background image

 

 

JOANNA CHMIELEWSKA 

 
 

P

P

R

R

Z

Z

E

E

C

C

I

I

W

W

K

K

O

O

 

 

B

B

A

A

B

B

O

O

M

M

 

 

background image

 

Zważywszy, iż zaistniało i pogłębia się zjawisko nie tylko szkodliwe, ale 

zgoła przerażające, zważywszy, iż przyczyną zjawiska jest absolutna paranoja, 
jaka  opętała  kobiety,  zważywszy,  iż  skutek  ich  bezrozumnych  szaleństw  (w 
dodatku  pozbawionych  metody)  rychło  może  okazać  się  zgubą  ludzkości, 
czuję się  zmuszona przeciwdziałać katastrofie bodaj słowem pisanym, skoro 
inaczej się nie da. 

Stąd niniejszy utwór. 
Autorka 

background image

 

 

W

W

S

S

T

T

Ę

Ę

P

P

 

 

C

C

Z

Z

Y

Y

L

L

I

I

 

 

U

U

W

W

A

A

G

G

I

I

 

 

O

O

G

G

Ó

Ó

L

L

N

N

E

E

 

 

 
 
Niegdyś mężczyźni istnieli po to, żeby nas bronić i obsługiwać. 
(I do tych celów powinni służyć nadal.) 
Powyższy  pogląd  odziedziczyłam  po  mojej  matce  i  starannie,  acz 

nieudolnie, kultywowałam przez całe życie. Do dziś mi nie przeszło. 

Ponadto obawiam się, że nie jestem w tym mniemaniu odosobniona... 
My  zaś  przez  długie  wieki  istniałyśmy  po  to,  żeby  karmić  i  obsługiwać 

ich.  Po  licznych  wysiłkach  obu  stron  udało  nam  się  osiągnąć  sukces:  teraz 
służymy głównie do tego, żeby zatruwać im życie. 

A także odbierać resztki rozumu. 
(Co niezbicie dowodzi, że zgłupiałyśmy doszczętnie.) 
 
KONIEC WSTĘPU. 

background image
background image

 

 

Z grubsza biorąc, jako ludzkość, dzielimy się na: 
Płci. 
Ostatnimi  czasy  trochę  się  to  zdewaluowało  i  nastąpiło  pewne 

zamieszanie. 

Grupy wiekowe. 
Wysiłki,  czynione  przez  tysiąclecia,  żeby  wprowadzić  tu  jakąś  zmianę, 

dały rezultaty nader mierne. 

Rasy. 
Delikatna  sprawa.  Ale  ma  dosyć  duże  znaczenie,  pozbawione 

jakiegokolwiek związku z rasizmem. 

Oraz różne. 
 

CO DO PŁCI... 

 
Pod  sam  koniec  lat  czterdziestych  sensację  potężną  budziła  wieść  o 

jakiejś osobie, która uprawiała sport i zmieniła płeć. Radykalnie. Niestety, nie 
mogę sobie przypomnieć, czy kobieta przeistoczyła się w mężczyznę, czy też 
mężczyzna  zamienił  się  w  kobietę,  w  każdym  razie  po  dokonaniu  zmiany 
osoba zyskała współmałżonka (lub też współmałżonkę) i spłodziła (względnie 
urodziła)  dwoje  dzieci.  Zmiana  płci,  współmałżonek  i  dzieci  były 
gwarantowane. 

Na  szczęście  nie  pamiętam  nazwiska  osoby,  więc  nie  ma,  kto  się  mnie 

czepiać.  Ponadto,  jeśli  przed  rokiem  pięćdziesiątym  osoba  była  w  wieku 
pozwalającym  na  posiadanie  dzieci,  a  owa  zmiana  płci  należała  już  do 
przeszłości,  teraz,  po  upływie  przeszło  pół  wieku,  zapewne  zeszła  z  tego 
świata. 

Chociaż,  czy  ja  wiem...?  Sama  znam  jednostki,  posiadające  w  owych 

latach  nieźle  odchowane  dzieci,  żyjące  w  zdrowiu  do  tej  pory.  Więc  nawet, 
jeśli sobie przypomnę, kto to był, też nie powiem. 

Ale język świerzbi i mam wrażenie, że owo nazwisko zaczynało się na S. 

Może, na przykład, Ratajczak...? 

(Wszystkim  Ratajczakom  i  wszystkim  Ratajczak  uprzejmie  zwracam 

uwagę, że mogą to wziąć do siebie i obrazić się śmiertelnie tylko w wypadku, 
jeśli zdecydowanie przekroczyli osiemdziesiątkę.) 

background image

 

W zasadzie płci, jak powszechnie wiadomo, istnieją dwie, bez względu na 

ilość jednostek ludzkich, które nie chcą się z tym pogodzić. 

W kwestii jednostek NIEludzkich nie mam żadnego zdania i nie będę się 

nimi  zajmować.  Wyjątkowo  dam  spokój  tygrysom,  amebom,  pawiom, 
modliszkom, psom, niedźwiedziom, pszczółkom, rekinom i tym podobnym. 

O  ile  mi  wiadomo,  znany  nam  osobiście  świat  stworzony  został  na 

zasadzie  dwupłciowej,  sprzyjającej  rozmnażaniu.  Wedle  predyspozycji 
biologicznych jedna płeć robi swoje, druga zaś wydala potomstwo z własnego 
organizmu.  Narządy  wewnętrzne  osób  są  do  tego  przystosowane  od 
milionleci, wciąż jeszcze niezbyt dokładnie wyliczonych. 

Zważywszy,  iż  ciąży  nad  nami  przekleństwo,  rzucone  w  chwili 

opuszczania  raju:  „...  i  w  bólach  rodzić  będziesz!”,  proces  wydalania  nie 
stanowi wyłącznie przyjemnej rozrywki. 

Nie truć mi pedanterią! Rozrywki mogą być różne. Męczące, szkodliwe, 

niebezpieczne, kosztowne, zbiorowe i tak dalej. Także łagodne i przyjemne. 

Nawiązując  do  powyższego  (przekleństwo  mamy  na  myśli),  organizm 

płci  wydalającej,  potocznie  zwanej  żeńską,  kształtuje  się  stopniowo, 
poczynając,  co  najmniej  od  dnia  poczęcia  albo  i  wcześniej,  żeby  we 
właściwym momencie nadawać się do roboty. 

Organizm płci przeciwnej, potocznie zwanej męską, zapewne również. 
(My, autorka, w tym miejscu doświadczeń osobistych nie posiadamy.) 
Ale mniej więcej rozumiemy, co się do nas mówi. 
Już  samo  przystosowywanie  się  płci  wygląda  różnie  i  różnych 

nieprzyjemności przyczynia. Na ile  zdołaliśmy się  w  ciągu długich lat życia 
zorientować,  żaden  osobnik  płci  męskiej  nie  doznawał  od  dzieciństwa  (no 
dobrze,  późnego  dzieciństwa)  okropnych  objawów,  powtarzających  się  ze 
straszliwą regularnością, co cztery tygodnie... 

Jak pełnia księżyca! Może powinno to stanowić poetyczną pociechę...? 
... żaden nie chwytał się w panice za garderobę poniżej pasa, (co obecnie 

uporczywie,  z  lubością  i  bezrozumnym  upodobaniem  prezentowane  jest  w 
telewizji),  z  drżeniem  serca  i  dławieniem  w  gardle  sprawdzając,  ile  też  z 
objawów  cholerny  organizm  ujawnił  oczom  społeczeństwa,  żaden  nie 
usiłował  ukrywać  cyklicznego  osłabienia,  rozdrażnienia,  rozkojarzenia  i 
bólów  nie  tylko  głowy,  żaden  nie  cierpiał  katuszy,  kiedy  znienawidzone 
objawy znienacka zanikały, wówczas dopiero okazując się upragnione... 

background image

 

 

Ostatnie, wyżej wymienione, zjawisko nosi nazwę: ironia losu. 
Żaden po zażyciu raczej dość krótkotrwałej przyjemności, ogólnie zwanej 

seksem, nie ponosił znacznie  dłużej  trwających konsekwencji owego  miłego 
wybryku. 

Biologią się zajmujemy! A nie chorobami wenerycznymi! 
Za to, to coś, co w wieku późniejszym uznali za uciążliwość nieznośną, a 

nawet zgoła przekleństwo, w  wieku  młodszym było przez nich upragnione i 
budziło zachwyty. 

Mianowicie: zarost. 
Niech się uderzy w piersi i kamieniem we mnie rzuci młodzieniec, który z 

wielką  nadzieją  nie  skubał  się  nad  górną  wargą  i  po  brodzie,  wypatrując 
pierwszego włoska, wypatrzywszy zaś, nie doznawał upojenia. Później zaś, z 
wielkim  rozgoryczeniem,  prawie  każdy  taki  pyskował  na  wstrętną 
konieczność golenia się codziennie, a niekiedy nawet dwa razy jednego dnia. 
Wielkie mecyje, golenie! A damskie zabiegi kosmetyczne to pies...? 

I mówi się, że kobiety są niekonsekwentne! 
Zatem  przyznajemy  uczciwie,  że  istnieje  utrudnienie,  zbliżone  do 

kosmetycznego, które dręczy płeć męską, żeńskiej nie tykając. Żadna baba nie 
musi  golić  się  codziennie,  a  gdyby  musiała,  powinna,  czym  prędzej  owej 
czynności  zaniechać,  ponieważ  jako  prawdziwa,  niefałszowana,  kobieta  z 
brodą zarobiłaby na tym interesie ciężki szmal. 

Ponadto uwłosienie, jako takie... 
Aczkolwiek  zamierzamy  tu  udowodnić,  iż  wszelkie,  wysoce  szkodliwe, 

zmiany  nie  tylko  obyczajów,  ale  całej  naszej  egzystencji,  spowodowane 
zostały  głupotą  kobiet,  to  jednak  nie  będziemy  dyskryminować  mężczyzn, 
którzy wspomogli je w tym dziele całkiem nieźle. 

Żadne  męskie  dziwactwa,  żadne  Machabeusze  i  Wernyhory,  żadne 

kołtuny  i  łyse  pały  z  warkoczykiem  gatunku  mysi  ogonek,  nie  weszłyby  w 
modę  i  nie  obrzydziły  pięknego  świata,  gdyby  nie  zachwyty  głupich 
dziewuch, które na widok młodego troglodyty wpadały w histeryczną euforię. 
W  gruncie  rzeczy  modę  męską  kształtują  kobiety,  tak  jak  modę  damską 
kształtują  mężczyźni.  A  co,  myślicie,  że  naprawdę  w  okresie  baroku  babom 
tak  wygodnie  było  tonąć  w  zwałach  sadła?  Przecież  pracy  fizycznej  miały 
znacznie więcej niż kobiety współczesne, wind nie znano, niosły po schodach 

background image

 

te  swoje  dwadzieścia  albo  i  więcej  kilo  nadwagi,  ugniatały  wałki  tłuszczu  i 
wbijały się w gorsety, starannie tłumiąc stękanie... 

Nic dziwnego, że tak mdlały ustawicznie! 
... na kiecki musiały nabywać kilometry materii, bywało, że kosztownej... 
Nic dziwnego, że z taką łatwością rujnowały mężczyzn! 
... ale co miały zrobić, skoro chłopom tak się to pulchne ciałko namiętnie 

podobało?  Jeśli  któraś  nie  miała  dołeczków  na  łokietkach  i  paluszkach, 
uchodziła za godną wzgardy szczapę. 

Z  całą  pewnością  w  owym  czasie  o  modzie  decydowali  prawdziwi 

mężczyźni. 

Tyle, że zawsze łatwiej ich było oszukać. 
Do dziś  dnia święcie wierzą, że ten cudowny kolor włosów, to ogniście 

rudy, to popielaty blond, to złocisty, to kruczy, baba posiada z natury. 

(Wierzą nawet w sztuczne rzęsy i w sztuczne paznokcie.) 
Zapewne  wierzą  także  w  potęgę  damskiej  odzieży,  przyozdobili  się, 

bowiem w sposób raczej frywolny. 

(To już obecnie, nie tylko w dobie baroku.) 
Koszulki  w  gołe  tyłki,  małpy,  palmy  i  pikasy,  barwy,  od  których  przez 

wieki  zęby  ich  bolały  i  nie  wiem,  dlaczego  im  przeszło,  powiewające, 
rozkloszowane  spodenki,  fontazie,  żabociki,  falbanki,  wory  i  farfocle 
wszelkiego  autoramentu.  Ubrali  się  w  ten  chłam  dobrowolnie  i  jak  zaczęli 
wyglądać? 

Nie  powiem,  bo  ma  to  być  utwór  wytworny,  w  którym  wyrażeń 

brutalnych należy unikać. 

Chociaż elementarna przyzwoitość każe wspomnieć, iż takie, na przykład, 

Średniowiecze  też  było  nie  od  macochy.  Im  większa  pstrokacizna  na 
obcisłych  porteczkach  z  każdą  nogawką  inną,  tym  dumniej  młodzieniec  się 
nosił. No i z czasem kryzy, bufki, kamizelki złotą nicią haftowane i tak dalej, i 
dalej... 

Ostatnimi  czasy  odczepili  się  już  w  dużym  stopniu  od  tych  kłaków  i 

kędziorów... 

A,  właśnie!  Lew  ma  grzywę,  której  lwica  jest  pozbawiona.  Może  tym 

włochatym sposobem mieli nadzieję zyskać lwie cechy...? 

background image

 

 

... utrzymują je na czerepach wyłącznie głupkowaci konserwatyści, ale za 

to  przystąpili  do  ozdabiania  oblicza  materiałem  twardym,  mianowicie 
metalem. Kolczyki w uszach i w nosie... 

Do licha, chyba sama to spowodowałam, wymawiając głupie słowa w złą 

godzinę. Bo, mianowicie, było tak: 

W  połowie  lat  sześćdziesiątych,  kiedy  jeszcze  takie  kretyństwa  nikomu 

nigdzie nie zaświtały, zostałam zaproszona wraz z moją przyjaciółką Alicją na 
niezmiernie elegancką wigilię do elity społecznej Danii, powinowatych króla. 
Nie miałyśmy się, w co ubrać. To znaczy owszem, każda z nas miała kieckę, 
modną  wówczas  małą  czarną,  także  pantofle,  i  na  tym  koniec.  Żadnych 
elementów  dekoracyjnych,  żadnych  ozdób,  z  biżuterii  zaś  posiadałam  jedną 
parę  klipsów  z  perełkami.  Zdaje  się,  że  z  Jablonexu.  jak  się  podzielić  jedną 
parą? 

Pierwsza  myśl,  żeby  każda  wpięła  sobie  w  ucho  jedną  sztukę,  jakoś 

upadła, zapewne nie mogłyśmy się zdecydować, czy obie w prawe, czy obie w 
lewe,  czy  też  każda  w  inne,  i  wówczas  to  wypowiedziałam  prorocze, 
idiotyczne słowa. 

—  Słuchaj, a może w dziurki od nosa? Ty jeden, ja drugi i wmówimy w 

nich, że w Polsce na wigilię panuje taki zwyczaj... 

Zrezygnowałyśmy w końcu z pomysłu, ale zły los o tym nosie usłyszał... 
... brzękadła na szyi, bransolety wszędzie... 
Ejże! Przeczucie kajdanków...? 
Jest  to,  co  prawda,  duże  ułatwienie  życiowe,  na  widok  młodzieńca, 

ponabijanego gwoździami na całej gębie i obok, od razu wiemy, z kim mamy 
do czynienia i nie musimy tracić czasu na rozgryzanie jego osobowości i zalet 
umysłu.  Niemniej  jednak  zdobnictwo  męskie  przerosło  starania  damskie, 
grawitujące  ostro  ku  spodniom,  garniturom,  a  kto  wie  czy  wkrótce  nie 
ostrogom... 

Żebym tylko nie wymówiła znów w złą godzinę...! 
Z  powyższego  wyraźnie  widać,  że  nie  od  dziś  pojawił  się  przedziwny 

trend: przejąć cechy tej drugiej płci. I, co gorsza, przebić je! 

Nie da się ukryć, że w bliższych nam czasach zaczęły baby. 
Początek owszem, miał nawet jakiś sens. Ubezwłasnowolnieniu należało 

przeciwdziałać,  bo  oni  tyle  głupot  robili,  że  trzeba  ich  było,  choć  trochę 
ograniczyć. 

background image

 

O,  zaraz  się  na  mnie  rzucą.  Jakich  głupot,  jakich  głupot...?!!!  A  proszę 

bardzo. 

Głupoty męskie: 
Krótsze będzie, więc miejmy to z głowy. 
Wojny ogólne i mordobicia kameralne: 
Kto  wyrywa  sztachety  z  parkanów,  łapie  noże  kuchenne  i  łby  sobie 

wzajemnie rozbija na weselach? Kobiety? 

Kto z rozbiegu bierze udział w zadymie, nie mając pojęcia nawet, kto, z 

kim, dlaczego i o co chodzi? Kobiety? 

Kto  odruchowo  kopie  przedmiot,  leżący  pod  nogami,  szczególnie,  jeśli 

przedmiot jest piłką? Kobiety? 

Fakt, iż kobiety nader często mają na nogach białe szpilki, nowe lakierki 

albo przewiewne sandałki i lakier na paznokciach, chwilowo pominiemy. 

Kto z ognistym zapałem ćwiczy wojsko, wali ławą na wroga, wdziera się 

na mury i lonty podpala? Kobiety? 

Kto  się  upiera  zgnieść  przeciwnika  do  imentu  i  rozpoczyna  wojnę 

totalną? Kobiety...? 

Tak dla przykładu wyobraźmy sobie staroświecką nieco bitwę bab. Same 

baby,  wyłącznie  baby,  na  ognistych  rumakach,  z  mieczami  w  dłoniach, 
przyodziane w kolczugi i zbroje, dwie wrogie armie, następujące na siebie. Po 
pierwsze,  niewątpliwie  z  wrzaskiem,  od  którego  przede  wszystkim 
spłoszyłyby  się  konie.  Po  drugie,  ciężar  oręża  musiałby  sprawiać  niejakie 
trudności,  bo  skąd  tu  wziąć  tyle  Horpyn...?  Po  trzecie,  w  ferworze  walki 
zapłonęłyby  skłonności  naturalne  i  rychło,  porzuciwszy  uciążliwe  miecze, 
całe  wojsko  przystąpiłoby  do  wzajemnego  drapania  się  po  twarzach  i 
wydzierania sobie kłaków ze łba, jest to, bowiem sposób okazywania niechęci 
właściwy kobietom od tysiącleci i zakodowany w nich na mur. 

No i wyobraźmy sobie dalej, że w ten cały galimatias wkracza prawdziwy 

rycerz płci męskiej, zakuty rzetelnie (szczególnie łeb...), orężem machnie jak 
należy,  pawężą  z  siodła  zepchnie,  oszczepem  ciśnie  i  w  dodatku  trafi  tam, 
gdzie zamierzał... 

(Ogólnie  znana  jest  osobliwa  ułomność  kobiet,  które,  jeśli  czymś  w  coś 

rzucają, z reguły trafiają całkiem gdzie indziej. Nawet półmiskiem, celując w 
męża,  zrzucają  zabytkowy  zegar  ze  ściany,  względnie  rozbijają  ulubione 
lustro.) 

background image

 

 

No dobrze, niech będzie, bez krzyków proszę, Amazonki. Chociaż one w 

zasadzie  wolały  szyć  z  łuków  na  pewną  odległość,  ale  i  w  zbliżeniu 
pomachały  sobie  całkiem  nieźle,  zatem,  w  miejsce  rycerza,  taka  Hipolita. 
Bicepsy stalowe, pierś odcięta... Wrogiej armii może i da radę, ale któż taką 
będzie kochał?! 

A kobiety nade wszystko w świecie pragną być kochane... 
Przypomniawszy fakt powszechnie znany, wracamy do mężczyzn. 
Idiotyzmy finansowe: 
Kto  skakał  z  okien  wieżowców  w  czasie  krachu  giełdowego?  Może 

kobiety, co? Kto przepijał całą pensję w drodze do domu? Kobiety? 

Kto żyrował weksle rozmaitym oszustom? Kobiety? 
Kto w grach hazardowych przegrywał całe mienie? Kobiety? 
Kto  trwonił  posag  żony,  posag  córki,  majątek  firmy  oraz  rozmaite  inne 

dobra na kurtyzany i rozpustę? Kobiety? 

Kobiety raczej z tych trwonionych dóbr korzystały... 
Kto się wdawał w kretyńskie interesy i wszystko tracił? 
Kto w radosnej euforii stawiał wszystkim w całej knajpie? 
Kto nabywał akcje nieistniejących kopalni złota i diamentów? 
Kobiety...? 
Chociaż  w  kwestii  kopalni  diamentów  kobiety  mogły  być  bardziej 

podatne... 

I nie będziemy tu chwilowo eksponować pewnej drobnostki, o której każe 

nam  napomknąć  wyłącznie  elementarne  poczucie  sprawiedliwości.  Owszem, 
zgadza  się,  to  kobiety  zdobyte  i  zaoszczędzone  mienie  starannie  ukrywały 
tam,  gdzie  w  pierwszej  kolejności  szuka  każdy,  najgłupszy  nawet,  złodziej, 
włamywacz,  zwyrodniały  wnuczek,  ewentualnie  kumpel  wnuczka:  wśród 
prześcieradeł,  pończoch  i  ręczników,  w  koszu  z  brudną  bielizną,  pod 
materacami, w torbach z mąką, cukrem i kaszą, także w piecu, zapominając, iż 
piec stoi odłogiem wyłącznie w okresie letnim. Później na kryjówkę przestaje 
się nadawać. 

Znacznie  chętniej  przytoczymy  historię  prawdziwą,  której  byliśmy  (my, 

autorka)  prawie  naocznym  świadkiem,  a  fakt,  że  już  gdzieś  tam  w  którejś 
książce zostało to przez nas opisane, nie ma tu nic do rzeczy. Plagiat z samej 
siebie jest niesmaczny, ale nie karalny. 

background image

 

Otóż jeden taki posiadał szklarnię. Chociaż raczej należałoby użyć liczby 

mnogiej, posiadał kilka szklarni, połączonych ze sobą systemem ogrzewczym. 
No i oczywiście musiał je ogrzewać możliwie tanio, palił, zatem w centralnym 
piecu, czym popadło, między innymi najmując się do wywozu starych mebli, 
których  ludzie  chcieli  się  pozbyć.  Wszyscy  wiedzą,  ile  kłopotu  sprawia 
rozlatująca  się  szafa  po  przodkach  czy  zdewastowany  stół  kuchenny  z 
szufladami,  które  nie  chcą  się  otwierać,  a  otwarte  nie  dają  się  zamknąć. 
Niektórych  zaś  trochę  szkoda  i  każdy  wolałby  je  sprzedać,  bodaj  za  grosze, 
ale jednak. 

Właściciel  szklarni  nie  grymasił.  Brał  wszystko,  te  gorsze  za  darmo, 

zyskując  wdzięczność  posiadaczy,  te,  pożal  się  Boże,  lepsze,  za  pieniądze, 
tyle,  że  bardzo  tanio.  Ludzie  go  sobie  wzajemnie  przekazywali  i  na  brak 
klientów  nie  narzekał,  bo  akurat  był  to  okres,  kiedy,  zrzuciwszy  w  pewnym 
stopniu jarzmo ustroju, naród zaczynał rozkwitać i na rynku jęły się pojawiać 
towary.  Oraz  pieniądze.  Kto  tylko  mógł,  zachłannie  zmieniał  upiorne,  stare 
strupie  sprzed  czterdziestu  albo  i  więcej  lat  na  eleganckie,  nowe  meble,  z 
przyjemnością  pozbywając  się  reliktów  uciążliwej  przeszłości,  a  pracowity 
badylarz korzystał z każdej okazji. 

Za  którymś  razem  zakontraktował  przedwojenną  szafę  z  szufladami, 

powojenne biurko, z dziełami Lenina zamiast jednej nogi, zgodził się zabrać 
nawet dzieła Lenina, kilka krzeseł i dziwny mebel, stanowiący jakby etażerkę 
z nieheblowanego drewna i osobliwie powyginanej dykty. Czyli sklejki. Brał 
wszystko, co palne, odmawiał kontaktu wyłącznie z przedmiotami żelaznymi, 
ale takich, na przykład, okuć z ram  okiennych i zamków od drzwi nie kazał 
odkręcać,  załatwiał  to  we  własnym  zakresie  w  ramach  zwyczajnej,  ludzkiej 
uprzejmości. 

Zakontraktowawszy szafę z przyległościami, umówił się z kontrahentem, 

że  przyjedzie  po  towar  pojutrze,  bo  jutro  ciężarówkę  ma  zajętą,  i 
wyasygnował skromny zadatek. Tymczasem okazało się, że czegoś tam gdzieś 
nie  dostał,  ciężarówkę  miał  pustą,  wstąpił,  zatem  po  zamówiony  opał 
wcześniej. Kontrahenta nie zastał, ale była w domu jego żona, zorientowana w 
kwestii zmiany umeblowania, ucieszona niezmiernie, że pozbywa się gratów, 
chętnie przyjęła równie skromną resztę pieniędzy i jeszcze chętniej wypchnęła 
rupiecie. Szafa–potwór znikła jej z oczu, a badylarz odjechał. 

background image

 

 

Nazajutrz  wczesnym  popołudniem  wrócił  z  wyjazdu  służbowego  mąż, 

pan domu. Brak szafy zauważył od razu, bo trudno było przeoczyć taki ogrom 
pustego  miejsca.  Przez  dość  długą  chwilę  wpatrywał  się  w  ową  pustkę 
otępiałym wzrokiem. 

—  Co to jest? — wybełkotał wreszcie. — Gdzie szafa? 
—  Ten Walczak zabrał — odparła radośnie żona. — Miał akurat okazję, 

pustą  ciężarówką  wracał,  więc  wziął  wczoraj,  a  nie  dzisiaj.  Zapłacił  resztę  i 
razem  z  synem  wynieśli  wszystko.  Popatrz,  ile  się  miejsca  zrobiło,  aż 
przyjemnie popatrzeć! 

Mąż nie wyglądał na takiego, któremu jest przyjemnie. 
—  Jasna cholera — wycharczał zdławionym głosem. — Ciężki piorun. 

Wszyscy diabli. Dlaczego mu to dałaś, kretynko...?!!! 

Ostatni  okrzyk  różnił  się  od  pozostałych  wypowiedzi  głównie 

natężeniem.  Żona  zdziwiła  się  do  tego  stopnia,  że  nawet  jej  nie  przyszło  do 
głowy, żeby się obrazić. 

—  Jak  to,  dlaczego?  Przecież  był  umówiony,  sprzedałeś  mu  to,  no 

owszem, za grosze, ale ja bym sama dopłaciła, żeby tylko zabrał... 

—  Idiotko!!! Oślico!!! Kiedy on to zabrał?!!! 
—  Tak jakoś przed wieczorem. Romuś, o co ci chodzi? Co ci się stało? 

Przecież  sam  mu...  Kotusiu,  napij  się  wody,  z  lodem  ci  dam,  koniaczku 
może... 

Mąż  był  człowiekiem  interesu.  Opanował  emocje,  zacisnął  zęby  i 

popędził ku drzwiom. Po drodze zagarnął żonę. 

—  Jedziemy! — wysyczał dziko. 
Ruszyli  w  kierunku  na  Powsin,  gdzie,  wedle  ich  wiedzy,  mieszkał  i 

prosperował badylarz Walczak. W połowie drogi mąż wydusił z siebie krótki 
komunikat, który żonie odjął mowę. 

—  Tam były pieniądze. 
Po  godzinie  wysiłków,  kiedy  zmrok  już  zapadał,  odnaleźli  dom 

upragnionego  ogrodnika.  Wjechali  na  teren  posesji  i  ujrzeli  tam  pracowity 
ruch,  mianowicie  ówże Walczak  rąbał drewno, a dwaj synowie przenosili  je 
na  porządnie  poukładane  stosy.  Do  rąbania,  ogólnie  biorąc,  było  dużo, 
głównie  najrozmaitsze  meble,  Walczak  zaś  dewastował  właśnie  biurko,  od 
nich pochodzące. Szafa, nietknięta jeszcze, stała kawałek dalej. Bardzo mały 
kawałek. Rozmowa przebiegła spokojnie i rzeczowo. 

background image

 

—  Dobry  wieczór  —  rzekł  mąż,  panując  nad  sobą  z  wysiłkiem,  ale  w 

pełni.  —  Panie,  powiedzmy  sobie  jedno:  kupił  pan  ode  mnie  stare  graty  na 
drewno opałowe. Zgadza się? 

—  Zgadza  —  przyświadczył  spokojnie  badylarz.  —  Kupiłem, 

zapłaciłem i odebrałem. A co...? 

—  Drewno opałowe? 
—  Drewno opałowe i te... co to tam? A, dzieła Lenina. O co chodzi? O 

te  dzieła  Lenina?  Były  wliczone  w  cenę  i  już  panu  przepadły.  Poszły  na 
pierwszy ogień. 

Mężowi  wyrwało  się  krótko,  niecenzuralnie  i  niewyraźnie,  co  myśli  o 

dziełach Lenina. Wrócił do drewna. 

—  Kupił  pan,  znaczy,  stare  meble  na  opał.  Miał  pan  odebrać  dzisiaj. 

Zgadza się? 

Ogrodnik  nieufnie  rzucił  okiem  na  żonę,  która  przedarła  się  już  przez 

drewutnię i zastygła przed drzwiami szafy. 

—  No  miałem  dzisiaj,  ale  zdarzyła  mi  się  okazja  wczoraj,  nawet  sam 

pan mówił, że im prędzej, tym lepiej. No to byłem wczoraj, pańska żona mi 
wydała, zapłaciłem i co? 

—  Ale  zapłacił  pan  za  drewno  opałowe.  Wedle  umowy.  A  ja  się 

nastawiłem,  że  odbiera  pan  dzisiaj,  i  nie  zdążyłem  opróżnić  tych  rupieci  z 
zawartości. A może tam były książki albo krawaty, albo, jakie pamiątki, albo, 
co. A za żadną zawartość pan nie płacił. Zgadza się? 

Ogrodnik pozastanawiał się przez chwilę i kiwnął głową. 
—  Zgadza się. Zawartość była pańska. Jakby pan był przy odbiorze, to, 

co innego, ale faktycznie pana nie było, a ja wziąłem dzień wcześniej. Co tam 
w środku zostało, to pańskie. 

—  Moje  —  rzekł  mąż  i  nie  zdołał  ukryć  potężnej  ulgi.  —  To  pozwoli 

pan, że ja to teraz sobie zabiorę, bo byłbym zabrał od razu, znaczy, opróżnił 
mebel, ale musiałem jechać w pośpiechu i nie zdążyłem. Więc teraz wezmę. 

Ogrodnik uczynił godny krok do tyłu. 
—  Bierz pan. Moje jest drewno, a co nie drewno, to pańskie. 
Teraz dopiero mąż się poruszył, podszedł do szafy, odsunął na bok żonę i 

wyciągnął szuflady, najpierw jedną, a potem drugą. Pozornie były puste. Nie 
bacząc  na  to,  iż  wszystkie  obecne  osoby  zaglądają  mu  przez  ramię, 
pomanipulował trochę w głębi i szuflady ukazały nagle drugie dno. 

background image

 

 

Drugie dno wypełnione było dokładnie paczkami dolarów w setkach, co 

spowodowało  jakby  zbiorowe  zachłyśnięcie  się  widzów.  Mąż  uczynił  gest, 
małżeństwo musiało być zgodne i doskonale zgrane, bo w mgnieniu oka żona 
podetknęła mu rozchyloną foliową torbę. W milczeniu mąż opróżnił szuflady i 
dopiero wtedy ogrodnik się odezwał. 

—  Panie,  powiem  prawdę  —  oznajmił  tonem,  w  którym  dźwięczała 

głównie zgroza. — Ja tam po tych starych meblach nie grzebię, każdy pilnuje 
swojego, a  mnie opał potrzebny. A mój piec  ma dużą gębę. Pan wie, że taka 
szuflada  to  u  mnie  idzie  na  jeden  wsad?  Ja  bym  ich  nawet  nie  rąbał,  tylko 
wepchnął jak leci... 

