background image

1

Elizabeth Hawksley

WIEŻA

Dla Jenny Haddon, z wyrazami miłości

1

Kiedyś, mój chłopcze, prości ludzie zyskają prawo głosu - powiedział kamieniarz Isaac Darke do 

swojego pięcioletniego synka. Daniela. - Wtedy dopiero nastąpią wielkie zmiany.

Daniel skinął głową. Był ładnym dzieckiem o ciemnych, kręconych włosach i brązowych oczach, 

które w tej chwili z powagą patrzyły na ojca. Prawdę mówiąc, nie rozumiał jego łów, ale bardzo go 

podziwiał i wiedział, że ojciec na pewno na rację.

Isaac przywiązywał wielką wagę do wykształcenia. Daniel jego siostra Meg umieli czytać, pisać i 

rachować.  Nauczyli  się  tego  nie  od  jakiejś  półanalfabetki,  najętej  do  uczenia  dzieci  a  pensa 

tygodniowo, tylko w prawdziwej szkole.

- Słowa są ważne - mawiał Isaac. - Nie ma lepszego narzędzia niż słowo. Zapamiętaj to sobie. -

Zwracał baczną wagę na sposób wysławiania się swoich dzieci.

Sam był znanym w okolicy mówcą i tej niedzieli, pogodnego jesiennego dnia 1770 roku, zabrał ze 

sobą syna do pobliskiej cioski Airedale, gdzie zamierzał  przemawiać na temat praw wyborczych. 

Daniel lubił takie wyprawy. Patrzył, jak ludzie zbierają się wokół ojca, zadają pytania, dyskutują. 

Potem zwykle ktoś zapraszał ich do siebie na posiłek. Tym razem jednak było inaczej. Isaac stał na 

drewnianej skrzynce na środku wsi, gdy nagle, nie wiadomo skąd, poleciało w jego stronę zgniłe 

jajo i trafiło go w podbródek.

Kleiste żółtko spływało po szyi Isaaca, a wokół rozchodziła się woń siarki.

Do  tej  pory  Daniel  wierzył,  że  ojciec  to  ktoś  w  rodzaju  wędrownego  anioła  i  jak  święty  Jerzy 

walczy o prawa  uciskanych. Teraz,  widząc, jak  go wyśmiano, zrozumiał  z  przykrością, że  ludzie 

bywają nieprzewidywalni.

Tego wieczoru Isaac ze śmiechem oznajmił żonie:

- Dziś trafiłem na złych ludzi.

Daniel siedział na stołku i jadł chleb, popijając mlekiem. To było okropne, pomyślał. Wszyscy się 

śmiali, zakrywając usta. Nawet dobra kobieta, która pomogła ojcu doprowadzić się do porządku i 

poczęstowała ich chlebem z serem, uśmiechała się skrycie.

Wieczorem, gdy Daniel z siostrą znalazł się już w małym, dziecinnym pokoiku na poddaszu, Meg 

zapytała:

-  Dan,  co  się  stało?  -  A  gdy  nie  odpowiadał,  rozgniewana,  że  traktuje  ją  jak  małe  dziecko, 

powiedziała: - W takim razie spytam mamę.

Daniel podniósł wzrok.

background image

2

- Ktoś rzucił w tatę zgniłym jajem. - Kiedy to powiedział, ogarnął go taki wstyd, że aż ukrył twarz 

w dłoniach.

Meg wyszła z łóżka i podeszła do brata. Daniel objął ją ramieniem. Przez chwilę trwali przytuleni, 

pocieszając się nawzajem.

Jako dorastający chłopak Daniel nadal podziwiał ojca za przekonania i odwagę, ale nie podzielał 

jego wiary w to, że człowiek może osiągnąć doskonałość. Ludzie dbali tylko o siebie samych. Isaac 

był nieskazitelnie uczciwy, ale inni nie przejmowali się niczym i bez wahania zamieniali droższy 

kamień  na  tańszy,  zatrzymując  dla  siebie  nieuczciwie  zyskane  pieniądze.  Daniel  nie  wierzył,  że 

gdyby ludzie mieli prawo głosu, staliby się uczciwi.

Matka Daniela była doświadczoną prządką. Nowe maszyny przędzalnicze nie dostarczały jeszcze 

wystarczającej ilości przędzy, więc zarabiała dobrze. Daniel i Meg mieli szczęśliwe dzieciństwo.

Kiedy  Daniel  skończył  jedenaście  lat,  wydarzyło  się  nieszczęście.  Było  piątkowe  popołudnie  i 

rodzeństwo właśnie wróciło ze szkoły. Daniel co chwila zerkał przez otwarte okno, spodziewając 

się,  że  za  chwilę  wróci  ojciec  -  remontował  wieżę  kościelną  i  obiecał  synowi,  że  pokaże  mu 

zdobiące  ją  gargulce.  Nagle  rozległo  się  skrzypienie  wozu  i  gwar  ludzkich  głosów.  Gdy  wóz 

zatrzymał się przed domem. Daniel wybiegł na zewnątrz.

- Chłopcze, zawołaj matkę - powiedział cicho brygadzista. - Zdarzył się wypadek.

Ojciec leżał na wozie, przykryty starym kocem. Miał zamknięte oczy. Daniel od razu wiedział, że 

stało się coś strasznego. Zaniepokojona hałasem  pani Darke wyszła  z  domu. Spojrzała  na męża i 

rozszlochała się.

- Spadł z rusztowania - wyjaśnił brygadzista. - Złamał sobie kręgosłup. Nic nie możemy poradzić. 

Przykro nam. - Dał znak towarzyszącym mu ludziom. Zdjęli z wozu Isaaca i wnieśli go do domu.

-  Teraz  to  wam  przykro!  -  krzyknęła  pani  Darke.  -  Przecież  mówił,  że  to  rusztowanie  jest 

niebezpieczne.  Wszyscy  o  tym  wiedzieliście.  Och,  Isaacu!  -  Przygarnęła  dzieci,  a  kiedy  uniosła 

głowę, nikogo już nie było. Mężczyźni odjechali.

Isaac  zmarł  po  kilku  dniach.  Władze  gminne  dały  pieniądze  na  pogrzeb  i  pięć  gwinei 

odszkodowania.  Wdowa  z  dziećmi  musiała  opuścić  dom  z  warzywnikiem,  który  z  takim 

zamiłowaniem  uprawiał  Isaac,  i  z  jabłoniami,  na  które  lubił  się  wspinać  Daniel.  Zamieszkali  w 

tańszym miejscu.

Następnego roku weszły do użytku nowe maszyny przędzalnicze i spadła cena przędzy. Daniel i 

Meg bardzo się starali pomagać matce, ale nie mogli wiele zarobić. Zimą pani Darke zachorowała 

na zapalenie płuc i umarła. Dzieci zostały same. Po powrocie z pogrzebu usiadły, tuląc się do siebie 

przy dogasającym kominku. Było zimno, więc Meg okryła ramiona pledem.

- Co się z nami stanie? - zapytała brata, mocno ściskając drewnianą lalkę. - Wszyscy mówili, że 

pomogą tacie...

background image

3

Daniel  wrzucił  kilka  szczap  do  ognia.  Płomienie  strzeliły  w  górę,  a  potem  znów  przygasły.  W 

zamyśleniu  pokręcił  głową.  Ludzie  mogli  pomóc,  zanim  ojciec  zginął.  Wiedzieli,  że  rusztowanie 

jest niebezpieczne. Ojciec zginął niepotrzebnie, z powodu niedbałości innych.

-  Och,  Dan!  -  Meg  zaczęła  płakać.  -  Ja  chcę  do  mamy!  Daniel  otarł  oczy  rękawem,  a  potem 

uściskał siostrę.

- Ojciec mówił, że trzeba polegać wyłącznie na sobie - powiedział, prostując szczupłe ramiona. -

Mam  dwanaście  lat,  jestem  prawie  dorosły.  Umiem  czytać,  pisać  i  rachować.  Znajdę  pracę, 

żebyśmy mogli się utrzymać. Na pewno nam się uda.

-  Ale  ja  mam  dopiero  dziewięć  -  chlipała  Meg,  myśląc  o  zakupach,  sprzątaniu  i  gotowaniu. 

Dotychczas zajmowała się tym mama. Dziewczynka bała się, że sama nie podoła obowiązkom.

- Musimy być razem - oznajmił zdecydowanie brat. Urzędnik gminny zdecydował jednak inaczej. 

Meg  była  na  swój  wiek  mała  i  słaba,  więc  miała  pójść  do  przytułku  na  rok  lub  dwa.  Daniel 

natomiast miał pracować w przędzalni. Widząc, że chce zaprotestować, urzędnik dodał:

- Możesz widywać siostrę raz w tygodniu, w niedzielę, po nabożeństwie.

- Nie chcę pracować w przędzalni. Chcę czegoś lepszego w życiu - upierał się Daniel. - Potrafię 

zadbać o siebie i o siostrę.

-  Chłopcze,  Wszechmogący  sprawił,  że  jesteś  niskiego  stanu  i  nie  wolno  ci  podawać  w 

wątpliwość  Jego  mądrości.  -  Urzędnik  popatrzył  na  Meg.  -  Pośpiesz  się,  dziecko,  spakuj  swoje 

rzeczy.

Daniel spojrzał mu prosto w oczy.

- Wszyscy jesteśmy równi wobec Boga. Tak mówił mój ojciec i ja w to wierzę.

Urzędnik wziął mały tobołek Meg, chwycił dziewczynkę za  ramię i szorstko pociągnął za sobą. 

Daniel pobiegł za siostrą, odepchnął urzędnika i uściskał ją mocno. Wyczuwał bicie jej serca pod 

znoszoną bawełnianą bluzką. Obejmowała go kurczowo szczupłymi ramionami, a jej łzy kapały mu 

na koszulę.

- Przyjdę po ciebie, Meg. Tak szybko, jak tylko będę mógł. Obiecuję - wyszeptał. Jego łzy kapały 

jej na głowę.

Patrzył, jak odchodzą. Urzędnik niósł węzełek. Meg dreptała za nim smutno, co chwila oglądając 

się za siebie. To był jeden z najgorszych dni w życiu Daniela.

Urzędnik  znalazł  Danielowi  pracę  w  tkalni  w  Skipton.  Chłopiec  miał  robić  to,  co  akurat  było 

konieczne - wczołgiwać się pod maszyny, biegać na posyłki - dopóki nie nauczy się wystarczająco 

dużo,  żeby  zostać  pomocnikiem  tkacza.  Nawet  gdyby  kiedyś  został  samodzielnym  tkaczem, 

zarobiłby najwyżej dwanaście szylingów tygodniowo.

Chciał  osiągnąć  więcej.  Pierwszego  dnia  nie  wszedł  do  tkalni  bramą  dla  robotników,  jak  mu 

background image

4

kazano, tylko skierował się prosto do biura w bocznym skrzydle budynku.

- Czego tu szukasz? - zapytał odźwierny, zagradzając mu drogę.

- Przyszedłem do pracy - odrzekł Daniel. Mężczyzna wskazał kciukiem bramę do fabryki.

- Pomyliłeś drogę. To tam.

-  Chcę  pracować  tutaj  -  nie  ustępował  chłopiec.  -  Umiem  czytać,  mam  ładny  charakter pisma  i 

rachuję w pamięci.

- To tam - powtórzył odźwierny i zrobił krok w stronę Daniela.

- Chcę rozmawiać z szefem - upierał się chłopiec.

- Wynocha! - Odźwierny popchnął opierającego się intruza.

- Co się tam dzieje? - Z biura wyszedł mężczyzna w średnim wieku. Miał na sobie dopasowany 

surdut, bryczesy i białą perukę. Za ucho zatknął pióro.

Pięć minut  później  Daniel znalazł  się w biurze. Przeczytał kilka fragmentów z  porannej gazety, 

odpowiedział na szczegółowe pytania, dotyczące przeczytanego tekstu, i napisał krótkie dyktando. 

Okazało  się,  że  ma  ładny  charakter  pisma  i  nie  robi  błędów  ortograficznych.  Mężczyzna  z 

uznaniem mruknął coś pod nosem; wziął z biurka księgę rachunkową i podał ją Danielowi.

- Popatrz na ostatnią stronę - polecił.

Daniel spełnił polecenie. Po chwili podniósł wzrok.

- Znalazłem błąd. Tu jest napisane czternaście funtów, siedemnaście szylingów i sześć pensów, a 

powinno być piętnaście funtów, siedem szylingów i sześć pensów.

Mężczyzna skinął głową.

- Powiedz mi jeszcze raz, jak się nazywasz.

- Daniel Darke.

- Jesteś krewnym Isaaca Darke’a?

- To mój ojciec - oznajmił z dumą chłopiec. Mężczyzna skinął głową.

- Był dobrym człowiekiem. Kiedyś wstawił się za mną, choć nie musiał, i nieźle za to oberwał. 

Tak, przyjmę cię do pracy. Przyda mi się pomoc, a widzę, że jesteś bystry. Nazywam się Moore i 

będę twoim szefem. Dzień pracy trwa od dziewiątej do szóstej trzydzieści. Pół godziny przerwy na 

obiad i piętnaście minut przerwy o czwartej. Na początek dam ci dwanaście szylingów tygodniowo. 

Za spóźnienia potrącam z wypłaty. Masz jakieś pytania?

- Tak, wielmożny panie. Nie mam gdzie mieszkać.

- Nie mów do mnie 

wielmożny  panie”.  Wystarczy  panie  Moore.  -  Zastanowił  się  przez  chwilę.  -  Zajrzyj  do  Betsy 

Collier na River Street. To przyzwoita kobieta. Wynajmuje pokoje.

Co  niedziela  Daniel  przemierzał  dziesięć  kilometrów,  żeby  odwiedzić  Meg  w  przytułku.  Kiedy 

background image

5

zobaczył  ją  tam  pierwszy  raz,  miała  ogoloną  głowę  z  powodu  wszy.  Ubrana  była  w  perkalową 

sukienkę i za duże buty, więc powłóczyła nogami, żeby nie zsunęły jej się ze stóp. Wydawała się 

Jeszcze szczuplejsza niż zwykle, ale twierdziła, że czuje się dobrze.

- Dobrze cię tu traktują? - spytał Daniel z niepokojem.

- Tak - skłamała dzielnie, chociaż co wieczór usypiała z płaczem. Starsza dziewczynka ukradła jej 

lalkę, a dwie inne ciągle ją szczypały, robiąc jej siniaki na ramionach, tak by nie były widoczne pod 

rękawami sukienki. Meg przez kilka dni jakoś to znosiła, aż wreszcie nie wytrzymała i rzuciła się 

na dręczycielki, gryząc i  drapiąc niczym rozwścieczona kotka. Od tamtej pory jej  nie zaczepiały. 

Starsze dziewczynki kradły jedzenie młodszym i Meg musiała się nauczyć jeść bardzo szybko, bo 

inaczej stale chodziłaby głodna.

Daniel nic nie odrzekł. Wiedział, że siostra kłamie. Dał jej jabłko, a ona zjadła je tak łapczywie, 

jakby od tygodnia nic nie miała w ustach.

Położyła mu dłoń na ramieniu i westchnęła.

- Dan, trafiłam na złych ludzi.

Przytulił  ją  mocno.  Przysiągł  sobie  w  duchu,  że  będzie  pracował,  ile  sił,  żeby  pewnego  dnia 

sprowadzić siostrę do siebie. Odwiedzał ją regularnie i za każdym razem przynosił coś do jedzenia.

Dwa  miesiące  później,  kiedy  stanął  u  bramy  przytułku,  dowiedział  się,  że  Meg  leży  w  izbie 

chorych. Miała wysoką gorączkę. Z początku nie chcieli go do niej wpuścić, ale w końcu jeden z 

posługaczy pozwolił mu wejść bocznymi drzwiami.

- Ostatnie łóżko - szepnął, kiwając smutno głową. Meg leżała z zamkniętymi oczami. Twarz miała 

skurczoną i bladą, czoło zroszone kroplami potu. Oddychała płytko. Ukucnął przy jej łóżku i wziął 

ją za rączkę, chudą jak patyczek.

-  Meg  -  szepnął  cicho,  łamiącym  się  głosem.  Zmarszczyła  brwi,  z  trudem  otworzyła  oczy  i 

spróbowała się uśmiechnąć.

-  Meg!  Nie  zostawiaj  mnie!  Mam  tylko  ciebie.  Tak  ciężko  pracuję.  Wytrzymaj  jeszcze  trochę. 

Siostra słabo uścisnęła mu dłoń.

- Za późno - szepnęła.

- Nie! Nie! To niemożliwe. Meg, nie odchodź! Dziewczynka zebrała resztki sił.

- Z moim sercem jest coś nie tak. Doktor powiedział... To przez tę chorobę, którą przeszłam, jak 

byłam mała.

-  Wytrzymaj,  proszę!  -  łkał  zrozpaczony  Daniel.  Tak  bardzo  chciał  być  dorosły.  Wierzył,  że 

pewnego dnia będzie go stać na najlepszych lekarzy i najdroższe lekarstwa.

Meg pokręciła głową.

-  Czekałam  tylko,  żeby  ciebie  zobaczyć.  Jestem  taka  zmęczona,  Dan.  -  Miała  ochotę  zamknąć 

oczy  i  odpłynąć  w  niebyt,  ale  widząc  rozpacz  brata,  powstrzymała  się  jeszcze  na  chwilę.  -  Nie 

background image

6

zapomnij mnie - szepnęła. - A ja, gdziekolwiek się znajdę, zawsze będę o tobie pamiętać.

Daniel ukrył twarz w szorstkim kocu. Łzy nie pozwalały mu mówić. Meg zacisnęła rękę na jego 

dłoni, zamknęła oczy i odeszła.

W  dniu  pogrzebu  pozwolono  mu  zwolnić  się  na  kilka  godzin  z  pracy  i  potrącono  odpowiednią 

sumę z wypłaty.

Z  trudem  zniósł  śmierć  siostry.  Wydawało  mu  się,  że  wszystkie  nieszczęścia,  jakie  go  w  życiu 

spotkały, bolą go teraz jeszcze dotkliwiej. W ciągu niespełna dwóch lat stracił całą rodzinę. Żył jak 

automat,  mechanicznie  wykonując  wszystkie  niezbędne  czynności.  Jadł  posiłki,  które  stawiała 

przed nim gospodyni, ale nie czuł żadnego smaku. Źle sypiał. W snach Meg znów żyła, więc kiedy 

budził się rano, na nowo przeżywał jej utratę. Rzucił się w wir pracy, żeby o wszystkim zapomnieć. 

Tylko w ten sposób mógł jakoś egzystować.

Dziesięcioletnia  Cassandra  Hampden  i  jej  dwunastoletnia  siostra  Harriet  patrzyły  z  lękiem  na 

swojego stryjecznego dziadka, trzymając się mocno za ręce dla dodania sobie otuchy.

Obie  były  ubrane  w  żałobne  białe  sukienki  z  czarnymi  szarfami.  Był  rok  1784,  a  ich  rodzice 

zmarli  właśnie  na  ospę,  jedno  tydzień  po  drugim.  Jedynym  żyjącym  krewnym  okazał  się  hrabia 

Lavington.  Sprowadził  je  do  siebie,  do  posiadłości  Juniper  Park,  położonej  obok  wsi  Little 

Hampden, w hrabstwie Surrey.

Nie chciał ich. Były dziewczynkami, więc nic dla niego nie znaczyły.

-  Nie  będziemy  ci  sprawiać  kłopotu,  stryjeczny  dziadku  -  wyszeptała  Harriet.  Była  grzecznym, 

miłym i łagodnym dzieckiem. Kiedy to mówiła, jej niebieskie oczy wypełniły się łzami.

Cassandra  zerknęła  na  siostrę  i  zmarszczyła  brwi.  Buntownicza  natura  nie  pozwoliła  jej  stać 

spokojnie.

- To nie nasza wina, że mama i tata umarli - powiedziała, występując naprzód. - Nie chciałyśmy tu 

przyjeżdżać.

- Cassandro! - błagalnie szepnęła Harriet. Hrabia spojrzał na nią gniewnie.

- No! Przynajmniej nie boisz się mówić, co myślisz  - zauważył. - Dostaniecie guwernantkę, ale 

czy będziecie się uczyć, czy nie, to już wasza sprawa. Zrozumiano?

- Tak, dziadku - z powagą oparła Harriet. - Obie będziemy ciężko pracować. Prawda, Cassandro? 

Cassandra zastanowiła się.

