background image
background image

Czy   człowiek   dwukrotnie   obłożony   klątwą   kościelną,   zamieszany   w
skrytobójcze śmierci swoich przeciwników, łamiący wszelkie przysięgi i
porozumienia,   nieudolny   w   zarządzaniu   krajem   i   prowadzeniu   wojen,
kierujący się we wszystkich swoich działaniach emocjami, a nie rozwagą,
powinien dojść do najwyższych zaszczytów, z koroną królewską włącznie?
Okazuje   się,   że   trzeba   było   tylko   bardzo   chcieć,   trafić   na   swój   czas   i
wyznawać   zasadę,   że   zwycięzców   się   nie   sądzi.   Takim   właśnie
człowiekiem   był   Władysław   Łokietek,   najbardziej   kontrowersyjny   z
polskich królów. Dla jednych niezłomny, dla innych nikczemny.

Próbę  przedstawienia pełnego portretu tego władcy,  bez  upiększeń i

koturnów oraz drogi, która doprowadziła go do korony królewskiej podjął
się właśnie Andrzej Zieliński. Jego książka może zirytować, zadziwić, ale
nie można przejść wobec niej obojętnie.

ANDRZEJ   ZIELIŃSKI,   doktor   nauk  politycznych,   dziennikarz   i   historyk,   jest   autorem
książek   poświeconych   dziejom   średniowiecznej   Polski   i   Europy:  Tajemnice   polskich
templariuszy,
 Malta 1565, Opat krzyżowców – święty Bernard, Początki Polski, zagadki i
tajemnice, Przekleństwo tronu Piastów, Polskie legendy,
 czyli jak to mogło być naprawdę.

background image
background image

Spis treści

Od autora
Wstęp
Rozdział I

 

  - Mały książę

Rozdział II

 

  - Pierwsza wyprawa do Krakowa

Rozdział III

 

  - Walka o tron

Rozdział IV

 

 - W stronę korony

Rozdział V - 

 

 „Krwawy wilk z pastorałem”

Rozdział VI

 

  - Soczewica, koło, miele, młyn

Rozdział VII - 

 

 Korona króla krakowskiego

Rozdział VIII - 

 

 Kto zwyciężył pod Płowcami

Zakończenie
Aneks nr 1 - 

 

 Bulla papieża Klemensa V potępiająca zbrodnie i 

nieprawości Krzyżaków
Aneks nr 2 - 

 

 Miecz koronacyjny „Szczerbiec”

Aneks nr 3 - 

 

 Bunt wójta Alberta

Aneks nr 4 - 

 

 Dokument króla Jana Luksemburskiego z 12 III 

1329 r.
Aneks nr 5 - 

 

 Kalendarium toczonych przez Władysława 

Łokietka wojen z Krzyżakami
Bibliografia

background image

Od autora

J

edna z oficyn wydawniczych zwróciła się do mnie z propozycją, abym w

jej serii prezentacji naszych wielkich przywódców na przestrzeni dziejów
przedstawił   sylwetkę   króla   Władysława   Łokietka.   Pokonał   on   przecież
wszystkich swoich konkurentów do polskiego tronu, a oficyna owa uznała,
iż   zademonstrował   w   tej   walce   cechy,   które   warto   przypomnieć
współczesnym,   a   zwłaszcza   młodzieży.   Na   pytanie,   czy  aby  na   pewno
chodzi o takie przedstawienie tego króla, usłyszałem, że przecież znane są
powszechnie jego niezłomność,  waleczność  i odpowiedzialność. A jeśli
nawet zdarzały mu się po drodze jakieś błędy,  to któż ich w życiu nie
popełnia?

Na moją uwagę, że należał jednak do tych gorszych królów w naszych

dziejach   i   rzeczywiście   warto   pokazać   powszechniej   prawdziwe   cechy
jego charakteru, bo na pewno nie jest to wzór godny naśladowania dla
nikogo,   a   zwłaszcza   dla   młodzieży,   po   drugiej   stronie   słuchawki
zapanowała dłuższa cisza i wreszcie padło pytanie: „To co, nie napisze
pan?”,   a   zaraz   potem   następne:   „Czy   zna   pan   kogoś,   do   kogo   można
zwrócić się w tej sprawie?”.

Rozmowa ta stała się inspiracją do napisania tej książki.
Postać Władysława Łokietka zawsze fascynowała historyków. Przez

wieki dominowała zasada pisania o nim tylko jako o księciu niezłomnym,
małym   wprawdzie   ciałem,   ale   za   to   wielkim   duchem   i   dokonaniami.
Dopiero  na  przełomie   XIX  i  XX  wieku próbowano  pokazać   go takim,
jakim   był   w   rzeczywistości,   ale   wkrótce   po   odzyskaniu   niepodległości
ponownie   w   polskiej   historiografii   zaczął   przeważać   nurt   prezentacji
naszych   dziejów   tylko   w   różowych,   pozytywnych   kolorach,   tylko   w
barwach   bohaterskich,   z   pominięciem   zdecydowanej   większości   tych
wszystkich   mrocznych   momentów   naszej   historii   zawinionych   przez
polskich królów. Było to zresztą w pewnym sensie zrozumiałe. Po tylu
latach   braku   państwowości   sięgaliśmy   do   przeszłości   tylko   po   to,   by
wyciągnąć  z niej to, co było najlepsze, aby w ten sposób mobilizować
społeczeństwo   wokół   najważniejszych   spraw   państwowych.   Nie
eksponowano niczego, co mogło taki obraz dziejów zamącić. Władysław
Łokietek stał się znowu księciem niezłomnym.

background image

Również   długo   jeszcze   po   zakończeniu   drugiej   wojny   światowej

kontynuowano taki nurt prezentacji, wydobywając z naszych dziejów tylko
pozytywne dokonania, uznając je za najważniejsze dla młodego państwa.
Bardzo chętnie odwoływano się przy tym wybiórczo jedynie do tego co
najlepsze, co świadczyło o bohaterstwie i poczuciu odpowiedzialności za
naród i państwo. Dorobiono nawet ideologię, że Władysław Łokietek mógł
przetrwać w Ojcowie tylko przy pomocy polskiego chłopstwa pragnącego
Królestwa   Polskiego.   Dopiero   z   upływem   lat   zaczęły   się   pojawiać
opracowania   krytyczne,   obiektywne,   z   powoływaniem   się   nie   tylko   na
polskie   źródła,   lecz   także   na   oceny   kronikarzy   i   historyków   państw
ościennych.

W   opinii   współczesnych   historyków   król   Władysław   Łokietek   był

bardzo   złym   organizatorem   państwa   i   równie   słabym   politykiem.
Przypominają   oni,   że   to   właśnie   ten   władca   utracił   Gdańsk,   Pomorze,
Śląsk,   a   nawet   własne   rodzinne   Kujawy.   Poza   tym   dobrowolnie
zrezygnował z Grodów Czerwieńskich. Zrywał sojusze i przyjaźnie, łamał
obietnice,   rządził   nieudolnie.   Jak   widać   z   przytoczonego   na   wstępie
przykładu, fakty te nie do końca są powszechnie znane i być może z tego
właśnie powodu treści zawarte w tych opracowaniach na ogół nie trafiają
do podręczników szkolnych i wydawnictw popularnych.

Jeśli   idzie   o   wizerunek   króla   Władysława   Łokietka   –   parafrazując

współczesnego polityka – wydawać by się mogło, że „czarne jest białe, a
białe jest czarne”. Dlatego ta książka stanowi kolejną próbę zakończenia
owej długotrwałej gry w kolory.  W dziejach Europy różne kraje miały
królów i władców nie zawsze godnych pomników, na które ich później, a
czasem   jeszcze   za   życia,   wyniesiono.   Także   pomnik   naszego   króla,
Władysława Łokietka, wcale nie musiał być odlany z najszlachetniejszego
kruszcu.

Andrzej Zieliński

Warszawa, grudzień 2009

background image

Wstęp

Z

wycięzców się nie sądzi. Co więcej, zwycięzca ma  zawsze prawo do

własnej interpretacji wydarzeń,  w których  uczestniczył,  do wymuszenia
pisania historii pod jego dyktando. W końcu to on osiągnął ostateczny cel,
a   droga,   jaką   do  niego  doszedł,   przestaje   być   wtedy  najważniejsza.   W
miarę upływu lat nikt już przecież nie będzie o niej pamiętał. Pozostanie
na zawsze w ludzkiej świadomości jedynie wiedza o końcowym sukcesie,
z każdym kolejnym rokiem coraz bardziej zniekształcana, przekłamywana
i ubarwiana. Zamieni  się  z czasem nawet  w legendę.  I to ona właśnie
stanie   się   ostatecznie   dla   potomnych   jedyną   obowiązującą   wykładnią
dziejów.

Oto jeden z wielu takich przypadków w naszej historii.
Niekwestionowaną   zasługą   księcia   południowej   części   Kujaw,

Władysława   zwanego   Łokietkiem,   było   kontynuowanie   Królestwa
Polskiego.   Po   ponad   dwustu   latach,   po   niezbyt   udanej   próbie   jego
reaktywowania przez Przemyśla II i panowaniu czeskiego króla Wacława
II,   działało   państwo   z   koronowanym   władcą   z   piastowskiego   rodu,
wprawdzie   jeszcze   bardzo   okrojone   terytorialnie,   pełne   wewnętrznych
rozdarć   i   napięć,   skłócone   ze   wszystkimi   sąsiadami,   ale   przecież
królestwo, z własnym koronowanym królem wywodzącym się z dawnej
królewskiej   dynastii.   To   polskie   królestwo,   bezdyskusyjnie   ponownie
utworzone   przez   Władysława   Łokietka,   przetrwało,   ze   zmiennymi
kolejami losu, niemal aż pięć wieków. A przecież właśnie on nigdy tym
królem zostać nie powinien.

Czy   ta   niewątpliwie   ogromna   zasługa   małego   nie   tylko   wzrostem

księcia   powinna   z   góry,   niejako   automatycznie,   przekreślić   wszystkie
wady i niegodziwości tego człowieka, skazać je na zatarcie i zapomnienie?
Przez   lata   uważano,   że   bezdyskusyjnie   tak.   Co   więcej,   tego   twórcę
odrodzonego królestwa, choć przecież nie pierwszego, który odzyskał po
wiekach koronę  dla  Polski,  i jego walkę  o tron starano się  pokazywać

background image

zupełnie inaczej, niż się to przedstawiało w rzeczywistości.

Przez  całe   stulecia  prezentowano  Władysława  Łokietka   jako  osobę

wielką   duchem   i   ciałem,   zręcznego   polityka   i   skutecznego   wodza,
cieszącego   się   pełnym   poparciem   rdzennej   polskiej   ludności,   która   z
nadzieją upatrywała w nim twórcę zjednoczonego wreszcie państwa. Bo
przecież   tylko   takimi   cechami   miał   prawo,   w   powszechnym   odczuciu
społecznym,   legitymować   się   król,   który   nie   tylko   zdobył,   lecz   także
zachował   swoje   królestwo,   a   pozostawiając   je   synowi,   przywrócił
królewską dynastię piastowską.

Do tej powszechnej nadziei na odrodzenie Królestwa Polskiego też

należy   podchodzić   ostrożnie.   W   miastach   dominował   przecież   żywioł
niemiecki   i   czeski.   Dla   mieszkańców   wsi,   nawet   jeśli   była   to   ludność
narodowości   polskiej,   a   nie   osadzeni   na   roli   jeńcy  z   licznych   wypraw
wojennych   lub   zagraniczni   nasadźcy,   najważniejsze   było   bezpieczne
przeżycie choćby kilku dni bez napadów, gwałtów i zniszczeń dobytku. O
patriotyzmie   państwowym   trudno   w   tamtych   czasach   nawet   snuć
jakiekolwiek rozważania.

Kim   zatem   był   ten   książę,   a   potem   król,   podziwiany   przez

późniejszych zwolenników, lecz tak pogardzany i znienawidzony za swoje
postępowanie   przez   znaczną   część   duchowieństwa,   rycerstwa   i
mieszczaństwa   z   przełomu   XIII   i   XIV   wieku?   Dla   kogo   był   zatem
niezłomny, a dla kogo nikczemny?

W   polskiej   ikonografii   najbardziej   popularny,   powszechnie   znany

wizerunek   króla   Władysława   Łokietka   to   portret   malowany   w   XIX
stuleciu przez Jana Matejkę w cyklu „Poczet królów i książąt polskich”.
Przedstawia on właściwie tylko twarz króla w złotej koronie na głowie, z
długim wąsem i dumnym spojrzeniem. Tak, jak powinien się prezentować
prawdziwy   król   –   szlachetny   człowiek,   godny   dziedzic   piastowskiej
dynastii,  który  przywrócił  w  Polsce  królestwo.  Taki  właśnie  wizerunek
tego polskiego władcy powielają odtąd podręczniki do nauczania historii
Polski, a także rozliczne wydawnictwa historyczne. Król musiał przecież
mieć   w   sobie   majestat   oraz   godny   wygląd,   wzbudzający   powszechny
szacunek.

Z portretu Jana Matejki nie dowiemy się jednak niczego o wzroście

króla i o cechach jego charakteru. Nie jest przecież obowiązkiem żadnego
malarza odtwarzanie postaci z fotograficzną dokładnością. Na pewno nasz
znakomity artysta wykonał ten portret ku pokrzepieniu serc, podobnie jak
większość wizerunków ze słynnego „Pocztu królów i książąt polskich”.

background image

Charakterystyczne  jest przy tym,  że również w swoich innych dziełach
dotyczących tego króla Jan Matejko unikał jak ognia przedstawienia całej
królewskiej   sylwetki.   A   jak   już   musiał   ją   pokazać,   to   sadzał   króla   na
koniu, starannie przy tym maskując niedostatki wzrostu tego człowieka.

Na  szczęście zachował się jeszcze inny królewski portret. Bardziej

prawdziwie   oddający   jego   rzeczywisty   wizerunek.   Pochodzi   z   „Pocztu
królów” Marcella Bacciarellego. Król Władysław Łokietek przedstawiony
jest   na   nim   w   pancerzu,   z   królewskim   jabłkiem   w   jednym   ręku   i   ze
sztandarem w drugim.  Mały,  zgarbiony,  z mizernym  zarostem... prawie
pokurcz. Ale taki był w rzeczywistości.

Ten bardzo niski wzrost, niecodzienny nawet w czasach, gdy średni

wzrost   mężczyzny   nie   przekraczał   stu   sześćdziesięciu   centymetrów,
spowodował   nadanie   księciu   Władysławowi,   już   w   dzieciństwie,
przydomku   „łokietek”   lub   „łokieć”,   pochodzącego   od   ówczesnej   miary
długości – jeden łokieć liczył siedemdziesiąt osiem centymetrów. Nie był
to   bynajmniej   przydomek   sympatyczny   ani   pieszczotliwy,   lecz   wręcz
odwrotnie   –   pogardliwy.   W   rzeczywistości   książę,   a   późniejszy   król
Władysław Łokietek, był większy od owego „łokcia”; mierzył nieco ponad
sto   dwadzieścia   centymetrów,   czyli   niewiele   więcej   niż   półtora
ówczesnego łokcia. Był to jednak, nawet jak na standardy XIII czy XIV
wieku, wzrost zdecydowanie odbiegający od pojęcia niskiego mężczyzny.

Zdawał   sobie   z   tego   doskonale   sprawę   sam   książę   Władysław.

Przydomek   z   dzieciństwa   towarzyszył   mu   bowiem   przez   całe   życie   i
pozostał na zawsze w historycznym obiegu po jego śmierci, choć pisany
już dużą literą. Wprawdzie na przestrzeni wieków, a zwłaszcza w łatach
rozbiorów, czyniono wiele, aby król ten przetrwał w naszej świadomości
nie jako jakiś tam „łokietek”, lecz jako ktoś, kto chronił jedność polskiego
społeczeństwa   przed   zewnętrznymi   zakusami,   „gwiazda   narodu”,
„wojownik najodważniejszy ze wszystkich” lub też „nie mniejszy następca
Marsa   w   sposobie   prowadzenia   wojny”.   Były   to   jednak   działania
bezskuteczne. Nie powiodły się także podejmowane na przełomie XIX i
XX wieku przez niektórych polskich historyków próby zamiany owego
nieszczęsnego, nadanego mu przez współczesnych przydomku „łokietek”
na bardziej godny koronowanego władcy, czyli „niezłomny”  – rzekomo
również czternastowieczny.

Łokietek   przez   całe   życie   osobiście   walczył   z   tym   przezwiskiem.

Używanie   go   w   jego   obecności   mogło   się   skończyć   dla   prześmiewcy
tragicznie,   tak  jak  dla   księcia   ścieniawskiego   Przemka,   który,   ranny  w

background image

przegranej pod Siewierzem bitwie przeciwko Łokietkowi, po dostaniu się
do jego niewoli głośno ubolewał, że stał się jeńcem „jakiegoś łokietka”.
Rozwścieczony takim nazwaniem go, książę Władysław – różnie podają
kronikarskie zapisy – albo osobiście dobił, albo też rozkazał niezwłocznie
uśmiercić rannego.

Nie   był   to   pierwszy   przypadek   w   dziejach,   kiedy   ludzie   bardzo

niskiego wzrostu, niezwykle drażliwi na tym punkcie, wyżej cenili urażoną
godność osobistą niż powszechnie przyjęte normy postępowania, a braki
fizyczne  nadrabiali często kłótliwością, skłonnością do intryg,  a przede
wszystkim złośliwością oraz niechęcią, mściwością lub wrogością wobec
wszystkich   dookoła.   Właśnie   takim  człowiekiem   był   zawsze   książę
brzesko-kujawski.   Wiele   z   jego   czynów   dzisiaj   można   jeszcze   śmiało
ocenić   jako   równie   jak   wzrost   nikczemne.   Nawet   niezwykle   mu
przychylny Jan Długosz nie zawahał się w pewnym momencie napisać o
nim   wprost:  gotów  [był]  oddać   życie,   byleby   tylko   zaspokoić   żądzę
zemsty...
  Mnogość   dokonanych   przez   niego   niegodziwości   –   zdrad,
fałszywych przysiąg, intryg, przypadków łamania danego słowa, a także
korzystania z pomocy wrogów Polski dla osiągnięcia osobistych celów – z
powodzeniem wystarczyłaby do wypełnienia historii panowania niejednej
dynastii w Europie. Jego droga do tronu bardziej przypominała poczynania
Dżyngis-chana   niż   europejskich   władców.   Dwukrotnie   obłożony   został
także   klątwą   kościelną,   a   podległe   mu   ziemie   –   interdyktem,   czyli
zakazem odbywania na nich posług kościelnych w stosunku do wszystkich
wiernych.

Książę permanentnie lekceważył  nałożone na niego kościelne kary.

Wiedział, że może sobie na to pozwolić. Straciły one bowiem na ziemiach
polskich swoją moc  już ponad sto lat wcześniej, jeszcze za panowania
Bolesława Kędzierzawego, kiedy to oficjalnie polskie duchowieństwo, z
arcybiskupem gnieźnieńskim Jakubem ze Żnina na czele, nie uznało i nie
wprowadziło   w   życie   skutków   klątwy   nałożonej   na   młodszych   synów
Bolesława Krzywoustego przez Gwidona, legata papieskiego w Polsce, za
odmowę oddania senioralnego tronu w Krakowie ich najstarszemu bratu
księciu Władysławowi II Wygnańcowi.

Przedziwnym zbiegiem okoliczności prawie wszyscy (poza księciem

Henrykiem III głogowskim, chociaż i w tym przypadku występują pewne
niejasności)   najwięksi   rywale   małego   księcia   do   polskiej   korony  ginęli
śmiercią   tragiczną,   otruci   lub   zamordowani.   Wprawdzie   nikt   nigdy  nie
znalazł   bezpośredniego  dowodu,  że  stało  się  to z   wyraźnego   polecenia

background image

Władysława Łokietka, ale historycy polscy i zagraniczni doszukali się już i
nadal stale się doszukują tzw. dowodów pośrednich, wskazujących jed-
noznacznie, iż wśród tych,  którzy przede wszystkim czerpali wymierne
korzyści   z   owych   otruć   i   zabójstw,   zawsze   znajdował   się   ten   mały,
wzrostem i charakterem, książę z Kujaw, przyszły król krakowski.

Okoliczności,  w jakich dochodziło do tych  wydarzeń,  wskazują na

pewną zadziwiającą prawidłowość. Otrucie księcia Henryka  IV Probusa
umożliwiło księciu Władysławowi Łokietkowi rozpoczęcie na nowo wałki
o władzę w Krakowie. Zamordowanie króla Przemyśla II opróżniło polski
tron królewski, o który mały książę znowu się mógł ubiegać. Wreszcie
zamordowanie Wacława III w drodze do Gniezna, na koronację jako króla
Polski,   zakończyło   definitywnie   wszelkie   pretensje   Przemyślidów   do
polskiej korony i faktycznie otwarło ponownie drogę do tronu Władysła-
wowi   Łokietkowi.   Śmierć,   podobno   naturalna,   księcia   Henryka   III
głogowskiego usunęła ostatnią już przeszkodę na drodze do tej korony.

Można wprawdzie utrzymywać że był to tylko splot przypadkowych

wydarzeń,   a   książę   Władysław   po   prostu  umiejętnie   i   w   porę   z   nich
korzystał, ale byłoby to wytłumaczenie bardzo naiwne. Można uwierzyć w
jeden   czy  dwa   przypadki,   ale   już   trzy,   zawsze   dotyczące   tego   samego
problemu, budzą w pełni uzasadnione wątpliwości. Nie da się ich rozwiać
stwierdzeniem   o   zawistnych,   wrogich   Polsce,   cudzoziemskich
kronikarzach.

Ten człowiek był po prostu ciężko chory na władzę, traktując ją jako

swoistą   rekompensatę   za   wszystkie   losowe   nieszczęścia,   jakie   go
wcześniej   dotknęły.   I   dążył   do   niej   bezkompromisowo,   używając
obiegowego określenia – także po trupach. Przeszkody na tej drodze starał
się usuwać za wszelką cenę i wszelkimi dostępnymi sposobami. Liczył się
dla tego księcia tylko cel ostateczny – najpierw był nim Kraków i tron
książęcy, a potem królewska korona.

Władysław Łokietek wiedział, że jeśli tylko zostanie królem, nikt nie

będzie go osądzał ani rozliczał z przebiegu drogi do tronu. I nikt nie będzie
mu   również   wypominał,   że   ten   tron   zawdzięcza   przede   wszystkim
najemnym wojskom węgierskim i ruskim, równie bezwzględnym wobec
rdzennej,   polskiej   ludności   jak   ich   naczelny   dowódca.   Upragnioną   zaś
królewską koronę otrzymał  także dzięki łapówce. Znamienne  było przy
tym,  iż  była  to tylko korona  króla krakowskiego,  a nie  jak dotychczas
bywało – króla Polski.

Gdy książę Władysław wreszcie osiągnął zamierzony cel, okazał się

background image

władcą bardzo przeciętnym, wręcz nieudolnym, którego decyzje dotyczące
bezpośrednio   państwa   zakończone   jakimś   sukcesem   –   należały   do
rzadkości. Utrata  Śląska,  nieudana  wyprawa  przeciwko Brandenburgii  i
Mazowszu,   a   przede   wszystkim   utrata,   niejako   na   własne   życzenie,
Gdańska, Świecia i praktycznie całego Pomorza, a na koniec panowania
także   utrata   rodzinnych   Kujaw   na   rzecz   Krzyżaków   –   to   tylko
najważniejsze z popełnionych licznych błędów. Jedynym sukcesem było
przyłączenie Wielkopolski do swojego państwa, choć i wtedy podejmował
błędne   decyzje,   zdecydowanie   podnoszące   jego   cenę.   Poważne   błędy
polityczne   króla   przesądziły   ostatecznie   o   kształcie   zachodnich   i
północnych granic Rzeczpospolitej aż do czasu pierwszego rozbioru.

Nawet jeśli przyjąć poprawkę na ówczesne standardy zdobywania i

sprawowania   władzy,   postępowanie   Władysława   Łokietka   wzbudzało
jawny   sprzeciw,   a   w   najlepszym   przypadku   głęboką   niechęć   wielu
lokalnych książąt piastowskich, a zarazem ewentualnych sojuszników, któ-
rych tak mu przecież zawsze brakowało. Nie budowało to także Królestwu
Polskiemu   dobrej   opinii,   i   to   nie   tylko   wśród   najbliższych   sąsiadów.
Dlatego bardzo często Polska przegrywała najważniejsze procesy i spory.
Nigdy też król ten nie potrafił ogarnąć potrzeb całego kraju, do końca
życia   pozostał   tym,   kim   był   przed   laty   –   małym,   lokalnym   księciem
brzesko-kujawskim, władcą za dużego jak na jego wyobrażenia królestwa.
W konsekwencji pozostawił po sobie królestwo w stanie zdecydowanie
gorszym   ekonomicznie   i   terytorialnie,   niż   było   ono   w   momencie   jego
koronacji.

Oceniając   jego   postępowanie,   można   by   powiedzieć   –   takie   były

czasy   i   takie   warunki,   w   jakich   działał.   Nie   jest   to   jednak   racjonalne
wytłumaczenie. Późniejsze panowanie jego syna, słusznie nazwanego nie
tylko przez polską historię Kazimierzem Wielkim, udowodniło najlepiej,
że   po  zdobyciu   korony  trzeba   było   jednak  postępować   inaczej,   ustalać
sobie inne priorytety, skutecznie rozwijać kraj, a nawet kształtować i na-
rzucać innym własną politykę zagraniczną.

Z   pewnością   Władysław   Łokietek   był   właściwym   człowiekiem   na

ówczesne,   tak   bardzo   skomplikowane   czasy.   Wypłynął   przecież   z
absolutnej   nicości,   z   peryferyjnego  księstewka,   a   zdobył   i   utrzymał   do
naturalnej śmierci najwyższą nagrodę, czyli koronę, co nie udało się wielu
innym jego, znacznie bardziej ku temu predysponowanym, poprzednikom
i rywalom.  W czasach zamętu za jedyne  prawo uznawał miecz, nie do
końca zresztą własny, choć nie zawsze umiał się nim właściwie posłużyć.

background image

Doskonale za to radził sobie w wirze intryg i wiarołomstwa, niewątpliwie
znacznie lepiej niż w bezpośredniej walce o władzę.

Pod   tym   względem   zdecydowanie   nie   miał   sobie   równych   wśród

przeciwników politycznych. Jeśli tylko nadarzyła się odpowiednia okazja
łub   dostrzegał   konkretne   korzyści,   natychmiast   wycofywał   się   z
uroczyście danego słowa, z wszelkich przysiąg, ustaleń i uzgodnień. Białe
nie znaczyło dla niego białe, a czarne również nie było czarnym.

Jeszcze   gorzej   spisywał   się   później   –   już   jako   gospodarz   kraju

mający dbać o jego prawidłowy rozwój i bezpieczeństwo. Wiele kłopotów
i   nieszczęść,   jakie   dotknęły   Polskę   pod   panowaniem   Władysława
Łokietka,   wynikało   z   nieumiejętności   zarządzania,   nieufności   do
otoczenia,   złośliwości,   a   przede   wszystkim   z   jego  uporu  i   nierozwagi.
Podejmowane przez niego decyzje miały z reguły podłoże emocjonalne,
bez   żadnej   próby   refleksji   czy   analizowania   ich   skutków.   Nigdy   nie
wyrósł ze swego księstwa brzesko-kujawskiego.

Niejedyny to zresztą taki przypadek w naszej historii.

background image

Rozdział I

Mały książę

Peryferyjne księstwo. Mały nie tylko wzrostem. Jaki ojciec,
taki syn. Bardzo ważne małżeństwo. Kto miał być księciem
krakowskim. Pierwszy błysk korony.

P

osiadłości   Kazimierza   I,   księcia   na   Kujawach   i   Łęczycy,   nigdy   w

przeszłości nie należały do szczególnie liczących się na ówczesnej mapie
politycznej   ziem   polskich.   Nie   wyróżniały   się   ani   wielkością,   ani
bogactwem,   ani   też   książę   nie   odgrywał   wtedy   żadnej   znaczącej   roli
politycznej   wśród   innych   książąt   piastowskich.   Traktowany   był
powszechnie   jako   jeden   z   tych   awanturniczych   władców
prowincjonalnych, którzy zawsze skorzy byli do wszelkiej agresji, ale też
dzięki   niej,   choć   z   trudem,   chronili   granice   swojego   księstwa   przed
zakusami potężniejszych sąsiadów. Książę ten przez całe życie musiał się
zmagać z najrozmaitszymi zagrożeniami wynikającymi przede wszystkim
z   położenia   geograficznego   jego   księstwa   pomiędzy   Wielkopolską,
Pomorzem,   Prusami,   Mazowszem   i   Małopolską.   Można   również
powiedzieć,   że   sam   bardzo   często   prowokował   te   zagrożenia   swoim
awanturnictwem,   brakiem   instynktu   politycznego   oraz   swoiście
pojmowaną polityką zawierania sojuszy.

Książę Kazimierz I, ojciec Władysława, poprzez kolejne małżeństwa,

które służyły mu głównie do zdobywania posagu i sojuszników, starał się
utrzymywać kruche bezpieczeństwo swojego księstwa, zachowując je we
względnie stabilnych granicach. Z drugiej strony, każde nowe małżeństwo
przynosiło mu kolejne dzieci, a tym samym  kolejnych pretendentów do
podziału   i   tak   niewielkiego   przecież   księstwa   lub   zmuszało   go,   w
przypadku   córek,   do   szykowania   odpowiedniego   posagu.   Dzieci   nie
rozpieszczał, bo po prostu nie miał na to czasu, nie było nawet ku temu

background image

specjalnych   warunków   w   księstwie   nieustannie   przecież   wstrząsanym
kolejnymi awanturami z najbliższymi sąsiadami.

Od  najmłodszych   lat  także  książę  Władysław   musiał  się  zmagać  z

różnymi osobistymi i politycznymi przeciwnościami losu. Nie był udanym
dzieckiem swoich rodziców, wspomnianego księcia Kazimierza I oraz jego
kolejnej   żony,   Eufrozyny   –   córki   Kazimierza,   księcia   opolskiego   i
raciborskiego.   Tylko   on   jeden   spośród   swego   licznego   rodzonego   i
przyrodniego rodzeństwa (był w kolejności czwartym dzieckiem spośród
siódemki, która dożyła pełnoletniości, po Leszku Czarnym, Ziemomyśle i
Adelajdzie, a przed Kazimierzem II, Ziemowitem i Eufemią) wyróżniał się
tak niewielkim, nawet jak na ówczesne standardy, wzrostem.

Dlatego od dzieciństwa nazywano go „łokietkiem”. Przydomek ten,

choć książę walczył z nim na każdym kroku, pozostał mu na całe życie i
prześladuje   go   także   po   śmierci.   Nazywano   zresztą   „łokietkiem”   lub
„łokciem” małego księcia, a potem króla, nie tylko w Polsce. Przezwisko
to   –   czego   dowodzą   liczne   kroniki   zagraniczne   –   wykroczyło   także
szeroko poza granice ówczesnych ziem piastowskich. Miało ono również
w   tych   rocznikach   i   kronikach   swój   łaciński   odpowiednik   –  cubitalis
(łokieć).

Książę   musiał   być   zatem   rzeczywiście   niewielkiego   wzrostu.   Jako

ciekawostkę   warto   zauważyć,   że   w   ostatnich   latach   panowania   króla
Władysława   jego   polski   przydomek   zaczęto   traktować   za   granicą   tak,
jakby był nazwiskiem rodowym – Loketkoni.

Gdyby   mały   Władysław   był   jedynym   męskim   potomkiem   księcia

Kazimierza I, być może otoczony zostałby szczególną troską i rodzicielską
miłością.   Ale   w   przypadku   tak   licznego   rodzeństwa   nie   miał   na   to
najmniejszej szansy.  Kandydatów na dziedziców swojego księstwa miał
książę   kujawski   wystarczająco   dużo,   aby   nie   próbować   szczególnie
preferować tego najmniej udanego.

Niezbyt udany pod względem fizycznym Władysław nie mógł liczyć

na   specjalne   względy   na   dworze   ojca.   W   tamtych   czasach   w
wielodzietnych rodzinach nie roztkliwiano się nad jakąkolwiek ułomnością
dziecka.   Traktowano   ją   jako   coś   naturalnego,   swoisty   dopust   boży,   z
którym trzeba się po prostu pogodzić. Jeśli dziecko przeżyło i dorosło do
dojrzałego   wieku,   w   najgorszym   przypadku   zawsze   można   je   było
„zwrócić Panu Bogu”, czyli zaniknąć w najbliższym klasztorze.

Taki los nie stał się jednak udziałem małego Władysława, być może

dlatego, iż brakowało w księstwie odpowiednio dużego klasztoru godnego

background image

przyjąć   książęcego   syna,   chociaż   na   Kujawach   działali   już   w   tamtych
latach zarówno cystersi, jak i dominikanie. Nie jest również wykluczone,
że   książę   Kazimierz   I,   borykający   się   przecież   stale   z   problemami
finansowymi, najzwyczajniej mógł poskąpić środków na prebendę, czyli
zakup odpowiedniego stanowiska klasztornego dla swojego syna, godnego
jego pochodzenia. A może po prostu książę Kazimierz za wcześnie umarł i
nie zdążył podjąć i sfinalizować takiej decyzji.

Dzieciństwo   księcia   Władysława   trudno   nazwać   szczęśliwym.   Od

początku   jego   mały   wzrost   był   powodem   kąśliwych   uwag   i   drwin
otoczenia. To wtedy po raz  pierwszy pojawiło się  w stosunku do jego
osoby przezwisko „łokietek”, które nie tylko przylgnęło do niego na całe
życie,  lecz także,  pisane wielką  literą,  funkcjonuje  po dzień dzisiejszy.
Mogło   mu   szkodzić   w   karierze,   choć   jak   się   okazuje,   akurat   z   tym
problemem sobie poradził. Już w wieku siedmiu lat, w 1267 roku, władał
tytularnie kawałkiem Kujaw, łącznie z ważnym grodem Brześć Kujawski,
nosząc   tytuł   księcia   brzesko-kujawskiego.   Stało   się   to   w   następstwie
niespodziewanego zgonu ojca, księcia Kazimierza I. Nazywano go jednak
wtedy   powszechnie,   z   racji   niewielkiego   księstwa,   także   „małym”   lub
„kieszonkowym” księciem.

Książę Władysław w pełni zasłużył sobie na to miano. Zasięg jego

władzy określić można początkowo jako nadzwyczaj skromny. Był on w
owym czasie posiadaczem jednego z najmniejszych księstw na ziemiach
polskich. Dodać do tego jeszcze należało jego charakter, nazywany przez
współczesnych również małym, czyli bardzo wątpliwej jakości. Pod tym
względem okazał się nieodrodnym dzieckiem swojego ojca.

Łokietek z domu rodzicielskiego mógł wynieść  tylko jak najgorsze

wzory sprawowania władzy. Książę Kazimierz I zachował się w pamięci
potomnych jako zachłanny, podstępny, niespokojny wiarołomca. Słowem,
uznawany   był   za   księcia   niebezpiecznego   dla   najbliższych   sąsiadów.
Tylko z Krzyżakami, którzy już wtedy stanowili potęgę militarną, starał
się utrzymywać w miarę dobre stosunki, wspierał ich nawet militarnie w
podbojach Prus.

W   kronikach   i   rocznikach   klasztornych   z   tamtych   czasów   książę

Kazimierz   I   wymieniany   jest   jako   władca   nadzwyczaj   skłonny   do
zatargów, intryg i wojen, ciągle narażający z tego powodu własne księstwo
na konflikty zbrojne z sąsiadami, a w konsekwencji na gospodarcze zu-
bożenie. Najechał zbrojnie nawet rodzonego brata Siemowita, którego w
dodatku porwał i uwięził wraz z żoną Perejesławą, aby wymusić na nim

background image

zrzeczenie   się   Mazowsza.   Uwolnił   swoich   jeńców   i   zrezygnował   z
aspiracji  do   władania   Mazowszem   po   wyniszczającym   odwetowym
najeździe   na   Kujawy   brata   Perejesławy,   ruskiego   księcia   Romana
halickiego. Dopiero pod koniec życia, zagrożony zresztą wtedy jawnym
buntem kujawskiego rycerstwa oraz wobec protestów najstarszych synów
zaniepokojonych   gwałtownym   ubożeniem   księstwa,   książę   Kazimierz   I
musiał   wreszcie   zrezygnować   ze   swoich   ulubionych,   ale   niezwykle
kosztownych najazdów łupieskich.

Awanturnicze   wyprawy,   którym   najczęściej   towarzyszyły

niepowodzenia,   a   także   zdecydowana   nieudolność   w   zarządzaniu
księstwem w czasach względnego pokoju spowodowały, iż nie żałowano
specjalnie księcia Kazimierza, kiedy zakończył swe życie. Schodził z tego
świata   jako   władca   mocno   okrojonego   księstwa   kujawsko-łęczyckiego.
Dwaj   jego  najstarsi   synowie,   jeszcze   przed  jego  śmiercią,   w   obawie   o
zmarnowanie całego księstwa wymusili bowiem na awanturniczym ojcu
nadanie im własnych posiadłości do samodzielnego rządzenia.

Na   mocy   książęcego   testamentu   całą   północną   część   Kujaw,   z

Bydgoszczą,   Solcem   i   Inowrocławiem,   otrzymał   władający   już   tymi
posiadłościami książę Ziemomysł (wówczas pełnoletni). Ziemia sieradzka,
również jeszcze za życia ojca, przypadła we władanie najstarszemu synowi
– Leszkowi Czarnemu. Wkrótce otrzymał on dodatkowo ziemię łęczycką.
Po   śmierci   Kazimierza   I   część   południowa   Kujaw   podzielona   została
pomiędzy   trzech   najmłodszych   braci:   Władysława,   pięcioletniego
Kazimierza   II   i   trzyletniego   Ziemowita.   Nad   całością   tych   ziem   miała
początkowo czuwać trzecia żona zmarłego księcia, księżna Eufrozyna. Nie
potrafiła jednak dobrze administrować księstwami, narażonymi na częste
najazdy Litwinów, konflikty graniczne z Krzyżakami i z książętami ma-
zowieckimi.   Bardzo   szybko   wyszła   powtórnie   za   mąż   za   księcia
pomorskiego   Mszczuja   II   i   opuściła   na   zawsze,   rozdrobnione   wtedy,
księstwa kujawskie.

W tej sytuacji w imieniu braci całymi Kujawami rządził początkowo

drugi w kolejności starszeństwa po ówczesnym księciu sieradzkim Leszku
Czarnym,   książę   Ziemomysł.   Sam   książę   Leszek   Czarny   wydawał   się
zupełnie   niezainteresowany   losami   swojego   przyrodniego   rodzeństwa.
Kujawy, podzielone na cztery mało znaczące księstewka, nie odgrywały
wtedy   na   polskich   ziemiach   żadnej   roli   politycznej,   gospodarczej   czy
militarnej. Były, bo były. I tyle!

Na początku lat siedemdziesiątych XIII wieku opiekę nad Kujawami

background image

przejęli   wspólnie   książę   krakowski   Bolesław   Wstydliwy   oraz   książę
wielkopolski Bolesław Pobożny. Władający wtedy Kujawami w imieniu
małoletnich   braci   książę   Ziemomysł   nie   uzyskał   wsparcia   Leszka
Czarnego i nie był w stanie przeciwstawić się tej opiece, która polegała
wprawdzie na próbie ożywienia gospodarczego rozdrobnionej dzielnicy,
ale wyłącznie w celu czerpania z niej przez tych opiekunów wymiernych
korzyści   materialnych   i   uzależnienia   politycznego   tych   księstewek   od
sąsiadów.

W 1273 roku Bolesław Wstydliwy zabrał na swój dwór do Krakowa,

jako   osobistego   pazia,   młodego   księcia   Władysława.   Nie   do   końca
wiadomo,   dlaczego   mały   książę   znalazł   się   na   krakowskim   dworze.
Niektórzy z historyków uważali nawet, iż Władysław Łokietek odgrywał
wtedy   na   Wawelu   przede   wszystkim   rolę   zakładnika   lojalności   Kujaw
wobec   księstwa   krakowskiego.   Trudno   jest   jednak   zaakceptować   taką
hipotezę,   gdyż   Kujawy   były   wówczas   podzielone   pomiędzy   czterech,
ciągle   żyjących   jeszcze   synów   księcia   Kazimierza   I,   w   dodatku   przy-
rodnich braci, a zatem należałoby w zasadzie od każdego z tych czterech
małych księstw pobierać oddzielnego zakładnika. Nie można w tej sytuacji
wykluczyć,   że   o   wyborze   pazia   zdecydował   wyjątkowo   niski   wzrost
kujawskiego   księcia.   Małe   pacholę   z   tytułem   księcia,   idące   przodem,
niosące za duży dla niego miecz, efektownie podkreślało majestat władcy.

Nie   wiadomo   również   dokładnie,   jak   długo   Władysław   Łokietek

przebywał  na dworze księcia krakowskiego, podobnie jak nieznany jest
powód,   dla   którego   Bolesław  Wstydliwy   pozbył   się   małego   księcia   ze
swojego dworu i odesłał go ostatecznie do księstwa brzesko-kujawskiego.
Po powrocie Władysław Łokietek rozpoczął wspólnie z bratem, księciem
Kazimierzem II, panowanie nad południowymi Kujawami, przeznaczając
kolejnemu,   najmłodszemu   bratu,   księciu   Ziemowitowi,   księstwo   do-
brzyńskie; zapewne dlatego, że wówczas było ono najbardziej wysunięte
na   północny   wschód   i   z   tego   powodu   szczególnie   narażone   na   liczne
najazdy ze strony Krzyżaków, Litwinów i Mazowszan.

Nie   były   to   rządy  udane.   Księstwo,   a   ściślej   księstewko,   brzesko-

kujawskie   Władysława   Łokietka,   a   także   pozostałe   księstwa   kujawskie
jego braci były wtedy najmniejsze i najuboższe na polskich ziemiach. W
dodatku  leżały  już   poza   najważniejszymi   przebiegającymi  przez   ziemie
piastowskie   szlakami   handlowymi   i   nie   miały   większych   szans   na
naturalny   rozwój.   Tym   bardziej   że   każdy   z   panujących   braci   znacznie
większe znaczenie przykładał zawsze do osiągania sukcesów militarnych

background image

niż gospodarczych.

