background image

A. S

ŁONIMSKI

I

J. T

UWIM

OPARACH

 

ABSURDU

1958

background image

Zebrane tu nonsensy pisywaliśmy z Tuwimem przez wiele lat. Od pierwszych dodatków 

primaaprilisowych  Kuriera   Porannego  do   ostatniej   naszej   wspólnej   wyprawy   w   krainę 
bzdury i absurdu minęło bez mała lat piętnaście. Nie była to więc sporadyczna zabawa, a 
raczej   stała   potrzeba,   dla   której   odchodziliśmy   co   pewien   czas   na   stronę,   przerywając 
normalną pracę literacką.

Miała, być może, ta działalność nasza pewien aspekt społeczno–wychowawczy. Uczyliśmy 

czytelnika,   że   te   sarnę   czcionki   jego   codziennej   gazety,   odbite   na   tym   samym   papierze, 
czernione tą samą farbą drukarską, mogą pewnego dnia oszaleć i głosić oczywiste brednie. 
Uczyło   to   krytycyzmu,   zarażało   podejrzliwością   i   zwalczało   to,   co   G.   H.   Wells   nazywa 
„powszechną skłonnością ludzkich umysłów do przyjmowania poglądów utartych”.

Trzeba to jednak powiedzieć otwarcie, że nie ten wzgląd dydaktyczny skłaniał nas do 

pisania bredni i nonsensów. Istota rzeczy polegała na tym prostym  fakcie, że nas pisanie 
absurdów   bawiło   i   dawało   radość   nie   mniejszą   od   pisania   wierszy,   artykułów   czy   sztuk 
teatralnych. Śmieszyliśmy nie tylko siebie, ale i czytelników. Istnieje co prawda wiele ludzi 
niewrażliwych   na   tego   rodzaju   humor,   w   większości   wypadków   żarty   nasze   znajdowały 
jednak chętnych odbiorców. Podobnie nie każdy, najdowcipniejszy nawet humorysta umie 
posługiwać   się   konwencją   absurdu.   Łączyło   mnie   z   Tuwimem   pełne   zrozumienie   tej 
konwencji.   Nie   popadaliśmy   w   grzech   satyry   aktualnej,   a   elementy   parodystyczne 
traktowaliśmy bardzo ostrożnie. Nie udawały nam się próby współpracy z innymi kolegami, a 
znakomity dowcip Lechonia, tak wybijający się w naszych szopkach politycznych, zawodził 
w dziedzinie czystego absurdu. Współpraca z Witkacym  ograniczyła  się tylko do wiersza 
„Hipon”, który drukowałem w jego jednodniówce  Papierek lakmusowy… Różnica miedzy 
nami  polegała,  wydaje  mi  się,  na  tym,   że  u Witkacego   absurd był   jednym  z  elementów 
świadomie rozprowadzonych w jego pisarstwie, podczas gdy u mnie był on chemicznie, a u 
Tuwima alchemicznie wydzielony i oddestylowany od całej reszty twórczości.

Rzetelny   absurd   uwarunkowany   jest   bezlitosnym   kryterium   śmieszności.   Jeśli   żart 

absurdalny nie ma W sobie siły komicznej, nie próbujmy bronić się dziwnością istnienia i 
zasłaniać głębią metafizyczną, ale uczciwie przyznajmy się do porażki. Zebrane w tym tomie 
utwory nie wszystkie stoją na tym samym poziomie, są 1u żarty słabsze i lepsze, ale zaletą ich 
niewątpliwą jest to, że nie udają czegoś, czym nie są, nie bałamucą i nie mistyfikują.

ANTONI SŁONIMSKI

background image

OPARACH

 

ABSURDU

*1

Przeciętny ranek roku 1935. Jeszcze nie ma dziewiątej. Dzwoni telefon. Pierwszy dziś 

telefon. Odzywa się mój przyjaciel — wielkiego talentu poeta, recenzent teatralny poważnego 
dziennika stołecznego, człowiek przeszło czterdziestoletni; dużej klasy inteligencja. Odzywa 
się tak (o dziewiątej rano, bez żadnych wstępów i przygotowań):

— Więc był u mnie Cedergren. Okazuje się, że tym cegłom przyprawiono skrzydełka i że 

w ten sposób cały gmach będzie przeniesiony. Przefrunie. Oczywiście, że z boków trzeba 
będzie wygładzić, ewentualnie podlać jakimś sosem. Co o tym sądzisz?

Nie mrugnąwszy powieką, o nic nie pytając, odpowiadam:
— Jeżeli Cymborski się zgodzi, to dobrze. Ale nie jest wykluczone, że generał Łapidenko 

do niego nie telegrafował, i wtedy trzeba będzie obie szprotki ogolić.

Przyjaciel zaznacza, że nie należy chwytać się środków tak radykalnych, bo wystarczy 

zwykłe przepłukanie gazomierza, ja replikuję, że wtedy Amfibrachy się obrażą, a Cymborski 
jest   (kuzynem   starego   Amfibracha   —   i   ta   swobodna,   rzeczowym   tonem   prowadzona 
rozmowa trwa dobrych kilka minut. Dopiero potem przechodzi się do spraw mniej ważnych i 
ciekawych,   tj.   normalnych,   np.:   co   czytasz?   co   piszesz?   jak   ci   się   podobała   wczorajsza 
premiera?   co   sądzisz   o   tym   czy   innym   artykule?   itd.   Ale   mówimy   już   bez   świętego 
natchnienia,   bez   przekonania,   raczej   ospale.   Cedergren   zaś,   generał   Łapidenko,   golenie 
szprotek   i   przepłukiwanie   gazomierza   budziły   w   nas   żar,   patos,   żywioł…   Dlaczego?   Po 
prostu dlatego, że te nie istniejące sprawy i postacie przywiał nagle gorący wicher z pustyni 
absurdu   i   mogliśmy   przez   krótką   chwilę   pławić   się   i   tarzać   w   nagłym,   nowym   świecie, 
urągając wszystkiemu, co nas otacza…

Malarz   i   teoretyk   nowej   sztuki,   filozof   i   powieściopisarz,   wychowany   wśród   gór 

tatrzańskich, wydaje w Zakopanem w r. 1921 ulotkę pt.  Papierek lakmusowy  z manifestem 
„piurblagizmu”   i   czystego   nonsensu.   Czytamy   tam   m.   in.   następujące   utwory:   „Rumbor 
zgwajdlił   Parblichenkę.   Chibczycie   kwoblizdy   najgnarpiejsze   i   chemblacie   kierpozany 
grwędląc   —   tak   gweporczył   Hapsio   krwipakając   na   Rumbora.   Rumbor   krwipnął   — 
ochompzdęknął i krwamtapkę rozgnapypnął w machejdrucgi oblawontrzone” itd. Albo:

Para pocina i pługie pilczenie
pfa pasze piwnic popylone pienie
I pylko Peplo pepopnie przenika
Popyśledzona pesteś pak puzyka.

Tutaj absurd nie ograniczył się do zdeformowania sytuacji, lecz sięgnął jednocześnie w 

„bebechy” mowy i „wygwajdlił” sobie glossolaliczny słownik. Ale piurblagizm zakopiański 
przemawiał też normalnym językiem, nic jednak prócz nonsensu nie bełkocąc:

„Wezwałem   adwokata:   krótka   z   nim   rozmowa,   parę   wzajemnych   uderzeń   w   pysk   — 

wyjechałem   do   Paryża.   John   sprzedał   fabrykę.   W   pięknym   zadku   nic   po   kwiatku. 
Spenetrowałem   dekę   fortepianu   —   nic.   Wypiłem   kieliszek   wermutu   —   nic.   Uwiodłem 
wszystkie córki (siedemnaście) hrabiego Ruster de Kisbatolla — nic, absolutnie nic. Co u 
diabła,   myślę   sobie,   czyż   nie   ma   już   u   nas   prawdziwych   oreoalkadonów,   nie   ma 
chotreodynastów.   Poczekajcie,   ja   wam   pokażę.   Wołać   matrosów.   Admirał   won.   A, 
sukinsyny! Kreuzdonnerbrand! Zapomniałem! Zapomniałem, że wazy w South Kensington 
Museum są w złote figurki” itd.

1

*

  Essej   niniejszy   stanowi   rozdział   książki   J.   Tuwima   pt.  Pegaz   dęba.   Drukujemy   go   z   pominięciem 

obszernych cytatów, dublujących treść niniejszej książki.

background image

Ale   może   to   wybryk   wyrafinowanego   intelektualisty,   który   miał   dosyć   uprzykrzonej 

powagi filozoficznych systemów i dlatego zabawił się w pojęciowe Tworki? A może to wina 
naszej  epoki,  tzw.  „dzisiejszych   czasów”,  pomawianych  o  zamęt   myślowy,  zanik   smaku, 
„futuryzm” itp. objawy dekadencji? Nic podobnego. Oddawali się tej rozpuście i dawni poeci, 
na co mamy dowód w Wirydarzu poetyckim Trembeckiego, gdzie takie czytamy „Dziwy albo 
absurda”:

Wróbl siedzi na kościele, napinając kusze,
Stamtąd woła na wilka: umykaj swej dusze.
Trzy przęślice jechały na słomianym wozie,
Koza wilka prowadzi w rucianym powrozie,
Kożuch poszedł do lasu i ułowił śledzia,
Pomiotło zaś pływając zabiło niedźwiedzia.

Nie mniej dziwne sprawy dzieją się w pieśniach ludowych:

Siwa kobylina na zapłocie wyszła,
Jak ze łba strzeliła, zajęła się Wisła.
Wisła się zajęła, ryby pogorzały,
Opalone szczupaki do boru leciały.
Chłop jechał że młyna, szczupaki pozbierał,
Kijanką się opasywał, workiem się podpierał,
Przyjechał do domu, miał studnię na piecu,
Czerpał wodę przetakiem,
Ryby łowił widłami,
Mak wiercił czerpakiem.

Albo:

Zląkł się zając, biegł przez cmentarz,
Obalił dzwonnicę,
Kazał mu ksiądz grzywnę płacić,
Marmurową świcę.
Stodoła się rozigrała,
Zająca goniła,
A izba się roześmiała,
Oknem wyskoczyła.
Siekierka się ocieliła
Za piecem na grzędzie,
Łyse cielę porodziła,
Pono księdzem będzie.

Takich upodobań ludu do kpin ze zdrowego rozsądku i zamierzonej antylogiki przytoczyć 

można mnóstwo. Lubowała się w nich szlachta, lubowali się obywatele i mieszczanie płacąc 
hojnie na jarmarkach nieporównanemu Soterowi Rozmiar–Rozbickiemu za takie na przykład 
płody jego dziwacznej muzy:

„Mówiła raz fajka do swojego grajka: dlaczego na gitarze stawiasz kałamarze? A on jej na 

to: o głowo! poznaj gałąź cyprysową. To ton nadaje magiczny, gdzie telegraf elektryczny. Z 
tego się sens wywodzi, że dziura w gitarze nie szkodzi”. Albo:

„Pytała   raz   papuga   szczupaka,   dlaczego   nie   nosi   fraka?   A   on   jej   na   to:   ponieważ   w 

background image

Łowiczu są walne jarmarki, gdzie sprzedają osły i fornalki. Z tego się wywodzą morały, że 
młode wróble w karty grały”.

W   przedmowie   do  wydanych   w  r.  1856  Bajek  ulubionych  humorystycznych  Rozbicki 

stwierdza, że bajeczki te obiegają z ust do ust; od najwyższych do najniższych stanów, od 
najstarszych do najmłodszych.

Możemy mu wierzyć. O zamiłowaniu dzieci do rozmaitych ambajów i andronów będzie 

później mowa. W rocznikach Cyrulika Warszawskiego znajdziemy wiersz, którego autorem 
była osoba wysokie podówczas w hierarchii wojskowej zajmująca stanowisko, osoba ponad 
pół   wieku   na   barkach   dźwigająca,   z   tytułem   doktorskim   i   talentami.   Wiersz   nazywa   się 
„Dziwna przygoda”:

Chciałem raz jak Cyganiewicz albo równy jemu tytan,
Uwieść jedno piękne dziewczę — całkiem o zdanie nie pytan.
Wtem coś rusza się na wierzchu, myślę sobie: pewne chłopiec;
Ostrzegam: „Kto siadł na piecu, ten nie w twarz się musiał popiec”.
Na to ten nędzny kolejarz, co udaje patriotę,
A gdy go z tramwajem sklejasz, to rzuca całą robotę,
Krzyknie patrząc na me spodnie: „A jak one we szwie prysną!
Lepiej przyznaj się pan zgodnie, żeś i z frontu jest mężczyzną”.
Ostrzegam go: „Będą plotki” — na to on wyznaje, wierzcie,
Że woli wikt w łonie ciotki niż w każdym innym areszcie.
Potem nagle się przybliża i kopie mnie niżej krzyża.
Dotknęło mnie to dość mile, bo lubię dowcipnych ludzi,
Więc nie chcąc pozostać w tyle, mówię: „Niech się pan nie trudzi”.
A on otarł czoło z potu i zażądał kosztów zwrotu.
Myślę: jak się człowiek zmienia! — Nagle widzę, że on tonie.
Więc się żegnam: „Do widzenia! Ukłony nieboszczce żonie!”
Tu on wrzaśnie: „Pan się myli! Proszę odwołać w tej chwili!”
Potem zakąsił ogórkiem i wszystko zawiązał sznurkiem.

Der   frohe   Unsinn,   jak   go   Niemcy   nazywają,   bujnie   kwitł   w   kazaniach,   ma   nawet 

klasycznego w dziejach wymowy kościelnej reprezentanta: Abrahama a Santa Clara. U nas 
ten rodzaj kaznodziejski uprawiali księża Mijakowski, Bielicki, Osiecki i in. Persyflaż takiego 
kazania   znajdujemy   w   powieści   Wiktora  Gomulickiego  Siódme   amen   Imci   Pana 
Mokrzeckiego
:

„Maratończycy uczą, że kiedy słońce jest w znaku Lwa, wówczas kozy pieprzu nie jedzą i 

wina a miodu nie piją; a kiedy jest w znaku Barana, wówczas psy cła nie płacą i od myta za 
przewóz są wolne. Zaprawdę, ziszczają się one dawne profecye, kiedy to Dedalus, burmistrz 
ze Świsłoczy, prorokował: Saeculum erit depravatum nequam, co znaczy, że wilk przez pasły 
nie tyje, a wrona, choć biała, to się szwarcem myje. Ej, gdyby teraz wyszedł z babilońskiej 
stodoły, niby z mysiej jamy, ów sławny Demostenes, kołodziej ze Mścibowa, jakżeby się 
zadziwił, zobaczywszy z olenderskim chrzanem źrebięcą na półmisku głowę, z musztardą 
wołowe rogi, w smole duszoną komarzą wątrobę…” A dalej: „Eskulapiusz, przedni cyrulik ze 
Słonima, tak misterną wyrobił z mydła kłódkę, że jej nikt rydlem otworzyć nie mógł. O czym 
dowiedziawszy   się   Chaim,   szmuklerz   mohilewski,   posłał   mu   żywego   śledzia,   aby   go   po 
francusku gadać nauczył, ale mu to na dobre nie wyszło, bo żaden luter ani kalwin w niebie 
być nie może. Et respice finem. Co Amfion, balwierz z Kapadocji, tak tłumaczy: nie chciałeś, 
Żydzie, manny, jedzże czosnek” itd.

Mój rozmówca telefoniczny (ten, u którego bywa Cedergren — Cedro Cedergren — bo 

takie imię  otrzymał  niedawno) w wierszu „Manifest szalony”  obwieścił  światu nie mniej 

background image

sensacyjne nowiny:

Na dłoni rosną włosy, brwi i rzęsy,
Święci tureccy chodzą stale w fraku,
Przedziwnie mądre są wszystkie nonsensy
I ludzie rodzą się dziś w szapoklaku.

Tamże  już bez zdziwienia  czytamy  o tym,  że wszystkie  sroki mają  jeden ogon, że w 

wodociągach płynie miód z ptasim mlekiem, że ślepe kury grają ziarnkami w szachy, Meksyk 
zaś leży w Budapeszcie. Nie wiem, jak się tam zmieścił, ale to szczegół, jeżeli:

Świat się zamienił w kolosalną szopę,
I wszystko chodzi do góry nogami!

Te   ostenta,   ogłaszane   przez   poetę   jako   fakty   dokonane,   były   niewątpliwie   wesołym 

marzeniem, którego istotę sprowadzić można do zdania: „Ach, żeby było inaczej, na przekór, 
wbrew!” Jeżeli święci tureccy są przysłowiowo goli, to tutaj właśnie na złość stale chodzą we 
frakach. Jeżeli zwykło się mawiać pokazując na dłoń: „Prędzej mi tu włosy wyrosną”, to w 
tym cudownym dniu przekręcania ustalonych norm i form na dłoni rosną brwi, rzęsy, broda i 
wąsy. To bunt przeciw temu, co raz na zawsze „wiadomo”, co się utarło, co jutro z całą 
pewnością znowu się wróci i będzie nudziło swą odwiecznością: starym porządkiem. A czym 
jest   cała   poezja?   Jednym   wielkim   krzykiem   o   jakieś   Inaczej!   Inaczej   wizualnie,   inaczej 
uczuciowo,   inaczej   moralnie.   Kuśmidrowicze   nazywają   to   nikczemnym   (w   ich   gębach) 
słówkiem: fantazja.

Nie   wiem   (a   warto   by   dojść),   kto   jest   autorem   słynnego   Kara   Mustafy,   wiersza 

wywracającego historie powszechną do góry nogami, ale i w nim działał na pewno bodziec 
protestu przeciw temu, co „wiadomo”. Wiersz jest długi, więc go tylko urywkami podam:

Kiedy Kara Mustafa, wielki mistrz Krzyżaków,
Szedł z licznymi zastępy przez Alpy na Kraków,
Do obrony swych posad zawsze będąc skory,
Pobił go pod Grunwaldem król Stefan Batory.
Wtedy to śród Sahary, w onym kraju futer,
Szczepił nową religię sławny Marcin Luter.
I, pracując gorliwie piórem i wymową,
Zginął razem z Homerem w noc Bartłomiejową.
W tym to czasie Kopernik, wojażer na Wschodzie,
Robił świeże odkrycia na lądzie i wodzie,
Objechawszy frachtówką Azję i Afrykę,
Po tygodniu podróży odkrył Amerykę…
Mieszkańcy Wysp Sandwichskich, schwytawszy go wreszcie,
Uwięzili w Sztokholmie, a zabili w Peszcie.
Wtem przybył od papieża do Saula goniec
I na miesiąc położył wszystkim wojnom koniec.

Jeżeli wiersze te pisał sztubak, to z zemsty nad podręcznikiem historii i geografii, nad 

chronologią i tablica synchronistyczną dziejów; jeżeli profesor, to w ataku zrozumiałej nudy. 
Gdy taka chwila nachodziła na uczonego zoologa — rysował monstra, a matematyk wlazł na 
patyk i z patyka skoczył w niepojęty a mnóstwo rozkoszy wróżący czwarty wymiar.

background image

*

Najfantastyczniejszy kult bredni panuje wśród dzieci. Jak wiadomo, są to istoty, które w 

ogóle prawdy i faktycznego stanu rzeczy nie uznają. Przyjdzie taki pędrak do drugiego i 
zaproponuje mu, żeby został koniem — proszę! Ten już rży i parska, wierzga i bryka, a 
tamten   jest   furmanem.   Kawałek   sznurka,   który   jeden   drugiemu   zarzucił   na   ramiona, 
wystarczył, żeby stworzyć marka—tego centaura (człekonia). Nikt mu nie wytłumaczy, gdy 
pędzi   „zaprzężony”,   że   jest   Jasiem   lub   Stasiem.   Jest   bowiem   Bucefałem   lub   Pegazem, 
ewentualnie dorożkarska szkapą. Dziecko, nawet współczesne (anno radio, kino, auto, kilo, 
foto i moto), nie obejdzie się bez bajki, złudy, wymysłu i czarodziejstwa. Biada niemądrym 
rodzicom, którzy by swe dzieci wychować chcieli rzeczowo, logicznie, realnie, „zgodnie z 
obecnym stanem wiedzy”, prostując ich fantastyczne o świecie i otaczających przedmiotach 
pojęcia!   Pociecha   wyrośnie   na   kretyna,   na   złego,   tępego   kretyna.   Chłopiec,   któremu   by 
zaczęto   tłumaczyć,   że   chociaż   pędzi   w   szpagatowej   uprzęży,   to   jednak   nie   jest   koniem, 
choćby się dał przekonać, nigdy nie będzie szczęśliwy. Nawet posady dobrej nie dostanie. A 
już na pewno ani prochu nie wymyśli, ani Ziemi nie wstrzyma i nie ruszy Słońca, ani Pana 
Tadeusza
 nie napisze, ani wyżej wzmiankowanej wiedzy luminarzem nie będzie. Straszne to 
myśli: dziecko z tzw. zdrowym rozsądkiem i trzeźwym na świat patrzeniem. Maleństwo się 
rodzi, po pewnym czasie zaczyna mówić — i od razu, bez przygotowania, mówi nieprawdę. 
To  znaczy,  że   fantastyka   jest  zjawiskiem   przyrodzonym.   Potem  dopiero   głupiejemy,   my, 
smutni dorośli ludzie.

Dzieje literatury dziecięcej (dla dzieci przeznaczonej: czy istnieje taka książka?) na pewno 

by wykazały, że bajka — nieprawda, świat na opak, świat dziwów i dziwotworów, cudów i 
cudactw, zawsze był sednem i podstawą duchowego pokarmu małolatków, od asyryjskich 
milusińskich poczynając a na naszych kończąc. Dzieci bzdurzą i — że tak powiem — chcą 
być bzdurzone. Potem im to przechodzi. Któremu nie przejdzie — zostaje poetą.

Jeżeli wszystkim wolno, to i nam wolno było, nam trzem: Lechoniowi, Słonimskiemu i 

mnie. Pisaliśmy wspólnie straszne rzeczy (…)

Numer Przeglądu  (przed)  Wieczornego  (…) nosi datę l kwietnia 1925 r. i wyszedł pod 

redakcją   Lechonia,   Słonimskiego   i   Tuwima.   Nie   rozumiem,   do   dziś   nie   rozumiem,   jak 
wydawca Przeglądu Wieczornego mógł ten numer wypuścić… Widocznie nie czytał tego, 
cośmy napisali. A napisaliśmy rzeczy otchłanne, piekielne, ostateczne…, Dokument absurdu 
na kosmiczną skalę zakrojonego (…) ^

Numery primaaprilisowe robiliśmy od r. 1920. Zainicjował je śp. Ignacy Rosner, redaktor 

Kuriera   Polskiego.   Już   pierwszy   numer   miał   lekkie   wypady   w   stronę   nonsensu,   lecz 
przeważały w nim momenty primaaprilisowego bujania. (Przewrót w Ameryce  Północnej, 
Marszałek Foch jedzie do Warszawy itd.). Było tam trochę satyry, trochę parodii, trafił się i 
dowcip. Najwięcej rozgłosu zyskały drobne ogłoszenia (…)

Kurier Polski  wydawał nasze dodatki pierwszokwietniowe do r. 1924 włącznie. Wzrost 

pierwiastków absurdalnych od r. 1920 do 1924 jest potężny. W tym są już rzeczy groźne.

Cytowany   wyżej  Przegląd   Wieczorny  uważam   za   szczytowy,   natchniony,   po   prostu 

nieprześcigniony wybryk i wyskok rozpasanego nonsensu.

Jest   to   normalny  na   zewnątrz   czterostronicowy   numer   pisma   z   zachowanym   układem 

działów,   rubryk,   odcinków   i   ogłoszeń.   Na   drugiej   stronicy,   gdzie  Przegląd  zazwyczaj 
zamieszczał aktualny artykuł polityczny — enuncjacja „programowa”: „Dzień próby” (…) 
jest   niejako   manifestem   obwieszczającym   narodowi   istotę   i   głębsze   znaczenie 
pierwszokwietniowych kawalarskich obyczajów.

Gdyby   nie   to,  że  manifest   powyższy  jest  moim   dziełem,   pochwaliłbym  go  za   patos   i 

żarliwość.

Jedyny to artykuł wstępny w całej ówczesnej prasie, który nie tylko spełnił wszystkie 

background image

zawarte w nim zapowiedzi, ale je przerósł i rozsadził.

W tym szaleństwie nie było metody, ale miało ono styl, którego cechy łatwo wykazać, 

więc chwytanie słowa „na gorącym uczynku”, a raczej — na gorętszym znaczeniu, gdy było 
dwuznaczne; obnażanie i rozbijanie utartych metafor;  elephantiasis  szczegółów; sublimacja 
codziennych   zdarzeń   i   wypadków;   a   przede   wszystkim:   zaprawianie   życiowego   ciasta 
„mistycznymi   drożdżami”.   O   innych   elementach   (a   dałoby   się   znaleźć   więcej)   nie 
wspominam, gdyż nie przytoczyłem odpowiednich przykładów.

Wychodzimy z tego groteskowego panopticum z lekka odurzeni: kto na smutno, kto na 

wesoło. Najlepszą na ten czad od trutką będzie zwykła tabliczka mnożenia: położyć ją przed 
sobą i z cichą radością  stwierdzić,  że się w niej  nic nie zmieniło:  na przecięciu  piątki i 
siódemki jest nadal trzydzieści pięć, 6 × 9 = 54, 3 × 6 = 18, 2 × 2 = 4. Jak przyjemnie! Długo 
jednak nie sposób wpatrywać się w tę bardzo siebie pewną i dlatego niesympatyczną tabelkę. 
Po chwili człowiek zaczyna się buntować i myśli:

Posiąść wiedzę i mądrość człowiekowi na ziemi dostępne, władzę i potęgę, sławę na świat 

cały i miłość całej ludzkości, stać się wodzem swego narodu lub kochankiem upragnionej 
kobiety,   budzić   podziw   i   zachwyt   u   współczesnych,   zaskarbić   sobie   wieczną   pamięć   u 
potomnych, mieć wszystko, czego dusza zapragnie, słowem: osiągnąć maksimum szczęścia w 
życiu  doczesnym  i mieć  nawet pewność, przez łaskę niebios  objawioną, że i po tamtej  . 
stronie żywota czeka radość wieczysta — wszystko marność marności, jeżeli się z jednej 
zrezygnuje nadziei, z tej mianowicie, że dwa razy dwa jest pięć. Bo wszelkie nikczemne 
ziemskie dobrobyty, a nawet zaświatowych sfer sięgające błogostany ucieleśniają nam się lub 
dają znać o sobie w czterech ścianach tradycyjnej, z pokolenia na pokolenie przekazywanej 
logiki,   że   dwa   razy   dwa   jest   cztery.   Tertulianowe   „wierzę,   bo   to   absurd”   jest   jednym   z 
najpiękniejszych i najmądrzejszych zdań, jakie człowiek na ziemi powiedział. Dwa razy dwa 
równa   się   cztery   —   to   śmierć,   urząd,   kolejka   („ogonek”),   stempelek,   zając   (z   czym? 
oczywiście z buraczkami), świństwo, gazeciarstwo i mieszczaństwo. Nadzieja zaś, że gdzieś 
bardzo daleko jest czy będzie taki ląd lub godzina („na rogu świata i nieskończoności”, tam 
gdzie umówiona „przestrzeń” przecina się z umówionym „czasem”), taka dziedzina, w której 
sama istota bytu wyzwala się z uświęconych FORM, to znaczy: daje nowy REZULTAT — ta 
nadzieja jest powietrzem poetów: ona ich przy życiu trzyma.

Zdawałoby się, że jak na wyżynach
Powietrze rzednie, tak się rozrzedzają
I te rozsądki nasze — w wyższych płynach.

(NORWID)

JULIAN TUWIM

background image

Dodatek nadzwyczajny

background image

K

URIER

 P

OLSKI

Warszawa, l kwietnia. 1920 r.

N

ARESZCIE

 

BĘDZIEMY

 

MIELI

 

ŚLEDZIE

O

GROMNY

 

POŁÓW

 

W

 H

OLANDII

HOEK   VON   HOLLAND.  (PAC)   Tegoroczny   połów   śledzi   zapowiada   się   niezwykle 

pomyślnie. Zwłaszcza śledzie wędzone i sardynki płyną gromadnie w olbrzymich ilościach. 
Jeden   niewielki   statek   rybacki   wyławia   dziennie   do   stu   czterdziestu   czterech   dobrze 
zalutowanych pudełek.

O

STROŻNIE

 

Z

 

OGNIEM

KRAKÓW.  (Radio   Eifel)   Tokio.  Od   ognia,   zaprószonego   przez   jednego   z   niższych 

funkcjonariuszy,  wybuchnął tu wulkan Fudżijama. Straty materialne znaczne, chociaż jest 
nadzieja, że resztki lawy uda się jeszcze uratować.

N

IEZWYKŁY

 

WYNALAZEK

NAUEN   —   (Radio   z   New   Yorku).   Znany   geograf,   prof.   Mac   Czernik   z   Columbia 

University ogłasza, że udało mu się skrzywić południk przechodzący przez Greenwich, tak 
dalece, że podróż z Europy do Ameryki trwać będzie nie dłużej niż cztery dni.

D

ZIECI

 

AMERYKAŃSKIE

 

W

 

DARZE

 

DLA

 P

OLSKI

WASZYNGTON. (FIAT) Podobno każdy Polak ma dostać jedno dziecko amerykańskie.

T

WO

 „AMERYKOPOL”

P

OLISH

–A

MERICAN

 C

IE

 L

TD

.

dostarcza na żądanie mleko skondensowane dla krów, które nie mogą karmić same, zwozi 

drzewo do lasów sosnowych, buduje żelbetonowe doły  kartoflane.  Eksport, import, aport i 
rapaport.

SPECJALNOŚĆ: Wydajemy świadectwa dojrzałości burakom pastewnym.

N

OTATKI

 

LITERACKIE

Ferdynand  Hoesick Żywot  i’ czyny  Andrzeja Niemojewskiego, Warszawa 1920.  Wyd. 

Gebethner i Wende. Dwa tomy. Tom I: str. LXV+876, tom II: str. 648 in folio.

Niestrudzony badacz naszej literatury i kultury, p. Hoesick, obdarzył nas monumentalnym 

dziełem,   brak   którego   od   dawna   dawał   się   odczuwać.   Jest   nim   praca   o   Andrzeju 
Niemojewskim.   W   obszernej   przedmowie   autor   wyłuszcza   powody   i   motywy   napisania 
swego nowego dzieła: „Czym był Palestrina dla grafiki holenderskiej, Byron dla arytmetyki, 
Mantegazzo dla Katarzyny II, Zygmunt Waza dla impresjonizmu, Voltaire dla chiromancji? 
Niczym!  Andrzej Niemojewski jest zaś wszystkim. Historia Polski jest właściwie jednym 
ciągiem przeczuwania, że zjawi się ów mąż, o którym autor powiada: „O! to ty!” Dalszy ciąg 
przedmowy wyjaśnia stosunek Niemojewskiego do dziejów świata, po czym następuje długi 

background image

szereg   gruntownie   opracowanych   rozdziałów,   z   których   wymienimy   ważniejsze: 
„Napomnienia   w   Piśmie   św.”,   „Assurbanipal   i   Niemojewski”,   „Niemojewski   a   odkrycie 
Ameryki”,   „Wilk   z   Wilczej   jako   legenda   wieków”,   „Czy   doprawdy,   czy   żartami?”, 
„Czterdzieści   cztery   wyjaśnione”,   „Talmud   a   Rozwój”,   „Projekt   kanonizacji”,   „Aktor 
nazwiskiem Frenkiel”, ,,Komu ofiarować dar narodowy”, „Kto jest właściwie autorem poezji 
Mickiewicza”, etc. etc.

Dzieło p. Hoesicka zawiera mnóstwo barwnych ilustracji, fotografii Niemojewskiego z lat 

dziecinnych i jeszcze dawniejszych, kilka tabelek porównawczych  przekonań N., projekty 
pomników (zwracamy uwagę czytelnika na ciekawy artykuł w końcu książki: „Wawel czy 
Skałka?”),  jednym   słowem   jest   to  encyklopedia   Niemojewskiego,   którą   gorąco   polecamy 
wszystkim tym, komu drogie jest imię, nazwisko i dokładny adres Wielkiego Przewodnika 
całego narodu — Andrzeja Niemojewskiego.

*

Władysław  Rabski Poezje (wyd.  „Lebensfragen”) Warszawa 1920. Str. 162. in 8–o.  Z 

przedmową Wacława Wolskiego.

Pan Rabski w swych poezjach jest piewcą smutku i melancholii:

„O, gdzie są te sady, co pachną uroczo,
I gdzie te obłoki, co płyną?
Ja nie wiem, bo łzy, ach! Z ech! oczu się toczą
I hen tam śród mórz gdzieś, ach, giną.”

Dusza poety tęskni za pięknem i prawdą:

„Ja tęsknię! Kto mnie zrozumie?
Ja pragnę wiosny i słońca,
Chcę skakać w owieczek tłumie
I tak bez końca, bez końca”.

Lecz   nie   tylko   smutek   i   tęsknota   są   treścią   przeżywań   autora.   Bo   oto   w   wierszu   pt. 

„Rumak w dolinie” mamy wyznania wiary, credo poety, brzmiące b. mocno; poeta zwraca się 
do prastarej olchy i woła:

„Olcho! wicz

*

 tobie snów mych przędzę

Będę tak długo, aż zawita
Wieść nowa w szarą dni mych nędzę
I przyzwie mnie Rzeczpospolita”.

To   ukochanie   ojczyzny   i   gotowość   złożenia   ofiary   na   ołtarzu   Rzeczypospolitej   jest 

zasadniczą nutą w poezji p. Rabskiego. Wszystkim miłośnikom wiązanego słowa polecamy 
poezje p. R.: wieje z nich szczerość młodzieńcza, zapał i szlachetny idealizm.

T

AMARE

 I

NDIENNE

Łagodnie przeczyszcza nie przerywając snu.

* prawdopodobnie błąd zecerski. Powinno być: wić.

background image

Dostać można we wszystkich aptekach.

R

UCH

 

LUDNOŚCI

zwiększył się w tygodniu ubiegłym, zwłaszcza w godzinach wieczorowych i w okolicy 

Udziałowej. Stosunek noworodków płci męskiej do noworodków płci żeńskiej poprawił się 
znacznie.

Z W

ISŁY

Woda jak woda.

W

YBRYK

 

NATURY

Od   pewnego   czasu   zwróciła   uwagę   nielicznych   przechodniów   kobieta   dziwnej 

powierzchowności. Ma ona dużą czarną brodę i pięknie zakręcone wąsy. Ubrana w męskie 
wizytowe   ubranie,   spaceruje   po   ulicach,   paląc   cygaro   i   wydaje   się   być   najzupełniej 
niezmieszana.

N

IEPORZĄDKI

 

W

 

TRAMWAJACH

Zwracamy uwagę dyrekcji tramwajów, że te same numery mają tramwaje jadące na Pragę i 

do Mokotowa (np. 18).

Nowy rozkład jazdy Kolejki Wilanowskiej

9,05

do

Włoch

przychodzi

9,05

9,05

do

Utraty

9,00

12,30

 „

domu

7,48

1,00

rozpaczy

1,00

W czwartki i niedziele Flaki.

W

YPADKI

Z  figlów.  Przybyły   do krewnych   z  wizytą   nauczyciel  fizyki   w  szkole  średniej  Ignacy 

Kilowat lat 58 (Aleje Jerozolimskie 58) z przyczyn dotąd niewiadomych, ale prawdopodobnie 
przez nieroztropność, wypadł z piątego piętra na ulicę i omal nie uległ poważnym obrażeniom 
ciała. Zaalarmowano natychmiast straż ogniową, która już po upływie kwadransa była na 
miejscu   i   zarządziła   niezwłocznie   wszystko,   co   potrzeba,   aby   spadającego   nauczyciela 
pochwycić   w   biegu.   Na   wysokości   trzeciego   piętra   jednak   denat,   widocznie   bardzo 
wycieńczony wojną, został raptem porwany przez wiatr, który go w mgnieniu oka zaniósł na 
szczyt kościoła Świętego Floriana na Pradze, a stamtąd na dach synagogi na Tłomackiem. O 
wypadku  zawiadomiono  Pogotowie Lotnicze  na Placu  Mokotowskim i Państwowy Urząd 
Meteorologiczny.

K

ĄCIK

 

HUMORYSTYCZNY

N

ASZE

 

DZIECI

background image

Mały Józio widząc jak ojciec całuje guwernantkę, biegnie do mamy i woła:
— Mamo, mamo! Czy guwernantka jest kuzynką tatusia?
— Nie.
— Więc dlaczego tatuś ją całuje?
Tableau!

OSTATNIEJ

 

CHWILI

N

AGRODA

 

PARYSKA

została przyznana Wiliamow.i Grondes, który powił dziecko płci męskiej. Niemowlę miewa 
się dobrze, waga noworodka 3 i ½ funta sterlinga.

Wiliam Grondès jest pierwszym mężczyzną, który bez niczyjej pomocy urodził dziecko.
*
Dowiadujemy się, że niejaki Krzysztof Kolumb (podobno Włoch) odkrył Amerykę.
*
Wiadomości o śmierci królowej Bony są mocno przesadzone.
*
W Neandertalu odkryto zwłoki człowieka przedhistorycznego. Śledztwo w toku. Władze 

są już na tropie mordercy.

L

IST

 

BOŃCZY

I

Urząd   śledczy   policji   państwowej   w   Warszawie   wyznacza   tysiąc   marek   nagrody   za 

wynalezienie wysokiego blondyna (format 9 × 12 cm), ubranego w damski żakiet karakułowy 
i boa szenszylowe pochodzące z kradzieży przy ulicy Stawki. Tudzież koszyk do papierów. 
Indywiduum nosi stale sękatą laskę i ma węża imieniem Cytrus w kieszeni od kamizelki. 
Oznaki nieszczególne.

Zbiegły ścigany jest z artykułu  wstępnego. Akt tyczący się sprawy można  obejrzeć w 

kąpieli.

P

ORADNIK

 

KULINARNY

E

SKALOP

 

Z

 

CIELĘCINY

Wziąć   dwa   funty   cielęciny,   wstrząsnąć,   obrać,   zaprawić   i   zrobić   eskalop.   Dla   smaku 

można dodać szczyptę soli.

J

AK

 

UGASIĆ

 

PRAGNIENIE

?

Zbliża się lato, a wraz z nim nieznośne upały. Nasze gosposie ucieszą się na pewno z 

podanego poniżej sposobu ugaszenia pragnienia. Nalewamy do zwyczajnej szklanki trochę 
wody   (mniej   więcej   3/4)   i   wprowadzamy   do   jamy   ustnej.   Potem   krótkimi   łykami 
wprowadzamy   wodę   do   przewodu   pokarmowego,   a   następnie   dalej.   Przed   użyciem 
wstrząsnąć.

background image

C

O

 

PODAĆ

 

DO

 

STOŁU

GDY

 

PRZYJDĄ

 

GOŚCIE

,

A

 

W

 

DOMU

 

NIC

 

NIE

 

MA

Świeżo upieczoną indyczkę pokrajać w plasterki, wyłożyć na półmisek, ubrać kaparami i 

sałatą z pomidorów. Funt łososia, trzy pudełka sardynek, szczupaka na zimno, pasztet ze 
zwierzyny i kilka śledzi marynowanych, zimne mięsa — rozłożyć na półmiskach i rozstawić 
na   stole.   Kilka   butelek   wódki   i   wina,   trochę   owoców,   czarna   kawa   i   likiery   —   i   ta 
zaimprowizowana naprędce kolacyjka zadowoli najwybredniejsze gusta.

H

ERBATA

 

PO

 

NORWESKU

W   Norwegii   zaprowadzono   ostatnio   modę   podawania   herbaty   z   cytryną.   Cytrynę 

pokrajaną   w   talarki   podaje   się   na   talerzyku,   a   następnie   wrzuca   się   do   herbaty.   Ten 
nowoczesny przysmak zyskał ogólny poklask skandynawskich smakoszów.

P

ORADNIK

 

GOSPODARSKI

J

AK

 

WYWABIAĆ

 

PLAMY

 

Z

 

OBRUSA

?

Miejsca splamione posypać dwuazotanem bismutu i zmoczyć w odwarze macierzanki pół 

na pół z chlorkiem miedzi (H

2

C

8

N

0

). Następnie suszyć na słońcu, póki plama nie zżółknie. 

Wtedy   potrzeć   kryształkami   utlenionej   magnezji   i   pokropić   zwyczajnym   oksygenojedem 
potasu (roztwór 35% na szklankę wody). Potem wyparować, wytrzeć do sucha szczotką i 
posłać do pralni chemicznej.

O

BRAZY

z powodu wyjazdu darowuję znajomym moim wszystkie krzywdy i urazy, jakich w życiu 
doznałem.

Kopytowski, Świętokrzyska.

K

ASZE

 

I

 

GROCHY

 

ROZDYMAJĄ

Wyjeżdżam   w   niedzielę   do   Pruszkowa.   Podejmę   się   wszelkich   zadań   w   zakres   mojej 

branży wchodzących.

O

GŁOSZENIA

 

DROBNE

P

OSADY

 

I

 

PRACE

Miejsce w ogonku spirytusowym do odstąpienia zaraz. Zgłaszać .się proszę Wielka róg 

Wspólnej, od 6 do 11 rano.

*

Potrzebny chłopak do podlewania kwiatów  sztucznych.  Może być  mańkut. Oferty sub. 

„Uruchomienie przemysłu” do Redakcji Kuriera.

background image

N

AUKA

 

I

 

WYCHOWANIE

Dyplom   doktorski,   świadectwo   dojrzałości   odstąpię   tanio   lub   zamienię   na   parę 

żakietowych spodni. „Inteligent” Kurier.

*

Księgosusz u krów holenderskich usuwam radykalnie za pomocą perswazji i wpływów 

hipnotycznych. Referencje wybitnych literatów i urzędników. Oferty s. „Prelegent”.

*

Ważne dla p.p. autorów! Księgarnia nakładowa p. f. „Kuryluk i Rogulin” wyda chętnie 

córkę za mąż.

R

ÓŻNE

Chrześcijanin sprzeda spodnie. Krucza 38.

*

Chętnie zamienię się w dużego, kudłatego psa. Może być cwajnos. Leszno 1.

*

Chętnie wydoję kozę. Pańska 47, 6 piętro, winda.

*

Jestem  na   urzędzie   państwowym   i   poszukuję   zajęcia   —   choćby   bezpłatnego   —   w 

godzinach biurowych. Oferty sub. „Pilne” — Kurier.

*

Jąkam się codziennie od 8 — 12 i od 4 — 6 w. w piątki i wtorki dla pań. Wilcza 11.

*

Kupię  nowy torpedowiec, dwuśrubowy, pojemność 15—30 tys. ton. Cena nie gra roli. 

Gęsia 11 2—4. Wiadomość u stróża.

*

Mam zapalenie kanału moczowego. Pańska 62. Inż. Edward Kanigstein.

*

Potrzebuję wyjść. Oferty sub. „Baltazar” składać…

background image

*

Potrzebna Karolina (może być Józefa). Od zaraz. Smocza nr 6.

*

Poszukuję miejscowości na wyjazd. Oferty sub. „Poborowy”.

*

Zamienię  nazwisko   Kanarienvogel   na   Sołowiejczyk.   Różnicę   wypłacę   w   papierach 

procentowych.

*

Zamienię siekierkę na kijek. Oferty sub. „Stryjek”.

*

Zmieniam skarpetki raz na tydzień. Witold Sandorski, Krucza 13.

*

Żyd kupi spodnie. Krucza 38.

background image

K

URIER

 P

OLSKI

Warszawa, 1 kwietnia 1921 r.

*

Z   powodu   nadzwyczajnych   wiadomości,   które 

nadeszły o przewrocie w Rosji, zmuszeni byliśmy artykuł  
wstępny,  pióra wytrawnego znawcy Rosji, przenieść z 
prawej strony na lewą.