—  A to, proszę pana, jest mój cały majątek. 
—  To  ciesz  się  pan,  że  zacząłem  od  tych  mniejszych  rzeczy.  Krzesła, 

surowe drewno, teraz właśnie biurko rąbiemy. Szafa została na koniec. 

—  Łaska boska! — westchnął nabożnie mąż. 
Wówczas zabrała głos żona, zwracająca się głównie do żony ogrodnika, 

która w trakcie tych wszystkich manipulacji z ciekawości wyszła z domu na 
dziedziniec. 

—  Pani popatrzy, co to za baran głupi, przed kim on tajemnicę trzyma, 

przede  mną?! Piętnaście  lat jego żoną jestem, a czy ja jeden grosz wydałam 
bez  jego  wiedzy?  To  kretyn,  pani  kochana,  czy  to  każdy  chłop  taki  głupi,  a 
jeszcze  meble zmieniamy, słowa jednego nie powiedział, ja  myślałam, że on 
to  w  banku  trzyma,  to  idiota,  ty  capie  głupkowaty,  ty  żłobie,  ty  kretynie,  a 
jakby pożar był w domu albo, co, Pan Bóg człowieka takim głupolem karze, i 
za co...?! Ty ośle niedomyty...!!! 

—  Cicho już, cicho —  zareagował niecierpliwie  mąż i odwrócił  się  do 

ogrodnika. — Grzebie pan czy nie grzebie, flachę ma pan u mnie jak stąd do 
Ameryki. Cholera z tymi babami... 

Obciągnęli  później  wspólnie  litr  koniaku,  nie  całkiem  we  dwóch,  bo 

starszy  syn  ogrodnika  był  już  pełnoletni,  osiemnaście  lat  skończył,  a  żona 
ogrodnika musiała jakoś zwalczyć zrozumiałe rozgoryczenie. 

No  i  doprawdy  już  nie  wiadomo,  kto  głupszy.  Te  baby  z  bielizną 

pościelową czy ci mężczyźni z tajemnicami... 

Ponownie wracamy do tematu. 

KRETYŃSTWA POLITYCZNE: 

Kto głosował na różnych debili i cymbałów? 

background image

 

Kto  radośnie  wybierał  na  prezydenta  (króla,  posła,  senatora, 

przewodniczącego,  starostę  i  tak  dalej)  półgłówka,  urządzającego  wspaniałe 
uczty,  strzelającego  celnie  na  łowach,  gwarantującego  nieróbstwo  i 
bezprawie? 

Kto  godził  się  na  denne  propozycje  strony  przeciwnej  z  lenistwa,  z 

tchórzostwa, z głupoty i dla świętego spokoju? 

Z pewnością nie kobiety, bo nie miały wówczas nic do gadania. 
Między  nami  mówiąc,  obecnie  dopuszczone  do  głosu  kobiety  wybierają 

najprzystojniejszego, bez względu na jego wewnętrzne wady i zalety. 

Starczy może, co...? 
Trudno  się  dziwić,  zatem,  że  kobiety  straciły  cierpliwość  i  uparły  się 

zdobyć ludzkie prawa. 

I słusznie. Zdobyły. 

I NA TYM NALEŻAŁO POPRZESTAĆ. 

Tymczasem  głupie  baby  w  swoim  dzikim  szale  poleciały  dalej  bez 

opamiętania i z klapami na oczach. Dorównać mężczyznom, oto cel życia! 

Dorównać, bardzo dobrze, zależy, w czym. 
Chłopcy łazili po drzewach, forsowali rozmaite okna i parkany, strzelali z 

łuku i z procy, jeździli konno na oklep, wygrywali bitwę pod Grunwaldem i 
pokonywali krwiożerczych Indian. Dziewczynki bawiły się lalkami, urządzały 
przyjęcia z herbatką, czytały książeczki... 

Oj, dobrze już, dobrze. Nie możemy odcinać się od przeszłości, ponieważ 

ona  rzutuje  na  teraźniejszość.  Tak  było  przez  całe  wieki  i  do  niedawna, 
obecnie chłopcy toczą wojny gwiezdne na ekranach komputerów i pchają się 
do  crossowych  motorów,  dziewczynki  komputerami  posługują  się  równie 
sprawnie,  ale  zarazem  uprawiają  sztukę  malarską  na  własnych  twarzach  za 
pomocą kosmetyków, kradzionych mamusi. Nie ma znaczenia, bo istotne jest, 
co innego. 

Istotny  jest  fakt,  że  nader  często  dziewczynki  wdzierały  się  (albo 

usiłowały wedrzeć) w męskie dziedziny, rwąc się do tych drzew, łuków i koni, 
natomiast  o  chłopcach,  tęsknie  ciągnących  ku  lalczynym  herbatkom  i 
kosmetykom  jakoś  nie  było  słychać.  Od  zarania  dziejów  dziewczyńskie 
zabawy  przynosiły  prawdziwemu  mężczyźnie  śmiertelny  wstyd,  a  męskie 
osiągnięcia prawdziwej kobiecie wielką chwałę. 

No i głupie baby poszły za daleko. 

background image

 

 

Samo  pójście  to  byłoby  jeszcze  pół  biedy.  Ważne  są  konsekwencje,  o 

których lada chwila pomówimy. 

Jakieś najnowsze badania medyczne podobno wykazały, że mózg kobiecy 

pewnymi właściwościami różni się od męskiego. Autorka bez bicia przyznaje, 
że  nie  wniknęła  w  szczegóły  odkrycia,  niemniej  jednak  dowiedziała  się,  że 
różnica istnieje. Nawet niekoniecznie na niekorzyść żeńską, po prostu one są 
różne,  te  mózgi,  i  dlatego  baba  świetnie  wie,  że  żywe  stworzenie  należy 
nakarmić, a chłop gorliwie stara się je napoić. 

(Szczególnie stworzenie własnego gatunku.) 
Ówże mózg, jak się okazuje zróżnicowany, predestynuje każdą z płci, do 

czego innego.   Odmienność nie jest wielka, ale jednak istnieje. Dzieli się na 
dwie kategorie: 

fizyczna 

psychiczna. 
Zapewne  z  racji  pierwotnych  przeznaczeń  biologicznych,  o  których  już 

była  mowa,  kobiety  są  jakoś  tam  inaczej  zbudowane.  Kto  jest  spragniony 
szczegółów,  niech  spyta  lekarzy.  Osobom  mniej  dociekliwym  powinno 
wystarczyć przypomnienie, iż kobietom wzbronione są: 

roboty kesonowe 
roboty górnicze 
praca ze świdrem pneumatycznym 
prowadzenie traktora 
nurkowanie na dużych głębokościach. 
Kto zaś ma oczka w głowie, bez trudu może zobaczyć, iż damska figura 

od męskiej różni się wyraźnie. 

Niewskazane były także zawody: 
strażaka 
pilota odrzutowców dalekiego zasięgu 
kapitana statku 
i deratyzatora. 
I też miało to pewien sens. 
Pierwsza  grupa  zakazów  dotyczy  ściśle  owych  przeznaczeń 

biologicznych  i  szkodliwości  medycznej  wyżej  wymienionych  prac,  co 

background image

 

zostało  już  dość  dawno  przez  lekarzy  stwierdzone,  nie  musimy,  zatem 
zawracać sobie tym głowy. 

Druga grupa stwarza problemy bardziej skomplikowane. 
Baby do tych prac już od dawna się pchają... 
Chociaż nie. Do deratyzatora nieszczególnie. 
...  a  tu  i  ciężar  zaczadzonej  ofiary,  którą  trzeba  znieść  po  drabinie  na 

własnych  plecach,  i  stanowisko  kapitana  statku,  które  budzi  szalone 
wątpliwości w razie zatonięcia... 

Kapitan ma zejść ostatni, tymczasem wciąż szaleje nad nami podstawowy 

nakaz:  najpierw  ratować  kobiety  i  dzieci!  Co  z  nią,  zatem  zrobić?  Siłą 
wepchnąć do szalupy czy też pozwolić jej iść na dno razem z miejscem pracy? 
Kto ma ochotę na taki dylemat? 

...  I  te  biedne  szczurki,  przed  którymi  ucieknie  z  krzykiem  cała  grupa 

zawodowców,  i  te  dolegliwości,  które  przy  dalekim  zasięgu  mogą  spaść  na 
kobietę akurat w chwili lądowania w złych warunkach atmosferycznych... 

Wali, zatem po oczach jupiterem filmowym, że, niestety, chcąc nie chcąc, 

różnicę płci wszyscy musimy uwzględniać. 

CO DO GRUP WIEKOWYCH... 

Zasadniczo  mamy  ich  trzy:  dzieci,  młodzież  i  dorośli  I  z  tym  się  chyba 

musimy pogodzić. Grupy zasadnicze dzielą się na podgrupy. A to: 

DZIECI 

Młodzież 
Dorośli 
—    niemowlęta 
—    osobniki ciut wyrośnięte, które potrafią same chodzić i mówić. 
—    młodzież młodsza, czyli to coś tuż po dzieciach 
—    młodzież starsza, często nosząca nazwę nastolatków. 
—    młodzi,  świeżutko  dopuszczeni  do  udziału  w  rządach  w  postaci 

głosowania w wyborach 

—    nadal młodzi, ale już po studiach, zazwyczaj pracujący zarobkowo 
—    wciąż młodzi, w wieku zbliżającym się do średniego 
—    młodzi w średnim wieku 
—    w średnim wieku 
—    nieco starszawi 
—    pierniki, próchna i ekshumy. 

background image

 

 

Jak  widać,  dorośli  stanowią  grupę  najbardziej  zróżnicowaną  i  od  razu 

możemy  zapewnić,  przyczyniają  największej  zgryzoty.  Ich  narzekania  na 
młodzież trwają od wieków i są nieudolną próbą stworzenia zasłony dymnej, 
kryjącej własne błędy i wady, co za chwilę zostanie wyjaśnione. 

Na wstępie odpracujmy dzieci, żeby sobie nimi dalej nie zawracać głowy, 

dzieci, bowiem w zgrozę budzącym niweczeniu ludzkości biorą udział nikły. 
Jeśli już coś niweczą, to raczej dobra materialne. 

Dziecko + zapałki = pożar. 
Chłopcy,  jak  chłopcy,  dziewczynki,  jak  dziewczynki,  w  niemowlęctwie 

drą  się  jednakowo,  identycznie  łapią  wietrzną  ospę  i  podobnie  zużywają 
pampersy,  później  zaś  tak  samo  śmiecą  i  bałaganią,  rozbijają  sobie  kolana, 
dręczą rodziców pytaniami i tylko bawią się różnie, zależnie od płci, ale o tym 
już było. Same z siebie końca świata możliwe, że nie zdołałyby spowodować. 

Natomiast  w  połączeniu  z  dorosłymi  stanowią  mieszaninę  wybuchową  i 

koniec  świata  bez  trudu  mogą  wywołać,  szczególnie,  iż  przez  dorosłych 
bywają w tym kierunku usilnie popychane. 

Jak wiadomo: 
Czym skorupka za młodu... 
Czego się Jaś nie nauczy?.. 
I tak dalej. 
Nie jest to utwór pedagogiczny, niemniej jednak czujemy się zobligowani 

do  przypomnienia,  że  na  zadawane  przez  dziecko  pytania  najgłupsza 
odpowiedź brzmi: 

Dowiesz się, jak będziesz starszy (a). 
Co powoduje, że nieszczęsne dziecko z dzikim wysiłkiem i wśród tysiąca 

idiotyzmów wściekle stara się być starsze. Wynikają z tego same koszmary. 

A  tak  przy  okazji,  delikatnie  przypomniawszy  powszechnie  znany 

obowiązek  wychowywania  dzieci,  zwracamy  uwagę  na  modny  ostatnimi 
czasy  trend  wychowywania  dzieci  bez  stresów.  Różne  trendy  nam  się 
przytrafiały, ale ten trzyma się chyba twardo w czołówce idiotyzmów. 

W pewnym warszawskim tramwaju siedziała pani w eleganckim, jasnym, 

nowym,  lub  też  świeżutko  upranym  płaszczu.  Naprzeciwko  niej  siedziała 
mamusia z dzieckiem mniej więcej dwuipółletnim. Pogoda była deszczowa i 
błotnista. Żywe dziecko kręciło się i wierciło na kolanach mamusi, z zapałem 
kopiąc zabłoconymi bucikami płaszcz pani vis–a–vis. Pani usiłowała chronić 

background image

 

odzienie,  bez  skutku,  aż  wreszcie  grzecznie  poprosiła  mamusię  o  lekkie 
utemperowanie potomka. Na co mamusia nadęła się i rzekła godnie: 

—  Ja, proszę pani, wychowuję dziecko bez stresów. 
Na  co  z  kolei  zbliżył  się  stojący  obok  pan,  napluł  na  mamusię  i 

powiedział: 

—  Ja też byłem wychowywany bez stresów. 
Po  czym  wysiadł  przy  akompaniamencie  oklasków  jadącego  tym 

tramwajem społeczeństwa. 

Żaden dowcip, fakt. Wydarzenie najprawdziwsze w świecie! 
(Bez komentarzy.) 
Ponadto  mamusie  bezwzględnie powinny opanować namiętną skłonność 

do szkalowania tatusia w oczach dzieci. 

Nie  ma  tu,  co  ukrywać,  iż  wyżej  wymieniona  skłonność  jest  cechą  płci 

niewieściej,  która  to  płeć  ze  łzami,  z  nienawiścią,  z  zaciętością,  z  rozpaczą 
oraz  innymi  tym  podobnymi  uczuciami  obdarza  tatusia  mianem  łajdaka, 
łobuza, moczymordy, zimnego drania, podłej świni, głupa, tumana, niedojdy, 
zbrodniarza,  a  także  jeszcze  znacznie  gorzej,  sypiąc  ten  deszcz  kwiecia  na 
głowy niewinnych dziatek. 

Niezależnie od okoliczności i swojego chwilowego, lub też długotrwałego 

stosunku  do  współtwórcy  własnej  progenitury,  ma  się  powstrzymać  od 
wyrażania poglądów i cześć. Nie usprawiedliwia jej nic. 

A baby to robią!!! 
I nawet niekoniecznie w chwilach dramatycznych kontrowersji, bywa, że 

byle, kiedy. Łatwo odgadnąć, iż karmiony tego typu informacjami potomek na 
szacunek dla tatusia zdobędzie się z trudem. 

No to, co, że ten potwór i zwyrodnialec na żaden szacunek nie zasługuje? 

Przyłóżmy mu wałkiem do ciasta w cztery oczy, a dzieciom dajmy spokój. 

(No, chyba, że tatuś  akurat lata za mamusią  po  mieszkaniu z siekierą w 

dłoni w jednoznacznych celach. Ale też lepiej wtedy usunąć dziecko z zasięgu 
siekiery, chociażby wyrzucając je za drzwi, niż głosić swoje opinie.) 

Z dzieci wyrasta młodzież. 
I tu już sprawy zaczynają się komplikować. 
Młodzież młodsza to jeszcze pół biedy. 
Głównie  rośnie,  w  związku,  z  czym  potrzebuje  pożywienia  i  ruchu,  i  to 

bez względu na płeć. Dzieje się to poniekąd samo, biologicznie, chcemy czy 

background image

 

 

nie chcemy, rosnąć będzie i jeść również. Antagonizmy pomiędzy młodzieżą 
młodszą  a  naszą  grupą  wiekową,  dorosłymi,  biorą  się  z  nieznośnej 
konieczności stosowania przymusu pozabiologicznego. 

Chodzić  do  szkoły.  Jeść  przy  stole,  posługując  się  nożem  i  widelcem. 

Myć  zęby  i  resztę.  Sprzątać  po  sobie.  Odzywać  się  grzecznie.  Wcześnie 
chodzić spać. Nosić czapkę, szalik i sweter. Wycierać buty. I tak dalej. 

Potworne, istna katorga. 
Jeszcze gorsze są zakazy. 
Nie  rzucać  nożem  w  drzwi  od  szafy.  Nie  rozbierać  radia  na  drobne 

kawałki,  żeby  zobaczyć,  co  jest  w  środku.  Nie  wrzeszczeć  przeraźliwie  pod 
cudzymi  oknami,  we  własnym  domu,  na  ulicy,  w  sklepie,  w  lesie,  między 
ludźmi, w ogóle nigdzie... 

Właściwie jedyne miejsce do wrzeszczenia to morska plaża, szczególnie 

w czasie sztormu. Morze zagłuszy wszystko 

Nie  bić  się  z  kumplami.  Nie  używać  kosmetyków  mamusi.  Nie  oglądać 

po nocy filmów dla dorosłych... 

Filmy  dla  dzieci,  oglądane  w  dzień,  zostawiają  po  sobie  wrażenia 

dostatecznie okropne. 

Nie wybijać piłką szyb. Nie drzeć portek. Nie ślizgać się po topniejącym 

lodzie.  Nie  pchać  się  na  jezdnię  przed  rozpędzone  samochody.  Nie  włączać 
komputera  tatusia.  Nie  trzaskać  drzwiami.  Nie  pluć  z  balkonu  na  głowy 
przechodzących ludzi... 

Innymi słowy: wyrzec się wszelkich przyjemności. 
I  takie  życie  stwarzają  młodzieży  młodszej  te  drętwe  próchna,  osoby 

rzekomo kochające i najbliższe, mamusia i tatuś! Konflikt pokoleń startuje. 

Nawiasem mówiąc, istnieją rodzice, którzy pozwalają dzieciom odbierać 

telefon i bawić się  pilotami telewizyjnymi, dzięki czemu, dzwoniąc do nich, 
nie sposób się porozumieć, a z pilotów nie działa ani jeden. 

Tacy  rodzice  nie  zasługują  na  posiadanie  telefonu  i  telewizora,  nie 

wspominając o komputerze, za to w pełni zasługują na swoje dzieci. I dobrze 
im tak. 

Wśród  młodzieży  młodszej  kwestia  dyskryminacji  płci  męskiej  nie 

istnieje. Płeć męska załatwia to we własnym zakresie, nie kryjąc wzgardy dla 
zabeczanych  dziewczynek,  które  boją  się  wszystkiego,  nie  nadają  się  do 
żadnej porządnej zabawy, skarżą, zdradzają wszelkie sekrety i nawet czasem 

background image

 

usiłują być grzeczne. Myśl o ich jakiejkolwiek przewadze jest równie głupia i 
nieprawdopodobna, jak informacja, że od jutra szkoły zostaną zamknięte i nikt 
nam nie każe się uczyć. Bzdet galaktyczny. 

Z  młodzieży  młodszej,  zanim  się  zdążymy  obejrzeć,  wyrasta  młodzież 

starsza. 

I problem rozkwita, a konflikt pokoleń ostro się rozpędza. 
Wszelka młodzież ma to do siebie, że wściekle pragnie być dorosła. 
Być może dzięki podkreślonej wyżej odpowiedzi, udzielanej przez bardzo 

zajętych rodziców. 

W związku, z czym, z przyczyn, w które nie będziemy tu ściśle wnikać, 

bo  zajmować  się  nimi  powinni  fachowcy,  z  ognistym  zapałem  usiłuje 
naśladować  wszystkie  możliwe  błędy,  głupoty,  szkodliwe  idiotyzmy  i 
potknięcia,  popełniane  przez  wiekowe  ekshumy,  wzgardliwie  krytykowane. 
Trochę  to  może  niekonsekwentne,  ale  akurat  nie  żelazna  logika  stanowi 
podstawową cechę młodzieży. 

Swoje  starania  wyżej  wymieniona  młodzież  z  reguły  rozpoczyna  od 

niszczenia sobie zdrowia, a jak się da, to i życia. 

Destrukcyjną działalność należałoby może, dla porządku, ująć w punkty, 

bo  tak  dziedzin,  jak  i  sposobów  jest  mnogość  wielka,  zazębiają  się  ze  sobą 
wzajemnie  i  łatwo  się  w  nich  pogubić.  Ponadto  ściśle  należą  do  tematu,  od 
którego wcale nie zamierzamy odbiegać. 

A zatem: 
Primo: tak zwane używki 
Niegdyś młodzież zaczynała od papierosów. 
(Tu  znów  powinien  nastąpić  wtręt  natury  osobistej.  Z  własnym  synem, 

wówczas dwunastoletnim, przeżyłam chwilę straszliwą. Mimo  przeraźliwego 
braku  czasu  zorientowałam  się,  że  dziecko  przeżywa  jakieś  rozterki,  chce 
pogadać i w gardle go dławi, samo z siebie słowa nie wykrztusi i należy mu 
pomóc.  Zadałam,  zatem  stosowne  pytanie,  obiecując  przy  tym  solennie,  że 
rozmowa  będzie  poważna  i  bez  awantury.  Po  przełamaniu  wewnętrznych 
oporów, wśród straszliwych wysiłków, mój syn zdobył się na komunikat: 

—  Zrobiłem coś okropnego! 
Spłoszona  nieco,  zapewniłam  go,  że  pełne  wyznanie  mu  ulży.  Ma  się 

gryźć  i  dręczyć,  dokopując  przy  okazji  i  własnej  rodzicielce,  lepiej  już  tę 
okropność  z  siebie  wyrzucić.  Na  to  dziecko  uderzyło  w  ryk  potężny, 

background image

 

 

stwierdzając  wśród  szlochów,  iż  nie  może  powiedzieć,  przez  usta  mu  nie 
przejdzie,  przestępstwo  jest  po  prostu  straszne.  Zaniepokojona  bardziej, 
zaczęłam zgadywać. 

—  Poszedłeś na wagary? 
—  Nie, gorzej! 
—  Pobiłeś mniejszego kumpla? 
—  Nie, gorzej! 
—  Jezus Mario, ukradłeś coś...?! 
—  Nie! Gorzej! 
—  Zabiłeś kogoś...?! 
—  Nie! Gorzej! 
Rany  boskie,  to,  co  on  zrobił?!  Podpalił  szkołę,  wysadził  coś  w 

powietrze... Nie, w powietrze, to raczej jego brat... Bomba atomowa nie była 
jeszcze  wtedy  zbyt  popularna,  co,  na  litość  boską,  mógł  zrobić  takiego 
potwornego...?! 

Wpadłam  w  popłoch  rzetelny,  dziecko  mi  ryczy,  aż  się  kałuże  na 

podłodze  robią,  zmobilizowałam  wszystkie  siły  macierzyńskie  i 
pedagogiczne, wydusiłam z niego wreszcie: 

—  Zapaliłem papierosa...! 
Ulgi, jakiej doznałam, nie da się opisać. Zaraz błyskawicznie spadł mi na 

głowę następny problem przestępstwo powinno zostać ukarane, kara jednakże 
nie ma prawa przerosnąć poprzednich męczarni. Obiecałam, że po wyznaniu 
będzie  mu  lżej,  a  nie  ciężej,  obietnicy  należy  dotrzymać,  co  ja  mam  zrobić, 
nieszczęsna...?! 

Dowcip  polegał  na  tym,  że  przed  rokiem  on  już  rzucił  palenie  i 

poprzysiągł, że więcej na papierosa nie spojrzy, a tu proszę, złamał przysięgę! 
Nie  wiadomo,  co  gorsze,  papieros  czy  łamanie.  Wybrnęłam  z  sytuacji 
przemówieniem  natury  medycznej,  umiarkowanie  potępiającym,  kładąc 
nacisk na wiek, stan zdrowia, rozwój fizyczny i tak dalej. Po czym  mój  syn 
nie palił, palił, rzucał palenie, podejmował na nowo i nigdy nie wiedziałam, w 
jakiej akurat jest fazie. Wyrósł nieźle. 

Jednakże, co przeżyłam, to moje. Zapewne była to zwyczajna kara boska, 

bo właśnie zaczęłam palić. (Żeby nie tyć.) 

background image

 

Nie  wszystkim  rodzicom  udawało  się  zadziałać  skutecznie,  młodzież, 

zatem  papierosami,  wypalanymi  po  rozmaitych  zakamarkach,  udowadniała 
swoją dorosłość. 

Równorzędnie w grę wchodził alkohol. 
Też napój dla dorosłych, wobec tego, czym prędzej należy go spróbować. 

W  konflikcie  pokoleń  bierze  udział  dość  istotny,  dzieciom  wszak  złego 
przykładu dawać  nie należy, to niby jak...? Zaprosić gości, zrobić brydżyka, 
wyprawić skromne imieninki i kielicha sobie nie rąbnąć? A młodzież oczka w 
głowie  posiada  i  wszystko  widzi,  tu  słyszy  o  zgubie  ludzkości,  a  tu  ogląda 
gorszące  sceny,  przyjęcie  się  rozkręca,  towarzystwo  w  coraz  lepszym 
humorze, jedno z drugim się kłóci... 

Nie jesteśmy poradnią rodzinną ani psychologiem, żadnych wskazówek w 

tej  kwestii  prosimy  się  od  nas  nie  spodziewać  i  niech  sobie  każdy  załatwia 
sprawę we własnym zakresie. Stwierdzamy fakt i tyle. 

O  szkodliwości  używania  alkoholu  od  dzieciństwa,  choćby  i  późnego, 

nawet nie warto wspominać. Wszyscy wiedzą. 

Inna  sprawa,  że  w  takiej,  na  przykład,  Danii  dzieci  dostają  piwo.  Bez 

mała od niemowlęctwa. Dziecku się chce pić, rodzice uszczęśliwiają je, zatem 
tym,  co  mają  pod  ręką  i  najczęściej  jest  to  właśnie  piwo.  Może  się  też 
przytrafić  coca–cola,  soczek,  woda  mineralna,  piwo  jednakże  stoi  na 
pierwszym miejscu. 

Społeczeństwo, jak widać, wciąż istnieje i nieźle się trzyma, ale... 
Gdzieś  tam  zostało  naukowo  stwierdzone,  że  piwo  spowolnia  proces 

myślenia.  Musi  to  być  prawda,  bo  oni  myślą  trzy  razy  wolniej  niż  my.  No 
owszem,  porządniej,  dokładniej,  bardziej  odpowiedzialnie,  rozsądniej, 
niemniej jednak trzy razy wolniej. Zaś o refleksie już lepiej nie mówić, bo, po 
co ma się na nas obrazić przyzwoity naród. 

(Powyższe  autorka  niniejszego  stwierdziła  osobiście.  Nie  raz. 

Wielokrotnie, przez trzy lata, a potem jeszcze od czasu do czasu.) 

Po papierosach i alkoholu ruszyły narkotyki i to już kretyństwo nie z tej 

ziemi,  dotyczące  nie  tylko  młodzieży  także  dorosłych,  ale  dorosłymi 
zajmiemy się za chwilę. 

Młodzież  w  zasadzie  łapie  się  za  te  cholerne  narkotyki  z  głupkowatej 

ciekawości.  Przytrafiają  się  również  i  inne  przyczyny,  jakaś  konieczność 
leczenia,  która  poszła  za  daleko,  jakaś  potrzeba  dopingu  przed  egzaminami, 

background image

 

 

jakaś  nieprzyjemność,  odbierana  jako  nieszczęście  miary  wszechświatowej, 
ale  ciekawość  w  tym  wszystkim  zdecydowanie  prowadzi.  Dla  towarzystwa 
Cygan dał się powiesić, dla towarzystwa młodzież rezygnuje z dalszego ciągu 
życia,  prezentując  bezmiar  głupoty.  Kwestię  propagatorów  narkomanii 
pominiemy,  nie  piszemy,  bowiem  horroru  ani  czarnego  kryminału,  tylko 
zwyczajny utwór pouczający. 

Secundo: naśladownictwo zbliżone, łagodnie mówiąc, do małpiego. 
Tu  już pragnieniami i zachowaniem  młodzież zaczyna podlegać różnicy 

płci. 

Bo któraż dziewczynka marzy o tym, żeby się musieć golić? 
Któryż  chłopiec  ukradkiem  próbuje  wyzywającego  makijażu  za  pomocą 

kosmetyków mamusi albo starszej siostrzyczki? 

Której  to  dziewczynce  śni  się  po  nocach  pojazd,  czyniący  strach  szos? 

Który  chłopiec  widzi  siebie  w  powłóczystej,  białej  sukni  z  trenem  i  w 
koronkowym welonie...? 

Niegdyś, bardzo dawno temu, (co najmniej trzy czwarte wieku, a może i 

więcej),  chłopiec  spragniony  był  długich  spodni  i  krawata,  dziewczynka 
wysokich obcasów i pomalowanych paznokci, chłopiec mostka kapitańskiego, 
lub  też  biurka  o  rozmiarach  areny  cyrkowej,  zza  którego  to  biurka  padają 
rozkazy,  niedbałym  tonem  wydawane,  walące  taką,  na  przykład,  giełdę  na 
kolana, dziewczynka zaś balu w Operze Wiedeńskiej, ewentualnie podium, na 
którym ona, Miss Świata, wali na kolana nie żadną tam giełdę, tylko któregoś 
nieżonatego następcę tronu... 

Zdaje  się,  że  z  następcami  tronu  było  w  owym  momencie  krucho,  ale 

marzenia  nie  znają  przeszkód.  Ponadto  zdaje  się,  że  z  tamtych  czasów 
pozostały  tylko  biurko  i  podium,  reszta  uległa  lekkiej  zmianie.  No,  jeszcze 
postrach szos... 

W pierwszej kolejności kwestia odzieży przestała się liczyć... 
I jest to temat, który zamierzamy później rozwinąć. 
... ponieważ każdy może na sobie nosić, co zechce, bez względu na wiek. 
W drugiej utensylia pomocnicze uległy drobnemu przeistoczeniu. Już nie 

colty  u  pasa,  a  zwyczajny  obrzyn  w  rączce,  już  nie  żaden  bal  w  operze,  a 
zwyczajna dyskoteka, do której nieletnich nie wpuszczają... 

Na  marginesie:  osobiście  znamy  jednostkę,  której  marzeniem  była 

pełnoletność, ponieważ osób poniżej lat osiemnastu nie wpuszczają do kasyn. 

background image

 

W  chwili  obecnej  jednostka  może  już  wejść  nawet  do  kasyna  w  Monte 

Carlo  (wstęp  od  dwudziestu  jeden).  Jak  dotąd  nikogo,  ani  rodziców,  ani 
narzeczonego, ani siebie z torbami jeszcze nie puściła. 

... już nie godzina policyjna, na którą starzy każą wracać do domu, tylko 

zwyczajna forsa, już nie ślubne treny, tylko zwyczajne występy w TV... 

I tak dalej. 
Co dorośli, to i młodzież. 
Głupie to próchno beznadziejnie, ale jakież ma rajskie życie! Do szkoły 

chodzić  nie  musi  (miejsca  pracy  pod  uwagę  się  nie  bierze),  ze  stopniami 
kłopotu nie ma (opinii szefa pod uwagę się nie bierze), żre i pije, co zechce 
(stękania na wątrobę i ciężkiego kaca pod uwagę się nie bierze), jeździ, gdzie 
chce  i  kiedy  chce  (kwestii  urlopów  i  kosztów  pod  uwagę  się  nie  bierze), 
wielbicieli  i  podrywki  posiada  (konsekwencji  pod  uwagę  się  nie  bierze), 
decyduje, rozkazuje, wymaga i w ogóle rządzi (żadnych podstaw powyższego 
pod uwagę się nie bierze). No to my, młodzież, też, bo niby, dlaczego nie...? 

Z powyższym wiąże się: ambicja. Ten tam jakiś może, a ja nie...?! 
No i co z tego, że o dychę starszy...? 
Nie  znam,  niestety,  statystyk.  Ile  panienek  na  ilu  młodzieńców  rozwala 

cudze  samochody,  żeby  pokazać,  co  potrafi?  Osobiście  nie  słyszałam  o  ani 
jednej,  za  to  duże  ich  grono  pada  ofiarą  katastrofy  w  wyniku  takiej 
demonstracji. 

Ile  dziewczynek  na  ilu  chłopców  skakało  z  dachu  z  parasolem  dla 

udowodnienia odwagi...? 

Ile młodych dam na ilu młodych dżentelmenów w odpowiedzi na drwiące 

pytanie:  „Co,  boisz  się...?”  dokonywało  włamań,  kradzieży,  napadów  i 
dewastacji dobra publicznego? Młode damy zazwyczaj stoją z boku, patrzą i 
podziwiają, a jeśli już biorą udział, stanowią raczej siłę pomocniczą. Jako siła 
wiodąca występują rzadko i to też przypomina o różnicy płci. 

