background image

Shirley Kennedy 

Od pierwszego wejrzenia 

 
 
 

Jeszcze tylko dwa dni! Na tę myśl Janey zadrżała z podniecenia. Za tydzień o 
tej porze będzie już po wszystkim. Wtedy będzie już panią Boswell, 
odbywającą podróż do Las Vegas. Oczywiście jeśli dotrwa do soboty! 
W przymierzalni sklepu z modą ślubną było duszno i gorąco. 
— Stój spokojnie, Hannah! — Janey upomniała przyjaciółkę pomagając jej 
włożyć suknię, w której Hannah miała wystąpić jako druhna. — Nie wolno ci 
się spocić, bo jeszcze ją zniszczysz. 
Hannah James stała z rękami podniesionymi do góry i głową omotaną 
różowym tiulem. 
— Ściągnij mi to, bo inaczej się uduszę — wysapała gniewnie, a gdy suknia 
wreszcie znalazła się na swoim miejscu, odetchnęła z ulgą. — Naprawdę 
chcesz wyjść za mąż? Chyba wiesz, jakiej ofiary żądasz ode mnie. 
— Tak, chcę! Stój prosto, żebym mogła się przekonać, czy dobrze leży. 
— Mam nadzieję, że dobrze — skrzywiła się Hannah. — Nie uśmiecha mi się 
spędzenie reszty życia wśród modeli ślubnych pani Waldens. 
— Nie ma obawy — Janey próbowała uspokoić przyjaciółkę. — Jeszcze tylko 
trochę cierpliwości. To ostatnia przymiarka. — Pomyślała przy tym o 
problemach, jakie niesie ze sobą taka uroczystość — włączając w to trud, 
jakiego wymagało podtrzymywanie dobrego nastroju druhny, nienawidzącej 
sukienek z falbankami. 
Hannah szarpnęła niecierpliwie przymarszczone wycięcie wokół szyi. 
— Żarty na bok, Janey — rzekła poważnie patrząc z ukosa na przyjaciółkę. — 
Możesz się jeszcze cofnąć. 
— Cofnąć?! Tuż przed ślubem?! — Janey wpatrzyła się w nią oszołomiona. — 
Co ty wygadujesz! 
— Oczywiście. W dzisiejszych czasach takich przypadków jest więcej, niż 
myślisz. 
— Ależ Hannah, ja mam już przecież dwadzieścia trzy lata — obruszyła się. — 
Jeśli nie wyjdę teraz za Jerry'ego, to kto mnie potem jeszcze zechce wziąć? On 
jest moją ostatnią szansą. Chcesz, żebym została starą panną? 
— Dziś nie ma już starych panien, są najwyżej mądre kobiety, które z jakichś 
względów wolą zostać same. Zresztą jesteś za ładna, aby mężczyźni mieli 
zostawić cię w spokoju. 
— Skończ już wreszcie. Gdyby Jerry spotkał mnie tu tak ubraną, z miejsca 
odwołałby ślub. 
Spojrzała po sobie krzywiąc się w pociesznym uśmiechu. Ubrana była w 
znoszone dżinsy i wyblakły podkoszulek z napisem „Ktoś mnie kocha w 

background image

Denver", długie wijące się włosy podpięła z obu stron głowy grzebykami, a na 
nogach miała tenisówki, które z pewnością oglądały już lepsze czasy. 
— Możliwe, że Jerry tak by zareagował. Jest nudny, konserwatywny i... — 
Hannah urwała widząc spochmurniałą nagle minę Janey.-— Owszem, można 
się w nim doszukać czegoś pozytywnego — ambicji, która mu pomoże zarobić 
sporo pieniędzy. 
Janey zasunęła zamek błyskawiczny przy sukni Hannah i odstąpiła krok do 
tyłu. 
— Nawet jeżeli nie jest samą doskonałością, lubię go takim, jaki jest — rzuciła 
poirytowana. Nie pierwszy raz przyjaciółka wyprowadziła ją z równowagi. 
Zawsze kłóciły się na temat Jerry'ego. — No a teraz zobaczmy... — Cofnęła się 
jeszcze bardziej i z podziwem lustrowała przyjaciółkę. — Moim zdaniem leży 
wspaniale! Będziesz śliczną druhną. 
Hannah, obejrzawszy się w lustrze ze wszystkich stron, parsknęła śmiechem. 
— Tylko mi się przyjrzyj. Przecież wyglądam jak słoń w krynolinie! Falbanki i 
kokardki to nie dla mnie. 
To ostatnie się zgadzało. Hannah była rosła, dobrze zbudowana i preferowała 
odzież sportową. Nigdy nie widziało jej się w sukience, a już na pewno nie w 
różowej, suto marszczonej i z olbrzymią satynową kokardą na plecach. 
— Wiem, że to nie twój styl, Hannah, lecz mimo to jest ci w niej bardzo ładnie. 
— Z całą pewnością nie! Niech ci przypadkiem nie przyjdzie do głowy rzucić mi 
bukiet ślubny — ostrzegła Hannah błyskając gniewnie oczami. — Nie życzę 
sobie żadnych ślubów, jeśli z ich okazji trzeba wkładać takie idiotyczne 
sukienki. A w ogóle... Mam mówić otwarcie? 
— Czyż mogę ci przeszkodzić? — uśmiechnęła się niepewnie Janey. 
— Jasne, że nie możesz — stwierdziła z zadowoleniem Hannah. — Śmiem 
wątpić, czy Jerry jest odpowiednim mężczyzną dla ciebie. 
Janey westchnęła. To wszystko słyszała już wiele razy. Hannah wyraźnie nie 
lubiła Jerry'ego i nie przepuściła okazji, aby nie przypiąć mu łatki. 
— Wierz mi, Jerry jest odpowiednim mężczyzną. — Powiedziała to wolno i 
dobitnie, jak gdyby mówiła do dziecka, a zarazem i siebie chciała o tym 
przekonać. — Kocham go. Jest dla mnie wszystkim.. Ale ty tego nie rozumiesz, 
przecież na dobrą sprawę jeszcze nigdy nie byłaś naprawdę zakochana. 
Hannah wybuchnęła głośnym śmiechem. 
— I nie chcę być — a przynajmniej przez dziesięć najbliższych lat. — Nagle 
spoważniała. — Nie gniewaj się, ale ja oczekiwałam, że zrobisz coś 
wyjątkowego ze swoim życiem, a ty co? Rzucasz wszystko, aby wyjść za 
Jerry'ego Boswella. 
— Co takiego znów rzucam? — żachnęła się Janey. — Uważasz, że bycie 
sprzedawczynią to oszałamiająca kariera? 
— Byłaś więcej niż sprzedawczynią. Miałaś wspaniałą pracę, która sprawiała 
ci przyjemność, przecież wiem. A teraz co? Poświęciłaś wszystko inne dla tego 
nudziarza i... 

background image

Janey zżymała się w duchu, że tym razem nie potrafi odparować ciosu. Wbrew 
sobie samej zrezygnowała z ukochanego zajęcia w specjalistycznym sklepie ze 
sprzętem do nurkowania, gdyż Jerry nie chciał, aby po ślubie tam pracowała. 
Miała wyszukać sobie coś „poważnego", może w którymś z banków. „Coś 
takiego z klasą", powiedział wtedy. Janey co prawda nie dawała spokoju myśl, 
że chodziło mu o pracę „z większą kasą", lecz prędzej by sobie odgryzła język, 
niż podzieliła się swym przypuszczeniem z Hannah. 
— To była praca jak każda inna — zauważyła chłodno, po czym 
skrzyżowawszy ręce na piersi jeszcze raz przyjrzała się krytycznie 
przyjaciółce. — Nie uwiera pod pachami? 
Hannah obróciła się przed lustrem. 
— Nie — przyznała niechętnie. — A teraz zabierajmy się stąd. Mamy jeszcze 
tyle do załatwienia. 
Janey skinęła głową. Tak, ślub był emocjonującym przeżyciem, ale w 
przygotowania do niego trzeba było włożyć sporo trudu. Zaproszenia, kwiaty, 
organizacja przyjęcia i jeszcze tyle innych spraw... Matka wprawdzie 
pomagała jej we wszystkim, lecz większość z tych rzeczy Janey załatwiała 
sama. Nie żeby miała się skarżyć. Ostatecznie robiła to z miłości. 
Tak, kochała Jerry'ego. Wzrastali obok siebie, chodzili do tej samej szkoły. 
Żaden z kolegów nie mógł się z nim równać. Był spokojny i godny zaufania, na 
pozór absolutne przeciwieństwo impulsywnego temperamentu Janey. 
Pochodził z szanowanej powszechnie, zasiedziałej rodziny, szkołę i studia 
ukończył z odznaczeniem i od pewnego czasu pracował jako świeżo upieczony 
menedżer w konsorcjum naftowym. Mówiono o nim, że wiele sobą obiecuje i na 
pewno zrobi karierę. Oczywiście nie wszyscy go lubili, dobrze o tym wiedziała. 
Byli tacy, którzy uważali go za mruka, inni stronili od niego przypisując mu 
zarozumiałość i bezwzględność. Janey wszakże nie zaprzątała sobie głowy ich 
sądami. Czuła, że nie kocha go szaleńczą miłością, zresztą tak może było i 
lepiej. Uniesienia i zachwyty zwykle kończą się rozczarowaniem, myślała, a 
małżeństwo należy budować na solidniejszych podstawach, jak mówił Jerry. 
Sama nie marzyła o karierze. Miała zamiar pracować, dopóki nie przyjdą na 
świat dzieci, a później jako żona i matka strzec ogniska domowego. Głównym 
celem jej życia było pozostanie panią Boswell, nie kryła się z tym zresztą. 
— Och, Hannah, nawet nie wyobrażasz sobie, jaka jestem szczęśliwa! — 
wybuchnęłą żywiołową radością, gdy znalazły się na parkingu przed sklepem. 
— Mój Boże — jęknęła przyjaciółka — jakże ja wytrzymam do soboty? 
— Jest mi po prostu lekko na duszy. Ślub daje poczucie bezpieczeństwa — 
wszystko naraz staje się jasne, wiesz już, jak spędzisz resztę życia. 
Hannah przyglądała się jej z powagą. 
— Jeśli uważasz, że małżeństwo oznacza jakieś gwarancje na przyszłość, to 
naprawdę jesteś szalona. Przecież tysiąc rzeczy może się nie udać. Czasem już 
od początku się nie układa. 

background image

— Ale nie w moim życiu! — Janey odgarnęła włosy z twarzy. — Co właściwie 
miałoby się nie udać? Ostatecznie wszystko zostało starannie przemyślane i 
zaplanowane. 
Naprawdę to zrobiła. Pozwolił jej na to długi okres narzeczeństwa, miała 
przecież na to dużo czasu. A teraz sprawy biegły ustalonym torem, jakby same 
z siebie. Suknia ślubna już dawno była gotowa, Janey uszyła ją sama wkłada-
jąc w to wiele uczucia. Jej cztery przyjaciółki obowiązkowo miały być 
druhnami, a dla każdej z nich przewidziała na tę okazję sukienkę w innym 
odcieniu różu. Ślub, na który zaproszonych zostało z górą dwustu gości, miał 
się odbyć w najbliższe sobotnie popołudnie w kościele, gdzie chodziła od 
dziecka. Tuż po ceremonii przewidziany był szampan, a zaraz potem obiad w 
eleganckiej restauracji. Miał im tam przygrywać jeden z najlepszych zespołów, 
jakie istniały w Denver. Wszystko to kosztuje majątek, ale w końcu raz wy-
chodzi się za mąż, usprawiedliwiała się sama przed sobą. 
— Dokąd teraz? — Hannah spojrzała pytająco na Janey, gdy siedziały znów w 
samochodzie. 
— Chwileczkę, muszę sprawdzić — Janey wyciągnęła z torebki listę spraw do 
załatwienia. — Byłyśmy już w kościele, w restauracji, odebrałyśmy twoją 
sukienkę i moje szpilki. O, właśnie, biuro podróży. Muszę jeszcze wpłacić 
resztę sumy. 
Hannah uniosła z niezadowoleniem brwi. 
— Według mnie to Jerry powinien opłacić podróż poślubną. 
— Wiesz przecież, że wszystkie wydatki dzielimy na pół. To ja tak chciałam, a 
Jerry się zgodził. — Janey miała nadzieję, że zabrzmiało to przekonująco. W 
rzeczywistości Jerry, przy wszystkich swoich zaletach, był raczej skąpy. 
Obstawał przy tym, aby płaciła za siebie, i tak się jakoś dziwnie składało, że to 
ona ponosiła lwią część wspólnych wydatków. Cóż, nie ma człowieka bez wad, 
pocieszała się. 
— Gdybyś mnie zapytała o zdanie... — zaczęła Hannah. 
— Ale tego nie zrobiłam, i nie zrobię — przerwała jej niezbyt grzecznie Janey i 
co prędzej zmieniła temat. — Za dwa dni Jerry i ja będziemy już w drodze do 
Las Vegas. 
— Nie rozumiem, dlaczego w ogóle jedziecie do Las Vegas — skrzywiła się 
Hannah. — Nie wolałabyś jechać tam, gdzie miałabyś okazję do nurkowania? 
Janey westchnęła w duchu. Przyjaciółka dotknęła drażliwej kwestii, i to nie 
pierwszy raz. Tak naprawdę to była straszliwie rozczarowana, gdy jej 
narzeczony, wybierając miejsce na spędzenie miodowego miesiąca, nie chciał 
słyszeć o żadnej z wysp określanych mianem raju dla nurków, nie dała jednak 
poznać po sobie, jak jest zawiedziona i przystała na jego propozycję. 
— Przecież ci mówiłam, że Jerry nie uprawia tego sportu. Chce jechać do Las 
Vegas, więc właściwie dlaczego miałam się nie zgodzić? 
Postanowiła twardo, że nie da sobie popsuć humoru, więc korzystając z tego, 
że właśnie zatrzymały się na parkingu, wyskoczyła z samochodu, aby uniknąć 
następnej cierpkiej uwagi przyjaciółki, od czego Hannah była specjalistką. W 

background image

biurze przekazała urzędniczce czek na trzysta dolarów, upewniwszy się 
wcześniej, że i Jerry już wpłacił swoją część. To jego dobra strona, pomyślała, 
jest dokładny i punktualny. 
Dokładny i punktualny? Czy to wszystko, czego naprawdę oczekujesz od 
mężczyzny? To pytanie, które zadał jej jakiś przekorny wewnętrzny głos, 
wielce ją zirytowało. Tak, właśnie tego pragnę! powtórzyła w duchu wsiadając 
na powrót do samochodu. 
— Nerwy mnie zawodzą — jęknęła próbując się uspokoić. Hannah spojrzała 
na nią ze zrozumieniem. 
— Może zajrzałybyśmy na chwilę do sklepu? Kenny mówił, że ma zdjęcia z 
Bonaire. 
Naraz ku swemu zdumieniu Janey uczuła zazdrość. Przed paroma dniami 
Hannah została zaangażowana jako instruktorka na wyspie Bonaire. To była 
dla niej wymarzona praca. Z miejsca złożyła wypowiedzenie w banku i w dzień 
po weselu Janey miała odlecieć na Karaiby. 
Właściwie dlaczego jej zazdroszczę? zastanawiała się Janey. Czyż za parę 
godzin nie spełni się to, czego tak bardzo sobie życzyłam? Nie umiała jednakże 
znaleźć na to odpowiedzi... 
— Zgoda — powiedziała głośno, próbując nie dać tego poznać po sobie. Prawda 
wyglądała tak, że jej namiętnością było wszystko, co wiązało się z 
nurkowaniem. Każdorazowy pobyt w sklepie ze sprzętem do nurkowania 
nieodmiennie sprawiał jej przyjemność, lecz niestety nie miała okazji zajrzeć 
tam od momentu, kiedy miesiąc wcześniej zrezygnowała z pracy. 
Obie z Hannah od szesnastego roku życia interesowały się tym sportem. To 
Kenny, brat Hannah, będący kierownikiem sklepu ze sprzętem dla nurków, 
gdzie Janey długi czas pracowała, nieledwie je zmusił, aby nauczyły się 
nurkować z pełnym wyposażeniem, profesjonalnie. 
Hannah z łatwością przekonała do tych planów swych liberalnych, 
przystępnych i wyrozumiałych rodziców, lecz owdowiała matka Janey była 
przerażona, uważając nurkowanie za wyjątkowo niebezpieczny sport. „Utopisz 
się, jak nic się utopisz", powtarzała raz po raz, zdecydowana nie pozwolić na 
coś tak ryzykownego, ale Janey, która do tej pory nigdy nie sprawiała matce 
kłopotów, uparcie obstawała przy swej decyzji. 
Dziewczęta bez problemu ukończyły kurs dla nurków, a potem, po dalszym 
przeszkoleniu, uzyskały licencje instruktorskie. Hannah zdążyła już nawet 
zaliczyć rafę koralową, Janey niestety nie. Oczywiście też miała szaloną ochotę 
wziąć udział w takiej wyprawie, a zorganizowano ich już kilka, i to do różnych 
części świata, lecz Jerry, nie zainteresowany tym sportem, umiał jej to 
wyperswadować. „Strata czasu i pieniędzy, oświadczył. Jeśli poważnie myślisz 
o przyszłości, powinnaś zanieść te pieniądze do banku". Janey z żalem się 
poddawała — i wpłacała pieniądze na wspólne konto. 
— Wiesz, że sklep zmienił właściciela? Kenny ma nowego szefa — 
nieoczekiwanie powiedziała Hannah. — Nazwa też została zmieniona, sklep 
nazywa się teraz „Podwodna przygoda". 

background image

— Naprawdę? Nie wiedziałam. Czekaj — zastanawiała się przez moment — 
czy przypadkiem tak nie nazywa się cała sieć sklepów dla nurków? 
— Tak, i założę się, że słyszałaś nawet o nowym właścicielu. To Robert 
Campion. 
— Ten znany fotograf? 
— Tak, właśnie on. W tej chwili dysponuje już wieloma takimi sklepami, kilka 
z nich jest tutaj, w Colorado, a kilka na Karaibach. To u niego będę pracowała 
na Bonaire. 
Gdy weszły do sklepu, Janey zdecydowanie poprawił się nastrój. Nie mogła 
wprost się napatrzyć zdecydowanym kolorom skafandrów, połyskującym 
chromową powłoką częściom aparatów tlenowych i wszystkim tym akcesoriom, 
jakich używają nurkowie: rękawicom, siatkom, nożom i precyzyjnym 
przyrządom pomiarowym. Na ścianach wisiały powiększone zdjęcia wykonane 
pod wodą, a przedstawiające barwne ryby przemykające między koloniami 
koralowców. Dwa z nich szczególnie przykuły jej uwagę. Były to artystyczne 
akty kobiece, sygnowane przez Robera Campiona. 
Zajęta zdjęciami nie zauważyła, jak z biura na zapleczu sklepu wyszedł 
Kenny. 
— Popatrzcie, popatrzcie, kto przyszedł! — Jego donośny, sympatyczny glos 
wypełnił całe pomieszczenie. — Moja ukochana siostrzyczka wraz z piękną 
narzeczoną. Co, może puściłaś kantem Jerry'ego i zdecydowałaś się wrócić do 
pracy? — mrugnął porozumiewawczo do Janey. 
Potrząsnęła głową ze śmiechem. 
— Zapewniam cię, że ciągle jeszcze mam w programie ślub. 
W jej głosie mimo to można się było dosłuchać nutki żalu. Jakże będzie jej 
brakowało tego miejsca! Nie zarabiała Bóg wie ile, to prawda, więcej znaczyła 
dla niej sama praca. Nigdy się tu nie nudziła. Obsługiwała klientów, 
dokonywała drobnych napraw, napełniała butle tlenowe, pomagała instruk-
torowi wykładającemu teorię nurkowania, dozorowała ćwiczenia wykonywane 
przez kursantów w małym basenie na tyłach sklepu lub w pływalni miejskiej. 
Kilka razy nawet robiła większe zakupy sprzętu, a kontakty z ludźmi tak 
samo jak ona zafascynowanymi nurkowaniem były dla niej źródłem 
nieustannej radości. 
— Prawdopodobnie będę musiała pożegnać się z nurkowaniem — posmutniała 
nagle. — Wiesz przecież, jaki jest Jerry. 
Kenny miał już coś na końcu języka, lecz w porę taktownie powtrzymał się od 
komentarza. 
— Chcesz obejrzeć te zdjęcia z Bonaire? — spytał siostry. 
— Pewnie, że chcę — Hannah dosłownie drżała z emocji. — Czy wy 
pojmujecie? Będę nurkować na pięknej karaibskiej wyspie i jeszcze dostanę za 
to pieniądze. Ja sama wprost nie mogę w to uwierzyć! 
— Szczęściara z ciebie — przyznał Kenny. — Bonaire to prawdziwy raj. 
Jak większość specjalistycznych punktów ze sprzętem do nurkowania, tak i 
sklepy Roberta Campiona organizowały wyjazdy do najpiękniejszych 

background image

zakątków świata. W stanie Colorado, gdzie dało się nurkować jedynie w kilku 
zimnych jeziorach górskich, nie brakowało entuzjastów tego sportu, gotowych 
wydać na ten cel każdą sumę... 
— Ostatnia szansa, Janey — Kenny znów zwrócił się do przyjaciółki swej 
siostry. — I dla ciebie znalazłaby się taka praca. A więc co wolisz: ślub i 
stateczne życie u boku męża czy posada instruktorki na Karaibach? 
— Jesteś tam, Kenny? — z zaplecza sklepu doszedł ich głęboki męski głos. 
Janey nie zdążyła odpowiedzieć, gdyż w drzwiach stanął postawny mężczyzna 
po trzydziestce z plikiem fotografii w dłoni. 
— Obejrzałem wszystkie — rzekł przeglądając jeszcze raz pobieżnie zdjęcia — 
i nie znalazłem odpowiedniej. 
Kiedy później Janey myślała o tej chwili, zawsze przypominał jej się dreszcz, 
jaki ją przeniknął na widok tego przystojnego nieznajomego, który wtedy 
wyrósł przed nią tak nieoczekiwanie. 
Robert Campion był wysoki, dobrze zbudowany, a w szaro-popielatym, szytym 
na miarę garniturze, doskonale uwydatniającym jego szerokie ramiona i 
wąską talię, wyglądał nad wyraz męsko. Kiedy podniósł znad fotografii wzrok 
na Kenny'ego, dojrzała jego ciepłe brunatne oczy pod krzaczastymi brwiami. 
Mocno zarysowany podbródek, prosty nos, wyraziste rysy twarzy i ślad 
dołeczków w policzkach wskazywały, że jest energiczny, zdecydowany i 
łagodny zarazem. Co za kombinacja, szepnęła do siebie w duchu 
zafascynowana jego wyglądem. 
Campion zdawał się nie zauważać dziewcząt. Sprawiał wrażenie całkiem 
pochłoniętego sprawą, z którą przyszedł. 
— Żadna z nich się nie nadaje — powtórzył. — To będzie problem. 
— Na kiedy jej potrzebujesz? 
— Natychmiast. Chciałbym ją zabrać jutro rano, aby całą sesję zdjęciową 
skończyć w sobotę. Folder musi być gotowy na początek sezonu, zostało więc 
niewiele czasu. 
— Ale przecież to są najlepsze fotomodelki, jakie mamy tu w Denver — 
zaoponował Kenny wskazując na zdjęcia. — I żadna ci nie odpowiada? 
— Nie są złe, to prawda, ale ja szukam na okładkę czegoś wyjątkowego na 
okładkę. Poza tym musi umieć nurkować, a z tym jest u nich krucho. To 
przecież zrozumiałe, że zdjęcia do takiego folderu powinny być zrobione pod 
wodą. 
— Dobrze — westchnął Kenny — skontaktuję się z pozostałymi agencjami, ale 
najpierw chcę ci przedstawić moją siostrę Hannah i jej przyjaciółkę Janey. 
Dziewczęta, to mój nowy szef, Robert Campion, specjalista od zdjęć pod wodą. 
Przyjaciele nazywają go Bob. 
— Proszę, zwracajcie się do mnie w ten sposób — powiedział Campion 
wyciągając rękę do Hannah — a przede wszystkim wybaczcie, że was nie 
zauważyłem. Mam kłopot... 

background image

Dopiero teraz podniósł wzrok na Janey i... zapomniał wypuścić jej dłoń z 
uścisku. Wpatrywał się w nią bez słowa, a w jego oczach zapaliły się dziwne 
iskierki. 
— Cześć, Janey — rzekł wreszcie. 
Janey miała ochotę uciec i zaszyć się w mysiej dziurze przed tym osobliwym 
spojrzeniem. Dlaczego właśnie tego dnia włożyła wytarte dżinsy i znoszony 
podkoszulek?! Niestety było za późno, aby cokolwiek zmienić w swoim 
wyglądzie. 
— Cześć — szepnęła, speszona do reszty drżeniem, jakie wywołało w niej 
dotknięcie jego ręki. 
— Lepiej już pójdziemy — odezwała się Hannah i czar prysnął. — Mamy 
jeszcze tyle do załatwienia. 
Bob wypuścił rękę Janey. 
— Naturalnie. Tylko... — Zwrócił się raptownie do Kenny'ego i rzekł wyraźnie 
podniecony wskazując na Janey: To ona! Chcę mieć jej zdjęcie na okładkę 
folderu. Jest doskonała! Natychmiast zabieram ją na Bonaire! 
Janey wpatrywała się w niego zdumiona. 
— Chce mnie pan... chcesz mnie — poprawiła się — zaangażować do zdjęć 
podwodnych? 
— Umiesz murkować? 
— Tak... — potwierdziła przełykając ślinę z wrażenia — ale jeszcze nigdy nie 
pracowałam jako fotomodelka. 
— Do tego nie trzeba specjalnego przygotowania. Zdjęcia, które robię... 
W tym momencie Hannah chrząknęła znacząco. 
— Wybaczcie, ale muszę was ściągnąć z obłoków na ziemię. Czy przypadkiem 
o czymś nie zapomniałaś? — spytała posyłając znaczące spojrzenie Janey. 
Słowa przyjaciółki podziałały na nią jak zimny prysznic. Oczywiście że nie 
zapomniała o ślubie, ale propozycja nowego znajomego była tak kusząca... Nie 
wiedziała, co odpowiedzieć. Dlaczego naraz zrobiło jej się ciężko na sercu? 
Dlaczego była dziwnie rozczarowana? 
— Chętnie pracowałabym z tobą, Bob — wykrztusiła wreszcie — lecz w tę 
sobotę wychodzę za mąż. 
Mówiąc to czuła się strasznie. Tysiące słów cisnęły jej się na usta, tak jakby 
musiała mu coś wyjaśnić, choć przecież nie było tu co wyjaśniać, ale w końcu 
zagryzła wargi i nie powiedziała nic więcej. 
— Och, rozumiem, wychodzisz za mąż. W takim razie przyjmij najlepsze 
życzenia — powiedział z wymuszonym uśmiechem, jak gdyby nie był 
zachwycony tym, co właśnie usłyszał, a potem spytał, z pośpiechem, nieomal 
szorstko: — Kim jest ten wybraniec, można wiedzieć? 
Te słowa zabrzmiały w jego ustach jak szyderstwo. Janey, zakłopotana jak 
nigdy, spuściła oczy. Co mu do tego, czyją żoną ona ma zostać? 
Chwilę ociągała się z odpowiedzią, w końcu rzekła niechętnie: 
— Nazywa się Jerry Boswell. Pracuje w konsorcjum naftowym.  

background image

Przez moment zdawał się rozmyślać nad jej odpowiedzią, wreszcie spytał 
lustrując bacznie jej twarz: 
— I jesteś w nim zakochana do szaleństwa, tak? 
— Naturalnie. — Janey miała nadzieję, że się nie zaczerwieni. Ostatecznie to 
zdecydowane stwierdzenie mijało się nieco z prawdą. Szybko jednak złość 
wzięła górę nad zakłopotaniem. Co go to obchodzi, czy jest zakochana do 
szaleństwa czy nie? To jej sprawa, tylko jej, i już! — W przeciwnym razie po 
cóż miałabym wychodzić za mąż? 
— Na to musisz sobie odpowiedzieć sama — odparł sucho wzruszając 
ramionami. — Wybacz moją ciekawość. — Potem wskazał ręką plakaty: — 
Wyszukaj sobie coś i przyjmij ode mnie w prezencie ślubnym. 
— Dziękuję — rzekła prostując się. — Przecież nie musisz... 
— Ale chcę — przerwał jej stanowczo. — Powinienem ci wynagrodzić moją 
dociekliwość. Nie wiem, co mnie napadło — dodał potrząsając w zamyśleniu 
głową. 
Janey próbowała uciszyć gwałtowne bicie serca wywołane jego dziwnym 
zachowaniem i całą swą uwagę poświęciła plakatom. Wybór był nadzwyczaj 
trudny, wreszcie jednak wskazała na barwną rybę pomiędzy czarnymi 
koralowcami. 
— Wezmę ten, jeśli można. 
— Oczywiście. Wybrałaś jeden z moich ulubionych motywów. — Zdejmując 
plakat ze ściany spytał przez ramię: — Chętnie nurkujesz? 
— O tak, bardzo chętnie — przytaknęła z entuzjazmem. 
— Zatem w podróży poślubnej z pewnością będziesz wiele nurkować. 
— No... nie... — wyjąkała. — Jedziemy do Las Vegas. Jerry nie uprawia tego 
sportu. — Z niezadowoleniem stwierdziła, że się czerwieni. — Za to jest wiele 
innych rzeczy, które lubimy obydwoje. 
To śmieszne, pomyślała wypowiedziawszy te słowa. Dlaczego usprawiedliwiam 
się przed tym człowiekiem? Z niezręcznej sytuacji wybawiła ja Hannah 
— Idziesz wreszcie?  
Bob lekko się skłonił i jeszcze raz ujął rękę Janey 
— Miło było cię poznać — rzekł cicho, jakby w obawie, że inni mogą to 
usłyszeć. — Sprawiłoby mi wielką przyjemność, gdybym mógł cię kiedyś 
sfotografować. — Zajrzał jej przy tym w oczy, aż zrobiło jej się gorąco. 
— Przykro mi, że musiałam cię rozczarować... — Zastanowiło ją, że jej głos 
brzmi obco i beznamiętnie, jakby należał do jakiejś innej osoby. O Boże, co 
takiego jest w jego wzroku, że cała drży?! 
Bob puścił jej dłoń, zapiął guzik koszuli i poprawił krawat. 
— Wychodzę do banku, Kenny, a ty rozejrzyj się za fotomodelką. — W 
drzwiach jeszcze się odwrócił: — Ma to być dziewczyna tak piękna jak Janey, 
ale możliwie taka, która w sobotę nie wychodzi za mąż. — Ostatnim słowom 
towarzyszył drwiący wybuch śmiechu. 
Niezły egzemplarz mężczyzny, co? — zauważyła Hannah widząc, że 
przyjaciółka jak zaklęta wpatruje się w drzwi, za którymi zniknął Bob. 

background image

— Co takiego? — Janey z trudem wracała do rzeczywistości. — Tak, 
rzeczywiście, niczego sobie. 
— Niczego sobie? I to wszystko? — Hannah nigdy nie dała się wywieść w pole. 
— Nie udawaj, okazałaś mu więcej niż uprzejmość, moja droga, i to mimo twej 
dozgonnej miłości do Jerry'ego. 
Nie ma sensu wmawiać niczego Hannah, pomyślała Janey wzruszając z 
rezygnacją ramionami. Ona już swoje wie... 
— Chyba zdajesz sobie sprawę, z czego rezygnujesz — wmieszał się Kenny. — 
Bob Campion jest mistrzem fotografii. I ten mistrz chce fotografować ciebie. 
Ciebie! O razu stałabyś się sławna, o pieniądzach nie wspominając. A grati-
sowy wyjazd na Bonaire? Pokaż mi dziewczynę, która pozwoliłaby przejść 
takiej szansie koło nosa? 
— A która dziewczyna wychodzi w sobotę za mąż za cudownego mężczyznę jak 
ja? — odcięła się z podniesioną głową i roziskrzonymi oczami, choć chciało jej 
się płakać. 
— Zostaw ją w spokoju — machnęła ręką Hannah. — Janey od tak dawna 
marzy o ślubie, że nie umiem sobie wyobrazić, by mogła z niego zrezygnować 
nawet dla tak kuszącej oferty, jaką jest podróż na Bonaire i pozowanie do 
zdjęć samemu Campionowi. 
— Masz absolutną rację — przytaknęła skwapliwie Janey. — Ty też zresztą 
byłabyś ogromnie rozczarowana, Hannah, gdybyś nie miała okazji włożyć tej 
różowej sukni, prawda? 
Dowcipna jesteś! — Hannah skrzywiła się na wspomnienie słonia w 
krynolinie. — Chodźże wreszcie, musimy się pospieszyć, jeśli twój ślub ma 
rzeczywiście dojść do skutku. 
Zmierzając do samochodu Janey próbowała przestać myśleć o Bobie 
Campionie. W sobotę rozpoczynała nowe życie, w sobotę miała zostać panią 
Boswell. W tej chwili jednak nie umiała powiedzieć, czy naprawdę tego 
pragnie... 
 