Jeżeli zastanowimy się głębiej (bo płytki sąd w danym wypadku mógłby źle świadczyć o 

intencjach, bądź co bądź zasadniczych i wpływających znacznie na opinię zainteresowanych, 
którzy bez wątpienia odezwą się na wołanie i przysporzą nam materiału, tak niezbędnego w 
warunkach,   wymagających   skupienia   sił,   a   rozproszonych   w   zagadnieniach   obecnych   i 
dawnych, o których, jak słusznie ktoś zauważył, ktoś zresztą stojący poza ruchem, nie można 
mówić bez wyraźnego poglądu, w warunkach, powtarzam, jakie stworzył stosunek bliższy do 
sprawy   już   przesądzonej,   a   jeszcze   nie   uświadomionej,   choć   tylekroć   wbijanej   w   głowę 
naszym czynnikom decydującym, a w każdym razie nadającym kierunek prądom, nurtującym 
umysły,   w   warunkach,   powtarzam   po   raz   drugi,   stworzonych   przez   związek,   celowy 
wprawdzie, lecz jakże mimo to daleki od celu, przyświecającego poczynaniom, mogącym 
stanowić o rezultacie zgodnie z tradycją ojców naszych i dziadów, a dla przeciwdziałania 
niekulturalnym przejawom życia duchowego, dziś, gdy panoszy się dookoła tandeta moralna i 
umysłowa,   będąca   istną   plagą   nowoczesnych   społeczeństw,   ale   już   jarzą   się   świeczniki 
nowego kandelabru uniesionego ręką drżącą nieco ze wzruszenia pierwotnych momentów 
związanej   nagłości   uśmiechów   przerażonej   koncepcji,   która   wykręca   się   przed   każdym 
silnym i męskim ujęciem samego rdzenia korpusu głównego i głównej cechy rzucającej się w 
oczy już przy pierwszym, uroczym spotkaniu, owianym, jak to zwykle, wonią czarodziejskich 
uśmiechów   (niestety   zaznaczyć   to   musimy,   wbrew   wszelkim   panoszącym   się   u   nas 
erotomaniom i namiętnemu penetrowaniu po kościach już dawno przodków naszych wrogów 
i przyjaciół), przy dzikiej po prostu chęci narzucenia przemijającego swego zdania trwałym i 
niezmiennym, jak posąg wyżej już wymienionej swobody, pogląd mas, a nie pojedynczych 
ludzi, którzy z natury nazwy swej łudzą się co do dobrej woli sfer miarodajnych, węszących 
w tej aferze jeszcze jeden pretekst do rozpuszczenia sfory płatnych ajentów, utrzymywanych 
na żołdzie niedostatecznie wysokim, aby zapewnić głębokie oddanie się miłości osobistej w 
oczach ludzkich, co tak pięknie określił Szmund w swoim dziele trzydziesto—tomowym, 
opartym   na   jego   prywatnym   stosunku   i   obserwacji,   nabytej   przy   załatwianiu   spraw 
pobocznych wyżej wspomnianych ajentów, którzy dziś  hélas!  tak gorzko odpłacają się za 
macierzyński   stosunek   nie   mający   w   sobie   przecież  nic   z   trudów   i   zawodów   stosunków 
seksualnych). To trudno.

Ryszard Wagner

BAYREUTH. Znany kompozytor niemiecki, Ryszard Wagner, zmarł tutaj nagle w roku 

1883.

(„W   zmarłym   traci   muzyka   niemiecka   jednego   z   najwybitniejszych   przedstawicieli 

wagneryzmu. Twórca Lohengrina, Parsifala, Księżniczki czardasza i Pawia z Nowego Jorku 
należy   do   historii   muzyki   i   wywarł   kolosalny   wpływ   w   swoim   czasie   na   licznych 

* Tytuł na mocy konstytucji skonfiskowany.

background image

naśladowców,   których   dzieła   ustępują   jednak   znacznie,   co   do   wartości   artystycznej, 
pierwowzorowi” P. R.).

B

OHATER

Chciał się raz Anglik kąpać w Oceanie;
Murzyn przestrzegał: nie rób tego, panie.

Nie bądźże wariatem,

Zobaczysz, wyjdziesz na tem

Jak Zabłocki na mydle.

Z Oceanu śmierć wygląda,
Zje cię rekin, anakonda

Lub inne bydle.

Anglik odważny
Ale i rozważny,

Nóż ostry uchwycił w dłonie
I w morza rzucił się tonie.
Niosą go sine fale,
Kąpiel cudowna — ale…

Nagle widzi przed sobą rekina paszczękę,
Nie stracił przytomności i w nóż zbrojną rękę
Podniósł, by potworowi cios zadać morderczy,
Rekin dał nura, tylko pysk nad wodą sterczy,
A na pysku mu igra uśmieszek szyderczy:
„Myślałem, że z Anglikiem, rzekł, mam do czynienia,

Ale gest twój cię zdradza i mój sąd odmienia;

Niemcem jesteś lub członkiem litewskiej Taryby,
Skoro się ostrym nożem zabierasz do ryby”.

Anglik spłonił się wstydem,
Szepnął: Non bis in idem,

Nóż odrzucił daleko od siebie…

. . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . .
Tak to koło równika
Pożarł rekin Anglika.

Jego dusza z pewnością jest w niebie,
Bo ten wart nieśmiertelności,
Kto honor wyżej ceni niźli własne kości.

Z

MIERZCH

 

ETATYZMU

Z dniem dzisiejszym zwinięte zostały „Puzapp”, „Guza”, „Pun”, „Kum”, „Mops”, „Łap”. 

background image

W   miejsce   ich   utworzone   będą   „Ppazup”,   „Azug”,   „Nup”,   „Muk”,   „Spom”   i   „Pał”. 
Powiększenie personelu z tego powodu obracać się ma w bardzo ciasnych granicach.

K

RONIKA

 

WOJSKOWA

R.K.M.
Ręczny karabin maszynowy jest jądrem grupy bojowej, ta zaś — podstawą nowoczesnej 

taktyki.

Najważniejszą zaletą taktyczną w boju jest „zaskoczenie”. Pod tym względem R.K.M. jest 

niesłychanie cenną bronią.

Mierzysz   np.   wedle   wszelkich   prawideł   i   przepisów   do   wroga,   który   ukrywa   się   w 

przyległych  zaroślach.  A  tu znienacka  trafiony pada trupem nieprzyjaciel,  który ku tobie 
skradał się ze strony wprost przeciwnej.

Mierzysz   w   karabin  maszynowy   zamaskowany   za   grupą   krzewów   —   trafiasz   w 

wywiadowcę siedzącego na wysokim drzewie.

Mierzysz w prawo — trafiasz na lewo, mierzysz w górę — trafiasz w dół, i odwrotnie.
Prawidła   precyzyjnego   strzelania   są   nader   proste   i   mogą   zredukować   się   do   dwóch 

zasadniczych.

1) Nigdy, nawet żartem, nie należy mierzyć do przedmiotu, który się chce trafić.
2) Należy bacznie, dokładnie i według wszelkich przepisanych prawideł wymierzyć do 

zwierzchnika znajdującego się w pobliżu broni — w ten bowiem jedynie sposób ujdzie on 
niechybnej śmierci.

Rozporządzenie drugie w sprawie ograniczenia

spożycia artykułów pierwszej potrzeby

A)   Śledzie   spożywać   wolno   w   ilościach   ograniczonych   (jedno   dzwonko   na   osobę 

pełnoletnią) jedynie w godzinach porannych, a mianowicie: natychmiast po wschodzie słońca 
i aż do chwili przejścia przez południk warszawski planety Merkury. Konsument zaskoczony 
z   łebkiem   albo   ogonkiem   ulika   (respective   rolmopsa)   w   porze   obiadowej   płaci   karę   w 
wysokości dziesięciu tysięcy mk. i traci prawo wyborcze na przeciąg lat trzech. Takąż karę 
ponosi właściciel jadłodajni, hodowca śledzia i opiekun prawny rolmopsa. Spożycie śledzi 
nieletnich i ułomnych karane będzie z całą surowością prawa.

B) Musztarda. W jadłodajniach pierwszego, drugiego i trzeciego rzędu musztardę podawać 

wolno wyłącznie po obiedzie, klientom stałym, zamiast tzw. deseru. Spożywanie musztardy w 
cukierniach (Lourse, Ziemiańska, Semmadeni, Lardelli), w kioskach z wodą sodową albo 
gazetami, jest najsurowiej wzbronione. Kto smaruje musztardą osie wagonów kolejowych, 
bryczek, wozów, samochodów ciężarowych, wolantów, wehikułów dwukołowych, czyni to 
na własną odpowiedzialność. Ciastka francuskie, tzw. ptysie, napełnione musztardą wypiekać 
wolno jedynie w godzinach wieczorowych, po zachodzie słońca (aż do chwili przejścia przez 
południk warszawski planety Saturn).

C) Cukier należy do węglowodanów i skręca płaszczyznę polaryzacji. Kto by się temu 

opierał, podlega karze bezwzględnego aresztu, bez zamiany na grzywny.

Osoby   posiadające   więcej   niż   półtora   proc.   cukru,   odwiedzać   mogą   szalety   miejskie 

jedynie   w   godzinach   przedobiednich   (12—12,30),   za   okazaniem   specjalnej   przepustki 
poświadczonej przez urząd zdrowia i komisariat odnośnego okręgu.

D)   Napoje   wyskokowe   (jako   to   prunelka,   ginger,   Monastiąue,   jarzębiak,   siwucha, 

myśliwska,   cytrynówka,   whisky,   starka,   Baczewska,   Kantorowicz,   Bols   i   porter)   popijać 
wolno, ale nie należy ich mieszać. Kto pije w kratkę, nabawia się bólu głowy i może ulec 

background image

chwilowemu zamroczeniu. W soboty, niedziele, dni świąteczne i przedświąteczne wyszynk 
trunków   jest   surowo   wzbroniony   i   dlatego   konsument   powinien   się   wystrzegać,   aby 
właściciel jadłodajni nie nalał mu do porcelanowej filiżanki kawy lub herbaty. O każdej takiej 
omyłce należy zawiadomić natychmiast pogotowie ratunkowe.

Pić wolno wyłącznie przy stole, w pozycji siedzącej, przy czym kieliszek należy trzymać 

prawą ręką, a lewą oprzeć lekko na biodrze. Kto zmienia samowolnie pozycję siedzącą na 
leżącą   (dajmy   na   to   pod   stołem),   winien   być   odstawiony   do   komisariatu,   gdzie   podlega 
pozbawieniu   praw   i   przywilejów   aż   do   zupełnego   wytrzeźwienia.   Rachunek   płaci 
najtrzeźwiejszy i nikt nie może się tłumaczyć nieznajomością prawa.

w/w w.z. min. Rerutkiewicz

P

OCIESZAJĄCA

 

STATYSTYKA

Z polecenia pana prezydenta ministrów władze centralne wygotowały spis urzędników, 

którzy we wtorek po świętach zjawili się w biurze. Wyniki spisu są niezwykle pocieszające: 
procent   urzędników,   którzy   nie   przedłużyli   sobie   sami   świąt   ani   o   dzień,   w   niektórych 
ministerstwach dochodzi do 65%.

Mówią   z   tego   powodu   o   utworzeniu   specjalnego   odznaczenia   dla   tej   kategorii 

funkcjonariuszów publicznych.

W

YPADKI

P

OTAJEMNA

 

GOLARNIA

Wczoraj w południe funkcjonariusze XXI okręgu z rury kanalizacyjnej przy posesji nr 48 

na ul. Wilczej dosłyszeli cichy, charakterystyczny szmer. Po odkopaniu płyt kamiennych i 
zburzeniu tylnej oficyny posesji nr 46 policja wtargnęła na pierwsze piętro nie zamieszkanego 
pokoju,   gdzie   zastano   już   starszego   jegomościa   przed   lusterkiem   z   namydloną   twarzą   i 
brzytwą w lewej ręce. Mańkuta rozbrojono natychmiast. Sprytny ten ptaszek starał się nawet 
zamydlić oczy policji, tłumacząc się, że podejrzany szmer nie pochodzi bynajmniej z golenia. 
Dowodził on, że to po prostu golenie go drą i łupią. Niedoszły fryzjerek rychło znalazł się w 
areszcie.

N

IEBEZPIECZNY

 

ZEGAREK

Skutkiem   eksplozji   zegarka   został   dotkliwie   poraniony   przemysłowiec   W.   C. 

Niejednokrotnie   już   przestrzegaliśmy   przed   zbyt   gwałtownym   nakręcaniem   zegarka   w 
godzinach wieczornych. Łańcuszek oczywiście znowu był metalowy!

H

ARCE

 

SAMOCHODOWE

Szesnastoletni ulicznik pan B. W. znowu przestraszył swym krzykiem pędzący samochód, 

który skoczył w bok i wpadł do cukierni na pół czarnej. Czy policja nie ma na to środków?

O

DFREDRZONE

 

STAROBAJKI

F

UTUROSIOŁ

Kłapousząc sianodajcom,

background image

Strzyżousząc, krącogłowiąc
spojrzeniuje, spojrzeniuje
futurosioł owsosiano…
Owsosiano pachnonęci.
Owsochwyci — sianożali,
Sianochwyci — żaloowsi…
do białego słońcoświtu…
Futurośli namyślennik
głodopada kłapousząc.

S

TAROBAJKI

 

ROZKRASICZONE

K

LATKOPTASZNIA

„Ślozooczysz, staroczyżu”
młodożeniec piosenkowa!
,,W klatkocieniu — dobrożycie…
w szczeropolu”— bólomęki…”
„Klatkoptasznia twojożyciem”
odpiosenczył staroczyżyk —
wolnożyłem w słońcolesie,
oczoperlę w klatkomęce…”

DOMOWŁAŚNI

Żółwiożali małomyszka:
„Skorupiejesz, biedozwierzu…”
Odesłowił skorupowiec:
„Ty pałacuj, zamkokróluj
kociolękiem rozdrżącona…
W ciasnodomiu lubosiedzę,
radożyję w domowłaśni…”

Staropiernik

Młodożeniec

W

IEDZA

T

EORIA

 E

INSTEINA

Bolszewizujący żydek z Pragi czeskiej Albert (!) Einstein z właściwą tej rasie arogancją 

rzuca się oto na podwaliny nauk ścisłych i ogłasza drukiem teorię, z której wynika, że czas 
jest rzeczą względną, że energia ma masę (tak!), że geometria Euklidesa jest abstrakcją (Sic!), 
że promień świetlny załamuje się w pobliżu ciał ważkich, że wszechświat nie ma granic, a 
jednak nie jest nieskończony (sik–sik!) itd. Nie— zajmowalibyśmy się tymi bzdurami, gdyby 
nie to, że jad filozofii Einsteinowskiej płynie już szeroką strugą i ku nam. Prasa krakowska 
zwłaszcza   poświęca   sążniste   artykuły   zasadom   cadyka   z   Pragi,   profesorowie   wszechnicy 
jagiellońskiej wygłaszają o nim odczyty, a najszanowniejsza z naszych bas bleus utrzymuje w 
wieloszpaltowym   felietonie,   iż   ekspedycja   złożona   z   wybitnych   uczonych   angielskich 
stwierdziła jakieś wyniki, zaobserwowała jakieś odchylenia światła i że Akademia londyńska 

background image

otrąbiła na cały świat, jakoby ów Albert (!!!) był godnym następcą Newtona. Jeżeli zważymy, 
że Newton miał na imię Izaak, to zrozumiemy dopiero, jak daleko sięga solidarność tej rasy i 
nie zdziwimy się wcale, gdyby nawet mocarstwo anonimowe domagać się miało nagrody 
Nobla dla swego prowodyra. Nagroda Nobla jest, jak wiadomo, funduszem gadzinowym, z 
którego od dawna już najciemniejsze typy międzynarodówki wszechświatowej czerpią środki 
w celach przeciwpaństwowych. Sam fundator (przekonałem się o tym naocznie w niedzielę) 
pochodzi przecież z ulicy Furmańskiej, gdzie do dziś dnia na kamienicy nr 8 widnieje jeszcze 
źle zamalowany szyld z napisem: „Kierosin bratjew Nobel”. Nie wiem, w jakich celach wy 
wędrował ten człowiek do Europy, nie wiem zwłaszcza, kto przy ulicy Miodowej i kiedy 
ośmielił się wydać mu paszport zagraniczny? W każdym bądź razie jest chyba rzeczą jasną, 
że w interesie młodego, powstającego do życia państwa nie może leżeć obalenie geometrii 
Eukalidesa.  Nie może  młody,  konsolidujący się dopiero organizm  zezwolić  na to, aby w 
poważnej   prasie   zagranicznej   utarło   się   zdanie,   że   czas   jest  względny  i   zależy   od   ruchu 
danego układu. Po tylu gorzkich doświadczeniach wiemy niestety aż nadto dobrze, komu dziś 
w Europie zależy na tym, aby energia miała masę, i dla kogo to będzie wodą na młyn, jeżeli 
promień   świetlny   załamie   się   w   pobliżu   słońca.   Co   zaś   do   obserwatora,   zamkniętego   w 
szczelnym   pudle   i   podróżującego,   bez   żadnej   łączności   ze   światem,   po   przestworzach, 
obserwatora, o którym często wspomina Einstein w swojej Relatywności (sic!), to wiemy 
dokładnie,   o   kim   tu   mowa   i   każdej   chwili   odnośne   dokumenty   złożyć   możemy   na   ręce 
komisji między sojusznicze j!

Doprawdy czas już skończyć nareszcie z potworną hydrą, wyciągającą mace i macki swoje 

poza wszelkie granice cierpliwości aryjskiej! Czas ma dla was wartość względną, ale chociaż 
czas to pieniądz, pieniądz ma jednak wartość bezwzględną! Czyż nie tak, panie Einstein?

W

IADOMOŚCI

 

WOJSKOWE

T

ELEMETR

Telemetr jest świetnym przyrządem służącym do mierzenia odległości. Przyrząd nastawia 

się na jakiś przedmiot daleki, np.

pojedynczy krzew. Następnie za pomocą, powiedzmy otwarcie, skomplikowanych  dość 

sposobów,   odcyfrowuje   się   odległość,   która   wypada,   dajmy   na   to,   1200   m.   Potem 
przystępujemy do drugiej części pomiaru, tzw. sprawdzenia. Mierzy się krokami odległość 
między telemetrem a owym krzakiem. Wypada po zamianie na metry — 200 m.

Oczywiście to drugie rozwiązanie jest słuszne.
Otrzymaliśmy  zatem za pomocą  telemetru  rezultat najbardziej dokładny,  iż popełniony 

błąd wynosi 1000 m.

Mógłby ktoś zarzucić, iż prościej byłoby pominąć skomplikowane obliczenie i od razu 

odmierzyć odległość krokami. Dobrze. Ale w takim wypadku do czegóżby służył telemetr? 
Trudno i darmo. Maszyny zastępują dziś człowieka.

Istnieje   jeszcze   jedna   trudność,   z   którą   od   razu   pragnę   się   rozprawić.   Jak   zmierzyć 

odległość między nami a nieprzyjaciółmi?

Mogą zajść cztery wypadki:
1) my nacieramy, a nieprzyjaciel uchodzi;
2) nieprzyjaciel naciera, a my uchodzimy;
3) my nacieramy i nieprzyjaciel naciera;
4) nieprzyjaciel uchodzi i my uchodzimy.
Problematy te rozwiązać można niezmiernie prosto: gdy wróg uchodzi, należy go ścigać, a 

nie bawić się w skomplikowane telemetry. No, a jak my uchodzimy, to tym bardziej nikomu 
nie strzeli do głowy urządzać „pomiary”.

background image

*

Wiosna idzie — kapelusze słomkowe idą. Interesik idzie. Wszystko w porządeczku.

*

Armiom   zmieniam   uniformy.   Przemalowuję   eskadry  wojenne.   Rozpędzam   parlamenty. 

Łapię ryby. Usuwam zbyteczne jednostki. Tanio, bo w podwórzu. Ptasia 4. Abramek.

S

POSTRZEŻENIA

 

METEOROLOGICZNE

K

OMUNIKAT

 P

AŃSTWOWEGO

 I

NSTYTUTU

 M

ETEOROLOGICZNEGO

Rozkład ciśnienia: ciśnienie w dołku słabe. Niż barometryczny.
Temperatura dnia poprzedniego najwyższa 38,9, najniższa 36,8. Tętno mocne.
Okłady zimne na główkę.
Wiatry na–halne.
Spodziewana pogoda: na dworze zimniej niż w mieszkaniu.
O szyby deszcz dzwoni — deszcz dzwoni jesienny. W niebie dziura.

F

RYZJER

 

DAMSKI

 „E

MILIO

czesze wszędzie.

W

AŻNE

 

DLA

 

GOLĄCYCH

 

SIĘ

!

Namydlam przed ogoleniem. Fryzjer jest na tej samej ulicy. Wielka oszczędność. Piękna 

11, poprzeczna oficyna, IV piętro.

Uwaga: tylko od l do 2 pp. Jeżeli zamknięte, to zadzwonić 187—39 po kluczyk.

D

O

 R

YGI

 

WYJEŻDŻAM

ilekroć zjem obiad w domu. Wszelkie polecenia przyjmuję.

*

Rolety, story spuszczam przy wszelkich uroczystościach. Zaborowska.

„TPWUM”

(P

IERWSZE

 P

OLSKIE

 T

OW

. W

ZAJEMNYCH

 U

BEZPIECZEŃ

 

OD

 M

ORDOBICIA

)

p o l e c a  pp. recenzentom polisy premiowe i w ogóle teatralne,
w p r o w a d z i ł o  specjalny dział ubezpieczeń sejmowych,
k i e r u j e  sprawy honorowe na drogę sądową.

G

ASZĘ

 

POŻARY

background image

nawet największych fabryk i zakładów, bez przyrządów i pomocy. Uprzedzać na dwie i 

pół godziny przed pożarem. Krucza 3, u inż. Tokaczewskiego dla Zygmunta.

S

ODOMA

 

I

 G

OMORA

 S

P

Z

 

OGR

ODP

SĄDOWĄ

załatwia wszelkie zlecenia ze schodów przez swych agentów. Wymienia wszelkie obelgi. 

Zakłada nogę na nogę. Podejmuje się i opuszcza.

D

ROBNE

 

OGŁOSZENIA

Biusty! Każda pani może mieć ładny biust sławnych ludzi — gips albo terakota. Widok 7. 

J. Kullało.

*

Karawan do wycieczek i majówek podmiejskich wypożyczam. Karasjmowicz,

*

Karty   pocztówkowe   wrzucam   do   skrzynek,   tamże   mówię,   która   godzina.   Targówek. 

Sobieskiego 11. Zalcman.

*

Ktokolwiek lub kto bądź posiadałby wiadomości o synu mym,  niech je zatrzyma  przy 

sobie z poważaniem Lewkonia.

*

Kupię coś, sprzedam, zarobię i pójdę na kolację. Adolf Sobiedanek. Leszno 2.

*

Lekcji francuskiego, arytmetyki i łaciny mogę udzielić. Gruntowna metoda, ale nie chcę. 

Tel. 0,75.

*

Nie jem, nie piję, wszystko robię, tamże szemrzę’ cichutko jako górski strumyk. Ogrodowa 

l, mieszkania 375—82.

*

Niszczę ubrania i obuwie, suknie damskie, nawet dziecinne.

*

Nie sieje, nie orze, tylko handluje starzyzną. Aron, Nowolipie 81.

background image

*

Ogrodnik zrywa melony przechodniom. Krucza 2a.

*

Paznokciem tępię robactwo. Dyskrecja zapewniona. Erywańska 8.

*

Pończochy nadrabiam miną. Cerownia. Podwale 3.

*

Przepowiadam każdemu smutne, ale prawdziwe, specjalność zgony. Chiromanta „Gucio”, 

Nowogrodzka 2.

*

Po 20 marek obiady, składające się z przekąski, zupy, dwóch mięs, deseru, kawy i likieru 

poszukiwane. Oferty z fotografią do adm. Kuriera Polskiego pod ,;Mokka Józef 37”.

*

Precz   z   nogami!   Dosyć   już   woni   potu   i   nóg.   Klawitol   zmienia   najbardziej   nawet 

zapuszczone   nogi   na   zupełnie   przyzwoite   ręce.   Żądać   wszędzie.   Tamże   zmieniam   stare 
rękawiczki na stare skarpetki.

*

Sprzedam duże miasto prowincjonalne (60 000 mieszkańców) wraz z doktorem, apteką, 

szkołą etc. Oferty pod „Franuś”.

*

Sprzedam bramę domu przy ul. Wilczej razem z uliczkami i z dzwonkiem. Sublokator.

*

Sprzedaję i kupuję różne przedmioty, ale na ogół nudzę się. Wiad. na miejscu.

*

Tyję w oczach i w pasie. We wtorki dla pań. Szpitalna 32.

*

Usuwam dywany, pianina raz na zawsze. Sprzątam właścicieli. Kochanowicz. Praga.

background image

*

Wypycham zwierzęta i ptaki za drzwi. Oferty sub. J. Gadok, Nowy Świat 39.

*

Wydaję książki i okrzyki. Księgarnia J. Mordkowskiego.

background image

P

RACOWITA

 P

SZCZÓŁKA

K

ALENDARZYK

E

NCYKLOPEDYCZNO

–I

NFORMACYJNY

NA

 

ROK

 1921

pod redakcją

Antoniego Słonimskiego i Juliana Tuwima

1921

Nakładem autorów

Z

AMIAST

 

WSTĘPU

Wypuszczając tę pierwszą pszczółką mamy błogą nadzieję, iż nie będzie ona ostatnią. W 

wielkim, wyścigu współczesności, w którym między innymi udział biorą tanki i aeroplany, 
mały   ten   ptaszek   ma   jedynie   na   celu   wskazywanie   drobnych   udogodnień   życiowych, 
informowanie   o   tak   szybko   mijających   dziś   datach   kalendarzowych   i   rozpogodzenie 
chmurnego czoła pasażerów niefrasobliwym świergotem. Pracując nad wszechstronnością 
tego wydawnictwa niewątpliwie przeoczyliśmy to i owo, ale niech nas rozgrzeszy szczupły  
rozmiar naszego wydawnictwa i znane przysłowie ludowe „kto prędko daje, ten dwa razy 
daje”.   Ważniejsze   braki   tego   kalendarza   dadzą   się   bardzo   łatwo   uzupełnić   przez   zwykłe  
kupienie podręcznej encyklopedii Orgelbranda lub też dziełka cudzoziemskiego. W rubrykach 
przeznaczonych   do   wypełniania   wyręczyliśmy   tak   dziś   zajętych   i   zapracowanych   ludzi,  
pomieszczając   najpotrzebniejsze   notatki.   Gdyby   które   z   nich   nie   odpowiadały   życzeniom  
Szanownych   Czytelników,  mogą  oni  po  prostu,  nie   żenując  się,  wyskrobać  scyzorykiem   i 
wpisać tam cośkolwiek obojętnego. Wszelkie wskazówki, listy i uzupełnienia przyjmujemy z 
wdzięcznością, prywatnych jednak adresów nie podajemy ze względu na nerwowość czasów  
obecnych.

Z poważaniem

REDAKCJA

background image

S

TYCZEŃ

W

SKAZÓWKI

 

DLA

 

ROLNIKÓW

Mróz styczniowy sprzyja młóceniu sera. Najlepiej jest w suche południe zwozić resztki 

sera, troskliwie oddzielając części zmokłe, aby nie popsuły całości. Jak i w innych miesiącach 
zimowych,  tak i w styczniu  ważne jest konserwowanie nawozu, aby mieć  czym  użyźnić 
grunty   latem.   Zalecanym   powszechnie   środkiem   jest  czarna   kawa,   należy  wystrzegać   się 
owoców i środków przeczyszczających.  Pilnować, aby kłusownicy nie zastawiali sideł na 
krowy i łasice. Gryka jest to miły i pożyteczny ptak, lecz kłopotliwy przy trzymaniu w izbie; 
młode stworzonko należy od razu przyzwyczaić do przebywania na powietrzu. Buduje się w 
tym celu mały szałasik na środku dziedzińca. Pożyteczne to zwierzę pilnuje znakomicie domu 
i ostrzega bardzo miłym śpiewem przed niepożądanym gościem.

W

SPOMINKI

 

HISTORYCZNE

7.1413 Arcyksiążę Karol poślubia ks. Zbigniewa.
22.1214 Bitwa pod Władywostokiem. Rudolf Miedzianobrody schodzi na dół.
27.1889 Na Węgrzech wielki zjazd miłośników królowej Elizabety.

M

ENU

 

NA

 

STYCZEŃ

Zupa grzybowa.

Rydzyki w sosie.

Legumina z trufli.

W

AŻNIEJSZE

 

IMIONA

 

SŁOWIAŃSKIE

 

I

 

ŻYDOWSKIE

Strzeżysław,   Włastymir,   Hejnoch,   Bojomir,   Muttermilch,   Krzesimir,   Szyja,   Chawa, 

Salopa,   Domosław,   Jurepełek,   Maurycy,   Spitogniew,   Bogumir,   Radagost,   Mundek   i 
Dobrosław.

background image

L

UTY

W

SKAZÓWKI

 

DLA

 

ROLNIKÓW

Praca rolnika jest tylko pozornie łatwa i beztroska. Rolnik musi dokładnie pamiętać o 

porach roku i zmianach atmosferycznych. Metoda kopania ziemi w miesiącach parzystych, a 
orania   w   nieparzystych   jest   śmiesznym   przesądem,   którego   rozsądny  rolnik   wstydzić   się 
powinien.   Sądzimy,   że   zabobon   ten   ma   się   już   na   wymarciu.   W   styczniu   należy   kopać. 
Chowanie kur coraz bardziej się u nas przyjmuje. Ten szary,  niewielki ptak uprzyjemnia 
rolnikowi pracę swym miłym świegotem. Przysłowie „ślepy jak kura” nie jest prawdziwe. 
Kury widzą świetnie, szczególnie w nocy, a napadnięte przez wroga (jemioła, wiewiórka itd.) 
bronią się, gryząc nieprzyjaciela w kark i łamiąc mu w ten sposób tzw. pierwszą krzyżową.

W

SPOMINKI

 

HISTORYCZNE

12.1002 Przez Francję przechodzą żołnierze, witani przez ludność.
19.1334 Jan Kukielnik umiera w Ostrowiu.
26.1644 Odkrycie pokładów wapna w Kaledonii.
27 tegoż roku. Albert I przenosi się do Genewy z okrzykiem: „Trudno!”

M

ENU

 

NA

 

LUTY

Grzybki drobno krajane.

Omlet z grzybkami.

Krem grzybowy.

W

AŻNIEJSZE

 

IMIONA

 

SŁOWIAŃSKIE

 

I

 

ŻYDOWSKIE

Zegota, Idiota, Błażej, Błazenek, Wirosław, Kawa, Sara, Niemira, Tomiła, Bernard.

background image

M

ARZEC

W

SKAZÓWKI

 

DLA

 

ROLNIKÓW

Miesiąc marzec jest już jednym z miesiąców wiosennych. Przysłowie „w marcu jak w 

garncu” sprawdza się całkowicie. Cóż jest tedy milszego dla dobrego rolnika, jak w taki 
słotny dzień wiosenny zasiąść z dobrą książką przy kominku i zagrać partyjkę wista! Natura 
sama uśmiecha się do niego: rankiem może on obserwować pierwsze wyrastające spod śniegu 
kwiatuszki majeranku i ziarnka słoneczników. Po miłej pogawędce może on w ciepłej oborze 
spędzić kilka rozkosznych chwil na dojeniu. Dojenie krów na cztery ręce wychodzi coraz 
bardziej z mody. Jest to oszczędność sprawiająca dziś już niemiłe wrażenie, bo czyż nie lepiej 
po prostu jest wydoić o kilka kropel więcej, niż zaoszczędzać na czasie?

W

SPOMINKI

 

HISTORYCZNE

1.1754 Walezjusz mały, jako dziecko, odkrywa głowę przed pomnikiem swego następcy.
5.1387 Wynalazek Czecha Prokopa, demonstrowany przed damami dworu.
16.1492 Kolumb odkrywa Amerykę. Mieszkańcy–tubylcy wołają na jego zjawienie się: 

„Jesteśmy odkryci” i cofają się w góry Meksyku.

M

ENU

 

NA

 

MARZEC

Siekane grzybki.

Marynowane grzybki.

Duszone grzybki.

W

AŻNIEJSZE

 

IMIONA

 

SŁOWIAŃSKIE

 

I

 

ŻYDOWSKIE

Przesław, Sulimir, Przesolony, Dobiesław, Wienczysław, Kupa, Uradowańczyk.

background image

K

WIECIEŃ

W

SKAZÓWKI

 

DLA

 

ROLNIKÓW

Oszczędny rolnik w kwietniu zwykle porzuca strzechę swego domostwa i udaje się do 

Warszawy, Lwowa lub Krakowa, aby zorientować się, co robią inni jego współzawodnicy i 
godnie przygotować się do walki konkurencyjnej na rynkach zbożowych. Zboża radzimy nie 
brać ze sobą do miasta, przewóz bowiem kolejami jest ogromnie utrudniony i zboże wysypuje 
się bardzo łatwo, należy je najlepiej sprzedać na miejscu i cały kłopot zrzucić w ten sposób na 
odbiorcę. Groch, kukurydzę, wykę i perliczki można zabrać ze sobą, należy je atoli przedtem 
wymłócić, aby nie wozić na próżno plew, których nikt nie chce potem nabyć. Rolnicy nasi nie 
chcą tego zrozumieć i wciąż narażają się na zbyteczne koszta.

W

SPOMINKI

 

HISTORYCZNE

10.1785 W Bostonie umiera wynalazca pytoliny.
11.1812 Napoleon Wielki udaje się do Moskwy.
12.1755 Pan de Murcy przepływa Tunel Simploński.
30.1436 Ambasador Winsdorf wręcza sekretny list królowi rumuńskiemu.

M

ENU

 

NA

 

KWIECIEŃ

Paszteciki z grzybkami 

Grzybek w maśle.

Konfitury grzybowe.

W

AŻNIEJSZE

 

IMIONA

 

SŁOWIAŃSKIE

 

I

 

ŻYDOWSKIE

Sadomir,   Mnożysław,   Cypa,   Berek,   Nosisław,   Nosacz,   Chamuś,   Zawisław,   Kundek, 

Cziapnik.

background image

M

AJ

W maju, w Zielone Świątki lub, gdy kto woli, w dożynki, rolnik zaprasza okolicznych 

sąsiadów na miłą pogawędkę i gąsior starego miodu. Okoliczni włościanie, nucąc popularną 
pieśń „Plon niesiemy, plon”, wkładają sukmany i pląsają przed domem do świtu. Zebrane 
zboże układa się w snopy i zwozi się do chałup przy radosnych okrzykach dzieci. W gajach 
zbiera się grzyby i strzyże się owce, które z bekiem wybiegają z zagrody na zieloną ruń. 
Przezorny rolnik niechaj nie zapomina, że zima za pasem i niechaj szykuje sanie, łyżwy i 
sieci. Należy także zbierać skowrończe jaja, aby na przyszły rok wylęgły się całe stada tych 
srebrnogłosych śpiewaków naszych pól i łąk. Słowiczy głosik tych szaropiórych stworzonek 
urozmaica   wszak   żmudną   pracę   włościanina.   Pługi,   sochy,   brony   i   drabiniaste   wozy 
oporządzić należycie i wytrzeć z kurzu.

W

SPOMINKI

 

HISTORYCZNE

6.1342 Połączone mocarstwa Danii i Tuluzy wypowiadają świętą wojnę przekupstwu.
23.1904 Nowe zdobycze na polu ekonomii.

M

ENU

 

NA

 

MAJ

Rosół na grzybkach.

Grzybki a la admirał Nelson.

Kompocik grzybowy

W

AŻNIEJSZE

 

IMIONA

 

SŁOWIAŃSKIE

 

I

 

ŻYDOWSKIE

Mścisław, Swatosza, Bolemir, Kubek, Niecysław, Radosław, Krajewski, Szymon, Srul i 

Sołowiejczyk.

background image

C

ZERWIEC

W

SKAZÓWKI

 

DLA

 

ROLNIKÓW

W miesiącu tym należy przystąpić do przygotowania konfitur. Należy wziąć dużą kadź lub 

beczkę   ogrodową,   wymyć   ją   i  oczyścić   należycie,   potem   nawrzucać   do   środka   owoców, 
zerwanych dnia poprzedniego. Owoce te powinny przedtem poleżeć kilka tygodni w bardzo 
suchym i ciepłym miejscu, nie pozbawionym atoli znacznej wilgoci. Po wrzuceniu do beczki 
należy je osłodzić należycie i zagotować, aż cukier się sfermentuje, następnie z zamkniętymi 
oczami   układa  się  w  słoikach,  aby nie  wiedzieć,   co  się w   nich  będzie  znajdować.  Zimą 
sprawia to wiele uciechy przy otwieraniu,  bowiem w słoikach znajduje się coraz to inne 
owoce, o których się już zapomniało.

W

SPOMINKI

 

HISTORYCZNE

29.1804 Piękna Agata porwana przez margrabię Haut–Barsac.
31.1886 Pierwsze wzloty z pasażerami i prowiantem.
32.1900 Potyczka pod Widłowem.

M

ENU

 

NA

 

CZERWIEC

Rydze solone.

Bedłki po francusku.
Galaretka grzybowa.

W

AŻNIEJSZE

 

IMIONA

 

SŁOWIAŃSKIE

 

I

 

ŻYDOWSKIE

Siemion, Ziemian, Leśmian, Boginiak, Włastymir, Włast, Miraż, Dzierżymir, Telefon.

background image

L

IPIEC

W

SKAZÓWKI

 

DLA

 

ROLNIKÓW

Lipiec,   nazwany   tak   od   tak   zwanego   „lipienia”   drzew   i  krzewów   owocowych,   jest 

miesiącem wytężonej pracy w polu i w ogrodzie. Dobry gospodarz musi przypilnować, aby. 
dokładnie wypielono i wygracowano ścieżki ogrodowe, inaczej bowiem nie sposób znaleźć 
owoce   spadające   z   drzew   i   grzęznące   w   bujnej,   szmaragdowej   trawie.   Melioracja   pól   i 
parcelacja trawników niech nie zaprząta zbytnio głowy wieśniaka — matka natura myśli i 
stara się lepiej o dobro przyrody,  niżby to mógł zrobić słaby i ułomny człowiek, zresztą 
przysłowie ludowe powiada, że „jak Pan Bóg dopuści, to i z kija wypuści”, a cóż dopiero z 
naszych łąk i niw.

W

SPOMINKI

 

HISTORYCZNE

13.1897 Kawalkada kawaleryjska zdobywa przejście ze wsi Morzyce i szosę wilkońską.
18.1208 Murzyn Gono pokonywa na pięści panią Starter.
19. 304 Arabowie przechodzą Nil.
21.1803 Wielkorusi spotykają się z bojarami i kąpią się w święto w Jordanie.
28.1719 Na Korsyce znaleziono ludzi z epoki trynidatu, jeszcze ciepłych.

M

ENU

 

NA

 

LIPIEC

Grzyb pokojowy na szaro.

Sałatka z grzybów.

Pudding z pieczarek.

W

AŻNIEJSZE

 

IMIONA

 

SŁOWIAŃSKIE

 

I

 

ŻYDOWSKIE

Mściwoj, Wytymir, Weteryniarz, Gościsław, Łobuziak, Chwalesław, Sedesik.

background image

S

IERPIEŃ

W

SKAZÓWKI

 

DLA

 

ROLNIKÓW

A   ot   i   miesiąc   upałów.   Czarne   jagody   i   borówki   zakwitają   śród   krzaków,   nęcąc 

powonienie.   W   ogrodach   dojrzewa   sośnina,   a   dąb,   król   drzew,   rzuca   cień   na   skoszoną 
murawę. Rolnik opatruje szczepionki i łowi ryby w przyległym  stawie. Wołanie na ryby: 
„cip–cip–cipuchny”   przeraża   je   tylko   i   nie   powinno   mieć   zastosowania.   Czyż   nie   lepiej 
chwytać je do kwarty, do której przymocowany jest sznurek z przynętą? Leszcze, karpie, 
jesiony i raki rozmnażają się w sierpniu szybko ‘l tylko bystre oko wprawnego gospodarza 
potrafi wyciągnąć z tego pożytek. Gdy wyciągniemy rybę z wody, związujemy jej przednie 
nóżki, aby żwawe stworzenie nie uciekło nam niespodzianie.

W

SPOMINKI

 

HISTORYCZNE

16.1302 Wielka powódź niszczy zasiewy w Kursku.
22.1735 Na żądanie papieża Karol udaje się w podróż.
29.1804 Rudolf Złotodziób zdobywa uznanie.

M

ENU

 

NA

 

SIERPIEŃ

Muchomorki, sos provangal.
Grzybki a la Lina Cavallieri.

Lody grzybowe.

W

AŻNIEJSZE

 

IMIONA

 

SŁOWIAŃSKIE

 

I

 

ŻYDOWSKIE

Dalibóg, Dadaista, Drogowit, Drogocenny, Homir, Hoesick, Wende, Weneda.

background image

W

RZESIEŃ

W

SKAZÓWKI

 

DLA

 

ROLNIKÓW

Wrzesień jest miesiącem polowania. Rolnik zmienia lemiesz na oręż i wyrusza w lasy i 

trzęsawiska, aby tam samotrzeć potykać się o konary i gałęzie drzew. Cóż to za piękny widok, 
gdy hoży i dorodny młodzian i piękna, oszczędna gospodyni kroczą takim pustkowiem przy 
blasku   księżyca!   Strzelbę   należy   nabijać   w   domu,   żeby   nie   tracić   czasu   przy   spotkaniu 
zwierzyny. Celować należy zawsze trochę wyżej, bowiem, jak wiemy, ciążenie ziemi działa 
na wszystkie przedmioty bez żadnych wyjątków. Polowanie nie należy do trudnych zajęć, 
wystarcza po prostu odnaleźć zwierza, odwrócić na chwilę jego uwagę i, korzystając z tego, 
zastrzelić   go   na   miejscu.   Przy   poszukiwaniu   zwierzyny   nie   należy   się   posiłkować, 
wskazówkami   przechodniów,   a   szczególnie   dzieci,   mają   bowiem   one   zbyt   często   krótką 
pamięć i mylą się co do kierunku.

W

SPOMINKI

 

HISTORYCZNE

3. 202 Rzymianie biją się o łaskę cesarza Sebastiana.
10.1905. Najście Kohnów na gubernię piotrkowską.
14.1703 Pierwszy wentylator demonstrowany w gabinecie króla Walencji.
28.1443 Inkasi palą ostatniego swego króla i przepływają ocean.

M

ENU

 

NA

 

WRZESIEŃ

Majonez z maślaczy.

Trufle, sos grzybowy.

Racuszki z grzybkami.

W

AŻNIEJSZE

 

IMIONA

 

SŁOWIAŃSKIE

 

I

 

ŻYDOWSKIE

Ostromir, Chlebosław, Domorad, Aparat, Neronek, Cieszymir, Kaktus, Horzyca, Horacy, 

Pipek i Pępek.

background image

P

AŹDZIERNIK

W

SKAZÓWKI

 

DLA

 

ROLNIKÓW

W październiku rób zapasy na zimę. Kilka korcy solonych grzybków, pięć, sześć beczek 

śmietany i kwaśnego mleka, bochen razowca, połeć słoniny, kilka ziemniaków, zawieszonych 
u   pułapu,   zapewnią   ci   pożywienie   na   długie   wieczory   zimowe.   Jaja,   aby   nie   zamarzły, 
schowaj w ciepłym miejscu, a nie zapomnij o drzewie, bo zimą zimno: „Na święty Jacenty 
mróz włazi ci w pięty”, jak mówi przysłowie. Uzbieraj w borze ze trzy kopy poziomek i polej 
śmietaną. Pootrząsaj drzewa z ogórków (jak to zaznaczył znany agronom amerykański M. T.), 
a czyń to w ten sposób, aby od razu spadały do kadzi z kiszoną wodą i koprem. Należy 
uważać, aby kłusownicy nie zastawiali sieci na pozostałe ogórki.