No i tu zbliżamy się do: 
Tertio: seks. 
Kochać się należy w młodości, nie zaś na starość zgrzybiałą i próchnem 

sypiącą. 

Takie jest zdanie młodzieży od początku świata do dnia dzisiejszego bez 

zmian. 

background image

 

 

Ze  smutkiem  i  skruchą,  acz  nie  nasza  to  wina,  stwierdzamy,  że  historia 

wydatnie zdaniu pomogła. My, osoba w wieku wysoce dojrzałym, doskonale 
pamiętamy,  jak  to  po  przeczytaniu  licznych  utworów,  pochodzących  sprzed 
pierwszej,  a  nawet  drugiej  wojny  światowej,  także  sprzed  licznych  powstań 
rodzimych  i  obcych,  nabrałyśmy  głębokiego  przekonania,  iż  wiek  lat 
szesnastu  jest  górną  granicą  zawierania  związku  małżeńskiego.  Co  powyżej, 
to już staropanieństwo. 

Co poniżej, w pełni dopuszczalne. 
Królowa  Jadwiga,  poślubiając  Jagiełłę,  miała  około  dwunastu  lat. 

Beatrice  Dantego  również  była  dwunastoletnią  dziewczynką.  Król  Ludwik 
XV w chwili zaślubin z Marią Leszczyńską był piętnastoletnim chłopcem. 

(Maria była o pięć lat starsza, ale tego się nie podkreśla.) 
Większość  tych  nieszczęsnych  królewskich  dzieci  zaręczana  była  w 

powijakach,  a  pchana  do  łoża  w  momencie  wychodzenia  z  wczesnego 
dzieciństwa,  rozmaite  maltretowane  i  uwalniane  przez  rycerzy  na  białych 
koniach  sierotki  nie  przekraczały  szesnastego  roku  życia,  osiemnastolatkę  w 
XIX wieku to cholerne staropanieństwo zaczynało już dławić. 

Człowiek się  takich rzeczy naczytał  i co? Lat czternaście to już wiek w 

pełni sprawny, nieprawdaż...? 

(Na całkiem dygresyjnym marginesie): 
Do  dziś  kłopotu  myślowego  przyczyniają  mi,  co  poniektóre  utwory  z 

początków  wieku  świeżo  ubiegłego,  a  także  nieco  starsze.  Jedno  po  drugim 
czytałam,  jak  to  szalał  z  miłości  młodzieniec  trzydziestosześcioletni,  a 
mężczyzną  w  pełni  dojrzałym,  podobnie  szalejącym,  był  dziewiętnastolatek. 
To  w  końcu,  który  z  nich  był  normalnie  dorosły,  nie  gówniarz  i  nie  stary 
piernik? Przy odrobinie uporu mogliby stanowić rodzinę, ojca i syna. 

W  nader  wczesnej  młodości  byłam  za  tym  dziewiętnastoletnim.  Z 

wiekiem zmieniłam poglądy, ale i tak do tej pory trochę mi się mąci.) 

Wracając  do  młodzieży,  trudno  się  dziwić,  że  w  obliczu  takich 

przykładów  swoją  dorosłość  utożsamia  ze  współżyciem  seksualnym,  które 
najchętniej rozpoczęłaby już w kołysce. 

Sensu ma to mniej niż brudu za paznokciem. 
Natrętne  i  publiczne  głoszenie,  jakoby  w  chwili  pozbywania  się  tak 

zwanej  cnoty  czekał  dziewczynę  moment  ekstazy,  jest  monstrualnym 

background image

 

łgarstwem,  takim  samym  albo  jeszcze  gorszym  niż  reklama  niektórych 
proszków do prania. 

Różnie bywa. 
Jak  i  z  kim  nieszczęsna  tę  chwilę  przeżyje,  zostanie  jej  na  zawsze. 

Przyjemność, szczęście, satysfakcja, okropność, koszmar, tortura, szok, wstyd 
straszny... 

Jedna  taka  dostała  okropnego  krwotoku  i  trzeba  było  do  niej  wezwać 

pogotowie,  przed  którym  spaliła  się  ze  wstydu  i  cud  boski,  że  nie  popełniła 
zaraz potem samobójstwa. 

... więc niech ona się może zastanowi, co robi i dla czego, bo drugi raz już 

ten numer nie przejdzie. 

Inna sprawa, że w grę wchodzi kwestia uczuć. I W większości wypadków 

(takie  mamy  wrażenie  i  nadzieję)  owe  dwie  osoby  płci  odmiennej  głowę  na 
pniu  położą,  że  kochają  się  jak  nikt  na  świecie,  Romeo  i  Julia  to  przy  nich 
pestka, koniec świata zastanie ich z sercem przy sercu, a potem się okazuje, 
że,  niestety,  była  to  pomyłka,  jedno  lub  dwustronna.  Chłopakowi  właściwie 
ganc pomada, a dziewczynie... oj, bywa, że trochę żal... Historia historią, ale 
następstwo tronu obecnie presji nie wywiera i nikt tu nikogo nie pogania. No, 
chyba, że media... 

Na  bazie  seksu  zbliżamy  się  do  zasadniczej  treści  utworu  i,  jako  autor, 

mogę się przyznać, że ta cała młodzież nosem mi już wychodzi. Szczególnie, 
że nie ona sama narobiła sobie koło pióra, zbakierowali ją tak zwani dorośli i 
niech ja się wreszcie za nich wezmę! 

DOROŚLI 

Wręcz  trudno  ocenić,  która  grupa  wiekowa  narobiła  najwięcej  złego. 

Zastosujmy porządek chronologiczny i może nam jakoś samo wyjdzie. 

Niszczycielską pracę w wysokim stopniu rozpoczynają wspólnymi siłami 

młodzież starsza i dorośli młodzi. 

Zazwyczaj  wciąż  jeszcze  uzależnieni  od  rodziców.  Część  z  nich  na 

studiach. Bez własnej przestrzeni życiowej, bez pieniędzy, na oczach, można 
powiedzieć,  starszego  pokolenia,  które  nie  nadąża  za  zmianami  obyczajów, 
czepia się, nadal próbuje zabraniać, nakazywać i rządzić, odmawia środków, 
niezbędnych do odrobiny przyjemności i, co najgorsze, usiłuje ustrzec własne 
dzieci przed własnymi, popełnionymi niegdyś błędami. 

background image

 

 

Możliwe,  że  mają  trochę  racji.  W  końcu  powinno  się  wreszcie  zacząć 

uczyć na cudzych błędach, bo sami wszystkich w żaden sposób nie zdążymy 
popełnić! 

No i tu, proszę bardzo, znów ujawnia się różnica płci. 
Osobniki męskie zazwyczaj dążą do samodzielności. 
Dajmy  sobie  na  razie  spokój  z  całą  grupą  leni,  nierobów,  tumanów, 

ćwoków, chuliganów i pasożytów, liczną wprawdzie, ale mało ważną, bo nie 
oni  popychają  świat  do  przodu.  Nie  tworzą  obyczajów,  tylko  poddają  się 
stworzonym.  Samodzielność  wyobrażają  sobie  jako  najdoskonalsze 
bezprawie, w którym tajemnicza ręka podtyka im wszystko, czego sobie życzą 
(patrz: hippisi), przy czym ta ręka krzywić się powinna, rzecz jasna, oburzać i 
protestować,  bo  demolowanie  bez  przeciwnika  to  żadna  frajda  (patrz: 
chuligani).  Ktoś  powinien  rozpaczać  i  pomstować,  a  może  nawet 
przeszkadzać, żeby uciecha była pełna. 

Mamy  tu  na  myśli  nie  tych  wyżej  wymienionych,  tylko  mniej  więcej 

normalnych.  Chcą  mieć  forsę,  chcą  być  ważni,  podziwiani,  szanowani  i 
wspaniali, chcą sami o sobie decydować, a nawet chcą rządzić. No i zmierzają 
do tego rozmaitymi drogami. 

Osobniki żeńskie po większej części marzą o osobnikach  męskich, które 

im zapewnią spełnienie marzeń. I też dążą do celu rozmaitymi drogami. 

Niektóre osobniki żeńskie posuwają się w marzeniach dalej, majaczą im 

na  horyzoncie  liczne  stada  osobników  męskich,  płonących  dzikim  ogniem, 
zniewolonych,  walących  łbem  w  podłoże  trawiaste  lub  utwardzone,  bez 
znaczenia. Co zresztą w najmniejszym stopniu nie rzutuje na sposoby dążenia. 

Uczciwie przyznajemy, że wśród osobników żeńskich w wieku dorosłych 

młodych  przytrafiają  się  egzemplarze  wynaturzone,  co  gorsza,  jest  ich  coraz 
więcej,  które,  symulując  brak  zainteresowania  trwałym  związkiem 
małżeńskim, żywią poglądy zbliżone do chęci i zamiarów płci przeciwnej. 

Też  pragną  samodzielności,  wykazując  nawet  szczere  upodobanie  do 

jakiejś  dziedziny  wiedzy  i  bez  wstrętu  myśląc  o  pracy  zarobkowej.  Co  nie 
przeszkadza, że na dnie duszy popiskują im te ognie, łby i różne inne objawy 
uwielbienia. 

(No i tu zaczyna się ta ogólnoświatowa, nieszczęsna polka z przytupem.) 
Piorunująca degradacja mężczyzn jest dziełem głupich bab. 

background image

 

Najpierw  ruszają  do  boju  te  młodsze,  stanowiące  przytłaczającą 

większość. 

Znaleźć  chłopaka!  Znaleźć  mężczyznę!  Złapać  go!  Przytrzymać! 

Przymurować do siebie...! 

Połapać  licznych,  tabuny,  najlepiej  wszystkich!  Żadnych  trzymań, 

żadnych przymurowywań, nic z tych rzeczy! Zmieniać na zawołanie, ściągać 
ku  sobie  narząd  wzroku  z  całego  świata,  przebierać,  grymasić,  pląsać  po 
dywanie kornych niewolników...! 

Tonąć w kwiatach, łaskawie przyjmować liczne dary... 
(Tu  autorka  czuje  się  zmuszona  opublikować  zwierzenie  osobiste,  nie 

najlepiej o niej świadczące, ale trudno, niech będzie. 

Znajdowałam się wówczas w grupie wiekowej „nadal młodzi, ale już po 

studiach,  pracujący  zarobkowo”.  Czasy  to  były  trudne  pod  każdym 
względem,  nadmiar  uciążliwości  musiał  mnie  radykalnie  ogłupić,  bo, 
zdecydowawszy się wykorzystać dwa tygodnie urlopu, pojechałam na wczasy. 
Nie  dość,  że  w  góry,  co  już  same  w  sobie  było  idiotyzmem,  to  jeszcze  do 
zwyczajnego domu wczasowego, gdzie, jak wiadomo, wiodło się życie stadne. 
Napomknęłam  o  tym  w  „Autobiografii”,  więc  spróbuję  się  nie  powtarzać, 
tylko wydłubię sedno rzeczy. 

Natknęłam się tam na trzy młode damy z grupy wiekowej na pograniczu 

„młodzież  starsza”  i  „dorośli  młodzi,  świeżutko  dopuszczeni  do  udziału  w 
rządach”
,  to  znaczy  gdzieś  w  okolicy  siedemnastu–osiemnastu  lat. 
Przygnieciona wspólnotą lokalową, wysłuchałam wszystkich rozmów, plotek, 
przechwalań, rozterek i planów. W osłupieniu, idiotka jak widać, pojęłam, iż 
zasadniczym  celem  egzystencji  osobników  [może  osobnic...?]  żeńskich  jest 
podrywanie  osobników  płci  męskiej  w  celu  ciągnięcia  z  nich  korzyści 
wszelkiego  rodzaju.  O  związkach  trwałych  mowy  nie  było,  uczucia  również 
ograniczały  się  do  rozważań,  czy  wiek  i  aparycja  osobnika  męskiego  nie 
przynoszą  wstydu,  na  pierwszy  zaś  plan  zdecydowanie  wysuwały  się  owe 
korzyści. 

Jedna oto dostała czekoladę nadziewaną. Druga przebiła ją triumfem, bo 

dostała  dużą  czekoladę  z  orzechami.  Trzecia  zdobyła  dwie  czekolady,  po 
czym  doszczętnie  zmiażdżyła  przyjaciółki  komunikatem,  iż  była  na  kolacji 
gdzieś  tam  [lokal  kategorii  S,  ale  nie  pamiętam,  jak  się  nazywał],  dwie 
pierwsze,  sine  z  zawiści,  wzmogły  aktywność  i  któraś  również  osiągnęła 

background image

 

 

kolację,  nawet  z  dansingiem.  Do  osobników  męskich  mniej  więcej  w  ich 
wieku  zgodnie  odnosiły  się  ze  wzgardą  i  lekceważeniem,  bo  czego  niby  po 
takim można się spodziewać? Wody sodowej z sokiem...? 

Ze  skruchą  wyznaję,  iż  na  tak  kliniczny  przykład  postawy  życiowej 

osobników żeńskich w tym wieku natknęłam się po raz pierwszy i poczułam 
się wstrząśnięta. Myślałam nawet z początku, że się wygłupiają, ale nie, skąd, 
emocje z nich tryskały najprawdziwsze w świecie! 

Usprawiedliwia mnie może nieco fakt, że byłam przedwojenna i za sobą 

miałam uciążliwości dziejowe, a nie łowy na faceta. 

Wypisz, wymaluj, taką samą panienkę poznałam osobiście w czterdzieści 

lat później. Zatem nic się nie zmieniło. 

Kolejnym klinicznym przykładem posłużyła dama z grupy „wciąż młodzi, 

w wieku zbliżającym się do średniego”

Jak Boga kocham! Po wyższych studiach, lekarz, II stopień specjalizacji, 

znakomita  w  zawodzie,  autentyczna  arystokratka  z  pochodzenia,  piękna 
kobieta,  zamężna,  popełniła  straszliwy  mezalians,  bo  facet  był  bogaty  i  z 
twarzy  jej  się  podobał.  Po  czym,  wciąż  tego  męża  tolerując,  w  chwilach 
wolnych  od  pracy,  zaliczała  spokojnie  kolejnych  gachów,  klasyfikując  ich 
wedle stopnia zamożności i szczodrości. 

—  I cóż on sobie właściwie myśli? — mówiła do mnie wzgardliwie i z 

rozbrajającą  szczerością.  —  Co  on  mi  dał,  korale  w  srebrze!  Oszalał  chyba. 
Wiceminister,  ten  poprzedni...  o,  z  plebsu,  ale  połapał  się,  przeprosił  za  tę 
bransoleteczkę z rubinami i przyniósł szmaragdy. No owszem, to było coś... 

Na  marginesie:  rubiny  bardzo  zdrożały  dopiero  w  ostatnich  latach,  pół 

wieku  temu  jeszcze  były  tanie.  Szczególnie  te  szmuglowane  ze  Związku 
Radzieckiego. 

(Przykłady ścisłe i konkretne mogłabym mnożyć w nieskończoność.) 
Konkurencja jest ogromna, pauperyzacja społeczeństwa również,  młodzi 

po  studiach,  pracujący  zarobkowo,  ledwo  wiążą  koniec  z  końcem,  wciąż 
młodzi, w wieku zbliżającym się do średniego, z reguły są już złapani i zajęci, 
zatem co? Zatem trzeba się śpieszyć! 

Prawa  i  obyczaje  wilczego  stada.  Stado  liczne,  ofiara  na  horyzoncie 

pojawia się jedna, co robi wataha wilczyc? Goni, rzuca się, opada... 

A  co  robi  ofiara?  Łatwo  zgadnąć.  Ucieka,  bijąc  rekordy  na  wszystkich 

dystansach. 

background image

 

W tym miejscu wilczyce wykazują się najdoskonalszym brakiem rozumu. 
Cech,  utrwalonych  w  gatunku  od  setek  tysięcy  lat,  bo  nie  wiadomo 

dokładnie,  kiedy  to  ogniwo  pośrednie  po  raz  pierwszy  zlazło  z  drzewa, 
ponadto  było  i  pozostało  do  dziś  dnia  ssakiem,  nie  tak  łatwo  się  pozbyć  w 
ciągu  jednego  wieku.  Zakodowane  w  sobie  mają,  bez  względu  na  to  czy  są 
lwem, bizonem, łabędziem... (o, najmocniej przepraszam! Łabądź to nie ssak. 
Ale  pasuje...),  no  dobrze,  borsukiem,  kocurem,  koniem,  jeleniem  czy 
człowiekiem,  że  samicę  mają  zdobywać,  wroga  niszczyć,  rodzinę  chronić. 
Łania,  która  rzucałaby  się  na  jelenia  w  celach  prokreacyjnych,  zapewne 
uznana  by  została  za  jednostkę  zarażoną  wścieklizną  i  wyeliminowana  ze 
stada,  bez  względu  na  wielkość  stada.  Krowa,  latająca  za  buhajem, 
niewątpliwie też. 

Mężczyzna chce zdobywać. Nawet musi. Może sam o tym nie wiedzieć, 

bo, między nami mówiąc, oni nie tacy znowu wyrywni do analizy własnych 
stanów  psychicznych,  ale  to  coś  tam  w  środku  ich  kręci.  No  i  co  on  ma 
zdobywać, skoro mu samo w ręce włazi? 

Atawizm  stawia  opór.  Skoro  nie  może  zdobywać,  niech  przynajmniej 

walczy. Przeciwko wrogowi! 

No i co? To o to nam chodziło? Żeby widzieli w nas wroga...? 
Osobniki męskie w tym samym wieku niewiele mają tu do gadania. Czują 

w sobie te atawistyczne siły niespożyte i nie bardzo wiedzą, co z nimi zrobić. 

Jedni  poddają  się  naporowi  i  buszują  wśród  stada  dziewczyn  jak 

popadnie,  nie  zdając  sobie  nawet  sprawy,  że  lęgnie  się  w  nich  wzajemna 
wzgarda i lekceważenie, na zasadzie „lekko przyszło, lekko poszło”

Skutki zazwyczaj dowalają roboty lekarzom. 
Drudzy  stawiają  opór,  wzgarda  i  lekceważenie  w  nich  rosną,  budzi  się 

niechęć do tego atakującego wroga, siły szukają odmiennego ujścia, osobniki 
rzucają się do ciężkiej pracy, częściej, niestety, fizycznej niż umysłowej. 

I potem się dziwić, że wzrasta chuligaństwo i bandytyzm! 
W  trzecich  rodzi  się  paniczny  lęk.  Spłoszone  jednostki  płci  męskiej 

szukają ratunku gdzie się da, to w alkoholu, to w narkotykach... 

No? I kto zawinił narkomanii...? 
Co  poniektórzy  zaś,  wystraszeni  śmiertelnie,  lgną  do  łagodnych, 

kochających, ustępliwych i pełnych zrozumienia istot własnej płci. 

No, tośmy się doigrały...! 

background image

 

 

Osoby  protestujące  przeciwko  wyrażonym  tu  poglądom  i  pełne 

niedowierzania  niech  się  rozejrzą  po  otaczającym  je  świecie  natury.  Każde 
maltretowane,  żywe  stworzenie  zareagować  musi.  Taki,  na  przykład,  tygrys, 
ewentualnie  lew,  ewentualnie  mors,  popychany,  szarpany,  nadgryzany, 
pociągany za ogon, (co  do ogona morsa, nie  mamy  pewności...), spragniony 
spokoju, nie wytrzyma w końcu, obróci łeb i kłapnie paszczęką albo drapnie 
pazurem. Stworzenie słabsze i lękliwsze ucieknie. 

A mężczyzna to, co? Nie stworzenie...? 
Dygresyjnie i na marginesie stwierdzamy zaistnienie nowego zjawiska, a 

stwierdzamy  w  zakresie  niewielkim,  wyłącznie  na  bazie  doświadczeń  i 
znajomości własnych, mianowicie łapanie młodszych chłopaków przez starsze 
dziewczyny. Interesująca sprawa. 

Wiadomo od tysiącleci, że z tym wiekiem dziwnie bywa. Dwie osoby płci 

różnej, urodzone dokładnie w tym samym czasie, dojrzałością życiową różnią 
się od siebie. Z reguły dziewczynka jest starsza od chłopca, dwudziestoletnia 
kobieta jest zdecydowanie starsza od dwudziestoletniego mężczyzny i nic na 
to nie możemy poradzić. 

Ciężko  wystraszony  gniotącą  go  zewsząd  agresją,  osobnik  męski 

rozpaczliwie  usiłuje  samemu  sobie  wydać  się  starszy,  dorosły,  dzielny, 
doświadczony, łypie okiem na panie dojrzałe (nie mając zielonego pojęcia, że 
panie  dojrzałe,  o  ile  gustują  w  nieletnich...  pardon,  letnich,  letnich,  ale 
zaledwie  letnich...  doskonale  potrafią  łypanie  spowodować  i  ostro  do  niego 
zachęcić), i starszej od siebie damie z łatwością ulegnie. 

Zważywszy  przerażającą  samodzielność  i  bojowość  kobiet,  płeć  żeńska 

coraz  częściej  rezygnuje  z  męskiej  opieki  i  sama  gotowa  jest  owej  opieki 
dostarczać,  chwytając  w  zachłanne  pazury,  co  jej  pod  rękę  wpadnie.  I 
słusznie,  bo,  na  co  ma  czekać?  Aż  ten  głupek  bezmyślnie  jakąś  inną 
wybierze...? 

(Ewentualnie przez inną zostanie złapany.) 
Damom  ten  układ  wiekowy  przychodzi  o  tyle  łatwo,  że  każda  (również 

atawistycznie) ma w sobie skłonności macierzyńskie. To my, chciał nie chciał, 
jesteśmy ich matkami... 

Z przykładów, autorce osobiście znanych, dziewięćdziesiąt procent takich 

związków zdało egzamin. Dziesięć wydaje się wątpliwe. 

background image

 

Dla uniknięcia nieporozumień wyjaśniamy, iż nie bierzemy tu pod uwagę 

skojarzeń ewidentnie interesownych, w których ubogi osobnik męski, dorosły 
młody, profesjonalnie symuluje upodobania do nie ubogiej osobnicy żeńskiej 
z  grupy  wiekowej  od  średniego  wieku  w  górę,  czerpiąc  z  symulacji  solidne 
korzyści  materialne.  Taki  osobnik  zazwyczaj  nosi  miano  żigolaka,  osobnica 
zaś obdarzana jest uroczym określeniem starej kretynki. 

Zatem, jak z powyższego wynika, silny atak na nieszczęśliwą płeć męską 

rozpoczyna już pierwsza grupa dorosłych młodych. 

Samej sobie robiąc koło pióra. Można, bowiem: 
Zdobywać chłopa (chłopaka) szturmem. 
Jak wyżej, lecz podstępem. 
Zwracać na siebie uwagę. 
Wabić dyplomatycznie i subtelnie. 
Najszkodliwsza  indywidualnie  i  społecznie  jest  metoda  pierwsza. 

Sprzeczna  z  przyrodą.  Przerażająca  dla  zdobywanych.  Powodująca 
katastrofalne skutki uboczne. 

Z  dwojga  złego  lepsza  jest  już  metoda  druga,  bo  oni,  na  szczęście, 

podstępów mogą nie zauważyć. 

Zwracać na siebie uwagę można dwojako: 
szokująco 

zachwycająco. 
Niestety, trzeba sobie uczciwie powiedzieć, że sposoby szokujące daleko 

odbiegły  od  urokliwości  wdzięcznej  nimfy  (dziewczyny,  kobiety,  kumpelki, 
współpracownicy, człowieka, krótko mówiąc: istoty odmiennej płci). 

Przy płciach się upieramy i wszyscy to widzą. 
Dziwoląg od stóp do głów (liczby pojedynczej głowy nie radziłabym się 

trzymać. To, co na tych głowach się dzieje, może stwarzać niekiedy wrażenie 
istnienia  nawet  trzech,  więc  nie  bądźmy  drobiazgowi)  strzela  w  oczy,  ale 
niekiedy  napełnia  zgoła  wstrętem  i  zgrozą.  Zazwyczaj  starannie  ukrywa 
urodę.  Czyniąc  założenie,  iż  mamy,  lub  też  chcemy  mieć  do  czynienia,  z 
osobnikami  męskimi  jako  tako  normalnymi,  nie  wymagajmy  od  nich,  żeby 
zapragnęli  nagle  związków  z  kupami  szmat,  nieboszczkami  po  ekshumacji 
szkieletami z pracowni anatomicznej zdewastowanymi meblami, z których na 
wszystkie  strony  wystaje  końskie  włosie  wyposażeniem  warsztatu 

background image

 

 

wulkanizatora  wystawą  sklepu  ze  sprzętem  sportowym  śmietnikiem  istotą 
własnej płci. 

Zwracać na siebie uwagę należy zachwycająco. 
W końcu, tak między nami mówiąc, wyobraźmy sobie sytuację odwrotną. 

Ten tam jakiś płci męskiej ma zwrócić na siebie naszą uwagę, już widzę, jak 
wszystkie padamy do stóp i w objęcia... 

Oj, zaraz, komu? Kobiety są zdolne do wszystkiego. 
Oni  zaś  odpracowali  już  kołtuny  na  łbach,  kolczyki  w  nosie,  składnice 

złomu na kadłubie, wory od kartofli jako substytut spodni, niedogolone gęby, 
rozkloszowane  porteczki  i  łachmany  wszelkie.  Ciężko  wykombinować  coś 
jeszcze gorszego. 

Może, zatem tiulowe, baletowe spódniczki przed kolanka... 
(Do bani. A Szkoci? A Rzymianie? No, nie w tiulach, ale jednak.) 
I  cokolwiek  by  w  dłoniach  trzymali,  maczugę,  miecz,  spluwę,  topór 

katowski, młot kamieniarski, gęsie pióro, gitarę czy batutę, tarkę do jarzyn czy 
grabie, wszystko może obudzić błysk w oku kobiety. 

Chyba jeszcze tylko szydełko zostało i ewentualnie druty do wełny... 
Jednakże nie ma znaczenia, co oni gadają i robią, wszystkie wiemy, że w 

gruncie rzeczy tęsknią za tak zwaną kobiecością. 

Tak, jak kobiety tęsknią za prawdziwą męskością. Tyle, że opakowanie z 

zawartością trochę im się myli. 

Wabienie subtelne i dyplomatyczne zawiera w sobie całą wielką sztukę, 

której  w  niniejszym  dziele  opisywać  nie  będziemy,  bo  nie  ma  to  być 
encyklopedia  w  czterdziestu  tomach  ani  „Baśnie  z  tysiąca  i  jednej  nocy”
Wabienie  tkwi  w  istotach  płci  żeńskiej  (nie  tylko  ludzkich)  od  milion  leci, 
naszym  babkom,  prababkom  i  innym  pra  było  doskonale  znane,  w  gruncie 
rzeczy znane jest i obecnie żeńskim istotom od niemowlęctwa, a jeśli nie jest 
kultywowane,  jeśli  jest  hamowane,  niedoceniane  i  lekceważone,  to  tylko, 
dlatego, że baby, najzwyczajniej w świecie, zgłupiały. 

Nie  mam  już  cierpliwości  do  tych  idiotek,  które  od,  pi  razy  oko, 

czternastego  roku  życia  pchają  się  chłopakowi,  symbolicznie  mówiąc,  do 
łóżka,  i  całkiem  nie  symbolicznie  domagają  się  od  niego  wtajemniczeń 
seksualnych. W pierwszej kolejności telewizja, w drugiej lektury, zachęcają... 
mało,  pchają  z  wściekłą  siłą...!  do  takich  działań.  Z  żałością  wielką  należy 
stwierdzić, że jest ich dużo, tych idiotek, i możliwe, że coraz więcej. 

background image

 

Zarazem  czujemy  się  zmuszeni  zwrócić  uwagę  na  smutny  fakt,  że 

demoralizację  płci  męskiej  rozpoczyna  płeć  żeńska  w  grupie  wiekowej  na 
pograniczu młodzież starsza — dorośli młodzi. 

Któż,  bowiem  na  widok  młodzieńca,  miotającego  się  po  estradzie  w 

konwulsyjnych  podrygach,  z  gitarą  w  rękach,  wśród  dzikich  ryków,  stękań, 
wycia  i  chrypienia,  w  stroju  walącym  po  oczach,  z  łbem  w  pomarańczowe 
druty, sterczące na wszystkie strony, wpada w dziki i histeryczny szał, drze na 
sobie  części  garderoby,  zalewa  się  łzami  zachwytu,  tupie,  kwiczy,  pędzi  ku 
niemu i ściele mu się pod stopy, jak nie młode panienki, z których prawie w 
stu procentach składa się widownia? 

I  jak  ten  młodzieniec  o  szarych  komórkach  głęboko  uśpionych  ma  nie 

uwierzyć,  że  im  większe  dziwowisko  i  pokrakę  z  siebie  zrobi,  tym  będzie 
piękniejszy i namiętniej pożądany? 

I jak może się nie przestraszyć...? 
Jedyną  pociechę  stanowi  myśl,  że  one  sukcesywnie  dorastają  i  same 

widzą,  co  narobiły.  Przeważnie  jednak  pozostają  głupie  i  samodzielnie 
wniosków wyciągać nie potrafią, należałoby może, zatem coś im podsunąć...? 

Na  przykład  myśl,  że  jeśli  zawartość  bardzo  nędzna,  uświetnia  się 

opakowanie... 

Co niniejszym usiłujemy uczynić... 
Dzieło zniszczenia trwa, pogłębia się i rozkwita dzięki: 
Dorosłym nadal młodym. 
Wciąż młodym w wieku zbliżającym się do średniego. 
Młodym w średnim wieku. 
W średnim wieku 
a nawet 
Nieco starawym. 
(Próchna i ekshumy biorą w tym udział nikły z racji braku sił i wigoru.) 
Wszystkie  powyższe  grupy  wiekowe  uważamy  za  słuszne  skomasować, 

ponieważ mieszają się nieco ze sobą, odwalając z zapałem tę samą robotę, z 
drobnymi różnicami, wynikającymi z sytuacji życiowych. 

Bo albo: 
wiszą na chłopie, albo: 
upierają się przy triumfującej samodzielności. 
I w zasadzie tylko te dwie kategorie powinniśmy brać pod uwagę. 

background image

 

 

Przykładów  natury  odmiennej,  nader  nielicznych,  nie  będziemy  tu 

eksponować,  żeby  nie  zaciemniać  obrazu  sytuacji  ogólnej.  Są  to  wyjątki 
potwierdzające regułę, wzbudzające niepotrzebny i niewskazany optymizm. 

Chwilowo precz z optymizmem! 

NINIEJSZE DZIEŁO MA STRASZYĆ!!! 

Cóż, bowiem czynią skomasowane grupy wiekowe? A otóż: 
Kategoria pierwsza 
1.  Atakują  mężczyzn  wprost,  jawnie  i  nachalnie,  żądając  od  nich 

natychmiastowych usług seksualnych. 

2.  Atakują mężczyzn podstępnie, żądając tego samego, co powyżej. 
3.  Atakują mężczyzn podstępnie (wprost i jawnie nie zdaje egzaminu, a 

wiedza w tej kwestii wysysana bywa z mlekiem matki) w celu zawarcia z nimi 
związków trwałych, zarejestrowanych prawnie. 

4.  Jak  wyżej,  w  celu  zawarcia  związków  równie  trwałych,  ale  z 

pominięciem rejestracji i prawa. 

5.  Przy  pierwszej  sprzyjającej  okazji  wczepiają  się  w  żywy  organizm 

męski  pazurami,  zębami  i  czym  popadnie,  na  głowę  bijąc  pijawki,  kleszcze, 
solitery,  jemioły,  huby,  przywry,  obleńce  i  tym  podobne,  domagając  się 
świadczeń wszelkich. 

6.  Wprost  albo  podstępem,  perswazją  lub  siłą  (rozmaicie  wyrażaną), 

skłaniają  osobnika  męskiego  do  działań  sprzecznych  z  tym,  do  czego  się 
nadaje fizycznie, moralnie i umysłowo. 

(Później wymawiają mu te wszystkie paczki, noszone do więzienia.) 
7.  Publicznie, na gruncie towarzyskim, a także w zaciszu domowym, lżą 

ich,  znieważają,  pomiatają  nimi  oraz  ujawniają  ich  wszelkie  intymne  i 
służbowe tajemnice. 

