Gloria   nie   zauważyła
wcześniej. Było na niej napisane: „Szczególnie wyjątkowe".
To jest to - pomyślała Gloria. Wyjęła butelkę i zabrała ją na
górę.

Nalała   sobie   wina   do   wysokiego   kieliszka,   pociągnęła

duży, łapczywy łyk i jęknęła. Pomyślała, że wino musiało się
chyba zepsuć. Jej ciałem wstrząsnęły konwulsje i gwałtownie
zwymiotowała. Następnie jelita odmówiły jej posłuszeństwa.
Próbowała wstać z fotela i dojść do telefonu, ale ugięły się
pod  nią   nogi   i   upadła  na  podłogę.  Obraz  przed  jej   oczami
rozmazał się, a pokój stawał się coraz ciemniejszy, w miarę
jak pełzła w stronę niewielkiego przedpokoju. Ostatkiem sił
spróbowała się podnieść i wtedy straciła przytomność.

Trzy godziny później Jenny spotkała Petera Suncliffa na

głównej ulicy, która biegła przez całą wieś. Odchodziły od

background image

niej tylko dwie przecznice. Domy stały frontami do ulicy, bez
ogródków z przodu.

  - Jak się dziś miewasz, Jenny? - zapytał Peter. - Wciąż

jestem   wściekła.   Ta   cholerna   Gloria   French   pożyczyła   ode
mnie worek mąki i nie chce mi oddać. Chodzi po wiosce, od
domu do domu, i pożycza różne rzeczy - tyle że to nie jest
wcale pożyczanie, a zwykła kradzież. Nigdy nic nie oddaje.
Wiem,   że   to   tylko   mąka,   ale   ktoś   w   końcu   musi   się   jej
przeciwstawić.

 - Pójdę z tobą - powiedział Peter, który miał słabość do

ładnej Jenny.

Ruszyli   razem   w   stronę   domu   Glorii.   Kiedy   dotarli   na

miejsce, zadzwonili do drzwi. Ada White zatrzymała się obok,
z koszykiem na zakupy przewieszonym przez ramię.

 - Często nie otwiera - powiedziała. - Wiem, że ukradła mi

wino z dzikiego bzu. Gdy poszłam do niej, nie otworzyła mi
drzwi,   chociaż   widziałam,   jak   wchodziła   do   środka   kilka
minut wcześniej.

 - Zostawmy ją - powiedziała Jenny.
  - Nie. Czas dać jej solidną nauczkę. - Peter schylił się i

zawołał   przez   otwór   na   listy:   -   Otwieraj!   Wiemy,   że   tam
jesteś.

Potem wyprostował się z zatroskanym wyrazem twarzy.
 - Co się stało? - spytała Jenny.
Peter   nie   odpowiedział,   tylko   kucnął   raz   jeszcze,   tym

razem zaglądając do środka.

Spróbował otworzyć drzwi, ale były zaryglowane.
  - Dzwoń po karetkę, Jenny - powiedział. - Gloria miała

atak. Spróbuję włamać się do domu.

Drzwi   wejściowe   miały   na   środku   przeszklony   panel.

Kiedy Jenny dzwoniła z telefonu komórkowego na pogotowie,
Peter   wziął   z   ziemi   kamień   i   rozbił   szybę   w   drzwiach.

background image

Ostrożnie włożył rękę do środka, znalazł zamek i otworzył
drzwi.

Makijaż   Glorii   i   ziemista,   trupia   cera   tworzyły   razem

upiorny widok. Peter sprawdził jej puls, ale go nie wyczuł.
Karetka przyjechała po półgodzinie. W tym czasie zaczęli już
gromadzić się gapie.

Dwóch   ratowników   medycznych   wbiegło   do   środka.

Zdenerwowani Peter i Jenny czekali na zewnątrz.

Po chwili wyszedł jeden z sanitariuszy i powiedział:
 - Wezwaliśmy policję.
 - Dlaczego? - spytał Peter.
 - To wygląda na otrucie. Proszę niczego nie dotykać.
Agatha przeczytała o tym zdarzeniu nazajutrz, w lokalnej

gazecie. Zainteresowało ją, lecz tylko na chwilę. Nie mogła
sobie pozwolić na roztrząsanie sprawy, która nie przyniosłaby
jej żadnego dochodu.

W weekend dokonała inspekcji swojego ogrodu. Doszła

do ponurego wniosku, że powinna posiać trochę kwiatów, ale
ostatecznie   tylko   rozsiadła   się   z   papierosem   i   szklaneczką
ginu. Chwilę później usłyszała dzwonek do drzwi.

Kiedy otworzyła, zobaczyła na progu swojego znajomego

sierżanta Billa Wonga, detektywa policji.

  -   Wejdź!   -   zawołała.   -   Już   myślałam,   że   wszyscy

przyjaciele postawili na mnie krzyżyk.

 - Byłem bardzo zajęty - usprawiedliwiał się policjant. Bill

był pierwszym facetem, z którym Agatha zaprzyjaźniła się po
przyjeździe   do   Cotswolds.   Jego   ojciec   był   Chińczykiem,   a
matka pochodziła z Gloucestershire. Miał okrągłą twarz, oczy
w kształcie migdałów i sympatyczny miejscowy akcent.

  - Napijesz się? - zaproponowała, prowadząc gościa do

ogrodu, w którym jej dwa koty - Hodge i Boswell - uganiały
się na trawniku za własnymi cieniami.

background image

  - Za wcześnie dla mnie. I dla ciebie także - powiedział

Bill, sadowiąc się na krześle.

Koty natychmiast przybiegły, żeby się z nim przywitać.
  - Jest jedenasta - prychnęła Agatha. - Większość pubów

jest już otwarta. Nie bądź takim purytaninem.

 - Poproszę kawę.
Kiedy Agatha wróciła z kubkiem gorącej kawy, zobaczyła,

że   Hodge   owinął   się   Billowi   wokół   karku,  a   Boswell,
mrucząc,   spoczywał   na   jego   kolanach.   Jej   własne   koty
wydawały się darzyć ją uczuciem tylko wtedy, gdy je karmiła.

 - Co tam nowego? - spytała, siadając obok przyjaciela.
 - Mamy dziwną sprawę w Piddlebury.
  - Ach, chodzi o to domniemane otrucie. Podejrzenia się

potwierdziły?

  -   Wygląda   na   to,   że   tak.   Czekamy   jeszcze   na   wyniki

autopsji. Ze wstępnych oględzin wynika, że denatka piła tuż
przed śmiercią wino z dzikiego bzu.

  - Niektóre z tych domowych alkoholi są w stanie zabić

bez konieczności dodawania trucizny - zauważyła Agatha.

  - Nie ma jednak śladu kieliszka ani butelki. Jedynie w

piwnicy znaleźliśmy skrzynkę z czterema butelkami.

Zostały już zabrane do analizy. Tylne drzwi wejściowe do

domu były otwarte. Ktoś musiał wejść i pozbyć się dowodów.

 - Macie jakichś podejrzanych?
  -   Na   razie   nie.   Ta   kobieta   wydawała   się   być   lokalną

świętą - zbierała pieniądze na cele dobroczynne i pomagała
wielu ludziom.

 - Dajcie sobie trochę czasu - odparła cynicznie Agatha. -

Na początku nikt nie powie o zmarłej złego słowa. Czy ona
była zamożna?

 - Owszem, całkiem nieźle jej się wiodło. Dom, w którym

mieszkała, jest wart co najmniej pół miliona funtów. Miała
spory   pakiet   akcji   i   udziałów   w   różnych   spółkach   oraz

background image

mnóstwo   pieniędzy   na   koncie   w   banku.   Jej   mąż   był
właścicielem   firmy   produkującej   Crispy   Chips   -   chipsy
ziemniaczane w wielu smakach.

 - Kto to wszystko odziedziczy?
  - Mają syna i córkę. Ale oboje przedstawili wiarygodne

alibi,   poza   tym   nie   utrzymywali   kontaktów   z   matką   od
dłuższego czasu. Syn Wayne był dyrektorem zarządzającym w
Crispy Chips, ale kiedy zmarł jej mąż, Gloria sprzedała firmę i
pozbawiła go pracy.

 - Tu go mamy!
  - Nic nie mamy - skwitował ponuro Bill. - Wayne ma

dobrą pracę na takim samym stanowisku w konkurencyjnej
firmie Neat Nibbles. Skończył dopiero dwadzieścia dziewięć
lat. W dniu śmierci matki był widziany w fabryce przez setkę
ludzi.

 - A córka?
 - Tracey Altrop jest żoną zamożnego farmera. Tego ranka

była w kościele we wsi Ancombe i przygotowywała bukiety
kwiatów przed nabożeństwem.

  -   Czy   ktoś   mógł   zatruć   wcześniej   jedną   z   butelek,

wiedząc, że ta kobieta w końcu po nią sięgnie?

 - Też o tym pomyśleliśmy. Wino zostało wyprodukowane

przez   panią   Adę   White.   Gloria   zwinęła   je   tydzień   temu   z
kościelnej   imprezy   charytatywnej.   Kiedy   ją   o   to   pytano,
zarzekała się, że go nie widziała.

  - Czyli na tym nieskazitelnym pomniku dobroczynności

jest jednak pewna rysa - zauważyła Agatha. - Jeżeli ta kobieta
ukradła wino, może przywłaszczyła sobie też inne rzeczy.

Bill uśmiechnął się.
 - Chciałabyś poprowadzić tę sprawę?
  - Byłoby to na pewno dużo ciekawsze niż te wszystkie

bzdury, z którymi mam do czynienia - zgodziła się Agatha. -
Szkoda tylko, że nikt nie zapłaci mi za to śledztwo.

background image

  - Głowa do góry. Syn i córka denatki są bogaci. Może

zwrócą się do ciebie o pomoc.

Minął   tydzień   i   Agatha   zdążyła   już   zapomnieć   o   całej

sprawie,   gdy   niespodziewanie   odwiedził   ją   w   biurze   Jerry
Tarrant,   szef   gminnej   rady   we   wsi   Piddlebury.   Był   to
nadzwyczaj schludny mężczyzna, ubrany w niebieską koszulę
z jedwabnym krawatem, wyprasowane w kant dżinsy i lśniące
białe   tenisówki.   Sprawiał   wrażenie,   jak   gdyby   chciał
zaprezentować   się   w   nieco   luźniejszy   sposób,   ale   mu   nie
wyszło.   Rzadkie   brązowe   włosy   zaczesał   na   bok,   tak   aby
przykryć łysy czubek głowy. Poza tym wszystko miał małe:
brązowe oczy, nos i usta.

Przedstawił   się   i   usiadł   naprzeciwko   Agathy.   Poprawił

zagniecenia na dżinsach, żeby układały się poziomo.

Agatha  natychmiast  pokraśniała  i   zamknęła   z  trzaskiem

teczkę z aktami zaginionych zwierząt.

  - W czym mogę panu pomóc? - spytała. - Chodzi o to

niedawne morderstwo w waszej wiosce?

  -   Dokładnie   tak.   -   Mężczyzna   miał   wysoki   i   piskliwy

głos.  -  Normalnie  zostawiamy   takie  rzeczy   policji,  ale  tym
razem   zależy   nam   na   szybkim   rozwiązaniu   sprawy.  Do   tej
pory   byliśmy   szczęśliwą   społecznością.   Teraz   każdy
podejrzewa każdego.

  -   Jakim   człowiekiem   była   Gloria   French?   -   zapytała

Agatha. - Jeśli trzeba, może pan mówić źle o zmarłej. 

  - Rok temu kupiła dom w naszej wiosce i z początku

wydawała   się   być   idealną   sąsiadką.   Czytała   starszym
mieszkańcom, robiła dla nich zakupy, zbierała pieniądze na
remont  kościoła. Potem jednak dał o sobie znać jej bardzo
brzydki   nawyk:   zaczęła   pożyczać   rzeczy   i   nie   chciała   ich
oddać. Nie było to nic szczególnie wartościowego - kieliszki
na   imprezę,   którą   organizowała,   nożyczki,   dzbanek   do

background image

herbaty.  Ostatniego   dnia   próbowała   wyłudzić   od   jednego   z
mieszkańców butelkę sherry.

 - Kto za to śledztwo zapłaci? - zapytała wprost Agatha. -

Moje stawki są dość wysokie.

  - Sam pokryję wszystkie koszty - odpowiedział Jerry. -

Chcę, żeby życie w mojej spokojnej wiosce wróciło do normy.
Jeżeli ustali pani tożsamość mordercy, wypłacę hojną premię.
Nie jestem biednym człowiekiem.

Agatha poprosiła panią Freedman o sporządzenie umowy.

Kiedy przedyskutowali już wysokość honorarium i wszystkie
wydatki związane ze śledztwem, Agatha spytała:

  - Czy ma pan jakieś podejrzenia, kto mógł popełnić tę

zbrodnię?

 - W naszej wiosce nie ma obcych. Gloria była wyjątkiem,

a drugą taką osobą jest Peter Suncliff, emerytowany inżynier.
Nikt inny nie przychodzi mi do głowy.

  -   Ale   powiedział   pan,   że   każdy   kogoś   oskarża.   Może

jakieś nazwisko przewija się w takich rozmowach najczęściej.

 - Niektórzy sugerują, choć to śmieszne, że morderczynią

może   być   Jenny   Soper,   która   groziła   Glorii   śmiercią.   Ale
Jenny jest słodka i nie potrafiłaby skrzywdzić muchy.

 - Nigdy nie byłam w Piddlebury - przyznała Agatha. - Jak

tam jest?

  - To bardzo mała wioska. Właściwie to raczej osada. Z

jedną główną ulicą, na końcu której stoi kościół, a na początku
pub.

W   tym   momencie   do   pokoju   weszła   Toni   Gilmour.   Ze

staroświecką uprzejmością Jerry zerwał się na równe nogi z
fotela. Agatha przedstawiła go i wyjaśniła, że panna Gilmour
będzie jej pomagać w tym śledztwie.

Toni była młodą, ładną blondynką o dużych niebieskich

oczach   oraz   idealnej   figurze.   Jerry   łypnął   na   nią   okiem.
Mężczyźni zawsze  się  na nią gapią  - przyznała w myślach

background image

Agatha   z   nutką   zazdrości.   Pewnie   nie   dożyję   czasów,   w
których przestanie im się podobać. Po takiej refleksji od razu
zachciało jej się palić, ale stłumiła w sobie tę słabość. Po raz
kolejny desperacko próbowała rzucić papierosy.

Jerry otworzył aktówkę i wyjął z niej plik zdjęć.
  - Zostały zrobione na ostatnim kiermaszu parafialnym -

wyjaśnił. - Z tyłu napisałem nazwiska osób widocznych na
zdjęciach. Sporządziłem także listę większości mieszkańców z
krótkim opisem każdej osoby.

Wreszcie   znalazłam   pokrewną   duszę   -   pomyślała   z

sarkazmem Agatha.

 - Kiedy zamierza pani zacząć? - spytał Jerry.
  -   Och,   myślę,   że   jeszcze   dzisiaj   -   powiedziała   Raisin,

planując już, że odda tę teczkę z zaginionymi zwierzakami
Simonowi Blackowi.

Jerry podpisał umowę i wyszedł. Pięć minut później do

biura wszedł Patrick Mulligan. Agatha pomyślała, nie po raz
pierwszy   zresztą,   że   Patrick   nie   był   w   stanie   zatuszować
swojego   policyjnego   rodowodu   -   począwszy   od   smętnej
twarzy,   przez   szary   garnitur,   a   skończywszy   na
wypolerowanych na wysoki połysk czarnych butach.

Agatha przekazała mu, czego się do tej pory dowiedziała, i

poprosiła, by wykorzystał swoje dawne policyjne kontakty, by
poznać więcej szczegółów. A potem spytała:

 - Wiesz już, co ją zabiło?
 - Rabarbar.
  - Rabarbar?! Nie dalej jak tydzień temu jadłam ciasto z

rabarbarem i nic mi nie jest.

 - Liście rabarbaru są wysoce toksyczne, szczególnie kiedy

ugotuje się je z dodatkiem sody. Wygląda na to, że Gloria
miała słabe serce, inaczej mogłaby przeżyć. Rozmawiałem o
tym ze starym kumplem z komendy głównej. Powiedział mi,
że drzwi do kuchni na tyłach domu były otwarte, ponieważ

background image

ktoś wszedł i zabrał butelkę oraz kieliszek. Na schodach do
piwnicy było trochę śladów - część z nich należała do Glorii,
ale   były   też   inne,   większe   i   świeższe.   Zagadką   dla   policji
pozostaje   fakt,   iż   morderca   musiał   włożyć   zatrutą   butelkę
razem z innymi do skrzynki, po czym usiadł i czekał. Jakby
dobrze   wiedział,   że   pani   French   napije   się   właśnie   z   tej
flaszki,   by   później   zabrać   wszystkie   dowody.   Pastor
powiedział,   że   Gloria   często   go   częstowała   najtańszymi
drinkami, ale ostatnio zaproponowała mu wino z dzikiego bzu.
Wygląda to tak, że morderca nie dbał o to, czy przy okazji
ktoś jeszcze, prócz Glorii, nie zginie.

 - Spróbuj dowiedzieć się czegoś więcej - rzuciła Agatha,

szybko robiąc  notatki. - Toni i ja wpadniemy  tam  i  trochę
powęszymy.

Kiedy   kobiety   wysiadły   z   samochodu   na   głównej   ulicy

Piddlebury, panna Gilmour odniosła wrażenie, że ma przed
sobą obraz z widokówki. Kilka krytych strzechą domów stało
po obu stronach ulicy, pomiędzy nimi były domki z dachami z
dachówki - zapewne z okresu georgiańskiego, w odróżnieniu
od tych pierwszych, pochodzących z czasów Tudorów. Wieża
kościoła   na   końcu   wioski   przypominała   wielki   zegar
słoneczny.   Rzucała   cień   na   ulicę,   gdy   słońce   się   za   nią
chowało.

Nietrudno było znaleźć dom Glorii, otoczony żółtą taśmą

policyjną i z białym namiotem koronera rozstawionym przy
samym wejściu.

 - Od czego zaczniemy? - spytała Toni.
 - Od pubu - odparła Agatha. - Jestem głodna.
Pub   nazywał   się   Zielony   Człowiek   i   mieścił   się   w

kwadratowym   budynku   z   pokrytego   patyną   czasu   złotego
kamienia z Cotswolds. Większą część jego fasady porastała
stara   wistaria.   Wyrzeźbiona   na   frontowej   ścianie   twarz

background image

Zielonego   Człowieka,   z   pnączami   wyrastającymi   z   ust,
sprawiała dość upiorne wrażenie.

Agatha i Toni weszły do chłodnego, mrocznego baru.
  -   Wprawdzie   ta   wioska   nie   widnieje   na   żadnej   mapie

turystycznej, ale mam nadzieję, że mają tu coś do jedzenia -
szepnęła Agatha, podchodząc do baru. - Można u was zjeść
lunch?

Wysoki szpakowaty mężczyzna za barem wyciągnął dłoń

na powitanie.

  -   Panie   jesteście   pewnie   detektywami,   o   których

opowiadał pan Tarrant.

 - Tak, to my - odparła Agatha. - A pan...?
 - Moses Green, właściciel tego przybytku.
  - Umieramy z głodu. Co może nam pan zaproponować?

Mężczyzna   podał   im   kartę.   Agatha   zajrzała   do   środka   ze
ściśniętym   sercem.   Lasagne   z   frytkami,   jajko   sadzone   z
frytkami,   kiełbasa   z   frytkami,   szynka   z   frytkami,   chleb   z
serem i marynowanymi warzywami oraz zupa pomidorowa.
Pani detektyw zmarkotniała.

 - Nie macie nic normalnego?
  -   Skoro   tak   pani   stawia   sprawę,   to   może   skosztujecie

pieczonej jagnięciny mojej żony?

 - Doskonale!
Kobiety zamówiły po piwie, po czym poszły do stolika w

rogu.

  - Jesteśmy tu jedynymi klientami - szepnęła Toni. Gdy

Moses pojawił się z ich jedzeniem, Agatha spytała:

 - Zawsze tak tu cicho?
  - Och, mamy więcej klientów, ale wszyscy są z tyłu, w

ogródku. To ulubione miejsce palaczy.

Agatha natychmiast  chciała do nich dołączyć, ale zdała

sobie   sprawę,   jak   wiele   wysiłku   kosztowało   ją   rzucenie
palenia.   Wybrała   więc   rozwiązanie   kompromisowe   -

background image

powiedziała   barmanowi,   że   po   obiedzie   wypiją   kawę   w
ogrodzie. W końcu jest tu po to, by przesłuchać miejscowych
mieszkańców   -   przypomniała   sobie.   Jagnięcina   była
wyśmienita.   Gdy   skończyły   jeść,   przeszły   kamiennym
korytarzem   do   ogrodu   na   tyłach   gospody.   Szum   rozmów
ucichł w jednej chwili i wszyscy goście zwrócili wzrok w ich
stronę.

  -   Nazywam   się   Agatha   Raisin   i   jestem   prywatnym

detektywem - obwieściła na głos Agatha. Właściwym sobie
głośnym i władczym tonem - pomyślała zaniepokojona Toni. -
Mam tu za zadanie odnaleźć mordercę Glorii French. Czy ktoś
z państwa może mi pomóc?

W   tym   momencie   Toni   wolałaby,   aby   tę   sprawę

poprowadził   ktoś   w   jej   wieku,   na   przykład   Simon   Black.
Przebywanie   w   towarzystwie   Agathy   przypominało   bycie
holowanym przez okręt wojenny.

Wszyscy pochylili głowy nad talerzami i wkrótce rozległ

się na nowo szum rozmów. Agatha obserwowała sytuację z
rękami na biodrach i wyrazem frustracji na twarzy.

  -   Usiądźmy   i   napijmy   się   kawy,   a   potem   zacznę   ich

przepytywać, stolik po stoliku - zaproponowała Toni.

 - Myślę, że ich wystraszyłaś.
 - Ja nie straszę ludzi - odparła z rozdrażnieniem Agatha. -

Ludzie się przy mnie otwierają.

 - Ale nie tacy jak ci. - Toni nie dawała za wygraną.
 - Usiądź, wypij kawę, zapal papierosa i zostaw to mnie.
 - Zapomniałaś chyba, kto tu dowodzi - zezłościła się jej

przełożona.

 - Ani przez chwilę.
 - W takim razie, proszę bardzo. Rób, jak uważasz.
 - Agatha się naburmuszyła.
Kiedy Toni podeszła do pierwszego stolika, jej szefowa

otworzyła kopertę ze zdjęciami. Panna Gilmour rozmawiała

background image

teraz   z   Peterem   Suncliffem   i   Jenny   Soper.   Raisin   miała
nadzieję,   że   bardzo   szybko   spławią   jej   młodą   pracownicę.
Tymczasem - ku swojej irytacji - ujrzała, jak Peter podsuwa
Toni krzesło i wkrótce pogrążyli się w dyskusji.

Agatha   zapaliła   papierosa   -   pierwszego   tego   dnia   -   i

poczuła, że kręci jej się w głowie. Zaklęła pod nosem i zgasiła
go, przestraszona wizją chodzenia po wsi z przenośną maską
tlenową przy twarzy.

Na   szczęście   zobaczyła,   że   Toni   przyzywa   ją   gestem

dłoni. Podniosła się z miejsca i podeszła do stolika.

Panna Gilmour dokonała prezentacji.
  - Rozmawialiśmy o Glorii. Państwo nie mogą nam zbyt

wiele pomóc - powiedziała.

 - A na pewno pomogłabym paniom, gdybym tylko umiała

-   odezwała   się   Jenny.   -   Ludzie   słyszeli,   jak   mówiłam,   że
chciałabym, aby ktoś ją zabił. Oczywiście nie mówiłam tego
serio, chociaż do szału doprowadzało mnie to, że ta kobieta
pożycza   od   wszystkich   co   się   da,   nie   mając   zamiaru   tego
oddać ani zwrócić pieniędzy. Nie będzie wam łatwo namówić
innych do rozmowy. Policja wszystkich już przepytała. Efekt
był   taki,   że   w   wiosce   zawrzało.   Teraz   ludzie   wytykają   się
nawzajem palcami.

 - Tak to już jest z policją - odparła Agatha. - Wywołują w

ludziach poczucie winy. Ale proszę się nie martwić. Odnajdę
zabójcę, choćby to była ostatnia rzecz, jaką mam zrobić w
życiu.

Agatha nie miała pojęcia, jak bliskie prawdy miały okazać

się te słowa.

background image

Rozdział II
Po wyjściu z pubu Agatha zaproponowała:
  -   Spróbujmy   porozmawiać   z   pastorem.   Jerry   Tarrant

powiedział, że Gloria robiła dużo dla parafian.

Kościół   pod   wezwaniem   świętego   Edmunda   był   mały,

miał za to wysoką wieżę, strzelającą w letnie niebo. Tuż obok,
w ładnym georgiańskim budynku, znajdowała się plebania.

Agatha zadzwoniła do drzwi. Otworzyła im zadzierżysta

kobieta z mocno czerwoną twarzą, na którą opadały kosmyki
siwych włosów.

 - Pani Enderbury? - spytała Agatha.
  - Jest w środku - odpowiedziała kobieta. - Ja tu tylko

pomagam. Goście! - wrzasnęła w głąb ciemnego holu za jej
plecami.

Z pokoju na końcu korytarza wychynęła wysoka, szczupła

kobieta i podeszła do nich.

  -   Dziękuję,   pani   Pound   -   powiedziała.   Sprzątaczka

zniknęła gdzieś we wnętrzu plebanii.

Zona  pastora  spojrzała  na  Agathę  pytającym wzrokiem.

Raisin przedstawiła siebie i Toni.

 - Proszę wejść. - Clarice zaprosiła je do środka.
  - Dziś mamy taki gorący dzień. Jerry powiedział mi, że

zatrudnił panią do tej sprawy. - To mówiąc, podniosła głos. -
Kochanie! Przyszła pani detektyw.

Drzwi w holu otworzyły się i pojawił się w nich pastor,

równie wysoki i szczupły jak jego żona, z oczami o grubych
powiekach oraz długim nosem.

  -   Kończę   właśnie   kazanie   -   powiedział,   gdy   wszyscy

zostali sobie przedstawieni. - Clarice, zabierz panie do ogrodu
i nalej im lemoniady. Wkrótce do was dołączę.

 - Dobry pomysł - zgodziła się jego żona.

background image

Zaprowadziła kobiety wyłożonym kamieniami korytarzem

do   skąpanego   w   słońcu   ogrodu   pełnego   kwiatów.   Na
niewielkim tarasie stał stół ocieniony parasolem.

  -   Proszę   spocząć   -   powiedziała.   -   Napijecie   się   panie

lemoniady?

 - Nie, dziękujemy - odparła Agatha. - Właśnie zjadłyśmy

lunch w pubie. - To mówiąc, usiadła razem z Toni przy stole.

Żona pastora zdjęła kapelusz chroniący ją przed słońcem,

odkrywając przed nimi gęste rude włosy związane w supeł.
Miała wielkie zielone oczy, pociągłą twarz i małe usta. Była
ubrana w sukienkę z drukowanej tkaniny, a na nogi włożyła
sandały.

  -   Co   może   nam   pani   powiedzieć   o   Glorii   French?   -

zagadnęła ją Agatha.

 - Zrobiła bardzo wiele dla kościoła - powiedziała Clarice.

- Guy był jej za to wdzięczny.

 - Ale co pani tak naprawdę myśli o niej jako o człowieku?
Clarice zawahała się. A potem, ku zaskoczeniu obu kobiet,

sięgnęła   za   biustonosz   i   wydobyła   stamtąd   pomiętą   paczkę
papierosów   oraz   zapalniczkę.   Zapaliła   papierosa   i
obserwowała, jak dym unosi się w powietrze nad ogrodem.

 - Naprawdę musimy to wiedzieć - dodała cicho Toni. - W

jej   charakterze   musiało   być   coś,   co   sprawiło,   że   ktoś
postanowił ją zamordować.

 - No cóż, w takim razie... Gloria była krową - zdobyła się

na   odwagę   Clarice.   -   Wredną,   zastraszającą   wszystkich
dookoła babą. Guy uważał, że musi być dobrą chrześcijanką,
skoro   robi   tyle   dla   naszego   kościoła.   Chodziło   głównie   o
zbieranie funduszy, ale w tym wszystkim była manipulacja i
wyrachowanie. Ta kobieta miała nawet czelność flirtować z
moim mężem w mojej obecności. Na samą myśl o niej mam
gęsią   skórkę.   Ludzie   mówią,   że   pożyczała   od   nich   rzeczy,
których   potem   nie   oddawała.   Ja   uważam,   że   także   kradła.

background image

Miałam w salonie piękną misę Crown Derby, która stała w
walijskim kredensie. Któregoś dnia po prostu zniknęła. Gdy
potem odwiedziłam Glorię, znalazłam w jej domu identyczną.
Naturalnie   wszystkiemu   zaprzeczyła,   ale   ja   nie   dałam   za
wygraną.   Wtedy   uderzyła   w   płacz.   Guy   stwierdził,   że
musiałam się pomylić. Okropnie się pokłóciliśmy. Naprawdę
nienawidziłam tej kobiety. Domyślam się jednak, że musicie
odnaleźć mordercę.

  -  Otrucie   kogoś   to  ohydna,   popełniona   z   zimną   krwią

zbrodnia - powiedziała Agatha. Nie mogąc już znieść zapachu
dymu   unoszącego   się   z   papierosa   żony   pastora,   sama   też
zapaliła. - Gdyby ktoś po prostu rozbił jej głowę, nie byłoby to
takie okropne.

Nagle dał się słyszeć odgłos czyichś kroków.
  - Trzymaj! - zawołała  Clarice  i wręczyła swój papieros

Toni,   a   sama   wsadziła   zapalniczkę   z   powrotem   za   stanik.
Pastor dołączył do ich stolika.

 - Mój Boże - powiedział, spoglądając na pannę Gilmour. -

Myślałem,   że   młodzi   wiedzą   już   wszystko   na   temat
szkodliwości palenia.

  -   Nieistotne   -   rzuciła   pospiesznie   Agatha.   -   Próbuję

dowiedzieć   się   jak   najwięcej   o   zmarłej   Glorii   French.   Wie
pan, sam charakter zamordowanej osoby może dać mi jakąś
wskazówkę co do tożsamości jej oprawcy.

  - Ta kobieta była święta - powiedział z przekonaniem

pastor,   rzucając   w   stronę   żony   krótkie,   ostrzegawcze
spojrzenie.   -   Niezmordowana,   jeśli   chodzi   o   zbieranie
funduszy dla kościoła. W swojej pracy była niestrudzona.

 - Właśnie to mówiłam, skarbie - wtrąciła się Clarice.
  - Słyszałam, że Gloria miała w zwyczaju pożyczać od

ludzi różne rzeczy i ich nie oddawać.

 - Jestem przekonany, że usłyszy pani także o jej kłopotach

z pamięcią.

background image

Agatha   zdała   sobie   sprawę,   że   pastor   nie   zamierza

wypowiadać się źle o zmarłej. Przerażona Toni gapiła się na
tlący   się   popiół   na   końcu   papierosa,   nie   chcąc   pójść   za
przykładem Agathy, która strzepywała swojego papierosa na
rosnące obok krzaki.

  -   Podam   pani   popielniczkę   -   zaofiarowała   się  Clarice,

wyciągając ją spod jednej z doniczek.

Toni zgasiła papierosa, a Agatha spytała o drogę na farmę

pani Ady White, po czym zapisała sobie wskazówki.

Agatha nie lubiła wizyt na farmach. Wszystkie wydawały

jej   się   przeklęte   i   skazane   na   pełne   błota   podwórka   oraz
ujadające, zdziczałe psy. Ale farma  White'ów  była zadbana i
czysta - budynek z kamienia z Cotswolds wygrzewał się w
słońcu.

Ada White wyszła im na powitanie. Była niską, dobrze

zbudowaną kobietą o rumianych policzkach i grubych siwych
włosach.

  -   Miałam   nadzieję,   że   pani   zadzwoni   -   powiedziała.   -

Jerry Tarrant uprzedził mnie, że zajmie się pani tą sprawą. To
okropna zbrodnia. Wiem, że nieżyczliwi mi ludzie szepczą po
kątach, że Glorię zabiło moje wino. - Brązowe oczy kobiety
wypełniły się łzami. - Mój napój z bzu nikogo jeszcze nie
zabił. Proszę za mną do kuchni.

Kuchnia pani White była wręcz modelowa, z pękami ziół

suszących się u powały i słońcem ślizgającym się po wielkich
miedzianych patelniach zawieszonych na ścianach. Centralny
punkt   pomieszczenia   stanowił   solidny,   drewniany,
kwadratowy   stół   z   krzesłami   w   stylu   windsorskim.   W
ekspresie   bulgotała   kawa,   której   zapach   unosił   się   w
powietrzu, mieszając z aromatem świeżych wypieków i ziół.

 - Przy tej pogodzie muszę korzystać z kuchenki na gaz -

wyjaśniła Ada. - Na piec jest zbyt gorąco. Napijecie się panie
kawy?

background image

 - Poproszę - powiedziała Agatha.
Ada   zaczęła   krzątać   się   po   kuchni,   ustawiając   na   stole

kubki do kawy, cukier, mleko i talerz ze świeżo upieczonymi
babeczkami,   dużą   kostką   masła   oraz   słoik   z   dżemem
truskawkowym.

 - Skosztujcie panie moich wypieków.
Toni wzięła jedno ciastko i posmarowała je grubo masłem.

Na sam widok Agatha poczuła, jak poszerza się jej talia, ale
przekonała   samą   siebie,   że   jedna   babeczka   przecież   jej   nie
zaszkodzi.   Zawsze   była   pod   wrażeniem   kobiet,   które
podawały mleko w dzbanku i wszystko inne w odpowiednich
naczyniach. Ona zawsze stawiała na stół mleko w butelce, a
inne produkty w ich fabrycznych opakowaniach.

 - Jak pani myśli? - zagadnęła Adę. - Kto mógłby chcieć

zabić Glorię?

 - Wydaje mi się, że wszyscy we wsi mieli coś do niej -

przyznała Ada. - Ale nie przychodzi mi do głowy nikt, kto
mógłby   pozbawić   ją   życia.   Nie   mamy   tu   też   wielu
przyjezdnych   ani   turystów,   jak   w   innych   wioskach   w   tej
okolicy.

 - A czy ktoś z mieszkańców ma problemy psychiczne? -

spytała Agatha.

  -   Nikt.   Kiedyś   tutejsza   społeczność   była   bardzo

zamknięta,   ale   dzisiaj   wszyscy   mają   samochody   i   młodzi
ludzie jeżdżą do klubów w Birmingham, żeby się zabawić.
Tutaj nie ma nic do roboty, a przez zakaz palenia w miejscach
publicznych  pub   prawie   upadł.   Wszyscy   musieli   zacząć   go
odwiedzać, żeby ocalić to miejsce.

 - Zakaz palenia przyczynił się do śmierci tysięcy pubów -

zgodziła   się   gorzko   Agatha   -   ale   ludzie   kierujący   się
polityczną   poprawnością   nawet   nie   wspomną,   że   to   jest
właśnie   powód.   Dlaczego   nie   pozwolono,   aby   właściciele
pubów i restauracji wywiesili na drzwiach znak, że lokal jest

background image

dla palaczy lub osób niepalących, tak jak to miało miejsce w
Barcelonie? Teraz nawet sklepy mają obowiązek zakrywania
półek z papierosami. Dlaczego z tytoniem, a nie z alkoholem?
Po co? Niech młodzi ludzie niszczą sobie wątroby. Czy pani
wie, że teraz już dwudziestolatki mają problemy z wątrobą?
Czy zdaje pani sobie sprawę...?

  -   Agatho...   -   przerwała   jej   Toni.   -   Wróćmy   może   do

morderstwa, dobrze?

 - Przepraszam - wymamrotała pod nosem Agatha.
 - Jakie składniki dodaje się do wina z bzu?
  -   Tylko   owoce   dzikiego   bzu,   cukier,   drożdże,   wodę   i

tabletkę Campden - powiedziała Ada.

 - Co to takiego - ta tabletka Campden?
 - Dwusiarczan potasu.
 - Kto mógł wiedzieć, że liście rabarbaru w połączeniu z

sodą okażą się śmiertelną trucizną? - spytała Toni.

 - Czy to właśnie ją zabiło? To straszne. Wiem, że liście

rabarbaru   są   trujące,   ale   nie   miałam   pojęcia   o   sodzie.
Większość ludzi tutaj ma podobną wiedzę.

 - Czy ktoś był szczególnie blisko związany z Glorią?
 - ciągnęła dalej Toni. - Miała jakichś przyjaciół?
 - Spędzała dużo czasu na plebanii. Może zaprzyjaźniła się

z żoną pastora?

Marne szanse - pomyślała Agatha.
  -   Jest   jeszcze   starsza   pani   Tripp.   Gloria   często   u   niej

przesiadywała i czytała jej na głos.

 - Gdzie mieszka ta pani Tripp? - zapytała Agatha.
  -   W   drugim   domu   na   prawo   od   pubu.   Nazywamy   go

Wonky   Wong   z   powodu   sfatygowanego   kamiennego
Chińczyka na progu.

 - Zawsze tam mieszkała?
  -   Odkąd   ktokolwiek   sięga   pamięcią.   Ma   pewnie   koło

dziewięćdziesięciu lat.

background image

 - Jest wdową?
  -   Cóż,   tu   jest   pewien   problem.   Pani   Tripp   pracowała

kiedyś jako kucharka u lady Craton, zaraz za Broadwayem.
Myślę, że wtedy to był tytuł honorowy. Ale lady Craton od
dawna   nie   żyje,   a   jej   posiadłość   zajęło   towarzystwo
ubezpieczeniowe.

 - Ale skoro pani Tripp pracowała jako służąca, nie mogła

być w wiosce przez dłuższy czas - zauważyła Toni.

 - Dom należał wcześniej do jej rodziców i odziedziczyła

go   po   ich   śmierci,   wiele   lat   temu.   Na   czas   swojej   służby
wyprowadziła się, by wrócić po przejściu na emeryturę. Na
pewno wiedziała wiele o wszystkich mieszkańcach wioski.

 - Porozmawiamy z nią - powiedziała Agatha.
 - Chcecie panie butelkę mojego wina?
 - Bardzo chętnie - zareagowała szybko Toni, bojąc się, co

może powiedzieć jej pozbawiona taktu szefowa.

W drodze powrotnej do wioski Agatha odezwała się do

Toni:

 - Zjadłaś trzy babeczki. Nigdy nie przejmujesz się figurą?
 - Nie - odparła radośnie Toni. - Bo nigdy nie przybieram

na wadze.

Agatha zjadła dwie babeczki i czuła, jak zagnieździły się

gdzieś w okolicach jej talii.

Zapukały do drzwi krytej strzechą chaty pani Tripp. Dach

był w dobrym stanie. Ciekawe, czy lady Craton zostawiła jej
jakieś   pieniądze   -   pomyślała   Agatha,   wiedząc   ze   swojego
gorzkiego   doświadczenia,   ile   kosztuje   wynajęcie   dobrego
fachowca od tego typu budynków.

Po dłuższej chwili pani Tripp otworzyła drzwi. Wspierała

się  oburącz  na  dwóch kulach. Przez  siwe  kosmyki  włosów
prześwitywała   jej   różowa   łysina.   Miała   ogorzałą   twarz
poprzecinaną   siecią   zmarszczek,   ale   z   jej   oczu   biła
inteligencja.

background image

 - A więc to wy jesteście tymi detektywami - powiedziała

na   powitanie.   -   Wyglądacie   trochę   zdzirowato   jak   na
śledczych, nie uważacie? Proszę, wejdźcie. Nikt już dzisiaj nie
wygląda jak dama.

Agatha   i   Toni   poszły   za   nią   w   głąb   domu,   do   salonu.

Znajdowały   się   w   nim   cztery   głębokie   fotele   obite   jasnym
perkalem. W otwartych oknach z szybkami oprawionymi w
ołowiane   ramki   powiewały   żółte   zasłony   w   chryzantemki.
Kominek   zdobiło   kilka   gustownych   chińskich   ornamentów.
Pod oknem stał mały stolik, a na nim oprawione w srebrne
ramki fotografie, przedstawiające dawne życie pani Tripp jako
kucharki.

Staruszka usadowiła się w fotelu, Agatha i Toni usiadły

naprzeciwko niej.

 - Potrzebujemy pani pomocy - zaczęła Agatha. - Czy ma

pani jakieś podejrzenia, kto mógł zamordować Glorię?

 - Wiem, kto ją zabił.
  -   Proszę   mi   powiedzieć.   -   Agatha   poruszyła   się

niespokojnie w fotelu.

  - Nie mam nikogo, kto mógłby mi poczytać. Gdybyście

poczytały mi trochę, odświeżyłoby mi to pamięć.

  -   Dobrze,   dobrze   -   zniecierpliwiła   się   Agatha.   -   Ale

najpierw proszę mi powiedzieć.

 - Nie. Najpierw czytanie, potem wyznanie.
 - Niech będzie.
Pani Tripp wyjęła książkę spod oparcia fotela. Nosiła on

tytuł   „Hrabia   i   diabeł",   a   na   okładce   widniała   kobieta   w
tradycyjnej sukni z okresu regencji, stojąca przed płonącym
zamkiem.

 - Proszę zacząć od strony sto drugiej - powiedziała pani

Tripp.

Agatha   niechętnie   podała   książkę   Toni,   która   zaczęła

czytać:

background image

 - Fredericka zamknęła oczy i poczuła na policzku gorący

oddech   hrabiego.   „Dobry   Boże"   -   powiedział.   „Rozpalasz
mnie". Fredericka zbladła jak śmierć. „Rozwiąż mnie!". Ale
hrabia   tylko   wyszczerzył   zęby   w   sardonicznym   uśmiechu.
„Wygrałem cię podczas gry w faro. Jesteś moja, moja, moja!".

Ich uszu dobiegło chrapanie.
 - Ona zasnęła - zauważyła Toni.
 - Pani Tripp! - zawołała Agatha.
 - Słucham! - Starsza pani obudziła się i rozejrzała lekko

nieprzytomnym wzrokiem.

 - Miała nam pani powiedzieć, kto zamordował Glorię.
 - Przecież nic mi nie przeczytałyście.
  - Ależ czytałyśmy - zarzekła się Agatha. - Toni czytała

pani przez godzinę.

  -   Mogłabym   przysiąc,   że   przyszłyście   zaledwie   kilka

minut temu. - Pani Tripp zamrugała oczami. - A kim wy tak w
ogóle jesteście?

 - Prywatnymi detektywami - odparła łagodnie Toni.
 - A pani naprawdę musi nam powiedzieć, kto zamordował

Glorię French.

 - Żona pastora.
 - Jest pani pewna? - warknęła Agatha.
 - Widziałam na własne oczy, jak zachodziła z tyłu domu

Glorii w ten poranek, kiedy została zamordowana.

 - Powieki starszej pani zaczęły znów opadać i po chwili

już spała.

  -   Chodź,   Toni   -   powiedziała   Agatha.   -   Wracamy   na

plebanię.

Zadzwoniły do drzwi, ale nikt im nie otworzył.
 - Może jest jeszcze w ogrodzie - zasugerowała Toni.
Obeszły więc plebanię, aż dotarły do miejsca, w którym

znajdowała się wysoka, otwarta brama. Ujrzały Clarice, która

background image

siedziała w słońcu z papierosem w jednej ręce i - co wydawało
się podejrzane - z butelką wina z dzikiego bzu w drugiej.

  - Ja tylko odpoczywam - powiedziała na ich widok, jak

gdyby  chciała  się   usprawiedliwić.  -  Uprawianie  ogródka  to
dość wyczerpujące zajęcie.

 - Czy to wino z dzikiego bzu? - zapytała Agatha.
 - Tak, w rzeczy samej. Czy zostało zrobione przez Adę?

Owszem.

  -   Podobno   tego   dnia,   w   którym   została   zamordowana

Gloria, widziano panią w pobliżu jej domu.

 - Proszę, usiądźcie. Rzeczywiście, byłam tam.
 - Powiedziała to pani policji?
 - Nie. Wiem, że to podłe. Zapamiętałam, że Gloria nigdy

nie zamyka drzwi kuchennych do domu - robi to tylko na noc.
Nagle   przeszył   mnie   impuls,   który   kazał   mi   tam   pójść   i
odebrać   moją   wazę   Crown   Derby.   Ale   kiedy   otworzyłam
drzwi kuchenne, usłyszałam jakieś odgłosy. Byłam pewna, że
Gloria uprawia z kimś seks, więc wycofałam się. O Boże, ta
biedna   kobieta   miała   pewnie   drgawki   przedśmiertne,   a   ja
mogłam ją uratować. Proszę, nie mówcie tego Guyowi. Kiedy
jest się żoną pastora, trzeba zachowywać pewne pozory.

  - Z kim, pani zdaniem, Gloria mogła uprawiać seks? -

zapytała Agatha.

  - Z Henrym Bruce'em. To taki wioskowy specjalista od

różnych dziwnych zadań. Opiekuje się ogrodami i naprawia
zepsute   przedmioty.   Jego   reputacja   jest   daleka   od
nieposzlakowanej,   a   Gloria   była   modliszką   pożerającą
mężczyzn. Tylko nie mówcie o tym nikomu - proszę!

Agatha   zawahała   się.   Wiedziała   od   swojej   przyjaciółki,

pani  Bloxby, że  życie  żony  pastora  nie  jest  usłane  różami.
Taka kobieta musiała wykonywać wiele prac na plebanii i nie
wolno jej było się uskarżać; zamiast tego musiała cały czas
utrzymywać pozory.

background image

 - Będę milczeć jak grób - obiecała Agatha. - Ale sprawa

może wyjść na jaw, jeśli zaangażuje się w nią policyjny zespół
analizujący miejsca przestępstwa.

  - Niby jak? Nie mają przecież odcisków moich palców

ani próbek mojego DNA.

  -  Zauważyła   pani   wtedy,  by   ktoś  jeszcze   kręcił   się   w

pobliżu domu Glorii? - dopytała Toni.

 - Nie.
 - Pani odciski będą na klamce przy drzwiach. To malutka

wioska.   Policjanci   mogą   zażądać   od   wszystkich   złożenia
odcisków palców.

Clarice złapała się za głowę.
  - To okropne! Nie, to niemożliwe! - Po chwili opuściła

ręce i popatrzyła na Toni. - Miałam wtedy rękawiczki.

 - W tym upale?! - zdziwiła się Agatha.
Clarice   wyciągnęła   przed   siebie   dłonie,   które   były

czerwone, spuchnięte i spracowane.

  - Próbuję coś zrobić z moimi dłońmi. Posmarowałam je

wtedy   kremem,   po   czym   włożyłam   dla   ochrony   cienkie
rękawiczki z białej bawełny.

  -   Zrobimy,   co   w   naszej   mocy,   aby   informacje   o   pani

wizycie   nie   opuściły   murów   tej   plebanii   -   zapewniła   ją
Agatha. - Lepiej chodźmy i zobaczmy, co do powiedzenia ma
w tej sprawie Henry Bruce. Gdzie on mieszka?

 - Ma niewielkie gospodarstwo rolne, zaraz po lewej, gdy

wyjdziecie   z   wioski.   Nie   sposób   go   przegapić.   Przed   jego
domem stoi zepsuty traktor.

Po   opuszczeniu   plebanii   Agatha   wyjęła   telefon   i

zadzwoniła do Patricka.

 - Jakieś nowe wieści?
  -   Policjanci   znaleźli   kilka   śladów   stóp   na   rabatce   z

kwiatkami w pobliżu tylnych drzwi - powiedział Patrick.

 - Czy te odciski należą do kobiety?

background image

  -   Nie,   chyba   że   nosi   rozmiar   czterdzieści   trzy.

Funkcjonariusze są już na miejscu. Sprawdzą buty każdego
mieszkańca tej wsi. Takie same ślady znaleziono również na
schodach do piwnicy.

Agatha rozłączyła się i przekazała koleżance najświeższe

wiadomości.

 - Wygląda na to, że możemy wykluczyć Clarice z grona

podejrzanych   -   stwierdziła   Toni.   -   Na   pewno   nie   ma   tak
dużych stóp.

 - Agatha!
Detektyw obróciła  się   i  zobaczyła  uśmiechniętego  Billa

Wonga.

  - Widzę, że dostałaś tę robotę - powiedział. - Kto cię

wynajął?

  -   Jerry   Tarrant,   przewodniczący   rady   gminy   -

odpowiedziała Agatha.

  -   Nasi   ludzie   są   tu   wszędzie.   Na   twoim   miejscu

rozważyłbym   odpuszczenie   tej   sprawy.   Śledztwem   kieruje
komisarz Wilkes, który na pewno nie chce, żebyś weszła mu
w paradę.

 - Jesteśmy tu zgodnie z prawem - powiedziała. - Ale na

wszelki wypadek wskoczymy w krzaki, kiedy go zobaczymy.

Agatha  i   Toni   przeszły   przez   wioskę.   Policjanci

rzeczywiście znosili torby z męskimi butami i wrzucali je do
bagażników radiowozów.

 - Jeżeli są też w domu Bruce'a, zaczekamy, aż sobie pójdą

- powiedziała Agatha. - Boże, jak gorąco.

Zazdrościła   Toni,   która   opalała   się   na   piękny   złocisty

kolor, podczas gdy ona miała czerwoną od słońca twarz.

Udało im się zlokalizować chatę z traktorem stojącym na

małym   podwórku.   Ich   uszu   dobiegło   leniwe   gdakanie   kur.
Ciekawe,   jak   by   to   było   -   mieszkać   w   takiej   małej   wsi   -
pomyślała Toni. Gdyby zapomnieć na moment o morderstwie

background image

i   tych   wszystkich   policjantach   kręcących   się   w   pobliżu   i
wyobrazić sobie to miejsce w normalny dzień - bez hałasu i
zgiełku miasta, skąpane w słońcu i z usypiającym gdakaniem
kur - taka wioska mogłaby mieć przyciągający magnetyzm.

Czar   prysł   jednak   w   tej   samej   chwili,   kiedy  Agatha

krzyknęła:

 - Halo! Jest ktoś w domu?
Agatha wyobraziła sobie jakiegoś lokalnego uwodziciela -

kogoś   pokroju   kochanka   z   powieści   o   lady   Chatterley.
Tymczasem   mężczyzna,   który   pojawił   się   w   drzwiach,   był
niskiego wzrostu, drobny, z bujną czupryną czarnych włosów,
brązowymi oczami i opaloną twarzą. Miał na sobie dżinsy i
koszulę z tego samego materiału.

 - Pan Bruce? - spytała Agatha.
 - Tak, to ja. A panie jesteście prywatnymi detektywami,

prawda?   -   Mężczyzna   zmierzył   Toni   wzrokiem,   od   blond
włosów   do   długich,   opalonych   nóg,   prześwitujących   przez
krótką lnianą spódniczkę. Uśmiechnął się. - Może mnie pani
przesłuchać, kiedy tylko pani zechce. Jak się pani nazywa?

 - Agatha Raisin - odparła rozdrażniona Agatha.
 - W takim razie, kim jest ta ślicznotka?
  -   To   moja   asystentka,   Toni   Gilmour.   Możemy

porozmawiać?

 - Zapraszam do środka.
Weszły za nim do chłodnej kuchni wyłożonej kamieniem.
 - Proszę spocząć - powiedział Bruce.
Kobiety   usiadły   na   plastikowych   krzesłach   przy

plastikowym stole. Toni się rozejrzała. Sprzęty kuchenne były
tak   stare,   że   aż   przedpotopowe.   Zastanawiała   się,   czy
mężczyzna zbiera od ludzi zepsute lodówki i kuchenki, by je
naprawiać. Kuchenka została pomalowana zieloną, łuszczącą
się emalią i wyglądała, jakby pochodziła z lat czterdziestych.
Stała tu również pralka z wyżymaczką.

background image

  -   Napijecie   się   czegoś,   drogie   panie?   -   zaproponował

gospodarz,   otwierając   archaiczną   lodówkę.   W   środku   stały
chyba tylko puszki z piwem.

  -   Nie,   dzięki   -   odpowiedziała   Agatha.   Mężczyzna

otworzył sobie piwo, usiadł przy stole i uśmiechnął się leniwie
do Toni.

 - Walcie śmiało.
  -   Czy   miał   pan   romans   z   Glorią   French?   -   zapytała

Agatha.

  - Ona żyła taką  nadzieją  - odpowiedział  Henry. - Ale

dlaczego   miałbym   interesować   się   taką   starą   babą,   kiedy
wokół roi się od pięknych, młodych dziewczyn?

  - Szczerze mówiąc, nie widziałam tu ani jednej młodej

kobiety pasującej do pańskiego opisu - zauważyła zgryźliwie
Agatha.

  - Czasami jeżdżę do Birmingham, żeby zabawić się w

klubach.

Agatha podejrzewała, że jej rozmówca jest już dobrze po

czterdziestce.

 - Nie jest pan już zbyt dojrzałym mężczyzną na włóczenie

się po dyskotekach?

 - Na to nigdy nie jest za późno. Zdziwiłaby się pani, ile

tam jest chętnych dziewczyn.

 - A co może nam pan powiedzieć na temat Glorii? - Nie

pozwoli pani otworzyć ust swojej ślicznej asystentce?

Agatha spojrzała na niego wzrokiem mrożącym krew w

żyłach.

  - Ach, no tak, Gloria. Chciała, żebym przetkał jej zlew.

Zrobiłem to. Ale kiedy zażądałem zapłaty, przyparła mnie do
ściany i zaproponowała, że zapłaci w inny sposób. Uciekłem.
Po tym incydencie dzwoniła do mnie jeszcze parę razy, aż w
końcu dała sobie spokój. To była prawdziwa harpia.

background image

  - Czy policjanci zabrali także pańskie buty? - odezwała

się Toni.

 - Byli tu chwilę przed wami.
 - Jaki rozmiar buta pan nosi? - spytała Agatha.
 - Czterdzieści dwa.
 - Ma pan jakieś podejrzenia, kto mógł ją zamordować?
Mężczyzna pokręcił głową.
 - Wkurzyła wielu ludzi, zabierając im różne rzeczy i ich

nie oddając.

  -   Czy   wiadomo   panu,   by   wśród   tych   rzeczy   było  coś

wartościowego?

  - Nic mi na ten temat nie wiadomo... Chociaż nie, była

jedna taka rzecz. Należała do lady Framington.

 - Kto to?
  -   Nasza   dziedziczka.   Gloria   organizowała   wieczorek

taneczny   w   domu   ludowym.   Pożyczyła   od   Samanthy
Framington sznur prawdziwych pereł i tamta miała nie lada
problemy, żeby go odzyskać. Gdyby nie fakt, że perły były
ubezpieczone i dokładnie opisane w umowie, myślę, że Gloria
też by je sobie przywłaszczyła.

 - Skoro pani French miała taką złą reputację - odezwała

się Toni - dlaczego ktoś taki jak pani Framington pożyczyła
jej bezcenne perły?

  - To było krótko po tym, jak Gloria sprowadziła się do

naszej   wsi.   Wszyscy   uważali,   że   to   wspaniała   kobieta.
Wydawało się, że robi tyle dobrego dla naszej społeczności.

 - Jak tu trafiła?
 - Z tego, co wiem, przyjechała z Londynu.
 - Gdzie znajduje się posiadłość dziedziczki?
 - To ten wielki kwadratowy dom na drugim końcu osady.
Wędrując przez całą wieś w kierunku posiadłości, Agatha

pomyślała, że problem z nakryciem głowy polega na tym, że
psuje   ono   właścicielowi   fryzurę.   Ale   słońce   prażyło   tak

background image

mocno, że w końcu stwierdziła, że musi się zatrzymać i wyjąć
z bagażnika stary słomkowy kapelusz.

 - Pojedziemy samochodem - zdecydowała.
 - Po co? Przecież jesteśmy prawie na miejscu - zdziwiła

się Toni.

  -   Bo   ten   cholerny   dom   może   mieć   podjazd,   a   mnie

doskwiera upał i jestem zmęczona.

Agatha wjechała przez otwartą bramę na teren posiadłości.

Po obydwu stronach rozciągały się trawniki. Wokół nie było
widać choćby skrawka cienia. Toni natomiast z przyjemnością
wysiadła   z   samochodu,   w   którym   Agatha   podkręciła
klimatyzację tak mocno, że dziewczyna dostała od razu gęsiej
skórki.

Posiadłość   dziedziczki   mieściła   się   w   kwadratowym

budynku   z   portykiem   w   stylu   georgiańskim.   Wyglądała   na
zadbaną i dobrze utrzymaną. Agatha nacisnęła wypolerowany
mosiężny   dzwonek,   wmontowany   w   kamienną   elewację
budynku przy wejściu. Czekały przez dłuższą chwilę, zanim
drzwi otworzył im niski mężczyzna w fartuchu z zielonego
sukna.

 - Szukamy lady Framington - powiedziała Agatha.
 - Jestem jej kamerdynerem. Polerowałem właśnie srebro.

Jeżeli panie coś sprzedają, proszę odejść.

 - Nazywam się Agatha Raisin - odparła wyniośle Agatha.

-   Oto   moja   wizytówka.   Chciałabym   rozmawiać   z   panią
Framington.

 - Ale nikt nie powiedział, że ona chce rozmawiać z panią.

- Kamerdyner zatrzasnął im drzwi przed nosem.

Toni zachichotała.
 - Biednemu zawsze wiatr w oczy.
Głęboko   w   duszy   Agathy   leżała   trauma   z   dzieciństwa

spędzonego w slumsach Birmingham. Teraz była o krok od
tego, aby wpaść w furię.

background image

Po chwili jednak drzwi otworzyły się ponownie.
  -   Lady   Framington   panie   przyjmie   -   obwieścił

kamerdyner. - Proszę za mną.

Agatha ruszyła w ślad za małym człowieczkiem, z trudem

opierając się pokusie, żeby kopnąć go w tyłek.

Mężczyzna zaprowadził je na taras na tyłach domu. Lady

Framington siedziała przy stole i czytała kolorowy magazyn.

Podniosła wzrok i zobaczyła Agathę.
 - Ach, to pani jest tą prywatną detektyw. Proszę spocząć.

Fred, przynieś herbatę.

 - Nie mogę. Poleruję właśnie srebro.
  -   Zrób   to,   ty   mała,   wstrętna   ropucho!   Fred   odszedł,

mamrocząc coś pod nosem.

 - Czy on zawsze jest taki? - spytała Agatha.
  -   Tak.   Cierpi   na   artretyzm   i   to   czyni   go   zrzędliwym.

Trzeba mieć wyrozumiałość dla jego humorów.

