background image

Piotr Krasko 

Kiedy świat się zatrzymał         

        

PROLOG 

        24 lutego 2005 r. Bratysława 

         

        To miał byd przełomowy dzieo. Na zamku w Bratysławie George W. Bush miał się spotkad 

z Władimirem  Putinem.  Amerykaoski  prezydent  miał  byd  twardy  i zdecydowany.  Chciał  przekonad 

rosyjskiego,  by  nie  sprzedawał  Iranowi  technologii  nuklearnej,  zaangażował  się  w odbudowę  Iraku 

i rozwiązywał problemy w swoim kraju inaczej, niż wysyłając w kolejne miejsce batalion czołgów, tak 

jak  miał  to  w zwyczaju  robid  w Czeczenii.  Trudno  było  sobie  wyobrazid,  by  na  świecie  mógł  byd 

silniejszy, bardziej wpływowy człowiek niż przywódca USA. Na dobre czy złe - jedno jego słowo mogło 

zmieniad bieg wydarzeo na całym świecie. Tamtego dnia rano w Bratysławie, gdy staliśmy 20 metrów 

od niego, a wszędzie pełno było agentów secret service - nikt nie miał co do tego wątpliwości. Jak się 

okazało już kilka godzin później - niewiele tamtego ranka rozumieliśmy. 

        Kilkanaście  minut  po  dwunastej  Bush  przemawiał  na  największym  placu  Bratysławy. 

Tysiące  ludzi  miało  w rękach  amerykaoskie  flagi  i wiwatowało  na  jego  cześd.  W połowie 

przemówienia  zadzwonił  telefon  -  Papież  znów  został  przewieziony  do  szpitala.  Mieliśmy  nadad 

materiał do „Wiadomości” i następnego dnia, a jeśli się uda to jeszcze tej nocy, polecied do Rzymu. 

        Z placu pojechaliśmy do centrum prasowego, gdzie w tłumie dziennikarzy z całego świata 

obejrzeliśmy  wspólną  konferencję  prasową  Busha  i Putina.  Była  rozczarowująca.  Bush  nie  był  dośd 

stanowczy, a Putin nie chciał ustąpid w żadnej sprawie. Dowodził, że demokracja w Rosji rozwija się 

w sposób  wręcz  modelowy,  a o  wolnośd  prasy  i prawa  człowieka  należy  martwid  się  raczej 

w Waszyngtonie  niż  w Moskwie.  Mimo  to  mieliśmy  jeszcze  wtedy  wrażenie,  że  uczestniczymy 

w historycznym wydarzeniu, które na długie miesiące będzie porządkowad to, co dzieje się w polityce 

światowej. Nad nami wisiały olbrzymie  monitory. Na wszystkich był  CNN, który relacjonował  to, co 

działo się w Bratysławie. Tego dnia dla Amerykanów to było centrum świata. Zapewne nie tylko dla 

Amerykanów. Były to jednak ostatnie minuty, gdy tak myśleliśmy. Już w trakcie tej konferencji zaczęły 

do  nas  docierad  informacje  z Rzymu,  że  stan  Papieża  jest  poważniejszy,  niż  mogliśmy  na  początku 

przypuszczad. 

        Po 21.00 kolejny telefon z Warszawy - Papież przeszedł zabieg tracheotomii. Obok mnie 

stał  Janek  Mikruta,  korespondent  RMF.  On  też  już  wiedział,  że  ich  wóz  satelitarny  musi  niemal 

natychmiast  wyjechad  do  Rzymu.  Nie  wiedzieliśmy  jeszcze  tylko,  co  tak  naprawdę  oznacza  zabieg 

tracheotomii.  Za  kilkanaście  godzin  media  całego  świata  będą  prześcigały  się  w analizach,  a lekarze 

background image

przeprowadzający  takie  zabiegi,  staną  się  najbardziej  przez  dziennikarzy  poszukiwanymi 

specjalistami. 

        Na monitorach w centrum prasowym nie było już zdjęd z Bratysławy. Nawet amerykaoski 

CNN  przeniósł  się  do  Rzymu  i relacjonował  to,  co  działo  się  w klinice  Gemelli.  Wszyscy  byliśmy  już 

myślami  tam.  Nikt  nie  miał  jednak  jeszcze  wtedy  pojęcia,  czego  tak  naprawdę  jesteśmy  i będziemy 

świadkami.  Wydawało  się  nam  wtedy,  że  szczyt  w Bratysławie  to  była  wielka  historia.  Ale  czy  2 

kwietnia ktokolwiek pamiętał jeszcze, że Bush i Putin spotkali się tamtego dnia? 

        

        

       DZIEO PIERWSZY - DZIEO DWUDZIESTY SIÓDMY 

         

        piątek, 25 lutego - Wielka Środa, 23 marca 2005 r. 

         

         

        MARCIN WITAN: Następnego dnia Ty i koledzy byliście już w Rzymie.  

        PIOTR KRASKO: Tak, i od razu z lotniska pojechaliśmy pod poliklinikę Gemelli 

         

        .....a tam przebywał już tłum dziennikarzy... 

         

        ...częśd  stacji  telewizyjnych  miała  już  swoje  wozy  transmisyjne,  naprzeciwko  szpitala 

stanęło  całe  miasto  namiotów.  Widok  był  porażający.  Recepcja  szpitala  wypełniona  była 

dziennikarzami.  Statywy  od  kamer  zajmowały  każdy  metr  wolnej  powierzchni.  Tam,  gdzie  nie  było 

statywów, ustawiono stoły. Przy nich dziesiątki dziennikarzy pisały coś na laptopach. Tak naprawdę 

nikt  nie  wiedział,  co  się  dzieje  poza  tym,  że  wczoraj  Jan  Paweł  II  przeszedł  zabieg  tracheotomii,  że 

miał  kłopoty  z oddychaniem  i że  sytuacja  musiała  byd  poważna,  skoro  po  dwóch  tygodniach 

w Watykanie  zdecydowano  o jego  powrocie  do  kliniki.  Nie  wiedzieliśmy  jednak,  co  to  naprawdę 

znaczy.  Wiedzieliśmy,  że  zabieg  był  potrzebny,  że  z rurką  tracheotomiczną  można  żyd  i z  czasem  ją 

wyjąd. Wtedy to było wszystko. 

        Po raz pierwszy widziałem ten szpital w nocy. Kilkadziesiąt potężnych lamp telewizyjnych 

oświetlało teren, skąd korespondenci, mając za plecami widok na szpital, nadawali relacje niemal 24 

godziny  na  dobę.  Tam  byli  już  wszyscy.  Wszystkie  stacje  polskie,  niemieckie,  francuskie,  włoskie, 

amerykaoskie, brytyjskie, hiszpaoskie, południowoamerykaoskie. Wszyscy. Byli i obserwowali okna na 

X piętrze. 

background image

        Z mediami nie rozmawiał  nikt  z zespołu lekarzy, którzy opiekowali się Ojcem Świętym  - 

zgodnie  ze  zwyczajem,  jedynym  sposobem  kontaktu  z nimi  była  lektura  oficjalnego  komunikatu 

opracowanego przez biuro prasowe szpitala. Kilkunastosekundowych wypowiedzi udzielali ci, którzy 

w szpitalu pracowali, ale nie byli blisko Papieża. 

         

        Już wtedy zaczęły się dywagacje, jak długo Papież zostanie w szpitalu. Biuletyny lekarskie 

nie  nadchodziły  i jedni  mówili  w związku  z tym,  że  brak  wiadomości  to  dobra  wiadomośd;  drudzy 

natomiast, że przeciwnie, skoro nic nie wiadomo, to coś się ukrywa, jest źle, byd może wydarzyło się 

najgorsze, a my nic nie wiemy... 

         

        Tak naprawdę wszyscy zastanawialiśmy się, jaka jest polityka informacyjna Watykanu. To 

jest paostwo, którego nie można porównad z żadnym innym. Nigdy nie było tak dostępne dla mediów 

jak za Jana Pawła II, ale i ta otwartośd ma swoje granice. Wielu z nas myślało, że Watykan lubi mied 

swoje tajemnice, że to ważne dla wizerunku Stolicy Apostolskiej. Ludzie „stamtąd” zapewne tak tego 

nie widzieli. Im nie chodziło o to, żeby  pielęgnowad tajemnice,  ale o to, że o pewnych sprawach po 

prostu się nie mówi. Nie można więc było spodziewad się, że Watykan będzie informował o chorobie 

Papieża - głowy paostwa tak, jak informuje się o chorobie prezydenta w paostwie demokratycznym. 

A jednak codziennie rano liczyliśmy na to, że tak się stanie. 

        Póki  co  myśleliśmy,  że  skoro  nie  ma  wiadomości  -  jest  dobrze.  Gdyby  stan  był  bardzo 

poważny, to byśmy się przecież o tym dowiedzieli. Chociaż, o ile dobrze pamiętam, minęło kilkanaście 

dni od ostatniego ukazania się publicznie Jana XXIII do ogłoszenia wiadomości o jego śmierci. Nawet 

więc po długiej „ciszy” informacyjnej mogłaby nadejśd ta najgorsza wiadomośd. Wiedzieliśmy jednak, 

że Watykan po dwudziestu sześciu latach pontyfikatu Jana Pawła II jest już inny. Niezależnie od tego, 

jak  bardzo  byśmy  narzekali  na  brak  informacji  -  sam  Papież  nigdy  nie  ukrywał  przecież  swojego 

cierpienia.  Fotoreporterzy  zastanawiali  się,  czy  wypada  im  robid  zbliżenia  twarzy  Papieża,  gdy 

wyraźnie  widad  na  niej  było  zmęczenie  i ból.  Redakcje  gazet  zastanawiały  się,  czy  wypada  takie 

zdjęcia publikowad. Sam Papież zapewne w ogóle nie tracił czasu na to, by się nad tym zastanawiad. 

Niezależnie od tego, jak się czuł - po prostu robił to, co powinien robid papież. On jeden w tej dyskusji 

nie brał udziału. 

        Pamiętam pielgrzymkę do Lourdes, jak się okazało ostatnią zagraniczną, i jego stojącego 

pomiędzy chorymi czy w hospicjum - kiedy mówił do mieszkaoców: „jestem jednym z was”... 

         

        Nocował wtedy w hospicjum... 

         

background image

        Właśnie! Gdyby ten gest wykonał jakiś prezydent czy premier, byłby pewnie śmieszny  - 

nie byliby w tym wiarygodni. Uznano by, że to tylko pokaz dla mediów. Ale gdy robił to Jan Paweł II, 

było  inaczej.  Głowa  Kościoła,  jeden  z najpotężniejszych  ludzi  świata,  był  pomiędzy  najsłabszymi, 

z których wielu miało tam w Lourdes poczucie, że to są ich ostatnie dni na tym świecie. Chcieli z niego 

jedynie godnie odejśd. A on im tę godnośd przywracał. On im mówił: „jestem jednym z was”. I trudno 

było mu nie wierzyd. Jego fizyczna słabośd była też jego siłą. 

        Wtedy  pod  Gemelli  było  wiele  głosów  krytycznych  pod  adresem  Biura  Prasowego 

Watykanu.  Zgodnie  twierdzono,  że  w takiej  sytuacji  jego  rzecznik  musi  wreszcie  byd  dostępny.  Ale 

musimy pamiętad, że  dla Joaquina Navarro-Vallsa, który  pełnił  tę funkcję od  ponad dwudziestu lat, 

również była to 

         

        nowa sytuacja. Z tak wielkim lękiem o zdrowie Papieża nikt w Watykanie nie musiał  się 

zmierzyd od 1981 r., czyli od zamachu na jego życie i nikt do kooca nie wiedział, jak postępowad. Czy 

relacjonowad każdy kolejny zabieg i szczegółowo informowad o stanie zdrowia, czy też nie - poczekad 

aż  dojdzie  do  jakiegoś  przesilenia.  Sądzę,  że  wszyscy  uczyli  się  tego,  jak  postępowad,  obserwując 

Papieża. 

        W  pewnym  momencie  wiedzieliśmy  już,  że  zaczynają  go  odwiedzad  kardynałowie; 

najczęściej robił to Sekretarz Stanu, Angelo Sodano, który na czas nieobecności Papieża w Watykanie 

przejął  większośd  jego  obowiązków.  Oczywiście  nie  tych  najważniejszych,  nie  mógł  na  przykład 

mianowad biskupów, ale to on wtedy zajmował się bieżącą administracją Stolicy Apostolskiej. I to on 

dostarczał Ojcu Świętemu ważne dokumenty do podpisu. Bez papieskiego podpisu Watykan nie może 

funkcjonowad. 

         

        Kiedy kardynał Sodano pojawiał się w klinice, natychmiast obstępowali go dziennikarze. 

         

        Tak,  ale  on  bardzo  niechętnie  udzielał  informacji.  Za  to  zrobił  to  kardynał  Joseph 

Ratzinger,  prefekt  Kongregacji  Nauki  Wiary,  który  odwiedził  Papieża  kilka  dni  po  zabiegu 

tracheotomii.  Kardynała  Ratzingera  poznałem  półtora  roku  wcześniej,  gdy  nagrywaliśmy  z nim 

rozmowę.  To  człowiek  powściągliwy,  raczej  zamknięty  w sobie,  tak  wtedy  o nim  myślałem,  niezbyt 

przepadający  za  spotkaniami  z dziennikarzami.  Wtedy  jednak  urządził  w recepcji  szpitala 

minikonferencję  prasową.  Najważniejsze  było  to,  że  -  jak  stwierdził  -  „rozmawiał  z Papieżem”.  I to 

przez  20  minut,  po  niemiecku  i włosku,  a Ojciec  Święty  mówił  całkiem  wyraźnie.  W ten  sposób 

dowiedzieliśmy się, że jest to możliwe mimo rurki, która była w tchawicy. 

        Przy  tej  okazji  podniesiono  znowu  kwestię  przewijającą  się  od  dawna,  a mianowicie 

ewentualnego  ustąpienia  Jana  Pawła  II.  Przypominam  sobie,  że  kardynała  Sodano  namówiono  na 

background image

wypowiedź  na  ten  temat.  Powiedział  wtedy,  żeby  zostawid  to  papieskiemu  sumieniu.  Słyszałeś  tę 

wypowiedź? 

         

        Tak,  ale  sam  Papież  kilka  lat  temu  także  odniósł  się  do  tego,  mówiąc,  że  przecież 

„Chrystus nie próbował zejśd  z krzyża”. Po rozmowach z wieloma ludźmi, którzy byli blisko Papieża, 

chodby z ks. Pawłem Ptasznikiem z sekcji polskiej Sekretariatu Stanu, rozumieliśmy, że jego odejście, 

rezygnacja,  byłyby  zaprzeczeniem  całego  jego  życia.  Kiedy  Karola  Wojtyłę  wybrano  na  konklawe, 

zapytano,  o czym  wtedy  myślał  w Kaplicy  Sykstyoskiej.  Odpowiedział,  że  przypomniał  mu  się 

fragment  Quo  Vadis.  Ten,  w którym  uciekający  z Rzymu  Piotr  spotyka  na  swej  drodze  Chrystusa 

i postanawia  jednak  zawrócid, mając  pełną  świadomośd,  że  oznacza  to  cierpienie.  Dla  Jana  Pawła  II 

było rzeczą oczywistą, że jest następcą św. Piotra, tego, który powrócił, by do kooca wypełnid swoją 

misję. On jest biskupem Rzymu, on jest Głową Kościoła; jeżeli Pan Bóg powierzył mu tę posługę - ma 

ją  wypełnid.  Jeżeli  Bóg  chce,  żeby  cierpiał,  to  widad ma  w tym  jakiś  plan  i ma  to  czemuś  służyd.  To 

cierpienie ma coś światu powiedzied. Gdyby on teraz zdjął ten krzyż z siebie - byłoby tak, jakby nagle 

uciekł. I to nie tyle od cierpienia, które miało dopiero nadejśd, ale od wszystkiego, czego do tej pory 

dokonał, od wszystkich lat swojego kapłaostwa. 

         

        Czy inni dziennikarze też tak to rozumieli? 

         

        Na pewno nie. Wielu Amerykanów przekonywało, że to jest po prostu zły management, 

bo człowiek chory i niedołężny nie może zarządzad taką firmą, jaką jest Watykan. Ich zdaniem, Papież 

to  może  święty  człowiek,  ale  Watykan  i Kościół  potrzebują  silnego  przywódcy,  który  podejmuje 

decyzje. 

         

        Co  okazało  się  nieprawdą.  Nie  można  patrzed  na  Watykan  i Kościół  tak,  jak  na  firmę. 

Takie myślenie się nie sprawdza. 

         

        Ale  oni  wtedy  tak  na  to  patrzyli!  Papież  był  dla  nich  szefem  ogromnej  korporacji,  jak 

Coca-Cola albo Microsoft, i dlatego tak to wszystko rozumieli. Uważali, że skoro Jan Paweł II jest coraz 

bardziej  chory,  to  powinien  ustąpid  i przekazad  komuś  swoje  obowiązki.  Tak  jak  niesprawny 

prezydent  USA  przekazałby  je  wiceprezydentowi.  Tak  byłoby  lepiej  dla  Watykanu  i Kościoła  - 

przekonywali - i dla niego samego. Ich zdaniem, Jan Paweł II cierpiał tak bardzo, że nikt nie miałby do 

niego pretensji, gdyby ustąpił i nadal pozostał może największym autorytetem w Kościele katolickim. 

         

        Jako papież-senior... 

background image

         

        ...taki  dożywotni  senator.  Tak,  były  też  takie  głosy.  I to  osób  naprawdę  życzliwych 

Papieżowi i podziwiających go. Byli wtedy przed kliniką Gemelli ludzie, którzy tak myśleli. Spotykałem 

ich też później, w ostatnich dniach życia Papieża i wielu z nich myślało już inaczej. 

        Jeszcze podczas pierwszego pobytu Jana Pawła II w szpitalu ukazał się w „Corriere dełła 

Sera” tekst Vittoria Messoriego pt. „Boski atleta w godzinie cierpienia”. Autor pytał w nim: „kim jest 

ten,  którego  ciężki  oddech  dochodzi  do  nas  ze  szpitalnego  łóżka?  Nie  waham  się  stwierdzid,  że 

pozostaje  on  w bezpośredniej  i tajemniczej  relacji  z Bogiem,  który  stworzył  niebo  i ziemię,  on 

wypełnia dla swych wiernych zadanie, które Jezus powierzył Szymonowi w słowach «Pas” owce moje 

(...)».  Tylko  w  chrześcijaostwie,  a konkretnie  w jego  katolickiej  wersji,  Papież  uosabia  jakoś 

w widzialnym wymiarze Syna samego Boga, który idzie przez historię”. Dalej pisze ten watykanista, iż 

w szpitalnym pokoju Papieża zobaczył Kościół i że słusznie Kościół poleca kapłanom i wiernym modlid 

się  za swoją Głowę,  za Piotra, i wzywa,  aby właśnie  to czynid: modlid się za niego, aby był  w stanie 

znieśd to brzemię po ludzku nie do zniesienia. Pomyślałem, że Messori chce w ten sposób pokazad nie 

tylko  Włochom,  ale  i światu  -  bo  przecież  wiedział,  że  będzie  cytowany  -  dlaczego  Ojciec  Święty 

postępuje tak, jak postępuje. Czy takie myślenie odnosiło skutek? Widziałeś to? 

         

        To  ważne  pytanie.  Gdy  z wieloma  osobami,  które  dzwoniły  do  nas  z Warszawy, 

rozmawialiśmy  o tym,  jak  w Polsce  odbierane  jest  to,  co  dzieje  się  w Gemelli  i jak  tutaj 

interpretowano  teksty  z włoskiej  prasy,  myślę,  że  nie  zauważaliśmy  jednej  rzeczy.  Kiedy  w Polsce 

o tym  samym  wydarzeniu  napisze  „Gazeta  Wyborcza”,  „Rzeczpospolita”,  „Trybuna”  to  rozumiemy 

kontekst i domyślamy się, czemu ktoś pisze tak, a nie inaczej i skąd biorą się takie a nie inne oceny. Za 

to wiele artykułów z włoskiej prasy przyjmowaliśmy zupełnie bezkrytycznie, nie zastanawiając się, kto 

i dlaczego  je  publikuje.  Gdyby  włoski  dziennikarz  chciał  zacytowad  jakiś  tekst  z „Nie”  jako  przykład 

pewnego  sposobu  myślenia  w Polsce  -  może  to  zrobid.  Ale  jeśli  dowodziłby,  że  taki  jest  punkt 

widzenia wszystkich polskich mediów, to w sposób oczywisty mijałby się z prawdą. Tymczasem zbyt 

często  chyba  uogólniano  różne  opinie  włoskiej  prasy  i twierdzenia  jednej  gazety  kwitowaliśmy 

zdaniem:  „Jak  mówią  włoskie  media”.  A przecież  inne  jest  spojrzenie  dziennika  „La  Repubblica”, 

„Corriere  delia  Sera”,  czy  „Ii  Messagero”.  Piszą  dla  nich  watykaniści  o bez  wątpienia  olbrzymiej 

wiedzy,  ale  każdy  z nich  przeżywał  też  wszystko  bardzo  emocjonalnie  i ma  „swój”  Watykan.  Chce 

tego, co w jego pojęciu byłoby dla Kościoła dobre. Marco Politi z „La Repubblica” mówił mi, że Kościół 

przeżył dwa  tysiące  lat  -  więc przeżyje i chorobę Papieża. Ale  gdyby ona się przedłużała, Papież był 

sparaliżowany, nie mógł  mówid  przez długi czas  -  to byłby  dla Kościoła duży problem, bo jak długo 

symbol może kierowad Kościołem? 

         

background image

        W Polsce także o tym się mówiło, odpowiadając, że może przecież pisad, porozumiewad 

się gestami. 

         

        Ale  pewien  ksiądz,  powszechnie  uważany  w Polsce  za  autorytet,  przyjaciel  Papieża, 

pewnego  dnia  zapytany  przez  nas  w Rzymie,  jaki  wpływ  na  Kościół  ma  choroba  Papieża  - 

odpowiedział, że zdaniem niektórych ludzi Kościoła: zbyt duży. „Kościół już zbyt długo stoi w miejscu. 

Potrzebuje nowej energii, może misja Jana Pawła II już się wyczerpała”. Ważne, by o tym powiedzied 

teraz,  bo  kolejne  dni  i tygodnie  sprawiły,  że  większośd  jest  teraz  zdania,  że  cierpienie  Papieża 

i sposób, w jaki odszedł - były w Kościele wydarzeniem bez precedensu. Jakkolwiek banalnie by to nie 

brzmiało - takiego papieża jeszcze nie było! Papieża, który gromadziłby największe tłumy w dziejach 

świata, mówił przez 25 lat mocnym, silnym głosem, który pod koniec życia, nie mogąc mówid - mówił 

najbardziej przejmująco... 

         

        Rozumując po ludzku, gdyby Jan Paweł II posłuchał tych, którzy z dobrej woli radzili mu 

ustąpienie, nie wydarzyłoby się wszystko to, co się wydarzyło i o czym traktuje nasza rozmowa... 

        Wyobraźmy sobie, co by się stało, gdyby Papież kilka miesięcy przed śmiercią powiedział: 

„przepraszam, ale ja już cierpię za bardzo”. Teoretycznie to było możliwe. Artykuł 323 Kodeksu Prawa 

Kanonicznego przewiduje możliwośd takiej „abdykacji”. 

         

        Motywacje,  jakie  kierowały  Ojcem  Świętym,  odsłaniały  się  przed  nami  stopniowo, 

powiemy  o tym  szerzej  przy  okazji  rozmowy  o papieskim  testamencie.  Patrzę  jeszcze  raz  na  tekst 

cytowanego  już  Vittoria  Messoriego:  „Papież,  który  napisał  najwięcej  encyklik  i wygłosił  najwięcej 

przemówieo,  jest  już  niemal  niezdolny  niczego  napisad  ani  powiedzied,  zdaje  się  jednak  wygłaszad 

najbardziej  przekonującą  homilię,  tę,  która  płynie  z orędzia  przyjętego  po  chrześcijaosku”.  To 

określenie  o najważniejszej homilii Papieża trafiło potem do wielu mediów,  używano sformułowao: 

„najważniejsza  encyklika”, „katecheza  umierania”, „lekcja  odchodzenia”,  ale  cały  czas  chodziło  o to 

samo. 

         

        Koocząc któryś z komentarzy do „Wiadomości”, powiedziałem, że „milczący Papież może 

nigdy  nie  mówił  tak  głośno  jak  teraz”.  Następnego  dnia  zadzwoniła  do  mnie  z Warszawy  osoba, 

z której  zdaniem  bardzo  się  liczę,  z sugestią,  że  może  było  to  jednak  zbyt  patetyczne.  Czy  możemy 

mówid, że Papież mówi, skoro milczy? To była słuszna uwaga, ale wtedy w Rzymie większośd z nas tak 

właśnie to widziała. Trzeba było jednak bardzo uważad, żeby nie popaśd w patos. To byłoby zupełnie 

niepotrzebne. Ta historia była sama w sobie tak przejmująca, że nie trzeba było nic dodawad. Ona już 

miała swoją dramaturgię. Poza tym dla mediów całego świata to było coś absolutnie przełomowego. 

background image

        Tak  naprawdę  grupa  dziennikarzy  i reporterów  jeżdżących  po  świecie  nie  jest  duża,  to 

kilkadziesiąt osób. Spotykałem ich na pogrzebie Jasera Arafata w Ramallah, podczas Pomaraoczowej 

Rewolucji  w Kijowie,  po  tsunami  w Tajlandii  i pod  Gemelli.  Gdy  z potężnego  egipskiego  helikoptera 

wojskowego  wyniesiono  w Ramallah  trumnę  Arafata  -  na  placu  przed  Mukatą  było  ze  sto  tysięcy 

osób. Kilka minut później tłum wpadł w ekstazę. Tysiące rzuciły się na trumnę, chcąc wydobyd z niej 

ciało przywódcy. Kilkaset osób z bronią maszynową zaczęło strzelad, co trwało co najmniej godzinę - 

ten obraz na 

         

        ...to,  że  kilkadziesiąt  stacji  telewizyjnych  stało  z kamerami  wycelowanymi  w okna, 

w których nikt się nie pokazywał, nikt me mówił - to było niebywałe. 

         

         

         

        żywo  transmitowały  niemal  wszystkie  stacje  telewizyjne  i to  było  normalne.  Każdy 

wydawca  programu  informacyjnego,  gdy  zobaczy,  że  może  pokazad  widzom  takie  zdjęcia  - 

natychmiast  to  zrobi.  Natomiast  to,  że  kilkadziesiąt  stacji  telewizyjnych  stało  z kamerami 

wycelowanymi  w okna,  w których  nikt  się  nie  pokazywał,  nikt  nie  mówił  -  to  było  niebywałe,  bo 

media pokazują najczęściej tych, którzy krzyczą, a teraz po raz pierwszy świat słuchał tego, który nic 

nie mówi! Większośd z nas wściekała się, czemu lekarze milczą i większośd zaczęła też zadawad sobie 

pytania, co to znaczy, kim on jest, co by powiedział, gdyby mógł mówid... 

         

        ...ale nikt nawet nie próbował zabrad stamtąd kamer... 

         

        Nie  było  takiego  pomysłu!  To  był  fenomen,  który  stopniowo  do  nas  docierał. 

Spotykaliśmy się co wieczór na kolacji, około 22.00, razem z dziennikarzami TVN, Polsatu, RMF, Radia 

Zet i Wyborczej. Rozmawialiśmy o tym, co się wydarzyło, z kim rozmawialiśmy, co się wydarzy jutro, 

dawaliśmy sobie nawzajem numery telefonów  do ludzi, którzy mogą powiedzied  coś ciekawego. To 

nie  była  opowieśd,  przy  której  powinniśmy  się  ze  sobą  ścigad,  tak  jak  jest  zazwyczaj.  Każdy  mógł 

inaczej  interpretowad  to,  czego  byliśmy  świadkami,  inaczej  to  komentowad,  ale  ukrywanie  przed 

innymi jakiejś informacji nie miało sensu. 

         

        Widziałeś, że to, co przeżywacie, zaczynało docierad osobiście do was, dziennikarzy, tak, 

że stawialiście sobie pytania: Jak ja, z moją historią życia się w tym odnajdę? Co to dla mnie znaczy?”. 

         

background image

        Mówiąc  uczciwie,  mało  zdawaliśmy  sobie  z tego  sprawę.  Fenomenem  było  to,  że 

słuchaliśmy  tego,  który  milczy  i wiedzieliśmy,  że  tam  trzeba  byd.  Jednocześnie  wtedy  nie 

wiedzieliśmy,  co  to  wszystko  znaczy  i co  się  wydarzy.  Liczyliśmy  na  to,  że  Papież  wkrótce  wróci  do 

Watykanu i chod  będzie pewnie bardzo osłabiony i będzie miał kłopoty z mówieniem, jednak z tego 

wyjdzie.  Nie  wyobrażaliśmy  sobie  na  przykład,  że  nie  będzie  go  w sierpniu  na  Światowym  Dniu 

Młodych w Kolonii. 

        Pracowaliśmy  od  6.00  rano  do  22.00  i wiedzieliśmy,  że  musimy  tę  historię  opowiadad 

innymi  ludźmi,  łapiąc  jakiegoś  lekarza,  który  wyjdzie  z kliniki,  czy  rozmawiając  z pielgrzymami. 

Większośd  z nich  mówiła,  że  podróż  do  Rzymu  zaplanowali  już  pół  roku  wcześniej,  wierząc,  że 

środowa  audiencja  jak  zawsze  odbędzie  się  na  Placu  św.  Piotra,  ale  to  nie  szkodzi  -  przyjdą  pod 

szpital. Jeśli Papież tam musi byd, to oni też. 

        Pamiętam  taką  „audiencję”  środową  pod  kliniką,  2  marca.  Była  tam  olbrzymia  grupa 

dzieci niepełnosprawnych. 

        I może tak, jak pół roku wcześniej chorzy w Lourdes - teraz te dzieci najlepiej rozumiały 

Papieża, bo one cierpiały codziennie, im też ciało odmawiało posłuszeostwa. Pomiędzy tymi dziedmi 

była  10-letnia  dziewczynka  na  wózku.  To  było  coś  niezwykłego.  Zazwyczaj,  kiedy  pod  Gemelli 

rozmawialiśmy z pielgrzymami, trudno im było mówid, zdania się urywały, byli onieśmieleni. I nagle ta 

dziewczynka (z którą zresztą, jak się okazało, rozmawiali chyba wszyscy polscy dziennikarze) mówiła 

przepięknie, dojrzałym językiem, z jej twarzy nie znikał uśmiech. Mówiła, że to najszczęśliwszy dzieo 

jej życia, że nie spodziewała się, że przeżyje coś tak wyjątkowego i wie, że jej życie nie będzie już takie 

jak  wcześniej.  Gdyby  to  samo  powiedział  polityk,  zabrzmiałoby  to  strasznie  banalnie 

i prawdopodobnie  uznalibyśmy,  że  to  już  zbyt  patetyczne.  A jej  się  wierzyło.  Wiedzieliśmy  też,  że 

wobec  tej  jej  historii  jesteśmy  za  mali.  Nie  mieliśmy  czasu,  żeby  przeżyd  to  wszystko  tak  jak  ona, 

siedząc przez godzinę na wózku na parkingu przed kliniką i patrząc w „papieskie” okno. My cały czas 

biegaliśmy  i pytaliśmy  innych,  a nie  siebie,  ale  tak  powinno  byd.  Najgorszą  rzeczą,  jaką  można  było 

wtedy zrobid, było opowiadanie, jak samemu się to przeżywa. 

         

        Opowieśd przerosła relacjonujących. 

         

        To  na  pewno.  Wypowiedź  tej  dziewczynki  to  były  najmocniejsze  słowa,  jakie  słyszałem 

tam, w Gemelli. Ona byd może wiedziała już coś więcej - że nieważne jest, iż Papież nie mówi i nawet 

nieważne jest, że - jak się wkrótce okazało - ona nie zobaczy go z bliska. Ojciec Konrad Hejmo, który 

opiekował  się  tą  grupą,  wziął  w pewnym  momencie  na  bok  Kasię  Kolendę-Zaleską  z TVN  i mnie 

i powiedział obiecująco: „Chodźcie za mną!”. Mieliśmy wrażenie, że  to sugestia, że  razem z dziedmi 

wjedziemy  na  X piętro  do  Papieża  i sfilmujemy  ich  spotkanie.  W przedsionku,  tuż  koło  wind 

background image

czekaliśmy  prawie  godzinę.  Zastanawialiśmy  się,  jak  będzie  „tam  na  górze”.  Wcześniej  mogłem  już 

kilka  razy  podejśd  do  Papieża  i zamienid  z nim  parę  słów.  Człowiek  układa  sobie  coś  wcześniej 

w głowie,  myśląc,  że  może  to  jedna  z najważniejszych  rozmów  w życiu  i chciałby  się  do  niej  dobrze 

przygotowad. Ale jak to już się działo, to większośd z nas zapominała o wszystkich planach i coś tam 

mruczeliśmy  pod  nosem:  „Ojcze  Święty  jestem  bardzo  szczęśliwy”  albo:  „Dziękuję  za  wszystko, 

bardzo Cię kocham”. Ale wątpię, żeby ktoś z nas powiedział Papieżowi coś odkrywczego, on pewnie 

wszystko już słyszał. Nie bardzo też pamięta się, co się mówiło - każde, nawet krótkie spotkanie robiło 

piorunujące wrażenie. Najlepiej chyba zapamiętywało się wyraz twarzy, uśmiech, oczy, uścisk ręki. 

        Wródmy  jednak  do  dzieci,  które  czekały  przy  windach  w Gemelli.  Po  jakimś  czasie  było 

już  jasne,  że  nie  wjedziemy  na  górę,  że  mali  pielgrzymi  zostawią  tylko  swoje  prezenty  dla  Papieża 

w małym  saloniku  i wpiszą  się  do  księgi  pamiątkowej,  do  której  tego  dnia  rano  wpisali  się 

ambasadorzy  paostw  prawosławnych.  Po  wyjściu  z tego  małego,  skromnego  bardzo  pokoju  twarze 

tych dzieci promieniały szczęściem. My byliśmy rozczarowani. Liczyliśmy, że uda nam się wjechad na 

górę i sfilmowad spotkanie. Jednak te dzieci znowu wiedziały pewnie więcej niż my. W nich nie było 

rozczarowania. Dla nich 

         

         

        to, że w ogóle tam były, że zostawiły coś dla Papieża i że on to dostanie, że on przekazał 

im  swoje  błogosławieostwo,  że  modli  się  za  nie  -  to  było  najważniejsze.  To  był  początek  jakiejś 

historii, która dla nas „zdrowych, w pełni sprawnych” zaczęła się dużo później. Te dzieci, przykute do 

wózków,  widzą  czasem  lepiej  niż  my,  biegający  po  świecie  z kamerami.  One  wychodziły  stamtąd 

szczęśliwe, że udało im się „spotkad” z Papieżem. My zastanawialiśmy się, jak o tym opowiedzied, bo 

oni przecież się nie spotkali. Ale zapewne „spotkali się”, chod nie widziały go z bliska i nie mogły go 

dotknąd. Tamtego dnia to było jednak poza nami. 

         

        Papież,  będąc  w Gemelli,  wychodził  jednak  do  okna,  w porze  audiencji  generalnej. 

Pokazał się też w niedzielę, 6 marca. 

         

        Pokazał  się  też  tydzieo  wcześniej  w niedzielę.  Kompletnie  się  tego  nie  spodziewaliśmy 

i mało kto na to liczył. Mieliśmy też poczucie, że media wywierają na Papieża zbyt dużą presję, że nie 

można  już  na  okrągło  powtarzad  pytao,  czy  i kiedy  się  pokaże.  W wypadku  jakiegokolwiek  innego 

chorego  uznano  by,  że  stan  jest  zbyt  poważny,  żeby  w ogóle  zawracad  mu  głowę.  Leżałby  sobie 

spokojnie i nikt by nie oczekiwał, że będzie podchodził do okna i kogokolwiek pozdrawiał. Myśleliśmy, 

że wywieramy może zbyt duży nacisk na otoczenie Papieża, że ci ludzie, by uspokoid emocje i pokazad 

światu, że stan nie jest krytyczny - przekonają go, że powinien się pokazad. Ale zapewne myliliśmy się. 

background image

Nikt  do niczego Papieża nie  przekonywał, a on robił to, w co wierzył, że  jest słuszne. Ponieważ pod 

klinikę podchodziły tłumy ludzi i dla niego śpiewały - on podszedł do okna i ich pobłogosławił. Tylko 

tyle i aż tyle. 

         

        Ojciec Hejmo mówił, że przestrzeo pod kliniką staje się takim Placem św. Piotra. 

        To  Papież  kiedyś  zażartował,  że  Gemelli,  po  Watykanie  i Castel  Gandolfo  to  już  jego 

trzecia  papieska  rezydencja.  To  miało  tym  razem  jeszcze  sens  o tyle,  że  dla  wielu  było  już  niemal 

oczywiste,  że  cierpienie  jest  wpisane  w los  namiestnika  Chrystusa  na  ziemi,  który  musi  dawad 

świadectwo swojej wiary, także w Gemelli... 

         

        ...i że ludzie mają prawo go zobaczyd... 

         

        ...dokładnie tak i to było niezwykłe. Znowu zastanawiano się, czy tam w Gemelli wypada 

pokazywad  zbliżenie  cierpiącego  Papieża,  przecież  twarz  wykrzywiona  grymasem  bólu  wygląda 

nieładnie. To nie były chyba najmądrzejsze rozważania. Oczywiście, każdy ma prawo do intymności, 

kiedy cierpi - nawet, a może zwłaszcza, Papież. Ale dla niego po raz kolejny to chyba nie był problem - 

znosił to najspokojniej ze wszystkich: po prostu tak to już jest, że człowiek staje się stary i niedołężny 

i bywa  bezsilny.  Taki  też  był  w Lourdes,  chod  oczywiście  wtedy  przemawiał  jeszcze  do  wiernych. 

Tysiącom  młodych  ludzi,  których  tam  wtedy  widziałem,  nie  przeszkadzało  to,  że  twarz  Papieża  nie 

wygląda „ładnie”. On 

         

nie chciał też im się wtedy przypodobad. Nie mówił „róbcie,  co chcecie, a ja i tak  was  będę 

kochał, bo jesteście młodzi i wszystko wam się należy”. Pod Gemelli wszyscy widzieliśmy, że z trudem 

podszedł do okna, z trudem uczynił znak krzyża i dotknął dłonią gardła. Tak jakby chciał wskazad na 

rurkę,  którą miał w tchawicy, przez którą nie mógł mówid. Nie mógł mówid,  ale przecież się z nami 

komunikował. 

         

        Jedna z agencji napisała, że okno, do którego podchodził Ojciec Święty, nie było oknem 

jego  pokoju,  ale  musiał  przejśd  długi  korytarz,  żeby  w nim  stanąd,  bo  jego  pokój  znajdował  się  po 

drugiej stronie szpitala. To musiał byd dla niego wielki wysiłek... 

         

        Nie wiedziałem o tym. 

         

        Ale to tym bardziej świadczy o determinacji Papieża: „do kooca jestem sługą”... 

         

background image

        Na  pewno.  To  jest  także  odpowiedź  na  pytanie,  dlaczego  nie  może  ustąpid:  bo  jest 

odpowiedzialny  za  tych,  którzy  tam  do  niego  przychodzą.  W niedzielę,  27  lutego,  kiedy  stanął 

w oknie, było dla mnie uderzające to, co powiedział jeden z zagranicznych dziennikarzy, komentując 

wydarzenie, którego byliśmy świadkami. Przekonywał, że wszyscy są wzruszeni, na czele z nim samym 

i łzy  się  cisną  do  oczu.  Rzecz  w tym,  że  ten  sam  człowiek,  gdy  pisał  o Papieżu  wcześniej,  używał 

sformułowao w rodzaju „schorowany starzec”. W pierwszej chwili się wściekłem, bo albo-albo: niech 

będzie  taki  „twardy”  do  kooca  i mówi,  że  „schorowany  starzec  ukazał  się  w oknie”,  albo  zawsze 

traktuje  go  z szacunkiem,  a nie  tylko  wtedy,  kiedy  większośd  była  już  poruszona  jego  losem.  Myślę 

jednak, że każdy miał swoją prawdę i że każdy rozumiał to po swojemu. W tych dniach pod Gemelli 

i później,  już  przed  Pałacem  Apostolskim,  wszystkie  emocje  były  autentyczne.  Nikt  niczego  nie 

udawał.  Chod  wcześniej  były  przecież  takie  głosy,  że  Papież  kurczowo  trzyma  się  władzy.  Po  2 

kwietnia  już  nigdy  nie  słyszałem  takich  opinii.  Sądzę,  że  sposób,  w jaki  odszedł,  dowiódł,  że 

posądzanie go o „uporczywe trzymanie się przy władzy” było absurdalne, ale na razie to zostawmy... 

        Moment,  gdy  Jan  Paweł  II  ukazał  się  w oknie,  był  dla  wszystkich  poruszający.  Byliśmy 

naprawdę zaskoczeni, że miał siłę, by się na to zdobyd. Wielu z nas sądziło, że dla jego zdrowia byłoby 

lepiej, gdyby nie podchodził do tego okna, ale widad on uważał, że po prostu musi. 

         

        U nas mówiono, że pokazał się na własną prośbę. Kiedy Papież opuszczał klinikę, w prasie 

ukazało się zdjęcie rodzinne - Papież otoczony przez personel szpitala, tuż przed jego opuszczeniem. 

Człowiek w bieli był niejako zapadnięty do wewnątrz siebie. Potem widziałem zdjęcie twarzy Papieża 

siedzącego już w samochodzie. To była cierpiąca twarz, szeroko otwarte oczy spoglądały w obiektyw, 

ale o ile do tej pory zawsze była w nich iskra życia, głęboki wyraz, to teraz zobaczyłem udręczenie i to 

był dla mnie pierwszy wstrząs, to było mocne. Zobaczyłem, że może zbliża się już koniec drogi. 

         

        Już  po  śmierci  Papieża  jeden  z jego  najbliższych  przyjaciół  powiedział  mi,  że  kiedy  był 

u niego w szpitalu, usłyszał westchnienie: 

         

        „Jezu Miłosierny, przyjdź już do mnie”. Ta opowieśd była dla nas wstrząsająca. Jan Paweł 

II musiał strasznie cierpied. Jeśli mamy tego świadomośd, to te uwagi, że nie odejdzie, bo tak mu się 

podoba  bycie  głową  Kościoła  -  dowodziły  chyba  kompletnego  rozmijania  się  z tym,  jak  Papież 

rozumiał  swoją  posługę.  Papież  uważał,  że  to  cierpienie  ma  sens,  ale  okazuje  się,  że  był  na  skraju 

wytrzymałości. 

        My pod Gemelli nie wiedzieliśmy wtedy o tym. On może już wiedział, że to początek jego 

Drogi  Krzyżowej.  My  wciąż  zadawaliśmy  sobie  i innym  pytanie,  kiedy  wyjdzie  ze  szpitala. 

Przypuszczaliśmy,  że  skoro  poprzednio  był  w Gemelli  10  dni  i zgodnie  twierdzono,  że  wyszedł  za 

background image

szybko - to teraz będzie tu około 2 tygodni. Może będzie w Watykanie w Niedzielę Palmową, może 

dopiero w Niedzielę Wielkanocną. Jak się okazało, wrócił wcześniej, by przejśd swoją Drogę Krzyżową. 

Tę świadomośd dobiegającego kresu widad już było w Lourdes. To tam przecież mówił: „dochodzę już 

do  kooca  swojej  drogi”.  Tamta  wizyta  sprawiała  wrażenie  pożegnania  z Matką  Boską  w Grocie 

Massabielskiej.  Prosił  Ją  o opiekę  nad  Kościołem  i wiernymi.  Ale  większośd  osób,  które  w tamtych 

dniach  odwiedzały  Papieża,  opowiadały  nam  też,  że  myślami  wciąż  jest  w Kolonii  na  dniach 

młodzieży.  Z jednej  strony  doskonale  miał  świadomośd  stanu,  w jakim  jest,  z drugiej  -  wciąż  była 

w nim niezwykła energia, wola i chęd życia. 

        Często czuliśmy się jednak niemal bezradni wobec tego, co działo się tam, w szpitalu, na 

X piętrze.  Co  my  mamy  powiedzied?  Lekarze  nic  nie  mówią,  duchowni  nic  nie  mówią,  a przecież 

wieczorem  wszystkie  programy  informacyjne  muszą  zacząd  się  od  relacji  spod  szpitala.  Długo 

wyczekiwany  komunikat  Navarro-Vallsa,  który  ukazał  się  w poniedziałek,  28  lutego,  miał  dokładnie 

cztery  zdania:  Papież  przeszedł  zabieg  tracheotomii,  oddycha  spokojnie,  je  normalnie,  dwiczy 

mówienie. Rekonwalescencja przebiega powoli. Koniec. 9 sekund. 