- Jeśli dostanę kucyka - oznajmiła w końcu. Hrabia Lavington roześmiał się krótko.

-  Zobaczymy.  Teraz  wejdźcie  do  środka.  Pani  Minton  zaprowadzi  was  do  waszego  pokoju.  -

Odwrócił się na pięcie i poszedł do stajni, żeby wyładować zły humor na chłopcach stajennych.

Jako  młody  człowiek  hrabia  zaciągnął  tyle  długów,  że  jego  ojciec  musiał  sprzedać  część 

posiadłości,  żeby je  spłacić.  Gdy żył  jego  bratanek,  ojciec  Cassandry i  Harriet,  hrabia  nosił  się z 

background image

7

zamiarem  przekazania  resztek  majątku  jego  spadkobiercy,  gdyby  taki  się  pojawił,  ale  te  plany 

pokrzyżowała śmierć pana Hampdena. Jako ostatni męski potomek rodu, ze śmiercią którego miał 

zniknąć hrabiowski tytuł, hrabia stracił resztki motywacji do ograniczenia wydatków i zachowania 

choć niewielkiej części dóbr dla przyszłych pokoleń. Zdawał sobie jednak sprawę, że skoro w jego 

domu  zamieszkają  dwie  młode  panienki,  nie  będzie  mógł  już  wydawać  hałaśliwych  pijackich 

przyjęć.

Dzieciństwo  Cassandry  i  Harriet  w  Juniper  Park  upłynęło  raczej  szczęśliwie.  Dwa  razy  w  roku 

przeżywały  wielkie  emocje,  kiedy  do  wsi  przyjeżdżali  Cyganie,  ze  swoimi  srokatymi  kucami, 

psami  i  barwnie  ubranymi  kobietami.  Harriet  bała  się  ich,  natomiast  Cassandra  z  radością 

wyglądała ich przybycia. Podczas tych wizyt jej ulubioną towarzyszką zabaw była Marilla Burton, 

która uczyła ją, jak wspinać się na drzewa i odróżniać grzyby jadalne od trujących. Czasami razem 

ze starszym bratem Marilli chodziły zakładać sidła na króliki i zające.

Od  czasu  do  czasu  we  wsi  pojawiał  się  wędrowny  handlarz  Abednego.  Wystawiał  na  sprzedaż 

tanie zabawki i inne drobiazgi. Niektórzy mówili, że przemyca brandy i francuskie koronki.

Życie  w  Juniper  Park  płynęło  spokojnie.  Hrabiemu  nigdy  nie  przyszło  do  głowy,  żeby  zabrać 

wnuczki  brata  do  Londynu  lub  nad  morze.  Jednak  kiedy  Cassandra  wykazała  się  talentem 

plastycznym, zatrudnił dla niej nauczyciela rysunku, a Harriet opłacił lekcje gry na fortepianie.

Dziewczynki  nie  lubiły  jedynie  wizyt  u  siostry  hrabiego,  ciotki  Marii,  która  mieszkała  w 

Belvedere Tower, jedynej ocalałej części starego zamku, stojącego niegdyś na terenie posiadłości.

Dlaczego  musimy  tam  chodzić?  -  buntowała  się  Cassandra,  wyrywając  się  guwernantce,  która 

chciała wyszczotkować jej włosy. - Auu! To boli.

- Nie kręć się.

- Ciotka Maria jest okropna. I tak dziwnie pachnie. A jak całuje mnie na powitanie, to kłuje.

Cassandra nie chciała przyznać, że boi się ciotki Marii, która przypomina jej czarownicę. Zawsze 

z ulgą wracała z wizyt u niej, ciesząc się, że nie została zamieniona w jakieś obrzydliwe stworzenie, 

na przykład ropuchę.

Choć hrabia niechętnie przyjął wnuczki pod swój dach, z czasem nauczył się tolerować Harriet, 

starszą i  ładniejszą  z  sióstr, obdarzoną dobrym sercem dziewczynkę, która  urządzała herbatki  dla 

lalek  i  opiekowała  się  małymi  kotkami.  Co  więcej,  wbrew  samemu  sobie,  polubił  postrzeloną 

Cassandrę, która stale darła sukienki, wspinając się na drzewa. Podarował jej obiecanego kucyka i 

pozwalał jeździć bryczką po okolicy.

Wprawdzie  dalej  zaciągał  długi,  ale  dziewczynki  na  szczęście  nie  były  od  niego  zależne 

finansowo.  Odziedziczyły  po  matce  szesnaście  tysięcy  funtów  i  jeszcze  w  umowie  przedślubnej 

rodziców miały zagwarantowane, że każda z nich dostanie połowę tej sumy.

Hrabia  zaplanował  sobie,  że  wyda  za  mąż  Harriet,  ładniejszą  z  sióstr.  Kiedy  skończyła 

background image

8

osiemnaście  lat,  wysłał  ją  do  Londynu  z  początkiem  sezonu  towarzyskiego  i  jasno  dał  do 

zrozumienia,  że  lepiej  będzie,  jeśli  przed  powrotem  znajdzie  sobie  męża,  ponieważ  nie  zamierza 

płacić za jej wyjazd do stolicy w następnym sezonie.

- Szkoda, że ze mną nie jedziesz - z żalem powiedziała Harriet. - Dziadek tak niedelikatnie każe 

mi znaleźć sobie męża, a przecież wcale nie jestem pewna, czy ktoś mnie zechce.

- Jasne, że zechce - zapewniła lojalnie Cassandra. - Nie znam ładniejszej dziewczyny niż ty. Ale 

to okropne, tak być wystawianą jak towar na targu panien do wzięcia.

- Jak możesz tak mówić? - wzdrygnęła się starsza siostra.

-  Przecież  to  prawda.  Czyż  nie?  -  odparowała  Cassandra.  Patrzyła  surowo  na  swoje  odbicie  w 

lustrze na toaletce siostry. Kiedy się złościła, zawsze, zdaniem Harriet, wyglądała groźnie. Zapewne 

sprawiały to jej brwi, ciemne i mocno zarysowane. Ze mną pewnie nikt nigdy nie zechce się ożenić, 

pomyślała z rezygnacją.

Pobyt  Harriet  w  Londynie  zakończył  się  sukcesem.  Udało  jej  się  złapać  Richarda  Sayersa, 

starszego od niej o dwanaście lat dziedzica wiejskiej posiadłości, który właśnie poszukiwał żony.

Pisała do siostry:

Wiem,  że  się  martwisz,  czy  aby  nie  przyjęłam  oświadczyn  tylko  po  to,  żeby  się  wyrwać  spod 

kurateli dziadka, ale ja naprawdę kocham pana Richarda. Zrozumiesz to, kiedy go poznasz.

Hrabia zbadał stan majątku pana Sayersa, rezultat go zadowolił, więc małżeństwo zostało zawarte. 

Cieszył się, że Cassandra zostaje u niego. Młodsza siostra szybko nauczyła się prowadzić mu dom i 

robiła to bardzo sprawnie. Wiodła spokojne życie. Spotykała się jedynie z pastorem Freese i jego 

żoną oraz z państwem Parslow z Mattick Hall. Jedyną rozrywką były wizyty handlarza Abednego, 

który sprzedawał koronki, zabawki i świecidełka. Wiosną i jesienią przyjeżdżali też Cyganie, którzy 

pomagali w siewach i zbiorach.

W miarę dorastania Cassandra coraz częściej czuła, że życie Jej umyka, choć właściwie nigdy się 

na dobre nie zaczęło.

Hrabia nie  zamierzał  wysyłać  jej  do  Londynu  -  była na  to  zbyt  użyteczna  w  Juniper  Park  -  ale 

pozwalał jej korzystać z procentów spadku po matce i zgadzał się, żeby latem spędzała miesiąc z 

siostrą  -  co  prawda  nie  w  Londynie,  tylko  w  jakimś  spokojnym  miejscu,  gdzie  nie  groziło  jej 

spotkanie żadnego atrakcyjnego kawalera.

W  1788  roku  Danielowi  już  wiodło  się  dobrze.  Był  dumny,  że  do  wszystkiego  doszedł  sam. 

Ciężka  praca,  dyscyplina  i  talent  do  interesów  sprawiły,  że  został  dyrektorem  świetnie 

prosperującej tkalni. Nie było powodu, dla którego nie miałby zajść jeszcze wyżej.

background image

9

Zamierzał  kiedyś  się  ożenić,  ale  nie  z  dziewczyną  z  fabryki,  choćby  była  najładniejsza  i 

najszlachetniejsza.  Miłość  nie  była  dla  niego;  nie  zapomniał  bólu,  jaki  czuł  po  stracie  siostry  i 

rodziców.  Przysiągł  sobie,  że  nigdy  więcej  nie  dopuści  do  takiej  sytuacji.  Jeśli  za  miłość  trzeba 

płacić taką cenę, to wolał z niej zrezygnować. Owszem, chciał się dobrze ożenić, opierając związek 

na rozsądku i wzajemnych korzyściach. On wniesie pieniądze, a żona pozycję społeczną. Wszystko 

to jednak była sprawa przyszłości.

Teraz  potrzebował  kobiety,  która  zaspokoiłaby  jego  potrzeby  fizyczne,  tak  żeby  nie  musiał 

korzystać z usług roznoszących różne choroby prostytutek mieszkających nad kanałem. Jego wybór 

padł  na  Marthę  Lawson.  Nadawała  się  idealnie.  Młoda,  czysta  i  ładna,  musiała  zarobić  na 

utrzymanie swoje i starszej siostry Kitty, cierpiącej na tajemnicze schorzenie, które przykuwało ją 

do  łóżka,  ilekroć  zapowiadało  się,  że  będzie  musiała  pracować.  Tak  przynajmniej  postrzegał  to 

Daniel. Wiedział też, że Matty stara się odciągnąć siostrę od kieliszka.

Stać go było na utrzymanie obu kobiet w małym domku, gdzieś w ustronnym miejscu.

Pewnego dnia, po drugiej zmianie, zaprosił dziewczynę do biura.

- Siadaj, Matty - nakazał.

Usiadła i splotła dłonie na kolanach. Co takiego zrobiła? Dyrektor chyba nie chce zwolnić jej z 

pracy?

Daniel odchrząknął, zmieszany. Kiedy to planował, wszystko wydawało mu się takie proste, ale 

teraz czuł się bardzo niezręcznie. Wstał, podszedł do okna i przez chwilę patrzył przed siebie.

Matty zarumieniła się lekko. A więc po to ją wezwał? Nie spodziewała się tego po nim.

Daniel odwrócił się.

-  Chcę  ci  zaproponować  pewien  interes  -  oznajmił.  - Jeśli  się  nie zgodzisz,  nie  będzie  to  miało 

żadnego wpływu na twoją dalszą pracę. Nie zwolnię cię. - Widząc, że dziewczyna zaczerwieniła się 

po uszy, zauważył z ulgą: - Zdaje się, że mnie rozumiesz, więc od razu przejdę do rzeczy. Szukam 

czystej kobiety, która... no... W zamian będę utrzymywać ciebie i twoją siostrę. Stawiam tylko dwa 

warunki: nie będziesz się zadawała z innymi mężczyznami i nie puścisz pary z ust.

- Ja... jestem uczciwą dziewczyną, panie Darke - wyjąkała Matty.

-  Wiem.  -  Daniel  usiadł.  -  Jesteś  uczciwą  dziewczyną,  która  zarabia  osiemnaście  szylingów  na 

tydzień.  Ja  ci  proponuję  dwadzieścia  pięć  szylingów  tygodniowo  i  dom.  Będę  płacił  za  czynsz, 

dopilnuję, żebyś miała węgiel i tak dalej. Pomyśl o tym, Matty. Przedyskutuj to z siostrą.

- A co będzie, jeśli się panu znudzę? - zapytała trochę zaczepnym tonem. - Nie chcę skończyć na 

ulicy. - Zabezpieczę cię sumą trzystu funtów. - A dlaczego nie chce się pan ożenić?

- Na razie nie mogę sobie na to pozwolić - odparł niecierpliwie. - Chcę jeszcze wiele osiągnąć i 

nie zamierzam obarczać się żoną.

Miał  tylko  dwadzieścia  trzy  lata  i  zaszedł  już  daleko,  ale  jego  ambicje  sięgały  jeszcze  dalej. 

background image

10

Wkrótce będzie miał własny interes. Potem zostanie kupcem, hurtownikiem albo pośrednikiem w 

handlu bawełną. Kiedy już zarobi odpowiednio dużo, kupi posiadłość i zostanie ziemianinem. Może 

nawet posłem do parlamentu. Ale do tego będzie mu potrzebna odpowiednia żona.

Matty wróciła do domu i opowiedziała wszystko siostrze.

Kitty była zachwycona.

- Nie ma co udawać cnotki, Matty - powiedziała. - Druga taka propozycja już ci się nie trafi.

- Ale ja chciałabym być prawdziwą żoną! - Matty rozszlochała się.

Kitty wzruszyła ramionami. Będą miały dom i dwadzieścia pięć szylingów tygodniowo. A kiedyś 

pan Darke zabezpieczy je hojnie. Wtedy Matty będzie mogła wyjść za mąż, jeśli nadal będzie jej na 

tym zależało.

- To dobry człowiek - przyznała po chwili Matty. - Sprawiedliwy. To wiem na pewno. - Gdyby 

stać  ją  było  na  szczerość  wobec  samej  siebie,  musiałaby  przyznać,  że  ta  propozycja  bardzo  jej 

odpowiadała.  Daniel  nie  był  zniewalająco  przystojny,  ale  prezentował  się  całkiem  nieźle  -

ciemnowłosy, muskularny, o brązowych oczach, na widok których serce zaczynało jej mocniej bić. 

Jej  mama  wyszła  za  mąż  z  miłości  i  dokąd  ją  to  zaprowadziło?  Do  przytułku  dla  ubogich. 

Robotnica  z  fabryki  musi  chwytać  każdą  okazję,  jaka  się  nawinie.  Co  mogła  jej  przynieść 

przyszłość? Małżeństwo z jakimś tkaczem i tuzin dzieciaków, z których połowa nie przeżyje roku, 

a ona sama pewnie umrze na wyniszczającą płuca pylicę.

Następnego dnia poszła do biura Daniela i zgodziła się zostać jego kochanką.

Był zadowolony z obmyślonego przez siebie układu, dopóki Matty nie zaszła w ciążę.

- Na litość boską, kobieto! - zawołał, kiedy usłyszał nowinę. - Dlaczego się nie zabezpieczyłaś?

- Jak to, dlaczego się nie zabezpieczyłam? - szlochała Matty. - Przecież sama sobie tego dziecka 

nie zrobiłam.

- Takim wypadkom można zapobiegać - odparował. - Myślałem, że siostra przynajmniej tego cię 

nauczyła.

- Zawsze chciałam mieć dziecko - chlipała. - Postaram się, żeby nie wchodziło ci w drogę.

Daniel nie powiedział nic więcej. Ruth urodziła się w roku 1790. Daniel spojrzał nie ciemnookie 

niemowlę i poczuł ukłucie bólu. Dziecko bardzo przypominało Meg. Odwrócił się szybko.

-  Bardzo  ładne  dziecko  -  powiedział  obojętnie.  Kiedy  Matty  zapytała,  czy  chciałby  być  przy 

kąpieli,  przecząco  pokręcił  głową.  W  drodze  do  domu  wspominał  dzień,  w  którym  urodziła  się 

Meg,  a  także  to,  jaki  był  przejęty,  gdy  zacisnęła  maleńką  rączkę  na  jego  palcu.  Wiedział,  że  źle 

obszedł się z Matty, ale nie chciał znów przeżywać bólu. Odpędził wspomnienia i zatrzasnął drzwi 

do swego serca.

Dwa lata później urodził się Tom.

-  Na  tym  koniec,  Matty  -  oznajmił  stanowczo  Daniel.  -  Dwoje  wystarczy.  Jeśli  urodzi  się 

background image

11

następne,  będziesz  mogła  się  lakować.  -  Tym  razem  nawet  nie  spojrzał  na  dziecko.  Wystarczyło 

mu,  że  Ruth  w  miarę  upływu  czasu  coraz  bardziej  przypominała  Meg.  Nie  chciał,  żeby  kolejne 

dziecko także Opadło mu w serce.

Podczas  jego  wizyt  Matty  starała  się,  żeby  dzieci  mu  nie  Przeszkadzały.  Daniel  wypłacał  jej 

trzydzieści szylingów tygodniowe. Dzieci przyjęły nazwisko matki. Kiedy Daniel o nich myślał, a 

starał się robić to jak najrzadziej, nazywał je „dzieciakami Matty”.

Przez  kilka  lat  plan  hrabiego  działał  doskonale,  ale  w  1801  roku,  kiedy  Cassandra  skończyła 

dwadzieścia siedem lat, jak co roku pojechała do Worthing odwiedzić siostrę i jej powiększającą się 

gromadkę. Richard Sayers zawsze wynajmował tam dom na lato, żeby Harriet mogła odpocząć po 

trudach londyńskiego sezonu, a dzieci skorzystać z dobroczynnego działania morskiego powietrza.

Właśnie  tam  Cassandra  poznała  Claude’a  de  Tessy,  emigranta,  który  jako  dziecko  uciekł  do 

Anglii  przed  rewolucją  francuską.  Był  przystojny,  jasnowłosy  i  niebieskooki;  mówił  z  lekkim 

francuskim akcentem, co bardzo podobało się Cassandrze.

- Spodobałaś mu się - stwierdziła z chytrym uśmiechem Harriet. Od dawna pragnęła, żeby siostra 

poznała  kogoś  odpowiedniego,  więc  ucieszyła  się,  kiedy  usłyszała,  że  Claude  wyraża  się  o 

Cassandrze z dużym uznaniem.

- Czyżby? - Cassandra poczuła nagły przypływ nieśmiałości.

-  Ma  znajomości  w  najlepszym  londyńskim  towarzystwie  -  zapewniła  Harriet.  Mąż  co  prawda 

ostrzegał ją, żeby „miała oko na tego Francuzika”, ale ona tylko się śmiała. Jej zdaniem, ukochany 

mąż  żywił  staroświecki  lęk  przed  wszystkim,  co  zagraniczne.  Na  szczęście  Richard  na  tydzień 

wyjechał do Londynu.

Następnego dnia, kiedy dzieci bawiły się na plaży, zjawił się Claude i zaprosił Cassandrę na krótki 

spacer nad morzem.

- Ależ, kochanie, oczywiście, że musisz iść! - zawołała

Harriet, widząc wahanie siostry. - Będę was stąd widziała, więc nie ma w tym nic niestosownego.

-  Dziękuję.  -  Cassandra  wzięła  Claude’a  pod  ramię.  Lubi  mnie,  pomyślała  z  radością,  kiedy 

ruszyli  przed  siebie.  Po  raz  pierwszy  zdarzyło  jej  się  odczuć,  jak  miła  jest  adoracja  ze  t  strony 

przystojnego młodego człowieka. Wróciła z muszelką, którą znalazł dla niej Claude.

Przez  kolejne  dni  Claude  nadal  szukał  towarzystwa  Cassandry.  Opowiedział  jej  o  stryju, 

wicehrabim de Tessy, którego był spadkobiercą, i o niewielkiej posiadłości w Szwajcarii. Dał jej do 

zrozumienia, że chce dzielić z nią przyszłość.

Nie  wspomniał,  że  w  Londynie  środki  do  wygodnego  życia  zdobywa  przy  karcianym  stoliku. 

Dochody uzupełniał popełniając drobne fałszerstwa - ktoś potrzebował przepustki na podróż, ktoś 

inny pochlebnych referencji  od kogoś powszechnie  szanowanego, jak opat  Carron de la Carriere. 

background image

12

Niestety, narobił ostatnio tak wiele długów, że pragnął jak najszybciej opuścić Anglię. Małżeństwo 

z posażną panną mogło się okazać dobrym wyjściem.

Spotkanie  z  Cassandra  było  niczym  dar  niebios;  mógł  się  do  niej  zalecać,  nie  narażając  się  na 

spojrzenia i uwagi osób wścibskich. Lady Sayers niczego nie podejrzewała. Wiedział, że zrobił na 

niej dobre wrażenie, więc miał nadzieję, że nie będzie zbyt gorliwie odgrywała roli przyzwoitki, co 

mu wiele ułatwi. Dzięki Bogu, jej podejrzliwy mąż miał wrócić dopiero za tydzień. Nic nie stało na 

przeszkodzie, żeby Claude roztoczył przed Cassandra cały swój wdzięk.

