background image

1

Stanisław Goszczurny

MEWY

background image

2

CZĘŚĆ PIERWSZA

Rozdział l

W  letnie  popołudnia  stary  miał  zwyczaj  siadać  na  niskim  progu  i  patrzyć  na  zakurzoną,

niezbyt ruchliwą ulicę.

– Czego tak sterczysz jak kamień? – burczała żona.

– Zostaw mnie, jestem zmęczony – odpowiadał i znów zapadał ni to w sen, ni to w zadumę.

Czasem siedział tak do późnego wieczora, potem ociężale dźwigał się i szedł na kolację.

Sąsiadów  z  początku  to  dziwiło.  Zagadywali  do  niego,  próbowali  nawiązać  rozmowę,

przeważnie jednak bezskutecznie. Odpowiadał niechętnie i raczej unikał ludzi. W końcu wszyscy

przyzwyczaili się do tego. Stał się nieodłącznym elementem ulicy; nie zwracano na niego uwagi,

tak jak nie dostrzegano stojącego przed domem starego, przekrzywionego kamienia, który kiedyś

był pomalowany wapnem.

W  niektóre  popołudnia  próg  przed  mieszkaniem  Zadorów  był  pusty.  Ale  wiadomo  było,  że

stary w końcu przyjdzie. Zatoczy się, potknie o kamień i zwali  na swoje miejsce. Pomamrocze

coś  pod  nosem,  zamachnie  się  na  natrętne  dzieciaki,  rzuci  przekleństwo  i  zaśnie  zaśliniony,

niechlujny.

W lecie mieszkanie Zadorów było odgrodzone od ulicy kawałkiem kretonu zawieszonym na

otwartych  drzwiach,  gdyż  w  środku  panował  upał  i  zaduch.  Kiedyś  był  to  skromny  sklepik,

zaopatrujący całe przedmieście w mydło, sól, zbożową kawę i inne „artykuły kolonialne”. Dziś

zostały  tylko  na  pół  zatarte  napisy  po  obu  stronach  drzwi;  „kakao,  kawa,  nabiał”...  Właściciel

wyniósł się z miasteczka, a dawny sklep Zadorowie zamienili na mieszkanie. Za ladą mieściła się

background image

3

kuchnia, reszta zaś obszernego pomieszczenia zastępowała jadalnię i sypialnię.

Ciekawskie dzieci i wścibscy sąsiedzi mieli sporo uciechy, gdy  Zadorowa wciągała męża ze

schodów do domu. Czasem był bezwładny jak wór mąki, niekiedy próbował się opierać, ale na

ogół nie miał sił, żeby protestować energiczniej. Klął więc tylko pod nosem i przelewał się przez

ręce.

Zośka czasem pomagała matce w tej czynności. Częściej jednak odsuwała się jak najdalej albo

wychodziła z domu. Nigdy nie mogła się przyzwyczaić do widoku pijanego ojca. Brzydziła się

nim i zarazem bała. Ilekroć musiała go dotknąć, zbierało jej się na wymioty.

Miała szesnaście lat, zgrabne nogi, a głowę pełną marzeń i mrzonek. Gdyby ją ktoś zapytał,

dlaczego przestała się uczyć po siedmiu klasach szkoły podstawowej, sama prawdopodobnie nie

potrafiłaby  dać  odpowiedzi.  Wzruszyłaby  ramionami  i  oświadczyła  z  uśmiechem:  „Tak  mi  się

jakoś złożyło”...

Nie miała dużych trudności w nauce. Była raczej leniwa, ale nie bardziej niż tysiące innych

dziewcząt  w  jej  wieku.  Wolała  kino  czy  wygrzewanie  się  nad  brzegiem  rzeki  w  lecie,  a  sanki

zimą niż ślęczenie nad nudnymi książkami, lecz niektóre przedmioty niezwykle ją interesowały.

Bardzo  chętnie  uczyła  się  geografii.  Nazwy  egzotycznych  miast,  lądów  czy  państw  same

wbijały  się  jej  w  pamięć.  Bujna  wyobraźnia  podsuwała  obrazy  skąpanych  w  słońcu  plaż,

wysokich palm, bezszelestnie sunących samochodów, wyfraczonych panów z pokrytymi szronem

siwizny skroniami, zapraszających ją do najelegantszych lokali.

Lubiła też historię. Ale tu znów widziała cudowne kreacje dworskich dam, tańczyła menuety,

jeździła karetami, kochali ją książęta i szlachetni rycerze.

A  tymczasem  w  życiu  samochody  przejeżdżały  przed  ich  domkiem  na  przedmieściu  i

pozostawał  po  nich  tylko  kurz,  który  wdzierał  się  przez  nieszczelną  zasłonę  do  mieszkania.  Z

marzeń  budził  ją  przykry  głos  matki,  wiecznie  narzekającej,  zapracowanej,  chorowitej,

dźwigającej na swych barkach wór domowych trosk, zawsze wzdychającej do lepszych czasów.

Zadorowa nie była jeszcze starą kobietą i kiedyś musiała być nawet niebrzydka. Świadczyła o

tym  ślubna  fotografia  wisząca  nad  łóżkiem.  Pochylona  ku  niej  głowa  młodego  mężczyzny  z

zabójczym hiszpańskim wąsikiem i lekko zamglonym „od kochania” wzrokiem należała do ojca

Zośki,  zdolnego  niegdyś  majstra  murarskiego.  Dawne  to  były  czasy.  Mieli  przed  sobą  życie,

piękne  perspektywy  –  rzemieślnik  zawsze  ma  chleb  w  rękach.  Okazało  się  jednak,  że  w  życiu

bardzo  trudno  czasem  zrealizować  najprostsze  marzenie,  gdy  w  rękach  rzemieślnika  za  często

background image

4

pojawia się kieliszek. Majster nie zawsze miał robotę, czasem wyjeżdżał na całe miesiące, żeby

zarobić na utrzymanie domu. Zimą trzeba było żyć z tego, co zarobiło się latem, w sezonie. Ale

w  długie  zimowe  wieczory  dla  zabicia  wlokącego  się  czasu  bezrobotny  rzemieślnik  szukał

rozrywki wśród kolegów, pił, grał w karty i wynajdywał tysiące okazji, żeby wyciągnąć od żony

zarobiony w lecie grosz.

Potem  przyszedł  na  świat  syn.  Dziecko  przysporzyło  kłopotów,  walka  o  życie  zrobiła  się

jeszcze  cięższa.  I  tak  po  kolei  trzeba  było  rezygnować  z  pięknych  przedmałżeńskich  marzeń:

własny domek  odsunął  się  w  sferę  nieosiągalnych  mrzonek,  potem  nawet  posiadanie  własnego

mieszkania przekroczyło ich możliwości.

Wojna  też  zostawiła  w  nich  trwałe  ślady.  Gdy  ciągnęli  szosą  z  tłumem  uciekinierów,

nadleciały  samoloty  i  wtedy  w  przydrożnym  rowie  pozostał  na  zawsze  ich  sześcioletni  synek.

Potem  okrutne  lata  przytępiły  żal  i  matka  myślała  czasem  nawet,  czy  nie  lepiej,  że  jej  małe

dziecko nie musi się tak potwornie męczyć.

Zadora  zajął  się  nielegalnym  handlem.  Jeździł  po  wsiach,  skupował  mięso  i  przywoził  do

miasta.  Ten  proceder,  choć  pozwolił  im  jakoś  przetrwać,  a  nawet  dawał  niekiedy  niezły  zysk,

dostarczał jednak handlarzowi wiecznych okazji do picia. Żona cierpiała z tego powodu, ale nie

mogła  mówić,  bo  w  odpowiedzi  słyszała,  że  tego  wymagają  interesy,  a  zresztą  życie  jest  i  tak

niepewne, więc czemu sobie żałować.

Tak  w  codziennych  troskach  i  zmarnowanym  życiu  utonęły  marzenia,  miłość  do  męża,

ambicje,  pozostała  samotność  i  gorycz.  Po  dwudziestu  trzech  latach  małżeństwa  ładna

dziewczyna zmieniła się w zgorzkniałą kobietę. Ożywiły ją urodziny Zośki. Czasy były bardzo

ciężkie,  lecz  Zadorowa  cieszyła  się  dzieckiem,  w  którym  widziała  jedyną  bliską  sobie  istotę.

Dziewczynka zajęła teraz w jej sercu miejsce opuszczone przez męża i poprzednie dziecko.

Zadorowa kochała Zośkę prymitywną, egoistyczną miłością matki, która wierzy, że tylko ona

może  zapewnić  dziecku  szczęście.  Tak  jak  kiedyś  planowała  swoje  życie,  tak  teraz  snuła

marzenia na temat przyszłości córki, jej szczęścia. A wierzyła  głęboko, że dziewczynie do tego

szczęścia nie potrzeba dyplomów ani uniwersytetów. Wystarczy bogaty, kochający, uległy mąż,

który spełni wszystkie życzenia i zachcianki.

Wbijała  Zośce  w  głowę,  że  dziewczyna  musi  byś  ładnie  ubrana,  umieć  się  należycie

zachować, znać się na gospodarstwie, bo choćby miała dziesięć służących, od niej będzie zależał

cały dom. Wtedy dopiero będzie się podobała mężczyznom. Często  też zwracała jej uwagę, że

background image

5

nie powinna się zadawać z byle kim, bo to do niczego nie prowadzi, a ona jest przeznaczona dla

kogoś lepszego.

Mając  takie  poglądy  na  przyszłość  córki  nie  przejmowała  się  nadmiernie,  kiedy  na

wywiadówkach  słyszała,  że  Zośka  leniuchuje.  A  gdy  dziewczyna  po  siedmiu  klasach

oświadczyła, że nie będzie się dalej uczyła, matka nie protestowała. Początkowo postanowiły, że

dziewczyna pójdzie na jakiś kurs gospodarstwa domowego, bo „to zawsze się jej przyda”, ale w

końcu zaniechały nawet tego. Matka patrzyła na smukłą, zgrabną postać córki i teraz już otwarcie

wpajała jej przekonanie, że jest przeznaczona dla „kogoś lepszego” i celem jej życia powinno być

zrobienie „dobrej partii”. I tak czekała na męża dla Zośki, a dziewczyna obijała się, marnowała

czas.

Po  wojnie  murarze  byli  potrzebni,  toteż  w  domu  nie  mieli  biedy.  Matka  musiała  tylko

pilnować wypłat, by majster nie utopił pieniędzy w kieliszku. Chodziła więc w te dni do niego na

budowę i tak się z tym oswoiła, że w końcu uważała to za rzecz normalną.

Przyzwyczaiła się też przez tyle lat do jego pijaństwa. Wiedziała, jak z nim postępować, kiedy

jest zupełnie nieprzytomny, a co robić, gdy wpadając we wściekłość żąda pieniędzy na wódkę.

Nie kochała go, czasem nawet brzydziła się nim i przeklinała chwilę, w której zdecydowała się

wyjść za niego. W gruncie rzeczy jednak przywykła do swego życia i nawet jej przez myśl nie

przeszło, żeby wyzwolić się od pijaka. Była już za stara, żeby na nowo zaczynać życie, a zresztą

w sferze jej pojęć nie mieścił się rozwód, separacja czy inna forma wyzwolenia. Była fanatycznie

religijna i uważała, że to co raz zostało złączone, nie może być na ziemi rozłączone. Zabierała

więc mężowi pieniądze w zamian dając mu utrzymanie i tylko nigdy nie mogła pogodzić się z

tym, że robi jej wstyd przed ludźmi. Przed sąsiadami, znajomymi zawsze pragnęła uchodzić za

dobrą matkę, żonę i chciała, żeby nie widzieli „hańby”. Bała się zresztą, że pijaństwo ojca może

zaszkodzić opinii jej córki i zrazić ewentualnego zięcia. A stary majster Zadora utonął w swoim

kieliszku.  Pracował,  bo  nie  mógł  przestać  pracować,  nie  mógł  stracić  rozpędu,  jak  kamień

strącony z góry. To był u niego odruch  warunkowy,  bez  którego  nie  mógł  żyć.  Pewno  kiedyś,

przed laty, i on miał swoje ambicje i marzenia, szczerze obiecywał młodej żonie, że dorobią się

domku i będą żyć w dobrobycie. Teraz, po latach niczego już nie obiecywał. Początkowo drażnił

go  dokuczliwy  głos  żony,  która  bez  przerwy  oskarżała  go  o  złamane  życie  i  zawiedzione

nadzieje.  Potem  otępiał,  nie  słyszał  nawet,  kiedy  zrzędziła.  Kiedyś,  kiedy  jeszcze  pił  mniej,

próbował zabierać głos na temat domu czy Zośki. Ale tu żona była nieustępliwa. Tylko jej zdanie

background image

6

było  ważne,  tylko  ona  miała  rację,  tylko  jej  plany  wchodziły  w  rachubę.  Zrezygnował  więc  z

prawa  głosu  i  tylko  czasem,  gdy  słuchał  gadaniny  o  małżeństwie  córki,  mruczał:  „Niech  się

jakiegoś  fachu nauczy albo idzie do roboty.  Baba jak piec,  a  nic  nie  robi,  tylko  żre  i  czeka  na

królewicza...” Przy okazji spuszczał córce lanie, bo tę formę wychowania uważał za niezawodną.

Matka podczas bicia broniła córki dość słabo, ale do spraw matrymonialnych nie pozwalała się

ojcu wtrącać.

W końcu pijaństwo ojca doszło już do takiego stadium, że nic dla niego nie istniało, nic go nie

obchodziło. Zrobił się wulgarny i brutalny. Czasem w napadzie pijackiego szału bił żonę, żądając

pieniędzy.  Nierzadko  też  obrywała  Zośka,  przeważnie  niewinnie,  co  budziło  w  niej  odruchy

buntu i nienawiści do ojca. W alkoholowym zamroczeniu pijak nie wiedział, co robi. Był bliski

delirium.

W tej sytuacji  Zośka prowadziła dziwne życie. Niby  mieszkała w  domu – tu przecież jadła,

spała – nic jednak ją z domem nie wiązało. Było jej dość wygodnie lawirować między matką a

ojcem,  ale  raziło  ją  chamstwo  ojca,  nienawidziła  go  za  bicie,  wstyd,  jaki  jej  przynosił,  za  to

wreszcie,  że  nie  był  kimś  innym,  bogatym,  „lepszym”.  Ale  i  matka,  ze  swoimi  lamentami,

wiecznymi  planami  matrymonialnymi,  religijną  uległością  wobec  pijaka,  także  raziła

dziewczynę, która chciała być z „lepszej rodziny”.

Coraz lepiej zdawała sobie sprawę, że nie cierpi domu, a rodziców się wstydzi.

Mimo to było jej w domu dość wygodnie. Nie znała spokoju, ciepła rodzinnego, ale miała co

jeść i w co się ubrać, a przy tym nie musiała pracować. Ojca nienawidziła, matką pogardzała i już

od  młodości  zaprawiała  się  w  zakłamaniu,  nieufności,  starała  się  chodzić  własnymi  drogami.

Miewała  sympatie  i  znajomości,  ale  wszystkie  trwały  krótko.  Marzyła  o  tym,  żeby  znalazł  się

ktoś,  kto  by  ją  wyrwał  z  dotychczasowego  życia,  wsadził  do  samochodu  i  powiózł  daleko  od

zakurzonego przedmieścia, pijanego ojca i kłótliwej matki. Królewicz się nie zjawił, a znajomi

chłopcy proponowali nieprzyzwoite rzeczy.

Ale gdy wychodziła do miasta, starała się kręcić biodrami, bo uważała, że wytworne kobiety

tak  właśnie  powinny  robić,  a  w  każdym  razie  wiedziała,  że  to  się  podoba  mężczyznom.

Powiedział jej zresztą o tym Maciek, z którym przyjaźniła się najdłużej. Zdawało jej się nawet,

że właśnie on jest tym, który zabierze ją do pięknej willi. Maciek odbywał praktykę w szpitalu

miejskim.  Pacjentki  już  teraz  zwracały  się  do  niego  per  „panie  doktorze”.  Był  przystojny  i

elegancki, nie przeklinał i zabierał Zośkę do kawiarni. W kinie ściskał jej rękę lub nieznacznie

background image

7

trzymał  za  kolano.  Wszystko  to  jednak  robił  tak  delikatnie  i  łagodnie,  że  przez  myśl  jej  nie

przeszło protestować czy obrażać się.

Pocałowali  się  za  rogiem  domu,  gdy  ją  odprowadzał  późnym  wieczorem.  Zdawało  się,  że

tylko  księżyc  był  świadkiem  tej  niemej  sceny.  Ale  okazało  się,  że  świadków  było  więcej.

Nazajutrz matka zrobiła Zośce piekielną awanturę.

– Nie pozwolę, żebyś się tak zachowywała na oczach wszystkich! – krzyczała. – Pod samym

domem ściskasz się nie wiadomo z kim. Cała ulica o tym mówi!

– Mam gdzieś całą ulicę – spokojnie oświadczyła Zośka.

– To wyprowadź się z domu! Nie będę znosiła wstydu! Nie wiadomo co za jeden ani skąd się

wziął, a ty od razu rzucasz mu się na szyję!

– A właśnie że wiadomo! – wrzasnęła rozzłoszczona dziewczyna. – Za rok będzie lekarzem,

może się ze mną ożeni!

Matka  zamilkła.  Chodziło  jej  przecież  o  to,  z  kim...  Uznała,  że  lekarz  może  stanowić

odpowiednią partię dla jej córki. Uspokoiła się więc i tylko dodała ostrzegawczo:

– Uważaj, szanuj się i nie pozwalaj mu za dużo. Jesteś już na tyle dorosła, że nie muszę  ci

chyba tłumaczyć, co taki gość może ci zrobić. Potem wyjedzie, a ty zostaniesz...

Wprawdzie  matka  nigdy  Zośce  nie  mówiła,  co  „taki  gość”  może  jej  zrobić,  ale  ona  i  tak

dobrze  wiedziała.  Wstydliwe  wiadomości  zdobyła  od  starszych  koleżanek,  bardziej

doświadczonych.  Nie  miała  więc  braków  w  tej  dziedzinie  i  nawet  Maćka  nie  puszczała  poza

granicę kolan. Całowała się jednak z nim chętnie, zwłaszcza od  czasu rozmowy z matką, gdyż

teraz  nie  bała  się  żadnych  plotek,  a  w  duchu  nawet  sądziła,  że  matka  to  aprobuje.  Zadorowa

próbowała ją  wypytywać o Maćka i jego zamiary, ale teraz już nie zrzędziła, bo w głębi serca

miała nadzieję, że jej córka zostanie „panią doktorową”.

Spotykali się codziennie, chodzili do kina i kawiarni, wzbudzając zazdrość koleżanek Zośki.

A gdy się ściemniało, szli do parku, gdzie on starał się wykorzystać ciemności, a ona się broniła.

Któregoś dnia Zośka wychodziła z mieszkania, gdy na progu zderzyła się z ojcem. Chciała go

wyminąć  w  milczeniu,  lecz  zatoczył  się  na  nią,  aż  uderzyła  ramieniem  w  drzwi.  Miał

zaczerwienione oczy i kilkudniowy zarost. Cuchnął wódką i wapnem.

– Mógłbyś uważać, jak chodzisz – powiedziała ze złością.

Bez  słowa  uderzył  ją  w  twarz.  Chciała  za  wszelką  cenę  uniknąć  awantury.  Wykręciła  się  i

ruszyła do drzwi, ale pijak ponownie zastąpił jej drogę.

background image

8

– Suko! – warknął.

Matka  próbowała  go  odciągnąć,  ale  odepchnął  ją,  aż  poleciała  w  kąt  mieszkania,  i  zaczął

bezlitośnie bić dziewczynę. Trzymał za włosy i tłukł pięścią po głowie i plecach. Szarpnęła się,

aż został mu w garści pęk włosów. Wściekłość zapłonęła w niej. Z pazurami i zębami rzuciła się

na  ojca.  Zaskoczony  nagłym  atakiem  począł  się  cofać  i  zasłaniać  twarz  rękami,  a  ona  gryzła,

drapała i kopała. Pijak chwycił leżący na stole talerz i zamierzył się na rozszalałą córkę. Ale w

tym momencie matka złapała garnek z gorącą zupą i chlusnęła mu w twarz. Zawył i upadł obok

stołu.

Zośka wybiegła z domu. Włosy i ubranie miała w nieładzie. Ludzie, którzy zebrali się przed

domem,  rozstąpili  się  przed  nią  w  milczeniu.  Szła  jak  lunatyczka,  niezdolna  skupić  myśli.

Dopiero  za  rogiem  przystanęła,  żeby  poprawić  suknię  i  przyczesać  włosy.  Z  trudem

wstrzymywała łzy, ale nie było takiego przekleństwa, którego by nie rzuciła na głowę ojca.

Maciek od razu zauważył, że dziewczyna jest wytrącona z równowagi. Nie pytał o nic, tylko

wziął ją pod rękę i skierował ku kawiarni.

– Nie, nic – zaprotestowała. – Nie chodźmy dziś tutaj.

– A dokąd?

Wszystko jedno, do parku, do kina, nie chcę widzieć ludzi... Najlepiej chodźmy do kina.

– Już byliśmy. Film zmieniają jutro.

– To nie, chodźmy jeszcze raz.

Gdy na widowni zgasło światło, chwyciła go za rękę i mocno przywarła do jego ramienia.

Zapadł  już  zmierzch,  kiedy  wyszli  ponownie  na  ulicę.  Przez  jakiś  czas  szli  w  milczeniu

pozwalając się wymijać ludziom. Potem wokół nich zrobiło się pusto. Ulice niewielkiego miasta

ciche są i spokojne wieczorami. Jedynie na deptaku młodzi spacerują trochę dłużej. Przez otwarte

okna widać było białe sufity ze zwisającymi z nich świecącymi lampami.

– Chcesz, żebym cię odprowadził do domu? – zapytał.

– Och, nie, nie! – zaprotestowała. – Jeśli chcesz już odejść, to idź! Nie krępuj się.

– Nigdzie nie chcę iść, tylko jesteś dziś taka dziwna.

– Chodźmy do parku.

Poszedł  posłusznie  i  po  drodze  zastanawiał  się,  co  jej  się  dziś  stało.  Kiedy  weszli  między

drzewa,  wzięła  go  pod  rękę  i  znów  przytuliła  się  do  jego  ramienia.  Objął  ją,  a  równocześnie

pomyślał, że miła z niej dziewczyna. Na policzkach czuł miękkie włosy. Trochę go łaskotały, ale

background image

9

nie  usuwał  głowy,  żeby  nie  zepsuć  nastroju.  Żwir  skrzypiał  pod  nogami,  a  z  ławek  dolatywał

chichot  i  szepty.  Szli  wolno,  zatopieni  w  swych  myślach.  Ona  czuła  się  dobrze  i  myślała,  że

chciałaby teraz umrzeć, on pragnął również, żeby ten wieczór trwał jak najdłużej.

Przeszli  przez  cały  park  i  znaleźli  się  nad  brzegiem  rzeki.  Nie  słychać  jej  było,  bo  płynęła

leniwie  i  sennie,  a  tylko  światła  z  przystani  na  drugim  brzegu  odbijały  się  w  niej  żółtymi

smugami. Usiedli za starą łodzią wyciągniętą na brzeg. Trawa była mokra od wieczornej rosy.

Odgarnął jej włosy i pocałował delikatnie w usta. Wtedy zamknęła oczy i nagle ze wszystkich

sił przywarła do niego. Już wiedział, że wreszcie nie będzie stawiać mu oporu.

Jęknęła cicho i złapała go za rękę.

– Nie, nie... kochany mój... Przytul mnie mocniej. O Boże!

A potem zaczęła całować go bezładnie i mówić jak w gorączce:

– Och, zabierz mnie stąd, jedyny, zabierz daleko...

Gdy brał ją, tamowane od tylu godzin łzy wytrysły wreszcie z jej oczu.

Rozdział II

Gdy  Maciek  odjechał,  dni  stały  się  szare  i  puste.  Do  miasta  nie  było  po  co  chodzić.  Matka

zrobiła się jeszcze bardziej gderliwa i na każdym kroku  dokuczała  dziewczynie.  Ojciec  się  nie

zmienił.  Po  tamtej  scenie  przez  jakiś  czas  unikał  Zośki,  aż  pewnego  dnia  znów  ją  zbił  bez

przyczyny, a ona nie miała siły się bronić.

Rozstanie z Maćkiem było mniej bolesne, niż myślała. Nie obiecywał jej niczego, niczym nie

łudził  i  niczego  nie  żądał.  Do  końca  praktyki  spotykała  się  z  nim,  po  staremu  chodzili  do

kawiarni,  kina  i  parku.  Ale  wiedziała,  że  go  nie  kocha,  choć  był  jej  pierwszym  mężczyzną.

Wdzięczna  mu  była  za  chwile  radości  i  rozkoszy,  ale  już  nie  prosiła,  żeby  ją  zabrał.  Gdy  sam

zaczął jej wyjaśniać, że to niemożliwe, bo przecież jeszcze nie ułożył sobie życia, nie wie, czy

zda egzaminy i nie może się wiązać na stałe, przyjęła to spokojnie, niemal obojętnie. Oswoiła się

z myślą o rozstaniu.

A  jednak  kiedy  odjechał,  pusto  się  stało  i  nieznośnie.  Toteż  po  którejś  z  rzędu  awanturze  z

ojcem zdecydowała się pójść do pracy.

background image

10

Przez jakiś czas chodziła do szwalni i szyła męskie koszule. Po trzech miesiącach odeszła, bo

denerwował ją jazgot maszyn i pytlowanie szwaczek. Udało jej się dostać pracę w sklepie. Przez

całą zimę sprzedawała pończochy, skarpetki, tasiemki i guziki.

Matce  po  dawnemu  nie  dawała  spokoju  myśl  o  wydaniu  córki  za  mąż.  Kiedyś  spróbowała

nawet na ten temat pomówić z mężem przy rzadkiej okazji, kiedy był trzeźwy w domu. W zimie

nieco rzadziej się upijał, bo nie miał za co, tkwił więc niekiedy nieruchomo przy stole. Kwestię

małżeństwa  córki  zbył  kilkoma  mruknięciami  i  zdawało  się,  że  wcale  się  tym  nie  przejął.

Jednakże coś musiało z tej rozmowy pozostać w jego rozmiękłym od wódki mózgu.

Wiosna już była w całej pełni. Kupy śniegu przed domem stajały i zamieniły się w głębokie

kałuże. Rynsztok szumiał spływającą wodą, a spod kół samochodów tryskały  wielkie  fontanny

błota.

Zośka wróciła z pracy i jadła odgrzany obiad. Nie miała apetytu i niemrawo grzebała łyżką w

talerzu.  Przez  szybki  w  drzwiach  widziała  skrawek  błotnistej  ulicy  i  dom  po  drugiej  stronie.

Bolały ją nogi od kilkugodzinnego stania za ladą. Marzyła o tym, żeby się wyciągnąć na swoim

łóżku.

Na ulicy rozległ się chlupot, ktoś głośno zaklął i drzwi zadrżały od uderzenia.

– Ojciec wraca – powiedziała matka.

– Pijany, wczoraj dostał pieniądze – zauważyła Zośka.

Odsunęła talerz, bo nagle poczuła, że nie przełknie ani kęsa.

– Jezus Maria, kogo on prowadzi? – jęknęła matka.

Rzeczywiście  ojciec  nie  wracał  sam.  Nigdy  nie  miał  zwyczaju  przyprowadzać  kolegów  do

domu. Wolał swoją milczącą samotność. Dziś jednak prowadził dosyć młodego, tak samo jak on

umazanego wapnem mężczyznę. Obydwaj byli pijani; gość trzymał się jeszcze całkiem dobrze,

widocznie nie wypił tak dużo lub wódka mu mniej szkodziła, lecz stary Zadora zataczał się jak

zwykle i wodził błędnie mocno zaczerwienionymi oczyma.

Zośka na ich widok wstała od stołu i chciała ukryć się za ladą, „w kuchni”, ale ojciec chwycił

ją za rękę.

– Nie uciekaj – próbował być miły – przyprowadziłem dziś kolegę. Przywitaj się.

Niechętnie, ale z ciekawością spojrzała na gościa. Nie był nawet brzydki, tylko ubranie miał

brudne.  Widocznie  prosto  z  pracy  poszli  z  ojcem  na  wódkę.  Przyglądał  się  dziewczynie

niebieskimi, lekko zmrużonymi oczami i mocno ściskał jej dłoń.

background image

11

Na twarzy ojca ukazało się coś w rodzaju uśmiechu.

– Podoba ci się? – zagadał. To mój kolega. Też murarz. Dobry fachowiec. Niejedna by chciała

wyjść za niego. No, czego stoicie? Przyjmijcie gościa, jak trzeba. Matka, daj no tu coś na stół.

Siadajcie.

Wyciągnął  z  kieszeni  butelkę  wódki.  Gość  miał  ze  sobą  wino.  Zadorowa  całą  swą  postawą

okazywała niechęć gościowi, ale bez słowa nakryła do stołu, położyła chleb i zimne kotlety, które

usmażyła na jutro. Zośka nie wiedziała, co począć. Gość był jej najzupełniej obojętny, ale czuła

do  niego  coś  w  rodzaju  pretensji,  że  przyszedł  pod  gazem.  Ojcem  brzydziła  się.  Niezręcznie

jednak było po prostu wyjść z domu, zresztą nie miała dokąd iść, a w mieszkaniu nie było gdzie

się ukryć. Siadła więc razem ze wszystkimi do stołu.

– Wódki czy wina? – szarmancko zapytał gość.

– Wina.

– Nie lubi pani wódki?

– Wystarczy popatrzyć na ojca, żeby ją na całe życie znienawidzić.

–  Bzdury  pleciesz  –  ofuknął  ją  ojciec  niezwykle,  jak  na  niego,  dobrodusznie.  –  Pijemy.

Zdrowie młodych!

Zośka poczuła, że się czerwieni. Ogarnął ją gniew na ojca za sytuację, jaką wytworzył, i na

matkę, że nie potrafi temu zaradzić. Pohamowała się jednak i podniosła kieliszek do ust. Drugi

przełknęła z większą przyjemnością, a za trzecim razem zgodziła się na wódkę.

– Pani ojciec to dobry murarz. Ma złote ręce – zagadywał gość.

– Czyżby? – zdziwiła się szczerze.

Jakoś  nie  mogła  sobie  skojarzyć  złotych  rąk  dobrego  rzemieślnika  z  człowiekiem,  którego

zawsze widziała albo pijanego, albo siedzącego milcząco i samotnie.

– O tak. Zna się na robocie.

– Ale na piciu też.

– Każdy ma swoje wady. Ojciec pani nie jest zbyt rozmowny i lubi czasem wypić, ale poza

tym nic mu nie brakuje.

Wypiła  już  drugi  kieliszek  wódki  i  w  głowie  poczuła  lekki  zamęt.  Opanowała  ją  ochota

dokuczenia temu człowiekowi, którego ojciec najwyraźniej uznał za kandydata do jej ręki.

– Pan pewnie u ojca praktykuje i w robocie, i przy kieliszku – powiedziała zaczepnie.

– Ostry ma pani język – odparł bez gniewu. – Lubię takie dziewczyny.

background image

12

– Ostra dziewczyna i ostra wódka – zarechotał nagle ojciec.

Matka  była  coraz  bardziej  niezadowolona.  Amant  jej  się  nie  podobał,  a  poza  tym  nie  miała

okazji do rozmowy, bo nikt się nią nie interesował. Kiedy zjedli skromną zakąskę, odetchnęła w

duchu, myśląc, że na tym się skończy. Ale ojciec niespodziewanie zainteresował się jedzeniem.

– Daj coś jeszcze – powiedział – głodni jesteśmy.

– W knajpie nic nie było? – wtrąciła Zośka złośliwie.

– Zamknij się! – warknął.

– Nic nie mam w domu – opryskliwie powiedziała matka. – Nie spodziewałam się gości.

– To idź coś kupić.

– Gdzie ja teraz co dostanę? Przecież już noc.

– W mieście jeszcze sklepy otwarte.

– Jak chcecie, to sobie idźcie kupować – powiedziała matka z nieukrywaną złością.

Zośka nagle się podniosła.

– To ja pójdę.

– Siedź – ojciec szarpnął ją za rękę. – Ona pójdzie.

W  powietrzu  zawisła  awantura.  Dziewczynie  zrobiło  się  wstyd  przed  gościem.  Matka

podniosła się i zaczęła wciągać płaszcz. Ona również wstydziła się gościa i dlatego ustąpiła.

Kiedy matka wyszła, w mieszkaniu przez dłuższą chwilę panowało niezręczne milczenie. Ale

stary, jakby nic nie zaszło, napełnił kieliszki i powiedział:

– No, pijcie. Wasze zdrowie. – Wypił, wytarł usta ręką i próbował się uśmiechnąć.

– Poszła – powiedział. – Nie wróci wcześniej jak za pół godziny. Ja też wychodzę na chwilę.

Bawcie  się  dobrze,  musicie  się  przecież  poznać,  no  nie?  –  i  rechocząc  pod  nosem  zniknął  za

zasłoną oddzielającą kuchnię od reszty mieszkania.

Gość był już prawie zupełnie pijany. Z trudem opanował czkawkę i uśmiechnął się do Zośki.

– Trochę to głupio wyszło, co?

– Z matką? No widzi pan, jaki ten pański majster dobry.

–  Nie  ma  o  czym  mówić.  Każdy  może  zrobić  głupstwo.  Zresztą,  po  co  mamy  nimi  się

zajmować.

– A czym?

Zamilkł speszony. Chcąc pokryć zdenerwowanie, sięgnął niepewną ręką po butelkę.

– Wina?

background image

13

Zośce szumiało już dobrze w głowie i czuła się nadzwyczaj lekko. Bawił ją ten nieporadny,

urżnięty gość, a niedawne zajście nie wywołało większego wrażenia. Wódka jej smakowała.

– Wódki.

– Prawda, że lepsza?

Nie odpowiedziała, tylko wychyliła kieliszek. Gość niespodziewanie przestał być nieśmiały i

przysunął się blisko.

– Pocałujmy się – szepnął. – Nikt nie widzi. Nerwowo zaczął miąć jej bluzkę.

– Śmierdzi pan wódką – powiedziała.

– No, mała – mówił całując ją po twarzy. – Chodź, chodź... Podobasz mi się.

Całą siłą pociągnął ją nagle na łóżko.

– No, nie broń się... Spokojnie, spokojnie... Nagle oprzytomniała.

– Co?

– No, nie wiesz? Nie udawaj naiwnej. Stary się gdzieś ulotnił, a ty nie chcesz?

–  Och,  wy  świnie!  –  z  całych  sił  kopnęła  go  w  brzuch.  Zatoczył  się  aż  na  stół.  Nie

zrezygnował jednak. Ze złością rzucił się na nią i ponownie pchnął na łóżko.

– Precz! – wrzasnęła dziewczyna. – Precz, bo zabiję!

Całym ciężarem przygniótł ją i zionął w twarz alkoholem. Czuła, że ją opuszczają siły.  Nie

myślała jednak ustąpić. Nagle zębami chwyciła jego nos. Rozległ się krzyk i gość zerwał się jak

oparzony. Wtedy uchwyciła  gliniany  wazonik,  stojący  obok  na  stoliku,  i  rąbnęła  w  pochyloną,

spoconą  głowę. Mężczyzna z  jękiem  upadł  na  podłogę.  Za  zasłoną  rozległ  się  charkot  i  pijany

ojciec wytoczył się bełkocząc przekleństwa. Gdy zobaczył leżącego gościa, rzucił się na Zośkę.

W tym momencie weszła matka. Krzyknęła rozdzierająco i skoczyła na pomoc córce.

Zośka  leżała  zamroczona  alkoholem  i  przeżyciami.  Nie  reagowała  na  nic.  Jak  przez  mgłę

widziała matkę szamoczącą się z pijakiem. Gdy ją uderzył, porwała nóż i zagroziła, że go zabije.

Wtedy  pijak  zostawił  żonę  i  pochylił  się  nad  swym  kompanem.  Tamten  doszedł  już  do

przytomności i siedział oparty plecami o ścianę. Trzymał się za głowę, a po policzku ciekła mu

krew.  Stary  sam  ledwo  stojąc  na  nogach  próbował  podnieść  swego  gościa.  Wreszcie  obydwaj

wytoczyli się z mieszkania.

„Szkoda, że go nie zabiłam” – pomyślała Zośka i odwróciła się twarzą do ściany. Opanował ją

zupełny  bezwład.  Czuła,  że  choćby  teraz  dom  się  palił,  nie  będzie  miała  siły  wstać.  Chciała

zasnąć,  ale  nie  mogła.  Słyszała,  jak  matka  popłakując  sprząta  i  porządkuje  mieszkanie.  Potem

background image

14

wszystko ucichło i światło zgasło.

„Powinnam się stąd wynieść – myślała Zośka. – Zostawić to wszystko i iść na koniec świata.

O,  żeby  to  się  już  raz  skończyło...  Boże,  Boże,  jeżeli  jesteś  tam  w  niebie,  to  czemu  mnie  tak

męczysz?”

Przeleżała  tak  kilka  godzin.  Była  już  głęboka  noc,  gdy  usłyszała  człapanie  za  drzwiami.

Uniosła  się  i  nasłuchiwała  trwożnie.  Wracał  ojciec.  Jego  cień  zamajaczył  w  drzwiach.  Przez

chwilę  stał  w  miejscu,  potem  ruszył  ku  niej.  Chciała  krzyknąć,  lecz  glos  zamarł  jej  w  gardle.

Pijak stanął nad łóżkiem i zaczął bełkotać:

– Jesteś tu? Jeszcze tu jesteś? Nie podobał ci się murarz? Mojego gościa uderzyłaś?

Drżącymi dłońmi począł ją dusić. Matka przerażona wyskoczyła z łóżka i chwyciła go za ręce.

– Uspokój się, Józiu, uspokój się, zostaw ją. Połóż się spać... Józek, Chryste Panie!

Krzyk  uderzonej  matki  poderwał  wreszcie  sparaliżowaną  strachem  Zośkę.  Wyskoczyła  z

łóżka i próbowała obezwładnić ojca. Ale on wpadł w furię. Kopał, bił na oślep i łamał, co mu

wpadło w ręce.

– Ratunku, ratunku! – poczęła wołać dziewczyna.

Wspólnie  z  sąsiadami  ledwo  go  obezwładnili.  Legł  wreszcie  na  łóżku  pokaleczony,

nieprzytomny,  z  rękami  i  twarzą  we  krwi.  Zadorowa  klęczała  przed  obrazem  Matki  Boskiej  i

modliła  się  szlochając.  Zośka  w  milczeniu  pakowała  swoje  skromne  manatki.  Do  niewielkiej

starej  walizki  włożyła  świąteczną  suknię,  trochę  bielizny.  Spod  pieca  wyciągnęła  ukryte  przed

ojcem pieniądze.

Bez płaczu i bez pożegnania wyszła. Na świecie już dniało.

Rozdział III

Stała przed białymi drzwiami i długo się namyślała, zanim nacisnęła guzik dzwonka.

Jadźka ogromnie się zdziwiła. Chodziły kiedyś do jednej klasy, ale nie były przyjaciółkami na

śmierć  i  życie.  Wprawdzie  gdy  wyjeżdżała,  przy  pożegnaniu  w  przystępie  koleżeństwa

serdecznie zapraszała Zośkę do Gdańska, ale jakoś nie liczyła się z tym poważnie, że zaproszenie

zostanie  przyjęte.  Tymczasem  Zośka  stała  oto  przed  nią  z  walizeczką  w  ręku  i  pytała  z

background image

15

nieśmiałym uśmiechem:

– Można, nie przeszkadzam?

–  Ale  skądże,  chodź!  –  wykrzykiwała  nieszczerze  Jadźka.  –  Strasznie  się  cieszę,  że

przyjechałaś.

Zośka  stała  niezdecydowanie  w  przedpokoju  i  nie  wiedziała,  co  powiedzieć.  Nie  chciała

wyjaśniać sytuacji, w jakiej się znalazła, a równocześnie bała się, że Jadźka po prostu odmówi jej

gościny.

– Wchodź, rozbieraj się. Świetnie trafiłaś, jestem sama w chałupie.

– Rodziców nie ma?

– Wyjechali do Zakopanego. Mamy jeszcze przeszło tydzień swobody. Możesz u mnie przez

ten czas mieszkać.

To dodało Zośce odwagi. Wprawdzie od razu zrozumiała, że koleżanka przyjmuje ją tylko na

tydzień, ale uznała, że w jej sytuacji dobre i to. Po godzinie Jadźka. znała już wszystkie jej bóle.

–  Nic  się  nie  martw  –  mówiła.  –  Jakoś  się  tu  urządzisz.  Poznam  cię  z  Kruszynką  i  Celiną.

Znajdziesz sobie jakieś zajęcie i będziesz jakoś żyła. Mam tutaj fajną paczkę, oni ci pomogą.

Było już ciemno, kiedy raptem Zośka obudziła się. Przez chwilę nie mogła sobie uświadomić,

gdzie się znajduje i dopiero po pewnym czasie zorientowała się, że to nie ich brudny sklepik, ale

przyjemny pokoik w mieszkaniu rodziców Jadźki. Przez szparę u dołu drzwi wdzierała się jasna

smuga światła z sąsiedniego pokoju. Jadźka nie była sama, bo słychać stamtąd było kilka głosów.

„Rodzice  wrócili  niespodziewanie  –  pomyślała  ze  strachem.  –  Chyba  mnie  wyrzucą”.

Zdenerwowana zaczęła się ubierać. Czesała włosy, gdy do pokoju zajrzała Jadźka.

– O, już wstała! – zawołała do kogoś za drzwiami i dodała zwracając się do Zośki: – Właśnie

chciałam cię budzić. Dość leniuchowania! Szkoda czasu, zdążysz się wyspać po śmierci.

Jej lekki, swobodny ton uspokoił Zośkę. Gdyby zanosiło się na burzę z rodzicami, Jadźka nie

byłaby taka wesoła. Poszła więc do drugiego pokoju już pewniejsza siebie.

W  mieszkaniu  były  dwie  koleżanki  i  jeden  kolega  Jadźki.  Chłopak  był  zgrabny  i  szczupły.

Miał  na  imię  Kostek  i  czuprynę  sczesaną  nisko  na  czoło.  Silnie  potrząsnął  ręką  Zośki  i

powiedział swobodnie:

– Serwus, jak się czujesz na nowych śmieciach?

Wszystko: oczy, czupryna, swoboda, a zwłaszcza bezceremonialne „ty” – podobało się Zośce.

Koleżanki  były  nie  mniej  bezpośrednie.  Przywitały  się  z  nią  jak  stare  znajome.  Starsza,

background image

16

Celina,  dziewczyna  dwudziestoletnia,  miała  głęboko  wyciętą  czarną  bluzkę  i  palce  żółte  od

nikotyny. Nie nosiła stanika, i piersi falowały jej przy lada ruchu. Młodsza, Kruszynka, miała w

sobie coś z osy; cienka w talii, ruchliwa, pełna zadziorności, żywo strzelała czarnymi oczkami i

śmiała się niemal bez przerwy.

Zośka od razu poczuła się przyjęta do tego grona. Już po kilku minutach pozbyła się uczucia

zażenowania,  jakie  zazwyczaj  odczuwała  podczas  zawierania  znajomości.  Zapaliła  nawet

papierosa, żeby nie robić wrażenia prowincjonalnej gęsi.

– Przyprowadziłam ich, gdy ty spałaś – wyjaśniała Jadźka. – Chciałam was od razu poznać ze

sobą. Fajna koleżanka, co? – Pytanie było skierowane do wszystkich, ale odpowiedział Kostek:

– Na oko niezła, a jak się będzie sprawować, zobaczymy.

– Co masz zamiar robić w Gdańsku? – rzeczowo pytała Celina.

– Czy ja wiem? Może znajdę jakieś zajęcie. Umiem trochę szyć, pracowałam w sklepie...

–  Poczekaj,  nie  pali  się  –  powiedział  Kostek  –  rozejrzysz  się,  wejdziesz  w  życie,  to  coś

znajdziesz. Na robotę zawsze masz czas.

– Dopóki starych nie ma, możesz u mnie mieszkać – powtórzyła swoje zaproszenie Jadźka,

teraz już bez poprzedniej nuty nieszczerości.

– Co tu będziemy nad nią krakać – wtrąciła Kruszynka. – Jakoś się ułoży i koniec. Teraz lepiej

coś zorganizujmy, trzeba uczcić przybycie koleżanki.

Inicjatywa  została  z  miejsca  przyjęta  i  Kostek  wyskoczył  po  kolegów  i  coś  do  picia.  Zośka

ujęła ich sobie tym, że do składki dorzuciła pięćdziesiąt złotych. Żal jej było tych pieniędzy, ale

chciała zrobić jak najlepsze wrażenie i sądziła, że to ona powinna wszystkich ugościć.

Po piętnastu  minutach  wrócił  Kostek  z  dwoma  kolegami  i  kilkoma  butelkami  taniego  wina.

Kruszynka nastawiła muzykę. Od razu zrobiło się wesoło i przyjemnie.

Zośka  jednak  przez  dłuższy  czas  nie  mogła  się  „rozkręcić”.  Zbyt  świeże  jeszcze  były  jej

przeżycia,  żeby  mogła  od  razu  przeskoczyć  w  nastrój  beztroski.  Gdy  wzięła  do  ręki  kieliszek

wina, przed oczyma stanęła jej scena w domu. Na chwilę zamajaczyła przede nią nieprzytomna

ze złości twarz ojca.

– Śmiało, nie zastanawiaj się! – krzyknął jej nad uchem Kostek.

Otrząsnęła się z przykrych wspomnień. Tamto miała już poza sobą. Była zdecydowana nigdy

nie wracać. Jednym haustem wypiła kwaśne wino i uśmiechnęła się z przymusem.

– Zatańczysz? – pytał zgięty w przesadnym ukłonie Kostek.

background image

17

Ochoczo poderwała się z miejsca. Kruszynka tuliła się już do wysokiego blondyna, a Jadźka i

Celina kokietowały drugiego kolegę Kostka.

Po północy, kiedy lekko pijani żegnali się z całowaniem i piskami, Zośka szczerze żałowała,

że zabawa już się kończy. Ale Jadźka bała się, że sąsiadki poskarżą rodzicom, a poza tym rano

musiała iść do szkoły.

Zośka pomogła jej posprzątać, a potem natychmiast zasnęła.

Rozdział IV

Od tej chwili dni zamieniły się dla niej w jedno nieprzerwane święto. Zośka oddychała pełną

piersią. Syciła się swobodą, bawiła się, jak umiała, i nie myślała o tym, co będzie jutro. Beztroska

„paczki” udzielała się jej, i teraz żałowała, że wcześniej nie uciekła z domu.

Spotykała się z nimi pod Studnią Neptuna, chodzili razem do kina na Długą albo na dansingi

„Pod Wieżę”.

Jedno tylko ją martwiło: pieniądze, które zabrała ze sobą, stopniały w błyskawicznym tempie.

Zabawy, a nawet skromne na pozór wycieczki do kina, były jednak dosyć kosztowne. Czterysta

złotych  –  cały  swój  majątek  –  wydała  nie  wiedząc  kiedy  i  na  co.  Dokładała  do  wspólnych

rachunków  „Pod  Wieżą”,  czasem  kupiła  bilety,  bo  taki  był  zwyczaj,  że  płacił  ten,  kto  miał

pieniądze. I po kilku dniach została bez grosza. Ale nie trapiła się tym zbytnio, bo w tych dniach

nie była w stanie myśleć o niczym poważnie.

Kostek od samego początku nie odstępował Zośki. Umawiał się z nią po cichu, jakby chciał to

ukryć przed resztą „paczki”, ale gdy byli sami, niedwuznacznie się umizgiwał. Podobał się jej i

chętnie się z nim spotykała bez koleżanek. Jadźka zresztą i tak przychodziła rzadko na wspólne

spotkania.  Zośka  zauważyła  nawet,  że  reszta  „paczki”  trochę  od  niej  stroni.  Wkrótce  jednak

przestało  ją  to  dziwić.  Jadźka  miała  swoje  zajęcia,  uczyła  się  jeszcze  i  nie  odczuwała

materialnych kłopotów. Reszta była zdana na własne siły.  Kostek miał tylko  matkę,  i  to  nie  w

Gdańsku. Ona niewiele mogła mu dać, tak że chłopak sam starał się zaspokajać swoje potrzeby.

Kruszynka mieszkała razem z Celiną. Starsza rzekomo gdzieś pracowała, a młodsza podobno się

jeszcze  uczyła,  ale  Zośka  nigdy  ich  nie  pytała  o  sprawy  osobiste,  a  same  nie  były  skore  do

background image

18

zwierzeń.

Któregoś  wieczora,  gdy  spotkali  się  pod  kinem  „Kameralnym”,  Kostek  zaproponował

„Wieżę”.

– A forsę macie, bo ja nie śmierdzę groszem? – rzeczowo zapytała Celina.

– Ja też dziś jestem goły – stwierdził Kostek. – A ty? – zwrócił się do Zośki.

– Nie mam nic. Skończyło się...

– Tak szybko? Szkoda – zauważyła Kruszynka.

Zośce  zrobiło  się  głupio  i  poczuła  się  wobec  nich  winna.  Myślała  o  tym,  kiedy  wróciła  do

mieszkania Jadźki. Po raz pierwszy od przyjazdu przyszło jej też na myśl, że zbliża się termin

powrotu rodziców. Długo przewracała się na łóżku myśląc, jakie  znaleźć wyjście z tej sytuacji,

lecz nic nie wymyśliła i wreszcie znużona zasnęła.

Rano,  gdy  się  przebudziła,  Jadźki  już  nie  było.  W  kuchni  na  stole  obok  chleba  leżała

karteczka:  „Czy  już  znalazłaś  jakieś  zajęcie  i  mieszkanie?  Staruszkowie  wracają  za  dwa  dni.

Będzie draka, jeśli cię zastaną”.

Jadźka widocznie krępowała się powiedzieć koleżance w oczy, że  czas  się  wynieść.  Wolała

napisać. Zośka odczuła to boleśnie. Poczuła nawet pretensję do koleżanki, że ją wyrzuca, bo już

przywykła do tego mieszkania. Ledwo przełknęła coś niecoś, posprzątała po sobie i zmartwiona

nie wiedziała, co dalej począć. W końcu machnęła ręką. „Mam jeszcze dwa dni czasu, utopić się

zawsze zdążę” – pomyślała półżartem i zaczęła się ubierać.

Dopiero  teraz  po  raz  pierwszy  dokładnie  rozejrzała  się  po  pokoju,  w  którym  sypiała.  Był

słoneczny, przyjemnie pomalowany na niebiesko. Toaletka stała między oknami, w jednym rogu

tapczan, a w pobliżu drzwi szafa. Był tam jeszcze mały stoliczek i dwa foteliki.

„Żebym  mogła  tak  mieszkać  –  myślała  rozczesując  swoje  złotawe  włosy,  z  których  była

zawsze bardzo dumna. – Nie dla psa kiełbasa. Muszę bogato wyjść za mąż”.

Skończyła  czesanie,  ubrała  się  i  stanęła  bezradnie.  Nie  wiedziała,  dokąd  pójść.  Mimo  woli

zaczęła  otwierać  szuflady  i  przeglądać  ich  zawartość.  W  toaletce  nie  było  nic  interesującego.

Kremy,  pudry,  pęczki  włosów,  stare  oprawki  do  szminek.  W  szafie  oprócz  sukien  i  płaszczy

wisiało kilka garniturów pana domu.  Zośka przetrząsnęła wszystkie kieszenie, nie  zdając  sobie

sprawy,  czego  szuka.  W  kieszeni  prochowca  natrafiła  na  coś  twardego.  Wyciągnęła  niewielką,

lecz ciężką paczuszkę. Był to plastykowy woreczek przepasany czerwoną gumką. Zdjęła gumkę i

zajrzała  do  środka.  Wewnątrz  znajdowało  się  dziesięć  nowych,  błyszczących  zegarków.

background image

19

Wysypała wszystko na tapczan i jak urzeczona patrzyła. Drżącymi z podniecenia rękami dotykała

zegarków, przyglądała im się, przymierzała.

A  w  duchu  już  walczyła  z  potężną  pokusą.  „Wezmę  i  wyjdę.  Zanim  wrócą  i  odkryją,  że

zginęły,  będę  już  daleko.  Zresztą  gdzie  mnie  będą  szukać?”  „Milicja  cię  w  końcu  odnajdzie.

Pójdziesz do więzienia.” „Nie odważą się zameldować milicji. Będą się bali o własną skórę.”

„A co zrobi Jadźka? Przecież może skrupić się na niej.” „Co cię obchodzi  Jadźka?  Ona  nie

martwi  się  tym,  że  wyrzuca  cię  na  ulicę.  Po  co  te  skrupuły?  Przecież  to  i  tak  nielegalne...

Handlarz nie zubożeje...”

Rumieńce wystąpiły jej na twarz, oczy błyszczały nieprzytomnie. Wyobraźnia ukazywała, co

może kupić za te skarby. Lecz Zośka jeszcze nigdy nic nie ukradła. Nie uważała przynajmniej za

kradzież  wybierania  matce  z  torebki  drobnych  sum  pieniędzy.  Pierwszy  raz  stanęła  wobec  tak

wielkiej pokusy.

„A jednak nie – powiedziała sobie. – To byłoby świństwo.”

Z  żalem  zaczęła  wkładać  zegarki  do  torebki.  Westchnęła  ciężko  i  wsunęła  paczuszkę  z

powrotem do kieszeni. Zamknęła szafę i odwróciła się.

Na  dywaniku  obok  tapczanu  leżał  jeden  zegarek.  Kłuł  ją  w  oczy,  wabił  i  kusił.  Jak  żywe,

złośliwe stworzenie zdawał się do niej uśmiechać i przymilać.

Spocona,  nie  panująca  nad  sobą  dziewczyna  schowała  błyszczący  przedmiot  do  torebki.

Szybko wybiegła z mieszkania i jakby w obawie, że zmieni swą decyzję, skierowała się wprost

do zegarmistrza.

Z  pieniędzmi  w  torebce  poszła  na  dworzec  kolejowy.  Długo  studiowała  rozkład  jazdy,

namyślając się, dokąd wyjechać do Krakowa, Poznania, a może Warszawy.

Nagle ktoś zawołał ją po imieniu. Celina uśmiechając się wołała:

– Cóż to, chcesz wyjeżdżać? Wybierasz sobie pociąg?

–  Sama  nie  wiem,  co  robić  –  zwierzyła  się  Zośka.  –  Pracy  nie  mam,  od  Jadźki  muszę  się

wyprowadzić.

– Najgorsze, że forsy nie masz – zauważyła Celina.

– Trochę jeszcze mam – gładko odpowiedziała Zośka, a widząc zdziwienie na twarzy Celiny

wyjaśniła  szybko:  –  Sprzedałam  taką  jedną  rzecz,  którą  zabrałam  z  domu.  Złoty  krzyżyk  z

łańcuszkiem, pamiątka od chrzestnej.

– To klawo! Czego się martwić? Jak jest forsa, to wszystko w porządku. Chodźmy coś zjeść,

background image

20

bo jeszcze dziś nic nie miałam w ustach.

Zjadły dobry obiad w „Starogdańskiej”, potem spotkały Kostka, który strasznie potrzebował

pieniędzy, Zośka pożyczyła mu trzysta złotych. Wieczorem razem z Kruszynką i jeszcze dwoma

kolegami poszli potańczyć. Płaciła oczywiście Zośka.

Gdy się żegnali, Kostek poradził jej, żeby przeniosła się do hotelu na jeden, dwa dni, a w tym

czasie znajdzie dla niej jakieś lokum. Celina umówiła się z nią przed biurem

zatrudnienia. – Może trafi się jakaś robota – powiedziała. – A jeśli nie, to pomyślimy o czym

innym.

Jadźka już spała, Zośka więc cicho wśliznęła się do mieszkania i położyła się. Zanim zgasiła

światło, zajrzała jeszcze do torebki. Przeliczyła pieniądze, jakie jej pozostały. Za zegarek dostała

tysiąc złotych. Teraz miała jeszcze tylko sto dwadzieścia. Przerażenie znów ją ogarnęło.

„Boże,  co  ja  zrobiłam  –  myślała.  –  Ukradłam  zegarek  i  nawet  nie  mam  pieniędzy.”  Ukryła

twarz w poduszce i bezradnie zapłakała.

Rano Jadźka, wyraźnie niezadowolona, powiedziała jej, że najwyższy czas, żeby się rozstały.

– Nie gniewaj się, że tak długo tu siedzę – odpowiedziała pokornie Zośka. – Dziś wieczorem

się wyprowadzę.

Jadźce zrobiło się widocznie przykro, bo usiłowała się tłumaczyć, ale Zośka przerwała.

– Nic nie mów. I tak czuję się jak świnia. Wlazłam tu i siedzę jak w swoim domu. Jestem ci

strasznie wdzięczna.

Trochę rozczulone, lecz wewnętrznie obce sobie, spędziły ten dzień razem. Jadźka nie pytała,

dokąd  wyniesie  się  Zośka,  ta  z  kolei  nie  zwierzała  się  ze  swoich  zmartwień.  Po  prostu  nie

myślała o tym, niezdolna była do zastanawiania się nad sobą.

Ciemno  już  było,  kiedy  ucałowały  się  i  Zośka  z  walizeczką  wyszła  na  ulicę.  W  ciągu  dnia

zapomniała  o  umówionym  spotkaniu  z  Celiną  i  nie  była  w  urzędzie  zatrudnienia.  Toteż  teraz

poszła  wprost  do  jej  mieszkania.  Z  trudnością  odnalazła  drogę  w  wąskich  zaułkach  w  pobliżu

Motławy.  Była  tam  tylko  raz,  i  to  w  ciągu  dnia,  tak  że  teraz  długo  nie  mogła  trafić.  W  końcu

odnalazła stary wąski domek i weszła na skrzypiące, brudne i ciemne schody. Długo pukała do

drzwi. Wreszcie zniecierpliwiona sąsiadka wyjrzała i powiedziała:

– Czego pani hałasuje! Przecież gdyby były w domu, dawno by otworzyły!

Poszła  z  powrotem  na  Długą.  Ale  pod  kinem  w  zwykłym  miejscu  ich  spotkań  nie  było  ani

Kostka, ani dziewczyn. Spacerowała z nadzieją, że któreś z nich wreszcie przyjdzie, ale minęła

background image

21

godzina, dwie, ludzie wyszli z kin po ostatnim seansie, opustoszała ulica, a nikt znajomy się nie

zjawił.

Przypomniała sobie radę Kostka. Gdy dalsze wałęsanie się po Długiej nie miało już żadnego

sensu, a patrolujący milicjant uważnie się jej począł przyglądać, ruszyła w stronę hotelu.

Onieśmielona dywanem i palmami stojącymi w hallu ze strachem zwróciła się do portiera.

– Czy można tutaj przenocować?

Patrzył na nią długo i uważnie. Wreszcie zapytał:

– Panienka podróżuje sama?

–  Tak,  przyjechałam  do  krewnych,  ale  nikogo  nie  zastałam.  Wyjechali  do  Zakopanego  i

jeszcze nie wrócili.

Pokręcił głową, jakby chciał powiedzieć ,,znamy się, panienko, nieraz to słyszałem”.

– Bardzo żałuję – mruknął – nie ma wolnego pokoju.

Znów  znalazła  się  na  ulicy.  Stanęła  bezradnie  i  łzy  napłynęły  jej  do  oczu.  Oparta  o  filar

płakała, bo absolutnie nie wiedziała, co ma teraz robić. Ale płacz przyniósł jej ulgę, bo po jakimś

czasie uspokoiła się trochę i postanowiła, że przez całą noc będzie spacerowała. Byle doczekać

świtu,  wtedy  może  znajdzie  się  jakieś  wyjście.  Mogła  jeszcze  wrócić  do  mieszkania  Celiny  i

Kruszynki,  ale  teraz,  gdy  miasto  było  puste,  za  nic  nie  poszłaby  ciemnymi,  niebezpiecznymi

zaułkami. Słuchając własnych kroków skierowała się więc znów na Długą, bo tam było najwięcej

światła i czuła się najbezpieczniej.

Gdy  po  raz  nie  wiadomo  który  patrzyła  bezmyślnie  na  fotosy  kinowe,  zwróciła  uwagę  na

wejście do kina „Kameralnego”. Kino i kawiarnia mieściły się na piętrze. Parter i schody były

puste. Nie było tam żadnych drzwi, a słaba żarówka oświetlała jedynie nagie, żółtawe ściany i

schody.

Zmęczona długim chodzeniem weszła do wnętrza, usiadła na schodach i oparła się o ścianę.

Nie wiedziała. kiedy zasnęła.

Obudziło ją dość silne szarpanie za ramię.

– Panienko, no, panienko, pobudka!

Przerażona  zerwała  się  na  nogi  i  o  mało  nie  spadła  ze  schodów.  Przytrzymywało  ją  mocne

ramię. Przed nią stał milicjant.

– Cóż to, nie mamy gdzie spać?

Powtórzyła kłamstwo z hotelu.

background image

22

–  O,  co  za  brak  rozsądku  –  mówił  dobrodusznie  milicjant.  –  Któż  to  przyjeżdża  tak  na

wariata? Trzeba się było porozumieć listownie.

– Tak się jakoś złożyło – bąkała speszona.

– A gdzie mieszkają ci krewni? Jak się nazywają? Może ich znam?

–  E,  nie...  To  tacy  jedni.  Mieszkają  tam,  koło  kościoła...  –  przerażona  dziewczyna  coraz

wyraźniej jąkała się i plątała w kłamstwach.

–  Chodźmy,  kochanie,  do  komisariatu  –  powiedział  nagle  milicjant  –  tam  się  wszystko

wyjaśni.

Rozdział V

Siedziała chmurna i zmartwiona na brzegu metalowego łóżka. Z tego miejsca nie można było

uciec.  Wszystkie  okna  były  zakratowane,  a  przy  zamkniętych  na  klucz  drzwiach  stale  siedział

dyżurny  milicjant.  A  poza  tym  nie  miała  ubrania.  Kazali  jej  się  umyć,  dobrze  nakarmili,  dali

czysty kąt z wygodnym łóżkiem, ale suknię schowali, a na jej miejsce dali flanelową, trochę za

krótką pidżamę.

Zośka  miała  w  izbie  zatrzymań  wszystko,  czego  potrzebowała.  Dbali  o  nią,  była  syta,

wypoczywała.  Nawet  willa  była  ładna  i  przyjemnie  położona,  wśród  zielonych  ogrodów

Wrzeszcza. Lecz myśl o tym, co nastąpi, nie dawała jej spokoju. Toteż zatopiona we własnych

myślach nie słuchała, co się wokół niej działo.

„Czy  już  wiedzą  o  zegarku?  –  zastanawiała  się  z  niepokojem.  –  Chyba  nie,  bo  zamknęliby

mnie w areszcie, a nie tutaj. Co ze mną zrobią? Odeślą do poprawczaka? A może do domu?”

W pokoju znajdowały się jeszcze trzy dziewczyny. Jedna w wieku Zośki była tu już trzeci raz.

Znała  wszystkich  opiekunów  i  rozmawiała  z  nimi  poufale.  Pierwszy  raz  przyprowadzono  ją  z

dworca,  gdzie  nocowała  na  ławce.  Była  bezdomna  i  bez  rodziny.  Umieszczono  ją  w  domu

dziecka,  gdzie  próbowano  ją  nauczyć  krawiectwa.  Nie  wytrzymała  tam  jednak  długo.  Okradła

koleżanki i uciekła. Przez dłuższy czas żyła z drobnych kradzieży, mieszkała, gdzie popadło, aż

wreszcie  „wpadła”  w  domu  towarowym  i  wróciła  do  izby  zatrzymań.  Tym  razem  sprawa

przedstawiała się gorzej i wysłano ją do domu poprawczego. Sąd uznał, że trzeba ją odosobnić,

background image

23

aby  się  do  reszty  nie  wykoleiła.  Ale  sprytna  dziewczyna  potrafiła  omotać  jednego  z

wychowawców, który począł ją faworyzować. Żyła z nim po cichu przez jakiś czas, a gdy jej się

nadarzyła  sposobność,  znów  uciekła  na  wybrzeże.  Mieszkała  z  jakimś  marynarzem.  Gdy

wyjeżdżał w dłuższy rejs, pożegnał się z nią, zostawiając jej na pociechę kilkaset złotych i sporo

przyjaciół.  Żyłka  do  złodziejstwa  tkwiła  w  niej  jednak  stale.  Przy  każdej  okazji  brała  rzeczy  i

pieniądze  bliźnich  jak  własne.  W  końcu  dostała  się  tu  po  raz  trzeci  i  teraz  groziła  jej  już

poważniejsza sprawa sądowa.

Dwie  pozostałe  mieszkanki  pokoju  były  młodsze  od  Zośki.  Jedna  miała  niewiele  ponad

trzynaście lat i uciekła z domu, bo czuła się w nim obco. Rodzice żyli z sobą jak pies z kotem, a

dziecko samo układało sobie życie. Przyjechała nad morze, marząc że zostanie żoną marynarza.

Druga, czternastoletnia brunetka, była bardzo doświadczona, wiele widziała w domu. Mieszkała

z matką, która jeśli przyprowadzała dwóch amantów, to czasem jednego odstępowała córce.

Teraz czarnulka pouczała po cichu swoją młodszą koleżankę, jak  należy unikać ciąży, czego

tamta słuchała chciwie i w skupieniu.

Chłopcy mieszkali w osobnych pokojach.  Było  ich  więcej  niż  dziewcząt,  gdyż  zamiłowania

podróżnicze i żądza przygód chętniej mieszkają w młodych ciałach rodzaju męskiego.

Różnymi  drogami  dostali  się  do  izby  zatrzymań.  Jeden,  sierota,  wałęsał  się  po  świecie,

próbował  kradzieży,  od  młodości  zaprawiał  się  do  włóczęgostwa.  Inny  uciekł  z  domu,  bo  go

matka  solidnie,  a  niesprawiedliwie  przetrzepała.  Tamten  znów  pragnął  odwiedzić  ciotkę  w

Nowym Jorku i miał ochotę dostać się na statek, aby ten zamiar zrealizować. Jeszcze inny bał się

wrócić  do  domu,  bo  w  szkole  dostał  dwóję,  a  więc  wsiadł  w  pociąg  i  wysiadł...  w  izbie

zatrzymań. Byli też tacy, którzy po kilka razy tu wracali, szczególnie uparci rajzerzy; ich żądza

podróży  silniejsza  była  niż  przywiązanie  do  domu  rodzicielskiego  czy  groźba  domu

poprawczego.

Nie zagrzewali tu długo miejsca. Po jakimś czasie, gdy zbadano, co mają na swych kontach,

każdy wędrował w swoją stronę. Jednego odwożono do domu poprawczego, drugiego do mamy,

trzeciego do domu dziecka. Niektórzy po

 

pewnym czasie wracali tu i historia zaczynała  się  od

nowa.

Dzwonek zbudził Zośkę z odrętwienia. Z pokoików wysypali się „pensjonariusze” na obiad.

Zasiedli w dawnym salonie, przy stołach nakrytych białymi obrusami. Apetyty, mimo zmartwień,

dopisywały,  bo  wszyscy  zajadali,  aż  rozlegało  się  mlaskanie  i  siorbanie.  Dyżurny  opiekun

background image

24

spacerował między nimi i dobrodusznie pouczał:

– Nie śpiesz się tak, mały. Jeść trzeba wolno i ładnie. Nikt ci nie zabierze zupy z talerza. A ty

czemu  tak  siorbiesz,  aż  uszy  bolą  słuchać?  Otwórz  buzię,  wsadź  w  nią  łyżkę,  połknij  bez

pociągania.  O,  widzisz?  Po  co  ma  być  słychać,  jak  jesz.  A  może  będziesz  kiedyś  na  wielkim

przyjęciu i co wtedy? Będziesz jadł jak prosię?

Dzieci  posłusznie  stosowały  się  do  tych  rubasznych  uwag.  Niejedno  z  nich  tu  właśnie

dowiadywało się, że to wcale nie wszystko jedno, jak się je.

Po obiedzie wszyscy musieli iść na lekcję geografii. Rajzerom szczególnie się to podobało, bo

przynajmniej w ten sposób wędrowali w daleki świat.

Zośka nie poszła na lekcję. Ledwo skończyła jeść, dyżurny powiedział:

– Idź do pokoju kierownika.

Przestraszyła  się  bardzo,  ale  iść  musiała.  Wiedziała,  że  odbędzie  się  „spowiedź”,  a  potem

zdecydują o jej losie.

W pokoju kierownika siedziała niemłoda, szczupła pani, która nie wiadomo dlaczego wydała

się  Zośce  lekarką.  Była  to  jednak  pracownica  izby,  wychowawczyni,  która  miała  się  zająć  jej

sprawą.

Kiedy kierownik sprawdził personalia Zośki, kobieta zapytała:

– Opowiesz nam trochę o sobie?

– A co mam opowiadać?

– Wszystko. Powiedz swój życiorys. Niczego się nie wstydź. Tylko, proszę cię, mów prawdę.

My tu wiele słyszeliśmy, dużo potrafimy pomóc, a kłamstwa tylko nam w tym przeszkadzają.

„Lekarka”  bardzo  się  Zośce  podobała.  Jej  zachowanie,  spokój  i  miły,  łagodny  głos  budziły

ufność i zachęcały do zwierzeń. Czuło się, że naprawdę chce pomóc. Ale krępowała dziewczynę

obecność  kierownika.  Nie  mogła  się  zdobyć  na  to,  aby  mówić  o  wszystkich  dziewczęcych

tragediach,  obnażać  brudy  domowe,  zwierzać  się  w  obecności  młodego  i  nawet  dość

przystojnego  mężczyzny.  Obawiała  się,  że  on  tego  nie  zrozumie,  a  może  nawet  ją  wyśmieje.

Toteż naburmuszyła się i odrzekła:

– Cóż mogę powiedzieć? Mówiłam już wszystko milicji.

–  Dlaczego  chcesz  się  wykręcić?  Przecież  wiesz,  że  mówiłaś  nieprawdę.  Podałaś  fałszywy

adres zmyślonych krewnych czy znajomych, do których przyjechałaś. Wszystko sprawdziliśmy.

Zośka spuściła głowę i milczała uparcie.

background image

25

– Wstydzisz się? – zagadnęła kobieta. – Może masz coś poważnego na sumieniu i boisz się?

Powiedz  wszystko  szczerze.  Dużo  potrafimy  zrozumieć,  a  zawsze  jest  lepiej,  jeśli  się  sama

przyznasz.

–  Nic  złego  nie  zrobiłam  –  bąknęła  Zośka  i  z  ukosa  spojrzała  na  kierownika.  Kobieta

zrozumiała to spojrzenie i dała mu głową znak, żeby zostawił je same. Bez słowa opuścił pokój.

– No, teraz możesz mówić śmiało – kobieta uśmiechnęła się zachęcająco.

– Kiedy ja naprawdę nic złego nie zrobiłam.

– A któż ci mówi, że zrobiłaś? Proszę cię tylko, żebyś mi opowiedziała o sobie. Wszystko. Jak

to się stało, co zmusiło cię do tego, że sama w obcym mieście musiałaś spać na schodach? Nie

masz rodziców?

– Mam, tylko już dłużej nie mogłam, rozumie pani? Nie mogłam. Wolę spać na schodach.

Ten wybuch jakby otworzył jakąś wewnętrzną tamę w Zośce. Rozpłakała się żałośnie i długo

nie mogła się uspokoić. Kobieta przez ten czas milczała taktownie i czekała. Gdy wreszcie Zośka

trochę  się  uspokoiła,  połykając  ostatnie  łzy,  zaczęła  opowiadać.  Bezładnie,  chaotycznie,

nerwowo,  ale  już  nie  ukrywała  niczego.  Opowiadała  o  swoich  marzeniach,  i  o  Maćku,  i  o

szwalni, i o tym, jak bardzo matka chciała wydać ją za mąż. Gdy wreszcie zaczęła opowiadać o

biciu  i  znęcaniu  się  bez  powodu,  o  amancie  przyprowadzonym  po  pijanemu  przez  ojca  i  o

ostatniej scenie w domu, z oczu jej zniknęły łzy. Zapłonęły w nich ognie zimnej nienawiści.

– Uciekłam – kończyła – bo miałam już tego dość. Chciałam tu znaleźć jakąś pracę, chciałam

sama ułożyć sobie życie. Mieszkałam u mojej koleżanki, ale jej  rodzice wracali i musiałam się

wyprowadzić. W hotelu nie było miejsca, musiałam więc zanocować na schodach.

– Co to za koleżanka? Podaj jej adres.

– Nie mogę. Gdyby rodzice się dowiedzieli, że zatrzymała mnie u siebie, miałaby przykrości.

Po co zresztą pani jej adres?

Zośka bała się, że gdy milicja pójdzie sprawdzać wszystko do Jadźki, wyjdzie na jaw sprawa

zegarka, a wtedy będzie źle. Za żadną cenę nie chciała więc podać adresu. Na szczęście kobieta

nie upierała się przy tym.

– Dobrze – powiedziała wstając. – Dziękuję ci bardzo za szczerość. Nie martw się. Myślę, że

wszystko będzie dobrze...

Od tej rozmowy upłynął jakiś czas bez żadnych wydarzeń. Zośka mieszkała spokojnie w izbie,

na  miejsce  dawnych  koleżanek  do  pokoju  przybyły  nowe,  a  ona  zadomowiła  się  tu  na  dobre.

background image

26

Czytała  książki,  chodziła  na  niektóre  lekcje,  pomagała  trochę  w  kuchni.  Czuła  się  tu  dobrze  i

jakoś zapomniała o tym, że w końcu będzie musiała opuścić ten smutny, ale spokojny przytułek.

Wreszcie pewnego dnia znów została wezwana do pokoju kierownika.

–  Sprawdziliśmy  wszystko,  co  tu  opowiadałaś  –  powiedział  kierownik  trzymając  w  ręku

kartkę papieru. – Dziś właśnie nadeszła odpowiedź. Chcesz przeczytać?

Zośka z lękiem wzięła kartkę z jego ręki.

„Niniejszym  stwierdzamy,  iż  wspomniana  Zofia  Zadora  mieszka  w  naszym  mieście.

Pracowała w szwalni, a potem była praktykantką w sklepie. Po sprawdzeniu żadnych przestępstw

nie  wykryto.  Matka,  gospodyni  domowa,  domaga  się  powrotu  córki  i  stwierdza,  że  żadna

krzywda jej się nie działa. Ojciec, majster murarski, rzeczywiście nadużywa alkoholu, ale nie jest

szkodliwy dla otoczenia. Sąsiedzi potwierdzili, że czasem bił córkę, ale równocześnie mówią, że

dziewczyna była trudna do wychowania i jako ojciec miał prawo ją karać. Szczegóły opisanego

zajścia, które  rzekomo  spowodowało  oddalenie  się  dziewczyny  z  domu,  trudno  jest  sprawdzić,

sąsiedzi  jedynie  potwierdzają,  że  tej  nocy  Zadora  zrobił  w  domu  awanturę,  ale  to  nie  było  nic

groźnego.”

Ręce opadły jej na kolana. „To nie było nic groźnego... Jako ojciec miał prawo...” – myślała z

gorzką ironią. Jak przez mgłę usłyszała głos kobiety:

– No i co powiesz na to?

– To nieprawda! – wybuchnęła. – On nie miał prawa mnie katować po pijanemu. Sąsiedzi nie

mówią prawdy o tej strasznej nocy. Nie chcą robić matce wstydu.

–  Posłuchaj  –  rzekła  łagodnie  kobieta.  –  Naprawdę  będzie  lepiej,  jeśli  wrócisz.  Cóż  tu

poczniesz  sama,  bez  pomocy,  gdzie  będziesz  mieszkać,  gdzie  pracować?  Tam  masz  rodziców,

znajomych, pracę, mieszkanie. A tu w obcym mieście nie dasz sobie rady sama. Jesteś już prawie

pełnoletnia, nie bądź dzieckiem, wróć do domu, a wszystko się jakoś ułoży.

– Nie wrócę! – Z głosu Zośki przebijał upór i zawziętość. – Za nic w świecie nie wrócę! Wolę

iść do poprawczaka!