         

        Jak sobie radziłeś? 

         

        Rozmawiając  z ludźmi,  którzy  do  Papieża  przyjeżdżali.  I tak  robili  wszyscy  dziennikarze. 

Pewnego  dnia  przyjechała  grupa  pielgrzymów  z Olsztyna,  i grupa  Polonii  amerykaoskiej  z Chicago, 

która śpiewała dla Jana Pawła II na parkingu szpitalnym. Robili to z taką energią, że na X piętrze na 

pewno było to słychad. W tej grupie była też lekarka, która przekonywała nas z wielką wiarą, że jak 

Papież  teraz  wyjdzie  z Gemelli,  to  będzie  tak  silny,  jak  20  lat  temu,  serce  będzie  miał  jak  dzwon 

i będzie błogosławił wiernych ze swego okna jeszcze przez wiele lat. Te optymistyczne opowieści były 

dla nas trudne, bo spodziewaliśmy się tego, że jednak w najlepszym razie stan Papieża będzie taki, jak 

tuż  przed  zabiegiem  tracheotomii,  że  wciąż  będzie  bardzo  osłabiony  i z  pewnością  będzie  bardzo 

cierpiał. Nie byliśmy pewni, czy będzie mówił. 

        Dlatego  niedziela,  kiedy  usłyszeliśmy  jego  głos,  jak  pozdrawiał  pielgrzymów  po  włosku 

i po polsku, to był szok. Po pierwsze, nie spodziewaliśmy się, że stanie się to tak szybko, po drugie, że 

głos będzie tak mocny i wyraźny. 

         

        Pamiętam ten obrazek z naszej telewizji, w niedzielę, 13 marca, kiedy Papież przemówił 

po raz pierwszy po przebytej operacji. Szczególnie zdanie: „Witam Wadowice!”. 

         

        To było w dniu, kiedy wyszedł ze szpitala. Zbieg okoliczności sprawił też, że akurat tego 

dnia przyjechała pod Gemelli pielgrzymka z Wadowic i do niej skierował swoje, jak się potem okazało, 

background image

ostatnie  słowa wypowiedziane  publicznie. Albo ktoś wierzy, że  wszystko jest przypadkiem, albo nic 

nim  nie  jest.  Kiedy  w Watykanie,  już  po  2  kwietnia,  przypominaliśmy  sobie  potem  ten  dzieo,  to 

wydawało się nam, że musiało byd w tym spotkaniu z ludźmi z Wadowic jakieś przeznaczenie. 

         

        Kiedy Papież wyszedł i okazało się, że może mówid, twój optymizm wzrósł? 

         

        Bardzo.  To  było  uderzające  dla  wszystkich,  z którymi  tam  rozmawiałem.  Ojciec  Hejmo 

mówił nam wcześniej, że boi się tego, że głos Papieża po tracheotomii będzie bardzo zniekształcony, 

zimny i metaliczny i dla wiernych może to byd szok. Okazało się, że brzmiał on bardzo naturalnie. 

         

        Pojawiły  się  dywagacje,  jak  długo  Papież  będzie  musiał  mied  tę  rurkę,  czy  może  już 

zawsze, a swoje pięd minut w TV znowu mieli lekarze laryngolodzy. 

         

        Wtedy wielu z nas myślało, że w tym ciągłym mówieniu o papieskim stanie zdrowia jest 

coś nieludzkiego. Każdy chory ma prawo do intymności i dyskrecji. A tu cały świat zaglądał do gardła 

Głowie Kościoła i sprawdzał, gdzie siedzi ta rurka. Ale może tak właśnie miało byd. Zazwyczaj chorych 

ludzi  ukrywamy.  Media  pokazują  młodych,  zdrowych  i pięknych.  A przecież  chory  nie  może  mied 

poczucia,  że  powinien  czegoś  się  wstydzid.  Jeśli  dożyjemy  takiego  wieku  jak  Papież  -  to  pewnie 

będziemy mied takie jak on problemy. 

        Niektórzy spodziewali się,  że  Jan Paweł  II  wyjdzie  z kliniki  dopiero  po  wyjęciu  rurki,  ale 

wielu specjalistów przekonywało, że ta rurka musi tam pozostad i trzeba się z tym pogodzid. Kłopot 

w tym, że jej obecnośd podnosiła też ryzyko zakażenia, powietrze do płuc dostawało się bezpośrednio 

przez nią, omijając naturalne filtry, jakimi są gardło i krtao. Tłumaczono nam, że Papież będzie musiał 

przez  cały  czas  przebywad  w sterylnie  czystym  pomieszczeniu,  a możliwośd  kontaktu  z wiernymi 

będzie  bardzo  ograniczona,  jeśli  nie  wykluczona: „Zapomnijcie  o wychodzeniu do  okna”.  A tu  nagle 

przychodzi ta niedziela w Gemelli i okno się otwiera! 

        Jednak  nawet  w chwili,  gdy  widzieliśmy  go  w oknie,  zadawaliśmy  sobie  pytanie,  jak 

będzie  mógł  jeździd  w tym  stanie  samochodem?  Jak  pojedzie  do  Kolonii?  Tymczasem  mija  kilka 

godzin i Jana Pawła II widzimy w normalnym samochodzie i to siedzącego przy uchylonym oknie! 

         

        Kiedy w szpitalu odwiedził go arcybiskup tego miasta, kardynał Joachim Meissner, Papież 

zapytał go: „Czy wy tam na mnie jeszcze czekacie?”, na co on odpowiedział: „Oczywiście, wystarczy 

że  Wasza  Świątobliwośd  tylko  przyjedzie”.  A niedawno  kardynał  powiedział,  że  będzie  to  spotkanie 

dwóch papieży - jednego z nieba, drugiego z ziemi... 

background image

        Myślę, że Papież wiedział o tym, że za miesiąc, za dwa, niedługo wszystko się dla niego 

tutaj,  na  ziemi,  skooczy,  ale  to  już  nie  był  dla  niego  problem.  Jednak  my  odkrywamy  to  dopiero 

teraz... 

         

        To  prawda.  Zresztą  w Polsce  widzieliście  niektóre  sytuacje  lepiej  niż  my.  Będąc  pod 

szpitalem,  mogliśmy,  oczywiście,  rozmawiad  z dziesiątkami  osób,  ale  widzieliśmy  jednak  gorzej. 

Stanowiska dziennikarskie przed kliniką Gemelli były na wzniesieniu oddalonym od papieskiego okna 

o około  100  metrów.  Kiedy  Papież  pokazał  się  w oknie,  my  zobaczyliśmy  go  z daleka.  Wy  w czasie 

transmisji telewizyjnej widzieliście jego twarz w zbliżeniu. Podobnie było na Placu Św. Piotra. Nas 

         

        dzieliło  od  Papieża  kilkadziesiąt  metrów,  ale  jego  twarz  wyraźniej  widziałeś  ty,  siedząc 

w domu przed telewizorem. 

         

        Ojciec Święty znalazł się z powrotem w Watykanie w niedzielę, 13 marca wieczorem. 

         

        Cały  czas  zastanawiała  nas  polityka  informacyjna  Watykanu.  Dlaczego  jego  rzecznik 

dostarcza  nam  tak  naprawdę  tylko  strzępów  informacji?  Można  to  było  tłumaczyd  szacunkiem  dla 

Papieża,  ale  Navarro-Valls  powinien  mied  też  świadomośd,  że  brak  wiadomości  rodzi  mnóstwo 

domysłów,  które  mogą  byd  bardziej  szkodliwe  niż  otwartośd.  Czasem  pojawiały  się  naprawdę 

kompletnie  absurdalne  informacje  agencyjne,  które  docierały  do  Polski  i innych  krajów,  a nasze 

redakcje prosiły nas o ich komentowanie, bo nie mogły zrobid inaczej. 

        Często  takim  „newsom”  towarzyszyło  zdanie:  „Jak  mówią  w Watykanie  osoby  dobrze 

poinformowane,  które  chcą  pozostad  anonimowe...”,  co  miało  uwiarygodnid  każdą  wiadomośd. 

Zresztą  mnie  też  zdarzało  się  użyd  sformułowania:  „Jak  dowiedzieliśmy  się  od  osób  z najbliższego 

otoczenia Papieża...”. Tylko widzowie mogli po jakimś czasie ocenid, na ile wiarygodne są informacje, 

podawane przez którąś ze stacji telewizyjnych, czy któregoś z dziennikarzy. „Sensacja dnia”, jeśli się 

nie potwierdziła, mogła 24 godziny później skompromitowad na długo. 

        Myślę,  że  poza  włoskimi  lekarzami,  były  wtedy  może  trzy  osoby,  które  mogły  udzielid 

kompetentnych  informacji  o stanie  zdrowia  Papieża.  Jednak  żadna  z nich  nie  chciałaby,  byśmy 

ujawnili źródło informacji. Mało tego - nigdy nie usłyszałem „proszę się na mnie nie powoływad”. To 

było  zbyt  oczywiste.  Gdybyśmy  raz  ujawnili,  jakie  są  nasze  źródła  informacji  -  myślę,  że  na  godzinę 

wzrosłaby niepomiernie nasza wiarygodnośd, ale już nigdy niczego byśmy się nie dowiedzieli. 

         

        Dziennikarze  stają  pod  presją  produkowania  informacji,  prawda?  Nie  może  byd  ciszy 

w eterze. 

background image

         

        Tak.  Zbliżał  się  Wielki  Tydzieo,  zbliżały  się  święta  i staraliśmy  się  opowiadad  na  różne 

sposoby, jak  Watykan się do nich przygotowuje, co one  znaczą tym razem, jak  przeżywają ten czas 

Polacy  w Stolicy  Apostolskiej.  Możliwości  było  wiele.  Tuż  koło  Bramy  św.  Anny  (jednej  z bram 

prowadzących  do  Watykanu)  mieszka  np.  rodzina  Walpenów.  Andrea  Walpen  -  sierżant  Gwardii 

Szwajcarskiej  i jego  żona  Anna  oraz  dwoje  ich  dzieci:  mają  obywatelstwo  polskie,  szwajcarskie, 

włoskie i watykaoskie. To ostatnie jest akurat o tyle wyjątkowe, że posiadających je osób jest około 

500. Całkiem ekskluzywne obywatelstwo. Kiedy starsza z ich córek ogląda telewizję, bajki ogląda po 

niemiecku, kiedy bardzo ją coś cieszy - to krzyczy po włosku, a jak chce poprosid o coś mamę, robi to 

po  polsku.  Przyszliśmy  do  nich  z kamerą  tuż  przed  świętami.  Dzieciaki  malowały  pisanki,  a potem 

poszły  ze  święconką  do kościoła.  To  jest  akurat  zdecydowanie  polski obyczaj, Włosi  tego  raczej  nie 

robią.  Walpenowie  opowiadali,  jak  przeżywają  święta  tuż  obok  Papieża,  mieszkając  dosłownie  pod 

jego  oknami.  Koszary  Gwardii  Szwajcarskiej  są  w Watykanie  20  metrów  od  Pałacu  Apostolskiego. 

Staraliśmy się opowiadad o Papieżu, nie mówiąc o nim wprost. Wydaje mi się, że on i tak był w każdej 

z tych historii. 

        Tuż  przed  świętami  pojechaliśmy  do  Mentorelli.  To  sanktuarium  maryjne  60  km  od 

Rzymu.  Jeszcze  niedawno  nie  było  tam  prądu  i bieżącej  wody.  Karol  Wojtyła  był  tam  kilkadziesiąt 

razy.  Najpierw  jako  arcybiskup  i kardynał,  potem  będąc  już  papieżem.  Przyznawał,  że  właśnie  to 

miejsce  nauczyło  go  modlitwy.  Później  kardynał  Zenon  Grocholewski  opowiadał  nam,  że  Papież 

zapytany,  co  jest  jego  najważniejszym  obowiązkiem,  odpowiedział  -  modlitwa.  Czy  to  nie  jest 

niesamowite?  Pierwszym  obowiązkiem  papieża  nie  jest  celebrowanie  wielkich  mszy,  mianowanie 

biskupów czy pisanie encyklik, lecz modlitwa - rozmowa z Panem Bogiem. Dla niego szkołą modlitwy 

była Mentorella - małe, bardzo surowe sanktuarium, a w nim dziesiątki polskich śladów, za ołtarzem 

jest np. witraż przedstawiający Mieszka I. To było jedno z najczęściej odwiedzanych przez Jana Pawła 

II miejsc we Włoszech. Oficjalnie jako papież był tam tylko raz, a w tajemnicy... co najmniej 30 razy. 

„Wymykał się” z Watykanu zwykłym samochodem, bez eskorty tak, że mijający go na drodze ludzie 

nie  mieli  pojęcia,  kto  jedzie  obok.  Człowiek,  który  przemawiał  do  największych  zgromadzeo 

w dziejach  ludzkości,  musiał  też  mied  miejsce,  w którym  będzie  sam.  Wiele  osób  mówiło  -  tak  jak 

kiedyś Lech Wałęsa - „jadę do Papieża ładowad akumulatory”. On jechał ładowad swoje akumulatory 

do Mentorelli. Godzinami wędrował górskimi ścieżkami, modlił się i rozmyślał. Szlak turystyczny nosi 

tam  teraz  jego  imię.  W Watykanie  były  wtedy  tysiące  dziennikarzy,  w Mentorelli  byliśmy  jedynymi. 

Dla nas to też była jakaś odmiana. 

         

        Pytano  często,  skąd  Papież  bierze  siłę,  żeby  to  wszystko  znieśd,  by  unieśd,  jak  pisał 

Messori, „brzemię po ludzku nie do zniesienia”. 

background image

         

        Prof. Stanisław Grygiel, niezwykły człowiek, przyjaciel Papieża, mieszkający od ponad 20 

lat  w Rzymie,  opowiadał  mi  kiedyś  o jednej  z najbardziej  niezwykłych  modlitw  na  Anioł  Paoski. 

Profesor  stał  wtedy  wraz  z tysiącami  pielgrzymów  na  Placu  św.  Piotra.  To  było  tuż  po  tym,  jak 

zmasakrowano  Srebrenicę.  Papież  odstąpił  w pewnym  momencie  od  przygotowanego  wcześniej 

tekstu i zawołał mocnym głosem, patrząc w niebo „Boże, jesteś tu z nami, czy Cię nie ma?!”. Grygiela 

przeszedł wtedy dreszcz po plecach. Brzmiało to tak, jakby Mojżesz kłócił się ze Stwórcą. Po kolejnej 

tragedii był niemal bezsilny: jak tłumaczyd ludziom, skąd na świecie tyle zła? Codziennie rano modlił 

się  w swojej  prywatnej  kaplicy  w Pałacu  Apostolskim,  mając  przy  sobie  setki  listów  z prośbami 

o wsparcie,  o pamięd,  o modlitwę  w intencji  umierającego  dziecka,  które  nic  przecież  nie  zawiniło, 

a właśnie się okazało, że ma nowotwór. Mało kto tak jak on miał świadomośd tragedii, które gdzieś 

na świecie rozgrywają się przecież w każdej chwili.  On codziennie tłumaczył  swoich wiernych przed 

Panem Bogiem z tego, jak oni postępują, a potem musiał im tłumaczyd, dlaczego Pan Bóg pozwala, by 

cierpieli, jeśli nie  robią nic złego. Dlaczego tak  się  dzieje? Myślę, że  to nie była kwestia zwątpienia, 

tylko  zwykłej  ludzkiej  wytrzymałości,  która  nawet  u Papieża  ma  gdzieś  swoje  granice.  Z pewnością 

jednak  nie  mamy  pojęcia  o tym,  jakie  brzemię  nosił  na  sobie  Papież.  Kiedyś  jeden  z dziennikarzy 

zapytał go, czy zdarza się, że płacze? Jan Paweł II uśmiechnął się dobrotliwie i odpowiedział: „A po co 

komu płaczący papież?”. Jako namiestnik Chrystusa na ziemi - Papież miał obowiązek dawad nadzieję, 

a on naprawdę był dla milionów ludzi „świadkiem nadziei”. Jednak tego, co działo się w jego głowie, 

jak bardzo on sam to wszystko przeżywał, jak często miał ochotę płakad - tego nigdy się nie dowiemy, 

tego jednego nie chciał nam pokazad. Rozmawiałem o tym dwa lata temu z Dalajlamą. Zapytałem, co 

by powiedział dziecku, które przeszło przez chioski obóz koncentracyjny. Gdyby takie dziecko przyszło 

do  katolickiego  księdza  i zapytało,  dlaczego  musiało  tak  cierpied,  to  zapewne  usłyszałoby 

w odpowiedzi,  że  „niezbadane  są  wyroki  Boskie,  wszystko  jakoś  służy  dobru  i pamiętaj,  że  Pan  Bóg 

Cię  kocha”.  A co  by  odpowiedział  Dalajlama  małej  Tybetance?  „W  minionym  życiu  zrobiłaś 

z pewnością  coś  złego  i teraz  musisz  za  to  odpowiedzied”.  Dalajlama  mówił  to  z najbardziej 

uspokajającym uśmiechem, ale zabrzmiało to dośd okrutnie. Dla mnie to było najbardziej uderzające 

zderzenie dwóch sposobów widzenia i tłumaczenia sobie świata. Papież nie może tak odpowiedzied 

wiernym, a ciężar ludzkiego cierpienia, jakie dźwiga, jest zapewne trudny do wyobrażenia. 

         

        Sądzę, że na świecie nie ma większego. Ale także większego wyniesienia, które zwłaszcza 

my,  POLACY,  traktujemy  jako  dar.  Jego  istotę,  sądzę,  docenialiśmy  w dwóch  momentach:  kiedy  go 

wybrali i kiedy odszedł. Przez 26 lat między tymi wydarzeniami przybyło ludzi, którzy nie pamiętają 

jego wyboru, natomiast mają doświadczenie odejścia, inne od doświadczenia tych, którzy pamiętają 

wybór. W Polsce to oni niejako nadawali ton. Czy we Włoszech było podobnie? 

background image

         

        To się stało później, podczas tamtej sobotniej nocy, 2 kwietnia. Ale już wcześniej, kiedy 

jeździliśmy w różne miejsca i ludzie słyszeli, że mówimy po polsku, pytali nas, co czujemy, co wiemy - 

myśląc, że jako Polacy wiemy coś więcej. Mówili, że to cudowny Papież i drugiego takiego nie będzie. 

Wierzyli, że to nie jest koniec, bo już dawno temu przyzwyczaili się, że jest schorowany i cierpiący. 

        Wszyscy wiedzieli, że „Dzieo X”, jako go nazywano, kiedyś nadejdzie, ale na pewno nie 

teraz. On nie miał prawa się wydarzyd, bo byłoby tak, jakby nadszedł koniec świata. Zastępca szefa 

watykaoskiej żandarmerii opowiadał mi w połowie marca bardzo zbulwersowany, jak to rano wyszedł 

na  dach  Pałacu  Apostolskiego  i zobaczył,  na  ilu  tarasach  dookoła  Watykanu  stoją  kamery  i aparaty 

fotograficzne  z obiektywami  wycelowanymi  w okno  papieskiego  apartamentu.  Wielu  ludzi 

w Watykanie ciągle nie wiedziało, że niektóre stacje TV, jak na przykład CNN, ponad 10 lat temu te 

tarasy  wykupiły,  żeby  tam  byd  przygotowanym  na  wypadek  śmierci  Papieża,  konklawe  i mszy 

inauguracyjnej  nowego  papieża.  Myślę,  że  Jan  Paweł  II,  tak  jak  i jego  najbliżsi  współpracownicy, 

doskonale  o tym  wiedział.  Ale  on  to  naprawdę  chyba  przyjmował  z największym  spokojem.  On 

codziennie  rano  dostawał  przygotowany  przez  Sekretariat  Stanu  wyciąg  z artykułów  prasowych 

dotyczących  Kościoła.  Nie  tylko  z włoskiej,  ale  z całej  prasy  światowej:  amerykaoskiej,  francuskiej, 

angielskiej,  polskiej.  Chciałem  kiedyś  zobaczyd  ten  wydruk,  bo  byłem  ciekawy,  jak  dobierane  są 

artykuły. Czy są tam też te krytyczne wobec Papieża. Były! Papież był doskonale świadomy tego, co 

i jak o nim się pisze. Wiedział, że niektórzy nazywają go „Breżniewem Watykanu”. 

        Amerykanie  często  powoływali  się  na  jedną  z jego  wypowiedzi,  co  do  której 

prawdziwości  nie  jestem  przekonany,  chod  biorąc  pod  uwagę  spontanicznośd  Papieża,  byd  może 

rzeczywiście tak powiedział. Jedna z amerykaoskich ekip TV zapytała go, czy może sfilmowad z bliska 

fragment jednej z mszy. Jan Paweł II miał odpowiedzied: „Jeśli to się nie wydarzy w TV - to tak jakby 

się nie wydarzyło. Filmujcie”. Papież uważał, że trzeba mówid do ludzi takim językiem, jakim mówią 

oni, jaki rozumieją. Jezus mówił po aramejsku, bo ludzie dookoła niego tym językiem mówili. Sobór 

Watykaoski II porzucił łacinę, bo nikt jej nie rozumiał. Dla Papieża język telewizji to język, w którym 

trzeba nieśd Ewangelię. Sam w sobie nie jest ani zły, ani dobry. Ważne „co” w nim mówimy. Media 

mogą krzywdzid i czynid dobro. On umiał sprawid, by robiły to drugie. 

        Ludzie z najbliższego otoczenia Papieża wiedzieli, że  „Dzieo X” w koocu nadejdzie, chod 

wszyscy modlili się oczywiście, by stało się to jak najpóźniej. Jednak, ich zdaniem, szacunek dla tego 

wielkiego człowieka nakazywał, że jeśli już dzieo ten ma nadejśd - to należy to relacjonowad dobrze 

i godnie.  Oznaczało  to  również  -  jak  bardzo  okrutnie  by  to  nie  brzmiało  -  że  trzeba  byd  na  niego 

przygotowanym.  W pewnym  momencie  było  szokiem,  gdy  jedna  z włoskich  gazet  latem  2004  roku 

dotarła do scenariusza programu telewizji RAI na „Dzieo X” właśnie. Scenariusz z nazwiskami gości, 

pytaniami  do  nich  i materiałami  filmowymi.  Wywołało  to  oburzenie.  Rozumiano,  że  trzeba  się 

background image

przygotowad, ale należało to jednak robid dyskretniej. Faktycznie to źle, że ten scenariusz dostał się 

do prasy. Zapewne Papież również przeczytał artykuł na ten temat, ale jestem przekonany, że akurat 

jego cała ta sytuacja rozbawiła. 

        Zresztą  sposób,  w jaki  odszedł,  sprawił,  że  to,  co  wydawało  się  wcześniej  niezdrową 

sensacją, było dla mediów jednym z najszlachetniejszych przeżyd  chyba w całej ich historii. Nikt  nie 

otworzył Watykanu na media tak bardzo, jak Jan Paweł II. Nikt nie był wobec tych ludzi tak otwarty 

i tak  szczery.  To,  że  media  w ostatnich  dniach  niemal  weszły  z kamerami  do  jego  pokoju  właśnie 

wtedy, gdy odchodził, było pewną tego konsekwencją, z którą on pewnie liczył się od początku. 

        Kiedyś w czasie pielgrzymki zapytano go: „Jak się Ojciec Święty dzisiaj czuje?”. A on na to: 

„Jak to, to wy mnie pytacie? Przecież ja muszę rano przeczytad gazetę, żeby wiedzied, jak się czuję. 

Wy to zawsze lepiej wiecie niż ja”. Jego to bawiło. 

         

        Papież, powróciwszy do Watykanu, podjął swoje codzienne obowiązki, wierni oczekiwali 

na audiencje, na niedzielną modlitwę Anioł Paoski. Czy wy, dziennikarze, wiedzieliście wtedy, że pora 

przestawid się na rutynową pracę korespondentów? 

        Zastanawialiśmy  się,  czy  nie  wrócid  na  jakiś  czas  do  kraju.  Częśd  stacji  światowych 

wycofała  swoich  korespondentów.  Nie  mieliśmy  wtedy  świadomości,  że  ta  opowieśd  wciąż  trwa, 

wydawało się nam, że znowu będzie „zwyczajnie”, że wszystko wróci do normy. 

         

        Zaczęły się także pojawiad głosy, że prędzej czy później Papież będzie musiał wrócid do 

szpitala,  chodby  po  to,  by  monitorowad  jego  zdrowie,  wykonad  badania,  sprawdzid  i ewentualnie 

usunąd rurkę tracheotomiczną. 

         

        Na  podstawie  rozmów,  które  prowadziłem  z ludźmi  z bliskiego  otoczenia  Papieża, 

miałem przekonanie, że Jan Paweł II już nie wróci do Gemelli. Z polskiej perspektywy wydawało się to 

dziwne.  Pytano  mnie  w Warszawie,  czy  nie  powinniśmy  się  jakoś  przygotowad  na  ponowny  pobyt 

Ojca  Świętego  w szpitalu?  Odpowiadałem,  że  nie  jest  to  wykluczone,  ale  raczej  nie.  W Pałacu 

Apostolskim  był  stale  zespół  lekarzy  gotowych  udzielid  mu  wszelkiej  niezbędnej  pomocy,  wszelka 

potrzebna  aparatura.  Gdyby  miał  zawał  serca  -  zapewne  by  go  przewieziono,  ale  jeśli  problemem 

miały byd już wcześniej dolegające mu schorzenia - to mógł pod dobrą opieką pozostad w Watykanie. 

To był jego dom. Stolica św. Piotra. To tu wypełniał swoją posługę. Tu są groby jego poprzedników. 

Poza tym, o ile wiem, Papież myślał jak każdy z nas: „wrócę do domu, zjem rosół, poczuję się lepiej 

wśród swoich, w swojej sypialni”. I to niestety był też problem - sypialnia. Przez całe lata Papież spał 

na  starym,  małym,  niewygodnym,  drewnianym  łóżku.  Zastanawiano  się,  czy  nie  przywieźd  mu  ze 

szpitala  elektrycznie  regulowanego  łóżka,  samopoziomującego,  gdzie,  używając  dżojstika,  można 

background image

zmienid jego nachylenie. On się nie zgadzał. „Jak spałem na nim 26 lat - to mogę spad i teraz”. Chciał 

pewnie  po  prostu,  by  wszystko  było  tak  jak  zawsze.  Lekarze  tak,  trochę  sprzętu,  ale  dom  to  dom. 

Nawet jeśli to jest Pałac Apostolski. 

        Papież cały czas miał świadomośd, że dochodzi do kooca swojej drogi, poprzez cierpienie. 

My, dziennikarze, czyniliśmy porównania, że idzie drogą Chrystusa. Dla niego byłoby to pewnie zbyt 

zarozumiałe.  Myślał  pewnie,  że  to  raczej  droga  jego  poprzednika  -  św.  Piotra.  Chciał  też  po  prostu 

wypełniad posługę, do jakiej go powołano - służyd i błogosławid ludziom, byd dla nich radością nawet 

w cierpieniu.  Radością,  ale  przede  wszystkim  nadzieją,  nadchodziły  przecież  święta 

Zmartwychwstania. 

        

        

II 

       DZIEO DWUDZIESTY ÓSMY - DZIEO TRZYDZIESTY PIĄTY 

         

        Wielki Czwartek, 24 marca - czwartek, 31 marca 2005 r. 

         

         

        Zbliżały  się  święta  wielkanocne;  zapewne  mieliście  prawo  przypuszczad,  że  będą 

niezwykłe z powodu nieobecności Papieża w najważniejszych uroczystościach. Czy mieliście poczucie, 

że teraz będzie to coś wyjątkowego i trzeba będzie specjalnie pracowad już od Wielkiego Czwartku? 

         

        Już 18 marca było wiadomo, w jakich uroczystościach Ojciec Święty weźmie bezpośredni 

udział. Wiedzieliśmy też, kto wygłosi w jego imieniu homilie w czasie nabożeostw Wielkiego Tygodnia 

i świąt  Wielkiej  nocy,  i że  Papież  pokaże  się  w oknie  swego  apartamentu  w Niedzielę  Wielkanocną. 

Nie  były  wielką  tajemnicą  przygotowania  do  połączenia  telewizyjnego  z papieskim  apartamentem 

w czasie transmisji Drogi Krzyżowej w Koloseum. Wszystko, co wydarzyłoby się ponad to  - uznad by 

należało za niespodziankę. 

        Jedna z najbliższych mi tam osób - siostra Tarsycja z watykaoskiej centrali telefonicznej - 

opowiadała, że w tych dniach dzwoniły tysiące osób. Prosiły o połączenie z Papieżem, co oczywiście 

było  niemożliwe,  ale  przede  wszystkim  o przekazanie  życzeo,  zapewniały  o oddaniu  i miłości  do 

Papieża.  Rozumiały,  że  Papież  jest  bardzo  osłabiony  i nie  można  od  niego  wymagad,  że  będzie  tak 

aktywny  jak  niegdyś.  Ludzie  nawet  radzili,  by  w ogóle  się  nie  pokazywał,  nie  poddawał  się  presji 

mediów,  które  ciągle  pytały,  kiedy  wreszcie  go  zobaczymy.  Uważali,  że  ktoś tak  chory  powinien  po 

prostu leżed w łóżku i odpoczywad. Niektóre z telefonów odbieranych przez siostry były dramatyczne, 

np. błagania o modlitwę Papieża w intencji umierającej żony czy dziecka, ale rzymianie traktowali też 

background image

Jana Pawła II po prostu jak swego proboszcza, do którego można się zwrócid niemal z każdą sprawą. 

Pewnego dnia zadzwonił rozeźlony ojciec, prosząc o połączenie z Papieżem, bo jego zdaniem już tylko 

„Ojciec Święty mógłby jakoś wpłynąd na jego syna Federico, który już w ogóle nie chciał się uczyd”. 

Rzymianie  mieli  właściwie  pełne  prawo  do  takich  telefonów,  w koocu  Papież  to  może  przede 

wszystkim biskup ich miasta. 

        Wtedy  w Rzymie  panowało  wiele  optymizmu.  Wierzono,  że  to  będą  już  zupełnie  inne 

święta wielkanocne, ale Papież będzie jakoś obecny. 

        Myśmy wiedzieli, że to będą jednak inne święta. Na pewno dla nas to będzie trochę tak 

jak  wtedy,  gdy  był  w szpitalu  -  to  będzie  opowieśd  o nim,  ale  jego  samego  nie  będziemy  mogli 

pokazad, a jeśli już to bardzo rzadko. Na to byliśmy przygotowani. 

        Wielki  Czwartek,  dzieo  ustanowienia  Eucharystii  i kapłaostwa  jest  chyba  dla  wszystkich 

duchownych  wyjątkowym  dniem.  Tym  razem  patrzyli  oni  na  najważniejszego  z nich,  jak  stara  się 

wypełniad  swoją  posługę  pomimo  cierpienia.  Na  Wielki  Czwartek,  jak  co  roku,  napisał  do  nich  list, 

w którym  napominał,  że  ich  życie  ma  sens  tylko  wtedy,  jeśli  jest  służbą  dla  człowieka.  Dzisiaj  to 

wydaje  się  może  oczywiste,  ale  kiedy  w początkach  swego  pontyfikatu  Jan  Paweł  II  napisał,  że 

„człowiek  jest  drogą  Kościoła”,  to  zabrzmiało  to  niemal  rewolucyjnie.  Wcześniej  użyto  by  pewnie 

innego  sformułowania.  Nasz  Papież  od  początku  przekonywał,  że  to  Kościół  ma  obowiązek  szukad 

wiernych,  starad  się  ich  zrozumied,  służyd  im.  Kapłan,  który  służy  człowiekowi,  służy  Chrystusowi. 

Wielu  ludzi  było  onieśmielonych  podczas  bezpośredniego  spotkania  z Papieżem,  ale  chyba  nikt  nie 

miał  poczucia,  że  on  patrzy  na  kogokolwiek  z wyższością.  Co  było  dla  mnie  uderzające  -  wielu 

watykaoskich dostojników, których poznałem, starało się go w tym naśladowad. W Polsce zdarza się 

czasem, że spotkanie z kościelnym hierarchą jest pełne dystansu, a wszystkim rządzi konwencja, tak 

jakby  w niej  krył  się  jakiś  majestat.  Jeden  z najbardziej  wpływowych  watykaoskich  dostojników, 

kardynał  Giovanni  Battista  Re,  prefekt  Kongregacji  ds.  Biskupów,  jest  też  jednym  z najbardziej 

otwartych,  serdecznych,  pełnych  prostoty  ludzi,  jakich  spotkałem.  Rozmawiałem  o tym  z wieloma 

dziennikarzami i większośd miała takie poczucie, jakby Kościół w promieniu 200 metrów od Papieża 

był naprawdę wyjątkowy. Duch Jana Pawła II był w tamtym miejscu, ale także w ludziach. 

        Kościół  jest  też  organizacją  -  jej  lider  nie  musi  się  znad  na  wszystkim,  musi  jednak  byd 

człowiekiem, za którym inni będą chcieli podążad. Najlepiej, żeby robili to z radością i spontanicznie. 

W jego  wypadku  tak  było.  Widziałem,  że  w jakiś  sposób  duchowni  chcieli  naśladowad  Papieża.  To 

niesamowite,  że  ten,  ostatni  jak  się  okazało,  list  Jana  Pawła  II  na  Wielki  Czwartek  mówi  o samym 

fundamencie  kapłaostwa.  To  jakby  jego  testament  dla  kapłanów  -  służcie  z pokorą,  bez  pychy,  bez 

wyniosłości  i z  radością.  Umycie  nóg  biedakowi  w Wielkim  Tygodniu  nie  może  byd  pustym, 

wymuszonym symbolem, którego sensu już nikt nie pamięta. A jeśli pamięta, to tylko w jeden dzieo 

w roku. 

background image

        Ten list Ojciec Święty napisał w szpitalu, chory pośród chorych. 

         

        Zwraca  w nim  też  uwagę,  że  powołaniem  kapłanów  jest  świętośd,  która  jest  pełnym 

wyrazem zbawienia. Oznacza to, że można ją osiągnąd w codziennej posłudze. Wiadomo było, że Ust 

powstanie i z racji na stan zdrowia Papieża będzie miał inną wymowę niż zwykle. 

         

        Tego  dnia,  w Wielki  Czwartek,  chciałem  namówid  na  rozmowę  jednego  z najbardziej 

wyjątkowych ludzi, jakich tam poznałem  -  ks. Konrada Krajewskiego z Urzędu Papieskich Ceremonii 

Liturgicznych.  Zapewne  miliony  Polaków  wiedzą,  jak  wygląda,  chod  nie  znają  go  może  z nazwiska. 

Jako  celebrans  stał  niemal  podczas  każdej  mszy  tuż  koło  Papieża,  także  podczas  pielgrzymek  do 

Polski. Przełożony urzędu, arcybiskup Piero Marini, chciał, by obok Papieża był zawsze ktoś z Polski, 

kto zrozumiałby go, gdyby zwrócił się z jakąś prośbą do celebransów po polsku. Celebransi mają też 

jeszcze jedną funkcję, chyba mało znaną. Podczas nabożeostw, stojąc zwróceni twarzą do wiernych, 

są  jedynymi  ludźmi  ogarniającymi  wzrokiem  wszystkich  zgromadzonych.  Ludzie  z ochrony,  ze  służb 

specjalnych nie stoją przecież koło ołtarza i nie mają tak dobrego pola widzenia. Celebransi są więc 

zawsze  w kontakcie  wzrokowym  z ochroną  na  wypadek,  gdyby  to  oni  właśnie  zauważyli  coś 

niepokojącego. 

        Chciałem  namówid  ks.  Konrada  na  rozmowę  dla  telewizji,  ale  powiedział,  że  nie  chce 

tego robid w czasie choroby Papieża. Rozmawialiśmy jednak długo przez telefon. Zwrócił mi uwagę na 

coś, co z czasem stawało się chyba coraz bardziej jasne, to, o czym wspomniałeś - potrzebę dążenia 

do  świętości.  Ta  myśl  znalazła  się  też  w rozważaniach  kardynała  Ratzingera  na  Drogę  Krzyżową. 

Konrad  Krajewski  znał  wcześniej  ich  treśd  -  zamieszczono  je  na  stronach  internetowych  Biura 

Papieskich Ceremonii Liturgicznych. Tam było takie zdanie, które zacytował: „Ziarno rzucone w ziemię 

musi obumrzed, aby wydało plon”. Może to my, nie będąc na co dzieo tak blisko Papieża jak  wielu 

ludzi w Watykanie, odsuwaliśmy myśl o jego odejściu. Oni, chod codziennie modlili się o jego zdrowie, 

liczyli się z tym bardziej. Był taki dzieo, tuż przed Wielkanocą, kiedy jedna z tych osób powiedziała mi: 

„Módlmy się, żeby Papież miał dobrą, spokojną śmierd”. To było dla mnie porażające. Jeszcze  kilka 

dni  wcześniej  usłyszałbym  właśnie:  „Módlmy  się  o zdrowie”.  Żaden  z najbardziej  pesymistycznych 

komunikatów lekarzy nie zrobił na mnie takiego wrażenia, jak tamto zdanie. To dowodziło, jak ciężki 

musi byd stan. Ludzie z bliskiego otoczenia Jana Pawła II widzieli już w jego oczach, że nadchodzi czas 

pożegnania. 

        My nie wyobrażaliśmy sobie tego, co stanie się po jego odejściu. Oni już chyba czuli, że 

jesteśmy świadkami niezwykłych wydarzeo. Głęboko wierzyli, że to cierpienie ma sens, że przyniesie 

jakieś  dobro  dla  Kościoła.  Jeden  z niepełnosprawnych  pielgrzymów  przed  Gemelli  powiedział  mi: 

„Ofiarowujemy swoje codzienne cierpienie Ojcu Świętemu, tak jak on ofiarowuje swój ból światu”. 

background image

         

        Czy  dziennikarze  z innych  krajów  zadawali  wam,  polskim  dziennikarzom,  pytania o stan 

zdrowia Jana Pawła II, licząc, że wiecie coś więcej? 

         

        Tak  było.  Jednak  tego,  co  wiedzieliśmy  od  najbliższych  Papieżowi  osób,  nie 

opowiadaliśmy  im  oczywiście.  Kilkadziesiąt  razy  dziennie  rozmawialiśmy  o tym  przez  telefon 

pomiędzy  Rzymem  a redakcją  „Wiadomości”  w Warszawie.  Niektóre  zdania,  które  docierały  do 

świata z Watykanu, brano zbyt dosłownie, a tam często używa się przenośni. Jednak wszystkie uwagi 

o odchodzeniu  Papieża  należało  brad  wprost,  tylko  że  my  nie  byliśmy  jeszcze  na  to  przygotowani. 

Nam się wydawało, że najgorsze, co może nadejśd, to tylko pogorszenie stanu, w jakim jest - to, że 

będzie wciąż osłabiony, nie będzie mógł mówid, opuszczad swych apartamentów. Zdawaliśmy sobie 

sprawę, że odchodzi, ale myśleliśmy o tym w perspektywie jeśli nie roku, to miesięcy. 

         

        Jak Ty osobiście to wszystko przyjmowałeś? Byłeś w stanie przyjąd to wszystko? 

         

        Wtedy nie. Te 63 dni, o których rozmawiamy, o tyle jest dla mnie niezwykłą opowieścią, 

że odsłaniała się ona dla mnie każdego dnia. 

        Jeśli ktoś powie  mi dziś, że  domyślał się, co wydarzy się w godzinie śmierci Papieża i w 

ciągu  następnych  dni  -  to  ja  w to  nie  uwierzę.  Może  kilka  osób  najbliższych  Papieżowi  miało  takie 

przeczucia,  ale  z rozmów  z nimi  wiem,  że  oni  też  byli  zaskoczeni  biegiem  wydarzeo.  Na  pewno  nie 

wiedzieli tego jednak dziennikarze. 

         

        W  Wielki  Czwartek  telewizja  RAI  wyemitowała  wywiad  z kardynałem  Josephem 

Ratzingerem.  Zapytany  o samopoczucie  Ojca  Świętego,  odpowiedział,  że  Papież  zachowuje 

przytomnośd  umysłu,  która  jest  Bożym  darem,  ponieważ  cierpienie  jego  ciała  jest  niezmierne. 

Zapytano go także ponownie o ewentualnośd papieskiego ustąpienia, na co kardynał odrzekł, że tylko 

Pan może zwolnid Jana Pawia II z pełnionej posługi. 

        Z dzisiejszej  perspektywy mam wrażenie,  iż był  to moment, w którym Ratzinger wszedł 

na scenę, stajad się trochę bohaterem tej opowieści. 

        Jak  we  Włoszech  odebrano  ten  wywiad?  I czy  kardynał  wydawał  się  wam  osobą,  która 

zaczyna grad pierwsze skrzypce w najbliższym otoczeniu Papieża? Drugie skrzypce po Papieżu? 

         

        Wtedy  jeszcze  trzecie.  Tą  osobą,  która  była  w czasie  choroby  Papieża  najbardziej 

wpływową, był Sekretarz Stanu, kardynał Angelo Sodano. To on odwiedzał Papieża najczęściej, kiedy 

ten był w Gemelli i wypełniał częśd jego obowiązków. Jednak głosem Papieża był wtedy rzeczywiście 

background image

kardynał  Ratzinger.  To  on  przecież  powiedział  też  wtedy  dziennikarzom,  że  to  Jan  Paweł  II  wciąż 

podejmuje  najważniejsze  dla  Kościoła  decyzje  i wciąż  nim  kieruje.  Obok  Sodano,  to  właśnie  on  był 

tym z dostojników Kościoła, którzy komunikowali coś mediom, mówili o stanie zdrowia Papieża. 

        Warto może przytoczyd, co napisał trochę później Luigi Accattoli w „Corriere delia Sera”: 

„w  sytuacji  kiedy  Papież  nie  mówi,  największe  znaczenie  będzie  miał  kardynał  najlepiej  władający 

słowem”. Oczywiście myślał o prefekcie Kongregacji Doktryny Wiary. 

        Mniej  więcej  półtora  roku  wcześniej,  już  po  rozpoczęciu  wojny  w Iraku,  próbowaliśmy 

namówid kogoś z najbliższego otoczenia Papieża na wywiad na ten temat. Wiadomo było, że Papież 

jest  wojnie  przeciwny,  ale  nie  sposób  było  przeprowadzid  wywiadu  z nim  samym.  Wskazano  nam 

właśnie kardynała Ratzingera jako osobę, która może najlepiej rozumie Papieża w tej sprawie i użyje 

argumentacji, jakiej użyłby on sam. Brzmiało to prawie tak jak: „Jeśli porozmawiasz z Ratzingerem, to 

tak, jakbyś porozmawiał z Papieżem”, co okazało się dośd prorocze. 

         

        To  ciekawe,  bo  papieską  osobą  do  specjalnych  poruczeo,  także  w kwestii  Iraku,  by 

I kardynał Roger Etchegaray... 

         

        To  prawda,  ale  myślę,  że  jemu  powierzano  raczej  „działania  operacyjne”.  Kardynał 

Etchegaray  negocjował  w wielu  zapalnych  punktach  świata  i robił  to  z dużym  talentem,  chod  nie 

zawsze  skutecznie,  bo  dyplomacja  watykaoska  nie  mogła  już  po  prostu  zapobiec  wojnie,  czy  ją 

zakooczyd.  Gdy  chodziło  jednak  o wyłożenie  myśli  Papieża  -  to  robił  to  rzeczywiście  zazwyczaj 

Ratzinger.  Nasze  spotkanie  w siedzibie  Kongregacji  Doktryny  Wiary  trwało  wtedy  ponad  godzinę. 

Najpierw  zaprosił  mnie  do  swojego  gabinetu,  gdzie  rozmawialiśmy  przez  pół  godziny.  Co  ciekawe, 

kardynał mieszkał już od ponad 20 lat w Rzymie, ale zdecydowanie wolał rozmawiad po niemiecku niż 

po włosku. Ale to akurat jest tam przyjętą praktyką. Wszyscy w Kurii Rzymskiej mówią oczywiście po 

włosku, ale jeśli chcą byd w jakiejś sprawie bardzo precyzyjni, wolą mówid w swoim ojczystym języku. 

Także Jan Paweł II, największy tam poliglota, zawsze przyznawał, że mimo tylu lat spędzonych już we 

Włoszech  -  modli  się  po  polsku.  Nie  mam  wątpliwości,  że  kardynał  Ratzinger  modli  się  wciąż  po 

niemiecku. Przed nagraniem kardynał ani razu nie próbował nawet sugerowad, że są tematy, których 

nie chciałby poruszad, albo pytania, których wolałby, żebym nie zadał. Chciał po prostu porozmawiad 

chwilę,  by  lepiej  wiedzied,  kim  jest  człowiek,  z którym  się  spotyka.  Był  ujmujący,  skromny  i bardzo 

serdeczny.  To  było  dla  mnie  uderzające,  bo  od  dawna  już  przecież  nazywano  go  Panzerkardinal. 