 

— Janey, myślałam, że już nie wrócisz do domu — powitała ją matka. — 
Właśnie miałam telefon z San Francisco! 
— I? 
— Wujek Harlan i ciocia Edith są w drodze — oświadczyła z rozpromienioną 
twarzą. — Jadą nie zatrzymując się nigdzie, gdyż koniecznie chcą zdążyć na 
twój ślub. Pomyśl, jaka to daleka droga! 
— Wspaniale. Bardzo się cieszę na spotkanie z nimi — uśmiechnęła się Janey 
wchodząc do pokoju. Usiadła na kanapie, zdjęła tenisówki i zaczęła masować 
obolałe stopy. — Boże, ależ jestem zmęczona. Na szczęście wszystko 
załatwione, mamo. Co jeszcze trzeba zrobić, to... w sobotę wyjść za mąż. 
Matka Janey usiadła w fotelu z filiżanką herbaty w ręku. Amelia Lark była 
kobietą ledwie po pięćdziesiątce, lecz ze swymi siwymi włosami wyglądała 

background image

zdecydowanie starzej. Wzbraniała się jednak stanowczo przed użyciem farby 
do włosów, uważając taki zabieg za niegodne jej osoby odmładzanie się na siłę. 
— Przecież chętnie bym ci pomogła, gdybyś mi tylko na to pozwoliła — 
powiedziała z wyrzutem. 
Gdybym ci na to pozwoliła, zrobiłabyś wszystko po swojemu nie licząc się z 
moim zdaniem, i w dodatku zakomenderowałabyś mnie na śmierć, pomyślała 
Janey. Kochała matkę, ale nie miała ochoty dać się zdominować jej silnej woli i 
purytańskim zasadom moralnym. 
— Już mi pomogłaś, zresztą jak zaczną się zjeżdżać goście, będzie mnóstwo 
roboty. 
Słowa córki podsunęły pani Lark temat. 
— Właśnie chciałam o tym z tobą porozmawiać — zaczęła. — Ciocię Beverly 
położymy w tylnym pokoju. Babcia i dziadek Larkowie zajmą twój pokój. 
Ciocia Genevieve zamieszka ze mną, a twój kuzyn Rodney... 
— ...będzie spał na kanapie w salonie — dokończyła zdanie Janey. To 
wszystko już przecież omówiły wcześniej. — A wujek Harlan i ciocia Edith? 
Gdzie ich pomieścimy? Rozbijemy dla nich namiot w ogrodzie? 
— Skądże! Wiozą ze sobą przyczepę kempingową — wyjaśniła tryuimfalnie 
matka. — Znakomity pomysł, prawda? 
— Super! — Janey słuchała jednym uchem, nie mogąc przestać myśleć o Bobie 
Campionie. Ależ był z niego atrakcyjny mężczyzna! Żaden przystojniak w 
dosłownym znaczeniu tego słowa, a przecież miał w sobie cos, co ją niepokoiło i 
podniecało. Wielkie nieba, a uścisk jego dłoni... Doprowadził ją niemal do 
szaleństwa. Miała nadzieję, że tego nie zauważył. A nawet jeżeli zauważył... 
Powinno jej to być obojętne. Dlaczego tak natarczywie wypytywał ją o ślub, 
przeszywając przy tym wzrokiem? Jak gdyby wiedział, że jej miłość do 
Jerry'ego ma niewiele wspólnego z romantycznym, płomiennym uczuciem... 
Co się ze mną dzieje? Skąd to przygnębienie? przecież kocham Jerry'ego, może 
nie obłędnie, ale... 
Raptem naszła ją straszna ochota aby opowiedziec o Bobie. 
— Mamo, nie uwierzysz, jakiego wspanialego mężczyznę dziś poznałam. Mam 
wrażenie, że nawet się w nim zadurzyłam... oczywiście tylko na chwilę. 
Filiżanka w dłoni pani Lark niebezpiecznie zadrżała. 
— Chyba nie chcesz odwołać ślubu? — spytała nieswoim głosem. — Błagam, 
powiedz, że nie masz takiego zamiaru, bo inaczej dostanę ataku serca. 
Janey roześmiała się z przymusem. Czy naprawdę kiedykolwiek zapragnęłaby 
zostać panią Boswell, gdybym wiedziała, że po świecie chodzą tacy mężczyźni 
jak Bob? Może jednak  powinna jeszcze raz nad wszystkim się zastanowić? 
Przerażona odepchnęła od siebie te przyprawiające o zawrót głowy, gorzkie 
myśli. 
— Nie ma obawy. — Opowiedziała o propozycji, jaką jej zrobił Campion. — 
Oczywiście odmówiłam. Nie odwołam ślubu. Wiesz przecież, że kocham 
Jerry'ego. Nie wystawię go do wiatru. 

background image

A może jednak? zadrwił niepokorny wewnętrzny głos. Przecież tylko sobie 
wmawiasz, że go kochasz. Kogo chcesz zwieść? Samą siebie? 
— Wszystko odbędzie się, jak zostało zaplanowane — dokończyła głośniej, niż 
to było konieczne. 
— Bogu dzięki! — odetchnęła z ulgą matka poprawiając się w fotelu. Zawsze 
życzyła sobie dla swego jedynego dziecka bezpiecznej stabilizacji, była więc w 
siódmym niebie, gdy Janey zaręczyła się z Jerrym. W jej mniemaniu córka 
miała szczęście, gdyż Jerry przedstawiał sobą wymarzonego kandydata na 
męża, który z pewnością da żonie wszystko, czego ta sobie zażyczy. 
— Wolałabym, abyś nie miała żadnych planów na dzisiejszy wieczór — 
powiedziała z westchnieniem. — Wyglądasz na wyczerpaną. Najlepiej byłoby, 
gdybyś położyła się wcześniej spać. 
— Nie ma mowy. Jerry zaprosił mnie na kolację - odparła Janey nie 
zdradzając zbytniego entuzjazmu. Była bardzo zmęczona, ale nie chciała 
rozzłościć narzeczonego. Powiedział, że pójdą tego dnia na kolację, a Jerry 
zawsze otrzymywał to, czego zażądał. Dawno już się z tym pogodziła. — Idę się 
przebrać — rzekła wstając ociężale z kanapy. — Będzie tu o wpół do siódmej. 
Punktualnie o tej porze w drzwiach stanął Jerry Boswell w ciemnym 
garniturze i wyglansowanych butach. Kiedyś był ładnym chłopcem, lecz teraz, 
licząc w końcu zaledwie dwadzieścia pięć lat, nie miał już w sobie dawnego 
młodzieńczego wdzięku. Do wszystkiego podchodził ze śmiertelną powagą, co 
sprawiało, że uważano go za starszego, niż był w istocie. 
Janey przywitała go uśmiechem. Może nie był takim ekscytującym mężczyzną 
jak Robert Campion, ale na pewno, wysoki i bardzo starannie ubrany, 
prezentował się doskonale. 
— Cześć, Jerry. Jak dziś było w pracy? 
— Dobrze, dobrze — mruknął całując ją przelotnie w czoło, zamiast jak zwykle 
w usta. Spojrzała na niego zdziwiona, lecz nie rzekła słowa. 
— O, jest Jerry. Co słychać u mojego przyszłego zięcia? — W przedpokoju 
pojawiła się pani Lark. — Tylko nie wróćcie zbyt późno do domu. Moja mała 
dziewczynka jest zmęczona i potrzebuje snu. Przecież wszyscy chcemy, aby 
pięknie wyglądała w dniu ślubu, prawda? 
— Proszę się nie martwić — rzekł z powagą, zdradzając jednak dziwne 
roztargnienie. 
Co się z nim dzieje, myślała Janey idąc obok niego do samochodu. Jest inny 
niż zwykle. To pewnie tylko nerwy odmawiają mu posłuszeństwa, tak jak 
mnie. Och, żeby już było po ślubie! 
— Gdzie chcesz zjeść kolację? — spojrzał na nią pytająco siadając za 
kierownicą. 
Nie do wiary! Przecież Jerry zawsze dokładnie wiedział, czego chce, a tu 
nagle... Zastanawiała się przez moment, po czym zerkając na niego spod oka 
zaproponowała meksykańską restaurację, jeden z najlepszych, ale i 
najdroższych lokali w Denver. Nieoczekiwanie Jerry skinął przyzwalająco 
głową, co do reszty zdumiało Janey. Zdecydowanie preferował tańsze miejsca, 

background image

zatem ta nagła zmiana dawała do myślenia. Podczas kolacji był dziwnie 
milczący, za to Janey, korzystając z okazji, rozgadała się o przygotowaniach do 
ślubu, próbując odzyskać ów radosny nastrój, jaki nie opuszczał jej do 
momentu, w którym poznała Boba. Jerry odpowiadał monosylabami. 
— Jerry, co z tobą? — spytała zaniepokojona. 
— A co ma być? — niechętnie wzruszył ramionami. — Wszystko w porządku. 
— Potem milczał aż do chwili, gdy wyszli na zewnątrz. Wtedy nadeszło to, 
czego się spodziewała. 
— Przejedziemy się? 
— Na naszą górę? — upewniła się, dobrze wiedząc, co to oznacza. 
— Naturalnie, że na górę — rozzłościł się nie wiadomo czemu. — A może nie 
chcesz? 
Nie! Nie chcę! Dzisiaj nie! Nie jestem w nastroju! Mam po uszy zachowywania 
się tak, jakbym ciągle jeszcze była nastolatką! 
Zdusiła w sobie te buntownicze uczucia, kładąc je zresztą na karb zmęczenia. 
Nie umiała powiedzieć Jerry'emu, że tego dnia nie życzy sobie jego pieszczot. 
W końcu przecież go kochała i miała za niego wyjść za mąż. Naturalnie 
wszystko będzie inaczej, gdy tylko zostanie panią Boswell. 
— Pewnie, że chcę — zapewniła go wbrew samej sobie przysuwając się bliżej i 
kładąc mu rękę na kolanie. 
— W takim razie jedziemy. 
Zapalił silnik i ruszył w kierunku dzielnicy willowej, ciągnącej się aż do 
podnóża gór. Po paru milach osiągnęli Genesee Park, przepiękny zalesiony 
stok ponad morzem świateł miasta. Jerry zatrzymał samochód w ich 
ulubionym miejscu i zgasił reflektory, po czym bez słowa przyciągnął Janey do 
siebie, zamknął jej usta pocałunkiem i zaczął rozpinać bluzkę. Nie wiedziała, 
co się z nią dzieje. Najchętniej wyskoczyłaby z samochodu i uciekła, ale 
obawiała się jego reakcji. A przecież kiedyś spotkania z Jerrym były takie 
podniecające. Kiedy po raz pierwszy ją pocałował, miała może dwanaście, 
może trzynaście lat. Już nie pamiętała... Stało się to u niej w domu. W 
którymś momencie niespodziewanie pochylił się i pocałował ją w usta, a ona 
była tak oszołomiona, że odskoczyła do tyłu omalże nie przewracając lampy 
stojącej. Od tego pierwszego pocałunku w niedługim czasie przeszli do 
pieszczot na kanapie w przedpokoju — najczęściej późnym popołudniem po 
szkole, zanim matka Janey wróciła z pracy. Kiedy Jerry kupił pierwszy 
samochód, właściwie za każdym razem, gdy się spotykali, kończyło się to w 
parku na stoku góry. Z początku całowali się tylko, lecz z biegiem czasu 
odkryli tajemnice własnych ciał i cudowne odczucia, jakie daje czuły, finezyjny 
dotyk. 
Pewnego wieczoru, wkrótce potem jak Janey skończyła szesnaście lat, Jerry 
zmienił taktykę. Zaczęło się jak zwykle od pocałunków i zwykłych pieszczot. W 
którymś momencie rozpiął jej bluzkę, nie poprzestał jednak na tym. 
Odszukawszy na plecach zapięcie biustonosza uwolnił jej piersi i zaczął je 

background image

pieścić, oddychając przy tym coraz szybciej. Ciało Janey zadrżało w 
rozkosznym oczekiwaniu. 
— Pragnę cię, Janey — szepnął jej chrapliwie do ucha. — Chodź na tylne 
siedzenie... 
Do tej pory jeszcze nigdy o to nie poprosił, podniecali się tylko nawzajem 
pieszczotami. Janey trzęsła się z podniecenia i trwogi. Matka wpoiła jej 
przekonanie, że seks przed ślubem jest „niemoralny", a chociaż ona sama 
sceptycznie podchodziła do tych nauk, była pewna, że wyrzuty sumienia nie 
dadzą jej spokoju, jeśli odda się Jerry'emu. 
— Nie mogę... — wykrztusiła. — Po prostu nie mogę. Proszę, nie wymagaj tego 
ode mnie... 
— Ależ maleńka, przecież się kochamy! — wpatrzył się błagalnie w jej oczy. — 
To żaden grzech! Naprawdę nie chcesz? Zobaczysz, jakie to wspaniałe 
przeżycie. 
Wcisnął Janey w róg przedniego siedzenia, ujął w dłonie jej piersi i zaczął je 
ssać i pieścić na przemian, aż stały się napięte i twarde. Ten rozkoszny ból 
wprawił ją w stan najwyższego podniecenia. 
Teraz, na dwa dni przed ślubem, zabiegi Jerry'ego pozostawiły ją całkowicie 
zimną. Najlepiej byłoby, gdyby zostawił mnie w spokoju, myślała gniewnie. 
Nie miała najmniejszej chęci kochać się w samochodzie. Z drugiej jednak 
strony gdzie mieliby to robić? Przecież ciągle jeszcze mieszkała z matką, a on z 
rodzicami. Mieszkanie, które wynajęli, miało im być oddane do dyspozycji 
dopiero za parę dni, a zatrzymanie się w motelu Jerry uważał za zbędny 
wydatek. Park był zatem jedynym miejscem, gdzie mogli być sami. Mimo 
to...Nie, musi powiedzieć Jerry'emu, że nie jest w nastroju. Może zrozumie... 
— Jerry, dziś nie... — szepnęła czując, że jego ręka rozsuwa zamek jej spodni. 
Spojrzał na nią pytająco, z ręką znieruchomiałą wpół ruchu, a na jego twarzy 
pojawił się grymas zdziwienia. Janey pożałowała swych słów, lecz było już za 
późno. — Proszę cię... — uśmiechnęła się zbita z tropu. — Wszystkiemu winne 
nerwy. Zaczekaj, aż będziemy po ślubie. Wtedy wszystko się zmieni. 
Zagrył wargi wpatrując się w nią przez moment, wreszcie rzekł: 
— Zapnij bluzkę. Chcę ci coś powiedzieć. Posłusznie spełniła polecenie, nie 
odrywając wzroku od jego twarzy. 
— Nie mogę się z tobą ożenić — dobiegł ją jakby z oddali jego głos. 
Serce Janey zaczęło walić jak młotem. Ze zdenerwowania zrobiło jej się 
niedobrze. Sens wypowiedzianych przez niego słów z trudem docierał do jej 
świadomości, a gdy go wreszcie pojęła, jej oczy rozszerzyły się w niemym 
przerażeniu. 
— Zrozumiałaś, co powiedziałem? 
— Ale dlaczego? —- wyszeptała zbielałymi wargami po długiej chwili 
milczenia. — Dlaczego... — Przecież nie mógł tak po prostu przekreślić ich 
wspólnych planów tylko dlatego, że go odepchnęła! 
— Jest wiele powodów — wyjaśnił ściskając kurczowo kierownicę. Nie patrzył 
przy tym na nią, — Jeszcze nie czuję się dostatecznie dojrzały, aby zakładać 

background image

rodzinę. Myślałem, że jest inaczej, ale myliłem się. Najpierw muszę odnaleźć 
samego siebie. 
Odnaleźć samego siebie?! — Janey zaczerpnęła gwałtownie powietrza. — Co 
przez to rozumiesz? 
— Niełatwo to wytłumaczyć. Przenoszą mnie do Houston. Ta sprawa była 
aktualna już od dawna, ale dopiero dziś zapadła ostateczna decyzja. To 
wymarzona praca dla mnie. Z początku myślałem, że będę cię mógł zabrać ze 
sobą, ale teraz... teraz nie jestem pewien, czy chcę ciągnąć ze sobą żonę. W 
ogóle nie chcę się żenić... w każdym razie jeszcze nie teraz. 
— Kochamy się od czasów szkolnych i wydawało mi się, że... 
— O właśnie, od czasów szkolnych — wpadł jej w słowo. — Mam uczucie, że 
coś straciłem. Muszę stąd wyjechać, zobaczyć kawałek świata, poznać inne 
kobiety, inaczej ciągle będę tęsknił do zaprzepaszczonej szansy. Nie umiem się 
zadowolić szczenięcą miłością w starym rodzinnym mieście, które poznałem na 
wylot. Musisz to zrozumieć. 
— Ależ ja mogę czekać... 
— Czekanie nic tu nie zmieni. Moja decyzja jest ostateczna. Nie będzie 
powrotu, Janey... Ślub się nie odbędzie. Nie próbuj mnie przekonywać, to nie 
ma sensu. 
Jakże on mógł?! Co sobie właściwie wyobraża?! 
— Przecież... — zaczęła, ale zaraz przerwała zniechęcona. Nie, nie będzie 
żebrać. Nie będzie błagać. Jerry nie zobaczy jej płaczącej, nigdy! 
— Odwieź mnie do domu — rozkazała starając się panować nad głosem. 
Szczęśliwy, że nie zrobiła mu sceny, w milczeniu nacisnął pedał gazu i pędem 
zjechał ze zbocza góry. Janey wcisnęła się w sam kąt samochodu, możliwie 
najdalej od niego. Teraz dopiero uzmysłowiła sobie w całej rozciągłości 
znaczenie jego decyzji i konsekwencje, jakie ona pociągnie za sobą. 
Ale sama uroczystość... wydane pieniądze... — wyrwało jej się. 
Nie odpowiedział, tylko jeszcze przyspieszył, przekraczając dozwoloną 
szybkość. Widocznie chce się mnie jak najszybciej pozbyć, pomyślała z goryczą. 
Stanąwszy pod jej domem chciał się jeszcze tłumaczyć: 
— Wybacz mi, Janey. W tej chwili z pewnością masz do mnie żal, lecz pewnego 
dnia sama zobaczysz, że to najlepsze, co mogliśmy zrobić. 
— Ale cała uroczystość — powtarzała bezradnie. 
— Nic prostszego, jak ją odwołać. Wystarczy kilka telefonów. Pomógłbym ci, 
ale jutro z samego rana lecę do Houston. 
To koszmar senny, koszmar senny, koszmar senny, huczało jej w głowie, gdy 
próbowała namacać klamkę. 
— Nie pokazuj mi się więcej na oczy! — krzyknęła zatrzaskując drzwi 
samochodu i wbiegła do domu. Nie obejrzała się ani razu... 
Matka siedziała przed telewizorem. 
— To ty, Janey? 
— Tak, ja. Od razu idę spać. Jestem taka zmęczona... Popędziła schodami na 
górę do swego pokoju, zamknęła za sobą drzwi i rzuciła się na łóżko. Ukrywszy 

background image

twarz w poduszkach, rozpłakała się żałośnie. Musi odwołać ślub, a także 
przyjęcie. Zawiadomić rodzinę i przyjaciół, odwołać fotografa, orkiestrę... i 
oddać wszystkie prezenty. Taki wstyd! 
To było ponad jej siły. Znów wstrząsnął nią szloch. Co z opłaconą z góry 
podróżą do Las Vegas? Co z także opłaconym z góry sześciopiętrowym tortem 
weselnym? Suknią ślubną, nad którą ślęczała tyle godzin? A suknie druhen... 
Kosztowały majątek. Musi im zwrócić pieniądze. I do tego wszystkiego krewni, 
którzy byli już w drodze... 
Rozległo się ciche pukanie i na progu stanęła matka, przywiedziona 
najwyraźniej przeczuciem. 
— Janey, co się stało?! 
— Och, mamo — jęknęła przez łzy — nie będzie ślubu. Jerry nie chce się ze 
mną ożenić... 
Amelia Lark zbladła jak ściana. Przez moment sprawiała wrażenie, jakby się 
dusiła, wreszcie wciągnęła głęboko powietrze, przysiadła na skraju łóżka 
Janey i objęła ją w milczeniu ramieniem. Instynktownie zrobiła to, co należało 
zrobić. 
Długo trzymała córkę w ramionach nie zadając żadnych pytań. Janey 
uspokajała się z wolna, stwierdzając ze zdumieniem, że wcale nie cierpi tak, 
jak się tego obawiała. Oczywiście, Jerry dotkliwie zranił jej dumę, 
upokarzający był fakt odwołania ślubu, konieczność tłumaczenia się 
wszystkim... Ale przeżyje to. Jerry pozbawił ją złudzeń, lecz na szczęście nie 
skradł jej serca. 
 
 

Po nie przespanej nocy Janey siedziała przy stole kuchennym naprzeciw 
Hannah. Była jeszcze w koszuli nocnej i szlafroku, oczy miała podkrążone, a 
na twarz opadały jej nie uczesane włosy. 
— Nie mogę w to uwierzyć — Hannah potrząsnęła bezradnie głową 
przyglądając się, jak Janey napełnia jej filiżankę kawą. — Po prostu nie mogę 
uwierzyć! Czym to uzasadnił? 
Janey roześmiała się gorzko. 
— Powiedział, że musi odnaleźć sam siebie. — Oczy miała czerwone i 
podpuchnięte, zwykle różowe policzki blade, a wokół zaciśniętych ust twardy 
grymas. 
— Ja sama nie mogę tego pojąć. Jeśli nie chciał się ze mną ożenić, czemu nie 
powiedział tego wcześniej, lecz dopiero na dwa dni przed ślubem? 
Hannah pogłaskała jej dłoń. 
— Widocznie coś mu nagle strzeliło do głowy. Może nawet sam nie wie, skąd to 
się wzięło. Nigdy się nie dowiesz. 
Po policzku Janey stoczyła się łza. 
— Kiedy pomyślę o tych wszystkich ludziach, którzy nie szczędzili trudu ani 
pieniędzy, chcąc mi pomóc... Druhny, dziewczynka mająca nieść kwiaty i jej 

background image

matka... Teraz muszę do nich dzwonić i... — Urwała sięgając po chusteczkę i 
otarła łzy. 
— Nie musisz niczego odwoływać — uspokajała ją Hannah. — Zrobię to razem 
z twoją mamą, a ty idź na górę i zrób sobie kompres na oczy. Wyglądasz 
strasznie. 
— Hannah ma rację — powiedziała stanowczo pani Lark stawiając na stole 
jajecznicę. — Teraz zjedz, moje dziecko, a potem spróbuj się jeszcze przespać. 
Zajmiemy się wszystkim, nie martw się. 
I pamiętaj o jednym, Janey — rzekła Hannah. To nie jest koniec świata, nikt 
ci nie będzie robił wyrzutów. Niczyje życie nie zostało zrujnowane, nawet 
twoje, choć może tak ci się teraz wydaje. 
Ale mi wstyd! Jerry mnie po prostu wystawił do wiatru i... — Głos jej uwiązl w 
krtani. 
Pani Lark dotknęła bezradnie ramienia córki, za to Hannah miała 
zdecydowaną minę. 
— Pomówimy o tym później — oświadczyła stanowczo. -- Najpierw musimy 
odwołać ślub. — Usiadła przy telefonie i otworzyła książkę telefoniczną. — 
Hm... Od czego mam zacząć? 
Sącząc kawę Janey przysłuchiwała się, jak matka i Hannah na zmianę 
odbywają rozmowę za rozmową. Od czasu do czasu dobiegało ją ze słuchawki: 
„To straszne" albo „Nie wierzę". I ciągle od nowa: „Dlaczego?" 
Próbowała zebrać myśli. Wszystkie jej nadzieje i plany rozwiały się, ale na 
szczęście miała matkę i przyjaciółkę od serca. Ze wszystkich sił starały się jej 
pomóc i pocieszyć. Gdyby była sama, prawdopodobnie nie potrafiłaby się z tym 
uporać. Jedno wiedziała na pewno: musi wziąć się w garść, przetrwać ten 
koszmarny dzień i następne, które ją jeszcze czekają... 
Wyprostowała się, a jej oczy miały twardy wyraz. Żadnego użalania się nad 
sobą! Żadnych łez! To tylko pogorszy sytuację, dając się przy tym we znaki 
otoczeniu. Hannah-ma rację: świat się na tym nie kończy... 
Kiedy większość telefonów była już załatwiona, pani Lark raz jeszcze 
spróbowała posłać córkę do łóżka. Ale Janey pozostała nieugięta. 
Nie! — oświadczyła podrywając się z krzesła i zdecydowanym ruchem 
odgarnęła włosy z twarzy. — Czas, abym i ja przejęła część tego 
niewdzięcznego zadania. Pójdziesz ze mną, Hannah? Nie bój się — 
uśmiechnęła się do matki, przyglądającej się jej z troską. — Już się 
otrząsnęłam. Możesz jeszcze raz zadzwonić do tych, których nie było w domu? 
— Ależ naturalnie. 
— Przyrzekam, że nie będę więcej płakać — objęła matkę. — Jakoś 
przetrwałam do tej pory, więc co mnie jeszcze może ściąć z nóg? 
Pobiegła do swego pokoju, aby się ubrać, a po drodze powtarzała: „Boże, pomóż 
mi przetrwać ten dzień..." 
— Dokąd jedziemy najpierw? — spytała Hannah zapalając silnik samochodu. 
— Do biura podróży. Chcę odebrać wpłaconą zaliczkę. Wyglądała teraz 
zdecydowanie lepiej niż przed kilkoma 

background image

godzinami. Przede wszystkim wzięła prysznic i umyła głowę. Puszyste loki 
okalały teraz ciągle jeszcze bladą twarz, lecz oczy nie były już podpuchnięte, a 
ich spojrzenie twarde i stanowcze. 
— Na pewno w każdej chwili możesz wrócić do starej pracy — pocieszała ją 
Hannah. 
Janey wzruszyła ramionami. Nie miała ochoty myśleć o przyszłości, najpierw 
trzeba było przetrwać najbliższe godziny. W biurze podróży przywitał ją 
urzędnik imieniem Maxi. 
— Szkoda, że musiała pani zmienić plany — rzekł ze współczującym 
uśmiechem. 
Janey była więcej niż zaskoczona. 
— Skąd pan o tym wie? 
— Właśnie wyszedł stąd pan Boswell i powiedział mi o swojej nowej pracy. 
Naprawdę musi pani z nim jechać tak od razu do Houston? 
W Janey zaczęło narastać straszliwe podejrzenie. 
— Chciałam się dowiedzieć, czy będę mogła odebrać pieniądze. 
— To już załatwione — oświadczył z promiennym uśmiechem Maxi. — 
Zwróciłem całą sumę pani narzeczonemu. Jeszcze nie było za późno. Jutro... — 
Maxi przerwał widząc przerażenie malujące się na twarzy Janey. 
— A więc oddał mu pan także moje trzysta dolarów? Maxi potwierdził 
zaskoczony. 
— A co, nie powinienem był tego robić? 
— Ślub się nie odbędzie — wyjaśniła Janey uważając, aby jej głos nie zadrżał. 
Teraz Maxi sprawiał wrażenie bliskiego łez. 
— To straszne. Tak mi przykro... Pan Boswell powiedział mi całkiem co 
innego. Gdybym wiedział, nigdy bym mu nie oddał tych pieniędzy. 
Zmusiła się do uśmiechu. 
— Proszę nie robić sobie wyrzutów, Maxi. — Zamiast on ją, ona pocieszała 
jego. — Po prostu nie wyszło. Jestem pewna, że zwróci mi moją część sumy. 
Wierzysz w to? spytał w jej duszy ironiczny głos, gdy wsiadała do samochodu. 
Przecież wiesz, jaki jest interesowny. Dla pieniędzy posunie się do 
wszystkiego. 
— Pomyśl tylko — rzuciła wzburzona — Jerry ma moje trzysta dolarów. 
— Ależ to czysta kradzież! — wybuchnęła Hannah. — Janey, przyszło mi do 
głowy coś strasznego. Co z kontem bankowym? Przecież figuruje na was 
obydwoje, zatem obydwoje możecie podejmować pieniądze... 
— Tak, to prawda. — Janey zmartwiała na myśl o dziesięciu tysiącach 
dolarów oszczędności, z których większą część wpłaciła sama. 
Hannah błyskawicznie zapaliła silnik i ruszyła z przeraźliwym piskiem opon. 
— Jedziemy najkrótszą drogą do banku — oświadczyła tonem nie znoszącym 
sprzeciwu. — Masz przecież furę rachunków do zapłacenia za ten przeklęty 
ślub. 
— Och, Hannah — westchnęła żałośnie Janey — od wczorajszego wieczoru 
jestem tak skołowana, że nie pomyślałam o tym. — Zaczęła się zastanawiać, co 

background image

opłaciła kartą kredytową: zaproszenia, rachunki za kwiaty, orkiestrę, re-
staurację... Co jeszcze? Było tego tak wiele, że z największym trudem 
przypominała sobie poszczególne pozycje. Miała uczucie, że z pewnością coś 
przeoczyła. — Wydałam mnóstwo pieniędzy. Wszystko razem musiało wynieść 
ze trzy tysiące dolarów, płatne z tego konta. 
— Pod warunkiem, że coś jeszcze na nim jest... — mruknęła Hannah. 
— Przecież Jerry chyba by nie... On by nie mógł... Janey bała się ubrać w 
słowa dręczące ją myśli. Siedziała skulona, z zaciśniętymi pięściami i bijącym 
sercem, gdy tymczasem Hannah mknęła przed siebie nie zważając na znaki 
nakazujące ograniczenie szybkości. 
Przy okienku bankowym Janey wyciągnęła książeczkę czekową. 
— Chciałabym sprawdzić stan mego konta — rzekła do urzędniczki. 
Ta wprowadziła numer konta do komputera i rzuciła okiem na monitor. 
— Sto dolarów. 
Janey zabrakło powierza. 
— Jak to sto dolarów? Przecież na moim koncie powinno być dziesięć tysięcy. 
— Proszę zaczekać. — Wprawnymi palcami przebiegła klawiaturę i znów 
spojrzała na monitor. — Dziś zostało podjęte dziewięć tysięcy dziewięćset 
dolarów i czterdzieści pięć centów — oznajmiła, a widząc, że Janey śmiertelnie 
zbladła, dodała: — Konto opiewa na dwa nazwiska, prawda? 
Janey skinęła głową oszołomiona i odeszła od okienka. Jeszcze nigdy w życiu 
nie postąpiła tak głupio. Ale była naiwna! Choć z drugiej strony skąd mogła 
przypuszczać, że jej ukochany, godzien zaufania Jerry tak ją oszuka? Teraz 
zostało jej już tylko jedno. Wróciła do okienka. 
— Skąd mogłabym zadzwonić? 
— Telefon jest w hallu po drugiej stronie. 
— Miejmy nadzieję, że jeszcze nie wyjechał — mruknęła do siebie wybierając 
numer Jerry'ego. 
— Jerry? — Z trudem wydobyła z siebie głos, gdy w słuchawce rozległo się 
basowe „Słucham". 
Na drugim końcu linii zapadła cisza. 
— Jesteś tam, Jerry? To ja, Janey. 
— Masz szczęście, że mnie jeszcze złapałaś — oznajmił niechętnie. — Za 
chwilę wyjeżdżam. Czego chcesz? 
— Dzwonię z banku — wyjaśniła zdławionym głosem. — Właśnie 
dowiedziałam się, że podjąłeś pieniądze z naszego wspólnego konta. Mógłbyś 
mi z łaski swej powiedzieć, co to ma znaczyć? 
W słuchawce znowu zapadła cisza. Po nieskończenie długiej chwili rzekł: 
— Ach tak, Janey, podjąłem te pieniądze. Właściwie chciałem ci powiedzieć 
wczoraj wieczór, że mam taki zamiar, ale... 
— Czyżby?! — Janey ogarnęła wściekłość. — I zamierzałeś mi także 
powiedzieć, że odbierzesz moje trzysta dolarów w biurze podróży?! 