W

SPOMINKI

 

HISTORYCZNE

1.7850 Kongres w Hiszpanii uchwala przejście do czasów nowożytnych.
7.2565 Czarna Maska łamie podkowę króla Syjamu i ogłasza się regentem.
11.834   Namiętny   kochanek   księżnej   Wanilii   morduje   wszystkich   świadków   ślubu 

ukochanej.

22.1534 Rafael kończy portret Fornariny i ucieka do Rzymu.
28.1534 Benwenuto odlewa Perseusza i ucieka do Mediolanu.

M

ENU

 

NA

 

PAŹDZIERNIK

Kurki pieczone.

Koźlaki zawijane.

Budyń z prawdziwców.

W

AŻNIEJSZE

 

IMIONA

 

SŁOWIAŃSKIE

 

I

 

ŻYDOWSKIE

Cytrus, Budzimir, Glinka, Wyszomir, Wyskokowy, Dzierżysław, Gęsior, Prokop, Ojcomir, 

Matkolub i Kazirodczyk.

background image

L

ISTOPAD

W

SKAZÓWKI

 

DLA

 

ROLNIKÓW

W miesiącu tym, gdy już wszystkie liście pospadają z drzewa, należy opatrzyć  piece i 

wybrać co zdrowsze gałęzie do ścięcia. Gałęzie te należy zaznaczyć ołówkiem, aby następnie 
nie mylić się i nie robić sobie oraz drzewu krzywdy. Ołówka należy używać atramentowego, 
gdyż   ten   nawet   w   wilgoci   nie   ginie   bez   śladu.   W   listopadzie   następuje   tak   zwane 
grzybobranie, czyli  zbieranie niepotrzebnych grzybów. Należy odróżniać gatunki grzybów 
trujących od nietrujących. Grzyby trujące łatwo bardzo poznać po nieprzyjemnym smaku oraz 
po   dolegliwościach   towarzyszących   spożyciu   nawet   najmniejszej   ilaści.   Grzyby   jadalne 
pożywniejsze są od mięsa,  toteż słusznie mówi  przysłowie  ludowe: „Kto zje grzybka  — 
zdrów jak rybka”.

W

SPOMINKI

 

HISTORYCZNE

3. 213 Także i Lucjusz Almaga przechodzi na stronę powstańców.
23.1601 Ukazuje się dzieło mnicha de Lafour o obligacjach.
28.1411 Średniowiecze w pełni. Wędrujące ludy walczą o stanowisko.

M

ENU

 

NA

 

LISTOPAD

Krupnik grzybowy.

Grzybek po węgiersku.

Naleśniki z trufelkami.

W

AŻNIEJSZE

 

IMIONA

 

SŁOWIAŃSKIE

 

I

 

ŻYDOWSKIE

Somowir,   Samowar,   Lassota,   Lewita,   Wyszosław,   Wyszogród,   Kopyciński,   Hipek, 

Wolidar i Kanarek.

background image

G

RUDZIEŃ

W

SKAZÓWKI

 

DLA

 

ROLNIKÓW

Grudzień, grudzień, śnieg już pada,
Całun biały okrył sioła,
Rolnik przy kominku siada
I uśmiecha się wesoło.

Bo i czemuż by nie? Nie ma rzeczy przyjemniejszej jak odpoczynek po pracy. W pięknie 

przybranej   izbie   siada   stary   dziaduś   i   opowiada   dzieciom   bajki   o   Krysi   Leśniczance. 
Oczywiście stary ten człowiek nie napracował się co prawda tyle, co rosły syn jego i ojciec 
wnukom, ale cóż robić? Nie można przecież starca wyrzucić na mróz, a kilka ziemniaków i 
trochę grzybów  nie przyczynią  szkody gospodarstwu. Miły turkot kołowrotka towarzyszy 
bajkom i śmiechom dzieci,  a szum samowara  dopełnia miłej  harmonii.  Jeśli już mowa  o 
kołowrotku, trudno jest oprzeć się wrażeniu oburzenia co do modnych obecnie kołowrotków? 
parowych; gwar i stukot tych maszyn burzy miły obraz, który zwykle wynosimy z dłuższego 
pobytu na wsi. Dosiego roku!

W

SPOMINKI

 

HISTORYCZNE

1.1630 Michał Anioł kończy swego Dawida i ucieka do Bolonii.
8.301 Wędrówki ludów średnioazjatyckich.
23.1560 Pierwsza kula armatnia odrywa ostatnią nogę admirała Teleginsa.
28.1731 Witold Średni zamienia się na imię ze swoją matką królową Sarą.
31. l Sylwester u Rzymian

M

ENU

 

NA

 

GRUDZIEŃ

Grzyby grzane z grzebieniem.

Duży gorący grzyb.

W

AŻNIEJSZE

 

IMIONA

 

SŁOWIAŃSKIE

 

I

 

ŻYDOWSKIE

Kanapka, Kolesław, Żesławir, Gutnajer, Kubełek, Kolektor, Aronek, Ancymonek i Pipuś.

D

ZIAŁ

 

ASTRONOMICZNY

Rok kalendarzowy ma 365 dni, 52 tygodnie, 12 miesięcy i 4 pory roku, czyli razem: (365 + 

52 + 12 + + 4) = 433 różnych jednostek kalendarzowych, z których dni w tygodniu, miesiące 
oraz pory roku posiadają własne nazwy, jak łatwo przekonać się z załączonej tabelki.

T

ABELKA

 

ALFABETYCZNA

DNI

 

W

 

TYGODNIU

MIESIĘCY

 

ORAZ

 

PÓR

 

W

 

ROKU

1. Czwartek

1. Czerwiec

2. Niedziela

2. Grudzień

3. Poniedziałek.

3. Kwiecień

4. Piątek

4. Lipiec

background image

5. Sobota

5. Listopad

6. Środa

6. Luty

7. Wtorek

7. Maj

— ——————

8. Marzec

28

9.

Październik

1. Jesień

10. Sierpień

2. Lato

11. Styczeń

3. Wiosna

12. Wrzesień.

4. Zima

_____

10

78

Od czasu do czasu rok bywa przestępny i dlatego ma dni 366. Jak dotychczas, daje się to 

zauważyć  w lutym  (p. tabelkę miesięcy nr 6), któremu przybywa  z niewyjaśnionej bliżej 
przyczyny dwudziesty dziewiąty dzień.

Według   opowiadań   naocznych   świadków,   ziemia   obraca   się   dokoła   słońca   i   dokoła 

własnej osi, łączącej oba północne bieguny. Zmiana temperatury, zmiana dnia i nocy oraz 
zaćmienia wynikają z powyższego. Księżyc także obraca się dokoła ziemskiej osi i dokoła 
słońca, czemu przypisać należy kwadry, pełnię i sierp. Dotychczasowe przekonanie, że dzień 
ma 12 godzin i noc 12, nie odpowiada rzeczywistości. W samej rzeczy: wstajemy zwykle 
pomiędzy godz. 9 a 10 rano, kładziemy się zaś spać o 12 lub jeszcze później, z czego wynika, 
że dzień ma co najmniej 14 godzin. A teraz nic łatwiejszego, jak obliczyć ilość godzin nocy:

doba ma godzin

24

dzień

 

   

  „            

 

 „            

 

 14

   

Pozostaje dla nocy g. 10

Słońce, na pozór mniejsze, jest w rzeczywistości o wiele większe od ziemi, a nawet od 

siebie  samego.  Według  obliczeń  astronoma   amerykańskiego   Rozentala   stosunek  objętości 
słońca   do   ziemi   przedstawia   się   następująco:   gdyby   dwunastoletnia   dziewczynka   zaczęła 
wymawiać liczbę, wyrażającą powyższy stosunek, to skończyłaby, mając już prawnuków i 
wnuczkę   w   swoim   dawnym   wieku   +   230072.   Pozorna   mniejszość   słońca   od   ziemi   jest 
skutkiem złudzenia optycznego i gry słów. Tak samo przedstawia się sprawa z księżycem, 
gwiazdami i planetami. Rozental dowodzi, że gdyby ilość gwiazd na niebie pomnożyć przez 
odległość księżyca od ziemi, otrzymalibyśmy liczbę, przewyższającą wiek wszystkich ludzi 
na świecie, pomnożony przez tyle kilometrów, ile jest od księżyca do najdalszej planety, co 
wyraził formułą następującą:

t

M = N +— + 77 + księżyc

12

Fakt   trzymania   się   słońca,   gwiazd   i   księżyca   w   powietrzu   nie   jest   dotychczas 

wytłumaczony. W każdej chwili istnieje obawa upadku jakiejś planety na ziemię, co mogłoby 
spowodować nieobliczalne spustoszenia na wsi i w mieście. Nie wchodząc bliżej w szczegóły 
zaznaczymy,   że   próby  pchnięcia   ziemi   w   przeciwnym   kierunku,   dla   urozmaicenia   życia, 
zostały już przedsięwzięte i należy spodziewać się bardzo ciekawych rezultatów.

Ziemia jest dość okrągła, o czym łatwo możemy się przekonać, spoglądając na globus. W 

roku   1921   będzie   kilka   zaćmień   i   niejedno   zjawisko   atmosferyczne,   tak   że   na   ogół   rok 
zapowiada się interesująco.

background image

D

ZIAŁ

 

GEOGRAFICZNY

Spis alfabetyczny wszystkich części świata:

1. Afryka,
2. Ameryka,
3. Australia,
4. Azja,
5. Europa.
___
15

2

P o w i e r z c h n i a  kuli ziemskiej = 2 R — z czego

n

na Australię przypada kilka milionów kilogramów kwadratowych, a na resztę — reszta.
P o w i e r z c h n i a  oceanów — jeszcze większa. Williams oblicza, że gdyby krople wody 

stanowiące powierzchnię oceanów ułożyć w słup, to byłby on bardzo wysoki.

L u d n o ś c i   przypada   na   Europę   mnóstwo,   w   innych   częściach   świata   jeszcze   więcej 

(zwłaszcza Azja).

R e l i g i e: katolicy, żydzi, japończycy, ruscy, francuzy i in.
R z e k i   płyną   do   swych   ujść   i   posiadają   malownicze   brzegi.   Najdłuższe   rzeki:   Nil 

(historyczna egipska rzeka), Wołga (w Rosji) i kilka innych. Reinhardt oblicza, że gdyby z 
wszystkich rzek zrobić jedną, byłaby ona wielka.

J e z i o r a :   Tanganajka   (nie   mieszać   z   Jamajką),   Nyassa   (z   żyrafą)   i   Morskie   Oko 

(restauracja na miejscu).

T

ABLICA

 

PORÓWNAWCZA

 

MIAST

KLIMATÓW

RAS

 

I

 

PRODUKCJI

Nr

Miasto

Klimat

Rasa

Produkcja

Uwagi

1

Osaka

miły

żółta

ser, hamaki

2

Hamburg

,,

biała

grzybki, kwiaty

3

Odessa

jak czasem

,,

wszystko dostać

4

Żyrardów

zimno

,,

różne towary

5

Barcelona

ciepło

śniada

wyroby krajowe

6

Tien–tsin

japoński 

chińska

mongolskie rzeczy

7

Mediolan

gorąco 

opalona

makarony i futuryści

8

Paryż 

opady 

wesoła

oliwa, żetony

P

IERWSZY

 

SPIS

 

ALFABETYCZNY

 

WSZYSTKICH

 

LICZB

 

OD

 

JEDNEGO

 

DO

 

STU

A — nie ma.

B — nie ma.

C

background image

cztery,   czternaście,   czterdzieści,   czterdzieści   jeden,   czterdzieści   dwa,   czterdzieści   trzy, 
czterdzieści   cztery,   czterdzieści   pięć,   czterdzieści   sześć,   czterdzieści   siedem,   czterdzieści 
osiem, czterdzieści dziewięć.

D

dwa   dziewięć,   dziesięć,   dwanaście,   dziewiętnaście,   dwadzieścia,   dwadzieścia   jeden, 
dwadzieścia dwa, dwadzieścia trzy, dwadzieścia cztery, dwadzieścia pięć, dwadzieścia sześć, 
dwadzieścia   siedem,   dwadzieścia   osiem,   dwadzieścia   dziewięć,   dziewięćdziesiąt, 
dziewięćdziesiąt jeden, dziewięćdziesiąt dwa, dziewięćdziesiąt trzy, dziewięćdziesiąt cztery, 
dziewięćdziesiąt   pięć,   dziewięćdziesiąt   sześć,   dziewięćdziesiąt   siedem,   dziewięćdziesiąt 
osiem, dziewięćdziesiąt dziewięć.

E, F, G, H, I — nie ma.

J

jeden, jedenaście.

K, L, Ł, M, N — nie ma.

O

osiem,   osiemnaście,   osiemdziesiąt,   osiemdziesiąt   jeden,   osiemdziesiąt   dwa,   osiemdziesiąt 
trzy,   osiemdziesiąt   cztery,   osiemdziesiąt   pięć,   osiemdziesiąt   sześć,   osiemdziesiąt   siedem, 
osiemdziesiąt osiem, osiemdziesiąt dziewięć.

Ó — nie ma.

P

pięć,   piętnaście,   pięćdziesiąt,   pięćdziesiąt   jeden,   pięćdziesiąt   dwa,   pięćdziesiąt   trzy, 
pięćdziesiąt   cztery,   pięćdziesiąt   pięć,   pięćdziesiąt   sześć,   pięćdziesiąt   siedem,   pięćdziesiąt 
osiem, pięćdziesiąt dziewięć.

R — nie ma.

S

sześć, siedem, szesnaście, siedemnaście, sześćdziesiąt, sześćdziesiąt jeden, sześćdziesiąt dwa, 
sześćdziesiąt trzy, sześćdziesiąt cztery, sześćdziesiąt pięć, sześćdziesiąt sześć, sześćdziesiąt 
siedem,   sześćdziesiąt   osiem,   sześćdziesiąt   dziewięć,   siedemdziesiąt,   siedemdziesiąt   jeden, 
siedemdziesiąt   dwa,   siedemdziesiąt   trzy,   siedemdziesiąt   cztery,   siedemdziesiąt   pięć, 
siedemdziesiąt sześć, siedemdziesiąt siedem, siedemdziesiąt osiem, siedemdziesiąt dziewięć, 
sto.

T

trzy,   trzydzieści,   trzydzieści   jeden,   trzydzieści   dwa,   trzydzieści   trzy,   trzydzieści   cztery, 
trzydzieści pięć, trzydzieści sześć, trzydzieści siedem, trzydzieści osiem, trzydzieści dziewięć.

background image

U, W, Z, Ż, Ż, Y, X — nie ma.

F

IGLE

 

MATEMATYCZNE

1. Zadziwiające własności liczby siedem

Jak wiadomo

7 X 2 = 14

7 X3 = 21

7 X 4 = 28
7 X 5 = 35

suma rezultatów

= 98

Liczbę tę dzielimy przez 14; 98 : 14 = 7. Uczeni do dziś dnia łamią sobie głowę nad tym 

zastanawiającym wynikiem.

2. Uparta trójka, czyli jak się tu wykręcić?

Matematyk angielski Izaak Cox (urodzony w 1728 zm. 1729), pierwszy odkrył tajemniczy 

upór trójki, która stale powtarza się przy wyliczeniach, jak to widzimy poniżej.

13 — 10 = 3

2+1 = 3

27 : 9 = 3

18401 — 18398 = 3

+ 7 —10=—3

3 × 1 = 3 etc.

Postępując w podobny sposób będziemy zawsze otrzymywali trójki.
Harston obliczył, że aby wyczerpać wszystkie możliwe kombinacje powyższej własności 

trójki, należałoby pracować 183790001426 lat z przerwą dwugodzinną na obiad, ilość zaś 
papieru,   zużyta   do   obliczeń,   pokryłaby   podwójną   warstwą   całą   przestrzeń   pomiędzy 
księżycem a Yalparaiso.

2 × 2 = 5?!?

Mnożymy dwa przez dwa i otrzymujemy cztery. Następnie, kiedy nikt nie widzi, dodajemy 

zręcznie   jedynkę   i   oczom   zdumionych   widzów   pokazujemy   niezwykły   rezultat,   który   na 
pozór przeczy dotychczas Przyjętym zasadom.

P

RZEPISY

 

POCZTOWE

Zwycięski pochód cywilizacji znaczy swą drogę coraz to nowymi  zdobyczami,  pośród 

których  dominujące  miejsce  zajmują  rozmaite  udogodnienia  komunikacyjne,  jak tramwaj, 
samochód, droga żelazna, a zwłaszcza poczta.

Streśćmy w kilku słowach istotę poczty. Jeżeli mam np. przyjaciela w Krakowie i pragnę 

go zawiadomić, że Szymek ma się lepiej lub że Janka wraca, czynię to w następujący sposób: 
wysyłam do przyjaciela tzw. list lub jeszcze lepiej depeszę. To właśnie jest poczta.

background image

Podajemy kilka wskazówek dla amatorów korespondencji:

a) pocztówka:

1) z widokiem,
2) bez.

Pocztówkę zapisuje się po jednej lub po obydwu stronach, pisze się jakikolwiek adres (w 

zależności od tego, dla kogo jest przeznaczona), a następnie wrzuca się do skrzynki (p. niżej).

b) list:

1) polecony,
2) zwyczajny.

Po napisaniu listu wkładamy go do koperty, zalepiamy takową, piszemy adres i (punkt 1) 

zanosimy na pocztę, skąd wracamy z kwitkiem. List zwyczajny wrzuca się do skrzynki (p. 
niżej).  Przedtem   niektórzy   nalepiają   na   kopercie   tzw.  marki   pocztowe.   Nalepianie   marek 
pocztowych nie jest związane z większymi trudnościami. Bierzemy markę w palec wielki i 
wskazujący prawej ręki i wysunąwszy ostrożnie język, szybkim ruchem przykładamy takową 
do takowego, aż takowej strona pogumowana zwilży się w sposób dostateczny. Wtedy bez 
chwili namysłu chwytamy takową w palce wyżej wymienione i przytwierdzamy do koperty w 
miejscu uprzednio upatrzonym.

Wrzucenie listu do skrzynki też nie nastręcza trudności. Skrzynki te rozmieszczone są w 

wielu punktach miasta. Z obydwu stron posiadają one szpary, przez które wrzuca się list. 
Można to uskutecznić z prawej i z lewej strony (atoli nie jednocześnie). Po wrzuceniu listu do 
skrzynki   oddalamy   się   szybko,   elastycznym   krokiem,   jak   gdyby   nigdy   nic.   Skrzynki 
pocztowe otwarte są także w święta, a nawet w nocy.

c) depesze:

1) zwyczajne,
2) terminowe.

Wrzucanie depesz do skrzynek pocztowych nie jest wskazane, gdyż nie osiąga celu. Aby 

wysłać depeszę, należy udać się na tzw. „telegraf” i po wypisaniu odpowiedniego blankietu 
złożyć go w jednym z okienek. Już po kilku dniach uradowany adresat otrzymuje depeszę. W 
celu zaoszczędzenia sobie kosztów należy skracać tekst depeszy do minimum. Np. zamiast 
„Przyjeżdżamy do Warszawy we wtorek wieczorem, proszę przygotować pokój i zawiadomić 
lgnąca”,   piszemy:   „Jeźdżamy   we   po   gnaca”.   Zamiast   trzynastu   słów   —   cztery.   Depesz 
terminowych, czyli pospiesznych skracać nie wolno (§ 23, d. 18).

F

IZJOLOGIA

K

IEDY

 

ZAWEZWAĆ

 

DOKTORA

Przy   wszelkich   cierpieniach   poważniejszych   najlepiej   od   razu   zawezwać   lekarza.   Z 

początku  można   zastosować  środki  domowe,   jak:  operacja  ślepej  kiszki  lub  przepłukanie 
żołądka, gdy jednak chory skarży się w dalszym ciągu, zawezwać pomocy lekarza.

P

IERWSZE

 

OBJAWY

 

ROZWOJU

 

U

 

DZIECKA

D z i e c k o   u c z y   s i ę :

background image

Płakać

w 3 — 4 tygodnie

Śmiać

3 — 4 tygodnie

wymawiać spółgłoski

5 — 7 tygodnie

podnosić główkę

2 miesiące

chwytać przedmioty

3 — 4 miesiące

poznawać ludzi

4 — 5 miesiące

chwytać ludzi

6 miesiące

wstrzymywać mocz

12 ,miesiące

pożyczać pieniądze

42 miesiące

grać w bilard

95 miesiące

W

YRZYNANIE

 

ZĘBÓW

 

MLECZNYCH

 

NORMALNE

2 średnie dolne siekacze

między 6 i 9 miesiącem,

2 średnie górne siekacze

„ ,, „ „

2 boczne ,, „

między 8 i 12 miesiącem,

2 górne kły

między 18 i 24 miesiącem,

2 dolne kły

„ „ „ „

Trąba

między 36 i 194 miesiącem.

A

LKOHOL

Złe   skutki   alkoholu   są   faktem   dowiedzionym.   Alkohol   wpływa   ujemnie   na   drogi 

oddechowe   i   narządy   trawienia.   W   Kentucky   zmarł   pewien   80–letni   alkoholik   i   gdy 
przystąpiono   do   sekcji   zwłok   (podejrzewano   otrucie),   w   środku   znaleziono   wszystko   w 
pozornym porządku, atoli obecny przy operacji dr Fokselman zauważył na wylocie kiszki 
jakieś plamy. o szkodliwości trunków wyskokowych świadczą najwymowniej listy zebrane 
przez Tow. Zw. Nał. Pij. i klub ubezpieczenia pijących alkohol (K.U.P.A.). Oto przykłady.

W .   Z .   B r u n e t   z   P r a g i   C z e s k i e j . Nie pijał nigdy. Po śmierci żony zaczął pić. 

Tegoż roku skradziono mu cenny pamiątkowy zegar i futro (szenszyle na multonie).

H r .   J .   C .   p r z e m y s ł o w i e c   z   G e n e w y .   Pijał   od   wczesnego   dzieciństwa.   W 

sześćdziesiątym roku życia przestał używać trunków. Po śmierci jego znaleziono w sienniku 
200 000 — rb w złocie.

W d o w a   G .   W .   l a t   5 4 . Od czasu gdy zaczęła pijać alkohol (piołunówka), miewała 

mniej więcej co kilka tygodni lekkie parominutowe bóle w okolicach żołądka. Obecnie nie 
pije, bóle jednak nie ustały jeszcze, aczkolwiek stają się coraz mniejsze.

P

ORADNIK

 

DLA

 

MŁODYCH

 

MATEK

Każda   kobieta   po   wyjściu   za   mąż   może   zostać   matką.   Wadliwe   zasady   naszego 

wychowania   sprawiają,   iż   niejedna   mężatka   dopiero   po   kilkunastu   miesiącach   po   nocy 
pamiętnej zaczyna dziwić się zmianom zachodzącym w jej organizmie. Zdziwienie to odbija 
się   często   na   zdrowiu   dziecka   i   zakłóca   ciche   szczęście   kominka.   Pierwsze   objawy 
towarzyszące ukazaniu się upragnionego maleństwa są tak różne i tak jeszcze ciemne dla całej 
fizyki   i   chemii,   iż   lepiej   nie   zagłębiać   się   w   te   metafizyczne   roztrząsania   i   po   prostu 
przystąpić do określenia płci i wieku potomka (metoda dra Kampfa z lusterkiem). Teoria 
„zapatrzenia się” została już dawno obalona przez pastora O’Colloneya, który bardzo słusznie 

background image

i   głęboko   ujął   tę   sprawę,   dowodząc,   że   gdyby   istniało   „zapatrzenie”,   rodziliby   się   sami 
chłopcy,  co nie jest, jak wiemy,  prawdą. Biedne maleństwo  po wysadzeniu  i po umyciu 
należy   niezwłocznie   nakarmić.   Odrobinka   bułeczki   rozmoczonej   w   wodzie   i   skrzydełko 
kurczęcia   lub   też   najlepiej   filiżaneczka   lekkiego   bulionu   wystarczą   aż   nadto.   O   pokarm 
dziecka należy dbać troskliwie. Dzieciątko głodne zaczyna obgryzać paznokietki u nóżek, a 
jak   wiadomo   paznokieć   jeszcze   nikomu   do   życia   nie   wystarczył.   Na   noc   trzeba   dzieci 
wywieszać przez okno na grubym sznurze, aby się nie zerwały. Całe życie potem biedne 
dziecko   cierpi   z   tego   powodu   prześladowania   i   przezwiska:   „obwieś”   albo   „urwis”. 
Pamiętajcie,   że   biedna   bezbronna   istotka   oddana   jest   na   waszą   łaskę   i   niełaskę,   a   więc 
ugryźcie się dwa razy w język, nim zrobicie głupstwo.

A

PTECZKA

 

DOMOWA

1. grzyby solone

9. wódka zwykła gorzka

2. sól kuchenna

10. wódka pomarańczowa

3. wody mineralne

11. jodyna

4. widelec

12. opiłki żelazne

5. woda

13. bielizna zapasowa

6. antidotum

14. pasy rupturowe, bandaże itd.

7. koniaczek.
8. wódka zwykła słodka

N

AJPOSPOLITSZE

 

BŁĘDY

 

JĘZYKOWE

Czystość   mowy   jest   skarbem,   którego   pilnować   troskliwie   należy.   Gdybyśmy   nie 

przestrzegali czystości języka, mowa nasza po kilku zaledwie tygodniach zmieniłaby się tak 
dalece,  że  nikt by z  ludzi dzisiejszych  jej  nie poznał.  Pozwoliliśmy  tu sobie  wynotować 
najpospolitsze błędy, zanieczyszczające mowę naszą.

N i e   n a l e ż y   m ó w i ć :

N a l e ż y :

wydusić szybę

zbić szybę

kałamarczyk

kałamarz

Prusja

Prusy

ordynarny profesor

profesor zwyczajny

zasidłać oczy

zamydlić oczy

wykukać

wypukać

ichni, np. w ichniej kwaterze

w ich mieszkaniu

kufel

kafel

bieriegis

na bok

łamać dom

burzyć dom

publika

publiczność

Rosjan

Rosjanin

knypsa

książka

reziny

gumy

enpasenować

dokroić

background image

S

NY

Przesąd   o   znaczeniu   snów   i   tłumaczenie   ich   jest   zabobonem,   niegodnym   człowieka 

kulturalnego.   Freud   wytłumaczył   już,   iż   sny   zależne   są   od   zdarzeń   dnia   i   usposobienia 
erotycznego, niemniej jednakże zdarzają się uporczywe wypadki tzw. snów proroczych które 
sprawdzają się prawie zawsze. I tak: widzieć we śnie kataryniarza bez katarynki znaczy — list 
pieniężny.   Drzazga   w   nosie   kozy   —   wesele.   Samowar   z   ludzką   twarzą   —   przybytek   w 
rodzinie. Nauka współczesna na próżno łamie sobie nad tym głowę.

F

IGLE

 

SALONOWE

M

AŁY

 

ASTRONOM

Należy wziąć garnitur marynarkowy i zapytać któregoś ze współbiesiadników, czy pragnie 

ujrzeć księżyc i gwiazdy; podnosi się w tym celu rękaw marynarki pustej i każe się patrzeć 
przez ten teleskop amatorowi astronomii, następnie wlewa się do rękawa karafkę wody. W ten 
sposób mały ciekawski zostaje ukarany.

W

IELE

 

MASZ

 

LAT

?

Oto łatwy sposób dowiedzenia się, wiele kto ma lat, bez jego woli. Prosi się wszystkich 

uczestników zabawy o paszporty i daje solenne słowo honoru, że się do nich nie zajrzy. 
Następnie zręcznie odwraca się uwagę towarzystwa, krzycząc np.: ,,o, sufit się wali”, albo ,,o, 
ptak” i korzystając z zamieszania, zagląda się do paszportów. Należy uważać, aby się nie 
pomylić przy oddawaniu paszportów.

K

TO

 

PRĘDZEJ

 

ZEJDZIE

 

Z

 

TRZECIEGO

 

PIĘTRA

 

I

 

WRÓCI

?

Wyścig należy urządzić w ten sposób, aby postarać się być na końcu, po cichu wrócić do 

pokoju, zjeść przygotowane butersznyty i udawać, że się już wróciło z powrotem.

B

IBLIOTEKA

A. K

SIĄŻKI

POŻYCZONE

 

BEZ

 

SŁOWA

 

HONORU

1.
2.
3.
4.
5.
6.
7.
8.
9.
10.

B. K

SIĄŻKI

 

POŻYCZONE

 

POD

 

SŁOWEM

 

HONORU

1.
2.

background image

3.
4.
5.

C. K

SIĄŻKI

 

NABYTE

 

NA

 

WŁASNOŚĆ

1.
2.

K

SIĄŻKI

KTÓRE

 

KAŻDY

 

POWINIEN

 

POSIADAĆ

 

W

 

SWEJ

 

BIBLIOTECE

1. Grzyby jadalne i trujące, atlasik kieszonkowy.
2. Ruptura pępka, napisał dr Foks (z rozkładanym portretem autora).
3. Szyja i jej okolice, napisał autor Małego turysty.
4. Przed, podczas i po, napisał „Stary wiarus” (pseudonim).
5. Poznaj siebie bezstronnie, napisał Zenon z Sulejowa.

S

PIS

 

BIELIZNY

 

ODDANEJ

 

DO

 

PRANIA

Gaci ...................................................................
koszul ................................................................
majtek ................................................................
kołnierzy ............................................................
szczotek do zębów .............................................
prześcieradeł ......................................................
łóżek ..................................................................
nóg .....................................................................

Uwaga: Przed oddaniem bielizny do prania należy wypruć obce znaki i wyhaftować swoje.

D

LA

 

PAMIĘCI

3. Wykąpać się. Oddać kołnierzyki do prania.
7. Pożyczyć od Jasia 2000 mk. Kupić wazonik za 300 mk Jasiowi na imieniny.
11. Wykupić kołnierzyki.
10. Oddać Jasiowi 2000 mk i wziąć 8000 mk.
16. Wyczyścić zęby.
17. Pożyczyć od H. i B. po 300 mk.
18. Spoliczkować H. i B.
19. Oddać kołnierzyki do prania. 27. Pożyczyć od H. i B. po 2000 mk.

background image

D

ZIURA

PAMFLET

 

DWUTYGODNIOWY

styczeń — nr l — 1921

Z poezji żydowskiego SKAMANDRA

ZŁOWYPNIE

I

Z

IELONE

 

SŁOWA

A gdzie pod pasem wypina,
Tam puchła łupina przepuklina.

Isia woda, siusia woda po kaftanie,
Dudni w spodni dopajego, bo nie kłamie.

A po szczecinie biją, aż wionie w kalesonie,
A i tam rżą wesoło te muranowskie konie.

II

W białotrzewiu właśnie bździ bezpieczne
Młodzik cioci z zapałem użyźnię,
Trzewia pełni piszczelą i psieczną,
Psi psi przy śnie ciśnie w pępek wiśnie!
A gdy skąpiec na powłoczu skiśnie,
W ciemne ciemię zaświergolą ptakiem,
W białotrzewiu siknie osobiście,
A Tuwimiak przystanął za krzakiem.

J u l i a n   T u w i m

R

ANO

*

Hop! Skaczę z łóżka! jak młodo,
Servus, klozecie kochany!
Odlewam się trochę z wody,
W pięć minut jestem ubrany.

Nie mogę tam długo siedzieć,
Nie biorę z sobą dzienników.
Po co mam więcej wiedzieć
Od braci mych uliczników!

Zrobię na schodów poręczy

* S.

background image

Jak z nimi dziesięć lat temu,
Nic mnie nie męczy, nie dręczy!
Dzień dobry, dzień dobry każdemu!

Ulice i domy tańczą,
Wszystko w popłochu ucieka,
Ach! świat ten jest pomarańczą,
Która mi z tyłu wycieka.

K a z i m i e r z   W i e r z y ń s k i

*

W   następnym   numerze   rozpoczynamy   druk   sensacyjnej   powieści   Heleny   Piszek   pt. 

„TRĘDOWATY SEDESSE”

*

Redakcja nie przyjmuje żadnych rękoczynów (pisow). Redaktor nie przyjmuje żadnych 

interesantów (tek) i posiada pozwolenie na broń nr 1834.

Redaktor i wydawca

A n t o n i   S ł o n i m s k i

background image

Z jednodniówki

P

APIEREK

 

LAKMUSOWY

pod redakcją St. Ignacego Witkiewicza

Zakopane 1922

H

IPON

Rano bandą wyjeżdża na Hipka
Pewien ksiądz, znany z kroju zielonej sutanny.
Wieczorem zjeżdża cicho wychudły jak rybka
Dawny kolega szkolny wypuszczony z wanny.

Hipon wyjął z szuflady glansowaną bródkę,
Zmarłym żonom w notesie stawia same pałki,
Głowę o drzwi pociera jak główką zapałki,
Przed najbliższą rodziną zamyka wygódkę.

background image

D o d a t e k   N a d z w y c z a j n y

K

URIER

 

POLSKI

Warszawa, 1 kwietnia 1922

C

YRK

 A

URORA

 

I

 A

URELIA

Oryginalne  trupy w  gorsecie   na  motocyklu,  oprócz   tego  szykarna   programa   marcowa, 

m.in. człowiek—osioł, bezustanny śmiech, bezdenne krowy, które połykają wszystko, konie 
bez rąk, grające w szachy. Gentleman–balon, unoszący się w powietrze i tam pozostający. 
Początek o godz. 8. Każdy człowiek może wprowadzić kobietę, każda kobieta dziecko, każde 
dziecko psa, każdy pies szczeka.

RADY

 

MINISTRÓW

(T.A.P.) Na wczorajszym posiedzeniu Rady Ministrów pan minister skarbu wniósł, aby 

kary więzienia powyżej pięciu lat zamienić na karę śmierci, a to ze względu na różnicę w 
kosztach tych dwóch środków karnych. Pan minister sprawiedliwości wyraził swą zgodę na 
ten wniosek. Dyskusja nad tą sprawą zajmie prawdopodobnie kilka następnych posiedzeń 
Rady Ministrów.

Z innej strony dowiadujemy się, że sprawa powyższa nie natrafiła — z jedynym wyjątkiem 

ministra zdrowia publicznego — na rzeczową opozycję w rządzie, a kierownik ministerstwa 
spraw wojskowych  zastrzegł się tylko przeciw  rozstrzelaniu  jako formie wykonania  kary, 
albowiem zmusiłoby to do szybszego odbierania amunicji z fabryk prywatnych.

Trudności powstały stąd, że pan minister skarbu stanął, polemizując z drem Chodźką, na 

stanowisku ustawy o naprawie finansów, podczas  gdy pan Chodźko wychodził z założeń 
swojej lekarskiej specjalności. Minister skarbu twierdzi, że dzięki uchwale Sejmu ma prawo 
zmieniania we własnym zakresie wszelkich ustaw polskich, o ile zmiana pociąga za sobą 
oszczędności,   i   że   kwestię   kary   śmierci   podał   do   wiadomości   Rady   Ministrów   tylko   w 
kurtuazji koleżeńskiej. Szczegóły repliki pana ministra zdrowia publicznego nie są znane.

W kołach prawniczych naszego miasta sprawa ta obudziła zainteresowanie tym żywsze, że 

okryta   jest   ścisłą   tajemnicą   urzędową.   Jutro   podamy   w   tej   kwestii   zupełnie   dokładne 
informacje.

ŻYCIA

 

MŁODZIEŻY

B

ODAJ

 

TAK

 

U

 

NAS

W Anglii młodzież miejscowa odsłoniła pomnik generała Nelsona zrobiony ze zrazów. 

Król był obecny przy oblewaniu sosem.

O

BRADY

 

SEJMU

 

WALNEGO

W

RAŻENIA

 

SZCZEGÓLNE

Wczoraj   znów   walny   sejm   się   obradzał.   Przyszło   dużo   różnych   mężczyzn.   Wszyscy 

zasiedli w wielkiej sali na fotelach, a kilku na takim podwyższeniu jak estrada. I potem taki 

background image

jeden, siwy już, powiedział do tych, co siedzą na sali, że on otwiera posiedzenie.

To zaraz wyszedł z tych fotelów jeden brunet i powiedział do innych, że on chce, żeby 

rząd dał pieniądze, bo bez pieniędzy żadne życie. I tak długo mówił, a tamci to słuchali i tak 
kiwali głowami, że niby oni też nie mają forsy. A ten siwy to kręcił w palcach ołówek i miał 
taki dzwonek i czasem sobie dzwonił i wszyscy się śmieli. Potem to ten brunet wrócił na 
swoje krzesło, a wyszedł jeden Żyd i tak krzyczał na Polaków, że co oni sobie myślą. No 
dobrze. I jak skończył, to zaraz wstał ksiądz i dobrze mu nagadał. A potem to wyszedł jeden 
oficer i mówił o sołdatach, że oni są dobrzy. To wszyscy krzyczeli: „Wiwat! hura!” A potem 
mówił taki starszy, elegancki człowiek i mówił — że chłopy chcą zabrać ziemię. To te chłopy 
mu krzyczeli, że on sam jest złodziej, to po co się czepia. A, on — nic, tylko dalej swoje. Na 
to ten siwy wstał i zaczął wołać: „Co to jest?” Więc chłopy się uspokoiły i tylko jeden się 
odgrażał. A jak siwy powiedział, że zamyka posiedzenie, to wszyscy wstali i zaczęli lecieć do 
drzwi. Byczo było!

K

RONIKA

 

ZAGRANICZNA

W

ĘGRY

 

A

 

MAŁA

 E

NTENTA

Piccolo de la Secolo donosi z Budapesztu, że od pewnego czasu odbywają się tam narady 

w celu niewiadomym. Oczywiście wiadomość tę należy przyjąć z zastrzeżeniem, gdyż… „il 
n’y a des croitelles pour que l’on ne fera des modèles
”, jak mówi przysłowie. W każdym bądź 
razie tutejsze stronnictwo tzw. „wichrowatych” przyjęło rezolucję, domagającą się powołania 
trzech roczników Tygodnika Ilustrowanego. Wiadomość o tym zastała prezydenta ministrów 
w łóżku. Przewidywane jest wystąpienie posłów melodramatycznych z interpelacją do Anglii 
i Wranglii.

L

IGA

 N

ARODÓW

 

OSTRZEGA

 J

APONIĘ

W związku z zamierzonym skasowaniem Japonii i zastąpieniem jej tymczasową komisją 

do odbudowy od dobudowy, wysoki komisarz rady ustalił projekt następujący: 1) ostrzeże 
Japonię,  2)  Japonia   ostrzyże   ligę,  3)  włosy się  podzieli,   4)  podział  się  owłosi,  5)  Włosi 
uczeszą się na przedział, 6) Czesi na jeża, 7) jeże się zabije.

R

ADA

 M

IEJSKA

Rada Miejska obradowała się wczoraj z nowego podatku dochodowego. Postanowiono 

opodatkować wszystkie rzeczy, które dochodzą. Ludzie, którzy dochodzą do kogoś na ulicy z 
prośbą o ogień, płacić będą 2 proc. od ceny banderoli zapałkowej. Radny Herbst proponował 
opodatkowanie   dochodzenia   sądowego.   Potem   długo   mówiono   o   miłej   przyszłości   i 
projektach spędzania lata.

C

ENY

 

W

 M

OSKWIE

Targi — 8 milionów, tuzin sztucznych oczu w handlu detalicznym — 19, lody waniliowe 

w blaszankach — miliard, zastaw za blaszankę — miliard, żuki i glisty — 4, szarawary, 
szarugi, szaraki i szarady — w jednej cenie, rymy męskie — 50 tysięcy, spadochrony — 9.

ŻYCIA

 

CECHÓW

background image

Wczoraj   podczas  rozmowy   wystąpiły   u   jednego   pana   ujemne   cechy   charakteru   ze 

sztandarami

 

i  śpiewem.

L

IST

 

DO

 

REDAKCJI

S z a n o w n y   P a n i e   R e d a k t o r z e !

Uprzejmie proszę o udzielenie mi miejsca w następującej sprawie:
Jadąc   w   zeszłym   tygodniu   tramwajem   nr   18   na   Pragę   (zaznaczam,   że   jechałem   do 

znajomego, który niedawno wrócił z Rosji, bo był na wojnie, a teraz mieszka na Pradze u 
kuzynki,   bo   w   Warszawie   nie   może   dostać   mieszkania,   powszechna   bolączka!),   byłem 
świadkiem   oburzającej   sceny,   jaka   się   rozegrała   tuż   przed   mymi   oczyma.   Otóż   jeden   z 
obecnych pasażerów wykupił za umówioną z góry cenę bilet tramwajowy i następnie schował 
go do kieszeni, nic nikomu nie mówiąc. Wtedy brat jego, który stał na przednim pomoście, 
zwrócił się do motorniczego z jakimś zapyta—’niem. Ten odpowiedział mu coś i zadzwonił. 
Wtedy ten pierwszy zwracając się do mnie zapytał, czy to już Puławska, a gdy otrzymał 
przeczącą   odpowiedź,   jechał   dalej,   nic   nikomu   nie   mówiąc.   Zdziwiony   tym   faktem, 
wysiadłem i udałem się na ulicę, gdzie mieszka mój znajomy. Nie wiem, jak się ta sprawa 
skończyła, lecz sądzę, że tego rodzaju postępowanie względem mieszkańców stolicy powinno 
zaniepokoić opinię, a władze winny wejrzeć w tę drastyczną sprawę i ukarać, kogo należy.

Racz przyjąć, Panie Redaktorze, wyrazy prawdziwego uwielbienia

M .   T y c m a n

Wobec drożyzny kur wysiaduję drób w celu wylęgu.

Oferty sub. „Doświadczony”

Uwagę.! Żadnych wspólników nie posiadam.

T

EATR

 

I

 

MUZYKA

W i e l k i . Dziś nuda, jutro nuda, co dzień dzika nuda.
R o z m a i t o ś c i . Dziś nuda, jutro nuda, co dzień potworna nuda.
P o l s k i . Dziś i jutro ponura, beznadziejna nuda.
R e d u t a . Straszna, zgrozą przejmująca nuda co dzień.
K o m e d i a
M a ł y
i m .   D o m o s ł a w s k i e g o
N o w o ś c i

co dzień

N o w y

groźna nuda

P r a s k i
N i e t o p e r z
D r a m a t y c z n y

D

OOKOŁA

 T

EATRU

Dookoła   Teatru   snują   się   coraz   częściej   ludzie   bez   zajęcia,   którzy   znajdują   specjalną 

przyjemność   w   wypytywaniu   się   wychodzących   z   premiery   o   treść   sztuki,   grę   aktorów, 
tendencje   autora   itd.   Bezczelność   tych   włóczęgów   dochodzi   do   tego,   że   wczoraj   pobito 
dotkliwie p. K. L., który niedokładnie zdał recenzję z gry p. Kopycińskiego. Pod filarami 
stoją filary naszej sceny i patrzą na te sceny bez zmrużenia powiek.

Z. C.

background image

K

URIER

 

MIEJSKI

L

OKATOROWIE

 

A

 

BRAMY

Z   powodu   strajku   dozorców   domowych,   magistrat   wystosował   listy   do   wszystkich 

lokatorów z zaproszeniem na five–o–clock u prezesa ministrów, który się prawdopodobnie 
nie   odbędzie   ze   względu   na   strajk   stróżów.   Zaproszenia   tego   nie   otrzymali   lokatorowie 
Abramy.

W

YPADKI

W

YPADEK

 

SAMOCHODOWY

Na rogu ulicy Granicznej i Żabiej samochód ciężarowy przestraszył się krawca męskiego 

S.   Rubina   i   wpadł   do   bramy   nr   11.   Prawdopodobnie   wskutek   przestrachu   nastąpiło 
przedwczesne   rozwiązanie   i   przy   samochodzie   ciężarowym   znaleziono   mały,   czyściutki 
motocykl z koszykiem. Rower odesłano do domu podrzutków.

Z

NOWU

 

KWICZOŁY

Pan   Witold   Koguciński   wychodząc   z   mieszkania   nie   zamknął   za   sobą   lufcika,   no   i 

oczywiście znaleziono nazajutrz dwa kwiczoły w palcie i na wieszaku.