Dziedziczka   odznaczała   się   arystokratycznym   głosem   i

manierami,   które   przypominały   Agacie   postać   księżnej
wdowy   w   serialu   „Downton   Abbey",   w   którą   wcieliła   się
aktorka Maggie Smith. Miała duże dłonie i stopy oraz kościsty
tułów,   odziany   w   szmizjerkę   z   wyblakłej   wełny.   Większą
część   jej   twarzy  zajmowały   napompowane   kolagenem   usta.
Włosy w kolorze stalowym nosiła krótko przycięte.

  - Prowadzę śledztwo w sprawie śmierci Glorii French -

wyjaśniła Agatha.

Na tarasie nie było choćby odrobiny cienia, a przed nimi

rozciągał   się   starannie   przystrzyżony   trawnik.   Żadnych
kwiatów ani krzaków.

  - Tak też  słyszałam.  To dość ekscytujące. Gloria była

prawdziwym utrapieniem.

  -   Ja   z   kolei   słyszałam,   że   miała   pani   kłopot   z

odzyskaniem od niej swoich pereł.

background image

 - Ta przeklęta kobieta próbowała je ukraść. Na początku

wydawało się, że  sam  Bóg nam  ją  zesłał. Robiła  mnóstwo
dobrych rzeczy. Ale przyjezdni często tak się zachowują, a
gdy już się zadomowią, zaraz im przechodzi i daje o sobie
znać   ich   prawdziwa   natura.   Szybko   spuściła   z   tonu,   kiedy
powiedziałam, że mam dowód własności tych pereł i podam ją
do sądu.  Macie   jakiś  pomysł, kto  mógł  ją   pozbawić   życia,
żebym mogła uścisnąć mu z wdzięcznością dłoń?

  -   Jeszcze   nie   -   przyznała   Agatha.   -   A   pani   ma   jakieś

podejrzenia?

Lady Framington podniosła ze stolika mosiężny dzwonek

i   zadzwoniła   nim   energicznie.   Kamerdyner   pojawił   się   w
drzwiach na taras.

 - Gdzie ta cholerna herbata, Fred?
 - Już się robi, do cholery!
Mężczyzna wycofał się z powrotem do domu.
  -   Oglądała   pani   kiedyś   serial   o   przygodach   detektywa

Poirot?

 - Owszem.
  - Zawsze wiedziałam, kto popełnił zbrodnię. Założę się,

że i w tym przypadku odgadłabym tożsamość sprawcy. Ale to,
czy   podzieliłabym   się   z   wami   tą   wiedzą,   to   zupełnie   inna
sprawa. Nareszcie jest herbata.

Nie było żadnych herbatników ani ciastek. Tylko brązowy

czajniczek z chińskiej porcelany, mleko, cukier i trzy kubki.

 - Proszę się częstować - powiedziała dziedziczka.
 - Lady Framington...
 - Proszę mówić mi Sam.
  - Dobrze, Sam - powiedziała Agatha. - Jeżeli zaczniesz

prowadzić dochodzenie na własną rękę, morderca może chcieć
cię zlikwidować.

Samantha wybuchła perlistym śmiechem.
 - Potrafię o siebie zadbać. Napijmy się.

background image

Herbata była okropna - ciemnobrązowa i przegotowana,

ale Sam piła ją z lubością.

 - Frank przyrządza pyszną herbatę.
 - Czy ktoś tam stoi, tam na końcu pani ogrodu? - zawołała

nagle Agatha.

 - Co takiego? Gdzie?
Agatha błyskawicznym ruchem wylała herbatę pod stół.
 - Nic nie widzę - powiedziała Sam.
  -   Musiałam   się   pomylić.   Jeśli   coś   przyjdzie   pani   do

głowy, proszę dać mi znać - poprosiła Agatha. - Chodźmy,
Toni.

Kiedy Agatha i Toni zniknęły, Sam znów zadzwoniła na

kamerdynera.

 - Co znowu? - Fred odpowiedział na jej wezwanie.
 - Posprzątaj ze stołu.
 - Patrzcie tylko! - Kamerdyner wskazał na mokrą plamę

pod   fotelem,   na   którym   siedziała   Agatha.   -   Zsikała   się.
Brudna, stara krowa.

 - Wracamy do Zielonego Człowieka - zarządziła Agatha,

gdy były już w samochodzie.

 - Po co? - spytała Toni.
  -   Mają   tam   wolne   pokoje.   Chyba   powinnam

zarezerwować   jeden   i   wprowadzić   się   tam   jutro.   Ty
poprowadzisz biuro pod moją nieobecność. Simon może do
mnie dołączyć.

Nazajutrz Simon i Toni poszli razem na lunch.
 - Nie chcę tam jechać - wyznał chłopak. - Nie chcę utknąć

w jakiejś dziurze w tym upale.

 - To śledztwo w sprawie morderstwa - powiedziała Toni.
 - Na samą myśl o przebywaniu w towarzystwie Agathy w

pubie bez klimatyzacji dostaję depresji. Masz chłopaka, Toni?

 - Tak - odparła Toni. - Tylko nie mów nic Agacie. Wiesz,

że ona we wszystko się wtrąca.

background image

 - Kto to jest?
 - Nie twój interes.
 - Więc nie ma już dla mnie nadziei?
 - Daj spokój, Simon.
Simon roześmiał się nerwowo, żeby ukryć słabość, którą

zawsze   czuł   do   Toni.   Był   niskiej   postury,   miał   błazeńską,
wiecznie rozedrganą twarz i bujną, czarną czuprynę.

 - A co z Agathą? - zapytał. - Znów jest zakochana?
  -   Nie,   nasza   szefowa   skończyła   na   jakiś   czas   z

namiętnościami. I wierz mi, w Piddlebury nie ma nikogo, kto
mógłby wpaść jej w oko.

Później tego samego dnia Agatha została zaprowadzona

do nisko sklepionego pokoju w pubie. Na szczęście drzewo za
oknem   dawało   trochę   cienia.   Agatha   odwróciła   się   do
właściciela.

 - Gdzie jest łazienka?
  - Kiedy wyjdzie pani z pokoju, proszę skręcić w lewo.

Łazienka jest na końcu korytarza.

Po   wyjściu   właściciela   pubu   Agatha   się   rozpakowała.

Potem   zabrała   kosmetyczkę,   ręcznik   i   postanowiła   wziąć
prysznic. Było jej gorąco i cała lepiła się od potu. Ale drzwi
łazienki okazały się zamknięte.

 - Jest tam kto? - zawołała Agatha.
 - Chwileczkę - odpowiedział męski głos.
Agatha czekała cierpliwie. W końcu drzwi otworzyły się i

stanął w nich wysoki mężczyzna. Był nagi, nie licząc ręcznika
przepasanego na biodrach. Nagi tors miał bezwłosy, jasny i
umięśniony.   Agatha   poczuła   przez   moment   nagłą   falę
pożądania.   Witajcie   -   odezwała   się   w   myślach   do   swoich
hormonów. Myślałam, że już nie żyjecie.

Mężczyzna wyciągnął do niej dłoń na powitanie.
 - Nazywam się Brian Summer.

background image

 - Jestem Agatha Raisin - odparła detektyw, czując, jak jej

ramię przeszywa lekki dreszcz.

Brian miał bujną siwą fryzurę, inteligentne szare oczy oraz

interesującą twarz. Agatha oceniła, że musi być mniej więcej
w tym samym wieku co ona.

 - Jest pan na wakacjach? - zapytała Agatha.
  - Tak, potrzebuję trochę odpoczynku. A teraz, jeśli pani

pozwoli...

Nie udało mi się nawet zapamiętać jego nazwiska
  -   pomyślała.   Jest   bardzo   przystojny.   Niech   to   diabli!

Makijaż musiał mi się rozpuścić.

W   łazience   nie   było   prysznica,   tylko   głęboka   wanna

stojąca na kutych nogach w kształcie zwierzęcych łap - relikt
epoki edwardiańskiej. Musiała minąć cała wieczność, zanim
Agacie udało się ją napełnić wodą.

W końcu jednak zdołała się wykąpać i przebrać w krótką,

białą,   lnianą   spódniczkę,   czerwoną   bluzkę   z   tego   samego
materiału oraz buty na wysokich obcasach.

Simon zajmował sąsiedni pokój. Krzyknęła do niego, że

będzie w ogródku na dole.

Udała   się   w   stronę   baru,   za   którym   właściciel   czyścił

szkło.

  -   Spotkałam   pańskiego   drugiego   gościa   -   powiedziała

Agatha.

 - Ach, chodzi pani o pana Summera.
 - Czy zawsze spędza tutaj wakacje?
 - Pierwszy raz. Powiedział, że jest nauczycielem chemii.
Czyli jestem bez szans - pomyślała ponuro Agatha. Cała

moja wiedza na temat chemii mieści się na odwrocie znaczka
pocztowego. Zamówiła gin z tonikiem i wyszła do ogrodu.

Brian siedział przy stoliku i czytał. Nie podniósł wzroku,

gdy Agatha weszła do ogródka. Ona zaś uznała, że nie będzie
się przysiadać, by nie wyjść na zbyt natrętną.

background image

Po chwili zjawił się Simon z kuflem piwa.
  -   Spójrz,   Agatho   -   powiedział.   -   Widziałaś   tę   wielką

szklaną popielniczkę? Możesz palić do upadłego.

Ale Agatha obawiała się, że jej nowa zwierzyna łowna

może być niepaląca.

  -   Rzuciłam   palenie   -   odparła   niechętnie,   walcząc   z

pokusą, by jednak sięgnąć po papierosa.

Nagle jej serce zaczęło bić szybciej, gdy Brian Summer

wstał z krzesła i podszedł do ich stolika.

 - Mogę się przysiąść? - spytał.
 - Ależ proszę bardzo. To jest Simon Black, jeden z moich

detektywów.

 - Cała wioska już wie, że jest pani tu po to, aby rozwiązać

zagadkę morderstwa - powiedział Brian. Miał na sobie szarą
koszulę i pasujące kolorystycznie spodnie.

 - Co udało się pani do tej pory ustalić?
Agatha   zrelacjonowała   mu   pokrótce   przebieg   rozmów,

które przeprowadziła. Gdy skończyła, Brian spytał:

 - I co pani teraz zamierza?
 - Będę wypytywać dalej - odpowiedziała Agatha.
 - Proszę mi wierzyć, jest w tej wiosce ktoś, kto coś wie.
 - Nigdy nie piłem wina z dzikiego bzu - przyznał Brian. -

Jak ono smakuje?

  -   Może   się   pan   zaraz   przekonać.   Simonie,   mam   w

samochodzie   butelkę.   Przynieś   ją   i   poproś   Mosesa   o   trzy
kieliszki. Auto jest otwarte.

Kiedy   Simon   wyszedł,   oparła   twarz   na   dłoniach   i

uśmiechnęła się do Briana ujmująco - taką przynajmniej miała
nadzieję.

 - Proszę mi opowiedzieć coś więcej o sobie.
 - Nie ma czego opowiadać - odparł Brian. - Przyjechałem

tu na spokojne wakacje.

 - Rodzina nie będzie za panem tęsknić?

background image

 - Nie mam rodziny.
Simon   wrócił   w   pośpiechu.   Agatha   spojrzała   na   niego

spode łba.

 - Butelka zniknęła - powiedział Simon. - Jesteś pewna, że

tam była?

 - Nie dotykałam jej od czasu rozmowy z Adą, która mi ją

dała   -   odparła   Agatha.   -   Miałam   ją   jeszcze,   kiedy
przyjechaliśmy do tego pubu.

 - Ktoś musiał ci ją gwizdnąć - stwierdził Simon.
 - Mam wezwać policję?
 - Nie będą przecież szukać butelki wina - odpowiedziała.

-   Nie   wtedy,   kiedy   mają   na   głowie   śledztwo   w   sprawie
morderstwa. Brianie, miał mi pan opowiedzieć coś o sobie.

Brian zerwał się raptem z miejsca.
 - Muszę już iść. Państwo wybaczą.
Agatha odprowadziła smutnym wzrokiem oddalającą się

pospiesznie rosłą sylwetkę.

Tej  samej  nocy  nad wioską  zawisł  księżyc w pełni. W

lesie pewien obibok o nazwisku Craig Upton, zajmujący się
dorywczo   kłusownictwem,   wyjął   z   jednej   z   przepastnych
kieszeni  cuchnącego płaszcza, który miał  na sobie  pomimo
ciepłego wieczoru, butelkę wina z dzikiego bzu, którą ukradł z
samochodu   Agathy.   Oparł   się   o   pień   wielkiego   dębu   i
otworzył korek. Ostatnio artretyzm dawał mu się mocniej we
znaki.   Craig   miał   już   ponad   osiemdziesiąt   lat   i   bał   się
panicznie chwili, w której będzie musiał porzucić życie na wsi
i przenieść się do domu opieki. Z drugiej kieszeni wydobył
małą szklaneczkę. Szczycił się tym, że nigdy nie pił prosto z
butelki. Napełnił kubeczek i podniósł do ust. Wino rozbłysło
w   świetle   księżyca.   Craig   lubił   wypić   pierwszą   szklankę
każdego   alkoholu   do   dna,   a   dopiero   kolejne   sączyć
skromniejszymi łykami.

background image

 - Oto prawdziwy eliksir zdrowia - powiedział i poczuł, jak

trunek spływa mu do gardła.

background image

Rozdział III
Moses   Green   obudził   się   wcześnie   i   zabrał   swoją

labradorkę o imieniu Jess na spacer do lasu. Lubił skoro świt
opuszczać   pub   i   zanurzać   się   między   drzewa,   w   chłodny
półmrok.   Jess   biegła   przed   nim,   migoczące   promienie
słoneczne przebijały się przez korony drzew, ślizgając się po
jej lśniącej czarnej sierści. Suka wyprzedziła swojego pana i
zniknęła   mu   z   oczu,   gdy   wtem   rozległ   się   jej   przeciągły
skowyt.   Moses   wystraszył   się,   że   wpadła   w   kłusownicze
wnyki,   i   rzucił   się   biegiem   w   stronę,   z   której   dobiegało
upiorne wycie.

Raptem stanął jak wryty na widok potwornej sceny, która

rozpościerała   się   przed   jego   oczami.   Craig   Upton   leżał
zwinięty w kłębek u stóp potężnego dębu, z oczami wbitymi
nieruchomo w niebo. Jego ubranie było pokryte cuchnącymi
wymiocinami. Wokół unosiły się roje much. Moses wziął psa
na smycz, odciągnął do tyłu, a potem przywiązał do gałęzi
drzewa. Próbował wyczuć puls u mężczyzny, ale na próżno.
Wtedy zobaczył butelkę wina z dzikiego bzu, leżącą obok jego
ciała.

Odwiązał Jess od drzewa i zaczął biec, ile sił w nogach.
Agathę   obudził   dźwięk   policyjnych   syren.   Wrzuciła   na

siebie ubranie i załomotała do drzwi Simona, krzycząc:

 - Coś się stało! Wychodzę na zewnątrz!
Ludzie zaczynali gromadzić się przed domami - niektórzy

byli jeszcze w piżamach. Agatha zobaczyła Petera Suncliffa i
podeszła do niego.

 - Co się dzieje?
 - Coś stało się w lesie.
 - Gdzie?
 - O, tam. Za pubem.
Agatha pobiegła w tamtą stronę. Kiedy weszła do lasu,

zobaczyła   białe   kombinezony   ekipy   śledczych   sądowych   i

background image

skierowała się w ich kierunku. Teren wokół rozłożystego dębu
został ogrodzoną policyjną taśmą; znajdował się tam również
namiot koronera.

Bill Wong rozmawiał na miejscu z innym policjantem.
  -   Bill!   -   zawołała   do   niego   Agatha.   -   Co   się   stało?

Policjant podszedł do niej.

 - Odejdź stąd, Agatho. Wilkes jest w drodze i wpadnie w

furię, kiedy zobaczy, że tu węszysz.

 - Ale co się dzieje?
  - Mamy kolejną ofiarę truciciela. I znów wygląda to na

wino z dzikiego bzu.

Agatha nagle pobladła.
 - Bill, miałam butelkę takiego wina w samochodzie. Ktoś

ukradł mi ją wczoraj wieczorem. Przedwczoraj dostałam ją od
pani White.

 - O wilku mowa. Idzie komisarz Wilkes - oznajmił Bill. -

Lepiej mu o tym powiedz.

 - Powiedz mi jeszcze, kto zginął.
 - Jakiś miejscowy kłusownik.
  - Co ona tu, do cholery, robi? - zapytał Wilkes tonem

nieznoszącym sprzeciwu.

Bill streścił mu pokrótce rolę Agathy w śledztwie.
  -   Właśnie   przyjechał   polowy   komisariat   -   powiedział

komisarz.   -   Pani   Raisin,   chcę,   żeby   pani   tam   poszła   i
zaczekała na mnie. Złoży pani obszerne wyjaśnienia.

W   drodze   powrotnej   Agatha   spotkała   Simona   i

opowiedziała mu, co się stało.

  -   Nie   rozumiesz?!   -   wykrzyczała   mu   w  twarz.   -   Ktoś

chciał mnie otruć! Wszyscy mogliśmy zginąć - ty, ja i Brian.
Muszę   iść   do   polowego   komisariatu   i   zaczekać   tam   na
Wilkesa.

Razem zeszli do wioski. Zaczął się kolejny cudowny dzień

- w sam raz na wiejski festyn, a nie na morderstwo.

background image

 - Podejrzewam, że wkrótce będzie tu pełno dziennikarzy -

stwierdziła Agatha.

  - Policja już zablokowała drogi wjazdowe do wioski -

powiedział   Simon.   -   Niektórym   udało   się   wjechać.   Reszta
pewnie dotrze później.

Weszli do policyjnej ciężarówki, która stała zaparkowana

przed kościołem, służąc jako mobilny komisariat.

W środku siedziało dwóch funkcjonariuszy oraz sierżant

Alice Peterson.

  - Co panią tu sprowadza, pani Raisin? - spytała Alice. -

Ma pani dla mnie jakieś informacje?

Agatha usiadła naprzeciwko niej.
 - Mam złożyć zeznanie w obecności komisarza Wilkesa.
 - Zaczekam na zewnątrz - powiedział Simon.
 - W środku jest strasznie gorąco.
Agatha   opowiedziała   Alice   o   kradzieży   wina   z

samochodu.

 - Czyli zatrute wino było przeznaczone dla pani? - spytała

policjantka, gdy Agatha skończyła.

Agatha   spojrzała   na   nią.   Mimo   iż   sama   powiedziała

Simonowi, że tak właśnie mogło być, dopiero teraz dotarło do
niej   prawdziwe   znaczenie   tych   słów.   Mimo   potwornego
gorąca panującego w ciężarówce poczuła lodowaty dreszcz.

Jeden   z   policjantów   przyniósł   przenośny   elektryczny

wentylator i włączył go do kontaktu. Efekt tego był taki, że
wentylator rozdmuchiwał gorące powietrze i strącał papiery
leżące   na   biurkach.   Agatha   usiadła   powoli   na   plastikowym
krzesełku. Miała wrażenie, że upłynęła cała wieczność, zanim
wreszcie pojawił się Wilkes, ale kiedy spojrzała na zegarek,
zdała sobie sprawę, że minęło dopiero dziesięć minut.

Wilkes przysunął sobie krzesło i usiadł naprzeciw niej. Na

jego szarej twarzy malował się wyraz dezaprobaty. Dlaczego -

background image

zastanawiał   się   -   ta   apodyktyczna   kobieta   wtrąca   się   w
większość spraw, które prowadzę, włażąc mi pod nogi?

  -   Pani   Raisin   -   zaczął   -   proszę   mi   opowiedzieć   o   tej

butelce wina z dzikiego bzu.

  - Dostałam ją od pani Ady White. Wczoraj wieczorem

byłam w pubie z Simonem Blackiem i Brianem Summerem -
innym gościem, który również zatrzymał się w tej gospodzie.
Brian powiedział, że nigdy nie próbował wina z dzikiego bzu.
Przypomniałam   sobie,   że   dostałam   od   pani   White   butelkę
takiego wina i wysłałam Simona, by ją przyniósł. Gdy wrócił,
powiedział, że butelka zniknęła.

 - Zamknęła pani samochód? - Nie.
 - Zapomniała pani?
 - Nie sądziłam, że ma to jakieś znaczenie w takiej wiosce

jak ta.

 - Pani Raisin, kiedy mamy do czynienia z morderstwem,

wszystko może mieć znaczenie. Sprawdzimy, czy na butelce
są   odciski   palców.   Pani   odciski   mamy   w   bazie   danych.
Musimy jednak założyć, że skoro pani White wydaje się być
wzorowym członkiem tej społeczności, ktoś musiał podmienić
butelkę na zatrutą. Wong już się do niej udał. Co się zaś pani
tyczy, pani Raisin, to utrudnia nam pani prowadzone przez nas
śledztwo.   Z   punktu   widzenia   pani   bezpieczeństwa
sugerowałbym opuszczenie wioski.

  -   Zostałam   zatrudniona,   żeby   dowiedzieć   się,   kto

zamordował   Glorię   French   -   powiedziała   Agatha   -   i
zamierzam kontynuować swoją pracę.

Wilkes   wypytywał   ją,   z   kim   rozmawiała,   każąc   jej

powtarzać wszystko bez końca. Kiedy skończył, powiedział:

 - Proszę nie przeszkadzać nam w prowadzeniu śledztwa,

w   przeciwnym   razie   aresztuję   panią   za   utrudnianie   pracy
policji.   A   teraz   proszę   poczekać,   aż   pani   zeznanie   będzie

background image

gotowe, podpisać je  i zniknąć mi  z oczu! Najpierw jednak
proszę przysłać do mnie Simona Blacka.

Agatha   wyszła   na   panujący   na   zewnątrz   skwar   i

powiedziała Simonowi, że Wilkes chce się z nim widzieć.

Sama   stanęła,   niezdecydowana,   patrząc,   jak   policjanci

chodzą od drzwi do drzwi.

Gdzieś w tej wiosce, pięknej jak z pocztówki, ukrywał się

morderca. Agatha powlokła się do pubu. Miała ochotę wypić
zimnego drinka pod drzewem w ogrodzie.

Zatrzymała się przed wejściem do knajpianego ogródka.

W cieniu cyprysa siedział Charles Fraith.

 - Co ty tu robisz? - Agatha podeszła do niego, zadając to

pytanie ostrym tonem, tak aby nie zdradzić się, jak bardzo
ucieszył ją jego widok.

Mężczyzna uśmiechnął się do niej leniwie.
  - Wpadłem, żeby zobaczyć, jak sobie radzisz. Usiądź i

opowiedz mi, co jest grane.

Agatha usiadła naprzeciwko niego.
  -   Jak   się   tu   dostałeś?   Policja   zatrzymuje   wszystkich

wjeżdżających do wioski.

  - Przyjechałem wczoraj późnym wieczorem. Pewnie już

spałaś.

Agatha zastanawiała się, jak to możliwe, że Charlesowi

nigdy   nie   przeszkadzał   upał.   Miał   na   sobie   jasnoniebieską
bawełnianą   koszulę,   rozpiętą   pod   szyją   oraz   drelichowe
spodnie w nieco ciemniejszym odcieniu. Jak zwykle miał też
nienagannie przystrzyżone włosy i przypominał jej kota, co
budziło tylko jej rozbawienie.

Spałam z tym mężczyzną - pomyślała Agatha - a on nawet

nie   mrugnie   okiem,   nie   mówiąc   już   o   tym,   aby   zdradził
jakiekolwiek   oznaki   zażyłości.   Zachowujemy   się   jak   para
starych   kawalerów.   W   międzyczasie   pojawił   się   Moses   i

background image

zapytał Agathę, czego się napije. Pani detektyw zamówiła gin
z tonikiem, dodając:

  -   Proszę   dopilnować,   żeby   ten   dżentelmen   uregulował

rachunek.

 - To było niegrzeczne - skomentował Charles.
  -   Nie   zniosłabym   po   raz   kolejny   wymówki,   że

zapomniałeś portfela. A teraz o tym, co udało mi się dzisiaj
ustalić.

Agatha  opowiedziała mu o zamordowanym kłusowniku,

wspominając,   że   zatrute   wino   mogło   być   przeznaczone   dla
niej.

  - Nie uważasz za stosowne wyjechać z wioski, dopóki

sprawa nie przycichnie? - zasugerował Charles. - Z martwej
pani detektyw będzie niewielki pożytek.

Agatha  wzięła   drinka,   którego   przyniósł   jej  Moses,  i

westchnęła.

  - Ktokolwiek czyha na moje życie, może mnie równie

dobrze dopaść w Mircesterze, jak i tutaj.

 - Co więc zamierzasz?
  - Dopiję drinka, a potem spróbuję spotkać się z Jerrym

Tarrantem.   To   przewodniczący   rady   gminy,   który   mnie
wynajął. Może będzie miał jakiś pomysł. A tak przy okazji,
znasz może tutejszą dziedziczkę - Sam Framington?

 - Raczej nie.
 - Ona też chce wpaść na trop mordercy i może przy okazji

sama wpakować się w kłopoty.

  -   Możemy   odwiedzić   ją   po   wizycie   u  Jerry'ego   -

zaproponował Charles. - Jesteś gotowa?

 - Zaczekaj chwilę. Muszę poprawić makijaż.
 - Kim on jest?
 - Nie bądź niemądry, Charles. Zaraz wracam.
Gdy Agatha wróciła do ogródka na tyłach pubu, ku swojej

konsternacji   ujrzała   Charlesa,   który   był   pogrążony   w

background image

rozmowie   z   Brianem   Summerem.   Wyszczerzył   zęby   w
uśmiechu   na   jej   widok,   napawając   się   widokiem   świeżego
makijażu Agathy, zielonej lnianej bluzki i krótkich spodni w
tym   samym   kolorze,   które   odsłaniały   jej   idealnie   zgrabne
nogi. Przynajmniej nie włożyła butów na obcasie - pomyślał
Charles.

 - Witaj, Brianie - odezwała się radosnym głosem Agatha.

Miała   właśnie   usiąść,   kiedy   Charles   wstał   i   powiedział
stanowczo:

 - Musimy już iść.
 - Nie ma pośpiechu - powiedziała Agatha. - Chętnie bym

się jeszcze napiła.

  -   Lepiej,   żebyś   zachowała   trzeźwy   umysł   -   odparł

Charles. - Chodźmy.

 - Do zobaczenia. - Agatha z nadzieją w głosie pożegnała

się z Brianem.

  -   Naprawdę,   Agatho   -   odezwał   się   Charles,   kiedy   już

wyszli z pubu - nigdy się nie poddajesz.

  -   Uważam   go   za   interesującego   mężczyznę   -   odparła

wyniośle pani detektyw. - Pojedźmy moim samochodem.

  -   Gdzie   mieszka   ten   Jerry?   Agatha   sprawdziła   swoje

notatki.

  -   Po   drugiej   stronie   kościoła.   Jego   dom   nosi   nazwę

Stoneways.

 - A więc to niedaleko. Możemy pójść pieszo.
 - Nie, kiedy mam w aucie klimatyzację.
W   przeciwieństwie   do   innych   domów,   Stoneways

znajdował się z dala od drogi i prowadził do niego niewielki
podjazd. Sam dom został wybudowany ze starego kamienia, w
stylu georgiańskim, zaś jego fasadę spowijały pnącza grubego
bluszczu.

 - To ciekawe, że nie zlikwiduje tego bluszczu - zauważył

Charles.

background image

 - Ja bym to zrobiła na jego miejscu - zgodziła się Agatha.

- Bluszcz zakrywa prawie wszystkie okna.

Wysiedli z samochodu i Agatha nacisnęła dzwonek przy

drzwiach.   Kiedy   czekali,   aż   ktoś   im   otworzy,   Charles
powiedział:

  -   Powinniśmy   porozmawiać   z   Adą   White.   Bez   dwóch

zdań.

 - W tej chwili nie ma to sensu - odparła Agatha. - W jej

domu pewnie roi się od policjantów.

Drzwi otworzyły się i stanął w nich Jerry. Widać było, że

jest zdenerwowany.

  - Och, proszę, wejdźcie - powiedział. - Myślałem, że to

znowu policja. Mam już dość tych pytań.

  -   To   jest   Charles   Fraith   -   przedstawiła   swojego

towarzysza Agatha.

 - Jeszcze jeden z pani detektywów?
 - Tak - wtrącił szybko Charles.
Weszli   za   Jerrym   do   mrocznego   gabinetu,   w   którym

powietrze było lepkie i ciężkie jak w katakumbach. Zielone
liście   gęstego   bluszczu   porastały   ścianę   od   zewnątrz,
praktycznie zasłaniając całe okno.

Sam   pokój   był   równie   schludny   jak   jego   właściciel.

Wzdłuż   jednej   ściany   piętrzyły   się   regały   z   książkami,
ustawionymi   raczej   kolorystycznie   niż   alfabetycznie.   Jerry
usiadł   za   antycznym   biurkiem,   ozdobionym   jedynie
antycznym, srebrnym kałamarzem. Na ścianie za nim wisiał
jego   portret,   kiepsko   wykonany   olejnymi   farbami.   Nad
kominkiem znajdowało się duże lustro w stylu regencji, a w
przeszklonej witrynie w rogu stało kilka lśniących eksponatów
z chińskiej porcelany: figurki i talerze.

 - Ostatnie wiadomości mrożą krew w żyłach - powiedział

Jerry. - Kto chciałby otruć starego kłusownika?

background image

 - Ten człowiek zabrał butelkę wina z mojego samochodu,

na   to   przynajmniej   wygląda   -   odparła   Agatha.   -   Śledczy
uważają, że wino mogło być przeznaczone dla mnie.

  -   To   straszne!   -   krzyknął   Jerry.   -   Musi   go   pani

powstrzymać, kimkolwiek jest.

 - Zrobię, co w mojej mocy - zapewniła go Agatha. - Ale

to trudne, kiedy po całej wiosce kręcą się policjanci. A teraz
porozmawiajmy o Glorii. Z tego, co wiem, pożyczała rzeczy
od ludzi i nigdy ich nie oddawała.

 - Nie tylko pożyczała, ale także kradła.
 - Tego mi pan nie mówił.
 - Dlatego mówię to pani teraz. Kiedy jeszcze uważaliśmy

ją za nieszkodliwą osobę, pełną empatii, zaprosiłem ją do nas
na kolację. Nazajutrz odkryłem, że z tej witryny zniknęła para
figurek   z   miśnieńskiej   porcelany   -   pasterz   i   pasterka.   Nie
chciałem   powiadamiać   policji   ani   wywoływać   skandalu,
zanim nie zasięgnę języka we wsi. Na imprezie była także
obecna żona pastora - Clarice. To ona zasugerowała, że figurki
mogła ukraść pani French. Pomyślałem wtedy, że pastorowa
jest po prostu zazdrosna, ponieważ Gloria flirtowała na potęgę
z jej mężem. W tej wiosce nie zamykamy domów na klucz -
przynajmniej nie zamykaliśmy do tej pory - więc zaczekałem,
aż Gloria uda się na kolejne spotkanie z pastorem, dotyczące
remontu   kościoła   i   wszedłem   do   jej   domu.   Ku   mojemu
bezgranicznemu   zdumieniu,   znalazłem   moje   figurki   na   jej
kominku. Po prostu zabrałem je z powrotem.

  -   A   co   na   to   Gloria?   Rozmawiał   pan   z   nią?   -   spytał

Charles.

Jerry zarumienił się lekko.
 - Szczerze mówiąc, nie miałem odwagi. Pani French była

bardzo apodyktyczna i bałem się jej. Kiedy spotkaliśmy się
jakiś czas później, zachowywała się tak, jak gdyby nic się nie
stało. Teraz jest mi wstyd. Gdybym wtedy zgłosił tę sprawę

background image

policji i Gloria zostałaby uznana za winną, ludzie przestaliby
pożyczać jej swoje rzeczy i lepiej pilnowali swojego dobytku.
Tymczasem pani French została wybrana do rady gminy. Ale
najgorsze miało dopiero nadejść...

 - Proszę mówić dalej - zachęciła go Agatha.
 - W sali parafialnej odbyło się przyjęcie z okazji remontu

dachu kościoła. Oczywiście chodziło o to, żeby pogratulować
Glorii jej wkładu w ten remont. Pastor wygłosił płomienną
mowę, a jego żona wyglądała tak, jakby nie wiedziała, kogo
ma udusić najpierw - swojego męża czy Glorię, która sporo na
tej   imprezie   wypiła.   Kiedy   wróciłem   do   domu   i   miałem
właśnie   otworzyć   drzwi,   usłyszałem   głos   Glorii.   Zawołała
mnie   po   imieniu,   a   potem   podeszła,   cuchnąc   alkoholem,   i
powiedziała:   „Zabawmy   się,   Jerry"   -   po   czym   naparła   na
mnie.

 - I co stało się potem? - zapytał Charles.
  -   Odepchnąłem   ją   i   zacząłem   wołać   o   pomoc.   A   ona

odwróciła się i odeszła chwiejnym krokiem.

 - Czyli jej morderstwo wcale nie musiało mieć związku z

kradzieżami, których się dopuściła. Jeżeli rzeczywiście była
taka   napalona,   może   miała   romans   z   kimś,   a   raczej   z
kimkolwiek. Przychodzi panu ktoś taki do głowy?

 - Na pewno nie nasz pastor Guy Enderbury.
 - Dlaczego? - spytała Agatha.
  - Jego żona wydrapałaby Glorii oczy. Myślę, że Clarice

była pierwsza w kolejce, żeby dać jej nauczkę. Jest jeszcze
Peter   Suncliff,   za   którym   Gloria   naprawdę   się   uganiała.
Osobiście   uważam,   że   kobiety   w   średnim   wieku,   które
uganiają się za mężczyznami, są odrażające!

 - Trudno się nie zgodzić - powiedział Charles, puszczając

oko do Agathy.

 - Ale trucizna to raczej kobieca broń - stwierdziła Agatha.

background image

 - Zazwyczaj tak - zgodził się Jerry. - Jednak, jeżeli ktoś

chciał ją zabić, podrzucając butelkę zatrutego wina razem z
innymi, miałby alibi na moment jej śmierci. Poza tym, skąd
mógł wiedzieć, że Gloria napije się akurat z tej butelki w ten
konkretny dzień, żeby mógł od razu pozbyć się dowodów? I w
jaki sposób podmienił butelki z winem w pani samochodzie?

 - To akurat zajęłoby mu moment - wyjaśniła Agatha. - Z

pubu korzysta wielu mieszkańców, a ja byłam na tyle głupia,
że   nie   zamknęłam   samochodu.   A   Samantha   Framington?
Pożyczyła Glorii perły i z trudem je odzyskała. Gdyby tylko ta
przeklęta kobieta zgłosiła to na policję...

 - Zarzucam sobie to samo... - wtrącił ponuro Jerry.
 - Co teraz? - spytał Charles.
W tym momencie zadzwonił telefon Agathy. Odwróciła

się   i   odeszła   na   bok,   by   go   odebrać.   Z   czułego   tonu   jej
zazwyczaj twardego głosu Charles domyślił się, że coś w tej
rozmowie   ją   ucieszyło.   Kiedy   się   rozłączyła   i   wróciła   do
niego, powiedziała z ekscytacją w głosie:

  - Dzwonili z Cambridge TV. Jutro rano chcą zrobić ze

mną  wywiad do porannego programu.  Oczywiście  nie  są  z
Cambridge - to nazwisko właściciela. Widziałeś ten program?
Nazywa się „Good Morning, Britain" (Dzień dobry, Wielka
Brytanio (przyp. tłum.).).

  - Nie widziałem, ale czytałem recenzje - podobno jest

fatalny.

  - Mogłabym upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu.

Poproszę Patricka, żeby zdobył dla mnie stary adres Glorii w
Londynie i porozmawiam z jej dawnymi sąsiadami. Pójdziesz
ze mną?

Charles wyszczerzył zęby w uśmiechu.
 - Za nic w świecie nie przegapiłbym takiej okazji. A co z

młodym Simonem?

background image

  - Chyba odeślę go do biura, do czasu, aż sprawa trochę

przycichnie. Nie chcę po powrocie dowiedzieć, się że został
otruty.

Studio programu „Good Morning, Britain" znajdowało się

w   Canary   Wharf   (Kompleks   biurowy   we   wschodnim
Londynie, w dzielnicy Tower Hamlets, rywalizujący z City o
miano   centrum   finansowego   miasta.).   Agatha   i   Charles
musieli pokonać kilka posterunków ochrony, zlokalizowanych
w   różnych   częściach   wielkiego   parkingu   w   podziemiach
stacji.

W końcu Agatha została posadzona na krześle i zrobiono

jej makijaż. Do pokoju wpadł jakiś mężczyzna.

  -   Nazywam   się   Tristram   Guise   i   jestem   reżyserem   -

przedstawił się. - Obawiam się, że mamy mały kłopot. Przed
wywiadem   z   panią   mieliśmy   zaplanowaną   lekcję   kuchni
indyjskiej, ale kucharz nie przyszedł.

 - Dlaczego?
 - To kutwa. Chciał, żebyśmy mu zapłacili za taksówkę do

studia.

  - Miał tu przyjechać z Birmingham? - zapytała Agatha,

pamiętając, że w Birmingham robią najlepsze indyjskie curry.

 - Nie, z Fulham.
  - Nie lepiej było jednak się zgodzić i zapłacić mu za tę

taksówkę?

  - No cóż, mleko się rozlało. Problem polega na tym, że

wynajęliśmy już całe wyposażenie kuchni i musimy pokryć
ten koszt. Czy potrafi pani ugotować curry?

  -   Pod   warunkiem,   że   znajduje   się   w   plastikowym

pojemniku, a ja wkładam je do kuchenki mikrofalowej.

 - Proszę posłuchać, musi pani coś ugotować. Jest już za

późno, żeby szukać zastępstwa. Może omlet?

 - To chyba dałabym radę zrobić.

background image

 - Robin, nasza analityczka, pomoże pani. Dobra, bierzmy

się do dzieła. Proszę przypiąć sobie mikrofon. Wystarczy, jeśli
powie pani, że najlepsze są proste dania i takie tam.

Agatha nie zamierzała przyznać się, że nigdy w życiu nie

robiła   omletu,   widziała   jedynie,   jak   przyrządza   go   pani
Bloxby. Co mogło pójść nie tak?

Raisin   została   odstawiona   do   studia,   gdzie   włożono   jej

fartuch w paski i polecono, aby stanęła przy kuchence. Robin,
niska brunetka, uśmiechnęła się do niej.

  -   Czy   nie   ulatnia   się   tu   przypadkiem   gaz?   -   zapytała

Agatha.

  -   Podpięliśmy   butlę   z   butanem.   Wszystko   jest   w

porządku. Zaczynamy. Proszę, oto patelnia, masło i pudełko
jajek.

W studio zgasły światła. Prezenterka, smukła blondynka,

usiadła na czerwonej kanapie, ćwicząc uśmiech.

Kierownik   planu   rozpoczął   odliczanie.   Agathę   nagle

ogarnęła panika.

Po chwili rozbłysły światła.
 - W dzisiejszym programie mamy zaszczyt gościć naszą

ulubioną prywatną detektyw, Agathę Raisin - zaanonsowała ją
prezenterka. - Ale ponieważ to także zwykła dziewczyna ze
wsi,   zgodziła   się   przyrządzić   dla   państwa   omlet.   Agatho,
wybacz, że nie mogliśmy sprowadzić ci klasycznego pieca -
wiem, że wy, wiejskie gospodynie, takich właśnie używacie.
Ale   i   z   naszą   mobilną   kuchnią   na   pewno   sobie   poradzisz.
Oddaję ci głos!

Agatha przełknęła głośno ślinę.
  -   Najpierw   musimy   roztopić   na   patelni   trochę   masła.

Oczywiście, upewniając  się   wcześniej, że  włączyliśmy  gaz.
Czy gaz jest włączony?

 - Przepraszam - mruknęła pod nosem Robin, przekręcając

kurek.

background image

 - Następnie czekamy, aż masło się roztopi, w tym czasie

rozbijając   jajka.   -   Agatha   poczuła,   że   wraca   jej   pewność
siebie.   Ubiła   cztery   jajka   w   misce,   dodała   sól   i   wylała
miksturę   na   patelnię.   -   Teraz,   korzystając   z   chwili   czasu,
opowiem państwu o moim ostatnim śledztwie, dobrze?

  -   Palnik   jest   ustawiony   na   bardzo   wysoki   płomień   -

szepnęła Robin. - Lepiej przewróć omlet, zanim się przypali.

  -   Racja!   -   zdenerwowała   się   znów   Agatha.   Wzięła

łopatkę, wsadziła ją pod omlet  i podrzuciła zdecydowanym
ruchem. Omlet poszybował w górę i przykleił się do sufitu
studia.

 - Cięcie! - wrzasnął producent. - Puśćcie reklamy. Robin,

rób szybko omlet.

  - Spróbuję - powiedziała Robin - ale ciśnienie gazu w

kuchni spada gwałtownie. Na pewno nie ma nigdzie wycieku?

 - Do dzieła!
Agatha poczuła nagle, że kręci jej się w głowie. Podeszła

do prezenterki.

 - Może jednak przejdziemy do wywiadu?
Za jej plecami rozległ się huk. To Robin osunęła się na

podłogę.

 - Sprowadźcie lekarza! - zawołała prezenterka.
  - Wydaje mi się, że ta dziewczyna zatruła się gazem -

stwierdziła Agatha. - Musi być jakiś wyciek.

  -   Wracaj   tu!   -   ryknął   na   nią   producent,   kiedy   dwóch

pracowników telewizji zniosło z planu nagrania nieprzytomną
Robin.   -   Dokończ   nagranie,   mówiąc   coś   o   zaletach   prostej
kuchni. Ktoś odłączył już butlę z gazem. Nic ci nie będzie.

Agatha niechętnie wróciła za kuchenkę.
  - Drodzy państwo, tak właśnie przygotowuje się omlet.

Zawsze uważałam, że...

Nie   zdążyła   jednak   dokończyć.   Tkwiący   cały   czas   na

suficie omlet odkleił się i wylądował na jej głowie.

background image

Charles, obserwujący całą scenę na monitorze, nie mógł

przestać się śmiać.

Jakiś czerwony jak burak mężczyzna wsadził głowę przez

drzwi.

 - Pani Raisin pytała o pana. Chce już wyjść.
 - Gdzie ją znajdę?
 - Myje włosy.
  -   Do   tego   nie   potrzebuje   mojej   pomocy.   A   co   z

wywiadem? I co to za gość zawodzący na ekranie?

  - To gaelicki bard, który miał zaśpiewać jedną piosenkę

na koniec programu. Teraz ma cały program dla siebie.

Charles wstał. Wkrótce dołączyła do niego Agatha.
 - Jak się czuje ta dziewczyna, która straciła przytomność?
 - Dochodzi do siebie w izbie chorych. Zażądała prawnika.

Wynośmy się stąd, Charles. Czuję się taka poniżona.

 - Agatho, to była jedna z najśmieszniejszych rzeczy, jakie

widziałem w życiu. Teraz dopiero nie opędzisz się od mediów.

 - Mogą sobie próbować. Nie zależy mi już na rozgłosie.

Chcę tylko wydostać się z tego studia Myszki Miki.

 - Rozchmurz się. Ładnie cię uczesali.
W drodze powrotnej z Canary Wharf Agatha powiedziała:
 - Patrick wysłał mi SMS - em poprzedni adres Glorii. To

dom przerobiony ze starej stajni. Nazywa się Southern Mews i
znajduje   się   niedaleko   Gloucester   Road.   Mam   nadzieję,   że
znajdziemy tam jakieś miejsce do zaparkowania.

Wślizgując   się   na   wolne   miejsce   parkingowe   przy

Gloucester   Road,   niedaleko   wejścia   do   budynku   pod
wskazanym adresem, Agatha doszła do wniosku, że bogowie
postanowili w końcu się nad nią zlitować.

 - Gloria mieszkała pod czwórką - powiedziała Agatha. -

Zacznijmy więc od numeru piątego.

background image

Wyszli   na   brukowaną   uliczkę,   przy   której   stało   kilka

zadbanych,   pobielonych   domów   -   część   z   nich   była
udekorowana wiszącymi koszami z kwiatami.

Agatha zadzwoniła do drzwi z numerem pięć. Otworzyła

im   wysoka,   siwa   kobieta.   Spojrzała   na   panią   detektyw   z
zaskoczeniem   i   wybuchnęła   śmiechem.   Potem   obróciła   się
przez ramię i zawołała w głąb domu:

 - Paul, chodź tutaj. To ta kobieta, wiesz, ta z telewizji, z

omletem na głowie.

Agatha już miała ze złością obrócić się na pięcie i odejść

w   siną   dal,   kiedy   Charles   mocno   chwycił   ją   za   ramię.   W
drzwiach pojawił się Paul, który uśmiechnął się do Agathy.

  -   Była   pani   niesamowita.   Zrywaliśmy   z   żoną   boki!   -

powiedział.

  -   Prowadzimy   śledztwo   w   sprawie   zabójstwa   Glorii

French   -   wyjaśnił   szybko   Charles.   -   Mieszkała   tu   kiedyś,
prawda?

 - Lepiej będzie, jeśli wejdziemy do środka. Nazywam się

Debbie, a to jest Paul.

 - Ja mam na imię Charles, a to - jak już państwo wiecie -

słynna   Agatha   Raisin   -   odparł   Charles,   popychając   lekko
przyjaciółkę,   która   nie   miała   ochoty   wchodzić   do   domu
przerobionego ze stajni. Takie domy były kiedyś urządzane z
myślą   o   stangretach,   którzy   mogli   trzymać   na   górze   swoje
wyposażenie.   Ich   fasady   wychodziły   z   reguły   na   północ,
dlatego   salon  w   domu   był   ciemny,   a   do   tego  umeblowany
skórzano   -   chromowanymi   krzesłami   i   krzykliwymi,
abstrakcyjnymi obrazami, które wisiały na pomalowanych na
biało ścianach.

Paul, podobnie jak jego żona, był wysoki i siwy. Wskazał

gościom miejsce do siedzenia, a sam z Debbie zapadł się w
głębokim fotelu.

background image

 - Proszę, nie mówmy o programie w telewizji - odezwała

się Agatha. - Chcemy dowiedzieć się jak najwięcej na temat
Glorii. Jaka ona była?

 - Bezczelna, prostacka i pazerna - powiedziała Debbie. -

W   tych  domach   mieszkają   spokojni   ludzie.  A   ściany   są   tu
cienkie. Gloria startowała do Paula, ale dostała kosza. Jednak
któregoś   ranka   zaczepiła   mnie   na   ulicy   i   spytała,   czy   Paul
zażądał już rozwodu. Zapytałam ją, o czym ona mówi, na co
Gloria odpowiedziała: „Och, biedna, łudząca się kobieto" - i
ruszyła w swoją stronę. Fakt, w tym czasie podejrzewałam
Paula o romans z jego nową blond sekretarką, więc okropnie
się   pokłóciliśmy.   Gloria   miała   też   najlepszą   przyjaciółkę   -
Carrie   James,   która   mieszka   pod   dziesiątką.   Ale   Carrie   w
końcu przestała się z nią przyjaźnić i powiedziała nam, że tego
dnia, gdy pokłóciłam się z Paulem, Gloria podsłuchiwała nas
ze szklanką przyciśniętą do ściany, by usłyszeć jak najwięcej
pikantnych szczegółów. Ta kobieta sprawiała same kłopoty i
mam   nadzieję,   że   zmarła   okropną   śmiercią.   Kiedy   ma   się
odbyć pogrzeb? Planuję wysłać wieniec z liści rabarbaru.

 - A może pani wie, czy ktokolwiek z sąsiadów odwiedzał

ją w wiosce, do której się przeprowadziła? - zapytał Charles.

 - Myślę, że Carrie u niej była. Powiedziała, że Gloria ma

coś, co należy do niej i ona chce to odzyskać.

  -   Powinniśmy   chyba   zamienić   słówko   z   tą   Carrie   -

stwierdziła Agatha.

Kiedy wyszli z domu, do Agathy podbiegł mały chłopiec z

notesem w ręce.

 - Czy mogę panią prosić o autograf?
  - Pewnie. - Agatha podpisała się zamaszystym gestem i

uśmiechnęła się z pobłażaniem do młodego fana.

 - Kiedy dorośniesz, chcesz zostać detektywem?

background image

 - Nie, chcę być w telewizji. Pani była super. Moja mama

uważa, że to wszystko było ustawione, ale i tak śmiałem się do
łez.

 - Biegnij już, mały - wycedziła przez zęby.
  - Rozchmurz się, Agatho - powiedział Charles. - Jeżeli

ludzie myślą, że to wszystko było dla jaj, to równie szybko o
tym zapomną. Oto numer dziesięć. Miejmy nadzieję, że Carrie
jest w domu.

Drzwi otworzyła im kobieta, która, jak się okazało, była

rzeczywiście Carrie James. Pierwszą myślą Agathy było to, że
dawna   przyjaciółka   Glorii   French   wygląda   jak   jaszczurka.
Pewnie   za   sprawą   oczu   -   podłużnych   i   błyszczących   pod
grubymi powiekami. Kobieta miała proste, jasne włosy, a na
koszulę nocną włożyła chińskie kimono.

Agatha przedstawiła siebie i Charlesa, po czym wyjaśniła,

że chcą porozmawiać o Glorii.

  -   Nie   mogę   wam   pomóc   -   odparła   Carrie   niskim   i

chropowatym głosem. - To była okropna kobieta.

 - Czy możemy wejść do środka? - zapytała Agatha. - Nie.
 - Odwiedziła ją pani w Piddlebury. Dlaczego?
 - Pojechałam tam odzyskać moje kieliszki do wina.
 - Udało się pani?
 - O, tak.
 - W jaki sposób?
 - Co to znaczy „w jaki sposób?"?
 - No cóż. - Agatha zaczęła tracić cierpliwość. - Wiem, że

Gloria przywiązywała się do rzeczy, które pożyczyła.

 - Zagroziłam, że podam ją do sądu.
 - Zabiła ją pani?
  -   Wynocha   z   mojego   progu   albo   was   zabiję!   -   Carrie

zatrzasnęła im drzwi przed nosem.

Nie zrażając się, Agatha i Charles chodzili od drzwi do

drzwi, wypytując o Glorię.

background image

Wszystkie odpowiedzi były niepochlebne i zwięzłe.
Pod ósemką: „Prostacka jak łajno".
Pod siódemką: „Potworna, pazerna kreatura".
Pod dwójką: „Cieszę się, że nie żyje. Dajcie mi spokój".
  - Chyba nie ma potrzeby, żebyśmy czekali, aż pozostali

lokatorzy wrócą z pracy - powiedział Charles. - Nie uważasz,
że nasz morderca jest wciąż w Piddlebury?

  - Pewnie masz rację - odparła Agatha. - Myślałam, że

sąsiedzi w Londynie nic o sobie nie wiedzą, ale wygląda na to,
że Gloria zalazła tutaj wszystkim za skórę.

 - Zjedzmy coś - zaproponował Charles. - Tam jest jakaś

restauracja.

Kiedy jedli kanapki i pili kawę, Agatha powiedziała:
 - Ciekawe, czy Gloria trzymała kogoś z wioski w szachu.

Spójrz na to, w jaki sposób wyszła z imprezy na plebanii, żeby
ukraść porcelanowe figurki. A co, jeśli znalazła czyjeś listy
miłosne lub coś w tym rodzaju? Wydaje mi się, że Gloria była
osobą, która lubiła uciekać się do małego szantażu.

 - Możliwe. Ale gdyby dysponowała takimi obciążającymi

materiałami, policja znalazłaby je w trakcie przeszukania jej
domu.

Agatha zadzwoniła do Patricka.
 - Masz listę mieszkańców wioski - znajdziesz ją w moim

komputerze.   Zobacz,   czy   ktoś   z   nich   był   w   przeszłości
notowany.   Aha,   w   gospodzie   mieszka   pewien   gość   -
nauczyciel chemii o nazwisku Brian Summer. Sprawdź, czy
mamy coś na niego.

 - Podoba ci się, co? - spytał Charles.
 - O czym ty mówisz?
 - O tym kolesiu, Brianie Summerze. Nie podejrzewasz go

przecież,   prawda?   Chcesz   tylko   mieć   możliwość   trochę   go
przycisnąć.

background image

  - To nonsens. W mojej pracy każdy jest potencjalnym

podejrzanym.   A   w   ogóle,   to   zamknij   się   i   daj   mi   zjeść   w
spokoju.

Agatha   i   Charles   kończyli   właśnie   posiłek,   kiedy

zadzwonił telefon. To był Patrick.

  - Kilka miesięcy temu Brian Summer był uwikłany w

pewną sprawę - powiedział. - Wpadł na imprezę, na której
jego uczniowie fetowali zakończenie semestru przed świętami
Wielkiej Nocy. Rano w jednej z sypialni znaleziono martwą
szesnastolatkę. Sekcja zwłok wykazała, że dziewczyna wypiła
GBL.

 - Co to takiego?
  - Substancja o nazwie gamma - butyrolakton. Można ją

znaleźć w roztworze do usuwania powłok malarskich albo w
środku do czyszczenia aluminiowych felg. Na ulicy nazywana
jest   „śpiączką   w   butelce".   Wydaje   mi   się,   że   w   grudniu
ubiegłego roku została zakazana, ale wcześniej każdy mógł ją
zamówić   przez   Internet.   Nie   ma   smaku   i   może   zostać
zmieszana na przykład z sokiem pomarańczowym. Daje kopa
porównywalnego z ekstazy, a przy tym jest bardzo tania. Mała
buteleczka   kosztuje   około   dwudziestu   trzech   funtów   i
wystarczy na jakieś pięćdziesiąt porcji. Ponieważ po dwunastu
godzinach   nie   ma   po   niej   śladu   w   organizmie,   może   być
przyczyną   wielu   niewyjaśnionych   śmierci.   Może   być   także
wykorzystywana   jako   pigułka   gwałtu.   W   zbyt   dużej   ilości
powoduje zgon.

 - I to właśnie przydarzyło się Brianowi Summerowi?
  - Ponieważ policja nie wiedziała, co dokładnie zabiło tę

dziewczynę   -   podejrzewała   tylko   otrucie,   a   że   Brian   był
nauczycielem chemii, został zatrzymany i przesłuchany. Mało
brakowało, a kosztowałoby go to utratę pracy. Potem jeden z
chłopców,   którzy   byli   na   imprezie,   przyznał   się   do
przyniesienia buteleczki tego GBL. Zmieszali go wprawdzie z

background image

sokiem owocowym, ale łatwiej jest przedawkować gamma -
butyrolakton   niż   heroinę.   Wystarczy,   że   zmieszasz   go   w
nieodpowiednich   proporcjach   i   tracisz   przytomność   albo
umierasz.

 - Musieli mieć na niego chyba coś więcej niż tylko fakt,

że był nauczycielem chemii, nie?

 - Brian był jedynym dorosłym na imprezie. Tak naprawdę

to nie była impreza, tylko libacja i orgia. Cóż więc mógł na
niej robić nauczyciel?

 - A jak się tłumaczył Brian?
 - Nie wiem. Wygląda na to, że jest popularny, zwłaszcza

wśród   dziewczyn.   Obiecał   im,   że   wpadnie.   Okazało   się
zresztą, że był tam tylko dziesięć minut.

Kiedy   Agatha   rozłączyła   się,   opowiedziała   Charlesowi,

czego   się   właśnie   dowiedziała.   Charles   uśmiechnął   się
szelmowsko.

  - Myślę, że jesteś dla niego za stara. Wygląda na to, że

Brian gustuje w młodszych kobietach.

  - Nonsens - odparła Agatha. - Nie wydał mi się taki. -

Ale...

 - Daj spokój! - warknęła Agatha.
 - Dobrze, wracajmy do wioski przeklętych.
Kiedy siedzieli wieczorem w ogrodzie pubu, Agatha miała

nadzieję, że Brian się pojawi. Starała się unikać rozbawionych
spojrzeń mieszkańców wioski, którzy najwyraźniej widzieli ją
lub   przynajmniej   słyszeli   o   katastrofie   z   jej   udziałem   w
telewizyjnej kuchni. Charles spytał:

  - Kto jest mężem tej pani Framington?  Nic o nim nie

wspominałaś.

 - Nawet jeśli ma męża, nie widziałam go.
  - Chodźmy do niej. Mam przeczucie, że ta kobieta coś

wie.

 - Co takiego?! Przed kolacją?

background image

 - Nie zajmie nam to dużo czasu.
Wychodząc   z   pubu,   Agatha   zagadnęła   Mosesa   o   męża

Sam.

 - To był lord Cyril Framington. Umarł rok temu.
 - Na co?
 - Na wylew.
 - Pochodził z arystokratycznej rodziny?
  -   Nie,   był   parem   -   członkiem   Izby   Lordów.   Tam   też

zresztą wyzionął ducha.

 - Gdzie się podziali wszyscy dziennikarze?
 - Policja nie wpuszcza ich do wioski - wyjaśnił Moses. -

Szkoda. Dziennikarze piją na umór.

Przed pubem spotkali Briana Summera. Agatha zaczepiła

go.

 - Napije się pan z nami wieczorem? Brian uśmiechnął się.
  - To miło z waszej strony, ale planowałem położyć się

dziś wcześniej.

  -   Tak   zachowuje   się   urodzony   morderca   -   szepnął   z

rozbawieniem Charles, kiedy się oddalili.

  - Zamknij się, Charles! - rzuciła Agatha. - A jeśli ty i

Samantha macie wspólnych znajomych, też o tym zapomnij.
Nie zamierzam tam siedzieć, podczas gdy wy będziecie sobie
gaworzyć o ludziach, o których nigdy nie słyszałam... Wciąż
jest tak gorąco. Szkoda, że nie pojechaliśmy moim autem.

  - Nie może być daleko - odparł Charles. - To przecież

maleńka osada.

  -   Jesteśmy   na   miejscu   -   powiedziała   Agatha.   Przeszli

przez podjazd i zadzwonili do drzwi. Otworzył im Fred.

 - A, to pani - powiedział.
 - Tak, to ja - odpowiedziała Agatha. - Wiesz, co robić.
  - Co za bezczelność! - Fred zatrzasnął im drzwi przed

nosem.

background image

  -   Nienawidzę   takich   charakternych   gości   -   stwierdził

Charles. - Wróci?

 - Pewnie, że wróci. Musi tylko odegrać przed nami jedną

ze swoich scenek, żeby pokazać, kto tu jest górą.

Po chwili drzwi znowu się otworzyły i służący kiwnął na

nich   głową.   Poszli   za   nim.   Fred   otworzył   kolejne   drzwi   i
powiedział:

 - Ona wróciła. Sam wstała z fotela.
 - Kim jest pani towarzysz?
  -   To   Charles   Fraith   -   odpowiedziała   Agatha,   celowo

pomijając   jego   tytuł,   żeby   uniknąć   pytań   i   wspomnień   w
rodzaju: „Zna pan rodzinę Wilkinson - Sword - Blade? Jak się
miewa stary Buffy?", w których nie mogła uczestniczyć.