8.  Wydzierają im wszystkie pieniądze. 
9.  Odmawiają im świadczeń seksualnych. 
10.  Zatruwają całe życie. 
Kategoria druga 
1.  Atakują mężczyzn wprost, jawnie i nachalnie, domagając się od nich 

natychmiastowych świadczeń seksualnych. 

Wypisz, wymaluj, jak kategoria pierwsza. 
2.  Atakują 

mężczyzn  na  płaszczyźnie  zawodowej,  bezczelnie 

prezentując swoją wyższość i wygryzając ich ze stanowisk. 

background image

 

3.  Podstępnie  zmuszają  do  wysiłków  dodatkowych,  jakich  każdy 

normalny mężczyzna bardzo chciałby uniknąć. 

4.  Jawnie  (i  co  gorsza,  prawdziwie)  odmawiają  zawierania  związków 

trwałych, szczególnie zarejestrowanych prawnie. 

5.  Nie  prezentują  najmniejszej  nawet  odrobiny  podziwu,  szacunku  i 

uwielbienia,  wręcz  przeciwnie,  lekceważą,  ganią,  krytykują,  wytykają 
potknięcia i korzystają z nich. 

6.  Same sobie doskonale dają radę. 
7.  Prowadzą samochody i statystycznie miewają mniej wypadków! 
Świństwo oburzające i nie do pojęcia. 
8.  Wcale nie chcą mieć dzieci, a jeśli chcą, nie zależy im na ojcu. 
Idiotyzm wyjątkowy. 
9.  Kategorycznie  odmawiają  spełniania  obowiązków  elementarnych, 

gotowania, sprzątania, prania i dbałości o guziki. 

10.  Nijak, megiery wstrętne, nie są uzależnione i grymaszą na wszystkie 

strony jak wściekłe. 

11.  Zarabiają więcej! 
12.  Budzą  protest,  powodują  depresję,  dławią  w  gardle  i  sprawiają,  że 

człowiek bezgranicznie pragnie wytchnienia, bo inaczej życia przed sobą nie 
widzi. 

Zważywszy,  iż  wszystkie  osobniki  męskie,  jak  dotąd,  zostały  urodzone 

przez osobniki żeńskie, które, siłą rzeczy, stały się ich matkami, płeć żeńska 
powinna  może  zastanowić  się  nad  sytuacją  psychiczną  i  życiową  własnej 
progenitury...? 

(O  ile,  oczywiście,  płeć  żeńska  w  swoim  szale  zdolna  jest  nad 

czymkolwiek się zastanowić...) 

Przejdziemy do drugiej strony medalu. 
Kobieta  potrafi  zająć  się  wyłącznie  mężczyzną.  Mężczyzna  wyłącznie 

kobietą NIE. 

Nawet  najtępszy  ćwok,  do  żadnej  nauki  niezdolny,  wszelkiej  pracy 

niechętny,  ssak  niższego  rzędu,  taki,  co  tylko  żre,  śpi  i  kopuluje,  dwa 
zainteresowania gwarantowanie posiada: mecz i piwko. 

Jeśli nawet i tego nie, zazwyczaj przebywa w zakładzie zamkniętym, pod 

opieką służb właściwych, medycznych lub więziennych. 

I dla żadnej kobiety na świecie o jednym lub drugim nie zapomni! 

background image

 

 

Tym  bardziej  osobnik  męski  na  wyższym  poziomie  rozwoju.  On  już 

myśli,  coś  go  ciekawi,  czegoś  chce,  czymś  się  zajmuje.  Płeć  przeciwna 
owszem, chętnie... 

Osobiście znaliśmy takiego, dla którego kontakty bezpośrednie z damami 

stanowiły  ulubione  zajęcie,  element  zgoła  niezbędny  do  życia,  ale  i  ten 
potrafił narazić się na utratę ulubionej kobiety dla ostrego brydżyka. 

...  jednakże  praca  zawodowa,  hobby  (rybki,  samochodzik,  żaglóweczka, 

pokerek,  Internecik,  sporcik,  polityczka...),  zainteresowania  naukowe, 
zarabianie pieniędzy, władza, obowiązki, ogólnie biorąc, świat to nie jest coś, 
czego mógłby się wyrzec. 

Do  tego  wszystkiego  jeszcze  potrzebuje  od  czasu  do  czasu  odrobiny 

świętego spokoju. 

Czego  kategoria  wisząca  na  chłopie  w  żaden  sposób  zrozumieć  nie 

potrafi. 

Kocha  go  ta  facetka  czy  nie,  bez  znaczenia.  Jeśli  kocha,  pragnie 

obecności, źle jej się bez niego oddycha, o niczym innym  myśleć nie jest w 
stanie, on, przy nim, z nim, dla niego, od niego... Reszta świata nie istnieje! 

(No  przecież  wyraźnie  mówimy:  baba,  wisząca  na  chłopie!  A  nie 

normalna istota, w pełni ludzka.) 

Jeśli  nie  kocha,  a  tylko  wisi,  boi  się,  że  go  straci,  więc  musi  pilnować. 

Razem  z  nim  straci  poczucie  bezpieczeństwa,  stabilizację  życiową,  korzyści 
materialne,  usługi  wszelkie,  satysfakcję  z  posiadania  własnego  mężczyzny, 
czasem nawet seks. Zatem, rzecz jasna, stanowi on dla niej sedno życia. 

Zważywszy,  iż  wyżej  opisana,  krew  w  żyłach  mrożąca,  sytuacja  jest 

zjawiskiem  znanym  od  tysiącleci,  żadna  nowość,  nie  będziemy  się  nią 
zajmować  przesadnie.  W  większości  wypadków  wisząca  baba  przezornie 
zaspokaja  wszystkie  męskie  potrzeby,  więc  jakoś  to  się  tam  układa.  Jeśli 
któryś dał się złapać kretynce, która gotować nie potrafi, liczyć też nie, trwoni 
jego ciężko zapracowany szmal, jojczy i płacze, sam jest sobie winien. My z 
kretynkami rozmawiać nie będziemy, bo i tak to nic nie da. 

Z  tej  grupy  jednakże,  bab  wiszących,  rekrutują  się  jednostki  szkodliwe, 

które swoją destrukcyjną działalność zaczęły już dawno temu. Działalność bez 
wspomożenia  dodatkowego,  z  zewnątrz  (feministki!),  dawała  się  jakoś 
wytrzymać  i  mężczyźni,  mimo  licznych  przeszkód,  istnieli.  Nikt  jeszcze  nie 

background image

 

wiedział,  że  krecia  robota  postępuje  i  nikt  nie  miał  pojęcia,  co  przyszłość 
przyniesie. Kompromitacja jasnowidzów kompletna! 

One zaś ich deptały. 
Wiszące  baby  mężczyzn.  Nie  jasnowidzów.  Wyjaśniamy  dla  uniknięcia 

nieporozumień. 

Niech się uderzą w piersi (o, do licha! Grzmot pójdzie po cmentarzach...) 

wszystkie, żywe i martwe, które przez wieki: 

lżyły ich mianem niedojd, nieudaczników, niezdar, tchórzy, impotentów, 

przygłupków, tumanów, ślamazar i tym podobnych, 

szkalowały określeniem łobuzów, łajdaków, drani, oszustów, dziwkarzy, 

moczymord, złodziei, bandytów i w ogóle bydląt, 

wpajały we własne dzieci pogląd, że tatuś to ścierwo albo kretyn, 
rozgłaszały  na  wszystkie  strony  świata  informacje  o  jego  zidioceniu, 

debilizmie,  niewydolności  seksualnej,  pechu  ogólnym  oraz  skłonności  do 
konfliktów z kodeksem karnym, 

żądały więcej pieniędzy, obojętne, jak zdobytych, 
lekceważyły ich osiągnięcia i utrudniały pracę. 
No i tak powolutku, powolutku, mężczyźni zaczęli podupadać. 
Oraz mieć tego dość! 
Psychika  męska  jest  to  kwiatuszek  delikatny,  wątły,  wrażliwy,  rzadko 

oglądający dzień biały i światło słoneczne, zazwyczaj skromniutko i cichutko 
przyczajony  w  cieniu,  z  przerażającą  łatwością  zdychający  na  zimnym 
wichrze, mrozie, w ogniu przeciwności i wśród zaburzeń atmosferycznych. 

Dbałość  o  tę  subtelną  pajęczynkę,  tak  łatwo  pękającą  i  na  rozdarcia 

podatną, należy do kobiet. 

(Żadnego protestu! Są to nasze dzieci czy nie...?!) 
A tymczasem baby wpadły w szał. 
Ruszyła  do  boju  kategoria  druga,  te  megiery  samodzielne.  I  mężczyźni 

zaczęli się ich bać. 

Niech  się  uderzą  w  piersi  (żywe,  żywe,  na  cmentarzach  jeszcze  tak 

obficie nie leżą) wszystkie, które: 

nie skryły triumfu na obronie dyplomu, zyskując pierwsze miejsce przed 

rywalem, 

nie wytknęły błędu kumplowi, gachowi, a nawet zwierzchnikowi, 
nie okazały lekceważenia wspólnikowi, który gorzej przewidział, 

background image

 

 

nie wzgardziły partnerem w łóżku, 
nie wyprzedziły drwiąco faceta w samochodzie, 
Autorka  wyznaje,  że  raz  wyprzedziła,  nie  drwiąco  wprawdzie,  tylko  z 

irytacją, z dużym wysiłkiem oraz w przekonaniu, iż wyprzedza kobietę, i Pan 
Bóg ją za to od razu skarał, ponieważ zatarł jej się silnik. 

nie odmówiły wielbicielowi związku trwałego, 
nie wyłupały jawnie, wyraźnie i wprost, że praca jest dla nich ważniejsza, 
nie  wyeksponowały  faktu,  że  w  czymkolwiek  są  lepsze,  a  może  i  we 

wszystkim, 

nie  okazały  absolutnie  żadnego  z  uczuć,  bez  jakich  mężczyźni  żyć  nie 

mogą:  uwielbienia,  podziwu,  szacunku,  własnej  bezradności,  zachwytu, 
pobłażliwości, tolerancji, niezbędności dla nich tego pana stworzenia... 

rzuciły się na jakiegoś brutalnie, ciągnąc go do łóżka. 
Grzmot pójdzie również, tyle, że nie podziemny. 
I potem się dziwimy, że z nimi coś się stało... 

PUKNIJMY SIĘ W CIEMIĘ! 

Jak, do pioruna, oni mogli to wytrzymać?! 
A otóż nijak. 
No  przecież  chcemy  namiętnie  (my,  mężczyźni!)  być  ci  najlepsi, 

najsilniejsi, najrozumniejsi, najbogatsi, najodważniejsi, w ogóle wszystko naj, 
gdziekolwiek, wszędzie, w szrankach, w zarządzie banku, w naszej dzielnicy, 
w rządzie, na boisku, na morzu i w powietrzu, w laboratorium, w konkursie... 

We wszystkich łóżkach świata... 
Na scenie. W samochodzie. Przy komputerze. W mordobiciu... 
Przebić przeciwnika własnego gatunku i własnej płci to jeszcze pół biedy. 

Każdy pies, każdy kot, każdy wilk, każdy lew, każdy słoń, każda foka (foka 
płci męskiej! Nie mylić!), możliwe, że także każdy goryl, każdy szympans... 
czegoś  takiego  spróbuje  i  uzna  to  za  rzecz  naturalną,  normalną,  zgoła 
niezbędną.  Nie  uda  mu  się,  to  nie,  zostanie  w  stadzie,  jako  poddany.  Ale 
przebijać samicę...?!!! 

Z  zakłopotaniem  wyznajemy,  że  osobiście  byliśmy  świadkiem,  a  może 

nawet  uczestnikiem,  sytuacji,  kiedy  w  stadzie  psów  rządziła  samica.  Suka, 
znaczy. Stado liczyło pięć sztuk, zmiennych, rządząca była rasową wilczycą, 
owczarek alzacki, ponadto w stadzie był również owczarek alzacki, owczarek 
belgijski,  ratlero–pinczer,  reszta  kundle,  jeden  bardzo  duży.  Jedną 

background image

 

konkurencyjną  sukę  rządząca  zagryzła,  z  jedną  się  zaprzyjaźniła,  poza  tym 
nikt nie protestował. Żaden pies nie dostał nerwicy. 

Znamy także stado kotów, sztuk dziewięć, w którym rządzi kocica... 
Wniosków  wyciągać  nie  będziemy,  ponieważ  nie  potrafimy.  Niech  się 

martwią weterynarze i zoolodzy. 

Istoty  ludzkie  prezentują  doznania  bardziej  skomplikowane,  ponadto  na 

istotach ludzkich znamy się lepiej, sami do nich należąc. 

Były  sobie  trzy  przyjaciółki.  Na  studiach.  Wszystkie  prezentowały 

wysoki stopień inteligencji i zdolności. Jedna była czarującą blondynką, pełną 
wdzięku  i  radości  życia.  Druga  wcieliła  się  w  postać  femme  fatale,  urodą 
pasowała.  Trzecia,  nie  mając  szans  żadnej  z  nich  dorównać,  poszła  na 
kontrast, sportsmenka, narty, pływanie, żagle. 

Ale i tak wyszła za mąż dopiero, kiedy się od nich definitywnie oderwała 

i przeniosła na inny kontynent. 

Otóż to. INNOŚĆ! 
Ale o tym będzie dalej. 
Przebijanie  samic  okazało  się,  bowiem  upiornie  pracochłonne  i 

kłopotliwe.  Odwalił  człowiek  swoją  robotę,  odwalił  nawet  całkiem  nieźle  i 
teraz chętnie by poszedł na symboliczne piwko, a tu, co? Chała dęta! Ta jakaś 
zołza odwaliła lepiej...?! 

Rany boskie! Gniew i ambicja strzelają, więcej czytać, więcej się uczyć, 

więcej ślęczeć nad robotą! Więcej myśleć?!!! 

Potworne. 
Żaden normalny człowiek czegoś takiego nie zniesie. 
W ten właśnie sposób kobiety pognębiły mężczyzn na własną szkodę. 
Męska  reakcja  prędzej  czy  później  musiała  nastąpić.  Mogła  ruszyć 

dwiema  drogami,  jedna  wiodła  pod  górę,  druga  w  dół,  no  i  łatwo  zgadnąć, 
którą  wybrali.  W  dodatku  pchały  ich  baby,  a  prościej  wszak  skopać  coś  ku 
dołowi niż z wysiłkiem wpychać pod górkę. 

Uprzednio, wśród trudów i znoju, z tej górki zepchnąwszy... 
(Zgrozę  budzące  wnioski  będą  na  końcu.  Na  razie  prezentujemy  tylko 

etapy katastrofy.) 

Zaczęło się chyba od MODY. 
Pierwsza jaskółka męskiego zdenerwowania, oburzenia, oporu, protestu i, 

co tu ukrywać, wojny. 

background image

 

 

I niewątpliwie zemsty. 
Początek  nastąpił,  o  ile  mnie  pamięć  nie  myli,  we  wczesnych  latach 

siedemdziesiątych. 

Ściśle mówiąc, dotarł do nas. Jako ofiary przodującego ustroju mieliśmy 

lekkie  opóźnienie  w  stosunku  do  reszty  świata,  szybciej  gnijącego.  Nam, 
autorce niniejszego, udało się znaleźć po drugiej stronie żelaznej kurtyny ciut 
wcześniej,  w  drugiej  połowie  lat  sześćdziesiątych,  i  już  wtedy  zaleciał  nas 
lekki swąd. 

Ogólnie  biorąc,  w  sześćdziesiątych  latach  jeszcze  panował  pokój.  Nie 

pamiętam, kto wtedy tworzył modę, pomijając oczywiście Coco Chanel, może 
mężczyźni, może kobiety, ale była to moda prześliczna, co z wielką łatwością 
można  stwierdzić  na  starych  filmach.  I  wdzięk,  i  figura,  i  rozmaite  inne 
elementy eksponowały urodę. 

Zważywszy,  że  autorka  niniejszego  w  owych  czasach  istniała,  a  nawet 

była  młoda,  i  od  czasu  do  czasu  udawało  jej  się  jakąś'  kieckę  zdobyć  (to 
znaczy uszyć domowym sposobem), mogę to stwierdzić z całą stanowczością. 

Później mężczyźni zaczęli się buntować. 
(Przeciwko  kobietom.  Bo  tak  w  ogóle  ruszyli  wcześniej.  Już  lata 

pięćdziesiąte  błysnęły  kolorowo.  I  kontrastowo  zarazem,  albo  na  czarno 
[egzystencjalizm], albo na pstrokato, krawaty, skarpetki... [bikiniarze]. Ale na 
razie jeszcze dla siebie jęli hodować ten barwny świat.) 

Historycznie oceniając, więcej istniało twórców płci męskiej niż żeńskiej. 

W  przyczyny  wnikać  nie  będziemy.  Może  była  to  kwestia  wykształcenia, 
może,  nazwijmy  to  słowem  współczesnym,  publikacji,  może  jednak,  mimo 
wszystko, sprawa tego mózgu, inaczej ukształtowanego. Fakt jest faktem. 

Leonardo, Michał Anioł, o, lećmy do tyłu, kto, poza Safoną...? 
Do licha, przykład nie najlepszy. Chyba miała męskie cechy... 
Bramante,  Bernini,  Rembrandt,  Rubens,  Ariosto,  wszyscy  Grecy, 

Pitagoras, Tales, Archimedes... Nie, wcale nie mylę twórców z odkrywcami, 
wymieniam  znanych,  jak  leci.  Watt,  Bell,  Pascal...  rzeczywiście,  już  się 
rozpędziłam przypominać sobie wszystkich ... Zaraz o plastyków nam chodzi, 
malarze, dekoratorzy... Gdzie baby...? 

Nigdzie. 
Mężczyźni zaczęli tworzyć nam modę. 

background image

 

Najpierw,  jak  już  zostało  powiedziane,  wyeksponowali  te  grube.  W 

okresie baroku, Średniowiecze było  jeszcze  ascetyczne, ale kto ich tam  wie. 
Może skrycie lecieli na tłuste dziewki kuchenne...? 

Zaczęli,  zatem  już  dość  dawno,  a  teraz  dopiero  zdenerwowani, 

zdegustowani, wściekli, pokazali, co potrafią. Obrzydzić te wstrętne baby! 

No i udało im się pierwszorzędnie. 
Kochane  panie  i  panienki.  A  należało  doceniać  mężczyzn.  Nie  należało 

wpadać w dziką euforię, jakie to my jesteśmy doskonałe, o ileż od nich lepsze, 
jak to my, ho, ho, umiemy im pokazać...! 

Cośmy im pokazały? Zwyrodniałe pokraki? 
Nie do uwierzenia, jak kobiety potrafiły zgłupieć. Udowodniły, niestety, 

ową różnicę w ukształtowaniu komórek mózgowych. (Czy tam czegoś innego, 
w  co  nie  będziemy  się  wdawać,  ponieważ,  jako  kobiecie,  nie  chce  nam  się 
gmerać  w  dziełach  medycznych,  naukowych).  Poszły  owczym  pędem  za 
męską zemstą. 

Za modą. 
I zaczęły wyglądać tak, że dłoń i umysł wzdraga się przed opisem. 
To oni ubrali nas w spodnie. 
Spodnie nie stanowią,  wbrew pozorom, osobistego protestu autorki. Nie 

autorka  niniejszego  dzieła  ten  świat  stworzyła.  Anatomiczna  budowa  ludzka 
przystosowana  jest  do  przyrodniczego  przeznaczenia  jednostki  i  nie  darmo 
archeolodzy od pierwszego rzutu oka stwierdzają, jakiej płci szkielet udało im 
się wykopać. 

Biodra, wiecie? Biodra są inaczej ukształtowane. 
Osobiście znałam tylko jedną facetkę (słownie: jedną), która w spodniach 

wyglądała znakomicie, lepiej niż w kiecce. Koleżanka ze studiów. Nie miała 
najlepszej figury... 

Obojętne,  grube  czy  chude.  Kiecka  potrafi  zatuszować  jedno  i  drugie, 

spodnie przeciwnie, podkreślają. Nie dla nas ten szczegół garderoby, kochane 
panienki, inaczej jesteśmy zbudowane i budzenie męskich zapałów zbliżaniem 
się do ich cech... 

No  i  proszę,  zaczynamy  podchodzić  do  nieszczęścia,  spowodowanego 

przez głupie kobiety... 

Ponadto kobiety posiadają nogi. 

background image

 

 

Biustów  nie  będziemy  podkreślać  z  tej  prostej  przyczyny,  że  żadne 

spodnie  nie  zdołają  ich  zatuszować.  Przypominamy  tylko  delikatnie,  że 
istniały czasy (dwukrotnie w dziejach), kiedy ten akurat drobiazg anatomiczny 
był źle widziany i ukrywany starannie. Raz  w  Średniowieczu,  a drugi raz w 
dwudziestoleciu 

międzywojennym. 

Średniowiecze 

można 

wyjaśnić 

ascetyzmem,  co  do  dwudziestolecia  międzywojennego,  przyczyną  były 
zapewne  modne  wówczas  aktorki,  słabo  przez  naturę  w  tym  miejscu 
wyposażone. Kolejny taki raz wypada nam w 2800 roku. 

Przy  okazji  i  BARDZO  na  marginesie  wyjawiamy  tu  teorię,  jakoby  o 

inteligencji  kobiet  świadczyły  włosy  i  biust.  Im  więcej  ma  na  głowie  i  na 
klatce  piersiowej,  tym  głupsza.  Przykładem  klinicznym  miała  służyć  Jayne 
Mansfield. Za powyższe odpowiedzialności na siebie nie bierzemy. 

Natomiast nogi, proszę bardzo. 
Krótko  po  ostatniej  wojnie  (przypominam  uprzejmie,  że  jestem 

przedwojenna i mam za sobą przeszło pół wieku doświadczeń) nogi nie były 
w  cenie.  Być  może,  pewien  wpływ  na  to  miały  traktorzystki,  pomocnice 
murarskie oraz inne damy w odzieży roboczej, innymi słowy ustrój (niech mu 
ziemia lekką będzie), w każdym razie w owych czasach spodnie się zalęgły. 

Tu  musimy  opisać  wydarzenie  wysoce  pouczające  i  niech  piorun  strzeli 

plagiat, pisałam o tym czy nie, trudno, powtórzę. 

W  roku  pańskim  1953  (albo  52,  głowy  nie  dam),  znalazłszy  się  na 

wakacyjnej praktyce w Lublinie (inwentaryzacja detalu późnorenesansowego) 
wraz  z  całą  grupą  z  roku...  Zaraz,  trzeba  wyjaśnić.  Czasy  to  były  trudne  i 
brutalne,  o  zabezpieczeniach  przy  pracy  nikt  nie  myślał,  mierzyłyśmy 
szczegóły dekoracyjne z dokładnością do jednego centymetra w kościele, na 
wysokości  dwunastu  metrów  nad  posadzką.  Gdyby  któraś  zleciała,  zabiłaby 
się  zapewne,  a  co  najmniej  połamała  porządnie.  Młode  i  lekkomyślne, 
narażałyśmy  życie  i  zdrowie,  a  stroje  każda  miała,  jakie  jej  w  ręce  wpadły. 
Nie suknię z trenem, to pewne. 

Ze  dwie  albo  trzy  z  nas  miały  spodnie.  No  i  jedna,  wyjątkowej  urody 

dziewczyna, pełna wdzięku, te spodnie posiadała, odwalała w nich robotę, ale 
nie przyszło jej na myśl, żeby się przebierać w kruchcie kościelnej. Szła sobie 
po  ulicy  Lublina  w  roboczym  stroju,  z  przeciwka  szedł  facet,  dość  młody  i 
przystojny, spojrzał na nią, splunął i rzekł: 

—  Fu, co za ohyda! 

background image

 

Dotarła  do  naszego  lokum  niezmiernie  rozweselona,  twierdząc,  iż  taki 

komplement w życiu jej dotychczas nie spotkał. 

(Dowód  niezbity  na  to,  że  mężczyźni  traktowali  wówczas  kobiety,  jak 

kobiety, a nie wręcz przeciwnie.) 

Jeszcze  nie  było  najgorzej,  jeszcze  istniały  przed  nami  prześliczne  lata 

sześćdziesiąte. 

Nieco  później  zaś  baby  ruszyły  ostro,  a  razem  z  nimi  ruszyli  twórcy 

mody. 

Zaraz, moment. Miało być o nogach. 
Szał  na  tle  nóg  wzmaga  się  sukcesywnie,  wrogowie  kobiet  nie  dali  mu 

rady.  Po  odrobinie,  po  odrobinie,  jęły  te  nogi  rosnąć w  cenie,  osiągnęły  bez 
mała sukces z początku wieku, kiedy to kostka, nie mówiąc o łydce, stanowiła 
element  wybuchowy.  Owszem,  zyskują  urodę,  ale  jak  tę  urodę  dostrzec  w 
spodniach...? 

...  żeby  swobodnie  chodzić  na  wysokich  obcasach,  trzeba  zacząć  od 

wczesnej młodości. 

Kto, do cholery, te spodnie dla kobiet wymyślił...? 
Doświadczenie osobiste. 
Do spodni też trzeba przywyknąć. 
Komu  się  nie  podobają  wtręty  natury  osobistej,  niech  ich  nie  czyta,  nie 

ma przymusu. 

Autorka,  stara  gropa,  w  życiu  posiadała  jedną  parę  spodni.  Mianowicie 

narciarskie. Musiała takie coś kupić, ponieważ wybrała się na narty, co i tak 
nie miało żadnego sensu. 

Wcześniej,  w  młodości,  wyżej  wymieniona  autorka  dostała  w  prezencie 

piżamę. Elegancką, jedwabną, szał ciał i uprzęży, jeśli weźmiemy pod uwagę 
czasy. Piżama, jak wiadomo, składa się w połowie ze spodni. 

Zachwycona i cokolwiek niepewna, autorka przyodziała się w tę piżamę 

w celu spędzenia w niej nocy. 

Do  końca  życia  autorka  owej  nocy  nie  zapomni,  ponieważ  nigdy 

dotychczas  nie  było  jej  równie  niewygodnie.  Zdarła  z  siebie  piżamę  chyba 
jeszcze przed wschodem słońca, a co się z nią (z tą piżamą) dalej działo, Bóg 
raczy wiedzieć. 

Przyzwyczajenie, nic innego. 

background image

 

 

Może,  zatem  matki,  posiadające  córki,  powinny  czasem  odrobinę  się 

zastanowić...? 

Córki  córkami,  ale  jak,  na  litość  boską,  można  pokazać  nogi  w 

spodniach...?! 

No i tu w grę wchodzi INNOŚĆ. Czyli: ODMIENNOŚĆ. 
Osoby, czytające ten utwór, o ile znajdą się takie, niech sobie przypomną, 

ile  razy  w  tramwaju,  w  autobusie,  w  kolejce,  gdziekolwiek  w  tłumie,  do 
jednostki przed  sobą  zwróciły się  słowy  „proszę pani”, po czym okazywało 
się,  że  obraca  się  ku  nim  brodaty  facet.  I  odwrotnie,  „proszę  pana”
względnie „kolego”, a tu oto młoda panienka. 

Strój (w połączeniu z uwłosieniem) zręcznie ukrył płeć. 
ODMIENNOŚĆ 

została 

zdeptana, 

zniweczona, 

wzgardzona, 

zlekceważona,  usunięta  zgoła  ze  świata,  właśnie  odzieniem.  Jednakowością. 
Identycznością. 

I  jak  się  cieszy  młoda,  kochająca  się  para,  że  wyglądają  obydwoje  tak 

samo! Takie same portki, takie same sweterki, takie samo obuwko, niczym się 
między sobą nie różnią, ach, cóż za radość! A potem się dziwić, a nawet może 
oburzać, że i zawartość taka sama... 

I nikomu nie przychodzi do głowy, że stąd się wzięli, elegancko mówiąc, 

homoseksualiści...? 

Lesbijki są wtórne. Przeszły na inną orientację z rozpaczy. 
Wracamy  do  twórców  mody,  która  powinna  wszak  upiększać  kobiety, 

eksponując  ich  cechy,  mężczyznom  niedostępne,  a  zatem  intrygujące  i 
upragnione. 

A  otóż  ci,  przeciwni  babom,  zdenerwowani  i  zbuntowani  wrogowie, 

postanowili nam to uniemożliwić. Że im w pełni nie wyszło, to druga sprawa, 
ale od tego zaczęli. 

Najpierw jęli proponować stroje możliwie pokraczne, skutecznie kryjące 

urodę tego, co w środku. 

Potem odchudzili modelki. 
W tym momencie krycie tego, co w środku, stało się w pełni słuszne. 
Nawiasem mówiąc: na szczupłych figurach kiecki wyglądają lepiej niż na 

grubych. I każda krawcowa woli szyć dla wysokiej niż dla niskiej. 

Wrogom  kobiet  trudno  było  zapewne  zachować  umiar,  a  możliwe,  że 

wcale  nie  chcieli,  z  jadowitą  satysfakcją  dążąc  do  prezentacji  dobrze 

background image

 

wyrośniętych  szkieletów.  Ciekawe,  swoją  drogą,  jakim  cudem  kilku 
dziewczynom udało się obronić... 

O ile pamiętamy, moda na odchudzanie rozszalała się na bazie angielskiej 

modelki,  imieniem  Twiggy.  Była  to  zwyczajna,  chudziutka  dziewczynka, 
którą  przyodziano  w  sposób  maksymalnie  obrzydliwy.  Spośród  szczegółów 
odrażającej garderoby jeden dobitnie utkwił mi w pamięci i zdaje się, że nie 
tylko mnie. Mianowicie na patykowatych nóżkach miała zupełnie koszmarne 
pończochy  w  szerokie,  poprzeczne,  kolorowe  prążki.  Któryś  z  krytyków 
szczerze  wyznał,  iż  przypomina  mu  to  natrętnie  dwie  usztywnione 
dżdżownice,  względnie  liszki,  względnie  barwne  gąsienice,  co  dość 
gwałtownie przyhamowało entuzjastyczne zachwyty całej reszty społeczeństw 
i  modelka  rychło  znikła  z  horyzontu.  Zapewne  po  prostu  dorosła  i  nabrała 
kształtów normalnej kobiety, więc nie było sensu się z nią wygłupiać. 

Wśród  starań  o  obrzydzanie  kobiet  projektanci  mody  nie  zaniedbali 

obuwia. 

Okres  końskich  kopyt,  słupów  pod  piętą,  koturnów  greckiego  teatru  i 

potężnych  stęporów,  godnych  futbolisty,  przewidzianych  zapewne  jako 
narzędzie  obronne  (do  sflekowania  napastnika),  miejmy  nadzieję,  że  już 
minął. Kobiety nie dały się nabrać na wybryki w rodzaju jabłuszek, akwariów 
ze złotymi rybkami i klepsydr, i jakoś mało tego chodziło po ulicach miast i 
wsi, wróciły do obcasów jako tako normalnych. 

OBUWIU, jako takiemu, należy poświęcić więcej uwagi. 
Nieprawdą  jest,  jakoby  mężczyźni  nie  dostrzegali  pantofelków  na 

obcasach! 

Równie dobrze można by powiedzieć, że nie odróżniają śledzika w oliwie 

od gotowanej marchewki, spluwy od puderniczki, lady barowej od koryta do 
pojenia  koni,  meczu  piłkarskiego  od  pokazu  racjonalnego  przewijania 
niemowląt... Wszystko to użyteczne, ale jakaż różnica...! 

Kobiety starzeją się od nóg. 
Zanim  się  jednak  zestarzeją,  całkiem  inaczej  wyglądają  w  adidasach,  a 

inaczej  w  sandałkach  na  wysokim  obcasie,  inaczej  w  stęporach  na  długie, 
piesze wycieczki, a inaczej w balowych czółenkach. 

Nikt, rzecz jasna, nie zachęca żadnej damy do udania się na Kasprowy, a 

nawet  na  Świnice,  w  eleganckich  pantofelkach  na  wysokim  obcasie. 
Pomijając  już  aspekt  praktyczny  (rychło  złamie  nogę,  a  co  najmniej  obcas, 

background image

 

 

ewentualnie  będzie  lazła  boso),  jest  to  idiotyzm  tak  potężny,  że  czaru  w 
pięknie obutych nóżkach nikt się nie dopatrzy. Głupota przebije urodę. 