N

A

 

EKRANIE

W kinie „Suka” demonstrowany jest obecnie film pt.  Szczęście i kwiaty nad Dunajem

Rzecz   dzieje   się   w   eleganckiej   miejscowości   kąpielowej   w   Anglii.   Młody   baron   turecki 
zakochał się po uszy w uroczej diwie bankowej Malignie. Lecz serce hrabianki od dawna było 
osłabione przez nadużywanie napojów chłodzących. Wtedy mulat wbija po rękojeść sztylet w 
serce niewiernego atlety i ucieka do stanu Illinois. Mija kilka lat. Eurydyka  jest już żoną 
doktora i pieści noworodka w łożu konającej pierwszej żony. Druga i trzecia, oblegane w 
sąsiednim   pokoju   przez   zbuntowanych   mieszkańców   zburzonego   miasta,   przeciągają   z 
litewska   i   stroją   się.   W   akcie   trzecim   noworodek   jest   już   atletą   i   mści   się   za   doznane 
dobrodziejstwa.   Przez   pokój   przeciągają   karawany   wielbłądów   i   detektywów   ze   znanym 
Nikiem Pinkertonem na ustach. Maligna wraca do Eurydyki i gdakają w kącie, naśladując 
piękne   kury,   kurczęta   i   sałatę,   i   raki.   Strzał   —   doktor   pada   —   a   Dunaj   szemrze   swoje 
odwieczne credo.

m e.

Ś

WIAT

 

MODY

S

KÓRZANE

 

CHUSTKI

 

DO

 

NOSA

W  Stanie Illinois znany krawiec damski Pietraszek wprowadził nową modę. Wszystkie 

tamtejsze   eleganckie   paryżanki   wycierają   swoje   zadarte   noski   i   sukienki   w…   skórę 
niedźwiedzią.  Koszt  takiego  skórzanego  płata   wynosi  dwa dolary  z fenigami.  Chusteczki 
urządzone są tak, że posiadają w środku małą furtkę z kłódką, przez które zadarte paryżanki 
wytrząsają zawartość nosków na małe skórzane spodeczki, pięknie obrębione.

background image

M

ODNY

 

KOLOR

Angielskie lady noszą obecnie tylko kolor warcinowy. Jest to nowa barwa, którą wynalazł 

student   czeski   Pietraszek.   Pozornie   nie   różni   się   od   fioletu   lub   koloru   żółtego,   ale   po 
dłuższym noszeniu przybiera odcień różowy i elegancki. Modne są tamże szpilki do nosa, 
futerały na grdykę i drobne strzępki z własnej skóry na przegubek. Wrzody wyszły z mody i 
nie wiadomo, gdzie są.

P

IES

 

ADWOKATEM

W stanie Ohio zdarzył się dość niezwykły jak na tamtejsze stosunki wypadek. Piekarz z 

Wyoming, oskarżony o systematyczną kradzież wędliny, w braku świadków powołał się na 
swego   pieska   imieniem   Pietraszek,   który   w   sądzie   bronił   gorąco   swego   pana   i   po 
dwugodzinnym przemówieniu uzyskał dla piekarza uniewinnienie.

PIŚMIENNICTWA

Wyszedł spod prasy pewien pan, który szukał znajomego w cukierni na Mazowieckiej. 

Odbito go w stu czterdziestu egzemplarzach na papierze holenderskim.

Noga i jej okolice, nowy atlas prof. Pietraszka przedstawia się okazale. Szczególnie udatne 

są   dwa   składane   portrety   autora   w   wieku   dziecinnym.   Autor   jest   wyczerpany   już   po 
pierwszym  wydaniu.  Cena egzemplarza  podwyższona  z powodu szkód materialnych  przy 
remoncie.

R

EKLAMY

P i e r ś cionki   biorę   na   wychowanie.   Wszelka   biżuteria   znajdzie   u   mnie   ciche   i   miłe 

schronienie na starość. Złotnik i Złośnik, sp. z ogr. od. Więzienie Mokotów.

*

U s t a nawiam nowe godziny biurowe dla fabryk między 5–9 wieczorem. Chłodna nr 6. 

Chłopiec pokaże.

*

U d o wodnię,   że   bez   pasty   „Mikron”   zęby   nie   mogą   mieć   zastosowania.   Seansy 

codziennie. Milanówek. Bufet.

U s z y j ę  z własnego towaru ubranko dla pieska. Darmo. Pilne. Chmielna 5 m 1.

*

O c z y szczę stare ubranie za odnajęcie wanny na five–o–clock co niedziela. Oferty dla 

„Gugu”.

background image

*

Ś n i e g

Zeszłoroczny — Wagonowo

Piąte koło u wozu — poleca znana firma

„W u f a ”

Przewóz i przejazd.

Przeskok i zjazd.

*

C u c ę

omdlałych, nawet po kilku tygodniach.

Przechowywać w zimnym miejscu.

Wiadomość w Mokotowie, ul. Zagrodzińska 304.

*

K u p i e  kupa nie równa.

*

M o ż e  można co zarobić? Izydor Pytek. Dzielna 3.

*

B ó b e k  do zbierania bobu. Chmielna 1.

*

B o b o  do robienia bobków potrzebne zaraz. Chmielna 2.

*

B a b k a  do pieczenia babek już! Chmielna 3.

*

U p r a s z a m   p a n a , który mi się ukazał we śnie, o niezjawianie się w moim pokoju pod 

pozorem widziadeł sennych. On już wie, kto.

*

W y c i n a m  hołubce bez bólu. Operator odcisków. Biała, Zielna i Smocza. 2.6.19.

*

U d a j ę  Serbów, Szwedów, Portugalczyków. Ceny przystępne. Ciepła 73 m. 9.

background image

*

U m a w i a m   się i nie przychodzę, zaklinam się na wszystkie świętości, obiecuję złote 

góry, z obojętną miną opowiadam wszystko, co trzeba. Telefon w administracji.

*

T a p i c e r  ma też swoje zmartwienia. Także człowiek. Proszę się przekonać. Waliców 16.

*

Ż y d  — wariat zgodzi się pomówić serio. Tylko w poważnym interesie finansowym.

*

Ż y d   w i e c z n y   t u ł a c z  poszukuje pokoju na parę dób. Oferty sub „Ahasio”.

*

S p o d n i e   —   s a m o g r a j e  sprzedam. Waliców. Pietraszek. Powód: samotność.

*

M ó w i ę  A — A — A… pokazuję język i oddycham równomiernie. Ważne dla p. lekarzy! 

Browarna 6 m. 9.

*

W y c i s k a m   z   oczu   łzy   i   wągry   z   nosa.   Śpiewam   drugim   głosem.   Namawiam   do 

skąpstwa.   Oddalam   petentów.   Płaszczę   się   i   przypochlebiam   tylko   do   pierwszego.   Od 
pierwszego nowe życie! Nareszcie będę miał lombard!

*

Odnajmę wygódkę bez prawa używania. Oferty z „curriculum vitae”. Sosnowiec.

background image

D o d a t e k   N a d z w y c z a j n y

K

URIER

 

POLSKI

Warszawa, l kwietnia 1924

KINO PALĄCE

Chmielna 6. Pocz. o godz. 5 rano

Dramat komiczny w 72 aktach

Ż

ONA

KTÓRA

 

NIE

 

ZDRADZIŁA

 

MĘŻA

,

Niebywała wstawa Wejście tylko za kartkami.

K

INO

 „M

ETAMPSYCHOZA

D

ZIŚ

 

PREMIERA

!

Wielki, najdroższy, najukochańszy, jedyny, złoto moje, życie moje, najmilszy, titipulka, 

śliczny, niebywały film monumentalny

Ł

OBUZINI

 

NA

 

WROTKACH

osnuty na tle znanego utworu Dantego

pt. Boska komedia.

Statyści! Wielbłądy! Antrakty! Serie! Części! Cząsteczki! Piąsteczki, pieseczki, paseczki, 

bluzy i kubełki!

M o t t o :

Na Henrykowej górze staruszek stał
i bardzo głośno chciał.

O

STATNI

 

WYRAZ

 

TECHNIKI

!

Samochody:   Citron   —   Limon   —   Dijon   —   Domidon   bez   szofera!   bez   motoru!   bez 

benzyny! bez pneumatyki! Samochody nasze za dotknięciem guzika unoszą się lekko w górę 
i, trwając nieruchomo w przestrzeni, czekają, aż ziemia w swoim obrocie codziennym około 
osi p o d s u n i e   o d p o w i e d n i   p u n k t   g e o g r a f i c z n y   p o d   k o ł a   w e h i k u ł u !

Samostój Citron–Limon! Samostój Lacrimae–Bonidon.

W

YCOFANIE

 

DOLARÓW

Ameryka wycofuje banknoty 5–o, 10–o i 20–dolarowe.

Popłoch śród dziatwy. — Interwencja mocarstw. Demarche dyplomatów. — Co robić?
DAJŁA (Havas) 1.P7.1924. Miroir donosi. A z donosicielami nie gadam.
NEW   RZYM.   1.4.1924.   (Tel.   cudzy)   Początkowo   sądzono,   że   to   trawa,   gdyż   dolary 

rozłożyły się na ulicach i wyglądały jak zielona murawa. Policja kosiła kosami i sierpami. Po 
przybyciu Ameryki zaczęło się wycofywanie. Dolary szły szóstkami.

background image

VALPARAJNAZIEMI.   1.4.1924.   (Tel.   własny)   Ameryka   przybyła   automochodem.   Z 

tysiąca piersi wyrwał się okrzyk. Dolary płakały.

BOSTON.   1.4.1924.   Gwałtowny   brak   pieniędzy   zmusza   ludność   do   uciekania   się. 

Ameryka proponuje, aby przywrócić dolary, ale one tyż nie głupie. Już są precz kawał za 
miastem.

PARYŻ. 1.4.1924. Straszny kłopot z portretem na banknotach dolarowych. Po wycofaniu 

zeskoczyły portrety z banknotów i chcą żyć. Rosną im nogi. Zjawiło się kilkaset milionów 
jednakowych prezydentów 1 Lincolnów, żyją, krzyczą: jeść! Roosveltowie spokojniejsi.

BALTIMORE, 1.VVV.9241. Przybyła  tu delegacja funtów i franków szwajcarskich ze 

swym   prezesem,   banknotem   stufrankowym   seria   L   1897742   na   czele.   Banknot   przyjął 
przedstawiciela wycofanych dolarów p. A. 8313974. Wieczorem wydał główny dolar obiad, 
za   który   zapłacił   kolegami.   Bankiet   banknotów   jest   podobno   grą   słów.   Liczą   się   z 
możliwością dalszych kalamburów (np. bukiet).

NEW–YORK.  P.O.T.   W  izbie   gmin   senator   Houlen   wygłosił   wielkie   przemówienie   o 

pieniądzach. On pamięta jeszcze, że jako dziecko nieraz biegał po pieniądze do matki jego 
szefa, kasetki nr 472. Deputowany Yourris rozpłakał się i też powiedział, że bez pieniędzy nie 
ma   poważania   u   ludzi.   Ponieważ   wszyscy   Amerykanie   zaczynają   się   na   literę   „H”,  izba 
postanowiła cofnąć dolary będące w obiegu, motywując to zmęczeniem pieniędzy.

J

AK

 

WYCOFAĆ

 

DOLARY

Wobec   konieczności   natychmiastowego   wycofania   dolarów   podajemy   następujące 

przewidziane   przez   lewo   sposoby.   A.   Wabienie.   Należy   siedząc   nieruchomo   na   ziemi 
wydawać długie, przeciągłe okrzyki. Dolary świeższych emisji i nowodrukowane przylizą i 
zaczną się ślinić, paskudzić i kleić. Sklejone składać paczkami.

B.   Groźby.   Wytnij   pręt   leszczyny   i   nago   z   wózkiem   wpadnij   do   banku,   gdzie   śpią 

pieniądze. Zatłucz we śnie i wyrzuć do zlewu.

C. Prośby. Zakradnij się do szaf z forsą i całuj pieniądze. Przynieś im kwiaty. Proś tak 

długo, aż zmiękną. Gdy już będą dość miękkie, wyliż im nogi i cackając się wyjdź.

D

EPESZE

W

YKRYCIE

 

NOWEJ

 

WYSPY

NEW–LONDYN   (P.D.T.)  Na   morzu,   mniej   więcej   na   środku   kuli   ziemskiej,   odkryto 

wyspę.   Wyspa   była   dotąd   zakryta   pokrowcem,   aby   się   nie   kurczyła   (wulkany).   Obecnie 
odkryto   ją   dla   zabawy.   Zawsze   coś   świeżego   dobrze   zobaczyć.   Bardzo   pomysłowa 
admiralicja   ma   niedługo   zakryć   parę   starych   wysp,   aby   coś   niecoś   schować   na   czarną 
godzinę. Lord Berlin proponuje, aby zapomnieć na parę lat o istnieniu wyspy Borneo. Potem 
można by przypomnieć wszystkim i oglądać na świeżo. Już podobno paręset tysięcy ludzi 
zapomniało. Na początek proponowalibyśmy zapomnieć wyspę Celebes, bo jest krótsza.

D

ONIOSŁE

 

ODKRYCIE

.

ZAWICHOST.   1.4.   (PAT)—PR/PR.   Znanemu   w   kraju   i   za   granicą   badaczowi 

mediumizmu,   p.   Gay–Cymberowi,   udało   się   zastosować   siły   psychiczne   do   celów 
przemysłowych. Pierwszy samochód, poruszany wyłącznie popędem erotycznym, kursować 
ma miedzy Zawichostem a Warszawą.

background image

P

OSZUKIWANIE

Poszukuję człowieka z dobrą dykcją, który wymawia wyraźnie literę „r” i ,,e” dla wspólnej 

deklamacji.   Obowiązek   polegać   będzie   na   wymawianiu   za   mnie   liter   w   odpowiednich 
momentach   zarówno   na   występach,   jak   i   prywatnie.   Pożądana   szybkość   orientacji,   mały 
wzrost. Koszykowa 28, Wilczur.

K

RONIKA

 

ZAGRANICZNA

Z   P a r y ż a .   Francuzi   chodzą   po   ulicach,   obcokrajowcy   patrzą   na   piękne   gmachy   i 

wystawy. Szalony ruch, mnóstwo nowości, muzea, teatry, biblioteki, wino, wesoło, wkrótce 
wszystko   zakwitnie,   będzie   pełno   słońca,   szczęścia,   piosenek!   Tyle   nieznanych   domów 
przedmiotów,   ludzi,   tyle   pokładów   kultury,   tyle   wrzawy   i   dziwów,   porywów   i   wrażeń! 
Błagam pana komisarza rządu o dwa ulgowe paszporty.

Z b l i ż e n i e   d o   W ł o c h .  A   Włochy,   panie   komisarzu!  Niebo,   panie,   przezroczyste, 

wysokie  i lazurowe! Drzewa, kwiaty,  owoce, zieleń, morze!  Zobaczyć  Neapol, jak to się 
mówi, a potem jechać dalej. A Rzym? A Florencja?

A u s t r i a   a   m y . W Wiedniu też jeszcze nie byłem. A podobno warto zobaczyć. Właśnie 

liczyłem, że pojadę na Wiedeń. To mi znowu mówią, że podróż droga i te wizy.

N

OWA

 

TAKSA

 

DLA

 

PSÓW

Wszystkie psy proszone są o nadesłanie pisemnych sprawozdań z działalności za kwartał 

ubiegły do Związku Zwierząt Ssących w celu ustalenia nowej taksy. Innowacja ta ma na celu 
racjonalne korzystanie z przysyłanych  przez psy zagraniczne paczek i pieniędzy.  Związek 
ostrzega jednocześnie, że od pewnego czasu obchodzi mieszkania niejaki koń i bezprawnie 
udając psa wyłudza od członków znaczne sumy.

Z

APRZECZENIE

W   redakcji  naszej   zjawił   się  dzisiaj  Stół   i  oświadczył,   że  podana   przez   pewne   pisma 

wiadomość,  jakoby katował  on stojące  przy nim  krzesła jest wyssana  z palca  jego nogi. 
Współpracownik nasz stwierdził to na miejscu. Odnośny palec oglądać można w redakcji.

N

AGRODZONA

 

GORLIWOŚĆ

Czteroletni Miguel d’Arrazano, dozorca domu nr 39 przy ul. Białej, nagrodzony został za 

gorliwą   służbę   pięknym   darem   w   postaci   artystycznie   wykonanej   pieśni   polskiej. 
Jednocześnie   delegacja,   złożona   niemocą   z   kilku   lokatorów,   złożyła   dzielnemu   dozorcy 
artystycznie   wykonany   adres   sąsiedniego   domu.   Zaznaczyć   należy,   że   d’Arrazano   zbiegł 
przed rokiem z domu rodzicielskiego w Salamance, aby poświęcić się umiłowanej dziedzinie, 
nie bacząc na olbrzymi, spadek, jaki miał otrzymać nazajutrz.

UNIWERSYTETU

Nic nowego. Jeden student jest trochę niezdrów i nie był na wykładach.

background image

W

YPADKI

K

REWKI

 

MAŁŻONEK

Zamieszkała   przy   ulicy   Górnej   nr   82   dziewięćdziesięcioletnia   Jadzia   Cudeńko 

zawiadomiła  krewnych, że mąż  jej Bolek Fryszkin  wyszedł z domu i dotychczas  zawsze 
wychodził.   Sprytnego   ptaszka   poszukuje   policja,   ofiarę   zaś   ślizgawicy   opatrzy   lekarz 
pogotowia w komentarz.

GŁODU

Przechodzący ulicą Orlą kupiec z Białegostoku, 45–letni Mojżesz Okaryno wpadł z głodu 

do  pobliskiego   baru  i   po   skonsumowaniu   sutego   posiłku,   obficie   zakrapianego   trunkami, 
zapłacił   i   wyszedł,   zostawiając   przez   zapomnienie   w   szatni   drogocenne   futro.   Właściciel 
lokalu wybiegł za sprytnym ptaszkiem na ulicę i futro mu zwrócił. Okaryno tłumaczy się, że 
od dwóch godzin nic nie jadł.

D

OOKOŁA

 

TEATRU

Teatr   Średni.   Jose   Maria   Estramadura   di   Badajos  Po   co?  komedia   w   3   aktach. 

Reżyserował Pętelko. Nie byłem nigdy w Argentynie i nie znam autora sztuki wczorajszej, 
który — jak mi mówiono — urodził się w Gwadelupie. Ale ciotka moja poznała raz na 
Bielanach   pewnego   Brazylijczyka   i   dlatego   niechaj   mi   wolno   będzie   zwrócić   tu   uwagę 
młodemu panu Jose Maria Estramadura di Badajos: nie tędy droga! Stary Pedro nie może 
porzucić   Concity   w   trzecim   akcie!   Jeżeli   z   diabolicznym   wyrazem   wchodzi   i   powiada: 
„Żegnaj”, to w słuchaczu coś pęka i coś łka nerwowo. Pan nie zna duszy kobiecej, panie 
Badajos, i pan nie odczuwa psychologii  samca,  panie Estramadura!  Mężczyzna  nigdy — 
podkreślani to n i g d y  — nie zamorduje kobiety, o ile ta kobieta przedtem nie zamordowała 
mężczyzny. Prawda psychologiczna nie zna przylądków ani stopni geograficznych. Dlatego 
tak świetnie grał Alvaveza młody aktor lwowski, p. Kozdrajski. W każdym geście, w każdym 
zmrużeniu   oka   tego   człowieka   czuć   było   powiew   pampasów   i   to   gorące   bueonos   ayres, 
którego na próżno szukaliśmy w sztuce. A ile wdzięku i uroku miała, jako Estella, panna 
Ościpska! Zdawało się, że to burza krwi przebiega przez scenę i że gorący samum drzwi 
otwiera, by następnie skromnie usiąść na fotelu.

Nie, panie Jose Maria, tak nie można! Jeżeli pan rozpętał  wszystkie moce  huraganów 

swego   kraju,   jeżeli   pan   uruchomił   pomysłowość   Pętelki,   temperament   Kozdrajskiego   i 
wdzięk niezrównany Ościpskiej — to efekt stanowczo powinien być większy. Żądamy, aby 
stary   Pedro,   nim   zasztyletuje   Concitę,   powiedział   nam,   dlaczego   to   czyni   i   aby   zwrócił 
pieniądze Elżbiecie.

I po cóż w komedii  Po co?  plącze się ustawicznie stary powstaniec z Mozambiku, syn 

Murzyna   i   mieszkanki   wysp   polinezyjskich,   tak   genialnie   i   z   takim   poczuciem   tła   i 
krajobrazu, oddany przez p. Wlazło? Od fajki do buta czujemy w nim wilka morskiego i w 
ogóle zaznaczyć należy, iż dłuższy pobyt w Kazimierzu nad Wisłą predestynuje p. Wlazło do 
odtwarzania typów starych marynarzy.

Dekoracje przeszły tym  razem wszelkie  oczekiwania.  Jak można  siedząc w „Kresach” 

wyśnić taką wizję Wysp Azorskich! Te stare krzesła dębowe! ta szafa gdańska!

Sztuka wywarła na mnie głębokie wrażenie, aczkolwiek w szatni zamieniono mi kapelusz.

background image

T

EATR

 

I

 

MUZYKA

W i e l k i . Dziś Kościński z żoną. Olszewski. Rajzman. Siostra Wajcmana. Brat biletera. 

Dwu braci Koszun i Kolman z żoną i córką. Jutro Deficyty, opera Gounoda.

R o z m a i t o ś c i . Dziś będzie Wajnrajn z teściową, ale brat jej wyjeżdża do Gdańska. 

Krifean z synem.

R e d u t a . Dziś nikogo.
K o m e d i a . Dziś nikogo. Może Szpicberg?
M a ł y . Wrociński i Koń. Dwu braci Batjera. Woroncew. Na drugim akcie Wewiel, bo ma 

interes do Kona. Jutro na scenie Rogal spleśniały, na widowni 40 męczenników.

S t a ń c z y k . Nikogo.
Po przedstawieniu prosimy na kolację do znajomych.

Ż

YCIE

 

GOSPODARCZE

S

YTUACJA

Sytuacja na rynku jest banalna. W ogóle produkty, fluktuacje i zapotrzebowanie wykazują 

minimalną   inwencję.   Brak   pomysłowości,   szerokości   gestu   i   rozmachu.   Ciągle   te   same 
jarzyny   i   metale,   a   raczej,   jak   mówią   Szwedzi,   motyle.   Motyle   zjawiły   się   na   rynku 
gospodarczym   od   wczoraj   i   już   zabrudziły   i   zabagniły   cenniki   nasion.   Cytrynki   74. 
Pawiepiórka 36. Miłą innowacją jest samookreślenie cen przez ryby i jamochłony. Za funt 
żywej  wagi ryby domagają się czterech łutów glist. Karpie oddają funt zdechłej  wagi za 
paczkę   papierosów   i   kieliszek   wódki.   Płoty   nadesłały   sprostowanie   objaśniając,   że   jako 
nieryby   nie   mogą   przebywać   stale   w   basenach   i   narażać   się   na   wilgoć.   One   mówią,   że 
niesprawiedliwością jest, aby za wiele suszono bielizny, gdy im się właściwie samym trochę 
suszy i   spokoju  należy  od  właścicieli   pól  ogrodzonych.   Zabawny  jest   sprzeciw  drzew,  z 
których zrobiono płoty. Drzewa narodowości gleńskiej domagają się zwrotu i zawrotu głowy 
z nadmiaru otchłani grozy i głupoty życia.

R

YNEK

 

METALOWY

Rynek metalowy jest dobrym pomysłem o tyle, że metal nie ściera się i nie psuje tak łatwo 

jak bruk. Ulice mogą być brukowane — rynek musi być z metalu choćby dla odróżnienia 
hierarchii. Czymże jest bowiem byle jaka uliczka prowadząca do nikąd albo prawie do nikąd 
wobec rynku pięknego, świecącego czcią ojców miasta i matek wsi?

O

BROTY

 

POZAGIELDOWE

Nawet   poza   giełdą   należy   się   obracać   wyłącznie   między   ludźmi   zamożnymi,   bo,   jak 

słusznie powiada Muhlford, z jakim przestajesz, z takim się zaczynasz.

RYNKU

 

TOWAROWEGO

Tendencja w żelazie słaba. Blaga czarna cynkowa — 40 000, gwoździe i gwoździki — 15 

000 za bukiet, piły drewniane — 70 000 000 za sztukę teatralną, pluskiewki 4 na rajzbret, 
haki do układania szarad 800 na twarz, igły — 300, nawleczone — 650, z igły widły — 0,20.

background image

N

OWY

 

SPORT

Kentucky.   Zaobserwowano   tu   zupełnie   nowy   sport,   wynaleziony   przez   miejscowych 

malców portowych. Czterdziestu sześciu malców staje na palcach, a dwustu sześćdziesięciu 
dorosłych staje za nimi. Każdy z dorosłych musi złapać jedną trzecią część malca i ukryć 
przed drużyną. Na dany gwizdek przychodzi policja i aresztuje tych, którzy zostali bez malca 
albo palca.

Z

ADANIE

 

SZACHOWE

Poustawiaj wszystkie figury tak, aby stworzyły twardą nieprzebitą ścianę i rzuć w tę ścianę 

grochem. Potem ustaw tak samo groch i rzuć figurami. Potem zjedz groch i wyjdź do figury 
na miasto.

R

OZMAITOŚCI

J

ESZCZE

 

O

 T

UTANKHAMENIE

Pisma angielskie przynoszą nowe sensacyjne szczegóły o tajemniczym fanfaronie. Kiedy 

otworzono wieko grobowca, z trumny wybiegł mały ptaszek z siwą bródką i oświadczył, że 
już od sześciu tysięcy lat nic nie jadł. Po nakarmieniu ptaszka przyznał się, że był niegdyś 
królikiem   egipskim   i   pokazał,   że   ma   na   nóżce   napis:   Apis.   „N”   wytarło   się   widocznie. 
Przybysz ten wysiaduje jajka i sam też jest wysadzany, ale brylantami. Opowiada mnóstwo 
ciekawych szczegółów o życiu swych przodków: znali oni piwo i pisali o nim hierografami 
różne   aforyzmy.   Piwo   było   po   egipsku   „Bier”;   jak   jest   teraz   —   ptaszek   nie   wie,   ale 
przypuszcza, że „Bior”, gdyż wiele rzeczy zmieniło się od tego czasu.

Komentując ten wypadek, korespondent angielski zaznacza, że nie dziwiłby się, gdyby 

pewnego dnia z grobowca wyskoczył inny ssak i wyćwierkał, że piwo nazywa się ,,Biar”.

S

KANDAL

 

W

 C

ZECHACH

W państwie czesko–słowackim istnieje cały szereg osobistości, których jedynym zajęciem 

jest wyrób najrozmaitszych przedmiotów z drzewa. Krzesełka, stoliczki, stoły, małe szafeczki 
i fotele — wszystko to wychodzi spod rąk sprytnych „pepiczków”, którzy robią na tym wcale 
niezły interes, gdyż wyroby ich używane są jako meble. Pisma węgierskie odzywają się z 
pewną ironią o tym fakcie i dodają: „Oczywiście drzewo wszystko zniesie, ale chcielibyśmy 
wiedzieć, gdzie się podziewają wióry i odpadki”.

R

ÓWIEŚNIK

 N

APOLEONA

W   Kalabrii   mieszkał   przed   150   laty   pewien   ubogi   zresztą   włościanin,   który   był 

rówieśnikiem   Napoleona.   Do   ostatnich   chwil   życia   cieszył   się   znakomitym   zdrowiem   i 
dumny był z tego, iż urodził się w jednym roku z wielkim cesarzem. Zmarł w piątym roku 
życia, miałby więc dzisiaj 155 lat. Szczęśliwa Kalabria!

*

UWAGA! Środek na robactwo! Patenty krajowe i zagraniczne. Po wielu bezowocnych 

wysiłkach udało mi się wreszcie znaleźć środek na robactwo, który go nie tępi, ale za to 

background image

przedziwnie   uszlachetnia.   Zamieniam   pchły   na   robaczki   świętojańskie   i   karaluchy   na 
pszczoły. Waserman, Bielańska 8.

N

A

 

EKRANIE

Amerykanin Jack wychodzi na połów ryb. Aktor grający Jacka spotyka go u wodopoju. 

Nawiązuje się rozmowa. Jack mówi po turecku jako mężczyzna — aktor, który go odtwarza, 
nie rozumie go i zabawnie przedrzeźnia po szkocku. Zniecierpliwione  ryby depeszują po 
nowych pielęgniarzy. Teściowa Jacka wynajmuje gałązki przejezdnej żonie i nazywa ją rybą. 
Wdzięczna   Peddy   jako   ryba   nie   może   nie   zarzucić   na   szyję   obłaskawionego   kopacza 
natrętnych gości. Następuje akt trzeci, czyli akt dzieci. Jack nowo narodzone dziecko odsyła z 
powrotem i każe zawstydzonej matce cofnąć, twierdząc, że nie odpowiada mu ono jako zbyt 
słabe fizycznie.  Matka cofa dziecko  i rodzi nowe. Zjawia  się wyżej  wspomniany Arab i 
przeprasza   rybę.   Jack   i   aktor   grający   Jacka   całują   się,   przy   czym   zmiennie   wykrzykują 
szkockie pieśni. Bardzo dobrym pomysłem było robienie zdjęć metodą Rentgena. Mogliśmy 
bowiem śledzić wszystkie zmiany zachodzące w organizmie Kazubka.

P

OSADY

 

I

 

PRACE

NOWE   ścierwo   do   wszystkiego   przyjmę   od   zaraz.   Niech   przyniesie   świadectwa. 

Koszykowa l m. 104. KARBOWY ondulacje szybko wykona. Grochowska, magiel.

POSZUKUJĘ miejsca na wynos. „M.Z.”

R

ÓŻNE

W OKOLICY Wawra, w drodze ze Świdra do Falenicy,  wypadła  mi  z kieszeni  ryba, 

złowiona w zeszły piątek. Szczupaka poznać można po zapachu, bo jest śnięta. Zastrzeżenia 
zrobione. Stawki 19.

PRAWIE Z NICZEGO wyrabiam paszporty zagraniczne i zwolnienia od wojska. Oferty 

sub. „Chybki”.

PCHŁY FOLBLUTY sprzedam w dobre ręce, tylko amatorom. Oferty sub. „Erotoman”.
WŁADAM BIEGLE lewą nogą w mowie i na piśmie. Kulastabetyk. Smolna 7.

CAŁEJ

 P

OLSKI

G

RA

 

W

 

OCZKO

 

OPATRZNOŚCI

Jeżeli   chcesz   ubawić   całe   towarzystwo,   skorzystaj   z   chwilowej   nieuwagi   gospodyni   i 

wytnij w portierze trójkąt wielkości ekierki, którą przezornie trzymasz schowaną w prawej 
kieszeni. Najbardziej nadaje się biała, na której wymalowałeś kreski, imitujące promienie. 
Gdy portiera gotowa, —zręcznym  ruchem ukryj  się za nią w sposób wskazany, po czym 
schwyć  ekierkę   między  kciuk  a  wskazujący lewej   i,  umieściwszy  ją  w  otworze  portiery, 
spójrz przez nią na obecnych i chrząknij. Złudzenie będzie zupełne.

Wyjdź zza portiery w ten sposób, żeby oko twoje wraz z ekierką pozostało na dawnym 

miejscu, a ubawisz całe towarzystwo.

BILARD, duży i mały, odrywa człowieka niepotrzebnie od zajęć zawodowych. Bliższe 

background image

wiadomości Kurier Warszawski, Mimochodem, stróż wskaże.

JESTEM PEWIEN, że do wczorajszego rachunku z restauracji doliczono mi dwa zera, z 

których wcale nie korzystałem, a jeśli nawet, to bezwiednie.

BEZ OGRÓDEK, ale z podwórkiem sprzedam willę w Zoppotach. Herszfinkiel, Ptasia 30.

OGŁOSZENIE. Babka moja była łysa, dziadek był łysy, ale wujenka miała piękne włosy 

(kasztanowate), to samo stryj o. Dziadek ze strony mamy liniał, także brat mamy nie można 
powiedzieć, żeby miał dużo włosów. Natomiast prababka była tylko łysa na skroniach, a 
mama na ciemieniu.

Owsiej Siemczuk, Polna 3

W

YCHOWANIE

NA GARNUSZEK przyjmę i posadzę. Grochowska, magiel.

JEŚLI CI ZGAŚNIE ELEKTRYCZNOŚĆ, ZATELEFONUJ DO MNIE, a wszystko, co 

należy, zrobię w jak najkrótszym czasie. Mogę przy świetle, ale nikt nie chce.

WAŻNE DLA P. RESTAURATORÓW. Jem marchewkę! Nareszcie ktoś zje to, co się 

ciągle wyrzuca do zlewu.

PRZENOSZĘ SIĘ na stały podbyt do Poznania, zamienię chętnie mieszkanie, nazwisko, 

wyznanie, stan cywilny i światopogląd. Fajgenblat Mochej. Nowolipie 82.

WCZORAJ WIECZOREM, około 12, przechodząc Marszałkowską w stronę Złotej, Złotą 

w stronę Siennej i Sienną w stronę Żelaznej straciłem chęć do życia. Uczciwy znalazca na 
pewno też długo uczciwym nie będzie. Wszystko dzisiaj swołocz.

background image

K

URIER

 

POLSKI

Warszawa, 1.IV.1925

B

ARWIENIE

 

ŚNIEGU

PALERMO   1.4.25.   Uczony   włoski,   p.   Rudolf   Valentino,   wynalazł   sposób   barwienia 

śniegu   na   kolor   zielony.   Wynalazek   będzie   miał   zastosowanie   w   sportach   zimowych. 
Tegoroczne lipcowe zawody narciarskie w Zakopanem odbywać się mają na śniegu pomysłu 
prof. Valentino.

W

IELKI

 

ZWROT

 

W

 

SPRAWIE

 

BEZPIECZEŃSTWA

Londyn 1.IV.25 (tel. wł.  Kurier Polski) Izba Gmin była dzisiaj widownią prawdziwego 

coup de théâtre. W dyskusji nad dodatkowym kredytem na lokal misji angielskiej w Moskwie 
zabrał   głos   Lloyd   George,   który   po   kilku   wstępnych   słowach   przeszedł   do   sprawy 
zabezpieczenia pokoju w Europie. Podniósł, że nicość debaty w tej Izbie w zeszły wtorek nie 
dała   mu   odtąd   snąć   spokojnie   i   że   dzisiejszej   nocy   usnuł   plan,   który,   jego   zdaniem, 
odpowiada zarówno interesom W. Brytanii jak Europy (Słuchajcie). „Mówiąc o Europie mam 
przede wszystkim na myśli Polskę, której dobro od lat tylu leżało mi zawsze na sercu. Otóż 
sądzę,   że   Polskę   ubezpieczyć   można   najskuteczniej   w   drodze   bardzo   prostej   kombinacji: 
Polska zawrze pod patronatem W. Brytanii dwa odrębne traktaty gwarancyjne, z Niemcami i 
Rosją. (Wykrzyki na ławach konserwatywnych) — Przerywający mi panowie z przeciwnej 
strony sądzą zapewne, że w tej kombinacji Niemcy miałyby gwarantować Polsce granicę 
zachodnią, a Rosja wschodnią. Tak jednak nie jest. Dyskusja nad niemieckim projektem paktu 
gwarancyjnego wykazała to niezbicie. Konstrukcja moja polega na odwróceniu rzeczy, jest to 
technika   Oskara   Wilde’a   zastosowana   do   polityki:   Rosja   gwarantuje   Polsce   granicę 
zachodnią, a Niemcy wschodnią (Poruszenie). Traktaty te byłyby w mocy tak długo, dopóki 
by ich nie wypowiedziała W. Brytania”.

G

ŁOSY

 

Z

 P

OLSKI

Rada   Miejska   w   Grodzisku   postanowiła   zaprotestować   gorąco   przeciwko   orkanowi   w 

Ameryce   i   trzęsieniu   ziemi   w   Alasce.   Zwłaszcza   wystąpienie   przeciwko   orkanowi 
zredagowane jest w bardzo mocnym tonie.

K

RONIKA

 

SĄDOWA

Czy zawodowy narciarz ma prawo dodawać sobie „ski” do nazwiska?
Zasadniczą tę i dla rozwoju naszego życia  sportowego tak ważną kwestię rozpatrywać 

będzie na wokandzie tegorocznej sąd w Nowym Sączu. Narty,  jak wiadomo, pochodzą z 
Norwegii, gdzie ludność tubylcza woła na te łyżwy śniegowe „ski”. Z tej zasady wychodząc 
znany   sportsmen   Róbcuś   podpisywał   weksle   swoje   nazwiskiem   Róbcuski,   za   co   go   też 
pociągnięto do odpowiedzialności. Świat sportowy ogromnie się interesuje tą sprawą.

background image

MMMCLXV 

POSIEDZENIE

 

SEJMU

Na   wczorajszym   posiedzeniu   sejmu   gorącą   dyskusję   wywołał   wzniesiony   przez   nowy 

gabinet pp. Korfantego i Strońskiego projekt ustawy o powściągliwości słowa w mowach 
poselskich. Projekt ogranicza ilość wyzwisk do maksimum pięciu w ciągu kwadransa, przy 
czym najwyżej dwa mogą dotyczyć rządu. Już godzinę przed posiedzeniem galerie wypełniła 
podniecona publiczność, manifestująca swoje niezadowolenie z projektu. Kilka kobiet dostało 
ataku  spazmów,   jedna  poroniła.   Straż  sejmowa   z trudnością   utrzymywała   porządek,  przy 
czym   w   pouczeniach   udzielanych   publiczności   już   stosowała   się   do   treści   rządowego 
projektu.

Przedstawiciel   klubu   Chrześcijańsko–Katolicko–Narodowo–Ludowo–Wszechpolskiego, 

poseł   Głąb   wywodził,   że   projekt   rządowy   jest   zamachem   na   przyzwyczajenia   i   gusty 
społeczeństwa. Ingerencja państwa — mówił — posuwa się za daleko. Precz z etatyzmem! 
Niech każdy mówi, co mu każe rozum, serce, wątroba, żółć i inne kiszki! Wolność, panowie! 
Caueant consules!

Głos: Ucałujcie się! (wesołość).
Zgłoszono następnie szereg wniosków kompromisowych: o uznaniu prawa do 2, 3, 6 i 8 

wyzwisk.

Wicepremier Stroński wygłosił dwugodzinne przemówienie, analizując szczegółowo 1257, 

1489   i   2512   paragraf   konstytucji   z   dnia   l   kwietnia   1928   roku.   Przypominał   przebieg 
wszystkich narad komisyjnych, by wyjaśnić na podstawie kilkudziesięciu protokołów, jakimi 
względami kierował się prawodawca przy układaniu nowej konstytucji i jaki jest duch. W 
końcu p. wicepremier Stroński zwrócił uwagę, że projekt rządowy wcale nie jest tak znów 
radykalny, bowiem pięć wyzwisk w ciągu kwadransa (przy czym dwa pod adresem rządu) to 
znaczy — dwadzieścia wyzwisk w ciągu godziny (8 pod adresem rządu). Każdy poseł może 
więc   przemawiać   dłużej,   jeśli   pragnie   sprawę   poruszaną   oświetlić   wszechstronnie   i 
wypowiedzieć się z temperamentem.

Dalszy ciąg dyskusji na posiedzeniu dzisiejszym.

B N 000606 

NASZE

 

PREMIUM

Nie   posiadając   prenumeratorów   stałych   pragniemy   jednak   zapewnić   wiernym   naszym 

czytelnikom jakieś wynagrodzenie. Każdy egzemplarz dzisiejszego dodatku ma inny numer 
porządkowy. Urządziliśmy przedwczoraj losowanie i wyciągnęliśmy z koła cyfrę B N 606. 
Czytelnik, który nabędzie nasz dodatek nadzwyczajny i zobaczy tę liczbę na czele kolumny 
trzeciej, powinien się cieszyć. Wygrał bowiem wielki los na loterii.

Właściciel   dodatku   z   cyfrą   B   N   606   ma   prawo   do   dużego   zegara   ściennego,   który 

zawiesiliśmy — na pokaz — przy ul. Marszałkowskiej po stronie prawej (idąc od Dworca ku 
Nowogrodzkiej), tam gdzie jest bank i fryzjer.

Zegara tymczasem jeszcze nie można ruszać z miejsca, przymocowany jest bowiem sztabą 

żelazną do muru. Ale właściciel dodatku naszego, z cyfrą B N 606, może go od idziś uważać 
za   swoją   własność   i   regulować   podług   tego   czasomierza   swój   zegarek   kieszonkowy. 
Przewidzieliśmy oczywiście i ten wypadek, że wygrana paść może na dalekiej prowincji. 
Czytelnik zamiejscowy, posiadacz dodatku naszego z cyfrą B N 606, zechce zwrócić się do 
nas listownie, a odpowiemy mu natychmiast  odwrotną pocztą, która jest godzina na jego 
zegarze ściennym. Należy podać adres dokładny i sformułować pytanie właściwie, tzn. w ten 
sposób: Posiadam dodatek nadzwyczajny z cyfrą B N 606. Uważam się więc za właściciela 
zegara ściennego przy ul. Marszałkowskiej i zapytuję, jaką godzinę wskazywał zegar mój o 

background image

godzinie 3 minut 20, we wtorek. Wyrazy szacunku, Goździkowski, Radom, Stalowa 31.

R

OZMAITOŚCI

G

AZETY

 

DLA

 

KRÓTKOWIDZÓW

W Ameryce wychodzą specjalne pisma dla krótkowidzów, drukowane nie na papierze, ale 

na   cienkiej   błonie   gumowej,   z   której   my   robimy   nasze   baloniki   kolorowe.   Osoby 
krótkowzroczne   otrzymują   zamiast   gazety   nadrukowaną   kiszkę   gumową,   którą   sobie 
następnie do dowolnych rozmiarów rozdmuchują. Pisma polityczne wychodzą przeważnie w 
formie   baloników   kulistych,   czasopisma   literackie   mają   najczęściej   kształt   kiełbasy 
krakowskiej   albo   dużej   sosiski.   Dzięki   temu   wynalazkowi   czytelnik   nie   ślepiąc   poznaje 
najważniejsze kwestie i ma jednocześnie satysfakcję, że je sobie sam, bez obcej pomocy, 
rozdyma.

K

RONIKA

 

STOŁECZNA

PISOWNIĘ

 

URZĘDOWĄ

Ministerium, uzupełniając okólnik Nr. 974.11 i 794.III zawiadamia wszystkie podwładne 

urzędy, że w celach oszczędnościowych  postanowiono zredukować ogonek przy literze ą. 
Pisać więc należy w wezwaniach i protokołach: Oskarżony stawił się do sadu (nie do sądu).

Po wejściu w życie tej reformy ministerium ma zamiar okólnikiem Nr 975.III i 795.IV 

skasować   o   kreskowane   i   kropkę   nad   i.   Postanowiono   —   również   ze   względów 
oszczędnościowych  — zachęcać  interesantów(tki)  do skracania  imion  własnych,  np. Hela 
zamiast Helena, Izio zamiast Izydor, Hiż zamiast Hozenpud.

Okólnik Nr. 4791.11 i 9741.11 zajmuje się nieekonomicznym nazwiskiem Trąmpczyński, 

okólnik   4792.11   mówi   o   słowach   złożonych   Ossorja–Brochowski,   Szreniawa–Rzecki   i 
Kaden–Bandrowski.

Z Z

ACHĘTY

Wystawa wiosenna zapowiada się wspaniale. Wprawdzie ci i owi artyści boczą się jeszcze 

na członków–amatorów  za to, że im odebrali  wszelkie prawa i przywileje, ale gromadka 
opornych   maleje   z   dniem   każdym.   Dowiadujemy   się   w   ostatniej   chwili,   że   w   ślad   za 
miłośnikami domagają się głosu decydującego w sprawach plastyki również i modele. Te 
ostatnie  zwłaszcza przyczynią  się niewątpliwie do złamania bojkotu artystów. Wczoraj  w 
godzinach   południowych   zgłosiła   się   do   kancelarii   naszego   pałacu   Sztuki   grupka   krów 
łaciatych  krajowych  i  zadeklarowała  na  wernisaż  wielki   obraz  rodzajowy  olejny:  Malarz 
Lasocki pod lasem, na łące
. Czterech zbójników zakopiańskich wystawi tryptyk pt. Tańczący 
Skoczylas
.   Pertraktacje   z   Kubami   (o   portret   Kamila   Witkowskiego)   w   toku.   Otrzymano 
również deklarację od Dziewczęcia (Rzeźbiarz Kuna przy studni), od księcia murzyńskiego 
(Pocałunek Witkacego w pustyni ludowej) i od trzech nieznanych pań (Tymon Niesiolowski 
kąpiący się
).