W kontakcie bezpośrednim to był jednak bardzomiłykardinal. Gdy już jako papież pojawił się po raz 

pierwszy  na  balkonie  Bazyliki  św.  Piotra  i powiedział  o sobie,  że  jest  „skromnym  pracownikiem 

winnicy Paoskiej”, to jestem przekonany, że nie zrobił tego, bo tak wypadało, ale że on naprawdę tak 

myśli. 

background image

        To, że jego wskazano nam jako rozmówcę, było też jakimś znakiem. Jeżeli w sprawie tej 

wojny - która była dla Papieża wielką porażką, bo nie udało mu się jej zapobiec, a jego rodacy wzięli 

w niej  udział  -  ma  się  wypowiadad  właśnie  prefekt  Kongregacji  Doktryny  Wiary,  to  dowodziło  jego 

pozycji.  Ratzinger  miał  też  poczucie  pewnej  hipokryzji  w mówieniu  o tej  wojnie.  I Bush,  i Blair 

przyjeżdżali do Papieża, zapewniali o swoim wielkim dla niego szacunku, przyznawali, że jest jednym 

z niewielu  powszechnie  akceptowanych  na  świecie  autorytetów,  po  czym  robili  swoje  i...  znów 

przyjeżdżali. Byłem w Pałacu Apostolskim w lipcu 2004, gdy przyjechał na audiencję Bush. Widziałem 

go  też  w wielu  innych  sytuacjach,  ale  ten  jeden  jedyny  raz  widziałem,  że  jest  speszony  i niepewny. 

Myślę,  że  rzeczywiście  Jan  Paweł  II  był  jedynym  człowiekiem  na  świecie,  którego  amerykaoski 

prezydent,  przywódca  jedynego  na  świecie  supermocarstwa,  nie  mógł  traktowad  z góry.  W tym 

wypadku  dobrze  też  wiedział,  co  zrobił.  Jego  sytuację  pogarszał  jeszcze  fakt,  że  przyjechał  do 

Watykanu  tuż  po  tym,  jak  wybuchł  skandal  związany  z maltretowaniem  irackich  więźniów  w Abu 

Ghraib. 

        Jeśli  kardynał  przez  tyle  lat  stał  na  czele  swej  kongregacji  i Papież  prosił  go,  by  nie 

przechodził  na  emeryturę  po  skooczeniu  75  lat  -  dowodzi  to,  jak  bardzo  mu  na  nim  zależało  i jak 

bardzo mu ufał. To ciekawe,  bo ich relacja musiała byd  zderzeniem kraocowo różnych  osobowości: 

naszego  Papieża,  który  był  człowiekiem  otwartym,  szalenie  bezpośrednim,  spontanicznym, 

ekstrawertykiem,  i Ratzingera,  który  mimo  całego  swego  ciepła  jest  raczej  zamknięty  w sobie,  nie 

okazuje emocji i nie otwiera się tak przed ludźmi. To, że Jan Paweł II chciał, aby przez tyle lat pełnił on 

tak ważną funkcję w Watykanie, świadczy też o wielkości Papieża. Jestem w stanie uwierzyd w to, że 

zdarzało  mu  się  zapytad  retorycznie:  „A  co  na  to  powie  ten  Ratzinger?”.  Słaby  lider  dobiera  sobie 

współpracowników, którzy nie mają wielkiego autorytetu, bo ich nie musi się obawiad. Papież uważał, 

że  Ratzinger  jest  zapewne  wybitniejszym  od  niego  teologiem,  a chod  ma  zupełnie  inną  osobowośd 

i nie jest kimś, komu zaproponowałby wspólną wyprawę na kajaki, bardzo go szanował i uważał, że 

będzie on dobrze służył Kościołowi. 

         

        W  Wielki  Czwartek,  po  południu,  mszy  św.  Wieczerzy  Paoskiej  przewodniczył  kardynał 

Alfonso López Trujillo, przewodniczący Papieskiej Rady ds. Rodziny, rano natomiast mszy św. Krzyżma 

przewodniczył  kardynał  Re,  prefekt  Kongregacji  ds.  Biskupów.  Odczytał  on  przesłanie  Papieża  ze 

słowami: „jestem z wami, modlę się, aby nie zabrakło świętych kapłanów”. 

        Cały  czas  było  to  poczucie  obecności  Ojca  Świętego.  Jak  to  relacjonowaliście?  Po  raz 

pierwszy w historii pontyfikatu Jan Paweł II nie bierze udziału... czy też bierze, tylko inaczej? 

         

        Wspominałem  już  o ks.  prałacie  Konradzie  Krajewskim,  który  był  obok  Papieża  przez 

wiele lat i codziennie czegoś nowego od niego się uczył. Mówił wtedy, że nigdy nie miał wrażenia, że 

background image

Papież  mówi  tak  głośno  i przejmująco  jak  teraz,  gdy  milczy.  Powiedział  mi  to  właśnie  w Wielki 

Czwartek  wieczorem.  Uważał  to  za  największą  lekcję,  jakiej  Papież  wszystkim  udziela.  Swoim 

milczeniem i cierpieniem. Miał głębokie poczucie Jego obecności. 

         

        Na  ile  dla  dziennikarzy  zagranicznych  tam  będących  istotne  było  to,  co  pisali  włoscy 

watykaniści: Luigi Accattoli, Vittorio Messori czy Mar co Politi? Czy to jakoś wpływało na ich relacje, 

było opiniotwórcze? 

         

        Wszyscy nawzajem uważnie się słuchali, przy czym Włosi słuchali raczej tylko Włochów. 

Każdy z dziennikarzy czytał takie tytuły, jak: „La Repubblica”, „Corriere delia Sera” czy „II Messagero”. 

Wszyscy  mieli  poczucie,  że  ten  Wielki  Piątek  będzie  zapewne  najbardziej  niezwykły  w historii  tego 

pontyfikatu,  bo  tym  razem  będzie  to  też  Droga  Krzyżowa  Jana  Pawła  II.  Tak  pisały  o tym  zgodnie 

niemal  wszystkie  włoskie  gazety.  Wcześniej  z tą  zgodnością  różnie  bywało.  Czasem  wybitni 

watykanisci kompletnie się ze sobą nie zgadzali. „Corriere delia Sera” pisał np. pół roku wcześniej, że 

Papież jest wyraźnie osłabiony, a „La Repubblica”, że zdecydowanie ożywiony. 

         

        Ja czytałem tylko niektóre ich teksty, jakie docierały do nas w wyborze. Tacy ludzie, jak 

Accattoli, Messori czy Politi, mają, sądzę, wielkie wyczucie religijne, poczucie tajemnicy. Ten ostatni 

napisał  w wiełkoczwartkowym  wydaniu  „ha  Repubblica”:  „Ta  Wielkanoc  to  męka  Karola  Wojtyły. 

W chwili próby otaczają go najbliższe osoby, a z Placu św. Piotra dochodzą do uszu serdeczne okrzyki 

wiernych. Jego męka jest świętą tajemnicą, dostępną nam wszystkim, kielichem goryczy, który zgodził 

się  wypid, łyk  po  łyku aż  do  kooca”.  I teraz ciekawa  uwaga: „W  przeszłości chorych  papieży  zawsze 

ukrywano przed rzeszami, ale nie jego. Papież przybyły z daleka zdecydował się pokazad swe rany jak 

Ecce Homo”. No, to już jest wyprzedzenie tego, co potem się stało wrażeniem dośd powszechnym: że 

śmierd  i odejście  Papieża  porównywano  ze  śmiercią  i męką  Chrystusa,  że  Papież  rzeczywiście  jest 

alter  Christi.  Pojawił  się  głos,  że  teraz  swoim  cierpieniem  i milczeniem  Papież  pisze  najpiękniejszą 

encyklikę.  Właściwie  mamy  tu  wstęp  do  rekolekcji,  których  udziela  sam  Jan  Paweł  II.  Mnie 

zastanowiło także to, co Politi pisze na koocu, iż „Papież wcale nie boi się śmierci (...) jest pogodny”. 

Co za paradoks, cierpied i byd pogodnym. 

         

        Tamten Wielki Piątek był też dla nas początkiem jakiejś drogi. Mieliśmy wrażenie, że to 

Droga  Krzyżowa  Jana  Pawła  II,  my  przy  niej  stoimy  i na  niego  patrzymy.  Ta  uwaga  Marca  Politiego 

była  absolutnie  słuszna.  Z jednej  strony  cały  czas  pojawiały  się  głosy,  dlaczego  Biuro  Prasowe 

Watykanu  podaje  tak  mało  informacji  o stanie  zdrowia  Papieża,  podejrzewano  jakiś  spisek, 

zastanawiano  się,  czy  aby  zdrowie  Papieża  nie  pogorszyło  się  dramatycznie,  a może  wręcz  już 

background image

odszedł, tylko my dowiemy się o tym dopiero za kilka dni! Nie było niemal dnia, żeby korespondenci 

którejś ze stacji telewizyjnych nie obdzwaniali pozostałych z pytaniem: wiemy już niemal na pewno, 

że „To” się stało, ale czy wy też możecie to potwierdzid? 

        Jednak,  jeśli  porównamy  to  z dotychczasową  tradycją  watykaoską  -  to  byliśmy  wręcz 

zasypywani  informacjami.  Kiedy  umierał  Pius  XI,  jeden  z dziennikarzy  podał:  „z  tego,  co  wiemy, 

wynika, że papież ma katar”. Następnego dnia dziennik  

         

        „L’Osservatore Romano” napisał, iż skandalem jest sugerowanie, że papież jest chory, to 

kompletna  bzdura  i niewybaczalny  nietakt.  Niecałe  24  godziny  później  Pius  XI  już  nie  żył.  Kiedyś 

uważano,  że  doniesienie  o katarze  to  już  jest  przekroczenie  granicy  intymności  papieża.  Trzeba 

pamiętad, że tam czas płynie o wiele wolniej, nic nie zmienia się tak szybko. Przyzwyczajenia trwają 

przez stulecia. Jak na standardy europejskie Biuro Prasowe udzielało rzeczywiście skandalicznie mało 

informacji,  jak  na  standardy  Stolicy  Apostolskiej  Joaquin  Navarro-Valls  był  człowiekiem  szalenie 

otwartym, rozmownym i dostępnym. Niezależnie od oceny polityki informacyjnej, o zdrowiu Papieża 

wiedzieliśmy jednak dośd dużo. 

        Najlepiej to chyba ujął ks. Krajewski. Tym razem X stacja Drogi Krzyżowej „Odarcie z szat” 

        była w apartamencie papieskim. Ten człowiek, leżący w swoim pokoju, był wobec świata 

odarty  ze  wszystkiego.  Wiedzieliśmy  o jego  chorobie  niemal  wszystko.  O chorobie  Parkinsona 

i wszystkich  wynikających  z tego  komplikacjach,  o trudnościach  z poruszaniem  się,  z oddychaniem, 

o rurce  tracheotomicznej,  kłopotach  z jedzeniem.  Wiedzieli  o tym  ludzie  na  drugim  koocu  świata. 

A dotyczyło to Głowy Kościoła. Jeszcze nie tak dawno przecież byłoby to nie do pomyślenia. 

         

        W  Polsce  zaczęliśmy  tak  patrzed  po  fakcie,  po  relacjach  z zakooczonej  Drogi  Krzyżowej 

w Koloseum.  Kiedy  zaczęto  publikowad  wśród  innych  tekstów  także  tekst  rozważao  autorstwa 

kardynała Ratzingera, to trudno było się uwolnid od myśli, że ich centrum jest Chrystus, Ten, który tą 

drogą podąża i zaprasza do tego, byśmy tę drogę odczytywali w świetle wiary, jako dziejącą się teraz 

i że  my  tą  drogą  idziemy,  jesteśmy  tam  obecni,  Ojciec  Święty  jest  z nami;  ale  trudno  też  było  nam 

jakby nie podkładad pod postad Chrystusa obrazu i postaci Papieża. Najpierw pomyślałem, że to jest 

swego rodzaju nadużycie, ale z drugiej strony przez swoje człowieczeostwo Jezus jest bratem Karola 

Wojtyły,  a Karol  Wojtyła  jest  bratem  Jezusa,  obaj  przechodzą  do  Życia  przez  cierpienie.  Ratzinger 

pisze, że Jezus tłumaczy swoją ziemską wędrówkę losem ziarna pszenicy rzuconego w ziemię, które 

wydaje owoc  poprzez  swoje  obumarcie;  no  i znowu  trudno  oprzed  się  porównaniu:  Papież  -  ziarno 

pszenicy; pisze dalej, że Droga Krzyżowa staje się drogą, wiodącą do wnętrza misterium Eucharystii, 

pobożnośd ludowa i sakramentalna łączą się i stapiają; no, czyż to nie jest to, co chciał pokazywad Jan 

Paweł II? Czy to nie znowu o nim? I dalej: Droga Krzyżowa powinna byd szkolą wiary, która ze swej 

background image

natury działa poprzez miłośd, co oczywiście nie oznacza, że trzeba wykluczyd uczucie; no i znowu, czy 

to  nie  jest  o nim?  Dalej  pisze  kardynał:  „my  jednak  jesteśmy  przywiązani  do  naszego  życia  i nie 

chcemy go porzucid, ale zachowad je w całości, posiąśd, a nie ofiarowad, Ty jednak nas poprzedzasz 

i pokazujesz, że możemy ocalid nasze życie jedynie ofiarowując je poprzez towarzyszenie Ci na Drodze 

Krzyżowej”. Ratzinger mówi do Jezusa, ale przecież w jakiś sposób także do Papieża. 

        Wiemy, bo mogliśmy to zobaczyd, jak podczas Drogi Krzyżowej w Koloseum Jan Paweł II 

siedział w swojej prywatnej kaplicy i trzymał mocno duży krzyż, był właściwie do niego przytulony, jak 

pięknie pokazał to Arturo Mao na zdjęciu. I pomyślałem sobie: „Ty nas poprzedzasz, ty, Janie Pawle II, 

ukazując całym sobą, że możemy ocalid nasze życie tylko je ofiarowując. Czy też tak to odbierałeś? 

        A  inni  dziennikarze?  Przecież  było  wielkie  oczekiwanie  na  tę  Drogę  Krzyżową  z uwagi 

także na autora rozważao do niej... 

         

        Większośd  z nas wtedy  źle  zrozumiała  ten tekst,  a może  w pośpiechu  skupiliśmy  się  nie 

na całości, a na najbardziej sugestywnych fragmentach. Jeżeli przejrzed doniesienia agencyjne z tego 

dnia - to okaże się, że najczęściej zwracano uwagę na słowa o „brudzie w Kościele”. Zresztą sam fakt, 

że  to  kardynał  Ratzinger  napisał  te  rozważania,  było  już  jakimś  wpływem  Opatrzności,  bo  jako 

pierwszemu  zaproponowano  to  Vittorio  Messoriemu.  Ten  jednak  odpowiedział,  że  nie  czuje  się  na 

siłach i wtedy Papież poprosił prefekta Kongregacji Doktryny Wiary. 

        Myślę, że to rzeczywiście był jego początek drogi do konklawe. Gdyby to Messori napisał 

te  rozważania,  nie mówiono  by  tak  dużo  o kardynale  jeszcze  w ostatnich  dniach  życia  Papieża.  Ten 

tekst  zrobił  nie  tylko  wielkie  wrażenie  na  mediach,  ale  i na  dostojnikach  Kościoła.  Był  naprawdę 

mocny. Większośd z nas i agencji powtarzała zdanie, w którym Ratzinger porównał Kościół do tonącej 

łodzi. Trudno sobie wyobrazid, by takie porównanie nie wzbudziło co najmniej zaciekawienia. 

         

        To było przy stacji IX, a przecież jest ich czternaście. Mimo to media  przytaczały tylko te 

słowa o brudzie w Kościele, o grzeszności ludzi wewnątrz Kościoła... 

         

        Dokładnie tak. Uważano, że to wielki głos potępienia wobec grzesznych księży. Z jednej 

strony kardynał myślał tak jak Papież, że powołaniem kapłana jest szukanie świętości i wskazując na 

winy  Kościoła,  zapewne  miał  rację.  Trzeba  przepraszad  nie  tylko  za  grzechy  jego  przedstawicieli 

popełnione  w minionych  wiekach,  co  Jan  Paweł  II  uczynił  w roku  2000,  ale  też  posypad  głowę 

popiołem wobec tego, czego jesteśmy świadkami teraz. Tyle, że całośd rozważao Ratzingera nie miała 

w sumie tak „mrocznej” wymowy. Zaczynała się przecież od zdania: „Żeby ziarno wydało, plon musi 

obumrzed”... 

         

background image

        ...potem jest mowa o kąkolu, przeważającym nad zbożem na tym polu Bożym... 

         

        ...a  kooczy  się  wszystko  wezwaniem  do  radości  ze  Zmartwychwstania  Paoskiego.  Mało 

kto  jednak  wtedy  to  zauważył.  Zastanawiano  się,  skąd  ta  posępnośd  u jednego  z najbliższych 

współpracowników Papieża? Skąd w nim ta surowośd? 

         

        Której nie ma w Janie Pawle II... 

         

        ...tylko że w Ratzingerze chyba też jej nie ma, a przynajmniej nie tak bardzo jak niektórzy 

sądzili! On uważał, że grzesznośd ludzi Kościoła nie zwalnia ich z wysiłku poszukiwania świętości, a na 

koniec  wzywał  do  radości.  Jeśli  tego  nie  dostrzeżono,  to  także  dlatego,  że  media  potrzebują 

„mocnych”  newsów.  Nie  było  wtedy  newsem  to,  że  kardynał  wzywał  do  radości  ze 

Zmartwychwstania Paoskiego, ale to, że mówił o „brudzie w Kościele”. 

         

        To  prawda,  u nas  w kraju,  komentując  te  rozważania,  zwrócono  uwagę  na  to,  co 

powiedziałeś wcześniej. Nie było tego radosnego akcentu. 

         

        Tak  relacjonowała  to  też  zdecydowana  większośd  dziennikarzy.  TVP  jest  zrzeszona 

w Eurowizji,  skupiającej  wszystkie  publiczne  stacje  TV  Europy,  obsługuje  ona  też  niektóre  wielkie 

stacje  amerykaoskie.  W biurze  Eurowizji,  niedaleko  Placu  św.  Piotra  jest  newsroom,  skąd  wszyscy 

przez  satelitę  nadają  swoje  materiały.  Spędzałem  tam  kilka  godzin  dziennie.  Słyszałem  więc 

komentarze  Francuzów,  Włochów,  Hiszpanów,  Anglików,  Niemców,  oni  słyszeli  nasze,  prosząc, 

żebyśmy im je przetłumaczyli. 

        I  akurat  te  rozważania  Ratzingera  zostały  skomentowane  tylko  w ten  sposób.  Dopiero 

później  ks.  Krzysztof  Nykieł  z Kongregacji  Doktryny  Wiary,  współpracownik  kardynała  Ratzingera 

zwrócił  mi  uwagę,  że  nie  zauważyliśmy  w tym  tekście  wielu  ważnych  treści.  Wyobraźmy  sobie,  że 

dziennikarz  ma  30  sekund,  żeby  zacytowad  z tych  rozważao  tylko  dwa  zdania.  Czy  ktoś  wybierze 

zdanie: „ziarno musi obumrzed,  żeby  wydad plon” i „radujmy się, Pan  zmartwychwstał”, czyż raczej 

powie, że zdaniem Ratzingera „Kościół przypomina tonącą łódź”? 

         

        Vittorio  Messori  napisał,  że  rozważania  te  nie  były  czymś  wyjątkowo  oryginalnym,  ale 

nazwał  je  literackim  gatunkiem  medytacji  pokutnej.  0  ich  autorze  napisał,  że  jedną  z jego 

największych obaw jest przekształcenie Ewangelii chrześcijaostwa w ideologię. Byd może trochę sobie 

pluł w brodę, że sam ich nie napisał. 

         

background image

        Ten  komentarz  był  ważny;  wiedzieliśmy  bowiem,  że  pisze  go  ktoś,  kto  mógł  byd  na 

miejscu  Ratzingera  jako  autor  rozważao.  Poza  tym  Messori  jest  osobą  doskonale  przygotowaną 

teologicznie  do  komentowania  takich  rozważao.  I to  on  wydobył  na  plan  pierwszy  właśnie  wątek 

pokuty. 

        Kiedy rozmawiając z kardynałem półtora roku wcześniej, pytałem go o największe obawy 

dotyczące przyszłości Kościoła - mówił o relatywizmie. O tym, że nagle może się okazad, że wiara nie 

jest jedyną drogą do zbawienia i jedynym prawdziwym opisem świata, jak powinni uważad katolicy, 

ale  jednym  z wielu  różnych  pomysłów  na  życie.  Chodzenia  do  kościoła  nie  można  porównywad  do 

chodzenia na mecze piłki nożnej. Chod większości Włochów akurat to porównanie byłoby bliskie. 

         

        Gwoli  porządku  powiedzmy,  że  wcześniej  było  nabożeostwo  Męki  Paoskiej,  któremu 

przewodniczył  Penitencjarz  Apostolski,  kardynał  James  Francis  Stafford,  kazanie  zaś  wygłosił 

Kaznodzieja  Domu  Papieskiego,  o.  Raniero  Cantalamessa.  W swojej  linii  odpowiadało  późniejszym 

rozważaniom  z Drogi  Krzyżowej.  Kapucyn  mówił,  że  w dzisiejszym  świecie  przeciwko  Chrystusowi 

istnieje  pewna  przemy  słana  taktyka,  Ewangelia  zaś  nie  jest  opowieścią,  którą  możemy  traktowad 

dowolnie,  Jezus  zaś  nie  jest  jednym  z wielu  bohaterów,  hipisem  czy  rewolucjonistą.  To  też 

komentowano? 

         

        Raczej nie. Większośd z nas była wtedy skupiona na Janie Pawle II. To, co nie było z nim 

bezpośrednio  związane,  odkładaliśmy  trochę  na  drugi  plan.  Rozważania  na  Drogę  Krzyżową 

traktowaliśmy trochę jak głos samego Ojca Świętego. Poza tym wielkim wydarzeniem była transmisja 

telewizyjna  z nabożeostwa.  Wokół  Koloseum  już  wcześniej  ustawiono  olbrzymie  telebimy,  by  byd 

gotowym do pokazania na nich Papieża, ale nie było wcale przesądzone, czy będzie to możliwe. Nie 

wiedzieliśmy też, czy Jan Paweł II przemówi, czy pozdrowi wiernych? Widok Papieża w jego prywatnej 

kaplicy, modlącego się wraz z wiernymi w czasie nabożeostwa, był chyba dla wszystkich poruszający. 

Zwłaszcza  chwila,  gdy  wziął  w ręce  krzyż.  Było  pewnym  rozczarowaniem,  że  nie  zobaczyliśmy  jego 

twarzy.  Niektórzy  sugerowali,  że  kamery  nie  ustawiono  przed  Papieżem,  by  nie  pokazywad,  w jak 

ciężkim jest stanie. Prawdę mówiąc, też tak wtedy myślałem, ale teraz wierzę, że nie ustawiono jej 

tam  przede  wszystkim  dlatego,  że  jego  współpracownicy  uznali,  że  to  już  byłaby  przesada,  żeby 

zaglądad mu w tak przejmującej chwili w oczy. Jeśli miał uczestniczyd w modlitwie, musiał mied chod 

trochę intymności. 

        Następnego dnia rozmawiałem z arcybiskupem Stanisławem Dziwiszem, który powiedział 

mi,  że  jakoś  zabolało  go,  gdy  usłyszał  jeden  z polskich  komentarzy,  iż  „po  raz  pierwszy  Papież  nie 

uczestniczył w Drodze Krzyżowej”. Powiedział: „No jak to? Tak staraliśmy się, żeby cały świat widział, 

background image

że  właśnie  uczestniczy.  Owszem,  nie  przewodniczył  nabożeostwu  bezpośrednio  w Koloseum,  ale 

uczestniczył”. 

        I  pewnie  rzeczywiście  tak  trzeba  było  na  to  patrzed.  To  była  niewątpliwie  jego  Droga 

Krzyżowa  -  i w  Koloseum,  i w  Pałacu  Apostolskim.  Nie  ma  jednak  wątpliwości,  że  tamtej  nocy  był 

z wiernymi. 

         

        Kardynał  Camillo  Ruini  odczytał  przesłanie  Papieża  do  uczestników  tej  drogi,  w którym 

znalazły się słowa: „duchowo jestem z wami i adoracja krzyża odsyła nas do zadania, od którego nie 

wolno  nam  się  wymówid,  misji,  którą  św.  Paweł  wyraził  w słowach  -  i to  są  te  słowa  z Listu  do 

Kolosan, które  od tamtego momentu aż do pogrzebu Papieża nieustannie wracały w mojej  pamięci 

jako rodzaj motta - "w moim ciele dopełniam braki udręk Chrystusa dla dobra Jego Ciała, którym jest 

Kościół" (...) Ofiarowuję moje cierpienia, aby wypełnił się plan Boży”. 

        Teraz  można  powiedzied,  że  Papież  rozpoczął  prowadzenie  nas  przez  swoją  śmierd. 

Wtedy jednak chyba nikt tego tak nie odbierał. 

         

        Tym  bardziej,  że  uwagę  wszystkich  wkrótce  przyciągnęły  rozważania  kardynała 

Ratzingera, zwłaszcza te przy IX stacji. Papież wiele razy mówił o zbliżaniu się do kooca swojej drogi, 

słowa  pożegnania  wypowiadał  w różnych  miejscach,  chodby  w Lourdes.  W tym  liście  tłumaczył,  jak 

sam rozumie swoje cierpienie: to jego ofiara, i myśl, że mógłby od niej uciec, od tej chwili stawała się 

zupełnie absurdalna. 

         

        Następnego  dnia,  w Wielką  Sobotę,  liturgii  Wigilii  Paschalnej  w Bazylice  św.  Piotra 

przewodniczył  kardynał  Joseph  Ratzinger,  który  apelował:  „zbudźmy  się  z naszego  znużonego 

chrześcijaostwa, pozbawionego zapału, powstaomy i chodźmy za Chrystusem, prawdziwym światłem 

i życiem”. Zaś w odczytanym przez niego przesłaniu Papieża znalazły się słowa: „(...) prowadzeni przez 

liturgię  prosimy  Pana  Jezusa,  aby  świat  zobaczył  i uznał,  że  dzięki  Jego  męce,  śmierci 

i zmartwychwstaniu,  to,  co  było  zburzone,  zostało  odbudowane,  co  się  postarzało,  odnawia  się, 

wszystko zaś powraca piękniejsze niż przedtem, w swojej pierwotnej doskonałości”. 

        I  z dzisiejszego  punktu  widzenia  można  powiedzied,  iż  Jan  Paweł  II  mówił  o tym,  że 

zmartwychwstanę ja, który umieram, i my wszyscy. I oto kolejna odsłona dramatu Następcy Piotra, 

ale  i wskazówka,  jak  ten  dramat  odczytywad,  jak  rozumied.  „To,  co  się  postarzało...”  napisał, 

a przecież  w ostatnich  miesiącach  życia  to  starzenie  się  nabrało  tempa.  Przeczytałem,  że  Ojciec 

Święty schudł aż 19 kg. 

        Czy to wszystko w ogóle można było przekazad w dziennikarskiej relacji? 

background image

        Czy  miałeś  poczucie,  że  mówisz  o tym,  co  najważniejsze,  czy  o tym,  co  chcą  usłyszed 

w Warszawie? 

         

        Byliśmy  trochę  bezradni  wobec  obrazu  milczącego  Papieża,  który  bierze  do  ręki  krzyż, 

który drży w jego dłoniach. To było tak przejmujące, że nie wymagało komentarza. Jak się okazało, to 

były  jedne  z ostatnich  zdjęd  Papieża.  Potem  ukazał  się  jeszcze  dwa  razy  w oknie  i odszedł.  Później 

zobaczyliśmy  już  go  złożonego  na  marach.  Kardynał  Ratzinger  miał  pewnie  dużo  racji,  mówiąc 

o znużonym chrześcijaostwie. Było znużone, ale może ożyło w ostatnich godzinach życia Jana Pawła 

II.  Miliony  ludzi,  które  od  dawna  się  nie  modliły,  znów  to  zrobiły,  poszły  do  kościoła;  co  z tego 

zostanie, czas pokaże. 

        I nagle te słowa o „ofiarowaniu cierpienia za świat”, które ktoś mógł uznad za zbyt pełne 

patosu  -  okazały  się  jakoś  prawdziwe!  Jego  cierpienie  miało  wpływ  na  miliony  ludzi,  także  tych 

niewierzących. Najbliższe  otoczenie Papieża miało tę  świadomośd, tak  jak  wydaje mi się, że  miał  je 

Konrad Krajewski, ale większośd z nas wtedy jeszcze nie. 

         

        Wielka  Sobota  była  dla  nas  dniem  rozpamiętywania  tego  obrazu  Papieża  z krzyżem 

w dłoniach i dniem oczekiwania na Niedzielę Zmartwychwstania. 

        Domyślaliśmy  się,  że  Papież  pobłogosławi  wiernych,  ale  zastanawialiśmy  się,  czy 

przemówi.  Zrobił  to  przecież  w dniu,  gdy  opuszczał  Gemelli  i mieliśmy  nadzieję,  że  teraz  też  go 

usłyszymy. 

         

        Nadeszła zatem Niedziela Zmartwychwstania. 

         

        Rano  już  wiedzieliśmy,  że  Papież  nie  wypowie  błogosławieostwa  Urbi  et  Orbi.  I nikt  go 

w tym  nie  zastąpi. Mimo  to  większośd  z nas  spodziewała  się,  że  przemówi  i widzieliśmy,  jak  bardzo 

chciał.  Ks.  Mieczysław  Mokrzycki  przystawił  mu  mikrofon.  Jak  dowiedziałem  się  potem,  niemal  tuż 

przed  ukazaniem  się  w oknie  dwiczył  mówienie  i wszystko  się  udawało.  Może  emocje  i wzruszenie 

były potem zbyt duże i dlatego nie udało mu się wydobyd głosu? To musiało byd dla niego dramatem. 

Przez  tyle  lat  przemawiał  do  milionów,  elektryzował  swoim  głosem  i nagle  on,  Głowa  Kościoła,  nie 

może  nic  powiedzied  do  swoich  wiernych!  Oczywiście,  oni  mówili:  „Wystarczy,  że  się  pokażesz,  że 

uczynisz znak krzyża”. On sam był wyraźnie zły na siebie. To było widad. Uderzył dłonią w pulpit, to 

była złośd z bezsilności. 

        Z dziennikarzami z całego świata staliśmy ponad kolumnadą na Placu św. Piotra. W sumie 

było tam chyba ponad 50 kamer, mimo że telewizja watykaoska transmitowała nabożeostwo na cały 

background image

świat.  Jednak  wszyscy  chcieli  tam  byd.  Potem  zeszliśmy  na  dół  na  plac.  Wierni  byli  szczęśliwi,  że 

Papież po prostu jest. 

        Spotkaliśmy  wielką  grupę  pielgrzymów  z Ukrainy.  To  było  wspaniałe.  Przekonywali  nas, 

że  to  ich  ukochany  Papież.  Powtarzali  słowa,  jakie  mały  Karol  Wojtyła  wypowiedział  niegdyś  do 

Jerzego Klugera, swego żydowskiego przyjaciela ze szkoły w Wadowicach: „Wszyscy jesteśmy dziedmi 

jednego Boga”. Ukraiocy dodawali jeszcze: „No i Papieża mamy jednego, gdyby wszyscy na świecie go 

słuchali, to byłoby lepiej, ale, niestety, nie słuchają”. Spotkałem też jednak Amerykanów, którzy byli 

rozczarowani  -  przejechali  tysiące  kilometrów,  opłacili  wycieczkę,  chcąc  usłyszed  Papieża,  a on  nie 

mówi.  Brzmiało  to  tak,  jakby  chcieli  zaskarżyd  biuro  podróży.  W planie  było  zwiedzanie  Panteonu, 

Koloseum, Plac św. Piotra, i jedna z „atrakcji” zawiodła. Słyszałem też głosy: „No, jeśli Papież nie może 

mówid, to ktoś to powinien przemyśled, czy tak może działad Kościół”. 

        Zdecydowana  większośd  jednak  podzielała  opinię  Ukraioców.  Tysiące  młodych  ludzi 

mówiących po hiszpaosku krzyczało „Kochamy Cię, Juan Pablo Secondo”. 

        Wierni na placu zareagowali zapewne bardziej entuzjastycznie na pojawienie się Papieża 

niż  ci,  którzy  widzieli  to  w telewizji.  Tak,  jak  pod  Gemelli,  z bliska  było  „gorzej  widad”.  Z odległości 

kilkudziesięciu metrów widzieliśmy tylko sylwetkę Papieża podchodzącego do okna, a nie wyraz jego 

twarzy,  na  której  cierpienie  było  aż  nadto  wyraźne  w telewizji.  Ten  obraz  był  wstrząsający  i to  on 

zdominował relację mediów z całej mszy świętej. To nie był z pewnością tak radosny dzieo, jakim jest 

przecież Niedziela Zmartwychwstania. Przez cierpienie Papieża to był wciąż Wielki Piątek. 

        Stałem  w grupie  hiszpaoskich  i polskich  pielgrzymów,  którzy  na  kilka  minut  przed 

pojawieniem się Papieża wpadli w euforię. Kiedy się już pokazał i uczynił znak krzyża, widziałem, jak 

kilka osób się rozpłakało, ale większośd z radości śpiewała. Niektórzy narzekali, że nawet gdyby teraz 

Papież się odezwał, to w tym hałasie krzyków: „Kochamy Cię” i tak nikt by go nie usłyszał. Ale myślę, 

że  te  okrzyki  sprawiały  mu  radośd,  ten  autentyczny  entuzjazm  tysięcy  młodych  ludzi  musiał  byd 

przejmujący. 

         

        Na  tym  przykładzie  widad,  jak  nośny  jest  obraz,  jak  pozostaje  i działa  bardziej  niż 

jakiekolwiek słowa... 

         

        Tak.  Kiedy  wróciłem  z Placu  św.  Piotra  do  Biura  Eurowizji,  wyjąłem  taśmę  z naszej 

kamery i zobaczyłem w zbliżeniu Papieża w oknie, walczącego ze swoją niemocą - to było porażające. 

Wszyscy  przeżyliśmy  to  tak  samo.  Mój  montażysta  był  Anglikiem  i zareagował  identycznie.  Przez 

minutę wszyscy milczeli. Jak na pracę w telewizji to bardzo długo. 

         

background image

        Następnego dnia „The Times” napisał: „Ze wszystkich mszy wielkanocnych odprawionych 

na Placu św. Piotra nie  było podobnej  do tej, której byliśmy świadkami wczoraj. Była to msza Ciała 

i Krwi  Chrystusa,  ale  także  łez  w oczach  wielu  wiernych  nad  schorowanym,  ale  heroicznym 

najwyższym kapłanem”. 

         

        Rzymianie doskonale znali Papieża. „Zawsze przecież przychodzili w niedzielę na Plac św. 

Piotra  z dziedmi,  które  rosły  wraz  z tym  pontyfikatem.  Przyzwyczajone  do  pełnego  entuzjazmu, 

silnego  Papieża,  potrafiącego  żartowad  i śmiad  się.  Ci  ludzi  naprawdę  płakali,  widząc,  jak  walczy 

z cierpieniem, które jest od niego silniejsze. To musiał był dla nich porażający obraz. 

         

        Wśród  wielu  komentarzy  pojawił  się  i taki,  dyrektora  Radia  Watykaoskiego,  Federico 

Lombardiego,  iż  „kto  był  tego  świadkiem,  nie  zapomni  nigdy  tego  wydarzenia,  które  na  trwałe 

wpisało się w historię Kościoła i ludzkości”. 

        Co robiłeś tego dnia wieczorem? Wraz z innymi dziennikarzami z Polski, tak jak w czasie 

pobytu Papieża w klinice Gemelli, spotkaliście się na kolacji? Rozmawialiście? 

         

        W  Wielkim Tygodniu i podczas świąt  spotykaliśmy się  rzadziej. Czasem przypadkiem na 

ulicy  albo  na  Placu  św.  Piotra.  Pracowaliśmy  w różnych  miejscach.  Kiedy  rozmawialiśmy  ze  sobą, 

wymienialiśmy się wiadomościami. Wiedzieliśmy, że jest źle, ale nie dopuszczaliśmy do siebie myśli, 

że koniec drogi jest aż tak bliski. 

        W  poniedziałek  zgodnie  z włoską  tradycją  wyjechaliśmy  za  miasto.  Pojechaliśmy  do 

Mentorelli,  o której  już  opowiadałem.  Ludzie  z miasteczka,  kiedy  dowiadywali  się,  że  jesteśmy 

z polskiej telewizji, prosili, żeby życzyd Papieżowi zdrowia, przekazad, że bardzo go kochają, są pełni 

nadziei  na  jego  wyzdrowienie.  Zakonnicy  w Mentorelli  nie  bardzo  wiedzieli,  czy  wypada  im  mówid 

o Papieżu w czasie jego choroby. Może należy milczed i słuchad jego milczenia. W koocu zdecydowali 

się  na rozmowę. Pomysł wyjazdu do Mentorelli podsunął nam ojciec Konrad Hejmo, a pomogła we 

wszystkim siostra Tarsycja. 

        Zanim  ją  poznałem,  myślałem,  że  zakonnice  są  raczej  nieśmiałe,  powściągliwe 

i wystraszone na myśl o spotkaniu z dziennikarzami. Tarsycja jest jedną z najbardziej radosnych osób, 

jakie  spotkałem.  Należy  do  Zgromadzenia  Sióstr  Uczennic  Boskiego  Mistrza.  Siostry  z tego 

zgromadzenia  obsługują  watykaoską  centralę  telefoniczną.  Ta  drobna  kobieta  jest  skałą  wiary.  To 

przekonanie  podzielają  chyba  wszyscy  polscy  dziennikarze,  którzy  ją  poznali. Dla niej nie ma rzeczy 

niemożliwych. Jest przy tym najbardziej pogodzoną ze światem osobą, jaką znam. Ona mówi: Jezus 

mnie kocha i ja kocham Jezusa, Papież jest naszym ojcem, razem stanowimy rodzinę. I w Tarsycji była 

background image

wiara,  że  Papież  się  podźwignie  i jeszcze  długo  będzie  z nami.  A do  tej  pory  wszystko,  co  mówiła 

Tarsycja, zawsze się sprawdzało. 

         

        Czy kontakt z taką osobą był dla Ciebie bodźcem, żeby wyjśd ze skóry dziennikarza i wejśd 

w siebie  jako  człowieka,  zastanowid  się,  jak  to  przeżywam,  czy  też  to  był  drogowskaz,  jak  myśled 

o toczących się wydarzeniach? 

         

        Chciałbym  odpowiedzied  coś  wzniosłego,  ale  prawda  jest  taka,  że  wtedy  pracowaliśmy 

tak  dużo  i tak  szybko,  że  nie  mieliśmy  czasu,  żeby  zastanawiad  się  nad  sobą.  Na  pewno  spotkanie 

z Tarsycja było dla mnie ważne. Ona w pewnym momencie powiedziała: „Matko, co ja robię? Ja  się 

z dziennikarzem przyjaźnię?”. Ona jest jedyną osobą, która potrafi znaleźd w Watykanie każdego, zna 

na  pamięd  chyba  wszystkie  tamtejsze  numery  telefonów.  Jeśli  ktoś  chciałby  odnaleźd  któregoś 

z tamtejszych dostojników - Tarsycja będzie w tym skuteczniejsza niż CIA. Ma wspaniałe podejście do 

życia. Uważa, że należy zrobid wszystko, co się da, ale coś zostawid też do zrobienia Panu Bogu. „Jak 

my wszystko zrobimy - to co Jemu zostanie?”. Jest jedną z najbardziej pracowitych osób, jakie znam, 

więc to nie jest wymówka, by nic nie robid. 

         

        Z Mentorelli wróciliście wieczorem... 

         

        ...i  czekaliśmy  na  środę,  dzieo  tradycyjnej  audiencji  generalnej.  Cały  czas  nie  było 

żadnych komunikatów lekarskich. Przypuszczaliśmy więc, że nie jest gorzej. Wiedzieliśmy, że Papież 

dwiczy mówienie, że rozmawia z odwiedzającymi go kardynałami. Chod były momenty, kiedy nie był 

w stanie  mówid  -  pisał  na  małych  karteczkach.  W pewnej  chwili,  leżąc  w łóżku,  napisał:  „Obródcie 

mnie”. Nie miał siły, by samemu zmienid niewygodną już pozycję. Wiedzieliśmy, że są chwile gorsze 

i lepsze, ale ufaliśmy, że organizm jeszcze pokona chorobę. 

         

        We  wtorek  w prasie  włoskiej  pojawiły  się  dywagacje  na  temat  zdrowia  Papieża 

z sugestiami  powrotu  do  szpitala,  żeby  sprawdzid,  co  z rurką  tracheotomiczną  i przeprowadzid 

badania,  a z  drugiej  strony  lekarz  papieski,  profesor  Renato  Buzzonetti,  mówił,  że  jest  spokojny 

o papieską rekonwalescencję, czyli informacje były sprzeczne. 

         

        Tak, i wszyscy dziennikarze mieli poczucie, że jest to najtrudniejszy temat, jaki dany nam 

jest  w życiu  komentowad.  Każde  słowo  było  ważne,  mogło  budzid  niepokój  lub  nadzieję.  Niektórzy 

uspokajali  się,  myśląc,  że  gdyby  było  bardzo  źle  -  to  byłby  przewieziony  do  szpitala,  ale  ja  byłem 

background image

przekonany, że Papież już nigdy nie pojedzie do Gemelli. To, że jest wciąż w Pałacu Apostolskim, nie 

musiało więc oznaczad, że stan nie jest ciężki. 

        Głosy mówiące, że jutro z całą pewnością pojawi się w oknie albo na pewno nie pojawi - 

były  niepoważne.  Tego  nikt  nie  wiedział  do  godziny  przed.  Owszem,  jego  ukazanie  się  było 

planowane, ale ostateczna decyzja miała zapaśd tuż przed. 

        Tego  dnia,  we  wtorek,  w Domu  Pielgrzyma,  rozmawiałem  z polskim  małżeostwem 

z Niemiec,  których  dwumiesięczny  syn  został  tego  dnia  ochrzczony  w Watykanie.  Następnego  dnia 

wybierali się na Plac św. Piotra, żeby „mały zobaczył Papieża i by Papież go pobłogosławił”. 

        I  jak  zaplanowali,  tak  się  stało.  Dla  nas  ta  środa,  to  była  też  opowieśd  o tym  chłopcu, 

najmłodszym, jakiemu dane było byd na tej ostatniej, jak się okazało, audiencji Jana Pawła II. 

        To,  co  było  przejmujące  dla  wielu  osób,  które  podróżowały  z Papieżem,  jak  arcybiskup 

Piero  Marini,  to  przekonanie,  że  na  tych  wielkich  spotkaniach,  tak  jak  w Manili  na  Filipinach,  kiedy 

zgromadziło  się  tam  5  min  ludzi  -  Papież  nigdy  nie  mówił  do  „tłumów”.  On  nie  lubił  bardzo  tego 

słowa.  Mówił:  zgromadzenie  albo  rzesze,  ale  nie  tłum.  I mówił  do  każdego  z tych  ludzi  z osobna. 

Każdy mógł mied poczucie, że Papież mówi do niego. Kiedyś Angela Butiglione z RAI opowiadała mi 

o pielgrzymce,  na  jakiej  z Janem  Pawłem  II  była  gdzieś  w sercu  Afryki.  Wylądowali  w pewnym 

momencie  „pośrodku  niczego”,  w wiosce,  w której  mieszkało  około  50  osób.  Gdy  oni  zobaczyli 

helikopter i człowieka w bieli, który do nich się zbliżał, to musiało wyglądad to jak wydarzenie niemal 

biblijne,  jakby  zstąpił  do  nich  z niebios.  Ale  po  chwili  traktowali  go  jak  członka  rodziny.  Nieważne 

było,  czy  stoi  się  w grupie  kilku  milionów  ludzi,  czy  kilku  osób  -  można  było  mied  wrażenie,  że  dla 

Papieża każdy jest tak samo ważny. 

        I taka była też ta środa. Spotkanie z tym małżeostwem z Niemiec, Polką z Florydy, która 

się rozpłakała, bo spełniło się marzenie jej życia - „spotkała Papieża”. 