background image

Zachowaj zimną krew, upomniała samą siebie, uświadomiwszy sobie, że 
podniosła głos. Nie wpadaj w histerię, a przynajmniej nie tutaj, na środku 
banku. 
— Nie rozumiesz, że osiedlenie się w nowym miejscu oznacza wielkie wydatki? 
Musiałem podjąć tę sumę — dobiegły ją słowa Jerry'ego — bo inaczej nie 
miałbym za co urządzić się w Houston. 
A ja nie będę miała czym spłacić długów tu, w Denver. Te wszystkie rachunki 
za ślub, który się nie odbył... Zresztą to nasze wspólne pieniądze, moje i twoje. 
Nie miałeś prawa zabierać wszystkiego! 
— Kiedyś ci je zwrócę — rzucił niecierpliwie. — A teraz wybacz, właśnie 
wychodzę. Taksówka już czeka. Do widzenia. Janey. 
Po drugiej stronie rozległ się szczęk odkładanej słuchawki. 
— Wyobraź sobie, po prostu odłożył słuchawkę — relacjonowała w chwilę 
potem przyjaciółce, trzęsąc się ze zdenerwowania. — Chodźmy stąd, bo jeszcze 
moment, a wybuchnę. 
— Dokąd teraz? — spytała Hannah. 
— Nie wiem. Jestem taka roztrzęsiona, że nie potrafię jasno myśleć. — Oczy 
Janey iskrzyły się gniewem, a zaciśnięte wargi przypominały linijkę. — Może 
najlepiej byłoby poszukać jakiejś skały z odpowiednio wysokim urwiskiem? 
— Pod warunkiem, że będę mogła wysiąść tuż przed przepaścią. 
Humor przyjaciółki uśmierzył nieco gniew Janey. W końcu na jej twarzy 
pojawił się nawet blady uśmiech. Hannah objęła ją ramieniem. 
— Widzisz, znowu potrafisz się śmiać, więc nie jest tak źle. 
— Co mi innego zostało? Jeszcze dziś rano myślałam, że już nic gorszego nie 
może mnie spotkać. Jerry odszedł na zawsze... Ślub odwołany... Niestety 
myliłam się. Teraz mam jeszcze trzy tysiące długu, a Jerry niemal zrobił mi 
awanturę, że ośmieliłam się robić mu wyrzuty z powodu pieniędzy. — 
Uśmiechnęła się gorzko. — Jest to tak straszne, że równie dobrze mogę się 
śmiać, gdyż płacz z pewnością nic tu nie pomoże. 
— Ale przecież musi istnieć jakaś możliwość ściągnięcia z Jerry'ego tych 
pieniędzy! — oburzała się Hannah. 
— Powiedział, że mi je zwróci. Ale czy mogę po tym wszystkim wierzyć jego 
zapewnieniom? Faktem jest, że mieliśmy wspólne konto. Jakże udowodnię, że 
większość pieniędzy stanowiła moją własność i że Jerry podjął je bez mojej 
zgody? 
— Gdybym dostała teraz w swoje ręce tego drania! — Hannah zgrzytnęła 
zębami ze złości. — Mam ochotę rozpowiedzieć naokoło, co o nim myślę. 
— Nigdy go nie lubiłaś i, jak się okazuje, miałaś rację. Kiedy teraz wracam 
myślą w przeszłość, muszę powiedzieć otwarcie, że i mnie niektóre jego cechy 
przeszkadzały, lecz sama przed sobą nie chciałam się do tego przyznać. 
Zresztą miałam nadzieję, że wszystko jakimś cudem się odmieni, gdy już 
będziemy po ślubie. 
— Zatem wierzysz w bajki — powiedziała niemal gniewnie Hannah. 

background image

— Teraz patrzę już na to innymi oczyma. Zaczynam pojmować, że bardziej 
byłam zakochana w myśli o ślubie niż w samym Jerrym. 
— Dokładnie takie wrażenie odniosłam dziś rano. Owszem, byłaś przybita i 
rozczarowana, ale głównie dlatego, że ślub się nie odbędzie, a nie że straciłaś 
mężczyznę, którego kochasz. 
— Masz rację — przytaknęła Janey. — Zdradzę ci coś więcej. Nie opuszcza 
mnie myśl, że to prawdziwe zrządzenie losu, iż nie muszę wychodzić za mąż za 
Jerry'ego. 
Powiedziała to z taką powagą, że Hannah wybuchnęła szalonym śmiechem, a 
Janey, zanim zorientowała się, co robi, zawtórowała jej. 
— Widzisz — powiedziała Hannah — nie jest tak źle, skoro potrafisz się 
śmiać. 
— Możliwe... — szepnęła Janey, nieco zawstydzona, a po chwili dodała: — Ale 
jeszcze boli... 
— Wierzę ci. Poza tym masz długi. 
— Tak! — jęknęła Janey. - Trzy tysiące dolarów. Skąd, na miłość boską, 
wezmę tyle pieniędzy?! 
— Wiem skąd! — Hannah uścisnęła ramię przyjaciółki. — Jedziemy do sklepu 
porozmawiać z nowym właścicielem. 
Bob Campion! Podczas ostatnich strasznych godzin nie pamiętała o nim, lecz 
teraz stanął jej przed oczami jak żywy. Energiczne rysy twarzy, szerokie 
ramiona, ciepły uśmiech... Tak, Bob Campion. Myśl o nim sprawiła, że od razu 
poczuła się lepiej. Chciał ją fotografować. Może to nadal jest aktualne? Przy 
tym jego zainteresowanie nią najwyraźniej nie miało czysto profesjonalnego 
charakteru. Może i on odczuł przedziwne mrowienie, gdy ich dłonie dotknęły 
się? Przerażona co prędzej odepchnęła tę myśl od siebie. To szaleństwo 
pragnąć nowego związku, gdy stary zakończył się takim rozczarowaniem. 
— Hannah, jeśli myślisz, że zatrudnię się u Boba jako modelka, to się grubo 
mylisz. Chcę tylko odzyskać dawną pracę, bo to by mi pozwoliło spłacić długi. 
— Pewnie. Ale dlaczego upierasz się, aby być sprzedawczynią w Denver, skoro 
mogłabyś nurkować na Bonaire? 
Przed oczyma Janey stanęły dwa plakaty, do których posłużyły zdjęcia aktów 
kobiecych w egzotycznej scenerii. To był zasadniczy powód, dla którego nie 
mogła przyjąć oferty Boba. 
— Wyobrażasz sobie, że dałabym się fotografować nago?! Co powiedziałaby na 
to moja mama... 
Hannah wybuchnęła niepohamowanym śmiechem. 
— Sądzisz, że Bob zażąda od ciebie, abyś pozowała nago? Przecież jesteś 
dorosłą kobietą i nie potrzebujesz się wstydzić swego ciała, a to, co twoja 
mama miałaby do powiedzenia na ten temat, nie jest ważne. Nie ona jedna ma 
takie poglądy, i to jej święte prawo. Ale ty możesz patrzeć na to inaczej. 
— W tym nie ma nic wesołego! — uniosła się Janey posyłając oburzone 
spojrzenie przyjaciółce. — Zresztą nie tylko o to chodzi. Cała sprawa jest... — 
urwała szukając odpowiedniego słowa. 

background image

— Niebezpieczna? — podpowiedziała jej Hannah. 
— Tak, właśnie tak — przytaknęła Janey. — To tak daleko od domu... Jak 
mam ci to wytłumaczyć? Może zbyt długo przebywałam w stworzonym przez 
siebie małym światku... Nie wiem, czy sobie dam radę. 
— Z prawdziwym mężczyzną, jakim jest Bob Campion? — sprecyzowała 
Hannah. — Do tej pory miałaś tylko do czynienia z Jerrym nudziarzem, więc 
teraz boisz się Boba. Tu leży pies pogrzebany, prawda? 
Janey roześmiała się cicho. 
— Może masz rację. — Jakże miałabym zadawać się z takim mężczyzną jak 
Bob? O mało co nie zemdlałam, gdy podał mi rękę. — Nie powiedziała jednak 
tego głośno. 
— Chociaż spróbuj! — nie dawała za wygraną Hannah. 
— Powiedziałam już: żadnych eksperymentów! — oświadczyła z naciskiem 
Janey. — Spróbuję odzyskać starą pracę. To przynajmniej nie jest podejrzane. 
— Wyobraź sobie tylko — rozmarzyła się Hannah — ty i ja na Bonaire. To 
byłaby frajda! 
— Nie mówmy więcej o tym — ucięła sprawę Janey. 
Kiedy w parę minut później wchodziły do sklepu, Janey widząc pełną 
współczucia minę Kenny'ego wywnioskowała, że słyszał już o całej historii. 
— Co ten idiota sobie myśli! — wrzał oburzeniem. — Tak cię wypuścić w 
maliny! Z rozkoszą bym go udusił! 
— Jest Bob? — Hannah przerwała niecierpliwie potok słów, jakim jej brat 
zalał Janey. — Lepiej pomóż mi ją przekonać, aby poleciała na Bonaire jako 
fotomodelka — jeśli oczywiście Bob tymczasem nie znalazł innej. 
Zanim Janey zdążyła coś odpowiedzieć, Kenny wziął ją po przyjacielsku w 
ramiona i uścisnął: 
— Zgódź się! Zobaczysz, że będzie wspaniale! Bob naprawdę był pod 
wrażeniem, tak mu się spodobałaś. O ile mi wiadomo, do tej pory nie znalazł 
nikogo odpowiedniego — chyba że udało się to Vivian. 
— Vivian? A któż to taki? — spytała Hannah. 
— Eks-żona Boba. Rozwiedli się dwa lata temu, lecz wspólnie prowadzą 
interesy. Połowa sklepów należy, do niej. 
— Znasz ją? 
— Widziałem ją jeden jedyny raz. To typ kobiety, jakiej się łatwo nie 
zapomina. 
— To znaczy? — wypytywała Hannah. Janey przysłuchiwała się w milczeniu, 
niemile zaskoczona. 
— Sam nie wiem... — Kenny zmarszczył czoło. — Trudno ją opisać. Jest dość... 
oryginalna i niełatwo ją przejrzeć. Z tego, co wiem. Bob się z nią rozwiódł, gdyż 
ma pociąg do kieliszka. Zresztą teraz ponoć już nie pije. 
— I mówisz, że są dobrymi przyjaciółmi? 
— Na to wygląda. Przecież wspólnie prowadzą firmę. 
— Żyją ze sobą? — drążyła Hannah. 

background image

— Nie, nie sądzę — wzruszył ramionami Kenny. — Do niego należy dom tu, w 
Denver, i ten na Bonaire. Ona ma mieszkanie na Bahamach, a gdy załatwia 
coś na Bonaire, zatrzymuje się w hotelu. Nie umiem powiedzieć, jak często się 
widują... — Przerwał na moment. — Nie obchodzi mnie to, i nie powinno. W 
końcu jest moim szefem... tak samo jak ona. Twoim też, Hannah. 
Janey posmutniała. W życiu Boba istniała kobieta... Co prawda nie była już 
jego żoną, ale jak się okazuje, ciągle jeszcze wiele go z nią łączyło. 
Co mnie to obchodzi, przywołała się do porządku. Układy rodzinne Boba nie 
powinny jej interesować, ostatecznie znała go zaledwie od poprzedniego dnia.. 
Poza tym teraz musiała myśleć o praktycznej stronie życia, a nie zaprzątać 
sobie głowy jakimiś mrzonkami. 
— Nie za bardzo uśmiecha mi się praca w charakterze fotomodelki Boba, 
Kenny. Jeśli to możliwe, najchętniej robiłabym to, co dawniej. 
— Oczywiście, że możliwe, ale o tym lepiej porozmawiaj z Bobem. On tu ma 
ostatnie słowo. Znajdziesz go w biurze. 
Serce załomotało jej w piersi, a w okolicy żołądka uczuła dziwny niepokój. 
Opamiętaj się, dziewczyno, przecież chcesz od niego tylko pracy, nic więcej. 
Drzwi do małego biura były zamknięte. Janey wciągnęła głęboko powietrze i 
zapukała. Bob siedział za biurkiem nad jakimiś papierami. 
— Cześć — powiedziała wchodząc do pokoju i zamykając starannie za sobą 
drzwi. Uzbroiła się już wcześniej w duchu przeciwko jego współczuciu, gdyż na 
pewno zdążył usłyszeć, że jej małżeństwo z Jerrym nie doszło do skutku. 
Na dźwięk jej głosu podniósł głowę i przez moment przyglądał się jej 
nieobecnym wzrokiem. 
— Cześć! — pozdrowił ją wreszcie. — Jakie bogi cię tu sprowadzają? — Mówił 
cicho i jakby beznamiętnie, lecz na jego wargach igrał osobliwy uśmiech. 
Spojrzała na niego zaskoczona, potem też się uśmiechnęła. Potraktował ją jak 
każdego innego petenta i to dodało jej odwagi. 
— Niezbyt przyjazne — odparła swobodnie, wyzbywając się do reszty 
skrępowania, z jakim tu wchodziła. 
Wstał nie przestając się uśmiechać i podszedł do niej z wyciągniętą ręką, 
lustrując przy okazji z widoczną przyjemnością jej wiotką postać. Była 
zadowolona, że tym razem jest staranniej ubrana, niż przy ich pierwszym 
spotkaniu. Zgroza ogarniała ją na myśl, gdy wspomniała tenisówki, w których 
wtedy była! Na szczęście tego dnia mimo przygnębienia zdecydowała się 
włożyć czółenka na wysokim obcasie. Świadomość, że różowa bluzka 
znakomicie uwydatnia jej biust, a obcisłe dżinsy podkreślają wąską talię, 
dodała jej pewności siebie. Zachwycony wzrok Boba powiedział jej wszystko... 
— Ten facet ma chyba źle w głowie! 
Popatrzyła na niego ze zdziwieniem, w pierwszej chwili nie wiedząc, o kogo 
chodzi. 
— Ten idiota, który cię porzucił! Musi być szalony albo całkiem zbzikowany! 
— Prawdopodobnie jedno i drugie. Znam go tak długo, jak sięgam pamięcią, 
był w pobliżu, lecz nigdy nie udało mi sie go przejrzeć. Chyba byłam ślepa 

background image

— Mówię poważnie, Janey. Jesteś taka piękna! Jakże można było cię ot tak, po 
prostu porzucić? Tylko wariat mógł zrobić coś takiego! Przepraszam, 
zagalopowałem się, nie powinno mnie to obchodzić. — Chrząknął i zmienił 
temat. — Przyszłaś mi powiedzieć, że lecisz jutro ze mną na Bonaire, tak? 
Janey zacisnęła z zakłopotania dłonie, mimo to zdobyła się na rzeczową 
odpowiedź: 
— Nie, nie lecę, ale może mogłabym z powrotem znaleźć zajęcie w sklepie. 
Kenny polecił mi zwrócić się z tym do ciebie. 
Bob spojrzał na nią z niedowierzaniem. 
— Chyba się przesłyszałem. Wyjaśnij mi, proszę, dlaczego nie chcesz lecieć ze 
mną na Bonaire jako fotomodelka? 
Jakże miała mu to wytłumaczyć? Przecież nie mogła mu powiedzieć, że 
rezygnuje z takiej znakomitej oferty w obawie, gdyż on, Bob, mógłby okazać 
się dla niej z pewnych względów niebezpieczny? Jeszcze tylko tego brakuje, 
abym się zaczerwieniła jak mała dziewczynka, pomyślała z przerażeniem. 
— Jak już wiesz, moje plany małżeńskie są nieaktualne — zaczęła zebrawszy 
się na odwagę. 
Bob skinął głową. Ośmielona ciągnęła dalej: 
— Ale nie wiesz, że mój... były narzeczony ulotnił się ze wszystkimi 
pieniędzmi, które wpłacaliśmy na wspólne konto. Mam trzy tysiące dolarów 
długu, a wszystko to rachunki za wesele, które się nie odbyło. Niezbyt 
zabawne, prawda? 
Twarz Boba pozostała nieprzenikniona. 
— W takim razie to niewielka strata — zauważył sarkastycznie. — Miałem na 
myśli tego łotra — dodał. 
— Powoli i ja zaczynam myśleć podobnie — westchnęła. — Ale nie to jest w tej 
chwili najważniejsze. Muszę podjąć z powrotem pracę, aby móc spłacić długi. 
— Dlaczego w takim razie nie chcesz lecieć ze mną na Bonaire? — spytał 
przyglądając się jej przenikliwie. — Sądzisz, że za mało zarobisz za 
pozowanie? 
— Z pewnością mniej niż za pracę w sklepie — powiedziała cicho. — Poza 
tym... — urwała przełykając ślinę — nie chcę pozować nago. 
Bob wybuchnął śmiechem. 
— Za kogo ty mnie masz? Za specjalistę od podwodnej pornografii? — 
Potrząsnął głową wpatrując się w nią z rozbawieniem, co sprawiło, że jej 
policzki oblał purpurowy rumieniec. 
— Widziałam te dwa plakaty w sklepie — szepnęła speszona. 
— No tak. Kilka z nich to rzeczywiście akty. Jestem w tym dobry, nie da się 
ukryć. Ale twojego zdjęcia potrzebuję na okładkę naszego nowego folderu o 
Karaibach, wzbogaconego o ofertę wyjazdową dla całych rodzin, a nie tylko dla 
starych kawalerów. Potrzebna mi jest twoja doskonała figura. — Owym 
wyjaśnieniom towarzyszyły kpiące iskierki w jego oczach. — Bez względu na 
to, jak urocze jest twoje ciało, na okładce folderu ma być schowane pod 
skafandrem do nurkowania, niestety. 

background image

— Nie tylko o to chodzi... — wyszeptała stropiona do reszty. 
W milczeniu zmierzył ją wzrokiem, zaraz potem jednak na jego twarzy znów 
pojawił się uśmiech. 
— Daję ci trzy tysiące dolarów za pozowanie do zdjęć i za pracę w sklepie na 
Bonaire przez resztę sezonu.. Poza tym pokryję wszystkie związane z tym 
wydatki. Wierz mi, Janey, to wyjątkowa propozycja. Większość nurków 
skorzystałaby z niej z pocałowaniem ręki. 
To wszystko było jeszcze bardziej kuszące, niż myślała — i jeszcze 
niebezpieczniejsze... Podszedł, by ująć jej ręce. 
— Nie przyjmuję odmowy, Janey Lark — rzekł stanowczo. — Jeśli od razu nie 
zaczniesz się pakować i nie wyjedziesz jutro ze mną z Denver, przysięgam, że 
nie dam ci spokoju, dopóki nie wyrazisz zgody. 
Bezradnie potrząsnęła głową, lecz on jeszcze mocniej ścisnął jej dłonie. 
— Powiedz „tak", musisz powiedzieć „tak". — Jego głos brzmiał niecierpliwie i 
ponaglająco, jak gdyby wszystko zależało od jej zgody. Przecież chyba nie ze 
względu na moje dobro tak się upiera, pomyślała spłoszona. Musi mieć w tym 
swój interes... 
Nachylił się nad nią tak bardzo, że aby zajrzeć mu w oczy, musiała odchylić 
głowę do tyłu. 
— Dlaczego... Dlaczego koniecznie chcesz fotografować... mnie? — wyjąkała. 
— Dlaczego? — Jego oddech musnął jej policzek. — Gdyż jest w tobie coś 
szczególnego, Janey. Już w chwili, gdy cię pierwszy raz zobaczyłem, 
wiedziałem, że jesteś stworzona do tego, aby twoje zdjęcie zdobiło okładkę 
mego folderu. Fotomodelek jest jak piasku, ale ty... — Przez moment 
przyglądał się jej bacznie. — Nie, nie sądzę, że uderzy ci woda sodowa do 
głowy, gdy powiem, że masz piękną twarz i rewelacyjną figurę. Nie będziesz 
żałować, Janey. Jeszcze jedno chcę ci powiedzieć: Kiedy mam w ręce aparat, 
moje modele interesują mnie wyłącznie od strony czysto zawodowej. Nie 
jestem wtedy mężczyzną, tylko fotografem. 
Nie umiała sobie później wytłumaczyć, dlaczego mimo woli spytała wtedy z 
uwodzicielskim uśmiechem: 
— A gdy odkładasz aparat? Znowu jesteś mężczyzną? 
— Jestem, do licha! — W mgnieniu oka przyciągnął ją do siebie, oplótł 
ramionami i pocałował. Zaskoczona w pierwszej chwili, odwzajemniła 
pocałunek, naraz uświadamiając sobie, jak mdłe były pieszczoty Jerry'ego. 
— Och... — wyrwało jej się, gdy poprzez cienki materiał bluzki uczuła jego 
ciepłą rękę na swej piersi. Sama nie wiedziała, kiedy przywarła do niego, 
rozkoszując się dotknięciem jego palców błądzących po jej nagiej skórze. 
Nagle zaprzestał pieszczot i odsunął ją od siebie na długość ramienia. 
— Dobry Boże, posunąłem się za daleko! — jęknął i czym prędzej wrócił za 
biurko. — Jesteś niepojęta... Ja naprawdę nie zamierzałem... Ostatecznie 
mam swoje zasady... — wydyszał chrapliwie z zażenowanym uśmiechem. — A 
więc lecisz na Bonaire, prawda? 
Trzy tysiące dolarów.... To chyba jedyne wyjście. 

background image

— Tak, zgadzam się — powiedziała nieoczekiwanie dla samej siebie. 
— Dobrze. Zatem kiedy możesz lecieć? — spytał, lecz zanim zdążyła 
odpowiedzieć, zaproponował: — Wiesz co? Przesunę zdjęcia o tydzień, abyś 
miała czas wszystko tu spokojnie pozałatwiać. 
— Cudownie! — uśmiechnęła się do niego z wdzięcznością. Teraz już miała 
pewność, że podjęła słuszną decyzję. 
— Jeszcze jedno, Janey — rzekł poważnie Bob. — Przepraszam za to, co się 
stało. Na swoje usprawiedliwienie mam tylko to, że zafascynowała mnie twoja 
uroda. Ale to się nie powtórzy, przyrzekam. 
 
Kiedy samolot wzbił się w powietrze ponad pasem startowym w Denver, Janey 
westchnęła z ulgą. Miniony tydzień był straszny, musiała pooddawać prezenty 
ślubne, a przy okazji odpowiedzieć na tysiące pytań. Zrobiła to z kamienną 
twarzą, ani razu nie tracąc panowania nad sobą, choć dałaby wszystko, aby 
tylko móc nie rozmawiać o całym wydarzeniu. Matka nawet w końcu 
zdziwiona stwierdziła: 
— Ależ ty wcale nie wyglądasz na nieszczęśliwą. 
Miała rację, pomyślała Janey. Moje serce nie zostało złamane, przeciwnie, 
mimo wszystko czuję się wspaniale i jestem gotowa rozpocząć nowe życie. Za 
kilka godzin będę na Bonaire, ta praca to prawdziwe zrządzenie losu, myślała 
sącząc colę. Nowe otoczenie, nowi ludzie. Tym razem z pewnością będzie lepiej. 
Wyjęła z torebki książkę i zagłębiła się w lekturze. Nie trwało to jednak długo, 
gdyż całą jej uwagę przykuła wytwornie ubrana pasażerka. Siedziała bardziej 
z przodu po drugiej stronie przejścia między fotelami i prowadziła ożywioną 
rozmowę ze swym sąsiadem, a przy tym z takim temperamentem 
gestykulowała, że raz po raz błyskały w słońcu drogie kamieniej jej licznych 
pierścionków. Jakby tego było mało, jej każdy z jaskrawo pomalowanych 
paznokci zdobił maleńki brylancik. 
Pewnie nie są prawdziwe, doszła do wniosku Janey nie mogąc oderwać od niej 
oczu. No cóż, jeśli Pani Błyskotka, bo tak zdążyła ją już nazwać w duchu, nosi 
tyle pierścionków, to dlaczego nie miałaby jeszcze zdobić paznokci? Widocznie 
się w tym lubuje. Aż uśmiechnęła się do samej siebie na tę myśl. 
Jeszcze raz przyjrzała się z podziwem szykownej czarnej, sukni, sprawiającej 
wrażenie wieczorowej, i równie eleganckiemu żakietowi z brokatu, po czym 
próbowała na nowo zająć się czytaniem. Okazało się to jednak niemożliwe, 
gdyż Pani Błyskotka znów przyciągnęła jej uwagę zamawiając u stewardessy 
mimo wczesnej pory martini. 
Janey przyglądała się jak urzeczona kunsztownej fryzurze z jasnych loków i 
wyjątkowo długim, najwyraźniej sztucznym rzęsom. Ileż ta kobieta mogła 
mieć lat? Niestety trudno było znaleźć odpowiedź na to pytanie, jako że twarz 
Pani Błyskotki pokrywał ostry makijaż. 
— Mam podać śniadanie? 
Pytanie stewardessy wyrwało ją z zamyślenia. Skinęła przyzwalająco, a w 
chwilę potem na rozkładanym stoliku przed nią stała parująca kawa, grzanki 

background image

z licznymi dodatkami i owoce. Zajęta jedzeniem zapomniała o Pani Błyskotce, 
a po śniadaniu ucięła sobie nawet krótką drzemkę. 
Ocknąwszy się postanowiła iść się odświeżyć, lecz w tym samym momencie z 
siedzenia podniosła się Pani Błyskotka i z olbrzymią kosmetyczką w ręce 
ruszyła w kierunku toalety. Janey opadła z powrotem na fotel. W końcu 
nigdzie się nie spieszyła, mogła więc zaczekać. Minęło pięć minut. Potem 
dziesięć. Po upływie kwadransa inni pasażerowie też zaczęli rzucać 
niecierpliwe spojrzenia na drzwi toalety. 
Po dwudziestu minutach Janey zdjął niepokój. Coś tu się nie zgadzało. Może 
Pani Błyskotka zasłabła i potrzebuje pomocy? Janey nie miała zwyczaju 
mieszać się w sprawy drugich, lecz podczas kursu dla nurków nauczono ją rea-
gować spontanicznie i w razie potrzeby zawsze spieszyć z pomocą. 
Pół godziny! To naprawdę trwało za długo! Naciśnięciem guzika przy fotelu 
wezwała stewardessę. 
— Proszę wybaczyć kłopot, lecz pani, która siedzi tam, po drugiej stronie, 
jakieś trzydzieści minut temu weszła do toalety i jeszcze z niej nie wyszła. 
Obawiam się, że potrzebuje pomocy. 
— Tak, to za długo — zgodziła się stewardessa. — Spróbuję się dowiedzieć, co 
zaszło. 
Przeszła do tylnej części samolotu i zapukała do drzwi toalety. W parę sekund 
później oczom wszystkich ukazała się Pani Błyskotka. Chwiała się na nogach, 
a jej wzrok był wyraźnie mętny. 
— Co się stało? — spytała niechętnie marszcząc czoło. 
— Jedna z naszych pasażerek zaczęła się już o panią niepokoić — wyjaśniła 
stewardessa wskazując na Janey. — Myślała, że może zrobiło się pani słabo. 
— Naprawdę? — Pani Błyskotka z dezaprobatą spojrzała na Janey. — 
Poprawiałam tylko makijaż — powiedziała urażona. Siedząc już w swoim 
fotelu, do którego dotarła z niejakim trudem, jeszcze raz obrzuciła Janey 
niechętnym spojrzeniem, przywołała stewardessę i znowu kazała sobie podać 
martini, tym razem podwójne. Ta wahała się przez moment, po czym rzekła 
cicho, lecz dobitnie: 
— Przykro mi, ale nie mogę podać pani alkoholu. Już dość pani wypiła. 
— Och... — Pani Błyskotka otwarła szeroko oczy, jakby nie rozumiejąc. — 
Mniejsza o to — szepnęła w końcu, a jej twarz pokryła się krwistym 
rumieńcem, którego nie zdołała ukryć nawet gruba warstwa pudru. 
Musi być jej przykro, została upomniana na oczach wszystkich, pomyślała ze 
współczuciem Janey, próbując zapomnieć o incydencie, aby móc się w pełni 
rozkoszować resztą lotu. 
Przesiadka w Miami odbyła się bez zakłóceń. W niecałą godzinę później Janey 
leciała już w kierunku Antyli. Miała wylądować na Arubie, wyspie odległej od 
celu jej podróży zaledwie o osiemdziesiąt mil, a stamtąd śmigłowcem dostać 
się na Bonaire, gdzie na małym lotnisku przyrzekła czekać na nią Hannah. 
Z minuty na minutę w Janey rosło radosne oczekiwanie i tylko jedna rzecz 
mąciła trochę ten pełen euforii nastrój: Pani Błyskotka też leciała tym samym 

background image

samolotem. Siedziała jak i przedtem z przodu, lecz o dziwo, nie zażądała od 
obsługi alkoholu, zadowalając się sokiem owocowym. 
Mam nadzieję, że nie leci na Bonaire, myślała niespokojnie Janey. A jeżeli 
tak? Nie, nie wygląda na osobę, która uwielbia nurkowanie, więc chyba 
Bonaire nie była jej celem, bo czegóż innego mogłaby tam szukać? 
Niestety Janey nie miała szczęścia. Pani Błyskotka znalazła się wśród 
dwudziestu pasażerów, którzy weszli na pokład małego śmigłowca lecącego na 
Bonaire. 
Lot trwał niecałe dwadzieścia minut. Serce Janey biło głośno z emocji, gdy 
podchodzili do lądowania. Nareszcie! Denver i wszystkie złe wspomnienia 
pozostały tysiące mil za nią, a tu miała czekać na nią Hannah... i Bob. Może i 
on będzie na lotnisku? 
Powitało ją ciepłe, pachnące powietrze wyspy, a zaraz potem radosny okrzyk 
Hannah: 
— Janey, tutaj! 
— Hannah! Jak się cieszę! — Przyjaciółki rzuciły się sobie w objęcia. 
— Wyglądasz kwitnąco! — zauważyła Hannah błyskając zębami w uśmiechu. 
— Wcale nie przypominasz porzuconej bogdanki. — Bob musiał wypłynąć z 
nurkami, inaczej też czekałby tutaj na ciebie. Powiedz, jak udało ci się 
przetrwać ten ostatni tydzień. 
Janey nie odpowiedziała na pytanie, gdyż właśnie w tym momencie obok nich 
przeszła Pani Błyskotka. 
— Widzisz tę kobietę w drogich ciuchach, Hannah? Nie uwierzysz, co się 
zdarzyło podczas lotu do Miami. 
Podekscytowana zaczęła opowiadać, a Hannah przysłuchiwała się w 
milczeniu, wreszcie najwyraźniej poruszona do głębi rzekła: 
— Dziewczyno, ten rajski ptak ze skłonnością do alkoholu to nie kto inny, 
tylko Vivian Campion, była żona Boba i twoja nowa szefowa. I co ty na to? 
Janey stanęła jak rażona piorunem. 
— Nie, tylko nie to! — jęknęła z rozpaczą. 
— Jesteś pewna, że piła? — indagowała tymczasem Hannah. — Oficjalnie 
przecież zerwała z alkoholem. Założę się, że Bob nie wie, jak z nią naprawdę 
jest. A może jest mu to już obojętne. 
Wsiadając do hotelowego jeepa z napisem „Garza Blanca" zauważyły, że na 
pobliskim parkingu Vivian nadzoruje układanie licznego bagażu w nowiutkim 
kabriolecie. 
— Gdzie ona mieszka? — spytała od niechcenia Janey i w tym momencie 
pożałowała swoich słów. Ostatecznie nic a nic jej to nie obchodziło, chociaż... 
— Też w „Garza Blanca" — pospieszyła z wyjaśnieniem Hannah. — Natomiast 
Bob z Jasonem mieszkają w pięknym domu w pobliżu plaży. Pokażę ci go przy 
okazji. 
— Z Jasonem? Któż to taki? 
— To jego dziewięcioletni syn. Spędza wakacje na wyspie. Bardzo miły 
chłopak. 