Marszałek Foch nadesłał piękny modelowany medal pamiątkowy wyobrażający Stanisława 

Ostrowskiego przy pracy.

background image

UMUNDUROWANIE

 

LUDNOŚCI

 

CYWILNEJ

Sfery miarodajne rozpatrują obecnie ciekawy projekt, który powinien się przyczynić  w 

dużej mierze do odciążenia budżetu państwowego. Ponieważ umundurowanie armii jest jedną 
z poważniejszych pozycji w tym budżecie, skarb ma zamiar zmusić ludność cywilną, aby 
przywdziała mundury — wobec czego wojsko będzie mogło chodzić po cywilnemu.

Projekt przewiduje mundury zielone dla sublokatorów i naszywki dla właścicieli mieszkań. 

Kupcy, opłacający patent I kategorii, otrzymają nagolenniki i epolety, osoby nie opłacające 
podatków   będą   degradowane.   Obywatele   uiszczający   regularnie   podatek   majątkowy   i 
obrotowy otrzymają gwiazdkę na kołnierzu i srebrne galony.

N

OWY

 

SPOSÓB

 

WYWABIANIA

Rodak nasz Krempisz wynalazł nowy sposób wywabiania. Jeżeli piesek wabił się Lord, to 

pod wpływem pana Krempisza merda ogonem na wyraz Bryluś.

Nowa   ta   metoda   jest   wynikiem   wieloletnich   studiów   pana   Krempisza,   który   ma   już 

poważne zasługi na każdym polu.

T

EATRALIZACJA

 

ŻYCIA

Pan Kopfelbaum wraz z rodziną udał się wczoraj do teatru.

K

SIĄŻKI

 

NADESŁANE

A. Oppendowski Przez stepy Dętego Tybetu do kraju gebethnerów hosych.
Znany   podróżnik   podaje   tu   dalszy   ciąg   swych   ciekawych   przygód   w   Tybecie   Dętym. 

Wyszedłszy rano ze strzelbą i garścią ładunków z krainy mortkowiczów rudych uczony nasz 
przedarł   się   z   narażeniem   życia   przez   pasmo   szyn   tramwajowych   i   ścigany   wyciem 
skamandrów dotarł do Gór Hipotecznych, gdzie latem roku zeszłego widział Żywego Buddę. 
Olbrzymie   pustkowia   Teatru   im.   Bogusławskiego   leżały   przed   nim   groźne   i   niezbadane. 
Wicher hulał po tej pustyni ongi dość gęsto zaludnionej.

Zawróciwszy  teraz   ku  wschodowi  rusza   niezmordowany   eksplorator  przez  płaskowyże 

placu Teatralnego ku rozpadlinom Lourse’a i tu w czarującej kotlinie u zbiegu Czystej i 
Krakowskiego znajduje w dalekich chaszczach ukryte stadko gebethnerów. Strzela i dostaje 
zaliczkę.

L

ISTY

 

DO

 

REDAKCJI

S

PRAWY

 

WOJSKOWE

S z a n o w n y   P a n i e   R e d a k t o r z e !

Mieszkając stale w Piotrkowie, z dala od głównych  centrów  cywilizacji, ośmielam się 

zwrócić do Szanownego Pana z prośbą o informację, czy wedle naszych badań naukowych 
żyjemy po śmierci, czy duchy są, jaki jest cel naszego życia i czy syn mój, który podczas 

background image

wypadku   samochodowego   stracił   wszystkie   zęby   trzonowe   —   może   być   na   tej   zasadzie 
zwolniony od wojska.

Kacandrowicz

Piotrków, Kielecka

N

IEPORZĄDKI

 

NA

 

ULICACH

Zauważyłem w tych dniach, przechodząc przez ulicę Wilczą obok cukierni, a następnie 

obok fryzjera, że żona moja zdradza mnie z subiektem sklepu spożywczego, który zamiast 
stać za ladą, wyznacza jej schadzki w tejże cukierni i u tegoż fryzjera.

Oszołomiony ciosem, zwracam się do Szanownego Redaktora z zapytaniem, co pan zwykł 

robić w podobnej sytuacji.

H. Skrzyndrowski, urzędnik

P

IĘTNASTOTYSIĘCZNE

PRZEDSTAWIENIE

 

JUBILEUSZOWE

 D

O N

  J

U A N A

W

 T

EATRZE

 N

ARODOWYM

 

W

 

R

. 1974

Władysław Rabski w Kurierze Warszawskim pisze:
„Jak grali, co grali, nie wiem, nie chcę wiedzieć, nie pamiętam. Czuło się tylko, że tam na 

scenie   święci   się   wielkie   misterium   dusz,   triumf   artyzmu   zakuty   w   jedno   wielkie, 
przepotężne,   zniewalające   „credo”   tytanów   talentu.   Mówcie   sobie,   co   chcecie   —   grali 
nadzwyczajnie, nadzwyczajnie. Lwi talent Węgrzyna po latach pięćdziesięciu nie utracił nic 
na swej sile. Grał i porywał natchnieniem publiczność, kolegów maszynistów i rekwizyta. 
Tylko na chwilę bodaj dał się opanować wzruszeniu, kiedy wśród kościelnej ciszy wygłaszał 
w   akcie   czwartym   monolog:   „Ruszać   zaraz   po   butelki”   —  wtedy  głos   wielkiego   artysty 
załamał się na chwilę i rozperlił łzami.

Żelazowski grał komandora tak jak on tylko potrafi. Dał potęgę — nie dał wyrazu. Dał 

duszę — a nie dał poezji. Szkoda! Jego stać na to!!!

I   Majdrowiczówna   miała   swój   piękny   wieczór.   To   rasowa   aktorka.   Szkoda   tylko,   że 

szczupła.

Za  scenę balkonową  składam  Jarszewskiej  piękny ukłon. Brawo! Było  napięcie  i siła. 

Dziękuję! Reszta — wyborna. Mówcie sobie, co chcecie — wielki to był wieczór!

Antoni Słonimski. Wiadomości Literackie:

„Wczorajszy Don Juan był podobno jubileuszem, bo widziałem kilku starszych panów we 

frakach i jeden miał zupełnie czyste  ręce. Miał także przemawiać Kotarbiński, ale mu to 
wyperswadowali.

Przedstawienie rozpoczęło się punktualnie o ósmej i trwało do końca. Mimo ogromnego 

wzruszenia artyści mówili chwilami zupełnie wyraźnie i tylko kilkanaście osób nie umiało 
swych ról. Publiczność zachowywała się na ogół spokojnie. Węgrzyn w pierwszym akcie nie 
wyjął szpady ani razu, robił to natomiast często w następnych. Mauzoleum pomysłu Drabika 
było   białe   i   peruka   Majdrowiczówny   też,   a   doskonale   ucharakteryzował   się   Roland   na 
starszego mężczyznę. Po przedstawieniu część publiczności poszła na kolację, a część szukała 
z ożywieniem drobnych pożyczek. Jakiegoś młodego człowieka aresztował policjant”.

Wacław Grubiński.

background image

„Cap lubi sól. Kobiety są solą życia. (Memmlinga Sól życia vide Encyklopedia) Cap lubi 

kobiety. Kimkolwiek by był. Idzie tylko o formę. Nie te od babek, ale te od alkowy. A forma 
często przerasta człowieka: np. Cam po Formio. Najlepszy dowód: Don Juan teoretycznie 
załatwia  się (excusez  le mot) z siedemdziesięciu  trzema  kobietami.  Praktycznie  nie może 
zgnębić jednej (o panno Marysiu!). Więc pytam: gdzie jest czyn? Nie ma go. Ani u Zorilli, ani 
u Don Juana. Więc po co sztuka? A jednak idzie.  E pur si umove!  Czy artyści grali? Nie 
wiem. Pławili się. W czym? W nieudolności. Czyjej? Autora. Punctum. Satis”.

A. Zagórski. Kurier Wieczorny

„Jako krytyk absolutnie i bezwzględnie bezstronny, udając się do teatru na nową sztukę 

odczuwam stale nieuzasadniony lęk oparty na wahadle dwu pytajników: czy sztuka będzie się 
podobała, czy nie, bo z jednej strony należy się zastanowić, czy działamy na korzyść autora, 
skrzętnie doszukując się walorów dodatnich, z drugiej strony, jeśli takowe są, będą same za 
siebie  mówiły,  o  ile  nie  zepsuje  ich  niedbała   przeważnie  i  konwencjonalna  gra  aktorów, 
którzy dzielą się dlatego na dobrych i złych, ponieważ dobry aktor ma przeważnie uznanie i 
to   mu   zjednywa   ogólny   szacunek   —   mówię   tu   o   aktorze   dobrym,   to   jest   takim,   który 
zjednywa sobie ogólny szacunek, czy to siłą talentu, czy też…”

Kornel Makuszyński. Rzeczpospolita.

…„a w końcu nad biednym krytykiem zlitował się kochany, serdeczny Solski.
— Słuchaj — powiada niby groźnie, a widzę, że ma łzy w oczach — nie masz butów i 

wstydzisz się iść na jubileusz, no, no… Patrzcie go! jaki mi hardy! Ambitny jesteś, uparty, ale 
serce, chłopie, masz, złote serce, tylko ludzie go nie widzą! — I już szuka w nachtkastliku, 
czym   by   tu   moje   połatane   nędzą   a   skołatane   pracą   skarpetki   zakryć   przed   ludzką 
złośliwością…

Hej! łzy się kręcą…
… i siedzę sobie cicho w dwudziestym piątym rzędzie, a po bokach moich cicho spłynęły 

dwa anioły i sączą mi w duszę jakieś cudne rozrzewnienie i cześć dla tego, co tam tęczni się i 
barwi na scenie. Patrzę przez łzy, a przed sobą słyszę dialog:

— Te, mikrus, jak się nazywa ten, co beszta Węgrzyna?
— Taż to Roland, batiaru ! On ma do niego ansę. Kochane, drogie chłopaki, pewnie z 

Jarosławia!

I   znowu   patrzyłem   na   scenę.   Może   tam   brakło   genialnego   pazura   Szyfmana,   może 

zabrakło czaru Malickiej, może nikt nie dorósł do swojej roli, ale grali, jak umieli, a mnie 
serce rosło. Pomagaj Bóg, złote orlęta, spadkobiercy sławy Polskiego Teatru. Hej! gdyby im 
tak dać Frycza”.

S

AMOLOTY

 

BLAGE

!

A

BSOLUTNA

 

GWARANCJA

 

BEZPIECZEŃSTWA

S a m o l o t y  nasze są jedynymi aparatami w świecie, zasługującymi na miano samolotów, 

latają bowiem same, bez pilota i bez pasażera, co wyklucza wszelką możliwość wypadku.

S a m o l o t y   B l a g e   nie   tylko   same   latają,   ale   same   załatwiają   formalności   celne   i 

paszportowe, inkasują pieniądze, starają się o kredyt i prolongatę.

S a m o l o t y   B l a g e  odsiadują karę za właściciela, są wiernym towarzyszem człowieka i 

nie odstępują go w nieszczęściu, pocieszają w zmartwieniu.

background image

Ostrzegamy przed falsyfikatami, które, nie posiadając ani jednej z zalet  S a m o l o t ó w 

B l a g e , podszywają się pod nazwę aeroplanów i służą jedynie do przewożenia pasażerów. 
Dla celów transportowych wymyśliliśmy kolej, okręt, automobil — samolot ma inne zadanie.

OSĄDŹCIE!

PORÓWNAJCIE!

WYBIERZCIE!

Krajowe Samoloty Blagę Tow. Akc.

O

GŁOSZENIA

 

DROBNE

Posiadając, jako dawny mieszkaniec  Odessy,  paszport turecki, zostałem w tych  dniach 

zmobilizowany i mam się udać na wojnę z Kurdami. Ponieważ lekarz stanowczo odradza mi 
te wyprawę, zamieniłbym się chętnie na dowód osobisty z kimś, kto ma paszport hiszpański i 
jedzie na wojnę z Kabyłami. Wiadomość: Nalewki 4, Kroiteblat.

*

Zawiadamiam przyjaciół i znajomych, że od dziś wracam do domu Marszałkowską, po 

stronie numerów nieparzystych. Bościukorski.

*

Człowiek młody, energiczny, doświadczony footbalista z wieloletnią praktyką poszukuje 

zajęcia   dla   swego   stryja,   który   dotąd   łożył   na   jego   utrzymanie.   Oferty   sub   „Przebojem” 
przyjmuje administracja.

*

Ś r o d e k   n a   o d c i s k i ! Odciski palców w książeczkach wojskowych i paszportowych 

usuwa radykalnie Fajtasiński, Sierakowska, w podwórzu.

*

Wszystkim,   którzy   raczyli   wziąć   tak   żywy   udział   w   licytacji   mebli   moich,   jako   to: 

kredensu   jesionowego,   dwunastu   krzeseł   mahoniowych,   otomany,   dywanów   i   obrazów 
Kossaka, składam na tej drodze serdeczne podziękowania. Kosiałkowski, Waliców.

*

MATERIAŁY NA UBRANIA ZA BEZCEN! Wywiadownia i biuro detektywów Szprync 

dostarcza na żądanie materiałów obciążających. Można ubrać każdego i cały dom rozweselić.

Tylko Szprync! Filii nie posiadam!

*

DRZEWO GENEALOGICZNE w szczapach do odstąpienia w większej ilości.

Tajteldman i Kuśmidrowicz

*

KTO   WIE,   co   będzie,   jeśli   się   ożenię   z   Amelią,   niech   się   zgłosi   do   Redakcji   celem 

background image

złożenia bliższych wyjaśnień dla „Pepe”.

*

AWIZO Państwowy Monopol Tytoniowy zwraca uwagę pp. konsumentów, że odrzucają 

najlepszą część papierosa — tzw. ustnik — chociaż badania wykazały, że czysty papier jest 
zdrowszy   i   przyjemniejszy   w   paleniu   od   słomy,   nabijanej   do   tutek.   Szanujcie   grosze! 
Oszczędność to siła! Dalej z posad, bryło świata!

*

Bieliznę damską, starannie wykończoną, mam na sobie. Masażystka L. B. Polna 200.

*

Ważne dla młodych lekarzy. W poczekalni siedzę niedrogo. Freta 9, A. Klops.

*

Miejsce   w   osiemnastce   na   przedniej   platformie   do   odstąpienia   zaraz.   Pocielski,   Plac 

Zbawiciela. Tylko dla chrześcijan.

*

Futro bezinteresownie przyjmę zaraz. Tel. 805–60 od 3 do 5.

*

Krawiec bez różnicy płci. Elektoralna 17.

*

Akuszerka przyjmuje biżuterię. L. O. Hoża 20.

*

Oddam cały majątek ziemski za trochę serca i uczucia. Tardoszyński, Koluszki.

*

Młodą inteligentną stenotypistkę obejmę zaraz. Dr. L. K. Marszałkowska róg Złotej.

background image

P

RZEGLĄD

 

PRZEDWIECZORNY

P

OD

 

REDAKCJĄ

 L

ECHONIA

, S

ŁONIMSKIEGO

 

I

 T

UWIMA

Warszawa, l kwietnia 1925 r.

S

TRASZNY

 

WYBUCH

 

PROCHÓW

Prochy „Tu–Ten Kamena” wybuchły

Mnóstwo ofiar złożono na ręce lekarzy

L u k s o r ,   1.XIII.29   (Tel.   242.49)   Wiadomość   o   wybuchu   potwierdza   się.   Wczoraj   i 

przedwczoraj, w ogóle od paru lat, dawały się słyszeć ciche detonacje. Zdetonowana ludność 
zebrała się na naradę, przy czym uproszono władze angielskie o pomoc. Na miejsce wypadku 
zjechała komisja śledcza.

K a i r , 1.XII.26 (Tel. 232.82) Badany arab półkrwi zeznał ze drżeniem i rżeniem, że lubi 

jeść daktyle, parskać i galopować. Nic więcej nie udało się wydobyć.

A l e k s a n d r i a ,   1.XIII.25   (Tel.   272—02)   Sprawa   została   wyświetlona.   Fakta 

przemawiają za siebie i za nieobecnych kolegów. Jak zeznał arabski hrabia Bentu — było 
dwu   królów   Hamenów.   Jeden   z   nich   został   nazwany   Tu   Ten   Hamen,   na   pamiątkę   słów 
wypowiedzianych przy odkryciu trupa. Otóż gdy odkrywca znalazł miejsce, rzekł: „Tu ten 
Hamen   leży”.   Drugi   król   egipski   nazywał   się   Tamoj   Hamen.   Na   pamiątkę   tego,   że 
opowiedziano odkrywcy, iż tamoj Hamen jest także.

Najdziwniejsze, iż „tu”, czyli „tutaj” nie ma już zwłok króla, jak również i w kierunku 

nazwanym „tamoj” nie znaleziono prochów. Istnieje podobno gdzieś w jakiejś cichej wiosce 
przypuszczenie, iż nastąpiła fuzja prochów obu króli i co za tym idzie, a właściwie leci — 
straszny strzał, wybuch i dym.

B e t – H a – T o r . (tel. 41–70) Dym był tu o trzeciej po południu, ale bardzo niewyraźny i 

krótki. Donoszono, iż był również Huk, ale okazało się, że to był Kruk, który poleciał na 
Oazę.

O a z a . (tel. 114–02) Jest tu dużo dymu, stolików, tłok, dosyć drogo, na górze dansing.
L u k s o r , 1.XIII.29 (tel. 35—18) Ofiary wybuchu mówią po cichu. Dwu mężczyzn i jedno 

dziecko przeszło na szept.

Arabowie zebrani w stajni piekarza grożą zemstą. Wybuch tłumaczą oni sobie jako obelgę. 

Podróżny   angielski,   który   chciał   ich   uspokoić,   usłyszał   groźną   odpowiedź.   Stary   siłacz 
arabski powiedział mu tak: „Co to znaczy? To znaczy, że wy–buch! a my trach!” Przy czym 
wybił Anglikowi zęby.

B e r l i n , 362.XVI.5 Okazuje się, iż śledztwo angielskie zostało wyprowadzone w pole.
P o l e ,   LIII.5   (tel.   własny)   Wyprowadzono   tu   śledztwo.   Sprawę   można   uważać   za 

wyczerpaną.

G

LOSY

 

PRASY

 

O

 

WYBUCHU

T i m e s   (is   money)   XIII.6   —   Oczywiście,   że   niemiłe   są   wybuchy,   ale   za   to   jak 

przyjemnie, gdy miną. Robi .się jakoś cicho i spokojnie. Patrzymy łagodnie i uśmiechamy się. 
A   gdy   przyjdzie   wieczór,   zapalamy   w   kominku,   zapalamy   lampę   z   abażurem,   zapalamy 
cygaro, firanki, dom, ulicę i miasta. Cały kraj płonie. Morze jest jednym huraganem ognia, 
ziemia się topi, czyni się płynną i lotną. Gazy świetlne napełniają eter i powstają nowe światy 

background image

i planety.

M a t i n .   Paris   XII.  Trocadero.   Wstrząśnięci   jesteśmy   do   głębi   tą   nie   sprawdzoną 

wiadomością. Nie mamy odwagi sprawdzić. Lepiej jest tak żyć w niepewności. Charakter 
naszego   pisma   stał   się   nerwowy   i   nieczytelny.   Nie   możemy   odczytać   własnego   numeru 
południowego. Słychać ciągle jakieś kroki i szurania na schodach frontowych.

L o n d y n ,   XII.   1.9   Król   ryknął   strasznie,   gdy   się   dowiedział   o   wszystkim.   Całą   noc 

beczał.

D

EPESZE

 

KONDOLENCYJNE

POWODU

 

WYBUCHU

Ambasador angielski w Łapach otrzymał list wyrażający ubolewanie od jednego pana z 

ludności. List ten przytaczamy z trudem i mozołem, bo jest ciężki i wcale nie okrągły, więc 
nie chce się toczyć.

„Panie angliczanin — powiem, że nie jest ładnie takie rzeczy robić. Bo to takie jakieś 

dziwne, żeby wysadzać nieżyjącego. Ja sam czasem dziecko wysadzę, jak ma potrzebę, ale 
też nie lubię. A jak się już nawet wysadza, to po co zaraz taki huk”. Pod listem podpisany jest 
własną ręką: „Zepeplin”.

O

DKRYCIE

 

POKŁADU

 

ZŁOTA

 

POD

 W

ARSZAWĄ

P

OLSKA

 

MA

 

WŁASNE

 

KOPALNIE

 

ZŁOTA

I

NFORMACJE

 

RZĄDOWE

W

OJSKO

 

I

 

WŁADZE

 

POLICYJNE

 

NA

 

MIEJSCU

M

IESZKAŃCY

 B

RWINOWA

 

MILIARDERAMI

B r w i n ó w , 11 rano. (Telefon od umyślnego wysłannika)
Dziś rano o dziewiątej chłop z gminy Brwinów, trzydziestoletni Jan Kania, kopiąc grunta 

należące do Meyerów i Stanisława Lilpopa natknął się na grudę wielkości głowy ludzkiej, 
mieniącą  się  i  dźwięczącą  jak złoto.   Po  przyniesieniu   bryły   do chaty zawezwany  kupiec 
Michaił   Skropatkow   ocenił   bryłę   na   sześćdziesiąt   tysięcy   złotych.   Michaił   wręczył   Kani 
trzydzieści złotych zaliczki, wziął złoto i ulotnił się obiecując resztę przysłać z zagranicy.

P o d k o w a . (Tel. Własta) Wieść o złocie rozeszła się po wsi i wieś rozeszła się po polach 

kopiąc dołki. Wszędzie odkryto mnóstwo złota — bądź w grudach, czyli rudach, bądź też w 
starożytnych monetach.

P r u s z k ó w . (Tel. wariata) Żyły  nabrzmiałe  złotem dochodzą aż tutaj. Obawiamy się 

sklerozy. Mieszkaniec tutejszy Ignacy Bórnesterne wyszedł rano w podartym ubraniu na łąkę, 
a wrócił po paru godzinach własnym autem, ubrany w płaszcz z koroną i kochanką. Facet 
zbogacił się w parę minut. Wszyscy faceci z Warszawy jadą tu dorożkami, aby kopać.

B r w i n ó w . (tel. własny) Znaleziono paruset ludzi pokopanych. Jeden ma wydrążone całe 

palto łopatami. Złoto przewala się z ręki do ręki. Ludzie nie mogą się odnaleźć i poznać. 
Ubodzy obrastają w pierze i fruwając nad kopalnią napełniają powietrze krzykiem i piskiem 
ptactwa.

P o d k o w a . (Telegram Havasa) Kordon utworzony z policji znikł. Wiadomo, w którym 

miejscu mieli stać policjanci, ale nie ma ich nawet śladu. Natomiast na ich miejsce stają rzędy 
samochodów i ludzi ubranych w karakułowe futra czyli tak zwany karauŁ — Wille i domy 
wyrastają jak grzyby po barszczu. Kina, dansingi, music—halle i operety rozbiły tu swoje 
namioty.

background image

A

NGLICY

 

I

 S

ZWEDZI

ZGŁASZAJĄ

 

SIĘ

 

TAKŻE

Londyn.   Reuter.   XII.V.28   —   Wielka   Brytania   czyni   oficjalne   propozycje   rządowi 

polskiemu i proponuje, iż w zamian za złoto polskie zmieni nazwę swego kraju na Małą 
Brytanię a nawet na Bretanię. Polska żąda Chin. Szwedzi nie chcą złota, tylko bąkają coś o 
możliwości przyjaźni i o starszeństwie.

P

ODZIAŁ

 

ZŁOTA

WIELE

 

WYPADNIE

NA

 

KAŻDEGO

?

S e j m . (tel. Sejm) Wiele wypadnie na każdego, nie można obliczyć. Proponują, żeby się 

wszyscy zebrali pod oknami Sejmu i wiele wypadnie z okien na każdego, tyle mu wolno 
wziąć.

P

ODZIAŁ

 

MASY

 

SPADKOWEJ

L i g a . (Genewa) Złoto znalezione w Brwinowie na propozycję Ligi Narodów trzeba uznać 

za masą spadkową całego świata. — Poza Polakami pretensje zgłaszają Chunchuzi, Tatarzy, 
Szwedzi i Wikingowie, którzy są spowinowaceni z Polska od strony matki Rosji. Po Mieczu 
(czyli Mieczysławie) dziedziczyć mają córki i prawnuki Indian angielskich, po kądzieli jeden 
Francuz i dwu jego ojców.

W Ojcowie też znaleziono złoto, ale mało, bo tylko złote serce i promyki słońca.

A

WANTURA

 

W

 

SEJMIE

W czasie mowy posła Kosińskiego z klubu szachistów na temat zmiany Polski, powstała 

groźna awantura, którą w końcu zdołano zatuszować. Kiedy Kosiński mówiąc, że trzeba dać 
na kresach ziemię różnym  osobom, które podobno chcą tego, użył  niefortunnego zwrotu: 
„Ziemia woła wielkim głosem i wyciąga ręce do gospodarzy”, na salę sejmową wtoczyła się 
kula   ziemska   i   zaprotestowała,   twierdząc,   że   przypisywanych   jej   słów   nie   wypowiadała. 
Kosiński, wzburzony do najwyższego stopnia szerokości, spoliczkował ziemię, uderzając ją w 
okolicę południowego Pacyfiku. Ziemia wraz z klubem żydowskim opuściła salę, pozornie 
nie   reagując.   Ale  kiedy   poseł   Kosiński  wyszedł   z   gmachu   sejmowego   na   ulicę   Wiejską, 
zbliżył się do niego brat Ziemi, planeta Jowisz, i uderzył go w piersi. Kosiński opędzając się 
laską, wskoczył do dorożki, za którą ze świstem i hukiem potoczyły się planety Saturn i Uran 
— przy czym jeden z pierścieni Saturna dostał się pod koła pojazdu.

KOMISJI

 

BUDŻETOWEJ

Do   komisji   budżetowej   zwrócił   się   Jan   Plecak   z   siostrą   Augusta   i   psem   Corasem 

Magnifikusem Grodzkim. Zeznał on, że w czasie trzęsienia ziemi zachwiał się jego budżet. 
Dochody położone najwyżej spadły na bruk i umarły. Przypływy i odpływy morza, z których 
Julian czerpał pełną garścią, ustały na skutek nowiu księżyca. Jak twierdzi, na jego majątki 
spadła  szarańcza  egipska,   którą   namówił  do  tego  siedmioletni  szwagier   Augusty,  Heniek 
Biustok.   Pragnie   on   tytułem   odszkodowania   stałej,   cichej,   łagodnej   pory   roku,   bujnej 
roślinności,  wesela  duszy i szczęśliwej  wiernej  miłości.  Urząd  budżetowy po otrzymaniu 

background image

kaucji uznał jego prośbę za słuszną i wypełnił prośbę petenta.

U

RGENS

 

PURGENS

Nolens–volens   —   musi   używać   każdy   chory   na   żołądek.   Tenże   sam   typuje   konie   na 
wyścigach. Ziemia piotrkowska, Niebo kieleckie, Piekło dla biednych.

T

ATERNICTWO

 

I

 

MAMERNICTWO

Podręcznik wdrapywania się na ojca i matkę. Ważny dla małych  dzieci, które łażą po 

rodzicach,   i   dla   przyjezdnych   krewnych,   którzy   zwiedzają   rodziny.   Dołącza   się   składaną 
mapę terenu oraz mapę papy i papę mapy. Wiadomość Koluszki, Bufet sub. „Czekam we 
śnie”.

754006

D

ZIEŃ

 

PRÓBY

Obywatele! Dzień pierwszy kwietnia, tak zwany prima aprilis (prima znaczy po łacinie 

dzień,   aprilis   —   bzdura),   jest   jedynym   dniem   w   całym   roku,   kiedy   pędzące   ku   wiośnie 
żywioły,   myśli,   słowa   i   zmysły   obchodzą   szalony,   obłąkany   karnawał   i   korzystając   z 
tradycyjnego   przywileju   puszczają   się   na   kosmiczne   żarty,   międzyplanetarne   awantury, 
niespodzianki   rozpętanego   chaosu   i   tryumfującą   bzdurą   zadają   na   każdym   kroku   kłam 
ustalonemu porządkowi rzeczy! Obywatele! Przyzwyczailiście się z pokolenia na pokolenie 
mówić   tego   dnia   do   bliźnich   w   sposób   głupawy:   „O,   rękaw   podarłeś!”   albo:   „Kazio 
przyjechał!”   —   gdy   tymczasem   rękaw   wcale   nie   wyjeżdżał,   Kazio   zaś   jest   calusieńki. 
Wybuchacie potem śmiechem, krzycząc bliźniemu: „Prima aprilis!” — co po łacinie znaczy: 
„Oszukałem cię” (Prima — oszuka, aprilis — łemcię). Otrzymujecie tego dnia artystycznie 
wykonane   pocztówki,   przedstawiające   zazwyczaj   teściową   z   kagańcem   na   ustach   lub 
wujaszka   z   oślimi   uszami,   śmiejecie   się   do   rozpuku   z   tych   komicznych   postaci   i, 
podochoceni, telefonujecie do znajomego, że wzywa go policja, lub sprowadzacie doń straż 
ogniową — choć nic nie ukradł — aby go gasić, ani nic się w mieszkaniu jego nie pali, aby go 
aresztować. Oto wasze żarty i dowcipy pierwszokwietniowe, obywatele! Ale kosmos, świat 
cały, wszechświat — także bawi się tego dnia, jeno że nic o tym nie wiecie! Zamknięci w 
odwiecznym   kole   pięciu   zmysłów,   trzech   wymiarów   i   braku   pieniędzy,   nie   dostrzegacie 
nawet potężnych zmian, jakie dzieją się tego dnia w przyrodzie, życiu społecznym, historii i 
geografii! Tylko my, wtajemniczeni przeziercy najintymniejszych sekretów istnienia, otwarte 
mamy oczy i uszy na wściekłe igraszki rozbawionego świata. My tylko widzimy, jak nocą z 
31   marca   na   l   kwietnia   wybuchają   rezerwuary   boskiego   absurdu,   słyszymy,   jak   pękają 
kolosalne   bomby   zwycięskiej   bzdury   i   jak   świat   cały   zaczyna   przelewać   swą   treść   w 
najnieprawdopodobniejsze  formy.  Żyją   wtedy przedmioty,  w   mózgach  zwierząt  budzi  się 
polot i fantazja, na głowie stają solidne kanony codziennego żywota, cyfry i litery prowadzą 
życie towarzyskie, myśli pędzą po ulicach w fantastycznych kostiumach, maszyny i domy 
rozmawiają   z   krowami   i   krawatami,   drzewa   i   kamienie   przemawiają   publicznie,   wolne 
dźwięki włażą w przedmioty i zapładniają je nową treścią, dają im nowe formy i niesłychane 
dotychczas   znaczenie.   Mały   przykład:   w   zeszłym   roku   szedł   dnia   l   kwietnia   przez   ulicę 
Widok pewien niepozornie ubrany pan. Była to nuta fa. Nagle wlazł on w głąb i sedno ulicy 

background image

Widok, tak że stał się z niej Wifadok. Fa połączyło się w środku z do, obie nuty wzięły ślub i 
stały się początkiem pewnej melodii. Z ulicy Widok został Wik, który itd. Bardzo długa 
historia. Ale wróć— my do tzw. „kawałów” primaaprilisowych. Jeżeli my, ludzie, bawimy się 
tego dnia w ten sposób, że oszukujemy się niewinnie, niepokojąc bliźnich nieprawdziwymi 
informacjami o stanie ich garderoby lub twarzy, to pomyślmy, obywatele, jak olbrzymie i 
potworne muszą być te żarty, przeniesione w wymiary planetarno-kosmiczne! Gwiazdozbiory 
krzyczą do siebie: „Hej, ty, Aldebaranie! gwiazda beta odpadła ci!” Aldebaran chwyta się za 
betę — i widzi, że jest na tym samym miejscu co przedtem, kolega zaś pęka w przeskokach ze 
śmiechu, rycząc: „Prima aprilis!” A od takiego ryku i śmiechu trzęsą się bezbrzeżne obszary 
nieskończoności   Cóż   więc   dziwnego,   że   nasza   maleńka   ziemia   drży   wtedy   i   obłędne 
wyprawia historie! A cóż dopiero człowiek! Mały człowieczek, który często zatyka uszy na 
huk piorunu!

Dzień pierwszy kwietnia — to piekielna wybujałość form i faktów. To życie w czwartym i 

szóstym   wymiarze   (piątego,   jak   wiadomo,   nie   ma,   tj.   właściwie   jest,   ale   odłożony),   to, 
mówiąc   prościej,   wicher   natchnienia   z   zaświatów,   nawałnica   ukrytego   w   nieznanych   i 
niezbadanych   bezmiarach   absurdu.   O,   bo   nie   sądźcie,   obywatele,   że   wszystko   jest   tylko 
biegiem  lat, miesięcy,  tygodni,  dni, godzin, minut  i sekund; nie sądźcie,  że życie  jest tą 
kolejnością kultur, ustrojów, religii, wynalazków, udoskonaleń, narodzin, śmierci, handlu i 
innych objawów. Nie! Życie jest czym innym:  burzą, obywatele! Burzą kolorów, głosów, 
zachwytów, pędu i łopotu wieczności! Przypadek tylko sprawił, żeśmy rzuceni zostali w krąg 
tego świata: świata rozumu, logiki, przyczynowości i kolejności zdarzeń. Za granicą — to 
znaczy w sferze czwartej i szóstej (prima po łacinie znaczy: czwarty, aprilis — szósty) inne są 
porządki, inne poglądy, inne zwyczaje i ruczaje!

Nie  dziwcie  się tedy wiadomościom  zawartym  w tym  numerze.  To nie  „kawały”,  nie 

„dowcipy” primaaprilisowe, lecz prawda, taka sama p r a w d a   w   t a m t e j  atmosferze jak w 
w a s z e j   jest   pewnikiem   równanie:   2   ×   2   =   4.   Przysłowie   mówi:   wypadki   chodzą   po 
ludziach. Dziś — chodzą rzeczywiście. Ludzie leżą na ulicach, a wypadki kroczą po nich 
spokojnie   i   zgodnie.   Kula   ziemska,   wtaczająca   się   do   sali   sejmowej,   nie   jest   naszym 
wymysłem. Jest faktem. Dziwne dla was obyczaje towarzyskie, absurdalne na pozór stosunki 
między ludźmi, udział zjawisk natury w życiu  codziennym  człowieka,  porywy zwierząt  i 
przedmiotów,   słowem   wszystko,   o   czym   zawiadamiamy   was   w   tekście   tego   numeru 
Przeglądu,   to   nie   puste   igraszki,   wymyślone   głupstwa   lub   symbole   —   to   najczystsza   i 
najdokładniejsza prawda. A że w oczy kole, to nie nasza wina. Możecie się oburzać, pisać do 
redakcji listy pełne obelg i zarzutów — nic nie pomoże: nie zmienicie świata i jego praw, 
obywatele!   Raczej   z   szacunkiem   i   głębokim   zastanowieniem   czytajcie   podane   przez   nas 
wiadomości, gdyż to, co traktujecie jako żart lub głupstwo jednodniowe, stać się może nagle 
przedłużającą się i już zmysłom waszym dostępną rzeczywistością. Świat lubi figle zakrojone 
na szerszą skalę! A nuż urządzi wam niespodziankę i pewnego dnia chwyci was w tornado 
wiecznego pomieszania pojęć! Bądźcie więc lepiej przygotowani!

N

A

 

MARGINESIE

 

PRASY

O

STRZEŻENIE

 

CZY

 

OSTRZYŻENIE

. — C

HORA

 

KASA

. — I

RONIA

 K

URIERA

 P

OLSKIEGO

 — 

M

IASTO

 

PSÓW

 — S

PRAWA

 

TRÓJKĄTÓW

Kurier Poranny, omawiając sprawę sanacji stosunków rodzinnych w znanej aferze braci 

Katz, pisze nie bez słuszności: „Nie miał prawa żądać (Adolf, starszy brat), aby Beniamin się 
ostrzygł. Krewki krewny tłumaczy się wprawdzie, że włosy na głowie brata zajmowały już 
prawie cały pokój i sięgały sufitu, ale i to nie przekona zdrowo myślącej części społeczeństwa 
o   konieczności   środków   tak   gwałtownych.   Rząd   stanowczo   nie   powinien   interweniować, 

background image

żądanie   zaś   rodziny,   aby   budżet   państwa   obciążyć   jeszcze   o   kilkaset   tysięcy   złotych, 
przeznaczonych na koszty ostrzyżenia Beniamina Katza, jest co najmniej dziwne. Tym razem 
przyznajemy słuszność panu ministrowi rolnictwa, że nie zgodził się na wysłanie żniwiarek 
do mieszkania nie strzyżonego od czterdziestu ośmiu lat pana Katza. Przymusowe obcinanie 
włosów wywołałoby najfatalniejsze wrażenia w kołach zbliżonych do siebie.

Kurier Polski ironizuje na temat zaognionej sprawy kasy chorych:
„Czy wobec zaognienia kasa ta jest aby ogniotrwała? Rozumiemy dobrze, że panowie 

chorzy i panie chore także  muszą  gdzieś  trzymać  swoje pieniądze,  ale wyobraźmy sobie 
wypadek, że zaziębi się nie jakiś drobny urzędnik, lecz jeden z naszych magnatów. Cóż wtedy 
będzie? Musi wszystko sprzedać, zebrać zewsząd jak największą ilość posiadanej gotówki i—
włożyć  do kasy?  A  jeżeli  mu  wypłacą  w  bilonie,  to gdzież  się  to pomieści?  Pp. chorzy 
mogliby się stanowczo inaczej urządzić! Widzieliśmy tę kasę: jest to olbrzymia szafa żelazna, 
niczym dom Cedergrena, a naokoło, na kilkaset kilometrów przestrzeni — łóżka chorych. 
Trzyma się więc ludzi zaziębionych, z gorączką, z ranami i wrzodami — pod gołym niebem 
tylko po to, aby w środku stała kasa?!”

Dziennik Poznański zastanawia się nad nową koncepcją, wysuniętą przez pewne koła:
„Zgadzamy się, że koła mają styczność tylko w jednym punkcie. Zgadzamy się nawet na 

to, że można je narysować niezupełnie dokładnie i wtedy uda się, pozornie zresztą, wmówić 
w społeczeństwo, że kilka punktów styka się. Ale czy nie wygodniej byłoby załatwić sprawę 
na płaszczyźnie trójkątów? Opuszczenie prostopadłej z punktu A trójkąta ABC na podstawę 
BC stworzy nowy punkt oparcia D, tak ważny pod względem strategicznym, o czym nigdy 
zapomnieć   nie   należy.   Wpisanie   kwadratu   do   koła   jest   naturalnie   wygodniejsze,   ale 
społeczeństwo nie może bawić się w ciągłą okrągłość np. kół i zająć się musi ze zdwojoną 
energią kanciastymi trójkątami, które mogą przydać się w chwili odpowiedniej. Delegacja 
kątów rozwartych przedstawiła panu premierowi swoje żądania i nie wątpimy, że światły ten 
mąż   oceni   całą   doniosłość   wysuniętych   bonów   i   postulatów.   A   jeżeli   się   pp.   kołom   nie 
podoba — to nikt ich nie trzyma!

Słowo  drukuje słuszne uwagi jednego ze swych czytelników na temat stworzenia miasta 

psów:

„Dlaczego, wychodząc na ulicę, mam być zawsze narażony na spotkanie z tym czy innym 

psem? Nie o to mi chodzi, że ugryzie, gdyż i ja ewentualnie mogę ugryźć go, ale sam fakt 
ciągłego narażania się na przykrą rozmowę lub powtarzające się ostatnio pretensje ze strony 
różnych kundlów i owczarek — jest nie do zniesienia. Dlaczego nie ustąpimy im jakiego 
miasta? Niech sobie tam założą własne sklepy, szkoły, banki, teatry i fabryki! Gdzie przyjść 
—   pies!   Wczoraj   było   ich   z   piętnaście   sztuk   w   kinie!   Jeżdżą   dorożkami,   wysiadują   w 
cukierniach, przychodzą nawet z wizytą. Kilka dni temu np. dzwoni ktoś. Służąca otwiera — i 
któż wchodzi? Pewien chart, którego co prawda znałem kiedyś za czasów studenckich, ale 
potem przez długie lata nie utrzymywaliśmy żadnych stosunków. Siedział u mnie ze dwie 
godziny, dopytywał się o wszystko, a co najgorsza, wychodząc, pożyczył u mnie kilkadziesiąt 
złotych i książkę! Teraz naturalnie muszę go zrewizytować, przedstawi mi zapewne kilku 
innych psów, które znowu będą uważały za obowiązek złożenia mi wizyty — i tak w kółko! 
Jedynym ratunkiem będzie wybudowanie miasta, w którym pp. psy urządzą się po swojemu, 
nie nudząc nas wiecznie”.

W

RÓŻĘ

 

Z

 

KART

restauracyjnych, czyli z tak zwanych  j a d ł o s p i s ó w . Przepowiadam przyszłość każdej 

potrawy   mięsnej   jak   również   jarzyny.   Oceniam   spożyte   potrawy   nawet   w   parę   dni   po 
wypadku. Tamże przepowiadanie lekcji przed egzaminami.

background image

Smolna 100

P

IES

tresowany specjalnie do przyjmowania uroków. Przy słowach „Na psa urok” piesek bierze 

natychmiast urok na siebie i wychodzi na czterech łapkach. Tamże płaszcze i węże gumowe, 
maszyny rolnicze i papierosy. Wiadomość sub: „Życzliwy”.

A

TLAS

 

ISTNIEJE

 

NAPRAWDĘ

I

 

TRZYMA

 

CAŁĄ

 

ZIEMIĘ

 

NA

 

BARKACH

A f r y k a .   (Tel.   10–12)   Hannibal   afrykański,   syn   Hamilkara   Basri,   zwyciężony   przez 

Scypiona  młodszego  pod Zamą,  w  roku 202 przed narodzeniem  własnym,  zeznaje,  iż na 
barkach stoi cały świat.

T e n e r y f f .   (Wyspy   Kanaryjskie).   Ziemia   stoi   na   Atlasie.   Znaleziono   tu   Atlas 

geograficzny, w którym jest cała ziemia. Stary Atlas czuje się jeszcze dobrze, grozi tylko, że 
przerzuci w maju kulę ziemską na lewe ramię. Balfour posłał depeszę w tej sprawie do Izby 
Gmin, która odpowiedziała gminnymi dowcipami w rodzaju: „Szkoda czasu i Atlasu”.

Times, czyli po naszemu  Czas bardzo jest ujęty tym żalem i wypuszcza więziony dawno 

dodatek pisma oraz ogłasza amnestię dla wszystkich czasomierzów.

L a s   P a l m a s . (Radio) Atlas ryczy gdzieś z dołu, że ziemia go pije w ramię i że jeżeli nie 

dadzą mu wódki, puści wszystko na zbity łeb. Gubernator odpowiedział mu, iż ma na jego 
miejsce już sześciu nowych. Zgłosił się między innymi niejaki Binsock, który się podejmuje 
odkopać Atlasa i sam trzymać ziemię cztery tysiące lat.

J

AK

 

SOBIE

 N

IEMCY

 

WYOBRAŻAJĄ

 

POKÓJ

?