        Ale  odchodziliśmy  z placu  mocno  już  przygnębieni.  Gdy  usłyszeliśmy  charkot,  jaki 

wydobył  się  z gardła  Papieża,  gdy  próbował  przemówid  -  zrobiło  to  jeszcze  większe  wrażenie  niż 

w niedzielę. To dowodziło siły charakteru Papieża. Raz jeszcze podjął próbę, chod wiedział, że może 

się nie udad, tak jak trzy dni wcześniej. A jednak zaryzykował. Zdecydował się na to, wiedząc, że obraz 

zmagającego się z niemocą Papieża będzie dla wiernych przejmujący. Ale on chciał pewnie po prostu 

         

        dlatego,  że  uważał,  że  obowiązkiem  Papieża  jest  mówienie  do  wiernych.  Tego  nie 

zrobiłby żaden polityk, uznałby, że lepiej poczekad aż będzie w pełni sił. Lepiej nie okazywad słabości. 

Jego  siłą  była  uczciwośd  i właśnie  przyznanie  się  do  słabości.  Częśd  ludzi  na  placu  oczywiście  nie 

mogła tego widzied, ale ci, którzy tam płakali, zdawali sobie sprawę, że to chyba pożegnanie. Tak to 

wyglądało. Odchodzącego od okna w głąb swego pokoju Papieża, wierni żegnali łzami i jak się potem 

okazało, wówczas widzieliśmy go po raz ostatni. 

background image

         

        Oficjalnie  audiencja  została  odwołana,  odczytano  jego  pozdrowienie  po  włosku 

i niemiecku, słowo do Polaków przekazał ks. Paweł Ptasznik. 

        To  jednak  okazało  się  mniej  istotne  wobec  przeżyd,  towarzyszących  pokazaniu  się  Jana 

Pawła II w oknie swojego apartamentu... 

         

        Tak,  ponad 60%  informacji, jakie  przyswajamy, oglądając telewizję,  to obraz. Znaczenie 

słów to tylko 20%. Cokolwiek 

         

         

        byśmy  wtedy  powiedzieli  -  nie  będzie  to  miało  nawet  części  tej  siły,  jaką  miały  tamte 

zdjęcia.  Wciąż  pamiętam,  jak  montując  materiał  tamtego  dnia,  zastanawiałem  się,  czy  można  to 

pokazad. To było naprawdę ostateczne obnażenie człowieka, ale uważaliśmy, że po prostu trzeba to 

pokazad. On wiedział, że to może byd dla wiernych bolesny widok, ale chciał byd z nimi, chciał do nich 

przemówid,  chod  nie  był  w stanie  pokonad  swojej  słabości.  Jednak  to  wciąż  była  jego  opowieśd. 

Opowieśd najpotężniejszego człowieka Kościoła, który tamtego dnia, w tamtej chwili, był najsłabszym 

z ludzi. 

        Od wielu osób słyszeliśmy, że Papież dwiczył wtedy mówienie, co przypominało mu lata 

spędzone  w teatrze,  kiedy  też  uczył  się  deklamacji.  Podobno  bardzo  go  bawiło,  że  w ten  sposób 

wraca do czasów młodości. Tylko teraz było dużo trudniej. 

        W tamtych dniach telewizja włoska pokazała dokument Giwanni Paolo II - Sine Die, czyli 

Jan  Paweł  II  -  bez  oznaczenia  dnia.  To  było  50  archiwalnych  materiałów,  bez  żadnego  komentarza, 

z 26  lat  pontyfikatu,  wybranych  spośród  ponad  1000  godzin  przejrzanych  materiałów.  To  było 

porażające zobaczyd pierwsze dni tego pontyfikatu, usłyszed prawie wykrzyczane słowa „Non abbiate 

paura!”  („Nie  lękajcie  się!”),  te  z warszawskiego  placu  Zwycięstwa,  czy  te  z Sycylii,  gdzie  niemal 

grzmiał  przeciwko  mafii.  Następnego  dnia  mafiosi  podłożyli  bomby  w trzech  kościołach. 

Wypowiedzieli  wojnę  Papieżowi,  ale  on  się  tego  nie  przestraszył.  Nikt  wcześniej  tak  nie  przyłożył 

mafii.  To  chyba  mało  znany  w Polsce  wątek  pontyfikatu.  Zderzenie  jego  siły  z tamtych  lat  i obrazu 

sprzed  kilku  godzin  było  porażające.  Niezwykła  droga,  którą  przebył  jako  Papież.  Ten  pontyfikat 

układał się w niezwykłą całośd - od chwili wyboru najmłodszego Papieża od 150 lat do najsłabszego 

fizycznie,  jakiego  świat  widział,  bo  tym  razem  choroba  Papieża  nie  była  zamknięta  w Pałacu 

Apostolskim, jak działo się do tej pory. 

         

        Tego dnia zaczęto podawad Papieżowi pokarm poprzez sondę żołądkowo-nosową... 

         

background image

        Już wcześniej wiedzieliśmy, że odżywiany jest przez kroplówkę. Kiedy dowiedzieliśmy się 

o sondzie, pomyśleliśmy, że  to zły znak,  bo organizm z taką  sondą może  funkcjonowad  kilkadziesiąt 

dni, ale nie dłużej. I co wtedy? Zastanawialiśmy się, czy wyjazd do Kolonii będzie możliwy, czy jednak 

odejście Papieża nie jest już kwestią kilku tygodni. 

         

        Wieczorem  stan  Ojca  Świętego  gwałtownie  się  pogorszył,  nastąpiło  zakażenie  dróg 

moczowych i spadek ciśnienia krwi, podano antybiotyki. O tym dowiedzieliście się we czwartek? 

         

        Stan Papieża, jak się potem dowiedziałem, pogorszył się dramatycznie w czwartek, około 

godziny  11.00.  My  dowiedzieliśmy  się  o tym  po  19.00.  Nie  wiedzieliśmy  jednak,  co  naprawdę  się 

stało.  Zastanawialiśmy  się,  czy  możemy  upublicznid  wiadomośd,  że  jest  już  bardzo  źle.  Nie  sposób 

było  jeszcze  wtedy  w pełni  potwierdzid  tych  doniesieo.  Czuliśmy  też  na  sobie  ciężar 

odpowiedzialności  -  wszystko,  co  powiedzą  polskie  media,  inne  natychmiast  to  podchwycą, 

wychodząc z założenia, że my wiemy więcej. 

        Amerykanie, z którymi rozmawiałem, uważali, że wiedzą sporo, bo - tak jak Włosi - mieli 

dostęp  do  lekarzy.  Krążyła  pomiędzy  dziennikarzami  informacja,  że  jedna  z amerykaoskich  stacji 

zaoferowała milion dolarów  za to, że  jako pierwsza poinformowana zostanie o śmierci Papieża. Nie 

wierzę jednak, że tak było. Jak by nie było, Polacy uważani byli za bardzo dobrze poinformowanych. 

        O  22.45,  czyli  na  kwadrans  przed  „Wiadomościami”,  rozmawiałem  z Warszawą,  czy 

powinniśmy  podad  informację  o pogorszeniu  się  stanu  zdrowia  Papieża.  Przekonywałem,  że  nie 

powinniśmy tego zrobid jako pierwsi. Do dziś nie wiem, czy zrobiłem dobrze. Jednak o 22.58 problem 

się  rozwiązał,  bo  rzecznik  prasowy  Watykanu,  Joaquin  Navarro-Valls  wydał  komunikat,  w którym 

stwierdzono,  że  doszło  do  zakażenia  dróg  moczowych,  obniżyło  się  ciśnienie  krwi,  pojawiła  się 

wysoka  gorączka i kłopoty z oddychaniem. Oznaczało to, że  sytuacja jest bardzo poważna i było już 

oczywiste,  że  musimy  o tym  powiedzied.  Tamtej  nocy  zapadła  decyzja,  że  następnego  dnia  do 

Watykanu przyjadą reporterzy, operatorzy i wydawcy z „Wiadomości”, „Panoramy” i „Teleekspresu”, 

w sumie kilkadziesiąt osób. 

        Po  23.00  telewizja  CNN  podała  absurdalną  wiadomośd,  że  Papieżowi  udzielono 

ostatniego  namaszczenia,  co  wywołało  już  niemal  panikę.  Rzecz  w tym,  że  w Kościele  katolickim 

w ogóle nie ma takiego sakramentu. Po reformach Soboru Watykaoskiego II jest sakrament chorych. 

Nie chodziło tylko o zmianę nazwy, ale całe jego rozumienie - sakrament chorych to taka interwencja 

Pana Boga w przebieg choroby, rodzaj lekarstwa, a nie pożegnanie chorego ze światem. 

        Tymczasem  CNN  analizował  przez  6  godzin  to,  co  -  ich  zdaniem  -  się  stało,  pytając 

kapłana  w studio:  „Jakie  to  musiało  byd  przeżycie  dla  księdza,  który  udzielał  Papieżowi  ostatniego 

namaszczenia?”. I dodając co kilka minut: „Jesteśmy świadkami ostatnich godzin życia Papieża”. 

background image

        Rozmawiałem  tamtej  nocy  na  dachu  gmachu  Eurowizji,  skąd  nadawaliśmy, 

z dziennikarzami innej amerykaoskiej stacji - ABC o tym, co robił CNN. Byli w szoku, że można robid 

takie głupoty. Żaden z dziennikarzy ABC nie powiedział nic o ostatnim namaszczeniu”. 

        Potem profesor George Weigel, biograf Papieża, powiedział, że jeżeli świat ogląda przede 

wszystkim CNN, to nie dziwi się, dlaczego są takie antyamerykaoskie nastroje. 

        Ale  wówczas  cały  świat  naprawdę  się  uczył  i nikt  nie  wiedział,  jak  komentowad  to 

wszystko. Ważne było jednak, żeby robid to spokojnie, a nie budowad napięcie, tak jakby to był film 

grozy - a to robił mimowolnie CNN. 

         

III 

       DZIEO TRZYDZIESTY SZÓSTY - DZIEO CZTERDZIESTY TRZECI 

         

        piątek, 1 kwietnia - piątek, 8 kwietnia 2005 r. 

         

         

        piątek, 1 kwietnia 

         

        Ojciec Święty zdecydował, że nie pojedzie do szpitala... 

         

        ...chociaż  spodziewaliśmy  się  tego,  że  już  nigdy  do  szpitala  nie  pojedzie,  zaczęliśmy  się 

zastanawiad,  dlaczego, skoro stan  -  jak wiedzieliśmy -  jest naprawdę poważny. Myślę,  że to był ten 

etap, na którym Papież uznał, że chce już zostad w domu. Lekarze mieli tam wszystko, co niezbędne, 

nie chodziło więc o ucieczkę przed leczeniem. Z jego punktu widzenia i byd może osób z najbliższego 

otoczenia Jana Pawła II, pobyt w szpitalu nie miał po prostu sensu. Wiele osób opowiadało mi, kiedy 

wróciłem już do kraju, że w Polsce tuż po śmierci Papieża bardzo dużo rodzin zabierało swych bliskich 

z hospicjów.  Obserwując  ostatnie  dni  życia  Papieża,  uznali,  że  ci  ludzie  powinni  byd  w takiej  chwili 

właśnie  w domu,  tak  jak  on.  Ciekawe.  Jest  gdzieś  granica  pomiędzy  leczeniem  a zgodą  na  to,  że 

jakiekolwiek  działania  byśmy  podjęli,  to  będzie  i tak,  jak  Bóg  zechce.  Papież  był  gotowy,  spokojny 

i przygotowany na to. Ojciec Hejmo mówił nam wtedy o wręcz młodzieoczej pogodności Jana Pawła 

II,  która  przypominała  początki  pontyfikatu,  a przecież  wielu  wokół  niego  było  na  pewno 

przerażonych, bo zaczęli rozumied, że koniec zbliża się już nieuchronnie, że to są dosłownie ostatnie 

godziny. 

         

        Wydaje  się,  że  tego  optymizmu  nie  można  wytłumaczyd  inaczej  niż  tak,  jak  zrobił  to 

Marco  Politi:  „On  nie  boi  się  śmierci,  to  inni  są  pełni  niepokoju  (...)”.  Najbliższym  przyjaciołom 

background image

powiedział kiedyś, cytując Horacego: „Non omnis moriar”. W polskiej prasie zaś, już po śmierci Jana 

Pawła II, często przytaczano fragment „Tryptyku Rzymskiego”: „przecież nie cały umieram / to co we 

mnie niezniszczalne trwa!”. 

        Papież po prostu wiedział - czegóż miał się lękad, w koocu był Skałą. 

         

        Tak  zapewne  było.  Przecież  na  ścianie  kościoła  w Wadowicach,  naprzeciwko  swego 

domu, jako dziecko codziennie widział napis: „Czas ucieka, wiecznośd czeka”. To pewnie Papież miał 

wtedy  cały  czas  przed  oczami,  byd  może  w takich  chwilach  wraca  się  właśnie  do  dzieciostwa?  Był 

pogodny  i spokojny.  To,  co  my  tutaj  widzieliśmy  jako  największą  dla  nas  niewyobrażalną  tragedię, 

czyli odchodzenie naszego Papieża - jego napełniało głębokim spokojem. Rozmawiałem też z takimi 

osobami,  które mówiąc o chorobie  Papieża, twierdziły  jak  on  -  cokolwiek  się  stanie,  będzie jak  Bóg 

zechce. Ze wszystkich osób w Watykanie, Papież był z pewnością człowiekiem najgłębszej wiary - więc 

tak  właśnie  musiał  o tym  myśled.  W tym  była  jakaś  siła,  którą  mieli  chyba  jednak  tylko  nieliczni. 

Większośd odsuwała myśl o śmierci Papieża. 

        Trzeba  jednak  pamiętad  i o  tych  słowach,  o których  wcześniej  mówiliśmy  -  „Jezu 

miłosierny, przyjdź już do  mnie”. Wielu lekarzy potwierdzało, że  Papież był  wyjątkowo wrażliwy na 

ból.  Oczywiście,  ciężko  zmierzyd,  jak  kto  przeżywa  ból,  ale  dla  niego  musiało  to  byd  wyjątkowo 

dotkliwe.  Pewnie  wiele  razy  myślał,  że  tak  po  ludzku  to  już  jest  kres  i wszystko,  co  miał  zrobid  dla 

Pana  Boga,  zrobił.  Teraz  przyszło  czekad  na  koniec.  Chod  się  nie  skarżył,  zapewne  były  chwile,  gdy 

myślał, że to wszystko jest już ponad jego siły. Z drugiej strony, jeśli Bóg chciał, by znosił ten ciężar - 

to widad tak miało byd i było to na jego siły. 

         

        Dla nas ten piątek był jednak oczekiwaniem na kolejne komunikaty. Dowiedzieliśmy się, 

że  do  Papieża  poproszono  ks.  prof.  Tadeusza  Stycznia,  który  odczytywał  mu  fragmenty  Drogi 

Krzyżowej.  Na  tarasach  Pałacu  Apostolskiego  znajduje  się  Droga  Krzyżowa,  w której  Szymon 

Cyrenejczyk  ma  twarz  Jana  Pawła  II,  co  wygląda  przejmująco.  I Jan  Paweł  II,  kiedy  tylko  mógł,  tę 

Drogę Krzyżową na tarasie przechodził. Tym razem nie mógł iśd, ale chciał jej wysłuchad. 

        W  apartamencie  papieskim  był  jeszcze  kardynał  Marian  Jaworski,  metropolita  Lwowa 

i oczywiście sekretarz Papieża, arcybiskup Dziwisz. 

        Ks. Styczeo mówił potem, że kiedy czytał Papieżowi, miał wrażenie, że ten momentami 

„zapadał się w wiecznośd”. Te słowa oddawały chyba istotę sprawy. Papież po prostu momentami już 

„tam” był. 

        Tego  dnia  wikariusz  Rzymu,  kardynał  Camillo  Ruini  powiedział:  „nasz  Papież  już  widzi 

i dotyka Boga”. Jan Paweł II znajdował się wtedy gdzieś pomiędzy dwoma światami... 

         

background image

        ...a  na  Placu  św.  Piotra  gromadziło  się  coraz  więcej  ludzi,  wpatrzonych  w  rozświetlone 

okna  papieskich  apartamentów.  Wieczorem  papieski  wikariusz  generalny,  arcybiskup  Angelo 

Comastri  powiedział,  że  „tej  nocy  Chrystus  szeroko  otworzy  drzwi  dla  Papieża”.  Słowa  te,  bardzo 

nośne, natychmiast cytowały wszystkie światowe media. 

         

        Słyszałem je... 

         

        Wierni przyjęli je jak pieczęd... 

         

        ...tak,  myśleli,  że  to  już  jest  czas  agonii.  Tę  świadomośd  mieli  najbliżsi  z otoczenia  Jana 

Pawła II. Wiedzieli więcej niż my i byli z tą myślą pogodzeni, w odróżnieniu od nas. Chod doniesienia 

lekarzy świadczyły, że  stan jest beznadziejny, nie chcieliśmy tego do siebie  dopuszczad. Tymczasem 

dla ludzi, takich jak kardynał Ruini czy arcybiskup Comastri, to musiało byd zupełnie inne przeżycie. 

Wierzyli,  że  ten  Papież  jest  człowiekiem  świętym  i mieli  poczucie,  że  Temu,  który  przed  ponad 

dwudziestu sześciu laty wzywał na Placu św. Piotra, by otworzyd drzwi Chrystusowi  - teraz Chrystus 

otwiera  drzwi!  My,  dziennikarze,  zastanawialiśmy  się  tymczasem,  czy  była  to  stosowna  uwaga. 

Pięknie  zabrzmiała,  ale  czy  można  tak  powiedzied?  Przecież  Papież  wciąż  jest  z nami,  a nigdy  nie 

można tracid nadziei. Ale pewnie dla nas i dla nich - nadzieja co innego wtedy znaczyła. 

         

        Sam  Papież  często  używał  sformułowao  bardzo  chwytliwych,  podejmowanych  szybko 

przez media, takich szlagwortów. I takim szlagwortem stały się tamte słowa Comastriego. 

         

        Zanim one  padły, były „Wiadomości” o 1930. Staliśmy z Kamilem Durczokiem na dachu 

gmachu Eurowizji, za nami widad było okna apartamentów papieskich. W pewnym momencie dotarła 

do nas wiadomośd  powtarzana już przez wiele  agencji, że Papież stracił przytomnośd i jest w stanie 

nieodwracalnej śpiączki... 

         

        ...która okazała się fałszywa. 

         

        Właśnie.  Jeszcze  w trakcie  „Wiadomości”  zadzwonił  do  mnie  na  komórkę  arcybiskup 

Dziwisz. Powiedział, że ogląda „Wiadomości” i nie ma żalu, że podaliśmy tę informację, bo podaje ją 

wiele agencji, ale jest ona nieprawdziwa. Mówił, że siedzi w tej chwili obok Ojca Świętego, trzyma go 

za rękę, a on jest przytomny, spokojny i pogodny. Ten telefon był dla nas porażający. Uświadomiliśmy 

sobie, że w apartamentach papieskich włączony jest telewizor, a najbliższy przyjaciel Papieża ogląda 

tę  relację.  Producentka  z telewizji  ABC  powiedziała  mi  wtedy,  że  miała  telefon  z Waszyngtonu,  iż 

background image

prezydent Bush udaje się już w miejsce, skąd ma wygłosid przemówienie po śmierci Papieża. Jak się 

okazało, nieprawdziwa wiadomośd o utracie przytomności obiegła niemal natychmiast cały świat. Od 

razu sprostowaliśmy ją na antenie, a Amerykanie stojący obok nas po chwili zrobili to samo, gdy po 

„Wiadomościach” mogliśmy im wszystko wytłumaczyd. Opowiadali mi potem, że Bush był w tamtych 

dniach autentycznie skupiony na tym, co dzieje się w Watykanie. Ten człowiek, którego tak niedawno 

widziałem przecież w Bratysławie i wydawał się panem świata, uważał, że teraz centrum świata jest 

tam, gdzie jest  Jan Paweł  II. Jak  się potem dowiemy  -  decyzję o tym, by jako pierwszy amerykaoski 

prezydent byd obecnym na pogrzebie Papieża, podjął w ciągu trzech sekund, a przyjechał do Rzymu 

dwa dni wcześniej. 

         

         

        W  ciągu  72  godzin  pomiędzy  czwartkiem  a sobotą  wieczór,  co  jakiś  czas  pojawiały  się 

informacje,  że  to  już  „ta  chwila”.  Oczywiście  ci,  którzy  je  podawali,  byli  przekonani,  że  otrzymali  je 

z „pewnego  źródła”.  Zastanawialiśmy  się,  skąd  właściwie  się  biorą.  Szefowa  biura  Eurowizji  przy 

Watykanie miała chyba najlepsze wytłumaczenie. Nikt nie mógł sobie w takich emocjach pozwolid na 

to,  by  nie  sprawdzid  najbardziej  absurdalnej  plotki,  nawet  jeśli  pochodziła  z niezbyt  wiarygodnego 

źródła.  Wyobraźmy  sobie,  że  o 8.00  rano  ktoś,  np.  z telewizji  filipioskiej,  oświadcza,  że  to  już  jest 

„Dzieo  X”  -  Papież  nie  żyje.  Siłą  rzeczy  kilkudziesięciu  korespondentów  zaczyna  dzwonid  do  siebie 

nawzajem i do ludzi, których znają w Watykanie, żeby zapytad, czy też już o tym słyszeli. I tak mniej 

więcej  po  2  godzinach  około  40  stacji  TV  sprawdza  tę  informację.  Wtedy  nadchodzi  „druga  fala 

uderzeniowa” - to już nie jest plotka z jednego źródła, ale coś, nad czym poważnie zastanawiają się 

wszystkie największe media - czy to się stało? Może tak, bo skoro wszyscy o tym mówią, to coś w tym 

pewnie  jest.  Uspokojenie  przychodzi  po  kilku  godzinach.  Ten  schemat  zadziałał  pod  koniec  marca, 

kiedy  Eurowizja  już  niemal  podjęła  decyzję  o tym,  by  wszystkie  swoje  wozy  transmisyjne  przenieśd 

pod  Gemelli,  bo  Papież  miał  byd  tam  przewieziony  w ciągu  kilku  najbliższych  godzin.  Oni  nie  mogli 

sobie  pozwolid  na  to,  żeby  się  spóźnid.  Wiadomośd  nie  była  zbyt  pewna,  ale  na  wszelki  wypadek, 

w trakcie  jej  sprawdzania  -  należało  się  przygotowad  na  przenosiny  z Placu  św.  Piotra  pod  szpital. 

Minęły 4 godziny zanim się okazało, że alarm był fałszywy, ale kilkadziesiąt osób wykonało już do tej 

pory masę działao. Jeśli w pamięci telefonu nie miało się numeru do osoby w Watykanie, która mogła 

z całkowitą pewnością potwierdzid, jaki jest stan Papieża, to było się skazanym na ciągłą niepewnośd. 

Kłopot w tym, że czasem kolejne newsy pojawiały się co kilka godzin, a nie sposób dzwonid do kogoś 

tuż obok Papieża i co parę godzin pytad, czy teraz to prawda. Taki telefon można było wykonad raz 

dziennie, ale nie częściej. 

         

background image

        Jak  świadczyły  nadchodzące  potem  listy,  maile  i telefony,  widzowie  jedynki  ocenili,  że 

relacjonowaliście  wszystko  z wielkim  wyczuciem  i godnością,  jakiej  wymagały  wydarzenia.  Dbaliście 

o rzetelnośd informacji, ale nie mieliście też obaw, że coś zostanie zatajone, że wiadomośd o śmierci 

Papieża, jeśli ona nastąpi, nie zostanie podana od razu. Jan Paweł II za bardzo zmienił Watykan. 

         

        Mimo to, do dziś niektórzy mnie pytają, czy nie myślałem, że Papież odszedł już wtedy, 

w piątek wieczorem, tylko czekano jeszcze kilkadziesiąt godzin, by przygotowad świat na wiadomośd 

o tym.  Myślę,  że  tak  nie  było.  Watykan  był  już  zupełnie  inny  niż  za  czasów  poprzednich  papieży. 

Wokół  Jana  Pawła  II  było  wtedy,  razem  z lekarzami,  kilkadziesiąt  osób.  Można  utrzymad  tajemnicę 

pomiędzy  dwoma,  trzema  osobami,  ale  nie  wierzę,  że  w aż  tak  dużej  grupie,  a byli  w niej  nie  tylko 

duchowni, których można by do niej zobowiązad. Poza tym, życie Jana Pawła II i jego pontyfikat były 

tak niezwykłe, że nie trzeba było na siłę dopisywad do niego podniosłego epilogu, on sam się pisał. 

Wydarzenia z soboty przekonują mnie też, że Papież wtedy żył i że to dopiero 21.37 była chwilą jego 

odejścia, ale o tym później. 

         

        Czy tego wieczoru byłeś  między ludźmi na Placu św.  Piotra? Co mówili, co myśleli? Tu, 

w Polsce, pokazywano wiele rozmów z młodzieżą i nie tylko, i wielu wyrażało wiarę, że nastąpi cud... 

         

        Tak. Wielu ludzi wierzyło wtedy, że każda przeżyta przez Papieża godzina przybliża go do 

wyzdrowienia, że będzie lepiej, że kryzys przejdzie. Chwilami sami nie wiedzieliśmy już, co myśled. Na 

chłodno  analizując  doniesienia  lekarzy,  mieliśmy  świadomośd,  że  koniec  zbliża  się  nieuchronnie. 

A jednak tysiące ludzi na placu przez całą noc modliły się o jego życie. W każdym jest pewnie przecież 

wiara, że dopóki śmierd nie nadejdzie - to zawsze jest nadzieja. 

        Cały  ten  czas,  także  w nocy,  czynne  było  Biuro  Prasowe  Stolicy  Apostolskiej. 

Rozmawiałem  następnego  dnia  z najstarszym  dziennikarzem  akredytowanym  przy  Stolicy 

Apostolskiej O Watykanie pisze już od ponad 50 lat. Powiedział, ze różne rzeczy już tu się działy, ale 

jeszcze  nigdy  się  nie  zdarzyło,  by  rzecznik  nie  zamknął  biura  po  południu.  Jeżeli  teraz  było otwarte 

non  stop  to  znaczy,  że  stan  musi  byd  krytyczny.  Czasem  to,  co  dzieje  się  w Watykanie,  trzeba 

wyczytywad także z godzin otwarcia biura prasowego. 

        

       sobota, 2 kwietnia 

         

        O  8.00  rano  razem  z Kamilem  Durczokiem  byliśmy  w podziemiach  Bazyliki  św.  Piotra, 

w grotach papieży. Tam bowiem jest kaplica Matki Boskiej Częstochowskiej, w której znajduje się jej 

wizerunek. W piątek wieczorem Jan Paweł II pobłogosławił złote korony i poprosił swego przyjaciela 

background image

kardynała Jaworskiego, by umieścił je na mozaice w kaplicy. Obecni przy tym byli też paulini z Jasnej 

Góry  z przeorem,  ojcem  Marianem  Lubelskim,  na  czele.  Mieliśmy  wrażenie,  że  uczestniczymy 

w naprawdę  niezwykłym wydarzeniu.  Mieliśmy  poczucie,  że  to  byd może  rodzaj  ostatniej  woli  Jana 

Pawła II, człowieka który mówił 

         

        o sobie, że jest synem Jasnej Góry. Przez wszystkie lata swego kapłaostwa pokazywał, jak 

bardzo ufa opiece Matki Boskiej, wierzył, że to Ona go uratowała, gdy na Placu św. Piotra strzelał Ali 

Agca. 

          

 

        Jako Papież powtarzał „Totus Tuus” - „Cały Twój”. I teraz on prosi przyjaciela, kardynała 

ze  Lwowa,  którego  poprzednik  prosił  Piusa  IX  o pobłogosławienie  koron  dla  obrazu  Matki  Boskiej 

Częstochowskiej na Jasnej Górze, by podobne korony umieścił tu, w Watykanie. Mieliśmy wrażenie, 

że  to  rodzaj  pożegnania  i podziękowania.  Pewnie  tylko  polski  Papież  mógł  o tym  pomyśled.  Więc 

może teraz albo nigdy. I stało się to właśnie w sobotę rano, i jak się potem okazało, w ostatnim dniu 

życia. 

        Rozmawiałem  później  o tym  z dziennikarzami  z ABC,  którzy  przejęli  się  całą  tą  historią, 

ale nie bardzo mogli ją zrozumied. Trzeba było opowiedzied im o potopie szwedzkim, obronie Jasnej 

Góry... No, nie była to krótka opowieśd. W koocu i ABC opowiedziało o tym swoim widzom, co bardzo 

ucieszyło paulinów. 

         

        Świat  trwał  w napięciu,  co  dzieje  się  z Papieżem,  a żadnych  komunikatów  nie  było. 

Czekaliście na nie. 

         

        Przed południem Navarro-Valls poinformował, że stan Ojca Świętego jest bardzo ciężki, 

wciąż są kłopoty z ciśnieniem, oddechem, zakażenie organizmu rozwija się. Na pytanie, jak znosi to 

Jan  Paweł  II,  odpowiedział,  że  rzecznikiem  jest  ponad  20  lat,  ale  nigdy  chyba  nie  był  pod  takim 

wrażeniem siły ducha Papieża jak teraz, widząc, z jakim spokojem znosi cierpienie. Wtedy prawie się 

rozpłakał,  nie  był  w stanie  dalej  mówid.  To  było  porażające,  bo  Navarro-Valls  jest  ostatnią  osobą 

w Watykanie,  którą  można  by  posądzad  o sentymentalizm.  To  jest  twardy  człowiek,  w czasie 

pielgrzymek  pali  jednego  papierosa  za  drugim.  Jeśli  ktoś  spodziewałby  się,  że  rzecznik  Watykanu 

rozmawia  z dziennikarzami  z rękoma  złożonymi  do  modlitwy  i oczyma  wzniesionymi  ku  niebu  -  to 

bardzo by się zdziwił, widząc go z bliska na co dzieo. Jeżeli teraz ten człowiek był w takim stanie, to 

dowodziło,  jak  dramatyczna  była  sytuacja.  Pewnie  wiedział,  że  odejście  Papieża  jest  już  kwestią 

background image

godzin,  a nie  dni.  Zapowiedział  na  koniec,  że  jeszcze  jeden  komunikat  ukaże  się  późnym 

popołudniem. 

         

        Co robiłeś po wyjściu z biura prasowego? 

         

        Robiłem materiał  o porannej  uroczystości  w podziemiach  Bazyliki.  Jednak  jeszcze  przed 

„Wiadomościami”  o 18.00  byłem  umówiony  na  rozmowę  dośd  daleko  od  Watykanu  z profesorem 

Corrado  Manim,  anestezjologiem,  który  kiedyś  opiekował  się  Janem  Pawłem  II.  Musieliśmy  nagrad 

wywiad, przebid się przez korki z powrotem do Eurowizji, zmontowad wszystko i wysład przez satelitę 

do  Polski.  Około  17.00  niektóre  stacje  podały  wiadomośd,  że  Papież  nie  żyje,  że  wydruk  EKG  jest 

płaski. To brzmiało już niestety wiarygodnie. Wiedziałem wtedy, że muszę zadzwonid na bezpośredni 

numer do apartamentów papieskich. Nigdy wcześniej tego nie robiłem. Zawsze prosiłem o połączenie 

przez  centralę.  Ten  numer  miałem  trochę  przez  przypadek.  Pół  roku  wcześniej  w czasie  programu 

w rocznicę  wyboru  na  Papieża,  arcybiskup  Dziwisz  chciał  przekazad  słowa  podziękowania  Ojca 

Świętego dla wszystkich, którzy w nim uczestniczyli. Ponieważ wiedział, że siostra Tarsycja ma numer 

mojej komórki, poprosił ją, żeby zadzwoniła do mnie i podała mi numer telefonu do jadalni Papieża, 

w której wtedy był. Teraz był więc drugi raz, kiedy tam zadzwoniłem. Odebrała siostra Tobiana, która 

od  lat opiekowała  się  Papieżem  i była  niemal  bez  przerwy  blisko  niego.  Gdy  powiedziałem  jej,  o co 

chodzi,  była  w szoku.  Ona  nie  oglądała  wtedy  telewizji,  nie  słuchała  radia.  Nie  wiedziała  o całym 

zamęcie informacyjnym, który trwał od czwartku. Była w szoku, że ktoś mógł powiedzied głośno, że 

Papież nie żyje. Ona, rozmawiając ze mną, była w pokoju sąsiadującym z tym, w którym był Jan Paweł 

II i wiedziała, że wciąż jest przytomny, przed chwilą go widziała. Czułem się co najmniej niezręcznie, 

rozmawiając z nią. Siostra Tobiana to wspaniała osoba, ale bardzo skromna, trochę nieśmiała, jakby 

z innego świata i dziennikarze nie powinni jej zawracad głowy. Jednak w tej sytuacji uważałem, że nie 

mamy wyjścia. Mieliśmy kilka minut na potwierdzenie wiadomości albo jej zdementowanie. Nikt inny 

nie był wtedy dostępny. Ta rozmowa z nią do dziś zresztą utwierdza mnie w tym, że wtedy, w sobotę 

po  południu,  Papież  żył.  Lekarze  mogliby  się  umówid,  żeby  zaprzeczad  doniesieniom  o śmierci,  ale 

z pewnością nikt nie pomyślałby o tym, żeby wciągad w to siostrę Tobianę. To taka osoba, która nie 

potrafiłaby po prostu powiedzied nieprawdy. Było też nieprawdopodobne, by ktoś do niej zadzwonił. 

Może trudno to wszystko wytłumaczyd, ale słuchając tonu jej głosu, wiedziałem, że jest tak, jak mówi. 

        Natychmiast  więc  podaliśmy  informację,  że  Papież  żyje,  chod  są  chwile,  że  traci 

świadomośd; a stan jest bardzo ciężki. 

        Kiedy dotarliśmy pod dom profesora - jego żona powiedziała nam, że musiał wyjechad. 

To było dośd dziwne, bo trzy razy potwierdzałem przez telefon godzinę spotkania. Pomyśleliśmy, że 

może coś się stało i wezwano go do Watykanu. To nie był dobry znak. Jednak kiedy do zakooczenia 

background image

głównego  wydania  „Wiadomości”  nie  nadeszła  ta  najgorsza  wiadomośd  -  uspokoiliśmy  się. 

Pomyśleliśmy,  że  to  nie  stanie  się  jeszcze  dziś.  Nie  potrafię  dzisiaj  wytłumaczyd  dlaczego,  ale 

naprawdę wszyscy mieliśmy takie poczucie. 

        Cały  zespół  „Wiadomości”,  który  wtedy  tam  był,  poszedł  razem  na  kolację  do  małej 

restauracji  przy  Borgo  Pio.  To  ulica  prowadząca  do  jednej  z bram  Watykanu.  Restauracja  była  500 

metrów od niej. 

        Około 21.20 dostaliśmy telefon z Warszawy: „jest bardzo źle”. Jednak wciąż myśleliśmy, 

że to nie dziś - ta noc na pewno przejdzie spokojnie. Wydawało nam się, że gdyby Papież miał umrzed 

-  to  wszystko  byłoby  jakoś  inaczej;  że  to  się  nie  stanie,  gdy  będziemy  tak  po  prostu  siedzieli  przy 

kolacji.  Jednak  zaczęliśmy  dzwonid,  żeby  sprawdzid  doniesienia.  Wykonałem  telefon  do  siostry 

Tarsycji, ale ona nie była w centrali telefonicznej, a na Placu św. Piotra, gdzie razem z tysiącami ludzi 

modliła  się  za  Papieża.  Obiecała,  że  zadzwoni  do  siostry  Tobiany.  Oddzwoniła  po  niecałej  minucie 

z wiadomością, że w apartamentach papieskich nikt nie odbiera. Pomyślałem, że Tarscyja po prostu 

nie  mogła  się  dodzwonid  i może  mnie  się  uda.  Po  raz  trzeci  zadzwoniłem  więc  pod  numer,  który 

miałem.  Dziwny  sygnał...  Taki,  jakby  ktoś  odłożył  słuchawkę,  żeby  zablokowad  telefon.  To  niestety 

mogło  oznaczad  najgorsze.  W tej  chwili  dwaj  włoscy  fotoreporterzy  zerwali  się  od  stolika  obok 

i zaczęli biec w stronę Watykanu. Złapałem jednego z nich. „Papież nie żyje” - powiedział nawet nie 

zapytany.  Wtedy  biegliśmy  na  plac  już  wszyscy.  Zaczęły  bid  dzwony.  Arcybiskup  Leonardo  Sandri, 

zastępca sekretarza stanu podszedł do mikrofonu. 

         

        Chwilę potem, ludzie na całym świecie mogli zobaczyd w telewizji, jak arcybiskup Sandri 

wzruszonym  głosem  oświadcza:  „Najdrożsi  braci  i siostry,  o 2137  nasz  ukochany  Ojciec  Święty 

powrócił do domu Ojca. Módlmy się za niego”. 

         

        W tym momencie na placu zerwała się burza oklasków. Nas przeszedł dreszcz. Może coś 

źle  zrozumieliśmy.  Dlaczego  ludzie  mieliby  bid  brawo  po  wiadomości  o śmierci  Papieża.  Może 

arcybiskup powiedział, że jest lepiej. A jednak nie - Sandri oświadczył, że umarł. Wszyscy wiedzieli, że 

dopóki komunikaty wydaje rzecznik prasowy, najgorsze jeszcze nie nadeszło, bo to na pewno nie on 

ogłosi tę wiadomośd. Tym razem to już nie Navarro-Valls mówił o Papieżu. 

         

        Mówiło się, że powinien to zrobid wikariusz Rzymu, kardynał Ruini. 

         

        Dlatego powstało wśród dziennikarzy pewne zamieszanie. I okazało się, że te  wszystkie 

przypuszczenia  były  bez  sensu;  nie  było  też  tak,  że  wieśd  o śmierci  Papieża  będzie  trzymana 

w tajemnicy. 

background image

        Jeden jedyny raz kamerę do łączenia z Polską mieliśmy ustawioną po prostu na ulicy - na 

via Conziliazione, prowadzącej na Plac św. Piotra. Obok tej kamery przechodziły tysiące osób, które 

szły w stronę bazyliki. Ta kamera była dokładnie tam, gdzie powinna wtedy byd - między ludźmi. Po 

kilkunastu  minutach  na  placu  było  50  tysięcy  osób.  Nie  wiem,  jak  ci  ludzie  dotarli  tam  tak  szybko. 

Wielu  po  prostu  wychodziło  z samochodów,  zostawiając  je  otwarte  na  środku  ulicy.  W promieniu 

kilometra  od  Watykanu  wszystko  umilkło,  słychad  było  tylko  dzwony.  Ludzie  klęczeli  na  placu,  na 

ulicy, modlili się, płakali, zapalali świeczki W pewnej chwili dostałem SMS od kogoś, kto był na placu 

Trzech Krzyży w Warszawie - „świat stanął w miejscu”. Widad było już tak nie tylko w Watykanie. 

        Zaczęliśmy wydzwaniad do wszystkich, których znaliśmy w Watykanie, prosząc o wywiad. 

Około 23.00 rozmawiałem z kardynałem Zenonem Grocholewskim, byłym prefektem Kongregacji ds. 

Wychowania  Katolickiego.  „Byłym”,  bo  z chwilą  śmierci  papieża  w pewien  sposób  „umiera”  częśd 

watykaoskiej  administracji.  Prefekci  tracą  swe  kompetencje,  a bieżącym  zarządzaniem 

kongregacjami, aż do chwili wyboru nowego papieża, zajmują się  ich sekretarze. Kardynał  zrobił na 

nas  wtedy  wielkie  wrażenie,  chod  znaliśmy  go  od  dawna.  Był  całkowicie  opanowany,  spokojny, 

chwilami uśmiechnięty. „Ta śmierd będzie wielkim triumfem Jana Pawła II” - mówił. „To będzie jego 

ostatni dar dla świata, który  dopiero teraz zacznie chłonąd cały ten pontyfikat, który jeszcze  długo, 

długo będzie oddziaływał na ludzi i Kościół”. To, o czym mówił  kardynał Grocholewski, spełniało się 

już tamtej nocy, ale my jeszcze tego nie rozumieliśmy. Dopiero kolejne dni pokazały, co właściwie się 

stało. 

         

        Szybko  pojawiła  się  opinia,  którą  podzielam,  że  Ojciec  Święty  przygotował  nas  do 

swojego odejścia i niejako posłużył się środkami masowego przekazu, udzielając nam owej katechezy 

odchodzenia. 

         

        Myślę,  że  tak  było.  On  w jakiś  sposób  pomógł  nam  przeżyd  własne  odejście.  Gdyby  ta 

śmierd przyszła nagle, w wyniku wypadku albo zawału, zapewne byłoby inaczej, a tak świat miał trzy 

dni, by się na to przygotowad. Przez cały ten czas powoli się zatrzymywał, aż w koocu nadeszła 21.37 

i stanął w miejscu... 

        Tamtej  nocy  rozmawiałem  jeszcze  z biskupem  pomocniczym  Rzymu.  Powiedział,  że 

rozumie,  iż  Polacy  szczególnie  przeżywają  odejście  Papieża,  ale  powinniśmy  wiedzied,  że  rzymianie 

także traktowali go jak swego krajana. Spędzili przecież razem ponad dwierd wieku. Żaden papież nie 

chciał też byd tak blisko swoich rzymskich wiernych. Rzym ma 330 parafii, nikt przed Janem Pawłem II 

nie  odwiedził  ich  wszystkich.  On  dotarł  do  ponad  300.  Gdy  miał  już  problemy  z poruszaniem  się  - 

zapraszał parafian na spotkania do siebie, do Auli Pawła VI. Następnego dnia rano na ulicach Rzymu 

pojawiły się plakaty z wielkim zdjęciem Papieża i napisem: „Grazie!” 

background image

        Tamtej  nocy  rozmawialiśmy  z ludźmi  niemal  do rana,  nikt  nie szedł  spad, ulice  dookoła 

bazyliki i Plac św. Piotra wciąż były pełne. 

         

        niedziela, 3 kwietnia 

         

        Czy było za wcześnie, żeby  złapad własne myśli? Czy miałeś  wrażenie,  że  dla ciebie  coś 

definitywnie  się  kooczy  i teraz  pozostaje  pustka?  Czy  też  wydarzenia  były  jeszcze  zbyt  świeże 

i dziennikarz brał niejako górę nad człowiekiem? 

         

        Myślę,  że  większośd  przeżywała  to  podobnie.  Stopniowo  docierało  do  nas  w tamtych 

dniach, że chwila śmierci Papieża nadejdzie, że jest już bliska, ale kiedy to się stało - było inaczej niż 

się spodziewaliśmy. Po prostu, nie można było sobie tego wcześniej wyobrazid. Na pewno tak samo 

było wtedy w Polsce. Czy pomyślałbyś, że miliony ludzi wyjdą spontanicznie na ulice, że będą się tak 

doskonale organizowad, zapalad świece wzdłuż ulic, gasid światła w oknach? Okazało się, że politycy 

narzekający na społeczeostwo, że jest bierne, że nie ma ideałów, nie ma poczucia wspólnoty - czegoś 

nie  wiedzieli.  Gdy  stało  się  coś,  co  ludzie  uznali  za  ważne  -  byli  razem  i działali  natychmiast.  Takie 

poczucie wspólnoty mieliśmy chyba po raz pierwszy od 1989 roku. 

        Tam, w Rzymie było jeszcze inaczej. Wiem, że zabrzmi to patetycznie, ale tam naprawdę 

duch Jana Pawła II unosił się nad miastem. Kiedy kardynał Sodano powiedział następnego dnia „anioł 

przyleciał do Papieża, dotknął go skrzydłem i zabrał do góry” - to mieliśmy wrażenie, że nie była to 

piękna  przenośnia,  a opis  stanu  rzeczy.  Chod  wiele  osób  na  Placu  św.  Piotra  wciąż  płakało  -  chyba 

większośd miała poczucie, że ta śmierd nie była koocem, że on wciąż jest z nami, tylko inaczej i gdzie 

indziej musimy go szukad, już nie w oknie Pałacu Apostolskiego. 

         

        W  Polsce,  zanim  dotarła  wiadomośd  o śmierci  Jana  Pawła  II,  w kościołach,  na  płacach 

i ulicach  gromadziły  się  tysiące  ludzi,  którzy  zapalali  znicze,  przynosili  kwiaty,  modlili  się  i czuwali; 

w Krakowie,  Częstochowie,  Wadowicach,  Warszawie.  W oknach  domów  pojawiły  się  zdjęcia 

papieskie i świece. Odejście Jana Pawia II zastało Polaków czuwającymi, nie było gromem z jasnego 

nieba. To nie była rozpacz, czyli brak nadziei, chod oczywiście był smutek i poczucie osamotnienia. 

        W Rzymie, na Placu św. Piotra też byli Polacy. Jak to przeżywali? 