Zapadło  dłuższe  milczenie.  Nawet  tu  rzadko  słyszano,  żeby  ktoś  z  młodzieżowych

pensjonariuszy  wolał  iść  do  domu  poprawczego  niż  do  rodziców.  W  końcu  kierownik

powiedział:

–  Zrozum  nas  dobrze.  Nie  mamy  żadnego  innego  wyjścia.  Do  domu  poprawczego  nie  ma

powodu cię posyłać. Do domu dziecka też nie, bo masz rodziców i żaden sąd nie odebrał im praw

background image

27

rodzicielskich.  A  poza  tym  już  nie  jesteś  dzieckiem.  Pracy  ci  nie  znajdziemy,  bo  któż  cię  tu

przyjmie i gdzie będziesz mieszkała?

Nie  próbowała  dłużej  ich  przekonywać.  Odeszła  zrezygnowana,  a  wieczorem  w  asyście

milicjanta wsiadła do pociągu.

Wcisnęła  się  w  kąt  pustego  przedziału  i  udawała,  że  śpi.  Ale  spod  przymrużonych  powiek

bacznie  obserwowała  swego  konwojenta,  który  zaraz  za  Gdańskiem  zaczął  się  kiwać  w  rytm

podrygiwań wagonu.

Przed Tczewem na palcach wyszła z przedziału i przeszła trzy wagony naprzód.

Na  stacji  wysiadła  i  szybko  przebiegła  na  drugi  peron,  gdzie  stał  jakiś  pociąg.  Nie  patrząc

dokąd jedzie, wsiadła.

Nad  ranem  znalazła  się  w  Pile.  Najbliższym  pociągiem  ruszyła  w  drogę  powrotną.  Ale  już

nauczyła  się  ostrożności.  Nie  dojechała  do  Gdańska,  bo  spodziewała  się,  że  tam  milicja

zaalarmowana przez konwojenta będzie zwracać uwagę, czy nie wróciła. Wysiadła w Pruszczu,

kilka kilometrów przeszła pieszo, a w Lipcach zauważyła przystanek autobusowy.

Pod wieczór pukała do drzwi Celiny i Kruszynki.

Rozdział VI

Wiosna nadeszła już w pełni. Nadmorska, spowita w mgłę, siąpiąca często kapuśniaczkiem,

chłodna  i  zapłakana,  ale  wiosna.  Kwietniowe  wieczory  były  coraz  cieplejsze,  krzaki  i  drzewa

zazieleniły się, a gdy słońce wyjrzało zza chmur, cały świat zdawał się uśmiechać, jakby obmyty

i wypoczęty po zimowym śnie. Pary w laskach i na ławkach skwerków tuliły się do siebie.

Zośka czuła się teraz jakaś lekka, pozbawiona trosk i myśli o dniu jutrzejszym. Nie trapiła się

tym, że nie miała mieszkania. Celina i Kruszynka nie wyganiały jej, a nawet we trójkę żyły dość

wesoło. Godziły się wspaniale i wystarczyło, żeby jedna powiedziała: „Może byście sobie dziś

poszły  do  kina?”  a  pozostałe  bez  pytania  ulatniały  się,  by  potem  skorzystać  z  prawa

wzajemności.

Przestała  się  także  przejmować  pracą.  Po  prostu  nie  było  o  tym  mowy.  Pieniądze  skądś  się

brały:  czasem  od  Kostka,  czasem  Celina  coś  przyniosła.  Korzystała  z  tego  bez  skrupułów,

background image

28

uważając,  że  skoro  przedtem  oddała  im  wszystko,  ma  teraz  prawo  do  wzajemności.

Najważniejsze dla niej było to, że nie głodowały i sumiennie wszystkim się dzieliły.

Zresztą  Zośka  niewiele  potrzebowała.  Nie  dbała  o  jedzenie,  nie  korzystała  wieczorami  z

mieszkania. Żyła miłością. Była absolutnie, nieodwołalnie i dozgonnie zakochana. Doświadczała

uczucia zazdrości, troski o niego, niepokoju i niecierpliwości, kiedy się spóźniał. Miała wszystkie

objawy najstarszej i najbardziej nieuleczalnej choroby na świecie.

Wystarczyło,  że  zagwizdał  pod  oknem,  a  rzucała  wszystko  i  pędziła  do  niego  na  złamanie

karku.  Unikała  spacerów  na  Długiej,  bała  się  spotkania  ze  znajomymi  milicjantami,  ale  za  to

jeździli do kin w Sopocie lub Gdyni. Najbardziej jednak lubiła wieczorne wędrówki w górki koło

Bramy Oliwskiej.

Wychodzili z Gdańskiej Starówki zaułkami koło hali targowej i kościoła Świętej Katarzyny.

Przez  mostek  na  Raduni  szli  Korzenną  i  za  „leżącym  drapaczem”  wchodzili  na  most  Błędnik.

Miasto  zostawało  za  nimi,  na  wprost  otwierała  się  przepiękna  stara  aleja  lipowa,  a  na  lewo

ciemniały pokryte lasem pagórki.

Zośka uśmiechała się z politowaniem na myśl o Maćku czy szkolnych jeszcze miłostkach. Cóż

znaczyły te dziecinne przeżycia wobec tego, co było teraz! To była prawdziwa miłość. Nie miała

co  do  tego  najmniejszych  wątpliwości.  Gotowa  była  bez  wahania  złożyć  swój  los  w  ręce  tego

chłopca.

Gdy zanurzali się w cienie drzew, natychmiast całowała go, mocno zaciskając oczy.

– Strasznie cię kocham – mówiła. – A ty?

– No chyba – odpowiadał lakonicznie Kostek.

– Powiedz, że podobam ci się najbardziej ze wszystkich kobiet na całym świecie.

– Miła jesteś. I zgrabna.

– Ale powiedz, nie wykręcaj się. Podobam ci się najbardziej?

– Kobietom nie można mówić za wiele komplementów – ze znajomością rzeczy odpowiadał

chłopak.

–  Nieznośny  jesteś.  Poszukaj  sobie  ładniejszej.  –  Nadąsana  odwracała  się  od  niego,  ale

równocześnie zerkała spod oka, czy przypadkiem rzeczywiście nie odchodzi. A Kostek śmiał się

i mówił:

– Nie bądź nudna. Przecież gdybym cię nie lubił, nie łazilibyśmy tu prawie co dzień, to chyba

jasne, nie?

background image

29

– Nie, nie. Masz mi mówić, że mnie kochasz.

– Kiedy ja wolę robić niż mówić – stwierdził cynicznie i całował ją, żeby nie odpowiadać na

pytania.

– Ogromnie lubię te górki – zwierzała się, gdy zdążyła złapać oddech po długim pocałunku.

– Dobry teren, tylko za dużo tu amatorów samotności – rzeczowo mówił Kostek.

Rzeczywiście w rzadkim lasku pełno było gruchających parek. Gdy na swej drodze spotykali

dwa cienie sunące wolno i nie widzące świata poza sobą, skręcali czym prędzej w boczną alejkę.

Za zakrętem przystawali i głowy ich tworzyły jedną całość. Stali tak długo, dopóki nie rozległ się

szelest kroków innej pary szukającej samotności.

Znużeni tą ciuciubabką wchodzili wreszcie na najwyższy pagórek. Mieli przed sobą panoramę

całego miasta. Był to widok, który Zośka zawsze chłonęła z niesłabnącym zachwytem. Tramwaje

jadące  lipową  aleją  wyglądały  niczym  zabawki  dziecięce.  Wszystkimi  kolorami  jarzył  się

dworzec  kolejowy,  a  gdańskie  wieże  wyraźnie  rysowały  się  na  tle  ciemnego  nieba.  Miasto,  ze

śladami wojennych ruin, strzelające w niebo nielicznymi jeszcze wieżowcami, skąpo oświetlone,

z tego miejsca wyglądało pięknie. Ciągnęło się od tych lesistych pagórków aż hen, po gładką i

prawie czarną o zmroku linię morza.

– Nie masz pojęcia, jak bardzo lubię tu przychodzić i tak patrzyć – mówiła z zachwytem. –

Cudnie tu jest.

– Zobaczysz, jak tu pięknie jest w lecie.

– Ja już teraz bardzo polubiłam wybrzeże. Myślę, że mi tu będzie dobrze z tobą.

Uśmiechnął się pod nosem i zauważył:

– Postaram się.

– Ożenisz się ze mną? – zapytała kiedyś znienacka.

Chłopak był zaskoczony.

–  Co  cię  dziś  napadło?  –  zirytował  się.  –  Nigdy  nie  myślałem,  że  taka  jesteś  skora  do

małżeństwa.  Zresztą  czy  to  jest  konieczne  do  szczęścia?  Ciągle  jeszcze  z  ciebie  wyłazi  gąska.

Gdy  tylko  się  parę  razy  pocałujesz,  zaraz  pytasz  o  małżeństwo.  Czy  innym  też  tak  prędko

proponowałaś ślub?

Zrobiło  jej  się  przykro.  Od  dziecka  matka  wpajała  jej  przekonanie,  że  kochać  to  znaczy

wychodzić za mąż. To był jedyny sposób, żeby mężczyznę zatrzymać na całe życie wyłącznie dla

siebie. Pijak, łajdak, awanturnik,  ale mąż – własność, która zawsze musi wrócić do domu. Nie

background image

30

rozumiała więc, jak można te sprawy traktować jak coś mało ważnego.

Powiedziała:

– Czasem wydaje mi się, że nic sobie ze mnie nie robisz. Ja stale mówię, że cię kocham, że

chciałabym być z tobą, a ty jesteś taki dziwny. Przecież to jasne, że w końcu trzeba się pobrać,

prawda? Nie możemy tak całe życie spędzić jak małżeństwo, a bez ślubu.

– A dlaczego nie? – zdziwił się Kostek. – Kochają się ludzie, żyją ze sobą, bo jest im dobrze.

A z chwilą kiedy przestaje im być dobrze, to się rozchodzą i wszystko jest w porządku.

Nie  podzielała  jego  poglądu.  Starała  się  być  dziewczyną  nowoczesną,  ale  tak  dalece  jej

,,nowoczesność” jeszcze nie sięgała. Zapadła więc w niezręczne, nadąsane milczenie. Przerwał je

w końcu Kostek, który chciał jakoś przywrócić poprzedni pogodny nastrój.

– Zresztą po co teraz mówimy o tym? Mamy czas.

– A jeśli zajdę w ciążę?

– To wtedy weźmiemy ślub, ale mam nadzieję, że nie zajdziesz.

– A ja bym strasznie chciała już mieć z tobą dziecko – zwierzyła się szczerze.

– O rany, jakaś ty jeszcze głupia! Zamilkła obrażona. Temat ten nie dawał jej jednak spokoju,

bo po chwili zagadnęła:

–  Gdybym  tak  teraz  miała  dziecko  i  musielibyśmy  żyć  razem,  co  byś  zrobił?  Porzuciłbyś

mnie?  Chyba  nie!  Ty  nie  jesteś  taki.  Zresztą  nie  pozwoliłabym  ci  odejść.  A  gdybyś  mimo

wszystko odszedł, to bym cię znalazła i wydrapała ci oczy. Musiałbyś żyć ze mną. Ale z czego

byś mnie utrzymywał? Z czego ty właściwie żyjesz? Nigdy mi nic nie mówisz o sobie. Nie wiem,

gdzie mieszkasz, co robisz, powiedz mi to wszystko.

–  Coś  taka  ciekawa?  Żyje  się.  Tu  człowiek  skubnie,  tam  coś  skombinuje,  czasem  się

zahandluje i jakoś to idzie.

– Jak to zahandluje albo skubnie? Nie rozumiem.

– No, są takie różne okazje. Mieszkam w Nowym Porcie, to rozumiesz, że jakoś sobie można

poradzić.

– Nic nie rozumiem.

– Ech, głupia jesteś – zdenerwował się nagle Kostek. – Wypytujesz mnie jakbyś była z milicji.

Podobam ci się, dobrze ci ze mną, to bądź zadowolona, a nie, to idź do czorta i daj mi święty

spokój!

Ten niepohamowany wybuch przestraszył ją. Zamilkła, ale równocześnie poczuła się głęboko

background image

31

dotknięta  tym,  że  Kostek  miał  przed  nią  tajemnice.  W  milczeniu  skierowała  się  w  drogę

powrotną. Chłopak jednak zatrzymał ją i pociągnął między drzewa.

– Nie bądźże dziecinna – szepnął – pocałujmy się na zgodę.

– Odejdź, daj mi spokój – próbowała się dąsać.

Pocałunkiem  zmusił  ją  do  milczenia.  Początkowo  natrafił  na  zaciśnięte  wargi,  ale  powoli

rozchyliły  się  i  dziewczyna  przylgnęła  do  niego.  Całował  ją  mocno  i  długo,  aż  do  utraty  tchu.

Potem zaczął pieścić jej piersi. Nie mówiła nic, lecz czuła błogość i wiedziała, że niczego mu nie

jest w stanie odmówić. Nagle oboje odskoczyli od siebie.

– O, jak tu pięknie! – wołała jakaś dziewczyna, a męski, przyciszony głos mitygował ją:

– Nie krzycz tak, gdzie tam idziesz, chodź tutaj w cień! Dziewczyna zachichotała i posłusznie

dała się pociągnąć w stronę, gdzie stali Zośka i Kostek. Rozczarowani, źli na natrętów poszli w

stronę miasta.

Dopiero gdy przeszli mostek na Raduni, Kostek bez słowa wziął ją pod rękę i skierował się na

lewo w ruiny Wielkiego Młyna. Było tam niewygodnie i brudno, ale nikt już im nie przeszkadzał.

Rozdział VII

Dziewczyny czekały na Kostka w mieszkaniu. Zośka nie była uprzedzona, że zanosi się na coś

w rodzaju wielkiej narady, w której jej osoba miała odegrać niepoślednią rolę, ale zrozumiała to z

przebąkiwań i aluzji koleżanek. Kiedy jednak pytała wprost, o co chodzi, odpowiadały, że dowie

się wszystkiego, kiedy przyjdzie Kostek.

Siedziała więc bezczynnie pod oknem i patrzyła na niechlujne podwórko, beztrosko bawiące

się dzieci i wieżę kościelną, sterczącą na tle jasnego nieba. Wieczór nadchodził piękny, pogoda

bowiem od kilku dni ustaliła się na dobre. Żałowała, że marnuje czas w domu.

Wreszcie  usłyszała  energiczne  kroki  na  schodach.  Mimo  woli  serce  jej  zabiło  mocniej,  bo

poznała, że to był Kostek.

Wbiegł wesoły, uśmiechnięty i od progu zawołał:

– Witam babski kołchoz! Co tak siedzicie jak zmokłe kury? Noc nadchodzi, światła, proszę!

–  Czekamy  na  jaśnie  pana  –  wpadła  w  jego  ton  Kruszynka.  –  Myślałyśmy,  że  dziś  nie

background image

32

przyjdziesz.

– Ważne zajęcia zatrzymały mnie nieco dłużej – ze sztuczną powagą odpowiedział chłopak. –

Musiałem mobilizować męską część dzisiejszej ekspedycji. Były pewne trudności, ale w końcu

wszystko jest załatwione. Teraz kolej na panie.

Umilkł i spojrzał na Zośkę, która siedziała nic nie rozumiejąc z całej tej paplaniny.

– Mówiłyście już? – zapytał.

– Nie, czekałyśmy na ciebie – odparła Celina.

–  Powiedzcie  wreszcie,  o  co  chodzi  –  zniecierpliwiła  się  Zośka.  –  Co  to  za  mobilizacja,

ekspedycja i jaki ma być mój udział?

–  Powoli,  powoli.  Wszystko  się  wyjaśni.  –  Kostek  mówił  z  poprzednią  swadą,  ale  Zośka

wyczuła w jego głosie odrobinę wahania czy niepewności. Usiadł i wyjął papierosy, dziewczyny

wyciągnęły  ręce  po  camele.  Podał  im  ognia  i  przez  chwilę  milczał,  jakby  się  zastanawiał,  od

czego zacząć.

– Chyba wiesz – zaczął wreszcie z powagą – że nie można żyć z niczego. Powietrzem jeszcze

się nikt nie najadł.

– Po co ta mowa? – przerwała niecierpliwie Zośka.

–  Żebyś  zrozumiała,  że  dziś  manna  nikomu  z  nieba  nie    leci  –  odparł.  –  A  w  ogóle  to  nie

przeszkadzaj, tylko słuchaj, bo inaczej nigdy nic z ciebie nie będzie.

– No już mów, mów.

– A więc jednym słowem trzeba tak kombinować, żeby żyć, a za bardzo się nie przemęczać.

Okazji  jest  dość  dużo.  Frajerów  też  nie  brakuje.  Można  więc  tak  pokręcić  główką,  żeby  bez

większego trudu zdobyć trochę waluty, kapujesz?

–  Nie  bardzo  –  przyznała  szczerze.  Równocześnie  ogarnął  ją  jakiś  niewytłumaczony  lęk.

Przypomniała jej się rozmowa na górkach i podobne słowa Kostka. Tymczasem on mówił dalej

już nieco zniecierpliwiony.

– No, zrozum wreszcie, że nikt z nas nie myśli wygłupiać się i pracować za jakieś tysiąc czy

półtora  miesięcznie,  kiedy  można  zarobić  więcej  w  sposób  o  wiele  łatwiejszy.  Na  przykład

wymiana  forsy.  Przyjeżdża  facet,  powiedzmy,  marynarz.  Ma  pełną  kieszeń  dolarów,  marek,

koron  czy  franków.  Oficjalnie  wymienić  mu  się  nie  opłaca,  bo  dostaje  grosze  za  dolary.  My

płacimy trochę więcej, a potem te ich obce pieniążki sprzedajemy naszym marynarzom. Można

na dolarze zarobić pięćdziesiąt, a czasem więcej złociaków. Wilk syty, owca cała, marynarz ma

background image

33

swoje i my też nie narzekamy.

– I to dziś mamy robić? – pytała Zośka.

–  Nie,  te  sprawy  należą  do  mnie.  Ale  rozumiesz,  nie  zawsze  jest  dość  obcych  marynarzy,

nieraz trudno złapać takiego, co chce sprzedać walutę. A żyć musimy. Próbujemy więc różnych

sposobów. Na przykład skubania facetów. To jest właśnie robota dla was. Zresztą nic groźnego.

Sprawa jest zupełnie prosta, a dola od nas leci.

– Co to znaczy „skubanie”? – spytała  Zośka,  która  od  tych  wyjaśnień  czuła  w  głowie  lekki

zamęt.

– Zaraz ci powiem. Ale to sprawa ważna. Coś jakby nasza tajemnica zawodowa. Rzecz jasna,

nie może o niej wiedzieć nikt poza nami, rozumiesz? Ty jesteś swoja, ale mimo wszystko musisz

najpierw  złożyć  przysięgę,  że  nigdy,  w  żadnych  okolicznościach  nie  mrukniesz  nawet  słowa,

jasne? Choćby cię mieli zabić, masz milczeć jak grób, bo inaczej marny twój los. No więc jesteś

gotowa złożyć taką przysięgę?

Teraz  cała  sprawa  zaczęła  być  dla  Zośki  naprawdę  interesująca.  Tajemniczość,  przysięga,

dreszczyk  emocji  to  było  coś,  co  ją  pociągało.  Bez  chwili  wahania  złożyła  żądaną  przysięgę,

której niedotrzymanie groziło krwawą zemstą.

–  Wszystko  w  porządku  –  powiedział  Kostek  po  tej  ceremonii.  –  Teraz  spróbuj  tylko  nas

zdradzić! Wiesz, co cię czeka! Dziś zobaczysz, na czym polega twoja rola. Na razie będziesz się

tylko przyglądać. Teatr za darmo. Ale patrz dobrze i ucz się, bo już jutro będziesz robiła to samo.

– Ale powiedzcie, do diabła, co to znaczy i co będę robiła? – Zośka była rozczarowana, gdyż

spodziewała się, że po złożeniu przysięgi zasłona tajemnicy przestanie istnieć. Tymczasem miała

w dalszym ciągu o niczym nie wiedzieć. Lecz Kostek uspokoił ją:

– Nie denerwuj się, wszystkiego się dziś dowiesz. Po co mam gadać, kiedy sama zobaczysz,

jak wygląda robota. Powiem ci tylko, że do tego potrzeba ładnych dziewcząt, a ty się wyjątkowo

nadajesz. Robisz wrażenie naiwnej, łatwo się zakochującej, nikt cię o nic złego nie posądzi. W

sam raz, jak trzeba.

Zośka chciała się obrazić za te słowa, ale nie zdążyła, bo Kostek dał hasło do wyjścia i cała

grupa opuściła mieszkanie.

Najkrótszą  drogą  poszli  wprost  do  „Orbisu”.  Przed  wejściem  Kruszynka  z  Celiną  odłączyły

się i pozostały w tyle. Kostek wziął Zośkę za rękę i wprowadził ją do środka.

O  tej  porze  kawiarnia  była  prawie  pełna.  Tylko  jeden  stolik  w  prawym  rogu  pod  samym

background image

34

oknem był wolny. Usiedli przy nim, zapalili papierosy i czekali na kelnerkę. Zośka rozglądała się

ciekawie po dość ładnej sali z czarnymi szklanymi filarami. Dym ciężko wisiał nad stolikami, a

szmer rozmów brzmiał monotonnie jak brzęczenie pszczół.

– Gdzie one są? – zagadnęła niecierpliwie dziewczyna.

– Zaraz tu będą. Proszę dwie kawy – zwrócił się do kelnerki. W tym momencie Kruszynka i

Celina  ukazały  się  w  drzwiach.  Przystanęły,  rozglądając  się  po  sali  w  poszukiwaniu  wolnego

miejsca.

–  O,  są!  –  zawołała  Zośka  i  chciała  podnieść  rękę,  żeby  im  dać  znak,  lecz  Kostek

błyskawicznie chwycił ją za przegub i z całej siły przycisnął dłoń do blatu stolika.

–  Zamknijże  się  wreszcie!  –  warknął  z  wściekłością.  –  Cholery  z  tobą  można  dostać.

Wszystko popsujesz. Nie znamy ich, rozumiesz, głupia?

Przestraszyła  się  tego  wybuchu,  a  jednocześnie  poczuła  się  obrażona.  Posłusznie  jednak

zamilkła i spuściła głowę, jedynie spod brwi obserwując koleżanki.

Dziewczyny  tymczasem  przeszły  koło  bufetu  i  stanęły  niezdecydowane  na  środku  sali.

Wszystkie  miejsca  były  zajęte.  Szeptały  coś  między  sobą,  a  równocześnie  rozglądały  się,  czy

ktoś nie wstanie od stolika. Kilka osób patrzyło na nie dyskretnie, ale z zaciekawieniem.

Przy  jednym  stoliku  siedział  jakiś  śniady  mężczyzna  z  czarną  kędzierzawą  czupryną.  Na

pierwszy rzut oka można w nim było poznać cudzoziemca. Mówiły o tym nie tylko włosy i cera,

ale  także  buty,  garnitur,  papierosy  leżące  na  stoliku  i  gazeta,  którą  przeglądał.  Siedział  sam,

pociągał jasne piwo, a od chwili wejścia dziewczyn nie spuszczał wzroku z Kruszynki. Obydwie

od dawna zauważyły, że cudzoziemiec zwrócił na nie uwagę.

Rozejrzały się jeszcze raz po sali, wreszcie Kruszynka wzruszyła ramionami, powiedziała coś

do Celiny i zrobiła krok w stronę wyjścia. Cudzoziemiec drgnął i uczynił nieznaczny ruch, jakby

się chciał podnieść. Wtedy Celina podeszła do niego i zapytała:

– Czy ten stolik będzie wolny? Pan może wychodzi?

– Oh, yes, please – cudzoziemiec plątał się i mówił jakieś niezrozumiałe angielskie słowa, a

równocześnie  wykonywał  zapraszające  gesty.  Dziewczyny  momentalnie  rozsiadły  się  i  nie

zwracając na niego uwagi zaczęły rozglądać się za kelnerką. Śniady dżentelmen nie odchodził,

wręcz przeciwnie, poprawił się na krześle i nie przestawał im się przyglądać.

Zośka obserwująca tę całą scenę nie bardzo jeszcze rozumiała, o co chodzi. W dalszym ciągu

nie  wiedziała,  jak  to  wszystko  się  zakończy.  Patrzyła  więc  z  najwyższym  zaciekawieniem,  jak

background image

35

obydwie  dziewczyny  zrazu  niechętnie,  a  potem  coraz  śmielej  odpowiadały  na  zaczepki

cudzoziemca. Atmosfera przy tamtym stoliku ożywiła się, mówili  wszyscy, starając się gestami

nadrobić  braki  językowe,  bo  on  nie  umiał  po  polsku,  a  one  znały  razem  może  dziesięć

angielskich słów.

– Nie wytrzeszczaj tak na nich gał – warknął Kostek. – Jeśli chcesz patrzyć, rób to dyskretniej.

Staraj się równocześnie rozmawiać ze mną.

Posłuchała go i przez chwilę plotła trzy po trzy o jakichś bzdurnych sprawach.

– Kostek, co to wszystko znaczy? – nie wytrzymała wreszcie.

– Siedź spokojnie, patrz i ucz się – odparł opryskliwie. – Zaraz sama wszystko zrozumiesz...

Ale  jej  zainteresowanie  już  słabło.  Piła  więc  kawę  i  tylko  z  rzadka  zamieniała  z  nim  kilka

słów.

Czas  mijał,  robiło  się  coraz  później  i  kawiarnia  zaczęła  powoli  pustoszeć.  Gdy  Zośka  w

pewnej  chwili  spojrzała  w  stronę  tamtego  stolika,  zobaczyła,  że  dziewczyny  szykują  się  do

wyjścia. Kostek poruszył się niespokojnie, lecz po chwili odetchnął z ulgą. Śniady amant trzymał

rękę  Kruszynki  w  swojej  dłoni,  a  Celina  wstała  od  stolika  sama,  kiwnęła  im  głową  i  odeszła

uśmiechnięta. Gdy była odwrócona tyłem do tamtej pary, mrugnęła leciutko do Kostka i wyszła z

kawiarni.

– Płacić! – powiedział Kostek do przechodzącej kelnerki. Uregulował rachunek za kawę, lecz

nie podnosił się z miejsca. Próbował jeszcze rozmawiać z Zośką, śmiał się trochę za głośno, ale

było to sztuczne i wyczuwała, że coraz bardziej się niecierpliwi. Minęło w ten sposób jeszcze pół

godziny.  Wreszcie  cudzoziemiec  skinął  na  kelnerkę.  Wstali  razem  z  Kruszynką.  Dziewczyna

śmiała się do niego kusząco i obciągała czarny obcisły sweterek, prężąc

okrągłe piersi.

–  Idziemy  –  szepnął  podniecony  Kostek.  Tamci  zniknęli  już  za  drzwiami.  Zośka  ciekawa

finału całej gry pośpieszyła za Kostkiem.

Gdy znaleźli się pod filarami przed wejściem do kawiarni, przez jakiś  czas,  zanim  oczy  nie

przywykły  do  mroku,  nic  nie  widziała.  Po  chwili  ujrzała  Kruszynkę  z  jej  partnerem  stojącym

kilka  kroków  przed  nimi.  Żywo  o  czymś  rozmawiali,  dziewczyna  stanowczo  protestowała,

powtarzała „nie” i „no”. W końcu jednak dała się widocznie przekonać, bo oboje poszli w prawo,

tam gdzie Zośka chodziła zawsze z Kostkiem.

Niespodziewanie  Celina  wynurzyła  się  z  mroku.  Widocznie  czekała  tu  cierpliwie  na  finał

background image

36

wydarzeń.

– Dobra jest – szepnął do niej Kostek. – Kruszyna spisuje się na duży medal. Bierz Zośkę i

płyńcie do chaty.

Czekajcie na mnie.

Zostawił je i poszedł za tamtą parą, która zbliżała się już do Błędnika. Gdy przechodził koło

ławek  stojących  przed  hotelem,  kilka  ciemnych  gibkich  postaci  podniosło  się  i  niczym  zjawy

popłynęły za nim.

– I co teraz? – zapytała Zośka Celiny.

–  Ciekawa  jestem,  jak  to  się  skończy  –  odpowiedziała  tamta.  –  Ale  nie  ma  rady.  Nie

pójdziemy za nimi, bo to niebezpieczne. Wracamy do domu. Później wszystkiego się dowiemy.

– Co oni z nim zrobią? – z przestrachem spytała Zośka.

Śmiech Celiny zabrzmiał w ciemności dziwnie cynicznie.

–  Nie  martw  się,  nic  się  mu  nie  stanie.  Kruszynka  go  wyprowadzi,  a  gdy  dojdzie  do  lasku,

chłopcy ją uwolnią od natręta.

– Zabiją go? – w głosie Zośki zabrzmiało przerażenie.

–  Ale  skąd!  Dostanie  trochę  w  czapę,  poleży  parę  godzin,  potem  pójdzie  się  poskarżyć  na

milicję. Może zresztą nie pójdzie, bo się będzie wstydził. A chłopcy go oskubią, bo po co mu w

Polsce kapitalistyczne dolary, prawda?

Zośka  zrozumiała  wreszcie,  co  znaczy  „oskubać  faceta”.  Szła  obok  Celiny  milcząca  i

przerażona,  bo  wiedziała,  że  teraz  już  się  nie  wykręci  od  udziału  w  tym  „skubaniu”,  złożyła

przecież przysięgę. Zresztą niedługo się tym martwiła. Kostek tak kazał, to było święte. Gotowa

była dla niego robić już teraz znacznie gorsze rzeczy.

Gdy po godzinie Kostek z Kruszynką wrócili, byli wściekli.

–  Niech  to  krew  zaleje!  –  pienił  się  Kostek.  –  Był  prawie  goły.  Miał  tylko  parę  nędznych

złotych  i  ten  zegarek.  Lipa,  cholera!  Jakiś  titus.  Mógłby  mieć  choćby  złotą  delbanę,  a  nie  to

gówno za tysiąc złotych! Co to znaczy na tyle osób? Chłopaków trzech i nas czworo. Do dupy

taki interes! Nie warto się męczyć. Może ty, Zośka, będziesz miała większe szczęście.

Z wrażenia i podniecenia nie mogła zasnąć przez całą noc.

background image

37

Rozdział VIII

Dzień ten wlókł się niesłychanie wolno. Zośka była podniecona i trudno z nią było rozmawiać.

Koleżanki przez cały czas zachowywały się jakby nigdy nic; wydawać się mogło, że o całej tej

sprawie  po  prostu  nie  pamiętają.  Ona  jednak  pamiętała  o  tym  bez  przerwy  i  nie  mogła  sobie

znaleźć miejsca. Obmyślała sytuacje, jakie mogą się wytworzyć, układała sobie zdania, w myśli

przeprowadzała całe rozmowy z przyszłym adoratorem. Czasem tylko przychodziło jej do głowy,

że to może się źle skończyć. Szybko jednak odpędzała od siebie te myśli, bo po prostu nie mogła

sobie wyobrazić, co by wtedy nastąpiło. Zresztą ufała ślepo Kostkowi i wierzyła, że ją obroni.

„Skubanie  facetów”  miało  w  sobie  coś  z  ducha  sportowego.  Było  w  tym  jakieś  ryzyko  i

dreszcz emocji. To ją właśnie pociągało. A przy tym w głębi serca kryła odrobinę dumy, że ona

nadaje się do takich zadań. Wszak Kostek powiedział, iż do tego potrzeba ładnych dziewczyn, a

więc z tego wynika, że ona jest ładna i że mu się podoba.

Na takich rozmyślaniach minął jej czas  do  wieczora  i  razem  z  Celiną  wyruszyły  na  wielkie

łowy.

–  Uważaj  –  tłumaczyła  jej  po  drodze  Celina.  –  Nie  zawsze  wszystko  idzie  tak  gładko  jak

wczoraj. Czasem trzeba faceta zachęcić, mrugnąć do niego, potem przypadkowo poczekać przed

wejściem. Musisz po prostu mieć trochę nosa i szczęścia.

Tym razem do środka weszły bez Kostka. Miał czekać razem z chłopakami na skwerku przed

kawiarnią.  Kruszynka  w  ogóle  nie  wychodziła  z  domu.  Było  możliwe,  że  jej  cudzoziemiec

narobił szumu i będzie tu dziś za nią się rozglądał. Musiała więc parę dni przeczekać, aż sprawa

przycichnie.

Dziewczyny  nie  mogły  powtórzyć  manewru  z  poprzedniego  dnia,  bo  na  sali  było  kilka

wolnych stolików. Wybrały ten, z którego lepiej było obserwować salę i zasiadły niczym dwie

spragnione plotek koleżanki. Udawały ożywioną rozmowę, a równocześnie bez przerwy strzelały

oczami na wszystkie strony.

– Patrz – szepnęła w pewnej chwili Celina. – Tam, na prawo od ciebie. Widzisz?

Zośka spojrzała nieznacznie i zobaczyła przy jednym ze stolików samotnego mężczyznę. Miał

około  czterdziestu  lat  i  był  bardzo  elegancki.  Nienagannie  skrojony  szary  garnitur,  lekko  siwe

włosy, gładka, rumiana twarz. Wypielęgnowaną ręką wolno podniósł do ust filiżankę z kawą. W

którymś momencie oczy Zośki spotkały się z jego wzrokiem. Odwróciła głowę i mimo woli się

background image

38

zarumieniła.

–  Mógłby  być  moim  ojcem  –  powiedziała.  –  To  jakiś  lepszy  gość,  taki  chyba  na  mnie  nie

poleci.

– Głupia, nie znasz chłopów – wzruszyła ramionami Celina. – Właśnie taki najprędzej, bo oni

lubią młode. A ten jest już w tym wieku, że na pewno chętnie by skorzystał z okazji. Patrzy się

tu, spojrzyj na niego.

Zośka znów, niby przypadkiem, rzuciła przeciągłe spojrzenie przystojnemu panu. Tym razem

wyraźnie taksował ją wzrokiem, oglądając od stóp aż po złotawe, niesforne loki. Poczuła nagle,

że  nie  miałaby  nic  przeciwko  temu,  żeby  ten  pan  zaproponował  jej  spotkanie.  Bardzo  się  jej

podobał. Tymczasem Celina rzucała szeptem fachowe uwagi.

–  To  jakiś  hotelowy  gość.  Widzisz,  koło  popielniczki  leży  klucz  od  pokoju.  Dobry  facet,

przyjechał tu na parę dni, może nawet zza granicy. Staraj się, bo to ładna okazja. Taki musi mieć

forsę.

– Ale może on będzie chciał w hotelu – zmartwiła się nagle Zośka. – Przecież jeśli ma pokój,

to będzie wolał zaprosić mnie do siebie niż włóczyć się nie wiadomo gdzie.

– To już twoja rzecz, żeby go wyciągnąć – zauważyła Celina. – Powiedz mu, że się boisz w

hotelu, bo mogą być nieprzyjemności. A zresztą jak się dobrze zakręcisz koło niego, to wszędzie

za tobą pójdzie.

Teraz  już  Zośka  na  całego  kokietowała  mężczyznę.  On  również  przyglądał  się  jej

bezceremonialnie i nawet lekko się uśmiechał. Zdawało się, że sprawa jest na najlepszej drodze,

Zośka jednak nie wiedziała, co robić dalej, jej umiejętności nie wykraczały jeszcze poza granice

kuszących spojrzeń. Musiała poprosić o radę.

– Co dalej? Jak go stąd wyciągnąć?

–  Poczekaj  jeszcze  chwilę,  a  potem  wyjdź  do  hallu  hotelowego.  Będziesz  udawała,  że

rozmawiasz  z  automatu  telefonicznego.  Powinien  wyjść  za  tobą  i  wtedy  jakoś  go  zaczepisz.

Może zresztą on sam zacznie, a jeżeli nie, to zapytaj go na przykład, czy nie ma rozmienić pięciu

złotych, bo nie możesz zatelefonować. Potem już sobie poradzisz, co?

– Spróbuję – odpowiedziała niepewnie Zośka. Zbliżał się moment, w którym miała pokazać,

co potrafi. Cała dotychczasowa odwaga nagle ją opuściła. Zaczynała w duchu żałować, że dała

się  wciągnąć  w  tę  grę,  a  równocześnie  całą  duszą  pragnęła,  żeby  ten  gość  dał  się  namówić  na

spotkanie,  podobał  jej  się  i  chciała,  żeby  zwrócił  na  nią  uwagę.  Nie  myślała  o  tym,  co  będzie

background image

39

dalej. Toteż mimo że nogi się pod nią uginały ze strachu, wstała i wolno poszła w stronę drzwi

wiodących  do  hotelowego  hallu.  Gdy  mijała  stolik,  przy  którym  siedział  „jej”  mężczyzna,

spojrzała  na  niego  otwarcie  i  lekko  kiwnęła  głową.  Wydawało  jej  się,  że  odpowiedział

nieznacznym uśmiechem i zmrużeniem oczu.

Była  tak  zdenerwowana,  że  nie  mogła  trafić  monetą  do  otworu  w  automacie.  Pośpiesznie

nakręciła jakiś numer i nie zważając na sygnały dobiegające ze słuchawki zaczęła mówić:

„Chcę, żebyś przyszedł. Bardzo mi się podobasz i musisz się ze mną umówić. Musiałam ci się

też podobać.”

Mówiła,  bo  portier  przyglądał  się  jej,  a  nie  chciała,  żeby  poznał,  że  ona  tylko  markuje

rozmowę. Równocześnie obserwowała przez szybkę drzwi, którymi powinien wyjść gość. Lecz

drzwi pozostawały nieruchome.

Przez  hall  przeszła  jakaś  zgrabna,  ładna  kobieta,  zapytała  o  coś  w  recepcji  i  weszła  do

kawiarni. Jego wciąż nie było. Zośka denerwowała się coraz bardziej.

„Może  myślał,  że  naprawdę  wychodzę?  Trzeba  było  jeszcze  trochę  poczekać.  A  może

należało dać mu wyraźniej do zrozumienia, że chcę, żeby wyszedł za mną? Co za niedomyślny

cymbał! No, wyjdźże wreszcie... Może chce zapłacić, a kelnerka tak długo nie podchodzi?”

Nawet nie dopuszczała myśli, że szpakowaty pan mógł nie mieć ochoty tak postępować, jak

ona pragnęła. Czekała więc niecierpliwie trzymając słuchawkę przy uchu. Wtem drzwi drgnęły.

„Nareszcie”  –  pomyślała  i  serce  podeszło  jej  do  gardła.  Ale  to  nie  był  on.  Jakiś  inny,  stary

mężczyzna szedł w stronę automatu.

Nie mogła dłużej czekać. Powiesiła słuchawkę i zaczerwieniona wyszła z budki.

Rozejrzała się po hallu, który znała ze swej pierwszej próby przenocowania w tym hotelu. Nic

tu  nie  miała  do  roboty.  Czekać  w  tym  miejscu,  gdzie  portier  bez  przerwy  ją  obserwował,  nie

mogła. Weszła więc z powrotem do kawiarni. Spojrzała w stronę stolika szpakowatego pana i to,

co ujrzała, wprawiło ją w takie zdumienie, że prawie się zatrzymała. „Jej” mężczyzna siedział z

jakąś kobietą. Przymilnie się do niej uśmiechał, a ona patrzyła mu w oczy. Zośka poznała w niej

kobietę, która przechodziła przez hall w czasie, gdy ona tkwiła przy automacie.

Z trudem zapanowała nad sobą i na pozór swobodnym krokiem poszła do stolika, ale poczuła

bolesne  ukłucie  w  sercu  i  ogarnęła  ją  złość  na  szczęśliwą  rywalkę.  Dopiero  po  chwili

uświadomiła sobie, że uczucie to jest śmieszne i nic na to nie poradzi, że mężczyzna, który jej się

podoba, siedzi ze swoją żoną czy znajomą przy stoliku kawiarnianym.

background image

40

Celina skwitowała niepowodzenie filozoficznym wzruszeniem ramion.

– Trudno, nie udało się tym razem, uda się innym. Zośka przez długi czas siedziała osowiała i

milcząca.  Nie  mogła  pogodzić  się  z  myślą,  że  szpakowaty  pan  zostawił  ją  na  lodzie.  Była

zniechęcona i straciła wiarę w siłę swych wdzięków. Celina jednak wkrótce zwróciła jej uwagę w

inną stronę.

W pobliżu drzwi przy stoliku zastawionym filiżankami z kawą i kieliszkami czerwonego wina

siedziały trzy osoby: kobieta i dwóch młodych mężczyzn.

–  To  marynarze  –  szepnęła  Celina.  –  Ja  ich  zawsze  poznam.  Spójrz,  jakie  mają  krawaty  i

prima garnitury.

Starszy,  szczupły,  mocno  łysawy  był  tak  zajęty  pulchną  blondynką,  że  w  ogóle  nie  zwracał

uwagi  na  swego  kolegę.  Co  chwila  nachylał  się  do  jej  ucha  i  szeptał  coś,  a  ona  wybuchała

głośnym  śmiechem.  Gdy  zdawało  mu  się,  że  nikt  nie  patrzy,  ukradkiem  gładził  ją  po  kolanie.

Byli zajęci wyłącznie sobą, drugi marynarz zaś nudził się i wodził wzrokiem po sali. Był sporo

młodszy od swego kolegi, dużo palił, co jakiś czas prosił kelnerkę o nowy kieliszek czerwonego

wina.

Zośka  spojrzała  niechętnie  w  jego  stronę  raz  i  drugi,  a  potem  mimo  woli  zaczęła  go

kokietować. Zdawało jej się, że przez to robi na złość tamtemu „niewiernemu”.

Marynarz szybko zauważył dziewczyny i ładna buzia Zośki wyraźnie spodobała mu się. Bez

żenady począł do niej mrugać. Para przy jego stoliku nie krępowała go, w ogóle nie widziała jego

zabiegów.

Tym  razem  Zośka  nie  musiała  zbytnio  się  wysilać.  Stroną  atakującą  był  marynarz,  który

widocznie pragnął wesoło spędzić wieczór i szukał partnerki.

Celina ucieszyła się.

– Dobra jest – powiedziała. – Ten chłopak ma dużą ochotę. Tym razem musi ci się udać. O,

popatrz, zdaje się, że chce, żebyś wyszła. Ostro się bierze do rzeczy!

Rzeczywiście marynarz postępował teraz tak, jak Zośka poprzednio. Wstał, powiedział coś do

swoich  znajomych  i  zamierzał  wyjść  z  kawiarni.  Zanim  jednak  zniknął  w  drzwiach,  wyraźnie

kiwnął Zośce głową.

– Spokojnie, spokojnie – mówiła Celina. – Nie śpiesz się. Niech trochę poczeka, to go bardziej

rozpali. Gotów pomyśleć, że jesteś mewka.

Po  kilku  minutach  Zośka  zostawiła  koleżankę  i  wyszła  w  ślad  za  marynarzem”.  Stał  w

background image

41

korytarzu  obok  szatni  i  palił  papierosa.  Na  widok  dziewczyny  uśmiechnął  się  i  chciał  coś

powiedzieć,  lecz  ona  pouczona  przez  Celinę  minęła  go  obojętnie  i  weszła  do  ubikacji.  W

ostatniej chwili zauważyła, że ma bardzo głupią i zawiedzioną minę, zupełnie jak pies, któremu

odsunięto kiełbasę sprzed nosa.

Poprawiła włosy, troszkę się podmalowała i wyszła. Nie patrząc na niego zmierzała wprost do

wahadłowych drzwi, lecz mężczyzna ruszył za nią.

–  Przepraszam  panią  –  zaczepił  niezręcznie.  –  Zdaje  się,  że  już  się  gdzieś  widzieliśmy?

Przypomina sobie pani?

– Nie, nie przypominam sobie – zimno odparła Zośka nie zatrzymując się. Wyszła z kawiarni,

ale marynarz nie ustępował.

– A zresztą, czy to nie wszystko jedno? – zastąpił jej drogę. – Jeżeli się nie znamy, to możemy

się przecież poznać.

Stanęła i spojrzała na niego udając zaskoczenie.

– Tu na ulicy? Przecież tak nie można. Dziwny ma pan sposób zawierania znajomości.

Zauważyła, że zaczynał tracić rezon. Zdawała sobie sprawę, iż po jej zachowaniu w kawiarni

spodziewał się, że pójdzie mu zupełnie gładko, a tymczasem trafił na opór. Czuła, że ma go w

ręku i zrobi z nim, co zechce. Rozkoszowała się swoją kobiecą władzą. Marynarz stał przed nią

zmieszany i bąkał:

– Przepraszam, nie chciałem obrazić. Jeśli pani sobie nie życzy, mogę odejść. Myślałem, że

moglibyśmy razem gdzieś pójść...

– Późno już, muszę do domu – odpowiedziała łagodniej.

Wyczuł, że powiały pomyślniejsze wiatry i zaatakował śmielej:

–  Dopiero  parę  minut  po  dziewiątej.  Nie  ma  co  się  śpieszyć.  Co  pani  szkodzi?  Pójdziemy

gdzieś na godzinkę. Pani pozwoli, Janiak jestem. No, niech się pani zgodzi.

– Sama nie wiem, co robić – certowała się Zośka. – Tak pan ładnie prosi, że mi trochę pana

żal. Ostatecznie godzinkę... Ale dokąd pan chce iść?

–  Chodźmy  na  kolację.  Trochę  potańczymy,  pani  musi  świetnie  tańczyć.  Potem  grzecznie

odprowadzę do mamy. Zgoda?

Na taką propozycję nie była przygotowana. Sądziła, że od razu pójdą na spacer, ale marynarz

tak  nalegał,  że  w  końcu  zgodziła  się.  Wrócili  więc  do  „Orbisu”  i  gdy  przechodzili  przez

kawiarnię  do  restauracji  mieszczącej  się  na  piętrze,  widziała,  jak  jej  towarzysz  rzucił  dumne

background image

42

spojrzenie siedzącej jeszcze przy stoliku parze znajomych. Celina, widząc Zośkę wchodzącą do

restauracji w towarzystwie chłopaka, uśmiechnęła się z aprobatą.

Kelner również od razu poznał w nim marynarza. Zgiął się w ukłonie, zmiótł serwetką i tak

śnieżny  obrus.  W  skupieniu  przyjął  zamówienie,  zaproponował  jeszcze  łososia  na  zakąskę  i

błyskawicznie zastawił stół.

Orkiestra  grała  trochę  za  głośno,  ale  im  to  wcale  nie  przeszkadzało,  bo  mogli  swobodnie

rozmawiać podczas tańca. Marynarz od razu przytulił się do niej śmiało i szeptał wprost do ucha:

– Jaka pani miła! Wspaniale się tańczy. Bardzo się cieszę, że tu przyszliśmy.

–  Ja  też  –  mimo  woli  wyrwało  się  Zośce.  Mówiła  zresztą  prawdę.  Nieznajomy  był

sympatyczny,  a  ona  lubiła  tańczyć  i  bawić  się.  Kilka  kieliszków  wprawiło  ją  w  błogi  stan  i

zupełnie nie myślała o tym, że robi wszystko po to, aby go w końcu oddać w ręce „chłopaków”.

Śmiała się, żartowała, dużo jadła, a łosoś z cytryną bardzo jej smakował. Potem jedli indyka z

borówkami i znów zachwycała się tą potrawą. Była w siódmym niebie, jeszcze nigdy tak dobrze

się nie czuła, ani nie jadła takich smacznych rzeczy.

Na  parkiecie  tuliła  się  do  partnera  i  z  przyjemnością  słuchała  jego  czułych  słów.  Gdy

ukradkiem całował ją koło ucha, szeptała: „Co pan robi, tu nie można”, ale nie odsuwała głowy.

W końcu naprawdę zapomniała, dlaczego siedzi z tym człowiekiem. Zdawało jej się, że znają się

od  lat,  przyznała,  że  bardzo  go  lubi,  nie  cofała  ręki,  kiedy  łagodnie  ją  gładził.  W  chwili

wzajemnych zwierzeń powiedziała, że ma złego ojca, a matka pragnie jej się z domu pozbyć.

O drugiej w nocy orkiestra zagrała po raz ostatni. Lokal opustoszał. Na koniec podnieśli się i

oni.  Rozmarzona,  trochę  pijana  Zośka  żałowała,  że  zabawa  już  się  kończy  i  trzeba  wracać  do

domu.

– Tak było przyjemnie – powiedziała szczerze, gdy schodzili do wyjścia.

– Szkoda wracać do domu – zgodził się marynarz. – Chodźmy gdzieś jeszcze.

– Nie, teraz już nie warto.

– Wobec tego przejdźmy się trochę. Noc jest taka ciepła, zupełnie jak w lecie.

Zgodziła się bez oporu. Pozwoliła się prowadzić najpierw pod filarami, a potem w lewo ulicą

Heweliusza. Pod którąś z bram zatrzymał ją i usiłował pocałować.

– Nie tu – szepnęła. – Przecież ludzie jeszcze się kręcą.

Rzeczywiście od strony „Orbisu” widać było sylwetki trzech czy  czterech osób. Poszli więc

dalej.  Brnęli  przez  jakieś  zwaliska  zarośnięte  zielskiem.  Wreszcie  stanęli  w  cieniu  na  poły

background image

43

zburzonego domu. Pocałował ją mocno i powiedział:

– Miła jesteś, bardzo mi się podo...

Cios  był  potężny  i  niespodziewany.  Poczuł  straszny  ból  pod  czaszką  i  czerwone  kręgi

zawirowały mu przed oczami. Zamachnął się odruchowo, lecz drugie uderzenie zwaliło go z nóg.

Rozdział IX

Celina,  jako  najstarsza,  miała  największe  doświadczenie  i  zarówno  Zośka,  jak  i  Kruszynka

zawdzięczały  jej  swoją  „edukację”,  nigdy  jednak  nie  zdarzyło  się,  żeby  powolna,  kopcąca

niezliczone  ilości  papierosów  dziewczyna  zrobiła  im  jakąś  przykrość.  W  czasie  drobnych

codziennych  utarczek  zawsze  wolała  ustąpić,  byle  tylko  był  spokój.  Ona  też  pierwsza

zdecydowała, że  Zośka powinna zamieszkać z nimi, jeśli nie  ma  gdzie  się  podziać.  Kruszynka

początkowo krzywym okiem patrzyła na to zagęszczenie w ich i tak już bardzo ciasnym pokoju.

Zośka  dość  często  rozmawiała  z  Celiną  i  jej  też  zwierzała  się  ze  swych  kłopotów.  Gdy

roztrząsały  po  raz  nie  wiadomo  który  szczegóły  ostatniej  nocy  Zośki  w  domu,  Celina

powiedziała:

–  Z  tego  wynika,  że  właściwie  matka  nic  ci  nie  zawiniła.  To  twój  stary  był  nienormalny  i

dostał ataku białej gorączki. Ciekawe, czy mu to przeszło...

– Czy ja wiem – odparła Zośka w zamyśleniu.

– Może siedzi w szpitalu dla wariatów? – zastanawiała się Celina.

– Dobrze by było. To chyba najodpowiedniejsze miejsce dla niego – z zaciętością powiedziała

Zośka.

– Ja jednak myślę, że powinnaś napisać do matki.

W  pierwszej  chwili  Zośka  sądziła,  że  koleżanka  żartuje.  Spojrzała  na  nią  zdziwiona  i  nie

wiedziała, co odpowiedzieć.

Tamta zaś mówiła spokojnie:

– Co ci to szkodzi? Matka na pewno bardzo się o ciebie niepokoi, nigdy przecież z domu nie

wyjeżdżałaś  sama,  prawda?  Napiszesz,  że  wszystko  w  porządku,  powodzi  ci  się  dobrze  i

zapytasz, co u nich słychać.

background image

44

– Ale po co? Mnie to wcale nie obchodzi.

– Ja bym tak nie mogła. Przecież to jednak twoja matka. Gdybym ja miała matkę, zawsze bym

do niej pisała listy. Stary może cię nie obchodzić, ale po co ona ma się martwić?

Zośka była zdumiona i zaskoczona tym rozumowaniem, nie mogła jednak nie przyznać racji

Celinie. Ale ciągle jeszcze nie była zdecydowana.

– Będzie mnie przeklinać, każe mi wracać.

– Przecież siłą cię nie zabierze. A pomyśl, jaką jej sprawisz radość. Kobiety zawsze lepiej się

rozumieją między sobą niż z mężczyznami. Napisz, nie bądź świnią.

Zośka  nie  od  razu  uległa.  Myśl  ta  jednak  nie  dawała  jej  spokoju.  A  ponadto  słowa  Celiny

obudziły  w  niej  ciekawość,  co  słychać  w  miasteczku,  w  domu  i  czy  ojciec  w  dalszym  ciągu

wysiaduje na schodach przed mieszkaniem.

Tak  więc  któregoś  ranka,  kiedy  chandra,  tęsknota  i  coś  w  rodzaju  wyrzutów  sumienia

szczególnie mocno ją gnębiły, usiadła nad kartką papieru.

„Mamo!

Nie pisałam tak długo, bo nie wiem, jak to przyjmiesz, a poza tym jakoś nie mogłam się do

tego zabrać. Pewno gniewasz się i martwisz, że wyjechałam z domu. Sama wiesz, że musiałam to

zrobić. Ty przecież też dosyć się nacierpiałaś, dlaczego więc ja miałam także marnować swoje

życie w tej paskudnej dziurze i przy tym człowieku, którego wstydzę się nazwać moim ojcem.

O  mnie  się  nie  martw.  Jakoś  się  już  urządziłam  w  Gdańsku,  koleżanki  trochę  mi  pomogły.

Żyję nieźle i żadnej pomocy nie potrzebuję.

Bardzo jestem ciekawa, co u Ciebie słychać. Napisz mi o domu i o znajomych. Mam nadzieję,

że  będziemy  do  siebie  pisały,  a  kiedy  będę  miała  własne  mieszkanie,  to  przyjedziesz  mnie

odwiedzić. Całuję Cię i mam nadzieję, że mi odpiszesz.

Zośka”

Na  odpowiedź  nie  czekała  długo.  Po  kilku  dniach  otrzymała  list  w  niebieskiej  groszowej

kopercie. Oddała go jej Celina ze słowami:

–  Umieram  z  ciekawości.  O  mało  nie  otworzyłam  koperty.  Cieszę  się,  że  mnie  jednak

posłuchałaś i napisałaś do matki.

Zośka niecierpliwie rozerwała papier i usiadłszy pod oknem zaczęła czytać krzywe litery:

background image

45

„Córko moja!

Już tak sobie myślę, że chyba mnie Pan Bóg pokarał nie wiem za jakie grzechy i winy. Całe

moje  życie  mam  zmarnowane  z  tym  pijakiem,  a  teraz  na  starość  Ty  jeszcze  dodajesz  mi

zmartwienia.  Jak  mogłaś  tak  wyjechać  nie  wiadomo  gdzie  i  na  jakie  przygody?  Czy  nie

pomyślałaś o tym, że matka Twoja może umrzeć z tego zmartwienia? I przez tyle czasu ani słowa

nie  napisałaś.  Zawsze  byłaś  nieposłuszna,  a  teraz  to  już  chyba  przekroczyłaś  wszelkie  granice.

Pamiętaj,  że  rodziców  masz  tylko  jednych  i  trzeba  ich  słuchać,  choćby  byli  najgorsi.  Więc

nakazuję Ci, żebyś natychmiast wracała do domu. Razem z ojcem czekamy na Ciebie. Nigdy nie

zgodzę się na to, żeby moje dziecko tułało się gdzieś po świecie i robiło nie wiadomo co, zamiast

być w domu i żyć, jak Bóg przykazał. Już i tak dosyć mam wstydu i sąsiadom w oczy nie mogę

spojrzeć. Czekam na Twój szybki powrót, bo jak nie, to sama po Ciebie przyjadę.

Matka”

Ręka  z  listem  wolno  opadła  na  kolana.  Spodziewała  się  od  matki  trochę  serdeczności,

otrzymała wymyślanie i groźby. Patrzyła bezmyślnie w okno i nie odzywała się do Celiny. Tamta

zorientowała się, że coś jest nie w porządku i nie mogąc powstrzymać ciekawości zagadnęła:

– No i co? Co tam słychać?

–  W  porządku  –  w  głosie  Zośki  brzmiała  gorycz.  –  Matka  nic  się  nie  zmieniła,  sądzę,  że

i ojciec też. Masz, czytaj.

Celina bez ceregieli skorzystała z pozwolenia.

–  Tak  –  westchnęła  po  przeczytaniu  listu.  –  Mogłaby  być  przyjemniejsza.  Po  co  te  groźby

i narzekania?

– Ona już taka jest – mówiła matowo Zośka. – Ciągle tylko myśli o tym, co sąsiedzi powiedzą,

wygraża Panem Bogiem i lituje się nad swoim zmarnowanym życiem. Poluje na dobrego zięcia i

chciałaby, żebym przez całe życie siedziała przy niej. Trudno, musi zrezygnować z tego, bo ja nie

wrócę. Po tym liście jeszcze bardziej ich nienawidzę.

background image

46

Rozdział X

Było  już  prawie  południe,  kiedy  się  obudziła.  Położyła  się  dopiero  nad  ranem,  bo

poprzedniego wieczora była na „polowaniu” razem z całą paczką.  Kruszynka, która tym razem

była przynętą dla jakiegoś Niemca, w ogóle nie wróciła do domu. Zośka z Celiną opuściły ją w

chwili, gdy wiedziały, że ich pomoc nie jest już potrzebna.

Celina wstała wcześniej i poszła po bułki.

Zośka leniwie otworzyła oczy i ziewnęła szeroko. Słońce świeciło jaskrawo i drażniło w oczy.

Potarła  palcami  powieki  i  poczuła  bolesne  pieczenie.  Głowa  bolała  ją  nieznośnie,  a  w  ustach

miała  niesmak  od  papierosów.  Znów  zamknęła  oczy.  Uznała,  że  zanim  wróci  Celina,  może

jeszcze trochę pospać.

Kroki gwałtownie zadudniły po schodach i drzwi z trzaskiem otworzyły się na całą szerokość.

Celina była podniecona i zdyszana.

– Zośka! – krzyknęła gorączkowo. – Zjeżdżaj stąd! Szukają cię!

Gwałtownie poderwała się i natychmiast wyskoczyła z łóżka. Stojąc boso, w krótkiej do kolan

koszuli bezradnie patrzyła na koleżankę. Przerażenie sparaliżowało jej ruchy. Celina jednak nie

traciła przytomności. Zbierała rozrzucone po pokoju rzeczy Zośki i mówiła szybko:

– Jazda, zabieraj to i uciekaj. Gdziekolwiek, byle prędko. Nie trać ani chwili. Zaraz tu będą.

– Kto? Za co? – pytała przerażona dziewczyna, próbując włożyć but na bosą nogę.

– Nie ubieraj się, bierz łachy pod  pachę  i  pryskaj  na  strych  czy  gdzie  chcesz.  Twoja  matka

idzie tu z milicjantem.

Zośka  wreszcie  otrząsnęła  się  z  osłupienia  i  przytomniej  rozejrzała  się  po  pokoju.  Zgarnęła

swoją garderobę i wyskoczyła na schody. Na dole słychać było kroki. Pobiegła na strych,  lecz

przed wejściem zatrzymała się i spojrzała w dół. Matka stała na klatce schodowej i sprawdzała

numery na drzwiach. Milicjant trzymał się z tyłu i sprawiał wrażenie, że cała ta sprawa mało go

interesuje. Zośka słyszała wyraźnie pukanie do drzwi, a potem rozmowę matki z Celiną.

– Czy tu mieszka Zofia Zadorówna?

– Tu? – zdziwiła się Celina. – Nie, tutaj taka nie mieszka.

Matka straciła pewność siebie. Jednak nie ustępowała.

– To niemożliwe, przecież taki adres podała mi w liście.

– Wejdźmy do środka – wtrącił milicjant. – Tam się wszystko wyjaśni, nie ma co  gadać na

background image

47

schodach.

– Proszę bardzo – pewnym tonem zgodziła się Celina. Drzwi zamknęły się za nimi i Zośka nic

więcej nie słyszała. Stała przez moment i patrzyła w dół, potem weszła na strych.

Panował tu półmrok. Jedno malutkie okienko miało wybitą szybę, a na to miejsce wstawił ktoś

kawałek  dykty.  Tylko  szparami  między  nieszczelnymi  dachówkami  przedostawało  się  trochę

światła. Chłód ogarnął jej rozgrzane w pościeli ciało. Pokryta gęsią skórą szczękała zębami i była

niezdolna zebrać myśli. Machinalnie po omacku poczęła się ubierać. Gdy wreszcie wciągnęła na

siebie wszystko, co zabrała w popłochu z mieszkania, usiadła na jakiejś rozbitej skrzyni i zaczęła

myśleć nad swoim położeniem. A im dłużej myślała, tym większy żal czuła do matki za to, że

zjawiła się po nią z milicjantem.

Tymczasem o piętro niżej w małym pokoiku odbywało się coś w rodzaju śledztwa.

– Mieszkała tu Zofia Zadora czy nie? – pytał ostro milicjant.

Celina odpowiadała nonszalancko z niewzruszoną pewnością siebie.

– Mieszkała przez jakiś czas, ale teraz jej nie ma.

– A gdzie się podziała?

– Czy ja wiem? Przecież nie jestem jej opiekunką ani matką. Wyprowadziła się i koniec. A co,

zrobiła coś złego, że jej szukacie?

– Ta obywatelka jej szuka, to matka – wyjaśnił milicjant.

– Niech mi pani powie, gdzie ona jest! – wybuchnęła matka Zośki. W jej głosie było błaganie

i Celinie zrobiło się żal starej kobiety. Uczucie to jednak szybko opanowała, bo Celina wiedziała,

że  Zośka  nie  chce  wracać  i  pomyślała,  że  jednak  lepiej  się  nie  wtrącać  do  jej  spraw.  Toteż

odrzekła:

– Naprawdę bardzo bym chciała pani pomóc, ale cóż mogę zrobić? Nie wiem, gdzie ona może

teraz być.

–  A  jak  to  się  stało,  że  ona  się  tu  wprowadziła?  –  pytał  dalej  milicjant,  który  nie  bardzo

wierzył Celinie. – Znałyście się?

–  Nie,  skądże  –  skłamała  bez  namysłu  Celina.  –  Spotkałam  ją  któregoś  dnia  nad  Motławą.

Była  bardzo  biedna.  Wyglądała,  jakby  tydzień  nie  jadła.  Miała  takie  dzikie  oczy  –

improwizowała bez zająknięcia – nawet się jej przestraszyłam. Pan wie, nad Motławą zdarzają

się  różne  rzeczy,  potem  tylko  trup  wypływa  na  wierzch.  Pomyślałam  więc,  że  może  ona  chce

popełnić samobójstwo.

background image

48

Podeszłam, zapytałam, co jej jest. Początkowo nie chciała nawet ze mną mówić, ale potem,

jak  zobaczyła,  że  nic  jej  z  mojej  strony  nie  grozi,  nabrała  jakoś  zaufania  i  opowiedziała  mi  o

sobie.

Matka Zośki niespokojnie poruszyła się, jakby chcąc przerwać opowiadanie Celiny. Milicjant

jednak zachęcał:

– No i co? Co dalej było?

– No więc opowiedziała mi o sobie – ciągnęła bezlitośnie Celina. – Przyznała się, że uciekła z

domu, bo ojciec chciał ją zgwałcić i zawsze bił do utraty przytomności.

– To kłamstwo! – wykrzyknęła czerwona ze wstydu matka.

– Nie wiem, czy to kłamstwo, czy prawda – zimno odpowiedziała Celina. – Coś tam jednak

musiało  być,  bo  aż  się  trzęsła,  kiedy  o  tym  mówiła.  Potem  milicja  ją  zatrzymała,  bo  spała  na

schodach.  Była  w  izbie  zatrzymań,  ale  stamtąd  chcieli  ją  odesłać  do  domu.  Zośka  za  nic  nie

chciała  wracać  i  pozostała  w  Gdańsku.  Ponieważ  jednak  nie  miała  tu  nikogo,  ani  nie  widziała

żadnego wyjścia, postanowiła się utopić.

Matka  chlipała  w  chusteczkę,  a  milicjantowi  odechciało  się  dalszych  pytań.  Przez  dłuższą

chwilę panowało ciężkie milczenie, które przerwała dopiero matka.

– Ale na litość boską, niech mi pani powie, gdzie ona teraz jest? Przecież to jeszcze dziecko.

Zginie bez opieki. Musi za wszelką cenę wrócić do domu.

–  Mówiłam  już,  że  nie  mam  pojęcia,  dokąd  się  wyniosła.  U  nas  ciasno,  mieszkamy  z

koleżanką i dla trzeciej nie bardzo jest miejsce. Przez jakiś czas dawałyśmy jej schronienie, ale

na zawsze nie mogła tu pozostać. Ona to rozumiała, nie chciała być dla nas ciężarem i po cichu,

kiedy obydwie z koleżanką byłyśmy w mieście, wyniosła się. Nawet nie podziękowała, ale nie

mam  do  niej  pretensji.  Biedna  dziewczyna,  kto  wie,  co  się  z  nią  dzieje  –  zakończyła

współczująco.

Milicjant zakręcił się niecierpliwie i powiedział:

– No to ja tu już nic nie mam do roboty. Jak obywatelka uzna, że córka zginęła i trzeba jej

szukać, to proszę oficjalnie złożyć meldunek. Wtedy ogłosimy w  gazetach i nadamy komunikat

przez radio.

– Przez radio?! – przestraszyła się  matka.  –  Nie,  za  nic  w  świecie!  Ja  sama  już  sobie  jakoś

będę radziła.

Milicjant  wzruszył  ramionami  i  wyszedł,  a  kobiety  pozostały  same.  Matka  jeszcze  nie

background image

49

dowierzała Celinie, a może instynktem macierzyńskim wyczuła, że tamta kłamie. Ponowiła więc

swoje lamenty i błagania.

– Kochana moja, niech pani niczego przede mną nie ukrywa. Ja muszę ją znaleźć. Przecież to

niemożliwe, żeby pani nie wiedziała, co się z nią stało.

Celina po wyjściu milicjanta zupełnie się uspokoiła. Teraz czuła się pewniej niż w obecności

przedstawiciela władzy. Toteż odpowiedziała hardo:

–  Nie  rozumiem,  czego  pani  jeszcze  ode  mnie  chce..  Nie  dość,  że  mi  tu  pani  sprowadziła

milicję, to jeszcze męczy mnie pani tymi swoimi pytaniami.

–  Przepraszam  panią  –  tłumaczyła  się  pokornie  Zadorowa  –  musiałam  ich  prosić  o  pomoc,

sama nigdy bym tu nie trafiła. Przecież pani chyba też ma matkę, powinna pani zrozumieć, co to

dla mnie znaczy.

Celina  odwróciła  się  do  okna.  Mierziła  ją  uniżoność  Zadorowej.  Nagle  odczuła  ochotę

dokuczenia tej kobiecie.

–  O  co  mnie  pani  prosi?  –  zapytała  gwałtownie.  –  Żebym  wydała  tę  biedną  dziewczynę?

Choćbym wiedziała, gdzie ona jest, to też bym pani nie powiedziała. Wiem wszystko o niej. O tu,

na tym krześle przede mną płakała, jak mi o sobie opowiadała! Zawsze żałowałam, że nie mam

ojca  i  matki,  ale  wtedy,  jak  ona  mówiła  o  tym,  co  przeżyła,  cieszyłam  się  z  tego!  To  wy  ją

wypędziliście z domu!

Zadorowa przestraszona skuliła się i wyszeptała:

– Co też pani mówi? Jak pani może? Przecież nikt jej nie wypędzał. Jak można tak mówić o

rodzicach... Ja bym dla niej wszystko...

– Tak, wszystko – mówiła dalej Celina. – Wszystko byście jej dali. Wszystko to, co wam jest

wygodne. Nawet za mąż chcecie ją wydać za tego, kto wam się podoba. A ojciec to nawet do

swojego  łóżka  gotów  ją  po  pijanemu  wziąć  albo  koledze  po  wódce  oddać  też  dla  jej  dobra,

prawda?

– Nieprawda, nieprawda. Nie ma pani prawa tak mówić...

Celina machnęła ręką i powiedziała spokojnie:

– Co mnie to w końcu obchodzi. Wasza córka, wasza sprawa, ja mam swoje sprawy i kłopoty.

Niech mnie pani zostawi w spokoju.

Zadorowa jednak w dalszym ciągu nie dawała za wygraną.

–  Kochana,  po  co  się  mamy  kłócić?  Po  co  mówić  takie  przykre  rzeczy?  To  nasza  rodzinna

background image

50

sprawa i Zośka niepotrzebnie ją wywlokła przed ludźmi. No ale wszystko jedno, daruję jej, byle

się tylko odnalazła i wróciła do domu.

– Ale czy ona wam daruje?

– Jak to?  Czyż  dziecko  może  chować  urazę  do  rodziców?  Przecież  władza  rodzicielska  jest

święta. Dziecko musi słuchać i robić to, co każą rodzice, bo oni zawsze chcą dla niego dobrze.

Celina westchnęła z rezygnacją.

– Ta rozmowa do niczego nie doprowadzi – powiedziała. – Mówiłam już pani, że nie wiem,

gdzie Zośka, i nic więcej powiedzieć nie mogę. Chciała pani coś jeszcze?

–  Ona  tu  musi  wrócić  –  powiedziała  z  uporem  Zadorowa.  –  Wy  na  pewno  jeszcze  się

spotykacie. Ja na nią poczekam.

– Tu? Ależ, proszę pani!...

– A właśnie że tu. Nie pozwolę się okłamywać i nie dam sobie odebrać dziecka.

– Pani zdaje się zapomniała, że to jest moje mieszkanie.

– Dobrze o tym wiem i dlatego właśnie tu poczekam na Zośkę.

– A jeśli panią wyrzucę?

– Mnie? Niech pani spróbuje! – Zadorowa mocniej usadowiła się na krześle.

Celina nie wiedziała, czy się śmiać, czy złościć. W końcu powiedziała:

– Dobrze, niech pani siedzi choćby trzy dni. Tylko proszę nie przeszkadzać, jak ktoś do mnie

przyjdzie. A spać pani będzie na krzesełku.

– Trudno – odparła z patosem Zadorowa. – Nie spocznę, póki nie znajdę mojego dziecka.

Celina  nic  już  nie  mówiła,  tylko  zabrała  się  do  sprzątania.  Posłała  łóżka,  zamiotła.  Potem

umyła się, zagotowała herbatę i przygotowała sobie śniadanie. Zachowywała się tak, jakby była

w pokoju sama. Smarowała chrupiące rogaliki masłem i jadła wolno jak człowiek, któremu się

nie śpieszy. Ani myślała częstować nieproszonego gościa.

Zadorowa kręciła się niespokojnie. Czuła się głupio i żałowała, że niepotrzebnie zadarła z tą

dziewczyną. Nawet jeśli miała nadzieję czegoś się dowiedzieć, to teraz straciła ją, bo wiedziała,

że rozgniewana Celina niczego nie powie. Ponadto poczuła głód.  Wyjechała poprzedniego dnia

wieczorem  i  do  tej  pory  nic  nie  miała  w  ustach.  Pogrzebała  więc  w  przepastnej  torbie  i

wyciągnęła  posiłek,  jaki  przygotowała  sobie  na  drogę.  Ale  suchy  chleb  nie  chciał  jej  przejść

przez gardło.

– Mogłaby pani poczęstować mnie herbatą – powiedziała.

background image

51

– Proszę bardzo,  niech  pani  sobie  naleje.  Ale  jeśli  pani  myśli,  że  będę  panią  żywiła,  to  jest

pani w błędzie.

Zadorowa  zaczerwieniła  się  i  zrezygnowała  z  herbaty.  Schowała  jedzenie  i  oparła  głowę  o

ścianę. Po pięciu minutach drzemała zmęczona podróżą i przeżyciami.

Celina  przestała  jeść  i  patrzyła  w  milczeniu  na  opadającą  głowę  kobiety.  Potem  delikatnie

wzięła ją pod ramię i półprzytomną ze snu poprowadziła do łóżka. Zdjęła jej buty i okryła kocem.

– Dziękuję – zdołała jeszcze wyszeptać kobieta i zapadła w kamienny sen.

Rozdział XI

W miarę jak oczekiwanie się przedłużało, Zośka coraz bardziej się denerwowała. Wierzyła, że

Celina jej nie wyda, jednakże odczuwała niepokój na myśl, co by było, gdyby matka ją odnalazła.

Nie mogła sobie wyobrazić spotkania z matką i sceny, jaka musiałaby się rozegrać.

„Co  będzie,  jeśli  zaczną  mnie  szukać?  –  myślała.  –  Przecież  sąsiadki  powiedzą,  że  tu

mieszkam  i  wtedy  zaczną  przetrząsać  cały  dom.  Jeśli  zajrzą  na  strych,  to  jestem  zgubiona.

Ucieknę, a nie będę z nią rozmawiała. A jeśli milicjant mnie zatrzyma?” Nie wiedziała, co uczyni

w takim wypadku. Toteż drżała z chłodu i zdenerwowania. Każdy stuk i szmer wydawał się jej

hukiem armatnim, a skrzypnięcie drzwiami przyprawiało ją o nerwowe drgawki. Sądziła, że lada

chwila w asyście milicjanta wkroczy na strych matka.

Drzwi otworzyły się tak nagle, że Zośka bez namysłu rzuciła się w najciemniejszy kąt. Ukryta

za belką wstrzymała oddech. Usłyszała ciche kroki i dobiegł ją szept Celiny:

– Jesteś tu? No, odezwij się, do cholery!

Wysunęła głowę zza belki i przekonawszy się, że Celina jest sama, odetchnęła z ulgą.

– Tu jestem – powiedziała szeptem. – Poszli? Wszystko w porządku?

–  Gdzie  tam.  Niech  szlag  trafi  całą  tę  sprawę!  Narobiłaś  mi  kłopotu.  –  Celina  była  zła  jak

nigdy.

–  No,  co  jest?  –  pytała  niecierpliwie  Zośka  nie  bacząc  na  humor  koleżanki.  –  Mówże,  bo

umieram ze strachu. Co matka?

– Leży na twoim łóżku i śpi jak zarżnięta.

background image

52

– Rany boskie!

– A tak! Rany boskie, rany boskie! Ściągnęłaś mi to wszystko na kark i sama nie wiesz, jak się

wykręcić.

– Ale jak do tego doszło, że matka u ciebie została? Czemu się zgodziłaś?

–  A  co  miałam  robić?  Stara  najpierw  błagała,  żebym  powiedziała,  gdzie  jesteś.

Odpowiedziałam, że nie mam pojęcia. Nie uwierzyła mi, a ten milicjant prowadził całe śledztwo.

W  końcu  glina  się  wyniósł,  bo  nie  miał  nic  więcej  do  szukania.  Wtedy  twoja  matka  znów

uderzyła w prośby i lamenty. Wygarnęłam jej, co myślę o takich rodzicach. Ale ona uparła się, że

zostanie, bo ty musisz wrócić do mieszkania. No i została. A że przez całą noc jechała, to teraz

sobie zasnęła jak niewinny aniołek... Ale co ty... co ci jest? Zgłupiałaś, czy co?

W trakcie opowiadania Celiny Zośka oparła głowę o brudną belkę i rozszlochała się jak małe

dziecko.  Jakiś  ogromny,  od  dawna  hamowany  żal  wybuchnął  w  niej  z  niepowstrzymaną  siłą.

Rozczuliła się nad sobą i nad matką, a trochę również dlatego, że nie wiedziała, co dalej począć i

cała ta sprawa wyczerpała ją nerwowo.

Celina mówiła ze sztuczną złością:

– A dajcie mi, do jasnej cholery, spokój z tym wszystkim. Tamta prosi, ta ryczy, a ja muszę

słuchać, kręcić, kłamać. A może ja też miałabym ochotę popłakać sobie? Czy to mi nie wolno?

Czy ja jestem jaki kamienny żandarm, czy co? Idźcie do diabła i róbcie sobie co chcecie, tylko

zostawcie mnie w spokoju!

Nieznacznie  otarła  łzy,  bo  i  ona  się  rozczuliła  nad  Zośką,  jej  matką  i  wreszcie  nad  sobą.

Prędko jednak przyszła do siebie. Szturchnęła Zośkę i burknęła:

– Dość. Już przestań i nie złość mnie. Trzeba coś zrobić. Albo tak, albo tak. Godzicie się czy

nie?

– Nie, nie! – uderzeniami pięścią w belkę Zośka podkreślała swój protest.