W

YBITNY

 

POLITYK

 

O

 

POKOJU

 — M

ARZENIA

 

ODWETOWCÓW

B e r l i n ,   8   A   PA32   —   Korespondent   londyńskiego   pisma  Bodo  miał   sposobność 

rozmawiania   z   wybitnym   politykiem   niemieckim,   którego   nazwisko,   brzmiące   Schulz, 
ukrywa   on   w   tajemnicy.   Polityk   ten,   zapytany,   jak   sobie   Niemcy   wyobrażają   pokój, 
odpowiedział:   „Sufit,   podłoga,   cztery   ściany   i   wybite   w   nich   drzwi   oraz   okna   —   oto 
zasadnicze i minimalne żądania nasze. W pokoju powinny być tapety, lampa, meble, dywany, 
obrazy na ścianach”. Na pytanie, czy wszyscy Niemcy wyobrażają sobie pokój w ten sposób, 
polityk   odrzekł:   „Ja”.   Powstaje   kwestia,   czy   powiedział   to   słowo   po   niemiecku,   czy   po 
polsku.   Do   Londynu   wysłano   po   słowniki.   W   sprawie   marzeń   odwetowców   interlokutor 
korespondenta odparł: „Was”. I znowu nic nie wiadomo. Panie! Czemuś pomieszał języki 
nasze pod wieżą Babel?!

G

DY

 

ZGAŚNIE

 

ŚWIATŁO

,

GDY

 

STANIE

 

WINDA

GDY

 

WYBUCHNIE

 

POŻAR

gdy stanie się coś strasznego, zawsze przychodzi na myśl dzieciństwo i dawne szczęśliwe 
lata. Dobrze jest w takiej chwili wziąć do rąk Kalendarz pamiątkowy dzieciństwa wszystkich 
ludzi, urodzonych w Kongresówce. Cztery fotografie, dwadzieścia stron tekstu.

D o s t a ć   w s z ę d z i e

background image

K

RONIKA

K

ÓŁKO

 

ROLNICZE

Z   Włocławka   donoszą,   iż   miejscowe   kółko   rolnicze   zachwiane   z   powodów 

ekonomicznych  potoczyło  się brzegiem Wisły.  Kółko powiększa się i przybiera charakter 
żywiołowego   kataklizmu.   Około   Lublina   ludność   krzyczała:   O,   koło!   Szprychami   są 
spryciarze, ale ci dostali się między szprychy, zmiażdżeni są pędem i popędem kołowrotka, 
który około Kołomyi kolnął w kolano kolosalnego kolektora. Starosta Okołak—Kułak jest na 
miejscu. Ludność zebrała się Około Kułaka i starosty.

PIŚMIENNICTWA

Ukazał się numer  Życia Urzędniczego. Życie urzędnicze wypełniają kłopoty finansowe i 

kłótnie w domu. Codziennie rano trzeba chodzić do biura, czyli biurka. Tam pisze się prozą 
małe utwory prawie zawsze tej samej treści. Potem obiad. Po obiedzie nudna rozmowa z 
synami   lub   synową.   Czasem   można   pójść   do   cukierni,   ale   zawsze   trzeba   wrócić.   Przed 
położeniem się spać urzędnik musi zdjąć ze siebie całe ubranie, buty i bieliznę, ale nie może 
zdjąć ciężkiego obowiązku pracy dla społeczeństwa. Czasem w Życiu Urzędniczym zachodzą 
zmiany mieszkania, życia, potraw i lat. Tylko gdy urzędnik zaśnie, wszystko się wypogadza. 
We śnie przychodzą koledzy, przynoszą wódkę i gramofon. Urzędnik drze papiery, gramofon 
się drze. Wszystko, co jest rozprute i podarte w nocy, w dzień urzędnik musi pracowicie 
zszyć drobnym starannym szwem. Szef tego wymaga.

Z

WINIĘCIE

 

HURTOWNI

Hurtownia   wyrobów   mleczarskich   w   Sępolinie   zwinęła   się   dziś   rano.   Zwinęła   się   w 

kłębuszek, ziewnęła przeciągle i potem, drapiąc się łapką i cicho miaucząc, usnęła zmożona 
mlekiem i bieganiną.

T

AJEMNICZE

 

ZEBRANIE

Zebranie ludzi przypadkowych odbyło się na rogu ul. Złotej i Marszałkowskiej. Zeszło się 

około trzydziestu osób. Po krótkiej naradzie zdecydowano się obrać przewodniczącego w 
osobie cichej staruszki. Uchwalono zaczekać na tramwaj numer szesnasty. Część zebranych 
wsiadła do tramwaju, reszta pozostała, oczekując na „trójkę” i „zero”. Jak nam donoszą, 
zebrania takie odbywają się w najrozmaitszych punktach miasta. Podobno jest to w związku 
ze słupami tramwajowymi, czyli przystankami. Związek musi być luźny, bo ludzie ci ciągle 
się rozłażą po mieście, pchają się, gdzie popadnie, i nudzą.

Z

ACIĄŁ

 

SIĘ

 

U

 

FRYZJERA

K

RWAWY

 

WYPADEK

 — W

ŁADZE

 

BEZPIECZEŃSTWA

NA

 

MIEJSCU

Wczoraj   w   zakładzie   fryzjerskim   na   ulicy   Polnej   urzędnik   tego   sklepu   zaciął   gościa 

Wacława Prusaka. Obrażony Niemiec, kiedy przyszło do płacenia, sam się zaciął i nie chciał 
uiścić   należności.   Przed   zawezwanym   sędzią   tłumaczył   się,   iż   fryzjer   pierwszy   zaciął. 
Ponieważ okazało się, iż Niemiec  jest dzieckiem i zamiast  „zaczął” wymówił niefortunie 
„zaciął”, zaciągnięto go do domu poprawy.

background image

W

YPADKI

W

YRODNA

 

CÓRKA

W ustępie powieści zamieszkałej przy ul. Złotej nr. 88 literatki M. B. znalazł stróż domu 

zawiniątko,  a w  nim  podrzuconą  matkę  tejże. Biedna  kobieta  opowiada,  że jest  owocem 
występnej miłości swej córki.

R

OZPRAWA

 

NOŻOWA

Na   ulicy   Marszałkiewicza   Teofil   Moskin   uderzył   nożem   przechodzącego   człowieka 

nazwiskiem   Stół.   Odezwały   się   naturalnie   nożyce   i   wywiązała   się   kłótnia.   Napastnik 
ugodzony został w łopatkę, którą niósł pod paltem dla swego synka. Drugi z awanturników 
ma przebitą klatkę piersiową, z której z ćwierkiem wyfrunęła ptaszyna. Wszystkich trzech 
ptaszków wypchano.

F

ATALNY

 

SKOK

Jadący   tramwajem   28–letni   Hans   Melanchton,   przybyły   z   Bydgoszczy   do   rodziny, 

podskoczył nagle z radości tak fatalnie, że złamał daną narzeczonej swej obietnicę i kilka 
pobliskich obojczyków. Karetka pogotowia odwiozła wagon do remizy, niefortunnego zaś 
familianta opatrzył lekarz w komentarz.

Z

AMACHY

 

SAMOBÓJCZE

Nigdzie nie meldowany 32–letni uczeń kl. piątej szkoły przemysłowej braci Kapuściak, 

Czesio   Kitajcew,   po   otrzymaniu   złej   cenzury   napił   się   ze   strachu   przed   żoną   i   dziećmi 
niewiadomego   płynu.   Przybyły   lekarz   Pogotowia   po   przepłukaniu   desperatowi   żołądka 
pozostawił go na drugi rok w tej samej klasie i oświadczył, że zdrowiu jego (doktora) nic 
tymczasem nie grozi. Sam by się także napił, tylko że pieniędzy szkoda.

Wszędzie   meldowana   czterdziestoletnia   barczysta   Barbara   Oberman   pokłóciła   się   z 

sąsiadką   i   napiła   się   esencji   herbacianej,   dodając   gorącej   wody   i   cukru.   Przybyły   lekarz 
Pogotowia stwierdził lekkie targnięcie się na życie  i po przepłukaniu szklanki pozostawił 
denatkę w stanie nie budzącym zaufania. Przyczyna rozpaczliwego kroku — nuda.

K

RADZIEŻE

Częściowo meldowana 84–letnia Aurelia Müllerower, zamieszkała przy ul. Nowotnej nr 9, 

zakradła się podczas swej nieobecności w domu do własnego mieszkanią i skradła cztery 
tuziny maszyn do szycia oraz pęk sznurów do bielizny. Poszkodowana oblicza straty na parę 
tysięcy lat: bo kiedyż ona faktycznie dorobi się znowu tylu maszyn i sznurków?

Przechadzającemu się w Ogrodzie Saskim 5–letniemu Wolfowi Rypszteinowi skradziono 

podczas  snu  setki  tysięcy  złotych.  Poszkodowany  oblicza  straty  ze   strutym  obliczem.   — 
Porządki! — mówi.

Przybyłemu z prowincji kupcowi korzennemu, Janowi Uchwaciewiczowi, wyciągnięto w 

tramwaju z kieszeni za pomocą podkopu tabun koni. W albumie przestępców poszkodowany 
poznał jednego z nich. Jest to od dawna poszukiwany przez policję ogier.

Jadący  pociągiem   z   Brześcia   do  Kalisza   42–letni   Kalman   Zylbergold   zaczai   z   nudów 

background image

wyciągać podróżnym pieniądze z kieszeni, sznurowadła z obuwia, gumę z szelek, watę spod 
podszewek i kufry z wagonu bagażowego. Sprytnego złodziejaszka osadzono pod kluczem. A 
nad kluczem — pustka! To jest sprawiedliwość?

Człowiek nieznanego nazwiska zamieszkały w Warszawie od kilku lat skradł skład szmat, 

zjadł, padł i znikł.

U

NIEWAŻNIENIE

 

WSZELKICH

 

DŁUGÓW

I

 

ZOBOWIĄZAŃ

 

PRYWATNYCH

ZACIĄGNIĘTYCH

 

W

 

LATACH

 1922–1925

Komitet finansowy rady głównej magistrów powziął dziś rano doniosłą uchwałę, której 

skutki, jeżeli o liczby chodzi, będą nieobliczalne. Ze względu na ogólny brak gotówki i zastój 
w pomyśle postanowiono unieważnić wszelkie długi i zobowiązania prywatne, zaciągnięte 
przez ostatnie trzy lata. Nie jest to moratorium, lecz całkowite skasowanie i wymazanie z — 
pamięci   wszelkich   należności.   Weksle   i   kwity   tracą   wszelką   moc.   Należy   je   składać   w 
sanatoriach państwowych, z których będą wypuszczone dopiero po nabraniu sił. O odbiorze 
pożyczonych  komukolwiek  na „słowo honoru” sum zabrania  się nawet myśleć.  Specjalni 
kontrolerzy   będą   czuwać   nad   myślami.   Policja   otrzymała   daleko   za   miasto   idące 
pełnomocnictwa, dotyczące czynnej interwencji, na wypadek gdyby ktoś ośmielił się żądać 
zwrotu   pieniędzy.   Jednocześnie   skarb   państwa   L.,   pociecha   ich   jedyna,   trzyletni   Jasio, 
postanowił   udzielać   bezprocentowych   pożyczek   wszystkim,   bez   wyjątku,   mieszkańcom 
Warszawy,   bez   ograniczenia   wysokości   sumy.   Ludność   tłumnie   gromadzi   się   od   rana   w 
zacisznym mieszkaniu przy ul. Leopoldyny i cierpliwie wyczekuje w ogonku na swą kolej. 
Malec rozdał już 112 milionów złotych. Odbywają się tam wzruszające sceny. Pewna kobieta 
prosiła chłopca o 6 złotych na książki, a otrzymała milion. Tłum’ zemdlał. Jednocześnie na 
placu Teatralnym odbywają się kontrdemonstracje wierzycieli. Nie chcą oni udać się na ul. 
Leopoldyny   twierdząc,   że   im   za   daleko.   Rząd   wydelegował   pułk   taksometrów   dla 
sprowadzenia opornych. W chwili gdy to piszemy, nie chce nam się.

PROWINCJI

K i e l c e .   Magistrat   postanowił   wybrukować   ulice   miasta   kostką   kamienną,   ponieważ 

brukiew okazała się nietrwała.

P i o t r k ó w .   (Tel.   od   własnego   brata).   Nazwę   miasta   „Piotrków”   zmieniono   na 

staropolskie „Bóg zapłać”. Włocławek. (Tel. nie zapłacony). Przy zbiegu ulicy Chłodnej i 
Mostowej tramwaj przejechał człowieka f niewiadomego nazwiska. Przejechany nazywa się 
Maurycy Bosowik i czuje się nieźle.

P u c k . (Tel. 6–12) Była tu niedawno bitwa morska. Po zbadaniu okazało się, że była to 

właściwie rybitwa, ale ,,ry” zostało zgubione. Znaleziono nawet na ławicy koło Gdyni literę 
„R” ale już bez brzuszka, wychudłą i bladą. Dodano do niej „Um” dzięki czemu powstał 
„Rum”, który ją postawił na nogi.

W i l n o . (Telegram rządowy) Znaleziono tu znowu czterdzieści rękawiczek z lewej ręki. 

Są to nieprawe wyroby jakiegoś rękawicznika.

C

O

 

ZROBIĆ

 

Z

 

NARODEM

 

ERASTI

?

N

OWY

 

NARÓD

 

CZY

 

NOWY

 

ZARÓD

background image

Na stacji w Zbąszyniu zjawił się tłum obcych ludzi. Jest to naród Erastów wygnany przed 

paroma tysiącami lat z Asyrii. Jak się okazało, rozproszyli się oni po krajach południowej 
Europy, a teraz zeszli się przypadkowo i zamierzają dostać się do Siedlec, w celu osiedlenia. 
Oczywiście nie możemy pozwolić na to, aby te parę milionów ludzi przeszło przez Polskę. 
Policja postanowiła przepuścić Erastów górą — to znaczy pod pozorem owacji podnieść ich 
wszystkich w górę i „siup”, niech lecą. Starosta Jan Pancernik zaproponował inny sposób. 
Ponieważ   ambicją   Erastów   było   zawsze   wejść   do   historii   —   trzeba   im   już   na   granicy 
podrzucić parę podręczników historii powszechnej. Ponieważ szkoda dobrych podręczników, 
proponuje on podręczniki Historii wieków b. średnich; kiedy wejdą do książek, zamknąć i 
odesłać z powrotem do czasów starożytnych.

D

OBROCZYŃCA

 

RYBAKÓW

Zamożny   obywatel   miasteczka   Souns   w   Anglii,   pan   Tackelton,   znany   był   z   tego,   że 

kupował   na   targu   mnóstwo   ryb.   Największe   szczupaki   i   karpie   odkładały   przekupki   dla 
sympatycznego pana Tackeltona wiedząc, że znawcą jest on wyśmienitym i że dobrze płaci. 
Dziwiono się tylko, jak człowiek samotny może zjadać takie mnóstwo ryb. Pan Tackelton 
uśmiechał się zagadkowo. Całe przedpołudnie spędzał nasz amator na targu, po obiedzie zaś 
znikał na kilka godzin. Działo się tak przez wiele lat. Nareszcie tajemnica wyszła na jaw. 
Okazało się, że rybolub nie spożywa wcale nabywanych w tak ogromnej ilości zwierzątek. 
Cóż więc z nimi robi? Jedni wyrażali domysł, że pan T. sprzedaje ryby za granicę, inni — że 
je kolekcjonuje. Postanowiono wreszcie wyśledzić tajemniczego nabywcę. I oto dostrzeżono 
rzecz zadziwiającą! Pan Tackelton przebierał się co dzień nad brzegiem rzeki w kostium 
nurka, wskakiwał z koszem ryb do wody i czekał na zamiłowanych rybaków, którzy w tym 
miejscu najchętniej  zapuszczali  wędkę. Skromny dobroczyńca  przyczepiał  im do haczyka 
duże karpie, leszcze, jaszcze, łososie i kawiory, a zadowolona mina rybaka, który z tryumfem 
wyciągał z wody wspaniałe okazy, sprawiała panu Tackeltonowi nieopisaną radość.

„Rybi król” zrujnował się wkrótce doszczętnie, nie mógł już nabywać ryb i cierpiał z tego 

powodu niewypowiedzianie. Postanowił więc, że sam zmieni się w rybę i rzuci się do wody, 
aby dać się schwytać  na przynętę  — tym  bardziej, że głód mu  doskwierał,  przynęta  zaś 
stanowiła   łakomy   kąsek   dla   zubożałego   ichtiofila.   W   tym   celu   zaczął   przede   wszystkim 
udawać   niemowę,   następnie   postarał   się   zachorować   na   chorobę   Basedowa,   aby   mieć 
wyłupiaste oczy, dorobił sobie płetwy, ogolił głowę, ciało zaś oblepił łuskami, które wyżebrał 
u przekupek. Kiedy spojrzał do lustra, przekonał się, że jest już dostatecznie podobny do 
ryby. Poszedł więc na brzeg rzeki i rzucił się w nurty i czekał. Po kilku dniach zjawił się 
pewien   rybołów   i   zarzucił   wędkę;   do   haczyka   przyczepiony   był   tłusty   robaczek.   Pan 
Tackelton chwycił haczyk w zęby i szarpnął nim mocno. Ucieszony rybak zaczął wyciągać 
grubą sztukę, lecz nagle wędka urwała się i pan Tackelton wpadł z powrotem do wody. 
Rozgoryczony, ożenił się z pewną starszą rybą.

K

RONIKA

 

SĄDOWA

Z

AJŚCIE

 

Z

 

NIEBOSZCZYKIEM

Przed sędzią pokoju stołowego stanął pan N., oskarżony o zakłócanie spokoju. Jak ustalili 

liczni świadkowie, pan N. wywoływał zbiegowiska i śmieszył publiczność. N. czatował na 
rogu ulicy na przechodzących, wypadał zza węgła, kucał na jezdni i wykrzywiał się tak długo, 
aż   rozśmieszył   bezradnego   przechodnia.   Czasem   N.   uciekał   się   również   do   łechtania 

background image

opornych,   smutnych   lub   zmartwionych.   Rozśmieszonych   odkładał   na   stronę   i   czekał   na 
następne ofiary. Trwałoby to pewnie lata całe, gdyby nie przypadek. Otóż przez ulicę, na 
której grasował N., przeciągnął kondukt pogrzebowy. Kiedy N. zaczął swą robotę, czyli tak 
zwane „prysiudy”, wystąpił jeden z krewnych nieboszczyka, oświadczając, iż on humoru nie 
uznaje i prosi o satysfakcję pana N. Oskarżony jako gentelman zgodził się natychmiast i 
poczęstował oponenta cygarem, które krewny nieboszczyka wypalił z prawdziwą satysfakcją. 
Sędzia po wysłuchaniu stron „skazał”: „na dwa miesiące aresztu”. Nie od rzeczy będzie tu 
zwrócić uwagę rodziców miejskich na język rosyjski panujący jeszcze do dziś dnia w sądach. 
Zamiast powszechnie przyjętego słowa „powiedział”, używa się u nas formy „skazał”.

S

ZCZEGÓŁY

 

SENSACYJNEGO

 

PROCESU

 

MYŚLOWEGO

Nawiązując do faktów podanych parę lat temu zimą donosimy, iż wielka sprawa o myśli 

myśliwego Zupy weszła na wokandę, czyli werandę sądową. Henryk Zupa oskarżony jest o 
to, iż zamyślił się już parę lat temu i nie daje odpowiedzi na żadne pytanie. Siedzi przed 
domem na ławie i trzyma głowę w rękach. Na czole nabrzmiały mu żyły. Żyły z nim również 
dwie kobiety, ale od czasu jego procesu myślowego rozmyśliły się i wyszły. Zupa podobno 
rozmyśla   tak   nad   pytaniem,   które   mu   zadał   kiedyś   jakiś   mały   chłopiec   przysłany   przez 
rodziców   żony.   Chłopca   nie   można   znaleźć,   bo   wyrósł   i   inaczej,   och   inaczej,   wygląda. 
Wygląda przez okno, przez szybę i myśli o tym wielkim zamyśleniu Henryka Zupy.

*

Dochodzę

do rogu ulic i zawracam

krążę

po trotuarach

wstępuję

na pół czarnej

Męczę się i nudzę

całe wieczory.

Przyjmę każde zajęcie dobrze płatne i krótkie. Wiadomość pożądana.

Syn gen. Kurropatkina

ŻYCIA

 

SCENY

 

I

 

EKRANU

W

ĘDRÓWKA

 

PO

 

KINACH

W Kino „Apollin” wyświetlają obecnie sensacyjny obraz z życia Napoleona Wielkiego. 

Rolę cesarza odtwarza twarzą syn masarza z Włoch, Julio Perucci. Wywiązuje się on ze swej 
roli z połowicznym sukcesem, to znaczy ze swą połowicą Mary Paquebot. Jako Napoleon jest 
słaby   i   nieinteresujący,   natomiast   jako   Wielki   jest   ‘bez   zarzutu,   ma   bowiem   trzy   metry 
sześćdziesiąt, co podzielone przez pięć tysięcy metrów filmu daje złudzenie ośmiu metrów 
nad poziomem morza. W pierwszym  akcie jako pierwszy konsul udziela  wiz i stempluje 
paszporty, po tym dopiero jako mały kapral prowadzi żołnierzy do Egiptu. Muzyka w kinie 
„Apollin” jest zbyt  głośna, zagłusza  zupełnie  słowa aktorów, tak iż słyszeliśmy zaledwie 
połowę słynnej tyrady pod piramidą. Do obrazu wkradła się pewno omyłka. W roli Pitta 
wystąpiła   kobieta.   Mówi   się   ten   pitt,   a   nie   ta   Pitta.   Na  szczęście   już   w   połowie   obrazu 
drugiego zauważono zmianę i wycofano nieszczęsną heroinę dając na jej miejsce Feliksa, 

background image

czyli szczęsnego Heroja.

Kino ,,Seplenid” wystąpiło z premierą pomysłowej farsy: pt. Upojona kura. Jest to historia 

bułgarskiego żołnierza, doktora Samuela Horizont, który upajał ptaki swoim głosem. Samuel 
wychodził   w  pole,   siadał   na  wynalezionym  przez  siebie   krzesełku   polnym  (Polkrzesło)   i 
śpiewał,   a   raczej   melodeklamował.   Ptactwo   omdlałe   z   rozkoszy   znosiło   największe 
upokorzenia i szyderstwa, aby tylko przycupnąć koło mistrza. Obraz jest żywy, to znaczy 
ruchomy z wyjątkiem trzeciej, piątej i siódmej części, które przedstawiają nieruchome ptaki.

Kino „Ładny Pan” zapełnia się co dzień na wielko—światowym romansie pt. „Czyja to 

żoneczka, czyja?” Dramat ten jest przejmujący grozą i chłodem. Pasażerka okrętu ,,Avio!” 
znajduje dziecko w bocianim gnieździe. Prosi brata tej dzieciny, Wezyra Koleszyńskiego, aby 
ożenił się z nią na rok przed śmiercią matki. Tymczasem w biurze ajenta papierowego, Stacha 
Rumberta wynika pożar, który niszczy akt ślubu i rozkoszy małżeńskiej. Rumcio wdrapuje się 
na sąsiedni drapacz nieba i schodzi podrapany na ziemię. W tej chwili samolot czyli latawiec, 
niejaka Angelika Wyspa przybija do Starego Jorku. Siwy starzec przyjmuje ją za córkę i 
odbiera   od   niej   przysięgę,   że   nie   zachoruje   na   katar   ani   na   świerzbę.   Nielitościwy   brat 
dzieciny wymaga jednak od niej tej choroby lub przynajmniej symptomatów. Miasto całe na 
tę wieść wybucha z oburzenia i zmienia się w wieś. Rumbert uchodzi ze starego Jorku — 
Angelika  zmienia  się w Wezyra  K., dziecko  pozostawione bez opieki  rośnie w  górę bez 
przerwy i zatamowania. Robi się tak wielkie jak góra albo dom i zjada, pożera całą okolicę. 
Akt piąty dzieje się znów na bocianim gnieździe, ale tym razem bocian nie chce już tam 
złożyć dziecka. Obserwujemy z przejęciem walkę, która toczy się w sercu bociana. Wreszcie 
ptak   przemaga   się  i   odfruwa   na  Wyspy   Azorskie,   gdzie   czeka   na   niego   brat   wszystkich 
ptaków, pies Azor.

M

ALARZ

 

POKOJOWY

chciałby   zostać   malarzem   wojennym.   Błaga   pp.   dyplomatów   o   zamieszki   i   powikłania 
międzynarodowe. Chętnie będzie malował bitwy, potyczki itp.

Oferty sub „Aut–aut”.

P

OMYŁKA

 

UCZONEGO

Ofiarą niezwykłej pomyłki padł niedawno na ziemię znany w New Jersey ornitolog prof. 

Józwa Tapeiner. Wyjechał on przed kilkoma tygodniami do Kalifornii, aby zebrać kolekcję 
pewnego gatunku ptaków amerykańskich. Ludność okoliczna często widywała uczonego w 
lasach i na łąkach. Nikt jednak nie przypuszczał, jak smutny i zdumiewający wynik będzie 
miała   wyprawa   naszego   profesora.   Po   powrocie   do   New   Jersey   prof.   Tapeiner   zaprosił 
znajomych do swej pracowni, aby pokazać im przywiezione okazy ptaków.

Jakież jednak było zdumienie obecnych, kiedy profesor wniósł do pokoju dużą skrzynię i 

wysypał  z niej na stół mnóstwo kamieni.  Zapytany,  co to ma znaczyć,  profesor odrzekł: 
„Zbierałem   te   kamienie   przez   cały   miesiąc,   gdyż   sądziłem,   że   to   ptaki.   Dziwiłem   się 
wprawdzie nieraz, że leżały one na ziemi nieruchomo i nie śpiewały, ale na myśl mi nie 
przyszło, że mogą to być minerały. Dopiero w powrotnej drodze zaczęły się budzić we mnie 
pewne wątpliwości. Było już jednak za późno. Do wczoraj trzymałem te kamienie w klatkach, 
sypałem im ziarno i dokuczałem im jak ptaszkom. Gdy jeden z nich, rozgniewany, dziobnął 
mnie w rękę, wsypałem wszystkie do tej skrzyni”. Mówiąc to, ukląkł na ziemi, zapłakał, 
wyjął z kieszeni flecik i zaczął grać na nim rzewne piosneczki, przyśpiewując jednocześnie o 
swym smutnym dzieciństwie.

background image

„Byłem synkiem pastora,
Mama była raz chora.
Ojciec za to mnie pobił,
Cóż jam złego mu zrobił?”

I tutaj stał się cud. Kamienie z ćwierkiem wyfrunęły ze skrzyni, zrobiło się jasno, świeżo i 

błogo. W pobliskim kościółku uderzyły dzwony, obecni stali się nagle dziećmi w białych 
ubrankach i wyszli z maleńkim profesorem na czele na zieloną łąkę. Anioły płynęły po niebie 
jak obłoki, słodka muzyka sfer dzwoniła w dali…

O

DDAM

 

NA

 

WYCHOWANIE

żonę i troje dzieci. Dzieci mają już nowe dzieci, czyli tak zwane wnuki. Żona ma liczną 
rodzinę. Wszystkich razem oddam za wielkim wynagrodzeniem. Za darmo można obejrzeć 
tylko najmłodsze bobo. Oferty sub „Wspaniała promienna przyszłość”.

D

RAMAT

 

W

 

WIELKIM

 

ŚWIECIE

S

ENSACJA

 

DNIA

Hrabia   Łukasz   Majerowicz   znany   był   w   całym   Hamburgu   nie   tylko   jako   znakomity 

sportsmen, bogacz i aptekarz, ale słynął przede wszystkim ze swej wspaniałej kolekcji gór, 
które zbierał od szeregu lat. Gdy tylko dowiadywał się o istnieniu jakiego ciekawszego okazu 
gór, wzgórza, pagórka lub łańcucha skał, kupował je natychmiast i z zachwytem przyglądał 
się swoim zbiorom.

P

IĘKNA

 

HRABINA

 

I

 

DEMONICZNY

 

SĄSIAD

Oprócz   tej   pasji   h.r.   Łukasz   żywił   miłość   dla   pięknej   małżonki   swej,   Galeryny. 

Wychowana   na   dworze,   pani   hrabiowa   przyzwyczajona   była   do   hucznej   wytworności, 
ciasteczek i tańców, gdy tymczasem w domu męża znalazła tylko pasma wzgórz i ośnieżone 
szczyty kolekcji. Nic więc dziwnego, że po krótkim stosunkowo czasie zaczęła tęsknić do 
dawnego życia i nieraz nocą, błądząc z ciupagą i zapasami żywności poi kolekcji hrabiego 
Łukasza, płakała rzewnymi łzami, na próżno wołając pomocy. Przypadek sprawił, że w tym 
samym   pałacu,   o   kilkadziesiąt   pięter   wyżej,   mieszkał   cudowny   markiz   Musiołek,   także 
aptekarz i kolekcjoner. Markiz zbierał doliny i posiadał w kolekcji swej niesłychane okazy. 
Kiedyś   spotkali   się   na   schodach   i   jedno   spojrzenie   wystarczyło,   aby   powiedzieć   sobie 
nawzajem, że żyć bez siebie nie mogą.

Z

AZDROŚĆ

 

I

 

ZBRODNICZE

 

SKŁONNOŚCI

Polerując   kiedyś   świeżo   kupioną   górę,   spostrzegł   hr.   Łukasz,   że   małżonka   jego   jest 

dziwnie   smutna.   „Co   ci?”   zapytał.   Galeryna   milczała.   W   tej   samej   chwili   z   kieszeni   jej 
wypadł list. Hr. Łukasz podniósł go niepostrzeżenie i kiedy żona wyszła, aby umyć się w 
rzece, przeczytał tajemniczy bilecik, który zawierał słowa następujące: „Ty pójdziesz górą, ty 
pójdziesz  górą, a ja doliną  i o północy spotkamy się.  Twój  markiz  Musiołek”.  Zazdrość 
zawrzała w sercu hrabiego. Nacisnął czapkę na czoło i zaśmiał się nie bez kozery. Minął 
dzień, dwa, tydzień wreszcie. Galeryna nie wracała. Samotny Łukasz stracił wreszcie nadzieję 

background image

ujrzenia   swej   pięknej   małżonki   i   z   rozpaczy   wpadł   w   manię,   raczej   w   chorobę:   zaczął 
zdradzać objawy niezdrowej miłości dla swoich gór, a nawet pagórków.

S

KALISTE

 

DZIECI

 

I

 

KUZYN

OLBRZYM

Owocem   tej   występnej   miłości   były   dzieci,   a   mianowicie   sikały,   ogromne   kamienie   i 

turnie.   Rodzina   hrabiego   niechętnym   okiem   patrzała   na   potomstwo   Łukasza,   gdyż 
dowiedziała  się,   iż  zapisał  on  im  cały  majątek.   Zwłaszcza   pewien  kuzyn–olbrzym   groził 
hrabiemu   odwetem,   jeżeli   nie   wydziedziczy   skalistych   dzieci.   Mijały   lata.   Stare   góry   z 
haremu hrabiego umierały, młode zaś, dręczone prześladowaniem kuzyna–olbrzyma, pędziły 
nadal   swój   smutny   żywot.   Aż   wreszcie   którejś   nocy   kuzyn   roztrzaskał   potomstwo   hr. 
Łukasza.   Rozpacz   biednego   ojca   była   bezgraniczna.   Jak   szalony   wpadł   do   mieszkania 
Musiołka   i   zrzucił   pozostawione   przezeń   doliny   na   dół.   Rozwścieczony   kuzyn   cisnął   w 
krewnego Everestem. Wywiązała się straszliwa walka.

P

OWRÓT

 G

ALERYNY

W   tej   samej   chwili   wpadła   do   mieszkania   nieszczęsna   Galeryna.   Z   płaczem   wyznała 

mężowi, że Musiołek porzucił ją zaraz po kilkuset latach i że teraz, opuszczona, pragnie 
wrócić do ubóstwianego męża. Ale huk i trzask ciskanych złomów i przełęczy zagłuszył jej 
słowa. Rozbestwiony kuzyn szalał. Nie pomogły tabuny wichrów, które przybiegły na pomoc, 
nie pomogły nawałnice i miliony piorunów, bijących w oszalałego cyklopa. Wreszcie grad 
gwiazd   wmieszał   się   w   tę   awanturę   i   uwolnił   małżonków   od   obłąkanego   napastnika. 
Przeszyty milionem gwiezdnych pocisków, kuzyn padł. Zdychał kilkaset tysięcy lat.

Z

GLISZCZA

 

I

 

NOWE

 

ŻYCIE

Na gruzach strzaskanego świata pozostał hr. Łukasz z piękną Galeryna. Pogodzili się bez 

słowa i zaczęli prowadzić nowe, spokojne życie. Odbudowali zaciszną apteczkę i pracują w 
niej razem.

Markiz Musiołek zrujnował się wkrótce i został żonglerem: żongluje planetami, skazany 

na wieczną nędzę i wędrówkę. Cała ta historia wywołała żywe poruszenie w eleganckim 
świecie.

BUDUARU

 

PIĘKNEJ

 

KOBIETY

Latem   modny  będzie  gniady  kolor.  Kary i  moręgowaty  wyszły  z  użycia.  Piękna  pani 

zawczasu już powinna zawiesić sobie dzwonek na szyi i wprawić się w bieganie po łące. 
Jedzenie trawy na stojąco nie jest wcale takie trudne, trzeba się tylko wprawić. A że trzeba — 
to  już  trudno!  Pani  Moda  ma   swoje  kapryski,  którym   piękna   pani  musi  ulegać.   Skubiąc 
trawkę, nie należy stawać na czworakach, lecz oprzeć się rękoma i nogami o pastwisko i 
schylić głowę jak najniżej, wtedy piękna pani dosięgnie ząbkami świeżej paszy. Wydobycie z 
gardziołka przeciągłego, ponurego poryku też nie jest tak uciążliwe, jak by się to wydawać 
mogło. Piękna pani powinna tylko ćwiczyć się nieustannie. Ach, i niechże uroczej kapryśnicy 
nie przerażają rogi! I do tego można się przyzwyczaić. Małe wstążeczki z  crepe de soie 
georgette
  zawiązane filuternie i swobodnie zwisające na oczy dodadzą pięknej pani dużo 
uroku. Ale na miłość boską, nie trzeba rogów łączyć tymi wstążeczkami, lecz każdy z nich 
traktować   indywidualnie!   Maleńkie   parasoleczki   z   plisowanego   rypsu,   przytwierdzone   do 
grzbietu   dżetową   klamerką,   uchronią   piękną   panią   od   słońca   i   piegów.   Pani   Moda   o 

background image

wszystkim pamięta. O powrocie z pastwiska i o dalszych rozrywkach — innym razem.

U

CZCZĘ

 

PAMIĘĆ

k a ż d e g o  do lat czterdziestu przez powstanie za wynagrodzeniem.

T a m ż e  podejmuję się stać zwyczajnie.

Oferty: „Okazja”.

D

O

 

SPRZEDANIA

PODRĘCZNIKI

czyli pośledniejszy gatunek ręczników. W hierarchii przedmiotów znajdują się one pod 

ręcznikami, ale mogą je nieźle zastąpić. Wiadomość Próżna 1.

F

ATYGA

 

RÓWNIEŻ

.

K

ACZY

 

DÓŁ

poszukuje kaczej góry w celu stworzenia całości. Potrzebna jest górna część kaczki, jako to 
piersi i łapy. Oferty pod: „Szyja już jest”.

background image

N

OWE

 W

IADOMOŚCI

 L

ITERACKIE

nr 1. Warszawa, l kwietnia 1936 r.

Każdy, kto czyta —
ma prawo być drukowany!

DLACZEGO WYSTĄPILIŚMY

Z WIADOMOŚCI LITERACKICH?

A n t o n i   S ł o n i m s k i

Z

A

 

KULISAMI

 

NAJWIĘKSZEGO

 

SZANTAŻU

 

LITERACKIEGO

.

Dlaczego wystąpiłem z Wiadomości Literackich? Na to pytanie zamierzam odpowiedzieć z 

całą szczerością, a nawet brutalnością. Czas, aby opinia publiczna w Polsce wiedziała, co to 
są naprawdę Wiadomości Literackie.

Przystępując do wydawnictwa Nowych Wiadomości Literackich, pragniemy skończyć raz 

na zawsze z tym brudem, który pretendował do miana poważnego pisma literackiego. Po 
dziesięciu latach upokorzeń czas zerwać fałszywe więzy i wyzbyć się fałszywego wstydu. 
Dzięki wygranej na loterii — bo na posiadaną przeze mnie połowę losu padło trzysta tysięcy 
złotych — uniezależniłem się materialnie. Mogłem spłacić ohydne zobowiązania, przez które 
znalazłem się w szponach niewoli, poniżenia i wyzysku. Ach, z jaką rozkoszą rzuciłem w 
obrzękłą twarz „pana dyrektora” te osiem tysięcy czterysta złotych, którymi trzymał mnie w 
ustawicznym strachu.

S

YSTEM

 

BUFETU

Aby omotać finansowo ofiarę, redakcja  Wiadomości Literackich  zaprowadziła kantynę i 

rodzaj   bufetu.   Lekkomyślny   współpracownik,   sądząc,   że   jest   częstowany   przez   „pana 
redaktora”, beztrosko sięgał po kieliszek pokrzepiającego trunku lub po pasztecik z drobiem. 
To samo było z kawą, papierosami, pomadkami do ust, pończochami. Po paru latach nagle 
okazywało się, że współpracownik winien jest właścicielowi wcale pokaźną sumkę. Za same 
„słynne” już w Warszawie obiady jury nagrody  Wiadomości Literackich  policzono mi za 
ostatnie   dwa   lata   czterysta   złotych!   Oczywiście,   w   ten   sposób   deprymowani   i   rozpijani, 
traciliśmy odporność moralną.  System „schodzenia do gości” rujnował zdrowie, i tak już 
nadwątlone pracą nad siły. Bez względu na porę dnia, czasami późną nocą, „pan redaktor” 
kazał się ubierać i schodzić do bawienia gości. Biada, jeśli się nie było dowcipnym, miłym i 
pociągającym. „Pan dyrektor” posuwał się wtedy do najgorszych, najbrutalniejszych szykan, 
a nawet do bicia. Tak. Do bicia. Mówię to z całą odpowiedzialnością i gdyby „pan redaktor” i 
jego   wspólnicy   chcieli   mnie   pociągnąć   do   odpowiedzialności   sądowej,   proszę   bardzo. 
Przedstawię   sądowi   fotografię   pleców   współpracownika,   który   redagował   dział   „Polska 
zagranicą”. Ha, ha! Istotnie było to za granicą, poza granicą wszelkiej przyzwoitości i uczuć 
ludzkich.

K

APLICZKA

Opinia   publiczna   dawno   już   uważała   grupę  Skamandra  i  Wiadomości   Literackich  za 

kapliczkę.   Co   to   była   za   kapliczka,   pora   opowiedzieć.   Grupa  Skamandra  powstała,   jak 

background image

wiadomo, w r. 1918. Nawet dziecko wie, że był to okres bardzo burzliwy. „Pan redaktor” 
zakrzątnął   się   wtedy   energicznie   i   korzystając   z   opuszczenia   Warszawy   przez   wojska 
niemieckie, założył  „kawiarnię poetów” nazwaną „Pod Pikadorem”. Czemu  właśnie „Pod 
Pikadorem”?  Jak wiadomo,  pikadorami  nazywają we Francji, a częściowo i w Hiszpanii, 
ludzi, którzy drażnią  byki.  Symbolika  aż nazbyt  przejrzysta.  Poezja polska miała  drażnić 
Polskę. A więc Polska miała być tym bykiem, którego się drażni czerwoną chorągiewką. I 
my, głupcy, daliśmy się na to nabrać! Ceremoniał przyjęcia do grupy Skamandra był bardzo 
uroczysty i nie pozbawiony tajemniczości. Obrzędu tego dokonywał sam „pan dyrektor” w 
lokalu kąpieli „Higiena” przy ulicy Złotej pod numerem ósmym. Woźny i totumfacki „pana 
redaktora”, tajemniczy „pan Kazimierz”, zawiązywał oczy brudną szmatą, którą nazywano — 
o ironio! — chusteczką do nosa. Delikwentowi zadawał pytania komitet grupy Skamandra
Pytania były następujące: „Dlaczego nazywamy się grupą Skamandra? Odpowiedź brzmiała: 
„Bo Skamander był rzeką opływającą Troję, a Troja, jak wiadomo, (patrz podręcznik historii 
starożytnej   Korzona,   str.   86)   padła”.   Następne   pytanie   brzmiało:   „Co   oznacza   Troja?” 
Odpowiedź była taka: „Troja oznacza, że były trzy państwa zaborcze. To Niemcy, ta Austria i 
ten Moskal, a więc razem troje”. Po tych pytaniach następowała huczna hulanka, naturalnie 
zapisywana na rachunek pozyskanych współpracowników.

W ten sposób wciągnięto podstępem do grupy  Skamandra  tak czcigodnych poetów, jak 

Zygmunt Karski, Wilam Horzyca oraz poetkę Kazimierę Iłłakowiczównę. Każdy wstępujący 
do grupy  Skamandra  musiał  również  podpisać  deklarację,   w  której  zobowiązywał   się do 
przestrzegania trzech zasad:

„I. Reklamować tylko członków grupy.
II. Napadać tylko na nieczłonków grupy.
III. Być absolutnie posłusznym komitetowi naczelnemu”. Czy istniał w ogóle taki komitet 

naczelny? Otóż pewnego dnia niżej podpisany, po rozmowie z Janem Lechoniem i Julianem 
Tuwimem, pierwszy spostrzegł, że komitet ten był fikcją. Ale było już za późno. Klamka od 
kapliczki zapadła!

F

ABRYKA

 

SENSACJI

Aby   zwrócić   na   siebie   uwagę   społeczeństwa,   tajemniczy   komitet,   a   właściwie 

wszędobylski  „pan dyrektor”, inscenizował różne burdy i procesy sądowe. W ten sposób 
powstały osławione  Wiadomości Literackie. Naiwni myśleli oczywiście, że w piśmie tym 
odbywają się polemiki i ścierają się różne poglądy. Otóż trzeba to powiedzieć, że wszystko 
było   inscenizowane.  Lekkomyślni  bywalcy  cyrku   sądzą,  że  odbywają   się  tam  prawdziwe 
walki   zapaśnicze.   Głupcy.   Cyrk   „pana   redaktora”   zorganizowany   był   na   zasadzie   walk 
zapaśniczych.   Jak   wiadomo,   w   czasie   walk   atletów   musi   rosnąć   napięcie.   Atleci   mają 
przydzielone role. Jest więc mistrz świata, zdobywający sobie publiczność piękną budową i 
elegancją w prowadzeniu walki. Jest również ohydny brutal, stosujący niedozwolone chwyty. 
„Pan redaktor” mnie sobie wybrał  na tę wstrętną rolę. Pamiętam jego zimny wzrok, gdy 
patrząc na mnie długo, wyseplenił wreszcie: „Nu, a tym brutalem, znaczy się, mianujemy 
pana Słomińskiego”. Ten cham przez dziesięć lat nie nauczył się nawet poprawnie wymawiać 
moje nazwisko. Od czasu tej nominacji musiałem pisać źle o wszystkim. Choć mi się czasem 
serce krwawiło, musiałem przeciwników ogłuszać i rżnąć, jak jaki nie przymierzając rzezak 
rytualny.   Pamiętam,   nieraz   wychodząc   ze   sztuki   Tadeusza   Konczyńskiego,   wzruszony   i 
przejęty myślami zawartymi w utworze i grą artystów, musiałem odrzucić precz słabość i 
bryzgać   jadowitą   śliną.   Ten   pomysł   reżyserii   literackich   nie   był,   rzecz   prosta,   wyłączną 
zasługą   „pana   dyrektora”.   Podobno   podsunął   mu   tę   myśl   członek   związku   atletów   w 
Hamburgu i mistrz świata, Wincenty Kahuta.

background image

I

DEOWOŚĆ

— Każdy z nas, a więc ja, Jarosław Iwaszkiewicz, Lechoń, Tuwim, Irena Krzywicka czy 

Paweł   Hulka–Laskowski   dostawał   co   pewien   czas   tzw.   „dyrektywy”.   Były   to   wskazania 
kierunkowe. Pisane zwykle na świstkach papieru w niewytłumaczony sposób znajdowały się 
rano na naszych stolikach nocnych. Jak mówił mi kiedyś  adwokat Emil Breiter i Marian 
Hemar,   którzy   byli   dopuszczani   do  nocnych   orgii   w   osławionym   lokalu   na   Królewskiej, 
rozkazy te pisał „pan redaktor”  często  w stanie nietrzeźwym.  Jakimi  drogami  idzie  myśl 
zwyrodnialca   i   pijaka,   wie   każde   dziecko.   Wystarczyło,   aby   „panu   dyrektorowi”   nie 
smakowały   akurat   tego   dnia   jego   ulubione   „korki”   włoskie,   abym   dostał   polecenie 
występowania   przeciw   wojnie   Włochów   z   ohydnymi   Abisyńczykami   i   musiał   plugawić 
naturalne dążenie do ekspansji narodu, który przecież wydał Petrarkę i Spinozę. To samo było 
z Bogu ducha winnymi krajami skandynawskimi. Tak się tworzyła ideowość pisma.