Pewnego wieczoru Cassandra weszła do sypialni siostry, która właśnie przebierała się do kolacji.

- Pan de Tessy poprosił mnie o rękę - oznajmiła nieśmiało.

- Och, Cassandro! - Harriet podskoczyła i ucałowała siostrę. - Jestem z tego bardzo zadowolona. 

To  taki  uroczy  i  przystojny  młody  człowiek.  Nie  dziwię  się,  że  się  w  nim  zakochałaś.  Można 

powiedzieć, że sama się w nim prawie zadurzyłam. A raczej, zadurzyłabym się w nim, gdybym nie 

była żoną mojego kochanego Richarda.

-  Ale...  ale  ja  go  nie  kocham  -  wyznała  Cassandra.  -  Myślisz,  że  w  takim  razie  powinnam  mu 

odmówić?

- Nie kochasz go?

-  Wiesz,  jak  się  żyje  w  Juniper  Park.  Mam  dwadzieścia  siedem  lat!  To  moja  jedyna  szansa  na 

rozpoczęcie własnego życia. Chyba mnie rozumiesz?

- Ale on jest w tobie taki zakochany!

- Naprawdę? - Cassandra wcale tego nie czuła. Poświęcał jej natomiast wiele uwagi i był bardzo 

miły, więc wierzyła, że będą razem szczęśliwi.

Kiedy  Claude  pojawił  się  w  Juniper  Park,  żeby  prosić  hrabiego  o  pozwolenie  na  ślub  z  jego 

podopieczną,  gospodarz  bardzo  się  zdenerwował,  ale  niewiele  mógł  zrobić.  Cassandra  była 

pełnoletnia  i  miała  własne  pieniądze.  Napisał  do  niej  oficjalny  list,  w  którym  przepowiedział,  że 

pożałuje swojej decyzji.

-  Ma  dwadzieścia  siedem  lat  -  powiedział  Claude’owi.  -  Nie  jest  już  taka  młoda.  Na  dodatek 

niezbyt urodziwa. Tylko figurę ma nie najgorszą.

- Nie mógłbym marzyć  o piękniejszej żonie niż panna Hampden - odrzekł  Claude, kłaniając się 

sztywno. Od kilku lat polował na posag i wreszcie mu się udało. Odczuwał wielką ulgę.

Hrabia roześmiał się.

- Chodzi ci o jej pieniądze. To prawda, ma osiem tysięcy  funtów, ale nie pozwolę  ci ich tknąć. 

Nigdy nie chciałem, żeby wyszła za jakiegoś fircyka. Masz moje pozwolenie na ślub, bo i tak nie 

mógłbym jej powstrzymać, ale mojego błogosławieństwa nie dostaniecie. A teraz wynoś się.

Wściekły  i  obrażony  Claude  zrobił,  co  mu  kazano.  Gdy  Richard  Sayers  dowiedział  się,  co  się 

zdarzyło podczas jego nieobecności, bardzo się przejął.

background image

13

- Harriet! Jak mogłaś być tak nierozważna! - zawołał, rażąc nerwowo po salonie. Żona roześmiała 

się.

-  Nierozważna?  To  bzdura.  Cassandra  zasłużyła  na  miłego  męża.  A  może  tak  samo  jak  mój 

stryjeczny dziadek uważasz, że powinna zostać na zawsze w Juniper Park?

Richard zatrzymał się.

- Nie mam nic przeciwko temu, żeby twoja siostra wyszła za mąż. Nie podoba mi się tylko ten de 

Tessy.

- To zwykłe uprzedzenie! - Harriet, nie chciała kłócić się z mężem, więc podeszła i pocałowała go 

w policzek.

Richard  Sayers  lubił  Cassandrę,  toteż  zrobił,  co  mógł,  żeby  naprawić  zło,  które  się  wydarzyło. 

Napisał do hrabiego pełen troski list.

Nic nie wiemy o panu de Tessy, oprócz tego, co sam nam powiedział. Proszę Pana, milordzie, żeby 

zechciał Pan zasięgnąć o nim języka.

Hrabia  jednak  nie  zadał  sobie  tego  trudu.  Na  ślub  nie  przyjechał  i  pozostawił  panu  Sayersowi 

nadzór nad sporządzeniem intercyzy, a także poprowadzenie panny młodej do ołtarza.

Claude  i  Cassandra  pobrali  się  w  listopadzie  1801  roku  i  pojechali  do  Francji,  kiedy  tylko  w 

marcu  roku  1802  zawarto  pokój  w  Amiens.  Z  początku  wszystko  układało  się  dobrze.  Claude 

zapewniał ją, że jadą tam tylko w podróż poślubną. Dopiero po pewnym czasie zorientowała się, że 

zamierza  tam  zostać  na  stałe.  Chciał  przekonać  kogoś  z  rodziny,  że  jest  godnym  spadkobiercą 

majątku. Co gorsza, stryj wicehrabia niewątpliwie istniał, ale miał własnych synów, a posiadłość w 

Szwajcarii okazała się zamkiem na lodzie.

Wiele nadziei Claude wiązał z niemłodą kuzynką, panią Hortense de Flagy, która mimo rewolucji 

francuskiej zachowała większość rodzinnego majątku. Przyjęła pod swój dach młode małżeństwo, 

ale  uczyniła  to  bez  entuzjazmu.  Ucieszyła  się  na  widok  Claude’a;  dobrze  wiedziała,  że  liczy  na 

spadek  -  jej  syn  zginął  na  wojnie  -  nie  była  natomiast  zadowolona,  że  przywiózł  ze  sobą  żonę 

Angielkę i protestantkę.

Przy pierwszym spotkaniu popatrzyła na Cassandrę z ledwie skrywaną niechęcią i powiedziała:

- Pozostaje nam mieć nadzieję, że doceni pani zaszczyt, jakim jest poślubienie członka rodziny de 

Tessy.

Zaskoczona Cassandra wymamrotała coś pod nosem. Cieszyła się na myśl o spotkaniu z kuzynką 

Hortense,  a  z  oddali  zamek  de  Flagy  prezentował  się  bardzo  ładnie  -  wznosił  się  dumnie  na 

niewielkim  wzgórzu,  opływanym  przez  rzekę.  Claude  zapewniał,  że  kuzynka  jest  miłą, 

przyjacielską  osobą,  jednak  ta  kobieta  o  zaciętej  twarzy, patrząca  na  Cassandrę  z  pogardą, wcale 

taka nie była.

background image

14

Pani de Flagy obrzuciła Cassandrę taksującym spojrzeniem, i zatrzymała wzrok na jej brzuchu.

- Spodziewasz się dziecka? - zapytała bez ogródek.

- Tak... tak sądzę.

- To już coś! - Jej spojrzenie trochę złagodniało. - Twoim obowiązkiem jest zapewnienie mężowi 

syna. Jeśli to zrobisz, to się zastanowię, czy nie uczynić go swoim spadkobiercą. Oczywiście będzie 

się nazywał Maurice, tak jak mój syn.

-  To  wielki  zaszczyt,  kuzynko  -  bąknął  Claude.  Mam  nadzieję,  że  to  będzie  córka,  pomyślała 

Cassandra ponuro.

Pani de Flagy przetrwała rewolucję dzięki przebiegłości i przekupstwu. Zapraszała przedstawicieli 

władzy na obiady, raczyła ich winem z piwnic zamkowych. Ukryła najlepsze rodowe srebra i meble 

w lochach i pozwoliła sankiulotom splądrować resztę zamku. Na szczęście rabusie wkrótce zagubili 

się  w  labiryncie  zamkowych  korytarzy,  zadowalając  się  podłożeniem  ognia  w  południowym 

skrzydle.

Cassandrze czas bardzo się dłużył. Kiedy pytała, czy mogłaby w czymś pomóc, mówiono, że ma 

wypoczywać i dbać o wyczekiwane dziecko. Z braku zajęcia wyruszyła na zwiedzanie zamku. W 

północnym  skrzydle  odkryła  niewielką  salę,  której  ściany  zdobiły  piękne  freski,  przedstawiające 

sceny z Boccaccia. Nie mogła się nadziwić staranności, z jaką oddano wszystkie szczegóły: kwiaty 

porastające każdy centymetr łąki z historii Floresa i Blanchefleur czy końskie czapraki w scenach z 

opowieści  o  Arcycie i  Palamonie.  Wzięła  szkicownik i  przez  wiele  godzin  pracowicie kopiowała 

freski. Dzięki temu nie rozmyślała zbyt wiele o swoim nieszczęśliwym położeniu.

Pięć  miesięcy  po  przybyciu  do  zamku  de  Flagy  urodziła  syna.  Dano  mu  imiona  Maurice  Henn 

François  i  z  wielką  pompą  ochrzczono  w  zamkowej  kaplicy.  Dla  okazania  swojej  wdzięczności 

pani de Flagy obdarowała Cassandrę wyjątkowo brzydką broszką z topornie grawerowanego złota, 

ozdobioną brylantem ze skazą na samym środku.

Pani de Flagy pilnowała, żeby dziecko wychowywano według jej wskazówek.

- Musi być zahartowany - twierdziła. - To ma być prawdziwy de Tessy.

Poddała chłopca spartańskiemu reżimowi, by zrobić z niego prawdziwego wojownika. Codziennie 

rano miał być kąpany w zimnej wodzie, a w zimie nie wolno było ogrzewać jego kołyski rozgrzaną, 

zawiniętą w ściereczkę cegłą.

Przecież to tylko dziecko, myślała Cassandra z oburzeniem.

Bona  Maurice’a  nie  śmiała  przeciwstawić  się  chlebodawczyni,  ale  kiedy  matka  dolewała  do 

kąpieli malca gorącej wody lub ogrzewała jego pościel rozgrzaną cegłą, udawała, że tego nie widzi.

- Szkoda, że chłopiec jest w połowie Anglikiem, jednak zdrowe francuskie wychowanie na pewno 

mu pomoże - mówiła pani de Flagy do swojego kuzyna.

Claude roześmiał się.

background image

15

- Cassandra należy do tych nowoczesnych matek, które uważają, że powinny same wychowywać 

dziecko. Nie chciała nawet mamki.

-  Jeśli  chcesz  odziedziczyć  po  mnie  majątek,  musisz  coś  z  tym  zrobić.  -  Tu  nastąpiła  znacząca 

pauza.

Tego wieczoru Claude oznajmił żonie, że natychmiast musi odstawić dziecko od piersi. Cassandra 

odmówiła.  Na  szczęście  pani  de  Flagy  odwiedzała  pokój  dziecinny  o  ściśle  określonych  porach, 

więc nigdy się nie dowiedziała, że jej polecenie nie zostało wykonane. Sam Claude nie miał odwagi 

jej o tym powiedzieć.

Z  początku  Claude  bardzo  cieszył  się  synem,  ale  kiedy  nadeszły  jesienne  chłody  i  deszcze, 

dziecko stało się marudne i płaczliwe, więc przestał się nim interesować.

- Ten dzieciak potrafi tylko płakać - stwierdził z niezadowoleniem.

Przestał udawać, że czuje coś do Cassandry, i nie chronił jej już przed swoją kuzynką. Całkowicie 

sprzymierzył się z panią de Flagy.

Pewnego razu Cassandra niechcący usłyszała, co pani Flagy o niej mówi:

- Stryjeczny dziadek twojej żony jest hrabią? Nie wierzę w to.

- Ależ to prawda. Poznałem go - wyjaśnił Claude.

- Pewnie to jakiś nieślubny potomek - zauważyła z przekąsem pani de Flagy.

Cassandra poskarżyła się mężowi, ale ją zbył.

- Nie bądź głupia. Coś sobie ubzdurałaś. Nie mogę się narażać kuzynce Hortense. Są jeszcze inni 

krewni, którzy mogą po niej dziedziczyć. I na litość boską, przestań mówić o powrocie „do domu”, 

jak to robiłaś dzisiaj przy kolacji. Kuzynce się to nie podoba.

Kiedy  w  maju  1803  roku  zerwano  pokój  w  Amiens,  Cassandra  chciała  natychmiast  wracać  do 

Anglii, ale pani de Flagy się na to nie zgodziła.

- Dziecko zostanie tutaj - oświadczyła tonem nie znoszącym sprzeciwu. - Claude jest Francuzem! 

A Francja nie prowadzi wojny z cywilami.

Cassandra nie mogła nic zrobić.

Pani  de  Flagy  myliła  się.  Pod  koniec  roku  1803  do  zamku  przybyli  żołnierze  i  aresztowali 

Claude’a  jako  obywatela  wrogiego  państwa.  Takie  były  rozkazy  Pierwszego  Konsula.  Wszyscy 

obywatele wrogich państw mieli być internowani w twierdzy Verdun.

Cassandra jeszcze nigdy w życiu nie była tak wdzięczna losowi.

Pani  de  Flagy  głośno  protestowała,  twierdząc,  że  jej  kuzyn  jest  Francuzem.  Władze  pozostały 

jednak  nieugięte.  Zapewniono  ją  ze  współczuciem,  że  wszystkie  wątpliwe  przypadki  zostaną 

wkrótce wyjaśnione, ale tymczasem obowiązuje rozkaz, żeby zatrzymywać wszystkich mężczyzn w 

wieku poborowym, posiadających paszport brytyjski. Pani de Tessy z dzieckiem może wracać do 

Anglii, jeśli tak sobie życzy.

background image

16

- Zostaniesz z Maurice’em tutaj, ze mną - oznajmiła pani de Flagy. Cassandra odmówiła.

- Zmienię testament - groziła kuzynka. - Jeśli chcecie odziedziczyć chateau...

Ja nie chcę, pomyślała Cassandra.

-  Maurice  i  ja  nie  możemy  opuścić  Claude’a.  Sama  pani  mówiła,  że  żona  powinna  przede 

wszystkim spełniać swoje obowiązki wobec męża. Pojadę tam, żeby pomóc mężowi się urządzić.

Tym  razem  Claude  ją  poparł.  Nawet  on  zauważył,  że  surowy  reżim  wychowawczy  nie  służy 

zdrowiu  syna.  A  przecież  wszystkie  jego  nadzieje  na  przyszłość  zależały  od  męskiego  potomka. 

Obawiał się, że Maurice nie przeżyje następnej zimy w zamku.

Pani de Flagy ustąpiła.

- Jak tylko Claude się tam urządzi, masz tu wracać z synem - nakazała Cassandrze. - Chcę, żeby 

dziecko wychowywało się pod moim okiem.

Dzięki Ci, Boże, za twierdzę Verdun, pomyślała Cassandra. Wszystko było  lepsze od zamku de 

Flagy.  Już  kiedy  przekraczali  fosę,  eskortowani  przez  francuskich  oficerów,  serce  Cassandry 

rozpierała radość. Jej i dziecku zapewniono kryty wóz, natomiast Claude jechał obok konno i miał 

bardzo nieszczęśliwą minę. Padał zimny deszcz i płótno wozu przeciekało, ale Cassandra na to nie 

zważała, szczęśliwa, że wreszcie wyrwała się z zamku.

Kiedy dotarli do twierdzy i usłyszała język ojczysty, odczuła tak wielką ulgę, że aż wybuchnęła 

płaczem.

Pani de Flagy wyposażyła Claude’a w pewną sumę pieniędzy, więc kiedy warunkowo zwolniono 

go z twierdzy, wynajęli wygodne mieszkanie w mieście.

Cassandra w końcu mogła napisać list do Harriet. Pisywała i z zamku, ale podejrzewała, że pani 

de Flagy czyta jej fety, więc uważała na każde słowo.

Jest tu kilkuset Anglików. Och, Harriet, co to w ulga przebywać w towarzystwie ludzi, którzy mnie 

rozumieją. Nie chodzi o to, że nie lubię Francuzów - zdziwiłabyś się,, gdybyś usłyszała, jak dobrze 

teraz  mówię  po  francusku  -  tylko  życie  na  zamku  tak  bardzo  się  różniło  od  tego,  do  czego 

przywykłam.  Verdun  wygląda  tak  jak  Londyn  w  szczycie  sezonu  -  przynajmniej  ja  tak  sobie  to 

wyobrażam. Są tu kluby, spotkania towarzyskie, a nawet tor wyścigowy.

Wszystkie  panie  prześcigały  się  w  wydawaniu  obiadów  i  organizowaniu  tańców.  Maurice 

przybrał na wadze, odzyskał zdrowie i ku radości Cassandry zaczął wreszcie raczkować. W liście 

nie napisała tylko, że Claude większość czasu spędza w salonach gier.

Stawało  się  to  coraz  trudniejsze  do  wytrzymania.  Pewnego dnia  wrócił  do  domu  bardzo  późno. 

Widać było, że pił.

- Ciii! - szepnęła, kiedy wtoczył się do mieszkania. Siedziała przy dziecku, które było marudne, 

background image

17

bo właśnie zaczęło ząbkować. - Przed chwilą ułożyłam go do snu.

- Przeklęty dzieciak! - Claude przyciągnął do siebie żonę i zaczął ją obmacywać.

- Nie, Claude, nie! - Była zmęczona, martwiła się zaległym czynszem i wcale nie miała ochoty na 

pijackie awanse męża.

Bez słowa ostrzeżenia Claude uderzył ją pięścią w skroń. Zatoczyła się, potknęła o stołek i upadła. 

W tym momencie Maurice się obudził i zaczął płakać. Claude rzucił się do kołyski.

Cassandra z  trudem podniosła się z  podłogi. Czuła, że  po twarzy ścieka  jej krew. Jakoś zdołała 

stanąć pomiędzy mężem a kołyską i przyjąć cios na siebie. Claude chwiejnie poszedł do sypialni, 

padł na łóżko i po chwili już spał, głośno chrapiąc.

-  Moja  droga!  -  zawołała  następnego  ranka  pani  Tait,  jedna  z  nowych  znajomych  Cassandry.  -

Przyniosę arnikę. Co za okropny siniec!

- Upadłam i uderzyłam się o drzwi - wyjaśniła Cassandra. Lubiła panią Tait, ale nie życzyła sobie 

jej litości.

- Rozumiem. - Pani Tait taktownie umilkła. Kobiety nie były internowane, więc pani Tait wraz z 

córką planowała powrót do Anglii. Zaproponowała Cassandrze, że weźmie ją razem z dzieckiem, a 

w zamian wykorzysta jej znajomość francuskiego.

Cassandra  z  ulgą  przyjęła  jej  propozycję.  Claude  stawał  się  coraz  gwałtowniejszy  i  było  tylko 

kwestią czasu, kiedy zacznie bić dziecko. Ale jak zdołają wyrwać się spod jego władzy?

Na szczęście w bieg spraw wmieszała się pani de Flagy. Pociągnęła za kilka sznurków i skreślono 

Claude’a z listy osób niebezpiecznych. Dano mu paszport i wezwano do Paryża, żeby przedstawił 

swoją sprawę Bonapartemu. Cassandra patrzyła, jak mąż odjeżdża, i miała nadzieję, że już nigdy go 

nie  zobaczy. Rodzina  de  Tessy wywodziła  się  ze  starej  szlachty, a  Bonaparte potrzebował  takich 

ludzi, ale to oznaczało, że ona wraz z dzieckiem znajdą się z powrotem w zamku de Flagy i już się 

stamtąd nie wydostaną.

Dwa dni później z bramy twierdzy wyjechała podróżna dwukółka, uwożąc Cassandrę, Maurice’a, 

panią Tait i jej małą córeczkę. Jechali do domu.

Podróż  była straszna.  Dwie  Angielki,  podróżujące  bez  męskiej  opieki,  uznawano  za  łatwy  cel  i 

oszukiwano  na  każdym  kroku.  Cassandra  musiała  używać  całej  swojej  siły  perswazji,  żeby 

przepuszczono  je  przez  kolejne  punkty  kontrolne  i  żeby  przekonać  pazernych  strażników,  że  nie 

wiozą  pieniędzy  ani  niczego,  co  warto  było  ukraść.  Drogi  były  w  strasznym  stanie,  dawano  im 

najsłabsze konie, a w oberżach najgorsze pokoje. Zawsze też obsługiwano je na końcu.

W  miarę  zbliżania  się  do  wybrzeża  coraz  częściej  widziały  wokół  siebie  oznaki  aktywności 

wojska.  Wyładowane  wozy  jechały  wolno  do  portów,  grupy  mężczyzn  umacniały  fortyfikacje  i 

pogłębiały baseny portowe. Pani Tait i Cassandra spojrzały po sobie.