– Jak sobie chcesz – Celina wzruszyła  ramionami  –  twoja  rzecz.  Ale  w  takim  razie  zmiataj

prędko, póki staruszka śpi. Wynieś się gdzieś i nie wracaj, bo tu zawsze mogą cię teraz nakryć.

– A dokąd mam iść? – bezradnie pytała Zośka.

– Czy ja  wiem? Wszyscy ode mnie  chcecie  rady,  jakbym  była  Panem  Bogiem.  Zjeżdżaj  do

swojego  Kostka  czy  gdzie  chcesz,  ja  już  mam  tego  dość.  Zamiast  ciebie  mam  teraz  na  karku

twoją matkę.

Do Kostka! Ta propozycja olśniła Zośkę. Wiedziała, że mieszka sam w Nowym Porcie. Miał

background image

53

jakąś rodzinę, ale nie w Gdańsku. Czemu więc nie zamieszkać razem? Przecież się kochali i żyli

ze sobą. Kostek niejednokrotnie mówił, że ich związek uważa za coś w rodzaju małżeństwa bez

ślubu  i  proponował  jej  kiedyś  wspólne  mieszkanie.  Opory  miała  zawsze  ona.  Teraz  nie  było

innego wyboru. Uczepiła się tej myśli jak zbawczej deski na wodzie.

–  Dobrze  –  zdecydowała  –  pójdę  do  niego.  Musi  mnie  przyjąć.  Dziękuję  ci  za  wszystko  –

ucałowała Celinę w oba policzki. – Swoje rzeczy zabiorę, jak matka się wyniesie. Już uciekam...

–  pośpiesznie  poprawiła  włosy  i  wytarła  mokre  oczy.  –  Wyjrzyj  tylko,  czy  nikogo  nie  ma  na

schodach.

Celina zaskoczona tą nagłą decyzją nic już nie mówiła. Posłusznie wyjrzała i stwierdziwszy,

że na schodach jest pusto, kiwnęła na Zośkę.

Cichaczem,  na  palcach,  jak  złodziej  wymknęła  się  z  domu.  Zaułkami  dotarła  do  Targu

Węglowego i wsiadła do ,trójki”. Przez cały czas miała wrażenie, że ktoś ją ściga. Dopiero kiedy

tramwaj  ruszył,  odetchnęła  z  ulgą.  Czuła  się  jak  człowiek,  który  uniknął  wielkiego

niebezpieczeństwa.  Nie  myślała  o  tym,  co  powie  Kostek  na  jej  widok.  Uważała,  że  po  prostu

musi ją przyjąć, bo ma wobec niej zobowiązania moralne.

W Nowym Porcie wysiadła i powędrowała ciasnymi, brudnymi uliczkami. Przed bramą domu,

w  którym  mieszkał  Kostek,  na  chwilę  się  zatrzymała.  Dopiero  teraz  ogarnęły  ją  obawy  i

wątpliwości. Ale już było za późno na zastanawianie się. Wciągnęła głęboko powietrze, niczym

człowiek skaczący do zimnej wody, i wstąpiła na ciemne schody. Gdy stanęła pod jego drzwiami,

usłyszała pogwizdywanie.

„Jest w domu, to dobrze” – ucieszyła się i zapukała.

– Kto tam? – zapytał Kostek.

– Swój. To ja, Zośka.

Za drzwiami rozległy się jakieś szepty. Nagle serce Zośki zaczęło bić gwałtownie. Targnięta

złym przeczuciem chciała się cofnąć, zmieniła jednak zamiar i zapukała ponownie.

–  Czemu  nie  otwierasz?  –  waliła  już  ze  wszystkich  sił.  Wreszcie  odpowiedział  jakoś

niepewnie:

– Ciszej. Nie rób awantury. Teraz nie mogę cię wpuścić. Przyjdź za pół godziny.

Nie ustępowała. Pięściami i kolanami tłukła w drzwi, wołając:

– Otwieraj! Musisz mnie wpuścić! Otwieraj, bo rozwalę drzwi!

– Wariatka – warknął przez drzwi Kostek. – Zamknij się, bo będzie z tobą źle.

background image

54

– Puszczaj! Nie odejdę stąd, słyszysz?

– A niech cię szlag! Właź, jak chcesz. – Gdy szczęknął klucz, z furią pchnęła drzwi i usunęła

go  z  drogi.  Chłopak  miał  namydloną  połowę  twarzy,  a  w  ręku  trzymał  pędzel.  Ale  ona  nie

patrzyła  na  niego.  Wzrok  jej  padł  na  stare  drewniane  łóżko.  Ktoś,  kto  na  nim  leżał,  naciągnął

kołdrę na głowę. Zośka jak wściekła kotka skoczyła do łóżka, szarpnęła i aż jęknęła z wrażenia.

Pod kołdrą leżała naga Kruszynka.

Kostek oparł się plecami o drzwi i z niepewną miną czekał, co nastąpi. Zośka jak skamieniała

patrzyła  na  rywalkę  i  niezdolna  była  wymówić  słowa.  Kruszynka  wolno  uniosła  głowę,  potem

usiadła i wreszcie stanęła na podłodze. Usiłowała nie okazywać  zdenerwowania i zachowywała

się tak,  jakby  jej  cała  sprawa  nie  dotyczyła.  Przeciągnęła  się,  aż  piersi  podjechały  jej  do  góry,

ziewnęła  i  sięgnęła  po  majtki.  Ta  obojętność  najbardziej  rozwścieczyła  Zośkę.  Dość  miała  już

przejść tego dnia. Wszystkie swe nadzieje łączyła z Kostkiem, a oto nagle ujrzała się pozbawioną

miłości,  oszukaną  i  skrzywdzoną.  Cała  wściekłość  wybuchła  z  niej  jak  wulkan.  Rzuciła  się  na

rywalkę.

Kruszynka  nawet  nie  krzyknęła,  tylko  wpiła  się  palcami  we  włosy  Zośki.  Przez  chwilę

wodziły się po pokoju, ale nagle Zośka trzasnęła Kruszynkę pięścią w twarz. Tamta potknęła się

o krzesło i obydwie runęły na podłogę. Kotłowały się jak dwie wściekłe tygrysice. Zośka biła i

drapała, a Kruszynka szczypała i dusiła. Przed oczyma Kostka migały na przemian gołe pośladki

Kruszynki i potargana suknia Zośki.

– Żeby was cholera! – wrzasnął wreszcie chłopak. – Uspokójcie się! Dość tego, bo obydwie

wyrzucę na zbity pysk!

Próbował  je  rozdzielić,  ale  kiedy  złapał  Zośkę  za  nogę,  otrzymał  potężnego  kopniaka.

Wreszcie chwycił miednicę i chlusnął na nie wodą.

Plując i parskając przeciwniczki rozłączyły się. Kostek klął:

– Czyście powariowały? Niech was krew zaleje,  wściekłe baby. Co wam do łbów strzeliło?

Myślicie, że to burdel?

Zośka z pięściami skoczyła do niego.

– A burdel! Ty, łobuzie, świnio, draniu! – aż jej tchu zabrakło od krzyku.

Nie  panując  nad  sobą,  podniecona  jeszcze  walką  z  Kruszynką,  palnęła  go  w  twarz,  aż

klasnęło.

– Coś ty, coś ty? – powtarzał bezwiednie trzymając się za policzek.

background image

55

–  Dobrze  go!  –  krzyknęła  nagle  Kruszynka.  –  Ja  mu  jeszcze  dołożę!  –  i  nim  Kostek  się

spostrzegł, doskoczyła i poprawiła mu z drugiej strony.

– Wybieraj, którą chcesz! – wołała Kruszynka. – Ona albo ja, ale nie obydwie! No, decyduj

się!

– Nie chcę! Świnie jesteście! – krzyczała histerycznie Zośka. – Nie chcę znać łobuza i łajdaka!

Żyjcie sobie, śpijcie razem, niech was szlag trafi!

Nie panując nad sobą rozszlochana i w najwyższym stopniu rozdygotana rzuciła się do drzwi.

Lecz Kostek, który już odzyskał panowanie nad sobą, zastąpił jej drogę.

– Stój, wariatko! Dokąd lecisz? Jak ty wyglądasz! Ludziom nie możesz się pokazać.

– Wszystko jedno, puść, nie dotykaj mnie! Puść, tfu, tfu, świnia jesteś, świnia! – Plunęła mu w

twarz, ale nie puszczał. Popchnął ją w głąb pokoju.

– No, dosyć, dosyć – mówił jak do kapryśnego dziecka. – Uspokój się. Nie ma o co się bić i

awanturować.

Zośka  szlochała  ukrywszy  twarz  w  dłoniach,  a  Kruszynka  ubierała  się  w  milczeniu.  Kiedy

włożyła suknię i poprawiła włosy, powiedziała:

–  Zostawiam  was  samych.  Mam  nadzieję,  że  jakoś  dojdziecie  do  porozumienia.  –  Wyszła

trzasnąwszy  drzwiami.  Kostek  wzruszył  ramionami  i  znów  pochylił  się  nad  siedzącą  na  łóżku

Zośką.

–  No  uspokój  się  –  głos  jego  był  coraz  bardziej  pieszczotliwy.  –  Już  dosyć,  dosyć.  Nie  ma

czego  szlochać  i  rozpaczać.  Nic  się  nie  stało  strasznego.  Przecież  wiesz,  że  ty  dla  mnie  jesteś

najważniejsza. Kruszyna to głupia gówniara. No, już nie myśl o tym.

Nie odpowiadała, ale też nie odsuwała się od niego. A on był coraz bardziej słodki i przysuwał

się wciąż bliżej. W tej chwili naprawdę było mu żal Zośki i wstydził się tego, co uczynił. Mówił

jej to namiętnym szeptem i po raz pierwszy powiedział, że ją kocha.

Gdy  zanurzył  twarz  w  jej  włosach,  ogarnął  go  płomień.  Już  wiedział,  że  zwyciężył.

Dziewczyna porywczo objęła go i poczęła całować usta, oczy, twarz...

Nie zaprotestowała, gdy położył jej głowę na poduszce pachnącej jeszcze włosami Kruszynki.

background image

56

Rozdział XII

W knajpie było duszno, cuchnęło dymem tytoniowym, piwem i ludzkim potem. Przyćmione

światło ukrywało brak obrusów. Na stolikach leżały niedopałki zmieszane z popiołem i rozlaną

wódką.  Na  małym  podwyższeniu  pod  ścianą  trzech  grajków  robiło  wszystko,  żeby  można  ich

było nazwać muzykami. Akordeon, fortepian i gitara wydawały dźwięki, w których takt drgały

na parkiecie pary.

Dziewczęta o twarzach zmiętych i oczach przygasłych zawodowo tuliły się do mężczyzn. Ten

i ów całował swoją partnerkę i szeptał do ucha nieprzyzwoite propozycje. Nie mieli wiele czasu,

ich  statki  stały  krótko  w  porcie  i  każda  chwila  była  droga.  Potem  znów  przez  długie  tygodnie

będzie morze, niebo, wiatr i samotność...

Przy  półkolistym  bufecie  panował  wielojęzyczny  gwar.  Barman  z  ponurą  miną  strażnika

więziennego  nalewał  wódkę  i  piwo,  posuwał  kieliszki  po  mokrym  blacie  i  szybko  porywał

pieniądze. Kilka dziewczyn, które nie znalazły amatorów, siedziało niemrawo przy stolikach.

Gdy przekroczyli próg, Kostek zatrzymał się na chwilę.

– Straszne – szepnęła Zośka.

– Nie taki diabeł straszny – uśmiechnął się. – Nie bądź zbyt delikatna. To wspaniała knajpa. –

Odpowiedział  na  czyjeś  pozdrowienie  i  ruszył  między  stolikami  nie  troszcząc  się,  czy

dziewczyna  idzie  za  nim.  Pod  oknem  siedział  gruby,  niechlujny  mężczyzna  z  niebieskooką,

chudą blondynką.

– Serwus, Gruby – Kostek wyciągnął rękę. – Można? Gruby uśmiechnął się i wskazał głową

krzesła.

– Siadajcie. Co to za niemowlę przytargałeś?

– Narzeczona – mruknął Kostek.

Gruby zaśmiał się głośno i bezczelnie oglądał Zośkę.

– Duża klasa. Wanda – zwrócił się do swojej blondynki – widzisz, jak ona wygląda? Nie to, co

ty, kocmołuchu. Trzeba dbać o siebie, wtedy będziesz miała powodzenie.

Wanda skrzywiła się i wyjęła papierosa z ust.

– Jak zacznie tu przychodzić częściej, to nie będzie taka śliczna – mruknęła.

– Jak idzie? – zmienił temat Kostek.

Gruby mrugnął z zadowoleniem.

background image

57

– Okej, Bozia błogosławi. Są Amerykańcy i Szwedziaki. Niczego facety, chętnie korzystają z

mojego banku.

Wysoki,  kędzierzawy  dryblas  zgiął  się  przed  Zośką.  Przestraszona  spojrzała  na  Kostka.

Wzruszył ramionami.

– Idźże, czego się namyślasz? Potańcz sobie trochę. Wstała niechętnie i po chwili kręciła się

po parkiecie przytulona do marynarza, który chuchał jej w twarz wódką.

– Kawał nogi z tej twojej narzeczonej – zauważył Gruby. – Będą miały tutejsze dziewczynki

konkurencję. Skąd ją wytrzasnąłeś?

– Taka jedna – odpowiedział Kostek. – Przyjechała z prowincji.  Nie chce wracać do domu i

sprowadziła się do mnie. Ale chyba nie będzie odbierała chleba mewkom.

– Miłość? – zapytał Gruby.

– Coś w tym rodzaju.

Wanda zachichotała.

– Nie martw się, niedługo sama tu będzie ciągnęła – zwróciła się do Kostka. Uciekł wzrokiem

w bok. Gruby rzucił ostro:

–  Nie  twój  interes!  Zrobi,  co  zechce.  Każdy  może  się  przecież  kochać,  a  dziewczyna  jest

klawa, nie taka szmata jak ty. Żaden smoluch cię nie chce.

Gruby był trochę pijany i jak zwykle w takich wypadkach mówił Wandzie same grubiaństwa.

Toteż nic nie odpowiadała. Wiedziała, że czasem potrafi mieć lepszy humor, a zresztą bez niego

nie dałaby sobie rady.

Kostek wychylił kieliszek wódki i nagle się podniósł. Przy sąsiednim stoliku kelner podawał

rachunek marynarzom amerykańskim. Chłopcy mocno już pijani, spoglądali po sobie i niemrawo

grzebali  po  kieszeniach.  Kelner  zbierał  puste  szkło.  Dziewczęta  towarzyszące  marynarzom

obojętnie poprawiały szminkę.

Kostek podszedł i mrugnął do najstarszego z marynarzy.

–  Ciajnć  monej?  –  co  miało  oznaczać:  „change  money”  i  marynarze  zrozumieli  go  dobrze.

Słyszeli  to  w  porcie  wiele  razy.  Ilekroć  potrzebowali  pieniędzy,  zjawiał  się  człowiek,  który

wypowiadał  to  pytanie.  Od  tego  pytania  nazwano  tych  usłużnych  ludzi  „cinkciarzami”,  pod  tą

nazwą znali ich milicjanci i wszyscy, którzy kręcili się trochę w okolicach portu.

Marynarz kiwnął głową i sięgnął do kieszeni. Kostek szybko chwycił go za rękaw i pociągnął.

Zrozumieli  się  bez  słów.  Nie  wiadomo  kto  może  być  na  sali.  Marynarz  poszedł  za  Kostkiem.

background image

58

Zniknęli  na  chwilę  w  ubikacji,  a  gdy  wyszli  stamtąd,  Kostek  był  uśmiechnięty,  marynarz  zaś

zapłacił  rachunek  złotówkami,  po  czym  wraz  z  kolegami  i  dziewczynami  wyniósł  się  z

„Albatrosa”.

Zośka wróciła już do stolika i rozmawiała z Grubym, który był dla niej niezwykle uprzejmy.

Jego  blondynka  stała  przy  bufecie  z  jakimś  pijanym  Szwedem  i  pozwalała  mu  się  całkiem

niedwuznacznie obejmować. Spoglądała przy tym w stronę Grubego, jakby chcąc zwrócić jego

uwagę na swoje powodzenie.

– No? – zapytał Gruby Kostka.

– Ładny początek – odpowiedział chłopak. – Kowboje jak zwykle są naładowani miękkimi i

nie targują się o cenę.

– Twoja wenus robi furorę. Wszystkie kurwiszony zżółkły z zazdrości.

Zośka zaczerwieniła się i spuściła głowę. Towarzystwo Kostka znała już na tyle, że wiedziała,

o  co  im  chodzi.  Z  początku  nie  mogła  pogodzić  się  z  myślą,  że  traktują  ją  jak  prostytutkę.

Wszyscy patrzyli na nią z podziwem i zazdrościli Kostkowi, że ma taką dziewczynę. Sądzili, że

przynosi  mu  ona  niemałe  korzyści.  A  jednak  byli  w  błędzie.  Zauważyła,  że  Kostek  był  o  nią

zazdrosny i nie chciał, żeby zachowywała się tak jak inne dziewczęta z tego lokalu. Zabierał ją ze

sobą,  bo  przyciągała  marynarzy,  był  dumny  z  tego,  że  mu  jej  zazdrościli,  nigdy  jednak  nie

wspominał o tym, że mogłaby też zarobić.

Wanda  przyprowadziła  swego  partnera  do  stolika.  Kelner  przyniósł  pół  litra  i  rozlał  do

kieliszków. Szwed był wesoły i znał kilka słów po polsku.

– Na zdhowi! – wykrzyknął podnosząc kieliszek.

– Skol – odpowiedział Kostek.

Nieprawdopodobnie cienki i wysoki marynarz podszedł do nich i klepnął w ramię towarzysza

Wandy.  Zachwiał  się  przy  tym  i  wygiął  jak  trzcina  na  wietrze.  Zagadali  coś  do  siebie  po

szwedzku.

– Ale się gnie – roześmiała się Zośka. – Wygląda jak stojąca glista.

– Świetnie – zaśmiał się Gruby – doskonale powiedziane, stojąca glista!

– Kolega zapitacz, czy szadać miejsce tu – męczył się ich szwedzki towarzysz.

– Siadaj, kolego glista! – wołał wylewnie Gruby. – U nas jest miejsce dla każdego dobrego

ochlapusa.

Przybysz z miejsca zamówił wódkę i zaczął się przystawiać do Zośki. Gruby widząc złą minę

background image

59

Kostka bawił się doskonale.

– Co ci jest? – pytał złośliwie. – Ząb cię boli? Masz minę jak na pogrzebie babci.

– Denerwuje mnie ta glista. Zośka, gdzie on pcha łapy? Prawie pijana Zośka roześmiała się i

niezbyt energicznie odepchnęła Szweda.

– On jest bardzo miły – powiedziała niefrasobliwie.

– Uważaj, bo twoje łóżko będzie dla niego za krótkie – wtrąciła Wanda.

– O, loszko, loszko! – wołał Szwed, który trochę rozumiał po polsku. Przechylił się przy tym i

pocałował Wandę w policzek. Chudzielec chciał zrobić to samo, lecz Zośka usunęła się, i o mało

nie spadł z krzesła. Kostek szarpnął się, jakby chciał interweniować, lecz Gruby nadepnął mu na

nogę.

–  Spokojnie,  mały,  spokojnie  –  powiedział  groźnie.  –  Nie  możemy  sobie  pozwolić  na

awantury. Jak z nią przychodzisz, to nie odstawiaj zazdrosnego  małżonka, bo to psuje interesy.

Kapujesz?

Kostek uspokoił się i kiwnął głową. Już był opanowany. Uśmiechnął się i nawet zagadał coś

do Szweda.

Orkiestra  zagrała  smutne  tango.  Fałszywe  tony  wypełniły  salę  i  od  stolików  zaczęły  się

podnosić pary. Nim „glista” zdążył wydostać swoje długie nogi spod stolika, przed Zośką już stał

zgrabny  chłopak  z  włosami  obciętymi  na  jeża.  Uśmiechał  się  przyjemnie  i  kiwał  zachęcająco

ręką.  Bez  namysłu  poszła  z  nim  tańczyć  zostawiając  rozczarowanego  Szweda  z  Kostkiem  i

Grubym.

–  Nie  martw  się,  kolego  –  powiedział  ten  ostatni  nalewając  Szwedowi.  –  Niejedna  Polka

jeszcze cię wyroluje.

Kostek wychylił szybko nalaną wódkę i rozglądał się po sali, a Gruby robił uwagi.

– Nieźle idzie tej twojej panience. Mówiłem, że będzie miała powodzenie. Odpocząć jej nie

dadzą. Najładniejsza dziewucha z całej wsi. Popatrz, jak się tuli do tego koniokrada. Wyrośnie z

niej królowa portu, tylko musisz jej trochę cugli popuścić.

– Zostaw to mnie – odburknął Kostek.

– Obawiam się, że twoje panowanie nad nią nie będzie długie. Za zielony jesteś na alfonsika.

Ale  jeśli  ty  jej  nie  nauczysz  tego  zawodu,  to  sama  się  tu  nauczy.  Nie  trzeba  było  dziewczyny

przyprowadzać do tej spelunki, jeśli ci tak zależy na jej cnocie.

Kostek nie zdążył odpowiedzieć, bo pulchna czarnulka o oczach niewinnego dziecka podeszła

background image

60

i  szepnęła  mu  coś  na  ucho.  Poszedł  z  nią.  Siedziała  koło  orkiestry  z  koleżankami  i  trzema

marynarzami.  Kostek  przysiadł  się  i  bez  długich  ceregieli  załatwił  pod  stołem  transakcję

wymienną. Papierki z wizerunkiem Waszyngtona przewędrowały do jego kieszeni, a w zamian

za to marynarze otrzymali czerwone, zmięte stuzłotówki.

Tymczasem Zośka z przyjemnością tańczyła w objęciach młodego „koniokrada”. Marynarzyk

był zgrabny i nie zataczał się jak inni. Usta trzymał koło jej ucha i od czasu do czasu całował ją

gorącymi wargami.

–  Beautiful  –  szeptał  –  come  with  me...  Nie  rozumiała,  ale  sądziła,  że  mówi  jej  coś  bardzo

przyjemnego. Zwyciężała w niej kochliwa, sentymentalna dziewczyna, gotowa tulić się do tego,

kto okazuje jej serce i sympatię.

Gdy  orkiestra  zakończyła  tango  straszliwym  akordem,  od  którego  zadrżały  kieliszki  na

stolikach, marynarz pociągnął Zośkę do bufetu. Pokazał jej baterię butelek, zachęcając gestem do

wybrania jakiegoś trunku. Ponury barman pytająco spojrzał na nią.

– Coś słodkiego – powiedziała.

Barman  napełnił  dwa  kieliszki  pomarańczowym  płynem.  Wypili.  Marynarz  śmiał  się

pokazując  wszystkie  zęby  i  kiwał  na  barmana,  żeby  nalał  jeszcze.  Zośka  protestowała  niezbyt

energicznie.  Wypili  i  chłopak  wyciągnął  pięciodolarówkę.  Błysk  pożądania  przeleciał  przez

twarz  barmana.  Już  wyciągnął  rękę,  gdy  w  tej  chwili  Zośka  przypomniała  sobie  Kostka.

Błyskawicznie chwyciła wyciągnięte ramię marynarza. Spojrzał na nią zdumiony. Prędko jednak

zrozumiał i roześmiał się. Podał jej banknot, a ona wyciągnęła  z torebki sto złotych i wręczyła

barmanowi. Ten zgrzytnął zębami, ale przyjął.

– Reszty nie będzie? – zapytała niewinnie.

– Won – warknął barman i przeszedł w drugi koniec bufetu.

Zośka  schowała  pięć  dolarów  do  torebki,  uśmiechnęła  się  do  marynarza  i  poszła  w  stronę

swego  stolika.  Osłupiały  „koniokrad”  patrzył  za  nią  ze  zdumieniem.  Potem  machnął  ręką  i

zawołał do barmana:

– Wódka!

„Glista”  powitał  ją  mamrotaniem  po  szwedzku.  Gruby  gdzieś  się  wyniósł,  a  Wanda  nie

zwracając  uwagi  na  nikogo  czuliła  się  do  swojego  Szweda.  Widocznie  doszli  już  do

porozumienia, bo gdy Zośka przyszła, wstali i opuścili knajpę.

Kostek powitał Zośkę mruknięciem:

background image

61

– Gdzie się włóczysz?

Bez słowa podała mu pięciodolarówkę.  Od  razu  się  rozpogodził.  Szybko  schował  banknot  i

pochwalił ją.

– Dobrze się starasz. Ileś dała?

– Sto złotych.

Gwizdnął z podziwu. Lecz równocześnie ukąsił go robaczek zazdrości, bo wiedział, że Zośka

wszystko zawdzięcza swojej urodzie.

„Glista” widząc, że Zośka zajęta jest Kostkiem, zrezygnował z zalotów i odszedł od nich.

Północ minęła już dawno i na sali nie było nikogo trzeźwego. Mało kto liczył się również z

tym, że znajduje się w miejscu publicznym. Na parkiecie całkiem jawnie odbywało się preludium

tego, co miało nastąpić w gruzach, krzakach czy ciasnych, brudnych pokoikach. Przy stolikach

dziewczyny  pozwalały  trzymać  się  za  kolana  i  biodra.  Kelnerzy  bez  skrupułów  dopisywali  do

rachunków  daty  urodzenia  swoje  i  swoich  dzieci.  Pijany  harmonista  niezdarnie  przebierał

palcami i od czasu do czasu usiłował śpiewać.

– Zmęczona jestem – westchnęła Zośka. – Chodźmy już.

–  Poczekaj  jeszcze  –  odparł  –  dziś  dobry  dzień,  nie  zawsze  są  Amerykanie.  Trzeba

wykorzystać okazję.

Podeszła do nich jakaś stara kobieta.

– Witaj, Ciotko – powiedział Kostek. – Siadaj, co słychać?

–  Zobaczyłam  nową  twarz,  chciałam  się  przyjrzeć  –  odpowiedziała  kobieta  siadając  i

badawczo lustrując Zośkę. – Ładna buzia – dodała.

– Napijesz się? – pytał Kostek.

– Mnie się nie pyta o takie rzeczy. Masz, to dawaj bez pytania.

Zośka  nie  znała  Ciotki,  ale  słyszała  o  niej  dużo.  Jeszcze  gdy  mieszkała  razem  z  Celiną  i

Kruszynką,  nasłuchała  się  opowiadań  o  tej  kobiecie.  Teraz  więc  przyglądała  się  jej  z  wielką

ciekawością.

Wieść  niosła,  że  Ciotka  była  weteranką  portowych  prostytutek.  Legendy  krążyły  o  jej

rzekomych dawnych sukcesach. Dziś, kiedy się na nią patrzyło, trudno było sobie wyobrazić te

sukcesy; była bardzo zniszczona i stara.

Nikt  nie  wiedział,  ile  miała  lat.  Równie  dobrze  mogła  mieć  pięćdziesiąt,  jak  i  sto.  Była

pomarszczona  i  miała  dużo  siwych  włosów,  lecz  oczy  jej  błyszczały  jasnym,  i  młodzieńczym

background image

62

blaskiem. Piła dużo – żadna z portowych dziewczyn nie mogła jej w tym dorównać – ale choć

nieraz  zataczała  się,  nigdy  nie  traciła  świadomości  i  wiedziała,  co  robi.  Najstarsi  mieszkańcy

Nowego Portu i marynarze, którzy od lat tu zawijali, pamiętali ją i traktowali jak coś wiecznego,

nierozerwalnie  związanego  z  portem.  Była  tu  przed  wojną,  była  i  teraz.  Jej  prawdziwej

przeszłości nie znał nikt, nie wiadomo było, skąd tu przyszła ani jakie przedtem miała życie. Po

prostu istniała i nikomu nie przeszkadzała, a czasem nawet potrafiła się przydać.

Jedni  opowiadali  banalną  historię,  że  bardzo  dawno  temu,  jeszcze  przed  pierwszą  wojną

światową, przyjechała ze wsi do Gdańska i służyła u kogoś. Kochliwy gospodarz uwiódł naiwną

dziewczynę, a potem wyrzucił ją na ulicę. Dziewczyna urodziła syna i sama go wychowywała.

Żeby  go  utrzymać,  została  prostytutką.  Chłopak,  kiedy  dorósł,  został  marynarzem,  wyruszył

gdzieś w świat i nigdy więcej się nie pokazał, być może zabrała go wojna. A ona nie mogła się

już  rozstać  z  portem,  tylko  dalej  żyła  życiem,  do  którego  przywykła.  Podobno  też  nieustannie

czekała na swego syna, wierząc, że kiedyś wreszcie do niej wróci.

Krążyła też inna wersja. Według niej kiedyś Ciotka, jako piękna dziewczyna, wpadła w oko

kapitanowi jakiegoś statku, który się z nią ożenił. Przez jakiś czas żyli w zgodzie i harmonii, a

potem kapitan gdzieś przepadł i ona została sama, wiernie czekając na jego powrót.

Niektórzy  zaś  twierdzili,  że  była  to  po  prostu  stara  prostytutka,  która  nie  potrafiła  już  stąd

odejść.  Zżyła  się  z  portem,  knajpami,  marynarzami  i  całą  tą  charakterystyczną  atmosferą,  w

której upłynęły jej młode lata. Na starość więc pozostała tu i kręciła się po portowych knajpach,

bo  to  był  jej  świat.  Stara,  niepozorna  kobieta  miała  jednak  nad  prostytutkami  jakąś  władzę

nieznaną. Może się jej bały, może szanowały siwe włosy, a może po prostu potrzebowały czasem

jej rady.

Ciotka  cieszyła  się  wśród  świata  portowego  autorytetem  i  czymś  w  rodzaju  sympatii.

Nierzadko  stary  marynarz,  który  pamiętał  ją  z  dawnych  lat,  zapraszał  na  kieliszek  i  potem

wciskał w garść czerwony papierek.

–  Jeszcze  ci  wódka  nie  smakuje?  –  zauważyła,  widząc,  że  Zośka  odstawiła  nie  dopity

kieliszek.

– Wypiłam już sporo – odparła dziewczyna. – Nie chcę więcej, bo głowa potem boli.

– Tak, boli głowa, boli... Przyzwyczaisz się, to nie będzie cię bolała.

Kostek odszedł załatwić kolejny interes. Ciotka sama nalała sobie wódki.

– Ile masz lat?

background image

63

– Prawie dziewiętnaście – skłamała Zośka.

– Młoda jeszcze jesteś. Dużo życia przed tobą. I co, szczęśliwa jesteś w tym zawodzie?

– Proszę pani... – zaczęła Zośka, ale stara przerwała:

– Wszyscy do mnie mówią ciotka, nie krępuj się.

– Ciotko – jąkała czerwona Zośka – ja... ja... nie jestem...

–  Rozumiem  –  stara  uśmiechnęła  się  –  jeszcze  się  wstydzisz,  masz  skrupuły.  Jeszcze  się

kochacie  z  tym  chłopaczkiem.  To  nic,  przejdzie  wam,  przejdzie.  Miłość  przechodzi,  a  życie

zostaje. W życiu, moja kochana, trzeba umieć łapać szczęście, i to wszystko jedno, kim jesteś,

prostytutką  czy  zakonnicą.  Nie  wstydź  się,  bo  szczęście  możesz  również  osiągnąć  jako  kurwa.

Zakonnica  jest  szczęśliwa,  gdy  się  modli,  złodziej,  gdy  kradnie,  a  kurwa  gdy  ma  dobrego

chłopaka z forsą.

– Ja jestem szczęśliwa, bo mam Kostka.

Stara uśmiechnęła się jakoś przyjemnie.

–  Podobasz  mi  się  –  powiedziała.  –  Dobrze,  że  tak  myślisz.  Każdy  sam  się  urządza  i  sam

szuka swego szczęścia. Trzymaj tego chłopaka jak najdłużej, ale go pilnuj, bo on tańczy na linie.

Jak spadnie, to i ty się nie utrzymasz w tym cyrku. Znów wypiła i mówiła dalej:

– Ładna jesteś, podobasz mi się. Chętnie bym się tobą zaopiekowała.

– Ależ, co pani? – żachnęła się Zośka.

–  Nie,  nie,  nie  to  mam  na  myśli.  Nie  jestem  przecież  bajzelmamą.  Kiedyś  chciałam  mieć

córkę, rozumiesz? Ciotka też była kobietą... Ale co ja ci tu gadam. Sentymenty, panie święty. Nie

chcesz,  to  nie  słuchaj.  Jedno  ci  tylko  powiem:  jeśli  możesz,  to  zabieraj  swojego  chłopaka  i

uciekajcie  na  koniec  świata.  Wszędzie,  tylko  nie  tu.  Zabierz  go  na  wieś,  na  księżyc,  wszystko

jedno gdzie. Inaczej długo nie będziesz go miała. Ja znam życie, niejedną taką miłość widziałam.

Jeśli tu zostaniecie, to koniec. Jego zabierze milicja, a ciebie knajpa...

– Ależ, prosz... – usiłowała wtrącić Zośka, ale stara nie pozwoliła jej mówić.

–  Nie  protestuj  –  ciągnęła.  –  Ja  wiem  lepiej.  Sporo  lat  już  żyję  i  znam  ten  światek,  znam

bardzo dobrze. Ty jesteś młoda koza, jeszcze cię nęcą modne łaszki, orkiestry, ładni chłopcy. Ale

ja wiem, co to wszystko jest warte. Popatrz na te dziewczęta. Widzisz? Są pijane, wesołe, śmieją

się, tańczą. Niby beztroskie, ale w gruncie rzeczy jedna drugą zagryzłaby i zadrapała na śmierć

pazurami, byle się utrzymać na powierzchni... Takie one są naprawdę. Jak je lepiej poznasz, to

zobaczysz,  że  nie  przesadziłam.  Myślisz  może,  że  przygnała  je  tu  nędza?  Sierotki  albo

background image

64

uwiedzione  dziewice,  które  dla  chleba  zeszły  na  tę  drogę?  To  bajka,  moja  kochana,  bajka...

Dawniej tak, za moich czasów, to się zdarzało, bo co miała robić taka porzucona dziewczyna z

dzieckiem?  W  domu  pokazać  się  nie  mogła,  pracy  nie  dostała,  nikt  na  służbę  nie  chciał  jej

przyjąć, nawet ksiądz z ambony piekłem straszył. Tylko tu jej nic nie mówili. Ale teraz? Bzdury.

Każda z nich mogłaby coś robić, uczyć się, żaden nieślubny dzieciak ani stracone dziewictwo nie

gra roli. Ale przyszły tu, widzisz, jak się bawią? Zdaje im się, że bawią, ale one się zdzierają jak

stare ścierki. Bo chcą być paniami, tu więcej zarobią i nie muszą niby pracować... Tak, tak, moja

droga, tak myśli każda, która zaczyna. Łatwy chleb, lekkie życie, muzyka, chłopcy... A właściwie

harują ciężej niż gdzieś w fabryce. Starzeją się, a potem już nie mają nic... Futra, które teraz sobie

kupują, muszą potem sprzedać na chleb. Oj, głupie dziewczęta, żebym to ja teraz była młoda...

Urwała nagle i sięgnęła do butelki. Zośka nie odzywała się, a stara wypiła i kiwając się nad

stołem mówiła jakby do siebie:

–  Żebym  to  ja  dzisiaj  była  młoda...  Ale  właściwie  nie  żałuję.  Można  się  przyzwyczaić.

Człowiek  jest  twardszy  od  kamienia...  Dzisiaj  to  nawet  czasem  myślę,  że  może  tak  być  musi?

Może tak właśnie jest dobrze? Może te dziewczęta są potrzebne marynarzom i innym rozbitkom

życiowym? Chyba są chwile, że ktoś przy nich czuje się spokojnie, zapomina o tym strasznym

morzu czy o jakichś swoich kłopotach. Uśmiechasz się? Tak, tak, filozof ze mnie. Niektóre nie

lubią  tego  słuchać,  bo  je  denerwuje,  jeśli  mówię  przykre  dla  nich  słowa.  Ale  to  prawda.  Jak

przeżyjesz tyle co ja, to sama się o tym przekonasz.

Milczała przez chwilę, a potem jakby się ocknęła.

– Nagadałam ci niestworzonych rzeczy – powiedziała jakby zawstydzona. – Nie myśl o tym.

Żyj i szukaj swojego szczęścia. A jak nie znajdziesz, to też żyj. Bez szczęścia można żyć, kobieta

dużo  wytrzyma.  Ale  pamiętaj,  że  tu  nikt  nad  tobą  nie  będzie  miał  litości.  Tu  żyje  ten,  kto

silniejszy. Podobasz mi się – dodała po chwili. – Jesteś jakaś czysta w tym plugawym miejscu. –

Podniosła się. – Pójdę już, bo twój chłopak wraca. Pamiętaj, że mi się podobasz i mogę  ci  się

przydać...

Odeszła nie pożegnawszy się. Zośka patrzyła za starą i nagle zrobiło jej się strasznie żal tej

kobiety. Miała wrażenie, że rozmawiała z tajemniczą wróżką i ogarnęło ją uczucie lęku. Drgnęła

na dźwięk głosu Kostka.

– Co ci naplotła ta stara? Ona tak lubi się przysiąść, pofilozofować, wypić. Stówkę też czasem

wyciągnie z kieszeni. Ale niejednej tu pomogła. Mądra jest i doświadczona. Dziewczyny się jej

background image

65

boją.

– Żal mi jej...

– Nie rozczulaj się. Ona ma swoje życie, a my swoje. Chodźmy spać, bo już widno się robi.

Gdy  szli  uliczkami  Nowego  Portu,  niebo  już  pojaśniało.  Wstawał  pogodny  dzień.  Po

kamiennych chodnikach stukały buty pierwszych robotników, a od kanału doleciał smutny głos

syreny statku wychodzącego w morze.

Rozdział XIII

W ostatnim czasie kłócili się coraz bardziej. Kostek był dziwnie rozdrażniony i  wystarczyło

byle co, ażeby go wyprowadzić z równowagi. Szczególnie denerwowało go zachowanie się Zośki

w  lokalach.  Każda  jej  poufalsza  rozmowa  z  jego  przyjaciółmi  czy  marynarzami  nieuchronnie

prowadziła do awantury.

Zmiana,  jaka  zaszła  w  Kostku,  wywoływała  w  Zośce  sprzeczne  uczucia.  Świadomość,  że

chłopak jest o nią zazdrosny i cieszyła ją, i skłaniała zarazem do prawdziwie kobiecej przekory.

Drażniła go więc i zachowywała się nieraz prowokacyjnie.

– Zmieniłaś się – mówił w przystępach złego humoru. – Dawniej byłaś skromniutka, grzeczna,

istne niewiniątko. Teraz robisz się bezczelna i zbyt pewna siebie.

– Czyżby? – odpowiadała z zagadkowym uśmiechem.

–  Urosły  ci  rogi.  Jak  matka  po  ciebie  przyjeżdżała,  to  byłaś  pokorna  i  prawie  na  kolanach

błagałaś, żeby cię przyjąć.

–  Nie  błagałam,  tylko  prałam  po  pysku  Kruszynkę  i  ciebie.  Pamiętasz?  Potem  ty  błagałeś,

żeby ci przebaczyć.

– Nie igraj ze mną, bo to się źle skończy – ostrzegał. – Moja cierpliwość ma granice.

– Ciekawe, co mi zrobisz?

– Któregoś dnia miarka się przebierze i dostaniesz kopniaka.

– Uważaj, żebym sama nie odeszła. Znów będziesz błagał...

Skręcał się wewnętrznie po takiej odpowiedzi, ale nie kontynuował rozmowy, bo wiedział, że

nie  będzie  miał  siły  zrealizować  pogróżki.  Sam  nie  wiedział,  czy  to  jest  miłość,  czy  zwykłe

background image

66

pożądanie, dość, że nie wyobrażał sobie teraz rozstania. Zżył się z Zośką i po prostu musiał ją

mieć  przy  sobie.  Myśl  o  tym,  że  mogłaby  należeć  do  innego  mężczyzny,  przyprawiała  go  o

wściekłość.  Sam  nieraz  usiłował  śmiać  się  z  siebie,  nic  jednak  na  to  nie  mógł  poradzić.  Tak

niedawno jeszcze mówił, że ich związek jest oparty na absolutnej wolności, że każdy ma prawo

zerwać więzy w chwili, gdy uzna, że ma dość drugiego. Dziś chciał być wyłącznym posiadaczem

tej niebezpiecznej dziewczyny.

Na  początku  był  zadowolony  z  niej  jako  z  partnerki  w  cinkciarskich  interesach.  Ładna

dziewczyna  przyciągała  zagranicznych  marynarzy  i  przy  jej  pomocy  łatwo  było  dokonywać

transakcji  z  wymianą  obcych  walut.  Zośka  początkowo  wabiła  gości  bezinteresownie.  Potem

zaczęła żądać udziału, procentu od wymiany, a ostatnio coraz częściej, mimo protestów, tańczyła

i mizdrzyła się do marynarzy nawet wtedy, gdy nie było potrzeby.

Teraz  już  nie  okazywała  mu  swych  uczuć,  a  raczej  bawiła  się  tym,  że  on  czasem  cierpi  i

zgrzyta zębami. A gdy robił jej wymówki, odpowiadała hardo, pewna swej przewagi. Nieraz na

tym tle wybuchały między nimi awantury.

Po  takich  kłótniach  boczyli  się  na  siebie  przez  jakiś  czas  i  w  końcu  znów  dochodzili  do

porozumienia. Ale na dnie ich serc pozostawał osad, który rósł po następnym nieporozumieniu i

zamieniał się w zniechęcenie.

Tego dnia pokłócili się od samego rana. Kostek był w złym humorze, bo Zośka poprzedniego

wieczora więcej bawiła się, niż zabiegała wokół interesów.

– Jak tak dalej pójdzie, zaczniesz się niedługo sprzedawać – powiedział kwaśno.

– Możliwe – odpowiedziała chcąc go podrażnić.

– Słuchaj, Zośka – głos jego stał się groźny. – Wiesz, jak jest między nami. Nie chcę, żebyś

była prostytutką. Ale jeżeli sama tego chcesz, to uważaj, bo...

– Bo co?

– Ty walczyłaś z Kruszynką o mnie. Ja też potrafię walczyć.

– O mnie?

– Nie udawaj naiwnej. Jesteś taka pewna, że beze mnie dasz sobie radę?

– A cóż ja mam z ciebie? To raczej ty korzystasz ze mnie.

– Dość tego! – krzyknął Kostek. – Zamknij się i słuchaj, co ci mówię. Nie pozwolę, żebyś się

na moich oczach łajdaczyła.

–  Wychowawca  się  znalazł  –  drwiła.  –  Opiekun  z  bożej  łaski!  A  kto  mnie  w  to  wszystko

background image

67

wciągnął?

Po tym przez dłuższy czas nie odzywali się do siebie. Zośka nie zrobiła mu śniadania i Kostek

trzaskając garnkami sam musiał zaparzyć herbatę.

Ciężkie, niezręczne milczenie przerwał dopiero wtedy, gdy miał wyjść z domu.

– Ubieraj się, pójdziesz ze mną.

– Ani mi się śni. Idź sobie sam.

–  Nie  wygłupiaj  się.  Grecka  łajba  miała  przyjść,  trzeba  się  zakręcić  koło  interesu.  Sam  nie

dam rady.

– A cóż ja ci pomogę teraz w ciągu dnia? Będę ich na ulicy zaczepiała? Potem powiesz, że się

łajdaczę.

– Chodź, nie gadaj tyle. Posiedzisz w kawiarni i tylko odbierzesz ode mnie miękkie. Boję się,

żeby mnie gliny nie przyhaczyły.

–  Mowy  nie  ma.  Nie  licz  na  mnie.  Sam  sobie  radź  –  odwróciła  się  do  ściany  i  naciągnęła

kołdrę  na  głowę.  Kostek  chciał  jeszcze  coś  powiedzieć,  ale  syknął  tylko  jakieś  przekleństwo  i

wyszedł huknąwszy drzwiami.

Zośka uniosła się i patrzyła za nim z uczuciem zawodu. Chciała  się tylko podręczyć, zagrać

mu na nerwach, a on potraktował to serio. Głupio się czuła, bo do tej pory nigdy mu jeszcze nie

odmówiła pomocy.

– Chyba się poważnie nie obraził? – pomyślała i zaczęła się ubierać. W miarę rozmyślania nad

swym postępkiem ubierała się coraz szybciej. Gnał ją jakiś wewnętrzny niewytłumaczalny lęk,

czuła, że  może  mu  być  potrzebna  i  chciała  jak  najprędzej  znaleźć  się  w  pobliżu  niego.  Ledwo

przyczesawszy włosy wybiegła z mieszkania.

Tymczasem Kostek z zaciśniętymi zębami i złością w sercu szedł  w stronę bramy portowej.

Myślał, że czas już przeciąć nareszcie tę całą sprawę. Zżymał się i przeklinał, lecz wiedział, że

Zośki nie porzuci.

Nad  dachami  magazynów  strefy  wolnocłowej  widać  było  wysokie,  ciemne  maszty  statku.

Wczoraj  jeszcze  ich  tu  nie  było.  Grecki  statek  „Itaka”  przyszedł  do  Gdańska  z  wielkim

ładunkiem  argentyńskich  skór.  Grecy  to  naród  handlowy.  Wiedzieli,  że  pieniędzy  nie  należy

wymieniać  u  maklera,  bo  wtedy  dostanie  się  grosze  za  dolara.  Cinkciarz  da  nie  dwadzieścia

cztery,  a  pięćdziesiąt,  a  nawet  siedemdziesiąt  złotych  i  taka  wymiana  już  dobrze  się  opłaci.

Zresztą korzyści mają obydwie strony, bo cinkciarz odsprzeda  potem  tego  dolara  marynarzowi

background image

68

polskiemu po sto dwadzieścia, a nawet sto pięćdziesiąt złotych. Z kolei marynarz przywiezie za

to sztuczną biżuterię czy plastykowe koszyczki, które kupi na zachodzie po dolarze, a tu sprzeda

po dwieście pięćdziesiąt złotych.

Kostek znał dobrze te wszystkie kombinacje, wiedział, że celnicy w zasadzie byli bezsilni, a

milicja także niewiele mogła zdziałać. Dziś jednak czuł się wyjątkowo fatalnie. Gdyby nie to, że

okazja  była  naprawdę  świetna,  wcale  by  nie  przyszedł  proponować  kupna  dolarów,  funtów,

koron czy marek. Mimo całego tupetu i dużego obycia w tych sprawach podświadomie bał się, że

może spotkać go coś złego. Kłótnię z Zośką traktował jako zły omen.

Kiedy  jednak  znalazł  się  na  „posterunku”,  podły  nastrój  minął.  Zapomniał  o  wszystkich

innych sprawach, a całą duszę włożył w swoiste polowanie.

Od bramy  grupkami lub pojedynczo szli marynarze  głośno rozmawiając i śmiejąc się. Jedni

czekali  na  tramwaj  jadący  do  Wrzeszcza,  drudzy  kierowali  się  w  stronę  kolejki  elektrycznej,

jeszcze  inni  podążali  znanymi  sobie  ulicami  do  „Albatrosa”.  Było  dopiero  południe,  lecz  oni

widocznie uważali, że szkoda czasu na spacery.

Kostek  wędrował  na  pozór  obojętnie,  jak  człowiek,  który  ma  coś  w  tych  stronach  do

załatwienia.  Ale  był  czujny  i  uważnie  obserwował  mijanych  ludzi.  Co  chwila  natrętnie  szeptał

swoją propozycję:

– Monej, monej, ciajnć... Dolars, germany mark, ciajnć... Ciajnć, ciajnć monej...

Czarny, krępy Grek zatrzymał się i zapytał:

– How much?

– Fifty – rzucił Kostek.

Grek puknął się wymownie w czoło.

– No? – wyczekująco zapytał Kostek spodziewając się kontrpropozycji.

Grek powiedział:

– One hundred.

– Oszalałeś – oburzył się Kostek.

Grek zaśmiał się.

– Siedemdziesiąt – ustąpił Kostek.

Grek kiwnął głową i podał mu dwie dziesięciodolarówki. Wymiana odbyła się błyskawicznie i

po  chwili  Kostek  znów  wędrował  i  powtarzał  swoją  propozycję.  Zaczepił  jakiegoś  elegancko

ubranego, śniadego marynarza.

background image

69

– Odpłyń, braciszku – odpowiedział tamten po polsku. – Ja ci mogę szczękę wymienić.

Kostek pośpiesznie odszedł, ale nie zniechęcił się. Rozglądał się tylko uważnie, czy nie widać

gdzieś milicjanta.

Znów jakiś Grek zatrzymał się i zapytał:

– Ile?

– Pięćdziesiąt.

– Oddam za sto.

– Siedemdziesiąt.

– Ile chcesz wymienić?

– Ile masz dolarów?

– Wymienisz setkę?

– Nie, pięćdziesiąt.

– Okej.

Mimo trudności językowych, bo ani Grek, ani Kostek nie znali angielskiego, a rozmowa była

prowadzona  w  tym  właśnie  języku,  w  końcu  się  dogadali.  Kostek  wyciągnął  plik  banknotów  i

szybko  odliczył  pięćsetki.  Grek  wyjął  z  portfelu  pięćdziesiąt  dolarów  i  właśnie  podawał

cinkciarzowi, gdy tuż nad ich pochylonymi głowami rozległ się głos:

– Przepraszam, można wiedzieć, czym panowie się zajmują?

Kostek spojrzał i zdębiał. Dwóch milicjantów stało obok nich i spokojnie przyglądało się całej

transakcji.

„Koniec – pomyślał Kostek – leżę nieodwołalnie”. – Odruchowo chciał schować do kieszeni

dolary, ale milicjant chwycił go za rękę.

– Niech pan nie chowa. Nic nie pomoże. Tak się dać złapać na gorącym uczynku, partacz!

W  głosie  milicjanta  drgała  uciecha.  Cinkciarz  na  ogół  jest  prawie  nieuchwytny.  Jeśli  nawet

milicjant  stwierdzi,  że  mam  przy  sobie  dolary,  to  nic  mu  nie  może  zrobić,  bo  przecież  dolary

może  mieć  każdy.  Aby  oskarżyć  cinkciarza  o  nielegalny  handel  obcymi  walutami,  czyli  mieć

powód do aresztowania, trzeba go złapać za rękę, a to nieczęsto się zdarza. Toteż plutonowy miał

powody do uciechy, a Kostek do rozpaczy.

Stojących  otoczyła  grupa  greckich  marynarzy,  którzy  zaczęli  wykrzykiwać  niezrozumiałe

słowa w obronie kolegi. Milicjanci  znaleźli  się  nagle  w  trudnej  sytuacji.  Grecy  gotowi  byli  do

burdy  i  zabieranie  gwałtem  marynarza  mogło  mieć  nieprzewidziane  następstwa.  Plutonowy

background image

70

spojrzał na swojego kolegę i mruknął:

– Trzymaj tego gagatka, a ja ich załatwię. Milicjant otoczył Kostka ramieniem, jakby swego

przyjaciela.

– Chodź, kochanie – powiedział. – Tu robi się za ciasno, przejdziemy się trochę. Mój kolega

nas  dogoni.  –  Kostek  próbował  się  opierać.  Milicjant  pociągnął  go  mocniej.  –  Chodź,  nie  rób

kawałów. Nic ci nie pomoże. Chyba nie chcesz się zapoznać z tą pałeczką?

Kostek poszedł niechętnie.

Tymczasem plutonowy usiłował dogadać się z Grekami. W końcu widząc, że nie uda mu się

zabrać ich kolegi z sobą, poprosił go o dokumenty. Grek podał mu swoją książeczkę żeglarską.

„Markos  Stojanidos,  trzeci  mechanik,  statek  »Itaka«,  handel  dolarami”  –  zanotował  i  zwrócił

dokument, mrucząc:

–  Idź  spokojnie,  bratku,  znajdziemy  cię.  Co  się  należy  i  tak  cię  nie  minie  –  a  głośno

powiedział: – Thank you – i zasalutował.

Milicjant  z  Kostkiem  zdążył  odejść  o  jakieś  pięćdziesiąt  kroków.  Dochodzili  właśnie  do

skrzyżowania ulic i milicjant chciał skręcić w stronę komendy dzielnicowej, gdy chłopak nagle

szarpnął  się  i  skoczył  w  bok.  Jednym  susem  przesadził  jezdnię  i  śmignął  między  gruzy  ulicy

Wąskiej. W tym momencie tramwaj jadący do Wrzeszcza znalazł się między nim a milicjantem.

Motorniczy, któremu człowiek skoczył prawie pod koła, zahamował gwałtownie i uniemożliwił

pościg. Plutonowy widząc, co się dzieje, bez namysłu rzucił się w pogoń. Wyszarpnął pistolet z

pochwy  i  przeleciał  tuż  przed  samym  tramwajem.  Świadkowie  tej  sceny  wstrzymali  oddech.

Milicjant otarł się o tramwaj i nie zważając na nic gnał za Kostkiem.

– Stój! Stój, będę strzelał!

Chłopak nie zwracając uwagi na te ostrzeżenia pędził jak chart po hałdach gruzu i ziemi. Gnał

w  stronę  przystanku  kolei  elektrycznej.  Tam  był  jego  ratunek.  Na  peronie  stał  pociąg,  miał

nadzieję, że jeśli dobiegnie, może uda mu się wskoczyć do wagonu i ujść pogoni. Huknął strzał i

Kostek pochylił się nisko, nie zaprzestał jednak ucieczki.

Plutonowy domyślił się, jaki jest cel cinkciarza. Usiłował przeciąć mu drogę biegnąc na ukos

wśród  chwastów  porastających  gruzy.  Od  uciekającego  dzieliło  go  dwadzieścia  metrów,  ale

młody chłopak był szybszy. Milicjant strzelił na postrach i czerwony z wysiłku, zasapany, biegł

potykając się na nierównościach. Kolejarz podniósł chorągiewkę w górę, kiedy usłyszał

strzał.  Skamieniał  z  przerażenia  i  stał  tak  nie  wiedząc,  co  począć.  Wskazówki  zegara

background image

71

pokazywały  godzinę  odjazdu.  Kostek  wytężył  wszystkie  siły.  Widział  kolejarza  i  nadzieja

zaświtała mu z całą siłą. Jeszcze piętnaście kroków, jeszcze dziesięć. Rozpaczliwie złapał klamkę

i szarpnął.

Drzwi ustąpiły.

– Nie skacz! – krzyknął kolejarz.

– Stój! – plutonowy wskoczył na peron.

Zdezorientowany kolejarz opuścił ramię, Kostek odetchnął z ulgą. Lecz w tej chwili kolejarz

zorientował się wreszcie, co się dzieje, i gwałtownie zamachał  w stronę motorniczego. Rozległ

się przenikliwy gwizdek konduktora, pociąg drgnął, ale nie ruszył.

Milicjant,  krztusząc  się  ze  zmęczenia,  wskoczył  do  wagonu.  Widząc  go  Kostek  począł  biec

między ławkami. Dopadł drzwi i próbował je otworzyć. W tym momencie plutonowy chwycił go

za rękaw.

– Stój, bo zastrzelę!

– Uch, ty! – stęknął Kostek i z całej siły uderzył milicjanta w twarz. Plutonowy zatoczył się,

lecz nie puścił rękawa. Trzasnął materiał a równocześnie drzwi otworzyły się z sykiem i Kostek

wypadł na peron. Poderwał się błyskawicznie, lecz milicjant już był przy nim. Pałka, którą zdążył

wyszarpnąć,  zatoczyła  łuk  i  z  siłą  spadła  na  głowę  cinkciarza.  Kostek  jeszcze  raz  uderzył

plutonowego,  ale  drugi  cios  pałki  zamroczył  go  na  chwilę.  Kolejarze  podbiegli  już  do  nich  i

pomogli  plutonowemu  obezwładnić  chłopaka.  Po  peronie  biegł  drugi  milicjant.  Razem  z

plutonowym wykręcili Kostkowi ręce i poprowadzili w stronę komendy.

Zośka, gdy usłyszała strzał, zamarła z przerażenia. Już wiedziała, że stało się coś strasznego.

U wylotu ulicy dostrzegła stojący tramwaj i wymachującego rękami milicjanta. Podbiegła bliżej.

Pasażerowie  i  obsługa  tramwaju  wyszli  na  ulicę,  nikt  jednak  nie  szedł  w  stronę  dworca,  gdzie

odbywał się pościg. Tylko milicjant podążył w tamtym kierunku.

– Co się stało? Kto strzelał? – pytała stojących na ulicy ludzi.

– Jakiś facet im uciekł – padła odpowiedź. – Gonią go. Chyba nie zwieje.

Zagryzła wargi aż do krwi. Ona czuła, że to Kostek, bała się o tym myśleć, nie mogła postąpić

kroku, ale wiedziała, że to jej chłopiec...

Od strony dworca ukazał się niezwykły pochód. Dwóch milicjantów prowadziło, a właściwie

wlokło  opierającego  się  mężczyznę.  Miał  potargane  włosy  –  podartą  marynarkę.  Milicjant  był

background image

72

zakrwawiony.

Poznała. Zakryła twarz rękami, myśląc, że to złudzenie. Lecz gdy spojrzała ponownie, obraz

nie znikał.

– O Boże! – szepnęła. – Kostek, Kostek! Usłyszał. Podniósł głowę i usiłował się uśmiechnąć.

Jak  lunatyczka  cofała  się  przed  tym  pochodem.  Ludzie  zdumieni  usuwali  się  jej  z  drogi.

Odwróciła się nagle i zaczęła uciekać przed siebie.

Rozdział XIV

Gruby przyszedł zaraz następnego dnia. Jego wizyta zaskoczyła Zośkę: była w szlafroku, choć

zbliżało  się  południe.  Nie  miała  sił,  żeby  doprowadzić  swój  wygląd  do  należytego  stanu.  Od

wczoraj bez przerwy żyła tym, co się stało. Przez całą noc na przemian płakała lub nasłuchiwała,

czy czasem Kostek nie wraca. Bez niego czuła się bezradna jak niemowlę bez matki. A ponadto

pozostała  bez  środków  do  życia;  Kostek  w  chwili  aresztowania  miał  wszystkie  pieniądze  przy

sobie.

Zrozpaczona  i  załamana  postanowiła  w  ogóle  nie  wychodzić  na  razie  z  domu  i  nie

spodziewała się, że ją ktoś odwiedzi.

Toteż gdy ujrzała gościa, poczuła się zawstydzona swoim wyglądem, śladami łez na twarzy i

szlafrokiem. Ale Gruby zdawał się nie dostrzegać tego wszystkiego.

– Co z Kostkiem? – pytał od progu. – W jaki sposób go złapali?

Zośka opowiedziała wszystko, co wiedziała o aresztowaniu Kostka.

– Niedobrze – zmartwił się Gruby. Ale miał przy tym minę, jakby myślał o czymś zupełnie

innym.  Kopcił  papierosa  za  papierosem,  a  jego  wzrok  błądził  po  pokoju,  od  czasu  do  czasu

zatrzymując się na Zośce.

– No i co teraz będzie? – zapytał po chwili milczenia. – Co masz zamiar robić?

– Czy ja  wiem? Nie mogę spokojnie myśleć  o  tym  wszystkim.  Ciągle  mi  się  zdaje,  że  lada

chwila Kostek wróci...

Zaśmiał się nieprzyjemnie.

– Marzycielka! Dał się złapać, idiota, z dolarami w ręku, a ona myśli, że go milicja grzecznie

background image

73

przeprosi i wypuści do domu... A do tego jeszcze stawił opór władzy. Uderzył milicjanta i uciekł.

Rozumiesz, co  to  znaczy? Jak  połączą  jedną  sprawę  z  drugą,  to  chłopak  beknie  zdrowo.  Niżej

piątki za Boga się nie wykręci.

Zośka  rozpłakała  się  bezradnie,  bo  dopiero  słowa  Grubego  uświadomiły  jej  całą

beznadziejność sytuacji. A on patrząc na nią przymrużonymi oczami wzruszył ramionami.

– Nie ma czego beczeć. Łzami z mamra go nie wyciągniesz. Swoje musi odsiedzieć. Zresztą

jak się brał za cinkciarstwo, to wiedział, co mu grozi.

Zośka popatrzyła przez łzy na Grubego. Czuła w sobie wzbierający gniew.

– Mówisz, jakbyś się cieszył, że Kostka zamknęli.

– Nie mam powodu do radości. Szkoda mi go, chłop młody i zdolny. Ale za bardzo odważny i

sentymentalny. Lubił ryzykować i kochać się. To go zgubiło.

Nie odpowiedziała, choć aluzja była dość wyraźna. Gruby nigdy nie pochwalał Kostka za to,

że trzyma Zośkę wyłącznie dla siebie i wyrzeka się przez to niemałych korzyści.

Zapanowało niezręczne milczenie, które przerwał po chwili Gruby.

– Ale ciebie szkoda mi bardziej niż jego. Zostawił przynajmniej trochę forsy?

– Nie mam nic...

– Tak myślałem. Zostałaś  goła,  bez  chłopaka,  bez  żadnych  widoków  na  przyszłość,  jednym

słowem bez wyjścia.

Skinęła głową. Równocześnie zastanawiała się, do czego zmierza Gruby.

– Co teraz zrobisz? – ciągnął z niezwykłą jak na niego troskliwością. – Skąd weźmiesz forsy?

Chyba nie jesteś aż taka głupia, żeby poważnie myśleć, że go wypuszczą?

– Nie wiem, nie wiem – Zośka bezradnie podniosła ramiona. – Nie myślałam o tym. Nie mogę

myśleć...

–  A  to  szkoda,  bo  myślenie  nie  jest  takie  złe  –  zauważył  z  przekąsem.  –  Jeśli  tak  będziesz

siedziała, to wykitujesz z głodu.

– Nie mam tu nikogo. Tylko z Kostkiem trzymaliśmy się razem...

– Nie wspominaj już o nim, bo mnie cholera bierze. Kto wie, czy ten gówniarz nie wysypie

tam jeszcze jakichś nazwisk. Może niejednemu z nas narobić ładnego bigosu...

– Kostek nie jest taki – oburzyła się Zośka.

–  Jak  mu  dadzą  w  dupę,  to  może  nie  wytrzymać.  Będzie  bronił  przede  wszystkim  własnej

skóry.

background image

74

– Nie, nie, na pewno nikogo nie wsypie – protestowała dziewczyna.

–  Nie  bądź  taka  pewna.  Tobie  się  zdaje,  że  ten  twój  chłopaczek  to  chodzący  ideał,  a

tymczasem okazał się tępy jak głąb kapuściany. Czy pomyślałaś, że przez niego i ty możesz mieć

kłopoty?

– Ja?

– Przecież żyłaś z nim. Sama mówisz, że był ci tu najbliższy. Jak go przycisną, to im opowie o

tobie. A wtedy gliny zainteresują się, coś za jedna, skąd się wzięłaś, co robisz, z czego żyjesz.

Mogą cię nawet oskarżyć o współudział w jego machlojkach.

Zośka skuliła się na krześle, przerażona, jakby już stała przed obliczem sędziego. Patrzyła na

Grubego  jak  na  zwiastuna  nieszczęścia.  Nienawidziła  go  w  tej  chwili,  jakby  to  on  był

wszystkiemu winien

– Przestań! – krzyknęła. – Przestań! Czego ode mnie chcesz?

Gruby odsapnął i nie patrząc na nią powoli zapalał zapałkę.

– Idź sobie – mówiła Zośka. – Idź i zostaw mnie w spokoju.

– No więc co będzie z tobą? – zapytał po raz trzeci, jakby nie słyszał jej słów.

–  Poszukam  jakiejś  pracy,  będę  coś  robiła,  żeby  przeżyć.  Przecież  Kostek  w  końcu  musi

wrócić...

– Ależ ty głupia jeszcze jesteś. Tak głupia, że aż przykro słuchać – roześmiał się Gruby. – Do

pracy pójdziesz! – ironizował. – Będziesz wiernie czekała, aż wróci ukochany. Może poczekasz

na niego w klasztorze? Tfu, idiotka, cholera jasna! Gdzieś ty się uchowała taka naiwna? Myślisz,

że  wszędzie  tylko  czekają  żebyś  raczyła  przyjść  i  pracować  za  grube  tysiące,  co?  A  kto  cię

przyjmie  do  roboty?  Pomyślałaś?  Co  potrafisz  robić?  Jaką  masz  opinię,  bo  przecież  wszędzie

trzeba pokazać opinię, zameldowanie, świadectwa i diabli wiedzą jakie jeszcze świstki. Nawet się

nie obejrzysz, jak wylecisz z wybrzeża, a po drodze możesz wylądować w mamrze...

– Czy ty chcesz mnie doprowadzić do tego, żebym się powiesiła? – zapytała nagle Zośka. – O

co ci chodzi? Powiedz wreszcie, czemu mnie straszysz? Na czym ci zależy?

Gruby umknął wzrokiem w bok i powiedział cicho:

– Żal mi ciebie. Jesteś młoda i niebrzydka, szkoda, żebyś się marnowała. Chciałem ci jakoś

pomóc...

–  To  widać!  Ładnie  mi  pomagasz!  –  powiedziała  z  goryczą.  –  Opowiadasz  takie  rzeczy,  że

właściwie nie mam innego wyjścia, tylko skończyć ze sobą.

background image

75

–  No  nie...  Trochę  mnie  źle  zrozumiałaś  –  bąkał  jakby  zmieszany  –  nie  straszę  cię,  tylko

mówię, jak jest. Chcę, żebyś wiedziała, w jakiej jesteś sytuacji.

– No i co z tego? Co mi to pomoże, że będę wiedziała?

– Posłuchaj – zniżył głos i przysunął się do niej z krzesełkiem. – Patrzę na ciebie nie od dziś.

Często  zastanawiałem  się,  co  ty  z  tego  masz,  żeś  się  tak  związała  z  tym  pętakiem.  Miłość?

Śmieszne, ale zdarza się i tak. Życia nie znasz, zakochałaś się, bywa. Tylko teraz twój kochany

siedzi i nieprędko wyjdzie, a ty naprawdę możesz przez to się zmarnować. A szkoda by cię było.

– No więc co mi radzisz? – zapytała nieufnie.

– Zdaje mi się, że już dość długo obracasz się między nami, i powinnaś wiedzieć, co robić.

– Nie rozumiem.

–  Jak  Boga  kocham,  jednak  jesteś  gęś.  –  Gruby  poczerwieniał  z  irytacji  i  nerwowo  zdusił

papierosa.  –  Przecież  chyba  zdajesz  sobie  sprawę  z  tego,  że  jesteś  nienajgorsza,  prawda?  A

wiesz, że nawet takie żylaste pudło jak Wanda potrafi nieźle zarobić. Ale nie sama. Bez pomocy

doświadczonego  opiekuna  zginiesz  w  ciągu  dwóch  dni.  One  cię  nie  dopuszczą.  Zatłuką  i

przepędzą, jak tylko się pokażesz w lokalu czy na ulicy. A jak będziesz miała opiekuna, to nic ci

nie zrobią, bo on cię obroni...

Patrzyła na niego, jakby nie rozumiała, o czym mówi. A Gruby ciągnął dalej kusząco:

– Nie masz innego wyjścia, rozumiesz? I tak twoje szczęście, że trafiłaś na mnie. Powiem ci

nawet,  że  mi  się  podobasz.  Chętnie  zamienię  Wandę  na  ciebie.  Potrzeba  ci  miłości?  Proszę

bardzo,  będziesz  ją  miała  ze  mną.  Chcesz  pracować?  Oczywiście,  będziesz  pracowała  tak  jak

powinna pracować taka ładna dziewczyna. Ja jestem sprawiedliwy; oddasz mi połowę, a reszta

dla  ciebie.  Jeszcze  ci  czasem  coś  ładnego  kupię,  bo  naprawdę  mi  się  podobasz...  Chcesz,  to

przeprowadź  się  do  mnie,  a  jak  nie,  to  mieszkaj  osobno,  mnie  to  nie  przeszkadza.  Zobaczysz,

jaka będziesz zadowolona...

Mówiąc to Gruby przysuwał się do niej coraz bliżej, aż wreszcie dotykał prawie wargami jej

ucha.

Zośka nagle wstała.

– Jazda stąd! – powiedziała cicho.

– Co? Jak? Co ty?...

– Wynoś się,  ty  gruby,  wstrętny  wieprzu!  –  podniosła  głos.  –  Wynoś  się,  bo  ci  łeb  rozbiję!

Wolałabym z psem niż z tobą, rozumiesz? Jesteś ohydny, ohydny, ohydny! Mogę być kurwą, ale

background image

76

nie ty będziesz ze mnie żył! Won stąd, mówię ci!

Gruby cofał się w kierunku drzwi:

– Wariatka, cholera, jak Boga kocham, wariatka! Jeszcze pożałujesz!

Wypchnęła go na klatkę schodową i oparła się plecami o drzwi, oddychając z trudem jak po

ciężkiej pracy.

Rozdział XV

Po  tej  wizycie  dość  długo  nie  mogła  się  uspokoić,  kiedy  jednak  wreszcie  jako  tako  się

opanowała, zaczęła na nowo myśleć o swoim położeniu. Im dłużej  myślała, tym bardziej czuła

się bezradna. Ogarnęło ją zniechęcenie i zarazem czuła narastający gniew na Kostka za to, że ją

wpakował w taką kabałę. Nie mogła myśleć spokojnie o Grubym, ale  rozumiała, że w tym, co

mówił, było wiele prawdy. Nie wiedziała, co począć. Po tym, co jej powiedział Gruby, zaczęła

się  lękać  każdego  stuku  na  korytarzu;  sądziła,  że  to  milicja  idzie,  aby  ją  aresztować.  Bała  się

wychodzić z mieszkania.

Głód jednak był silniejszy od największych obaw i zmartwień. Po dwóch dniach, gdy w domu

zabrakło nawet najstarszych skórek chleba i gdy przeminął pierwszy szok, zrozumiała, że w ten

sposób może umrzeć z głodu i nikt nawet o tym nie będzie wiedział.

Zmierzchało już, kiedy starannie zamknąwszy drzwi na klucz wyszła z domu.

Wieczór był piękny i cichy. Rozbawione dzieciaki hałasowały na ulicy. Z portu dobiegał wizg

dźwigów,  a  basowy  ryk  holownika  długo  błądził  po  ciasnych  zaułkach.  Dwóch  milicjantów  z

paskami  pod  brodą  wolno  kroczyło  naprzeciw  niej.  Stanęła  bezwiednie.  Czuła,  jak  rumieniec

obejmuje  jej  twarz.  Uszy  piekły  jak  na  silnym  mrozie.  Serce  waliło,  jakby  chciało  rozsadzić

piersi.

Minęli ją w milczeniu i po chwili zniknęli za zakrętem. Odetchnęła i w duchu roześmiała się z

siebie. „Idiotko – pomyślała – czego się boisz? Jak będziesz drżała na widok każdego milicjanta,

to w końcu umrzesz na serce. Przecież nic do ciebie nie mogą mieć...”

Uspokoiła  się  i  poszła  przed  siebie.  Nie  bardzo  wiedziała,  gdzie  ma  szukać  Ciotki.  Nie

pomyślała  nawet  dokładnie,  po  co  do  niej  idzie.  Instynktownie  czuła,  że  stara  może  jej  coś

background image

77

poradzić, a może pożyczy parę groszy...

Kiedyś Kostek pokazywał jej Ciotkę, jak zataczając się wchodziła do jednej z bram przy ulicy

Oliwskiej. Stara musiała tam mieszkać.

Oliwska  to  ulica  dość  długa,  ale  nie  ma  na  niej  zbyt  wiele  domów.  Sporo  z  nich  uległo

zniszczeniu  podczas  wojny,  kilka  placów  jeszcze  nie  zabudowano.  Nietrudno  więc  było

zapamiętać bramę, do której wtedy wchodziła Ciotka. Stanęła niezdecydowanie przed wysokimi,

ciemnymi  drzwiami.  Wiało  z  nich  chłodem  i  wilgocią.  Na  odrapanej,  brudnej  ścianie  wisiała

skrzynka z nazwiskami lokatorów. Ale wtedy Zośka uprzytomniła sobie, że nie wie nawet, jak

Ciotka  się  nazywa.  Stała  więc  dość  długo,  nie  wiedząc,  co  począć,  gdy  z  bocznych  drzwi

wynurzył  się  jakiś  niechlujny  starzec.  W  zębach  trzymał  wygiętą  fajkę,  a  dziurawy  kapelusz

zasunął głęboko na oczy.

– Czego? – warknął nie wypuszczając fajki z ust.

– Szukam tu kogoś – odparła niepewnie.

– Guza? – grubiańsko zapytał. – Jazda, tu nie ma niczego do szukania.

Widocznie  przyzwyczajony  był  do  tego,  że  różne  dziewczynki  włóczyły  się  po  bramach,

często wraz z amantami korzystały z ich mroku. Ale Zośka nie chciała odejść z niczym. Zezłościł

ją ton dozorcy i odpaliła ostro:

– Co to za gadanie? Do kogo? Nie umiesz pan mówić jak człowiek?

Zaskoczony dozorca zamrugał powiekami i wyjął wreszcie fajkę z ust.

– No to czego?

– Mówiłam, że szukam tu jednej osoby.

–  Kogo?  pytam  się,  do  cholery!  –  Widocznie  dozorca  nie  umiał  inaczej  rozmawiać  i  Zośka

zrezygnowała z kłótni, a powiedziała spokojnie:

–  Taka  stara  kobieta.  Nie  wiem,  jak  się  nazywa.  Ma  może  pięćdziesiąt  lat.  Chyba  nawet

więcej. Mieszka sama.

– A czort wie, co to za jedna.

– Nazywają ją „Ciotka”.

– Aaaa – zaśmiał się ironicznie. – Wiadomo. Trzeba od razu mówić, że do Ciotki. Jak pijana,

to jest w domu, a jak trzeźwa, to jej nie ma.

– Ale mieszka tu?

– Trzecie piętro, drzwi na prawo – i nie zwracając więcej na nią uwagi wyszedł na ulicę.

background image

78

Schody  były  ciasne  i  ciemne.  Wspinała  się  po  omacku,  bo  przez  brudne  okna  wpadało

niewiele  światła.  Na  trzecim  piętrze  panowała  ciemność  zupełna.  Macając  rękami  po  ścianie

dotarła jakoś do drzwi i zapukała. Odpowiedziała jej cisza. Ponowiła pukanie znacznie głośniej,

nikt  jednak  nie  odpowiadał,  a  za  drzwiami  nawet  najmniejszy  szelest  nie  zdradzał  obecności

Ciotki. Zośka próbowała zajrzeć przez dziurkę od klucza, lecz wewnątrz było ciemno. „Może śpi

urżnięta”  –  pomyślała  dziewczyna  i  zapukała  jeszcze  głośniej.  Znów  cisza.  Położyła  dłoń  „na

klamce. Drzwi nie były zamknięte. Czując się jak złodziej weszła do środka. Długo błądziła ręką

po ścianie, zanim znalazła kontakt. Żarówka zajaśniała pod sufitem i oświetliła malutki pokoik

nadspodziewanie czysty. Nie było w nim właściwie nic godnego uwagi, ale łóżko nakryte starym

kocem  było  porządnie  wygładzone,  a  blat  stołu  wyszorowany  do  białości.  Pod  zlewem  stała

miednica, a obok stołu jedyne w tym pokoju krzesło.

Dziewczyna rozejrzała się po gospodarstwie Ciotki i usiadła bezradnie przy stole. Postanowiła

poczekać.  Siedziała  ze  dwie  godziny  z  twarzą  ukrytą  w  dłoniach  nie  myśląc  o  niczym,  jakby

pogrążona w półśnie. Głód jednak coraz bardziej dawał jej się we znaki. W pokoju nie było nic

do jedzenia. Wyobraźnia podsuwała obrazy chrupiących bułek z szynką, ogromnych kotletów z

kiszoną kapustą, a w miarę upływu czasu samego chleba. Była tak głodna, że traciła panowanie

nad sobą. Od kilku dni żywiła się przecież resztkami jedzenia, jakie miała w domu, a ostatnio od

dwudziestu czterech godzin nie miała w ustach nic poza herbatą.