Lady   Framington   zaprowadziła   gości   do   gustownie

urządzonego salonu z wielkimi oknami balkonowymi, które
wychodziły na ogród z tyłu domu.

Meble w pokoju - jak stwierdził później Charles - były w

klasycznym stylu wiejskiego domu. Wszystko wyglądało tak,
jak   gdyby   zostało   zamówione   z   salonu   tego   samego   dnia.
Portrety   na   ścianach   były   w   rzeczywistości   zdjęciami
stylizowanymi   na   obrazy   namalowane   farbą   olejną.   Meble
były   marnymi   podróbkami   antyków   z   epoki   Ludwika   XV.
Może   gospodarze   wydali   wszystkie   pieniądze   na   tytuł
arystokratyczny   nadany   im   przez   parów   z   Partii   Pracy   -
pomyślał Charles.

 - Napijecie się czegoś? - spytała Sam.
  -   Nie,   dziękujemy   -   odpowiedziała   Agatha.   -   Od   jak

dawna mieszka pani w tej wiosce?

 - Od roku. Przeprowadziłam się tu po śmierci męża.
  -   Dopiero   od   roku!   -   krzyknęła   Agatha.   -   Miałam

nadzieję, że dłużej. Nie miała pani chyba zbyt wiele czasu, by
poznać dobrze wszystkich mieszkańców.

background image

  -   I   tu   się   pani   myli.   W   tak   kameralnym   miejscu

wszystkich   poznaje   się   błyskawicznie.   Jak   to   się   mówi:   Z
zewnątrz wszystko widać najlepiej. Zaskoczę więc panią, ale
mam kogoś na oku.

  -   W   takim   razie   powinna   pani   podzielić   się   swoimi

podejrzeniami z nami lub z policją. Jeżeli morderca dowie się
o tym, nie zostanie pani dużo czasu.

  -   Och,   nikt   nawet   nie   śmiałby   mnie   tknąć.   Szczerze

mówiąc, wszyscy czują do mnie respekt.

 - A to niby dlaczego? - zdziwił się Charles.
 - Tutaj panuje system feudalny. „Tak, jaśnie pani". „Nie,

jaśnie pani". - Sam uśmiechnęła się ze skromnością.

Do pokoju wszedł Fred.
 - Idę do pubu - obwieścił.
 - Nie masz nic do roboty?
 - Owszem, muszę się napić.
Fred   obrócił   się   na   pięcie   i   wyszedł.   Dziedziczka

uśmiechnęła się lekceważąco, po czym westchnęła.

 - Mój Boże, ta dzisiejsza służba!
Agatha   i   Charles   zadali   jej   jeszcze   parę   pytań,   ale   nie

powiedziała   im   nic   godnego   uwagi.   Agatha   miała   silne
przeczucie, że ta kobieta coś ukrywa.

W   drodze   powrotnej   do   pubu   Agatha   zwróciła   się   do

Charlesa:

  -   Nie   wiem,   jak   Sam   znosi   obecność   w   domu   kogoś

takiego jak Fred.

 - Może to jej krewny - powiedział Charles.
 - Co takiego?!
  - Sam mówi z akcentem właściwym raczej Królewskiej

Wyższej Szkole Teatralnej niż klasie wyższej. Założę się, że
kiedyś była aktorką.

 - O ile?
 - O pięćdziesiąt funtów.

background image

  - Zakład przyjęty - powiedziała Agatha. - Dla mnie ona

jest autentyczna.

Raisin   poszła   do   swojego   pokoju   w   gospodzie,   zabrała

laptop   i   zeszła   do   ogrodu,   gdzie   czekał   na   nią   Charles.
Włączyła komputer, weszła na stronę Google'a i wpisała w
wyszukiwarkę nazwisko Sam. Po chwili zamarła, wpatrując
się w ekran.

 - No i co? - spytał Charles.
  - Wygrałeś. Przed wyjściem za mąż nasza dziedziczka

była aktorką. Nosiła wtedy nazwisko Samantha Wilkes.

Grała   w   różnych   serialach,   między   innymi   w   „Morse".

Niech   cię   diabli!   -   Agatha   otworzyła   portfel   i   z   niechęcia
wypłaciła   Charlesowi   pięćdziesiąt   funtów.   -   Postaw   mi
chociaż drinka - powiedziała. - Skąd wiedziałeś? Kiedy na nią
teraz spojrzysz, w życiu byś się nie domyślił, że kiedyś była
taka atrakcyjna.

 - To tylko instynkt - odparł Charles, nie chcąc wyjaśniać

swojej   towarzyszce,   że   w   obecnych   czasach,   u   schyłku
systemu   klasowego,   osoby   z   wyższych   sfer   są   bardzo
wyczulone na tych, którzy podszywają się pod arystokrację.
Wiedział, że takie wytłumaczenie wydałoby się jej po prostu
snobistyczne.

Tego   wieczoru   Sam   wypełniała   jeden   z   obowiązków

miejscowej dziedziczki, który szczególnie ją męczył. Czytała
na głos starej pani Tripp. Biorąc do ręki książkę, westchnęła
ciężko.   Jak   wielu   ludzi   o   niskiej   samoocenie,   Sam   była
szczęśliwa tylko wtedy, gdy odgrywała swoją rolę. Ale akurat
ten   akt   odgrywanej   przez   nią   sztuki   wydawał   jej   się
bezużyteczny,  dlatego   jej   cierpliwość   była   na   wyczerpaniu.
Tęskniła za Londynem - szumem i gwarem wielkiego miasta.
Fred był kuzynem jej zmarłego męża, bardzo mu oddanym. W
młodości należeli razem do Partii Komunistycznej, ale później
Cyril   przeszedł   do   Partii   Pracy,   twierdząc,   że   to   naturalna

background image

droga   do   władzy.   Fred   zawsze   odgrywał   rolę   służącego   i
kamerdynera   w   jednej   osobie.   Kiedy   Cyril   zasiadł   w   Izbie
Lordów, Fred zdradził Sam, że jest tym zszokowany. Gdzie
się podziały wszystkie zasady? Po śmierci Cyrila niechętnie
zgodził się przeprowadzić do Piddlebury razem z Sam, która
teraz żałowała tej decyzji.

 - O czym pani myśli? - z zamyślenia wyrwał ją głos pani

Tripp.

  -   Myślałam   o   tych   dwóch   ostatnich   morderstwach   i

jestem prawie pewna, że wiem, kto jest sprawcą.

 - Kto to taki?
  -   Ogłoszę   to,   kiedy   będę   mieć   więcej   dowodów   -

powiedziała Sam.

 - Próżne gadanie. Czyta pani czy nie? To nowa książka.
Sam   wzięła   egzemplarz   „Pożądania   hrabiego"   i   zaczęła

czytać:

  -   Courtney   Winter   była   frywolną   dziewką   -   tak

przynajmniej wszyscy ją opisywali. Miała twarz w kształcie
serca... - Sam podniosła wzrok znad książki. - Dlaczego one
wszystkie mają twarz w kształcie serca.

 - Nie mam pojęcia. Proszę czytać dalej.
Po wyjściu Sam pani Tripp wzięła książkę i zaczęła czytać

dalej   sama.   Miała   dobry   wzrok,   ale   lubiła,   kiedy   ludzie
uważali, że spełniają swój obywatelski obowiązek, czytając jej
na głos.

Po jakimś  czasie postanowiła  udać się na  krótki  spacer

przed pójściem do łóżka. Po drodze, niedaleko swojej chaty
spotkała panią Pound, sprzątaczkę pastora.

  -   Mam   dla   pani   gorącą   ploteczkę   -   powiedziała   pani

Tripp.

 - Proszę mówić - zachęciła ją pani Pound.
  -   Pani   Samantha   twierdzi,   że   odkryła   tożsamość

mordercy.

background image

 - Coś takiego!
 - Poważnie.
 - Nigdy bym nie przypuszczała.
Oprócz plebanii, pani Pound sprzątała także kilka innych

domów w wiosce. Nazajutrz, pod koniec dnia, wszyscy już
wiedzieli,   że   Sam   zamierza   ujawnić   nazwisko   sprawcy
zbrodni.

Ta   wiadomość   dotarła   do   Agathy   i   Charlesa   po

wyczerpującym dniu, w którym przesłuchali kilkanaście osób
i nie posunęli się nawet o krok.

  - Głupia baba - skomentowała ze złością Agatha. - Nie

sądzę, by miała jakiekolwiek pojęcie na ten temat. Mam tylko
nadzieję,   że   morderca   nie   uwierzy   w   jej   rewelacje,   bo   w
przeciwnym razie będziemy musieli pożegnać się z Sam.

 - Uważasz, że powinniśmy ją ostrzec? - spytał Charles.
 - To strata czasu. Nie posłucha nas ani też nie przyzna się

do tego, że nic nie wie.

  -   Agatho,   czy   kiedykolwiek   przyszło   ci   do   głowy,   że

możesz być następna na liście mordercy?

  -   Niestety,   jestem   pewna,   że   zabójca   też   zdaje   sobie

sprawę z ogromu mojej niewiedzy.

 - Posłuchaj, zamierzam się spakować i wyjechać. Wiem,

że   jesteś   przyzwyczajona   do   takiego   wielodniowego
chodzenia od domu do domu i przesłuchiwania, ale dla mnie
jest to dosyć nużące.

Siedzieli   w   ogrodzie   na   tyłach   pubu.   Ku   zaskoczeniu

Charlesa, Agatha odpowiedziała:

 - Wiem, że to musi być dla ciebie nudne. - Wtedy Charles

zobaczył,   jak   jej   twarz   rozjaśnia   się   na   widok   Briana
wchodzącego do ogrodu, i zdał sobie sprawę, że Agatha chce
po prostu mieć go z głowy.

W drodze powrotnej Charles przejeżdżał przez Mircester.

Pod wpływem impulsu zatrzymał się na rynku i wszedł do

background image

biura Agathy. Zastał tam tylko Simona, który sporządzał jakiś
raport ze smutkiem wypisanym na twarzy.

 - Gdzie są wszyscy? - spytał Charles.
 - Wykonują swoje zadania w terenie - odparł Simon. - A

panią Freedman bolała głowa, więc poszła do domu.

  - Byłem u Agathy w Piddlebury - powiedział Charles. -

Dobrze   byłoby,   żeby   teraz   ktoś   z   was   dotrzymał   jej
towarzystwa. Nie podoba mi się, że jest tam sama.

 - Zasugeruję to Patrickowi.
 - Dlaczego sam nie pojedziesz?
 - Mówię ci to w zaufaniu: chcę być na miejscu, żeby mieć

na oku Toni.

 - Dlaczego?
 - Ma nowego chłopaka, jeśli kogoś w tym wieku można

jeszcze nazwać chłopakiem.

 - I co z nim jest nie tak?
  -   Tego   jeszcze   nie   wiem.   Ale   Toni   pakowała   się   już

wcześniej   w   kłopoty,   spotykając   się   ze   starszymi
mężczyznami. Słuchaj, wiem, że umówiła się z nim na obiad u
George'a. Mógłbyś tam pojechać i rzucić na niego okiem?

 - Dlaczego sam tego nie zrobisz?
 - Próbowałem dosiąść się do nich dwa dni temu, ale Toni

oskarżyła mnie, że ją szpieguję.

  - Cóż, zgoda. Myślę, że lunch dobrze mi zrobi. Kiedy

Charles wszedł do sali restauracyjnej, od razu zobaczył Toni.
Mężczyzna, z którym siedziała przy stoliku, był odwrócony
plecami   do   wejścia.   Młoda   detektyw   też   go   zobaczyła   i
pomachała.

Toni nie miała na sobie jak zwykle T - shirtu i dżinsów.

Była ubrana w bawełnianą sukienkę, równie błękitną jak jej
oczy.   Jej   naturalne,   wypielęgnowane   blond   włosy   aż
błyszczały.   Mimo   tego,   że   Toni   pracowała   jako   detektyw,

background image

zawsze   sprawiała   wrażenie   świeżej   i   niewinnej.   Charles
podszedł do ich stolika.

 - Charles - przywitała się z nim Toni. - Pozwól, że kogoś

ci przedstawię. To jest Luke...

 - Fairworth - dokończył za nią Charles. - Jak się miewasz,

Luke?

Luke Fairworth był wysokim, przystojnym mężczyzną o

nienagannej fryzurze i ubiorze. Miał ciemne włosy i czarne
oczy, wydatny nos i niewielkie usta.

 - Znacie się? - zdziwiła się Toni.
 - Luke jest przewodniczącym koła łowieckiego Cheevely

Hunt - wyjaśnił Charles. - Raz w roku spotykamy się u mnie.
Mogę się do was dosiąść?

 - Proszę bardzo - powiedziała Toni.
Charles usiadł przy stoliku i kelner natychmiast pospieszył

z dodatkowym nakryciem.

  - Jak tam rodzina? - Charles zwrócił się do Luke'a. - Z

tego, co pamiętam, twoja córka musi być już w wieku Toni. -
Charles zgadywał, że Luke jest trochę po czterdziestce.

  -   Nie   bardzo   -   odparł   rozdrażniony   Luke.   -   Cressida

skończyła dopiero czternaście lat.

 - A co u żony?
 - Jestem rozwiedziony.
 - Przykro to słyszeć. Kiedy to się stało?
  -   W   ubiegłym   roku.   Możemy   porozmawiać   o   czymś

innym? Skąd znasz Toni?

 - Przyjaźnię się z nią i z jej szefową. Właśnie wróciłem z

Piddlebury.

 - Ach, śledztwo w sprawie otrucia. Jak się mają sprawy?
Charles   zamówił   stek   z   pieczonymi   ziemniakami,   nalał

sobie wina i zaczął opowiadać Toni o drugim morderstwie i
dotychczasowych   ustaleniach   ze   śledztwa.   Wściekły   Luke
łypał na niego okiem i marszczył brwi.

background image

Wreszcie Luke spojrzał na zegarek.
 - Muszę lecieć. Do zobaczenia wieczorem, Toni.
 - Przywołał kelnera. - Osobne rachunki poproszę.
Kiedy   Luke   zapłacił   i   wyszedł,   Charles   spytał   z

ciekawości:

 - Czy on nigdy nie płaci za twój lunch?
 - Chwilowo jest trochę spłukany - odpowiedziała Toni.
 - Oczywiście, kształcenie dzieci sporo kosztuje.
 - Charles pokiwał głową.
 - Dzieci?!
 - Tak. Luke ma syna Marka - mniej więcej szesnastolatka,

czyli   prawie   w   twoim   wieku.   Emma   ma   dwanaście   lat,  a
Olivia osiem.

 - Wymyśliłeś to na poczekaniu! - zawołała Toni.
  - Skądże. Pamiętam jego rozwód. Powodem była zdaje

się agresja w rodzinie.

 - Ze strony jego żony?
 - Nie, jego samego.
 - Nie wierzę ci.
 - Wykorzystaj swoje zdolności detektywistyczne i zajrzyj

do Internetu - powiedział Charles. - Jeszcze wina?

Toni wstała.
  -   Agatha   zawsze   wtrąca   się   w   moje   życie   prywatne.

Jestem pewna, że to ona cię tu przysłała. Wybacz, Charles, ale
twoje bujne konfabulacje na nic się zdadzą.

Toni w pośpiechu wybiegła z restauracji. Przeklęty Luke -

pomyślał Charles. - Teraz ja będę musiał zapłacić za jej lunch.

Toni   włączyła   komputer   w   biurze   i   wpisała   w

wyszukiwarkę   nazwisko   Luke'a.   Nic.   Charles   musiał   ją
okłamać.   Ale   ona   tak   tego   nie   zostawi.   Poszła   więc   do
redakcji lokalnej gazety, w której pracował zaprzyjaźniony z
nią dziennikarz Jimmy Swift.

background image

  -   Potrzebuję   szczegółów   dotyczących   rozwodu,   który

miał miejsce jakiś rok temu.

 - Nazwisko?
 - Znam tylko jego. Luke Fairworth.
 - To trochę potrwa. Poczęstuj się kawą.
Toni   nalała   sobie   kubek   kawy   z   automatu   stojącego   w

rogu, a potem stanęła przy oknie, które wychodziło na targową
ulicę Market Street. Targ był pełen ludzi, którzy kłębili się
wokół   stoisk.   Pasiaste   markizy   powiewały   leniwie   przy
najdrobniejszych podmuchach wiatru.

 - Mam! - krzyknął Jimmy. Toni podeszła do niego.
  -   Zaczekaj   -   powiedział   dziennikarz.   -   Wydrukuję   to.

Czekała   z   niecierpliwością,   podczas   gdy   stara   laserowa
drukarka powoli wypluwała z siebie kolejne kartki.

Jimmy   wręczył   jej   sześć   stron.   Toni   złapała   je,   rzuciła

krótkie „dzięki" i wybiegła z redakcji.

Poszła do kawiarni na świeżym powietrzu przy głównym

placu, zamówiła mrożoną kawę i zaczęła czytać.

Z każdą stroną serce waliło jej coraz mocniej. Rozwód

został   orzeczony   z   powodu   przemocy   domowej,   której
regularnie   dopuszczał   się   Luke.   Pani   Sarze   Fairworth
przyznano   prawo   do   opieki   nad   dziećmi.   Wśród
wydrukowanych materiałów były doniesienia o wielokrotnych
wizytach policji w ich domu, jak również informacja o tym, że
pani Fairworth została pobita przez męża. Nie zdecydowała
się   wprawdzie   postawić   mężowi   zarzutów   w   sądzie,   ale
wyniki obdukcji lekarskiej oraz wypis z miejscowego szpitala
mówiły   wyraźnie   o   złamanej   ręce   oraz   pękniętych   żebrach
przy   innej   okazji,   co   dało   jej   prawnikom   wystarczające
dowody. Nikt nie lubi posłańców takich wieści i Toni również
zastanawiała   się,   czy   kiedykolwiek   odezwie   się   jeszcze   do
Charlesa.

Poczuła się młoda i niedojrzała.

background image

Charles o całym zajściu opowiedział Agacie przez telefon.
 - Mam nadzieję, że Luke nie wyrządzi jej krzywdy, gdy

go rzuci - zaniepokoiła się Agatha. - Toni ma zaległy urlop.
Postaram się, żeby go teraz wykorzystała.

Jednak jej pracownica stanowczo odmówiła. Była dumna

z   faktu,   że   Agatha   pod   swoją   nieobecność   zostawiła   jej
prowadzenie agencji. Zadzwoniła już do Luke'a i powiedziała
mu, że to było ich ostatnie spotkanie, na co on zagroził, że
skręci Charlesowi Fraithowi kark. Próbował się tłumaczyć, że
to wszystko były tylko wymysły jego eksżony. Toni przerwała
mu jednak cichym i stanowczym: „Żegnaj".

Akurat   w   tym   momencie   do   biura   wszedł   Simon.

Wcześniej stał przez chwilę w drzwiach i przysłuchiwał się tej
rozmowie,   po   czym   uśmiechnął   się   od   ucha   do   ucha.
Teoretycznie miał jeszcze szanse.

background image

Rozdział IV
Agatha   myślała   o   powrocie   do   Mircesteru.   Wpadła   do

Jerry'ego   Tarranta,   żeby   mu   wyjaśnić,   iż   w   obecności   tylu
dziennikarzy i policjantów niewiele może zrobić, więc wróci,
kiedy sytuacja trochę się uspokoi.

Dodatkowym   powodem   do   wyjazdu   był   fakt,   że   Brian

Summer  wyprowadził się z gospody. Postanowił spędzić w
Piddlebury całe wakacje szkolne i wynajął pokój na farmie
Ady White. Agacie wydało się to dziwne, zważywszy, że w
wiosce było tylu dziennikarzy i ktoś z nich mógł powiązać
jego nazwisko z otruciem w Oksfordzie.

Poza  tym Brian zaczął jej unikać. Agatha  widziała, jak

spaceruje wokół pubu, lecz gdy tylko podbiegała do niego, on
mówił: „Muszę lecieć" i znikał jak spłoszony jeleń w lesie.

Wspaniała pogoda w końcu się załamała. Nie za sprawą

jakiejś   spektakularnej   burzy,   ale   w   wilgotnej   mgle,   która
spowiła wiejski krajobraz, zamieniając Piddlebury w wioskę
duchów, gdzie ludzkie sylwetki roztapiały się jak zjawy.

Agatha odwiedziła Sam po raz ostatni i zrobiła jej wykład,

twierdząc,   że   przyznawanie   się   do   tego,   że   zna   tożsamość
mordercy, jest równoznaczne z wystawieniem się na wielkie
ryzyko.

  - Potrafię o siebie zadbać - odpowiedziała Sam. Wąskie

usta,   otoczone   siatką   zmarszczek,   miała   pomalowane
szkarłatną szminką, przez co wyglądały jak źle zaszyta rana.
Pewnie   pali   -   pomyślała   Agatha.   To   by   tłumaczyło   te
wszystkie   szkaradne   zmarszczki.   Muszę   jakoś   rzucić
papierosy.

  - Wyjeżdżam - obwieściła Agatha. - Niewiele tu teraz

zdziałam. Odczekam kilka tygodni.

Wróciła   do   gospody,   uregulowała   rachunek,   a   potem

wsiadła   do   samochodu   i   odjechała.   Pomimo   wiszącej   w
powietrzu mgły, dzień był gorący i parny. Agatha włączyła

background image

klimatyzację   i   zaraz   zmarszczyła   nos.   Z   otworów
wentylacyjnych   wydobywał   się   nieprzyjemny   zapach.
Zatrzymała się, wysiadła i podniosła maskę samochodu. Na
silniku leżały dwa martwe szczury.

Agatha wyjęła ze schowka parę lateksowych rękawiczek,

pozbierała szczury i wyrzuciła je w trawę na poboczu drogi.

Wróciła   za  kierownicę   i   usiadła,  nie  wiedząc,  co  dalej.

Czy   powinna   wrócić   do   pubu   i   zadać   kilka   pytań?   Od
znalezienia   drugiej   ofiary   mordercy   zaczęła   zamykać
samochód   na   klucz.   Przed   wyjazdem   zapakowała   do
bagażnika   walizkę,  ale   wróciła,  by  upewnić  się,  że   nic  nie
zostawiła,   i   zabawiła   w   pubie   jeszcze   chwilę.   Moses
zaproponował   jej   kawę,   którą   wypiła   przy   barze...   Agatha
uznała jednak, że nie ma sensu wracać. W tej mgle i tak nikt
by nic nie zauważył. Jednak ta sprawa nie dawała jej spokoju i
w pewnym sensie traktowała ją jako zamach na swoją osobę.
Zawróciła więc gwałtownie i pojechała prosto do mobilnego
komisariatu, który wciąż znajdował się w wiosce.

Kiedy przyjechała na miejsce, spotkała wychodzącego z

ciężarówki Billa Wonga. Zawołała go i opowiedziała mu o
szczurach.

  - Lepiej wezwę biegłych sądowych, żeby zbadali twój

samochód - stwierdził Bill. - Wracaj do gospody. Poinformuję
cię, kiedy skończą.

Agatha nie spiesząc się, wróciła do pubu.
 - Witamy ponownie - zwrócił się do niej Moses.
  -   Ktoś   podrzucił   mi   do   auta   martwe   szczury.   Pewnie

wtedy, gdy piłam tu kawę - wyjaśniła Agatha. - Ma pan jakiś
pomysł, kto mógł to zrobić?

 - Byłem tu przez cały czas - odpowiedział Moses. - Moja

żona   robiła   pieróg   nadziewany   mięsem   z   królika.   Powinna
pani zostać, żeby go spróbować.

background image

 - Chyba tak zrobię - zgodziła się Agatha. - Muszę czymś

się zająć, zanim policja sprawdzi mój samochód.

Wyszła   do   ogrodu   na   tyłach   pubu.   Ku   swojemu

zdziwieniu, zastała tam Adę White siedzącą przy stoliku w
towarzystwie jakiegoś potężnie zbudowanego mężczyzny.

Agatha podeszła do niej.
 - Jak się pani miewa?
  - Fatalnie - odparła Ada. - Policja zabrała mi z piwnicy

całe wino do analizy. Nic już z niego nie będzie. Aha, to jest
mój mąż Keith.

Keith miał gęste siwe włosy i karcący wzrok.
 - Proszę zostawić nas samych - powiedział. - Moja żona

ma już dość tych pytań.

W   normalnych   okolicznościach   Agatha   nie   dałaby   tak

łatwo za wygraną, ale incydent ze szczurami wstrząsnął nią.
Powlokła się do innego stolika i usiadła.

Rozchmurzyła się dopiero na widok Briana, który wszedł

do   ogródka.   Pomachała   do   niego,   jednak   Brian   tylko   się
uśmiechnął, też jej pomachał, po czym usiadł przy najdalszym
stoliku.

Dla   zabicia   czasu   zadzwoniła   do   Toni,   która

zrelacjonowała   jej   pokrótce   postępy   we   wszystkich
śledztwach   prowadzonych   przez   agencję.   Agatha   z   kolei
opowiedziała jej o szczurach i zapewniła, że wróci, gdy tylko
samochód zostanie sprawdzony.

 - A co u ciebie? - spytała współpracownicę. - Wszystko

gra?

  - A czemu miałoby nie grać? - ucięła dalszą rozmowę

Toni. - Do zobaczenia wkrótce.

Panna   Gilmour   poważnie   rozważała   skorzystanie   z

pomocy psychologa. Luke nie był jej pierwszym błędem. Co
jest z nią nie tak, że ciągnie ją do dużo starszych mężczyzn ze
skłonnościami do agresji?

background image

Wtem drzwi otworzyły się i do biura wszedł James Lacey,

były mąż Agathy.

 - Agatha wraca dzisiaj z Piddlebury - wyjaśniła mu Toni.

- Zajmowała się tym otruciem.

 - Masz ochotę zjeść ze mną lunch?
Na   moment   się   zawahała.   James   był   wprawdzie   dużo

starszy od niej, ale kompletnie nieszkodliwy.

Poszli więc razem do chińskiej knajpki. Toni opowiedziała

Jamesowi   wszystko,   co   wie   na   temat   śledztwa,   które   w
Piddlebury   prowadziła   jej   szefowa.   Gdy   rozmawiali,   James
zauważył, że Toni jest dziś wyjątkowo smutna.

Spokojnie popijając zieloną herbatę, spytał:
  - A teraz powiedz mi, co cię trapi, Toni? Spojrzała na

niego. Często myślała sobie, że Agatha musiała być niespełna
rozumu, skoro pozwoliła takiemu facetowi odejść. James był
dzisiaj przystojny jak zawsze - miał gęste czarne włosy, lekko
siwiejące na skroniach oraz błękitne oczy.

  -   Popełniłam   kolejny   poważny   błąd   -   wyznała   z

wahaniem.

 - Chodzi o mężczyznę? 
 - Tak.
 - Dużo starszego?
  - Tak, znowu. Co się ze mną dzieje? Okazało się, że to

damski bokser, znęcający się nad żoną. Czy twoim zdaniem
powinnam pójść do psychiatry?

  - To twoja decyzja, nie mnie to oceniać. Ale powinnaś

rozważyć   dwie   kwestie.   Po   pierwsze,   wokół   roi   się   od
męskich   drapieżników,   którzy   obierają   sobie   za   cel   młode
dziewczyny.   Są   też   takie   dziewczyny,   które   podświadomie
szukają   w   mężczyznach   substytutu   ojca,   który   będzie   je
podziwiał, troszczył się o nie i chronił przed złym światem.
Jaki był twój rodzony ojciec?

 - Nie znałam go.

background image

 - W tym szalonym świecie - powiedział James
  - smutne jest to, że kobiety muszą być pewne, że dadzą

sobie   radę   same.   Nikt   nie   zrobi   tego   za   nie.   Najlepiej   jest
polegać tylko na sobie. Nie brakuje nieszczęśników w domach
starców, którzy do końca wierzą, że ich synowie i córki zajmą
się nimi na starość. Tymczasem, jeżeli nie będziesz niczego od
nikogo oczekiwać, któregoś dnia możesz się obudzić i znaleźć
się   w  samym  środku  wspaniałego,  prawdziwego  romansu   -
błękitne oczy Jamesa zalśniły.

  - Och, James - powiedziała Toni. - Ty kogoś znalazłeś.

Mężczyzna uśmiechnął się.

 - Chyba tak.
 - Jak się nazywa?
  -   Mary   Gotobed   (Nazwisko   „Gotobed"   można

przetłumaczyć jako "Chodź do łóżka" (przyp. tłum.).).

 - Chyba żartujesz!
 - Myślę, że Mary słyszała już wszystkie możliwe żarty na

temat   swojego   nazwiska.   Tymczasem   to   dobre,   stare
nazwisko.

 - Gdzie się poznaliście?
 - W Carsely. Mary niedawno się tam wprowadziła.
 - Jest rozwódką? Wdową?
 - Zadajesz strasznie dużo pytań. Mary jest wdową.
 - Masz przy sobie jej zdjęcie?
James   pogrzebał   w   portfelu   i   wyciągnął   z   niego   małą

fotografię. Toni przyjrzała się kobiecie ze zdziwieniem. Mary
wyglądała bardzo pospolicie - miała kręcone brązowe włosy,
okrągłą twarz i była puszysta.

 - Co powie na to Agatha? - spytała Toni.
 - A co ona ma z tym wspólnego? Zawsze jest zbyt zajęta

ściganiem   jakiegoś   bandyty,   żeby   interesować   się   tym,   co
robię.

background image

Kiedy   Agatha   odebrała   swój   samochód,   była   już   zbyt

zmęczona, żeby jechać do biura, więc wróciła prosto do domu.

Po   odebraniu   swoich   kotów   od   Doris   Simpson,   która

sprzątała   w   jej   domu,   Agatha   postanowiła   udać   się   na
plebanię.

 - Proszę wejść, pani Raisin - powiedziała pani Bloxby. -

Co się działo w Piddlebury?

 - Dwie osoby zostały zamordowane, a ja nie mam pojęcia,

kto to zrobił - przyznała Agatha. - Jednak nie poddałam się. Po
prostu na razie nie mogłam nic zrobić, bo w wiosce roiło się
od gliniarzy. A co słychać u nas? Pojawił się ktoś nowy?

  -   Tylko   jedna   wdowa.   Wydaje   się   dość   sympatyczna.

Nazywa się Mary Gotobed.

 - Dziwne nazwisko.
 - Stare, dobre angielskie nazwisko. Napije się pani kawy?
 - Tak, poproszę.
Nalewając   kawę,   pani   Bloxby   zastanawiała   się,   czy

opowiedzieć Agacie o zainteresowaniu, jakie James okazywał
Mary.   Wiedziała   jednak,   że   pani   detektyw   jest   bardzo
ambitna.   Zaś   przy   odrobinie   szczęścia   tymczasem   praca
zatrzyma ją z dala od wioski.

  - Czy James jest już w domu? - zapytała Agatha, kiedy

pani Bloxby wróciła do salonu z tacą.

  - Pani Raisin, proszę skosztować placka z rodzynkami.

Upiekłam go dziś rano.

 - Może skuszę się na jeden kawałek.
 - Chcę dowiedzieć się jak najwięcej o tych morderstwach.
Agatha zaczęła więc opowiadać, a żona pastora słuchała,

wdzięczna, że udało jej się odwrócić odwagę przyjaciółki od
jej byłego męża.

Kiedy Agatha skończyła, pani Bloxby powiedziała:
  -   Dziwi   mnie,   że   Brian   Summer   postanowił   zostać   w

wiosce,   w   której   jest   tylu   dziennikarzy.   Wydawałoby   się

background image

raczej, że wystraszy się, iż ktoś może odkopać starą sprawę z
otruciem w Oksfordzie.

 - Mnie ten człowiek też wydał się dość dziwny - zgodziła

się Agatha. - Powinnam zadzwonić do Patricka. Na pewno
został przesłuchany przez policję, tak jak wszyscy mieszkańcy
wioski. Czy James już wrócił?

 - Może jeszcze kawałek ciasta?
Agatha spojrzała na nią wymownie. Po raz pierwszy w

historii ich znajomości była pewna, że żona pastora coś kręci.

 - Spytałam, czy James wrócił.
 - Chyba tak.
  -   Coś   pani   przede   mną   ukrywa.   Proszę   to   z   siebie

wyrzucić. Równie dobrze mogę to usłyszeć od pani, jak i od
niego.

  - Chodzi o to, że James... jest w zażyłych stosunkach z

Mary Gotobed.

 - Czy ona jest śliczną blondynką?
 - Nie, wydaje się raczej przeciętna, ale to w sumie bardzo

sympatyczna kobieta.

Agatha skrzywiła się z niesmakiem.
 - Pani Raisin - odezwała się pani Bloxby. - Przecież już

pani   na   nim   nie   zależy,   więc   czemu   ktoś   inny   nie   miałby
ułożyć sobie życia z pani byłym mężem?

  -   Oczywiście   -   zgodziła   się   Agatha.   -   Nie   sądzi   pani

chyba, że będę stawać im na drodze, co?

To mówiąc, Agatha wbiła krogulcze spojrzenie w łagodne

oczy pani Bloxby.

 - Boże broń! - odparła żona pastora, choć zabrzmiało to

bardziej jak modlitwa niż zaprzeczenie.

Agatha   wracała   do   domu   z   mętlikiem   w   głowie.   Sama

myśl o tym, że James mógłby ożenić się z inną kobietą i być z
nią szczęśliwy, tak jak nieszczęśliwy był z nią, doprowadzała
ją do szewskiej pasji.

background image

Wieczorem   odwiedził   ją   Charles.   Pierwsze   jego   słowa

brzmiały:

 - Słyszałaś o Jamesie i Mary?
 - Tak - odpowiedziała szorstko Agatha.
 - Nie spuszczasz nosa na kwintę?
 - Nie bądź niemądry, Charles. Życzę im jak najlepiej.
 - Czyżby? No nic, w końcu wróciłaś. Dałaś sobie spokój z

Piddlebury?

  - Czekam, aż policja da za wygraną i będę miała wolną

rękę. Dzisiaj to już nie są zwykłe wioski w Cotswolds, jak
kiedyś.   Pełno   w   nich   przyjezdnych.   A   młodzi   miejscowi
oskarżają   ich,   że   zabierają   im   domy.   Z   jakiegoś   powodu
wszyscy sądzą, że nowożeńcy powinni po ślubie zamieszkać
w   nowym   domu.   Kiedyś   najpierw   mieszkali   z   rodzicami,
potem   wprowadzali   się   do   kawalerki,   odkładali   trochę
pieniędzy,   w   końcu   załapywali   się   na   komunalny   dom
mieszkalny albo osiągali zdolność kredytową i kupowali coś
na własność. Teraz muszą mieć wszystko od razu. Poza tym,
domy   przyjezdnym   sprzedawali   najczęściej   ich   rodzice,   a
część z nich była w tak opłakanym stanie, że ludzie woleli
przeprowadzić   się   do   miasta.   Stare   domy   kupowali
deweloperzy,   odnawiali   je,   potem   oferowali   jako   domki
letniskowe, aż w końcu sprzedawali jako pełnoprawne domy
mieszkalne. Tymczasem Piddlebury jest inne. To bardzo mała
osada, z dala od utartych szlaków turystycznych. Panuje w
niej jakaś aura tajemniczości. Jestem przekonana, że oprócz
Jerry'ego Tarranta jest tam jeszcze ktoś, kto coś wie i nie chce
mi powiedzieć. Sam Framington twierdzi, że zna tożsamość
mordercy, ale ona sama zalicza się do tych nielicznych nowo
przybyłych i nie wierzę, by mówiła prawdę.

  -   To   dość   ryzykowne   wyznanie   z   jej   strony   -

skomentował Charles.

background image

  -   Chyba   że   morderca,   podobnie   jak   ja,   ma   ją   za

nieszkodliwą wariatkę - stwierdziła Agatha.

W sąsiednim domu James Lacey chodził niespokojnie z

kąta w kąt.

 - Co się dzieje? - spytała Mary.
 - Charles Fraith wszedł właśnie do Agathy z torbą.
 - I co z tego? James nagle usiadł.
  -   Nie   chcę,   żeby   Agacie   stała   się   krzywda.   Mary

powstrzymała wybuch złości.

 - Jestem pewna, że Agatha Raisin jest na tyle dorosła, by

o siebie zadbać.

 - Jak zwykle masz rację, Mary. - James westchnął.
Przy   Mary,   w   odróżnieniu   do   Agathy,   mógł   się

zrelaksować. Nie nakładała intensywnego makijażu, nie nosiła
żałośnie   krótkich   spódniczek   ani   niewygodnych   butów   na
wysokim obcasie. Nie paliła też jak smok ani nie uganiała się
za mordercami.

Zresztą, ku zdumieniu Jamesa - i wszystkich pozostałych

mieszkańców wioski - Agatha Raisin po prostu go zostawiła.

Na   początku   sierpnia  Agatha  zrobiła   sobie   krótkie,

tygodniowe wakacje na południu Francji. Po powrocie, pod
koniec   miesiąca,   przeczytała   jeszcze   raz   wszystkie   swoje
notatki   dotyczące   Piddlebury   i   postanowiła,   że   musi   tam
wrócić. Cieszyła się też, że znalazła wymówkę, aby opuścić
Carsely, w którym rozkwitał romans między Jamesem a Mary.
Przynajmniej   tak   twierdziło   wielu   mieszkańców,   którzy
opowiadali jej o tym nie bez satysfakcji.

Tym   razem   Agatha   postanowiła   zabrać   ze   sobą   Phila

Marshalla. Phil był po siedemdziesiątce i dzięki swoim siwym
włosom oraz łagodnym rysom twarzy potrafił zaskarbić sobie
zaufanie ludzi. Od czasu ostatniej przelotnej wizyty Charlesa
Agatha nie widziała się z nim ani nie miała pojęcia, co u niego
słychać.

background image

Sierpień   okazał   się   koszmarnym   miesiącem,   w   którym

deszcz   niemal   nie   przestawał   padać.   Jednak   w   chwili,   gdy
Agatha i Phil podjeżdżali na początku września pod pub w
Piddlebury   -   każde   swoim   samochodem   -   pogoda   była
łaskawa, słoneczna i ciepła.

  - Cóż za urocze miejsce - powiedział Phil. - Od czego

zaczniemy?

  -   Zostawimy   bagaże   w   naszych   pokojach   -   odparła

Agatha - zjemy coś i zastanowimy się, z kim porozmawiać.

Na   ich   widok   na   twarzy   Mosesa   odmalowało   się

zaskoczenie, a następnie nieufność. Agatha poprosiła o dwa
osobne pokoje.

 - Nie sądziłem, że pani wróci - przyznał gospodarz.
 - Mam nadzieję, że policja przestała już węszyć - odparła

Agatha.

 - Nie, wszystko jest już w porządku.
 - Jak może pan tak mówić, skoro morderca jest wciąż na

wolności! - uniosła się Agatha.

  - Z naszego punktu widzenia tak to właśnie wygląda -

odparł niezrażony Moses, podając jej dwa mosiężne klucze. -
To musiał być jakiś psychopata z zewnątrz, nie z wioski.

Phil   spostrzegł,   że  Agatha  szykuje   się   do   dłuższej

wymiany zdań i zakasłał znacząco.

  -   Agatho,   na   pewno   będzie   jeszcze   okazja,   żeby

podyskutować o tym później..

  - Dlaczego mi przerwałeś? - zapytała go  Agatha,  kiedy

usiedli wreszcie w ogrodzie na tyłach pubu.

  -   Ponieważ   zmarnowałabyś   tylko   swój   cenny   czas   -

wyjaśnił spokojnie Phil. - Zaczęłabyś przekonywać barmana,
że   obcy   nie   wiedziałby,  iż   w   piwnicy   znajduje   się   wino   z
dzikiego bzu i można się tam zakraść, by podrzucić zatrutą
butelkę do skrzynki, ani też, że ofiara napije się akurat w tym

background image

czasie.  Moses  miał   bardzo   uparty   wyraz   twarzy.  Od   czego
mam zacząć?

  - Spróbuj porozmawiać z Adą  White.  Może uda ci się

wyciągnąć   od   niej   informację,   jak   zachowuje   się   w   jej
obecności  Brian Summer.  Ja najpierw odwiedzę  Jerry'ego, a
potem pójdę na plebanię. Jeżeli dowiem się czegoś nowego,
zadzwonię do ciebie.

Jerry przywitał się z Agathą.
 - Będzie pani bardzo trudno - zaznaczył.
 - Trudniej niż w ubiegłym roku?
 - O, tak. Wszyscy oswoili się z myślą, że zbrodni dokonał

ktoś z zewnątrz. Ludzie w tej wiosce nie są już tak zżyci jak
dawniej, ale wszyscy jak jeden mąż uczepili się tej hipotezy.

  - Myślałam, że ktoś taki jak, powiedzmy, Peter Suncliff

nie podąży za stadem.

 - Nie wiem. Dopiero wrócił z wakacji.
  -   A   co   z   naszą   dziedziczką,   która   twierdzi,   że   zna

tożsamość mordercy?

 - Szczerze mówiąc, to pani Sam najmocniej lansuje teorię

o psychopacie spoza wioski.

 - To dziwne. Ciekawa jestem, czy ktoś już ją nastraszył.
  -   Nie   zna   pani   tej   osady.   Gdyby   było   tak,   jak   pani

podejrzewa, wszyscy wkrótce wiedzieliby, kto i dlaczego jej
groził.   Poza   tym   ludzie   są   szczęśliwi,   że   mogą   wrócić   do
normalności, nie podejrzewając siebie nawzajem i nie tworząc
toksycznej   atmosfery.   Dlatego   uważam,   że   kontynuowanie
śledztwa nie przysporzy pani sympatii ani popularności.

  - A zatem, chce pan, żebym kontynuowała swoją pracę

czy nie?

 - Oczywiście, że tak.
  -   Wystawię   panu   rachunek   tylko   za   faktycznie

przepracowane godziny.

background image

Jerry   splótł   swoje   wypielęgnowane   dłonie   jak   do

modlitwy.

  - Mimo wszystko czuję się nieswojo. Obawiam się, że

gdy  zacznie  pani  znowu przepytywać ludzi, skończy się  to
kolejnym morderstwem. Mam tylko nadzieję, że tym razem
nie padnie na panią.

Kiedy   Agatha   wjeżdżała   do   wioski,   wydała   jej   się   ona

jakby   pogrążona   w   sielankowym   śnie.   Jasna   tarcza   słońca
oświetlała  domy  ze złotego kamienia.  Miała  właśnie  minąć
chatę   Glorii,   kiedy   zauważyła   tabliczkę   „Na   sprzedaż"   i
usłyszała jakieś odgłosy dobiegające z wewnątrz.

Zatrzymała się, podeszła do drzwi i nacisnęła dzwonek.

Drzwi otworzyła jej kobieta.

 - Słucham? - zapytała.
  - Nazywam się Agatha Raisin i zostałam wynajęta, by

dowiedzieć się, kto zamordował Glorię French.

  - Jestem jej córką. Mam na imię Tracey. Proszę wejść.

Tracey nie przypominała swojej matki - była szczupła, miała
pociągłą twarz i małe usta.

 - Próbuję sprzedać jej meble, ale bez przerwy przychodzą

tu ludzie z wioski i domagają się zwrotu przedmiotów, które
moja   matka   rzekomo   im   zabrała   i   nie   oddała.   Znając   jej
reputację, nie mam innego wyjścia, jak tylko wierzyć im na
słowo.   Jutro   przyjeżdża   ekipa   sprzątająca.   Z   początku
chciałam   zostawić   wszystko   tak   jak   było,   zanim   sprzedam
dom,   ale   mieszkańcy   wioski   nie   przestają   mnie   nachodzić,
więc postanowiłam sprzedać wszystko.

 - Czy odziedziczyła pani dom po matce?
 - Ja i mój brat. Zgodnie z wolą zmarłej, mamy podzielić

się majątkiem. Policja chyba już się poddała.

 - Och, oni nigdy się nie poddają. Ja również - zapewniła

Agatha. - Może pani będzie w stanie mi pomóc. Skąd ktoś

background image

mógł wiedzieć, że akurat tego ranka, dokładnie o tej porze,
pani matka zejdzie do piwnicy po coś do picia?

 - Moja matka miała problem z piciem. Była alkoholiczką.

Potrafiła wprawdzie przez jakiś czas nie pić, ale gdy tylko coś
ją zdenerwowało czy zasmuciło, od razu sięgała po butelkę.

  - Zastanawiam się, co takiego mogło wyprowadzić ją z

równowagi tego feralnego dnia - wyznała Agatha.

  - Dzwonił do mnie pastor. Powiedział, że moja matka

zaprosiła go wtedy na drinka, ale on wykręcił się od wizyty u
niej. Lecz zanim odłożył słuchawkę, jego żona powiedziała na
głos: „Udało ci się ją spławić?". Pastor bardzo się tym przejął,
ponieważ - jak twierdził - matka zrobiła wiele dobrego dla
kościoła, a ostatnią rzeczą, jaką spotkała ją ze strony plebanii,
była pogarda i afront.

„Ciekawe, czy Clarice Enderbury wiedziała o skłonności

Glorii do picia" - pomyślała Agatha.

Rozejrzała   się   po   pokoju.   Jej   wzrok   zatrzymał   się   na

komodzie   stojącej   pod   ścianą.   Chociaż   nie   znała   się   na
antykach,   miała   pewien   wyjątkowy   dar   rozpoznawania
wartościowych mebli.

 - Nie pozwoli pani chyba ekipie sprzątającej usunąć stąd

tej komody? - upewniła się.

 - Dlaczego? To coś cennego?
  -   Tak   mi   się   wydaje.   Nie   jestem   ekspertem.   Agatha

podeszła bliżej i przyjrzała się komodzie.

Była   w   miękkim   odcieniu   mahoniu,   miała   prostokątny

wierzch, owalne mosiężne uchwyty i ozdobne nóżki.

 - W ubiegłym roku widziałam coś podobnego w sklepie z

antykami   w   Stow   -   on   -   the   -   Wold   -   powiedziała.   -
Sprzedawca twierdził, że to Jerzy III i chciał za taką komodę
tysiąc   funtów.   Proszę   zrobić   jej   zdjęcie   i   pokazać   je
aukcjonerom   z   Suther's   w   Mircesterze.   Na   pewno   nie
oddawałabym jej ekipie sprzątającej.

background image

 - To dziwne - stwierdziła Tracey. - Matka nigdy nie miała

gustu do takich rzeczy.

  - Nie mogła jej przecież od nikogo pożyczyć - odparła

Agatha. - Zresztą, właściciel na pewno by się o coś takiego
upomniał. Decyzja o sprzedaży domu zajęła pani trochę czasu.

  - Policja bez przerwy się tu kręciła, więc postanowiłam

usunąć się na bok, dopóki sprawy nie ucichną. Wayne, mój
brat, zostawił mi wolną rękę.

  -   Czy   pani   matka   wspominała,   kto   mógł   ją   tak

nienawidzić, by pozbawić ją życia?

  -   Od   jakiegoś   czasu   nie   utrzymywałyśmy   w   ogóle

kontaktów. Matka próbowała ingerować w moje małżeństwo.
To było pięć lat temu. Powiedziałam wtedy, że nie chcę jej
nigdy więcej widzieć. Poza tym wyrządziła wielką krzywdę
Wayne'owi, sprzedając firmę za jego plecami, więc i on także
nie chciał mieć z nią do czynienia.

  - Czy pani i pani brat macie alibi na dzień, w którym

zginęła wasza matka?

 - Oczywiście. Ja byłam na farmie, widzieli mnie sąsiedzi.

Wayne   był   w   tym   czasie   w   fabryce   i   też   ma   na   to   setkę
świadków.   Chciałabym   tylko,   żeby   morderca   został
schwytany. Dopóki nie pozbędę się tych mebli, a potem nie
zniknę z wioski, nie zaznam spokoju.

Phil   siedział   w   kuchni   pani   White,   popijał   kawę   i   jadł

ciasto biszkoptowe. Kiedy przyjechał, w domu był także mąż
Ady, Keith, lecz niedługo potem pojechał do pracy.

  - To musiał być dla pani bardzo trudny czas - zagadnął

Phil.

Oczy   kobiety   napełniły   się   łzami.   Phil   podał   jej   czystą

chusteczkę, którą Ada wytarła oczy.

  -   Te   pytania   zadawane   przez   policjantów!   Zabrali

wszystkie   butelki   mojego   wina   i   teraz   zmarnują   się   w
policyjnym laboratorium. Wciąż czekam na odszkodowanie.

background image

Ale jeszcze gorsi okazali się dziennikarze. Ci praktycznie

zaocznie mnie skazali. Odwiedził mnie prawnik z Londynu,
który zaproponował, że pozwie gazety w moim imieniu, ale ja
chcę tylko, żeby to wszystko już się skończyło.

 - Wydaje mi się, że wytoczenie procesu dziennikarzom to

całkiem niezły pomysł - przyznał Phil. - Zachowała pani kopie
tych doniesień prasowych?

 - Nie, spaliłam je.
  - Szkoda. Ale jestem  pewien, że moja  szefowa - pani

Raisin - poleci pani dobrego prawnika.

 - Ale ja nie chcę iść do sądu!
 - Pani Raisin na pewno wytropi mordercę, a gdy tylko to

się stanie, proszę wziąć adwokata i puścić tych pismaków z
torbami.   Zasługuje   pani   na   to,   po   tym   wszystkim,   co   pani
przeszła.

Zapłakana Ada uśmiechnęła się.
 - Nie przypomina pan wcale detektywa.
 - I to mi pomaga - odparł Phil. - A teraz zastanówmy się

dobrze. Kto w wiosce chciałby zabić Glorię French?

 - Wszyscy mówią, że to musiał być jakiś szaleniec spoza

wioski. Mam nadzieję, że to prawda. Mamy za sobą fatalny
okres, kiedy wszyscy podejrzewali się nawzajem. Na początku
każdy  lubił  Glorię.  Zrobiła   tak  wiele  dla  naszego  kościoła.
Zawsze zgłaszała się na ochotnika, kiedy trzeba było zawieźć
starsze   osoby   na   zakupy   do   Mircesteru   albo   zorganizować
kiermasz tu, na miejscu. Potem jednak stała się, jakby to ująć,
hałaśliwa i arogancka. Ludzie plotkowali, że zagląda często do
kieliszka, ale ja osobiście nigdy nie widziałam jej pijanej, a
Moses   w   pubie   twierdzi,   że   ilekroć   Gloria   tam   zachodziła,
zawsze   zamawiała   lemoniadę   albo   inne   napoje
bezalkoholowe. Były natomiast problemy z tymi wszystkimi
rzeczami, które pożyczała i których nie chciała oddać.

 - Czy panią o coś poprosiła?

background image

 - Chciała zabrać z kościelnego kiermaszu charytatywnego

skrzynkę   mojego   wina   z   dzikiego   bzu.   Odpowiedziałam
stanowczo, że musi za nią zapłacić. Pod koniec dnia szukałam
tego   wina   -   pamiętałam,   że   włożyłam   pod   stół   karton   z
sześcioma   butelkami,   na   zapas.   Jednak   wino   zniknęło!
Zapytałam   Glorię,   czy   to   ona   je   wzięła,   ale   wszystkiemu
zaprzeczyła.

 - Czy ktoś słyszał, jak pani ją oskarża?
 - Sądzę, że większość mieszkańców wioski.
 - A co z mężczyznami? Czy Gloria miewała romanse?
  - Próbowała. Zarzuciła sidła na pastora, ale on był tak

zaaferowany remontem kościoła, że albo tego nie dostrzegał,
albo udawał, że nic się nie dzieje. Jego żona jej nienawidziła.

 - A Samantha Framington? Czy to nie ona twierdziła, że

zna tożsamość zabójcy?

  - Teraz mówi, że żartowała. Trochę głupi ten dowcip i

niezbyt   bezpieczny.  A   co,   jeśli   morderca   faktycznie   jest   w
wiosce?

  - Co może pani powiedzieć na temat Briana Summera?

Chyba zatrzymał się u pani, prawda?

 - Ciągle tu jest, biedaczek.
 - Nie wrócił do szkoły?
  -   Dziennikarze   wygrzebali   jakąś   starą   sprawę   z

przeszłości - też dotyczącą otrucia - i Brian został ponownie
przesłuchany   przez   policję.   Lekarz   wystawił   mu
zaświadczenie,   że   cierpi   na   depresję   i   w   związku   z
powyższym wziął roczny urlop dla podratowania zdrowia.

 - Sądziłem, że będzie raczej chciał wyjechać z tej wioski

jak najdalej - zdziwił się Phil.

  -   To   przesympatyczny   człowiek.   Tutaj   jesteśmy   na

peryferiach wioski. Lubi chodzić na długie spacery. Uważa, że
to ma na niego leczniczy wpływ.

background image

Agatha   poszła   na   plebanię,   ale   nikogo   tam   nie   zastała.

Próbowała także dostać się do kościoła, lecz był zamknięty.
Pani Bloxby powiedziała jej, że ostatnio świątynie stały się
celem złodziei.

Poszła więc do sklepu we wsi. W drzwiach minęła się z

Jenny Soper.

  - Och, wróciła pani! - zawołała kobieta. - Myślałam, że

już jest po wszystkim.

 - Jak może być po wszystkim, skoro morderca nie został

schwytany?

Po chwili dołączył do nich Peter Suncliff.
 - Wróciła pani? - zdziwił się.
  - Jenny właśnie mówiła, że sądziła, iż sprawa dobiegła

końca - powtórzyła Agatha. - Ale jak może być po wszystkim?
Nikogo nie złapano.

 - Od tamtej pory nie wydarzyło się nic złego - upierała się

Jenny. - Prawda, Peterze? Czy to nie oznacza, że mieliśmy do
czynienia z kimś obcym, jakimś szaleńcem?

  -   Zbrodnia   została   zbyt   dobrze   zaplanowana   -

odpowiedziała Agatha. - A każdy obcy w takiej małej osadzie
byłby widoczny jak na dłoni.

 - Są przecież lasy, w których został otruty Craig Upton -

zaprotestowała Jenny.

  - Craig umarł, ponieważ ukradł butelkę wina z mojego

samochodu   -   powiedziała   Agatha.   -   Czy   widzieliście   może
Sam Framington?

 - Widziałem ją jakiś czas temu, szła w kierunku plebanii -

odparł Peter.

Agatha   poczuła   nagły   niepokój.   Dlaczego   nikt   jej   nie

odpowiedział, kiedy zadzwoniła do drzwi plebanii?

Pożegnała się z Jenny i Peterem, po czym pospieszyła z

powrotem w stronę plebanii. I tym razem również nikt jej nie
otworzył, mimo iż pukała i dzwoniła do drzwi.

background image

Przystanęła na moment, nie wiedząc, co robić dalej. Może

wszyscy   leżą   martwi   w   ogrodzie?   Próbowała   powiedzieć
swojej wybujałej wyobraźni, żeby się zamknęła, ale uznała, że
chyba nie zaszkodzi, jeśli obejdzie probostwo od tyłu i zajrzy
do środka. Jednak ścieżka wiodąca wzdłuż muru posesji  w
pewnym miejscu  była  zagrodzona  wysoką   żelazną  bramą  z
wiszącą na łańcuchu kłódką. Na sąsiedniej działce stał kościół
i należący do niego cmentarz. Może stamtąd da się zajrzeć do
ogrodu przy plebanii?

Agatha   weszła   na   cmentarz   i   zaczęła   kluczyć   wśród

obrośniętych   mchem   starych   nagrobków.   Od   ogrodu
probostwa oddzielał ją wysoki kamienny mur, o który opierała
się część najstarszych mogił. Jakie to szczęście, że włożyła
dzisiaj buty na płaskim obcasie! Podkasała spódnicę, chwyciła
się   kamiennego   muru,   podciągnęła   na   rękach   i   zajrzała   na
drugą stronę.

Sam i Clarice siedziały przy ogrodowym stole na tarasie i

raczyły się butelką wina.

Nagle pojawił się Fred, który powiedział:
  -   Wychodzę   do   sklepu,   a   stamtąd   wracam   prosto   do

domu.

 - Dobrze - przytaknęła Sam. - Jesteś pewny, że ta okropna

detektyw wyjechała na dobre?

 - Pewnie. Arogancka krowa.
W przypływie gniewu Agatha wspięła się na mur z taką

werwą, że potknęła się na szczycie i spadła na drugą stronę,
lądując w gęstej trawie.

Clarice i Sam wpatrywały się w nią w milczeniu. Agatha

pozbierała   się,   otrzepała,   po  czym  z   głupawym   uśmiechem
powiedziała:

 - Tak sobie pomyślałam, że wpadnę.
 - Wtargnęła pani na teren prywatny! - zawołała Clarice. -

Co, do diabła, pani tutaj robi?

background image

 - Myślałam, że stało się paniom coś strasznego - skłamała

Agatha.   -   Sam,   słyszałam,   że   poszła   pani   na   plebanię.   A
ponieważ   wspominała   pani   ostatnio,   że   zna   tożsamość
mordercy, miałam powody, by przypuszczać, że to pani będzie
kolejną ofiarą.

  -   To   był   tylko   żart   -   odparła   ostrym   tonem   Sam.   -

Wszystkim to mówiłam.

Wystraszyła się - pomyślała Agatha.
 - Czy ktoś pani groził?
 - Nic podobnego!
Na taras wyszedł proboszcz.
  - Pani Raisin, co pani tam robi? Proszę tak nie stać jak

kołek. Moja droga Clarice, czy zostało jeszcze trochę wina w
butelce?

  -   Pani   Raisin   właśnie   wychodzi   -   wycedziła   Clarice,

świdrując Agathę wzrokiem.

  - Szczerze powiedziawszy - odparła rezolutnie Agama -

nie   miałabym   nic   przeciwko   lampce   wina.   -   To   mówiąc,
podeszła do stołu, odsunęła sobie wolne krzesło i uśmiechnęła
się do wszystkich.

  -   Przyniosę   pani   kieliszek   -   powiedziała   Clarice,

przyjmując   z   powrotem   maskę   żony   pastora,   i   weszła   do
domu.

  - Ja się zbieram - obwieściła Sam, również wstając od

stołu.

 - Cóż za szkoda - powiedziała słodkim głosem Agatha. -

Chciałam zadać pani kilka pytań.

 - Nie mam czasu. Naprawdę bardzo się spieszę - rzuciła i

udała się w kierunku drzwi.

 - No cóż, pani Raisin - zagadnął niespodziewanego gościa

pastor. - Jak idzie śledztwo?

Clarice   wróciła   z   kieliszkiem,   nalała   Agacie   odrobinę

wina i z impetem postawiła przed nią szkło.

background image

 - Ostrożnie, kochanie - upomniał ją delikatnie duchowny.
 - Przepraszam - wymamrotała Clarice.
  -   Zastanawiam   się,   dlaczego   wszyscy   w   wiosce   chcą

wierzyć, że zbrodni dokonał jakiś szaleniec z zewnątrz.