Mały książę i małe  księstwo, w dodatku bardzo źle zarządzane, w

którym najważniejsze było przeżycie do jutra, a nie harmonijny rozwój.
Małym   władcą   Władysław   Łokietek   pozostał   zresztą   do   końca   życia,
przenosząc  styl  rządzenia  kieszonkowym   księstwem brzesko-kujawskim
na   późniejszy   sposób   zarządzania   całym   podległym   mu   Królestwem
Polskim.

Z tego okresu, o czym można przeczytać w Roczniku wielkopolskim, a

także w  Letopisie ipatowskim, księcia Władysława Łokietka zapamiętano
jedynie   jako   nieodrodnego   syna   swego   ojca.   Innymi   słowy,   jako
młodzieńca rozwiązłego, zawistnego, intryganta, awanturnika, grabieżcę,
chciwego szybkiego i łatwego wzbogacenia się, a także impulsywnego,
bez żadnej myśli przewodniej w podejmowanych przez siebie działaniach.
To właśnie kumulacja tych złych cech charakteru w jednej osobie budziła
tak   wielkie   zainteresowanie   tą   postacią   ówczesnych   kronikarzy:  Był
skorym  do  gwałtownych czynów,  a niezdolnym  do  rozważnych działań.
Podczas wypraw wojennych pozwalał wojskom na grabieże, co zjednywało
mu nieprzyjaciół.
 Trudno o gorszą rekomendację.

Można było wprawdzie przeczytać u Jana Długosza charakterystykę

Władysława Łokietka jako osoby wyróżniającej się pokorą, cierpliwością
i łagodnością... nie był wobec nikogo wyniosły lub przykry,
 choć brzmi to
jak dowcip.  Współcześni  małego   księcia  mieli  bowiem  o  nim  zupełnie
inne mniemanie.

Ot,   taki   wtedy   popularny   typ   mało   znaczącego   książątka

dzielnicowego, bardziej rycerza rozbójnika niż dbającego o swą domenę
władcy, jakich wówczas na ziemiach polskich nie brakowało. W jednym
tylko   przewyższał   sobie   podobnych   –   w   niegodziwości   i   lekceważeniu
wszelkich norm moralnych. Do końca życia Władysław Łokietek, niestety,
nie uwolnił się od tych negatywnych cech charakteru.

Nie  cieszył  się   także  mały  książę  uznaniem  swojego  najstarszego

przyrodniego brata, następcy Bolesława Wstydliwego na książęcym tronie
krakowskim,   czyli   Leszka   Czarnego.   Ten   bezdzietny   książę   był
inicjatorem ważnego dla przyszłości Polski tzw. porozumienia czterech.
Zawarli   go   wraz   z   nim   książę   wrocławski   Henryk   IV   Probus,   książę
wielkopolski Przemysł II oraz książę Henryk III głogowski. Na mocy tej
umowy każdy z czterech książąt w przypadku swojej bezdzietnej śmierci
powinien scedować wszystkie posiadłości na rzecz jednego z pozostałych

background image

przy życiu jej sygnatariuszy. W ten sposób „porozumienie czterech” miało
zagwarantować przyspieszenie zjednoczenia kraju.

Księciu krakowskiemu, sandomierskiemu i sieradzkiemu, Leszkowi

Czarnemu, nawet przez moment nie przyszło do głowy, aby spadkobiercą
i kandydatem do sukcesji władzy nad księstwem krakowskim uczynić któ-
regokolwiek   ze   swoich   przyrodnich   braci,   łącznie   z   Władysławem
Łokietkiem.   Kraków   oddał   przecież   Leszek   Czarny,   swoim
testamentowym zapisem, władcy księstwa wrocławskiego Henrykowi IV
Probusowi. Uczynił to nie dlatego, że żywił do niego pewną szczególną
sympatię,   lecz   z   powodu   docenianej   powszechnie   jego   umiejętności
rządzenia   dużym   księstwem.   Mógł   przypuszczać,   że   śląski   władca
podobnie   spisywać   się   będzie   także   na   książęcym   tronie   krakowskim.
Poza tym poznał przecież Leszek Czarny braci aż nazbyt dobrze, musiał
także   o   nich   wiedzieć   coś   jeszcze,   co   skutecznie   powstrzymywało   go
przed wyznaczeniem któregokolwiek z nich na swojego spadkobiercę.

W przypadku Władysława Łokietka mógł to być przede wszystkim

dotychczasowy   styl   życia   tego   księcia,   a   zwłaszcza   brak   umiejętności
dbania o rozwój ekonomiczny zarządzanego przez niego księstwa. Poza
tym  zbyt  dobrze poznał wszystkie ujemne  cechy charakteru młodszego
brata, z których szczególnie zawiść i skłonność do łamania przyrzeczeń
dyskwalifikowały   go   całkowicie   jako   kandydata   na   potencjalnego
przywódcę zjednoczonego narodu. Dlatego Leszek Czarny trzymał go z
dala od siebie.

Istnieje   także   bardzo   prawdopodobna   hipoteza   głosząca,   iż

podstawową przyczyną niechęci Leszka Czarnego do przyrodniego brata
była   odmowa   udzielenia   przez   niego   pomocy   w   wojnie   księcia
krakowskiego z Krzyżakami o ziemię gniewską w 1284 roku. Mały książę
odmówił   zresztą   bratu   wsparcia   nie   tylko   w   tej   sprawie.   Władysław
Łokietek   pomimo   wezwania   nie   udzielił   również   pomocy   zbrojnej
Leszkowi   Czarnemu   w   walce   z   najazdami   tatarskimi,   systematycznie
nękającymi  ziemię  sandomierską.  Zakrawa  na paradoks fakt,  że książę
Władysław   nie  chciał  wówczas  iść  na  ratunek  tej  ziemi,   która  później
prawie   zawsze   stała   za   nim   murem,   zapewniając   wsparcie   i   ochronę.
Niechęć Leszka Czarnego do młodszego brata spotęgowało porozumienie
o ścisłej współpracy militarnej małego księcia z wielkopolskim księciem

background image

Przemysłem  II. Nie przesądzało ono o niczym,  niemniej  jednak książę
krakowski mógł je odebrać jako zawarte za jego plecami, zwłaszcza w
kontekście   odmowy   udziału   księcia   brzesko-kujawskiego   w   wojnach
prowadzonych przez Leszka Czarnego.

Wydawało się zatem, że książę brzesko-kujawski został już niejako z

góry skazany na dożywotnie odgrywanie roli prowincjonalnego książątka,
bez   większych   szans   na   odmianę   tego   losu.   Krótko   przed   ślubem   z
Jadwigą, córką księcia kaliskiego Bolesława Pobożnego, otrzymał jednak
od   przyrodniego   brata,   księcia   krakowskiego   Leszka   Czarnego,
niespodziewanie ziemię łęczycką, zapewne jako okresową darowiznę lub
dzierżawę, dzięki której mógł już jako władca znacznie większego księ-
stwa ubiegać się z pozytywnym  rezultatem o rękę księżniczki z bardzo
przecież   zamożnego   wówczas   księstwa   kaliskiego.   Po   śmierci   Leszka
Czarnego książę Władysław zatrzymał  ziemię łęczycką  jako spadek po
bracie. Ziemię  sieradzką przejął wtedy jego przyrodni  brat Ziemomysł.
Dwaj najmłodsi bracia – jak widać – nie zostali wcale dopuszczeni do
spadku po przyrodnim starszym bracie księciu Leszku.

Ślub Władysława  i Jadwigi odbył  się w 1279 roku. Panna młoda

miała wtedy nieco ponad 13 lat. Wówczas wzrostem nieznacznie tylko
przewyższała   swego   trzydziestoletniego   księcia   małżonka.   Datę   tego
ślubu kwestionują wprawdzie niektóre źródła, według których miał on od-
być się... około dwudziestu lat później. Ale wówczas Jadwiga, urodzona w
1266  roku,   musiałaby  być   już   bardzo   starą   jak   na   tamte   czasy  panną,
dobiegającą   trzydziestki,   a   książę   Władysław   miał   wtedy   na   głowie
znacznie   więcej   innych   spraw   niż   myślenie   o   małżeństwie.   Poza
wszystkim, jego najstarszy krótko niestety żyjący syn Stefan urodził się
prawdopodobnie   w   1289   roku,   a   zatem   jako...   nieślubne   dziecko   (?)
książęcej pary. Trzeba tu zaufać jednak wybitnemu znawcy piastowskiej
dynastii Oswaldowi Balzerowi, który ślub ten datuje właśnie na rok 1279.

Ważne było przede wszystkim to, że kaliska księżniczka wniosła w

posagu Władysławowi Łokietkowi niezwykle ważne koneksje rodzinne.
Matka jej, Jolenta Helena, była bowiem córką węgierskiego króla Beli IV.
Władca   ten   wielokrotnie   wspierał   później   militarnie   poczynania   męża
swojej wnuczki. Podobnie zresztą czynili, jakkolwiek już nie z rodzinnych
pobudek,   także   Andrzej   III,   kolejny   król   Węgier,   żonaty   zresztą   z

background image

Fenenną, córką Ziemomysła, wówczas już księcia kujawsko-łęczyckiego,
przyrodniego brata Władysława Łokietka, a później inni jego następcy na
węgierskim   tronie.   Faktycznie   to  tylko   dzięki   wymiernej,   finansowej   i
militarnej   pomocy   węgierskiej   mały   książę   został   później   królem   i
utrzymał się na tronie przez trzynaście lat.

Przed   ołtarzem   Władysław   tworzył   z   trzynastoletnią   dziewczynką

parę niemal równą wzrostem. I zdaje się, o to przede wszystkim chodziło.
Potem   Władysław   Łokietek   niechętnie   pokazywał   się   oficjalnie   z
małżonką, gdyż Jadwiga z wiekiem podrosła i wyraźnie go przewyższała.
Ona sama zresztą nigdy nie starała się występować publicznie wspólnie z
mężem. Wyjątek stanowiła tylko krakowska uroczystość koronacyjna w
styczniu 1320 roku. Ale wtedy nie było innego wyjścia, musieli wystąpić
razem.

Nie   zachowały  się   do   naszych   czasów   żadne   zapisy  kronikarskie

informujące o tym, że po ślubie książę Władysław zmienił diametralnie
swój   dotychczasowy,   podobny   do   ojcowskiego,   sposób   zarządzania
księstwem,   odznaczający   się   najazdami,   walkami,   zdradami   i   ko-
niunkturalnymi sojuszami, także z braćmi i przeciw braciom. I zapewne
do końca życia pozostałby on tylko takim prowincjonalnym, uciążliwym
dla sąsiadów łęczycko-kujawskim książątkiem, trwoniącym czas i energię
na drugorzędne działania polityczne i militarne, zadowalającym się jakimś
mało znaczącym sukcesem, gdyby nie zupełny przypadek. Zadziwiające,
jak wiele różnych przypadków towarzyszyło później jego karierze.

W   roku   1288   umarł   Leszek   Czarny.   Ziemię   sieradzką   zajął

natychmiast   Władysław   Łokietek,   który   pozostałych   braci
usatysfakcjonował   rezygnacją   z   części   przynależnych   do  niego  Kujaw.
Niespodziewanie   stał   się   wtedy   liderem   wśród   rodzeństwa.   Wobec
akceptacji takiego rozwiązania przez młodszych braci, najstarszy wtedy w
rodzinie, któremu powinien przypaść tytuł głowy rodu, książę Ziemomysł
zadowolił   się   również   pewnymi   darowiznami   terytorialnymi.   W   ten
sposób niespodziewanie mały książę awansował na najważniejszą osobę
wśród potomków księcia Kazimierza I.

Po   śmierci   księcia   Leszka   Czarnego,   zgodnie   z   wcześniejszym

„porozumieniem   czterech”,   a   także   z   zapisem   książęcego   testamentu,
krakowskim   księciem   powinien   zostać   książę   wrocławski   Henryk   IV

background image

Probus. Zgodnie z literą i duchem owej umowy książę ten powinien rów-
nież   przejąć   zwierzchność   nad   ziemią   sieradzką,   zagarniętą   przez
Łokietka. Na jego szczęście kandydatura wrocławskiego księcia napotkała
zdecydowany opór znacznej części małopolskich możnowładców, wśród
których prym wiódł wówczas biskup krakowski Paweł z Przemankowa.
Nie   tylko   nie   uznali   jej,   lecz   także   rozpoczęli   poszukiwania   innego
kandydata na księcia krakowskiego.

Powodem   owej   niechęci   Małopolan   był   przede   wszystkim   styl

rządzenia Herryka IV Probusa we własnym księstwie, a zwłaszcza jego
dążenia   do   radykalnego   ograniczenia   w   swoim   państwie   władzy
kościelnej wyłącznie do spraw duchowych. Bez żadnych przy tym skru-
pułów książę ten sięgał do skarbców kościelnych i klasztornych, a nawet
zagarnął fundusze zbierane na kolejną wyprawę krzyżową, za co został w
swoim czasie obłożony klątwą kościelną. W dodatku zupełnie bezkarnie
oddalił   własną   żonę   dla   innej   kobiety.   To   wszystko   musiało   więc
wzbudzić   w   biskupie   Pawle   poważne   niepokoje   o   rolę   i   znaczenie
biskupstwa krakowskiego u boku takiego samodzielnego władcy.

Obawiano   się   również   w   Małopolsce   przeniesienia   centrum

sprawowania   władzy  książęcej   z   Krakowa   do  Wrocławia,   który  był   w
tamtych   czasach   bezdyskusyjnie   najbogatszym   i   najbardziej   znanym
miastem polskim w Europie. Dla Małopolan mogło to oznaczać realną
groźbę   utraty   ważnych   stanowisk   zajmowanych   przez   nich   dotychczas
zwyczajowo na dworze każdego księcia, który akurat władał Krakowem.

Nie wzbudzał zaufania małopolskich możnowładców także inny z

sygnatariuszy  „porozumienia   czterech”   –   książę   Henryk   III   głogowski.
Był   również   Ślązakiem,   a   ponieważ   jego   ziemie   nie   graniczyły
bezpośrednio   z   Małopolską,   obawiano   się,   że   mógłby   rządzić   nie   z
Wawelu,   lecz   z   Głogowa.   Z   kolei   trzeci   z   książąt,   Przemysł   II   wiel-
kopolski, też okazał się niedogodnym dla nich kandydatem, bo pochodził
z   Wielkopolski.   Od   czasów   bowiem   bratobójczej   walki   Bolesława
Krzywoustego   z   jego   bratem   Zbigniewem   Wielkopolska   zawsze
rywalizowała z Małopolską o miano najważniejszej polskiej dzielnicy.

W   takiej   sytuacji   na   wiecu   w   Sandomierzu,   właśnie   za   namową

biskupa Pawła z Przemankowa, Małopolanie zaproponowali na następcę
Leszka   Czarnego   innego   Piastowicza,   również   potomka   Konrada

background image

Mazowieckiego z linii mazowiecko-kujawskiej, księcia płockiego Bolesła-
wa II. Znając ambicje tego księcia, liczyli przede wszystkim, iż doceni on
to ogromne wyróżnienie, jakie go spotkało, i zostanie uległym  władcą,
którego poczynaniami mogliby łatwo sterować, jak to przecież się działo z
księciem Bolesławem Wstydliwym.

Zgodnie z ich przypuszczeniami  książę Bolesław II płocki przyjął

ową   propozycję,   mimo   iż   wiedział,   że   mieszczanie   krakowscy  i   część
rycerstwa   małopolskiego,   z   urzędującym   na   Wawelu   kasztelanem
krakowskim Sułkiem z Niedźwiedzia na czele, opowiedzieli się za bezwa-
runkowym przestrzeganiem testamentu Leszka Czarnego, czyli wyborem
księcia wrocławskiego. Jeszcze inni małopolscy możnowładcy uważali, że
jeśli już miał być to władca z linii Konrada Mazowieckiego, to woleliby
na   krakowskim   tronie   zupełnie   innego   kandydata,   również   rodem   z
Mazowsza, a mianowicie księcia czerskiego Konrada II. Jeszcze bardziej,
jak uważali, uległego niż książę płocki.

Książę Bolesław II płocki, pomimo że był  w pełni świadomy siły

istniejącej   przeciwko   niemu   opozycji   w   Krakowie,   a   także   tego,   że
przyjdzie   mu   się   w   tym   wyścigu   zmierzyć   z   gospodarczo   i   militarnie
potężniejszym władcą ze Śląska, postanowił walczyć o najwyższą wtedy
godność  w  Polsce.  Na  początek  zamierzał  zająć  zbrojnie  Kraków,  aby
postawić wszystkich swoich obecnych i potencjalnych oponentów przed
faktem   dokonanym.   Zgromadził   zatem   odpowiednio   liczne   wojska   i
wyruszył z Mazowsza do stolicy Małopolski.

Wśród   tych,   którzy   wtedy   wsparli   militarnie   wyprawę   płockiego

księcia po krakowski tron książęcy, znalazł się również książę brzesko-
kujawski i sieradzki Władysław Łokietek. Niektórzy historycy utrzymują,
że po prostu przymuszony został do tego wsparcia przez mazowieckiego
księcia, inni dostrzegają w tym jego samodzielną decyzję, będącą kolejną
nadzieją   na   wzbogacenie   się   łaską   i   wdzięcznością   nowego   władcy
krakowskiego, a także prozaiczną szansą na łupy możliwe do zdobycia po
pokonaniu ewentualnych przeciwników. Wszak księstwa, którymi władał,
należały do bardzo ubogich.

Sądzić także należy, że małemu księciu przede wszystkim zależało

na zachowaniu w swoich rękach ziemi sieradzkiej, której status własności
był przecież niejasny i formalnie powinna być ona zawsze dołączana do

background image

posiadłości każdego księcia krakowskiego. Wdzięczny za udzielone mu
poparcie   militarne,   nowy   książę   krakowski   na   pewno   nie   zechciałby
podważać tej problematycznej własności.

Nie   to   jednak   było   w   tym   wydarzeniu   najważniejsze.   Istotne

natomiast   okazało   się,   że   w   ten   oto   sposób   mały   książę,   władający
przecież  bardzo   peryferyjnym,   w   dodatku   nader   biednym   księstwem,
niemający   dotychczas   żadnego   znaczenia   wśród   innych   piastowskich
władców   dzielnicowych,   niespodziewanie   nawet   dla   siebie   samego
wkroczył aktywnie do wielkiej polityki.

Wejście to początkowo wcale nie zapowiadało się imponująco. Był

przecież   tylko   dowódcą   jednego   z   kilku   satelickich   hufców   w   armii
księcia   płockiego.   Ale   to   właśnie   wtedy   po   raz   pierwszy   Władysław
Łokietek, niewiele znaczący w Polsce książę brzesko-kujawski i sieradzki,
dostrzegł blask królewskiej korony.  Wprawdzie bardzo jeszcze odległy,
ledwie tylko widoczny, ale odtąd już wiedział, ku czemu powinien dążyć.

background image

Rozdział II

Pierwsza wyprawa do Krakowa

Kto pierwszy stanie pod Wawelem. Bitwa pod Siewierzem.
Intrygi   małego   księcia.   Wielka   wyprawa   Ślązaków.
Upokarzająca   ucieczka   Władysława   Łokietka.   Węgierska
pomoc.

W

yprawa   zaczęła   się   niefortunnie.   Zanim   książę   Bolesław   II   zebrał

wszystkie swoje wojska, pod murami Krakowa pojawiły się już oddziały
księcia   Henryka  IV  Probusa,  śląskiego pretendenta   do polskiej  korony,
wspierane przez księcia Bolesława opolskiego. Mieszczanie otwarli przed
nimi bramy miasta, a kasztelan krakowski Sułek z Niedźwiedzia, czując
się   egzekutorem   testamentu   politycznego   księcia   Leszka   Czarnego,
uroczyście zaprosił księcia z Wrocławia do wawelskiego zamku. Śląski
książę miał zatem Małopolskę już w ręku. Tylko ziemia  sandomierska,
gdzie   schronił   się   biskup   Paweł   z   Przemankowa,   tworząca   z   ziemią
krakowską tę wspólną dzielnicę, nie chciała uznać jego zwierzchnictwa.
Książę Henryk IV na razie nie próbował jej jednoczyć siłą. Potrzebował na
to więcej czasu, a przede wszystkim nowych wojsk, po które wrócił do
Wrocławia.

Wydawać   by   się   mogło,   że   mazowieckiemu   pretendentowi

pozostawało   w   tej   sytuacji   albo   rozpuścić   już   zgromadzone   wojska   i
podziękować   sojusznikom   za   czynną   gotowość   wsparcia,   albo
zaryzykować   kontynuowanie   marszu   na   Kruków.   Ostatecznie,   pomimo
tych przeciwności, książę płocki postanowił nadal walczyć o tytuł księcia
krakowskiego. Zdając sobie sprawę, że nie ma  odpowiednich wojsk na
zdobycie   Krakowa,   książę   Bolesław   II   poprowadził   swoje   oddziały
najpierw   do   ziemi   sandomierskiej,   gdzie   mógł   liczyć   na   polityczne   i
militarne   poparcie   małopolskiej   opozycji  wobec   śląskiego  księcia.  Tam

background image

bowiem opozycja ta była najsilniejsza. Okazało się jednak, że podobnie
jak książę płocki myślał jeszcze ktoś inny.

Otóż niemal w tym samym czasie, w tym samym kierunku i w tym

samym celu, choć inną drogą, wyruszył w stronę Krakowa kolejny książę
mazowiecki. Był  nim Konrad II czerski, podobnie jak jego brat, książę
Bolesław   II   płocki,   pochodzący   z   linii   następców   księcia   Konrada
Mazowieckiego. Przed laty książę czerski zbuntował się nawet przeciwko
Leszkowi   Czarnemu   i   dlatego   obecnie   część   możnych   Małopolski,
niechętnych w przeszłości temu kujawskiemu Piastowi, zachęcała księcia
Konrada II, aby na równi ze swoim bratem, księciem płockim, zaczął się
ubiegać o sukcesję po Leszku Czarnym.

Książę czerski podjął to wyzwanie. Zdawał sobie jednak sprawę, że ze

swoim mazowieckim wojskiem nie osiągnie zbyt wiele, dlatego poprosił o
pomoc militarną wieloletniego sojusznika, księcia wołyńskiego Mścisława
i już razem hufce mazowieckie i wołyńskie wyruszyły w stronę Krakowa.
Dołączyła do nich także grupa sandomierskiego rycerstwa.

Wszelkie nadzieje księcia czerskiego na tron w Krakowie powinny

się rozwiać jednak już znacznie wcześniej, jeszcze w drodze do ziemi
sandomierskiej,   pod  pierwszym   większym   grodem  –  Lublinem.   Książę
Konrad II próbował go bowiem zająć niejako z marszu, lecz się okazało,
że jego wojska, z którymi  zamierzał przecież zdobyć  Kraków, są zbyt
słabe, aby zdobywać ufortyfikowane miasta. Konrad II odstąpił zatem z
niczym spod lubelskich murów. Był  to jednak wyraźny sygnał, że jego
wojska zupełnie się nie nadawały do tego, aby zdobywać przy ich pomocy
stolicę   Małopolski.   W   dodatku   księcia   czerskiego   opuściła   wkrótce
znaczna   część   jego   małopolskich   sojuszników.   Wybrali   po   prostu
mocniejszego,   czyli   przeszli   do   konkurencyjnego   obozu   koalicji
mazowiecko-kujawskiej.

W tej sytuacji w ślad za wiarołomnymi Małopolanami książę Konrad

II   również   się   teraz   przyłączył,   choć   z   pełnym   wyrachowaniem,   do
wyprawy   Bolesława   II   płockiego.   Nie   zrezygnował   bowiem   z
krakowskiego tronu, a tylko czekał na pierwszą sprzyjającą okazję, na ja-
kieś potknięcie Bolesława płockiego, aby wcielić swój zamiar w życie. Na
razie   wyścig   dwóch   mazowieckich   książąt   do   Krakowa   został   tylko
przerwany, ale daleki był jeszcze od zakończenia.

Konrad II był bardzo cierpliwy w tym oczekiwaniu.

background image

Kiedy   wrocławski   książę   gromadził   na   Śląsku   nowe   siły,   aby

umocnić się w Krakowie, Bolesław II wraz z Władysławem Łokietkiem i
jego   bratem   Kazimierzem   łęczyckim   oraz   z   księciem   Konradem   II
czerskim z jego Wołynianami, wsparci dodatkowo przez opozycyjne wo-
bec Ślązaka rycerstwo małopolskie, omijając Kraków, zaczęli zajmować
kolejne  miasta.  Porozumieli  się  również  z  księciem  Lwem  halickim  w
sprawie   dodatkowych   posiłków   z   Rusi.   Dysponowali   już   zatem
odpowiednią   siłą,   z   którą   mogli   wreszcie   skutecznie   zagrozić
wrocławskiemu księciu. Pospiesznie wysłana do Krakowa przez Henryka
IV Probusa ekspedycja „ratunkowa” została rozbita przez wojska księcia
płockiego   i   ich   sojuszników   26   lutego   1289   roku   w   bitwie   pod
Siewierzem.

Znaczny   wpływ   na   ostateczne   zwycięstwo   w   tym   starciu   miały

wojska   księcia   wielkopolskiego   Przemyśla   II,   który   we   wspomaganiu
Mazowszan dostrzegł sposobność wyeliminowania Henryka IV Probusa,
pierwszego   przecież   na   liście   „porozumienia   czterech”   kandydata   na
przyszłego króla, a tym samym możliwość zwiększenia swoich szans na
władanie Polską, i to głównie mazowieckimi rękami. Dlatego zdecydował
się   wesprzeć   „nieplanowanego”   pretendenta,   dołączyć   do   niego   jako
najmniej groźnego na drodze do spełnienia własnych marzeń o koronie.
Książę   z   Wielkopolski   był   przecież   oficjalnie   drugim   w   kolejności
kandydatem   do   objęcia   krakowskiego   tronu   książęcego,   ale   także   do
polskiej korony.

To   właśnie   po   tej   bitwie   Władysław   Łokietek,   zanim   pozostali

sojusznicy zdążyli interweniować, zgładził lub nakazał zgładzić rannego
księcia   Przemka   ścieniawskiego   wyłącznie   dlatego,   że   użył   on   wobec
księcia Władysława tak nielubianego przez niego przydomku.

Warto zauważyć, iż w tamtych czasach panujących książąt jeńców na

ogół nie zabijano, gdyż można było za nich wziąć nie tylko przyzwoity
okup,   lecz   także   dlatego,   aby   nie   stwarzać   groźnego   precedensu,   bo
przecież   pomiędzy   piastowskimi   książętami   wciąż   się   toczyły   jakieś
walki. Jeńcy i zwycięzcy zmieniali się w nich jak w kalejdoskopie. Brano
się   nawzajem   do   niewoli   głównie   po   to,   aby   uzyskać   wymierne   w
grzywnach   reparacje   wojenne   lub   zmusić   jeńca   do   „dobrowolnego”
zrzeczenia   się  części   jego   księstwa.   Dlatego   zabicie   księcia

background image

ścieniawskiego, jeńca przecież, a w dodatku rannego, czyli bezbronnego,
było wówczas tak bulwersujące. Należy w tym miejscu jeszcze dodać, że
książę   Przemko   był   rodzonym   bratem   Henryka   III   głogowskiego,
uczestnika „porozumienia czterech” i późniejszego wieloletniego rywala
małego księcia do polskiej korony.

Prawdopodobnie   to   właśnie   ten   mord   zakończył   chwilowy  sojusz

księcia Przemysła II z Bolesławem II, a przynajmniej stał się powodem
zerwania   z   Władysławem   Łokietkiem.   Nie   oznaczało   to   wielkiego
osłabienia   sił   księcia   płockiego.   Wkrótce   bowiem   nadciągnęły   dalsze
posiłki ruskie, które przyprowadził Lew Danielewicz, książę halicki. Nie
po raz pierwszy wszakże polscy książęta w bratobójczej walce wspierali
się   obcymi   wojskami.   Nigdy   nie   odbywało   się   to   za   darmo.   W   tym
konkretnym   przypadku   ceną   za   militarną   pomoc   Rusinów   miało   być
przyrzeczenie rezygnacji z wszelkich polskich praw do władania Grodami
Czerwieńskimi.

Wspólnie   już   ruszono  zatem  na  Kraków  i  zajęto miasto  bronione

przez nieliczną wrocławską załogę. Nie udało się jednak zdobyć zamku
wawelskiego,   gdyż   wszystkie   ataki   wojsk   koalicjantów   skutecznie
odpierał oddany wrocławskiemu księciu kasztelan Sułek z Niedźwiedzia.
Nie   powiodły   się   również   podejmowane   przez   mazowieckich
koalicjantów   starania   przekupienia   krakowskiego   kasztelana.   Wawel
pozostał wiemy księciu wrocławskiemu.

Kolejna   próba   odzyskania   Krakowa   podjęta   przez   Henryka   IV

również zakończyła się niepowodzeniem. Niemal już pod murami miasta
wysłane przez niego wojska zostały ponownie pokonane przez oddziały
książąt   mazowieckich,   wspomaganych   nadal   ruskimi   posiłkami.   Co
więcej, w akcji odwetowej zwycięzcy zapuścili się, niszcząc i grabiąc,
daleko w głąb Śląska, aż pod Racibórz, Nysę i Grodków.

Był   to   jednak   ostatni   sukces   mazowiecko-kujawskiej   koalicji   w

zmaganiach z księciem wrocławskim. Wkrótce w szeregach triumfatorów,
przekonanych, że oto wyeliminowany został już definitywnie jeden z naj-
poważniejszych pretendentów do tronu, rozpoczęły się niesnaski i intrygi.
Każdy z książąt tej koalicji, poza Kazimierzem II łęczyckim, uważał, że
jest już w stanie samodzielnie sięgnąć po tytuł księcia krakowskiego, a na-
wet zostać królem Polski.

background image

Jako pierwszy wyłamał  się z tej koalicji książę czerski. Mimo że

Bolesław II zdecydował się odstąpić Konradowi II ziemię sandomierską,
książę ten miał większe ambicje. Uznał, że ma wszelkie predyspozycje,
aby   zostać   księciem   krakowskim.   Opuścił   zatem   dotychczasowych
sprzymierzeńców   i   udał   się   do   Sandomierza,   aby   tam   gromadzić   siły
niezbędne do zdobycia Krakowa.

Wówczas   do   dzieła   przystąpił   doświadczony   intrygant,   książę

Władysław Łokietek. W zamian za obietnicę uczynienia go w przyszłości
przez   Bolesława   II   księciem   sandomierskim   przyrzekł   mu   pomóc
wyeliminować Konrada II z walki o tron krakowski, a następnie zmusić
go do wycofania się aż do Czerska. Małemu księciu udało się to nadzwy-
czaj   łatwo.   Wystarczyło,   że   ujawnił   groźbę   podziału   tej   największej
dzielnicy   oraz   zapowiedział   następstwa   owego   rozdzielenia,   czyli
przyłączenie ziemi sandomierskiej do księstwa czerskiego.

Zapowiedź   owej   groźby   spowodowała   zdecydowany   sprzeciw

sandomierskiego   rycerstwa   wobec   księcia   czerskiego,   zaniepokojonego
możliwością takiego podziału Małopolski. Zawiedziony książę Konrad II
ostatecznie   wycofał   się   na   Mazowsze.   W   ten   sposób   z   początkowej
kilkuosobowej   koalicji   książąt   przeciw   Henrykowi   IV   Probusowi   ubył
może nie najważniejszy, ale przecież także liczący się kandydat do władzy
w Krakowie. Następny już po Przemyśle II.

Łatwość, z jaką Władysławowi Łokietkowi udało się wyeliminować

czerskiego księcia, podsunęła mu pomysł pozbycia się za pomocą niemal
identycznej intrygi także najważniejszego koalicjanta, księcia Bolesława
II. Szybko też rozpoczął wcielanie go w życie.

Obietnicami   przyszłych   urzędów   mały   książę   zjednywał   sobie

systematycznie dotychczasowych zwolenników księcia płockiego. Grając
na  nucie   zjednoczeniowej,  wskazywał   na  księcia  Bolesława  II  jako  na
tego,   który   zawsze   chciał   podzielić   Małopolskę,   a   nawet   próbował,
oczywiście bezskutecznie, jego samego włączyć do tego podziału.

Łokietek nie ograniczył się tylko do wskazywania zagrożeń. Chętnie

rozdawał   również   przywileje   i   awanse.   Na   przykład   nadał   wtedy
ponownie stanowisko kasztelana krakowskiego Żegocie, pozbawionemu
tej kasztelanii jeszcze za opór wobec Leszka Czarnego. Przywrócił także
do łask i urzędu, odsuniętego również z tego powodu, byłego wojewodę

background image

sandomierskiego Ottona. Działania takie zjednywały Łokietkowi nowych
sojuszników.

Widząc   topniejące   szeregi   swoich   zwolenników,   zniechęcony

Bolesław   II   zrezygnował   ostatecznie   ze   zdobywania   zbrojnie   tytułu
księcia krakowskiego. Powrócił do siebie na Mazowsze, do Płocka, gdzie
prawdopodobnie   dopiero   po   latach   dowiedział   się   prawdy   o   intrygach
swojego   nielojalnego   sojusznika.   Tymczasem   triumfujący   Władysław
Łokietek   nie   potrafił   zdyskontować   tej   sytuacji,   porozumieć   się   z
możnowładcami  i książętami  innych  dzielnic. Zajął się bezskutecznym,
ślamazarnym oblężeniem Wawelu.

Ostatecznie z początkowej mazowiecko-kujawskiej koalicji pozostał

w Małopolsce tylko książę Władysław Łokietek. Skupione wokół niego
siły okazały się jednak zbyt słabe, aby wtedy wynieść go trwale do władzy
w Krakowie. Niemniej udało mu się za pomocą tych intryg doprowadzić
do   tego,   że   uznano   go   za   jednego   z   liczących   się   pretendentów   do
najwyższych   zaszczytów   i   dołączono   do   trzech   książąt   objętych
testamentem   Leszka   Czarnego   –   Henryka   IV   Probusa,   Henryka   III
głogowskiego i Przemysła II, księcia Wielkopolski.

Metoda,   za   pomocą   której   mazowieccy   Piastowie   zostali   przez

małego   księcia  wyeliminowani   z ubiegania  się  o księstwo krakowskie,
stała się później na wiele lat powodem bardzo złych relacji mazowieckich
książąt z królem krakowskim Władysławem Łokietkiem, a także z jego
synem Kazimierzem Wielkim.  Pamiętano na Mazowszu tamte  intrygi  i
nielojalność   sprzed   lat.   W   najtrudniejszych   dla   reaktywowanego
Królestwa   Polskiego   momentach   mazowieccy   władcy   zawsze   albo
demonstrowali jawną wrogość wobec króla z Krakowa, popierając poli-
tycznie i militarnie jego przeciwników, albo też – w najlepszym wypadku
– wykazywali  bardzo daleko idącą chłodną, niekiedy gorszą od jawnej
wrogości, neutralność. Formalnie pełną zwierzchność króla Polski książę-
ta   mazowieccy   uznali   dopiero   prawie   150   lat   później,   w   połowie   XV
wieku.

Na   razie   przed   małym   księciem   pozostawało   jeszcze   pokonanie

trzech żyjących nadal najpoważniejszych rywali, pretendentów do władzy
w   Polsce,   sygnatariuszy   owego   „porozumienia   czterech”.   Nie
rozporządzał   on   jednak   ani   odpowiednimi   siłami   militarnymi,   ani   też

background image

wystarczającymi  środkami  finansowymi  na realizację tego celu. Musiał
szukać   innych  rozwiązań   prowadzących   do   krakowskiego   książęcego
tronu. Nie bardzo jednak wiedział, jak to zrobić. Miotał się.

Po   zajęciu   Krakowa   książę   Władysław   Łokietek   zatwierdził

mieszczanom   wszystkie   przywileje   nadane   im   wcześniej   przez   Leszka
Czarnego. Ten gest, mający na celu zjednanie patrycjatu krakowskiego,
jednak bardzo szybko zniweczył nałożeniem na mieszczan dodatkowych
podatków.   Nie   próbował   również   szukać   żadnego   porozumienia   z
patrycjatem miejskim Krakowa, także w sprawie dalszego rozwoju handlu
i   umacniania   bezpieczeństwa   miasta.   Nie   uznawał   bowiem   mieszczan,
zresztą nie tylko krakowskich, za godnych siebie partnerów w realizacji
jakichkolwiek   swoich   planów.   Oczywiście   poza   przymusowym
dodatkowym finansowaniem prowadzonych przez siebie licznych wojen.

Lekceważący, by nie powiedzieć pogardliwy, stosunek Władysława

Łokietka do mieszczaństwa, tej nowej siły politycznej pojawiającej się na
ziemiach polskich, wyrósł na gruncie doświadczeń wyniesionych z mało
rozwiniętych   gospodarczo   Kujaw,   gdzie   miasta   nie   miały   takiego
znaczenia   jak   w   innych   dzielnicach.   Jeszcze   niejeden   raz   podobne
traktowanie miast i mieszczaństwa będzie się obracało przeciwko małemu
księciu czy późniejszemu królowi.

Na   pierwszy,   bardzo   dotkliwy   dla   niego,   sygnał   potwierdzający

potrzebę utrzymywania dobrych relacji z miastami mały książę nie czekał
zbyt   długo.   Otóż   mocno   już   schorowany,   od   pewnego   czasu
systematycznie podtruwany przez... swojego osobistego medyka Jakuba z
Goćwina, książę Henryk IV Probus zorganizował bowiem jeszcze jedną,
tym   razem   znakomicie   przygotowaną,   wyprawę   w   celu   odzyskania
Krakowa.   (Wypada   w   tym   miejscu   odnotować,   że   istnieje   również
domniemanie, wynikające z zawoalowanych sugestii niektórych niemiec-
kich   zapisów   kronikarskich,   iż   za   owymi   trucicielskimi   działaniami
Jakuba   z   Goćwina   stało   wielu   ościennych   władców,   zaniepokojonych
rosnącą   potęgą   wrocławskiego   księcia   i   jego   królewskimi   aspiracjami.
Wśród   nich   obok   margrabiów   brandenburskich   i   niektórych   książąt
śląskich wymieniano także... księcia Władysława Łokietka).

Wyprawa   księcia   wrocławskiego   tym   razem   została   nadzwyczaj

starannie  przygotowana  i  okazała  się  niezwykle  groźna  ze  względu na

background image

swoją   siłę   zbrojną.   Wzięli   w   niej   udział   wszyscy   śląscy  książęta.   Ale
najważniejsze było to, że po raz pierwszy księcia Henryka IV wsparły i to
nie tylko finansowo, jak to się działo dotychczas, lecz przede wszystkim
militarnie – wszystkie podległe mu śląskie miasta.

Miejscowi   kronikarze   odnotowali   skrupulatnie,   że   samo   miasto

Wrocław wystawiło wówczas do dyspozycji księcia trzy tysiące pięciuset
piechurów,   tysiąc   dwieście   wozów   transportowych   i   ponad  sto  wozów
przystosowanych   do   przewożenia   machin   oblężniczych.   Podobnie,   na
miarę   swoich  możliwości,   zachowały  się   także   inne   miasta   śląskie.   W
imieniu   ciężko   już   wtedy   chorego   księcia   wrocławskiego   armią   tą
dowodził książę legnicki Henryk V Brzuchaty, kiedyś wielki przeciwnik
Probusa, który w przeszłości więził go nawet krótko, jeszcze jako bardzo
młodego księcia, ale od pewnego czasu był już jego sojusznikiem.

Na   wieść   o   zbliżających   się   wojskach   wysłanych   przez   księcia

wrocławskiego   Władysław   Łokietek   opuścił   Kraków   i   wyruszył   im
naprzeciw   ze   wszystkimi   swoimi   siłami.   W   oddziałach  małego   księcia
znajdowało   się   wtedy   popierające   go   rycerstwo   z   Małopolski   i
Sandomierszczyzny oraz oczywiście Sieradzanie i Kujawianie. Znaczący
udział miały też posiłki z Rusi Halickiej. W żadnym natomiast roczniku
czy kronice tamtych czasów nie odnotowano, aby mały książę otrzymał
jakiekolwiek wsparcie militarne ze strony podległych mu wtedy miast.

W godzinach porannych 29 sierpnia 1289 roku obie armie stanęły

naprzeciwko   siebie   pod   niedawno   założonym   małopolskim   miastem   –
Skałą. Wywiązała się bitwa, w której szybkie i druzgocące zwycięstwo
odniósł książę Henryk V Brzuchaty. Rozgromiony Władysław Łokietek
wraz   z   resztkami   ocalałych   wojsk   schronił   się   za   murami   Krakowa.
Niedobitki   zaś   ruskich  posiłków   wycofały  się   w   popłochu   w   rodzinne
strony, daleko na wschód. Droga do stolicy Małopolski stała przed Śląza-
kami otworem.

Dla   przegranego   księcia   Kraków   okazał   się   jednak   schronieniem

najgorszym z możliwych, gdyż za plecami miał przecież Wawel, ciągle
znajdujący się w rękach zwolenników wrocławskiego pretendenta, a w
samym mieście – bardzo niechętny wobec siebie patrycjat, z wójtem Al-
bertem na czele. Mimo to zdecydował o podjęciu obrony w Krakowie.

To, co stało się później, było już tylko logiczną konsekwencją tej

background image

niefortunnej   decyzji   małego   księcia.   Kiedy   tylko   zwycięskie   śląskie
wojska stanęły pod murami Krakowa, mieszczanie natychmiast otworzyli
przed nimi wszystkie bramy. Wkraczających do miasta Ślązaków wsparł z
Wawelu   miejscowy   garnizon.   W   tej   sytuacji   niedobitki   zwolenników
Władysława   Łokietka   szybko   wycięto   lub   wzięto   do   niewoli.   Jeńcem
Ślązaków został wtedy również największy oponent księcia Henryka IV
Probusa, biskup krakowski Paweł z Przemankowa.

