background image

Gili Sanderson 

 

Warto było czekać 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

 

To  nie  może  być  on!  Na  miłość  boską,  to  przecież  niemożliwe!  Jan  Fielding  nawet  nie 

przypuszczała, że jej wakacje skończą się w taki sposób. Radosny nastrój, w jakim wróciła do 
pracy, rozpłynął się w jednej chwili.   

 

Telefon zadzwonił wcześnie rano, kiedy akurat się ubierała. Poczuła lekki niepokój – o tej 

porze to może być tylko zła wiadomość.   

Dzwonił jej szef, doktor John Garrett.   
– Cześć, Jan, jak tam po wakacjach? Wypoczęta i gotowa do pracy? 
–  Oczywiście.  Ale  dlaczego  dzwonisz?  Przecież  zaraz  się  zobaczymy.  –  Początkowe 

uczucie niepokoju zamieniło się w lekkie podniecenie.  Z pewnością wydarzył  się wypadek. 
Spojrzała na okienną szybę, o którą rozbijały się krople deszczu. Tak właśnie wygląda lato w 

Krainie Jezior. Domyśliła się, o co chodzi.   

– Już wiem, zbierasz ekipę ratunkową.   
– Nie całą ekipę, to nie będzie konieczne. Dwójka doświadczonych piechurów utknęła na 

szczycie  Yeaton  Pike  i  spędziła  tam  całą  noc.  Na  szczęście  mieli  sprzęt  biwakowy. 

Powiadomili  nas  przez  telefon,  że  schodzą  na  dół,  ale  kobieta  chyba  jest  osłabiona. 
Powiedziałem  im,  żeby  poczekali  na  kogoś  z  naszych,  kto  sprowadzi  ich  przez  Kelton 
Downfall.   

–  To  trudna  droga  dla  zmęczonych  i  przemoczonych  –  zgodziła  się  Jan.  –  Bardzo 

niebezpieczna podczas deszczu, zwłaszcza obok urwiska. Masz dla mnie jakieś zadanie? 

–  Chcę  wysłać  dwoje  ludzi  na  górę,  żeby  pomogli  im  zejść.  W  takich  warunkach 

konieczne będzie schodzenie z linami. Myślisz, że dasz sobie radę? 

Poczuła się lekko dotknięta.   
– Pewnie, że dam sobie radę. A wizyty u pacjentów mogę załatwić później. Kto pójdzie 

ze mną? Ty? – John Garrett był szefem miejscowej ekipy ratowników górskich.   

–  Tym  razem  nie  ja  –  odparł  z  wahaniem.  –  Jestem  już  trochę  za  stary,  a  poza  tym 

skręciłem nogę w kostce. Przyjedź pod Kelton Brook, ktoś tam na ciebie będzie czekał.   

– W porządku. Spotkamy się później w przychodni.   
Odłożyła  słuchawkę  i  spojrzała  na  leżący  na  łóżku  niebieski  uniform  pielęgniarki. 

Roześmiała  się  i  sięgnęła  do  szafy  po  strój  do  wspinaczki.  Jadąc  swoim  wysłużonym 
landroverem  w  kierunku  Kelton  Brook,  poczuła  radość,  że  znów  jest  u  siebie.  W  oddali 
widziała  spowity  mgłą  szczyt  Sca  Feli.  Tak,  to  cudownie  być  w  domu,  znów  pracować  z 
ludźmi, których się zna i kocha.   

Przez  dwa  tygodnie  rozkoszowała  się  słońcem  i  plażą  na  małej  śródziemnomorskiej 

wyspie. Wybrała niewielki, spokojny hotel. Nie miała ochoty na zabawy i imprezy do białego 

rana.  Parę  lat  temu  takie  rzeczy  przestały  ją  interesować.  Za  to  z  przyjemnością  odwiedzała 

miejscowe  restauracje,  kosztowała  wino  i  lokalne  potrawy.  Wybrała  się  na  spacer  do  kilku 

wiosek, przyglądała się białym domom i porównywała je z własnym, zbudowanym z szarego 

background image

kamienia,  fotografowała  gaje  oliwne  i  zabytki.  Ale  przede  wszystkim  dużo  spała  i  czytała. 
Paru  mężczyzn  próbowało  zaprosić  ją  na  drinka.  Sprawiało  jej  to  przyjemność,  ale 
odmawiała. Nie miała ochoty na wakacyjny romans.   

Dojechała  wreszcie  do  Kelton  Brook  i  zatrzymała  się  obok  drugiego  landrovera. 

Zauważyła,  że  był  to  samochód  Johna  i  trochę  ją  to  zdziwiło.  Pomyślała  jednak,  że  musiał 
komuś auto pożyczyć. Wyłączyła silnik, a wtedy mężczyzna siedzący w środku wysiadł. Był 
wyższy  od  Johna.  Pod  głęboko  nasuniętym  kapturem  nie  widziała  jego  twarzy.  Poczuła 
pierwsze ukłucie niepokoju. Sylwetka wydawała się jej znajoma, ale z pewnością nie był to 
żaden  z  ratowników.  Nie  lubiła  pracować  z  obcymi.  Niepokój  narastał,  jakby  jakiś  sygnał 
usiłował przebić się do jej pamięci.   

Mężczyzna usiadł obok niej i ściągnął kaptur. Już wiedziała. Poczuła tak silne duszności, 

że o mało się nie osunęła. Nie, to przecież niemożliwe! 

Chris. Doktor Chris Garrett. Mężczyzna, którego nie widziała od sześciu lat. I którego nie 

chciała  już  więcej  spotkać.  Jej  serce  biło  jak  oszalałe,  pojawiały  się  kolejne  emocje  i 
wspomnienia. Zadawała sobie jedno pytanie: dlaczego on się tu pojawił? Kiedyś go kochała, 
myślała nawet, że wyjdzie za niego za mąż. Do czasu, gdy...   

Z  trudem  wciągnęła  powietrze,  a  wtedy  on  spojrzał  jej  w  oczy.  Nie  uśmiechał  się,  jego 

głos był spokojny: 

– Witaj, Jan. Dawno się nie widzieliśmy.   
Nie wiadomo skąd znalazła siłę, by odpowiedzieć.   
–  Witaj,  Chris.  Rzeczywiście,  długo  się  nie  widzieliśmy.  I  miałam  nadzieję,  że  tak 

zostanie.   

Mocnym  szarpnięciem  otworzyła  drzwi,  niemal  wypadając  na  zewnątrz.  Podbiegła  na 

brzeg potoku. W głowie tłukło jej się jedno pytanie: co Chris Garrett tutaj robi? 

Patrzyła na spienioną wodę, tak samo wzburzoną jak jej umysł. Jak on mógł jej to zrobić? 

Usłyszała za sobą kroki. Cliris stanął naprzeciwko niej. Uniosła głowę i spojrzała mu w oczy. 
Zawsze  był  wysoki  i  dobrze  zbudowany,  ale  teraz  jego  postać  była  jeszcze  większa.  Nie  z 
powodu  tuszy,  ale  mięśni.  Twarz  jednak  miał  szczuplejszą.  W  kącikach  oczu  i  wzdłuż 
policzków  pojawiły  się  zmarszczki.  To  nie  była  już  twarz  młodzieńca,  którą  tak  dobrze 
pamiętała. Wyglądał starzej, jak mężczyzna, który ma za sobą trudne doświadczenia. Ale jego 
oczy nadal pozostały niewiarygodnie niebieskie.   

Stali tak w milczeniu. Jan wiedziała, że on też uważnie się jej przygląda. Kiedy wreszcie 

się odezwał, zadrżała na dźwięk tak dobrze znanego głosu.   

–  Gdyby  to  ode  mnie  zależało,  nasze  spotkanie  wyglądałoby  inaczej  –  powiedział.  – 

Czeka nas trudne zadanie, więc lepiej odłóżmy kłótnię na później.   

–  Nie  widzę  żadnego  powodu  do  kłótni.  –  Starała  się  opanować  drżenie  głosu.  – 

Wyjaśniliśmy sobie wszystko sześć lat temu.   

–  Słusznie.  Doskonale  pamiętam.  Idziemy  razem  na  Kelton  Dawnfall  czy  nie?  Sam  też 

dam sobie radę.   

– Mam ci pozwolić pójść samemu? To wyprawa ratunkowa, druga osoba jest konieczna.   
Dostrzegła błysk złości w jego oczach.   

background image

– Zatem ruszajmy – odparł spokojnie. – Mam w bagażniku plecaki ze sprzętem.   
Podeszli do samochodu. Jan sięgnęła po większy plecak, ale Chris wyjął go z jej rąk.   
– Weź ten drugi. Jestem od ciebie silniejszy. Postanowiła, że nie będzie się spierać, ale 

nie  miała  zamiaru  rezygnować  z  przewodnictwa.  Ruszyli  w  kierunku  Kelton  Dawnfall.  Jan 
narzuciła  ostre  tempo.  Była  młoda,  wysportowana,  wiedziała,  że  niewiele  osób  umiałoby 
dotrzymać  jej  kroku.  Ale  Chris  wcale  nie  zostawał  w  tyle.  Blisko  kilometr  maszerowali  w 
milczeniu,  aż  wreszcie  doszli  do  podnóża  Kelton  Dawnfall.  Było  to  strome,  skaliste  zbocze 
zakończone  z  jednej  strony  urwiskiem.  Docierało  tu  niewiele  słońca,  a  śliskie,  porośnięte 
mchem,  wilgotne  kamienie  stanowiły  śmiertelną  pułapkę.  Ale  była  to  najkrótsza  droga  na 

Yeaton Pike. Jan rozpoczęła żmudną wspinaczkę.   

Zwolniła  nieco  tempo,  by  nadmiernie  nie  ryzykować,  ale  jakaś  cząstka  w  niej  chciała 

koniecznie się przekonać, czy Chris będzie w stanie dotrzymać jej kroku, więc nadal szła dość 
szybko. Po kilku minutach Chris się z nią zrównał.   

–  Jeżeli  chcesz  urządzać  zawody,  to  przełóżmy  to  na  inną  okazję.  To,  co  robisz,  jest 

niebezpieczne. Przypominam ci, że mamy sprowadzić na dół dwoje ludzi.   

Miał rację, ale rozzłościło ją to jeszcze bardziej. Zwolniła jednak. Stopniowo ich kroki w 

jakiś  tajemniczy  sposób  dostroiły  się  do  siebie  i  wkrótce  zaczęli  iść  w  jednym  rytmie.  Z 
pewnością mogliby stworzyć świetny zespół ratowniczy.   

Dotarli wreszcie do celu. Szczyt Yeaton Pike był dość płaski i wiatr dął tu z taką siłą, że 

utrzymanie  się  na  nogach  stanowiło  pewien  wysiłek.  Chris  wskazał  ręką  na  niewielkie 
usypisko  skalne,  gdzie  widoczna  była  czerwona  plama.  Jan  domyśliła  się,  że  to  ubranie 
któregoś z turystów.   

Była to para czterdziestolatków, Paul i Dawn Kerriganowie.   
– Przykro mi, że sprawiliśmy tyle zamieszania – odezwał się Paul. – Jestem wdzięczny, 

że po nas przyszliście.   

To  były  miłe  słowa.  Większość  ludzi  nie  zdawała  sobie  nawet  sprawy,  że  ratownicy 

górscy pracują społecznie i nie dostają za swój wysiłek żadnego wynagrodzenia.   

–  Nie  ma  sprawy  –  odparł  Chris.  –  Najważniejsze,  jak  się  czujecie.  Macie  jakieś 

obrażenia, siniaki, skaleczenia? 

– Pośliznęliśmy się kilka razy, ale to nic poważnego.   
– Jesteście przemarznięci, zmęczeni? 
– Ze mną jest wszystko w porządku, nawet udało mi się w nocy zasnąć – wyjaśnił Paul. – 

Ale Dawn nie zmrużyła oka.   

Jan  zdała  sobie  sprawę,  że  do  tej  pory  kobieta  się  nie  odezwała.  Jej  twarz  była 

przeraźliwie blada.   

– Mam tu coś, co was rozgrzeje – odezwał się Chris, wyjmując z plecaka termos i dwa 

kubki. – Ale najpierw zmierzę wam temperaturę i sprawdzę tętno.   

Zajął  się przemarzniętą parą, a po chwili spojrzał  uspokajająco na Jan. Na szczęście nic 

poważnego.   

– Jest pani dość mocno wychłodzona – zwrócił się do Dawn. – Dobrze, że wezwaliście 

pomoc. Pomożemy wam zejść na dół.   

background image

– Wezmę od pani plecak. – Jan wyciągnęła rękę. Dawn potrząsnęła głową.   
– Nie, pani i tak ma swój – zaprotestowała słabym głosem.   
Chris stanowczym gestem odebrał jej plecak.   
– Będzie lepiej, jeżeli siostra Fielding go poniesie. Rzeczywiście, dla Jan nie był to żaden 

problem. Na treningach i podczas górskich wypraw często dźwigała dużo większe ciężary.   

Kiedy Paul i Dawn wypili gorącą, mocno osłodzoną kawę, ruszyli w kierunku Dawnfall. 

Zanim  zaczęli  schodzić,  Chris  zdjął  z  ramion  linę  i  kolejno  obwiązywał  w  pasie  wszystkie 
osoby,  najpierw  Paula,  Dawn  i  na  końcu  Jan,  zostawiając  pomiędzy  nimi  kilkumetrowe 
odstępy.   

– Schodziliście kiedyś w ten sposób? – zapytał.   
– Tylko na kursie dla początkujących w Alpach, ale wtedy leżał śnieg – wyjaśnił Paul.   
– To zbocze jest równie niebezpieczne – zapewnił go Chris, pomagając im zwinąć luźne 

kawałki liny.   

Zaczęli schodzić, idąc blisko siebie i trzymając linę w dłoniach. Gdyby któreś z nich się 

obsunęło, pozostali byliby w stanie go utrzymać. Posuwali się bardzo powoli. Prowadziła Jan, 
Chris  szedł  na  końcu,  ponieważ  był  najcięższy  i  najsilniejszy.  Dawn  szybko  opadała  z  sił  i 
pośliznęła  się  kilka  razy.  Na  szczęście  nie  było  to  groźne.  Za  każdym  razem  Chris 
natychmiast  pojawiał  się  obok  niej,  pomagał  jej  wstać  i  umiejętnie  zachęcał  do  dalszego 
wysiłku. Wreszcie dotarli do landroverów.   

Chris pomógł im wsiąść do swojego samochodu.   
– Odwiozę ich do przychodni – zwrócił się do Jan. – Szpital raczej nie będzie konieczny, 

ale ich przebadam.   

–  Chyba  twój  wuj  powinien  ich  obejrzeć,  w  końcu  to  on  jest  u  nas  lekarzem  – 

zaprotestowała Jan.   

–  Nie  zapominaj,  że  to  też  mój  zawód.  Poza  tym  pracuję  w  waszej  przychodni  na 

zastępstwie.   

– Jak to! Będziemy razem pracować? 
– Tak, przez najbliższych parę miesięcy. Jan osłupiała.   
 

Do przychodni mieli pół godziny jazdy. Jan próbowała przez ten czas nie myśleć o tym, 

co  się  stało.  Miała  wrażenie,  że  jej  spokojne,  poukładane  życie  wywróciło  się  do  góry 
nogami.  I kompletnie nie wiedziała, jak sobie z tym poradzi. Wciąż zadawała sobie pytanie, 

dlaczego  Chris  się  tu  pojawił.  Przecież  powiedział  kiedyś  wyraźnie,  że  nie  chce  jej  więcej 
widzieć. Ona też miała nadzieję, że nigdy go już nie spotka. To wszystko wydarzyło się sześć 
lat temu. Jej uczucia nie zmieniły się przez ten czas. A jego? 

Chcąc odegnać niemiłe myśli, włączyła głośno muzykę. Rozległ się głos Elli Fitzgerald. 

Śpiewała o mężczyźnie, którego kocha. Naprawdę świetny wybór.   

Nie  była  potrzebna  przy  badaniu  Paula  i  Dawn,  więc  jedynie  uścisnęła  im  ręce  na 

pożegnanie i przyjęła ich podziękowania. Potem wzięła prysznic, wysuszyła włosy i założyła 
uniform. To pozwoliło jej odzyskać panowanie nad sobą. Znów jest Jan Fielding, pielęgniarką 
społeczną.  Wszyscy  znają  ją  i  szanują.  Świetnie  sobie  ze  wszystkim  radzi.  I  na  pewno  nie 

background image

będzie płakać. Po prostu weźmie się w garść. Zawsze to umiała. Prawie zawsze.   

Pociągnęła usta szminką, poprawiła włosy i ubranie i uśmiechnęła się do swojego odbicia 

w lustrze, chociaż wcale nie było jej do śmiechu. Pierwszy szok minął i poczuła, że odzywa 
się  w  niej  złość.  Jak  on  śmiał  się  tu  pojawić?  Jak  śmiał  wtargnąć  na  jej  terytorium?  Musi 
znaleźć odpowiedzi na te pytania. A potem pokaże wszystkim, co o tym myśli.   

Poczuła się jak przed bitwą.   

 

Drzwi do pokoju dla personelu były otwarte. Siedziało w nim dwóch mężczyzn, jednym z 

nich  był  Chris.  On  też  zdążył  się  już  przebrać  w  elegancką  białą  koszulę  i  ciemne  spodnie. 
Drugim mężczyzną był John Garrett, szef przychodni. Znał Jan od dziecka, to on zachęcał ją, 
by wybrała zawód pielęgniarki. Upływający czas odcisnął na nim swoje piętno. Zgarbił się, 
stracił  sporo  ze  swej  energii.  Coraz  częściej  wspominał  o  emeryturze.  Martwiło  ją  to. 
Wiedziała jednak, że gdy tylko nadarzy się sposobność, musi go zapytać o powód przyjazdu 
Chrisa. To prawda, John jest jego wujem, ale zna też jej uczucia, wie, co wydarzyło się kiedyś 
między nimi.   

Mężczyźni nie zauważyli jej, więc przez chwilę patrzyła na Chrisa. Zmienił się przez te 

sześć lat. Ona też. Nie była już tą młodą pielęgniarką na stażu. Dojrzała nie tylko fizycznie, 
ale i wewnętrznie. Ciekawe, jak on się zmienił.   

John  coś  powiedział,  a  wtedy  Chris  się  uśmiechnął.  Ten  uśmiech  wywołał  w  niej  falę 

wspomnień.  Poczuła  coś  w  rodzaju  tęsknoty,  ale  ta  reakcja  rozzłościła  ją  jeszcze  bardziej. 
Zrobiła parę kroków, starając się, by ją usłyszeli. Unieśli głowy. Wzrok Johna był jak zawsze 
łagodny, za to w spojrzeniu Chrisa zauważyła troskę.   

– Zdążyliście już się spotkać – odezwał się John.   
–  Z  pewnością  pamiętasz  Chrisa,  mojego  siostrzeńca.  Przez  sześć  lat  pracował  w 

Bangladeszu. Teraz wreszcie wrócił.   

–  Doskonałe  go  pamiętam  –  odrzekła  Jan  bez  cienia  uśmiechu.  –  Co  pana  do  nas 

sprowadza, doktorze Garrett? 

Twarz Chrisa była równie poważna.   
– Wuj myśli o emeryturze i szuka następcy. To z pewnością nie będę ja, ale zgodziłem się 

przejąć część jego obowiązków do czasu, aż znajdzie kogoś odpowiedniego.   

–  Więc  nie  zamierza  pan  zostać  tu  na  stałe?  Spojrzał  przelotnie  na  góry  widoczne  za 

oknem.   

–  Nie  jestem  miłośnikiem  tych  okolic.  Wolę  bardziej  płaskie  tereny.  Na  przykład 

Lincolnshire albo wschodnią Anglię.   

– Mam nadzieję, że ten krótki pobyt u nas będzie przyjemny.   
–  Przyjemny?  –  Sprawiał  wrażenie,  jakby  po  raz  pierwszy  zastanawiał  się  nad  taką 

możliwością. – No cóż, zobaczymy.   

– Wprawdzie Chris zaczął już dyżury w przychodni – przerwał im John – ale nie poznał 

jeszcze okolicy. No i nie zdążyłem go wprowadzić we wszystkie procedury.   

– A przecież zawsze lepiej wiedzieć, co się robi – rzuciła Jan mało uprzejmie.   
–  Właśnie.  Dlatego  chciałbym  cię  prosić,  żebyś  zabrała  Chrisa  ze  sobą  na  wizyty  u 

background image

pacjentów.  Siostra,  która  cię  zastępowała,  była  całkiem  dobra,  ale  nasi  podopieczni  wolą 
kogoś, kogo znają. Zdążysz dziś wszystkich odwiedzić? 

Jan spojrzała na zegarek. Minęła zaledwie godzina od rozpoczęcia jej normalnego dyżuru.   
–  Dam  sobie  radę.  –  Spojrzała  znacząco  na  Johna.  –  Ale  właściwie  dlaczego  doktor 

Garrett ma jechać ze mną? 

–  Powinien  lepiej  poznać  okolicę  i  pacjentów,  zwłaszcza  tych,  którzy  mieszkają  dalej  i 

którym  jest  trudno  dotrzeć  do  przychodni.  Dzwoniła  pani  Thwaite  z  farmy  High  Force.  Jej 
mąż  gorzej  się  czuje,  ale  nie  chce  do  nas  przyjechać,  więc  uważam,  że  to  lekarz  powinien 
pojechać do niego.   

– Rozumiem – mruknęła Jan z niechęcią. – Wspominałam wcześniej, że pan Twight nie 

wygląda  najlepiej.  Odsłucham  jeszcze  swoje  wiadomości  i  będziemy  mogli  wyruszyć. 
Doktorze Garrett, spotkajmy się za pół godziny.   

Chris nadal się nie uśmiechał.   
–  Dobrze,  za  pół  godziny.  Ale  wolałbym,  żebyś  zwracała  się  do  mnie  po  imieniu,  jak 

kiedyś.   

– Po imieniu, jak kiedyś – powtórzyła. – W porządku. Zajrzyj do mnie za pół  godziny, 

Chris. – Z tymi słowami wyszła z pokoju.   

Czekało  ją  jeszcze  sporo  pracy.  Musi  przejrzeć  listy,  pocztę  w  Internecie,  odsłuchać 

wiadomości  pozostawione  na  automatycznej  sekretarce.  Postanowiła  nie  myśleć  o  Chrisie, 
chociaż wcale nie było to łatwe. Wciąż czuła lekką irytację. Jak on mógł? 

Siostra,  która  ją  zastępowała,  była  naprawdę  dobra.  Jan  zdążyła  ją  poznać  i  polubić.  W 

oficjalnym  rejestrze  zapisała  wszystkie  wizyty  i  lekarstwa,  które  podawała  pacjentom. 
Zostawiła też kilka notatek na luźnych kartkach. Tak pielęgniarki przekazywały sobie mniej 
formalne  informacje  o  pacjentach.  Na  kartce  dotyczącej  Herberta  Thwaite’a  zapisała: 
„Alzheimer?”. Była tu jedynie na zastępstwie, a stan chorego nie był poważny, więc uznała, 
że  decyzja  o  badaniach  i  ewentualnym  leczeniu  należy  do  stałego  personelu.  Niemniej 
zostawiła  swoje  uwagi.  „Sprawia  problemy  swoim  zachowaniem,  trudny  w  kontakcie.  Jego 
żona kiepsko sobie z tym radzi”.   

Jan  spodziewała  się  tego.  Pan  Thwaite  z  pewnością  będzie  wymagał  pomocy,  ale  na 

szczęście to nie ona musi podejmować decyzje.   

Bardziej  zaniepokoiła  ją  następna  notatka.  Dotyczyła  czterdziestoletniego  Bena 

Mackie’go, który po urazie kręgosłupa miał niedowład nóg i poruszał się na wózku. Wypadek 
nastąpił z jego winy – był pijany i jechał szybko na motorze. Ale Ben nie chciał tego uznać. 
Za  swoje  kalectwo  obarczał  winą  wszystkich:  lekarzy,  pielęgniarki,  całą  służbę  zdrowia, 
państwo,  żonę.  Był  zgorzkniały  i  zamieniał  w  koszmar  życie  swoich  bliskich.  Jan  czytała: 
„Kilka starych i nowych siniaków na twarzy dwunastoletniego syna Bena. Chłopak twierdzi, 
że się przewrócił na podwórku. Wątpię. Wygląda mi to na umyślne obrażenia”.   

Jan  westchnęła.  Badanie  takich  spraw  nie  należało  do  jej  obowiązków,  nie  była 

pracownikiem socjalnym. Ale jeżeli Ben bije syna, ktoś musi zainterweniować. Postanowiła, 
że rozejrzy się delikatnie, a potem zadzwoni do opieki społecznej.   

Sprawdziła,  czy  ma  w  torbie  cały  potrzebny  sprzęt  i  lekarstwa.  Jej  praca  polegała  na 

background image

odwiedzaniu  pacjentów,  którzy  z  jakichś  powodów  nie  mogli  lub  nie  chcieli  pojawić  się  w 

przychodni.  Zajmowała  się  osobami  cierpiącymi  na  cukrzycę  i  inne  chroniczne  choroby. 
Sprawdzała i pilnowała, czy przyjmują leki. Znaczną część jej obowiązków stanowiła opieka 
paliatywna.  Ale  najsmutniejsze  były  wizyty  u  chorych  w  ostatnim  stadium  śmiertelnej 

choroby, którzy chcieli spędzić ostanie dni życia we własnym domu.   

Spojrzała na zegarek – za niecałą minutę jest umówiona z Chrisem. Usłyszała pukanie do 

drzwi i wstała, by otworzyć.   

– Możemy jechać? – zapytał Chris.   
– Tak, możemy.   
Wyszli na dwór.  Deszcz nagle przestał  padać i  przez chmury  prześwitywało  słońce.  Jan 

rozejrzała się i poczuła przyjemny dreszcz, jak zawsze, gdy patrzyła na swoje góry. Na twarzy 
Chrisa nie było widać zadowolenia. To nie jest chyba jego ulubiony krajobraz.   

Mimo to nadal wyglądał świetnie. Dużo lepiej niż wtedy, gdy widziała go po raz ostami. I 

nadal poruszał się tym swoim lekkim, długim krokiem. Zawsze zwracała dużą uwagę na to, 
jak mężczyzna chodzi. Chyba to najbardziej ją pociągało. Przypomniała sobie, jak zobaczyła 
go po raz pierwszy. Szedł wtedy w kierunku przychodni i...   

Na miłość boską, o czym ona myśli! Była na siebie zła za to, że znów wydał jej się tak 

samo pociągający. Przecież tamto już minęło! 

Stanęli obok jej landrovera. Chris znowu zmarszczył brwi, patrząc na tablicę z numerem 

rejestracyjnym.   

– Pamiętam ten samochód, kiedy był jeszcze nowy. To samochód twojego... – Zawiesił 

głos.   

–  Tak,  to  samochód  mojego  ojca.  Dostałam  go  po...  po  jego  śmierci.  Wsiadaj,  nie  jest 

zamknięty.   

Ruszyła  z  lekkim  szarpnięciem,  ale  nie  zwracała  na  to  uwagi,  bo  złość  nadal  się  w  niej 

gotowała.  Tak,  to  jest  samochód  ojca.  Chris  pamięta  o  tym.  Ciekawe,  co  jeszcze  pamięta z 
tego, co przeżyli. Bo ona pamięta każdą sekundę. Mimo że tak bardzo starała się zapomnieć.   

Jechała  zdecydowanie  za  szybko.  Wzięła  zakręt  tak  ostro,  że  Chris  niemal  się  na  niej 

położył. Potem musiała gwałtownie zahamować, by nie wpaść na owce, które nagle wyszły 
na drogę.   

– Zawsze tak prowadzisz? – spytał Chris spokojnie.   
Tylko  wtedy,  kiedy  jestem  wściekła,  pomyślała.  Zwolniła  jednak.  Nie  powinna 

ryzykować tylko dlatego, że ma zły nastrój.   

Po  dziesięciu  minutach  minęli  ostatnie  domy  wioski.  Jan  zwolniła  i  zatrzymała  się  na 

skraju wąskiej drogi. Patrzyła w milczeniu na porośniętą trawą górę, mając nadzieję, że ten 
widok nieco ją uspokoi. Chris siedział w milczeniu, za co była mu wdzięczna.   

– Musimy porozmawiać – odezwała się po chwili. – Nigdy nie myślałam, że cię jeszcze 

zobaczę. Nie chciałam tego. Ty chyba też. Dlaczego więc wróciłeś? 

–  Wuj  mnie  o  to  prosił  –  odparł.  –  Wiesz,  że  ostatnio  nie  czuje  się  najlepiej.  Usiłuje 

znaleźć kogoś, kto by mu pomagał, a z czasem przejął jego praktykę.   

– Tak, wiem, że myśli o emeryturze. Ale mimo wszystko...   

background image

– Wiedział, że szukam pracy i zapytał, czy nie mógłbym mu pomóc. Do czasu, aż kogoś 

znajdzie.  –  Jego  głos  był  chłodny  i  opanowany.  –  Nie  miałem  ochoty  tu  przyjeżdżać.  Ten 
krajobraz mnie przytłacza. Wolę być tam, gdzie jest płasko. Możesz sobie te góry zatrzymać.   

– Ale przecież mogłeś odmówić, udawać, że masz inne propozycje.   
– Mogłem. Tylko że John jest moim najbliższym krewnym. Moi rodzice nie żyją.   
Kątem  oka  zauważyła,  że  przy  tych  słowach  na  jego  twarzy  pojawił  się  nieznaczny 

grymas. Mogła już dać spokój, ale postanowiła ciągnąć tę rozmowę.   

– Moi rodzice też nie żyją. A ty byłeś przy tym, kiedy mój ojciec zginął. Nie nachodzą cię 

tu złe wspomnienia? Nie prześladuje cię przeszłość? – zapytała po chwili milczenia.   

–  Mam  wiele  przykrych  wspomnień  –  odrzekł,  ściągając  brwi.  –  Ale  mam  też  i  dobre. 

Przeszłość  mnie  nie  prześladuje.  Przez  ostatnie  lata  widziałem  wiele  przypadków 
bezsensownej, niepotrzebnej śmierci. Przywykłem, w każdym razie na tyle, na ile człowiek w 
ogóle może do takich rzeczy przywyknąć.   

– A ja ciągle tego nie umiem. Kiedy patrzę na ciebie, widzę człowieka, który... człowieka, 

który...   

Zamilkła. A wtedy znów wróciła do niej ta sama wizja. Pojawiała się czasem, chociaż nie 

tak  często  jak  kiedyś.  Zwykle  w  nocy,  gdy  była  przemęczona  albo  kiedy  niespodziewanie 
natrafiała na jakąś starą  fotografię. Ta  wizja zawsze była taka sama. Wiatr wyjący  w nocy, 
deszcz.  Ciało  ojca  na  noszach,  z  twarzą  oświetloną  blaskiem  latarki,  którą  miała  na  czole.  I 
głęboka  rana  na  skroni.  Ojciec  nie  żyje.  Ona  unosi  wzrok  i  widzi  mokrą  twarz  Chrisa,  na 
której maluje się rozpacz i niedowierzanie.   

Wizje  zwykle  nie  pojawiają  się  w  świetle  dnia,  ale  Jan  to  się  zdarzało.  Patrzyła  w 

kierunku  wzgórz  i  zagryzała  wargi,  starając  się  powstrzymać  łzy.  Ale  kilka  już  zdążyło 
zsunąć się po policzkach.   

– Przepraszam, nie chciałem cię dotknąć – odezwał się Chris szorstkim głosem. – Ale to 

nie potrwa długo. Nie martw się, za kilka miesięcy już mnie tu nie będzie.   

– Ty już mnie niczym nie zmartwisz – powiedziała ostro. – Ale mimo to musimy pewne 

rzeczy ustalić.   

Znowu zawiesiła głos, myśląc o tym, co ją czeka w najbliższym czasie.   
–  Zostaniesz  tu  przez  parę  miesięcy,  a  ja  jakoś  będę  musiała  sobie  z  tym  poradzić.  I 

poradzę sobie, wiedząc, że to tylko przez jakiś czas.   

– Od czasu do czasu będziemy musieli razem pracować; ale na szczęście niezbyt często. 

Poza przychodnią nie musimy się widywać. A potem wyjadę. Zadowolona? 

– Nie mam wyjścia. – Po krótkiej ciszy zapytała już normalnym głosem: – Zatrzymałeś 

się u Johna? 

Potrząsnął głową.   
– Nie, wolę mieszkać sam. Przyzwyczaiłem się. John wynajął mi dom w Calbeck.   
–  Ja  też  mieszkam  w  Calbeck.  Gdzie  konkretnie  jest  ten  dom?  –  Zaświtała  jej 

przerażająca  myśl,  więc  dodała  z  niepokojem:  –  Czy  przypadkiem  nie  na  końcu  Whiteside 
Lane? 

– Niestety, właśnie tam.   

background image

–  Cudownie.  No  to  jesteśmy  sąsiadami.  W  dzień  będziemy  razem  pracować,  a  w  nocy 

wciąż  będziemy  blisko  siebie.  Mimo  to  spróbujmy  trzymać  się  od  siebie  z  daleka.  – 
Zastanowiła  się  przez  chwilę.  –  Chyba  lepiej  cię  uprzedzę.  W  Calbeck  są  dwa  puby,  „Pod 
bykiem”  i  „Pod  sztandarem”.  Dziś  wieczorem  idę  do  „Byka”,  mamy  tam  spotkanie 

ratowników górskich i ich sympatyków. Więc gdybyś miał ochotę na wieczornego drinka, to 
wolałabym, żebyś poszedł do drugiego pubu.   

– Rozumiem, że wciąż pracujesz w górskim pogotowiu. – Jego głos był nadal spokojny, 

choć zadźwięczało w nim lekkie napięcie.   

– Oczywiście. Kocham tę pracę. I wykonuję ją też ze względu na pamięć ojca.   
– Rozumiem. Jan, mój wuj nie będzie już lekarzem zespołu ratunkowego. Nadal będzie 

się zajmował organizacją wypraw ratunkowych, ale poprosił, żebym zamiast niego wychodził 
w góry. I zostałem już zaproszony na dzisiejsze spotkanie ratowników.   

– Co? Ale my wcale cię tam nie chcemy! 
– Nie chcą wszyscy ratownicy, czy nie chcesz ty? 
– Oni też. Twoje doświadczenie ratownicze nie jest najlepsze.   
Chris westchnął.   
– Jan, minęło ponad sześć lat. I przez ten czas zdobyłem takie doświadczenie, o jakim ci 

się nie śniło. Uczyłem nawet zasad udzielania pomocy podczas katastrof. Wasz zespół mnie 
potrzebuje.   

Nie odpowiedziała, czując, że Chris może mieć rację. Tylko co ona ma z tym zrobić? 