background image

Bob ma syna! Ileż jeszcze niespodzianek przyniesie mi ten dzień? 
Jechały wśród palm i powodzi egzotycznych kwiatów, których nie potrafiłaby 
nazwać, gdyż widziała je po raz pierwszy. Tu i tam między drzewami w tle 
pobłyskiwała srebrnobłękitna tafla morza. Nad ich głowami przeleciał wielki 
ptak. Czyżby flaming? Może... 
— Pięknie tu, prawda? — przerwała milczenie Hannah. — Ależ będzie 
zabawa! Nurkowanie w ciepłym morzu to czysta poezja, ludzie są cudowni, a 
lepszą pogodę trudno sobie wymarzyć! Ale z zachwytami poczekaj do 
momentu, aż zobaczysz swój pokój. Będziesz urzeczona widokiem z okna! Jest 
niepowtarzalny. 
— Ty też mieszkasz tu, w hotelu? — spytała Janey, gdy zatrzymały się na 
parkingu przed „Garza Blanca". 
— Tak, tu wszystko jest na miejscu, łącznie ze sklepem, a do pirsu, gdzie stoją 
przycumowane łodzie, którymi amatorzy nurkowania wypływają w morze, 
idzie się dwie minuty. Zresztą nadających się do tego miejsc nie trzeba szukać 
daleko, zaraz na wprost wybrzeża ciągnie się cudowna rafa koralowa. 
Hotel zbudowano na niewielkim wzniesieniu pod palmami, tuż nad samą 
plażą. Wokół olbrzymiego basenu stało kilka jedno- i dwupiętrowych 
budynków, charakterystycznych w swej prostocie dla architektury karaibskiej. 
Rozległy taras oferował wspaniały widok na morze. 
Hannah zaprowadziła przyjaciółkę do przeznaczonego dla niej pokoju. 
— Ależ tu pięknie! — Janey była oszołomiona tym, co zobaczyła. — Nie 
umiałabym sobie wyobrazić piękniejszego miejsca... 
Pokój był urządzony niezwykle elegancko. Meble z mazerowanego drzewa 
orzechowego, ogromne francuskie łoże zasłane gustowną narzutą i zarzucone 
różnokolorowymi poduszkami, a przede wszystkim widok... Janey od razu 
wyszła na balkon, przechyliła się nad balustradą i z zachwytem utkwiła wzrok 
w falach liżących poszarpany brzeg. Nad mieniącą się w słońcu powierzchnią 
morza krążyły mewy, gnieżdżące się w szczelinach piętrzącej się nad wodą 
ściany skalnej. Ich urywane krzyki, monotonny szum przyboju i pachnące solą 
i wodorostami morskie powietrze nasunęły jej myśl, że nawet w raju nie może 
być piękniej. 
A pokój? Przecież to idealne miłosne gniazdko! Od razu przyszedł jej do głowy 
Bob, lecz nie ubrała swoich skojarzeń w słowa. 
— Komu zawdzięczam taki piękny pokój? — spytała tylko. 
— A jak myślisz? Sobie samej, a może raczej wrażeniu, jakie zrobiłaś na Bobie. 
— Nie opowiadaj! 
— Jestem tego pewna. Mój pokój ani w połowie nie jest tak pięknie urządzony 
jak twój, o widoku nie wspominając. Jaka szkoda, że nie jestem w jego typie! 
Towarzyszyło temu wiele mówiące spojrzenie, które Janey skwitowała 
gniewnym błyskiem oczu. 
— Coś mi tu nie gra — powiedziała tylko, co prędzej zmieniając temat. — 
Dlaczego Bob sam wypływa z nurkami? Nie ma do tego ludzi? Ostatecznie 
przecież to wszystko należy do niego, prawda? 

background image

— Owszem, ma — potwierdziła Hannah opadając na krzesło — ale nie jest 
snobem. Robi wszystko, z napełnianiem aparatów tlenowych i czyszczeniem 
łodzi włącznie. Za to ona... — potrząsnęła głową w zamyśleniu przyglądając 
się, jak Janey układa swoje rzeczy na półkach w szafie. Z pewnością miała na 
myśli Vivian, gdyż jej twarz przybrała pogardliwy wyraz. — Nie chcę przez to 
powiedzieć, że nie pracuje, ale okropnie zadziera nosa i jest nieprzystępna. 
— Może ma kłopoty... 
— Tak, z alkoholem — uściśliła zjadliwie Hannah. Widać było, że nie darzy 
swojej szefowej sentymentem. — No, na mnie już czas — powiedziała rzucając 
okiem na zegarek. — Moi uczniowie czekają. Jak się rozpakujesz, przyjdź do 
sklepu. Powinnam już tam być. Bob też wróci lada chwila. Na razie. 
Janey najchętniej od razu zeszłaby na dół. Paliła się wprost, aby zobaczyć 
Boba, jednakże postanowiła doprowadzić najpierw do porządku pokój. 
Skończywszy wreszcie układać przywiezione ze sobą rzeczy wzięła prysznic, 
przebrała się w szorty i podkoszulek, poprawiła makijaż i na samym końcu 
doprowadziła do porządku włosy, opadające jej jasną kaskadą na plecy. 
Idąc ścieżką wśród obsypanych ognistoczerwonymi kwiatami krzewów 
hibiskusa miała wrażenie, iż jej serce za chwilę wyskoczy z piersi. Tak czekała 
na to spotkanie... Jak ją przywita? Czy ucieszy się na jej widok? W tym 
momencie do pirsu przybiła łódź. Postawny mężczyzna w skafandrze do 
nurkowania i z pełnym ekwipunkiem rzucił czekającemu na pirsie chłopcu 
linę, a sam sprawnie wyskoczył na ląd. Bob! 
Serce Janey skoczyło do gardła. Co się ze mną dzieje? Czyżbym była 
zakochana? Zwolniła kroku próbując się uspokoić. Opanuj się, dziewczyno, on 
ma zobowiązania, a tobą interesuje się wyłącznie zawodowo... 
Szła powoli, z rozwianym włosem, czując na sobie spojrzenia mężczyzn, którzy 
przypłynęli razem z Bobem. Nie zwracała na nie uwagi. Od wczesnej młodości 
przywykła do takich objawów podziwu. Podeszła bliżej i stanęła przyglądając 
się, jak Bob zrzuca skafander. Jeszcze jej nie zauważył, zajęty wyciąganiem z 
łodzi reszty sprzętu. W niczym nie przypominał człowieka interesu, którego 
poznała w Denver. Miejsce atrakcyjnego mężczyzny w doskonale skrojonym 
garniturze zajął spalony na brąz karaibskim słońcem nurek o muskularnym, a 
zarazem niezwykle gibkim ciele. Janey zakręciło się w głowie. Nie mogła 
oderwać wzroku od tego wspaniale zbudowanego Adonisa w spodenkach 
kąpielowych. Wielkie nieba, ja chyba nigdy nie patrzyłam tak na Jerry'ego, 
pomyślała zdumiona. Skąd ta dziwna reakcja? 
— Janey! A więc jednak przyleciałaś! — krzyknął dojrzawszy ją nagle. Jego 
oczy błyszczały radością... 
— Cześć, Bob — wyszeptała drżącym głosem nie umiejąc ukryć wewnętrznego 
podniecenia. 
— Bałem się, że jeszcze możesz się rozmyślić — rzekł wyciągając do niej rękę. 
Przez dobrą chwilę stali naprzeciw siebie nic nie mówiąc, patrzyli sobie tylko 
w oczy. Naraz za ich plecami rozległ się dziecinny głos. 
—Chodź, tatusiu. Przyrzekłeś, że pójdziemy na ryby, jak skończysz. 

background image

Bob pogłaskał kędzierzawą główkę chłopca, który wyrósł jak spod ziemi i teraz 
stał naprzeciw niego przestępując niecierpliwie z nogi na nogę. 
— To mój syn Jason — oznajmił z dumą. — Najważniejszy mężczyzna tu, na 
wyspie, i moja prawa ręka. 
— Cześć, Jason — powiedziała podając mu dłoń. 
— Cieszę się, że mogę panią poznać — rzekł dwornie chłopiec i wszyscy troje 
roześmiali się. 
— Widziałaś już swój pokój? — spytał Bob. 
— Jest cudowny, dziękuję. — Znów przeniknął ją dreszcz, gdy ich spojrzenia 
się spotkały. Z jego oczu wyczytała zachwyt i jeszcze coś więcej. Czułość? Nie, 
to przecież niemożliwe... — Nawet nie marzyłam, że będę mieszkać nad 
samym brzegiem morza. 
— Sama wyspa też jest godna uwagi, koniecznie musisz ją zwiedzić. 
— Pewnie. Ale najpierw muszę się dowiedzieć, na czym będą polegać moje 
obowiązki. 
— Na wszystko przyjdzie czas. Mam myśl. Gdy tylko się z tym uporam — 
zatoczył ręką koło — mam zamiar popłynąć z Jasonem do naszej ulubionej 
zatoki. Zabierzesz się z nami? 
— Jeśli tylko nie będę przeszkadzać... 
— Ty i przeszkadzać? — W jego oczach znów zamigotały dziwne iskierki, lecz 
natychmiast znikły. — Jason i ja będziemy twoimi przewodnikami tu, na 
wyspie, i to jakimi przewodnikami! Wyspa jest mała, ale ho, ho! Pokażemy ci 
palmy, tak, wiele palm, słońce i przejrzystą wodę w zacisznych zatokach, 
prawda, mój ty Numer Jeden? — położył pieszczotliwie dłoń na ramieniu 
chłopca. 
— A więc oprowadzicie mnie po wyspie... Cudownie, nie mogę się wprost 
doczekać! 
— Musimy tylko to skończyć — oświadczył Bob zabierając się z powrotem do 
pracy. 
— Pomogę ci, tatusiu. Będzie szybciej! — zawołał ochoczo Jason, ale gdy 
spojrzał w kierunku brzegu, natychmiast zapomniał o wszystkim. — Mama 
idzie! Może popłynie z nami? — krzyknął rozpromieniony i pobiegł jej na-
przeciw. 
Pani Błyskotka, która okazała się eks-żoną Boba, szła wystudiowanym 
krokiem w ich kierunku, a jej strój sprawiał wrażenie, jakby jego właścicielka 
wybrała się na zabawę, a nie na spacer plażą. Do paska czarnej sukienki bez 
ramion przypięła pąsową różę, taką samą jak róża zdobiąca jej czarny 
kapelusz z olbrzymim rondem. U jej uszu kołysały się olbrzymie koła, na szyi 
błyszczał szeroki łańcuch, a liczne bransoletki na ręce podzwaniały przy 
każdym ruchu. Vivian w rzucający się sposób odbijała od kobiet z mokrymi 
włosami, których w grupie nurków było kilka, nie dziw więc, że patrzyły na 
nią, tak wystrojoną, niezbyt przyjaźnie. 
Bob zacisnął wargi i stał w wyczekującej pozie. Nawet gdy podeszła do niego 
trzymając Jasona za rękę, nie spieszył z powitaniem. 

background image

— Wróciłaś, jak widzę — skwitował chłodno jej obecność. 
— Wróciłam — posłała mu uwodzicielski uśmiech. Lodowate przyjęcie, z jakim 
się spotkała, sprawiło, że ten uśmiech nieco zbladł, ale tym bardziej 
nadrabiała miną. 
— Szukałam Jasona — powiedziała wręcz wyzywająco zadzierając głowę. — 
Jutro lecę do Nowego Jorku, więc tylko dziś mogę z nim spędzić trochę czasu. 
— Jason był cały czas ze mną. Właśnie mieliśmy płynąć na ryby, a przy okazji 
pokazać Janey wyspę. 
Vivian odwróciła się i poznawszy Janey drgnęła przerażona. 
— Dzień dobry — odezwała się z wymuszoną uprzejmością. — Chyba 
leciałyśmy razem. — Jej oczy zdawały się błagać: „Nie zdradź mnie!" 
Bob nie zauważył tej niemej rozmowy. 
— Janey będzie pozować do zdjęcia na okładkę naszego folderu — wyjaśnił 
krótko. 
— Ach tak. — W głosie Vivian brzmiała nutka zazdrości. — Jason był cały 
czas z tobą, więc chcę, aby teraz poszedł ze mną. Tak rzadko go widuję. 
Bob widząc nieszczęśliwą minę syna pogłaskał go po głowie. 
— Bądź grzecznym chłopcem i idź teraz z mamą. Na ryby popłyniemy innym 
razem. 
— Ale nie zapomnij, tatusiu! — zawołał jeszcze Jason przez ramię odchodząc z 
matką. 
— Na pewno nie zapomnę! — odkrzyknął Bob, po czym zwrócił się do Janey: 
— Wiesz, Vivian chodzi zawsze własnymi drogami. Ta kobieta... — urwał, 
jakby zastanawiając się, co mu wolno powiedzieć. — Co tam — rzekł wreszcie 
— oprowadzę cię teraz po wyspie — oświadczył tonem nie znoszącym 
sprzeciwu. 
Choć tymczasem zrobiło się późne popołudnie, słońce jeszcze mocno 
przypiekało, gdy ruszali na spacer po wyspie. Bob, w białym podkoszulku i 
szortach koloru khaki, siedział za kierownicą odkrytego jeepa, pojazdu 
doskonale nadającego się na wycieczkę krajoznawczą. 
Janey przysłuchiwała się uważnie jego objaśnieniom, nie mogąc się napatrzyć 
egzotycznej urodzie wyspy. Według jego informacji Bonaire miała mieć 
dwadzieścia sześć mil długości i siedem szerokości, a ludność liczyła dobre 
dziewięć tysięcy. W południowej części wyspy rozciągały się słone łąki. na 
których tu i tam widać było stojące na jednej nodze różowawo upierzone 
flamingi. Obejrzeli też stare chaty z kamienia, gdzie mieszkali kiedyś 
niewolnicy pracujący na plantacjach aloesu i agawy sizalowej, a wreszcie 
dotarli do campingu nudystów. 
— Szkoda, że to wysokie ogrodzenie zasłania widok zauważył Bob z 
porozumiewawczym uśmiechem. — Byłoby na co popatrzeć. 
— W ostateczności zawsze przecież można zajrzeć przez szpary — odparła w 
tym samym tonie Janey. 
— Albo wejść legalnie, tyle że musielibyśmy się wpierw rozebrać. Na pewno by 
nas wpuszczono. 

background image

— Co to to nie — potrząsnęła zdecydowanie głową. — Nie zamierzam od razu 
pierwszego dnia nabawić się oparzenia skóry. 
— Szkoda, chętnie bym cię nacierał maścią, a robię to doskonale. 
Obydwoje równocześnie wybuchnęli śmiechem, rozbawieni żartobliwą 
wymianą zdań. 
Janey rozkoszowała się jazdą w ciepłym, pachnącym kwiatami powietrzu, 
bujną tropikalną przyrodą, bezkresnym błękitem morza, olśniewająco białym 
piaskiem rozległych plaż, a nade wszystko — podniecającą bliskością Boba. 
Wszystko w nim było pociągające: głęboki męski głos, szczery uśmiech, 
wysportowana sylwetka. Widok jego silnych dłoni obudził w niej pragnienie, 
któremu z trudem się oparła, by dotknąć jego ciepłej skóry... 
Lepiej zrobisz trzymając się od niego z daleka, upomniała samą siebie. 
Powiedział przecież, że ma zobowiązania. W jego życiu nie ma dla ciebie 
miejsca... 
— Północna strona wyspy jest o wiele dziksza — powiedział zjeżdżając z szosy 
na polną drogę. — Zresztą sama zobaczysz. 
Wysiedli z jeepa i ruszyli w kierunku piętrzących się tuż nad taflą morza 
poszarpanych skał. Aby dostać się na górę, skąd miało się najlepszy widok, 
trzeba było wspinać się dobrą chwilę po czymś, co według Boba było niegdyś 
rafą koralową. 
— Musiz stąpać bardzo ostrożnie — powiedział ujmując ją za rękę. — Gdybyś 
spadła, mogłabyś się dotkliwie potłuc. 
Wspiąwszy się z zachowaniem wszelkich środków ostrożności na sam szczyt 
czarnej skały, stali długo w milczeniu, wpatrzeni w rozbijające się o urwisty 
brzeg potężne fale. W zasnutej lekką mgiełką dali majaczyło wybrzeże 
należące już do Wenezueli. 
— Taki bezmiar nieba i wody robi wrażenie, prawda? — szepnął Bob bardziej 
do siebie niż do niej. — Kocham tę wyspę. 
— Ja też już zdążyłam ją pokochać — powiedziała miękko. Od pierwszego 
momentu czuła się na Bonaire jak w raju i nawet fakt, że przyjechała tu do 
pracy, a nie na wakacje, nie mącił tego radosnego nastroju. — Kiedy 
zaczniemy zdjęcia? 
— Jutro z samego rana. Nie będziemy musieli wypływać gdzieś daleko. Znam 
taką małą zatokę w pobliżu. Rafa jest tam przepiękna — i co najważniejsze — 
nie jest tam zbyt głęboko, zatem idealne miejsce dla naszych celów. 
— Co mam ze sobą zabrać? 
— Tylko samą siebie — roześmiał się, a widząc jej przerażoną minę dorzucił 
szybko: — I oczywiście kostium kąpielowy. Nie jestem tutejszym królem 
pornografii, już ci mówiłem. 
Janey skrzywiła się pociesznie, zaraz jednak spoważniała. 
— A co na to Vivian? Wyraziła zgodę? Mam na myśli... Czy nie było jakichś 
trudności? Nie chciałabym... 
— Oczywiście, że nie — przerwał jej zdecydowanie Bob. — Niepotrzebnie się 
zadręczasz. Ona nie ma zwyczaju kwestionować mych decyzji. — Zamilkł na 

background image

chwilę, czuł jednak, że jest winien Janey wyjaśnienie. — Vivian i ja 
prowadzimy wspólnie firmę, choć rozwiedliśmy się już jakiś czas temu. Ona 
respektuje moje decyzje, a ja jej, pod warunkiem, że dotyczą wyłącznie firmy. 
Kiedy się poznaliśmy, „Podwodna przygoda" należała do niej, ale był to tylko 
jeden podupadły, tkwiący w długach sklep ze sprzętem dla nurków, nie 
umiejący sprostać konkurencji. Po ślubie zostałem jej wspólnikiem. Od 
pierwszego dnia ciężko pracowaliśmy, co w końcu zaowocowało utworzeniem 
całej sieci specjalistycznych sklepów. — Urwał, aby za chwię podjąć na nowo: 
— Mimo że się rozwiedliśmy, nie chcieliśmy dzielić firmy, choćby z powodu 
podatków. Obydwoje bez wątpienia stracilibyśmy na tym, więc nie pozostało 
nam nic innego, jak porozumieć się w kwestiach dotyczących zarządzania. 
Oczywiście nie obyło się bez pewnych komplikacji, ale to już inna historia. 
— Rozumiem — pokiwała głową Janey, choć tak naprawdę nie wiedziała, co 
miał na myśli mówiąc o komplikacjach. Czuła jednak, że nie powinna o to 
pytać, a przynajmniej nie w tej chwili. Zamiast tego poprosiła przymilnie: — 
Opowiedz mi o sobie, Bob. 
— A co chciałabyś wiedzieć? 
Właśnie dotarli do małej zatoczki i usiedli na ciepłym piasku plaży. 
— Na przykład gdzie się urodziłeś, czy masz rodzeństwo i kiedy poważnie 
zainteresowałaś się fotografią. 
— Urodziłem się w Denver, jestem jedynakiem, rodzice podarowali mi na ósme 
urodziny aparat fotograficzny i... 
— ...i zostałeś znanym fotografem. Oglądałam kilka twoich zdjęć. Są 
wspaniałe. 
Powiedziała to z oczami wbitymi w białe grzebienie fal rozbijających się z 
cichym pluskiem o brzeg, unikając jego wzroku. Mogłoby jej przecież przyjść 
coś głupiego do głowy: ochota, aby pogłaskać go po policzku lub sprawdzić, czy 
odrastająca broda bardzo kłuje... 
— Po prostu udane — skwitował jej zachwyty lekceważącym machnięciem 
ręki. — Chętnie nurkuję i uwielbiam robić zdjęcia pod wodą, to wszystko. 
— A firma? W garniturze też ci do twarzy — zauważyła z filuternym 
uśmiechem. 
— Biznesmenem jestem tylko wtedy, gdy naprawdę muszę — wyznał. — 
Uwierz mi, nie cierpię garniturów, od czasu do czasu jednak muszę je wkładać. 
Ostatecznie wychowuję syna i chciałbym w przyszłości zapewnić mu 
odpowiednią pozycję, zatem muszę podtrzymywać znajomości w określonych 
kręgach. Tylko to może zagwarantować mu w przyszłości właściwy start. 
Siedzieli przez długą chwilę w milczeniu, wreszcie Bob spojrzał na zegarek: 
— Czas wracać. Jest jeszcze tyle rzeczy do pokazania, ale przecież jutro też 
jest dzień. 
Wracali tą samą dróżką wiodącą ostrym jak brzytwa grzbietem niegdysiejszej 
rafy koralowej. W pewnym momencie Janey postawiła w niewłaściwym 
miejscu stopę, w dodatku obutą w lekki sandał, i o mały włos nie zsunęła się w 
dół, gdyby nie Bob, który idąc z tyłu pochwycił ją w ostatniej chwili. 

background image

— Uważaj! — krzyknął zaciskając dłonie na jej talii. Odwrócił ją powoli do 
siebie i przytulił. — Och, Janey... — wyszeptał pochylając się nad nią. 
Dotknięcie jego dłoni sprawiło, że zadrżała z rozkoszy i zastygła w niemym 
oczekiwaniu. Wiedziała, że chce ją pocałować, czuła to każdą komórką ciała, 
lecz nagle cofnął się z pociemniałą nagle twarzą. — Nie chcemy tego, prawda, 
Janey? 
Chcę! Chcę! wołało w niej wszystko wyrywając się do niego. Tak pragnęła, 
szaleńczo, obłędnie, znaleźć się w jego ramionach, czuć jego zniewalającą, 
przyprawiającą o zawrót głowy bliskość... 
— W każdym razie nie powinniśmy tego robić na rafie koralowej — odparła 
niepewnie starając się opanować narastające w niej rozczarowanie. 
Do hotelu wracali w milczeniu. 
— Zdjęcia zaczynamy jutro rano — rzekł na pożegnanie. —- Nie bój się, 
dotrzymam przyrzeczenia. 
Powiedział to tak, jakby chciał przekonać samego siebie. Potem zdjął okulary 
słoneczne i długo, nieskończenie długo się w nią wpatrywał, a jego wzrok 
zadawał kłam dopiero co wypowiedzianym słowom... 
— Nareszcie jesteś! Gdzie byłaś? Wszędzie cię szukałam! — przywitała ją z 
wyrzutem Hannah. 
— Bob pokazał mi wyspę — wyjaśniła Janey unikając spojrzenia przyjaciółki. - 
- Było przyjemnie. 
— Nie wiem, co o tym myśleć — Hannah potrząsnęła bezradnie głową. — Tu 
każda kobieta szaleje za nim, a ty w ciągu jednego dnia owijasz go sobie wokół 
małego palca. Jak to zrobiłaś? I nie masz nic więcej do powiedzenia, tylko to 
zdawkowe „Było przyjemnie"? 
— Nie mów głupstw — obruszyła się Janey. — Nikogo nie owinęłam wokół 
palca, a już na pewno nie Boba. On ma zobowiązania, Hannah, i to wyjaśnia 
całą sprawę. Sam mi to powiedział. 
W drzwiach swojego pokoju stanęła jak wryta. Coś tu się nie zgadzało. Raptem 
pojęła: brakowało jej rzeczy. 
Niemalże w tym samym momencie pojawiła się pokojówka. 
— Panna Lark? Została pani przeniesiona do innego pokoju. 
Janey i Hannah wymieniły zdziwione spojrzenia, lecz nie zapytały o powód tej 
nagłej zmiany. W chwilę potem znalazły się w części budynku najbardziej 
oddalonej od morza, za to tuż obok ruchliwej ulicy. Nowy pokój Janey był 
maleńki i więcej niż skromnie umeblowany, a niewielkie okno znajdowało się 
tuż pod żelaznymi schodami. 
— Nie rozumiem... — wyjąkała zdezorienowana. Podeszła do swoich rzeczy 
złożonych na środku pokoju i rozejrzała się wokoło. — Dlaczego muszę się 
przenieść? — Niełatwo jej było ukryć rozczarowanie. 
Pokojówka patrzyła na nią ze współczuciem. 
— Pani Vivian Campion powiedziała, że przez nieuwagę zamieniono pokoje. 
— O tak, naturalnie — Janey poczuła ukłucie w sercu. Na moment opuściła ją 
zwykła odwaga. Powinnam się była domyślić, dodała w duchu. 

background image

Gdy pokojówka wyszła, Hannah zaczęła pocieszać przyjaciółkę. 
— Nic sobie z tego nie rób! Jest po prostu zazdrosna o twoją młodość i urodę. 
Zresztą ten pokój wcale nie jest taki zły. Może z drugiego okna będziesz miała 
ładniejszy widok. — Podeszła i odsunęła zasłonę, a na jej twarzy pojawił się 
wyraz niedowierzania. Stała tak wpatrzona w ustawione tuż pod oknem, 
przeładowane odpadkami kontenery, wreszcie odwróciła się i czyniąc teatralny 
gest rzekła: — A nie mówiłam? Wspaniały, prawda? 
Janey roześmiała się z przymusem, chwyciła poduszkę i cisnęła nią w 
Hannah. 
— Jakże możesz być taka okrutna i stroić sobie ze mnie żarty? — spytała w 
tym samym tonie. Nie jest ci przykro, że będę mieszkać w tym... tym... 
— ... lochu? — podpowiedziała Hannah. — Moja ty biedaczko, nie spodziewaj 
się za wiele współczucia z mojej strony. Musi ci wystarczyć, że zawróciłaś w 
głowie przystojnemu Bobowi Campionowi, do którego wzdychają niemal 
wszystkie kobiety na tej wyspie — krzyknęła odrzucając poduszkę. 
Janey chwyciła ją zręcznie w locie i przycisnęła do piersi. 
— To nie jest zabawne, Hannah. Nic takiego nie robię, a wydaje mi się, że pani 
Campion będzie dla mnie problemem. 
— Nie masz co się martwić, skoro nie zależy ci na Bobie. A może źle cię 
zrozumiałam? — przekomarzała się z nią przyjaciółka. 
— Niestety jest moją szefową — odparła niechętnie Janey rzucając się na 
niezbyt zachęcające łóżko. Naraz zrozumiała, że nie ma sensu wmawianie 
Hannah — i samej sobie — że nie czuje nic do Boba. 
— Hannah, muszę ci coś wyznać. Jestem o krok od zakochania się w tym 
mężczyźnie na śmierć i życie. 
— Nie mów! — Hannah nagle spoważniała. — Jeśli naprawdę zakochasz się w 
Bobie, a moim zdaniem to się już stało, nie daj się nikomu od tego odwieść. 
Niektóre rzeczy trzeba brać takimi, jakie są. Może to rzeczywiście jedyne 
wyjście dla ciebie? 
 

Bajeczny ranek, pomyślała Janey siedząc naprzeciw Hannah przy śniadaniu. 
Morze połyskiwało w słońcu, lekka bryza szeleściła w koronach palm, a z 
tarasu restauracji rozciągał się wspaniały widok. Poprzedniego wieczoru, 
rozżalona decyzją Vivian, położyła się wcześniej spać i teraz, w 
ciemnoróżowych szortach i odpowiednio dobranym podkoszulku sprawiała 
wrażenie radosnej i wypoczętej. Powodem tego było podniecenie błyszczące w 
jej oczach. Tego dnia miała przecież nurkować z Bobem. Wprost nie mogła się 
tego doczekać. 
— Ależ tu pięknie! — rzekła. — Tak się cieszę, że jestem na Bonaire. 
— A tak długo cię trzeba było przekonywać, zanim podjęłaś decyzję — 
zauważyła zgryźliwie Hannah, kiwając jednocześnie na rosłego blondyna, aby 
do nich podszedł. 

background image

— Tom Bradley, instruktor od nurkowania i największy podrywacz na wyspie 
— przedstawiła go, gdy przysiadł się do ich stolika. — Miej się przed nim na 
baczności — dodała ostrzegawczo. 
— Tak, kobiety na mnie lecą. Każdą zachęcam do nauki nurkowania i w ten 
sposób przyczyniam się do rozwoju turystyki w tym rejonie — usprawiedliwiał 
się ze śmiechem. 
W takim wesołym nastroju kończyli śniadanie, gdy nieoczekiwanie podeszła do 
ich stolika Vivian, skinęła wszystkim chłodno głową, po czym zwróciła się do 
Janey: 
— Dzień dobry. Mogłabym z panią chwilę porozmawiać? Janey była tak 
zaskoczona, że filiżanka z kawą, którą właśnie podnosiła do ust, 
niebezpiecznie zadrżała w jej ręce, więc co prędzej odstawiła ją na stolik. 
— Oczywiście — wstała siląc się na uśmiech. — Dokąd pójdziemy? 
— Na plażę. 
W świetle poranka Vivian wyglądała na zmęczoną, sprawiając wrażenie osoby 
starszej, niż była w istocie. Nie zadała sobie trudu, aby nałożyć na twarz 
staranny makijaż, więc zmarszczki wokół jej oczu i ust widać było w całej 
okazałości. 
— Muszę panią przeprosić za tę historię z pokojem — od razu przystąpiła do 
rzeczy. — Wróci pani do apartamentu, pokojówka pomoże pani w 
przeprowadzce. 
Dobra nowina, pomyślała Janey, ale co to wszystko ma znaczyć? 
Nie rozumiem... — szepnęła z trudem patrząc pytająco na Vivian. 
— Wierzę pani. Ja sama nie rozumiem, dlaczego to zrobiłam, ale mimo 
wszystko spróbuję się pani wytłumaczyć. 
Usiadły na piasku. Vivian milczała przez chwilę zapatrzona w dal. 
— Kocham Boba — zaczęła wreszcie. — Rozwiódł się ze mną, bo piłam. Spyta 
pani, po co to mówię. Wczoraj w samolocie pani była świadkiem, jak się 
wstawiłam. Musi się pani liczyć z konsekwencjami, jeśli pani komukolwiek o 
tym szepnie... — Popatrzyła twardo na Janey, ale jej głos zdradzał 
wewnętrzną udrękę. — Po rozwodzie opamiętałam się, spędziłam nawet cztery 
tygodnie w Kalifornii na kuracji odwykowej. Wyleczyłam się z alkoholizmu, 
albo prawie się wyleczyłam. Błagałam Boba o wybaczenie, chciałam do niego 
wrócić. Upadłam na kolana przed własnym mężem, Janey. Chciałam go 
odzyskać — jego i naszego syna. 
Z jej piersi wydobył się głuchy szloch. Dopiero po chwili mogła mówić dalej: 
W końcu Bob był gotów dać mi jeszcze jedną szansę. Zawarliśmy układ: Jeśli 
przez dwa lata nie będę piła, znów się ze mną ożeni. To było niemal dokładnie 
przed dwoma laty. 
— Ale wczoraj... 
— Tak, wiem. Przez długi czas udawało mi się nie pić... a potem zaczęłam od 
nowa. Potajemnie. I ciągle sobie obiecywałam, że to ostatni raz, że na pewno 
przestanę... Tak było w czasie lotu do Miami. Kiedy zobaczyłam panią wczoraj 
w towarzystwie Boba, załamałam się. Była pewna, że opowie mu pani 

background image

wszystko, gdy tylko skojarzy go z moją osobą. Po scenie na pirsie zostawiłam 
Jasona opiekunce i zamknęłam się z butelką w swoim pokoju. To stamtąd 
wydałam polecenie, aby przeniesiono panią do najnędzniejszego pomieszczenia 
w całym hotelu, lecz dziś rano zdążyłam się już zawstydzić mego posunięcia. 
— Już wszystko dobrze — Janey pogłaskała dłoń Vivian. — Rozumiem panią i 
nie gniewam się. 
Vivian posłała jej zrozpaczone spojrzenie. 
— Jeszcze z jednego muszę się pani wytłumaczyć, zresztą to nietrudno 
zgadnąć. Jestem zazdrosna... Sposób, w jaki Bob na panią patrzy, powiedział 
mi wszystko. 
— Ale... ale pomiędzy nami naprawdę nic nie ma, proszę mi wierzyć — 
wyjąkała Janey. Nic oprócz tego, że gdy na siebie patrzymy, powietrze naokoło 
w mgnieniu oka zaczyna pulsować i niemal słychać trzask wyładowań 
elektrycznych, dodała w duchu unikając spojrzenia Vivian. 
Przez moment panowała cisza. 
— Niech go pani zostawi w spokoju, Janey. Chcę go odzyskać — koniecznie. 
Także z powodu Jasona. On kocha nas obydwoje. 
— Cóż mam powiedzieć? Nie mogę przyrzec, że będę schodziła panu 
Campionowi z drogi, bo to niemożliwe, ale zapewniam panią, że nasze 
spotkania będą miały charakter czysto zawodowy. A teraz muszę się już 
pożegnać — wstała otrzepując szorty z piasku. — Dzięki za szczerość. 
— Przyjemnego dnia — krzyknęła jeszcze za nią Vivian. „Przyjemnego dnia!" 
Do reszty mi go zepsuła, ta biedna kobieta o smutnej twarzy. Jakże teraz ona. 
Janey, mogła spotykać się z Bobem? Byłoby to grubiaństwem, zagraniem nie 
fair... Zresztą co tam, Bob i tak nie jest dla niej! 
Najgłupsze wszakże było to, że wszystko się w niej buntowało przeciwko 
takiemu stwierdzeniu. Potrząsnęła bezradnie otępiałą, pękającą z bólu głową, 
pytając samą siebie, dlaczego życie musi być tak strasznie skomplikowane... 
Kiedy wróciła, przy ich stoliku siedział Bob. 
— No i co, dobrze spałaś mimo szumu morza tuż za oknem? — powitał ją 
wesoło. 
A więc nic nie wiedział! Janey kopnęła przyjaciółkę pod stołem w nogę, aby się 
nie wygadała. 
— Wspaniale — uśmiechnęła się do niego. — Kiedy wyjeżdżamy? 
— Najlepiej zaraz. 
— Jestem gotowa — zerwała się podnosząc torbę plażową stojącą przy jej 
krześle. Spojrzenie Boba prześliznęło się po niej z góry na dół i przysięgłaby, 
że w jego oczach odkryła płomień pożądania. A może sobie tylko to wmawiam? 
— Mam wszystko, co będzie potrzebne. 
— Owszem, masz — potwierdził Bob błyskając w uśmiechu zębami. — 
Idziemy. 
Kiedy opuszczali restaurację, nawet mimochodem się nie dotknęli, a jednak 
jakaś dziwna siła pchała ją ku niemu. Przyciągał ją jak magnes, a musiało to 
brać się stąd, że pragnął jej tak jak ona jego, teraz nie miała już wątpliwości. 