- Sądzisz, że naprawdę zaatakują? - spytała ze strachem pani Tait.

background image

18

Kierowały  się  do  Boulogne,  ale  kiedy  jeden  z  karczmarzy  powiedział  im,  że  to  jest  centrum 

dowodzenia wojsk, zdecydowały się pojechać dalej, w spokojniejsze okolice.

-  Jak  my  się  stąd  wydostaniemy?  -  szlochała  pani  Tait.  Francuskie  okręty  patrolowały  wody 

przybrzeżne.  W  końcu  dotarły  do  Dieppe,  gdzie  ktoś  im  powiedział  rybaku,  który  był  skłonny 

zabrać je na drugą stronę kanału.

-  To  zapewne  przemytnik  -  stwierdziła  Cassandra.  Szczerze  mówiąc,  nie  przeszkadzałoby  jej 

nawet, gdyby okazał się piratem. Najważniejsze, żeby pomógł im dostać się do domu.

Rankiem  w  dniu  wyjazdu  Maurice  dostał  wysokiej  temperatury,  a  szyję  i  buzię  pokryły  mu 

czerwone  plamy.  Nic  nie  można  było  na  to  poradzić,  więc  pani  Tait  z  córką  musiały  ruszyć  w 

dalszą drogę same. Wiedziona poczuciem winy pani Tait wcisnęła w rękę Cassandry resztę swoich 

franków.

- Weź je, moja droga - powiedziała, zasłaniając usta szalem, żeby się ustrzec infekcji. - To nie jest 

wiele, ale na pewno ci się przydadzą. Musisz opiekować się synkiem. - Spojrzała na dziecko, ale 

nic nie powiedziała. Co miała mówić? Sama straciła kilkoro dzieci i wiedziała, jak łatwo umierają.

Daniel  patrzył  na  przykrytą  prześcieradłem  nieruchomą  postać,  leżącą  na  łóżku  w  sypialni  na 

piętrze. Do diabła! I co teraz? W swoich planach na przyszłość w ogóle nie brał pod uwagę śmierci 

Matty.  Co  on  teraz  zrobi  z  dzieciakami?  Kitty  chlipała  przy  łóżku,  a  bijący  od  niej  zapach  ginu 

tłumił  wszystkie  inne  zapachy.  Na  parterze  czternastoletnia  Ruth  i  dwunastoletni  Tom  siedzieli 

przytuleni  do  siebie  na  ławie  w  niszy  okiennej.  Kiedy  przyjechał,  zerwali  się  na  równe  nogi  i 

popatrzyli na niego z lękiem. Nie zwracając uwagi na dzieci, poszedł prosto na górę.

Odkrył prześcieradło i przez chwilę patrzył na Matty. Lekko dotknął jej włosów.

-  To  była  dobra  kobieta  -  powiedział.  Ze  zdziwieniem  zdał  sobie  sprawę,  że  będzie  mu  jej 

brakowało.  Nie  pozwalał  sobie  na  dopuszczanie  do  głosu  emocji,  więc  kiedy  łzy  zakłuły  go  pod 

powiekami, poczuł niepokój.

Kitty szlochała głośno, kołysząc się w przód i w tył.

-  Co  będzie  ze  mną  i  z  dziećmi?  -  Czknęła  donośnie  i  sięgnęła  pod  łóżko  po  butelkę.  Daniel 

chwycił ją pierwszy.

- Jesteś pijana - stwierdził z obrzydzeniem.

-  No  to  co?!  -  wrzasnęła  Kitty.  -  Nigdy  nie  kochałeś  Matty  tak  jak  ja!  Dla  ciebie  była  tylko 

życiowym  udogodnieniem.  Nie  obchodziło  cię,  że  sąsiedzi  nas  ignorują,  że  dzieci  boją  się 

powiedzieć do ciebie „tato”. Co teraz z nami zrobisz? Wyrzucisz nas na ulicę?

- Nie bądź głupia. - Daniel przetarł twarz dłonią. - Zajmę się wszystkim, ale nie licz na to, że będę 

cię utrzymywał, jeśli nie przestaniesz pić. - Zszedł z powrotem na dół.

Ruth i Tom podnieśli na niego wzrok. Oboje byli bladzi i wystraszeni.

background image

19

- Ruth, zrób nam, proszę, herbaty i zanieś też ciotce na górę.

Dziewczynka dygnęła grzecznie.

- Dobrze - odparła i poszła do kuchni.

-  Co  się  z  nami  stanie?  -  zapytał  z  lękiem  Tom,  kiedy  siostra  wróciła  z  herbatą.  Już  o  tym 

rozmawiali.  Najbardziej  przerażał  ich  przytułek  dla  ubogich.  Tam  by  ich  rozdzielono,  siostra 

zamieszkałaby w części dla kobiet, brat w części dla mężczyzn. Oboje jak najszybciej wysłano by 

do  pracy.  Ruth  trafiłaby  do  tkalni  lub  została  służącą.  Tom  miałby  szczęście,  gdyby  został 

czeladnikiem.

- Nie wiem. - Daniel opadł na krzesło. Dotychczas płacił za  ich naukę  i  zapewniał Matty, że  w 

odpowiednim czasie Tom zostanie przyuczony do zawodu, a Ruth dostanie kilkaset funtów posagu, 

żeby mogła dobrze wyjść za mąż. Zamierzał spełnić swój obowiązek, zawsze jednak liczył na to, że 

dzieci szybko dorosną, rozpoczną własne życie i znikną mu z oczu.

- Ja... jestem bardzo rozsądna - odezwała się nieśmiało Ruth. - Mogłabym zająć się domem, a pan 

tymczasem się zastanowi.

- Tylko proszę nie dawać pieniędzy ciotce Kitty - ostrzegł Tom.

Daniel spojrzał na dzieci. Tom odziedziczył jasne włosy i niebieskie oczy po matce. Nadal jeszcze 

miał  dziecięce,  pulchne  policzki.  Był  radosnym  chłopcem.  Kiedy  widział,  że  Daniel  nadjeżdża, 

wybiegał z domu i z zapałem zajmował się jego koniem. Czasami nieśmiało pokazywał mu różne 

ciekawe rzeczy, na przykład gniazdo z jajkami drozda lub nową procę. Daniel przypomniał sobie, 

że on również pokazywał takie rzeczy ojcu, i ogarnęło go poczucie winy.

Ruth  szybko  dorastała.  Niezdarna,  chuda,  z  zeszpeconą  trądzikiem  cerą  na  czole  i  prostymi 

włosami, nie budziła zachwytu, ale miała bardzo miły uśmiech. Boleśnie przypominała mu siostrę. 

Meg miała takie same ciemne włosy i oczy. Daniel starał się o tym nie myśleć.

-  Przestań  rozdrapywać  ten  pryszcz!  -  nakazał.  Ruth  zaczerwieniła  się  jak  piwonia.  Daniel 

natychmiast się zawstydził. Przecież Ruth nie była winna temu, że wygląda jak Meg.

- Lepiej pójdę do pastora - powiedział, odstawiając filiżankę. Na przeprosiny niezdarnie poklepał 

Ruth  po  ramieniu.  -  Spróbujcie  za  bardzo  się  nie  martwić.  Jeszcze  nie  wiem,  jakie  rozwiązanie 

będzie najlepsze, ale nie zostawię was na pastwę losu.

Ruth uśmiechnęła się niepewnie.

- Dziękuję panu - wyjąkała.

Cassandra  zapamiętała  bardzo  niewiele  z  ostatniego  tygodnia  swojego  pobytu  w  Dieppe.  Po 

śmierci  syna  ona  również  zachorowała  i  dostała  wysokiej  gorączki.  Oberżysta  przeniósł 

niechcianego gościa do małego pokoiku na poddaszu; Gburowata służąca przynosiła jej tam wodę, 

niecierpliwie karmiła kleikiem i opróżniała nocnik, jeśli o tym nie zapomniała.

background image

20

Kiedy  tylko  gorączka  spadła  i  Cassandra  przespała  spokojnie  pierwszą  noc,  żona  karczmarza 

wkroczyła do pokoiku i oznajmiła ze wzburzeniem:

- Od tygodnia nie zapłaciła nam pani ani sou. To nie jest instytucja dobroczynna. Albo pani płaci, 

albo się wynosi.

Złożyła  ramiona  na  piersiach  i  patrzyła  na  nią  z  niechęcią.  Nazwisko  de  Tessy  sugerowało 

francuskie  pochodzenie,  ale  w  gorączce  chora  majaczyła  po  angielsku,  a  przecież  Francja 

prowadziła  z  Anglikami  wojnę.  I  gdzie  był  mąż  tej  dziwnej  kobiety?  Szanujące  się  damy  nie 

podróżują same. W dodatku zjawiła się tu z dzieckiem. Nikt chętnie nie gości pod swoim dachem 

kobiety o podejrzanej reputacji, do tego jeszcze cudzoziemki.

Cassandra spojrzała obojętnie na zaciętą twarz żony oberżysty.

- W takim razie umrę tutaj. Wszystko mi jedno. - Zamknęła oczy.

Kobieta pochyliła się i gwałtownie nią potrząsnęła.

- Pieniądze, madame - nalegała, znacząco pocierając palcem wskazującym o kciuk. Cassandra z 

wysiłkiem otworzyła oczy.

- Oddałam wam już wszystkie pieniądze - wyszeptała. Powieki znów jej opadły.

- No, dobrze. Daję pani jeszcze dwa dni. A potem musi się pani wynieść.

Trzy dni później nakazano Cassandrze opuścić pokój. Tym razem oberżystka była nieugięta.

2

Tego popołudnia, nadal słaba po chorobie, z zaledwie kilkoma centymami w torebce, Cassandra 

siedziała na skale i spoglądała w morze. Za nią wznosiła się twierdza w Dieppe. Było jej wszystko 

jedno,  czy  umrze,  czy  będzie  żyła.  Właściwie  śmierć  wydawała  jej  się  bardziej  kusząca.  Był 

chłodny, jesienny dzień i Cassandra drżała z zimna pod cienką, wełnianą peleryną. Od kilku dni nie 

miała  nic  w  ustach,  oprócz  niewielkich  porcji  kleiku,  a  na  dodatek  dzisiaj  nie  miała  gdzie  się 

podziać.  Jedynym  jej  majątkiem  była  mała  walizka.  Zastawiła  wszystko,  włącznie  z  obrączką 

ślubną, żeby zapłacić za pokój dla siebie i syna, potem za pogrzeb i za pobyt w oberży.

Patrzyła na zimne wody kanału La Manche i wątpiła, czy jeszcze kiedyś zobaczy Anglię. Straciła 

to,  co  było  dla  niej  najdroższe:  ukochane  dziecko,  słodkiego  chłopczyka  z  dołeczkami  w 

policzkach, który dreptał przy jej boku, trzymając ją za rękę, a każdego ranka witał ją promiennym 

uśmiechem, kiedy przychodziła go obudzić. Serce ściskało jej się z bólu na myśl, że nigdy już nie 

usłyszy, jak mówi do niej maman.

Krótki jesienny dzień dobiegał końca, słońce kryło się za pasmem chmur na horyzoncie. Uliczny 

latarnik  zapalał  latarnie  przy  promenadzie,  na  kamieniach  bruku  pojawiły  się  żółte  kręgi  światła. 

Zaczął  mżyć  drobny  deszcz,  mieszając  się  ze  łzami  spływającymi  po  policzkach  Cassandry. 

background image

21

Wsunęła na głowę kaptur peleryny i spróbowała opanować drżenie.

Z początku nie poczuła, że ktoś położył jej rękę na ramieniu. Potem usłyszała jakiś głos.

- Co pani jest?

Podniosła wzrok, choć miała wrażenie, że się przesłyszała. Kto mógł do niej mówić po angielsku? 

Tutaj, w Dieppe? Głos wydał się dziwnie znajomy. Przez łzy i gęstniejący mrok usiłowała przyjrzeć 

się  twarzy  mężczyzny.  Był  w  nieokreślonym  wieku,  równie  dobrze  mógł  mieć  trzydzieści,  jak  i 

pięćdziesiąt  lat.  Niewysoki,  przysadzisty,  o  ogorzałej  twarzy,  jasnoniebieskich  oczach  i 

potarganych, ciemnych włosach. Miał na sobie brudne, połatane spodnie, rybackie buty, koszulę z 

grubego lnu i skórzaną kamizelkę.

- Abednego? - zapytała z wahaniem. Czyżby to jej się śniło? Co on tu robi?

- Poznała mnie pani. A widać, że ma pani kłopoty. Cassandra tylko skinęła głową, ponieważ ucisk 

w gardle nie pozwalał jej mówić.

Abednego  Breague był  jednym  z  wielu  brytyjskich  szpiegów,  zbierających  informacje  na  temat 

możliwej inwazji Bonapartego na Anglię. Raporty składał panu Sidneyowi Smithowi. Pochodził z 

rodziny  kornwalijskich  rybaków  i  zgodnie  z  uświęconym  tradycją  tego  hrabstwa  zwyczajem, 

trudnił się też przemytem. Znał język bretoński, ponieważ jego matka pochodziła z Brestu. Mówił 

po  francusku  z  wyraźnym  bretońskim  akcentem.  Z  punktu  widzenia  pana  Smitha,  Abednego  był 

idealnym agentem: prosty, mówiący po bretońsku rybak nie budził niczyich podejrzeń, nawet jeśli 

zadawał trochę zbyt dociekliwe pytania. Wziął jej walizkę.

-  Idziemy  -  powiedział.  -  Tutaj  nie  możemy rozmawiać.  To  zbyt  niebezpieczne.  -  Ruszył  przed 

siebie i Cassandra, chcąc nie chcąc, musiała podążyć za nim. Ledwie dotrzymywała mu kroku, nogi 

miała jak z waty i oddychała z trudem. Abednego zatrzymał się raz czy dwa, żeby mogła się z nim 

zrównać.

Nie  odezwał  się,  dopóki  nie  minęli  rogatek  Dieppe  i  nie  znaleźli  się  w  małej  oberży,  do  której 

prowadziła  jedynie  polna  droga.  Abednego  otworzył  ramieniem  boczne  drzwi  i  zaprowadził 

Cassandrę do pokoiku na tyłach, oświetlonego jedynie światłem łojowej świecy i dogasającego żaru 

w kominku.

- Niech pani siada. - Wskazał ławę przy kominku. Postawił obok niej walizkę i wyszedł.

Wrócił jakieś dziesięć minut później ze szklaneczką brandy, miską zupy i chrupiącą bagietką na 

tacy.

- Niech pani je - polecił. Zapalił jeszcze kilka świec i dołożył drew do ognia.

Cassandra  spełniła  polecenie.  Od  wielu  dni  był  to  jej  pierwszy  prawdziwy  posiłek.  Przełknęła 

trochę zupy i odłożyła łyżkę.

- To bardzo smaczne, ale... chorowałam. Nie mogę dużo jeść.

- Niech pani zje, ile pani może. Jeszcze tej nocy odpływamy na „Seamew”.

background image

22

Przełknęła kolejną łyżkę zupy.

- Jesteś... jesteś przemytnikiem? Wydawało mi się, że handlarzem.

Abednego roześmiał się.

- Trochę handluję z Francją.

- Podczas wojny?

- Ludzie chcą dobrej brandy i ginu również podczas wojny. Mam tu przyjaciół, którzy dbają o to, 

żebym nie miał kłopotów. Oczywiście, za odpowiednią cenę. - Nie przyznał się, że rząd brytyjski 

mu płaci za wszelkie informacje na temat planów Bonapartego dotyczących inwazji na Anglię.

- Ale... ja nie mam pieniędzy - oznajmiła Cassandra. - Jeśli jednak odwieziesz mnie bezpiecznie 

do  domu  mojego  szwagra,  w  okolicach  Horsham,  jestem  pewna,  że  cię  sowicie  wynagrodzi.  -

Wiedziała, że Abednego czasem jeździ w tamte strony, ponieważ zdarzało się, że dostarczał jej listy 

do Harriet.

- Tak się składa, że mam akurat beczułkę brandy dla pana Richarda.

- Przecież on jest sędzią pokoju!

Abednego parsknął śmiechem. Pan Richard lubił przemycaną brandy jak każdy inny śmiertelnik. 

Jeśli Abednego przywoził jakieś ważne informacje, Richard Sayers przekazywał je admiralicji. Co 

za zabawny zbieg okoliczności, że przypadkiem wyratował z opresji jego szwagierkę.

- Jak to się stało, że znalazła się pani w takich kłopotach, panno Cassandro?

Cassandra nie należała do osób, które chętnie i ze szczegółami opowiadają wszystkim o swoich 

problemach.  Od  czasu  ślubu  nie  zwierzała  się  nikomu,  nawet  w  listach  do  siostry  była  bardzo 

powściągliwa.  Pani  Tait  wiedziała  o  niej  tylko  tyle,  ile  było  absolutnie  konieczne.  Być  może 

dlatego,  że  Abednego  należał  do  zupełnie  innego  świata,  przed  nim  łatwo  jej  było  się  otworzyć. 

Choć z początku się wahała, w końcu opowiedziała mu o małżeństwie, pobycie u pani de Flagy i 

internowaniu męża w Verdun.

- Pani Tait z córką ruszyły w dalszą drogę do domu, a ja zostałam w Dieppe z chorym synkiem. 

Kiedy zmarł, ja również zachorowałam. - Zamilkła i bezradnie rozłożyła ręce.

-  Strata  kogoś,  kogo  się  kocha,  to  okropna  rzecz  -  powiedział  z  westchnieniem  Abednego.  -  W 

dziewięćdziesiątym siódmym roku straciłem brata. Po buncie na Spithead powieszono go na rei.

Cassandra ocknęła się z  zamyślenia nad własnym losem. Znała Abednego od dzieciństwa, ale o 

tym nic nie wiedziała.

- To straszne! Tak mi przykro. - Po chwili zapytała cicho: - Jak się nazywał?

- Shadrach.

- Tyle się czyta o warunkach panujących na pokładach statków: brutalni kapitanowie, robaczywe 

suchary, nędzne wyżywienie. Nigdy nie wierzyłam, że ludzie lepiej pracują po solidnej chłoście. -

Przypomniało  jej  to  surowy  program  wychowawczy,  któremu  pani  de  Flagy  chciała  poddać  jej 

background image

23

synka: spartańskie warunki życia i częste bicie.

Abednego poklepał ją po ręce.

- Pani jest bardzo dobra. Shad nie zasłużył sobie na taki los. To był przyzwoity człowiek.

Desperackie próby ocalenia brata sprawiły, że pan Sidney Smith zwrócił uwagę na wędrownego 

handlarza  i  uznał  go  za  dobry  materiał  na  szpiega.  Abednego  w  pierwszej  chwili  odmówił  z 

oburzeniem - nie chciał pracować dla ludzi, którzy powiesili jego brata. Dopiero kiedy pan Smith 

zaproponował wdowie po Shadrachu hojną rentę, Abednego się ugiął.

Przez  chwilę  panowała  cisza.  Cassandra  zjadła  jeszcze  kilka  łyżek  zupy  i  ze  zdziwieniem 

spostrzegła, że talerz jest pusty.

- Czas ruszać - stwierdził Abednego.

Pan Freese, pastor z wioski Little Hampden, położonej nieopodal Juniper Park, należał do starej 

szkoły; wykształcony w Oxfordzie, ustosunkowany - był dalekim krewnym hrabiego - wiódł żywot 

ziemianina i cenił sobie uroki życia. Większość spraw parafii pozostawiał swojemu wikariuszowi. 

Żona, młodsza od niego o dwadzieścia lat, poświęcała czas wychowaniu córek, Sary i Rachel.

Pani Freese, miła kobieta po czterdziestce, bardzo lubiła Cassandrę i często narzekała do męża, że 

przez egoizm hrabiego dziewczyna zostanie starą panną.

- Powinna mieć własne życie - powtarzała. Z wielką radością przyjęła wiadomość o planowanym 

ślubie  Cassandry,  a  jeszcze  bardziej  się  ucieszyła,  kiedy  zobaczyła  pana  de  Tessy  podczas  jego 

wizyty u hrabiego.

- Co za przystojny mężczyzna - zachwycała się. Kiedy dowiedziała się od Harriet, że Cassandra 

zostawiła  męża  i  po  okropnych  przeprawach  uciekła  z  Francji,  doznała  wstrząsu.  Harriet  była 

bardzo dyskretna, ale pastorowa odgadła, że małżeństwo nie było szczęśliwe. Dowiedziała się też, 

że  Cassandra nie  planuje  powrotu  do  Juniper  Park, chociaż  chciałaby spotkać  się  ze  stryjecznym 

dziadkiem.