Silnik  wył  i  pojękiwał,  w  miarę  jak  posuwali  się  po  wyboistej  drodze  do  farmy  High 

Force. W połowie wysokości wzgórza pojawiło  się kilka  zabudowań z szarego kamienia. W 
bladych  promieniach  słońca  stanowiły  piękny  widok,  ale  Jan  wiedziała,  że  ich  mieszkańcy 
musieli naprawdę ciężko pracować, by przeżyć. Na farmie High Force mieszkały trzy osoby: 
Herbert Thwaite, jego żona Doris i ich syn Ken. Z trudem utrzymywali się z hodowli owiec, 
ale mimo to kochali swoją pracę. Problemem był Herbert, którego charakter stawał się powoli 
nie do zniesienia.   

Wjechali na podwórze i zaparkowali samochód. Jan jeszcze przez chwilę wsłuchiwała się 

w pracę silnika. Z przygnębieniem pokręciła głową. Wiedziała, że wizyta w warsztacie będzie 
konieczna.   

Doris  wyszła  im  na  spotkanie  ubrana  w  swój  zwykły  fartuch.  Była  zadowolona  z  ich 

przyjazdu. Jan zauważyła, że ciepło spojrzała na Chrisa. Zirytowało jato.   

– Miło cię znów widzieć, Jan. Tamta siostra była bardzo miła, ale ty znasz nas lepiej.   
– Nie da się ukryć – odrzekła Jan wesoło. – Pomyślałam, że do was wpadnę, żeby chwilę 

porozmawiać. A właśnie, to jest doktor Chris Garrett.   

– Siostrzeniec naszego doktora Garretta? 
– Tak.   
–  Ależ  doskonale  pamiętam.  To  przecież  on...  –  Doris  urwała,  bo  widocznie  uznała,  że 

lepiej nie wracać do wydarzeń z przeszłości. Szybko jednak dokończyła: – Proszę, wejdźcie. 
Naleję wam herbaty. Nastawiłam imbryk, jak tylko zobaczyłam na drodze samochód.   

Poprowadziła ich do domu.   

background image

–  Przyjechał,  pan  zbadać  mojego  męża,  doktorze?  Doris  była  wyraźnie  uradowana 

pojawieniem się Chrisa, co wzbudziło w Jan lekkie ukłucie zazdrości.   

– Chciałbym z nim chwilę porozmawiać – wyjaśnił Chris. – Domyślam się, że rzadko się 

stąd ruszacie.   

–  To  prawda.  Ken  robi  wszystkie  zakupy  w  weekendy.  Może  wtedy  pójść  do  pubu  i 

Zostać na noc u któregoś z kolegów. Pójdę uprzedzić Herberta. – Doris wstała.   

Jan  uświadomiła  sobie,  że  była  tak  bardzo  zajęta  swoimi  problemami,  że  zaniedbała 

obowiązki  zawodowe.  W  ogóle  nie  wprowadziła  Chrisa  w  problemy  rodziny  Thwaite’ów. 
Musi to teraz szybko nadrobić.   

– Herbert ma siedemdziesiąt sześć lat – mówiła cichym głosem. – Całe życie pracował w 

górach,  odziedziczył  tę  farmę  po  ojcu.  Jakieś  trzy  lata  temu  nieszczęśliwie  się  przewrócił  i 
złamał kość biodrową. Od tamtego czasu nie mógł już tak dużo pracować, co było dla niego 
dość trudne. W młodości uprawiał biegi terenowe. Siostra, która mnie zastępowała, uważa, że 
Herbert ma początki choroby Alzheimera.   

Chris pokiwał głową.   
– Czy będziemy mogli zabrać go na konsultacje? 
– Nie zgodzi się pojechać do szpitala – westchnęła Jan. – Znienawidził szpital, gdy trafił 

tam po upadku.   

– Zobaczymy, co z tym zrobić. A jak się czuje Doris? 
– To twarda kobieta i bardzo kocha swojego męża. Jest od niego młodsza. Da sobie radę.   
– Nie wątpię. Ale skoro tu jesteśmy, to ją też powinienem zbadać.   
– Czemu? Masz jakieś obawy? 
– Nie, to raczej na wszelki wypadek.   
Wróciła Doris i zabrała ich do pokoju męża. Chris zbadał go, a potem poddał krótkiemu 

testowi oceniającemu sprawność umysłową. Jan z bólem słuchała, jak starszy mężczyzna nie 
radzi  sobie  z  odpowiedziami  na  proste  pytania.  Nie  wiedział,  gdzie  jest  ani  jaki  jest  dziś 
dzień,  miał  widoczne  kłopoty  z  pamięcią,  nie  umiał  się  skoncentrować.  Wyglądało  to  na 
początki otępienia.   

W ogóle dziwnie się zachowywał.   
–  Dlaczego  doktor  John  Garrett  nie  mógł  do  mnie  przyjechać?  Nie  chcę,  żeby  jakieś 

dzieciaki zawracały mi głowę – powtarzał co chwila.   

– Doktor Garrett już nie jest taki młody – tłumaczył Chris cierpliwie. – Ale prosił, żeby 

przekazać  panu  pozdrowienia.  Podobno  uprawiał  pan  kiedyś  biegi  terenowe?  Sam  też 
próbowałem tego sportu.   

To zupełnie rozbroiło Herberta. Po tych słowach Chris mógł zrobić z nim, co tylko chciał.   

Jan  musiała  przyznać,  choć  z  niechęcią,  że  Chris  jest  świetnym  lekarzem.  Jego  badanie 

było  dokładne  i  szczegółowe.  Robił  wszystko  z  niezwykłą  delikatnością  i  cały  czas 
podtrzymywał  z  Herbertem  pogodną  rozmowę.  Gdy  oznajmił,  że  przyjedzie  znów  za  jakiś 
czas, Herbert wręcz się ucieszył.   

–  Świetnie  pan  sobie  z  nim  poradził,  doktorze  –  rzekła  Doris,  kiedy  zeszli  na  dół.  – 

Potrafi być czasem nieznośny, ale przy panu się uspokoił.   

background image

– Obawiam się, że wkrótce będziemy musieli ponownie przyjechać. Trochę martwi mnie 

jego stan umysłowy – objaśnił Chris. – Ale spróbujemy sobie z tym poradzić. A pani jak się 
czuje? To pytanie Doris zaskoczyło.   

– Świetnie. Czasem jestem zmęczona, ale chyba dziś wszyscy na to narzekają.   
– Kiedy robiła sobie pani jakieś badania? 
– A po co mi badania! Nie mam czasu na choroby.   
– Mimo to chciałbym się pani przyjrzeć.   
– Proste badanie na pewno nie zaszkodzi – dodała Jan.   
Przeszli  do  gościnnej  sypialni.  Badanie  nie  było  długie,  na  koniec  Chris  poprosił  Jan  o 

pobranie  próbki  krwi.  Po  krótkiej  chwili  pożegnali  się,  zapewniając,  że  wkrótce  się  znów 
pojawią.   

Kiedy zjechali ze wzgórza i dotarli do drogi, Jan nie musiała już tak bardzo koncentrować 

się na prowadzeniu samochodu. Zaczęła zastanawiać się, czy nie przegapiła jakichś objawów 
u Doris. W końcu jej praca polega na tym, by uważnie obserwować pacjentów i wyłapywać 
oznaki choroby w jak najwcześniejszym stadium.   

– Podejrzewasz coś u Doris? – spytała po chwili. Chris wzruszył ramionami.   
–  Nic  specjalnego.  Ale  wydawało  mi  się,  że  ma  nieco  wytrzeszczone  oczy.  Czy  to  się 

jakoś nasiliło w ostatnim czasie? 

– Możliwe. – Jan zastanowiła się. – Ale trudno to zauważyć z powodu okularów.   
– To prawda. Zwróciłaś uwagę na jej szyję? 
– Tak. Zwykle nosi swetry z golfem. Zauważyłam, że szyja była nieco spuchnięta.   
–  To  może  być  wole.  Być  może  ma  początki  nadczynności  tarczycy.  Czy  ostatnio  była 

bardziej  pobudzona?  No  wiesz,  nie  mogła  usiedzieć  w  miejscu,  ciągłe  musiała  się  czymś 
zajmować? Chodzi mi o zmianę w zachowaniu.   

– Rzeczywiście, wyglądała na bardziej zdenerwowaną – przyznała Jan z zastanowieniem. 

– Ale myślałam, że to ma związek z chorobą Herberta.   

–  I  być  może  masz  rację.  Znasz  historię  chorób  w  jej  rodzinie?  Czy  ktoś  cierpiał  na 

Gravesa-Basedowa? 

– Nie mam pojęcia. Ale się dowiem. Spytam Johna. Ale najwięcej będzie chyba wiedziała 

Penny Driscoll. Pamiętasz może...   

Jan  zawiesiła  głos  i  znów  była  na  siebie  wściekła.  Za  nic  nie  chciała  wracać  do 

przeszłości. Najlepiej zrobi, zachowując się tak, jakby przeszłość nie istniała.   

Penny Driscoll była przez wiele lat pielęgniarką społeczną. Znała wszystkich. Kiedy Jan 

poznała Chrisa, pracowała razem  z Penny,  jeździła z nią na wizyty. Najwięcej  nauczyła się 
właśnie od niej.   

–  Świetnie  pamiętam  Penny  Driscoll  –  przytaknął  Chris.  –  Miała  ogromną  wiedzę.  Jest 

już chyba na emeryturze? 

– Owszem, ale umysł ma tak sprawny jak kiedyś. Zna tu wszystkich. Spytam ją o rodzinę 

Doris.   

– Jak ona się miewa? 
– Znakomicie. Często ją odwiedzam, mieszka jakieś piętnaście kilometrów stąd.   

background image

– Chciałbym się z nią spotkać.   
– Dam ci jej adres – powiedziała. Nie ma mowy, by zabrała Chrisa ze sobą do Penny. – 

Co zamierzasz zrobić w sprawie Doris? 

– Po pierwsze poczekamy na wyniki badań. Jeżeli to choroba Basedowa, włączymy leki 

hamujące  aktywność  tarczycy.  Jest  też  możliwość  usunięcia  części  tarczycy,  a  nawet 
radioterapii. Ale to raczej daleka przyszłość.   

Jan była na siebie zła. Powinna była sama zauważyć te objawy. To przecież jej praca. Na 

szczęście Chris tego nie skomentował. Postanowiła zmienić temat.   

–  Następne  wizyty  nie  są  tak  wysoko  w  górach.  Najpierw  pojedziemy  do  Melanie 

Thomas.  Jest  chora  na  cukrzycę.  Ma  osiemdziesiąt  jeden  lat  i  potrafi  dopiec  do  żywego. 

Mieszka sama, więc zaglądam do niej kilka razy w miesiącu, żeby sprawdzić, czy bierze leki i 

pilnuje diety.   

– Rozumiem, że na razie nie ma z nią problemów? 
–  Raczej  nie.  Ale  jak  to  ze  starszymi  ludźmi:  im  wcześniej  zauważy  się  coś 

niepokojącego,  tym  łatwiej  sobie  z  tym  poradzić.  No  i  Melanie  robi  najlepszą  herbatę  na 
świecie.   

Melanie  jak  zawsze  wyglądała  kwitnąco.  Zapytała  nawet  Chrisa,  czy  będzie  ją  częściej 

odwiedzał.   

Kolejnym  pacjentem  był  Jack  Lewis.  Jego  choroba  nowotworowa,  międzybłoniak 

opłucnej, była już bardzo zaawansowana. Rozwinęła się jako skutek pylicy azbestowej, której 
nabawił się, pracując w kamieniołomach. John Garrett skontaktował go z dobrym prawnikiem 
i Jack miał szansę na odszkodowanie. Ale nie było to żadną pociechą dla jego bliskich.   

– To kochająca się rodzina i chcą, żeby Jack umarł w domu – wyjaśniła Jan. – Zdają sobie 

sprawę, że nic już nie można zrobić. Pogodzili się z tym.   

– Bierze jakieś leki? 
– Tylko przeciwbólowe, morfinę. Jest częściowo przytomny.  Zaglądam tam ze względu 

na  niego,  ale  przede  wszystkim  ze  względu  na  rodzinę.  Chyba  bardziej  jest  im  potrzebne 
wsparcie niż pomoc pielęgniarki.   

– To dobrze, że mogą dostać jedno i drugie – zauważył Chris.   
Wizyta u Bena Mackie’go nie była tak nieprzyjemna jak inne. Ben miał potrzebę znęcania 

się nad kobietami, ale obecność Chrisa wyraźnie go hamowała. Jan sprawdziła, czy jego stan 
się nie pogarsza i przypomniała, że nie wolno mu dopuścić do odleżyn.   

–  Tylko  pan  może  im  zapobiec.  Musi  pan  dbać  o  higienę,  a  gdy  pojawi  się  jakieś 

zaczerwienienie, proszę smarować je maścią, którą panu dałam.   

– Ależ ona wcale nie pomaga – skarżył się głosem, w którym dźwięczała złość. – Niech 

pani spojrzy, już jest czerwony – mówił, pokazując łokieć. – Kto ma się tym zająć? 

– Najlepiej pan, panie Mackie.   
Tym razem nikt nie starał się o utrzymanie miłej atmosfery. Wcześniej Jan podejmowała 

takie próby, ale spotykały ją za to jedynie niemiłe uwagi. Zachowywała się więc jak chłodna 

profesjonalistka.   

– Dawno nie widziałam pańskiego syna – rzuciła, kiedy zmierzali do wyjścia. – Jest może 

background image

w domu? 

– A dlaczego pani pyta? 
– Słyszałam, że się przewrócił i poranił sobie twarz. Chciałam sprawdzić, czy wszystko w 

porządku.   

– Jest w szkole, tam, gdzie powinien teraz być. Tego właśnie Jan się obawiała. Nie może 

zawiadomić  opieki  społecznej,  zanim  sama  nie  zobaczy  siniaków  na  twarzy  chłopca.  Ale 
odpowiedź  Bena  tylko  utwierdziła  ją  w  przekonaniu,  że  podejrzenia  jej  zastępczyni  były 
słuszne. Postanowiła zadzwonić do szkoły.   

Po  zakończeniu  wizyt  wracali  do  przychodni.  Mimo  wszystko  Jan  musiała  przyznać,  że 

Chris  zachowywał  się  wspaniale.  Nie  narzucał  się,  pozwalając  jej  swobodnie  wykonywać 
pracę.  Łatwo  nawiązywał  kontakt  z  pacjentami.  Kiedy  pytała  go  o  zdanie  albo  prosiła  o 
zbadanie chorego, bardzo dbał o to, by nie czuła się pominięta czy lekceważona. Zachowywał 
się  tak,  jakby  tworzyli  zgrany  zespół.  A  Jan  nawet  się  to  podobało.  To  przedpołudnie 
przebiegło  lepiej,  niż  się  spodziewała.  Okazało  się,  że  mogli  ze  sobą  pracować  mimo  tych 
wszystkich uczuć, które powrót Chrisa w niej wzbudził.   

Powrotna droga prowadziła przez niewielką przełęcz, z której roztaczał się widok na całą 

dolinę.  Jan  zatrzymała  samochód  na  poboczu  i  zgasiła  silnik.  Zawsze  tak  robiła,  więc  nie 
obchodziło jej, co Chris o tym pomyśli. Z zachwytem patrzyła na góry.   

– Spójrz tylko! Czy tu nie jest pięknie? – Nie mogła powstrzymać się od okrzyku.   
– Już ci mówiłem, że wolę równiny.   
– Przecież kiedyś...   
–  Kiedyś  to  było  co  innego  –  wpadł  jej  w  słowo.  –  Już  nie  jestem  tym  młodym 

chłopakiem. Zmieniłem się.   

Jego głos był znowu chłodny. Po raz pierwszy Jan uświadomiła sobie, że on też może nie 

być  zadowolony  z  ich  spotkania.  Ta  myśl  wytrąciła  ją  nieco  z  równowagi.  Przecież  to  on 
zawinił. To on był przyczyną jej cierpienia.   

– Jak chcesz. Nie będę więcej do tego wracać.   
Przekręciła  kluczyk  w  stacyjce.  Silnik  nie  zaskoczył.  Odczekała  chwilę  i  spróbowała 

jeszcze raz. Bez skutku. Boże, tylko nie to, nie w takim momencie! Już wcześniej spotykały ją 

podobne problemy. Jej samochód ma swoje lata i czasami odmawia posłuszeństwa.   

Odwróciła się do Chrisa.   
– Obawiam się, że z nami koniec. Uderzyło ją znaczenie tych słów.   

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

 

Kilkakrotnie  jeszcze  próbowała  uruchomić  silnik,  ze  złością  przekręcając  kluczyk. 

Wreszcie Chris odezwał się: 

– Niepotrzebnie zużywasz akumulator. Daj, ja spróbuję.   
– Myślisz, że cię posłucha, bo jesteś facetem? – burknęła, ale otworzyła drzwi ze swojej 

strony  i  wysiadła.  Jeżeli  ten  samochód  teraz  zapali,  to  dam  mu  porządnego  kopa,  myślała 
zirytowana. Patrzyła, jak Chris zajmuje miejsce kierowcy, przekręca kluczyk i wsłuchuje się 
w wydawany przy tym dźwięk.   

– Chyba nie pierwszy raz ci się to zdarza. Powinnaś go odstawić do warsztatu.   
– Rzeczywiście. Dziękuję za dobrą radę.   
Chris  odblokował  zamek  maski  silnika,  a  potem  wyjął  ze  swojej  lekarskiej  torby 

rękawiczki.   

– Będziesz robił operację? Może potrzebujesz anestezjologa i instrumentariuszki? 
Nie zareagował na jej sarkazm.   
–  Nie  chcę  wracać  do  pacjentów  z  rękami  upapranymi  olejem  silnikowym  –  wyjaśnił 

spokojnie.   

– Rozumiem. Jesteś tak samo dobrym mechanikiem jak lekarzem? 
Wzruszył lekko ramionami.   
–  W  Bangladeszu  jeździłem  landroverem,  a  tam  do  najbliższego  warsztatu  jest  często 

wiele  kilometrów,  więc  musiałem  nauczyć  się  radzić  sobie  sam.  I  szło  mi  całkiem  nieźle. 
Masz skrzynkę z narzędziami? 

– W bagażniku. Ale nie wiem nawet, co w niej jest.   
Chris  poszedł  szukać  narzędzi.  Jan  patrzyła  na  niego  z  pewnym  zdziwieniem.  Dawny 

Chris dużo łatwiej wpadał w złość. Na pewno nie zostawiłby bez komentarzy docinków, na 
jakie sobie przed chwilą pozwoliła. Nie wiedziała, czy jej słowa nie zrobiły na nim żadnego 
wrażenia, czy jedynie nauczył się nad sobą panować. Tak czy inaczej miał nad nią przewagę.   

Zdjął marynarkę, podwinął rękawy koszuli i pochylił się nad silnikiem. Patrzyła na jego 

biodra  rysujące  się  pod  spodniami,  na  mięśnie  pleców.  Jest  naprawdę  świetnie  zbudowany. 
Nie spotkała jeszcze mężczyzny, który...   

Chyba naprawdę przesadza! Przecież on zrujnował jej życie! Co z tego, że jest niezwykle 

atrakcyjny! Liczy się charakter, a nie wygląd! 

Słyszała  pobrzękiwanie  narzędzi  i  pełne  zadowolenia  pomruki  Chrisa.  Zerknęła  w 

tamtym  kierunku  i  zobaczyła,  z  jakim  skupieniem  zajmuje  się  naprawą  samochodu. 
Doskonale pamiętała ten wyraz jego twarzy. Zawsze bez reszty angażował się w to, co robił. 
To była jedna z wielu  rzeczy, które w nim kochała. Gdy rozmawiali  o jakichś medycznych 
zagadnieniach, zagłębiał się w nich do końca. Nie zadowalały go proste, łatwe odpowiedzi.   

Przypomniała  sobie,  jak  sześć  lat  temu  do  przychodni  przywieziono  turystę.  Miał  silne 

bóle brzucha i wymioty. Zatrucie pokarmowe było oczywiste, alepo kilku pytaniach okazało 
się, że turysta ten jadł grzyby, które wcześniej z żoną zebrali w lesie. Nie pamiętał dokładnie, 

background image

jak te grzyby wyglądały, więc John natychmiast odesłał go do szpitala. John przeprowadził z 
nimi  wtedy  długą  rozmowę,  wyjaśniając,  jakie  są  objawy  zatrucia  grzybami  i  jak  należy 
postępować  w  takich  przypadkach.  Chris  słuchał  go  z  uwagą.  A  potem  przez  pół  nocy 
wertował książki medyczne i atlasy, starając się zapamiętać wygląd wszystkich niejadalnych 
gatunków. Z entuzjazmem dzielił się z Jan swoją nową wiedzą. Kochała go za to.   

Znów  poczuła  złość  na  siebie.  Rozejrzała  się  wokół.  Błądziła  wzrokiem  po  skałach, 

zielonych pastwiskach, po urwistych krawędziach szczytów. Patrząc na ten krajobraz, zawsze 
odzyskiwała spokój. Gdy ma się góry wokół siebie, życie wcale nie jest złe.   

Nagle usłyszała warkot silnika. To był jej samochód.   
– Jak to zrobiłeś? – spytała z uznaniem.   
–  To  była  pompa  paliwowa.  Kiedy  przekręca  się  kluczyk  w  stacyjce,  a  pompa  działa, 

słychać  lekkie  tykanie.  Gdy  próbowałem  uruchomić  silnik,  nie  słyszałem  tego  dźwięku. 
Pomyślałem,  że  wysiadł  bezpiecznik.  Na  razie  włożyłem  w  to  miejsce  bezpiecznik  od 
wycieraczek,  wystarczy  do  najbliższej  stacji  benzynowej.  Tam  trzeba  kupić  nowy.  – 
Zatrzasnął  maskę  samochodu  i  ciągnął:  –  Ale  ten  silnik  jest  już  stary  i  zużyty.  Potrzebuje 
porządnego  przeglądu.  Poza  tym  wydaje  mi  się,  że  hamulce  nie  są  w  najlepszym  stanie. 
Zauważyłaś, co się działo, gdy zjeżdżaliśmy ze wzgórza? Musisz go oddać do warsztatu.   

– To pewnie będzie trochę kosztowało.   
– Obawiam się, że sporo.   
– Ale chyba nie mam wyjścia – powiedziała ponuro.   
Podczas  wakacji  wydała  więcej,  niż  zamierzała,  więc  myśl  o  kolejnych  wydatkach  nie 

była przyjemna. Wsiedli do samochodu i ruszyli do przychodni.   

–  Dawniej  nie  zajmowały  cię  kwestie  techniczne  –  zauważyła  Jan.  –  No,  chyba  że 

chodziło o aparat do rentgena czy coś takiego.   

– Może po prostu jestem innym człowiekiem.   
Po południu Jan pracowała sama. Prowadziła w  przychodni  poradnię dla kobiet.  Bardzo 

lubiła to  zajęcie. Dbała,  by kobiety zgłaszały się regularnie na badania cytologiczne, dzięki 
czemu  udało  się  wykryć  dwa  przypadki  nowotworu  w  bardzo  wczesnym  stadium,  kiedy 
jeszcze  było  możliwe  całkowite  wyleczenie.  Miała  z  tego  powodu  poczucie  osobistej 
satysfakcji.   

No i spotkania z pacjentkami zawsze stanowiły okazję do wymiany ploteczek.   
–  Mamy  nowego  lekarza  –  obwieściła  kilkunastoletnia  Alice  Plows,  gdy  Jan  skończyła 

mierzyć jej ciśnienie. – Niedawno do nas przyjechał. Jest niezwykle przystojny. Podoba się 
pani? 

– Nie za bardzo – rzekła Jan. – I to chyba lepiej. Nie warto mieszać spraw prywatnych z 

zawodowymi. Z tego są tylko niepotrzebne komplikacje. A jak twoja nowa praca na poczcie? 

–  Naprawdę  fajna.  I  wszyscy  są  dla  mnie  bardzo  mili.  –  Policzki  Alice  lekko  się 

zaczerwieniły. – Pan Henshaw też.   

Miejscową  pocztę,  sklep  spożywczy  i  sklep  ze  sprzętem  turystycznym  prowadził  Keith 

Henshaw ze swoim synem Joem. Jan znała ich obu.   

– Masz na myśli Joego Hanshawa? – spytała.   

background image

– Tak – potwierdziła Alice, jeszcze bardziej się czerwieniąc. – Nawet idę dziś z nim na 

randkę do „Byka”.   

– Też tam dzisiaj będę.   
– Naprawdę nie wolno mieszać spraw prywatnych z pracą? – dopytywała się Alice.   
– Niektórym się to udaje. Ale trzeba uważać. – Jan postanowiła nie rozwijać tego tematu.   
Wolała  za  to  poruszyć  inną  kwestię,  dość  delikatną,  więc  przez  chwilę  zastanawiała  się 

nad doborem słów.   

–  Gdyby  twoja  relacja  z  Joem  albo  z  jakimś  innym  mężczyzną  stawała  się  szczególnie 

bliska, to zanim...   

– Chodzi pani o antykoncepcję? 
– Tak – potwierdziła z ulgą Jan.   
– Jeszcze nie jest mi potrzebna, ale gdy nadejdzie ten moment, to na pewno się do pani 

zgłoszę.   

Jan  była  tak  zajęta  pracą,  że  zapomniała  o  Chrisie.  Miała  już  wychodzić  do  domu,  gdy 

zobaczyła  Johna.  Po  raz  kolejny  dotarło  do  niej,  że  ostatnio  wyraźnie  się  postarzał.  Był 
przygarbiony, wyglądał na bardzo zmęczonego i utykał. Chora kostka musiała mocno dawać 
mu się we znaki. Ale mimo to uznała, że nie będzie odkładać tej rozmowy.   

– Czy Chris już poszedł? – spytała.   
– Tak, pojechał do domu. Chciałaś coś od niego? 
– Nie, raczej od ciebie. Moglibyśmy porozmawiać? 
– Oczywiście. Ale lepiej chodźmy do mojego gabinetu.   
Jan  usiadła  na  krześle  stojącym  obok  biurka.  Przez  chwilę  w  milczeniu  przyglądała  się 

twarzy Johna i wsłuchiwała w jego ciężki oddech. Od wielu lat byli przyjaciółmi, nie chciała 
go martwić ani denerwować. Ale on też nie ułatwiał jej życia.   

– Nie zdążyłem cię zapytać, jak było na wakacjach – zaczął.   
– Świetnie, nawet lepiej, niż się spodziewałam.   
– Jakieś ekscytujące przeżycia? Poznałaś kogoś? 
– Nie szukałam ani nowych znajomości, ani ekscytujących przeżyć. – Uśmiechnęła się. – 

Ale może przejdźmy do rzeczy.   

– Oczywiście. Chyba wiem, o czym chcesz ze mną rozmawiać.   
– Nie będzie mi łatwo pracować z Chrisem – zaczęła. – Obawiam się, że nie umiem z nim 

pracować.  Znasz  historię  naszego  związku,  więc  dlaczego  go  tu  ściągnąłeś?  Nie  mów,  że 
potrzebowałeś  zastępcy.  Dawaliśmy  sobie  radę  w  przychodni  bez  niego,  a  wkrótce  i  tak 
znalazłbyś kogoś na swoje miejsce. Dlaczego dopuściłeś do sytuacji, która jest dla mnie tak 
bolesna? Nie zdawałeś sobie sprawy, co to dla mnie może znaczyć? To do ciebie niepodobne.   

– Chris nie od razu się zgodził – odparł John po namyśle. – Uważał, że jego przyjazd tutaj 

nie ma sensu.   

– Ja też jestem tego zdania – wpadła mu w słowo Jan.   
– Nie chciałem, żeby wracał do Bangladeszu.   
– To mogę zrozumieć. Ale dlaczego musiał przyjeżdżać tutaj? 
– Bo uważam, że powinniście sobie parę rzeczy wyjaśnie – oznajmił John, patrząc jej w 

background image

oczy. – Wiem, dlaczego się rozstaliście, ale to było sześć lat temu. I żadne z was się z tym nie 
uporało. Myślę, że nadszedł czas byście spróbowali się z tym zmierzyć. Jesteście dziś innymi 
ludźmi.   

Patrzyła na niego ze zdumieniem.   
– John, wtrącasz się w nie swoje sprawy! Nie mogę w to uwierzyć. Ja i Chris nie mamy 

sobie nic do powiedzenia. Nasz związek jest skończony.   

–  Gdyby  naprawdę  było  tak,  jak  mówisz,  myśl  o  pracy  z  nim  nie  wytrącałaby  cię  z 

równowagi – odrzekł John spokojnie. – Zresztą to tylko parę miesięcy. Zwróć jednak uwagę, 
że przez te sześć lat żadne z was nie weszło w trwały związek. Wydaje mi się...   

– Przecież byłam zaręczona z Peterem Harrisem! 
– Byłaś. I jak to się skończyło? 
– Uznałam, że on nie jest dla mnie odpowiedni.   
– I wcale mnie to nie dziwi. Jan, rozstaliście się z Chrisem sześć lat temu, ale ta sprawa 

nadal nie jest zamknięta. Oboje nosicie w sobie niezagojoną ranę. Macie okazję, żeby coś z 
tym zrobić. Chyba że wolisz dźwigać ten ciężar przez całe życie.   

Wstała, czując, że za chwilę nie będzie w stanie opanować złości.   
– Mylisz się, John. Przykro mi, ale nie masz pojęcia, o czym mówisz. Jakoś przetrwam te 

miesiące, będę z nim pracować, ale nigdy więcej nie próbuj wtrącać się w moje sprawy! 

Wychodząc, z całej siły trzasnęła drzwiami.   

Dom,  który  John  dla  niego  znalazł,  był  niewielki,  ale  wygodnie  urządzony.  Chrisowi 

wydawał  się  wręcz  luksusowy.  Po  tych  wszystkich  latach,  które  spędził,  nocując  w 
najdziwniejszych  miejscach,  nie  miał  wielu  potrzeb.  Nie  przywiózł  też  ze  sobą  dużego 
bagażu. Gdyby miał się stąd wyprowadzić, pakowanie zajęłoby mu nie więcej niż godzinę.   

Tego dnia, jak zwykłe po powrocie z pracy, przebrał się i przygotował sobie kolację. Ryż, 

Soczewica,  warzywne  curry,  a  na  deser  owoce.  Przyzwyczaił  się  do  takiego  jedzenia.  Do 
wieczornego spotkania w pubie zostało jeszcze trochę czasu, usiadł więc w fotelu, wracając 
myślami  do  spotkania  z  Jan.  Wiedział,  że  nie  będzie  umiał  traktować  jej  jak  zwykłej 
znajomej,  ale  na  szczęście  jego  najgorsze  obawy  się  nie  sprawdziły.  Widok  Jan  wywołał  w 
nim falę silnych uczuć, ale nie było między nimi złości.   

Nie  widzieli  się  sześć  lat.  Po  wyjeździe  za  granicę  myślał  o  niej  nieustannie.  Starał  się 

zagłuszyć wspomnienia, co w miarę upływu czasu coraz lepiej mu się udawało, ale całkiem 
zapomnieć nie umiał. I nawet teraz, po sześciu latach, pojawiała się niekiedy w jego myślach, 
wywołując złość i smutek jednocześnie.   

Ze zdziwieniem zauważył, jak bardzo się zmieniła. Pamiętał młodą, niezbyt pewną siebie 

dziewiętnastoletnią  dziewczynę.  Dziś  stanęła  przed  nim  pełna  spokoju  i  godności  kobieta, 
świadoma swoich zalet i umiejętności. Fizycznie też się zmieniła. Nadał była szczupła, ale jej 
sylwetka nabrała pełniejszych, kobiecych kształtów. Przedtem nosiła długie włosy, związane 
z tylu kolorową wstążką. Teraz trochę je skróciła. Pomyślał, że tak jest pewnie wygodniej, ale 
tamta fryzura bardziej mu się podobała.   

Jej twarz była wciąż zachwycająco piękna. Jedynie w dużych szarych oczach pojawił się 

ledwie  dostrzegalny  wyraz  smutku.  No  i  nie  uśmiechała  się  już  tak  często  jak  kiedyś. 

background image

Spotkanie z Jan bardzo go poruszyło, bo słowa, które padły sześć lat temu, nadal wywoływały 
w nim ból. Ale pojawiło się też nowe uczucie. Żal, że coś, co było tak cudowne, musiało się 
skończyć. I z pewnością nie da się już tego odzyskać.   

Od  czasu  jego  wyjazdu  niewiele  się  tu  zmieniło,  życie  biegło  spokojnie  swoim  utartym 

rytmem.  Pomyślał,  że  mogłoby  mu  się  to  nawet  spodobać.  Z  pewnością  znalazłby  pracę 
gdzieś na wsi jako lekarz rodzinny. Ale nie tu. W górach nachodziły go złe przeczucia.   

W górach myślał o Jan.   

Spojrzał  na  zegarek.  Czas  wyjść  na  spotkanie.  Za  oknem  znów  padał  deszcz,  więc 

postanowił,  że  zamiast  moknąć,  pojedzie  samochodem.  Przebrał  się  szybko  i  wyszedł  na 
dwór, zastanawiając się, czy taki bliski kontakt z Jan nie jest zbyt ryzykowny. Nie musi być 
członkiem zespołu ratowniczego, nie musi się na to zgadzać. Może powinien zrezygnować ze 
względu  na  Jan?  I  w  tym  momencie  zdał  sobie  sprawę,  że  chciałby  częściej  ją  widywać. 
Oczywiście z czystej ciekawości.   

Był wcześniej kilka razy w pubie  „Pod Bykiem” i bardzo mu się tam podobało. Wszedł 

bocznym wejściem i zamówił przy barze piwo. Wolał najpierw się rozejrzeć.   

Jan go nie zauważyła. Siedziała przy stole z innymi ratownikami,  śmiejąc się i żartując. 

Wyraźnie dobrze się czuła w ich towarzystwie. Do twarzy jej było w stroju pielęgniarki, ale 
teraz, w ciemnoczerwonej sukience bez rękawów, wyglądała naprawdę świetnie.   

Ten  kolor  wyjątkowo  pasował  do  jej  oczu.  Patrząc  na  nią,  doświadczał  uczucia,  które 

doskonale pamiętał sprzed sześciu lat: jako kobieta była wyjątkowo pociągająca.   

 

Jan kochała swoją pracę w Górskim Pogotowiu Ratunkowym. Stanowili mały, ale zgrany, 

świetnie  wyszkolony  zespół.  Mieli  na  swoim  koncie  akcje,  w  których  uratowali  nie  tylko 
zdrowie, ale i życie wielu osób.   

Kiedy  weszła  do  pubu,  znów  poczuła  się  jak  w  domu.  Miała  tu  naprawdę  wielu 

znajomych i przyjaciół. Przy stoliku w rogu zobaczyła Alice, z którą rozmawiała po południu, 
i Joego Henshawa. Siedzieli blisko siebie i sprawiali wrażenie, że świetnie się czują w swoim 

towarzystwie. To chyba rzeczywiście coś poważnego, pomyślała Jan.   