background image

Zamknęła na moment oczy usiłując się uspokoić. Boże, co mam robić, teraz gdy 
już wiem wszystko, bo Vivian mi powiedziała?! 
Kiedy niewielki jeep, wyładowany sprzętem do nurkowania i akcesoriami 
fotograficznymi, sunął bulwarem, Janey porzuciła smętne rozmyślania, dając 
się porwać radosnemu nastrojowi. 
— Znów będę nurkować! — zawołała z radością. Bob, ubrany w biały 
podkoszulek i niebieskie kąpielówki, siedział niedbale rozparty za kierownicą. 
— Wygląda na to, że nie rozpaczasz po niedoszłym do skutku miodowym 
miesiącu z Jerrym Boswellem — rzucił żartobliwie. 
Spojrzała na niego zaskoczona. 
— Jak to się stało, że nawet zapamiętałeś jego nazwisko? 
— Nie zapominam niczego, co bezpośrednio dotyczy ciebie — odparł ze 
wzrokiem na powrót utkwionym w jezdnię. — Przypuszczam, że masz 
przynajmniej z dwunastu mężczyzn w odwodzie, którzy tylko czekają, aby 
zająć miejsce Jerry'ego. 
To chyba zazdrość przez niego przemawia, ucieszyła się w duchu czując, że jej 
serce zaczyna bić szybciej. 
— Właściwie nie — rzekła jakby mimochodem, zapatrzona w przestrzeń. — 
Zbyt długo chodziłam z Jerrym, więc moi znajomi nie mieli wątpliwości, że 
kiedyś się pobierzemy. Wstyd się przyznać, ale nigdy nie miałam innego 
chłopca, zawsze był tylko Jerry. 
— To musiało być nudne — skrzywił się Bob. 
— I było — roześmiała się. — Dopiero teraz to zrozumiałam. Może zresztą 
właśnie dlatego tu jestem — aby nadrobić stracony czas. 
Bob milczał przez chwilę, a potem spytał cicho: 
— A jak chcesz się do tego zabrać? Zastanawiała się przez moment, wreszcie 
rzekła: 
— Nie wiem... naprawdę nie wiem. Muszę najpierw zdecydować, czego 
oczekuję od życia. Przedtem, z Jerrym, wszystko było jasne: chcieliśmy się 
pobrać, kupić dom w willowej dzielnicy, mieć dzieci... przecież wiesz. Teraz jest 
całkiem inaczej. Kto wie, czy nie czułabym się szczęśliwsza w małej chatce tu, 
na tej wyspie? Mogłabym co dzień nurkować... 
— Niezła myśl — pochwalił Bob ze śmiechem. — Na śniadanie jadłabyś 
banany, a na kolację orzechy kokosowe. A czy mówiąc, że chcesz nadrobić 
stracony czas, nie myślałaś o znalezieniu nowych wielbicieli? 
— Może myślisz, że zrobię wszystko, aby każdego wieczoru iść z kim innym do 
łóżka? — prychnęła gniewnie. — To na pewno nie ja! 
— Chyba rzeczywiście nie... — szepnął w zamyśleniu, a zaraz potem roześmiał 
się cicho: — Masz wszystko, czego potrzebuje kobieta: piękną twarz, 
rewelacyjną figurę, wspaniałe włosy. Za takimi jak ty mężczyźni szaleją. Nie 
ruszysz nawet palcem, nie będziesz tracić czasu na zastanawianie się, jak tego 
dokonać, a już ten, którego wybierzesz, znajdzie się u twych stóp. To niepojęte, 
Janey — potrząsnął głową — wyglądasz jak miss świata, jesteś jak żadna inna 

background image

wyposażona w broń, która ułatwia kobiecie osiągnąć cel, ty jednakże nie robisz 
z niej użytku. Dziwna z ciebie dziewczyna. 
— A... lubisz mnie taką, jaka jestem? — Od razu pożałowała tych słów. 
Przecież to zabrzmiało jak wyzwanie! 
Zacisnął wargi i wyglądało na to, że nie odpowie, lecz w końcu nie wytrzymał: 
— Do licha, szaleję za tobą jak wszyscy inni — wybuchnął. — Świerzbią mnie 
ręce, aby głaskać twoją jedwabistą skórę i... — Wpatrzył się w nią, jakby 
czekając, co na to powie, a że milczała, ciągnął dalej: — Tęsknię za tobą... 
pragnę cię kochać... kochać, kochać... lecz okoliczności na to nie pozwalają. A 
więc nasze kontakty pozostaną, jak uzgodniliśmy, na gruncie czysto 
zawodowym. — Milczał przez chwilę, wreszcie powiedział, jakby zadowolony, 
że ma powód do zmiany tematu: — Dojeżdżamy. Trzymaj się mocno. 
Jeep zjechał z szosy i zaczął podskakiwać na zakurzonej polnej drodze. W 
chwilę potem dotarli nad małą zatokę okoloną palmami i pasmem białej plaży. 
Morze było spokojne, tylko z rzadka tu i tam piasek liznęła niewielka fala. 
— Jaka piękna zatoka — Janey rozglądała się urzeczona. — Tu będziemy 
nurkować? 
— Tak, na wprost brzegu jest rafa. — Bob zeskoczył na ziemię i zaczął 
wyładowywać przywieziony sprzęt. — Nie musimy daleko wypływać, aby 
zrobić dobre zdjęcia. 
— Co mam robić? 
— Ty? — Wskazówki, jakie potem nastąpiły, brzmiały tak sucho i rzeczowo, że 
Janey trudno było uwierzyć, iż pochodzą od człowieka, który przed chwilą 
właściwie wyznał jej miłość. — Zostaw swoje rzeczy na plaży. Włóż skafander. 
Zrobię ci najpierw zdjęcie w pełnym rynsztunku. Potem... —obrzucił ją 
uważnym spojrzeniem. — Wzięłaś kostium kąpielowy? 
— Mam go na sobie. — Zrobiło jej się przykro, że Bob tak doskonale panuje 
nad swymi uczuciami. Widać zdecydował się nie pozwolić, aby zawładnęła nim 
namiętność odbierając zdolność trzeźwego myślenia. Z pewnością tak było 
lepiej, ale ciężko jej przyszło pogodzić się ze świadomością, że utraciła Boba, 
zanim jeszcze tak naprawdę coś się między nimi zaczęło. 
— Potem sfotografuję cię w bikini. Nie wpadniesz w panikę, gdy znajdziesz się 
w odległości paru centymetrów od aparatu tlenowego? 
Zmusiła się do uśmiechu. 
— Przecież ci mówiłam, że mam licencję instruktorską. Na pewno nie wpadnę 
w panikę. 
— Zobaczymy — pokiwał głową sceptycznie. — Gdybyś wiedziała, jakie 
trudności miałem z fotomodelkami... Zresztą mniejsza o to. Chodźmy. 
Poukładała sprzęt do nurkowania rzędem na plaży, zrzuciła podkoszulek i 
zsunęła szorty, po czym obejrzała się na Boba, ciekawa jego reakcji. Czyżby 
naprawdę tak dobrze panował nad sobą, jak to się wydawało? W końcu nigdy 
jeszcze nie widział jej w takim skąpym stroju. Sama stwierdziła przed 
lustrem, że jest jej w nim do twarzy, czarny jedwabisty materiał dodawał 
blasku jej nieskazitelnej skórze, a zarazem podkreślał przepych blond włosów i 

background image

wspaniałe kształty. Niezdecydowana obracała w rękach skafander, nie mając 
na razie ochoty go wkładać, lecz Bob, zajęty przygotowywaniem sprzętu, nie 
zwracał na nią uwagi. W końcu zawołała zniecierpliwiona: 
— Tak będzie dobrze? Podniósł na moment wzrok. 
— Hmm, dobrze, Janey. Ale nie przyjechaliśmy tu, żeby się opalać, więc włóż 
skafander. 
Zagryzła wargi. Jeśli Bob tak łatwo uporał się z uczuciami, to i ona to potrafi. 
Pospiesznie wskoczyła w niebiesko-żółty skafander, dociągnęła rzemyki i 
zapięła sprzączki. 
— Jestem gotowa — zawołała. 
— W porządku. — Pomógł jej załadować na plecy pojemnik z tlenem i 
przytrzymał go, aż dopasowała nadmuchiwaną kamizelkę ratunkową, potem 
sam włożył skafander, umocował aparat tlenowy i oświadczył: — Najpierw 
musimy przyzwyczaić się do wody. 
— Dobrze. — Włożyła maskę, zamocowała rurkę do oddychania, a wokół 
bioder pas z balastem, wreszcie trzymając płetwy w ręku weszła do wody, 
rozkosznie ciepłej, delikatnie pieszczącej ciało. Gdy woda sięgała jej do talii, 
nałożyła płetwy, objęła wargami ustnik aparatu tlenowego i wśliznęła się pod 
powierzchnię wody. Wreszcie nadszedł moment, na który tak czekała! 
Kiedy znaleźli się jakieś trzydzieści metrów od brzegu, stopniowo zaczęła 
wypuszczać powietrze z kapoka i trzymając się w pobliżu Boba schodziła coraz 
niżej. Parę razy zadzwoniło jej w uszach, musiała więc się zatrzymać, prze-
łknąć ślinę i odczekać, aż przyzwyczai się do ciśnienia, ale poza tym wszystko 
inne szło jak z płatka. 
Krystalicznie czysta woda pozwalała widzieć na odległość mniej więcej 
sześćdziesięciu metrów, a było co oglądać. Otoczył ją fascynujący, radujący 
oczy wszelkimi możliwymi barwami świat rafy koralowej. Widziało się tu 
koralowce we wszystkich możliwych odcieniach i kształtach: szkarłatne, żółte, 
brązowe, białe, lila, różowe, zielone, a nawet czarne, przypominające kolumny, 
kwiaty lub liście, muszle ślimaków i wachlarze. Nie zabrakło tu też gąbczaków 
mieniących się rozmaitymi kolorami i prezentujących najdziwaczniejsze 
formy. 
Bez trudu, przy minimalnym nakładzie sił schodzili niżej i niżej. Obok 
przemykały ławice barwnych ryb, jakie większość ludzi ogląda tylko w 
akwarium... Raz po raz trącała Boba chcąc zwrócić jego uwagę na jakiś okaz 
tego świata cudów, a on odpowiadał jej za pomocą kciuka i palca 
wskazującego, rozstawionych w sygnale używanym przez nurków, a 
oznaczającym, że wszystko w porządku. Szkoda, że pod wodą nie da się 
rozmawiać, pomyślała. Było przecież tyle do powiedzenia... 
Wreszcie dotarli do niemal pionowego podwodnego urwiska, opadającego w 
wodną otchłań. Rzut oka na głębokościomierz potwierdził, że zeszli już na 
głębokość trzydziestu metrów. W tym momencie uczuła na ramieniu dłoń, od-
wróciła się i zobaczyła obok siebie Boba dającego jej znak, że ma wypłynąć na 
powierzchnię. 

background image

— Było cudownie! — uśmiechnęła się do Boba, gdy już mogła zdjąć maskę. — 
Sprawiło mi to niesamowitą przyjemność. 
— Cieszę się. Muszę przyznać, że doskonale radzisz sobie pod wodą — 
powiedział z uznaniem. — A teraz do roboty. 
Janey została w wodzie, a Bob wyszedł na brzeg, aby po chwili wrócić ze 
specjalnym aparatem fotograficznym przystosowanym do robienia zdjęć pod 
wodą, a zaopatrzonym w wielką lampę błyskową. 
— Zanurkujemy jeszcze, ale nie zejdziemy już tak głęboko. Rób dokładnie to 
samo co za pierwszym razem: pływaj, wskazuj na koralowce, ryby, obojętnie 
na co, po prostu zachowuj się naturalnie. 
Janey skinęła głową, wsadziła przewód od aparatu tlenowego do ust i 
zanurkowała, trzymając się jednakże, tak jak życzył sobie tego Bob, tuż pod 
powierzchnią. Podpływała raz tu, raz tam, próbowała chwytać przepływające 
ryby, dotykała koralowców. Bob płynął tuż za nią robiąc jej zdjęcia z góry, z 
dołu i pod wszelkimi możliwymi kątami. Co dwie, trzy minuty kontrolował jej 
aparat tlenowy, wreszcie dał znak, że wychodzą na powierzchnię. 
— Dobrze było? — spytała Boba. gdy znaleźli się na plaży. 
— Świetnie. Masz zadatki na znakomitą fotomodelkę. Zrobiłem kilka 
ciekawych ujęć, ale to jeszcze nie jest to, co zaplanowałem na okładkę folderu. 
Dam ci chwilę odpocząć i zaczniemy od nowa. Tym razem będzie trudniej. 
— Nie ma sprawy. — Wiedziała, że musi pozostać jakiś czas na powierzchni, 
aby nie nabawić się choroby kesonowej, a jak długo to miało potrwać, mogła 
wyczytać z noszonej przy sobie zwyczajem nurków tabeli z wykresami czasu i 
głębokości. 
Zdjęła skafander, rozłożyła na piasku ręcznik i strząsnąwszy wodę z włosów 
zwróciła twarz ku słońcu. 
Właśnie nadszedł Bob z termosem kawy i kanapkami, w które zapobiegliwie 
zaopatrzył się w hotelu... Zrzucił skafander i usiadł obok. Podając jej kubek z 
kawą wskazał na jej bikini. 
— Gdzie to przechowujesz? W naparstku? 
— Chcesz przez to powiedzieć, że mój kostium kąpielowy jest wyjątkowo 
skąpy, prawda? — spojrzała na niego spod oka. — Czyżby tak bardzo cię 
podniecał widok nagiej skóry? 
— Jakoś spróbuję się opanować — wybuchnął śmiechem. — A jeśli już mowa o 
nagiej skórze, czy pomyślałaś o kremie ochronnym? 
— Nie... 
Bob wstał, podszedł do jeepa i za chwilę wrócił z butelką jakiegoś płynu. 
— Twoje szczęście — powiedział krzywiąc się zabawnie — że zawsze mam pod 
ręką coś, co może ochronić półnagie, lekkomyślne damy przed dotkliwym 
oparzeniem. — Odkręcił zakrętkę, wylał na dłoń odrobinę olejku i zaczął nim 
delikatnie nacierać plecy Janey. 
Odchyliła się do przodu i zamknęła oczy, zatracając się w cudownym uczuciu 
wywołanym dotknięciem jego rąk. 
— Och, jak dobrze... 

background image

— Zawsze do usług, madame — rzucił niemal drwiąco, lecz gdy potem przez 
nieuwagę dotknął jej piersi, co prędzej cofnął rękę. 
Uśmiechnęła się do siebie w duchu. A więc jednak nie jest taki zimny, choć tak 
bardzo stara się panować nad sobą! Odrzuciła włosy do tyłu i obejrzała się. 
— Co się stało? — wpatrzyła się w niego, udając, że nie wie, o co chodzi. 
— Nic — odparł sucho. — Próbuję tylko dotrzymać przyrzeczenia. Zresztą na 
nas już czas. Zrobimy tak: poczekasz parę minut, dając mi w ten sposób czas 
na ustawienie aparatu tam na dole, a potem zejdziesz pod wodę, niedaleko, 
jakieś dziesięć metrów stąd. Włóż maskę, jeśli chcesz. Na dole ją zdejmiesz. 
Wszystko inne zostawisz tutaj. Wezmę twój aparat tlenowy, zresztą w razie 
potrzeby możesz skorzystać z mojego. 
— Naturalnie. A co z balastem? 
— Ach tak, byłbym zapomniał. Musi ci wystarczyć niewielki balast u kostek 
nóg. To wszystko, co będziesz miała na sobie — oczywiście oprócz kostiumu 
kąpielowego. 
— A jakie mam przybierać pozy? 
— Rób dokładnie to co przedtem. Wszystko jasne? — rzucił przez ramię 
kierując się do samochodu. 
Naraz ogarnęło ją uczucie, że niesprawiedliwie oceniła Boba. 
— Jeszcze jedno — podniosła się z piasku patrząc na niego z powagą. 
— O co chodzi? 
— Muszę... muszę się usprawiedliwić. 
— Naprawdę? — zawrócił i podszedł do niej zdziwiony. 
— Podejrzewałam, że chodzi ci o mój akt, ale teraz już wiem, że cię źle 
osądziłam i przepraszam za to. 
Zatrzymał się tuż przed nią i podniósł rękę, jakby chciał ją pogłaskać, lecz nie 
uczynił tego. 
— Nie musisz się usprawiedliwiać, Janey. Szczerze mówiąc, dałbym wszystko, 
aby móc zrobić twój akt, nawet nie wyobrażasz sobie, jak mi na tym zależy. 
Ale nie będę cię o to prosił, bo obawiam się, że mnie źle zrozumiesz. Jakże 
mam ci wytłumaczyć, że w takich wypadkach patrzę oczyma fotografa nie 
mając żadnych ubocznych myśli? — Uniósł dłonie. — Nie będę cię o to prosił. 
Na wypadek jednak, gdybyś przypadkiem zmieniła zdanie, przysięgam, że 
nikt nie zobaczy tych zdjęć. Na twoje życzenie trzymałbym je pod kluczem, 
choć oczywiście chętnie zrobiłbym z nich użytek, i nikt nie miałby do nich 
przystępu. 
Serce Janey biło jak oszalałe. Była już teraz absolutnie pewna, że Bob nie 
patrzyłby na nią jak na każdą inną fotomodelkę. Może i próbowałby, ale by mu 
się to nie udało! 
— Nie ma sensu rozmawiać o czymś, co się nigdy nie zdarzy — oświadczyła 
przekornie. 
— To ty zaczęłaś. — Odchodząc rzucił jeszcze ze śmiechem: — Nigdzie nie jest 
napisane, że nie wolno ci zmienić zdania, nie zapominaj o tym. 

background image

W parę minut później podpłynęła do miejsca, gdzie Bob zszedł pod wodę z 
aparatem fotograficznym i resztą ekwipunku. Włożyła maskę, wzięła potężny 
haust powietrza i zanurkowała. Zgodnie z przyrzeczeniem Bob czekał na nią 
na głębokości mniej więcej dziesięciu metrów. Może sądził, że tego nie potrafię, 
myślała z zadowoleniem opływając go szerokim łukiem i machając ręką. 
Pokażę mu co potrafię! Ostrożnie, co kilka sekund, wypuszczała z płuc 
powietrze, a kiedy były już niemal puste, podpłynęła do aparatu tlenowego 
przygotowanego dla niej przez Boba i napełniła je na nowo. 
Bob dał znak, aby zdjęła maskę, wskazując przy tym na las olbrzymich 
wachlarzowatych koralowców, kołysanych łagodnie przez wodę. Zrobiła, jak 
sobie życzył. Miała na sobie teraz tylko bikini i ciężarki u kostek. Podpłynęła 
do wskazanego miejsca wykonując harmonijne gesty, zerkała kokieteryjnie 
spomiędzy koralowców, próbowała łapać ręką jaskrawo ubarwione ryby, 
oglądała olbrzymią muszlę — z ciągnącą się za nią falą złotych włosów 
unoszonych przez wodę, tak lekka i zwinna, jaką nigdy nie mogła być na 
stałym lądzie. 
Wdychając znowu tlen z aparatu Boba zrozumiała naraz, dlaczego tak się 
podoba to, co w tej chwili robi. Świadomość, że Bob patrzy na nią wrażliwym 
na piękno okiem artysty, podniecała ją w osobliwy sposób, każąc dać z siebie 
wszystko... 
Wiedziona jakimś wewnętrznym nakazem, zwróciła się ku niemu przybierając 
uwodzicielską pozę, jak gdyby chciała przywieść go do tego aby odłożył aparat i 
wziął ją w ramiona. Wtedy nieoczekiwanie uczuła, że musi koniecznie musi 
zdjąć bikini... 
Zrób to! szeptał wewnętrzny głos. W tej przejrzystej wodzie nic nie może być 
niemoralne, zakłamane czy brudne! Nie było jednego znaku od Boba, nic, co 
wywierałoby na nią presję. Nie myśl o tym, po prostu zrób, co ci dyktuje serce! 
Podniosła palec wskazujący dając Bobowi znak, aby zaczekał po czym sięgnęła 
do zapięcia na plecach, odpięła je i miękkim ruchem ściągnęła górną część 
kostiumu. Z resztą poszło jeszcze łatwiej. Bob chwycił obie części stroju i dał 
znak. Skinęła głową z uśmiechem, przeklinając w duchu maskę na jego 
twarzy, z powodu której nie mogła widzieć miny, z jaką robi jej zdjęcie za 
zdjęciem. 
Jeszcze nigdy w życiu nie pływała nago. Co za wspaniałe uczucie! Czuła się 
taka lekka i wolna, że postanowiła robić to w przyszłości. 
Naraz zobaczyła przed sobą połyskującą intensywną czerwienią rybę, która 
wpatrywała się w nią nieruchomymi oczami. Z uśmiechem na ustach wygięła 
się wdzięcznie do tyłu próbując jej dosięgnąć, i wtedy nastąpił błysk flesza. 
Ryba zniknęła w głębinie, a Bob dał Janey znak, aby wyszła na powierzchnię. 
Był już najwyższy czas. 
Podpłynęła szybko do aparatu, zaczerpnęła świeżą porcję tlenu, wyjęła Bobowi 
z ręki bikini, które jej podsunął, i wynurzyła się. Z głową nad wodą włożyła co 
prędzej kostium kąpielowy i skierowała się do brzegu, nie mogąc doczekać się 
momentu, kiedy Bob jej podziękuje. Z pewnością jest zachwycony! 

background image

Kiedy siedziała na plaży wpatrując się w miejsce, gdzie powinien się ukazać, 
uświadomiła sobie naraz w całej rozciągłości, co zrobiła. Dałam się 
fotografować nago, ja, Janey Lark! Owa myśl była tak przerażająca, że cała jej 
euforia zniknęła tak szybko, jak przed chwilą koralowa ryba, a jej miejsce 
zajęło uczucie przygnębienia. Co Bob sobie o niej pomyślał? Że chciała go 
uwieść? Jeśli tak, to chyba trafił w sedno, a dowód na to tkwił w aparacie 
fotograficznym i czekał na wywołanie. 
Zobaczyła wynurzającego się Boba. W chwilę potem brnął już w jej kierunku 
przez piasek plaży. W pośpiechu wciągnęła szorty i podkoszulek. 
Przedstawienie skończone, myślała ze smutkiem. Co powinnam teraz zrobić? 
Wykręcić film z aparatu? A co będzie, jeśli Bob zacznie się śmiać albo robić 
jakieś ironiczne uwagi? Wtedy biada mu, po prostu go zabije! 
Bob najwyraźniej się nie spieszył. Odłożył ostrożnie aparat, potem zdjął z 
ramion pojemnik z tlenem, w końcu rzekł bez uśmiechu, jakby od niechcenia: 
— Dzięki, Janey. Jestem pewien, że zrobiłem co najmniej kilka dobrych zdjęć. 
Wiesz, że masz talent? 
— Naprawdę? — Nie odważyła się podnieść na niego oczu, najpierw musiała 
zapanować nad roztrzęsionymi nerwami. 
— Naprawdę masz — powtórzył, po czym uklęknął na piasku składając sprzęt. 
Już mu na mnie nie zależy, jęknęła w duchu, a na tę myśl jej serce ścisnęło się 
boleśnie. 
— Wracamy — powiedział obojętnie. — Dziś po południu mam zajęcia z 
nurkami. 
A więc to wszystko... Po tym poranku, po wszystkim, co się stało, on się 
spieszył, nic więcej. Ten pośpiech ją zranił. Była zła na siebie i rozczarowana. 
Jak mogła być taka głupia?! 
Pomogła mu załadować sprzęt do jeepa. Odbyło się to w ciszy, gdyż Bob nie 
zdradzał jakiejkolwiek ochoty do rozmowy, a ona nie śmiała się narzucać. 
Czuła się podle, licząc tylko na to, że Bob dotrzyma słowa i nie opublikuje 
zrobionych właśnie zdjęć. Ale właściwie dlaczego nie miałby zmienić zdania? 
Przecież ona sama to zrobiła! Nie do pomyślenia, gdyby te fotografie miały 
stać się własnością publiczną i trafić do jej domu rodzinnego w Colorado... 
Jazda ciągnęła się w nieskończoność. Janey siedziała blada, z zaciśniętymi 
wargami, przeklinając swoją głupotę, Bob także był zatopiony w myślach. 
Odetchnęła z ulgą, gdy wreszcie zajechali przed hotel. Gdy oddali do 
magazynu sprzęt, spojrzała pytająco na niego: 
— Mogę się wybrać dziś po południu z nurkami? 
— Co mówisz? — sprawiał wrażenie roztargnionego. — Tak, naturalnie. 
Najlepiej umów się z Hannah. Musisz odpocząć, miałaś przecież takie 
wyczerpujące przedpołudnie. Pracę w sklepie zaczniesz jutro z samego rana. 
— W takim razie do zobaczenia powiedziała smutno sięgając po torbę plażową. 
Odchodząc potknęła się i o mało nie upadła, lecz on tego nie zauważył. 

background image

To koniec! Wyszłam na kompletną idiotkę! Załamana do reszty, uginając się 
pod ciężarem wyładowanej torby, dobrnęła do wejścia. W hotelowym hallu od 
razu natknęła się na Hannah. 
— Cześć, mam dla ciebie dobre nowiny. Odzyskałaś swój stary pokój. Twoje 
rzeczy już tam są. 
— Cieszę się — odparła beznamiętnie Janey. 
— Co się stało? — Hannah przyjrzała się jej z niepokojem. 
— Później ci powiem. 
Gdy znalazły się w pokoju, zostawiła torbę koło drzwi i rzuciła się na łóżko. 
— No, powiedz wreszcie — ponaglała przyjaciółka. 
— Sama nie wiem... Wszystko było dobrze, dopóki się nie rozebrałam. 
Zaciekawiona Hannah przysunęła bliżej krzesło. 
— I co? 
Janey opisała wydarzenia przedpołudnia, zaczynając od rozmowy z Vivian, a 
zakończyła westchnieniem: 
— Na samym końcu był jakiś taki dziwny, prawie w ogóle ze mną nie 
rozmawiał. Możesz mi powiedzieć dlaczego? 
—- Nie wiem — wzruszyła ramionami Hannah. — Nie zaprzątaj sobie tym 
głowy, mówię ci. Prawdopodobnie nie umie się uwolnić od swojej byłej żony. 
Nie trać na niego czasu, jest przecież tylu innych... 
Janey już-już miała wykrzyczeć, że dla niej nie liczy się nikt inny, że po tych 
dwóch przeżytych w tak krótkim czasie rozczarowaniach w ogóle nie chce 
słyszeć o mężczyznach, ale w porę doszła do wniosku, że nie ma sensu litować 
się nad sobą, powiedziała więc tylko: 
— Święta racja. Ale co mam teraz robić? 
Hannah wstała z krzesła mierząc przyjaciółkę kpiącym spojrzeniem. 
— Najlepiej spędź resztę dnia w pokoju. Co właściwie innego miałabyś robić? 
Szukać rozrywek? Przecież cała wyspa roi się od obrzydliwych, nudnych 
typów. Żaden ci się nie spodoba, ręczę za to. 
— Zrozumiałam — rozchmurzyła się nieco Janey. — Kiedy wypływacie? 
— O pierwszej — Hannah była zadowolona, że jej słowa odniosły skutek. — Do 
obiadu mamy jeszcze trochę czasu, a po południu, moja kochana, zobaczysz 
najpiękniejsze zakątki podwodnego raju i gwarantuję, że od razu poczujesz się 
lepiej. 
Hannah miała rację. Popołudnie spędziły rozkoszując się słońcem i morzem. 
Woda była bajecznie ciepła, a nastrój wśród amatorów nurkowania wspaniały. 
Ostatecznie wszyscy przyjechali tu, aby przeżyć coś pięknego, a przy okazji 
dobrze się zabawić. 
Po ostatnim zanurzeniu poszły w ruch puszki z piwem i torebki z prażoną 
kukurydzą, a towarzyszyły temu śmiechy i z werwą opowiadane dowcipy. 
Janey wracała w doskonałym humorze. Postarał się o to Tom i jeszcze paru 
innych młodych mężczyzn, o których można było powiedzieć wszystko, tylko 
nie to, że nie są atrakcyjni. 

background image

Hannah namawiała wszystkich do udziału w wieczorku tanecznym, mającym 
się odbyć jak co wieczór na olbrzymim tarasie, hotelu. 
— Długo to będzie trwało? — spytała Janey. 
— Tak długo, jak ty tam będziesz — zapewnił skwapliwie Tom i gdyby nie to, 
że jej myśli nieodmiennie krążyły wokół Boba, na pewno odpłaciłaby mu 
promiennym uśmiechem... 
 