Sam   przegrany   książę,   zaskoczony   otwarciem   bram,   dokonywał

akurat w tym czasie inspekcji miejskich murów. Widząc beznadziejność
swojej   sytuacji,   schronił   się   wśród   zakonników   najbliższego   klasztoru.
Byli  to  franciszkanie.  Stamtąd,  pozbawiony  brody  i wąsów,  w  szatach
klasztornego   nowicjusza,   został   nocą   spuszczony   na   linie   zakończonej
wielkim   koszem   na   drugą   stronę   obwarowań   Krakowa.   Dalej   uciekać
musiał już samotnie i pieszo. Okazało się, że jego niewielki, „łokietkowy”
wzrost może być jednak czasem bardzo przydatny, tym razem zapewne
uratował mu życie.

Nikt już nie zamierzał go ścigać. Wrocławianie uznali bowiem, że po

tak dotkliwej klęsce Władysław Łokietek nie jest w stanie się podnieść ani
politycznie, ani militarnie i że tym samym przestał już się liczyć w gronie
poważnych pretendentów do krakowskiego tronu książęcego. Na pierwszy
rzut oka wydawało się, że Ślązacy mieli całkowitą rację. Mały książę nie
miał już przecież nie tylko wojska, lecz także nie posiadał niezbędnych
środków finansowych na skuteczne przeprowadzenie jakiejkolwiek akcji
politycznej   czy   też   zbrojnej.   Wydawało   się,   że   tym   razem   przegrał   z
kretesem.

Wszystko, co się później wydarzyło, zdaje się potwierdzać tę opinię.

Władysław Łokietek najpierw udał się do Sandomierza. Wbrew swoim
nadziejom nie uzyskał tam jednak poparcia miejscowych możnych. Dla
neutralnych obserwatorów był przecież katastrofalnie przegrany.

W Krakowie witano wszakże już nowego władcę, reprezentowanego

przez   zwycięzców   spod   Skały.   Książęta   mazowieccy   wyraźnie   stracili
zainteresowanie   ubieganiem   się   o   krakowski   tron   książęcy.   W
Wielkopolsce   książę   Przemysł   II   umacniał   swoje   księstwo,   deklarując
przy tym pełną lojalność wobec Probusa. Nie przejawiał wtedy również
żadnej   aktywności   politycznej   czy   militarnej   ostatni   z   uczestników

background image

„porozumienia czterech”, Henryk III głogowski, jedyny z nich, który miał
komu   zostawić  swoje   posiadłości.   On   nie   musiał   działać,   mógł   tylko
czekać   spokojnie   na  dalszy   rozwój   wydarzeń,   na   śmierć   partnerów
nieposiadających męskich potomków.

Można było  zatem przypuszczać,  iż oznaczało to już definitywny

kres   przeciągającej   się,   wyniszczającej   Małopolskę   wojny   domowej   o
krakowski tron książęcy.

Władysław   Łokietek   osamotniony,   bez   wojska,   bez   poparcia

Małopolan, a także bez środków finansowych na sprowadzenie obcych
posiłków,   nie   stanowił   wtedy   dla   Sandomierzan   perspektywicznego
partnera. Miejscowi możni byli już gotowi układać się z nowym panem
Krakowa,   mając   także   dosyć   wojen   i   zniszczeń   powodowanych   przez
obce wojska przetaczające się nieustannie przez Małopolskę.

W tej sytuacji małemu księciu nie pozostało nic innego, jak udać się

na   emigrację   albo   też   szukać   schronienia   w   rodzinnych   stronach.
Ostatecznie   wybrał   ucieczkę   na   Węgry,   zapewne   dlatego,   że   były
najbliżej, co, jak się później okazało, miało daleko idące konsekwencje,
zarówno dla niego, jak i dla przyszłych losów Polski.

Zwycięski książę wrocławski Henryk IV Probus, teraz już władca

dwóch największych dzielnic – Małopolski i Śląska – wysłał natychmiast
do papieża poselstwo z prośbą o „łaskawe wyrażenie zgody” na założenie
królewskiej   korony.   Zyskał   już   w   tej   sprawie   poparcie   cesarza
niemieckiego. Chciał przy tym zostać królem nie tylko dwóch dzielnic,
lecz   całej,   zjednoczonej   w   niedalekiej   przyszłości,   Polski.   Dla   małego
księcia mogło to oznaczać absolutny kres marzeń.

Władysław   Łokietek   tymczasem   udał   się   do   Budy   na   królewski

dwór. Stamtąd przecież pochodziła matka jego żony, księżna kaliska, a
wcześniej   węgierska   królewna   –   Jolenta   Helena.   W   imię   owego
pokrewieństwa   teraz   szukał   tam   pomocy.   Nie   wiadomo   dokładnie,   co
polski   książę   wtedy   obiecał   Węgrom   w   zamian   za   znaczne   wsparcie
militarne i finansowe, jakich użył  argumentów,  aby je sobie zapewnić.
(Prawdopodobnie   chodziło   o   obietnicę   scedowania   na   korzyść
węgierskiego królestwa polskiego prawa do Grodów Czerwieńskich, do
których wtedy rościła również swoje pretensje Ruś Halicka). Na pewno
wiadomo jedynie, że został w Budzie nader życzliwie przyjęty, a potem

background image

odpowiednio   wyekwipowany   na   powrót   do   Polski.   Znany  jest   również
efekt końcowy tego pobytu polskiego księcia na Węgrzech.

Otóż Władysław Łokietek powrócił wkrótce do Polski na czele wojsk

węgierskich.   Zajął   praktycznie   bez   większego   oporu   całą   ziemię
sandomierską. A że został przy tym  także wyposażony w odpowiednie
środki   finansowe,   natychmiast   wykorzystał   je   na   wynajęcie   kolejnych
ruskich   oddziałów   posiłkowych.   Ponownie   dysponował   pewnym
zapleczem militarnym. Mógł zatem rozpocząć od nowa walkę o krakowski
tron.

Na   razie   jednak   owa   walka   polegała   na   umacnianiu   się   na   ziemi

sandomierskiej, skąd podejmował sporadyczne wyprawy do Małopolski.
Były to działania  polegające  raczej  na grabieniu i paleniu najbliższych
miejscowości, sianiu zamętu i niepokoju niż jakieś konkretne próby od-
zyskania władzy w Krakowie.

Wydawało się, że pierwsza większa wyprawa Henryka IV Probusa

podjęta   w   celu   podporządkowania   sobie   tej   części   Małopolski   skreśli
ostatecznie Władysława Łokietka z kart polskiej historii. Przygotowania
do tej wyprawy już się zresztą rozpoczęły.  Miała ona doprowadzić do
ostatecznego   podporządkowania   krakowskiemu   wtedy   już   księciu
Henrykowi IV całej ziemi sandomierskiej, a przede wszystkim zakończyć
definitywnie wszelkie wojny domowe oraz dalsze rozważania nad tym,
komu się należy książęcy tron krakowski, a w niedalekiej, wydawało się,
przyszłości również królewski tron w Polsce.

Wkrótce   jednak  nastąpił   kolejny  z   niespodziewanych   przypadków

losowych, sprzyjających małemu księciu.

background image

Rozdział III

Walka o tron

Uśmiech losu czy zaplanowany „przypadek”? Zapis księżnej
Gryfiny.   Przemysł   II   w   Krakowie.   Kto   zabił   nam   króla.
Układ   krzywiński.   Ukorzenie   się   przed   Wacławem   II.   Jak
Gierek   uratował   książęcą   rodzinę.   Wacław   II   na   polskim
tronie.

D

o wyprawy Henryka IV Probusa, zwanego też Prawym lub Rzetelnym,

nigdy ostatecznie nie doszło. 23 czerwca 1290 roku rozstał się on bowiem
z   życiem.   Był   najpoważniejszym,   od   czasów   rozbicia   dzielnicowego
najlepiej   do   roli   tej   przygotowanym   kandydatem   na   polskiego   króla.
Umarł otruty przez swojego osobistego medyka – Jakuba z Goćwina. I ten
medyk   uznany   został   potem   szybko   za   jedynego   winowajcę   książęcej
śmierci. Nie dochodzono wtedy, czy istnieli jeszcze jacyś inni inspiratorzy
tego otrucia ani w imię czego podtruwał on Probusa przez wiele lat, tym
bardziej że książę na łożu śmierci wybaczył medykowi tę zbrodnię.

Książę Henryk  IV tuż przed zgonem ogłosił także swój polityczny

testament.   Sprzeniewierzył   się   w   nim   owemu   „porozumieniu   czterech”
sprzed lat, zaprzeczając niejako idei powstania jednolitego państwa, której
wprowadzeniu   w   życie   poświęcił   przecież   całe   swoje   panowanie.
Rozdzielił wszystkie posiadane ziemie. Prawo do polskiej korony wraz z
księstwem   krakowskim  i   ziemią   sandomierską   przyznał   wprawdzie
wielkopolskiemu   księciu   Przemysłowi   II,   jednakże   już   księstwo
wrocławskie pozostawił w spadku Henrykowi III głogowskiemu, czyniąc z
niego w ten sposób również znaczącego pretendenta do polskiej korony.
Inna   sprawa,   że   zbuntowani   mieszczanie   wrocławscy   zamknęli   bramy
miasta przed Henrykiem III i doprowadzili do objęcia miasta, a w kon-
sekwencji całego księstwa przez Henryka V Brzuchatego. Ale to wszystko

background image

miało miejsce już po śmierci Henryka IV.

Na tym nie zakończył jeszcze podziału swoich posiadłości. Otóż część

swego księstwa Henryk IV oddał w zupełnie niepolskie władanie. I tak
ziemię  kłodzką otrzymał  od niego w spadku władca Czech Wacław II.
Ziemię krośnieńską natomiast podarował swojemu teściowi Fryderykowi,
landgrafowi Turyngii. Ziemię otmuchowską nadał Tomaszowi, biskupowi
wrocławskiemu, a miasto Brunów wraz z powiatem miejscowemu opac-
twu.   Wielkie,   liczące   się   już   w   Europie   księstwo,   nad   którego
powiększaniem i umacnianiem tak usilnie pracował, zostało w ten sposób,
testamentowym zapisem, niebezpiecznie rozdrobnione.

Wydawało się, że Władysławowi Łokietkowi ubył tym samym jeden z

najgroźniejszych   konkurentów   do   polskiego   tronu.   Lecz   oto   w   jego
miejsce  pojawił  się  natychmiast  następny,  w dodatku – jak się  później
okazało – znacznie groźniejszy pretendent. Stało się to dzięki temu,  że
przebywająca   w   Pradze   u   swojej   rodzonej   siostry   Kunegundy,   matki
Wacława   II,   księżna   Gryfina   –   wdowa   po   Leszku   Czarnym,   zapisała
wszelkie   prawa   do   księstwa   krakowskiego   właśnie   siostrzeńcowi.
Formalnie wprawdzie księżna nie miała do tego uprawnień, gdyż nie dzie-
dziczyła w Polsce żadnej władzy po zmarłym mężu, ale istotne było to, że
zapis taki powstał, co miało ważkie konsekwencje dla historii Polski.

Wacław  II  natychmiast   wykorzystał  ten  zapis,  a  ponieważ  wsparty

został również dodatkowo darowizną ziemi kłodzkiej przez Henryka IV,
wkrótce   po   śmierci   księcia   wrocławskiego   zgłosił   pretensje   do
sprawowania   władzy   w   Krakowie.   Nie   był   już   tylko   jakimś
cudzoziemskim uzurpatorem, lecz, w swoim mniemaniu, pełnoprawnym
dziedzicem.

O   panowanie   nad   Polską   ubiegało   się   zatem   ponownie   czterech

kandydatów.   Tym   razem   już   nie   było   mowy   o   żadnym   porozumieniu,
tylko o ostrej rywalizacji.

Tymczasem   Kraków   zajął   już   wcześniej,   zgodnie   z   testamentem

Henryka IV Probusa, książę Przemysł II. Natychmiast napotkał silny opór
małopolskich   możnowładców.   Od   lat   przecież,   od   czasów   rywalizacji
Bolesława   Krzywoustego   ze   Zbigniewem,   istniały   nader   silne   an-
tagonizmy   pomiędzy   dwoma   największymi   polskimi   dzielnicami   –
Małopolską   i   Wielkopolską.   Ich   skutków   doznali   uprzednio   panujący
krótko w Krakowie wielkopolscy książęta Mieszko Stary czy Władysław
Laskonogi,   którzy   także   od   razu   natrafili   na   mur   niechęci,   a   nawet
wrogości   Małopolan,   wynikający   z   owej   wieloletniej   dzielnicowej

background image

antypatii.

Rządy księcia Przemysła  II w Krakowie również nie trwały długo.

Uwolniony z więzienia po śmierci Henryka IV Probusa biskup krakowski
Paweł z Przemankowa zaprosił bowiem w imieniu Małopolan (rycerstwa i
mieszczaństwa) króla Czech Wacława II na tron krakowski. W ten sposób
król ten uzyskał niejako pełne potwierdzenie swojego prawa do władzy w
Polsce. W dokumencie wydanym w 1291 roku w Lutomyślu niezwłocznie
potwierdził wszystkie przywileje Małopolan, zapewniając również, że nie
będzie   próbował   tworzyć   nowych,   złożonych   z   Czechów,   elit   w   tej
dzielnicy. Wysłał też od razu swoje wojska do Krakowa. Wybór Wacława
II   oznaczał   zarazem   ostateczny   brak   poparcia   możnowładców   mało-
polskich dla księcia Władysława Łokietka.

Zagrożony   najazdem   czeskim   książę   wielkopolski   wycofał   się   z

niechętnej  mu  Małopolski.   Powrócił  do  Poznania.   Opuszczając  Wawel,
zabrał   jednak   przezornie   z   tamtejszego   skarbca   wszystkie   insygnia
koronne, przechowywane w nim jeszcze od czasów Bolesława Śmiałego.
Książę wiedział dobrze, co czyni.

Tymczasem do Polski wkroczył zbrojnie król Czech Wacław II. Nie

napotkawszy   w   Małopolsce   na   żaden   opór,   szybko   zajął   Kraków   i
nieatakowany przez nikogo skierował się w stronę Wielkopolski. Niejako
po drodze pokonał pod Sieradzem wojska Władysława Łokietka, biorąc
małego księcia do niewoli i zmuszając go, aby zawarł z nim transakcję
finansową,   w   której   zrezygnował   z   wszelkiego   prawa   do   Krakowa   i
Sandomierza   oraz   ziemi   sieradzkiej   na   korzyść   czeskiego   króla.
Upokorzony przez Czecha Władysław Łokietek zobowiązał się również w
specjalnym   dokumencie,   iż   osobiście   nakłoni   mieszkańców   Brześcia
Kujawskiego i Brzeźnicy do złożenia Wacławowi II przysięgi wierności.

Za   zrzeczenie   się   wszystkich   swoich   samodzielnych   praw   do   tych

ziem   mały   książę   otrzymał   pięć   tysięcy   grzywien   srebra   (1   grzywna
ważyła wówczas 182,5 grama – przyp. A.Z.). Przeznaczył tę kwotę niemal
w całości na dalsze opłacenie swoich węgierskich i ruskich najemników.

Transakcja   ta   jeszcze   przez   długie   lata   służyła   innemu   czeskiemu

królowi, Janowi Luksemburskiemu, za podstawowy pretekst do domagania
się polskiej korony. Czeski król wykorzystywał ją także do zgłaszania kon-
kretnych   roszczeń   wobec   zakupionych   przez   swojego   poprzednika
polskich terytoriów. Ostatecznie sprawę ugodowo rozwiązał dopiero król
Kazimierz Wielki.

Triumfujący Wacław II osadzał  w Małopolsce  swoich urzędników,

background image

przyjmując tytuł  rex  Bohemie,  dux Cracovie  et Sandomirie,  marchioque
Moravie,
  a   wypędzony   z   Sandomierza   Władysław   Łokietek   po   kilku
próbach stawienia oporu został – i to z woli tegoż Wacława II – tylko
księciem   sieradzko-kujawskim,   zobowiązanym   do   świadczenia
Przemyślidzie   pomocy   zbrojnej   na   każde   żądanie.   Doszło   wówczas   do
ważnego dla historii Polski wydarzenia. Otóż umarł  Mszczuj II, książę
pomorski,   wcześniej   już   związany   porozumieniem   „na   przeżycie”   z
Przemysłem II. Tym samym od chwili śmierci pomorskiego księcia władał
już ten wielkopolski książę samodzielnie dwoma  dużymi  dzielnicami  –
Wielkopolską   i   Pomorzem.   Nikt   nie   miał   wtedy   większych   od   niego
posiadłości.

Pozwoliło   to   Przemysłowi   II   zacząć   realnie   myśleć   o   królewskiej

koronie i wysłać obficie wyposażoną w środki płatnicze specjalną misję do
Rzymu,   która   miała   za   zadanie   skorumpować   papieskich   urzędników   i
załatwić mu tam koronę króla Polski. Okazało się, że pod tym względem
polska   ekipa   była   zasobniej   wyposażona   od   podobnych   przedstawicieli
Wacława  II,   który  również  zabiegał   w  tym  samym   czasie   u papieża   o
zgodę na uzyskanie naszego tronu.

Wystarczyło jednak, że skutecznie, jak wyczytać to można w czeskiej

Kronice zbrasławskiej, przekupiono... mistrza Aleksego stojącego na czele
czeskiego poselstwa, które oczywiście zrezygnowało ze starań o polską
koronę dla Wacława II. Papieżowi przedstawiono już jedną kandydaturę
króla Polski.

W   efekcie   działań   wielkopolskich   wysłanników   po   ponad   dwustu

latach mieliśmy znowu polskiego króla, koronowanego z nadania papieża
Bonifacego VIII. Czeski król wprawdzie oficjalnie protestował w Stolicy
Apostolskiej przeciwko takiemu sposobowi zdobycia korony przez Polaka,
ale papież już się w tej sprawie wypowiedział i słowa zmienić nie mógł.
Godziłoby to przecież w dogmat o nieomylności papieży.

Koronacja Przemysła II, z pełnym ceremoniałem, w asyście książąt i

biskupów, odbyła  się 25 czerwca 1295 roku w Gnieźnie. Na koronacji
pierwszego po wiekach króla Polski mały książę się nie pojawił, nie złożył
również   należnego   zwyczajowo   hołdu   nowemu   władcy.   Pozostał   w
zbrojnej opozycji, w swoim sieradzko-kujawskim mateczniku, oczekując
na dalszy rozwój wydarzeń. Wydaje się jednak, że nie czekał tam zupełnie
bezczynnie.

Panowanie   Przemyśla   II   trwało   bardzo   krótko,   zaledwie   kilka

miesięcy,   i   zostało   przerwane   królobójstwem.   Napadnięto   bowiem   na

background image

bezbronnego praktycznie króla w Gąsawie w nocy z 7 na 8 lutego 1295
roku, gdy gościł tam na tzw. ostatkach. Wykorzystano fakt, że biesiadnicy
ostatkowej uczty mocno spali. Ciężko rannego władcę napastnicy najpierw
próbowali uprowadzić, ale ponieważ obawiali się pościgu, a ucieczka z
wymagającym   troskliwej   opieki   rannym   królem   zdecydowanie
spowalniała   jej   tempo,   ostatecznie   dobili   Przemyśla   II   we   wsi   Samiki,
niedaleko Rogoźna, porzucając nagie ciało na drodze.

Dzięki  Rocznikowi   kolbackiemu  zachowane   zostało   dla   potomnych

nazwisko   królobójcy.   Człowiek,   który   zadał   decydujący   cios   rannemu
królowi, nazywał się Jakub Kaszuba i pochodził ze Stargardu. Kim byli
pozostali napastnicy i na czyje zlecenie działali? Jest to zagadka, którą do
dzisiaj próbują rozwiązać polscy historycy.

Za napad i królobójstwo obarczano początkowo odpowiedzialnością

wyłącznie   Brandenburczyków.   Szybko   jednak   się   okazało,   że   –   jak   to
odnotował Jan Długosz:  za usunięciem [króla]  daty się słyszeć z różnych
stron głosy, zarówno między książętami polskimi, jak i wśród sąsiadów, w
których władza królewska zaczęła budzić strach  i podejrzenie... Są tacy,
którzy   twierdzą,   że   pewni   panowie   i   rycerze   polscy,   herbu   Nałęcz   i
Zaremba, pomagali w zamordowaniu wymienionego króla Przemyśla...

W podobnym duchu o udziale przedstawicieli tych dwóch rodów w

królobójstwie   wypowiadały   się   inne   polskie   kroniki   oraz   roczniki
klasztorne   i   diecezjalne,   a   także   kroniki   zagraniczne,   m.in.  Rocznik
małopolski
  i  Latopis   ipacki,  wskazujące   jednoznacznie   na   Zarembów   i
Nałęczów. Dlaczego pomagali w tym morderstwie? Na pewno nie czynili
tego  ot   tak,   sami   z  siebie,   bo  niby  z   jakiego  powodu.   Gdzieś  musiało
przecież istnieć źródło inspiracji, czyli owa ręka kierująca mieczem, czy
raczej sztyletem Jakuba Kaszuby.

Warto się zatem zastanowić, kto mógł  najwięcej zyskać na śmierci

polskiego króla. Brandenburczycy czy Wacław II? Trudno ich wykluczyć,
ale   wtedy  pozostaje   istotna   wątpliwość,   dlaczego  w   tle   tego   zabójstwa
pojawili   się   panowie   wielkopolscy,   Nałęczowie   i   Zarembowie?   Może
jednak nie szukajmy daleko ich mocodawców. Był przecież jeszcze ktoś
inny,  komu zabójstwo Przemyśla II na nowo otwierało drogę do tronu,
ówczesny książę kujawsko-sieradzki Władysław Łokietek. I wydaje się, że
jest   to   jeden   z   bardzo   ważnych,   choć   rzadko   w   polskiej   historii
podejmowanych tropów w kwestii inspiracji tego zabójstwa.

Pośrednim   bowiem   dowodem   na   to,   że   jednak   należy   taką

ewentualność uwzględnić, było późniejsze przywrócenie, już przez króla

background image

Władysława,   do   pełni   zaszczytów   i   urzędów   w   Wielkopolsce   właśnie
przedstawicieli   tych   dwóch   rodów.   Logicznie   należałoby   się   raczej
spodziewać   z   jego   strony   podjęcia   działań   w   kierunku   przykładnego   i
surowego osądzenia wszystkich podejrzanych o królobójstwo. Chociażby
dla   odstraszającego   przykładu.   A   tymczasem   król   nawet   nie   próbował
wszczynać  w tej sprawie śledztwa. Co więcej, swoimi  najważniejszymi
urzędnikami  na Pomorzu mianował  właśnie przedstawicieli tych dwóch
wielkopolskich rodów. Czyżby miał za co dziękować?

Na wieść o zamordowaniu króla Przemyśla II mały książę ze swymi

najemnikami  (w ośmiotysięcznej  armii  było  tylko  około  dwóch tysięcy
polskiego   rycerstwa)   natychmiast   wyruszył   do   Wielkopolski.   Część
możnych tej dzielnicy, z Zarembami i Nałęczami na czele, ofiarowała mu
wtedy polski tron.

Jednakże   większość   Wielkopolan,   którym   przewodził   arcybiskup

gnieźnieński, wyraziła w czerwcu 1298 roku na zjeździe wielkopolskiego
rycerstwa w Kościanie życzenie, aby nowym królem Polski został, zgodnie
z testamentem Przemyśla II, jak najszybciej książę Henryk III głogowski.
Wyznaczono księciu nawet termin koronacji. Do tego czasu miał używać
tytułu księcia Królestwa Polskiego, Pomorza, Śląska i pana Głogowa.

Władysław   Łokietek   z   trudem   radził   sobie   w   Wielkopolsce.

Najemnicy małego  księcia zachowywali  się tam jak w podbitym  kraju,
niszcząc   i   grabiąc,   co   popadło,   nie   oszczędzając   przy   tym   klasztorów,
kościołów i majątków duchownych. Tak pisał o ich występkach  Rocznik
wielkopolski
  z   1299   roku:  ...on  [Łokietek]  i   jego   żołnierze   znieważali
cmentarze, uciskali wdowy i sieroty, niszczyli dobra kościelne, dążyli do
zniweczenia kościołów i popełnili inne jeszcze i to takie czyny, o których
mówić jest rzeczą wstrętną
.

Wreszcie,   po   kolejnym   najechaniu   i   ograbieniu   dóbr   biskupa

poznańskiego Andrzeja, książę Władysław Łokietek obłożony został przez
niego klątwą kościelną. Zmusiła ona małego księcia do szybkiego odwrotu
z   Wielkopolski.   W   jej   następstwie   bowiem   opuściła   go   niezwłocznie
znaczna część polskiego rycerstwa, gdyż zgodnie z regułą takiej klątwy
spadała ona nie tylko na głównego winowajcę, lecz także na tych, którzy
nadal   mu   pomagali.   Odmówiła   także   współpracy   wyklętemu   księciu
znaczna część kontyngentu węgierskiego. A tymczasem w pobliżu pojawił
się już książę Henryk III głogowski ze swoją armią.

Książę   głogowski   nie   kwapił   się   wtedy   do   zajęcia   tronu,   gdyż

pretensje do polskiej korony zgłaszał również potężniejszy od niego czeski

background image

król Wacław II, któremu nie sprostałby w przypadku zbrojnej konfrontacji.
Postanowił   zatem   najpierw   osadzić   się   mocno   w   Wielkopolsce,   w
dawnych   posiadłościach   Przemysła   II.   W   drugiej   kolejności   chciał
odzyskać   księstwo   wrocławskie   i   dopiero   wówczas   przeciwstawić   się
Wacławowi II.

Władysław Łokietek, widząc fiasko swej wyprawy do Wielkopolski,

do   której   wkroczył   już   książę   głogowski,   łatwo   przełamując   wszelkie
próby oporu stawianego mu przez coraz bardziej zdemoralizowane resztki
wojsk   małego   księcia,   znalazł   się   w   odwrocie.   Postanowił   wrócić   do
„swojej” ziemi sandomierskiej. Tak dotarł do Krzywinia koło Leszna. Tam
został otoczony przez wojska Henryka III.

I kiedy wydawało się, że cała Wielkopolska znajdzie się już w rękach

księcia   głogowskiego,   a   Władysław   Łokietek,   w   najlepszym   dla   niego
przypadku, zmuszony zostanie do powrotu na Kujawy, niespodziewanie,
prawdopodobnie za namową Wacława II, na księstwo głogowskie napadł
książę jaworski Bolko, zagarniając dwa miasta – Chojnów i Bolesławiec.
Oznaczało to konieczność szybkiego powrotu Henryka III na Śląsk.

Przyciśnięty  przez   wojska   głogowskie   pod   Krzywiniem,   w   obliczu

totalnej klęski, Władysław Łokietek skorzystał z tej szansy i natychmiast
zaproponował Henrykowi III rozmowy pokojowe.

W następstwie układu krzywińskiego książę głogowski zatrzymywał

w swych rękach znaczną część Wielkopolski, na południe od rzek Warty i
Obry,   łącznie   z   kasztelanią   wschowską   i   zbąszyńską   oraz   część   ziemi
kłobuckiej. Ponadto Władysław Łokietek uroczyście zaprzysiągł dokonać
adopcji najstarszego syna księcia głogowskiego – Henryka IV Wiernego,
któremu   w   razie   bezpotomnej   śmierci   małego   księcia   miała   przypaść
pozostała część Wielkopolski. Gdyby zaś książę Henryk IV Wiemy umarł
przed nim, wówczas Władysław Łokietek zobowiązał się, w tym samym
krzywińskim   układzie,   do   kolejnej   adopcji,   następnego   pod   względem
starszeństwa syna  księcia głogowskiego. Praktycznie  miało to oznaczać
jego   zgodę   na   przyznanie   prawa   do   pełnej   kontroli   nad   Wielkopolską
księciu głogowskiemu. Sam zaś wycofał się na Kujawy.

Oczywiście Władysław Łokietek nigdy się z tej adopcyjnej przysięgi

nie   wywiązał.   Natomiast   już   rok   później   razem   z   księciem   brzeskim
Bolesławem   III   Rozrzutnym   uderzył   na   księstwo   głogowskie.   Żaden   z
napastników nie odniósł jednak z tej inwazji żadnych trwałych korzyści
politycznych ani terytorialnych.

Wprawdzie   książę   jaworski   uratował   wtedy   Władysława   Łokietka,

background image

wydaje się jednak, że za księciem Bolkiem stał czeski król Wacław II,
wówczas   już   władca   Małopolski,   mocno   zaniepokojony   sukcesami
Henryka   III   głogowskiego   w   Wielkopolsce   oraz   jego   zamiarem   koro-
nacyjnym.  Wacław II okazał się potem zresztą stronniczym mediatorem
pomiędzy książętami głogowskim i jaworskim, zdecydowanie trzymając
stronę przeciwnika Henryka III.

Po zażegnaniu tej  wojny książę  Henryk  III  ponownie  wyruszył  do

Wielkopolski. Zajął ją bez problemów i wprowadził własne porządki. Jak
zapisano w Roczniku kapituły poznańskiejBył bardzo surowy dla złodziei,
łupieżców   i   gwałcicieli,   ale   sam   był   wielkim   wyciągaczem,   a   także
nieprzyjaznym   Polakom.
  Dał   jednak   Wielkopolsce   to,   co   wtedy   było
najcenniejsze. To za jego czasów zapanował na wszystkich jego ziemiach
powszechny   spokój   –  
napisano   o   rządach   księcia   Henryka   III   w
niechętnym mu Roczniku wielkopolskim.

Książę głogowski zakładał bowiem w swoich nowych posiadłościach,

podobnie   jak   czynił   to   dotychczas   u   siebie,   w   księstwie   głogowskim,
miasta   i   wsie,   nadawał   im   liczne,   pozwalające   na   harmonijny   rozwój
przywileje,   bardzo   też   dbał   o   handel,   wytyczał   nowe   –   i   co   ważne   –
bezpieczne szlaki komunikacyjne, nadawał prawa do dni targowych. To
właśnie on uczył Wielkopolan gospodarności, z której od tamtych czasów
po   dzień   dzisiejszy   słyną   w   Polsce.   Starał   się   również   ograniczać
znaczenie miejscowego możnowładztwa, odsuwając jego przedstawicieli
od wielu ważnych funkcji i urzędów.

Książę Władysław Łokietek, nie mając już czego szukać w niechętnej

mu Wielkopolsce, wyruszył wkrótce na Pomorze, które objął właśnie we
władanie (uznając się za spadkobiercę swojej babki Eufrozyny,  ostatniej
żony księcia Mszczuja II) jego bratanek, książę inowrocławski Leszek, syn
Ziemomysła.   Sprawdzoną   już   metodą   intryg   oraz   rozdawnictwa
rozmaitych   przywilejów   i   stanowisk   dla   miejscowych   możnych
spowodował   bezkrwawe   ustąpienie   księcia   Leszka   z   Pomorza   i   sam
mianował się jego władcą, utrzymując, że teraz to właśnie on jest jedynym
spadkobiercą króla Przemysła II. Szybko jednak pozmieniał wcześniejsze
decyzje   i   najważniejsze   urzędy  na   Pomorzu   obsadził   swoimi   ludźmi   z
Wielkopolski i Kujaw, co musiało wywołać zrozumiałą negatywną reakcję
pomorskich  możnych.  Odwróciły  się  od niego także  pomorskie  miasta,
gdyż  jednym  z pierwszych  działań, jakie podjął, było  zwolnienie  z cła
kupców z Lubeki i zwrócenie im rozbitych na polskim wybrzeżu statków
wraz ze znajdującymi się na nich towarami, co zwyczajowo należało za-

background image

wsze do tych miast, w pobliżu których statek się rozbił.

Układ krzywiński  i samowolne  zajęcie Pomorza  zraziły do małego

księcia, mimo czynienia im awansów, licznych możnych z Wielkopolski.
Tym bardziej że zupełnie już zagubiony, bezsilny militarnie Władysław
Łokietek 23 sierpnia 1299 roku w Klęce zawarł z Wacławem II jeszcze
jeden układ, równie dla niego upokarzający, na mocy którego zobowiązał
się do przybycia na święta Bożego Narodzenia do Pragi i złożenia tam
królowi czeskiemu hołdu ze wszystkich posiadanych jeszcze posiadłości w
Polsce, które pod tym warunkiem pozwolił mu zachować czeski władca.
Dodatkowo z łaskawości Wacława II miał otrzymać wtedy cztery tysiące
grzywien i dochód z żup olkuskich na okres ośmiu lat. Gdyby mały książę
owego przyrzeczenia w tym terminie nie dotrzymał i nie pojawił się w
Pradze,   wszystkie   jego   posiadłości,   zgodnie   z   układem,   powinny
automatycznie przejść na własność króla czeskiego, a baronowie i rycerze
polskiego księcia mieli przestać go wtedy uważać za swojego pana. Jak
widać Władysław Łokietek wyraźnie wolał, aby ziemie polskie przypadły
nawet   Czechowi,   byle   tylko   nie   Piastowiczowi,   księciu   głogowskiemu.
Taka jego postawa przepełniła już kielich goryczy. Wielkopolscy możni, z
pomocą   hierarchów   kościelnych,   po   prostu   zmusili   małego   księcia   do
ostatecznego opuszczenia ich dzielnicy.

Tymczasem Władysław Łokietek wcale nie zamierzał składać królowi

Wacławowi   II   hołdu   lennego.   Minęło   Boże   Narodzenie,   a   on   ciągle
przebywał  na Kujawach lub we wschodnich rejonach Wielkopolski. Do
Pragi   ani   myślał   się   wybierać.   Był   przecież   absolutnie   przekonany   o
bezkarności   złamania   danego   Wacławowi   II   słowa.   Zdarzyło   mu   się
przecież   w   życiu   niejednokrotnie   sprzeniewierzyć   złożonej   wcześniej
przysiędze   czy   obietnicy.   I   nigdy   nie   pociągało   to   za   sobą   żadnych
konsekwencji. Liczył, że tym razem też będzie podobnie.

Jednocześnie mały książę zaniedbał – a może po prostu nie wiedział,

że może tak postąpić – oficjalnego wypowiedzenia lenna Wacławowi II.
Mógł to uczynić chociażby pod pretekstem niewywiązywania się seniora
(Wacława II) z obowiązku opieki i pomocy dla lennika. Owo niedbalstwo
miało znaczący wpływ na koronację Wacława II, a także stało się po latach
przyczyną   kłopotów   koronacyjnych   Władysława   Łokietka,   a   przede
wszystkim   licznych   pretensji   i   niekorzystnych   dla   Polski   decyzji   Jana
Luksemburskiego   dotyczących   podległości   czeskiej   koronie   zarówno
polskiego   tronu,   jak   i   polskich   terytoriów.   Gdyby   nie   tamten   błąd,   na
pewno król krakowski nie utraciłby tak łatwo Pomorza i Kujaw.

background image

Natomiast   książę   w   pełni   zadowolił   się   inną   wymierną   korzyścią

odniesioną z tego układu. Było nią uwolnienie go od klątwy kościelnej.
Biskup   poznański   Andrzej   nie   chciał   bowiem   wzniecać   konfliktu   z
czeskim   królem,   którego   poddanym   deklarował   się   wtedy   przecież
oficjalnie książę Władysław Łokietek.

Niezależnie   od   postępowania   małego   księcia   Wacław   II,   mając   za

sobą   zakupione   już   wcześniej   od   Władysława   Łokietka   Małopolskę,
ziemię   sandomierską   i   ziemię   sieradzką,   stał   się   najpotężniejszym
kandydatem do polskiego tronu. Aby swoją kandydaturę jeszcze bardziej
uzasadnić,   ożenił   się   z   Richezą,   córką   Przemysła   II.   Jedyny   możliwy
wtedy kontrkandydat, książę Henryk III głogowski, był militarnie znacznie
słabszym rywalem i nie mógł mu przeszkodzić w drodze po polską koronę.

W tej sytuacji Wacław II już nie zwlekał, tylko w 1300 roku wkroczył

na   polskie   ziemie   z   licznym   czeskim   wojskiem,   wspierany   dodatkowo
zbrojnie przez rycerstwo małopolskie. Wprawdzie pewien opór próbowali
początkowo   stawiać   mu   jeszcze   książęta   kujawscy,   ale   bardzo   szybko
zostali zmuszeni do podporządkowania się potężnemu Czechowi.

Kilka miesięcy później Wacław II wkroczył do Wielkopolski na czele

wojsk czeskich, małopolskich oraz dodatkowo – zaciężnych niemieckich,
aby   ukarać   Władysława   Łokietka   za   zwlekanie   ze   złożeniem
przyrzeczonego hołdu w Pradze i przejąć jego posiadłości. Szybko zajął
nie   tylko   całą   Wielkopolskę,   lecz   także   wszystkie   ziemie   należące   do
małego księcia oraz jego braci. Tym samym  czeski król miał w swoim
ręku,   poza   częścią   Śląska   należącą   do   Henryka   III   głogowskiego,   całą
Polskę.   Jeszcze   tylko   Pomorze   pozostawało,   choć   tylko   formalnie,   pod
rządami małego księcia. Zresztą, jak się okazało, nie na długo.

Książę   Władysław   Łokietek   sam   był   głównym   winowajcą   swojej

politycznej  katastrofy.  Zdawał sobie z tego doskonale sprawę  i dlatego
uciekł z kraju przed czeskim królem. Oczywiście zbiegł na przyjazny mu
dwór   węgierski.   Ucieczka   przed   ścigającymi   go   Czechami   była   tak
gwałtowna, iż nie zdążył nawet zabrać ze sobą najbliższej rodziny.

Księżnę Jadwigę wraz z synem Stefanem ukrył w Radziejowie przed

poszukującymi ich Czechami miejscowy mieszczanin nazwiskiem Gierek.
Przygarnął  ich w swoim domu i opiekował się rodziną małego księcia,
chroniąc ją przed wrogami aż przez cztery lata, do 1304 roku, czyli do
czasu powrotu Władysława Łokietka do Polski. Gierek został później suto
za   to   wynagrodzony   przez   księżnę   Jadwigę.   Był   to   dotychczas   jedyny
zanotowany   w   polskich   kronikach   przypadek   konkretnej,   dobrowolnej

background image

pomocy   ze   strony   mieszczaństwa.   Choć   należy   przypuszczać,   iż
mieszczanin Gierek uczynił to raczej dla samej księżnej, a nie dla jej męża.

Z Budy udał się Łokietek na dwór papieski, aby tam zaprotestować

osobiście   przeciwko   koronacji   Wacława   II.   Ponieważ   jednak   nie   znał
języka i nie miał odpowiednich kontaktów, nie udało mu się dotrzeć przed
oblicze papieża. Jedyne, co w kurii papieskiej załatwił, to uznanie jego
pokuty  za   swoje   winy  i   lubieżne   czyny   podległych   mu   wojsk.   Klątwa
biskupa poznańskiego już oficjalnie utraciła moc. Został rozgrzeszony. I
tylko tyle. Jak niepyszny powrócił do Budy.

W   październiku   1300   roku   zebrani   na   wiecu   w   Gdańsku   panowie

pomorscy, w odpowiedzi na jego ucieczkę z Polski przed Wacławem II,
wypowiedzieli   posłuszeństwo   Władysławowi   Łokietkowi.   W   rękach
Przemyślidy znalazło się terytorium znacznie większe niż to,  które po-
siadał   w   dniu   swojej   koronacji   król   Przemysł   II.   Dlatego   Wacław   II
zażądał dla siebie polskiej korony.

Wobec takiej sytuacji arcybiskup gnieźnieński Jakub Świnka nie miał

już innego wyjścia, jak tylko nałożyć w Gnieźnie na głowę Wacława II
koronę Przemysła II, koronę Piastów. Sam zresztą o taką decyzję również
zabiegał u papieża Bonifacego VIII. Sędziwy już wtedy arcybiskup uważał
koronację   Wacława   II   za   najlepszy   ratunek   dla   Polski   wyniszczanej
wojnami domowymi i ciągle atakowanej z zewnątrz. Łudził się przy tym,
że   Polska   wspólnie   z   Czechami   utworzy   jedno   wielkie   państwo
słowiańskie,   przeciwstawiające   się   skutecznie   brandenburskim   i
krzyżackim aneksjom rdzennych ziem polskich.

Jakub Świnka srodze się jednak rozczarował. Wprawdzie koronacja

Wacława   II   przyczyniła   się   do   ponownego   zaistnienia   Królestwa
Polskiego na mapie ówczesnej Europy, gdyż nowy król traktował Polskę
jako odrębne państwo, którym władał, nie zamierzał jednak wcale tworzyć
nowego,   wspólnego   wielkiego   królestwa   słowiańskiego.   Wyraźnie
podkreślał oficjalnie, iż był teraz rex Bohemie et rex Polonie.

W   dodatku   w   polityce   zagranicznej   ustalił   sobie   zupełnie   inne

priorytety,  niż spodziewali się Polacy,  wynosząc go na tron. Nie chciał
m.in. wojny z Marchią Brandenburską o odzyskanie zagarniętych przez nią
dawnych   polskich   terytoriów.   W   dodatku   nie   czuł   się   bezpośrednio
związany   z   nowym   królestwem,   którym   w   jego   imieniu   władał,
ograniczając   się   wyłącznie   do  ściągania   podatków,   starosta   namiestnik.
Został nim Czech Friczka (Fryderyk) z Czachowic.

Po zdobyciu polskiej korony nadrzędnym celem Wacława II stała się z

background image

kolei  korona  św.   Stefana,  czyli   podporządkowanie  sobie  Węgier,   gdzie
zamierzał   osadzić   na   tronie   syna,   Wacława   III.   Początkowo   wszystko
sprzyjało jego zamierzeniom. W 1301 roku zmarł bowiem król węgierski,
ostatni   z   dynastii   Arpadów,   Andrzej   III.   Stolicę   Węgier,   Budę,   zajęły
wówczas   bardzo   szybko   wojska   czeskie   i   na   nowego   króla   został
desygnowany przez  Wacława  II jego syn,  królewicz  Wacław III,  który
nawet z tej przyczyny przyjął popularne imię węgierskich królów – Bela,
czyli   Władysław.   Głównym   argumentem,   jakim   posłużono   się   do
rekomendacji królewskiej, był fakt, iż matką Wacława III była księżniczka
Anna pochodząca z rodu Arpadów. Znaczenie króla Wacława  II, który
jako władca kontrolował już trzy państwa, zdecydowanie wzrosło i czyniło
go w ten sposób coraz potężniejszym monarchą europejskim.