Podeszła do stołu zajętego przez grupę ratowników. Od razu znalazło się dla niej miejsce. 

Otoczyły ją znajome twarze i głosy. Z ciekawością słuchała najnowszych wieści, opowiadała 
o  swoich  wakacjach,  pokazywała  świeżą  opaleniznę,  ze  śmiechem  zapewniając,  że  włoskie 
wino nie jest w połowie tak dobre jak angielskie piwo.   

W pewnym momencie rozejrzała się po sali i napotkała wzrok Chrisa. Uniósł szklankę w 

geście pozdrowienia.   

Poczuła  lekki  skurcz  serca,  ale  szybko  wytłumaczyła  sobie,  że  to  dlatego,  że  nie 

spodziewała się go zobaczyć. Miał na sobie spodnie z grubej bawełny i biały T-shirt. Na taki 
strój może sobie pozwolić jedynie mężczyzna o nienagannej sylwetce.   

Wiedziała, że musi przejąć rolę gospodyni. Wstała i podeszła do niego.   
– Chodź, przedstawię cię zespołowi.   
– To chyba dobry pomysł.   
Przy  stole  siedziało  kilkanaście  osób.  Jan  przedstawiła  Chrisa  jako  nowego  lekarza  i 

background image

wyjaśniła,  że  ze  względu  na  stan  zdrowia  John  Garrett  nie  będzie  brał  udziału  w  akcjach 
ratunkowych. Jego miejsce miał zająć Chris.   

–  Miałem  kiedyś  okazję  poznać  te  góry  –  zaczął  Chris  –  ale  daleko  mi  do  waszych 

umiejętności.  Dlatego  chętnie  się  zdam  na  wasze  przewodnictwo.  Ze  swojej  strony  mogę 
zaoferować całkiem spore doświadczenie w medycynie ratowniczej. Może mógłbym się wam 
przydać.   

Te słowa zostały przyjęte z aprobatą i wystarczyły do przełamania lodów.   

Jan  uświadomiła  sobie,  że  przy  stole  są  dwie  osoby,  które  uczestniczyły  w  tamtej 

tragicznej akcji sprzed sześciu lat: ona i Perry Sheldon, na co dzień pracujący w administracji 
szpitala. Perry zazwyczaj kierował wyprawami ratunkowymi.   

– Chris Garrett? – zastanawiał się. – Czy nie było cię wtedy z nami, kiedy... – Zawiesił 

głos, wracając myślami do wydarzeń z przeszłości.   

Jan zauważyła, że Chris zbladł.   
–  Tak,  Chris  był  z  nami,  gdy  zginął  mój  ojciec  –  powiedziała  szybko.  –  Ale  lepiej 

zmieńmy temat.   

Wiedziała, że głos jej się załamuje, ale nie umiała nad nim zapanować.   
– Tak, to było dawno – przyszedł jej z pomocą Perry. – Wróćmy do naszych spraw.   
Zaczęli rozmawiać o zakupach sprzętu, o potrzebnych funduszach, współpracy z policją. 

Chris  słuchał  uważnie,  ale  niewiele  mówił.  Jednak  zanim  spotkanie  się  skończyło,  było 

oczywiste, że został przyjęty do zespołu.   

– Podwieźć cię do domu, Jan? – spytał Chris, kiedy zaczęli się rozchodzić. Na jej twarzy 

malowało  się  wyraźne  zmęczenie.  –  Pada  deszcz,  a  nie  widziałem  na  zewnątrz  twojego 
samochodu.   

– Dziękuję, przejdę się. Mam kurtkę.   
– Pogoda jest paskudna, a ty masz za sobą ciężki dzień. Chyba że boisz się wsiąść ze mną 

do samochodu.   

– Nie boję się. Dobrze, podwieź mnie.   
Wiedziała, że utrzymanie pozorów przyjacielskich stosunków będzie ją dużo kosztowało, 

ale  nie  miała  wyjścia.  Nawet  niewielkie  napięcia  w  grupie  ratowniczej  psują  atmosferę  i 
przeszkadzają w sprawnym prowadzeniu akcji. A do tego nie chciała dopuścić.   

Wsiadła do samochodu. Chris nie odzywał się, co po chwili zaczęło ją irytować.   
– Cieszysz się, że do nas dołączyłeś? – spytała, żeby przerwać milczenie.   
– Tak – odparł lakonicznie. – Mam wrażenie, że wszyscy są bardzo przyjaźnie do mnie 

nastawieni.   

– Jednak nie oczekuj tego ode mnie.   
– Nie zamierzam. Ale chyba możemy razem pracować.   
– Tak, tyle możemy.   
Milczeli już do końca drogi. Chris zatrzymał się wreszcie pod jej domem.   
– No to chyba wszystko, co mieliśmy sobie do powiedzenia. Dobranoc.   
Wysiadła z samochodu i podeszła do drzwi. Zauważyła, że Chris czeka, aż znajdzie się w 

środku.  Zasunęła  za  sobą  zasuwę  i  westchnęła  ciężko,  chyba  po  raz  dziesiąty  tego  dnia. 

background image

Kręciło jej się w głowie. Zdecydowanie dosyć wrażeń jak na jeden dzień.   

 
Żeby nieco ochłonąć, przeszła się po domu. To był jej skarb, jej azyl. Sprzedała stary dom 

na farmie, w którym mieszkała z ojcem – nie umiała poradzić tam sobie ze wspomnieniami. 
Remont nowego pochłonął wiele pieniędzy, ale zrobiła z niego prawdziwe cacko.   

Na  parterze  kazała  zburzyć  wszystkie  ściany;  w  ten  sposób  z  trzech  małych  pokoików 

powstał obszerny salon. Po zdjęciu tynków na suficie odsłoniły się stare dwustuletnie belki. 
W dobudowanej części urządziła kuchnię. Na górze miała dwie sypialnie, jedną dla siebie, a 
jedną dla gości, oraz pokój do pracy. Znalazło się też miejsce na dwie łazienki.   

Sama  dobierała  wystrój,  meble  i  obrazy.  Za  każdym  razem,  gdy  tu  wracała,  czuła  się 

wspaniale.   

Zrobiła sobie długą,  relaksującą kąpiel.  Potem założyła szlafrok i  zeszła na dół,  by przy 

kominku  wypić  kubek  gorącej  czekolady.  Sięgnęła  po  pilota  i  włączyła  płytę.  Usłyszała 
łagodną muzykę, a potem głos Arety Franklin: „Przeżyję i to”.   

Kolejne  wezwanie  przyszło  dopiero  po  trzech  dniach.  Było  późne  popołudnie.  Jan 

właśnie wróciła do domu, kiedy zadzwonił John Garrett.   

– Mamy trzy osoby na Leffkow Rise, mężczyzna i dwóch chłopców. Nie ma zagrożenia 

życia. Mężczyzna ma jakiś problem z kostką, wygląda na zwichnięcie. Przy upadku zranił się 
też w głowę, ale twierdzi, że to tylko rozcięcie.   

–  Nie  można  wierzyć  mężczyźnie,  który  sam  sobie  stawia  diagnozę  –  zauważyła, 

pamiętając stare powiedzenie Penny.   

Przebrała  się  i  wróciła  do  przychodni.  Wiedziała,  że  ta  wyprawa  będzie  sprawdzianem, 

jak  sobie  radzi  z  obecnością  Chrisa.  Pozostali  uczestnicy  byli  już  na  miejscu.  Pakowali 
potrzebny  sprzęt.  Chris,  zajęty  rozmową  z  nimi,  nie  zwracał  na  Jan  większej  uwagi.  To 
zdecydowanie ułatwiało jej sytuację.   

Wyruszyli  w  dwóch  landroverach,  utrzymując  kontakt  z  policją.  Doskonale  znali  teren, 

więc  wiedzieli,  dokąd  mogą  dojechać  samochodami,  by  pieszy  odcinek  trasy  był  jak 
najkrótszy.  Kiedy  dotarli  na  miejsce,  rozdzielili  między  siebie  plecaki  ze  sprzętem  i  zaczęli 
zastanawiać  się  nad  wyborem  drogi  na  szczyt.  Peny,  który  dowodził  akcją,  przedstawił  im 
swoją propozycję. Jan była zdania, że lepiej pójść trasą dłuższą, ale łatwiejszą, bo zajmie im 
to mniej czasu. Po krótkim zastanowieniu Perry się z nią zgodził. Ruszyli.   

Szli w milczeniu, by niepotrzebnie nie tracić energii. Jan z łatwością dotrzymywała kroku 

ratownikom.  Jak  zawsze  roztaczające  się  widoki  przykuwały  jej  wzrok,  ale  nie  mogła  się 
powstrzymać,  by  od  czasu  do  czasu  nie  patrzeć  na  Chrisa.  On  też  szedł  równym  tempem. 
Wtedy przypomniała sobie ich wspólną akcję ratunkową sprzed sześciu łat i poczuła znany jej 
od dawna ból.   

Znaleźli  się  u  podnóża  Leffkow  Rise.  Wysoko  w  górze  dostrzegli  machającą  do  nich 

postać  ubraną  w  pomarańczową  kurtkę.  Zwolnili  nieco,  bo  szlak  stawał  się  coraz  bardziej 
niebezpieczny, zwłaszcza że podmuchy silnego wiatru dosłownie zwalały z nóg.   

Chris podszedł od razu do rannego mężczyzny, ale z badaniem poczekał, aż Jan zjawi się 

obok  niego.  Doceniła  ten  gest,  bo  większość  lekarzy  uważała,  że  stawianie  diagnozy  jest 

background image

wyłącznie ich sprawą. Chris dawał wyraźny sygnał, że oczekuje współpracy.   

Kostka mężczyzny była porządnie zwichnięta.   
–  Nazywam  się  Barry  Houghton  –  mówił,  gdy  pochylali  się  nad  jego  chorą  nogą.  – 

Przykro mi, że sprawiłem tyle zamieszania, ale mam tych chłopców pod opieką i nie chciałem 

nadmiernie ryzykować.   

–  Zupełnie  słusznie  –  potwierdziła  Jan.  –  My  też  uważamy,  że  pomoc  lepiej  wezwać 

wcześniej, zanim dojdzie do prawdziwej tragedii. Kim są ci chłopcy? 

–  To  Les  i  Erie.  Nie  znam  ich  dobrze.  Mój  przyjaciel,  który  prowadzi  klub  górski, 

poprosił mnie, żebym pokazał im, na czym polega wędrówka. Chyba ich nie zachęciłem.   

– Nie byłabym taka pewna – odparła Jan z uśmiechem.   
Chris poprosił Jan, by zabandażowała i unieruchomiła kostkę; to należało do obowiązków 

pielęgniarki.  Oboje  zaprotestowali,  kiedy  Barry  zapewniał,  że  da  radę  pójść  o  własnych 
siłach. Było oczywiste, że trzeba go będzie znieść na noszach.   

Zajęli się też jego raną na głowie. Krwawiła wcześniej dość mocno, ale na szczęście było 

to  powierzchowne  rozcięcie,  wymagające  jedynie  opatrunku.  Barry  twierdził  stanowczo,  że 
ani na chwilę nie stracił przytomności, źrenice w jego oczach miały taką samą wielkość, więc 
Jan i Chris uznali, że nie doszło do wstrząśnienia mózgu.   

Obaj  chłopcy,  dwunasto  –  i  trzynastolatek,  byli  nieco  przestraszeni.  Jan  zaniepokoiło 

nieco  zachowanie  starszego  –  był  niepewny,  mówił  powoli.  Chciała  z  nim  dłużej 
porozmawiać,  ale  Peny  nalegał,  by  się  pospieszyli,  bo  zanosiło  się  na  deszcz.  Ułożyli 
Barry’ego na noszach i ustalili system zmian. Jan miała się zająć chłopcami.   

Na początku wszystko szło dobrze, lecz Jan zauważyła, że pomimo dość wolnego tempa 

chłopcy i tak zostają w tyle. To starszy, Les, nie mógł nadążyć za pozostałymi.   

– Chris! – zawołała. – Podejdź do nas. Reszta grupy zatrzymała się.   
– Droga nie jest trudna, na dodatek z góry – zauważył, kiedy do nich podszedł. – Dwóch 

silnych chłopaków jak wy nie powinno mieć problemów. Czy dzieje się coś złego? 

Obaj  pokręcili  głowami.  W  tym  momencie  Jan  domyśliła  się,  o  co  chodzi.  Odciągnęła 

Lesa na bok i zapytała: 

– Kiedy ostatni raz coś jadłeś? 
Spojrzał na nią, jakby nie rozumiejąc pytania.   
– Masz cukrzycę, tak? – spytała ponownie Jan.   
– Nie zjadłeś o odpowiedniej porze i to dlatego? 
Les potwierdził niewyraźnym kiwnięciem głowy.   
– Mam tu coś dla ciebie. – Jan sięgnęła do plecaka po butelkę mocno słodzonego soku 

pomarańczowego.   

– Wypij.   
Les  posłuchał,  i  po  krótkiej  chwili  poczuł  się  znacznie  lepiej.  Jan  zawsze  wydawało  się 

zadziwiające, jak szybko osoby z hipoglikemią dochodzą do siebie po podaniu im cukru.   

– Czy pan Houghton wiedział, że masz cukrzycę? Les wyglądał na zawstydzonego.   
– Nic mu nie mówiłem. Bałem się, że nie będzie mnie chciał ze sobą zabrać.   
– To akurat było wyjątkowo głupie – powiedziała z naciskiem Jan.   

background image

Zauważyła, że Chris się jej przygląda.   
– Przepraszam, jeżeli wtrąciłam się w twoje kompetencje.   
–  Nie  ma  o  czym  mówić.  –  Wzruszył  ramionami.  –  Też  bym  to  pewnie  zauważył,  ale 

byłaś pierwsza.   

Dalsza  droga  przebiegała  bez  problemów.  Uznali,  że  całą  trójkę  powinno  się  przewieźć 

do  szpitala,  więc  zadzwonili  z  prośbą,  by  karetka  czekała  na  nich  na  dole.  Powiadomili  też 
policję, bo takie były przepisy.   

– Nasza druga wspólna akcja – zauważył Chris, gdy wypakowywali sprzęt w przychodni.   
– Mam nadzieję, że podczas następnych pójdzie nam równie dobrze – odrzekła pozornie 

obojętnie.   

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

 

Chris  podjechał  pod  dom,  ale  nie  wysiadał.  Nadal  był  spięty  i  zdenerwowany.  Przez 

chwilę miał ochotę udać się w jakieś dzikie, odludne miejsce i pójść na długi spacer. Może 
tak udałoby mu się uspokoić. Wiedział jednak, że byłoby to nierozsądne – zrobiło się ciemno 
i zaczął padać deszcz.   

Wszedł do domu. Przez długą chwilę nie mógł znaleźć sobie miejsca. Zrobił herbatę, ale 

okazało  się,  że  wcale  nie  ma  na  nią  ochoty.  Sięgnął  po  butelkę  whisky  i  odstawił  ją  z 
powrotem.  Włączył  telewizor,  ale  nie  znalazł  nic,  co  by  go  choć  w  najmniejszym  stopniu 
zainteresowało. Nie próbował już nawet czytać.   

Usiadł w fotelu, oddychając głęboko i niemal siłą próbując zmusić się do opanowania. To 

za  granicą  nauczył  się,  że  czasami  nie  da  się  nic  zrobić,  można  jedynie  siedzieć  i  czekać. 
Nawet  gdy  ludzie  potrzebowali  jego  pomocy,  musiał  siedzieć  i  czekać,  bo  pomoc  była 
niemożliwa.   

Pamiętał  swoją  złość,  gdy  znalazł  się  z  ekipą  w  rejonie  dotkniętym  powodzią.  To  było 

trzy  miesiące  po  jego  pierwszym  przylocie  do  Bangladeszu.  W  odległości  niecałych  dwóch 
kilometrów mieszkańcy małej wioski potrzebowali pomocy. A oni nie mogli do nich dotrzeć, 
bo nie mieli łodzi.   

– Zróbmy coś! – krzyczał do szefa ekipy. – Przecież oni tam umierają! Nie wolno ich tak 

zostawić! 

– Sądzisz, że dużo im pomoże, jak sami zginiemy? – usłyszał w odpowiedzi. – Najlepiej 

im pomożesz, jeżeli spróbujesz się trochę przespać. Będziesz miał więcej sił na jutro.   

To była trudna lekcja. Ale z czasem jego złość wyparowała. Złość nikomu nie pomaga.   

Powoli  się  uspokajał.  Wiedział,  że  powodem  jego  zdenerwowania  jest  Jan.  Przez  cały 

czas stała mu przed oczami w swojej ciemnoczerwonej sukience. Dlaczego robi na nim takie 
wrażenie? Nie chciał tutaj  wracać. Prawie o niej zapomniał, był  już prawie szczęśliwy.  Nie 
chciał, by znów wkraczała w jego życie.   

Nie  umiał  rozeznać  się  w  swoich  uczuciach.  Kiedy  się  rozstawali,  ścierały  się  w  nim 

przeciwstawne  emocje.  To  prawda,  była  jego  pierwszą  miłością,  kochał  ją  niewiarygodnie 

mocno,  ale  tym  trudniej  tyło  pogodzić  mu  się  z  tym,  co  się  wydarzyło.  Bo  czuł  także  żal  i 
złość z powodu zdrady. Jak mogła mu nie zaufać! 

Wszystkie te uczucia powróciły.  I jak zauważył,  ona też ani  nie zapomniała,  ani  mu  nie 

wybaczyła. Nie próbowała nawet zrozumieć, dlaczego tutaj wrócił. Była zajęta jedynie swoim 
bólem.   

Może powinien powiedzieć wujowi, że wyjeżdża.  Że ta sytuacja  go po prostu  przerasta, 

że wzięła górę jego wrodzona zawziętość, że nie będzie robił nic wbrew sobie.   

Ale chcąc być szczery wobec siebie, musiał też przyznać, że chce zostać, bo Jan nadal go 

pociąga. Oczywiście czysto fizycznie.   

Po kilku dniach Jan doszła do wniosku, że może pracować z Chrisem, jeśli tylko  go nie 

spotyka. Nie zaglądała do pokoju dla personelu, jeżeli spodziewała się go tam zastać. Miała 

background image

swoją poradnię, swoje wizyty u pacjentów, na które nie musi go zabierać. Gdy potrzebowała 
konsultacji lekarskiej, zwracała się do Johna.   

Nieczęsto  spotykała  Chrisa,  ale  miała  nieustanną  świadomość  jego  obecności.  Zdarzało 

się,  że  przelotnie  widywała  go  na  korytarzu.  Posyłała  mu  wówczas  wymuszony  uśmiech  i 
pospiesznie szła dalej. Irytowało ją, że też się do niej uśmiechał i że doskonale zdawał sobie 
sprawę ze stanu jej uczuć.   

Po  tygodniu  zjawił  się  u  niej  na  dyżurze  w  poradni  dla  kobiet.  Zwykle  prowadziła  ją 

sama, ale czasem pacjentki potrzebowały  też porady  lekarskiej.  Tak było właśnie tego dnia. 
Spodziewała się Johna, ale ten wysłał w zastępstwie Chrisa. No cóż, skoro nie ma wyjścia, 
będzie z nim pracować. W końcu ich stosunki zawodowe mogą być poprawne.   

Kiedy wszedł do gabinetu, wręczyła mu kartę pacjentki.   
– Pani Sledmere – powiedziała krótko.   
Chris przeczytał uważnie jej notatki, zmarszczył brwi i zapytał: 
– Nie widzę nic niepokojącego. Badałaś ją w zeszłym tygodniu, wyniki badań są dobre. 

Wygląda na całkiem zdrową pięćdziesięciolatkę. Gdzie tu problem? 

– Nie jestem pewna. Skarży się na powracający kaszel i częste bóle głowy. Kiedy bierze 

lekarstwa, jest lepiej, ale to mnie właśnie martwi. Miewa też podwyższoną temperaturę. No i 
od jakiegoś czasu traci na wadze. Jestem pewna, że coś jest nie w porządku.   

– Kobieca intuicja? 
–  Zawodowa  intuicja.  Usłyszałam  kiedyś  od  pewnego  mężczyzny,  że  w  medycynie  nie 

wszystko jest nauką.   

–  Niektórzy  mężczyźni  nie  powinni  się  czasem  odzywać  –  zauważył  z  uśmiechem.  – 

Poproś ją do gabinetu.   

Chris  dokładnie  zbadał  pacjentkę,  ze  szczególną  uwagą  osłuchując  jej  klatkę  piersiową. 

Potem przeprowadził z nią długą rozmowę o jej pracy, rodzinie, zainteresowaniach, ostatnich 
wakacjach w Azji. Po raz kolejny Jan musiała przyznać, że Chris ma niezwykłą umiejętność 
nawiązywania kontaktu z pacjentami, a oni chętnie się przed nim otwierają.   

–  Moim  zdaniem  powinna  się  pani  poddać  dodatkowym  badaniom  –  podsumował 

rozmowę. – Najpierw prześwietlenie klatki piersiowej.   

– Przecież robiłam je w zeszłym roku i wszystko było w porządku.   
– Ale teraz trzeba zrobić nowe. Konieczne jest też badanie plwociny.   
– Panie doktorze, co mi jest? 
–  Być  może  nic,  ale  pewność  będziemy  mieli  po  uzyskaniu  wyników.  Zapiszemy  teraz 

panią na prześwietlenie.   

– Czy coś przegapiłam? – zapytała Jan, gdy pani Sledmere wyszła z gabinetu.   
– Nie sądzę, ale ja miałem do czynienia z podobnymi przypadkami w Azji. Chodzi mi o 

te szmery w klatce piersiowej i powiększone węzły chłonne.   

Jeśli się to połączy ze spadkiem wagi, lekką gorączką i ostatnią wizytą w Azji, to wniosek 

jest jeden: chyba ma gruźlicę.   

– Gruźlicę? 
– Mamy w kraju coraz więcej przypadków tej choroby, bo ludzie częściej wyjeżdżają za 

background image

granicę.   

– Więc jednak coś przeoczyłam.   
–  Niczego  nie  przeoczyłaś.  Co  więcej,  zauważyłaś  niepokojące  objawy  i  nie 

zlekceważyłaś  ich,  mimo  że  pacjentka  specjalnie  na  nic  się  nie  skarżyła.  Jeżeli  to 
rzeczywiście gruźlica, to w bardzo wczesnym stadium i dość łatwo da się wyleczyć.   

–  Wolałabym,  żebyś  to  ty  poinformował  ją  o  wynikach.  Jesteś  jej  lekarzem.  –  Jan 

spojrzała  na  zegarek.  –  Następną  pacjentkę  mamy  za  piętnaście  minut.  Możesz  pójść  na 
herbatę.   

– Ty nie będziesz piła? 
– Nie, mam tu jeszcze trochę pracy.   
–  No  to  pracuj.  –  Z  tymi  słowami  wyszedł,  a  Jan  zrobiło  się  trochę  przykro,  że  nie 

poświęcił jej więcej uwagi.   

Po  kilku  minutach  drzwi  gwałtownie  się  otworzyły  i  stanął  w  nich  Chris  z  dwoma 

kubkami herbaty.   

– Nie będę ci przeszkadzał, posiedzę z boku i coś poczytam.   
Jan próbowała skupić się na notatkach, ale obecność Chrisa wcale jej tego nie ułatwiała. 

Tak  jakby  wypełnił  sobą  cały  pokój.  Nie  mogła  nie  zwracać  uwagi  na  jego  nieruchomą 
postać,  na  białą  koszulę,  pod  którą  rysowały  się  mięśnie,  na  spojrzenia,  które  rzucał  w  jej 
kierunku. Po prostu nie mogła przy nim pracować! Odetchnęła z ulgą, gdy zadzwonił telefon.   

– Mówi Andy Dixon, z warsztatu. Jan, twój samochód nie jest w dobrym stanie. Chyba 

dawno nie przechodził porządnego przeglądu.   

– To prawda – przyznała. – Ale powiedz od razu, ile to będzie kosztowało.   
– Części może nie będą drogie, ale robocizna tak. Musimy zrobić pełny przegląd. Układ 

kierowniczy jest w porządku, natomiast trzeba naprawić hamulce: wymienić z przodu tarcze, 
a z tyłu szczęki. No i odpowietrzyć cały układ.   

– Czyli razem ile? 
Niemal się zachłysnęła, gdy usłyszała odpowiedź.   
–  Ile?  Zadzwonię  do  ciebie  później.  Odchyliła  się  na  krześle.  Na  szczęście  miała  tyle 

pieniędzy, ale wiedziała, że taki wydatek poważnie nadszarpnie i tak nadwerężony wakacjami 
budżet.   

– Zła wiadomość? – spytał Chris.   
Nie  chciała  zwierzać  mu  się  ze  swoich  problemów,  ale  była  tak  zszokowana,  że  nie 

umiała się powstrzymać.   

–  Na  razie  przegląd  i  hamulce,  ale  pewnie  wyjdzie  jeszcze  parę  rzeczy.  Co  najmniej 

osiem godzin pracy – zauważył, gdy powtórzyła mu słowa mechanika.   

– Jeśli chcesz, mogę się tym zająć w sobotę.   
– Co takiego? – Nie była pewna, czy dobrze usłyszała.   
– Mogę ci zreperować samochód. Kup tylko potrzebne części.   
– Znasz się na samochodach? 
– I to całkiem nieźle, zwłaszcza na landroverach. Już ci przecież mówiłem. Te, którymi 

jeździłem  w  Azji,  były  mocno  zdezelowane.  Psuły  się  często,  a  mechanika  nie  było  łatwo 

background image

znaleźć. Musiałem nauczyć się radzić sobie sam, bo inaczej w ogóle nie mógłbym dojechać 
do pacjentów.   

– Ale dlaczego miałbyś tracić czas na mój samochód? Przecież nie jesteśmy przyjaciółmi, 

nawet niespecjalnie się lubimy...   

Chris wzruszył ramionami.   
– Taka praca sprawia mi przyjemność. Martwe mechanizmy to nie ludzie, nie zachowują 

się dziwnie, nie kłamią. Kiedy uda mi się naprawić samochód, mam poczucie spełnienia. A 
poza wszystkim samochód jest ci potrzebny do pracy. – Zamilkł na chwilę i przeniósł wzrok 
na wiszące za jej plecami plansze. – Mówisz, że się nie lubimy. Może masz rację. Ale kiedyś 
się lubiliśmy. I to bardzo.   

– Kiedyś tak. Ale to minęło.   
– Fakt – przytaknął. – A teraz z niewiadomych powodów chcę zreperować ci samochód. 

Mam zadzwonić do warsztatu i powiedzieć, żeby zamówili części? 

Patrzyła na niego, próbując odgadnąć jego myśli, ale wyraz jego twarzy nie zdradzał nic. 

To  był  zupełnie  nowy  Chris.  Kiedyś  często  umiała  dostrzec,  co  się  z  nim  dzieje,  zanim 
jeszcze on stał się tego świadomy.   

– Nadal nie rozumiem, dlaczego chcesz to zrobić. Dlaczego chcesz coś zrobić dla mnie.   
–  Przecież  powiedziałem,  że  robię  to  przede  wszystkim  dla  siebie.  Mam  zadzwonić  do 

warsztatu? 

Nie  była  przekonana,  czy  to  jest  dobry  pomysł.  Ta  sytuacja  tylko  by  ich  do  siebie 

zbliżyła, a tego za wszelką cenę starała się uniknąć. Z drugiej jednak strony kwestia pieniędzy 
też ma znaczenie.   

– Dobrze, zadzwoń. – A po chwili wahania dodała: – Dziękuję.   
– Nie ma za co. – Spojrzał na zegarek. – Chyba czas na kolejną pacjentkę. Co dolega pani 

Mavis Chalmers? 

–  Uważa,  że  ma  zespół  nadwrażliwego  jelita,  ale  jej  prawdziwym  problemem  jest 

nadmierna gadatliwość.   

 

Chris zajrzał do niej dwie godziny później.   
– Dzwoniłem do warsztatu i ustaliłem, jakie części będą potrzebne. Odbierzesz je razem z 

samochodem.  Andy  mówi,  że  przez  parę  dni  możesz  nim  jeździć,  ale  musisz  uważać. 
Przyniosę  narzędzia.  Czy  odpowiada  ci  jedenasta  przed  południem?  –  Ton  jego  głosu  był 
niemal obojętny.   

– Świetnie. Naprawdę nie wiem, co powiedzieć. Bardzo ci dziękuję.   
– Po prostu lubię takie zajęcia.   
Spojrzała  na  niego  i  znów  przeżyła  ten  sam  wstrząs.  Jego  ciało  wywierało  na  niej 

niezwykle  silne  wrażenie.  Widywali  się  ostatnio  częściej,  ale  chwilami  jego  męskość  po 
prostu ją przytłaczała.   

– Jak wracasz dziś do domu, skoro nie masz samochodu? – zapytał.   
– Umówiłam się z Marthą, naszą rejestratorką. Lubimy czasem pogadać.   
Bała się, że Chris zaproponuje jej podwiezienie, a wcale nie miała na to ochoty.   

background image

Dla niej sprawy toczyły się zbyt szybko. Miała zamiar powiedzieć mu, by nie reperował 

jej  samochodu,  że  zostawi  go  w  warsztacie,  ale  było  już  za  późno.  Jan  trochę  się  pogubiła. 
Dokąd to wszystko zmierza? 

 

Skończyła pracę i porządkowała papiery na biurku, kiedy zadzwonił telefon.   
– Jan? Mówi Penny Driscoll – usłyszała znajomy głos. – Dobrze, że cię zastałam.   
Jan uśmiechnęła się.   
– Miło cię słyszeć, Penny. Miałam do ciebie zadzwonić w sprawie pani Thwaite z farmy 

High Force i podziękować za wiadomość, którą mi zostawiłaś.   

– No właśnie. Znałam ją jeszcze jako pannę. W jej rodzinie były dwa lub trzy przypadki 

choroby Gravesa-Basedowa. Oni nie pochodzą stąd, tylko z okolic Lancaster.   

– Te informacje bardzo nam się przydały. Zaczęliśmy już leczenie.   
–  To  dobrze.  Jan,  dlaczego  mi  nie  powiedziałaś,  że  Chris  Garrett  przyjechał?  –  To  jest 

cała Penny. Od razu przechodzi do rzeczy.   

– Nie myślałam, że to cię zainteresuje.   
–  I  to  jak!  Bardzo  go  polubiłam.  I  bardzo  żałowałam,  kiedy  się  rozstaliście.  Jak  sobie 

radzisz w tej nowej sytuacji? 

– Nieźle. Pracujemy razem i jesteśmy wobec siebie uprzejmi.   
–  Rozumiem.  –  Jan  podejrzewała,  że  Penny  coś  przed  nią  ukrywa.  –  Skoro  pracujecie 

razem, to zabierz go do mnie na wizytę.   

– To chyba nie jest dobry pomysł. Przyjadę sama. Penny aż prychnęła.   
– Pamiętaj, że jesteś pielęgniarką, a on lekarzem.   
A  ja  jestem  starą,  biedną  emerytką  i  może  akurat  zachorowałam.  Oboje  jesteście  mi 

potrzebni.   

– Jesteś starą, biedną emerytką, która uprawia ogródek wielkości małej farmy. Trzymasz 

pszczoły, kaczki i kury. Wygrywasz wszystkie nagrody na wystawach ogrodniczych. Odkąd 
cię znam, nie byłaś chora nawet przez jeden dzień. I teraz też nie jesteś.   

– To może dziś wieczorem? Dam wam po słoiku mojego miodu.   
Jan wiedziała, że Penny się nie podda.   
– Zapytam Chrisa i dam ci znać.   
– Dlaczego Penny chce mnie wiedzieć? 
– Przecież sam mówiłeś, że chętnie byś ją odwiedził.   
– Rzeczywiście. Tylko ostatnio inne rzeczy zaprzątały mi głowę.   
–  Jeszcze  nikt  mnie  nie  nazwał  „inną  rzeczą”  –  zauważyła  z  przekąsem.  –  Nie  mam 

pojęcia, dlaczego Penny chce widzieć nas oboje. Ale widocznie ma powody.   

Do domu Penny mieli ponad piętnaście kilometrów. Jan trochę się denerwowała. Może to 

jest tylko zwyczajna towarzyska wizyta? Ale z drugiej strony nie wyjaśniła Penny, jaki był 
powód ich rozstania. Usłyszała wówczas od niej: „Nie będę naciskać. Wiem, że między wami 
się  nie  układa.  Powiesz  mi,  jak  będziesz  chciała,  a  ja  postaram  się  ci  pomóc”.  Więcej  nie 
wracały do tego tematu.   

Domek Penny stał  w rzędzie podobnych domów z szarego kamienia. Frontowy ogródek 

background image

mienił się barwami wielu gatunków kwiatów. Jan wiedziała, że z tyłu jest większy ogród, w 
którym też nie ma najmniejszego chwastu.   

–  Gdyby  o  coś  pytała,  to  jesteśmy  przyjaciółmi  i  załatwiliśmy  między  sobą  sprawy  z 

przeszłości, dobrze? 

– Bo to z grubsza prawda – przytaknął. – Niestety. Jan nie odpowiedziała, tylko zapukała 

do drzwi.   

 

Penny  przez  te  lata  prawie  się  nie  zmieniła.  Jej  siwe  włosy  stały  się  śnieżnobiałe,  ale 

sylwetkę miała nadal wyprostowaną.   

–  Jak  ja  was  oboje  lubię!  –  powitała  ich  wesoło.  –  Chodźcie,  przygotowałam  dla  was 

podwieczorek.   

Usiedli  na  ganku  oplecionym  przez  pnące  róże.  Penny  poczęstowała  ich  herbatą  i 

maleńkimi kanapkami, które zrobiła z chleba domowego wypieku. Przez chwilę gawędzili o 
pracy  Jan,  o  znajomych  pacjentach,  wymieniali  wieści  i  ploteczki  z  okolicy.  Potem  Chris 
opowiadał o swojej pracy za granicą i planach na przyszłość.   

– Chcesz pracować jako lekarz rodzinny gdzieś w Lincolnshire? – Penny nie wyglądała 

na zadowoloną.   

– A jak się ci żyje na emeryturze? – zapytał.   
–  Nieźle.  Jestem  tak  samo  zajęta,  ale  płacą  mi  dużo  mniej.  Raz  w  tygodniu  prowadzę 

lekcje  w  szkole.  A  wczoraj  byłam  tam  na  przedstawieniu  kółka  dramatycznego.  Wystawili 
„Romea i Julię”, bardzo porządny spektakl.   

– A nie chciałaś sama wystąpić? – spytała Jan.   
–  O  nie.  Poza  tym  uważam,  że  to  najmniej  udana  ze  sztuk  Szekspira.  Dwoje 

nieopierzonych nastolatków, którym ktoś powinien przemówić do rozumu.   