         

        Inaczej  niż  Włosi.  Następnego  dnia  uderzające  dla  mnie  było,  jak  wyglądały  włoskie 

gazety. Na pierwszych stronach zdjęcia uśmiechniętego Papieża i tytuły w rodzaju „Adio, Wojtyła”  - 

piękne  pożegnanie.  Najlepszy  był  chyba  tytuł:  „Papa  Nostro  qui  sei  nei  cieli”,  czyli  „Nasz  Papieżu, 

któryś  jest  w niebie”  -  zamiast,  jak  zwykle:  „Ojcze nasz,  któryś  jest  w niebie”.  Tak  modlili  się  ludzie 

background image

tamtego dnia na Placu św. Piotra. W całym tym smutku mieli poczucie, że Jan Paweł II jest tuż obok, 

nad  nami.  Myślę,  że  we Włoszech  w tamtych  dniach  poczucie  żałoby  było  jednak  zupełnie  inne  niż 

w Polsce.  Rozmawiałem  o tym  z wieloma  Włochami.  Dla  Polaków  to  był  w jakimś  sensie  koniec 

historii,  pewnie  już  nigdy  nie  będziemy  mieli  „naszego”,  polskiego  papieża,  odszedł  może 

najwybitniejszy  Polak  w naszych  dziejach.  Dla  Włochów  to  był  koniec  pontyfikatu.  Wyjątkowego, 

przełomowego  pontyfikatu  wspaniałego,  szczerze  kochanego  przez  nich  Papieża  -  ale  to  nie  był 

koniec historii. To było coś zupełnie innego. 

        Większośd  włoskich  stacji  telewizyjnych  pokazywała  najpiękniejsze,  najbardziej 

wzruszające chwile pontyfikatu. Przypominali słowa Papieża, które wypowiedział, gdy po raz pierwszy 

pokazał  się  na  balkonie  Bazyliki  św.  Piotra:  „Nie  umiem  jeszcze  dobrze  wysławiad  się  w waszym... 

naszym  języku  włoskim.  Jak  się  pomylę  -  to  poprawcie  mnie”.  I niemal  bez  przerwy  te  z mszy 

inauguracyjnej:  „Non  abbiate  paura”  -  „Nie  lękajcie  się”.  Oni  go  pokochali  w pierwszym  tygodniu 

pontyfikatu i takiego chcieli sobie przypomnied - pełnego siły, energii, uśmiechniętego, gdy nie było 

jeszcze  cierpienia  na  jego  twarzy.  To  właściwie  nawet  nie  był  nastrój  żałoby.  W Polsce  to  nie  był 

chyba moment, żeby pokazywad śmiejącego się, żartującego Papieża, robiącego zabawne miny. Włosi 

to robili i myślę, że  nie  było w tym nic złego. Oni też to bardzo przeżywali, tylko po prostu inaczej. 

Młodzi Włosi szli wtedy na Plac św. 

        Piotra z transparentami, które nosili jeszcze potem przez wiele dni - „Dzięki Tobie już się 

nie boimy”. Na placu niektórzy śpiewali radosne piosenki. Śpiewali je dla niego, wierząc, że je słyszy. 

Wielu  uśmiechało  się  przez  łzy.  Mówili:  „po  prostu  mamy  teraz  jeszcze  jednego  świętego,  który 

będzie się nami opiekował”. 

         

        Pierwsza  msza  św.  za  duszę  Jana  Pawła  II,  sprawowana  była  na  Placu  Sw.  Piotra  przez 

kardynała Angeło Sodano, z udziałem władz włoskich i ponad 200 tysięcy wiernych. 

         

        Ta  niedziela  to  było  Święto  Miłosierdzia  Bożego,  ustanowione  z woli  Jana  Pawła  II. 

Opowiadano nam, że Papieżowi ciężko było wytłumaczyd Kurii Rzymskiej, dlaczego to święto jest dla 

niego tak ważne. Tak naprawdę przyjęło się ono dopiero z czasem. W tych ostatnich dniach Papieża 

myśleliśmy,  że  przechodzi  swoją  Drogę  Krzyżową,  aż  w koocu  doszedł  do  tej  niedzieli,  Niedzieli 

Miłosierdzia i Bóg oszczędził mu już cierpienia. Znów przypomniały mi się te słowa  z Gemelli: „Jezu 

miłosierny, przyjdź już cło mnie”. I ta niedziela - tak jak powiedział kardynał Sodano - była pierwszą, 

gdy  był  już  „w  domu  Ojca”.  Niedziela  jest  też  świętem  na  pamiątkę  zmartwychwstania.  Wydawało 

nam się, że wszystko układa się w jakąś całośd. 

         

background image

        Lekarz  papieski,  profesor  Renato  Buzzonetti,  powiedział,  że  Jan  Paweł  II  cierpiał  jak 

Chrystus na krzyżu. To było dla mnie poruszające oświadczenie. 

         

        Buzzonetti dodał jeszcze,  co ważne,  że  nie  zastosowano tak  zwanej uporczywej terapii. 

Ten  wątek  podnosiła  jeszcze  w piątek  stacja  CNN.  Pamiętajmy,  że  wtedy  w Stanach  Zjednoczonych 

umierała Terri Schiavo, którą decyzją sądu, na wniosek męża, odłączono od aparatury dostarczającej 

pokarm,  co  spowodowało,  że  umarła  śmiercią  głodową.  Przeżyła  ponad  10  lat  w śpiączce, 

podtrzymywana przy życiu dzięki aparaturze. Niektórzy komentatorzy amerykaoscy przypuszczali, że 

tak może  będzie z Janem Pawłem II, który zawsze bronił prawa  do życia. Sugerowali, że  nawet jeśli 

stan będzie beznadziejny - to Papież jeszcze długo będzie podtrzymywany przy życiu. Jak się okazało, 

Papież nie chciał, żeby tak było. Dla niego śmierd z pewnością nie była koocem, swoją misję wypełniał 

tak długo, jak tylko mógł, nigdy nie uciekał od cierpienia, ale gdy życie dobiegało kooca, Bóg wzywał 

go do siebie, po prostu odszedł. Czy można wyobrazid sobie pełniejsze życie niż jego? Gdy w sposób 

naturalny się kooczyło - uznał, że tak miało byd. Po kilku dniach okazało się zresztą, że w testamencie 

była pewna wskazówka tego dotycząca. Ale trzymajmy się biegu wydarzeo. 

        W  każdym  razie  te  głosy  o chęci  pozostania  przy  życiu  za  wszelką  cenę,  poprzez 

podłączenie  do  maszyny,  określenia  „Breżniew  Watykanu”  -  okazały  się  po  prostu  żałosne. 

A porównania do losu Terri Schiavo kompletnie nietrafione. 

         

        Około godziny 13.00 przeniesiono ciało Papieża, ubrane w czerwone szaty pontyfikalne, 

białą mitrę i paliusz, do Sali Klementyoskiej. Tam hołd oddali mu najbliżsi, członkowie Kurii Rzymskiej, 

kardynałowie,  biskupi,  władze  Włoch  i korpus  dyplomatyczny.  Telewizja  transmitowała  to  na  cały 

świat. 

         

        Zdecydowano  się  na  to  po  raz  pierwszy,  ale  była  to  pewnie  konsekwencja  tego 

pontyfikatu.  Całe  życie  Karola  Wojtyły  jako  Jana  Pawła  II  było  właściwie  wystawione  na  widok 

publiczny.  Gdy  odszedł  -  tak  długo,  jak  było  można,  świat  wciąż  chciał  go  widzied.  To  było 

bezprecedensowe wydarzenie w historii Kościoła i naprawdę przejmujący widok. 

        Znowu tego dnia coś zawdzięczaliśmy siostrze Tarsycji. Udało jej się wprowadzid kilkoro 

z nas na Dziedziniec św. Damazego Pałacu Apostolskiego, skąd ks. Konrad Krajewski wprowadził nas 

do Sali Klementyoskiej. Ciało Papieża spoczywało na katafalku. Mogliśmy podejśd, uklęknąd i po chwili 

trzeba  już  było  robid  miejsce  dla  tych,  którzy  byli  za  nami.  Wrażenie  było  jednak  porażające. 

Przypomniałem  sobie,  jak  półtora  roku  wcześniej  dokładnie  z tego  właśnie  miejsca  nadawaliśmy 

program w rocznicę rozpoczęcia pontyfikatu. Co było dla nas zaskoczeniem - Papież przyszedł do nas 

background image

na samym początku programu. Pamiętałem, gdzie stałem, kiedy się tam pojawił. Przecież to było tak 

niedawno, ale teraz wszystko było inaczej. 

        Po  wyjściu  z auli  ks.  Krajewski  zabrał  Kamila  Durczoka  i mnie  na  chwilę  do  swojego 

pokoju  w Biurze  Papieskich  Ceremonii  Liturgicznych.  Zobaczyliśmy,  przez  co  musiał  przejśd  ten 

człowiek, który był tuż obok Papieża w ostatnich chwilach jego życia, tak jak był przy nim przez wiele 

ostatnich  lat,  niemal  na  każdej  jego  mszy.  Nie  miał  jednak  wątpliwości,  że  te  ostatnie  dni  to  była 

największa i najtrudniejsza papieska lekcja. Lekcja, jak godnie i pogodnie, nawet w wielkim cierpieniu 

można  odejśd,  jak  przyjąd  śmierd...  To  było  niesamowite,  bo  ci  ludzie  byli  potwornie  zmęczeni,  nie 

spali przez 3 dni, ale gdy mówili o Papieżu - uśmiechali się. Pokój Konrada Krajewskiego jest tuż przy 

gabinecie  arcybiskupa  Piera  Mariniego,  który  przyszedł  tam  też  na  chwilę.  Marini  to  częśd  historii 

Watykanu, i to tej wielkiej historii. Szedł za trumną Pawła VI, trzymał mikrofon, gdy kardynał Felici na 

balkonie  bazyliki  obwieszczał  światu,  że  papieżem  został  Karol  Wojtyła.  Miliardy  ludzi  widziały  go 

obok w czasie mszy celebrowanych przez Jana Pawła II. Teraz jego obowiązkiem było  dopilnowanie 

właściwego przebiegu uroczystości pogrzebowych. 

        Rozmawialiśmy  też  wtedy  o tych  niesamowitych  oklaskach,  które  rozległy  się  na  Placu 

św.  Piotra,  gdy  arcybiskup  Sandri  ogłosił  wiadomośd  o śmierci  Papieża.  Ksiądz  Konrad  był  przy 

Papieżu,  gdy  ten  odchodził.  Mówił,  że  te  brawa,  po  kilku  minutach  były  tak  potężne,  że  oni  w tym 

małym pokoju mieli poczucie, że zatrzęsły się mury Watykanu. W pierwszej chwili to ich zdziwiło, ale 

pomyśleli,  że  to  akurat  było  typowo  włoskie.  Włosi  w takiej  chwili  nie  mogą  stad  bezczynnie.  Oni 

musieli  coś  zrobid,  wykonad  jakiś  gest.  Zaczęli  więc  bid  brawo.  Poza  tym  mieli  też  poczucie,  że  biją 

brawa  Papieżowi,  który  teraz  właśnie,  w ich  obecności  idzie  do  nieba.  Pytaliśmy  też,  dlaczego  to 

arcybiskup  Sandri  ogłosił  wiadomośd  o odejściu  Jana  Pawła  II,  a nie  kardynał  Ruini.  Okazało  się,  że 

w żadnych dokumentach nie jest zapisane, że miałby to zrobid wikariusz Rzymu. Prawdopodobnie to 

John Allen, komentator CNN i autor książki o historii konklawe jako pierwszy stwierdził, że powiedzied 

o śmierci Papieża może tylko kardynał  Ruini. Wszyscy tak  się  już do tej  myśli potem przywiązali, że 

nikt  nie  wyobrażał  sobie,  by  mogło  byd  inaczej.  Tymczasem  w Watykanie  nikt  nie  miał  pojęcia, 

dlaczego my, dziennikarze, uparcie to powtarzaliśmy. 

        Ksiądz  Konrad  uprzedził  też,  że  na  jakiś  czas  to  nasza  ostatnia  tak  otwarta  rozmowa. 

Następnego dnia miały się już zacząd obrady Kongregacji Ogólnej, na których on będzie obecny, a to 

oznaczało  złożenie  przysięgi  milczenia  na  temat  spraw,  o których  tam  będzie  się  mówid.  Obiecał 

tylko, że kiedy będzie mógł, da nam dwie książki, które opisują przebieg wszystkich uroczystości, jakie 

odbędą się od tej chwili, aż do wyboru nowego papieża. 

         

background image

        Profesor Tadeusz Styczeo, jeden z ludzi, którzy byli w tym papieskim pokoju, powiedział 

potem  na  KUL-u,  że  udręczona  twarz  Papieża  była  przytulona  do  poduszki,  a usta  wykrzywiał 

uśmiech; kiedy odszedł, jego twarz stała się wolna od bólu. 

         

        Takie wrażenie  mieli wszyscy, którzy byli przy Janie Pawle  II w tych ostatnich minutach 

i później.  Siostra  Tarsycja  mówiła  mi,  że  modliła  się  przez  6  godzin  w prywatnej  kaplicy  papieskiej, 

przy  ciele  Ojca  Świętego. Tam  przeniesiono  go  najpierw  z jego apartamentu, a dopiero  z kaplicy  do 

auli. Te 6 godzin modlitwy przy nim ją uspokoiło. Wyszła z niej o wiele silniejsza. Wydawało mi się, że 

kiedy Papież odejdzie, jej świat się zawali, bo traktowała go niemal dosłownie jak ojca, mieszkała na 

terenie Watykanu tuż obok pałacu. Codziennie łączyła rozmowy z jego apartamentem. Trzymała się 

dzielniej, niż myślałem. 

        

       poniedziałek, 4 kwietnia 

         

        O  9.00  rano  rozpoczęły  się  obrady  Kongregacji  Ogólnej,  która  od  tej  pory,  aż  do 

konklawe, decydowała w Watykanie o wszystkim. W pracach kongregacji mieli obowiązek brad udział 

wszyscy obecni w Stolicy Apostolskiej kardynałowie. Pierwszym zadaniem kongregacji było ustalenie 

daty i godziny pogrzebu Jana Pawła II i miejsca, gdzie będzie pochowany. Oczywistym wydawało się, 

że kardynałowie powinni na początku odczytad testament zmarłego Papieża, jeżeli taki jest, bo mogły 

byd w nim przecież jakieś zapiski, tego właśnie dotyczące. 

         

        Czy wiedzieliście cos na temat istnienia takiego testamentu? 

         

        Nie  byliśmy  pewni.  Niektórzy  znajomi  z Radia  Watykaoskiego,  zazwyczaj  dobrze 

poinformowanego,  uważali,  że  takiego  dokumentu  może  w ogóle  nie  byd.  Jest  taki  żart  jeszcze 

z dawnych  czasów,  że  do  gabinetu  Chruszczowa  w pewnym  momencie  wchodzi  krawiec.  Zdziwiony 

Chruszczow pyta: „A wy tu po co?”. Na co krawiec odpowiada, że Radio Watykaoskie właśnie podało, 

iż „towarzyszowi urwał się guzik od marynarki”. Chruszczow patrzy zdziwiony, no i faktycznie - guzik 

urwany. Jeśli więc o testamencie nic pewnego nie wiedziano w Radiu Watykaoskim, to może go nie 

było.  Papież  nie  musiał  go  sporządzad.  W archiwach  Watykanu  wcale  nie  ma  tak  wielu  papieskich 

testamentów, bo nie wszyscy je pisali. Prawda jest też taka, że może i pisali, ale wolą ich było, by na 

zawsze  pozostały  tajemnicą,  ale  tego  już  się  nie  dowiemy.  Jednak  bardziej  prawdopodobne  było 

oczywiście, że testament istnieje. Wszyscy księża przyjeżdżający do pracy w Kurii Rzymskiej, po jakimś 

czasie  mają  obowiązek  sporządzid  testament  i przekazad  go  odpowiedniemu  przełożonemu.  Wielu 

o tym zapomina i nikt też na nich specjalnie nie naciska, ale taka jest zasada. 

background image

        Jednak byli i tacy, którzy przypominali, że przecież testament Pawła VI odczytano dopiero 

w dniu jego pogrzebu. Wcześniej nie było o nim mowy. 

        Na  konferencji  prasowej  o godzinie  12.00  rzecznik  Stolicy  Apostolskiej  oświadczył,  że 

testament  Jana  Pawła  II  nie  został  odczytany.  Właściwie  użył  sformułowania  „testament  czy  inne 

zapiski”. Zaczęliśmy się więc domyślad, że są jakieś dokumenty, ale jakie? Może istnieje coś w rodzaju 

testamentu duchowego, w którym Papież mówi o tym, jakie  zagrożenia stoją przed Kościołem, jaką 

drogą powinien dalej zmierzad. Kłopot w tym, że Navarro-Valls tak to ujął, że równie dobrze można 

było zrozumied, że nie został odczytany, bo go nie ma. Może to nie miał byd taki typowy testament, 

tzn.  rozporządzenie  dobrami,  jakie  dana  osoba  posiada.  Papież  prawie  niczego  nie  miał.  Kiedy  po 

wyborze  na  konklawe  wysłano  do  Krakowa  ogromnego  tira,  żeby  zabrał  jego  rzeczy  do  Rzymu,  to 

okazało się,  że  to tylko parę kartonów  książek i buty. Nic więcej. I niczego nie miał też jako Papież. 

Wszystko,  co  dostawał,  przekazywał  albo  Stolicy  Apostolskiej,  albo  różnym  fundacjom.  Olbrzymie 

dochody ze sprzedaży jego książek szły na cele charytatywne. 

        Pomyśleliśmy  więc:  może  on  nie  miał  czym  dysponowad?  Rozumieliśmy  też,  że  nie 

istnieje zapis dotyczący pogrzebu, bo przecież gdyby był, to od jego odczytania zaczęłyby się obrady 

kongregacji.  Jak  inaczej  można  by  decydowad  o miejscu  i godzinie  pogrzebu?  Najpierw  trzeba  było 

poznad wolę Papieża. 

         

        A tymczasem kardynałowie ogłosili... 

         

        ...że pogrzeb będzie w piątek, o godzinie 10.00. Ciało Ojca Świętego miało zostad złożone 

w podziemiach  Bazyliki  św.  Piotra.  Nie  było  jeszcze  jasne,  czy  w dawnym  grobie  Jana  XXIII.  Wciąż 

otwartą kwestią, jak nam się wtedy wydawało, było to, czy serce Papieża mogłoby byd przewiezione 

do Krakowa. Na ten dzieo stan rzeczy był taki: testament nie został odczytany, zatem albo w ogóle go 

nie, a jeśli jest, to z pewnością nie ma w nim zapisków dotyczących pogrzebu. 

         

        Tego dnia o 11.00 przeniesiono ciało Jana Pawła U z Sali Klementyoskiej do Bazyliki św. 

Piotra. Uroczystośd transmitowano na żywo i towarzyszył jej śpiew Litanii do Wszystkich Świętych. 

        Częśd tej uroczystości oglądałem z dachu gmachu Eurowizji, a częśd z Placu św. Piotra, ze 

specjalnego  rusztowania,  które  wybudowano  dla  dziesiątek  stacji  telewizyjnych,  które  przez  24 

godziny  na  dobę  relacjonowały  to  wszystko,  co  działo  się w Watykanie. To  było  jedno  z najbardziej 

niezwykłych  przeżyd.  Jan  Paweł  II  po  raz  ostatni  opuszczał  Pałac  Apostolski,  który  był  jego  domem 

przez  niemal  27  lat.  Ludzie  niosący  na  marach  ciało  Papieża,  pokonywali  taką  drogę,  jaką  niegdyś 

papamobile - okrążali plac, na którym stało kilkadziesiąt tysięcy osób. To było przed 18.00. Wszystko 

było idealnie doskonałe - temperatura, lekki wiatr, zaczynający się zmierzch, cisza przerywana tylko 

background image

wezwaniami  litanii.  Ludzie  trwali  w niezwykłym  skupieniu.  Obok  mnie  stał  Anglik,  pracujący  dla 

Eurowizji,  którego  znałem  już  od  dawna.  Po  długiej  chwili  milczenia,  gdy  zamyślony  patrzył  na 

procesję zmierzającą w stronę bazyliki powiedział: „Wiesz co, jestem ateistą, ale w tej chwili wydaje 

mi się, że wierzę w Boga”. 

        On nie musiał tego powiedzied. Nie powiedział tego, aby sprawid przyjemnośd Polakowi, 

który stał obok niego. W tamtej chwili i w tym widoku przed nami było coś absolutnie wyjątkowego. 

Kiedy teraz przypominam sobie tamte dni - to ten obraz widzę najczęściej. 

         

        Kiedy  ciało Jana Pawła 11 złożono na katafalku w Bazylice  św.  Piotra, otworzono ją dla 

wiernych. 

         

        Około godziny 20.00 w kolejce do bazyliki stało już ponad 400 tysięcy osób. 

        

       wtorek, 5 kwietnia 

         

        O 8.00 rano byłem na Borgo Pio, przy jednej z bram prowadzących do Watykanu. Latem 

mieszkałem w kamienicy obok przez dwa miesiące, ale teraz w ogóle tego miejsca nie poznałem. Po 

prostu nie było go widad. Ulica i chodniki były pełne ludzi, czekających w kolejce do bazyliki. Jak się 

okazało,  to  była  zresztą  jedna  z kilku  kolejek,  wcale  nie  najdłuższa.  Ta  najbardziej  imponująca 

zaczynała  się  po  drugiej  stronie  Tybru.  Nie  było  nawet  skrawka  wolnej  przestrzeni.  Pokonanie 

kilkudziesięciu  metrów  zajęło  nam  pół  godziny.  Wydawało  się,  że  kolejne  dni  to  będzie  kompletny 

paraliż  komunikacyjny.  Kłopot  był  w tym,  że  nasze  kamery  mieliśmy  w czterech  różnych  miejscach, 

w odległości  od  kilkudziesięciu  do  kilkuset  metrów.  Teraz  pokonanie  takiej  odległości  mogło  trwad 

godziny. Jeśli pierwsze relacje mieliśmy o 8.00 rano, a ostatnie po 23.00, to wydawało się, że najlepiej 

będzie  spad  przy  kamerach.  Jednak  już  w południe  policja  rozwiązała  problem  Co  kilkadziesiąt 

metrów  ustawiono  specjalne  bramki,  którym,  można  było  przejśd  na  drugą  stronę  ulicy,  a chodniki 

były  puste.  Jeśli  miało  się  tylko  odpowiednią  akredytację,  przemieszczanie  się  nie  sprawiało  już 

najmniejszego  problemu.  Jednak  samo  zdobycie  akredytacji  było  problemem.  Największe  agencje 

złożyły  nawet  kilka  protestów  w biurze  prasowym.  W kolejce  do  niego  stało w sumie kilkaset  osób, 

obsługiwały je dwie osoby, mówiące tylko po włosku, a robiły to od 10.00 do 14.00. 

        A wiadomo było, że do Rzymu wciąż przyjeżdża coraz więcej ludzi. Mówiono nawet, że 

w dniu pogrzebu będzie ich 3 miliony. 

         

        Via Conziliazione, prowadząca do Watykanu, już była zamknięta dla ruchu, podobnie jak 

większośd ulic do niego dochodzących. 

background image

         

         

         

        W naszych gazetach publikowano zdjęcia rzymskich mostów wypełnionych ludźmi, głowa 

przy  głowie,  wielu  księży  wypowiadało  się,  że  to  wielkie  świadectwo  wiary,  dowód  przywiązania 

i miłości do zmarłego Papieża ludzi z całego świata. Rozmawialiście z nimi? 

         

        Oczywiście. To były małżeostwa, które kiedyś były na papieskiej audiencji, ludzie młodzi 

i starsi,  różnych  kolorów  skóry  i przekonao.  Niektórzy  stali  w kolejce  16  godzin.  Panował  całkowity 

spokój, żadnych przepychanek, kłótni, narzekao. 

         

        Tego dnia obradowała także kongregacja kardynałów.... 

         

        ...a po niej odbyła  się konferencja prasowa,  na której Joaquin Navarro-Valls oświadczył 

wprost,  że  nie  ma  zapisków  Jana  Pawła  II  dotyczących  pogrzebu.  Po  południu  dzwoniłem  do  osób 

z najbliższego otoczenia Papieża, licząc,  że  dowiem się  czegoś więcej. Usłyszałem potwierdzenie,  że 

testament istnieje. Na pytanie, dlaczego go nie odczytano, padła odpowiedź: „nie wiem”. To dało mi 

do myślenia. Jestem przekonany, że to było wszystko, co mogłem wtedy usłyszed, ale to było dużo. 

Odpowiedź „nie wiem” znaczyła bowiem, że w pojęciu tej osoby nie było przeszkód, by testament był 

odczytany. Dlaczego więc tak  się nie stało? Wiedzieliśmy też, że  dokument ten tłumaczył ks. Paweł 

Ptasznik z sekcji polskiej Sekretariatu Stanu. Od wielu lat tłumaczył bardzo skomplikowane językowo 

dokumenty  i byłem  przekonany,  że  jest  w tym  osobą  bardzo  doświadczoną  i kompetentną.  Nie 

sposób było więc myśled, że opóźnienie w upublicznieniu ostatniej woli Papieża, spowodowane było 

pracą  nad  tłumaczeniem,  która  z tego,  co  wiem,  zaczęła  się  już  w niedzielne  popołudnie.  Do  rana 

w poniedziałek z pewnością wszystko było gotowe. Wtedy ten dokument musiały poznad dwie osoby 

- kardynał Eduardo Somalo, kamerling, i dziekan Kolegium Kardynalskiego, kardynał Joseph Ratzinger, 

który  przewodniczył  obradom  kongregacji.  Dlaczego  nie  zdecydowali  o odczytaniu  dokumentu? 

Rozumieliśmy przynajmniej, że nie ma w nim zapisów dotyczących pogrzebu, ale i tak było to dziwne. 

Rzecznik  Watykanu  nie  brał  udziału  w obradach  kongregacji,  zatem  wiedział  tyle,  ile  mu  o nich 

powiedziano.  Trzeba  też  pamiętad,  że  wraz  z rozpoczęciem obrad  kongregacji  Navarro-Valls  stał  się 

de facto jej rzecznikiem i był zobowiązany do pełnej wobec niej lojalności. 

 

        Wródmy jeszcze do twoich rozmów telefonicznych... 

         

background image

        Długo  rozmawiałem  z arcybiskupem  Stanisławem  Dziwiszem.  Był  pod  ogromnym 

wrażeniem  tego,  jak  świat  przyjął  wiadomośd  o śmierci  Jana  Pawła  II.  Nawet  Indie,  kraj,  w którym 

chrześcijanie  stanowią  przecież mały  procent  wśród wyznawców  -  ogłosił  trzydniową  żałobę.  Nigdy 

wcześniej  śmierd  papieża nie  wywołała  takiego  poruszenia  dosłownie  na  całym  świecie.  Arcybiskup 

opowiedział  też  o ostatnich  godzinach  życia  Ojca  Świętego.  Tego  dnia  rano  Papież  uczestniczył  już 

w mszy,  ale  około  20.00  arcybiskup  był  przekonany,  że  powinna  się  odbyd  jeszcze  jedna  -  ta 

rozpoczęłaby  się  już  w wigilię  święta  Miłosierdzia  Bożego.  Celebrował  ją  powoli,  spokojnie,  tak,  by 

Papież mógł w niej uczestniczyd. Chwilami zdarzało się, jak ujął to dzieo wcześniej ks. prof. Styczeo, że 

Jan  Paweł  II  „zapadał  się  już  w wiecznośd”.  Tuż  po  tym,  jak  msza  się  skooczyła  -  Papież  na  zawsze 

zamknął  oczy  i odszedł.  Trudno  sobie  wyobrazid  bardziej  przejmujący  moment  dla  człowieka,  który 

był z Karolem Wojtyłą przez 39 lat, patrzył na niego jak uczeo na mistrza, na przyjaciela, na świętego, 

był do niego przywiązany, jak do nikogo w życiu. I teraz trzymał go za rękę. Czy przyjaciel może zrobid 

coś więcej niż pomóc przejśd przez ten ostatni już próg na tym świecie? 

        Kiedy śmierd Papieża została już stwierdzona, zgromadzeni w pokoju zaśpiewali Te Deum 

laudamus.  To  było  dla  mnie  niezwykłe.  Większośd  z nas  po  odejściu  kogoś  najbliższego  wpadłaby 

w rozpacz, płakała, długo nie mogła się uspokoid. Jaką trzeba mied siłę wiary, żeby zaśpiewad Ciebie, 

Boże, wysławiamy. Dziękowali Bogu za całe życie Karola Wojtyły, za ten niezwykły pontyfikat i za to, 

że  dane  im  było  byd  przy  Janie  Pawle  II  przez  tyle  lat.  Był  to  też  dla  mnie  przejmujący  znak,  jak 

wszyscy powinniśmy myśled o odejściu Papieża - nie rozpaczad, że to koniec, ale byd wdzięcznym za 

to  wszystko,  co  zrobił,  starad  się  zrozumied  i pamiętad  to, o czym  nam  przez  tyle  lat  mówił.  Wierni 

powinni myśled, co będzie dalej, ale też dziękowad za to, że dobry Bóg dał im dobrego papieża. O tym 

Te  Deum  opowiadałem  potem  też  dziennikarzom  amerykaoskim  i widziałem,  jakie  to  robi  na  nich 

wrażenie. 

        Widziałem  też,  jak  inaczej  oni  mówili  już  o tym,  co  działo  się  w Watykanie.  Nasze 

stanowisko  było  obok  tego,  które  miał  CNN.  Jeden  z pierwszych  ich  komentarzy,  jaki  usłyszałem 

brzmiał  mniej  więcej  tak:  „Jan  Paweł  II  był  papieżem  konserwatywnym,  ortodoksyjnym,  ale  też 

wybitnym  człowiekiem,  którego  śmierd  wywoła  na  świecie  wielkie  poruszenie”.  Najbardziej  może 

znana reporterka CNN stwierdziła, że Jan Paweł II był pierwszym niekatolickim papieżem od 450 lat. 

Gdy  ktoś  zwrócił  jej  uwagę,  że  chyba  chciała  powiedzied  „nie  włoskim”  -  nie  zrobiło  to  na  niej 

wrażenia.  Po  kilku  dniach,  widząc  setki  tysięcy  ludzi  stojących  w skupieniu  kilkanaście  godzin,  by 

chociaż  przez  kilka  sekund  zobaczyd  Papieża  w bazylice  i złożyd  mu  hołd;  słysząc,  co  dzieje  się  na 

całym świecie - zaczynali się zmieniad. To, co robili, to nie były już tylko „chłodne” relacje, w których 

za  wszelką  cenę  chcieli  pozostad  obok  emocji,  które  przeżywali  ludzie  dookoła nich.  Sami  zaczęli  je 

przeżywad. 

        

background image

       środa, 6 kwietnia 

         

        Jak  rozpoczął  się  ten  dzieo?  Jak  w ogóle  wyglądały  dla  was  te  dni  pomiędzy  śmiercią 

Papieża a pogrzebem? 

         

        Wtedy  już  było  w Rzymie  pięciu  reporterów  „Wiadomości”  i trzech  reporterów 

„Panoramy”  i „Teleekspresu”.  Wszyscy  jakoś  dzieliliśmy  się  zadaniami.  Częśd  relacjonowała  to,  co 

dzieje się w kolejce do Bazyliki św. Piotra, co robią Polacy, gdzie mieszkają, ilu jest tych pielgrzymów. 

Inni  mówili  o tym,  jak  przebiegają  przygotowania  do  pogrzebu,  jak  Włosi  przeżywają  żałobę  po 

śmierci Jana Pawła II. Ja miałem komentowad prace Kongregacji Ogólnej, to, co robią kardynałowie. 

        Tego dnia obrady kongregacji rozpoczęły się od odczytania testamentu Papieża, o czym 

na  konferencji  prasowej  poinformował  Navarro-Valls,  dodając,  że  tekst  w języku  oryginału,  czyli  po 

polsku, i po włosku będzie przekazany dziennikarzom jutro rano. Wyjaśniał tę zwłokę koniecznością 

dopracowania  tłumaczenia.  To  było  wszystko,  czego  dowiedzieliśmy  się  wtedy  na  temat  tego 

testamentu. 

         

        I nikt nie zapytał wtedy na konferencji, co to znaczy, że tłumaczenie nie było dobre? 

         

        Było  takie  pytanie.  Rzecznik  stwierdził,  że  powinno  byd  lepsze  stylistycznie,  że  w tym, 

którym  kongregacja  dysponuje,  są  teraz  pewne  nieścisłości.  Wszyscy  więc  byliśmy  zaciekawieni,  co 

może  byd  w tym  dokumencie.  Z tego,  co  Navarro-Valls  mówił  wcześniej,  wynikało,  że  nie  ma 

w testamencie  mowy  o pogrzebie,  ale  przypuszczaliśmy,  że  może  jest  tam  zapis  o tym,  kto  jest 

kardynałem in pectore, czyli tym, którego nazwiska nie poznaliśmy na ostatnim konsystorzu. 

         

        U nas w Polsce też wielu myślało, że Papież ujawni to nazwisko, bo wtedy kardynał ten 

wziąłby udział w konklawe. 

         

        Tak  mogłoby  byd.  Natomiast,  jeśli  nie  ujawniłby  tego  w testamencie,  to  ta  nominacja 

umarłaby wraz z Papieżem. Koniec - po prostu nie ma tego kardynała. 

         

        Wasza ciekawośd więc jeszcze bardziej wzrosła? Rozmawialiście o tym? 

         

        Byliśmy  po  pierwsze  ciekawi,  co  jest  z tym  tłumaczeniem,  bo  wiedzieliśmy,  kto  je  robił 

i dziwne  nam  się  wydawało,  że  było  nie  dośd  dobre.  Po  drugie  -  dlaczego  kardynałom  tekst  został 

background image

odczytany dopiero w środę; po trzecie - czy jest tam prośba Papieża, by jego serce złożone zostało np. 

w Krakowie. Wiedzieliśmy jednak, że musimy uzbroid się w cierpliwośd i poczekad do czwartku. 

        Tym,  co  docierało  do  nas  z różnych  źródeł,  były  informacje,  że  nie  jest  to  testament, 

w którym  byłyby  jakieś  zapisy  operacyjne,  dotyczące  np.  nominacji  biskupich  czy  kardynalskich. 

Z tego, co nam mówiono, Papież nie wydawał w tym dokumencie żadnych poleceo. Wiedzieliśmy już, 

że jest to bardziej testament duchowy niż ostatnia wola. Wciąż jednak rozpalało to naszą wyobraźnię. 

         

        Cały czas wtedy pielgrzymi wchodzili do bazyliki, w Polsce coraz więcej osób wyjeżdżało 

do Rzymu. 

         

        Ja  wtedy  odbierałem  dziesiątki  SMS-ów  i telefonów  od  przeróżnych  ludzi  z Polski, 

przyjaciół,  znajomych,  nawet  od  nieznanych  mi  ludzi,  którzy  od  kogoś  dostali  telefon  i pytali,  czy 

mogę im jakoś pomóc w tym, żeby weszli do bazyliki, czy w znalezieniu noclegu w Rzymie. Pytali, czy 

jest w ogóle jakiś cieo szansy, żeby jeszcze tam się dostad, nawet jeżeli oznaczałoby to wiele godzin 

czekania.  To  było  dla  mnie  niesamowite.  Ludzie,  których  dobrze  znałem  i z  którymi  nigdy  nie 

rozmawiałem  na tematy  religijne  -  oni  byli całkowicie  zdeterminowani,  żeby  tu  byd.  Koszt,  wysiłek, 

czas  -  to  wszystko  nie  miało  znaczenia.  Po  ilości  takich  rozmów  domyślałem  się,  co  w tym  czasie 

musiało dziad się w Polsce. To było dla nas niesamowite, bo dawało nam poczucie, że w czasie, gdy 

my  jesteśmy  w Rzymie  -  w Polsce  dzieje  się  coś,  czego  pewnie  nie  rozumiemy  i już  nigdy  nie 

zrozumiemy,  bo  w tym  czasie  byliśmy  po  prostu  zbyt  daleko.  Spodziewano  się,  że  z kraju  mogą  tu 

przyjechad nawet 3 miliony pielgrzymów. W sumie na pogrzebie miało ich byd nawet 5 milionów. To 

nie  wydawało  się  takie  niemożliwe,  bo  przez  bazylikę  w ciągu  ostatnich  dni  przeszedł  już  ponad 

milion. 

         

        Czy tobie też udało się tam wejśd? Czy chciałeś? Byłeś przecież w Auli Klementyoskiej? 

         

        Tak,  wszedłem  razem  z innymi  dziennikarzami  i operatorami  z Polski.  Jak  zwykle 

nieoceniona była Tarsycja. Nie mogliśmy stad w kolejce, bo pracowaliśmy od 7.00 rano do 23.00, ona 

opowiedziała  o tym  tak  przekonująco  gwardzistom  szwajcarskim,  że  ci  tylko  uśmiechnęli  się 

i przepuścili  nas  bez  słowa  bocznym  wejściem.  Znaleźliśmy  się  w środku  około  22.00,  bazylika 

oświetlona więc była tylko sztucznym światłem. Nigdy jej jeszcze takiej nie widziałem. Zawsze byłem 

tam  w ciągu  dnia.  Ludzie  przechodzili  obok  katafalku  powoli,  w skupieniu,  tylko  niektórzy  robili 

zdjęcia.  Nie  można  było  zatrzymad  się,  wszyscy  spoglądali  tylko  na  Papieża,  przechodząc  obok 

w milczeniu. Kilkanaście sekund. 

         

background image

        Widziałeś  wtedy  Papieża  po  raz  drugi  w ciągu  tych  dni.  Pamiętasz,  jak  to  odebrałeś? 

Inaczej? 

         

        Wszystko  to  w bazylice  robiło  o wiele  większe  wrażenie.  To  był  jego  triumf.  Tak,  jak 

w sobotę w nocy powiedział kardynał  Grocholewski. Myślałem, że może już nigdy nie zdarzy się, że 

cały świat zatrzyma się i złoży hołd przed Polakiem, przed tym, czego dokonał i co po sobie zostawił. 

Ludzie z drugiego kooca świata przyjeżdżali, by chod na chwilę wejśd do bazyliki. Nie robili tego po to, 

by powiedzied znajomym po powrocie do domu: „hej, byliśmy w Rzymie, było super”. Nie. Robili to 

dla  siebie  i dla  niego.  Obawiam  się,  że  kolejnym  pokoleniom  Polaków  nie  będzie  już  dane  przeżyd 

tego, co myśmy przeżyli, ale tym bardziej powinniśmy to docenid. Wiedziałem też, że ci, którzy stali 

w kolejce do bazyliki kilkanaście godzin - te kilka minut w środku przeżyli o wiele głębiej niż ja, który 

dostałem się tam po chwili oczekiwania. 

         

        czwartek, 7 kwietnia 

         

        Tego dnia wreszcie opublikowano testament Papieża... 

         

        ...ale nie od razu podano go nam do wiadomości. Zastanawialiśmy się, czy poznamy go 

w całości, czy jest możliwe, by kongregacja usunęła z niego jakiś zapis? Teoretycznie tak. Kongregacja 

mogła  w tej  sprawie  podjąd  dowolną  decyzję.  Zastanawialiśmy  się,  co  by  było,  gdyby  osoby 

z najbliższego  otoczenia  Papieża,  które  znały  tekst  oryginalny,  zorientowały  się,  że  przed 

upublicznieniem  usunięto  z niego  jakieś  zapisy,  np.  te  dotyczący  miejsca  pogrzebu?  Po  tym,  jak 

poznaliśmy  testament,  możemy mied  pewnośd,  że  nic  z niego  nie  usunięto.  Więc  nasze  rozważania 

były czysto teoretyczne, ale trzeba pamiętad, że Kościół jest specyficzną strukturą. Każdy papież ma 

tego świadomośd, że administracja będzie trwad dalej i godzi się na to, że z chwilą jego odejścia tak 

naprawdę  kto  inny  już  decyduje  o tym,  co  po  nim  zostało.  Życie  papieża  jest  w jakimś  sensie 

własnością Kościoła. Jak  się  okazało, także Jan Paweł II chciał, by to Kolegium Kardynalskie  podjęło 

ostateczne decyzje jego dotyczące. 

         

        Testament poznaliście na specjalnej konferencji prasowej? 

         

        Wszystko było nie tak, jak się spodziewaliśmy. Testament miał zostad ogłoszony rano, po 

polsku i po włosku. Myśleliśmy, że stanie się to do 12.00 najpóźniej. Tymczasem minęła 13.00, a my 

dalej  nie  mieliśmy  tekstu.  Pojawiały  się  sprzeczne  informacje,  kiedy  wreszcie  będzie  nam 

udostępniony.  Do  biura  prasowego  wpuszczono  tylko  tych,  którzy  mieli  stałe  akredytacje.  Innych 

background image

usuwano  niemal  siłą  nawet  z terenu  przed  gmachem  biura.  W pewnym  momencie  pojawiła  się 

wiadomośd,  że  testament  mają  już  pracownicy  Radia  Watykaoskiego.  Nie  pozostało  nic  innego,  jak 

pobiec tam i to szybko. Faktycznie, mieli. Czytałem go razem z księżmi, którzy tam pracują. Uderzyły 

nas dwie  rzeczy. Po pierwsze: inaczej  niż mówił wcześniej Navarro-Valls, były tam zapisy  dotyczące 

pogrzebu,  po  drugie:  Jan  Paweł  II  rozważał  w nim  możliwośd  ustąpienia.  Co  do  pierwszego  -  myśl 

o tym, gdzie może byd pochowany, rozwijała się w nim przez lata. Wiele razy do niej wracał. Zaczął od 

stwierdzenia,  że  powinno  o tym  zdecydowad  Kolegium  Kardynalskie  i rodacy,  potem  precyzował, 

kogo  miał  na  myśli,  mówiąc  rodacy,  a potem,  chcąc  rozwiad  wszelkie  wątpliwości,  jednoznacznie 

stwierdza,  że  kardynałowie  mogą  podjąd  decyzję,  nie  pytając  nikogo  więcej  o zdanie.  Kongregacja 

miała  więc  pełne  prawo  samodzielnie  wyznaczyd  miejsce  pochówku,  ale  tak  samo  nie  ulega 

wątpliwości, że Jan Paweł II dopuszczał myśl, że będzie pochowany w Polsce i że możliwa była formy 

rozmowy na temat pomiędzy kardynałami a „rodakami”. To stwierdzenie faktu. Niezależnie od tego, 

które miejsce uznamy za najlepsze. 

        Co  do  drugiego  fragmentu,  który  od  razu  wywołał  emocje,  to  ma  on  związek  z tym, 

o czym już mówiliśmy. Ponieważ Jan Paweł II miał pełną świadomośd tego, jak media komentowały 

każdy jego krok - wiedział, że toczyła się publiczna dyskusja o tym, czy papież może ustąpid i w jakich 

okolicznościach. W tym testamencie wyraźnie widad, jak Jan Paweł II sam sobie odpowiedział na to 

pytanie. Dla człowieka jego wiary to musiało byd proste  - Bóg powierzył mu tę posługę i on ją musi 

wypełniad.  Jeżeli  przy  tym  cierpi,  widad  taki  jest  Boży  plan  i nie  jest  rolą  Papieża  kłócid  się  z Nim 

i mówid:  teraz  ustąpię,  bo  cierpię.  Jednak  jest  w dokumencie  jeszcze  jedna  ważna  uwaga.  Papież 

modlił się, by Pan dał mu siły niezbędne do wypełniania tej misji. Nie wyobrażał sobie, by mógł byd 

bezsilnym  papieżem,  czyli  np.  nieprzytomnym,  podtrzymywanym  przy  życiu  przez  skomplikowaną 

aparaturę  medyczną,  by  zastosowano  wobec  niego  „uporczywą”  terapię.  Jest niezwykłe,  jak  w tym 

kontekście  jego  los  się  potoczył.  Najpierw  miał  kłopoty  z poruszaniem  się,  potem  z oddychaniem, 

mówieniem,  jedzeniem,  aż  siły  opuściły  go  zupełnie  i wtedy  odszedł.  Wtedy,  gdy  nie  mógłby  już 

rzeczywiście wypełniad swej posługi. Wcześniej, nawet za cenę cierpienia i bólu, wciąż to robił. 