Zrozumiała wreszcie, że dłużej już nie  wytrzyma  tej  męki.  Zgasiła  więc  światło  i  po  chwili

znalazła  się  znów  na  ulicy.  Krokiem  wolnym,  jak  człowiek,  który  nie  wie,  dokąd  ma  pójść,

przemierzała ulice Nowego Portu. Zegar wydzwonił gdzieś godzinę dziesiątą. Przystawała przed

zakratowanymi  wystawami  sklepowymi  i  długo  oglądała  leżące  na  nich  towary.  Potem  znów

wolno, obojętnie, szła przed siebie. Niepostrzeżenie znalazła się przy promie. Przed nią w kanale

portowym lśniła spokojna tafla wody. Wyglądała jak gładka stal odbijająca światła przeciwnego

brzegu. W Basenie Górniczym stało kilka statków ładujących węgiel. Niezgrabny statek oderwał

się od tamtego brzegu i trajkocząc maszyną skierował się do pomostu. Zośka cofnęła  się  kilka

kroków i patrzyła na kanał, płynący po nim prom i jasno oświetlone statki.

Zaskrzypiały  deski  pomostu  i  pasażerowie  promu  zaczęli  wyskakiwać  na  brzeg.  Kilku

czarnych od węgla robotników minęło ją w pośpiechu. Za nimi szła grupka marynarzy. Śmiali się

i głośno rozmawiali po francusku. Wszyscy śpieszyli w stronę miasta.

Któryś z młodych Francuzów skręcił w stronę Zośki i prawie otarł się o nią ramieniem. Patrzył

background image

79

przy  tym  pytająco  w  oczy.  Odwróciła  głowę  i  usunęła  mu  się  z  drogi.  Wzruszył  ramionami  i

przyśpieszył  kroku  nie  zwracając  więcej  na  nią  uwagi.  Dopiero  gdy  umilkły  ich  kroki,

zastanowiła się, czego chciał od niej marynarz.

„Nie,  to  niemożliwe  –  myślała.  –  Chyba  nie  wziął  mnie  za...  Bezczelny  typ...  A  właściwie

dlaczego  miał  nie  pomyśleć,  że  czekam  na  taką  okazję?  –  zreflektowała  się  nagle.  –  Przecież

stoję tu zupełnie tak samo jak inne mewki”.

„O Boże! – myślała gorączkowo, jakby broniąc się przed czymś strasznym. – Nie, nie, nigdy

się na to nie zgodzę...” Ale coraz silniej dochodził do głosu jeden przepotężny argument: głód.

Nic go nie mogło przytłumić, on panował wszechwładnie nad rozsądkiem, on zwalczał skrupuły.

A  przy  tym  gdzieś  w  głębi  dziewczęcej  świadomości  tkwił  mały,  złośliwy  chochlik,

przytłamszona wszystkimi innymi argumentami, pokryta wstydem, ale zawsze w końcu wyłażąca

na wierzch ciekawość. Wszak tyle innych dziewcząt uprawiało ten proceder, dlaczego więc nie

miałaby spróbować jeden, jedyny raz?

Gdy  prom  powtórnie  przybijał  do  przystani,  Zośka  była  już  prawie  zdecydowana.  Kiedy

jednak pierwszy pasażer wyskoczył na deski, wyłonił się nowy problem: jak to trzeba robić? Czy

zaczepić wprost, czy wystarczy kuszący uśmiech? A może trzeba mrugać  czy  kiwnąć ręką? W

rezultacie  postanowiła  stać  bezczynnie  i  czekać,  co  los  przyniesie.  Pomyślała,  że  skoro  przed

chwilą młody marynarz francuski wyraźnie miał ochotę i wystarczyło dać znak głową, a sprawa

byłaby załatwiona, to i teraz sytuacja taka powinna się powtórzyć!

Marynarze mijali ją grupkami i pojedynczo, wszyscy śpieszyli się, jakby nie mieli chwili do

stracenia. Żaden jednak nie podszedł, nie uśmiechnął się, po prostu nie dostrzegali jej. Pomyślała,

że  może  stoi za  bardzo  w  cieniu  i  posunęła  się  bliżej  kręgu  światła  rzucanego  przez  latarnię  z

pomostu. Ale to nie pomogło. Ostatni pasażerowie minęli ją obojętnie i tylko załoga promu stała

przy samej burcie kopcąc papierosy.

Czuła, że ogarnia ją znużenie i łzy zakręciły się pod powiekami. Przyszło jej na myśl, że nie

nadaje się zupełnie do niczego, skoro nawet tu nie zwracają na  nią uwagi i żaden marynarz nie

chce jej zaczepić.

Ktoś z promu rzucił w jej stronę ordynarny żart. Pozostali odpowiedzieli głośnym rechotem.

Czuła się, jakby ją ktoś spoliczkował. Szybko odeszła w mrok, jednak nie miała siły oddalić się

od przystani.

Zabrzmiał gong i prom mącąc spokojną wodę odpłynął na drugą stronę. Patrzyła, jak wykręcał

background image

80

wolno,  bokiem  podchodził  do  tamtego  brzegu,  gdzie  już  grupa  ciemnych  postaci  czekała  na

przeprawę.  Widok  ten  na  chwilę  przysłonił  holownik  płynący  w  stronę  Zakrętu  Pięciu

Gwizdków. Jego zachrypnięty buczek pięciokrotnie rozdarł nocną ciszę.

Czekała na granicy światła. Serce biło jej mocno, a spocone dłonie przyciskała ze wszystkich

sił do ud. Czuła, jak kolana lekko jej drżą i uginają się.

Gdy  prom  wrócił  na  tę  stronę,  tak  jak  poprzednio  ludzie  pośpiesznie  opuszczali  przystań.

Marynarzy  od  razu  można  było  odróżnić  od  robotników  portowych,  bo  byli  lepiej  ubrani,  szli

większymi grupkami i pozostawali nieco w tyle. Rozsiewali zapach amerykańskich papierosów i

mydła do golenia.

Stała teraz na środku drogi. Mijali ją z obu stron, lecz żaden nie zatrzymał się, nie obrzucił jej

pożądliwym spojrzeniem. Nie chcieli zbyt wcześnie wiązać się z dziewczyną. Pragnęli przedtem

pobawić  się,  wypić,  rozejrzeć  po  mieście...  Przepłynęli  więc  znów  obok  niej,  jak  strumień

omijający sterczący pośrodku kamień.

Pozostał  tylko  jeszcze  jeden  człowiek.  Stał  przed  trapem  i  zapalał  papierosa.  Widziała  go

wyraźnie, bo żarówka świeciła tuż nad jego głową. Był to jakiś mężczyzna w średnim wieku, z

niedużym  czarnym  wąsem.  Na  głowie  miał  beret,  a  ubrany  był  w  szare  flanelowe  spodnie  i

krótką zamszową kurtkę. Przyglądała mu się przez cały  czas, kiedy stał z zapałką  przy  ustach.

Wyglądał  na  zagranicznego  marynarza,  jego  ruchy,  powolność,  z  jaką  schodził  z  promu,

wszystko  zdawało  się  świadczyć,  że  nigdzie  się  nie  śpieszy  i  wyszedł  ze  statku,  żeby

rozprostować nogi.

„Teraz albo nigdy” – pomyślała Zośka. Postanowiła, że za wszelką cenę musi zwrócić uwagę

nieznajomego.  Cofnęła  się  nieco  w  stronę  cienia,  bo  bała  się  chamstwa  załogi  promu,  ale

przyczaiła się, gotowa zaczepić marynarza. Tymczasem on zapaliwszy wreszcie papierosa, ruszył

wolno, pozostawiając za sobą niebieskawe smugi dymu.  Zrobiła krok w  lewo  i  znalazła  się  na

wprost niego. Zobaczył ją, gdy prawie się zetknęli. Przymrużył oczy, bo wychodził ze światła i

nie  widział,  kto  przed  nim  stoi.  Dopiero  po  chwili  zorientował  się,  że  to  młoda,  ładna

dziewczyna.

–  O!  –  wykrzyknął  lekko,  nie  wiadomo:  zdziwiony,  ucieszony  czy  rozbawiony.  Zośka  w

dalszym ciągu nie orientowała się, jakiej narodowości jest marynarz. Widziała teraz jego twarz

tuż przed sobą i stwierdziła, że jest dużo starszy, niż wydawał się na pierwszy rzut oka.

– Mesje – bąknęła pod nosem. – Ma pan ochotę? Podobam się panu?...

background image

81

Zapadło  długie  milczenie,  w  czasie  którego  gong  z  promu  zabrzmiał  szczególnie  głośno.

Nieznajomy przyglądał się jej uważnie od stóp do głów. Na koniec powiedział:

– Zdaje się, że jesteś niebrzydka...

– O tak! – wykrzyknęła Zośka i zamilkła, bo poczuła, że nie tak trzeba, nie to należy mówić

mężczyźnie, któremu się chce sprzedać. Nie wiedziała, co ma dalej robić. Z kłopotu wybawił ją

on sam.

– Panienka już dawno tak?

Dopiero w tej chwili dotarło do jej świadomości, że mężczyzna mówi po polsku, a więc nie

jest obcym marynarzem. Oblała się rumieńcem wstydu, jakby to mogło mieć jakieś znaczenie.

– Pan nie marynarz? – zapytała naiwnie.

Odpowiedział ze śmiechem:

–  Owszem,  marynarz.  Można  ode  mnie  zarobić,  ale  nic  z  tego,  panienko.  Wolałbym,  żebyś

poszła spać.

Złość niespodziewanie ogarnęła dziewczynę.

– To moja rzecz – odcięła. – Jak pan nie chce, to nie. – A morały proszę zostawić dla siebie.

– Przepraszam – powiedział obojętnie – sam nie lubię morałów. Ale uważam, że szkoda cię do

tego fachu. Mam córkę w twoim wieku – dodał niespodziewanie i ominąwszy ją poszedł w mrok.

Nie spodziewała się, że rozmowa przybierze taki obrót, a równocześnie czuła się skrzywdzona

niewinnie. „Gdyby on wiedział, że jestem  głodna,  to  by  tak  nie  gadał”  –  przeniknęło  jej  przez

myśl.  Zapragnęła  nagle  dopędzić  marynarza  i  powiedzieć  mu  to  wszystko.  Miał  córkę  w  jej

wieku, a więc powinien zrozumieć, pomóc...

Ale przed nią było już pusto i cicho, jakby nikt tędy nie przeszedł. Ruszyła więc samotnie w

stronę  świateł  błyszczących  na  ulicach.  Dość  miała  tego  miejsca,  wiedziała,  że  nie  jest  zdolna

zaczepić tu już nikogo.

Napięcie minęło, i była teraz bezwładna, jakby pozbawiona woli. Szła brzegiem chodnika pod

samymi domami, jej cień chwilami przekreślał światła padające z okien na ulicę. Rzadkie, blado

jarzące się latarnie oświetlały jej sylwetkę wychodzącą z mroku i ginącą w nim znowu.

W sercu miała pustkę i obojętność. Czuła się tak, jakby te wszystkie sprawy nie dotyczyły jej,

a  kogoś  zupełnie  innego.  Na  skrzyżowaniu,  obok  masywnej  bryły  Morskiego  Domu  Kultury,

przystanęła, jakby zdziwiona wielką ilością świateł i gwarem ludzi wysypujących się z kina. Po

chwili skręciła w boczną wąską uliczkę i znów była sama.

background image

82

Nagle gdzieś z boku usłyszała dźwięk orkiestry. Z otwartych drzwi buchnęły na ulicę razem z

knajpianym  brzękiem  i  hałasem.  Natychmiast  też  wszystko  przycichło  i  tylko  szybki  w

zatrzaśniętych drzwiach przez chwilę cicho jęczały.

Stała pod drzwiami „Albatrosa”.

Za drzwiami była muzyka, znajome dziewczyny, weseli chłopcy, skorzy do stawiania wódki i

umawiania  się  na  noc.  Poczuła,  że  znów  zaczyna  drżeć  tak  jak  wtedy,  gdy  przystępowała  do

marynarza, żeby go zaczepić.

„Przecież mogę wejść – pomyślała. – Kto mi zabroni? I co w tym złego? Może spotkam kogoś

znajomego? Może uda mi się pożyczyć parę złotych...”

Ale zaraz przyszły inne myśli:

„Po co się oszukujesz? Nie masz odwagi? Jeden krok i będzie po wszystkim. Zawsze im się

podobałaś... Zarobisz lepiej niż inne... Miałaś przecież tu powodzenie...”

Już stawiała nogę na stopniu, kiedy nagle drzwi otwarły się na całą szerokość i ukazała się w

nich jakaś para. Zośka szybko odskoczyła w mrok i patrzyła na wychodzących. Poznała Magdę,

zwykle  bardzo  pewną  siebie  i  złośliwą  prostytutkę.  Prowadziła  za  rękę  jakiegoś  marynarza

mocno pijanego i mamroczącego pod nosem przekleństwa.

Oboje stanęli na ulicy i Magda powiedziała głośno:

– A forsę jeszcze masz?

– Nie bój się, chodź – ciągnął ją marynarz.

– Daj zaliczkę, to pójdę – upierała się.

– Co, mnie nie wierzysz? – zaperzył się nagle pijany. – Chodź.

– Daj zaliczkę.

– To masz, kurwo głupia – trzasnął ją w twarz, aż klasnęło po całej ulicy. – Mało ci, to jeszcze

dołożę. Nauczysz się wierzyć, jak ci poważny człowiek mówi.

Magda  zaniosła  się  przenikliwym  wrzaskiem  i  przekleństwami,  ale  on  nie  zwracał  na  to

uwagi, tylko zamierzał wrócić do knajpy. Wtedy nagle prostytutka chwyciła go za ramię i zaczęła

mówić błagalnie:

– No już dobrze, dobrze. Czego się złościsz, pożartować nie można? Chodź, chodź, zapłacisz

mi potem...

Zaśmiał się głośno, wulgarnie.

– Tak, to co innego. Lubię grzeczne dziewczynki. A swoje dostaniesz, tylko na drugi raz nie

background image

83

szuraj, bo jeszcze gorzej możesz dostać.

Zniknęli za zakrętem w najlepszej zgodzie.

Zośka z przerażeniem obserwowała tę scenę. Kiedy dziewczyna dostała w twarz, chciała jej

skoczyć na pomoc, ale w porę się powstrzymała.

Gdy  zobaczyła,  jak  prostytutka  mimo  poniżenia  zaczęła  się  łasić  do  pijanego,  u  którego

widocznie widziała pieniądze, poczuła obrzydzenie.

„O Boże – pomyślała z lękiem. – A może by tak samo mnie jakiś łobuz... W twarz... za parę

złotych...” – Nie, nie, nie! – krzyknęła na cały głos zapominając, gdzie się znajduje.

– Co nie, panienko, co nie? – usłyszała nagle tuż obok siebie.

Poderwała się przerażona, bo jakiś brudny typ pochylał się nad nią i uśmiechając się obleśnie

usiłował ją objąć.

– Wypiło się trochę, co? – zapytał.

Odepchnęła go gwałtownie, aż potoczył się na ścianę.

– Precz! – wrzasnęła – precz!  –  i  gnana  panicznym  strachem  jak  nieprzytomna  pobiegła  do

domu.

Rozdział XVI

Gdy  weszła  do  mieszkania,  odniosła  wrażenie,  że  znalazła  się  w  więziennej  celi,  wrogiej,

zimnej,  nieprzytulnej.  Długi  czas  stała  niezdecydowanie  przy  drzwiach  zastanawiając  się,  czy

znajdzie  dość  odwagi,  żeby  jeszcze  jedną  noc  spędzić  tu  samotnie.  Ale  w  końcu  uświadomiła

sobie, że nie ma dokąd się udać. Nie było nikogo, kto by mógł jej teraz, późno w nocy, udzielić

rady  czy  pomocy.  A  myśl  o  tym,  żeby  pójść  do  „Albatrosa”  i  poszukać  sobie  pocieszyciela,

odpędziła jak natrętną muchę.

„Co by Kostek na to powiedział? – pomyślała. – Przecież mimo wszystko nie chciał, żebym

była taka jak Wanda. Kostek to nie Gruby... Nie, nigdy się na to nie zdobędę...”

Szybko się rozebrała i położyła do łóżka. Ale nie  chciało jej się wcale spać. Po  wrażeniach

dzisiejszego  dnia  była  zdenerwowana,  wszystkie  troski  w  ciemności  wróciły  wypełniając  jej

myśli i dygotała pod kołdrą jak w gorączce. Na nowo przeżywała rozmowę z Grubym i czuła, że

background image

84

w tej chwili mogłaby go zabić.

„Jak on śmiał proponować mi coś takiego... Bydlę. I to niby kolega Kostka...”

Na  wspomnienie  Kostka  przestała  myśleć  o  Grubym.  Widziała  swego  chłopca  w  celi

więziennej i  nagle  rozczuliła  się  nad  nim.  Teraz  już  wszystkie  pretensje,  jakie  miała  do  niego,

stały  się  nieważne.  Było  jej  go  żal  i  przez  chwilę  marzyła  o  tym,  co  by  było,  gdyby  nagle

wrócił... Wiedziała jednak, że to jest zupełnie niemożliwe, ale równocześnie poczuła coś jakby

zawstydzenie, że do tej pory nie pomyślała o nim.

Kłócili  się  ostatnio,  to  prawda,  ale  przecież  było  jej  z  nim  dobrze.  Kierował  nią,  był  jej

opiekunem, przy nim znalazła jaką taką przystań, czuła, że jest mu potrzebna. A teraz, gdy wpadł

w tarapaty, ona nawet nie zatroszczyła się o niego, tylko żyła w strachu o własną skórę.

„A kto się o mnie troszczy? – zbuntowała się w duchu. – Przecież zostawił mnie bez grosza,

samą i jeszcze mogę przez niego mieć kłopoty.”

„Ale mówiłaś, że go kochasz – odpowiadała sama sobie. – A jemu jest chyba teraz gorzej niż

tobie.”

„Tak, ale przynajmniej dostanie tam jeść, a ja jestem głodna. Zresztą sam sobie winien.”

Długo tak prowadziła ten monolog. Jej ambicja i miłość własna nie pozwalały na przyznanie

się, że jednak nie jest w porządku wobec Kostka.

Dawno  minęła  północ,  kiedy  wreszcie  zdrzemnęła  się,  ale  był  to  półsen,  w  którym  nadal

szukała wyjścia ze swej sytuacji i snuła rozważania. Raz widziała się w „Albatrosie” otoczona

przez wesołych, śpiewających marynarzy, z których każdy  chciał  być jej kochankiem, to znów

miała  przed  oczami  twarz  matki,  patrzącą  na  nią  surowo  i  bezlitośnie  jak  sędzia  wydający

nieodwołalny wyrok. Potem przyśnił jej się Kostek, chudy i blady, z nienawistnie zaciśniętymi

wargami  i  błyszczącymi  od  gniewu  oczami.  Obraz  Kostka  zasłonił  ogromny  milicjant,  który

wyciągnął  brzęczące  kajdanki  i  zaczął  je  zakładać  na  jej  ręce.  Zośka  płakała  i  krzyczała,  ale

milicjant był nieubłagany.

Obudziła  się  zmęczona  i  rozbita.  Bolały  ją  wszystkie  kości,  a  w  głowie  czuła  szum,  jakby

gdzieś obok znajdował się wodospad. Nie mogła skupić myśli, ale za wszelką cenę postanowiła

przemóc słabość. Wstała i umyła się w lodowatej wodzie. To ją trochę otrzeźwiło. Poczuła się

raźniej.

„Muszę coś zrobić ze sobą, bo inaczej zdechnę tu z głodu albo zwariuję.”

Szybko uporządkowała  pościel,  ubrała  się  i  wybiegła  na  ulicę.  Na  widok  świeżych  bułek  w

background image

85

piekarni zrobiło jej się niedobrze. Przeszukała torebkę, ale nie znalazła w niej nawet grosza. Stała

przez chwilę wahając się, czy wejść i poprosić piekarza o kilka bułek na kredyt. Znał ją przecież,

stale  tu  kupowała  i  chyba  by  jej  nie  odmówił.  Ale  na  myśl  o  tym,  że  mógłby  odmówić  albo

potraktować ją jak żebraczkę, zrobiła się czerwona i uciekła jak najdalej od piekarni.

Nie czekając na tramwaj ruszyła pieszo do śródmieścia Gdańska. W pobliżu baraków Narwiku

odpoczęła chwilę, potem koło stoczni ulicą Jana z Koma doszła wreszcie do Starówki.

Zmęczona wędrówką, zdyszana i blada zapukała do znajomych drzwi.

– Kto tam? – usłyszała zaspany głos.

– Otwórz, to ja, Zośka.

Za drzwiami rozległo się skrzypienie łóżka, potem pośpieszne człapanie pantofli i po chwili

Celina otwarła drzwi, wołając:

– Ooo, co za gość! Zośka, jacy bogowie cię tu prowadzą? Wchodź, wchodź!

– Sama jesteś? – pytała Zośka nieśmiało wchodząc do pokoju.

– Sama, sama, wchodź dalej, siadaj, coś taka nieśmiała? O Boże! Jak ty wyglądasz, co się z

tobą dzieje?

Zośka usiadła ciężko przy stole i ukryła twarz w dłoniach. Nie  płakała,  ale bała się, że jeśli

spojrzy w twarz koleżance, wybuchnie łkaniem. Czuła się jak żebraczka, miała ochotę uciekać,

nic  nie  mówić,  byle  tylko  Celina  nie  litowała  się  nad  nią.  Ale  Celina  przestraszyła  się  nie  na

żarty. Podbiegła i zaczęła odrywać jej dłonie od twarzy.

–  Zośka,  Zośka,  co  ci  jest?  Mówże,  co  się  stało?  Na  litość  boską,  dziewczyno,  czy  to  coś

bardzo złego?

– Kostek aresztowany – powiedziała cicho Zośka.

Zapadło milczenie. Celina od razu zrozumiała, w jakiej sytuacji znalazła się Zośka. Poczuła

dla  niej  litość,  a  równocześnie  ogarnął  ją  lęk,  bo  i  ona  przecież  kiedyś  „pracowała”  z  nim

wspólnie.

– Gdzie, jak, co? – pytała. – Opowiadaj.

–  Poszedł  skupować  dolary  od  greckich  marynarzy.  Milicjanci  nakryli  go  akurat,  jak

wymieniał. Jeden prowadził Kostka, ale wyrwał się i zaczął uciekać. Potem go dogonili. Bronił

się. Pobił milicjanta.

– To koniec z nim. Nie wykręci się.

Dopiero teraz Zośka się  rozpłakała. Na widok jej łez Celina natychmiast przestała myśleć o

background image

86

Kostku i sobie.

Zaczęła pocieszać przyjaciółkę.

– No, przestań, przestań. To nie ma sensu. Czego beczysz? Przecież łzami mu nie pomożesz. –

A równocześnie sama poczuła, że ma oczy mokre i po chwili chlipała razem z Zośką.

Kiedy się wypłakały, Zośka poczuła się odważniejsza i zaczęła mówić.

–  Zabrał  wszystkie  pieniądze.  Zostałam  zupełnie  sama,  bez  grosza.  Nie  wiem,  co  ze  sobą

zrobić... W nocy prawie nie śpię. Boję się. O niego i o siebie. Nie mam co jeść...

W Celinę od razu wstąpiła energia.

–  Czemu  od  razu  nie  mówiłaś?  – zawołała.  –  Szlocham  razem  z  tobą,  a  ty  siedzisz  głodna.

Zaraz zrobię śniadanie. Nakrywaj do stołu, a ja nastawię herbatę.

Po  chwili  Zośka  jadła  jajecznicę  i  chleb  z  masłem.  Połykała  tak,  jakby  nigdy  jedzenia  nie

widziała  na  oczy.  Celina  troskliwie  smarowała  jej  chleb  i  dolewała  herbaty.  Kiedy  wreszcie

dziewczyna  zaspokoiła  głód,  uśmiechnęła  się  zażenowana  i  chciała  coś  powiedzieć,  ale  Celina

nie dała jej dojść do słowa.

–  Jazda,  rozbieraj  się  teraz  –  komenderowała.  –  Prześpisz  się  trochę,  to  zaraz  się  lepiej

poczujesz.  Wyglądasz  jak  z  krzyża  zdjęta.  Zmartwienie  najlepiej  jest  przespać.  Jak  wstaniesz,

świat będzie inny i zaczniemy radzić.

Zośka skwapliwie skorzystała z propozycji. Była teraz syta, czuła się spokojna i bezpieczna.

Zasnęła też natychmiast i spała kilka godzin.

A Celina przypomniała sobie, jak to kiedyś matka Zośki spała na tym samym łóżku zmęczona

podróżą i zmartwiona losami córki. Lubiła Zośkę i szczerze się nad nią litowała, ale pomyślała,

że przez tę dziewczynę miała już wiele kłopotów. Wizyta Zośki nie bardzo jej była na rękę. Samo

aresztowanie  Kostka  mogło  przecież  jej  również  niemało  przyczynić  przykrości.  A  jeszcze

Zośka, samotna teraz i zrozpaczona...

Gdy  przeminęły  pierwsze  uczucia  rozczulenia  i  litości,  zaczęła  na  zimno  rozważać  całą

sprawę  i  doszła  do  wniosku,  że  historia  jest  dla  niej  bardzo  niewygodna...  Długo  się  nad  tym

zastanawiała patrząc na śpiącą Zośkę. Wreszcie westchnąwszy ciężko zaczęła się ubierać. Potem

trochę posprzątała i wyszła po zakupy. Celowo przedłużała swój  pobyt w mieście,  żeby  Zośka

mogła się porządnie wyspać. Wróciła koło trzeciej i zaczęła przygotowywać obiad. Jej krzątanina

rozbudziła dziewczynę.

– Ależ się wyspałam – powiedziała przeciągając się.

background image

87

– Mówiłam ci, że na zmartwienie najlepszy jest sen – odparła Celina. – Spałaś jak borsuk. Już

trzecia minęła, wstawaj, zaraz będzie obiad.

–  Jednak  z  ciebie  fajna  koleżanka  –  mówiła  Zośka  wciągając  suknię.  –  Już  trzeci  raz  mnie

ratujesz.  Pamiętasz,  raz  jak  uciekłam  milicjantowi,  kiedy  mnie  wiózł  do  domu,  drugi  raz  jak

matka tu była, a teraz trzeci...

– Eee tam. Po co tyle gadasz? – Celina odwróciła się tyłem, bo  poczuła, że się czerwieni. –

Każdy by to zrobił.

Zośka pobiegła i pocałowała ją w policzek.

– Nie wygłupiaj się. Uczesz się, umaluj. Zaraz będzie obiad i ktoś jeszcze przyjdzie...

–  Ktoś  jeszcze  przyjdzie?  –  Zośka  poczuła  się,  jakby  ją  oblano  zimną  wodą.  Nagle

uświadomiła  sobie,  że  przecież  nic  nie  wie  teraz  o  Celinie.  W  duchu  już  liczyła  na  to,  że  jak

dawniej będzie mogła zostać z koleżanką i razem jakoś sobie poradzą. Ale jeśli Celina ma już

kogoś, to dla niej nie było tu miejsca.

– Kto? Celinko, czy ty... czy ty masz kogoś?

– Aaa, taki jeden – Celina jakby się tłumaczyła. – Ale to bardzo przyjemny człowiek. Razem

zjemy obiad...

Zośka poczuła, że nie ma wcale apetytu. Usiadła i zaczęła się czesać.

– Tak, muszę już

 

iść – powiedziała cicho. – Już i tak za długo zawracam ci głowę...

–  Zośka!  –  Celina  podeszła  i  wzięła  ją  za  rękę.  –  Nie  śpiesz  się,  musimy  coś  wymyślić.

Przecież tak nie możesz odejść. Trzeba ci pomóc...

– Tak, trzeba... coś trzeba wymyślić – mówiła Zośka bezwiednie. – Ale co?

– Czy zupełnie nie masz gdzie się podziać?

–  Ależ  nie.  Przecież  mam  pokój,  nawet  całkiem  przyzwoity.  Mieszkaliśmy  w  nim  z

Kostkiem...

– No to dobrze, że chociaż masz gdzie spać –  ucieszyła  się  Celina.  –  Najważniejszy  kłopot

odpada.

– Ale jeśli tam po mnie przyjdą?

– Dlaczego mają po ciebie przyjść? Przecież nic nie przeskrobałaś.

– Jestem wspólniczką Kostka...

– On cię nie wsypie. To twardy chłopak. Zresztą nie mogliby cię oskarżyć o handel walutą,

nie bądź głupia. To sprawa Kostka.

background image

88

– Tak, może masz rację...

– Widzisz, u mnie nie możesz zostać. Tak się złożyło.

Ty miałaś swojego Kostka, ja też... Nawet Kruszyna musiała się ode mnie wyprowadzić!... On

niedługo  przyjdzie.  Pracuje  do  czwartej.  Poznasz  go,  może  razem  coś  dla  ciebie  wymyślimy.

Trzeba ci wynaleźć zajęcie...

– Zajęcie? – Zośka uśmiechnęła się blado. – Ale co ja będę robiła?

– No przecież coś się znajdzie. Tyle jest dziewcząt, które jakoś sobie radzą... Może gdzieś w

sklepie albo...

–  Tak,  tak  –  przerwała  jej  Zośka.  –  Ja  już  o  tym  wszystkim  myślałam.  Ale  przecież  muszę

mieć  jakieś  zaświadczenia,  dokumenty,  opinie...  –  Nawet  nie  zdawała  sobie  sprawy  z  tego,  że

powtarza argumenty Grubego. – Zapytają mnie o rodziców, o to co robiłam dotychczas... I co ja

im powiem? Dadzą znać milicji i znów się zacznie. Zechcą mnie odesłać do domu albo wsadzą

do ciupy za to, że im wtedy uciekłam.

Celina  milczała,  bo  nie  umiała  znaleźć  odpowiedzi  na  te  słowa.  Ona  także  czuła  lęk  przed

milicją, wyjaśnieniami i dochodzeniami. Pomyślała w tym momencie, że właściwie najlepiej by

było, gdyby Zośka zrezygnowała z ambicji i zdecydowała się wrócić do domu. Głośno jednak nie

miała  odwagi  tego  powiedzieć,  bo  wiedziała,  że  w  tej  sprawie  Zośka  nie  zmieni  swego

postanowienia.

– Och, co ten Kostek narobił – wybuchnęła wreszcie Celina. – Niech go szlag trafi! Tyle przez

niego kłopotu...

– Daj spokój – powiedziała Zośka – co on winien, że go milicjanci złapali?

–  Mógł  się  wreszcie  zabrać  do  jakiejś  normalnej,  porządnej  roboty.  Miał  ciebie,  żyliście

dobrze,  to  przecież  chyba  wiedział,  że  do  śmierci  nie  będzie  handlował  dolarami  albo  skubał

facetów...

Zośka  nic  na  to  nie  odpowiedziała.  Ona  myślała  podobnie,  ale  teraz  przed  koleżanką  nie

mogła oskarżać swego chłopca.

– A swoją drogą szkoda go – powiedziała Celina już spokojniej. – Czy ty go jeszcze kochasz?

– Czy ja wiem? Kochałam go bardzo – wyznała naiwnie. – A teraz  sama nie wiem.  Żebym

mogła go jakoś wyciągnąć...

– Nawet nie marz o tym.

– Może by mu jakiś list posłać albo co?...

background image

89

–  Nie  myśl  o  tym.  Jak  chcesz  na  niego  czekać  parę  lat,  to  czekaj.  Chociaż  nie  wiem,  czy

warto, bo ja Kostka dobrze znam i wiem, że ty go bardziej kochałaś niż on ciebie.

– Celina!

– Tak było. To jest niebieski ptaszek, który cię lubił, ale na  zawsze chyba by się z tobą nie

związał. Jest zresztą jeszcze bardzo młody... Myśl lepiej teraz o tym, co zrobić z sobą. Wrócisz

do  swojego  pokoju.  Dobra.  Ale  co  dalej?  Pracy  się  boisz  szukać,  że  zażądają  wyjaśnień.

Możliwe, ale co wobec tego robić? Chyba wyjechać...

–  Wyjechać?  Stąd  wyjechać?  –  Zośka  była  szczerze  zdumiona.  Taka  myśl  nawet  jej  nie

przeszła przez głowę. Dokąd miałaby wyjeżdżać? Tu już przynajmniej znała miasto.

– Nie, to niemożliwe... – powiedziała.

– No więc co? – Celina chciała rozmowę doprowadzić do końca. Miała nadzieję, że Zośka na

coś się wreszcie zdecyduje. Byłaby spokojniejsza, gdyby ta decyzja zapadła przy niej.

– Wczoraj wieczorem wyszłam z domu – zaczęła opowiadać Zośka. – Nie wiedziałam, co z

sobą  zrobić.  Byłam  koło  promu  w  Nowym  Porcie.  Chciałam  sobie  złapać  jakiegoś  marynarza.

Oni mają pieniądze, a ja przecież nie jestem taka najgorsza, prawda?

– Zośka, przestań. Dlaczego myślisz o tym?

– A dlaczego mam nie myśleć? Do domu nie chcę wrócić. Pracy nie będę szukała, bo się boję

i zresztą nie potrafię nic robić, a za marnych parę złotych męczyć się jako robotnica fizyczna nie

chcę... Przecież w gruncie rzeczy moje życie z Kostkiem to było to samo. Tyle tylko że z jednym.

– To właśnie jest ta różnica...

– No ale co robić?...

–  Trzeba  jeszcze  kilka  dni  poczekać.  Namyślić  się.  Po  pewnym  czasie  wszystkie  wielkie

zmartwienia i kłopoty wydadzą się znacznie mniej ważne. Łatwiej wtedy będzie znaleźć wyjście.

– Ale ja nie mam z czego żyć. Przecież do ciebie przyszłam głodna...

–  To  ci  pożyczę  parę  złotych.  Jak  będziesz  miała,  to  mi  oddasz.  A  do  mnie  możesz

przychodzić.  Nawet  cię  proszę,  przychodź  codziennie.  Znamy  się  dobrze,  zawsze  ci  pomogę,

razem może coś wykombinujemy. Tylko nie rób głupstw...

Zośka  nic  nie  odpowiedziała,  a  Celina  zaczęła  szukać  w  torebce  pieniędzy.  Wyciągnęła  sto

złotych i położyła na stole. W tej chwili na schodach rozległy się kroki i do mieszkania wszedł

mężczyzna. Był wysoki, ciemny i miał nieogolone policzki. Pod pachą trzymał ceratową teczkę

złożoną  na  pół.  Miał  poważną  twarz  spokojnego,  zrównoważonego,  pewnego  swojej  siły  i

background image

90

władzy majstra.

Igiełka zazdrości ukłuła Zośkę w serce. Taki mężczyzna pasowałby i do niej, z takim można

być pewnym jutra, można by myśleć nawet o małżeństwie.

Celina szybko dokonała prezentacji, odebrała od niego teczkę i  zaczęła nakrywać do obiadu.

Zośka  ze  strachem  pomyślała,  że  za  chwilę  Celina  zacznie  wywlekać  przed  tym  solidnym

mężczyzną  jej  sprawy,  będą  o  niej  radzić,  zastanawiać  się.  Nie.  Nie  zniesie  tego.  Tym  razem

sama musi znaleźć wyjście. Zaczęła się nagle żegnać, przepraszając za najście. Celina zdumiona

zatrzymywała  ją  na  obiad,  ale  widząc  zakłopotanie  koleżanki,  stanowczą  chęć  odejścia,  dała

spokój.  Patrzyła  na  nią  z  troską  i  nic  nie  mówiła.  Pożegnały  się  tak  jakby  nazajutrz  miały  się

znowu zobaczyć, ale obie wiedziały, że tym razem rozstają się na zawsze.

Dopiero  gdy  znalazła  się  na  ulicy,  uprzytomniła  sobie,  że  sto  złotych  zostało  tam,  gdzie  je

położyła Celina. Nie wróciła jednak. Wąskimi zaułkami ruszyła przed siebie.

Przez dłuższy czas błądziła po Starówce. Trochę bezmyślnie pogapiła się na Neptuna, potem

obejrzała fotosy przed kinem. Wreszcie zatrzymała się przed znajomą bramą.

Zapadał już zmierzch i w oknach Jadźki widać było światło.

„Są w domu – pomyślała. – A może by tak wejść i tu poszukać ratunku? Przecież rodzicom

Jadźki doskonale się powodzi. Jej ojciec...”

Nagle przypomniał jej się zegarek. Odeszła szybko, jakby ją ktoś ścigał.

Kiedy jednak znalazła się przed swoim mieszkaniem, znów ogarnął ją lęk. Zawróciła sprzed

bramy  i  poszła  w  kierunku  stacji.  Ale  nie  miała  zamiaru  nigdzie  jechać.  Usiadła  po  prostu  na

chłodnej  ławce  i  długo  siedziała  zadumana,  aż  zawiadowca  zaczął  jej  się  podejrzliwie

przyglądać.

Gdy poczuła, że kostnieje z zimna, opuściła dworzec i poszła do domu.

„I co ja tu będę robiła?” – pomyślała patrząc na pusty pokój. Pokręciła się, niezdecydowana, w

końcu  postanowiła  napisać  do  Kostka  list.  Znalazła  gdzieś  kartkę  papieru  i  ołówek.  Chwilę

męczyła  się  nad  jego  zatemperowaniem,  wreszcie  zaczęła  pisać.  Ale  pisanie  jej  nie  szło.  Zbyt

wiele przeżyła w ostatnich godzinach, by łatwo było przelać na papier słowa jakiejś pociechy czy

zwierzyć się ze swego stanu i sytuacji. Zresztą nigdy dotychczas z Kostkiem nie korespondowała

i  teraz  nie  potrafiła  znaleźć  bezpośredniego,  naturalnego  tonu.  Sztywność  napisanych  zdań

uderzyła ją przykro. Biedziła się jeszcze nad słowami szczerymi, przepojonymi uczuciem, ale nic

z tego nie wychodziło. Wszystkie wydały jej się sztuczne, nienaturalne. Usiłowała się sama przed

background image

91

sobą usprawiedliwić, zdumiona chłodem, jaki w sobie teraz czuła. Zaczęła przebiegać myślami

szczegóły  pożycia  swego  z  Kostkiem,  wyławiać  chwile  zgrzytów,  kłótni,  godziny  złe  i  pełne

zwątpienia  w  sens  ich  wzajemnego  związku,  w  prawdziwość  ich  miłości.  Ostro  zapamiętała

zwłaszcza  rozstanie  owego  fatalnego  ranka,  odtwarzała  towarzyszący  mu  nastrój,

rozpamiętywała  uczucia.  Nieraz  po  takiej  jak  owa  chwili  następował  okres  zgody,  ale  zaczęła

dochodzić do wniosku, że długo by chyba tak nie wytrzymali. Przypadek przyśpieszył rozstanie,

opłacone wolnością Kostka.

Rozważając  ten  splot  wypadków  mimo  wszystko  sama  sobie  wydała  się  najbiedniejsza,

najbardziej  pokrzywdzona,  bez  wyjścia.  Rozrzewniła  się  tak  bardzo,  że  łzy  obfitą  strugą

wytrysnęły jej z oczu. Długo płakała oparłszy  głowę na stole. Wreszcie wstała, podarła polany

łzami  papier  i  bezradnie  rozejrzała  się  po  pokoju.  I  nagle  poczuła  niechęć  do  tych  kątów,  tak

straszna wydała jej się tu samotność, że w jednej chwili przebrała się i wyszła z mieszkania.

Rozdział XVII

W  „Albatrosie”  przyjęto  do  orkiestry  czwartego  muzyka.  Był  to  trębacz  o  ambicjach

nieporównanie  większych  od  możliwości.  Wśród  znajomych  chciał  uchodzić  za  Armstronga,  a

był podrzędnym grajkiem.

Gdy Zośka weszła na salę, popisywał się właśnie solo utworem Gershwina. Trąbka żałośnie

łkała  na  najwyższych  tonach,  chwilami  dławiła  się  i  charczała,  a  trębacz  był  siny  z  wysiłku.

Śliczna, choć zniekształcona melodia płynęła nad zadymioną, duszną, pełną szeptów salą.

...Niech ci nie będzie żal...

Jakaś dziewczyna nuciła półgłosem pełna zachwytu:

...Nie wołaj mnie...

Zośka  mrugała  oczami,  jakby  obawiała  się,  że  lada  chwila  wybuchnie  łkaniem.  Pod

powiekami coś ją piekło i widziała czerwone kręgi.

Na sali zauważyła kilka znajomych dziewczyn. Przeważnie siedziały w towarzystwie. Z żadną

nie była w zbyt wielkiej zażyłości. Kostek nie pozwalał na to i ona sama uważała się także za

lepszą  od  nich.  Jeśli  się  więc  stykały,  to  zawsze  raczej  jako  antagonistki,  gdyż  panowało  tu

background image

92

przekonanie,  że  Zośka  dla  dziewczyn  portowych  stanowi  konkurencję.  Nie  lubiły  jej,  często

dokuczały i nie szczędziły przycinków.

– Już przyszłaś? – Ciotka szczerzyła zęby w jakimś złym uśmiechu. Świdrowała ją wzrokiem i

czekała na odpowiedź. Zośka ucieszyła się na jej widok.

– Szukałam Ciotki – powiedziała. – Byłam nawet w domu.

– Co masz do mnie?

– No, chciałam... Ciotka mówiła... – dziewczyna nie wiedziała, co powiedzieć, bo miejsce nie

było odpowiednie i stara patrzyła tak jakoś dziwnie.

–  Chodźmy  gdzieś  w  kąt,  to  mi  opowiesz  –  zaproponowała  Ciotka  i  nie  oglądając  się  na

dziewczynę podążyła w odległy, ciemny kąt sali, gdzie właśnie jakaś para zwolniła stolik.

– No więc? – pytała Ciotka, kiedy usiadły.

Zośka milczała w dalszym ciągu. Słowa prośby o pomoc nie mogły jej przejść przez gardło. A

Ciotka im dłużej na nią patrzyła, tym więcej zdawała się rozumieć.

– Tak – westchnęła jakby do siebie. – Jak tylko usłyszałam, że go zamknęli, wiedziałam, że

przyjdziesz. No i jesteś.

Łzy zaczęły Zośce spływać po policzkach. Nie wstrzymywała ich. Padały wolno na blat stołu.

A Ciotka mówiła:

– Nie będę cię ratować. To nie moja sprawa. Zresztą nie dałabym rady. Mogę najwyżej pomóc

ci w jednym – żebyś nie została ostatnią w tym kółku. Wiem, że to smutne, ale ja na to nic nie

poradzę. Szewc może wyszkolić drugiego szewca, a kurwa drugą kurwę. Gdybym wiedziała, jak

tego uniknąć, już niejedną bym uratowała. Sama siebie bym kiedyś może też uratowała. Wiele ci

mogę doradzić i pomóc, ale pamiętaj, że twoim życiem musisz pokierować sama.

Kelner pochylił się nad nimi i powiedział dobitnie:

– Panienki, zajmujecie stolik Starajcie się o kogoś albo jazda stąd. Ciotka spojrzała na niego

zimno.

– Nie twoja rzecz, wypierdku. Przynieś tu ćwiartkę czystej i coś do zjedzenia, jasne?

Kelner,  odważny  przy  mężczyznach,  ale  czujący  respekt  przed  bywalczyniami  tego  lokalu,

wycofał się bez słowa, a po chwili postawił na stole butelkę i talerz z kanapkami.

Zośce zaświeciły się oczy. Przełknęła ślinę i zbladła.

Ciotka zobaczyła zmianę w jej twarzy i uśmiechnęła się:

– Głodna jesteś? Dlaczego tak długo nie było cię widać? Broniłaś, się, nie chciałaś łaski, tak?

background image

93

Ambicje schowaj do torby, a bierz się do jedzenia.

Stara  nalała  do  kieliszków  i  gestem  zaprosiła  Zośkę.  Dziewczyna  jednym  haustem  wypiła

alkohol  i  wpakowała  do  ust  kanapkę.  Od  razu  zrobiło  jej  się  dobrze.  Wódka  zapiekła  we

wnętrznościach i natychmiast oszołomiła ją. Jadła z uczuciem lekkości, czuła, że wraca spokój.

Sięgnęła po drugi kieliszek.

– Poczekaj – ostrzegła stara. – Zjedz najpierw, bo się urżniesz.

– Głupstwo – krztusząc się odrzekła Zośka. – Dobrze mi teraz...

Brudna sala, tańczące pary, złe dziewczyny – wszystko to wydało jej się dobre i bliskie. Jadła

już spokojniej i uśmiechała się do Ciotki i wszystkich dookoła.

– Daj jeszcze.

– Dobrze – powiedziała Ciotka – ale jedz, bo nikt cię nie będzie stąd wynosił.

Jadła, choć apetyt już jej właściwie przeminął. Za to trzeci kieliszek smakował ogromnie.

– Odwdzięczę ci się – powiedziała do Ciotki – jesteś bardzo dobra.

– Nie lubię, jak ktoś głupstwa pieprzy – mruknęła Ciotka i aby  pokryć zmieszanie, zwróciła

się do kelnera:

– Przynieś no jeszcze raz taką porcję.

Wanda, dziś bez swego grubasa, podeszła do nich.

–  Ho,  nieźle  tu  sobie  radzicie.  Co  to,  nie  ma  wam  kto  postawić,  że  same  tak  pijecie?  –

zaśmiała się na widok wódki. – Dacie kielicha?

– Źle ci idzie? – zagadnęła Ciotka.

– Normalnie. Zawsze swojego znajdę. Jeszcze nie było, żeby Wanda odeszła stąd sama.

Wypiły i Zośka poszła tańczyć. Twarz partnera trochę jej się zamazywała, ale czuła się dobrze

i tańczyła z werwą. Gość coś do niej mówił, ona kiwała głową, ale nic nie rozumiała. Gdy trębacz

fantastycznym  akordem  zakończył  melodię,  machinalnie  podsunęła  policzek  do  pocałowania  i

wróciła do stolika.

– Panienka robi postępy – zgryźliwie zauważyła Wanda.

– Tak? – zdziwiła się Zośka, bo nie bardzo wiedziała, o co chodzi.

Chuda blondynka chciała jej coś odpowiedzieć, ale w tej chwili przysiadła się do nich jeszcze

jedna dziewczyna. Twarz miała okrągłą, dość miłą, ale grzywka rudawych włosów opadających

na  brwi  mocno  ją  szpeciła.  Zbyt  jaskrawo  umalowana,  zachowywała  się  z  wielką  pewnością

siebie. Była zgrabna i nie nosiła stanika. Wyraźnie znać było sutki pod białą obcisłą bluzką.

background image

94

– Aaa, Fredka, dawno cię nie widziałam – powitała ją Wanda, a w głosie jej dała się wyczuć

nuta respektu.

– Miałam kogoś stałego, dobry facet – powiedziała przybyła z lekkim skrzywieniem ust.

– I co, już go nie ma?

– Nie lubię wiązać się na długo...

Zośce  nie  podobała  się  Fredka.  Wyzywające  zachowanie,  pretensjonalne  miny,  jakieś

zarozumialstwo bijące z jej słów – wszystko to razem drażniło dziewczynę. Widać było, że tamta

czuje się tu pewnie i władczo.

Muzyka zagłuszyła rozmowę Wandy z Fredką. Marynarz znów podszedł do ich stolika i zgiął

się w ukłonie. Ruda Fredka uśmiechnęła się do koleżanek i wstała obciągając wąską spódnicę. W

tej samej chwili podniosła się Zośka. Marynarz wziął ją za rękę i poprowadził na parkiet.

Jaskrawy  rumieniec  wypłynął  wolno  na  twarz  rudej.  Zdziwiona,  wysoko  podniosła  brwi  i

patrzyła  za  odchodzącymi.  Usiadła  wreszcie,  ale  dobrze  widziała  złośliwy  uśmieszek  Wandy  i

ironię w oczach Ciotki.

– Co to za jedna? – zapytała od niechcenia.

– A, taka sobie. – Wanda wzruszyła ramionami. – Chłopaka miała, ale go zamknęli. Teraz jest

sama i przyszła tu.

– Zostawcie ją w spokoju – powiedziała Ciotka. – To spokojna dziewczyna. Nic wam do niej.

– Po co tu lezie? – warknęła Fredka.

– Sama chcesz wszystkich? Nie dasz rady.

– Ale nie pozwolę, żeby mi faceta przed nosem brała.

– To był jej chłopak, już tańczyli.

Ciotka czuła, że Fredka już nienawidzi Zośki i chciała uchronić dziewczynę przed jej złością.

Znała  dobrze  wszystkie  bywalczynie  ,,Albatrosa”  i  wiedziała,  że  każdą  nową  przyjmują  jak

osobistego wroga. A Fredka była szczególnie groźna, bo cieszyła się opinią najlepszej prostytutki

w Nowym Porcie i zazdrosna była o tę swoją sławę. Słynęła zresztą z mściwości i uporu.

A Zośka nawet się nie domyślając, że wzbudziła u współbiesiadniczki takie uczucia, tańczyła

coraz czulej ze swoim marynarzem. Była pijana i tuliła się do niego nie zważając na nic. Trochę

się jej podobał, dobrze tańczył i ciągle coś szeptał na ucho.

Pozwoliła  się  zaprowadzić  do  bufetu,  wypiła  kieliszek  wódki  i  wróciła  do  stolika  kiwając

głową, że jeszcze pójdzie z nim tańczyć.

background image

95

– Panienka powinna wiedzieć, że tu się facetów nikomu nie podrywa sprzed nosa – powitała ją

Fredka.

– Co się stało, jakiego faceta? – dziwiła się Zośka.

– Daj spokój – Ciotka próbowała zażegnać burzę, ale Wanda judziła:

– Patrz, jakie to niewiniątko. Zachowuje się jak świnia, a udaje świętą.

– Co pani mówi? Kto? – bez gniewu pytała Zośka.

Fredka już rozwścieczona przybliżyła swoją twarz i syczała:

– Jak chcesz mieć gnaty całe, to płyń stąd, ścierko, rozumiesz?

Zośka rozszerzonymi ze zdumienia oczyma patrzyła w bladą od gniewu twarz rudej.

– Dlaczego? Za co? Czy mi tu nie wolno? – pytała.

– Tam, gdzie ja jestem, nie wolno ci się pokazywać – Fredka podniosła głos.

Od sąsiednich stolików zaczęli patrzeć w ich stronę.

Ciotka  jeszcze  próbowała  załagodzić,  ale  już  nikt  na  nią  nie  zważał.  Fredka  rzuciła  grube

przekleństwo.

–  Ja  tu  rządzę!  Ja  tu  jestem  królową  portu!  Wynocha  i  niech  cię  więcej  nie  widzę  w

„Albatrosie”, bo przejedziesz się do parku sztywnych!

Zośka  opanowała  już  zdziwienie.  Zrozumiała  wreszcie,  o  co  chodzi,  ale  nie  miała  zamiaru

ustąpić. Teraz w niej zagrała ambicja. Zaśmiała się i zawołała histerycznie:

– Ha, ha, ha, królowa! Taka ruda małpa z grzywą, królowa! Nie...

Dalsze  słowa  utknęły  jej  w  gardle,  bo  Fredka  z  całej  siły  trzasnęła  ją  w  twarz.  Nim  Zośka

uświadomiła  sobie,  co  się  stało,  już  otrzymała  drugi,  znacznie  silniejszy  policzek.

Nieprzygotowana na ciosy dziewczyna spadła i krzesła. Fredka zerwała się, ale nim doskoczyła

do przeciwniczki, ta już zdążyła się podnieść  i  niczym  zawodowy  bokser  walnęła  ją  pięścią  w

brew tuż pod grzywką. Pierścionek rozciął skórę i krew zalała Fredce oko. Ale ona, nie zważając

na to, z dzikim okrzykiem chwyciła Zośkę za włosy i targnęła ku sobie. Zośka przygięta nagle do

ziemi  zobaczyła  ostry  czubek  pantofla  tuż  przed  nosem.  Odruchowo  złapała  za  ten  pantofel  i

szarpnęła. Obydwie runęły na ziemię.

Na  sali  podniósł  się  krzyk  i  zamieszanie.  Jedni  podjudzali  dziewczyny,  inni  zanosili  się  od

śmiechu, niektóre kobiety piszczały przeraźliwie, a kelnerzy biegli uspokoić walczące. Ale nikt

nie  zdołałby  ich  rozdzielić.  Kelner,  który  podszedł  zbyt  blisko,  dostał  od  Fredki  kopniaka  w

kolano. Wykorzystała to Zośka i znów ulokowała cios na twarzy przeciwniczki. Walczyła teraz

background image

96

wściekle, ogarnięta niebywałą furią, i wołała:

– Ja ci dam królową portu! Ty szmato! Ja ci dam!

Fredka  podarła  na  niej  bluzkę  i  Zośka  była  w  samym  staniku.  Ale  nieszczęsna  „królowa”

wyglądała znacznie gorzej. Twarz miała zakrwawioną, włosy potargane, brew i wargę rozciętą,

nogę wykręconą w kostce, a buty gdzieś pogubiła.

W pewnej chwili Zośka kopnęła ją w kolano i Fredka zatoczyła się do tyłu. Padając, uderzyła

głową o kant krzesła i straciła przytomność.

A  Zośka  wpadła  w  szał.  Pchnęła  stolik  na  ludzi  i  wyskoczyła  na  środek  sali.  Z  dzikim

wzrokiem, podrapana i rozczochrana, bez bluzki wyglądała jak uosobienie furii.

– Ja tu jestem królową! – krzyczała nieprzytomnie. – Ja! ja! ja!

Zatoczyła  się  i  spojrzała  po  sali  błędnym  wzrokiem.  Z  wolna  wracała  jej  przytomność.

Musiała oprzeć się o stolik.

Na sali panowała cisza.

Nagle  z  kręgu  ludzi  otaczających  Zośkę  wysunął  się  młody  marynarz.  Poznała  go  i

uśmiechnęła się.

– Prawda, mieliśmy tańczyć – szepnęła.

Wziął ją pod rękę i łagodnie wyprowadził z knajpy. Nie protestowała, kiedy okrywał ją swoją

marynarką. Chłopak nie wiedział, dokąd iść, ale Zośka sama go poprowadziła. Mieszkała niezbyt

daleko od „Albatrosa”.

Rozdział XVIII

Od  tej  pory  spotykały  się  codziennie  na  małym  placyku  przed  skwerkiem  i  razem  szły  do

„Albatrosa”. Zośka przyzwyczaiła się do starej i traktowała ją  jako swoją opiekunkę a zarazem

powierniczkę.  Ciotka  również  jakoś  dziwnie  polubiła  dziewczynę.  Może  ceniła  w  niej

niespotykaną wśród portowych dziewcząt świeżość i prostotę, może żal jej było smarkuli, która

jednak była bardzo mało doświadczona i lada chłystek mógł ją wykorzystać, jak mu się żywnie

podoba,  a  może  po  prostu  sama  potrzebowała  przyjaźni  i  znalazłszy  ją  u  młodszej  od  siebie  o

prawie pół wieku dziewczyny trzymała jej się, jak człowiek stary szukający oparcia. Kilka dni po

background image

97

awanturze z Fredką Gruby zaczepił Zośkę.

– Uważaj, mała, marne twoje widoki – powiedział ostrzegawczo.

– Dlaczego?

– Zadarłaś z królową portu, a ona ma sporo obrońców. Mogą się z tobą rozprawić.

– Jakoś nie zauważyłam, żeby miała ochotę się mścić – wzruszyła ramionami Zośka.

– Nie znasz jej. Mówię ci, że ona nie daruje.

– Najwyżej dostanie jeszcze raz. Ale zdaje się, że jej wystarczyło tamto lanie.

Zośka była pewna siebie po zwycięstwie nad Fredką i teraz nie bała się nikogo. Zresztą miała

rację,  bo  swoim  wyczynem  zdobyła  przebojem  ten  drapieżny,  ciemny  światek  i  wszystkie

ustępowały  jej  pierwszeństwa.  Sama  Fredka  wyniosła  się  z  „Albatrosa”  i  wyglądało  na  to,  że

istotnie  nauczka,  jaką  otrzymała,  odniosła  skutek.  Lecz  Gruby  strasząc  Zośkę  miał  na  myśli

przede wszystkim własny interes. Nie zrezygnował jeszcze ze swoich planów. Przekonywał:

– Nie podskakuj, bo złamiesz nogę. Pamiętaj, że tu nie ma mocnych.

– Nie rozumiem, o co chodzi? – dziwiła się Zośka.

– Głupia jesteś. Powinnaś wiedzieć, że bez opiekuna nie dasz sobie rady.

– A po cholerę mi opiekun? Miałam jednego, to poszedł siedzieć i o mało przez niego z głodu

nie umarłam.

– Bo był młody i durny. Takiej jak ty potrzebny facet doświadczony i mądry.

– Na przykład ty?

Gruby odparł z tupetem:

– Właśnie taki. Wanda nie narzeka, a ty też byś nie miała krzywdy. Żaden dupek nie tknąłby

cię palcem.

– Niech cię o to głowa nie boli – zaśmiała się cynicznie.

Gruby wzruszył ramionami.

– Jak chcesz. Ale pamiętaj, że cię ostrzegałem.

– Mam opiekunkę i to mi wystarczy.

– Tę starą miotłę?

Roześmiała mu się w nos i poszła tańczyć z Murzynem, który od dawna się do niej zalecał.

Gruby zaklął i rozczarowany patrzył krytycznie na Wandę. Choć sam przed sobą nie chciał się

do  tego  przyznać  odczuwał  podziw  dla  Zośki  a  zarazem  drażniła  go  jej  samodzielność.  Nic

jednak nie mógł na to poradzić.

background image

98

A powodzenie miała jak żadna dotychczas w tym lokalu. Ciotka nieraz śmiała się:

–  Kiedy  tak  siedzę  i  patrzę  na  ciebie,  to  zdaje  mi  się,  że  tę  wszystkie  bubki  kochają  się  w

tobie. Zawracasz im w głowach, a te kurwiszony skręcają się z zazdrości.

Zośce  pochlebiało  to.  Jeszcze  czasem  miała  skrupuły,  że  wybrała  taką  drogę,  ale  coraz

rzadziej o tym myślała. Teraz była walka konkurencyjna, walka na pazury, jak z Fredką, tyle że

cicha,  bezkrwawa,  o  zdobycie  powodzenia  i  popularności.  Popularność  to  były  pieniądze,  a

pieniądze to było życie. Tak rozumowała i dlatego uznanie Ciotki dodawało jej otuchy. Zresztą

nowe  życie  też  niepozbawione  było  uroków,  które  miały  dla  młodej  dziewczyny  pewne

znaczenie. Ustawiczna zabawa, zaloty, umizgi, miłe słówka, alkohol, który lubiła coraz bardziej

– wszystko to odurzało ją i pociągało. Czuła się panią siebie i tego lokalu. To nic, że rano był

niesmak i kac – młode, zdrowe ciało wytrzymywało wszystko. Wieczorem kac przechodził i w

głowie znów przyjemnie szumiało.

I  tak  płynął  dzień  po  dniu.  Minęła  jesień,  zima.  Życie  jej  płynęło  teraz  prawie  wyłącznie

między knajpą a łóżkiem.  Pieniędzy  miała  w  bród,  zaczęła  nawet  sporo  odkładać,  bo  potrzeby

miała małe, a zarobki stale rosły.

Początkowo chciała przenieść się do Ciotki. Pomysł ten przyszedł jej do głowy wtedy, kiedy

jeszcze  czuła  się  samotna,  słaba  i  bezradna.  Ciotka  nawet  się  z  tego  ucieszyła.  Liczyła,  że

znajdzie  w  Zośce  opiekunkę,  bo  dziewczyna  miała  dobre  serce  i  okazywała  jej  sympatię.  Ale

wkrótce obydwie doszły do przekonania, że to bardzo utrudniałoby sytuację. Mieszkać w jednym

małym  pokoiku,  stale  krępować  się,  to  mogło  źle  wpłynąć  na  „pracę”  Zośki.  Mieszkały  więc

dalej oddzielnie, ale widywały się codziennie i w końcu wszyscy uważali je za krewne. Niektórzy

marynarze sądzili nawet, że Zośka jest córką Ciotki i że ta stara prostytutka opiekuje się swoją

młodą następczynią.

„Albatros”, który początkowo, gdy chodziła tam zmuszana przez Kostka, wydawał się Zośce

obrzydliwą knajpą, stał się teraz jej drugim domem. Czuła się tu pewnie i spokojnie. Właściciel,

barman i kelnerzy kłaniali się jej, czego nie czynili w stosunku do żadnej innej dziewczyny

Wiedzieli,  że  wielu  klientów  przychodzi  tu,  żeby  choć  zobaczyć  słynną  młodą  „królową

portu”,  a  taki  magnes  umieli  szanować.  Nieraz  też  pomagali  jej  się  ukryć,  kiedy  milicja

niespodziewanie wpadała, żeby wyłowić parę prostytutek i ciemnych typów. Sama zresztą była

ostrożna i tak jak jej radziła Ciotka, wynosiła się z lokalu, gdy tylko zauważyła coś podejrzanego.

Każda bójka rodziła przecież niebezpieczeństwo nalotu milicji, dziewczyna więc nie ryzykowała,

background image

99

brała amanta pod pachę i uciekała do swego pokoju, gdzie nikt jej nie przeszkadzał.

A jednak zdarzyło się, że wpadła.

Awantura wybuchła niespodziewanie. Zadziorny Amerykanin popchnął przy bufecie pijanego

Fina. Zresztą obydwaj mieli dobrze w czubie i niewiele potrzebowali do wybuchu wściekłości.

Magda,  ryżawa,  pulchna  „mewka”,  ta  sama  co  na  oczach  Zośki  dostała  po  twarzy  przed

„Albatrosem”,  pilnowała  Amerykanina  i  miała  nadzieję,  że  wyciągnie  z  niego  masę  dolarów,

widząc, na co się zanosi, próbowała go uspokoić. Stanęła między przeciwnikami i szczebiotała

wesoło:

– Spokój, chłopaczki, spokój. Po co sobie zęby wybijać bez powodu.

Fin  chciał  ją  odsunąć,  ale  że  nie  bardzo  panował  nad  swoimi  ruchami,  pchnął  za  mocno  i

Magda poleciała na najbliższy stolik. Wtedy podniósł się ogromny, podobny do buldoga Anglik i

bez słowa uderzył Amerykanina w szczękę. Jankes, nim zdążył się zdziwić, za co go bije Anglik,

już leżał  pod  bufetem.  Krępy,  muskularny  Polak,  widząc,  że  Anglik  postąpił  niesprawiedliwie,

poskoczył  i  dał  mu  w  oko.  Fin  również  nie  miał  zamiaru  stać  obojętnie,  a  ponieważ  stracił

orientację, kto kogo i za co bije, kropnął na wszelki wypadek Polaka.

Rozgorzała  prawdziwa  bitwa  narodów.  Ze  wszystkich  stron  sali  pośpieszyli  marynarze  na

odsiecz swoim rodakom. Przy bufecie zakotłowało się. Kłębowisko ciał, wrzeszcząc i klnąc we

wszystkich  chyba  językach  świata,  przesunęło  się  na  środek  i  tam  widać  było  tylko  migające

pięści,  nogi,  rozognione  twarze.  Prostytutki  piszczały  i  kryły  się  po  kątach.  Bufetowy  chował

butelki pod ladę, kelnerzy obstawiali drzwi, żeby nikt nie uciekł.

Zośka w momencie wybuchu awantury siedziała pod oknem i pozwalała jakiemuś Szwedowi

badać,  czy  jest  dobrze  zbudowana.  Gdy  zobaczyła,  co  się  święci,  chciała  swoim  zwyczajem

wyciągnąć marynarza z lokalu i uciec do domu. Ale Szwed poczuł nagle w sobie skandynawską

solidarność i ruszył na odsiecz Finowi. Dziewczyna machnęła ręką na niego. Rozejrzała  się  za

Ciotką. Stara była niedaleko i też jej szukała.

– Uciekajmy – powiedziała. – Powariowali chyba, dawno czegoś takiego nie widziałam.

Razem  chciały  przedostać  się  do  drzwi,  ale  to  nie  było  takie  łatwe.  Gromada  walczących

marynarzy  zatarasowała  przejście,  stoliki  były  poprzewracane,  a  krzesła  fruwały  w  powietrzu.

Bokiem pod ścianą zaczęły się przeciskać na drugi koniec sali, gdzie były drzwi. Musiały bardzo

uważać,  żeby  nie  oberwać  przez  omyłkę  i  co  chwila  zasłaniały  głowy  rękami  lub  kryły  się  za

stolikami.

background image

100

Wtem  Zośka  ujrzała,  że  obok  nich  skrada  się  jakiś  marynarz.  Był  pokrwawiony  i  wyglądał

niesamowicie. Poznała w nim Fina, który rozpoczął zwadę z Amerykaninem.

Myślała, że chłopak ma dość i pragnie uciec z pola bitwy. Ale w twarzy pijanego marynarza

ujrzała zaciętość i nienawiść.

Fin  zakradał  się  w  stronę,  gdzie  Amerykanin  walczył  z  dwoma  przeciwnikami.  „Kowboj”

widocznie  lubił  takie  bójki,  bo  śmiał  się  i  wywijał  pięściami  niczym  zawodowy  bokser.  Nie

przeczuwał niebezpieczeństwa.

Nagle Fin skoczył i wtedy Zośka ujrzała błysk noża.

– Jezu! – krzyknęła i odruchowo rzuciła się przed siebie.

Znajdowała  się  akurat  w  połowie  drogi  między  Finem  a  Amerykaninem.  Chwyciła  ręką

wzniesiony  do  ciosu  nóż  i  szarpnęła.  Fin  zaklął  dziko  i  kopnął  ją.  Zatoczyła  się  pod  drzwi  i

poczuła, że ręka strasznie ją piecze. Nóż przeciął na ukos całą dłoń. Zachwiała się z przerażenia,

lecz Ciotka podtrzymywała ją i pociągnęła do wyjścia.

Ale już było za późno.  Do  środka  wciskali  się  milicjanci  z  paskami  pod  brodą  i  pałkami  w

rękach.  Było  ich  ze  dwudziestu.  Większość  rzuciła  się  między  walczących,  a  reszta  obstawiła

drzwi i okna.

Wkrótce  pałki  uspokoiły  rozwścieczonych  marynarzy,  a  milicjanci  zaczęli  wyprowadzać

uczestników bójki.

Półprzytomna z przerażenia Zośka znalazła się w samochodzie wśród innych prostytutek.

Rozdział XIX

W ciasnej, ciemnej celi siedziało ich kilkanaście. Trudno właściwie powiedzieć, że siedziały.

Po  prostu  tłoczyły  się  w  oczekiwaniu  na  przesłuchanie.  Zośka  wraz  z  kilkoma  przysiadła  na

kawałku pryczy.

Ranek  wdarł  się  do  celi  wąskim  strumieniem  światła  przez  zakratowane  okienko.  Twarze

prostytutek wyglądały w tym blasku jak upiorne maski. Po nieprzespanej nocy miały podkrążone

oczy, porozmazywane szminki i potargane włosy. Większość z nich była przyzwyczajona do tego

miejsca. Nieraz milicja przywoziła je do komendy miejskiej i wiedziały, że nic wielkiego stać im

background image

101

się nie może. One też pouczały koleżanki, które po raz pierwszy zetknęły się z obyczajówką.

– Nie kwicz, głupia kozo – uspokajała Magda wątłą dziewczynę popłakującą cicho ze strachu.

– Nic ci tu nie zrobią.

– Nie zamkną? – z niedowierzaniem pytała chlipiąc dziewczyna.

– Chcieliby, ale nie mogą. Nie mają prawa.

– A jednak teraz wsadzili nas do kozy – wtrąciła druga nowicjuszka.

– Zawracanie głowy – Magda potrząsnęła głową odgarniając opadające na oczy włosy. – Już z

dziesięć  razy  tu  byłam  i  zawsze  musieli  wypuścić.  Mogą  nas  trzymać  najwyżej  czterdzieści

osiem godzin.

–  Chyba  że  przyłapią  którąś  na  jakimś  przestępstwie  –  dorzuciła  z  boku  inna  bywalczyni

aresztów.

–  Mówię  wam,  krew  ich  zalewa,  ale  nic  nam  nie  mogą  zrobić.  Takie  jest  prawo.  A

obyczajówka może najwyżej palnąć nam kazanie.

– Och, potrafią mendzić – westchnęła któraś z dziewczyn.

–  Phi,  to  głupstwo.  Ja  wcale  nie  słucham,  jak  ględzą.  „Obywatelko,  znajdujecie  się  na  złej

drodze. Społeczeństwo chce wam pomóc, państwo też. Możecie jeszcze się poprawić. Dlaczego

handlujecie  swoim  ciałem?  Nie  wiecie,  co  was  czeka?  Młodość  szybko  minie  i  nawet  się  nie

spostrzeżecie, jak zmarnowaliście życie”. – Takie pierdołki plotą i plotą, a potem: „Do widzenia i

żebyśmy was tu więcej nie widzieli.”

Magda  naśladowała  głos  funkcjonariuszki  obyczajowej  tak  dobrze  i  stroiła  przy  tym  tak

pocieszne  miny,  że  kilka  prostytutek  wybuchnęło  śmiechem.  Ale  płacząca  dziewczyna  jeszcze

miała wątpliwości.

– Ale matkę mogą zawiadomić.

–  A,  koleżanka  jeszcze  znajduje  się  pod  opiekuńczymi  skrzydłami  rodzinki  –  z  drwiną  w

głosie  powiedziała  Magda.  –  To  rzeczywiście  może  być  przykrość.  Zawiadomią  na  pewno  i

wtedy tatuś weźmie na kolano i da w dupcię pasem.

– Dobrze wam się śmiać, ale staruszka może wykitować na serce – zwierzała się dziewczyna.

– Głupia, nie przyznawaj się, że masz matkę. Weź ich na litość. Powiedz tak: „Obywatelko,

sierota jestem. Nie pamiętam matki, a ojciec był alkoholikiem. Z głodu oddałam się jednemu, bo

mi obiecał małżeństwo, a potem mnie porzucił”. Gdy tak powiesz, to się wzruszą i wypuszczą

cię.

background image

102

Dziewczyna  nie  wiedziała,  czy  z  niej  kpią,  czy  radzą  poważnie  i  na  wszelki  wypadek

zaszlochała trochę głośniej.

–  Cholery  można  dostać  od  tego  ślimaczenia  –  powiedziała  Magda.  –  Nie  masz  która

papierosa?

Zośka nie okazywała tego po sobie, była jednak bardzo zdenerwowana. Ją również nurtowały

te  same  problemy  co  wątłą  dziewczynę.  Słuchała  więc  rad  Magdy,  jakby  odnosiły  się  do  niej.

Przyszło jej na myśl, że gdyby matka dowiedziała się o tym, co ona robi, chyba by przyjechała ją

zamordować.

Drzwi zgrzytnęły i stanął w nich młodziutki milicjant.

– Proszę kolejno na przesłuchanie – powiedział.

Wanda wysunęła się do przodu i zapytała:

– A która ma iść? Macie jakąś listę albo coś takiego?

– Mówiłem kolejno – odparł surowo milicjant. – Wszystko jedno, która pójdzie pierwsza.

– A jeśli żadna nie ma ochoty?

– Co to znaczy? – zmarszczył się groźnie. – Proszę wychodzić – to mówiąc złapał Wandę za

rękę i chciał wyciągnąć z celi.

– Ratunku! Na pomoc! – rozwrzeszczała się prostytutka. – Biją mnie! Panie władzo, za co?

Nie wolno bić!

Wrzeszczała tak przeraźliwie, że słychać ją było w całym budynku. Koleżanki z celi również

zaczęły krzyczeć i gwałt uczynił się taki, że milicjanci przybiegli zobaczyć, co się dzieje.

– Ja nie biję – jęknął speszony młodzik. – Ja tylko za rękę...

– Nie kłam! Uderzyłeś mnie w twarz! – krzyczała Wanda.

Milicjantowi zaczęły się trząść ręce ze zdenerwowania i nie wiedział, co robić. Ale jego starsi

koledzy mieli większe doświadczenie. Wyprowadzili Wandę i zatrzasnęli drzwi.

Gdy młody milicjant przyszedł po następną, do przodu wysunęła się Magda. Zrobiła zalotną

minkę i powiedziała słodko:

– Panie władziunio, wejdź pan do nas na chwilkę. Tyle  jest  tu  ślicznych  dziewuszek.  Może

pan skorzysta z naszych usług? Dla pana za darmo. Nauczymy dużo rzeczy, takiemu młodemu

przyda się, jak znalazł...

Milicjant  znów  się  zaczerwienił,  ale  tym  razem  nie  zbliżał  się  za  bradzo,  tylko  wołal  zza

progu:

background image

103

– Co to za gadanie? Marsz za mną!

– O pan władza się gniewa – mówiła Magda. – A może pan jeszcze niewinny? Widział pan już

to? – bezwstydnie zadarła suknię, a przerażony milicjant zakrył oczy.

Śmiech gruchnął w celi, aż zadrżały szyby.

Chłopak  zatrzasnął  drzwi  i  pobiegł  do  kolegów.  Za  chwilę  przyszedł  stary  wyga  milicyjny,

który znał wszystkie sztuczki prostytutek. Pogroził im pałką i powiedział:

– Głupie kawały się was trzymają, bezwstydne dziwki. Jazda, ze mną nie ma żartów!

Koło  południa  przyszła  kolej  na  Zośkę.  Stanęła  w  małym,  jasnym  pokoju  przed  biurkiem

pokrytym  szklaną  płytą.  Zawiniętą  w  brudną  chusteczkę  rękę  trzymała  na  piersiach.  Krew

zaschła i utworzyła skorupę na chusteczce. Chciało się jej pić i oczy piekły, jakby wiatr nasypał

w nie piasku.

Za  biurkiem  siedziała  drobna,  czarna  kobieta  w  wieku  około  czterdziestu  lat.  Wyciągnęła  z

szuflady arkusz papieru, położyła na szkle i dopiero spojrzała na Zośkę.

– Siadaj. Co ci się stało?

Usiadła posłusznie i odpowiedziała:

– To nożem. Marynarz chciał przebić drugiego, a ja złapałam rękę i przejechał mi po palcach.

–  Trzeba  było  powiedzieć  dyżurnemu.  –  Milicjantka  nakręciła  numer  i  poprosiła:  –

Przynieście bandaż i jodynę.

Po  chwilki  weszła  młoda,  garbata  dziewczyna  i  przyniosła  żądane  przedmioty.  Odwinęły

chusteczkę,  poszły  do  toalety  i  obmyły  ręce.  Kiedy  milicjantka  smarowała  jodyną,  Zośka

syknęła.

Przez cały czas obserwowała bacznie funkcjonariuszkę. Wyobrażała sobie, że to będzie jakaś

straszna  baba,  groźna  i  krzycząca,  a  miała  przed  sobą  osobę  miłą,  spokojną,  zajętą  bez  reszty

czynnościami sanitarnymi.

Kiedy opatrunek był gotowy i usiadły na swych miejscach, milicjantka przystąpiła do rzeczy.

]– No, teraz możemy sobie pogadać. Pierwszy raz cię tu widzę. Nowa jesteś?

– Mhm – mruknęła dziewczyna.

– Kiedy zaczęłaś?

– W zeszłym roku.

– I dlaczego?

Zapadło długie milczenie. Zośka była przygotowana na to pytanie, lecz teraz nie wiedziała, co

background image

104

powiedzieć.  Wiele  różnych  odpowiedzi  miała  przy  tym  na  myśli,  ale  naraz  poczuła  w  głowie

kompletną pustkę. Nie chciała kłamać, jakoś nie mogła się przemóc, żeby opowiedzieć którąś ze

zmyślonych historyjek. A prawda wydawała jej się tak banalna, że czuła, iż zostanie przyjęta za

kłamstwo.

– Co tu mówić? – odpowiedziała wreszcie cicho. – I tak mi pani nie uwierzy.

Milicjantce  widocznie  podobała  się  ta  odpowiedź.  Wiele  się  tu  nasłuchała  kłamstw  i

wykrętów.  Jedne  płakały  i  prosiły  o  przebaczenie,  inne  udawały  spowiedź  i  czekały  na

rozgrzeszenie, niektóre były wulgarne i odpowiadały hardo, wiedząc, że i tak nic im nie zrobią.

Kiedy  usłyszała  szczerą  odpowiedź,  ucieszyła  się,  bo  zrodziła  się  w  niej  nadzieja  na

uratowanie  Zośki.  W  swoich  rejestrach  jeszcze  jej  nie  miała,  wnioskowała  więc,  że  uda  się

powstrzymać tę ładną, młodą i sympatyczną, na oko, dziewczynę.

–  Dobrze,  że  nie  chcesz  kłamać  –  uśmiechnęła  się  do  Zośki  –  ale  ja  jednak  muszę  znać

prawdę. Opowiedz mi o sobie.