– Uważasz, że takie historie się nie zdarzają? 
– Zdarzają, i to za często. Ludzie wiedzą, czego chcą, ale nie umieją o to walczyć. Tak jak 

wy.   

– Jak my? – zdziwiła się Jan. – A co my mamy z tym wspólnego? 
– Macie tak samo mało zdrowego rozsądku.   
– Penny, to nie twoja sprawa. – Jan czuła, że zaczyna się irytować.   
–  Jako  pielęgniarka  społeczna  powinnaś  wiedzieć,  że  czasami  trzeba  się  wtrącać  w  nie 

swoje sprawy. Żałuję, że kilka lat temu się nie wtrąciłam. Nadal nie lubicie się tak jak wtedy? 

– Prawie – odparł Chris.   
– Nie zmądrzeliście z wiekiem.   
Penny położyła na stole przed każdym z nich długopis i kartkę.   
– Macie dziesięć minut, żeby napisać, dlaczego się nie lubicie.   
Jan zerwała się z miejsca.   
– Mam już tego dosyć. Wychodzę. Jesteś moją przyjaciółką,  więc ci  wybaczam. Ale to 

nie twoja sprawa. Nie będę nic pisać.   

– Chris ma ochotę coś napisać – zauważyła Penny spokojnie. – Nie chcesz wiedzieć, co 

ma do powiedzenia? 

background image

– Wyjaśniliśmy sobie wszystko sześć lat temu! 
–  Tak?  Spokojnie,  bez  emocji  i  w  wyważony  sposób?  Nie  zamierzam  czytać,  co 

napiszecie. Wymienicie się potem kartkami. I postarajcie się być szczerzy aż do bólu.   

Jan poczuła, że łzy płyną jej po policzkach.   
– Nie chcę tego robić.   
– Czasem lepiej przeciąć ropiejący wrzód.   
Jan spojrzała na Chrisa. Wydawał się spokojny, ale mocno zbladł.   
– Masz zamiar wziąć udział w tym przedstawieniu? – spytała z niedowierzaniem.   
– Jeżeli to mogłoby coś zmienić...   
– W porządku. Niech będzie. – Usiadła i ze złością sięgnęła po długopis.   
– Pójdę zrobić więcej herbaty – oznajmiła Penny, wstając z krzesła.   
Jan wpatrywała się w pustą kartkę. Uniosła głowę i napotkała wzrok Chrisa. Jego kartka 

też była pusta.   

– Przecież chciałeś coś napisać – rzuciła ostro. – Na co czekasz? 
– To nie takie proste – powiedział. – Wśród tylu emocji słabo pamiętam fakty.   
– Fakty są oczywiste. Jesteś odpowiedzialny za śmierć mojego ojca.   
– Może.   
Jan pochyliła się nad kartką, ale poczuła pustkę w głowie.  Chris  ma rację,  emocje biorą 

górę nad faktami. W końcu udało jej się zacząć.   

Po  dziesięciu  minutach  Penny  wróciła  na  ganek.  Chris  i  Jan  byli  tak  pochłonięci 

pisaniem, że nawet jej nie zauważyli. Czekała spokojnie, aż skończą.   

–  Napijcie  się  teraz  herbaty  –  powiedziała  wreszcie.  –  A  ja  chciałabym  wyjaśnić  wam 

parę rzeczy.   

Przymknęła  na  moment  oczy,  a  Jan,  patrząc  na  jej  pomarszczoną  twarz,  uświadomiła 

sobie, że Penny się starzeje.   

–  Znałam  twojego  ojca,  Jan,  odkąd  byliśmy  dziećmi  –  zaczęła.  –  Byliśmy  dobrymi 

przyjaciółmi. Dlatego przesłuchiwano mnie przy ustalaniu przyczyny jego śmierci. Chris, ty 
wyjechałeś zaraz po złożeniu zeznań na policji. A do ciebie, Jan, niewiele wówczas docierało, 
bo byłaś w szoku. Przypomnijmy więc parę faktów. W nocy zebrano ekipę ratunkową, twój 
ojciec  miał  ją  prowadzić.  Oboje  braliście  udział  w  tej  akcji.  Grupa  wspinaczy  utknęła  na 
szczycie Carran Edge. Trójka odpadła od ściany, jeden z nich szybko tracił krew i wymagał 

natychmiastowej pomocy.   

– Po co to wszystko  mówisz? Przecież wiemy, co się wydarzyło – wpadła jej w słowo 

Jan.   

–  Zaczekaj.  Robiliście,  co  w  waszej  mocy,  ale  to  i  tak  było  za  mało.  Idąc  głównym 

szlakiem, dotarlibyście za późno. Dlatego podjęto decyzję, że ekipa się rozdzieli. Twój ojciec 

i  Chris  jako lekarz mieli pójść skrótem, dość niebezpiecznym,  ale pozwalającym  oszczędzić 
ponad pół godziny. Gdyby udało się im wspiąć na stromy klif.   

Jan spojrzała na Chrisa. Jego twarz wydawała się jeszcze bielsza.   
– Ale się nie udało – ciągnęła Penny. – Twój ojciec się przewrócił i skręcił kostkę. Ale 

kazał  Chrisowi  iść  dalej  i  dostarczyć  plazmę  rannemu.  Potem  ktoś  miał  po  niego  wrócić. 

background image

Chris upewnił się, że może Jima bezpiecznie zostawić i...   

– To nie tak! Ojciec był ranny w głowę. Dlatego umarł. To było pęknięcie czaszki. Każdy 

lekarz powinien to zauważyć! 

–  W  nocy,  przy  takiej  pogodzie,  w  świetle  latarki?  Kiedy  pacjent  mówi,  że  nic  się  nie 

stało?  Może.  W  każdym  razie  był  przytomny,  kiedy  Chris  go  zostawił.  Chris  dostarczył 
plazmę rannemu, ale okazała się niepotrzebna, bo ekipa ratunkowa z sąsiedniej doliny dotarła 
tam  wcześniej.  Chris  poprowadził  waszą  grupę  do  Jima,  ale  on  już  nie  żył.  Zniesiono  go  z 
gór, a za przyczynę zgonu uznano nieszczęśliwy wypadek.   

Zapadła cisza. Po chwili Penny odezwała się: 
–  Chcecie  teraz  wymienić  się  kartkami?  I  przeczytać  je...  spokojnie?  A  potem  powiem 

wam coś jeszcze.   

Jan i Chris z wahaniem podali sobie kartki. Jan przeczytała słowa Chrisa faz, potem drugi 

i trzeci. Już otwierała usta, by coś powiedzieć, ale się powstrzymała. Czekała sześć lat, może 
poczekać jeszcze trochę. Spojrzeli sobie z Chrisem w oczy.   

– Twierdzisz, że to mój ojciec podjął decyzję, żeby pójść tym skrótem. Ale słyszałam, jak 

się spieraliście. Mówiłeś, że trzeba dotrzeć do rannych jak najszybciej.   

– To była jego decyzja.   
– Wcześniej mi tego nie powiedziałeś.   
– Bo nie pytałaś. Z góry uznałaś, że masz rację. A ja nie miałem ochoty się bronić. Mimo 

że to była jego decyzja – powtórzył.   

– I nie mówił, że zranił się w głowę? 
– Mówił tylko o skręceniu kostki.   
– Nie sprawdziłeś? 
–  Może  powinienem  był.  Dzisiaj  bym  to  zrobił,  ale  wtedy  byłem  młody  i  myślałem 

jedynie  o  dotarciu  do  poszkodowanych.  Twój  ojciec  zapewnił  mnie,  że  nic  mu  nie  jest. 
Upierał się, żebym szedł dalej sam.   

– Powiedziałam wtedy, że go zabiłeś. Bo tak to wyglądało: nie sprawdziłeś, co mu jest, i 

zostawiłeś go na pastwę losu. Twoja wina.   

–  Przez  długi  czas  też  tak  myślałem,  chociaż  i  tak  niewiele  mógłbym  zrobić  przy  jego 

obrażeniach. Ale gdybym wiedział, co mu jest, to pewnie bym przy nim został. – Spojrzał jej 
w oczy. – Wierzysz mi? 

–  Tak  –  powiedziała  po  chwili.  –  Potem  się  pokłóciliśmy...  Nie  chciałam  cię  widzieć. 

Więc wyjechałeś. Nic mi nie wyjaśniłeś.   

–  Popatrz,  co  napisałem.  Oskarżyłaś  mnie  o  śmierć  swojego  ojca,  a  ja  i  tak  miałem 

poczucie  winy,  że  go  zostawiłem.  Ale  najbardziej  zabolał  mnie  twój  brak  zaufania. 
Uważałem,  że  powinnaś  mnie  wysłuchać,  zanim  wydasz  wyrok.  I  miałem  nadzieję,  że  mi 
wybaczysz. Nie zrobiłaś ani jednego, ani drugiego. Wszystko, co było między nami, nagle się 

rozsypało. Dlatego chciałem wyjechać i zapomnieć o tobie.   

– I udało ci się? 
– Nie. A ty zapomniałaś o mnie? 
–  Nie  umiałam.  Nie  mogłam  pogodzić  się  z  tym,  że  mężczyzna,  z  którym  tyle  mnie 

background image

łączyło, zabił mojego ojca.   

–  A  ja  nie  mogłem  pogodzić  się  z  tym,  że  mnie  opuściłaś,  kiedy  cię  najbardziej 

potrzebowałem.   

– Była wtedy dzieckiem – wtrąciła Penny łagodnie. – Miała dziewiętnaście lat. A ty nie 

byłeś wiele starszy. Ale jest jeszcze coś, z czego nie zdajecie sobie sprawy. Nie wiem, czy ta 
wiedza wam pomoże... Jan, pamiętasz, jak umierała twoja matka? 

Tego pytania najmniej się spodziewała.   
– Oczywiście. Miała raka płuc. To trwało dwa lata. Kiedy zmarła, miałam szesnaście lat. 

Długo nie mogłam się z tym pogodzić.   

– Twój ojciec też.   
– Jej choroba niemal go zbiła. Patrzył, jak z silnej, pełnej radości kobiety powoli zostaje... 

Dla niej też to było bolesne. A potem umarła.   

Głos  Jan  się  załamał.  Chris  ujął  jej  dłonie,  ale  zaraz  się  wycofał.  Spojrzała  na  niego  ze 

zdziwieniem.   

– Chciałeś mnie wziąć za rękę, ale nie byłeś pewny, jak zareaguję.   
–  Przypomniałem  sobie,  jak...  –  Wziął  głęboki  oddech.  –  Penny,  miałaś  nam  coś 

powiedzieć.   

–  Tak,  ale  złamię  w  ten  sposób  dane  Jimowi  słowo.  Przysięgłam  mu,  że  dochowam 

tajemnicy.   

– Jaką tajemnicę miał mój ojciec? – Jan była zaskoczona.   
– Zwierzył  się mnie, a nie doktorowi Garrettowi, bo byliśmy przyjaciółmi. Twój ojciec 

miał nieoperacyjny nowotwór jelita. Byłam z nim w szpitalu u onkologa. Zostało mu jakieś 
sześć miesięcy życia. Wiedział doskonale, że będzie to czas wypełniony bólem i cierpieniem. 
Także dla ciebie, Jan. Kochał cię i chciał ci tego oszczędzić.   

– Próbujesz mi powiedzieć, że ten wypadek...   
– Może tak wtedy pomyślał. Może doszedł do wniosku, że szybka śmierć będzie lepsza 

niż  powolne  konanie  w  męczarniach.  I  dlatego  podjął  decyzję  o  wyborze  tak  ryzykownej 
drogi, a potem kazał Chrisowi iść samemu.   

Jan patrzyła bezradnie na Chrisa i Penny.   
– Przez tyle lat nosiłam w sobie nienawiść. Już jej nie czuję, ale została po niej pustka.   
– Doskonale cię rozumiem – odezwał się Chris. – Długo opierałem swoje życie na czymś, 

czego nie ma. Trudno sobie z tym poradzić.   

Penny wzięła zapisane kartki papieru i podarła je na kawałeczki.   
– Chyba wasza wizyta u starej kobiety dobiegła końca. Idźcie już, na pewno macie swoje 

sprawy. Zaglądajcie do mnie czasami.   

Jan wstała i objęła ją czule.   
– Nawet nie wiesz, co dla nas dziś zrobiłaś.   
– Mam nadzieję, że wyjdzie to wam na dobre.   
 

Milczeli przez całą powrotną drogę. Dopiero gdy stanęli przed domem Jan, Chris spojrzał 

na nią i powiedział: 

background image

– Nie proś, żebym wszedł do ciebie. Jeszcze nie jesteśmy na to gotowi. Życie wywróciło 

się nam do góry nogami. Musimy to przemyśleć.   

– Wiem. Nie mamy powodów, żeby się dłużej nie lubić. Tylko co nam pozostało? 
–  Kochaliśmy  się,  ale  to  minęło.  Zabiliśmy  miłość  nienawiścią.  Musimy  zaczynać  od 

początku, cokolwiek by to miało być. Właściwie jesteśmy sobie obcy.   

– Obcy nie, bo za wiele nas łączyło. Ale masz rację, musimy zacząć od początku. – Nie 

wysiadała  z  samochodu,  czuła,  że  musi  coś  jeszcze  dodać.  –  Mamy  za  sobą  trzy  cudowne 
miesiące. Potem sześć lat, które były straszne. Mam nadzieję, że przyszłość okaże się lepsza. 
Dobranoc.   

Przechyliła się i szybko pocałowała go w czoło.   

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

 

Na  Chrisa  czekał  w  domu  gruby  list.  Na  kopercie  widniało  logo  organizacji 

charytatywnej.  W  środku  była  propozycja  pracy,  na  którą  czekał  od  czterech  lat.  Może  nie 

propozycja, ale dokumenty, które powinien złożyć, by się o nią starać. Było jednak oczywiste, 
że ją dostanie, jeżeli tylko się zgłosi.   

Całymi latami walczył o fundusze potrzebne w jego pracy. Nie chodziło o pensję, bo ta w 

zupełności  wystarczała  na  jego  skromne  potrzeby,  ale  o  pieniądze  na  kursy  i  szkolenia  dla 
miejscowego  personelu,  na  pokrycie  kosztów  transportu  i  dojazdów  do  pacjentów,  na 

lekarstwa. Marzył mu się niewielki zespół ratunkowy, który mógłby nieść pomoc w nagłych 

przypadkach.  Cały  swój  wolny  czas  poświęcił  na  pisanie  listów  i  raportów  do  organizacji 

charytatywnych, pokazywał sposoby i możliwości rozwiązania problemu.   

A  teraz  znalazły  się  fundusze  na  budowę  niewielkiego  szpitala.  On  sam  miałby  zostać 

dyrektorem  całego  przedsięwzięcia.  Jeszcze  dwa  miesiące  temu  byłby  zachwycony  taką 
perspektywą. Nawet dwie godziny temu. Ale teraz zaczynał się wahać.   

Odkrycie,  że  nie  ma  już  powodów,  by  nienawidzić  Jan,  wytrąciło  go  z  równowagi. 

Wszystkie  emocje,  z  którymi  się  zmagał  przez  ostatnie  tygodnie,  okazały  się  nieważne. 
Zauważył wcześniej, że Jan nadal go pociąga, ale już nie musiał tłumaczyć sobie, że chodzi 
jedynie o atrakcyjność fizyczną. Pragnął jej całej.   

A teraz ta niespodziewana propozycja. Trudno byłoby mu z niej zrezygnować. Wiedział 

jednak, że stanie przed dramatycznym wyborem: albo wyjazd, albo Jan.   

 

Przez  następne  dwa  dni  niewiele  się  widywali.  Jan  przyjęła  to  z  ulgą,  bo  potrzebowała 

czasu.  Jej  dotychczasowy  obraz  świata  się  rozsypał.  Wiedziała  jednak,  że  nie  wolno  jej  się 
spieszyć.   

Był  piątek  i  Chris  zajrzał  do  jej  gabinetu  późnym  popołudniem,  pytając,  czy  pamięta  o 

jutrzejszym dniu.   

Nie bardzo wiedziała, o co mu chodzi.   
– Miałem zreperować twój samochód.   
– Jasne, widzimy się jutro. – Kompletnie o tym zapomniała.   
– Przyjdę około jedenastej – powiedział i wyszedł z gabinetu.   
W sobotę wstała dość wcześnie. Posprzątała i tak wysprzątany dom, nie wiadomo po co. 

Zastanawiała  się,  czy  będzie  miała  coś  do  roboty.  Miałaby  podawać  mu  narzędzia? 
Przygotowywać  jedzenie?  Na.  pewno  będzie  chciał  dużo  kawy  albo  herbaty,  jak  wszyscy 
mechanicy.  Ale  co  jeszcze?  No  i  jak  będzie  wyglądała  ich  relacja,  skoro  nie  ma  w  niej  już 

miejsca na nienawiść? Nie miała najmniejszego pojęcia, czego chce i czego oczekuje.   

Wyjrzała przez okno. Było zimno i wietrznie, ale na szczęście nie zanosiło się na deszcz.   

Chris  pojawił  się  punktualnie.  Miał  na  sobie  T-shirt  i  robocze  spodnie  na  szelkach. 

Zaproponowała mu coś do picia, ale odmówił, tłumacząc, że niedawno zjadł śniadanie.   

– Za jakieś dwie godziny chętnie wypiję kawę. Ale nie kręć się tu, bo to mnie rozprasza. 

background image

Zawołam cię, jak będę czegoś potrzebował.   

– Skoro tak, to dobrze. – Jan poczuła się lekko rozczarowana. Liczyła na chwilę rozmowy 

przy kawie czy herbacie. Widocznie Chris nie miał na to ochoty.   

Wróciła do domu i próbowała się czymś zająć, ale i tak co chwilę wyglądała przez okno. 

Chris był całkowicie pochłonięty pracą. Patrzyła na jego twarz z coraz większą fascynacją. Co 
ja robię? – przywołała się w myślach do porządku. Przecież niewiele o nim wie. On nie jest 
tym samym mężczyzną, którego znała sześć lat temu. Obecny Chris stanowi dla niej zagadkę.   

Poszła do ogródka na tyłach domu, by na niego nie patrzeć ani go nie słyszeć. Ale i tak 

nie  mogła  się  na  niczym  skupić.  Dwie  godziny  później  przygotowała  kawę  i  wyszła  z 
kubkiem  na  podjazd.  Drugi  kubek  miała  gotowy  w  domu,  na  wypadek,  gdyby  Chris  chciał 
sobie  zrobić  krótką  przerwę.  On  jednak  podziękował  jej  z  uśmiechem,  odstawił  kawę  i  z 
powrotem wczołgał się pod samochód.   

Jan przykucnęła obok.   
– Na lunch chcesz kanapki czy coś ciepłego, na przykład...   
– Nie będę jadł lunchu. Ale chętnie wypiję kawę.   
– Jak ci idzie? – Desperacko próbowała przedłużyć rozmowę.   
– Świetnie – odparł, potwierdzając swoje słowa uderzeniem młotka.   
Nie dało się rozmawiać w takich warunkach. Jan wróciła do domu. O trzeciej po południu 

podała  mu  kolejną  kawę,  tym  razem  z  kilkoma  czekoladowymi  ciasteczkami,  ale  została 
potraktowana z podobną obojętnością. Chris  był  całkowicie pochłonięty  pracą i  nie zwracał 
na nią uwagi. Westchnęła, przypominając sobie tę jego niezwykłą umiejętność koncentracji.   

–  Wychodzę  teraz  po  zakupy  –  oznajmiła.  –  Zostawiam  otwarte  drzwi,  gdybyś  czegoś 

potrzebował.   

– W porządku.  Nie musisz się spieszyć. Myślała, że wróci  najdalej  za godzinę i  da mu 

przynajmniej  jakąś  kanapkę.  Mogliby  wtedy  porozmawiać  jak  cywilizowani  ludzie.  Ale 
zakupy zajęły jej więcej czasu. Mała dziewczynka przewróciła się na ulicy i skaleczyła się w 
kolano, więc było oczywiste, że Jan musi się nią zająć. Zaprowadziła ją do domu, opatrzyła 
ranę,  a  potem  musiała  uspokajać  zdenerwowaną  matkę.  Nie  umiała  też  odmówić,  gdy 
zaproponowano  jej  herbatę.  A  gdy  wróciła  do  domu,  Chrisa  już  nie  było.  Skończył  pracę  i 
zostawił na drzwiach kartkę: „Samochód zreperowany. Szerokiej drogi”.   

Znów  poczuła  się  rozczarowana.  Poza  tym  chciała  mu  podziękować.  Pomyślała,  że  nie 

będzie z tym czekać do poniedziałku.   

Zdjęła  dżinsy  oraz  T-shirt  i  włożyła  żółtą  sukienkę  w  paski.  Zapakowała  butelkę  wina, 

którą  przywiozła  z  wakacji,  i  pojechała  do  Chrisa,  tłumacząc  sobie,  że  tego  wymaga 
grzeczność i że tak samo zachowałaby się wobec każdej innej osoby.   

Zadzwoniła  do  drzwi,  ale  nikt  nie  otwierał.  Samochód  Chrisa  stał  na  podjeździe,  więc 

zadzwoniła  jeszcze  raz.  Po  chwili  drzwi  się  otworzyły  i  stanął  w  nich  mokry  mężczyzna 
owinięty jedynie ręcznikiem.   

–  Kąpiesz  się  –  powiedziała,  ale  po  chwili  uświadomiła  sobie,  że  nie  było  to  zbyt 

błyskotliwe.   

Ale on nie zwrócił na to uwagi.   

background image

–  Już  nie.  Wejdź.  Chociaż  może  rozebrany  mężczyzna  nie  powinien  cię  zapraszać  do 

domu. Ktoś nas może zobaczyć.   

– Zaryzykuję. Jestem pielęgniarką, więc mogę każdemu powiedzieć, że kazałam ci zdjąć 

spodnie, żeby zrobić zastrzyk.   

– Na samą myśl o zastrzyku robi mi się słabo. Poczekaj chwilę, zaraz się ubiorę.   
Weszła do środka, nie do końca zdając sobie sprawę z tego, co robi.   
– Chciałam ci tylko... – zaczęła, pokazując torbę z winem.   
– Poczekaj chwilę – przerwał jej i poszedł na górę.   
Usiadła  na  kanapie,  rozglądając  się  z  zaciekawieniem.  Nigdy  nie  była  w  tym  domu, 

wiedziała,  że  jest  wynajęty.  Salon  był  ładnie  urządzony,  ale  sprawiał  wrażenie  pokoju 
hotelowego. Chris wstawił tu jedynie swój komputer i zapełnił półkę medycznymi książkami. 
Żadnych osobistych drobiazgów.   

Wrócił  po  kilku  minutach,  ubrany  w  bawełniane  spodnie  i  koszulę.  Wyglądał... 

wyglądał... Jan aż przestraszyła się słowa, które przyszło jej na myśl.   

–  Chciałam  ci  podziękować.  Myślałam,  że  wrócę  wcześniej,  ale  musiałam  ratować 

dziecko. Przywiozłam ci wino.   

– Nie musisz mi dziękować. Mówiłem, że lubię naprawiać samochody.   
Przez dłuższą chwilę patrzył na nią w milczeniu. Jan poczuła się nieswojo.   
–  Jak  ci  się  tu  mieszka?  –  zapytała  w  końcu.  –  Wygląda,  jakbyś  nie  zdążył  się  jeszcze 

rozpakować.   

Wzruszył ramionami.   
– Dom jest w porządku. A nie mam wielu rzeczy, bo od kilku lat cały mój majątek mieści 

się w jednej torbie. Nie mam wielu potrzeb. Wystarcza mi ciepła woda i suche, czyste łóżko.   

–  To  rzeczywiście  niewiele.  Chris,  naprawiłeś  samochód,  oszczędzając  mi  poważnego 

wydatku, więc przynajmniej chciałabym...   

– Chyba nie chcesz mi zapłacić. Tego bym nie zniósł – rzekł spokojnym głosem.   
Aż się zaczerwieniła.   
– Ależ skąd! Chciałabym jakoś wyrazić swoją wdzięczność. Pomogłeś mi, ale ponieważ 

nie umiemy jeszcze rozeznać się w swoich uczuciach, więc... – Zdawała sobie sprawę, że się 
coraz bardziej plącze. Ta sytuacja naprawdę ją przerasta.   

– Wiem, co mogłabyś zrobić. Nie czułem głodu przez cały dzień, ale teraz chętnie bym 

coś zjadł. Miałem zamiar ugotować sobie jajka, ale skoro chciałaś mnie nakarmić, to chętnie 
skorzystam. – Zajrzał do torby, którą postawiła na kanapie. – Nie znam tego wina, ale pewnie 

jest dobre. Zrobisz coś, co będzie do niego pasowało? 

Nie była przygotowana na taką propozycję.   
– Moglibyśmy pójść do pubu. Stawiam ci kolację. Mają tam świetne...   
– W pubie na pewno jest dziś duży tłok. Wolałbym, żebyś coś ugotowała.   
– W porządku, wpadnij do mnie za godzinę. Wyszła z bijącym sercem. Takiej propozycji 

się nie spodziewała. Jej nienawiść do Chrisa wyparowała, ale na jej miejscu nie pojawiło się 
nowe  uczucie.  W  tym  momencie  uświadomiła  sobie,  że  naprawdę  chce  ugotować  dla  niego 
kolację, że chce z nim spędzić wieczór.   

background image

Przecież to szaleństwo! 

Może przygotować coś prostego, na przykład zupę z puszki i kanapki, ale chciała pokazać 

się  z  jak  najlepszej  strony.  Wiedziała,  a  właściwie  pamiętała,  jakie  są  jego  kulinarne 
upodobania. Zawsze lubił hinduskie potrawy, ale niezbyt ostre.   

–  Nie  chodzi  o  to,  żeby  poddawać  się  testowi  męskiej  wytrzymałości,  tylko  żeby  mieć 

przyjemne smakowe doznania – mawiał.   

Postanowiła, że zrobi curry i sałatę.   

Natychmiast  po powrocie do domu  przebrała się,  bo żółta sukienka nie była najlepszym 

strojem do pracy w kuchni. Gotowanie tak ją pochłonęło, że przestała zastanawiać się, po co 

to  wszystko  robi.  Kiedy  curry  łagodnie  bulgotało  w  garnku,  a  ryż  dochodził  pod  pokrywką, 
zrobiła sałatę oraz sos i nakryła do stołu.   

Starczyło  jej  jeszcze  czasu,  by  wziąć  szybki  prysznic,  ponownie  się  przebrać  i  ułożyć 

włosy. Wiedziała, że Chris będzie punktualny. Czuła się coraz bardziej przejęta.   

 

Chris  także  się  przebrał.  Miał  na  sobie  czarne  spodnie  i  błękitną  koszulę  z  tkaniny 

przypominającej jedwab. Musiała przyznać, że znakomicie wyglądał.   

Wręczył  jej  wino,  które  przywiozła  do  jego  mieszkania,  i  torbę,  w  której  była  druga 

butelka oraz paczuszka zawinięta w złoty papier.   

– Chciałem przynieść ci kwiaty, ale w sklepie nie mieli, więc kupiłem wino i jeszcze coś.   
Rozdarła  złoty  papier.  W  środku  była  tabliczka  gorzkiej  czekolady,  jej  ulubionej. 

Sprawiło jej przyjemność, że o tym pamiętał.   

Usiedli na kanapie, by przed kolacją wypić po kieliszku wina.   
– Powiedz, dlaczego wróciłeś do Calbeck? Wzruszył ramionami.   
–  Znasz  odpowiedź.  Mówiąc  bez  ogródek,  byłaś  moją  niedokończoną  sprawą.  Chyba 

oboje musieliśmy się z tym uporać. Pomyślałem, że najlepiej będzie, jak przyjadę, spotkamy 
się, a potem zobaczymy.   

– Boisz się? 
–  Nie.  Czuję  złość  i  chciałbym  to  wreszcie  mieć  za  sobą.  I  za  każdym  razem,  gdy  na 

ciebie patrzę, czuję coś, czego nie mam odwagi nazwać.   

– Nie masz odwagi? – Jej głos zabrzmiał ochryple.   
– Tak. Ale tylko na razie.   
– No cóż, w takiej sytuacji nie pozostaje nam nic innego, jak usiąść do stołu.   
Przeszli do niewielkiej wnęki, która służyła za jadalnię. Teraz, gdy emocje opadły, mogli 

zacząć się poznawać.   

–  Ale  się  napracowałaś  –  zauważył,  rozkładając  serwetkę.  –  Bardzo  smakowicie  to 

wygląda.  I  naprawdę  pięknie  mieszkasz.  To  rzeczywiście  prawdziwy  dom.  Zupełnie 
niepodobny do mojego.   

Te pochwały sprawiły jej przyjemność.   
– Sprzedałam dom mojego ojca – wyjaśniła. – Był za duży, poza tym źle się tam czułam. 

Kupiłam ten i wydałam mnóstwo pieniędzy na remont. Ale kocham to miejsce.   

Na przystawkę przygotowała sałatę z serem z miejscowej farmy.   

background image

– Jest znakomita! – oświadczył Chris po spróbowaniu. – Dlaczego nie wyszłaś za mąż? 

Mogłabyś uszczęśliwić niejednego mężczyznę.   

Nie była pewna, czy jego pytanie nie zabrzmiało ironicznie.   
– Uszczęśliwianie mężczyzn nie jest moim celem. Ale rzeczywiście, mało brakowało, a 

wyszłabym za mąż.   

– Tak właśnie słyszałem. Prawie wyszłaś za mąż za Petera Harrisa, co znaczy, że byłaś z 

nim zaręczona. Co się stało? O ile możesz mi powiedzieć.   

Mogła, choć niekoniecznie całą prawdę.   
– Kochaliśmy się, ale mieliśmy inne zainteresowania, inne wyobrażenia na temat naszego 

przyszłego  życia.  Ja  chciałam  mieć  dzieci,  on  zupełnie  nie.  W  końcu  postanowiliśmy  się 
rozstać, choć to było bolesne.   

Ukryła  przed  Chrisem  fakt,  że  to  nie  był  namiętny  związek.  I  że  po  rozstaniu  oboje 

poczuli ulgę. Czując na sobie jego wzrok, zastanawiała się, czy się czegoś nie domyśla. Była 
na siebie zła, że za bardzo się przed nim otworzyła.   

Poszła  do  kuchni,  by  przynieść  małe  miseczki  z  sosami,  garnek  z  ryżem  i  dwa  rodzaje 

curry: jedno warzywne, drugie z jagnięciny.   

– Zrobiłaś to w ciągu godziny? – spytał z niedowierzaniem.   
– To nic wielkiego. Często tak gotuję.   
Prawda  była  taka,  że  jakiś  czas  temu  skończyła  kurs  prowadzony  przez  kucharza  z 

hinduskiej  restauracji.  Wiele  się  tam  nauczyła.  I  wiedziała,  że  jej  curry  są  naprawdę  dobre. 
Chris też był tego zdania.   

– Nie jadłem w Anglii czegoś równie pysznego – przyznał.   
– Myślałam, że curry jadłeś przede wszystkim w Bangladeszu.   
–  Naprawdę  dobre  można  zjeść  jedynie  w  większych  miastach,  ja  zaś  większość  czasu 

spędzałem na terenach wiejskich, a tam sztuka kulinarna nie jest specjalnie rozwinięta. Często 
w ogóle brakuje jedzenia.   

– Rozumiem. – Postanowiła jednak wrócić do poprzedniego tematu: – Powiedziałam ci, 

dlaczego nie wyszłam za mąż. Teraz twoja kolej. Dlaczego się nie ożeniłeś? 

– Tak się po prostu złożyło – odparł po namyśle.   
– Nigdy się nie zakochałeś? 
–  Byłem  z  pewną  pielęgniarką,  ale  nie  myśleliśmy  o  przyszłości.  Oboje  byliśmy  zajęci 

pracą,  czasem  nie  widzieliśmy  się  przez  długi  czas.  Musieliśmy  borykać  się  z  mnóstwem 
problemów:  brakiem  personelu,  niechętnymi  urzędnikami.  Ofiarowaliśmy  sobie  parę  chwil 

wytchnienia, czyli seks i przyjemność. Lubiliśmy się i rozstaliśmy się w przyjaźni. Dostaję od 
niej raz na pół roku list. Ale nigdy nie było z nią tak jak...   

– Zawiesił głos.   
– Nie było jak? 
– Jak myślałem, że mogłoby być. – Zamilkł na moment, a potem dokończył: – Nigdy nie 

było tak jak z tobą. Chciałem, żeby tak właśnie było.   

– Może to się nam przytrafia jedynie wtedy, kiedy jesteśmy młodzi. Powiedz coś więcej o 

swojej pracy. – Nie była jeszcze gotowa na szczerą rozmowę o uczuciach.   

background image

 

Po  tym  spotkaniu  spodziewał  się  czegoś  innego.  Jan  myślała  o  nim,  jej  pytania  nie 

pozostawiały co do tego wątpliwości. Nie chciała jednak zajmować się przeszłością. Dotarło 
do niego z niezwykłą jasnością, że musi być wobec niej absolutnie szczery, że nie może sobie 
pozwolić na żadne niedopowiedzenia.   

–  Musisz  o  czymś  wiedzieć,  Jan.  Właśnie  dostałem  propozycję  pracy  w  Bangladeszu. 

Mam zorganizować szpital, a potem nim kierować. Nie zamierzałem tam wracać, ale o czymś 
takim marzyłem od wielu lat.   

Jan  świetnie umiała maskować uczucia.  Zauważył jednak  gwałtowne napięcie jej ciała i 

nieszczery uśmiech.   

– Nikt inny nie może tego zrobić? Chcesz tam wrócić? 
Po raz kolejny zdobył się na całkowitą szczerość.   
– Znaleźliby kogoś na  moje miejsce, oczywiście. A  co do  chęci powrotu, to  nie jestem 

pewien.   

– Nic cię nie zatrzymuje w Anglii? Przecież zależało ci na pracy w Lincolnshire.   
Wiedział,  że  nie  chodzi  jej  o  pracę.  Jan  w  istocie  pyta  o  to,  czy  gotów  byłby  zostać  w 

Anglii z jej powodu.   

–  Chciałbym  zostać  w  Anglii,  zwłaszcza  teraz.  Ale  muszę  się  też  zastanowić  nad  tą 

propozycją.   

– To oczywiste – przyznała.   
Odniósł wrażenie, że słyszy w jej głosie pewną ulgę.   

Dokończyli kolację, razem wstawili naczynia do zmywarki. Potem usiedli na kanapie, pili 

wino, jedli czekoladę i gawędzili. Jan czuła się tak swobodnie, że aż była tym zdziwiona.   