 

Wieczorek taneczny był imprezą towarzyską, na której obowiązkowo spotykali 
się wszyscy. Janey przygotowywała się do niego wyjątkowo starannie, myśląc 
przy tym cały czas o Bobie. Stała teraz przed lustrem w białej, falującej przy 
każdym ruchu sukience na wąziutkich ramiączkach, owładnięta jednym 
pragnieniem: chciała go olśnić, zauroczyć, sprawić, aby nie widział poza nią 
żadnej innej kobiety. Czy zauważy? I czy w ogóle przyjdzie? 
Niedługo potem siedziała w otoczeniu młodych mężczyzn. Kilku z nich poznała 
po południu, gdyż byli w grupie penetrującej rafę koralową, dwaj inni 
pracowali jako obsługa sklepu ze sprzętem do nurkowania, a wszyscy bez 
wyjątku sprawiali wrażenie wysportowanych i lubili towarzystwo. 
Janey rozkoszowała się zachodem słońca i nieskrępowaną, wesołą atmosferą 
wieczoru. Ubiegających się o jej względy Toma i Jeffeya, urzędnika z Nowego 
Jorku, zaszczycała od czasu do czasu uśmiechem, lecz nie dała się na dłużej 
wciągnąć w rozmowę. Sącząc rumowy poncz rozglądała się ukradkiem za 
Bobem, zachodząc w głowę, dlaczego się spóźnia. 
Naraz jej serce zaczęło bić jak oszalałe. To przecież był on! Stał skrzyżowawszy 
ramiona na drugim końcu tarasu i  zdawał się przysłuchiwać gestykulującej 
żywo starszej parze. Potem odkrył go ktoś z grupy skupionej wokół Janey i 
zawołał: 
— Hej, Bob, chodź tutaj! 
— Zaraz! — odkrzyknął wesoło, lecz trwało to nieskończenie długo, gdyż 
zatrzymywał się co chwila, zagadywany ze wszystkich stron. Każdemu chce 
poświęcić nieco uwagi, myślała Janey w nagłym przypływie zazdrości. 
Wreszcie dotarł do ich stolika. Skinął Janey głową, przystawił sobie krzesło i 
zamówił piwo, po czym pogrążył się w rozmowie nie zwracając na nią 
najmniejszej uwagi. Czyżby to była gra? A może po prostu jestem mu 
obojętna? Ależ nie, to niemożliwe, ostatecznie parę godzin wcześniej uczynił jej 
niemal miłosne wyznanie! 
Raptem przyszła jej do głowy straszna myśl. A może robił to jedynie po to, aby 
wprawić ją w odpowiedni nastrój przed sesją zdjęciową? Może bardziej 
zależało mu na udanych fotografiach niż na niej samej? Cały czas zerkała w 
jego stronę, ale on, zajęty rozmową z jakąś rudowłosą pięknością, która 
najwyraźniej umizgiwała się do niego, zdawał się nic nie zauważać. Zresztą 
właściwie dlaczego on, mężczyzna, który mógł mieć te wszystkie kobiety 

background image

naokoło, miałby się zajmować poważnie nią, panną Lark, którą narzeczony 
porzucił na dwa dni przed ślubem? 
Janey! Och, Janey, słyszysz mnie? — głos Toma dobiegł ją jakby z oddali. — 
Chodź, zaczynają się wyścigi krabów. 
- Co... ach tak, idę z tobą — podniosła się zniechęcona tym, że nie udało jej się 
przyciągnąć wzroku Boba. 
To były najdziwniejsze pod słońcem wyścigi. Małe kraby z kolorowymi 
numerami na grzbietach miały wyruszyć z zakreślonego kredą koła. Zawody 
kończyły się, gdy któryś z nich wydostał się poza wytyczony krąg. Kibice 
oczywiście zagrzewali swoje kraby do walki zdradzającymi wielkie emocje 
okrzykami. Krab Janey, oznaczony numerem dwanaście, podczas pierwszych 
trzech „gonitw" nie chciał się ruszyć z miejsca, za to w czwartej wykazał się 
niespodzianą energią, zostawiając przeciwników daleko w tyle. 
Janey ze śmiechem odebrała nagrodę: podkoszulek z napisem „Zwycięzca w 
wyścigu krabów BONAIRE". Mimo woli popatrzyła w kierunku Boba. Ciągle 
jeszcze był zajęty rozmową z tą rudą flirciarą, a na nią nawet nie spojrzał. 
To mi wystarczy! Nie to nie! Ona, Janey, znajdzie sobie towarzystwo, a na 
niego nie będzie się oglądać. Nie jest wart jednej jej myśli. Orkiestra zaczęła 
właśnie grać najnowsze meksykańskie przeboje. Wspaniale, po raz pierwszy 
będę tańczyła pod niebem usianym gwiazdami! 
Tom i Jeffrey nie odstępowali jej na krok, pozwalając na chwilę zapomnieć o 
Bobie, więc drgnęła przestraszona, gdy rozległ się za nią głęboki głos: 
— Zatańczymy? 
Stała przy balustradzie tarasu, wpatrzona w rozsrebrzoną światłem księżyca 
powierzchnię morza, którą marszczyła niewielka fala. Przerwa w tańcach 
dobiegła właśnie końca. 
— Nie powinnaś więcej pić — powiedział stanowczo Bob wyjmując jej kieliszek 
z ręki i odstawiając go na stojący w pobliżu stolik. Otoczył ją ramieniem i 
powiódł na parkiet, a choć orkiestra zaczęła grać szybkie meksykańskie rytmy, 
Bob przytulił ją tak mocno, jakby tańczyli bluesa. Jak dobrze było w jego 
ramionach! Gdyby tak dało się zatrzymać czas... Zamknęła oczy, rozkoszując 
się jego bliskością, świadoma, że i jemu taniec z nią sprawia przyjemność. 
Choć tony muzyki umilkły, jeszcze przez chwilę nie wypuszczał jej z ramion. 
Wyczytała z jego oczu miłość i to wprawiło ją w stan euforii, zaraz jednak 
drgnęła przerażona, gdy odstąpił krok do tyłu i powiedział beznamiętnie: 
— Wywołałem zdjęcia. 
— Tak szybko... — Powiedziała to tylko, aby coś powiedzieć. Była zażenowana 
i speszona. Bob zdawał się posiadać niezwykłą umiejętność panowania nad 
uczuciami, i to ją deprymowało. 
— Naturalnie. Myślałaś pewnie, że oddam film do wywołania w zakładzie 
naprzeciwko hotelu? Mam własną ciemnię. Chciałbym ci je pokazać. 
Janey wpadła w panikę. 
— Nie chcę ich widzieć, Bob — wyszeptała drżącymi wargami. 

background image

— Dlaczego? — uniósł zdziwiony brwi. — Aha, rozumiem. Jeśli nie chcesz 
oglądać własnych aktów, to przynajmniej obejrzyj inne fotografie. Opłaci się. 
Opłaci się! Co on przez to rozumie? Wzburzona zacisnęła pięści. 
— Wspaniale, że odniesiesz dzięki nim sukces — rzuciła kpiąco. — Jeśli o 
mnie chodzi, nie chcę ich widzieć! Dobranoc! 
Zakręciła się na pięcie, jej sukienka przy tym uwodzicielsko zawirowała, i jak 
szalona wybiegła stukając obcasami. Dopiero pod drzwiami swego pokoju 
przyszło jej do głowy, że nie pożegnała się z nikim. Drżącymi palcami szukała 
w torebce klucza, gdy ktoś znienacka stanął za nią. Odwróciła się zaskoczona, 
aby spojrzeć w patrzące na nią uważnie oczy Boba. 
— Janey — szepnął wyraźnie zmartwiony i ujął jej dłonie. — Mam wrażenie, 
że mnie źle zrozumiałaś. Przecież ci przyrzekłem, że nikt nie zobaczy tych 
zdjęć, i obietnicy dotrzymam, a więc uspokój się, proszę. 
— Przepraszam, niepotrzebnie się uniosłam — wykrztusiła zawstydzona. — 
Myślałam, że mimo to chcesz je wszystkim pokazać. 
- Twój brak zaufania bynajmniej mi nie pochlebia, ale wybaczam ci. A 
fotografie — uśmiechnął się zapatrzony w przestrzeń — fotografie są cudowne. 
Najlepsze, jakie kiedykolwiek zrobiłem. Koniecznie muszę ci je pokazać. 
Zresztą komu innemu — mrugnął porozumiewawczo — mógłbym je pokazać 
po tym, co ci przyrzekłem? Jestem w stu procentach pewien, że nie będziesz 
żałować. Pozwolisz mi wejść? 
Wzruszyła ramionami mierząc go nieufnym wzrokiem. 
— Dobrze, wejdź. 
Gdy weszli do pokoju, przywitał ich dobiegający zza otwartych drzwi 
balkonowych szum przypływu. Rzuciwszy torebkę na stół przybrała pozę 
oczekiwania. 
— No i? 
— Przyniosłem tylko kilka najlepszych — rzekł sięgając do saszetki. — Reszta 
została w ciemni. Ale i one dadzą ci wyobrażenie o całej serii. 
Wręczał jej zdjęcia jedno po drugim. Były bez wątpienia znakomite, nawet 
amator mógł to stwierdzić. Na pierwszym z nich w skafandrze do nurkowania 
i z butlą tlenową na plecach wyglądała zza koralowca o oryginalnym kształcie, 
na drugim, już w bikini, podnosiła z dna muszlę, a tuż nad nią przepływała 
gromada maleńkich czarnych i złotych rybek. Na koniec wręczył jej w 
milczeniu trzy zdjęcia. 
Janey oniemiała z wrażenia. To naprawdę była ona? Bob ujął ją z lewego 
profilu, z ciałem zwróconym do majaczącej w tle rafy. Za nią ciągnęła się 
rozwiana fala włosów. Zdjęcie zostało zrobione pod najlepszym z możliwych 
kątem: jej stopy były z wdziękiem wygięte ku dołowi, kolana lekko ugięte, 
kształtne piersi z ciemnymi sutkami sterczały zuchwale ku górze. Głowę 
odrzuciła do tyłu, a na jej twarzy widniał promienny uśmiech, gdy ręką sięgała 
do lśniącej czerwonej ryby, jakby próbując ją złapać. Ryba wpatrywała się w 
nią nieruchomymi oczami, najwidoczniej zdumiona obecnością intruza w 
podwodnym królestwie. 

background image

— Powiedz: czyż nie jest piękne? Żałujesz, że je zrobiłem? — spytał po chwili 
miękko. 
— Naprawdę piękne... — szepnęła oddając mu fotografię. Nie śmiała przy tym 
podnieść na niego oczu. 
— To nie moja zasługa, lecz twoja — przyznał skromnie. — Na okładkę folderu 
planuję dać w każdym razie tamto w bikini. 
— Mam nadzieję. 
Zabrzmiało to tak sucho i powściągliwie, że przyjrzał się jej uważnie, jakby 
próbując odgadnąć, co kryje się za jej nieprzeniknioną twarzą, wreszcie 
zaproponował: 
— Wyjdźmy na balkon. Noc jest taka piękna... Wsparci o balustradę patrzyli 
na połyskującą wodę, wsłuchując się w szum fal omywających z cichym plus-
kiem brzeg. 
Przez cały czas Bob był dziwnie milczący, ona też nie zdradzała ochoty do 
rozmowy. Magia tej rozgwieżdżonej nocy z Bobem u boku działała na nią ze 
zdwojoną siłą. Wreszcie Bob odezwał się cicho: 
— Janey, chcę być z tobą szczery. Wiesz, dlaczego tu jestem? 
Potrząsnęła niemo głową unikając jego spojrzenia. 
— Naprawdę nie? — Zwrócił się teraz do niej całym ciałem i zajrzał w oczy. — 
Na próżno usiłowałem walczyć ze sobą. Twoje zdjęcie wzięło mnie w niewolę. 
Ty wzięłaś mnie w niewolę! 
Znów na długą chwilę zaległo milczenie. 
— Więc dlaczego byłeś potem dla mnie taki zimny? Dlaczego naraz tak ci się 
zaczęło spieszyć? Miałam uczucie, że chcesz się mnie jak najszybciej pozbyć... 
Bob aż jęknął. 
— Nie byłem obojętny, przeciwnie, podniecony jak nigdy. Wprost nie mogłem 
doczekać się chwili, kiedy wywołam zdjęcia i zobaczę, jak wypadły. A one 
przeszły moje najśmielsze oczekiwania! Janey, to najlepsze, co kiedykolwiek 
zrobiłem. — Przerwał na moment, aby dokończyć cicho: — Są wyjątkowe. Ty 
jesteś wyjątkowa. 
Pogłaskał ją po nagich ramionach, a kiedy mimo woli zadrżała, wydał z siebie 
westchnienie, przyciągnął ją do siebie i zaczął szaleńczo, namiętnie całować. 
Nie wolno mi do tego dopuścić, myślała w panice, a przecież jakaś tajemna siła 
kazała jej się jeszcze mocniej przytulić do niego i odwzajemniać dzikie 
pocałunki, przyprawiające niemal o utratę zmysłów, pulsujące krwią w 
skroniach. Wszystkie narzucone wcześniej normy postępowania stały się 
raptem nieważne, ustępując miejsca dziwnej sile, niedwołalnie popychającej ją 
w ramiona tego mężczyzny. Zamiast odtrącić Boba, zarzuciła mu ręce na szyję 
i przywarła do niego w miłosnym zapamiętaniu. Rozsądek mówił „nie", 
wszakże ciało nie umiało już być temu posłuszne... 
— Doprowadzasz mnie do szaleństwa — szepnął zdławionym głosem. — Już 
przed sesją zdjęciową było ze mną wystarczająco źle. Od dnia, kiedy po raz 
pierwszy zobaczyłem cię w sklepie w Denver, myślę tylko o tobie, a od 

background image

dzisiejszego przedpołudnia, kiedy miałem szczęście oglądać całą twoją 
piękność... 
— Proszę, ani słowa więcej! — przerwała gwałtownie póbując uwolnić się z 
jego objęć. — Nie mamy prawa, nie wolno nam. Rozmawiałam z Vivian... 
Wpatrzył się w nią zaskoczony, jakby nie rozumiejąc sensu wypowiedzianych 
przez nią właśnie słów. 
— Zapomnij o Vivian! — rzucił wreszcie z rozpaczą w głosie. — Zrozum, 
przecież nie jest już moją żoną! 
— Ale ona mówiła... 
— Mniejsza o to, co mówiła. Teraz jesteś tylko ty... — szepnął chrapliwie 
pieszcząc z czułością jej kark. — Janey, pragnę cię. Chcę być z tobą. Teraz. 
Tutaj. Dlatego przyszedłem za tobą do pokoju. Tak jak ciebie, nie pragnąłem 
jeszcze nigdy żadnej kobiety, choć ich nie brakowało. Moje uczucia jeszcze 
nigdy nie były tak intensywne jak w tej chwili, sam jestem zdumiony, że to 
może być aż tak... obezwładniające. Nie potrafię ci się oprzeć. Z tobą jest to 
samo? Mam wrażenie, że tak... ale ty sama musisz być tego pewna. Jeśli 
powiesz „nie", natychmiast wyjdę. Wprawdzie nie wiem, co wtedy zrobię — ale 
na pewno zostawię cię w spokoju. A jeśli powiesz „tak", to... 
Bez tchu czekał jej odpowiedzi. Janey stwierdziła zdumiona, że drży na całym 
ciele. 
— Nie wiem, czy byłoby to w porządku... — szepnęła ledwie słyszalnym 
głosem. 
— Do diabła z tym, co jest w porządku, a co nie! Janey, dlaczego zawsze się 
zastanawiasz, czy coś jest słuszne? Jeśli chcesz coś zrobić, zrób to, a nie pytaj 
siebie w nieskończoność, czy tak można! 
Oszołomiona jego wybuchem zamknęła oczy. Jej policzek leżał na piersi Boba, 
słyszała bicie jego serca. 
— Powiedz „tak", Janey. Powiedz „tak"... 
Na to była tylko jedna odpowiedź. Janey nie potrafiła się dłużej opierać jego 
błagalnemu szeptowi, w którym zawierało się palące pożądanie. Już same 
pocałunki i dotknięcia jego dłoni wprawiły ją w stan ekstazy, zmuszający do 
zapomnienia o wszystkim, co nie było miłością. Cóż takiego powiedział o 
Vivian? W tej chwili już tego nie pamiętała, to po prostu nie miało żadnego 
znaczenia. Błędem było, że się kiedyś zadawala z Jerrym, lecz jeszcze 
większym błędem będzie, jeśli teraz odepchnie mężczyznę swego życia. Ich 
spotkanie było zrządzeniem losu, a to, co miało nastąpić, czymś tak 
naturalnym jak wschód i zachód słońca... 
— Tak... — wyszeptała z bijącym dziko sercem. Była już w tej chwili jednym 
wielkim oczekiwaniem... 
Odetchnął z ulgą, a w jego oczach zapłonęła radość. Przytulił ją jeszcze 
mocniej do siebie okrywając żarliwymi pocałunkami, aby wreszcie ująć ją 
delikatnie za rękę i wolno zaprowadzić do pokoju. 

background image

Leżeli potem jeszcze długo, szepcząc do siebie czułe słowa, otuleni 
wszechobecnym szumem fal. Wreszcie Bob usiadł na łóżku spoglądając na nią 
z żalem. 
— Muszę wracać. Przyrzekłem opiekunce Jasona, że ją zwolnię o północy. 
Zniknął w łazience, a ona poczuła się strasznie, ściągnięta naraz z obłoków na 
ziemię. Nie żałowała niczego, zdawała sobie jednakże sprawę, że ma przed 
sobą wiele problemów. Przecież była jeszcze Vivian... i mały Jason. Czy w 
życiu Boba mogło w tej sytuacji znaleźć się dla niej miejsce? 
Przyglądała się z łóżka, jak się ubiera, zafascynowana jego smukłym, 
wysportowanym ciałem. Zresztą nie tylko ono jej się w nim podobało. Był 
ujmujący w obejściu, opiekuńczy, potrafił rozmawiać na każdy temat i... 
nauczył ją miłości. Uśmiechnęła się na tę myśl. 
— Tak mi przykro, że muszę zostawić cię samą. — Jego oczy spochmurniały i 
pojawiła się w nich udręka. — Proszę, nie patrz tak na mnie. Miej cierpliwość. 
Muszę uporządkować swoje życie, załatwić sprawę Vivian... a to nie będzie 
łatwe. 
Czyżby mówił o danym byłej żonie przyrzeczeniu, że poślubi ją powtórnie? 
— A co będzie, jeśli... 
— Nie teraz, kochanie, dobrze? — Ujął dłoń Janey muskając w przelotnym 
pocałunku jej wargi. — Do jutra. 
— Do jutra... - - szepnęła zdławionym głosem, a jej oczy zaszkliły się łzami. 
Lecz on już ich nie widział, właśnie zamykał za sobą drzwi... 
 
 

I znów zaczyna się boski dzień, pomyślała Janey zbudziwszy się następnego 
ranka i ujrzawszy wpadające przez okno promienie słońca. Szybko wyskoczyła 
z łóżka i pobiegła na balkon. Morze leżało spokojnie u jej stóp, a na jego roz-
złoconej powierzchni kołysały się niezliczone żaglówki. Oparła się o 
balustradę, wodząc oczyma za białymi chmurami sunącymi po nasyconym 
błękicie nieba i... dumając o Bobie. Na wspomnienie minionego wieczoru 
przeniknął ją rozkoszny dreszcz... To były niepowtarzalne chwile! Co się stało, 
tego nie odbierze jej nikt... 
Tego dnia też będziemy razem nurkować! Chyba powinnam się zacząć ubierać. 
Ta myśl wywołała u niej przyspieszone bicie serca. Co prędzej wzięła prysznic, 
włożyła kostium kąpielowy, a na to, jak poprzedniego dnia, naciągnęła szorty i 
podkoszulek. 
W chwilę potem biegła podśpiewuj w kierunku restauracji. 
Przy stoliku w rogu sali odkryła Hannah. 
— Piękne dzień dobry! — powitała przyjaciółkę promiennym uśmiechem; 
Hannah niosła właśnie łyżeczkę z jajecznicą do ust, lecz podejrzana w jej 
mniemaniu wesołość Janey sprawiła, że jej ręka opadła. 
— O tak, piękne dzień dobry! — powtórzyła przyglądając się jej spod oka. — 
Jak widać, jesteśmy w doskonałym humorze! Wolno mi spytać dlaczego? 

background image

Janey, zła na samą siebie, spuściła oczy. Jeśli dalej będziesz się zachowywać w 
sposób zwracający uwagę, wkrótce wszyscy w hotelu będą wiedzieć, że spałaś z 
Bobem. 
— Ale przecież dzień jest naprawdę piękny! — broniła się niezręcznie, 
niezadowolona, że Hannah przygląda się jej podejrzliwie. — Dziś znowu będę 
nurkować z Bobem. 
Hannah zdawała się całkiem zajęta stojącym przed nią śniadaniem. 
— Wczoraj tak nagle zniknęłaś — zauważyła z domyślnym uśmiechem. — Nie 
jestem ciekawa, ale... 
Janey zrobiła pocieszną minę. Nie było sensu udawać przed Hannah, która 
potrafiła przejrzeć ją na wylot. 
— I tak się dowiesz — rzekła sięgając po grzankę. — Bob i ja... — szukała 
odpowiednich słów. — Powiedziałabym, że nasza znajomość przybrała nowy 
wymiar. 
Hannah aż zakrztusiła się kawą. 
— Nowy wymiar! Tak to nazywasz? 
— Można to określić inaczej — uśmiechnęła się niepewnie Janey. — Hannah, 
ja naprawdę się zakochałam. On jest, on jest... 
— Dobry w łóżku? — spytała Hannah z udawaną obojętnością.  
— To też... I przestań stroić sobie ze mnie żarty, dobrze? Owszem, jest 
wspaniałym kochankiem. Nie potrafię ci opisać, co wczoraj wieczór przeżyłam. 
Jeszcze nigdy... — Przerwała widząc zbliżającego się w ich stronę kelnera. — 
Wczoraj wieczór dowiedziałam się dzięki niemu, czym naprawdę jest miłość. 
Hannah przyglądała się jej w zamyśleniu. 
— A co z Vivian? — nie omieszkała spytać, gdy kelner odszedł, przyjąwszy 
zamówienie od Janey. — Mówił coś konkretnego? 
— Nie, właściwie nie... — westchnęła Janey. — Ale przyrzekł znaleźć wkrótce 
jakieś wyjście. 
— Nie uważasz, że to trochę za mało? 
— To prawda, niewiele. — Przez twarz Janey przemknął cień. — Ale Bob mnie 
nie okłamie... nigdy!. 
— Ze względu na ciebie też mam taką nadzieję. Co prawda nie umiem sobie 
wyobrazić, aby to miało być czymś więcej niż zwykłą przygodą, ale... 
Może i tak będzie... Janey zrobiło się smutno. W końcu byli na wyspie ze snów, 
gdzie ludzie uganiają się za wszelką możliwą rozrywką. Naokoło zawzięcie 
flirtowano. A Bob? Może jest taki sam? Pomyślała o sposobie, w jaki brał ją w 
ramiona... 
— Tu nie ma żadnego ale! I nie jest to żadna przelotna przygoda. Jestem 
pewna, że traktuje naszą znajomość poważnie. 
— Mimo to musisz uważać — ostrzegła przyjaciółkę Hannah. — Nie 
zapominaj, że była żona także go kocha. 
— Wiem. Gdy myślę o niej, od razu opadają mnie wyrzuty sumienia. 
— Nie ma powodu — wzruszyła ramionami Hannah. — W końcu się rozwiedli. 

background image

— Mam uczucie, że muszę to wszystko jeszcze przemyśleć. — Wzrok Janey na 
moment sposępniał, zaraz jednak z powrotem się rozpogodziła. — W każdym 
razie nie dziś. — Ugryzła z przyjemnością kawałek grzanki. — Dziś pragnę 
tylko jednego: być z Bobem. Na rozmyślania będzie czas jutro. 
— O tak, to mądre, nawet bardzo mądre — zauważyła ze zwykłym sobie 
sarkazmem Hannah. — Mam nadzieję, że nie nadejdzie taki dzień, kiedy 
zaczniesz tego żałować. 
— Co mi tam! — wzruszyła beztrosko ramionami Janey. — Jestem bez 
pamięci zakochana w Bobie i to jest najważniejsze. Czuję się, jakby mi urosły 
skrzydła u ramion, a przede mną jest nowy wspaniały dzień! 
Dzień przyniósł jej w darze znacznie więcej, niż się spodziewała. Bob zabrał ją 
i Jasona na jedną z najpiękniejszych plaż na wyspie. Jason, który był jeszcze 
za mały na nurkowanie, zbierał muszelki, a oni zeszli do rafy koralowej. Kiedy 
po upływie pół godziny wrócili na ląd, pokazał im z dumą swoje skarby. 
— Popatrz, jaka ładna — podniósł tryumfalnie ciemno-różową muszlę. — 
Daruję ci ją, Janey. 
Widać mnie lubi, pomyślała z radością, przyjmując prezent. Zerknąwszy na 
Boba wywnioskowała z jego zadowolonego uśmiechu, że oznaki sympatii 
okazywane jej przez chłopca nie uszły jego uwagi. 
Niemal w tej samej chwili ujrzeli nad sobą olbrzymiego flaminga... 
— Wspaniały! — westchnęła z podziwem. Jason był zachwycony, że znalazł 
słuchacza. 
— Na wyspie żyje wiele gatunków ptaków. 
— Dokładnie- sto trzydzieści — sprecyzował Bob. — Papugi karaibskie, 
jaskółki purpurowe... 
— ...kolibry, tukany — wyliczał z entuzjazmem Jason. — Tato i ja często 
podglądamy ptaki. 
Znowu punkt dla Boba, skonstatowała Janey. Przy tym wszystkim jest jeszcze 
dobrym ojcem. 
— To nie wszystko — zaznaczył Bob. — Na wyspie rośnie wiele gatunków 
kaktusów, niektóre wysokie na sześć metrów. Mamy też długie na metr 
legwany i... 
— ... i z niektórych kaktusów robi się zupę, ale ja jej nie lubię — skrzywił się 
chłopiec. 
— Bonaire to prawdziwy raj, a już szczególnie dla fotografa. Mógłbym spędzić 
tu resztę życia i nie wypuszczać aparatu z rąk. Może zresztą to zrobię. 
A ja z tobą, szepnęła do siebie Janey, głośno zaś powiedziała: 
— Mam nadzieję, że uda mi się jak najwięcej z tego zobaczyć. 
— I zobaczysz — popatrzył na nią przeciągle Bob. — Zdaj się pod tym 
względem na mnie. 
Znów spowiła ich dobrze już im znana aura osobliwego, przyprawiającego o 
drżenie serca napięcia. 
— Co robimy dziś po południu? — spytała próbując się z niego otrząsnąć. 
— Chciałabyś obejrzeć wrak statku? Mam zamiar dziś się tam wybrać. 

background image

— Chodzi o „Hilmę Hooker", tatusiu? Och, tak chciałbym popłynąć tam z 
wami. 
Bob pieszczotliwie zmierzwił czuprynę syna. 
— Poczekaj jeszcze parę lat, a wtedy będziesz już mógł nurkować. — Potem 
zwrócił się do Janey: — „Hilma Hooker" zatonęła przed kilku laty u 
południowo-zachodniego wybrzeża wyspy. Nie leży zbyt głęboko, utknęła w 
wąskim kanale wśród zwałów piasku i podwodnych skał. Zejdziemy do niej, 
aby się trochę rozejrzeć. 
— Super! — Od razu pożałowała rzuconego niebacznie słowa, uzmysłowiwszy 
sobie, przy jakiej to okazji użyła go poprzedniej nocy. Bob mrugnął do niej 
ponad głową Jasona. A więc i on sobie przypomniał! 
Woda na piętnastu metrach głębokości była krystalicznie czysta. Płynęła 
powoli za Bobem, słysząc jedynie szmer własnego oddechu dochodzący z 
aparatu tlenowego. Właśnie ukazał się ich oczom zardzewiały reling 
zatopionego frachtowca. 
Janey zadrżała z emocji. Oglądała pod wodą wrak statku, gdy tymczasem 
znajomi w Denver, uwikłani w szarzyznę zwykłego dnia, spieszyli się, siedzieli 
za biurkami lub robili zakupy. Gdybym tam została i tak jak to było 
zaplanowane, poślubiła Jerry'ego, w tej chwili być może odkurzałabym 
mieszkanie lub prała jego skarpetki. Zamiast tego jestem tutaj, na rajskiej 
wyspie, nurkuję z człowiekiem, którego kocham, i cieszę się życiem jak jeszcze 
nigdy! 
Słońce chyliło się już ku zachodowi, gdy Bob cumował łódź przy pirsie. 
Ująwszy Jasona za rękę powiedział: 
— Teraz muszę już iść, ale spotkamy się wieczorem na tarasie hotelu, dobrze? 
Serce Janey zatrzepotało z radości. A więc chce się jeszcze z nią zobaczyć! 
— Wspaniale! — nie umiała ukryć entuzjazmu. Zresztą po co miałaby to robić? 
I tak już wszystko było wiadomo... 
Tak, to był naprawdę cudowny dzień! 
Janey dołożyła wszelkich starań, aby tego wieczoru wyglądać wyjątkowo 
pięknie. Tym razem wybrała białe spodnie, efektowny pulower w piaskowym 
kolorze i sandały na wysokich obcasach, starannie wyszczotkowała włosy i 
poprawiła makijaż. Zadowolona ze swego wyglądu już miała wyjść, gdy 
rozległo się ciche pukanie do drzwi i na progu stanęła pokojówka z jakąś 
kartką w ręku. 
Proszę przyjść do pokoju 202, przeczytała zaskoczona Janey. Podpis brzmiał 
Vivian. 
Czego ona znowu ode mnie chce? I skąd się tu wzięła? Przecież miała lecieć do 
Nowego Jorku! 
Szła na to niespodziewane spotkanie z uczuciem niepokoju. Gdy z bijącym 
sercem zapukała do drzwi pokoju Vivian, z wnętrza dopiero po dłuższej chwili 
dobiegł zdławiony głos: 
— Proszę wejść. 

background image

Choć w pokoju panował półmrok, gdyż zasłony były szczelnie zaciągnięte, nie 
dało się nie dojrzeć panującego naokoło bałaganu. Porozrzucane części ubrania 
i kosmetyki leżały dosłownie wszędzie. W powietrzu unosił się ostry zapach 
alkoholu. 
— Nieporządek, prawda? — Vivian w negliżu z zielonego jedwabiu siedziała 
skulona na łóżku spoglądając na Janey zaczerwienionymi, mętnymi oczami. — 
Niemiło na to patrzeć, przyzna pani. 
Janey nie odpowiedziała. Najchętniej odwróciłaby się i uciekła, lecz coś 
trzymało ją siłą w miejscu. 
— Proszę nie patrzeć na mnie w ten sposób — wykrztusiła Vivian. — Wiem, 
przeżyła pani szok, ale.... Zapewniam, że nic pani nie zrobię, chcę tylko 
porozmawiać. 
Wstała z trudem, zgarnęła stertę ubrań z jednego z krzeseł i podsunęła je 
Janey, po czym na nowo przycupnęła na łóżku. Janey usiadła speszona na 
brzeżku krzesła. 
— Myślałam, że poleciała pani do Nowego Jorku... — powiedziała cicho. 
— Owszem, miałam taki zamiar, ale jak pani widzi, nie zrobiłam tego. Bob o 
tym nie wie. Zamknęłam się wczoraj w pokoju i zaczęłam pić na umór. — 
Wskazała na pustą butelkę stojącą koło łóżka. — A wie pani dlaczego? 
Janey przygotowała się w duchu na najgorsze. 
— Śledziłam Boba wczoraj wieczór, jak to robią zazdrosne żony... albo raczej 
eks-żony... Wiem, że był długo w pani pokoju i nietrudno mi sobie wyobrazić, 
co się między wami zdarzyło. 
Janey mimo woli wciągnęła głęboko powietrze, jak ktoś, komu nagle zabrakło 
oddechu, i chciała coś powiedzieć, lecz Vivian podniosła rękę w odmownym 
geście, dając do zrozumienia, że nie chce słuchać żadnych wyjaśnień. 
— Wie już pani, co potem zrobiłam. Chciałam upić się do nieprzytomności. 
Czystą wódką. Nie muszę chyba pani mówić, że taką piją nałogowi alkoholicy 
— roześmiała się gorzko. — Nie te głupie cocktaile z odrobiną alkoholu... 
Janey zrobiło się nieprzyjemnie. Poczuła się winna stanu, w jakim znajdowała 
się Vivian. 
— Tak... tak mi przykro... — wyjąkała nie wiedząc, co powiedzieć. 
— Proszę jedynie o to, aby nie mówiła pani o tym Bobowi. Wracam do 
Stanów... jeszcze dziś. W Kalifornii jest taka klinika... proponująca 
czterotygodniową kurację odwykową. Zresztą już chyba kiedyś pani o niej 
wspominałam. Tym razem się uda, musi się udać. Tym razem naprawdę 
skończę z alkoholem, a potem Bob, Jason i ja znów będziemy rodziną... 
Zaniosła się łkaniem. Janey nie mogąc patrzeć na jej udrękę szepnęła: 
— Postaram się schodzić mu z drogi. Przez te cztery tygodnie, dopóki pani nie 
wróci. Więcej... więcej nie mogę przyrzec, Vivian..'. 
— Nie powie mu pani? 
— Nie. 
Vivian podniosła głowę uśmiechając się z ulgą, lecz Janey nie było już w 
pokoju. 