(No, chyba, że dama zostanie złapana przez porywaczy i wprost ze środka 

miasta dostarczona w dzikie góry. W tym się tam znajdzie, co miała na sobie. 
Wówczas nie ma obawy, serce się szarpnie w ratownikach zarówno na widok 
gorzkich  łez,  jak  i  uroczych  obcasików,  i  zapewne  zostanie  zniesiona  na 
rękach.) 

Natomiast  piasek  na  plażach  nadmorskich  pozwala  już  na  pewne 

odstępstwa. Po piasku chodzi się boso, pantofelki niesie w rączce, a włożyć je 
można  natychmiast  po  wyjściu  na  twarde.  Plaża  to  nie  Sahara,  twarde 
zazwyczaj jest blisko. 

Owszem, przyznajemy. Długie i szybkie marsze z wysokimi obcasami w 

parze nie idą. Z podwyższonymi owszem. Do sześciu centymetrów. 

Autorka niniejszego z lekką skruchą może wyznać, co następuje: 
Od  piętnastego  roku  życia  chodziłam  na  wysokich  obcasach. 

Przywykłam.  No  i  raz  w  czymś  takim  poszłam  na  Baranią  Górę,  nie  żeby 
specjalnie,  cóż  znowu!  Zwyczajnie  wyszłam  na  świąteczny  spacer  w 
eleganckim stroju, po całkiem płaskim asfalcie, a jakim cudem i dlaczego nas 
na  tę  Baranią  zaniosło,  do  dziś  nie  mam  pojęcia.  Wszyscy  byli  nieskalanie 
trzeźwi,  poszłam,  wróciłam  i  nic  się  nie  stało.  Obcasy  miały  właśnie  sześć 
centymetrów. 

Z  jakiegoś  naukowego  opracowania,  z  obrazkami,  jak  się  należy, 

dowiedziałam się, iż układ stopy człowieka wymaga podwyższenia pod piętą. 
Trzy centymetry. Tak są tam jakoś te kości połączone, że całkowita płaskość z 
łatwością  powoduje  powstawanie  platfusa.  Ucieszyłam  się  z  tej  informacji 
niezmiernie i niniejszym wszystkim do wiadomości podaję. 

Nieprawdą  jest  natomiast,  iż  wysokie  obcasy  wywołują  zniekształcenie 

kostek  w  stopie,  tak  zwane  halluxy.  Moja  matka,  moje  ciotki,  moja  synowa 
oraz ja sama całe życie tych obcasów używałyśmy i używamy i żadna niczego 
zniekształconego nigdy nie miała. 

Powyższe  ma stanowić zachętę, kontrastującą z informacją powszechnie 

znaną: żeby być piękną, trzeba cierpieć. 

No i, wbrew pozorom, nie sama twarz zdobi człowieka. 
Nogi też się liczą, bardziej niż współczesne damy mogłyby przypuszczać. 

Oni  te  cholerne  obcasy  dostrzegają,  przeważnie  sami  o  tym  nie  wiedząc. 

background image

 

Czasem wiedzą, ale rzadko, jak już zostało powiedziane, do tego typu analiz 
własnych doznań mężczyźni skłonności nie mają. Wiedzą, że im się podoba, a 
dlaczego, co ich obchodzi, do czynów robią się skorzy, nie zaś do przemyśleń. 

I mają rację. 
Wszystkim  osobnikom  żeńskim  proponuję  czynność,  raczej  mile 

widzianą,  łatwą  i  wcale  nie  skomplikowaną.  Mianowicie:  obejrzenie  się  w 
lustrze. 

Strój wyjściowy, balowy, elegancki i na nogach papucie. 
Zmiana. 
Strój jak wyżej i na nogach pantofle na obcasach. 
I odwrotnie. 
Byle,  co  na  sobie  i  na  nogach  gumiaki.  Na  sobie  jak  wyżej  (może  być 

barchanowy szlafrok), a na nogach wytworne czółenka. 

Jeśli  komuś  pamięć  wzrokowa  szwankuje,  zróbmy  sobie  zdjęcia.  Może 

być samych nóg. 

Znów  pozwolimy  sobie  na  zwierzenie  osobiste.  Młodsza  od  nas  o 

piętnaście lat dama z niepojętych przyczyn pałała do nas lekką zawiścią. O co 
jej  chodziło,  diabli  wiedzą,  bo  żaden  mężczyzna  w  grę  nie  wchodził,  żadna 
konkurencja  zawodowa,  żadne  sukcesy  towarzyskie,  nic,  zero  kompletne. 
Owszem,  była  przez  nas  uważana  za  idiotkę,  ale  powyższy  pogląd,  z  racji 
przedwojennego dobrego  wychowania,  nie  był  jaskrawo  ujawniany.  Różnica 
lat  piętnastu  na  naszą  niekorzyść  sprawiała  jej  szaloną  uciechę,  której  my, 
autorka, nie zamierzaliśmy kretynce żałować. Niech sobie ma. 

Widując damę tylko od czasu do czasu przez tyleż lat, ile akurat wynosiła 

różnica wieku, mniej więcej piętnaście, w jakimś momencie ujrzeliśmy nagle 
jej nogi. 

Miała  na  tych  nogach  coś,  co  dawnymi  czasy  określało  się  mianem 

sandałów  z  Cedetu.  Cedet  już  nie  istniał,  skąd  je,  zatem  wzięła,  Bóg  raczy 
wiedzieć. I oto nagle z wielką przyjemnością udało nam się stwierdzić, iż w 
nogach to ona jest starsza o piętnaście lat, a nie my! 

Telewizja na coś się czasem przydaje. Wystarczy popatrzeć, wychodzi na 

estradę  siedemdziesięcioletnia  aktorka  i  twarz  mało  ważna,  jest  młoda  w 
nogach! Wychodzi zaproszony gość, o dwie dychy młodsza dama i, do licha, 
obuwie czyni z niej staruszkę! 

A nam się wydaje, że co? Mężczyźni w tym momencie ślepną? 

background image

 

 

I  nic  na  to  nie  możemy  poradzić.  Jeśli  mamy  w  domu  upragnionego 

mężczyznę, wyrzućmy na śmietnik papucie! 

Możemy  za  to  nabyć  wygodne  ranne  pantofelki  na  obcasiku.  Istnieją 

takie. 

I wreszcie najważniejsze: 
Jedyne, czego od nas jeszcze nie przejęli, to wysokie obcasy. Nie potrafią 

na tym chodzić i cześć. 

Różnica płci triumfuje! 
Moment, chwileczkę. Drobne odskoki od tematu zaczynają nam gmatwać 

sytuację. Nie o naszych sukcesach mamy tu mówić, a przeciwnie, o klęskach. 

Zmaltretowani  na  wszystkich  frontach  mężczyźni  podupadli  potwornie, 

zbakierowali się i lada chwila staną się gatunkiem wymarłym... 

A,  nie,  to  później.  Wchodzi  w  strefę  strasznych  wniosków.  Chwilowo 

musimy zająć się dalszym ciągiem męskiej zemsty. 

Jak by to nazwać...? Wiwisekcja? Negliż? Nietakt? Patroszenie...? O, już 

wiem! 

OBRZYDZANIE FIZJOLOGICZNE. 

Przepełnieni  nienawiścią  do  kobiet,  zrozpaczeni,  zbuntowani, 

zmaltretowani mężczyźni sięgnęli po perfidną broń. 

Osobiście  podejrzewamy,  że  na  ten  idiotyczny  pomysł,  jako  pierwsza, 

wpadła jakaś głupia baba. 

Przez  całe  wieki  kobiety  były  tajemnicze,  dla  płci  przeciwnej 

niezrozumiałe,  pełne  rozmaitych  intymnych  sekretów,  i  mężczyznom  w 
gruncie rzeczy bardzo się to podobało. 

Wszystko, co tajemnicze, z reguły jest intrygujące. 
Zazwyczaj  także  upragnione.  Budzi  wściekłą  ciekawość,  dociekliwość, 

chęć  poznania,  niekiedy  nawet  nabożny  szacunek,  jak  piramidy  egipskie, 
ewentualnie  Sfinks.  Czasem  lęki,  obawy  i  rozmaite  inne,  wysoce  pożądane 
stany męskiej duszy. 

Niekiedy irytację, ale to inna sprawa. 
(Nic podobnego, żadnej sprzeczności tu nie ma! Co innego nabożny lęk 

przed tajemniczością, a co innego przerażenie na widok atakującego dzikiego 
zwierza.) 

Całą intymność i tajemniczość diabli wzięli. 

background image

 

Za  kolejność  tych  poczynań,  godnych  wyłącznie  potępienia,  głowy  nie 

dam, ale na początek niech będzie poród. 

Zalągł  się  trend,  żeby  koniecznie  przyszli  tatusiowie  asystowali  przy 

porodach.  No  rzeczywiście,  już  nic  piękniejszego  nie  mogli  zobaczyć,  a  już 
urok rodzącej żony powinien przebić wszystkie widoki świata! 

Zaraz, przebija chyba? Wiem, o co najmniej dwóch, którzy zemdleli zaraz 

na początku. Kilku uciekło przed zemdleniem. Jeden mężnie przetrwał całość 
z zamkniętymi oczami, a od zaciskania szczęk złamał sobie koronę na zębie. 
Jeden  nabrał  do  żony  śmiertelnego  wstrętu  i  potem  był  rozwód.  Jeden  w 
dzikiej  panice  poniechał  współżycia  seksualnego,  żeby  przypadkiem  nie 
spowodować ponownie tak okropnego wydarzenia. 

To o to chodziło? 
A  prawie  jestem  pewna,  że  zaczęła  jakaś  idiotka,  która  w  strachu  przed 

wydaniem  na  świat  potomstwa  histerycznie  czepiała  się  mężusia,  on  zaś, 
nieszczęsny,  nie  zdołał  wyrwać  dłoni  z  kurczowo  zaciśniętych  kleszczy 
ukochanej rączki. 

Ciąże,  możliwie  zaawansowane, prezentowane są  publicznie, głównie w 

telewizji, mającej największe szanse na rozpowszechnienie widoku. 

No  rzeczywiście,  figurkę  ma  się  wtedy  nad  wyraz  śliczną,  bywa,  że  i 

twarzyczka osobliwie się zmienia, bywa, że nóżki puchną... Coś uroczego! 

Osobiście  znamy,  co najmniej dwóch  mężczyzn, którzy kobietą w ciąży 

śmiertelnie się brzydzą. Tylko wielka miłość pozwoliła im mężnie przetrwać 
owe  stany  ukochanych  żon  bez  trwałych  wypaczeń  umysłowych  i 
psychicznych. 

(Co  niewątpliwie  świadczy  o  istnieniu  we  wszechświecie  uczuć 

szlachetnych, obecnie mocno zaniedbywanych.) 

Jako  kolejny  element  obrzydzania  wystąpiły  niepomiernie  estetyczne  i 

wdzięczne reklamy rozmaitych podpasek i tampaxów, użytecznych przy owej 
miłej,  comiesięcznej  dolegliwości,  właściwej  wyłącznie  płci  żeńskiej.  Do 
niedawna raczej  mało eksponowanej, obecnie podetkniętej  mężczyznom pod 
nos,  zapewne  w  tym  celu,  żeby  im  do  reszty  cholerne  baby  obrzydzić. 
Wszelka intymność zanikła. 

I co? O ile wiem, nie zaprotestowała przeciwko temu ani jedna kobieta. 
Czy wielce szanowne panie zgłupiały doszczętnie...? 

background image

 

 

Bo  pomyśleć,  że  kiedyś  potrafiły  zaprotestować  przeciwko  prawom, 

przepisom i konstytucjom! Doprowadziły do zmiany ustaw, z którymi im było 
niewygodnie! I to, w jakim tempie i w jakim zakresie...!!! 

A teraz, co? Przeciwko obrzydzaniu samych siebie nie potrafią? 
Jeszcze  nam  tylko  brakuje  wnikliwej  demonstracji  przewodu 

pokarmowego  i  jego  wszystkich  dolegliwości.  Jak  dotąd,  taktownie  łapiemy 
się zaledwie za zgagę, ale wiadomo, że na zgadze świat się nie kończy, może, 
zatem  w  następnych  reklamach  otworzymy  szeroko  drzwi  wszelkich 
wychodków, pardon, chciałam powiedzieć toalet. Tam już i dźwięki, i wonie, 
i wyraz twarzy, i cudowny widok rezultatów... 

A hemoroidy? Ależ cudo...! 
Tym  sposobem  radykalnie  możemy  obrzydzić  się  sobie  wzajemnie  i 

będzie fajnie! 

Niech  mi  tu  nikt  nie  próbuje  wywalać  szeroko  otwartych  wierzei  od 

stodoły.  Wszyscy  wiemy,  że  reklamiarzom  idzie  o  forsę.  Niech  sobie 
pochodzi z dowolnie obrzydliwego źródła, byle pochodziła! 

Ale  z  drugiej  strony  na  plaster  nam  ta  forsa,  jeśli  wykończymy 

doszczętnie nasz ulubiony świat... 

Jako następny element występuje seks, prezentowany gdzie popadnie, jak 

popadnie, na wszelkie możliwe sposoby, na każdym kroku, w każdym filmie, 
w reklamach, w prasie, na szacownych murach miejskich... Zaraz, odczepmy 
się  od  murów  miejskich,  prym  w  tej  erotycznej  działalności  bezwzględnie 
wiedzie telewizja, którą zapewne tworzą istoty płci obojętnej, ale chyba raczej 
męskiej, najgłębiej przekonane o prymitywnej głupocie całej reszty ludzkości. 
Oni  sami,  ci  twórcy,  nie  oglądają  niczego,  co  nie  dzieje  się  w  łóżku...?  A, 
czort bierz, może być i obok łóżka, bodaj w stajni! 

Każdy sądzi według siebie... 

OSTRZEGAM!!!: 

Wczesne lata sześćdziesiąte (a zapewne zaczęło się już w pięćdziesiątych, 

albo nawet czterdziestych) ciężko wystraszyły skandynawskie społeczeństwo. 
Mam  tu  na  myśli  Danię  i  Szwecję,  co  do  Norwegii  istnieją  drobne 
wątpliwości. Spadł przyrost urodzin, społeczeństwa starzało się przerażająco, 
na  oziębłość  mężczyzn  skarżyły  się  wszystkie  kobiety,  których  zresztą 
procentowo było więcej. (Haremy są tam źle widziane.) Spróbowano zaradzić 

background image

 

temu rozpowszechnieniem pornografii i zrobiło się jej tyle, co obecnie seksu 
wszędzie. 

Skutek okazał się dokładnie odwrotny od zamierzonego. 
Nadmiar  wszedł  w  grę,  nachalność,  może  prostacka  jakość,  może 

wszystkie  czynniki  razem,  dość,  że  nie  tylko  przestała  być  w  ogóle 
dostrzegana, ale do reszty zniechęciła do seksu męską część ludności. 

Powyższe  wiem  od  kobiet.  Młodych  i  pięknych,  które  zwierzały  mi  się 

osobiście. 

Oglądałam  wystawę  „Porno  69”.  Widziałam  wyraz  twarzy 

zwiedzających,  przyglądałam  się  specjalnie,  był  to  wyraz  osłupiałego 
obrzydzenia. A narodowości tam pętało się wiele, nie tylko Skandynawowie, 
cały świat przyjechał na taki cymes. 

„Przez miesiąc nie będę mógł spojrzeć na żadną kobietę!” 
Powyższe słowa rzekł do mnie ze zgrozą rodak, szczery Polak, kolega z 

pracy. 

Na przyrost urodzeń miało to wszystko razem wpływ negatywny. 
Na  marginesie:  spróbowano  zaradzić  klęsce  za  pomocą  pigułek, 

wzmagających  potencję,  zapewne  pierwsza  jaskółka  viagry.  Okazało  się,  że 
pigułki  powodują  narodziny  potwornej  ilości  bliźniąt.  Usłyszawszy  tę 
informację, zaczęłam zwracać uwagę na ulicy, zgadzało się, na trzy wózki z 
dziećmi dwa zawierały bliźnięta. 

Ówczesna  pornografia  w  obliczu  obecnej  prezentacji  seksu  to  w  ogóle 

było małe piwo. 

I co? O czymś takim marzą wszystkie panie...? 
Jawność. Przeraźliwa, upiorna JAWNOŚĆ! 
W sposób doskonale jawny, bez najmniejszego skrępowania, kopulują ze 

sobą psy, małpy, koty, świnie, drób, krowy... 

I ludzie...? 
Jeśli  istotnie  postanowiliśmy  niczym  się  nie  różnić  od  zwierząt,  nie 

domagajmy się ludzkich praw. 

Na marginesie: 
Owszem, autorka  niniejszego jest  zwolenniczką jawności, ale akurat nie 

w tej dziedzinie. Może raczej  w zakresie operowania publicznymi finansami 
na  skalę  krajową,  na  przykład  szczegółowego  wykazu,  na  co  też  zostają,  co 
roku wydawane pieniądze, pochodzące z naszych podatków...? 

background image

 

 

Ponadto interesująca sprzeczność daje się zauważyć pomiędzy tą uroczą 

jawnością  seksualną,  a  tak  niezmiernie  pożądanym  prawem  do  prywatności, 
obejmującym  nawet  działalność  przestępczą.  (Oblicza  złoczyńców  na 
ekranach  się  nie  pokazuje.)  Czy  ma  to  oznaczać,  że  seks  przeistoczył  się  w 
sprawę publiczną? 

A jeśli ktokolwiek z rodzaju ludzkiego miałby zaprotestować przeciwko 

zniweczeniu wszelkiej intymności, to niby, kto? Delikatni, wstydliwi, subtelni 
mężczyźni? 

Bo może jednak raczej te cholerne baby...?! 
Chyba powinniśmy tu wejść na RASY, chociaż diabli wiedzą czy w pełni 

pasuje. Ale niech będzie. 

RASY. 

O ile mi wiadomo, ras istnieje cztery: biała, czarna, żółta i czerwona. 
Ogólnie, do licha! Nie piszemy tu dzieła naukowego. 
W  najmniejszym  stopniu  nie  leży  w  naszych  zamiarach  obrażanie 

kogokolwiek.  Osobiście  rasistką  nie  jesteśmy,  co  udało  nam  się  stwierdzić 
doświadczalnie w czasie pobytu w Afryce Północnej oraz na Kubie. Nie mam 
pojęcia,  jak  może  brzmieć  obraźliwe  określenie  białego  człowieka  (może: 
kretyn...?), słyszałam natomiast, że w rozmaitych krajach rozmaicie przyjmuje 
się rozmaite określenia czarnego człowieka. Pomyliło mi się, co i gdzie, więc 
zapewne  w  jakimś  momencie  i  miejscu  kogoś  obrażę,  ale  na  to  już  nic  nie 
mogę poradzić i na wszelki wypadek z góry osobę obrażoną przepraszam. 

W  wyniku  najróżniejszych  badań,  odkryć  i  zmieniających  się  poglądów 

wszystko  zostało  radykalnie  wymieszane,  gubimy  się  w  tym  doszczętnie, 
pozwolimy sobie, zatem na poglądy własne, wynikające z praktyki. 

Rasą  białą  zajmujemy  się  cały  czas  i  chyba  każdy  już  to  zauważył, 

pójdziemy, zatem dalej. 

Otóż  naszym  zdaniem  rasa  czarna,  wyrwana  przez  rozmaitych 

przygłupków  rasy  białej  ze  środka  Afryki,  zasymilowała  się  z  rasą  białą 
całkiem porządnie i wszystko zależy od tego, gdzie egzystuje i jakie obyczaje 
uznaje  za  własne.  Wnioskujemy  pośrednio,  w  niewielkim  stopniu  z 
doświadczeń osobistych. 

Zważywszy przyjaźń, zawartą z tłumaczką na Kubie... 
Mam  wrażenie,  że  była  to  najczarniejsza  dziewczyna,  jaką  w  życiu 

spotkałam, i z całą pewnością miała najpiękniejsze oczy na świecie. Zazdrość 

background image

 

na  tym  tle  udało  mi  się  stłumić.  W  wyniku  pogawędek  na  tematy  między 
innymi  romansowe  (bo  akurat  przytrafił  jej  się  jakiś  taki  interesujący,  mnie, 
bądź,  co  bądź  starszej,  radziła  się  w  tej  kwestii),  całkowicie  przestałam 
dostrzegać kolor jej skóry. Taka sama dziewczyna jak wszystkie inne, wśród 
których  żyłam  od  urodzenia,  może  trochę  silniej  opalona,  uzdolniona 
językowo znacznie bardziej ode mnie, w pełni wchodzi w zakres niniejszego 
elaboratu. Nie wiem, co one robią z mężczyznami gdzieś tam, u siebie, może 
ich gnębią albo czczą. Bo u nas chyba to samo, co my. 

Tyle, że moja tłumaczka zaliczała się do tych rozumniejszych. Podrywała 

faceta taktownie, wdzięcznie, kusząco, skromniutko i w ogóle w sposób, który 
pozwalał  mu  święcie  wierzyć,  że  wszystko  leci  z  jego  inicjatywy.  Przykład 
godzien naśladowania! 

Większą wiedzę posiadam na temat Arabów. 
Co wcale nie oznacza, że uważam  Arabów za rasę czarną.  Nie, do tego 

stopnia  jeszcze  nie  zgłupiałam.  Wedle  encyklopedii  zaliczają  się  do  rasy 
semickiej, o co nie zamierzam się sprzeczać. Nikt jednakże nie  powie, 'że są 
śnieżnobiali, jaskrawo żółci, wściekle czerwoni... Węgiel też nie pasuje. 

Chyba głównie wyróżniają się religią...? 
Na tematy religijne nie będę się zbyt obszernie wypowiadać, ale co myślę 

o Mahomecie, to moje... 

Nie,  jednak  nie  wytrzymam.  Pogląd,  jakoby  kobieta  stanowiła  świństwo 

poniżej owcy, kozy, kury, nie wspominając o wielbłądzie, uważam za... jak by 
tu  elegancko...  mniemanie  błędne,  przerastające  wszystkie  idiotyzmy  świata. 
Czy nikt tym panom stworzenia nie zwrócił uwagi, że bez kobiety żadnego z 
nich nie byłoby na świecie? 

Że też ten Allah nie pouczył ich doświadczalnie! Załóżmy, sami chłopcy 

im  się  rodzą,  ani  jednej  obrzydliwej  i  niepotrzebnej  dziewczynki,  i  proszę 
bardzo, za jakieś pięćdziesiąt lat mahometanie znikają z powierzchni ziemi... 

Naprawdę tak by im się to podobało? 
Jak  widać,  zatem,  kwestia  przydeptywania  mężczyzn  nie  wchodzi  tu  w 

rachubę.  Wręcz  przeciwnie,  przydeptywane  są  kobiety.  I  zdaje  się,  że  nic 
dobrego z tego nie wynika, chyba szkodliwa jest wszelka przesada... 

Ile  wysiłku  musiałam  zużyć,  żeby  mi  Arab  wniósł  bagaże  (przeszło 

czterdzieści  kilo!)  na  piętro  promowej  przystani,  ludzkie  słowo  nie  opisze. 

background image

 

 

Nie, żeby oni byli tacy strasznie leniwi, ale to potworna niegrzeczność. Jak to, 
nieść ciężar za kobietę...?! Kompletny brak wychowania, chamstwo zgoła! 

W  dodatku  przyzwoita  kobieta,  której  mężczyzna  niósłby  zakupy  albo 

inne bagaże, powinna się spalić ze wstydu. 

Zatem  należałoby  może  uznać,  że  stanowią  antidotum  na  skandaliczną 

dyskryminację mężczyzn rasy białej...? 

Może należało wymieszać sufrażystki z Arabkami i mieszaninę podzielić 

na pół...? Może w ogóle powinno się nad tym zastanowić...? 

Z  arabską  rodziną  też  się  prawie  zaprzyjaźniłam,  od  matki  rodziny 

(mówiącej  po  francusku  znacznie  lepiej  ode  mnie)  uzyskując  mnóstwo 
informacji  na  temat  przyzwoitego  zachowania  się  kobiet  i  mężczyzn  (nie 
bardzo mi się spodobało), z synem rodziny zaś (imieniem Sasi, nazwiska nie 
pamiętam)  odpracowałam  na  warszawskim  lotnisku  Okęcie  komplikacje 
transportowe  całkiem  tak  samo,  jak  odpracowałabym  ze  spłoszonym 
rodakiem. Żadne dziwo. 

Z  Arabem  z  Iraku  nawiązałam  przyjacielskie  kontakty  na  wyścigach, 

gdzie  bywaliśmy  równie  często,  z  tym,  że  kwestii  obyczajowych  damsko–
męskich  nie  mieliśmy,  kiedy  poruszać.  Ważniejsze  były  konie.  Traktował 
mnie jak człowieka, i to wcale nie głupiego. 

I słusznie. O koniach miałam pojęcie. 
Na  konflikty  rodzinno–małżeńskie  osobiście  się  nie  natknęłam,  w 

rejonach,  gdzie  przebywałam,  haremów  raczej  brakowało,  młode  panienki 
nosiły  się  tak  samo,  jak  w  Europie,  dżinsy,  bluzeczki,  koszulki,  rozmaite 
kiecki  i  tym  podobne,  damy  zamężne  jednakże  zobowiązane  już  były  do 
osłon. Głównie szły na nie nasze firanki, przywożone w celach handlowych. 

No i te prace domowe... W salonie telewizor na całą ścianę, a w kuchni 

kobiety przyrządzają posiłki, klęcząc na glinianej podłodze przy rozpalonym 
na niej ognisku... 

Za  to  w  sklepach  sama  radość.  Z  reguły  stoją  dwie  kolejki,  w  jednej 

mężczyźni,  w  drugiej  kobiety,  mężczyzn  jest  ze  czterdziestu,  bab  trzy  lub 
cztery, załatwiani zaś są jak niegdyś w naszych aptekach, inwalidzi i zdrowi. 
Jedna  sztuka  z  jednego  ogona,  druga  z  drugiego,  sprawiedliwie  i  bez 
najmniejszej dyskryminacji. 

I  żaden  chłop  nie  zaprotestuje.  Mogliby  przecież  zażądać,  żeby  jedna 

baba przeczekiwała trzech chłopów, ale nie. Mowy  nie  ma! Nie  mają prawa 

background image

 

nawet zauważyć, że coś takiego tam stoi i dokonuje zakupów, wstyd byłby to 
straszny, kto by się na taką hańbę naraził? 

Tym  sposobem  arabskie  kobiety  są  wygrane  przynajmniej  w  tej  jednej 

dziedzinie. 

Co  do  rasy  żółtej,  wiem  jedno:  mają  niewiarygodne  szczęście  w 

hazardzie! 

Z  rasą  czerwoną  żadnego  kontaktu prawdopodobnie  nie  miałam.  A  jeśli 

miałam, nic o tym nie wiem. 

Z wielkim żalem musimy stwierdzić, że ras, jako takich, nie będziemy się 

dalej  czepiać,  stwierdziwszy  tylko,  że  niewątpliwie  jakieś  różnice  między 
nimi istnieją. Powątpiewamy, czy kolorystyka gra tu jakąkolwiek rolę. 

Przejdziemy  za  to,  z  zawziętością  wielką,  niechęcią  i  potępieniem,  na 

kraj, gdzie wymieszanie ras nastąpiło chyba najdokładniej i gdzie, oczywiście, 
interesują nas kobiety. No, owszem, mężczyźni też, ale kobiety bardziej. 

Mamy tu mianowicie na myśli Amerykanki. 
Bo chyba te zołzy zrobiły najwięcej złego! 
I jeśli chcą, niech się na mnie obrażą nawet piętnaście razy! 
Dla  uniknięcia  nieporozumień  wyjaśniam  na  wstępie,  że  Stany 

Zjednoczone, jako kraj, nie budzą we mnie żadnych negatywnych uczuć i nic 
przeciwko nim nie mam. Historycznie rzecz biorąc, wykazały nawet znacznie 
więcej rozsądku niż cała Europa razem wzięta. Czepiam się wyłącznie bab. 

Wbrew Anglii, wbrew Emmelinie Pankhurst i sufrażystkom, upieram się, 

że straszliwą dyskryminację mężczyzn zaczęły Amerykanki! 

Potwornie dawno temu czytałam różne rzeczy (nie, nie były to artykuły w 

„Trybunie Ludu”„Trybuny Ludu” nie czytałam wcale, używałam jej głównie 
do  suszenia  walorów  filatelistycznych),  książki,  felietony,  tłumaczone  z 
angielskiego,  opowiadania,  co  mi  pod  rękę  wpadło,  rozmaitych  autorów.  I 
powolutku, powolutku, zgroza podnosiła mi włosy na głowie. 

No, bo wielce Szanowne Panie! 
Zastanówcie  się  same.  Facet  normalny,  wykształcony,  przyzwoity, 

pracowity,  bez  przesadnych  nałogów,  pełen  zapału,  podejmuje  pracę 
zawodową, stara się, pnie, zarabia, żeni się z miłą panienką, płodzi dzieci... Ile 
mu tam wyjdzie, dwoje, troje, pięcioro... Nie, nie popadajmy w przesadę, troje 
mu wystarczy. 

background image

 

 

Przed poślubieniem panienki żyje sobie swobodnie. Jak w każdym innym 

kraju. Siedzi po nocach i odwala robotę, uzupełnia studia, idzie na wódkę albo 
na piwo, w karty pogra, w kręgle, w palanta... tego, najmocniej przepraszam, 
chciałam  powiedzieć  w  bejsbola...  sport  pouprawia,  na  konie  postawi, 
zaoszczędzi, sam  o swoich wydatkach decyduje, samochód kupi lepszy albo 
gorszy, konto mu rośnie... 

Albo przeciwnie... 
Pożywienie  knajpiane  w  gardle  mu  staje,  pichcenie  dla  siebie  nosem 

wychodzi,  nawet  pizze  brzydną,  koszule  do  pralni  odnieść  zapomni,  od 
zmywania i odkurzania wszystko w nim cierpnie... 

Zatem żeni się z panienką. 
No  i  owszem,  obiadek  jest  (może  być  kolacja,  jak  zwał,  tak  zwał,  w 

każdym razie posiłek), w domu posprzątane, pranie z głowy, dzieci się lęgną... 

Panienka  powolutku  przemienia  się  w  megierę.  Nad  głową  trzeszczy, 

żadnych studiów, z piciem kłopoty, o pełnej swobodzie mowy nie  ma, forsa 
leci  na  nią,  na  dom,  na  dzieci,  no  dobrze,  niech  będzie,  udało  mu  się 
wzbogacić wcześniej albo nawet w trakcie tego trzeszczenia, ona okazuje się 
głupia, dzieci już w szkole, a ta pijawka ciągle ssie, do roboty nie ma prawie 
nic, a życie zatruwa... 

Bo z tą robotą, powiedzmy to sobie szczerze, różnie bywa. 
Osobiście  autorka  niniejszego,  jednostka  dostatecznie  wiekowa,  żeby 

mieć za sobą wiele doświadczeń, potwierdzała, co następuje: 

Jedna  dama  pod  sześćdziesiątkę,  trzymająca  się  nad  podziw,  twierdziła, 

że z utęsknieniem czeka chwili przejścia na emeryturę. Chce być w domu, bo 
w domu ma rajskie życie. Dzieci już dorosłe, całą robotę domową, sprzątanie, 
gotowanie, zakupy i tak dalej, ma tak zorganizowaną, że zajmuje jej to około 
czterech  godzin.  Reszta  dnia  dla  niej.  Kawiarnia,  spotkania  towarzyskie, 
książki, teatr, kino, wystawy, odpoczynek, co jej się  spodoba. Niech  jej nikt 
nie wmawia, że dom to taka harówa, potrzebna odrobina inteligencji i cześć. 

Druga  dama  wyznała  autorce,  że  roboty  domowej,  poza  gotowaniem, 

nienawidzi. Wobec czego nauczyła się tak wszystko załatwiać, żeby trwało to 
dwie godziny i ani chwili więcej, a należy zauważyć, że dama była pedantką i 
jeden  pyłek  nie  miał  prawa  istnienia.  Dzieci  w  wieku  średnio–szkolnym 
zostały odpowiednio wychowane i sprzątały po sobie, ona sama zaś korzystała 

background image

 

z  rozrywek  kulturalnych,  układała  pasjanse,  prowadziła  życie  towarzyskie, 
sama sobie szyła bluzeczki i odpoczywała. 