- Mam nadzieję, że nie zamierza wrócić do Juniper Park! - zawołała pani Freese do męża, czytając 

przy śniadaniu list od Harriet. Hrabia sprowadził do domu kochankę i trudno się było spodziewać, 

by Cassandra mogła zaakceptować tę sytuację.

Pastor  bąknął  coś  pod  nosem  i  nałożył  sobie  na  talerz  kolejny  plaster  szynki  i  kilka  łyżek 

smażonych  grzybów.  Osobiście  dość  lubił  Bellę,  pogodną  kobietę  o  bujnych  kształtach,  ale 

doskonale rozumiał, dlaczego Cassandra nie może wrócić do posiadłości stryjecznego dziadka.

-  Zatrzyma  się  u  nas  -  oznajmiła  stanowczo  pani  Freese  i  zaraz  po  śniadaniu  napisała  do 

Cassandry:

Przyjedź do nas na tak długo, jak będziesz chciała. Twoja wizyta będzie dla nas radością. Jestem 

background image

24

pewna,  że  Twój  stryjeczny  dziadek  wymyśli  jakieś  rozwiązanie,  ale  to  może  trochę  potrwać.  Z 

przyjemnością ugościmy Cię u nas, a Sara i Rachel będą zachwycone.

Rozgniewany  hrabia  Lavington, opierając  się  ciężko  na  lasce  i  dysząc  z  wysiłkiem,  zwrócił  się 

szorstko do Cassandry:

- Nie myśl sobie, że możesz tak po prostu wrócić z podwiniętym ogonem. Miałaś tu dobry dom, 

ale wbrew mojej woli wyszłaś za tego Francuzika.

- Nie chciałam zostać starą panną - odparowała wojowniczo.

-  Jesteś  głupia  i  tyle!  Kobiety  zawsze  chcą  wychodzić  za  mąż,  a  co  na  tym  zyskują?  Rodzą 

gromadę rozwrzeszczanych bachorów, tracą figurę i zainteresowanie męża. Tobie przynajmniej to 

zostało oszczędzone.

Cassandra drgnęła lekko, ale nic nie powiedziała. W duchu stwierdziła, że hrabia wcale z wiekiem 

nie złagodniał. Bieg czasu jednak przygiął go ku ziemi i wyglądał teraz o wiele starzej.

- Nie będę z twojego powodu zmieniał stylu życia - ciągnął. - Nie możesz ze mną mieszkać, kiedy 

jest tu Bella. - Po ślubie Cassandry hrabia natychmiast sprowadził kochankę do Juniper Park i nie 

miał zamiaru się jej pozbywać.

Bella była kiedyś aktorką w teatrze na Drury Lane. Miała dobre serce, ale wulgarny sposób bycia. 

Cassandra  słyszała o  niej  wiele  dobrego,  między  innymi  to,  że  pomagała  biednym  mieszkańcom 

wioski, ale musiała przyznać hrabiemu rację. Nie mogła mieszkać z nią pod jednym dachem. Gdzie 

więc  miała  się  podziać?  Harriet  zaproponowała,  że  weźmie  ją  do  siebie,  ale  chociaż  Cassandra 

kochała siostrę, nie chciała znów być od kogoś zależna.

- Możesz zająć Belvedere Tower - oznajmił hrabia. - Jest tam sad jabłkowy, trzy zagrody dla koni, 

budynki gospodarcze obok wieży i ten stary warzywnik. Razem około trzech akrów. Mój prawnik, 

niejaki  Dunn,  przygotuje  umowę  najmu  za  symboliczny  czynsz,  taką  samą  jak  kiedyś  dla  ciotki 

Marii. Możesz tam zamieszkać albo wszystko wynająć, jeśli znajdziesz  chętnego. Nic więcej ode 

mnie nie dostaniesz. Masz swój posag. Będzie ci musiał wystarczyć.

-  Dzię...dziękuję  -  wyjąkała  Cassandra,  zaskoczona.  Sama  nie  wiedziała,  czego  się  spodziewać, 

ale nie oczekiwała, że hrabia da jej Belvedere Tower, budowlę pochodzącą z lat sześćdziesiątych 

szesnastego  wieku,  w  której  nikt  nie  mieszkał  od  niemal  dwudziestu  lat,  czyli  od  śmierci  jego 

ekscentrycznej siostry.

- Szkoda, że nie jesteś chłopcem - stwierdził nagle hrabia. - Dobrze byś tu sobie dała radę. Zawsze 

tak myślałem. - A tak, kiedy umrę, cały majątek pochłonie spłata długów, pomyślał. - Radziłbym ci 

wrócić  do  nazwiska  Hampden.  Toczy  się  wojna  z  Francuzami  i  francuskie  nazwisko  może 

wydawać się podejrzane.

Cassandra potakująco skinęła głową. Z Claude’em nic już jej nie wiązało. Nie chciała go więcej 

background image

25

widzieć.

- Mniej więcej za tydzień Dunn skontaktuje się z tobą. Daj mi znać, jeśli będziesz potrzebowała 

jakichś mebli. To, co zostało po ciotce Marii, pewnie całkiem zbutwiało. - Nagle, jakby speszony 

tym, że okazał jej tyle troski, zawołał: - To Wszystko! Teraz uciekaj!

Cassandra wolno wracała na probostwo, rozglądając się Wokół. Była jesień. Liście kasztanowców 

pożółkły,  buki  się  rozzłociły,  a  słońce  chyliło  się  wcześniej  ku  zachodowi.  Nadchodzi  czas 

rękawiczek  i  ciepłych  szali,  pomyślała.  We  Francji  brakowało  jej  długich  letnich  wieczorów  i 

mroźnych zimowych dni. Tam pory roku mniej różniły się od siebie.

W salonie pani Freese płonął jasny ogień i zasłony już były zaciągnięte. Cassandra opowiedziała 

pastorowej o zdumiewającej propozycji hrabiego.

- Belvedere Tower! - zawołała pani Freese. - Przecież to miejsce nie nadaje się do zamieszkania!

- Ciotka Maria tam mieszkała.

Na wzmiankę o lady Marii pani Freese tylko machnęła ręką.

- Tam nawet nie ma drzwi wejściowych.

- To każę je wstawić.

Zamilkły, rozmyślając o wieży. Była to trzypiętrowa budowla z ładnej, różowej cegły, z okrągłą 

klatką  schodową,  prowadzącą  na  piętra  z  dużego  holu  na  parterze.  Na  każdym  piętrze  był  jeden 

pokój,  a  u  szczytu  schodów  znajdowało  się  wyjście  na  płaski,  ogrodzony  murkiem  dach.  W 

minionych  wiekach  rodzina  jadała  tam  latem  posiłki  na  świeżym  powietrzu,  podziwiając 

rozciągający się stamtąd wspaniały widok. Stąd wzięła się nazwa wieży - Belvedere.

- Jutro się tam wybiorę - zadecydowała Cassandra.

- Pójdę z tobą - oznajmiła pani Freese. Pamiętała lady Marię, zdziwaczałą staruszkę, której bała 

się cała wioska, uważając ją za czarownicę. Nie, Cassandra stanowczo nie mogła tam zamieszkać.

Tydzień później Daniel siedział w swoim biurze ze starym przyjacielem, Nathanem Levy. Poznali 

się  w  Manchesterze,  kiedy  Nathan  pracował  dla  pana  Rothschilda,  a  Daniel  bardzo  chciał  się 

nauczyć  jak  najwięcej  o  świecie  handlu.  Różnili  się  bardzo.  Nathan  -  drobny  i  żywiołowy  -  od 

wielu lat był szczęśliwie żonatym ojcem rosnącej gromadki dzieci; Daniel był wysoki i poważny. 

Nathan pochodził z zamożnej rodziny z Frankfurtu, nie musiał się wydobywać z rynsztoka, tak jak 

jego przyjaciel. Podziwiał Daniela za determinację i ambicję.

Nathan  jako  jeden  z  niewielu  ludzi  wiedział  o  istnieniu  Matty.  Często  się  zastanawiał  nad 

związkiem  między  Danielem,  jego  kochanką  i  dziećmi,  których  istnienie  ojciec  tak  rzadko 

przyjmował  do  wiadomości.  Mówił  sobie,  że  może  to  tylko  typowa  angielska  powściągliwość. 

Jednak Daniel nie był chłodny, przynajmniej w stosunku do przyjaciół, i zawsze kiedy przyjeżdżał 

do Manchesteru, z przyjemnością spędzał wieczór z gadatliwą i żywiołową rodziną Nathana.

background image

26

- Panna Lorrimer stanowi pewien problem - przyznał Daniel śmierci Matty.

- Panna Lorrimer? - zdziwił się Nathan. Daniel potarł twarz dłońmi.

- Mam nadzieję się z nią ożenić.

-  To  wspaniale  -  ucieszył  się  przyjaciel. Właśnie  tego  było  Danielowi  trzeba:  miłej  żony,  która 

zajęłaby się jego dziećmi i dała mu szczęście.

- Panna Lorrimer jest dokładnie tym, czego szukam, ale co powie, kiedy dowie się, że mam dwoje 

dzieci, niewiele młodszych od niej? Skończyła dopiero osiemnaście lat.

Pani  Lorrimer  wraz  z  córką  Barbarą  niedawno  zamieszkały  w  okolicy.  Już  przy  pierwszym 

spotkaniu Daniel uznał, że to odpowiednia dziewczyna na żonę. Pochodziła z dobrej rodziny, była 

ładna, młoda, a więc zapewne mógłby nią kierować.

Nathan  nic  nie  powiedział.  Przeczuwał,  że  to  może  się  skończyć  katastrofą.  Mężczyzna  pod 

czterdziestkę  poślubiający  osiemnastoletnią  dziewczynę  naraża  się  w  przyszłości  na  poważne 

kłopoty.

- Opowiedz mi więcej o pannie Lorrimer.

-  Muszę  poślubić  kobietę  z  koneksjami.  Na  pewno  to  rozumiesz.  Żydzi  zawierają  związki 

małżeńskie  między  sobą,  prawda?  Jestem  pewien,  że  częściowo  dzieje  się  tak  ze  względu  na 

odpowiednie koneksje.

Nathan zastanowił się.

- Tak, masz rację. Zakochałem się w mojej Lei, ale pomogło mi też to, że jej ojciec jest agentem 

handlowym, prowadzącym interesy w Niemczech.

-  Ja  nie  szukam  znajomości  w  świecie  interesów,  tylko  koneksji  towarzyskich.  Zaczynałem  od 

zera, a chcę skończyć jako właściciel posiadłości ziemskiej, może nawet poseł do parlamentu. Do 

tego potrzebuję żony z odpowiedniego środowiska. Ja zapewnię pieniądze, ona musi wnieść dobre 

pochodzenie.  Poślę  synów  do  Eton  albo  Harrow,  a  córki  wejdą  do  najlepszego  towarzystwa  i 

poślubią arystokratów.

- Może ty sam dostaniesz tytuł? Daniel roześmiał się.

-  Matka  panny  Lorrimer  jest  córką  baroneta,  a  jej  ojciec  to  najmłodszy  syn  pewnego  hrabiego. 

Sprawdziłem to dokładnie.

Nathan spojrzał z troską na przyjaciela.

- A czy panna Lorrimer cię kocha? - Dlaczego osiemnastolatka z tak doskonałym pochodzeniem 

miałaby  pragnąć  związku  z  Danielem?  Oczywiście,  doceniał  Daniela,  ale  nie  wątpił,  że 

osiemnastoletnia panna wolałaby kogoś młodszego i ze swojej sfery.

-  Jej  matka  dała  mi  do  zrozumienia,  że  córka  jest  mną  zainteresowana  -  odparł  Daniel.  -  Mają 

bardzo  mało  pieniędzy.  Pan  Lorrimer  był  utracjuszem  i  zostawił  je  niemal bez  centa przy duszy.

Powiedziałem jasno, że zamierzam kupić odpowiednią posiadłość, gdzieś w pobliżu Londynu, ale 

background image

27

zakładałem, że Ruth i Tom zostaną pod opieką matki. - W głosie Daniela zabrzmiał niechętny ton. 

Swoją śmiercią Matty sprawiła mu spory kłopot.

To  straszne,  pomyślał  Nathan.  Przecież  dzieci  potrzebują  ojca.  Nie  mógł  zrozumieć,  dlaczego 

Daniel tak odsunął się od syna i córki. Jakby nic dla niego nie znaczyli. Niech diabli porwą pannę 

Lorrimer.

Zapadła cisza. Daniel wbił spojrzenie w stół i raz czy dwa ciężko westchnął.

-  Myślałem  o  tym,  żeby  posłać  dzieci  do  jakiejś  szkoły  z  internatem,  gdzie  mogłyby  mieszkać 

również  w  czasie  wakacji,  ale  sumienie  mi  na  to  nie  pozwala.  -  Kiedy  rozważał  takie  wyjście, 

natychmiast  stawały  mu  przed  oczami  ponure  mury  przytułku  dla  ubogich.  Nie  mógłby  wysłać 

dzieci do szkoły z internatem.

W głębi duszy Nathan odetchnął z ulgą.

Następnego ranka Cassandra i pani Freese wyruszyły do Belvedere Tower. Tylko tyle zostało ze 

starego  domostwa  w  stylu  Tudorów,  które  kiedyś  stało  na  terenie  obecnego  Juniper  Park.  W 

porannym słońcu mury wieży błyszczały różowo i na ten widok Cassandra nabrała otuchy. Weszły 

do środka przez łukowaty otwór na drzwi.

- Każę wstawić nowe - powiedziała Cassandra, wskazując i ślady po zawiasach.

Pani Freese przymknęła oczy i pokręciła głową.

Pokoje były brudne, zastawione starymi gratami i zawilgocone; dach przeciekał, a deski podłogi w 

pokoju na najwyższym piętrze przegniły. Ze ścian odpadał tynk. Cassandra przypomniała sobie, że 

ciotka Maria żyła w bałaganie, ale przecież kiedyś te wnętrza wyglądały o wiele lepiej.

Wróciła  do  pokoju  na  pierwszym  piętrze  i  rozejrzała  się.  Zobaczyła  solidny  kominek  z 

kamiennym  gzymsem  oraz  wychodzące  na  południe  okno  z  małymi  szybkami.  Mniejsze  okno 

wychodziło na północ. Drzwi prowadzące na schody wykonano z solidnego dębu. Pokój był duży i 

proporcjonalny, najwyraźniej

zaprojektowano go jako pomieszczenie mieszkalne, skoro był tu kominek i okno na południe.

-  To  wszystko  da  się  naprawić.  -  Cassandra  wskazała  na  oderwany  tynk i  zacieki.  Pani  Freese, 

mieszkająca  w  wygodnym,  nowoczesnym  domu,  wyposażonym  nawet  w  skanalizowaną  toaletę, 

piec  Rumforda  i  doskonale  grzejące  kominki,  spojrzała  na  swoją  towarzyszkę  z  przerażeniem. 

Urządzenia kuchenne pewnie były tak stare jak sam budynek. Nie było toalety, nie dostrzegła też 

wody. Odwróciła się i bez słowa zeszła na dół. Może pastor przemówi Cassandrze do rozumu.

Obok  wieży  wznosiła  się  kamienna  brama  i  przylegający  do  niej  fragment  muru,  tak  samo  jak 

wieża  zwieńczony  blankami.  Stały  przy  nim  zabudowania,  których  przeznaczenie  trudno  było 

określić.

-  To  jest  zachodnia  granica  mojej  siedziby  -  powiedziała  Cassandra,  wskazując  na  mur.  -

background image

28

Dochodzi  aż  do  sadu.  -  Przeszła  przez  bramę o  łukowatym sklepieniu;-  O!  Pamiętam  tę  studnię! 

Pomieszczenie na parterze przeznaczę na kuchnię. Opowiesz mi, jak działa twój piec Rumforda i 

jak unowocześniłaś kominy.

Pani Freese w milczeniu spoglądała na studnię.

-  Mój  piec  wymaga  bardzo  niewiele  opału,  ale  kosztował  osiem  gwinei!  Wszystkie  kominy 

przerobiliśmy  według  wskazówek  hrabiego  Rumforda.  Zdaje  się,  że  zostały  zwężone.  Było  to 

bardzo drogie, ale muszę przyznać, że dom jest teraz o wiele cieplejszy i można go ogrzać tańszym 

kosztem.

-  Krok  po  kroku  uporządkuję  Belvedere  Tower  -  zdecydowała  Cassandra.  -  Zatrudnię  jakieś 

dziewczęta z przytułku dla ubogich i kogoś do ogrodu.

- Ależ moja droga... - zaczęła pani Freese. Cassandra położyła jej rękę na ramieniu.

- Nie próbuj mnie zniechęcać - poprosiła błagalnym tonem. - Potrzebuję jakiegoś zajęcia, ciężka 

praca dobrze mi zrobi. Nie rozumiesz tego? Dzięki temu przestanę myśleć... o moim synku. - Jej 

oczy  wypełniły  się  łzami.  -  Nie  zdobyłam  się  na  to,  żeby  powiedzieć  o  tym  stryjecznemu 

dziadkowi, ale jestem strasznie zrozpaczona jego śmiercią.

Pastorowa uścisnęła rękę Cassandry. Ona również straciła kiedyś dziecko.

- W takim razie nic już nie powiem - obiecała. Pomyślała, że może wysiłek Cassandrze posłuży, a 

wkrótce sama na pewno dojdzie do wniosku, że tu się nie da mieszkać.

W  wieku  trzydziestu  dziewięciu  lat  Daniel  osiągnął  wszystko,  co  obiecał  siostrze:  został 

właścicielem  przędzalni,  a  od  niedawna  zajmował  się  handlem  i  inwestycjami  bankowymi.  Był 

bardzo bogatym człowiekiem.

Nawet  jeśli  w  życiu  uczuciowym  musiał  za  to  zapłacić  wysoką  cenę,  nie  dawał  tego  po  sobie 

poznać.

Teraz  mógł  sobie  pozwolić  na  małżeństwo,  i  to  na  własnych  warunkach.  Miłość  go  nie 

interesowała.  To  miał  być  związek  oparty  na  wspólnym  interesie  obu  stron  i  panna  Lorrimer 

doskonale się do tego  nadawała.  Oczywiście  zamierzał  darzyć żonę  uczuciem  - przecież  zostanie 

panią jego domu, będzie nosiła jego nazwisko i da mu dzieci.

Jeśli kiedykolwiek przypominało mu się, jacy szczęśliwi byli ze sobą jego rodzice lub jak wielkim 

uczuciem  darzył  siostrę,  natychmiast  odpychał  od  siebie  te  wspomnienia.  Tylko  nie  to,  myślał.

Nigdy więcej nikogo nie pokocha. Strata ukochanych osób była przeżyciem zbyt bolesnym.

W  domu  na  wsi  Ruth  i  Tom  zastanawiali  się,  co  dalej  robić.  W  zeszłym  tygodniu  ciotka  Kitty 

pojechała do Skipton i nie wróciła. Kilka dni później przyszła do nich żona jednego z okolicznych 

farmerów.

background image

29

-  Wasz  ciotka  uciekła  z  jakimś  żołnierzem  -  powiadomiła  ich,  pociągając  nosem.  Mąż  jej 

opowiedział,  że  Kitty  widziano  w  podejrzanej  gospodzie  nad  kanałem.  -  To  wstyd  i  hańba!  -

Kobieta  zawsze  podejrzliwie  patrzyła  na  tę  rodzinę.  Pani  Matty  Lawson,  akurat.  Jaka  tam  pani! 

Jednak  Ruth  i  Tom  to  grzeczne  dzieci.  Ruth  utrzymywała  dom  w  porządku  i  czystości,  a  kiedy 

kupowała na farmie jaja, zawsze płaciła, nie tak jak Kitty, która często o tym „zapominała”.

Kiedy sąsiadka poszła, brat i siostra zaczęli rozmawiać o tym, co usłyszeli. Nie byli zaskoczeni. 

Kitty ostatnio często wychodziła. Nie wiadomo skąd brała alkohol.

- Chyba nie powinniśmy mówić tego ojcu - stwierdziła Ruth. Oboje wiedzieli, że w życiu Daniela 

nie ma dla nich miejsca.

-  Wyśle  nas  do  przytułku  dla  ubogich?  -  ze  strachem  zapytał  Tom.  Spojrzał  na  siostrę  i 

wybuchnął: - Wolałbym umrzeć!