Wreszcie Chris podniósł się z miejsca.   
– Pójdę już. Pewnie jesteś zmęczona. To był naprawdę bardzo miły wieczór.   
– Bardzo miły – przytaknęła po krótkiej chwili.   
Odprowadziła  go  do  drzwi.  Kiedy  w  wąskim  korytarzu  przechyliła  się,  by  otworzyć 

zamek, ich ciała się zetknęły. Nie zapaliła wcześniej światła, stali więc w półmroku. Spojrzała 

na niego, ale nie widziała wyrazu jego twarzy, jedynie błyszczące oczy.   

Znieruchomieli  na  moment,  a  potem  Chris  objął  ją  i  delikatnie  do  siebie  przyciągnął. 

Wiedziała, że może się odsunąć, że wystarczy najmniejszy ruch z jej strony, a on wypuści ją z 
objęć. Ale nie poruszyła się, choć wiedziała, że to, co robi, jest szaleństwem.   

Jego dłonie przesunęły się w dół. Przyciągnął ją do siebie bliżej. Poddała się temu, czując 

ciepło jego ciała. Oparła policzek na jego ramieniu. Poczuła się bezpiecznie.   

Trwali tak przez chwilę, wreszcie Jan uświadomiła sobie, że musi podjąć decyzję. Chris 

wykonał pierwszy krok, teraz ona powinna odpowiedzieć. Objęła go w pasie, mocno się do 
niego przytulając, i uniosła głowę.   

Wyczuwała  w  nim  napięcie,  słyszała  bicie  serca.  Była  pewna,  że  doświadczają 

podobnych emocji.   

Pochylił się, by ją pocałować. Dotykał jej ust miękko i delikatnie. Było to tak cudowne, 

że  zapragnęła,  by  trwało  wiecznie.  Ten  pocałunek  obiecywał  także  dużo  więcej.  Jan 

background image

uświadomiła sobie, że chciałaby po to „więcej” sięgnąć. Objęła Chrisa za szyję i całowała go 
długo i  namiętnie. Wsunęła dłonie pod jego koszulę, poczuła pod palcami ciepło skóry. On 
również  sięgnął  pod  jej  bluzkę.  Nic  już  nie  mogło  ich  powstrzymać.  I  w  tym  momencie  w 
umyśle  Jan  rozległ  się  ostrzegawczy  głos:  Co  ty  najlepszego  robisz,  przecież  on  wkrótce 
może cię zostawić! 

Zesztywniała  i  odsunęła  się  od  niego.  Od  razu  zauważył  jej  reakcję,  cofnął  ręce.  Oboje 

słyszeli swój przyspieszony oddech. Wreszcie Jan zdołała nad sobą zapanować.   

– To chyba nie był dobry pomysł, Chris. Lepiej będzie, jak już pójdziesz.   
– Dlaczego to nie był dobry pomysł? Przecież oboje tego chcieliśmy.   
– Wszystko dzieje się za szybko. Chcę cię, to prawda. Ale stałam się ostrożniejsza, nic na 

to nie poradzę.   

– Mamy czas. Przykro mi, jeżeli zrobiłem coś nie tak.   
– Oboje zrobiliśmy coś nie tak. Otworzył drzwi.   
–  Chyba  trochę  skłamałem  –  odezwał  się,  gdy  już  stanął  w  progu.  –  Wcale  nie  jest  mi 

przykro, że cię pocałowałem. –  I zanim się zorientowała, pochylił się i szybko pocałował ją 

ponownie. – Dobranoc, Jan.   

Przed  pójściem  spać  zawsze  doprowadzała  dom  do  porządku,  nawet  jeżeli  była  bardzo 

zmęczona.  Teraz  też  zgarnęła  ze  stołu  okruchy,  zaniosła  kieliszki  i  butelki  do  kuchni, 
poprawiła  poduszki  na  kanapie.  Potem  zrobiła  sobie  jeszcze  gorącą  czekoladę  i  usiadła  w 
fotelu, by się zastanowić.   

Nie  wiedziała,  co  czuje  do  Chrisa.  Dostrzegała  jego  zalety,  a  wspomnienia  niedobrej 

przeszłości  niemal  się  zatarły.  Kiedyś  go  kochała,  a  przynajmniej  tak  się  jej  wydawało. 
Jednak  teraz  była  zupełnie  inną  osobą.  Radziła  sobie  bez  niego,  potrafiła  być  bez  niego 
szczęśliwa. Poważnie zastanawiała się nad małżeństwem z innym.   

Ale  tylko  z  nim  czuła  taką  przyjemność  fizyczną.  Te  wspomnienia  wróciły  do  niej  z 

niezwykłą siłą. Zrozumiała, za czym tęskniła przez ostatnie sześć lat.   

To prawda, Chris był wobec niej absolutnie szczery. Jednak trudno jej się było pogodzić z 

myślą, że jest coś, co może się okazać ważniejsze od niej. Przyznał, że może wyjechać, a to 
oznaczałoby dla niej kolejny ból. Co miałaby w takiej sytuacji począć? 

Najlepiej było zapomnieć o tym, co się wydarzyło. Poszła do sypialni. W półśnie, kiedy 

świadomość  traci  władzę,  pomyślała  o  Chrisie.  O  jego  pocałunkach.  I  o  tym,  jak  byłoby 
cudownie, gdyby mógł ją tak całować każdej nocy.   

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 

 

Jadąc do pracy w poniedziałkowy poranek, zastanawiała się, jak w tej sytuacji ułożą się 

ich relacje. Miała obawy, że Chris będzie oczekiwał od niej zapewnień czy deklaracji. A na to 
nie była jeszcze gotowa.   

Nie  myślała  o  tym,  jak  ją  całował  ani  o  tym,  co  wtedy  czuła.  W  jakimś  sensie  miała 

nadzieję, że wspomnienie tej chwili osłabnie na tyle, że będzie mogła spokojnie rozważyć, co 
zrobiła.  Co  zrobili  oboje.  Bardzo  chciała,  by  Chris  pojawił  się  i  powiedział,  że  wszystko 
przemyślał i postanowił odrzucić propozycję pracy za granicą.   

W pracy była tak zajęta,  że nie miała  głowy do  dalszych rozmyślań na tematy  osobiste. 

Najpierw  odebrała  półoficjalny  telefon  od  swojej  przyjaciółki  z  opieki  społecznej.  Ktoś  w 
szkole  zainteresował  się  pochodzeniem  siniaków  na  twarzy  syna  Bena  Mackie’go. 
Wyjaśnienia chłopca spowodowały natychmiastową interwencję w jego domu. Na początku 
Ben próbował być arogancki, ale szybko zmienił swą postawę.   

– Wysłaliśmy do niego naszego nowego pracownika – relacjonowała przyjaciółka. – To 

były policjant. Metr dziewięćdziesiąt wzrostu, poważny i zasadniczy. Wiedział, jak przekonać 
Bena,  że  pewne  zachowania  są  niedopuszczalne  i  mogą  zostać  surowo  ukarane.  Jestem 

pewna, że nie będzie więcej siniaków. Przed południem zajrzał do niej John Garrett.   

– Co słychać u państwa Thwaite’ów z High Force? 
– zapytał.   
–  Doris  czuje  się  coraz  lepiej.  Dostaje  leki  hamujące  czynność  tarczycy,  co  jej  chyba 

bardzo pomaga.   

– A Herbert? 
– Trudno się z nim porozumieć – westchnęła Jan.   
–  Nie  bierze  leków  i  w  ogóle  jest  nieznośny.  Właściwie  nie  wiem,  co  powiedzieć.  Nie 

wyobrażam sobie, żeby można go było umieścić w jakimś ośrodku pomocy. Doris by tego nie 
przeżyła, on chyba zresztą też. Ale sami sobie nie poradzą.   

–  Masz  rację.  Doris  właśnie  dzwoniła.  Chciałaby,  żebyście  z  Chrisem  do  nich  zajrzeli. 

Wygląda na to, że Chris ma na niego dobry wpływ.   

–  W  odróżnieniu  ode  mnie,  bo  jestem  zwykłą  kobietą  –  zauważyła  Jan  wesoło.  – 

Mogłabym się do tego przyzwyczaić. Chris jest wolny jutro przed południem? 

– Zwolnię go. A tak przy okazji, jak wam się układa? 
– Jest świetnym lekarzem, dobrze się z nim pracuje. Nawet... go polubiłam.   
– Bardzo się z tego cieszę. On jest moim jedynym krewnym. Byłbym szczęśliwy, gdyby 

przejął  po  mnie  praktykę.  No  ale  nie  można  wymagać  od  innych,  żeby  spełniali  nasze 
pragnienia. Zatem pojedziecie dziś na tę farmę? 

– Oczywiście.   
Wyruszyli  dość  wcześnie.  Dzień  był  słoneczny,  a  powietrze  niezwykle  przejrzyste.  W 

takich  chwilach  Jan  odczuwała  prawdziwą  radość  życia,  której  żadne  problemy  nie  były  w 
stanie zakłócić. Poza tym była zadowolona, bo miała przy sobie Chrisa.   

background image

– Dzwoniłem wczoraj do ciebie kilka razy, ale nikt nie odbierał.   
–  Pojechałam  na  wybrzeże  do  mojej  przyjaciółki,  która  niedługo  wychodzi  za  mąż. 

Zrobiłyśmy sobie wieczór panieński.   

– Omawiałyście kwestię małżeństwa? 
Jan wiedziała, że Chris trochę z niej żartuje.   
–  Naturalnie.  Doszłyśmy  do  wniosku,  że  jeżeli  spotka  się  właściwego  mężczyznę, 

małżeństwo może być dobrym wyjściem. Starałam się nie podkreślać słowa Jeżeli”.   

– To taktownie z twojej strony. Kiedy jest ten ślub? 
– Za dwa tygodnie. Zostałam zaproszona z osobą towarzyszącą, o ile taką znajdę.   
– A masz już kogoś na oku? 
– Zastanawiam się nad wyborem odpowiedniego kandydata. Nie martw się, też jesteś na 

tej liście.   

–  To  dobra  wiadomość.  Ale  jeszcze  ci  nie  powiedziałem,  że  kolacja  u  ciebie  była 

wspaniała.   

–  Dziękuję  –  odparła  uprzejmie.  Pomyślała  jednak,  że  skoro  chce,  by  pewne  rzeczy 

zostały wyjaśnione,  to  powinna zacząć sama. –  Chris, nie byłam  do końca sobą. Może to  z 
powodu zmęczenia, może za dużo wypiłam. W każdym razie zachowałam się... głupio. Mam 
nadzieję, że rozumiesz i po prostu o tym zapomnisz.   

– O tym? Chodzi ci o to, że cię pocałowałem? 
Starała się zachować spokój.   
– Właśnie. Nie wiedziałam, co robię.   
– Ja wiedziałem doskonale. I było mi cudownie.   
–  Chris,  usiłuję  się  pozbierać  w  nowej  sytuacji.  Powiedziałeś,  że  możesz  wyjechać.  To 

wytrąciło  mnie  z  równowagi,  nawet  bardzo.  A  pocałunek  wzbudził  we  mnie  tyle  emocji, 
wspomnień, obaw... Jeszcze nie umiem sobie z nimi poradzić.   

– Ale było cudownie, prawda? 
– Tak – przyznała z westchnieniem. – Było cudownie. – Po chwili zdała sobie sprawę, że 

po  tym  wyznaniu  poczuła  się  lepiej.  Dodała  więc:  –  Kiedy  cię  całowałam,  byłam  sobą.  I 
chciałam cię nadal całować.   

– Jestem szczęśliwy, że to mówisz.   
Zapadła  chwila  ciszy.  Jan  zastanawiała  się  nad  tym,  co  powiedziała.  Te  słowa  były  w 

pewnym  sensie  wyzwalające.  A  skoro  przyznała,  że  było  jej  cudownie,  to  może  on  znów 
będzie chciał ją pocałować? Miała nadzieję, że tak się stanie.   

Chris pierwszy przerwał milczenie.   
– Jak chcesz jechać do tej farmy? Główną drogą? 
– Zawsze tak jeżdżę. Jest dalej, ale jedzie się nią szybciej.   
–  Moglibyśmy  tym  razem  wybrać  drogę  wzdłuż  doliny?  Mamy  piękny  dzień, 

moglibyśmy podziwiać widoki.   

Zesztywniała lekko.   
– Dlaczego chcesz jechać drogą wzdłuż doliny? 
– Mamy dużo czasu.   

background image

– Tylko dlatego? 
– A dlaczego ty nie chcesz jechać tamtędy? 
– Chris, wiem, że się ze mną droczysz. Trochę mi się to podoba, a trochę nie.   
Jednak po kilku minutach jazdy gwałtownie skręciła w boczną drogę. Była kręta i wąska, 

biegła równolegle do koryta potoku. I było tu kompletnie pusto.   

Jan  milczała.  Zacisnęła  palce  na  kierownicy.  Nie  patrzyła  na  krajobraz  i  wiedziała,  że 

Chris też nie zwraca na niego uwagi. Przyglądał się jej z nieodgadnionym wyrazem twarzy.   

Samochód  podskakiwał  na  wertepach,  ześlizgiwał  się  z  głębokich  kolein.  Jechała 

zdecydowanie za szybko.   

– Szybka jazda nie odegna żadnych wspomnień – odezwał się Chris po chwili.   
– Skąd wiesz, że chcę je odegnać? Dlaczego chciałeś tu przyjechać? 
– Z powodu ciebie. Nie byłem w tym miejscu od sześciu lat, chciałem znowu je zobaczyć. 

Przyjeżdżałaś tu kiedyś? 

– Nigdy. Zawsze jeżdżę główną drogą, bo tak jest szybciej.   
– To był jedyny powód? – zapytał spokojnie.   
– Oczywiście, że nie! To miejsce budziło we mnie wspomnienia, których usiłowałam się 

pozbyć. Nie chciałam do nich wracać.   

– A teraz? 
– Teraz mam dobre wspomnienia. Ale obawiam się powrotu do przeszłości. Boję się, że 

poczuję do ciebie to samo co wtedy.   

– Czy to byłoby takie złe? 
– Jestem inna. – Uśmiechnęła się ze smutkiem.   
– Tak jak ty. I teraz myślę o przyszłości.   
– Ja też.   
Czuła się wciąż niepewnie. Stawali się sobie bliscy, a jednocześnie żadne z nich nie było 

gotowe na zobowiązania. Zastanawiała się, jakie uczucia wywoła w nich widok miejsca, do 
którego zmierzali.   

Spojrzała na wzniesienie i gwałtownie zatrzymała samochód. Z wyciem silnika wjechała 

w boczną dróżkę, która niemal pionowo pięła się w górę.   

– Dlaczego jedziesz tędy? 
– Chciałeś odświeżyć wspomnienia. Ja też. Niech to się stanie jak najszybciej. Tą drogą 

możemy dojechać do samego kamieniołomu.   

– Jeżeli przedtem nas nie zabijesz – zażartował. Nie zwalniała, chcąc mu pokazać, że to 

ona decyduje ale wkrótce zmniejszyła prędkość. Niebawem znaleźli się na miejscu.   

Niemal  na  szczycie  wzgórza  leżał  stary,  opuszczony  kamieniołom.  Jan  zatrzymała 

samochód i zgasiła silnik. Przez chwilę patrzyła w milczeniu przez szybę.   

–  Chodźmy  już  –  odezwała  się  wreszcie.  –  Chcesz  przypomnieć  sobie,  co  tam  się 

wydarzyło? 

– A ty? 
– Nie wiem. Z jednej strony chcę, ale z drugiej trochę się boję. Nie wspomnień, ale tego, 

co jest teraz.   

background image

–  Chciałbym  chociaż  na  chwilę  przywołać  wspomnienia,  ale  teraźniejszość  jest 

ważniejsza. Chcę tam z tobą pójść, o ile nie będzie to dla ciebie zbyt trudne. Przeżyłem tam 
najbardziej  magiczne  chwile  swojego  życia.  I  chcę  tę  magię  ocalić.  A  to  się  nie  uda,  jeżeli 
będziesz smutna albo rozżalona.   

W  milczeniu  patrzyła  na  błękitne  niebo,  na  szare,  porośnięte  mchem  ściany 

kamieniołomu. Słyszała śpiew ptaków, czuła na twarzy ciepłe promienie słońca. Spojrzała na 
Chrisa  i  znów  nie  umiała  odgadnąć,  co  się  z  nim  dzieje.  Kiedyś  jego  twarz  zdradzała 
wszystko. Wiedziała jednak, że ich myśli biegną podobnym torem. I poczuła spokój.   

– To, co się wtedy wydarzyło, należy do przeszłości. Ale dla mnie to też było magiczne 

przeżycie.   

– Może uda nam się do tego wrócić – rzekł spokojnie. – Każde z nas miało swoje życie, 

ale mamy też prawo do tych wspomnień. One nadal są obecne. Może ta sama magia czeka na 
nas w przyszłości.   

Te słowa tak ją poraziły, że nie mogła wydobyć z siebie słowa. Tysiące myśli kłębiły się 

w jej głowie. Nie poruszyła się, więc Chris delikatnie wziął ją za rękę. Potrząsnęła głową. Nie 
chciała, by jej dotykał, bojąc się, że straci nad sobą kontrolę. Ale po chwili pomyślała: Czemu 
nie? I sama sięgnęła po jego dłoń.   

Wspięli się na szczyt ściany kamieniołomu i dotarli do lasu. Szli wąską, ledwo widoczną 

dróżką.  Żadne  się  nie  odzywało.  Jan  zauważyła,  że  ta  przygoda  rozbudza  w  niej  coraz 
większe nadzieje na przyszłość.   

Po  dziesięciu  minutach  doszli  do  skraju  lasu.  Przed  nimi  rozpościerała  się  zielona  łąka. 

Zbliżyli się do niewielkiego zagłębienia. Chris spojrzał na nią.   

– Tak, to było tutaj – powiedziała, jakby odpowiadając na jego pytanie.   
Przysiedli  na  kamieniach.  Uderzyła  ją  panująca  wokół  cisza.  Żadnego  wiatru,  żadnego 

śpiewu ptaków. Jedynie ich głosy.   

– Dlaczego mnie tu przyprowadziłeś? 
– U Penny zaczęliśmy nowe życie. Musimy jakoś ułożyć sobie przeszłość. Pomyślałem, 

że dobrze byłoby zacząć właśnie tutaj. – Zamilkł na chwilę.   

– Byliśmy wtedy młodzi. Nie mieliśmy pojęcia o życiu.   
– Ty chyba miałeś, skoro przyniosłeś paczkę prezerwatyw. – Ku swojemu zdziwieniu nie 

umiała powstrzymać się od uśmiechu.   

Roześmiał się zmieszany.   
–  To  prawda.  Parę  tygodni  wcześniej  byłem  na  wykładzie  pewnej  pani  profesor,  która 

mówiła, że każdy musi być odpowiedzialny za swoje czyny.   

– Więc kiedy tu przyszliśmy, postanowiłeś mnie uwieść? 
–  Uwieść?  –  Uśmiechnął  się  niemrawo.  –  Co  za  miłe  wiktoriańskie  słowo.  Nie,  nie 

miałem żadnych planów. I myślałem, że to była nasza wspólna decyzja.   

–  Ty  uwiodłeś  mnie,  a  ja  ciebie.  Pamiętam,  że  dwa,  nie,  trzy  razy  powiedziałeś,  że  nie 

musimy tego robić.   

1 mówiłeś to poważnie.   
–  Byłem  tak  samo  przestraszony  jak  ty  –  przyznał  otwarcie.  –  Chociaż  to  nie  był  mój 

background image

pierwszy raz. Ale chciałem, żeby z tobą wszystko było tak, jak być powinno.   

– Cudownie jest być młodym, prawda? Szkoda, że potem trzeba dorosnąć. – Wyciągnęła 

się na trawie.   

– Potrzebuję teraz chwili spokoju. Muszę pomyśleć.   
Tamtego dnia, sześć lat temu, wybrali się na przejażdżkę drogą wzdłuż doliny. Uznali, że 

pogoda  jest  zbyt  ładna,  by  spędzać  czas  w  samochodzie,  więc  zatrzymali  się  i  poszli  do 
kamieniołomu, a potem dalej przez las. Gdy znaleźli się na łące, Chris rozłożył kurtkę, by Jan 
mogła się na niej położyć. Sam położył się obok. Wtedy też było ciepło, tak samo świeciło 
słońce. Jan na chwilę przeniosła się w przeszłość. Leżeli obok siebie, ona opierała głowę na 
jego ramieniu. Przysunął się bliżej i zaczął ją całować. A potem się kochali.   

Pamiętała, że było jej cudownie. Pamiętała czułość, jaką jej okazywał, miłość i oddanie.   
–  Chyba  powinniśmy  już  iść.  –  Głos  Chrisa,  choć  łagodny,  brutalnie  przywrócił  ją  do 

rzeczywistości.  Spojrzała  na  zegarek.  Leżała  tak,  pogrążona  w  myślach,  ponad  piętnaście 
minut. – Drzemałaś czy wspominałaś? 

Była tak zmieszana, że nie wiedziała, co powiedzieć.   
– A ty? 
– Wspominałem.   
– Ja też. Wydawało mi się wtedy, że tak już zostanie na zawsze. Wszystko się zmieniło.   
– To prawda – przyznał ze smutkiem. – Ale teraz też wszystko może się zmienić.   
– Może.   
Zerwał się z miejsca.   
– Jan, to już przeszłość! Zła czy dobra, ale przeszłość! Znasz takie powiedzenie: dziś jest 

pierwszy dzień reszty mojego życia? 

Podszedł  do  niej  i  zaczął  ją  całować,  długo  i  namiętnie.  Nie  zamknął  oczu.  Miała 

wrażenie, że tym spojrzeniem dociera do środka jej duszy.   

Była  zadowolona,  mogąc  wrócić  do  zawodowych  obowiązków.  Kiedy  wjechali  na 

podwórze, Doris już na nich czekała. Była bardzo zdenerwowana.   

– Widzieliście po drodze Herberta? Zginął. Jan spojrzała na Chrisa.   
– Nie. Długo go nie ma? 
– Ostatnio często mu się to zdarza. Wystarczy, że spuszczę go z oczu. Czasem włóczył się 

wokół farmy, ale ostatnio zapuszczał się coraz dalej. A dwa dni temu wrócił z siniakami, bo 
się przewrócił.   

– Kiedy wyszedł? – zapytał Chris spokojnie.   
– Jakieś dwie godziny temu. Jak on to zrobił? Pochowałam mu buty, w kapciach nigdy 

nie wychodził. Gdzie go teraz szukać? 

Odruchowo rozejrzeli się wokół. Farmę otaczały wzgórza, wąwozy, lasy, kamieniste pola. 

Znalezienie Herberta na takiej przestrzeni graniczyło z cudem.   

– Może powinniśmy zawiadomić pogotowie górskie? – spytała Jan.   
– Jeszcze nie – orzekł Chris. – Zastanówmy się. Doris, czy Herbert miał jakieś ulubione 

miejsca? 

– Tylko w pobliżu. Ale wszędzie byłam już dwa razy.   

background image

Chris zmarszczył brwi.   
–  Osoby  z  podobnymi  zaburzeniami  często  wracają  do  dawnych  przyzwyczajeń. 

Uprawiał kiedyś biegi terenowe, tak? Gdzie są jego buty do biegania? 

–  Nie  nosił  ich  od  lat.  Schowałam  je  w  szafce...  –  Doris  urwała  i  pobiegła  do  domu. 

Wróciła po chwili. – Znikły! Musiał je wziąć.   

– Następne pytanie. Czy miał jakąś swoją ulubioną trasę, kiedy jeszcze biegał? 
– Tak. – Doris uśmiechnęła się, rozumiejąc, do czego Chris zmierza. – Zwykle biegał do 

Moses Crag. – Pokazała ręką na pobliskie wzgórze. – Potem po drugiej stronie, wzdłuż grani, 
na dół do Haven Woods i wracał do domu. Zajmowało mu to godzinę.   

– Mnie to zajmie chyba ze trzy – skrzywił się Chris. Zdjął marynarkę i koszulę i wrzucił 

je  do  samochodu.  –  Jan,  zostaniesz  z  Doris.  Pójdę  na  szczyt  i  stamtąd  się  rozejrzę.  Mam 
nadzieję, że wybrał swoją starą trasę. Jeżeli nie, wezwiemy pomoc.   

Jan wzięła Doris pod rękę i poprowadziła do domu.   
– Nie martw się, na pewno go znajdziemy.   
I rzeczywiście, jeszcze przed upływem godziny zobaczyły, jak Chris i Herbert schodzą z 

Moses Crag. Pogrążeni w rozmowie, z daleka wyglądali na przyjaciół, którzy spotkali się po 
długim czasie.   

–  Herbert  pobiegł  swoją  dawną  trasą,  odpoczywał  po  drugiej  stronie  grani  –  wyjaśnił 

Chris. – Pogadaliśmy trochę. Ciekawe, czy ze mnie byłby dobry biegacz.   

– Musiałby pan zrzucić parę kilogramów – stwierdził Herbert, zerkając na swoje buty. – 

Nadał mogę w nich biegać.   

Jan zauważyła wyraz twarzy Doris. Było jasne, że buty zostaną skonfiskowane.   
– Chyba powinien się pan wykąpać – poradził Chris. – A potem pana zbadam.   
– Dobrze, doktorze. Miło się z panem rozmawiało. Doris wypchnęła Herberta z pokoju.   
– Przy kuchni jest umywalka i ręcznik, gdyby pan chciał skorzystać, doktorze.   
– Dziękuję, chętnie. Potem będę mógł się ubrać.   
– Praca z tobą nie jest nudna – zauważyła Jan. – Potrafisz znaleźć zaginionego, tropiąc 

jego buty do biegania.   

– Ale udało się – rzekł z uśmiechem.   
Kiedy Herbert z pomocą Doris wykąpał się i przebrał w czyste rzeczy, Chris zbadał go, a 

potem  wszyscy  usiedli  w  kuchni  przy  herbacie.  Herbert  nie  ucierpiał  pod  czas  swojej 

wycieczki, a nawet minął mu jego zrzędliwy nastrój. Ku zdziwieniu Jan zgodził się pojechać 
do szpitala na wizytę u specjalisty.   

– Pan też tam będzie, doktorze Garrett? 
– Oczywiście – zapewnił go Chris.   
–  Zapamiętaj  sobie,  Herbert  –  zaczęła  Doris  surowo.  –  Jeżeli  jeszcze  raz  gdzieś 

powędrujesz,  powieszę  ci  na  szyi  krowi  dzwonek.  Przynajmniej  będę  wiedziała,  gdzie  cię 
szukać.   

Herbertowi spodobał się ten pomysł. Co dziwne, Chris również go podchwycił.   
–  Są  takie  specjalne  nadajniki,  które  pozwalają  zlokalizować  konkretną  osobę  – 

powiedział szeptem do Jan.   

background image

– Zakładają je przestępcom. Ale... dlaczego nie? Doris uznała, że czas już zabrać Herberta 

do łóżka.   

Przechodząc obok okna, zauważyła, że ktoś biegnie w kierunku farmy.   
– Jakiś turysta. Chyba jest zdenerwowany. Coś krzyczy i macha do nas.   
– Zajmij się Herbertem, a my zobaczymy, co się dzieje.   
Oboje  z  Jan  wyszli  na  podwórze.  Po  paru  chwilach  obok  nich  pojawił  się  młody,  może 

siedemnastoletni chłopak. Jan zauważyła, że jego ekwipunek był nowy i kosztowny.   

– Pomocy! Harry spadł, jest ranny, boję się, że...   
trzeba  wezwać  pogotowie.  On  chyba  umiera.  –  Oparł  się  o  ścianę,  z  trudem  łapiąc 

oddech.   

– Spokojnie, zaraz się tym zajmiemy – oznajmił Chris. – Jestem lekarzem, a ta pani jest 

pielęgniarką. Mamy sprzęt medyczny. Jak się nazywasz i co się stało? 

To podziałało na chłopaka uspokajająco.   
– Nazywam się James Baker, a mój przyjaciel Harry Lang. Poszliśmy w góry, żeby się 

powspinać. Zaraz obok tego rumowiska. – Pokazał ręką miejsce. – Nie mieliśmy liny. Harry 
spadł, coś sobie zrobił w głowę i ma chyba złamaną nogę.   

Jan  spojrzała  znacząco  na  Chrisa.  Oboje  wiedzieli,  że  to  mogą  być  poważne  obrażenia. 

Doris wyszła właśnie z domu i słyszała koniec rozmowy. Od razu zrozumiała, co się dzieje.   

– Ja się nim zajmę, a wy róbcie, co uważacie za stosowne.   
Jan wyjęła telefon.   
– Zadzwonię do pogotowia. Niedługo tutaj dotrą, a wtedy...   
– Nie – zaprotestował Chris. Widziała, że już podjął decyzję. – Czekanie na nich potrwa 

długo. Pójdziemy sami.  W samochodzie mamy  potrzebny sprzęt,  nawet  nosze. Ten chłopak 
może być ciężko ranny. Czas jest na wagę złota.   

Wiedziała, że ma rację, ale...   
– Jesteś pewien? Oni są do tego lepiej przygotowani.   
– Zajmowałem się wieloma podobnymi wypadkami. Pójdziemy po niego, a jeżeli okaże 

się to konieczne, zadzwonimy do pogotowia albo po karetkę.   

Jan patrzyła na niego zdziwiona i zirytowana. To nie był dawny Chris, gotów omawiać ze 

wszystkimi swe decyzje. Ten mężczyzna wie, co robi, i nie zamierza z nikim dyskutować.   

–  Możesz  popełnić  błąd.  Tak  jak  kiedyś  w  podobnych  okolicznościach  –  rzekła  i 

natychmiast pożałowała swych słów.   

Chris zbladł.   
–  To  prawda  –  przyznał.  –  I  być  może  znów  popełnię  błąd.  Dobrze,  że  mi  o  tym 

przypomniałaś. Mimo to bierzemy sprzęt i ruszamy.   

Więcej z nim nie dyskutowała.   

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

 

Posuwali  się  w  poprzek  wzniesienia.  Pogoda  nadal  była  piękna,  ale  nastrój  Jan  się 

pogorszył. Była zła na cały świat. Na wspinacza, który spadł ze skały, na Chrisa, ale przede 
wszystkim na siebie. Jej uwaga była zupełnie niepotrzebna. Jak mogła być tak głupia! 

Chwyciła Chrisa za ramię i zmusiła, by się zatrzymał.   
– Przepraszam. To, co powiedziałam, było niesprawiedliwe. Nie chciałam cię zranić, ale 

to zrobiłam. Zraniłam także siebie.   

– W porządku. – Pochylił się i pocałował ją delikatnie w czoło. – Po prostu musimy się 

do siebie od nowa przyzwyczaić. Chodźmy.   

Szli  dalej  w  milczeniu.  Jan  była  zadowolona,  że  Chris  się  nie  odzywa.  Za  bardzo 

zaprzątały ją własne myśli.   

Znaleźli  Harry’ego  u  podnóża  skały.  Był  półprzytomny,  ale  dzięki  temu  nie  cierpiał  z 

powodu  bólu.  Ranę  na  głowie  miał  przewiązaną  chustką.  Jego  noga  była  skręcona  pod 
nienaturalnym kątem.   

– Harry, wszystko będzie dobrze. Jestem lekarzem, a Jan jest pielęgniarką. Zaraz będziesz 

bezpieczny.   

Jan  wiedziała, że  takie  uspokajające  słowa  są  dla  rannego  bardzo  ważne.  Chris  odchylił 

chustkę i przyglądał się z uwagą ranie. Delikatnie zbadał kości czaszki.   

–  Mogło  być  gorzej.  –  Westchnął  z  ulgą.  –  Załóż  mu  opatrunek,  a  potem  zadzwoń  po 

karetkę. Trzeba go będzie zabrać do szpitala.   

Znów pochylił się nad Harrym. Musiał sprawdzić, czy chłopak nie ma innych obrażeń.   
– Moja głowa – wymamrotał Harry. – No i noga. Strasznie boli, nie mogę wytrzymać.   
– Zaraz coś poradzimy, jeszcze chwila.   
Jan wyjęła nożyczki i obcięła nogawkę spodni. Potem ostrożnie zdjęła but. Ucisnęła jeden 

paznokieć.  Zrobił się biały,  ale normalny kolor nie wrócił natychmiast,  gdy zwolniła ucisk. 
Spojrzała na Chrisa.   

– Słabe ukrwienie naczyń włosowatych.   
To  była  zła  wiadomość.  Chris  badał  nogę,  starając  się  wyczuć,  w  którym  miejscu  jest 

złamana.   

–  Wielokrotne  złamanie  zamknięte  –  stwierdził  wreszcie.  –  I  poważne  krwawienie  do 

tkanek. Musimy nastawić złamanie i włożyć nogę w szynę.   

– Teraz? Nie lepiej poczekać na karetkę? 
– Potem może być za późno. Jeżeli nie poprawimy krążenia w naczyniach włosowatych, 

chłopak straci nogę.   

– Ale nastawienie takiego złamania...   
– Już to robiłem za granicą. Rybakom często zdarzały się podobne wypadki, kiedy noga 

dostała się pomiędzy burtę a nabrzeże w porcie.   

–  Dobrze.  Dam  mu  najpierw  zastrzyk  z  morfiny.  Jaką  dawkę?  –  Jan  sięgnęła  po 

strzykawkę.   

background image

Nigdy  nie  nastawiała  złamanej  kończyny,  ale  słuchała  instrukcji  Chrisa  i  starała  się 

skoncentrować. Wreszcie udało im się wyprostować nogę i przywrócić jej normalną długość. 
Ostrożnie  założyli  szynę,  sprawdzili,  czy  krążenie  w  naczyniach  włosowatych  wraca  do 
normy.   

– Zniesiemy go teraz do karetki – oznajmił Chris.   
 

Kiedy dotarli na farmę, okazało się, że największym problemem było przekonanie Doris, 

że Harry nie powinien nic jeść.   

– Niech chociaż wypije trochę herbaty – upierała się.   
–  Jest  nieprzytomny  i  nie  wolno  mu  nic  dawać  –  tłumaczyła  Jan.  –  Poza  tym  po 

przyjeździe do szpitala dostanie ogólne znieczulenie.   

Nie mogli nic  więcej dla niego zrobić.  Ułożyli  go na noszach w kuchni,  okryli kocem  i 

obserwowali. Drugi chłopak, James, patrzył na nich z lękiem.   

– Dużo się już wspinaliście? – zagadnął go Chris.   
– Nie. Właściwie to był pierwszy raz. Przyglądaliśmy się tylko wspinaczom i uznaliśmy, 

że to fajna zabawa. Postanowiliśmy sami spróbować.   

– A zauważyliście, że oni mieli liny oraz sprzęt? 
– No tak.   
– A wy co? Tak po prostu chcieliście się wspiąć na skałę? Masz z tego jakąś nauczkę? 
– Że trzeba się wcześniej przygotować – odparł James zawstydzony. – Pójść na jakiś kurs.   
–  Dobry  pomysł.  Wtedy  nie  będziesz  musiał  siedzieć  i  zastanawiać  się,  czy  twój 

przyjaciel straci nogę.   