Trzecia  dama,  nie  bardzo  zorganizowana,  z  dziećmi  w  wieku 

przedszkolnym,  sprężyła  się  nieco  i  oprócz  całej  domowej  roboty  odwalała 
jeszcze  miłe,  ręczne,  prace  zlecone.  Brała  je  i  odnosiła  w  trakcie  robienia 
zakupów. Mąż wracał późno i posiłek na niego czekał. 

Czwarta  dama  robiła  wszystko  w  domu,  jedno  dziecko,  bo  więcej  nie 

miała,  wracając  ze  szkoły,  dokonywało  zakupów,  ona  zaś,  z  nudów,  szyła 
kiecki całej rodzinie. 

Piąta,  szósta,  siódma  i  ósma  dama,  pracując  zawodowo  i  spędzając,  co 

najmniej  dziewięć  godzin  poza  domem,  jeszcze  dawały  sobie  radę  z 
karmieniem domowników i żadne pluskwy ani karaluchy im się nie zalęgły. 

Wszystkie wyżej wymienione damy egzystowały w naszym, dotkniętym 

ustrojem  kraju,  któremu  brakowało  udogodnień  technicznych,  a  za  to 
dostarczał  tłoku  w  komunikacji,  ogonów  wszędzie  i  ograniczeń  wszelkich. 
Samochodu  się  nie  miało,  wszelkie  kartofle,  kapusty,  jabłka,  mąki,  cukry, 
kasze,  mięsa  z  kością  (bez  kości  przytrafiały  się  tylko  na  bazarach  i  bardzo 
drogo) oraz inne ciężkie produkty żywnościowe trzeba  było w rękach nosić, 
windy się psuły... I tak dalej. 

Więc  niech  mi  nikt  nie  wmawia,  że  te  cholerne  Amerykanki,  ze 

zmywarkami, pralkami i bez kolejek w sklepach, miały takie straszne życie! 

Zgnębiony facet, mąż Amerykanki, który, chcąc nie chcąc, w pracy musi 

utrzymać się na jakimś poziomie, w końcu ma tego dość. W dodatku urocza 
niegdyś  panienka  od  rana  do  wieczora  snuje  się  po  domu  w  rozdeptanych 
kapciach i lokówkach, tyje, wygląda jak ostatnia mazepa, a tu dookoła nowe 
panienki, piękniejsze, młodsze i bardziej pociągające... 

A tam, niech piorun trafi panienki! I bez nich może mieć dość. Rozwodzi 

się. 

No  i  cóż  się  okazuje.  Alimenty  na  dzieci  alimentami  na  dzieci,  ale  on 

musi płacić alimenty także na tę pijawkę. Młoda, zdrowa baba, a on ją musi 
utrzymywać  do  końca  życia!  Połowę  mienia  jej  oddać  i  jeszcze  alimenty 
płacić, a do roboty może by się wzięła? 

A nie, nic z tego. Dzieci szkołę kończą, a ona mu siedzi twardo na karku. 

Życie ma człowiek zmarnowane. 

background image

 

 

Tak  było  do  niedawna  i  do  tej  pory  gdzieniegdzie  jeszcze  jest.  A  jeśli 

nawet  złagodniało,  nie  szkodzi,  ważne,  że  było.  I  zapoczątkowało  upadek 
maltretowanych mężczyzn. 

Szanowne  Panie,  zastanówcie  się.  Posiadacie  zdrowszy  instynkt 

samozachowawczy.  Któraż  z  was,  w  obliczu  takich  przepisów  prawnych, 
zawarłaby związek małżeński?! 

Na marginesie: 
W  latach  sześćdziesiątych  duńskie  podatki  odznaczały  się 

progresywnością,  znaną  i  nam  osobiście,  w  naszym  własnym  kraju.  Im 
wyższe  zarobki,  tym  wyższy  procent  podatków.  Ludzka  rzecz,  ma  pacan 
więcej, niech płaci! 

W  Danii  jednakże  zarobki  męża  i  żony  komasowano.  Każde  oddzielnie 

zapłaciłoby, powiedzmy, dwadzieścia pięć albo trzydzieści procent, razem, ze 
swoich  dwóch  pensji  zebranych  do  kupy,  płaci  czterdzieści  dwa  procent,  a 
może nawet czterdzieści cztery, o ścisłość nie będę się sprzeczać, bo ulegało 
to drobnym zmianom. 

No i jakiż rezultat? 
Pary  przestały  zawierać  ze  sobą  związki  małżeńskie.  Żyły  ze  sobą, 

mieszkały  wspólnie,  decydowały  się  nawet  na  dzieci,  a  prawnie  się  nie 
rejestrowały i cześć! 

Tak oto rozumna ludzkość reaguje na głupie przepisy. 
(Drobna  część  rozumnej  ludzkości  siedziała  jednakże  nawet  i  wśród 

władz, bo zdaje się, że owe przepisy uległy zmianie. 

Duńskie społeczeństwo znów zaczęło żenić się i wychodzić za mąż mniej 

więcej normalnie.) 

Wracając do tych szkodliwych istot za oceanem... 
I  co  tu  się  dziwić,  że  amerykańscy  mężowie  uciekali?  Co  i  raz  to  jakiś 

poszedł  po  papierosy  i  nie  wrócił.  Było  to  zjawisko  nagminne,  wysoce 
denerwujące, w żadnym innym kraju niewystępujące w tak szerokim zakresie. 

Dość zrozumiałe. Między nami mówiąc, też bym nie wróciła... 
Przykro mi to stwierdzić tak brutalnymi słowy, ale we łbach im się, tym 

amerykańskim żonom, poprzewracało. 

Co prawda, drobne różnice istniały w prawodawstwie różnych stanów, ale 

ogólnie wyglądało to podobnie. Z owych to czasów pochodzi szalony rozkwit 
prywatnych  detektywów,  obarczanych  obowiązkiem  wykrycia  zdrady 

background image

 

małżeńskiej, ten miły odskok, bowiem decydował o korzyściach materialnych. 
Zdradzający  bulił  ciężki  szmal,  zdradzany  wychodził  z  interesu  ulgowo. 
Bywało,  że  i  detektyw  zdobywał  fortunę,  stwierdziwszy  niezbicie,  iż  ci 
państwo we dwoje, sam na sam, jechali windą przez trzydzieści cztery piętra... 
A jeśli jeszcze ta winda zatrzymała się między piętrami...? To już ślepy fart! 
Wystarczało byle, co. Jeszcze dwadzieścia lat temu szalało prawo, dotyczące 
niedotrzymania obietnicy małżeństwa, obietnica taka zaś  mogła objawiać się 
różnie,  niekoniecznie  zaraz  pierścionkiem.  Dziewiętnasty  wiek  nisko  się 
kłaniał,  siedzieli  razem  przez  parę  wieczorów  w  salonie  (czort  ich  bierz,  w 
kuchni,  w  garażu,  w  altance,  a  już  w  sypialni  czy  w  łazience...  Rozpusta 
gwarantowana!),  całowali  się  na  ławce  w  parku,  wyjechali  w  plener  na 
weekend, ugrzęźli w szałasie, powodzią odciętym od świata choćby na jedną 
dobę, przypadkiem wspólnie oglądali towar w magazynie meblowym... 

Cześć  pieśni  i  koniec  słupa!  Dama  we  łzach  zapewniała,  że  on  jej  tam 

przysiągł  miłość  dozgonną  i  ślubny  kobierzec,  młodzieniec  (w  wieku  od 
osiemnastu do stu lat) wił się w panice i głupiał z zaskoczenia, a sąd łupał mu 
albo dożywocie z tą panią, albo wyzucie się z mienia. 

Nie  byłam  nigdy  ani  opisaną  tu  damą,  ani,  tym  bardziej,  młodzieńcem, 

czytałam  natomiast  o  takich  wydarzeniach  we  wszelkim  słowie  pisanym,  na 
tyle wiarygodnym, na ile jakiekolwiek słowo pisane wiarygodne być może. Z 
dokumentami urzędowymi włącznie. 

Nie wiem natomiast jednego i uczciwie się do tego przyznaję. 
Otóż  sąd  łupał,  młodzieniec  bulił,  tracił  zawartość  konta,  spadek  po 

dziadku, sprzedawał apartament... 

(Zamieniając go na coś, co w tym samym czasie w naszym kraju uważane 

było za szczyt luksusu i szczęście wręcz nieosiągalne, prawdziwe trzy pokoje 
z kuchnią i łazienką...) 

...  zaciągał  pożyczkę  i  zjeżdżał  poniżej  zera.  I  tu  właśnie  nie  wiem,  co 

dalej. Nie kazali mu chyba płacić tej zołzie do końca życia? Wyrok wydano i 
poniekąd zrealizowano, facet grzywnę uiścił, powinien chyba zyskać spokój? 
Ze zwyczajnej litości i dobrego serca mam nadzieję, że tak było, więcej się go 
czepiać nie mogła, ale pewna, niestety, nie jestem. 

No, chyba, że w wypadku recydywy... 
Ale  jeśli  po  takim  doświadczeniu  narażał  się  na  recydywę,  był 

zwyczajnym idiotą i przestaje mi go być szkoda. 

background image

 

 

 
Obecnie,  w  dobie  wdzierania  się  w  prywatność,  proszę  bardzo,  można 

sobie  poczytać,  co  któryś  z  bardziej  znanych  osobników  musiał  zostawić 
żonie. Żonie też znanej, też bogatej, też pracującej... I właściwie, dlaczego? 

Przydeptały tych chłopów zupełnie beznadziejnie, a oni z tego do reszty 

zgłupieli. 

Sytuacja,  kiedy  niezmiernie  bogata  dama  (zazwyczaj  aktorka), 

poślubiwszy  ubogiego  młodzieńca  (kazał  jej,  kto?),  rozwodzi  się  z  nim  i 
przymusowo  obdarza  częścią  swojego  mienia,  są  tak  rzadkie,  że  stanowią 
smakowity  żer  dla  prasy.  W  informacjach  na  ten  temat  między  wierszami 
można bez trudu odczytać drugie dno, piękny podtekst, zawarty  w uroczych 
słowach: „Dobrze jej tak!” 

Ponadto  rozszalała  wszędzie,  ale  głównie  w  Stanach,  absolutna 

konieczność robienia kariery, włażenia na szczyty i zwracania na siebie uwagi 
spowodowała dwa nieszczęścia: 

Po pierwsze, rozpacz mężczyzn. 
Konkurencja.  Ten  tam  jakiś  ma  wyższe  stanowisko,  większy  dom, 

nowszy samochód, lepsze plecy, należałoby wygryźć go ze stołka, ten drugi, 
może  i  gorszy,  ale  czujemy,  jak  nas  wygryza,  trzeszczy  nam  ten  stołek  pod 
odwłokiem, chrupią w nim szczęki korników... (korniki chyba mają szczęki? 
Bo czym by gryzły?) Bronić się, atakować, walczyć...! 

No tak, ale ich znamy, są tacy sami, jak my, dalibyśmy im radę, a tu, co? 

Ci „oni” to nie są żadni „oni”, tylko „ONE”. Kobiety! 

Potworne,  nieobliczalne  istoty,  posiadające  więcej  siły,  mocniejsze 

biologicznie, kretyńsko pracowite, dysponujące w dodatku bronią dodatkową, 
tą  swoją  płcią  idiotyczną,  na  którą  każdy  żłób  poleci...  Istny  koszmar,  z 
którym nie wiadomo, co robić! 

Wiadomo,  oczywiście.  Do  czego  zostały  stworzone,  wie  najdenniejszy 

głup, ale one wywijają numery nie do przewidzenia i nie do pojęcia! Pchają 
się po drabinie kariery, zmuszają do wysiłków obcych męskiej płci!!! 

I  żeby  tylko  te  konkurentki  zawodowe...!  Niechby  je  piorun  strzelił, 

niechby się same męczyły, niech biorą na siebie wszystkie ciężary, niech się 
uginają  pod  odpowiedzialnością,  niech  się  kompromitują,  niech  dostają 
wylewów, zawałów i nerwic...! 

Jest gorzej, drugie takie mamy w domu. 

background image

 

To  one  pchają  nas  na  wyżyny.  To  one  wytykają  nam,  wypominają,  ten 

dom sąsiada, ten samochód kumpla, to obrzydliwe futro jego żony, te wakacje 
na Hawajach, siedzą w domu, nie mają, co robić i wszystko widzą! My sami 
mamy to gdzieś, chętnie byśmy odpoczęli, telewizorek, piwko, nasz ukochany 
gruchot sprzed trzech lat, o co chodzi, przecież jeździ bez zakłóceń... 

Mężczyźni,  o  ile  nie  mają  duszy  wynalazcy,  w  gruncie  rzeczy  są 

konserwatywni. 

Ale  ta  nasza  baba  nie  popuści.  Dziabnie  w  ambicję,  przymusi,  życie 

zatruje! Znajdzie sposób, żebyśmy poczuli się gorsi nie do zniesienia, weźmie 
nas  do  galopu,  podetnie,  odbierze  wszystko,  i  spokój,  i  posiłek,  i 
przyjemności, i naszą męską dumę... 

Poderwie do działania i ostatni dech z nas wyprze. 
Czy jeszcze ktoś nie rozumie, dlaczego mężczyźni skleili, zaczęli się bać i 

poczuli w sobie ziarno buntu...? 

Po drugie, dziki wybuch ekshibicjonizmu. 
Pokazać się. Niech na nas zwrócą uwagę! 
Jeśli  nie  dajemy  rady  wydłubać  czegoś  ze  swojego  wnętrza, 

zaprezentujmy  opakowanie.  Łatwiej  pomalować  się  w  zielone  kropki  niż 
poznać  obcy  język.  Łatwiej  wydać  z  siebie  głośny  ryk  niż,  na  przykład, 
nauczyć się wiersza. Rezultat widać. 

Co  gorsza  aktorka,  to  więcej  rozdziana,  a  rozdziewać  się  jęły  już  i  te 

lepsze, bo niby, co ona, gorsza? Właśnie, że lepsza i niech wszyscy zobaczą! 
Co głupsza dziewucha albo tępszy młodzieniec, to więcej ozdób na sobie nosi, 
im mniejszy głosik, tym większy dziwoląg, im wspanialsza pustka w środku, 
tym pokraczniejszy wierzch. Im mniej talentu, tym więcej golizny. 

A tymczasem... 
Wszelki nadmiar budzi przesyt i niechęć. 
No i proszę bardzo, wzbudził. A dowodem na to są biedni, nieszczęśliwi, 

zmaltretowani mężczyźni... 

Co wcale nie oznacza, że jednostki płci męskiej pozostały w tyle. Oni też 

zapragnęli zwrócić na siebie uwagę. 

Ale  gdyby  jednostki  płci  żeńskiej  nie  wpadły  przez  to  w  euforyczny 

zachwyt... 

Nie  sprawdziliśmy  tego  bardzo  porządnie  i  dokładnie,  ale  mamy 

nieodparte wrażenie, że to Amerykanki pierwsze wskoczyły w spodnie. 

background image

 

 

Żeby nie było nieporozumień... 
Owszem,  zgadza  się,  już  Szeherezada  nosiła  szarawary,  no  i  co  z  tego? 

Egipcjanie nosili fartuszki, no i co z tego? 

Ponadto  możliwe,  że  Amerykanki  zostały  wyprzedzone  przez  kobiety 

radzieckie, które dumnie wsiadły na traktory i złapały się za kielnie i młoty... 

(Za  sierpy  się  łapać  nie  musiały,  miały  to  zapewnione  od  chwili,  kiedy 

pojawił się na świecie pierwszy sierp. Żęcie zawsze było zajęciem kobiet.) 

...  ale  nie  uwodzicielska  uroda  była  wówczas  celem  ich  życia.  I  nie 

najpiękniej  wyglądały.  Mogło  to  jednakże  korespondować  z  elegancją 
jaskiniowców,  którzy,  mimo  pewnego  zaniedbywania  mody,  rozmnażali  się 
dość dziarsko, o czym świadczy nasza obecność na tym pięknym świecie... 

I  przy  tych  spodniach  utrzymały  się  przez  całe  lata.  Do  tej  pory 

znajdujemy  w  utworach  literackich  i  prasowych  oraz  oglądamy  na  ekranie, 
zarówno  w  filmach  fabularnych,  jak  i  dokumentalnych,  cholerne  portki, 
zakorzenione  na  mur.  Jak  bambus.  Wrośnięty  w  ziemię  ogrodniczą  półtora 
metra w głąb i nie do wyrwania. Kto jeździ za ocean, widzi na własne oczy. 

(Portki, nie bambus.) 
Raz  za  razem  młoda  dama,  przejęta  randką  prywatną  lub  też  bankietem 

zawodowym,  wybiera  lub  specjalnie  kupuje  stosowny  strój,  przymierza, 
dopasowuje  dodatki,  wywala  ciężki  pieniądz,  i  cóż  to  jest,  ten  szał 
odzieżowy?  Spodniumy  i  spodnie,  jedno  może  ze  srebrnej  lamy,  drugie 
świetnie  skrojone  i  zaprasowane  w  brzytwę,  to  niby,  co  ona  z  siebie  robi? 
Marynarza? Hiszpańskiego fordansera? Eleganckiego mężczyznę? Bo co, bo 
ma krzywe nogi? 

A może by tak przypadkiem zrobiła z siebie kobietę? 
Nie  dość  na  tym,  filmowa  fikcja,  filmową  fikcją,  ale  dokument...!  O 

chudych,  o  grubych,  o  chorych,  o  zdrowych,  o  młodych,  o  starawych,  o 
wszelkich! Jedna w drugą, wszystkie, bez względu na wiek i nadwagę, na co 
dzień  chodzą  w  spodniach  od  dresów  i  rozklapanych  trumniakach,  śliczne 
takie, że w oczach się mieni, górą przyodziane w rzęch z siódmej przeceny i, 
dla wytworności zapewne, w naszyjniczek. Naszyjniczek ma świadczyć, że są 
wystrojone. 

Kobiety, kurczę ich strasznie blade...!!! 

background image

 

Nawet, jeśli  zaczyna popiskiwać pierwsza jaskółka drobniutkiej zmiany, 

to już, niestety, przepadło. Tyle złego zdążyły narobić, że przez wieki się tego 
nie odpracuje. 

Zaraz, chwileczkę. Zdaje się, że tu znów zaczyna dodatkowo popiskiwać 

okropna dyskryminacja mężczyzn. 

Istnieje  mnóstwo  niezmiernie  eleganckich  miejsc,  wytwornych  lokali, 

oficjalnych  spotkań,  bankietów,  wizyt,  ekskluzywnych  kasyn  i  tym 
podobnych,  gdzie  nie  wpuszcza  się  mężczyzn  bez  krawatów.  A  nawet  w 
dżinsach. Jest zakaz i cześć, ma być odziany przyzwoicie. 

Dlaczego  właściwie  nie  pojawił  się  równolegle  zakaz  niewpuszczania 

kobiet  w  spodniach?  Obuwie,  tak,  w  trampkach  i  adidasach  nie  wolno,  to 
jednakże  dotyczy  i  chłopów,  równość  została  zachowana,  ale  te  krawaty  i 
spodnie...? 

Ej, panienki! Zachowajmy umiar. Im też się coś od życia należy..! 
Załatwiwszy w pewnym stopniu podziały zasadnicze, możemy przejść do 

ostatniego  i  zapewne  najważniejszego  punktu  programu,  a  mianowicie  do 
RÓŻNIC. 

Ludzkość, bowiem dzieli się na: 
Mądrych i głupich. 
Totalnych kretynów i geniuszy. 
Złych i dobrych. 
Nieudaczników i szczęściarzy. 
Leni śmierdzących i pracoholików. 
Silnych i słabowitych. Skąpców i rozrzutników. 
Rozważnych i lekkomyślnych. 
Zuchwalców i nieśmiałych. 
Megalomanów i kompleksiarzy niższości. 
(Słowa  „kompleksiarzy”  nie radzę szukać w słownikach.  Daremny  trud. 

Wymyśliłam je przed chwilą). 

Egoistów i altruistów. 
Łgarzy i prawdomównych. 
Odważnych i tchórzliwych. 
Upartych i ustępliwych. 
Pesymistów i optymistów. 
Uczuciowych i piennych. 

background image

 

 

(Albo może pniowych...? Od słowa „pień”. Nie wiemy, czy pień posiada 

jakiekolwiek uczucia, w każdym razie żadnych nie okazuje. Zapewne ich nie 
ma). 

Małomównych i gadatliwych. 
Uczciwych i złodziei. 
Pedantów i bałaganiarzy. 
Oraz wszystko pośrednie, pomiędzy skrajnościami, a oprócz tego jeszcze 

trochę. 

(Płeć obojętna.) 
Do totalnych kretynów nie będziemy się zwracać. Szkoda czasu i wysiłku 

na pogawędki z półgłówkami, niezdolnymi do żadnej pracy umysłowej, a jeśli 
ktoś  przeciętnie  rozwinięty  wybrał  sobie  na  towarzysza  (względnie 
towarzyszkę) życia imbecyla, debilkę, tępadło i głąba, jego rzecz i niech się 
sam z tym czymś męczy. 

(Płeć jak wyżej.) 
Ogólnie biorąc, kobieta, która przez dziesięć lat ulega przemocy fizycznej 

chama  i  gbura,  na  którego  się  z  niepojętych  przyczyn  kiedyś  zdecydowała, 
najprawdopodobniej nie zasługuje na nic lepszego. 

I nie rzucać się tu na mnie z pazurami! Zaraz wyjaśnię źródło poglądu. 
Niby,  dlaczego  ona  tak  ulega?  Ulegające  damy  najczęściej  tłumaczą  się 

posiadaniem dzieci. No, rzeczywiście argument...! 

Po pierwsze, skąd te dzieci? Z powietrza? 
Po drugie, rajskie życie mają, nieprawdaż? Tatuś leje mamusię, aż grzmot 

po okolicy idzie, a dzieci klaszczą w rączki z radosnymi piskami. 

Po trzecie, tatuś w rozpędzie i dzieciom przyłoży. Jeszcze im śmieszniej. 
Drugim wyjaśnieniem jest brak pieniędzy i mieszkania. 
Jakoś  nie  możemy  sobie  przypomnieć,  żeby  gorszące  rękoczyny, 

zakończone  wzywaniem  pogotowia  i  policji,  rozgrywały  się  w 
wielopokojowych apartamentach i willach, obtłuczona mamusia zaś tarzała się 
w bólu po gronostajach, norkach i sobolach, otrząsając z poranionych rączek 
diamentowe  bransolety.  Poziom  finansowy  tych  maltretowanych  niedaleko 
odbiega  od  zera,  z  tej  głównie  przyczyny,  że  żywiciel  rodziny  wszystko 
przepija, a lokal mieszkalny prezentuje sobą obraz nędzy i rozpaczy. 

background image

 

Gdzież,  zatem  te  jej  korzyści  materialne,  zapewniane  przez 

zwyrodniałego  troglodytę?  A  gdyby  tak  sama  przystąpiła  do  pracy 
zarobkowej...? 

Nie może. Nic nie umie. Zdrowie ma zniszczone ognistymi pieszczotami 

ukochanego mężczyzny. Dzieci też trochę nie takie jak trzeba... 

A  lać  zaczął,  kiedy?  Po  paru  latach,  odczekawszy,  aż  progenitura  nieco 

podrośnie? Czy może od początku, od pierwszego miesiąca, tygodnia, a nawet 
wieczoru po ślubie? Bo tak właśnie bywa najczęściej. 

To,  dlaczego  ona  już  wtedy,  od  razu,  nie  odeszła?  Jeszcze  bezdzietna, 

jeszcze zdrowa i silna, jeszcze w pełni zdolna do ludzkiej egzystencji. Także 
do pracy. No? Dlaczego? 

Bo on przepraszał i przysięgał, że nigdy więcej? A ona, co, uwierzyła? 
Przecież  wiadomo,  że  jeśli  uderzył  raz,  uderzy  ponownie,  po  czym 

weźmie rozpęd i z rosnącym zapałem będzie kontynuował rozrywkę. Jak ona 
sobie wyobrażała ciąg dalszy tego jedwabnego życia? 

A  otóż  ona  sobie  nie  wyobrażała  niczego.  Jeśli  jakakolwiek  myśl 

majaczyła  w  jej  głowie,  to  chyba  tylko  któraś  z  mądrości  ludowych, 
wylęgłych  w  czasach  męskich  rządów:  Jak  chłop  baby  nie  bije,  to  w  niej 
wątroba gnije. Jak nie bije, to nie kocha  może jeszcze parę innych, których, 
niestety nie pamiętam. 

No,  więc  ani  z  niewydarzonymi  kretynkami,  ani  z  tępymi  małpoludami 

rozmawiać nie będziemy. Nie ta akurat grupa społeczna wywołała i wzmogła 
zjawisko, któremu tu usiłujemy przeciwdziałać. Ona (ta grupa) sama z siebie i 
bez naszego udziału doprowadzi może do pewnej zmiany kodeksów, karnego, 
cywilnego i rodzinnego. Co byłoby ze wszech miar wskazane. 

Z  pewną  niechęcią  i  drobniutkimi  wątpliwościami  zgłaszamy  tu 

propozycję, której może lepiej nie czytać. 

No dobrze, dwie propozycje. Jedną z nich zgłaszamy nieco śmielej, a czy 

pierwszą, czy drugą, kto chce, niech zgadnie. 

Może by tak przekształcić przepis prawny, wedle, którego męża–sadystę 

ściga  się  tylko  na  skargę  żony?  Prawie  w  stu  procentach  żona,  kiedy  już 
odzyska  przytomność  i  daje  radę  mówić,  ze  strachu  i  z  głupoty  wycofuje 
skargę. Wyrwany z objęć policji, małżonek radośnie biegnie do knajpy i czym 
prędzej nabiera nowych sił do katowania najdroższej połowicy. 

background image

 

 

Coś  tu  nie  gra  chyba?  Powinno  się  może,  jedno  z  dwojga,  albo  nie 

zwracać uwagi na idiotyczne kaprysy niezdecydowanej ofiary i sądzić faceta 
jak każdego napastnika, albo całkowicie wzbronić ofierze składania skargi, bo 
co ma głowę zawracać wymiarowi sprawiedliwości? 

Bo może ona lubi dostawać po ryju? Może to masochistka? Może wielbi 

jego męską siłę? W końcu każdy ma prawo do własnego gustu, w porządku, 
wolno jej posiadać oryginalne upodobania, ale przynajmniej niech nie truje i 
nie zabiera ludziom czasu. 

I drugie: 
W  obliczu  istnienia  wyżej  wspomnianego  przepisu  prawnego,  może 

zostawić ofiarom prawo do obrony własnej? Już kilka dam wkroczyło na tę, 
ze  wszech  miar  właściwą  drogę  i  co?  Zostały  ukarane.  Złapała  baba  w 
nerwach tasak czy siekierę, ewentualnie nóż kuchenny napatoczył się jej pod 
rękę,  wzięła  rozpaczliwy  zamach  i  cześć.  Problem  rozwiązany  bez  żadnych 
komplikacji  sądowych,  a  przy  okazji  upada  kwestia  tej  nieszczęsnej 
przestrzeni mieszkalnej. 

I za co właściwie ją karać? Za ratowanie życia i zdrowia własnego oraz 

nieletniego  potomstwa?  A  po  co?  Żeby  dowalać  społeczeństwu  kłopotów  z 
dziećmi...? 

W  wypadku  zabicia  siekierą  kolejnego,  trzeciego  lub  czwartego  męża, 

można się zastanowić nad osobowością sprawczyni... 

Na tym koniec delikatnych propozycji. 
Zważywszy,  iż  w  niniejszym  utworze  już  od  dłuższej  chwili  daje  się 

zauważyć  rosnący  melanż,  niewątpliwie  wynikający  z  komplikacji 
tematycznych, z wielką ulgą stwierdzamy, iż przy punkcie różnice nareszcie 
możemy sobie pozwolić na wszystko. 

Różnice  to  różnice  i  nie  tylko  o  podziały  tu  chodzi,  także  o  rozmaite 

elementy naszej egzystencji, być może zbiegające się ze wszystkich stron na 
tej samej drodze, wiodącej do zguby. 

Rekwizyty. 
Obyczaje. 
Wynalazki.   
Wypaczenia umysłowe. I moralne. 
I diabli wiedzą, co jeszcze. 

background image

 

Historią  udało  nam  się  już  w  pewnym  stopniu  posłużyć  i  zamierzamy 

jeszcze trochę. Przynajmniej wypadnie chronologicznie. 

Na przykład: 
Między nami mówiąc, wspomnienie takie ni przypiął, ni wypiął i prawie 

całkiem nie na temat. 

OKULARY 

Za  moich  lat  szkolnych,  kiedy  obyczajowość  dopiero  zaczynała  ulegać 

zmianie na lepsze i gorsze, w ostatniej klasie przed maturą okulary stanowiły 
przedmiot dyskusji i uważane były za element wysoce uciążliwy. Jeśli on ma 
je na oczach, przeszkadzają w kontaktach ściśle osobistych, a jak zdejmie, nic 
nie widzi, więc co tu robić? A jeśli  mają je na oczach obydwoje, zaczepiają 
się  wzajemnie  o  siebie,  więc  jeszcze  gorzej.  Ponadto  jedna  z  koleżanek  w 
zadumie  wyraziła  opinię,  że  okulary  strasznie  drą  pończochy,  co  we 
wszystkich wzbudziło duże zainteresowanie. 

(Rajstopy w owych czasach jeszcze u nas nie istniały). 
Na marginesie: 
Zdaje  się,  że  opinii  nie  wyrobiła  sobie  na  podstawie  doświadczeń 

własnych, tylko za pośrednictwem starszej siostry. 

Prawdopodobnie  z  tamtych  właśnie  chwil  pochodzi  moja  prywatna 

rezerwa w stosunku do okularników. Co nie znaczy, że ich tępię generalnie, 
cóż  znowu,  broń  Boże,  musiałabym  upaść  na  głowę,  tylko  w  utworach  nie 
używam i okulary nie wydają mi się pierwszoplanowym atrybutem amanta. 

Także amantki. 
W latach zdecydowanie późniejszych zwierzenia przyjaciółki–okularnicy 

potwierdziły mój stosunek do przyrządu optycznego. Wyznała mi, iż osobisty 
kontakt  z  tak  zwanych  gachem,  też  okularnikiem,  napotkał  ogromne 
okularnicze  trudności  sytuacyjne.  Inna  sprawa,  że  obydwoje  mieli  dość  dużą 
ilość dioptrii, co nie zawsze się przytrafia, więc co ja właściwie  mam o tym 
myśleć...? 

Na  końcu,  o  ile  wiem,  jedne  okulary  się  stłukły.  Dobrze,  że  mieli 

zapasowe. 

POŃCZOCHY 
Jako  nie  tylko  autorka,  ale  także  postać  znacznie  ważniejsza,  Czytelnik, 

nie  cierpię  spotykać  w  utworach  obcych,  rzekomo  nowych,  powtórzeń,  już 
wcześniej  czytanych  i  znanych  z  utworów  wcześniejszych.  Z  całej  siły  nie 

background image

 

 

chcę  się  powtarzać  i  z  samej  siebie  popełniać  plagiatu,  czuję  się,  zatem 
zmuszona  stwierdzić,  iż  sprawę  opisałam  w  książce  pt.  Dwie  głowy  i  jedna 
noga.  Gdybym  miała  odrobinę  rozumu  i  umiała  przewidzieć  przyszłość,  nie 
pisałabym tego tam, tylko tu. 

Nie ma chyba w obecnych czasach dziewczyny, poczynając od młodzieży 

młodszej,  a  kończąc  na  próchnach  i ekshumach,  która  na  podwiązki  miałaby 
poglądy  podobne  do  moich,  młodzieńczych.  No,  może  owszem,  pokolenie 
wojenne  i  powojenne,  jeszcze  żywe,  ze  łzą  rozrzewnienia  w  oku  wspomni 
czasy, kiedy element garderoby taki jak pasek  do podwiązek, stanowił coś w 
rodzaju: 

Naszyjnika diamentowego. 
Stroju głowy ze strusich piór. 
Niemoralnego wybryku kapitalizmu. 
Gwiazdki z nieba. 
Fantazji baśniowej. 
Śmiertelnego grzechu. 
Rozpusty, zanikłej na zawsze. 
W każdym razie nie do uzyskania i nawet nie do obejrzenia w otaczającej 

nas rzeczywistości. 