- Może nas nie wyśle, jak zobaczy, że sami dajemy sobie radę. Ale musisz zacząć mi pomagać. 

Sama wszystkiego w domu nie zrobię.

- To babska robota! - prychnął z niechęcią.

-  Wolisz  przytułek  dla  ubogich?  Przed  pójściem do  szkoły  będziesz  przynosił  wodę  ze  studni  i 

sprawdzał, czy wystarczy drewna na opał.

Chłopiec  skrzywił  się  pogardliwie,  ale  postanowił  spełnić  polecenie  siostry.  Oboje  ze  strachem 

myśleli o tym, co zrobi Daniel, kiedy się dowie, że ciotka zniknęła.

Ku  zdziwieniu  Cassandry  hrabia  dotrzymał  słowa  i  w  niespełna  tydzień  później  pan  Dunn 

przygotował umowę dzierżawy Belvedere Tower i otaczającego ją gruntu na dwadzieścia pięć lat. 

Czynsz ustalono na symboliczną sumę jednej gwinei rocznie. Co więcej, hrabia zlecił, żeby jeszcze 

przed wprowadzeniem się Cassandry naprawiono dach i odnowiono tynk na ścianach.

Cassandra spotkała się z panem Dunnem w gabinecie pastora, żeby podpisać umowę.

- Co go do tego skłoniło? - zdziwiła się, kiedy usłyszała o remoncie domu.

Dunn, który znał Cassandrę od dzieciństwa, pozwolił sobie na lekki uśmiech.

- On na swój sposób cię lubi. Często ubolewał nad tym, że nie jesteś chłopcem.

Cassandra pomyślała cierpko, że żaden z mężczyzn w jej życiu nie akceptował jej takiej, jaka jest. 

Ojciec narzekał, że ciągle psoci, stryjeczny dziadek żałował, że nie jest chłopcem, Claude wolałby, 

żeby była Francuzką, najlepiej z dużym posagiem.

- Zawsze będę mu wdzięczna, że po śmierci rodziców przyjął pod swój dach mnie i moją siostrę -

powiedziała  po  chwili.  -  Nie  lubił  dzieci,  a  tu  nagle  w  jego  domu  zjawiło  się  dwoje.  W  dodatku 

dziewczynki!

Po  wyjściu  prawnika  Cassandra  siedziała  z  umową  na  kolanach  i  spoglądała  w  ogień.  Własny 

dom! Małżeństwo nie dało jej prawdziwego domu, tylko zamek de Flagy. Teraz w końcu będzie u 

background image

30

siebie, a pan Dunn powiedział, że ma w banku dwieście funtów.

Po raz pierwszy od wielu miesięcy poczuła, że budzi się w niej iskierka nadziei.

Następne  tygodnie  upłynęły  jej  na  gorączkowej  pracy.  Codziennie  chodziła  do  wieży,  żeby 

nadzorować  prace  remontowe.  Potem  wraz  z  panią  Freese  doglądała  montowania  nowego  pieca, 

odnawiania kominków  i  przewodów  kominowych  według zaleceń  hrabiego  Rumforda.  Z własnej 

inicjatywy  kazała  podwyższyć  palenisko  i  umieścić  pod  nim  wysuwany  pojemnik  na  spadający 

popiół.

- Wynalazki hrabiego Rumforda są takie proste, a jednocześnie takie skuteczne - zauważyła. - Cóż 

prostszego, jak zwęzić komin, żeby ciąg powietrza był silniejszy, i wysunąć palenisko do przodu, 

żeby ogrzewało pokój, a nie wnętrze komina?

- I to jakiego szerokiego komina - dodała pani Freese.

-  Pamiętam,  jak  przychodziłam  tu  na  herbatę  do  ciotki  Marii.  Krople  deszczu  wpadały  przez 

komin, drewno syczało. Bałam się ciotki. Ciągle coś do siebie mamrotała, a ja myślałam, że rzuca 

na mnie czary i któregoś dnia zamieni mnie w ropuchę albo węża. - Roześmiała się. - Kiedy stąd 

wychodziłam, zawsze czułam ulgę, że nadal jestem sobą.

Biedna  ciotka  Maria,  pomyślała  Cassandra.  Musiała  być  bardzo  samotna.  A  nas  trzeba  było  tu 

przyprowadzać niemal siłą. Może się tak zdarzyć, że w przyszłości mnie będą brali za czarownicę i 

wiejskie dzieci będą przede mną uciekać, żebym ich nie zaklęła w jakieś zwierzę.

Wreszcie zakończono prace remontowe i następnego dnia Cassandra poszła do Juniper Park, żeby 

poszukać  zbędnych  mebli.  Hrabia  powiedział,  że  może  wziąć,  co  jej  się  podoba,  z  ich  dawnego 

saloniku,  z  sypialni  i  pokoju  do  nauki.  Nie  mogła  się  doczekać,  kiedy  zacznie  meblować  swoją 

wieżę. Pastorostwo byli bardzo uprzejmi, ale chciała już zamieszkać u siebie.

Drzwi otworzyła zdenerwowana służąca i Cassandra natychmiast domyśliła się, że coś się stało.

- Co się dzieje, Lizzie?

- Och, chodzi o jego lordowską mość. Ostatniej nocy miał atak, a nie chce, żeby zbadał go lekarz. 

- Zniżyła głos i dodała: - A ta Bella podniosła taki wrzask, jakby lis wpadł do kurnika!

Cassandra  mimowolnie  się  uśmiechnęła,  widząc,  ile  emocji  dostarczyły  Lizzie  najnowsze 

wydarzenia.  Jednocześnie  zastanawiała  się,  co  robić.  Hrabia  nie  chciał,  żeby  poznała  jego 

kochankę,  i  bardzo  słusznie,  ale  w  obecnej  sytuacji  ktoś  musiał  przejąć  dowodzenie,  a  Bella  na 

pewno się do tego nie nadawała.

- Lepiej będzie, jeśli z nią porozmawiam - zadecydowała. - Lizzie, przynieś kawę do niebieskiego 

saloniku i zapytaj... hm... panią, czy nie zechciałaby mi towarzyszyć.

Dziesięć minut później, kiedy Cassandra sączyła już gorący napój, drzwi do saloniku otworzyły 

się. Stanęła w nich pulchna kobieta, dobrze po czterdziestce. Spod koronkowego czepka wymykały 

się wypłowiałe blond  loki.  Miała na  sobie jaskrawoniebieski  szlafrok,  starannie zapięty  do samej 

background image

31

góry. Widać było, że choć lubi barwne stroje, nie ubiera się wyzywająco.

Cassandra odstawiła filiżankę.

- Zapewne mam przyjemność z panną... - Jak ona, do licha, ma na nazwisko?

Bella podeszła bliżej.

- Nazywam się Truebody. I w przeciwieństwie do tego, co pani pewnie słyszała, nie zamieszkałam 

tu po to, żeby zrujnować Starego Lavingtona.

Cassandra zamrugała ze zdziwienia, słysząc określenie „stary Lavington”, ale zaraz uśmiechnęła 

się i odrzekła:

- Mój stryjeczny dziadek sam potrafi doprowadzić się do miny.

Bella  wybuchnęła  rechotliwym  śmiechem.  -  Co  wieczór  wypija  butelkę  porto,  albo  i  więcej  -

zdradziła  Cassandrze. - Mówię mu:  „Lavington, jak nie przestaniesz pić, to  w łóżku nie będzie z 

ciebie żadnego pożytku”, ale on nic sobie z tego nie robi, tylko wrzeszczy, że będzie robić, co mu 

się podoba, a ja mam iść do diabła.

- Co się stało? - zapytała Cassandra, niezrażona bezpośredniością Belli.

- Miał wczoraj jakiś atak. Trzeba się było nieźle namęczyć, żeby położyć go do łóżka. Nie chciał 

doktora. „Żadnych konowałów”, krzyczał. „To pijawki, wyssą ze mnie ostatnią kroplę krwi!”

Cassandra nie zdziwiła się. Sama nieraz słyszała podobne słowa z ust hrabiego.

- A dziś rano? - dopytywała się.

- Kazał sobie podać brandy, a kiedy odmówiłam, chciał wstać, ale się przewrócił. Jest w kiepskiej 

formie, panno Hampden. Powinien wezwać doktora, ale jak tylko wejdę do jego sypialni, to zaraz 

chce czymś we mnie rzucić. Tylko że jest słaby jak dziecko, biedaczyna.

To już nie było podobne do hrabiego. Cassandra wstała z fotela.

-  Niech  pani  idzie  ze  mną.  Poradzę  sobie  z  nim,  ale  mogę  potrzebować  pani  pomocy.  -  Znała 

hrabiego i  wiedziała, jak  trudno było  go do  czegoś  przekonać,  jeśli  był  pijany.  - Dam  mu  trochę 

laudanum i obiecam, że potem dostanie brandy. To kiedyś skutkowało.

Kiedy  otworzyła  drzwi  sypialni,  nieprzyjemnie  uderzył  ją  silny  odór  wymiocin,  potu  i  brandy. 

Niezdrowo zaczerwienioną twarz hrabiego pokrywały plamy, pościel była brudna i zmięta, a dywan 

poplamiony. Nigdy nie widziała go w tak złym stanie.

Otworzyły się drzwi do garderoby i ukazał się w nich służący hrabiego. Miał posiniaczoną twarz i 

zakrwawiony nos.

- Panna Cassandra! Dzięki Bogu, że pani przyszła! - zawołał. Ostatni wieczór był dla niego trudny 

do zniesienia. Hrabia omal go nie udusił w pijackiej furii, nim padł bezwładnie na podłogę.

Cassandra trzymała szklankę z wodą i laudanum. Skinęła na służącego, by podbiegł do hrabiego i 

przytrzymał  mu  głowę.  Hrabia  otworzył  usta  i  Cassandra  bez  ceregieli  wlała  mu  laudanum  do 

gardła. Lavington z przekleństwem opadł na łóżko.

background image

32

Cassandra energicznie pociągnęła za taśmę od dzwonka i po chwili w sypialni zjawiła się Lizzie.

-  Proszę,  przynieś  miskę  ciepłej  wody  do  umycia  jego  lordowskiej  mości.  Aha,  jeszcze  czyste 

prześcieradła  i  coś  do  wyczyszczenia  dywanu  -  poleciła  dziewczynie.  Lizzie  z  przerażeniem 

spojrzała na hrabiego.

-  Tak  jest,  panno  Cassandro  -  wyszeptała  i  uciekła.  Przez  następne  pół  godziny  w  sypialni 

panował  ożywiony  ruch.  Hrabia  został  bezceremonialnie  umyty,  przebrany  i  ułożony  w  świeżej 

pościeli,  gdzie  zapadł  w  ciężki,  narkotyczny  sen.  Bella  przecierała  mu  twarz  gąbką  i  zwilżała 

skronie wodą lawendową. Cassandra otworzyła okno, żeby przewietrzyć.

- Dziękuję - zwróciła się do służącego. - Teraz będzie spał. A ty lepiej idź opatrzyć swoje rany.

- On jest już za  stary na  takie wybryki - powiedziała  Bella, poklepując hrabiego  po bezwładnej 

dłoni.  -  Biedny  stary  dureń.  Często  mu  powtarzałam,  że  jeśli  chce  żyć,  to  powinien  skończyć  z 

piciem. Ale on twierdzi, że co mu z życia, skoro i tak siedzi po uszy w długach. - Rozejrzała się i 

wzruszyła  ramionami.  Hrabia  miał  wielki  dom  i  piwnice  pełne  wina.  Cóż  on  mógł  wiedzieć  o 

długach?

- Zastanawiam się, dlaczego w takim razie dał mi Belvedere Tower - zdziwiła się Cassandra.

- Żeby coś pani zostało po jego śmierci - odrzekła Bella. - Tak przynajmniej powiedział.

Obie  spojrzały  na  hrabiego,  Bella  smutno  i  z  uczuciem,  Cassandra  z  irytacją.  On  na  nią  nie 

zasługuje, na Bellę, pomyślała. Ta kobieta, choć wątpliwej konduity, była dla niego zbyt dobra.

Godzinę  później,  po  posiłku  złożonym  z  szynki  i  sałatki,  Cassandra  poszła  obejrzeć  meble. 

Zdecydowała  się  na  tradycyjne.  Zbyt  nowoczesne  sprzęty  nie  pasowałyby  do  wieży.  Najpierw 

poszła  do  sypialni  i  zatrzymała  się  przed  kominkiem.  Stał  tam  rząd  drewnianych  zabawek, 

pochodzących  ze  skrzyni  Abednego. Wzięła  do  ręki  żołnierza,  którego  ręce  i  nogi  poruszały  się, 

gdy pociągała za sznurek. Zapłaciła za niego dwa pensy, swoje kieszonkowe na cały tydzień. Nie 

mogła  zostawić  tych  zabawek,  stanowiły  część  jej  dzieciństwa.  Postanowiła  też  wziąć  łóżko  z 

baldachimem i stary dębowy stół z pokoju do nauki. Chodziła po pokojach, wybierała i zaznaczała 

kredą sprzęty, które mogły jej się przydać.

- Jutro po południu przyślę Jacoba z wozem - powiadomiła Bellę.

- Będą pani potrzebne dywany i zasłony - praktycznie zauważyła Bella.

- Za jednym razem wszystko nie zmieści się na wozie.

- Niech się pani nie martwi, panno Hampden. Wszystkiego dopilnuję. Teraz niech pani wraca do 

domu. Widać, że jest pani zmęczona. - Biedactwo, dodała w duchu. Choć się z tym nie zdradziła, 

wiele słyszała o Cassandrze. Stary Lavington nie mógł zrozumieć, dlaczego dziewczyna wyszła za 

mąż za tego Francuzika. Uważał, że miała w Juniper Park dobry dom, dostawała trochę pieniędzy 

na  bieżące  wydatki  i  co  roku  mogła  w  lecie  odwiedzać  siostrę.  Stary  egoista,  pomyślała  Bella  z 

rozczuleniem.  Przecież  to  naturalne, że  młoda  kobieta  chciała wyjść  za  mąż.  Inna  sprawa,  że  źle 

background image

33

wybrała kandydata na męża, ale to się zdarzało. Ten świat okrutnie obchodzi się z kobietami panna 

Hampden, tak samo jak Bella, po prostu walczyła o swoje. Bella doceniła też to, że Cassandra była 

dla niej uprzejma i nie patrzyła na nią z góry, jak wiele innych pań.

Tego  wieczoru  poszła  do  sypialni  pana  domu.  Hrabia,  prawie  rozbudzony,  pozwolił  poprawić 

sobie poduszki i wypił trochę napoju z gotowanego jęczmienia i soku z cytryny.

Bella spojrzała na niego z troską. Nie wygląda dobrze, pomyślała, długo już na tym świecie nie 

zabawi.  Wiedziała,  że  w  tej  sytuacji  musi  wkrótce  stąd  zniknąć,  bo  inaczej  mieszkańcy  wioski 

wywiozą ją siłą.

Hrabia wyciągnął do niej rękę.

- Odchodzę, Bello. Jak tylko umrę, ten dom opadną sępy i wszystko rozdrapią. Długi, moja droga. 

Będę  miał  szczęście,  jeśli  nie  wezmą  w  zastaw  mojego  ciała.  Takie  rzeczy  się  już  zdarzały.  -

Widząc przerażoną minę kochanki, roześmiał się chrapliwie. - Nic mnie to nie obchodzi! Ale tobie 

radzę, żebyś szybko stąd wyjechała. Masz adres, który ci dałem? To dobrze. Rzadko miewałem do 

czynienia  z  tego  rodzaju  ludźmi,  ale  ten  człowiek  nie  pozwoli  ci  zginąć.  Dostaniesz  resztę 

pieniędzy z mojego konta, choć nie będzie to wiele. Naciesz się nimi. - Zamknął na chwilę oczy. -

A teraz daj mi drinka.

- Ależ Lavington... - zaczęła.

- Drinka, kobieto! Niewiele czasu mi zostało i nie mam zamiaru go spędzić na popijaniu tej lury, 

którą mi dajesz. Przynieś brandy.

Bella posłuchała go niechętnie.

Następnego  dnia,  kiedy  Jacob  przyjechał  po  drugi  transport  mebli,  spostrzegł  przygotowane  do 

zabrania dwie dodatkowe skrzynie.

- Te skrzynie są dla panny Hampden. Ona o nich nie wie, więc trzymaj język za zębami, dopóki 

jego lordowska  mość  nie  spocznie  bezpiecznie  w  grobie  -  powiedziała  Bella,  a  widząc,  że  Jacob 

spogląda  na  nią  pytająco,  dodała  zniecierpliwiona:  -  Sama  słyszałam,  jak  mówił  do  panny 

Hampden, że może zabrać, co chce. Ale to taka naiwna kobieta, że musiałam jej trochę pomóc.

Mniej więcej tydzień później, kiedy Daniel zszedł na śniadanie w swoim domu w Skipton, obok 

talerza znalazł dwa listy. Jeden został wysłany przez pana Briggsa, sekretarza, i zawierał wycinek z 

„The Morning Post”.

Francis  Walter  Hampden,  ósmy  i  ostatni  hrabia  Lavington,  zmarł  4  listopada  1804  roku  w 

Juniper Park, w hrabstwie Surrey.

W dołączonym do wycinka liście Briggs pisał:

Posiadłość hrabiego została wystawiona na sprzedaż z powodu konieczności spłaty długów. Dom 

background image

34

jest solidny, zbudowany jakieś siedemdziesiąt lat temu. Stoi na tysiącu pięciuset akrach gruntu. Jest 

położony  niecałe  pięćdziesiąt  kilometrów  od  Londynu,  prowadzi  do  niego  dobra  droga.  Jeśli  jest 

Pan zainteresowany, wypytam o dalsze szczegóły.

Daniel  poszedł  do  gabinetu,  zdjął  z  półki  tom  oprawny  w  czerwoną  skórę  i  zaczął  kartkować. 

Lavington  z  Juniper  Park.  Znalazł  rysunek  dużego  domu  z  eleganckim  frontonem  i  korynckimi 

kolumnami.  Przed  domem pasły się  jelenie,  w  tle  widać  było  jakąś  dziwaczną  wieżę.  Hrabia  był 

ostatnim  męskim  przedstawicielem  rodu,  jego  jedyny  bratanek  zmarł  wiele  lat  przed  nim, 

pozostawiając dwie córki.

Daniel  poczuł,  że  serce  bije  mu  szybciej.  Ta  posiadłość  doskonale  spełniała  jego  oczekiwania: 

była  wystarczająco  duża,  położona  w  dogodnej  odległości  od  metropolii,  pod  każdym  względem 

mu odpowiadała.

Otworzył drugi list i znalazł tam zaproszenie od pani Lorrimer, która wydawała proszoną kolację 

z  okazji  odwiedzin  swojego  brata  z  żoną.  Pisała,  że  dawno  już  nie  mieli  przyjemności  gościć 

Daniela i córka się dopytuje, co się z nim dzieje.

Uśmiechnął się. Panna Lorrimer o niego pytała! Musi polecić Briggsowi, żeby natychmiast zajął 

się sprawą Juniper Park.

Pani Lorrimer weszła do sypialni córki i usiadła na łóżku. Barbara właśnie przygotowywała się do 

snu.  Zręcznie  splatała  złociste  włosy  w  warkocz,  uśmiechając  się  do  swojego  odbicia  w  lustrze. 

James  miał  jutro  przyjść  do  nich  na  obiad!  Matka  nieczęsto  miała  gości;  jako  wdowa  nie  mogła 

zapraszać samotnych kawalerów. Obecność wuja i ciotki była prawdziwym darem niebios.

Oprócz wuja i ciotki Anstruther matka zaprosiła pana Darke’a i Townsendów - w tym ich syna, 

Jamesa. Barbara miała nadzieję, że chłopak cieszy się na to spotkanie tak samo jak ona. Ostatni raz 

widziała go na pikniku w lipcu. Poszedł z nią na spacer nad brzeg rzeki, żeby nakarmić kaczki, a 

kiedy nikt ich nie widział, skradł jej całusa pod wierzbą.

Pani  Lorrimer  doskonale  zdawała  sobie  sprawę,  że  James  durzy  się  w  jej  córce,  ale  nie 

przejmowała się tym zbytnio. Wiedziała, że pani Townsend zdusi ten romans w zarodku. Rodzice 

Jamesa, tak samo zresztą jak ona, nie chcieli, żeby ich syn poślubił Barbarę.