Wywołało   to   jednak   zdecydowany   sprzeciw   ze   strony   innych

europejskich   panujących,   mocno   zaniepokojonych   coraz   bardziej
rosnącym znaczeniem Przemyślidy. Pojawiła się nowa potęga polityczna i
militarna, łamiąca wyraźnie ustalony od lat porządek w Europie. Na to nie
mogło być zgody dotychczasowych kreatorów polityki europejskiej.

Pod naciskiem nowego papieża Benedykta  IX, a przede wszystkim

króla rzymskiego Albrechta Habsburga, a później również króla Francji
Filipa   Pięknego,   wobec   zagrożenia   przez   nich   wojną   z   Wacławem   II,
nowym   władcą   Węgier   koronowano   ostatecznie   w   Budzie   księcia
Caroberta  z  linii  andegaweńskiej,   również   spowinowaconego  z  królami
węgierskimi. Książę ten po objęciu tronu przyjął imię Karola Roberta. Nie
rozwiązywało to jednak ostatecznie batalii o władztwo nad Węgrami. Król
Wacław II, chociaż został zmuszony do ustępstwa, nie zamierza! wcale
rezygnować   z   walki   o   węgierską   koronę.   Groźba   czeskiej   inwazji   na
Węgry pozostawała w tej sytuacji zupełnie realna.

Dlatego   jednym   z   pierwszych   działań   Karola   Roberta   było...

wyekwipowanie w odpowiednie środki finansowe oraz uzbrojenie silnej
grupy najemników i wysłanie jej do Władysława Łokietka do Polski. Miał
on na naszych ziemiach wystąpić teraz w roli dywersanta i z węgierską
pomocą   zorganizować   powstanie   antyczeskie.   Jak   to   było   w   jego
zwyczaju, działając spontanicznie i nie czekając na węgierską pomoc, udał
się natychmiast do ziemi sandomierskiej posiłkowany tylko przez Rusinów
i Tatarów, niosąc ze sobą zniszczenie i pożogę. Skutecznie jednak został
stamtąd przepędzony przez tych możnych z Małopolski, którzy wcześniej
zaufali Wacławowi II. Okazało się, że nie na długo. Wkrótce mały książę
tam powrócił, już tylko z samymi  Węgrami. Ktoś mu wreszcie doradził,

background image

aby próbował także zjednywać sobie sandomierskich możnych. Bo tylko
ich pomoc mogła stanowić szansę powrotu do Krakowa.

Na razie Łokietek był jednak zbyt słaby militarnie, aby móc wkroczyć

zbrojnie   do   tej   dzielnicy,   nie   mówiąc   już   o   zdobyciu   samego   miasta.
Ograniczył się do zjednywania sobie polskich sojuszników. Od czasu do
czasu, podejmując krótkotrwałe wypady łupieskie, próbował siać zamęt i
niepewność w ziemi krakowskiej. Takie działania zakończyły się jednak
dla niego katastrofą.

To   właśnie   podczas   kolejnej   nieudanej   próby   wywołania

antyczeskiego buntu Władysław Łokietek, ścigany przez zbrojny oddział
starosty krakowskiego, ukrywał się przez wiele dni w jaskiniach Ojcowa,
skąd przedostał się do „swojego” Sandomierza. Jego powrót na scenę poli-
tyczną wydawał się w tych warunkach zupełną niemożliwością. Opuścił
raz   jeszcze   kraj   i   udał   się   tym   razem   na   dwór   wiedeński,   gdzie   bez
większych   efektów   próbował   włączyć   się   do   austriacko-węgierskiej
koalicji wymierzonej w Wacława II.

Los okazał się jednak raz jeszcze łaskawy dla małego księcia.
Oto   w   czerwcu   1305   roku   niespodziewanie   zmarł   w   Pradze   król

Wacław II. Na tronie czeskim zasiadł jego jedyny syn Wacław III, który
oczywiście   szykował   się   także   do   polskiej   koronacji.   Był   to   dla
Władysława   Łokietka   bardzo   wyraźny   sygnał   do   ponowienia   otwartej
walki   o   polski   tron.   Natychmiast   wyruszył   przez   Sandomierz   do
Wielkopolski, aby być jak najbliżej Gniezna, bo przecież tam odbywały
się zawsze koronacje polskich królów. Uważał, że korona mu się należy. I
wcale nie zrażało go to, że dotychczas w Polsce nikt nigdy mu jej nie
zaproponował.

Postanowił królewską koronę zdobyć sam.

background image

Rozdział IV

W stronę korony

Morderstwo  w  Ołomuńcu.   Dziedzice  Królestwa  Polskiego.
Utrata Pomorza i Gdańska. Śmierć Henryka III głogowskiego
i   jej   skutki.   Nieudana   wyprawa   przeciwko   Brandenburgii.
Misja biskupa Gerwarda. Król krakowski.

T

ego jeszcze w historii Polski nie było. Nikomu niegdyś nieznany władca

peryferyjnego   księstwa   brzesko-kujawskiego,   okrutnik   i   awanturnik,
leczący   występkami   swoje   kompleksy   niskiego   wzrostu,   stał   się   nagle
jednym z dwóch najpoważniejszych piastowskich kandydatów do polskiej
korony.   Na   razie   jednak   znajdowała   się   ona   w   Pradze,   w   rękach
szesnastoletniego   Wacława   III,   jedynego   syna   króla   Czech   i   Polski
Wacława II.

Właśnie się koronował w Pradze koroną Przemyślidów. Piastowską

koronę,   mimo   rosnącego   sprzeciwu   wielkopolskich   możnowładców,
zainteresowanych wyniesieniem na tron księcia Henryka III głogowskiego,
zamierzał   włożyć,   tak   jak   wszyscy   dotychczasowi   polscy   królowie,   w
Gnieźnie. Wcześniej, jakby dla utwierdzenia swojego prawa do polskiego
tronu,   Wacław   III   zawarł   związek   małżeński   z   Piastówną,   polską
księżniczką Violą Elżbietą, córką księcia oświęcimskiego Mieszka I. Teraz
wyruszył   na   uroczystości   koronacyjne   do   Polski.   Na   wszelki   wypadek
towarzyszyła mu silna armia, aby złamać ewentualny opór przeciwników.
Podczas  postoju w  Ołomuńcu,   odległym   wtedy tylko   o dzień drogi   od
polskiej   granicy,   Wacław   III   został   skrytobójczo   zamordowany.
Okoliczności tej śmierci do dzisiaj wzbudzają emocje historyków.

Pozornie wszystko wydawało się jasne i oczywiste. W zamkowych

krużgankach   zauważono   człowieka   biegnącego   z   zakrwawionym
mieczem. Okazał się nim dworzanin królewski, niemiecki rycerz Konrad z

background image

Dotenstein.   Biegł   z   okrzykiem:   „Król   został   zamordowany!”.   Rycerza
natychmiast otoczono i rozsiekano, nie dając mu najmniejszej szansy na
żadne   wyjaśnienia,   nie   mówiąc   już   o   procesie   sądowym.   Jego
zmasakrowane ciało rzucono – według słów Jana Długosza – psom na
pożarcie.   Szybko,   nawet   podejrzanie   szybko,   rozprawiono   się   z   tym
niemieckim rycerzem z Dotenstein.

Pozostają   jednak   liczne   pytania   bez   odpowiedzi.   Czy  rzeczywiście

Konrad z Dotenstein był  królobójcą? Dlaczego w takim razie krzykiem
alarmował   o   śmierci   króla?   Czy   może   walczył   z   jego   mordercami   i
któregoś zranił? Czy tej zbrodni dokonał ktoś inny? Komu najbardziej za-
leżało na śmierci Wacława III? Czy za zabójstwem króla stali przeciwnicy
unii polsko-czeskiej, czy też wrogowie świeżo zawiązanego porozumienia
czesko-brandenburskiego? A może jedni i drudzy? Jaką rolę mógł odegrać
w tym królobójstwie węgierski król Karol Robert? Ale czy tylko on byłby
w nie zamieszany?  Zdania kronikarzy i historyków  są tutaj podzielone.
Jedno   jest   niemal   pewne:   Konrad   z   Dotenstein   nie   miał   do   tej   pory
absolutnie żadnych zatargów z królem Wacławem III, był jego lojalnym,
zaufanym rycerzem.

Warto   w   tym   miejscu   zwrócić   jeszcze   uwagę   na   to,   iż   wyprawę

koronacyjną   Wacława   III   do   Polski   należało   traktować   również   jako
ekspedycję   zbrojną,   mającą   poskromić   opornego   lennika,   Czyli
znajdującego się już w Wielkopolsce Władysława Łokietka, który przyjął
nawet wtedy tytuł  „dziedzica Królestwa Polskiego”. Dlatego niektóre z
kronik   niemieckich   wspominają,   iż   był   to   spisek,   za   którym   stali   król
rzymski   Albrecht   Habsburg   oraz   nasz   mały   książę.   Coś   w   tych
niemieckich   zapisach   jest   na   rzeczy,   gdyż   właśnie   wtedy   książę
Władysław   Łokietek   próbował   razem   z   królem   rzymskim   montować
koalicję przeciw margrabiom brandenburskim, popieranym z kolei przez
Czechów, a po śmierci Wacława III miał już tylko jednego poważnego
konkurenta do korony.

Władysław Łokietek nie był jedynym księciem, który nadał sobie tytuł

„dziedzica   Królestwa   Polskiego”.   Na   mocy   „porozumienia   czterech”
prawo do sukcesji po Przemyśle II należało przecież do księcia Henryka
III głogowskiego. On też po śmierci tego króla jako pierwszy przyjął ów
tytuł, będąc przekonany, że w pełni jest mu należny. Uznawał się bowiem
za głównego „dziedzica” króla Przemysła II.

Ale oto pojawił się na ówczesnej polskiej scenie politycznej zupełnie

nowy, trzeci „dziedzic Królestwa Polskiego”. Co więcej, uważał, że należy

background image

mu  się również tron czeski. Był  to książę brzeski Bolesław III, zwany
Rozrzutnym.   Prawo   do   czeskiej   korony   tłumaczył   bliskim   pokre-
wieństwem z Wacławem III. Był  bowiem mężem jego rodzonej siostry
Małgorzaty.  Na jego nieszczęście mężem drugiej siostry Wacława III –
Elżbiety, był syn ówczesnego króla niemieckiego Jan Luksemburski, który
również z tego samego tytułu co książę Bolesław III zażądał dla siebie
korony czeskiej, a w konsekwencji także polskiej.

Książę   Bolesław   III   Rozrzutny   swoje   prawo   do   polskiego   tronu

wywodził,   jak   wszyscy   Piastowie   śląscy,   od   protoplasty   rodu,   czyli
Władysława   II   Wygnańca,   najstarszego   syna   Bolesława   Krzywoustego,
powołując się dodatkowo na wszystkich protoplastów całej dynastii pia-
stowskiej.   Nie   posiadał   jednak,   poza   dynastycznym   pochodzeniem,   ani
odpowiednich środków finansowych, ani przede wszystkim politycznego
znaczenia, aby mógł być rzeczywistym pretendentem do korony. Szybko
zresztą został zmuszony przez Jana Luksemburskiego do złożenia hołdu ze
swojej części Śląska. Z tytułu „dziedzica” nie zrezygnował do końca życia.

Dwaj   pozostali   „dziedzice”   wzajemnie   się   blokowali,   nie   mogąc

uzyskać   wyraźnej   przewagi   politycznej   i   militarnej.   Wszelkie   próby
udowodnienia   sobie   siłą,   kto   ma   więcej   do   powiedzenia   na   drodze   do
korony, nie przynosiły żadnych konkretnych rezultatów. Obie strony słały
też do Awinionu poselstwa, które miały udowodnić, kto ma większe prawo
do polskiej korony. Skorzystał na tym tylko Jan Luksemburski, całkowicie
podporządkowując sobie księstwa wrocławskie, brzeskie i legnickie.

W   dodatku,   powołując   się   na   porozumienie   zawarte   jeszcze   z

Wacławem II, na mocy którego władcy wymienili się terytoriami (Miśnia
za Pomorze), margrabiowie brandenburscy Otto i Waldemar zgłosili swoje
roszczenia   do   Pomorza,   które   zajął   przecież   wcześniej   Władysław
Łokietek. Postanowili teraz zagarnąć je siłą. Brandenburska wyprawa, nie
napotykając   większego   oporu   pomorskiego   rycerstwa,   przy   zupełnej
bezczynności   małego   księcia   pilnującego   swoich   spraw   w   Krakowie,
szybko   dotarła   w   sierpniu   1308   roku   w   rejony   Gdańska.   Gdy   tylko
najeźdźcy zjawili się pod miastem,  miejscowy patrycjat  otworzył  przed
nimi bramy. Jedynie nieliczna, słaba polska załoga broniąca się jeszcze w
gdańskim zamku zdążyła wysłać do Władysława Łokietka prośbę o szybką
pomoc.

Nie wiadomo  do dzisiaj, czy to, co się dalej wydarzyło,  stanowiło

efekt  własnego pomysłu Władysława Łokietka, czy też podsunął mu go
któryś   z   jego   bratanków   rządzących   kujawskimi   księstewkami

background image

sąsiadującymi   z   Krzyżakami,   lub   może   Wilhelm,   przeor   klasztoru   Do-
minikanów w Gdańsku. Jan Długosz twierdził, iż była to sugestia sędziego
pomorskiego   Boguszy.   Ważne,   że   mały   książę   pomysł   zaakceptował   i
zrealizował.   W   każdym   razie   był   on   najgorszy   z   możliwych.   Jego
niekorzystne skutki utrzymywały się w Polsce przez stulecia.

Otóż   przebywający  wówczas   w   Sandomierzu   Władysław  Łokietek,

zamiast   podjąć   spodziewaną   w   jego   otoczeniu   zbrojną   wyprawę
ratunkową,   postanowił   ocalić   dla   Polski   Gdańsk   i   Pomorze   cudzymi
rękami. Zwrócił się zatem oficjalnie z prośbą do zakonu krzyżackiego o
zorganizowanie   odsieczy   oblężonym   i   równocześnie   przepędzenie
Brandenburczyków  z Gdańska. Naiwnie sądził, iż najlepiej będzie, gdy
wynajmie do tego celu zakonnych rycerzy, którzy wykonają za niego całą
wojenną robotę, po czym wycofają się natychmiast z miasta, a wtedy on
sam pozostanie panem Gdańska i całego Pomorza.

Krzyżacy   oczywiście   natychmiast   przyjęli   tę   propozycję.   Znając

jednak skłonności polskiego księcia do łamania danego słowa, zażądali od
niego   pisemnych   gwarancji   dotyczących   pokrycia   wszystkich   kosztów
wyprawy. Wielki mistrz Henryk von Plozke zawarł zatem z występującym
w   imieniu   małego   księcia   sędzią   Boguszą   pisemny   kontrakt,   na   mocy
którego   rycerze   zakonni   zobowiązali   się   przepędzić   wojska
brandenburskie z Gdańska, ale do tamtejszego zamku miał wejść oddział
Krzyżaków   i   stanowić   odtąd   połowę   jego   załogi,   do   czasu   aż   książę
Władysław Łokietek zwróci Zakonowi wszystkie wydatki poniesione w
związku z udzieleniem mu pomocy militarnej.

Należy zauważyć,  że po zajęciu Gdańska stacjonował w nim tylko

niewielki   oddział   wojsk   brandenburskich.   Nie   był   on   w   stanie   zdobyć
bronionego przez Polaków zamku. Szybka wyprawa ratunkowa polskich
wojsk, nawet niewielkich liczebnie, odzyskałaby miasto. Niestety,  mały
książę, jak zwykle, nie wiedział ani nie próbował nawet się dowiedzieć,
jak silne wojska nieprzyjaciela znajdują się w Gdańsku, i kierując się jak
zwykle pierwszym impulsem, skorzystał także z pierwszej podsuniętej mu
propozycji.

Posiłki   krzyżackie,   dwustu   rycerzy   zakonnych,   którymi   dowodził

Günter  von  Schwarzeburg   –   komtur   chełmiński,   szybko   dotarły   drogą
wodną   do   zamku   gdańskiego   i   razem   z   Polakami   wyparły
Brandenburczyków   z   miasta.   Ledwo   jednak   zakończyło   się   wspólne
oczyszczanie  Gdańska  z  niedobitków  wojsk  brandenburskich,  Krzyżacy
uwięzili polskich dowódców, w tym także sędziego Boguszę i kasztelana

background image

Wojciecha,   aby   wymusić   na   nich   oddanie   w   ich   ręce   całego   zamku.
Zakładników wypuszczono dopiero po podpisaniu dokumentu regulujące-
go pobyt załogi krzyżackiej w opuszczonym przez Polaków zamku. Miała
ona   w   nim   pozostać   tylko   do   czasu   uregulowania   przez   Władysława
Łokietka pełnej należności za tę zbrojną usługę Zakonu. Mały książę nie
spieszył   się   jednak   z   zapłatą.   Nie   podjął   także   żadnych   pertraktacji   z
Krzyżakami w tej sprawie.

Dlatego   wkrótce   do   Gdańska   przybyły   kolejne   wojska   krzyżackie,

tym razem już pod wodzą samego wielkiego mistrza. 13 listopada 1308
roku niespodziewanie dokonały rzezi polskiego mieszczaństwa i rycerstwa
w   mieście.   Bulla   papieża   Klemensa   V   z   19   października   1310   roku
zarzucała Krzyżakom, iż zamordowali wtedy ponad dziesięć tysięcy osób.
Krzyżacy   twierdzili,   że   zabili   tylko   dziewiętnastu   pospolitych
przestępców.   Faktycznie   zgładzili   wówczas   co   najmniej   kilka   tysięcy
gdańszczan i prawie wszystkich polskich rycerzy,  stanowiących niegdyś
wspólnie   z   nimi   załogę   zamku,   a   obecnie   stacjonujących   w   mieście.
Gdańsk przeszedł w ręce Zakonu.

Zakon miał  wreszcie otwartą drogę do morza  i do podboju całego

Pomorza.   Brandenburczycy   wycofali   się   stamtąd   bez   stawiania   już
żadnego oporu. Krzyżacy szybko zajęli polskie grody Tczew i Nowe oraz
zagrozili Kujawom.

Dopiero   wtedy   Władysław   Łokietek   wykazał   się   inicjatywą

dyplomatyczną.   W   kwietniu   1309   roku   we   wsi   Grabie   na   Kujawach
doprowadził do spotkania z przedstawicielami Zakonu. Krzyżacy zażądali
wówczas od małego księcia, zgodnie z umową, wypłaty należnej kwoty za
odsiecz gdańską, którą oszacowali – według Jana Długosza nadmiernie –
na   sto   tysięcy   grzywien   szerokich,   czyli   ciężkich   groszy,   a   następnie
zaproponowali   księciu,   gdyby   nie   był   w   stanie   zapłacić   tej   należności,
odkupienie od niego dokładnie za taką samą sumę całego Pomorza Gdań-
skiego.

Za nadanie prawa własności do Pomorza Gdańskiego Zakon oferował

dodatkowo polskiemu księciu zaniechanie wszelkich roszczeń za odsiecz
gdańską,   ponadto   zwrot   miasta   Nieszawy   i   dwóch   wsi   Orłowo   i
Murzynowo na Kujawach oraz wystawianie na własny koszt, na każde ży-
czenie   księcia,   czterdziestu   kopijników,   a   także   budowę   i   uposażenie
klasztoru – dla zbawienia księcia Władysława i jego potomków. Książę
Władysław Łokietek szybko zerwał te rozmowy. Jak zwykle nie zamierzał
ani   płacić,   ani   też   wywiązywać   się   z   obietnic,   a   krzyżacką   cenę   za

background image

Pomorze, a zwłaszcza budowę owego klasztoru, uznał za wyjątkową próbę
obrazy   jego   osoby.   Rozzłoszczony   powrócił   do   Krakowa.   Niestety   z
niczym. Następstwem zaś zerwania rozmów było wkrótce oblężenie przez
Krzyżaków   i   zdobycie   Świecia,   ostatniej   już   twierdzy   znajdującej   się
jeszcze   w   polskich   rękach   na   Pomorzu   Gdańskim.   Zapoczątkowało   to
liczne wojny pomiędzy Władysławem Łokietkiem a Zakonem.

Tak   łatwe   opanowanie   Pomorza   Gdańskiego   przez   Krzyżaków

musiało uzyskać akceptację przynajmniej części pomorskiego rycerstwa.
Nikt bowiem nie stawiał Zakonowi oporu ani nie próbował nawet stawać
w obronie interesów Polski i małego księcia.

Mając w swych rękach całe Pomorze Gdańskie, Zakon zwrócił się z

kolei   do   Waldemara,   margrabiego   brandenburskiego,   z   propozycją
odkupienia od niego wszelkich praw do ziemi pomorskiej. Zaproponował
margrabiemu   za   owo   zrzeczenie   kwotę   dziesięciu   tysięcy   grzywien,
niewspółmiernie niską do tej, jaką gotów był  zapłacić małemu  księciu.
Oferta   została   przyjęta   i   12   czerwca   1310   roku   Krzyżacy   otrzymali   w
Słupsku   stosowny   dokument   własności.   Na   mocy   tego   dokumentu
zagarnęli potem całe związane z Polską Pomorze. Nie zważali przy tym, że
brandenburski margrabia Waldemar nie miał żadnej podstawy prawnej do
sprzedaży Pomorza. Władysław Łokietek nie zdobył się wówczas nawet
na   symboliczny   gest   protestu.   Próba   wyprocesowania   zwrotu   Pomorza
podjęta została znacznie później.

Na ponad półtora wieku Gdańsk i Pomorze Gdańskie były stracone

dla Polski.

Tymczasem los jeszcze raz uśmiechnął się do małego księcia. Otóż 9

grudnia 1309 roku zmarł w Głogowie jego największy rywal do polskiej
korony, książę Henryk III głogowski. Księstwo głogowskie – wtedy naj-
większe w Polsce – podzielone zostało pomiędzy pięciu synów: Henryka
IV   Wiernego,   Jana   ścinawskiego,   Konrada   oleśnickiego,   Bolesława
oleśnickiego  i   Przemka   głogowskiego.   Tak   rozdrobnione   państewka,   w
których na dodatek synowie Henryka III toczyli pomiędzy sobą nieustanne
spory   i   nawet   walki   zbrojne,   szybko   zostały   kawałek   po   kawałku,
księstewko   po   księstewku,   wchłonięte   przez   króla   Czech.   Tylko
Wielkopolską starał się skutecznie zarządzać Henryk IV Wierny, którego
zresztą, łamiąc  układ z Krzywinia, Łokietek nigdy nawet nie próbował
usynowić.   Jednak   rządzenie   wyłącznie   w   okrojonej   Wielkopolsce   (jej
południowo-zachodnią część książę Henryk III zapisał pozostałym synom)
to stanowczo za mało,  aby można  się było na tej podstawie ubiegać o

background image

polski tron. Tym bardziej że prawa do tej dzielnicy nieustannie zgłaszali
bracia Henryka IV, a także władca czeski Jan Luksemburski.

Niesłychanie zadziwiające jest to, jak można było wówczas jednym

zapisem   testamentowym   przekreślić   dorobek   całego   życia.   Obaj   śląscy
pretendenci do polskiego tronu, książęta wrocławski i głogowski, najpierw
przez lata, pokonując liczne przeciwności losu, budowali mozolnie potęgę
i znaczenie swoich księstw. Wreszcie doprowadzili do tego, że były one
największe i najbogatsze w Polsce. Dzięki temu zdobyli prawo ubiegania
się o królewską koronę. Jednak na chwilę przed śmiercią obaj Henrykowie
starannie   zburzyli   wszystko   to,   co   przedtem   zbudowali,   stwarzając
testamentowymi  zapisami prawne i militarne warunki do konsekwentnej
likwidacji tak uporczywie tworzonej potęgi.

Straty   terytorialne   poniesione   na   Pomorzu   Władysław   Łokietek

postanowił   zrównoważyć   kolejnymi   zdobyczami   kosztem   właśnie
Wielkopolski i Brandenburgii. Na przełomie 1312 i 1313 roku, raz jeszcze
łamiąc  wcześniejszy układ,  w  części  Wielkopolski,  którą  władał  książę
Henryk   IV   Wiemy,   wzniecił   bunt   rycerstwa   pod   wodzą   oddanego   mu
możnowładcy   Dobrogosta   z   rodu   Nałęczów,   udzielając   początkowo
buntownikom ograniczonego, a potem już jawnego poparcia politycznego i
militarnego. W kilku potyczkach buntownicy odzyskali część terytoriów
należących   do   księcia   głogowskiego.   Nie   przesądzało   to   jednak   o
ostatecznym osiągnięciu zamierzonego celu. Walki się przeciągały, a siły
buntowników bynajmniej nie rosły.

Dlatego   Władysław   Łokietek   ruszył   wraz   z   wszystkimi   swoimi

wojskami   do   Poznania.   Miasto,   wierne   księciu   Henrykowi   IV,   długo
broniło   się   skutecznie   pod   wodzą   wójta   Przemka.   Walki   były   bardzo
zaciekłe i nawet po przełamaniu miejskich murów wojska małego księcia
musiały zdobywać dom po domu. Ostatecznie w 1314 roku przyłączył on
Poznań i Gniezno do swojej części Wielkopolski. Południowo-zachodnie
rejony   tej   dzielnicy   pozostały   jednak   w   rękach   księcia   Henryka   IV
Wiernego i jego braci.

Triumfujący   książę   Władysław   Łokietek   ogłosił   się   ponownie

„dziedzicem   Królestwa   Polskiego”.   Był   już   na   najlepszej   drodze   do
korony.   Najpierw   ukoronował   swój   herb   –   połączenie   orła   z   gryfem.
Wkrótce,   aby   udowodnić   swoje   prawa   do   całego   kraju,   postanowił
zaatakować   Brandenburgię,   zamierzając   jej   kosztem   rozszerzyć   granice
swojego   państwa,   a   zarazem   odebrać   ziemie   przez   lata   przez   nią
zagarniane.

background image

Uczynił to, jak zwykle, w swoim stylu. Najpierw zawiązał sojusz z

królami   Danii,   Norwegii   i   Szwecji   oraz   książętami   Rugii,   Pomorza   i
Meklemburgii   w   celu   podjęcia   wspólnej   wyprawy   przeciwko   Marchii
Brandenburskiej. Potem,  z nieznanych dotąd powodów, nie czekając na
żadną   skoordynowaną   akcję   wszystkich   sojuszników,   jako   pierwszy
rozpoczął działania zbrojne przeciwko Marchii, liczył, że w decydującym
momencie   sojusznicy   wesprą   jego   poczynania.   Działania   te   polegały
głównie na obopólnych wyprawach łupieskich, w których Polska nic nie
zyskała.   Co   więcej,   przyniosły   one   tylko   spustoszenie   zachodniej
Wielkopolsce, a nawet niewielkie straty terytorialne w tym regionie.

Tymczasem sojusznicy, zapewne zniechęceni lub nawet oburzeni tym

wybiegnięciem   polskiego   księcia   przed   szereg,   ograniczyli   się   podczas
tych   walk   jedynie   do   roli   biernych   obserwatorów   sposobu,   w   jaki   je
prowadził książę krakowski. W dodatku mały książę posługiwał się w tej
wyprawie posiłkami litewskimi. Użycie pogan do walki z chrześcijańskim
władcą,   łupienie   przez   nich   kościołów   i   klasztorów   odbiło   się
niekorzystnym   echem   w   Europie   i   również   miało   wpływ   na   postawę
niedawnych sojuszników. W tej sytuacji osamotniony Władysław Łokietek
dość   szybko   zakończył   tę   bezsensowną   batalię,   która   przyniosła   mu   w
konsekwencji, poza złupieniem paru miast, tylko polityczne straty; zawarł
rozejm i rozpoczął pokojowe negocjacje z Brandenburgią.

Niepowodzenie w wojnie z Brandenburgią ostudziło na pewien czas

ambicje   militarne   Władysława   Łokietka.   Wyznaczył   sobie   inny   cel   –
zdobycie   królewskiej   korony.   Niestety,   w   1314   roku   zmarł   arcybiskup
gnieźnieński Jakub Świnka. Bez zaangażowania największego hierarchy
Kościoła   w   Polsce   niemożliwe   były   jakiekolwiek   starania   o   koronę   w
Stolicy Apostolskiej. Wybrany dopiero po dwóch latach następca Jakuba
Świnki – Borzysław I – faktycznie nie objął tej funkcji, w 1317 roku zmarł
bowiem nagłe w Awinionie, gdy przyjechał tam po papieską nominację.
Wówczas papież Jan XXII, niewiele się namyślając i nie mając zresztą z
kim   (chodziło   o   władcę   państwa)   uzgodnić   tej   kandydatury,   mianował
arcybiskupem gnieźnieńskim... towarzyszącego wówczas Borzysławowi I
w tej wizycie, biskupa włocławskiego Janisława.

Ale   to   nie   arcybiskup   gnieźnieński   walczył   później   o   koronę   dla

małego księcia.

Duchownym,   który   niewątpliwie   położył   największe   zasługi   w

sprawie   królewskiego   tronu   dla   Władysława   Łokietka,   był   kolejny   po
Janisławie   biskup   włocławski   –   Gerward.   Podobnie   jak   wcześniej

background image

arcybiskup   Jakub   Świnka,   on   również   należał   do   zagorzałych
zwolenników   utrzymania   za   wszelką   cenę   Królestwa   Polskiego.   To
właśnie   biskup   Gerward   ostatecznie   wziął   na   siebie   ciężar   wszystkich
starań   o   koronę   dla   Władysława   Łokietka   w   Stolicy   Apostolskiej.   Jak
wiadomo, był w tym dziele bardzo skuteczny. Trudno jednak doszukać się
w polskich rocznikach i kronikach informacji o tym,  że za ten wysiłek
został  później jakoś szczególnie  uhonorowany lub wynagrodzony przez
króla. Na razie jednak okazał się bardzo przydatny.

Najpierw   biskup   Gerward   wystąpił   jako   pomysłodawca   zjazdu   w

Sulejowie, który odbył się w czerwcu 1318 roku, a na który przybyli, poza
przedstawicielami Wielkopolski, prawie wszyscy możni i hierarchowie z
całej Polski. Zebrani uchwalili tam petycję do papieża Jana XXII (której
autorem  był   znowu  biskup  włocławski),   prosząc   pokornie,   aby  w   swej
łaskawości zechciał wyrazić zgodę na koronację księcia krakowskiego. Za
główny   argument,   który   miał   przemawiać   za   taką   decyzją,   posłużyło
przedstawienie   obrazu   nieszczęść,   jakie   spadały   na   kraj   pozbawiony
koronowanego   władcy   za   sprawą   pogan   i   schizmatyków.   Zapomniano
tylko   dodać,   że   ci   poganie   i   schizmatycy   stanowili   znaczną   część   siły
militarnej   małego   księcia.   Jak   się   później   okazało,   pamiętali   o   tym
doskonale Krzyżacy.

Podpisani pod petycją prosili dalej, aby papież w taki właśnie sposób

ostatecznie   położył   kres   tragicznej   sytuacji   w   kraju,   który   regularnie
przecież płaci świętopietrze, a tym samym jest przecież formalnie podległy
Stolicy   Apostolskiej,   i  Władysława,   krakowskiego,   sandomierskiego,
sieradzkiego,   łęczyckiego,   kujawskiego   i   królestwa   polskiego
wielkopolskiego   oraz   ziemi   pomorskiej   księcia   i   dziedzica,   a   także
posiadacza   przepotężnego   zechcieć   raczył   podnieść   do   godności   króla
tegoż królestwa polskiego
.

Wyposażony w taki dokument, a jeszcze dodatkowo w odpowiednie

środki   finansowe   dla   korumpowania   papieskich   urzędników,   biskup
Gerward   udał   się   w   1318   roku   do   Awinionu.   Celem   jego   misji   było
uzyskanie zgody na koronację Władysława Łokietka. Nie było to wcale
zadanie łatwe. Nawet dla tak zręcznego dyplomaty, jakim był niewątpliwie
biskup włocławski.

Przede wszystkim dlatego, że w tym samym czasie o zgodę papieską

na koronację w Polsce ubiegał się również król Czech Jan Luksemburski.
Dysponował on bardzo poważnymi argumentami. Był przecież oficjalnym
następcą na tronie Przemyślidów,  a zatem także następcą poprzedniego

background image

króla   Czech   i   Polski.   Ponadto   władał   już,   polskim   do   niedawna,
południowym   Śląskiem.   Przypominał   również   papieżowi,   że   jego
konkurent nie powinien zostać królem, gdyż  dobrowolnie stał się przed
laty lennikiem królów czeskich (układ w Klęce) i z tego lenna nie został
nigdy zwolniony ani sam go oficjalnie nie wypowiedział. Lennicy zaś nie
mogli się wtedy ubiegać o jakiekolwiek zaszczyty, nie mówiąc o koronie
królewskiej, bez zgody seniora, a za takiego wobec Władysława Łokietka
uważał się właśnie Jan Luksemburski. Zapewniał przy tym  papieża, że
nigdy   taka   zgoda   polskiemu   księciu   nie   została   udzielona   –   ani   przez
niego, ani przez żadnego z jego poprzedników.

Sprzeciw   wobec   ewentualnej   korony   dla   Władysława   Łokietka

zgłaszali w Awinionie również... Krzyżacy. Zarzucali oni krakowskiemu
księciu   zarówno   dwukrotne   obłożenie   klątwą   kościelną,   ich   zdaniem
dyskwalifikującą   go   jako   kandydata   na   chrześcijańskiego   króla,   jak
również   notoryczne,   niegodne   przyszłego   koronowanego   władcy,   nie
wywiązywanie się ze składanych przysiąg i podejmowanych zobowiązań,
a   przede   wszystkim   nieustanne   wspieranie   się   militarne   wojskami   ze
schizmatycznej wobec Kościoła katolickiego Rusi oraz – co jeszcze gorsze
– pogańskimi Litwinami i Tatarami. Krzyżacy próbowali właśnie w taki
sposób odwrócić uwagę papieskiego otoczenia od rozpoczętego już wtedy
procesu o zagarnięcie przez nich Pomorza.

Inną,   poważniejszą   przeszkodą   była   sprawa   biskupa   krakowskiego

Jana   Muskaty,   przed   laty   uwięzionego,   a   następnie   wypędzonego   z
Krakowa   przez   Władysława   Łokietka.   Papież   kategorycznie   zażądał   od
księcia, aby wypełnił wydany w tej sprawie wyrok papieski z 1309 roku,
co oznaczało, że biskup Jan powinien zostać przywrócony do wszystkich
zajmowanych   niegdyś   funkcji   i   dostojeństw   w   Krakowie.   Oświadczył
równocześnie, że nie będzie w tej kwestii prowadził żadnych dyskusji. W
tej sytuacji mały książę się ukorzył i złożył oficjalne przyrzeczenie, iż pod
rygorem cofnięcia zgody na koronację podporządkuje się całkowicie woli
papieskiej i wyrokowi z 1309 roku. Potem wyszło na jaw, że ową wolę
Jana   XXII   dotyczącą   krakowskiego   biskupa   zinterpretował   w   bardzo
szczególny sposób. Jak zwykle, i nie tylko zresztą w tej sprawie.

Ostatecznie   papież   Jan   XXII   podjął   wobec   obu   kandydatów   iście

Salomonową   decyzję.   Nie   mianował   wprawdzie   księcia   Władysława
Łokietka królem Polski, ale – za pomocą niezwykle zawiłej argumentacji –
nie   odmówił   mu   wprost   prawa   do   ubiegania   się   o   tytuł   króla...
krakowskiego.   Janowi   Luksemburskiemu   przyznał   natomiast   wyraźnie

background image

prawo   do   wielkopolskiego   królestwa   Przemysła   II   i   Wacława   II,   ale
również   nie   stwierdził   jednoznacznie,   iż   przysługiwać   mu   będzie   tym
samym   tytuł   króla   Polski.   Podkreślił   jedynie,   że   ewentualna   koronacja
Władysława   Łokietka   powinna   się   odbyć   tak,   aby  niczyje   prawa   nie
zostały   naruszone,
  nie   precyzując   dokładnie,   na   czym   owo   naruszenie
miałoby   polegać.   Oznaczało   to   w   rzeczywistości,   że   Jan   XXII   nie
sprzeciwił   się   samej   koronacji   krakowskiego  księcia,   tyle   tylko,   że   nie
mogła   mieć   ona   miejsca   w   Gnieźnie,   gdzie   tradycyjnie   koronowano
polskich królów, natomiast sam książę nie mógł w jej wyniku nosić tytułu
króla Polski.

Należy zwrócić uwagę na jeszcze jedną odnotowaną w tej sprawie

istotną informację. Otóż w  Roczniku lubuskim  z 1320 roku znajduje się
zapiska   głosząca,   iż   papież   Jan   XXII  otrzymał   za   osiągnięcie  [przez
Władysława Łokietka] tytułu królewskiego mnogą ilość pieniędzy i zrobił
wszystkich ludzi swojego królestwa po wieczne czasy czynszownikami, w
ten sposób, iż każdy człowiek co roku obowiązany jest dawać
 [papieżowi]
jednego denara, który to denar nazywa się denarem Świętego Piotra.

Możliwość kupienia sobie korony przez polskiego księcia jest wysoce

prawdopodobna, gdyż w taki właśnie sposób w owych czasach (o czym
świadczy także przypadek Przemysła II czy próba zakupu polskiej korony
przez   Wacława   II)   bardzo   często   zapewniano  sobie   papieską   zgodę   na
koronację   lub   uzyskanie   ważnych   stanowisk   i   przywilejów.   Takie
działania traktowane były jako zupełnie normalne. Nie było zatem w tym
konkretnym przypadku starań o polską koronę nic wyjątkowego.

background image

Rozdział V

„Krwawy wilk z pastorałem”

Sen   ojca   Mirosława.   Absolwent   bolońskiego   uniwersytetu.
Spowiednik czeskiego króla. Jak zostać starostą krakowskim.
Narastające konflikty. Sąd arcybiskupi. Uwięzienie Muskaty.
Sąd papieski. Ugoda z Awinionu. Zemsta po śmierci.

W

szystkich   swoich   przeciwników   politycznych   książę   Władysław

Łokietek   zwalczał   z   nadzwyczajną   bezwzględnością.   Klasycznym   tego
przykładem była sprawa biskupa krakowskiego Jana Muskaty. Można na
podstawie jej przebiegu prześledzić sposób postępowania księcia wobec
przeciwnika,   który   nie   dysponował   odpowiednią   siłą   militarną,   aby
skutecznie   mu   się   przeciwstawić.   Łatwo   się   przekonać,   że   dla   małego
księcia każdy sposób służący pognębieniu przeciwnika był dobry.

Ojciec   Mirosław   był   krakowskim   franciszkaninem.   Pewnego   razu

zasnął podczas nocnej modlitwy. Był już w podeszłym wieku i zdarzało
mu się to dosyć często. Tym razem jednak miał sen wyjątkowy, proroczy.
Ujrzał w nim wielkiego krwiożerczego wilka stojącego na tylnych łapach.
Przerażające   dla   zakonnika   było   zwłaszcza   to,   że   wilk   miał   na   sobie
biskupie szaty, a w pysku trzymał pastorał. Ale to jeszcze nie wszystko.
Wilk stał pomiędzy dwoma wielkimi tablicami z łacińskimi inskrypcjami.
Na jednej z tablic widniał skrwawiony miecz i napis:  Drapieżny wilku.
Wyciągnąłeś miecz z pochwy i skrwawiłeś go. Miecz pomsty przebije duszę
twoją.
 Druga z nich nie pozostawiała już nawet cienia wątpliwości, o kogo
może tu chodzić. Napisano na niej wyraźnie: Oto Jan, biskup krakowski.

Przypomnę,   zakonnik   był   franciszkaninem.   Ta   uwaga   jest   w   tym

miejscu zasadna, gdyż dotyczy brata zakonnego z klasztoru, który przecież
udzielił   Władysławowi   Łokietkowi   tak   skutecznej   pomocy   w   ucieczce

background image

podczas zdobycia Krakowa przez wojska księcia Henryka IV Probusa. Był
to zresztą jedyny klasztor w mieście, który mógł od tego czasu liczyć na
daleko idącą protekcję księcia Władysława Łokietka. Nie powinno zatem
nikogo   zaskakiwać,   że   to   zakonnik   z   tego   właśnie   zgromadzenia,   a   w
dodatku   konkretnego   krakowskiego   klasztoru   franciszkanów,   miał   tak
proroczy   sen.   Można   jeszcze   powiedzieć,   iż   ten   niezwykły   sen   był
widzeniem niejako na wyraźne zamówienie. Oczywiście został on też z
inicjatywy książęcego dworu odpowiednio nagłośniony.

Jak   się   później   okazało,   nocne   przeżycie   franciszkanina   nie   było

odosobnionym   widzeniem   osoby   duchownej   dotyczącym   biskupa
krakowskiego. Wkrótce inny, nieznany niestety z imienia czy z nazwiska,
kapłan   zobaczył   we   śnie   niedźwiedzia,   który  próbował   zwalić   potężne
drzewo. Kiedy to mu się nie udało, zamienił się w ziejącego piekielnym
ogniem smoka. Ale ogień też nic nie zdziałał. Drzewo jak stało, tak stało.
Wówczas smok przybrał postać wściekłego (!) psa usiłującego podgryźć
jego   korzenie.   Również   bezskutecznie.   Drzewo   nawet   nie   drgnęło.
Wreszcie   pies   odszedł   jak   niepyszny.   Również   ten   sen   został   przez
otoczenie Władysława Łokietka zinterpretowany jako alegoryczna próba
obalenia przez biskupa Jana Muskatę niewzruszonej potęgi małego księcia.