Pastor wydawał się zaskoczony tym stwierdzeniem.
 - Pierwsze słyszę. A ty, Clarice?
 - Wydaje mi się to najsensowniejszym wytłumaczeniem -

powiedziała Clarice. - W wiosce zapanował spokój i nikt już
nie sprawia kłopotów.

 - Nie nazwałabym morderstwa kłopotem.
 - Dokładnie - zgodził się pastor. - Ale jak możemy pani

pomóc?

Agatha była sfrustrowana. Zwróciła się do Clarice:
  - W dniu, w którym Gloria została zamordowana, była

pani z tyłu jej domu. Nikogo pani nie widziała?

 - Jak to? - zdumiał się pastor. - Przecież odwołałem naszą

wizytę u niej.

  -   Pod   wpływem   impulsu   zapragnęłam   odzyskać   naszą

misę Crown Derby - odpowiedziała Clarice, mierząc Agathę
jadowitym spojrzeniem. - Powiedziałam pani, że usłyszałam
odgłosy, na  podstawie  których wydawało mi  się, że  Gloria
uprawia z kimś seks.

 - Moja droga! Dlaczego nic mi o tym nie mówiłaś? Czy

policja wie?

  -   Nie   chciałam   przeszkadzać   -   odparła   Clarice.   -   To

znaczy, nie widziałam nikogo ani nie słyszałam nic, poza tymi
dźwiękami.

  - Ale mogłaś przecież ją uratować! - zawołał pastor. - I

skąd, na Boga, przyszło ci do głowy, że Gloria może uprawiać
z kimś seks?

 - Zawsze uganiała się za facetami - powiedziała chmurnie

Clarice. - Wystarczyło spojrzeć, w jaki sposób odnosi się do
ciebie, Guy.

background image

Jej mąż sprawiał wrażenie autentycznie zszokowanego.
  -   Jestem   przekonany,   że   tak   ci   się   tylko   zdawało   -

powiedział. - Nic takiego nie zauważyłem.

 - Ty nigdy nic nie zauważasz - odparła gorzko Clarice.
Znudzona   Agatha   doszła   do   wniosku,   że   nie   dowie   się

tutaj   nic   ciekawego,   bez   względu   na   to,   ile   jeszcze   czasu
spędzi na plebanii. Poprosiła jednak Clarice, by zastanowiła
się jeszcze raz, czy nic podejrzanego nie zwróciło jej uwagi.

Kiedy   opuściła   probostwo,   zadzwoniła   do   Phila,   który

powiedział, że właśnie wrócił i czeka na nią w ogrodzie na
tyłach gospody, jeśli ma ochotę wysłuchać jego raportu.

Agatha   w   pośpiechu   wróciła   do   pubu   i   znalazła   Phila

siedzącego w cieniu wiązu i popijającego lemoniadę.

Kiedy Phil opowiedział jej, że Brian Summer jest nadal w

wiosce   i   zatrzymał   się   na   dłużej   u   Ady   White,   Agatha
rozchmurzyła się. Mimo iż nie chciała się do tego przyznać
nawet   sama   przed   sobą,   cały   czas   szukała   czegoś,   co
pozwoliłoby   jej   przestać   myśleć   o   Jamesie   i   Mary,   którzy
zostali w Carsely.

Mary   wyjechała   w   odwiedziny   do   krewnych

mieszkających   w   Deale,   zaś   James   miał   udzielić   wywiadu
lokalnej gazecie. Nienawidził tego, ale zdawał sobie sprawę,
że musi nadać swoim książkom jak największy rozgłos. Po
wyjściu   z   redakcji   postanowił,   że   wpadnie   do   agencji
detektywistycznej i zobaczy, czy uda mu się wyciągnąć Toni
na kolację. Wydawało mu się, że dziewczyna powinna trochę
się rozerwać. Była siódma wieczorem, ale wiedział, że panna
Gilmour często pracuje do późna.

Rzeczywiście   zastał   ją   w   biurze.   Toni   odparła,   że   z

przyjemnością zje z nim kolację. Simon także siedział przy
swoim   biurku.   Gdy   wychodzili,   James   odwrócił   się   i
zdziwiony   zauważył,   że   ten   spogląda   na   niego   spode   łba.

background image

Przystanął   na   moment   na   schodach   wyjściowych,   bo   coś
przyszło mu do głowy.

  - Może powinienem wrócić i zaproponować Simonowi,

by do nas dołączył?

  -   Nie,   proszę   -   odpowiedziała   Toni.   -   Spędzam   z

Simonem większość dnia i mam go już dosyć.

 - Gdzie chciałabyś coś zjeść?
  - Pogoda jest wciąż cudowna. Wszystko mi jedno, byle

można było usiąść na zewnątrz.

  -   W   Hotelu   George   jest   kilka   stolików   na   tarasie.

Zobaczmy, czy mają coś wolnego.

Niedługo potem siedzieli już na tarasie wychodzącym na

hotelowy ogród.

Kiedy zamówili jedzenie, Toni z westchnieniem oparła się

na krześle.

  - To bardzo miło z twojej strony. Może powinnam była

pójść do domu i przebrać się w coś bardziej eleganckiego.

  - Wyglądasz świetnie - powiedział James i rzeczywiście

tak uważał. Blond włosy Toni urosły i nosiła je rozpuszczone.
Miała na sobie niebieską dżinsową koszulę, która pasowała
kolorem   do   jej   oczu,   krótką   spódniczkę   z   tego   samego
materiału oraz sandały na płaskim obcasie.

 - Jak się miewa Mary? - spytała Toni.
  -   Wyjechała   do   krewnych.   A   ja   właśnie   z   trudem

przetrwałem wywiad dla gazety i miałem ochotę się odprężyć.
A jak sobie radzi Agatha?

 - Pojechała do Piddlebury z Philem. Nie miałam jeszcze

od niej żadnych wieści.

 - Luke nie sprawiał ci już problemów?
  - Żadnych. Ale i tak nie mogę tego zrozumieć. Jestem

całkiem niezłym detektywem i na ogół potrafię dobrze ocenić
ludzi. Chyba że w grę wchodzą starsi mężczyźni...

background image

 - Jeżeli znów jakiś wpadnie ci w oko, przyprowadź go do

wujka Jamesa, a ja go zlustruję dla ciebie.

 - Dzięki, na pewno skorzystam.
 - Powiedz, nad czym obecnie pracujesz?
Toni opowiadała przez całą kolację. James obserwował ją

i nie był zaskoczony, że starsi faceci mieli do niej słabość.
Była świeża i śliczna.

W trakcie rozmowy Toni zdała sobie sprawę, że James - z

błękitnymi oczami i opaloną cerą - jest naprawdę przystojny.
Oboje powoli delektowali się kawą, nie chcąc jeszcze kończyć
tego wieczoru.

W końcu Toni powiedziała:
 - Dzięki za kolację. Było wspaniale. Kiedy wraca Mary?
  -   Nieprędko   -   odparł   James.   -   Choć   w   sobotę   miała

poprowadzić   loterię   podczas   festynu   w   naszej   wiosce,   ale
wygląda na to, że sam będę musiał się tym zająć.

  - Wiesz co? - zastanowiła się Toni. - Może przyjdę i ci

pomogę.

 - Naprawdę? Byłoby świetnie.
Simon   gapił   się   tępo   w   ekran   telewizora   w   swoim

mieszkaniu. Kusiło go, żeby zadzwonić do Agathy i donieść
jej,   że   James   zabrał   Toni   na   kolację.   Ale   jego   koleżanka
wpadłaby w furię, zresztą podobnie jak James. Odpuścił więc,
ale przysiągł sobie, że będzie miał na nią oko.

Agatha zobaczyła Petera Suncliffa siedzącego przy stoliku

i podeszła do niego.

 - O co chodzi tym razem? - spytał z rozdrażnieniem.
 - Okazało się, że Gloria miała problem z alkoholem, ale

piła tylko wtedy, gdy coś wytrąciło ją z równowagi. Czy tego
dnia,   kiedy   została   zamordowana,   oprócz   kłótni   z   Jenny
wydarzyło się jeszcze coś, o czym powinnam wiedzieć?

  -   Miał   wtedy   miejsce   drobny   incydent   ze   starą   panią

Tripp   -   odparł   niechętnie   Peter.   -   Gloria   powiedziała   pod

background image

adresem Jenny coś przykrego na temat menopauzy, na co pani
Tripp   wtrąciła,   że   Jenny   jest   za   młoda   na   menopauzę,   w
przeciwieństwie   do   Glorii.   Nie   pamiętam   już   dokładnie
przebiegu całej rozmowy.

Agatha   wróciła   do   Phila   i   opowiedziała   mu,   czego   się

przed chwilą dowiedziała.

 - Dobra - powiedział. - Powinniśmy ją odwiedzić. Agatha

wiedziała, że staruszka najpewniej zażąda od nich najpierw
przeczytania jej na głos fragmentu jakiegoś romansu.

  -   Ty   idź   -   zwróciła   się   do   Phila.   -   Jestem   pewna,   że

będziesz wobec niej delikatniejszy.

 - A ty co będziesz robić w tym czasie?
 - Przejrzę jeszcze raz moje notatki i sprawdzę, czy czegoś

nie przeoczyłam.

 - W porządku - zgodził się Phil, zastanawiając się jednak,

dlaczego Agatha sprawia wrażenie, jakby chciała coś przed
nim ukryć.

Agatha   odprowadziła   wzrokiem   odchodzącego

pracownika. W ten skwar miał na sobie bawełnianą koszulę
oraz szare drelichowe spodnie. Jego siwe włosy były gęste i
wyglądały na zdrowe. To niezwykłe, zważywszy na jego wiek
- pomyślała, po czym przypomniała sobie z pewnym żalem, że
Phil nie pali, a pije tylko okazjonalnie.

  -   Pan   jest   tym   drugim   detektywem.   -   Pani   Tripp

rozpoznała Phila, otwierając mu drzwi. - Proszę wejść.

Phil podążył za nią do zagraconego salonu.
  -   Proszę   usiąść   -   poleciła   pani   Tripp   -   i   poczytać   mi

książkę.

  -   Chciałbym   zadać   pani   kilka   pytań   -   odezwał   się

niepewnie Phil.

 - Najpierw proszę czytać - to mówiąc, podała mu książkę

zatytułowaną   „Pożądanie   Debory".   -   Strona   pięćdziesiąta   -
rozkazała.

background image

Phil   poczuł   się   jak   w   pułapce.   W   małym   pokoju   było

gorąco jak w saunie. Słońce odbijało się w srebrnych ramkach
licznych fotografii.

Otworzył książkę i zaczął czytać:
  -   Markiz   Dulwater   nachylił   się   nad   skuloną   sylwetką

Debory. „Pocałuj mnie!" - zażądał. „Nie mogę" - zaszlochała
Debora. „Chcesz wziąć mnie siłą, bo jestem biedna!"

Wtem rozległo się chrapanie.
Phil podniósł wzrok znad książki. Pani Tripp zasnęła w

najlepsze. Wstał, żeby wyjść, ale pani Tripp otworzyła oczy.

 - Czytał mi pan? - zapytała.
 - I to całkiem sporo - odpowiedział Phil, mając nadzieję,

że staruszka mu uwierzy.

  - Proszę usiąść - poleciła pani Tripp. - Co chciałby pan

wiedzieć?

 - Czy domyśla się pani, kto mógł dokonać tych zbrodni?
 - Mówiłam już, że to jakiś wariat spoza wioski.
 - Wcześniej mówiła pani... - Phil sięgnął do notatek - że

sprawcą jest żona pastora.

 - Tak myślałam, ale myliłam się.
 - Proszę posłuchać - ciągnął dalej cierpliwie detektyw. -

Jak   ktoś   spoza   wioski   mógłby   ukraść   wino   pani   White   i
podmienić je na zabójczą mieszankę liści rabarbaru i sody?

 - Ci maniacy potrafią być bardzo przebiegli.
 - Naszym zdaniem to jednak ktoś z wioski. Ma pani jakieś

przypuszczenia, kto to mógł być?

  -   Nie,   marnujecie   tylko   swój   czas.   I   cieszy   mnie   to!

Proszę   się   zastanowić.   Jeżeli   morderca   to   ktoś   z   wioski,
jesteście   następni   w   kolejce   -   staruszka   zarechotała
nieprzyjemnie, wysyłając w stronę Phila obłok nieświeżego
oddechu.

Agatha   doszła   do   wniosku,   że   jeżeli   Brian   Summer

wyjdzie na spacer, skieruje się zapewne do lasu. Podjechała

background image

więc na skraj zagajnika, wysiadła z samochodu i zaczęła dalej
iść pieszo. Chłodna zieleń koiła jej zmysły. Nie spodziewała
się, że spotka w lesie Briana, ale pomyślała, że lepsza taka
aktywność niż żadna. Jeżeli nie natknie się na niego, pojedzie
na farmę i zobaczy, czy pani White pozwoli jej zaczekać na
Briana.

Po   półgodzinie   uznała,   że   pora   wracać   i   miała   już

zawrócić, gdy nagle jej oczom ukazała się polana, a na niej na
zwalonym   pniu   drzewa   siedział   Brian   Summer   i   czytał
książkę.   Zobaczył   ją,   zerwał   się   na   równe   nogi   i   stał   tak,
gotów w każdej chwili do ucieczki.

  - Zastanawiałam się, dlaczego postanowił pan zostać w

wiosce. - Agatha podeszła do niego.

Mężczyzna usiadł z powrotem, wyraźnie zrezygnowany.

Agatha   przycupnęła   obok.   Był   tak   przystojny,   jakim   go
zapamiętała - wysoki, dobrze zbudowany, z bujną czupryną
siwych, gęstych włosów.

  - Po tych wszystkich przesłuchaniach zacząłem cierpieć

na depresję. Policja wygrzebała tę starą sprawę z nastolatką,
która zmarła na imprezie. Wiedziała pani o tym? - Tak.

 - Lekarz wypisał mi zwolnienie. Tu jest tak spokojnie. To

jedna   z   ostatnich   wiosek   w   Cotswolds,   która   wydaje   się
odcięta od reszty świata.

 - Ale tutaj?! Dlaczego akurat tutaj? Mamy przecież dwa

nierozwikłane morderstwa.

 - Czuję, że z tych wszystkich ludzi akurat ja nie mam się

czego obawiać ze strony zabójcy.

 - Dlaczego?
 - Nie znałem Glorii French. Nie mam pojęcia, kto może

być mordercą.

Brian   miał   na   sobie   szorty.   Agatha   ukradkiem   rzuciła

okiem na jego silne, umięśnione nogi.

 - Może zjemy dzisiaj razem kolację? - zaproponowała.

background image

  - To bardzo miło z pani strony. - Brian wstał jednym

płynnym   ruchem.   -   Ale   w   tej   chwili   wolałbym   naprawdę
zostać sam.

Żegnaj,   Greto   Garbo   -   wymamrotała   Agatha   do

obojętnych   drzew,   obserwując   Briana,   który   oddalał   się
pospiesznie, aż w końcu zniknął między krzakami.

W gospodzie spotkała się z Philem, który wracał właśnie

od pani Tripp.

 - Nie dowiedziałem się niczego nowego - przyznał. - Ta

kobieta nie ma o niczym bladego pojęcia. To tylko niezbyt
rozgarnięta staruszka. W dodatku śmierdzi.

 - Mnie też nie poszczęściło się z Brianem - powiedziała

Agatha,   mając   na   myśli   coś   więcej   niż   tylko   śledztwo.   -
Napijmy się herbaty i zastanówmy się, z kim teraz możemy
porozmawiać.

Popijając herbatę w ogrodzie, Agatha i Phil wymienili się

notatkami.

  -   Uważam,   że   powinniśmy   razem   odwiedzić   Sam   -

stwierdziła. - Moim zdaniem ona coś ukrywa.

Dopili herbatę i poszli do domu dziedziczki.
 - W Carsely jest dzisiaj festyn - powiedział Phil.
 - Mają piękną pogodę.
James   i   Toni   świetnie   się   bawili,   wspólnie   obsługując

loterię.

 - W tym roku mamy mnóstwo nagród - powiedział James.

-   Zazwyczaj   przynoszą   jeszcze   raz   wszystkie   śmieci,   które
wygrali rok temu. Kupi pani los, pani Arnold?

Najbardziej złośliwa mieszkanka wioski kupiła kupon, a

Toni zakręciła kołem szczęścia.

  -   Wygrała   pani   nagrodę   -   powiedziała.   -   Numer

osiemdziesiąt trzy.

 - Marna puszka sardynek - mruknęła pani Arnold.
 - Kutwy.

background image

Simon   obserwował   Toni   zza   stoiska   z   używanymi

książkami. Długie włosy, które rozpuściła luźno na ramiona,
lśniły   w  słońcu.  Śmiała  się  z   czegoś,  co  mówił  James.   Jej
krótkie szorty odsłaniały zgrabne, opalone nogi. Białą koszulę
przewiązała sobie w pasie.

Wyglądali   na   zadowolonych   ze   swojego   towarzystwa.

Dzięki Bogu, że James jest taki stary - pomyślał Simon. Musi
być   po   pięćdziesiątce,   a   Toni   nie   skończyła   jeszcze
dwudziestu lat. Wtedy przypomniał sobie, że dziewczyna ma
słabość do starszych mężczyzn, ale zaraz odsunął od siebie tę
myśl. James zawsze był dla Toni niczym wujek.

Simon nie chciał, żeby ktoś przyłapał go na podglądaniu.

Postanowił   wrócić   do   Mircesteru.   Toni   zaparkowała   swój
samochód przy rynku. Poczeka tam na nią wieczorem i zapyta,
czy nie ma ochoty na drinka.

Pani Bloxby, obsługująca na stoisku z ciastami, poczuła

niepokój   na   widok   Jamesa   i   Toni.   Wiedziała,   że   Toni   jest
kompletnie   nieświadoma   swojej   urody.   Nagle   zapragnęła,
żeby Mary Gotobed wróciła jak najszybciej do wioski.

Pod koniec dnia James zwrócił się do swojej towarzyszki:
 - Pozbyliśmy się już prawie wszystkiego. Pastor robi dziś

za skarbnika. Zaniosę mu pieniądze. Chcesz już wracać?

 - Pomogę ci poskładać stoisko - powiedziała Toni. - Mam

jeszcze czas.

 - Trudna randka wieczorem?
  -   Samotna   randka   -   doprecyzowała   Toni.   -   W   kinie

studyjnym grają „Artystę", to taki nowy francuski film.

 - Nigdy go nie widziałem - przyznał James. - Wiesz co,

zrobimy tak: zabiorę cię na ten film w ramach podziękowań za
pomoc, a potem możemy coś zjeść.

Simon widział, jak Toni podjeżdża i parkuje przy rynku.

Ku swojej konsternacji, chwilę później zobaczył, że obok jej
samochodu   zatrzymuje   się   James.   Oboje   wysiedli   i   poszli

background image

gdzieś   razem.   Simon   ruszył   w   ślad   za   nimi.   Zobaczył,   że
wchodzą do kina studyjnego. Przez chwilę myślał o tym, żeby
też kupić bilet, ale uświadomił sobie, że jeśli Toni go zobaczy,
domyśli się, że ją śledzi.

Wrócił   więc   do   biura,   usiadł   przy   komputerze   i   wysłał

maila Agacie: „U nas cisza i spokój. Co u ciebie? Toni i James
obsługiwali   razem   loterię   podczas   dzisiejszego   festynu   w
Carsely, a teraz poszli do kina. Miło widzieć, że James tak
troskliwie się nią opiekuje. Simon".

Agatha i Phil wrócili do domu dziedziczki. Próbowali już

wcześniej, ale nie zastali nikogo. Tym razem drzwi otworzył
im Fred. Wpatrywał się w nich przez dłuższą chwilę, po czym
wzruszył   ramionami   i   wszedł   z   powrotem   do   domu,
zostawiając jednak otwarte drzwi. Agatha i Phil zawahali się
przez   moment,   ale   w   końcu   poszli   za   nim.   Usłyszeli   głos
Freda w salonie: „Ta stara, wredna krowa wróciła", po którym
nastąpiła rozdrażniona odpowiedź Samanthy: „Nie mogłeś się
jej pozbyć?".

Agatha weszła do salonu, Phil podążał za nią jak cień.
 - O co znów chodzi? - spytała nadąsana Sam. - Mam już

dość odpowiadania na pytania.

 - Mam przeczucie, że pani coś wie - powiedziała Agatha.

- I nie chce nam pani powiedzieć.

 - Gdybym cokolwiek wiedziała, powiedziałabym policji.

Wam nie mam już nic do dodania - odparła Sam. - Proszę stąd
wyjść.

 - Nadal uważam, że ona coś wie - zżymała się Agatha. -

Ale dobra, zjedzmy kolację, a potem zaplanujemy jutrzejszą
kampanię.

Weszła na górę do swojego pokoju, żeby wziąć kurtkę,

ponieważ wieczory robiły się już chłodne. Liście na drzewie
za oknem pożółkły na brzegach, co niechybnie zwiastowało
jesień. Złą pogodę, mroczne noce i świadomość nieuchronnie

background image

upływającego czasu dla prywatnej detektyw, która czuła się
wtedy wyjątkowo staro. Zabrała ze sobą na dół do restauracji
mały laptop.

 - Co podają? - spytała Phila.
  -   Standardowe   żarcie   barowe   -   odparł   Phil.   -   Chociaż

dzisiaj wieczorem serwują akurat stek i cynaderki zapiekane w
cieście. Może chcesz wejść do środka? Na dworze nie jest już
ciepło.

 - Lubię rześkie powietrze - powiedziała Agatha.
  - Zjem cynaderki i wypiję lampkę wina. - To mówiąc,

zapaliła papierosa i otworzyła komputer.

Przeczytała maila od Simona i zmarszczyła gniewnie brwi.
 - Toni obsługiwała razem z Jamesem loterię na festynie -

zrelacjonowała Philowi - a potem poszli do kina i na kolację.

 - Mary wyjechała na jakiś czas - powiedział Phil.
  - Nie widzę w tym nic zdrożnego. Martwię się raczej o

młodego Simona. Wygląda na to, że ją śledzi.

Agatha   była   jednak   poważnie   zaniepokojona.   Znała

słabość młodej Toni do starszych facetów. Ale przecież James
nigdy nie mógłby... Czyżby?

Z zamyślenia wyrwało ją wycie syren. Wybiegła z pubu

razem   z   Philem.   Przed   domem   pani   Tripp   z   piskiem
hamulców   zatrzymała   się   karetka   oraz   radiowóz.   Wokół
zaczęli gromadzić się pierwsi gapie.

Wśród nich stała żona pastora, blada jak kreda.
 - Co się stało? - spytała ją Agatha.
  -   Pani   Tripp   poprosiła,   żebym   jej   poczytała   -   zaczęła

Clarice. - Gdy wychodziłam, zażyczyła sobie kieliszek tego
okropnego likieru czekoladowego, który tak lubi.

Nalałam jej, a potem wyszłam. Byłam już przy bramie,

kiedy usłyszałam te straszne odgłosy. Wbiegłam do środka.
Pani   Tripp   jęczała,   trzymając   się   za   brzuch.   W   pokoju

background image

panował   straszliwy   smród.   Od   razu   zadzwoniłam   po
pogotowie.

  -   Dlaczego   nie   pomogła   jej   pani,   będąc   w   środku?   -

spytała Agatha.

  - Ja... nie mogłam  - zająknęła się Clarice. - Nie... nie

wiedziałam...   co   robić.   Musiałam   stamtąd   wyjść...   Ten
potworny fetor...

Ludzie stojący przed domem umilkli na widok pani Tripp

wynoszonej   na   noszach.   Staruszka   wyglądała   jak   małe
dziecko.

Jakaś kobieta w policyjnym mundurze podeszła do żony

pastora.

 - Musi pani pójść z nami.
 - Ale mój mąż...
 - Powiem Guyowi - uspokoiła ją Agatha.
Pastor w pośpiechu przyjechał pod dom pani Tripp, akurat

w   chwili,   kiedy   jego   żonę   odwożono   na   komisariat.   Na
miejsce przyjechali biegli sądowi, a wraz z nimi Wilkes, Alice
i Bill Wong.

Agatha podeszła do niego.
  -   Pańska   żona   została   zabrana   na   przesłuchanie   -

wyjaśniła.

  - Ale dlaczego? Co tu się stało? Agatha zrelacjonowała

mu pokrótce.

 - Muszę niezwłocznie udać się na komendę - powiedział

Guy Enderbury. - Moja biedna żona....

Agatha czekała i czekała, aż nad wioską ukazał się chudy

księżyc w nowiu. Tłum przed domem cały czas gęstniał. „To
pewnie znów ten truciciel" - odezwał się ktoś i wśród ludzi
dało się wyczuć przerażenie.

Gdzieś   w   tym   tłumie   musi   być   morderca   -   pomyślała

Agatha. Uważnie przyglądała się twarzom, ale w ciemności
trudno   było   cokolwiek   dostrzec.   Ku   wściekłości   policji,   na

background image

miejsce przyjechała ekipa telewizyjna i wkrótce cała okolica
była   skąpana   we   fluorescencyjnym,   niebieskim   świetle.
Dziennikarzom   nakazano   spakować   się   i   natychmiast
wyjechać, ale zanim to się stało, Agatha zlustrowała szybko
stojących   wokół   gapiów.   Sam   i   Fred   stali   z   boku,   na   ich
twarzach malowała się obojętność. Jenny trzymała się blisko
Petera Suncliffa, jakby szukając u niego wsparcia. Do Agathy
podszedł Jerry Tarrant.

 - To straszne - powiedział. - Ale przynajmniej ci wszyscy

ludzie zdadzą sobie sprawę, że mamy do czynienia z mordercą
mieszkającym w naszej wiosce.

Podeszła do nich sierżant Alice Peterson.
  - Panie Marshall... - zwróciła się do Phila. - Podobno

widziano, jak wcześniej wchodził pan do domu pani Tripp.
Wracamy   na   komendę,   zostawiając   tutaj   ekipę
dochodzeniową. Pan uda się z nami.

  - Jedź  -  Agatha   zwróciła   się  do  Phila.  - Ja   pojadę   za

wami.

Agatha zaparkowała samochód na rynku przed komendą

policji.   Zadzwoniła   do   Patricka   i   opowiedziała   mu,   co   się
stało.

 - Sprawdź, czy możesz ustalić w miarę szybko, czym ją

otruto - powiedziała. - Wiem, że to trochę trwa, ale zazwyczaj
mają od razu jakąś wstępną hipotezę.

Rozłączyła   się   i   miała   właśnie   wysiąść   z   samochodu,

kiedy   nagle   zobaczyła   Jamesa   i   Toni,   którzy   przechodzili
przez rynek. Dziewczyna śmiała się z czegoś, co powiedział
James, a on patrzył na nią z pobłażliwym uśmiechem. Cała
scena  rozgrywała  się  w świetle wysokich ulicznych latarni,
ustawionych wokół parkingu.

Agatha   chciała   już   wysiąść   z   samochodu   i   zrobić   im

awanturę, ale w ostatniej chwili opadła na fotel kierowcy. O
Boże - pomyślała. Co ten James sobie wyobraża?

background image

Para   dotarła   do   końca   rynku   i   skręciła   w   jedną   z

wybrukowanych   uliczek,   która   prowadziła   do   mieszkania
Toni. Zapominając w jednej chwili o Philu, Agatha wysiadła z
samochodu i rzuciła się w pogoń za nimi.

Mieszkanie   dziewczyny   znajdowało   się   na   pierwszym

piętrze   w   starej   kamienicy.   Agatha   stanęła   w   ciemności
między dwiema latarniami ulicznymi po drugiej stronie ulicy i
spojrzała w okna salonu Toni.

W   palącym   się   w   pomieszczeniu   świetle   widać   było

Jamesa, który coś mówił. Toni pojawiła się z butelką wina i
dwoma   kieliszkami.   Potem   zniknęli   z   widoku   -   widocznie
usiedli.

Agatha   poczuła,   jak   przeszywa   ją   fala   intensywnych

emocji: samotność, zazdrość i smutek.

Wtedy   przypomniała   sobie,   po   co   przyjechała   do

Mircesteru: Muszę myśleć o tym, co mogę zrobić.

W komendzie policji usiadła w recepcji i wysłała maila do

Charlesa: „Pomocy! Wygląda na to, że James ma romans z
Toni. Wiesz coś na ten temat? Uściski. Agatha".

Po półgodzinie zadzwonił jej telefon. Po drugiej stronie

usłyszała głos Patricka.

  -   Jestem   w   szpitalu   -   powiedział.   -   Udawałem,   że

odwiedzam kogoś z rodziny i poszedłem tam, gdzie leży ta
staruszka.   Pilnujący   jej   pokoju   policjant   rozpoznał   mnie.
Spytałem go, jak się czuje pacjentka, a on odpowiedział, że
dostała dużą dawkę środka na przeczyszczenie. Ja na to, że
zdiagnozowali to bardzo szybko, na co on odparł, że wydają
się niemal pewni, kto jej to zrobił.

 - To pewnie Clarice, żona pastora - powiedziała Agatha.
 - Tak, uważają, że to ona jest mordercą.
  -   To   dziwne,   że   truciciel   podał   starszej   pani   jedynie

środek na przeczyszczenie.

 - Pani Tripp jest stara i samo odwodnienie mogło ją zabić.

background image

 - Ale przecież to Clarice zadzwoniła po karetkę.
 - Jeśli dowiem się czegoś więcej, odezwę się - powiedział

Patrick i rozłączył się.

Po kolejnej półgodzinie pojawił się Phil.
  -   Ależ   mnie   wymaglowali!   -   zawołał.   -   Prawie   sam

uwierzyłem, że ją otrułem.

Agatha   opowiedziała   mu,   czego   dowiedziała   się   od

Patricka.

 - To dziwne - skomentował. - Jeżeli rzeczywiście chciała

ją zabić, powinna wsypać jej do drinka coś mocniejszego, po
czym ulotnić się, a już na pewno nie dzwonić po pogotowie.

  -   Teraz   ma   już   prawnika.   Pewnie   nie   będą   mogli   jej

zatrzymać - powiedziała Agatha. - Jeżeli sama się nie przyzna,
to wątpię, by znaleźli jakikolwiek dowód, że to właśnie ona
podała pani Tripp środek na przeczyszczenie. Staruszka mogła
to zrobić sama i przedawkować.

Agatha zadzwoniła znowu do Patricka.
 - Dowiedziałeś się może, czy pani Tripp nie wzięła sama

środka na przeczyszczenie?

 - Jeszcze nie. Spróbuję rano.
Mijały kolejne godziny. Na zewnątrz zaczynało już świtać.

Phil   zasnął,   ale   Agatha   była   zbyt   wzburzona   myślami   o
Jamesie i Toni.

Wreszcie   pojawiła   się   Clarice,   z   zaczerwienionymi   od

płaczu   oczami,   wspierając   się   na   ramieniu   męża.   Policjant
zaproponował im odwiezienie do domu, ale pastor szorstko
odmówił i powiedział, że zrobi to ich prawnik.

 - Clarice... - zaczęła Agatha, podchodząc do niej.
  -   Proszę   zostawić   mnie   w   spokoju!   -   krzyknęła   żona

pastora,   wyprowadzana   z   budynku   przez   swojego   męża   i
wynajętego prawnika.

background image

Nagle   w   recepcji   zrobiło   się   jasno   od   fleszy

fotoreporterów   czekających   na   zewnątrz.   Phil   obudził   się   i
spytał:

 - Co teraz?
  - Ty jedź do szpitala. Powiedz, że jesteś siostrzeńcem

pani Tripp i przyjechałeś ją odwiedzić.

 - Nic z tego. - Phil pokręcił głową. - Pani Tripp nigdy nie

wyszła   za   mąż.   Policjant   powie   jej,   że   przyszedł   do   niej
siostrzeniec,   a   ona   zaprzeczy,   by   kiedykolwiek   miała
siostrzeńca. Będę miał kłopoty.

 - Dobrze - westchnęła Agatha. - W takim razie wracamy

do wioski. Cóż za zmarnowana noc.

Wyszli   z   budynku   komendy   policji.   Dziennikarze   już

zniknęli. Agatha stanęła nagle na schodach jak wryta. James
Lacey szedł w kierunku swojego samochodu.

Agatha pobiegła prosto do niego. James usłyszał jej kroki i

obrócił się, zaskoczony.

 - Agatha! Co ty tu...
Nie dane mu było jednak dokończyć zdania, bo Agatha

uderzyła   go   na   odlew   w   twarz.   James   złapał   ją   za   ręce   i
wykręcił je do tyłu.

 - Co w ciebie wstąpiło, do cholery!
 - Spędziłeś noc z Toni! - wrzasnęła Agatha.
  -   Spędziłem   noc   u   Toni   na   kanapie,   ponieważ   byłem

wstawiony i  chciałem  - wytrzeźwieć, zanim  znów siądę  za
kółkiem. Poza tym, co cię to obchodzi?

  - Znasz słabość Toni do starszych mężczyzn. Chcesz ją

uwieść!

 - Chcę się stąd wydostać, wrócić do domu, wziąć prysznic

i   ogolić   się.   A   potem   zamierzam   oświadczyć   się   Mary
Gotobed, która wraca dziś rano. - To mówiąc, puścił Agathę i
cofnął się o krok. - Na przyszłość pilnuj swojego nosa.

background image

  -   Chodź   -   powiedział   cicho   Phil,   ciągnąc   delikatnie

przełożoną za ramię.

Agatha pozwoliła zaprowadzić się do samochodu. Nagle

poczuła się zmęczona i stara. Miała ochotę się rozpłakać.

Nieco   później   James   wystroił   się,   wsunął   do   kieszeni

pierścionek z diamentem i pojechał po Mary, by zabrać ją do
restauracji   w   Broadway.   Gdy   znów   ją   zobaczył,   poczuł   w
sercu   ukłucie   zaskoczenia,   a   do   jego   głowy   wkradła   się
zdradliwa myśl, że Mary wygląda, no cóż, niezbyt elegancko.

Uprzedził ją wcześniej, że to będzie wyjątkowy obiad, a

ona   nawet   się   nie   umalowała.   Miała   na   sobie   wypłowiałą
zieloną bluzkę, obwisły szary sweter oraz wełnianą spódnicę.

Na   miejscu,   w   restauracji   w   Broadway,  James   rozłożył

sobie na kolanach serwetkę i wyjrzał przez okno. Zaczął padać
deszcz - solidna, przemaczająca wszystko mżawka.

  -   Mam   nadzieję,   że   zabrałaś   parasol   -   zwrócił   się   do

Mary.

Zadowolona z  siebie  Mary poklepała się po głowie, na

której zrobiła sobie trwałą i zakręciła włosy w loki.

 - Miałam przeczucie, że to jakaś specjalna okazja
 - powiedziała - więc poszłam do fryzjera. W torebce mam

plastikowy worek. Ale powiedz lepiej, co porabiałeś pod moją
nieobecność.

  - Nic specjalnego - odparł James, próbując  wyprzeć z

głowy obraz roześmianej twarzy Toni. To okropne

 - pomyślał. Stałem się starym zbereźnikiem. Nie mogę się

z nią więcej spotykać.

James   i   Mary   zamówili   jedzenie.   Mary   opowiadała   z

uprzejmością   o swojej  starej  matce,  która,  jak  na  jej   wiek,
trzymała się zaskakująco dobrze. Tymczasem James cały czas
walczył z myślą, że oto znalazł się w pułapce.

background image

To   wszystko   wina   Agathy   -   pomyślał.   Przez   nią

przyzwyczaiłem się do wzlotów i upadków oraz do różnych
przygód.

Czuł   w   kieszeni   ciążący   mu   pierścionek.   Gdy

odprowadzał   Mary   do   samochodu,   włożyła   na   głowę
plastikowy   worek.   Wydawało   mu   się,   że   jest   nim
rozczarowana.

Jednak pierścionek nie opuścił jego kieszeni....
Agatha i Phil zdrzemnęli się trochę, po czym spotkali się,

by przedyskutować kolejne kroki.

 - Jestem pewna, że nie uda nam się zbliżyć do Clarice
 - powiedziała Agatha. - Ona i Sam wydają się być blisko

związane.

  - Pewnie każe temu okropnemu Fredowi mówić, że nie

ma jej w domu.

 - Racja. Ale zaparkujemy trochę dalej i poczekamy, może

gdzieś wyjdzie.

 - Agatho, czy mogę coś powiedzieć?
 - Jeżeli to dotyczy Jamesa Laceya, to zapomnij! - rzuciła

Agatha.

Wyszli   z   gospody,   wsiedli   do   samochodu   Agathy   i

podjechali   kawałek,   zatrzymując   się   przed   wjazdem   na
posesję. Zaparkowali w cieniu rozłożystego jaworu.

 - Pada - powiedziała posępnym głosem. - Ładna pogoda

nie mogła trwać bez końca.

  - Idzie Fred - zauważył Phil. - Nie musisz się chować,

poszedł w drugą stronę - dodał zaraz.

  -   Teraz,   kiedy   zniknął   na   końcu   ulicy   -   powiedziała

Agatha   -   możemy   równie   dobrze   sami   sprawdzić,   czy
dziedziczka otworzy nam drzwi.

Zadzwonili, potem zapukali i czekali cierpliwie. W końcu

drzwi   otworzyły   się   i   Samantha   zmierzyła   ich   wzrokiem.

background image

Widać było, że zastanawia się, czy nie zatrzasnąć im drzwi
przed nosem, ale tylko wzruszyła ramionami.

 - Wejdźcie.
Usiedli jak zwykle w salonie.
 - O co chodzi tym razem? - spytała Sam.
  -   Czuję,   że   pani   coś   wie,   coś   w   sobie   skrywa   -

powiedziała Agatha. - Pytałam już panią o to wcześniej.

 - Dajcie mi wreszcie spokój! - wykrzyknęła Sam.
 - Nie mam pojęcia, o co wam chodzi.
  -   Czy   była   pani   w   pobliżu   chaty   pani   Tripp,   zanim

staruszka zachorowała? - spytał Phil.

Jego   łagodny   głos   i   nienaganne   maniery   zdawały   się

uspokajać nieco dziedziczkę.

 - Nie. A co z nią - nie żyje?
 - Żyje - odparł Phil. - Wygląda na to, że ktoś wsypał jej

do drinka dużą dawkę środka na przeczyszczenie.

  - Naprawdę?   Ta  stara  prukwa  zawsze  miała  gówniane

szczęście - zarechotała Sam.

  - Nie ma się z czego śmiać - wtrąciła surowym tonem

Agatha. - W jej wieku to mogło ją zabić.

  - No cóż, ja nie miałam z tym nic wspólnego. Pewnie

któryś z wieśniaków miał już dość zmuszania go do czytania
jej na głos.

  -   Myśli   pani,   że   Clarice   mogła   mieć   z   tym   coś

wspólnego?   -   naciskała   dalej   Agatha.   -   Jesteście
przyjaciółkami, nieprawdaż?

 - Owszem, jestem jej przyjaciółką i jest mi jej żal. Bycie

żoną pastora w takiej małej wiosce - i co za tym idzie, służącą
na posyłki dla wszystkich - to prawdziwe przekleństwo.

background image

Rozdział V
  - Musimy się dowiedzieć, czy skłonność do popijania,

którą przejawiała Gloria, była czymś powszechnie znanym -
oznajmiła nazajutrz Agatha. - Ktoś musiał przecież wiedzieć,
że miała w zwyczaju topić smutki w alkoholu. Ta wioska mnie
przygnębia.

W tym momencie zadzwonił jej telefon. To była Toni.
 - Niespodziewanie przywaliła nas robota - powiedziała. -

Jest jakaś szansa, że wrócisz?

Agatha z całego serca żałowała, że nie może po prostu

rzucić tej sprawy. Jednak powrót oznaczałby konfrontację z
Toni i zamartwianie się o Jamesa.

  - Daj mi jeszcze trochę czasu - poprosiła. - Przyślę ci

Phila.

Agatha rozłączyła się i zwróciła się do Phila.
  - To była Toni. Wygląda na to, że mają tam mnóstwo

roboty i potrzebny im fotograf. Może wrócisz do Mircesteru?
Wystarczy, że jedno z nas musi węszyć w tej zapyziałej norze.

Po tym jak Phil spakował się i wyjechał, Agatha usiadła w

ogrodzie z kubkiem czarnej kawy. Pogoda znów się poprawiła
i   słońce   prześwitywało   między   liśćmi   drzew,   które
rozpościerały   się   nad   ogrodem,   rzucając   drżące   cienie   na
zatroskaną twarz Agathy pochylonej nad notatkami.

Z zamyślenia wyrwał ją głos Mosesa Greena.
 - Ma pani gościa, pani Raisin. Nie powiedziałem mu, że

pani tu jest, na wypadek, gdyby nie chciała się pani z nim
widzieć.

 - Kto to?
 - Pan Roy Silver.
 - A, to dobrze. Może pan go tu przysłać.
Roy pracował dla Agathy, kiedy prowadziła własną firmę

public relations.  Gdy wszedł do ogrodu, Agatha zamarła ze
zdumienia. Mimo panującego na dworze upału, miał na sobie

background image

tweedowy   kapelusz,   kurtkę   do   jazdy   konnej   narzuconą   na
kraciastą koszulę, pumpy, skarpety oraz szkockie półbuty.

 - Co to ma znaczyć? Wybierasz się na bal przebierańców?
 - To mój wiejski wizerunek - obruszył się Roy.
 - W ogóle nie jesteś w nim sobą. Co cię tu sprowadza? -

Wziąłem sobie tydzień wolnego. - Roy usiadł na

krześle naprzeciwko niej, zdjął kapelusz i wytarł mizerną

twarz jedwabną chusteczką. - Pomyślałem, że pomogę ci w
śledztwie. Czy w okolicy są jacyś dziennikarze?

  - Nie - odparła z jadowitym uśmiechem Agatha, znając

zamiłowanie Roya do rozgłosu. - Niepotrzebnie się trudziłeś.
Nad czym ostatnio pracowałeś?

  - Nakręcałem popularność Country Air (Ang. „Wiejskie

Powietrze" (przyp. tłum.).).

 - A cóż to takiego?
 - Nowy zapach dla mężczyzn. Mocny i przywołujący na

myśl świeże powietrze.

 - 1 jak - odniosłeś jakiś sukces?
 - Pewnie. Dlatego musiałem wziąć sobie wolne. Nosiłem

te ciuchy do lunchu i wierz mi, skarbie, wszyscy się za mną
oglądali. Ale masz rację. Poczekaj, przebiorę się.

Pół godziny później Roy pojawił się w różowej koszuli,

dżinsach i tenisówkach. Na szyi miał złoty medalion, który
opadał mu na owłosiony tors.

 - Domyślam się, że to przyklejany zarost - nie omieszkała

zauważyć Agatha.

 - Wygląda jak prawdziwy - odparł z rozdrażnieniem Roy.

-   Wtajemniczysz   mnie   w   te   swoje   morderstwa,   czy   dalej
będziesz się mnie czepiać?

Agatha, zadowolona, że znalazła odskocznię od własnych

myśli,   opowiedziała   mu   wszystko,   czego   się   do   tej   pory
dowiedziała.

background image

 - Wygląda na to, że jedyną osobą, której nie przepytałaś,

był pastor Enderbury. Dlaczego?

 - Wydaje się mało prawdopodobnym podejrzanym.
 - Czemu? Tylko dlatego, że jest duchownym? Niejeden z

tych   pasterzy   Bożej   Owczarni   to   cicha   woda,   która   brzegi
rwie. Pamiętam jednego wikariusza, który...

  - Oszczędź mi tych swoich opowieści, dobrze? Niech ci

będzie, złożymy wizytę na plebanii.

 - To miejsce jest dziwne - stwierdził Roy, kiedy wyszli z

pubu. - Wygląda, jakby czas się go nie imał.

  -   A   jednak   było   w   pewnym   sensie   świadkiem

morderstwa.

 - Jak się miewa James?
 - Czemu pytasz? - zareagowała szorstko Agatha.
 - Po drodze tutaj wpadłem do Carsely. Cała wioska huczy

od   plotek,   że   James   rzucił   pewną   niezłomną   kobietę   o
nazwisku Mary Gotobed, która jednak do jego łóżka nigdy nie
trafiła. Rozumiesz? - Roy zachichotał, a potem wykonał dwie
gwiazdy na środku ulicy.

  - Przestań zachowywać się jak klaun - upomniała go ze

złością w głosie Agatha. - Jeśli chcesz pomóc mi w śledztwie,
spróbuj   zachowywać   się   profesjonalnie,   jak   przystało   na
detektywa.

Drzwi na plebanii otworzyła im pani Pound, sprzątaczka

pastora, która powiedziała, że wielebny jest w kościele.

Agatha i Roy poszli więc do kościoła i otworzyli drzwi na

oścież.   Mimo   panującego   na   dworze   upału,   w   środku   było
chłodno.   Wnętrze   świątyni   pachniało   kadzidłem   i   mokrymi
podnóżkami. Był to klasyczny przykład powrotu do gotyckiej
architektury sakralnej z pięknymi witrażami w oknach. Pastor
klęczał przed ołtarzem, z głową pochyloną w modlitwie.

Agatha kaszlnęła głośno. Guy Enderbury podniósł głowę,

rozejrzał się, a potem niechętnie podniósł z kolan.

background image

Podszedł do detektywów i zapytał szorstko:
 - O co chodzi tym razem?
 - Mamy tylko kilka pytań - odpowiedziała Agatha.
 - Widzieliście, że się modlę. W dzisiejszych czasach nie

ma już miejsca na szacunek. Moim zdaniem odpowiada za to
rozbrajająco   beztroski   sposób   odprawiania   nabożeństw   w
Kościele   anglikańskim.   Czy   wy   w   ogóle   znacie   znaczenie
słowa „trwoga"?

Agatha zmieszała się i zaczęła szurać nogami. Guy wbił

świdrujące spojrzenie w Roya.

  -   A   ty,   młody   człowieku?   Wiesz,   co   to   trwoga?   Roy

zachichotał i zaczął nucić cienkim falsetem:

 - Och, gwałtu, rety, trwoga. Utknąłem w wychodku i leję

po nogach.

  - Tu nie ma nic do śmiechu. Nikt już nie czuje w tym

miejscu obecności Wszechmogącego. Dlaczego? Czy ktoś mi
powie dlaczego?

 - Czy możemy dokończyć tę głęboką dysputę teologiczną

innym razem? - odezwała się Agatha. - Cały czas staram się
odkryć prawdę, kto dokonał tych morderstw, ale najwyraźniej
nikomu w wiosce na tym nie zależy.

 - A jak pani myśli, co ja przed chwilą robiłem? - zapytał

Guy.   -   Modliłem   się   o   pomoc.   Dam   wam   znać,   kiedy
otrzymam odpowiedź.

 - A skąd będzie pastor wiedział, że to Bóg przez pastora

przemawia, a nie pański wewnętrzny głos? - odpowiedziała
pytaniem na pytanie Agatha. - Obawiam się, że dzisiaj policja
wymaga dowodów.

 - Kiedy już dowiem się, kto to zrobił - powiedział pastor -

na   pewno   zostanę   skierowany   we   właściwym   kierunku.   A
teraz proszę wybaczyć...

  -   Chodź,   Roy   -   zaordynowała   Agatha,   dochodząc   do

wniosku, że pastor jest zdrowo szurnięty.

background image

Stanęli w przedsionku kościoła.
 - Zabrałaś parasolkę? - spytał Roy. - Na dworze chyba się

ściemniło.

 - Ten gość jest jak butelka wina mszalnego bez kielicha.

Modli  się  o odpowiedź. Nigdy nie  słyszałam  takiego steku
bzdur.

W   tym   momencie   powietrze   przecięła   poszarpana

błyskawica i piorun uderzył w ziemię tuż przed przedsionkiem
kościoła;   grzmot,   który   nastąpił   chwilę   później,   był
ogłuszający.

 - Rany! - Roy ścisnął kurczowo Agathę. - Może księżulek

właśnie otrzymał odpowiedź.

 - A może to ja ją otrzymałam - odparła Agatha. - To świr.

Nie   zauważyliśmy   tego   wcześniej.   Biegnijmy   do   gospody,
zanim całkiem przemokniemy.

Ale   nad   wioską   nastąpiło   oberwanie   chmury   i   z   nieba

polały się strumienie wody, tak że Agatha i Roy musieli udać
się do swoich pokojów w gospodzie, by się przebrać.

Kiedy spotkali się ponownie, burza odeszła już na wschód,

a wioska była skąpana  w delikatnych, jasnych promieniach
słońca. Z krytych strzechą dachów kapała woda.

 - Co teraz? - spytał Roy.
  -   Zamierzam   uciąć   sobie   pogawędkę   z   Clarice,   żoną

pastora.

 - A co, jeśli on tam będzie? Ten człowiek mnie przeraża.
 - I co z tego? To tylko religijny czubek.
Poszli razem w kierunku plebanii - Agatha maszerowała z

przodu, a za nią niechętnie wlókł się Roy.

Dzień   wcześniej   Toni   pożegnała   się   definitywnie   z

pewnym młodym chłopakiem, z którym umówiła się ostatnio
na randkę. W porównaniu z Jamesem Laceyem wydawał się
płytki   i   nudny.   Zakończyła   właśnie   kolejną   sprawę   z   serii
„Sprawdźcie, czy mój mąż mnie zdradza", i teraz czuła się

background image

apatyczna i samotna. Wróciła do biura, żeby napisać raport. Z
irytacją spostrzegła, że Simon cierpliwie na nią czekał.

 - Masz ochotę coś zjeść? - spytał z nadzieją w głosie.
  - Nie, chcę się wcześniej położyć spać - wymigała się.

Kiedy Toni pochylała się nad klawiaturą komputera,

Simon ze smutkiem popatrzył na jej blond włosy, po czym

powiedział:

 - Dobranoc.
Toni   dokończyła   raport,   ale   zamiast   wrócić   do   domu,

wsiadła do samochodu i pojechała do Carsely. Wjeżdżając na
Lilac Lane, poczuła, że serce zabiło jej mocniej. Samochód
Jamesa stał zaparkowany przed jego domem. Toni także tam
się   zatrzymała,   próbując   przy   tym   przekonać   samą   siebie,
żeby nie zachowywała się jak naiwny podlotek.

Tymczasem   James   pakował   właśnie   walizkę.   Było   mu

wstyd, że tak potraktował Mary, i wiedział, że wzbudził w niej
płonne   nadzieje   na   małżeństwo.   Ponieważ   większość
pieniędzy   zarabiał   pisaniem   przewodników   turystycznych,
miał dobrą wymówkę, aby wyjechać ze wsi.

W   swojej   naiwności   próbował   udawać,   że   łączący   ich

związek był tylko lokalną przyjaźnią, która zrodziła się, gdy
spotkali się przelotnie w wiejskim sklepie. Kiedy powiedział
Mary, że wyjeżdża w podróż, zaczęła płakać i uczepiła się
jego   rękawa,   jakby   chciała   go   powstrzymać.   Całą   scenę
obserwowało kilku ciekawskich mieszkańców wioski.

  -   Czuję   się   jak   skończony   drań   -   powiedział   na   głos

James. W przypływie nagłego strachu, że Mary może się czaić
na   zewnątrz,   wyjrzał   przez   okno   i   zobaczył   niewielki
samochód Toni. Otworzył drzwi na oścież i zawołał:

 - Toni! Co ty tutaj robisz?
Dziewczyna wysiadła z auta, płonąc ze wstydu.
  -   Przyniosłam   Agacie   kilka   raportów   finansowych   i

wsunęłam je przez otwór na listy.

background image

 - Jadłaś już kolację?
 - Nie, jeszcze nie.
  - Wyjeżdżam na jakiś czas, ale najpierw chciałbym coś

przekąsić. Przyłączysz się do mnie?

 - Z przyjemnością.
Agatha   i   Roy   zbliżali   się   do   probostwa,   kiedy   spotkali

Clarice, która na ich widok spłoszyła się jak wystraszony koń.

 - Nie mogę z wami rozmawiać - powiedziała. - Idę czytać

pani Tripp.

 - Myślałam, że jest w szpitalu - zdziwiła się Agatha.
  -   Wyszła   dzisiaj   i   Guy   poprosił   mnie,   żebym   się   nią

zajęła.

  -   My   to   zrobimy   -   zaproponowała   Agatha,   chcąc

wykorzystać  okazję, żeby spytać, czy  starsza  pani  wie, kto
naszprycował ją środkiem na przeczyszczenie.

 - Naprawdę? Dziękuję wam z całego serca. Na samą myśl

o tej kobiecie ciarki przechodzą mi po plecach.

 - Czy w drodze powrotnej możemy do pani zajrzeć?
 - Słucham? Ach, no cóż, chyba tak. A to kto?
  - Przepraszam. To mój kolega, Roy Silver.  Roy, to jest

Clarice Enderbury. Do zobaczenia wkrótce.

  -   A   więc   poznam   straszliwą   panią   Tripp   -   powiedział

Roy.

  -   Najpierw   musimy   jej   poczytać.   Jeżeli   nam   się

poszczęści, może wydobędziemy z niej jakąś informację.

Zadzwonili do drzwi chaty pani Tripp i po chwili usłyszeli

jej głos dochodzący z wewnątrz.

 - Drzwi są otwarte.
Weszli   do   salonu,   gdzie   zastali   ją   siedzącą   w   fotelu,

owiniętą wielkim szarym szalem.

 - Kto to jest? - spytała pani Tripp, lustrując podejrzliwym

wzrokiem Roya. - Pani kochanek?

 - Nie, to mój kolega. Nazywa się Roy Silvet.

background image

  - Raczej nie wygląda mi na detektywa - skomentowała

pani   Tripp.   -   Wystarczyłby   podmuch   wiatru,   by   cię
przewrócić, młody człowieku.

 - Jestem niesłychanie silny i mam czarny pas w karate -

skłamał Roy.

 - Dobrze, już dobrze, nie stójcie jak kołki. Poczytajcie mi.

- To mówiąc, wręczyła Agacie książkę zatytułowaną „Kolory
bieli". - Strona dziewięćdziesiąta druga...

Agatha i Roy usiedli, po czym Agatha otworzyła książkę

na wskazanej stronie.

  - Przywiązał ją do łóżka - zaczęła - i poczuł, jak jego

namiętność rośnie. „Zdzira!" - syknął i uderzył ją w twarz.
„Już ja ci..." - Agatha spojrzała na starszą panią.

 - Podoba się pani takie barachło?
 - To świetna książka - zachichotała pani Tripp.
 - Proszę czytać dalej.
 - Chciałabym pani zadać kilka pytań.
 - Czytaj!
Agatha   postanowiła   złośliwie,   że   zmyśli   dalszy   ciąg

fabuły.

 - Drzwi otworzyły się z trzaskiem i do pokoju wpadł jak

burza   Jason   Strongfellow.   Potężnym   ciosem   w   szczękę
powalił  Jaspera   na  ziemię,  po  czym  uwolnił  Felicity,  która
wtuliła się w jego muskularne ramiona...

 - Zasnęła - przerwał jej Roy. - Ma tutaj wiele ciekawych

rzeczy, ale za dużo fotografii.

 - Była kiedyś służącą.
 - Co teraz zrobimy?
 - Zaczekamy - powiedziała Agatha. - Wkrótce się obudzi.
Nie robię przecież nic złego - powtarzał sobie w duchu

James   Lacey,   spoglądając   na   siedzącą   naprzeciwko   niego,
przy   stoliku   w   tajskiej   restauracji   w   Evesham,   Toni   i   jej
rozpromienioną twarz. - Jestem tylko jej przyjacielem.

background image

Posadzono   ich   pod   oknem   -   po   drugiej   stronie   ulicy

dyżurna plotkara w Carsely, pani Arnold, która ich śledziła, z
zapałem przyglądała się ich twarzom. Potem wróciła do domu,
znalazła adres mailowy Agathy i zaczęła pisać.

  - Dlaczego przestała pani czytać? - spytała nagle pani

Tripp.

  - Czytałam  pani  bez  końca, aż  zaschło mi  w gardle  -

odpowiedziała Agatha. - A teraz proszę nam powiedzieć, czy
podejrzewa pani, kto mógł wrzucić ten środek do drinka. Kto
panią odwiedzał tego dnia?

  -   Była   u   mnie   Jenny   Soper.   Często   robi   mi   zakupy.

Przyszła z Peterem Suncliffem. Niech pomyślę... Henry Bruce
wpadł odetkać mi zlew. Zajrzał także pastor, by powiedzieć,
że jego żona przyjdzie mi poczytać. Zjawiła się też Ada White
z mężem i jakimiś babeczkami.

Agatha jęknęła.
 - Wygląda na to, że mogło to zrobić mnóstwo ludzi. Na

pewno nie wie pani, kogo z nich należałoby podejrzewać w
pierwszej kolejności?

 - Nie mam pojęcia.
Staruszka sprawiała wrażenie tak zadowolonej z siebie, że

Agatha nie wytrzymała.

 - Nie boi się pani? - spytała.
  -   Kiedy   jest   się   w   moim   wieku,   śmierć   nie   napawa

strachem. Poza tym zrobili mi porządną lewatywę.

Nagle odezwał się Roy:
 - Wie pani, wydaje mi się, że pani doskonale wie, kto jest

za to odpowiedzialny. Jestem także pewien, że zna pani wiele
mrocznych tajemnic, dotyczących mieszkańców tej wioski.

 - Wynocha stąd, obszczymurku - zdenerwowała się pani

Tripp. - No, już!

Gdy byli już na zewnątrz, Agatha spytała Roya:
 - Dlaczego to powiedziałeś?

background image

 - Pomyślałem, że wbiję jej szpilę i zobaczę, co się stanie.

A teraz jestem głodny.

 - Wracajmy do pubu. Chętnie wypiłabym drinka
  -   przyznała   Agatha.   -   Mam   nadzieję,   że   jest   jeszcze

otwarty. Jest już dosyć późno.

Moses   powiedział,   że   kolacja   się   skończyła,   ale

zaproponował, że jego żona zrobi im omlety z szynką. Agatha
poszła na górę i wróciła z laptopem.

  -   Sprawdzę   tylko,   czy   nie   ma   jakichś   pilnych   maili   -

powiedziała, kładąc komputer na stole i włączając go.

 - Za późno. Idzie nasze jedzenie - ostrzegł ją Roy.
Agatha   odłożyła   laptopa   na   sąsiedni   stolik.   Jedli   w

milczeniu, każde z nich pogrążone we własnych myślach. Roy
zastanawiał się, czy jego wyjazd nie jest przypadkiem stratą
czasu.   Nic   się   nie   działo,   a   to   oznaczało,   że   nie   ma   także
szansy   na   przyjazd   prasy,   co   z   kolei   miało   bezpośrednie
przełożenie na rozgłos - czy raczej jego brak - wokół własnej
osoby. Natomiast Agatha rozmyślała o Jamesie Laceyu. Jej
były mąż miał zamiar poślubić Mary Gotobed. Toni na pewno
była bezpieczna.