background image

Z ciężkim sercem, powłócząc nogami wyszła na taras i przysiadła się do 
Hannah. 
— Co się stało? — zaniepokoiła się przyjaciółka. — Wyglądasz, jakbyś ujrzała 
ducha. 
Janey opowiedziała jej scenę z Vivian. 
— Moje nadzieje legły w gruzach — dodała zrozpaczona. — Ale sama jestem 
sobie winna. Nie powinnam była zaczynać z Bobem. 
— Co mu powiesz? 
— Cokolwiek, byle nie prawdę. Muszę coś wymyślić... Najlepiej będzie, jak 
porozmawiam z nim od razu — poderwała się. — Pewnie jest jeszcze na 
przystani. — Odchodząc rzuciła przez ramię: — I dzięki ci, że tym razem 
oszczędziłaś mi swego „A nie mówiłam?" 
Nie myliła się. Bob wraz ze swymi ludźmi był zajęty napełnianiem butli 
tlenowych. Uśmiechnął się na jej widok, lecz gdy zobaczył jej poważną minę, 
odciągnął ją na bok. 
— Co się stało, Janey? 
— Długo rozmyślałam o nas i... 
Bob czując, że zanosi się na coś niedobrego, położył jej rękę na ramieniu i 
zajrzał z niepokojem w oczy. 
— Uważam, że powinniśmy dać sobie spokój, to wszystko — zdobyła się 
wreszcie na odwagę. — Wczoraj wieczorem było cudownie, ale... — urwała 
bezradnie. O Boże, to wszystko było trudniejsze, niż myślała... 
— Ale co? — wpatrywał się w nią zdumiony. 
— Nie chcę się wiązać, potrzebuję teraz trochę swobody... — szepnęła unikając 
jego wzroku. — Muszę... 
— Odnaleźć samą siebie? — zapytał drwiąco. 
— Nie, nie to... — Złośliwość Boba niesłychanie ją zabolała. Ostatecznie 
wspomnienie Jerry'ego było w niej jeszcze ciągle żywe. 
Bob zagryzł wargi. 
— Masz ochotę się zabawić, tak? Kawał swego życia poświęciłaś jednemu 
mężczyźnie... bo przecież ze mną byłaś tylko raz, więc chcesz nadrobić 
stracony czas? No cóż, jeżeli tak koniecznie musisz to zrobić, nie będę ci stał 
na zawadzie. 
— Nie wolno ci tak o mnie myśleć! — rzuciła zrozpaczona, że nie zrozumiał. — 
Ja... — znów umilkła. Jakże miała mu to wytłumaczyć nie łamiąc 
przyrzeczenia danego Vivian? 
— W takim razie powiedz dlaczego. Z powodu mojej byłej żony? Przecież ci 
powiedziałem, że najpierw muszę uporządkować moje sprawy, więc błagam, 
miej trochę cierpliwości! 
Doskonale zdawała sobie sprawę, jaki ból mu sprawiła, choć na to nie zasłużył. 
Mimo to nie zdecydowała się powiedzieć mu prawdy. 
— Zrozum, mam inne plany... 

background image

— Jak sobie życzysz! Na co jeszcze czekasz? — rzucił ze złością. — Nawet jeśli 
pójdziesz do łóżka ze wszystkimi chłopakami z wyspy, nie obejdzie mnie to ani 
trochę! 
W jej oczach zabłysły łzy. 
— Oczywiście zostanę i będę pracować, tak jak to zostało uzgodnione. 
Potrzebuję przecież pieniędzy — wyszeptała starając się nie wybuchnąć 
płaczem. — Ale proszę cię, zostaw mnie w spokoju, Bob... 
Odwróciła się w porę — w sekundę później łzy potoczyły się po jej policzkach. 
Po paru krokach obejrzała się, lecz Bob nie szedł za nią, o nie, wrócił do pracy 
jakby nigdy nic i nawet nie podniósł głowy. Pobiegła przed siebie zanosząc się 
łkaniem... 
Następne tygodnie należały do najgorszych w życiu Janey. Ze ściśniętym 
sercem unikała Boba jak ognia, za to rzuciła się z zapamiętaniem w wir pracy. 
Do późna siedziała w sklepie, wypływała z nurkami jako instruktorka, uczyła 
urlopowiczów podstawowych zasad nurkowania. 
Towarzystwa jej nie brakowało, naokoło było dość przystojnych, wyraźnie nią 
zajętych mężczyzn. Od czasu do czasu wypływała z którymś z nich żaglówką 
albo szła do jedynej na wyspie dyskoteki, tyle że wieczorem każdy z wielbicieli 
nieodmiennie dostawał kosza, gdy tylko próbował zaciągnąć ją do łóżka. 
Nawet nie miała im za złe tego pośpiechu, wielu z nich miało przed sobą 
zaledwie tydzień, cóż więc dziwnego, że nie chcieli tracić czasu? Dla niej 
wszakże to nie wchodziło w rachubę; nie interesowali jej mężczyźni na jedną 
noc. 
Myślała tylko o Bobie: człowieku, którego kochała i nie mogła mieć. Gdyby nie 
Vivian, wszystko wyglądałoby inaczej... 
Najgorsze jednak było to, że często musiała przebywać w jego towarzystwie. 
Odnosił się do niej z chłodną uprzejmością, obojętnie, jak do każdej innej 
pracownicy. To bolało ją najbardziej. Niekiedy długo w noc leżała z otwartymi 
oczyma, nie potrafiąc opędzić się od wspomnień jedynej nocy miłosnej z 
Bobem, kiedy indziej śniła, że leży obok, bierze ją w ramiona, całuje, pieści w 
najczulszy i najdelikatniejszy sposób. Budziła się potem drżąc z pożądania i 
przyrzekała sobie, że zaraz z rana do niego pójdzie, aby mu powiedzieć, jak go 
pragnie... 
Nigdy jednak tego nie zrobiła, duma nie pozwalała jej na to. 
Minęły cztery tygodnie, potem pięć. Ani śladu Vivian! 
Pewnego wieczora Janey wybrała się z Tomem i resztą towarzystwa na 
kolację. Potem poszli na tańce, zajrzeli do małego kasyna w pobliżu „Garza 
Blanca", a na koniec, lekko wstawieni, wyszli na taras hotelu i zamówili 
jeszcze jedną kolejkę. 
Bob właśnie siedział przy barze. Janey chcąc nie chcąc musiała usiąść obok 
niego. 
Przyglądał jej się przez chwilę w milczeniu, wreszcie zapytał z lekką drwiną: 
— Bawi cię to? 

background image

— Nawet bardzo! — Najwyraźniej zamierzał ją dręczyć, postanowiła więc 
odpłacić mu pięknym za nadobne. 
— Cieszę się — rzucił sucho, potem zapłacił, odsunął pustą szklankę i wstał. 
— Dobranoc, Janey. Dobranoc wszystkim. 
— Co go ugryzło? Z nim dzieje się coś niedobrego — pokręcił głową Tom, 
ubierając w słowa to, co zaprzątało myśli wszystkich. — Już od dłuższego 
czasu jest w złym humorze. 
Zaraz jednak pośród śmiechów i radosnej wrzawy zapomniano o nim. Tylko 
Janey czuła ciężar na piersi. Unikała Boba, to prawda, lecz nie mogła przestać 
o nim myśleć. Rozbawione towarzystwo zbrzydło jej do reszty, więc tuż po 
północy wymknęła się cichaczem i zeszła na plażę. 
Tego mi brakowało, myślała spacerując zalanym światłem księżyca brzegiem 
morza. Lekka bryza rozwiewała jej spódnicę, sandały niosła w dłoni 
rozkoszując się aksamitnym piaskiem przesypującym się między palcami stóp, 
które od czasu do czasu lizała fala. 
Naraz przystanęła wpatrując się w ciemność. Ktoś szedł w jej stronę. 
Instynktownie rozpoznała Boba, zanim jeszcze zdołała dojrzeć jego twarz. 
Zawsze go poznawała po gibkim, niemal tanecznym chodzie i wysportowanej 
sylwetce. 
— Co tu robisz o tej porze? — Jego oczy przypatrywały jej się kpiąco. — W 
dodatku sama, bez kręgu wielbicieli? Nie szkoda ci takiej pięknej nocy? 
— Chciałam być sama — wyznała cicho czując, że zaczyna drżeć. — Wygląda 
na to, że ty też... 
— Chciałem spokojnie pomyśleć... i podjąłem decyzję. — Uczynił taki ruch, 
jakby chciał ją objąć, ku jej rozczarowaniu nie zrobił jednak tego. — Janey, 
musimy pomówić, ale nie tu, dobrze? 
To prawda, nie tylko oni jedni wybrali się na nocny spacer. 
— No, nie wiem... — zawahała się. 
— Nie masz się czego bać. Jeśli mówię, że porozmawiamy, to porozmawiamy, 
nic więcej. Masz choć trochę zaufania do mnie? 
— Dobrze, chodźmy. 
Wziął ją za rękę i zaprowadził na hotelowy parking, gdzie staf zaparkowany 
jego jeep. 
— Wsiadaj — powiedział. 
Nie pytając o nic wrzuciła sandały na tylne siedzenie i wsiadła obciągając przy 
tym spódnicę, aby wiatr jej nie podniósł. Bob zapalił silnik i ruszył na północ w 
kierunku autostrady. 
Jechali w milczeniu tonącą w blasku księżyca szosą. Dookoła nie było żywej 
duszy. Nie wiedziała, dokąd jadą, lecz nie zdziwiła się, gdy skręcili w wąską 
piaszczystą drogę, wiodącą do zatoki, gdzie Bob robił jej zdjęcia. 
— Muszę z tobą pomówić — zaczął zgasiwszy silnik i odwróciwszy się do niej. 
— Nie będzie to łatwe, ale czuję, że powinienem powiedzieć ci całą prawdę. 
— Słucham... — szepnęła z bijącym niespokojnie sercem. Ujął jej dłoń i 
zamknął w swojej. 

background image

— Zacznę od początku. Kiedy poznałem Vivian, miałem zaledwie dwadzieścia 
dwa lata. Ona jest parę lat starsza, lecz wtedy mi to nie przeszkadzało. 
Widziałem w niej atrakcyjną kobietę i zakochałem się. Po dwóch miesiącach 
byliśmy już małżeństwem. Opowiadałem ci o naszym pierwszym sklepie ze 
sprzętem do nurkowania. Kiedy doprowadziliśmy go do porządku i zaczął 
przynosić dochód, nabyliśmy jeszcze inne. Wszystko się układało, dopóki 
Vivian nie zaszła w ciążę. Wreszcie urodził się Jason, ale wtedy już coś zaczęło 
się psuć. Vivian coraz częściej sięgała po alkohol, naprawdę nie wiem dlaczego. 
Może przyczyną tego była ciąża, którą źle znosiła, a może przejściowe 
trudności w firmie. Spadło to na mnie jak grom z jasnego nieba... — Bob 
przerwał, najwyraźniej udręczony bolesnymi wspomnieniami. 
— Piła od rana do wieczora — podjął na nowo. — Krótko mówiąc, koniec 
nastąpił, gdy będąc na rauszu siadła za kierownicę i spowodowała wypadek. 
Sama pozostała nietknięta, lecz Jasona odwieziono do szpitala ze złamaną 
nogą. Miarka się przebrała, nie pozostało mi nic innego, jak się rozwieść. 
Prowadzimy jednakże wspólnie firmę, wiedziałaś o tym? 
Skinęła w milczeniu głową. 
— Przyrzekłem jej wtedy, że jeśli się zmieni, wrócę do niej. Uwierz mi, dałem 
jej szansę jedynie ze względu na Jasona. Ostatecznie jest jego matką... Minęły 
już prawie dwa lata i ona rzeczywiście przestała pić. Zatem... — potrząsnął 
zniechęcony głową. 
— Och, Bob — zacisnęła palce na jego dłoni nie wiedząc, co powiedzieć. 
Jednego wszakże była pewna: to nie od niej dowie się prawdy o Vivian. 
— Przyrzekłem, a więc muszę się z nią po raz drugi ożenić. Jakże mogę cofnąć 
słowo, skoro ona dotrzymała swego? Och, Janey, ja jej nie kocham. — Chwycił 
ją za ramiona i zajrzał z rozpaczą w oczy. — Jakże mogę się z nią ożenić, skoro 
kocham ciebie? Janey, Janey... — Głos odmówił mu posłuszeństwa. 
Przyciągnął ją do siebie i ukrył twarz w jej włosach. — Te ostatnie tygodnie 
były prawdziwym piekłem dla mnie. Ile razy cię widziałem z innymi, 
wyobrażałem sobie, jak cię całują, jak... 
To przepełniło kielich goryczy. 
— Nie! przerwała mu porywczo. — Nigdy nie... Z żadnym z nich nie spałam, 
Bob. 
— Och, Janey, nawet nie wiesz, ile dla mnie znaczą te słowa. Od tamtego dnia, 
kiedy po raz pierwszy ujrzałem cię w sklepie w Denver, moje życie się 
odmieniło. Wcześniej był tylko Jason, praca i nieustanne kłopoty z Vivian. I 
wtedy pojawiłaś się ty... taka piękna i pełna życia. Nie umiałem przestać o 
tobie myśleć, choć wiedziałem przecież, że wychodzisz za mąż. Kiedy potem 
usłyszałem od Kenny'ego, że z twego wesela nici, wręcz oszalałem z podnie-
cenia. Gdybyś wtedy sama nie przyszła, byłbym cię odszukał i porwał... 
Janey walczyła ze sobą, czy jednak nie powiedzieć mu o Vivian. Choć 
przyrzekła jej, że dochowa tajemnicy, Bob też miał prawo znać prawdę. Już-już 
otwierała usta, lecz ostatecznie nie rzekła słowa. 
— Co ci, Janey? Chciałaś coś powiedzieć? 

background image

— Zastanawiam się, gdzie właściwie jest Vivian — odparła nie patrząc mu w 
oczy. — Nie widziałam jej od tygodni. 
— Ona wiele podróżuje — wyjaśnił obojętnie Bob, najwyraźniej nie 
zmartwiony z tego powodu. — Kiedyś tam się pojawi. Zawsze tak robi. No i co 
teraz myślisz o mnie? — spytał zmuszając się do uśmiechu. — Teraz, kiedy ci 
przedstawiłem całą beznadziejność mojej egzystencji? Uciekniesz od tego 
zwariowanego fotografa, którego życie to jedno wielkie pobojowisko? 
— O nie... — pogłaskała go po policzku. — Bob, kocham cię, wiesz przecież! To 
była miłość od pierwszego wejrzenia. A potem tamta noc... — Urwała nie 
znajdując odpowiednich słów. — To był dla mnie nowy, nieznany świat... 
Niczego bardziej nie pragnę, jak być z tobą. Ale jest jeszcze Vivian... 
— Wiem. — Jego zaciśnięte wargi zdradzały ponure zdecydowanie. — Janey, 
przyrzekam, jakoś to rozwiążę. Jeszcze nie wiem jak, ale... musi się udać. 
Jego słowa napełniły ją nieopisanym szczęściem. Kocha mnie! Należy do mnie! 
— Bob, zrób to szybko, proszę... Zresztą nawet jeśli się nie uda, i tak zawsze 
będę na ciebie czekać. — Zarzuciła mu ręce na szyję i spojrzała na niego 
błagalnie: — Pocałuj mnie! 
Delikatnie uwolnił się z jej objęć. 
— Nie. Powiedziałem, że tylko porozmawiamy. 
Ale ona pragnęła czegoś więcej! Całe tygodnie czekała na to, tłumiąc w sercu 
tęsknotę. Tu, na pławiącej się w świetle księżyca plaży byli nareszcie sami, a 
on ją odpycha? Świat chyba stanął na głowie! 
— Dlaczego? — Nie mogła pojąć, skąd u niego wzięła się ta dziwna rezerwa. 
Przecież powiedział, że ją kocha... 
— Dlaczego? Bo chcę ci udowodnić, że wszystko, co mówiłem, traktuję 
poważnie i nie chodzi mi tylko o seks. 
Co mu strzeliło do głowy, że właśnie w takiej chwili próbuje się okazać 
rycerski? Ona nie chce rycerza, ona chce kochającego, czułego Boba! I to teraz! 
Tutaj! Nigdy wcześniej nie zniżyła się do tego, aby uwodzić mężczyznę, w tej 
chwili jednakże postanowiła zrobić co w jej mocy, aby przełamać jego głupi 
upór. 
— Rozumiem, ale pocałuj mnie, jeden jedyny raz, a potem się rozejdziemy... 
— Ale tylko jeden raz. — Bob ujął jej dłonie i złożył na wargach Janey 
przelotny pocałunek. 
— Może jeszcze jeden? — przymilała się. 
— Dobrze, jeszcze jeden — westchnął oddychając ciężko i wziął ją w ramiona. 
— Ale potem się rozstaniemy. 
Ten pocałunek zdawał się nie mieć końca. Janey położyła rękę na jego udzie, 
pozwalając jej wędrować powoli w górę... 
— To nie fair! — krzyknął z rozpaczą. 
— Tak, nie fair. Mam ci opisać noce, podczas których myśl o tobie nie dawała 
mi spać? 
Jęknął, przytulił ją mocno do siebie i zaczął całować aż do utraty tchu. Zanim 
się zorientowała, co się dzieje, już leżała pod nim na miękkim piasku. 

background image

— Jesteś taka piękna! — wydyszał między jednym pocałunkiem a drugim. — I 
tak bardzo cię pragnę! Musisz być moja, tu, na plaży. Tylko księżyc będzie się 
nam przyglądał. Och, Janey, jakże ja cię kocham, kocham, kocham... 
— Odpokutujesz za to! — Zerwał się na równe nogi, pociągnął ją za sobą i 
popędzili ze śmiechem naprzeciw grzywom fal. Wspaniale było pływać obok 
siebie, a jeszcze wspanialej wrócić na ląd i znów się kochać... 
Do hotelu wrócili nad ranem bardzo zmęczeni, lecz wyciszeni wewnętrznie i 
szczęśliwi. 
— Nie mam prawa cię o nic prosić, ale mimo wszystko muszę to zrobić — rzekł 
w którymś momencie Bob. 
— A więc zrób to — uśmiechnęła się do niego, 
— Będziesz do mnie należeć, Janey Lark? 
— Przecież już ci tyle razy powiedziałam, że cię kocham. 
— Wiem, ale nie mógłbym znieść myśli, że jesteś zajęta innym mężczyzną. 
Poczekasz na mnie i będziesz trzymała z dala od siebie adoratorów? 
Zauważyłem, że ci ich nie brakuje... 
— Jakże mogłabym pragnąć innego, skoro dostał mi się ten najlepszy? — 
roześmiała się Janey, pieszcząc jego kark. 
Jeśli trzeba, będę czekała wiecznie, myślała bezgranicznie szczęśliwa. 
Wszystko będzie dobrze! 
 
 

— Czyś ty oszalała? Zupełnie cię nie rozumiem! — jęknęła zdumiona Hannah, 
zresztą Janey niczego innego się nie spodziewała. — Dlaczego nie powiedziałaś 
mu prawdy? — Wpatrzyła się w przyjaciółkę szeroko otwartymi oczami. 
Właśnie wracały z wczesnej wycieczki. Łódź była wypełniona po brzegi 
amatorami nurkowania i dopiero w drodze powrotnej Janey znalazła okazję, 
aby podzielić się z Hannah wrażeniami z ubiegłej nocy. Teraz jednak niemal 
żałowała, że w ogóle otworzyła usta, ale jej serce przepełniała taka radość, że 
musiała się nią z kimś podzielić. 
— Przyrzekłam Vivian, że mu nic nie powiem — złożyła ręce na piersi, gotowa 
wysłuchać nieuchronnego kazania, od jakich Hannah była specjalistką. 
— Kiedy ona wraca? — Hannah dyszała ciężko, najwyraźniej bliska wybuchu. 
— Żebym to wiedziała — westchnęła Janey. — Nie ma jej tu już od całych 
sześciu tygodni i nikt nie umie o niej nic konkretnego powiedzieć. 
— I ty chcesz tak bezczynnie czekać? — Hannah zmarszczyła z dezaprobatą 
brwi. 
— A co innego mogę zrobić? To Bob ma dojść z nią do porozumienia, ale 
najpierw ona musi wrócić, a nie wiadomo, kiedy to nastąpi. 
— Jesteś pewna, że poleciała do Kalifornii? 
— Nie. Wiem tylko, co mi powiedziała. Hannah wzruszyła ramionami. 
—- Kto wie, może masz szczęście, może nie pojechała na żadną kurację 
odwykową, tylko leży w jakimś hotelu zalana w pestkę? 

background image

— Przestań... Nie jestem taka podła, aby jej tego życzyć. Mam nadzieję, że uda 
jej się skończyć z alkoholem... mimo wszystko. 
— Na twoim miejscu od razu powiedziałabym o wszystkim Bobowi. Powinien 
znać prawdę — oświadczyła sucho Hannah. 
— Nie zrobię tego -- pokręciła smutno głową Janey. 
— Mój Boże, ależ ty jesteś uparta! Sama sobie robisz na złość! 
— Tak, mam mnóstwo problemów, ale i tak jestem szczęśliwa — Janey 
wyprostowała się z dumą. — Bob mnie kocha, a to najważniejsze. Wszystko 
będzie dobrze, zobaczysz. 
Zamknęła oczy zsuwając na tył głowy słomiany kapelusz. Nie miała ochoty 
dłużej dyskutować, wolała oddać się pieszczocie promieni słonecznych, 
miarowemu kołysaniu fal i marzeniom o Bobie. Chciała na nowo przywołać w 
pamięci każdy szczegół poprzedniej nocy, chwilę, w której wziął ją w ramiona i 
zaniósł pod palmę, doznać na nowo w myśli wszystkich towarzyszących temu 
wzruszeń... 
Raptem została brutalnie zbudzona ze snu na jawie. Hannah, siedząca obok 
niej w milczeniu na wąskiej drewnianej ławeczce, chwyciła ją za ramię, a z jej 
ust wyrwało się przekleństwo. Zaskoczona otwarła oczy i rozejrzała się 
naokoło. 
Łódź zbliżała się powoli do pirsu. Janey nie od razu pojęła, co tak bardzo 
zdenerwowało przyjaciółkę. A potem zobaczyła na pirsie mężczyznę. Wydał jej 
się znajomy, ale jeszcze nie wierzyła własnym oczom. To przecież nie mógł być 
on... 
Jerry Boswell! Skąd się wziął na Bonaire?! Powinien teraz tkwić za biurkiem! 
A jednak stał tutaj, on, nie kto inny, i najwidoczniej czekał na nią. 
— Czego on tu szuka? — rzuciła ze złością. 
— Założę się, że ciebie — roześmiała się Hannah. — Ciebie! Chce cię widocznie 
odzyskać, bo po co innego miałby przebyć taki szmat drogi? Szczęśliwa 
dziewczyna! Dobrze, że zatrzymałam suknię, w której miałam wystąpić jako 
twoja druhna — dorzuciła kpiąco. — Może jednak będzie okazja, aby ją włożyć. 
— Zamknij się! — Janey dała jej kuksańca w bok. — Muszę się zastanowić, co 
mam robić. 
Hannah z trudem powstrzymała się od śmiechu. 
— Pozostało ci jeszcze trzydzieści sekund. Zdecyduj, czy odniesiesz się do niego 
przyjaźnie, czy po prostu zepchniesz go do wody — powiedziała udając powagę. 
Janey posłała jej niezadowolone spojrzenie, po czym utkwiła wzrok w 
zbliżającej się postaci. Jerry chyba sam nie wierzy, że ona mu przebaczy. 
Zresztą zaraz wszystko się wyjaśni. Zachowaj zimną krew, Janey. Teraz ty 
jesteś górą, więc skąd ten dziwny lęk? 
Jeszcze zanim jeden z członków załogi zdążył przycumować łódź, zeskoczyła 
lekko na brzeg i w swym skafandrze nurka stanęła w wyzywającej pozie przed 
Jerrym. 
— Co za przypadek! — rzuciła szyderczo. 

background image

— Miło cię znów widzieć, Janey — Jerry uśmiechnął się szeroko. Chciał ją 
objąć, lecz czym prędzej odstąpiła krok do tyłu. 
— Czego tu szukasz? — spytała obrzucając go niechętnym spojrzeniem. Jak 
mógł się jej kiedyś podobać! Owszem, prezentował się nieźle, ale był taki 
drętwy w tych swoich zaprasowanych na kant spodniach i drogiej koszulce 
polo z małym krokodylem na kieszonce. Poza tym przytył najmniej dziesięć 
funtów od czasu, kiedy widziała go ostatni raz. Ponad paskiem widać było już 
wyraźne zaczątki przyszłego brzuszka. Wielkie nieba, o mało co nie wyszła za 
niego za mąż... 
Jerry wydawał się zdziwiony jej niezbyt grzecznym pytaniem. 
— Chciałem cię zobaczyć, Janey, naprawić wszystko między nami... 
— Tu nie da się niczego naprawić. Gdzie pieniądze, które jesteś mi winien? 
— Na to będzie jeszcze czas — wzruszył niedbale ramionami. — Moglibyśmy 
porozmawiać? Ale nie tutaj — rozejrzał się wokoło — za wielu świadków. Może 
u mnie w pokoju? Zatrzymałem się w hotelu. 
Jego zarozumiałość i arogancja rozzłościły ją na dobre. Nie miała 
najmniejszego zamiaru iść do jego pokoju. 
— Jeśli masz mi coś do powiedzenia, Jerry, zrób to tutaj — oświadczyła 
twardo. — Nie mam czasu na bezsensowne rozmowy. 
Jerry spojrzał na nią zupełnie zbity z tropu. 
— Janey, nie poznaję cię. Przyleciałem z Houston specjalnie dla ciebie, a ty 
mnie tak traktujesz... 
— Nie musiałeś się trudzić, po tym jak potraktowałeś mnie. Mnie! 
— Właśnie o tym chciałem z tobą porozmawiać. Popełniłem błąd, przyznaję. 
— Skąd ta nagła zmiana? — spytała przyglądając mu się drwiąco. 
— Jest po temu wiele powodów. Nigdy bym nie pomyślał, że tak mi cię będzie 
brakowało. Czułem się taki samotny... Głównym powodem był jednak plakat. 
Naraz uczuła niepokój. 
— Jaki plakat? 
— Nie udawaj, że nie wiesz, o czym mówię. Zachwyca się nim cała Ameryka. 
— Skąd niby mam wiedzieć? — wzruszyła ramionami. — Bonaire leży nieco 
na uboczu, jeśli nie zdążyłeś jeszcze tego zauważyć. O czym ty właściwie 
mówisz? 
— W takim razie będzie chyba lepiej, gdy ci go pokażę. Przywiozłem go ze 
sobą. Jest u mnie w pokoju. 
Janey zawahała się na moment, zaraz jednak doszła do wniosku, że lepiej 
będzie iść z nim i przekonać się na własne oczy. 
— Zaczekaj chwilę, muszę się przebrać. 
W krótki czas potem stała na środku pokoju Jerry'ego przyglądając się, jak 
otwiera walizkę i wyjmuje z niej zrolowany arkusz papieru. 
— Popatrz. 
Zdjął gumkę i rozpostarł przed nią liczący mniej więcej półtora metra długości 
plakat. 

background image

Janey zrobiło się słabo.Widniała na nim ona. Janey Lark, prawie naturalnej 
wielkości, usiłująca schwytać koralową rybę — naga! Tego zdjęcia Bob 
przyrzekł nikomu nie pokazywać! 
Kolana się pod nią ugięły, a miejsce bladości zajął purpurowy rumieniec. 
Opadła na brzeg łóżka i przerażona wpatrywała się niemo w plakat. 
Nie zwracając uwagi na jej zmieszanie Jerry opowiadał: 
— Możesz sobie wyobrazić, jaki byłem zaskoczony, gdy odkryłem go w witrynie 
sklepu fotograficznego. W pierwszej chwili cię nie poznałem. Niezła, 
powiedziałem sobie w duchu, a potem przyjrzałem się lepiej i aż krzyknąłem: 
To moja Janey! I wiesz co? 
— Co? — wykrztusiła niepewnie. 
— To się rozchodzi w tysiącach egzemplarzy. W całym kraju. Można go kupić 
w każdej księgarni, w galeriach... nawet na pchlim targu. Wszędzie, gdzie się 
sprzedaje plakaty. Prawdziwy hit. Moi koledzy z pracy zzielenieli z zazdrości, 
gdy im powiedziałem, że cię znam. 
— Hit... — powtórzyła zszokowana. 
— Tak. Jesteś sławna! 
— Nie miałam pojęcia... — wyszeptała zbielałymi wargami. 
Dopiero wtedy zauważył, w jakim Janey jest stanie. Uklęknął obok i ujął jej 
dłonie. 
— Nie cieszysz się? To mnie przywiodło do opamiętania. Kiedy cię 
zobaczyłem... twoje śliczne kształty... uświadomiłem sobie, jaki byłem głupi. 
Nie powinienem był się z tobą rozstawać. Dlatego jestem tutaj. Ja... 
— Przestań! — wyrwała ręce z jego dłoni przełykając łzy. Miała ochotę zapaść 
się pod ziemię. To nie do wiary, Bob był zdolny do czegoś takiego... — Po co 
przyjechałeś? Między nami wszystko skończone. 
— Ale przecież my się kochamy, Janey. Myślałem... Wiem, miałaś problem: 
wyglądało na to, że jesteś oziębła. 
Teraz będzie inaczej, ,ten plakat jest dowodem, że się zmieniłaś, stałaś się 
swobodniejsza... 
Zmusiła się do zachowania spokoju. 
— Nie kocham cię już, Jerry — rzekła wolno i dobitnie. — Kocham, albo raczej 
kochałam, innego. Jedno jest pewne: nie wrócę do ciebie, choćby nie wiem co 
miało się stać. 
Jej słowa ugodziły go do żywego, to było widać. Kiedy odwołał ślub i ulotnił się 
ze wspólnymi pieniędzmi, miała nadzieję, że jeszcze kiedyś nadejdzie czas 
zemsty. Teraz nadarzała się po temu okazja, ale to już przestało mieć 
jakiekolwiek znaczenie... 
Próbowała nawet go pocieszać. 
— Widzisz, Jerry, wszystko się zmieniło. Ja też. Nie da się już zacząć od 
początku. Nic nas już nie łączy, naprawdę. 
— To twoje ostatnie słowo? — spytał urażony. 
— Tak. 