Celem pani Lorrimer był pan Darke.

- Nie zapominaj, Barbaro, że pan Darke szuka żony - powiedziała. - Jako człowiek zamożny jest 

bardzo odpowiednią partią. Barbara skończyła zaplatać warkocz.

- Czy takie stwierdzenie  nie jest trochę niegodne  damy?  Pani  Lorrimer zaczerwieniła się  lekko. 

Jako wdowa z niewielkim majątkiem musiała pewne rzeczy wyrażać jasno.

-  Na  pewno  zdajesz  sobie  sprawę,  że  utrzymujemy  się  głównie  z  mojej  renty.  Kiedy  ja  odejdę, 

background image

35

pieniądze przestaną napływać. Zostaną ci jedynie dwa tysiące funtów, czyli niespełna sto funtów na 

rok. Jak się z tego utrzymasz? Trzeba myśleć praktycznie.

Barbara  nic  nie  powiedziała,  tylko  nadal  spoglądała  na  swoje  odbicie  w  lustrze,  teraz  lekko 

skrzywione.

Pani Lorrimer zmierzyła córkę bystrym spojrzeniem i lekko pociągnęła za warkocz.

-  Wydaje  mi  się,  że  mały,  niewinny  flircik  z  Jamesem  skłoni  pana  Darke’a  do  szybszych 

oświadczyn.

Przed  południem,  w  dniu  kolacji  u  pani  Lorrimer,  Daniel  pojechał  sprawdzić,  jak  sobie  radzą 

Kitty, Tom i Rum. Sumienie nie pozwalało mu o nich zapomnieć. Pod koniec ostatniej wizyty dał 

Ruth dziesięć gwinei i miał nadzieję, że udało jej się uchronić je przed ciotką. Liczył też na to, że 

Kitty wzięła się w garść i roztoczyła opiekę nad dziećmi.

Kiedy  w  oddali  zobaczył  dom,  z  ulgą  spostrzegł,  że  ktoś  starannie  przystrzygł  żywopłot,  a  na 

krzaku  rozmarynu  suszą  się  świeżo  uprane  ściereczki.  Przywiązał  konia  do  słupka  przy  furtce, 

zapukał i wszedł do środka.

Ruth siedziała przy oknie i szyła. Na jego widok zerwała się z miejsca.

- O, dzień dobry, oj... proszę pana. - Zaczerwieniła się i uśmiechnęła nieśmiało.

Daniel rozejrzał się wokół. Dzięki Bogu wszędzie panował nieskazitelny porządek. Może dzieci 

będą  mogły  tu  zostać.  To  rozwiązałoby  wiele  problemów.  Kitty  chyba  wreszcie  przestała  pić. 

Badawczo  pociągnął  nosem;  nie  wyczuł  woni  alkoholu.  Oczywiście  jeśli  dzieci  tu  zostaną,  po 

przeprowadzce  do  Surrey  nie  będzie  ich  zbyt  często  widywał,  ale  przecież  niedługo  już  będą 

dorosłe,  a  do  tego  czasu  jakoś  sobie  poradzą,  z  pomocą  Kitty.  Panna  Lorrimer  wcale  nie  musi 

wiedzieć o ich istnieniu.

- Tom jest w szkole - powiedziała nieśmiało córka. Nie wiedziała, czy zaproponować ojcu, żeby 

zdjął  płaszcz  i  kapelusz.  -  Niedługo  wróci  na  lunch.  Może  zjemy  razem?  Będą  tylko  ciasteczka 

owsiane,  ser  i  jabłko...  -  Spojrzała  na  niego  z  wyczekiwaniem,  nerwowo  splatając  dłonie  na 

fartuszku.

Daniel rzucił płaszcz i kapelusz na krzesło.

- Dobrze, zjemy razem. I tak chciałem porozmawiać z waszą ciotką.

- Już jej tutaj nie ma. Odwrócił się gwałtownie.

- Jak to?

- Wyjechała jakiś miesiąc temu. Napisałabym o tym, ale nie byłam pewna... - Nie dokończyła.

- Gdzie pojechała?

- Na owczym targu poznała jakiegoś mężczyznę. - Dziewczynka zacisnęła ręce na oparciu krzesła, 

aż zbielały jej kostki. - Dajemy sobie radę sami. Chcemy... chcemy zostać razem.

background image

36

Słysząc to. Daniel podniósł wzrok, ale nic nie powiedział. Ruth miała wilgotne ze zdenerwowania 

dłonie.  Nie  śmiała  się  odezwać.  W  milczeniu  zaczekali  na  Toma,  a  potem  szybko zjedli  posiłek. 

Brat i siostra wymieniali stroskane spojrzenia, lecz nie mieli odwagi o nic pytać. W końcu Daniel 

westchnął i wstał od stołu.

- Muszę jechać. - Sięgnął do kieszeni i odliczył  pięć gwinei. - To powinno wam wystarczyć na 

miesiąc. Jeśli będziecie mnie potrzebować, napiszcie na adres przędzalni.

Dzieci spojrzały na siebie z ulgą.

-  Dobrze -  odrzekły  jednym  głosem.  Gdy  Daniel  wziął  płaszcz  i  kapelusz.  Tom  wybiegł  na 

zewnątrz, żeby podprowadzić konia. Kiedy ojciec wskoczył na siodło, chłopiec stanął obok siostry, 

a  ta  objęła  go  ramieniem.  Daniel  spojrzał  na  dzieci,  zamrugał  gwałtownie  i  odwrócił  wzrok.  Po 

chwili oznajmił:

- Nie rozdzielę was.

Idąc wieczorem do pani Lorrimer, nadal nie wiedział, co zrobi. Nie chciał dopuścić do tego, żeby 

dzieciaki Matty pokrzyżowały jego życiowe plany. Starał się o nich nie myśleć.

Z dzisiejszym zaproszeniem wiązał wielkie nadzieje. To, że pani Lorrimer chciała go poznać ze 

swoim  bratem i  bratową,  uznał  za  dobry znak.  Wyobrażał sobie, że  będzie  jedynym gościem, do 

którego panna Lorrimer będzie się ślicznie uśmiechać i poprosi, żeby usiadł przy niej na sofie.

Ku  swojemu  rozczarowaniu  zobaczył  w  salonie  wielu  gości.  Byli  tam  państwo  Anstruther, 

państwo  Townsend  i  jakiś  młody  człowiek,  który  w  chwili,  kiedy  Daniel  wszedł  do  środka, 

rozmawiał z roześmianą panną Barbarą.

Pani Lorrimer powiedziała bratu i bratowej, jakie nadzieje wiąże z Danielem, więc oboje powitali 

go  bardzo  wylewnie.  Townsendowie  uścisnęli  mu  dłoń,  Barbara  dygnęła,  a  wysoki  i  przystojny 

James podszedł zaciekawiony.

-  To  jest  pan  Darke,  a  to  James  Townsend  -  przedstawiła  ich  sobie  gospodyni.  Zauważyła  że 

Daniel ma niezbyt zadowoloną minę. - Pan Townsend właśnie przyjechał z Oxfordu.

- Z Oxfordu? - zainteresował się Daniel. - A z którego college’u? - Nie miał pojęcia, czym jeden 

college różni się od drugiego, ale wiedział, że to stosowne pytanie.

- Z Balliol - odparł James. - A pan? - Dobrze wiedział, że Daniel nie miał wykształcenia, ale nie 

spodobał mu się ten  ciemnowłosy, krępy mężczyzna. Wyglądał  jak kowal przebrany w elegancki 

strój wieczorowy. A poza tym James lubił prowokować.

- Nie studiowałem - odparł krótko Daniel. - Od razu poszedłem do pracy.

-  Doprawdy?  -  Rozbawiony  zerknął  na  Barbarę.  Powiedziała  mu,  że  pan  Darke  przypomina  jej 

starego niedźwiedzia, i już rozumiał dlaczego.

Pani Lorrimer spojrzeniem dała córce do zrozumienia, że później z nią porozmawia, i odciągnęła 

background image

37

Daniela od nieobliczalnego młodzieńca.

- Panie Darke, nie widziałyśmy pana od tak dawna. Jak się pan miewa? - zaszczebiotała.

- Mówiłem już kiedyś, że rozglądam się za odpowiednią posiadłością. Chyba znalazłem to, czego 

szukałem.

Pani  Lorrimer  z  należytą  uwagą wysłuchała  jego  opowieści,  we  właściwych miejscach  wydając 

okrzyki radości lub zdumienia, a potem uderzyła go wachlarzem w ramię.

-  To  brzmi  wspaniale!  -  zawołała.  Barbara  musiałaby  być  szalona,  żeby  zrezygnować  z  takiej 

atrakcyjnej partii. - Musi pan opowiedzieć o tym mojej córce. - Przy stole zamierzała posadzić go 

obok Barbary, a Jamesowi wyznaczyła miejsce na drugim końcu.

-  Wygląda  na  to,  że  ktoś  inny  doskonale  zabawia  ją  rozmową  -  stwierdził  Daniel,  widząc,  że 

Barbara  nadal  rozmawia  z  tym  okropnym  młodzieńcem,  takim  śmiesznym  w  tym  sztywno 

nakrochmalonym fularze.

- James Townsend to przyjaciel z dzieciństwa - uspokajała go pani Lorrimer. I ściszonym głosem 

dodała: - Czyż nie wygląda zabawnie? Zawiązanie tego fularu zajęło mu chyba Parę godzin.

Daniel uśmiechnął się z wysiłkiem. Wyraźnie widział, że pannie Lorrimer ten niedorzeczny fular 

wcale nie przeszkadza. Z zachwytem wpatrywała się w młodego Townsenda.

Kiedy zasiedli do stołu, sytuacja przybrała lepszy obrót. Barbara była dobrze wychowaną panną, 

więc z uwagą słuchała, gdy Daniel wychwalał zalety Juniper Park, i zadała mu nawet kilka pytań. 

Przyszło  jej  do  głowy,  że  skoro  niewinny  flirt  z  Jamesem  może  skłonić  pana  Darke’a  do 

oświadczyn, to ta sama taktyka zadziała również w przeciwną stronę.

Daniel wstał od stołu przepełniony nadzieją. Jednak kiedy wychodził, panna Barbara powiedziała:

- Dobranoc, panie Darke. Mam nadzieję, że będzie pan zadowolony z Jupiter Place.

-  Juniper  Park  -  poprawił  ją  Daniel,  marszcząc  czoło.  Dziewczyna  zachichotała,  osłaniając  usta 

dłonią.

-  Oczywiście,  ależ  jestem  niemądra.  Daniel  pomyślał,  że  gdyby  słuchała  go  z  prawdziwym 

zainteresowaniem, zapamiętałaby nazwę posiadłości.

Claude opuścił Verdun pod koniec września i całe dwa tygodnie czekał w Paryżu na audiencję u 

Bonapartego. Do chateau de Flagy przybył dopiero w połowie listopada. Zeskoczył z konia i oparł 

się  o  zakrwawiony  od  wbijania  ostróg  bok  zwierzęcia.  Od  szybkiej  i  długiej  jazdy  bolały  go 

wszystkie  mięśnie,  ale  jednocześnie  rozpierała  go  radość.  Spojrzał  na  zamek.  Mój,  pomyślał. 

Pewnego dnia będzie mój.

- Mam nadzieję, że moja ciotka miewa się dobrze? - zapytał stajennego.

Chłopak  spojrzał  na  poranione  boki  konia  i  z  satysfakcją  pomyślał,  że  pana  Claude’a  czeka 

nieprzyjemna niespodzianka.

background image

38

- Pani miewa się dobrze - odparł głośno.

Claude, lekko utykając, skierował się do bocznego wejścia.

Z początku zamierzał od razu iść do kuzynki, ale rozmyślił się. Kuzynka Hortense była damą o 

tradycyjnych  poglądach  i  ceniła  sobie  sztywne  reguły,  panujące  na  dworze  Ludwika  XIV.  Nie 

spodobałoby jej się brudne odzienie.

Godzinę  później,  wykąpany,  ogolony  i  stosownie  ubrany,  wkroczył  do  salonu  pani  de  Flagy. 

Widząc go, odłożyła robótkę.

- A, Claude! - Uśmiechnęła się zdawkowo i podała mu rękę do pocałowania. - Jeannette, przynieś 

nam trochę wina.

Służąca dygnęła i wyszła.

- Udało mi się, droga kuzynko.

Claude wręczył pani de Flagy oficjalny list, przypieczętowany i podpisany przez Bonapartego.

- Znów jestem obywatelem francuskim.

Twarz pani de Flagy pozostała bez wyrazu. Claude rozejrzał się, instynktownie sprawdzając, czy 

podczas jego nieobecności do zamku nie zakradł się jakiś inny krewny i nie wszedł w laski kuzynki.

Pani de Flagy przez chwilę patrzyła na list. Potem rzuciła go na stół.

- Kiedy cię nie było, posłałam po twoją żonę i syna. - Na chwilę zamilkła. - Oboje wyjechali z 

Verdun. - Claude otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale kuzynka uciszyła go władczym ruchem 

ręki. - Pojechali na północ, zapewne ich celem była Anglia. Trzeba sprowadzić ich z powrotem.

Claude trzęsącą się dłonią odstawił kieliszek. Wrócili do Anglii? Jak ma ich stamtąd sprowadzić? 

Francja prowadzi z Anglią wojnę. Gdy tylko postawi stopę na angielskiej ziemi, aresztują go.

- Gdybyś przez swoją głupotę nie ożenił się z angielską Protestantką, znalazłabym ci odpowiednią 

żonę we Francji - Warknęła kuzynka Hortense. - A teraz jesteśmy skazani na tę dziewczynę. Jeśli 

chcesz zostać moim spadkobiercą, musisz oboje tu sprowadzić. Twój syn jest mi potrzebny, żeby 

zapewnić  ciągłość  rodu.  Przywieź  ich  tutaj,  to  załatwię  ci  zmianę  nazwiska.  Nie  będziesz  się 

nazywał de Tessy, tylko de Flagy. Możesz dzień lub dwa odpocząć przed podróżą.

- Ale...

- W drodze na wybrzeże będziesz się posługiwał swoimi nowymi francuskimi dokumentami. Dam 

ci pieniądze, żebyś mógł przekupić jakiegoś rybaka i przeprawić się do Anglii. Kiedy tam dotrzesz, 

powiesz, że uciekłeś z Verdun.

Usadowiła się wygodniej w fotelu i wypiła łyk wina. Wiedziała, że Claude zrobi, co mu każe, w 

obawie, że straci jej łaskę.

Claude nerwowo przełknął ślinę.

-  Oczywiście,  kuzynko.  -  Żeby  diabli  wzięli  Cassandrę,  przeklął  w  duchu.  Jak  ona  śmiała? 

Dobrze, pojedzie do Anglii, odnajdzie żonę i postara się, żeby zapłaciła za wszystko, co mu zrobiła.

background image

39

3

Daniel nie zasypiał gruszek w popiele. Jeśli panna Lorrimer chce poślubić właściciela posiadłości, 

to on zapewni jej posiadłość. Na pewno nie byłoby na to stać tego fircyka z monstrualnym fularem. 

Cztery dni po proszonej kolacji siedział już z panem Briggsem w jadalni w Juniper Park.

Przez  cały  ranek  oglądali  dom  czy  raczej  to,  co  z  niego  zostało  po  aukcjach.  Deski  podłóg, 

pokaleczone  ćwiekami  z  obcasów  i  poplamione  przeżutym  tytoniem,  świadczyły  o  tym,  że  po 

śmierci  hrabiego  przez  te  pokoje  przewinęły  się  tłumy.  Zawartość  piwnic  i  stajni  sprzedano  na 

jednej licytacji, lepsze obrazy, srebra i porcelanę na drugiej. Zostało tylko to, co było zbyt duże lub 

zbyt staromodne, żeby znaleźć amatora. Dom z większością mebli czekał na kupca.

Jadalnia  była  duża  i  proporcjonalna,  z  ozdobnymi  gzymsami  w  kształcie  kiści  winogron  i 

rzeźbionym  marmurowym  kominkiem.  Blat  długiego,  mahoniowego  stołu  znaczyły  ciemniejsze 

kręgi,  tam  gdzie  kiedyś  ktoś  postawił  mokry  kieliszek  Porto  lub  brandy.  Dywan,  niegdyś 

niewątpliwie piękny, w wielu miejsca był poprzecierany niemal na wylot.

Pan Briggs przesunął palcem po zakurzonym stole.

-  Pewnie  zatrudni  pan  jakiegoś  specjalistę  do  urządzenia  tych  wnętrz.  Można  by  było  sprzedać 

kominek i te ciężkie framugi drzwi, a w ich miejsce zamówić coś bardziej nowoczesnego.

-  To  może  zaczekać -  odrzekł  Daniel.  Panna  Lorrimer  się  tym  zajmie,  pomyślał.  Nie  chciał 

zatrudniać nikogo z zewnątrz, choćby najsławniejszego. Tym samym ogłosiłby wszem i wobec, że 

jest kompletnym parweniuszem.

Teraz,  kiedy  transakcja  miała  dojść  do  skutku,  poczuł  nagłe  zdenerwowanie.  W  Skipton 

szanowano  go  za  to,  kim  jest,  doceniano,  że  wszystko  osiągnął  własnym  wysiłkiem.  Jego 

bezpretensjonalny dom z szarego kamienia był urządzony prosto i wygodnie. Co też mu przyszło do 

głowy, żeby zmienić się w kogoś, kim wcale nie jest? Nie powinien też się oszukiwać, że Barbara 

zaakceptuje Ruth i Toma. Jakim cudem subtelna, dobrze wychowana panna mogłaby się pogodzić z 

istnieniem  dwojga  nieślubnych  dzieci,  zaledwie  kilka  lat  młodszych  od  niej?  Że  też  Matty  nie 

mogła przeżyć jeszcze kilku lat, żeby jej dzieciaki zdążyły się usamodzielnić.

Nie chciał ich odsyłać do szkoły z internatem, bo wtedy musiałby je rozłączyć.

- Cena sprzedaży wynosi dziesięć tysięcy - ciągnął pan Briggs, nie doczekawszy się odpowiedzi. -

Moim zdaniem, jest zbyt wysoka.

Daniel wrócił do rzeczywistości.

- Zgadzam się. Dom wymaga wielu napraw, a ziemia jest zaniedbana. - Niewątpliwie hrabia był 

próżniakiem, jak większość ludzi z jego sfery. Spojrzał na mapę posiadłości i zauważył niewielki 

obszar, obwiedziony czerwoną linią. - Co to jest?

background image

40

- Ach, tutaj  mamy mały  problem. To Belvedere Tower, jedyna pozostałość  starego domostwa z 

czasów Tudorów.

Razem  z  otaczającymi  ją  siedmioma  akrami  gruntu  została  za  symboliczną  opłatę  wynajęta  na 

dwadzieścia pięć lat krewnej zmarłego hrabiego, niejakiej pannie Hampden.

- Czy to znaczy, że jest wyłączona z posiadłości?

- Obawiam się, że tak.

Pewnie  mieszka  tam  jakaś  wiekowa  stara  panna,  pomyślał  Daniel.  Niewątpliwie  zgodzi  się 

odsprzedać prawa do wynajmu. To przecież niedorzeczne - mieć siedmioakrową dziurę w środku 

posiadłości, na domiar złego tak blisko domu.

- Na wolnym rynku wieża i otaczający ją teren byłyby pewnie warte piętnaście funtów rocznie -

mówił  dalej  Briggs.  -  Może  nawet  dwadzieścia.  Jeśli  zaproponuje  jej  pan,  powiedzmy,  czterysta 

funtów, myślę że nie będzie się zastanawiać ani chwili.

- Mam nadzieję - burknął Daniel. Za te pieniądze mogłaby wynająć mieszkanie w Bath, ulubionej 

miejscowości zdziwaczałych staruszek. Daniel nie życzył sobie, żeby z wieży spoglądała na niego 

jakaś zadzierająca nosa stara panna.

- Możemy tam pójść, jeśli pan sobie życzy - zaproponował Briggs. - Porozmawia pan z nią. A ja 

skontaktuję się z panem Dunnem, dobrze? Na początek zaproponuję mu siedem tysięcy i postaram 

się nie dać więcej niż osiem i pół.

Daniel skinął głową.

Prace w Belvedere Tower znów się opóźniały. Wymiana desek podłogi została odłożona, bo na 

kominie  wykryto  pęknięcia  i  trzeba  było  je  naprawić.  W  końcu  uporano  się  ze  wszystkim. 