Podeszła   do   sąsiedniego   stolika   i   włączyła   komputer.

Skrzywiła   się,   kiedy   zobaczyła   maila   od   pani   Arnold.
Otworzyła go i przeczytała: „Droga pani Raisin, pomyślałam,
że chciałaby pani wiedzieć, iż pan Lacey w okrutny sposób
odtrącił   względy   Mary   Gotobed   i   zwrócił   swoją   uwagę   na
młodą dziewczynę, która mogłaby być jego wnuczką. Nazywa
się Toni Gilmour i dziś wieczorem gruchali do siebie jak para
gołąbków   w   restauracji   w   Evesham.   To   gorszące   i   należy
położyć temu kres. Z poważaniem, Rose Arnold".

 - Co jest? - zainteresował się Roy. - Wyglądasz, jakby i

ciebie otruto.

 - Chodzi o Jamesa - odparła posępnym głosem Agatha. -

Romansuje z Toni.

background image

 - Daj spokój. James zawsze był dla niej jak wujek.
 - Co mogę zrobić?
  -   Nic.   -   Roy   wzruszył   ramionami.   -   Już   wcześniej

wtrącałaś się w jej życie. Ona nigdy by ci tego nie wybaczyła i
straciłabyś   zdolną   panią   detektyw.   James   to   rozsądny
człowiek.

  -   Postanowiłem   wyjechać   na   jakiś   czas   -   powiedział

James, odwożąc Toni z powrotem do Carsely, gdzie zostawiła
swój samochód.

 - Dokąd?
  - Chcę odwiedzić kilka miejsc w Hiszpanii. Pracuję nad

przewodnikiem po tanich hotelach, a w tym pogrążonym w
recesji kraju można teraz znaleźć mnóstwo takich okazji.

  -   Brzmi   wspaniale   -   w   głosie   Toni   zabrzmiał   lekki

smutek. - Od lat nie byłam na urlopie.

  - No to może wybierzesz się ze mną? Mógłbym pokryć

wszystkie twoje wydatki.

  -   Mam   trochę   zaległego   urlopu.   Ale   co   na   to   powie

Agatha?

 - Nie musi o niczym wiedzieć.
  - Zaraz do niej zadzwonię. W pracy mamy teraz sezon

ogórkowy. Będę musiała skłamać.

Toni  umówiła  się z  Jamesem,  że  spotkają  się nazajutrz

rano na lotnisku w Birmingham. Tam James załatwi jej bilet.
Pożegnała się z nim, po czym zaparkowała trochę dalej przy
tej samej ulicy i zadzwoniła do Agathy.

 - Przepraszam, że informuję cię o tym w ostatniej chwili -

powiedziała - ale przyjaciółka ma wolny dom w Bułgarii i jest
szansa na darmowe wakacje. Chciałabym wyjechać jutro na
dwa tygodnie. W biurze jest teraz dużo mniej roboty, więc nic
się nie stanie.

 - Widziałaś się z Jamesem? - spytała Agatha.

background image

  -   Tak   -   przyznała   Toni.   -   Zjedliśmy   razem   kolację,   a

potem James pojechał na lotnisko. Był dla mnie bardzo dobry.
Będzie mi brakować jego towarzystwa.

  - Jestem zaskoczona, że znajdujecie wspólny język. On

jest od ciebie dużo starszy.

 - Byliśmy dla siebie zawsze jak rodzina. Jutro zadzwonię

do pani Freedman i powiadomię ją o wszystkim. Naprawdę
przyda mi się urlop.

 - Szybko podejmujesz decyzje. Jutro przyjadę i osobiście

rozdzielę pracę. Baw się dobrze.

Kiedy Agatha rozłączyła się, powiedziała do Roya:
  -   Wszystko   w   porządku.   To   była   Toni.   Wyjeżdża   do

Bułgarii, do willi swojej przyjaciółki. James ruszył w swoją
stronę. Ona uważa go chyba za kogoś w rodzaju krewnego.

 - A czy James też przypadkiem nie udaje się do Bułgarii?
  - Daj spokój, Roy. Niepotrzebnie się martwiłam. Jutro

pojadę do biura. Chcesz zabrać się ze mną?

 - Zostanę tutaj. Może na coś wpadnę.
Roy   lubił   sobie   pofantazjować.   Kiedy   następnego   dnia

Agatha wyjechała, zamarzyło mu się, że odkryje tożsamość
zabójcy   i   znajdzie   się   na   pierwszych   stronach   wszystkich
gazet. Im dłużej o tym myślał, tym bardziej był przekonany,
że   sprawcą   jest   pastor.   To   bez   wątpienia   jakiś   religijny
maniak.

Postanowił   śledzić   Clarice   i   wykorzystać   okazję,   kiedy

będzie   sama.   Mieszkańcy   wsi   patrzyli   na   niego   z
zaciekawieniem, kiedy kręcił się po ulicy przed probostwem.
W   końcu   zaczepiła   go   kobieta,   która   przedstawiła   się   jako
Jenny Soper, i spytała, czy może mu jakoś pomóc.

 - Przyjechałem tu, żeby pomóc Agacie wytropić mordercę

- wyjaśnił Roy.

 - A kogo podejrzewa pani Raisin?

background image

 - Nikogo. Nie ma pojęcia, kto mógł dokonać tej zbrodni.

Ale ja wiem.

 - Kto to taki?
  - Potrzebuję jeszcze dowodów. Proszę poczekać i sama

pani zobaczy.

Jenny pożegnała się i odeszła w stronę wiejskiego sklepu,

w którym miała zrobić zakupy. Na miejscu zaczepił ją Peter
Suncliff.

 - Co ten dziwak tu robi?
 - Jest przekonany, że zna tożsamość mordercy.
W małym sklepiku panował ścisk. Po słowach Jenny w

jednej chwili zapadła niezręczna cisza.

  - Myślisz, że on rzeczywiście coś wie? - odezwał się w

końcu Henry Bruce.

 - Nie sądzę - odparła Jenny. - Powiedziałby przecież tej

Raisin, a ona pojechała do Londynu.

  - Czy ktoś może zanieść mi do domu zakupy? - spytała

pani Tripp.

Mieszkańcy wioski zaczęli się ulatniać jeden po drugim.

Nikt nie chciał wpaść w zastawione sidła, żeby potem czytać
starej pani Tripp.

Clarice Enderbury zrobiła już zakupy. Pospiesznie wyszła

na ulicę. Roy podążył za nią.

 - Szukałem pani - powiedział.
  - Jestem zajęta - warknęła Clarice. - Czego pan chce?

Ludzie wychodzący ze sklepu za jej plecami zatrzymali się,
żeby posłuchać ich rozmowy.

  - Moim zdaniem mordercą jest pani mąż  - powiedział

Roy.

Clarice   przeszyła   go   nienawistnym   spojrzeniem   swoich

zielonych oczu.

background image

 - Skontaktują się z panem nasi prawnicy. Puścimy pana w

skarpetkach.   To   oszczerstwo   i   szkalowanie   Bogu   ducha
winnego człowieka.

  - Wyraziłem jedynie opinię - wysapał Roy. - Nie może

mnie pani za to pozwać.

 - Poczekamy, zobaczymy - odparła złowieszczo Clarice.
Peter Suncliff ruszył w stronę Roya.
 - Wynos się z naszej wioski, gnojku. Nie chcemy cię tu.

Roy skulił się pod naporem nienawistnych spojrzeń.

Przez   chwilę   wyobraził   sobie   tych   ludzi   w

siedemnastowiecznych kostiumach, organizujących palowanie
na czarownice. Czmychnął z powrotem do gospody i zaczął
się gorączkowo pakować. Nigdy nie powinien był przyjeżdżać
do   tej   współczesnej   wersji   Brigadoon   (Taki   tytuł   nosił
amerykański musical z 1954 r., którego akcja rozgrywała się
w tajemniczym górskim miasteczku o tej samej nazwie, które
raz na sto lat ożywa na 24 godziny (przyp. tłum.).).

Uregulował   rachunek   i   zaniósł   walizkę   do   samochodu.

Nad wioską zawisła rzadka, upiorna mgła. Majaczył w niej
stary wiąz, potęgując jeszcze niesamowity, baśniowy nastrój.

Roy   wrzucił   walizkę   na   tylne   siedzenie   i   spróbował

uruchomić samochód, ale ten nawet nie drgnął. Zadzwonił do
swojego towarzystwa ubezpieczeniowego po pomoc drogową,
ale powiedzieli mu, że mają dużo zgłoszeń i dotrą do niego
najwcześniej za godzinę. Roy rozważył powrót do pubu na
obiad. Uświadomił sobie jednak, że mieszkańcy wioski także
ściągają o tej porze do gospody, a on chciał uniknąć kolejnej
konfrontacji. Zamknął więc samochód od środka i oparł się o
zagłówek fotela. Był znużony. Nagle przypomniał sobie, że w
schowku   na   rękawiczki   ma   buteleczkę   brandy.   Odrobina
alkoholu nikomu jeszcze nie zaszkodziła. Wyciągnął butelkę i
napił się z niej. Niemal natychmiast poczuł w gardle palący
ogień   i   jego   wątłym   ciałem   wstrząsnęły   torsje.   Wiąz   na

background image

zewnątrz   wydawał   się   wykrzywiać   twarz   w   upiornym
grymasie  i  łypał  na  niego złowieszczo. Roy  zdążył jeszcze
wydać   z   siebie   ostatni   krzyk   przerażenia,   po   czym   stracił
przytomność.

 - W aucie jest ten młody mężczyzna - zauważyła Jenny,

kiedy razem z Peterem wchodzili do pubu.

 - Głupiec - zdenerwował się Peter. - Zaraz go pogonię. -

Zajrzał przez okno do samochodu.

Mgła   podniosła   się  i   na  kredowobiałą   twarz   Roya padł

pierwszy, nieśmiały promień słońca. Peter szarpnął za klamkę,
ale drzwi nie ustąpiły.

  -   On   miał   jakiś   atak.   -   Podniósł   kamień   z   dziedzińca

gospody, obiegł samochód i rozbił szybę od strony pasażera,
po czym otworzył drzwi. - Jest w fatalnym stanie - krzyknął
do Jenny. - Nie wiem, czy dotrwa do przyjazdu karetki. O, jest
już inspektor.

Właśnie w tym momencie nadjechali Bill Wong i Alice,

którzy   wrócili   do   wioski,   by   znów   przesłuchać   jej
mieszkańców. Peter szybko zrelacjonował Billowi, na czym
polega problem. Wspólnie wyciągnęli Roya z samochodu. Bill
rozpoczął   reanimację.   Roy   zamamrotał   coś   pod   nosem,   ale
puls   miał   słaby.   Położyli   go   na   tylnym   siedzeniu
nieoznakowanego   radiowozu   policyjnego.   Bill   schował   do
woreczka butelkę i zostawił Alice, żeby pilnowała samochodu
ofiary, na wypadek, gdyby miały się w nim znaleźć jeszcze
jakieś dowody, a sam ruszył na sygnale z powrotem w stronę
Mircesteru.

Agatha była przerażona, kiedy zadzwonił do niej Bill z

pytaniem, czy zna kogoś z rodziny Roya.

  - Jego rodzice nie żyją, nie ma także żadnych braci ani

sióstr - powiedziała Agatha. - Co się stało?

  -   Stracił   przytomność   w   swoim   samochodzie   w

Piddlebury. Na siedzeniu obok leżała butelka z brandy. Na

background image

początku  wyglądało  to na   atak  serca,  ale   lekarz   w szpitalu
powiedział,   że   miał   już   wcześniej   taki   przypadek   i   jego
zdaniem   wygląda   to   na   zatrucie   naparstnicą.   Wyjął   mu   z
gardła   kilka   zarodników   jakiejś   rośliny.   Twierdzi,   że   to
właśnie   naparstnica.   Można   ją   często   spotkać   w   wiejskich
ogrodach, a ludzie zazwyczaj nie wiedzą, że to bardzo trująca
roślina.

 - Przeżyje?
 - Tak. Pomoc lekarska nadeszła w samą porę. Gdyby nie

został   odnaleziony,   mogłoby   się   to   dla   niego   skończyć
tragicznie.

 - Kiedy mogę się z nim zobaczyć?
 - Może jutro. Posłuchaj, Agatho, co do cholery dzieje się

w tej wiosce? Nie masz żadnych wiarygodnych informacji?

 - Nie, odbijam się jak od ściany. To dziwne miejsce. W

wioskach   w   regionie   Cotswolds   nie   brakuje   zazwyczaj
przyjezdnych,   którzy   z   chęcią   odpowiadają   na   pytania,   ale
tutaj   wszyscy   są   wyjątkowo   skryci   i   zamknięci   w   sobie.
Sprawiają   wrażenie,   jakby   woleli   zatrzymać   mordercę   na
własnym podwórku, niż pokazać go światu.

Agatha   włączyła   komputer   i   zalogowała   się   do   bazy

danych spraw, nad którymi aktualnie pracowała jej niewielka
agencja.   Pani   Freedman   wróciła   do   biura,   niosąc   siatkę   z
zakupami,   i   gdy   ją   ujrzała,   poczerwieniała   i   zaczęła   się
usprawiedliwiać.

 - Wymknęłam się tylko na chwilę - powiedziała.
  -  Jestem   tu  już   od  godziny   - odparła  surowym  tonem

Agatha.

  -   Ale   ja   często   pracuję   po   godzinach...   Poza   tym,   ze

wszystkim jestem na bieżąco.

Agatha opowiedziała jej o Royu.
  -   Nie   uważa   pani,   że   powinna   dać   sobie   spokój   z   tą

sprawą? - zasugerowała zaniepokojona pani Freedman.

background image

 - Nie boi się pani, że będzie następna na liście mordercy?
 - Po prostu będę uważać, co piję - odparła Agatha.
 - Ma pani nową fryzurę?
Pani Freedman poklepała się po sztywnych siwych lokach.
  -   To   ten   nowy   fryzjer.   Nie   ma   sobie   równych.   Robi

naprawdę świetną trwałą.

W tym momencie do biura wszedł Simon.
 - O, wróciłaś - zwrócił się do Agathy. - Słyszałem w radiu

o Royu. Chcesz, żebym pojechał tam zamiast ciebie?

 - Nie, jutro wracam do Piddlebury, jeżeli tylko uda mi się

wcześniej   zobaczyć   z   Royem.   Jestem   zaskoczona,   że   Toni
zniknęła tak nagle.

 - Wyjechała z Jamesem Laceyem - obwieścił Simon.
  -   A   mnie   powiedziała,   że   wybiera   się   do   Bułgarii!   -

zawołała Agatha.

Simon nie zamierzał jej się zwierzać, że szpiegował Toni

ani że pojechał za nią na lotnisko.

  - Mój kolega był na lotnisku w Birmingham. Wcześniej

miał   okazję   ją   poznać,   kiedy   byliśmy   razem   na   drinku.
Powiedział, że widział, jak łasiła się do jakiegoś faceta, który
mógłby być jej ojcem.

 - To nie mógł być James - zaprzeczyła Agatha.
  -   Przystojny,   wysoki,   na   oko   sto   osiemdziesiąt

centymetrów   wzrostu.   Ciemne   włosy,   lekko   siwiejące   na
skroniach, błękitne oczy.

Agatha osunęła się w fotelu.
 - Co robić? To jest prawdziwa katastrofa. Zadzwonię do

Toni na komórkę.

Agatha   odczekała   chwilę,   zaniepokojona,   ale   pod

numerem młodej pani detektyw odezwała się od razu poczta
głosowa, więc się rozłączyła.

 - Nie mogę się jej naprzykrzać. To jej życie.

background image

James nie był już jej mężem, ale Agatha podświadomie

wciąż uważała go za „swojego". Jakaś jej część tęskniła za
dawnym   pożądaniem.   Szczerze   mówiąc,   Agatha   dawno   nie
czuła namiętności i to sprawiało, że życie często wydawało jej
się jałowe i bezbarwne.

Raptem zadzwonił jej telefon. To był Charles Fraith.
 - O co chodzi z tym Royem? - spytał.
  - Morderca z wioski próbował go otruć - wytłumaczyła

Agatha. - Charles, muszę się z tobą zobaczyć. Gdzie jesteś?

 - W Mircesterze.
  - Spotkajmy się w barze u  George'a. Potrzebuję twojej

pomocy.

 - Jesteś cała rozpalona - skomentował Charles. - Zamówić

ci gin z tonikiem?

 - Poproszę.
 - To, co spotkało Roya, jest okropne - powiedział Charles.
 - Chodzi o coś znacznie gorszego.
 - Trudno mi to sobie wyobrazić. O co chodzi?
 - Toni wyjechała na wakacje z Jamesem. - Och.
 - Tylko tyle masz do powiedzenia?
 - Uspokój się. Kilka dni przed wyjazdem widziałem się z

nim przelotnie. James planował wyjazd do Hiszpanii, gdzie
miał pisać przewodnik o tanich wakacjach. Przypominam, nie
mówimy o pięciogwiazdkowych hotelach, w których facet w
wieku Jamesa i dużo młodsza od niego blondynka pozostaliby
niezauważeni. James będzie musiał kłamać, że to jego córka.

  - Co go napadło? Zawsze był taki rozważny. Najpierw

zamierza ożenić się z jakąś wioskową babą bez gustu, potem
rzuca ją - co mnie akurat nie dziwi - i zakochuje się w Toni.
Musimy coś zrobić.

 - Nie, Agatho. Zostawmy ich w spokoju - zobaczysz, że

oboje wrócą do domu z podkulonymi ogonami. A ty trzymaj
wtedy buzię na kłódkę. Idę o zakład, że Toni będzie wstyd, a

background image

James będzie się czuł jak skończony idiota. Ostatnia rzecz,
której potrzebują, to twoje wtrącanie się w łączące ich emocje.
A teraz chodź, odwiedzimy Roya.

 - Bill mówił, że będę mogła go zobaczyć dopiero jutro.
 - Nie wyglądasz mi na taką, co przestrzega reguł. Dopij

drinka i idziemy.

  -   Może   powinniśmy   kupić   dwa   białe   kitle   i   udawać

lekarzy   -   zasugerowała   Agatha,   kiedy   Charles   zaparkował
samochód przed szpitalem.

 - Nie, są przecież godziny odwiedzin.
 - Roy ma policyjną ochronę.
 - I co z tego? Jesteśmy jego wujkiem i ciotką. Ta sprawa z

Jamesem przyćmiła ci umysł.

 - Bill dowie się i wpadnie w furię.
  - Dobra, coś się wymyśli. Roy pewnie jeszcze leży na

intensywnej terapii. Chodźmy tam.

Agatha nienawidziła szpitali, z ich długimi korytarzami i

zapachem środków odkażających.

 - To musi być tutaj - powiedział Charles, zatrzymując się

nagle i wskazując na policjanta, który siedział na krześle przed
jedną z sal. - Powinniśmy się go chyba pozbyć. Wróćmy za
róg.

  - Wszędzie tutaj są kamery przemysłowe - zwróciła mu

uwagę   Agatha.   -   Spróbuję   bardziej   konwencjonalnych
środków. - To mówiąc, pomaszerowała wprost do policjanta.
Charles szedł tuż za nią.

  - Nazywam się Agatha Raisin, jestem przyjaciółką  pana

Silvera - powiedziała, wręczając mu swoją wizytówkę. - A to
pan   Charles   Fraith.  Pan   Silver  nie   ma   żadnych   krewnych.
Chcemy zobaczyć, jak się czuje.

  -   Nie   wolno   mi   wpuszczać   do   pacjenta   nikogo,   poza

policją i personelem szpitala - odparł funkcjonariusz. - Ale
mogę wam powiedzieć, że pan Silver odzyskał przytomność.

background image

  - W takim razie proszę go spytać, czy chce się z nami

zobaczyć. - Agatha nie dała za wygraną. - Jest w tej chwili
pora odwiedzin.

  - Muszę zadzwonić i uzyskać zgodę. - Policjant odszedł

na bok, odwrócił się do nich plecami i wyjął telefon.

Agatha i Charles wpadli do pokoju. Roy siedział na łóżku,

z poduszką podłożoną pod plecy i rozmawiał przez telefon.

  -   Tak,   to   ja.   Roy   Silver.   Słucham?   Nie,   nie   boję   się.

Przywykłem   do   niebezpieczeństw.   Już   wcześniej
rozwiązywałem sprawy dla Agathy Raisin.

Agatha   zakasłała   głośno.   Roy   wydał   z   siebie   okrzyk

trwogi i rozłączył się.

  -   Widzę,   że   czujesz   się   już   na   tyle   dobrze,   żeby

wydzwaniać   do   prasy   -   zauważyła   Agatha.   -   A   teraz   mów
szybko, co się stało.

Roy skończył właśnie opowiadać im o butelce brandy i o

tym, że ktoś celowo odłączył mu przewody w silniku, kiedy
do pokoju wpadł policjant i kazał im wyjść.

  -   Widziałeś   kogoś?   -   zdążyła   jeszcze   spytać   Agatha,

wychodząc pospiesznie z sali.

 - Nikogo - odpowiedział Roy. - Ale brandy dostałem od

żony pastora.

 - Wynocha! - wrzasnął policjant.
  -   Lepiej   wrócę   do   tej   cholernej   wioski   -   zdecydowała

Agatha.

 - Pojadę za tobą - powiedział Charles.
Agatha podziękowała mu oschle, nie chcąc dać po sobie

poznać, iż czuje ulgę, że nie będzie musiała sama wyjeżdżać
do Piddlebury.

  -   Ale   najpierw   wpadnę   jeszcze   do   Carsely,   żeby

zobaczyć,   jak   się   miewają   moje   koty.   Może   odwiedzę   też
panią Bloxby.

background image

  - W takim razie do zobaczenia na miejscu - powiedział

Charles. - Odwiozę cię twoim autem.

Doris   Simpson   była   zajęta   sprzątaniem   domu   Agathy.

Koty Agathy bawiły się w ogrodzie  z jej kotem  o imieniu
Scrabble,   a   przyjazd   pani   detektyw   nie   zrobił   na   nich
większego wrażenia.

  - Powinnam  była kupić sobie  psa  - westchnęła ciężko

Agatha. - Psy okazują ludziom uczucia.

 - Nie chciałaby pani mieć psa - zapewniła ją Doris.
  -   Są   jak   małe   dzieci.   Za   to   koty   pozostają   zawsze

niezależne i potrafią o siebie zadbać. Słyszała pani, że pan
Lacey złamał serce Mary Gotobed?

 - Owszem. To do niego niepodobne.
 - Mary się zaręczyła.
 - Z Jamesem?
  -   Nie,   z   Tomem   Sodburym.   Tym,   który   ma   farmę

niedaleko Ebrington.

 - Szybko jej poszło.
 - Mary była już wcześniej dwukrotnie zamężna.
 - Jak ona to robi?
Doris wytarła stół kuchenny.
  - Mnie się wydaje, że po prostu są takie kobiety, które

mają smykałkę do małżeństwa.

Agatha jej zapłaciła, a potem udała się w stronę plebanii,

gdzie ciepło przywitała ją pani Bloxby.

 - Słyszała pani plotki na temat Mary Gotobed?
 - spytała Agatha.
 - Owszem, ale raczej mnie to nie dziwi.
 - Dlaczego?
 - Ta Gotobed od początku wydawała mi się przebiegła i

skłonna   do   manipulacji.   A   pan   Lacey   znalazł   sobie   dobre
miejsce na odpoczynek od tego wszystkiego.

Twarz Agathy pociemniała z gniewu.

background image

  -   Ten   idiota   zadurzył   się   w   Toni   i   spędzają   razem

wakacje.

 - Och, to nie potrwa długo.
 - Skąd takie przypuszczenia?
  -   Pan   Lacey   jest   dumnym   człowiekiem.   Ludzie   będą

uważać Toni za jego córkę, a to nie spodoba mu się ani trochę.

 - A co z Toni? Nie chcę, żeby stała jej się jakaś krzywda.
 - Jestem pewna, że panna Gilmour wkrótce się przekona,

iż pan Lacey za granicą nie jest taki, jak by się spodziewała.

Toni   zapomniała,   że   James  pisze  o  tanich  wakacjach, i

wyobraziła   sobie   siebie   wylegującą   się   przy   basenie   z
koktajlem w dłoni. Tymczasem znalazła się w małym hoteliku
przy jednej z bocznych uliczek na tyłach Las Ramblas, gdzie
właściciel powitał Jamesa i „jego córkę". James skrzywił się i
wyjaśnił, że Toni nie jest jego córką, ale właściciel był chyba
zbyt zajęty ożywioną dyskusją ze swoją żoną na temat tego,
które pokoje przydzielić gościom.

James   czuł   się   jednak   zakłopotany.   Pierwszego   dnia

powiedział Toni, że zamierza odwiedzić inne tanie hotele i
zasugerował jej, żeby zwiedziła miasto bez niego. Toni udała
się   więc   na   Las   Ramblas,   słynną   główną   ulicę   Barcelony.
Zaczęło właśnie padać, więc weszła do kawiarni, zamówiła
kawę i rozejrzała się niepewnie. Co poszło nie tak? Wczoraj
wieczorem   zjedli   razem   kolację.   James   był   uprzejmy   i
szarmancki,   ale   jednocześnie   traktował   ją   z   dystansem,   jak
gdyby zabawiał daleką krewną, z którą niewiele go łączyło.

Potem przy śniadaniu zatopił się w lekturze hiszpańskiej

gazety. Toni poczuła, że zaczynają puszczać jej nerwy. James
był naburmuszony, że właściciel wziął ją za jego córkę. A co
miał   sobie   pomyśleć?   -   skonstatowała   dziewczyna   i
uświadomiła sobie, że tak samo będzie pewnie we wszystkich
innych hotelach, w których się zatrzymają. James będzie coraz

background image

bardziej  posępny i  zawstydzony. To wszystko było jednym
wielkim błędem.

Kawiarnia   powoli   zapełniała   się   ludźmi.   Dziewczyna

mniej więcej w wieku Toni spytała, czy może dosiąść się do
jej   stolika.   Młoda   detektyw   skinęła   głową   i   dopiero   wtedy
dotarło do niej, że pytanie padło w języku angielskim.

 - Jesteś tu na wakacjach? - spytała.
 - Tak - odparła dziewczyna - ale moja rodzina mieszka w

Madrycie.

  -   A   więc   jesteś   Hiszpanką!   Świetnie   mówisz   po

angielsku.

  - Uczyłam się w Wielkiej Brytanii. A tobie jak się tu

podoba? Mam na imię Marie.

  - Jestem Toni. - Przyjrzała się nowej znajomej. Marie

miała   duże   brązowe   oczy   i   długie   czarne   włosy.   Miała   na
sobie   krótką   sukienkę   w   kwiaty   i   sandały   na   płaskiej
podeszwie.

 - Jak mi się podoba w Barcelonie? Średnio.
 - Z powodu deszczu? Spójrz, już wychodzi słońce. Toni

poczuła nagle nieodpartą potrzebę zwierzenia się dopiero co
poznanej dziewczynie i opowiedziała jej o Jamesie.

 - To się nie uda - odparła poważnie Marie. - Powiedzmy,

że   się   pobierzecie.   Chcesz,   żeby   twoje   dzieci   dorastały   ze
starym mężczyzną?

  - Nie wiem, co się stało - przyznała z żałością Toni. -

Świetnie   się   bawiliśmy.   A   teraz   James   traktuje   mnie   z
chłodnym dystansem.

  -   Jest   przynajmniej   na   tyle   przyzwoity,   że   zdał   sobie

sprawę,   że   nic   z   tego   nie   będzie.   Moja   rodzina   ma   tu
mieszkanie. Zatrzymałam się w nim z siostrą. Przyłącz się do
nas na kilka dni.

 - Ale co mam powiedzieć Jamesowi?

background image

 - Prawdę. Przyjdę po ciebie wieczorem. Podaj mi nazwę

hotelu.

Toni zapisała jej nazwę i adres hotelu.
  - James nie może mieć o tobie wysokiego mniemania,

skoro wybrał takie miejsce.

  -   Zajmuje   się   pisaniem   przewodników   turystycznych.

Teraz pisze o tanich wakacjach.

 - Do zobaczenia wieczorem. W międzyczasie pójdziemy

do hotelu, weźmiemy twoją walizkę i zadekujemy cię u nas.

Kiedy   James   wrócił   wieczorem   do   hotelu,   właściciel

przekazał mu list. Było w nim napisane: „Drogi Jamesie. To
nie   działa,   więc   postanowiłam   zatrzymać   się   u   koleżanki.
Wpadnę dzisiaj o ósmej i wszystko ci wyjaśnię. Toni".

James oddałby w tej chwili wszystko, żeby już nigdy nie

spotkać   tej   dziewczyny.   Doszedł   do   wniosku,   że   zaczyna
popadać   w   obłęd.   Ale   przyzwoitość   podpowiadała   mu,   że
powinien poznać tę jej koleżankę i upewnić się, czy Toni nic
nie jest.

Siedział   właśnie   przy   stoliku   na   zewnątrz   niewielkiego

hotelu,   kiedy   zobaczył   Toni   zbliżającą   się   w   towarzystwie
jakiejś   dziewczyny.   Podeszły   do   niego,   Toni   przedstawiła
Jamesowi   nową   koleżankę   i   opowiedziała,   w   jakich
okolicznościach się poznały.

 - Widzisz, James, tak będzie lepiej - powiedziała Toni. -

Zatrzymam   się   u   Marie   na   tydzień,   a   potem   zmienię
rezerwację na bilet lotniczy i wrócę do Anglii.

  - Bardzo mi przykro - odparł James. - Zapomniałem o

różnicy wieku, jaka nas dzieli. Proszę, nie mów o tym Agacie.

background image

Rozdział VI
Charles skończył wertować notatki Agathy.
 - Jest jedna osoba, o której najwyraźniej zapomniałaś.
 - Mianowicie - kto to taki?
 - Brian Summer.
  - Przecież został oczyszczony z zarzutów w tej sprawie

narkotykowej!

 - Ale to dziwak - stwierdził Charles. - Dlaczego został w

wiosce? Twierdzi, że przesłuchanie przez policję wpędziło go
w   depresję.   Dlaczego   więc   nie   czmychnął   gdzieś,   gdzie
mundurowi   nie   węszą?   No   i   mamy   jeszcze   Adę   White.
Wszystko   zaczęło   się   od   jej   wina   z   dzikiego   bzu.   Czy
uważasz, że jest krystalicznie czysta?

  -   Nie   było   jej   w   pobliżu   domu   Glorii,   kiedy   została

zamordowana.

 - Zapomniałaś o czymś. Nikt nie musiał być wtedy przy

niej. Wystarczyło zakraść się tylnymi drzwiami i podrzucić
butelkę zatrutego wina do jej piwnicy. Alibi ich wszystkich
nie jest warte funta kłaków.

  - Myślę, że butelka trafiła tam tego samego dnia rano.

Morderca   nie   mógł   ryzykować,   że   Gloria   poczęstuje   tym
winem na przykład pastora i zamiast  niej zginie ktoś inny.
Poza   tym   ty   też   o   czymś   zapomniałeś.   Butelka   i   kieliszek
zostały zabrane.

  - Jak uważasz. Ale powinniśmy złożyć wizytę Brianowi

Summerowi.

Ada powiedziała im, że Brian poszedł do lasu.
  - To bardzo wrażliwy człowiek - rzekła, jakby na jego

obronę. - Nie wyprowadźcie go z równowagi.

 - Do lasu? Gdzie dokładnie? - spytał Charles.
 - Nie wiem. Nie śledzę go.
 - Ten las nie jest duży - powiedziała Agatha, kiedy wyszli

od Ady White.

background image

Słońce przebijało się przez gałęzie starych drzew. Wokół

panowała absolutna cisza. Nie śpiewał ani jeden ptak. Agatha i
Charles wędrowali przez las, rozglądając się na boki.

W końcu dotarli do polany, gdzie Agatha spotkała ostatnio

Briana. Ale tym razem polana była pusta.

  -   To   dziwne   -   stwierdził   Charles,   pochylając   się   nad

płaskim kamieniem pod starym dębem. - Agatho, podejdź i
rzuć na to okiem.

 - O co chodzi?
 - To wygląda jak zaschnięta krew.
Kamień   był   w   istocie   równo   wyciętym,   kwadratowym

fragmentem wapiennego bloku. Agatha kucnęła i przyjrzała
się ciemnym plamom, które wskazał jej Charles.

  -   Wydaje   mi   się,   że   to   jakiś   ołtarz   -   stwierdził   jej

towarzysz. - Czy w tym regionie praktykuje się czary?

  -   Nie   zdziwiłabym   się   -   odparła   ponuro   Agatha.   -   W

Cotswolds nadal odbywają się sabaty czarownic.

Słyszałam   o   czymś   takim.   Reklamowali   to   nawet   w

lokalnej gazecie. Ale to zupełnie nieszkodliwe.

  -   Do   czasu,   aż   zaczynają   składać   jakieś   ofiary   -

powiedział   Charles.   -   Dzisiaj   w   nocy   będzie   pełnia.   Może
warto zaczekać?

 - A jeśli nic się nie wydarzy?
  - Możemy uprawiać szaloną, namiętną miłość pod tymi

drzewami.

  - Nie wiedziałam, że uprawiasz miłość - skomentowała

zgryźliwie Agatha. - Myślałam, że tylko seks.

 - Niegrzeczna z ciebie dziewczynka. Spójrz! Tam chyba

ktoś jest.

Charles   rzucił   się   natychmiast   w   tamtą   stronę.   Agatha,

potykając się, pobiegła za nim. Jednak w pewnym momencie
zahaczyła   stopą   o   wystający   korzeń   i   runęła   jak   długa   na
ziemię.

background image

Gdy się pozbierała, zobaczyła wracającego Charlesa.
  - To był Summer - powiedział. - Na mój widok uciekł.

Nie   zdołałem   go   dogonić.   Co   teraz?   Wracamy   na   farmę   i
zobaczymy, czy się pojawi?

  -   Chodźmy   do   Jerry'ego   Tarranta,   przewodniczącego

gminnej rady. Chcę dowiedzieć się jak najwięcej na temat tej
tajemniczej osady. Odnoszę wrażenie, że stoimy w miejscu,
ponieważ wszyscy zmówili się przeciwko nam.

Jerry   Tarrant   był   jak   zwykle   zadbany.   Z   nienagannie

przystrzyżonymi włosami, w wyprasowanych w kant dżinsach
i   wypolerowanych   na   błysk   butach.   Nieskazitelnie   czysty
Charles Fraith wyglądał przy nim niemal pospolicie.

 - Czy w wiosce praktykuje się czary? - zapytała Agatha.
  - Nie, zaprzestano tych praktyk w osiemnastym wieku -

odpowiedział Jerry. - Dlaczego pani o to pyta?

  -   Znaleźliśmy   w   lesie   polanę,   a   na   niej   kamień

przypominający ołtarz z plamami zaschniętej krwi.

 - Ach, ten kamień. Może jakieś dzieciaki się tam bawią.
  - To dziwne - wtrącił się Charles. - Nie widziałem w

wiosce żadnych dzieci.

  - Przyjeżdżają tu na wakacje. Na przykład były u nas

wnuki Ady White.

 - Przed popełnieniem morderstw czy już po?
 - Przed.
 - Od tamtej pory padał deszcz - zauważył Charles.
 - Nic innego nie przychodzi mi do głowy. Może ktoś się

potknął i upadł na ten kamień.

  - Staram się jak mogę - powiedziała Agatha, wyraźnie

rozdrażniona.   -   Ale   mam   wrażenie,   że   mieszkańcy   wioski
zwarli szeregi przeciwko mnie.

  - Trzymają się koncepcji, że morderstw musiał dokonać

ktoś spoza wioski.

background image

  - Skąd ktoś spoza wioski wiedziałby, że tylne drzwi do

domu Glorii są zwykle otwarte? Kto obcy miałby powód do
tak starannie zaplanowanej i misternej zbrodni? Wreszcie, z
jakiego powodu ktoś spoza wioski miałby tu nastawać na moje
życie?

Jerry   Tarrant   splótł   w   dramatycznym   geście   swoje

zadbane   dłonie.   Nie   patrzył   na   nie,   a   uwagi   adresował   do
głowy wypchanego lisa wiszącego na ścianie po jego lewej
stronie.

  -   Pani   Raisin,   naprawdę   uważam,   że   powinna   pani

odpuścić tę sprawę.

 - Chce pan, żebym przerwała pracę?
Jerry wbił wzrok w wypchanego lisa, który odwzajemnił

mu szklane spojrzenie.

  -   Tak   chyba   będzie   najlepiej.   Moje   fundusze   nie   są

nieograniczone. Te morderstwa były niefortunne...

 - Niefortunne?! - zawyła Agatha.
  -   ...ale   uważam,   że   gdy   przestanie   pani   nachodzić   i

przesłuchiwać ludzi, życie w wiosce wróci do normy.

 - Cały ten pomysł z moim zatrudnieniem - odpowiedziała

Agatha - miał na celu uspokojenie złych nastrojów w wiosce,
w której ludzie podejrzewali się nawzajem.

 - W istocie, tak było na początku. Ludzie doszli jednak do

wspólnego   wniosku,   że   morderstw   dokonał   jakiś   szaleniec,
który akurat przejeżdżał przez naszą osadę.

  -   Proszę   przestać   gapić   się   na   tego   cholernego   lisa   i

spojrzeć wreszcie na mnie! - wtrącił się Charles. - Pan jest
przerażony. Kogo tak się pan obawia?

 - Nikogo. Proszę wyjechać i przysłać mi rachunek pocztą.

Przepraszam, ale nie mogę państwu w niczym więcej pomóc.

Agatha wstała i nachyliła się nad biurkiem, przeszywając

polityka świdrującym spojrzeniem.

background image

 - Nie dam się powstrzymać. Zostanę tu tak długo, aż dotrę

do sedna sprawy.

Kiedy wyszli, Jerry nie ruszył się z miejsca, tylko zwiesił

smętnie głowę.

Po wyjściu od Tarranta Agatha zwróciła się do Charlesa:
 - Jesteś pewien, że Jerry się bał?
 - Tak. Cały się spocił. Czułem to.
 - Ja nic nie czułam.
 - Bo palisz.
 - Ty też!
 - Nie tyle, co ty.
 - Skoro mowa o papierosach, muszę kupić nową paczkę -

przypomniała sobie Agatha. - Wstąpmy do sklepu we wsi.

Kobieta   za   ladą   w   sklepie   pokręciła   przecząco   głową,

kiedy Agatha poprosiła ją o papierosy.

 - Nie prowadzimy już sprzedaży.
  - Proszę posłuchać. Jak pani dobrze wie, nazywam się

Agatha   Raisin   i   jestem   prywatnym   detektywem.   Wiem,   że
trzyma pani papierosy w szafce pod ladą.

 - Już nie - upierała się kobieta o szczupłej, pomarszczonej

twarzy, z wielkim nosem, który przysłaniał jej małe, zaciśnięte
usta. - Co pani robi! - wrzasnęła, widząc, jak Agatha jednym
susem okrąża ladę, otwiera szafkę i wyciąga stamtąd paczkę
papierosów.   Pani   detektyw   wyjęła   portmonetkę,   odliczyła
pieniądze i cisnęła je na ladę.

Gdy ona i Charles odwrócili się od niej plecami, szykując

się do wyjścia, kobieta krzyknęła:

 - Wynoście się z wioski! Nikt was tu nie chce!
  -   To   jakiś   ciemnogród   -   stwierdziła   Agatha.   -   Lada

moment zaczną nas tu kamienować. - To mówiąc, stanęła jak
wryta w wejściu do Zielonego Człowieka. Ich walizki stały
spakowane w holu. Agatha wpadła do baru.

background image

  - Co to ma znaczyć? - spytała. - Jak pan śmie pakować

nasze bagaże bez pozwolenia!

  - Tak po prostu - odparł z zakłopotaniem Moses. - Mój

interes   zależy   od   mieszkańców   wsi,   a   oni   postawili   mi
ultimatum,   że   dopóki   nie   wyjedziecie,   nie   będą   tu
przychodzić.

 - To wbrew prawu! - zaskowyczała Agatha. Moses oparł

się o bar i spojrzał na nich smutno.

 - To moja gospoda i jeśli mówię, że macie wyjechać, to

tak musi być.

  - Chodź, Agatho - odezwał się Charles. - Wyjeżdżamy

stąd. Wrócimy do twojego biura i w spokoju przestudiujemy
notatki.

Raisin   niechętnie   wyszła   za   nim.   Kiedy   stanęli   przed

swoimi samochodami, Charles rzekł:

 - Wpadnę w przyszłym tygodniu, żeby zobaczyć, jak się

miewasz.

Wściekła i upokorzona Agatha odjechała z piskiem opon.

Nagle   przypomniała   sobie   o   czarach   i   pełni   księżyca,   ale
perspektywa samotnego ukrywania się w lesie nie wydawała
jej się już dobrym pomysłem.

Przez kolejny miesiąc Agathę i jej pracowników uziemił

nieoczekiwany   nawał   pracy.   Toni   niewiele   się   odzywała   i
sprawiała wrażenie przygaszonej. Agatha chciała zapytać ją,
co się stało, ale bała się, że pracownica wpadnie w furię. Poza
tym   obiecała   sobie,   że   nie   będzie   się   więcej   wtrącać   w
prywatne   życie   dziewczyny.   Roy   pozbierał   się,   wrócił   do
zdrowia i do pracy w agencji. Charles nie dzwonił i Agatha
czuła się zraniona, mimo iż jej przyjaciel miał w zwyczaju
znikać z jej życia na długi czas.

Pani detektyw uważała, że gdy sprawy nieco przycichną,

znajdzie jakiś sposób, żeby wrócić do Piddlebury. Nie znosiła
smaku porażki.

background image

Któregoś   dnia   otrzymała   list   z   oksfordzkiej   kancelarii

prawniczej Desy, Swinge & Tollent. Było w nim napisane, że
powinna niezwłocznie skontaktować się z nimi w interesującej
ją sprawie.

Nie namyślając się długo, Agatha wsiadła w samochód i

pojechała   do   biura   prawników   przy   Beaumont   Street.
Sekretarka zaproponowała jej kawę i poinformowała, że pan
Swinge zaraz do niej przyjdzie.

Dickensowski   lokal,   w   którym   jedynym   współczesnym

elementem była blond sekretarka, tonął w słońcu. Za kobietą
piętrzyły   się   stosy   pudeł   i   segregatorów   z   dokumentami,
sięgając aż po wysoki georgiański sufit.

Nagle zadzwonił telefon na biurku. Sekretarka odebrała,

po czym wstała zza biurka.

  - Pan Swinge czeka na panią. - To mówiąc, otworzyła

drzwi do gabinetu i wpuściła Agathę do środka. Pan Swinge
okazał się niskim, korpulentnym, dosyć młodym mężczyzną o
szerokim uśmiechu rozjaśniającym jowialną twarz.

  - Proszę usiąść, pani Raisin - powiedział. - Pracowała

pani wcześniej dla pana Jeremy'ego Tarranta z Piddlebury?

 - Tak. Co się stało?
 - Pan Tarrant zmarł dwa tygodnie temu.
 - Czy został zamordowany?
 - Nie. To był atak serca. Mam tutaj list, który zdeponował

u nas tuż przed śmiercią, prosząc o jego otwarcie, gdyby coś
mu się stało. Przekazuje w nim sumę pięciu tysięcy funtów na
rzecz   pani   Agathy   Raisin   z   Agencji   Agathy   Raisin   w
Mircesterze, aby mogła ona kontynuować śledztwo w sprawie
morderstw w Piddlebury.

  -   Musiał   się   spodziewać,   że   coś   mu   się   przydarzy   -

skomentowała Agatha. - Czy policja prowadziła śledztwo w
tej sprawie?

background image

 - Tak, przeprowadzono sekcję zwłok, która potwierdziła,

że był to zawał.

 - Kto jest głównym spadkobiercą zmarłego?
 - Nie wiem, czy powinienem...
  -   Drogi   panie,   jeżeli   mam   rozwiązać   zagadkę   tych

morderstw, muszę wiedzieć jak najwięcej.

  -   Pan   Tarrant   nie   miał   krewnych.   Był   adoptowanym

dzieckiem.   Jego   przybranymi   rodzicami   byli   zamożni
producenci pamiątek dla turystów. Po śmierci zostawili całą
fortunę   Tarrantowi.   Większość   jego   majątku,   nie   licząc
dwudziestu   tysięcy   funtów   dla   kościoła   w   Piddlebury   oraz
pięciu   tysięcy   dla   pani,   została   zapisana   w   testamencie   na
rzecz   ogrodu   zoologicznego   w   Mircesterze.   Mogę   pani   od
razu wypisać czek.

Agatha   zawahała   się.   Z   przyjemnością   porzuciłaby   tę

sprawę. Na samą myśl o powrocie do tej dziwnej i złowrogiej
osady   przechodziły   ją   ciarki.   Ale   całe   wojownicze   życie
Agathy Raisin sprowadzało się do stawiania czoła mniejszym
lub większym strachom.

  -   Wezmę   ten   czek.   Ale   zacznę   od   zbadania   sprawy

śmierci Jerry'ego Tarranta!

Później   tego   samego   dnia,   po   powrocie   do   Mircesteru,

Agatha poprosiła Toni, żeby zjadła z nią kolację.

  -  Chcę   z   tobą   o   czymś   porozmawiać   -   zapowiedziała.

Przynajmniej   będę   to   miała   z   głowy   -   pomyślała   młoda
detektyw. Wiem, że chce porozmawiać na temat Jamesa.

Ale   kiedy   usiadły   w   jadłodajni   u   George'a,   Agatha

zaskoczyła dziewczynę, opowiadając jej o śmierci Jerry'ego i
jego prośbie.

  - Nie wiem,  od  czego zacząć - przyznała na koniec. -

Jeżeli spróbuję zameldować się w pubie, Moses mnie wyrzuci.

background image

 - W pobliżu na pewno są inne wioski - powiedziała panna

Gilmour.   -   Możesz   zatrzymać   się   w   jednej   z   nich.   A  przy
okazji poznać jakieś ploteczki na temat Piddlebury.

  - Dobry pomysł. Poproszę Patricka, żeby dowiedział się

czegoś więcej o okolicznościach śmierci Jerry'ego Tarranta.

 - Myślisz, że to było morderstwo?
 - Wydaje mi się to podejrzane. Roy prawie się przekręcił

po otruciu naparstnicą. Jeśli to samo spotkało Jerry'ego, mogło
wyglądać   na   atak   serca.   Sądzę,   że   powinnaś   pojechać   ze
mną... chyba że to koliduje z twoim życiem towarzyskim.

 - Powiedz lepiej od razu, że chcesz mnie spytać o Jamesa

- powiedziała Toni.

 - To nie moja sprawa. - Agatha wzruszyła ramionami.
  -   Zgadza   się.   Ale   ja   chcę   wyjaśnić   tę   sytuację,   skoro

mamy   znów   pracować   razem.   Jak   wiesz,   mam   słabość   do
starszych mężczyzn. James wydawał mi się zabawny i dobrze
się   bawiliśmy.   To   wszystko   wydawało   się   takie   niewinne.
Poleciałam   z   nim   do   Barcelony,   gdzie   miał   pisać   o   tanich
hotelach. Wylądowaliśmy właśnie w jednym z takich hoteli.
Właściciel myślał, że jestem córką Jamesa. To bardzo zraniło
jego dumę. Od tamtej pory stał się zimny i formalny. A ja
poznałam   w   kawiarni   dziewczynę,   zaprzyjaźniłyśmy   się   i
przeprowadziłam się do jej mieszkania. Koniec historii.

  - No cóż - powiedziała Agatha - lepiej byłoby, gdybyś

znalazła   sobie   kogoś   w   swoim   wieku.   Simon   wydaje   się
całkiem sympatyczny.

  -   Myślę,   że   on   mnie   śledzi,   a   to   nie   jest   normalne.

Przestałam już szukać. Czy możemy zmienić temat?

  -   Pewnie.   Mam   tutaj   kilka   map   Brytyjskiego   Urzędu

Kartograficznego.   Jakieś   dwadzieścia   kilometrów   od
Piddlebury   znajduje   się   wioska   o   nazwie   Under   Pleasance
(Ang. „Pod Uciechą" (przyp. tłum.).).

background image

  -   Sprawdzę   to   w   moim   telefonie   i   poszukam   jakiegoś

hotelu albo gospody - zaofiarowała się Toni.

  -   Może   najpierw   zamów   nam   coś   do   jedzenia   -

powiedziała   Agatha,   wskazując   kręcącego   się   w   pobliżu
kelnera.

Żadna z nich nie miała ochoty na kulinarne eksperymenty,

więc zamówiły po steku z frytkami i butelkę merlota.

Toni wyjęła telefon.
  -   W   Under   Pleasance   jest   gospoda   -   odezwała   się   po

chwili. - Ale nie piszą nic o pokojach. Zadzwonię do nich.

Kiedy dziewczyna dzwoniła, a następnie rezerwowała dwa

pokoje w gospodzie, Agatha przyglądała  jej się ukradkiem.
Jasna   cera   Toni   była   lekko   opalona   i   jej   pracownica   jak
zwykle promieniała zdrowiem. Jaki mężczyzna mógłby się jej
oprzeć?   -   skonstatowała   gorzko.   Kiedy   ona   była   w   wieku
Toni,   miała   nadwagę   i   pełno   pryszczy   z   powodu
niewłaściwego odżywiania.

 - Kiedy zaczynamy? - zapytała Toni.
 - Spotkajmy się w biurze jutro o dziewiątej. Weź też swój

samochód, na wypadek gdybyśmy z jakiegoś powodu musiały
się rozdzielić. Jutro jest sobota, więc możesz potraktować to
jako nadgodziny.

Po   kolacji   Agatha   wróciła   do   siebie.   Zanim   weszła   do

środka, rzuciła okiem na dom Jamesa, pogrążony w ciemności
i   ciszy.   Zauważyła,   że   strzechę,   którą   był   kryty,   trzeba
wymienić, a to droga sprawa. Może zrobi mu taki prezent na
Boże Narodzenie. Może on uśmiechnie się do niej i powie:
„Agatho, jesteś kobietą mojego życia". Być może... Agatha
potrząsnęła głową, w jednej chwili pozbywając się obsesji.

Ku jej zaskoczeniu, została ciepło przywitana przez koty.

Tej nocy, zanim zasnęła, naszła ją nagła chęć, żeby zostawić
tę okropną sprawę. Piddlebury ją przerażało, choć nie chciała
tego przyznać.

background image

Następnego   dnia   rano   dojechały   na   miejsce.   Toni

prowadziła,   a   Agatha   trzymała   się   z   tyłu.   Under   Pleasance
okazała   się   całkiem   sporą,   sprawiającą   wrażenie   bogatej
wioską, gdzie stare budynki mieszały się z nowymi. Gospoda,
w której miały się zatrzymać, nosiła nazwę Jolly Farmer (Ang.
„Wesoły   Farmer"   (przyp.   tłum.).).   Nad   nisko   sklepionymi
drzwiami,  w otoczeniu późno kwitnących, pnących się  róż,
wisiała   namalowana   podobizna   staroświeckiego   rolnika   o
rumianej   twarzy,   odzianego   w   białą   koszulę.   Dzień   był
słoneczny, a w powietrzu unosił się zapach jesiennych ognisk.

Gospoda była porządnie urządzona i - jak odkryła Toni -

dosyć   droga.   Pracował   w   niej   nawet   recepcjonista,   który
wskazał  gościom pokoje. U Agathy znajdowało się wielkie
loże z baldachimem, a w oknach wisiały kolorowe perkalowe
zasłony.   Na   stoliku   pod   oknem   stała   misa   wypełniona
owocami   oraz   butelka   wina.   Pani   detektyw   poczuła   się
podniesiona   na   duchu.   Komfort   tego   miejsca   pomógł   jej
odzyskać pewność siebie i wiarę w swoje detektywistyczne
umiejętności.

Rozpakowała się, a potem zapukała do drzwi pokoju Toni,

mówiąc:

 - Będę w barze na dole.
Lokal miał niski strop, wsparty na potężnych belkach. Na

ścianach wisiały obrazy ze scenami myśliwskimi. Na widok
wchodzącej   Agathy   kilka   osób   siedzących   przy   kontuarze
uśmiechnęło   się   i   powiedziało:   „Dzień   dobry".   Raisin
zamówiła   gin   z   tonikiem,   po   czym   zabrała   szklankę   z
drinkiem   na   zewnątrz,  gdzie   przysiadła   na   ławce   i   zapaliła
papierosa.

Udzielił jej się panujący wokół spokój. Minęły ją dwie

kobiety,   prowadząc   za   uzdy   konie,   w   których   starannie
wyczesanej   sierści   odbijały   się   promienie   słońca.   Przed
domami   po   drugiej   stronie   ulicy   stały   zaparkowane   drogie

background image

samochody.   Główna   ulica   wychodziła   na   zielony   teren   z
sadzawką, w której pływały kaczki. Kiedy Agatha nachyliła
się,   zobaczyła   sklep   wielobranżowy   stojący   na   skwerze,   w
bezpośrednim sąsiedztwie parku.

Niebawem   dołączyła   do   niej   Toni   ze   szklanką   jasnego

piwa w ręce.

  -   Świetne   miejsce   -   powiedziała.   -   Widziałaś   menu?

Agatha potrząsnęła głową.

  -   Porządne   angielskie   jedzenie   -   kontynuowała

dziewczyna. - Stek i cynaderki zapiekane w cieście, łopatka
jagnięca i tym podobne.

  - A mają jakieś sałatki? - spytała Agatha. - Jestem na

diecie.

  - Myślę, że tak. Naprawdę fantastyczne miejsce. Mam

wrażenie, że jesteśmy  na  wakacjach. Od czego zaczniemy?
Och, byłabym zapomniała  - wczoraj przeglądałam notatki i
dzisiaj jest pełnia. Możemy pojechać do lasu w Piddlebury i
zobaczyć, czy odprawiają tam jakieś czary.

  - Możemy - zgodziła się niechętnie Agatha. - Jeżeli są

wystarczająco   szurnięci,   żeby   parać   się   gusłami,   to   może
morderstwa też są u nich na porządku dziennym. Nie potrafię
zrozumieć,   dlaczego   Gloria   musiała   zginąć.   Wiem,   że
zabierała   ludziom   różne   rzeczy   i   nie   chciała   oddać,   ale   to
jeszcze nie powód, by ją uśmiercać.

 - Właściciele tej gospody są tutaj zaledwie od pół roku -

powiedziała Toni. - Dowiedziałam się tego od barmana. Więc
mogą nie wiedzieć zbyt wiele na temat Piddlebury. Od czego
chcesz zacząć? Myślisz, że jest tu jakaś żona pastora - taka jak
pani Bloxby?

  -   Pani   Bloxby   jest   jedyna   w   swoim   rodzaju   i

niepowtarzalna   -   zaprzeczyła   Agatha.   -   Mają   tu   w   ogóle
kościół? Nie widziałam nic takiego.

background image

 - Jest schowany za domami, tam, gdzie ten zielony skwer

i   sadzawka   -   wyjaśniła   Toni.   -   O   to   też   już   spytałam.   Po
drugiej  stronie  wioski,  a  w zasadzie  na  jej   peryferiach jest
także stacja benzynowa.

 - W czym może nam pomóc stacja benzynowa?
 - A w Piddlebury była? - Nie.
  - Więc może tamtejsi mieszkańcy tankują tutaj. Pewnie

wiele się tu mówiło o morderstwach. 

Mój mózg przestał pracować - pomyślała Agatha, która

nagle   poczuła   się   głupsza   od   swojej   młodej   asystentki.
Spojrzała na zegarek.

 - Zjedzmy najpierw lunch.
Ten obiad był błędem - doszła do wniosku Agatha półtorej

godziny   później,   kiedy   szły   główną   ulicą   w   wiosce.   Co   ją
podkusiło, żeby zjeść nadziewane czosnkiem grzyby, stek i
cynaderki   zapiekane   w   cieście,   a   zakończyć   to   wszystko
wielką porcją lepkiego puddingu? Miała wrażenie, że ubranie
zaraz pęknie jej w talii. Tymczasem Toni w swojej niebieskiej
bawełnianej   sukience   typu   futerał   i   sandałach   na   płaskim
obcasie wygląda szczupło jak zwykle.

Słońce   grzało   dość   mocno,   a   wioska   Under   Pleasance

miała w sobie coś charakterystycznie leniwego. Znajdowała
się zresztą nieopodal autostrady oksfordzkiej, co wyjaśniało
otwartość osady, w porównaniu chociażby z Piddlebury.

 - Chcesz zacząć przesłuchiwać ludzi w sklepie? - zapytała

Toni.

 - Nie chcę jeszcze zdradzać zbyt wielu osobom, po co tu

przyjechałyśmy   -   wyjaśniła   Agatha.   -   Zaczniemy   od
probostwa.

Plebania   mieściła   się   w   wielkim   i   dość   brzydkim

wiktoriańskim   budynku,   tuż   obok   starego   kościoła   z
przysadzistą normańską wieżą.

background image

Dwa   niewielkie   trawniki   oddzielała   wyłożona   cegłami

ścieżka.   Jedynymi   kwiatami   w   całym   otoczeniu   probostwa
były dwie doniczki z geranium po obydwu stronach drzwi.
Toni nacisnęła dzwonek.

Drzwi otworzyła im wysoka, potężnie zbudowana kobieta

w wypłowiałej podomce.

 - Słucham? - spytała.
  -   Nazywam   się   Agatha   Raisin   i   jestem   prywatnym

detektywem - przedstawiła się Agatha. - Prowadzę śledztwo w
sprawie morderstw w Piddlebury.

 - A co mnie do tego? - Kobieta miała dużą, okrągłą głowę

z   niesfornymi   kosmykami   siwych   włosów.   Jej   wąskie   usta
zacisnęły   się   w   pełnym   dezaprobaty   grymasie.   Nagle   się
uśmiechnęła.   -   Pani   jest   tą   kobietą   z   omletem   na   głowie.
Dawno się tak nie ubawiłam. Proszę, wejdźcie.

Po   raz   pierwszy   Agatha   była   zadowolona   z   tego

upokarzającego epizodu w telewizji.

Gospodyni zaprowadziła je do błyszczącej, nowoczesnej

kuchni.   Agatha   pomyślała,   że   pastor   musi   mieć   jakieś
niezależne, prywatne środki pieniężne.

 - Jestem Margaret Swithin - przedstawiła się żona pastora,

siadając   przy   kuchennym   stole   i   wskazując   miejsca   obok
Agacie i Toni. - Czy to był prawdziwy omlet?