background image

— Plakat możesz sobie zatrzymać — rzucił gorzko. — Już go nie chcę. Co ja 
powiem kolegom? Myślisz tylko o sobie! 
Obrzuciła go ironicznym spojrzeniem i odwróciła się zamierzając wyjść. 
— Idź na plażę — poradziła mu już w drzwiach, po czym zbiegła szybko po 
schodach. Musi porozmawiać z Bobem i to natychmiast. Jerry to już 
przeszłość, lecz Bob... 
Stał sam za kontuarem, gdy z plakatem w ręku wpadła jak burza do sklepu. 
Jej zmieniona twarz zaalarmowała go. 
— Janey, co się stało? 
— Patrz — rzuciła na ladę zwinięty plakat. — Obejrzyj go sobie. Powiedziałeś, 
że to twoje najlepsze zdjęcie. Możesz być z siebie dumny! 
Bob przyglądał jej się ze zdumieniem, wreszcie bez słowa rozpostarł plakat... i 
zamarł. 
— Janey, ja... 
— Zaufałam ci, Bob — przerwała mu porywczo. — Przyrzekłeś na wszystkie 
świętości, że nikt nigdy nie zobaczy tych zdjęć, i co? 
— To nie ja... — potrząsnął zdumiony głową. 
— Kłamca! 
Zachwiał się, jakby otrzymał cios, ale nie zważała na to. 
— Wiesz, co to dla mnie oznacza? — Jej oczy były pełne łez. — Jak mam to 
wytłumaczyć mojej rodzinie i każdemu, kto mnie zna? To zdjęcie mnie 
pogrążyło, zniszczyło moją dobrą sławę i będzie mnie prześladować do końca 
życia. Przeklinam chwilę, w której cię poznałam! 
Próbował ująć jej dłoń, lecz odtrąciła go z pasją. 
— Nie dotykaj mnie! Masz się wytłumaczyć, dlaczego to zrobiłeś! Tak ci zależy 
na pieniądzach? 
— Posłuchaj mnie. Janey — zaczął z udręką w głosie. — Masz prawo się 
złościć, ale przysięgam, o niczym nie wiedziałem. Uwierz, jestem tak samo 
niemile zaskoczony jak ty. Przecież nie sprzedałem tego zdjęcia, więc... 
— Nie opowiadaj! W takim razie kto to zrobił? Potrząsnął bezradnie głową. 
— Zdjęcia były zamknięte w ciemni. Niemożliwe, żeby ktoś... — Urwał nagle, a 
jego twarz sposępniała. — To mogła zrobić tylko Vivian — szepnął zaciskając 
w bezsilnej złości wargi. — Vivian! Po rozwodzie zatrzymała niektóre z kluczy, 
a ja nigdy nie zadałem sobie trudu, aby je odebrać. To ona. Oprócz mnie tylko 
Vivian ma klucz do ciemni. 
— Jesteś pewny, że to ona? — spytała przyglądając mu się podejrzliwie, lecz w 
końcu doszła do wniosku, że mówi prawdę. Najwyraźniej nie miał o niczym 
pojęcia. 
— A kto by inny? — wzruszył ramionami. — Bóg jeden wie, dlaczego to 
zrobiła. Przecież nie dla pieniędzy... 
— Pewnie przypuszczała, że ja nie chcę, aby to zdjęcie ujrzało światło dzienne. 
To był wystarczający powód. 
— Wiedziała o nas? 
Janey skinęła w milczeniu głową. 

background image

— Ja też tu zawiniłem. — Zamknął na moment oczy. — Dałem ci 
przyrzeczenie i ono zostało złamane. Zrobiłbym wszystko, by to zmienić, ale 
niestety mogę tylko powiedzieć, jak mi przykro... 
Wyszedł zza kontuaru, chcąc ją wziąć w ramiona, lecz uchyliła się i jego ręce 
zawisły w próżni. 
— Wierzę ci — powiedziała z naciskiem — niestety dla mnie nie ma 
znaczenia, kto sprzedał zdjęcie. Co się stało, to się nie odstanie, nie rozumiesz 
tego? Ta sprawa stanęła między nami i już zawsze tak będzie, Bob, nawet jeśli 
nie ty jesteś temu winien. 
— Nie mówisz chyba poważnie! 
— Jak najpoważniej. To było mistrzowskie posunięcie Vivian. Chciała nas 
rozdzielić i to się jej udało. 
Bob chwycił się za głowę patrząc z rozpaczą na Janey. 
— Nie wierzę, że naprawdę tak myślisz. Jesteś zdenerwowana i... 
Do sklepu weszło kilka osób. Janey otarła oczy wierzchem dłoni i 
wyprostowała się. 
— Wracam do domu, Bob. 
— Ale dlaczego? Proszę, zostań... 
— Jestem winna mym krewnym wyjaśnienie — jeśli w ogóle będą jeszcze 
chcieli ze mną rozmawiać. 
— Janey, nie jest tak źle, jak myślisz — próbował ją uspokoić. 
— Mam inne zdanie na ten temat — rzuciła twardo. Podniósł obie dłonie, 
zaraz jednak je opuścił. 
— Widzę, że podjęłaś decyzję — powiedział z rezygnacją. — Zatem dobrze: 
wracaj do Denver i pogódź się z rodziną, skoro to konieczne. Chyba się jeszcze 
zobaczymy, prawda? 
— Nie — oświadczyła głucho z zaciętym wyrazem twarzy. — To zatrzymaj 
sobie na pamiątkę — dodała wskazując plakat. 
—.Janey! 
— Żegnaj, Bob — rzuciła przez ramię wybiegając ze sklepu. — Już się nie 
zobaczymy! 
W parę minut później wrzucała bezładnie rzeczy do walizki. Udało jej się 
załatwić rezerwację na najbliższy lot do Miami, a to oznaczało, że musi się 
spieszyć. 
W tym momencie rozległo się pukanie. Klnąc w duchu podeszła do drzwi i 
otwarła je na oścież. Na progu stała Hannah. 
— A więc to jednak prawda — pokiwała głową spoglądając na rozrzucone 
części garderoby i otwartą, na wpół zapakowaną walizkę. 
— Tak, wracam do Denver. 
— Rozmawiałam... rozmawiałam z Bobem. Wiem wszystko — Hannah 
wyglądała na skonsternowaną. — Uciekasz z powodu głupiego plakatu? 
— To nie ma nic wspólnego z ucieczką. Moja rodzina jest z pewnością 
zszokowana, muszę więc jak najszybciej wyjaśnić całą sprawę. 

background image

— A co z Bobem? Przecież się kochacie. Do dziś był to romans, jakie spotyka 
się jedynie w książkach. 
— Powiedziałaś: do dziś. Ten plakat zniszczył moje uczucie do Boba. Jeszcze 
nigdy nie byłam tak pusta. — Spojrzała na zegarek. — Muszę się pospieszyć, 
inaczej spóźnię się na samolot. Oddasz mi przysługę? 
— Pewnie, że tak. 
— Zadzwoń do mojej mamy i powiedz jej, że przylatuję dziś wieczorem 
kwadrans po ósmej. 
— Zrobione. Ale, Janey... — Hannah ciągle jeszcze nie rozumiała, o co 
przyjaciółce chodzi. — Bob jest załamany, prawie nie mógł mówić. Wiesz 
przecież, że to nie jego wina... 
— Owszem, wiem — rzuciła chłodno Janey. — To sprawka Vivian, lecz dla 
mnie nie odgrywa roli, kto w tym maczał palce. — Z zaciętym wyrazem twarzy 
zatrzasnęła walizkę, ostatni raz rozejrzała się po pokoju i ruszyła do drzwi. — 
Było, minęło. Jadę na lotnisko. 
— Że też musiało się coś takiego zdarzyć — potrząsnęła głową Hannah 
ściskając ją na pożegnanie. — Tak mi przykro... 
— Mnie też — szepnęła Janey tłumiąc szloch. — Nie zapomnij zadzwonić do 
mamy. 
 
To był smutny powrót. Ze ściśniętym sercem skuliła się w fotelu, nie mając na 
nic ochoty. Do tej pory godziny bez Boba umilały jej sny na jawie, teraz jednak 
stanowczo zabroniła sobie myślenia o nim. Prześladowały ją za to słowa 
Jerry'ego: tysiące egzemplarzy, hit, twoje wspaniałe kształty... 
Kiedy samolot schodził do lądowania na lotnisku Stapleton w Denver, po raz 
pierwszy wyjrzała przez iluminator.Tutaj leżał śnieg! 
Tylko tego brakowało! Co mi jeszcze przyniesie dzisiejszy dzień? Zdążyła się 
przyzwyczaić do ciepłego klimatu wyspy i nie przyszło jej do głowy, że w 
Denver może szaleć zamieć. Miała na sobie żółty bawełniany kostiumik, a na 
bosych stopach lekkie sandałki. Jeśli matka w swej przezorności nie 
przywiezie jej płaszcza i botków, zamarznie na śmierć. 
Kto wie zresztą, czy matka w ogóle zechce wyjechać po nią... Może przecież 
pokazać plecy córce, która pozwala się fotografować nago. 
Mniejsza z tym, pomyślała hardo Janey. Nie będę martwić się tym, co 
powiedzą ludzie. W końcu jestem dorosła i mogę robić, co chcę. 
Próbowała usprawiedliwić się sama przed sobą, lecz daremnie. W jej duszy 
rósł niepokój, przygniatał swym ciężarem i ściskał w gardle. Żeby tylko się nie 
rozpłakać... 
Samolot już dawno wylądował, ale Janey w rzednącym tłumie czekających nie 
dojrzała matki. Właściwie po co się tu zatrzymałam, pewnie czeka na dole, 
gdzie odbiera się bagaż. Przepchnęła się do taśmociągu, na którym miała się 
pojawić jej walizka, i znów rozejrzała się szukając znajomej twarzy. 
W porządku, teraz już wiesz, że masz się przygotować na najgorsze. Matka nie 
zechciała wyjechać po ciebie, to wszystko wyjaśnia. Właściwie spodziewałaś się 

background image

tego, a teraz masz okazję się przekonać, że przeczucia cię nie myliły. Tylko nie 
trać panowania nad sobą! 
Postanowiła wziąć taksówkę, zatrzymać się w jakimś hotelu, a potem zaraz z 
rana zadzwonić do domu. Spyta tylko, kiedy będzie mogła zabrać swoje 
rzeczy... 
W tym momencie na taśmociągu ukazała się jej walizka, więc zdjęła ją, 
postawiła na ziemi i znów się zaczęła rozglądać. Mimo wszystko nie straciła 
całkiem nadziei. Obcy... Wszędzie obcy. Zgnębiona ruszyła w końcu chwiejnym 
krokiem do wyjścia. 
— Janey, tutaj! 
Popatrzyła w kierunku, z którego dobiegło wołanie. Ciocia Genevieve, starsza 
siostra mamy! Z westchnieniem ulgi odstawiła walizkę i uściskała ją jak chyba 
jeszcze nigdy. 
— Cioteczko, nawet nie wiesz, jak się cieszę, że cię widzę! 
— Tak mi przykro, że się spóźniłam — usprawiedliwiała się siwowłosa pani. 
— To prawdziwy koszmar — znaleźć miejsce do parkowania, szczególnie gdy 
bez przerwy sypie śnieg. Krążyłam naokoło, zanim wreszcie... 
— Mama nie mogła przyjechać? 
— Nie... nie miała czasu. Dlaczego pytasz? — Ciotka sprawiała wrażenie 
zakłopotanej. 
— Czy w domu... wszystko w porządku? — wykrztusiła czekając z lękiem 
odpowiedzi. 
Genevieve skinęła energicznie głową. 
— Tak, moja kochana, tak. Wszystko w porządku. Zapewnienia ciotki wcale 
nie uspokoiły Janey. Coś tu się nie zgadzało, czuła to przez skórę. Niech tam, 
jeszcze parę chwil i będzie miała pewność. 
— Nie sądzę, abyś przywiozła dla mnie płaszcz. Czy choćby żakiet, prawda? — 
z niepokojem spojrzała po sobie. 
— Niestety nie, nie przyszło mi to do głowy... — Genevieve zrobiła zmartwioną 
minę. 
— Nie martw się, jakoś to przeżyję — pocieszyła ciotkę, lecz po tym 
wszystkim, co jej przyniósł kończący się dzień, nie była już tego taka pewna... 
W drodze do domu odzywała się niewiele. Samochód był co prawda ogrzewany, 
lecz ona drżała z zimna, skulona, i szczękając zębami przysłuchiwała się 
paplaninie ciotki, która mówiła wyłącznie o pogodzie, a w szczególności o 
wiejącym właśnie gwałtownym, zimnym wietrze i opadach śniegu. 
W pół godziny później samochód zatrzymał się przed niskim stylowym 
budynkiem, który do tej pory był domem rodzinnym Janey. Gdy ujrzała jasno 
oświetlone okna i uzmysłowiła sobie, że być może jest tu ostatni raz, poczuła 
suchość w ustach i zrobiło jej się niedobrze. Pospieszne spojrzenie na drzwi 
wejściowe uspokoiło ją nieco. Na szczęście matka nie wystawiła jej rzeczy na 
zewnąrz, a to już było coś. 
Genevieve poszła przodem, a ona, z walizką w ręku, ruszyła za nią wzdrygając 
się za każdym razem, gdy jej właściwie bose stopy zapadły się w śnieg. 

background image

— Witamy! — zabrzmiało naraz ze wszystkich stron. Janey zaniemówiła z 
wrażenia. Zewsząd cisnęli się krewni i przyjaciele. Byli wśród nich 
dziadkowie, kuzyn Rodney, ciotka Beverly, z tuzin znajomych — a przede 
wszystkim mama... 
W pokoju na ścianie, gdzie wcześniej wisiał olejny obraz przedstawiający 
statek na wzburzonym morzu, widniał plakat, jej plakat, przystrojony 
wstęgami z kolorowej bibułki! 
— Witaj w domu, kochanie! — objęła ją serdecznie matka promieniejąc z 
radości. — Udała nam się niespodzianka? Mam nadzieję, że ciocia Genevieve 
nie zdradziła tajemnicy. 
— Jeszcze jak się udała, mamo! — Nigdy się nie dowie, jak byłam zaskoczona, 
pomyślała. 
— Przepraszam, że nie wyjechałam po ciebie, ale musiałam najpierw zebrać 
całe towarzystwo. Ten plakat jest wspaniały! — rzekła z dumą. — Ludzie go 
rozchwytują... Moja córka jest sławna, sławna! A jeśli się pomyśli, że zdjęcie 
zrobił sam Robert Campion... wtedy już nic nie brakuje do szczęścia! 
Janey ciągle jeszcze nie mogła pojąć, co się naprawdę dzieje. 
— I ty nie jesteś na mnie zła, że dałam się sfotografować., nago? — Musiała się 
upewnić, że nie zaszła tu jakaś pomyłka. 
— Dziwi mnie, że to to pytasz — potrząsnęła z przekonaniem głową Amelia 
Lark. — Michał Anioł malował nagie kobiety i nikt mu nie brał tego za złe, 
prawda? 
Janey zaniosła się serdecznym śmiechem i przez długą chwilę nie mogła się 
uspokoić. Naraz opadły z niej wszystkie lęki i troski. Ależ była głupia! 
— Co ci jest? — pani Lark z niepokojem przyglądała się córce. 
— Nic takiego, mamo, wszystko w porządku — opanowała się wreszcie. — To 
był po prostu najdłuższy dzień w mym życiu. Zgotowaliście mi cudowne 
przyjęcie, dziękuję wam za to. A teraz pozwolicie, że się przebiorę? Zmarzłam 
w nogi... 
To był wyjątkowo udany wieczór. Menu co prawda ograniczyło się tylko do 
placka, do picia podano jedynie sok i lemoniadę, Janey wszakże jeszcze nigdy 
tak nie rozkoszowała się spotkaniem rodzinnym. Krewni i przyjaciele przyjęli 
ją ciepło, dając na każdym kroku wyraz temu, jak bardzo są z niej dumni. 
Kiedy wreszcie wyszedł ostatni gość, a nastąpiło to mniej więcej przed północą, 
opadła z westchnieniem na kanapę. 
— Dziękuję, mamo. Sprawiłaś mi wielką przyjemność. 
— Wszyscy jesteśmy z ciebie dumni — zapewniła po raz nie wiadomo który 
Amelia Lark siadając w ulubionym fotelu. — Poza tym bardzo się cieszę, że cię 
znowu widzę! Martwi mnie tylko — naraz spoważniała — że twój powrót 
nastąpił tak nagle. Myślałam, że jest ci tam bardzo dobrze. Z twoich listów 
wywnioskowałam, że wiele cię łączy z Campionem. 
— Raczej łączyło. — Po raz pierwszy uczuła nieprzepartą chęć zwierzenia się 
matce. — To właśnie z powodu plakatu wróciłam. — Opowiedziała, jak do tego 

background image

doszło, i zakończyła słowami: — Widzisz, mamo, rzuciłam Boba, gdyż 
myślałam, że wszyscy będziecie oburzeni, a tymczasem... 
— Biedny człowiek! — Pani Lark zdawała się w tej chwili bardziej troszczyć o 
niego niż o własną córkę. — A jeśli chodzi o rodzinę, nie jesteśmy znowu aż tak 
konserwatywni , jak sądziłaś. My, starsi, wcale nie musimy być ograniczeni, 
jak wam, młodym, czasami się wydaje. 
— Teraz już wiem — odparła półgłosem Janey — ale dziś rano, gdy Jerry 
pokazał mi plakat, byłam zrozpaczona i zatraciłam zdolność jasnego myślenia. 
— Co w takim razie zrobisz? 
— Żebym to sama wiedziała! — westchnęła wstając. Było późno, a ona 
dosłownie padała z nóg. Miała za sobą wyczerpujący dzień. Jeszcze rano 
nurkowała w Morzu Karaibskim, wieczorem brnęła po kostki w śniegu 
zmagając się z wichurą, a mniej więcej koło południa zrobiła awanturę 
człowiekowi, którego kochała, mało tego, oświadczyła mu stanowczo, że nie 
chce go więcej widzieć... — Teraz położę się spać, a rano spróbuję dojść ze 
wszystkim do ładu... 
Leżąc w łóżku starała się nie myśleć o chaosie, jak wywołała swą pochopną, 
jak się okazało, decyzją, lecz i tak nie mogła zasnąć. Zbyt wiele się wydarzyło 
w ostatnich godzinach. Uciekła od Boba wykrzykując, że już nigdy nie wróci. 
To było najstraszniejsze... 
Świadomość, że popełniła największy błąd w swym życiu, nie dawała jej 
spokoju, każąc bezsennie przewracać się z boku na bok i wpatrywać 
zrozpaczonymi oczami w czerń nocy. Bob był taki przyjacielski i pełen 
zrozumienia. Jak cierpliwie wysłuchał wykrzykiwanych przez nią zarzutów. 
Zrobiła mu scenę, choć nie był niczemu winien! I porzuciła go, nie próbując 
nawet wysłuchać... Porzuciła! 
Co on o niej myśli? Znienawidził ją i jest już za późno? Jakże zdoła naprawić 
wyrządzoną mu krzywdę? 
Sen nadszedł dopiero wtedy, gdy podjęła decyzję. Zarobione trzy tysiące 
dolarów przeznaczy na uregulowanie reszty rachunków za niedoszłe wesele. 
Pożyczy pieniądze od matki, choć bardzo nie lubi tego robić, ale nie ma 
wyboru, jeśli chce naprawić to, co tak nieopatrznie zepsuła. Zaraz rano wraca 
na Bonaire... 
Tego dnia nad Denver nadal szalała burza śnieżna. Janey od rana 
nasłuchiwała wycia wiatru, a gdy wyjrzała przez okno, zobaczyła tonący w 
bieli świat. Z drugiego pokoju doszedł ją głos spikera telewizyjnego: 
Port lotniczy jest zamknięty aż do odwołania. Loty są zawieszone. Służba 
meteorologiczna nie potrafi określić, kiedy należy spodziewać się wznowienia 
ruchu pasażerskiego... 
A ona planowała powrót na Bonaire. Nie pozostaje mi nic innego, jak czekać, 
myślała z rozpaczą. 
Matka była tego samego zdania. 

background image

— Nie ma sensu wyruszać w taką niepewną podróż. Nawet jeśli zdołają 
uwolnić od zwałów śniegu pasy startowe, trzeba się liczyć z wielogodzinnymi 
opóźnieniami. 
Może te obfite opady śniegu były błogosławieństwem? Od momentu kiedy 
postanowiła wrócić na Bonaire, nie opuszczały jej wątpliwości, czy w ogóle 
powinna przeprowadzić swój plan. Ale się stało, że musiała pożyczyć 
pieniądze, lecz jeszcze gorsze było to, że zdawała się ją opuszczać wiara we 
własne siły. Dręczona straszną myślą, że Bob nie będzie chciał z nią 
rozmawiać, oznajmiła w którymś momencie, że nie leci. 
— Co?! — Pani Lark była wstrząśnięta. — A ja myślałam, że chcesz się z nim 
pogodzić... 
— Nawet nie zadzwonił. Lotnisko jest zamknięte, ale telefony działają — 
powiedziała gorzko. 
— W takim razie dlaczego ty sama do niego nie zadzwonisz? — matka 
próbowała przywołać córkę do rozsądku. Ostatecznie to ty wyjechałaś. Moim 
zdaniem, jeśli w ogóle ktoś ma dzwonić, to ty. 
— Nie mogę tego zrobić — po tym wszystkim, co mu naopowiadałam. Nie 
wiem, jak zareaguje. Boję się... A jeśli po prostu odłoży słuchawkę? 
W ciągu następnych godzin próbowała uporządkować myśli i podjąć ostateczną 
decyzję. Nie przyszło jej to łatwo, zwłaszcza że była jeszcze przecież Vivian... 
Minął już prawie tydzień, gdy zadzwonił telefon. Jak za każdym razem w 
ostatnich dniach, gdy rozlegał się sygnał, jej serce zaczęło bić jak zwariowane. 
Może to Bob... Może powie, że mnie kocha, może poprosi, abym wróciła... 
W słuchawce rozległ się damski głos — głos Vivian. 
— Skąd pani dzwoni? — spytała zdumiona Janey. Vivian była ostatnią osobą, 
którą się spodziewała usłyszeć. — Czy coś się stało? 
— Jestem w Denver i muszę z panią pomówić — rzekła krótko Vivian. 
— Ja z panią też — odparła sucho Janey.— Jest parę rzeczy, o których... 
— Tak, wiem — ucięła Vivian. — Zjemy razem lunch? Proszę wybrać miejsce. 
Janey namyślała się przez chwilę, potem wymieniła nazwę owej 
meksykańskiej restauracji, gdzie była z Jerrym tamtego fatalnego wieczoru. 
— Może o dwunastej? 
— Dobrze. 
Zanim odłożyła słuchawkę, jeszcze długo wpatrywała się w nią w zamyśleniu. 
Przypomniały jej się słowa, które przy jakiejś okazji powiedziała Hannah: 
Twoje życie przypomina scenariusz melodramatu...Tak, Hannah zdecydowanie 
miała rację. 
Właśnie usiadła przy małym stoliku w kącie restauracji, gdy zobaczyła 
zmierzającą w jej stronę elegancko ubraną kobietę. Czyżby to była Vivian? 
Janey nie wierzyła własnym oczom. Wtedy, po spędzonej przy butelce nocy 
wyglądała strasznie, tego dnia jednakże prezentowała się wspaniale. Miała na 
sobie drogą garsonkę, która najwyraźniej pochodziła z pracowni jednego z 
wiodących projektantów mody. Biały jedwab był kunsztownie wykończony 
czerwoną lamówką, tworzącą szykowną całość z dodatkami: czerwonym 

background image

kapeluszem, czerwonymi klipsami i olbrzymią czerwoną torebką. Na nogach 
miała czerwone szpilki, a przegub jej prawej ręki zdobiła szeroka czerwona 
bransoletka. 
— Miło panią widzieć, Janey — uśmiechnęła się niepewnie siadając 
naprzeciwko. 
— Pięknie pani wygląda, Vivian — powiedziała uprzejmie Janey, również 
zmuszając się do uśmiechu. Nie ma w tym cienia przesady, pomyślała. 
Rzeczywiście wygląda świetnie. Widocznie przestała pić. 
Zrobiło jej się smutno. Bob nigdy się nie dowie, że jego eks-żona jeszcze do 
niedawna, mimo danego mu przyrzeczenia, miała problemy z alkoholem. Może 
zdecyduje się ją ponownie poślubić — szczególnie teraz, po tym wszystkim, co 
się stało... 
Vivian nie traciła czasu na banalną konwersację. Sięgnęła do torebki i wyjęła 
z niej czek. 
— Byłam to pani dłużna — rzekła wręczając go Janey. Janey rzuciła okiem na 
wypisaną na nim sumę i aż zachłysnęła się z wrażenia. Dziesięć tysięcy 
dolarów? 
— Co to jest? — spytała zdumiona. 
— Honorarium za wykorzystanie pani zdjęcia — wyjaśniła szorstko Vivian. — 
To nie wszystko. W miarę rozchodzenia się plakatu dostanie pani więcej. 
Janey spoglądała niezdecydowanie to na trzymany w ręku świstek papieru, to 
na Vivian. 
— Chcę to załatwić, zanim coś zamówimy — dodała Vivian. Janey skinęła bez 
słowa. Przeczuwała, o czym była żona Boba chce z nią rozmawiać. 
— Jestem pewna, że zdążyła się już pani domyślić, jak to naprawdę było z tym 
plakatem. Tak, to ja wykradłam pani zdjęcie z ciemni Boba — tamtej nocy, 
kiedy tak się wstawiłam. Potem wróciłam do Stanów i... — Umilkła na chwilę, 
widocznie ciężko jej było o tym mówić. 
Właśnie podeszła do ich stolika kelnerka. 
— Mam paniom coś podać? Oczy Vivian zabłysły. 
— Tak. Podwójne martini. 
— A dla mnie lampkę chablis — poprosiła cicho Janey. Biedna Vivian, jeszcze 
widać nie skończyła na dobre z nałogiem... 
Gdy zostały same, Vivian uśmiechnęła się gorzko. 
— To podwójne martini mówi samo za siebie, prawda? Nie jestem jeszcze 
abstynentką, ale piję już zdecydowanie mniej. Byłam chyba w delirium, nie 
przypominam sobie dokładnie, kiedy sprzedałam pani zdjęcie. Och, ludzie 
dosłownie zwariowali na jego punkcie, dostałam za nie zresztą sporo 
pieniędzy. 
— Vivian, dlaczego pani to zrobiła? 
— Dlaczego? Mój Boże, ponieważ czułam, że pani nie chce, aby to zdjęcie stało 
się własnością ogółu. Byłam bardzo, bardzo zazdrosna. Wiedziałam, że Bob za 
panią szaleje, więc chciałam zadać cios — zranić za jednym zamachem panią i 
jego... 

background image

Przerwała rzucając niecierpliwe spojrzenia w kierunku baru. 
— Jak długo jeszcze mamy czekać?! 
Naraz Janey dostrzegła, że ręce Vivian drżą, a przyjrzawszy się lepiej 
stwierdziła, że w rzeczywistości nie wygląda najlepiej. Gdy oglądało się jej 
twarz z bliska, z łatwością można było dojrzeć ślady przepicia, choćby cienie 
pod oczami i niezdrową bladość skóry, których nie zdołał skutecznie ukryć 
puder. 
Krytyczny wzrok Janey nie uszedł uwagi Vivian. 
— Nie myli się pani. Ostatnio dużo piłam, o wiele za dużo, stąd to drżenie rąk. 
Zadałam sobie dziś wiele trudu, aby zrobić dobre wrażenie, i chyba w 
pierwszej chwili udało mi się wprowadzić panią w błąd. Niestety na krótko... 
— Ale przecież można pani jakoś pomóc! 
— Może tak, a może nie... — szepnęła w zadumie Vivian. — Zdarza się, że już 
nikt i nic nie może pomóc... 
— Ależ Vivian — potrząsnęła zdecydowanie głową Janey — słyszałam o wielu 
takich, którzy... 
— Tak, zawsze słyszy się o takich, którym się udało: Betty Ford, Elizabeth 
Taylor... czterotygodniowa kuracja i są wyleczone na całe życie. Niestety nie 
zawsze to jest takie proste... 
Janey nie wiedziała, jak dodać jej otuchy. 
— Co pani teraz zrobi? — spytała cicho. 
— Cóż, jeszcze się nie poddałam — Vivian uśmiechnęła się żałośnie. — I tak 
mam trochę szczęścia. Poznałam miłego lekarza, który chce mi pomóc, poza 
tym mam dość pieniędzy, aby zapłacić za każdą, nawet nawymyślniejszą 
kurację, jeśli Frank uzna ją za konieczną. W każdym razie mam jeszcze przed 
sobą szansę, lecz by móc ją wykorzystać, muszę odciąć się raz na zawsze od 
mego przeszłego życia. Dopiero teraz to widzę. Postanowiłam sprzedać swoje 
udziały w firmie... i nigdy nie wracać do Boba. 
Kelnerka przyniosła drinki. Vivian upiła spory łyk i wyprostowała się. 
— Bob panią kocha, a i Jason panią polubił. Obaj potrzebują pani. Dzwoniłam 
już do Boba — wie wszystko. Od czasu do czasu chciałabym tylko zobaczyć się 
z synem. A teraz dość o niemiłych sprawach. Przez cały czas chciałam panią 
spytać, Janey, co na miłość boską robi pani w Denver... 
— Ma pani rację — roześmiała się Janey. — Sama siebie o to pytam. 
— Niech pani pozbędzie się skrupółów z mego powodu i wraca na Bonaire. 
Wszyscy dokonujemy wyborów w życiu i jeśli o mnie chodzi, zrobię wszystko, 
aby mój wybór okazał się słuszny — zakończyła z nadzieją w głosie. 
 
 

Janey, ubrana w białe szorty i podkoszulek na ramiączkach, oczekiwała na 
przystani powrotu łodzi z amatorami nurkowania. Natychmiast po 
wylądowaniu przebrała się i teraz, w blasku zachodzącego słońca, czekała na 
mężczyznę swego życia. 

background image

Bob zdążył już zdjąć skafander i był teraz tylko w czarnych kąpielówkach. 
Przyglądała mu się, jak zręcznie zeskakuje na brzeg, aby zamocować grubą 
linę cumowniczą. Potem się odwrócił i ich spojrzenia się spotkały, a ona już 
wiedziała, że wszystko będzie dobrze. 
Wpatrywał się w nią w milczeniu, jakby chciał odczytać jej myśli, w końcu 
powiedział: 
— Wróciłaś. 
— Tak — szepnęła miękko uśmiechając się niepewnie. 
— Więc to naprawdę Janey Lark, która oświadczyła, że nigdy nie wróci? 
Zakłopotana wzruszyła ramionami. 
— Chciałam ci tylko powiedzieć, że z tym plakatem już wszystko w porządku. 
Jego wargi rozchyliły się w czułym, ale zarazem lekko rozbawionym uśmiechu. 
— Naprawdę? Zatem twoje życie nie zostało zrujnowane? Matka cię nie 
wydziedziczyła i nie wyrzuciła na bruk? 
— Nie, przeciwnie, wydała na mą cześć przyjęcie. 
— Nie może być! — krzyknął zdziwiony wybuchając gromkim śmiechem. 
Janey, teraz już całkiem rozluźniona, zrobiła to samo. 
— Mama powiesiła plakat na honorowym miejscu, a ciebie to nawet 
porównała do Michała Anioła. 
— Ale heca! — Nie przestając się śmiać ujął jej dłonie. — Chodź, mamy 
mnóstwo spraw do omówienia. 
Zaprowadził ją do jeepa, zapalił silnik i ruszyli — ale nie w kierunku hotelu. 
Podczas jazdy nie zamienili słowa, a gdy wreszcie usiedli na piasku w zatoce 
— ich zatoce — milczeli jeszcze przez dobrą chwilę. 
— Zacznijmy od tych mniej przyjemnych rzeczy, dobrze? — zaproponował 
wreszcie. 
— Masz na myśli Vivian, prawda? 
— Tak. Dzwoniła do mnie. — Spojrzał z powagą na Janey. — Wiedziałaś, że 
znów zaczęła pić. 
Nie odezwała się, skinęła tylko głową. 
— I nic mi nie powiedziałaś — rzekł z wyrzutem. — Godne podziwu, lecz 
niemądre. 
— Niemądre? Uważałam, że to nie moja sprawa, zresztą nie mam zwyczaju 
donosić. Jesteś... jesteś na mnie zły? 
Dotknął pieszczotliwie jej włosów, a z jego oczu wyczytała ogromną miłość, do 
której tak tęskniła. 
— Jakże mógłbym się na ciebie gniewać... 
— Mam nadzieję, że Vivian tym razem się uda — szepnęła po chwili 
rozkoszując się cudownym uczuciem, jakie wywołało w niej dotknięcie jego 
ręki. 
— Ja też. Dokonała wyboru, jak sądzę, najlepszego dla nas wszystkich. 
Życzyła mi wszystkiego dobrego. — Pogłaskał ją pieszczotliwie po policzku. — 
Kocham cię, Janey Lark — wyszeptał lekko schrypniętym głosem biorąc ją w 
ramiona. — Nigdy więcej nie odchodź. Pragnę cię mieć zawsze przy sobie. 

background image