         

         

         

        Dokładnie  tak  było.  Czasem  łatwo  nam  układad  coś  w całośd  po  fakcie,  chcemy,  by 

wyglądało logicznie. Potrafimy to zrobid nawet trochę na siłę, ale wydaje się, że życie Jana Pawła II 

ułożyło  się  w plan  doskonały:  młodośd,  wojna,  kolejne  lata  kapłaostwa,  które  przygotowały  go  do 

bycia  papieżem,  cały  pontyfikat  i wreszcie  ostatnie  dni  i godziny.  Gdyby  nie  wydarzyło  się  to 

naprawdę i było wymysłem scenarzysty, uznano by, że wymyślił to zbyt perfekcyjnie. Wielki Piątek to 

także Droga Krzyżowa Jana Pawła II, w czwartek nadchodzi kryzys, wszyscy zmierzają w stronę Pałacu 

background image

Apostolskiego,  aż  w sobotę  przed  świętem  Bożego  Miłosierdzia,  przez  niego  ustanowionym  - 

przechodzi  na  drugą  stronę.  I nie  był  ani  o jeden  dzieo  za  długo  papieżem  w stosunku  do  zadania, 

jakie mu Opatrznośd powierzyła. 

         

        Nie masz wrażenia, że medialnie testament ten zaistniał tylko w wymiarze dwóch rzeczy: 

zapisów  o pogrzebie  oraz  możliwości  ustąpienia?  Na  te  sprawy  zwracali  uwagę  wszyscy 

komentatorzy, także w Polsce, ale to przecież nie jest cala treśd dokumentu. 

 

         

        To  prawda.  Uderzające  było  dla  mnie,  co  powiedział  mi  tego  dnia  biograf  Papieża, 

człowiek, który go doskonale znał - Gianfranco Svidercoschi (autor książki Karol, na podstawie której 

powstał film z Piotrem Adamczykiem w roli głównej) - „Czemu wy to nazywacie testamentem, to są 

luźne  zapiski, notatki”. Takie było myślenie wielu Włochów. Oni są przyzwyczajeni do innej  tradycji 

literackiej; Paweł VI napisał testament, który jest pięknym traktatem. Dla mnie ciekawszy jest tekst 

Jana  Pawła  II,  napisany  tak,  jakbyśmy  słyszeli  jego  myśli.  Piękno  tego  tekstu  jest  właśnie  w jego 

prostocie:  „Wszystkim  dziękuję  i wszystkich  proszę  o przebaczenie”.  Jedno  zdanie.  Proste  zdanie. 

A ile mówi o tym człowieku. 

        Ten  tekst  powstawał  na  przestrzeni  lat,  Papież  dopisywał  jedno,  dwa  zdania,  czasem 

dłuższe fragmenty. Widzimy, jak rozwijało się jego myślenie, również w sprawie miejsca pochówku. 

Wcześniej uznawaliśmy sprawę za zamkniętą, bo Navarro-Valls powiedział, że nie ma takich zapisów. 

Okazało się, że to nieprawda. W tej sytuacji można było mied, niestety, następujące przypuszczenie: 

kardynałowie wiedzieli, że mają prawo samodzielnie podjąd decyzję, ale obawiali się, że jeśli Polacy 

stwierdzą,  iż  istnieje  chod  cieo  szansy,  że  mogą  w tej  sprawie  się  wypowiedzied  -  to  niesforni, 

romantyczni,  szaleni  rodacy  Jana  Pawła  II  staną  pod  drzwiami  bazyliki  i powiedzą:  „Zapytajcie  nas 

teraz o zdanie”. Zatem, gdy testament ogłosimy na dzieo przed pogrzebem, to będzie już za późno na 

jakiekolwiek  rozważania.  W niezręcznej  sytuacji  stawialiby  też  kardynała  Macharskiego,  gdyby 

publicznie zapytali go o zdanie rodaków. Jeśli takie było myślenie kardynałów, to źle, bo tak jak my 

mamy obowiązek uszanowad każdą ich decyzję, tak oni nie powinni mied wątpliwości, że tak właśnie 

zrobimy.  Nie  należało  zatem  myśled,  że  gotowi  bylibyśmy  sforsowad  bramy  Bazyliki  św.  Piotra  i na 

ramionach  zanieśd  Papieża  do  Polski.  On  był  synem  całego  Kościoła  i należał  do  świata.  Jest  też 

godny, by leżed pomiędzy swymi wielkimi poprzednikami, tuż obok grobu św. Piotra. 

         

        W wielu sondażach telewizyjnych i nie tylko, tak właśnie mówiono: że  Jan Paweł II jest 

jakoś własnością świata, że  sprawował  uniwersalne posłannictwo. To, moim zdaniem, powinno byd 

zawstydzające dla kardynałów. 

background image

         

        Tak,  jeśli  myśleli  tak,  jak  powiedziałem,  ale  czy  tak  było  na  pewno  -  tego  nie  wiemy. 

Kłopot w tym, że tak późna publikacja testamentu powoduje snucie domysłów. Dlatego uważam, że 

lepiej było odczytad go od razu. 

        Jednak ważne też jest, że Papież rzeczywiście dopuszczał tę myśl, że pochowany będzie 

w Polsce. On wciąż czuł się jej synem, czuł, że jest stąd. Niezależnie od tego, w ilu miejscach świata 

okazywano  mu  uwielbienie  i szacunek  i ile  już  lat  spędził  we  Włoszech.  To,  że  zostawił  tę  decyzję 

w tak jasny sposób Kolegium Kardynalskiemu, było idealnym rozwiązaniem. Martwił się, by po jego 

śmierci nie sprawid problemu. Wszystko zapisał tak, by nie było wątpliwości, jaki powinien byd tryb 

podejmowania decyzji. 

         

        A  jak  rzecznik  tłumaczył  nieobecnośd  zdania:  „O  miejscu  pochówku  niech  zdecyduje 

Kolegium Kardynalskie i Rodacy” we włoskim przekładzie testamentu? 

         

        Miał  szczęście,  że  wychwycono  to  potem  i nie  musiał  odpowiadad  na  takie  pytanie.  To 

stało  się,  kiedy  mieliśmy  już  obie  wersje  językowe.  Chyba  pierwszy  zauważył  to  Jacek  Pałasioski. 

Później  już  na  pierwszej  stronie  „L’Osservatore  Romano”  obok  siebie  ukazał  się  tekst  w dwóch 

językach  i tam  wyraźnie  widad,  że  w wersji  włoskiej  nie  ma  tego  zdania.  Tłumaczono,  że  to  błąd 

drukarski. Jeżeli tak, to skandaliczny! Jaki mógł byd ważniejszy wtedy tekst dla Kościoła niż ostatnia 

wola  Papieża?  I nagle  nie  ma  w niej  jednego  z kluczowych  zdao!  Jeśli  to  ten  wydrukowany  włoski 

tekst jest tym, który odczytano też kardynałom w czasie obrad Kolegium, to nie mogli oni też w pełni 

śledzid toku myślenia Papieża o tej sprawie. Jakby nie było - sprawa jest zamknięta. 

         

        Czy nie było dla Ciebie zastanawiające, że zapiski Papieża kooczą się w marcu 2000 roku? 

         

        Papież,  jak  wiele  razy  o tym  wspomina,  co  roku  wracał  do  tych  zapisków  w czasie 

rekolekcji,  wiele  razy  powołuje  się  też  na  testament  Pawła  VI,  może  więc  czytał  go  co  jakiś  czas. 

I widad  nie  zdarzyło  się  po  roku  2000  nic,  co  powodowałoby  koniecznośd  dokonania  zmian  lub 

dopisania nowych spostrzeżeo. Pamiętajmy, że  napisał w czasie swojego życia 80 tysięcy stron. Czy 

musiał więc jeszcze dopisywad kilka zdao do testamentu? Widad nie. 

        Ważne  jest  też,  w jakim  momencie  powstały  te  ostatnie  zapiski:  kilka  dni  po  wyznaniu 

win  popełnionych  przez  ludzi  Kościoła  w minionych  wiekach  i tuż  przed  podróżą  do  Ziemi  Świętej. 

A jaka  pielgrzymka  może  byd  bardziej  poruszająca  dla  głowy  Kościoła,  niż  ta  do  miejsca  narodzin 

Chrystusa  i miejsca  Jego  męki?  Przeproszenie  za  grzechy  ludzi  Kościoła  nie  cieszyło  się  wielkim 

entuzjazmem  w Kurii  Rzymskiej,  delikatnie  mówiąc.  Papież  chciał  to  zrobid  tak,  aby  kardynałowie 

background image

uważali, że to też jest częśd ich myśli i woli, ale była to z pewnością trudna decyzja. Był to zapewne 

dla niego czas bardzo głębokiego namysłu - i wtedy te zdania powstały. 

        

       piątek, 8 kwietnia 

         

        Myślę,  że  władze  Włoch  były  autentycznie  przerażone  sytuacją.  Berlusconi  wystosował 

nawet apel do prezydenta Kwaśniewskiego, by ten powstrzymał swoich rodaków przed przyjazdem 

do  Rzymu,  bo  miasto  po  prostu  nie  wytrzyma  najazdu  tylu  pielgrzymów.  Myśleliśmy  -  mając 

doświadczenie tego, co działo się trzy, cztery dni wcześniej - że nawet gdybyśmy wstali o 4.00 rano - 

to  na  8.00  nie  zdążymy  do  naszych  stanowisk.  Włosi  zapewniali,  że  nie  będzie  z tym  problemu. 

Okazało  się,  że  mieli  rację.  Tego  dnia  po  centrum  Rzymu  mogły  poruszad  się  tylko  samochody 

policyjne, karetki, autobusy i karetki. Zapewne jeszcze nigdy jazda po tym mieście nie była tak szybka 

i bezproblemowa. Okazało się, że na Plac św. Piotra dotarliśmy po pół godzinie od wyjścia z hotelu, co 

było doskonałym wynikiem. 

        Okazało się też, że z Polski przyjechało o wiele mniej pielgrzymów, niż się spodziewano. 

Zapewne  przerazili  się  tych  wszystkich  informacji  o korkach  przy  wjeździe  do  miasta,  braku  miejsc 

w hotelach i kompletnym paraliżu komunikacyjnym. 

         

        Jeden z polskich ilustrowanych tygodników napisał: „Pękły miliony serc na całym świecie, 

rozlało się  morze  łez, a ku niebu uderzył  słup modlitw  i uczud”  -  o dniach towarzyszenia Papieżowi, 

który swoim odejściem zaprosił świat do kontemplowania własnej śmierci. „Ten bezsilny i porażony 

papieskim świadectwem świat wypuścił Papieża 

 

         

         

        ze  swoich  kurczowo  ściśniętych  ramion”.  Właściwie  można  by  powiedzied,  że  dniem, 

kiedy ten słup modlitw najintensywniej uderzył w niebo, kiedy już ostateczne wypuszczenie Papieża 

się  dokonało,  był  właśnie  dzieo  pogrzebu.  Wiadomo  było,  że  oglądał  go  będzie  cały  świat.  Bez 

przesady. Od Antypodów najdalszych, od bieguna do bieguna, można by powiedzied - oczywiście ci, 

którzy mogą oglądad telewizję. Już przed tym pogrzebem mówiło się, że to będzie największy pogrzeb 

w historii,  w dziejach  świata.  Byd  może  również  nie  tylko  dotychczasowych,  ale  w ogóle.  Czy 

w Rzymie  też  były  takie  glosy  i jak  -  od  strony  obsługi  medialnej  tego  ogromnego  wydarzenia  -  to 

wyglądało? Gdzie uczestniczyłeś w tym wydarzeniu. Na wszystkich ekranach był tylko jeden obraz? 

         

background image

        Tego  dnia  polscy  pielgrzymi  opowiedzieli  nam  wiele  niezwykłych  historii.  Wielu  z nich 

decyzję  o przyjeździe  podjęło  zupełnie  spontanicznie.  Niektórzy  tydzieo  wcześniej  nie  zastanawiali 

się, czy są wierzący. Byd może większośd była nawet niepraktykująca. Po prostu wsiedli w samochód, 

pociąg, autobus i przyjechali. Większośd z tych, których spotykaliśmy, pytało nas, czy nie wiemy, gdzie 

oni  mogą  spad,  bo  na  razie  przespali  się  w samochodzie,  na  ławce  w parku,  ale  może  znamy  jakiś 

niedrogi  hotel.  Ludzie  nie  za  bardzo  zastanawiali  się  nad  organizacją  tego  wyjazdu,  po  prostu 

wiedzieli, że chcą, muszą, marzą o tym, by tu byd. Znajomym, którzy mnie pytali, czy moim zdaniem 

uda im się w dniu pogrzebu byd blisko placu, mówiłem, że nie jestem pewien, czy będą po właściwej 

stronie Tybru, a co dopiero blisko bazyliki. I co dla mnie było uderzające - nikogo z tych ludzi to nie 

odstraszyło.  Oni  mówili:  trudno,  to  będziemy  po  drugiej  stronie,  ale  będziemy.  Mając  do  wyboru: 

obejrzed to w telewizji albo na telebimie na jakimś placu, woleli przyjechad i byd w tłumie w Rzymie. 

To  było  niezwykłe  i jakąś  nagrodą  dla  nich  wszystkich  okazało  się,  że  nie  było  ostatecznie  tak  źle. 

Niemal wszyscy, którzy przyszli odpowiednio wcześnie, byli nie tak daleko od bazyliki.  Wszyscy tam 

mieli  poczucie,  że  to  będzie  najbardziej  niezwykły  pogrzeb  w historii  Rzymu,  który  przez  tysiące  lat 

i tak już sporo widział, ale też pewnie w historii świata. Tak jak za czasów rzymskiego imperium - to 

miasto znów stało się stolicą świata. Świat jeszcze tego nie przeżywał; tyle głów paostw; przywódcy 

Syrii,  Izraela,  Stanów  Zjednoczonych,  Indii,  Francji,  Niemiec,  niemal  wszyscy  przywódcy  europejscy, 

przedstawiciele  krajów  niechrześcijaoskich.  W tym  było  coś  absolutnie  niezwykłego  i byliśmy 

przekonani,  że  z żadnego  innego  powodu  takie  spotkanie  nie  byłoby  możliwe;  że  kiedy  tydzieo 

wcześniej  CNN  mówił,  że  umarł  wielki  człowiek,  ale  konserwatysta  i ortodoks,  to  się  okazało  nagle 

bez sensu. Wyznawcy innych religii chcieli przyjechad i pochylid przed nim głowę. Nie wszyscy wierzą, 

że Chrystus jest drogą do zbawienia, ale wszyscy wiedzieli, że nikt nie zrobił więcej dla porozumienia 

pomiędzy religiami i pokoju na świecie niż ten „ortodoks i konserwatysta”. 

        Mieliśmy absolutne poczucie wyjątkowości chwili. Często zdarzało nam się używad słów: 

„oto historia dzieje się na naszych oczach” - kiedy Polska przystępowała do NATO, w dniu referendum 

unijnego,  kiedy  „wchodziliśmy”  do  UE  -  1  maja  2004.  Tym  razem  mieliśmy  przekonanie,  że  to 

wydarzenie  historycznie,  które  z niczym  nie  może  byd  porównywalne.  I to  jest  opowieśd  o tym 

człowieku  i 26  latach,  przez  które  tworzył  historię.  Wiedzieliśmy,  że  nie  jesteśmy  w stanie  tego 

wszystkiego ogarnąd. Biskup Jan Chrapek powiedział kiedyś, że wielkośd tego pontyfikatu zrozumiemy 

dopiero po 20 latach, i pewnie miał rację. 

        W  każdej  stacji  telewizyjnej  jest  newsroom,  gdzie  na  kilkunastu  monitorach  widnieje 

podgląd  tego,  co  pokazują  inne  wielkie  stacje  -  amerykaoskie,  niemieckie,  brytyjskie,  włoskie, 

arabskie,  japooskie.  I chyba  po  raz  pierwszy  w dziejach  telewizji  na  świecie  zdarzyło  się,  że  na 

wszystkich monitorach,  pokazujących  programy  informacyjne  nadawane  na  całym  globie,  był  jeden 

i ten  sam  obraz  -  to  był  pogrzeb  Jana  Pawła  II.  Nawet  11  września  2001  roku,  kiedy  zaatakowano 

background image

wieże  WTC,  pokazywała  to  zdecydowana  większośd  stacji,  ale  nie  wszystkie.  Teraz  to  była 

najważniejsza wiadomośd. Tym razem naprawdę świat stanął w miejscu i „przybył” na pogrzeb Jana 

Pawła II, ten świat, który jest jakoś opleciony kablami telewizyjnymi i antenami satelitarnymi. To było 

niepowtarzalne, i wszyscy dziennikarze, którzy widzieli te dziesiątki monitorów z jednym i tym samym 

obrazem, byli tym porażeni. Nawet jeśli spodziewaliśmy się skali tego pogrzebu, to i tak okazało się, 

że przeszło to najśmielsze oczekiwania. 

         

        Czy  możesz  opowiedzied  o uczestnictwie  w tym  wydarzeniu,  w przecież,  bądź  co  bądź, 

ceremonii  religijnej,  we  mszy  św.  żałobnej,  która  -  jak  każda  msza  -  jest  uobecnieniem  ofiary 

Chrystusa, tyle, że podczas niej są jeszcze te przejmujące momenty: wniesienie prostej, cyprysowej 

trumny  z ciałem  Papieża  na  plac,  położenie  jej  wprost  na  gołej  ziemi,  położenie  na  trumnie 

Ewangeliarza? 

        Jakie były reakcje ludzi, kiedy wynoszono trumnę? 

        Jeden  z dziennikarzy  tu,  w Polsce,  powiedział  mi  potem,  że  na  pogrzebie  można  było 

bardzo  wyraźnie  zobaczyd,  że  świat  dzieli  się  na  tych  z Bogiem,  i tych  bez  Niego.  Ci  obecni  na 

pogrzebie reprezentują świat z Bogiem, utożsamiają się z fundamentalnymi wartościami, jakie niesie 

chrześcijaostwo  dla  cywilizacji.  Natomiast  ci  wielcy  nieobecni  stawiają  się  poza  nim,  reprezentują 

świat bez Boga, który, jak było widad jest mniejszy, chod bardzo hałaśliwy. Czy to myślenie uznajesz 

za właściwe? 

         

         

        Po  kolei.  Bardzo  zazdrościliśmy  pielgrzymom,  będącym  na  placu.  Widzieliśmy  pewnie 

więcej od nich, ale byliśmy 50 m wyżej, na wzgórzu, tam, gdzie mięliśmy kamery. Byłem tam wtedy 

z ks. Mieczysławem Malioskim. Rozmawialiśmy tuż przed rozpoczęciem transmisji i tuż po niej. Było 

dla  mnie  niezwykłe,  że  stoję  obok  człowieka,  który  znał  Karola  Wojtyłę  jeszcze  z czasów  sprzed 

wstąpienia  do  seminarium.  Teraz  zegnał  nie  tylko  głowę  Kościoła,  ale  po  prostu  przyjaciela  z lat 

młodości.  Miałem  przekonanie,  że  on  był  myślami  gdzie  indziej  niż  na  „naszym  wzgórzu”.  Może 

przypominał  sobie  ten  dzieo,  gdy  poznał  Karola,  gdy  uciekali  w Krakowie  przed  łapankami  w czasie 

wojny, gdy zostali wyświęceni albo gdy jego przyjaciel został papieżem. Chyba nikt z obecnych wtedy 

w Rzymie  nie  znał  Go  dłużej  niż  on.  Zapewne  miał  też  poczucie,  że  Jan  Paweł  II  jest  po  prostu  nad 

nami i błogosławi nam „z domu Ojca”, jak ujął to później kardynał Ratzinger. 

         

        O czym rozmawialiście? 

         

background image

        Ks. Malioski opowiadał mi, jak podejmowali decyzję o wstąpieniu do seminarium, mówił 

o swoim poczuciu, że jest taki obszar doświadczeo Karola Wojtyły, który dla niego był niedostępny - 

myślał  o śmierci,  która  przez  całe  życie  Wojtyły  była  obok.  Przecież  kiedy  miał  9  lat,  umarła  jego 

matka, miał siostrę, która zmarła jeszcze przed jego urodzeniem, umarł jego starszy ukochany brat, 

umarł  ojciec.  Pan  Bóg  „zabrał”  mu  najbliższych.  Może  kto  inny  zbuntowałby  się  wtedy.  On  inaczej. 

Właśnie  Bogu  się  poświęcił.  Ile  razy  nam  potem  mówił,  że  „Bóg  jest  miłością”.  Wierzył,  że  taki  był 

Jego plan i teraz możemy go nie rozumied, ale kiedyś pewnie go pojmiemy. Wierzył, że śmierd nie jest 

koocem,  że  po  prostu  musi  nadejśd,  ale  to  tylko  przekroczenie  kolejnego  progu.  To  nie  znaczy,  że 

młody  Wojtyła  był  nieustraszonym  bohaterem.  Ks.  Malioski  opowiadał  nam,  ile  razy  razem  bali  się 

śmierci,  bali  się,  że  mogą  byd  rozstrzelani,  że  wsadzą  ich  do  ciężarówki  i wywiozą  do  obozu 

koncentracyjnego. Bał się jak każdy młody chłopak, ale wszyscy, którzy go znali, mówili, że zawsze był 

trochę  poważniejszy  niż  oni.  Zadawał  sobie  trudniejsze  pytania  i szukał  trudniejszych  odpowiedzi. 

A po latach miał tak wielką siłę w głosie, gdy mówił: „Nie bójcie się! Otwórzcie drwi Chrystusowi!”. To 

była  jakaś  droga, do której doszedł na Placu św. Piotra, w dniu inauguracji pontyfikatu, także  przez 

doświadczenia  cierpienia  i śmierci  najbliższych  sobie  ludzi,  i może  właśnie  dlatego  mógł  to  mówid 

z taką wiarą. Pogrzeb trwał prawie 3 godziny. Siedzieliśmy na krawędzi wzgórza, odwróceni plecami 

do Placu św. Piotra, przed nami był telewizor. Starałem się patrzed na monitor, żeby widzied zbliżenia 

kardynałów,  trumny,  pielgrzymów,  i jednocześnie  na  plac.  Ks.  Malioski  ani  razu  nie  spojrzał 

w telewizor.  To  było  dla  mnie  niesamowite  i do  dziś  zastanawiam  się,  dlaczego.  Może  spojrzenie 

z bliska na trumnę z ciałem jego przyjaciela było dla niego za trudne? Patrzył tylko z oddali na plac, 

odwrócił  się  tyłem  do  monitora.  Może  tylko  tak  można  było  właśnie  w pełni  uczestniczyd 

w nabożeostwie?  Gdy  patrzymy  w telewizor,  tak  naprawdę  oglądamy  to  jak...  film,  a on  nie  chciał, 

żeby  tak  było?  Dla  wiernych  na  placu  wszystko  nie  było  tak  dosłowne  jak  w telewizji.  Oglądając 

transmisję,  skupialiśmy  się  na  szczegółach:  widzianej  z bliska  trumnie,  leżącej  na  niej  Ewangelii, 

twarzy kogoś, kto mówi, prezydentach, tym, czy podadzą sobie ręce. Ks. Malioski uczestniczył w tym 

wszystkim zupełnie inaczej. 

        Wiele  osób  mówiło  mi  później,  że  w tamtym  czasie  miało  się  poczucie,  że  media  im 

towarzyszą, że telewizja nigdy nie była im tak bliska, że to było jakieś wspólne przeżywanie. A jednak 

wydaje  mi  się,  że  ks.  Malioski  wtedy,  na  krawędzi  tego  wzgórza,  pokazał,  że  jest  jakaś  granica,  że 

telewizja to jednak zimny obraz, że jeśli chce się coś przeżyd, jak człowiek tak wierzący jak On, głębiej 

niż my, to może lepiej patrzed z daleka i słuchad. To było dla mnie uderzające. 

         

        Ale  też  nigdy  w historii  świata  nie  było  i byd  może  nigdy  już  nie  będzie  takiej  chwili, 

w której okazało się, jak wielkim dobrodziejstwem i Bożym wynalazkiem jest TV, bo dzięki niej grubo 

background image

ponad  miliard  ludzi  na  świcie,  a może  i więcej,  ludzi  wszystkich  ras,  religii  i światopoglądów,  mógł 

jakoś śledzid to wydarzenie. 

        A w centrum obrazu była  ta prosta, cyprysowa  trumna na placu, a na niej  Ewangeliarz, 

z którego kartami wiatr wyczyniał różne rzeczy. Trudno było potem nie pisad, że to ów Duch, Pneuma, 

Spiritus, Ruah był tam obecny, rozwiewał szaty kardynałów, zwiewał z ich głów piuski... 

        Czy  też  postrzegałeś  to  jako  znak,  tę  Ewangelię,  którą  w pewnym  momencie  wiatr 

zamyka.  Ja  pomyślałem wtedy  -  co  za  paradoks:  największy  człowiek  naszych czasów  w tym,  co  po 

nim  „po  ziemsku”  zostało,  zamknięty  w skrzynce;  człowiek,  który  nie  znał  granic  i barier,  który 

otwierał bariery serc, teraz spoczywa zatrzaśnięty w pudle z kilku desek. Nie, to niemożliwe, tak byd 

nie może, to nieprawda. 

         

        Jest  taka  opowieśd  o tym,  jak  kardynał  Wojtyła  w Krakowie  wezwał  do  siebie  młodego 

księdza, który strasznie narozrabiał. Dośd zdecydowanie zwrócił mu uwagę. Po czym zapytał, czy ten 

ksiądz mógłby go wyspowiadad. Ten człowiek, który miał nad tamtym księdzem pełnię władzy, miał 

też przekonanie, że wobec Boga są równi i „zwykły” ksiądz może wyspowiadad kardynała, który przed 

chwilą  zwracał  mu  uwagę.  Wielu  ludzi  uważa,  że  jako  lepsi  od  innych  zasłużyli  sobie  na  szczególne 

względy i uznanie. Jan Paweł II był ostatnią osobą, która by tak pomyślała i dawał tego przykład swym 

życiem. I nam też wydawało się absurdalne, że on leży w drewnianej trumnie, ale tak przecież musi 

byd. 

        Co  do  leżącej  na  trumnie  Ewangelii  -  to  jest  już  tradycją  w Watykanie.  Leżała  też  na 

trumnie Pawła VI i Jana Pawła I. Na trumnie Jana Pawła II położył ją ks. Konrad Krajewski. To musiało 

byd niezwykłe przeżycie, bo zapewne miał poczucie, że Papież patrzy na niego z góry. 

        Podczas  pogrzebu  Jana  Pawła  I padał  deszcz  i strony  Ewangelii  szybko  przesiąkły wodą. 

Były  zbyt  ciężkie,  by  wiatr  mógł  je  przewracad.  Do  kooca  pogrzebu  Ewangelia  była  otwarta. 

Tłumaczymy  teraz  pewne  wydarzenia  tak,  jak  nam  wygodniej,  ale  dlaczego  nie  mamy  tego  robid? 

Można  by  bowiem  pomyśled,  że  Jan  Paweł  I był  papieżem  tylko  przez  33  dni  i zdążył  Ewangelię 

jedynie  otworzyd.  Droga  Jana  Pawła  II  była  pełna,  trudno  sobie  wyobrazid,  by  ktoś  zrobił  więcej 

w życiu jako człowiek i jako papież niż on. W pewnym momencie Bóg powołał go do siebie i ten wiatr, 

Duch Święty, zamknął Ewangelię, zamknął opowieśd Jana Pawła II, a my w tym uczestniczyliśmy, cały 

świat na to patrzył. Dla wszystkich był to rzeczywiście wstrząsający moment. 

         

         

        Liturgii  tej  przewodniczył  i homilię  wygłosił  dziekan  Kolegium  Kardynalskiego,  kardynał 

Ratzinger,  były  już  prefekt  Kongregacji  Doktryny  Wiary,  człowiek  bardzo  bliski  Papieżowi,  o czym 

wszyscy  wiedzieli.  Jak  była  przyjmowana  jego  homilia?  Słuchałeś  jej  z ks.  Malioskim.  Czyją 

background image

komentowaliście?  Słuchając,  co  on  mówi,  pewnie  zastanawiałeś  się,  na  co  zwrócid  uwagę,  i czy  to 

okazało się potem głównym akcentem w przekazach innych mediów? Tutaj, w Polsce, ta homilia była 

szeroko  cytowana,  pokazywano  jej  obszerne  fragmenty,  zwłaszcza  jej  zakooczenie,  bardzo 

poruszające,  o tym,  jak  kardynał  mówi  o ostatnim  pojawieniu  się  Jana  Pawła  II  w oknie  swego 

apartamentu  w Niedzielę  Wielkanocną,  o ostatnim  błogosławieostwie  Urbi  et  Orbi  oraz  fragment: 

„Możemy  byd  pewni,  że  nasz  ukochany  Papież  stoi  teraz  w oknie  domu  Ojca,  patrzy  na  nas  i nam 

błogosławi.  Tak,  błogosław  nam  Ojcze  Święty,  powierzamy  Twoją  duszą  Matce  Bożej,  Matce,  która 

prowadziła Cię każdego dnia i zaprowadzi Cię teraz do wiecznej chwały Swego Syna”. 

        Właściwie, moim zdaniem, kardynał zdobył  sobie tym zdaniem serca ludzi, tych, którzy 

jeszcze  go  jakoś  nie  akceptowali,  czy  patrzyli  na  niego  w perspektywie  takiego  konserwatywnego 

pancerza,  tym  zaczął  sobie  zdobywad  serca  ludzi  zwłaszcza  w Polsce.  To  był  również  pięknie 

skomponowany traktat o Piotrze: Wojtyła - Piotr... 

         

        W Watykanie, od chwili gdy Jan Paweł II znalazł się w Gemelli, mieliśmy poczucie, że to 

jest  trochę  droga  Piotra.  To,  co  on  sam  wywołał,  przypominając  po  latach,  że  tuż  po  wyborze  na 

papieża  przypomniał  sobie  fragment  z Quo  Vadis,  w którym  Piotr  chce  uciec  z Rzymu,  a jednak 

zawraca.  Myślę,  że  wszyscy  przyjęliśmy  tekst  Ratzingera  wspaniale,  bo  jak  wybrad  fragment 

Ewangelii, który może  byd podsumowaniem tego pontyfikatu  albo drogi tego człowieka  -  wielkiego 

Papieża, którego przez 26 lat każdy krok obserwował cały świat? Wybór Ratzingera był doskonały. To 

opis siły Jana Pawła II: „kiedy byłeś młody, szedłeś tam, gdzie chciałeś” - i tak było. Potem: „ale będzie 

czas, gdy ktoś Ciebie opasze i poprowadzi za sobą” - i znowu tak było, gdy Papież stracił już siły. Jan 

Paweł II musiał, jak mało kto, przeżywad swoją słabośd fizyczną, swoje cierpienie, to, że nie jest już 

tak  silny,  nie  ma  w sobie  tej  siły,  jaką  miał  w roku  1978.  Chciałby  móc  mówid  mocnym  głosem, 

chciałby, żeby świat widział jego silny krok - a nie mógł, i się na to z pogodą ducha godził. Wiedział, że 

takie  były  wyroki  Opatrzności,  ale  to  była  też  droga  opisana  w Ewangelii,  którą  zacytował  kardynał 

Ratzinger.  Myślę,  że  trudno  byłoby  sobie  wyobrazid  kogoś,  kto  by  cieplej  mówił  „o  naszym 

ukochanym  Papieżu,  Janie  Pawle  II”.  I wtedy,  tego  dnia  w Watykanie,  w Rzymie,  nikt  nie  miał 

wątpliwości, że Papież jest tam na górze i patrzy z domu Ojca i błogosławi. Bardziej już uśmiechnięty 

niż  w tę  Niedzielę  Wielkanocną,  kiedy  widzieliśmy  jego  twarz  tak  zmęczoną  cierpieniem.  Kardynał 

Ratzinger opisał ten widok, który myśmy tam wszyscy wtedy na placu „widzieli”. To był taki moment, 

kiedy wielu ludziom, którzy nie mieli okazji spotkad się z nim, po raz pierwszy kardynał mógł wydad 

się  tak  serdeczny.  To  jest  oczywiście  tradycja,  że  homilię  pogrzebową  zmarłego  Papieża  wygłasza 

dziekan Kolegium Kardynalskiego, ale  gdyby można było wybrad, który z kardynałów  mógłby w tym 

przypadku najlepiej to zrobid - to właśnie on - Ratzinger. 

background image

        Był w nim wielki spokój. Dla mnie to było najbardziej zaskakujące. Na koniec mszy, z tyłu 

Placu św. Piotra, tam, gdzie nie było dostojników, a gdzie byli przede wszystkim młodzi pielgrzymi - 

zaczęły  się  krzyki.  Takie,  jakie  tam  słyszało  się  przez  wszystkie  lata  pontyfikatu:  „Giovanni  Paulo”. 

Skandowano  to  tak,  jakby  to  był  radosny  dzieo,  tak  jak  w czasie  jego  audiencji  generalnych,  jak 

w niedziele na Placu św. Piotra, gdy pokazywał się w oknie. Nagle przez chwilę atmosfera zrobiła się 

niemal  stadionowa.  Jeżeli  patrzył  na  to  z góry,  a wszyscy  mieli  poczucie,  że  tak  jest,  to  musiał  się 

uśmiechnąd. Byli tam ci, do których mówił: „Ja was zawsze szukałem, a teraz przyszliście  do mnie”. 

I Ratzinger  nie  próbował  im  przerwad.  Nie  próbował  dalej  kontynuowad mszy. Dał  się  tym młodym 

ludziom  wykrzyczed.  To  było  ich  „święte”  prawo.  Ten,  jakby  ktoś  powiedział,  konserwatywny, 

tradycyjny kardynał wiedział, że jest czas, kiedy młodzi ludzie muszą się wykrzyczed - to był ten czas. 

I on im na to pozwolił. 

        Ta  msza  pogrzebowa  z jednej  strony  była  przepełniona  smutkiem,  żalem,  cierpieniem 

milionów ludzi, bo oni daliby wszystko, żeby Papież był z nimi o dzieo dłużej, ale z drugiej strony była 

w niej jakaś radośd. Ta radośd była wypisana na transparentach, które przynieśli na pogrzeb: „Już się 

nie boimy”. 

         

        Elementem  każdej  mszy  św.,  a więc  takie  tej  pogrzebowej,  jest  znak  pokoju,  kiedy  na 

wezwanie celebransa: „Przekażcie sobie znak pokoju”, ludzie przeważnie podają sobie ręce, czasem 

tylko  zwracają  się  do  siebie.  Ten  moment,  jak  cały  ten  pogrzeb,  był  także  niezwykły.  Media  całego 

świata  zwracały  uwagę  na  to,  że  był  to  dzieo  pojednania.  I zadawano  sobie  pytanie,  na  jak  długo. 

Komentatorzy  polityczni  roztrząsali  wagę  uścisków  dłoni  prezydentów  krajów  Bliskiego  Wschodu, 

krajów  dotychczas zwaśnionych  -  czy to będzie coś więcej niż tylko symboliczny gest, czy to będzie 

zapowiedź  drogi  pokoju,  o która  tak  zabiegał  cały  czas  Jan  Paweł  II.  A w  Polsce  emocjonowano  się 

tym,  że  Lech  Wałęsa  podał  rękę  Aleksandrowi  Kwaśniewskiemu,  a sekundował  temu  Tadeusz 

Mazowiecki.  Jaki  tam  na  miejscu  był  odbiór  przez  dziennikarzy  tego  aspektu,  tego  wymiaru 

pojednania? 

         

        Miałem poczucie, że to jest coś więcej niż tylko gest,  pusty symbol, że stało się tak nie 

tylko  dlatego,  że  po  prostu  wypadało  podad  sobie  ręce.  Na  granicy  izraelsko-syryjskiej  niemal 

codziennie padają strzały, co kilkanaście dni ktoś tam ginie, po stronie izraelskiej albo syryjskiej. Jeżeli 

przywódcy  Izraela  i Syrii,  co  wcześniej  naprawdę  wydawało  się  niewyobrażalne  -  podają  sobie 

w Watykanie  ręce,  to  też  był  symbol  tego  pontyfikatu  i triumfu  Jana  Pawła  II.  W żadnym  innym 

miejscu,  z żadnej  innej  okazji  nie  byłoby  to  możliwe.  I też  jeżeli  przez  tyle  lat  było  tyle  okazji,  żeby 

Lech  Wałęsa  i Aleksander  Kwaśniewski  podali  sobie ręce,  a jednak  do  tego  nie  doszło  -  to możemy 

background image

mied  pewnośd,  że  jeśli  na  pogrzebie  Jana  Pawła  II,  by  do  tego  nie  doszło,  to  pewnie  nigdy  nie 

bylibyśmy tego świadkami. 

        To  też  było  niezwykłe,  że  po  raz  pierwszy  prezydent  Stanów  Zjednoczonych  był  na 

pogrzebie Papieża. Przyjechał z żoną, z ojcem i Biłem Clintonem. To dla nich było zupełnie oczywiste, 

że  tego  dnia  muszą  byd  w Watykanie.  I był  tam  też  John  Kerry,  rywal  Georga  W Busha  z kampanii 

prezydenckiej  2004  roku.  W tym  kontekście  żenujące  było  zachowanie  naszych  niektórych  posłów, 

którzy tam wtedy podchodzili tuż przed mszą do tych znanych ludzi i robili sobie z nimi zdjęcie, jak 

z misiem na Krupówkach. 

         

        A jak w tym kontekście odbierana była nieobecnośd prezydenta Rosji Władimira Putina, 

który demonstracyjnie tam nie przyjechał? 

         

         

        Pomyśleliśmy, że to było po prostu małe i głupie, zwłaszcza jeżeli był tam np. prezydent 

Iranu, który mógłby mied więcej pretensji do Kościoła katolickiego i chrześcijan niż prezydent  Rosji. 

Prezydent  Iranu  musiał  odczuwad  spory  dyskomfort,  stojąc  kilka  albo  kilkanaście  metrów  od 

prezydenta  Izraela  i prezydenta  USA,  a jednak  tam  był.  Nie  podali  sobie  co  prawda  rąk  i tak 

przemyślano ich obecnośd, aby nie musieli przejśd obok siebie, ale mimo wszystko było to wydarzenie 

bez precedensu. Zwłaszcza, że niedługo przed śmiercią Papież przekazał ikonę Matki Bożej Kazaoskiej 

Moskwie, a wcześniej Putin był u niego w Pałacu Apostolskim, kilkakrotnie z nim rozmawiał, znał go. 

Jeśli jeździł do Papieża i był przyjmowany przez niego - to dlaczego teraz nie przyjechał? Kiedy jego 

„przyjaciel”, George Bush, tam był i klęczał przy ciele Jana Pawła II, chod tak samo jak Putin nie jest 

katolikiem. Ale w tym wszystkim nam się wydawało, że to jest nieistotne. Jeśli Putina tam nie ma, to 

tylko on coś na tym traci. 

         

        I  druga  rzecz,  na  którą  wszystkie  światowe  i polskie  media  zwracały  uwagę,  to  kwestia 

uznania  świętości  Papieża  przez  aklamację.  Owe  napisy  „Sancto  Subito”  -  „Święty  natychmiast”  - 

obecne na placu. No i potem komentarze. 

         

        To  oczywiście  był  uderzający  widok,  kiedy  na  placu  zobaczyliśmy  tyle  transparentów 

z napisami:  „Santo,  santo”  albo  „Santo  Subito”.  Oczywiście  zadawaliśmy  sobie  pytanie  już  tamtego 

dnia,  czy  rzeczywiście  proces  beatyfikacyjny  może  byd  tak  szybki.  Takie  ogłoszenie  świętości  za 

sprawą woli głosu ludu następowało w pierwszym tysiącleciu, potem Kościół to uporządkował i droga 

do beatyfikacji stała się bardzo długa. W wypadku Joanny d’Arc trwała kilka stuleci. Prawie doszło do 

precedensu po śmierci papieża Jana XXIII w 1963 roku. Trwał wtedy Sobór Watykaoski II i pojawił się 

background image

pomysł, żeby wszyscy obecni tam kardynałowie podjęli decyzję o uznaniu świętym zmarłego papieża 

przez  aklamację.  Jednak  Paweł  VI,  nowy  papież  powiedział:  „Nie,  powinniśmy  przejśd  taką  samą 

drogę,  jak  w przypadku  wszystkich  innych  świętych”.  Kościół  nie  patrzy  w perspektywie  kolejnego 

tygodnia  ani  roku.  To  jest  jedyna  instytucja,  która  trwa  2000  lat.  Dla  niej  kilka  lat  oznacza: 

„natychmiast”. 

        Trudno  sobie  wyobrazid  bardziej  niewdzięczne  zadanie  niż  rola  „adwokata  diabła” 

w przypadku  procesu  beatyfikacyjnego  Jana  Pawła  II.  Jest  postulator,  który  wnosi  o uznanie  jego 

świętości,  ale  musi  byd  też  ten,  który  zgłasza  wątpliwości,  podważa  argumenty  zwolenników 

beatyfikacji. Nikt chyba nie chciałby byd w skórze tego, który miałby podważad świętośd Jana Pawła II, 

ale Kościół przez tę drogę musi przejśd. Oczywiście, każdy z nas wolałby, żeby to się stało po tygodniu, 

ale  na  pewno  nic  się  nie  stanie,  jeżeli  na  ogłoszenie  Papieża  błogosławionym  trzeba  będzie  czekad 

nawet kilka lat. Na pewno wielu ludzi już w dniu pogrzebu modliło się nie za spokój duszy Jana Pawła 

II,  a modliło  się  do  niego.  Wierzyli,  że  w niebie  będzie  interweniował  w naszych  sprawach.  Dla 

włoskich  dziennikarzy  uderzające  też  było  zachowanie  Polaków  na  pogrzebie.  Było  np.  takie 

małżeostwo,  które  nie  zdążyło  dojśd  do  Placu  św.  Piotra,  i widząc,  że  nie  uda  im  się  tam  dostad, 

a msza się już kooczy, uklękli na środku ulicy, tam, gdzie byli, i zaczęli się po prostu modlid. Dla mnie 

najbardziej  przejmujące  pożegnanie,  jakie  pamiętam  z tamtego  dnia,  to  widok  młodej  dziewczyny, 

która mogła mied może 20 lat. Stała na Placu św. Piotra, gdy wszyscy już powoli odchodzili. Ona się 

uśmiechnęła,  popatrzyła  w stronę  tego  okna,  w którym  widzieliśmy  Jana  Pawła  II  przez  tyle  lat, 

podniosła  dłoo  do  ust  i przesłała  w tamtą  stronę  pocałunek.  Tylko  tyle.  Może,  w porównaniu  do 

homilii  kardynała  Ratzingera,  to  był  tylko  taki  śmieszny  gest,  ale  było  to  tak  szczere  i autentyczne. 

Widziało  to  kilku  fotoreporterów,  którzy  w tym  momencie  po  prostu  zbaranieli.  Nie  wiem,  czy 

powstało jakieś zdjęcie. Ja go nie widziałem. To była dziewczyna, która żegnała swojego Papieża i nie 

było w tym nic niestosownego. Może  innego papieża nie dałoby się tak żegnad, Jego tak. Tak jakby 

podeszła i pocałowała Go w policzek. Pożegnała Go jak ukochanego dziadka, którego się nie żegna na 

zawsze, tylko odprowadza na dworzec. 

        Ktoś  klęczał  na  ulicy,  ktoś  mówił  różaniec,  ona  posłała  pocałunek  -  i wszystko  tak 

naturalne i stosowne wobec tego Papieża. 

         

        Tamten  dzieo  obfitował  w wiele  wymownych  znaków.  Po  mszy  św.  trumnę  z ciałem 

Papieża z powrotem wniesiono do Bazyliki św. Piotra. Niosący trumnę na swoich ramionach, - ci sami 

mężczyźni, którzy zwykłe nosili sedia gestatoria - przed wejściem do bazyliki, odwrócili się i podnieśli 

trumnę  tak,  jakby  spoczywający  w niej  Papież  stanął  twarzą  do  ludzi  zgromadzonych  na  placu 

i zwrócony w ich stronę, żegnał się, jakby chciał jeszcze ostatni raz spojrzed na ten plac. Dla wielu był 

to bardzo wzruszający moment. 

background image

         

        Tak  rzeczywiście  było.  Pamiętam,  byłem  kiedyś  w garażu  papieskim,  tam,  gdzie  stały 

samochody  Jana  Pawła  II  i widziałem  z bliska  to  ponad  dwudziestoletnie  papamobile.  Stary  fiat, 

którym  Papież  jeździł  po  placu  w czasie  audiencji  generalnych.  A teraz  ta  podniesiona  trumna...  to 

było takie drugie pożegnanie od chwili, kiedy przeniesiono jego ciało na marach z Auli Klementyoskiej 

do  bazyliki,  potem  wyniesiono  trumnę  na  plac,  gdzie  po  raz  ostatni,  można  powiedzied,  w jakimś 

sensie „zobaczyliśmy” Papieża. Kilka razy zamykały się za nim te drzwi, a teraz już po raz ostatni. Ale 

chyba ta homilia Ratzingera pomogła. Mieliśmy poczucie, że patrzy na nas z góry i uśmiecha się tak, 

jak zawsze. 