  -   Najprawdziwszy   -   odparła   Agatha,   próbując   się

uśmiechnąć, ale wyszło jej to żałośnie. - Proszę posłuchać, te
morderstwa...

 - A to jest pani córka?
  -   Przepraszam,   zapomniałam   przedstawić.   To   moja

asystentka, Toni Gilmour. A wracając do Piddlebury...

 - Nigdy nawet nie zbliżyłam się do tego miejsca. Mój mąż

Colin   musi   odprawiać   kazania   w   kilkunastu   okolicznych
kościołach, lecz nie w Piddlebury.

background image

  - Ale przecież takie zbrodnie musiały wywołać lawinę

plotek również w waszej wsi, czyż nie?

  - Oczywiście! Niektórzy z mieszkańców pojechali tam

nawet, żeby przyjrzeć się wszystkiemu na miejscu. To takie
wulgarne... To znaczy, chciałam powiedzieć, że nie mamy z
tym nic wspólnego.

  - Chciałabym porozmawiać z jedną z tych „wulgarnych

osób" - powiedziała Agatha.

  -   Dobrze,   tylko   nie   mówcie,   że   podałam   wam   jej

nazwisko!   To   Dorothy   Callant.   Wdowa.   Mieszka   przy
zielonym   skwerze,   w   domu   o   nazwie   Rose   Cottage   (Ang.
„Różowa Chata" (przyp. tłum.).). To największa plotkara, jaką
w życiu spotkałam.

Dorothy Callant, niska kobieta po sześćdziesiątce z burzą

farbowanych   rudych   włosów   oraz   przywiędłą   twarzą,
powtarzała, że to spotkanie jest dla niej zaszczytem. Kiedy
Agatha wyznała, że zależy jej, by dowiedzieć się jak najwięcej
na   temat   Piddlebury,   Dorothy   zaprosiła   ją   i   Toni   do
zagraconego   salonu.   Strącając   z   krzeseł   na   podłogę   stare
gazety i magazyny filmowe, wykrzykiwała co chwila:

 - Ależ to ekscytujące! Oglądam w telewizji Miss Marple.

Ten serial musi być dla was bardzo pomocny, moje drogie
panie.

  - Przecież to fikcja - stwierdziła ze stoickim spokojem

Agatha.

 - Ale w jej wieku! Ludzie muszą być nie lada zaskoczeni,

kiedy widzą taką starą kobietę i dowiadują się, że jest pani
prywatnym detektywem.

  -   Musi   minąć   jeszcze   wiele   lat,   zanim   pani   Raisin

osiągnie wiek panny Marple - powiedziała Toni.

  - Doprawdy? W takim  razie szwankuje  mi  już wzrok.

Usiądźcie,   proszę.   Czy   mogę   wam   zaproponować   jakieś
przekąski?

background image

 - Nie, dziękujemy. - Agatha machnęła ręką. - Niedawno

jadłyśmy obiad. Czy odwiedzała pani Piddlebury?

  -   O,   tak.   Po   tym,   jak   dowiedziałam   się   o   pierwszym

morderstwie, pojechałam tam i wpadłam na plebanię. Ale pani
Enderbury była wobec mnie bardzo niegrzeczna. Powiedziała
mi nawet, żebym zjeżdżała! Damy się tak nie wyrażają, jeśli
chcecie znać moje zdanie. Pamiętam...

  - Skupmy się może na Piddlebury - poprosiła Agatha. -

Rozmawiała pani z kimś jeszcze?

  -   Tak,   z   paroma   osobami   w   tamtejszym   sklepie.   Z

początku wydali mi  się mili. Potem jednak ktoś wszedł do
sklepu, zaczął coś szeptać i raptem wszyscy stali się wobec
mnie nieprzyjaźni. Powiedzieli mi, że jeśli nie zamierzam nic
kupić, powinnam opuścić sklep.

 - Kto nastawił ich wrogo przeciwko pani?
 - Jakaś kobieta o imieniu Sam. Chcę powiedzieć, że gdy

kobiety zaczynają używać męskich imion, okazuje się, że nie
są to miłe damy, lecz takie, które konkurują z mężczyznami.
Co jest pozbawione sensu, bo przecież dżentelmen zawsze wie
lepiej.

 - Trudno się z panią nie zgodzić - powiedziała Toni, ku

zdumieniu   Agathy.  -   Czy   jest   jakiś   mężczyzna,   na   którego
opinii polega pani szczególnie?

  -   Owszem,   to   pan   Albert   Earle,   mój   sąsiad.   Jest   taki

mądry! „Daj spokój, Dorothy - rzekł do mnie któregoś dnia. -
Niech tą sprawą zajmie się policja". Ale on sam też pojechał
na miejsce, by poznać trochę więcej szczegółów.

 - Kiedy to było? - spytała Toni.
  - Po tym, jak został otruty ten nieszczęsny kłusownik.

Albert   powiedział,   że   zdaniem   ludzi   z   Piddlebury   zbrodni
musiał dokonać jakiś psychopata z zewnątrz. On także zgodził
się z tą teorią. Jaki to mądry człowiek!

background image

 - Może powinnyśmy z nim porozmawiać - zaproponowała

Agatha.

  - Pójdę z wami - powiedziała Dorothy. - Muszę tylko

wziąć kapelusz. To słońce nie służy mojej cerze.

Agatha i Toni weszły za nią do małego holu, w którym

Dorothy   ściągnęła   z   wieszaka   wielki   słomkowy   kapelusz   i
włożyła go na głowę.

Albert   Earle   był   niskim,   krępym   mężczyzną   po

sześćdziesiątce. Gdy usłyszał, jaki jest powód wizyty dwóch
kobiet, odsunął się i wpuścił je do środka, po czym zastawił
wejście Dorothy.

 - Zostaw to mnie - powiedział. - Porozmawiamy później.

- I zatrzasnął kobiecie drzwi przed nosem.

Agatha   i   Toni   słyszały,   jak   po   drugiej   stronie   Dorothy

świergocze coś ze złością pod nosem.

 - Chodźmy do ogrodu - zaproponował Albert. - Dziś jest

zbyt piękny dzień, żeby siedzieć w domu.

Na małym patio wokół stołu z kutego żelaza stały cztery

krzesła. Wokół kwitły pięknie późne róże i malwy.

Toni   pomyślała,   że   Albertowi   przydałby   się   taki   sam

kapelusz, jak odprawionej przez niego Dorothy. Skóra jego
czaszki pod rzadkimi kosmykami zaczesanych na bok włosów
przybrała szkarłatny kolor, a cała twarz była nie mniej ognista.

Mężczyzna   zatrzymał   na   Agacie   spojrzenie   małych

wodnistych   oczu,   charakterystycznych   dla   nałogowego
alkoholika, i spytał z wyższością:

 - W czym mogę paniom pomóc?
 - Piddlebury to dziwna wioska - zaczęła Agatha.
 - Ludzie trzymają się tam razem i nie lubią przyjezdnych.

Ciężko wydobyć od nich jakąkolwiek informację.

 - W istocie, to dość niezwykła społeczność - zgodził się

Albert. - Tutaj jestem członkiem rady gminy i ludzie mnie

background image

szanują,   natomiast   w   Piddlebury   powiedziano   mi   w   dosyć
obcesowy sposób, żebym pilnował swoich spraw.

Agatha z  trudem  powstrzymała  westchnięcie. Pan Earle

był   typem   człowieka,   któremu   wielu   ludzi,   zarówno   w
Piddlebury,   jak   i   poza   nim,   z   chęcią   powiedziałoby,   żeby
pilnował swojego nosa. Z każdego pora jego ciała emanowała
pompatyczność.

  -   Ale   jeżeli   zdecydujecie   się   tam   wrócić,   będę   wam

towarzyszyć - zadeklarował mężczyzna. - Damy nie powinny
przebywać same w takich niebezpiecznych miejscach.

 - Nic nam nie będzie - odpowiedziała Agatha, wstając z

krzesła. - Jesteśmy przyzwyczajone do niebezpieczeństw.

  -   Na   tym   właśnie   polega   problem   ze   współczesnymi

kobietami - skomentował z obrazą w głosie. - Padacie ofiarą
gwałtów i morderstw tylko dlatego, że nie posłuchałyście rady
jakiegoś mężczyzny.

  - O ile mi wiadomo, sprawcami większości gwałtów są

właśnie „jacyś mężczyźni" - odcięła się Agatha.

 - Chodźmy, Toni.
Po   wyjściu   od   Alberta,   Agatha   i   Toni   postanowiły   się

rozdzielić,   pukać   po   kolei   do   drzwi   i   spróbować   znaleźć
kogoś, kto będzie coś wiedział. Nie było sensu utrzymywać
dłużej   w   tajemnicy   powodu   ich   wizyty.   Poza   tym   wiejska
plotkara Dorothy zdążyła już pewnie obdzwonić co najmniej
kilkanaście   osób.   Umówiły   się   więc,   że   spotkają   się
wieczorem w pubie.

Kiedy   jednak   w   końcu   usiadły   w   barze   gospody   Jolly

Farmer,   żeby   porównać   notatki,   czuły   się   zmęczone   i
pokonane. Ze wszystkich osób, z którymi rozmawiały, tylko
kilka   było   w   Piddlebury.   Ci,   którzy   się   do   tego   przyznali,
zrobili to z czystej ciekawości, głównie po to, by odwiedzić
tamtejszy sklep. Nikt z nich nie miał im nic ciekawego do
powiedzenia.

background image

  -   Zdrzemniemy   się   trochę   po   kolacji,   tak   żeby   przed

północą być już w tej przeklętej wiosce - zarządziła Agatha.

Przebrane w ciemne ubrania, o wpół do ósmej wyruszyły

do Piddlebury. Agatha zaparkowała samochód na granicy lasu,
jak najdalej od osady.

  - Myślisz, że w tych ciemnościach odnajdziesz polanę z

kamiennym ołtarzem? - spytała Toni.

  - Jest mniej więcej pośrodku tego lasu. Nie powinnam

mieć problemu z trafieniem - odparła Agatha z nadzieją w
głosie.

Przemierzały   pogrążony   w   ciszy   las.   Nad   ich   głowami

rozciągały się gałęzie drzew, które zasłaniały tarczę księżyca.

  -   Chyba   zaryzykuję   i   zapalę   pochodnię   -   powiedziała

Agatha.

Wreszcie, po jakichś dwudziestu minutach, wyszeptała:
 - To bez sensu.
 - Ciii! - uciszyła ją Toni.
 - O co chodzi?
 - Słuchaj!
Agatha nadstawiła uszu. W oddali słyszała jakby cichy,

monotonny śpiew.

  -   To   dobiega   stamtąd   -   powiedziała   Toni.   Ostrożnie

ruszyły we wskazanym kierunku. W miarę jak pokonywały
kolejne metry, dziwny odgłos stawał się coraz donośniejszy.
Nagle   stanęły   jak   wryte.   Znajdowały   się   na   skraju   polany
zalanej srebrną księżycową poświatą.

Przy ołtarzu stał Brian Summer. W jednej ręce trzymał

rzucającą się kurę, w drugiej otwartą brzytwę.

Agatha   Raisin   nigdy   nie   była   specjalnie   sentymentalna,

jeśli chodzi o ptaki i inne zwierzęta, ale widok tej kury był dla
niej nie do zniesienia.

Wtargnęła na polanę, krzycząc:
 - Zostaw tę kurę, ty czubku!

background image

  - Odejdź! - ostrzegł ją Brian. - Muszę dokonać ofiary.

Gdy Agatha zbliżyła się do niego, Brian machnął jej brzytwą
przed nosem.

 - Cofnij się!
Ptak  wierzgnął   w  uścisku i   wydał  z  siebie   rozpaczliwy

krzyk, przypominający dźwięk starej zardzewiałej bramy.

Agatha   uderzyła   Briana   pochodnią   w   nadgarstek   ręki,

którą   ściskał   kurę.   Mężczyzna   krzyknął   z   bólu   i   wypuścił
ptaka, który natychmiast czmychnął pomiędzy drzewa. Agatha
odskoczyła, kiedy Brian zamachnął się na nią brzytwą.

Nagle wytrzeszczył oczy i runął na ziemię, kopiąc nogami

w darnie.

  -   Dostał   jakiegoś   epileptycznego   ataku   -   powiedziała

Toni. - Obróć go na bok i przytrzymaj mu język, żeby się nie
zadławił.

 - Ty to zrób - odparła trzęsącym się głosem Agatha. - Ja

dzwonię po pomoc.

Minęło   pół   godziny,   zanim   pomoc   dotarła   na   miejsce.

Brian był nieprzytomny, ale jego stan się ustabilizował. Na
polanie   pojawił   się   Moses,   prowadzący   policję   i   karetkę
pogotowia.

Brian został zabrany i po wstępnym przesłuchaniu przez

funkcjonariusza, komisarza Wilkesa i jeszcze jednego oficera
policji,   którego   Agatha   nie   znała,   powiedziano   im,   że
natychmiast mają udać się do komendy w Mircesterze.

Kiedy   razem   z   Toni   czekały   w   recepcji   na   kolejne

przesłuchanie, na miejsce przyjechała Ada White.

  - Czy to pani wina? - spytała, spoglądając krogulczym

wzrokiem na Agathę.

 - Brian Summer stal na polanie w lesie z brzytwą, gotów

złożyć w ofierze jedną z pani kur - wyjaśniła.

 - Co takiego?!

background image

Agatha   cierpliwie   powtórzyła   to,   co   powiedziała   przed

chwilą. Ada była zszokowana.

  -   Ostatnio   zginęły   mi   dwie   gęsi   i   trzy   kury.  Jeżeli   to

prawda, Brian Summer może pakować manatki i wyjeżdżać.
O   Boże,   a   wydawał   się   takim   sympatycznym,   spokojnym
człowiekiem.

Agatha   miała   już   dosyć   przesłuchań.   Zabrano   ją   do

jednego   z   nowo   umeblowanych   pokojów   przesłuchań,   z
niskimi fotelami, w których trzeba było się pilnować, żeby nie
zasnąć.   Gdy   było   już   wreszcie   po   wszystkim   i   podpisała
zeznanie, powiedziała:

  - Ja jeszcze w kwestii śmierci  Jerry'ego Tarranta - nie

przyszło wam do głowy, że ktoś mógł mu zrobić zastrzyk z
naparstnicy, aby upozorować atak serca?

  -   Została   przeprowadzona   sekcja   zwłok   -   powiedział

Wilkes, zbierając notatki i szykując się do wyjścia.

 - I jakie były wyniki badań toksykologicznych? - spytała

Agatha.

Policjant wbił wzrok w blat biurka.
 - Nie pamiętam - odparł szorstko po chwili.
  - Wątpię - powiedziała  Agatha  pod wpływem nagłego

przebłysku   intuicji.   -   Te   badania   nie   zostały   w   ogóle
przeprowadzone.

 - Widocznie nie było ku temu podstaw - przyznał Wilkes.

- Kilkunastu mieszkańców wioski potwierdziło, że pan Tarrant
miał słabe serce.

Agatha parsknęła pogardliwie.
 - I pan im uwierzył?
 - Pani Raisin, przesłuchanie dobiegło końca. Po raz setny

ostrzegam panią, by nie utrudniała nam śledztwa.

Po powrocie do gospody Agatha zwróciła się do Toni:
 - Prześpijmy się trochę, a potem pojadę do Ady White.

background image

Toni zatrzymała się w drzwiach do swojego pokoju, jakby

wahając się.

  - Zastanawiam się, czy ktoś przypadkiem nie szantażuje

mieszkańców Piddlebury, żeby siedzieli cicho. Sama mówiłaś,
że  Jerry  był   przerażony,   a   mimo   to   zrezygnował   z   twoich
usług.   Potem   zostawił   testament,   w   którym   prosi,   żebyś
kontynuowała śledztwo.

Agatha   miała   ochotę   podważyć   tę   hipotezę   z   czystej

zazdrości.   Myślała,   że   bogowie   byli   już   wystarczająco
szczodrzy, obdarzając jej asystentkę taką urodą, tymczasem
oni nie poskąpili jej także przenikliwego umysłu. Ostatecznie
jednak się powstrzymała i posępnym głosem odparła:

 - Dobry pomysł. Zajmiemy się tym jutro.
Gdy jechały w kierunku Piddlebury, na dworze panowało

idealne   babie   lato.   Pola   złociły   się   od   słomy,   a   w
przydomowych ogródkach bujnie kwitły róże. Droga wiodła
wśród gęstych drzew, które sklepiały się nad nimi, tworząc
fantastyczne   zielone   tunele,   by   po   chwili   znów   ustąpić
zalanym słońcem  otwartym przestrzeniom.  Przypominało to
podróż przez obrazy brytyjskich pejzażystów.

Agatha zatrzymała się tuż przed wioską i zadzwoniła do

Patricka.

  -   Może   uda   ci   się   dowiedzieć   od   twoich   policyjnych

informatorów,   czy   Brian   podał   jakieś   powody   swojego
dziwacznego zachowania. Komu składał w ofierze ten drób?
A może po prostu pomieszało mu się w głowie?

Patrick   obiecał,   że   się   tym   zajmie.   Agatha   niechętnie

wjechała do wsi.

 - Zaczniemy od Clarice, żony pastora.
  -   Dlaczego?   Myślałam,   że   jedziemy   odwiedzić   Adę

White.

  -   Później.   Clarice   jest   najlepszą   osobą,   jeśli   chodzi   o

poznanie sekretów, których mieszkańcy nie chcą ujawniać. Z

background image

zapachu   kadzidła   w   kościele   wnioskuję,   że   jej   mąż   jest
duchownym   Kościoła   anglikańskiego,   a   to   oznacza,   że
spowiada ludzi.

 - A co z tajemnicą spowiedzi? - spytała Toni.
 - Może coś wypaplał żonie. Jesteśmy na miejscu. Kiedy

wysiadły z samochodu przed probostwem,

Agatha   odwróciła   się   i   zerknęła   na   główną   ulicę.   Ze

wzgórza   nad   wioską   dobiegał   odległy   odgłos   kombajnu
zbierającego siano. W którymś domu grał telewizor. Poza tym
wszędzie panowała cisza. A mimo to była pewna, że czuje
jakieś niesprecyzowane zło emanującego z każdego kąta.

Odsunęła od siebie tę myśl, podeszła za Toni do drzwi

plebanii i nacisnęła dzwonek.

Otworzył   im   pastor   Guy   Enderbury.   Spojrzał   na   nie   z

wysoka, marszcząc gniewnie brwi.

 - Słucham?
  - Czy Bóg wskazał już pastorowi, kto jest mordercą? -

zapytała Agatha.

  - Jeszcze nie. Ale pracuję nad tym - odparł łagodnym

tonem duchowny. - A teraz proszę mi wybaczyć, ale...

 - Właściwie to przyszłyśmy porozmawiać z pańską żoną.
 - Jeżeli obejdziecie probostwo dookoła, znajdziecie ją w

ogrodzie. Moja żona jest urodzoną ogrodniczką.

Agatha   i   Toni   podążyły   wskazaną   ścieżką,   obiegającą

budynek plebanii. „Zapalona ogrodniczka" leżała wyciągnięta
na   leżaku.   W   jednej   ręce   trzymała   papierosa,   a   w   drugiej
książkę. Na widok twarzy znajomych kobiet nachylających się
nad nią zamrugała oczami. 

 - Byłam pewna, że wzięła sobie pani do serca naszą dobrą

radę   i   postanowiła   zostawić   nas   w   spokoju   -   powiedziała
Clarice, przerzucając nogi przez krawędź leżaka i podnosząc
się z trudem.

background image

  - Czy ktoś panią szantażuje? - spytała Agatha. Clarice

usiadła gwałtownie na krawędzi leżaka.

  -   Co   za   absurdalny   pomysł   -   powiedziała   lekko

przyciszonym   głosem.   -   Nie   mam   pieniędzy.   Poza   tym
chciałabym,   aby   w   moim   życiu   było   coś   na   tyle
ekscytującego, żeby można było mieć mnie w szachu. A teraz
proszę odejść.

 - Szantażysta nigdy się nie poddaje - odezwała się Toni. -

Z początku może oczekiwać jedynie milczenia. Ale zawsze
wraca po więcej.

  -   Posłuchajcie   mnie,   wariatki   i   detektywi   od   siedmiu

boleści. Gdyby ktoś mnie szantażował, zgłosiłabym to policji.
A   skoro   o   nich   mowa...   Wtargnęłyście   na   teren   prywatny.
Wynocha! A może rzeczywiście powinnam ich wezwać?

W jej zielonych oczach nagle zalśniły łzy.
Po wyjściu od Clarice Agatha powiedziała.
  -   Była   wystraszona.   Jestem   pewna,   że   ją

przestraszyłyśmy. A teraz jedźmy do Ady White.

Ale   gdy   zbliżały   się   do   farmy,   zauważyły   kilka

policyjnych radiowozów zaparkowanych przed domem.

  - Lepiej zostawmy to sobie na później - zdecydowała.

Wróciły   więc   do   wioski.   Agatha   zadzwoniła   do   Patricka   i
zapytała, czy ma dla niej jakieś nowe informacje.

  -   Brian   Summer   otrzymał   pocztą   starą   książkę.   Ten

mężczyzna cierpi na epilepsję. Książka traktowała o starych
wiejskich metodach leczniczych. Coś w rodzaju białej magii.
Można   tam   przeczytać   między   innymi,   że   cierpiący   na
padaczkę powinien złożyć w ofierze ptaka o pełni księżyca -
powiedział.

 - Jak to możliwe, że wykształcony nauczyciel uwierzył w

takie gusła?

  -   Wykształcony   nauczyciel   z   brzuchem   pełnym

magicznych grzybów. Pani White zeznała, że Brian korzystał

background image

z jej szopy w charakterze warsztatu. Było w niej mnóstwo
różnych   rzeczy.   Pani   White   twierdzi,   że   nigdy   tam   nie
wchodziła.

 - Kto wysłał mu tę książkę? - spytała Agatha.
  - Tego pani White nie wiedziała. Powiedziała tylko, że

przesyłka przyszła pocztą, a Brian wyrzucił opakowanie.

 - Czy wiedziała, że cierpi na epilepsję?
  -   Tak,   ale   obiecała   mu,   że   nikomu   o   tym   nie   powie.

Agatha rozłączyła się i opowiedziała Toni wszystko, czego się
przed chwilą dowiedziała.

 - Ktoś wiedział o jego chorobie - stwierdziła dziewczyna.

- I był na tyle okrutny, że postanowił wykorzystać tę wiedzę w
niewybredny sposób.

 - Skoncentrujmy się z powrotem na pomyśle z szantażem

- powiedziała Agatha. - Żona pastora obawiałaby się skandalu.
A co z naszą dziedziczką - Sam Framington? Była aktorką.
Może ktoś odkrył jakiś niewygodny epizod z jej przeszłości.

 - Odwiedzimy ją?
  -   Wydaje   mi   się,   że   byłaby   to   strata   czasu   -   uznała

Agatha. - Ale mam kontakty w mediach w Londynie. Pojadę
tam na kilka dni, może uda mi się coś wykopać.

 - A ja mam tutaj zostać? - upewniła się Toni.
 - Nie, lepiej nie. To niebezpieczne.
Agatha   wróciła   do   domu   wieczorem.   Zanim   weszła   do

środka,   zerknęła   w   stronę   sąsiedniej   chaty   Jamesa.   Ale   w
oknach   było   ciemno,   a   przed   domem   nie   było   jego
samochodu.

Przywitała   się   ze   swoimi   kotami,   a   potem   włączyła

komputer   i   wpisała   w   wyszukiwarkę   nazwisko   Samanthy
Wilkes. W czasach, kiedy Sam była aktorką, zaczepiła się na
dłużej   tylko   przy   jednej   produkcji   filmowej   -   telenoweli
zatytułowanej   „Yesterday's   Family"   (Ang.   „Wczorajsza
rodzina"   (przyp.   tłum.).),   w   której   wcieliła   się   w   rolę

background image

wioskowej femme fatale. Serial został wyprodukowany przez
telewizję Zetlik. Agatha sprawdziła ich stronę w Internecie,
zapisała adres i postanowiła, że nazajutrz ich odwiedzi.

Nagle zatęskniła za panią Bloxby i jej kojącym głosem.

Żona pastora była jedyną osobą, której Agatha ufała. Kiedyś
zobaczyła   w   sklepie   wiszącą   nad   kasą   tabliczkę   z   hasłem:
„Wierzymy w Boga. Pozostali płacą gotówką" i uważała, że
idealnie odzwierciedla ono całą jej filozofię życiową. Nigdy
nie przyszło jej do głowy, że zbyt wiele wymaga od siebie, a
przez   to   oczekuje   takich   samych   wysokich   standardów   u
innych i dlatego tak często spotykają ją rozczarowania.

Nie   uprzedziła   żony   pastora   telefonicznie   o   swojej

wizycie, bo wiedziała, że może odebrać jej mąż i powiedzieć,
że   nie   ma   jej   w   domu.   Duchowny   bowiem   za   nią   nie
przepadał.

Na szczęście drzwi otworzyła jej pani Bloxby we własnej

osobie   i   zaprosiła   Agathę   do   środka.   Wieczór   zrobił   się
chłodny.   W   kominku   wesoło   trzaskały   drwa.   Zwyczajna
lampa oświetlała dość nędzny, ale wygodnie urządzony salon.
Agatha z wdzięcznością usiadła na kanapie, na wypchanych
pierzem poduszkach, poprosiła o szklankę ginu z tonikiem i
zaczęła relacjonować pani Bloxby wydarzenia ostatnich dni.

  -   Biedny   pan   Summer!   -   zawołała   jej   przyjaciółka.   -

Jestem   przekonana,   że   nie   zaczął   brać   tych   przeklętych
grzybów z własnej woli. Ktoś musiał mu naopowiadać, że te
grzyby pomogą mu wyleczyć się z padaczki. Ależ to musi być
niebezpieczny, bezwzględny i podły człowiek.

  - Mam przeczucie, że ktoś szantażuje mieszkańców tej

wioski - powiedziała Agatha.

 - Spośród tych, z którymi pani rozmawiała, kto wydaje się

najbardziej podejrzany?

  -   To   musi   być   ktoś,   komu   kiedyś   ufali   -   stwierdziła

Agatha. - Jedyną osobą, która w tej chwili przychodzi mi do

background image

głowy, jest pastor. W Kościele anglikańskim istnieje instytucja
spowiedzi,   prawda?   W   tamtejszym   kościele   nie   widziałam
nigdzie konfesjonału.

  - Spowiedź to sakrament właściwy raczej dla Kościoła

rzymskokatolickiego,   ale   tak   -   jeżeli   ktoś   czuje   się
przytłoczony ciężarem grzechów, może je wyznać członkowi
duchowieństwa.   A   co   z   właścicielem   pubu?   To   miejsce
wydaje   się   punktem,   w   którym   spotyka   się   większość
mieszkańców. Na pewno wie dużo o każdym swoim gościu.
Ludzie plotkują w takich lokalach. I w wiejskich sklepach.

 - Dała mi pani wiele do myślenia - powiedziała Agatha. -

James nie wrócił jeszcze z podróży?

 - Chyba nie. Biedna panna Gilmour. Wielka szkoda.
  -   Toni   naprawdę   musi   uporać   się   z   tą   skłonnością   do

starszych mężczyzn - odparła ponuro Agatha.

  - Panna Gilmour miała  trudne  dzieciństwo - wyjaśniła

pani   Bloxby.   -   Chyba   każda   kobieta   prędzej   czy   później
zacznie   rozglądać   się   za   mężczyzną,   który   mógłby   jej   w
pewnym stopniu zastąpić ojca.

  -   Ja   nie   przepadam   za   dużo   starszymi   facetami   -

powiedziała Agatha.

Pani Bloxby uśmiechnęła się pod nosem. Mężczyźni dużo

starsi od Agathy już jakiś czas temu przestali być atrakcyjni
seksualnie.

 - Muszę już iść - powiedziała pani detektyw. - Dziękuję,

że mnie pani wysłuchała.

Nazajutrz   Agatha   przyszła   do   biura   telewizji   Zetlik   w

londyńskim Soho i zapytała, gdzie może znaleźć producenta
serialu „Yesterday's Family". Recepcjonistka poprosiła, żeby
poczekała.   Agatha   usiadła   i   zaczęła   wertować   kolorowy
magazyn, dochodząc do wniosku, że musi to być znak czasu,
kiedy   nie   rozpoznaje   się   nawet   połowy   tych   wszystkich
celebrytów.

background image

W końcu recepcjonistka wróciła w towarzystwie niskiego,

korpulentnego   mężczyzny,   który   przedstawił   się   jako
kierownik do spraw personalnych.

  -   Szuka   pani   Jacka   Kyncaida   -   powiedział.   -   Ale   on

odszedł   na   emeryturę   pięć   lat   temu.   Czego   pani   od   niego
chce?

Agatha wręczyła mu swoją wizytówkę.
 - Chciałam go zapytać o współpracę z Samanthą Wilkes.

Szukam informacji, które pomogą mi w prowadzonym przeze
mnie śledztwie dotyczącym morderstwa.

  - Myślę, że rozmowa z panią nie wyrządzi mu żadnej

krzywdy. Ten biedak wciąż się tu kręci, mając nadzieję, że
znajdzie się dla niego jakaś praca. To smutne.

  -   Gdzie   mogę   go   znaleźć?   Mężczyzna   spojrzał   na

zegarek.

  -   Będzie   w   pubie   na   rogu.   Po   wyjściu   stąd   proszę

skierować się w lewo.

 - Jak go rozpoznam? Kierownik roześmiał się.
  - Nie da się go pomylić z nikim innym. Ma gęste siwe

włosy, które niedawno ufarbował na blond.

Agatha   podziękowała   i   poszła   do   pubu.   Jack   Kyncaid

rzeczywiście siedział przy stoliku pod ścianą, na której był
neon podświetlający jego blond włosy. Agatha zauważyła, że
musiał  być tylko trochę od niej starszy. Był niski, miał  na
sobie zwykłą sztruksową marynarkę, wypłowiały czarny T -
shirt  i  dżinsy. Z bladej  twarzy  wyzierały  niewielkie  czarne
oczy. Usta miał długie i wąskie, za to nos całkiem pokaźnych
rozmiarów.

Agatha   podała   mu   swoją   wizytówkę   i   wyjaśniła,   czego

szuka.

 - Proszę siadać - powiedział Jack. - To dość zamierzchłe

czasy.

background image

  -   Czy   mogę   postawić   panu   drinka?   -   zaproponowała

Agatha.

 - Poproszę podwójną szkocką.
Agatha podeszła do baru, zamówiła whisky dla Jacka i gin

z tonikiem dla siebie, po czym wróciła do stolika.

  - Proszę mi powiedzieć - zaczęła - co pan pamięta na

temat Samanthy Wilkes, a obecnie lady Framington?

  - Grała rolę pokojówki podającej do stołu, która została

uwiedziona   przez   swojego   pana.   To   było   zresztą   całkiem
zabawne,   biorąc   pod   uwagę,   że   Sam   została   naprawdę
uwiedziona przez większość męskiej ekipy filmowej. Muszę
przyznać, że była z niej prawdziwa ślicznotka. Widziałem jej
zdjęcie po tym, jak wyszła za mąż. Ledwo ją poznałem, stała
się taka pospolita. Ale przynajmniej doczekała się wreszcie
tytułu.

 - Wreszcie? - zwróciła uwagę Agatha.
 - Czy mógłbym prosić jeszcze raz to samo?
Agatha pospieszyła do baru, przepychając się łokciami w

tłumie klientów szturmujących pub w porze lunchu. Po kilku
chwilach   wróciła   z   drinkami   i   wbiła   uważne   spojrzenie   w
mężczyznę.

  -   Wspomniał   pan   coś   o   jej   tytule,   akcentując   słowo

„wreszcie".

  -   Gdy   kręciliśmy   serial   w   autentycznych   dworskich

wnętrzach, Sam wzięła sobie na celownik właściciela, który
był   dość   wiekowym   mężczyzną.   Wtedy   wkroczyła   jego
małżonka, która zagroziła, że usunie całą ekipę z posiadłości,
jeżeli nie pozbędziemy się Samanthy. Więc jej rola wypadła
ze scenariusza.

 - Gdzie to było?
  -   Jakaś   duża   miejscowość   w   Cotswolds,   nieopodal

Broadway.

 - A pamięta pan, jak nazywała się ta rodzina?

background image

 - Crighton? Nie, raczej nie... Ach, przypomniałem sobie -

Craton.

Nagle   Agatha   doznała   olśnienia.   U   tego   samego   lorda

Cratona pracowała jako kucharka pani Tripp.

 - Właściwie to żal mi Sam - przyznał Jack. - Wypłakała

wtedy morze łez. Ale udawało jej się czasem zahaczyć tu i
tam jako aktorka. Media to podły biznes. Weźmy na przykład
mnie. Oto, na co mi przyszło po tylu latach doświadczenia.
Znalazłem się na złomowisku.

 - Może zmieni pan sferę zainteresowań i odniesie sukces

w innej branży? - zasugerowała Agatha.

Mężczyzna spojrzał na nią z ukosa.
  - Widzi pani, to jest tak jak w tym dowcipie, w którym

pewna   para   obserwuje   człowieka   sprzątającego   gówna   po
słoniu w cyrku. Pytają go więc: „Dlaczego nie znajdzie pan
sobie   porządnej   pracy?".   Na   co   on   odpowiada:   „I   co   -
miałbym zostawić show - biznes?".

Agatha   wróciła   do   Carsely,   zatrzymując   się   po   drodze

tylko raz, w Beaconsfield, na kanapkę i kawę.

Na miejscu odkryła, że w jej salonie rozgościł się Charles,

który oglądał telewizję z kotami na kolanach.

  - Lepiej tego posłuchaj! - zawołała, sadowiąc się obok

niego   na   kanapie   i   zrzucając   buty   na   wysokim   obcasie.
Powtórzyła mu to wszystko, co opowiedział jej Jack Kyncaid.

 - A więc prawdopodobnie jest szantażystką - powiedział

Charles. - Ale żeby morderczynią? I dlaczego padło akurat na
Glorię French?

 - Nie wiem - odparła Agatha. - Jest stara, więc nie może

kręcić się tu czy tam niezauważona.

 - Czy z tyłu domu Glorii biegnie jakaś droga?
 - Tak, z tego, co pamiętam, taka jednopasmowa.
 - Ona ma elektryczny wózek inwalidzki.
 - Co takiego?! Nigdy jej na nim nie widziałam.

background image

 - Zauważyłem go kiedyś, gdy byliśmy w Piddlebury. Stał

zaparkowany z boku jej chaty. Na nim może się poruszać, nie
budząc większego zainteresowania.

 - Ciekawa jestem, na co zmarła lady Craton - zastanowiła

się  Agatha.  Podeszła do komputera i go włączyła. Po kilku
minutach powiedziała: - Mam! To był atak serca. Tak jak w
przypadku  Jerry'ego.   O   mój   Boże,   może   pozbyła   się
dziedziczki, żeby skorzystać z testamentu lorda?

 - Jak nazywa się ta posiadłość Cratonów?
  -   Five   Trees   Manor   (Ang.   „Dom   Pod   Pięcioma

Drzewami" (przyp. tłum.).). Byłeś tam?

 - Nie, ale zastanawiam się, czy posiadłość nadal istnieje.

Podjedźmy tam jutro i się rozejrzyjmy.

Okazało się, że w Five Trees Manor mieści się obecnie

siedziba towarzystwa ubezpieczeniowego Golden Age (Ang.
„Złoty wiek" (przyp. tłum.).). Posiadłość znajdowała się przy
drodze   między   Snow  Hills  a   Broadway.   Znaczną   część   jej
terenu zajmowało teraz osiedle mieszkaniowe.

Dalej przy tej samej drodze w kierunku Broadway stały

dwie   chaty.   Agatha   zapukała   do   jednej   z   nich   i   zapytała
kobietę,   która   jej   otworzyła,   czy   zna   kogoś   żyjącego,   kto
pracował dla rodziny Craton.

Kobieta   o   krągłej,   rumianej,   wiejskiej   twarzy   zamyśliła

się.

 - Muszę zapytać matkę.
Na   drodze   za   ich   plecami   tylko   od   czasu   do   czasu

przejeżdżał   jakiś   samochód.   Przy   drzwiach   do   chaty   stał
piękny żółty krzew różany.

Wreszcie kobieta wróciła i powiedziała:
  - Matka jest przykuta do łóżka i nie może chodzić po

schodach. Powiedziała, że stara pani Grey, mieszkająca tuż
obok, dawno temu pracowała w posiadłości.

background image

Agatha   i   Charles   zadzwonili   do   drzwi   sąsiedniej   chaty.

Otworzyła niska, zgarbiona staruszka, która przyjrzała im się
uważnie. Agatha wyjaśniła, że szukają kogoś, kto kiedyś był
zatrudniony w posiadłości Cratonów.

  -   Ja   tam   pracowałam   -   odparła   staruszka.   -   Wejdźcie,

proszę. Nazywam się Rose Grey.

Zaprowadziła   ich   do   małego,   dusznego   salonu

zagraconego   różnymi   dziwnymi   przedmiotami   i   resztkami
mebli. Sama z trudnością zapadła się w fotel i wskazała im,
aby również usiedli.

  -   Minęło   już   chyba   ze   dwadzieścia   pięć   lat,   od   kiedy

zmarła   stara   lady   -   powiedziała.   -   Pracowałam   u   niej
codziennie   jako   sprzątaczka,   razem   z   kilkoma   innymi
kobietami.

 - Czy pamięta pani kucharkę, panią Tripp?
  - Owszem.  Zrezygnowano z  jej  usług po śmierci  lady

Craton. Rok wcześniej zmarł także lord Craton, a nie mieli
dzieci.   Posiadłość   odziedziczył   po   nich   -   i   sprzedał   -   ich
kuzyn.   Gladys   Tripp   ułożyła   nawet   piosenkę   o   tym,   jak
straciła   pracę   -   śpiewała   w   niej,   że   wciąż   jest   zdolna   do
harówki. Prawda była jednak taka, że lady Craton zatrudniała
dodatkową służbę tylko wtedy, gdy zatrzymywali się u niej
jacyś ludzie. Nie stać jej było na utrzymywanie służących na
co dzień.

  - A przypomina pani sobie może, kiedy w posiadłości

gościła ekipa telewizyjna?

  -   Oczywiście.   Wszyscy   byliśmy   tym   bardzo

podekscytowani.

 - Więc może zapamiętała pani także aktorkę o nazwisku

Samantha Wilkes?

  - O, tak. - Rose uśmiechnęła się. - Goniła wszystko, co

nosiło spodnie, a potem starała się zarzucić sidła na starego
lorda. Pan Craton zwariował na jej punkcie, doprowadzając

background image

tym do szewskiej pasji swoją żonę, która kazała się pozbyć
Samanthy. Potem wybuchł wielki skandal, gdy okazało się, że
lord Craton podarował aktorce sznur pereł należący do jego
żony. Lady Craton próbowała je odzyskać, ale nadaremnie.

 - Czy pani Tripp odziedziczyła coś w testamencie po lady

Craton?

  -   Tak.   Dostała   dwadzieścia   tysięcy   funtów   i   kilka

zabytkowych mebli.  Kuzyn twierdził, że  w testamencie  nie
było mowy o żadnych meblach, ale Gladys pokazała wówczas
list podpisany przez lady Craton, w którym faktycznie była
mowa o tych antykach.

 - Lubiła ją pani?
  -  Ani   trochę.   Na   początku   była   dla   wszystkich   miła   i

przyjacielska. Lubiła rozmawiać z ludźmi o ich problemach.
Ale potem nagle uwzięła się na mnie. Bez przerwy stała nade
mną   i   kontrolowała   moją   pracę.   Ta   aktorka   bezwstydnie
flirtowała   ze   starym   lordem,   który   był   nią   zauroczony,   a
Gladys Tripp wydawała się ją jeszcze podjudzać, przekazując
lordowi listy od niej. Pewnego dnia w kuchni doszło między
nimi do gwałtownego spięcia. Wyglądało na to, że jeden z
tych listów wpadł w ręce jaśnie pani, która dostała szału. W
efekcie  Samantha  musiała  się pakować. Nasza pani  była w
takim  stanie, że  bałyśmy  się, czy  nie   dostanie   ataku  serca.
Posłano nawet po pastora...

  - Pastora?  - upewniła się Agatha. - Pamięta  pani jego

nazwisko?

  -   Niech   pomyślę.   To   był   taki   wysoki,   szczupły   gość.

Ożenił   się   z   dziewczyną   z   Broadway.   Tam   też   był   jakiś
skandal, ale nie pamiętam już, o co chodziło.

 - W którym kościele odprawiał msze ten pastor?
 - W kościele świętego Pawła.
 - Czy lady Craton miała słabe serce? - spytał Charles.

background image

 - Powiedziałabym raczej, że była silna jak tur. Ale jakiś

czas po śmierci lorda dostała zawału.

Agatha nachyliła się bliżej.
  -   Czy   pani   Tripp   przygotowywała   w   kuchni   jakieś

lecznicze mikstury?

 - W rzeczy samej. Bez przerwy wychodziła w pole i do

lasu,   w   poszukiwaniu   jakichś   roślin.   Nie   lubiłam   jej.
Wydawała mi się nieco odrażająca. Taka... śliska.

Agatha i Charles uznali, że Rose Grey powiedziała im już

wszystko, co wiedziała, pożegnali się więc i wyszli. Agatha
zadzwoniła  do pani Bloxby  i poprosiła ją, żeby sprawdziła,
czy  Guy  Enderbury   był   kiedykolwiek   pastorem   w   kościele
pod wezwaniem Świętego Pawła.

 - Chodźmy coś zjeść - powiedziała do Charlesa. - Trudno

mi w to wszystko uwierzyć. Stara pani Tripp? To niemożliwe.
Przecież ona większość czasu tylko śpi.

Zaczynali   właśnie   jeść   obiad,   kiedy   oddzwoniła   pani

Bloxby  i powiedziała, że  Guy  Enderbury rzeczywiście pełnił
posługę kapłańską w kościele świętego Pawła.

  - Spójrz na to w ten sposób. - Agatha zwróciła się do

Charlesa, po tym jak opowiedziała mu o tych rewelacjach. -
Ta kobieta jest za stara i zniedołężniała, żeby kręcić się pod
domem Glorii French, zakraść się do jej piwnicy, podrzucić
zatrute wino, a potem się wymknąć.

  -   Moim   zdaniem   nadszedł   czas,   żeby   podzielić   się   tą

wiedzą z policją - stwierdził Charles. - Przeszukają jej dom.
Być   może   znajdą   te   listy   od   Samanthy   do   lorda   Cratona   i
oskarżą ją o szantażowanie jej.

  - To ja to wszystko odkryłam - upierała się Agatha. -

Policja nie odbierze mi tej chwały.

 - Powrót tam, żeby ją śledzić, nie jest dobrym pomysłem -

uznał Charles. - Jeżeli to jest gra, ona będzie prowadzić ją do
samego końca. Dlatego żadne z nas nie może do niej jechać.

background image

Poza Patrickiem, wszyscy już tam byliśmy, a on, cokolwiek
by zrobił, zawsze będzie wyglądać jak gliniarz.

Agatha   z   wściekłością   wbiła   widelec   w   placek   z

cynaderkami. Mała fontanna sosu, która z niego wytrysnęła,
trafiła ją prosto w twarz.

 - Niech to jasna cholera! - wrzasnęła pani detektyw.
 - Wytrzyj się i zamknij - zgromił ją jej przyjaciel. - Nie

mogę się skupić.

Agatha wyszła do toalety, żeby poprawić makijaż. Kiedy

wróciła, Charles powiedział:

  -   Przed   chwilą   dzwoniłem   do   Jamesa.   Już   wrócił.

Powiedziałem, że go odwiedzimy.

 - James?
  -   Czemu   nie?   Już   wcześniej   wykonywał   dla   ciebie

detektywistyczną   pracę.   Może   wykorzysta   to   jako   okazję,
żeby zrehabilitować się w twoich oczach. Przychodzi ci do
głowy ktoś inny?

 - Nie. Pod warunkiem, że będzie utrzymywał z nami stały

kontakt.

  -   Powiedz   lepiej,   że   nie   chcesz,   by   rozwiązał   sprawę

przed tobą i zgarnął laury dla siebie.

 - Nie - skłamała Agatha. - Po prostu nie chcę, żeby ktoś

go otruł.

background image

Rozdział VII
Kiedy   James   otworzył   im   drzwi,   w   jego   oczach   widać

było   zdenerwowanie.   Charles   uprzedził   go,   że   muszą
porozmawiać i Lacey przygotował się na kazanie. Przerwał
zbieranie   materiałów   za   granicą   i   wrócił,   żeby   przeprosić
Mary za swoje zachowanie.

W   każdym   mężczyźnie   drzemie   mały   chłopiec.   W

przypadku Jamesa Laceya nie było to wcale takie oczywiste,
ale Agatha ujrzała w jego oczach błagalne spojrzenie małego
brzdąca, który czeka, aż zostanie ukarany, więc powiedziała
szybko:

  - James, potrzebuję twojej pomocy w śledztwie. Wyraz

twarzy jej eksmęża zmienił się momentalnie.

Odpowiedział z entuzjazmem:
  -   Wejdźcie!   Wejdźcie!   Zrobię   wszystko,   żeby   wam

pomóc.

Agatha rozejrzała się po znajomym salonie, zastawionym

regałami  z  książkami.   Trudno  jej  było uwierzyć,  że  kiedyś
wyszła za tego mężczyznę. James nie zrobił praktycznie nic,
żeby pozbyć się swoich kawalerskich nawyków.

Gospodarz   poczęstował   ich   kawą.   Agatha   opowiedziała

mu o wszystkim, czego dowiedziała się do tej pory na temat
morderstw. Wspomniała, że wszyscy, o których myślała, byli
już   w   wiosce,   dlatego   ma   nadzieję,   że   tym   razem   to   on
pojedzie na miejsce i spróbuje poznać jakieś nowe szczegóły.

James się zawahał.
  -   W   zasadzie   wróciłem   tylko   na   kilka   dni,   żeby   coś

zrobić.

 - Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko temu, że Mary

Gotobed wychodzi za mąż - upewniła się Agatha.

 - Poważnie? - Na przystojnej twarzy Jamesa odmalowała

się ulga. - To wspaniale, znaczy... naprawdę? Za kogo?

 - Za jakiegoś farmera z Ebrington.

background image

 - No cóż, gdy się nad tym zastanowić... Chyba mógłbym

pojechać do tego Piddlebury i się tam rozejrzeć

 - stwierdził James.
 - Tak naprawdę chciałabym się dowiedzieć jednego
 - powiedziała Agatha. - W jaki sposób ta kobieta porusza

się   swobodnie   po   wiosce,   nie   zwracając   na   siebie   uwagi.
Przecież na co dzień chodzi o kulach.

  -   A   co   z   elektrycznym   wózkiem   inwalidzkim?   -

przypomniał sobie James. - Niektóre z nich potrafią poruszać
się z prędkością do pięćdziesięciu kilometrów na godzinę.

 - Nie widziałam nic takiego - przyznała Agatha.
 - Ale weź pod uwagę, że nie szukałam. Charles twierdzi

jednak, że zauważył taki pojazd stojący z boku jej domu.

 - Skseruj mi swoje notatki - poprosił Lacey. - Przejrzę je

dziś   wieczorem   i   pojadę   tam   jutro.   Za   kogo   mam   się
podawać?

  -   Dobrym   pomysłem   byłby   serdeczny   turysta   -   rzekł

Charles.

 - A może po prostu pojadę tam jako ja, we własnej osobie

i powiem, że piszę przewodnik po brytyjskich pubach?

 - Raczej odpada. - Charles pokręcił głową. - Zamelduj się

w gospodzie Green Man pod innym nazwiskiem. Pani Tripp
może nie korzysta na co dzień z komputera, ale ktoś w wiosce
może okazać się na tyle dociekliwy, że wrzuci twoje nazwisko
do wyszukiwarki i odkryje, kim naprawdę jest James Lacey, i
że byłeś kiedyś mężem obecnej tu Aggie.

 - Aha, rozumiem. Ale ja nie cierpię fałszywych nazwisk.
  -   No   to   może   wystarczy,   jeśli   pozostaniesz   Jamesem,

tylko nazwisko zmienisz na Laney? - zasugerowała Agatha.

  - Zbyt podobne - zaprotestował Charles. - Może James

Stanton?   Jeżeli   zapomnisz,   możesz   pomyśleć   o   wiosce
Stanton Lacey w Cotswolds i to ci przypomni o twojej nowej
tożsamości.

background image

Jamesowi nie uśmiechało się wędrowanie do Piddlebury

na piechotę. Zostawił więc samochód w Mircesterze i stamtąd
wyruszył   dalej.   Nagle   zobaczył   Toni   na   drugim   końcu
parkingu. Ona też go dostrzegła. Stali tak oboje przez chwilę,
aż w końcu James pomachał jej i ruszył w swoją stronę. Dzieli
nas nie tylko wiek, ale także zwykły wstyd - pomyślał.

Dzień był zaskakująco ciepły jak na połowę października.

Media   donosiły   o   kolejnych   pobitych   rekordach
meteorologicznych. Czytelnicy pisali w listach do „Timesa",
że po raz drugi zakwitły im róże. Kiedy James dotarł do pubu,
był   już   zmęczony   i   zakurzony.   Moses   przywitał   go   i
zaprowadził do pokoju.

 - Na pewno słyszał pan o morderstwach, które miały tutaj

miejsce - zagaił.

 - Niedawno wróciłem z zagranicy i nie czytałem w ogóle

gazet. O jakich morderstwach pan mówi?

  -   Jakiś   przyjezdny   psychopata   zabił   kilka   osób   -

powiedział Moses. - Ale wszystko wróciło już do normy.

 - Sprawca został schwytany? - spytał, zrzucając plecak na

podłogę.

 - Nie, ale mamy to już za sobą.
James miał ochotę zwrócić mu uwagę, że w przypadku

nierozwikłanych   morderstw   w   takiej   małej   wiosce   trudno
mówić   o   tym,   że   jest   już   po   wszystkim,   nie   chciał   jednak
wykazywać nadmiernej ciekawości.

Znając   także   mentalność   ludzi   mieszkających   w   takich

miejscach, wiedział, że jeżeli nie będzie zadawać zbyt wielu
pytań i sprawiać wrażenie niezainteresowanego, mieszkańcy
prędzej czy później sami się przed nim otworzą.

James   nie   był   na   tyle   próżny,   żeby   uważać   się   za

playboya,   ale   wieść   o   tym,   że   w   gospodzie   zatrzymał   się
bardzo przystojny mężczyzna, obiegła wieś lotem błyskawicy.
Mimo panującego za dnia upału, wieczór był chłodny i pub

background image

zamienił się w restaurację. James rzucił podejrzliwym okiem
na   tablicę   za   barem,   na   której   były   wypisane   tradycyjne
barowe dania. Zamówił lasagne bez frytek, za to z piwem, i
usiadł przy stoliku w rogu, koło okna.

Wkrótce   pub   zaczął   zapełniać   się   gośćmi.   James   zjadł,

zamówił kawę, po czym skrył się za książką. Otaczająca go
atmosfera   ciekawości   była   niemal   namacalna.   W   końcu   w
dość   cichym   dotąd   barze   zaczęły   rozbrzmiewać   pierwsze
rozmowy. Dwóch farmerów narzekało z goryczą w głosie na
słabe zbiory owoców. Ładna kobieta siedząca w towarzystwie
starszego   mężczyzny   komentowała   ostatni   odcinek
telewizyjnego serialu. James domyślił się, że to Jenny Soper i
Peter   Suncliff.   Usłyszał   kilka   głosów   witających   nową
przybyłą   osobę:   „Dobry   wieczór,   lady   Framington"   oraz
„Witaj, Sam. Nie jadasz tu często".

 - Pomyślałam, że wyjdę z domu. Och, widzę, że nie ma

już   wolnych   stolików.   Nie,   proszę   nie   wstawać.   Jestem
przekonana, że ten miły jegomość  siedzący pod oknem nie
będzie miał nic przeciwko, jeśli dosiądę się do niego.

James podniósł głowę i zobaczył, że Sam podchodzi do

jego stolika.

 - Czy mogę się przysiąść? - spytała.
 - Bardzo proszę. Właśnie miałem zamiar wyjść.
 - Och, nie. Proszę nam tego nie robić - powiedziała Sam. -

Proszę zostać jeszcze trochę. Nie mamy tu wielu gości. - To
mówiąc, wyciągnęła dłoń w jego stronę. - Jestem Sam.

 - James - odparł, dziękując w duchu, że wystarczy imię,

gdyż chwilowo wypadło mu z głowy, jakim nazwiskiem miał
się posługiwać.

To   zadziwiające,   jak   ludzie   zmieniają   się   z   wiekiem   -

pomyślał   James.   Nikt   nie   uwierzyłby,   że   Sam   była   kiedyś
atrakcyjną   aktorką.   Krótko   przycięte   stalowoszare   włosy   i
skrojony na miarę lniany kostium pasowały do dziedziczki.

background image

Tylko   grymas   starej   wiedźmy   i   jaskrawoczerwone   usta
zdradzały dawnego wampa. Moses wyszedł zza baru.

 - Napije się pani, lady Framington?
 - Poproszę lampkę wina. A czego ty się napijesz, James?
  -   Mam   jeszcze   kawę   do   skończenia.   Ale   poproszę   co

samo.

  - Co cię sprowadza  do naszej małej  wioski?  - spytała

Sam.

 - Wędruję pieszo. Taka forma wakacji.
 - A co robisz, kiedy nie jesteś na wakacjach?
W pubie zapadła głucha cisza, jak gdyby wszyscy czekali

na odpowiedź Jamesa.

  - Jestem  programistą  komputerowym.  Skończył  mi  się

kontrakt i czekam na następny.

 - Nie boisz się o pracę w czasach, gdy wszystko zleca się

do Indii?

James uśmiechnął się.
 - Nie, zawsze mam coś do roboty.
Moses postawił przed Sam kieliszek z winem.
  -   Na   zdrowie   -   powiedziała.   -   Posłuchaj,   może

przenocujesz u mnie? Mój dom jest...

W tym momencie głos jej się załamał. W barze zapadła

kompletna cisza, nie licząc stukania dwóch lasek.

Jack siedział tyłem do sali. Obrócił się. Starsza kobieta

zatrzymała się na środku pubu. James pomyślał, że wygląda
jak   zła   wróżka,   która   pojawiła   się   na   chrzcinach   Śpiącej
Królewny.   Miała   na   sobie   długą   czarną   suknię,   a   jej
nienawistny wzrok, którym rozglądała się po sali, spoczął na
Jamesie.

Kiedy ruszyła dalej, Sam wydała z siebie głośny okrzyk

trwogi i gwałtownie podniosła się z krzesła.

 - Przypomniałam sobie, że zostawiłam coś w piekarniku -

rzuciła i wybiegła z pubu.

background image

Pani   Tripp usiadła  na   zwolnionym  przez   Sam  krześle  i

powiedziała:

 - Witamy w Piddlebury. Jak pan się nazywa?
 - James Stanton.
 - Co pan tu robi?
  - Pilnuję własnego nosa. Przepraszam, że muszę panią

opuścić, ale mam za sobą długi marsz.

 - Jest pan pieszym turystą?
 - Dokładnie tak, jak powiedziałem wcześniej - powiedział

James, zastanawiając się, dlaczego stara się zrazić do siebie
starszą panią. Skarcił sam siebie w myślach, że przecież jest
tutaj jako detektyw. - Ale mogę  jeszcze chwilę poczekać -
stwierdził. - Postawić pani drinka?

 - Moses wie, co lubię. - Właściciel rzeczywiście zmierzał

już w ich stronę ze szklanką jakiejś ciemnej cieczy.

 - Ile jestem panu winien? - James spytał barmana.
 - Na koszt firmy - odparł Moses.
 - To całkiem niezła przystań - powiedziała pani Tripp. - A

pan wygląda mi na wojskowego.

  -   Niestety.   -   James   pokręcił   głową.   -   Jestem   tylko

wędrowcem,   który   odpoczywa,   podążając   przez   hrabstwo
Gloucestershire. A pani mieszka tutaj od urodzenia?

  - Wychowałam się tu. Potem byłam na służbie u lady

Craton w Broadway. Pracowałam u niej do siedemdziesiątki.
Naprawdę. Byłam jej kucharką.

 - Słyszałem, że mieliście w wiosce dwa morderstwa.
Pani   Tripp   natychmiast   przeszyła   go   wzrokiem   swoich

czarnych oczu.

 - Nie da się ukryć. Pisały o tym wszystkie gazety, mówili

też o nas w telewizji.

 - Byłem za granicą - wyjaśnił Jack. - Nie czytałem gazet.

O morderstwach dowiedziałem się dopiero tutaj.

background image

Staruszka wypiła drinka jednym łykiem, po czym wstała,

puszczając przy tym głośnego bąka.

  - Proszę mi pomóc wrócić do domu - rozkazała. Podała

Jamesowi jedną ze swoich kul, a sama złapała go pod ramię.
Śmierdziała   okropnie.   To   jak   „Noc   Żywych   Trupów"   -
pomyślał James, z trudem panując nad nudnościami.

Tymczasem Sam rozmawiała przez telefon z Clarice.
  - To najbardziej uroczy mężczyzna, jakiego poznałam -

powiedziała   -   ale   pojawiła   się   ta   stara   wiedźma   Tripp   i
musiałam salwować się ucieczką. Powinnaś go poznać. Może
będzie   jutro   na   mszy.  Jeżeli   przyjdzie,   złap   go   i   sprowadź
potem do posiadłości na drinka.

Przed  położeniem  się  spać   James   zadzwonił  jeszcze  do

Agathy.

  -   Widziałem   przed   jej   domem   elektryczny   wózek

inwalidzki,   więc   rzeczywiście   może   się   na   nim   poruszać.
Chciała,   żebym   wszedł   z   nią   do   domu,   ale   od   jej   smrodu
zrobiło mi się niedobrze.

  -   Nie   przypominam   sobie,   żeby   aż   tak   cuchnęła   -

powiedziała Agatha.

 - Puściła bąka w pubie i ten fetor pozostał przy niej.
  -   Zastanawiam   się,   czy   przypadkiem   sama   nie

zaaplikowała   sobie   środka   na   przeczyszczenie.   Niektórzy
uważają, że oczyszczą sobie w ten sposób organizm. Lepiej
idź jutro do kościoła i przyjrzyj się dobrze wszystkim.

Kiedy   James   pojawił   się   na   porannej   mszy,   z   ulgą

spostrzegł,   że   pani   Tripp   nie   ma   wśród   zgromadzonych
wiernych, a potem poczuł się jak kiepski detektyw. Pomyślał,
że wiele kobiet wystroiło się jak na wesele, a nie skojarzył
tego z faktem, że we wsi pojawił się przystojny nieznajomy.