James zbladł i z trudem przełknął ślinę.   
– Chyba za ostro go potraktowałeś. I tak jest zdenerwowany – szepnęła Jan.   
– To jest najlepszy moment, żeby się czegoś nauczył. Lepiej zapamięta.   
– Może masz rację. – Ten nowy Chris jest bardziej twardy i stanowczy. Nawet jej się to 

podobało.   

Czekając  na  karetkę,  Chris  robił  szczegółowe  notatki  dla  lekarza  w  szpitalu.  Oddał  je 

potem ratownikowi.   

Gdy  karetka  odjechała,  pożegnali  się  z  Doris,  która  nie  kryła  zadowolenia,  że  w  jej 

spokojnym  życiu  wydarzyło  się  coś  tak  ekscytującego.  Wreszcie  mogli  ruszyć  w  drogę 
powrotną do domu.   

– Zadzwonisz do szpitala, żeby zapytać o Harry’ego? 
– Oczywiście. Ale jestem pewien, że od razu zabrali go na ortopedię.   
Milczeli do czasu, gdy znaleźli się na głównej drodze.   
–  Mieliśmy  dzisiaj  ciężki  dzień  –  zaczęła  Jan  z  wahaniem  –  ale  może  wpadłbyś 

wieczorem na kolację? Mam jeszcze trochę pracy w domu, więc nie będzie nic specjalnego, 
po prostu zwykłe kanapki. Na przykład około dziesiątej.   

Spojrzał na nią z uwagą.   
– Chętnie. Czy jest jakiś szczególny powód? 
–  Nie.  –  Wzruszyła  ramionami.  –  Byliśmy  w  pracy,  a  teraz  chciałabym  po  prostu 

background image

pogadać. Taki wieczór bez planów. Wciąż nie wiem, co czuję i co myślę.   

Odpowiedział dopiero po dłuższej chwili: 
– Chyba domyślam się, co znaczy wieczór bez planów. Cieszę się, że się zobaczymy.   
Nagle uśmiechnął się szeroko.   
– Myślisz, że mógłbym cię znowu pocałować? 
–  Nigdy  nie  wiadomo,  kiedy  szczęście  się  do  ciebie  uśmiechnie.  –  Poczuła  przypływ 

zadowolenia, ale starała się tego nie okazać. Znów się zobaczą. Znów będą sami. On planuje 

wyjazd do Bangladeszu, ale ona nie zamierza rezygnować.   

 

Chris  patrzył  przez  okno  na  góry  skąpane  w  wieczornym  słońcu.  Przywykł  do  zupełnie 

innego, równinnego krajobrazu. Wydawało mu się, że ma dość gór, ale ostatnio to się zaczęło 
zmieniać.   

Postanowił nie myśleć o nowej ofercie pracy, lecz o czekającym go wieczorze. Lubił być 

z  Jan.  Ostatnio  spędzali  ze  sobą  dużo  czasu.  Chodzili  po  górach,  spierali  się,  zajmowali 

pacjentami. Pocałował ją, a nawet... Czekał na ten spokojny „wieczór bez planów”. Chciał po 
prostu usiąść przy niej, patrzeć na nią. Czy pocałuje ją na koniec? Uznał, że nie musi teraz 
decydować.   

Wyszedł  z  domu  tak,  by  być  u  niej  punktualnie  o  dziesiątej.  Zabrał  ze  sobą  butelkę 

czerwonego  wina.  Po  drodze  pomyślał,  że  dla  niej  spokojny  wieczór  może  oznaczać  coś 
zupełnie innego. Czego tak naprawdę się po nim spodziewała? Poczuł lekkie zdenerwowanie.   

Otworzyła mu drzwi niemal natychmiast. Serce zabiło mu mocniej. Miała na sobie cienką 

bluzkę  i  bawełniane  spodnie,  podkreślające  jej  sportową,  ale  bardzo  kobiecą  sylwetkę.  Nie 
wiedział, czy ma ją pocałować na powitanie, tak po prostu, w policzek. Zrezygnował jednak z 
tego  pomysłu.  Na  razie  pocałunek  może  okazać  się  wejściem  na  pole  minowe.  Może 
później...   

Usiedli na kanapie z kieliszkami wina.   
– Dzwoniłeś do szpitala? Jak się czuje Harry? 
–  Dobrze.  Przewieźli  go  na  ortopedię  i  od  razu  operowali.  Rozmawiałem  z  chirurgiem. 

Dobrze zrobiliśmy, nastawiając złamanie. Po rehabilitacji nie powinien nawet utykać. A mógł 
stracić nogę.   

– To ty podjąłeś słuszną decyzję. Wzruszył ramionami.   
– Dobrze, że ze mną byłaś.   
– Świetnie sobie radzisz w takich przypadkach.   
– Zebrałem sporo doświadczeń.   
– I wiesz, jak postępować z ludźmi.   
– Nauczyłem się.   
– Jesteś inny niż sześć lat temu.   
– Jestem starszy i cięższy, może też mądrzejszy i nie tak beztroski.   
–  A  o  co  chodzi  z  tym,  że  przestałeś  lubić  góry?  Przecież  widziałam,  jak  patrzyłeś  na 

szczyty, kiedy wysiadłeś z samochodu. Dawne uczucia wróciły? 

– Chyba tak – przyznał. – Kiedy myślę o górach, myślę o tobie. A kiedy myślę o tobie...   

background image

– Niech zgadnę – przerwała mu. – Myślisz o górach. Naleję ci jeszcze wina. I przyniosę z 

kuchni coś do jedzenia.   

Udawanie, że są jedynie przyjaciółmi, wydawało jej się niemal zabawne. Ale chodziło jej 

o  coś  więcej.  Czy  Chris  naprawdę  myśli,  że  znowu  wyjedzie  na  sześć  lat?  Ona  musi  mu 
pokazać, że jest parę powodów, dla których warto zostać w Anglii.   

Wróciła  do  salonu  z  kanapkami,  miseczkami  orzeszków  oraz  chipsów  i  postawiła  je  na 

stole.   

– Myślałeś już o tej nowej ofercie pracy? Wracasz za granicę? – spytała, starając się, by 

zabrzmiało to obojętnie.   

Spojrzał na nią uważnie.   
– Mam miesiąc na podjęcie decyzji. Ale muszę przyznać, że Anglia coraz bardziej mnie 

pociąga.   

Na miłość boską, dlaczego?! Nie śmiała jednak o to go zapytać.   
– Kiedyś chciałeś zostać lekarzem rodzinnym. Czemu zmieniłeś zdanie? 
– Zdałem sobie sprawę, że byłem za młody – zaczął z namysłem. – Lekarz rodzinny musi 

być dojrzały, bo zajmuje się nie tylko leczeniem, ale też wspieraniem pacjentów, doradzaniem 
im. Ja byłem dobrze wykształcony, ale nic o życiu nie wiedziałem.   

– Ale z tego, co mi opowiadałeś, wynika, że teraz wiesz więcej. Wuj byłby szczęśliwy, 

gdybyś został jego wspólnikiem.   

Chris uśmiechnął się.   
–  Jeszcze  mi  tego  nie  zaproponował.  Ale  nietrudno  zgadnąć,  że  na  to  liczy.  I  muszę 

przyznać, że...   

Rozległ się dzwonek do drzwi. Spojrzała na zegarek. To nie pora na wizyty.   
– Chcesz, żebym ja otworzył? – zapytał. Potrząsnęła głową, ale i tak wyszedł za nią do 

przedpokoju.   

– Czy rozmawiam z siostrą Jan Fielding? Czy to może jest doktor Garrett? 
Jan  patrzyła  na  gościa  z  roztargnieniem,  jej  myśli  były  wciąż  daleko  stąd.  Czego  ten 

mężczyzna chce? Nie widzi, że ona jest teraz zajęta? 

– Tak, to my – odezwał się Chris. – Co pana tu sprowadza? 
Jan przyjrzała mu się uważniej. Był wysoki, nosił wąsy. Jego garnitur kosztował więcej, 

niż wynosi jej miesięczna pensja.   

– Czy moglibyśmy porozmawiać? Wiem, że pora jest dość późna, ale to tylko parę słów. 

Zapewniam, że nie jestem żadnym komiwojażerem.   

Chris uśmiechnął się i wyciągnął rękę na powitanie.   
– Już wiem, Harry to pański syn. Jesteście do siebie bardzo podobni.   
W tym momencie Jan też zauważyła podobieństwo.   
– Proszę, niech pan wejdzie. Może wypije pan  z nami kieliszek wina? Ma pan za sobą 

ciężki dzień.   

– To prawda – odparł mężczyzna, ściskając im ręce. – Na szczęście wszystko dobrze się 

skończyło. Chciałbym wam bardzo podziękować. A jeżeli chodzi o wino, to zachowałem się 
trochę jak nastolatek, który idzie na imprezę. Przyniosłem swoje. – Mężczyzna uniósł butelkę 

background image

szampana. – Czy zrobicie mi tę przyjemność i wypijecie ze mną? 

Jan nie znała się na szampanie, ale Chris aż otworzył szeroko oczy, widząc naklejkę.   
– Zaprowadź gościa do salonu – zwróciła się do Chrisa – a ja przyniosę kieliszki.   
Postawiła kieliszki na stoliku, a Chris z wprawą otworzył butelkę i rozlał trunek.   
– Henry, lord Grayleigh – przedstawił się mężczyzna. – Dziś uratowaliście nogę mojego 

najstarszego syna, a być może nawet jego życie.   

Jan  aż  zamrugała  powiekami.  Słyszała  o  nim,  ale  nigdy  dotąd  go  nie  widziała.  Był 

największym  właścicielem  ziemskim  w  okolicy,  wielu  farmerów  dzierżawiło  jego  grunty. 
Miał duże zasługi dla lokalnej społeczności. Budował tanie domy, które sprzedawał jedynie 
miejscowym, zachęcając ich w ten sposób do pozostania na wsi, wspierał miejscowe szkoły. 

A oni uratowali jego syna! 

– Dzwoniliśmy, żeby zapytać, jak on się czuje.   
–  Jadę  prosto  ze  szpitala.  Ortopeda  mówi,  że  gdybyście  nie  nastawili  nogi,  skutki 

mogłyby być tragiczne.   

Chris wzruszył ramionami.   
– Nic wielkiego. Po prostu byliśmy na miejscu i zrobiliśmy, co było w naszej mocy.   
–  Wiedziałem,  że  coś  takiego  usłyszę.  Mimo  wszystko...  –  Henry  podał  im  kieliszki  i 

wzniósł toast.   

–  Siostro  Fielding  i  doktorze  Garrett  –  zaczął  oficjalnie.  –  Dziś  uratowaliście  mojego 

syna. Nie wyobrażam sobie życia bez niego, choć przyznaję, że życie z nim stwarza czasem 

problemy.  Składam  wam  podziękowania  w  imieniu  swoim,  mojej  żony  i  oczywiście 

Harry’ego. Wasze zdrowie.   

Jego głos nieco zadrżał. Jan zauważyła, że był wzruszony. Wypiła łyk szampana, a potem 

następny.  Smakował  zupełnie  inaczej  niż  hiszpańskie  wino  musujące,  które  czasem  piła  i 
które bardzo lubiła.   

– Dzwoniłem do pańskiego wuja, żeby dowiedzieć się, jak mogę was znaleźć – wyjaśnił 

lord Grayleigh.   

–  Dał  mi  wasze  adresy,  a  ponieważ  pana  nie  było  w  domu,  więc  przyjechałem  tutaj. 

Miałem szczęście zastać was oboje. Jesteście tylko kolegami z pracy, czy...   

– Kolegami z pracy – odparła pospiesznie Jan. Przemknęło jej przez myśl, że być może 

powinna dodać: „Przynajmniej na razie”.   

– I dobrymi przyjaciółmi – dorzucił Chris.   
– Rozumiem. Pani jest stąd, prawda? I nie zamierza pani wyjeżdżać? 
– Urodziłam się tutaj, tu jest mój dom.   
– To dobrze. Pański wuj niedługo odchodzi na emeryturę. Czy zostanie pan z nami? 
Jan poczuła bolesny skurcz, widząc, że Chris przecząco kręci głową.   
– Nie wiem. Dostałem propozycję pracy za granicą, bardzo interesującą. Może wyjadę do 

Bangladeszu.   

– Do Bangladeszu? No cóż...   
Jan  z  trudem  powstrzymała  się  od  śmiechu,  widząc  brak  entuzjazmu  lorda  dla  tego 

pomysłu.   

background image

Gawędzili jeszcze przez chwilę, wreszcie lord Grayleigh wstał, by się pożegnać.   
–  Wiem,  że  proponowanie  zapłaty  byłoby  niestosowne,  ale  może  mógłbym  jakoś  się 

odwdzięczyć...   

–  Oczywiście  –  podchwycił  Chris.  –  Nasze  pogotowie  górskie  nieustannie  boryka  się  z 

brakiem funduszy.   

– Znakomity pomysł! Macie może numer konta albo telefon do skarbnika? 
Jan  podała  mu  kartkę  z  potrzebnymi  informacjami.  Lord  uścisnął  im  na  pożegnanie 

dłonie.   

–  Jestem  pewien,  że  się  jeszcze  spotkamy.  Doktorze  Garrett,  mam  nadzieję,  że  mimo 

wszystko pan zostanie.   

Odprowadzili  go  na  podjazd,  gdzie  czekała  duża,  ciemna  limuzyna  z  szoferem.  Lord 

Grayleigh nie mógł przecież podróżować inaczej.   

 

Wrócili  do  domu  i  dokończyli  szampana,  omawiając  wydarzenia  minionego  dnia. 

Wreszcie Chris podniósł się, mówiąc: 

– Już późno. Chyba powinienem iść do domu.   
Spojrzeli  na  siebie,  niemal  odgadując  swoje  myśli.  To  Jan  podjęła  decyzję.  Jeszcze  nie 

teraz. Może wkrótce.   

Odprowadziła  go  jednak  do  drzwi.  Pocałował  ją  i  znowu  poczuła  to  samo  co  ostatnim 

razem.   

–  I  co  my  teraz  zrobimy?  –  zapytała.  –  Dajesz  mi  coś,  z  czego  nie  umiałabym 

zrezygnować.   

Przez chwilę szukał odpowiednich słów.   
– Nie wiem, co zrobimy. Ale musimy wkrótce coś postanowić.   
– Pocałuj mnie jeszcze raz, zanim zaczniesz myśleć.   

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

 

Po wyjściu Chrisa rozebrała się, wzięła kąpiel i jak zwykle zrobiła sobie filiżankę gorącej 

czekolady, którą wypiła, siedząc na kanapie. Położyła się spać,  ale wtedy wróciły wszystkie 
wątpliwości.   

Co  powinna  zrobić?  Wiedziała  już,  że  przez  te  wszystkie  lata  źle  Chrisa  oceniła. 

Wydawało  jej się, że teraz mogliby się do siebie zbliżyć i... Ale on wraca do Bangladeszu! 
Przewracała się z boku na bok, poprawiała poduszki, nie mogła jednak zasnąć.   

Ten wieczór był bardzo miły. Liczyła trochę, że uda jej się wysondować go, dowiedzieć, 

co do niej  czuje.  Ale się nie udało. Wizyta lorda Grayleigha nie pozwoliła im skupić się na 
poważnych sprawach.   

Sen  wciąż  nie  przychodził,  więc  wstała  i  wyjrzała  na  dwór.  Było  ciemno,  ale  niebo  na 

wschodzie zaczynało się już lekko rozjaśniać. Uznała, że to najlepsza pora, by spotkać się z 
duchami przeszłości.   

Przeszła do gościnnej sypialni i otworzyła szufladę komody. Spod złożonego koca wyjęła 

teczkę  z  papierami.  Przez  długi  czas  zaglądała  tu  dwa  albo  trzy  razy  w  tygodniu.  Teraz 
uświadomiła sobie, że ostatnio miała ją w ręku ponad miesiąc temu.   

Usiadła  przy  kuchennym  stole.  Wyjęła  z  teczki  wycięty  z  gazety  artykuł.  „Śmierć  w 

górach”  –  głosił  tytuł.  Obok  było  zdjęcie  jej  ojca.  Silny,  uśmiechnięty  mężczyzna  na  tle 

wzgórz, które kochał. Znała ten artykuł niemal na pamięć. Kilka szczegółów z życia ojca: że 
był  miejscowym  farmerem,  powszechnie  szanowanym,  że  współtworzył  zespół  górskiego 
pogotowia. Że osierocił córkę Janice. Był też krótki opis okoliczności jego śmierci i wniosek 

z policyjnego dochodzenia: nieszczęśliwy wypadek.   

Czekała, aż w jej umyśle pojawi się dobrze znany obraz. Najpierw twarz ojca, martwa i 

nieruchoma.  Potem  twarz  Chrisa,  dużo  młodsza niż  teraz,  pełna  przerażenia  i  rozpaczy.  Ale 
obraz nie nadchodził.   

Uśmiechnęła się do siebie; Teraz już wie na pewno, że rozliczyła się z przeszłością. Może 

myśleć o przyszłości z Chrisem. Ostrożnie zamknęła teczkę, wiedząc, że nie będzie zaglądać 
do niej przez długi czas. Wróciła do łóżka i natychmiast zasnęła.   

 

Następnego wieczoru Chris znowu przyszedł do niej na kolację. Cieszyło ją to. Czuła się 

dobrze w jego towarzystwie. To była nowa więź, dwojga dorosłych ludzi.   

Znów siedzieli na kanapie w salonie, tym razem pijąc herbatę, a nie wino.   
–  Nie  mówiłeś  mi  jeszcze  o  swojej  pracy  za  granicą  –  zagadnęła  Jan.  –  Spełniła  twoje 

oczekiwania? 

– Nie do końca – odparł. – Kiedy wyjeżdżałem, byłem młodym idealistą, chciałem zrobić 

coś dobrego. Ale szybko okazało się, że to, co mogę zrobić, jest niczym w porównaniu z tym, 
czego zrobić nie mogę.   

– Więc zawiodłeś się? 
–  Też  nie.  Uratowałem  wielu  ludziom  zdrowie,  a  nawet  życie.  Ale  czasem  przytłaczał 

background image

mnie ogrom tamtejszych problemów. Kiedy jechaliśmy w rejon jakiejś katastrofy, często nie 
mogłem nic przełknąć, wiedząc, że niedaleko są ludzie, którym to jedzenie mogłoby uratować 
życie.   

– Musiało ci być ciężko. I co robiłeś? 
–  Jadłem  mimo  wszystko.  Przekonywałem  siebie,  że  muszę  żyć,  żeby  nieść  pomoc 

innym.   

– Rozumiem. Ale praca tam musiała też mieć przyjemne strony.   
–  Krajobrazy  są  niezwykle  piękne,  zwłaszcza  wcześnie  rano,  kiedy  nad  wodą  unosi  się 

mgła. Wiem, że lubisz góry, ale równiny też mają swój urok.   

– Wierzę ci na słowo. – Była coraz bardziej odprężona.   
– W niedzielę wybieram się na wycieczkę. Słyszałem o pewnym miejscu, gdzie jest dużo 

wody i nie ma wzniesień. Może pójdziesz ze mną? 

– Ale podobno pogoda ma się popsuć. Ma być pochmurno i mglisto, może nawet spadnie 

deszcz – zaprotestowała.   

– Tym lepiej. Mgła i równiny to bardzo dobre połączenie.   
– Ale gdzie chcesz mnie zabrać? 
– Przekonasz się. Nie pożałujesz.   
Czuła, że ogarniają senność. Poprzedniej nocy mało spała, potem miała męczący dzień w 

pracy. Uznała, że może na chwilę przymknąć oczy. Chris mówił coś o polach ryżowych, jego 
słowa docierały do niej coraz mniej  wyraźnie. Resztką świadomości  zauważyła, że Chris  ją 
obejmuje.  Poczuła  się  z  tym  dobrze.  Opowieść  o  polach  ryżowych  była  naprawdę  bardzo 
interesująca...   

Kiedy  się  ocknęła,  było  ciemno.  Ramię  Chrisa  nadal  ją  obejmowało.  Czuła  zapach  jego 

wody  po  goleniu,  bliskość  oddechu,  ciepło.  W  jej  ciele  pojawiły  się  doznania,  których  od 
dawna nie czuła. Bardzo przyjemne doznania.   

W półśnie, mrucząc coś niewyraźnie, wyciągnęła rękę, objęła go i przyciągnęła do siebie. 

Jeszcze  się  nie  obudziłam,  powtarzała  sobie,  nie  wiem,  co  robię,  więc  nie  muszę  myśleć  o 
konsekwencjach.   

Chris  ją  pocałował,  najpierw  lekko  i  delikatnie,  jakby  czekał  na  jej  reakcję.  Nie  oddała 

pocałunku,  ale  było  oczywiste,  że  nie  ma  mu  tego  za  złe.  Przytulił  ją  mocniej,  jej  wargi 
rozchyliły się. Kiedy poczuła jego bliskość, jego pożądanie, nie umiała mu się oprzeć.   

Było im niewygodnie w tej pozycji, więc pomyślała, że równie dobrze może się położyć. 

Uniosła  nogi  i  wyciągnęła  je  na  kanapie.  Kiedy  ją  znowu  pocałował,  była  kompletnie 
rozbudzona, ale nie myślała już o konsekwencjach. Najważniejsza była teraźniejszość. Czuła 
jego rękę pod bluzką, jego dotyk na swojej skórze. To, co się miało wydarzyć, wydawało się 
nieuchronne.  Nie  planowała  tego,  nie  podjęła  żadnej  świadomej  decyzji,  ale  czuła  się 
szczęśliwa.   

Zauważyła, że ich koszule znalazły się na podłodze, że na jej pocałunki Chris odpowiadał 

z równą pasją. Pomyślała, że może powinni  pójść na górę do sypialni. Dopiero po dłuższej 
chwili dotarło do niej, że dzwoni telefon. Próbowała nie zwracać na niego uwagi. Kiedy się 
poruszyła, Chris objął ją mocniej.   

background image

– Niech dzwoni. Nie ma nas dla nikogo.   
Oboje  jednak  wiedzieli,  że  późny  telefon  może  oznaczać  wezwanie  do  wypadku.  Jan 

wstała  z  kanapy,  podniosła  bluzkę  i  zarzuciła  ją  sobie  na  ramiona.  Wydawało  jej  się 
nieprzyzwoite, by pielęgniarka odbierała telefon w niekompletnym stroju.   

– Halo, tu Penny. Dopiero odebrałam twoją wiadomość. Przepraszam, że tak późno, ale 

byłam w szkole. Nie przeszkadzam? Mam nadzieję; że nie wyrwałam cię z łóżka? 

Jan uśmiechnęła się, patrząc na Chrisa.   
– Nie, nie byłam jeszcze w łóżku. Dzwoniłam, bo chciałam zapytać, czy będziesz jutro w 

domu przed południem. Chętnie bym do ciebie wpadła.   

– Będę dopiero po lunchu. Może zajrzałabyś na herbatę? 
– Nie mogę, mam parę wizyt. Przyjadę wieczorem, koło ósmej.   
– No to do zobaczenia. – Penny odłożyła słuchawkę.   
Chris nie ruszył się z kanapy. Usiadła obok niego i wzięła za rękę.   
– Prawie...   
– Tak. – Kiwnął głową. – Bardzo tego chciałem, tak samo jak ty. Może teraz...   
– Wybacz mi, ale nie mogę. Wróciły dawne obawy. Kiedy to się stanie, chciałabym być 

pewna paru rzeczy.   

– Rzeczy? – Jego głos był poważny, ale dźwięczały w nim żartobliwe nuty.   
– Mam na nadzieję, że nie jesteś na mnie zły? Podniósł jej dłonie do ust i pocałował.   
– Jak mogę być na ciebie zły? 
–  Bardzo  tego  chciałam,  ale  nauczyłam  się  ukrywać  uczucia.  Gdyby  Penny  nie 

zadzwoniła...  Nie  żałowałabym.  Ale  teraz  znów  coś  we  mnie  mówi,  że  powinnam  być 
rozsądna, że nie mogę się narazić na kolejne rany. Przecież chcesz wyjechać. Nie zniosłabym 
tego. Rozumiesz? 

– Rozumiem.   
Słyszała smutek w jego głosie, ale wiedziała, że naprawdę ją rozumie. To nagłe rozstanie 

musiało być dla niego bolesne, tak samo jak dla niej, ale tym bardziej podziwiała go za to, że 
umiał się opanować.   

– Mam już iść? – zapytał, gdy milczenie stało się już trudne do zniesienia.   
Bardzo chciała go zatrzymać, ale na szczęście przeważył głos rozsądku.   
– Tak będzie lepiej. Przepraszam, że cię sprowokowałam.   
–  Nie  wiem,  kto  kogo  sprowokował.  –  Włożył  koszulę  i  sięgnął  po  marynarkę.  –  Czy 

nadal jesteśmy umówieni na niedzielę? – Uśmiechnął się z rozbawieniem i dodał: – Będzie 
mokro, zimno i będziemy na dworze.   

– Zatem nic nam się nie przydarzy. – Też się uśmiechnęła. – Dobranoc, Chris.   
– Dobranoc.   
Nie  drgnęła,  gdy  wychodził.  Usłyszała  lekki  trzask  zamykanych  drzwi,  odgłos 

ruszającego samochodu. Przez dziesięć minut siedziała nieruchomo, próbując zrozumieć, co 
się z nią dzieje i czego tak naprawdę chce. Nie umiała znaleźć odpowiedzi na te pytania, więc 
poszła spać.   

– Chińczycy mówią, że jeśli uratujesz czyjeś życie, to jesteś za to życie odpowiedzialna i 

background image

musisz się tą osobą opiekować – powiedziała Penny, nalewając herbatę. – Słyszałaś o tym? 

–  Tak  –  przyznała  Jan.  –  Ale  wtedy  lekarze  i  pielęgniarki  musieliby  mieć  bardzo  dużo 

podopiecznych. Dlaczego o tym mówisz? 

Siedziały z Penny na ganku, pijąc herbatę i rozkoszując się ciepłem letniego wieczoru.   
–  Kiedy  byłaś  tu  ostatnio  z  Chrisem,  zaryzykowałam  i  wtrąciłam  się  w  wasze  sprawy. 

Chciałabym wiedzieć, czy dobrze zrobiłam. Miałam wtedy rację? 

–  Tak  –  przyznała  Jan  po  chwili.  –  Byliśmy  zszokowani,  ale  chyba  oboje 

potrzebowaliśmy wstrząsu.   

– Chyba tak. Na szczęście ludzie uczą się na błędach. Jak wam się teraz układa? 
– Bardzo dobrze. Zamknęliśmy przeszłość i nie chcemy do niej wracać. Ale mamy przed 

sobą  długą  drogę.  Jesteśmy  innymi  ludźmi.  Musimy  się  na  nowo  odnaleźć.  Poza  tym  jest 
jeden problem. Chris dostał propozycję pracy, o której marzył.   

– Nie wyjechałabyś z nim? 
–  Tego  mi  nie  zaproponował.  Ale  chyba  wie,  że  prędzej  czy  później  żałowałabym  tej 

decyzji i miałabym do niego pretensje.   

–  Jesteś  dorosła  –  zauważyła  Penny.  –  Kochasz  go?  Jan  zastanowiła  się.  Chciała  być 

szczera wobec siebie i wobec Penny.   

– Mogłabym go pokochać. I wiem, że on mógłby pokochać mnie. Ale tego nie mówi.   
Penny wstała z krzesełka.   
–  Nalej  sobie  jeszcze  herbaty.  Chcę  ci  coś  pokazać.  –  Jej  głos  był  oschły  i  Jan 

zastanawiała się, czy przypadkiem jej czymś nie uraziła.   

Penny wróciła po kilku minutach, niosąc stary, oprawiony w skórę album ze zdjęciami.   
–  W  latach  pięćdziesiątych  uczyłam  się  w  szkole  pielęgniarskiej  w  Sheffield.  Potem 

podjęłam tutaj pracę. To są moje zdjęcia z tamtych czasów.   

Jan patrzyła na nią z ciekawością.   
– Dlaczego mi ich wcześniej nie pokazałaś? 
– Zobacz, a będziesz wiedziała.   
Jan otworzyła album. Na białoczarnych zdjęciach widać było dużo młodszą Penny.   
– To ja w bikini na plaży w Scarborough. Przyznam, że byłam nieco zdenerwowana.   
– Wyglądasz tu bardzo seksownie – zauważyła Jan.   
– Chyba tak. – Penny roześmiała się. – W ogóle byłam bardzo towarzyska.   
Jan przewracała kolejne kartki.   
– A kim jest ten mężczyzna? Ten, za którym siedzisz na motocyklu.   
–  Nazywał  się  David  Miller,  był  lekarzem.  Chodziliśmy  ze  sobą  przez  dwa  lata.  Kiedy 

zdałam końcowe egzaminy, poprosił mnie o rękę. Mieliśmy zamieszkać w Sheffield. Ale ja 
uważałam, że jest za wcześnie na małżeństwo. Wróciłam do rodziców. Obiecał, że do mnie 
przyjedzie. Zginął po drodze w wypadku.   

Jan nie umiała powstrzymać łez.   
– Penny, bardzo ci współczuję. Często oglądałaś te zdjęcia? 
– Tak, ale nikomu ich nie pokazywałam.   
Jan  pomyślała  o  swojej  teczce  z  dokumentami,  schowanej  w  komodzie  w  sypialni,  i 

background image

zadrżała.   

– Nie bez przyczyny pokazałaś mi je teraz, prawda? 
– Prawda. Ja nie miałam drugiej szansy. Ty ją masz.   
– Typowa pogoda w tych stronach. Można być  pewnym jedynie tego, że będzie padać, 

kiedy zaplanujesz sobie wycieczkę – zauważyła Jan, naciągając mocniej kaptur.   

Był niedzielny poranek. Stali na plaży w Arnside, patrząc na rozciągające się przed nimi 

łachy piasku i rozlewiska zatoki Morecambe.   

–  Miasteczko  jest  gdzieś  tam,  we  mgle  –  ciągnęła  Jan.  –  Mam  nadzieję,  że  do  niego 

trafimy.   

Teraz  jednak  ląd  był  niewidoczny.  Wokół  stały  niewielkie  grupki  ludzi,  razem  może 

kilkadziesiąt osób. Na znak przewodnika ruszyli przed siebie.   

– Czytałem wcześniej o tym przejściu przez zatokę – opowiadał Chris. – Już kilkaset lat 

temu byli tu przewodnicy, którzy pokazywali drogę. Samodzielna wyprawa grozi śmiercią.   

– Zawsze mówiłam, że nie warto żałować pieniędzy na przewodnika.   
Ruszyli przez rozlewiska.  Był  to  dziwny spacer,  bo większość czasu  brodzili  w wodzie. 

Szli boso, nogawki spodni zawinęli aż do kolan. Czasem trafiali na łachy suchego piasku.   

Przewodnik kilkakrotnie zatrzymywał się, by się upewnić, czy podążają właściwą drogą 

albo czy piasek przed nimi nie jest niebezpiecznie grząski. To właśnie podczas jednej z takich 
przerw Jan rozejrzała się uważniej dookoła. Stali  niemal  po kolana w wodzie, mżył  drobny 
deszcz, linia brzegowa ginęła we mgle.   

– Podoba ci się? – zapytał Chris.   
– Bardzo. Przede wszystkim dlatego, że tu jest tak inaczej. Nie wiem tylko, co bym czuła, 

gdybym widziała taki krajobraz każdego dnia.   

– Może się wydawać nieco monotonny – przyznał Chris. – Ale potem się przyzwyczajasz.   
Wkrótce pojawił się przed nimi niewyraźny zarys lądu i niedługo dotarli  do miasteczka. 

Po  wędrówce  przez  kompletne  pustkowie  widok  domów,  sklepów  i  ogródków  robił 
niesamowite wrażenie.   

Gdy  wrócili  do  samochodów,  zatrzymali  się  jeszcze  na  chwilę,  patrząc  na  rozległą 

przestrzeń wody i piasku.   

– Dlaczego mnie tu przyprowadziłeś? – zapytała.   
– Chyba chciałem pokazać ci coś, co przez długi czas było częścią mojego życia.   
– W takich miejscach głębiej odczuwa się samotność. Byłeś tam samotny? 
– Nie. Raczej samowystarczalny.   
– To zrozumiałe.   
Stali obok siebie, wciąż patrząc na horyzont.   
– A teraz trudno mi jest otworzyć się przed ludźmi – mówił dalej Chris. – Powiedzieć, co 

czuję  i  myślę.  Czasem  nawet  sam  nie  umiem  rozeznać  się  we  własnych  uczuciach. 
Nauczyłem się odcinać od emocji. To chroni przed bólem.   

– To się zmieni, musisz tylko być cierpliwy.   
Nie chciała się z nim rozstawać. Chciała mu zadać jeszcze jedno pytanie.   
–  Mówisz,  że  chciałbyś  się  nauczyć  otwartości.  Ale  jeżeli  wrócisz  do  Bangladeszu, 

background image

otwartość nie będzie ci potrzebna. Tam znów będziesz musiał być samowystarczalny.   

Milczał tak długo, że już myślała, że nie doczeka się odpowiedzi.   
– Tak, będę musiał – przyznał. – Zwłaszcza na stanowisku, które mi proponują.   
–  Rozumiem.  –  Zebrała  się  na  odwagę:  –  Czy  to  oznacza,  że  w  swojej 

samowystarczalności nie widzisz miejsca dla mnie? 

– O tym nawet nie umiem pomyśleć.   

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

 

W poniedziałek rano Chris zapukał do jej gabinetu i wsunął głowę przez drzwi.   
–  W  przyszły  weekend  jest  bal  charytatywny  u  lorda  Grayleigha.  Przysłał  nam  dwa 

zaproszenia z pytaniem, czy będziemy łaskawi przybyć. Pójdziesz? O ile oczywiście nie masz 

innych planów.   

– Słyszałam o tych balach. Pójdę z przyjemnością.   
– Będzie bardzo elegancko. – Chris wykrzywił twarz w uśmiechu. – Same wyższe sfery. 

Musisz włożyć swoją najlepszą suknię, a ja wystąpię we fraku.   

– Trudno mi będzie zdecydować, którą suknię włożyć. Ale coś wybiorę.   
– Świetnie. Wyślę potwierdzenie przybycia.   
Jan  była  bardzo  przejęta  zaproszeniem,  ale  zirytowała  ją  nieśmiałość  Chrisa.  Przecież 

powinien wiedzieć, że chciałaby z nim pójść na bal. Dlaczego zawsze jest gotów przyjąć jej 
odmowę? Czyżby nie zdawał sobie sprawy, że jej na nim zależy? 

W  tym  momencie  przyszła  jej  do  głowy  bolesna  myśl:  może  Chris  stara  się  być  wobec 

niej  uczciwy?  Trzyma  ją  nieco  na  dystans,  bo  podjął  już  decyzję  o  wyjeździe?  Dreszcz 
przebiegł jej po plecach.   