Kroniki niestety milczą, czy za ów sen ten anonimowy sługa boży i

jego parafia zostały również jakoś wynagrodzone. Zapewne nic takiego nie
miało miejsca, gdyż  na tym drugim przypadku zakończyły się wszelkie
senne widzenia miejscowych duchownych, lojalnych wobec Władysława
Łokietka,   związane   z   postacią   i   działalnością   wielkiego   adwersarza
księcia, biskupa krakowskiego Jana Muskaty.

Konflikt małego księcia z biskupem, a przede wszystkim sposób, w

jaki   rozgrywał   go   Władysław   Łokietek,   jest   najlepszą   ilustracją   jego
postępowania politycznego. Mamy w tym konflikcie wszystko – łamanie
własnych   przyrzeczeń,   fałszywe   oskarżenia   i   pomówienia,   klątwę
kościelną... Warto zatem prześledzić je po kolei.

Biskup Jan Muskata pochodził prawdopodobnie ze zniemczałej lub

niemieckiej rodziny ze Śląska. Niektórzy historycy utrzymują, iż była to
rdzenna wrocławska rodzina mieszczańska, a nazwisko Muskata miało się
wywodzić od gałki muszkatołowej, którą rzekomo handlował jego ojciec.
Nie   wydaje   się   to   uzasadnione.   Jan   Muskata   zdobył   przecież   bardzo
solidne  wykształcenie  teologiczne,  był   jednym   z  lepszych   absolwentów
wydziału   teologicznego   uniwersytetu   bolońskiego.   Czy   stać   było
sprzedawcę gałki  muszkatołowej na takie wykształcenie dziecka, nawet

background image

zważywszy na atrakcyjność i wysoką cenę tego orientalnego towaru? Poza
tym   był   on   przecież   spokrewniony   także   z   późniejszym   biskupem
wrocławskim Henrykiem z Wierzbna, który bynajmniej nie pochodził z
mieszczańskiej rodziny. Wydaje się, że nazwisko Muskata mogło być z
powodzeniem   nadanym   później   przydomkiem,   wywodzącym   się   od
słodkiego wina, moscato, ulubionego trunku biskupa krakowskiego, który
bardzo sobie upodobał podczas studiów uniwersyteckich w Bolonii.

Po   studiach   młody,   utalentowany   magister   powrócił   do   Polski   z

nominacją na archidiakona łęczyckiego. Równym mu wykształceniem nie
mógł się wtedy pochwalić nie tylko żaden z równorzędnych magistrowi
stanowiskiem   polskich   duchownych,   lecz   także   wielu   najwyższych   na
naszych   ziemiach   dostojników   kościelnych.   To   musiało   boleć   polskich
hierarchów   i   stało   się   zapewne   jednym   z   istotnych   elementów
konfliktujących młodego archidiakona z arcybiskupem gnieźnieńskim.

W   tym   czasie   ziemią   łęczycką   władał   książę   Władysław  Łokietek.

Zderzenie księcia, o którego wykształceniu nic konkretnego nie wiadomo,
z wyróżniającym się magistrem najważniejszej wtedy uczelni w Europie
musiało   być   konfliktogenne   i   zapewne   wtedy   narodziła   się   wzajemna
nieprzyjaźń,   która   później   bardzo   szybko   zmieniła   się   w   nienawiść   i
wrogość.   W   każdym   razie   początkowo   górą   był   mały   książę   i
spowodował,   że   archidiakon   porzucił   wkrótce   Łęczycę,   udając   się   do
rodzinnego Wrocławia.

Tam   Jan   Muskata   szybko   został   jednym   z   zaufanych   doradców

biskupa   wrocławskiego   Tomasza   II,   który   wysłał   go   do   Stolicy
Apostolskiej,   aby   skutecznie   torpedował   wszelkie   dążenia   do   polskiej
korony wielkiego biskupiego adwersarza, księcia Henryka IV Probusa.

Jednakże na dworze papieskim archidiakon zadbał przede wszystkim

o swoją karierę. W 1284 roku papież Marcin IV mianował go kolektorem
świętopietrza   w   Polsce   i   na   Pomorzu.   Niezadowolony   z   tej   nominacji
biskup Tomasz II nawet wezwał Jana Muskatę do powrotu do Wrocławia.
Ten co prawda wrócił z Awinionu, ale tylko po to, aby wypełniać w Polsce
swoją   powinność   wobec   kurii   papieskiej.   Teraz   jednak,   po  przyjeździe
Muskaty z Łęczycy, obaj duchowni zaczęli zgodnie współpracować. We
Wrocławiu Jan Muskata nadal pełnił funkcję kolektora świętopietrza, co
szybko   pozwoliło   mu   na   nawiązanie   licznych   kontaktów   zarówno   z
władcami świeckimi, jak i hierarchami Kościoła na ziemiach polskich. W
takich   właśnie   okolicznościach   zetknął   się   z   dworem   króla   Czech
Wacława  II, skutecznie ubiegającego się wtedy o polską koronę. Czeski

background image

król   poszukiwał   w   Polsce   sojuszników,   a   młody   urzędnik   papieski   nie
ukrywał swojej sympatii do Wacława II. Sympatia musiała być obopólna,
gdyż  Jan Muskata został wkrótce spowiednikiem króla, a w 1294 r. to
właśnie   Wacław   II,   mając   wtedy   już   w   swych   rękach   Małopolskę,
doprowadził do nominacji Jana Muskaty na biskupa krakowskiego. Wraz z
tą   nominacją   król   obdarzył   go   również   stanowiskiem   starosty
krakowskiego.

Okoliczności wprowadzania Jana Muskaty na krakowskie biskupstwo

w pełni potwierdzają to, jak bardzo zależało królowi Wacławowi II na tej
nominacji. Zachował się tu pełny przekaz historyczny okoliczności, w ja-
kich odbyła się elekcja nowego biskupa w Krakowie. Otóż budynek, w
którym owa elekcja miała miejsce, otoczony został czeskimi wojskami, a
na obrady wkroczył ówczesny starosta krakowski Hynek z Dube i okazał
zebranym   duchownym   pismo   od   Wacława   II,   w   którym   król
rekomendował swojego spowiednika Jana Muskatę na stanowisko biskupa
krakowskiego,   grożąc   jednocześnie   sankcjami,   z   wygnaniem   włącznie,
gdyby uczestnicy tej elekcji dokonali innego wyboru. Był to decydujący
argument, który przesądził o nominacji.

Nowy   biskup   krakowski   okazał   się   znakomitym   organizatorem.

Szybko  stworzył  w Małopolsce rodzaj księstwa biskupiego. Dochody z
biskupstwa   inwestował   w   ufortyfikowane   zamki   i   miasta.   Wykazał   się
przy tym wielką sprawnością w poborze należnych świadczeń kościelnych
i królewskich. Wacław II miał w nim oddanego człowieka.

Tymczasem nastąpiło ważne dla polskich dziejów wydarzenie. Otóż

wielkopolski książę Przemysł II koronował się w Gnieźnie na króla Polski,
wyprzedzając w tym  zamiarze  Wacława II. Okoliczności uzyskania pa-
pieskiej zgody na tę koronację były co najmniej podejrzane. Przekupiono
bowiem czeską delegację w Stolicy Apostolskiej – z Aleksym, kapelanem
króla   Wacława   II,   na   czele   –   a   także   wpływowych   urzędników   kurii,
dzięki czemu papież Bonifacy VIII potwierdził Przemysłowi II prawa do
polskiej korony. Niczego nie zmienił oficjalny protest Wacława II, gdyż
przypomniano czeskiemu władcy o nieomylności papieża, a poza tym jego
uwzględnienie byłoby przyznaniem się kurii papieskiej do korupcji. Na nic
zdała   się   też   groźba   zbrojnego   dochodzenia   swoich   praw   do   polskiej
korony.

Na uroczystościach koronacyjnych Przemyśla II nie pojawili się ani

Władysław Łokietek, ani jego bratankowie, książęta kujawscy. Nie był na
nich obecny również, skonfliktowany z arcybiskupem Jakubem Świnką, a

background image

poza tym bliski przecież współpracownik Wacława II, biskup krakowski
Jan Muskata. Król Przemysł II pół roku po koronacji został zamordowany
w okolicznościach rzucających, jak wiadomo, cień na dwa wielkopolskie
rody   –   Nałęczów   i   Zarembów   –   oraz...   na   Władysława   Łokietka.
Morderstwo   to   otwarło   jednak   drogę   do   polskiego   tronu...   czeskiemu
królowi Wacławowi II.

Stało się tak dzięki temu, że Jakub Świnka, arcybiskup gnieźnieński,

początkowo   popierał   polską   koronację   czeskiego   króla,   licząc   na
utworzenie w ten sposób antyniemieckiego frontu w tej części Europy z
udziałem Czech, Polski i Węgier. Dlatego bez wahania koronował Wacła-
wa II w Gnieźnie na króla Polski. Kiedy się okazało, że król Wacław II nie
zamierza   tworzyć   ligi   antyniemieckiej,   a   w   dodatku   zgłasza   pretensje
terytorialne wobec Węgrów, Jakub Świnka nawiązał na powrót przyjazne
stosunki   z   książętami   kujawskimi,   krewnymi   Władysława   Łokietka,
zrywając ostatecznie z proczeską polityką. Jedną z pierwszych ofiar tego
zerwania   padł   najbliższy   sojusznik   Wacława   II   w   Polsce,   biskup
krakowski Jan Muskata.

Arcybiskup Jakub Świnka wytoczył  mu w końcu 1301 roku proces

kanoniczny   o   lekceważenie   władzy   arcybiskupiej   oraz   o   wyrządzenie
licznych   krzywd   i   szkód   miejscowej   ludności,   a   także   o   wielokrotne
mężobójstwo,   wprawdzie   dokonane   nie   osobiście,   ale   na   jego   rozkazy.
Zarzucił   biskupowi   krakowskiemu   także   zaniedbywanie   obowiązków
liturgicznych.   Wśród   licznych   przewinień   Jana   Muskaty   znalazło   się
również... złamanie celibatu, którego miał się dopuścić z Gerussą, córką
wójta   sądeckiego.   Wszystko   to   miało   mieć   miejsce   podczas   pełnienia
przez Jana Muskatę urzędu starosty krakowskiego. Wśród historyków do
dzisiaj brak zgody, czy te zarzuty były rzeczywiście prawdziwe.

Proces, w którym z woli legata papieskiego na rozjemcę i głównego

sędziego   wyznaczono   wrocławskiego   biskupa   Henryka   z   Wierzbna,
zaprzyjaźnionego   zresztą   i   spokrewnionego   z   krakowskim   biskupem,
skończył się dość szybko uwolnieniem Jana Muskaty od wszelkiej winy i
kary.   Mimo   tego   wyroku   mały   książę   próbował   tworzyć   w   Krakowie
kościelną   opozycję   wobec   biskupa.   Znane   są   nawet   imiona   trzech
czołowych   opozycjonistów:   proboszcza   Adama,   kustosza   Jarosta   i
Mikołaja, proboszcza wiślickiego.

Po raz drugi te same zarzuty wobec Jana Muskaty postawił arcybiskup

gnieźnieński w 1306 roku. Tym razem proces przerwała jednak ugoda...
pomiędzy Władysławem Łokietkiem a biskupem krakowskim. Przewidy-

background image

wała ona, że w zamian za anulowanie rozpoczętego procesu biskup nie
będzie   podejmował   żadnych   nieprzyjaznych   wobec   księcia   działań
wspierających   czeskie   interesy   w   Małopolsce.   Obie   strony   znakomicie
zdawały sobie sprawę z kruchości tęgo porozumienia, ale książę chciał
mieć   przynajmniej   chwilowy   spokój   w   Małopolsce   w   trakcie   podjętej
właśnie zbrojnej wyprawy na Pomorze.

Ten   bardzo   kruchy   rozejm   szybko   złamał   jeden   z   dowódców

książęcych oddziałów zaciężnych – Strasz, syn Dobiesława z Końskich,
który   najechał   dobra   biskupie,   dokonując   w   nich   licznych   rabunków   i
spustoszeń. Trudno przypuszczać, aby działał on na własną rękę. Musiał
mieć  co najmniej  milczące  przyzwolenie  swojego księcia. Jan Muskata
natychmiast   wystąpił   zbrojnie   przeciwko   Straszowi,   posiłkowany   przez
księcia   Mikołaja   opawskiego,   przyrodniego   brata   króla   Wacława   II.
Wspólnie wypędzili wojska książęce z posiadłości biskupich, a Jan Mu-
skata złożył oficjalną skargę na ręce małego księcia.

Władysław Łokietek po powrocie z nieudanej wyprawy na Pomorze

nakazał   Straszowi   zapłacenie   biskupowi   aż   dwustu   pięćdziesięciu
grzywien w czystym srebrze lub w groszach praskich jako rekompensatę
za zniszczenia w jego posiadłościach. Była to w tamtych czasach wielka
suma, pokazująca zarazem skalę strat spowodowanych najazdem Strasza
na   posiadłości   biskupie.   Strasz   z  pewnością   nie   dysponował   zasądzoną
sumą.   Jako   zastaw   miał   biskupowi   przekazać   dwie   wsie,   ale   tego
zobowiązania ostatecznie nie wypełnił. Nie istnieją zresztą żadne wypisane
dowody   na   to,   że   krakowski   biskup   wspomniane   grzywny   albo   wsie
kiedykolwiek otrzymał.  Zapewne był  to kolejny – jak byśmy  to dzisiaj
powiedzieli – piarowski zabieg Władysława Łokietka. Ukarał wprawdzie
winnego, ale w taki sposób, aby nie stała mu się żadna krzywda.

Wkrótce podczas pobytu biskupa krakowskiego w jego posiadłości w

Iłży   został   tam   pojmany   przez   zwolenników   księcia,   prawdopodobnie
Toporczyków.   Zawiedli   go   do   klasztoru   na   Łysej   Górze,   gdzie   został
zmuszony do złożenia przysięgi na wierność Władysławowi Łokietkowi,
w   dodatku   na   drzewo   Krzyża   Świętego,   relikwię,   którą   miejscowi
benedyktyni otrzymali właśnie od krakowskiego władcy. Jan Muskata ową
przysięgę   wprawdzie   złożył,   ale   wkrótce   po   uwolnieniu   uroczyście   ją
odwołał jako złożoną pod fizycznym przymusem.

Dwa   tygodnie   później   w   Wiślicy   Władysław   Łokietek   unieważnił

wszystkie przywileje i nadania Wacława II dla biskupstwa krakowskiego.
A   po   kolejnych   kilku   tygodniach   oddziały   książęce,   w   konsekwencji

background image

tamtej decyzji, zajęły biskupie miasta Kielce, Iłżę, Sławków, Tarczki oraz
inne jego posiadłości, nawet te znacznie starsze od nadań króla Wacława
II, przyznane jeszcze poprzednikom tego biskupa. Jan Muskata zmuszony
został   do   ucieczki   do   swojego   zamku   w   Lipowcu,   leżącym   już   poza
granicami księstwa krakowskiego.

Arcybiskup Jakub Świnka natychmiast, 12 lipca 1306 roku, wznowił

(za   aprobatą   lub   nawet   sugestią   Władysława   Łokietka)   już   raz
rozstrzygnięty proces kanoniczny przeciwko Janowi Muskacie. Toczył się
on tym razem zaocznie, bez udziału bezpośrednio zainteresowanego. Za-
kończył   się   14   czerwca   1308   roku   orzeczeniem   winy   biskupa
krakowskiego i zawieszeniem go we wszystkich czynnościach kościelnych
oraz obłożeniem różnymi  karami  kościelnymi.  Pozbawiony dochodów i
oparcia w krakowskim kościele, Jan Muskata wyjechał do Wrocławia, do
swojego   krewniaka   biskupa   Henryka   z   Wierzbna,   tego   samego,   który
uniewinnił go wcześniej, w pierwszym procesie. Stamtąd odwołał się od
arcybiskupiego   wyroku   wprost   do   papieża.   Klemens   V   przyjął   to
odwołanie i zapowiedział ponowne rozpatrzenie zasadności wyroku sądu
arcybiskupiego przez sąd papieski.

Niespodziewanie   późną   jesienią   1308   roku   Władysław   Łokietek

wysłał   zaproszenie   do   Jana   Muskaty   do   Wrocławia   w   celu   podjęcia
rozmów kończących długotrwały spór księcia z biskupem. Ten jednak nie
dowierzał małemu księciu. Zbyt dobrze go znał i dlatego zażądał od niego
pisemnego   glejtu   bezpieczeństwa.   Otrzymał   go   wraz   z   zapewnieniem
powrotu do katedry krakowskiej. Mimo to biskup udał się do Krakowa
razem z biskupem wrocławskim, aby na wszelki wypadek mieć świadka
prowadzonych rozmów.

Po przybyciu do Krakowa obaj biskupi zatrzymali się w klasztorze

Dominikanów. Kiedy tylko zasiedli tam do pierwszego po podróży obiadu,
klasztor   otoczyły   wojska   węgierskie   i   małopolskie.   Jan  Muskata   został
przez   nie   aresztowany   i   osadzony   w   ciemnicy   na   Wawelu.   Natomiast
biskupowi wrocławskiemu nakazano natychmiast opuścić Kraków. Henryk
z   Wierzbna   o   tym,   co   się   wydarzyło   w   krakowskim   klasztorze
Dominikanów,   zaraz   po   przybyciu   do   Wrocławia   niezwłocznie
poinformował papieża Klemensa V.

Obie skargi – tę dotyczącą wyroku arcybiskupiego sądu oraz skargę

na   gwałt   ze   strony   krakowskiego   księcia   –   otrzymał   do   rozpatrzenia
Gentilis de Monteflorum, kardynał, prezbiter tytułu S. Martin in Montibus,
legat papieski na Węgrzech (w Polsce w tym czasie nie było papieskiej

background image

legatury). Wysłał on do Władysława Łokietka i do biskupa krakowskiego
wezwanie do stawienia się przed sądem papieskim w Preszburgu (dzisiaj
Bratysława – przyp. A.Z.).

Mały książę zlekceważył jednak to wezwanie, zwłaszcza że trzymany

w ciemnicy Jan Muskata  w końcu  „skruszał”  i w  lipcu  1309  roku,  po
ponadpółrocznym pobycie w lochu, uznał wszystkie swoje winy, ponadto
przyrzekł wierność i posłuszeństwo księciu oraz dobrowolnie zrzekł się na
jego   korzyść   swojego   zamku   w   Lipowcu,   leżącym   jednak   już   poza
granicami ówczesnego księstwa krakowskiego, a także zobowiązał się nie
opuszczać krakowskiej diecezji bez osobistej zgody Władysława Łokietka.

Oczywiście Jan Muskata udał się, najszybciej jak było to możliwe, na

wezwanie legata przed sąd papieski do Preszburga. Wyjazdowi temu mały
książę nie mógł się przecież przeciwstawić.

Niemniej jednak w drodze na ową rozprawę orszak biskupa Muskaty

został w miejscowości Osoblahy napadnięty i obrabowany z wszelkiego
mienia   przez   niezidentyfikowanych   sprawców.   Podobno   byli   to   jacyś
rycerze   rabusie.   Miał   to   być   zupełny   przypadek,   że   napadli   akurat   na
orszak biskupa. Przez przypadek również uwolnili całą biskupią asystę,
kiedy przekonali się, że lekko tylko rannemu Janowi Muskacie udało się
podczas   tej   napaści   szczęśliwie   uciec.   Być   może.   Tak   samo   jak
przypadkowa   była   podobno   druga   napaść   na   biskupa   już   pod   Nowym
Miastem na Morawach, po której kolejną próbę kontynuowania podróży
do   Ołomuńca   Jan   Muskata   podjął...   w   kobiecym   przebraniu.   Po
szczęśliwym przybyciu do Ołomuńca już nie miał żadnych problemów z
dalszą podróżą na papieski sąd. Ważne jest, że biskupowi krakowskiemu
udało się ostatecznie, choć z pewnym opóźnieniem, dotrzeć na proces do
Preszburga.

Papieski proces toczył się przez pół roku. Książę Władysław Łokietek

pomimo wielokrotnego wzywania ani razu nie stawił się na procesie. W
czerwcu   1310   roku   legat   Gentilis   wydał   ostateczny   wyrok,   na   mocy
którego Jan Muskata został ponownie oczyszczony z wszystkich zarzutów
stawianych mu przez arcybiskupa Jakuba Świnkę. Tym samym anulowane
zostały wszystkie kary kościelne nałożone na niego przez sąd arcybiskupi
oraz   został   przywrócony   na   biskupstwo   krakowskie.   Wymuszone
więzieniem deklaracje Jana Muskaty uznano w tym wyroku za nieważne.
Przed tym samym sądem papieskim książę Władysław Łokietek uznany
został   winnym   popełnienia   gwałtu   na   osobie   duchownej,   będącej   w
dodatku pasterzem kościoła krakowskiego, ukarany za to klątwą kościelną,

background image

zaś całe jego księstwo obłożono interdyktem.

Jednakże   klątwa   ta,   podobnie   jak   poprzednia,   którą   obłożył   go

wcześniej biskup poznański Andrzej, nie zrobiła na księciu Władysławie
Łokietku najmniejszego wrażenia. Po prostu ją zlekceważył, a dodatkowo
arcybiskup gnieźnieński zabronił duchowieństwu upublicznienia w Polsce
treści   papieskiego   wyroku.   Po   raz   kolejny   władze   polskiego   Kościoła
jawnie się sprzeciwiły tak ważnym decyzjom papieskim. Podobnie jak to
się   działo   przed   laty,   za   czasów   panowania   Bolesława   Kędzierzawego,
kiedy   to   w   pełni   podporządkowały   się   interesom   panującego   księcia,
również  teraz  przemilczały klątwę  papieską.  Warto  także  zauważyć,  że
arcybiskup   gnieźnieński   Jakub   Świnka   właśnie   w   tym   czasie   dożywał
swoich dni w posiadłości... księcia Władysława Łokietka w Uniejowie.

Wyrok sądu papieskiego w niczym zatem nie zmienił w Polsce losów

Jana   Muskaty.   Dlatego   nie   powrócił   on,   mimo   korzystnego   wyroku
papieskiego legata, do swego biskupstwa do Krakowa. Wiedział, co go
tam może znowu spotkać, czego nie skrywał zresztą mały książę. Prosto z
Preszburga Jan Muskata udał się zatem najpierw na Śląsk, gdzie czas jakiś
jako wygnaniec przebywał we Wrocławiu u biskupa Henryka z Wierzbna.
Wkrótce jednak wyruszył do Awinionu, aby złożyć skargę bezpośrednio u
samego papieża. Źle trafił. Legat Gentilis właśnie umarł, a wkrótce po nim
zmarł również papież Klemens V. Zanim wybrano jego następcę, papieża
Jana   XXII,   minęły   dwa   lata.   Muskata   musiał   więc   długo   czekać   w
Awinionie na oficjalne złożenie i rozpatrzenie swojej skargi. Tego czasu
nie zmarnował natomiast książę krakowski.

Uprzedzając złożenie przez Jana Muskatę skargi na ręce Jana XXII,

Władysław Łokietek poinformował kurię papieską, iż przystał na szybkie
przeprowadzenie ugody z biskupem krakowskim. Niestety, szczegóły tej
książęcej   oferty   nie   przetrwały   do   naszych   czasów.   Jednakże   wobec
takiego pojednawczego stanowiska małego księcia ewentualna skarga nie
miała najmniejszych szans na rozpatrzenie.

Wkrótce   się   okazało,   że   książę   i   tym   razem   oszukał   papieża.   Nie

chciał bowiem dać żadnych gwarancji bezpieczeństwa powracającemu do
jego księstwa biskupowi. Wobec takiego stanowiska Władysława Łokietka
Jan Muskata do swojej katedry do Krakowa powrócił dopiero dziesięć lat
później. Nie był to jednak powrót triumfalny, lecz wymuszony – choć tym
razem zupełnie nowymi okolicznościami.

Starającemu się wtedy o koronę królewską w kurii papieskiej księciu

Władysławowi   Łokietkowi   od   razu   zakomunikowano,   iż   jednym   z

background image

podstawowych   wymogów,   warunkujących   podjęcie   jakichkolwiek
konkretnych rozmów o jej uzyskaniu, jest właśnie całkowite podporządko-
wanie się krakowskiego księcia wyrokowi sądu papieskiego z 1310 roku,
czyli   oczyszczenie   z   wszelkich   zarzutów,   przywrócenie   wszystkich
kościelnych   funkcji   oraz   oddanie   katedry   krakowskiej   ponownie
biskupowi   Janowi   Muskacie.   Przymuszony   w   ten   sposób   mały   książę
musiał przystać na to żądanie. Spełnił je jednak w swoim stylu.

Po przybyciu Jana Muskaty do Krakowa okazało się, że nie był to

wcale   triumfalny   powrót   hierarchy   do   swojej   diecezji.   Przywrócona
została wprawdzie biskupowi oficjalna funkcja kościelna, ale książę nie
zwrócił mu żadnej z zagarniętych wcześniej posiadłości, argumentując, iż
w żądaniu papieskim wymieniono tylko przywrócenie biskupa do urzędów
kościelnych   w   Krakowie.   To   przecież   uczynił.   O   zaspokojeniu  innych,
doczesnych roszczeń biskupa nie było przecież mowy.

Całkowicie   złamany   przez   Władysława   Łokietka   psychicznie,   a

zapewne   również   finansowo,   opuszczony   przez   przyjaciół   i
współpracowników,   którzy   przeszli   teraz   gremialnie   do   zwycięskiego
obozu   jego   adwersarza,   biskup   Jan   Muskata   nie   stanowił   już   żadnego
politycznego  zagrożenia   dla   księcia,   który  sięgał   właśnie   po  królewską
koronę. W konsekwencji całkowicie zrezygnował z wszelkiej działalności
politycznej   i publicznej,  skupiając  się  wyłącznie   na  posłudze  religijnej,
chociaż i w tym przypadku zarzucano wtedy w kręgach królewskich kra-
kowskiemu hierarsze pewną opieszałość... w tępieniu heretyków.

Ostatnim   publicznym   wystąpieniem   Jana   Muskaty   była   obecność

biskupa   krakowskiego   podczas   uroczystości   koronacyjnej   Władysława
Łokietka i jego żony Jadwigi. Koronacji dokonał arcybiskup gnieźnieński
Janisław, a Muskata znalazł się na tej uroczystości jedynie jako jeden z
wielu duchownych w orszaku arcybiskupa. Dwa tygodnie później, 7 lutego
1320 roku, biskup krakowski umarł. Ale nawet po śmierci dotknęła go
jeszcze raz, ze strony Władysława Łokietka, tym razem już jego królew-
ska, mściwość, a może tylko niełaska.

Otóż   Jan   Muskata   nie   został   tradycyjnie   pochowany,   jak   wszyscy

dotychczasowi krakowscy biskupi, w katedrze w Krakowie. A to dlatego,
że sprzeciw zgłosił osobiście król krakowski. Ciało wielkiego adwersarza
Władysława   Łokietka,   po   bardzo   skromnych   uroczystościach
pogrzebowych,   zostało   złożone   poza   murami   miasta   w   pobliskim
klasztorze Cystersów, w Mogile pod Krakowem (dzisiaj jest to krakowska
dzielnica Nowa Huta – przyp. A.Z.). Nie pozostał już nawet najmniejszy

background image

ślad po miejscu jego pochówku.

Specjalnie wykonana  z brązu tablica nagrobna, wskazująca miejsce

złożenia ciała biskupa krakowskiego Jana Muskaty, zaginęła bowiem po
pożarze   klasztoru   w   1743   roku.   Podobno,   chociaż   brak   na   to   pełnego
potwierdzenia, zakonnicy sprzedali ją wtedy, całkowicie zniszczoną, jako
bezwartościowy złom.

Wraz ze śmiercią krakowskiego biskupa Jana Muskaty zakończyła się

w polskim Kościele pewna epoka. Przede wszystkim definitywnie utraciła
na naszych ziemiach swoją niszczącą siłę klątwa kościelna. Równocześnie,
pozbawieni tej tak skutecznej do niedawna broni, hierarchowie kościelni
przestali odgrywać decydującą rolę w kształtowaniu polityki wewnętrznej
i zagranicznej polskich królów i książąt. Wynikało to także ze wzmoc -
nienia władzy królewskiej.

Biskupi   stali   się   już   tylko   doradcami   władców   w   sprawach

politycznych   i   duchowych.   Na   tym   tle   zresztą   dochodziło   później   do
licznych   zatargów   Władysława   Łokietka   i   jego   syna   Kazimierza
Wielkiego   z   kolejnym   biskupem   krakowskim   Janem   Grotowicem.   Jak
trafnie   to   określił   współczesny   historyk   Stanisław   Szczur:  ...władcy
odrodzonego królestwa polskiego potrzebowali tylko biskupów doradców,
a nie, jak dotąd, samodzielnych, niezależnych polityków.

background image

Rozdział VI

Soczewica, koło, miele, młyn

Dlaczego miasta się buntowały. Książę zrywa porozumienie.
Czterej   wójtowie   i   przeor   klasztoru.   Cena   otwarcia   bram
Krakowa. Dalsze losy wójta Alberta.

T

o były tylko cztery słowa. Polskie słowa, trudne do wymówienia dla

cudzoziemca.   Ale   za   to   o   jakim   ciężarze!   Zależało   od   nich   życie   lub
śmierć   połączona   z   natychmiastową   konfiskatą   całego   majątku.
Wystarczyło   tylko   źle   wymówić   jedno   z   nich,   aby   najpierw   być   włó-
czonym końmi po ulicach Krakowa, a potem skończyć na szubienicy. Co
prawda   kara   ta   dotyczyła   tylko   dorosłych   mężczyzn,   resztę   rodziny
skazańca   dotykała   natomiast   śmierć   cywilna.   Cały   majątek   skazanego
przepadał   bowiem   na   rzecz   księcia   Władysława   Łokietka,   stanowiąc
wyrównanie   sumy,   jaką   otrzymał   książę   opolski   Bolesław   za   oddanie
miasta.

Z dnia na dzień zatem bardzo bogate krakowskie rodziny pozostawały

bez dachu nad głową i środków do życia. Nikt nie mógł nawet przygarnąć
ich   pod   własny   dach,   bo   przecież   najbliższa   rodzina   czy   też   sąsiedzi
znajdowali się na ogół w takiej samej sytuacji.

Tak   działo   się   zresztą   nie   tylko   w   Krakowie.   Analogiczne

odpytywania z poprawnej wymowy słów  soczewica, koło, miele, młyn  i
podobne sceny kaźni, połączone z zagarnięciem całego mienia skazanych,
miały   miejsce   również   w   Sandomierzu,   Wieliczce   i   Miechowie,   czyli
wszędzie   tam,   gdzie   miejscowe   mieszczaństwo   wypowiedziało
posłuszeństwo   księciu   krakowskiemu   Władysławowi   Łokietkowi   i
zdeklarowało się jako zwolennicy czeskiego króla Jana Luksemburskiego,
chcąc   w   nim   widzieć   przyszłego   władcę   Małopolski.   Profilaktycznie
niejako takie same represje obejmowały również co bogatszych mieszczan

background image

pochodzenia   niemieckiego   w   innych   małopolskich   miastach,   nawet   w
tych,  które, jak na przykład Nowy Sącz, należały wtedy do najbardziej
lojalnych wobec małego księcia.

Patrycjat  miejski w Polsce był  zresztą wtedy z reguły pochodzenia

niemieckiego.   Wiązało   się   to   z   zakładaniem   miast   na   prawie
magdeburskim.   Zasadźcami   była,   praktycznie   na   wszystkich   ziemiach
polskich,   przede   wszystkim   nierolnicza   napływowa   ludność   niemiecka,
chociaż   zdarzała   się   także   społeczność   pochodzenia   czeskiego.   Zawsze
jednak   byli   to   cudzoziemcy.   Kraków,   zniszczony   przez   nie   tak   dawne
tatarskie   najazdy,   odbudowany   został   także   na   prawie   magdeburskim.
Większość mieszczan podwawelskiego grodu stanowili zatem przybysze z
Niemiec.   Niemcami   byli   wszyscy   bez   wyjątku   miejscy   rajcy.   Swoje
interesy integralnie wiązali jednak z rozwojem Krakowa, który postępował
w bardzo szybkim tempie. Miasto nie tylko nader sprawnie odbudowywało
się   z   tatarskich   zniszczeń,   lecz   także   stawało   się   bardzo   znaczącym
centrum handlowym w tej części Europy. Najlepszym tego dowodem było
przystąpienie   stolicy   Małopolski   do   elitarnego,   skupiającego   tylko
najbogatszych,  związku hanzeatyckiego. Żeby do tego związku należeć,
miasto musiało być naprawdę bogate.

Urząd   wójta   miał   wtedy  z   mocy   magdeburskiego   prawa   charakter

dziedziczny. Od 1290 roku sprawował go Albert, który był jednocześnie
wójtem Wieliczki.

Wielkim   pechem   wójta   Alberta   i   jego   rajców   był   fakt,   iż   rządzili

miastem w okresie największych zawirowań politycznych w Małopolsce.
Swoje prawa do książęcego tronu na Wawelu zgłaszali po śmierci księcia
Leszka   Czarnego   kolejno   Bolesław   II   płocki,   Konrad   II   czerski,   Wła-
dysław Łokietek, Henryk IV Probus, Przemysł II, król czeski Wacław II i
ponownie   Łokietek,   a   także   czeski   król   Jan  Luksemburski.   Wprawdzie
zamek wawelski leżał już poza murami Krakowa, ale stanowił wspólny z
miastem   organizm.   Oczywiste   było,   że   każdy,   kto   chciał   zasiadać   na
Wawelu, musiał także władać Krakowem.

W tej skomplikowanej sytuacji politycznej patrycjat miejski nie miał

najmniejszych   szans   na   zachowanie   neutralności.   Wtedy   niewątpliwie
najbliżej   było   mu   do   szczególnie   dbającego   o   rozwój   miast   księcia
wrocławskiego, choć nie brakowało obaw, że gdy obejmie władzę w całej
Polsce,   najważniejszym   stołecznym   miastem   uczyni   Wrocław,
pozostawiając Krakowowi rolę drugoplanową. Niemniej w decydującym
momencie,   gdy   wojska   Henryka   IV   Probusa   stanęły   pod   Krakowem,

background image

bramy  miejskie zostały natychmiast otworzone im bez walki, co zmusiło
zamkniętego wtedy za murami Władysława Łokietka do godzącej w jego
dumę   ucieczki.   Bezbronny,   w   zakonnym   przebraniu,   w   wielkim
wiklinowym koszu spuszczony został nocą przez franciszkanów z murów
miejskich, a następnie zbiegł na Węgry.

W 1305 roku musiał mały książę także odejść z niczym spod murów

Krakowa.   Nie   wpuszczono   go   tam,   a   potem   ścigano   i   zmuszono   do
ukrywania   się   w   jaskiniach   Ojcowa.   Mściwy   i   pamiętliwy   Władysław
Łokietek nie mógł o tych upokarzających wydarzeniach zapomnieć.

Kraków zajął książę dopiero rok później, 15 sierpnia 1306 roku. Stało

się   to   w   następstwie   rokowań,   jakie   musiał   przeprowadzić   z   wójtem
Albertem, który stawiał twarde warunki i w zasadzie uzyskał wszystko to,
co   chciał.   Władysław   Łokietek   bardzo   dotkliwie   przeżył   konieczność
rokowań   z   tymi,   którzy   przed   laty   przyczynili   się   do   jego   sromotnej
ucieczki   z   miasta.   Wprawdzie   potwierdził   wszystkie   przywileje   dla
mieszczan w Małopolsce, a nawet nadał im dodatkowe, ale niezwłocznie
przystąpił  do rozprawy z krakowskimi  mieszczanami.  Czynił  to w naj-
bardziej   dotkliwy   dla   nich   sposób,   gnębił   ich   ciągle   zwiększanymi
podatkami i okazjonalnymi obciążeniami, traktując je jako jedyny sposób
na   gromadzenie   środków   pozwalających   opłacać   najemne   wojska
umożliwiające mu prowadzenie dalszej walki zbrojnej o polski tron.

1 września  1306 roku,  wkrótce  po  skrytobójczej   śmierci  czeskiego

króla Wacława III zdążającego na koronację do Polski, już oficjalnie, na
wiecu w Krakowie, rycerstwo, duchowieństwo, a także mieszczanie uznali
Władysława Łokietka za księcia krakowskiego.

Niespełna rok później 7 czerwca 1307 roku w Wiślicy książę wydał

dokument określający nowe prawa dla mieszczan w Małopolsce, w którym
jednak nie wspomniał już ani słowem o przywilejach, jakie przed rokiem
przyznał krakowskim mieszczanom w zawartym z nimi porozumieniu, a
jedynie potwierdził zachowanie starych nadań Bolesława Wstydliwego i
Leszka   Czarnego.   Nie   było   to   pierwsze   złamanie   danego   słowa   w   tej
sprawie przez księcia.  Wkrótce  pozbawił  on niektórych  mieszczan kra-
kowskich   posiadanych   przez   nich   sołectw   i   innych   dochodowych
posiadłości w Małopolsce.

Wielkim   utrudnieniem   dla   dalszego   rozwoju   małopolskich   miast

stawało   się   rosnące   zagrożenie   bezpieczeństwa   handlu.   Na   głównych
szlakach   komunikacyjnych   mnożyły   się   rozboje   dokonywane   przez
maruderów wojsk węgierskich i ruskich, coraz bardziej bezkarnych, stano-

background image

wiących istną plagę kupców, którzy zaczęli omijać Małopolskę jako rejon
skrajnie   niebezpieczny.   Z   kolei   napady   na   wsie   zaopatrujące   miasta
powodowały, że żywność stawała się coraz droższa i była coraz trudniej
dostępna.

A jeszcze nie tak dawno, o czym doskonale w Krakowie pamiętano,

za   rządów   w   Polsce   czeskiego   króla   Wacława   II   udało   się   wreszcie
zaprowadzić   w   kraju   porządek   i   prawie   całkowicie   wytępić   zbójeckie
napady na handlowych szlakach. Pamiętano również Wacławowi II popra-
wienie   tak   ważnej   dla   rozwoju   handlu,   jakości   pieniądza   przez
wprowadzenie w Polsce jako obiegowej waluty groszy praskich, a także
utworzenie   przejrzystej   administracji   lokalnej.   Miasta,   nie   tylko
małopolskie,   wiele   zawdzięczały   czasom   panowania   na   polskim   tronie
króla Wacława II.

Natomiast przy Władysławie Łokietku skala obciążeń podatkowych

małopolskich miast nieustannie rosła i stała się już tak wielka, że wczesną
wiosną 1311 roku wójtowie Krakowa, Sandomierza, Wieliczki, Miechowa
oraz zakonnicy – bożogrobcy z Miechowa, cystersi z Jędrzejowa, a także
prawdopodobnie z Mogiły – zawiązali spisek, którego celem miało być
usunięcie, jako nieudolnego władcy, księcia krakowskiego i wprowadzenie
na   krakowski,   a   potem   na   polski   tron   uznającego   się   za   spadkobiercę
Przemyślidów   czeskiego   króla   Jana   Luksemburskiego.   Spiskowcy   byli
przekonani, iż będzie on równie sprawnym gospodarzem ich dzielnicy jak
jego wielki poprzednik Wacław II.

Bunt, który miał przede wszystkim podłoże ekonomiczne, wybuchł w

maju   1311   roku.   Według   Jana   Długosza   spowodowały   go   nadmierne
obciążenia miasta wydatkami na cele wojenne. Władysław Łokietek wraz
z   całym   wojskiem   przebywał   wtedy  w   Wielkopolsce,   walcząc   o   nią   z
synami   Henryka   III   głogowskiego.   W   każdym   zbuntowanym   mieście
przepędzono   książęcych   urzędników   i   wysłano   wspólną   petycję   do
czeskiego króla, aby przybył objąć władzę w Małopolsce. W tej sytuacji
Jan   Luksemburski   obiecał   buntownikom   pomoc   zbrojną   i   wysłał   do
Krakowa,   w   charakterze   królewskiego   namiestnika,   swojego   lennika
księcia   opolskiego   Bolesława,   który  podobnie   jak   Władysław   Łokietek
również pochodził z dynastii piastowskiej.

Tymczasem w Wielkopolsce los uśmiechnął się do małego księcia. Po

śmierci Henryka III głogowskiego władzę w tej dzielnicy objął jego syn
Henryk IV Wiemy. Nie stała jednak za nim potęga księstwa głogowskiego,
podzielonego pomiędzy synów księcia Henryka III. Wielkopolscy możni

background image

wszczęli  bunt  przeciwko  rządom nowego  władcy.   Bunt  ten,  podsycany
przez   księcia   krakowskiego,   w   pełni   akceptował   i   popierał   arcybiskup
gnieźnieński   Jakub   Świnka,   zdecydowany   przeciwnik   jakiegokolwiek
dalszego rozdrobnienia ziem polskich, mający także na uwadze obiecane
mu przez Władysława Łokietka... dochody z bocheńskich żup solnych.

Uwolniony w  ten sposób  od  potrzeby  bezpośredniego prowadzenia

walki   zbrojnej   z   książętami   śląskimi   w   Wielkopolsce   mógł   Władysław
Łokietek przystąpić do ostatecznej rozprawy z mieszczanami Małopolski.
W tym celu, już po raz kolejny, wezwał na pomoc posiłki węgierskie i
ruskie, które miały otrzymać  jako wynagrodzenie wszystko to, co tylko
potrafią złupić w zbuntowanych miastach.

Sandomierz   padł   bardzo   szybko.   Stało   się   to   przede   wszystkim   w

wyniku   wewnętrznych   zamieszek   wywołanych   przez   Ruperta   i   Marka,
synów poprzedniego wójta, których potem w nagrodę książę Władysław
Łokietek   mianował   nowymi   wójtami   tego   miasta.   Dotychczasowi
wójtowie Witko i Zygfryd za to, że dopuścili się zdrady i zbrodni obrazy
monarszego majestatu,
  zostali przykładnie ukarani. Rodzaju tej surowej
kary wprawdzie nie odnotowano w kronikach, ale sądząc po tym, w jaki
sposób Władysław Łokietek rozprawił się z patrycjuszami krakowskimi,
na pewno nie mieli prawa przeżyć.