Opisując żonę pastora, Agatha zwróciła uwagę na jej rude

włosy. James zauważył ją w jednym z pierwszych rzędów,
siedzącą obok Sam.

background image

Słońce wpadało do środka świątyni przez wysokie okna z

witrażami,   zalewając   całe   wnętrze   różnokolorowymi
refleksami.   W   trakcie   mszy   myśli   Jamesa   zaczęły   błądzić.
Pastor,   ściskając   rozłożone   skrzydła   mosiężnego   orła,   na
którym wspierała się Biblia, rozprawiał o czymś z Apokalipsy
świętego Jana. W pewnym momencie powiedział jednak coś,
co przykuło uwagę Jamesa. Eksmąż Agathy zapamiętał z jej
notatek, że duchowny czekał, aż Bóg wskaże mu tożsamość
mordercy.

  -   Bóg   wreszcie   do   mnie   przemówił   -   stwierdził   teraz

pastor. - Ta wioska wkrótce zostanie oczyszczona ze zła.

Po   tej   deklaracji   nastąpiło   coś   w   rodzaju   gremialnego

westchnięcia,   które   po   chwili   zamieniło   się   w   szuranie
stopami,   kiedy   parafianie   wstali,   by   odśpiewać   psalm   na
zakończenie. James pozostał w ławce. Miał nadzieję, że uda
mu się zamienić słowo z pastorem na osobności, gdy wszyscy
wyjdą. Lecz Sam zatrzymała się przy nim i uśmiechnęła się do
niego.

 - Zapraszam do mnie na drinka.
  -   Dogonię   panią   -   obiecał   James.   -   Lubię   kościoły.

Chciałbym tu posiedzieć przez chwilę.

  - Mam nadzieję, że nie jest zbyt religijny - powiedziała

Clarice, kiedy razem z Sam szły w stronę jej posiadłości. -
Wystarczy mi mój mąż.

  - Myślisz, że on naprawdę zna tożsamość mordercy? -

spytała Sam.

  -   Na   pewno   nie.   Jeśli   chcesz   znać   moje   zdanie,   to

uważam, że Guy traci rozum - odparła Clarice.

James   wyszedł   z   kościoła   jako   ostatni.   Uścisnął   dłoń

pastorowi i powiedział:

 - To było doprawdy zdumiewające stwierdzenie.
  -   Jestem   zaskoczony,   że   w   kazaniu   dotyczącym

Apokalipsy doszukał się pan czegoś zdumiewającego.

background image

  -   Miałem   na   myśli   to   zdanie   na   temat   mordercy.   Nie

powinien pastor powiedzieć o tym policji?

 - I co to da? - Guy wzruszył ramionami. - Jeśli powiem

im,   że   Bóg   zdradził   mi   nazwisko   zabójcy,   zasugerują   mi
jedynie skorzystanie z pomocy psychiatrycznej.

James   był   zdumiony.   Duchowny   sprawiał   wrażenie

człowieka w pełni sił umysłowych.

  - A nie boi się pastor, że stanie się kolejną ofiarą tego

psychopaty?

 - Mam taką nadzieję - odparł cicho proboszcz.
  -   A   mnie   się   wydaje,   że   Bóg   wcale   z   pastorem   nie

rozmawiał - stwierdził James. - Myślę, że pastor specjalnie
czeka, aż morderca go namierzy - dopiero wtedy dowie się
pastor, z kim ma do czynienia.

 - Kolejny niedowiarek - roześmiał się duchowny. - Musi

pan wpaść któregoś wieczora na plebanię.

 - Bardzo pastor uprzejmy. Niestety, nie wiem, jak długo

jeszcze tu zabawię.

Pożegnawszy   się,   James   ruszył   w   stronę   domu   Sam.

Dzięki obszernym notatkom Agathy wiedział dokładnie, gdzie
go szukać.

Po południu tego samego dnia Agatha popijała herbatę w

ogrodzie   plebanii   w   Carsely,   gdzie   została   wezwana   przez
panią Bloxby.

 - Jaki jest prawdziwy powód, dla którego chciała się pani

ze mną zobaczyć? - spytała, kiedy żona pastora opowiedziała
jej o różnych wydarzeniach z życia parafii.

 - Zazwyczaj staram się unikać sensacji - powiedziała pani

Bloxby   -   ale   zasięgnęłam   w   pani   imieniu   języka   na   temat
pobytu pana Enderbury w Broadway, w czasie gdy był tam
pastorem. W tej historii jest coś, co zwróciło moją uwagę.

background image

 - Zamieniam się w słuch. - Agatha zerknęła na babeczkę z

bitą śmietaną i dżemem truskawkowym. Westchnęła ciężko,
ale postanowiła odpuścić sobie to ciastko.

  - Clarice Phelps, bo tak się wtedy nazywała, pracowała

tam jako kelnerka w lokalnym barze wydającym obiady. Ze
wszystkich relacji, które zebrałam, wynika jednoznacznie, że
pastor wpadł jej w oko i uganiała się za nim. Wynajmowała
pokój   nad   pubem,   do   którego   wchodziło   się   tylnymi
schodami.   Pastora   widziano   kilkukrotnie,   jak   wspinał   się
wieczorami   po   tych   schodach,   co   wywołało   uzasadnione
plotki.   Potem,   któregoś   dnia   para   pokłóciła   się   przed
kościołem na oczach wielu świadków. Clarice płakała. Dwa
dni później zabrano ją do szpitala. Jedna z pielęgniarek puściła
farbę. Podobno Clarice wypiła jakiś napój, który spowodował
u niej przerwanie ciąży. Cokolwiek to było, okazało się, że już
nigdy nie będzie mogła mieć dzieci. Kiedy wyszła ze szpitala,
pan Enderbury ożenił się z nią i krótko potem wyprowadzili
się z Broadway.

Agacie aż zalśniły oczy.
 - A więc tutaj mamy związek. Clarice poszła zapewne do

pani Tripp, by ta pomogła  jej się pozbyć dziecka. Ale czy
uległaby jej szantażowi? Zwłaszcza jeśli mówiło się o tym już
wcześniej?

 - Nikt w Piddlebury o tym nie wiedział. Nikt, z wyjątkiem

pani Tripp. A proszę mi wierzyć, żona pastora powinna być
bez skazy. Jest pani pewna, że Jamesowi nic nie grozi?

 - Mam nadzieję. Dlaczego pani pyta?
 - A co, jeśli ktoś w wiosce zacznie zastanawiać się, czy

coś was łączy i odkryje w Internecie pani historię? Dowie się z
niej o waszym małżeństwie i znajdzie fotografię Jamesa.

Agatha jęknęła.
  - Nie pomyślałam o tym. Lepiej zadzwonię do Jamesa i

ściągnę go z powrotem.

background image

James   odebrał   telefon   od   Agathy   w   swoim   pokoju   w

gospodzie. Wysłuchał jej opowieści oraz sugestii pani Bloxby,
że   każdy,   kto   ma   komputer,   może   poznać   jego   prawdziwą
tożsamość.

 - Jestem bezpieczny tak długo, jak długo nie będę pił ani

jadł nic podejrzanego - powiedział James. - Pastor ogłosił w
kościele z ambony, że Bóg zdradził mu nazwisko mordercy.

 - Ten facet jest głupi jak but.
 - Nie wydaje mi się - odparł James. - Moim zdaniem on

ma nadzieję, że zwabi w ten sposób zabójcę. Będę miał go na
oku. Tymczasem Clarice i Sam flirtują ze mną na wyścigi. Po
mszy zaprosiły mnie na drinka do posiadłości.

 - Och, wolałabym, żebyś wrócił.
 - Daj mi jeszcze kilka dni.
Zaraz   po   tym,   jak   Agatha   się   rozłączyła,   rozległ   się

ponownie dźwięk jej telefonu. To był Roy Silver.

 - Jakieś nowe wieści? - spytał.
  - Na temat morderstw? Może się to wydać dziwne, ale

główną podejrzaną jest w tej chwili pani Tripp.

 - To niemożliwe. Nie zdołałaby wytrzymać tyle czasu, nie

ucinając sobie drzemki - zadrwił Roy.

  -   A   może   z   tym   spaniem   to   też   jakaś   podpucha?   -

zastanowiła się na głos Agatha.

 - To wiekowa kobieta. Nie miałbym nic przeciwko temu,

żeby położyć łapę na niektórych z jej mebli.

  -   Nie   zwróciłam   na   nie   uwagi.   Pewnie   dlatego,   że

wszystkie są zastawione oprawionymi fotografiami.

  - No więc jest tam jedno biurko, które wygląda jak z

Sheratonu. Mój kumpel Tristan zna się na antykach i wiele mi
o nich opowiadał. Za tę małą szafkę w holu też dałbym się
pokroić. Pod tymi wszystkimi ramkami na zdjęcia i bibelotami
kryje się prawdziwa fortuna.

background image

Agatha nagle przypomniała sobie o komodzie stojącej w

domu Glorii. Czy to możliwe, że zamordowana pożyczyła ją i
nie oddała? A jeśli tak, to jakiej wymówki użyła, aby wejść w
jej posiadanie? Przecież cała wioska widziałaby, jak wnosi ją
do domu.

 - Muszę kończyć.
Agatha pożegnała się błyskawicznie z Royem, po czym

zadzwoniła do Jamesa i opowiedziała mu o tej komodzie.

  - Gloria wykorzystywała  Henry'ego Bruce'a  do różnych

dziwnych   zadań.   Skontaktuj   się   z   nim   i   spytaj,   czy
kiedykolwiek przenosił jakąś komodę od pani Tripp do domu
Glorii.

James po raz kolejny sprawdził notatki, a potem wyruszył

do domu Henry'ego. W lesie ponad wioską liście na drzewach
zaczynały przybierać barwy złota i czerwieni. Babie lato miało
się ku końcowi. W powietrzu czuć już było jesienny chłód, a
słońce jakby wyblakło.

Henry   grzebał   właśnie   w   silniku   starego   forda,   kiedy

odwiedził go James.

  -   Czy   mam   przyjemność   z   panem  Bruce'em?  Henry

wyprostował się i wytarł dłonie w ubrudzoną smarem szmatę.
W tym momencie James zdał sobie sprawę, że jeśli zada mu to
pytanie   w   sposób   bezpośredni,   zdemaskuje   się   w   jednej
chwili.

 - Szukam starego rzęcha - zagaił Henry'ego. - W sklepie

powiedziano mi, że może pan mieć coś dla mnie.

Henry wyszczerzył zęby w uśmiechu.
 - Do końca dnia powinienem uporać się z tym cackiem.
 - Jaki ma przebieg?
 - Ponad dwieście tysięcy.
 - Poza tym jest w porządku?
 - Zmęczył się pan wędrowaniem na piechotę?
 - Do domu droga daleka - odparł James.

background image

 - Do domu - to znaczy gdzie?
James miał już powiedzieć „Carsely", ale w porę ugryzł

się w język.

 - Evesham.
 - A dokładnie?
 - Po co od razu tyle pytań? - powiedział James. - Ale jeśli

koniecznie chce pan wiedzieć, mieszkam w jednej z willi za
kinem Regal.

 - Wejdźmy do środka - zaproponował Henry. - Napijemy

się piwa.

James   wszedł   za   nim   do   kuchni,   zastanawiając   się   po

drodze, w jaki sposób skierować rozmowę na temat pani Tripp
i tej komody.

Usiedli przy stole kuchennym.
  - Ile pan chce za ten wóz? - spytał James, kiedy Henry

przyniósł z lodówki dwie butelki piwa.

 - Pięć stów - w gotówce.
 - Ile on ma lat?
 - Dziewięć.
  -   Proszę   mi   dać   kilka   dni   na   zastanowienie.   Henry

wzruszył ramionami.

 - Nie ma sprawy. Dużo pan tak podróżuje pieszo?
 - Czuję się jak na jakimś policyjnym przesłuchaniu - rzekł

cierpko James. - Po co te cholerne pytania?

 - Już panu tłumaczę - odparł niezrażony Henry.
  - W tej wiosce miały miejsce dwa zabójstwa i jesteśmy

przekonani, że sprawcą jest ktoś spoza naszej społeczności.
Dlatego tak nerwowo reagujemy na obcych.

 - Dlaczego ktoś spoza wioski? - spytał James. - Mało to

dziwaków w samej wsi? Wczoraj wieczorem do pubu weszła
jakaś staruszka i po reakcjach ludzi można by pomyśleć, że
przybyła z samego piekła.

 - To pewnie pani Tripp. Jest zupełnie niegroźna.

background image

 - Naprawdę? Pracował pan dla niej?
  - Wykonywałem jakieś tam drobiazgi. Ona lubi, kiedy

ludzie   jej   czytają.   Przypominam   sobie,   że   kiedyś   poprosiła
mnie o przeniesienie czegoś do Glorii...

 - Czy to nie jedna z tych zamordowanych ofiar?
 - Zgadza się. Tak czy inaczej, wsadziłem to na wózek, a

ona mówi: „Proszę mi poczytać". Ja jej na to, że płaci mi za
noszenie komód, a nie czytanie.

 - Po co zamordowana miałaby pożyczać od niej komodę?
  - Ponoć nasza dziedziczka drwiła z Glorii, że trzyma w

domu same bezwartościowe rupiecie i pani French chciała się
przed nią pochwalić czymś ładnym.

 - To szaleństwo - skomentował James. - Nie wydaje się to

panu dziwne?

 - Cóż, nasza Gloria była taka arogancka, że ludzie robili

wszystko, co chciała, żeby tylko dała im spokój.

 - Czy pani Tripp odzyskała swoją komodę?
 - Nie wiem.
Sam i Clarice były pogrążone w konwersacji.
 - Nie wygląda mi na turystę - powiedziała Clarice.
 - Jakoś za bardzo interesowały go nasze morderstwa.
 - Każdego by zainteresowały - odpowiedziała Sam.
  -   Ale   sprawdzę   w   Internecie,   czy   znajdę   coś   na   jego

temat. - To mówiąc, podeszła do biurka i włączyła komputer. -
Niech spojrzę... James Stanton. Mamy tu kilkanaście osób o
tym imieniu i nazwisku. - Sam kliknęła w kilka linków. Nie,
to nie nasz James Stanton.

 - Sprawdź Agathę Raisin - powiedziała Clarice.
 - Po co?
 - Mam pewne przeczucie.
  -   W   porządku.   -   Sam   wstukała   nazwisko   Agathy   na

klawiaturze. - Widzę, że pani detektyw miała bogate życie. Jej
mężem był niejaki James Lacey.

background image

  - Och! Spróbuj znaleźć coś na jego temat. Rozległo się

znów stukanie klawiszy.

 - Bingo! To nasz turysta. Jest pisarzem - autorem książek

wojskowych   oraz   przewodników   turystycznych.   Pewnie
szpieguje tu dla tej Raisin.

James zadzwonił do Agathy i podzielił się z nią ostatnimi

wiadomościami. Kiedy skończył, Agatha powiedziała:

 - Trzymaj się z daleka od pani Tripp.
  - Myślisz, że zabiła Glorię, bo ta nie chciała jej oddać

komody?

  -   Jest   tak   bezwzględna,   że   mogłaby   to   zrobić.   James,

myślę, że  powinieneś wyjechać  stamtąd  jak najszybciej. W
Piddlebury nie jesteś bezpieczny.

 - Zobacz, ile udało mi się już odkryć. Jestem przekonany,

że rozwiążę dla ciebie tę sprawę.

 - Proszę, James.
 - Daj mi jeszcze tylko kilka dni.
James   Lacey   był   z   reguły   pragmatycznym,   trzeźwo

myślącym mężczyzną, z  wyjątkiem  kilku okazji, takich jak
chwilowe   zauroczenie   Toni.   Wciąż   wstydził   się   swojego
zachowania. I to właśnie popchnęło go do tego, by wyjaśnić tę
zagadkę.   Traktował   to   jako   swego   rodzaju   odkupienie   i
zadośćuczynienie.

Postanowił   przejść   się   przed   kolacją.   Główna   ulica   w

wiosce była opustoszała. To dziwne, że takie urocze, ustronne
miejsce stało się areną dwóch morderstw - pomyślał.

Na jasnozielonym niebie pojawiły się pierwsze gwiazdy.

W   powietrzu   czuć   było   mieszaninę   zapachów   z   kuchni   i
kwitnących   kwiatów.   Wieczór   był   chłodny   i   rześki.   James
przystanął na chwilę i wziął głęboki oddech.

Nagle coś uderzyło go z dużą siłą w nogi od tyłu i James

wylądował twarzą na kocich łbach. Pozbierał się i wstał, a

background image

kiedy   się   odwrócił,   zobaczył   panią   Tripp   pochyloną   nad
kierownicą swojego elektrycznego wózka inwalidzkiego.

  -   Bardzo   pana   przepraszam   -   powiedziała.   -   Nie

zauważyłam pana w tym półmroku.

  - Powinna się pani cieszyć, że nic sobie nie złamałem -

zdenerwował się James. - Bo wtedy pozwałbym panią do sądu
o odszkodowanie.

  - Mój wzrok nie jest już taki jak kiedyś - powiedziała

staruszka. - Zapraszam pana do siebie. Mam tam coś, co ukoi
pański ból.

Dlaczego nie - pomyślał James. Mam szansę znaleźć się w

jaskini lwa.

 - Proszę prowadzić, poczłapię za panią.
 - Przygotuję lekarstwo - zapowiedziała pani Tripp.
 - Zostawię panu otwarte drzwi.
To mówiąc, włączyła wózek i odjechała.
James podążył za nią. Kątem oka zobaczył, jak w kilku

oknach poruszyły się firanki. Po nocnym niebie przesuwały
się   kościste   palce   ciemnych   chmur;   zerwał   się   także   lekki,
chłodny wiatr.

Czy ona zamierza mnie otruć? - zastanawiał się. Nie, na

pewno   nie.   Co   u   licha   zrobiłaby   z   moim   ciałem?   Jestem
przecież wielkim facetem. Poza tym wszystkie moje rzeczy
zostały   w   gospodzie.   Ale   na   wszelki   wypadek,   gdyby
poczęstowała mnie jakimś drinkiem, udam tylko, że piję.

Drzwi do chaty pani Tripp stały otworem, ale dom był

pogrążony w ciemności.

 - Jest pani tam? - zawołał James.
 - Światło zgasło. - Dobiegł go głos starszej pani.
  -  Skrzynka   z   bezpiecznikami   jest   w  kuchni,  na   tyłach

domu.

James   zaczął   przeciskać   się   przez   wąski,   wyłożony

kamieniem korytarz. Kuchnia była słabo oświetlona ostatnimi

background image

promieniami   kończącego   się   dnia.   Wzmagający   się   wiatr
zaczął wyć gdzieś w zakamarkach starej chaty. James stanął
na   dywanie   na   środku   podłogi   i   sięgnął   do   skrzynki   z
bezpiecznikami.   Dywan   jednak   ustąpił   pod   jego   stopami   i
James runął w dziurę. Zdążył złapać się starej żelaznej rączki
z boku i zawisł na niej, czując, jak uchwyt powoli ugina się
pod jego ciężarem. Krzyknął, wzywając pomocy. To musi być
jakaś   stara   studnia   -   pomyślał.   Zaparł   się   nogami   o
przeciwległą ścianę i z mozołem zaczął gramolić się w górę.
Wtedy   usłyszał   odgłos   podwójnych   kroków.   Zaparł   się
ponownie i spojrzał w górę. Wylot otworu nad jego głową
zniknął, kiedy ktoś ze zgrzytem zasłonił go czymś ciężkim.

James postanowił sprawdzić, czy uda mu się zejść na dno.

Miał   nadzieję,   że   studnia   okaże   się   sucha.   Potem   nie
pozostanie   mu   nic   innego,   jak   tylko   czekać   cierpliwie,   aż
Agathę   zaniepokoi   jego   nieobecność   i   zawiadomi   policję.
Ześlizgiwał się powoli w dół. Próbując zamortyzować upadek,
chwytał się po drodze zniszczonych fragmentów kamieni. W
końcu dotarł  na   dno. Przynajmniej  było  tu sucho.  Telefon!
James   zapomniał   o   telefonie.   Wyciągnął   go   z   kieszeni   i
wybrał numer alarmowy 911, ale w słuchawce nie usłyszał
żadnego sygnału. W studni nie było zasięgu.

Zaczął więc wzywać pomocy, aż wreszcie zachrypł.

background image

Rozdział VIII
Poprzedniego dnia wieczorem Agatha otrzymała SMS - a

od Jamesa, którego przeczytała przed pójściem spać. Cieszyła
się   zawsze,   kiedy   wiadomości   były   napisane   poprawnym
angielskim,   bo   miała   trudności   z   czytaniem   elektronicznej
nowomowy. Wiadomość brzmiała tak: „Idę na spacer, żeby
się trochę rozejrzeć. Będę miał oko na panią Tripp".

Rano, zaniepokojona o los byłego męża, próbowała się z

nim skontaktować, ale nie odbierał telefonu. Zadzwoniła więc
do gospody Green Man. Moses powiedział jej, że James nie
zszedł   na   śniadanie.   Agatha   nie   chciała   podawać   swojego
nazwiska, by nie zdemaskować eksmęża. Mimo to nadal się
martwiła, więc poszła na plebanię i poprosiła panią Bloxby, by
zadzwoniła raz jeszcze.

Żona pastora uzyskała dokładnie tę samą odpowiedź. Nie

dając jednak za wygraną, poprosiła Mosesa, żeby poszedł na
górę do pokoju Jamesa i poprosił go o telefon do pani Bloxby.
Obie kobiety czekały w pełnej napięcia ciszy.

W końcu Moses wrócił do telefonu.
  -   Nie   ma   go   -   zakomunikował   z   wyraźnym

rozdrażnieniem. - Zabrał swój plecak i uciekł, nie płacąc za
pobyt.

Kiedy   pani   Bloxby   przekazała   tę   informację   Agacie,   ta

wpadła w panikę.

 - Zamordowali go! Powinnam była zadzwonić na policję.
 - Proszę zrobić to teraz - poradziła jej pani Bloxby.
Agatha skontaktowała się z Billem Wongiem i streściła

mu wszystko, czego dowiedziała się do tej pory na temat pani
Tripp, błagając, by pojechał tam z nakazem przeszukania jej
domu.

 - Nie dałaś mi wystarczającego powodu, żebym wystąpił

o nakaz - powiedział Bill. - Ale nie martw się. Każdy, kto

background image

ginie   w   tej   wiosce   bez   wieści,   staje   się   automatycznie
przedmiotem dochodzenia. Zaraz tam kogoś wyślemy.

Agatha   przekazała   pani   Bloxby,   że   policja   przyjęła

zgłoszenie   i   wybiera   się   do   Piddlebury,   ale   jednocześnie
dodała:

  - Będę tam przed nimi. W wiosce musieli odkryć, kim

naprawdę   jest   James.   Muszę   być   na   miejscu,   zanim   Bill
wprowadzi policyjną biurokrację i zamknie wszystkim usta.

Łamiąc   wszelkie   ograniczenia   prędkości,   Agatha

popędziła do Piddlebury i zatrzymała się z piskiem opon przed
domem   pani   Tripp.   Załomotała   do   drzwi   i   zadzwoniła
dzwonkiem. Miała już podnieść kamień, żeby rozbić szybę w
drzwiach i wtargnąć silą do środka, kiedy drzwi otworzyły się
i   stanęła   w   nich   pani   Tripp,   łypiąc   na   nią   krogulczym
spojrzeniem.

 - To znowu pani?
 - Gdzie on jest?
 - Kto taki?
 - Pan Stanton.
 - Proszę pytać w gospodzie.
Drzwi   zaczęły   się   zamykać,   ale   Agatha   zablokowała   je

stopą.

 - Chciałabym wejść do środka i przekonać się na własne

oczy, że go tu nie ma.

 - Nie może pani tego zrobić.
 - Proszę mnie wpuścić! Pani Tripp odsunęła się.
 - Proszę bardzo. Może mi pani poczytać.
Agatha minęła ją i wpadła do domu. Z salonu dobiegał ryk

włączonego na cały głos telewizora. Agatha rozejrzała się po
pokoju. Przecież pani Tripp nie jest głucha - pomyślała nagle.
Wyłączyła telewizor i wtedy usłyszała stłumiony krzyk.

Pani Tripp stanęła w drzwiach do salonu.
 - Dosyć - powiedziała. - Proszę się natychmiast wynosić!

background image

 - Co jest, staruszko? Odebrałem twój telefon.
 - Za jej plecami pojawił się Henry Bruce.
 - To znowu ta detektyw, ot co. Musimy się jej pozbyć.
 - Ja już swoje zrobiłem.
 - Zapominasz chyba, że jeśli ja pójdę na dno, pociągnę cię

za sobą.

Henry  wkroczył do salonu i  rzucił  się  na  Agathę. Pani

detektyw rozejrzała się rozpaczliwie w poszukiwaniu jakiejś
broni. Chwyciła kilka zdjęć w ciężkich, srebrnych ramkach i
zaczęła   ciskać   nimi   w   napastnika,   wzywając   jednocześnie
pomocy, ile sił w płucach. Jedna z ramek trafiła mężczyznę w
czoło,   wywołując   krwotok.   Chwilowo   oślepiony,   Henry
zatoczył się do tyłu. I wtedy pani Tripp zamachnęła się na
Agathę swoimi kulami, trafiając ją prosto w głowę.

Agatha upadła na podłogę.
  - A teraz mi pomóż - rzuciła pani Tripp. - Wrzuć ją do

studni.

Henry wytarł sobie zakrwawione czoło brudną chusteczką.

Chwycił Agathę za kostki i zaczął wlec ją do kuchni.

James usłyszał odgłos otwieranej pokrywy. Gdyby tylko

mógł wspiąć się na górę i uciec z tej pułapki. Kiedyś dużo się
wspinał   i   taki   komin   nie   stanowił   dla   niego   problemu.
Zapierając   się   nogami   i   ramionami   o   ściany   studni,   zaczął
mozolnie piąć się w górę.

 - Ależ ona ciężka - usłyszał pełen skargi głos mężczyzny.

- Naprawdę chce pani, żebym ją zrzucił, wprost tamtemu na
głowę?

 - Wredna, wścibska suka - rozległ się głos pani Tripp. -

Zdechną tam razem.

Nagle dał się słyszeć skowyt bólu.
  -   Odzyskała   przytomność   i   kopnęła   mnie   w   krocze!

Potem nastąpił głośny trzask.

background image

 - To ją uciszy - powiedziała pani Tripp. - Przestań użalać

się nad sobą i wrzuć tę cholerną sukę do studni.

Mam   nadzieję,   że   to   nie   Agatha   -   pomyślał   James,

podciągając się w górę.

Znów rozległ się zgrzyt odsuwanej pokrywy. James był

już   prawie   na   górze.   Kiedy   pokrywa   została   odsunięta,   w
ostatnim akcie dzikiej desperacji James zdołał podciągnąć się i
wydostać  na podłogę  w kuchni. Na  jego widok pani  Tripp
wrzasnęła.   Henry   próbował   kopniakiem   strącić   Jamesa   z
powrotem do studni, lecz ten natarł na niego, kopnął go w
brzuch   i   cisnął   na   stojący   pod   ścianą   walijski   kredens,   po
czym   osłabiony   długim   pobytem   w   studni   osunął   się   na
podłogę.

Otumaniona  Agatha  otworzyła   oczy   i   zobaczyła   panią

Tripp,   która   zamachnęła   się   laską,   starając   się   uderzyć   nią
Jamesa   w   głowę.   Jednym   ruchem  Agatha  podniosła   się   na
kolana   i   złapała   staruszkę   za   kostki,   pozbawiając   ją
równowagi, po czym znów straciła przytomność.

W tym momencie do domu wpadli policjanci, na czele z

Billem Wongiem. Usłyszeli krzyk Jamesa i wbiegli do kuchni.
Bill nie mógł uwierzyć własnym oczom. Pani Tripp leżała na
podłodze w kuchni i jęczała z bólu, skarżąc się, że  Agatha
złamała jej biodro. Henry Bruce pozbierał się z ziemi i stał
blady   jak   kreda.   James   siedział   na   podłodze   z   twarzą   w
dłoniach, a obok niego leżała nieprzytomna Agatha, krwawiąc
z   rany  na  głowie.  Na   widok  Bilia  James   podniósł   wzrok  i
powiedział:

  -   Proszę   aresztować  Henry'ego   Bruce'a  i   panią   Tripp.

Oboje próbowali nas zabić.

Nieco później  Agatha  odzyskała przytomność w szpitalu

w   Mircesterze.   Spojrzała   na  Bilia  i   Alice   półprzytomnym
wzrokiem.

 - Czujesz się na siłach, żeby mówić? - spytał Bill.

background image

  - Nie wiem. Kręci mi się w głowie i mam nudności -

powiedziała Agatha. - Macie ich?

 - Tak. Bruce śpiewa jak kanarek. Twierdzi, że stara pani

Tripp   wściekła   się,   ponieważ   Gloria   nie   chciała   jej   oddać
komody. Namówiła Bruce'a, żeby zakradł się do jej piwnicy i
podrzucił zatrute wino do skrzynki z pozostałymi butelkami.
Była na tyle cwana, że dla zmyłki kazała mu włożyć większe
buty.   Wiedziała,   że   Gloria   była   zdenerwowana   z   powodu
sceny   w   sklepie   i   przewidziała,   że   sięgnie   po   butelkę   z
winem...

 - Poczekaj... - przerwała mu słabym głosem Agatha. - Do

ostatniej chwili Gloria spodziewała się pastora i jego żony.
Czy pani Tripp miała sobie za nic, że otruje także ich?

  - Clarice weszła do sklepu zaraz po tym, jak Gloria z

niego   wyszła.   Powiedziała   wszystkim,   że   ona   i   Guy   byli
umówieni z panią French na drinka, ale w tej sytuacji musi jak
najszybciej   wrócić   do   męża   i   odwołać   to   spotkanie.
Najwidoczniej   pani   Tripp   skalkulowała   sobie,   że   Gloria
rzeczywiście   sięgnie   po   wino.   Bruce   miał   zaczekać   i
nasłuchiwać   jakichkolwiek   odgłosów   cierpienia   ze   strony
Glorii.   Kiedy   je   usłyszy,   miał   zabrać   butelkę   razem   z
kieliszkiem i pozbyć się ich.

 - Dlatego nie ujęliśmy ich wcześniej - powiedziała Alice.

- Ich plan był ryzykowny. Taki amatorski, a jednocześnie taki
przebiegły. Bruce zepsuł także samochód Roya i wrzucił mu
do   butelki   naparstnicę,   którą   przygotowała   wcześniej   pani
Tripp. Kolejny chytry plan, który nie miał szans się powieść, a
jednak się udał.

Zdumiona   Agatha   podniosła   dłoń   do   zabandażowanej

głowy.

 - Przecież musiała ich kryć cała wioska.
  - Wciąż sprawdzamy to w jej papierach. Zarówno Sam,

jak i Clarice miały romans z Henrym Bruce'em.

background image

Padły ofiarą szantażu. Nie miało to żadnego związku z ich

pobytem w Broadway.

  - Jak to odkryliście? - spytała Agatha. - Przecież dzisiaj

nikt   już   nie   pisze   listów.   Czy   Sam   i   Clarice   zeznały   to   w
trakcie przesłuchania?

 - Nie przesłuchaliśmy ich jeszcze - przyznał Bill.
  - Wszystkie te informacje znajdowały się w komputerze

Henry'ego.   Grożono   także   Mosesowi   Greenowi   za   to,   że
pozwalał klientom pić do późna w nocy, już po zamknięciu
gospody.   To   tłumaczy,   dlaczego   tak   bardzo   chciał   się   was
pozbyć.

  -   A   co   z   biednym   Jerrym   Tarrantem?   -   przypomniała

sobie Agatha.

 - Był gejem.
 - I co z tego? - zdziwiła się Agatha.
 - Jak widać, dla niego to było bardzo ważne. Henry Bruce

był kiedyś w jakiejś dyskotece w Birminghamie i zobaczył go,
jak wchodzi do gejowskiego klubu.

 - Zamierzacie ekshumować jego ciało?
 - Nie. Jerry Tarrant został skremowany.
 - Niech to diabli! - zaklęła sennym głosem Agatha.
 - Szkoda, że pani Tripp jest taka stara. Chciałabym, żeby

gniła   przez   wiele   lat   w   więzieniu.   -   Oczy   zaczęły   jej   się
zamykać.

  - Damy ci teraz spokój. Musisz odpocząć - powiedział

Bill.

Agatha natychmiast otworzyła oczy.
  - A co z resztą mieszkańców wioski? Przecież wszyscy

utrzymywali, że mordercą był ktoś spoza ich grona.

  - Pracujemy nad tym. Zdrzemnij się. Nic ci nie będzie.

Lekarze twierdzą, że masz głowę jak z żelaza.

background image

Nazajutrz Agatha czuła się już dużo lepiej i po tym, jak

złożyła   oficjalne   zeznanie   Billowi,   ku   jej   wielkiej   radości
odwiedziła ją pani Bloxby.

 - To nie lada sensacja - powiedziała żona pastora.
  -   Mówią   i   piszą   o   tym   wszystkie   stacje   telewizyjne   i

gazety.

Drzwi otworzyły się i do pokoju Agathy weszła Toni w

towarzystwie Simona.

 - Byliśmy już wcześniej - usprawiedliwiła się Toni - ale

spałaś i powiedziano nam, żeby ci nie przeszkadzać.

Agatha powtórzyła im to, co opowiedział jej Bill.
 - Co za zło wcielone! - krzyknęła pani Bloxby. - Miejskie

zbrodnie   wydają   się   przy   tym   niewinnymi   igraszkami   -
przytaknęła Agatha.

  - Patrick, Phil i pani Freedman też do ciebie zaglądali -

powiedziała Toni. - Ale cały czas spałaś, więc nie chcieli ci
zakłócać spokoju.

  - Wszyscy poznosili mi mnóstwo prezentów. - Agatha

spojrzała na kosze z owocami i bombonierki. - Widzieliście
się z Jamesem albo Charlesem?

  - Jeszcze nie - odpowiedziała pani Bloxby, odwracając

wzrok i wyglądając przez szpitalne okno.

 - Niewyraźnie pani wygląda - zauważyła Agatha.
 - Proszę to z siebie wyrzucić!
  -   Dzwoniłam   do   pana   Laceya.   Powiedziałam   mu,   że

wybieram   się   do   szpitala   i   spytałam,   czy   nie   chce   mi
towarzyszyć. Odpowiedział: „Jeszcze nie. Może potem".

Dwa   dni   później   Agatha   otrzymała   radosną   nowinę   -

wypisywano   ją   do   domu.   Szpitalny   pokój   był   zawalony
prezentami.   Odwiedziła   ją   także   jej   sprzątaczka,   Doris
Simpson,   i   kilkoro   życzliwych   sąsiadów   z   Carsely.   Tylko
James i Charles wciąż się nie pojawiali.

background image

Toni  przyjechała,  żeby   odwieźć  ją  do  domu.  Przejrzały

razem prezenty, zostawiając tylko kilka. Agatha zatrzymała za
to   wszystkie   kartki   z   życzeniami   dołączane   do   wyrazów
sympatii   i   poprosiła   pielęgniarkę,   żeby   oddała   resztę
prezentów do domu starców.

Miały właśnie wyjść, kiedy do pokoju wpadł jak burza

Roy Silver. Miał na sobie czarną skórzaną kurtkę i skórzane
spodnie w tym samym kolorze.

 - W samą porę - wysapał. - Jak się czujesz?
  - Jestem lekko roztrzęsiona - przyznała Agatha - i czuję

się jak wariatka. Zobacz, zgolili mi trochę włosów.

  -   Pojedziemy   razem   do   domu   i   zajmę   się   tobą   -

powiedział   poważnym   tonem   Roy.   -   Wynająłem   już   nawet
limuzynę.

 - Och, Roy, jakiś ty dobry. Toni, to oznacza, że możesz

wracać do biura.

Kiedy   pojawili   się   na   schodach   wiodących   do   szpitala,

okazało się, że czeka na nich tłum dziennikarzy telewizyjnych
i prasowych z kamerami i aparatami fotograficznymi.

Roy wystąpił krok naprzód.
  -  Nazywam   się  Roy  Silver  -  powiedział.  - Wiecie,  że

jedna z tych ślicznotek o mały włos nie zginęła?

 - Ty draniu! - syknęła Agatha. - Przyjechałeś tu wyłącznie

dla rozgłosu. Toni, zaprowadź mnie z powrotem do szpitala.

 - Zaczekaj w recepcji, a ja podjadę moim samochodem od

tyłu, do wejścia dla personelu.

Wbiegły razem do środka.
Na  zewnątrz Roy próbował  kontynuować  przygotowaną

zawczasu   przemowę,   ale   zagłuszył   go   tłum   reporterów
domagających się rozmowy z Agathą.

Kiedy   Toni   ruszyła   spod   szpitala   w   stronę   Carsely,

Agatha, wciąż osłabiona lekami i urazem głowy, rozpłakała
się.

background image

  -   Och,   nie,   tylko   nie   to   -   poprosiła   Toni.   -   Niedługo

będziesz w domu.

 - James i Charles nie zadali sobie nawet trudu, żeby mnie

odwiedzić   -   łkała   Agatha.   -   A   temu   cholernemu   Royowi
zależało wyłącznie na rozgłosie wokół własnej osoby.

 - Do diabła z nimi. - Toni machnęła ręką. - Pomyśl o tych

wszystkich ludziach, którzy cię odwiedzili i którym na tobie
zależy.

Agatha wytarła oczy i wbiła ponuro wzrok w widok za

oknem samochodu.

W   końcu   Toni   zjechała   z   autostrady   w   stromą   boczną

drogę   prowadzącą   do   Carsely.   Minęła   zakręt   i   raptem
zatrzymała się z piskiem opon.

 - Co do cholery...?
Drogę blokowała wiejska kapela. Jej dyrygent podszedł do

samochodu i zajrzał przez szybę.

  -   Witamy   w   domu!   -   krzyknął.   -   Proszę   za   nami.

Zdumiona Agatha patrzyła, jak Toni powoli rusza za orkiestrą,
która grała „When the Saints Go Marching In" (Ang. „Gdy
maszerują święci" (przyp. tłum.).), zmierzając w triumfalnym
pochodzie w kierunku Carsely. Na miejscu, po obu stronach
ulicy   ustawili   się   mieszkańcy   wioski,   klaszcząc   w   dłonie   i
wiwatując.

Procesja   skierowała   się   na   Lilac   Lane,   w   stronę   domu

Agathy.   Przed   drzwiami   stali   James   i   Charles,   każdy   z
wielkim bukietem kwiatów.

  - No proszę! - roześmiała się Toni. - Nadal czujesz się

niekochana?

Kilku   bardziej   zaprawionych   w   medialnych   bojach

dziennikarzy pomknęło na wyścigi sprzed szpitala, domyślając
się, że Agatha wymknie się tylnym wejściem. Starając się nie
rozpłakać, tym razem z wdzięczności, Raisin wygłosiła krótką
mowę dziękczynną pod adresem wioski i jej mieszkańców, po

background image

czym weszła do domu razem z Toni, Jamesem i Charlesem. W
kuchni   czekała   już   na   nich   pani  Bloxby  z   odświętnym
popołudniowym podwieczorkiem na stole.

  - To wszystko wasza sprawka - domyśliła się  Agatha,

spoglądając na Jamesa i Charlesa. - Do tej pory większość
mieszkańców Carsely uważała mnie za wcielenie kostuchy.

  -   Chcieliśmy   zrobić   ci   niespodziankę   -   powiedział

Charles.   -   Usiądź,   napij   się   herbaty   i   opowiedz   nam   o
wszystkim.

Koty   Agathy   zdążyły   już   wdrapać   się   na   jej   kolana.

Pogładziła   ich   miękkie   futra   i   powtórzyła   jeszcze   raz
wszystko, co przekazał jej Bill.

Kiedy skończyła, James powiedział:
  - Ta odrażająca kobieta napytała mnóstwo biedy wielu

ludziom. Skandal z Sam, Clarice i Henrym Bruce'em wyjdzie
na jaw podczas procesu w sądzie. Moses Green może stracić
koncesję. I Bóg jeden wie, czego jeszcze dowiedziała się ta
baba, żeby móc szantażować ludzi i zmusić ich do milczenia.

Co chwilę rozlegał się dzwonek do drzwi, w miarę jak pod

domem   pojawiali   się   kolejni   dziennikarze.   W   pewnym
momencie   dał   się   słyszeć   głos   Roya,   który   starał   się
przekrzyczeć zgiełk, wołając: „Wpuśćcie mnie!".

 - Zostawcie go - powiedziała Agatha. - Roy liczy tylko na

odrobinę rozgłosu wokół własnej żałosnej osoby.

 - To nie takie łatwe. - Pani Bloxby pokręciła głową.
 - On mało nie przypłacił życiem pracy dla pani.
 - W tej chwili nie mam ochoty zawracać sobie nim głowy

- powiedziała Agatha.

 - Przegonię go - zaproponował Charles - i powiem, żeby

wrócił kiedy indziej.

Charles   poszedł   otworzyć   drzwi.   Dał   się   słyszeć   gwar

podniesionych głosów przedstawicieli mediów oraz błagalne

background image

prośby Roya. Po chwili  Charles zatrzasnął  mu  drzwi przed
nosem i gwar zamilkł.

 - Czy Bill wspominał coś o Brianie Summerze? - spytał

James.

 - Pozwólmy jej wypić w spokoju herbatę - poprosiła pani

Bloxby.

  -   Nie,   w   porządku   -   odpowiedziała   Agatha.   -   Mogę

jednocześnie rozmawiać i jeść. Wygląda na to, że pani Tripp
czerpała   także   radość   z   manipulowania   Brianem.   To   ona
wysłała mu tę książkę. Biedak wciąż przebywa na oddziale
psychiatrycznym szpitala Warnford. Bill nie wie tylko, w jaki
sposób pani Tripp dowiedziała się o jego padaczce.

  - Kiedy Bill mnie przesłuchiwał - odezwał się James -

powiedział, że Ada White zeznała, iż konsultowała się z panią
Tripp   w   sprawie   jakiegoś   lekarstwa,   które   mogłoby   mu
pomóc.   Starucha   poleciła   jej   magiczne   grzyby   i   wskazała,
gdzie można je znaleźć.

  - Co to są magiczne grzyby? - spytała zaskoczona pani

Bloxby.

  -   To   grzyby   halucynogenne,   które   można   znaleźć   na

polach   -   wyjaśniła   Toni.   -   Na   ulicach   mówi   się   na   nie
halucynki.

 - Ta kobieta powinna przejść do historii jako Wiedźma z

Piddlebury - podsumowała Agatha.

Minął tydzień, podczas którego pani Tripp nie odwiedził

żaden gość, nie licząc jej prawnika. Starała się skontaktować z
synem   i   córką,   by   zbesztać   ich   za   to,   że   porzucili   ją   w
potrzebie. Ale oboje odpowiedzieli jej - każde na swój sposób
- by sczezła w piekle.

Kiedy   więc   strażnik   w   areszcie   powiedział   jej,   że   ma

gościa,   staruszka   była   zaskoczona   i   szczęśliwa   zarazem.
Zaprowadzono ją do pokoju, w którym stał tylko porysowany
stół i dwa twarde krzesła.

background image

Po chwili do pokoju weszła kobieta niemal w jej wieku,

ubrana cała na czarno, zgarbiona i pomarszczona. Na głowie
miała czerwoną perukę.

 - Nie pamiętasz mnie, Gladys? - spytała. - To ja - Rosie

Blacksmith.

 - Rosie! Gdzie ty się podziewałaś przez te wszystkie lata?
  -   Wyjechałam   do   córki   do   Kanady.   Ale   wróciłam.

Doszłam   do  wniosku,   że   wolę   umrzeć   w   samotności   niż   z
nudów. Moja Elsie nie widzi świata poza kościołem.

 - Co się stało z naszym sabatem czarownic, który zlatywał

się w Quarry Hill?

  - Pewnie słyszałaś. To było jakieś trzydzieści lat temu.

Ktoś nas odkrył i zrobił zdjęcia, które później pojawiły się w
„Daily Express". Byłyśmy na nich wszystkie zupełnie nagie.
Stałyśmy się pośmiewiskiem. Ludzie potrafią być naprawdę
okrutni. Dlaczego nas opuściłaś?

  - Miałam coś innego do zrobienia. Nie chciałam dłużej

tracić forsy i tańczyć, jak mi zagrają. I oto, proszę zobacz na
co mi przyszło. Nie doszłoby do tego, gdyby nie ta cholerna
detektyw - Agatha Raisin.

 - Mam rzucić na nią jakąś klątwę? - spytała Rosie.
 - A nie lepiej ją zabić?
  -   Zrobiłabym   to   dla   ciebie,   Gladys,   w   imię   starej

przyjaźni i dawnych czasów. Ale nie chcę skończyć w tym
samym miejscu co ty.

  - Mogłabyś wsypać jej coś do drinka. Czytałam lokalną

gazetę.   W   tę   sobotę   w   Ancombe   jest   jarmark
bożonarodzeniowy. Ancombe leży blisko jej wioski.

 - Przecież do świąt jest jeszcze mnóstwo czasu!
 - Ludzie lubią kupować prezenty wcześniej.
 - Ale co to ma wspólnego ze mną, Gladys?
 - Nadal przepowiadasz ludziom przyszłość na imprezach?

background image

 - Tak, ale już nie tak często jak kiedyś. Artretyzm daje mi

się mocno we znaki.

 - Mogłabyś zaoferować im swoje usługi i zaproponować,

żeby cały dochód przeznaczyć na cele dobroczynne. Potrafię
czytać w ludziach jak w księdze. Jestem przekonana, że ta
Raisin chętnie skorzystałaby z twojej wróżby. Wiem, że wciąż
szuka   faceta.   Takie   zgorzkniałe   baby   bez   końca   wypatrują
księcia na białym rumaku.

  -   Nie   mogę   przecież   zaproponować   jej   tak   po   prostu

drinka. Na pewno nie wzięłaby nic do ust od obcej osoby, nie
nabierając podejrzeń.

  - No to wbij jej strzykawkę z jakąś trucizną. Pamiętasz

Sarah - tę szaloną lekarkę weterynarii, która była kiedyś jedną
z nas? Nie wiesz, gdzie teraz mieszka?

Rosie   zmarszczyła   czoło,   widać   było,   że   myśli

intensywnie.

  - Niech się zastanowię. Sarah Drinkwater. Musiałabym

sprawdzić.

  -   Jeśli   ją   znajdziesz,   spróbuj   wyciągnąć   od   niej   jakiś

środek do usypiania zwierząt.

Rosie podała jej reklamówkę.
 - To jedna z tych specjalnych kurtek. Pozwolono mi ją ci

zostawić. Strażnicy sprawdzili ją.

W oczach pani Tripp zalśniły łzy wdzięczności.
  -   To   wspaniale.   Myślałam,   że   wszyscy   już   o   mnie

zapomnieli.

  - My nigdy nie zapominamy, prawda? - odpowiedziała

Rosie. - Opisz mi tę Agathę Raisin.

Rosie   mieszkała   na   przedmieściach   Snowhill,   w   domu,

który   należał   kiedyś   do   pracownika   rolnego.   Zapłaciła
taksówkarzowi,   nie   dając   mu   napiwku.   Jej   chata,   w
odróżnieniu   od   innych,   nie   została   odnowiona,   nie   licząc

background image

zainstalowania   w   środku   toalety.   Elewacja   pokryta   była
czerwoną cegłą. Wewnątrz panowała wilgoć i półmrok.

Rosie   podeszła   do   wiekowego   biurka   z   szufladami,

stojącego w salonie. Wyciągnęła z jednej z nich podniszczony
notes i zaczęła go kartkować.

W   końcu   znalazła   adres   i   telefon   Sarah   w   Broadway.

Wykręciła numer. Odebrała jakaś kobieta.

 - Chciałabym rozmawiać z Sarah - powiedziała Rosie.
  - Jeżeli ma pani na myśli moją babcię, to jest w domu

opieki w Broadway.

 - Jestem jej starą przyjaciółką. Chciałabym ją odwiedzić.

Jak nazywa się ten dom?

  -   Resting   Place   (Ang.   „Miejsce   Odpoczynku"   (przyp.

tłum.).).

Rosie rozłączyła się i zapisała sobie adres domu spokojnej

starości.   Uznała,   że   jest   on   na   tyle   blisko,   że   uda   się   tam
swoim elektrycznym wózkiem inwalidzkim, oszczędzając w
ten sposób na kolejnej taksówce.

Jesienne liście wirowały jej nad głową, kiedy pochylona

nad kierownicą swojego pojazdu ruszyła w dół wzgórza, w
kierunku Broadway.

W pewnym momencie minęły ją dwie kobiety.
  -   Powiedz,   czy   ona   nie   wygląda   jakoś   podejrzanie?   -

zauważyła jedna z nich. - Zupełnie jak wiedźma. Tylko dać jej
miotłę i niech leci.

Rose   znalazła   dom   opieki   i   wjechała   po   krótkim

podjeździe.   Miała   tylko   nadzieję,   że   Sarah   zachowała
przytomność umysłu.

Sarah Drinkwater była bardzo otyła. Miała wielką, okrągła

twarz o kilku podbródkach i wydawała się przykuta do wózka
stojącego przy oknie w jej pokoju.

 - Kiedy pielęgniarka zapowiedziała mi twoją wizytę, nie

mogłam uwierzyć własnym uszom - przyznała Sarah.

background image

 - Myślałam, że już dawno nie żyjesz.
  - Jak widzisz, żyję i mam się całkiem dobrze - odparła

Rosie. - Potrzebuję twojej pomocy.

Sarah z wypiekami na twarzy wysłuchała relacji Rosie z

odwiedzin u Gladys Tripp.

 - Kto by przypuszczał! - zawołała, kiedy Rosie skończyła.
  - Ale czy jesteś w stanie coś z tym zrobić? - spytała z

rezygnacją   w   głosie   Rosie.   -   Minęły   chyba   wieki,   odkąd
przestałaś praktykować.

  - Zostałam pozbawiona prawa wykonywania zawodu -

poprawiła ją Sarah.

 - Dlaczego?
  -   Miałam   kiepski   okres.   Przeszłam   coś   w   rodzaju

załamania   nerwowego.   Znienawidziłam   te   wszystkie   psy   i
koty   oraz   ich   właścicieli,   śliniących   się   nad   nimi.   Więc
zaczęłam je usypiać. To wszystko.

Rosie rozejrzała się po ładnie urządzonym i przestronnym

pokoju.

  -   Nieźle   sobie   radzisz.   Pobyt   w   takim   domu   kosztuje

chyba majątek.

  -   Moja   córka   wyszła   za   mąż   za   bardzo   bogatego

mężczyznę.   Producenta   ubrań.   Zmarł   nagle   i   zostawił   jej
fortunę. - Sarah zachichotała.

 - Na atak serca?
  -   Skąd   wiedziałaś?   Ale   zostawiłam   sobie   tego   jeszcze

trochę. Podaj mi to brązowe drewniane pudełko.

Rosie   wstała   z   trudem.   Przyniosła   skrzynkę   Sarah   i

położyła   na   jej   kolanach.   Sarah   sięgnęła   za   obfity   dekolt,
wyciągnęła stamtąd mały kluczyk na łańcuszku i otworzyła
pudełko. Wyjęła ze środka małą buteleczkę.

  - To jest „Zapomnienie". Zabija natychmiast. Pamiętasz

tego   weterynarza   z   Carsely,   który   został   skazany   za
morderstwo,   jakiego   dokonał   właśnie   za   pomocą

background image

„Zapomnienia"? Sprawę rozwiązał nie kto inny, jak Agatha
Raisin.

 - Ta kobieta to prawdziwa zaraza - przyznała Rosie.
 - Możesz to sobie wziąć. Nikt nie wie, że to mam. Tutaj

nie grzebią nam w rzeczach.

Rosie   wróciła   do   swojej   chaty   i   wyciągnęła   wycinek   z

gazety,   który   zachowała.   Następnie   zadzwoniła   do
organizatorów jarmarku w Ancombe i zaoferowała im swoje
usługi,   a   oni   zgodzili   się   z   radością   -   tym   bardziej   kiedy
zapowiedziała,   że   cały   dochód   z   imprezy   przeznaczy   na
potrzeby organizacji Pomoc Starszym.

Oczywiście, jeśli Agatha się nie pojawi, będzie musiała

znaleźć inny sposób, by się do niej zbliżyć. Trzeba pomagać
starym przyjaciółkom.

Agatha   była   jedną   z   tych   osób,   które   kupują   prezenty

świąteczne   w   ostatniej   chwili.   I   nauczona   katastrofalnymi
bożonarodzeniowymi   doświadczeniami   z   kilku   poprzednich
lat nie miała zamiaru iść na jarmark.

Ale   w   sobotę   rano   na   jej   progu   stanął   Roy   Silver   z

wielkim bukietem róż.

 - Agatho, naprawdę bardzo cię przepraszam - powiedział

skruszony.

 - Och, wejdź - powiedziała Agatha, przyjmując od niego

kwiaty, i pomyślała, że to musi być naprawdę kiepski dzień,
skoro zrobiło jej się przyjemnie na widok Roya. Ale James
wyjechał znowu w podróż, a Charles zniknął w typowy dla
siebie,   koci   sposób   -   choć   nie   przypominał   w   tym   kota   z
Cheshire, ponieważ nie pozostawił po sobie nawet uśmiechu.

Kiedy Agatha wkładała kwiaty do wazonu, Roy trajkotał

bezustannie   o   swoim   życiu   w   branży  public   relations.  Aż
wreszcie powiedział:

  -   Po   drodze   widziałem   plakat   zapowiadający

bożonarodzeniowy jarmark w Ancombe.

background image

 - Boże Narodzenie! - zaskowyczała żałośnie Agatha. - Co

roku świąteczna gorączka zaczyna się wcześniej. Pamiętam z
Biblii historię o tym, jak Jezus wyrzucił kupców ze świątyni.
Co zrobiłby teraz?

  -   Nie   wiem   i   mało   mnie   to   obchodzi   -   odparł   Roy   z

obrazą w głosie. - Ja bym się wybrał. Będzie tam mnóstwo
autentycznego   wiejskiego   rękodzieła,   dużo   bardziej
oryginalnego   niż   to   całe   badziewie,   które   można   kupić   w
Londynie.

 - Powinnam pewnie zrobić coś, żeby poprawić ci humor -

powiedziała Agatha. - Zadzwonię do pani Bloxby. Może ona
miałaby ochotę się wybrać.

Okazało się jednak, że pani  Bloxby  była zajęta jakimiś

ważnymi sprawami na plebanii.

Charles   Fraith   postanowił   nagle,   że   odwiedzi  Agathę.

Poprzedniego dnia był wieczorem na przyjęciu i wynudził się
za   wszystkie   czasy.  Raisin  go   wkurzała,   ale   na   pewno   nie
można było o niej powiedzieć, że jest nudna. Po tym jak nie
zastał jej w domu, udał się do probostwa, gdzie pani  Bloxby
powiedziała mu, że jej przyjaciółka pojechała na jarmark w
Ancombe.

Agathę   bolały   stopy.   Roy   był   prawdziwym

zakupoholikiem. Zdążył już kupić drewniane misy na sałatki,
koszyki   z   domowym   dżemem,   sześć   wiejskich   książek
kucharskich,   dwa   swetry   oraz   cztery   apaszki.   Zmierzał
właśnie   z   ostatnimi   zakupami   w   kierunku   parkingu,   kiedy
Agatha   zauważyła   namiot   wróżki   przepowiadającej
przyszłość.

Kiedy Roy wrócił, Agatha powiedziała:
 - Chyba dam sobie przewidzieć przyszłość.
 - Przecież nie wierzysz w takie bzdury - odparł Roy.
 - Ale mnie to bawi.

background image

  -   W   takim   razie   będę   czekać   w   namiocie   z   piwem   -

powiedział Roy.

Agatha   musiała   zaczekać   w   kolejce,   ponieważ   wróżka

cieszyła się dużą popularnością. Napis na zewnątrz namiotu
głosił „Madame  Zoresty przepowiada przyszłość". Wreszcie
nadeszła   jej   kolej.   Weszła   do   małego,   ciemnego   namiotu   i
zobaczyła staruszkę siedzący przy stole. Na stole leżała talia
kart tarota oraz kryształowa kula. Wokół panował półmrok.
Wróżka była ubrana w czarny aksamit, a twarz miała skrytą za
czarną woalką. Rosie przyjrzała się swojej najnowszej klientce
i poczuła, jak serce zaczyna jej bić szybciej. Agatha Raisin -
nareszcie!

  -   Usiądź   i   podaj   mi   swoją   dłoń   -   powiedziała   Rosie.

Kiedy   chwyciła   ją   za   rękę,   Agatha   poczuła   trudny   do
zdefiniowania   strach   -   jakby   otaczające   ją   powietrze   było
przesycone złem.

  - Tak - zanuciła  śpiewnym głosem Rosie. - Byłaś już

dwukrotnie zamężna. Widzę w twoim życiu wiele śmierci.

  - Przyszłam dowiedzieć się o przyszłość - upomniała ją

Agatha. - Znam swoją przeszłość.

Wróżka zacisnęła mocniej dłoń na jej ręce.
 - Nie pożyjesz długo. Agatha wyszarpnęła jej dłoń.
 - Co takiego?
 - Może nie widziałam zbyt wyraźnie - zaczęła tłumaczyć

się Rosie. - Zaczekaj tu, przyniosę drugą talię kart.

Starsza kobieta zniknęła w ciemności namiotu.
  - Cholera - wymamrotała Agatha i wyszła na zewnątrz,

zadowolona, że udało jej się stamtąd uciec.

Kiedy   Rosie   wróciła   z   małą   fiolką   „Zapomnienia"   i

strzykawką schowaną w kieszeni, okazało się, że Agathy już
nie ma. Wejście do namiotu odchyliło się i do środka weszła
kolejna kobieta żądna poznać swoją przyszłość.

background image

  - Skarbie, skończyłam na  dzisiaj  z przepowiadaniem  -

westchnęła Rosie. - Jestem już zbyt zmęczona.

Kiedy   kobieta   wyszła,   Rosie   szybko   pozbierała   swoje

akcesoria i spakowała je do torby podróżnej. Sam namiot był
własnością organizatorów. W torbie wylądowała kryształowa
kula,   w   rzeczywistości   wykonana   z   plastiku,   karty   tarota   i
czarna woalka. Rosie zabrała także pieniądze, które dali jej
klienci.   Pomoc   Starszym   oznaczała   pomoc   sobie   samej.
Otworzyła   namiot,   wsadziła   torbę   do   koszyka   z   przodu
elektrycznego   wózka   inwalidzkiego   i   odjechała   z   terenu
jarmarku, podskakując na kępach nieprzystrzyżonej trawy.