Spojrzała  na  zegarek.  Pierwszy  pacjent  miał  pojawić  się  za  pięć  minut.  To  dobrze, 

przynajmniej przestanie  zadręczać się wątpliwościami. Ostatni raz była  na dużym  przyjęciu 
dwa  lata  temu,  ze  swoim  byłym  narzeczonym  Peterem  Harrisem.  A  wcześniej  nie  mogła 
przypomnieć  sobie  żadnej  innej  okazji,  kiedy  musiałaby  zaprezentować  się  naprawdę 
elegancko. To przeważyło. Taki bal może się nigdy nie powtórzyć. Postanowiła, że będzie to 

dla niej wieczór, którego nie da się zapomnieć.   

Zdawała  sobie  sprawę,  że  na  balu  będą  najbogatsi  i  najlepiej  urodzeni  mieszkańcy 

hrabstwa.  Panie  z  pewnością  włożą  rodowe  klejnoty.  Ona  takich  nie  miała,  ale  –  wysunęła 

brodę  –  nie  będzie  się  odróżniać.  Pokaże  Chrisowi,  że  umie  się  ubrać  nie  tylko  w  strój 
pielęgniarki, strój do wspinaczki czy zwykłe dżinsy z podkoszulkiem.   

Załatwiła sobie wolne popołudnie i pojechała do Carlisle z listą butików, które powinna 

odwiedzić. Nie zdarzało się jej to często, więc znalazła w tym prawdziwą przyjemność. Już w 
pierwszym  sklepie  trafiła  na  coś  wyjątkowego:  długą,  biało-srebrzystą  suknię  z  rozcięciami 
po bokach. Pasowała do jej włosów i karnacji. Niestety, cena znacznie przekraczała sumę, na 
jaką  mogła  sobie  pozwolić.  Z  żalem  odwiesiła  sukienkę  na  wieszak  i  ruszyła  na  dalsze 
poszukiwania.  Przymierzyła  kilkanaście  kreacji,  ale  żadna  z  nich  nie  podobała  jej  się  aż  tak 

bardzo.  Poczuła  zmęczenie,  więc  wstąpiła  na  kawę  i  ciastko.  Krótka  chwila  odpoczynku 
pomogła jej podjąć decyzję. Wróciła do pierwszego sklepu i kupiła srebrzystą suknię.   

– Może nowy stanik? – zapytała sprzedawczyni, patrząc z pewnym lekceważeniem na jej 

codzienny biustonosz. – Czegoś takiego raczej nie możemy włożyć do tej sukni.   

– To prawda, nie możemy – zgodziła się ochoczo Jan. Wybrała więc jeszcze odpowiedni 

stanik, maleńkie figi i parę srebrnych samonośnych pończoch.   

Dalej już poszło gładko. Bez trudu znalazła parę srebrnych pantofelków.   

background image

Wracała  do  domu  zdecydowanie  uboższa,  ale  bardzo  zadowolona.  Na  siedzeniu  obok 

leżało duże czerwone pudło ze srebrną suknią.   

 
– Mam nadzieję, że włożysz wytworny smoking – obwieściła następnego dnia Chrisowi, 

gdy spotkali się w pokoju dla personelu. – Nie mogę pokazać się w towarzystwie mężczyzny, 
który pachnie naftaliną. Wydałam majątek na sukienkę.   

– Żeby pokazać się ze mną? 
– Żeby pokazać się na balu. Masz wyglądać elegancko.   
Roześmiał się.   
–  Zrobię  wszystko,  żeby  cię  nie  zawieść.  Zobaczysz.  Skontaktował  się  ze  mną  lord 

Grayleigh  i  obiecał  przysłać  po  nas  samochód  z  kierowcą.  Poczujemy  się  jak  prawdziwi 
arystokraci.   

– Nie wątpię. Ten wieczór będzie bardzo ważny. Dla nas obojga.   
– Rozumiem – powiedział poważnie. – Zdaje się, że myślałaś o przyszłości? 
– Tak. Najwyższy czas, żebym zrobiła coś ze swoim życiem. Ty też. To będzie dla nas 

punkt zwrotny.   

Na  sobotnie  przedpołudnie  zamówiła  sobie  wizytę  u  fryzjera,  u  kosmetyczki  i  u 

manikiurzystki.  Siedząc  pod  suszarką,  pomyślała,  że  wcale  nie  czuje  się  jak  Kopciuszek 

wybierający się na bal. Czuła się raczej jak generał przed ważną bitwą. Ale jej przeciwnikiem 

nie był Chris, lecz ona sama. Tylko ona może zadbać o swoje szczęście.   

 

Spodziewała się, że Chris będzie wyglądał elegancko, ale kiedy zobaczyła go w drzwiach, 

aż  zamarła  z  wrażenia.  Miał  na  sobie  klasyczny  biały  smoking,  do  tego  ręcznie  wiązaną 
muszkę i purpurową różę w butonierce.   

– Co to za tkanina? – spytała.   
– Jedwab z nitek o różnej grubości.   
– Wygląda bardzo wytwornie, podoba mi się. Teraz on zatrzymał na niej wzrok.   
–  Muszę  być  wytworny,  skoro  idę  z  tobą.  Fantastyczna  suknia,  będziesz  najpiękniejszą 

kobietą na balu. – Wiedziała, że Chris mówi to całkiem szczerze.   

Weszli do środka. Wkrótce miał przyjechać samochód przysłany przez lorda Grayleigha. 

Chris wyjął zza pleców bukiet kwiatów.   

– Przyniosłem ci róże. Kiedyś to były twoje ulubione kwiaty. Nadal je lubisz? 
– Naturalnie! Są przepiękne. Usiądź, wstawię je do wody.   
Przyniosła wazon i postawiła kwiaty na stoliku.   
– Bardzo ci dziękuję. Nie ruszaj się, pocałuję cię w policzek. Mój makijaż wymagał sporo 

pracy i nie chciałabym go zepsuć.   

– Jesteś piękna z makijażem i bez – powiedział, a ten komplement sprawił jej niezwykłą 

przyjemność.   

– Postanowiłam, że to będzie noc jak z bajki. Ja jestem Kopciuszkiem, a ty królewiczem. 

O północy wracam do swoich łachmanów, ale do tego czasu nie chcę słyszeć o zwyczajnym 
świecie.   

background image

Chris skinął głową.   
– Mnie się to podoba. Ale lord Grayleigh nie bardzo nadaje się na dobrą wróżkę.   
–  Zajechał  już  nasz  samochód.  A  właściwie  złota  karoca  –  zawołała,  spoglądając  przez 

okno.   

Wiedziała,  że ten wieczór zapamięta do końca życia.  Zanurzeni  w miękkich skórzanych 

siedzeniach dotarli pod bramę zamku Grayleigh. Musieli poczekać w kolejce innych drogich 
samochodów, ale nikt nie pytał ich o zaproszenia, bo samochód lorda znali wszyscy.   

Weszli do holu, gdzie przedstawiono ich oficjalnie lordowskiej parze.   
– Dobrej zabawy. Później chciałbym zamienić z wami parę słów – oświadczył lord, a jego 

małżonka dodała: 

– Dziękuję za wszystko, co zrobiliście dla naszego syna. Wspaniale pani wygląda w tej 

sukni.   

Jan  nie  wiedziała,  która  pochwała  sprawiła  jej  większą  przyjemność.  Zostali 

poczęstowani  szampanem,  po  czym  wyszli  na  taras.  Po  chwili  podszedł  do  nich,  kulejąc, 
młody chłopak i nieśmiało się uśmiechnął.   

– Siostra Fielding i doktor Garrett? Tak się cieszę, że was widzę.   
Był wysoki, miał na sobie smoking, toteż w pierwszej chwili Jan go nie poznała.   
– Miło cię widzieć, Harry – powitał go Chris. – Jak twoja noga? 
Oczywiście, to jest syn lorda Grayleigha! 
–  Powoli  się  zrasta  –  odrzekł  Harry.  –  Na  razie  jest  w  gipsie,  więc  nie  bardzo  mogę 

tańczyć. Lekarze mówią, że jak wszystko pójdzie dobrze, to po złamaniu nie zostanie nawet 
śladu. Mogę się przysiąść? Chciałbym z panem o czymś porozmawiać.   

– Oczywiście, siadaj.   
Harry zdał właśnie egzaminy i został przyjęty na uniwersytet, ale chciał sobie zrobić rok 

przerwy, by zobaczyć trochę świata.   

–  Tak  naprawdę  niewiele  umiem  –  tłumaczył.  –  Znam  się  trochę  na  komputerach,  i  to 

wszystko.  Ale zastanawiałem się,  czy  nie mógłbym się na eoś  przydać  w takim  miejscu jak 

Bangladesz.   

– W Bangladeszu życie jest zupełnie inne niż tu.   
– Wiem i dlatego chciałbym tam pojechać.   
– Jesteś pewien, że nie będziesz miał dość po miesiącu? Że nie zatęsknisz za spokojnym 

życiem? 

– Z pewnością będę miał dość i zatęsknię za leniwym życiem. Ale wytrzymam. Może mi 

pan powiedzieć, jak tam jest? 

Chris zaczął mówić. Jan słuchała go z ciekawością i chwilami aż ciarki przechodziły jej 

po plecach. Po dziesięciu minutach Chris zapytał: 

– Nadal cię to interesuje, Harry? 
– Owszem.   
Chris popatrzył na niego przez chwilę, a potem wyjął z kieszeni wizytówkę.   
– Napisz do tego mężczyzny. Powiedz, co byś chciał robić, co umiesz. Ja wyślę do niego 

list polecający.   

background image

– Bardzo panu dziękuję! Muszę teraz wracać i przywitać się z resztą gości. Siostro, czy 

będę mógł poprosić panią do tańca, kiedy zagrają coś wolnego? – Uśmiechnął się nieśmiało 
do Jan. – Wszyscy koledzy będą mi zazdrościć.   

– Z przyjemnością z tobą zatańczę – odparła Jan wesoło. – Zawsze mi się podobali młodsi 

mężczyźni.   

– Teraz ja jestem zazdrosny – odezwał się Chris, kiedy Harry odszedł. – Jesteś pewna, że 

nie podobają ci się mężczyźni w średnim wieku? 

–  Mogę  spróbować  zatańczyć  z  jakimś  młodo  wyglądającym  mężczyzną  w  średnim 

wieku.   

Reszta wieczoru upłynęła im jak w bajce.  Jedli, tańczyli,  rozmawiali  ze sobą.  Zamienili 

parę słów z lordem i jego żoną.   

– Dobrze się bawisz? – zapytał Chris.   
– Cudownie. To zupełnie inny świat. Nie chciałabym tu zostać na zawsze, ale cieszę się, 

że tu jestem. Z tobą.   

– Zatańczymy? Albo nie, chodźmy na taras. Zrobiło się ciemno i nikt nie zauważy, że cię 

całuję.   

– Możemy zrobić jedno i drugie.   
Każda  bajka  musi  się  kiedyś  skończyć.  Ale  Jan  wcale  nie  żałowała,  że  pora  wracać  do 

domu. Znów jechali luksusowym bentleyem lorda Grayleigha.   

– Moja bajka nie kończy się o północy – oznajmiła Jan, kiedy znaleźli się w jej salonie. – 

Postanowiłam, że czar będzie trwał do rana. Wtedy porozmawiamy.   

– W takim razie przyjdę rano. Spojrzała na niego.   
– Albo zostanę. Zapadła chwila ciszy.   
–  W  smokingu  wyglądasz  rewelacyjnie,  ja  też  się  świetnie  czuję  w  tej  sukni.  Ale  teraz 

chciałabym poczuć się nieco swobodniej.   

Stali  naprzeciwko siebie.  Nie dotknęli się od  chwili  wejścia do domu. Odwróciła się do 

niego plecami.   

– Czy mógłbyś rozpiąć zamek? 
Poczuła na karku jego palce. Ten delikatny dotyk był tak przyjemny, że aż przyprawił ją o 

dreszcz.  Szmer  rozsuwanego  zamka  błyskawicznego  wydawał  się  trwać  całą  wieczność. 
Przez chwilę przytrzymywała przód sukienki, wreszcie ją puściła. Miękka tkanina opadła jej 
do stóp. Zrobiła krok do przodu i schyliła się, by ją podnieść.   

Przez  chwilę  czuła  lekki  niepokój.  Jej  nowa  bielizna  była  bardzo  skąpa,  więcej 

odkrywała, niż zakrywała. Ale przecież tego właśnie chciała. Odwróciła się. Chris patrzył na 
nią z nieukrywanym pożądaniem.   

Nie próbował jej dotknąć. Wiedziała jednak, że to nastąpi. We właściwym czasie.   
– Jesteś cudowna – szepnął.   
– Idę się wykąpać. Jeżeli chcesz, możesz do mnie przyjść.   
– Chcę, przecież wiesz. Jan, czy to oznacza...   
–  Oboje  tego  chcemy.  Albo  potrzebujemy.  Jutro  będzie  inaczej,  jutro  trzeba  będzie  coś 

postanowić.  Ale  jeszcze  nie  dziś.  Ten  wieczór  jest  dla  nas.  Przyjdź  do  łazienki  za  dziesięć 

background image

minut.   

– Dobrze.   
Weszła  na  górę.  Zachowywała  się  tak,  jakby  wszystkie  decyzje  już  zapadły  i  sprawy 

zaczęły  się  toczyć  własnym  trybem.  Powiesiła  sukienkę  na  wieszaku  i  zdjęła  bieliznę. 
Zapaliła świece, zawsze lubiła ich blask. Nie włączała światła, lekki półmrok w zupełności jej 
wystarczał. Łazienka powoli wypełniała się parą. Wlała do wody olejek do kąpieli i weszła do 

wanny.   

Po chwili rozległo się pukanie do drzwi. Chris zdjął już marynarkę i muszkę. Wydawał jej 

się jeszcze bardziej przystojny niż zwykle.   

– Długo tak będziesz stał w tym ubraniu? 
– A czy znajdzie się miejsce koło ciebie? 
– Jasne. Zamówiłam naprawdę dużą wannę.   
Chris  wyszedł  do  sypialni.  Kiedy  wrócił,  nie  patrzyła  na  niego.  Wpatrywała  się  w 

płomień świecy, jakby tam kryły się odpowiedzi na wszystkie jej pytania.   

Wszedł do wanny i usiadł po przeciwnej stronie. Woda podniosła się, sięgając jej piersi. 

Wtedy  na  niego  spojrzała.  Szeroka  klatka  piersiowa  porośnięta  ciemnymi  włosami, 
muskularne  ramiona.  Chris  był  naprawdę  świetnie  zbudowany.  Zmężniał,  odkąd  go 

poprzednio  widziała  bez  ubrania.  To  nie  była  już  figura  młodego  chłopaka,  lecz  dojrzałego 
mężczyzny. Jego spojrzenie jednak się nie zmieniło.   

– Kiedyś tak na mnie patrzyłeś. Wiedziałam, co wtedy myślisz.   
– Nie było trudno zgadnąć. Kiedy patrzyłem na ciebie, zawsze myślałem o tym samym.   
– To znaczy o czym? 
– Że jesteś najpiękniejszą kobietą na świecie. I że chcę się z tobą kochać.   
– A ja jak na ciebie patrzyłam? Zastanowił się przez chwilę.   
–  Umiałaś  lepiej  ukrywać  uczucia.  Ale  czasami  widziałem  twoje  spojrzenie,  kiedy 

myślałaś, że tego nie zauważam.   

– I co? 
– I wtedy uważałem, że jestem najszczęśliwszym mężczyzną na świecie.   
– Za dużo mówimy, zamiast coś zrobić. – Podała mu gąbkę. – Chciałabym, żebyś mnie 

umył. Całą.   

Zmiana pozycji zajęła im parę chwil. Jan miała teraz Chrisa za sobą, leżała między jego 

nogami.   

– A co to takiego? – spytała żartobliwym tonem.   
– Jeżeli powiem, że mydło, to pewnie nie uwierzysz.   
– Na pewno nie.   
Delikatnie  przesuwał  dłońmi  po  jej  skórze.  Ten  dotyk  wprowadzał  ją  w  stan  coraz 

większego rozmarzenia. Jednak po jakimś czasie poczuła, że chce czegoś więcej.   

– Teraz moja kolej. Nie ruszaj się stąd.   
Wyszła  z  wanny  i  owinęła  się  ręcznikiem.  Przykucnęła  i  teraz  ona  myła  jego  ciało. 

Pocałowała go w wilgotne usta.   

– Przyjdź do mnie za chwilę...   

background image

Czy  ta  bezwstydna  uwodzicielka  to  naprawdę  ja?  –  zastanawiała  się,  idąc  do  sypialni. 

Noc była ciepła, więc na łóżku leżało jedynie prześcieradło. Położyła się, starannie dobierając 
pozycję:  jedna  noga  lekko  zgięta,  stopa  oparta  na  kostce,  ramię  odchylone  za  głową.  Ta 
pozycja  wyrażała  zachętę  i  pragnienie.  Zapaliła  w  sypialni  tylko  jedną  świecę,  stojącą 
naprzeciwko lustra.   

Chris pojawił się po kilku minutach. Na jej widok aż wciągnął powietrze. Miał na sobie 

jedynie ręcznik zawinięty wokół bioder.   

– Zrzuć z siebie ten ręcznik – powiedziała. – I nie mówmy już nic więcej.   
Patrzyła na jego nagie ciało, wiedząc, jak jej pragnie. Materac ugiął się, gdy usiadł obok 

niej. Teraz on musi przejąć inicjatywę. Odwróciła lekko głowę.   

Niczego  podobnego  nie  przeżyła  przez  ostatnie  sześć  lat.  Zerwała  zaręczyny,  bo 

uświadomiła  sobie,  że  związek,  w  którym  nie  ma  prawdziwej  namiętności,  źle  wróży  na 
przyszłość.  Lubiła  Petera,  ale  on  nie  umiał  aż  tak  rozpalić  jej  zmysłów.  Nic  nie  mogło 
przesłonić wspomnień chwil spędzonych z Chrisem. I na tym polegał problem.   

Zastanawiała  się,  dlaczego  to  robi,  skąd  ta  nagła  decyzja.  Może  nie  ma  wyjścia?  Chris 

zajął ważne miejsce w jej życiu. Może teraz lepiej zrozumie, jak ważne.   

Wciąż na niego nie patrzyła. Poczuła delikatny dotyk. Jego palec przesuwał się wolno po 

jej  czole,  policzku,  zatrzymał  się  na  wargach.  Potem  ruszył  niżej.  Szyja,  dekolt...  Jej  ciało 
wypełniło się oczekiwaniem.   

Westchnęła w przypływie rozkoszy.   
– Nie spieszmy się – powiedział cicho. – Jesteś taka piękna. Chcę na ciebie patrzeć, chcę 

cię dotykać...   

Całował  teraz  jej  brzuch,  potem  zsunął  się  jeszcze  niżej.  Co  zamierza  zrobić?  Czyżby 

chciał...  ?  Wydała  z  siebie  cichy  jęk,  w  którym  krył  się  lęk  zmieszany  z  oczekiwaniem. 
Chwyciła  jego  ramiona,  nie  wiedząc,  czy  chce  go  powstrzymać,  czy  ponaglić.  Nigdy 
przedtem nie czuła takiego podniecenia.   

Ale chciała także dawać, nie tylko brać.   
– Chodź do mnie, Chris – wyszeptała. – Tak bardzo cię pragnę.   
Przylgnął  do  niej  całym  ciałem,  całując  ją  w  usta  mocno,  długo  i  namiętnie.  Czuła  na 

sobie  jego  ciężar,  czuła  jego  zapach,  słyszała  przyspieszony  oddech.  Pragnęli  się  oboje  z 
równą siłą. Przytrzymała przez chwilę jego biodra, a potem zwolniła uścisk, pozwalając im 
znaleźć swoje miejsce.   

– Tak długo na to czekałem, Jan – rzekł zmienionym głosem. – Marzyłem o tobie przez te 

wszystkie lata.   

– Teraz jestem twoja. I bardzo cię chcę.   
Ich wzajemna tęsknota była tak wielka, że domagała się natychmiastowego zaspokojenia. 

Jan zdziwiła się, że wszystko było takie naturalne i oczywiste. Poruszali się coraz szybciej w 
zgodnym rytmie, połączeni tym samym uniesieniem. Niemal jednocześnie poczuli rozkosz.   

– Nawet nie wiesz, jak mi z tobą dobrze, Jan...   
– Mnie też jest z tobą dobrze. Śpijmy już. Musisz być zmęczony.   
Nie powiedział, że mnie kocha, pomyślała Jan, zapadając w sen. I może tak jest lepiej.   

background image

Następnego  dnia  obudziła  się  wcześnie.  Usiadła  powoli  i  patrzyła  na  twarz  śpiącego 

Chrisa.  Nigdy  wcześniej  nie  spędziła  z  nim  całej  nocy.  Teraz  wie,  co  straciła.  Nie  zdawała 

sobie sprawy, jak to jest, kiedy można w nocy wtulić się w jego ciepłe ciało.   

Ale  ta  noc  się  skończyła.  Czar  prysł.  Już  nie  jest  Kopciuszkiem,  tylko  siostrą  Jan 

Fielding. Wiedziała jednak, że bez względu na to, co się stanie, wspomnienia tej nocy zostaną 
z nią na zawsze.   

Olśniła  ją  nagła  myśl.  Już  wie,  czego  chce.  Chce  Chrisa,  nadal  ma  go  przy  sobie.  I 

zamierza o niego walczyć.   

Wstała z łóżka, starając się go nie obudzić.  Zrobiła dwa kubki kawy i zaniosła jeden na 

górę.   

– Co za rozkoszny zapach! – Chris przeciągnął się leniwie.   
Postawiła kubek przy łóżku.   
– Idę teraz do łazienki. Za dziesięć minut twoja kolej.   
Wzięła szybki prysznic i ubrała się.   
– Łazienka wolna! – zawołała. – Zejdź potem na śniadanie.   
Nakryła  do  stołu.  Po  dziesięciu  minutach  Chris  pojawił  się  w  drzwiach  kuchni. 

Zapomniała, że nie miał  innego ubrania oprócz tego,  w którym  wystąpił  na balu. Wyglądał 
dość zabawnie w ciemnych spodniach i rozpiętej pod szyją, smokingowej koszuli.   

– Nie mam maszynki do golenia.   
Nie  powiedziała  mu,  że  z  cieniem  porannego  zarostu  na  policzkach  wygląda  niezwykle 

pociągająco.   

– Wybaczam ci. Więcej kawy? 
Podszedł do niej, chcąc ją pocałować. Zrobiła unik i podała mu kubek.   
– Śniadanie gotowe. Są płatki, grzanki, ale jeżeli chcesz, mogę zrobić coś ciepłego.   
– Grzanki wystarczą. – Popatrzył na nią z uwagą. – Będziemy rozmawiać poważnie? 
– Tak. – Zawahała się przez chwilę. – Było mi z tobą cudownie. Nigdy tego nie zapomnę. 

Ale to było wczoraj. Minęło i nie chcę, żebyśmy o tym rozmawiali.   

– Ale o czymś będziemy rozmawiać? 
– O przyszłości.   
Skinął głową, ale nic nie powiedział. Włożyła chleb do tostera, postawiła na stole dżem i 

masło. Te proste czynności pozwalały jej zachować jasność myśli.   

– Kiedy się tu  pojawiłeś, zapytałam  Johna, dlaczego  cię ściągnął. Byłam  pewna, że nie 

chcesz  wracać.  Powiedział,  że  muszę  zamknąć  dawną  sprawę,  tak  samo  zresztą  jak  ty. 
Wydarzenia sprzed sześciu łat nadal były w nas żywe. Musieliśmy się z nimi uporać.   

– Miałem wrażenie, że nam się to udało. Dzięki Penny.   
– Bardzo nam pomogła. Ale zostawiła nas z kolejnym problemem. Zaczęliśmy właściwie 

od początku i nadal nie wiemy, jak się to potoczy. Jednego jestem pewna: albo zostaniesz w 
moim życiu, albo je opuścisz. Na zawsze.   

– Chcę zostać.   
–  Muszę  cię  o  coś  zapytać.  Nie  odpowiadaj  od  razu  i  nie  traktuj  tego  jako  ultimatum. 

Ostatnia rzecz, jakiej bym chciała, to zmuszać cię do czegokolwiek. Ale jeżeli przyjmiesz tę 

background image

pracę za granicą, to się rozstaniemy.   

– Nie wyobrażam sobie, że mogłabyś stąd wyjechać. – Jego głos był cichy i spokojny. – 

Tu  jest  twój  dom.  Tu  jesteś  sobą.  Powoli  zaczynam  cię  rozumieć.  Kocham  góry,  polubiłem 

tutejszych ludzi. Ale ta praca... Marzyłem o niej przez wiele lat.   

Sytuacja wreszcie stała się jasna.   
– Będziesz musiał wybrać: albo ja, albo Bangladesz.   
– Rozumiem.   

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

 

W poniedziałek rano Chris przyszedł do gabinetu Jan. Był wyraźnie zdenerwowany.   
– Wszystko toczy się szybciej, niż się spodziewałem – oznajmił. – Po południu jadę na 

tydzień do Londynu. Wezwali mnie, żeby omówić różne kwestie związane z budową szpitala. 
Uważają mnie za eksperta.   

–  Będę  za  tobą  tęsknić.  –  Jakimś  cudem  zdołała  zapanować  nad  głosem.  –  Czy  to 

oznacza, że podjąłeś już decyzję? 

–  Nie.  Zapewne  będą  naciskać,  żebym  przyjął  tę  propozycję.  Jan,  jeżeli  postanowię 

wyjechać, to ty pierwsza się o tym dowiesz.   

– No cóż, dobre i to. – Miała nadzieję, że nie usłyszał brzmiącej w jej głosie goryczy.   
 

W  ciągu  tego  tygodnia  dzwonił  do  niej  dwukrotnie,  właściwie  tylko  po  to,  by  chwilę 

porozmawiać,  zapytać,  co  słychać  u  niej  i  u  znajomych.  Nie  wspominał  o  tym,  co  robi  w 
Londynie, a ona postanowiła o nic nie pytać.   

Miał  wrócić  w  sobotę  wieczorem,  więc  Jan  zaprosiła  go  na  kolację.  Ale  od  rana  nie 

umiała  sobie  znaleźć  miejsca.  W  kółko  analizowała  ich  ostatnią  rozmowę.  Czy  na  pewno 
jasno postawiła sprawę? Czy na pewno dobrze go zrozumiała? Czy niczego nie pominęła? 

Była  coraz  bardziej  niespokojna,  więc  postanowiła  pojechać  na  wrzosowiska.  Ruszyła 

szybkim krokiem na wzgórze,  aż w końcu zmęczona,  z mocno bijącym  sercem,  znalazła się 

na  szczycie.  Położyła  się  na  wyskubanej  przez  owce  trawie  i  patrzyła  na  płynące  po  niebie 

chmury.   

Pomyślała, że gdyby Chris ją o to poprosił, to może pojechałaby z nim do Bangladeszu. 

Ale nie, to nie ma sensu. Oboje wiedzą, jaki mają wybór.   

Ziemia  była  wilgotna,  toteż  poczuła  chłód.  Podniosła  się  i  ruszyła  na  dół.  Czas 

przygotować kolację.   

Kiedy Chris  pojawił  się u niej późnym  popołudniem,  wyglądał  na zmęczonego.  Miał  za 

sobą długą drogę.   

– Idź na górę i weź kąpiel. Poczujesz się lepiej.   
– Chętnie. Ale najpierw... Coś ci przywiozłem. – Wręczył jej małą paczuszkę.   
–  Uwielbiam  prezenty!  –  Niecierpliwie  rozdarła  papier.  W  środku  było  pudełko 

belgijskich czekoladek. Wyjęła jedną i spróbowała. – Chris, są fantastyczne! Będę co wieczór 
wydzielać sobie po jednej.   

–  Myślę,  że  nie  zaszkodzą  ci  nawet  dwie.  Kiedy  Chris  zszedł  na  dół,  wypili  herbatę  i 

usiedli wygodnie na kanapie.   

– Nie chcę rozmawiać o twoim wyjeździe do Londynu. To twoje sprawy. Ile masz czasu 

na podjęcie decyzji? 

– Obiecałem, że dam im odpowiedź za cztery tygodnie.   
– Aż tak długo zamierzasz się zastanawiać? 
– Chcieli, żebym się zdecydował wcześniej, ale powiedziałem, że muszę rozważyć pewne 

background image

kwestie osobiste.   

– Kwestie osobiste? 
– Wiesz przecież, że chodzi o ciebie. A właściwie o nas.   
Ucieszyła ją ta odpowiedź, ale starała się tego nie okazać.   
–  Czy  przez  ten  czas  moglibyśmy  o  tym  nie  rozmawiać?  Po  prostu  powiesz  mi,  co 

postanowiłeś, zanim do nich zadzwonisz.   

– Dobrze.   
 

Ostatnio dużo myślała o Penny, ojej związku z Davidem, o tym, że jej samej los dał drugą 

szansę. Chciała, by Chris też usłyszał tę historię.   

– Oczywiście, że chciałbym pojechać do Penny. Jest jakiś szczególny powód? 
– Nie, to ma być zwykła przyjacielska wizyta.   
– Dobrze, możemy pojechać dziś po południu. Jan zadzwoniła do Penny, by ją uprzedzić.   
–  Z  przyjemnością  was  zobaczę.  Ale  nie  mogę  teraz  rozmawiać,  bo  pracuję  przy 

pszczołach. Do zobaczenia.   

Zgodnie z umową po południu zadzwonili do drzwi domku Penny. Nikt nie odpowiadał. 

To  było  dziwne,  bo  Penny  zawsze  bardzo  pilnowała,  by  goście  na  progu  nie  czekali.  Jan 
zadzwoniła drugi raz, a potem trzeci.   

– Może jest w ogrodzie i nas nie słyszy? – podsunął Chris. – Chodźmy zobaczyć.   
Wołali ją, ale nadal nikt nie odpowiadał.   
– Przejdę przez płot. Może jest zajęta w kuchni. Jan była coraz bardziej niespokojna.   
– Penny ma znakomity słuch. Spodziewała się nas.   
Chris przeskoczył przez ogrodzenie i otworzył furtkę od wewnątrz. Przeszli przez ogród 

pełen kwitnących kwiatów i zajrzeli przez okno do kuchni. Stół był nakryty dla trzech osób, 
wszędzie panował idealny porządek. Tylko na kamiennej podłodze leżała bez ruchu Penny.   

Jan  zamarła.  Myśl,  że  coś  złego  stało  się  jej  przyjaciółce,  kompletnie  wytrąciła  ją  z 

równowagi. Chris próbował otworzyć drzwi. Zamek nie ustępował, więc bez wahania z całej 
siły  je  kopnął.  Trzask  łamanych  desek  przywrócił  Jan  do  rzeczywistości.  Przecież  jest 
pielęgniarką! Wbiegli do środka.   

Przy głowie Penny widniała niewielka plama krwi. Jan uklękła obok.   
– Oddycha. Ale słyszę świst krtaniowy. I rzężenie. Nie podoba mi się to. – Spojrzała na 

Chrisa. – Zastrzyk z adrenaliny! Szybko! 

Zerwała się na równe nogi, chwyciła leżącą na komodzie torebkę Penny i wytrząsnęła jej 

zawartość na stół. Muszą tu być aplikatory z adrenaliną. Penny zawsze trzymała je w torebce i 
nigdy się z nią nie rozstawała.   

– Adrenalina? Myślisz, że...   
–  Szok  anafilaktyczny.  Reaguje  tak  na  orzeszki  ziemne,  wystarczy  parę  okruchów. 

Znalazłam! Pomóż mi, podnieś jej spódnicę.   

Jan zrobiła zastrzyk i oparła się o kredens.   
– Zadzwonię po pogotowie – oznajmił Chris. – Nie wiedziałem, że Penny jest tak bardzo 

uczulona.   

background image

– Nie chciała o tym mówić. Uznawała to za słabość. Była zbyt dumna, żeby się do tego 

przyznać.   

– No tak, a teraz mało brakowało – zauważył Chris. Sprawdził puls na szyi Penny. – Jest 

lepiej. Zaczyna ruszać powiekami. – Obejrzał ranę na głowie. – Wygląda paskudnie, ale to nic 
groźnego. Załóż jej opatrunek.   

– Przyniosę torbę z samochodu. – Jan zrobiła dwa kroki, ale zaraz opadła na krzesło. – 

Nie mogę. Wydawało mi się, że jestem odporna na takie sytuacje, ale nie wtedy, kiedy coś się 
dzieje z moimi przyjaciółmi.   

– Idź do samochodu – odezwał się Chris szorstkim głosem. – Teraz jesteś pielęgniarką, a 

nie przyjaciółką.   

Podniosła się ze złością. Ale kiedy wróciła z opatrunkami, czuła się znacznie lepiej. Chris 

ma rację, Penny potrzebuje pielęgniarki.   

Zabandażowała  ranę,  a  potem  ułożyli  Penny  na  kanapie  i  okryli  kocem.  Wreszcie 

odzyskała przytomność.   

– Ale byłam głupia. Kupiłam mąkę w tym nowym sklepie. Sprzedawczyni powiedziała, 

że  robią  też  orzechowe  ciastka,  ale  zapewniła,  że  orzeszki  nawet  nie  leżały  koło  mąki. 
Widocznie się pomyliła. Muszę powiedzieć o tym właścicielowi.   

– Ale nas przestraszyłaś. – Jan pokręciła głową.   
– Kiedy zobaczyłam cię na podłodze...   
– Po prostu za szybko szłam. Potknęłam się i musiałam uderzyć głową o podłogę.   
– To nic groźnego – wtrącił się Chris. – Ale w szpitalu zajmą się tym dokładniej.   
–  I  na  pewno  będą  chcieli  zatrzymać  mnie  do  jutra.  Przynajmniej  zobaczę,  jakie  są  te 

dzisiejsze pielęgniarki.   

– Chyba słyszę karetkę. – Jan podeszła do okna.   
– Pojedziemy z tobą do szpitala.   
–  Ty  pojedziesz  ze  mną.  A  Chris  niech  się  zajmie  bałaganem,  którego  narobił  –  rzekła 

Penny, patrząc na wyłamane drzwi.   

– Nie mam wyjścia – odparł Chris, szeroko uśmiechnięty.   
Po dwóch godzinach Chris podjechał samochodem na szpitalny parking. Jan już na niego 

czekała.   

– Jak się czuje Penny? 
– Chyba dobrze, ale wiek robi swoje. Nie warto, żebyś do niej zaglądał, właśnie zasnęła.   
– Chyba bardzo to przeżyłaś? – zapytał łagodnie.   
–  Widziałam  wiele  groźnych  wypadków,  ale  kiedy  to  zdarza  się  bliskiej  osobie...  Nie 

jestem taka twarda, jak ci się wydawało.   