Zośka wzdrygnęła się. Gdzieś już słyszała podobną zachętę. Gdzie to było?... Zaraz, zaraz...

Tak,  w  izbie  zatrzymań...  Tam  też  była  sympatyczna  pani  i  również  prosiła  łagodnie,  żeby  jej

powiedzieć całą prawdę. Powiedziała i co z tego? Chcieli ją odwieźć do domu... Nie opłaciła się

szczerość. Kto wie, jak potoczyłoby się życie, gdyby jej wtedy nie odwozili do domu, a odesłali

do jakiejś szkoły.

–  Dlaczego  milczysz?  –  pytała  milicjantka.  –  Wstydzisz  się?  Przede  mną  niczego  się  nie

trzeba wstydzić. Znam rzeczy najstraszniejsze...

– Po prostu nie ma o czym mówić – bąknęła Zośka. – Jestem prostytutką. No trudno. Nic na to

nie poradzę.

– Ale może ja znajdę na to jakąś radę.

– Wątpię.

– No jeżeli ty nie będziesz się chciała z tego wygrzebać, to ja też nic nie zrobię. Ale szkoda mi

cię. Młoda jesteś, ładna, na pewno znalazłabyś sobie kogoś, kto by cię pokochał i wziął za żonę.

– Mnie, prostytutkę?

– Różnie w życiu bywa. Wszystko jest możliwe. Znam i takie przykłady.

Teraz  już  Zośka  nie  wiedziała,  co  o  tym  wszystkim  sądzić.  Rozmaicie  sobie  wyobrażała  to

badanie,  nie  spodziewała  się  jednak,  że  rozmowa  może  przybrać  taki  obrót.  Coś  jakby  nikła

nadzieja, że skończy się tamto, czym w gruncie rzeczy się brzydziła, zaświtała w jej sercu. Ale

background image

105

natychmiast wróciła nieufność. Wietrzyła jakiś podstęp, a nie wiedziała jaki. Postanowiła uważać

na to, co mówi.

– Ja spróbuję jakoś sama... Wstyd mi, ale może sobie dam radę. – Zabrzmiało to fałszywie i

milicjantka odczuła zawód. Powiedziała chłodno:

– Jak chcesz, ale pamiętaj, że moim obowiązkiem jest ci pomóc. Mogłabym ci wyszukać jakąś

niezłą pracę.

– Jaką? – zainteresowała się Zośka.

–  Interesuje  cię  to?  Dobrze,  dam  ci  adres,  załatwię,  może  coś  z  ciebie  będzie.  Jak  będziesz

miała ochotę na rozmowę ze mną, to zadzwonisz i porozumiemy się. Ja wiem, że do milicji nie

przychodzi  się  na  serdeczne  rozmowy,  ale  jeżeli  nie  masz  nikogo  bliskiego,  może  czasem

będziesz potrzebowała rady. A co do tej pracy, to załatwię. Teraz pójdziesz na badanie lekarskie,

a potem przyjdziesz jeszcze do mnie.

Zadzwoniła i garbuska wyprowadziła Zośkę z pokoju. Szły długim, ciemnym korytarzem, na

którego końcu znajdowały się drzwi z napisem „lekarz”. Garbuska wpuściła Zośkę i powiedziała:

– Po badaniu z kartką od lekarza przyjdź do nas. Dostaniesz przepustkę i szefowa jeszcze chce

ci coś powiedzieć.

Zośka  skinęła  głową.  Miała  zamiar  wziąć  adres  zakładu,  który  potrzebuje  takiej  jak  ona

dziewczyny  do  pracy.  Może  rzeczywiście  jakoś  się  to  ułoży,  a  nuż  propozycja  okaże  się

interesująca?

Lekarz spojrzał na nią spod okularów i rzucił krótko:

– Siadaj.

Siadła na fotelu ginekologicznym i rozpoczęło się badanie. Potem lekarz kazał jej się rozebrać

i szczegółowo ją oglądał. Pierwszy raz to przechodziła i czuła się mocno zawstydzona. Ale lekarz

nie zwracał na nią uwagi, tylko sapał i wzdychał mrucząc coś pod nosem.

– Ubieraj się – powiedział wreszcie. – Przykra sprawa, panienko.

– Co takiego? Co się stało? – nogi ugięły się pod nią ze strachu.

background image

106

Rozdział XX

Czerwona, jakby poparzona twarz salowej ukazała się w drzwiach.

– Obiad! Wychodzić do jadalni!

Po  chwili  głos  jej  brzmiał  już  przy  następnych  drzwiach.  Kobiety  leniwie  podnosiły  się  z

krzeseł  i  łóżek.  Do  południa  po  wizycie  i  zabiegach  zawsze  leżały  i  odpoczywały.  Przeważnie

były  apatyczne  i  senne.  Życie  w  zakładzie  płynęło  wolno  i  odmierzane  było  posiłkami,

badaniami, zabiegami i codziennymi wizytami lekarzy. Dni kapały jak woda z niedokręconego

kranu,  a  tylko  te,  których  pobyt  w  zakładzie  dobiegał  końca,  cieszyły  się  i  okazywały  więcej

zainteresowania życiem.

Jedynym  stałym  urozmaiceniem  była  ustawiczna,  cicha,  ale  zawzięta  walka  z  personelem.

Salowe, siostry, sanitariuszki, a nawet niektórzy lekarze traktowali prostytutki źle i odnosili się

do nich jak do więźniów. To denerwowało dziewczyny i doprowadzało do zadrażnień. Wszystkie

chciały być traktowane jak normalne pacjentki. Kryła się w tym  chęć zapomnienia, że znajdują

się  w  zakładzie  specjalnym.  Same  starały  się  nie  myśleć  o  tym,  że  tutaj  leczy  się  tylko  chore

wenerycznie prostytutki. Personel jednak stale im o tym przypominał i to było bolesne.

Przy posiłkach obsługiwały się same. Na zmianę pełniły dyżury, przynosiły jedzenie z okienka

i podawały do stołu. Siostra przechadzała się między stołami, od czasu do czasu rzucając jakąś

złośliwą uwagę, kwitowaną na ogół milczeniem. Monotonia posiłków, które przeważnie składały

się  z  kaszy,  też  nierzadko  była  przyczyną  awantur.  Przeważnie  jednak  dziewczyny  nie  miały

odwagi kłócić się na ten temat, bo czuły, że będąc leczone i żywione na koszt państwa nie mają

prawa zbyt  wiele wymagać. Dziś jednak miarka się przebrała. Najpierw dostały  krupnik,  który

był wodnisty i pachniał ścierką. Trochę pomruczały nad talerzami, lecz w końcu umilkły, gdyż

spodziewały się, że jeśli na pierwsze danie jest krupnik, na drugie nie będzie kaszy. Omyliły się

jednak, bo wkrótce dyżurne zaczęły roznosić talerze, na których leżały porcje kaszy z maleńkimi

skrawkami twardych żył.

– Cholery można dostać – nie wytrzymała któraś.

– Wczoraj kasza, dzisiaj kasza, oj, zasrana dola nasza – półżartem dorzuciła druga.

Siostra stanęła i oczy zabłysły jej złowrogo.

– Nie podoba się? – zapytała zjadliwie.

– Pewnie ze nie! Spróbujcie same to żreć! – wybuchnęła jedna z kobiet.

background image

107

W jadalni zrobił się szum jak w ulu. Siostra zawołała głośno, żeby je przekrzyczeć:

– Nie jesteście tu na wczasach! Nikt was nie będzie karmił frykasami!

– Ale świństwa też nie musimy jeść!

– Bądźcie zadowolone, że w ogóle dostajecie wszystko za darmo! Żadna z was nie zasługuje

na to. Jesteście wyrzutkami!

Cisza  zapanowała  po  tych  ostrych  słowach.  Kobiety  czuły  się  tak,  jakby  je  wszystkie

spoliczkowano. Kilka z nich opuściło głowy, któraś z trzaskiem odsunęła talerz.

– Porzygać się można od kaszy i tej łaski – bąknęła.

– Słucham? – wyniośle zapytała siostra. Czuła teraz przewagę nad nimi i była zadowolona, że

je upokorzyła.

Zośka  bezmyślnie  dziobała  widelcem  szarą  papkę.  Kasza  stawała  jej  w  gardle,  a  bezlitosne

słowa siostry napełniały goryczą i wstydem.

Widelec natrafił na opór. Rozgarnęła kaszę i wyciągnęła z niej kawał gazy ugotowanej razem

z jedzeniem. Poczuła mdłości, ale opanowała się i podniosła widelec do góry.

– A to co, proszę siostry?

Siostra zbliżyła się, spojrzała i twarz jej oblał rumieniec.

– Świństwa nam dają! – krzyczała już sąsiadka Zośki.

– Ze śmietników zgarniają odpadki i pchają nam do jedzenia!

–  Spokój  –  siostra  usiłowała  zażegnać  awanturę,  ale  już  straciła  pewność  siebie.  –  Kto  nie

chce jeść, niech wychodzi – rozkazała. W okienku od kuchni ukazała się spocona, opasła twarz

kucharki.

– Czego tam? Co to za wrzask? – zapytała.

– O, jeszcze jedna! Świniom gotuj, a nie ludziom! – Sąsiadka Zośki chwyciła widelec z gazą i

machnęła. Gaza oblepiona kaszą i sosem, niczym pocisk wyrzucony z katapulty, poleciała przez

salę  i  pacnęła  kucharkę  w  oko.  Ta  wrzasnęła  i  skryła  się  za  okienkiem.  Niepanująca  nad  sobą

siostra chciała wydrzeć dziewczynie widelec i dostała potężnego kuksańca.

Prostytutki ogarnął bojowy szał. Tłukły talerze, rozrzucały kaszę po sali, rozmazywały ją po

stołach, klęły i krzyczały.

W całym zakładzie zapanował rwetes. Wszystkie siostry i salowe  zbiegły się do jadalni, ale

prostytutki powitały je ulewą kaszy, przerażony personel wycofał się w popłochu.

Naczelny  lekarz  wybiegł  ze  swego  gabinetu  i  pędził  po  schodach  w  pośpiechu  nakładając

background image

108

okulary.

– Co jest? Co się dzieje? – pytał mijanych ludzi.

– Bunt! Panie dyrektorze, prostytutki się zbuntowały, pobiły siostrę i kucharkę, teraz rzucają

kaszą.

Lekarz zaniepokojony przyśpieszył kroku. Był odpowiedzialny za tę placówkę, a taki bunt to

sprawa  przykra.  Nieraz  słyszał  skargi  na  wyżywienie,  ale  jakoś  nigdy  nie  miał  czasu  się  tym

zająć, nie sądził, że problem może przybrać aż tak przykry obrót.

Z rozpędem wpadł w drzwi i stanął zdumiony. Jadalnia przedstawiała obraz nędzy i rozpaczy.

Wszystko: drzwi, ściany, okna, sufit, stoły i podłoga, było umazane kaszą.

Dziewczyny szalały w dalszym ciągu, a jego widok jeszcze bardziej je rozjątrzył.

Zanim  się  spostrzegł,  już  pierwsza  porcja  leciała  w  jego  stronę.  Zasłonił  twarz  ręką,  lecz

niewiele mu to pomogło. Lawina wystygłej, oślizłej kaszy spadała na niego ze wszystkich stron.

Po chwili miał zalepione okulary, usta, a po białym kitlu spływały strugi szarej mazi.

Wycofał się ze wstydem i gniewem, a prostytutki rozsierdzone wysypały się za nim.

–  Dość  tego!  –  wrzeszczała  ta,  która  pierwsza  zaatakowała  siostrę.  –  Nie  pozwolimy  się

traktować jak zwierzęta! Całe miasto się dowie, co tu z nami robicie! Dziewczyny, jazda na taras!

Ruszyły za nią z krzykiem, piskiem i klątwami. Już na schodach prowodyrka zaczęła zdzierać

z siebie szpitalny przyodziewek.

– Rozbieramy się! Niech się zgorszą wszyscy! Wtedy tu przylecą, a my im opowiemy!

Taras  znajdował  się  na  piętrze  i  był  otwarty  w  stronę  ulicy.  Kilkadziesiąt  gołych  kobiet

stłoczyło się na nim i krzyczało w stronę przechodniów. Przerażony dyrektor, cały pokryty kaszą,

próbował je uspokoić. Stał u wejścia na taras i błagał:

–  Ależ,  drogie  panie!  Tak  nie  można,  nie  róbcie  tego!  Po  co  ta  awantura?  Wszystko

załatwimy... Ja panie proszę...

Nie  zważały  na  niego.  Wypinały  się  bezwstydnie,  wulgarnie  klęły  i  starały  się  zwrócić  na

siebie uwagę ulicy.

Grupki  przechodniów  przystawały  i  z  ciekawością  przyglądały  się  niezrozumiałej  dla  nich

scenie.  Ludzi  na  ulicy  było  coraz  więcej.  Rzucali  złośliwe  uwagi,  śmiali  się,  dowcipkowali.

Kobiety przepędzały dzieci, lecz same  nie  odchodziły.  Takie  wydarzenie  w  małym  miasteczku

było nie lada sensacją.

Od  śródmieścia  odezwała  się  syrena.  Milicyjne  auto  zajechało  przed  zakład.  Ale  milicjanci

background image

109

okazali się bezsilni.

Po jakimś czasie przyjechały czerwone wozy straży pożarnej. Strażacy skakali w biegu jak do

pożaru. Gruby komendant gestykulując energicznie kierował akcją.

– Woda naprzód! – padła bojowa komenda i z sikawek na nagie dziewczyny runęły lodowate

strumienie. To je uspokoiło. Jeszcze tylko przez krótką chwilę krzyczały i próbowały się bronić,

w końcu jednak uciekły z tarasu i rozbiegły się po pokojach.

Wieczorem jednak żadna z nich nie wyszła na posiłek. Następnego dnia dowiedziały się, że

zakład ma nowego dyrektora, młodego, energicznego lekarza, który obiecuje, że będą traktowane

jak pacjentki w każdym innym szpitalu.

Rozdział XXI

Gdy stanęła na zalanej  słońcem  ulicy,  poczuła  się  wolna  jak  ptak.  Niewytłumaczona  radość

rozpierała jej piersi. Nie obejrzała się nawet na czerwony budynek zakładu. Uciekała  od  niego

niczym więzień, który po latach pierwszy raz wyszedł na wolność. Chciało jej się podskakiwać z

uciechy, uśmiechała się do przechodniów, przeglądała się w szybach wystawowych, poprawiała

włosy i stwierdzała, że jednak jest ładna.

Kilka  tygodni  w  zakładzie  wystarczyło,  żeby  stęskniła  się  do  świata,  normalnych  ludzi  i

swobody.  Jej  młodzieńcza,  żywa  natura  nie  znosiła  bezczynności,  na  którą  była  skazana  za

czerwonym murem, teraz więc cieszyła się z odzyskanej swobody.

W  kiosku  na  dworcu  kupiła  sobie  cukierków  i  papierosów.  Była  spragniona  i  jednego,  i

drugiego. W pociągu na przemian paliła i ssała dropsy.

Do Gdańska dojechała już pod wieczór. Choć była głodna, nie poszła do miasta, tylko od razu

przesiadła się na pociąg elektryczny do Nowego Portu.

Stęskniła się do swego pokoju i śpieszyła doń jak na skrzydłach. Ledwo pamiętała o tym, żeby

po drodze kupić sobie coś na kolację. W pośpiechu wzięła puszkę szprotów, dwie bułki, trochę

masła i przeskakując po dwa stopnie na raz biegła do mieszkania. Pod drzwiami zaczęła szukać

klucza w torebce i wtedy zorientowała się, że coś jest nie w porządku.

Przez  szparę  wydostawał  się  na  korytarz  wąski  promyk  światła.  Wstrzymała  oddech  i

background image

110

usłyszała dobiegające z tamtej strony głosy. Bez pukania nacisnęła klamkę i stanęła na progu.

W  pokoju  pachniało  mydłem  i  kapustą.  Przy  stole  siedział  tęgi,  nieogolony  mężczyzna  i

właśnie niósł do ust łyżkę zupy. Naprzeciw niego mały, może dziesięcioletni chłopak pochylony

nad książką z kolorową okładką czytał poruszając przy tym ustami.

W pobliżu łóżka szczupła, dość niechlujnie  wyglądająca  kobieta  kąpała  małe  dziecko,  które

rozbawione  zaśmiewało  się  i  wychlapywało  wodę  z  wanienki.  Kobieta  podniosła  głowę  i

spojrzała na Zośkę. Miała zmęczone oczy a kąciki ust wygięte jakby do płaczu.

– Pani do kogo?

– Proszę zamykać drzwi, bo dziecko się przeziębi! – nerwowo wołała kobieta.

Zośka posłusznie wykonała polecenie.

– No, słucham? – mężczyzna patrzył już groźniej.

– Przepraszam, ja tutaj... to jest moje mieszkanie.

Dziecko  krzyknęło  rozpaczliwie,  bo  kobieta  chlapnęła  mu  w  buzię.  Chłopak  dopiero  teraz

uniósł głowę znad książki, a mężczyzna odłożył łyżkę i wstał.

– To co z tego? – zapytał zaczepnie.

– Jak to? – bąkała zmieszana. – Przecież ja tu mieszkam. – Nie mieściło jej się w głowie, że

ktoś mógł zająć jej pokój.

– No więc co z tego? – powtórzył mężczyzna. – Mieszkała pani, a teraz nie mieszka. Teraz my

tu mieszkamy...

– Jak można? Przecież ja nie mam gdzie spać. Nie rozumiem...

– A co – krzyknęła nagle cienko kobieta – mieliśmy może mieszkać w tamtej dziurze, żeby

dzieci pozdychały na gruźlicę?!

–  Ale  przecież  tak  nie  można  –  próbowała  przekonywać  –  to  jest  bezprawie.  Kto  państwu

zezwolił na sprowadzenie się tutaj?

– Jeszcze czego! – warknął mężczyzna. – Mieliśmy może czekać, aż nam łaskawie zezwolą?

O nie! Było wolne, to zajęliśmy i koniec. Nie ma o czym gadać.

– Przecież dla was jest tu za ciasno.

–  Tam,  gdzie  mieszkaliśmy,  było  jeszcze  ciaśniej,  a  w  dodatku  na  głowę  lała  się  woda.  Tu

przynajmniej jest sucho i ciepło.

Zośka  poczuła,  że  opuszczają  ją  siły.  Jak  tu  przekonać  tych  ludzi,  że  popełnili  kradzież,  że

zostawili ją bez dachu nad głową? Wszystkie argumenty odbijają się od nich jak piłka od ściany.

background image

111

Oni mają swoją rację...

Mężczyzna  w  dalszym  ciągu  stał  w  bojowej  pozycji,  ale  kobiecie  widocznie  żal  się  zrobiło

dziewczyny, bo próbowała ją uspokoić.

– Pani jest młoda, samotna, łatwiej pani będzie znaleźć jakiś pokój. A my co? Wiadomo, jak

jest z mieszkaniami. Naprawdę już w tej norze nie mogliśmy wytrzymać. Widzi pani, że mamy

malutkie dziecko, a tamten też potrzebuje przecież jakich takich warunków. Do zimy niedaleko, a

więc musieliśmy to zrobić. Niech pani zrozumie...

Dziecko rozwrzeszczało się na dobre i matka zaczęła je wycierać flanelowym ręcznikiem.

– Rozumiem, ale co ja mam począć? – szepnęła przygnębiona Zośka.

–  Co  mnie  to  obchodzi?  –  twardo  powiedział  mężczyzna,  lecz  jego  żona  miała  widocznie

litościwsze serce.

– Nie mów tak – ofuknęła go. – Ja sama czuję, że zrobiliśmy pani krzywdę, ale mam nadzieję,

że jakoś to się ułoży. Niech pani nie ma do nas żalu. Może przez kilka dni pomieszkamy tu jakoś

razem...

Nieoczekiwanie  zrobiło  się  Zośce  cieplej  na  sercu.  Gniew  i  żal,  jaki  odczuwała  podczas

rozmowy, przeszły i teraz już wiedziała, że nie będzie walczyć o swoje prawa do tego pokoju.

–  Dziękuję  bardzo  –  powiedziała  miękko.  –  Zdaje  się,  że  macie  rację.  Nie  będę  już

przeszkadzać.

– A co pani zrobi? – zmartwiła się kobieta.

– Jakoś sobie poradzę. Może któraś z koleżanek przyjmie mnie, dopóki nie znajdę pokoju. Tu

są jakieś moje rzeczy?

–  Tak,  tak  –  skwapliwie  potwierdziła  kobieta.  –  Nic  nie  zginęło.  Poukładałam  wszystkie

suknie, bo spodziewałam się, że pani się zgłosi. Zaraz wszystko oddam.

–  Nie,  nie  –  zaprotestowała  dziewczyna.  –  Chciałam  właśnie  prosić,  żeby  pani  to  jeszcze

przechowała przez kilka dni. Jak się urządzę, to przyjdę zabrać, dobrze?

–  Ależ  oczywiście.  W  każdej  chwili  oddam.  Naprawdę  strasznie  mi  przykro,  że  zrobiliśmy

pani świństwo, niech się pani nie gniewa.

– Nie gniewam się – zapewniła Zośka i wyszła szybko zamykając za sobą drzwi, żeby dziecko

się nie zaziębiło.

Długo stała na schodach i zaciskała oczy. Właściwie sama nie wiedziała, dlaczego jej się chce

płakać. Trochę litowała się nad sobą, trochę nad rodziną, która żyła w takich ciężkich warunkach,

background image

112

a  trochę  rozczuliła  ją  scena  rodzinna,  jaką  tam  widziała.  Gdzieś  na  dnie  duszy  tęskniła  już  do

tego, żeby też mieć wokół siebie bliskich i drogich ludzi, żeby kąpać dziecko i dawać mężowi

kolację...

W końcu opanowała się i wyszła na ulicę. Nie wiedziała, dokąd iść, ale już nie czuła żalu do

tamtych ludzi. Wręcz przeciwnie – ze zdziwieniem stwierdziła, że odczuwa coś w rodzaju dumy

z tego, że im ustąpiła.

Wolno, machinalnie, jakby do drugiego swego domu, poszła w kierunku „Albatrosa”.

Kilka  dziewczyn  powitało  ją  uśmiechem  i  przyjaznym  kiwnięciem  głowy.  Magda  podeszła

przywitać się, a Wanda zapytała złośliwie:

– Co, już cię puścili? – Nie wiedziała, gdzie Zośka przebywała, i sądziła, że wraca z aresztu.

– Odwal się, bo kopnę w kostkę – odpaliła jej Zośka.

Od razu poczuła się tu panią jak dawniej. Nie myślała wdawać się w rozmowę z Wandą, której

nie lubiła za obłudę. Wyminęła ją i skierowała się do swego kąta. Ciotka, która jak zwykle tam

siedziała,  kiwała  ku  niej  radośnie  ręką,  a  nawet  uniosła  się  i  postąpiła  krok  naprzeciw.  Zośka

zauważyła, że Ciotka jakoś postarzała przez ten krótki czas. Była zresztą dosyć mocno pijana.

– Jesteś już? – mówiła pieszczotliwie gładząc dziewczynę po ręce. – To dobrze. Wyleczyłaś

się? – Stara wiedziała, gdzie Zośka była, dziewczyna pisała do niej z zakładu.

–  Wszystko  w  porządku,  Ciotko.  Stęskniłam  się  za  tobą.  Oczy  staruchy  zabłysły  ciepłym

blaskiem. Słowa Zośki widocznie sprawiły jej przyjemność.

– Cieszę się, że już jesteś, cieszę się – mówiła. – Musisz teraz odpocząć, prawda?

Zośka nagle przypomniała sobie o mieszkaniu i uśmiechnęła się.

– Tak, tylko nie bardzo mam gdzie odpoczywać. Zabrali mi mieszkanie.

– Kto? Jak śmieli? – żachnęła się Ciotka.

– A, tacy jedni. Rodzina bez mieszkania. Nie warto się kłócić. Muszę sobie czegoś poszukać...

Stara bez namysłu zaproponowała:

– Zamieszkasz u mnie. Chętnie cię przyjmę. Potem, jak coś znajdziesz, to się wyprowadzisz.

Nawet dobrze się składa, bo jak będziemy razem mieszkały, to sobie odpoczniesz...

Drugi raz tego wieczora Zośka się wzruszyła.

– Dobra z ciebie kobieta, Ciotko – powiedziała. – Bardzo ci dziękuję.

– Iii, bzdury. – Stara była zadowolona z pochwały. – Co mi będziesz dziękować. To dla mnie

przyjemność, że taki młody skowronek zamieszka ze starym grzybem. Chodźmy stąd, bo pewnie

background image

113

jesteś prosto z podróży i potrzebujesz wypoczynku.

Rozdział XXII

– Zośka, Zośkaaa! – Mimi wrzeszczała z ulicy, aż się ludzie oglądali.

Zośka  skrzywiła  się  niechętnie.  Od  godziny  stała  w  kolejce,  żeby  załatwić  zakupy  przed

niedzielą i właśnie ekspedientka zapytała „co dla pani”, kiedy rozległo się wołanie.

–  Przepraszam,  zaraz  wrócę  –  powiedziała  do  ekspedientki.  Wyszła  z  kolejki  i  zwróciła  się

niechętnie do koleżanki.

–  Tu  jestem.  Czego  się  drzesz?  –  Mimi  była  zapłakana  i  podniecona.  Zośkę  ogarnęły  złe

przeczucia.

– Chodź prędko do domu – gorączkowo powiedziała Mimi.

Zośka nie pytała o nic więcej. Wiedziała, że Mimi bez powodu nie robiłaby rabanu, była na to

za bardzo nieśmiała. Machnęła więc ręką na kolejkę w sklepie i pobiegła.

– Nieszczęście – wyrzuciła z siebie w biegu Mimi. – Okropne nieszczęście.

– Ciotka?

– Tak. Spadła ze schodów.

W  mieszkaniu  były  dwie  sąsiadki  i  mała  dziewczynka  cała  we  łzach.  Ciotka  leżała  już  na

łóżku. Zośka stanęła przy niej i położyła dłoń na czole starej. Było chłodne.

Ciotka żyła jeszcze, lecz leżała z zamkniętymi oczyma, spokojna, nieruchoma.  Zdawało się,

że śpi i tylko kilka kropli krwi, które zatrzymały się w kąciku warg, świadczyło, że to nie jest

zwykły sen.

– Jak się to stało? – zapytała cicho Zośka.

Dziewczyna głośno zaszlochała i wybiegła z pokoju, a jedna z sąsiadek wyjaśniła:

– Wyszła z mieszkania i schodziła po schodach. Jak zwykle trzymała się poręczy. A tu akurat

ta mała Jolka z czwartego  piętra  zjeżdżała  na  dół.  Jak  to  dziecko,  nie  zejdzie  normalnie,  tylko

musi jechać po poręczy. Ciotka jej nie zauważyła i mała uderzyła w nią. Spadła z półpiętra. Od

razu straciła przytomność.

– Trzeba wezwać pogotowie.

background image

114

– Tak, Mimi pobiegła po panią, a my zadzwoniłyśmy...

Zośka  nie  dopuszczała  do  siebie  myśli,  że  Ciotce  mogło  się  stać  coś  złego.  Sądziła,  że  po

prostu uderzyła się dość mocno, ale to jej przejdzie. Wycierała krew z jej warg,  kiedy  na  dole

rozległa się syrena pogotowia.

Młody lekarz długo badał nieprzytomną. Kiedy wreszcie wyprostował się i spojrzał na Zośkę,

ogarnął ją lęk. W jego wzroku wyczytała wyrok.

– To niemożliwe – szepnęła – panie doktorze, niech pan ją ratuje. Przecież ona jeszcze żyje...

– Pani jest jej córką?

– Nie, ale jestem najbliższą znajomą. Ona nie ma nikogo. Niech pan mówi, co trzeba robić...

– Nic. Obawiam się, że jej już nikt nie pomoże.

– Zabierzcie ją do szpitala, ratujcie...

– Będę zupełnie szczery – lekarz mówił z zawodowym spokojem. – Ta pani jeszcze żyje, ale

to już agonia. Nie ma żadnego ratunku. A nam nie wolno zabierać do szpitala ludzi konających.

My już nic więcej nie mamy do zrobienia. Przepraszam...

Ale  nawet  po  wyjściu  lekarza  Zośka  nie  wierzyła,  że  Ciotce  nic  już  nie  pomoże.  Sąsiadki

strwożone atmosferą śmierci wyniosły się po cichu i dziewczyna została sama z konającą.

Usiadła przy łóżku i przez łzy patrzyła na spokojną, bladą twarz starej kobiety. Przez otwarte

okno sączył się do pokoju łagodny zmierzch, wypełniony dobrze jej znanymi odgłosami portu.

Lipy  pod  oknem  pachniały  mocno  i  odurzająco.  Za  ścianą  radio  nastawione  zbyt  głośno

rozbrzmiewało jakąś melodią.

„Skąd ja to znam? – pomyślała, jakby na świecie nie istniało nic ważniejszego nad tę melodię.

– Jak ślicznie gra... to na trąbce... och, skąd ja to znam?...”

Konająca zacharczała i poruszyła się niespokojnie. Zośce wydało się, że słyszy jakieś słowa.

– Ciotko, mówisz coś? Głośniej, nie słyszę. – Przysunęła głowę  do twarzy leżącej na łóżku.

Tamta rzeczywiście mówiła:

– Otwórz okno... duszno mi... daj pić...

Dziewczyna podała szklankę wody, ale Ciotka nie  mogła  unieść  głowy.  Zośka  pomogła  jej,

przytknęła  szklankę  do  sinych  warg.  Łyk  wody  jakby  trochę  otrzeźwił  Ciotkę,  spojrzała

przytomniej i szepnęła:

– Narobiłam ci kłopotu...

– Cicho, Ciotko, cicho, nic nie mów.

background image

115

Stara milczała przez jakiś czas, a potem znów poruszyła się niespokojnie.

– Słabo mi. Dlaczego tu tak jasno?... Zgaś światło, razi mnie...

– Ależ, Ciotka... – Zośka nie wiedziała, co robić, bo w pokoju panował półmrok. – Nie myśl o

niczym. Musisz poleżeć, wypocząć...

– Odpocznę sobie dosyć... – Ciotka teraz mówiła jakby  głośniej: – Boli mnie w środku. Oj,

Boże, kto tak hałasuje? Daj mi jeszcze pić:..

Radio za ścianą nie przestawało grać, a zęby Ciotki szczękały o brzeg szklanki.

– Musisz asystować przy mojej śmierci – jakaś gorzka, bolesna ironia była w jej głosie. – A

myślałam, że będę sama zdychać...

–  Ciotko,  nie  mów  nic.  Odpocznij,  po  co  tyle  mówisz,  to  cię  męczy.  –  Zośka  nie  mogła

słuchać słów starej, lecz tamta nie zamilkła.

– Suknia do trumny w szafie na strychu... Wiesz... Pieniądze na pogrzeb też są... Zimno mi...

Zaniknij okno...

Zośka  posłusznie  wykonała  polecenie.  W  pokoju  od  razu  zapanowała  ciężka,  nieznośna

atmosfera śmierci.

– Nie zapomnisz o mnie, kiedy będę tam leżała?... Przyjdziesz czasem?...

– Ciotko!

– Ty jesteś dobre dziecko. Żal mi cię...

Zośka nagle uprzytomniła sobie, że może coś jeszcze trzeba zrobić. Zapytała:

– Ciotko, chcesz księdza? Trzeba przed śmiercią...

–  Nie,  nie.  Nie  chcę  księdza.  Jeżeli  jest  Bóg,  to  i  tak  wszystko  mi  przebaczy,  bo  dużo  się

nacierpiałam... Tylko nie płacz. Po co to?... I pamiętaj, pochowasz mnie na Srebrzysku... Tam tak

pięknie...

Zośka  zakryła  dłońmi  uszy.  Nie  mogła  słuchać  spokojnych,  łagodnych,  a  równocześnie  tak

nieubłaganie prawdziwych słów Ciotki. Bała się, chciałaby stąd uciec jak najdalej, nie patrzyć i

nie słuchać, lecz nie mogła, nie była w stanie zostawić konającej.

Gwałtowny kaszel nie pozwolił Ciotce mówić dalej. Na jej wargach znów pojawiła się krew.

Uspokoiła się i zamknęła oczy.

Mijały  godziny,  a  Ciotka  leżała  cicho,  patrząc  spod  przymkniętych  powiek  na  Zośkę.

Dziewczyna czuwała siedząc na krześle. Wreszcie zdrzemnęła się z głową opartą o brzeg łóżka.

Gdy  się  ocknęła,  za  oknem  jaśniał  już  blask  wstającego  dnia.  Ciotka  leżała  w  poprzedniej

background image

116

pozycji i zdawała się ją obserwować. Prawa ręka zwisała z łóżka.

Zośka chciała poprawić tę rękę. Kiedy ją ujęła, poczuła, że jest zimna i bezwładna.

background image

117

CZĘŚĆ DRUGA

Rozdział I

Choć chwilami samej wydawało jej się to śmieszne, ale mimo wszystko Zośka nie mogła się

oprzeć  wrażeniu,  że  wokół  niej  dzieje  się  coś  niedobrego.  Niby  wszyscy  zachowywali  się

normalnie, a jednak w powietrzu coś wisiało.

Najpierw było drobne na pozór zajście z Fredką. Po dłuższej nieobecności dawna „królowa”

znów pojawiła się w „Albatrosie”. Po pamiętnej porażce przeniosła się do Gdyni, podobno nawet

powodziło jej się tam zupełnie nieźle. Ostatnio jednak wróciła i zachowywała się prowokacyjnie

wobec Zośki, jakby zapomniała tamtej nauczki. Gdy zetknęły się w przejściu między stolikami,

zapytała zjadliwie:

– Panienka już zdrowa? Słyszałam, że złapało się coś niecoś?

Zośka udała, że nie słyszy i wyminęła ją bez słowa. Cios był jednak celny i przez dłuższy czas

nie mogła się uspokoić. Zauważyła też, że Fredka mówi coś do dwóch podejrzanych, nieznanych

jej typów, równocześnie pokazując na nią. Postanowiła więc mieć się na baczności.

Potem  Wanda,  która  ostatnio  była  w  stosunku  do  niej  dość  przyjacielska,  ostrzegła  przy

bufecie:

– Uważaj, Fredka szykuje się na ciebie.

– Mam ją... – Zośka posługiwała się już swobodnie najbardziej dosadnymi określeniami.

Wanda wzruszyła ramionami:

– Co mi do tego. Mówię ci, bo mi się zdaje, że chcą ci zrobić jakiś kawał.

Niepokój  ogarnął  Zośkę  i  pomyślała,  że  byłoby  dobrze  wynieść  się  z  knajpy,  póki  jeszcze

czas. Potem jednak przypomniała sobie pierwsze spotkanie z Fredką i trud, z jakim wywalczyła

przewagę nad nią i całą pozostałą zgrają „mewek portowych”. Przyszło jej na myśl, że jeśli teraz

ustąpi, pozwoli się zastraszyć, to już niewiele tu będzie miała do szukania. Toteż odpędziła myśl

background image

118

o odwrocie, a zaczęła się rozglądać za jakimś odpowiednim chłopakiem, który w razie potrzeby

stanąłby w jej obronie.

Tego wieczora kręciło się koło niej kilku marynarzy. Był tam jakiś Szwed, Fin i dwóch czy

trzech Polaków. Wszyscy czynili jej niedwuznaczne propozycje, lecz ona jeszcze na żadnego się

nie  zdecydowała.  Sądziła,  że  może  się  jej  uda  dojść  do  porozumienia  z  dwoma,  oczywiście  w

pewnych  odstępach  czasu,  ale  teraz  zrozumiała,  iż  nic  i  z  tego  nie  będzie.  Trzeba  było  brać

chłopaka takiego, który ma forsę, a równocześnie w razie czego potrafi puścić w ruch pięści.

Marynarze  zagraniczni  mieli  nad  naszymi  przewagę  finansową.  Wybór  był  więc  właściwie

tylko między Szwedem a Finem. Szwed bardziej podobał się jej jako mężczyzna, a te względy

zawsze  starała  się  brać  pod  uwagę.  Jednakże  choć  był  przystojny,  nie  wyglądał  na  silnego.

Ostatecznie  wybrała  Fina,  który  był  zbudowany  jak  Herkules.  Czując  się  z  nim  dosyć

bezpiecznie, bawiła się i ukradkiem obserwowała posunięcia Fredki.

W lokalu jednak panował spokój i nic nie wskazywało na to, że zanosi się na awanturę. Fredka

kręciła  się  koło  jakiegoś  Anglika,  ciemne  typy,  które  jej  towarzyszyły,  zajmowały  się  swymi

interesami. Zośce po jakimś czasie poprawił się nastrój i zaczynała w duchu żałować, że dała się

zastraszyć  i  tak  łatwo  zrezygnowała  ze  Szweda.  Szkoda  jej  było,  że  sporo  grosza  uciekło  do

kieszeni innej dziewczyny.

Fin  przyciskał  się  do  niej  i  przy  stoliku  nie  zdejmował  ręki  z  jej  kolan,  podczas  gdy  drugą

nalewał wódkę. Zośka mrugnęła do przechodzącej Wandy i powiedziała:

– No i co? Strachy na Lachy?

– Zdaje się, że alarm był fałszywy – zgodziła się Wanda.

Orkiestra  zagrała  i  przed  Zośką  pojawił  się,  jakby  wyrósł  z  podłogi,  jasny  blondyn,  nieco

niechlujny,  zbudowany  jak  zapaśnik.  Miał  bezczelne,  wodniste  oczy,  a  zarost  sterczał  mu  na

brodzie jak szczecina na prosiaku.

– Pani pozwoli? – zapytał grzecznie.

Poznała  w  nim  jednego  z  tych,  z  którymi  konferowała  poprzednio  Fredka.  Nie  ulegało

wątpliwości, że należał do jej opiekunów i teraz szukał okazji do zwady.

Fin już poruszył się niespokojnie. Zośka trzymając go za rękę odpowiedziała:

– Przepraszam, może innym razem, teraz jestem zajęta...

– Co? Z polskim marynarzem nie chcesz tańczyć? – blondyn pochylił się i patrzył groźnie. –

Wolisz tego śmierdzącego śmieciarza?

background image

119

– Na? – warknął Fin, który rozumiał trochę po polsku. Już zrobił groźną minę i podnosił się z

miejsca.

– Dobrze – rzucił jeszcze blondyn – spotkamy się, panienko!

Odszedł,  a  ją  znów  opanował  niepokój.  Wprawdzie  nieraz  widziała  awantury  w  tej  knajpie,

sama  zresztą  bywała  ich  przyczyną  i  nigdy  się  tego  nie  obawiała.  Istniało  bowiem  niepisane

prawo,  że  choćby  rozgorzała  najzaciętsza  bójka,  choćby  w  ruch  poszły  nie  tylko  pieści,  ale  i

noże,  nigdy  prostytutkom  nie  wyrządzano  krzywdy.  Nawet  jeśli  one  były  przyczyną  bijatyki,

marynarze  uważali,  że  porachunki  należy  załatwiać  wyłącznie  między  mężczyznami.  Teraz

jednak  Zośka  czuła,  że  sprawa  ma  się  inaczej,  bo  wszystko  kręci  się  wokół  niej  i  atak  jest

skierowany przeciwko jej osobie.

Fin mruczał pod nosem jakieś niezrozumiałe przekleństwa, ale był porządnie pijany i wkrótce

się uspokoił, tańczył  chwiejąc się  galaretowato.  W  końcu  zaczął  Zośkę  ciągnąć,  żeby  wreszcie

zdecydowała się na spełnienie obietnicy. Uznała więc, że nadeszła pora, kiedy może wraz z nim

opuścić lokal, nie narażając się na posądzenie o ucieczkę czy lęk przed Fredką.

Księżyc już zaszedł i na dworze było ciemno, ale nad schodkami prowadzącymi z „Albatrosa”

na ulicę świeciła się lampa. Mimo to Fin potknął się i wywinął  kozła. Pociągnięta przez niego

Zośka zatoczyła się i z całej siły uderzyła ramieniem w drzewo. Syknęła z bólu i równocześnie

usłyszała przekleństwo swego towarzysza. Zrozumiała, że dzieje się coś złego.

Potkniecie nie było przypadkowe. Ukryty w cieniu blondyn podstawił Finowi nogę i teraz już

siedział  mu  na  karku.  Tamten  klął,  ale  nie  mógł  się  ruszyć  i  tylko  głowa  skakała  mu  po

kamiennych  płytach  w  takt  uderzeń  napastnika.  Zza  drzewa  wysunął  się  drugi  osobnik  i

zamachnął się na Zośkę.

Nim  jeszcze  zrozumiała,  co  jej  grozi,  już  uchyliła  się  instynktownie  i  pięść  napastnika

wyrżnęła w twardy pień kasztana. Musiało go to potężnie zaboleć, bo zaklął straszliwie i obrócił

się wokół swej osi. Wykorzystała ten moment i rzuciła się do panicznej ucieczki. Usłyszała za

sobą krzyki, przekleństwa i wreszcie tupot nóg.

„Gonią” – pomyślała i serce podskoczyło jej do gardła. Pędziła przed siebie gnana panicznym

strachem. Za wszelką cenę chciała dobiec do domu. Ale od zbawczej bramy dzieliła ją jeszcze

dość znaczna odległość, a tymczasem rozwścieczony opryszek był tuż tuż.

Jak  szczur  zagnany  w  kąt  bez  wyjścia,  rzuciła  się  do  pierwszej  z  brzegu  bramy.  Z  całym

impetem wpadła na jakiegoś człowieka, który właśnie otwierał drzwi.

background image

120

– Co jest, co się dzieje? – wykrzyknął zdumiony.

Lecz ona nie miała czasu na tłumaczenie.

–  Szybko,  szybko!  Na  litość  boską,  niech  pan  mnie  nie  wyrzuca!  Proszę  zamknąć  bramę!–

Mężczyzna spełnił prośbę i znaleźli się w zupełnych ciemnościach. Kroki pogoni przebrzmiały

na ulicy i ucichły w oddali.

– Co się stało? – pytał wybawca.

– Gonili mnie – wyjaśniła dysząc jeszcze z wysiłku. – Dziękuję  panu. Chwileczkę postoję i

zaraz sobie pójdę...

– Nie boi się pani, że się zaczaili za bramą?

– Sama nie wiem. Boję się... To jacyś bandyci...

Bała się okropnie i za nic w świecie nie wyszłaby teraz na ulicę. Nieznajomy  wybawca był

dyskretny i nie pytał o szczegóły. Może dlatego czuła się nieswojo i zaczęła wyjaśniać:

– Byłam pobawić się ze znajomym. Oni prosili mnie, żebym zatańczyła z nimi. Nie chciałam,

bo  nie  tańczę  z  nieznajomymi.  Zresztą  ten,  który  mnie  prosił,  był  pijany.  Gdy  wyszliśmy  z

lokalu, napadli nas...

–  Chodźmy  –  powiedział  przypadkowy  wybawca  i  ująwszy  ją  pod  ramię  poprowadził

ciemnym korytarzem.

– Co pan? Dokąd? – zapytała ze strachem.

– Proszę się nie obawiać – uśmiechnął się. – Wstąpimy do mnie na chwilę. Nic złego pani nie

zrobię. Po co stać tutaj, kiedy może pani przeczekać to w moim mieszkaniu, prawda?

Poszła bez oporu. Pomyślała tylko, że mężczyźni wszyscy są jednakowi...

Ciekawa  była,  jak  wygląda  jej  wybawca.  Sądząc  po  głosie,  nie  musiał  być  stary,  zresztą

zachowywał  się  energicznie  i  jakoś  młodzieńczo.  On  również  nie  mógł  się  doczekać  chwili,

kiedy zobaczy jej twarz.

Gdy w pokoju zabłysło światło, spojrzeli na siebie i równocześnie wydali okrzyk zdumienia.

– Pani?

– O Boże! To pan!

Zośka  poczuła,  że  oblewa  ją  zimny  pot,  a  ciało  pokrywa  się  gęsią  skórką.  Czuła  się,  jakby

ujrzała zjawę nie z tego świata.

Przed  nią  stał  młody  człowiek,  którego  twarz  zapamiętała  na  całe  życie.  Jak  w

przyśpieszonym  filmie  ujrzała  orbisowską  kawiarnię  w  Gdańsku.  Przypomniały  się  jej  kolejne

background image

121

sceny, które wtedy nastąpiły, do momentu owego spaceru  w  gruzy. Pierwszy upolowany przez

nią „facet do oskubania” teraz stał przed nią i szeroko otwierał zdumione oczy.

Czy wiedział? Czy domyślał się, że ona miała go tam zwabić?

– Co za przypadek! – zawołał wreszcie Stefan, wyraźnie ucieszony z tego spotkania. – Dużo o

pani  myślałem.  Chodziłem  nawet  do  tej  kawiarni,  bo  myślałem,  że  panią  spotkam.  Nie

wiedziałem, czy pani nie wyrządzili wtedy też jakiejś krzywdy...

Odetchnęła. Nie domyślał się. Przyjemny spokój opanował ją i poczuła wielkie odprężenie.

– Nie, nic mi nie zrobili – odparła niepewnie – uciekłam. Byli zajęci panem. Wiem, że jestem

tchórzem, ale strasznie się bałam...

– Dobrze pani zrobiła – chwalił ją z entuzjazmem. – Przecież i tak nic by pani mi nie pomogła,

a po co się było narażać?

– Ale co się wtedy stało z panem?

– Eee, nic wielkiego. Dostałem cegłą i trochę mnie zamroczyło. Ocknąłem się, kiedy było już

widno. Oczywiście nie miałem portfela i zegarka, ale marynarz jest przyzwyczajony do tego, że

często traci wszystko.

Podczas  tej  rozmowy  przyglądała  mu  się  uważnie.  Zdążyła  już  całkowicie  ochłonąć  i  teraz

znów patrzyła na niego z sympatią. Tak jak wtedy, w restauracji „Orbisu”, doszła do wniosku, że

jest  miły  i  przystojny.  Do  tej  dawnej  sympatii  dołączyła  się  wdzięczność  za  ratunek  przed

napastnikami.

–  Ogromnie  się  cieszę,  że  pana  znów  spotkałam  –  wyznała.  Za  nic  w  świecie  by  teraz  nie

chciała,  żeby  się  dowiedział,  iż  gości  u  siebie  „mewkę”.  Jemu  zresztą  nawet  przez  myśl  nie

przeszło,  że  Zośka  może  się  czymś  podobnym  zajmować.  Wprawdzie  zmieniła  się  od  tamtej

pory, ciągle jednak wyglądała świeżo i powabnie. Podobała mu się i był rad, tak jak i ona, z tego

spotkania.

– Niech się pani rozgości – mówił podniecony. – Teraz gdy się okazało, że jesteśmy starymi

znajomymi, nie wypuszczę pani tak prędko.

– Ależ to czwarta rano! – wykrzyknęła. – Co sobie o mnie pomyślą znajomi!

–  Pomyślą,  że  pani  jest  w  domu.  Zresztą  co  mnie  to  obchodzi,  teraz  pani  należy  do  mnie.

Napijemy się czegoś?

Podszedł do szafki i wyciągnął butelkę. Lecz ona zaprotestowała. Nie chciała odstąpić od roli

skromnej dziewczyny.

background image

122

– Nie, nie. Nie chcę alkoholu. Jeśli już chce pan mnie poczęstować, to tylko herbatą. Od tych

wrażeń zaschło mi w gardle.

Nastawił wodę i kręcił się po pokoju.  Był  przy  tym  dziwnie  radosny  i  ożywiony.  Wyraźnie

cieszył  się,  że  piękna  dziewczyna,  która  kiedyś  jak  błysk  komety  pojawiła  się  w  jego  życiu,

nieoczekiwanie przybyła do niego, rozmawia, śmieje się...

Pomogła mu nalać herbaty i pili ją siedząc obok siebie na tapczanie.

– Nie boi się mnie pani? – zapytał z przekornym uśmiechem.

–  Nie,  pan  jest  taki  miły...  –  spuściła  wzrok  i  oblała  się  rumieńcem.  Poczuła,  że  delikatnie

ujmuje jej dłoń.

– Tyle o pani myślałem... Tak chciałem jeszcze raz spotkać i oto się stało. Jak to przedziwnie

plecie się ludzkie życie... Ale pani drży... Pani chyba bardzo zmęczona?

– Nie, jest mi dobrze – powiedziała cicho.

Ogarnęła go fala radości, bo poczuł, że nie jest jej zupełnie obojętny. Podniósł do ust jej rękę.

– Może to jest głupie, co powiem, ale tęskniłem do pani. Tak, wtedy spędziliśmy bardzo miłe

chwile, a pani wie, że marynarz nie ma tych chwil zbyt wiele.

Niebo  za  oknem  stawało  się  szare  i  kontury  drzew  coraz  wyraźniej  wyłaniały  się  z  mroku.

Zamknęła oczy i poczuła na ustach delikatne muśnięcie jego warg. Gdy wyczuł, że nie opiera się,

całował ją coraz goręcej, a kiedy dotknął jej oczu, poczuł słone łzy.

– Kochana – szepnął – płaczesz?

– Nie, nie, jestem szczęśliwa. Nie zwracaj na to uwagi, taka jestem głupia...

Ujął oburącz jej twarz i przytulił do swego policzka. Odpowiedziała mu szczerym, mocnym

uściskiem.

Rozdział II

Pani  Malinowska  kręciła  się  niespokojnie.  Zaledwie  mąż  wyszedł  do  pracy,  rozpoczęła

nerwowe wędrówki po korytarzu. Ze trzy razy przeszła do łazienki i z powrotem, potem jeszcze

kilkakrotnie  była  w  kuchni,  choć  nie  miała  tam  nic  do  roboty,  bo  śniadanie  zjadła  razem  z

mężem.  Za  nic  jednak  nie  chciała  przegapić  najważniejszego  momentu  i  dlatego  czuwała

background image

123

nieustannie.

Lecz  minęła  ósma,  potem  dziewiąta,  a  w  pokoju  sublokatorskim  panowała  cisza.  Pani

Malinowska denerwowała się, gdyż czas już było udać się po codzienne zakupy. Chwilę jeszcze

pokręciła  się  po  przedpokoju,  potem  bardzo  niechętnie  wzięła  torbę  i  wyszła.  Spieszyła  się

jednak nadzwyczajnie. Nie zdołały jej zatrzymać nawet informacje sąsiadek, szybko kupiła,  co

trzeba, i prawie biegiem wróciła do domu.

W przedpokoju odetchnęła z ulgą. W dalszym ciągu nikt w mieszkaniu się nie poruszał.

„A to się zmęczyli” – pomyślała i rozpoczęła poprzednią, bezcelową krzątaniną. Za wszelką

cenę chciała ją zobaczyć, musiała po prostu wiedzieć, z kim zabawiał się spokojny dotychczas i

porządny  lokator.  Ale  jej  ciekawość  została  wystawiona  na  niezwykłą  próbę.  Czas  mijał,

mieszkanie było nieposprzątane, a pani Malinowska nie mogła się doczekać.

Wreszcie w najwyższym stopniu zdenerwowania stanęła pod drzwiami. Serce biło jej, jakby

miała zamiar dokonać włamania. Najpierw pochyliła się i zajrzała przez dziurkę od klucza. Nic

jednak  nie  zobaczyła,  bo  tapczan  stał  z  boku  pod  ścianą.  Zdenerwowała  się  więc  i  leciutko

zapukała.

Cisza.  „Co,  do  licha,  czyżby  nikogo  już  nie  było?  Może  wyszli,  gdy  byłam  po  zakupy?”  –

pomyślała  i  równocześnie  delikatnie  nacisnęła  klamkę.  Drzwi  ustąpiły.  Szparka  wolno

powiększała się, a nos i błyszczące z podniecenia oczy pani Malinowskiej wsunęły się do pokoju.

Nie zdążyła jednak zauważyć żadnych szczegółów. Ogarnął ją popłoch, gdy stwierdziła, że para

śpi jeszcze. Trochę za głośno zamknęła drzwi.

Stefan obudził się, otworzył oczy i zaraz zamknął,  bo  słońce  ukłuło  go  szpileczkami  swych

promieni.  Wciągnął  głęboko  zapach  skóry  i  włosów  dziewczyny.  Poczuł  się  od  razu  radosny  i

wesoły, choć w całym ciele  czuł zmęczenie. Delikatnie uniósł się na łokciu i patrzył na śpiącą

Zośkę.

Oddychała  lekko  rozchylonymi  ustami,  gdyż  nos  wtuliła  w  poduszkę  i  śmiesznie  go

spłaszczyła.  Rozsypane  wspaniałe  włosy  okrywały  jej  kark  i  spływały  miękkimi  falami  na

poduszkę. Policzki miała lekko zaróżowione.

Wydała  mu  się  niezmiernie  piękna  i  ogromnie  bliska.  Dotknął  wargami  jej  ucha

wyglądającego spod włosów. Poruszyła się, mruknęła coś przez sen i jeszcze głębiej wcisnęła nos

w poduszkę.

Stefan wstał i przeciągnął się, aż zabolało go w plecach. Włożył piżamę i cicho wyszedł do

background image

124

przedpokoju.

Pani Malinowska była na stanowisku.

– Przygotować panu śniadanie? – zapytała z niewinną miną.

Zawsze, gdy Stefan nie nocował na statku, troskliwa gospodyni przygotowywała mu posiłki.

Wiedziała,  że  marynarz  tęskni  do  dobrej,  domowej  kuchni  i  cieszyły  ją  pochwały,  jakich  nie

szczędził jej talentom kulinarnym.

– Proszę bardzo – wesoło odparł Stefan. – Tylko trochę więcej...

– Dobrze, zanim pan się umyje zaniosę do pokoju.

– Nie, nie! Nie trzeba! – zaprotestował nazbyt gwałtownie. – Proszę zostawić w kuchni. Sam

zabiorę.

Pani Malinowska chrząknęła dwuznacznie i szurając pantoflami poszła parzyć kawę.

Gdy wszedł do pokoju dźwigając tacę ze śniadaniem, Zośka siedziała na tapczanie wstydliwie

okrywając się kołdrą pod brodę.

– Pobudka! – wołał od drzwi. – Wyskakuj, śniadanie gotowe!

– Aaach – ziewnęła szeroko – ależ jestem śpiąca. Która godzina?

– Prawie dwunasta. Wstawaj  szybko.  Pomrzemy z głodu.

–  Mmm,  jak  wspaniale  pachnie.  Jesteś  cudowny,  wstałeś  pierwszy  i  podajesz  śniadanie.

Wezmę cię na gosposię. Nareszcie ktoś będzie mi podawał śniadanie do łóżka.

Postawił tacę na stole i podszedł do tapczanu. Patrzył na nią tak, że spuściła oczy.

– To ty jesteś cudowna – powiedział. – Zjawiłaś się jak dobra wróżka i siedzisz tu w słońcu i...

– zabrakło mu słów.

Zaśmiała się.

– Pleciesz. Siedzę w betach, a nie w słońcu. – Zarzuciła mu ręce na szyję i przyciągnęła do

siebie. Złączyli się w długim pocałunku. Odepchnęła go wreszcie.

– Odwróć się i stój przez chwilę spokojnie. No, już, raz dwa.

Posłusznie  wykonał  w  tył  zwrot  i  usłyszał  tupot  bosych  stóp  po  podłodze.  Nie  wytrzymał.

Odwrócił się i chciał ją chwycić. Wywinęła się zręcznie i zasłoniła sukienką.

– Nie wolno! Odwróć się!

A kiedy niechętnie wykonał polecenie, szybko zaczęła się ubierać.

– Jak tu się myć? – zmartwiła się. – Nie umiem jeść przed myciem, a tu zdaje się ktoś jest w

mieszkaniu.

background image

125

– Gospodyni, ale to nic. Cóż ją to obchodzi. Ona zresztą i tak wie.

Pani  Malinowska  oczywiście  była  w  przedpokoju  i  wreszcie  zaspokoiła  w  pełni  swą

ciekawość. Powiedziała nawet Zośce „dzień dobry” i teraz już spokojnie udała się do kuchni, aby

zabrać się do gotowania obiadu.

Gdy Zośka doprowadziła się do jakiego takiego wyglądu i zjedli w końcu śniadanie, była już

godzina pierwsza. Pomyślała, że czas wreszcie odejść. Myśl ta zasmuciła ją, bo było jej tu dobrze

i  przez  ten  krótki  czas  poczuła  się  jakby  we  własnym,  wymarzonym  domu.  Kiedy  jednak

wspomniała o tym, że ma zamiar odejść, Stefan zaprotestował:

– Mowy nie ma. Jak to, chcesz mnie tak po prostu zostawić na resztę dnia?

– A cóż będziemy robili?

– Proponuję wycieczkę nad morze.

Zgodziła się. Pogoda była przepiękna i  choć lato  już  właściwie  minęło,  można  jeszcze  było

posiedzieć  nad  brzegiem.  Przezorny  Stefan  zabrał  koc  i  wyszli  na  ulicę.  Wsunął  dłoń  pod  jej

ramię  i  przytulił  do  siebie.  Poczuła  radość  i  beztroskę.  Szli  weseli,  pełni  życia  i  pogody,

uśmiechali się do dzieci, mijanych ludzi, odrapanych domów i zielonych drzew. Świat wydawał

im się piękny i promienny jak wszystkim młodym, kiedy myślą, że cała radość świata spłynęła na

nich.

„Piątką”  dojechali  do  Brzeźna  i  po  chwili  znaleźli  się  nad  brzegiem  morza.  Na  plaży  było

zaledwie  kilka  osób;  ostatni  wczasowicze,  grupka  chłopaków  grających  w  pokera,  kilka  par

poukrywanych za wydmami.

Omijali  ludzi, szukali  samotności,  spokoju i  zacisza.  Szli  długo  brzegiem,  a  wylizany  przez

fale piasek skrzypiał przyjemnie pod stopami. Zdjęli buty i pozwolili figlarnym, pienistym falom

obmywać stopy. Za czerwonymi od rdzy szczątkami wraka wyrzuconego na brzeg przez sztorm

skręcili w lewo i położyli się między dwiema niewielkimi wydmami.

Słońce nie grzało zbyt mocno, ale tu było przyjemnie i przytulnie. Jakaś łagodna, kojąca cisza

stała nad nimi. Nad głowami płynęły leniwie białe, puchate obłoki. Nieustanny szum fal i krzyk

krążących  nad  brzegiem  mew  łączyły  się  w  swoistą  muzykę  morza.  Poszarpana,  ciemniejąca

lasami  linia  brzegu  wyginała  się  łukiem  i  zacierała  gdzieś  pod  Gdynią.  Daleko  przed  nimi

cieniutka  kreska  Półwyspu  Helskiego  ciemniała  na  styku  nieba  z  wodą.  Na  prawo  widać  było

wrzynającą  się  w  morze  ostrogę  portu  gdańskiego.  Wielki,  głęboko  zanurzony  statek  z

podniesionymi bomami zbliżał się do tej ostrogi. Maleńki z tej odległości holownik prowadził go

background image

126

na  linie  i  zdawało  się,  że  to  liliput-pogromca  prowadzi  na  sznurku  potulnego,  niezgrabnego

słonia.

– Jak tu pięknie! – westchnęła w zachwycie Zośka. – Spójrz, koledzy wracają z rejsu.

– To jakiś norweg.

– Po czym poznajesz? Przecież stąd nie widać bandery.

– Po znakach na kominie. Każdy armator ma swój znak.

– Szczęśliwi jesteście. Cały świat jest waszym domem. Zawsze zazdroszczę marynarzom tego,

że tyle mogą zobaczyć ciekawych rzeczy. Marzyłam o tym, żeby podróżować po świecie.

– Takie podróże jak nasze to przyjemność dla nowicjusza. Potem  przychodzi przesyt, nuda i

tęsknota...

– Tęsknota? – zdziwiła się – do czego?

– Nie wiem. Do czegoś innego.

–  Och,  nie  mów  tak!  Świat  jest  taki  ciekawy  i  piękny!  Odpowiedz,  gdzie  są  najpiękniejsze

kobiety? Które ci się najbardziej podobały: Chinki, Murzynki, Hinduski, Arabki? Powiedz.

– Serce marynarza to hotel, w którym każda znajdzie swój pokój – zażartował.

Zrobiło to jej przykrość, bo nagle przypomniała sobie, że i ona mieszkała w wielu hotelikach

marynarskich. Posmutniała i odwróciła głowę. Zauważył to i zrozumiał po swojemu. Delikatnie

ujął ją pod brodę i pocałował w nos.

– No, nie dąsaj się, żartowałem. Nie umiem opowiadać o tym, co  widziałem na świecie, ale

jeśli chodzi o kobiety, to najpiękniejsze są Polki.

– Nie nabijaj się ze mnie...

– Przysięgam, że mówię prawdę. A jedna, którą znam, jest tak piękna, że nie ma takiej drugiej

na świecie...

– Przestań.

Znów ją pocałował.

– Przestań – powtórzyła – przecież ludzie się tu kręcą.

– A cóż mnie obchodzą ludzie!

Mewy z piskiem zatoczyły krąg nad ich głowami. Patrzyła na nie leżąc z głową opartą na jego

ramieniu. Mówiła leniwie:

– Jakie one wścibskie, podglądają nas.

– Nie martw się, nikomu nie powiedzą...

background image

127

– Kto wie? Może te plotkarki rozpowiedzą o nas wszystkim marynarzom na całym świecie?

– Nie miałbym nic przeciwko temu. Zazdrościliby mi.

–  Podobno  mewy  to  najwierniejsze  przyjaciółki  marynarzy?  Towarzyszą  im  w  dalekich

rejsach, przynoszą wiadomości od ukochanych. Słyszałam, że po śmierci marynarza jego dusza

zamienia się w mewę. Dlatego marynarz nigdy nie zabija mew. Czy to prawda?

–  Po  cóż  zabijać?  One  też  chcą  żyć.  Może  zresztą  rzeczywiście  z  tą  duszą  to  prawda...  Ale

przyjaciółkami to są fałszywymi. Jeśli marynarz kona w szalupie z głodu i wyczerpania, mewa

pierwsza wydziobie mu oczy.

– Nie mów o tym, to straszne. Znienawidzę je od dziś.

– Za co? Przecież to nie ich wina. My mimo wszystko je lubimy.

–  Chciałabym  być  mewą,  polecieć  za  statkiem,  patrzyć  z  góry  na  morza,  lądy,  statki.  Dla

odpoczynku siadałabym na maszcie, a ty rzucałbyś mi okruchy...

– Oj, strasznie jesteś romantyczna. Ja wolałbym, żebyś wędrowała po świecie razem ze mną.

– Daj spokój, przestań... Och, ty...

– Masz zielone oczy.  Zupełnie jak  woda  morska.  Zobacz,  widzisz,  jaki ma  kolor? Jest  przy

tym  ruchliwa,  ale  łagodna.  Takie  są  twoje  oczy.  Dotychczas  miałem  tylko  morze,  teraz  mam

również ciebie. Gdy patrzę w twoje oczy, widzę w nich morze, a gdy będę sam, spojrzę na morze

i zobaczę ciebie...

– Teraz ty jesteś romantyczny.

– Mówię to, co czuję. Dobrze mi z tobą.

– A gdybyś musiał wybrać mnie albo morze?

– Po co myśleć o tym? Życie marynarza i tak składa się z wiecznych pożegnań i powrotów.

Zawsze kogoś zostawia i kogoś wita.

– Nie mów teraz o pożegnaniu. Nie chcę o tym myśleć.

–  Dobrze.  A  więc  opowiedz  mi  coś  o  sobie.  Wtedy  mówiłaś  tak  mało.  Chcę  wszystko

wiedzieć.

– Nie, nie teraz. Zresztą po co? Czyż rzeczy, które nas nie dotyczą, mają jakieś znaczenie?

– Wszystko, co twoje, dotyczy mnie także.

– Uważaj. To już są wielkie słowa.

– Tak, wielkie słowa. Zastanawiam się, czy to już jest miłość?

– Czy to już jest miłość? A któż wie, jak ona naprawdę wygląda?

background image

128

– Może jest tu, między niebem a piaskiem, nad brzegiem morza, wśród nas?

– Znów wielkie słowa. Nie wypowiadaj ich. Po prostu dobrze mi z tobą, chciałabym, żeby ten

dzień nigdy się nie zakończył, a reszta... reszta jest teraz nieważna...

– Dobrze, niech tak będzie – zgodził się i pochylił nad nią głowę. Poruszane wiatrem włosy

łaskotały go w policzek.

Obudził ich przedwieczorny chłód ciągnący od morza. Dalekie światła Sopotu jarzyły się nad

wodą, a od Helu błyskał ku nim promień latarni morskiej.

Stefanowi zdrętwiała ręka, a Zośka skurczyła się z zimna.

– Pobiegnijmy brzegiem – zaproponował.

Rzuciła się pierwsza, a on pognał za nią wzbijając stopami małe fontanny piasku. Dogonił ją

za wrakiem. Dyszała lekko, zmęczona, ale już nie drżała.  Poszli  dalej  spokojnie,  przytuleni  do

siebie.

Gdy wysiedli z tramwaju, Stefan powiedział:

– To był cudowny dzień. Będę go długo pamiętał.

– Tak – zgodziła się Zośka – ale dzień minął i czas się rozstać. „Życie marynarza składa się z

ciągłych pożegnań” – przypomniała jego słowa.

– Nie, nie to miałem na myśli. Chciałem ci po prostu podziękować za ten dzień. Ale jeszcze

go nie zakończyliśmy. Zjemy razem kolację. Pamiętasz „Orbis”? Tam się poznaliśmy.

– Nie przypominaj. Zakończenie było fatalne.

– To nic, za to dziś było tak pięknie. Pójdziemy tam spędzić dzisiejszy wieczór?

– Dobrze – zgodziła się po namyśle. – Ale muszę przecież jakoś się przebrać, doprowadzić do

porządku włosy. Ty zresztą też.

– Zgoda. Idziemy do mnie, tam się oporządzimy. Suknię masz dobrą.

– Nie ma mowy – upierała się. – Tak nie pójdę. Muszę przedtem wpaść do domu. Nie mogę

przecież w takim lokalu wyglądać jak czupiradło. Spotkamy się za godzinę na peronie kolejki.

– Ale nie nawalisz?

Zamiast odpowiedzi pocałowała go lekko i po chwili zniknęła za zakrętem.

background image

129

Rozdział III

Rozmarzona, radosna i lekka wbiegła do swego pokoju. Nucąc pod  nosem jakąś melodię od

razu zaczęła się rozbierać. W samej bieliźnie stanęła przy oknie.

Niebo  na  zachodzie  czerwieniło  się  krwawymi  smugami,  jakby  daleko  nad  zatoką  płonął

wielki ogień. Bliżej nad jej głową ciemny już firmament jarzył się wesołymi błyskami gwiazd. W

powietrzu  wisiała  wielka,  dostojna  cisza.  Przerywały  ją  jedynie  głosy  i  kroki  przechodniów,

dobiegające  jakby  z  głębokiej  studni.  Stała  tak  z  oczami  zatopionymi  w  szarym  zmierzchu,

marząca, myślami przebywająca jeszcze tam, nad brzegiem.

Otrząsnęła się wreszcie z zadumy. Szybko umyła twarz, ręce i zakurzone nogi. Potem włożyła

na  bose  stopy  swoje  najlepsze  pantofle  i  naciągnęła  świąteczną  sukienkę.  Ustawiła  na  stole

niewielkie lusterko i zaczęła malować wargi.

„Zielone  oczy”  –  przypomniało  jej  się  nagle.  Zbliżyła  twarz  do  lustra  i  zaczęła  się  sobie

dokładnie przyglądać. Uświadomiła sobie swoją radość z tego, że się jemu podobała i roześmiała

się.  Potem  nagle  spoważniała.  „A  gdyby  znał  prawdę  o  mnie?”  Poczuła,  że  cały  jej  wspaniały

nastrój ulatuje. Odsunęła się od lustra i opuściła ręce na kolana.

Teraz  dopiero  w  pełni  mogła  ocenić  dotychczasowe  swoje  życie,  teraz  się  nad  nim  po  raz

pierwszy zastanowiła. I z tym większą goryczą zapytywała siebie:

,,Po  co  to  wszystko?  Po  co  ten  piękny  dzień,  jeśli  potem  znów  będą  dni  monotonne,

przesycone zapachem tytoniu, alkoholu i spoconych  ciał?... Och, żeby to już nie  wróciło,  żeby

dzień dzisiejszy pozostał na zawsze!... –  Lecz chłodny  głos rozsądku ściągnął ją z obłoków na

ziemię. – Nic się nie zmieni, wszystko będzie jak dawniej. A on odejdzie i więcej nie wróci...”

„A może wróci?”

„Oni nie wracają... A gdyby miał wrócić i dowiedzieć się o wszystkim, lepiej go nigdy więcej

nie widzieć...”

Uświadomiła  sobie  nagle,  że  rozmawia  głośno  sama  ze  sobą.  Próbowała  się  jeszcze  bronić

przed okrutnym głosem prawdy, ale wiedziała już, że nie będzie śmiała pójść do niego.

Oparła łokcie na stole, twarz ukryła w dłoniach i długo płakała, samotna w pustym pokoju.

Stefan  pogwizdując  wesoło  przebierał  się  w  ciemny  garnitur.  Gdy  przebiegał  z  łazienki  do

pokoju, pani Malinowska wychyliła głowę z kuchni.

– Ależ pan dziś wesół – zauważyła.

background image

130

– Tak, tak – odkrzyknął – wygrałem milion!

Pani Malinowska cała wysunęła się do przedpokoju. Nos jej poczerwieniał, oczy zabłysły, co

było nieomylnym znakiem, że ma ochotę uciąć sobie pogawędkę.

– To ta panienka tyle warta? – zauważyła domyślnie.

– Ho, widzę, że pani nieźle się orientuje – zaśmiał się Stefan.

– Przecież nie jestem ślepa. Widziałam, że panu aż oczy do niej wyskakiwały. Zresztą wcale

się nie dziwię, bo niebrzydka.

Stefanowi ta pochwała zrobiła wielką przyjemność. Wyjrzał z pokoju i powiedział:

– Widzę, że pani Malinowska zna się na rzeczy. Klasa dziewuszka, prawda?

– A dawno się znacie?

– O, tak! – odparł szybko i zniknął ponownie w pokoju.

Po chwili wyświeżony, elegancki i pachnący pędził po schodach na złamanie karku.

Na dworzec przyszedł  kilka  minut  przed  wyznaczonym  czasem.  Kupił  bilety  i  niecierpliwie

począł spacerować po peronie.

Wskazówki  wielkiego  zegara  z  wolna  zbliżyły  się  do  godziny  dziesiątej.  Pociąg  gwizdnął

zadziornie, drgnął i po chwili zniknął poza kręgiem dworcowych lamp.

„Spóźnia się – pomyślał bez gniewu. – Wiadomo, kobieta...”

W  miarę  jednak  jak  duża  wskazówka  oddalała  się  od  dziesiątki,  zaczął  się  niecierpliwić,  a

potem złościć. Gdy minęło wpół do jedenastej, myślał: „No, niech tylko przyjdzie, obrugam ją.

Marnuje czas...”

Kiedy odjechał pociąg o jedenastej, ogarnął go niepokój. Wstydził się kręcić po peronie, bo

zawiadowca  i  konduktorzy  już  mu  się  przyglądali  ze  znaczącymi  uśmieszkami.  Stał  więc  tam,

gdzie lampa nie rzucała swego blasku i patrzył w mrok.

„Czekam jeszcze dziesięć minut” – myślał i czekał pół godziny. Wreszcie pojął, że traci czas

na  próżno.  Ostatni  pociąg  odszedł  do  Gdańska,  światło  w  oknach  budyneczku  dworcowego

zgasło i został sam.

Wracając do domu uświadomił sobie, że nie wie nawet, jak ona się nazywa i gdzie mieszka.

Drzwi otwierał cicho, ale pani Malinowska usłyszała.

W  szlafroku  niby  przypadkowo  przechodziła  do  łazienki.  Gdy  ujrzała  go  samego,  na  jej

twarzy odbiło się rozczarowanie.

– Co, już pan wraca? Tak wcześnie? – zapytała.

background image

131

– Ach, niechże mi pani wreszcie da spokój – powiedział niegrzecznie.

Gdy  niedbale  ściągał  ubranie  i  rzucał  je  byle  gdzie,  zapukała  nieśmiało  i  wniosła  tacę  z

herbatą.

Rozdział IV

Kolorowe  światła  przybliżały  się  coraz  bardziej.  Daleko  przed  nimi  jaskrawy  reflektor

wymrugiwał  kropki  i  kreski,  a  z  mostku  odpowiadał  aldisem  drugi  oficer.  Obok  nich  jak

tajemnicze  zjawy  przesuwały  się  bezszelestnie  kadłuby  statków.  Wchodzili  do  Kanału

Kilońskiego.

Syrena zabuczała krótko i rozległ się dzwonek telegrafu maszynowego. Zakipiała woda pod

rufą. Stanęli w śluzie.

Formalności  wejściowe  trwały  jak  zwykle  krótko.  Ship-chandler  odebrał  od  ochmistrza

zamówienia i popędził samochodem do Kilonii, aby przy wyjściu z kanału dostarczyć wszystko

na pokład. Pilot zatarł ręce, wyjął fajkę z ust i dał znak.

– Mała naprzód!

Szczęknął telegraf, statek zaczął lekko wibrować. Brzegi wąskiego kanału wolno poczęły się

przesuwać za burtami statku.

Stefan  stał  na  śródokręciu  oparty  o  reling  i  przyglądał  się  ciemnym  brzegom.  W  oknach

nielicznych domów świeciły się światła, tu i ówdzie mrugały sygnały. Wysokie mosty spinające

brzegi kanału sprawiały wrażenie niebosiężnych, ażurowych łuków.

Lubił patrzyć na mijane okolice. Ilekroć przepływał przez kanał od strony Morza Północnego,

zawsze  odczuwał  charakterystyczną  radość,  którą  zna  każdy  powracający  z  dalekiej  podróży.

Odtąd już liczyli godziny. Przez kanał płynie się kilka godzin, potem od Holtenau niecałą dobę i

już dom...

Za plecami trzasnęły drzwi i czyjś cień zamajaczył na pokładzie.

– Marzysz? – Tadek z rozmachem klepnął Stefana w plecy. – Już niedaleko. Jutro nad ranem

będziemy w Gdyni.

– W Gdańsku – poprawił Stefan.

background image

132

– Aha, zapomniałem, że tym razem idziemy do Gdańska.  W  Gdańsku  nie  gorzej  można  się

zabawić niż w Gdyni.

– Lubię Gdańsk – stwierdził Stefan.

–  Wszystko  jedno  –  Tadek  zatoczył  się  i  Stefan  dopiero  teraz  zauważył,  że  mechanik  jest

zupełnie  pijany.  Nie  zdziwiło  go  to  zbytnio,  bo  Tadek  należał  do  tych  marynarzy,  którzy

najwierniejszego przyjaciela mieli w butelce. Z początku nie mógł zrozumieć, jak można tak pić.

Tadek miewał okresy, że przez dwa tygodnie był bez przerwy nietrzeźwy. Wtedy właściwie nie

pił. Upijał się porządnie raz jeden, a potem tylko co kilka godzin wypijał kieliszek lub dwa i stale

utrzymywał  się  w  stanie  zamroczenia.  W  tym  czasie  wyglądał  strasznie.  Oczy  robiły  mu  się

błędne  powleczone  jakby  białawą  mgłą,  wargi  miał  spieczone,  a  rysy  nienaturalnie  ściągnięte.

Gdy  szedł  korytarzem  lub  po  pokładzie,  zataczał  się,  w  mesie  przy  stole  rozlewał  zupę  i

wybrzydzał  nad  jedzeniem.  Nigdy  jednak  nie  zapominał  o  swojej  wachcie.  A  kiedy  stawał  na

dole,  w  duchocie  i  skwarze  maszynowym,  gdy  ogarniał  go  huk  maszyny  i  jazgot  agregatów,

stawał  się  czujny  i  przytomny.  Pracował  bezbłędnie,  nigdy  nie  wykonał  fałszywego  ruchu,

zdawało się, że wszystko robi automatycznie, tak bardzo był precyzyjny. Lata praktyki i żelazna

okrętowa  dyscyplina  wyrobiły  w  nim  te  odruchy,  których  nie  mogło  nawet  przytłumić

zamroczenie alkoholem.