Równie   szybko   ruskie   i   węgierskie   wojska   zdobyły   także   słabo

umocnione   Wieliczkę   i   Miechów.   W   Wieliczce   książę   natychmiast
pozbawił Gerlacha von Kulpena wójtostwa, które sprzedał mieszczaninowi
krakowskiemu polskiego pochodzenia. O dalszych losach zdegradowanego
wójta   nic   nie   wiadomo,   można   jedynie   przypuszczać,   że   również   nie
przeżył.   Prawdopodobnie   postąpiono   z   nim   tak   samo   jak   później   ze
zbuntowanymi   mieszczanami   krakowskimi.   Niejako   przy   okazji,
zdobywając   Miechów,   zaciężne   wojska   Władysława   Łokietka   złupiły
doszczętnie   zbuntowany   klasztor   bożogrobców   w   tym   mieście.   Nie
oszczędziły nawet co okazalszych grobów na miejscowym cmentarzu.

Nie   powiodło   się   natomiast   oblężenie   Krakowa.   Im   mocniej   go

atakowano,   tym   mocniej   się   w   nim   bronił   książę   Bolesław   opolski.
Niemały wpływ na zaciekłość tej obrony miały wieści o represjach, jakie
natychmiast   zastosowano   wobec   mieszczan   w   tamtych   trzech,
odzyskanych już dla Władysława Łokietka, miastach. Krakowianie liczyli
również   na   oczekiwaną   odsiecz   czeską.   Oblężenie,   pomimo   wsparcia
wojsk książęcych dodatkowymi posiłkami węgierskimi, ślimaczyło się w
sposób kompromitujący wojska księcia Władysława.

background image

Kiedy  się   jednak  okazało,   że   czeskiej   odsieczy  prędko  nie   będzie,

obrońcy   Krakowa   rozpoczęli   pertraktacje   z   Władysławem   Łokietkiem.
Dość szybko uzgodniono, że za otwarcie bram miejskich książę Bolesław
opolski   otrzyma   odpowiednie   odszkodowanie   pieniężne   i   będzie   mógł
wraz   ze   swym   rycerstwem   bezpiecznie   opuścić   Kraków   i   Małopolskę.
Mieszkańcom   zaś   podwawelskiego   grodu   w   zamian   za   potwierdzenie
lojalności Władysław Łokietek obiecał swą książęcą łaskę.

Wszystkie negatywne konsekwencje buntu spaść miały tylko na wójta

Alberta i kilku jego najzagorzalszych zwolenników. W następstwie tych
ustaleń,   po   wpłaceniu   opolskiemu   księciu   uzgodnionego   odstępnego,
otwarto   krakowskie   bramy   przed   wojskami   małego   księcia.   Bolesław
opolski wraz ze swoimi wojskami, nieatakowany, powrócił na Śląsk. Tym
samym  stłumione  zostało ostatnie, największe ognisko mieszczańskiego
oporu. Zaczęło się w Krakowie polowanie na buntowników.

Szybko   wyszło   na   jaw,   że   krakowski   wójt   i   jego   główni

współpracownicy, rodzeni bracia Jan i Henryk, a także rajcy Suderman,
Petzold   z   Rożnowa   i   Ortlib   wraz   ze   swymi   rodzinami   opuścili   miasto
razem z odchodzącymi spokojnie oddziałami opolskiego księcia.

Rozwścieczony  tym   faktem  książę   Władysław   najpierw  unieważnił

wszystkie   przywileje   dla   Krakowa,   które   kiedykolwiek   w   przeszłości
miasto   otrzymało   od   różnych   panujących.   Miejsce   dotychczasowego
dziedzicznego   wójta   zajął   teraz   urzędnik   mianowany   przez   księcia.
Wszystkie miejskie dokumenty miały być odtąd obowiązkowo spisywane
po łacinie, a w żadnym wypadku w języku niemieckim. Zakazane zostało
także   używanie   języka   niemieckiego   podczas   oficjalnych   debat   rady
miejskiej.   Zamiast   wybieranej   przez   mieszkańców   rady   miasta
wprowadzona   została   rada   mianowana   przez   książęcych   urzędników.
Władzom miejskim odebrano prawo sądzenia przed sądem grodzkim osób
spoza mieszczańskiego stanu (chodziło głównie o rycerzy – przyp. A.Z.).
Wszelkie dochody i wpływy, jak to określił Jan Długosz, z młynów, jatek,
kramów, domów i innych miejsc mających bogate uposażenie przydziela i
włącza
 [książę Władysław] do dochodów swego stołu książęcego.

Represje prawne okazały się jednak tą łagodniejszą częścią książęcej

zemsty na mieszkańcach zbuntowanego miasta. Kraków stał się bowiem
wkrótce   widownią   niesłychanych   gwałtów   i   grabieży   dokonywanych
bezkarnie   przez   wojska   węgierskie.  Były   one  tak  wielkie,   że   ich  skala
zaczęła wzbudzać głośne protesty duchowieństwa krakowskiego.

Równocześnie z polecenia księcia Władysława Łokietka przystąpiono

background image

do   eksterminacji   żywiołu   niemieckiego   w   całej   Małopolsce.   Trwało   to
ponad rok, co najlepiej odzwierciedla rozmiary tego buntu. Oszczędzano
tylko   najuboższych,   bo   od   nich   nie   można   było   już   nic   wycisnąć   do
książęcego skarbca. Sprawdzianem skuteczności asymilacji przybyszów z
Niemiec lub Czech w polskim środowisku miały być właśnie prawidłowo
wymówione   owe   cztery   słowa:  soczewica,   koło,   miele,   młyn.  Kto   nie
potrafił   tych   słów   powtórzyć,   tracił   natychmiast   mienie   i   gardło.   Tak
ukarano   pięciu   rajców   krakowskich   i   co   najmniej   siedemnastu   innych
mieszczan.

Akcja   odgermanizowania   polskich   miast   najbardziej   radykalnie

przebiegała wprawdzie w Krakowie, ale nie były od niej wolne również
inne miasta Małopolski, łącznie z lojalnym zawsze wobec księcia Nowym
Sączem, zapewne tylko z tego powodu, że założył to miasto Wacław II.
Nie przypadkiem też akcja ta wymierzona była w najbogatsze małopolskie
rody   mieszczańskie.   Ważne   były   przecież   towarzyszące   jej   konfiskaty
majątków   zamożnych   niemieckich   rzemieślników   i   kupców,   znacznie
wtedy wzbogacające ciągle pusty skarbiec książęcy.

Tak   postąpiono   na   pewno   z   bardzo   bogatymi   mieszczanami

Tylmanem   Brandem  i  Hermanem   z   Raciborza.   Nie   uniknął   podobnego
losu   nawet   Henryk   z   Kietrza,   wyznaczony   na   rajcę   przez   księcia
krakowskiego.   Na   porządku   dziennym   było   zmuszanie   mieszczan   do
„dobrowolnego”   zrzeczenia   się   części   lub   całości   swojego   majątku   na
rzecz   księcia.   Zachował   się   szczegółowy   opis   takiego   działania   wobec
krakowskiego   kupca   sukiennego   Sułka,   zwanego  Roue,  który
„dobrowolnie”   oddał   księciu   krakowskiemu   wszystko,   co   posiadał.
Krwawe represje objęły co najmniej siedemnaście osób.

Oficjalnie,   jak   wynikało   z  Rocznika   kapitulnego   krakowskiego

wydanego   w   1331   roku,   mieszczanom   zarzucono   winy   publiczne:
krzywoprzysięstwa,   zdrady,   przeniewierstwa,   a   także   zbrodnię   obrazy
majestatu, których to przestępstw dopuścili się na naszych dziedzicach i
narodzie polskim
. Warto zauważyć, że wszystkie te zbrodnie były bardzo
typowe dla postępowania małego księcia.

Represje   książęce   objęły   również   klasztor   bożogrobców   w

Miechowie. Władysław Łokietek odebrał zakonnikom, darowaną jeszcze
w 1198 roku przez żonę bliżej nieznanego Gniewomira i jego syna, bardzo
zamożną wtedy wieś Łętkowice, najbogatszą spośród wszystkich klasztor-
nych   posiadłości,   a   następnie   włączył   ją   do   swoich   wsi   książęcych.
Natomiast   sam  kościół   bożogrobców   w   Miechowie   trafił   w   ręce   bliżej

background image

nieznanego   Jana,   syna   Budziwoja,   zapewne   zaufanego   rycerza
Władysława Łokietka. Nie wiadomo, jaki ów Jan zrobił z niego użytek.

W   kronikach  kościelnych   zapisano  tylko,   że   dopiero  w   1314   roku

odzyskano   tę   świątynię   dla   wiernych.   Stało   się   to   na   wyraźne   żądanie
papieża Klemensa V, który w tej sprawie wydał nawet bullę adresowaną
do   arcybiskupa   gnieźnieńskiego,   domagając   się   od   niego   energicznych
działań   przeciwko   tym,   którzy   naszli,   ograbili   i   zajęli   posiadłości
klasztorne. Wynika z tego zapisu, że kościół w Miechowie nie był przez
kilka   lat   udostępniony   parafianom.   Łętkowice   natomiast   nigdy   nie
powróciły już do klasztoru, pozostały wsią książęcą.

Przeor   miechowskich   bożogrobców   Henryk,   Czech   z   pochodzenia,

został wkrótce po zajęciu klasztoru przez wojska Władysława Łokietka,
wypędzony   wraz   z   zakonnikami   z   klasztoru   i   z   Miechowa.   Zmarł   na
wygnaniu   na   Spiszu   w   1314   roku.   Po   jego   śmierci,   kiedy  bożogrobcy
powrócili do Miechowa, odzyskując klasztor i kościół, przeorem w nim
został   polski   zakonnik,   wyznaczony   w   porozumieniu   z   Władysławem
Łokietkiem.

Zemsta  małego księcia dotknęła również krakowską siedzibę wójta

Alberta. Jego dom został zrównany z ziemią. W miejscu, gdzie uprzednio
stał,   Władysław   Łokietek   nakazał   zbudować   warowny   gródek,   który
książę obsadził własną załogą, chcąc w ten sposób niejako z dwóch stron
(z Wawelu i z owego gródka) zapewnić sobie panowanie nad miastem.

Gródek nie przetrwał do dzisiejszych  czasów. W jego miejscu stoi

obecnie klasztor Dominikanek, o którym się mówi, że zbudowany jest „na
Gródku”.

Nie są znane do końca dalsze losy wójta Alberta. Na pewno wiadomo

tylko, że wraz z całą rodziną udał się z księciem Bolesławem do Opola. Od
tego momentu zaczynają się rozbieżności w kronikarskich relacjach. Jan
Długosz utrzymywał, iż został on w Opolu natychmiast uwięziony przez
księcia,   gdyż  naraził   go   na   ogromną   zawiść  [Władysława   Łokietka]  i
niesławę,
  a potem,  po owych  pięciu latach byłego  krakowskiego wójta
wygnano z miasta. Ostatnie lata życia Albert, jako banita, spędzić miał w
Pradze. Tam przez resztę dni swoich miał cierpieć z powodu swej zdrady.
A umierać przyszło mu podobno w nędzy.

Według   XV-wiecznego   anonimowego   utworu   rymowanego  O

pewnym   wójcie   krakowskim   Albercie,  którego   fragment   cytuje   Jan
Długosz, tenże wójt miał być najpierw więziony przez pięć lat w Opolu, a
następnie deportowany do Pragi, gdzie wkrótce zmarł. Czy Jan Długosz,

background image

który  zbierał   i   zapisywał   rozmaite   opowieści   i  pieśni   ludowe,   znał   ten
utwór w całości?  Jest to wysoce prawdopodobne. Podobnie przecież, na
podstawie   tylko   zasłyszanej   kiedyś   pieśni   krążącej   po   Kujawach   i
Wielkopolsce,   oskarżył   wcześniej   na   łamach   swoich  Roczników  króla
Przemysła   II   o   morderstwo   popełnione   na   pierwszej   żonie   Ludgardzie.
Teraz utwór ten posłużył mu do przedstawienia losów wójta Alberta.

Jedno   wydaje   się   pewne.   Bunt   wójta   Alberta,   choć   miał   podłoże

ekonomiczne, wybuchł w ścisłym porozumieniu z królem czeskim Janem
Luksemburskim.   Nigdzie   nie   odnotowano,   że   czeski   władca   był   nim
zaskoczony. Tak samo nieprzypadkowe było przybycie księcia Bolesława
opolskiego   do   Krakowa.   Poza   tym   książę   ten,   opuszczając   miasto,   nie
musiał przecież zabierać ze sobą wójta Alberta wraz z całą jego rodziną
wyłącznie   po   to,   aby   podobno   ukarać   go   więzieniem   w   Opolu.   Mógł
wszakże   z   absolutnym   spokojem   pozostawić   wójta   i   jego   najbliższych
współpracowników w Krakowie, na pastwę spodziewającego się takiej de-
cyzji z jego strony księcia Władysława Łokietka, zmazując w ten sposób
ową niesławę i uwalniając się od zawiści małego księcia.

Z faktu, że opolski książę Bolesław, lennik czeskiego króla, ratował

jednak Alberta ze współtowarzyszami i ich rodzinami, wyraźnie wynika, iż
wypełniał dokładnie dyrektywy, jakie otrzymał z Pragi. Nie mogło być w
tej   sytuacji   nawet   mowy   o  uwięzieniu   wójta   wraz   z   jego  najbliższymi
współpracownikami, domagającymi się wszakże czeskiego panowania w
Krakowie.   Po   prostu   ratował   im   życie,   a   potem   właśnie,  via  Opole,
krakowski wójt trafił ostatecznie właśnie do Pragi, gdzie przebywał aż do
śmierci.

Brak jest natomiast jakichkolwiek czeskich źródeł potwierdzających,

że Albert rzekomo miał umrzeć w Pradze w niedostatku. Ale wynikać to
również   mogło   po   prostu   z   braku   zainteresowania   czeskich   kronikarzy
dalszymi losami jakiegoś wójta z polskiego miasta. Nawet jeśli było ono
stolicą   jednego   z   większych   polskich   księstw,   a   jego   wójt   inicjatorem
proczeskiego buntu.

Nie   można   jednak   buntu   mieszczan   małopolskich   traktować

wyłącznie   jako   zorganizowanego   sprzeciwu   krakowskiego   miejskiego
żywiołu niemieckiego wobec rządów polskiego księcia. Ci z historyków,
którzy   stawiają   taką   właśnie   tezę,   zapominają   bowiem,   że   kilka   lat
wcześniej w innym rejonie Polski, w Poznaniu, miejscowy wójt Przemko, i
to bynajmniej nie Niemiec, lecz rdzenny Wielkopolanin, odmówił przecież
otwarcia miejskich bram i długo kierował obroną miasta przed wojskami

background image

Władysława   Łokietka.   Poznańscy   mieszczanie   pamiętali   zbyt   dobrze
poczynania   wielkopolskie   małego   księcia   i   jego   najemników   w
poprzednich  latach,   żywiąc   uzasadnione   obawy,   że   i   tym   razem  w   ich
mieście może być podobnie.

Bunty   mieszczańskie,   na   znacznie   mniejszą   co   prawda   skalę,

wybuchły w tamtych latach także w innych rejonach Polski. Chodziło w
nich   zawsze   o   to   samo,   czyli   zagwarantowanie   polskim   miastom
identycznych   praw   i   przywilejów,   jakie   były   w   tym   czasie   udziałem
innych   miast   europejskich,   lokowanych   podobnie   na   prawie
magdeburskim,   a   przede   wszystkim   o   stworzenie   im   warunków   do
dalszego,   niezagrożonego   rozwoju,   a   także   o   bezpieczeństwo   szlaków
handlowych.   Były   one   także   wyrazem   dążenia   do   odegrania   przez
mieszczaństwo znacznie ważniejszej roli politycznej  w życiu kraju, po-
dobnej   do   tej,   jaką   odgrywało   ono   w   innych   krajach   europejskich.   Na
pewno   w   małopolskich   miastach   zjawisko   to   przybrało   najbardziej
dramatyczny charakter. Zamieszki, o różnym stopniu nasilenia, trwały tam
ponad rok, a konsekwencją mieszczańskich buntów i sposobu ich likwido-
wania   przez   małego   księcia   było   dalsze   pogłębienie   regresu
gospodarczego tej dzielnicy.

Upadek   samodzielności   miast   wzmacniał   wprawdzie   władzę

Władysława   Łokietka,   ale   tylko   formalnie.   Pozbawiał   go   przecież
odpowiedniego zaplecza ekonomicznego.

Stan   ten   trwał   praktycznie   aż   do   czasu   rozpoczęcia   panowania

Kazimierza Wielkiego.

background image

Rozdział VII

Korona króla krakowskiego

Król   krakowski   czy   król   Polski?   Jak   Szczerbiec   trafił   do
regaliów.   Książęta   piastowscy   wobec   nowego   władcy.
Bezsilność   wobec   poczynań   Jana   Luksemburskiego.   Król
węgierski ratuje Łokietka. Terytorium przechodnie. Sprawa
papieskiej pożyczki.

20

  stycznia  1320 roku  nieukończona  jeszcze  nowa   katedra  krakowska

stała   się   miejscem   wydarzenia,   które   zmieniło   dotychczasową   historię
Polski. Po ponad trzydziestu latach uporczywych zabiegów małego księcia
arcybiskup gnieźnieński Janisław nałożył na głowę Władysława Łokietka
królewską koronę. Wraz z nim ukoronowana została jego żona Jadwiga.

Były   to   zupełnie   nowe   korony.   Królewska   korona   wiernie

odwzorowana została z tej, której użyli w podobnej uroczystości Bolesław
Śmiały,   a   potem   Przemysł   II   i   Wacław   II,   ale   stanowiła   dzieło
krakowskich rzemieślników. Tamta, podobnie jak berło i jabłko, będąca
również kolejną repliką korony Bolesława Chrobrego, zaginęła bowiem w
ogólnym   zamieszaniu   spowodowanym   zabójstwem   Wacława   III   w
Ołomuńcu.   Kolejną   kopię   korony   Chrobrego   nazwano   jednak   koroną
oryginalną. I tak została już zapisana w kronikach.

Koronacja   Władysława   Łokietka   w   Krakowie   oznaczała

wprowadzenie   do   polskiej   tradycji   nowego   obyczaju   intronizowania
polskich królów właśnie w tym mieście. Dotychczas odbywało się to w
Gnieźnie. Jeszcze przez długie lata po przeniesieniu stolicy do Warszawy
uroczystości koronacyjne odbywały się w katedrze krakowskiej.

Od razu też doszło do politycznej komplikacji. Papież Jan XXII w

bardzo zawoalowanej formie, w której podkreślał zachowanie swoich, ale

background image

nie naruszaniu cudzych praw, zezwolił małemu księciu tylko na koronację
koroną   króla   krakowskiego.   Prawo   do   tytułu   króla   Polski   przyznał
przecież Janowi Luksemburskiemu. Ale jako Polskę w papieskiej decyzji
wymieniono   tylko   Wielkopolskę,   Pomorze   i   ziemię   sieradzką.   Dlatego
koronacja Władysława Łokietka nie mogła się odbyć  w Gnieźnie, nale-
żącym   w   myśl   papieskiego   dokumentu   do   króla   czeskiego,   a   zatem   w
obcym, w świetle papieskiej decyzji, państwie.

Otoczenie Władysława Łokietka, a także cała hierarchia kościelna nie

uznały jednak tej decyzji. Mimo czeskich protestów Władysław Łokietek
zaczął używać  od dnia koronacji tytułu króla Polski. Jan Luksemburski
najpierw   protestował   w   Awinionie   przeciwko   takiemu   zawłaszczeniu
polskiej   korony,   potem   przez   lata   już   zbrojnie   dochodził   swoich   racji.
Warto zauważyć, że w Europie, zgodnie z papieską sugestią, traktowano
polskiego władcę wyłącznie jako króla krakowskiego.

W krakowskim skarbcu podobno zachował się Szczerbiec. Nie był

wprawdzie słynnym  mieczem Bolesława Chrobrego, którym  uderzał on
rzekomo   w   kijowską   Złotą   Bramę.   Tamten   zaginął   bowiem   podczas
najazdu czeskiego księcia Brzetysława  II na Polskę w 1038 roku. Tym
drugim Szczerbcem, według legendy, był przechowywany w skarbcu na
Wawelu miecz króla Bolesława Śmiałego, który przy zajmowaniu Kijowa
miał powtórzyć słynny gest swego pradziada i także wyszczerbił swój oręż
na tej samej bramie. Faktycznie jednak miecz pochodził z XII wieku i nie
bardzo   było   wiadomo,   kiedy   został   wyszczerbiony   i   kto   był   jego
pierwszym   właścicielem   ani   jak   trafił   do   skarbca.   W   każdym   razie
Przemysł   II,   zabierając   z   Wawelu   regalia,   miecza   nie   wziął   ze   sobą.
Zapewne nie było go wtedy w skarbcu i legendę o Szczerbcu dorobiono na
użytek   koronacji.   Teraz   Władysław   Łokietek   kazał   nieść   „historyczny
miecz Śmiałego” przed sobą w ceremonialnym korowodzie koronacyjnym.
Chciał   w   ten   symboliczny   sposób   podkreślić,   iż   jest   jedynym   i
prawowitym   spadkobiercą   poprzednich   władców   polskich.   Od   tamtego
czasu Szczerbiec pozostał już mieczem koronacyjnym polskich królów.

Jednocześnie król wprowadził drobną, ale bardzo istotną, modyfikację

do godła państwowego. Otóż pozbawił białego orła korony nadanej mu
przez Przemysła II i respektowanej przez Wacława II. Uznał bowiem – i to
jak najbardziej poważnie – iż korona przysługiwać powinna tylko królowi
i   absolutnie   nie   na   miejscu   jest   koronowanie   orła   ani   jakiegokolwiek
innego   przedmiotu,   symbolu   czy   wizerunku.   Ale   już   z   własnego
rodzinnego herbu (pół orła, pół gryfa) korony nie usunął.

background image

Nowy król wydał także specjalny dekret, na mocy którego ustanowił

nową nazwę dla Krakowa. Od dnia koronacji miał on na zawsze nazywać
się   Królewskim   Stołecznym   Miastem   Krakowem.   Nikt   tego   miana   do
dzisiaj   nie   odebrał   stolicy   Małopolski.   Niestety,   w   ślad   za   pięknie
brzmiącym tytułem nie poszły żadne królewskie przywileje dla miasta i
jego mieszkańców. Jak to zwykle u Władysława Łokietka.

Uroczystość koronacyjna była uwieńczeniem ponadtrzydziestoletnich

starań   małego   księcia   o   najwyższy   tytuł   władcy   Polski.   Do   pełnej
satysfakcji brakowało mu  tylko  uznania jego królewskiego tytułu przez
sąsiednie państwa. Chociaż Władysław Łokietek sam uznawał się za króla
całej   Polski,   sąsiedzi   pamiętali,   że   papież   zezwolił   mu   tylko   na
posługiwanie się tytułem króla krakowskiego i tak go nazywali w swoich
kronikach. Nawet największy jego sojusznik, król węgierski Karol Robert,
unikał   jak   ognia   tytułowania   Władysława   Łokietka   królem   Polski.
Owszem, wymieniał go w oficjalnych stanowiskach jako swego „brata z
Polski” czy „Pana krakowskiego” lub po prostu – króla.

W dniu koronacji jego królestwo stanowiły Małopolska, Wielkopolska

(do   której   rościł   pretensje   Jan   Luksemburski),   Pomorze   Gdańskie   (w
większości   zajęte   przez   Krzyżaków)   i   część   Kujaw.   Kilka   złączonych
luźno dzielnic nie stanowiło jednak jednolitego królestwa w pełnym tego
słowa znaczeniu. Co więcej, tworzyło wtedy zlepek terytoriów, którymi
nowy   król   nie   umiał   zarządzać,   sam   traktując   je   zresztą   jako   odrębne
dzielnice, znajdujące się akurat w tym momencie pod jego rządami.

Mazowsze związane było sojuszami z królem Czech i z Krzyżakami.

Śląsk niemal w całości przeszedł pod panowanie czeskie. Wprawdzie tuż
po   koronacji   Janisław,   arcybiskup   gnieźnieński,   gorąco   apelował   do
wszystkich   piastowskich   książąt,   że:  Jaśnie   Pan,   król   Polski   jest
zwierzchnikiem   wszystkich   ziem   położonych   w   obrębie   Królestwa
Polskiego i komu chce, ziemie te nadaje, a komu zechce, odbiera
, ale apel
ten został niemal w całości przez nich odrzucony. Uznali oni bowiem, jak
pisał kronikarz Janko z Czarnkowa, że przywykli być sobie równymi tak,
że   jeden   w   niczym   nie   uznawał   zwierzchnictwa   drugiego,   lecz   każdy
korzystał swobodnie ze swojej władzy. Było tak dlatego, że pochodzili oni z
jednego   rodu,   a   zatem   wszyscy   korzystali   z   równych   praw,   względnie
chcieli z nich korzystać
.

Jedynie   książęta   kujawscy   niemal   całkowicie   podporządkowali   się

wezwaniu   arcybiskupa   gnieźnieńskiego.   Zadeklarowali   pełną   lojalność
wobec stryja, aktywnie wspierając go zbrojnie w jego poczynaniach, co

background image

nie   zawsze   kończyło   się   dla   nich   korzystnie.   Władysław   Łokietek
odwdzięczał się im później, powołując na wysokie urzędy w królestwie
obok Małopolan także rycerzy kujawskich.

O tym, jak silna była zależność kujawskich książąt od krakowskiego

króla, najlepiej świadczą zmiany, których dokonał on w zarządzaniu ich
dzielnicami. Dla zapewnienia ochrony przed wrogami zewnętrznymi Wła-
dysław   Łokietek   odebrał   bratankowi,   Przemysłowi   kujawskiemu,   jego
dzielnicę,   dając   mu   w   zamian   ziemię   sieradzką.   Podobnie   postąpił   z
księciem   Władysławem   dobrzyńskim,   który   „dobrowolnie   wymienił”   z
królem   swoją   domenę   na   ziemię   łęczycką.   Owych   zamian   Władysław
Łokietek dokonał podobno z myślą o ochronie swoich rodzinnych Kujaw
przed Krzyżakami. Niestety, samo tylko królewskie imię nie mogło, jak się
później okazało, zapewnić Kujawom bezpieczeństwa.

Pozostali piastowscy książęta, wyraźnie zaniepokojeni oświadczeniem

arcybiskupa   Janisława,   poczuli   się   zagrożeni   utratą   dotychczasowej
niezależności,   a   także   panowania   w   swoich   dzielnicach.   Skala   tego
zagrożenia,   widoczna   w   poczynaniach   króla   wobec   jego   kujawskich
bratanków, przekonywała ich do szukania pomocy u jego przeciwników.
Król   czeski   czy   nawet   Krzyżacy   nigdy   bowiem   nie   deklarowali   w
przypadku hołdu lennego odebrania im władzy w swoich księstwach. Król
z   Krakowa   znany   był   natomiast   powszechnie   z   łatwości   łamania
wszystkich obietnic i przyrzeczeń.

Praktycznie tylko w Małopolsce i na Kujawach Władysław Łokietek

mógł się czuć w pełni królem Polski. Bratankowie byli  zbyt  słabi, aby
prowadzić   własną   politykę.   Piastowie   śląscy   natomiast   zdecydowanie
odcięli się od Krakowa.

Nigdy   zresztą   książę,   a   potem   król   Władysław   Łokietek,   ani   jego

doradcy   nie   mieli   pomysłu   na   jakąkolwiek   współpracę   z   książętami
śląskimi.   Traktowali   tę   dzielnicę   jako   zbiór   odrębnych,   wrogich
krakowskiemu królowi księstw, a nie jak potencjalną część odrodzonego
Królestwa Polskiego. Nic nie stało na przeszkodzie, aby je najeżdżać i
rabować,   ale   nie   próbowano   z   nimi   współpracować.   Jedynym,
incydentalnym   zresztą,   sojusznikiem   krakowskiego   wówczas   księcia
Władysława   Łokietka   na   Śląsku   był   książę   brzeski   Bolesław   III
Rozrzutny.   Można   odnieść   wrażenie,   że   Śląsk   kojarzył   się   już   zawsze
królowi   krakowskiemu   tylko   z   jego   niesławną   niegdyś   ucieczką   z
Krakowa przed wojskami Henryka IV Probusa.

Efekt   takiej   polityki   był   bardzo   łatwy   do   przewidzenia.   Wszyscy

background image

śląscy   książęta   w   ciągu   kilku   lat   od   koronacji   Władysława   Łokietka
złożyli, często nie dobrowolnie, hołdy lenne czeskiemu królowi Janowi
Luksemburskiemu lub cesarzowi niemieckiemu. Tym samym  cały Śląsk
odpadł   od   Królestwa   Polskiego.   Na   wiele   wieków   utracona   została
dzielnica   najbardziej   na   polskich   ziemiach   rozwinięta   gospodarczo,   z
prężnymi ośrodkami miejskimi i licznymi grodami obronnymi.

Na   Mazowszu   miejscowi   książęta,   spadkobiercy   Bolesława   II

płockiego,   również   stali   się   z   czasem   lennikami   króla   czeskiego.   Nie
pomogły w tej sprawie nawet nieudane „ekspedycje karne” podejmowane
przez   władcę   z   Krakowa.   Dodatkowym,   niezamierzonym   przez   króla
Władysława   efektem   tych   wpraw   zbrojnych   na   Mazowsze   było
zacieśnienie przez miejscowych książąt sojuszu z Krzyżakami.

Król   krakowski   okazał   się   bardzo   złym   królem   Polski.   Można

wprawdzie tłumaczyć go tym, że musiał rządzić zrujnowanym krajem, ale
trzeba   też   pamiętać,   że   to   on   właśnie   miał   największy   udział   w   jego
systematycznym rujnowaniu. Również po koronacji wciąż najważniejsze
dla niego były wojny, a nie odbudowa państwa. Wszystkie jego decyzje
polityczne i militarne, jak i te, które dotyczyły rozwiązywania problemów
społecznych,   powodowały   tylko   konflikty   i   straty   terytorialne,   zamiast
służyć rozwojowi kraju. Rzadko także kierował się w swych poczynaniach
rozsądkiem i rozwagą, do końca życia nie wyzwolił się z młodzieńczego
awanturnictwa, uporu i bardzo emocjonalnych reakcji.

Królestwem Władysław Łokietek władał cały czas tak samo jak przed

łaty swoim księstwem brzesko-kujawskim. Postępował nadal jak władca
dzielnicowy, w dodatku małej dzielnicy. Z dnia na dzień. Od wojny do
wojny.   Od   pomysłu   do   pomysłu.   Bez   żadnej   szerszej   refleksji   czy
jakiejkolwiek strategii. Liczne i wyjątkowo zgodne świadectwa kronikarzy
potwierdzają,   że   nie   potrafił   zarządzać   zbyt   wielkim   jak   na   jego
wyobrażenie terytorium,  które miał  w ręku. Skłócił się z wielmożami  i
hierarchami   duchownymi.   Nie   potrafił   zapobiegać   anarchii,   samowoli,
łupiestwu   i   bałaganowi   szerzącemu   się   w   królestwie.  Nie   był   dobrym
szafarzem   sprawiedliwości
,   co  przyznawał   nawet   Jan   Długosz,   lecz
zwolennikiem   takiego   systemu   rządzenia,   w   którym   król   samodzielnie
decydował   o   najdrobniejszej   nawet   sprawie,   a   decyzje   podejmował,
kierując się głównie emocjami. Do śmierci pozostał królem skłonnym do
intryg i łupiestwa oraz lekceważącym koszty militarne i polityczne swoich
nierozważnych poczynań.

O tym, że mogło to być zupełnie inne królowanie, najlepiej świadczą

background image

późniejsze dokonania jego syna i następcy, króla Kazimierza, zwanego już
za życia – Wielkim.

Nieudolność   Władysława   Łokietka   w   zarządzaniu   państwem

widoczna była także na zewnątrz. Pogarszała ona i tak już nie najlepszy
wizerunek   Polski,   kraju   zawsze   wewnętrznie   skłóconego   i   źle
gospodarowanego.   Korzystał   z   tego   nieustannie   Jan   Luksemburski,   na
każdym   kroku   podkreślający   swoje   prawa   do   polskiej   korony   i   ciągle
przypominający, jaki to ład i porządek zaprowadził na ziemiach polskich
jego poprzednik, ostatni z Przemyślidów. Czeski król w końcu od słów
przeszedł do czynów.

W początkach 1327 roku wyruszył  zbrojnie do Polski, zamierzając

zdobyć   Kraków   i   w   ten   sposób   definitywnie   rozwiać   wszelkie
wątpliwości,   do   kogo   należeć   powinna   polska   korona.   Wybrał   drogę
okrężną, prowadzącą z Ołomuńca przez Wrocław i dalej starym traktem
handlowym   przez   Górny   Śląsk   do   Krakowa.   Była   to   trasa   starannie
przemyślana.   Demonstrując   swoją   potęgę   militarną,   Jan   Luksemburski
wywierał skuteczną presję na górnośląskich książąt. Przechodząc przez ich
ziemie,   wymuszał   na   nich   złożenie   hołdów   lennych.   W   taki   właśnie
sposób   podporządkował   sobie   Bolka   –   księcia   niemodlińskiego   i
opawskiego, Kazimierza – księcia cieszyńskiego,  Władysława  – księcia
kozielskiego   i   Jana   –   księcia   oświęcimskiego.   Z   kolei   książęta   ci,   w
następstwie złożonych hołdów, wsparli zbrojnie wyprawę czeskiego króla.
W   wyprawie   tej   brał   już   także   udział   jeden   z   „dziedziców   Królestwa
Polskiego”   –   książę   Bolesław   III   Rozrzutny,   niedawny   jedyny   śląski
sojusznik Władysława Łokietka.

Wojska   Jana   Luksemburskiego   szybko   dotarły   do   granicy   czesko-

małopolskiej i zajęły bez walki nadgraniczny (już po polskiej stronie) gród
Sławków pod Olkuszem, pięćdziesiąt kilometrów od Krakowa. Od murów
miasta dzieliło je zaledwie dwa-trzy dni marszu. Król czeski już widział
się królem także w Krakowie.

Z beznadziejnego dla Władysława Łokietka położenia wybawił go raz

jeszcze   jego  węgierski  sojusznik Karol  Robert,   w  którego interesie  nie
leżało   przecież   zlikwidowanie   królestwa   krakowskiego,   będącego
rodzajem przeciwwagi dla Królestwa Czech. Właśnie w Sławkowie cze-
skiego króla dogonił list wysłany 13 lutego 1327 roku, w którym Karol
Robert   zagroził   Czechom   wypowiedzeniem   wojny   w   przypadku
kontynuowania działań zbrojnych przeciwko Władysławowi Łokietkowi.
Równocześnie z listem wysłał on do Małopolski wojska węgierskie pod

background image

wodzą wojewody spiskiego jako militarne wsparcie krakowskiego króla.

Jan   Luksemburski,   pragnąc   uniknąć   wojny   na   dwa   fronty,   zawarł

rozejm   z   Władysławem   Łokietkiem   i   wycofał   się   do   Czech.   Jednak
powrócił   tam   bogatszy   o   nowe   lenne   ziemie,   co   jeszcze   bardziej   go
utwierdziło w przekonaniu, iż jest jedynym właścicielem polskiej korony.
Rzeczywiście teraz Śląsk i przyrzeczona mu przez papieża Wielkopolska
wraz   z   ziemią   sieradzką   stanowiły   w   sumie   ziemie   większe   od   tych,
którymi  oficjalnie władał wtedy Władysław Łokietek. Jednakże znaczna
część   Wielkopolski  znajdowała   się   wówczas   faktycznie   już   pod
władaniem króla krakowskiego.

Czeski  król   nie   zrezygnował  z   żadnej  okazji,  aby zademonstrować

swoje prawo do władzy nad Polską. Jesienią 1328 roku Jan Luksemburski
urządził   sobie   swoistą   wycieczkę   przez   państwo   Władysława   Łokietka.
Razem   ze   śląskimi   wasalami   i   grupą   zachodniego   rycerstwa   wyruszył
bowiem   na   wyprawę   krzyżową,   aby  wspomóc   Krzyżaków   w   walce   ze
Żmudzinami.   Ponieważ   wyprawa   ta   miała   charakter   krucjaty,
jakiekolwiek, choćby werbalne, protesty przeciwko przemarszowi rycerzy
krzyża   przez   ziemie   króla   krakowskiego   lub   najmniejsze   próby   jego
zakłócenia były w tamtych czasach wprost nie do pomyślenia.

Król Władysław Łokietek mógł zatem tylko bezsilnie się przyglądać

ich przemarszowi przez polskie ziemie. Oczywiście cały ciężar utrzymania
armii   krzyżowców   (ponad   trzystu   rycerzy   i   około   dwóch   tysięcy
pocztowych) spadł na poddanych króla krakowskiego. Czeski władca nie
uzgadniał   z   nim   ani   trasy   tego   przemarszu,   ani   sposobu   i   kosztów
utrzymania   maszerujących   przez   Polskę   krzyżowców,   ani   też   nie
zaproponował Władysławowi Łokietkowi, ciągle uznawanemu przez niego
za czeskiego lennika, udziału w tej krucjacie. Zachowywał się tak, jakby
był u siebie, maszerował przez swoje ziemie. Przez Krzyżaków powitany
został   wtedy   oficjalnie   jako   król   Czech   i   Polski.   Wiedzieli,   co   robią.
Przyniosło im to później niezwykłe profity.

Król krakowski podjął wtedy, niejako w rewanżu, decyzję o fatalnych

dla niego skutkach. Bez żadnego przygotowania logistycznego, bez próby
nawet   rozeznania   sił   krzyżackich   i   rozważenia   ewentualnych
niekorzystnych skutków dla Polski, niejako z dnia na dzień wyruszył na
północ,  w  ślad  za  krzyżowcami,   i  najechał   zbrojnie   ziemię  chełmińską
zajętą od dłuższego czasu przez Krzyżaków. Miał nadzieję na odniesienie
łatwego sukcesu, sądząc, że zaangażowani w litewską krucjatę Krzyżacy
nie zechcą walczyć na dwa fronty. Okrutnie się jednak przeliczył w swych

background image

rachubach.

Poza Polską powszechnie odebrano tę jego wyprawę, jak można się

było   tego   spodziewać,   tylko   jako   działanie   ratunkowe   na   rzecz
zagrożonego żmudzką krucjatą wielkiego księcia litewskiego Gedymina.
A   że   książę   Gedymin   był   zatwardziałym   poganinem,   natychmiast
potępiono wyprawę krakowskiego króla w całej chrześcijańskiej Europie i
uznano   jego   akcję   militarną   za   zdradziecki   atak   Polaków   na   tyły
chrześcijańskiego rycerstwa, za nóż w plecy wbity uczestnikom wyprawy
krzyżowej. Polska zyskała opinię sojusznika pogan i współłupieżcy ziem
chrześcijańskich, zwłaszcza że był to już drugi przypadek, po wyprawie do
Brandenburgii,   wspierania   się   poganami   w   walce   z   krajem
chrześcijańskim. To mogło grozić królowi nawet kolejną kościelną klątwą.

Papież oficjalnie się zdystansował od poczynań Władysława Łokietka,

potępił je, odmawiając przyjęcia jakichkolwiek królewskich wyjaśnień. W
czasie wyprawy doszło też do konfliktów z dowódcami węgierskich huf-
ców posiłkowych, którzy jako chrześcijanie odmówili czynnego udziału w
tej akcji ratowania poganina. Była to zatem całkowita klęska polityczna
króla Władysława Łokietka. Musiał w tej sytuacji zakończyć nieszczęsną
wyprawę   i   powrócić   do   Krakowa,   nie   odnosząc   żadnych   korzyści
terytorialnych.   Z   Wawelu   przyszło   mu   bezczynnie   się   przyglądać
powrotowi rycerzy krzyżowych z nieudanej krucjaty, którzy brak łupów na
Żmudzi często rekompensowali sobie zdobyczami na ziemiach polskich.
Miał   przy   tym   związane   ręce   swoją   wcześniejszą   niefortunną   decyzją
napaści   na   ziemię   chełmińską.   Wszelkie   próby   zapewnienia   swoim
poddanym ochrony przed krzyżowcami odbierane zostałyby powszechnie
jako ponowny atak Władysława Łokietka na chrześcijańskie wojsko.

Ale   to   jeszcze   nie   był   koniec   fatalnych   skutków   nieprzemyślanej

królewskiej decyzji o tej wojnie. W marcu 1329 roku w Toruniu Zakon
zawarł   z   Janem   Luksemburskim   układ   sojuszniczy,   na   mocy   którego
czeski król, występując tam oficjalnie jako król Polski, nadał Krzyżakom
na   własność   całe   Pomorze   Gdańskie.   Ponadto   zdecydowano   wtedy   o
wspólnym czesko-krzyżackim zorganizowaniu natychmiastowej wyprawy
odwetowej  przeciwko   tej   niezwykłej   napaści   króla   krakowskiego   na
zaplecze krzyżowców.
 W jej wyniku połączone wojska czesko-krzyżackie
zajęły  ziemię   dobrzyńską   oraz   wymogły  na   księciu   płockim   Wacławie
natychmiastowe   złożenie   hołdu   lennego   królowi   Janowi
Luksemburskiemu. W ten sposób powstało zupełnie nowe zagrożenie dla
państwa Władysława Łokietka. Tym razem od strony Mazowsza.

background image

Czeski   król,   jako  władca   Polski,   przekazał   jeszcze   na   zakończenie

owej wyprawy,  a raczej ofiarował w prezencie na własność Zakonowi,
część   ziemi   dobrzyńskiej.   Pół   roku   później   za   kwotę   czterech   tysięcy
ośmiuset kop groszy praskich Jan Luksemburski sprzedał Krzyżakom po-
zostałą część tej ziemi. Zakon, objąwszy ją w całkowite władanie, właśnie
tam gromadził swoje wojska, które dokonywały potem łupieskich wypraw
na   Kujawy  i   przygraniczne   rejony  Wielkopolski.   W   następstwie   takich
najazdów   zniszczone   i   obrabowane   zostały   ważne   polskie   grody   na
terenach pogranicznych – Wyszogród, Nakło, Bydgoszcz, Raciążek czy
Radziejów.