– Przyznaj, dlaczego chciałaś do niej pojechać? – spytał Chris po chwili milczenia.   
Jan próbowała zebrać myśli.   
–  Kiedy  byłam  u  niej  ostatnio,  pokazała  mi  zdjęcia  mężczyzny,  którego  kochała  i  za 

którego chciała wyjść. Zginął w wypadku motocyklowym. Wydawało mi się, że chciałaby ci 
o tym opowiedzieć.   

– Dlaczego? 

background image

– Żeby pokazać, że nie każdy ma szczęście dostać od losu drugą szansę.   
Jan pochyliła się, żeby wytrząsnąć z sukni resztki konfetti.   
– To było udane wesele, prawda? Dobrze się bawiłeś? 
Chris leżał rozłożony na kanapie.   
– Znakomicie. Podobasz mi się w tym kapeluszu. Zauważyłaś, że nie zdjęłaś go od rana? 
Jan spojrzała w lustro.   
– Lubię czasem włożyć kapelusz. To zupełnie co innego niż kaptur puchowej kurtki.   
– W jednym i drugim wyglądasz cudownie. A ta różowa sukienka też mi się podobała.   
– Doktorze Garrett, chyba wychodzi z pana bawidamek. Aż strach pomyśleć, co będzie za 

dziesięć lat. Tymczasem mógłbyś zrobić kawę? Pójdę się przebrać.   

– Jak pani sobie życzy. – Wstał i poszedł do kuchni.   
Ostatnio  bardzo  się  do  siebie  zbliżyli.  Prawie  codziennie  jedli  razem  kolację.  Niemal 

wszędzie  pokazywali  się  razem,  co  u  wielu  znajomych  budziło  uśmiech  aprobaty.  Jan 
zastanawiała się, co pomyślą, gdy okaże się, że Chris wyjeżdża. Obawiała się, że nie zniesie 
współczujących spojrzeń.   

Zeszła na dół w dżinsach i koszulce i usiadła obok Chrisa na kanapie.   
–  Nie  byłem  na  wielu  weselach  –  odezwał  się,  obejmując  ją  ramieniem.  –  Kiedy  moi 

przyjaciele  się  żenili,  byłem  za  granicą.  Ze  zdziwieniem  zauważyłem,  że  wielu  się 
ustatkowało, mają nawet dzieci.   

– Masz wrażenie, że coś cię ominęło? 
– Chyba tak. – Uśmiechnął się.   
To  był  naprawdę  bajkowy  ślub  i  wesele.  Jan  widziała,  że  Chris  dobrze  się  bawi,  nie 

przejmował się niezbyt subtelnymi uwagami i pytaniami jej przyjaciółek. Robił wszystko, by 
pokazać, że są parą.   

Zgodnie z obietnicą przez ostanie dni nie wspominał o swojej pracy. Wiedziała jednak, że 

odebrał wiele telefonów z fundacji i przeglądał jakieś dokumenty, które natychmiast wrzucał 
do szuflady, gdy pojawiała się w pobliżu.   

Wiele o nim myślała. Doszła do wniosku, że problemem nie jest sama propozycja pracy, 

ale  coś,  co  pojawiło  się  w  ich  rozmowie  nad  zatoką  Morecambe.  Powiedział  wtedy,  że 
nauczył  się być samowystarczalny. Wiedziała, że jest w nim wiele miłości, której  nie umie 
okazać.   

 

Po dwóch tygodniach Jan czuła się coraz bliższa zwycięstwa. Widziała, że Chris jest z nią 

szczęśliwy  i  miała  nadzieję,  że  to  skłoni  go  do  porzucenia  myśli  o  wyjeździe.  Oczywiście 
tamtym  ludziom  należy  się  pomoc,  ałe  przecież nie  tylko  on  się  do  tego  nadaje.  Na  pewno 
znalazłby się ktoś na jego miejsce. On już swoje zrobił.   

Zastanawiała się nad tym niemal bez przerwy. Aż któregoś dnia świat jej się zawalił.   

Czekała na pacjentki w poradni dla kobiet. Najpierw pojawiła się pani Sledmere. Wyniki 

badań potwierdziły wcześniejszą diagnozę – pacjentka istotnie zachorowała na  gruźlicę. Na 
szczęście słabo zaawansowaną, więc rokowania były dobre. Dziwne jednak było to, że pani 
Sledmere  nie  wyglądała  na  szczególnie  zmartwioną.  Chyba  podobała  jej  się  troska  i 

background image

zainteresowanie, jakim została otoczona.   

Następną  pacjentką  była  młodziutka  Alice  Plows.  Potrzebowała  rady  w  sprawie 

antykoncepcji.  Nie  podjęła  jeszcze  decyzji,  ale  uznała,  że  powinna  się  wcześniej 
przygotować. Jan pochwaliła ją za rozsądek, przedstawiła różne metody i zaprosiła za tydzień 
na kolejne spotkanie.   

– Zastanów się, co będzie dla ciebie najlepsze. W razie czego umówię ci wizytę u lekarza.   
Jan była z siebie zadowolona. Miała krótką przerwę, więc zrobiła sobie herbatę i zaczęła 

przeglądać karty innych pacjentek. I wtedy wybuchła bomba.   

Oprócz  antykoncepcji  rozmawiała  z  Alice  o  cyklu  menstruacyjnym,  o  możliwych 

problemach  czy  zaburzeniach.  Sama  nigdy  żadnych  problemów  nie  miała,  jej  okres  zawsze 
pojawiał  się  regularnie  i  nie  odczuwała  przy  tym  najmniejszych  dolegliwości.  Uśmiechnęła 
się,  wiedząc,  że  większość  kobiet  nie  ma  takiego  szczęścia.  I  wtedy  uśmiech  powoli  na  jej 
twarzy zamarł.   

Sięgnęła  po  kalendarz,  gdzie  czerwonymi  kropkami  zaznaczała  początek  każdej 

menstruacji.  Przewracała  niecierpliwie  kartki,  wreszcie  znalazła:  sześć  tygodni  temu!  Dwa 
tygodnie opóźnienia.   

Nie  mogła  w  to  uwierzyć.  Przecież  się  zabezpieczali,  Chris  był  pod  tym  względem 

wyjątkowo odpowiedzialny. Jeszcze raz sprawdziła daty. Dwa tygodnie. A to oznacza, że na 
pigułkę „dzień po” jest już za późno.   

Wiedziała,  że  musi  sprawdzić,  czy  jest  w  ciąży,  zamiast  zadręczać  się  wątpliwościami. 

Mogła  to  zrobić  niemal  natychmiast,  w  szufladzie  zawsze  trzymała  kilka  testów.  Już  miała 
sięgnąć  po  jeden  z  nich,  gdy  rozległo  się  pukanie.  Kolejna  pacjentka.  Z  westchnieniem 
zamknęła szufladę.   

Jakoś  zdołała  dotrwać  do  końca  dyżuru.  Wzięła  telefon  i  drżącymi  palcami  wybrała 

numer Chrisa.   

– To ja. Strasznie rozbolała mnie głowa. Nie gniewaj się, ale wolałabym, żebyś dzisiaj nie 

przychodził. Muszę się położyć.   

– Jasne, że się nie gniewam. Chciałbym ci jakoś pomóc. Może zajrzę, żeby...   
– Nie – przerwała mu. – Najlepiej będzie, jak pójdę wcześniej spać. Zadzwonię jutro.   
Odłożyła  słuchawkę.  Wiedziała,  że  jej  tłumaczenia  wypadły  blado,  ale  potrzebowała 

czasu.   

Od  razu  poszła  do  łóżka,  zaciągnąwszy  wcześniej  zasłony.  Na  nocnym  stoliku  położyła 

test.  A  jeżeli  okaże  się,  że  to  naprawdę  ciąża?  Będzie  musiała  Chrisowi  o  tym  powiedzieć. 
Nie wybaczyłby jej, gdyby to przed nim ukryła. Ma prawo wiedzieć.   

Nie  miała  wątpliwości,  że  zrezygnowałby  z  wyjazdu,  gdyby  okazało  się,  że  ma  zostać 

ojcem.  Nie  byłby  to  jednak  jego  wolny  wybór.  Miałby  prawo  czuć  się  postawiony  przed 

faktem dokonanym. I być może miałby o to kiedyś do niej żal.   

Poczuła się kompletnie bezradna. Rozpłakała się, chowając głowę w poduszkę.   

 

Nie mogła postąpić inaczej. Rano zostawiła Chrisowi wiadomość, prosząc, by spotkał się 

z nią w czasie południowej przerwy. Przyszedł, niosąc dwa kubki herbaty.   

background image

– Jak twoja głowa? Lepiej? Uśmiechnęła się i machnęła ręką.   
– Już po wszystkim. Czasem  mi się to  zdarza.  Chris, zostało ci  jeszcze dziesięć dni  do 

podjęcia decyzji.   

– Myślałem, że nie chcesz o tym rozmawiać.   
– To prawda. Chris, ostatnie tygodnie były najszczęśliwsze w moim życiu. Nie chcę na 

ciebie  naciskać,  wiem,  że  sam  musisz  zdecydować.  Ale  ja  tak  dłużej  nie  mogę.  Trudno  mi 
znieść myśl, że to się może skończyć. Dlatego do czasu, aż się zdecydujesz, będziemy jedynie 
przyjaciółmi, a nie kochankami. Nie przychodź dziś do mnie.   

– Powiesz mi, co się stało? 
– Nic się nie stało. Tak po prostu czuję. Powiedziałeś, że jesteś samowystarczalny. Ale ja 

nie jestem.   

– Mam wrażenie, że to nie ma nic wspólnego z moim wyjazdem. Jeżeli masz mnie dosyć, 

to po prostu powiedz.   

– Ja mam cię dosyć? – Łzy zaczęły płynąć jej po policzkach. – To niemożliwe. Ale nie 

umiem inaczej. Idź już, proszę.   

Popatrzył na nią przeciągle i w milczeniu wyszedł.   

 

Ten  wieczór  spędzał  sam.  Zrobił  sobie  skromny  posiłek,  choć  było  mu  wszystko  jedno, 

co je. Nalał sobie szklankę whisky, ale wypił tylko łyk. Próbował oglądać telewizję,  czytać, 
nie mógł się jednak skupić.   

Tak bardzo chciał ją zobaczyć. Pomyślał nawet, że mógłby przejść się koło jej domu, ale 

szybko uznał, że to byłoby głupie. W końcu nie jest zakochanym nastolatkiem.   

Zdał sobie sprawę, że czuje się samotny. Przez ostanie lata nie dokuczało mu to, nauczył 

się  być  sam.  Cieszyło  go  towarzystwo  innych  ludzi,  ale  go  nie  potrzebował.  Zaczynał 
rozumieć, co stracił.   

Mógł  odrzucić  propozycję  wyjazdu,  ale  jeżeli  Jan  uzna,  że  nie  chce  z  nim  być?  Już  nie 

umiał  wyobrazić  sobie  bez  niej  życia.  Sięgnął  po  stos  korespondencji,  którą  wyjął  ze 
skrzynki. Przeglądał koperty, które w większości zawierały materiały reklamowe wysyłane do 

lekarzy. I kolejny list z fundacji. Czyżby potrzebne im były dodatkowe informacje? 

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

 

Jan z trudem dotrwała do końca tygodnia. Od czasu do czasu widywała Chrisa w pracy. 

Wtedy z bólem patrzyła na jego napiętą twarz.   

W piątek musiała dłużej zostać w przychodni, miała mnóstwo papierkowej roboty. Zaczął 

padać  deszcz,  co  ją  nawet  ucieszyło,  bo  taka  pogoda  bardziej  pasowała  do  jej  nastroju. 
Usłyszała pukanie do drzwi. To był Chris.   

– Jeszcze pracujesz? Zobaczyłem światło i pomyślałem, że zajrzę.   
– Muszę się przekopać przez te papiery. A ty co tu jeszcze robisz? 
– To samo, stosy dokumentów. Jan, możesz mi wyjaśnić, co się dzieje? 
– Mówiłam już, że nic. Porozmawiamy w przyszłym tygodniu, kiedy podejmiesz decyzję.   
– A jeżeli...   
– W przyszłym tygodniu. Wyszedł z pokoju.   
Pogoda  pogarszała  się  z  minuty  na  minutę.  Wiatr  wył  za  oknem,  niosąc  ze  sobą  strugi 

deszczu.   

Około północy zadzwonił telefon. Aż poderwała się, słysząc ten niespodziewany dźwięk.   

To był Perry.   
–  Niedobrze,  Jan.  W  górach  rozbił  się  samolot.  Co  najmniej  jedna  osoba  przeżyła.  W 

takich warunkach helikopter nie poleci. Mamy trudne zadanie.   

– Gdzie? – spytała krótko.   
– Na wschodnim krańcu Carran Edge. Czy Chris jest z tobą? 
– Chyba też jeszcze pracuje.   
– Przekaż mu wiadomość, ja zawiadomię resztę. Spotkamy się w przychodni.   
Jan  wpatrywała  się  w  telefon.  Na  Carran  Edge  zginął  jej  ojciec.  Nigdy  tam  potem  nie 

była.  A  teraz  czeka  ją  podobna  wyprawa.  Powróciły  wspomnienia  sprzed  sześciu  lat.  Nie 
może tam pójść, nie przy takiej pogodzie.   

Odłożyła  szybko  papiery.  Wyjęła  z  szafki  torbę  z  ubraniem  do  górskich  wędrówek, 

wybiegła z pokoju i w korytarzu spotkała Chrisa.   

– Skąd ten pośpiech? – zapytał spokojnie.   
–  Wezwanie  dla  górskiego  pogotowia.  Lepiej  się  przebierz.  Na  Carran  Edge  rozbił  się 

samolot. Peny będzie tu za pięć minut.   

– Carran Edge? To tam... – Spojrzał przez okno. – Chcesz iść? W taką pogodę? 
– Tak. Ja, ty i sześciu ratowników. Wiem, tam zginął tata. Ale jestem profesjonalistką i 

poradzę sobie.   

Nie  mieli  czasu  na  dłuższą  rozmowę.  Ledwo  zdążyli  się  przebrać  i  wynieść  na  dwór 

potrzebny  sprzęt,  gdy  pod  przychodnię  podjechały  dwa  landrovery  z  pozostałymi 
ratownikami. Załadowali ekwipunek i wyruszyli.   

Dojechali  do  miejsca,  skąd  mieli  zacząć  pieszą  wędrówkę.  Zapakowali  plecaki, 

sprawdzili, czy działają latarki. Jan spojrzała w ciemność.   

– Boisz się? Bo ja tak – usłyszała za sobą cichy głos.   

background image

–  To  dla  mnie  więcej  niż  zwykła  wyprawa  ratunkowa.  To  miejsce,  ta  pogoda...  I  znów 

jesteśmy razem. Mam wrażenie, jakbyśmy wyruszali na poszukiwanie utraconych dusz.   

Rozpoczęli wspinaczkę po stromym zboczu. Chris i Jan szli na końcu. Wiatr przybierał na 

sile, wiejąc im prosto w twarz. Z trudem znajdowali oparcie dla stóp.   

Po  godzinie  wyczerpującego  marszu  Peny  zarządził  krótki  odpoczynek.  W  tym  czasie 

skontaktował się z Johnem Garrettem, który koordynował akcję.   

– John właśnie odebrał wiadomość z roztrzaskanego samolotu. Podobno jeden z rannych 

ma odmę wentylową. Umrze, jeżeli pomoc nie dotrze do niego w ciągu pół godziny.   

– To niemożliwe – odezwał się czyjś głos. – Dotrzemy tam najwyżej za godzinę.   
– Jest krótsza droga – wtrącił Chris. – Już raz tamtędy szedłem. Trzeba przejść wzdłuż 

Pitt’s Rake, a potem wpiąć się jakieś dwadzieścia metrów po skale. Dalej już jest blisko.   

–  Nie  zgadzam  się  –  oświadczył  Perry.  –  Nie  mogę  ryzykować  życia  żadnego  z  was. 

Ostatnim razem, kiedy szedłeś przez Pitfs Rake...   

–  Zginął  człowiek  –  dokończył  Chris.  –  To  był  ojciec  Jan.  Przez  sześć  lat  myślałem  o 

tym, czy dobrze wtedy zrobiłem. Ale dość tego. My tu rozmawiamy, a tam ktoś umiera. Chcę 
pójść tym skrótem.   

– Pójdę z tobą – odezwała się Jan.   
– Nie – uciął Chris. – Nie chcę cię. Nie jesteś mi potrzebna.   
– Możesz mnie nie chcieć, ale będę ci potrzebna.   
– Dosyć – przerwał Peny. – Po powrocie do bazy poproszę was o rozmowę. Wyrzucę was 

z  zespołu.  W  naszej  pracy  nie  ma  miejsca  na  kłótnie.  Podjąłem  decyzję.  Pójdziecie  razem 
przez Pitfs Rake. Zróbcie, co w waszej mocy. Ruszamy.   

Chris chwycił Jan za rękę.   
– Jak myślisz, co będę czuł, kiedy się zabijesz? – spytał chrapliwym głosem.   
– To samo co ja, gdybyś ty się zabił. Moje życie straciłoby sens. Przestańmy się wreszcie 

kłócić. Tam jest droga.   

–  Znam  drogę  i  będę  prowadził.  Zwiążmy  się  linami.  Szli  bardzo  niebezpiecznym 

trawersem.  Wiatr  był  tak  silny,  że  posuwali  się  niemal  na  czworakach.  Dotarli  wreszcie  do 
skalnej  ściany.  W  dzień,  przy  dobrej  pogodzie,  wspinaczka  tą  trasą  nie  przedstawiała 
większych trudności.   

–  Tutaj  spadł  twój  ojciec.  –  Chris  starał  się  przekrzyczeć  wycie  wiatru.  –  Nie  chcę 

żadnych dyskusji. Idę pierwszy, a ty za mną. Zrozumiałaś? 

– Zgoda.   
Po  chwili  jego  sylwetka  zniknęła  w  ciemnościach.  Widziała  jedynie  światło  latarki 

rzucające niespokojny blask na skałę. Wreszcie usłyszała jego okrzyk: 

– Jestem na górze! Ruszaj! 
Nigdy  jeszcze  nie  pokonywała  tak  trudnej  drogi.  Wspinała  się  jednak  coraz  wyżej.  W 

pewnej  chwili  jej  ręka  straciła  oparcie.  Zachwiała  się  i  osunęła  w  dół.  Na  ułamek  sekundy 
opanował ją paraliżujący strach, ale lina naprężyła się i jej ciało zatrzymało się z gwałtownym 
szarpnięciem.   

– Trzymam cię! – usłyszała głos Chrisa. – Wszystko w porządku? 

background image

– Tak! Idę dalej! 
Po pięciu minutach poczuła, jak Chris chwyta kołnierz jej kurtki.   
– Udało się! Spójrz, tam chyba jest samolot. Mam nadzieję, że zdążyliśmy.   
Znaleźli się na niewielkim skrawku płaskiego terenu, jedynym w całej okolicy. W oddali 

majaczyło niewyraźnie światło, zapewne z kabiny samolotu. Pilot miał niebywałe szczęście, 
że zdołał tu dolecieć, ale już nie zdołał dobrze wylądować. Ogon samolotu sterczał wysoko w 
górze, jedno skrzydło całkiem odpadło, a silnik zarył się głęboko w grząską ziemię.   

Zatrzymali się w niewielkiej odległości od wraku.   
– Zaczekaj tu, zobaczę, co się tam dzieje – powiedział Chris.   
Podszedł  ostrożnie  do  samolotu,  obejrzał  go  i  zajrzał  do  kabiny.  Dopiero  wtedy  dał  jej 

znak,  że  może  się zbliżyć.  W  kabinie  było  czterech  mężczyzn.  Pilot  nie  dawał  znaku  życia. 

Ten, który siedział obok, miał zamknięte oczy, jęczał i oddychał z trudem.   

Jeden z mężczyzn na tylnym siedzeniu był nieprzytomny, miał zakrwawioną twarz. Drugi 

powitał ich spojrzeniem pełnym ulgi.   

–  Dzięki  Bogu,  że  jesteście!  Próbowałem  zatamować  krew  Arthurowi,  zadzwoniłem  po 

pomoc, czekałem, a potem...   

Z trudem dobierał słowa, był blady, a na jego twarzy widniały krople potu.   
–  Chyba  jest  w  szoku  –  szepnął  Chris,  a  głośno  zapytał:  –  Kto  ma  trudności  z 

oddychaniem? 

–  Ten  z  przodu,  Mickey.  Nie  wiedziałem,  co  robić,  rozmawiałem  z  lekarzem,  a  on 

powiedział, żebym...   

– Spokojnie, wszystko będzie dobrze – przerwała mu Jan. – Zajmiemy się nim.   
– Co o tym myślisz, Jan? – spytał Chris, rozpinając koszulę mężczyzny siedzącego obok 

pilota. – Nie podoba mi się jego oddech.   

Oboje  wiedzieli,  że  to  groźne.  Przyspieszony  oddech,  szybki  słaby  puls,  odchylona 

tchawica. Pacjent tracił przytomność. Bez wątpienia odma wentylowa. John wykazał się dużą 
wiedzą.  Płuco  zostało  uszkodzone  i  powietrze  przedostaje  się  do  jamy  opłucnej.  Skutkiem 
może być zapadnięcie płuca.   

–  Nie  damy  rady  założyć  sączka  –  powiedział  Chris.  –  Możemy  jedynie  odprowadzić 

powietrze  poprzez  kaniulę.  Trzeba  powiadomić  załogę  karetki,  żeby  byli  przygotowani  na 
założenie drenu.   

Jan  zajrzała  do  torby,  by  wyjąć  kaniulę  i  strzykawkę.  Patrzyła,  jak  Chris  wprowadza 

rurkę,  usłyszała  syk  powietrza  wydostającego  się  z  klatki  piersiowej.  Oddech  mężczyzny 
wyraźnie się poprawił.   

– Powinno się udać. Zrobiliśmy wszystko, co możliwe. – Chris rozejrzał się. – Co dalej? 
Sprawdził puls na szyi pilota i pokręcił głową.   
– Uszkodzenie kręgosłupa szyjnego, pęknięcia czaszki. Nie żyje.   
Zajął się mężczyzną na tylnym siedzeniu.   
– Mocno krwawi. Trzeba zabandażować. Podejrzewam wstrząśnienie mózgu i pęknięcie 

czaszki. Możemy tylko uzupełniać płyny i kontrolować oddech.   

– A kręgosłup? 

background image

– Mam w plecaku kołnierz ortopedyczny. Na wszelki wypadek mu go założymy.   
– Jesteśmy! Co trzeba robić? – To była grupa Perry’ego.   
–  Przygotujcie  nosze  dla  trzech  osób.  Musimy  ich  jakoś  stąd  wydostać  –  powiedział 

Chris, wychodząc z samolotu.   

– Dla trzech? 
– Pilot nie żyje. Jako lekarz stwierdziłem zgon.   
Wiedzieli,  że  droga  na  dół  będzie  wyjątkowo  wyczerpująca:  trzech  ludzi  na  noszach, 

osiem osób do ich niesienia.   

– Rozmawiałem z Johnem. Skontaktował się z jednostką RAF-u, wysyłają nam na pomoc 

grupę ratowników. Powinniśmy ich spotkać.   

– Jesteśmy uratowani – mruknął ktoś obok.   
– Nie, to oni są uratowani – powiedział Peny, wskazując na leżących na noszach łudzi.   
 

Posuwali się bardzo powoli. Warunki były niezwykle trudne, musieli też bardzo uważać, 

by nieostrożnymi ruchami nie zaszkodzić rannym. Kiedy wreszcie pokonali grań i dotarli na 
zbocze, mogli iść nieco szybciej.   

Jan  była  dobrze  przygotowana  do  takich  wypraw,  ale  z  ogromną  ulgą  powitała  grupę 

mężczyzn idących im na spotkanie. Ręce i nogi niemal omdlewały jej z wysiłku.   

W ekipie RAF-u był lekarz, więc bez obaw mogli mu przekazać opiekę nad rannymi.   

Mieli  jeszcze  przed  sobą  długą  drogę,  ale  przynajmniej  pozbyli  się  napięcia.  Szlak 

prowadził stromo w dół, a wiatr przybrał na sile. Szli gęsiego, skuleni, w strugach deszczu, 
zatrzymując się przy mocniejszych podmuchach. Jan była coraz bardziej zmęczona i zapewne 
z  tego  powodu  przestała  zachowywać  należytą  ostrożność.  Powinna  była  pamiętać,  że 
większość wypadków w górach ma miejsce pod koniec wędrówki.   

Przekraczali wąską,  głęboką na kilka metrów szczelinę w skale,  nazywaną Cole’s  Leap. 

W  dzień  można  ją  było  bez  trudu  przeskoczyć.  Teraz  jednak  było  ciemno,  wiał  wiatr.  Jan 
chciała zrobić krok ponad szczeliną, ale pośliznęła się i straciła równowagę. Chris, który szedł 
za  nią,  chwycił  ją,  próbując  przytrzymać  przed  upadkiem  w  przepaść.  Przez  chwilę 
balansowali na krawędzi, walcząc jednocześnie z silnym wiatrem. Wtedy Chris szarpnął się 
gwałtownie do tyłu, pociągając ją za sobą. Upadli na kamienie, ciało Chrisa posłużyło jej za 
poduszkę amortyzującą siłę uderzenia.   

Jan  podniosła  się  powoli,  Chris  jednak  ani  drgnął.  W  świetle  latarki  Jan  widziała  jego 

twarz skrzywioną” w paroksyzmie bólu.   

– Wszystko w porządku, Chris? – Perry natychmiast znalazł się obok.   
– Potłukłem się, ale przeżyję. – Wstał z pomocą Perry’ego. – Możemy iść.   
– Nie ma co robić z siebie bohatera – odezwała się Jan po chwili. – Może będzie lepiej, 

jeżeli zniesiemy cię na noszach.   

–  Nic  mi  nie  jest. W  końcu  jestem  lekarzem.  Kiedy  dotarli  do  samochodów,  była  piąta 

rano.   

–  Świetna  robota  –  pochwalił  ich  Perry.  –  Spotkamy  się  jakoś  w  tygodniu  i  wtedy 

pogadamy. Teraz jak najszybciej spać.   

background image

Wpadli do przychodni, by zostawić tam sprzęt ratowniczy.   
–  Podwieźć  cię  do  domu?  –  spytał  Chris.  –  Mógłbym  zajrzeć  do  ciebie  rano  i 

wrócilibyśmy tu po twój samochód.   

– Tak, podwieź mnie do domu. Ale zostań na noc. Muszę ci coś powiedzieć.   
– Ja też muszę ci coś powiedzieć.   

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY 

 

Weszli do domu mokrzy i wyczerpani.   
– Idź do łazienki i się rozbierz. Chcę cię obejrzeć.   
– Dobrze się zapowiada.   
– Muszę sprawdzić, czy nic ci nie jest. Ale będę patrzeć wzrokiem pielęgniarki. Na górę.   
–  Zachowujesz  się  jak  siostra  oddziałowa.  Widziała,  że  Chris  idzie  po  schodach  z 

wyraźnym trudem.  Kazała mu  rozebrać się  w łazience i  wrzucić mokre  rzeczy do kosza na 
bieliznę. Sama poszła do sypialni, zdjęła ubranie i włożyła szlafrok.   

Stał  na  środku  z  ręcznikiem  na  biodrach,  usiłując  obejrzeć  w  lustrze  swoje  plecy.  Jan 

poczuła podniecenie, ale aż skrzywiła się z bólu, widząc na plecach Chrisa grubą czerwoną 
pręgę.   

– To dlatego, że na ciebie upadłam. Zrobiłeś to specjalnie. Żeby ocalić mi życie.   
–  Upadliśmy  razem.  Przypadkiem  upadłaś  na  mnie.  Postanowiła  się  nie  spierać. 

Odwróciła go do światła i wprawnymi ruchami badała plecy.   

– Myślisz, że możesz mieć złamane żebra? 
– Nie sądzę. Gdyby tak było, czułbym ostry ból.   
– Z nerką wszystko w porządku? Roześmiał się.   
– Nie ma krwi w moczu, siostro. Sprawdziłem, kiedy byłaś w sypialni.   
– Rano powinien zbadać cię jakiś lekarz. Wejdź teraz pod prysznic, tylko się nie schylaj.   
– Nie schylać się? Muszę przecież...   
– Nic nie musisz. Wejdę z tobą i cię umyję. Tylko nie wyobrażaj sobie za wiele.   
– A co miałbym sobie wyobrażać? 
– Przestań gadać, Garrett, i zdejmij wreszcie ten ręcznik.   
Zawahał  się.  O  co  mu  chodzi?  Przecież  kochali  się  tyle  razy.  Postanowiła  mu  pomóc. 

Zdjęła szlafrok i rozluźniła węzeł ręcznika. Odkręciła wodę w kabinie, pociągnęła go za rękę 
do środka. Ciepła woda spływała im po skórze, przynosząc ulgę i odprężenie.   

– Nie wpuszczę do łóżka brudnego, spoconego faceta. Stój spokojnie, doprowadzę cię do 

porządku.   

Zwilżyła mu włosy szamponem. Był od niej dużo wyższy, więc by je umyć, musiała się 

wspiąć na palce. Jej piersi lekko go dotykały.   

– To jest bardzo... przyjemne – rzekł ochrypłym głosem.   
– Nic wielkiego, zwykły szampon. Sięgnął po mydło, ale wyjęła mu je z rąk.   
–  Nie  wolno  ci  się  schylać.  Stój  spokojnie.  Myła  mu  twarz,  szyję,  piersi.  Potem 

przyklękła.   

– Może teraz ja...   
– Nie wolno ci się schylać. Jestem pielęgniarką i myłam już setki chorych. To moja praca. 

A z tobą ta praca jest całkiem przyjemna.   

– Ale nigdy nie myłaś pacjenta, klęcząc przed nim w kabinie prysznicowej.   
– To prawda. Mimo to robię to jedynie z poczucia obowiązku.   

background image

Po wyjściu z kabiny Jan delikatnie wytarła Chrisa, starając się nie urazić bolących miejsc.   
– Idź już do łóżka. Szybko się umyję i zrobię nam herbatę.   
Wróciła  do  sypialni  po  paru  minutach,  niosąc  dwa  parujące  kubki.  Postawiła  je  na 

nocnych szafkach i wsunęła się pod kołdrę.   

– Dziś w nocy o mało się nie zabiłam. Uratowałeś mi życie. Świadomość, że śmierć może 

się  przydarzyć  w  każdej  chwili,  przywraca  właściwą  perspektywę.  –  Pochyliła  się,  by  go 
pocałować. – Ale teraz jestem zmęczona. Pogadamy rano.   

– Albo zrobimy co innego. – Oddał  jej pocałunek. Ale rano to  „co innego” okazało  się 

niemożliwe.   

Kiedy po obudzeniu Chris spróbował się odwrócić, aż jęknął z bólu.   
– Gorzej się czujesz? 
– To tylko stłuczenie. Trochę boli, kiedy się ruszam.   
– Widzę, że bardzo boli. Co chciałeś zrobić? 
– Pomyślałem, że skoro już jesteśmy w łóżku, to może moglibyśmy...   
– W takim stanie niewiele możesz. – Uśmiechnęła się i pocałowała go szybko w czoło. – 

Ale siostra Jan Fielding ma na to sposób. – Ściągnęła przez głowę koszulę i rzuciła ją w kąt 

sypialni. – Ty nie możesz się ruszać, ale ja tak. Chyba wreszcie nadszedł czas, żebym wzięła 

sobie to, co chcę.   

– Jan, to jest... to jest... Pochyliła się i pocałowała go.   
– To jest cudowne. Teraz jesteś cały mój.   
Jakiś czas później leżeli przytuleni obok siebie.   
– Już widzę, co straciłam. Trochę mnie to złości, więc zamierzam to szybko nadrobić.   
– Możemy zacząć od razu – zaproponował. Po chwili zaczęli mówić niemal jednocześnie: 
– Chris, powinieneś wiedzieć, że...   
– Jan, chciałbym ci coś... Roześmiali się.   
– Masz dla mnie dobrą wiadomość? – zapytała.   
– Mam nadzieję. Chciałem ci powiedzieć wcześniej, ale byłaś trochę...   
– Wiem, byłam okropna. Przepraszam. Ale mów.   
–  Władze  w  Bangladeszu  uznały,  że  dyrektorem  szpitala  powinien  być  obywatel  ich 

kraju,  i  fundacja  przyjęła  ten  warunek.  Nie  jestem  już  tam  potrzebny.  Ale  jeżeli  jestem 

potrzebny tutaj...   

– Więc zostajesz! – Nie mogła się powstrzymać i niemal rzuciła się na niego z mocnym 

uściskiem. Aż syknął z bólu. – Kochany, przepraszam! 

–  Nie  szkodzi.  Najważniejsze,  że  chcesz,  żebym  został.  Powiedz,  co  się  działo  przez 

ostatnie dni? 

– Nie jestem pewna, czy to będzie dobra wiadomość. I nawet nie jestem pewna, czy jest o 

czym mówić.   

– Siostro Fielding! Zaczyna mnie pani denerwować.   
– Przepraszam, doktorze – powiedziała skromnie. – Może będzie lepiej, jak ci pokażę. – Z 

szuflady nocnego stolika wyjęła test ciążowy.   

Patrzył na nią zaskoczony.   

background image

– Jesteś w ciąży? Ale jakim cudem? Przecież się zabezpieczaliśmy.   
– Żadna metoda nie jest skuteczna w stu procentach. Nie jestem pewna, ale nigdy okres 

mi się nie spóźniał. A teraz jest czternaście dni po terminie.   

Na moment odezwał się w nim lekarz.   
–  To  jeszcze  nic  nie  znaczy.  Powodem  opóźnienia  może  być  wiele  czynników.  Ale 

dlaczego go jeszcze nie użyłaś? 

–  Pomyślałam,  że  musiałabym  ci  wtedy  o  tym  powiedzieć,  a  ty  mógłbyś  się  poczuć 

postawiony pod ścianą.   

– Co ty opowiadasz! Jan, jest coś, o czym ci nigdy nie mówiłem.   
– Co takiego? – spytała z niepokojem.   
– Nie mówiłem ci, że cię kocham. Wsłuchiwała się w te słowa.   
– Ja też cię kocham – powiedziała po chwili. – Chcesz mnie teraz pocałować? 
Nie tylko chciał, ale skwapliwie skorzystał z tej propozycji. Znów się przytulili.   
– Wuj zaproponował mi część praktyki. Chyba ją przyjmę. Mógłbym wreszcie przestać 

się włóczyć i mieć dom. Prawdziwy dom z tobą. Jan, wyjdziesz za mnie? 

Uniosła się lekko, by go pocałować.   
– Oczywiście że za ciebie wyjdę. Będziemy najszczęśliwszą parą na świecie. – Sięgnęła 

po test. – Chcesz wiedzieć, czy zostaniesz ojcem? 

– Nie mogę się doczekać.