Po wyjściu jakiejś nowej książki pisarza polskiego odbywał się specjalny sąd i narada. 

Jeśli   w   dziele   tym   były   czynniki   szkodliwe,   rozkładowe,   miazmaty,   wtedy   autor   był 
fetowany, a nawet — były i takie wypadki — przyjmowany do grupy Skamandra. Miało to 
miejsce   z   poetką   Marią   Pawlikowską,   z   Juliuszem   Kadenem–Bandrowskim   i   z   Emilem 
Zegadłowiczem.   Jeśli   pisarz   wprowadził   do   literatury   polskiej   nutę   optymizmu,   liryzmu, 
słowiczej śpiewności czy też tężyzny narodowej, jak Irzykowski lub K. I. Gałczyński, był 
zaraz szargany i ośmieszany w organie „pana dyrektora”.

P

OZORNE

 

SPRAWY

Na   zewnątrz   wydawać   się   mogło,   że   „pan   dyrektor”   jest   w   wojnie   z   Arnoldem 

Szyfmanem,   Kadenem,  Naszym   Przeglądem,  Wartą  czy   z   Sowietami.   Ale   to   są   pozory, 
mylą”, jak śpiewa ulubieniec Warszawy, dowcipny artysta Tadeusz Olsza. Sam byłem nieraz 
świadkiem, jak „pan dyrektor” łączył się telefonicznie z teatrami Szyfmana i uzgadniał plan 
działania  na najbliższe tygodnie.  Nie udawał nawet. Z całym  cynizmem  wydzierał  się w 
telefon po żydowsku lub po rosyjsku. Opowiadali mi naoczni świadkowie o kolacyjkach z 
Kadenem, na których  autor Zapomnianej  olszynki klękał — tak, klękał — przed „panem 
redaktorem’” i jego wspólnikiem Antonim Bormanem–Lenczewskim. Widocznie pan Kaden 
rzeczywiście zapomniał o Olszynce i jej bohaterskich obrońcach! Podobne sceny odbywały 
się   w   dyrekcji   teatrów   T.K.K.T.   W   czasach   największej   walki,   rozpętanej   ku   uciesze 
głupców, „pan dyrektor” przez swego pomocnika posyłał reżyserowi  Leonowi Schillerowi 
kwiaty, cukry i delikatesy.

Równie ukartowane były  spory z  Gazetą Warszawską  i z  Naszym  Przeglądem. Każdy 

artykuł naszej koleżanki Krzywickiej i Wandy Melcer był  przesyłany w korekcie do obu 
redakcji, tzn. do Gazety Warszawskiej i Naszego Przeglądu. Pisma endeckie, prasa żydowska 
Wiadomości Literackie prowadziły się zgodnie rączka za rączkę, rozumiejąc dobrze, że bez 
tych udanych walk, polemik i dyskusji nikt by nie wziął nawet do ręki tych „pism polskich”. 
Dziś pragniemy z tym wszystkim zerwać. Oto dlaczego ja i pisarze, dotąd, zgrupowani przy 
Wiadomościach   Literackich,   przystąpiliśmy   do  wydania  Nowych   Wiadomości   Literackich
które służyć będą tylko prawdzie.

P

SY

„Pan dyrektor” miał na krnąbrnych współpracowników jeszcze jeden sposób. Były to psy. 

„Pan redaktor” sprowadził z zagranicy parę złych i brzydkich psów, którymi szczuł nas dla 
zabawy. Kiedyś biedny nasz kolega Stanisław Baliński został pokąsany przez te bydlęta do 
tego stopnia, że musieliśmy go opatrzyć w najbliższej aptece i odwieźć do domu dorożką. 

background image

Naturalnie,   wszystko   to   musieliśmy   robić   udając   wesołość   z   dowcipnego   żartu   „pana 
dyrektora”.   Artykułów   „pan   dyrektor”   nie   odrzucał.   Gdy   artykuł   nie   nadawał   się   do 
wydrukowania,   nazywało   się,   że   psy   zjadły   manuskrypt.   Gdy   młody   i   niedoświadczony 
współpracownik   pytał   się,   co   się   stało   z   jego   utworem,   „pan   redaktor”   odpowiadał 
zachrypłym   głosem:   „Voss   zeżarł”   i   zanosił   się   ze   śmiechu.   Do   obowiązku 
współpracowników pisma należało również wyprowadzenie psów na spacer. Doszliśmy do 
tego upodlenia, że — wstyd przyznać — uważaliśmy to za wyróżnienie i zaszczyt! Oto, do 
czego doprowadził polską literaturę „jaśnie wielmożny pan dyrektor”, a raczej „dyredaktor”, 
jak się czasem kazał tytułować. Rękami pogryzionymi przez psy musieli wypisywać wiersze i 
artykuły do nowego organu „pana dyrektora”. Przyjaciel Psa powstał nie po to, aby chwalić 
psy, ale powstał po to, aby upokarzać ludzi!

Dziś, gdy to wszystko się skończyło, gdy oglądam się poza siebie, patrzę na przeszłość 

naszą jak na gehennę i sam sobie nie wierzę, że to już tylko przeszłość. Z tą przeszłością 
zerwaliśmy raz na zawsze. Teraz patrzymy pełni ufności w przyszłość.

N

OWE

 W

IADOMOŚCI

 L

ITERACKIE

Przystępując   do  wydawania   własnych,  Nowych   Wiadomości   Literackich,  wierzymy,   że 

czytelnicy pójdą z nami. Zachowujemy wszystkie działy dawnych  Wiadomości Literackich
pozyskaliśmy   już   prawie   wszystkich   dawnych   współpracowników,   pozyskaliśmy   również 
nowych, którym dotąd drogę do opinii publicznej polskiej zamykali panowie z szajki „pana 
dyrektora”.  Tym   pisarzom,   którzy   pozostali   przy   psach   i  Wiadomościach   Literackich
przesyłamy ostatnie ostrzeżenie. Z nami albo przeciw nam. Nie ma trzech stron barykady, tak 
jak nie ma trzech wymiarów. Pismo nasze będzie teraz służyło interesom publiczności. Prawo 
do   umieszczenia   utworów   będzie   miał   każdy   pełnoletni   obywatel   Rzeczypospolitej,   bez 
względu   na   przynależność   rasową,   klasową   czy   płeć.   Pismo   nasze   jest   pismem   dla 
wszystkich.

Czytelnicy  Nowych Wiadomości Literackich, nadsyłajcie swoje utwory! Naszym hasłem 

jest „każdy, kto czyta — ma prawo być drukowany!”

J u l i a n   T u w i m

DZIEJÓW

 

PEWNEJ

 

KARIERY

1

Sprawę opuszczenia przez nas Wiadomości Literackich oraz ich sprytnych managerów, pp. 

Grydzewskiego i Bormana–Łączyńskiego, przedstawił Antoni Słonimski na ogół zgodnie z 
prawdą, wiele rzeczy jednak pominął, innych nie uwypuklił dostatecznie.

Słonimski   nie   mógł   ująć   całej   tej   skandalicznej   afery   głębiej,   nie   mógł   opisać   wielu 

drastycznych   jej   momentów   tak,   jak   na   to   zasługują,   gdyż   był   nieobecny   przy   samych 
początkach działalności p. Gr. Zaczęła się ona bowiem na dwa lata przed założeniem przez p. 
Gr. kawiarenki  „Pod Pikadorem”,  zaczęła  się na Uniwersytecie  Warszawskim w r. 1916. 
Słonimski zaś na uniwersytecie nie był, gdyż absolwenci dzikich zabaw w ogrodzie Saskim 
nie mają, na szczęście, dostępu do wyższych studiów. Słonimski skończył trzy czy cztery 
klasy jakiejś szkółki początkowej, zdaje się, że po prostu freblowskiej, i na tym skończyła się 
jego kariera naukowa. A my — my byliśmy studentami.

Otóż już po paru dniach pobytu na wydziale filozoficznym Uniwersytetu Warszawskiego 

zauważyłem uwijającego się po wszystkich salach i korytarzach łysawego, z baczkami a la 
książę Józef, pucułowatego bruneta. Wiecznie spocony i zziajany, wiecznie coś węszący i 

background image

kombinujący, co chwila zapisujący w przetłuszczonym notesie cyfry i sumy, młodzieniec ten 
podszedł do mnie kiedyś w bufecie (już wtedy był amatorem „bufetów”) i zapytał łamaną 
polszczyzną, czy to prawda, że piszę wiersze. Byłem skromnym przybyszem z prowincji, 
naiwnym chłopcem z miasta Łodzi, któremu obce było zepsucie wielkiego miasta, to bagno, 
na   którym   „kwiatki”   w   rodzaju   p.   Gr.   tak   bujnie   wyrastają.   Przyznam   się,   że   mi   nawet 
zaimponowało   wówczas   to  zainteresowanie  się  mną   przez  osobnika,  którego  z  racji jego 
wszędobylstwa, zawsze wypchanej teki i zażywnej tuszy (ja byłem szczupły) uważałem za 
jakąś ważną na terenie uniwersytetu figurę. Raził mnie wprawdzie wygląd mego interlokutora 
— wspomniane  baczki,  koszula  à la  Słowacki  i wysoka  futrzana  czapka  do bekieszy — 
odpowiedziałem   jednak   z   wrodzoną   mi   uprzejmością,   że   owszem,   piszę   wiersze.   Wtedy 
spocony i zacharkany „kolega” zaczął, sepleniąc, bełkotać coś w rodzaju: „No to może, no to 
może, 
kolegabedziełaskawprawdaprzeczytaćprzeczytaćmicośbojawłaśniewłaśniemamzamiarzałożyć
pismopismo” itd. Jąkał się do tego i prawie każde słowo powtarzał dwa razy. Perspektywa 
drukowania   wierszy   w   piśmie   stołecznym   była   dla   mnie   takim   szczęściem,   takim 
przełomowym w moim pojęciu, wydarzeniem, o którym przez tyle lat marzyłem w Łodzi, że 
zarumieniłem się jak świeże jabłuszko i wzruszonym głosem wyszeptałem, że bardzo chętnie 
się zgodzę.

Pierwszym utworem, który mu przeczytałem, była „Wiosna”. Jak już sam tytuł wskazuje, 

był to wiersz opiewający piękno obudzonych po śnie zimowym sił natury, radosny hymn na 
cześć   kwiatów,   zieleni,   strumyków   i   słońca.   Prostymi,   dźwięcznymi   słowami,   ujętymi   w 
melodyjne zwrotki, dawałem wyraz uczuciom, jakie przepełniają moje młode serce na widok 
naszych   łąk   i   łanów,   nad   którymi   wesołe   ptaszki   wyśpiewują   odwieczne   swe   piosenki. 
Kończyło   się   to   wezwaniem   do   młodzieży,   ażeby   i   ona   stała   się   jak   ta   wiosna,   tj.   aby 
rozkwitała   dla   dobra   ojczyzny,   której   jest   nadzieją   i   przyszłością.   Kiedy,   pełen   tremy, 
skończyłem czytanie, „kolega Mietek” zaczął mówić:

— Bardzo ładne, macie talent, ale muszę was uprzedzić, kolego, że w tej formie nie mogę 

tego drukować. To jest wiecie, za naiwne, za dziecinne. Nowe czasy wymagają nowego ujęcia 
tematu. Przede wszystkim musicie przenieść akcję wiersza na teren wielkiego miasta. Na 
widownię świata wstąpiły tłumy, kolego! Wielki ludzki kolektyw domaga się dytyrambu na 
swoją cześć! Pokazujcie nam wiosnę tłumu, wiosnę gromady, w całej realistycznej ohydzie 
seksualnego   pożądania!   Ptaszki,   kwiatki,   strumyczki   —   to   już   dziś   nie   idzie!   Dawajcie 
rozbuchaną na wiosnę płeć i erotyzm kolektywu!

Byłem przerażony. Urbanizm? Kolektyw? Płeć? Erotyzm?
— Ależ, kolego — powiedziałem — te pojęcia są mi obce, a nawet wstrętne!…
„Redaktor” żachnął się niecierpliwie:
— Przyjeżdżacie z głuchej prowincji i mnie będziecie uczyć, co jest wiosna, tak? Dawajcie 

futuryzmu! Dawajcie wyzwolenie z pęt zaśniedziałej tradycji! Wysuwajcie seksus na czoło!

Zrobiło mi się na duszy strasznie. Rzeczywiście! Zasiedziałem się w tej Łodzi, u nich, w 

Warszawie, zjawiły się nowe prądy, nowe idee, o których nic nie wiem. A przecież sam 
czytałem,   że   „trzeba   z   żywymi   naprzód   iść,   po   życie   sięgać   nowe!”   Drżącym   głosem 
zapytałem:

— Więc jaka ma być ta wiosna?
Chytry łotrzyk obrzucił mnie pogardliwym spojrzeniem i rzekł drwiąco:
— Jaka? Taka! Siadajcie i pisajcie! I zaczął mi dyktować:
„Gromadę dziś się pochwali.
Pochwali się zbiegowisko
i miasto…”
Muszę wyznać, że mi się to podobało. Był w tym jakiś nowy, śmiały rytm — obcy mi 

wprawdzie, ale kuszący nowością. Demon pochylił się nade mną i rzekł:

background image

— • Teraz dawajcie rym do „miasto!”
— Niewiasto — powiedziałem bez namysłu.
— Świetnie! Niewiasto! Już macie seksualne opar—
cię! Podawajcie teraz dobry epitet do tego „niewiasto!” No?
— Niewiasto   —   szepnąłem   zażenowany   —   niewiasta…   to   kobieta…   więc   może: 

bogdanko! ideale!

Tłusty, spocony, brudny Żydziak rechotał ze śmiechu, przedrzeźniając mnie:
— Bogdanko! Ideale!  Słowo was  daję, że mi  was  wstyd,  kolego T! To musi  być  coś 

modern, realismus, podpuszczajcie seksus! Nazywajcie ją „Brzuchu na biodrach szerokich!” 
No, śmiało!…

Siedział u mnie do piątej rano… Tak powstał mój wiersz Wiosna.

2

W parę tygodni  później, gdy Wiosna była  już głośna w Warszawie  — przechodziłem 

wieczorem ulicą Kruczą i na rogu Żurawiej zauważyłem scenkę następującą. Pod latarnią stał 
młodzieniec z owalną twarzą, łysy, w binoklach — i gdy przechodził jakiś zamożniejszy z 
wyglądu mężczyzna, młodzian uchylał kapelusza, wyciągał trzęsącą się rękę i o coś z pokorną 
miną prosił. Gdy litościwy przechodzeń dawał mu coś, młodzian chuchał w zaciśniętą piąstkę, 
wchodził do sąsiedniej  bramy,  wracał po paru chwilach i znów stawał pod latarnią.  Gdy 
młody człowiek zwrócił się z prośbą o datek i do mnie, rzuciłem mu do kapelusza srebrny 
pieniądz, a gdy ukląkł przede mną i dygocącym głosem, trzęsąc się cały i korząc, zaczął mi 
dziękować,   zrobiło   mi   się   żal   mego   nieszczęśliwego   rówieśnika,   zapytałem,   czy   nie   jest 
głodny, a po otrzymaniu twierdzącej odpowiedzi, zaproponowałem mu pójście do cukierni. 
Radość jego i wzruszenie nie miały granic! Znowu klęknął, zaczął całować moje kolana, 
powtarzając: — Już faktycznie powiem, że takiego dobrego pana to w życiu nie spotkałem. 
Poszedłbym, dziedzicu, bo strasznie się chce jeść — i chory taki jestem — na calem ciele ani 
kawałka własnego ciała, tylko precz wszędzie kacze, gęsie, indycze mięso — poszedłbym, bo 
od rana nic w ustach nie miałem, ale tam kolega w bramie stoi, nie mogę go zostawić.

Ta lojalność wobec kolegi bardzo mnie ujęła, zaproponowałem więc, że pójdziemy we 

trójkę. Wstąpiliśmy do bramy. Stał tam drugi młodzieniec, chudy, wysoki, także w binoklach, 
o podłużnej twarzy i wystającym podbródku. Ubrany był bardzo dziwacznie: cyklistówka, 
stary,   wyświechtany   smoking,   spodnie   pepita   i   tenisowe   białe   pantofle.   Za   chwilę 
siedzieliśmy   w   cukierni.   Żebrak   spod   latarni   chciwie   chłeptał   gorącą   herbatę,   trzymając 
szklankę oburącz i trzęsąc się z zimna i głodu. Żebrak z bramy zamówił czekoladę i tortowe 
ciastka. Z rozmowy wynikło, że obydwaj przyjaciele są bez zajęcia, a gdy się dowiedzieli, że 
ich dobroczyńcą jest głośny już w Warszawie poeta, zaczęli błagać o protekcję do jakiegoś 
pisma. Powiedziałem:

— Chętnie, panowie, ale, żeby pracować w piśmie, trzeba być literatem.
Wtedy rzucili się obydwa do moich stóp, skamląc żałośnie:
— To już dziedzic jakoś się postara, coś nam napisze, może tam w tece coś zostanie, to 

nam kapnie!…

Wzięła mnie litość. Przez tydzień nie dosypiałem nocy, nie jadłem, nie wychodziłem — 

tylko pisałem. Gdy zapisałem całe dwa zeszyty, posłałem ich z bilecikiem do tegoż p. Gr. 
Przedtem jeszcze sprawiłem im ubrania i obuwie…

Jestem dyskretny. Nie powiem, kto to byli ci dwaj młodzieńcy. Dziwi mnie jednak, że p. 

Słonimski nie uważał za stosowne wymienić ich nazwisk w swoim artykule.

Kto oni? Powtarzałem: jestem dyskretny, nie powiem…

Czy państwo znają tomy wierszy pt. Parada i Karmazynowy poemat?…

background image

3

Opisałem tę historię nie dlatego, żeby poniżyć dwóch bliskich przyjaciół. Ubóstwo nie jest 

hańbą,   sytuacja   zmusiła   ich   do   wyjścia   na   ulicę,   ale   poza   tym   byli   to   przecież   uczciwi 
(wówczas) chłopcy, garnący się do pracy i literatury. Sami wprawdzie nic nie potrafili jeszcze 
napisać   (ten   spod   latarni   czytał   nawet   z   trudem,   tj.   wodząc   palcem   po   linijkach   druku, 
przekręcając   sylaby   i   nie   wiedzieć   czemu,   kończąc   każde   przeczytane   zdanie   słowem 
„kolego” lub „jego”), lecz ułożone przeze mnie, a pod ich nazwiskami wydane wiersze (patrz 
wyżej)   —   wiersze   nienajlepsze   wprawdzie,   ale   zawsze   niezłe   —   pokochali   jak   swoje, 
nauczyli się ich na pamięć, recytowali je na wieczorach autorskich, a potem, ciągle pod moim 
kierownictwem, sami zaczęli pisać, ja zaś poprawiałem im tylko przyniesione mi rękopisy, 
dawałem pomysły, dostarczałem rymów albo wskazywałem rytm, w jakim wiersz powinien 
być  napisany.   Ale  rzecz   w  tym,  że   obmierzły  typek   z  ulicy  Złotej  nic  przecież  o  mojej 
kolaboracji nie wiedział
! Dla niego obydwaj młodzi ulicznicy i żebracy powinni byli być 
poetami, powinien był otoczyć ich nie tylko opieką, lecz i szacunkiem. Gdy chwalił nieraz ich 
wiersze lub dowcip, brała mnie ochota, żeby mu powiedzieć, kto jest właściwie auto— rem 
tych   rzeczy,   czasami   jeszcze   chwila,   a   zdradziłbym   tajemnicę,   lecz   pokorne,  wylęknione 
spojrzenia moich drogich przyjaciół, spojrzenia biednych, zbitych psów, budziły we mnie 
litość   —   milczałem.   Dla   opasłego   brudasa,   powtarzam,   powinni   byli   stać   się   godnymi 
podziwu wzorami szlachetnych ambicji i dostojnej pracy! A czym się stali? Co z nich zrobił?

Błaznów! Podłych, nikczemnych błaznów, co za parę groszy i kieliszek wódki płaszczyli 

się   przed   swoim   panem,   śmieszyli   go   najprymitywniejszymi   żartami   i   upokarzającą 
klownadą! A nie przestali nawet wtedy, gdy, zapłodnieni moim natchnieniem, sami jęli się 
pisania wierszy, nie tak już dobrych jak te dawne, ale bądź co bądź wierszy. Ileż razy byłem 
świadkiem gorszących scen, które były żywym przykładem, do czego dojść może poniżenie 
upadłego człowieka!

Odbywały się te obrzydliwości w „gabinecie” pana Gr. — w tym „strasznym mieszkaniu”, 

co   mi   później   posłużyło   za   wzór   do   znanego,   wspaniałego   wiersza   mego   o   „strasznych 
mieszczanach”. Typowy „salonik” anno 1900, wypłowiałe mebelki obite ciemnoczerwonym, 
zjedzonym przez mole pluszem, sztuczna palma, gipsowe figurki, etażerka ze starą niemiecką 
encyklopedią, pawie pióra, potworne dywaniki i serwetki z wyszytymi sentencjami w języku 
żydowskim,   dużo   jaskrawych,   wychudłych   poduszek,   rozrzuconych   w   „artystycznym 
nieładzie”   na   zbarłożonej   „kozetce”,   na   ścianach   powycinane   ze   starych   pism   rosyjskich 
ilustracje, mdły zapach tanich perfum, co miał zagłuszyć  zaduch tej nigdy nie wietrzonej 
dziury, zamieszkiwanej przez nigdy nie kąpanego śmierdziela — oto gabinet pana redaktora. 
Leży on na kanapie w rozchełstanym, starym szlafroczysku, z którego wyłażą kłaki brudnej 
waty, i opycha się koszerną kiełbasą.

A na podłodze pełzają na czworakach dwaj „poeci”, strojąc potworne grymasy, bełkocąc 

jakieś żałosne, niby to śmieszne absurdy. Łażą, biedni, po dywanie, przeżartym przez kurz i 
brud, wywalili z nieszczęśliwych mord obłożone jęzory i — śpiewają! Ha ha! „Śpiewają”! 
Straszny to śpiew:

Ba ba wa wa la la

Ma wa la la na ma!

Do takiego poniżenia doprowadzał p. Gr. polskich poetów!

*

background image

K

OMISARZ

 

RZĄDOWY

W

 P

OLSKIEJ

 A

KADEMII

 L

ITERATURY

Wywiad specjalny „Nowych Wiadomości Literackich”

Mianowany przez p. ministra spraw wewnętrznych komisarz rządowy Polskiej Akademii 

Literatury jest młodym, czterdziestoparoletnim mężczyzną o średniej tuszy. Wzrostu raczej 
niskiego. Oznak szczególnych nie posiada z wyjątkiem blizny na głowie. Zastajemy nowego 
prezesa   w   jego   własnym   mieszkaniu   na   Pradze   przy   ulicy   Targowej.   Prezes   jest   bez 
kołnierzyka.  Zapytujemy  prezesa, czy nie zechciałby się zgodzić  na wywiad  dla  Nowych 
Wiadomości Literackich
 i na poinformowanie naszych czytelników o planach reorganizacji i 
uaktywnienia Polskiej Akademii Literatury.

— Siup — odpowiada prezes.
— Co pan prezes ma na myśli, mówiąc „siup”?
— Że można. Krope wu! — mówi prezes.
— Czy prawdą jest, że pan prezes zamierza wprowadzić pensje dla Akademików?
— Tak. Na początek dwója na ryło.
— Co pan prezes ma na myśli mówiąc „dwója na ryło?”
— Rebus, czy co? Mówię — dwa blaty miesięcznie pensji. Na ryło, znaczy na każdego 

pisarza. Z wyjątkiem Miriama, bo on już ma pensję żeńską. Bardzo dobra buda. Posyłam tam 
szczeniaka.

— Czy reorganizacja będzie polegała tylko na wprowadzeniu pensji miesięcznej?
— Nie. To początek. Potem dam większego fajera. Mam takie plany: sitwa czyli ferajna. 

Udziałówka. Każdy literat w Polsce pracuje dla ferajny. Musi być sztama i sprawiedliwy 
podział. Wszystko idzie do kupy i ja dzielę. Co pierwszego cyk  na PKO. Każdy dostaje 
swoje.

— No,   dobrze   —   pytamy   nieśmiało   pana   prezesa   —   ale   jeśli   niektórzy   literaci   będą 

zarabiali pokątnie i nie oddawali swych wpływów do kasy Akademii?

— Od czego dwójka?
— Pan prezes ma na myśli dwa blaty — wtrącamy, pragnąc dostroić się do tonu rozmowy.
— Dwójka, to znaczy kapusie — żachnął się prezes. — Jak się wyśledzi takiego cwaniaka 

to dintojra. Facet, raz w dziąsło uszkodzony, będzie miał dosyć. Rozumiesz pan? Organizacja. 
Silna ręka. Pisać też nie będzie mógł każdy, o czym mu się zechce, ale będzie przydział 
literacki. Jest nadprodukcja powieści.

Przydział na pisanie powieści będę miał ja i Kaden, bo Kaden nie pisze. Brzana nie jest od 

prozy. Żadnych Szelburg ani Kuncewicz nie będzie. Nałka tylko do teatru. A reszta krowy 
doić   i   wiersze   pisać.   Znałeś   pan   Tasiemkę   z   Kercelaka?   On   i   Melchior   Wańkowicz 
zaangażowani do reklamy. Po piątaku na pysk miesięcznie. Będą pilnować i robić ruch w 
interesie.

— A co pan prezes zamierza zmienić w dotychczasowych obradach Akademii?
— Najpierw Antkowi Słonimskiemu dam wawrzyniaka. Kasztan, ale byczy chłop. Mam 

taki gust, że mu dam, a inne kasztany,  czyli  mojżeszowe, będą do posług literackich. W 
Paryżu każdy pisarz ma swojego Murzyna, niby takiego, co mu pisze. U nas każdy będzie 
miał Żydka. Będzie mu dawał wikt i opierunek, nawet radio w celi, i niech pisze, a nasz brat 
przejrzy, poprawi, miazmata wyrzuci i zdrową potrawę narodową da do druku. To jest mój 
pogląd na sprawę żydowską. Nie ma co tępić Żydów, ale trzeba ich doić. Udój rytualny.

— Co pan prezes sądzi o literaturze dla mas?
— Kwant, Fiume.
— Rozumiem   —   odpowiadam,   chcąc   się   podchlebić   panu   prezesowi.   —   A   czy   nie 

zamierza pan zorganizować również innych dziedzin życia kulturalnego w Polsce?

background image

— Co nie mam chcieć. Jeszcze nie teraz. Za jakie dwa lata weźmiemy się z bratem do 

rządzenia   Polską.   Może   Pniewszczaka   wezmę   na   trzeciego.   Zrobi   się   agencję   prasową, 
radiową, filmową, architektoniczną, graficzną, malarską i rzeźbiarską.

— Czy   mógłbym   jeszcze   zapytać,   jaka   jest,   według   pana   prezesa,   najlepsza   książka 

ostatniego roku i kogo pan prezes uważa za najzdolniejszego pisarza młodego pokolenia?

— Uniłowszczak, Fiedler, no i ja.
— Aż pisarzy zagranicznych?
— Dostojewszczak i ja, bo mnie też tłumaczyli na wszystkie języki. Conrada ani w ząb. 

Dentol. U niego jak Szwed to wysoki, a jak Włoch to czarny. W życiu nie ma tak dobrze. 
Wiecha lubię.

— Czy można wiedzieć, od czego pan prezes zacznie swe urzędowanie w Akademii?
— Zrobi się porządeczek z piciem herbaty na posiedzeniach. Każdy musi mieć cukier w 

blaszanym pudełku, zamykany na kłódkę. Grosz publiczny nie jest od tego, żeby Leśmian z 
Miriamem cukier na portki sypali. Poza tym militaryzacja. Akademia francuska ma fraki i 
szpady. Ja się pytam, co to jest szpada? To rożen, to patyk i szmelc. U nas każdy będzie miał 
spluwę. Rano capstrzyk. Dyżury nocne. I stopnie, jak w wojsku. Już o tym mówiłem z Sirką. 
Obiecałem mu kaprala. Spłakał się stary z radości. No, będzie dość, bo fajrant.

— Dziękuję   panu   prezesowi   bardzo   w   imieniu   czytelników  Nowych   Wiadomości 

Literackich.

— Serwusińszczak.
Jak widać z rozmowy, przeprowadzonej z nowo mianowanym komisarzem Akademii, jest 

to   człowiek   czynu.   Mamy   nadzieję,   że   teraz   Akademia   stanie   się   naprawdę   żywotną   i 
pożyteczną instytucją. Lękamy się tylko, czy zbytnia energia nowego prezesa spotka się z 
należytym zrozumieniem władz, pisarzy i czytelników.

R

ABINDRANATH

 T

AGORE

 

W

 W

ARSZAWIE

W

IELKIE

 

PRZYJĘCIE

 

W

 P

OLSKIEJ

 A

KADEMII

 L

ITERATURY

Wiadomość   o   przyjeździe   wielkiego   pisarza   Indyj   zelektryzowała   Warszawę   już   od 

wczesnego  ranka.   Pewne   zdziwienie  wywołał  fakt,  że   Tagore  nie   przyjechał   na  dworzec 
główny,   ale   w   godzinach   rannych   nadjechał   bryczką   od   strony   Góry   Kalwarii.   Jest   to 
mężczyzna   w   sile   wieku,   i   przyznać   musimy,   że   fotografie   Rabindranatha   Tagore, 
kolportowane   przez   angielskie   agencje   prasowe,   nie   odpowiadają   najzupełniej   prawdzie. 
Oczywiście, Anglikom chodzi o to, aby przedstawić słynnego bojownika o wielkość literatury 
indyjskiej   jako   zgrzybiałego   starca,   ale   jest   to   gra   na   krótką   metę,   którą   chytry   Albion 
przegrał. Nie możemy powiedzieć, że Tagore jest młodym człowiekiem, niedalecy będziemy 
jednak od prawdy, jeśli powiemy, że ma około czterdziestki. Jest dość barczysty, brodę ma 
rudawą, —a nie siwą, jak tego pragnęli panowie rządzący Wielką Brytanią. Tagore mówi 
tylko po bengalsku. Oczywiście, zna również język  angielski, ale nie pozwala mówić  do 
siebie inaczej niż w swoim ojczystym dialekcie. Tłumacz Rabindranatha, dr Bernard Szapiro, 
który zna biegle język bengalski, służy nam radą i pomocą.

— Pytaj się go pan tylko o astralne rzeczy. Nie daj Boże zaczynać coś z polityką. On jest 

taki, za przeproszeniem, nerwowy, że może wyjechać do Kowna i obszczekać Polskę, tym 
bardziej, że on tam ma rodzinę.

— Jaką rodzinę? — pytamy — przecież, o ile nam wiadomo, w Kownie nie ma Hindusów.
— Co   się   pan   czepiasz   na   słowo?   Jak   się   mówi   rodzinę,   to   się   myśli   w   znaczeniu 

duchowym.

Tagore, który przysłuchuje się naszej rozmowie, dłubiąc obojętnie w zębach, odzywa się 

nagle   i   mówi:   „Hardupalagalajami”.   Pytamy   się,   co   to   znaczyło,   i   usłużny   dr   Szapiro, 

background image

tłumaczy nam, że wielki piewca niedoli hinduskiej powiedział, że wszyscy ludzie są sobie 
braćmi i dlatego powinni sobie pomagać w nieszczęściu, a jego właśnie spotkało wielkie 
nieszczęście, gdyż skradziono mu portmonetkę z drobnymi i musi czekać do jutra, aż otworzą 
banki. Oczywiście, nie robimy trudności i chętnie służymy wielkiemu wieszczowi z Lahore 
sumą czterech złotych, które mu są potrzebne na taksówkę. Prosimy tylko, aby zechciał nam 
odpowiedzieć na jedno pytanie: czy wierzy w metampsychozę.

— Ni ma co z nim gadać — odpowiada dr Szapiro. — Ja mogę sam odpowiedzieć. Czy 

wierzy? On nic innego nie robi, tylko wierzy w metampsychozę.

Rano trochę powierzy, coś przekąsi, potem zje obiad i znowu wierzy. Tylko nie myśl pan, 

że on jak ten Gandhi chodzi z kozą. Mistrz lubi kobitki. Ej ty figlarz, ty! — śmieje się wesoło 
dr Szapiro — musisz znać adresików, co?

.Rozbawieni   odprowadzamy   wielkiego   przyjaciela   niedoli   ludzkiej   do   samochodu.   Już 

czekają na niego z galowym obiadem w Akademii.

Jak wiadomo, tego dnia wieczorem odbyła się wielka akademia ku czci Rabindranatha 

Tagore. Ze względu na wielką ilość mówców ograniczono czas przemówień do dwóch minut. 
Ciekawsze   przemówienie   podajemy   w   dosłownym   brzmieniu   ze   stenogramu   sekretariatu 
Akademii.   Pierwszy   przemówił   honorowy   prezes   Akademii,   Wacław   Sieroszewski: 
„Żołnierzowi Indy j cześć! Pluton prezentuj broń! Hura, hura, hura! Spocznij!” Tłumacz i 
sekretarz Tagore, dr Szapiro, zapytuje: „Co znaczy «prezentuj», że jeżeli tu chodzi o prezenty, 
to mój pan owszem, bardzo dziękuje i zwraca uwagę, że w Indiach byle co gościom nie dają. 
Czasem   nawet   słonia   można   dostać,   jak   maharadża   ma   kaprys”.   Po   tym   może   niezbyt 
taktownym wystąpieniu sekretarza wielkiego ducha z Tybetu, przemawiał Karol Irzykowski, 
który witał w piewcy palenia wdów przedstawiciela prastarego świata Ariów: „Tagore równie 
jak Kołoniecki i Spengler nie szuka łatwych rozwiązań w talentyzmie i życiu ułatwionym”. 
Potem przemawiał Miriam. Dokładny tekst jego przemówienia brzmi w stenogramach: „Ga, 
ba, du, e, ee et caetera”. Po paruminutowej przerwie Miriam pyta wielkiego proroka znad 
Gangesu, czy w Indiach rosną pinie, i twierdzi, że powinno się wyciąć wszystkie pinie, bo 
pinia i Pini to dwaj kuzyni. Miriam proponuje również drowi Szapirze nabycie wszystkich 
praw Tagore na lat pięćdziesiąt za sto złotych, które dr Szapiro natychmiast inkasuje. Prezes 
akademii przywołuje Miriama i drą Szapirę do porządku. Następnie zabiera głos znakomity 
gość Akademii, Melchior Wańkowicz, który zapytuje Tagorego, czy prawdą jest, że jako 
chłopiec dwunastoletni rozmawiał po angielsku ze swoim korepetytorem i czy nie uważa, że 
to hańba dla tak wielkiego poety jak Tagore. Prezes przywołuje mówcę do porządku. Z kolei 
zabiera głos Zofia Nałkowska: „Prostota Tagorego polega na przesączalności jego hormonów 
podświadomości   i   na   jednoznaczności   napięcia   jego   struktury   apriorystycznej”.   Wielki 
Hindus   jest   bardzo   wzruszony  i   dyskretnie   ociera   łzy.   Dr   Szapiro   wykrzykuje:   „Ślicznie 
powiedziane!” Po zakończeniu części uroczystej w salonach Polskiej Akademii Literatury 
odbył się raut z udziałem szerokich sfer inteligencji pro rządowe j.

Wielki piewca dżungli indyjskiej okazał się bardzo wesołym kompanem. Tagore chwalił 

bardzo   wódki   Baczewskiego   oraz   piwo   grodziskie.   Lekkie   zdziwienie   wywołało,   że   w 
pewnym momencie dr Szapiro w imieniu wielkiego piewcy zaproponował grę w trzy karty. 
Jest  to podobno zwyczaj  indyjski.  Uproszono więc  prezesa Grubera,  aby zechciał  zagrać 
partyjkę ze znakomitym gościem z kraju tygrysów i węży. Prawdziwą niespodzianką było, że 
nad ranem Tagore, tańcząc z sekretarką Polskiego Klubu Literackiego, Stellą Olgiert, odezwał 
się nagle po polsku: „Uj dziś, dziś” i zaczął przytupywać. I cóż się okazało? Jak wyjaśnił nam 
usłużny dr Szapiro, Tagore jako dziecko poznał w Indiach komiwojażera Rabinowicza, z 
którym bardzo się zaprzyjaźnił. Rabinowicz nauczył go po polsku i namówił, aby zechciał 
odwiedzić Syreni gród. Uroczystość zakończono wręczeniem podarków. Wśród prezentów 
powszechną   uwagę   zwracał   karabin   w   stylu   zakopiańskim   —   prezent   dyrekcji   fabryk 
„Pocisk”. Znakomity gość odjechał do hotelu „Transyaal” na ulicę Karmelicką.

background image

M

IEJSCA

 

DLA

 

POEZJI

 

AWANGARDOWEJ

!

R

EWELACYJNY

 

TOM

 

WIERSZY

 T

ADEUSZA

 P

AJBOSIA

Skończył się terror grupy Skamandra, której członkowie, wysuwając się na czoło i tym 

samym wpływając na kształtowanie się prądów współczesnej poezji, deformowali źródła i 
wywierali ucisk na nici łączące poezję polską z uświadomieniem klasowym i kuźnią rdzenia 
narodowego.

Klika, która dawała miejsce raczej psom niż poetom, odeszła od władzy i nawa polskiej 

poezji awangardowej nie będzie już posłuszna batucie cynicznego dyrygenta  i rytualnego 
rzezaka   wszystkiego   co   młode.   Ukazał   się   nowy  rewelacyjny   tom   poezji,   który   młotem, 
rozbijającym   stare   mury   pleśni,   otworzył   nową   kartę   literatury.   Jak   określić   Tadeusza 
Pajbosia? Najprostsze byłoby powiedzieć, że jego obrazowanie jest tłocznią podświadomości 
autentyzmu   i   derutacji   wzbierających   przesłanek   lirycznych,   w   przeciwieństwie   dla   jego 
rytmiki,   która   jest   siłomierzem   schorzenia   otaczającej   nas   rzeczywistości   w   przekroju, 
przesączalności  osmozy wieków i prężności emocjonalnej. Pajboś nie boi się kontrastów. 
Weźmy choćby taką strofę z poematu: No to co?

Jak wieczorna mgła przykryła
Fioletowe sznury krów
A mnie moja bycza bycza bycza
To co wiesz wychodzi znów.

Zdegenerowany   poeta   skamandrowy,   oczywiście,   zasonansowałby  słowo  „przykryła”   z 

„moja mała”. Pajboś powiada „moja bycza”, i w tym jest uświadomienie klasowe. W tej 
erupcji sprzeciwu jest też determinacja supergotowości do wydzielenia z siebie całego balastu 
atawizmu,   i   słusznie   powiedział   Napierski,   „koszałkowość   opałkowość   rozproszonych 
kropelek   szczebiotliwości”.   Ale   to   nie   próżna   kokieteria   i   „użycie   ułatwione”   taniego 
erotyzmu. To potęga świadoma swej siły. Któż by powiedział o krowach „sznury krów?” 
Pajboś   widzi   wyraźnie,   że   elementem   określającym   nie   są   te   banalne   rogi   i   nudne 
przereklamowane wymiona, ale właśnie sznur, sznur łączy człowieka z krową. W jaki sposób 
człowiek prowadzi krowę? Rzecz prosta, przy pomocy sznura. Krowa jest przecież brudna i, 
jak słusznie podkreślił Tadeusz Breza w swoim doskonałym studium pt. „Dialog Marka z 
Lucysiem o krowach Pajbosia”, nie dotykamy się krowy rękami, tylko „powodujemy przy 
pomocy   sznura   zmiany   w   jej   układzie   rytmicznym”.   Ocenili   to   tak   znakomici   styliści   i 
mistrze metafory jak Jan Chmurek i Karol Irzykowski.

Trzeba to raz i wyraźnie powiedzieć, że Pajboś nic nie rozstrzyga. Nie kusi się o definicje 

ostateczne, lecz po prostu cementuje wizualność narastających potencjałów w paraboliczności 
skrótu morfologicznego. Oto wymowny przykład i jednocześnie odpowiedź, którą daje Pajboś 
krytykom spod znaku arrywizmu i uniwersalizmu skamandrowego:

Z

ACHÓD

Przez włosy drzew
Aleją snów
Jak to co tam
Bulgocze
Ostatni przystanek tramwaju nr 20

background image

Śmiało naprzód i w tył
Stalowe liny furkotem ciężaru pług
Tragiczną wolą buntu połogi przedmieść
Armaty na włosach długo trwa noc
Raniona w plecy wlecze za sobą krwi zachód
A już czarnymi idzie uderzenia nóg
Pierwszy drugi trzeci czwarty piąty
Uderza dopiero ósmy
Poezjo płynąca włosami drzew
Armio liter na front!

Oczywiście,   poszukiwacz   dreszczyków   lirycznych   z   mieszczańskim   wygodnym 

nastawieniem   kierunkowym,   jako   odbiorca   wiersza   „Zachód”   dozna   zawodu.   Uderzy   go 
niezwykłość   aliteracji   i   spięć   emocjonalnych   i   afirmatywnych,   ale   nie   zrozumie   istotnej, 
rewolucyjnej   i   głęboko   rasowej   prawdy  wyznania.   Odczuć   istotę   tego   dramatyzmu   i  siłę 
regenerującą rdzeń rasowo proletariacki może tylko człowiek pracy. To jest poezja szarego 
człowieka, a więc to jest poezja mas. To jest poezja rzeczywistości polskiej, a więc jest to 
poezja   ludu   pracującego.   Naturalnie,   mówiąc   o   masach   pracujących   i   uświadomionych 
narodowo, nie mamy na myśli wygodnych i sytych jednostek, ale Pajboś przemawia do tych 
bezrobotnych, którzy odczują dobrze surrealizm metaforyczny kontrowersji podświadomości 
i   szczodrobliwość   niezmierną   tego   włodarza   mechanicznych   narożnic   budującego   się 
polskiego przewrotu formalnego.

Niniejszym   zwracamy   się   do   Polskiej   Akademii   Literatury,   aby   na   znak   zwycięstwa 

prawdziwych i żywotnych sił proletariatu rasowo polskiego wystawiła na wszystkich placach 
Warszawy pomniki Tadeusza Pajbosia dłuta Szukalskiego lub przynajmniej zakupiła dwieście 
egzemplarzy   poematu   No   to   co?   i   rozesłała   je   wszystkim   placówkom   myśli   polskiej   za 
granicą.   Na   nowej   gontynie   poezji   awangardowej   niech   wypisze   ognistymi   głoskami   lud 
pracujący: „Wstęp psom i przyjaciołom psa wzbroniony”. Kres zbliża się. Z tego, co jest, 
zostanie   tylko   kamień   na   kamieniu   pod   twardym   podmuchem   nadchodzącej   masy 
wyzwolenia awangardowego i pod zalewem żelaznych pięści idącego pokolenia najmłodszej 
poezji. Wzywamy rząd do przyznania Tadeuszowi Pajbosiowi nagrody młodych.