        Ale  to  rzeczywiście  był  przejmujący  moment,  kiedy  ta  trumna  zniknęła  już  w bazylice 

i tylko kilkanaście osób mogło jej do kooca towarzyszyd. I tak, jak życzył sobie Papież w testamencie, 

złożono go w bardzo prostym grobie. To tylko płyta leżąca na ziemi. 

        I jeszcze jedno - tam jest włożona tuba z krótką biografią Jana Pawła II. Co by zrozumiał 

człowiek,  który  otworzy  tę  tubę  dajmy  na  to  za  400  lat,  gdyby  były  prowadzone  jakieś  prace 

archeologiczne,  a jakimś  zbiegiem  okoliczności  nie  zachowałyby  się  opisy  wydarzeo  z przełomu  XX 

i XXI wieku? Co on zrozumie o życiu zmarłego? Nic. Wiedzieliśmy, że to jest historia, której nie da się 

zamknąd  na  jednej  stronie  w kilku  zdaniach.  A z  drugiej  strony  jest  w tym coś  symbolicznego,  że  to 

życie zostało zapisane tam i razem z Papieżem złożone do trumny. 

         

        Bardzo  symboliczny  był  też  gest  nałożenia  jedwabnej  chusty  na  twarz  zmarłego  przez 

arcybiskupa Piera Maoniego i arcybiskupa Stanisława Dziwisza rano tego dnia przed uroczystościami 

pogrzebowymi. To nowy gest w papieskim ceremoniarzu pogrzebowym? 

         

        Powiem szczere, że to jest dla mnie jedna z tajemnic. Nie do kooca rozumiem ten gest. 

         

        Ciało Papieża złożono w podziemiach bazyliki, potem kardynałowie modlili się tam przy 

grobie... 

        I  już  wtedy  stało  się  jasne,  że  nieuprawnione  jest  przekonanie,  że  teraz,  po  śmierci 

Papieża Polaka, Polacy nie będą już przyjeżdżad, pielgrzymowad do Rzymu. 

         

        Jeszcze tego dnia, odchodząc już od bazyliki, spotykaliśmy tysiące Polaków. Wielu z nich 

żałowało, że  ich bliscy nie przyjechali z nimi, bo bali się, że  będzie tu „istny  koniec  świata”  -  ponad 

pięciomilionowy  tłum  w jednym  mieście.  Okazało  się,  że  pielgrzymów  było  mniej  i o  wiele  więcej 

osób mogłoby przyjechad i byd tu razem w takiej chwili. Tam było wielu starszych ludzi, którzy często 

z trudem chodzili. Wielu z nich nie miało nawet dośd pieniędzy, żeby coś kupid do jedzenia. Jedli to, 

background image

co ze sobą przywieźli, a potem już nic, ale to nie było dla nich ważne. Te spotkania po pogrzebie były 

naprawdę wzruszające i niesamowite. 

        Jeden  z naszych  reporterów  opowiadał  mi,  jak  był  na  dworcu  Terminii  i żegnał  jakąś 

grupę powracającą do Polski. Oni powiedzieli mu: „Wrócimy tu. Musimy pomóc nowemu Papieżowi. 

Trzeba  go  będzie  wesprzed.  Musi  wiedzied,  że  Polacy  mu  pomogą”.  I to  było  piękne,  bo  myśmy 

zadawali sobie pytanie, jak Polacy przyjmą nowego papieża? Może dla nas to będzie najtrudniejsze? 

Myśleliśmy o tym, patrząc w to okno, w którym tyle razy widzieliśmy Jana Pawła II. A przecież musi 

tak  byd,  że  niedługo ktoś inny się w nim pokaże. Jak to, w oknie naszego Papieża stanie  ktoś obcy? 

Właśnie tak. I ta reakcja tych ludzi na dworcu była taka, jaka powinna byd. 

        Fantastycznie zachowywali się tego dnia Polacy. I następnego dnia w gazetach ukazywały 

się  artykuły  pełne  szacunku  dla  Polaków,  którzy  tu  byli,  i pokazujące  wzruszenie  Włochów,  którzy 

patrzyli,  jak  Polacy  żegnali  swego  rodaka  -  z jakim  spokojem,  godnością,  wzruszeniem,  modlitwą. 

Dziennikarze przytaczali też prośby Polaków o podziękowaniu dla rzymian za tak dobre przyjęcie, za 

gościnę. Rzeczywiście tak było. Można narzekad często na Włochów: na bałagan, niezorganizowanie, 

niepunktualnośd,  ale  w te  dni,  kiedy  ponad  milion  ludzi  stało  w kolejce  do  bazyliki  i potem,  w dniu 

pogrzebu,  Włosi  ze  swego  zadania  wywiązali  się  po  prostu  perfekcyjnie.  Nie  sposób  to  było  zrobid 

lepiej. Uważam, że to trzeba im oddad. 

        Tego  wieczoru  rozmawiałem  z Georgem  Weiglem  -  autorem,  według  mnie,  najlepszej 

biografii  Jana  Pawła  II  Świadek  nadziei.  Pytałem  go,  czy  teraz,  znając  całe  życie  zmarłego  Papieża, 

zmieniłby  tytuł?  Czy  wydarzyło  się  coś,  co  powoduje,  że  ta  książka  powinna  byd  inna?  Nie  miał 

wątpliwości,  że  „świadek  nadziei”  to  słowa  wciąż  najlepiej  do  niego  pasujące.  Pogrzeb  to  tylko 

potwierdził. Co mogłoby budzid większą nadzieję niż to, że ci ludzie, o których pojednanie Papież tyle 

razy  się  modlił  -  teraz  byli  razem  przy  nim?  Myślę,  że  mamy  świadomośd  ułamka  tego,  co  zrobił 

Papież.  Kiedy  mówimy,  jak  bardzo  zmienił  świat,  to  mamy  na  myśli  Polskę,  Europę,  mur  berlioski. 

A przecież  już  w samych  początkach  pontyfikatu  np.  zażegnał  konflikt  zbrojny  pomiędzy  Argentyną 

i Chile,  o czym mało  kto  dzisiaj  pamięta. Traktat  pokojowy  pomiędzy  tymi  krajami  został  podpisany 

właśnie  w Watykanie,  żeby  uznad  znaczenie  mediacji  Jana  Pawła  II.  Kiedy  spotykałem  młodych 

Chilijczyków  i pytałem,  co  dla  nich  było  ważne  w tym  pontyfikacie,  oni  mówili,  że  dzięki  niemu  nie 

było  wojny  -  „mój  ojciec  poszedłby  do  wojska,  gdyby  nie  ten  Papież,  może  by  zginął”.  Oni  o tym 

pamiętają. Co może budzid większą nadzieję, że w tym pożegnaniu uczestniczyli wszyscy wielcy poza 

Putinem.  Chodby  byli  najbardziej  skłóceni  wielu  było  w stanie  podad  sobie  ręce.  „Świadek  nadziei” 

idealnie wciąż pasuje do całego pontyfikatu Jana Pawła II. 

        Weigel  przyznał,  że  dodałby  tylko  jedno  -  Jan  Paweł  II  Wielki.  Powiedział  to,  co  już 

wcześniej  stwierdził  kardynał  Sodano.  A przecież  tylko  trzech  papieży  w historii  Kościoła  było 

uznanych za Wielkich. Tego wieczora, tego dnia, nikt nie miał wątpliwości, że Jan Paweł II był wielkim 

background image

papieżem.  George  Weigel  odbył  z Papieżem  30  długich  rozmów,  miał  wgląd  w bardzo  niedostępne 

zazwyczaj  dokumenty  archiwów  watykaoskich.  Pisząc  biografię,  zastrzegł  sobie,  że  nikt  nie  będzie 

w nią interweniował - w to, co i jak pisze. Tak rzeczywiście było. Nikt nie próbował przekonywad go, 

że  cokolwiek  powinien  zmienid.  I on,  patrząc  na  pewno  z wielkim  szacunkiem  i uznaniem  na  Jana 

Pawła II, patrzył na niego też jak historyk - chłodno, racjonalnie, obiektywnie. I on tamtego dnia był 

całkowicie  przekonany  o jego  wielkości.  Pojawił  się  też  wtedy  temat,  kto  może  podjąd  jego  dzieło? 

O tym  rozmawialiśmy  już,  gdy  „Wiadomości”  się  skooczyły.  Kto  może  byd  następcą  Wielkiego 

Papieża, kto może zmierzyd się z takim wyzwaniem. Weigel powiedział: „Ja nie mam wątpliwości, że 

to  będzie  Ratzinger.  I to  stanie  się  bardzo  szybko.  Nie  ma  nikogo  innego”.  Był  o tym  głęboko 

przekonany. Wtedy w piątek, w dniu pogrzebu. 

         

        A czy wiadomo, że uzupełni biografię Papieża? Dopisze jej koniec?  

         

        Tak. Ale nie zmieni tytułu. 

        

IV 

       DZIEO 

       CZTERDZIESTY CZWARTY - DZIEO SZEŚDDZIESIĄTY TRZECI 

         

        sobota, 9 kwietnia - czwartek, 2005 r. 

         

        Postanowiliśmy pójśd tropem tych transparentów,  które  pojawiły się  na pogrzebie. Tuż 

obok  Placu  św.  Piotra  jest  siedziba  Kongregacji  Spraw  Kanonizacyjnych.  Chyba  specjalnie  tak 

powieszono transparent, żeby z okien tej kongregacji widad było go najlepiej - wielki napis „Giovanni 

Paulo II  -  Santo”. Wyzwanie,  które stoi przed wszystkimi pracownikami kongregacji przez cały czas. 

Mają  o tym  pamiętad.  Rozmawialiśmy  z sekretarzem  kongregacji,  arcybiskupem  Edwardem 

Nowakiem.  Pytaliśmy  go,  jak  szybko  możliwa  jest  ta  beatyfikacja,  jak  długo  to  może  trwad. 

I arcybiskup powiedział coś, co potem kolejne wydarzenia potwierdziły - w Kościele katolickim papież 

ma pełną i niepodzielną władzę ustawodawczą, sądowniczą i wykonawczą. I tak naprawdę wszystko 

zależy  od  decyzji  nowego  papieża.  Tak  arcybiskup  mówił  wtedy,  dzieo  po  pogrzebie  -  papież  może 

podjąd każdą decyzję. Nie miał wątpliwości, że do kongregacji wpłynie wniosek o rozpoczęcie procesu 

beatyfikacyjnego.  Najpierw  Jan  Paweł  II  zostanie  ogłoszony  Sługą  Bożym,  a od  nowego  papieża 

będzie  zależało,  jak  szybki  będzie  mógł  byd  ten  proces.  W świetle  prawa  kanonicznego  proces 

beatyfikacji może  się  rozpocząd  nie  wcześniej  niż  po  5  latach,  ale  papież  nie musi  się  trzymad  tego 

background image

zapisu i jak wiemy, tak się właśnie stało. Arcybiskupowi wydawało się, że potem proces ten może byd 

wyjątkowo szybki, tak jak w wypadku Matki Teresy z Kalkuty - mniej niż 5 lat. 

        Siedziba  kongregacji  jest  niezwykłym  miejscem  -  są  tam  wręcz  bezcenne  dokumenty. 

Częśd archiwum została zrabowana przez ludzi Napoleona, którzy wywieźli całe archiwum do Paryża. 

Na  szczęście  większośd  dokumentów  wróciła  do  Rzymu.  Są  tam  listy  wielu  królów  do  papieży 

w sprawie  ogłoszenia  świętym  kogoś,  kto  był  mieszkaocem  ich  paostwa,  ich  rodakiem.  Ja  miałem 

w ręku np. pismo Jana Kazimierza. 

        Arcybiskup  Nowak  był  pełen  entuzjazmu  i wiary,  że  proces  Jana  Pawła  II  będzie  szybki, 

ale na pewno musi on potrwad. I może byd tu mowa o latach. Kiedy wierni mówili na Placu św. Piotra 

„subito”  -  „natychmiast”,  dla  nich  oznaczało  to  „jutro”,  dla  kardynałów  zaś  to  może  oznaczad  dwa 

lata. A i to byłoby bardzo szybko. 

        Wtedy,  tego  dnia  był  to  temat  nr  1.  Wszystkie  gazety  włoskie  cytowały  zdanie:  „Santo 

Subito”  i to,  że  wierni  już  ogłosili  Papieża  świętym.  Nikt  nie  miał  wątpliwości,  co  do  świętości  Jana 

Pawła II. Pytanie tylko, jak długa jest droga do oficjalnego ogłoszenia tej świętości w Kościele. Przez 

cały czas jego pontyfikatu gromadzone były dokumenty, dowodzące cudów, których Bóg dokonywał 

jeszcze  za  życia  Jana  Pawła  II.  Pojawiały  się  już  potem  we  włoskiej  prasie  różne  doniesienia,  np. 

o pewnym Amerykaninie chorym na nowotwór, za którego modlił się Papież. Chory wyzdrowiał. Ale 

to jest tylko jedna częśd potrzebnych świadectw.  Ważne  są jeszcze cuda, które się dokonują już po 

śmierci  -  bo  to  jest  dla  Kościoła  dowodem,  że  Pan  Bóg  ma  tę  osobę  blisko  siebie  i za  jej 

wstawiennictwem  czyni  cuda.  Dlatego  zanim  Jan  Paweł  II  zostanie  ogłoszony  świętym,  taką  drogę 

musimy przejśd. 

        Potem we włoskiej prasie pojawiała się opinia - co niestety u nas podchwycono - jakoby 

arcybiskup Nowak w wywiadzie udzielonym następnego dnia przypuszczał, że już jesienią Jan Paweł 

może  byd  ogłoszony  świętym.  Ja  rozmawiałem  z arcybiskupem  w dniu,  gdy  „Corriere  delia  Serra” 

uczyniło nagłówkiem zdanie wyrwane z kontekstu wywiadu. Komentowano to potem w ten sposób, 

że  Polacy  znowu  czują  się  tak,  jakby  nadal  rządzili  Watykanem.  Jednak  arcybiskup  Nowak  nie 

powiedział, że Papież zostanie ogłoszony świętym we wrześniu, tylko, że papież może podjąd każdą 

decyzję, także decyzję o przyśpieszeniu procesu beatyfikacyjnego. 

         

         

         

        I wszyscy zaczęli żyd przygotowaniami do konklawe. Musi byd ono ogłoszone między 15. 

a 20. dniem od śmierci papieża. I tak się stało. Jego datę wyznaczono na poniedziałek, 18 kwietnia. 

Jakie  są  zwyczajowe  kroki  kongregacji  zanim  rozpocznie  się  konklawe,  jak  to  się  odbywało,  jak  to 

background image

postrzegaliście  wy,  dziennikarze?  Jak  to  wyglądało  medialnie,  bo  informacje  o kardynałach  były 

mocno ograniczone? 

         

        Już  wcześniej,  w czasie  obrad  Kongregacji  Ogólnej  zapadła  decyzja,  podobno  pod 

wpływem  kardynała  Ratzingera,  żeby  kardynałowie  nie  udzielali  żadnych  wywiadów.  Zawsze 

obowiązuje  zasada,  że  kardynałowi  nie  wolno  kontaktowad  się  ze  światem  w czasie  konklawe.  Ale 

tym  razem  już  na  pięd  dni  przed  konklawe  kongregacja  postanowiła,  że  żaden  kardynał  nie  będzie 

udzielał  wywiadów.  Z kardynałami  nie  mogliśmy  więc  rozmawiad,  nie  mogliśmy  już  ich  o nic  pytad. 

W niedzielę wszyscy kardynałowie, którzy mieli wziąd udział w konklawe - czyli ci, którzy nie skooczyli 

jeszcze 80 lat - zamieszkali w Domu św. Marty. Ten dom został specjalnie do tego celu przystosowany 

z inicjatywy  Jana  Pawła  II.  Pamiętał  on,  w jak  ciężkich  warunkach  mieszkali  kardynałowie  w czasie 

poprzedniego  konklawe  i chciał  im  trochę  ułatwid  życie.  Wtedy  oczywiście  najczęściej  zadawano 

sobie pytanie, kto może byd następcą Jana Pawła II, kto może udźwignąd ten ciężar. Zanim pojawiały 

się nazwiska, pojawiały się hipotezy co do zasady dokonywania wyboru. Po pierwsze, spekulowano, 

że  to  nie  może  byd  ktoś  młody,  że  Kościołowi  potrzebny  jest  teraz  taki  „krótki,  przejściowy 

pontyfikat”, aby przygotowad się na wybór kolejny, może tak przełomowy jak wybór Karola Wojtyły. 

Tym  razem  uznano,  że  to  nie  jest  czas  na  wybranie  np.  papieża  czarnoskórego.  Zresztą  to  było 

zabawne, że sam kardynał Arinze, który, jak się wydawało, spośród czarnoskórych kardynałów miał 

największe  szansę,  na  pytanie,  czy  ma  tego  świadomośd,  odpowiedział:  „Czy  wyście  powariowali? 

Przecież czarnego nie wybiorą”. Bawiła go sytuacja, kiedy był wymieniany jako jeden z papabili. Chod 

media dużo mówiły o takiej możliwości, to jednak wydawało się to raczej niemożliwe. Sugerowano, 

że  pewnie  będzie  to  osoba  zaawansowana  wiekiem,  mająca  70,  75  lat.  Raczej  nie  będzie  to,  jak 

w przypadku  Wojtyły,  kardynał  mający  mniej  niż  60  lat.  To  eliminowało  w tych  typowaniach  grupę 

kardynałów młodszych. 

        Mówiono  oczywiście,  że  jest  zasada:  „Kto  na  konklawe  wchodzi  papieżem,  wychodzi 

kardynałem”. Powtarzano to zdanie bardzo często, ale  jest ono  -  jak pokazują historie poprzednich 

wyborów  -  nie  do  kooca  trafne.  Piusa  XII  wybrano  w trzecim  głosowaniu.  Od  początku  konklawe 

w 1939 roku było niemal dla wszystkich oczywiste, że to właśnie on, kardynał Pacelli, powinien zostad 

papieżem.  Był  wcześniej  nuncjuszem  apostolskim  w Berlinie,  mówił  doskonale  po  niemiecku, 

w obliczu  nadchodzącej  wojny  wydawało  się,  że  nie  ma  lepszego  kandydata.  To  był  doświadczony 

dyplomata i on najlepiej znał Niemcy spośród wszystkich kardynałów. Oczywiście poza kardynałami 

z Niemiec,  ale  wtedy  było  niewyobrażalne,  aby  nie-Włoch  został  papieżem.  Wybór  Jana  XXIII  też 

wcale  nie  był  tak  bardzo  zaskakujący.  Podobnie  było  z wyborem  Pawła  VI.  Na  konklawe,  kiedy 

wybierano Jana XXIII, przyszły papież Paweł VI - Montini otrzymał kilka głosów, co było fenomenem, 

bo  był  wtedy  jeszcze  arcybiskupem.  Już  wtedy  był  tak  silnym  kandydatem.  Wybór  Jana  Pawła 

background image

I przewidziało kilka wielkich tygodników we Francji i np. tygodnik „Time”. Więc to wcale nie jest tak, 

że ci, którzy są wymieniani jako najpoważniejsi kandydaci, muszą przegrad. 

        Poza tym jeszcze jedno. Kiedy umarł Pius IX po 32 latach pontyfikatu, wybrano Leona XIII, 

który już wtedy był schorowany. 

        Bardzo się dziwił, czego chcą kardynałowie - żeby za rok było kolejne konklawe? Po czym 

był papieżem przez kolejne 25 łat. Myślenie „wybierzmy kogoś zaawansowanego wiekiem - to będzie 

krótki pontyfikat” może prowadzid donikąd. 

        Kościół  nie mógł  sobie też w tej  sytuacji pozwolid na „przejściowy pontyfikat”. Po Janie 

Pawle  II Kościół  potrzebował tytana. Tytana, który podejmie jego dzieło, który będzie papieżem po 

kimś, kto w dniu pogrzebu został uznany za wielkiego i świętego; po kimś kto dokonał niebywałego 

przełomu w Kościele, zmienił jego oblicze. Nikt nie oczekuje, że następny papież będzie taki, jak Jan 

Paweł II  - on był niepowtarzalny. Żaden papież nie  będzie taki, jak on i żaden pontyfikat  nie  będzie 

taki, jak ten. Ale bez wątpienia Kościół nie mógł sobie pozwolid na to, żeby zdecydowad się na jakiś 

pontyfikat  przejściowy.  Oczywiście  dokonano  od  razu  podziału  na  stronnictwa.  Kardynał  Joseph 

Ratzinger  był  wymieniany  jako  jeden  z głównych  faworytów  stronnictwa,  nazwijmy  je 

„konserwatywnym”,  a kardynał  Carlo  Maria  Martini  uznany  został  za  przywódcę  „reformatorów”. 

Sugerowano,  że  ponieważ  Martini  przyznał  się,  że  cierpi  na  chorobę  Parkinsona,  to  może  on  tak 

naprawdę nie będzie kandydował, ale w czasie pierwszego głosowania oddane będą na niego głosy 

tylko  po  to,  żeby  pokazad,  że  istnieje  jakaś  opozycja  wobec  kardynała  Ratzingera,  i że  to  nie  jest 

jedyny  możliwy  wybór.  Wydaje  mi  się,  że  nie  można  myśled  o tym  w ten  sposób.  Konklawe  jest 

zupełnie inne niż jakiekolwiek wybory prezydenckie czy parlamentarne, w jakich my bierzemy udział. 

Każdy  kardynał,  kiedy  oddaje  głos,  staje  przed  freskiem  Sądu  Ostatecznego.  Jedną  z najbardziej 

przejmujących jego wizji, jakie kiedykolwiek powstały. 

         

        W  tym  czasie  bardzo  często  w polskiej  prasie  przywoływano  ten  fragment  „Tryptyku 

rzymskiego” Jana Pawia II - że kardynałowie staną właśnie tam i „On wskaże”. 

         

        Przecież  oni,  stając  przed  tym  freskiem,  najpierw  składają  przysięgę,  że  oddają  głos  na 

tego, który - jak wierzą - powinien byd papieżem. Więc gdyby któryś z kardynałów oddawał głos na 

Martiniego tylko dlatego, by pokazad Ratzingerowi, że istnieje opozycja wobec niego - to popełniałby 

grzech. Doskonale by wiedział, co robi. Myślę, że tak do kooca nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, 

czym w ogóle jest konklawe, przed jakim wyborem ci ludzie stają. 

        Mówiono  o tym  chodby  po  konklawe,  na  którym  wybrano  Jana  Pawła  II.  Zawsze  jest 

ważne, w jakiej sytuacji jest cały Kościół. Konklawe, na którym wybrano Karola Wojtyłę odbyło się po 

33  dniach  pontyfikatu  Jana  Pawła  I.  Ci  kardynałowie  byli  w szoku.  Mówił  o tym  potem  kardynał 

background image

Koenig:  „Myśmy  oddawali  głos  na  Jana  Pawła  I i  wierzyliśmy,  że  to  on  powinien  byd  papieżem.  Po 

czym  nagle  po  33  dniach  Pan  Bóg  nam  go  zabiera.  On  coś  nam  chciał  powiedzied”.  Może  właśnie 

wtedy  jak  rzadko  kiedy  Kościół  był  gotowy  na  coś  wyjątkowego.  Mówiło  się,  że  to  październikowe 

konklawe w 1978 było o wiele bardziej rozmodlone niż to wcześniejsze, było głębsze. Ci ludzie musieli 

mied poczucie, że stało się coś niezwykłego. Po 33 dniach umiera papież - zdrowy, pełny sił człowiek 

nagle odchodzi. Tym razem było zupełnie inaczej. Oni wybierali po prawie 27 latach pontyfikatu Jana 

Pawła  II.  Więc  może  nie  byli  tak  mocno  przekonani,  że  Kościół  potrzebuje  kolejnego  wielkiego 

przełomu. Z grona kardynałów, którzy brali udział w konklawe z 1978 roku, było już teraz tylko dwóch 

i sytuacja była zupełnie inna. 

        Wszyscy  czekali  na  homilię,  którą  miał  wygłosid  w poniedziałek  kardynał  Ratzinger.  To 

miała  byd  ostatnia  wskazówka  przed  konklawe.  Myślę,  że  wiele  osób  było  zaskoczonych  tym,  co 

kardynał  powiedział,  mając  świadomośd,  że  jest  wymieniany  jako  jeden  z najpoważniejszych 

kandydatów.  Ratzinger  kontynuował  to,  o czym  pisał  w rozważaniach,  przygotowanych  w tym  roku 

na Drogę Krzyżową. Powtarzały się nawet 

         

         

        niektóre jego ulubione porównania - te morskie. Wtedy: „Kościół jako tonąca łódź”, teraz 

mówił,  że  „łódeczka  myśli  wielu  chrześcijan  miotana  jest  przez  różne  fale  -  relatywizm,  ateizm, 

komunizm”. Zastanawiano się, jak zachowałby się polityk na miejscu kardynała? Pewnie próbowałby 

zdobyd  ten  elektorat,  który  jeszcze  go  nie  popiera.  Starałby  się  zdobyd  tych,  którzy  nie  do  kooca 

pokładają  w nim  wiarę,  uspokoid  ich,  że  nie  jest  tak  źle,  jak  przypuszczają.  Po  czym  pojawiłyby  się 

komentarze  -  „Myśleliśmy,  że  to taki  twardy konserwatysta,  a jednak  jest  otwarty,  kto wie,  czy  nie 

zdecyduje się na jakieś reformy”. Polityk zrobiłby coś, co zwiększyłoby jego szansę. A Ratzinger tego 

nie  zrobił.  Był  konsekwentny.  Dokładnie  tak  samo  opisał  Kościół  jak  wtedy,  kiedy  był  prefektem 

Kongregacji Doktryny Wiary. Pewnie właśnie to musiało zrobid na kardynałach porażające wrażenie, 

bo  oni  doskonale  wiedzieli,  że  mówi  to  człowiek,  który  ma  świadomośd,  że  oddane  będą  na  niego 

głosy,  że  może  zostad  papieżem.  A ciągle  mówi  dokładnie  to,  co  mówił  wcześniej  -  że  Kościół 

potrzebuje  silnej  i czystej  wiary,  że  „kiedy  my  przestrzegamy  wiernie  zasad  Ewangelii,  doktryny 

Kościoła Katolickiego, to się mówi, że jesteśmy fundamentalistami”. Mówił, że od pewnych zasad nie 

może byd odstępstwa. Że mamy szukad naszej wiary, ale jednocześnie musimy wiedzied, że jesteśmy 

katolikami i co z tego wynika. To mówił kardynałom i to była dla wielu mocna, a nawet wstrząsająca 

wizja.  Musieli  byd  pod  wrażeniem  siły  tego  człowieka,  który  w takiej  chwili  nie  próbuje  nagle 

powiedzied  czegoś,  co  zdobyłoby  mu  przychylnośd  „reformatorów”.  Przesłanie  było  proste  -  „albo 

akceptujecie  mnie  takiego,  jaki  jestem  z całą  moją  wiarą  i moimi  przekonaniami,  albo  nie.  Ja 

poglądów nie zmienię”. 

background image

         

        I byd może właśnie dlatego wielu kardynałów uznało wtedy, że to właśnie on powinien 

byd papieżem i zdecydowało się na niego oddad swój głos. To mógł byd decydujący moment. 

         

        Myślę, że tak. Tak naprawdę Ratzinger szedł już drogą do tronu papieskiego od dawna. 

Te  wszystkie  jego  wystąpienia:  rozważania  na  Drogę  Krzyżową,  homilia  na  pogrzebie  Papieża  i ta 

homilia wygłoszona na mszy pro ligento papa - one układają się w całośd. To człowiek o jasnej wizji 

Kościoła,  który  ma  świadomośd,  jakie  największe  zagrożenia  przed  nim  stoją  i jaka  może  byd  na  to 

odpowiedź.  Zdaniem  Ratzingera  jedna  odpowiedź:  czysta,  prawdziwa,  szczera  wiara,  gdzie  nie  ma 

wątpliwości,  co  do  tego,  kim  jesteśmy,  jakie  są  podstawowe  prawdy  tej  wiary,  jaka  jest  doktryna 

Kościoła.  On  to  mówił  w Wielki  Piątek  i w  dniu  rozpoczęcia  konklawe.  Ale  był  też  „Ratzinger 

uśmiechnięty”,  którego  wszyscy  słyszeli  na  mszy  pogrzebowej  Papieża.  Wiele  osób  myślało,  że  taki 

będzie w czasie homilii wygłaszanej przed konklawe, ale widad nie była to odpowiednia chwila. 

         

        Nazajutrz  w jednym  z polskich  dzienników  ukazał  się  tytuł  „Credo  Ratzingera”.  Miałem 

wrażenie, że chodzi w tekście o program kandydata na prezydenta... 

         

         

        To pewne uproszczenie. Podzieliliśmy się na dwa obozy. Byli tacy, którzy uważali, że to 

nie jest jego program, jego wyznanie wiary. Moim zdaniem było jak najbardziej, to był cały Ratzinger! 

Nie można oczekiwad, że kandydat na papieża powie: jeżeli mnie wybierzecie, podejmę takie i takie 

decyzje.  Konklawe  to  nie  są  wybory  w demokracji.  Ratzinger  powiedział,  w co  wierzy  i przed  jakimi 

wyzwaniami stanie nowy papież, ktokolwiek nim będzie. Jak najbardziej można było na tej podstawie 

przypuszczad, jakie będzie credo nowego papieża, jeżeli to on nim zostanie. 

         

        Po  tej  mszy  św.  kardynałów  zamknięto  w Kaplicy  Sykstyoskiej,  padły  słowa  „Extra 

omnes”,  no  i media,  które  żyją  z informacji,  przestały  żyd  na  moment,  informacja  się  urwała, 

rozpoczęło się wyczekiwanie na dym. Nerwowe? 

        Kardynał skooczył tamtą homilię wezwaniem: „Błagajmy Pana, aby po tak wielkim darze, 

jakim był Jan Paweł II, dał nam nowego pasterza według swego serca, który by prowadził do poznania 

Chrystusa,  do  jego  miłości  i prawdziwej  radości”.  Okazało  się,  że  kardynałowie  zdecydowali  się  na 

głosowanie jeszcze w poniedziałek, ale nie przyniosły one rezultatu. Pan nie dał nam jeszcze nowego 

papieża, dym był czarny. 

         

background image

        To  dowodziło,  że  Kościół  dalej  szedł  drogą  Jana  Pawła  II.  Po  raz  pierwszy  w historii 

transmitowano  moment,  kiedy  kardynałowie  udawali  się  z Auli  Błogosławieostw  do  Kaplicy 

Sykstyoskiej i tam składali przysięgę. Pamiętajmy, że dla nich to też było niezwykłe spotkanie, oni nie 

wszyscy się znają, wielu z nich po raz pierwszy się ze sobą widziało. 

        Były przypuszczenia, że mogą nie głosowad w poniedziałek, ale było to raczej niemożliwe. 

Oni  musieli  byd  strasznie  ciekawi,  jakie  będzie  to  pierwsze  głosowanie.  Nikt  wtedy  nie  czytał  gazet 

uważniej  niż  oni.  Byli  ciekawi,  o kim  pisze  się  z sympatią,  o kim  niechętnie  lub  w ogóle,  czyj  wybór 

dziennikarze  przyjęliby  z entuzjazmem,  a czyj  ze  wstrzemięźliwością,  kogo  wymienia  się  w gronie 

faworytów. Chcieli sprawdzid pewnie, czy przypuszczenia o podziale na te dwa potężne stronnictwa 

są prawdziwe. 

        Bardzo natomiast uważali na to, by samemu nie zdradzid się z tym, co myślą. 

        Zrobił to kiedyś kardynał Siri i dużo go to kosztowało. Udzielił wywiadu przed konklawe, 

na  którym  wybrano  Jana  Pawła  I.  Umówił  się  z dziennikarzem,  że  wywiad  zostanie  opublikowany 

w trakcie  trwania  konklawe,  bo  wtedy  kardynałowie  nie  będą  już  mogli  czytad  gazet.  Cokolwiek 

powie,  dowie  się  o tym  świat,  ale  nie  oni,  zamknięci  w Kaplicy  Sykstyoskiej.  Gazeta  jednak  nie 

dochowała  obietnicy  i opublikowała  ten  wywiad  w dniu  konklawe.  Rano,  zanim  się  jeszcze  zaczęło, 

kardynałowie  mogli  go  przeczytad.  W wywiadzie  kardynał  Siri  dośd  bezwzględnie  rozprawił  się 

z kolegialnością w Kościele, mówiąc, że byłaby ona ścięciem głowy papieżowi, który musi sprawowad 

rządy  silną  ręką.  Było  więc  jasne,  że  Siri  nie  ma  już  szans,  bo  posunął  się  za  daleko.  W Watykanie 

wszyscy mają dobrą pamięd i nikt nie zapomniał o tamtym wydarzeniu. 

         

         

         

        Ponieważ  więc  żaden  z kardynałów  nie  mówił  publicznie  o swoich  poglądach 

i faworytach,  jedynym  sposobem  wysondowania  sytuacji  było  głosowanie.  Niektóre  amerykaoskie 

stacje telewizyjne wysłały swych operatorów na ulicę, z której widad okna w Domu św. Marty. Mniej 

więcej wiedzieli, kto w jakim pokoju mieszka i patrzyli, w których oknach pali się światło, czyli gdzie 

trwają narady, gdzie się spotykają kardynałowie. Nie wolno było im spotykad z nikim z zewnątrz, ale 

mogli  przecież  rozmawiad  ze  sobą  po  tym  pierwszym  głosowaniu.  Gdyby  go  nie  było  -  o czym  by 

dyskutowali? 

        Nie wiedzieliśmy, jak układały się głosy, ale czasem to, co się dzieje w Watykanie, trzeba 

czytad z takich, wydawałoby się błahych, znaków. Kardynał Joachim Meissner, kiedy opuszczał swoje 

mieszkanie  w Rzymie  i udawał  się  do  Domu  św.  Marty,  powiedział  siostrom  zakonnym,  żeby  obiad 

przygotowały  na  popołudnie  następnego  dnia.  Zdziwione  siostry  spytały:  „Jak  to?  Przecież  Jego 

Eminencja do kooca konklawe nie może opuścid Watykanu”. Kardynał na to: „No i mają siostry rację, 

background image

w czasie  konklawe  nie  przyjdę.  Więc  mówię,  że  obiad  ma  byd  jutro  o 15.00”.  Był  więc  święcie 

przekonany, że konklawe może się skooczyd już w trzecim głosowaniu, we wtorek. 

        Wydaje  się,  że  ci,  którzy  uważali,  iż  wybór  kardynała  Ratzingera  jest  tym,  którego 

chciałby  Pan  Bóg,  byli  przekonani,  że  stanie  się  to  szybko.  Tak  myślał  kardynał  Meissner,  który 

niewątpliwie był orędownikiem tej kandydatury. 

        Takie mieliśmy znaki z kuchni kardynałów. No, ale nic nie wiedzieliśmy na pewno, znad 

kaplicy uniósł się czarny dym. 

        Potem wtorek, nie mamy żadnych danych, nie wiemy, jak układały się głosy, na kogo je 

faktycznie oddawano. 

        Mieliśmy  kłopot,  bo  dym  znad  Kaplicy  Sykstyoskiej  na  początku  był  zawsze  szary 

i wszyscy  patrzyli  z niepewnością,  czy  takim  pozostanie,  czy  może  już  teraz  okaże  się,  że  wybrano 

papieża. Spodziewaliśmy się, że jeśli papież zostanie wybrany, od razu zobaczymy biały dym, chodby 

było  to  w południe,  jeśli  nie  -  to  czarny  dym  zobaczymy  dopiero  pod  wieczór.  W południe  nie 

zobaczyliśmy białego dymu, ale większośd z nas była zgodna, że to jeszcze nie znaczy, że nie poznamy 

dziś  papieża.  Pewne  też  było,  że  jeśli  triumfowad  ma  Ratzinger,  stanie  się  to  szybko.  Gdyby  jego 

kandydatura  jako  głównego  faworyta  nie  zdobyła  odpowiedniej  ilości  głosów  w kilku  pierwszych 

głosowaniach, to zaczęto  

         

        by myśled o kimś zupełnie innym. To musiał więc byd dzieo Ratzingera, jeśli taki w ogóle 

miał nadejśd. 

         

        Jakie nazwiska jeszcze wymieniano? 

         

        Mówiono  o kardynałach  włoskich:  o Dionigim  Tettamanzim,  arcybiskupie  Mediolanu, 

o Angelo  Scoli  z Wenecji,  no  i oczywiście  o kardynale  Martinim,  który  przyjechał  na  konklawe 

z Jerozolimy, gdzie od 2002 r. prowadzi studia nad Biblią. Wymieniano też kardynała Oskara Rodgrigo 

Maradiagę  z Hondurasu  i Claudia  Hummesa  z Brazylii.  Wybór  kardynała  z Ameryki  Południowej 

wydawał  się  ciekawy.  Niemal  połowa  katolików  to  mieszkaocy  Ameryki  Południowej.  Taki  wybór 

byłby przełomowy dla Kościoła, mógłby tchnąd w niego zupełnie nową energię. Mówiono, że tak jak 

Jan  Paweł  II  przyczynił  się  do  pojednania  między  Wschodem  i Zachodem,  tak  kardynał  z Ameryki 

Południowej  zrobi  tyle  samo  dla  zlikwidowania  przepaści  między  bogatą  Północą  i biednym 

Południem. To wydawało się prawdopodobne. Ciekawa też była kandydatura kardynała Maradiagi. To 

człowiek, którego uwielbiają media, ma licencję pilota, jest dowcipny, to doskonały mówca, można by 

się spodziewad barwnego, fascynującego dla mediów pontyfikatu. 

background image

        W  koocu  nadeszło  popołudnie.  Pamiętam,  że  rozmawialiśmy  w „Teleekspresie” 

z Madkiem  Orłosiem,  który  pytał,  kiedy  papież  może  byd  wybrany.  Przypomniałem  rozmowę 

kardynała  Meissnera  z siostrami  z przekonaniem,  że  może  to  stad  się  dzisiaj.  Niewiele  później 

mieliśmy nagrad rozmowę z watykanistą, Gianfranco Svidercoschim. Staliśmy jak zwykle na wzgórzu 

z widokiem na Bazylikę św. Piotra, plac i komin Kaplicy Sykstyoskiej. W pewnym momencie słyszymy 

krzyk: „Dym!”. 

        Owszem dym jest, ale nie słyszymy bicia dzwonów, tłum na placu krzyczy: „Jest biały!”. 

Ale  my  wciąż  nie  słyszymy  dzwonów!  Jan  Paweł  II,  żeby  oszczędzid  nam  tej  niepewności  związanej 

z kolorem  dymu,  zapisał  w konstytucji  apostolskiej,  że  jeśli  wybór  papieża  się  dokona,  to  mają  bid 

dzwony  bazyliki.  Rozpoczęło  się  już  specjalne  wydanie  „Wiadomości”.  Rozmawialiśmy  z Dorotą 

Gawryluk i wciąż nie wiedzieliśmy nic na pewno, spodziewaliśmy się, że dym może jeszcze za chwilę 

stad się czarny, że może mają kłopot z jego kolorem, ale zaraz ściemnieje - i nagle słyszymy dzwony! 

Ale nie! To nie dzwony bazyliki, tylko okolicznych kościołów. To nie było więc jeszcze potwierdzenie. 

Dopiero po około piętnastu minutach dzwonnik bazyliki wziął się do roboty i zaczęły bid te dzwony, 

na które czekaliśmy. Obok mnie stał wtedy ks. Stefan Wylężek, administrator Fundacji Jana Pawła II 

w Rzymie.  Zapytałem  go,  jakiego  możemy  się  spodziewad  pontyfikatu,  jeżeli  to  jest  kardynał 

Ratzinger.  Ksiądz  przestrzegał  przed  wyrokowaniem  i sugerował,  by  jednak  poczekad  na 

obwieszczenie z balkonu bazyliki. Wtedy pomyślałem: „Cholera, a jeśli ksiądz ma rację? Jeśli od kilku 

dni przekonujemy, że najpoważniejszym kandydatem jest Ratzinger, a tu nagle drugiego dnia wybiorą 

kogoś innego?”. Blamaż totalny! 

         

        Minęło około pół godziny... 

         

        ...i na balkonie bazyliki pojawił się kardynał Estevez, o którym wiedzieliśmy, że ma ogłosid 

nowinę „habemus papam”. Wtedy my wszyscy: ja, operatorzy, goście patrzyliśmy w ekran monitora 

ustawionego  pod  kamerą,  a wystarczyło  odwrócid  głowę,  żeby  rzeczywiście  zobaczyd  kardynała 

Esteveza, który wchodzi na balkon bazyliki, co przecież nie było dane wielu osobom. Zobaczyd to na 

„naprawdę”, a nie w monitorze, tak jak miliard ludzi na świecie. Ale nie! Przy kleiliśmy się na dobre 

do telewizora. Gromadzący się na Placu św. Piotra ludzie, patrzyli na ten balkon jak zaczarowani, a my 

patrzyliśmy  w ten  monitor!  Usłyszeliśmy  słowa  formuły:  „Annuntio  vobis  gaudium  magnum: 

habemus papam... 

         

        ...Emminentissimum  ac  Reverendissimum  Dominum  Josephum  Sanctae  Romanae 

Ecclesiae Cardinalem Ratzinger, qui sibi nomen imposuit Benedictum XVI”. 

         

background image

        Po słowie „Josephum” nie mieliśmy wątpliwości, że chodzi o Ratzingera. 

        Zapanował  entuzjazm  i zaskoczenie.  Wyboru  takiego  papieża  co  prawda  się 

spodziewaliśmy, ale takiego imienia nie. Włosi urządzili ankietę internetową, jakie powinno byd imię 

nowego papieża. Najwięcej głosów  padło na Karol I. Piękny pomysł, nawet  lepszy niż Jan Paweł  III. 

Kiedy Jan Paweł II wybierał swoje imię, zrobił to z szacunku dla Jana XXIII, Pawła VI i Jana Pawła I. Ten 

ostatni  ledwie  zaczął  swój  pontyfikat  -  on  chciał  go  więc  w jakiś  sposób  kontynuowad.  No,  ale  czy 

można byd Janem Pawłem III, zaraz po Janie Pawle II? 

        Myśleliśmy, że jeśli kardynał Ratzinger chciałby byd takim papieżem, który broni doktryny 

wiary,  który  chce  byd  konserwatystą  -  to  powinien  byd  Piusem  XIII,  co  wydawało  się  najbardziej 

prawdopodobne. 

        Gdyby  to  było  imię  Paweł  VII,  to  by  znaczyło,  że  będzie  to  papież,  który  chce 

pielgrzymowad jak św. Paweł Apostoł. 

        A może Jan XXIV? Imię Benedykta XVI było dla nas zaskoczeniem. 

        Pamiętaliśmy,  że  był  Benedykt  XV,  ale  jakoś  nie  bardzo  wrył  się  w pamięd.  Był  Pius  IX, 

który ogłosił się więźniem Watykanu, gdy powstały niepodległe Włochy. To był niezwykły pontyfikat. 

Był Pius XII, papież czasów wojny, bardzo różnie dziś oceniany, no i wielcy Jan XXIII i Paweł VI. 

        Benedykt XV był papieżem czasów I wojny światowej, który próbował pojednad skłócone 

strony.  Ale  może  należało  pomyśled  raczej  o św.  Benedykcie,  patronie  Europy.  W 2004  roku 

realizowaliśmy transmisję z 60. rocznicy zdobycia Monte Cassino przez polskich żołnierzy. Przecież to 

właśnie opactwo benedyktyoskie jest miejscem kultu św. Benedykta. 

        To  byłby  jakiś  symbol  ostatecznego  pojednania  po  wojnie.  Święty  Benedykt  żył 

w niespokojnych czasach, próbował przenieśd chrześcijaoską wiarę dla kolejnych stuleci. Wierzył, że 

zagrażają mu barbarzyocy, którzy bez przerwy łupili południe ówczesnych Włoch. 

        Może wybór tego imienia nie był więc tak zaskakujący. Kardynał Ratzinger jest przecież 

w podobny  sposób  przekonany  o konieczności  obrony  Kościoła  przed  nowym  „barbarzyostwem”. 

Nikt nie próbuje podnieśd miecza na Kościół, ale i tak stoczyd musi on walkę o serca i umysły swoich 

wiernych - tak można rozumied kolejne homilie nowego papieża. 

         

        Mimo  to  decyzja  o wyborze  takiego  imienia  nie  została  odczytana  jako  przejaw 

mentalności oblężonej twierdzy. 

         

        Nie, ale musimy mied  świadomośd, że  Benedykt XVI stoi przed poważnym wyzwaniem. 

Musi  dowieśd,  że  jako  papież  będzie  bardziej  otwarty  na  dialog  niż  był  jako  prefekt  kongregacji. 