Teraz  Tadek  był  po  wachcie  i  musiał  porządnie  wypić,  bo  chwiał  się  na  wszystkie  strony  i

miał duże trudności z zapaleniem papierosa.

– Wlałeś sobie nieźle – zauważył Stefan. – Dom niedaleko,  a ty  jesteś  uchlany.  Lalunia  cię

obruga.

– Nie twój interes – mruknął Tadek. – Zanim dojadę do Laluni, będę trzeźwy jak noworodek.

Pożegnałem  się  z  buteleczką  i  teraz  koniec  aż  do  domu.  Po  pijanemu  nie  można,  kapujesz?  –

mrugnął do Stefana.

Stefan ni stąd, ni zowąd odczuł  w  sercu  zazdrość.  Taki  oto  Tadek,  wprawdzie  dobry  chłop,

świetny  mechanik,  ale  beznadziejny  pijak  i  kunda,  miał  dom,  rodzinę,  Lalunię,  która  na  niego

czekała i do której tęsknił. Przyjedzie do portu, a ona stoi na nabrzeżu, macha ręką,  całują się,

cieszą się... Takie sceny zawsze Stefana drażniły. On nie miał nikogo, nikt na niego nie czekał,

nikt go nie witał kwiatami i machaniem ręki. Pokoik jego był pusty i zimny. Rzadko zresztą w

nim  mieszkał.  Czasem  przyprowadził  tam  jakąś  dziewczynę.  W  czasie  postoju  w  porcie  wolał

mieszkać na statku, który był jego właściwym domem. Tu zawsze byli koledzy, tu dostawał jeść

background image

133

jak u matki, tu miał wszystko, czego potrzebował.

Ale ostatnio już mu to nie wystarczało. Pragnął mieć swój dom, swoją Lalunię. Statek zbrzydł

mu tak, że czekał chwili, kiedy będzie mógł zejść na ląd. Gdy jednak w porcie schodził z trapu,

ogarniało go uczucie osamotnienia, snuł się po knajpach bez celu, pił z kolegami i potem wracał

znów na statek.

Teraz  myślał  o  tym,  bo  port  macierzysty  był  blisko,  a  on  nie  widział  w  nim  dla  siebie

przystani.

Rozmyślania przerwał Romek, który podszedł do nich i zaczął się drażnić z Tadkiem.

– Poszedłbyś spać, pijanico. Wylecisz za burtę, jak się tak będziesz upijał.

– Uważaj, żebyś ty nie wyleciał – odciął się Tadek. – Mnie, kolego na statku nic się stać nie

może. Już się dwa razy topiłem i zawsze jakoś się udało, a wiesz dlaczego?

– No?

– Bo sobie przedtem dałem w szyję, kolego. Pijanego Pan Bóg strzeże.

– Ale Laluni się boisz. – Wszyscy znali słabą stronę mechanika.

–  To  jest,  kolego,  rzecz  druga.  –  Tadek  zatoczył  łuk  ręką,  jakby  chciał  podkreślić  ważność

tego,  co  mówi.  –  Lalunia  to  sprawa  inna.  Tam  człowiek  musi  żyć  normalnie,  ma  dom,  żonkę

itede, kapujesz? Tu się pije, bo nie ma nic innego do roboty. Za stary jestem na czytanie książek

czy inne duperele. Mam na statku kropelki, a w domu Lalunię i wszystko jest okej, jasne?

– Ale jednak idź się prześpij – wtrącił Stefan, którego denerwowało to gadanie. – Nie zdążysz

wytrzeźwieć do jutra.

– No dobra, dobra, pójdę, jeśli  wam  tak  przeszkadzam.  Wszarze  jesteście  i  niech  was  szlag

trafi! – Tadek wpadł w złość, ale nic sobie z tego nie robili, bo każdy wiedział, że wymyślanie to

jego trzecia namiętność, po wódce i Laluni.

Kiedy odszedł wreszcie, Stefan odezwał się do Romana:

–  Lubię  Tadka,  ale  ostatnio  działa  mi  trochę  na  nerwy.  Jak  on  może  pogodzić  takie  dwie

rzeczy: miłość do żony, bo przecież zdaje się, że ją kocha, i miłość do kielicha? Przecież to dwie

sprzeczności.

–  Tak  ci  się  wydaje,  ale  to  pozory.  Co  my  właściwie  mamy  za  życie?  Klasztor.  Gorzej  niż

klasztor.  Tam  mnich  jest  odizolowany,  nic  nie  robi,  tylko  rozmyśla  o  świętościach,  nie  widzi

żadnych  podniecających  rzeczy.  My  mamy  wychodne  w  portach,  widzimy  kobiety,  mamy

pokusy i potem cierpimy na morzu bardziej niż mnich w celi.

background image

134

– Dlaczego mi to mówisz? Przecież ja o tym wszystkim dobrze wiem. Mówiliśmy o Tadku...

– Tak, i ja wcale nie odbiegam od tematu – przerwał Stefanowi Roman. – Chodzi mi o to, że

spędzamy życie w podły sposób, cała romantyka: podróże, śliczne kraje, palmy, cuda niewida –

to pic. Bierze cię to do czasu. Potem przychodzi chwila, że pragniesz Laluni i tak zwanego ciepła

rodzinnego. Tak?

– No i co?

–  No  i  wtedy  masz  dwie  drogi.  Albo  zaczynasz  się  łajdaczyć,  chodzić  w  każdym  porcie  na

dziwki,  albo  nie  lubisz  dziwek,  wolisz  wódkę.  Robotę  na  statku  wykonujesz  jak  automat,  bo

masz ją we krwi, ale poza tym szukasz zapomnienia, ujścia dla tęsknoty, ciągot, żądzy, czy jak to

nazwiesz...  Jeśli  jednak  lubisz  obydwie  te  drogi,  nazwijmy  to  „drogi  zapomnienia”,  wówczas

wychodzi  z  ciebie  taki  Tadek.  Na  morzu  pije,  a  po  powrocie  do  domu  kocha  swoją  Lalunię.

Inaczej być nie może, chyba żeby zrezygnował z pływania...

– Tak, może masz rację – w zamyśleniu zgodził się Stefan. – Ale przecież marynarz też chyba

ma prawo do normalnego życia, do miłości, ciepła i jakiegoś spokoju?

– Nie, nie ma prawa. Wybrałeś, człowieku, taki zawód, to musisz zrozumieć, że nie będziesz

żył normalnie, jak ludzie na lądzie.

– Jesteś zbyt pesymistyczny. Są przecież szczęśliwe marynarskie małżeństwa.

–  Pozory,  tylko  pozory.  Zawsze  pod  tym  szczęściem  kryją  się  tragedie  albo  wzajemna

tolerancja. Ona wie, że mąż w portach wyskakuje do burdelików, a on zdaje sobie sprawę z tego,

że gdy go nie ma przez pół roku, żona nie żyje jak zakonnica. A wzajemnie udają, że o tym nie

wiedzą, czulą się do siebie i jest im dobrze.

– Nie wierzę w to – upierał się Stefan. – Takie małżeństwa, jak mówisz, należą do wyjątków.

Normalni ludzie nie mogą przecież w ten sposób żyć. Tylko my jesteśmy zgorzkniali i szukamy

nie wiadomo czego, podczas gdy zwykła prosta dziewczyna mogłaby dać nam szczęście.

–  No  właśnie  –  triumfował  Roman.  –  Potwierdzasz  moje  słowa.  Prawie  każda  dziewczyna

może  dać  nam  szczęście,  jeśli  nie  będziemy  się  zastanawiać,  czy  nas  zdradza,  czy  nie,  tylko

będziemy szczęśliwi, że czeka na nasz powrót i cieszy się, gdy statek przybije do kei.

–  Ależ  w  ten  sposób  małżeństwo  staje  się  czymś  w  rodzaju  usankcjonowanej  przez  nas

prostytucji – wykrzyknął Stefan.

– O tak! Oczywiście. Dlatego marynarze czasem żenią się z prostytutkami. Przynajmniej nie

rozmyślają nad problemem zdrady, bo i tak wszystko jest jasne. A poza tym prostytutki bywają

background image

135

bardzo dobrymi żonami...

– Ja bym tak nie mógł – wzdrygnął się Stefan. – Przecież to okropne mieć żonę i wiedzieć, że

należy do ciebie tylko wtedy, gdy jesteś przy niej...

– A któraż kobieta daje ci stuprocentową gwarancję? Zresztą mężczyźni również tej gwarancji

nie  dają.  Wierność  to  przeżytek.  Jeżeli  spojrzysz  na  życie  przytomnie,  nie  jak  romantyczna

pensjonarka,  to  przyznasz,  że  mało  mamy  szans  na  absolutną  pewność,  iż  nie  będziemy

zdradzani.

Stefan  był  przytłoczony  twierdzeniami  Romana.  Wiele  razy  dyskutowali  o  tych  sprawach.

Małżeństwo  i  kobiety  to  odwieczne  marynarskie  tematy.  Dziś  jednak  szczególnie  boleśnie

odczuwał  cynizm  surowych  słów  kolegi.  W  duchu  nie  chciał  przyznać,  że  marynarz  nie  miał

prawa  do  spokojnego,  domowego  życia,  choć  chwilami  przychodziło  mu  na  myśl,  że  jednak

Roman  miał  rację.  Jeśli  wybrałeś  ten  zawód,  umiłowałeś  jego  blaski,  musisz  ponosić

konsekwencje.  Zresztą  te  konsekwencje  niejednemu  były  miłe.  Wielu  przecież  chętnie

odwiedzało  Sankt  Pauli  w  Hamburgu  czy  Soho  w  Londynie,  zadowalało  się  w  egzotycznych

portach gorącą miłością za parę dolarów... Stefan próbował i tego, ale czuł, że na całe życie mu

to nie wystarczy. Potrzebował domu i żony na lądzie, a równocześnie nie chciał się zgodzić na

porzucenie służby we flocie.

–  I  co  –  kontynuował  dyskusję  –  myślisz,  że  wystarczy,  jak  człowiek  weźmie  sobie

dziewczynkę na noc, prześpi się, zapłaci i pożegna rano? Przecież to nie to, czego spodziewasz

się od żony.

–  Rozumiem  cię  –  Roman  uśmiechał  się  ironicznie  –  chcesz,  żeby  miał  ci  kto  cerować

skarpetki i prać koszule, żebyś miał w domu ulubioną zupę na obiad. Staroświecki marzyciel z

ciebie. Myślę, że ci to z czasem przejdzie. A jeśli nie zrezygnujesz z tych marzeń, to będziesz

bardzo nieszczęśliwy w małżeństwie.

– Kto wie? Może trafię szczęśliwie? A może wcale się nie ożenię, tylko wezmę prostytutkę na

utrzymanie? – żartobliwie rzucił Stefan.

Roman jednak wziął to na serio.

– Nawet nie wiesz, jakie potrafią być przyjemne takie dziewczynki. Kiedyś, gdy siedziałem

przez  trzy  miesiące  na  lądzie,  mieszkałem  z  taką.  Była  nawet  bardzo  ładna,  twierdziła,  że  jest

królową portu. W końcu jednak nie wytrzymała ze mną i odeszła, ale to było bezbolesne, bo nie

mieliśmy wobec siebie żadnych zobowiązań. Fredka dawała mi siebie, a ja brałem, co dawała, i

background image

136

płaciłem nieźle, bo miałem forsę. No ale nie wytrzymała z jednym. Taką miała naturę. Słyszałem

potem jeszcze o niej. Przestała być królową. W tym czasie, kiedy była ze mną, jej miejsce zajęła

jakaś  piękność.  Zdetronizowała  poprzedniczkę.  Słyszałem,  że  podobno  nawet  się  pobiły,  kiedy

Fredka  wróciła  do  knajpy.  Młodsza  zwyciężyła.  Podobno  śliczna  dziewczyna,  Zośka  czy  coś

takiego. Cudeńka o niej opowiadają.

– Widziałeś ją?

– Kiedyś mi pokazywali w „Albatrosie”. Niezła, a tłok koło niej, że dopchać się nie można.

Taką sobie weź, to ci przejdą romantyczne ciągoty...

– To dobre na raz, dwa, a najwyżej na miesiąc – odparł Stefan.

– Wiem, wiem, chcesz domowego ogniska. Zawracanie głowy. Loteria, bracie. Trafisz dobrze,

to  będziesz  szczęśliwy  albo  względnie  szczęśliwy.  Będziesz  miał  pecha,  to  wpadniesz.  Co  tu

dużo  myśleć  i  rozważać.  Chodź,  lepiej  wypijemy  po  kielichu,  bo  mi  w  gardle  zaschło  od  tego

gadania.

– Chodźmy, chłodno na pokładzie – zgodził się Stefan.

Kiedy szedł spać, był zupełnie pijany, mamrotał coś o Zośce i śmiał się ze swoich rozważań.

On także zaczynał już używać wódki, tego lekarstwa na marynarską chandrę.

Rozdział V

Stefan nie był wobec Romana zupełnie szczery. Dyskutował z nim  o małżeństwie, sprzeczał

się na najrozmaitsze tematy, przeważnie obracające się wokół kobiet. Nigdy jednak nie wyznał

przyjacielowi, że coś go gnębi.

A gnębiła go tęsknota, której ostatnio nie umiał już opanować. W tym dniu, kiedy Zośka nie

przyszła  na  umówione  spotkanie,  był  zły  i  rozgoryczony.  Zapomniał  o  wszystkim,  co  było

przyjemne, a został w nim tylko gniew, bo czuł się wystrychnięty na dudka. Potem uspokoił się,

lecz  nie  przestał  o  niej  myśleć.  Włóczył  się  po  ulicach,  zaglądał  do  knajp  w  Gdańsku,  wiele

godzin spędzał w kawiarniach. Łudził się w duchu nadzieją, że ją spotka. Szukał jej w Gdańsku,

bo tam ją pierwszy raz spotkał, nie przeczuwał, że mieszka blisko niego. Dziewczyna zresztą w

tym czasie rzadko opuszczała dom.

background image

137

Wreszcie  czas  postoju  w  porcie  minął  i  Stefan  wyruszył  w  rejs.  Cieszył  się,  gdyż  miał

nadzieję, że na morzu otrząśnie się z tego stanu, w jakim się znalazł. Chwilami drwił z siebie, że

pierwsza podfruwajka potrafiła tak zawrócić mu w głowie. Kiedy jednak przypomniał sobie plażę

i  krążące  nad  ich  głowami  krzykliwe  mewy,  kiedy  pomyślał  o  jej  oczach,  mimo  woli  wracała

tęsknota.  W  takich  chwilach  miał  ochotę  uciekać  ze  statku,  szukać  jej,  szukać  aż  do  skutku,  a

potem... Potem nie wiedział, co się stanie, pragnął tylko znowu ją spotkać.

Mijały dni odmierzane nieustannym turkotem maszyn statku. Woda pieniła się za burtą, słońce

prażyło  coraz  bardziej.  Stefan  chodził  na  wachty,  opalał  się  na  pokładzie,  wieczorami  pił  z

kolegami w kabinie, czasem śpiewał piosenki i zdawało mu się, że wraca do normalnego stanu.

Lecz kiedy schodził z pokładu i kładł się na wąskiej, twardej koi, sen nie przychodził. W Neapolu

zdecydował  się  na  metodę  „klina”.  Było  sobotnie  popołudnie.  Spokojna,  szmaragdowa  woda

zatoki wyglądała jak olbrzymie lustro, w którym odbijały się wzgórza i nadbrzeżne domy. Wraz

z Tadkiem, który dobrze znał ten port, zapuścili się w biegnące pod górę wąskie, duszne uliczki.

Brudne  dzieciaki  pętały  się  pod  nogami,  a  od  czasu  do  czasu  zaczepiały  ich  czarnowłose,

niechlujne dziewczęta.

Tadek zaprowadził go do małej knajpki, gdzie panował przyjemny półmrok, pachniało oliwą i

kwaśnym winem. Między stolikami chodził z gitarą czarny Włoch. Lirycznym tenorkiem śpiewał

tęskne  piosenki  akompaniując  sobie  nieco  za  głośno.  Pod  wysokim  sufitem,  jak  wielki  ptak,

wirował  bezszelestnie  ogromny  wentylator.  Przy  stolikach  siedziało  sporo  marynarzy  różnych

narodowości.  Podchmielone  dziewczęta  zupełnie  się  nie  krępowały,  siadały  marynarzom  na

kolanach, pozwalały się całować i pieścić.

Ta,  która  przysiadła  się  do  Stefana,  miała  malutkie  rączki,  śmiejące  się  oczy  i  figlarne

dołeczki w policzkach. Wyglądała niewinnie, ale znała się na swym rzemiośle. Tadek dyskretnie

się  ulotnił,  a  mała  Włoszka  na  całego  uwodziła  Stefana.  Ponieważ  było  mu  wszystko  jedno,  z

którą dziewczyną pójdzie, byleby nie była odrażająca, szybko doszli do porozumienia.

Był  już  późny  wieczór  i  nie  bardzo  się  orientował,  dokąd  go  dziewczyna  prowadzi,  tym

bardziej  że  nie  znał  miasta.  Szli  wąskimi  uliczkami  i  ciasnymi  zaułkami,  gdzie  chowając  się

przed światłem wścibskiego księżyca całowały się pary.

Wprowadziła go do domu, który wyglądał niczym wielka twierdza. Gdzieś wysoko, chyba na

szóstym  piętrze,  otworzyła  drzwi  pokoiku  i  weszli  do  środka.  Stefan  zbliżył  się  do  małego

okienka. Widok, jaki roztaczał się przed nim, był pocztówkowo piękny.  U jego stóp leżał cały

background image

138

Neapol, cichy teraz i spokojny, drzemiący w świetle pyzatego księżyca.

– Stefano!

Odwrócił  się  i  zobaczył,  że  dziewczyna  zdążyła  już  przebrać  się  w  jedwabny  szlafrok.

Dopiero teraz rozejrzał się po pokoju. Nie było w nim sprzętów. Pod ścianą stał niziutki tapczan

a  obok  niego  mały  stoliczek,  na  którym  znajdowała  się  kolorowa  lampka  nocna.  Zielonkawy

abażur z wymalowanymi rybkami, meduzami i syrenami pływającymi wśród wodorostów rzucał

przyjemne, łagodne-światło. Obok niego stała opleciona rafią pękata butelka chianti.

Nad  tapczanem  wisiał  wielki  obraz.  Gdy  zbliżył  się,  rozpoznał  Madonnę.  Poczuł  się

skrępowany i zawstydzony. Dziewczyna siadła na tapczanie i zapraszała, żeby zajął miejsce obok

niej.

– Tu, pod Madonną? – zapytał. – Nie boisz się, że ona się rozgniewa?

Dziewczyna roześmiała się i pocałowała go.

– Madonna jest dobra. Ona się mną opiekuje. – Przeżegnała się pobożnie patrząc na obraz, a

potem położyła się na tapczanie i pociągnęła go za sobą.

Na statek wrócił w poniedziałek rano bez grosza, zmęczony i niewyspany. Koledzy uśmiechali

się domyślnie, a Tadek wręcz zapytał:

– Jak poszło? Niezła była ta mała, co? Widziałem, jak cię holowała do siebie.

Stefan  wzruszył  ramionami  i  poszedł  się  przebrać.  Przez  cały  dzień  kręcił  się  po  statku,  a

wieczorem,  gdy  tylko  wyszli  w  morze,  położył  się  spać.  Ale  sen  nie  nadchodził.  „Klin”  nie

pomógł.

Nie pomogła też wódka. Po wczorajszej dyskusji z Romanem i wspólnym pijaństwie obudził

się z bólem głowy i moralnym kacem. Zmięty, z poszarzałą twarzą poszedł na wachtę wypiwszy

zaledwie szklankę soku cytrynowego.

Było już dobrze po północy, kiedy stanęli na redzie Gdańska. Sierp lądu z prawej strony bielał

plażą  pokrytą  teraz  śniegiem  i  lodem.  Na  lewo  otulone  śnieżną  czapą  drzemało  Westerplatte.

Przed nimi unosiła się nikła łuna portowych świateł.

Na  pilota  nie  musieli  długo  czekać  i  przed  drugą  po  północy  weszli  do  portu.  Rzutki  ze

świstem  przecięły  powietrze  i  upadły  na  beton  nabrzeża.  W  ślad  za  nimi  plasnęły  o  wodę

manilowe cumy i grube stalówki.

– Ster zero. Koniec manewrów! Tak stoimy! – krzyknął kapitan.

background image

139

Spuszczono trap i na statek weszli portowi urzędnicy. Stefan stał na szczycie trapu i zapalał

papierosa, kiedy obok niego zjawił się Roman. Był już ogolony i ubrany.

– Płyniemy? – zapytał Stefana.

– Dokąd?

– Co za pytanie! Do miasta!

– Po co? Prześpię się na statku.

– Wariat! Przeszło trzy miesiące tu spałeś i nie masz dosyć? Trzeba nogi rozprostować, wypić

coś naszego, zobaczyć znajome gęby.

– Późno już, wszystko pozamykane. Zresztą zdążę jutro.

– Nie wygłupiaj się – Roman wyraźnie szukał kompana. – Zgnijesz na tej łajbie. Wskakuj w

jakieś ciuchy i chodź!

Stefan  zgodził  się  wreszcie.  Odprawa  paszportowa  nie  trwała  długo,  a  celna  ich  nie

interesowała, bo niczego ze statku nie wynosili. Toteż zanim się ogolił i ubrał, już mógł odebrać

od  ochmistrza  dokumenty  i  pieniądze.  Celnikowi  pokazali,  że  mają  puste  kieszenie  i  po

skrzypiącym  trapie  zeszli  na  ląd.  Stefan  od  razu  poczuł  się,  jakby  wyszedł  z  ciepłego,

przytulnego domu. Obejrzał się na wysokie burty i białe nadbudówki z nieokreślonym żalem. Był

moment, że chciał się nawet rozmyślić i zawrócić, lecz Roman, który wysunął się parę kroków

naprzód, zawołał:

– No chodźże, czego się guzdrzesz jak stara baba!

Ruszył więc po rozmokłym, lepiącym się do podeszew śniegu w kierunku bramy.

Na  ulicy  było  cicho  i  pusto.  Nocny  tramwaj  przejechał  z  hukiem  i  chrzęstem,  potem  znów

zapanowała  martwa  cisza.  Wartownik  przy  bramie  ziewał  i  tupał  nogami  obutymi  w  wielkie

filcowe buciory. Kupa gruzów, a dalej za nimi kilka domów ciemniało tajemniczo.

–  Gdzieś  ty  mnie  wyciągnął  –  biadał  Stefan.  –  Ranek  niedaleko,  knajpy  pozamykane,  a  do

tego głowa mnie boli.

– Uszy do góry – wesoło odparł Romek. – Zaraz ci będzie wesoło.

Poprowadził  do  „Albatrosa”.  Stefan  szedł  z  kwaśną  miną,  ale  już  nie  narzekał,  bo  w  końcu

przyszła mu ochota na kilka kieliszków „czystej”.

„Albatros” jeszcze był czynny i jak zwykle przepełniony.  Dym  i  zaduch,  jakie  uderzyły  ich

przy wejściu, trochę zamroczyły Stefana. Szybko jednak otrząsnął się i weselej spojrzał po sali.

Orkiestra  już  zakończyła  swoją  pracę,  lecz  pianista,  chudy  dryblas  o  zwichrzonej  czuprynie,

background image

140

bębnił palcami po klawiaturze. Marynarze płacili, więc grał.

Podochocone  pary  drgały  w  szaleńczej  rumbie.  Jakaś  „mewka”  szalała  z  młodym

wygimnastykowanym chłopcem i co chwila pokazywała wszystkim kawał brudnej halki.

Przepchnęli się do bufetu i rozradowany, wesół jak ryba w wodzie Roman zawołał:

– Blondynek, dwie dorosłe!

Ponury barman, blondyn, łypnął ku nim okiem i poznawszy bywalca wywołał na swe oblicze

grymas, który miał imitować uśmiech. Wprawnym ruchem ujął półlitrówkę „eksportowej” i nalał

dwie „setki”.

– Daj pan jeszcze piwka – powiedział Stefan ujmując kielich.

Obaj z wielką wprawą wychylili wódkę jednym haustem. Przepisowo się skrzywili i sięgnęli

po kufle.

– Lepiej ci? – zapytał Roman.

Stefan niezdecydowanie kiwnął głową i pokazał barmanowi kieliszki.

– Na drugą nogę!

– No, nareszcie wracasz do formy – ucieszył się Roman.

Pianista  skończył  melodię  i  zdyszane  pary  wracały  do  stolików.  Stefana  po  wódce  ogarnął

wesoły nastrój i zapragnął muzyki. Kazał nalać jeszcze „setkę”, kiwnął na kelnera i pokazał mu

pianistę.

Kelner zrozumiał bez słowa, postawił kieliszek na tacy i podał kudłaczowi. Grajek mrugnął do

fundatora i przechylił głowę. Stefan zwinął sto złotych w kulkę, pstryknął w jego stronę. Pianista

chwycił  w  locie  i  natychmiast  przypiął  się  do  instrumentu,  zalewając  salę  burzą  dzikich

dźwięków.

Jakiś młody Anglik w dżinsach i skórzanej kurtce oparł się o bufet przy Romanie.

– Whisky! Wódka! – wołał.

– Masz, przyjacielu, pij – Roman podsunął mu kieliszek.

Chłopiec  uśmiechnął  się  mętnie,  wypił  razem  z  nimi  i  zamówił  następną  kolejkę.  Z  drugiej

strony przyłączył się stary kunda portowy, nie pływający od kilku lat z powodu pijaństwa. Miał

w  poprzek  prawego  policzka  białawą  szramę  –  ślad  po  jakiejś  bójce.  Zwietrzył  teraz  wódkę  i

przysunął się do marynarzy. Postawili i jemu. Po jakimś czasie  wokół nich zrobiło się tłoczno.

Pili tęgo, aż kurzyło się z czupryn, co chwila ktoś unosił się  honorem i zamawiał kolejkę, lecz

fundowali przeważnie Roman i Stefan, nie licząc się z pieniędzmi.

background image

141

Stefan  miał  już  maślane  oczy  i  sala  drgała  przed  nim  jak  rozgrzane  powietrze  w  czasie

upalnego lata. Oparł się swobodnie łokciem o bufet, rozpiął marynarkę, palił papierosa i czuł się

jak król.

W pewnej chwili, gdy odwrócony bokiem do sali patrzył na tańczących, drgnął. Przed lekko

zamglonym wzrokiem jak na zbyt szybko puszczonym filmie mignęła mu jakaś znajoma twarz.

W pierwszej chwili nie mógł sobie przypomnieć, kto to był. Nagle wyjął papierosa z ust i przetarł

oczy.

Roman widząc jego wyraz twarzy pobiegł wzrokiem w tę samą stronę i zawołał:

– O, jest nasza królowa! To ta, co ci mówiłem. Ale co ci jest?  Eee, gdzie lecisz? Co cię tak

wzięło?

Stefan  nie  słuchał.  Odtrącił  kolegę  i  wkroczył  między  tańczących.  W  głowie  jak  uderzenia

młotem stukały mu słowa:

„Nasza królowa, nasza królowa...”

Tańczyła  z  wymuskanym,  gładkim  mężczyzną,  który  trzymał  wargi  tuż  przy  jej  uchu  i  co

chwila je całował. Miała przymknięte oczy i widać było, że jest trochę pijana. Mocne szarpniecie

zmusiło ją do otwarcia oczu. Spojrzała i zbladła. Przed nią stał Stefan z twarzą ściągniętą jak u

złego psa. Głowę pochylił nisko i patrzył tak, że dziewczynę przeszły ciarki. Zrozumiała, że jest

bardzo pijany.

Zniecierpliwiony  marynarz  pociągnął  ją  za  sobą.  Odepchnęła  go  bezwiednie.  Chciał

zaprotestować, ale Stefan jednym ruchem zmiótł go ze swej drogi. Odtrącony Niemiec szarpnął

się  i  porwał  do  bitki,  lecz  Roman,  który  podążył  tu  za  Stefanem,  chwycił  go  pod  rękę  i  lekko

popchnął w stronę bufetu. Wódka uspokoiła oburzonego Niemca.

A Stefan nadal bez słowa patrzył na Zośkę, jakby chciał ją zahipnotyzować. W jego wzroku

było coś takiego, że spuściła oczy i poczuła, jak gardło ściska jej lęk.

– Pani pozwoli – powiedział wreszcie przez zaciśnięte zęby – teraz my zatańczymy...

Bezwolnie pozwoliła mu się objąć i poprowadzić w rytm tanga. Była sparaliżowana strachem.

Czuła, że coś musi nastąpić.

Stefanowi, gdy przytulił się do niej, świat zawirował przed oczami. Stoliki, twarze tańczących,

brudne  ściany  –  wszystko  zakręciło  się  i  popłynęło  w  szaleńczym  kręgu.  Ostatnim  wysiłkiem

powstrzymał się, żeby nie upaść. Zośka podparła go silnie i odzyskał równowagę.

Pianista przestał grać. Stefan poderwał głowę i wrzasnął:

background image

142

– Graj, gnido, bo ci!... – nie dokończył groźby, gdyż przerażony pianista zatańczył palcami po

klawiszach.

Zośka już ochłonęła z pierwszego wrażenia i teraz czekała, co nastąpi. Nią również szarpały

sprzeczne uczucia: lęk i radość, ale górował wstyd, bo właśnie przed tym człowiekiem pragnęła

ukryć swój zawód.

Po chwili jednak zapomniała o wszystkim i przytuliła się do niego. Był przy niej, obejmował

ją, czuła jego oddech na szyi. Reszta nie istniała.

Pierwszy  ocknął  się  Stefan.  Odsunął  twarz  od  jej  włosów  i  spojrzał  nieco  przytomniej.  Nie

śmiała patrzeć mu w oczy. Rozluźnił uścisk i powiedział cicho:

– Dosyć, chodźmy...

Nie  protestowała.  Pozwoliła  poprowadzić  się  za  rękę  między  parami  do  szatni.  Niemiecki

marynarz  zobaczył,  że  wychodzą  i  podskoczył  ku  nim  od  bufetu.  Zastąpił  Stefanowi  drogę.

Roman znów znalazł się przy nich i zajął się natrętem, lecz tym razem zamiast prowadzić go do

bufetu, dał mu w szczękę.

Gdy wychodzili na ulicę, słyszeli brzęk tłuczonego szkła. Chłód owionął ich rozgrzane twarze.

Stefan w dalszym ciągu nic nie mówił. Ale Zośka szła z nim posłusznie jak małe dziecko.

Rozdział VI

Gdy znaleźli się w jego pokoju, Zośka próbowała być beztroska i swobodna.

– Uff, ale jestem zmęczona – powiedziała opadłszy na krzesło.

Stefan nie siadając zaatakował ją brutalnie:

– Powiedz, ile bierzesz?

Spoważniała od razu i zakryła ręką oczy.

– Odpowiesz czy nie? – oczy zabłysły mu złowrogo i podszedł bliżej.

Uniosła głowę i spojrzała na niego zmęczonym, żałosnym wzrokiem.

– Nie męcz mnie – jęknęła. – Ja i tak mam dosyć...

– Pytam jaką masz taksę – syczał pochylony nad nią. – Chcę ci zapłacić. Nie możesz przecież

być stratna.

background image

143

Zerwała się z krzesła i stanęła przed nim z gniewem w oczach.

– Głupcze! – zawołała. – Podły, głupcze! Nic nie rozumiesz!

Cofnął się o krok i powiedział szyderczo:

–  Rozumiem.  Teraz  wszystko  rozumiem.  „Królowa  portu”  miała  dosyć  płatnej  miłości  i

zachciało  jej  się  pokochać  kogoś  bezinteresownie.  A  ja,  głupi,  myślałem,  że  to  wszystko  było

prawdziwe...

– Milcz! – dziewczyna nie panowała już nad sobą. Z całej siły trzasnęła go w twarz, aż głowa

odskoczyła mu jak piłka.

Pijany  Stefan  zachwiał  się  i  zaklął  obrzydliwie.  Teraz  i  on  nie  wiedział,  co  czyni.  Mgła

wściekłości przesłoniła mu umysł. Zanim do jego mózgu dotarło to, co robi, już ręka zatoczyła

łuk i spadła na twarz dziewczyny. Jej rozpaczliwy krzyk rozdarł ciszę nocną. Lecz on nic już nie

słyszał i nie widział. Bił bez litości i opamiętania. Upadła na podłogę i rękami zasłoniła głowę.

Włosy przysłoniły mu oczy, pot zalewał twarz, a ręce dygotały nieprzytomnie. Wyprostował się i

przetarł  czoło  wierzchem  dłoni.  Dysząc  ciężko  oparł  się  plecami  o  ścianę  i  słuchał  jej  cichego

jęku. Z wolna wściekłość mijała.

Podniosła się i wtedy zobaczył, że ma zupełnie suche oczy, a na jej twarzy maluje się tylko

zaciętość i straszna nienawiść. W poprzek prawego policzka biegły trzy sine, grube krechy – ślad

jego palców; z rozbitej wargi ciekła krew.

Nie patrzyła na niego. Bez słowa skierowała się do drzwi.

– Zośka – szepnął płaczliwie. – O, Boże, Zośka, nie odchodź!

Nie zwracała na niego uwagi. Już wyciągnęła rękę do klamki, kiedy nagle rozległo się głośne

pukanie.

– Kto tam? – zapytał drżącym głosem Stefan.

Odpowiedział mu gniewny dyszkant pani Malinowskiej:

– Na litość boską, co się tam dzieje? Co to za krzyki i hałasy? Czy pan wie, która godzina?

Proszę się natychmiast uciszyć!

– Przepraszam – bąknął Stefan. – Już będę cicho.

– Przepraszam, przepraszam – przedrzeźniała pani Malinowska. –  Budzą ludzi po nocach,  a

potem przepraszają. W moim domu jak żyję takich awantur nie było.

Stali  nieruchomo  słuchając  jej  gniewnego  narzekania.  Wreszcie  uspokoiła  się  i  usłyszeli

człapanie pantofli, a potem trzask zamykanych drzwi do sypialni państwa Malinowskich. Zośka

background image

144

ponownie zrobiła ruch w stronę drzwi, lecz Stefan chwycił ją za rękę.

–  Poczekaj,  nie  odchodź  w  takim  stanie  –  poprosił  i  prawie  siłą  pociągnął  ją  w  stronę

tapczanu. Usiadła jak automat, tępo patrząc przed siebie. Zdawało się, że wcale go nie słyszy. A

on  błagał:  –  Zosiu,  kochana,  najdroższa,  wybacz...  Nie  wiedziałem,  co  robię.  Pierwszy  raz  w

życiu wpadłem w taką furię. Jak żyję nie uderzyłem kobiety... Byłem... jestem pijany... Powiedz,

że  mi  przebaczysz...  O  Boże,  nigdy  sobie  tego  nie  daruję.  Odezwij  się...  Nie  patrząc  na  niego

powiedziała wolno:

– Po co ta komedia? Przecież to wszystko nie ma żadnego znaczenia.

–  Nie  mów  tak  –  przerwał  jej  gwałtownie  –  przebacz  mi,  czy  nie  widzisz,  co  się  ze  mną

dzieje? Och, żebyś wiedziała... Mówiła dalej, jakby go nie widziała:

–  Ojciec  bił  mnie  tak  samo.  Miał  takie  same  straszne  oczy...  Znienawidziłam  go  na  całe

życie...

– Przestań, przestań!

Odwróciła  głowę w jego stronę i  zobaczył,  że  dopiero  teraz  po  jej  policzkach  spływają  łzy.

Zrobiło  mu  się  jej  strasznie  żal,  zapomniał,  kim  była,  wiedział  tylko,  że  ta  skrzywdzona

dziewczyna to jego Zośka. Ruchem pełnym oddania położył twarz na jej kolanach.

– Myślałam, że ty jeden jesteś inny – mówiła dalej, połykając łzy. – Pokochałam ciebie jak

nikogo  na  świecie.  Ale  wiem,  że  jestem  niewarta  ciebie  ani  żadnego  innego  człowieka.  Nie

chciałam  stawać  na  twojej  drodze  i  dlatego  odeszłam.  Myślałam,  że  pozwolisz  mi  zachować

wspomnienie tych najpiękniejszych chwil w życiu...

Pochyliła nisko głowę, tak że dotknęła twarzą jego włosów i zamilkła. Stefan nie podnosząc

się mówił teraz nieśmiało:

– Zosiu najdroższa, wiem, że zrobiłem ci straszną krzywdę...

–  Po  co  to  mówisz? Już  się  stało.  Nie  zobaczymy  się  nigdy  więcej  i  zapomnimy  o  tym,  co

było...

–  Nie,  nie!  –  gwałtownie  podniósł  się.  –  Nie  odejdziesz  ode  mnie.  Jeśli  tylko  możesz  mi

przebaczyć dzisiejsze szaleństwo, to proszę cię, zostań ze mną!

–  Jakże  to?  –  była  szczerze  zdziwiona.  –  Jak  sobie  to  wyobrażasz?  Nie  chcesz  chyba

zamieszkać z mewką. Czemu mówisz takie rzeczy?...

– Chcę! Błagam cię, zostań w moim domu! Zapomnimy o wszystkim, co było w naszym życiu

złe, i zaczniemy od nowa. Powiedz, że się zgadzasz...

background image

145

–  Jesteś  jeszcze  pijany  i  sam  nie  wiesz,  co  mówisz.  Zastanów  się,  człowieku.  Przecież  to

zupełnie niemożliwe. Jutro będziesz żałował, zacznie się koszmar...

– Dobrze, to co zrobiłem złóż na karb pijaństwa! Ale teraz jestem zupełnie trzeźwy. Wiem, co

mówię. Pragnę cię i kocham tak, że nie mogę sobie znaleźć miejsca. Pamiętasz? Wtedy na plaży

zastanawialiśmy się, czy to już jest miłość, tak, to już była miłość. I dlatego proszę cię, zostań!

– Stefan – mówiła jak do dziecka – Stefan, nie męcz mnie. Pozwól mi odejść.

Ale on nie ustępował.

– Jeżeli tylko potrafisz zapomnieć krzywdę, jaką ci dziś wyrządziłem, i znaleźć w sobie siły,

żeby zerwać z dotychczasowym życiem, bądź w tym domu gospodynią.

–  To  niemożliwe  –  szepnęła,  lecz  już  nie  broniła  mu  całować  swych  rąk  i  mokrych  od  łez

policzków.

– Zostaniesz? – pytał niecierpliwie.

– Ale...

– Powiedz, że się zgadzasz – przerwał jej – powiedz, a zobaczysz, jak wszystko się wspaniale

ułoży...

Jeszcze nie zdążyła odpowiedzieć, a już dojrzał zgodę w jej oczach.

Rozdział VII

Prawdę mówiąc, Stefan czuł się trochę jak na własnym pogrzebie. Przywykł uważać statek za

dom, z którego się wychodzi, lecz do którego zawsze się wraca. Teraz jednak przyszedł po to, by

więcej nie wracać.

Gdy pakował rzeczy, było mu dziwnie ciężko. Miał w kabinie wiele pamiątek, drobiazgów, do

których dotychczas nie przywiązywał wagi. Obecnie nabierały jakiegoś szczególnego znaczenia.

Oto śnieżnobiały, porowaty kamień, misternie wyrzeźbiony przez morskie fale. Przywiódł mu

na  pamięć  gorące  dziewczęta,  brudne  dzieci,  wysmukłe  palmy  i  dzikie,  wrzaskliwe  małpy.

Podniósł  go  na  cejlońskiej  plaży.  Gdy  przymknął  oczy,  zdało  mu  się,  że  jeszcze  tam  wzdłuż

brzegu spaceruje, rozkoszuje się pięknym krajobrazem i ciepłem tropikalnego słońca.

Kolorowa  płócienna  torba  z  paskiem  do  przewieszania  przez  ramię  pochodziła  z  Rangunu.

background image

146

Nikt nie lubił tego portu, Stefan jednak zawsze płynął tam  z  przyjemnością.  Urzekały  go  stare

pagody, strzelające w niebo swymi wysmukłymi, pozłacanymi wieżami. Przypomniał sobie szary

gmach  Mayo  Marinę  Clubu.  Po  skwarnym  dniu,  wypełnionym  hurkotem  wind  i  wrzaskami

natrętnych  handlarzy,  szedł  tam,  żeby  wypić  szklaneczkę  whisky  z  lodem  i  wykąpać  się  w

chłodnej wodzie basenu. Gdy pewnego razu stanął na ostatnim piętrze trampoliny, zobaczył po

drugiej  stronie  basenu  jakieś  bajecznie  zgrabne  zjawisko.  Odczekał,  aż  skierowała  na  niego

wzrok i wtedy skoczył.

Dziewczyna przepłynęła obok niego i wspięła się na trampolinę. Gwizdnął z podziwu, bo z tej

wysokości mało kto skakał. W następnej kolejce skoków postarał się spotkać z nią pod stropem

basenu.  Była  mniej  śniada  niż  wszystkie  birmańskie  dziewczęta;  miała  w  sobie  domieszkę.

angielskiej  krwi.  Lubiła  długie  spacery,  wesoło  się  śmiała,  lecz  czasem  popadała  w  zadumę.

Lubił to w niej i z żalem się z nią żegnał, kiedy statek wychodził z portu. Tę torbę dostał od niej

na pamiątkę wspólnych wędrówek do Złotej Pagody...

Jedną po drugiej oglądał swoje pamiątki, chował do walizki i kabina robiła się coraz pustsza.

Potem poszedł na pożegnalny obchód swego statku. Spędził na nim trzy lata. Poczciwa stara

łajba. Pływał również na innych, ale ten statek wydał mu się najsympatyczniejszy. Może dlatego,

że tak długo na nim służył, a może dlatego, że miał to być jego ostatni statek...

Najpierw  poszedł  do  maszynowni.  Stalowy,  oślizgły  od  smarów,  ogromny  silnik  główny

zdawał się drzemać spokojnie. Wypoczywał przed następnym rejsem, kiedy ludzie znów każą mu

przez  setki  godzin  bezustannie  pracować  i  obracać  śrubę  statku.  Agregat  jazgotał  i  trząsł  się

febrycznie,  a  przy  każdym  wysiłku  windy  okrętowej  zawodził  jękliwie,  jakby  mu  zbyt  ciężko

było dźwigać towary przeładowywane tam na górze.

Stefan obejrzał wszystko jeszcze raz, pożegnał się z wachtowym  i wyszedł na pokład.  Było

chłodno,  ale  pogodnie.  Przy  otwartych  lukach  uwijali  się  ludzie  wyładowując  bele  kauczuku.

Pracowały dźwigi portowe i windy okrętowe. Spieszono się z wyładunkiem, statek wkrótce miał

opuścić port.

Zajrzał  do  ładowni,  gdzie  jak  pracowite  mrówki  kręcili  się  ludzie,  uścisnął  dłoń  starszego

oficera,  bosmana,  cieśli  i  wszystkich  zajętych  tu  robotą  marynarzy.  Potem  jeszcze  pożegnał

stewardów i kucharzy. Zawsze był z nimi w wielkiej zgodzie, choć niejeden marynarz uważał ich

za zwykłych posługaczy, a nie ludzi morza. Kucharz na jego widok poruszył wąsami, wytarł ręce

w fartuch i pociągnął go do malutkiego magazynku obok kuchni. Z wielkiej lodówki wyjął talerz

background image

147

z różowymi płatkami łososia i pękatą buteleczkę.

– Zdrowie, panie Stefanie – uśmiechnął się – żebyśmy znów kiedyś razem pływali.

Trącili  się  i  wypili.  Stefan  uścisnął  starego  kucharza  i  na  koniec  poszedł  pożegnać  się  z

kapitanem.

„Stary” siedział za biurkiem i podpisywał jakieś papiery podsuwane przez ochmistrza. Kapitan

nie lubił papierków i dlatego chmurzył się i sapał przy tej czynności. Kiedy ochmistrz odszedł,

przesiadł się do stolika i wskazał Stefanowi miejsce obok siebie.

–  No  i  co  z  panem?  – zapytał  patrząc  mu  badawczo  w  oczy.  Lubili  się  bardzo.  Wprawdzie

kapitan z racji swej funkcji przywykł do samotności i dystansu między nim a załogą, nigdy nie

okazywał  nikomu  cieplejszych  uczuć,  Stefan  jednak  wiedział,  że  to  porządny,  dobry  chłop.

Kapitan miał o Stefanie podobną opinię, lubił go za pracowitość, uczciwość i znajomość zawodu.

Stefan jako drugi oficer pracował bez zarzutu i potrafił sobie zyskać sympatię.

– Przyszedłem się pożegnać, kapitanie.

–  Wiem.  Zwykła  rzecz,  jeśli  ktoś  opuszcza  statek.  –  Kapitan  podszedł  do  lodówki  i  wyjął

butelkę. – Czego się pan napije? Whisky, żubrówki czy wina?

– Whisky.

Kapitan  w  milczeniu  przygotował  napoje  i  Stefan  odniósł  wrażenie,  że  stary  chce  mu  coś

powiedzieć. Nie mylił się. Pytanie padło nagle i zaskoczyło Stefana.

– Czy to prawda, co o panu mówią? – zapytał cicho kapitan patrząc w okno.

– Ludzie dużo rzeczy mówią – bąknął Stefan wymijająco.

– Niech pan nie kręci. Mnie może się pan nie wstydzić, lubię pana i nie chciałbym, żeby się

pan zmarnował.

– Miło mi to słyszeć – uśmiechnął się Stefan.

–  Zawracanie  głowy  –  fuknął  kapitan.  –  Co.  to  za  dziewczyna?  Czy  to  prawda,  że  była

prostytutką? – zapytał wprost.

–  Tak,  prawda  –  niemal  krzyknął  wstając  Stefan.  Chciał  wzburzony  coś  mówić  dalej,  lecz

kapitan go uprzedził.

–  Spokojnie,  chłopcze  –  postawił  szklaneczkę  z  trunkiem  i  przyjaźnie  pociągnął  Stefana  za

rękaw. – Niech pan siada i nie unosi się bez powodu. Jestem stary, doświadczony, lubię pana i

dlatego o to wszystko pytam. Wierzę, że ona jest urocza, że pan ją kocha i tak dalej, i tak dalej.

To  wszystko  są  ludzkie  sprawy  i  byłbym  głupi,  gdybym  pana  potępił.  Po  to  nam  dano  serce,

background image

148

żebyśmy kochali, a serce umieszczone w piersiach nie ma oczu, wybiera na ślepo. Niech pan nie

myśli,  że  tylko  pan  przechodzi  podobne  perypetie.  Wśród  marynarzy  to  dość  częste  zjawisko.

Tylko  że  te  sprawy  różnie  potem  się  kończą,  czasem  bardzo  boleśnie.  I  o  tym  tylko  myślę

wtrącając się do pańskich spraw.

– Widzi pan – cicho odparł Stefan, uspokojony tonem i słowami kapitana. – To jest tak, jakby

człowiek  stracił  wolę,  siły  i  panowanie  nad  swymi  poczynaniami.  Ja  nie  jestem  stworzony  na

samotnika, potrzebuję kogoś bliskiego. Ona ma wszystkie zalety  mego ideału, a tylko tę jedną,

jedyną  wadę.  Nie  jestem  zbyt  zacofany  i  wydaje  mi  się,  że  potrafię  nie  pamiętać  o  tym

wszystkim, co robiła dotychczas. Nie obchodzi mnie, co było, a  tylko myślę o tym,  co będzie.

Zdaje się, że byłbym teraz złym marynarzem, gdybym popłynął na  morze. Nie mogę o niczym

innym myśleć, tylko o niej, postanowiłem zostać razem z nią.

– To się nazywa kochać – powiedział kapitan bez ironii.

– Ale to wszystko – ciągnął Stefan – już teraz, po kilku zaledwie dniach, przynosi mi same

kłopoty.  Znajomi  patrzą  kosym  okiem  na  mój  związek,  uśmiechając  się  znacząco  albo  nawet

robią niezbyt delikatne  aluzje. Zrezygnowanie z pływania też nie było sprawą łatwą. Człowiek

jednak przez tych kilka lat przywiązał się do morza.

– Dziękuję panu za szczerość – powiedział kapitan miękko. – Niezbyt łatwe życie będzie miał

pan teraz. Ale mam nadzieję, że wszystko się ułoży jak najlepiej. Na głupich, gotowych gnębić

bliźniego ludzi niech pan nie zwraca uwagi. Szkoda, że pan rzuca morze.  Za dużo na  nim  jest

niepotrzebnych amatorów, a zbyt mało miłośników i wiernych romantyków. Pan należy do tych

drugich i dlatego żałuję, że pan odchodzi. Ale kto wie, może jeszcze pan wróci. To nie slogan, że

morze przyciąga i kto raz zakosztuje jego smaku, ten nie ma spokoju na lądzie. Wyjedzie pan z

wybrzeża?

– Nie, nawet o tym nie myślę. Wystarczy, że przestanę pływać.

– O właśnie, właśnie – uśmiechnął się kapitan. – Pan ma w sobie tego morskiego bakcyla. Nie

wiem teraz, czego panu życzyć: szczęścia na lądzie czy powrotu na morze...

– Będę się starał połączyć jedno z drugim.

– A, to interesujące. W jaki sposób?

– Chciałbym pracować w porcie, może na jakimś holowniku...

–  O,  świetnie!  Mogę  się  panu  przydać.  Kapitan  portu  to  mój  stary  przyjaciel  szkolny.

Pogadam  z  nim,  może  coś  dla  pana  zrobi.  Zareklamuję  pana  jako  dobrego  zejmana.  Może

background image

149

weźmie pana na pilota.

Stefan był wzruszony. Nie spodziewał się, że kapitan tak bardzo go lubi i interesuje się jego

losem.  Praca  pilota  portowego  byłaby  idealnym  wyjściem.  Opinia  kapitana  mogła  tu  mieć

ogromne znaczenie.

– Niech pan nie dziękuje – mówił kapitan widząc jego rozradowaną minę. – Zrobię, co będę

mógł.  Napijmy  się  jeszcze  na  pożegnanie.  –  Nalał  whisky  i  niespodziewanie  objął  Stefana

serdecznie. – Piję jednak za to, żebyśmy jeszcze razem pływali.

Jednym haustem przełknęli palący płyn i ucałowali się z dubeltówki.

Stefan  wziął  swoje  walizki,  szybko  zbiegł  po  trapie  i  nie  oglądając  się  ruszył  nabrzeżem  w

stronę bramy. Jeszcze długo słyszał jękliwy świst wind okrętowych i wizg portowych dźwigów.

Rozdział VIII

Zanim  statek  odpłynął  z  portu,  kapitan  dotrzymał  słowa.  Stefan  został  przyjęty  na  pilota

portowego.  A  więc  wszystko  składało  się  jak  najpomyślniej.  Mógł  mieszkać  ze  swoją

dziewczyną,  a  równocześnie  nie  zrywać  więzów  z  morzem.  Lepszego  rozwiązania  starego

marynarskiego konfliktu: statek – dziewczyna Stefan nawet nie mógł wymarzyć.

– Musimy jakoś to uczcić – powiedział do Zośki.

–  O  tak  –  odparła  z  entuzjazmem.  Ją  również  radowało  takie  rozwiązanie  sprawy  i  miała

ochotę trochę się pobawić, bo od kilku dni nigdzie nie była. – Pojedziemy do „Grand Hotelu” –

zaproponowała.

–  Nie,  nie  to  miałem  na  myśli  –  powiedział  Stefan,  a  widząc  rozczarowanie  na  jej  twarzy

prędko dodał: – Przyjdzie i na to pora. Mamy teraz dużo czasu, zawsze będziemy razem i nieraz

wyskoczymy do „Grandu” czy „Orbisu”. Ale tym razem trzeba coś w domu zorganizować.

–  O!  –  Zośka  była  zdziwiona  i  trochę  przestraszona.  –  Nie  wiem,  czy  sobie  z  tym  potrafię

poradzić.

– Ależ to nich trudnego. A koniecznie chciałbym ugościć kilka osób w naszym mieszkaniu.

– Nie wiem, jak to się robi – upierała się Zośka – nigdy czegoś takiego nie urządzałam.

–  Mówię  ci,  że  to  nic  trudnego.  –  Stefan  pogłaskał  ją  po  policzku.  –  Prawie  wszystko

background image

150

dostaniesz gotowe w „Delikatesach”. Kawę potrafisz zaparzyć, wódką ja kupię i przyjęcie będzie

doskonale urządzone. Zresztą jesteś teraz gospodynią, panią domu i musisz nauczyć się pewnych

rzeczy, prawda? Pani Malinowska trochę ci pomoże.

– Och, pani Malinowska – żachnęła się  Zośka. – Już lepiej postaram się poradzić sobie bez

niej. Ty mi pomożesz.

– Dobra, zobaczysz, jakie będzie wspaniałe przyjęcie!

Stefan był niemile zdziwiony tym, że Zośka tak zupełnie nie znała się na gospodarstwie. W

typowo  męski  sposób  pragnął,  żeby  jego  dziewczyna  była  nie  tylko  kochanką,  ale  także  dobrą

kucharką, a potem oczywiście jak najlepszą matką. Teraz jednak nie miał czasu zastanawiać się

nad tymi sprawami, bo od razu trzeba się było zabierać do przygotowań.

Przyjęcie miało być zarazem pożegnaniem statku i powitaniem nowych kolegów z kapitanatu

portu.  Chciał  też  swoim  kolegom,  i  tym,  których  żegnał,  i  tym,  z  którymi  miał  pracować,

przedstawić Zośkę, pragnął im pokazać swój dom.

Goście  zaczęli  się  schodzić  koło  ósmej  wieczorem.  Pierwszy  przyszedł  Tadek  ze  swoją

Lalunią. Mechanik wypił już coś niecoś dla treningu, żeby, jak mówił, nie przychodzić do kolegi

o  suchym  pysku.  Oczy  błyszczały  mu  wesoło,  twarz  miał  lekko  zaróżowioną,  nie  był  jednak

pijany. Lalunia weszła dostojna i trochę sztywna, bo wiedziała, że Stefan mieszka z Zośką bez

ślubu. Uważała, że to nie jest w porządku i z tego powodu nie chciała nawet wcale przyjść, ale

Tadek tym razem wykazał wobec niej wielką stanowczość. Po prostu oświadczył, że jeśli ona nie

chce, pójdzie sam pożegnać swego serdecznego przyjaciela, a takie sprawy jak ślub ma gdzieś.

Obawiając  się,  że  jej  kochany  małżonek  pozostawiony  samemu  sobie  urżnie  się  do  utraty

przytomności, zdecydowała się przyjść.

Teraz usiadła na tapczanie pod lampą i nie bardzo wiedziała jak się zachować. Obserwowała

Zośkę  i  w  duchu  robiła  uwagi  w  rodzaju:  „Nawet  niebrzydka,  ale  chyba  niezbyt  mądra.  Jako

mewka musiała mieć powodzenie...”

Tadek  przywitał  się  szarmancko  z  Zośką,  uściskał  Stefana  i  zaraz  zaczął  się  rozglądać  za

czymś do picia. Nie zdążył jednak nic powiedzieć, bo zabrzmiał  dzwonek i Stefan wprowadził

dwóch  kolegów  z  kapitanatu  portu.  Jeden  z  nich,  starszy  mężczyzna  o  wesołych  niebieskich

oczach,  miał  na  rękawach  kapitańskie  paski,  zachowywał  się  swobodnie  i  widać  było,  że  jest

wyrobiony  i  będzie  bawił  towarzystwo.  Drugi  znacznie  młodszy,  porucznik,  przyszedł  z  żoną,

drobną  blondynką,  roześmianą,  roztrzepaną,  zapatrzoną  w  męża  jak  w  obrazek.  Za  nimi

background image

151

przyszedł jeszcze jeden pilot z narzeczoną, sztywną, nadętą dziewczyną, wokół której unosiła się

atmosfera  sztucznej  powagi  i  nienaturalnej  powściągliwości,  wypływającej  z  braku  obycia  i

zarozumialstwa. Mimo to młody marynarz był wyraźnie w niej zakochany i chodził wokół swej

dziewczyny na dwóch łapkach.

Roman  przyszedł  sam.  Wyglądał  wyjątkowo  korzystnie  w  ciemnym  garniturze  i  śnieżnej

koszuli z muszką. Wypełnił pokój gromkim śmiechem, poruszał się trochę niezdarnie, ale paniom

podobała się jego rubaszność.

Mimo że wszyscy starali się zachowywać  swobodnie  i  wesoło,  nastrój  był  trochę  sztywny  i

oficjalny.  Może  dlatego,  że  goście  zbyt  mało  się  znali,  a  może  gospodarze  nie  potrafili

wytworzyć odpowiedniej atmosfery. Roman starał się zabawić Zośkę i Lalunię. Tadek wdał się w

dyskusję z kapitanem-pilotem, a Stefan częstował papierosami pozostałych pilotów i ich panie.

Nakryty  stół,  na  którym  królowała  pękata  karafka,  wypełniał  prowokacyjnie  środek  pokoju  i

wszyscy myśleli, że czas by było zasiąść wokół niego. Wreszcie Tadek nie wytrzymał i odezwał

się do Stefana:

– Właściwie na co czekamy? Chętnie byśmy już się czegoś napili, prawda? – zwrócił się do

gości.

Odpowiedzieli mu śmiechem, a Zośka zaczerwieniła się, bo nie wiedziała, co ma teraz zrobić.

Stefan wybawił ją z kłopotu mówiąc:

– Nasz stary obiecał, że przyjdzie, ale jakoś go nie widać. Może wobec tego zaczniemy bez

niego.

– Proszę bardzo, proszę – Zośka odzyskała swobodę i sadzała gości za stołem.

Mężczyźni  zacierali  ręce,  uśmiechali  się,  a  kobiety  lustrowały  stół  zastawiony  łososiami,

sardynkami, zimnymi mięsami i innymi potrawami.

– No to żeby ulżyć gospodarzowi, ja się zajmę tym naczyniem. – Tadek sięgnął po karafkę.

– Tadek! – zawołała oburzona Lalunia.

–  Świetnie!  –  Stefan  wpadł  w  dobry  humor.  –  Niech  się  pani  na  niego  nie  gniewa.  Tadek

będzie doskonałym podczaszym. A  czym. pani mogę służyć?  –  podsunął  jej  półmisek  z  zimną

cielęciną.

Roman podawał zakąski Zośce, a widząc, że nie może się zdecydować, sam zaczął nakładać

różowe  płaty  polędwicy.  Blondyneczka  szczebiocząc  bez  przerwy  podsuwała  jedzenie  swemu

porucznikowi, a młody pilot czekał, dopóki jego sztywna piękność nie nałoży sobie.

background image

152

Pierwszy toast wzniósł Stefan za zdrowie gości. Rozległy się protesty, ale w końcu wszyscy

wychylili kieliszki do dna. Tadek nie próżnował i po chwili już pito zdrowie gospodarzy. Potem

zdrowie Stefana, Zośki, Tadka, pań, „za tych, co na morzu”, za pilotów portowych...

Nastrój stawał się coraz przyjemniejszy, zapanowała swoboda i dobry humor i gdy wreszcie

nadszedł kapitan, oczekiwany przez Stefana, panowie już byli po bruderszafcie, a panie straciły

swoją  sztywność.  Starym  zwyczajem  kapitan  musiał  wypić  ogromnego  „karniaka”  i  dopiero

wtedy uznano, że może pić na równi z wszystkimi.

Stefan  teraz  już  nie  chodził  do  kuchni,  żeby  napełniać  karafkę,  tylko  postawił  na  stole  trzy

butelki wódki, kilka butelek wina i pozostawił inicjatywę Tadkowi Ten nie próżnował. Sam pił

jak smok zdawało się, że chce w przyśpieszonym tempie upić wszystkich gości.

– Tadek! – Lalunia piorunowała go wzrokiem.

–  Lalunia,  nic  nie  mów!  –  śmiał  się  do  niej  małżonek.  –  Taka  świetna  zabawa.  Pożegnanie

kolegi, rozumiesz?

– To dlatego musisz się koniecznie upić?

– Kto, ja? Lalunia, ty mnie nie znasz.

– Tadek będzie gotowy – szepnął Roman pochylając się do Zośki.

Odpowiedziała mu uśmiechem i nagle poczuła, że ktoś dotyka jej  kolana. Cień przeleciał jej

po twarzy i odsunęła nogę.

– Przepraszam – szepnął Roman. – Zdaje się, że kopnąłem panią...

– Nie szkodzi – odparła sztywno i odwróciła głowę w stronę kapitana, który proponował jej

kieliszek wina. Podobał jej się ten starszy pan, a szacunek, z jakim Stefan wyrażał się o swoim

byłym przełożonym, udzielił się jej także. Skinęła mu głową i dotknęła wargami kieliszka. Nie

była  pijana,  ale  już  czuła  w  głowie  lekki  szum,  a  obiecała  Stefanowi,  że  nie  będzie  dużo  pić.

Uznała  więc,  że  wino  teraz  dobrze  jej  zrobi,  nie  pomyślała,  że  mieszanina  tych  alkoholi  może

spowodować przykre skutki.

Drugi  kapitan-pilot  szeptał  jakieś  frywolne  dowcipy  do  ucha  blondynce,  a  ona  słuchała  go

chciwie, ale strzygła oczami w stronę swego ukochanego. Sztywna dotychczas piękność trochę

odtajała i pozwoliła swemu porucznikowi trzymać się za rękę.

Tadek dalej przekomarzał się z Lalunią.

– Nie sztorcuj mnie, kochanie – mówił. – Tyle człowiek wypije, co przy tobie. Na morzu nic.

Prowadzimy się jak zakonnice.

background image

153

–  Zakonnica!  Kto  cię  nie  zna,  ten  cię  kupi!  Bujasz,  aż  przykro  słuchać  –  odparła  małżonka

dobrodusznie.

–  Jak  Boga  kocham,  Lalunia,  niech  mnie  szlag,  o  przepraszam...  Mowy  nie  ma  o  żadnym

piciu. Stary nie pozwala, prawda, panie kapitanie?

Kapitan  kiwnął  głową  i  równocześnie  mrugnął  znacząco  do  Stefana.  Obydwaj  wiedzieli,  że

Tadek bardziej się bał Laluni niż kapitana czy starszego mechanika. Sam nieraz mówił, że woli

tajfun od awantury w domu.

Stefan przysunął się do Zośki i Romana.

– Jak się bawicie? – zagadnął.

– Świetnie – odparł Roman. – Bardzo tu przyjemnie. A gospodyni! Słów po prostu brakuje.

– Niech pan nie żartuje. – Zośka zaczerwieniła się, a Stefan podniósł kieliszek.

– No to zdrowie!

– Zdrowie! – podchwycił Roman.

Zośka uniosła swoje wino, a Tadek zawołał:

– Zaczekajcie na mnie! – i czym prędzej sięgnął po butelkę.

– Tadek!

–  Cicho,  Lalunia,  cicho.  Napij  się  z  nami.  Poczekaj,  naleję  ci  –  przechylił  się  przez  stół  i

przewrócił kieliszek.

– Tadek, już się upiłeś!

–  Ja?  Lalunia!  Stale  na  mnie  krzyczysz.  –  Nagle  się  rozczulił.  –  Człowiek  pragnie  dobrego

słowa, czułości, a żona tylko krzyczy. Lepiej byś zaśpiewała. Masz taki miły głos, a używasz go

tylko do sztorcowania twojego męża.

– Tadek, zwariowałeś?

– Lalunia, jak Boga kocham, zaśpiewaj!

– Niech pani zaśpiewa – podchwyciła blondynka.

– Ależ skąd – broniła się słabo Lalunia. – Ja nie umiem...

– Słyszeliśmy, że pani bardzo dobrze śpiewa – wtrącił Stefan.

– O tak, Tadek stale o tym wspomina – poparł go Roman. Piloci również zaczęli nalegać.

– Słyszysz, Lalunia, jak cię wszyscy proszą. – Tadek był w siódmym niebie. – Masz głos jak

artystka, a bronisz się jak dziewica.

– Tadek!

background image

154

– No co, źle mówię?

– Pijany jesteś!

– Lalunia zaśpiewaj. „Braaacia, patrzcie jeno, jak niebo goreje...” To moja piosenka.

Blondynka piszczała z zachwytu, sztywna piękność wzruszyła ramionami ze zgorszeniem, a

mężczyźni dusili się ze śmiechu.

Roman nachylił się znów do ucha Zośki.

– A widzi pani, mówiłem, że Tadzio szybko się urżnie... Ale czemu pani siedzi taka smutna?

– Nie, nie jestem, smutna, tylko muszę czuwać, żeby gościom niczego nie zabrakło – odparła.

– Ale sama też się pani musi bawić. Napijmy się. Kapitanie, prosimy.

Stefan widząc, że Tadek wprawił żonę w zakłopotanie, powiedział:

– A może wolisz zatańczyć, Tadziu?

– A kawa? – zapytała Zośka.

– Nie ucieknie. Panowie, odsuwamy stół.

Stół odsunięto w kąt  pokoju,  jeden  z  pilotów  poszukał  tanecznej  muzyki  w  radio  i  Tadeusz

objął  swoją  Lalunię,  blondynka  porucznika,  kapitan-pilot  narzeczoną  drugiego  porucznika.

Stefan chciał zatańczyć z Zośką, ale nim zdążył do niej podejść, już zaprosił ją Roman. Zabrał

więc  ze  stołu  butelkę  i  przysiadł  się  do  swojego  kapitana.  Ten  podstawił  szklaneczkę  i  w

milczeniu napili się po łyku wódki.

– Jak się pan bawi, kapitanie? – zagadnął Stefan.

– Miło tu u pana – zdawkowo powiedział kapitan. A po chwili rzucił znienacka: – A jak pan

się czuje?

– Znakomicie – bez namysłu odparł Stefan.

– Chyba jeszcze za wcześnie na pańskie wrażenia – kapitan mówił cicho, jakby w zadumie. –

Przecież to dopiero kilka dni...

– Tak, ale chyba nie będę żałował.

– Dobrze by było. Tylko niech pan się nie krzywi, jak pańska żona rozmawia z innym młodym

człowiekiem. Wygląda to tak, jakby panu dokuczał ząb.

Stefan zaczerwienił się, ale nie zdążył nic odpowiedzieć, gdyż w tej chwili zgasło światło.

– Co to? – zapiszczała blondynka.

– Tadek – rozległ się głos Laluni.

– Cicho, Lalunia, tak będzie przyjemniej.

background image

155

Słaby blask z odbiornika radiowego żarzył się w kącie pokoju. Od czasu do czasu zasłaniały

go  cienie  tańczących  par.  Nikt  nie  rozmawiał  i  tylko  tango  brzmiało  niepokojąco.  Stefanowi

zdawało się, że orkiestra gra w takt coraz głośniejszych uderzeń jego serca. Chciał podnieść się,

żeby zapalić światło, ale kapitan przytrzymał go za rękę i powiedział cicho:

– Spokojnie, po ciemku potrąci pan kogoś. Napijmy się.

Stefan nalał po omacku i nagle oślepiła go jasność. Ujrzał zarumienioną Zośkę z wyciągniętą

ręką do kontaktu. Roman trzymał jej drugą rękę i wyglądał na bardzo speszonego.

Tango skończyło się i gdy orkiestra znów zaczęła grać Stefan ruszył w stronę Zośki, ale i teraz

nie zdążył. Tym razem Tadek był szybszy.

– Tak się tańczy po hiszpańsku – wołał balansując w jakichś jemu tylko znanych  figurach i

szarpiąc tancerką na wszystkie strony.

Stefan  zatańczył  z  Lalunią,  ale  nie  słyszał,  co  do  niego  mówiła.  Odpowiadał  machinalnie  i

szukał wzrokiem Romana. Widział, jak ten z wypiekami na twarzy wychyla wódkę z kapitanem-

pilotem i bez przerwy patrzy na Zośkę. Było w jego wzroku coś takiego, że Stefan zacisnął zęby.

Stary miał rację, musiał uczyć się panować nad sobą...

Gdy wreszcie udało mu się zatańczyć z Zośką, przycisnął ją do siebie, aż jęknęła z bólu.

– Stefan – szepnęła – nie tak mocno...

Popatrzył  na  nią  z  góry,  ale  nic  nie  odpowiedział.  Dopiero  pod  koniec  melodii  odezwał  się

cicho z hamowaną złością:

– Daj spokój z tym Romanem. Cholera mnie bierze.

– Na co? – zdziwiła się szczerze.

Radio ucichło i nie rozmawiali o tym więcej. Stefan znów przysiadł się do swego kapitana, ale

tym razem był z nimi jeden z pilotów. Nim zdążyli wypić, znów rozległo się tango i Roman już

schylał  się  przed  Zośką.  Stefan  zobaczył,  że  ona  pokręciła  przecząco  głową.  Roman  ujął  ją  za

rękę, a gdy jeszcze protestowała, powiedział głośno:

– Stefan, twoja żona nie życzy sobie ze mną tańczyć. Powiedz jej, żeby ustąpiła.

– Chcę chwilę odpocząć – powiedziała Zośka i zaczerwieniła się, bo wszyscy patrzyli na nią.

Stefan zaklął w duchu, ale głośno powiedział:

– Ależ tańcz, tańcz, będziemy odpoczywali jutro.

Ustąpiła. Ledwo zaczęli tańczyć, a już Roman pokierował nią w stronę drzwi. Tu nieznacznie

wyciągnął rękę i zgasił światło. Odsunęła się od niego, ale z całej siły przygarnął ją do siebie.

background image

156

Chciała krzyknąć, lecz powstrzymał ją lęk przed skandalem. Powiedziała głośno:

– Niech pan przestanie, powiem Stefanowi.

– Proszę nie straszyć. Wiem, że pani tego nie zrobi. Nie jestem chyba takim potworem, żeby

pani się mnie bała.

Tym razem Lalunia nie wytrzymała ze swoim małżonkiem i zapaliła światło. Stefan jednym

spojrzeniem  ogarnął  pokój.  Ujrzał  blondynkę  odrywającą  usta  od  twarzy  partnera,  młodego

porucznika pochylonego nad swoją dziewczyną i Zośkę odskakującą od szerokiej piersi Romana.

Zbladł i oczy zabłysły mu złowrogo, gdy znów usłyszał głos kapitana:

– Zdaje się, że trochę za idealnie wyobraża pan sobie życie z kobietą. Może nie tyle idealnie,

ile egoistycznie.

– Czemu? – z roztargnieniem zapytał Stefan.

– Zamęczysz się, kochany, jeśli tak dalej pójdzie.

A  przecież  ona  też  musi  się  poruszać,  rozmawiać,  tańczyć...  Stefan  nie  odpowiedział

kapitanowi, tylko zwrócił się do Zośki:

– Podaj nam kawy.

– Już idę – odparła potulnie i nie patrząc na nikogo wyszła do kuchni.

Orkiestra w radio grała prawie bez przerwy. Niezmordowani tancerze przystawali na chwilę

koło stołu, żeby wychylić kieliszek i znów brali swe partnerki. W zamieszaniu Roman posunął

się do drzwi i wyszedł z pokoju.

Stefan mówił do kapitana:

– Każdy broni swego, zresztą pan wie, jaka jest moja sytuacja.

–  Tym  bardziej  powinien  pan  panować  nad  sobą.  To  bardzo  miła,  ale  też  i  bardzo

niedoświadczona dziewczyna. Łatwo jej zrobić krzywdę.

–  Niedoświadczona  –  Stefan  zaśmiał  się.  Był  już  solidnie  pod  gazem  i  rozmawiał  całkiem

szczerze. – Pan żartuje, kapitanie?

– Och, nie to miałem na myśli – uśmiechnął się kapitan. – Niech pan nie będzie cyniczny. To

jest młoda gospodyni, nie wie, jak prowadzić dom, nieczęsto przyjmowała gości, rozumie mnie

pan?  Ona  właściwie  teraz  dopiero  wchodzi  w  prawdziwy  świat,  zaczyna  żyć...  A  zazdrość  i

despotyzm niewiele jej pomogą.

Stefan spuścił głową. Gdyby to mówił ktoś inny, byłby się spierał, a może nawet kłócił, ale

kapitana darzył wielkim szacunkiem i nie czuł się na siłach dyskutować z nim.

background image

157

– Zaraz napijemy się kawy – powiedział, żeby przerwać tę rozmowę. W tej chwili zorientował

się, że nie  tylko  Zośki  brak  w  pokoju.  Powiódł  wzrokiem  po  obecnych  i  wolno  podniósł  się  z

miejsca.

– Przepraszam pana – bąknął – zobaczę, co z tą kawą.

Kapitan  pokiwał  głową,  dopił  swego  wina  i  ruszył  za  nim.  Gdy  otworzył  drzwi,  usłyszał

głośne przekleństwo, cichy okrzyk Zośki i kilka klaśnięć. W drzwiach kuchni ukazał się Roman

poprawiający  włosy.  Za  nim  wyszedł  Stefan,  bez  słowa  zdjął  z  wieszaka  palto,  podał  je

Romanowi  i  otworzył  przed  nim  drzwi  na  klatkę  schodową.  Kapitan  wszedł  do  kuchni.  Zośka

wyglądała bardzo żałośnie nad szklankami z kawą stojącymi na tacy.

– No już dobrze – kapitan pogładził ją po głowie. – Dzieci jeszcze jesteście. Proszę wytrzeć

łzy,  bo  będzie  ślad,  a  goście  nie  powinni  niczego  zobaczyć.  –  Podał  jej  chusteczkę.  –  Panie

Stefanie  –  zwrócił  się  do  wchodzącego  –  niech  pan  idzie  bawić  gości,  za  dużo  nas  opuściło

pokój. My z panią przyniesiemy kawę.

Stefan posłuchał, a Zośka uśmiechnęła się z wdzięcznością do kapitana.

– Dziękuję panu – powiedziała. – Tak mi przykro. Ale ja nie zawiniłam.

– Wiem, wiem – przerwał jej łagodnie. – Roman za dużo wypił.

– Stefan też.

– Bierzmy kawę, bo goście się zbuntują i zwymyślają gospodynię...

– Pan jest cudowny – powiedziała nagle i pocałowała go w policzek.

Żachnął się, ale już szła przed nim z kawą na tacy i nie zdążył nic odpowiedzieć.

Rozdział IX

Nie  rozmawiali  ze  sobą  przez  resztę  wieczoru.  Gdy  wyszli  goście,  Zośka  zaczęła  zbierać

naczynia i wynosić do kuchni. Lecz Stefan ją powstrzymał.

– Zostaw.

Spojrzała na niego z lękiem. Obawiała się tej chwili. Od zajścia w kuchni nie opuszczał jej

lęk.  Wiedziała,  że  najgorsze  nastąpi,  gdy  zostaną  sami.  Teraz  oparła  się  o  stół  i  bezmyślnie

patrzyła  na  poplamiony  obrus,  brudne  talerzyki,  puste  półmiski,  kieliszki  z  niedopitą  wódką  i

background image

158

winem. Głos Stefana dochodził do niej jakby zza ściany.

– No i co mi powiesz? Udany był wieczór, co? – Jej milczenie drażniło go coraz bardziej. –

Czemu  nic  nie  mówisz?  Nic  nie  masz  mi  do  powiedzenia?  Może  jednak  się  wytłumaczysz?

Zresztą nie mów, sprawa jest tak jasna, że nic nie trzeba mówić, prawda?

– Och, nie męcz minie. Jak chcesz, to sobie od razu pójdę...

–  A  więc  jednak  ruszyło  cię!  Czujesz  się  winna.  Przyznajesz,  że  to  było  świństwo  i  teraz

chcesz się wykręcić...

– Jakie świństwo? Do czego się przyznaję? Zostaw mnie w spokoju i nie męczmy się. Nic nie

wiesz i nic nie rozumiesz.

– Ja nic nie rozumiem, to dobre! Moja żona ściska się w tańcu z moim kolegą,  a ja nic nie

rozumiem. Moja żona migdali się z moim kolegą w kuchni, a ja nic nie rozumiem. I to ma być

wszystko,  co  masz  mi  do  powiedzenia?  Nie  potrafiłaś  wytrzymać  przez  kilka  dni  bez  innych

mężczyzn.  Nie  potrafiłaś  powstrzymać  się  od  tego  w  moim  domu  i  przy  moich  znajomych.

Wiesz, czym jesteś?

–  Przestań!  –  krzyknęła.  –  Wiem.  Nie  musisz  mówić.  Ale  jeśli  po  to  zamieszkałeś  ze  mną,

żeby mi to stale powtarzać, to ty jesteś świnia, tak, podła świnia!