Pamiętam  doskonale,  że,  jako  osoba  całkowicie  dorosła,  obarczona 

dziećmi  w  wieku  szkolnym,  dowiedziałam  się,  iż  gdzieś  na  Wilczej  albo  na 
Hożej  (nie  pamiętam  dokładnie)  istnieje  zakład  gorseciarski,  wykonujący 
takie rzeczy na zamówienie, bardzo drogo, ale za to przepięknie. Zważywszy 
sytuację materialną (oraz posiadanie męża, kochającego mnie bez względu na 
strój),  nawet  nie  poszłam  popatrzeć.  Być  może,  ten  fakt  opóźnił  mnie  w 
rozwoju. 

W  szkole  na  ten  temat  gadania  nie  było,  ale  sześć  lat  wojny  swoje  robi. 

Mimo  głębokiego  (i  dość  naturalnego)  zainteresowania  sprawami  seksu 
podwiązki nam do głowy nie przyszły 

No  proszę!  A  kurtyzanom  sprzed  pół  wieku  przychodziły!  Widocznie 

kobiety zaczęły głupieć wcześniej, niż nam się wydaje... 

TANIEC 

To, co współczesne pokolenie zrobiło z tańcem, woła o pomstę do nieba. 
O, biedne, głupie dziewuchy...! 

background image

 

Szczerze  wątpię,  czy  kiedykolwiek  jakakolwiek  wymyślna  gimnastyka 

zachęciła poświęcające się jej osoby do odkrycia upodobania wzajemnego. 

Intelekt udziału w niej raczej nie bierze. 
Charakter się nie ujawnia. 
Sytuacja finansowa żadnego znaczenia nie ma. 
Sprawność fizyczna wystarcza przeciętna. 
Porozumienie się słowne odpada, z racji dźwięków ogłuszających. 
Nadmiar wigoru  wyładowuje się w skocznych  wysiłkach  i na nic więcej 

już go nie starcza. 

Nie  jestem  pewna,  czy  jakieś  władze  śledcze  i  wykonawcze 

przeprowadziły  kiedykolwiek  wnikliwą  statystykę  gwałtów.  Ile  z  nich 
nastąpiło  zaraz  po  zużyciu  sił  w  dyskotece,  a  ile,  kiedy  indziej.  Bo  może 
byłoby to pouczające...? 

(Aczkolwiek wyznajemy, a jest to chyba dygresja, daleko odbiegająca od 

tematu,  iż  osobiście  czytaliśmy  akta  prawne,  dotyczące  sprawy  o  gwałt  i 
rezultat tegoż, mianowicie dziecko). 

Bal  odbywał  się  w  remizie  straży  pożarnej  w  mieście  wysoce 

prowincjonalnym.  Młoda  dama,  wydawszy  na  świat  potomka,  oskarżyła 
młodzieńca o spowodowanie powyższego wydarzenia w trakcie owego balu. 
Gwałtu  się  nawet  nie  czepiała,  szczerze  wyznała,  iż  młodzieniec  jej  się 
podobał,  uległa,  zatem  jego  zapałom  bez  wielkiego  oporu,  ale  w  kwestii 
potomka życzy sobie wspólnoty. Młodzieniec zapierał się zadnimi łapami, że 
nic o tym nie wie i damy nie tknął. 

Jednakże,  wedle  zeznań  świadków,  obydwoje  opuścili  salę  balową, 

niekoniecznie  razem.  Wedle  zeznań  damy,  udali  się  do  pobliskiej  stodoły, 
gdzie dali ujście uczuciom. Skutek objawił się wkrótce. 

Nie  będziemy  się  tu  wdawać  w  zaniedbane  przez  władze  śledcze 

drobnostki. Mróz w owym czasie panował rzetelny, około dwudziestu stopni, 
co  udało  nam  się  stwierdzić  osobiście  w  innym  miejscu,  aczkolwiek  w  tym 
samym  czasie  [jako  jednostka  młoda,  wracając  z  balu  sylwestrowego  i  nie 
mając  szans  na  taksówkę,  bez  mała  pół  miasta  przeszłam  w  balowych 
sandałkach  po  śniegu  i  grudzie.  Osobnik  przy  naszym  boku  chyba  nie  zdał 
egzaminu...?  wicher  szalał  niezły,  zatem  pytanie  pierwsze:  czy  stodoła  była 
zamknięta,  czy  też  otwarta  na  przestrzał?  Otwarcie  na  przestrzał,  mróz, 
wicher, no...? Kto sobie tego nie potrafi wyobrazić? 

background image

 

 

Okazało się, że tej drobnostki nie sprawdzono. Kilku innych również. Nie 

to ważne. 

Ważne  są  tańce.  Wyczerpujące  doszczętnie,  powinny  były  wykluczyć 

wysiłki dodatkowe. Co oni, do pioruna, tańczyli...? 

Zważywszy  czasy,  prawdopodobnie  była  to  staroświecczyzna.  Walce, 

tanga, polki, fokstroty, walce angielskie, może trochę rock and rolla, na twista 
było za wcześnie. O gimnastyce współczesnej nie ma, co gadać.) 

Znów  uczynimy  dygresję  i  mamy  wielką  nadzieje,  że  wreszcie 

zostaniemy zaskarżeni do sądu, ponieważ posłużymy się nazwiskiem. 

Krótko  przedtem  weszły  w  modę  tańce  gibające.  Diabli  wiedzą,  co  to 

było, ale gibać należało się silnie, nikt tego nie potrafił, z wyjątkiem jednego 
młodzieńca. A, należało na początku nadmienić, że była to jakaś uroczystość 
służbowa, gdzie bawili się pracownicy instytucji oraz im pokrewni, starali się 
iść  z  postępem,  ale  tak  naprawdę  gibać  się  świetnie  umiał  jeden.  Nomen 
omen, nazywał się Gibasiewicz... 

Już grzecznie wracamy do tematu. 
Czy  jakakolwiek  jednostka,  obecnie  młoda,  obojętnej  płci,  wie  z 

doświadczenia, co znaczy tango...? 

Poza, oczywiście, społeczeństwem Argentyny. 
Nie  darmo  i  nie  bez  powodu  w  początkach  świeżutko  ubiegłego  wieku 

tango  uznane  zostało  za  taniec  w  najwyższym  stopniu  niemoralny, 
skandaliczny,  kompromitujący,  nie  do  przyjęcia  w  przyzwoitym 
towarzystwie.  Taniec  dla  kurtyzan,  kobiet  upadłych,  mężczyzn  wątpliwych. 
Przyjmować takiego w przyzwoitym domu czy nie...? 

Walc  od  Kongresu  Wiedeńskiego  poleciał  jak  z  bicza  trząsł.  Tango 

napotkało opory. 

I słusznie. Najbardziej erotyczny taniec ze wszystkich dotychczasowych. 

Subtelnie,  emocjonująco,  nienachalnie,  a  jednak...!  Prezentujący  sto 
niuansów, stwarzający tysiączne możliwości. 

I co te nieszczęsne kobiety dziś o tym wiedzą...? 
No właśnie. Te wszystkie, które uparły się zdobywać faceta? 
Nieszczęśni mężczyźni też. 
(Trzecią  dygresję  może  jeszcze  Czytelnik  wytrzyma.  Jeśli  nie,  niech 

ominie, jak opisy przyrody). 

background image

 

W samych początkach rock and rolla autorka znalazła się na wczasach, do 

czego  wstyd  się  przyznać,  ale  już  trudno,  przepadło.  Tamże  odbył  się 
wieczorek  zapoznawczy,  impreza  niewiadomego  pochodzenia,  dobrze 
widziana  przez  ówczesne  władze  zwierzchnie  z  przyczyn  osobiście  mi 
nieznanych. 

Formy  eleganckie,  polegające  na  przedstawianiu  sobie  wzajemnie  osób 

obecnych, od razu wybijmy sobie z głowy. Takie głupkowate, kapitalistyczne 
wybryki, to nie dla nas. 

Na wieczorku zapoznawczym tańczono. 
No  i  fajnie,  każdy  z  każdym,  zwykła  zabawa.  Pod  karą  śmierci  ja, 

wówczas  osoba  dwudziestoczteroletnia,  niekoniecznie  cudownie  piękna  i 
może nieco zaniedbana, ale nie najbrzydsza na świecie, nie potrafiłabym sobie 
przypomnieć, czy ktokolwiek zaprosił mnie do tańca. Zapewne tak, bo inaczej 
pamiętałabym życiową kompromitację, ale nie to ważne. 

Pod koniec wieczorku zagrzmiał rock and roli. Towarzystwo gotowe już 

było  tańczyć  nawet  taniec  z  szablami,  ale  pohamowało  się  rychło,  bo 
wystąpiła  jedna  para.  Dwóch  znanych  chuliganów,  młodzieńców  wówczas 
wyróżniających  się  negatywnie  i  powszechnie  potępianych  (dziś  byłyby  to 
aniołki niewinne), ruszyło na parkiet. 

Rany boskie, jak oni tańczyli! Do chwili  obecnej, po czterdziestu ośmiu 

latach,  mam  w  oczach  ten  widok.  Jeden  był  większy  i  silniejszy,  drugi 
bardziej  mikry,  wykorzystali  walory  fizyczne.  Pokaz  to  był,  godzien 
wszelkich  nagród,  rock  and  roli  klasyczny,  cudowny,  przepiękny!  Cały 
wieczorek  zapoznawczy,  już  na  niezłej  bani,  tkwił  w  bezruchu,  oczarowany, 
zachwycony, po czym obdarzył ich oklaskami, od których ręce spuchły. 

I  nikt  już  potem  nie  miał  do  nich  pretensji  za  żadne  wyczyny 

chuligańskie. 

No...? To był taniec...! 
(Elementarna  uczciwość  każe  nam  przyznać,  iż  jeszcze  w  początkach 

ubiegłego wieku pokutowały tańce, od wszystkich tang, walców, fokstrotów i 
tym  podobnych  niezmiernie  odległe.  Ale  nawet  przy  gawotach,  menuetach, 
polonezach i kontredansach miało się określonego partnera i partnerkę, a przy 
stosowanej  przyzwoicie  odległości  bez  trudu  można  było  podziwiać  wdzięk 
kibici  i  kuszące  gesty.  Zbliżenie  tańczących  nastąpiło  później,  wraz  ze 
wzrostem demoralizacji i upadkiem obyczajów. A potem znikło. Przeistoczyło 

background image

 

 

się  w  forsowną  gimnastykę,  niekiedy  nawet  rytmiczną,  ale  od  starań 
uwodzicielskich nader odległą. 

Koniec dygresji.) 
Wracamy do tematu całkiem porządnie. 
A zarazem do owej stodoły na mrozie i sprawy sądowej. 
Kwestii  młodych  dziewczyn,  (bo  zazwyczaj  takie  wchodziły  w  grę), 

oszukanych, wykantowanych, a tym bardziej zgwałconych i pozostawionych z 
potomstwem  przy  piersi,  wcale  nie  zamierzamy  poruszać.  Od  czasów 
Orzeszkowej, Zapolskiej oraz innych odważnych autorów odskoczyliśmy już 
daleko i nie ma potrzeby się wygłupiać. 

Czujemy  się  natomiast  zmuszeni  przypomnieć  uprzejmie,  że  i  na  tej 

skromnej ścieżce płeć żeńska ruszyła do szturmu. 

Dość  znana  była  przed  iluś  tam  laty  (nie  pamiętam  przed  ilu,  ale  w 

każdym razie w drugiej połowie wieku świeżo ubiegłego) historia damy... 

(Zaraz,  zaraz.  Komu  znana,  komu  nie.  Prasa  nie  bardzo  się  nad  tym 

rozwodziła,  sprawa  znana  była  w  kręgach  prokuratorsko–sądowniczych. 
Akurat  w  tych  kręgach  się  obracałam,  więc  może  znajomość  miała  zakres 
ograniczony.) 

...  zatrudnionej  jako  sprzątaczka  w  poważnej  instytucji,  która  to  dama 

kolejno  wskazywała  sześciu  dyrektorów  jako  ojców  swego  dziecka.  Miała 
niefart, równie kolejno dało się ich wykluczyć. Za siódmym razem zeszła do 
wicedyrektora  i  ten  już  popadł  w  kłopoty,  bo  biologia  go  dopuszczała.  Na 
szczęście dla niego, delegacje służbowe wykazały, iż w decydującym okresie 
czasu siedział w Pradze czeskiej, zatem dama przyznała się w końcu do ciecia, 
pardon, gospodarza domu, tam gdzie  mieszkała, za co od cieciowej,  pardon, 
gospodarzowej domu, dostała po pysku. 

(Młodzieniec ze stodoły, w obliczu zaniedbań proceduralnych, dla dobra 

dziecka został obarczony ojcostwem i skazany na osiemnaście lat alimentów.) 

A diabli go wiedzą, może i słusznie... 
Opisane  wyżej  wypadki  nie  stanowiły  ewenementu,  nie  były 

odosobnione,  prawo  przejęło  się  dobrem  dziecka  i  wydatnie  wspomogło 
damską  agresję.  Nikt  już  dziś  nie  zdoła  stwierdzić,  ilu  niewinnych  facetów 
zostało  wrobionych  w  ojcostwo,  bo  baby  skwapliwie  skorzystały  ze 
stworzonych im możliwości. 

background image

 

I  czy  jeszcze  ktoś  się  może  dziwić,  że  mężczyźni  zaczęli  się  bać  coraz 

bardziej...? 

Obecnie  problem  upadł  z  racji  postępu  medycyny.  Autorem  postępu  z 

pewnością był przestraszony mężczyzna. 

Jakoś tak trochę później przyszła moda na 

GWAŁT. 

Owszem,  były  to  bardzo  straszne  rzeczy,  ale,  jak  zwykle,  poleciały  za 

daleko. Wszystkie krzyki na tym tle doprowadziły do sytuacji, w której, jeśli 
jakaś dziewczyna nie była gwałcona, czuła się gorsza. Bo jak to, nikt jej nie 
chciał i nawet nie próbował...?! 

Trochę  to  wypadło  tak,  jak  niegdyś  lany  poniedziałek  po  wsiach.  Im 

piękniejsza,  tym  bardziej  lana,  największy  honor  stanowiło  wykąpanie  w 
stawie,  suchość  zaś  była  hańbą  wstydliwie  ukrywaną  i  opłakiwaną  gorzkimi 
łzami. 

Co  poniektóre,  a  wcale  nie  było  ich  mało,  specjalnie  starały  się  o 

właściwe warunki... 

Mamy na myśli gwałt, nie zaś oblewanie wodą. 
... Zapraszały chłopaka do siebie, szły z wizytą do niego, udawały się na 

przechadzkę po gęstym, ciemnym lesie, kuszące i frywolne... 

A potem krzyk podnosiły, że potwór je zgwałcił. A co najmniej próbował. 
Autorka  niniejszego  uprzejmie  przypomina,  iż  swymi  czasy  miała  dość 

dużo do czynienia z gwałtami. Nie, broń Boże, nie osobiście! Z gwałtami w 
postaci akt prokuratorskich i spraw sądowych. 

(Co do „osobiście”, zapewne nikt jej nie chciał...) 
Tu kusi nas niezmiernie wetknięcie do niniejszego utworu sprawy o gwałt 

w Płocku, gdzie zbiegło się kilka interesujących elementów. Powyższą sprawę 
o gwałt jednakże opisałam w Autobiografii, w dużym skrócie, co prawda, ale 
jednak,  i  głupio  byłoby  własne  teksty  powtarzać.  Wyeksponujemy,  zatem 
tylko elementy, przystające do niniejszego dzieła. 

Jedno: gwałt, jako taki. Drugie: meandry prawa. Trzecie: perfidia damska. 

Czwarte: umysłowość męska. 

Jedno: 
Gwałt  nastąpił  pomiędzy  pierwszym  podrywaczem  miasta  Płocka  a  tak 

zwaną porządną panienką, przyjaciółką jego siostry. 

background image

 

 

Podrywacz  cieszył  się  nie  tylko  szalonym  powodzeniem  wśród  płci 

pięknej,  ale  także  przeszłością  naganną,  wyszedł  właśnie  z  mamra,  podjął 
pracę  przy  budowie  domu  rodzinnego,  co  niewątpliwie  było  dowodem 
resocjalizacji, i wpadł w oko panience. 

Z nieudolnie skrywanym zapałem panienka, czym prędzej złożyła wizytę 

siostrze  złoczyńcy,  gdzie  odbyła  się  malutka  imprezka  z  udziałem  jeszcze 
jednej przyjaciółki, czyli razem było ich trzy. W lasku Idy trzy boginie... Nie, 
nie w żadnym lasku, tylko na balkonie. Podobno miały pół litra wódki, inne 
rodzaje pożywienia nie zostały przed sądem dokładnie omówione. 

Przyszła ofiara urżnęła się lekko i ujawniła stanowczą chęć zaczekania na 

powrót do domu przyszłego uwodziciela, dotychczas nieobecnego. 

Uwodziciel  wrócił  w  towarzystwie  aktualnej  narzeczonej,  również 

trudniącej się pracami budowlanymi. 

Towarzystwo  nie  uległo  wymieszaniu,  w  rodzinie  rysował  się,  bowiem 

pewien brak sympatii wzajemnej. Przyjęcie trzech dam trwało na balkonie, a 
narzeczona  siedziała  w  kuchni,  częstowana  napojami  oddzielnie.  Wkrótce 
udała się do domu, odprowadzona przez kochającego amanta. 

Ofiara twardo zapierała się czekać na jego powrót, nie kryjąc już zamiaru 

udowodnienia mu, iż jest cnotliwą panienką, w co podobno powątpiewał. 

Gwałciciel wrócił. Wszyscy razem opuścili lokal i taksówką udali się na 

miejsce  budowy,  gdzie  stała  już  willa  w  stanie  surowym,  z  dość  porządnie 
wykończoną  piwnicą.  Tamże  dwie  przyjaciółki  pozostawiły  ofiarę  i 
złoczyńcę, a same, tą samą taksówką, wróciły do siebie. 

Wśród rozmaitych uciążliwości, złego psa na łańcuchu, zagonu kapusty i 

zapadłych już dawno ciemności, ofiara dobrowolnie zeszła do piwnicy, gdzie 
napastnik  przygotował  łoże  miłości,  rozkładając  na  podłodze  jakiś  koc  i 
prześcieradło.  Ofiara  przeczekała  te  manipulacje  pościelowe,  także 
pozbywanie  się  spodni,  czyniąc  obronne  gesty  tylko  w  chwilach,  kiedy 
gwałciciel mógł im przeciwdziałać, i wciąż szermując swoją cnotą. 

Gwałcicielowi  zapewne  ta  cnota  nosem  wyszła  i  postanowił  raz  na 

zawsze  z  nią  skończyć,  bo  uczynił  to,  czego  się  po  nim  spodziewano, 
obdarzając panienkę swoimi zapałami. I tu nastąpiło clou programu. 

Jak tam ta jej cnota wyglądała, diabli wiedzą, w każdym razie on w nią 

zwątpił  ostatecznie  i  dał  temu  wyraz.  Panienkę  szlag  trafił,  bo  tym  samym 
rozwiała się nadzieja, że upatrzony wielbiciel oszaleje na jej punkcie i zawrze 

background image

 

z nią związek małżeński. Gwałciciel uprzejmie odwiózł ją do domu taksówką, 
ale i taksówka nie pomogła. 

Dla uniknięcia wątpliwości należy przypomnieć, że powyższe informacje 

padły z własnych ust ofiary, autorka zaś słyszała je na własne uszy. I zapisała! 

We łzach i furii, zaraz nazajutrz, zniewolona ofiara popędziła do jeszcze 

innej przyjaciółki, aktualnie małżonki milicjanta. Trzeba trafu, iż przyjaciółka 
jakiś czas temu cieszyła się względami gwałciciela, który bezczelnie i podle ją 
porzucił  na  korzyść  obecnej  narzeczonej.  Słysząc  o  piwnicznym  konflikcie, 
ucieszyła się mściwie i natychmiast wpadła na pomysł oskarżenia go o gwałt, 
w czym z wielkim zapałem dopomógł mąż–gliniarz, bo tu właśnie weszło w 
grę. 

Drugie: 
Meandry prawa. 
Otóż  zresocjalizowany  przestępca  był  ością  w  gardle  płockiej  milicji. 

Podobno kiedyś tam wcześniej brał udział w jakimś napadzie z bronią w ręku, 
ale  zdołano  mu  udowodnić  wyłącznie  nielegalne  posiadanie  broni,  za  co 
dostał pół roku, rzetelnie odsiedziane. 

Szczegółów  tej  sprawy  autorka  nie  zna,  ale  nie  wyklucza,  że  delikwent 

natrząsał się z nieudolności milicji. I stąd niechęć. 

Teraz okazja oskarżenia go ponownie o cokolwiek spadła im jak z nieba. 

Natychmiast  poszedł  siedzieć,  i  żadnej  tam  wolnej  stopy!  Rychło  jednakże 
wyszło  na  jaw,  że  ów  brutalny  gwałt  budzi potężne  wątpliwości.  Oskarżony 
był  subtelnym  blondynkiem,  średniego  wzrostu  wdzięcznej  postury, 
adoratorek  miał  zatrzęsienie,  a  do  tego  narzeczoną,  ofiara  zaś,  dziewoja 
dorodna,  zdrowa  i  pełna  sił  żywotnych,  niewiele  mu  w  tych  walorach 
fizycznych ustępowała. Kto by tam, kogo przemógł, trudno powiedzieć. Plotki 
ruszyły i milicja się zakłopotała. 

Jednakże po milicyjnej stronie barykady stała prokuratura. Honor milicji i 

twarz Prawa należało ratować. Skoro przestępca już siedział, w dodatku aż do 
sprawy, całe pół roku, nie mógł zostać uniewinniony! 

Wszystko  zostało  uzgodnione,  wzajemne  wymówki,  pretensje  i  wyrzuty 

odpracowane,  świadkowie  odpowiednio  pouczeni  i  rozpoczęto  akcję 
najtrudniejszą, mianowicie poszukiwanie dostatecznie głupiego sędziego. 

Znaleziono... 
Sprawę wspomogło 

background image

 

 

Trzecie: 
Perfidia damska. 
Męża–milicjanta  ostro  podjudziła  porzucona  konkubina  złoczyńcy. 

Trudno  się  dziwić,  że  faceta  nie  lubił,  odgrywać  się  na  nim  wprawdzie  nie 
zamierzał, ale skoro żona podsunęła mu smakołyk na półmisku... 

Nie  mówiąc  już  o  tym,  że  podjudziła  także  rozżaloną  przyjaciółkę  i 

zasiała w niej chęć zemsty. Bez pomocy zewnętrznej ofiara, sama z siebie, nie 
wymyśliłaby aż tak potężnego odwetu. 

Musiałabym  dokładnie  zanotowany  tekst  przeczytać,  żeby  przypomnieć 

sobie, która z tych wszystkich dziewczyn wykołowała  milicyjnego kierowcę 
dla  zdobycia  akt  —  zeznań  świadków.  Nie  chce  mi  się  teraz  sprawdzać. 
Wyszło to na jaw przed sądem i zostało starannie zlekceważone. 

Ofiara podobała się prokuratorowi i nie omieszkała przed nim rzewnych 

łez ronić. Oskarżał z ognistszym zapałem. 

Jedyny  prawdziwy  świadek  obrony,  siostra  oskarżonego,  zdołał... 

pozostańmy przy płci... zdołała wygrzebać jakieś akta z innego miasta, bardzo 
źle  świadczące  o  morale  głównego  świadka  oskarżenia.  Jak  jej  się  to  udało, 
Bóg raczy wiedzieć, ale wymiarowi  sprawiedliwości  robotę nieźle utrudniła. 
O  ile,  oczywiście,  całe  to  kretyństwo  można  określić  mianem  wymiaru 
sprawiedliwości... 

Zostało nam. 
Czwarte: 
Umysłowość męska. 
Wstrząsające... 
Poszukiwanie  odpowiednio  głupiego  sędziego  potrwało  dość  długo.  Nie 

mógł to być nikt młody, młodzi na ogół mają przed sobą całe życie i zależy im 
na karierze. Stary, tuż przed emeryturą... Niewielu kretynów utrzymało się na 
tak,  bądź,  co  bądź,  odpowiedzialnym  stanowisku  aż  do  późnej  starości. 
Trudna sprawa. 

Jednakże  znaleziono.  Ale,  zadziwiająca  rzecz,  nie  znaleziono  żadnej 

kobiety. Być może, istniały obawy, iż urok płockiego Don Juana wywrze swój 
wpływ...? 

Na 

marginesie, 

informacja 

dotychczas 

przeoczona: 

wszystkie, 

występujące przed sądem dziewczyny były bardzo ładne. 

background image

 

Znaleziono okropnego, starego pryka, z emeryturą za pasem, któremu już 

było  dokładnie  wszystko  jedno.  Musiał  chyba  mieć  męczące  wnuki,  bo  nie 
lubił młodzieży. Ponadto, przed wojną zapewne do elity nie należał, wojna mu 
dokopała, z ustrojem walczyć nie miał siły, poszedł na oportunizm i to robił, 
co mu kazano. Nawet nie udawał, że sądzi, miał gościa skazać, to skazał, a kto 
tam, kogo gwałcił, co mu za różnica? 

Niestety, obrona zapowiedziała apelację. 
I, niestety, trzeba było znaleźć drugiego, jeszcze głupszego sędziego. 
Słowo daję, myślałam, że to niemożliwe. 
Przeszukano całe województwo i jednak znaleziono. 
Pani prokurator wojewódzka, w rozmowie ze mną całkowicie prywatnej, 

wyznała, iż równie trudnego zadania nie miała jeszcze nigdy w życiu. 

Sędzia  sądu  apelacyjnego,  na  którego  patrzyłam  w  podziwie  i  z 

niedowierzaniem,  bo,  jako  jednostka  jeszcze  raczej  młoda,  nie 
przypuszczałam, 

że 

za 

stołem 

sędziowskim 

można 

posadzić 

zmumifikowanego  mamuta,  podtrzymał  wyrok  pierwszej  instancji,  skazał 
strasznego gwałciciela na te pół roku, które już odsiedział, i kazał mu iść do 
wszystkich diabłów. 

NO  I  TERAZ  STWIERDZAM  STANOWCZO,  zarówno  na  podstawie 

sprawy  powyższej,  jak  i  reszty  życiowych  doświadczeń,  że  jednak  W 
RZETELNEJ, PRAWDZIWEJ GŁUPOCIE KOBIETY MĘŻCZYZNOM NIE 
DORÓWNUJĄ. 

W zwyczajnej głupocie owszem, proszę bardzo, nawet ich przewyższają 

bez trudu.  W tak  potężnej nie dają  rady, zapewne działa w nich tajemniczy, 
biologiczny instynkt, który zatrzymuje destrukcję na skraju przepaści. 

Nawet, jeśli powyższe zdanie brzmi trochę dziwnie, nie szkodzi, ma być 

obrazem wstrząsu i możliwe, że jest. 

Zdaje się, że na tle gwałtów udało nam się popełnić dość długą dygresję, 

ale już wracamy do sedna rzeczy. 

Rzecz jasna, na tym tle znów przesadzać zaczęły Amerykanki. 
Co  za  baby  jakieś  okropne...  Facet  grzecznie  pyta  taką,  gdzie  jest  ulica 

Czterdziesta  Piąta  Zachodnia,  a  ona  wrzeszczy  i  wzywa  gliniarza,  bo  ją  ten 
łobuz napada. Kumpel w pracy pod łokieć ją bierze, żeby palcem pokazać, jak 
zwierzchnik dłubie w nosie, a ona to samo, do sądu go bez mała wlecze za i 

background image

 

 

molestowanie.  Komplement  sąsiad  powie,  że  w  tych  pantoflach  ślicznie 
wygląda, proszę bardzo, jest gwałciciel! 

Rozszalały się i osiągnęły przepisy prawne, dla mężczyzn przerażające. 
I kto się jeszcze będzie dziwił...? 
Nie, zaraz, spokojnie. Żeby nie było nieporozumień. 
Przepisy  prawne,  zdaje  się,  ostatnio  uległy  drobnej  zmianie,  tak  jak  te 

obietnice  małżeństwa,  ale  znów  pytam:  co  z  tego?  Zło  już  się  dokonało  i 
przestrach się w mężczyznach zagnieździł. 

Odczepmy  się  od  gwałtu,  bo  stoimy  na  RÓŻNYCH  i  pętlą  nam  się 

rzeczywiście rozmaitości. To rekwizyty, to obyczaje, to jakaś tam reszta... 

O, właśnie! 

POŻYWIENIE. 

O, nie mamy najmniejszego zamiaru wdawać się w chwytanie antylopy w 

celu nakarmienia naszych głodnych tygrysiąt, ani też w muszki, przez ptaszka 
w dzióbku do gniazdka niesione, ani nawet w minione, chwalić Boga, ogony i 
bitwy,  bez  których  nie  powiem,  co  człowiek  by  zjadł,  bo,  po  co  mam 
dodatkowo obrzydzać ten utwór. Naszym hasłem jest: 

ZDROWA ŻYWNOŚĆ. 

I niech ją szlag trafi. 
No i jak wam się zdaje, kto...? Amerykanki! 
Zważywszy, iż jestem zupełnie pewna, że niniejsze dzieło nie ukaże się w 

Stanach  Zjednoczonych,  mogę  sobie  pozwalać.  Nie  muszę  i  nie  zamierzam 
ukrywać,  że  ten  właśnie  kraj...  pardon,  jego  żeńska  połowa...  w  sposób 
wybuchowy  podziałała  na  resztę  świata.  Tego  naszego,  Aborygenów, 
Peruwiańczyków, Eskimosów i Tunguzów nie będę się czepiać, może wyszli 
z wybuchu ulgowo. Ale my...? 

Proszę sobie poczytać i pooglądać. 
Co oni żrą 
Rybę, sałatę i frytki. 
Hotdoga i frytki. 
Kurczaczka w sosie, fasolkę i frytki. 
Smażone kiełbaski, jajeczka i frytki! 
Groszek zielony, pory w beszamelu i FRYTKI! 
Pizzę z szyneczką, z serkiem i FRYTKI!!! 
I ważą powyżej trzystu kilo... 

background image

 

I  szaleją  na  tle  diety.  Piją  dietetyczną  colę,  piwo  bezalkoholowe,  sok 

pomarańczowy (wbrew pozorom, bardzo tuczący), odtłuszczone mleko, jedzą 
chrupką sałatę, chińszczyznę... 

Naszym  prywatnym  zdaniem  dostatecznie  obrzydliwą,  żeby  nie  zjeść  jej 

dużo. Ale widocznie im smakuje. 

... krewetki w sosie. 
A bez sosu nie laska? 
... wioski chlebek, masełko orzechowe, czosnkowe... 
Mu śmierdzą...? 
I do tego wszystkiego FRYTKI!!! 
Produkt doskonale niezdrowy, tuczący najbardziej ze wszystkich... 
Kto kultywuje ten sposób karmienia rodziny? Facet? Podobno wcale nie 

ma  go  w  domu,  pracuje  zawodowo,  domową  pracą  i  przyrządzaniem 
pożywienia zabija się nieszczęśliwa kobieta! 

I  to  ta  zmaltretowana  niewolnica  pcha  dzieciom  do  gęby  orzechowe 

masełko i FRYTKI!!! 

Kto wyrabia w społeczeństwie nawyki żywieniowe, jeśli nie kobieta...? 
Rzekoma gadatliwość kobiet. 
Podobno cecha kobiet, najtrudniejsza do zniesienia dla mężczyzn. 
No owszem, istnieje. Chociaż gadatliwych mężczyzn też znałam. 
Uprzejmie przypominam, że autor, żyjący nieco dłużej niż pół wieku, ma 

za sobą znacznie więcej doświadczeń niż autor żyjący ćwierć, a choćby nawet 
i cudowne dziecko. 

Gadatliwość  oznacza,  między  innymi,  nadmiar  siły.  Takiej  zwyczajnej, 

fizycznej. 