Z   całej   tej   lekkomyślnie   podjętej   wyprawy   królestwo   Władysława

Łokietka wyszło zatem znacznie osłabione politycznie i terytorialnie, sam
król   utracił   również   możliwość   utrzymania   ewentualnych   wpływów   na
Mazowszu. Można zadać pytanie – to po co ją podejmował? Za odpowiedź
niech  posłuży informacja,   że  niemal   całe   panowanie   króla  Władysława
Łokietka wywoływało przecież istną lawinę takich, prostych wydawałoby
się, pytań.

Próbując   ratować   utraconą   reputację   w   Europie,   a   jednocześnie

podreperować   rachityczne   finanse   królestwa,   król   krakowski   wpadł   na
genialny,   jego   zdaniem,   pomysł.   Otóż   postanowił   niezwłocznie
zorganizować wyprawę krzyżową przeciwko... Litwie i Tatarom, ale nie
chciał ponosić jej kosztów.

W tym celu w początkach 1330 roku król wysłał do Awinionu, do

papieża   Jana   XXII,  znakomitych   postów  z   prośbą   o   ogłoszenie
powszechnej   wyprawy   krzyżowej,   oczywiście   pod   dowództwem
Władysława Łokietka, przeciwko tym poganom, a zarazem o pożyczenie
krakowskiemu   królowi   kilku   tysięcy   florenów,   aby  –   zdaniem   relacjo-
nującego to wydarzenie Jana Długosza – można było łatwiej stawiać opór
barbarzyńcom.
 Do tych barbarzyńców miał należeć również zatwardziały
poganin, wielki książę litewski Gedymin, dotychczasowy ważny sojusznik
króla i ojciec Aldony, żony królewicza Kazimierza.

Prośba   ta   wywołała   konsternację   na   papieskim   dworze,   dobrze

przecież   poinformowanym   o   cechach   charakteru   oraz   sposobach
postępowania   króla   krakowskiego,   a   także   o   wszystkich   jego
dotychczasowych   sojuszach.   Długo   zastanawiano   się   w   papieskim
otoczeniu, jak postąpić z tą zadziwiającą ofertą z Krakowa.

Ostatecznie,   żeby  –  jak   pisał   Jan  Długosz   –  nie   wydawało  się,   że

background image

[papież]  odesłał posłów króla z niczym, bez żadnej pociechy,  Jan XXII
zezwolił na udzielenie odpustu każdemu, kto złoży do specjalnej skarbonki
dwa   złote   podczas   trzydniowych   uroczystości   w   katedrze   krakowskiej
związanych   ze  św.  Stanisławem.  Król  Władysław   będzie  mógł   zebraną
kwotę   przeznaczyć   właśnie   na   obronę   swojego   państwa   przed
barbarzyńskimi Tatarami i pogańskimi Litwinami, a także na poniesienie
do nich krzyża, czyli wysyłanie misji ewangelizacyjnych na wschód.

Papież zręcznie przerzucił w ten sposób starania o sfinansowanie tej

wyprawy wyłącznie na mieszkańców Królestwa. W praktyce ta odpustowa
ofiara okazała się zatem jeszcze jedną daniną na rzecz krakowskiego króla,
ściągniętą tym razem za pomocą Kościoła pod pretekstem finansowania
krucjaty.

Zebrano,   zdaniem   Jan   Długosza,  niemałą   sumę   pieniędzy.  Wbrew

intencjom   przyświecającym   tej   zbiórce   nie   została   ona   jednak
przeznaczona ani na wojnę z barbarzyńcami, ani też na niesienie krzyża
wśród pogan. Król Władysław Łokietek sfinansował za uzyskane tą drogą
środki... nową wyprawę przeciwko Krzyżakom, w której wspomagał go,
jak zwykle, jego wieloletni... pogański sojusznik, wielki książę litewski
Gedymin.

Na marginesie warto zauważyć, że nie był to pomysł oryginalny. Otóż

książę   Henryk   IV  Probus  w   1284   roku   zagarnął   depozyt   w   wysokości
osiemdziesięciu grzywien srebrem, złożony u wrocławskich dominikanów,
a przeznaczony na wyprawę krzyżową do Ziemi Świętej. Został nawet za
ten   czyn   obłożony   klątwą,   od   której   uwolnił   się   dopiero   na   soborze
lyońskim   obietnicą   zwrócenia   wielokrotności   zagarniętej   sumy,   a   także
osobistego   udziału  w   najbliższej   krucjacie   do  Ziemi   Świętej.   A   że   nie
doszła ona nigdy do skutku, książę, uwolniony od klątwy, grzywien tych
do końca życia nikomu nie zwrócił.

Władysław   Łokietek,   który  musiał   znać   tę   głośną   w  swoim  czasie

historię, sądził, że będzie jeszcze chytrzej szy od księcia wrocławskiego i
do   spełnienia   swoich   doraźnych   celów   wykorzysta   finanse   Stolicy
Apostolskiej. Ze skutkiem – jak wyżej.

background image

Rozdział VIII

Kto zwyciężył pod Płowcami

Nowa   wojna   z   Zakonem.   Czy   Wincenty   z   Szamotuł   był
zdrajcą. Ile było bitew pod Płowcami. Ucieczka królewicza
Kazimierza. Darowizna Jana Luksemburskiego. Nowa wojna
i całkowita utrata Kujaw.

W

  powszechnym  mniemaniu   Polaków,   utrwalanym   wielokrotnie  przez

kronikarzy i historyków, a później także w polskiej literaturze, bitwa pod
Płowcami   stała   się   symbolem   zwycięskiej   batalii   i   myśli   strategicznej
Władysława   Łokietka,   dzięki   której   po   raz   pierwszy   pokonał   zakonną
armię   i   powstrzymał   krzyżacką   agresję   wobec   Królestwa   Polskiego.
Obrosła niemal legendą. W miejscu, gdzie się ta bitwa rozegrała, usypano
w 1961 roku kopiec  i wzniesiono obelisk ku chwale  polskiego oręża  i
zwycięskiego polskiego króla Władysława Łokietka.

A jak było naprawdę?
We   wrześniu   1331   roku   wybuchła   kolejna   wojna   z   Zakonem.

Zdaniem   wielu   polskich   historyków   działanie   to   zostało   ściśle
skoordynowane   z   królem   czeskim   Janem   Luksemburskim.   Tym   razem
rozpoczęli   ją   Krzyżacy.   Był   to   ich   największy   z   dotychczasowych
najazdów   na   polskie   ziemie.   Wielka   armia   pod   wodzą   komtura
chełmińskiego   Ottona  von  Lutterberga   jak   walec   przetoczyła   się   przez
Kujawy i zachodnią Wielkopolskę, zmierzając w stronę Kalisza, niszcząc i
grabiąc   wszystko   po   drodze.   Zanim   stanęła   pod   murami   tego   miasta,
zdobyła   jeszcze   Pyzdry,   z   których   zdążył   w   porę   uciec   królewicz
Kazimierz, i pokonała idące temu miastu z odsieczą wielkopolskie hufce
Wincentego z Szamotuł. Droga do najsilniej bronionego wielkopolskiego
grodu   stanęła   przed   krzyżacką   armią   otworem.   Właśnie   pod   Kaliszem

background image

mieli   się   spotkać   Krzyżacy   z   czeskimi   wojskami,   by   już   wspólnie
kontynuować wojnę z Władysławem Łokietkiem.

Przynajmniej   tak   planowano   to   podczas   pobytu   Jana

Luksemburskiego w Toruniu.

Potem   jednak   pojawiły   się   nowe   okoliczności,   które   zmusiły   obie

strony do rewizji ich planów. Król Jan Luksemburski był bowiem w tym
czasie bardzo mocno zaangażowany w ważny dla niego spór z cesarzem
niemieckim o Karyntię. Jego wojska stały zatem w pełnej gotowości na
południowej   granicy,   aby   zbrojnie   ten   zatarg   rozstrzygnąć.   Karyntia
stanowiła wtedy w jego planach najważniejszy z priorytetów.

W   momencie   rozpoczęcia   inwazji   krzyżackiej   Jan   Luksemburski

przebywał   wprawdzie   na   Śląsku,   ale   przyjmował   tam   tylko   hołdy   od
miejscowych  książąt. Nie  dysponował  wtedy odpowiednimi  siłami,  aby
mógł   równolegle   podejmować   kolejną   wyprawę   do   Polski   przeciwko
krakowskiemu królowi.

Nie mógł jej podjąć także dlatego, że musiał się liczyć  wówczas z

natychmiastową kontrakcją węgierską, co przecież nastąpiło rok później,
podczas oblężenia Poznania przez Jana Luksemburskiego.

Zakonna   armia   nie   zdobyła   jednak   Kalisza.   Oblężeni   bronili   się

dzielnie   i   wobec   niebezpieczeństwa   odsieczy   ze   strony   Władysława
Łokietka, który już wyruszył z pomocą Wielkopolsce, Krzyżacy zarządzili
odwrót. Wracali wolno, obciążeni taborami z licznymi łupami, które po-
większali niejako po drodze, zdobywając,  paląc i grabiąc kolejne słabo
bronione miejscowości.

Wojska królewskie szybko dotarły do Wielkopolski. Tam połączyły

się z wojskami wielkopolskimi, którym przewodził Wincenty z Szamotuł.
Mimo   to   Władysław   Łokietek   nie   dysponował   jednak   odpowiednimi
siłami,   aby   móc   zmierzyć   się   w   otwartym   boju   z   liczebniejszą   armią
Zakonu. Postępował więc w ślad za Krzyżakami, czekając na okazję do
skutecznego   zaatakowania,   zadowalając   się   głównie   wychwytywaniem
maruderów i pojedynczych żołnierzy przeciwnika.

Spotkał się wreszcie frontalnie z armią Ottona  von  Lutterberga pod

Koninem. Wszystko odbyło się przypadkowo. Król tam właśnie rozpoczął
swój   swoisty   serial   nieudolności   w   tej   kampanii.   Otóż   kazał   swoim
wojskom   rozbić   obóz,   jak   się   okazało   w   bezpośrednim   sąsiedztwie
Krzyżaków.   Nie   przeprowadził   wcześniej   żadnego   rozpoznania,   gdzie
znajdują się główne siły przeciwnika, i faktycznie po prostu nadział się na
armię   krzyżacką.   Zaskoczony   taką   sytuacją,   Władysław   Łokietek

background image

zaatakował   chaotycznie   i   bardzo   szybko   został   przez   Krzyżaków   zmu-
szony do ucieczki. Ponieważ wszystko odbywało się w późnych godzinach
wieczornych, ścigający wkrótce zakończyli  pogoń i dzięki temu wojska
królewskie nie poniosły wielkich strat w ludziach. Szybko się pozbierały i
znowu wyruszyły w ślad za Krzyżakami.

Słów  kilka   o  bardzo  kontrowersyjnej   dla   wielu  historyków   postaci

wielkiego polskiego męża stanu tamtych czasów, Wincentego z Szamotuł.
Był on wtedy niekwestionowanym przywódcą rodu Nałęczów. To właśnie
jemu, jako wojewodzie i staroście wielkopolskiemu, Władysław Łokietek
zawdzięczał   opanowanie   należącej   do   synów   księcia   Henryka   III
głogowskiego znacznej części Wielkopolski. Wincenty z Szamotuł został
również  głównym  negocjatorem strony polskiej  po nieudanej wyprawie
króla   krakowskiego   przeciwko   Brandenburgii.   Wynegocjował   wówczas
dla   Polski   nie   tylko   kilkuletni   rozejm,   ale   także   powrót   do   korony
utraconej przed laty kasztelanii międzyrzeckiej.

Za te niewątpliwe zasługi otrzymał wkrótce od króla swoistą nagrodę.

Otóż Władysław Łokietek odwołał go z zajmowanego urzędu wojewody i
w jego miejsce mianował zwierzchnikiem całej Wielkopolski swego syna
Kazimierza   (chociaż   dziś   jest   to   podawane   w   wątpliwość).   Przywódcy
rodu   Nałęczów   wyznaczył   tylko   funkcję   jednego   z   wielu   doradców
królewicza.   Rozgoryczony   tą   specyficzną   wdzięcznością   krakowskiego
króla, pozbawiony zajmowanych dotychczas funkcji i urzędów, Wincenty
z   Szamotuł   wycofał   się   wówczas   z   wszelkiego   życia   politycznego.
Odmówił   również   uczestnictwa   w   wyprawie   Władysława   Łokietka   na
Krzyżaków w 1330 roku, tej samej zresztą, która z powodu uczestnictwa w
niej pogańskich posiłków litewskich tak mocno zaszkodziła wizerunkowi
króla i królestwa w Europie.

Za   tę   odmowę   właśnie   Jan   Długosz   uczynił   z   wielkopolskiego

przywódcy zdrajcę ojczyzny. Zarzucił mu spiskowanie z Brandenburgią i
działanie w interesie Krzyżaków. Widział nawet Wincentego z Szamotuł, z
jego hufcami, w szeregach armii Ottona von Lutterberga podczas najazdu
krzyżackiego na Wielkopolskę.

Etykieta   zdrajcy   przylgnęła   do   Wincentego   z   Szamotuł   na   długie

wieki,   w   ślad   za   Długoszem   powielana   bezkrytycznie   przez   wielu
późniejszych   kronikarzy   i   historyków.   Aby   jakoś   wytłumaczyć   udział
wojsk wielkopolskich pod dowództwem Wincentego z Szamotuł w próbie
odbicia grodu Pyzdry czy w bitwach pod Koninem i pod Płowcami, Jan

background image

Długosz   wyraźnie   napisał,   że   było   to   „nawrócenie   Judasza”,   który
dostrzegł swe wielkie przewiny wobec ojczyzny i króla; tuż przed bitwą
pod   Płowcami   pokajał   się   przed   nim   i   uzyskał   łaskę   przebaczenia.
Nieważne było dla Jana Długosza, że przecież zgodnie z tym, co napisał,
Wincenty z Szamotuł powinien znajdować się wcześniej, przed Płowcami,
właśnie w armii krzyżackiej oblegającej Pyzdry, a potem gromić wspólnie
z armią zakonną królewskie wojska pod Koninem.

Jednakże   Wincenty   z   Szamotuł   nigdy   zdrajcą   nie   był.   Co   więcej,

widząc   zagrożenie   królestwa,   swoje   mocno   zranione   ambicje   osobiste
odłożył   na   bok   i   pospieszył   najpierw   na   ratunek   królewiczowi
Kazimierzowi, a potem wsparł mocno Władysława Łokietka. W świetle
tych   faktów   nazwanie   go   zdrajcą   lub   odstępcą   było   zwykłym   po-
mówieniem   ze   strony  kronikarza.   Nie   tylko   zresztą   w   stosunku   do   tej
konkretnej   osoby.   Tak   samo   przecież   został   zniesławiony   przez   Jana
Długosza w jego  Rocznikach  król Mieszko II, który bynajmniej nie był
„królem   gnuśnym”.   Króla   Bolesława   Śmiałego   kronikarz   uczynił
sodomitą,   a   nawet   sam   obłożył   klątwą   papieską.   Kolejnego   monarchę,
Przemysła II, oskarżył o zamordowanie żony. Jan Długosz często naginał
fakty historyczne do wymyślonej przez siebie tezy.  W tym konkretnym
przypadku   nie   miał   również   kogo   zapytać,   jak   było   naprawdę,   gdyż
potencjalni informatorzy kronikarza, uczestnicy bitwy pod Płowcami, już
w   momencie   narodzin   autora  Roczników  dawno   mieliby  ponad   sto   lat.
Opierał się zatem na relacjach z drugiej lub trzeciej ręki, które dowolnie
wykorzystywał.

Tymczasem   wracający   z   Wielkopolski   Otto  von  Lutterberg,   po

zwycięstwie pod Koninem, postanowił jeszcze zdobyć Brześć Kujawski –
gród, który nie leżał wcześniej na trasie przemarszu jego armii, kiedy szedł
z nią w stronę Kalisza. Chciał przy tym działać przez zaskoczenie. Dlatego
opóźniające pochód tabory z łupami  i jeńcami  oraz zapasami  żywności
pozostawił   w   Radziejowie,   pod   tylną   strażą   składającą   się   głównie   z
piechurów, a dowodzoną przez wielkiego marszałka Zakonu Dietricha von
Altenburga, którego wsparł jeszcze niewielką grupą zagranicznych gości –
rycerzy, w większości jednak rannych lub chorych.

Owa   tylna   straż  –  trzystu  jezdnych  i  niespełna  tysiąc  piechurów –

stanowiła trzecią, a może nawet czwartą część głównych sił krzyżackich,
które, uwolnione od taborowego balastu, szybkim marszem zmierzały w
stronę   Brześcia   Kujawskiego.   Krzyżacy   byli   już   prawie   u   siebie,
znajdowali   się   zaledwie   o   niecałe   dwa   dni   drogi   od   Torunia   i   nie

background image

spodziewali   się,   zwłaszcza   po   zwycięstwie   nad   królem   pod   Koninem,
żadnej militarnej akcji ze strony Polaków. Byli całkowicie pewni swojego
bezpieczeństwa. Z tego też powodu razem z wielkim marszałkiem znajdo-
wało  się   kilku   innych   dostojników   Zakonu   i   kilku   komturów.   Ponadto
Dietrichowi  von  Altenburgowi   towarzyszyła   wielka   chorągiew   Zakonu,
właśnie dla bezpieczeństwa także pozostawiona w taborach.

27 września 1331 roku w godzinach rannych tylna straż krzyżackiej

armii   opuściła   Radziejów.   Z   powodu   gęstej   mgły   wymarsz   nastąpił   z
opóźnieniem.  Kolumna  taborowa, na którą składały się wozy ciągnione
przez   woły,   eskortowana   głównie   przez   piechurów,   rozciągnęła   się   na
znacznej długości. Już za Radziejowem około godziny dziesiątej rano z
utrzymującej   się   gęstej   mgły   na   tę   właśnie   kolumnę   niespodziewanie
wyszły wojska Władysława Łokietka.

Zaskoczenie nieprzygotowanych na takie spotkanie Polaków było tak

wielkie, że zamiast  od razu uderzyć  na nieprzyjaciela, król nakazał się
cofnąć, uformować odpowiednie szyki, poczekać na całkowite opadnięcie
mgły   i   dopiero   wtedy   przystąpić   do   bitwy.   (Znowu   wojska   polskie
poruszały   się   wokół   nieprzyjaciela   bez   jakiegokolwiek   rozpoznania).
Decyzja ta dała Krzyżakom niezbędny czas na zwarcie szyku taborowego,
a   przede   wszystkim   na   wysłanie   gońców   do  Ottona  von  Lutterberga   z
zawiadomieniem o polskim ataku.

Raz jeszcze się okazało, jak słabym wodzem był Władysław Łokietek.

Kiedy już się przekonał, że ma do czynienia tylko z krzyżackim taborem, a
nie głównymi siłami zakonnej armii, zamiast wyruszyć w szybką pogoń za
von Lutterbergiem, zatrzymując dalszy marsz taboru tylko niewielką grupą
swoich wojsk, okrążył tabor i uderzył ze wszystkich stron, tracąc czas i
ludzi. Przecież gdyby udało mu się pokonać główne siły krzyżackie, tabor
i tak wpadłby w jego ręce praktycznie bez walki. Podobno mu to nawet
doradzano.

Władysław Łokietek podjął jednak inną decyzję. Wydał bój eskorcie

taboru.   Dwa   pierwsze   ataki   zostały   przez   obrońców   taboru   odparte,
dopiero trzeci zakończył  się jego zdobyciem.  W ciągu niespełna trzech
godzin było już po bitwie. W polskie ręce dostała się wielka chorągiew Za-
konu.   Do   niewoli   wzięci   zostali   ciężko   ranny  Dietrich  von  Altenburg,
wielki   komtur   Otto  von  Bonsdorf,   komtur   elbląski   Hermann  von
Oettingen, komtur gdański Albrecht von Ore, pięćdziesięciu dwóch innych
braci zakonnych oraz kilku gości zagranicznych i wielu piechurów.

Jeńców   zgromadzono   w   pobliskim   wykopie.   Kiedy   zobaczył   ich

background image

Władysław   Łokietek,   postanowił   oszczędzić   tylko   kilku   najwyższych
dostojników zakonnych, pozostałych zaś rozkazał stracić na miejscu – dla
odstraszającego przykładu. Protest kilku polskich dowódców próbujących
przekonać   Władysława   Łokietka,   że   mordowania   rycerzy,   którzy   się
poddali, zabrania przecież honor rycerski, a poza tym że za takich jeńców
można   wziąć   sowity   okup,   rozjuszył   tylko   króla.   Nakazał   natychmiast
rozpocząć egzekucję.

Król był bowiem przekonany, iż uporawszy się z obrońcami taboru,

uderzy   teraz   szybko   na   całkowicie   zaskoczonych,   w   jego   mniemaniu,
Krzyżaków   szykujących   się   już   do   oblężenia   Brześcia   Kujawskiego,   a
jeńcy będą tylko zbędnym obciążeniem w tej pogoni za nieprzyjacielem.
Tymczasem do Ottona  von  Lutterberga dotarli już gońcy z informacją o
ataku   na   jego   tylną   straż.   Błyskawicznie   zawrócił   on   ze   wszystkimi
swoimi siłami i na polach pomiędzy Łodwigowem a Stębarkiem, w po-
bliżu   miejscowości   Płowce,   ci,   którzy   mieli   najbliżej,   czyli   grupa   pod
wodzą   Henryka  Russ   von  Plauena,   uderzyli   z   marszu   na   zaskoczone,
bardzo   rozluźnione   szyki   polskiego   wojska,   ciągle   jeszcze   głośno
świętującego odniesione zwycięstwo. Po raz kolejny Władysław Łokietek
zaniedbał   przeprowadzenia   zwiadu,   czyli   rozpoznania,   gdzie   może   się
właśnie w tym czasie znajdować armia zakonna.

Krzyżacy von Plauena, choć słabsi liczebnie od Polaków, uderzyli od

razu, nie czekając na nadejście głównych sił. Rozgorzała zacięta bitwa, w
której szala zwycięstwa początkowo przechylała się na obie strony. O jej
ostatecznym wyniku zdecydował powrót pozostałych wojsk zakonnych.

Na   widok   przybywających   głównych   sił   krzyżackich   Władysław

Łokietek   nakazał   królewiczowi   Kazimierzowi   natychmiastowe
opuszczenie pola bitwy, wyposażając go w silną eskortę złożoną z wielu
doświadczonych rycerzy. Widząc odjeżdżającego królewicza, do ucieczki
rzuciła   się   także   spora   część   polskich   oddziałów,   przeświadczona   o
przegranej   i   konieczności   ratowania   życia.   W   szeregi   wojsk   króla
Władysława   wdarł   się   chaos   i   zwątpienie.   Korzystając   z   zapadającego
zmierzchu, hufiec po hufcu rejterował z placu boju. W końcu wycofał się z
niego także  sam  król  wraz  ze  swoją  świtą,  dając  tym   sygnał  do gene-
ralnego odwrotu.

Ci, którzy nie zdążyli w porę uciec, ginęli na miejscu, gdyż komtur

chełmiński po odbiciu taborów, odzyskaniu chorągwi Zakonu i uwolnieniu
Dietricha  von  Altenburga   dowiedział   się   o   wymordowaniu   z   rozkazu
polskiego króla wszystkich krzyżackich jeńców, którzy rano dostali się do

background image

polskiej   niewoli.   Nakazał   zatem   również   nie   oszczędzać   żadnego   z
polskich rycerzy, zabijać bez wyjątku poddającego się czy rannego. W ten
sposób   wymordowanych   zostało   ponad   sześciuset   rycerzy,   których   w
trakcie bitwy wzięto do niewoli. To najdobitniej świadczy o bezsensie i
szkodliwości   porannej   królewskiej   decyzji   o   mordowaniu   krzyżackich
jeńców.

Przed   zapadnięciem   wieczoru   było   już   po   bitwie.   Krzyżacy   nie

odświętowali   jednak,   jak   to   wówczas   było   w   rycerskim   zwyczaju,
zdobycia   pola   bitwy.   Nie   ruszyli   również   w   pościg   za   uciekającymi
wojskami Władysława Łokietka, lecz natychmiast, mimo że zapadała już
noc,   z   odzyskanym   taborem   i   swoimi   rannymi   wyruszyli   w   drogę   do
Torunia. Ten szybki ich wymarsz i brak pogoni za uciekającymi polskimi
hufcami   uznano   potem   w   polskiej   historii   za   koronny   dowód   na
nierozstrzygnięty  wynik   bitwy  pod  Płowcami.   Obie   strony  przecież   się
wycofały, wprawdzie w różnym czasie i z różnych powodów, z bitewnego
pola. A zatem zwycięzcy być nie powinno.

Straty   po   obu   stronach   były   bardzo   ciężkie.   Polacy   stracili   w

popołudniowym starciu co najmniej połowę swojego wojska, Krzyżacy –
prawdopodobnie trzecią część. Król Władysław Łokietek nie był w stanie
prowadzić dalej działań wojennych. Wycofał się aż do Krakowa. Krzyżacy
szybko zabrali swoich rannych i odzyskane tabory i jeszcze tego samego
dnia   wyruszyli   do   Torunia.   Nie   pogrzebali   swoich   zabitych,   co   miało
świadczyć o ich przegranej. Ale również Polacy pozostawili swoich poleg-
łych na placu boju. W  Roczniku Traski  wyraźnie napisano, że ucieczka
części   wojsk   polskich   nie   pozwoliła   królowi   odnieść   zwycięstwa   pod
Płowcami.  Kronika   oliwska  dodaje,   że  wielu   Polaków   padło   w   czasie
ucieczki.
  Tylko według Jana Długosza to właśnie Polacy kładli pokotem
uciekających   Krzyżaków,   a   Polaków   w   tej   bitwie   zginęło   jedynie
dwunastu ze znakomitej szlachty i pięciuset z pospolitego ludu, co było
darem  dobroci   Bożej   i   udało   się   dzięki   pomocy   i   zasługom   patrona   i
pierwszego męczennika Polski św. Stanisława...

Pod   Płowcami   stoją   dzisiaj   kopiec   i   obelisk   uznawane   za   pomnik

chwały   polskiego   oręża.   Znajdują   się   one   akurat   nie   tam,   gdzie
rzeczywiście odniesiono zwycięstwo nad tylną, ochraniającą tabor strażą
krzyżackiej   armii,   lecz   dokładnie   w   miejscu,   w   którym   wojska
Władysława Łokietka doznały dotkliwej porażki w starciu z armią Ottona
von  Lutterberga, gdzie zginęło najwięcej polskich rycerzy. Tam wkrótce
po bitwie postawiono przecież kaplicę, która miała uczcić poległych, a w

background image

przyszłości,   przypominając   o   ich   śmierci,   powinna   się   stać   miejscem
zadumy. Kaplica ta nie przetrwała do naszych czasów, a późniejsze kopiec
i   obelisk   powstały   wyłącznie   z   myślą   o   uhonorowaniu   zwycięskiego
polskiego rycerstwa i stały się symbolem triumfu polskiego oręża. Tylko
dlaczego   znajdują   się   akurat   w   miejscu,   gdzie   tego   triumfu   nie
odnieśliśmy?

Zdaniem   wielu   polskich   historyków   owa   bitwa   o   krzyżacki   tabor,

rozegrana   pod   Płowcami,   została   nierozstrzygnięta.   Przed   południem
zwyciężyliśmy,   zdobyliśmy   tabory  wroga.   Po   południu   przegraliśmy,   a
Krzyżacy odzyskali wszystko, co utracili. Zupełnie jakby to były zawody
sportowe, zakończone wynikiem remisowym. Do przerwy wygrywaliśmy,
po przerwie ulegliśmy, w sumie nie można wskazać zwycięzcy.

Ale czy można w ogóle w ten sposób klasyfikować bitwy, dzieląc je

na   dwie   części   –   wygraną   i   przegraną?   Nigdy   przecież   w   historii
światowych   wojen,   bitwy,   z   której   z   placu   boju   ucieka,   na   wyraźne
polecenie   ojca   wątpiącego   w   ostateczny   sukces,   najpierw   syn
głównodowodzącego,   a   potem   on   sam   z   resztą   swojego   wojska,   nie
ogłaszano za wygraną lub „zremisowaną”.

Gdyby   nie   nadmierna   zapalczywość   Władysława   Łokietka,   można

było   się   odpowiednio   przygotować   na   spodziewane   przecież   nadejście
krzyżackiej   odsieczy  lub   nawet   uniknąć   stoczenia   jeszcze   tego  samego
dnia   przez   zmęczonych   polskich   rycerzy   drugiej   bitwy,   w   dodatku   z
przeważającymi siłami wroga. Brak rozpoznania co do reakcji głównych
sił   krzyżackich   na   wieść   o   ataku   na   tabor   powinno   się   rozpatrywać
wyłącznie w kategorii bardzo poważnych błędów strategicznych.

Jeśli   pod   Płowcami,   jak   chce   wielu   historyków,   miało   miejsce

„świetne zwycięstwo polskiego oręża”, to trzeba od razu postawić pytanie
o jego polityczne i terytorialne skutki. Niestety, bitwa ta nie przyniosła
Polsce nic korzystnego.

Najważniejszym,   wymiernym   jej   efektem   okazało   się   tylko

uratowanie   tym   razem   Brześcia   Kujawskiego   przed   oblężeniem   i
zakończenie   tej   konkretnej   wyprawy   Ottona  von  Lutterberga.   Nie
przyniosła jednak ta bitwa królowi żadnych korzyści politycznych ani nie
zwróciła   Polsce   utraconych   terytoriów,   nie   odzyskano   też   złupionych
przez Krzyżaków dóbr, przede wszystkim zaś nie złamano potęgi Zakonu.

O   tym   król   mógł   się   przekonać   już   wiosną   1332   roku,   kiedy   to

wyruszyła  na  Kujawy kolejna  wyprawa  krzyżacka,  również pod wodzą
komtura Ottona von Lutterberga. Zaskoczony nią Władysław Łokietek nie

background image

był w stanie zorganizować szybkiej pomocy dla tej dzielnicy. Wysłał tam
jedynie Wincentego z Szamotuł z wielkopolskim hufcem składającym się
z   sześćdziesięciu   rycerzy.   Wojska   zakonne   zdobyły   wreszcie   Brześć
Kujawski oraz Inowrocław – dwa największe, najlepiej umocnione grody
na Kujawach.

Wysłanie przez króla niewielkiego hufca przeciwko całej krzyżackiej

armii okazało się nie tylko dowodem jego słabości militarnej, lecz także...
skuteczną próbą ostatecznego pozbycia się tego niewygodnego, podkreśla-
jącego   często   odrębne   zdanie   w   sprawach   państwowych   i   militarnych
możnowładcy.   Oczywiście   Wincenty  z  Szamotuł  ze  swoim hufcem  nie
miał   najmniejszych   szans   zatrzymania   nawet   na   moment   krzyżackiej
armii. Próbował wprawdzie hamować jej przemarsz, atakując pojedyncze
krzyżackie   oddziały   wysyłane   w   celu   zdobycia   żywności,   aż   w   końcu
trafiony   krzyżacką   strzałą   zginął   w   jednej   z   takich   potyczek.   Jak   na
„zdrajcę narodu” zapisał się niezwykle pozytywnie w naszej historii.

Przy   innym   zdaniu   pozostał   Jan   Długosz,   który   utrzymywał,   że

Wincenty z Szamotuł  za swoją najhaniebniejszą zdradę został wreszcie
zamordowany wskutek zmowy ludzi  i była to bardzo zasłużona kaźń. Nie
można zatem wykluczyć, że mógł on zostać skrytobójczo zamordowany z
polecenia Krzyżaków.

Po   zdobyciu   tych   dwóch   najsilniejszych   grodów   Krzyżacy   nie

napotkali już na Kujawach żadnego większego oporu. W ich ręce wpadały
kolejno Raciąż, Kowal, Kruszwica, Bydgoszcz, Radziejów, Solec, Strzelno
i   Wyszogród.   Zmusili   także   księcia   Kazimierza   gniewkowskiego,
królewskiego   bratanka,   do   zburzenia   własnego   grodu   obronnego
(Gniewkowa),   a   także   do   oddania   im   syna   jako   zakładnika   lojalności
wobec nowych panów tej dzielnicy. Całe Kujawy znalazły się wówczas w
rękach Zakonu.

Niespełna   rok  później,   w  sierpniu  1332 roku,   Władysław Łokietek

podjął   próbę   zbrojnego   odzyskania   tych   terenów.   Wsparty   nowymi
węgierskimi posiłkami wyruszył do ziemi chełmińskiej. Po przekroczeniu
Drwęcy   oraz   spaleniu   młyna   w   Lubiczy   i   wielu   pól   uprawnych   jego
wojska zostały okrążone przez Krzyżaków. Do walnej bitwy tym razem
jednak nie doszło, zawarto bowiem na miejscu rozejm, na mocy którego
polski król niezwłocznie opuścił Kujawy i wycofał się do Wielkopolski,
wyrażając wcześniej zgodę, aby krzyżacko-polski spór o to, kto ma prawa
do   tej   dzielnicy,   rozstrzygnęli   ostatecznie   dwaj   wskazani   przez   strony
królowie   –   czeski   i   węgierski.   Do   czasu   tego   rozstrzygnięcia   Kujawy

background image

pozostać miały w rękach Zakonu.

W   Wielkopolsce,   mając   przy   boku   niewykorzystane   dotychczas

węgierskie wojska, Władysław Łokietek uderzył na pozostałe ziemie tej
dzielnicy,   znajdujące   się   jeszcze   we   władaniu   spadkobierców   księcia
Henryka   III   głogowskiego.   Nie   napotykając   na   ogół   większego   oporu,
spalił   i   zniszczył   ponad   pięćdziesiąt   ufortyfikowanych   miejscowości,
łącznie   z   ważnym   nadodrzańskim   grodem   Kościanem,   które   przecież
mogły   mu   w   przyszłości   posłużyć   do   obrony   zachodniej   granicy
królestwa.   Totalnemu   zniszczeniu   tej   części   Wielkopolski   zapobiegła
nagła choroba króla. Wyprawę doprowadził do końca jego syn Kazimierz,
przyłączając do królestwa znaczną część ziem wielkopolskich, będących
wtedy   we   władaniu   głogowskich   książąt.   Natomiast   ciężko   chory
Władysław Łokietek szybko powrócił do Krakowa.

Tam dogoniła  go wkrótce wiadomość  o oficjalnym  podarowaniu –

dokumentem wystawionym 26 sierpnia 1332 roku w Norymberdze przez
króla   Jan   Luksemburskiego,   występującego   w   nim   jako   król   Polski   –
całych   Kujaw   zakonowi   krzyżackiemu,   tytułem   rekompensaty   za
poniesione   straty   w   ludziach   i   majątku   podczas   wojen   z   królem
krakowskim.   Większego   ciosu   nie   można   było   wtedy   zadać   władcy   z
Krakowa, pochodzącego wszakże z Kujaw.

Stworzyło   to   bowiem   zupełnie   nową,   niekorzystną   dla   królestwa

Władysława Łokietka, jakość w rozsądzeniu sporu o zwierzchnictwo nad
tą dzielnicą, gdyż w ten sposób jego ojcowizna, Kujawy, formalnie stała
się integralną częścią państwa zakonnego. Dokument wystawiony przez
Jana   Luksemburskiego   w   Norymberdze   był   wzorowany   na   akcie
wystawionym   Krzyżakom   w   1225   roku   przez   księcia   Konrada
Mazowieckiego zapraszającego ich na swoje ziemie.

Król   krakowski   zaś   nie   posiadał   przecież   żadnego   dokumentu   –

twierdzili  potem Krzyżacy  –  potwierdzającego imiennie  jego  prawo  do
własności Kujaw. A nikomu nic nie jest dane raz na zawsze, od zarania
dziejów aż  po Sąd Ostateczny,  bo wtedy zupełnie inaczej wyglądałaby
historia państw i narodów. Liczyć się – ich zdaniem – zawsze powinien
tylko   ostatni   dokument   własności.   A   ten   był   w   rękach   krzyżackich   i
przesądzał tym samym o prawach Zakonu do tej dzielnicy.

Nieważne   było   dla   nich,   że   Władysław   Łokietek   był   naturalnym,

dynastycznym   spadkobiercą   dawnych   władców   Kujaw.   Formalnie   nie
mógł   się   przecież   wykazać   odpowiednim   dokumentem   własności.
Oczywiście był to argument łatwy do odrzucenia (i tak się później stało),

background image

niemniej   wtedy   przyczynił   się   niewątpliwie   do   szybszego   zgonu
schorowanego króla.

background image

Zakończenie

2

  marca   1333   roku   zmarł   na   Wawelu   Władysław   Łokietek,   zdaniem

papieża i innych władców europejskich – tylko król krakowski, a zdaniem
jego   najbliższego   otoczenia,   król   całej   Polski.   Swojemu   jedynemu
żyjącemu   synowi   Kazimierzowi   pozostawił   w   dziedzictwie   okrojone
królestwo w tragicznym stanie ekonomicznym, jedno z najbiedniejszych w
Europie,   zrujnowane   wojnami   domowymi   i   zewnętrznymi,   skłócone   ze
wszystkimi   sąsiadami,   z   nierozstrzygniętymi   licznymi   sporami
granicznymi. Jak napisano wtedy w Roczniku małopolskim, król Włady-
sław w spadku Kazimierzowi: zostawił chaos błędów i niedokończonych
sporów,   które   potem   załatwił   jego   znakomity   syn.   Sposób   władania
królestwem   przez   zmarłego   króla   był   bowiem   nadzwyczaj   podobny  do
awanturniczej   polityki   prowincjonalnych   książąt   niewielkich   dzielnic.
Nigdy przecież we wszystkich swoich poczynaniach nie przestał być tym
małym władcą dzielnicowym z Brześcia Kujawskiego.

Zmarłemu ojcu syn Kazimierz wystawił wspaniały sarkofag, którego

zdobienia   ukazują   go   jako   władcę   opiekuna   całego   kraju   i   wszystkich
Polaków.   Na   ścianach   sarkofagu   wyrzeźbione   zostały   opłakujące
Władysława  Łokietka postacie poddanych  wszystkich stanów. Owo po-
wszechne opłakiwanie zmarłego króla wydawało się jednak nawet wtedy
bardzo wątpliwe. Chociaż faktycznie było po czym płakać.

Królestwo   w   chwili   śmierci   Władysława   Łokietka   było   znacznie

mniejsze od tego, jakie obejmował w momencie koronacji. W jego skład
wchodziły teraz tylko wyniszczona nieustającymi wojnami Małopolska i
nieco okrojona Wielkopolska, powiązane ze sobą w bardzo luźny sposób,
tak   że   wprost   trudno   było   mówić   o   ówczesnym   królestwie   jako   o
jednolitym organizmie państwowym.

Poza granicami Królestwa Polskiego pozostało Mazowsze, w którym

książę płocki uznawał zwierzchność czeską, a jego dwaj bracia rządzili się
w swych dzielnicach suwerennie. Natomiast Kujawy, Pomorze Gdańskie i
ziemia   dobrzyńska   znajdowały   się   w   rękach   zakonu   krzyżackiego.

background image

Szczególnie   dotkliwa   była   dla   krakowskiego   króla   utrata   Kujaw,
zagarniętych przez Krzyżaków na rok przed jego śmiercią.

Księstwa   sieradzkie   i   łęczyckie   rządzone   były   wprawdzie   przez

bratanków Władysława Łokietka, którzy zaakceptowali go jako króla, ale
także   w   ostatnich   latach   jego   panowania   starali   się   być   coraz   bardziej
niezależni od Krakowa. Księstwa śląskie (poza świdnickim) były wtedy
ziemiami lennymi... króla czeskiego. Król czeski zresztą nadal uważany
był, nie tylko przez naszych najbliższych sąsiadów, za króla Polski. Ruś
Halicka,   przez   wiele   lat   sojusznik   małego   księcia   w   jego   wojnach   z
wewnętrznymi   przeciwnikami,   podzieliła  się  wtedy  Grodami   Czerwień-
skimi z innym sojusznikiem polskiego króla – Węgrami. W dodatku Ruś
Halicka   przestała   być   sojusznikiem   króla   krakowskiego,   co   więcej   –
połączyła się przymierzem z Krzyżakami.

Krótko   po   śmierci   Władysława   Łokietka,   w   połowie   1333   roku,

wygasał rozejm z Zakonem i w każdej chwili mogły zostać wznowione
działania wojenne Krzyżaków przeciwko Polsce. Wątpliwym,  w świetle
europejskich zamierzeń króla Kazimierza, sojusznikiem pozostawała po-
gańska   Litwa.   Poganie,   jako   jedyny   sojusznik,   nie   stanowili   dobrej
rekomendacji dla młodego państwa. Poza tym  Litwa miała także swoje
problemy   z   Krzyżakami,   a   ponadto   zgłaszała   pretensje   do   niektórych
Grodów Czerwieńskich. Natomiast Węgry, gdzie panował wówczas król
Karol Robert, bardziej były zainteresowane układaniem swoich stosunków
z Europą i konfliktem z Czechami niż budowaniem przyszłości na sojuszu
z królestwem krakowskim.

Wydawało się, że gorzej dla młodej państwowości polskiej już być nie

mogło.   Król   Kazimierz   poza   tymi   problemami   miał   przecież   jeszcze
dodatkowo do pokonania bardzo złą opinię o swoim ojcu, na którą ten tak
skutecznie   „pracował”   przez   całe   życie.   Musiał   także   młody   król
doprowadzić   do   przełamania   wyraźnej   izolacji   politycznej,   w   jakiej
znalazła się Polska w ostatnich latach panowania jego ojca.