Zapalił papierosa, żeby się trochę uspokoić.

–  Posłuchaj,  co  ci  powiem  –  zaczął  znów  po  chwili.  –  Nie  chcę  ci  robić  przykrości.

Rozumiem,  że  jesteś  niedoświadczona,  nie  bardzo  wiesz,  jak  się  zachować  przy  gościach,  nie

wiesz, o czym rozmawiać.

– No widzisz – przerwała mu z ironią. – Nie nadaję się na towarzyszkę życia. Kompromituję

cię.

– Cicho bądź, nie przerywaj, to też należy do dobrego wychowania.

–  Popisuj  się,  popisuj  wychowaniem.  Nie  wiedziałam,  że  jesteś  taki  czuły  na  te  rzeczy  –

mówiła z przekąsem, ale jego słowa sprawiły jej tak wielką przykrość, że z trudnością hamowała

łzy.

Nie zwrócił na to uwagi, tylko ciągnął:

–  Powiedziałem,  że  wszystko  rozumiem.  Zresztą  każdy  z  nas  ma  jakieś  braki,  ja  też,  choć

matka starała się wychować mnie dość starannie. Ale jeśli będziesz tak się zachowywała jak dziś,

to stracę panowanie, nie pomoże wychowanie i zatłukę cię, rozumiesz? Zatłukę.

– Już próbowałeś. Chyba jeszcze mam gdzieś ślady – powiedziała patrząc mu prosto w oczy.

background image

159

Trafiła, bo teraz on się zaczerwienił i zamilkł na chwilę.

–  To  do  niczego  nie  prowadzi  –  powiedział  wreszcie.  –  Nie  ma  sensu  się  kłócić  i  zżerać

nerwy. Tylko nie mogę pogodzić się z tym, że tak ci to łatwo przychodzi – dziś ja, jutro Roman.

Nie mogłaś trochę wytrzymać, tylko musiałaś go uwodzić już, zaraz, tu w kuchni?

– O Boże, jaki ty jesteś głupi!

Podskoczył do niej i z całej siły ścisnął jej ręce.

– Wytłumacz się, rozumiesz? Dlaczego taka jesteś? Nie zależy ci na mnie?

– Puść, połamiesz mi ręce – wyswobodziła się z uścisku. – Jesteś głupi. Nawet mi przez myśl

nie  przeszło  uwodzić  tego  twojego  idiotycznego  przyjaciela.  Zalecał  się  do  mnie,  jak  tylko

wszedł do mieszkania. Trącał mnie kolanem pod stołem, szeptał na ucho jakieś bzdury. Widać,

jaki to kochany przyjaciel...

– Ale w tańcu to się tuliłaś do niego?

– Zwariowałeś? Jak pierwszy raz ten pijaczyna Tadek zgasił światło, to twój przyjaciel zaczął

się  przytulać  i  chciał  mnie  pocałować.  Wtedy  właśnie  zaświeciłam.  Potem  nie  chciałam  z  nim

tańczyć, ale ty sam mi kazałeś...

– Proszę, jaka jesteś posłuszna. Tam gdzie nie trzeba.

– No widzisz. Po co mam ci mówić, tłumaczyć, kiedy ty wiesz swoje. I tak mi nie wierzysz.

– Mów!

– Potem on zgasił światło i znów zaczął swoje umizgi. Odepchnęłam go i powiedziałam, że

będę krzyczała. Trochę się uspokoił. Później kazałeś mi iść po  kawę,  a  on  przylazł  za  mną  do

kuchni.  Powiedziałam  mu,  żeby  się  wynosił,  ale  on  roześmiał  się.  Więc  co,  miałam  wzywać

pomocy? Żeby ośmieszyć ciebie i siebie? Był pijany, tak jak zresztą prawie wszyscy.

– Właśnie, ty też.

– Nie, mnie przeszło, jak zobaczyłam, że jesteś wściekły. Wiedziałam, że to się źle skończy. A

w kuchni ten twój przyjaciel złapał mnie i zaczął całować. Wtedy ty właśnie wpadłeś.

– W samą porę.

– Tak, w samą porę, żeby sobie wbić do głowy te idiotyzmy, że ja go uwodzę.

– Nie wierzę ci. Kłamiesz. Za bardzo się koło niego kręciłaś. Jakbyś nie chciała, to by cię nie

pocałował. Tylko że ty nie potrafisz się bronić. Nie potrafisz albo nie chcesz.

– Oczywiście. Możesz mi nie wierzyć. Nawet wiedziałam, że mi nie uwierzysz. Przecież  ty

wiesz,  że  jestem  prostytutką  i  muszę  się  puszczać  z  każdym.  Muszę,  prawda?  Na  kogo  tylko

background image

160

spojrzę, to zaraz go ciągnę do łóżka, czy nie tak? No powiedz, przecież tak myślisz! Podły jesteś,

podły,  podły,  podły!  Mnie  można  nie  wierzyć,  można  mi  mówić  wszystko,  co  najgorsze,  ja

zawsze kłamię, tylko ty i twoi przyjaciele jesteście idealni!

Teraz  już  nie  mogła  zapanować  nad  sobą.  Ogarnął  ją  gniew  i  żal  zarazem.  Nie  płakała,  ale

dygotała  cała  jak  w  gorączce.  Gotowa  była  rzucić  wszystko,  odejść,  nigdy  więcej  nie  widzieć

Stefana i nie słyszeć jego zarzutów.

A Stefan patrzył na nią i poczuł się trochę głupio. Prawie jej wierzył, chciał jej wierzyć, lecz

równocześnie w głębi serca tkwiła zadra. Zazdrość niełatwo daje się przekonać.

–  Uspokój  się  –  powiedział  chmurnie.  –  To  nie  ma  sensu.  Przecież  wiesz,  że  cię  kocham  i

nawet myśl o tym, że mogłabyś pragnąć innego, doprowadza mnie do szału.

– Mówiłam ci, ostrzegałam, że nie będzie ci ze mną dobrze. Zapominasz, że to nie ja chciałam

być z tobą, ale ty błagałeś mnie o to. A teraz już po paru dniach prześladuje cię myśl, co robiłam

przedtem, nie ufasz mi, dręczysz siebie i mnie.

–  Wierzę  ci  –  wykrztusił  –  wierzę,  ale  musisz  się  starać  nie  dawać  mi  powodów  do  takich

historii jak dzisiaj.

– Jestem niewinna. To twój przyjaciel. Czemu ciągle zrzucasz na mnie winę? I mówisz, że mi

wierzysz.

– Wierzę, a tego sukinsyna jeszcze spotkam...

– Przestań, to nie ma sensu – powiedziała już spokojniej.

– Masz rację, niech go szlag trafi. Pójdzie w rejs i może go w życiu więcej nie zobaczę!

Rozdział X

Pilotowanie statków wchodzących do Gdańska i wprowadzanie ich na redę dawało Stefanowi

dużo zadowolenia. Nabierał praktyki, stykał się z wieloma kapitanami, poznawał różne statki, o

niczym lepszym nie mógł marzyć. Toteż głosił wokoło, że jest zadowolony i wydawało mu się,

że niczego więcej nie pragnie.

A jednak w nocy budził się czasem i wydawało mu się, że leży na koi. Czuł, jak jego  ciało

przebiega drżenie rodzące się w maszynowni i przenikające cały statek, a nogi wolno, delikatnie

background image

161

unoszą  się  w  górę,  a  potem  znów  zjeżdżają  na  dół,  w  takt  kiwanego  falą  statku:  Tuż  obok,

zdawało się na odległość wyciągniętej ręki, słyszał szum odgarnianej kadłubem wody.

Złudzenie było tak silne, że przez długi czas nie mógł się go pozbyć. Mimo woli sięgał ręką w

stronę, gdzie na statku stał niski stolik z nocną lampką. Dopiero wówczas gdy natrafiał na ciepłe

ciało Zośki, złudzenie przechodziło. Otwierał oczy, patrzył w jaśniejszą od mroku pokoju plamę

okna, palił papierosy i nie spał często już do rana. Zośka czasem budziła się i mruczała:

– Czego kopcisz w nocy? Spać nie dajesz...

Gasił posłusznie papierosa, ona wtulała mu nos pod pachę, jak rozpieszczona, ciepła kotka, i

spała dalej, a on całował puszyste, miękkie włosy i bał się poruszyć, żeby jej nie zbudzić. Wtedy

też rozmyślał o ich wspólnym życiu.

Już  kilka  tygodni  minęło  od  czasu,  jak  zamieszkali  razem,  a  jednak  trudno  mu  było

odpowiedzieć  na  pytanie,  czy  jest  szczęśliwy.  Zawsze  marzył  o  spokojnym,  trochę

mieszczańskim  życiu  domowym.  Tymczasem  Zośka  nie  była  zbyt  doświadczoną  gospodynią.

Wprawdzie starała się jak mogła, biegała po zakupy, sprzątała, gotowała, ale często zdarzało jej

się  przypalić  kotlety  czy  przesolić  zupę.  Stefan  obserwował  jej  wysiłki,  czasem  nawet  ją

pochwalił, ale w duchu był niezbyt zachwycony jej skromnymi umiejętnościami. Sam przed sobą

nie chciał się przyznać do tego, że niekiedy czuje się zawiedziony.

Od  czasu  owego  przyjęcia  zachował  w  sobie  podejrzliwość  i  nieufność.  Chwilami  nawet

zżymał  się  na  siebie  za  te  uczucia,  lecz  nic  nie  mógł  na  to  poradzić.  Chciał  wierzyć  Zośce,  a

równocześnie  pocił  się  na  myśl,  że  dziewczyna  może  go  zdradzić.  Toteż  zerwał  kontakty  ze

wszystkimi  przyjaciółmi,  gdyż  każdy  z  nich  był  potencjalnym  rywalem.  Z  natury  koleżeński  i

towarzyski,  z  trudem  znosił  to  odosobnienie  i  w  duchu  obwiniał  za  to  Zośkę.  A  w  dodatku  ta

sprawa  z  Malinowską.  Gospodyni  Stefana  nigdy  nie  grzeszyła  nadmiarem  taktu  i  dyskrecji.

Lubiła podsłuchiwać pod drzwiami, wtrącać się nieproszona do cudzych spraw, uważała się po

trosze za opiekunkę samotnego mężczyzny.

Od czasu kiedy Zośka na stałe zamieszkała u Stefana, pani Malinowską stała się niezmiernie

trudna w domowym współżyciu. Dokuczała Zośce, robiła codziennie setki drobnych przykrości i

złośliwostek,  wszelkimi  sposobami  starała  się  obrzydzić  dziewczynie  życie.  Ta  niechęć  miała

swoje  źródło.  Pani  Malinowska  odnajmując  pokój  marynarzowi  liczyła  na  to,  że  z  takim

lokatorem nie będzie miała wiele kłopotów. Chodziło jej o to, że musiała kogoś zameldować u

siebie, gdyż mieszkanie było za duże dla bezdzietnego małżeństwa. Marynarz odpowiadał jej z

background image

162

wielu względów: dobrze płacił, mało wymagał, niezmiernie rzadko bywał w domu. Czasem przez

pół roku nie pokazywał się wcale, a gdy przyjechał, zawsze miał dla niej jakiś upominek.

Teraz wszystko się zmieniło. Marynarz zaczął mieszkać stale w swoim pokoju, i to mieszkać

nie sam.

Początkowo  gospodyni  myślała,  że  Stefan  wziął  zwykły  urlop.  Pobyt  Zośki  w  mieszkaniu

traktowała  dość  pobłażliwie,  bo  dla  takiego  sublokatora  stać  ją  było  na  wyrozumiałość.  Kiedy

jednak  minął  miesiąc,  a  Stefan  nie  wyjeżdżał,  panią  Malinowską  ogarnął  niepokój.  Widząc

krzątaninę  Zośki  w  kuchni,  przepierki,  wszystkie  czynności  gospodarskie,  jakie  dziewczyna

wykonywała  codziennie,  gospodyni  zaczęła  rozumieć,  że  to  nie  jest  przygodna  znajomość.  W

przekonaniu  tym  utwierdził  ją  jeszcze  fakt,  że  Stefan  regularnie  wychodził  i  wracał  do  domu.

Zrozumiała, że marynarz teraz pracuje na lądzie i założył sobie rodzinę.

Pani Malinowska, zirytowana tym nie na żarty, urządziła wielką  naradę z mężem. Ale stary,

małomówny mąż zapatrywał się na to wszystko bardzo spokojnie.

–  No  więc  co  z  tego?  –  zapytał,  kiedy  żona  przedstawiła  mu  całą  sprawę.  –  Chcesz  ich

wypędzić, czy jak? Niech sobie robią, co im się podoba. Moja sprawa, czy co?

Pani Malinowska była oburzona.

–  Ciebie  nigdy  nic  nie  obchodzi!  Przez  całe  życie  sama  się  muszę  o  wszystko  troszczyć!

Idziesz do roboty, swoje odbębnisz, potem patrzysz tylko, czy jest coś do zjedzenia i palisz swoją

śmierdzącą fajkę! A tymczasem mieszkanie ci zabierają! Pod twoim nosem odbywa się rozpusta!

Niedługo nas stąd przepędzą! Nic cię to nie obchodzi!

– Mnie nie przeszkadzają, a wypędzić się z mieszkania nie pozwolę – ze stoickim spokojem

odparł małżonek i włożył fajkę do ust na znak, że rozmowę uważa za definitywnie zakończoną.

Wzburzona  taką  postawą  męża  pani  Malinowska  postanowiła  działać  sama.  Najpierw

odmówiła  Zośce  pożyczania  czegokolwiek  z  kuchni.  Ta  jednak  nie  zmartwiła  się  tym  zbytnio,

tylko  po  naradzie  ze  Stefanem  poszła  do  sklepu  i  kupiła  wszystko,  czego  potrzebowała.  To

jeszcze bardziej rozjątrzyło gospodynię.

Któregoś  dnia  Zośka  zauważyła,  że  stojące  na  kuchence  gazowej  jej  naczynia  zostały

zestawione na podłogę. W pierwszej chwili ogarnął ją gniew, natychmiast jednak się opanowała.

Zrozumiała,  że  gospodyni  nie  życzy  sobie,  aby  lokatorzy  korzystali  z  kuchni.  Kupiła  więc

własną. Wydatki te za bardzo jej nie obciążały, bo i tak miała zamiar wszystko kupić, a zarówno

Stefan, jak i ona mieli pewne oszczędności.

background image

163

Pani Malinowska nie dawała jednak nadal za wygraną. Poszła do administracji i sprawdziła,

czy Zośka jest zameldowana. Okazało się, że młodzi zapomnieli o tym. Na drugi dzień zjawił się

w mieszkaniu dzielnicowy.  Na jego widok  Zośka zadrżała. Przyzwyczaiła się już żyć  bez  lęku

przed władzami, ale teraz pomyślała, że milicjant przyszedł w związku z jej przeszłością.

Dzielnicowy też ją znał, tak jak wszystkie „mewki” w Nowym Porcie. Nie przypuszczał, że to

właśnie o nią chodzi. Nastroszył się więc jeszcze bardziej i zapytał:

– Jak dawno obywatelka przebywa w tym lokalu? Zośka przestraszona jego urzędową miną i

oficjalnym tonem wyjąkała:

– Już blisko dwa miesiące.

– A co z zameldowaniem?

– Nie wiem, zapomnieliśmy. Zaraz jutro to załatwię...

– To niedobrze – milicjant patrzył na nią spod oka. – Z kim tu mieszkacie, z mężem? Chyba

nie...

– No tak... Właściwie nie... Jak by to powiedzieć... Ale ja nic złego... – bąkała Zośka.

– Więc jak to jest? Marynarz wziął was do siebie? Przecież obywatelka miała swój pokój, nie?

–  Mieszkamy  razem,  ale  nie  mamy  ślubu,  czy  to  jest  przestępstwo?  –  wybuchnęła  nagle

dziewczyna. – A ta stara jędza nie może na to patrzeć i chce mnie stąd usunąć. Mówię panu, że

jestem w porządku i chyba wolno nam razem mieszkać, skoro nikomu nic złego nie robimy?

Milicjant speszył się. Zdjął czapkę, poprawił pijący go w szyję kołnierz munduru i wreszcie

powiedział:

– Właściwie władza nie ma nic do tego. Nie ma przepisu, że nie wolno razem mieszkać. Ale

trzeba się zameldować.

– Jutro to załatwię – powtórzyła Zośka.

Postawa  dziewczyny  podobała  się  widocznie  milicjantowi.  Gdy  ją  zobaczył,  spodziewał  się

awantury,  krzyków,  bo  tak  się  niemal  zawsze  zachowywały  dziewczęta  tego  pokroju.

Tymczasem  Zośka  była  wobec  niego  nieśmiała,  spokojna  i  wydawała  mu  się  miła.  Odniósł

wrażenie, że pragnie ułożyć sobie życie i surowego stróża porządku publicznego bardzo to ujęło.

Toteż powiedział łagodnie:

– Powinienem panią ukarać, ale ostatecznie nie ma się czego czepiać. Dobrze, że pani stara się

jakoś ustatkować, bardzo dobrze. Tamto do niczego nie prowadziło. Moglibyście też wziąć ślub,

jeżeli on myśli poważnie. Zawsze to inaczej...

background image

164

– Może przyjdzie czas i na to – odparła Zośka zarumieniona.

– No dobrze już, dobrze – mruknął dobrodusznie milicjant. – Ale uważajcie na  gospodynię,

wygląda na straszną jędzę – uśmiechnął się porozumiewawczo i wyszedł.

Zośka nazajutrz zameldowała się, mimo że pani Malinowska domagała się od administratora,

aby nie czynił tego bez uzyskania jej zgody.

O  tych  wszystkich  kłopotach  starała  się  nie  mówić  Stefanowi.  Rzadko  wspominała  mu  o

codziennych,  drobnych,  choć  tak  bardzo  dokuczliwych  utarczkach  z  gospodynią,  o  jej  wojnie

podjazdowej, o złośliwości, o zatruwaniu życia. Nie chciała  go  drażnić i uważała, że wszystko

jakoś się w końcu ułoży. Stefan ze swej strony, choć wiele widział i słyszał, nie wtrącał się, bo

czuł  się  dziwnie  skrępowany.  Zachowywał  się  wobec  pani  Malinowskiej  jak  człowiek  z

nieczystym  sumieniem  i  wydawało  mu  się,  że  nie  potrafi  nic  powiedzieć  na  obronę  Zośki  czy

swoją.

Nadszedł jednak dzień, w którym przebrała się miara cierpliwości dziewczyny.

W tym dniu pani Malinowska miała szczególnie zły humor. Od samego rana poruszała się po

mieszkaniu  z  temperamentem,  o  jaki  nikt  by  jej  już  nie  posądzał.  Trzaskała  drzwiami,  ciskała

naczyniami,  aż  brzęczały:  wyraźnie  szukała  okazji  do  starcia  z  Zośką.  Powód  tego

zdenerwowania był prosty. Złośliwe kumoszki przygadały jej, że trzyma u siebie prostytutkę, a

znana  w  Nowym  Porcie  dewotka  dorzuciła,  że  tolerowanie  nielegalnego  związku  we  własnym

mieszkaniu  jest  niewybaczalnym  grzechem  wobec  Boga,  ludzi  i  prawa.  Wielce  wrażliwa  na

ludzką opinię kobieta postanowiła wreszcie raz na zawsze z tym skończyć, przeciąć – jak sama to

określiła – ropiejący wrzód i uwolnić się od kompromitujących sublokatorów.

Zośka  zamierzała  właśnie  wyjść  po  zakupy  i  zaszła  do  kuchni  po  siatkę,  kiedy  gospodyni

przystąpiła do ataku.

– Proszę mi powiedzieć, kiedy to się wreszcie skończy? – rzuciła zaczepnie.

– O co chodzi? – zapytała Zośka sztywniejąc, bo od razu przeczuła awanturę.

– Pani dobrze wie, o co chodzi! – Malinowska od razu przeszła do krzyku. – Nie mogę dłużej

ścierpieć tej hańby w moim domu! To nie jest dom publiczny. Proszę się stąd wynieść!

Krzyczała rozindyczona, wściekła, zapalczywa. Zośka słuchała i  czuła, jak serce jej ściskają

lodowate kleszcze. Takich właśnie krzyków obawiała się najbardziej. Zawsze wyprowadzały ją z

równowagi i przywodziły do wybuchów gniewu. Ale jeszcze starała się opanować.

– Nie rozumiem, co pani to wszystko przeszkadza – zdołała wreszcie powiedzieć. – Przecież

background image

165

to  nasza  rzecz,  staramy  się  nie  wtrącać  do  niczyich  spraw  i  prosimy,  żeby  nam  również  dano

spokój.

– Mówię, że nie ścierpię tego dłużej! Sąsiadki mnie palcami wytykają na ulicy! Do jutra masz

się  stąd  wynieść!  Sama  albo  z  tym  swoim  kochankiem!  Takie  jak  ty  powinny  mieszkać  w

burdelu, a nie z porządnymi ludźmi! Wiem, coś za jedna!

Zośka ścisnęła siatkę, aż sznurki werżnęły jej się w dłoń, ale to nic nie pomogło. Nie zdołała

się opanować. Zapomniała o swej roli spokojnej mieszczki prowadzącej dom mężowi, na chwilę

poczuła się znów tak jak wtedy, gdy rzuciła się w „Albatrosie” na Fredkę.

– Zamknij wreszcie  gębę, ty stara ropucho! – krzyknęła,  aż zabrzęczały szyby. – Dość  tego

pyskowania! Jak nie przestaniesz, rozbiję ci łeb! Ani jeden raz ci nie dokuczyłam, nie wchodzę ci

w drogę, a ty mi nie dajesz żyć! Ciebie by nawet do burdelu nie przyjęli! Rzygać się chce na twój

widok! Twój stary też na ciebie patrzeć nie może!

Ale pani Malinowska nie pozwoliła się Zośce przekrzyczeć.

– Doczekałam się, że byle kurwa w moim własnym mieszkaniu mi ubliża! Milicja! Gdzie jest

sprawiedliwość!  Nie  daruję  ci  tego!  Kwasem  ci  oczy  wypalę,  jak  mi  się  jeszcze  w  kuchni

pokażesz!

Rozhisteryzowana  baba  rzuciła  się  na  dziewczynę  i  popchnęła  ją  w  kierunku  drzwi.  Zośka

zaklęła i podniosła rękę owiniętą w siatkę.

– Twoja matka do piekła pójdzie, że cię nie utopiła jak szczeniaka! – darła się Malinowska. –

Ratunku, mordują!

Ten okrzyk podziałał na Zośkę jak zimny prysznic. Matka! Tak, Malinowska mogła być jej

matką. Była nawet trochę do niej podobna. Nie, nie mogła uderzyć starej kobiety. Opuściła rękę.

– Jeszcze się policzymy – rzuciła przez zęby i wyszła z kuchni.

Gdy  Stefan  wrócił  wieczorem  z  portu,  obiad  był  nieugotowany,  a  Zośka  leżała  w  sukni  na

łóżku z oczami czerwonymi od płaczu.

Nie zdejmując płaszcza podbiegł do niej.

– Co się stało? Czemu płaczesz?

Z początku nie chciała mówić i dopiero po długich naleganiach wyznała wszystko. Tym razem

nie  taiła  już  niczego.  Opowiedziała  o  stałych  szykanach  i  dokuczliwości  gospodyni.  Kiedy

wreszcie powtórzyła mu dzisiejszą scenę, Stefan zawrzał gniewem. Cisnął w kąt czapkę, w ślad

background image

166

za nią rzucił płaszcz i z furią wyskoczył za drzwi.

–  Stefan,  Stefan,  uspokój  się!  –  wołała  za  nim  przestraszona  Zośka,  ale  nie  słuchał.  Bez

pukania wpadł do pokoju Malinowiskich.

Gospodarze siedzieli właśnie przy kolacji. Malinowski pochylony nad stołem wolno żuł chleb

z  kiełbasą.  Gdy  Stefan  wszedł,  podniósł  w  zdumieniu  głowę  i  patrzył  na  gościa,  śmieszny  z

wypchanymi chlebem ustami.

Pani Malinowska wiedziała dobrze, o co  chodzi,  i  wizyta  Stefana  nie  zaskoczyła  jej  tak  jak

męża. Odsunęła talerzyk, wstała i zapytała obłudnie.

– O co chodzi, panie Janiak?

Stefan zwrócił ku niej czerwoną z gniewu twarz.

– Pani pyta, o co chodzi? Kto zaczepia moją żonę? Kto zatruwa jej życie przez cały czas, jak

tu mieszka? Kto zrobił dziś podłą awanturę? Pytam panią, co to ma znaczyć?

Malinowski  podniósł  zdumiony  wzrok  na  żonę,  a  ona  już  była  gotowa  do  odparcia  ataku.

Starała się mówić spokojnie i jadowicie:

– Po pierwsze, to nie jest pańska żona, a po drugie, niech pan mi tu nie krzyczy. Jeszcze nie

jesteście gospodarzami w całym mieszkaniu. Krzyczeć możecie u siebie albo w lesie.

Stefan trochę się opanował, choć miał wielką ochotę trzepnąć pięścią w tę zaperzoną babską

gębę. A pani Malinowska coraz bardziej się podniecając już trajkotała:

–  Awanturę  będzie  mi  tu  robić  za  to,  że  powiedziałam  prawdę  tej  prostytutce!  Może

skłamałam,  co?  Jeszcze  mi  za  to  naubliżała!  Nie  chcę  jej  tu  widzieć  i  pan  może  się  wynosić

razem z nią! Żyjecie na wiarę! To hańba i obraza Boska!

–  Milczeć!  –  Stefan  huknął  pięścią  w  stół,  aż  zabrzęczały  naczynia,  a  pani  Malinowska

skurczyła się ze strachu. Jej lokator był teraz straszny. Zsiniał i wściekłość wykrzywiła mu wargi.

Oczy latały mu nieprzytomnie i zdawało się, że lada chwila chwyci kobietę rękami za gardło.

– Jezus Maria! Ratunku! Zabije mnie! – krzyknęła rozpaczliwie.

Ten  krzyk  przywrócił  Stefanowi  przytomność.  Opuścił  race  i  dysząc  ciężko,  jakby  po

ogromnym wysiłku, mówił przez zęby:

– Pani Malinowska, pierwszy i ostatni raz rozmawiam z panią na ten temat. Niech pani sobie

zapamięta,  że  to  jest  nasza  sprawa,  czy  żyjemy  na  wiarę,  czy  nie.  Niech  pani  nie  pcha  palca

między drzwi.  Nie  chcę  zabrać  pani  mieszkania  ani  nie  mam  zamiaru  wtrącać  się  do  tego,  jak

pani żyje. Ale i od naszych spraw wara!

background image

167

Gospodyni  widząc,  że  Stefan  już  nie  ma  zamiaru  jej  zamordować,  odzyskała  odwagę.  Nie

uważała też widocznie sprawy za wyczerpaną, bo zaczepnie podniosła głowę, wysunęła nogę do

przodu,  jak  szermierz  przed  atakiem  i  miała  ochotę  coś  powiedzieć.  W  tym  momencie  jednak

cierpliwie  słuchający  wszystkiego  pan  Malinowski  podniósł  się  z  wolna,  stanął  przed  żoną  i

powiedział cicho, lecz z niespodziewaną mocą:

– Jeżeli jeszcze raz usłyszę, że robisz tym ludziom przykrości, to kości ci połamię, rozumiesz?

Dosyć tego pyskowania! Słyszysz!

Pani Malinowska cofała się przed nim coraz szerzej otwierając oczy i usta. Wreszcie oparła

się  plecami  o  ścianę  i  stała  tak  w  osłupieniu  nie  mogąc  wydobyć  z  siebie  słowa.  A  jej  mąż

odwrócił się do Stefana i powiedział:

– Przepraszani pana za nią. Od dziś wszystko będzie w porządku.

Po czym, jakby nigdy nic, spokojnie zasiadł do przerwanej kolacji.

Rozdział XI

Stefan ziewnął i rozgniótł w popielniczce niedopałek. Od dwóch godzin obserwował zmagania

zajadłych szachistów i wreszcie znudziło go to. Wstał i podszedł  do  okna.  Drobny  gęsty  śnieg

zasłaniał świat. Od czasu do czasu porywy wiatru tworzyły wiry i wtedy śnieg ciął, a do pokoju

dobiegał świst.

– Długo tak może padać? – zapytał patrząc na zawieruchę.

– Aaa – ziewnął jeden z pilotów. – Nie zapowiadali zmiany.

– Cholery można dostać...

Nudził się piekielnie. Nie mógł wysiedzieć w ciepłym, przytulnym pokoju. Był stworzony do

ruchu, pracy, bezczynność wyprowadzała go z równowagi. Fatalna  pogoda unieruchomiła port.

Od kilkunastu godzin ustały przeładunki. Żaden statek nie opuszczał portu, te zaś, które przybyły,

musiały  czekać  na  redzie.  Wprowadzenie  było  zbyt  ryzykowne.  Piloci  grali  w  szachy,  czytali

stare pisma, nudzili się.

Stefan przeszedł do sąsiedniego pokoju, w którym siedział dyżurny oficer portu.

– No i co, stoimy? – zagadnął znając z góry odpowiedź. W tym momencie zaterkotał telefon.

background image

168

Dyżurny podniósł słuchawkę. Przez dłuższą chwilę słuchał, potem pokręcił głową.

– Ależ to niemożliwe...

– ...

– Rozumiem, ale boję się, że to zbyt ryzykowne. Sam nie wiem, co robić.

Ktoś musiał nalegać, bo oficer odpowiedział dość niecierpliwie:

–  Dobrze,  dobrze,  wszystko  rozumiem,  ale  nie  mogę  ryzykować...  Zadzwonię  do  kapitana

portu. Jeśli zezwoli, to załatwimy...

Stefan  wstrzymał  oddech.  Domyślił  się,  że  ktoś  chce,  ażeby  wprowadzić  lub  wyprowadzić

statek. Oficer uważał to za niemożliwe, lecz sprawa musiała być pilna.

– Panie kapitanie – wyjaśniał oficer, połączywszy się z kapitanatem portu – „Santa Monica”

żąda  wprowadzenia  do  portu.  Pogoda,  jak  pan  widzi,  jest  okropna,  widoczność  zero.  W  tych

warunkach nie mogę się na to zgodzić. Kapitan musiał zapytać o powód tego pośpiechu ze strony

statku, bo oficer mówił:

– Zawiadomili, że mają chorego na pokładzie. Podobno potrzebna  operacja. Tak, rozumiem,

sprawa poważna, ale doprawdy  nie  wiem,  co  robić...  Tak  jest,  tak...  tak...  Dobrze,  zawiadomię

ich...

Z trzaskiem odłożył słuchawkę i dopiero teraz dostrzegł Stefana.

– Cholera – mruknął – za Boga bym się nie podjął wprowadzenia statku w taką pogodą.

– Co powiedział stary? – zapytał Stefan.

– Żeby ich zawiadomić, że się zgadzamy, ale na ich odpowiedzialność.

– Dajcie mi ten statek – poprosił Stefan.

Oficer popatrzył na niego uważnie, wzruszył ramionami i mruknął:

– Jak chcesz. Jeżeli masz ochotę się wykąpać, to twoja rzecz. Ale poczekaj na odpowiedź od

nich.

Kapitanowi statku „Santa Monica” musiało naprawdę bardzo się śpieszyć, bo już po dziesięciu

minutach  nadesłał  wiadomość,  że  zgadza  się  i  prosi  natychmiast  o  pilota.  Stefan  zapinając

szczelnie płaszcz pytał oficera:

– Co to za grat ta „Santa Monica”?

–  Cacko  nie  grat.  Osiem  tysięcy  DWT,  w  zeszłym  roku  spuszczony  na  wodę.  Bandera

niemiecka,  linia  Hamburg–Ameryka  Południowa  –  wyrecytował  jednym  tchem  dyżurny.  Gdy

Stefan był już w drzwiach, oficer jeszcze dorzucił: – To ładny statek, szkoda byłoby, gdybyś go

background image

169

poharatał.

–  Nie  kracz!  –  odkrzyknął  wesoło  Stefan  i  już  pędził  po  schodach.  Był  zadowolony,  że

wreszcie wyrwał się z bezczynności.  Złą pogodą nie przejmował  się  zbytnio  –  redę,  awanport,

wejście i kanały poznał już dobrze i  mógł  prowadzić  statek  z  zawiązanymi  oczami.  Ruchu  nie

było żadnego, nie obawiał się wiec awarii.

Uderzenie wiatru wtłoczyło mu na powrót powietrze do gardła. Pochylił się prawie do ziemi i

pobiegł  do  nabrzeża.  Zielona  mała  motorówka  szarpała  się  bezradnie  na  cumach.  W  sterówce

siedział  tylko  jeden  człowiek.  Jego  koledzy  poszli  się  gdzieś  ogrzać.  Gdy  ich  wreszcie

odnaleziono, wcale nie ukrywali niechęci.

– Gdzie my go znajdziemy w taką pogodę? – mruczał sternik.

–  Nie  ma  rady,  jakoś  musimy  to  zrobić  –  odparł  Stefan  i  oparł  się  plecami  o  ścianę,  bo

odbijająca motorówka mocno się przechyliła.

Od razu wyszli na środek kanału i dając co chwila sygnały syreną płynęli do wyjścia. Brzegi

kanału  portowego  ledwo  majaczyły  za  ścianą  śniegu,  a  kiedy  wyszli  za  falochron,  od  razu

targnęła nimi ostra krótka fala. Bryzgi piany wystrzeliły aż ponad dach sterówki i zdawało się, że

mała łupinka w ogóle nie przebrnie przez ten wał wodny. Ale pilotówka, choć nieduża, była silna

i świetnie sobie radziła na fali. Płynęli więc dalej skręcając nieco w stronę Brzeźna, bo tam miała

stać „Santa Monica”.

Znajdowali  się  niecałą  milę  od  brzegu,  ale  dokoła  nie  było  niczego  poza  śniegiem  i  wodą.

Sternik zatoczył łuk i kierując motorówkę pod fale uparcie szukał statku. Od czasu do czasu do

ich uszu docierały przytłumione przez wiatr i zasłonę śnieżną odgłosy dzwonów okrętowych. Nie

mogli się jednak kierować tymi dźwiękami, bo dochodziły ze wszystkich stron. Na redzie stało

kilka statków i każdy z nich dawał sygnały mgłowe. Stefan wytężył oczy starając się za wszelką

cenę odnaleźć statek. Wreszcie niespodziewanie blisko dostrzegł wysoki, ciemny kształt.

– Jest! Statek z prawej burty! – zawołał do sternika, który natychmiast skierował motorówkę

w tamtą stronę. Po chwili znaleźli się przed wysokim dziobem miarowo kiwającego się statku.

Kadłub na chwilę zasłonił ich od wiatru i Stefan wychylił się, żeby dojrzeć nazwę.

– A niech to szlag trafi! – zaklął. – To „Kiliński”. Trudno, szukajmy dalej.

Sternik  wzruszył  ramionami,  jakby  chciał  powiedzieć:  „Wiedziałem,  że  tak  będzie”,  nie

odezwał  się  jednak,  rozpoczął  tylko  dalsze  poszukiwania.  Po  jakimś  czasie  znów  coś

zamajaczyło, tym razem z lewej burty.

background image

170

– Jest, jest! – gorączkował się Stefan. – Podchodź pan prędzej!

Motorówka posłusznie zatoczyła łuk i zbliżyła się do rufy statku. Gdy podeszli na odległość

kilkunastu metrów, ujrzeli znów czarny napis „Kiliński”, a pod nim: „Gdynia”.

–  Co  jest,  do  jasnej  cholery!  –  wrzasnął  wściekły  Stefan.  –  Kręcimy  się  tak  jak  gówno  w

przerębli! Odpłyńże pan z tego przeklętego miejsca!...

Sternik  wziął  kurs  na  pełne  morze,  żeby  jak  najdalej  odpłynąć  od  „Kilińskiego”,  a  potem

szukać  zataczając  coraz  bliższe  kręgi.  Sytuacja  stawała  się  coraz  trudniejsza.  Krążyli  już  po

zatoce  od  dwóch  godzin,  a  szansę  znalezienia  statku  wcale  się  nie  zwiększyły.  Nie  było

wprawdzie  jeszcze  zbyt  późno,  niedawno  zaledwie  minęło  południe,  ale  jeśliby  tak  dalej  szło,

wkrótce musieliby wracać.

Minęli  jeszcze  dwa  kadłuby,  na  których  widniały  jednak  nazwy  inne  niż  poszukiwana.

Śnieżyca nie ustawała i Stefan zaczął tracić nadzieję. Wtedy zupełnie niespodziewanie ukazał się

przed nimi czarny, olbrzymi cień. Bez entuzjazmu podeszli, żeby odczytać napis.

– Masz pan swoją „Monikę” – sternik wyszczerzył zęby do Stefana.

Ale okazało się, że kłopoty się nie skończyły. Szarpana wiatrem i kołysana falami motorówka

w żaden sposób nie mogła podejść do burty. A „Santa Monica” też nie stała spokojnie.

Sternik podprowadził pilotówkę od strony zawietrznej i już, już zbliżał się do czarnej burty,

kiedy statek kiwnął się w ich stronę. Stefan mimo woli pochylił się i przymknął oczy. Był obyty

ze  sztormami,  lecz  teraz  nagle  mu  się  wydało,  że  statek  przygniecie  i  bezlitośnie  zmiażdży

maleńką łupinę.

Musieli  oddalić  się,  zatoczyć  koło  i  podchodzić  jeszcze  raz.  Marynarze  spuścili  ze  statku

sztormtrap i z napięciem obserwowali manewry motorówki.

Stefana obleciał nagle zwykły strach. Jeszcze nigdy w tak trudnych warunkach nie wchodził

na statek. Moment nieuwagi mógł kosztować życie. Gdyby wpadł do wody, nie byłoby mowy o

ratunku.

Ale nie miał wiele czasu na rozmyślanie, bo oto już dotykali burty statku. Jedna sekunda,  a

marynarz z motorówki chwycił szczebel trapu i podsunął go pilotowi. Stefan odbił się od ściany,

jednym ruchem złapał grube sznury i przylgnął do stalowej burty. Poczuł, że pokład ucieka mu

spod nóg i zawisł w powietrzu.

W  tej  chwili  złośliwa  fala  szarpnęła  motorówką  i  odciągnęła  ją  od  statku.  Sternik  chciał

natychmiast odbić, ale już następna fala pchnęła go z powrotem.

background image

171

– Uwaga! – rozpaczliwie wrzasnął marynarz. Stefan odruchowo skurczył się i podciągnął w

górę.  Burta  motorówki  z  ogromną  siłą  rąbnęła  w  statek  tuż  pod  jego  stopami  i  podjechała  do

góry. Potężny strumień lodowatej wody wytrysnął spomiędzy burt i momentalnie przemoczył go

do suchej nitki. Nie czekając, aż następne uderzenie zmiażdży mu nogi, począł szybko wspinać

się do góry. Gdy marynarze wyciągnęli go na pokład, uśmiechnął się blado i odpoczywał przez

chwilę dysząc ciężko.

Kapitan  statku  przyjął  go  niezwykle  serdecznie.  Wyszedł  na  powitanie  aż  do  trapu,

poprowadził natychmiast do swojej kabiny, kazał przebrać się w  swój  mundur,  a  przemoczone

ubranie  polecił  stewardowi  wysuszyć  i  wyprasować.  Na  stole  też  od  razu  znalazła  się  gorąca

kawa  i  piekielnie  mocny,  trochę  zalatujący  spaloną  gumą  rum.  Kapitan  Braun  był  widocznie

zwolennikiem  tego  szatańskiego  napoju,  bo  nalał  dwie  pełne  szklanki  i  serdecznie  zapraszał

Stefana do picia.

Gdy  Stefan  doszedł  jako  tako  do  siebie,  poszli  na  mostek.  Chory  miał  silne  bóle  brzucha  i

obawiali  się,  że  jest  to  ostre  zapalenie  wyrostka  robaczkowego.  Zawiadomiony  o  tym  lekarz

portowy czekał już na nabrzeżu z karetką pogotowia.

Pilot  z  przyjemnością  rozejrzał  się  po  czystym,  przestronnym,  nowocześnie  wyposażonym

wnętrzu  sterówki.  Spojrzał  na  ekran  radaru,  zorientował  się,  w  którym  miejscu  stoją,  i

uśmiechnął się do Brauna.

– Spróbujemy, kapitanie – powiedział po niemiecku.

– Ja, ja – zadowolony Braun skinął głową i wydał rozkaz podniesienia kotwicy.

– Mała naprzód, ster prawo na burtę! – komenderował Stefan.

Statek lekko zadygotał, wytryski piany przed dziobem wzmogły się. Ruszyli. Stefan stanął na

prawym  skrzydle  mostku,  bo  zdawało  mu  się,  że  stąd  będzie  lepiej  widział.  Po  chwili  jednak

zrezygnował, gdyż śnieg zbyt mocno siekł w oczy. Wszedł więc do sterówki i przysunął twarz do

wirującej  szyby.  Na  dziobie  i  skrzydłach  mostku  marynarze  rozglądali  się  wokoło  i  słuchali

sygnałów mgłowych. Przy tej widoczności nietrudno było wpakować się na jakiś inny statek czy

falochron portowy.

– Ster lewo dziesięć!

Oficer przekazywał jego rozkazy, a sternik jak echo meldował wykonanie. Wszystko szło jak

najlepiej. Stefan wpadł w dobry humor. Nawet perypetie z szukaniem statku na redzie wydały mu

się teraz zabawne. Minęli już strefę, w której stały na kotwicach statki, i zbliżali się do kamiennej

background image

172

ostrogi.  Stąd  droga  była  już  prosta  i  prawie  bezpieczna.  Wystarczyło  nie  zboczyć  zbytnio  w

prawo, gdzie znajdowały się niebezpieczne mielizny. Stefan wiedząc, że żaden statek nie będzie

wychodził z portu, postanowił nie trzymać się swojej strony i poszedł możliwie najbliżej ostrogi.

Znajdował się teraz jakby po lewej stronie jezdni.

Ryk  syreny  „Świętej  Moniki”  rozdzierał  powietrze,  statek  był  coraz  bliżej  portu.  Jeszcze

pięćset metrów, a skończy się kołysanie i spokojnie wejdą do basenu. Na prawo majaczyły już

budynki i wieża pilotowa.

Nagle stało się coś, czego pilot nie przewidział.

Najpierw  zacharczał  głośnik  i  padł  z  niego  jakiś  meldunek.  Zanim  kapitan  zdążył  mu

powtórzyć, co melduje marynarz stojący na oku, Stefan sam coś dostrzegł ogromnie blisko przed

ich dziobem. Strach chwycił go za gardło. Poprzednie rozumowanie było tylko w części słuszne,

rzeczywiście żaden statek handlowy nie mógł opuszczać portu. Nie pomyślał jednak, że z portu

wychodzą  nie  tylko  statki  handlowe.  Kuter  strażniczy  WOP  wychodził  właśnie  na  patrol  i

niespodziewanie znalazł się przed dziobem nieprawidłowo płynącego statku.

Mimo strachu Stefan krzyknął rozpaczliwie:

– Ster prawo na burtę, cała naprzód!!!

Rozkaz był błyskawicznie wykonany. Statek zadygotał z wysiłku, a jego dziób wolno począł

wykręcać  w  prawo,  lecz  kuter  był  coraz  bliżej.  Zdawało  się,  że  nic  nie  zdoła  uchronić  go  od

zmiażdżenia.  Ale  dowódca  kutra  też  nie  tracił  przytomności.  Prawie  przytulił  swój  kuter  do

kamiennej ostrogi i zatrzymał maszyny. I tak prawie już dotykający go dziób statku zaczął coraz

bardziej  oddalać  się  w  prawo.  Popchnięta  całą  mocą  maszyn  „Santa  Monica”  odsuwała  się  od

swej niedoszłej ofiary.

Stefan w najwyższym napięciu patrzył z wysokiego mostku na stojący pod nim mały kuter, a

pot strumieniami spływał mu po twarzy. Wreszcie statek wykręcił się prawie w poprzek toru, a

kuter pozostał za nim.

Stefan poderwał się i spojrzał na drugą stronę. Znajdowały się  tu mielizny i nie wolno było

oddalać się od toru.

– Ster lewo na burtę! Stop maszyna!

Zadźwięczał telegraf maszynowy, wibracja ustała. Lecz rozpędzony statek sunął nieubłaganie

naprzód.  Poczuli  silny  wstrząs  i  stanęli.  Zapanowała  przeraźliwa,  nieznośna  cisza.  Przerwał  ją

ostry głos kapitana:

background image

173

– O, Donnerwetter!

– Siedzimy na mieliźnie – z rezygnacją stwierdził Stefan.

Robiło się już ciemno.

Rozdział XII

Zazwyczaj  gdy  mijała  szósta  po  południu,  Zośka  nastawiała  ziemniaki.  Sama  jadła  obiad

wcześniej i właściwie  wszystko  miała  gotowe,  ale  wiedziała,  że  Stefan  lubi  świeżo  ugotowane

ziemniaki i dlatego przygotowywała specjalnie dla niego przed powrotem z dyżuru. Cieszyły ją

te  powroty,  bo  zawsze  potem  przez  dwie  doby  był  w  domu,  razem  jeździli  do  Gdyni  czy

Gdańska,  chodzili  do  kina,  cieszyli  się  sobą,  jak  w  pierwszym  dniu  znajomości.  Toteż  gdy

nadchodziła pora jego powrotu z pracy, Zośka zawsze wpadała w świetny nastrój, żwawo uwijała

się  po  mieszkaniu,  nakrywała  do  stołu  i  słuchała.  Słyszała,  kiedy  w  charakterystyczny  sposób

otrzepywał buty przed progiem i wtedy już stawała pod drzwiami i witała Stefana nie ukrywając

radości z jego powrotu.

W jej stosunku do Stefana było wiele szczerze okazywanego przywiązania. Zawsze pamiętała

o swej sytuacji i gdy był dla niej czuły, potrafiła to ocenić. Zośka była szczęśliwa. Nie wiedziała,

że  może  być  tak  szczęśliwa.  Zazdrość  Stefana  zaspokoiła  jej  kobiecą  ambicję,  a  drobnych

utarczek nie pamiętała. Zdawało jej się, że teraz dopiero zaczęła żyć naprawdę, a wszystko, co

działo się dotychczas, było tylko złym snem.

W  tym  dniu  jak  zwykle  przygotowała  posiłek  dla  Stefana  i  zamieniła  się  w  słuch.  Już

powinien  wchodzić  po  schodach,  już  powinien  otrzepywać  buty  ze  śniegu...  Zegarek  tykał  tak

głośno,  że  jego  dźwięk  wypełnił  cały  pokój.  Mijały  sekundy,  minuty...  Z  wolna  stygły

ziemniaki...

„Spóźnia się” – pomyślała z niezadowoleniem, przyzwyczajona do punktualności Stefana. Ale

zaraz zreflektowała się: „Nic dziwnego, taka pogoda”.

Wskazówki zegara bezlitośnie posuwały się naprzód. Gdy minęła siódma, zaczęła się mocno

niepokoić.

Za oknem kotłowała się biała zawierucha. Trzasnęły drzwi i Zośka poderwała się, lecz zaraz

background image

174

usiadła z powrotem. To pani Malinowska wyszła ze swego pokoju nastawić wodę na herbatę. Od

czasu  awantury,  jaką  urządził  Stefan,  gospodyni  nie  zaczepiała  już  Zośki.  Starały  się  unikać

nawzajem i wchodziły do kuchni tylko wtedy, kiedy druga była w pokoju. W ten sposób prawie

się nie widywały.

Teraz jednak Zośka nie była w stanie myśleć o niczym innym, tylko o Stefanie. Dlaczego nie

wracał? Czyżby mu się coś złego wydarzyło? Przecież chyba w taką śnieżycę nie  wypływał w

morze?  Przez  chwilę  starała  się  wmówić  w  siebie,  że  Stefan  chce  przeczekać  zawieruchę,  ale

sama w to nie wierzyła, bo wiedziała, jak zawsze śpieszył się do domu. A może poszedł gdzieś z

kolegami, zasiedział się, popija i wróci później niż zwykle?

Poczuła w sercu bolesne ukłucie. Jakoś nigdy nie pomyślała o tym, że Stefan też może mieć

swoje sprawy, że może gdzieś pójść bez niej. Nigdy tego nie robił.

Ziemniaki dawno wystygły i obiad właściwie był do niczego. Z żalem spojrzała na leżące na

stole  nakrycia.  Zbliżyła  się  do  okna  i  przyłożyła  twarz  do  zimnej  szyby.  Ulica  wyglądała  jak

teatralna  dekoracja.  W  mdłym  świetle  latarni  wirowały  miliony  puszystych  płatków,  które  z

wolna zasypywały ślady ludzkich stóp i tworzyły gruby dywan.

„Gdzie  on  jest?  Co  mu  się  stało?  A  może  już  nie  wróci?”  Myśl  ta  sparaliżowała  ją.

Natychmiast  jednak  otrząsnęła  się  z  lęku  i  roześmiała:  „Niemądra  jestem  –  pomyślała.  –

Wystarczy, że trochę się spóźnia, a ja zaraz wymyślam jakieś głupstwa”.

Ale głupstwo jakoś uparcie nie chciało jej wyjść z głowy. Wracało jak bumerang, męczyło ją.

Próbowała zająć się czymś, wzięła do ręki książkę, lecz przerzuciwszy kilka kartek zrozumiała,

że nie ma pojęcia, co czyta. Sama nie wiedziała, jak to się stało, ale nagle zaczęły jej płynąć łzy.

Ogarnął  ją  niewytłumaczony  lęk  i  smutek.  Teraz  już  przychodziły  jej  do  głowy  najgorsze

przypuszczenia.  Myślała  więc,  że  Stefan  się  utopił  albo  w  najlepszym  wypadku  złamał  nogę.

Coraz częściej snuła domysły, że już mu się znudziła albo wprost poszedł do innej, a ona tu czeka

łudząc się, że jeszcze wróci.

Płacz ulżył jej i nieco się uspokoiła. Postanowiła, że będzie czekać choćby do rana.

Malinowscy dawno już poszli spać i cały dom pogrążył się w nocnej ciszy. Czas mijał wolno,

a Zośka siedziała przy stole i patrzyła na tarczę budzika. Była zmęczona całodzienną krzątaniną i

sama nie wiedziała, kiedy głowa opadła jej na stół.

Obudził  ją  chłód.  W  głowie  czuła  silny  ból  i  kark  zesztywniał  jej  w  niewygodnej  pozycji.

Przez chwilę nie wiedziała, co się z nią dzieje, aż w końcu przypomniała sobie, co zaszło.

background image

175

Dochodziła  północ.  Teraz  już  opanował  ją  wielki  lęk  o  Stefana.  Zerwała  się  niecierpliwie,

czuła,  że  powinna  coś  robić,  szukać  go,  starać  się  mu  pomóc.  Gnana  jakimś  wewnętrznym

nakazem  zaczęła  się  nerwowo  ubierać.  Naciągnęła  płaszcz,  drżącymi  rękami  owinęła  głowę

chusteczką. Wybiegła z mieszkania i po chwili znalazła się na ulicy.

Dopiero  tu  stanęła  bezradnie  nie  wiedząc,  dokąd  się  udać.  Wichura  ustała  i  teraz  śnieg

przyjemnie  sypał  zamieniając  świat  w  bajkowe  widowisko.  Rozejrzała  się  dokoła,  szczelniej

otuliła płaszczem i trochę bezmyślnie poszła ulicą. Gdy doszła  do rogu, usłyszała przytłumione

dźwięki orkiestry. Uprzytomniła sobie, że stoi pod drzwiami „Albatrosa”. Pomyślała, że tu może

czegoś się dowiedzieć albo wręcz zastanie Stefana przy kieliszku. Weszła.

Nic się nie zmieniło od czasu, kiedy tu bywała. Knajpa była tak samo obskurna,  cuchnąca i

wiecznie  zatłoczona.  Rozejrzała  się  i  wreszcie  zobaczyła,  że  dawne  koleżanki  kiwają  do  niej

rękami.

Rozdział XIII

Wiadomość o wejściu „Świętej Moniki” na mieliznę wywołała popłoch w kapitanacie portu.

Wprawdzie przedtem wielu przewidywało, że wyprawa Stefana źle się musi skończyć, ale nikt

nie sądził, że stanie się to naprawdę.

Dopiero  gdy  nadszedł  meldunek  ze  statku,  rozpoczął  się  sądny  dzień.  Statek  stanął  tak

nieszczęśliwie,  że  praktycznie  zamykał  port  i  uniemożliwiał  ruch  większych  jednostek.  Trzeba

więc  było  natychmiast  wysyłać  holowniki,  żeby  go  ściągnęły  z  mielizny.  Ale  holowniki  były

właśnie zajęte: jeden szukał zaginionego kutra rybackiego na Zatoce Gdańskiej, bo ratownicy i

tak mieli dość zajęcia, drugi zaś znajdował się akurat w drodze z Gdyni do Gdańska. Kapitanat

połączył się z nim i polecił jak najśpieszniej przybywać na miejsce awarii.

Kapitan Braun okazał się na szczęście człowiekiem cierpliwym i opanowanym. Po dokładnym

zbadaniu  sytuacji  uspokoił  się,  a  gdy  próby  zejścia  z  mielizny  o  własnych  siłach  nie  dały

rezultatów, machnął ręką i sprowadził Stefana do swojej kabiny.

– Zrobiliśmy, co do nas należało – oświadczył. – Teraz możemy tylko czekać.

Stefan  był  przygnębiony  i  nie  mógł  sobie  znaleźć  miejsca.  Poczucie  winy  dręczyło  go  i

background image

176

stawało się wprost nieznośne. Dopiero po kilku szklaneczkach ulubionego przez kapitana rumu

opanował  się  nieco  i  pozwolił  się  przekonywać,  że  nie  popełnił  żadnego  błędu.  Kapitan  z

wielkim zapałem starał się go uspokoić i całą sprawę traktował dość lekko.

Gdy holownik przyszedł, było dobrze po piątej i zapadły zupełne ciemności. „Santa Monica”

skierowała swoje reflektory na pękatego smolucha.  Holownik chciał natychmiast  przystąpić  do

pracy, ale kapitan Braun zażądał zabrania najpierw chorego z pokładu.

–  Już  i  tak  dość  długo  trzymamy  go  u  siebie.  Nie  chcę  mieć  na  sumieniu  tego  człowieka  –

oświadczył.  A  więc  holownik  z  trudem  podszedł  do  burty  statku  i  zaczęło  się  przekazywanie

chorego.  Nie  była  to  sprawa  prosta  ani  łatwa.  Choć  znajdowali  się  już  właściwie  na  wodach

portowych, holownik skakał na fali jak pchła i chory z łatwością mógł się znaleźć w wodzie.

Stefan tkwił na mostku i z napięciem obserwował wysiłki marynarzy. Sam w niczym nie mógł

im pomóc, musiał więc zadowolić się rolą biernego obserwatora. W ogóle najchętniej uciekłby z

tego pechowego statku. Mimo wszystko czuł się winowajcą, choć nikt mu nie okazywał niechęci.

Bosman  okrętowy  przyniósł  grubą  sieć,  do  której  złożono  chorego  owiniętego  troskliwie  w

koc. Młody marynarz jęczał żałośnie i miał przerażająco sine wargi.

Kilka  par  silnych  rąk  chwyciło  sieć  i  wolno  zaczęło  ją  opuszczać  na  linach.  Na  pokładzie

holownika ustawili się marynarze oczekując na przyjęcie tego żywego ładunku.

Sieć  opuszczała  się  coraz  niżej.  Chory  patrzył  na  swych  kolegów  rozszerzonymi  z  bólu  i

przerażenia  oczyma,  nie  miał  jednak  siły  protestować.  Holownik  ocierający  się  o  burtę  statku

podjeżdżał do góry lub zapadał w dół.

Trzeba było uchwycić moment, kiedy pokład holownika znajdzie się w najwyższym punkcie.

Wtedy należało błyskawicznie opuścić sieć, tak aby chory znalazł się w rękach marynarzy.

Rozległ się ostry krzyk, ktoś zaklął ordynarnie i zaraz potem się roześmiał.

– No, w porządku – powiedział z ulgą kapitan. Chory, trochę tylko przemoczony, wylądował

bezpiecznie na holowniku, który nie zwlekając ruszył do portu. Wszystkim ciężar spadł z serca.

Zrobili wszystko, aby uratować kolegę. Teraz mogli pomyśleć o sobie.

Gdy  holownik  wrócił,  było  już  po  ósmej,  Stefan  pomyślał  o  domu  i  Zośce.  Czekała  już  z

obiadem. Zrobiło mu się przykro, że będzie czekała nadaremnie,  ale natychmiast przestał o tym

myśleć, bo już rozpoczynała się akcja.

Rzutka  wystrzeliła  z  rufy  statku  i  przeleciała  obok  holownika.  Dopiero  za  trzecim  razem

wylądowała na właściwym miejscu. Przeciągnięto hol i śruby wściekle zamieszały wodę.

background image

177

Holownik  przysądził  się,  rufa  przysiadła  mu  głębiej,  maszyny  zawyły  z  wysiłku.  Pracowity

statek wyglądał w tej chwili jak potężny, ciężki perszeron, który ze wszystkich sił ryje kopytami

ziemię, lecz mimo to nie może ruszyć z miejsca zbyt naładowanego wozu.

– Pomóżcie! – wrzeszczał przez tubę kapitan z holownika.

Braun  podniósł  rękę,  ale  zorientował  się,  że  tamten  go  nie  widzi,  odkrzyknął  więc  przez

głośnik rufowy:

– Jawohl!

– Cała wstecz! – padła komenda na statku.

Holownik znów zaczął młócić śrubami wodę. Miedzy statkiem a holownikiem utworzyły się

straszliwe wiry. Woda zmieszana z drobną krą szalała i kipiała pod kadłubami.

Stefan wpił paznokcie w drewnianą poręcz mostku i ze wszystkich sił zacisnął szczęki. Ruszy,

nie ruszy. Naprężył mięśnie, jakby mógł tym pomóc statkowi.

Wtem  coś  jęknęło,  statek  szarpnął  się  i  wszyscy  usłyszeli  trzask  podobny  do  wystrzału

karabinowego.  Gruba  jak  męskie  ramię  manilowa  lina  pękła  i  tnąc  ze  straszliwym  świstem

powietrze  najpierw  wzbiła  się  w  górę,  a  potem  spadła  na  pokład  holownika.  Jej  wystrzępiony

koniec trzasnął w plecy marynarza. Uderzenie było tak silne, że człowiek, jak trafiony piorunem,

poleciał na ścianę sterówki, odbił się od niej i upadł obok nawiewnika. Jego koledzy natychmiast

rzucili się na pomoc. Lecz nim zdążyli go dotknąć, marynarz dźwignął się powoli sam, zaklął jak

umiał najgrubiej i wszedł do mesy. Miał szczęście, watowana fufajka zamortyzowała uderzenie i

tylko dzięki niej nic mu się nie stało.

Tymczasem  holownik,  jak  pies  gwałtownie  spuszczony  ze  smyczy,  o  mało  dziobem  nie

uderzył w kamienną ostrogę. W ostatniej chwili sternik wykręcił i znów podszedł do nieszczęsnej

„Moniki”. Zanim jednak podano powtórnie grubą linę, w pobliżu rozległ się basowy, chrapliwy

ryk syreny. To drugi holownik przybywał na pomoc swemu koledze.

Teraz  już  nikt  nie  wątpił,  że  nadchodzi  koniec  tych  perypetii.  Ze  statku  podano  dwa  hole  i

włączono maszynę na „cała wstecz”. Pod kadłubem coś zatrzeszczało. Wolno, niechętnie „Santa

Monica” zeszła z mielizny i zakołysała się na głębokiej wodzie.

– Nooo – westchnął wymownie kapitan.

Stefan  nie  czuł  nawet  zbyt  wielkiej  radości.  I  tak  czekały  go  wyjaśnienia,  raporty,

dochodzenia.  Zwykła  rzecz  w  takich  wypadkach,  ale  bał  się  tego,  bo  nigdy  jeszcze  nie

spowodował  awarii.  Mimo  wszystko  musiał  jednak  jeszcze  doprowadzić  statek  do  nabrzeża.

background image

178

Objął więc komendę na mostku i już bez przeszkód wprowadził „Monikę” do basenu portowego.

Przez  cały  czas  holowniki,  jak  wierne  brytany,  towarzyszyły  statkowi,  jakby  w  obawie,  żeby

znów  nie  wlazł  tam,  gdzie  nie  trzeba.  Ale  obeszło  się  bez  ich  pomocy.  Stefan  zgrabnie

doprowadził statek do nabrzeża i przycumował pod magazynami.

– Maszyna stop! Tak stoimy! – rzucił i spojrzał na zegarek. Było już po jedenastej. Nawet nie

wiedział, kiedy minął mu czas.

Kapitan  Braun  pożegnał  go  serdecznie,  jakby  nic  nie  zaszło  podczas  wprowadzania  jego

statku. Stefan był mu wdzięczny za tę delikatność, ale odetchnął z ulgą, gdy wreszcie zbiegł po

trapie.

W kapitanacie zastał jeszcze tego samego oficera dyżurnego. Czekał na niego, choć już dawno

skończył służbę. Stefan złożył krótki meldunek nowemu dyżurnemu i miał zamiar iść do domu.

Oficer siedzący bezczynnie podniósł się i powiedział:

– Chodźmy razem. Czekam na ciebie.

– A to po co? – zdziwił się Stefan.

– Przecież to była nasza sprawa – odparł tamten. – Ja miałem służbę...

– Daj spokój – powiedział Stefan. – Jestem zmęczony tym wszystkim.

Byli  już  na  ulicy.  Śnieg  padał  łagodnie  i  bezszelestnie,  na  świecie  było  cicho  i  spokojnie.

Stefan nie patrzył jednak na otaczające go piękno, jak najprędzej chciał być w domu. Słaniał się

ze zmęczenia.

– Wstąpmy na kieliszek – zaproponował kolega. – Warto wypić za szczęśliwe zakończenie tej

hecy.

Stefan  właściwie  nie  miał  ochoty  na  wódkę,  ale  dał  się  w  końcu  namówić.  Pomyślał,  że

kieliszek czegoś mocniejszego uspokoi go przed snem, a Zośka czekała już tak długo, że jeszcze

kilka minut nie zrobi jej różnicy.

Weszli  do  „Albatrosa”.  Lecz  gdy  tylko  przekroczyli  próg,  nagle  Stefan  drgnął  i  chwycił

kolegę za rękaw.

Na sali ujrzał Zośkę otoczoną przez gromadę dziewczyn. Była w palcie, ale one ciągnęły ją do

stolika śmiejąc się przy tym i potrącając. Stefan jednym skokiem znalazł się między nimi.

– Zośka!

–  Stefan!  –  bez  namysłu  rzuciła  mu  się  na  szyję.  Ale  on  odepchnął  ją  silnie  i  zapytał  z

hamowaną wściekłością:

background image

179

– Co tu robisz? Zatęskniłaś do nich?

–  Stefan!  Przecież  ja  do  ciebie!  Stefan!  –  ostatni  krzyk  zabrzmiał  rozpaczliwie,  bo  Stefan

nagle odwrócił się i bez słowa ruszył do drzwi.

Wybiegła za nim, poganiana śmiechem dawnych koleżanek.

Rozdział XIV

– Ciągle jeszcze nie rozumiem, dlaczego tam poszłaś? – mówił Stefan w domu. W drodze nie

odzywał się, szarpany sprzecznymi uczuciami, słuchał jej wyjaśnień. Zośka usprawiedliwiała się,

ale  w  głębi  duszy  uważała,  iż  dzieje  się  jej  krzywda.  Tęskniła  do  niego,  martwiła  się  i  oto

spotkały ją wymówki i nieufność.

Stefan był teraz całkiem spokojny, w jego sercu jednak tkwił bolesny kolec zazdrości.

– Nigdy jeszcze nie wracałeś tak późno – wyjaśniała Zośka. – Myślałam, że spotkało cię coś

złego. Nie mogłam tu wysiedzieć spokojnie i dlatego wyszłam z domu. Chciałam cię odnaleźć...

–  Dlaczego  więc  nie  poszłaś  do  kapitanatu?  Przecież  wiesz  dobrze,  że  nie  pracuję  w

„Albatrosie”?... – zapytał szorstko.

–  Sama  nie  wiem  –  odrzekła  szczerze.  –  Byłam  taka  niespokojna...  Myślałam,  że  może

popijasz sobie z jakimiś kolegami.

Wzruszył niecierpliwie ramionami. Był tak zmęczony, że właściwie pragnął tylko położyć się

i  zasnąć.  Lecz  urażona  męska  ambicja  domagała  się  wyjaśnień.  Nie  miał  jednak  siły,  żeby  się

denerwować, jakaś dziwna apatia ogarnęła go i czuł w sercu nieznaną dotychczas pustkę.

– Nie wierzę ci – powiedział spokojnie.

–  Stefan!  –  Zośka  szeroko  otworzyła  zdumione  oczy.  Dopiero  teraz  zrozumiała,  że  jest

podejrzewana o coś strasznego. Ale i ją nie stać było na żywszą reakcję, czuła, że w jej sytuacji

musi znosić cierpliwie podejrzenia, których nie zniosłaby inna kobieta.

– Tak, nie wierzę ci – powtórzył Stefan bez gniewu. – Nie miej mi za złe, ale obawiam się, że

znów cię tam ciągnie...

– To nieprawda! – wykrzyknęła. – Ty nie możesz tak myśleć!

– Dobrze już, nie mówmy o tym więcej. – Stefan podniósł się i począł zdejmować mundur.

background image

180

Zamilkła posłusznie i poczęła przygotowywać posłanie. Przypomniała sobie jednak, że nic nie

jadł i zapytała:

– Kolacji nie chcesz?

– Dziękuję, na dziś mam wszystkiego dość. Chcę tylko spać...

Zrobiło się jej jeszcze bardziej  przykro.  Z  ogromnym  wysiłkiem  powstrzymała  napływające

do  oczu  łzy.  Na  szczęście  Stefan  wyszedł  do  łazienki  i  nie  mógł  widzieć,  co  się  z  nią  dzieje.

Szybko rozebrała się i wskoczyła pod kołdrę.

Leżeli obok siebie sztywni, obojętni, a jednak czujni. Na dworze uspokoiło się zupełnie i okna

jaśniały  teraz  bielą  puszystego  śniegu.  Odległy  gwizd  parowozu  zabrzmiał  jak  łobuzerska

melodia ulicznika. Port również zaczynał już żyć po długiej sztormowej przerwie. Żałosne buczki

mgłowe umilkły, a zastąpiły je ryki syren statków witających port.

Ranek  był  jeszcze  daleko,  ale  biel  śniegu  rozjaśniała  pokój  i  zdawało  się,  że  to  już  świt

zagląda do okna.

„Dlaczego  on  to  powiedział?  Czemu  mi  nie  wierzy?  –  myślała  i  zaraz  potem  uświadomiła

sobie. – Wiadomo!

Czemu ma wierzyć?... Ale czy sam jest bez winy? Przecież w końcu nie powiedział gdzie był

tak długo? Tak czy inaczej spotkałam go w knajpie...” Na myśl o tym, że Stefan mógł mieć coś

nieczystego na sumieniu, poruszyła się niespokojnie. I ona także po raz pierwszy po rozstaniu z

Kostkiem uczuła w sercu zazdrość.

Stefan również mimo zmęczenia i przeżyć nie mógł zasnąć. Leżał nieruchomo i starał się nie

dotykać Zośki. Czuł do niej żal i mimo woli ogarniała go coraz silniejsza irytacja.

„Po kiego diabła tam poszła – myślał. – Przecież to bzdura, że  mnie szukała. Zna drogę  do

kapitanatu. A w ogóle czemu nie siedziała cierpliwie w domu?” Przyszło mu jednak na myśl, że

jest może wobec niej niesprawiedliwy. Gdy zorientował się, że Zośka też nie śpi, zagadnął:

– Czemu nie siedziałaś w domu? Nie byłoby tego wszystkiego. Po  co nam takie awantury...

Mało było tej historii z Romanem?

Był w jego głosie jakiś cieplejszy ton, skarga, nie skarga, a może odrobina żalu pomieszana z

chłopięcymi  dąsami.  Zośka  nie  byłaby  kobietą,  gdyby  tego  nie  wyczuła.  Uniosła  się  na  łokciu

chcąc widzieć jego twarz pokrytą mrokiem.

– Znów zaczynasz swoje – powiedziała z cieniem goryczy w głosie. – Możesz mi nie wierzyć,

ale ja naprawdę w niczym nie zawiniłam. Chciałam cię odszukać, bałam się tych czterech ścian.

background image

181

Mnie  dobrze  jest  tylko  z  tobą,  a  reszta  jest  oczekiwaniem  na  twój  powrót.  A  ty  nie  wracałeś.

Czemu? Na mnie się gniewasz, robisz mi wymówki, a sam nie mówisz, gdzie byłeś...

Zaśmiał się cicho, bo zazdrość, jaką usłyszał w jej głosie, sprawiła mu przyjemność.

– Tak się złożyło – wyjaśnił krótko. – Miałem ciężki dzień, wiesz, jaka była pogoda.

– Dobrze ci tak mówić: „miałem ciężki dzień” i na tym koniec. A ja  chcę  o  tobie  wiedzieć

wszystko.  Śmiejesz  się,  ale  nie  rozumiesz,  co  to  znaczy  siedzieć  cały  dzień  w  mieszkaniu  i

czekać, czekać, czekać. Ty masz swoją pracę, kolegów, statek, spotykasz ludzi, żyjesz. A ja co?

Siedzę  tu,  czasem  tylko  wyjdę  do  sklepu.  Nie,  ja  tak  nie  mogę.  Nie  chcę  być  sama,  nie  chcę

siedzieć jak zakonnica w celi i tylko czekać na ciebie...

– Nie rozumiem, o co ci chodzi. Przecież nie rzucę pracy po to, żeby tu zawsze być z tobą.

Rozumiesz chyba, że to jest niemożliwe. Muszę pracować, nie jestem przecież milionerem...

– Ale ja nie mogę tak dłużej żyć. Pani Malinowska, sklep, ten pokój to cały mój świat...

Stefanowi wydało się nagle, że zrozumiał, o co jej chodzi. Serdecznie przygarnął ją do swego

boku i powiedział czule:

–  Ja  też  o  tym  myślałem.  Ale  zdawało  mi  się,  że  jeszcze  za  wcześnie.  Chciałem  trochę

poczekać. Potrzebne przecież będzie większe mieszkanie...

– O czym ty mówisz? – Zośka zdumiona odsunęła się od niego.

– No, o dziecku... Chyba to miałaś na myśli, prawda? – powiedział niezbyt pewnie.

– Och, nie! – zaprotestowała gorąco. – Nie zrozumiałeś mnie zupełnie. Za nic w świecie nie

chcę mieć dziecka. Przynajmniej teraz.

–  Ależ  dlaczego?  Przecież  to  wypełniłaby  ci  życie.  Kobieta  musi  mieć  dzieci.  To  by  nas

związało jeszcze silniej.

– Nie, nie, nie! Za nic w świecie!

Stefan nachmurzył się.  Był  rozczarowany.  Pomyślał  sobie,  że  jej  niechęć  do  macierzyństwa

ma jakieś głębsze przyczyny. Czyżby nie kochała go tak, jak się spodziewał? A może nie chciała

się wiązać z nim aż tak silnie? Może chciała zostawić sobie furtkę, żeby w każdej  chwili  móc

odejść?

– Nie podoba mi się to, co mówisz – powiedział chmurnie. – Narzekasz na samotność, a kiedy

proponuję ci coś, co może wypełnić twoje życie, protestujesz. Sama nie wiesz, czego chcesz...

– A ty znów mnie nie rozumiesz. Może ja ci to jakoś źle tłumaczę, ale spróbuj tu posiedzieć,

tak  jak  ja  siedzę  codziennie,  w  czterech  ścianach,  przy  garnkach  i  sprzątaniu,  zobaczymy,  co

background image

182

wtedy  powiesz!  A  co  ty  mi  proponujesz?  Do  tego  codziennego  kieratu  chcesz  mi  dołożyć

pieluchy, krzyk dziecka, karmienie, pranie i tysiąc innych kłopotów.

– Oho, zdaje się, że twój instynkt macierzyński nie jest zbytnio rozwinięty.

– Ależ nie. To nie ma nic wspólnego z instynktem macierzyńskim. Ja po prostu chcę trochę

pożyć. Przecież jestem młoda, a życie, jakie teraz mam, to życie staruszki.

– Tęsknisz do zabawy? – powiedział złośliwie.

Nie  obraziła  się.  Za  wszelką  cenę  chciała,  żeby  ją  zrozumiał,  toteż  nie  zwracając  uwagi  na

jego ton, ciągnęła dalej:

– Wcale nie. Stale usiłujesz wszystko tłumaczyć sobie opacznie. Ale widzisz, ja jestem uparta.

Mam swoją ambicję i jak coś robię, to już chcę, żeby tak było, a nie inaczej. Jak się zawzięłam po

ucieczce z domu, to nie wróciłam, chociaż mnie milicja odwoziła. Potem w „Albatrosie” też tak

było. Teraz spotkałam ciebie i pokochałam, nie chcę cię utracić. Powiedz sam, jeśli tak jest, czy

mogę robić to, o co mnie posądzasz? Przecież wiem, że przez to  szybko bym cię straciła. A ja

odwrotnie,  chcę  się  utwierdzić  w  posiadaniu  ciebie,  umocnić  na  tej  drodze,  jaką  sobie  teraz,

dzięki tobie, obrałam i do jakiej jestem właściwie stworzona. Mam oczy otwarte, obserwuję życie

i  zrozumiałam,  że  prędzej  nie  poczuję  się  coś  warta,  dopóki  nie  zdobędę  zawodu,  jakichś

możliwości  życia  samodzielnego,  a  nie  zawsze  w  oparciu  o  kogoś,  rozumiesz?  Chcę  być

człowiekiem  takim  jak  ty.  Chcę  być  naprawdę  ciebie  godna.  To  sobie  postanowiłam.  Nie

będziesz  mógł  wtedy  w  żadnej  złej  chwili  pomyśleć,  że  tkwię  przy  tobie,  bo  nie  potrafię  żyć

inaczej, tylko albo z tobą, albo tak jak poprzednio.

Jeszcze  nie  rozumiał.  Dla  niego  te  projekty  Zośki  łączyły  się  z  niebezpieczeństwem  utraty

dziewczyny. Był po prostu zazdrosny.

– Więc chcesz iść do pracy? – upewniał się.

– Chcę, muszę! – odparła z mocą. – Bez tego będę się czuła nic niewarta, kula u twojej nogi!

–  I  po  co  to  wszystko?  –  nie  dawał  się  przekonać.  –  Przecież  nie  masz  potrzeby  pracować.

Wyżyjemy z tego, co ja zarabiam...

– Nie bądź niemądry i uparty.

Nie był przekonany, ale nie znajdował już argumentów. Przyciągnął ją do siebie i wtulił twarz

w jej piersi.

– Zrób jak chcesz, byleby było ci ze mną dobrze.

– Dobrze jest, kochany. Nawet nie wiesz, jak dobrze...

background image

183

Stefan zapomniał o tym, że był bardzo zmęczony.

Rozdział XV

Sklepik  był  niezbyt  duży  i  pachniał  skórą.  Wszystkie  ściany  zastawione  były  regałami,  na

których  poustawiano  białe  tekturowe  pudełka  z  butami.  Na  wprost  drzwi  znajdował  się  dział

męski, na lewo – damski, a na prawo – dziecięcy. Pod oknem, które zarazem stanowiło wystawę,

stały niskie stołeczki z przywiązanymi do nich łyżkami do wkładania obuwia.

W każdym dziale pracowała jedna ekspedientka. Władzę nad nimi dzierżył kierownik sklepu,

który w fazach dużego ruchu również pomagał w sprzedaży.

W dziale obuwia dziecięcego sprzedawczynią była kobieta w średnim wieku, którą wszyscy

nazywali panią Marią.  Pani  Maria  już  kilka  lat  spędziła  za  ladą  sklepową  i  uważała  się  za  coś

nieporównanie wyższego od swych koleżanek. Nosiła się wiec dumnie i nie wdawała się z nimi

w pogawędki. Ale za głównych przeciwników życiowych uważała nie koleżanki, lecz klientów.