Nie istnieje chyba na ziemi istota ludzka, która nie zauważyła, że dzieci 

wrzeszczą. (Młody koń pędzi, pies szaleje, małpy skaczą... Chwilowo precz z 
zoologią!). Nie żeby niemowlęta, te starsze również. Bawią się i wrzeszczą, w 
szkole  wybiegają  na  przerwę  z  dzikim  wrzaskiem,  na  plaży  lecą  do  wody, 
prawie zagłuszając morze, nic nie robią i też wrzeszczą. 

Wyładowują nadmiar siły. 
Może ktoś przypadkiem zwrócił uwagę, że wychodzą z wody, o ile w tej 

wodzie  pływały,  nurkowały,  chlapały  się  wzajemnie,  stawiały  opór  falom... 
już bez wrzasku...? 

background image

 

 

A po rzetelnej lekcji gimnastyki (wychowania fizycznego) też wychodzą 

na przerwę znacznie wolniej i ciszej...? 

Doświadczenie osobiste: 
Osobnik  nieopisanie  gadatliwy  i  nie  powiem,  kto  to  był,  w  wieku  lat 

siedemnastu  zatrudnił  się  w  celach  zarobkowych  przy  rozładowywaniu 
wagonów  na  dworcu  Warszawa  Towarowa.  Siły  w  nim  szalały  niespożyte. 
Wróciwszy  po  pracy  do  domu,  milczał  tak,  że  zaistniała  obawa  o  jego 
zdrowie. 

Nic mu nie było. Rozładował siły razem z wagonami. 
A niby, dlaczego tyle kobiet czeka na powrót męża, żeby gębę otworzyć? 
Bo one wcale nie są takie śmiertelnie zmęczone. Wręcz przeciwnie, nawet 

po  praniu  (w  pralce),  po  zmywaniu  (w  zmywarce),  po  sprzątaniu 
(odkurzaczem),  po  zakupach  (przywiezionych  samochodem),  po  ugotowaniu 
obiadu  (z  mikserem,  elektryczną  maszynką  do  mięsa,  sokowirówką, 
szybkowarem,  robotem  kuchennym,  itp.),  wbrew  pozorom  wcale  nie  są 
zmęczone  fizycznie.  Psychicznie  może  owszem,  nie  podobają  im  się  własne 
zajęcia,  coś  tam  lęgnie  im  się  we  łbie,  nie  mają,  z  kim  się  tym  czymś 
podzielić, a siły w nich szaleją. 

I, jak te dzieci, muszą swoje siły wyładować. 
Niestety, ubierając je w słowa. 
Sił  umysłowych,  bowiem  nie  zużyły  wcale.  Trudno  gawędzić  z 

kartofelkami, z dywanem, z wanną, z umytym oknem, a nawet i z lustrem. 

A siły umysłowe, przypominam, to też siły. Niekiedy nawet straszne. 
I  zaczynają  gadać  do  (a  chciałyby  z...)  człowieka,  który  przez  ubiegłe 

osiem  godzin  (więcej,  bo  może  komunikacja  była  utrudniona)  zużywał 
większość  swoich  aktualnych  sił  albo  fizycznych,  albo  umysłowych.  W 
żadnym z tych wypadków gadać nie chce. Potrzebuje chwili spokoju, relaksu, 
ciszy, naj–zwyczaj–niej–szego w świecie ODPOCZYNKU. 

Wnioskując z faktu, że ludzkość  ciągle jeszcze istnieje, nie zwyrodniała 

doszczętnie,  istnieją  także  kobiety,  które  albo  to  rozumieją,  albo  wiedzie  je 
zdrowy  instynkt,  albo  zajęte  są  przez  odpowiednio  długą  chwilę  swoją 
przyrodzoną funkcją karmienia. 

Jeśli mężczyzna trafił na taką, znaczy, miał ślepy fart. 
Ślepy fart to rzadkie szczęście. Większości się nie przytrafia. 
No i zaczynają się dramaty. 

background image

 

O,  nie  będziemy  się  wdawać  w  skomplikowane  porady  psychologiczne. 

Wystarczy nam jedna, może nieco rozbudowana, ale za to chyba zasadnicza, 
bo dotycząca całej ludzkości generalnie. 

Do człowieka należy mówić o tym, co go naprawdę interesuje. 
Ej, znów przypominam. Mężczyzna to też człowiek. Jeśli ktoś powie, że 

przyjdzie człowiek i przyniesie szafę, kogo oczekujemy? Kobiety...? 

No i fajnie, wyobraźmy to sobie. 
Gdyby tak ona do niego, że dowiedziała się w sklepie, jakoby na ostatnim 

meczu  ten  obrońca,  ten  napastnik,  ten  prawoskrzydłowy  tak  potwornie  źle 
strzelił, ten bramkarz tak źle bronił, bo akurat narzeczona go zdradza... 

Dygresja, fakt. 
Na  wyścigach  kłusaków  tajemniczym  sposobem...  tajemniczym  z  uwagi 

na  nieznajomość  języka,  jakim  cudem  to  do  mnie  dotarło,  do  dziś  nie  mam 
pojęcia...  dowiedziałam  się,  że  na  torze  znajduje  się  narzeczona  jednego  z 
jeźdźców,  młodego  Petersa.  Tłumaczyłam  mojemu  wspólnikowi,  jak  sołtys 
krowie na miedzy, że należy grać Petersa, narzeczona tu jest, wygra nawet na 
miotle, nic, jak do ściany, jak do pnia. Graliśmy go w końcu strasznie nędznie, 
a on wygrał jak chciał, w dzikim szale, wbrew możliwościom. 

Tłumaczyć facetowi... 
I naprawdę ja muszę to wszystko wyjaśniać kobietom...?!!! 
Coś  służbowego,  też  plotki  zakulisowe.  Jakiś  dyrektor  nie  będzie  mógł 

albo przeciwnie, będzie musiał, przez babę. Jakiś podwładny na głowie stanie 
przez  teściową.  Na  kogoś  nie  można  liczyć,  bo  ma  nową  podrywkę  i 
śmiertelnie boi się żony. 

No,  niestety,  musimy  wiedzieć,  co  naszego  faceta  interesuje,  co  robi,  co 

go dotyczy... Myśleć! Myślenie ma kolosalną przyszłość! 

Ale także: 
Myślenie szkodzi. Niewprawnym... 
No  cóż,  nie  ma  siły.  Wprawiać  się.  Upadek  umysłowy  jest  zgubą 

ludzkości. 

Wprawiać się. Zależnie od poziomu i potrzeb. Trudno, życie jest brutalne. 
Co  innego  dla  kibica,  co  innego  dla  komputerowca,  co  innego  dla 

ministra, dla wynalazcy, dla profesora geologii, dla szachisty, dla murarza, dla 
ogrodnika... 

background image

 

 

Pytania  również  należy  zadawać  sensownie.  Nie  będziemy  od  naszego 

pediatry domagać się odpowiedzi, dlaczego nasz szwagier tak łatwo utopił się 
w bagnie, przez co nasza siostra rzewnie płacze. Za to, być może, ucieszymy i 
ożywimy naszego historyka wątpliwością, czy na pewno Edward II angielski 
był zakamieniałym pederastą...? 

Jeśli jesteśmy tak głupie, że nawet nie wiemy, czym on się zajmuje, nie 

rozmawiam z nami. 

W  zasadzie  najwięcej  jest  urzędników,  czyli  pracowników  administracji 

wszelkiej.  Szczerze  mówiąc,  sama  nie  bardzo  wiem,  co  z  takimi  robić. 
Przecież  nie  wykończymy  ich  kwestią  Dzienników  Ustaw  z  minionych 
sześćdziesięciu pięciu lat... 

O...! Ale może Kowalska coś załatwiła w jakimś urzędzie? Albo właśnie 

nie zdołała załatwić? Żadnych protekcji, nie lubimy Kowalskiej... 

A może on elektryk albo zwyczajnie pracuje w stacji benzynowej? A oto 

jeden taki  musiał  wlać olej transformatorowy do, jak sama nazwa wskazuje, 
transformatora.  Szkoda  mu  było  pieniędzy,  miał  olej  silnikowy,  mógł 
zaoszczędzić całe dwanaście złotych, wlał, zatem ten olej silnikowy. 

Strzeliło,  wybuchło,  zostało  ugaszone,  a  naprawa  całej  instalacji 

kosztowała go trzysta złotych. 

Wydarzenie autentyczne sprzed trzydziestu lat. 
O, nie ma mężczyzny, który by nie zareagował na tego rodzaju opowieść! 

I proszę bardzo, już mamy rozmówcę... 

No, chyba, że  malarz–pejzażysta...? Krawiec...? Muzyk...? Artysta...? W 

ogóle idiota...? 

No  tak,  ale  kobieta  ma  inne  potrzeby.  Nie  o  jego  potrzeby  i 

zainteresowania jej chodzi, tylko o JEJ. A tu chała. 

No i dobrze, nie chce ten łajdus boży jej słuchać, nie chce z nią gadać, a 

czy  to  musi  być  on?  Jego  można  użyć,  do  czego  innego,  ostatecznie, 
mężczyzna  też  został  do  czegoś  stworzony,  a  gadanie  odpracować  z 
przyjaciółką.  Ze  znajomą,  z  obcą  babą  nawet!  Nie  o  samo  gadanie  z 
mężczyzną  w  końcu  tu  idzie,  tylko  o  kontakt  wzajemny,  a  czy  on  musi  być 
akustyczny...? 

Do tego naszego należy po prostu pięknieć... że nie zauważy, to pewne. 

No to, do pioruna ciężkiego, te siły w nas szaleją, wykombinujmy sytuacje, w 
których musi nas dostrzec! 

background image

 

 
 
Jeśli  jedna  kobieta  rozmawia  z  drugą  kobietą,  zazwyczaj  obie  mówią 

równocześnie,  czego  mężczyźni  uparcie  pojąć  nie  mogą.  Nie  szkodzi,  rzecz 
jest  zrozumiała.  Obie  chcą  być  słuchane,  a  zarazem  wypchnąć  z  siebie  ten 
nadmiar sił, uwagę mają podzielną... 

Z  jakimś  takim  czymś  się  kiedyś  zetknęłam...  Rodzaj  ankietki, 

konkursiku,  quizu,  nie  pamiętam,  co  to  było.  Jedną  ręką  mieszać,  drugą 
klepać, żadnej kobiecie nie sprawiało to trudności, a mężczyźni się strasznie 
dziwili. 

A było trochę postać przy kuchni... 
A było dziecku pomagać przy lekcjach, ze słuchawką  przy uchu poziom 

gzymsu ustalić, równocześnie gaz przykręcić... 

Byłam kobietą. Pracującą zawodowo, posiadającą męża i dzieci. Mówię z 

doświadczenia. 

Wracając do kobiet, one chcą być słuchane. Dowartościowane. I, niestety, 

dzielą się na dwa rodzaje. Jedne chcą być lepsze od mężczyzn. 

I na plaster im to...? I tak przecież są. 
Drugie chcą być upragnione i zabawiane. 
„Proszę  mnie  zabawiać”  —  oto  słowa,  które  wielokrotnie  padały, 

chwalić Boga, jeszcze długo przed moim urodzeniem, a od których, kiedy je 
czytałam,  cierpło  mi  wszystko,  co  posiadam.  Niestety,  pozostały.  Gnębiące 
mężczyzn gadanie kobiet w gruncie rzeczy ma podobny cel. Ona chce, dziko i 
namiętnie  pragnie,  być  zabawiana,  a  służyć  temu  ma  temat:  ONA.  Plotki  o 
niej.  Wszystko  o  kimś,  emocjonalnie  z  nią  związanym.  Obojętne,  wróg  czy 
przeciwnie,  ktoś  uwielbiany  albo  znienawidzony,  a  bodaj  aktor  czy  aktorka, 
ta,  co  to  w  tym  serialu  „Altanka”  ostatnio  dwa  razy  pukała  do  drzwi,  ach, 
rozwodzi się...! Bo co, bo, z kim ona teraz...?! 

A  co  to  obchodzi  chłopa,  który  właśnie  wrócił  do  domu  po  nie 

najlepszym  sfinalizowaniu  transakcji  zakupu  generatorów  dla  radia?  Albo 
sprawdzeniu,  w  słupołazach,  czterdziestu  dwóch  słupów  wysokiego 
napięcia...? 

To ten drugi rodzaj. 
Ten  pierwszy  ma  gdzieś  generatory  i  słupołazy.  Dumnie  wytyka,  że 

proszę bardzo, kontrakt zawarty wedle jej wytycznych... 

background image

 

 

A  ten  facet,  co?  Ma  się  tak  świetnie  poczuć...?  O  rany  boskie, 

dziewczyny! Zacznijcie myśleć! Pora już chyba na 

STRASZNE WNIOSKI. 

Kobiety  w  gruncie  rzeczy  spragnione  są  możliwości  PODZIWIANIA 

SWOICH MĘŻCZYZN. 

I same sobie tę frajdę odbierają! 

MĘŻCZYŹNI SWOIMI KOBIETAMI WOLĄ SIĘ ZACHWYCAĆ. 

I co...? Łatwo im? 
Wyszły  baby  do  przodu  i  jaki  krzyk  z  tego!  I  jak  wyglądają?  W  tych 

portkach,  marynarkach...  Tak  samo,  jak  oni.  To  sami  sobą  mają  się 
zachwycać? 

Ano, właśnie... 
Na co im ta odmienna płeć, skoro wygląda to właściwie tak samo, a jeśli 

się różni, to tylko, dlatego, że w obcisłych porteczkach tyłkiem kręci, co, jak 
wiadomo, jest objawem jednoznacznym. Profesjonalistka, niewątpliwie. 

Profesjonalistki zaś, wbrew pozorom, mają trochę oleju w głowie i te na 

wyższym  poziomie  chodzą  w  eleganckich  kieckach.  Te  na  niższym  mogą 
nosić na sobie wszystko, co im do głowy wpadnie, porteczki, strzępy worków 
po kartoflach, strusie pióra, firanki, cokolwiek, byle rzucało się w oczy. 

Dwurzędowego garnituru z pewnością żadna nie założy. 
No a te wszystkie inne, w dwurzędowych garniturach, niczym niekręcące, 

czym się różnią od mężczyzn? Gorszym charakterem...? 

(No  dobrze  już,  dobrze.  Gorszym  w  ich  pojęciu.  Bo  to  i  ta  ambicja,  i 

agresywność, i pracowitość, i zaborczość...) 

Rzadko,  która  ma  dość  rozumu,  żeby,  przytłamsiwszy  przeciwnika  płci 

męskiej,  ze  słodkim  uśmiechem  na  obliczu  wmówić  w  niego,  iż  sam,  z 
grzeczności, pozwolił jej wygrać. Bo w ogóle, to ho, ho, o ileż jest lepszy! I 
ileż ona się od niego nauczyła! 

I już mężczyzna rozkwita, i już dostrzega w sobie zalety, a w niej uroki, 

których przed chwilą wcale nie było. 

Cała  głupia  reszta  triumfem  strzeli  i  mściwie  wzgardliwym  spojrzeniem 

wdepcze go w szpary od podłogi. 

A  nieszczęsnemu  mężczyźnie  ciemno  w  oczach  się  robi  i  wszystkie 

kobiety zaczynają mu się wydawać idiotyczną pomyłką przyrody... 

A REZULTAT...? 

background image

 

Po prostu potworny. Zemsta mężczyzn okazała się straszliwa. 
O modzie już tu zostało napisane. 
Oni  jednakże  spróbowali  jeszcze  czegoś  więcej,  ale,  szczęśliwie,  nie  za 

dobrze im wyszło. Rozmaite modne makijaże pojawiały się na krótko... 

Zaraz,  zaraz.  Bez  względu  na  to,  czy  gdziekolwiek  kiedykolwiek  o  tym 

napisałam, powtórzę. 

Nie  mam  pojęcia,  kto  wykombinował  kiedyś  ekstraordynaryjne 

oświetlenie  mostu  Poniatowskiego.  Przełom  chyba  lat  czterdziestych  i 
pięćdziesiątych, bo pamiętam, że pilnie uważałam, żeby, chroń Bóg, nie pójść 
tam na randkę. 

Jakieś  takie  latarnie  poustawiano,  podobno  wspaniale  oświetlające,  w 

pomarańczowym kolorze. Może i oświetlały wspaniale, chociaż nie wiem, co, 
ale  ludzkie  gęby  wyglądały  w  tym  doprawdy  wystrzałowo.  Jakim  cudem  w 
pomarańczowym oświetleniu były sinozielone, pojąć nie potrafię, aczkolwiek 
na  kolorach  ogólnie  się  znam,  w  każdym  razie  po  moście  Poniatowskiego 
przechadzał  się  pochód  nieboszczyków,  w  dodatku  wszystkich  zmarłych  w 
podeszłym wieku. Rozmaicie w życiu wyglądałam, ale przenigdy aż tak, jak 
wtedy, a zwracam uwagę, że miałam wówczas siedemnaście lat. 

Łaska boska, że przy moim boku znajdował się nie mój narzeczony, tylko 

moja  ciotka,  ale  i  tak  byłam  pewna,  że  idę  z  trupem.  Chociaż,  słowo  daję, 
ciotka była żywa. 

Cud zwyczajny, że to nie zdało egzaminu. No i zemsta mężczyzn jeszcze 

nie rozkwitła... 

Otóż to, makijaż. 
Znów wspomnienie osobiste i nie wiem, czy ktokolwiek to wytrzyma, ale 

trudno, piszę z doświadczenia. 

Młoda  i  piękna  dziewczyna  przyszła  na  wyścigi.  Wiedziałam,  że  jest 

córką  jednego  ze  znajomych  graczy  i  przeraziłam  się.  Boże  jedyny,  ta 
dziewczyna jest na coś chora, może ma egzemę albo jakieś uczulenie, kłopot z 
oczami...? Zaczerwienienia jakieś straszliwe, chora twarz... 

Możliwie  taktownie  spróbowałam  zwrócić  ojcu  uwagę  na  stan  córki.  Ją 

trzeba do lekarza, ja wiem...? Do łóżka... 

A  skąd,  chała.  Okazało  się,  że  dziewczyna  jest  stewardesą,  zmuszoną 

podążać  za  prądami  mody,  a  to  jest  właśnie  najmodniejszy  makijaż.  Oczka 
czerwone, jak króliczek... 

background image

 

 

I co...? Wymyśliła to kobieta...? 
Oj, krwawo się zemścili, krwawo... 
No i reszta skutków: 
Brutalność. 
Skoro tygrysica się rzuca i siłą wydziera nam z pyska upolowany ochłap, 

też  musimy  zaprotestować  siłą  i  nie  dać  ochłapa,  bo  inaczej  my,  tygrys, 
zdechniemy z głodu. 

Chamstwo. 
Skoro  ona  depcze  nas  wielką  łapą,  zarazem  lżąc  i  sobacząc,  na  nasze 

subtelne  popiskiwania  nie  zwracając  uwagi,  musimy  ordynarnie  zepchnąć 
łapę, bo inaczej równie dobrze możemy się podłożyć pod walec drogowy. 

Skandaliczna lekkomyślność. 
Skoro ona bierze na siebie odpowiedzialność za wszystko, to po cholerę 

się mamy wysilać? 

Pasożytnictwo. 
Skoro  uparła  się  odwalać  robotę  i  twierdzi,  że  umie  lepiej,  starając  się 

dowieść tego na każdym kroku, czemuż nie mielibyśmy skorzystać? 

Nieróbstwo. 
Skoro  żąda  się  od  nas  nadmiaru  usług  i  zgoła  niemożliwości,  którym 

nijak nie damy rady, nie róbmy po prostu nic. Najlepsze wyjście. 

Tchórzostwo. 
W  pewnym  stopniu  ograniczone.  Głównie  ONI  boją  się  KOBIET.  Bez 

kobiet powolutku wracają do przyrodzonych właściwości. 

(A gdzie nie ma kobiet...?) 
Gorsza od powyższych drobnostek 

NARKOMANIA. 

Tu  nie  ma, co protestować, Szanowne Panie!  To  my  jesteśmy  matkami, 

które powinny chować dzieci! To my jesteśmy żonami, które trują... no, jak by 
tu powiedzieć... tę... no... O! Sempiternę!... naszym mężom. To my jesteśmy 
tym kwieciem Ziemi, które powinno pachnieć i zachwycać, a zamiast tego: 

Awanturuje się. 
Żąda. 
Wymaga. 
Szarpie drapieżnymi pazurami. 
Upokarza. 

background image

 

Lekceważy. 
Straszy. 
Płacze. 
Jojczy. 
Bierze na siebie (niepotrzebnie) i nie wiem, co tam jeszcze, ale tego żaden 

człowiek nie zniesie. Ani nasz mąż, ani nasz chłopak, ani nasze dziecko, ani w 
ogóle nikt. Pod zwałowiskiem naszych głupot taka ofiara ledwie zipie i sięga 
po narkotyki. 

A my, jak ślepe. Nic na to. 
Jakie tam nic. Same sięgamy. 
Bezdennie głupie dziewczyny... 
Zważywszy,  iż  brakuje  mi  słów,  nie  będę  się  rozwodziła  nad  tematem. 

Każda dziewczyna posiada mamusię. Albo prawie każda... 

Fajnie, powiem. Osobiście znałam faceta (O RANY, FACETA...!), który 

w  czasie  okupacji,  po  stracie  rodziców,  musiał  utrzymywać  silnie 
przedwojenną babcię. Okupacja, kto nie wie, co to było, niech sobie poczyta. 
W  wieku  mniej  więcej  dwunastu  lat  zyskał  sławę,  jako  najlepszy  złodziej 
węgla  z  wagonów  kolejowych,  co  wówczas  było  czynem  patriotycznym 
niebezpiecznym. Wyżył, babcia też, ale babcia zapadła na rodzaj, jak by tu... 
nieprzystosowania  do  rzeczywistości.  Musiał  działać  dalej,  namawiany  był 
gorąco  do  rozmaitych  poczynań  przestępczych,  ale  nie  chciał.  Sam  z  siebie. 
Jakieś  takie  miał  widocznie  pomieszanie  zmysłów,  że  chciał  się  uczyć,  i  w 
dodatku uczciwie. Zrealizował zamierzenia. 

Współpracując  z  nim  dwanaście  lat  później,  wszystko  bym  o  nim 

wymyśliła, tylko nie to, że przez siedem lat wychowywał się w rynsztoku. 

(Jak widać, można...) 
Zatem, nawet nie posiadając mamusi... 
O  mamusiach,  jako  takich,  napiszę  oddzielnie.  I  dopiero  potem  zostanę 

ukamienowana. 

Ze szczerą przykrością muszę stwierdzić, że głupota dziewczyn zupełnie 

przeraźliwie  przerasta  głupotę  chłopaków.  Te  idiotki  nawet  nie  zdołały 
zauważyć  zmiany  czasów,  obyczajów  i  wzajemnego  istnienia  płci.  Nawet 
Amerykanki! 

No i mamy najgorsze ze wszystkiego: homoseksualizm! 

background image

 

 

Nie  ma  tu,  co  ukrywać  okropnej  prawdy.  Homoseksualistów  stworzyły 

kobiety. 

Zgnębieni,  stłamszeni,  przytłoczeni  ogromem  wymagań,  przerażeni 

agresją,  poszukali  bratnich  dusz.  Różnice  w  wyglądzie  zewnętrznym,  z  racji 
opakowania,  prawie  całkowicie  zanikły,  pozostało  za  to  podobieństwo 
doznań. No i niech to piorun spali... 

Zaczęli kochać inaczej. 
Żebyż tylko...! Rozpanoszył się AIDS. 
No i czyjeż to dzieło, jeśli nie kobiet? 
Umiały 

baby 

zaprotestować 

przeciwko 

dyskryminacji, 

ubezwłasnowolnieniu,  pozbawieniu  praw  rozmaitych,  nierówności  pod 
każdym względem... 

W  obliczu  tego  wszystkiego,  co  wali  się  z  mediów,  tych  reklam, 

ujawniania  intymnych  szczegółów,  publicznych  zgoła  porodów,  tych  figur 
zniekształconych  ciążą,  dominacji  seksualnej,  wynaturzonej  mody  i  tym 
podobnych 

KOBIETY MĘŻCZYZNOM OBRZYDŁY. 

(Szczerze mówiąc, gdybym nie była kobietą, mnie też by obrzydły.) 
Wyznam straszną prawdę. 
Rodziłam drugie dziecko. Drugie, to ważne! Chciałam rodzić w szpitalu, 

który  w  owym  czasie  był  najlepszy,  ale  warunkiem  przyjęcia  tamże  było 
uczestnictwo w szkole rodzenia. Proszę bardzo, mogłam uczestniczyć. 

Ćwiczenia  gimnastyczne,  wręcz  śmieszne,  nie  sprawiały  mi 

najmniejszych trudności. Młoda byłam, zdrowa, pełna sił i tak dalej. Pojęcie o 
rodzeniu miałam, bardzo porządne. 

No  i  pod  koniec  tej  zabawy  wyświetlili  nam  film  o  rodzeniu.  Naukowy, 

dokumentalny. Przyglądałam się sytuacji na ekranie  i  myślałam, słowo daję, 
zacytuję: 

„Istny  cud  boski,  że  ja  już  rodziłam.  Gdybym  to  ujrzała  pierwszy  raz  w 

życiu, chyba skoczyłabym do Wisły albo zwyczajnie zwariowała ze strachu”

I  to  po  doświadczeniu  osobistym!  Po  lekturze,  między  innymi,  Zoli,  po 

„Pamiętnikach lekarzy” wydanie przedwojenne! Ludzie! A któryż chłop taki 
widok wytrzyma...?!!! 

KTO  wymyślił,  żeby  tych  naszych  nieszczęsnych  mężczyzn  aż  tak 

doświadczać...? 

background image

 

I  co?  Przeciwko  czemuś  podobnemu  kobiety  nie  potrafią 

zaprotestować...? 

To znaczy, że naprawdę zgłupiały doszczętnie i ten zróżnicowany mózg 

rzeczywiście daje o sobie znać. 

Nie widzą chyba, że ci cholerni... o, dajmy sobie spokój  z takim długim 

słowem... geje... (sami o sobie tak mówią, to chyba i ja mogę?) rozzuchwalają 
się  coraz  bardziej?  Też  musieli  zgłupieć  (może  to  zaraźliwe...?),  bo  nie 
przychodzi im do głowy, że baby w końcu stracą cierpliwość i nic dobrego z 
tego nie wyniknie. 

Niech  sobie  w  końcu  kochają  inaczej,  czy  jak  im  się  podoba,  ale  nie 

muszą  tego  czynić  publicznie.  Nie  muszą  tak  silnie  eksponować  swojej,  acz 
zrozumiałej,  to  jednak  niewskazanej,  niechęci  do  płci  przeciwnej.  Płeć 
przeciwna bywa niebezpieczna... 

Oj, niech oni się naprawdę zastanowią... 
Orientacja seksualna mogła im się odmienić, czemu nie, ale to, co, mózg 

poszedł za nią i też się odmienił? Nie zastanowili się, co będzie, jeśli oblecą w 
pochodach całą kulę ziemską, pozawierają związki małżeńskie... 

... ciekawe, czy któryś jeden przyodzieje się w białą suknię i welon? Czy 

na zmianę...? A może obaj razem? 

... stworzą dla siebie prawa spadkowe i ustalą wzajemne alimenty... 
I triumfalnie wykończą baby! Ostatecznie i bez reszty. 
Proszę  bardzo.  Ja  już  swoje  odpracowałam.  Ale  co  się  stanie  z 

ludzkością? 

Delikatnie przypominam: 
Dzieworództwo  istnieje.  O  męskorództwie  jakoś  chyba  jeszcze  nikt  nie 

słyszał. 

Prywatnie mogę wyznać: 
Osobiście, jako taka, nie  mam nic przeciwko pederastom. Ich  rzecz, nie 

moja. Zdaje się, że w ciągu całego życia znałam kilku, których bardzo lubiłam 
i uważałam za sympatycznych ludzi, pewności mieć nie mogę, ponieważ nie 
odróżniam ich od kochających zwyczajnie. 

Ale żal serce ściska... 
Zwracam ogólną uwagę, że piszę do kobiet! 

background image

 

 

Hej,  ja  to  ja.  Swoje  odpracowałam,  mężów,  dzieci,  wnuczki...  Ale  wy 

macie  po  osiemnaście,  dwadzieścia,  trzydzieści,  czterdzieści  lat...  Jesteście 
piękne, młode, w kwiecie wieku! Zastanówcie się...! 

Nie można tak traktować mężczyzn!!! 
Jak  ja  mam  wam  to  wytłumaczyć...  Oni  są  naprawdę,  wbrew  pozorom, 

delikatniejsi.  Skutki  brutalności  same  widzicie...  Od  tej  naszej  kretyńskiej, 
niesłusznej,  niepotrzebnie  ujawnianej  przewagi,  oni  naprawdę  idiocieją. 
Dziewczyny, tak nie można! 

No  dobrze,  owszem,  owszem,  napiszę  to,  żeby  nie  było,  że  ukrywam 

biologiczną  prawdę.  Niczego  nie  ukrywam,  zwyczajnie  rozpaczam.  Jeśli  po 
końcu świata zostanie stu mężczyzn i jedna kobieta, możemy się pocałować, 
gdzie, kto chce. Jeśli zostanie jeden mężczyzna i sto kobiet... 

O co chodzi? Ludzkość błyskawicznie odrodzi się na nowo. 
A tam, niech piorun strzeli ludzkość... 

ALE PRZESTAŃCIE ICH GNĘBIĆ, DO CIĘŻKIEJ CHOLERY!!! 

Bo pomyślcie same: 

TYLU PIĘKNYCH CHŁOPCÓW, SPISANYCH NA STRATY...! 

I co? Wam nie szkoda...? 
 

KONIEC 

 
Postscriptum 
A, właśnie...! 

BŁĄD 

Potworny  BŁĄD,  popełniany  przez  ambitne,  samodzielne,  dumne, 

wyzwolone z więzów obrzydliwej przeszłości kobiety: 

Niesie  baba  ciężar.  Obojętne,  jaki.  Książki,  torby  z  kartoflami,  ogólnie 

biorąc,  z  żarciem,  tobół  z  praniem,  stos  szuflad  z  komody  w  trakcie 
przeprowadzki.  Niesie.  Z  wysiłkiem,  zła  jak  piorun  na  faceta  własnego, 
cudzego czy na facetów ogólnie. 

Pojawia  się  obok  mężczyzna.  Kompletnie  obcy.  Znajomy. 

Zaprzyjaźniony.  Były  wielbiciel,  który  ją,  cholernik,  porzucił.  Najgorsze, 
kliniczny przykład, obrażona kretynka robi koło pióra całemu społeczeństwu. 

Świeży, ewentualnie potencjalny adorator. 
Mężczyzna jak mężczyzna, ma swoje odruchy. Biologiczne. 

background image

 

Jeśli ich nie ma, nie jest mężczyzną i nie należy na niego zwracać uwagi. 
Bez względu na to, czy babie rozsypuje się stos książek, wylatują z toreb 

kartofle  i  mrożone  krabiki,  rozwala  się  zawartość  szuflad,  czy  też  wszystko 
trzyma się kupy, on chce pomóc. Odruchowo i od razu usiłuje wyjąć jej z rąk 
ciężar... 

BŁĄD polega na tym, że ta kretynka protestuje dziko i namiętnie, nadęta 

i  urażona,  zraniona  do  głębi  przypuszczeniem,  że  on  ją  uważa  za  gorszą, 
niezdolną do samowystarczalności, spragnioną pomocy... 

Głupia czy co...? 
A  niech  niesie.  Niech  pomaga.  Pewnie,  że  lepiej  się  do  tego  nadaje.  I 

jemu będzie przyjemniej i jej. 

Jemu: bo jednak okazał się czymś niezbędnym dla kobiet. 
Jej: bo jednak te mięśnie, te bary, ta siła fizyczna... 
A co? 
Naprawdę  chcemy  mieć  tę  pierś  rycerską,  te  wąskie  biodra,  te  ścięgna 

stalowe, tę moc podniesienia na własnych barkach wagonu kolejowego po to 
akurat istniejemy...? 

ECH, DZIEWCZYNY, PUKAJCIE SIĘ W GŁOWĘ...