A na dodatek kraj był gospodarczo w kompletnej ruinie, wyniszczony

ciągłymi wojnami. Miasta, gnębione koniecznością dostarczania środków
na finansowanie tych wojen, wyraźnie podupadły. Wprawdzie w ostatnich
latach panowania Władysław Łokietek wznowił akcję osadnictwa i lokacji
w królestwie nowych wsi i miast, ale to działanie, z uwagi na konieczność
przyznawania   zasadźcom   licznych   ulg   i   przywilejów   finansowych,   nie
mogło   przynieść   królowi   i   królestwu   natychmiastowych   efektów
ekonomicznych.

background image

Jeśli zatem król Kazimierz przeszedł do naszej historii z zasłużonym

ze   wszech   miar   przydomkiem   Wielki,   to   ową   wielkość   zdobywał
niezwykłą   pracowitością,   zręcznością   polityczną,   umiejętnością   doboru
współpracowników   i   determinacją   połączoną   z   realizmem   politycznym.
Przede wszystkim zaś dzięki całkowitemu zerwaniu zarówno ze stylem
sprawowania rządów swego ojca w kraju, jak i sposobem postępowania
wobec  sąsiadów.   Bardzo  szybko  uwolnił   się  od  narzucanych  mu  przez
Władysława Łokietka sposobów myślenia i działania.

Owocowały tu lata spędzone przez młodego księcia Kazimierza na

dworze   andegaweńskim   w   Budzie.   Wprawdzie   nie   brakowało   głosów
historyków, że był on tam zakładnikiem zobowiązań swojego ojca wobec
państwa węgierskiego, niemniej ważne jest to, że miał wówczas okazję
poznać najlepsze wzorce nowoczesnego zarządzania państwem. Królestwo
węgierskie kierowane przez Andegawenów przeżywało w tamtych latach
rozkwit polityczny i ekonomiczny. Miał więc przyszły polski król, gdzie
się uczyć i kogo naśladować. Podobnie, przed wiekami, jako zakładnik na
cesarskim  dworze   niemieckim   wiedzę   o  rządzeniu  państwem  zdobywał
Mieszko   II,   syn   Bolesława   Chrobrego.   Próbował   ją   potem   wcielać   w
Polsce, gdy został królem, ale nie udało mu się jej w pełni wykorzystać z
powodu zmasowanego ataku wszystkich sąsiadów na jego królestwo.

Nowa   polityka   zewnętrzna   i   wewnętrzna,   sprowadzająca   się   do

zapewnienia   bezpieczeństwa   kraju   poprzez   szukanie   porozumienia   ze
wszystkimi   bez   wyjątku   sąsiadami,   rozstrzygania   nawet   tych
najpoważniejszych   sporów   w   drodze   pokojowej,   dyplomatycznej,
podejmowania tylko niezbędnych działań zbrojnych oraz stałego inwesto-
wania w nowe miasta i nowe grody obronne, musiała przynieść zakładane
rezultaty. Aby osiągnąć nadrzędny cel, jakim było ułożenie poprawnych
stosunków   z   wrogimi   państwami,   król   Kazimierz   godził   się   nawet   na
doraźne   ustępstwa.   Układy  z   Luksemburgami   i   Krzyżakami   są   właśnie
przykładem   takiego   realizmu   politycznego.   Odchodziły   szybko   w
niepamięć   burzliwe   czasy   Łokietkowe.   Królestwo   Polskie   stawało   się
coraz   bardziej   uznawanym   partnerem   dla   państw   europejskich,   a   jego
władca zdobywał powszechny szacunek królów i książąt.

Trzydzieści siedem lat panowania króla Kazimierza Wielkiego było

okresem wielkich przemian w królestwie. Nie tylko wzmocniło się ono i
rozszerzyło terytorialnie, obejmując obszar ponaddwukrotnie większy niż
w 1333 roku, wolny od różnych zagranicznych roszczeń własnościowych.
Przeprowadzona  została  także  reforma   administracyjna   kraju,  będąca  w

background image

zasadzie   powrotem   do   reformy   zainicjowanej   przez   Wacława   II,   którą
Władysław   Łokietek   zlikwidował   oficjalnie   pod   pretekstem,   że   była
wymysłem   obcego władcy,  a  w  dodatku – jego  zdaniem – ograniczała
królewskie kompetencje.

Powstawały nowe miasta (w sumie ponad sto), rozbudowywano już

istniejące.   Rozszerzona   została   wiejska   sieć   osadnicza.   Rejonów
nadgranicznych strzegło pod koniec jego panowania ponad siedemdziesiąt
nowych   zamków   wzniesionych   albo   przez   króla,   albo   przez
możnowładców, ale zawsze z królewską załogą.

Jako   ciekawostkę   odnotować   należy   również   przywrócenie   korony

orłowi   na   polskim   godle,   której   pozbawił   go   przecież...   Władysław
Łokietek. Odtąd godłem Polski pozostał już orzeł biały w koronie.

Zlikwidowane zostały ostatecznie także wszelkie roszczenia władców

czeskich do polskiej korony, a król Kazimierz uznany został w Europie już
za   króla   całej   Polski,   a   nie   jak   jego   ojciec,   tylko   króla   krakowskiego.
Powróciły  do  Królestwa   Kujawy  i   ziemia   dobrzyńska.   Uporządkowano
status ziemi łęczyckiej i sieradzkiej, włączając je w całości do królestwa.
Odzyskano   od   Marchii   Brandenburskiej   część   Pomorza   Zachodniego   z
Wałczem   i   Czaplinkiem   oraz   niewielkie   tereny   należące   wcześniej   do
Wielkopolski.   Książęta   mazowieccy,   sieradzcy   i   łęczyccy   stali   się
lennikami Królestwa Polskiego. Przyłączone zostały do niego także Ruś
Halicka   i   Pokucie,   a   Podole,   aż   po   Kamieniec   Podolski,   oraz   znaczna
część   księstwa   włodzimierskiego   stały   się   naszymi   ziemiami   lennymi.
Niestety,   poza   niewielkimi   obszarami   nadgranicznymi   nie   udało   się
królowi Kazimierzowi odzyskać Śląska i części Pomorza, zajętego przez
Krzyżaków. Była to zresztą cena, jaką przyszło mu zapłacić za zamianę ty-
tułu   króla   krakowskiego   na   króla   Polski.   Niespodziewana   śmierć
Kazimierza   Wielkiego   przerwała   rozpoczęcie   przygotowywanych   już
działań   politycznych   i   militarnych,   mających   na   celu   odzyskanie   tych
dzielnic.

Kraj   rozwijał   się   w   miarę   harmonijnie.   W  Statucie   wielkopolskim

wyraźnie bowiem zostało zapisane –  jeden władca, jedno prawo, jedna
moneta   w   całym   królestwie.
  Realizacja   tego   ustalenia   nie   była   łatwa.
Należało przełamywać liczne zaszłości z okresu rozbicia dzielnicowego.
Dopóki   żył   król   Kazimierz,   udawało   mu   się   utrzymywać   tę   chwiejną
równowagę w całym królestwie, która jednak po jego śmierci załamała się
w   konflikcie   możnowładców   Małopolski   z   Wielkopolanami   i   wojnie
domowej, określanej później jako wojna Grzymalitów z Nałęczami.

background image

Król zmienił również ważne, z racji polskich interesów, sądownictwo

mieszczańskie.   Dotychczas   mieszczanie,   zgodnie   z   prawem
magdeburskim, według którego zakładano w Polsce miasta, mogli się w
swoich spornych sprawach odwoływać tylko do sądu w Magdeburgu lub w
Środzie Śląskiej (kiedy miasta zakładano na tzw. prawie średzkim), gdzie
zapadały   ostateczne   wyroki.   W   obu   przypadkach   decyzje   dotyczące
wewnętrznych,   polskich   przecież   konfliktów,   wydawane   były   poza
granicami królestwa przez niemieckie sądy.

Kazimierz   Wielki   zorganizował   zatem   na   zamku   królewskim   na

Wawelu   Sąd   Wyższy   Prawa   Niemieckiego,   w   którego   skład   wchodzili
wójt krakowski oraz siedmiu ławników. Sąd ten rozstrzygał na miejscu, w
Krakowie, wszystkie wątpliwości każdego z polskich miast założonych na
prawie   niemieckim,   a   znajdujących   się   w   tym   czasie   w   granicach
Królestwa Polskiego.

Miarą   skuteczności   działania   w   sferze   gospodarczej   i   gromadzenia

odpowiednich zasobów w królewskim skarbcu było przyjęcie Polski do –
jak   byśmy   to   dzisiaj   określili   –   europejskiej   unii   walutowej,   czyli
ówczesnej tzw. strefy florena. Pieniądz ten w czternastowiecznej Europie
pełnił   funkcję   dzisiejszego   euro.   Prawo   do   jego   bicia   miały   tylko
największe   i   najbogatsze   kraje   europejskie.   Przyznanie   tego   prawa
naszemu   krajowi   było   wyrazem   docenienia   jego   znaczących   osiągnięć
gospodarczych.

Polski floren, srebrny i złoty, miał na awersie i rewersie wizerunek

orła w koronie. Używany był tylko przy rozliczeniach ważnych transakcji
międzynarodowych.  W kraju równowartość srebrnego florena stanowiło
wtedy sześć złotych lub sto osiemdziesiąt groszy praskich. Złoty floren
wart był dziesięć razy więcej. Był  on bity prawdopodobnie w Wenecji,
dokąd wysyłano z Polski odpowiednie ilości złota i srebra.

Wymieniając wielkie osiągnięcia króla Kazimierza, należy wśród tych

najważniejszych   uwzględnić   jeszcze   powołanie   przez   niego   Akademii
Krakowskiej,   później   znanej   jako   Uniwersytet   Jagielloński.   Była   ona
dziesiątą tego typu uczelnią w Europie, a drugą, po praskiej, w tej części
naszego kontynentu. Wprowadzała Polskę do świata europejskiej nauki.

Największym sukcesem polskiego króla na arenie międzynarodowej

było   natomiast   doprowadzenie   do   zjazdu   władców   europejskich   w
Krakowie, we wrześniu 1364 roku. Uczestniczyli w nim Karol IV – cesarz
niemiecki, Ludwik – król węgierski i późniejszy król Polski, Waldemar IV
Atterdag   –   król   Danii,   Piotr   de   Lusignan   –   król   Cypru,   oraz   książęta:

background image

Władysław opolski, Siemowit III mazowiecki, Bogusław V wołogowsko-
słupski   wraz   z   synem   Kaźkiem,   Bolesław   II   świdnicki,   Bolesław   III
Rozrzutny   brzeski,   a   także   cesarski   syn   Jan   Henryk,   wtedy   margrabia
Moraw, Otto Wittelsbach – margrabia brandenburski, oraz Jan, nuncjusz
Stolicy Apostolskiej. Prawdopodobnie obecni byli  w Krakowie również
inni książęta śląscy.

Oficjalnie   krakowski   zjazd   poświęcony   był   przygotowaniom   do

stworzenia   szerokiej   koalicji   anty   tureckiej.   Faktycznie   natomiast
regulował   nowy   porządek   terytorialny   w   Europie   Środkowej,   w   której
Królestwo Polskie odzyskało należne mu miejsce, zarówno pod względem
politycznym,   jak   i   terytorialnym.   Ponadto   ostatecznie   rozstrzygnięto   w
Krakowie wieloletni spór pomiędzy Karolem VI a Ludwikiem węgierskim.

Dzisiaj już się o tym bardzo ważnym politycznym wydarzeniu na ogół

nie pamięta, sprowadzając całe to wielkie dyplomatyczne przedsięwzięcie,
zainicjowane i przeprowadzone przez polskiego króla, najwyżej do koń-
cowej   wystawnej   uczty   w   mieszczańskim   domu   krakowskiego   rajcy
Mikołaja   Wierzynka.   Uczty   podobno   znakomitej,   którą   odnotowano   w
wielu europejskich kronikach, ale to przecież nie ona była podczas tego
zjazdu wydarzeniem godnym największej uwagi. Szkoda, że w porówna-
niu z ciągłymi spekulacjami nad menu tej pożegnalnej uczty tak mało się
obecnie   przypomina   o   samym   spotkaniu   i   jego   przebiegu.   Był   to
niewątpliwie   ten  moment   w  naszej   historii,   w  którym   po  raz   pierwszy
weszliśmy   z   pełną   akceptacją   ówczesnej   Europy   na   stałe   do   wielkiej
europejskiej   rodziny.   I   to   od   razu   jako   ważny   i   liczący   się   partner.
Autorem tego sukcesu był niewątpliwie król Kazimierz.

Całym zresztą swoim panowaniem Kazimierz Wielki udowadniał, iż

w najtrudniejszych nawet warunkach można było kierować państwem w
zupełnie inny sposób. Przede wszystkim rozumem, a nie tylko mieczem.
Wydawało   się   to   oczywiste,   ale   tę   wiedzę   król   zawdzięczał   Karolowi
Robertowi   Andegaweńskiemu,   jednemu   z   największych   królów
węgierskich;   zdobył   ją   podczas   pobytu   na   jego   dworze.   Otaczał   się
mądrymi doradcami i w odróżnieniu od Władysława Łokietka śmiało z ich
rad korzystał.

Za   rządów   Kazimierza   Wielkiego   Polska   awansowała   z

trzeciorzędnego   kraju   na   naszym   kontynencie   do   grona   silnych
organizmów politycznych, gospodarczych,  społecznych i kulturalnych.  I
stało się to za panowania tylko jednego króla. Świadczy to najlepiej o tym,
jaki   narodowy   potencjał   marnował   wcześniej   swoimi   nierozważnymi

background image

decyzjami Władysław Łokietek.

background image

Aneks nr 1

Bulla papieża Klemensa V potępiająca zbrodnie i

nieprawości Krzyżaków

(fragmenty)

Klemens   biskup,   sługa   sług   Bożych,   czcigodnemu   bratu   arcybiskupowi
Bremy Janowi i ukochanemu synowi Albertowi z Mediolanu, kanonikowi
Rawenny,   naszemu   kapelanowi   pozdrowienie   i   apostolskie
błogosławieństwo. Powołani, acz niegodni do uprawy i strzeżenia winnicy
Pańskiej, powinniśmy się w ten sposób ćwiczyć w pracy nad jej uprawą i
zbawiennym   stróżowaniem,   byśmy   działając   w   niej   niestrudzenie   i
przykładając się z zapałem i głęboką troskliwością do plewienia cierni
błędów   i   kolców   grzechów,   które   niekiedy   usiłują   przesłonić   jej   po-
wierzchnię,   oraz   zaszczepienia   zarodków   cnót,   którymi   raduje   się
Najwyższy, strzegli jej szczególnie od tych ucisków, które wkradając się
skrycie pod płaszczykiem pobożności, trudniej dają się wyminąć. Zaiste za
naszych   poprzedników   biskupów   rzymskich,   jak   i   za   naszych   czasów
dochodzą   do   Stolicy   Apostolskiej   głośne   wołania   o   pomoc

 

i   znane

powszechnie skargi, że mistrzowie i bracia Szpitala Zakonu Niemieckiego
NMPanny ustanowieni przez tąż stolicę w Rydze, Inflantach i w Prusach
po to jedynie, by męstwem osłaniali kościoły, osoby duchowne i innych wy-
znawców   wiary   katolickiej,   by   strzegli   ich   przed   atakami   pogan   i
schizmatyków i pracowali wytrwale nad szerzeniem wiary i pobożności
chrześcijańskiej, z ciężką – niestety – krzywdą naszego Zbawiciela i hańbą
wszystkich   wiernych,   z   uszczerbkiem   dla   tej   wiary   stali   się   wrogami
wewnętrznymi i z przyjaciół zamienili się we wrogów. Nie powstają dla
imienia Chrystusa przeciwko wrogom wiary, ale – strach słuchać! – dla,
jak   to   wskazują   wyraźne   dowody,   własnych   korzyści   walczą   różnego
rodzaju podstępnymi sposobami raczej przeciwko Chrystusowi i zabiegają
szczególnie o to, jak na to wskazują wyraźnie dowody, by przejmując na
własny   użytek   wszystkie   kościoły   i   ich   majątki   oraz   dobra   wiernych

background image

wspomnianych   okolic,   gnuśnieć   wśród   ogromnego   dostatku.   Toteż
zaniechawszy walki dla Chrystusa, toczą raczej niegodziwą bronią walkę
przeciw wiernym Chrystusowi.

Poważyli   się   w   godny   potępienia   sposób   niektórych   ówczesnych

arcybiskupów i innych prałatów oraz dostojników w tych stronach, nie
wstrzymując się nawet od podniesienia ręki na nich, nic sobie nie robiąc z
bojaźni   Bożej,   nierozważnie,   nie   cofając   się   przed   gwałtem,   z   godną
potępienia świętokradzką odwagą, schwytać i sadzić w okrutnym więzieniu
i   zadać   im   inne,   ciężkie   fizyczne   cierpienia.   Tak   zniszczyli   całkowicie
siedem   spośród   czternastu   kościołów   sufragańskich,   które   kościół
metropolitalny  w  Rydze  miał  zwykle  w  tych stronach,  a  siedem innych
pozostawili w takim stanie, że więcej hańby i wstydu przynoszą godności
pasterskiej,   niż   gdyby   ich   całkiem   nie   było.   Albowiem   wyrzuciwszy  

Z

czterech   z  nich  kanoników   ustanowionych   zgodnie   z   przepisami   prawa
kanonicznego, umieścili w wymienionych kościołach jako kanoników braci
swojego Zakonu. Faktycznie usuwają i powołują ich w nich zgodnie ze
swym   życzeniem.  [...]  Wybrani   więc   w   ten   sposób   i   fałszywie
zatwierdzeni, otrzymują konsekrację na biskupów i nie okazują żadnego
posłuszeństwa tamtejszemu kościołowi metropolitalnemu w Rydze. W po-
zostałych   zaś   trzech   kościołach   katedralnych,   jeśli   są   nieobsadzone,
wprowadzają doń jakie chcą osoby [...]  Wszystkie dobra tych kościołów,
które   zwykle   mają   wybitnych   biskupów   ze   znakomitymi   kapitułami
dysponującymi ogromnymi majątkami i dochodami, zagarniają wbrew za-
sadom na własny użytek, nie bez szkody i straty dla tych kościołów.

I   aby   móc   swobodniej   srożyć   się   wobec   wspomnianej   metropolii   i

innych prałatów i wiernych tych prowincji i ziem i poddawać pod swoją
władzę   ich  twierdze,   zamki,   ziemie,   sądownictwo   i   prawa,   łączą  się   w
niegodziwy sposób z tymiż poganami, a udzielając im przeciw wspomnia-
nym   wiernym   oficjalnej   pomocy,   rady   i   poparcia,   sprzedają   im   i
pozwalają, by im inni sprzedawali żelazo, broń, konie i inne towary, dzięki
którym wspomniani poganie mogą atakować dotkliwiej tych wiernych...

[...]  Przypisują   im   także   następujące   bezeceństwo   i   straszną

niegodziwość. Gdy król pogański nawrócił się ze swymi poddanymi na
wiarę chrześcijańską i stopniowo wprowadzał w całym swym królestwie
różnych   biskupów   i   kapłanów   świeckich   oraz   braci   zakonu
kaznodziejskiego i braci mniejszych, żeby zostali na stałe celem tępienia
błędów i zaszczepiania światła prawdziwej wiary,  ci  sami  mistrzowie i
bracia jawnie i tajnie zabiegali o to, żeby niektórych z tych biskupów,

background image

kapłanów i braci wyrzucono stąd, innych zaś wymordowano.

[...]  Ostatnio doszło do naszych uszu, że wspomniani mistrzowie i

bracia   szpitalni,   wtargnąwszy   zbrojnie   do   ziemi   ukochanego   syna,
szlachetnego męża, księcia krakowskiego i sandomierskiego Władysława,
w mieście Gdańsku wymordowali ponad dziesięć tysięcy ludzi, zadając
śmierć kwilącym w kołyskach niemowlętom, których by nawet wróg wiary
oszczędził. Ci sami mistrzowie i bracia dopuścili się podobno wielu innych
godnych potępienia występków, których szczegółowe, po kolei wyliczanie
zajęłoby zbyt dużo miejsca.

My   więc,   którzy   z  woli   Pana   kierujemy   zarządzaniem   tej   Pańskiej

winnicy, pragnąc, by po wycięciu kolczastych krzewów umacniały się w
niej   winne   latoroślą,   biorąc   również   pod   uwagę,   że   wymienione   wyżej
błędy, o które są pomawiani wspomniani mistrzowie i bracia, są zgubne i
przeciwne   naszej   wierze,   a   raczej   wrogie   sercom   wszystkich   wiernych
Chrystusowych, nie możemy ich z czystym sumieniem z przymrużeniem oka
pominąć. Uważając też, Że w takich wypadkach odkładanie na później
środków   zaradczych   [jest   niesłuszne],   że   należy   usilnie   zachęcić   i   na-
pomnieć   Waszą   Świątobliwość,   której   głębokiemu   rozsądkowi   ufamy   w
Panu   całkowicie,   polecając   Wam   ściśle   i   pismem   Stolicy   Apostolskiej
nakazując,   abyście   się   osobiście   udali   w   te   strony   lub   do   tych
miejscowości w tych stronach, które Wam się wydadzą odpowiedniejsze
dla przeprowadzenia tego zadania, i mając przed oczyma jedynie Boga,
żebyście   zbadali   dokładnie   prawdę,   jeśli   chodzi   o   zarzuty   stawiane
wspomnianym   wyżej   mistrzom   i   braciom   tegoż   [zakonu]   szpitalników
znajdujących się w wymienionych prowincjach i krajach, we wszystkich po
kolei wymienionych wyżej sprawach oraz odnośnie do artykułów, które
Wam przesyłamy zawarte w naszej Bulli oraz wszystkich innych zbrodni i
występków, które się im publicznie – jak się o tym przekonacie – zarzuca
[...]

Dane w Awinionie 19 czerwca w piątym roku naszego pontyfikatu, w

roku Pańskim 1311.

background image

Aneks nr 2

Miecz koronacyjny „Szczerbiec”

Podczas koronacji Władysława Łokietka po raz pierwszy niesiono przed
polskim królem tzw. miecz koronacyjny. Miał to być rzekomo legendarny
„szczerbiec” Bolesława Chrobrego. W rzeczywistości był mieczem z XII
lub XIII wieku, nieznanego pochodzenia.

Najstarszy   zapis   o   „szczerbcu”   pochodzi   z   Kroniki   Polskiej   Galla

Anonima. Mieczem tym miał podobno książę Bolesław uderzyć w Złotą
Bramę   w   Kijowie,   w   połowie   sierpnia   1018   roku.   Drużynnikom,
zdziwionym   faktem   wyszczerbienia   własnego   miecza,   miał   podobno
odpowiedzieć – „tak jak ten miecz, wyszczerbiona dzisiaj zostanie cnota
córki najtchórzliwszego króla, której mi kiedyś odmówiono za żonę”. Tyle
w sprawie późniejszego miecza koronacyjnego odczytać można u Galla
Anonima.

Tym   królem   był   wielki   książę   Rusi   Kijowskiej   Włodzimierz   zwany

Wielkim. Córką – młodziutka, olśniewającej  urody  Predsława, o której
rękę wcześniej ubiegał się nasz władca, ale został przez nią odtrącony.
Bolesław   Chrobry  najpierw   w   obecności   polskich   dworzan   zgwałcił
Predsławę. Potem jednak tak się zakochał w tej ruskiej księżniczce, że
uprowadził ją do Polski i osadził w Ostrowie Lednickim, gdzie dla niej
kazał wybudować nawet cerkiew. Miał z Predsławą dwie córki.

Miecz 

Kijowa prawdopodobnie złożono mu do trumny. Wszelki ślad

po nim jednak zaginął, gdy w 1038 roku najechał na Polskę czeski książę
Brzetysław II. Spalił Poznań i Gniezno. Wywiózł do Pragi relikwie św.
Wojciecha. Zniszczył groby Mieszka I i Bolesława Chrobrego, rzucając
resztki kości naszych władców psom na pożarcie.

„Szczerbiec” numer dwa to dzieło króla Bolesława Śmiałego. Kiedy

zdobywał Kijów, powtórzył ten gest swojego wielkiego pradziada, choć
tym   razem   już   bez   żadnych   seksualnych   podtekstów.   Miecz   później
towarzyszył królowi podczas wygnania na Węgry. Zaginął na obczyźnie.

Trzeci, ten koronacyjny „Szczerbiec”, sądząc po zdobieniu rękojeści,

był   prawdopodobnie   początkowo   własnością   jakiegoś   krzyżowca,
niewykluczone,   że   któregoś   z   polskich   uczestników   krucjat   do   Ziemi

background image

Świętej.   Jest   to   typowy   miecz   ceremonialny.   Jego   długość   całkowita
wynosi 98,4 cm, długość głowni – 82 cm, a szerokość głowni – 5 cm.

Pierwszym udokumentowanym źródłowo jego posiadaczem był książę

Bolesław I mazowiecki, w którego rękach mógł się znaleźć ok. 1230 roku.
Książę ten był bratem Kazimierza I, ojca Władysława Łokietka. A zatem
ten trzeci „szczerbiec” mógł być po prostu pamiątką z domu rodzinnego
króla krakowskiego.

Ostatnio   pojawiła   się   hipoteza,   że   miecz   ten   ofiarowali   księciu

Bolesławowi   Pobożnemu   Żydzi   uciekinierzy  

Z  

Hiszpanii,   wdzięczni   za

umożliwienie im zamieszkania w Wielkopolsce. Potem wraz z posagiem
książęcej córki – Elżbiety – otrzymał go Władysław Łokietek.

Miecz nazwany  „Szczerbcem”  służył  później  do koronacji  polskich

królów,   z   wyjątkiem   Augusta   III   Sasa,   który   skorzystał   z   wszystkich
regaliów   wykonanych   przez   drezdeńskiego   złotnika  Johanna  Heinricha
Kohlera.   Wywieziony   w   1795   roku   przez   Prusaków,   stał   się   później
własnością   ambasadora   rosyjskiego   w   Paryżu,   potem   znalazł   się   w
Petersburgu,   a   po   pierwszej   wojnie   światowej   powrócił   do   Polski.   W
czasie   drugiej   wojny   znalazł   się   w   Kanadzie.   Został,   staraniem   władz
Polskiej  Rzeczpospolitej  Ludowej,  zwrócony w 1961 roku. Znajduje  się
obecnie w Państwowych Zbiorach Sztuki na Wawelu.

background image

Aneks nr 3

Bunt wójta Alberta

(zapiska z Rocznika kapitulnego krakowskiego powstała już za czasów

panowania króla Władysława Łokietka)

Roku   wcielenia   Pana   naszego   Jezusa   Chrystusa   1312   mieszczanie
krakowscy,   rozpaleni   szałem   germańskiej   zajadłości,   przyjaciele
przestępstwa,   a   także   jawni   i   skryci   wrogowie   pokoju,   poniechawszy
bojaźni   bożej,   sprzeciwili   się   panu   Władysławowi,   księciu   Krakowa   i
Sandomierza i władcy całego królestwa polskiego, tak jak Judasz dający
Jezusowi   pocałunek,   w   miejsce   przysięgi   okazali   przebiegłą   chytrość   i
sprowadzili księcia opolskiego Bolesława. Ten w końcu, ugodziwszy się ze
wspomnianym księciem Władysławem Łokietkiem i zadawszy mieszczanom
liczne   szkody,   uwięziwszy   wójta   Alberta,   który   dał   początek   całej   tej
nieprawości, ustąpił z miasta i powrócił do siebie. A wtedy natychmiast
najjaśniejszy   książę   Władysław,   wkraczając   znowu   do   wspomnianego
miasta, niektórych spośród mieszczan schwytał i zamknął pod więzienną
strażą.   Tychże   uwięzionych  w   sposób  okrutny   po   całym   mieście   końmi
włóczył i włóczonych za miastem na szubienicy w sposób budzący litość
powiesił i nakazał, aby ciała wisiały tak długo, dopóki zgniłe ścięgna nie
puszczą wiązań kości. W tym samym roku wybudował w mieście gród, zbu-
rzywszy uprzednio dom wspomnianego wójta i wzniósł wieżę w bramie
prowadzącej do Świętego Mikołaja.

background image

Aneks nr 4

Dokument króla Jana Luksemburskiego z 12 III

1329 r.

(w sprawie nadania Krzyżakom Pomorza)

My, Jan, z Bożej łaski król Czech i Polski i hrabia luksemburski i jego
żona   Elżbieta,   z   tejże   samej   łaski   królowa   tychże   królestw,   hrabina
luksemburska, niniejszym chcemy, żeby na zawsze doszło do wiadomości
wszystkich, zarówno obecnych, jak i przyszłych, co następuje. Ponieważ
wierzymy,   że   między   wszystkimi   dziełami   pobożności,   dzięki   którym
dochodzi się do tronu Wiecznego Króla, największy użytek zbawieniu dusz
przynosi,  jeśli  miejscom związanym z kultem lub ludziom poświęconym
Bogu, którzy codziennie służą Panu, daje się hojnie i ofiaruje coś, dzięki
czemu   wzrastają   w   dobrym,   ponieważ   zatem   pobożni   mężowie,   a
mianowicie   brat   Werner   v.   Orseln,   wielki   mistrz   zakonu   szpitalików
NMPanny   niemieckiego   domu   jerozolimskiego,   a   także   sami   bracia,
panowie   ziemi   pruskiej   [których   obyczaje   są   godne   pochwały]   dają
zasługujący na wspomnienie przykład życia i praktyk, twardzi i niezłomni
w   krzewieniu   prawdziwej   wiary,   dla   której   obrony   przed   Litwinami   i
wchodzącymi w ich ślady wszelkimi zawziętymi wrogami Chrystusa stają –
sami to widzieliśmy
  –  jak mur nie do zdobycia, narażając się na trudy,
rany, śmierć i nieraz ponoszą niepowetowane straty. My więc, żeby mistrz
i   wspomniani   bracia   mogli   skuteczniej   podejmować   trudy,   wydatki   i
starania, zarówno oni sami, jak przez swoich pomocników i poddanych i
trwać   przy   nich   w   przyszłości   oraz   stawiać   skuteczniejszy   odpór
prześladowcom   wiary   chrześcijańskiej,   pragnąc   gorąco   uczestniczyć   w
dobrych   dziełach,   które   za   ich   pośrednictwem   powstają   gdziekolwiek,
byśmy za dobra tego świata zasłużyli na zdobycie niebieskich i wieczne
królowanie   razem   z   Panem   królów,   dla   zbawienia   dusz   naszych
poprzedników i następców, przodków i dziedziców oraz własnych [dusz],
dla   zmazania   naszych   grzechów,   wspomnianemu   mistrzowi   i   braciom

background image

całego   Zakonu   za   wspólnym   porozumieniem,   powszechną   zgodą   i
jednomyślnym   żądaniem,   nienakłonieni   zdradą   ani   nieosaczeni   żadnym
podstępem,   uczciwie,   dobrowolnie   i   nieodwołalnie,   tytułem   prostej   i
szczerej   jałmużny,   ze   względu   na   miłość   Boga   i   cześć   NMPanny,   z
hojności   i   szczodrobliwości   królewskiej,   za   zgodą   naszych   wiernych
dajemy, darowujemy i przekazujemy ziemię pomorską i wszelkie prawo,
własność oraz sprawowanie nad nią władzy zwierzchniej, jakie do niej, jej
całości  lub części nam,  naszym dziedzicom, królom Czech i Polski lub
królowym   do   tej   pory   przysługiwały   albo   w   jakikolwiek   sposób   będzie
mogło   w   przyszłości   przysługiwać,   z   prawem   posiadania,   dzierżenia,
rządzenia, użytkowania i obsadzania przez tego mistrza i braci oraz ich
następców i cały Zakon, z tytułem wieczystej własności, żeby zawsze w
całkowitym   spokoju   robili   cokolwiek   im   i   ich   następcom   się   spodoba.
[Dajemy ją] ze wszystkimi dochodami i przychodami, które są zawarte w
obrębie wspomnianej ziemi, czy to na jej powierzchni, czy wewnątrz, na
czy   pod   jej   powierzchnią,   ze   wszystkimi   mianowicie   jej   prawami   i
przyległościami, przynależnościami, miastami, grodami, zamkami, wsiami,
folwarkami,   polami,   rolami   uprawnymi   i   odłogami,   łąkami,   ogrodami,
górami,   dolinami,   równinami,   zaroślami,   pustkowiami,  drogami  i
bezdrożami,   rzekami,   wybrzeżami,   strumieniami,   stawami,   wodami,
spływami, młynami wodnymi i wiatrakami, prawem do polowań, łowienia
ptaków   i   ryb,   stawami   rybnymi,   prawem   władzy   sądowniczej,   bicia
monety,   cłami,   prawem   patronatu   nad   kościołami,   z   lennami,
poddaństwami, prawem odbierania wszelkich hołdów i wszystkimi innymi
zaszczytami,   czynszami,   podatkami,   dochodami,   plonami,   ze   wszystkimi
bez wyjątku użytkami, które znajdują się nad, pod lub we wspomnianej
ziemi albo jej wnętrzu w kruszcach lub metalach, złocie, srebrze, miedzi,
cynie, ołowiu, żelazie lub czymkolwiek innym, a to: w kamieniach, soli lub
innych   jakichkolwiek   napotkanych   rzeczach,   cokolwiek   by   to   było,   w
całości   z   wszelkimi   użytkami   i   dochodami   z   nich,   które   by   się   z
jakiegokolwiek tytułu należały nam lub komu innemu z nas, naszym następ-
com   i   dziedzicom,   nie   zachowując   zupełnie   w   tej   ziemi   i   jej
przynależnościach   dla   nas,   naszych   dziedziców   i   następców,   żadnej
własności i prawa sprawowania władzy zwierzchniej...

background image

Aneks nr 5

Kalendarium toczonych przez Władysława

Łokietka wojen z Krzyżakami

(od czasu utracenia Gdańska w 1308 roku)

1308 listopad Krzyżacy zdobyli Świecie, ostatni polski gród na Pomorzu

Gdańskim. Od tej pory całe Pomorze znalazło się pod ich władzą.

1327   lipiec  Władysław   Łokietek   rozpoczął   wojnę   o   Kujawy,   atakując

najpierw   księstwa   mazowieckie.   Odwetowa   wyprawa   krzyżacka
(sojusznika mazowieckich książąt) zmusiła króla do odstąpienia bez
odniesienia żadnych korzyści.

1329  styczeń  Król wkroczył na ziemie krzyżackie, w czasie gdy Zakon

zaangażowany był w wyprawę krzyżową przeciwko Żmudzi. Na wieść
o ataku krucjata została przerwana. W kontrataku krzyżackim Polska
utraciła Dobrzyń i część Kujaw. Książę płocki złożył hołd królowi
Janowi   Luksemburskiemu,   który   oficjalnie   nadał   Zakonowi   całe
Pomorze Gdańskie.

1329  marzec  Nowy   atak   Krzyżaków.   Zdobyli   Włocławek   i   Przedacz,

złupili północną część ziemi łęczyckiej, po czym wycofali się na swoje
terytoria.

1330   lipiec  Krzyżacy   zaatakowali   i   zdobyli   ważny   gród   Wyszogród

Kujawski oraz Nakło, Bydgoszcz, Raciążek i Radziejów. Z samego
okupu za jeńców uzyskali 400 grzywien.

1330 wrzesień Władysław Łokietek rozpoczął kolejną wyprawę, wspólnie

z wielkim księciem litewskim Gedyminem i posiłkami węgierskimi,
lecz Węgrzy odmówili walki u boku pogan. Wskutek niedotrzymania
przez króla uzgodnień z Gedyminem, ten wycofał się na Litwę. Po
nieudanych   oblężeniach   Kowalewa   i   Lipienia   Władysław   Łokietek
podpisał   półroczny   rozejm.   Nie   odniósł   z   tej   wyprawy   żadnych
korzyści.

background image

1331  lipiec  Wyprawa   krzyżacka   pod   wodzą   Ottona  von  Lutterberga.

Krzyżacy   spustoszyli   północno-wschodnią   Wielkopolskę.   Zdobyli   i
spalili m.in. Gniezno, oszczędzając tylko katedrę.

1331 sierpień  Nowa wyprawa krzyżacka na Kujawy, zakończona bitwą

pod Płowcami.

1331 listopad Kolejna wyprawa Zakonu na Kujawy. Czysto łupieżcza. Bez

polskiej reakcji.

1332   kwiecień  Krzyżacy   zerwali   rozmowy   z   Władysławem   Łokietkiem.

Ponownie zaatakowali Kujawy. Zdobyli Brześć Kujawski, Gniewków
i   Pakość.   Powołali   komturie   zakonne   w   Brześciu,   Kowalewie   i
Radziejowie.

1332 sierpień Kontratak Władysława Łokietka. Po wkroczeniu na ziemię

dobrzyńską   i   nieudanych   próbach   zdobycia   Kowalewa   i   Lipienka
wojska   polskie   zostały   otoczone   przez   zakonną   armię.   Do   walnej
bitwy nie doszło. Podpisano zawieszenie broni do 23 maja 1333 roku.
W   następstwie   tej   wyprawy   król   Jan   Luksemburski   podarował
Zakonowi całe Kujawy na własność.

background image

Bibliografia

Abraham W., Sprawa Muskaty, Kraków 1893.
Abraham W., Stanowisko kuryi papieskiej wobec koronacyi Władysława

Łokietka, Lwów 1900.

Arnold S., Odrodzenie Królestwa Polskiego, Zamość 1921.
Balzer O., Genealogia Piastów, Kraków 2005.
Balzer O., Królestwo Polskie 1295-1370, Lwów 1919-1920.
Bandtke J.S., Dzieje Królestwa Polskiego, Wrocław 1820.
Barański M.K., Dynastia Piastów w Polsce, Warszawa 2005.
Baszkiewicz J., Polska czasów Łokietka, Warszawa 1968.
Baszkiewicz   J.,  Powstanie   zjednoczonego   państwa   polskiego   na

przełomie XIII i XIV wieku, Warszawa 1954.

Bielowski A., Pomniki dziejowe Polski, Warszawa 1960.
Bieniak J., Wiec ogólnopolski w Żarnowie 3-7 czerwca 1319 r. a geneza

koronacji Władysława Łokietka, w: „Przegląd Historyczny”, t. LXIV,
z. 3.

Biskup M.,  Wojny  Polski z Zakonem Krzyżackim (1308-1521),  Gdańsk

1993.

Byszewski   A.,  Władysław  Łokietek,  książę  brzesko-kujawski,  niezłomny

król Polski, Warszawa 1932.

Dąbrowski J., Dzieje Polski średniowiecznej, Kraków 1995.
Dąbrowski J., Korona Królestwa Polskiego w XIV wieku, Wrocław 1956.
Długopolski  E.,  Bunt   wójta   Alberta,  w:  „Rocznik   Krakowski”,   t.   VII,

1905.

Długopolski E., Władysław Łokietek na tle swoich czasów, Kraków 2009.
Dowiat J., Polska państwem średniowiecznej Europy, Warszawa 1968.
Grabski A.F.,  Polska w opiniach Europy Zachodniej w  XIV-XV  wieku,

Warszawa 1968.

Gródecki R., Polska piastowska, Warszawa 1969.

Gródecki R., Zachorowski S., Dąbrowski J., Dzieje Polski średniowiecznej,

Kraków 1926.

background image

Jana   Długosza   Roczniki,   czyli   kroniki   sławnego   Królestwa   Polskiego,

Warszawa 1961.

Jurek T.,  Uwagi o bitwie pod Płowcami,  w: „Ziemia Kujawska”, nr 9,

1995.

Kłoczkowski J., Historia Polski od czasów najdawniejszych do końca XV

w., Lublin 2000.

Kłodziński A., Rokowania polsko-brandenburskie, w: „Z dziejów narodu.

Wypisy ze źródeł i streszczenia z opracowań historycznych”, 1908.

Kronika książąt polskich, Lwów 1878.
Kronika wielkopolska, Warszawa 1965.
Kuczyński S.K., Księga królów i książąt polskich, Warszawa 1999.
Kurtyka   J.,  Odrodzone   królestwo.   Monarchia   Władysława   Łokietka   i

Kazimierza Wielkiego w świetle nowszych badań, Kraków 2001.

Łowmiański H., Historia Polski, t. 1, Warszawa 1969.

Mikołajczak W., Wojny 1308-1521 r. polsko-krzyżackie, Zakrzewo 2009.
Naruszewicz A., Historia narodu polskiego, Kraków 1859.
Nowacki B., Czeskie roszczenia do korony w Polsce w latach 1290-1335,

Poznań 1987.

Nowacki B.,  Przemysł II1257-1296. Odnowiciel korony polskiej,  Poznań

1997.

Nowak T.M., Władysław Łokietek – polityk i dowódca, Warszawa 1978.
Nowakowski   T.,  Małopolska   elita   władzy   wobec   rywalizacji   o   tron

krakowski w latach 1288-1306, Bydgoszcz 1992.

Piastowie. Leksykon biograficzny, Kraków 1999.
Piastowie w dziejach Polski, Wrocław 1975.
Pietras T.,  „Krwawy wilk z pastorałem ”. Biskup krakowski Jan zwany

Muskatą, Warszawa 2001.

Polska   dzielnicowa   i   zjednoczona,  pod  red.   Aleksandra   Gieysztora,

Warszawa 1972.

Polska Jana Długosza, pod red. Henryka Samsonowicza, Warszawa 1984.
Polska wieków średnich, Poznań 1861.
Potkański K., Zdrada Wincentego z Szamotuł, Kraków 1899.
Rópell R., Dzieje Polski do XIV stulecia, Poznań 2005. v
Rosik  S.,  Wiszewski  P.,  Poczet polskich królów i książąt (od Henryka

Brodatego do Kazimierza Jagiellończyka), Wrocław 2005.

Szczur S., Historia Polski. Średniowiecze, Kraków 2006.

background image

Tęgowski  J.,  Zabiegi  księcia  kujawskiego  Władysława  Łokietka o tron

krakowski w latach 1288-1293, w: „Zapiski Kujawsko-Dobrzyńskie”,
t. 6, 1987.

Tymieniecki K., Polska w średniowieczu, Warszawa 1964.
Urban W., Krzyżacy: historia działań militarnych, Warszawa 2005.
Włodarski  B„  Polityka Jana Luksemburczyka wobec Polski za czasów

Władysława Łokietka, Lwów 1933.

Włodarski B., Polska i Czechy w II połowie XIII i początkach XIV wieku

(1250-1306), Lwów 1931.

Wyrozumski J., Dzieje Krakowa, t.l, Kraków 1992.
Zieliński A., Przekleństwo tronu Piastów, Warszawa 2007.
Zmudzki  P.,  Studium   podzielonego   Królestwa.   Książę   Leszek   Czarny,

Warszawa 2000.


Document Outline