Gdy  klient  stawał  przed  nią  i  zaczynał  przyglądać  się  rozstawionym  na  półkach  butom,  pani

Maria odwracała zadumany wzrok i zdawała się go nie dostrzegać. Na jej twarzy malowało się

zamyślenie  godne  filozofa.  Gdy  kupującą  była  kobieta  z  dzieckiem  i  odważyła  się  w  końcu

poprosić o pokazanie obuwia, w oczach pani Marii odbijało się najpierw zdumienie, a potem coś

w  rodzaju  odrazy.  Wymownie  wzruszała  ramionami  i  powolnym  gestem  rzucała  przed  nią

żądany but. Zdarzało się czasem, że klientka chciała przymierzyć dziecku kilka różnych bucików.

Wtedy pani Maria już z trudnością panowała nad sobą, piorunowała natrętną kobietę wzrokiem,

mruczała coś o fumach i grymasach i widać było, że cierpi z powodu ludzkiej napastliwości.

Koleżanki po cichu wyśmiewały się z niej, nazywały leniwą idiotką, ale kierownik nigdy jej

nie zwracał uwagi, bo należał do ludzi, którzy bardzo sobie cenią tak zwany święty spokój, a pani

Maria miała podobno duże znajomości w dyrekcji Miejskiego Handlu Obuwiem i w razie zatargu

mogła zakłócić spokój pana kierownika.

W  dziale  męskim  sprzedawała  obuwie  trzydziestoletnia,  brzydka  jak  noc,  gadatliwa  jak  sto

przekupek i pogodna jak letni poranek panna Edyta. Żywa, ruchliwa, lubiła sobie poplotkować,

nikogo  przy  tym  nie  oszczędzając,  nawet  siebie.  Zdawała  sobie  sprawę  z  tego,  że  mało  jest

background image

184

mężczyzn, którzy by potrafili pod okropną brzydotą dostrzec u niej kobiecość. Wyśmiewała się

więc z siebie, ze swojej brodawki na nosie, z łysiejącej głowy, szczątkowych piersi i iksowatych

nóg. Ale swoich męskich klientów obsługiwała z ogromną ochotą. Przyjemnie było patrzeć, jak

szybko  zdejmuje  z  półek  buty,  jak  gorąco  doradza  kupno,  jak  zachwala  jakość  i  z  jaką

niezmordowaną  cierpliwością  podaje  wszystko,  czego  ludzie  zapragną.  Była  w  jej  zachowaniu

jakaś tkliwość i przymilność w stosunku do mężczyzn stojących po drugiej stronie lady.

Zośkę przyjęto do działu obuwia damskiego. Szybko się przyzwyczaiła do swej pracy, miała

w  niej  przecież  odrobinę  wprawy,  bo  kiedyś  przez  kilka  miesięcy  była  już  sprzedawczynią.

Zresztą gdy Stefan miał wątpliwości, czy sobie poradzi, odpowiadała, że nie święci garnki lepią,

a sprzedawanie butów jest z pewnością łatwiejsze od lepienia garnków.

Kierownik,  człowiek  dość  leniwy,  przeważnie  przesiadujący  w  swoim  pokoiku  na  tyłach

sklepu, starał się w ogóle nie wtrącać do pracy ekspedientek. Ukazywał się jednak w godzinach

natężenia ruchu, a poza tym dbał tylko o zaopatrzenie i swój osobisty spokój.

Ale od czasu kiedy Zośka pojawiła się w sklepie, jakoś częściej wychodził ze swej wygodnej

kryjówki. Nie był to jeszcze człowiek stary, liczył sobie niewiele ponad czterdzieści lat i nie miał

bynajmniej  odrażającego  wyglądu.  Panna  Edyta  była  nawet  skłonna  uważać  go  za  wzór

męskości, a to z racji falującej czupryny i miękkiego, trochę kociego chodu. Ale na jej uśmiechy

kierownik nigdy nie zwracał najmniejszej uwagi.

Zośka  od  razu  zauważyła,  że  jest  przedmiotem  pilnej  obserwacji  zarówno  ze  strony

kierownika jak i ze strony koleżanek. Nie przejmowała się tym zbytnio, uważała to za naturalne

w  stosunku  do  nowej  pracownicy.  Starała  się  więc  pracować  jak  najlepiej,  z  klientkami

rozmawiała swobodnie i spokojnie, nie uważając ich bynajmniej za przeciwniczki.

Po kilku dniach zżyła się z personelem sklepu. Edyta zwierzała się jej ze swych niepowodzeń

miłosnych, a pani Maria patrzyła mniej chłodno. Przyjemnie jej było, że pracuje i nikt do niej nie

ma  pretensji,  czuła  się  potrzebna  i  pożyteczna.  O  to  przecież  jej  chodziło  i  Stefan  z

zadowoleniem stwierdził, że nastąpiła w niej korzystna zmiana.

Dni  uciekały  teraz  szybko  i  niepostrzeżenie.  Rankiem  wstawała  razem  ze  Stefanem,

przygotowywała  śniadanie,  całowała  go  na  pożegnanie.  A  gdy  wychodził  na  dyżur  w  porcie,

sprzątała mieszkanie, ubierała się i biegła do pracy na dziesiątą. Po zamknięciu sklepu śpieszyła

do  domu,  po  drodze  czyniąc  zakupy  na  spóźniony  obiad  i  kolację.  Gdy  wreszcie  kończył  się

dzień,  była  zmęczona,  nogi  ją  bolały,  ale  było  to  zmęczenie  przyjemne,  osłodzone  poczuciem

background image

185

własnej wartości.

Co  do  Stefana,  to  nawet  się  specjalnie  nie  silił,  żeby  udawać,  iż  nowa  sytuacja  napełnia  go

bezgranicznym szczęściem. Tak jak inni mężczyźni nie lubił, kiedy część domowych kłopotów

spada na ich barki. A teraz zdarzało się, że musiał załatwić coś w sklepie, czasem, gdy miał dzień

wolny,  Zośka  prosiła  go,  żeby  poczynił  przygotowania  do  obiadu,  słowem  potrzebowała  teraz

jego  pomocy.  Robił  to  bez  entuzjazmu.  Wolałby,  żeby  sprawy  te  pozostały  wyłączną  domeną

Zośki,  tym  bardziej  że  ze  względów  finansowych  nie  musiała  pracować.  Nie  mógł  jednak

protestować, skoro raz się zgodził na jej pójście do pracy. Niepokoiło go jednak to, że praca ta

dawała Zośce tyle zadowolenia i w tak widoczny sposób zmieniła jej samopoczucie.

Coraz częściej czuł nieokreślony lęk, drobne ukłucia w sercu. Zazdrość uparcie wkradała się

do jego umysłu.

Zdawał sobie sprawę, iż może nadejść moment, że Zośka poczuje potrzebę jeszcze większego

usamodzielnienia. Może dojść do tego, że on stanie się jej niepotrzebny, przestanie być jedyną

podporą i deską ratunku. A od tego, jego zdaniem, był już tylko jeden krok do zdrady.

Tak  rozumował  Stefan.  Myśl  o  tym,  że  może  się  znaleźć  ktoś,  kto  okaże  się  Zośce

potrzebniejszy  od  niego,  była  mu  tak  nieznośna,  że  opanowywał  go  gniew.  Kochając  Zośkę

pragnął mieć ją wyłącznie dla siebie. Pragnął, żeby jej troski  były jego troskami i żeby nikt nie

miał wglądu w jej życie.

Myśli  te  nachodziły  go  ze  szczególną  siłą,  gdy  miał  wolne,  a  ona  znajdowała  się  w  pracy.

Wtedy gorączkowo pracująca wyobraźnia podsuwała mu najstraszniejsze obrazy. Widział Zośkę

z  innym,  słyszał  jej  przyśpieszony  oddech,  słyszał  czułe  słowa,  które  szeptała  tamtemu...

Przypominała  mu  się  nieszczęsna  historia  z  Romanem.  Drobiazgowo  rozpatrywał  cała  jej

przeszłość. Wił się z męki i niepewności.

W takich chwilach coraz częściej dochodził do przekonania, że popełnił straszny błąd. Potem

śmiał się z siebie, zapominał o wszystkim, był szczęśliwy, kiedy szedł u jej boku czy patrzył, jak

krząta się po pokoju. Ale przy lada okazji znów wszystko wracało.

Nie mówił o tym Zośce, bo nie dawała mu żadnych konkretnych powodów do zazdrości czy

niepokoju. Męczył się więc sam i tym bardziej go to gnębiło, że nikomu nie mógł się zwierzyć ze

swych utrapień.

Kilkakrotnie chodził do sklepu, w którym Zośka pracowała. Jej koleżanki nie przypadły mu

do  gustu.  Kiedyś  nawet  pozwolił  sobie  na  drwiny,  że  w  towarzystwie  tamtych  dwóch  kobiet

background image

186

Zośka sama zbrzydła i zdziwaczała. Zaśmiała się w odpowiedzi i  odparła, że właśnie na ich tle

czuje się szczęśliwa.

Znała  swoją  wartość,  wiedziała,  że  niejedna  dziewczyna  mogłaby  pozazdrościć  jej  urody.

Stefana napełniało to jeszcze większą obawą.

W  czasie  tych  odwiedzin  poznał  też  kierownika  sklepu,  który  wydał  mu  się  niebezpiecznie

przystojny. Rozważył sobie potem, że taki kierownik, który ma dwie brzydkie pracownice i jedną

ładną,  z  pewnością  zainteresuje  się  tą  ładną.  Złośliwa  wyobraźnia  zaczęła  mu  natychmiast

podsuwać najrozmaitsze możliwości, jakie stwarza wspólna praca i już uznał, że Zośka musi się

poddać  woli  przystojnego  kierownika  i  jego  urokowi.  Bez  mała  widział  Zośkę  w  sytuacji,  od

której włosy jeżyły mu się na głowie.

Stracił zupełnie spokój. Gdy tylko mógł, wychodził po Zośkę i przyprowadzał ją z pracy do

domu. Lecz kiedy był w służbie, zastanawiał się, kto wtedy ją odprowadza.

Czasem, kiedy  nie  było  statku,  zwalniał  się  na  godzinę  i  cichaczem,  jak  złodziej,  szedł  pod

sklep. Widział ją wychodzącą z koleżankami, a potem żegnającą się i śpieszącą do domu. Czuł

się  wtedy  jak  szpicel  i  zawstydzony  wracał  czym  prędzej  do  kapitanatu.  Ale  następnego  dnia

znów nie mógł wysiedzieć spokojnie.

Często  proponował  jej,  żeby  rzuciła  pracę,  ale  protestowała  tak  energicznie,  że  dawał  jej

spokój, pozostawał sam ze swą męką i niepewnością.

Rozdział XVI

Ruch w sklepie bywał bardzo różny. Zdarzało się, zwłaszcza kiedy nadszedł świeży transport

ładnych  butów,  że  przez  osiem  godzin  nie  było  wytchnienia.  Wtedy  Zośkę  wieczorem

szczególnie  bolały  nogi,  bo  wymagające  klientki  nie  pozwalały  jej  na  moment  usiąść.  Bez

przerwy  musiała  wspinać  się  po  drabince,  zdejmując  pudełka  z  butami,  podawać,  doradzać,

pakować, odbierać pieniądze...

Ale były też dni, podczas których przez sklep przewijało się zaledwie parę osób. Wtedy Zośka

siedziała na małym stołeczku i zza sklepowej lady widać było tylko czubek jej głowy. Chwile te

wykorzystywała Edyta. Przysiadała się do niej i plotła jak najęta. Pani Maria przeważnie zajęta

background image

187

była lekturą jakiegoś „kryminału”.

W  takim  właśnie  dniu  Zośka  z  Edytą  pogrążyły  się  w  plotkowaniu,  a  pani  Maria  w  swej

książce. Niespodziewanie z zaplecza wyszedł kierownik. Tym razem chciał czegoś od Edyty. Na

jego wezwanie posłusznie odeszła od Zośki i stanęła w postawie pełnej szacunku i oddania.

Kierownik chciał sprawdzić, ile zostało brązowych butów na mikrogumie i czy w ogóle warto

jeszcze zamawiać takie obuwie. Edyta skwapliwie zaczęła udzielać wyjaśnień.

Wtedy  trzasnęły  drzwi  i  do  sklepu  weszła  klientka.  Pani  Maria  nawet  nie  podniosła  głowy,

jakby  z  góry  wiedziała,  że  to  nie  do  jej  działu.  Kierownik  przelotnie  spojrzał  na  wchodzącą  i

dalej słuchał Edyty, która mówiła płynnie, lecz nie spuszczała wzroku z przybyłej.

Tymczasem klientka podeszła do działu kobiecego. Zośka natychmiast podniosła się i zbladła.

Przed  nią  stała  we  własnej  osobie  najzawziętsza  rywalka,  zdetronizowana  niegdyś  „królowa

portu”, Fredka.

Poznała  Zośkę  natychmiast,  bo  stała  przez  chwilę  z  wyrazem  zdumienia  i  zaskoczenia  na

twarzy, ale zawołała z udaną szczerością:

– O, co za spotkanie! No proszę, kto by pomyślał, że tu się spotkamy! Serwus, jak się masz!

Nie wiedziałam, że tu pracujesz!

Zośkę  przeraziła  fałszywa  wylewność  Fredki.  Nienawidziły  się  z  całego  serca  i  dlatego  ten

wybuch  rzekomej  serdeczności  wydał  się  jej  mocno  podejrzany.  Czuła,  że  Fredka  skorzysta  z

okazji,  żeby  się  zemścić.  Zrobiło  jej  się  zimno  na  myśl  o  tym,  co  będzie,  jeśli  ta  „koleżanka”

powie, skąd się znają.

Fredka zmieniła ton i poprosiła:

– Kochana, poradź mi, jakie buty mam sobie kupić. Nie mam co na nogi włożyć wieczorem.

Rozumiesz, o co mi chodzi, prawda?...

Zośka w milczeniu podsunęła jej trzy pary pantofli i Fredka zajęła się oglądaniem.

Tymczasem  cała  ta  rozmowa  zwróciła  uwagę  reszty  personelu.  Kierownik  już  nie  słuchał

wyjaśnień  Edyty,  tylko  przyglądał  się  Zośce  i  klientce.  Edyta  też  wytrzeszczała  oczy,  z

ciekawością  oglądając  interesującą  postać  Fredki.  Nawet  dostojna  pani  Maria  raczyła  rzucić

spojrzenie w tę stronę.

Fredka  mogła  skompromitować  każdą  kobietę.  Wprawdzie  nie  była  brzydka,  ale  było  w  jej

zachowaniu,  gestach,  śmiechu  coś  wulgarnego.  Nawet  niezbyt  bystry  obserwator  mógł  się

domyślić,  z  jakich  sfer  pochodzi  ta  osoba.  Grzywka,  jaskrawy  makijaż,  sposób  patrzenia  –

background image

188

wszystko to zdawało się krzyczeć obserwatorowi: przyjacielu, oto jestem, jak mnie chcesz...

Edyta  znacząco  spojrzała  na  kierownika,  jakby  chciała  powiedzieć:  „No,  no,  ale  ta  nasza

Zośka  ma  znajomości”.  Widocznie  jednak  w  jego  wzroku  dojrzała  naganę,  bo  odwróciła  się

bokiem.

Fredka przymierzała buty, grymasiła, żądała coraz to innych par. Robiła z siebie wielką panią

i  sprawiało  jej  widoczną  przyjemność,  że  dawna  zwycięska  rywalka  musi  teraz  ją  obsługiwać.

Zośka  znosiła  wszystko  cierpliwie,  starała  się  nawet  uśmiechać,  a  w  duchu  modliła  się,  żeby

wreszcie ta kompromitująca znajoma poszła sobie do wszystkich diabłów.

Fredka  wstała  wreszcie  i  robiąc  minę  rozgrymaszonego  dziecka  powiedziała  krygując  się  i

sepleniąc pieszczotliwie:

– Chyba jednak nic u was nie kupię. Strasznie marny macie towar. Ty zresztą wiesz, czego mi

potrzeba.

– Wkrótce nadejdzie nowy transport – Zośka usiłowała nie dopuszczać do rozmowy na swój

temat. – Może wtedy coś znajdziemy...

– Poszukam jeszcze gdzie indziej – odparła Fredka i nagle zagadnęła: – Ale opowiedz trochę o

sobie. Jakże ci się powodzi? Zadowolona jesteś z pracy?

– Owszem, oczywiście – bąkała Zośka coraz bardziej się denerwując.

– Swoją drogą dziwię ci się, jak możesz tu wytrzymać – paplała  rozkosznie Fredka. – Taka

dziewczyna jak ty, marnujesz się w sklepie.

– Dobrze mi tu...

–  Nie  mogę  tego  pojąć.  Moja  droga,  ty  nigdy  nie  miałaś  fantazji.  Tak  samo  zresztą  z  tym

twoim panem. Póki pływał, to dobrze, ale jak przestał pływać, to czemu jeszcze go tolerujesz?

Teraz  już  wszyscy  z  nieukrywanym  zainteresowaniem  przysłuchiwali  się  rozmowie.  Zośka

oblała  się  rumieńcem  i  nie  wiedziała,  co  czynić.  Rozumiała,  że  Fredka  złośliwie  pragnie  ją

skompromitować.  Ale  przecież  była  ekspedientką  i  obowiązywała  ją  zawodowa  uprzejmość

wobec klientki.

Zdobyła się z trudem na słowa:

– Zostawmy te sprawy. Czym mogę jeszcze służyć?

Fredka jednak wiedziała, co czyni. Za nic w świecie nie zrezygnowałaby teraz z rozkosznej

zemsty.  Tak  długo  nie  mogła  dosięgnąć  znienawidzonej  rywalki,  a  oto  teraz  okazja  sama  się

nadarzyła. Mówiła więc dalej nie zwracając uwagi na słowa Zośki.

background image

189

–  Mam  nadzieję,  że  długo  nie  wytrzymasz  w  takim  stanie.  W  końcu  chyba  zmądrzejesz  i

rzucisz to do diabła. Są przecież ciekawsze rzeczy od sklepu i  takiego życia... – Zniżyła  głos i

mówiła  szeptem,  który  było  słychać  w  każdym  zakątku  sklepu.  –  Nie  bądź  głupia.  Taka

dziewczyna jak ty marnuje się! W „Albatrosie” stale pytają o ciebie...

– Precz!

Fredka odskoczyła jak oparzona. Pamiętała dobrze, że nie warto tej dziewczyny doprowadzać

do ostateczności. Odsunęła się na bezpieczną odległość i pogardliwie wydęła wargi:

– Och, niepotrzebnie się złościsz! Nic złego przecież ci nie powiedziałam. A po buty może tu

jeszcze kiedyś wpadnę, jak nie znajdę w innym sklepie.

Wyszła, triumfująco uśmiechając się pod nosem i kołysząc biodrami.

Po jej wyjściu zapadła w sklepie krępująca cisza. Zośka nie śmiała spojrzeć nikomu w oczy.

Edyta skwapliwie zaczęła coś mówić do kierownika, lecz on nie słuchał i niegrzecznie odszedł do

swego pokoju. Pani Maria znacząco wzruszyła ramionami, rzuciła Zośce przeciągłe spojrzenie i

pogrążyła się w lekturze.

A Zośka usiadła na swym stołku i nisko pochyliła głowę.

Rozdział XVII

Edyta już do samego wieczora straciła ochotę na ploteczki. Chociaż ruch w dalszym ciągu był

bardzo słaby, nie podeszła jednak do Zośki, nie zagadała, unikała nawet jej wzroku.

Dzień  ten,  jak  na  złość,  wlókł  się  nieznośnie  wolno  i  Zośka  odetchnęła  z  prawdziwą  ulgą,

kiedy wreszcie nadeszła pora zdawania kierownikowi pieniędzy. Ponieważ nie chciała wychodzić

razem z koleżankami, odczekała trochę, dopóki nie oddały swego utargu, i dopiero wtedy weszła

do jego pokoju.

Przystojny  władca  sklepu  obuwniczego  siedział  przy  biurku  i  wypełniał  jakieś  rubryki  w

formularzu.  Zdawał  się  nie  dostrzegać  Zośki.  Kiedy  jednak  trzasnęły  drzwi  za  Edytą  i  panią

Marią,  podniósł  się  i  bez  słowa  wyszedł.  Wyjrzał  na  ulicę,  a  następnie  przekręcił  klucz  w

drzwiach.  Dokonawszy  tego,  wolno  wrócił  na  miejsce  i  stanął  przed  nierozumiejącą  jego

postępowania dziewczyną.

background image

190

– Oto pieniądze – powiedziała kładąc na biurku plik banknotów i wysypując brzęczący bilon.

Równocześnie  ogarnął  ją  jakiś  niepokój.  Kierownik  nigdy  nie  zachowywał  się  tak  tajemniczo.

Stał  przyglądając  się  badawczo,  jakby  ją  widział  pierwszy  raz.  Na  jego  ustach  błąkał  się

zagadkowy uśmieszek.

– Dobrze – powiedział wreszcie. – Porozmawiamy trochę.

– O co chodzi, panie kierowniku? – Zośka była zaniepokojona nie na żarty.

On jednak nie zwracał na to uwagi, flegmatycznie sięgnął do kieszeni, wyciągnął papierosy,

nie częstując jej zapalił i wypuścił kłąb dymu aż pod sufit.

– Więc to tak... – mówił jakby do siebie. – Panienka należy do  rodziny mew...  A ja tak  się

zastanawiałem, gdzieśmy się widzieli. Teraz już wiem, przypominam sobie zupełnie dokładnie...

– Ależ, panie kierowniku – Zośka czerwona jak burak i cała drżąca z upokorzenia usiłowała

mu przerwać.

Machnął na to ręką.

–  Nie,  nie,  proszę  mnie  źle  nie  rozumieć.  Nie  mam  zamiaru  pani  obrażać  ani  przypominać

szczegółów. Myślę jednak, że warto się zastanowić, jak to się dalej ułoży.

– Co? Nie rozumiem...

–  Mam  na  myśli  dalszą  pani  pracę  w  naszym  sklepie.  Obawiam  się,  że  tamte  panie  nie

zatrzymają tajemnicy  dla  siebie.  Mogą  być  nieprzyjemności,  jeśli  dyrekcja  się  dowie...  Zresztą

nie mamy pewności, że takie spotkania jak dzisiejsze nie będą się powtarzać.

Zośka  poczuła  nagle  niespodziewane  odprężenie.  Gdy  kierownik  rozpoczął  tę  rozmowę,

jeszcze  nie  pomyślała  o  tym,  że  zechcą  się  jej  stąd  pozbyć.  Teraz  zrozumiała  jasno,  do  czego

dąży ten człowiek. Wstąpiła w nią niespodziewana odwaga.

– Panie kierowniku – powiedziała z godnością. – Skończmy tę rozmowę. Niech pan łaskawie

przyjmie  ode  mnie  pieniądze.  Postaram  się  nie  sprawiać  więcej  kłopotu  ani  panu,  ani  tamtym

paniom.

Kierownik uniósł brwi, ale nic nie odrzekł, tylko przystąpił do liczenia pomiętych banknotów.

Czekała cierpliwie, spokojna, chłodna, zdecydowana nigdy więcej tu nie wracać.

– W porządku? – zapytała widząc, że kierownik wkłada pieniądze do kasety.

– Tak – odparł nie patrząc jej w oczy. – Ale jeszcze chwileczkę.

– No, słucham? O co... – urwała wpół słowa, bo ujrzała w jego oczach dziwiły błysk.

A kierownik postąpił krok naprzód i teraz prawie dotykał twarzą jej twarzy. Przeraziła się, bo

background image

191

biła  od  niego  żądza  i  namiętność.  Drobne  kropelki  potu  ukazały  się  na  jego  czole,  a  głos  mu

drżał, kiedy mówił:

– Słuchaj, ty... Musisz być moja, musisz, rozumiesz? Tamto wszystko bzdury, nieważne, co

powiedzą te idiotki, pragnę ciebie, podobasz mi się... Chcę cię mieć, słyszysz?

Niespodziewanie  chwycił  ją  w  ramiona  i  z  całych  sił  przycisnął  do  siebie.  Gorącymi,

trzęsącymi się wargami przylgnął do jej szyi. Jego oczy w tej chwili były błędne i nieprzytomne,

włosy rozsypały się, krwiste plamy wystąpiły na policzki.

Zośka,  gdy  poczuła  jego  uścisk,  krzyknęła,  usiłując  się  wyrwać.  Lecz  trzymał  ją  mocno,

szarpiąc suknię i całując bez przerwy.

Ale dziewczyna wiedziała, jak walczyć z takimi amantami. Gdy zrozumiała, że się nie wyrwie

z jego rąk, poczęła szukać innego sposobu. W tej chwili ogarnęły ją sprzeczne uczucia. Z jednej

strony czuła nieprzeparty wstręt do tego opanowanego przez namiętność człowieka, a z drugiej

miała ochotę parsknąć śmiechem. W pewnej chwili zdołała wsunąć swe dłonie pod jego pachy i

zaczęła go łaskotać.

Efekt był piorunujący. Kierownik najpierw wytrzeszczył oczy, potem skręcił się, usiłując coś

wybełkotać, aż wreszcie zaczął chichotać, wijąc się i wierzgając. Napięcie prysło. Zośka widząc,

że niefortunnemu amantowi przeszła ochota na łatwą zdobycz, odepchnęła go silnie.

– Och, ty! – zawył wściekle, ale nie dokończył, bo trzasnęła go w twarz.

– Świnia! świnia! – wyrzuciła z siebie i sięgnęła po płaszcz.

Kierownik doszedł już do siebie. Poprawił ubranie, odgarnął z czoła włosy, jego oczy patrzyły

przytomniej. Nie było już w nich namiętności.

–  Spotkamy  się  jeszcze,  panienko  –  wycedził.  Zmierzyła  go  chłodnym,  spokojnym

spojrzeniem.

– Wątpię. A jeśli nawet, to będzie to dla pana przykre spotkanie.

Zabrała klucze z biurka, otworzyła sobie drzwi i wyszła na ulicę.

Gdy  stanęła  na  mokrym  chodniku,  ciemność  zupełnie  ją  oślepiła.  Zanim  jednak  oczy

przywykły  do  mroku,  zjawił  się  przed  nią  jakiś  cień.  Drgnęła  przerażona  i  nie  wiedziała,  co

począć, gdy usłyszała znajomy głos:

–  Zośka,  to  ty?  –  Przed  nią  stał  Stefan,  który  już  od  dłuższego  czasu  czekał  na  ulicy.

Odetchnęła z ulgą i chciała ująć go pod  rękę, ale on szarpnął się, zastąpił jej drogę i zapytał z

hamowaną wściekłością:

background image

192

– Raczyłaś wreszcie wyjść? Co robiłaś tak długo w sklepie? Koleżanki wyszły już dawno, a

panienka gruchała sobie ze ślicznym kierownikiem, tak?

Milczała zaskoczona, a on przyjął to milczenie za jeszcze jeden dowód jej winy.

–  Szukasz  jakiegoś  wykrętu?  Nie  wiesz,  co  odpowiedzieć?  Myślałaś,  że  jestem  w  porcie  i

możesz  się  spokojnie  puszczać?  Wyszło  szydło  z  worka!  Już  dawno  domyślałem  się  czegoś

takiego.

Niesłuszne podejrzenia i przeżycia w sklepie załamały ją zupełnie. Wybuchła płaczem.

– Jak możesz! – szlochała żałośnie. – Jak możesz tak mówić! O Boże! co ja mam robić, już

dłużej nie mogę się tak męczyć! Kiedy to wszystko się skończy?

Łzy  Zośki  zawsze  robiły  na  nim  wielkie  wrażenie.  Tym  razem  jednak  był  zbyt  wściekły  i

postanowił  nie  ustępować.  Za  mocno  przeżywał  swoją  zazdrość,  żeby  pozwolić  się  przekonać

pustymi słowami. A fakty były przeciwko niej.

– Zawsze, kiedy masz nieczyste sumienie, zalewasz się łzami. Ale swoje robisz! O, tym razem

mnie  nie  wzruszysz  swoim  szlochaniem.  Myślisz,  że  jestem  ostatnim  durniem  i  pozwolę  się

oszukiwać?

–  Nie,  nie,  nie!  Nie  oszukuję  cię!  Chociaż  ty  jeden  powinieneś  zrozumieć,  jak  mi  jest  źle!

Wszyscy sprzysięgli się przeciwko mnie!

– Co to znaczy? Kto wszyscy? Mów!

Nie  wytrzymała  dłużej.  Powiedziała  mu  prawdę,  choć  wątpiła,  czy  jej  uwierzy.  Kiedy

skończyła,  Stefan  stał  jakiś  czas  w  milczeniu,  jakby  zastanawiał  się,  co  ma  odpowiedzieć.

Wreszcie rzucił krótko:

– Zaczekaj!

Jednym skokiem znalazł się przed drzwiami sklepu. Próbowała go zatrzymać, lecz odepchnął

ją brutalnie i już był we wnętrzu. Cofnęła się w mrok, przytuliła do ściany i czekała.

Najpierw  usłyszała  dochodzący  ze  sklepu  krzyk.  Potem  rumor,  jakby  ktoś  przewracał  stół.

Wreszcie  drzwi  trzasnęły,  aż  zabrzęczały  szyby  i  Stefan  trochę  zadyszany  stanął  obok  niej.

Poprawił czapkę, naciągnął rękawiczki i mocno chwycił ją za łokieć.

– Chodź! – warknął. – Z tym panem już się policzyłem, a z tobą pogadamy w domu.

Wyrwała mu łokieć i zaczęła biec przed siebie. Nie wiedziała, dlaczego to robi, ale czuła, że

nie zniesie dłużej jego zarzutów. Gotowa była bez namysłu iść gdziekolwiek, byleby nie słuchać

jego okropnych słów.

background image

193

Stefan początkowo pozwolił jej biec, a sam szedł wolno namyślając się, co ma począć. Ale w

miarę jak ona się oddalała, złość coraz bardziej odbierała mu zdrowy rozsądek. W dalszym ciągu

uważał,  że  Zośka  nie  miała  nic  na  swoje  usprawiedliwienie  i  dlatego  uciekała,  żeby  się  nie

tłumaczyć.  Poderwał  się  gwałtownie  i  kilkoma  susami  dogonił  ją  przed  przystankiem

tramwajowym.

– Stój! – zacisnął palce na jej ramieniu, aż krzyknęła z bólu. – Stój, bo cię zabiję!

–  Czego  jeszcze  chcesz  ode  mnie?  –  zapytała  zimno.  –  Nie  chcę  mieć  z  tobą  nic  więcej

wspólnego. Koniec, jasne? Nie będę żyła z chamem i bydlakiem.

– Z chamem i bydlakiem? Tak? Wolisz wrócić do swojego zawodu?

– Przestań, bo zrobię skandal, tu na ulicy – zagroziła.

Roześmiał się szyderczo.

– O, widzę, że panienka wraca do swojego stylu!

– Zdaje się, że bardzo pragniesz, żebym wróciła do swojego stylu i do tego zawodu. – Zośka

była  teraz  spokojna  i  zdecydowana.  –  Robisz  wszystko,  żeby  mnie  od  siebie  odepchnąć.  Od

pierwszej chwili prześladujesz mnie idiotyczną zazdrością, robisz mi sceny gorsze niż wszystko,

co  dotychczas  przeżyłam.  Nie  chciałeś  mnie  puścić  do  pracy,  bo  pragniesz,  żebym  tkwiła

samotnie  w  pokoju.  Najchętniej  byś  mi  założył  pas  cnoty.  A  nie  wiesz,  że  właśnie  przez  to

zrażasz  mnie  do  siebie.  Nie  chcesz,  żebym  żyła  jak  człowiek.  Obiecałeś,  że  nie  będziesz  miał

żalu o przeszłość, a tymczasem stale mi ją wypominasz, choć jestem niewinna jak nigdy! Taka

jest twoja miłość! Zapomniałeś, jak na kolanach błagałeś mnie, żebym żyła z tobą!

– Nie wiedziałem, że to życie będzie tak wyglądało – wtrącił Stefan. – Przez ciebie straciłem

przyjaciół, znajomych, spokój, swoją pracę, a co za to dostałem? Kompromitujesz mnie, z byle

chłystkiem ściskasz się po kątach.

– Człowieku! Zastanów się, co mówisz?!

– Jakbyś ich nie prowokowała, to by cię nie napastowali. Ani Roman, ani ten cały kierownik!

–  Widziałeś,  prawda?  Byłeś  przy  tym,  jak  im  się  rzucałam  na  szyję!  Boże!  co  za  idiota  z

ciebie! Ty myślisz, że ja bez przerwy marzę o tym, żeby kłaść się z chłopem! Ale co ja ci będę

tłumaczyła! I tak nic nie rozumiesz. Ty wiesz tylko jedno: twoja Zośka nie zasługuje na zaufanie

i jesteś piekielnie zazdrosny. To wszystko, co mam od ciebie. A mnie takie życie nie odpowiada.

Chcę  żyć  z  człowiekiem,  który  mnie  będzie  kochał  i  nie  będzie  musiał  się  mnie  wstydzić.

Dlatego  chcę  pracować,  chcę  coś  osiągnąć,  zająć  jakąś  pozycję  wśród  ludzi.  Ale  ty  tego

background image

194

wszystkiego nie pojmujesz!

– Chcesz coś zdobyć – zadrwił Stefan. – W sklepie! Chyba kierownika!

– Tak, przyznaję, że źle trafiłam. To nie było dla mnie. Ale przecież świnie bywają wszędzie.

I  wcale  z  tego  powodu  nie  myślę  rezygnować  ze  swoich  zamiarów.  Nie  dam  się  z  powrotem

zepchnąć w dół ani tobie, ani nikomu innemu!

– Ładnie to mówisz, tylko wyniki masz opłakane.

– Nie twoja sprawa, jakoś sobie poradzę...

– A, wierzę. Już sobie kiedyś radziłaś...

Szarpnęła się na te słowa, jakby dostała w twarz.

–  Słuchaj!  –  powiedziała  prawie  z  nienawiścią.  –  Twoje  podłości  nie  są  już  w  stanie  mnie

powstrzymać! Jesteś ślepy i głuchy. A ja powiem ci tylko jedno: choćbym miała zdechnąć, nie

chcę być od ciebie zależna. Właśnie ty mnie nauczyłeś, że muszę sama o sobie myśleć. Jak była

historia z Romanem, to mi powiedziałeś, że jestem gęś, że cię kompromituję, że się nie umiem

zachować między ludźmi. O, ja dobrze pamiętam każde twoje słowo. Tylko myślałam, że jeśli

będę starała się zmienić i zdobyć w życiu jakąś pozycję, to stanę ci się bliższa, nie będziesz się

mnie wstydził. Między innymi i dlatego chcę się wyrwać z garnków i domowego kieratu. A ty w

niczym mi nie pomogłeś, w niczym! Na każdym kroku tylko mi przypominasz, czym byłam. Ale

ja muszę swojego dopiąć, rozumiesz? Teraz już muszę, bo tacy jak ty zagryźliby mnie w życiu.

Ale ja sobie poradzę. O, teraz już wiem, co mam robić. Nie ustąpię, żebym miała skonać! A ty

sobie żyj ze swoją zazdrością i egoizmem!

Odwróciła  się  gwałtownie  i  nie  zwracając  na  niego  uwagi  ruszyła  przed  siebie.  Stefan

towarzyszył jej milcząco. Palił papierosa i patrzył na dziurawy chodnik pod stopami. Wierzył, że

to, co powiedział Zośce, było prawdą, był przekonany o swojej krzywdzie. A równocześnie jej

ogromna  ambicja,  nieugięta  wola  samodzielności  przerażały  go,  bo  czuł,  że  przez  to  może  ją

utracić. Pomyślał, że gdyby rzuciła pracę, to może jeszcze byliby szczęśliwi.

– Jeśli nie wrócisz do żadnej pracy, wszystko będzie dobrze – powiedział znienacka.

Odpowiedziała gwałtownie:

– Wybij to sobie z głowy! Właśnie dzisiejsza historia przekonała mnie, że muszę coś w życiu

zdobyć, żebym mogła na nowo jakoś wystartować.

– Widzę, że jednak tęsknisz do pana kierownika!

– Mylisz się. Do sklepu już nie wrócę, ale znajdę coś innego, lepszego.

background image

195

– Zośka, zlituj się! Czemu mnie tak strasznie męczysz? Przecież wiesz, że cię kocham i nie

mogę znieść myśli o tym, że mogłabyś odejść. Ale czemu jesteś taka  okropnie  uparta?  Czemu

robisz wszystko, żeby mnie odepchnąć od siebie?

Zrobiło jej się żal Stefana, pomyślała, że jest dużym dzieckiem. Odpowiedziała łagodnie:

– To wszystko nie ma sensu. Męczymy się bez powodu. Sam wiesz,  że to jest głupie. Albo

żyjmy w zgodzie, albo rozejdźmy się bez awantur.

– Żyjmy w zgodzie. Nie rób mi więcej przykrości!

– Ależ ja uważam, że to ty robisz mi przykrości!

– No widzisz, znów zaczynasz!

– Nie. Mówię tylko to, co czuję. Dlaczego ty jesteś pokrzywdzony, a ja wszystkiemu winna?

– Sam już nie wiem, jak to jest. Wiem tylko, że jest mi cholernie ciężko i czuję, że cię tracę.

– Ależ nie! Tylko nie chcesz ustąpić nic ze swej władzy.

– Nie chcę się z nikim tobą dzielić.

– Przestań.

Zamilkł posłusznie. Oboje nie mieli już siły dalej prowadzić sporu. W pozornej zgodzie poszli

do domu, ale czuli do siebie wzajemny żal.

Rozdział XVIII

Nie rozmawiali więcej o tej przykrej sprawie i było tak, jakby ten fragment został wymazany z

ich życia. Ale były to pozory. Spokój już nie wrócił. Stefan rozumiał, że Zośka nie wyrzekła się

swego marzenia o samodzielności. Nie przestawał też dręczyć się problemem jej wierności.

A u Zośki został przykry osad. Jego niewiara w jej siły, brak  zaufania  i  egoizm  zraziły  ją  i

często o tym myślała. Rozumiała, że może nadejść krytyczna chwila i wtedy stanie znów przed

życiem  sama  i  bezbronna.  I  im  więcej  o  tym  myślała,  tym  bardziej  utwierdzała  się  w

przekonaniu, że jeśli nie chce wrócić do „Albatrosa”, musi się przygotować do tego spotkania z

życiem.  Pamiętała  swój  pierwszy  start,  kiedy  stanęła  w  kręgu  lampy  przed  idącym  z  promu

marynarzem...

Do sklepu już nie wróciła. Przez kilka dni nie rozmawiała ze Stefanem o swoich zamiarach.

background image

196

Ale  kiedy  on  przebywał  na  dyżurach,  pilnie  studiowała  w  „Dzienniku  Bałtyckim”  rubrykę

„wolne  posady”,  zaglądała  do  urzędu  zatrudnienia.  Szukała.  Zdarzały  się  różne  okazje.  Mogła

dostać  pracę  konduktorki,  potrzebowali  pracownic  w  zakładach  dziewiarskich,  była  nawet  w

zakładach radiowych. Ale ciągle jakoś nie mogła trafić na nić odpowiedniego. Albo jej praca nie

odpowiadała,  albo  ona  nie  miała  potrzebnych  kwalifikacji.  Pewnego  razu  przeglądając  gazetę

zobaczyła  artykuł  zatytułowany:  „Dziewczęta  w  białych  fartuchach”.  Wyraz  „dziewczęta”

zainteresował  ją  i  zaczęła  czytać.  Artykuł  mówił  o  pracy  pielęgniarek,  skromnej  armii  kobiet

niosących ludziom ulgę w cierpieniach. Kończył się apelem do młodych dziewcząt pragnących

zdobyć zawód, aby wstępowały do szkoły pielęgniarskiej. Była tam zupełnie otwarcie mowa o

tym, że brak jest sanitariuszek, salowych, pielęgniarek, że niezbyt dużo zarabiają, ale właśnie ta

jakaś szczerość ujęła Zośkę. Bo jednocześnie podkreślano wielką rangę tego zawodu.

Nazajutrz poszła do szkoły. W sekretariacie powiedziano jej, że musi zaczekać do jesieni, bo

teraz jest w pełni rok szkolny. Ale poradzono jej, że może przecież zacząć pracować w Akademii

Medycznej,  a  równocześnie  zapisać  się  na  kurs  kilkutygodniowy.  Nie  zostanie  od  razu

pielęgniarką,  ale  w  ten  sposób  zdobędzie  pierwszy  stopień  wtajemniczenia  i  praktykę.  Potem

zapisze się do szkoły. A po szkole nikt jej nie zabroni ukończyć nawet studia medyczne...

Perspektywy były oszałamiające, a sekretarka tak elokwentna i sympatyczna, że Zośka, zanim

opuściła mury szkoły, już była zdecydowana posłuchać jej rady.

Gdy  po  południu  wróciła  do  domu,  była  już  salową  w  Klinice  Dziecięcej  Akademii

Medycznej  i  w  kieszeni  miała  zaświadczenie  o  przyjęciu  na  kurs.  Była  tak  uradowana,  że  nie

zastanawiała się, co na to powie Stefan.

Choć kurs miał się rozpocząć dopiero za kilka dni, już teraz kupiła sobie zeszyty i wszystko,

co potrzeba. Rozłożyła to na stole i przeglądała podręczniki. Ogarnęło ją dziwne wzruszenie. Oto

miała  znów  wrócić  do  szkoły.  Zdawało  jej  się,  że  jest  podlotkiem,  że  niczego  jeszcze  nie

przeżyła, a dopiero teraz zaczyna się dla niej prawdziwy początek drogi życia.

Nawet nie słyszała szczęku drzwi i dopiero gdy Stefan znalazł się w pokoju, podniosła głowę

znad książki.

– A, jesteś – powiedziała z radością. – Mam dla ciebie dobrą nowinę.

– Wolałbym, żebyś miała dobry obiad – odparł Stefan bez entuzjazmu.

– Zaraz coś przyszykuję. Nie miałam czasu dziś gotować. Ale to nic. Jestem pewna, że się nie

będziesz gniewał. Musimy z tej okazji urządzić sobie małą ucztę.

background image

197

– Z jakiej okazji? O czym ty mówisz? Co to za książki?

– Zapisałam się na kurs pielęgniarek, a równocześnie będę pracowała w Akademii Medycznej.

Ale  potem  skończę  jeszcze  szkołę  pielęgniarek,  zdam  maturę  i  mogę  nawet  iść  na  studia  do

Akademii Medycznej... Ale co ci jest?

Stefan  usiadł  ciężko  i  zasłonił  twarz  rękami.  Spodziewał  się,  że  Zośka  nie  ustąpi,  ale  gdy

stanął  przed  faktem  dokonanym,  poczuł  się  bezsilny  i  ogarnęła  go  rozpacz.  A  ona  podbiegła  i

zaczęła odrywać jego ręce od twarzy. Nie myślała nawet o tym, że Stefan może nie dzielić jej

radości. Sądziła, że źle się poczuł.

– Co ci jest? Miałeś jakiś wypadek? Może jesteś chory?

– Zostaw mnie! Zostaw mnie w spokoju! – szarpnął się gwałtownie i odepchnął ją od siebie.

– Stefan, co z tobą? – patrzyła na niego szeroko otwartymi oczami niczego nie rozumiejąc.

– Co mi jest? – mówił z goryczą. – To raczej ja powinienem zapytać, co tobie jest? Oszalałaś

zupełnie. Dziewczyno, czy ci ze mną źle? Czy brak ci czegoś? Czego ty jeszcze szukasz? Nawet

nie raczysz się ze mną porozumieć, zapytać, czy ja się zgodzę na twoje plany.

– A cóż w tym wszystkim jest złego? – zdołała mu wreszcie przerwać szczerze zdumiona. – O

co miałam cię pytać? Czy robię jakieś niedobre rzeczy? Chcę...

– Wiem, czego chcesz. Mówiłaś mi wiele razy. Ale ja się na to nie zgadzam, słyszysz? Nie

zgadzam się!

–  Ależ  co  ty  wygadujesz?  Przecież  normalny  człowiek  byłby  dumny  z  tego,  że  jego

dziewczyna chce coś osiągnąć!

– Widocznie ja nie jestem normalny! Związałem się z tobą, mimo że robiłaś źle, ale nic mnie

to nie obchodziło. Kochałem cię taką, jaką byłaś i nie chcę innej!

–  Kochałeś?  Taką,  jaką  byłam?  A  kto  uważał,  że  go  kompromituję,  bo  nie  umiem  się

zachować między ludźmi?

– To zupełnie co innego. To kwestia twojej przeszłości.

– No więc trudno. Kochałeś, teraz nie będziesz kochał. Byłam taka, a będę mądrzejsza, tego

się  boisz,  prawda?  I  ty  to  nazywasz  kochaniem?  To  egoizm,  nieludzki  egoizm!  –  Zośka  była

bliska płaczu. Lecz Stefan nie zauważył tego.

–  Możliwe,  że  to  jest  egoizm.  Ale  wtedy,  gdy  zamieszkaliśmy  razem,  nie  byłem  egoistą.

Straciłem statek.

–  Tak,  tak,  wiem  o  tym.  Już  mi  to  mówiłeś.  Straciłeś  statek,  znajomych,  dobrą  opinię,

background image

198

przyjaciół – wszystko! A zostałeś tylko z niewdzięczną mewką!

– Przestań! – huknął pięścią w stół. – To wszystko prawda! A egoistką jesteś ty, bo myślisz

tylko o sobie, nie o tym, jak zrobić, żebyśmy żyli szczęśliwie.

– Ależ ja niczego innego nie pragnę! Tylko ty...

– Tak, wszystko ja! Nigdy mężczyzna nie przekona kobiety. Wiem, że chcesz mieć swobodę,

chcesz robić to, co ci się podoba. Chcesz być prostytutką, ale z kwalifikacjami pielęgniarki!

Wyrzucił  to  z  siebie  i  nim  oszołomiona  dziewczyna  zdążyła  odpowiedzieć,  wyszedł

trzasnąwszy z całych sił drzwiami.

Rozdział XIX

Nazajutrz  przyszedł  z  pracy  nieogolony,  ale  już  nie  rozpoczynał  awantury.  Był  milczący  i

zrezygnowany.  Nie  kłócił  się  z  nią,  ustąpił,  bo  wiedział,  że  nie  ma  dość  siły,  by  zerwać,  a

powstrzymać jej od powziętego zamiaru nie potrafi.

Wraz z goryczą i zazdrością zjawiło się u niego coś, co pochłaniało coraz bardziej jego umysł.

Była to utajona dotychczas, a obecnie coraz silniejsza tęsknota.

Pragnął  przestrzeni,  morskiego  wiatru,  kołysania  fal  i  krzyku  mew.  W  pierwszych  dniach

pożycia z Zośką myślał o tym, czasem śnił mu się statek, ale wtedy było to podświadome. Teraz

pragnął tego. Nie było to już romantyczne uczucie młodego chłopca, który chce się  wyrwać w

szeroki świat. Stefan po prostu chciał spokoju, a sądził, że spokój może mu dać tylko statek.

Tam  nie  musiał  myśleć  o  żadnych  codziennych  kłopotach,  o  zdradach,  o  rywalach,  o

samodzielności Zośki, jej coraz większym uporze. Były tylko wachty, koledzy, morze i niebo, po

którym  mewy  kreśliły  skrzydłami  wielkie  łuki.  Nie  pamiętał  o  tym,  że  wtedy,  gdy  miał  swój

statek, tęsknił do lądu, do dziewczyny, knajpy, do wszystkiego, od czego teraz chciał uciec...

Wiosna,  która  tego  roku  później  niż  zazwyczaj  spędziła  lody  i  śniegi,  jeszcze  bardziej

spotęgowała  ten  nastrój.  Chodził  osowiały,  chętnie  wstępował  z  kolegami  „na  jednego”,

zachowywał się jak ptak, który czuje potrzebę wracania do rodzinnego gniazda.

Pewnego  razu  koledzy  zrobili  mu  kawał.  Siedział  na  dyżurze,  ale  nie  była  jego  kolejka,  bo

właśnie  wprowadził  jakiś  statek.  Piloci  umówili  się  między  sobą  i  gdy  przyszło  zlecenie  na

background image

199

wyprowadzenie statku z Gdańska, wmówili mu, że to on powinien się tym zająć. Nie zorientował

się, o co im chodziło. Dopiero kiedy stanął pod wysoką burtą i przeczytał nazwę, zrozumiał, że

zadrwiono  z  niego.  Ale  nie  mógł  już  się  cofnąć.  Z  wolna,  niechętnie  wstąpił  na  pokład  statku

„Santa Monica”.

Kapitan Braun zdawał się jednak nie pamiętać o tamtej zimowej historii. Powitał Stefana jak

dobrego przyjaciela. Uściskał go, zaprowadził do kabiny i nawet słuchać nie chciał o wyjściu z

portu przed wypiciem większej porcji rumu.

Cuchnący  przypalonym  kaloszem  „Negrita  Rhum”  wprawił  ich  obu  w  doskonałe  humory.

Stefan nie czuł się skrępowany, a Braun klepał go po ramieniu i zwierzał się.

– Bardzo pana lubię, pilocie! Pan ma w sobie marynarski dryg.

– Ja też chętnie bym popływał z panem kapitanem – rewanżował się Stefan zupełnie szczerze.

Statek podobał mu się, a Braun musiał być przyjemnym dowódcą.

Kapitan zadzwonił na stewarda, żeby podał im obiad, a kiedy posilili się i wysuszyli butelkę

prawie do dna, przystąpił do rzeczy.

– Jak to się stało, że pan tu pilotuje? – zapytał na pozór obojętnie. – Chce pan mieć staż pilota

czy nie pozwalają panu pływać?

Stefan zaśmiał się. Był już lekko wstawiony i w tym stanie nie ukrywał niczego. Opowiedział

Braunowi o Zośce. Zataił jedynie jej przeszłość. Kapitanowi bardzo się podobała ta romantyczna

historia.

–  Szkoda  –  powiedział,  kiedy  Stefan  skończył  opowiadanie.  –  Jeśli  tak,  to  nie  ma  o  czym

gadać. Od spódniczki pan się nie oderwie.

– Ale o co chodzi? – zdumiał się Stefan, bo dopiero teraz pojął, że Braun ma jakieś zamiary

względem niego.

– Powiem panu szczerze – oświadczył kapitan. – Potrzebuję drugiego oficera. Mój narozrabiał

i  zamknęli  go  tutaj  w  pace.  Nie  mogę  czekać,  aż  go  zwolnią.  Muszę  płynąć.  Zgłosiłem  do

waszego związku marynarzy, żeby mi kogoś dali. Na razie nie mieli nikogo pod ręką. A ja dziś

wychodzę do Gdyni, tam ładuję przez dwa dni i nie mogę stać dłużej. Jeżeli do tego czasu nikogo

nie dostanę, to kaput.

– I pan kapitan chciał, żebym ja?...

– No, mówiłem przecież, że pan mi się podoba. Jeśli pan się zgodzi, to pójdę do związku i

powiem, że jest kandydat, którego sobie życzę i basta. Ale skoro pan jest zakochany...

background image

200

Stefan nic nie odpowiedział. Propozycja spadła na niego jak grom z jasnego nieba. Gdyby nie

był niczym związany, nie wahałby się ani chwili. Pływanie na obcym statku, funkcja drugiego

oficera – to była gratka nie lada. Ale Zośka?...

Cała  rozterka,  jaką  dotychczas  przeżywał,  wydała  mu  się  nagle  mało  ważna.  To  były

drobnostki. Kochał ją i nie mógł po prostu zostawić i odjechać.

– Zastanawia się pan?

– Właściwie nie. Sam pan powiedział, że od spódniczki się nie oderwę. To chyba prawda.

Braun uśmiechnął się wyrozumiale.

– Rozumiem pana. Miłość potrzebuje miłości. Na to nie ma żadnej rady.

Pukanie  do  drzwi  przerwało  ich  rozmowę.  To  chief-oficer  przyszedł  przypomnieć,  że

wszystko gotowe i mogą wychodzić. Braun skinął głową i podniósł się z miejsca. Stefan udał się

z nim na mostek i rozpoczął manewry.

Gdy żegnali się na redzie Gdańska, Braun mocno uścisnął mu rękę.

– Niech pan pamięta, stoję w Gdyni dwa dni. Może jeszcze pan się zdecyduje.

Stefan nie odpowiedział, tylko ukłonił się i zszedł do motorówki.

Propozycja  Brauna  sprawiła  mu  wielką  przyjemność,  ale  właściwie  nie  przeżywał  z  tego

powodu żadnej rozterki. Decyzję podjął bez wahania i wcale jej nie żałował. Myślał jednak o tym

bez  przerwy.  Wypełniało  go  uczucie  podobne  do  tego,  jakie  przeżywa  człowiek  spełniwszy

dobry uczynek. Sam nie wiedział, czemu tak się dzieje, ale cieszyła go myśl o tym, że opowie

Zośce, jak łatwo zrezygnował dla niej z tak wspaniałej szansy.

Do domu nie śpieszył się zbytnio, bo wiedział, że Zośka wróci z pracy dopiero po dziesiątej.

Toteż  po  drodze  wstąpił  jeszcze  do  sklepu,  kupił  wędliny,  puszkę  sardynek,  butelkę  wódki  i

obładowany  paczkami  wszedł  do  pokoju.  Czuł  się  trochę  jak  wtedy,  gdy  po  raz  pierwszy

zrezygnował dla Zośki z pływania. Dziś zrezygnował po raz drugi i w jakiś sposób postanowił to

uczcić. Chciał jej tymi zakupami zrobić niespodziankę.

Przygotował wszystko, nakrył do stołu i czekał.

Przez otwarte okno wdzierał się do pokoju świeży wiosenny powiew. Zwykłe odgłosy portu

mieszały  się  z  odległym  świergotem.  Zmierzch  zapadał  wolno  i  niechętnie,  jakby  pogodny,

ciepły dzień nie chciał ustąpić miejsca rozgwieżdżonej, łagodnej nocy.

Nawet  pani  Malinowska  jakoś  weselej  niż  zwykle  krzątała  się  po  domu,  a  jej  milczący

zazwyczaj mąż pogwizdywał fałszywie.

background image

201

Stefanowi nie chciało się zapalać światła. Wychylił się z okna i patrzył na ciemniejące dachy

magazynów, roje kolorowych świateł i strzelające wysoko w niebo maszty statków. Z brzękiem i

hukiem przejechał Oliwską tramwaj do Wrzeszcza; ostry gwizd kolejki zaświdrował w uszach,

gdzieś z otwartego okna dobiegły dźwięki radia. Przeniknął go dreszcz. Wieczorny chłód dawał

znać o sobie. Zamknął okno i spojrzał na zegarek.

Rozdział XX

– Ja nie chcę jeszcze spać!

– Siusiu!

– Pić!

Zośka biegała od jednego do drugiego, podawała baseny, wysadzała, poiła, przykrywała. Była

zmęczona  kilkugodzinnym  dyżurem,  ale  nie  myślała  o  tym.  Chciała  jak  najprędzej  uspokoić

dzieci  i  ułożyć  do  snu.  Miała  zamiar  godzinę,  jaka  pozostała  jej  do  końca  dyżuru,  wyzyskać

jeszcze na przejrzenie notatek.

Na  sali  powoli  robiło  się  cicho.  Wolno  przeszła  między  białymi  łóżeczkami,  tu  przykryła

wystające  spod  kołderki  małe  stopki,  tam  delikatnie  wyjęła  misia  uciskającego  jasną  główkę.

Dzieci usypiały spokojnie i tylko niektóre pojękiwały cichutko przez sen albo usiłowały usunąć

niewygodny gips.

Wzruszały ją te niewinne, bezsilne, często bardzo cierpiące dzieciaki. Sama zresztą miała w

sobie wiele dziecinnej radości życia i potrafiła bawić się z nimi, gdy tego pragnęły, a współczuć i

pomagać, gdy płakały i cierpiały.

W  pierwszych  dniach  brzydziła  się  nocnikami,  nie  mogła  patrzeć  na  bandaże  i  rany.  Ale

szybko przywykła do tego, tak właśnie jak przywykały dzieci, które musiały to znosić. Teraz już

była  bardzo  zadowolona  ze  swego  wyboru  i  choć  praca  i  nauka  razem  wcale  nie  były  łatwe,

nigdy  nie  przeżywała  momentów  zniechęcenia.  Jedynie  wtedy,  gdy  widziała  niezadowolenie

Stefana lub gdy doszło między nimi do kolejnej kłótni, czuła się zmęczona i rozgoryczona. Miała

jednak  nadzieję,  że  w  końcu  przecież  wszystko  się  ułoży.  Starała  się  zrozumieć  go,  znaleźć

wytłumaczenie  dla  jego  zazdrości.  Sądziła  jednak,  że  jeżeli  nie  będzie  mu  dawała  żadnych

background image

202

powodów  do  nieufności,  Stefan  musi  zrozumieć,  że  jej  postępowanie  jest  słuszne.  Zrozumie  i

będą żyli w zgodzie. Dlatego tyle radości znajdowała w pracy i nauce, bo widziała w niej bardzo

bliski i ostateczny kres swoich kłopotów.

Teraz, kiedy już z perspektywy kilku miesięcy patrzyła na swoje poprzednie życie, wzdrygała

się  na  myśl,  że  to  wszystko  mogłoby  wrócić.  Są  być  może  dziewczyny,  które  dochodzą  do

prostytucji  dzięki  lekkomyślności  czy  złym  skłonnościom,  a  nawet  potem  są  zadowolone  z

takiego życia. Zośka ani nie miała takich skłonności, ani nie była wtedy szczęśliwa. Przy swej

żywości,  radości  życia  i  pozornej  beztrosce  była  jednak  sentymentalna  i  zawsze  marzyła  o

wielkiej miłości. Tak traktowała Kostka. Tak też teraz pragnęła żyć ze Stefanem.

Cicho zamknęła drzwi sali i człapiąc miękkimi pantoflami przeszła do pokoiku służbowego.

Salowe,  jej  koleżanki,  gadały  o  czymś  zawzięcie,  ale  nie  zwróciła  na  to  uwagi.  Wzięła  swoją

torbę i wyszła z nią na korytarz. Stojący tu szpitalny wózek przetoczyła pod samą lampę wiszącą

w pobliżu drzwi i rozłożyła na nim książki. Tu miała spokój, nikt jej nie przeszkadzał, mogła się

uczyć, a równocześnie słyszała każde wołanie dzieci z jej sali.

Elektryczny zegar tykał przeskakując z minuty na minutę. Gdzieś głośno zapłakało dziecko.

Podniosła  głowę  nasłuchując  czujnie,  ale  płacz  się  nie  powtórzył.  Potem  w  pokoju  lekarza

dyżurnego zabrzmiał dzwonek telefonu. I znów zapadła cisza.

Zbliżał  się  koniec  dyżuru  i  Zośka  podniosła  się,  żeby  poskładać  książki,  kiedy  usłyszała

niezbyt  głośny  warkot  samochodu.  Drzwi  na  dole  trzasnęły  i  na  klatce  schodowej  rozległy  się

jakieś  głosy.  Lekarz  dyżurny  wyszedł  ze  swego  pokoju.  Zapinał  biały  kitel  i  nie  patrzył  na

mówiącą do niego siostrę, która razem z nim ukazała się na korytarzu.

W tej chwili w drzwiach pojawili się ludzie z noszami. Za nimi kroczył niski, nędznie ubrany

człowiek z wielkimi, obwisłymi wąsami.

Lekarz  z  pogotowia  wyjaśniał  coś  dyżurnemu  ze  szpitala.  Sanitariusze  postawili  nosze  i

rozglądali  się  obojętnie  dokoła,  a  człowiek  z  wąsami  pochylił  się  nad  małym  ciałem  okrytym

kocem.

– Siostro! Wózek i na małą salę opatrunkową, prędko! – zawołał lekarz.

Pielęgniarka biegiem ruszyła w stronę Zośki. Ale ta nie czekając na nic wrzuciła swoje książki

do  torby  i  popchnęła  wózek.  Pomogła  przełożyć  dziecko  z  noszy  i  wjechać  do  salki,  w  której

pielęgniarka już zapaliła światło.

Lekarze  pożegnali  się  uściskiem  dłoni,  sanitariusze  podnieśli  nosze  i  wszyscy  opuścili

background image

203

korytarz.  Dyżurny  lekarz  wszedł  do  sali  i  zbliżył  się  do  dziecka  leżącego  już  na  stole

operacyjnym.

Był  to  mały,  najwyżej  pięcioletni  chłopczyk,  ubrany  w  zniszczony  sweterek  i  brązowe

brezentowe  spodnie  do  kostek.  Zośka  zdjęła  mu  z  nóg  buciki  i  spod  śmiesznie  długich  spodni

wyglądały teraz czerwone wełniane skarpetki...

Lekarze  uważnie  przyglądali  się  chłopcu,  z  którego  ust  wydobywała  się  wąska  czerwona

smużka.

–  Niech  go  pan  ratuje,  panie  doktorze!  –  wybuchnął  płaczliwie  ojciec.  –  Przecież  dziecko

może  umrzeć!  Czemu  pan  tak  stoi?  O  Jezu,  Jezu!  –  rozpłakał  się  i  łzy  ciekły  mu  żałośnie  po

zwisających wąsach.

– Czemu tak późno przyjechaliście? – zapytał chmurnie lekarz.

– My ze wsi, panie doktorze. Tu spod Gdańska. Nie myśleliśmy, że to takie straszne. Dziecko

często  narzeka,  że  go  boli,  a  nic  mu  nie  jest.  Dopiero  jak  się  pokazała  ta  ropa  i  krew,  to

poleciałem na pocztę do telefonu... Niech go pan ratuje!

– Dobrze już, dobrze – fuknął lekarz. – Niech pan wyjdzie na korytarz. Tu nie wolno!

– Panie doktorze – żałośnie jęknął chłop, ale lekarz już mył ręce i tylko rzucił przez ramię do

Zośki:

– Proszę wyprowadzić. I niech pani wróci, sama siostra może nie wystarczyć.

Zośka ujęła pod ramię chłopa i wyprowadziła za drzwi. Nie opierał się, pochlipywał i ocierał

wierzchem dłoni łzy z wąsów. Posadziła go na małym zydelku i kazała czekać, a sama wróciła do

sali.

Chłopiec  miał  wrzód  w  gardle.  Zanim  rodzice  zawiadomili  pogotowie,  dziecko  musiało  się

bardzo męczyć. Gdy wrzód pękł, było już nieprzytomne i teraz lekarz ledwo, ledwo wyczuwał

tętno. Chłopiec właściwie już się dusił.

Usunięcie  ropy  pomieszanej  z  krwią  nie  zabrało  lekarzowi  wiele  czasu,  ale  kiedy  skończył,

pielęgniarka powiedziała cicho:

– Doktorze, on chyba już nie żyje...

Zośce  zrobiło  się  słabo.  Niewiele  tu  dotychczas  mogła  pomóc  i  właściwie  trzymała  się  na

uboczu, żeby nie przeszkadzać podczas operacji. Ale teraz zbliżyła się, żeby okryć chłopca, i z

przerażeniem  patrzyła  na  jego  bladą,  pokrwawioną  twarz,  przymknięte  oczy  okolone  siną

obwódką i wpółotwarte usta.

background image

204

– Niech pani się usunie! – wrzasnął na nią lekarz, który dopiero teraz okazał zdenerwowanie.

Badał dokładnie i długo puls, potem z troską na twarzy kazał siostrze przygotować zastrzyk. Nim

pielęgniarka  wykonała  polecenie,  ujął  ręce  dziecka  i  zaczął  je  wolno,  miarowo  wznosić  i

opuszczać. Trzymał za szczupłe przeguby chłopca i Zośka widziała, jak bezwładne małe dłonie

chwieją  się,  niczym  u  kukiełeczki.  Opuściła  spodnie  i  brudne  majteczki,  żeby  siostra  mogła

zrobić zastrzyk.

„Umarł”  –  pomyślała  i  zrobiło  jej  się  strasznie  żal,  a  równocześnie  zastanowiła  się,  jak

przyjmie tę wiadomość ojciec, chłop z obwisłymi wąsami czekający na korytarzu.

Czuła, że jest tu niepotrzebna, a jednak nie mogła odejść. Bała się spojrzeć w oczy temu ojcu.

Stała  więc  pod  ścianą  i  patrzyła  na  pochylonego  lekarza,  który  bez  przerwy  robił  chłopcu

sztuczne oddychanie.

Zegar i tutaj tykał obojętnie, odmierzając minuty. Zdawało się, że lekarz jest niezmordowany.

Z dokładnością i uporem automatu wykonywał wciąż te same ruchy.

Pielęgniarka  zrobiła  już  porządek  po  operacji  i  schowała  narzędzia.  Lekarz  chrapliwym

głosem powiedział:

– Niech siostra mnie zastąpi.

Dopiero teraz, gdy się podniósł, Zośka zobaczyła jego twarz. Spływały po niej wielkie krople

potu. Stanął w nogach łóżka, a Zośka nieśmiało przysunęła się do niego.

– Panie doktorze – zapytała cicho – czy to już koniec?

Nie  odpowiedział.  Popatrzył  na  nią  półprzytomnie,  a  potem  znów  odwrócił  głowę  w  stronę

chłopca.

Po jakimś czasie bez słowa odsunął siostrę i znów zaczął robić sztuczne oddychanie.

Zośka  nie  mogła  tego  znieść.  Widok  lekarza  bezgłośnie,  rytmicznie  pochylającego  się  i

podnoszącego, bladej, nieruchomej twarzy dziecka, cisza i ten straszny spokój dokoła, wszystko

to  sprawiało  na  niej  okropne  wrażenie.  Chciałaby  coś  robić,  pomagać,  ruszać  się,  ale  bała  się

nawet głośniej oddychać, bo czuła, że oprócz nich jest w tej sali śmierć.

Gdzieś za oknem rozległ się głos syreny fabrycznej. Spojrzała na zegar i stwierdziła, że jest

północ. „Stefan tam czeka i złości się” – pomyślała, ale było jej to obojętne.

W  tej  chwili  lekarz  puścił  ręce  chłopca  i  z  trudem  się  wyprostował.  Siostra  natychmiast

chciała zająć jego miejsce, ale powstrzymał ją ruchem ręki.

– Nie trzeba – powiedział cicho. – To już niepotrzebne...

background image

205

– Może ja – wyrwało się Zośce, do której nie dotarły jego słowa.

Wzruszył ramionami i wyszedł z pokoju. Na korytarzu drzemał skurczony ojciec dziecka.

Siostra cofnęła się i nic nie mówiąc zaczęła okrywać nogi chłopca.

A  Zośka,  nie  zdając  sobie  sprawy  z  tego,  co  zaszło,  zaczęła  powtarzać  te  ruchy,  które

wykonywał lekarz.

– Raz, dwa, raz, dwa – liczyła w duchu, jakby wykonywała jakieś ćwiczenia gimnastyczne.

– Raz, dwa, raz, dwa – serce łopotało jej coraz szybciej. Pod włosami poczuła kropelki potu,

które zaczęły wypływać na czoło i skronie.

–  Raz,  dwa,  raz,  dwa  –  czuła,  że  mdleją  jej  ręce.  Przymknęła  oczy,  zacisnęła  zęby,  żeby

przemóc zmęczenie.

Siostra  wyszła  na  korytarz  zaraz  za  doktorem.  Jej  dyżur  trwał  do  rana  i  miała  zamiar  teraz

położyć się spać.

„Rano  trzeba  go  przenieść  do  kostnicy”  –  myślała  kładąc  się  na  kanapce.  Odwróciła  się  do

ściany, ale było jej niewygodnie. Przewróciła się więc na drugi bok, potem na wznak i znów na

bok. Kiedy zrozumiała, że nie zaśnie, wstała i wyszła na korytarz. Przypomniała sobie o śpiącym

na krześle ojcu chłopca.

Zanim  jednak  obudziła  starego,  ujrzała,  że  przez  szparę  w  niedomkniętych  drzwiach  sali

wydostaje się smuga światła. Pomyślała, że trzeba zgasić.

– Och, pani jeszcze tu? – zdumiała się na widok Zośki. – Przecież to nie ma sensu i tak...

Nagle urwała, bo zobaczyła twarz chłopca. Wykwitły na niej słabe rumieńce. Siostra rzuciła

się do stołu. Nie myliła się, dziecko żyło, nabrało kolorów i jego szczupła pierś nierówno drżała

podnoszona oddechem.

– O Boże, żyje! – krzyknęła siostra i wypadła na korytarz wołając: – Doktorze, doktorze!

Zbudzony chłop kiwnął się i spadł na podłogę, a lekarz prawie natychmiast wybiegł ze swego

pokoju.

Gdy  weszli  wszyscy  do  sali,  Zośka  słaniała  się  ze  zmęczenia.  Ale  teraz  już  nie  czuła  tego

zupełnie. Była szczęśliwa. Chłopiec żył. Oddychał. Odzyskał życie dzięki jej rękom!

Teraz już lekarz dokonał reszty. Chłopiec otrzymał jeszcze zastrzyki wzmacniające.

Zośka nie pozwoliła nikomu potem zajmować się jej podopiecznym. Sama go umyła, ubrała w

pidżamkę i położyła do łóżeczka. Dopiero gdy zobaczyła, jak śpi oddychając nierówno, ale dość

spokojnie, poczuła wielkie odprężenie. Usiadła i nie miała siły się podnieść. Lekarz podszedł do

background image

206

niej i powiedział:

– Dziękuję. Dzielnie się pani spisała. Ten chłopak żyje dzięki pani.

Podniosła oczy z wdzięcznością i uśmiechnęła się.

– Niech pani teraz się położy i odpocznie – dodał lekarz.

Spojrzała na zegar i ogarnęło ją przerażenie. Dochodziła czwarta. Wkrótce zacznie świtać, a

Stefan nie wie, co się z nią dzieje.

Uspokoiła się natychmiast, bo pomyślała, że przecież  nawet  on  będzie  zadowolony,  gdy  się

dowie, dlaczego tak długo nie wracała. Zabrała swoją torbę z książkami i poszła do domu.

Rozdział XXI

Świt  pobielił  już  dachy  budynków  i  zaczął  wdzierać  się  w  głębokie  kaniony  ulic.  Zośka

zmęczona, ale zadowolona i szczęśliwa jak nigdy, głośno stukała obcasami.

Po  drodze  dokładnie  obmyśliła,  co  powie  Stefanowi.  Kilka  razy  powtarzała  w  duchu  każde

słowo.  Spodziewała  się,  że  najpierw  będzie  wściekły,  a  potem,  kiedy  ona  wszystko  wyjaśni,

Stefan uściska ją i będzie z niej dumny.

Brama domu była już otwarta. W panującym na klatce schodowej mroku namacała poręcz i

wspięła  się  po  schodach.  Pod  drzwiami  długą  chwilę  stała  oparta  o  futrynę.  Wreszcie  cicho

otworzyła drzwi i na palcach weszła do przedpokoju.

Przez szparę w drzwiach do ich pokoju nie wydobywało się światło, pomyślała więc, że Stefan

śpi. Postanowiła go nie budzić.

Drzwi lekko skrzypnęły. Gdy weszła do środka, przekonała się, że jest zupełnie widno.

Stefan siedział w fotelu zwrócony twarzą do okna. Z wolna podniósł się, odwrócił i popatrzył

na nią w milczeniu.

Uśmiechnęła się do niego i chciała podejść bliżej, ale uczynił ruch, jakby się bronił przed nią.

Był  zupełnie  spokojny,  o  nic  nie  pytał,  nic  nie  mówił.  I  to  właśnie  napełniło  ją  nagle

przerażeniem.  Zrozumiała,  że  stało  się  z  nim  coś  niedobrego.  Wolałaby  już,  żeby  krzyczał,

złościł się, ubliżał jej.

– Stefan... – zaczęła nieśmiało, ale przerwał jej natychmiast.

background image

207

– Cicho... nic nie mów, nie trzeba... Wiem wszystko...

– Co wiesz? Człowieku, na litość boską, co ty masz na myśli?

Nie odpowiedział, tylko przeciągnął się wyciągając ramiona ku górze. Wyglądał w tej chwili,

jakby rękami chciał dosięgnąć dogasających gwiazd. Ziewnął głośno i jakoś nienaturalnie. Zośka

poczuła  lęk.  „Dlaczego  on  nie  wybucha?  Czemu  nie  pyta,  nie  krzyczy?  Co  kryje  się  za  tym

okropnym spokojem?” – pytała sama siebie.

– Zmęczona jesteś?

– Tak... e... nie... Miałam ciężką noc... – pytanie zaskoczyło  ją i jąkała się jak uczennica na

egzaminie.

Gdy  zbliżył  się  do  niej,  wtuliła  głowę  w  ramiona  i  drżała  na  całym  ciele,  jakby  w  obawie

przed ciosem.

– Drżysz, zimno ci? – pytał cicho i łagodnie, bez cienia gniewu czy ironii. Niespodziewanie

delikatnie, tak jak tylko on potrafił, pogłaskał ją po włosach. Podniosła twarz, uśmiechnęła się,

ale nagle zupełnie wbrew woli łzy potoczyły się po jej policzkach.

– No, uspokój się, nie płacz... To przecież nie ma sensu. – W głosie jego brzmiało ciepło i od

dawna  niespotykana  łagodność.  Otoczył  ją  ramieniem,  przytulił  i  cierpliwie  czekał,  aż  się

uspokoi.

Chciała  zacząć  mówić,  opowiedzieć  o  wszystkim,  ale  nie  mogła  wydobyć  z  siebie  głosu.

Wielkie  zmęczenie,  wielogodzinne  napięcie  w  szpitalu  i  wreszcie  dziwne  przyjęcie,  jakiego

doznała w domu, wszystko to pomieszało jej myśli. Rozkleiła się zupełnie.

–  Chodź,  przejdziemy  się  trochę  –  zaproponował  nagle  Stefan.  –  Szkoda  teraz  kłaść  się  do

łóżka...

Ocierając  nieznośne  łzy,  poszła  za  nim  posłusznie.  Prowadził  ją  czystymi  w  świetle

wstającego dnia, wymytymi poranną mgłą ulicami. Nie czekali na tramwaj. Środkiem asfaltowej

jezdni  szli,  jak  dzieci,  trzymając  się  za  ręce.  Przez  cały  czas  nie  zamienili  ani  słowa  i  Zośka

pomyślała, że tak właśnie jest dobrze.

Powietrze  było  chłodne,  ale  przyjemne  i  pachnące  wszystkimi  wonnościami  wiosny,

rozświergotane porannym gwarem ptaków.

Gdy przyszli na brzeg, zdawało się, że morze chce obmyć ich stopy, a blask słoneczny już grał

refleksami na drobnych falach.

Stary  wrak  prawie  całkiem  znikł  pod  bezlitosnym  piaskiem.  Usiedli  w  miejscu,  które  oboje

background image

208

pamiętali jak najcudniejszy sen. Spłoszone mewy krążyły niecierpliwie nad ich głowami, ostrym

krzykiem przerywając ciszę poranka.

– Stefan – szepnęła, ale on położył dłoń na jej ustach.

– Cicho, nic nie mów. Jest dobrze. Spójrz, jak tu pięknie...

Z  wolna  poddawała  się  temu  urokowi.  Poprzedni  lęk  i  niepokój  znikały  jakby  odpędzone

kojącym  szumem  morza.  Przymknęła  oczy  i  słuchała  spokojnego,  nieco  monotonnego  głosu

Stefana:

– Już wszystko jest dobrze... Nie trzeba nic mówić... To nic... Widzisz, jaki cudny jest świat?

Po co się dręczyć? Po co? To śmieszne... Trzeba żyć, kochać życie, weselić się, śmiać...

Przygarnął ją do siebie i pocałował mokre jeszcze oczy.

– Nie trzeba płakać... Spójrz na mnie... Twoje oczy mają kolor morza...

Zrozumiała nagle wszystko.

– Och, przestań, przestań! – krzyknęła i z całych sił zamknęła mu usta pocałunkiem.

Odsunął  ją  delikatnie  i  wstał.  Uśmiechnął  się,  potoczył  wzrokiem  po  piaszczystej  plaży,

spokojnym  morzu  i  dalekiej  linii  lasów  nad  zatoką.  Potem  odwrócił  się  i  wolno  ruszył  przed

siebie. Mewy z krzykiem krążyły nad jego głową. Oddalał się krokiem równym i spokojnym. Ani

razu nie obejrzał się za siebie, bo tak każe marynarski zwyczaj.


Document Outline