Charles znalazł Agathę i Roya w namiocie z piwem.
 - Och, Charles! - zawołała Agatha, kiedy go ujrzała.
 - Nie uwierzysz, co mi się przydarzyło.
Opowiedziała   mu   o   dziwnym   spotkaniu   z   wróżką

przepowiadającą przyszłość.

 - Może to jakaś przyjaciółka pani Tripp - zastanowił się

Charles. - Może to był jej pomysł, żeby cię nastraszyć.

 - Wracam tam - postanowiła Agatha.
Lecz   kiedy   dotarli   do   namiotu,   kilka   kobiet

zgromadzonych   przy   wejściu   powiedziało   im,   że   wróżka
zniknęła. Agacie udało się jedynie zdobyć nazwisko kobiety
organizującej jarmark - pani Dolores Vine.

  - Ta kobieta zadzwoniła do nas z ofertą - powiedziała

Dolores,   sprawiająca   wrażenie   osoby   kompetentnej.   -
Zaproponowała   nam   swoje   usługi   gratis,   deklarując,   że
przekaże cały dochód na rzecz domu opieki o nazwie Pomoc
Starszym.

 - Jakie nazwisko podała?
 - Proszę chwilę poczekać. Mam to gdzieś zanotowane. -

Dolores otworzyła pojemną torebkę i wyjęła z niej notes. -
Niech sprawdzę, to powinno być pod wolontariuszami. O, jest.

background image

Madame Zoresty, ulica Greenway Road dziewięćdziesiąt pięć
w Blockley.

  -   Przecież   Madame   Zoresty   to   na   pewno   nie   jest   jej

prawdziwe nazwisko - powiedziała Agatha.

  -   Obawiam   się,   że   nie   sprawdziliśmy   tego.   Jak

wspomniałam, zaproponowała nam swoje usługi gratis.

Agatha zostawiła samochód pod swoim domem, po czym

razem z Royem przesiedli się do wozu Charlesa i pojechali
pod wskazany adres.

Blockley to urokliwa wioska, zagubiona wśród pagórków

Cotswolds. Przy Greenway Road znajdowały się komunalne
domy   mieszkalne,   przychodnia   lekarska   oraz   kilka
prywatnych   posesji,   ale   numeru   dziewięćdziesiąt   pięć   nie
było.

 - Jestem ciekawa, czy ta tajemnicza postać nie odwiedziła

czasem   pani   Tripp   w   więzieniu.   -   Agatha   zadzwoniła   do
Patricka Mulligana i spytała go o to.

  -   Pani   Tripp   nie   została   jeszcze   skazana   -   powiedział

Patrick. - Przebywa w areszcie, więc każdy może ją odwiedzić
-   wystarczy   zadzwonić   do   więzienia   i   się   umówić.   Trzeba
jednak   okazać   przy   wejściu   jakiś   dokument   tożsamości.
Powinniście porozmawiać z naczelnikiem żeńskiego zakładu
karnego w Mircesterze.

Za namową Patricka pojechali więc do więzienia.
  -   Znając   moje   szczęście,   pani   naczelnik   nie   będzie   w

pracy w sobotę - powiedziała Agatha. Okazało się jednak, że
pani Worthing jest na miejscu i zgodziła się z nimi spotkać.

Była   to   kobieta   o   mocnej   budowie   ciała   i   krótko

przystrzyżonych siwych włosach.

  - Chciałam panią poznać, pani Raisin - powiedziała, po

czym   obrzuciła   pełnym   niesmaku   spojrzeniem   Roya,
siedzącego   obok   w   czarnym   skórzanym   wdzianku   i   z

background image

postawionymi   na   żelu   włosami.   -   Pomaga   pani   trudnej   i
pokrzywdzonej przez los młodzieży?

 - Nie - odparła Agatha, żałując po raz setny, że Roy nie

ubiera się bardziej konserwatywnie. - To mój stary znajomy,
który zatrzymał się u mnie na weekend. Natomiast chciałabym
pani przedstawić sir Charlesa Fraitha.

 - Usiądźcie, proszę, i zdradźcie mi powód swojej wizyty.
Agatha po raz kolejny tego dnia opowiedziała o swoim

spotkaniu z wróżką podczas jarmarku. Potem spytała, czy pani
Tripp miała jakichś gości.

  -   Niech   spojrzę.   -   Naczelnik   włączyła   komputer   na

biurku. - Kiedy takie odwiedziny mogły mieć miejsce?

  -   Nie   wiem   dokładnie   -   przyznała   Agatha.   -   Ale

przypuszczam, że całkiem niedawno.

  - O, mamy coś. Nie licząc więziennego kapelana, pani

Tripp miała tylko jednego gościa. Była to kobieta o nazwisku
Rose Blacksmith.

 - Jaki podała adres zamieszkania?
  - Obawiam się, że nie mogę  państwu przekazać takiej

informacji.

W tym momencie otworzyły się gwałtownie drzwi i do

pokoju wpadła jedna ze strażniczek.

 - Więźniarka z celi numer dwanaście powiesiła się. Pani

Worthing skrzywiła się z odrazą, po czym wybiegła z pokoju,
rzucając przez ramię:

 - Sami musicie państwo znaleźć drogę do wyjścia.
  -   Zostawiła   włączony   komputer   -   powiedział   Charles,

zaglądając zza drugiego końca biurka. - Szybko! Notuj adres:
Ivy Cottage, Church Road, Snowhill.

Po   zamachu   na   swoje   życie   Roy   nigdy   nie   wyzbył   się

strachu, który teraz stale mu towarzyszył. Nagle uznał, że nie
chce brać udziału w dalszych, potencjalnie niebezpiecznych

background image

przygodach, mimo iż wiązała się z nimi możliwość uzyskania
rozgłosu.

 - Jestem zmęczony - oznajmił, gdy wyszli z więzienia. -

Zajmuję się poważnymi klientami i naprawdę powinienem już
wracać do Londynu.

  -   W   porządku   -   zgodziła   się   Agatha.   -   Przyjechałeś

własnym samochodem, prawda?

 - Zgadza się.
 - W takim razie podrzucimy cię do niego.
Agatha siedziała w milczeniu, kiedy Charles wiózł ich w

kierunku Broadway. Dopiero gdy dotarli na szczyt wzgórza
Fish Hill, odezwała się:

  - Mam nadzieję, że ta stara kobieta nie miała naprawdę

daru przewidywania przyszłości.

 - Rozchmurz się - powiedział Charles. - Żadna szanująca

się wróżka nie powie klientowi, że wkrótce umrze.

Gdy   zjeżdżali   z   Fish  Hill  w   zapadający   coraz   szybciej

zmrok, kolorowe jesienne liście wirowały nad drogą.

 - Nie cierpię tej pory roku - przyznała Agatha.
 - Nienawidzę patrzeć, jak drzewa umierają.
 - Myślałem, że jesteś mieszczuchem - zdziwił się Charles.

-   A   mieszczuchy   nie   zwracają   tak   naprawdę   uwagi   na
zmieniające się pory roku.

  -   Może   mentalnie   stałam   się   wieśniaczką   -   odparła

posępnie Agatha. - Mam serce z tweedu.

 - Tego z wyspy Lewisa i Harrisa czy irlandzkiego?
 - Ciemnego i guzowatego.
W   Broadway   skręcili   z   High   Street   w   Church   Road.

Charles jechał powoli, rozglądając się na boki. Nigdzie nie
było żadnego śladu domu o nazwie Ivy Cottage.

 - Przecież musi tu gdzieś być - zdenerwowała się Agatha.
 - Widocznie ta Rose okazała fałszywy dowód tożsamości.
 - A może ona jest niewinna? - powiedział Charles.

background image

 - Chcesz dać sobie spokój?
 - Nie - odparła Agatha. - Zatrzymaj samochód. Zapukam

do kilku drzwi i sprawdzę, czy ktoś słyszał o Ivy Cottage.

Charles obserwował Agathę z respektem, kiedy chodziła

od drzwi do drzwi. Podziwiał w niej nieustępliwość. Czuł, że
powinien   jej   pomóc   i   choć   wcale   nie   miał   ochoty,   miał
właśnie to zrobić, kiedy Agatha wróciła.

  -   Mam!   -   powiedziała   triumfalnie.   -   Kilka   metrów   po

lewej jest droga do starej farmy.

Charles odnalazł ścieżkę, o której mówiła Agatha, i ruszył

nią w górę.

  - To musi być ten dom - powiedział, wskazując ciemny

zarys samotnej chaty stojącej na szczycie wzgórza.

Zaparkował   przed   nią   i   razem   z   Agatha   wysiedli   z

samochodu.

  - Idziemy  - zdecydowała Agatha. Podeszła do drzwi i

nacisnęła dzwonek.

W jednym z okien odsłoniła się na moment brudna firanka

z koronki. Potem zapadła cisza. Agatha zadzwoniła ponownie,
po czym kopnęła w drzwi.

 - Otwierać! - wrzasnęła.
Dał   się   słyszeć   odgłos   szurających   kroków   i   drzwi

otworzyły się ze skrzypnięciem.

 - Pamięta mnie pani? - spytała Agatha.
 - Czego chcesz?
 - Jest pani przyjaciółką pani Tripp. Odwiedziła ją pani w

areszcie, a potem powiedziała mi, że wkrótce umrę.

Rosie zerknęła Agacie przez ramię.
 - A to co za jeden?
 - To sit Charles Fraith.
Rosie struchlała. Na pewno nie uda jej się zabić obojga.

Jak   pozbyłaby   się   ciał?   Agatha   pewnie   uprzedziła   kogoś,
dokąd się wybiera. Jeżeli Raisin i jej towarzysz zaginą, to ona,

background image

Rosie, stanie się główną podejrzaną. Oczy kobiety wypełniły
się łzami. Mimo iż nie widziała pani Tripp od wielu lat, wciąż
czuła siłę starej więzi z tą wiedźmą. Dlatego postanowiła, że
spróbuje ich zabić.

  -   Proszę   wejść   -   powiedziała,   odwracając   się   do   nich

plecami i wchodząc do domu.

Agatha i  Charles podążyli za nią  do małego, ciemnego

pokoju,   zagraconego   różnymi   meblami.   W   powietrzu
pachniało kadzidełkami.

  - Siadajcie - powiedziała Rosie. - Przyniosę sobie tylko

szklankę wody.

Gdy   staruszka   wyszła   z   pokoju,   Agatha   zdjęła   buty   i

bezszelestnie   poszła   w   ślad   za   nią,   żeby   zobaczyć,  co   tam
knuje.   W   kuchni   ujrzała,   jak   Rosie   wyjmuje   z   szafki
strzykawkę i niewielką fiolkę.

 - Jeśli zamierza pani dźgnąć mnie tą strzykawką, to radzę

to jeszcze raz dobrze przemyśleć - powiedziała głośno Agatha.

Rosie   wydała   z   siebie   okrzyk   przerażenia.   Odruchowo

ścisnęła w dłoni ampułkę, która pękła. Zdumiona spojrzała w
dół, na swoją rękę.

  - Wzywam policję - zapowiedziała Agatha. Wróciła do

Charlesa i opowiedziała mu, co przed chwilą widziała.

 - Nie powinnaś zostawiać jej samej - powiedział Charles.

- Wróćmy tam i zwiążmy ją czy coś.

Pobiegli do kuchni. Rosie leżała bezwładnie na podłodze.
 - Sprawdź jej puls - polecił Charles.
 - Ty to zrób - powiedziała Agatha. - Ona może udawać.
Charles z obrzydzeniem wziął nieruchomą kobietę za rękę

w poszukiwaniu pulsu, ale nic nie wyczuł.

  -   Jest   martwa   jak   głaz   -   przyznał,   wstając   z   ziemi.   -

Czymkolwiek chciała cię dziabnąć, było to zabójcze i działało
błyskawiczne. Wezwij policję.

background image

Komisarz Wilkes wpadł w furię, gdy przyjechał do chaty

Rosie i przesłuchał wstępnie Agathę. Miał wrażenie, że Raisin
drwi sobie z policjantów i sprawia, że wyglądają - a zwłaszcza
on - jak banda amatorów.

Kiedy śledczy sądowi i patolodzy zabrali się do pracy w

chacie,   pani   detektyw   i   Charlesowi   kazano   pojechać   do
komendy   i   poczekać   tam   na   właściwe   przesłuchanie.   Już
siedząc w samochodzie, Agatha powiedziała pospiesznie:

  -   Musimy   uzgodnić   wersję   wydarzeń.   Nie   możemy

powiedzieć,   że   znaleźliśmy   jej   adres   w   komputerze   pani
naczelnik więzienia.

  - Powiemy, że śledziliśmy ją od momentu opuszczenia

terenu jarmarku - wymyślił Charles.

  - To się nie uda. Mogą dowiedzieć się o Royu i też go

przesłuchać. A on wszystko popsuje.

  -   Wiem   -   przyznał   Charles.   -   To   może   inaczej.

Postanowiliśmy   przejechać   się   do   Broadway   na   kolację,   a
kiedy   zaparkowaliśmy   samochód   i   wysiedliśmy,
zobaczyliśmy,   jak   Rosie   mija   nas   na   swoim   wózku
elektrycznym i skręca w Church Road. Zanim wróciliśmy do
auta   i   ruszyliśmy   w   ślad   za   nią,   Rosie   zniknęła.   Dlatego
zaczęliśmy pukać do drzwi i wypytywać o jej adres.

 - To już brzmi sensowniej - zgodziła się Agatha.
Przesłuchiwana   przez   Wilkesa   i   osaczona   przez   Billa

Wonga,   Agatha   wciąż   powtarzała   swoją   historię.   W   końcu
jednak puściły jej nerwy.

  -   Zamiast   podziękować   mi   za   podanie   wam   na   tacy

kolejnej   morderczyni,   zainspirowanej   bez   wątpienia   przez
panią Tripp, traktujecie mnie, jakbym sama była podejrzana.

 - Niech się pani uspokoi - warknął na nią Wilkes. - Gdyby

podzieliła się pani z nami swoimi przypuszczeniami, w porę
wkroczylibyśmy do akcji.

background image

 - Och, czyżby? I co dalej? Rose Blacksmith wszystkiego

by się wyparła.

  - Może pani odejść - odparł lodowatym tonem Wilkes -

ale proszę się liczyć z kolejnymi przesłuchaniami.

Było już po północy, kiedy Charles i Agatha spotkali się w

recepcji w komendzie policji.

 - Umieram z głodu - pożalił się mężczyzna.
 - Przygotuję nam coś w domu.
  - Niech cię Bóg broni! - zawołał Charles, wiedząc, że

talenty   kulinarne   Agathy   sprowadzają   się   do   odgrzania   w
mikrofalówce   mrożonego   curry.   -   Nieopodal,   zaraz   przy
obwodnicy jest całodobowe bistro.

Wkrótce   zajadali   się   kiełbasą,   bekonem,   jajkami   i

frytkami.

  -   Nie   potrafię   zrozumieć   jednej   rzeczy.   -   powiedziała

Agatha, wycierając usta i odsuwając od siebie prawie pusty
talerz. - Dlaczego Rose Blacksmith zamierzała posunąć się do
zabicia mnie, zwłaszcza jeśli namówiła ją do tego pani Tripp?

 - Nigdy nie szukałaś niczego na jej temat w Internecie? -

zapytał Charles.

 - Nie miałem czasu. Wracajmy do domu i wypróbujmy to,

o czym mówiłeś.

Na   miejscu,   w   swoim   domu,   Agatha   wpisała   W

internetową wyszukiwarkę imię i nazwisko Rose Blacksmith

  - Nic tu nie ma - powiedziała wyraźnie rozczarowana. -

Może   powinnam   wpisać:   „wstrętne,   stare,   mordercze
wiedźmy" i zobaczyć, co mi wyjdzie?

  -   Nic   innego   nie   przychodzi   mi   do   głowy   -   przyznał

Charles.

  - Sprawdźmy, tak dla hecy, czy odbywają się tu jakieś

zloty czarownic... Proszę bardzo. Jeden z nich odbywał się na
wzgórzu Quarry Hill. Artykuł na ten temat ukazał się wiele lat
temu w „Daily Express". Na zdjęciu są nadzy ludzie, tańczący

background image

wokół ogniska. Śmieszny tekst o „przywiędłych postaciach" i
o tym, że niektórzy nigdy nie powinni pokazywać się nago.
Nie ma tu wprawdzie nic na temat naszej Rose, ale jest za to
cytat rozwścieczonej wiedźmy Sarah Drinkwater. Dziennikarz
piszący ten tekst wyjaśnia, że była ona lekarzem weterynarii,
lecz pozbawiono ją prawa wykonywania zawodu i wsadzono
na   dwa   lata   do   więzienia   za   zabijanie   zwierząt   swoich
klientów. Ciekawe, czy jeszcze żyje.

Charles sięgnął po książkę telefoniczną.
 - Jest jedna osoba o tym nazwisku. Ale nie Sarah, tylko

M. Chist - Drinkwater.

Podał   Agacie   numer.   Telefon   odebrała   kobieta,   która

zrugała ich najpierw za to, że ją obudzili, ale potem przyznała,
tak   samo   jak   wcześniej   Rosie,   że   jest   wnuczką   Sarah
Drinkwater,   której   szukają,   a   jej   babka   mieszka   w   domu
opieki społecznej w Broadway.

  -   Pojedziemy   tam   jutro   rano   i   rozejrzymy   się   -

zdecydowała Agatha.

W gazetach nie pojawiła się jeszcze żadna informacja na

temat śmierci Rosie, więc gdy Agatha i Charles przyjechali na
miejsce, podali się za znajomych Rose Blacksmith.

  -   Ta   pani   była   tu   niedawno   -   przypomniała   sobie

pielęgniarka.

Agacie   zaświeciły   się   oczy   i   poczuła   zew   myśliwego

tropiącego zwierzynę.

Gdy   tylko   pozwolono   im   odwiedzić   Sarah,   udali   się

pospiesznie do jej pokoju.

Agatha przedstawiła siebie i Charlesa. Sarah przyjrzała im

się   małymi,   wodnistymi   oczkami,   ledwo   widocznymi   w
nalanej twarzy.

  -   Niedawno   odwiedziła   panią   Rose   Blacksmith   -

powiedziała Agatha.

 - I co z tego? To moja stara przyjaciółka.

background image

 - Była stara przyjaciółka - dodała Agatha.
 - Była?
  -   Zmarła   podczas   próby   zamordowania   mnie   jakąś

substancją, którą próbowała nabrać do strzykawki. Wie pani
coś o tym?

  -   Nie,   moja   droga   -   odparła   Sarah.   -   Słabo   mi.   Czy

możesz mi podać tamto pudełko?

Charles   wstał,   żeby   spełnić   jej   prośbę,   ale   Agatha

powstrzymała go ostro, mówiąc:

 - Zostaw. Dzwonię na policję.
Sarah zamknęła oczy i nie odezwała się więcej. Niedługo

potem   na   miejsce   przyjechał   Bill   w   towarzystwie   Alice   i
jakiejś policjantki. Agatha czekała na nich przed wejściem do
domu opieki i w krótkich słowach przekazała im to, czego
dowiedziała się na temat Sarah.

 - Sprawdzimy to - zapewnił ją Bill.
Sarah nie chciała im oddać klucza od szkatułki, więc Bill

poprosił   o   młotek   i   rozbił   ją.   Potem   włożył   rękawiczki   i
ostrożnie zbadał zawartość skrzynki.

 - Pani Drinkwater - zwrócił się do pensjonariuszki. - Czy

dała   pani   któryś   z   tych   leków   weterynaryjnych   Rose
Blacksmith?

 - Nie! - rzuciła Sarah.
  - Na podstawie resztek rozbitej fiolki, którą znaleziono

przy ciele denatki, ustalono, że zmarła ona na skutek kontaktu
ze specyfikiem znanym jako „Zapomnienie". Widzę, że ma
pani w tym pudełku kilka identycznych fiolek. Nie ma pani
prawa   posiadać   tego   rodzaju   medykamentów.   Została   pani
pozbawiona prawa wykonywania zawodu.

Sarah zamknęła oczy. Zawsze miała nadzieję, że kiedyś

zobaczy się jeszcze z Gladys Tripp. Nie przypuszczała jednak,
że do tego spotkania dojdzie w więzieniu.

background image

Gladys   Tripp   wróciła   do   swojej   celi.   Teraz   została

oskarżona o nakłanianie Rose Blacksmith do zamordowania
Agathy Raisin. Odmówiła składania zeznań pod nieobecność
swojego   prawnika.   Dopiero   po   przyjeździe   adwokata
dowiedziała się o nieudanej próbie zamachu na życie Agathy i
śmierci   Rosie.   Nie   odpowiedziała   na   żadne   pytanie.   Jej
adwokat utrzymywał, że nie mają żadnego dowodu i w efekcie
pani Tripp została odesłana z powrotem do swojej celi.

Usiadła na łóżku i zamyśliła się. Wszyscy źli bogowie, do

których   się   modliła,   opuścili   ją.   Pomarszczoną   dłonią
pogładziła   kurtkę,   którą   dostała   od   Rosie.   Została   uszyta   z
wielkich łat jedwabiu na wełnianej podszewce.

W   końcu   załomotała   w   drzwi   swojej   celi,   prosząc   o

szklankę wody. Kiedy ją dostarczono, wróciła z powrotem na
twardą pryczę i zmówiła modlitwę do Rogatego Bóstwa. A
potem oderwała dolny guzik kurtki i połknęła go.

Strażniczka usłyszała odgłos stóp pani Tripp walących w

konwulsjach   o   podłogę   celi   i   wpadła   do   środka.   Staruszka
zwijała   się   z   bólu   i   wymiotowała.   Strażniczka   natychmiast
wezwała lekarza więziennego, ale kiedy zjawił się na miejscu,
było już za późno. Pani Tripp nie żyła.

Nazajutrz Bill zadzwonił do biura Agathy i opowiedział

jej, co się stało.

 - Miałam nadzieję, że zgnije w pudle - przyznała Agatha.

-   Jestem   przekonana,   że   nie   wiemy   jeszcze   o   wszystkich
morderstwach - weźmy na przykład Jerry'ego Tarranta i lady
Craton.

  -   Prasa   ma   dzisiaj   niezłe   żniwa   -   powiedział   Bill.   -

Samobójstwo   w   celi,   czary,   morderstwo   i   rozmyślne
okaleczenie.   Ktoś   puścił   farbę   mediom.   Dziennikarze   nie
zawracają ci głowy?

  - Od czasu do czasu - odparła  Agatha. - Może to się

wydać dziwne, ale tym razem nie zależy mi na rozgłosie. Chcę

background image

zapomnieć   o   tym   wszystkim   i   żyć   dalej.   W   jaki   sposób
staruszka odebrała sobie życie?

 - Rose Blacksmith dała jej kurtkę. W jednym z guzików

był ukryty cyjanek. Sarah Drinkwater twierdzi, że w czasach,
kiedy organizowały wspólnie sabaty czarownic, uważały, że
mają prawo zakończyć swoje życie wtedy i w taki sposób, jaki
same sobie wybiorą. Stąd ten pomysł z zatrutymi guzikami.
Cóż za okropna śmierć!

 - Na miejscu pani Bloxby pomodliłabym się za jej duszę -

stwierdziła Agatha. - Natomiast ja osobiście życzę jej, żeby
smażyła się w piekle albo wróciła na ziemię jako karaluch.

background image

Epilog
Miesiąc później ilość pracy w agencji Agathy znacząco

spadła.   Na   początku   Agatha   cieszyła   się,   że   może   spędzić
więcej czasu w swojej wiosce, ale mniej więcej po tygodniu
zaczęła się tym niepokoić.

Gdy którejś soboty odwiedził ją Charles, Agatha poczuła

złość z powodu tego, w jaki sposób pojawia się i znika z jej
życia, kiedy tylko przyjdzie mu na to ochota.

  -   Co   to   za   kwaśna   mina?   -   spytał,   rzucając   torbę   ze

swoimi rzeczami na podłogę w holu.

 - Zamierzasz zostać na noc?
 - Owszem.
  - A  nie   przychodzi   ci  nigdy  do głowy,  żeby  najpierw

zadzwonić i zapytać, czy możesz? A co, gdybym była tu z
jakimś wyjątkowym mężczyzną?

  -   Wtedy   dałbym   ci   moje   błogosławieństwo   i   poszedł

sobie.

 - Nie miałbyś nic przeciwko temu?
  -   Czy   udało   się   ustalić   przyczynę   śmierci  Jerry'ego

Tarranta i lady Craton? - Charles puścił mimo uszu jej ostatnie
pytanie.

  -   Oboje   zostali   skremowani,   więc   nigdy   się   tego   nie

dowiemy. Wiemy za to, że pani Tripp miała jakieś haki na
Mosesa, Sam i Clarice. Ale co z resztą? Nie mogła przecież
szantażować całej wioski.

 - Pojedźmy tam i dowiedzmy się - zaproponował Charles.

- Nie ma tam już nikogo, kto dybałby na twoje życie.

  - W porządku - zgodziła się Agatha. - Mam ochotę coś

zrobić. Agencja nie dostaje teraz zbyt wielu zleceń.

 - Twoja ostatnia sprawa cieszyła się wielkim rozgłosem -

zauważył   Charles,   usiadł   przy   kuchennym   stole,   wyjął
papierosa z leżącej na blacie paczki Agathy i zapalił go.

background image

 - Jeżeli kiedyś uda mi się rzucić palenie, ty też będziesz

musiał   -   stwierdziła   Agatha.   -   Nigdy   nie   kupujesz   sobie
papierosów? Tak czy inaczej, wydawało mi się, że ten rozgłos
da mi więcej zleceń.

  - Może ludzie uważają, że jesteś za droga - powiedział

Charles.   -   Potrzebujesz   codziennych   zleceń   w   rodzaju
zaginionych zwierząt i dzieciaków. Daj ogłoszenie do lokalnej
prasy,   podaj   swoje   stawki   -   na   tyle   niskie,   żeby   wyciąć   z
rynku konkurencję. To powinno wystarczyć.

 - Dobry pomysł, spróbuję. Chcesz zjeść jakiś obiad?
  -   Pod   warunkiem,   że   nie   będzie   to   jeden   z   twoich

owianych złą sławą odgrzewanych lunchów z mikrofalówki -
uśmiechnął   się   Charles.   -   Chodź,   znajdziemy   jakiś   pub   po
drodze.

Gdy wyjechali, rozpadał się ulewny deszcz, ale w miarę

jak zbliżali się do wioski, niebo nad nimi rozpogadzało się.

Po   drodze   zatrzymali   się   na   dłuższy   obiad,   więc   gdy

zaparkowali   przed   pubem   Green   Man,   było   już   późne
popołudnie.

 - Gospoda jest wciąż otwarta - powiedziała Agatha.
 - Cieszę się, że tej starej jędzy nie udało się doprowadzić

do zamknięcia interesu. Chciałabym zamienić słowo z Jenny
Soper.

 - Dlaczego akurat z nią?
  -   Przez   cały   czas   broniła   uparcie   tezy,   że   morderstw

musiał dokonać ktoś spoza wioski. Jestem ciekawa, czy pani
Tripp miała coś także na nią.

 - Gdzie mieszka ta Jenny? Agatha zajrzała do notatek.
 - O tam, w tej chacie przy sklepie.
Jenny otworzyła im drzwi. Na widok Agathy i Charlesa,

aż się cofnęła.

 - Czego chcecie?

background image

  -   Nie   dawało   mi   spokoju,   dlaczego   tak   wielu

mieszkańców wioski uwierzyło, że mordercą jest ktoś obcy -
powiedziała   Agatha.   -   Pani   Tripp   nie   mogła   przecież
szantażować każdego.

Jenny otworzyła drzwi nieco szerzej.
 - Wejdźcie, proszę.
Salon Jenny był utrzymany w nienagannym porządku. W

pomieszczeniu   dominowała   wygodna   kanapa   i   dwa   fotele,
przykryte jasnymi narzutami z perkalu. W kominku wesoło
trzaskał ogień.

Charles i Agatha usiedli obok siebie na kanapie, zaś Jenny

przycupnęła na oparciu fotela.

 - Ludzie chodzili do niej po ziołowe leki - zaczęła Jenny.

- Ubiegłej zimy nie mogłam się pozbyć uporczywego kaszlu i
pani Tripp dała mi miksturę, po której kaszel minął jak ręką
odjął.   Pani   Tripp   wydała   mi   się   zupełnie   nieszkodliwa.
Ucięłyśmy   sobie   pogawędkę.   Opowiedziałam   jej   o   moim
małżeństwie.   Jestem   rozwiedziona,   a   mój   były   mąż   Raph
siedzi w więzieniu za napad z bronią w ręku.

  - To chyba za mało, żeby zmusić panią do milczenia -

powiedziała Agatha.

  - Pani Tripp poczęstowała mnie jakąś herbatą, po której

zrobiło mi się ciepło i poczułam się śpiąca. Zwierzyłam jej się,
że kiedyś byłam uzależniona od narkotyków i stoczyłam nie
lada batalię, żeby wydostać się z nałogu. Niedługo po waszym
przyjeździe pani Tripp zadzwoniła do mnie i powiedziała, że
dobrym   pomysłem   byłoby   obarczyć   winą   za   morderstwa
jakiegoś   tajemniczego   nieznajomego   spoza   wioski.
Zasugerowała także, że Peter Suncliff mógłby zmienić zdanie
na mój temat, gdyby dowiedział się, że byłam narkomanką i
żoną uzbrojonego przestępcy.

 - Przecież pan Suncliff jest od pani dużo starszy.

background image

  - Mam czterdzieści dwa lata. Jestem starsza, niż na to

wyglądam. A Peter ma wszystkie cechy, których brakowało
mojemu   pierwszemu   mężowi.   Jest   czuły   i   godny   zaufania.
Powiedział   mi   kiedyś,   że   narkomani   napawają   go
obrzydzeniem.

  -   Jeżeli   jest   takim   wspaniałym   człowiekiem,   pani

przeszłość nie powinna go interesować - zauważył Charles.

  - Nie mogłam już dłużej nosić w sobie tej tajemnicy -

ciągnęła dalej Jenny. - Tuż przed tym, jak pani Tripp została
aresztowana, powiedziałam mu o wszystkim. Peter odparł, że
już wiedział o tym wcześniej. Pani Tripp zagroziła mu, że jeśli
nie będzie rozpowiadać tej plotki o mordercy z zewnątrz, ona
opowie   całej   wiosce   o   mojej   przeszłości.   Dlatego   Peter
milczał dla mojego dobra. To zamknięta społeczność. Ludzie
cenią sobie przyzwoitość i poważanie u innych. Ja zaczęłam
tutaj nowe życie i kosztowało mnie to sporo wysiłku.

  - Nie pracuje pani - powiedziała Agatha. - Z czego się

pani utrzymuje?

 - Moi rodzice zmarli krótko po tym, jak się rozwiodłam, i

zostawili mi pokaźny spadek. Wyjechałam z Birminghamu i
zapragnęłam   otworzyć   nowy   rozdział   w   życiu.   Peter   i   ja
mamy zamiar się pobrać.

 - To wspaniale - powiedział Charles. - A czy pastor jest

wciąż żonaty?

Jenny spojrzała na niego szeroko otwartymi oczami.
 - A dlaczego miałby nie być żonaty?
 - Palnąłem jakieś głupstwo - Charles wycofał się szybko.

- Miałem na myśli innego pastora.

  -   Myślałam,   że   policja   zacznie   skazywać   ludzi   za

utrudnianie śledztwa - powiedziała Agatha, kiedy wyszli od
Jenny.

 - Przypuszczam, że po śmierci pani Tripp uznali sprawę

za zamkniętą. A co z tą nikczemną byłą lekarką weterynarii?

background image

  -   Sarah   zmarła   na   atak   serca   w   więzieniu.   Tak

przynajmniej było napisane w gazetach.

 - Nie czytam ich ostatnio. Naprawdę musimy grzebać w

paskudnych sekretach wszystkich dookoła? - spytał Charles. -
Biedne   dusze.   To   takie   dziwne   miejsce.   Nie   tak   jak   inne
wioski w Cotswolds, gdzie przyjezdni nie są niczym nowym.
A tutaj ma się wrażenie, że czas zatrzymał się sto lat temu.

  - Mimo wszystko, wpadnijmy do Sam. Jestem ciekawa,

co   u   niej.   Poza   tym   pastor   twierdził,   że   Bóg   wskazał   mu
tożsamość   mordercy.   Chcę   się   dowiedzieć,   czy   Bóg   miał
rację.

  - Dobrze. W takim razie, najpierw na plebanię, a potem

do Sam.

Clarice   otworzyła   drzwi   Agacie   i   przyjrzała   jej   się

uważnie,   ze   złością   wypisaną   na   twarzy.   W   jednej   ręce
trzymała duży kieliszek z winem, a w drugiej papierosa, co
znaczyło, że pastora nie ma w domu.

  -  Wynoście   się   -  syknęła.  -   Jedna   wiedźma   w  wiosce

wystarczy. Nie potrzebuję kolejnej, która mnie prześladuje.

Po tych słowach zatrzasnęła im drzwi przed nosem.
  - Ciekawe, jaki pożytek ma z niej Unia Matek - rzekł z

sarkazmem Charles.

  - Och, wierz mi, ona jak mało kto potrafi wcielić się w

rolę idealnej żony pastora - odparła Agatha. - Spróbujmy w
kościele.

Agatha i Charles weszli do mrocznego wnętrza kościoła.

Przy ołtarzu krzątała się Ada White, układając bukiet kwiatów
w wazonie. Kiedy  się  odwróciła  i  zobaczyła ich, wydała  z
siebie   przeraźliwy   krzyk,   upuściła   wazon   na   posadzkę   i
wybiegła z kościoła, mijając się z nimi w drzwiach.

Z zakrystii wyszedł Guy Enderbury.
 - Co to za hałasy..? A, to wy.
 - Ada przewróciła wazon z kwiatami - wyjaśniła Agatha.

background image

  -   Rany,   ale   bałagan.   -   Pastor   spojrzał   w   dół   na

roztrzaskany szklany wazon i kwiaty leżące na podłodze.

  - Muszę poprosić panią Pound, naszą sprzątaczkę, żeby

się tym zajęła.

  -   Czy   Bóg   naprawdę   wskazał   pastorowi   mordercę?   -

spytała Agatha.

 - To sprawa między mną a Stwórcą.
 - Co w praktyce oznacza, że pastor nie wie, a jedynie miał

nadzieję,   że   morderca   sam   się   zdemaskuje   i   przyjdzie   po
pastora.

 - Jest pani niedowiarkiem - odrzekł Guy.
 - Tylko jeśli w grę wchodzą kompletne brednie.
  - Czy pani Tripp szantażowała pastora? - wtrącił się do

rozmowy Charles.

  -   Oczywiście,   że   nie.   Nie   w   moim   życiu   nic,   czego

mógłbym się wstydzić.

  -   Mówi   się   -   zauważyła   Agatha,   przewiercając

duchownego   wzrokiem   -   że   ożenił   się   pastor   z   kelnerką   z
Broadway, ponieważ zaszła z pastorem w ciążę.

  -   Pani   Tripp   nie   mogła   mnie   szantażować   z   powodu

czegoś, o czym wszyscy wówczas wiedzieli. A teraz precz z
mojego kościoła!

Agatha   miała   jeszcze   ochotę   zapytać   go   o   Henry'ego

Bruce'a. A co, jeśli policja nic mu nie powiedziała?

Razem   z   Charlesem   niechętnie   opuścili   świątynię.  Guy

stanął na środku głównej nawy i odprowadził ich wzrokiem.

 - Teraz, jak sądzę, jedziemy do Sam - powiedział Charles.

- Agatho, to tylko strata czasu.

 - Jestem po prostu ciekawa, to wszystko - odparła Agatha.
Udali   się   do   posiadłości   dziedziczki.   Drzwi   otworzył

Frank, który zlustrował ich wzrokiem.

 - A wy tu czego? - rzucił pogardliwie.

background image

  - Jak zwykle idealny kamerdyner - mruknęła Agatha. -

Przyjechaliśmy w odwiedziny do Sam.

 - Dla was to jest lady Framington.
 - Powiedz lady Framington, że jesteśmy! - wrzasnęła na

niego Agatha.

Sam pojawiła się za plecami swojego odźwiernego.
  - Co wy tu znowu robicie? - spytała. - Przecież już po

wszystkim.

  - Zżera nas ciekawość... - zaczęła Agatha. - Czy pani

Tripp szantażowała panią z powodu pani romansu z...

  - Wejdźcie do środka - rzuciła szybko Sam. - Ma pani

głos donośny jak megafon.

Udali się za nią do salonu.
 - Nie miałam z nikim romansu - wyjaśniła Sam.
 - Nawet z Henrym Bruce'em? - spytała Agatha.
 - Nie wskakuję do łóżka z byle „złotą rączką". Co innego

pani przyjaciel, James Lacey. Ten był całkiem apetyczny.

 - James nie zrobiłby... nie mógłby... - wykrztusiła z siebie

Agatha.

 - Ależ mógł i zrobił to.
  - Chodźmy, Agatho - powiedział Charles. - Ta żałosna

kobieta siedzi tu cały dzień i wymyśla kolejne brednie.

Wcześniej  tego samego dnia  James Lacey robił zakupy

warzywne na targu w Mircesterze, kiedy nagle wpadł na Toni.
Stali przez chwilę, patrząc na siebie z zakłopotaniem, aż w
końcu James powiedział:

 - Toni, zrobiłem z siebie strasznego idiotę. Zapomniałem,

ile mam lat. Przepraszam.

 - Och, ja wcale nie byłam lepsza - odparła dziewczyna z

wstydliwym uśmiechem.

 - Słuchaj, jest pora obiadowa. Może zjemy coś razem?
 - Czemu nie? - Wyszli razem z rynku i skierowali się w

stronę hotelu George.

background image

Dzień był pochmurny i w hotelowej restauracji zapalono

światło. Kiedy usiedli, James zauważył na palcu serdecznym
Toni zgrabny pierścionek zaręczynowy z brylantem. Wskazał
na niego i zapytał:

 - Czy to jest to, o czym myślę?
  -   Zgadza   się   -   przytaknęła   Toni.   -   Wreszcie   kogoś

poznałam.

 - Mam nadzieję, że nie jest tak stary jak ja - uśmiechnął

się James.

  - Nie, to student medycyny - wyjaśniła Toni. - Nazywa

się Frank Evans i jest ode mnie starszy zaledwie o dwa lata.

 - To ci się trafiło... Masz jego zdjęcie? Toni uśmiechnęła

się.

 - Oczywiście.
Grzebała   przez   chwilę   w   torebce,   aż   w   końcu   znalazła

fotografię   i   pokazała   ją   Jamesowi.   Na   zdjęciu   był   bardzo
przystojny młody mężczyzna z ciemnymi kręconymi włosami
i orzechowymi oczami.

 - Kiedy ślub?
  -   Chcemy   zaczekać,   aż   Frank   się   obroni.   Poza   tym,

rozglądamy się za mieszkaniem. Moje jest zbyt małe.

 - Frank nie ma większego lokum?
 - Nie, jego mieszkanie jest równie małe jak moje.
 - A co o zaręczynach myślą jego rodzice?
  -   Ojciec   Franka   nie   żyje.   Dzisiaj   wieczorem   jestem

umówiona   na   kolację   z   jego   matką.   Przyjeżdża   tutaj   aż   z
Walii.

 - Czy Agatha wie o tym? - zapytał James.
 - Jeszcze nie. A poza tym, moje życie prywatne nie jest

jej sprawą.

 - Zamówmy coś do jedzenia. Potem możesz opowiedzieć

mi więcej na ten temat.

background image

Kiedy kelner przyjął od nich zamówienie i odszedł, Toni

zaczęła:

  -   Poznałam   Jamesa   na   koncercie   muzyki   pop.   Jakieś

młokosy naprzykrzały mi się i wtedy on wkroczył do akcji.
Potem poszliśmy razem na drinka.

 - Kiedy to było?
 - Tydzień temu.
James   miał   ochotę  powiedzieć,  że  na  pewno  trochę   się

pospieszyli z tą decyzją o ślubie, ale czuł jednocześnie, że kto
jak   kto,   ale   on   nie   ma   żadnego   prawa,   aby   podawać   w
wątpliwość szczęście Toni. W trakcie posiłku przyznał jednak
w duchu, sam przed sobą, że cieszy się, iż mają zamiar wrócić
do łączących ich wcześniej normalnych, spokojnych relacji.

  -   Nie   denerwuj   się   -   Frank   zwrócił   się   do   Toni   tego

samego wieczoru. - Matka będzie tobą zachwycona. Ona tobie
też na pewno przypadnie do gustu. Jest tak pogodna, mądra,
bystra i jednocześnie wyrozumiała. Zarezerwowałem dla nas
stolik w restauracji hotelu George.

Toni   nie   widziała   wcześniej   zdjęcia   matki   Franka.

Wyobrażała   ją   sobie   jako   pulchną   Walijkę   o   różowych
policzkach, kruczoczarnych włosach i melodyjnym głosie.

Rzeczywistość   okazała   się   jednak   zupełnie   inna,   wręcz

szokująca. Pani Evans była szczupłą, farbowaną blondynką z
twarzą po liftingu, jakby przeszła przez tunel aerodynamiczny,
oraz   ustami   napompowanymi   kolagenem.   Te   usta,
pomalowane na purpurowo, sprawiały wrażenie jakby zostały
nieudolnie doklejone do jej szczupłej, bladej twarzy i w ogóle
do niej nie pasowały.

Frank uściskał ją, a ona wczepiła się w niego jak pijawka,

a gdy już wypuściła go z ramion, zlustrowała Toni wzrokiem z
góry na dół.

  - A więc to jest ta twoja przyjaciółeczka? - Tak, to jest

Toni.

background image

 - Domyślam się, że to jakieś zdrobnienie od Antonii.
  -  Nie   -   zaprzeczyła   Toni.   -  Zostałam   ochrzczona   jako

Toni. Przez „i", nie przez „y".

  -   Mój   Boże,   ależ   dziwne   imiona   nadaje   się   teraz

dziewczynkom.

Usiedli przy stoliku pod oknem. Podszedł do nich kelner i

pani   Evans   zamówiła   martini,   Frank   to   samo,   zaś   Toni
poprzestała na gazowanej wodzie mineralnej.

Pani   Evans   pochodziła   z   Cardiff.   Razem   z   synem

pogrążyli   się   w   rozmowie   na   temat   ludzi,   których   Toni   w
ogóle nie znała. Frank śmiał się na całe gardło ze wszystkich
anegdot matki. Za oknem znów zaczął padać deszcz, który
wcześniej ustał na chwilę.

To okropne - pomyślała Toni, patrząc tępym wzrokiem na

krople   deszcze   rozmazujące   się   na   szybie.   Szkoda,   że   nie
jestem   tak   głęboko   wierząca   jak   pani   Bloxby   i   nie   mogę
poprosić Boga, żeby uwolnił mnie stąd.

Wtem rozległ się znajomy głos.
 - Toni!
Dziewczyna rozejrzała się po sali. W stronę ich stolika

zmierzali Agatha i Charles. Toni przedstawiła swoich gości.

  -   Narzeczony?   -   upewniła   się   Agatha.   -   Kiedy   się

zaręczyliście?

 - Jakiś tydzień temu.
  -   Co   nagle,   to   po   diable.   Zawsze   to   powtarzam   -

stwierdziła pani Evans. - Nie chcę, żeby mój najdroższy synek
rzucał się na pierwszą lepszą dziewczynę.

  - W takim razie ma nie lada szczęście, że trafiła mu się

taka   perełka   jak   Toni   -   powiedziała   Agatha,   po   czym
przywołała kelnera skinieniem dłoni. - To prawdziwe święto.
Proszę nas przenieść do większego stolika i przynieść butelkę
szampana.

Charles szepnął jej do ucha:

background image

 - Agatho, przestań się wtrącać.
  -   Ona   potrzebuje   pomocy,   nie   widzisz?   -   syknęła   w

odpowiedzi Agatha.

Kiedy   jedzenie   znalazło   się   na   stole,   a   szampan   został

rozlany do kieliszków, Agatha wstała.

 - Chciałabym wznieść toast za Toni Gilmour - najlepszą

prywatną detektyw na świecie.

  -   Dziwne   zajęcie   jak   na   taką   młodą   dziewczynę   -

stwierdziła   pani   Evans,   po   czym   odwróciła   się   do   syna   i
kontynuowała rozmowę w miejscu, w którym ją zakończyła.

Agatha zwróciła się do Toni.
 - Właśnie wróciliśmy z Piddlebury.
  -   Dowiedzieliście   się,   dlaczego   wszyscy   tak   kurczowo

trzymali się hipotezy, że morderstw dokonał ktoś z zewnątrz?

 - Cała wioska nabrała wody w usta - wyjaśnił Charles - z

wyjątkiem   Jenny   Soper,   która   przyznała,   że   była
szantażowana.   Bardzo   dziwna   wioska.   Hermetycznie
zamknięta.   Założę   się,   że   kazirodztwo   było   tam   kiedyś   na
porządku dziennym.

Pani Evans z rozdrażnieniem zauważyła, że jej syn już jej

nie słucha.

 - Jak się pani czuje? - Frank zwrócił się do Agathy. - Toni

powiedziała mi, że została pani uderzona w głowę, a potem
niedoszli zabójcy próbowali strącić panią na dno studni.

Agatha   zaczęła   z   pasją   i   wszelkimi   możliwymi

ozdobnikami   snuć   swoją   kolorową   opowieść,   przerywając
tylko od czasu do czasu, by wziąć do ust kolejny kęs jedzenia.

Frank już nawet nie udawał, że słucha matki.
Pani   Evans   nie   mogła   dłużej   tego   znieść.   Przerwała

Agacie, odzywając się do Toni cienkim, piskliwym głosem:

  -   Mam   nadzieję,   że   po   ślubie   zrezygnujesz   z   tej

niebezpiecznej pracy.

 - Muszę przecież z czegoś żyć - zaprotestowała Toni.

background image

 - Są przecież bardziej odpowiednie zajęcia. Tak się akurat

składa,   że   mam   przyjaciółkę,   która   jest   właścicielką
kwiaciarni w Mircesterze. To dużo bardziej nobliwa praca.

  -   Może   więc   sama   ją   pani   podejmie   -   zaproponowała

Agatha. - Nie pracuje pani, prawda?

 - Nie mam takiej potrzeby. Mój świętej pamięci małżonek

Ethelred zostawił mi znaczną sumę.

Agatha parsknęła śmiechem.
  - Biedaczysko. Czy w szkole nazywali go Ethel? Pani

Evans rzuciła serwetkę na stół.

 - Dość tego! Słabo mi. Zabierz mnie stąd, Frank.
 - Toni, zadzwonię do ciebie później - powiedział Frank.

Agatha,   Charles   i   Toni   obserwowali   w   milczeniu,   jak   pani
Evans, uwieszona na swoim synu, wychodzi z restauracji.

Toni wstała od stołu.
 - Agatho, czy mogłabyś choć raz pilnować swoich spraw?
Charles popatrzył na zafrasowaną twarz Agathy.
  -   Rozchmurz   się   -   powiedział.   -   Toni   w   końcu

oprzytomnieje. A ta przeklęta baba i tak postawi na swoim.

Ale nazajutrz, kiedy Agatha przyjechała do biura, Toni już

na nią czekała. Z ponurym wyrazem twarzy zwróciła się do
swojej szefowej.

  - Proszę, oto moje wypowiedzenie. Do końca miesiąca

zamykam   wszystkie   swoje   sprawy   i   odchodzę.   Mało
brakowało, a zerwałabyś moje zaręczyny

 - Słuchaj, przepraszam cię - kajała się przed nią Agatha. -

Ale ta kobieta przekroczyła wszelkie granice.

  -   A   nie   przyszło   ci   do   głowy,   że   sama   sobie   z   nią

poradzę? - spytała Toni. - Nie jestem już dzieckiem.

 - Ale dokąd teraz pójdziesz? Co będziesz robić?
 - Wstąpię do policji.
  -  Och,  Toni.  Proszę,  zostań.  Nie   poradzimy   sobie  bez

ciebie.

background image

 - Trzeba było pomyśleć o tym wcześniej. A teraz wracam

do sprawy rozwodowej państwa Bryely. - To mówiąc, Toni
wyszła, trzaskając drzwiami.

Agatha   podeszła   do   okna   i   wyjrzała   na   parking.   Toni

wyszła z budynku i ruszyła w kierunku swojego samochodu.
Zanim skręciła za róg, wykonała mały podskok, jak ktoś, kto
wreszcie odzyskał wolność.

Phil położył dłoń na ramieniu Agathy.
 - Nie przejmuj się - powiedział. - Toni zmieni zdanie.
Minął jednak miesiąc i Toni nie dawała żadnych znaków,

że może faktycznie zmienić zdanie. Agatha postanowiła więc
wydać na jej cześć pożegnalne przyjęcie. Cała ekipa przyszła
do   pracy   wcześniej,   w   lodzie   chłodziły   się   dwie   butelki
szampana, a na biurkach leżały kanapki. Patrick, Simon, Phil,
pani Freedman i Agatha - wszyscy kupili Toni prezenty.

Zegar na ścianie wybił dziewiątą, ale Toni nie było.
  -   Sprawdź   maile   -   powiedział   Phil,   zwracając   się   do

Agathy. - Może zachorowała.

  -   Na   pewno   uprzedziłaby   nas   o   tym   telefonicznie   -

odparła Agatha. Ale na wszelki wypadek sprawdziła skrzynkę
pocztową. Rzeczywiście, był tam mail od Toni: „Nie mogłam
znieść   myśli   o   tym   ostatnim   dniu,   więc   wyjechałam   z
Frankiem do Walii, w odwiedziny do jego matki. Dzięki za
wszystko. Toni".

Agatha łamiącym się głosem przeczytała ten list obecnym

w biurze współpracownikom.

  - To wszystko twoja wina! - wrzasnął Simon, któremu

Toni   opowiedziała   ze   szczegółami   o   tamtej   katastrofalnej
kolacji. - Moje wypowiedzenie też zaraz dostaniesz.

Wszyscy spojrzeli na Simona, który wybiegł gwałtownie z

biura, trzaskając drzwiami.

Agatha siedziała nieruchomo i gapiła się tępym wzrokiem

w ekran komputera.

background image

 - Nie wiem jak wy - odezwał się Patrick - ale ja bym się

napił. Chodź, Agatho, urżnijmy się dzisiaj wszyscy.

Po   tych   słowach   otworzył   butelkę   szampana   i   zaczął

rozlewać go do kieliszków.

Potem podniósł swój kieliszek i wzniósł toast.
  -   Za   Agathę   Raisin   -   najlepszą   prywatną   detektyw  na

świecie.

W tym momencie niezłomna zazwyczaj Agatha rozpłakała

się.

Tydzień   później   Phil   spakował   wszystkie   prezenty   dla

Toni do wielkiego pudła i zawiózł je do jej mieszkania. Kiedy
otworzyła mu drzwi, wręczył jej karton.

 - To prezenty dla ciebie - powiedział.
  -   Wnieś   je   do   środka   -   poprosiła   Toni   przygaszonym

głosem.

Phil postawił pudło na podłodze w salonie.
 - Napijesz się kawy? - zaproponowała Toni.
  - Nie, dzięki. Muszę wracać do pracy. A tak w ogóle,

muszę  ci pogratulować. Wreszcie  udało ci się  doprowadzić
naszą Agathę do łez.

Toni poczerwieniała na twarzy.
 - Jestem wolnym człowiekiem, Phil. To moje życie. Mogę

odejść, jeśli tylko zechcę.

  -   Słuchaj,   ona   zorganizowała   dla   ciebie   pożegnalne

przyjęcie, każdy z nas przyniósł prezent, a ty ograniczyłaś się
do wysłania maila.

Toni zwiesiła głowę.
 - Przeproszę.
 - Nie rób tego. Pozwól Agacie zapomnieć o tym. Simon

też odszedł. Mamy mnóstwo roboty. Zegnaj, Toni.

Kiedy   Phil   wyszedł,   Toni   otworzyła   prezenty.   Agatha

podarowała   jej   zestaw   kosmetyków   Chanel,   Phil   -   bon   na
książki, Patrick - podręcznik dla świeżo upieczonych rekrutów

background image

policji,   pani   Freedman   -   haftowane   chusteczki   do   nosa,   a
Simon - dużą butelkę perfum Diora.

Siedziała tak przez dłuższą chwilę, rozmyślając o całym

tym   okropnym   tygodniu,   spędzonym   w   Cardiff.   Czuła   się
teraz   bardziej   zniewolona   przez   panią   Evans   niż   wcześniej
przez   Agathę.   Matka   jej   narzeczonego   wszystko   już
zaaranżowała. Toni i Frank mieli wziąć szybko ślub, a potem
zamieszkać w należącym do niej parterowym domu o nazwie
Mon Repos. Zostało też postanowione, że Frank przeniesie się
na studia do Cardiff, a Toni znajdzie odpowiednią dla niej
pracę. Skończyło się to karczemną awanturą między Toni i
Frankiem, który uważał, że to bardzo dobry plan. Zaręczyny
nie   zostały   zerwane,   ale   stosunki   między   Toni   a   Frankiem
stały   się   bardzo   napięte.   Ależ   ja   byłam   ślepo   zakochana   -
pomyślała Toni, przypominając sobie czas, w którym czuła się
jak zamknięta w złotej bańce mydlanej. Teraz ta bańka pękła,
a ona nie wiedziała, co robić.

W końcu zadzwoniła do Billa Wonga i umówiła się z nim

pod pretekstem chęci uzyskania kilku rad przed wstąpieniem
do policji, mimo iż Bill również miał okropnie apodyktyczną
matkę, w której nie widział żadnych wad.

Spotkali się jeszcze tego samego dnia wieczorem w pubie

niedaleko   domu   Billa.   Policjant   wysłuchał   cierpliwie   całej
opowieści, mimo iż znał ją już z grubsza z relacji Agathy.
Skrzywił   się   lekko,   słuchając   jej   słodkiego   głosu,   kiedy
przypomniał   sobie   swój   ostatni   związek   -   jego   matka
zdecydowała   wówczas,   że   Bill   i   wybranka   jego   serca
zamieszkają razem z nimi. Po tej miłości nic już nie zostało.

Kiedy Toni skończyła swoją opowieść, Bill skomentował

ostrożnie:

  - Gdy pracowałaś dla Agathy, miałaś dużo swobody. W

policji   obowiązuje   twarda   dyscyplina.   Z   powodu   zasad
dotyczących   mniejszości   etnicznych,   prawdopodobnie   nie

background image

dostałabyś   pracy   w   Mircesterze.   Poza   tym,   jeśli   się
zakwalifikujesz, zaczniesz od samego dołu - w drogówce i
tego typu rzeczach. Musisz także pamiętać, że policja to dość
seksistowskie środowisko. U nas w Mircesterze nie jest tak
źle, ale są komisariaty, gdzie kobiety mają naprawdę ciężko.
A co robi teraz Simon?

 - Zatrudnił się u konkurencji Agathy.
  -   Biedna   Agatha.   Co   za   burdel.   Czy   pani   Evans   jest

naprawdę taka okropna, jak opowiadała Agatha?

 - Jeszcze gorsza.
 - Zaręczyny zostały zerwane?
 - Wiszą na włosku.
 - Moja rada jest następująca: wróć do Agathy i poproś o

przyjęcie z powrotem do pracy.

  - Nie mogę tego zrobić! Nie pojawiłam się na imprezie

pożegnalnej, a oni kupili mi prezenty.

  - Myślę, że Agatha ma dużo większe serce, niż ją o to

podejrzewasz.

Tego wieczoru Agatha powiedziała w rozmowie z panią

Bloxby:

  -   Mówiłam   już   pani,   nie   przyjęłabym   z   powrotem   tej

niewdzięcznej dziewuchy, nawet gdyby przyszła do mnie na
kolanach.

Na   moment   zapadła   cisza.   Żona   pastora   napiła   się   w

milczeniu sherry, a potem powiedziała:

  -   Ludzie   rzadko   potrafią   dostrzec   w   sobie   zazdrość.

Ponieważ   jeśli   komuś   zazdrościmy,   konkurujemy   z   nim,   a
jednocześnie   patrzymy   na   niego   z   góry.   Więc   kiedy   ktoś
oskarża   nas   o   zazdrość,   oburzamy   się.   „Ja   miałabym
zazdrościć jej? Chyba oszalałaś! Przecież ona jest..." - i tak
dalej.

 - Ależ ja nie zazdroszczę Toni - obruszyła się Agatha.

background image

 - Panna Gilmour jest jeszcze bardzo młoda. Może czuć się

trochę zagubiona, zwłaszcza teraz, gdy spędza więcej czasu z
matką.

Agatha powstrzymała westchnienie.
  -   Ona   nie   wróci.   Nastała   nowa   era   w   dziejach   naszej

agencji. Jutro zaczynam rozmowy z kandydatami do pracy na
jej   stanowisku.   Mogę   też   zapomnieć   o   Piddlebury.   Banda
idiotów. Nikt nie ma w sobie odwagi, żeby porozmawiać z
policją. To zrozumiałe, że gdy ktoś zmusza cię szantażem do
mówienia   nieprawdy   na   temat   mordercy,   prawdopodobnie
sam jest mordercą. Pieprzyć ich wszystkich.

 - Nie wydaje mi się, żeby wioska pozostała taka sama jak

dawniej - powiedziała pani Bloxby. - Myślę, że nastąpi tam
jakaś zmiana na lepsze.

 - Może za następne sto lat - skomentowała Agatha.
Mgła   spowijała   wioskę,   kiedy   Agatha   wlokła   się   z

powrotem w stronę swojego domu. Gdy weszła do środka, z
salonu dobiegł ją rozleniwiony głos Charlesa:

 - Jestem tutaj! Agatha weszła to pokoju.
 - Ile razy mam ci powtarzać, żebyś...
Głos uwiązł jej w gardle. Przy kominku siedziała Toni,

która na widok Agathy wstała i podeszła do niej.

 - Ja... ja... tak sobie pomyślałam, czy... czy nie mogłabym

wrócić do... do pracy - wyjąkała.

Agatha spuściła głowę i wbiła wzrok w podłogę.
 - W sumie, czemu nie? - powiedziała wreszcie. - Charles,

nalej mi proszę ginu z tonikiem, a ja w tym czasie zdejmę
płaszcz.

Agatha weszła do holu i powiesiła wilgotny płaszcz na

wieszaku, po czym spojrzała w lustro.

Powoli na jej twarzy pojawił się uśmiech.

background image

Może pani Bloxby miała rację - pomyślała Agatha Raisin -

i Bóg rzeczywiście istnieje. Odzyskałam Toni, za to Simon
zniknął. Och, cóż za szczęśliwy dzień.