N

OWY

 

TON

 

W

 

POWIEŚCI

 

POLSKIEJ

Aplikant Szymek Tadeusza Mierzwy–Gusłowskiego. Warszawa, „Rój” 1937; str. 83 i 1 nl.

Wątek   powieści   rozwija   się   dość   nieoczekiwanie.   Po   znakomicie   przedstawionym 

środowisku   spotykamy   ciekawy   opis   podróży   Szymka   koczo–bryczką   na   naszych 
przysłowiowych   drogach   polskich.   W   pewnym   miejscu   autor   powiada:   „Koczo–bryczka 
potknęła się o szyny nie rozebranej jeszcze kolejki i Szymek wypadł na drogę i rozpił się 
katastrofalnie”. Początkowo myślimy, że jest to prosty błąd zecerski i że powinno być „rozbił 
się”. Ale Gusłowski należy do pisarzy nie znających najmniejszego nawet potknięcia czy 
niekonsekwencji. Gusłowski nie cofa się nigdy. Jest napisane, że rozpił się, to znaczy tak być 
musiało. Już następne zdanie rozwija tę myśl konsekwentnie. „Szymek, mimo że miał dopiero 
lat osiem, od tego upadku poczuł namiętny pociąg do alkoholu. Po wypadnięciu z koczo–
bryczki   wpadł   na   chwilę   do   traktierni   narożnej   i   kazał   sobie   podać   angielkę   wódki. 
Pożądliwym okiem patrzył na ledę, za którą mieniły się kolorowe szkła butelek”. Oczywiście, 
pierwszym naszym wrażeniem jest, że mamy tu znowu do czynienia z błędem drukarskim i że 
powinno być po prostu „patrzył na ladę”. Ale Gusłowski nie uznaje omyłek. Podnosi śmiało 

background image

ten nowy motyw, który wkradł się do jego opowiadania, i kroczy z odwagą naprzód. Powiada: 
„Patrząc na ledę, poczuł jeszcze coś innego. Poczuł pożądliwość, i zdjęły go lubieżne ciągoty. 
Uderzył skrzydłami po wodzie, wygiął długą szyję i zabulgotał namiętnie”. Opowieść toczy 
się   teraz   wartko   i   na   następnej   stronie   Szymek   jako   łabędź   dostaje   się   do   ogrodu 
zoologicznego   w   Poznaniu.   Inny   autor   oczywiście   poprzestałby   na   tym,   ale   żelazna 
konsekwencja   Gusłowśkiego   nie   uznaje   kompromisów.   Powiedział   przecież,   że   Szymek 
rozpił się katastrofalnie, więc Szymek, jako łabędź czy nie łabędź, pić musi. Oczywiście, nic 
łatwiejszego, niż kazać łabędziowi pić wodę. Ale czyżby to było rozpicie się? Nie, byłoby to 
wykłamaniem się niegodnym pisarza, który bierze pełną odpowiedzialność za każde słowo. 
Daje więc nam Gusłowski przepyszny obraz łabędzia, który pijany i utytłany w błocie, wlecze 
się smutną polską drogą. Kończąc ten wstrząsający opis, poeta powiada: „Szymek, on biały 
ptak królewski, musiał ustąpić z drogi idącemu stadu świń. Czekał, aż przejdą. Pomyślał: 
wieleż   jest   świń   na   świecie.   Zaciekawiony,   zaczął   leczyć   przechodzące   zwierzęta”. 
Oczywiście, miało być „liczyć przechodzące zwierzęta”. Ale słowo się rzekło. W następnym 
rozdziale widzimy Szymka jako doktora Łabędzia, znakomitego weterynarza, niosącego ulgę 
i pomoc zwierzętom i psom. Powieść kończy się akcentami pełnymi liryzmu i miękkości. 
Autor potrafi nie tylko budować dzieje swego bohatera z nieustępliwą, męską konsekwencją, 
ale umie być również jego obrońcą i przyjacielem.

Pod szorstką powłoką słów kryje się w Gusłowskim serce poety.

W

IELKA

 

METAM

 — 

PSY

 — 

CHOZA

 

WYDAWNICZA

P

RZYJACIEL

 

KOTA

D

WUTYGODNIK

 

POŚWIĘCONY

 

SPRAWOM

 

KOTÓW

Nie dość jest być przyjacielem kota, trzeba jeszcze prenumerować Przyjaciela Kota i być 

nieubłaganym wrogiem każdego psa i przyjaciela psa, gdyż przyjaciele naszych nieprzyjaciół 
są naszymi  wrogami.  Nie chcemy,  abyście  kupowali „kota w worku”, dlatego  rozsyłamy 
egzemplarze okazowe bezpłatnie.

Stałą   współpracę   obiecali   (przy   najbliższym   współudziale   norweskiego   ministra   spraw 

zagranicznych   Haldane   Kohta,   francuskiego   ministra   lotnictwa   Pierre   Cota,   profesora 
Uniwersytetu Jagiellońskiego Stanisława Kota, poety Jana Kotta), Kotarbiński, Kotarski,

Kotecki, Kotkowski,  Kotlarski, Kotlarewicz, Kotlewski, Kotlicki, Kotliński, Kotnowski, 

Kotowicz,  Kotowski, Kotulański, Kotyński.  Bogaty dział redakcyjny zawiera rewelacyjny 
sposób tępienia psów.

Z

APISKI

 

Z

 

PODRÓŻY

Com się najeździł. Napisał Feliks Sarna–Kolasiński. Łomża, autor. 1936; str. 128 i 4 nl.
Kiedyś lud nasz wędrował za morza szukając chleba, a dziś najlepsi synowie ojczyzny 

szukają   chleba   duchowego   w   dalekich   wędrówkach   po   obcych   krainach,   za   górami,   za 
morzami. Cóż ich tak gna? Ano, cóż by innego jak nie tęsknica, matka rodzona. Każe ona 
rzucić ciepłe piecyki gazowe, dom, matkę, kobietę i iść szlakiem samotnej wędrówki. Kij 
tułaczy ukochali w literaturze przede wszystkim poeci. Pamiętamy wszyscy, jak mistrz Janta
—Paczkowski   odjechał   sam   na   rowerze,   w   mglisty   poranek   grudniowy   do   dalekiej   i 
słonecznej   Francji,   aby   ze   starym   tułaczem   Lechoniem   dzielić   gorzki   chleb   emigracji. 
Podróżował   wiele   słynny   bajkopisarz   Makuszyński,   lubił   podróże   Kazimierz   Zalewski, 

background image

ukochał  szlak  wędrówek poeta   Julian   Tuwim,  ciągnęła  zawsze  dal  niezmierzona   artystkę 
Szpyrkównę. Jeśli mówimy o kimś; „O, on daleko zajedzie”, mamy zwykle na myśli jego 
karierę   materialną.   Ale   nie   tylko   pieniądzem   człowiek   żyje.   Dusza   wyrywa   się   w 
^przestworza. Taine cudnie opisuje w swoim dziele ten pęd naprzód, te głody serca, które się 
dają   zaspokoić   tylko   błękitem   skał   i   morza.   Z   pisarzy   polskich   wspomnieć   należy   o 
podróżach   Wilama   Horzycy   (Dwa   lata   w   krainie   krasnolubków),   o   wycieczkach 
przyrodniczych   Bolesława   Leśmiana   (Czarna   Struga,   Brwinów,   Pyry)   oraz   wyprawach 
Andrzeja   Struga   do   Grecji   i   Wacława   Gruibińskiego   do   Budapesztu.   Do   wyżej 
wspomnianych przybywa nowy podróżnik polski Feliks Sarna–Kolasiński.

Autor   zwiedził   świata   niemało   i   chwilami   aż   się   nam   czas   i   rozległość   jego   podróży 

wydają nieprawdopodobne. Sarna—Kolasiński urodził się w 1901 r., ma więc lat trzydzieści 
pięć. Jak wynika z jego książki, osiem lat był w Hadze, dwanaście lat w Sycylii (?), pięć lat w 
Białogrodzie, dwa lata w zakładzie psychiatrycznym w Białymstoku, cztery lata w „różnych 
Amerykach”,   piętnaście   lat   w   Rosji,   dziewięć   lat   w   Wiedniu,   pięć   lat   na   „wyspach 
żydowskich”   i   dwadzieścia   dwa   lata   spędził   wśród   dzikich   w   Brazylii.   Razem   czyni   to 
siedemdziesiąt dwa lata. Wyczyn jak na trzydziestopięcioletniego mężczyznę wspaniały!

Ciekawe są zwłaszcza opisy życia Indian południowo–amerykańskich. Pozwalamy sobie 

przytoczyć opis wizyty u króla dzikusów brazylijskich:

„Ichnie zwyczaje już są takie, że co dzień o piątej trzeba się meldować w szałasie wodza. 

Początkowo przysyłał cesarz po mnie posługacza, to jest ichniego adiutanta. Taki sukinsyn 
popychał   i   szturgał,   no   i   prowadził   do   gabinetu   Jtróla.   Teraz   sam   tamoj   chodzę.   Jego 
królewska   wysokość   i   szerokość,   bo   gruby   aż   strach,   ubrany   jest   zawsze   w   biały   kitel 
tropikalny. Grają tam sobie w karty z Wilusiem i jeszcze jednym, który mówi mi, że jest 
cesarz chiński, ale jak do. niego się po chińsku zabrałem, ani dudu, tylko dęba, aż czapkę 
zgubił.   Król   bardzo   grzeczny   i   człowieka   uszanuje.   Zawsze   się   o   zdrowie   pyta,   a   już 
specjalnie, czy ręce się nie pocą, że niby takie u nich upały panują okropne”.

Jak widzimy, Sarna–Kolasiński, który jest człowiekiem prostym, nie dobiera specjalnie 

wyrażeń,   ale   mówi   szczerze,   co   czuje   i   co   myśli.   Książka   ma   wskutek   tego   pewne 
niedociągnięcia formalne, okupuje to jednak świeżością i bezpośredniością. Brawurowy jest 
opis przejazdu Kolasińskiego przez Saharę na rowerze. Przed oczami stają przepiękne, cudne 
strofy   Fary   są   Słowackiego.   Obrazy   te   mają   coś   z   uroczych   scen   malarza   Rousseau   i 
naiwności Jana Jakóba Wojciechowskiego.

Godny zanotowania jest również opis pałacu w Hadze: „Jak tę prośbę podałem, to mi 

powiedzieli, że pan minister prosi, żebym tam pojechał. Szwagier mnie zawiózł na dworzec, i 
patrzę, wagony stoją, ale salonki, jak mi obiecywali, nie ma, tylko trzecia klasa. W wagonie 
siedział coi prawda jeden żołnierz. Z początku się wypierał, że go od pana ministra po mnie 
wysłali, ale jak szwagier coś z nim poszeptał, to się przyznał. W samej Hadze bardzo dużo 
doktorów w białych kitlach, i zaraz mnie się wydało podejrzane, czy mnie czasem do cesarza 
czarnych nie zawieźli do Ameryki. Ale stał jeden, z którym się zapoznałem, i od niego się 
dowiedziałem, że cesarz Wiluś tu jest naprawdę, tylko że wyszedł za potrzebą i zaraz wróci 
na salę ogólną. Więc się już uspokoiłem”.

Mimo niewątpliwych dziwactw, książkę Sarny–Kolasińskiego czyta się z zapartym tchem.

J

AK

 

ODPOWIADAĆ

 

DZIECIOM

 

NA

 

DRAŻLIWE

 

PYTANIA

Niebawem nakładem „Roju” ukaże  się książka  Ireny Krzywickiej  pt.  Jak  odpowiadać 

dzieciom   na   drażliwe   pytania.   Z   książki   tej   podajemy   najciekawszy   ustęp:   „Jest   rzeczą 
wiadomą, że dzieci są wścibskie i ciekawskie. Czy należy odpowiadać na wszystkie pytania? 
Czy należy z fałszywą pruderią udawać, że się pytania nie dosłyszało? Nie, obowiązkiem 

background image

człowieka współczesnego jest patrzeć śmiało w oczy własnych i cudzych dzieci. Jeśli chodzi 
o   pytania   drażliwe   —   bo   na   pytania   zwykłe   oczywiście   nie   ma   co   odpowiadać   byle 
szczeniakowi   —   najlepiej   jest   mieć   z   góry   przygotowane   odpowiedzi.   Podaję   więc 
najważniejsze i najczęściej przez dzieci zadawane pytania.

— „Mamusiu, z czego się robią dzieci?”
Na to pytanie proponuję dwa rodzaje odpowiedzi. Jeśli dziecko jest jeszcze za małe, aby 

mogło zrozumieć prawdę, należy odpowiedzieć: „Dzieci powstają z nadmagnezjanu chlorku 
potasu”. Jest to odpowiedź bardzo zręczna, gdyż dziecko przeważnie nie może spamiętać tej 
długiej nazwy i gdy powtórzy to w szkole lub kawiarni starszemu koledze, nigdy się nie 
wyda, żeśmy dali fałszywą informację, i w ten sposób autorytet rodziców zostaje zachowany. 
Gdy dziecko zapamięta i po paru latach, wiedząc już, o co chodzi, przypomni z wyrzutem, że 
się je oszukało, można  pętakowi wmówić, że przekręciło słowo „potas”. Inna odpowiedź 
powinna być stosowana wobec dzieci już większych. Jeśli chodzi o chłopców i dziewczęta w 
wieku dojrzewania, należy odpowiedzieć: „Dzieci powstają z zaniedbania i lekkomyślnego 
zapuszczenia ciąży”.

— „Tatusiu, dlaczego tatuś jest taki czerwony, gdy ściska służącą?”
Jest to bardzo typowe pytanie, na które należy odpowiedzieć, przerzucając zręcznie sprawę 

na   tło   społeczne.   Mówimy   więc   poważnie:   „Tak,   moje   dziecko.   Służąca   należy   do 
proletariatu,   a   ludzie,   którzy   zbliżają   się   do   proletariatu,   są   «czerwoni».   Możesz   o   tym, 
dziecko,   przeczytać   w  Płomyku  i   w  Ilustrowanym   Kurierku”.   Gdy   dziecko   zacznie   się 
mądrzyć, że to nie to samo, możemy dodać: „Paszoł won, szczeniaku”.

— „Mamusiu, czego chciała ode mnie ta pani, co stoi zawsze u nas na rogu ulicy?
Na to odpowiemy: „A won, ty bydlaku! Stare chłopisko, kobity go na ulicy zaczepiają, a 

on się pyta mamusi”.

W razie pytań bardziej skomplikowanych, na które nie mamy gotowej odpowiedzi, należy 

uciekać się do dywersji taktycznej. Np. dziecko pyta się, czy chlorek potasu jest związkiem 
węgla. Odpowiadamy: „Nie garb się”. Albo: „Nie nudź, widzisz, że mamusię głowa boli”. 
Albo też  najprostsze: „Paszoł won, pętaku”.  Zwykle  dziecko  odpowiada  na to „Ty sama 
paszoł”, a to już jest oczywiście wystarczającym pretekstem do sprania szczeniaka. Potem 
następują płacze, przeprosiny, i sprawa potasu rozpływa się we łzach pojednania.

Bardzo częsty u dzieci jest objaw pytań seryjnych. Np. dziecko pyta się, co to jest na 

szybie. Odpowiadamy: „Mróz”. „A dlaczego mróz”. Odpowiadamy: „Bo zima”. „A dlaczego 
zima? A co idzie po zimie?”. Przy zimie stosujemy pierwszy cios w szczękę. Zdarzają się 
oczywiście   cierpliwsi   rodzice,   którzy   biją   w   mordę   dopiero   przy   jesieni   lub   nawet   po 
jedenastym, a nawet dwunastym pytaniu. Pewna matka z Ohio uderzyła dziecko dopiero po 
trzydziestym piątym pytaniu, które brzmiało: „Dlaczego mamusia gryzie syfon?” Był to, o ile 
wiadomo, rekord świata. Normalni rodzice walą w pysk przy trzecim lub czwartym pytaniu. 
Oczywistym błędem jest bicie już przy drugim pytaniu. Znałam ojca, którego synek spytał: 
„Jak się nazywa ta ulica?”. Ojciec odpowiedział: „Chmielna”. Dziecko spytało: „A jak na 
imię?”. Ojciec zaczerwienił się, no i naturalnie bęc szczeniaka w mordę. Otóż bicie przy 
drugim lub trzecim pytaniu uważamy za szkodliwe. Po pierwsze, oducza dziecko w ogóle od 
zadawania pytań, po drugie, odbiera uderzeniom właściwe napięcie.

Słynny uczony norweski Hugo von Gulgenstjerna radzi stosować w pedagogice system 

riposty.   To   znaczy   odpowiadania   na   pytanie   pytaniem.   Gdy   dziecko   pyta:   „Mamusiu, 
dlaczego pan Giellepur zdejmuje spodnie w salonie?”, należy szybko; odpowiedzieć: „A ile 
jest trzydzieści  pięć razy osiem?”,  albo: „ W którym  roku była  bitwa pod Zamą?”. Gdy 
dziecko odpowie: „Nie wiem”, mówi się: „No to won, ty szczeniaku, do książki, ty cholero, 
uczyć   się,   a   nie   gadać   o   cudzych   parszywych   portkach”.   Metoda   ta   daje   bardzo   dobre 
rezultaty i jest stanowczo lepsza od systemu drą Margulsteina, który zaleca dawanie dziecku 
zamiast odpowiedzi datków pieniężnych. Gdy dziecko pyta się: „Czy bocian przynosi dzieci 

background image

zaraz czy w dziewięć  miesięcy potem?”, odpowiadamy:  „Masz tu, kochasiu, dwadzieścia 
groszy, i jesteśmy kwita”. Przy bardziej kłopotliwych pytaniach suma może dojść do setek, a 
nawet tysięcy. Dr Margulstein opowiada o pewnym dziecku w Zurichu, które pytało ojca o 
pewną urzędniczkę z jego biura i dostawało jednorazowo po dziesięć tysięcy franków, i to 
szwajcarskich.

Dzieci,   jak   to   już   powiedzieliśmy,   są   wścibskie   i   interesują   się   tematami 

seksuologicznymi. A przecież często się mówi, że nasi milusińscy lubią tylko zabaweczki i 
laleczki.   Ten   symplicystyczny   pogląd   na   dzieci   naszego   pokolenia   stanowczo   należy 
odbrązować. Oczywiście, wszystkie wyżej podane sposoby są to tylko surogaty. Pozostaje 
droga otwartej prawdy i uświadomienia naukowego. Zawsze najprostsze i najzdrowsze będzie 
zapoznanie dziecka z nagim faktem. W tym celu polecamy gorąco znakomitą książkę dra 
Grützhändlera pt. Noga i jej okolice ze składaną mapką i portretem autora.

PRACOWNIACH

 

PISARZY

 

POLSKICH

Wacław Grubiński. Bardzo gustowna pracownia, przybrana irysami. Na stole puzderko z 

miętówkami.   Kanapka   z   serem   szwajcarskim   i   kanapka   z   poduszeczkami.   Lala   pierrota 
rzucona   z   wdziękiem   na   kozetkę.   W   każdym   kącie   pokoju   kraszuarka.   Na   stole   ptifury. 
Gospodarz w bonżurce mówi bonżur i adie, bo widać czeka na wytworną panią, która ma 
odwiedzić pisarza w jego wytwornym wnętrzu. Paa!

Bolesław   Leśmian.   Pracownia   ma   ściany   z   drutu.   Podłoga   drewniana.   Na   prawo   dość 

wysoko   porcelanowa   miseczka   z   wodą   i   druga   prawie   identyczna   z   ziarnkami   siemienia 
lnianego. W jednej ze ścian tkwi ogromny kawał cukru. Gospodarz w żółtym surduciku siedzi 
na krążku i telefonuje do Jarosy’ego w sprawie monopolu węgla polskiego w Brazylii. Tamże 
kancelaria rejenta. Wejście do klatki z prawej strony.

Jan Parandowski. Tak zwane „atrium”  z basenem półokrągłym.  Dokoła  kolumnada  w 

stylu Iwowsko—tanagryjskim. Na półkach dzieła Oscara Wilde’a w przekładzie rzymsko—
katolickim i grecko–ewangelickim. Fotografia Tadeusza Zielińskiego w rubaszce i sandałach. 
Głośniki radiowe.

Julian Tuwim. Straszny stół jęczy bólem drzewa. Sufit blady jak papier odbija w sobie 

papier blady jak sufit. Kanapa wydłuża się w nieskończoność, wychyla się przez lufcik w 
wieczność, która straszy od podwórza. Wielki szczur zjada słowo. Połyka korzenie słowa, 
zostają tylko  końcówki. Na oknie stoi flakon z eliksirem Barwistanu. Kosz od śmieci na 
biurku. Kwitki, papierki i szczury tańczą dokoła liliowo–złotej fotografii.

P

OLSKA

 

ZA

 

GRANICĄ

— W dziele  O rozmnażaniu się roślin  botanika angielskiego MacDonalda Elliensmitha 

znajdujemy na str. 1939 wyrażenie „pollen”. Oczywiście, jest tu mowa o Polakach. Możliwe 
jest również, że słowo to oznacza „pyłek” kwiatowy, jak to twierdzą niektóre słowniki, ale 
możliwe, że chodzi tu o Polaków.

— Znane   pismo   żydowsko–angielskie  Times  odwrotnie   czyta   się  Semit)   bardzo   często 

wspomina o polskich butach z cholewami („Polish shoe”). Wiadomo. Chlewy i cholewy, że 

background image

niby cała Polska chodzi tylko w długich butach. Wyraźna robota hitlerowsko–żydowskich 
masonów i bolszewików.

— Poważny   tygodnik   amerykański  The   New–Yorker  w   zeszycie   kwietniowym   br. 

pomieszcza artykuł pt. „konie w zaprzęgu”, w których parę razy powtarza się słowo „pole”. 
Słowo to oznacza „dyszel”, ale możliwe również, że chodzi tam o Polaków.

K

REM

 P

ALIMOL

 

USUWA

 

INNE

 

KREMY

Nie ma już innych kremów kosmetycznych. Jest tylko „Palimol”. Bez względu na to, jakim 

kremem mielibyście posmarowaną twarz, „Palimol” usuwa inne kremy.  Po posmarowaniu 
twarzy jakimkolwiek kremem kosmetycznym, weźcie na watę odrobinę kremu „Palimol” i 
mocno natrzyjcie twarz. Z poprzednich kremów nie zostanie nawet śladu. Zaczerwienienia na 
skórze mijają natychmiast! Należy tylko po natarciu twarzy poczekać parę minut i obmyć 
„Palimol” wodą, a wszystko mija.

R

OZRYWKI

 

UMYSŁOWE

N

OWE

 

ZADANIA

1. Który basen był najprędzej opróżniony?

Pięciu braci: Adam, Adaś, Adolf, Adek i Alojzy postanowiło iść do kąpieli. Ponieważ to 

postanowienie nie było jednoczesne, gdyż każdy z braci był starszy od następnego o tyle ile 
najmłodszy miał lat przy narodzeniu najstarszego — ojciec pięciu braci dał im na kąpiel w 
różnych walutach. Adam dostał dwadzieścia dwie kopiejki przedwojenne, Adaś — czterysta 
kierenek, Adolf — czek na sto złotych, płatny w Paryżu, Adek — tysiąc trzysta dwadzieścia 
trzy marki niemieckie, a Alojzy — dwadzieścia kuponów polskiej pożyczki inwestycyjnej. 
Adam   pojechał   do   Anglii,   bo   na   kontynencie   nie   znano   jeszcze   otwartych   basenów 
pływackich. Basen był wielkości 37 metrów na 2 i głęboki na 86 m. Gdy dyrekcja basenu 
zauważyła, że Adam zanieczyścił basen, kazała całą wodę z basenu spuścić. Gdy spuszczono 
już jedną jedenastą, Adaś  wyjechał  do Brukseli, gdzie właśnie otwarto kryty  basen. Gdy 
zauważono,   że   Adaś   zanieczyścił   wodę,   kazano   opróżnić   basen,   który   był   tak   duży,   jak 
różnica wieku między Adamem i Alojzym, pomnożona przez odległość z Anglii do Brukseli. 
Gdy opróżniono jedną dwunastą basenu, wyjechał z Warszawy Adolf. Adolf zatrzymał się po 
drodze w Berlinie i Zurichu tak długo, jak długo trwało opróżnienie piątej części basenu w 
Brukseli. Adolf kąpał się w Pradze. Gdy zauważono, że zanieczyścił basen, zaczęto spuszczać 
wodę.  Basen  w  Pradze  miał   pojemność  o  dwie  trzecie   większą  od  basenu  w  Anglii,   ale 
szybkość spuszczenia wody była o tyle większa, o ile Adolf starszy był od Adasia. Wtedy 
wyjechał Adek. Jechał tak długo, jak długo spuszczano jedną jedenastą basenu w Anglii plus 
różnice   kursu   kierenek   i   marek   niemieckich.   Gdy   Adek   zanieczyścił   basen,   wody   nie 
spuszczono,   gdyż   było   to   w   Warszawie   na   Łazienkowskiej,   tylko   zaczęto   wodę 
wypompowywać. Wypompowywano dziennie tyle, ile miał lat Adek plus odległość z Pragi 
do Brukseli. Gdy wypompowano już jedenaście piątych, Alojzy wyjechał, ale zachorował w 
drodze   i   leżał   w   szpitalu,   gdzie   mu   podawano   basen   do   łóżka.   Gdy   zauważono,   że 
zanieczyścił basen, wylano zawartość. Wylewano tak długo, jak długo jechał Adam do Anglii 
plus wiek Alojzego. Dla ułatwienia dodamy, że basen angielski był większy od basenu w 
Pradze o tyle, ile miał pieniędzy Adaś po opłaceniu kąpieli.

background image

2. Kontredans szpitalny

W   jednej   z   sal   szpitalnych   leżą   pp.   Żółtaszek,   Czer—wonkiewicz,   Szkarłacki, 

Czarniawski,   Białas   i   Grycendler,   przy   czym   Żółtaszek   ma   czerwonkę,   Czerwonkiewicz 
żółtaczkę, Szkarlacki czarną ospę, Czarniawski szkarlatynę, Białas białko, a Grycendler jest 
wariat. Wszyscy mają wysoką temperaturę i dreszcze, wszystkich gorączka miota do tego 
stopnia,   że   ich   przerzuca   z   łóżka   do   łóżka   —   i   w   ten   sposób   zarażają   się   stopniowo 
wszystkimi chorobami. Pośrodku sali jest otwarte okno, obok którego przelatuje każdy chory, 
zmieniając łóżko. Kiedy wszyscy zwariują, a Grycendler wyskoczy przez okno?

U w a g a :   Grycendler,   będąc   wariatem,   cierpi   też   na   pęcherz.   Białas   nie   miał   w 

dzieciństwie odry, a Żółtaszek jest szwagrem Czarniawskiego.

Tajemnicze słowo

W poniższym alfabecie brak czterech liter: b, c, e, f, g, h, i, j, k, l, ł, m, n, o, r, s, t, w, z, y.  

Gdy brakujące litery ułożyć w ten sposób, że pierwsza i trzecia będą spółgłoskami, druga zaś i 
czwarta samogłoskami, otrzymamy słowo czteroliterowe, oznaczające część ciała ludzkiego, 
a także zwierzęcego. Pierwsza litera tego słowa jest czwartą literą alfabetu, a czwarta — 
pierwszą, natomiast litery drugie i trzecie nie mają tych właściwości, przy czym druga litera 
(samogłoska) wchodzi w skład słowa „zdun”, trzecia zaś (spółgłoska) jest pierwszą literą 
skrótu oznaczającego Polską Akademię Literatury. Gdy całe słowo, które mamy odgadnąć, 
przeczytamy   wstecz,   otrzymamy   wyraz   łaciński,   oznaczający   „przy”.   Pierwsza   sylaba 
naszego słowa jest zaimkiem niemieckim, którym ludzie posługują się, gdy są ze sobą na ty, 
druga   zaś   w   języku   dziecinnym   wyraża   pożegnanie.   Gdy   poszukiwane   przez   nas   słowo 
powtórzyć kilkadziesiąt razy z rzędu (im częściej, tym lepiej), słyszymy wyraźnie „padu”. 
Jeżeli   usuniemy   ze   słowa   pierwszą   i   czwartą   literę,   pozostałe   zaś   przeczytamy   wstecz, 
otrzymamy dźwięk ,,pu”, gdy zaś usuniemy drugą i trzecią, a przeczytamy wstecz pierwszą i 
czwartą,   brzmienie   ich   będzie   „ad”.   Gdy   napiszemy   wyraz,   będący   trzecią   osobą   liczby 
pojedynczej   czasu   przeszłego   (dokonanego)   od   czasownika,   oznaczającego   utracenie 
równowagi i znalezienie się wskutek tego na podłodze, i w wyrazie tym usuniemy ostatnią 
literę, która w wydrukowanym powyżej alfabecie znajduje się pomiędzy literami kim, lecz nie 
jest   literą   l,   resztę   zaś   liter   zaczniemy   szybko   powtarzać   (patrz   wyżej),   otrzymamy 
poszukiwane tajemnicze słowo, które poza tym jest pełnym i dźwięcznym rymem do słów 
następujących: zupa, kupa, chałupa, trupa, słupa, żupa, grupa, lupa. Jakie to słowo?

4. Tajemnicze morderstwo

Paweł i Gaweł  w jednym  stali domu, Paweł na górze, a Gaweł na dole. Stróż domu, 

Maweł, budził  Pawła co dzień  o 8, Gawła zaś  o 9. Punktualnie  o 9,15 gazeciarz  Raweł 
przynosił Pawłowi i Gawłowi gazetę, a o 9,30 przychodził do nich fryzjer Zaweł, przy czym 
najpierw golił się Gaweł, a po kwadransie Paweł. Paweł wygrał na loterii zł. 50., Gaweł zaś 
zł. 60. O wygranej  Pawła wiedzieli Maweł i Zaweł, o wygranej Gawła: Raweł i Maweł. 
Gaweł nie wiedział o wygranej .Pawła, Paweł zaś wiedział o wygranej Gawła. Dn. l kwietnia 
1936 r. listonosz Haweł przyniósł Pawłowi list polecony, a w dwie godziny później Gaweł 
poszedł do baru, gdzie czekał na niego elektrotechnik Waweł. Gdy potem razem przyszli do 
domu,   fryzjer   Zaweł   leżał   na   schodach   zamordowany,   a   nad   nim   stał   wysoki   brunet   z 
czwartego piętra, introligator Baweł, z okrwawioną brzytwą i namydlonym pędzlem. Przy 
fryzjerze znaleziono zł 110 i wizytówkę z napisem: Kaweł Daweł. Właściciel domu nazywał 
się Faweł.

background image

Jak nazywa się drukarz, który wydrukował wizytówkę?
Rozwiązania należy nadsyłać do dn. l kwietnia 1937 r. pod adresem wydawnictwa Nowe 

Wiadomości   Literackie  lub   też   wprost   do   oddziału   psychiatrycznego   przy   szpitalu   Jana 
Bożego   w   Warszawie.   Nie   wolno   nadsyłać   więcej   niż   trzydzieści   odpowiedzi   w   jednej 
kopercie.

Za trafne rozwiązania zadania redakcja przeznacza jedną nagrodę w wysokości złotą 8 oraz 

pięć książek, które będą rozlosowane po, otwarciu kopert.

R

OZWIĄZANIE

 

ZADAŃ

 

Z

 

N

RU

 

POPRZEDNIEGO

K

TÓRA

 

CÓRKA

 

KUPIŁA

 

MYSZ

?

Istnieje pięć sposobów  rozwiązania.  Najprostsze jest obliczenie,  ile  miała  portmonetek 

Jadzia, gdy Stasia i Wandzia zamieniły się czapeczkami. Wyciągamy korzeń kwadratowy z 
Wandzi oraz pi do drugiej potęgi z Michasi. Reszta wynika już prosto z tego obliczenia. 
Stasia kupiła jedenaście metrów wstążki, Jadzia — plac na Mokotowie, Hela — dwanaście 
piórników i dwa auta ciężarowe, Janka — dwa arkusze brystolu u Siudeckiego, Maria — 
jedną trzecią herbatnika i dwanaście tysięcy rowerów, Cesia — dwa koszyki i jedenaście 
tysięcy mostów pontonowych, a Józia — oczywiście mysz.

Rozwiązania trafne nadesłały 144 osoby.
Nagrodę   w   wysokości   złotych   dwu   groszy   czterdziestu   otrzymali:   Leon   Schiller   w 

Warszawie i Theodore Roosevelt w Waszyngtonie.

K

ORESPONDENCJA

W

YJAŚNIENIA

Do redaktora Nowych Wiadomości Literackich

W   odpowiedzi   na   zarzuty   pana   Antoniego   Słonimskiego   uważam   za   swój   obowiązek 

powiedzieć,   co   następuje.   Nieprawdą   jest,   że   sztuki  Zburzenie   Jerozolimy,  Mieszczanin 
szlachcicem
,  Tessa,  Koko  i  Raz   się   tylko  żyje   zostały   zdjęte   z   repertuaru   z   powodu 
niepowodzenia kasowego. Sztuki te, cieszące się wielkim powodzeniem, zdjąć musieliśmy z 
bardzo prostej przyczyny. Łapiński, grający w odsłonie XIII Zburzenie Jerozolimy, nie mógł 
zdążyć na przedstawienie teatru dzielnicowego, wobec czego przestawiliśmy odsłonę XIII na 
miejsce VII, na skutek czego Bogusiński nie mógł zdążyć na trzeci akt Tessy. Wobec tego na 
miejsce Węgrzyna obsadziliśmy Gorlickiego, grającego dotąd w Koko, a rolę po Gorlickim 
powierzyliśmy Tadeuszowi Frenklowi, grającemu w sztuce Moliera Mieszczanin szlachcicem
Na miejsce Frenkla musieliśmy wypożyczyć  z Teatru Letniego Wesołowskiego, grającego 
rolę   tytułową   w   komedii   Kiedrzyńskiego  Raz   się   tylko   żyje.   Wesołowskiego   zastąpił 
występujący   w   sztuce  Tessa  Woszczerowicz,   a   na   miejsce   Woszczerowicza   daliśmy   do 
Teatru Nowego, rzecz prosta, Łapińskiego. Niestety, okazało się, że Łapiński zajęty jest już w 
komedii   Acharda   w   Teatrze   Małym,   gdzie   zastępuje   Tadeusza   Frenkla,   który   musiał 
zastępczo wystąpić w Starym winie, gdyż Junosza–Stępowski musiał objąć rolę w Zburzeniu 
Jerozolimy
  po   Samborskim,   którego   wypożyczyć   musieli   do   Teatru   Letniego   na   miejsce 
Fertnera, zastępującego Łapińskiego w teatrze dzielnicowym.

Z tej prostej przyczyny,  a nie z powodu załamania się frekwencji w teatrach T.K.K.T. 

musieliśmy na parę dni zawiesić wszystkie przedstawienia.

background image

Do redaktora: Nowych Wiadomości Literackich

W   numerze   poprzednim  Nowych   Wiadomości   Literackich  w   artykule   Adolfa 

Nowaczyńskiego   „Byron   w   Jabłonnie”   znalazłem   parę   nieścisłości.   Nie   wydaje   mi   się 
możliwe,   aby   Byron   przy   kolacji   mógł   „pytać   o   swą   gwiazdę”   francuskiego   astronoma 
Flammariona z tej prostej przyczyny, że Flammarion urodził się w 1842 r. a Byron umarł w 
1824 r. Również nie wydaje mi się prawdopodobne, aby Franklin mógł pobłażliwie znosić 
przycinki   podochoconego   winem   lorda   Byrona.   Franklin   umarł   w   1790   r.   więc   gdyby 
przyjechał do Polski nawet na rok przed śmiercią, nie mógłby pić wódki z Byronem, bo 
Byron mógł mieć wtedy niecałe dwa lata. Jak wiadomo, dzieci w tym wieku nie podróżują, 
nie zalecają się do kobiet, nie bywają podniecone winem i nie robią przycinków. Również 
nieścisłe jest tłumaczenie  Childe Harolda  na jakąś Hildę Harold, pieśniarkę duńską. Słowo 
,,heel” znaczy obcas, a piekło pisze się „heli”. Nie wydaje mi się prawdopodobne, aby „pani 
domu,   snadź   przypomniawszy   sobie   swe   powodzenie   na   teatrze,   odegrała   scenkę   z 
najprzedniejszej komedii”, gdyż żona Michała Potockiego, wojewody wołyńskiego, nigdy nie 
była aktorką. Również niewytłumaczone jest, czemu autor z uporem twierdzi, że Jabłonna 
należała do jakichś Morysiów Potockich. Nie wydaje mi się wreszcie możliwe, aby Byron 
mógł przyjechać „w stroju młodogreckim” i porozumiewać się łamanym językiem rosyjskim 
z gubernatorem Warszawy gen. Skałłonem.

Z

JAZD

 

ORTOGRAFÓW

 

W

 K

RAKOWIE

Kraków, w marcu 1936 r.

W miłej sali Starego Teatru rozpoczęły się obrady zjazdu ortografów polskich od referatu 

prof.   Kazimierza   Znicza   pt.   „Razem,   młodzi   przyjaciele”.   Referat   wywołał   szereg 
sprzeciwów i nawet paru antagonistów mówcy opuściło zebranie. Tezą prelegenta było jak 
„najdalej   idące   uproszczenie   w   pisowni   przysłówków   i   przyimków.   Prof.   Znicz   pragnie, 
abyśmy pisali razem wszystko to, co rozumowo razem ze sobą się łączy. Słusznie podkreślił 
prelegent, że dosyć już rozdziałów i różnic dzielnicowych w Polsce. Gdy zawołał: „Razem, 
młodzi  przyjaciele!”,   zerwała   się  burza  oklasków.  Słusznie   dowodzi  prof.  Znicz,  że   jeśli 
razem pisze się nawspak, naprzełaj, nawizawi czy naprzekór, czemuż nie pisać razem takich 
np.   kompleksów   słownych,   jak   nadrugiejstronie   ulicy,   a   nawet,   jeśli   chodzi   specjalnie   o 
podanie nazwy ulicy, pisać się powinno: nadrugiejstronieulicymarszałkowskiej. Prof. Znicz 
proponuje, aby pisać razem to, co łączy się logicznie, a zamiast modnych dziś przycinków, 
kropek,   myślników,   dawać   właśnie   przerwy.   Pisałoby   się   więc:   „Litwo   Ojczyznomoja 
tyjesteśjakzdrowie

 

ileciętrzebacenić

 

tentylkosiędowiektocięstracił 

dziśpiąknośćtwąwcałejozdobiewidząiopisuję   botąsknię   potobie”.   W   ten   sposób   nie   mamy 
żadnych   wątpliwości   ortograficznych   w   dzieleniu   słów   i   zarazem   w   używaniu   znaków 
przestankowych.

Gdyby   policzyć   oszczędność   na   atramencie,   druku,   papierze   i   pracy   rzemieślnika 

polskiego, reforma ortografii dałaby nam ogromne oszczędności. Prof. Kazimierz Bałynicz 
oblicza,   że   rocznie   zyskalibyśmy   około   dwustu   milionów   złotych.   Po   pięciu   lataeh 
mielibyśmy już miliard złotych, co umożliwiłoby zniszczenie wszystkich książek w Polsce i 
wprowadzenie nowej ortografii.

Kilkanaście   milionów,   zyskanych   miesięcznie   przez   to   wyzbycie   się   głupiego   nałogu 

łączenia   najzupełniej   sobie   pokrewnych   słów,   wydatkować   by   mogła   Polska   na   instytut 
reformy   ortograficznej.   Pisanie   łączne   —   tak   bowiem   nazywa   swój   projekt   Kazimierz 
Czarnicz — ma jeszcze jedną dobrą stronę. W gąszczu słów złączonych ze sobą trudniej 
odkryć błąd ortograficzny. Błędy stają się po prostu niewidoczne. Wobec tego wszystko jedno 

background image

się staje, czy piszemy  rz  czy  ż,  ó, czy  u  oraz czy piszemy  emi, czy  ymi. Weźmy np. takie 
zdanie

 

pisane

 

nową

 

pisownią:

 Oczemtódómaćnapariskimbrókó 

pżynoszonczmiastószypełnestóku

 

pżekleństwikłamstwa

 

nfewczesnychzamiaruw 

zapuźnionyhrzaluw   poteńpieńczyhswaruw.   Komuż   się   będzie   chciało   babrać   w   tej 
gmatwaninie   liter?   Jak   będzie   to   musiał   przeczytać,   to   przeczyta,   a   dla   przyjemności 
przyczepienia się nawet nie zacznie się dobierać do tak napisanej książki.

Po   referacie   prof.   Znicza   i   po   opatrzeniu   rannych   przemówieniami   i   komentarzami, 

zebranie   wysłuchało   bardzo   ciekawej   prelekcji   Kazimierza   Ponicza   o   „nadrzędności 
czasownika   nad   rzeczownikiem   i   o   konsekwencjach   ortograficznych   tego   stanu   rzeczy”. 
Prelegent   podaje  liczne  przykłady  podobnych  zmian  w  ortografii  nowo  wprowadzonej  w 
Niemczech.   Zobrazujemy   na   przykład   ten   zdrowy   z   punktu   widzenia   obrony   narodowej 
projekt.   Weźmy   słowo:   żuk.   Jakim   prawem   żuk   ma   się   pisać   przez   ż?   Idźmy   drogą 
konsekwentną. Co robimy z żukiem? Oczywiście, rzucamy go na ziemię i depczemy, bo jest 
od nas słabszy i niepotrzebny. Czemu więc to, co robimy, pisać rz, a marnego, śmierdzącego, 
czarnego i zawszonego żuka przez ż? Znacznie prościej i logiczniej jest więc pisać: rzucamy 
rzuka
. Idźmy dalej. Co robimy z Żydami? Wyrzucamy Żydów. A więc piszmy  wyrzucamy 
Rzydów
. Do czego służy pudełko? Oczywiście, do pomocy, a więc piszmy pódełko. Do czego 
służy gaz trujący? Do trucia wrogów, a więc nie jakiś tam trujący, ale po prostu  trójący
Prelegent podał jeszcze parę bardzo przekonywających przykładów, których ze względu na 
spóźnioną porę nie przytaczamy.

Zjazd   powziął   uchwałę,   aby   przyjąć   wniosek   o   nierozdzielności   polskiej   mowy.   Z 

protestem   wystąpił   prof.   Kazimierz   Kunicz.   W   dłuższym   przemówieniu   dowodził   on,   że 
każda rzecz, która ma swój sens samodzielny, powinna istnieć samodzielnie. Rozległy się 
okrzyki: „Precz z anarchią!!!” Prelegent niezmieszany udowadnia dalej, że kolektywizm w 
pisowni jest zbrodnią popełnioną na indywidualności przysłówków i biednych przyimków. 
Weźmy, powiada, taki przykład. Istnieje sobie słowo podupadły. Dlaczego biedne po ma być 
w towarzystwie  dupa, a  dły  ma się z tyłu łączyć z tym niedobranym małżeństwem. Jakim 
prawem   zmuszamy   te   osobne   dźwięki   do   tego   wiecznego   zespolenia?   W   samym   słowie 
ortografia wieleż jest skłóconych elementów? Jest tam samotny przybysz z dalekiej Anglii, 
biedne or, jest polskie to, jest pyszny niemiecki  graf i wreszcie najświętsze  dla każdego 
indywidualisty słowo ja.

Po   dyskusji,   która   z   niesłabnącym   natężeniem   ciągnęła   się   do   białego   rana,   zjazd 

ortografów polskich uzgodnił wreszcie wszystkie sprzeczności. Postanowiono wysłać depeszę 
hołdowniczą do P. Prezydenta. Prof. Znicz zaproponował, aby słowo hołdownicza napisać dla 
uczczenia prof. Kazimierza Nitscha, hołdownitscha. Zjazd obalił ten projekt i w konsekwencji 
tego   rozpętała   się   dyskusja,   która   obnażyła   istniejące   jeszcze   poważne   różnice   zdań. 
Postanowiono zwołać w przyszłym miesiącu nowy zjazd w sprawie reformy ortografii.