Głośny był kiedyś spór pomiędzy nim a kardynałem Martinim, który zapytany przez brytyjskie media, 

czy  jest  możliwe  kapłaostwo  kobiet,  odpowiedział:  „nie  za  pontyfikatu  Jana  Pawła  II”.  Wtedy 

background image

Ratzinger jako prefekt Kongregacji Doktryny Wiary odbył z nim dośd trudną rozmowę. Zwrócił uwagę, 

że  nie  wypada  kardynałowi  w sprawie  tak  fundamentalnej  dla  Kościoła  katolickiego  sugerowad,  że 

kapłaostwo kobiet to nie jest tak  zupełnie  zły pomysł  i tylko upór Papieża stoi na drodze  zmianom. 

W Kościele  istnieje  dogmat  o nieomylności  papieża,  a prefekt  Kongregacji  Doktryny  Wiary  ma  za 

zadanie  pilnowad  dyscypliny  myśli  w Kościele.  Taka  była  misja  Ratzingera  i dlatego  rozmawiał 

z Martinim.  Jakie  poglądy  miał  on  sani  w tej  sytuacji,  było  sprawą  drugorzędną.  Nie  ulega  jednak 

wątpliwości,  że  uchodził  za  człowieka  surowego  i zasadniczego.  Jednak  ci,  którzy  poznali  go  lepiej 

wiedzieli, że taki był tylko jako urzędnik. Można by powiedzied językiem Watykanu - „taka była jego 

posługa”. Prywatnie  był  zawsze  ciepły  i serdeczny.  Poza  tym  papiestwo  zmienia  ludzi.  Jak  mawiają: 

„Nawet przeciętni kardynałowie stawali się czasem wybitnymi papieżami”, a bez wątpienia Ratzinger 

nie był przeciętnym kardynałem. 

        Byd może teraz tyle uwagi poświęca sprawom ekumenizmu, że ma świadomośd, iż mógł 

niektórych  zaniepokoid.  On  był  bowiem  autorem  notatki  dotyczącej  sformułowania:  „Kościoły 

siostrzane”.  Napisał  w niej,  że  to  nie  jest  najlepsze  określenie  i kościoły  protestanckie  nie  powinny 

uważad  się  za  siostry  Kościoła  katolickiego,  ale  jego  córki.  Ratzinger  stoi  więc  przed  trudnym 

zadaniem  zmierzenia  się  ze  swoim  dziedzictwem,  z tym,  co  głosił  przez  ponad  20  lat  jako  prefekt 

Kongregacji Doktryny Wiary. O tym też myśleliśmy, kiedy go wybrano. 

        Poza tym, kardynał  Wojtyła  przed  wyborem  był  przez  cały  czas  duszpasterzem.  Kościół 

od  ponad  100  lat  nie  miał  papieża  o tak  wielkim  doświadczeniu  duszpasterskim.  Dla  Jana  Pawła  II 

przemawianie  do  tłumów,  kontakt  z tysiącami  wiernych  był  całkowicie  naturalny.  Poza  tym  miał 

niezaprzeczalny talent aktorski. Wszyscy mieli wrażenie, że urodził się po to, 

         

         

         

        by  byd  papieżem.  Każdy  jego  gest  był  całkowicie  naturalny.  Kardynał  Ratzinger  był  od 

ponad  20  lat  urzędnikiem  Kurii  Rzymskiej.  To  zderzenie  z tłumem  ludzi,  kiedy  wyszedł  na  balkon 

bazyliki,  musiało  byd  dla  niego  trudnym  doświadczeniem.  A jednak  był  wtedy  wyjątkowo,  jak  na 

siebie, uśmiechnięty, wręcz radosny. 

         

        U  Ratzingera  było  to  szczególnie  widoczne  w czasie  mszy  intronizacyjnej  -  on  był 

speszony.  Ale  dla  wszystkich  w tym  pierwszym  momencie  po  ogłoszeniu  było  istotne,  jakie  będą 

pierwsze słowa nowego papieża. 

         

        Nawet  ten  pierwszy  gest  był  ważny  -  on  podniósł  ręce  w takim  sportowym  geście 

zwycięstwa.  Obok  mnie  stał  wtedy  Gianfranco  Svidercoschi,  patrzyliśmy  obaj  na  monitor  i on  ze 

background image

zdumieniem  powiedział:  „To  jest  Ratzinger?”.  Wydaje  się,  że  to  jest  taki  drobny  gest,  ale  jak  na 

Ratzingera to było rewolucyjne. To było dla nas uderzające. Oczywiście  wszyscy czekaliśmy na jego 

pierwsze  słowa.  Nie można  się  było  spodziewad,  że  kardynał  Ratzinger  powie  coś  takiego  jak  Karol 

Wojtyła, który żartując - natychmiast podbił serca Włochów. 

         

        Ale z kolei on by I osobą nieznaną, a Ratzinger - przeciwnie. 

         

        To prawda. Ale przede wszystkim to inny temperament, osobowośd, inne doświadczenie. 

Ratzinger zaczął w pokorze wobec swego poprzednika, mówił: „Po wielkim Papieżu Janie Pawle II...” 

i w  tym  momencie  burza  oklasków.  Ci  ludzie,  którzy  tam  byli,  wciąż  kochali  zmarłego  Papieża 

i docenili,  że  jego  następca  zaczyna  od  złożenia  hołdu  swojemu  poprzednikowi.  Potem  powiedział 

coś, co mi wydaje się bardzo prawdziwe w stosunku do kardynała „ja, skromny, pokorny pracownik 

winnicy Paoskiej”. To jest rzeczywiście bardzo skromny człowiek i te słowa do niego pasowały. 

         

        Właściwie powiedział wtedy trzy rzeczy: pierwsza, że Jan Paweł II był wielkim Papieżem, 

druga,  że  wybrali  skromnego  pracownika  winnicy  Paoskiej  i trzecia  -  że  Pan  potrafi  działad  poprzez 

narzędzia niedoskonałe. Taka niemiecka treściwa lapidarnośd. 

 

         

        Trudno  to  było  wtedy  ocenid.  Pontyfikat  Jana  Pawła  II  był  taki,  jak  jego  pierwsze 

pojawienie  się  na  balkonie:  serdeczne,  ciepłe  i zaskakujące.  Tyle  razy  zaskoczył  Kościół,  hierarchię 

i Kurię Rzymską. W Watykanie mawiano: „Z Ojcem Świętym nigdy nie wiadomo”. Z Benedyktem XVI 

zapewne  bardziej  „wiadomo”.  To  nie  będzie  pontyfikat  tak  pełen  niespodzianek.  W tych  paru 

pierwszych  zdaniach  był  ciągle  kardynał  Ratzinger,  ale  był  to  też  zupełnie  inny  człowiek.  Widad,  że 

jeszcze  speszony,  jeszcze  jego  gesty  nie  były  tak  naturalne,  ale  już  pełne  ciepła.  Nie  mógł  byd 

dobrotliwym kardynałem jako prefekt Kongregacji Doktryny Wiary, ale może byd takim papieżem. 

        Jako  papież  jest  ojcem  świata,  nawet tych,  którzy  nie  wierzą  w Boga,  dla  nich  też musi 

byd pasterzem. 

        Tego  dnia  padały  jeszcze  pytania,  czy  Włochom  nie  jest  przykro,  że  nie  wybrano  ich 

rodaka. I tak, i nie. 

        Nie, bo chodby taksówkarz, który wiózł mnie we wtorek rano, powiedział: „Wasz Papież 

pokazał, że stranieri są w tym lepsi niż my i modlę się, żeby nie wybrano Włocha, bo albo to będzie 

bałaganiarz,  albo  jakiś  arystokrata  zadufany  w sobie”.  Nie,  bo  Włosi  nie  są  nacjonalistami,  są 

narodem otwartym jak mało który, naprawdę kochali Jana Pawła II i wierzyli, że ktoś z innego kraju 

background image

może  tchnąd  nowego  ducha  w Kościół.  Nie,  bo  żaden  z ich  kardynałów  nie  był  zdecydowanym 

faworytem. 

        Byli  jednak  i rozczarowani,  bo  ci  kardynałowie  to  jednak  wybitni  ludzie,  a poza  tym, 

chcieliby się cieszyd, że ich kardynał staje się Następcą św. Piotra. 

         

        To ciekawe, co mówiłeś o tych wspaniałych włoskich kardynałach, bo znany włoski pisarz, 

Piętro  Citati  -  jak  stwierdziłem  po  lekturze  rozmowy  z nim,  głęboki  chrześcijanin  -  powiedział: 

„Kardynałowie  włoscy  są  mierni.  Mam  nadzieję,  że  nie  wybiorą  Włocha  na  papieża,  lecz  kiedy  to 

mówię,  nie  zapominam,  że  Bóg  posługuje  się  czasami  ludźmi  ograniczonymi,  żeby  uczynid  z nich 

dobrych papieży”. To dośd ostry sąd. Czy wypowiedź tamtego taksówkarza była reprezentatywna dla 

rzymian? 

         

        Rzymianie  i tak  uważają,  ze  ich  miasto  jest  nie  tylko  stolicą  Włoch,  ale  i stolicą  świata. 

I było nią rzeczywiście w ostatnich dniach Jana Pawła II, w czasie jego pogrzebu i wszyscy wiedzieli, że 

będzie nią w czasie mszy inauguracyjnej. To jest Wieczne Miasto. To, czy Włoch będzie mieszkał na 

trzecim  piętrze  Pałacu  Apostolskiego  nie  jest  takie  ważne.  Jest  takie  powiedzenie  w Watykanie: 

„Papieże  przychodzą  i odchodzą,  a Kuria  Rzymska  trwa”  -  a ta  była  i będzie,  przynajmniej  jeszcze 

przez jakiś czas, zdominowana przez Włochów. 

        Włosi rozumieją, że Kościół potrzebuje papieża nie z Włoch, bo problemy Kościoła nie są 

problemami jedynie tego kraju. Poza tym włoscy kardynałowie mieli swoje „wady”: kardynał Martini 

cierpi  na  chorobę  Parkinsona,  kardynał  Tettamanzi  mówi  tylko  po  włosku  (a  po  papieżu  poliglocie 

trudno  było  sobie  wyobrazid  kogoś,  niosącego  światu  Ewangelię  tylko  w języku  włoskim),  kardynał 

Scola  wpada  podobno  w stany  depresyjne  (a  nie  byłoby  dobrze,  żeby  nowy  Świadek  Nadziei  miał 

depresję). Włosi trochę się z tego śmiali i wiedzieli, że nie mają tak silnego kandydata jak Ratzinger. 

To,  że  wybrano  papieża  tak  szybko,  dowodzi,  że  kolegium  kardynalskie  nie  jest  tak  podzielone,  jak 

wyobrażały  to  sobie  media  i że  kardynałowie  nie  mieli  większych  wątpliwości  co  do  Ratzingera.  To 

z pewnością człowiek, którego uważali za najsilniejszą osobowośd w kolegium. 

        Oczywiście wiele osób zadaje sobie pytanie, na ile to oni, a na ile Duch Święty dokonuje 

wyboru? 

        Kiedy  w 2003  roku  zapytałem  kardynała  Sodano,  co  sprawiło,  że  w 1978  roku 

kardynałowie wybrali człowieka „z dalekiego kraju”, odpowiedział: „Jak to co? Duch Święty!”. Kiedy 

jedna z niemieckich stacji telewizyjnych zapytała o to kilka lat temu samego Ratzingera, powiedział: 

„No, może nie jest tak, że o wszystkim w czasie konklawe decyduje Duch Święty, bo gdyby tak było, 

kilku  ludzi  w przeszłości  nie  zostałoby  papieżami.  Powiedzmy,  że  Duch  Święty  pilnuje,  żebyśmy 

background image

wszystkiego  nie  zniszczyli”.  Konklawe  pozostanie  więc  wielką  tajemnicą  dla  tych,  który  nie  biorą 

w nim udziału. 

        Wydaje  mi  się,  że  to,  co  stało  się  na  konklawe,  dowodzi  też,  że  mamy  do  czynienia 

z koocem  włoskiego  papiestwa.  Teraz  już  prawdopodobieostwo,  że  będzie  wybrany  Włoch  będzie 

dokładnie  takie  samo  jak  to,  że  będzie  wybrany  Hiszpan,  Brazylijczyk,  Meksykanin.  Włosi  mają 

najwięcej kardynałów, ale to brak porozumienia między nimi głównie powoduje, że Włoch nie może 

byd  wybrany.  Na  przykład  wszyscy  uważali,  że  kardynał  Ruini  byłby  jednym  z ostatnich,  którzy 

oddaliby  głos  na  kardynała  Martiniego,  przywódcę  „reformatorów”.  Spodziewano  się,  że  jeśli  nie 

Martini, to może Tettamanzi, ale to też nie było pewne - bo, jak przypuszczano, może on byd osobą 

bliższą kardynałowi Sodano, a ten też nie poparłby Martiniego. I tak mnożyd można długo. Poza tym 

narodowośd chyba zupełnie już nie jest ważna. Istotne było to, że Kościół potrzebuje silnego papieża, 

na  którego  patrząc,  kardynałowie  będą  mogli  z czystym  sumieniem  zacytowad  słowa  wypisane  we 

wnętrzu  kopuły  Bazyliki  św.  Piotra:  „Ty  jesteś  Piotr,  czyli  Skała,  i na  tobie  zbuduję  mój  Kościół”. 

Kardynałowie musieli wierzyd, że Ratzinger jest po prostu tą skałą, na której Kościół może trwad. Te 

słowa powtórzył nowo wybrany papież w czasie pierwszej homilii, w Kaplicy Sykstyoskiej. 

         

        Powiedział tam: „Pan chciał, bym był skałą, na której wszyscy będą się mogli bezpiecznie 

oprzed. Proszę Go, by wspomógł niedostatek mych sił, bym był odważnym i wiernym pasterzem Jego 

owczarni”.  Homilię  tę  można  by  potraktowad  jako  programową  nowego  papieża.  Wygłosił  ją  po 

łacinie, jak nakazywała tradycja, której nie zachował jego poprzednik. 

        Określił  też  zadania  papieża:  musi  nieśd  światło  Chrystusa  do  świata,  który  jest  tego 

światła spragniony. Mówił: „Współczesny Kościół winien w sobie ożywid świadomośd zadania, jakim 

jest  przypomnienie  światu  głosu  Tego,  który  powiedział:  «Ja  jestem  światłem  świata,  kto  idzie  za 

Mną, nie będzie chodził w ciemności» „. 

         

        Tę homilię Benedykt XVI wygłaszał w 18 godzin po wyborze na papieża, podczas mszy św. 

dla kardynałów. Warto przypomnied, co wydarzyło się przez 18 godzin po wyborze Jana Pawła II, bo 

on już wtedy zmienił oblicze Kościoła! Kiedy tylko wybrano go papieżem, przyjął hołd kardynałów nie 

siedząc, jak nakazywała tradycja, ale stojąc; nie użył sedia gestatoria, żeby ukazad się wiernym, tylko 

szedł;  z balkonu  bazyliki  przemówił  nie  po łacinie,  tylko  po włosku,  po  czym opuścił  Watykan,  żeby 

odwiedzid  w szpitalu  swojego  przyjaciela,  kardynała  Deskura,  który  miał  wylew  w dniu  rozpoczęcia 

konklawe. 

        To były wydarzenia bez precedensu. 

        Ratzinger mówił do wiernych z balkonu bazyliki oczywiście po włosku, ale do kardynałów 

już po łacinie, zakładając, że władają tym językiem - chociaż nie jestem o tym do kooca przekonany. 

background image

Ale  i tak,  jak  zauważył  Jarosław  Mikołajewski  w „Gazecie  Wyborczej”,  Benedykt  XVI  będzie 

zaskoczeniem dla kardynała Ratzingera. Popatrzmy na początek tej homilii z Kaplicy Sykstyoskiej... 

         

        ...ona zaczyna się ciepłym wspomnieniem Jana Pawła II. 

         

        Właśnie, ten człowiek, nazywany „pancernym kardynałem”, co do którego siły wiary nikt 

nie  miał  wątpliwości,  ale  którego  posądzano  o przekonanie  o własnej  nieomylności  -  przyznaje  się 

kardynałom  i światu,  że  nie  wie,  czy  ma  dośd  mocy  w sobie,  by  wypełniad  posługę  papieża  i prosi 

wszystkich o modlitwę. Bez niej będzie bezsilny. Niecałą dobę po wyborze oznajmia, że jeśli ma siłę, 

to czerpię ją z wiary w to, że  Jan Paweł  II błogosławi mu teraz, trzyma za rękę, mówi „nie bój się”. 

Kiedy Jan Paweł II został wybrany, od pierwszych chwil pontyfikatu dawał siłę Kościołowi i wiernym. 

Może  to  dobrze  dla  świata  i Kościoła,  że  teraz  wierni  muszą  dawad  siłę  papieżowi,  może  tak  teraz 

powinno byd. Młodzi ludzie przynieśli na Plac św. Piotra transparent z napisem: „Nie bój się, jesteśmy 

z Tobą!”. Jaka to różnica w stosunku do tego, co działo się za poprzedniego papieża. Teraz to młodzi 

ludzie mówią do papieża, żeby się nie bał! 

        Myślę,  że  Ratzinger  niczego  nie  udawał.  On  wie,  przed  jakim  stoi  wyzwaniem  i to 

naprawdę go onieśmiela. Naprawdę potrzebuje wsparcia swoich wiernych. Jan Paweł II, pamiętając 

o prośbie kardynała Wyszyoskiego, wprowadził Kościół w III tysiąclecie. Jego pontyfikat zamyka wiek 

XX.  W ego  biografię  wpisane  jest  całe  stulecie,  wszystkie  największe  dwudziestowieczne  zbrodnie, 

nazizm, komunizm, ale i zwycięstwo wolności. Benedykt XVI wierzy zapewne, że teraz jego zadaniem 

jest uratowanie Kościoła na początku nowego tysiąclecia, ma świadomośd wszystkich zagrożeo. Wie, 

że w jego ojczyźnie ludzie nie chodzą do kościoła, że tam jego wybór przyjęto bez entuzjazmu. 

        Opowiadał  mi  Jacek  Czarnecki  z Radia  Zet,  który  przyjechał  do  Monachium  tuż  po 

wyborze  Benedykta  XVI,  że  był  w szoku  -  ulice  tego  miasta  po  wyborze  Ratzingera  były  puste. 

Następnego  dnia  rano  -  puste.  Ludzie  mówili:  „Nie  wiemy,  czy  dobrze  się  stało.  My  tu  mamy  taki 

postępowy Kościół, a on jest konserwatystą i może to zniszczyd”. 

        Benedykt  XVI  wie,  że  jego  rodacy  tak  myślą.  Chce  mówid  z całą  mocą,  czym  jest  wiara 

katolicka i jakie są jej wymagania. 

         

        A  słowa  o dialogu  ekumenicznym?  Obecny  Następca  Piotra  czuje  się  w obowiązku 

odpowiedzied jako pierwszy napytanie, co uczynił, a czego nie uczynił dla wielkiego dobra, jakim jest 

widzialna  jednośd  wszystkich  uczniów  Chrystusa.  Co  uczynid,  aby  wspierad  zasadniczą  sprawę,  jaką 

jest ekumenizm. Jest tu zachęta innych wyznao i Kościołów do podjęcia dialogu - ta postawa nie była 

raczej przypisywana Ratzingerowi, kiedy był jeszcze kardynałem. 

         

background image

        On  jest  w gorszej  sytuacji  niż  Jan  Paweł  II,  który  przyjechał  do  Watykanu  jako  kochany 

duszpasterz, on musi zmierzyd się z dziedzictwem ponad 20 lat swojej pracy w Kongregacji Doktryny 

Wiary.  Wspominałem  o tej  notatce  o Kościołach  siostrzanych.  On  doskonale  wie,  że  np.  Kościoły 

protestanckie  w Niemczech  nie  pałają  entuzjazmem  wobec  wyboru  kogoś,  kto  uważa,  że  Kościół 

katolicki jest matką, a nie siostrą Kościołów protestanckich. Prowadzenie dialogu z pozycji wyższości 

nie będzie łatwe. Wielu teologów protestanckich mówiło, że porozumienie z Kościołem katolickim nie 

jest proste właśnie z powodu dokumentów opracowywanych przez kardynała Ratzingera. 

        Jana  Paweł  II  w oczach  wiernych  był  tak  pełen  ciepła  i miłości,  że  kiedy  mówił  trudne 

słowa,  ludzie  chcieli  za  nim  iśd.  Miał  w sobie  charyzmę,  która  była  niezaprzeczalna.  Pytanie,  czy 

Ratzinger będzie miał taką osobowośd, czy ludzie będą chcieli za nim podążad, kiedy będzie stawiał 

przed  nimi  wymagania?  Po  pierwszych  słowach  papieża  wydaje  się,  że  tak,  ale  czas  pokaże.  Bez 

wątpienia nie można uważad, ze Benedykt XVI jest bardziej zaangażowany w działania ekumeniczne 

niż  Jan  Paweł  II.  Jeżeli  patriarcha  Wszechrusi  Aleksy  II  cieplej  mówi  dziś  o możliwości  spotkania 

z papieżem  niż  za  pontyfikatu  Jana  Pawła  II,  jest  to  może  znak,  że  nie  było  ono  wcześniej  możliwe 

z powodu  narodowości  naszego  Papieża.  Aleksemu  pewnie  łatwiej  będzie  zaakceptowad  papieża 

Niemca niż Polaka. 

         

        Czy  w gronie  dziennikarzy  porównywaliście  te  dwie  homilie  Ratzingera,  wygłoszone  na 

przestrzeni  dwóch  dni?  Te  z poniedziałku  przed  rozpoczęciem  konklawe  i tę  ze  środy  z Kaplicy 

Sykstyoskiej po jego zakooczeniu? 

         

        Nie oczekiwaliśmy, że nagle będziemy mied do czynienia z innym człowiekiem. 

        Na pewno on tak samo myśli o Kościele. Wie jednak, jak inna jest teraz jego posługa i to 

widad  w tych  dwóch  homiliach.  Tę  sprzed  rozpoczęcia  konklawe  można  uznad  za  wypowiedź 

zasadniczego,  dośd  surowego  kardynała,  a ta  Benedykta  XVI  jest  homilią  ciepłego,  pełnego  nadziei 

człowieka, który obawia się, czy sprosta wezwaniu, wierząc równocześnie, że dzięki wstawiennictwu 

wiernych i Jana Pawła II, podoła temu zadaniu. 

        On wierzy, że ma ludziom nieśd Dobrą Nowinę, nie karcid ich i przerażad mroczną wizją, 

ale zagarniad ich do Kościoła. 

        W czwartek poszedłem do pana Gamarelli. To człowiek, który znał Pawła VI, Jana Pawła I, 

Jana Pawła II i teraz Benedykta XVI. Jest bowiem papieskim krawcem. Ma swoją pracownię na tyłach 

Panteonu. Rodzina Gamarelli szyje dla papieży od ponad stu lat. Na prośbę Kongregacji Ogólnej tuż 

przed konklawe przygotowała 3 sutanny: małą, średnią i dużą. 

        Kiedy  z nim  rozmawiałem,  powiedział  mi:  proszę  powiedzied  swoim  rodakom,  żeby  tu 

przyjeżdżali bo „wy, Polacy jesteście lepszymi katolikami niż my, Włosi. Wy nosicie wiarę katolicka jak 

background image

sztandar  i chcemy,  żeby  on  ciągle  tu  powiewał.  Wielu  z nas  boi  się,  że  teraz  przestaniecie  tu 

przyjeżdżad”.  Stwierdził,  że  miał  poczucie,  jakby  przyjaźnił  się  z Janem  Pawłem  II:  „On  miał  taką 

osobowośd, że nie było żadnego dystansu pomiędzy nim a kimkolwiek, pomiędzy nim a kardynałami, 

pomiędzy nim a wiernymi, pomiędzy nim a mną, krawcem. Chociaż do kooca pontyfikatu mówiło się 

o nim «Papa Polacco», to przecież on był naszym biskupem, uważaliśmy go za jednego z nas. Cenię 

Benedykta XVI, wierzę, że będzie wspaniałym papieżem, ale takiego jak Jan Paweł II już nie będzie”. 

         

        Na początku swojej papieskiej posługi Benedykt XVI spotkał się z wami, dziennikarzami... 

         

        Zanim o tym opowiem, chcę jeszcze powiedzied o jednym - o tym, kiedy po raz pierwszy 

zobaczyliśmy go w białej sutannie. To było dla nas, a mówię  o chyba dwunastu osobach, które były 

wokół  mnie,  trudny  moment.  Kiedy  Benedykt  XVI  ukazał  się  na  balkonie  bazyliki,  miał  na  sobie 

czerwoną pelerynę. W sutannie zobaczyliśmy go na drugi dzieo. Tak zawsze był ubrany Jan Paweł II - 

i dlatego to był dla nas wszystkich szok. Patrzyliśmy na monitor i na moment zamarliśmy. To był tak 

niebywały widok: zobaczyd innego człowieka tak ubranego, jak Jan Paweł II przez ponad 26 lat. Myślę, 

że  podobnie  odczuwało  to  wielu  Polaków  -  ktoś  ubrał  się  jak  Jan  Paweł  II!  16-letnia  dziewczyna 

powiedziała mi już po powrocie do Polski: „Papież umarł, teraz jest Benedykt XVI”. Dla niej papieżem 

był  Jan Paweł II, urodziła się za jego pontyfikatu, wychowywała. Używała  zamiennie pojęd  „papież” 

i „Jan Paweł II”. 

        Dla  nas,  trochę  starszych  niż  pontyfikat  Jana  Pawła  II,  to  też  był  szok.  Dopiero  wtedy 

zrozumieliśmy,  że  to  nie  Jan  Paweł  II  jest  papieżem,  kiedy  zobaczyliśmy  Benedykta  XVI  w białej 

sutannie. 

        Tamtego dnia rozegrała się jeszcze niezwykła scena, gdy Benedykt XVI opuścił Watykan 

i udał się do swojego starego mieszkania. Mieszkał w nim ponad 20 lat. Czekały na niego tysiące ludzi 

i on  dobrze  się  wśród  nich  czuł.  Przecież  mógł  zostad  w Pałacu  Apostolskim,  prosząc,  żeby 

przywieziono  mu  jego  rzeczy,  ale  chciał  tam  wrócid  i to  był  piękny  gest.  Reakcja  ludzi  była 

fantastyczna. On był szczęśliwy, oni się radowali. Jest coś niezwykłego, że słowa „habemus papam” 

przyjmuje się z radością. Dla nas one były trudne, ale tak musi byd. Wierni powinni się cieszyd. 

         

        Przejdźmy do spotkania z mediami. Miało miejsce w sobotę? 

         

        Tak,  to  miała  byd  forma  powitania  i podziękowania  za  pracę,  jaką  media  wykonały, 

towarzysząc Janowi Pawłowi II w ostatnich dniach, w czasie żałoby po nim i w czasie konklawe. 

        Były  przypuszczenia,  że  będzie  to  konferencja  prasowe,  ale  nam  wydawało  się  to 

nierealne.  Gdyby  tak  miało  byd,  to  lepszym  miejscem  byłoby  biuro  prasowe,  a nie  Aula  Pawła  VI. 

background image

Można  by  wyobrazid  sobie  kilka  osób  z mikrofonami,  które  chodziłyby  pomiędzy  dziennikarzami 

i umożliwiały  im  zadawanie  pytao,  ale  to  nie  było  dobre  miejsce  na  takie  spotkanie  i wydawało  się 

nam, że jest za wcześnie, by Benedykt XVI zdecydował się na taką rozmowę. On musi jeszcze trochę 

okrzepnąd, chod bez porównania lepiej zna Kurię Rzymską niż Karol Wojtyła, gdy zostawał papieżem. 

Sądzę  jednak,  że  on  będzie  potrzebował  więcej  czasu,  by  byd  gotowym  na  otwartą  rozmowę 

z dziennikarzami, na jaką był niemal do razu gotowy Jan Paweł II. Wiele osób było rozczarowanych, że 

Benedykt  XVI  powiedział  do  dziennikarzy  jedynie  kilka  słów,  spotkanie  trwało  tylko  15  minut  i nie 

można było zadawad pytao. Papież przemówił po włosku, francusku, angielsku i niemiecku. Wszyscy 

Hiszpanie i dziennikarze hiszpaoskojęzyczni byli bardzo rozczarowani, że nie przemówił w ich języku, 

w którym przecież mówi. 

        To  był  błąd.  Nowy  papież  był  następcą  największego  poligloty  w dziejach  papiestwa, 

który starał się mówid do spotykanych ludzi w ich języku. To był wyraz szacunku Papieża dla różnych 

kultur i narodów, a także przekonanie, że - żeby byd skutecznym - trzeba mówid w języku wiernych. 

A przecież ponad 40% katolików świata mieszka w Ameryce Południowej, która, poza Brazylią, mówi 

po hiszpaosku. Prasa i media hiszpaoskojęzyczne od razu nabrały rezerwy i papież będzie miał kłopot 

z przekonaniem ich do siebie. 

         

        Papież nie powiedział też niczego po polsku. 

         

        Byłby to miły gest, ale nie powinniśmy byd tym zbytnio rozczarowani. Potem robił to już 

wielokrotnie.  Trzeba  pamiętad,  że  Benedykt  XVI  to  zupełnie  inna  osobowośd  niż  Jan  Paweł  II. 

Świadczył  o tym  chodby  sposób,  w jaki  dotarł  do  Auli  Pawła  VI.  Większośd  operatorów 

i fotoreporterów  ustawiła  się  wzdłuż  przejścia  przez  środek  auli,  myśląc,  że  to  będą  doskonałe 

zdjęcia,  kiedy  papież  przejdzie  przez  ten  korytarz,  witając  się  z dziennikarzami,  podając  ręce, 

zagadując  do  nich.  Tymczasem,  nieoczekiwanie  papież  pojawił  się  z drugiej  strony,  wyszedł  zza 

ołtarza. To było pierwsze rozczarowanie. Drugie nastąpiło po słowach do dziennikarzy, kiedy otoczyło 

go ponad dwudziestu dostojników Kościoła, z którymi się przywitał. Przecież to nie dla nich miało byd 

to spotkanie. Albo należało nie spotykad się z nikim, albo znaleźd jakiś pomysł na to, by spotkad się 

chod  z wybraną  grupą  dziennikarzy,  akredytowanych  przy  Stolicy  Apostolskiej.  To  nie  było  dobre 

posunięcie i tak było komentowane. 

        Kiedy  potem rozmawialiśmy o nim w swoim gronie, może  najbardziej rozczarowani byli 

Niemcy.  Korespondent  „Bilda”,  Thomas  English  mówił,  że  to  już  koniec  Watykanu,  jaki  znaliśmy 

z czasów Jana Pawła II: „On uścisnąłby na pewno z 500 dłoni, mówił barwnie, długo i z entuzjazmem, 

żywo gestykulując, odpowiadałby na pytania, rozmawiał z dziennikarzami kilka godzin i należałoby go 

raczej  powstrzymywad  i przekonywad,  że  to spotkanie  jednak powinno się już skooczyd i czekają na 

background image

niego  inne  obowiązki”.  Angela  Buttiglione  z telewizji  RAI  powiedziała,  że  ciągłe  porównywanie 

Benedykta  XVI  z Janem  Pawłem  II  nie  ma  sensu:  „On  jest  inny,  bez  wątpienia  może  byd  wielkim 

i wspaniałym papieżem, ale nie będzie taki, jak Jan Paweł II”. 

         

        Nazajutrz  na  Placu  św.  Piotra  miała  miejsce  msza  inaugurująca  pontyfikat  nowego 

papieża. 

         

        Wiedzieliśmy, że tak, jak w przypadku pogrzebu Jana Pawła II, także przyjadą przywódcy 

paostw,  chod  będzie  ich  niemal  o połowę  mniej.  Środki  bezpieczeostwa  też  nie  były  tak  duże, 

centrum miasta nie było 

         

        zamknięte dla ruchu. To pokazywało, że przywódcy świata byli na pogrzebie Jana Pawła II 

nie dlatego, że wymaga tego protokół, ale z szacunku dla niego. To nie jest tak, że papieżowi należy 

się szacunek całego świata. On musi na niego po prostu zapracowad. 

         

        Benedykt  XVI  miał  na  sobie  ornat  i mitrę  swojego  poprzednika,  co  było  z pewnością 

celowym posunięciem. Ważna też była jego homilia. 

         

        Byłem  kiedyś  w garderobie  papieskiej,  niedaleko  Kaplicy  Sykstyoskiej.  To  tam  udaje  się 

nowy  papież  tuż  po  konklawe,  żeby  przebrad  się  w strój  papieski.  I jest  ornat,  który  papież  zakłada 

tylko raz - po to, by w nim ukazad się na Balkonie Błogosławieostw. Potem go zdejmuje i będzie on, 

przechowywany w specjalnej gablocie, czekał na następnego papieża. 

        To, że Benedykt XVI miał na sobie ornat Jana Pawła II, było całkiem naturalne, jak myślę. 

On tak często odwoływał się do poprzednika, wierząc, że cały czas jest z nim. Natomiast rzeczywiście 

wszyscy  czkaliśmy  na  homilię  Benedykta,  zastanawiając  się,  czy  to  będzie  program  nowego 

pontyfikatu.  Myślę,  że  gdyby  tę  homilię  wygłosił  Jan  Paweł  II,  zrobiłaby  porażające  wrażenie.  Nie 

ulega  bowiem  wątpliwości,  że  Benedykt  XVI  nie  jest  tak  dobrym  mówcą,  nie  ma  tego  daru,  ale 

uważam, że napisał przejmującą homilię. 

        Odwołał  się  w niej  do  swojego  wielkiego  poprzednika  i właściwie  mówił  to,  o czym 

traktowały  i jego  rozważania  na  Wielki  Piątek,  i to,  co  powiedział  do  kardynałów  przed  konklawe  - 

tylko  jak  innymi  już  słowami!  Mówił,  że  każdy  z nas  przeżywa  chwile,  kiedy  czuje  się  porzucony, 

niekochany, zaniedbany, sam na wielkiej pustyni, jaką może czynid z naszego życia nowa cywilizacja, 

w której  niektórzy  nie  widzą  miejsca  dla  Chrystusa.  Tylko  jeżeli  pójdziemy  Jego  drogą  i Jemu 

zawierzymy,  będziemy  żyd  w poczuciu  wspólnoty  z Nim  i z  innymi  ludźmi  i to  da  nam  siłę.  Mówił 

o tym prosto, pięknie i myślę, że zrozumiale dla każdego. 

background image

         

        Powiedział, że nie przedstawi swojego programu... 

         

        Zrobił  tak  pewnie  z dwóch  powodów:  już  to  uczynił  w poprzednich  wystąpieniach, 

których było kilka, a po drugie - papież nie może mied takiego programu jak np. prezydent, obejmując 

urząd! 

         

        Papież opowiedział o posłudze Piotrowej, tłumacząc dwa znaki, które wyróżniają go jako 

papieża: czyli paliusz i Pierścieo Rybaka. Pierwszy  -  tkanina z czystej  wełny, noszona na szyi to znak 

Dobrego  Pasterza,  troszczącego  się  o wszystkie  owce,  także  zagubione.  „Ludzkośd  jest  zagubioną 

owcą,  która  nie  odnajduje  już  drogi  na  pustyni,  a z  tym  nie  godzi  się  Boży  Syn,  który  nie  może 

porzucid ludzkości, znajdującej się w tak mizernej sytuacji, a więc opuszcza chwalę Niebios i idzie za 

owcą  na  krzyż”  -  głosił  papież.  Dalej,  mówiąc o różnych  formach  pustyni:  nędzy,  głodu,  pragnienia, 

ciemności i o tym, że Pierścieo Rybaka przypomina o słowach skierowanych do Piotra: „Odtąd łudzi 

będziesz  łowił”,  czyli  pozyskiwał  ich  dla  Królestwa  Niebieskiego.  Czy  dziennikarze  jakoś  podjęli  te 

słowa? 

        Zastanawialiśmy  się,  co  można  powiedzied  w homilii  po  pontyfikacie  Jana  Pawła  II. 

Ostatnie słowa homilii jego następcy były powtórzeniem słów właśnie Jana Pawła II - „Nie lękajcie się, 

otwórzcie drzwi Chrystusowi, bo otwierając je, nic nie tracicie, a wszystko zyskujecie!”. Benedykt XVI, 

którego  sam  Jan  Paweł  II  uważał  za  wybitniejszego  od  siebie  teologa,  mógł  napisad  tę  homilię,  nie 

odwołując się do słów poprzednika, ale uznał, że także dziś będą brzmiały najlepiej. I miał rację. 

        

       25 kwietnia 

         

        Tego dnia rozmawialiśmy z kardynałem Grocholewskim. Pytaliśmy go, jak rozumied to, że 

tak szybko dokonano wyboru. Odpowiedział, że oczywiście nie może zdradzad tajemnic, ale uważa, że 

wybór  ten  to  chęd  kontynuacji  dzieła  Jana  Pawła  II. Słowa  Benedykta  XVI  już  po  wyborze  świadczą 

o tym, że kardynałowie byli przekonani, iż jeśli wybiorą jego - pójdzie drogą poprzednika. 

        Jeszcze  więcej  dowiedzieliśmy  się  od  nowego  papieża.  Najpierw  spotkał  się  w Sali 

Klementyoskiej z przedstawicielami innych Kościołów chrześcijaoskich i religii niechrześcijaoskich. Na 

tym spotkaniu jeszcze raz podkreślił, jak bardzo docenia gesty, jakie przedstawiciele innych Kościołów 

wykonali wobec jego poprzednika, zwłaszcza po śmierci. Potem w Auli Pawła VI Benedykt XVI spotkał 

się z rodakami. 

         

        Byłeś na tym spotkaniu? 

background image

         

        Nie,  obserwowałem  je  w telewizji.  Papież  rozpoczął  od  przeprosin  za  spóźnienie, 

mówiąc, że przez lata przebywania w Watykanie stał się bardziej włoski, gdyż się spóźnia, co nie leży 

w charakterze Niemców i prosi o wybaczenie. Po czym powiedział rzecz bardzo ciekawą. Ujawnił, tak 

jak  niegdyś  Jan  Paweł  II  to,  o czym  myślał,  kiedy  wybrano  go  papieżem:  „Kiedy  powoli  wyniki 

głosowania pokazywały, że gilotyna zbliżała się i ja byłem jej celem, prosiłem Boga, aby oszczędził mi 

tego losu. Myślałem, że dzieło mego życia jest już zakooczone i czekałem dni spokoju. Prosiłem Pana, 

by  wybrał  kogoś  mocniejszego  ode  mnie,  ale  najwidoczniej  nie  wysłuchał  on  mojej  modlitwy”  -  to 

jego słowa. 

        Myślę, że Benedykt XVI to człowiek bardzo skromny; on musiał mied świadomośd, że jest 

głównym faworytem, mówiły o tym media, ale chyba szczerze się tego bał. Patrząc z dystansu, może 

się  wydawad,  że  nie  ma  większego  zaszczytu  dla  duchownego  niż  wybór  na  papieża,  ale  pewnie 

wtedy,  gdy  już  zbliża  się  ta  chwila,  to  czuje  się  ciężar  odpowiedzialności.  Benedykt  XVI  myśli  po 

niemiecku  i używa  bardzo  precyzyjnych  sformułowao.  Mówi:  „gilotyna”.  Kto  inny  by  pewnie 

powiedział:  „Czułem,  że  będę  musiał  zmierzyd  się  z najtrudniejszym  zadaniem,  przed  jakim  może 

stanąd śmiertelnik”. On mówi krótko - „gilotyna”. To dośd mocne. Bał się, czy wręcz był przerażony, 

modlił się, by Bóg odsunął od niego to zadanie! 

        On, człowiek, w którym pozostali kardynałowie widzieli skałę,  najsilniejszą osobowośd  - 

w tamtym momencie czuł się tak słaby! 

        Dowodzi to, że musi byd wiele prawdy w tym, że mały pokoik, w którym nowo wybrany 

papież po raz pierwszy zakłada szaty papieskie, zanim uda się na Balkon Błogosławieostw, nazywa się 

„pokojem płaczu”. Może dopiero tam człowiek zdaje sobie sprawę z tego, co się stało. 

         

        Co działo się dalej? 

         

        Wyjechałem  z Rzymu  do  Warszawy.  Następnego  dnia  odebrałem  telefon  od  Kamila 

Durczoka,  który  już  wiedział,  że  Instytut  Pamięci  Narodowej  ogłosi,  kto  był  osobą  z najbliższego 

otoczenia Jana Pawła II, która na niego donosiła. 

        Zapowiedział  to  szef  IPN,  Leon  Kieres,  jeszcze  przed  wyborem  Benedykta  XVI.  Padły 

słowa, że to był ksiądz, podejrzenie kierowane było w różne strony... 

         

        ...najpierw w stronę ks. Mieczysława Malioskiego. 

         

        Co  było  szczególnie  dramatyczne.  Rozmawiałem  z nim  przecież  w dniu  pogrzebu  Jana 

Pawła II. 

background image

        Kiedy  dostałem  wiadomośd,  że  osobą  tą jest  dominikanin, ojciec  Konrad  Hejmo,  byłem 

porażony. Spotykałem się z nim niemal codziennie przez czas mojego pobytu w Rzymie! 

        Pamiętam, jak rozmawiałem z Jackiem Czarneckim z Radia Zet i z Kasią Kolendą-Zaleską 

z TVN  i zadawaliśmy  sobie  wzajemnie  pytanie:  „Czy  ty  w to  wierzysz?”.  Dla  nas  to  było 

nieprawdopodobne!  Po  pierwsze  dlatego,  że  okazało  się,  iż  ktoś  w ogóle  mógł  donosid  na  Ojca 

Świętego  -  Leon  Kieres  mówił  o tym  z pełnym  przekonaniem.  W dodatku  prowincjał  dominikanów, 

ojciec Maciej Zięba, wydawał się osobą wstrząśniętą tym, co przeczytał. 

        Wykonałem kilkanaście telefonów do Watykanu, pytając znane mi osoby, jak przyjęły tę 

wiadomośd.  Myślałem  wtedy,  że  byd  może  w Watykanie  od  dawna  o tym  wiedziano.  Może  ojciec 

Hejmo poszedł kiedyś do Papieża i mu się wyspowiadał, i wiedziało o tym kilka osób z otocznia Ojca 

Świętego? 

        Tak  jednak  nie  było.  Dla  nich  również  to  było  zaskoczenie.  Dopuszczali  oczywiście 

ewentualnośd, że to nieprawda, bo tak jak my, nie chcieli w to wierzyd. 

        Myśmy  tłumaczyli  to  sobie  w jeden  sposób:  ojciec  Hejmo  jest  gawędziarzem,  uwielbia 

rozmawiad z ludźmi, opowiada przeróżne historie, chod zawsze z szacunkiem i miłością dla Jana Pawła 

II.  Dziennikarze  wiele  mu  zawdzięczają,  bo  był  często  jedynym  źródłem  informacji,  pomagał 

w kontaktach z pielgrzymami, etc. Zapamiętaliśmy go jako serdecznego człowieka wielkiej wiary. 

        Zadawaliśmy też sobie pytanie, czy ta wiadomośd powinna zostad podana do wiadomości 

publicznej.  Większośd  z nas  sądziła,  że  nie.  Padało  też  pytanie,  czy  Papież  chciałby  to  upublicznid? 

Większośd osób była zgodna: nie. 

         

        Wróciłeś  z Watykanu,  chciałeś  odpocząd,  a tu  dopadła  cię  ta  przykra  wiadomośd,  jakoś 

jednak z poprzednimi wydarzeniami związana... 

         

        Tak, to było smutne. To była wiadomośd związana przecież pośrednio z Janem Pawłem II, 

a ojciec  Hejmo  był  człowiekiem  bardzo  nam  bliskim  w Watykanie.  Wiele  osób  mieszkało  w Domu 

Pielgrzyma, którego był dyrektorem. Zawsze był gotowy do pomocy. 

        Pierwszą  moją  relację  po  powrocie  do  Polski  nadawałem  więc  przed  kościołem  oo. 

dominikanów na warszawskiej Starówce tamtego dnia. 

        

        

EPILOG 

         

        Wszyscy zadawali sobie pytanie, co w nas zostanie z tych dni odchodzenia Jana Pawła II, 

dni żałoby. Nie wiem, co działo się wtedy w Polsce. Starałem się po powrocie to nadrobid, czytając 

background image

odłożone  gazety.  To  jednak  za  mało.  To  musiały  byd  niezwykłe  dni,  których  ja  tu  nie  przeżyłem 

i pewnie do kooca nie zrozumiem. 

        Jedno  wiem  na  pewno,  to  czego  doświadczyłem  w Rzymie  w ciągu  tych  63  dni,  było 

czymś niesamowitym. To były dla mnie może najważniejsze dni w życiu.