Uzupełniono dziury w tynku, ściany pomalowano na biało. Niewiele z dawnym mebli ciotki Marii 

dało się uratować, większość była zniszczona przez komiki i wilgoć, śle Cassandra ocaliła toaletkę, 

solidny stół i dwa krzesła, które stały teraz w kuchni, obok pieca Rumforda. Resztę mebli kupiła na 

licytacji w Juniper Park i wieża nareszcie zaczęła wyglądać jak prawdziwy dom.

Następnym problemem było znalezienie odpowiedniej służby. Cassandra wpadła na pomysł, żeby 

zatrudnić dziewczęta z przytułku dla ubogich.

- Nie - sprzeciwiła się stanowczo pani Freese. - Trzeba je będzie wszystkiego uczyć od początku. 

Nie masz pojęcia, jakie to ignorantki!

- Trudno się dziwić. Co te biedne stworzenia mogą wiedzieć o życiu w prawdziwym domu?

-  Może  zatrudnisz  panią  Wagstaff?  Kiedyś pracowała  w  Juniper  Park  i  zna  się  na  prowadzeniu 

gospodarstwa.

Pani  Wagstaff,  wdowa,  mieszkała  we  wsi  wraz  z  opóźnioną  w  rozwoju  córką  Milcah.  Biedna 

dziewczyna, o której wszyscy mówili „głupia Milly”, za dnia była łagodna i spokojna, więc można 

background image

41

było ją zostawiać samą. Tylko nocami miała lęki i wymagała nadzoru.

Cassandra  przemyślała  propozycję  pastorowej  i  postanowiła  zatrudnić  panią  Wagstaff  jako 

kucharkę,  ale  przyjęła  też  do  pomocy  dziewczynę  z  przytułku.  Pani  Wagstaff  była  zachwycona 

propozycją.  Miała  przychodzić  codziennie  o  ósmej  rano  i  kończyć  pracę  o  szóstej  po  południu. 

Prudence,  dziewczyna,  którą  Cassandra  wybrała  wraz  z  panią  Wagstaff,  miała  być  służącą  do 

wszystkiego i zamieszkać u kucharki, do czasu zakończenia prac remontowych w wieży.

Na koniec przyjęła również  do pracy Jacoba Pottera, który kiedyś pracował  w stajniach Juniper 

Park,  ale  okulał  po  tym,  jak  kopnął  go  narowisty  ogier.  Przez  kilka  lat  z  trudem  zarabiał  na 

utrzymanie, wykonując  najróżniejsze prace w posiadłości, i Cassandra zawsze  miała poczucie, że 

hrabia nie potraktował go dobrze. Jacob lubił pracować na świeżym powietrzu - obiecał zająć się 

ogrodem warzywnym ciotki Marii oraz wszelkimi koniecznymi naprawami i posługami.

Wszystko zaczynało dobrze się układać. Spokój Cassandry burzyła jedynie wiadomość, że niejaki 

pan Darke, bogaty właściciel przędzalni i kupiec, złożył ofertę kupna posiadłości.

-  Kupiec!  -  wykrzyknęła  Cassandra  do  pani  Freese,  kiedy  jadły  śniadanie  na  plebanii.  -  Mój 

stryjeczny dziadek w grobie się przewraca.

- Wieś będzie miała pożytek, jeśli postąpi jak należy i zacznie wydawać pieniądze na miejscowe 

produkty i usługi - zauważyła łagodnie pastorowa.

-  Właśnie,  „jeśli”  -  stwierdziła  sceptycznie  Cassandra.  Oczyma  duszy  zobaczyła  grubego, 

hałaśliwego  prostaka  mówiącego  gwarą  i  przeklinającego  co  drugie  słowo.  -  Taki  człowiek  na 

pewno wszystko będzie sprowadzał z miasta.

-  Nie  osądzajmy  go  przedwcześnie,  moja  droga.  Należy  docenić  to,  że  człowiek  z  nizin 

społecznych dzięki własnej pracy wspiął się tak wysoko.

Cassandra skrzywiła się lekko. Dzięki Bogu, że niepodważalna umowa gwarantowała jej wynajem 

Belvedere  Tower.  Wcale  nie  musi  spotykać  się  z  tym  panem.  Jeśli  ona  nie  będzie  sprawiała  mu 

kłopotów, może i on odwzajemni się tym samym.

Po  przybyciu  do  Belvedere  Tower  Cassandra  zobaczyła,  że  wszystkie  jej  rzeczy  wniesiono  do 

kuchni.  Prudence,  krzepka  dziewczyna  o  niebieskich  oczach  i  gęstych,  brązowych  włosach, 

szorowała właśnie półki, a pani Wagstaff i Jacob rozpalali w nowym piecu. Gospodyni z radością 

stwierdziła, że nagrzewa się bardzo szybko, choć włożyła do paleniska bardzo mało węgla.

-  Kiedy  się  chce  zwiększyć  ogień,  wystarczy  otworzyć  tę  szufladkę  -  objaśniał  Jacob,  który 

wcześniej  dokładnie  obejrzał  Piec  u  pastorostwa.  -  Dzień  dobry,  panno  Cassandro  -  powitał  ją.  -

Chce pani otworzyć skrzynie, które przygotowała dla pani Bella?

- Zupełnie o nich zapomniałam. Tak, czemu nie?

W  rogu  kuchni  stały  trzy  duże  skrzynie.  Wskazała  na  tę,  na  której  Bella  koślawymi  literami 

napisała kuchnia. Jacob podważył wieko, a Prudence i kucharka zaczęły wyjmować przedmioty ze 

background image

42

środka.

Wyglądało na to, że Bella jak burza przebiegła przez kuchnię w Juniper Park i wzięła wszystkiego 

po  trochu.  Były  tam  rondle  i  patelnie,  miski,  sita  i  waga  z  mosiężnymi  odważnikami,  noże 

kuchenne,  tarka  do  sera  i  czasomierz  do  gotowania  jajek.  W  rogu  skrzyni  wcisnęła  nóż  do 

wycinania gniazd nasiennych z jabłek, zniszczone, ale nadające się do użytku łyżki kuchenne, kilka 

szpikulców do pieczenia mięsa i wałek do ciasta. Na dnie skrzyni leżały formy do pieczenia ciast, 

mięs i chleba.

Coraz  więcej  przedmiotów  wyłaniało  się  ze  środka.  Każdy  był  owinięty  w  stary  numer  „The 

Morning Post”. Po chwili nie było już spod nich widać wyszorowanego do czysta blatu stołu.

- No, ta kokietka ma głowę nie od parady! - wykrzyknęła pani Wagstaff. - Wszystko to bardzo się 

przyda. - Sprzęty pozostawione przez lady Marię zardzewiały i nie nadawały się do użytku, oprócz 

kilku fajansowych naczyń.

-  Szkoda,  że  dopiero  teraz  przypomniałam  sobie  o  tych  skrzyniach.  -  Cassandra  poczuła  lekkie 

wyrzuty sumienia. Miała nadzieję, że Bella bezpiecznie dotarła do Londynu.

- Otworzyć pozostałe skrzynie? - zapytał Jacob. Widniały na nich napisy porcelana i pościel.

- Na razie nie. Nie ma miejsca na te rzeczy. - Wskazała na uginający się stół.

-  No  to  ja  wracam  do  ogrodu  -  zdecydował  Jacob  i  wyszedł,  puszczając  oko  do  Prudence. 

Zachichotała rozbawiona.

Cassandra  poszła  do  pokoju  na  pierwszym  piętrze,  w  którym  zamierzała  urządzić  salon. 

Robotnicy  według  jej  instrukcji  pomalowali  ściany  na  biało,  jednak  Cassandra  postanowiła,  że 

spróbuje  ozdobić  je  malowidłami  ściennymi,  na  wzór  fresków  z  zamku  de  Flagy.  Dwa  dni  temu 

odnalazła  swój  stary  szkicownik,  przeniosła  wzory  na  kratkowany  papier  i  naszkicowała  rysunki 

węglem  na  ścianie.  Postanowiła  namalować  średniowieczną  scenę,  przedstawiającą  Floresa  i 

Blanchefleur,  parę  kochanków  na  tle  kwiecistego  pejzażu.  Na  fresku  było  też  mnóstwo  innych 

rzeczy: wiewiórki skakały po liściastych drzewach, króliki biegały wśród kwiatów, smukły chart w 

nabijanej drogimi kamieniami obroży stał u nogi Floresa, a Blanchefleur siedziała w otoczeniu dam, 

splatając kwietne girlandy.

Wiedziała, że jej dzieło nie będzie doskonałe, ale postanowiła przyłożyć się do pracy. Dzięki temu 

przynajmniej będzie miała co robić w zimie i przy pracy trochę się rozgrzeje.

Poprzedniego dnia naszkicowała główne postacie  i zarysy drzew. Dzisiaj po raz pierwszy miała 

przystąpić  do  właściwego  malowania.  Na  starą  suknię  włożyła  szeroki  fartuch,  włosy  upięła  na 

czubku  głowy  i  owinęła  długim  pasem  materiału,  tworząc  coś  na  kształt  turbanu.  Rozstawiła 

drabinę i zaczęła malować.

Czas mijał. Była tak pochłonięta  pracą, że nie usłyszała pukania do drzwi  piętro niżej ani głosu 

Prudence, która powiadamiała kogoś, że pani jest na górze.

background image

43

Drzwi do salonu były uchylone, więc Daniel pchnął je lekko.

Zobaczył  kobietę  na  drabinie.  Stała  odwrócona  do  niego  plecami,  całą  uwagę  skupiając  na 

malowaniu.  Ta  dziwna  Postać  nie  mogła  być  starszawą  kuzynką  hrabiego.  Kosmyki  włosów 

wymykały się spod dziwnego nakrycia głowy, na rękach widać było ślady farby. Co też ta kobieta 

tu robi?

Zakasłał, a kiedy to nie odniosło oczekiwanego skutku, zapukał do drzwi.

Cassandra odwróciła się, zirytowana.

- Słucham? - odezwała się szorstko, nadal skupiona na malowidle.

- Czy mam przyjemność rozmawiać z panną Hampden?

Usłyszała  ciepły,  męski  głos  z  lekkim  akcentem.  Zmarszczyła  brwi,  westchnęła  niecierpliwie, 

włożyła pędzel do słoika z wodą i wytarła ręce w mokrą szmatkę.

-  Tak  -  odparła  krótko,  schodząc  z  drabiny.  -  Kim  pan  jest?  -  Zobaczyła  mocno  zbudowanego 

przybysza, który zdawał się wypełniać sobą całe drzwi.

-  Darke  -  przedstawił  się  Daniel,  niemile  zaskoczony  jej  apodyktycznym  tonem.  -  Jestem 

zainteresowany kupnem Juniper Park.

A więc to ten prostacki właściciel przędzalni, domyśliła się. Oczekiwała, że będzie miał silniejszy 

akcent, charakterystyczny dla mieszkańców Yorkshire, jednak był on ledwie dosłyszalny.

- Słucham pana? - zapytała sucho.

Daniel wszedł do pokoju. Stojąca przed nim kobieta była średniego wzrostu, miała zgrabną figurę 

-  przynajmniej  tak  mu  się  wydało,  ponieważ  większość  przysłaniał  obszerny  fartuch  -  twarz  o 

mocnych rysach i wydatnych kościach policzkowych, ciemne brwi, zdecydowanie zarysowany nos 

i stanowcze usta. Szare oczy spoglądały na niego badawczo i wrogo.

- Rozumiem, że to pani jest najemcą tej wieży? - Zauważył, że nie wyciągnęła do niego ręki na 

powitanie i bardzo mu się to nie spodobało.

- Tak, to ja. - Jego nagłe pojawienie się nieprzyjemnie ją zaskoczyło. Co on sobie o niej pomyślał? 

Zerknęła na swoje ubrudzone farbą ręce, zaraz jednak przywołała się do porządku. Co ją to w ogóle 

obchodzi? Energicznie wypłukała pędzel w wodzie.

-  Chcę  pani  złożyć  propozycję  -  oznajmił  Daniel,  coraz  bardziej  zirytowany.  Mogła  przecież 

odnosić się do niego trochę grzeczniej. - Interesuje mnie ta posiadłość, ale nie podoba mi się, że w

samym środku jest siedmioakrowa dziura, która nie należałaby do mnie.

-  Nikomu  by  się  to  nie  podobało  -  przyznała  Cassandra.  Starannie  wytarła  pędzel  i  włożyła  do 

starego kamionkowego dzbanka.

- Wydaje mi się, że czterysta funtów to godziwa cena. - Daniel rozejrzał się po salonie. Co ona tu 

robi? Dlaczego maluje na ścianie jakieś fantastyczne sceny?

- Bardzo godziwa. - Nie wiem, jakie ma wady, ale na pewno nie jest skąpy, przyznała niechętnie 

background image

44

w duchu.

- W takim razie wszystko już ustaliliśmy - stwierdził z ulgą Daniel. A już zaczynał podejrzewać, 

że to wariatka. Okazało się, że wcale nie jest taka zarozumiała, jak się spodziewał. Postanowił, że 

wykaże się szczodrością i pomoże jej w przeprowadzce.

- Co ustaliliśmy? - Cassandra ściągnęła brwi.

- Że przyjmie pani czterysta funtów w zamian za unieważnienie umowy najmu.

- Nic takiego nie powiedziałam. - Wzięła inny pędzel, zanurzyła w niebieskiej farbie i odwróciła 

się  do  ściany.  -  Zgodziłam  się,  że  czterysta  funtów  to  godziwa  cena,  ale  moja  odpowiedź  brzmi 

„nie”. Nie chcę się wyprowadzać.

- W takim razie, pięćset funtów - niecierpliwie zaproponował Daniel. Cassandra westchnęła.

-  Panie  Darke,  doskonale  rozumiem,  dlaczego  pan  chce,  żebym  się  wyprowadziła.  Na  pana 

miejscu  też  bym  tego  chciała,  ale  mam  dzierżawę  na  tę  nieruchomość  na  dwadzieścia  Pięć  lat  i 

nigdzie się stąd nie ruszę.

Nieprzyzwyczajony do oporu. Daniel wpadł w złość.

- Kim pani w ogóle jest? - zapytał gniewnie. - Myślałem, że jest pani krewną hrabiego.

- To był mój stryjeczny dziadek. Wychowałam się w Juniper Park razem z siostrą.

-  Dokładnie  przyjrzę  się  tej  umowie  najmu  i  jeśli  tylko  znajdę  jakąś  usterkę,  unieważnię  ją  -

zagroził.

- Ta umowa nie ma usterek - odparowała z satysfakcją Cassandra. Daniel odwrócił się na pięcie, a 

ona dodała słodko: - Proszę uważać na schodach, niektóre stopnie są bardzo wydeptane.

Usłyszała  jakiś  hałas  i  stłumione  przekleństwo.  Najwyraźniej  gość  się  potknął  i  musiał  się 

chwycić barierki.

- A nie mówiłam! - krzyknęła za nim.

Pan  Dunn,  wykonawca  testamentu  hrabiego,  chciał  jak  najszybciej  pozbyć  się  Juniper  Park.  Po 

ożywionej  wymianie  listów  zgodził  się  na  proponowaną  przez  Daniela  cenę  ośmiu  i  pół  tysiąca 

funtów.  Wszelkie  formalności  Daniel  pozostawił  Briggsowi  i  nakazał  mu  pozbyć  się  panny 

Hampden, nawet za cenę sześciuset funtów. Potem wrócił na północ.

Następnym zadaniem, jakie sobie wyznaczył, było zdobycie ręki panny Barbary Lorrimer.

Uzzell, dawniej leśniczy hrabiego, teraz pana Darke’a, włożył płaszcz i czapkę, wziął latarnię i kij 

z kąta, burknął do żony, żeby na niego nie czekała, i wyszedł. Był solidnie zbudowanym mężczyzną 

pod sześćdziesiątkę, nosił bryczesy i buty zapinane na klamry. Starannie zamknął za sobą drzwi i 

skierował się do stajni,  gdzie parobek, Johnny Timms,  osiodłał  już gniadą Betty i  przytroczył do 

siodła skórzane sakwy.

background image

45

Leśniczy skinął głową.

-  Idź  do  łóżka,  chłopcze.  Nie  czekaj  na  mnie.  Johnny  otarł  czoło  i  wyszedł  ze  stajni.  Był 

nieśmiałym  trzynastolatkiem,  jego  matka  była  powszechnie  znaną  w  wiosce  awanturnicą. 

Dzieciństwo  Johnny’ego  upłynęło  głównie  na  uchylaniu  się  przed  razami.  Bardzo  się  ucieszył, 

kiedy pan Uzzell zaproponował mu pracę, chociaż i od niego czasami obrywał, jeśli nie ruszał się 

dość szybko.

Kiedy wszedł do domu, pani Uzzell podniosła wzrok znad robótki.

- Pan odjechał - powiedział chłopak. Skinęła głową.

- Przynieś więcej drewna i sprawdź, czy wystarczy wody na rano.

Była chudą, znękaną troskami kobietą. Bała się, że mąż końcu napyta sobie biedy. Ostatnimi laty 

zadawał  się  z  bandą  kłusowników  z  Londynu.  Odkąd  hrabia  zaczął  popadać  w  długi  i  tracić 

kontrolę  nad  swoją  posiadłością,  Uzzell  często  znikał  w  nocy,  wdając  się  w  jakieś  podejrzane 

sprawki.

Oczywiście, jako leśniczy zawsze mógł się wytłumaczyć, że nocami dogląda interesów swojego 

pracodawcy i pilnuje, żeby nikt ze wsi nie kłusował, ale pani Uzzell dobrze wiedziała, że olbrzymia 

liczba  królików,  zajęcy,  bażantów,  a  czasami  nawet  Jakiś  jeleń,  trafiała  z  tych  lasów  prosto  na 

londyńskie stoły, jej mąż zaś chował do kieszeni solidną prowizję.

Jeśli go złapią, będzie mu groziła deportacja lub nawet szubienica.

Każdy  we  wsi  trochę  kłusował.  To  przecież  zrozumiałe,  że  skoro  króliki  podjadają  farmerom 

marchew i sałatę, trzeba zastawiać na nie sidła. Nie było to zgodnie z prawem, ale hrabia nie karał 

winnych,  jeśli  zachowywali  umiar  i  dyskrecję.  W  lesie  nadal  nie  brakowało  zwierzyny,  dzięki 

czemu polowania były udane, więc cieszył się, że farmerzy czasami zjedli pożywniejszy obiad bez 

strachu przed aresztowaniem. Zimy bywały srogie, ludzie musieli coś jeść.

Jednak działalność Uzzella to było coś zupełnie innego. Przyjeżdżali do niego dwaj mężczyźni z 

Londynu, zostawiali wóz przy starej chacie wypalaczy węgla drzewnego, a o świcie wywozili stosy 

zwierzyny,  ukryte  pod  workowym  płótnem.  Jeden  z  nich  uderzył  pałką  w  głowę  Billy’ego 

Jacksona,  kiedy  ten  zastawiał  nocą  własne  sidła  -  a  wszyscy  wiedzieli,  że  Billy  ma  chorą  żonę  i 

troje dzieci do wyżywienia.

Pani Uzzell nie miała odwagi, żeby z kimś o tym porozmawiać, choć wiedziała, że powinna. Nie 

wspomniała nic nawet Johnny’emu i nie wiedziała, czy chłopiec się czegoś domyśla.

- Na kuchni znajdziesz trochę duszonego mięsa - powiedziała.

- Dziękuję - z wdzięcznością odrzekł Johnny. Po jakimś czasie wyprawiła chłopca do łóżka - spał 

w  pomieszczeniu  nad  stajnią,  w  pewnej  odległości  od  domu  -  a  sama  siadła  przy  dogasającym 

kominku.  Co  miała  zrobić?  Nie  podobali  jej  się  ci  dwaj  osobnicy  z  Londynu,  choć  mąż  bardzo 

uważał, żeby nie miała okazji dobrze im się przyjrzeć. Jeden z nich, człowiek ze złotym zębem, bił 

background image

46

swojego psa tak mocno, że biedne zwierzę skomlało z bólu.

W końcu zasnęła w fotelu i obudził ją dopiero podmuch zimnego powietrza, który dwie godziny 

później wdarł się przez otwarte drzwi. Wrócił Uzzell.

- Mówiłem ci, żebyś poszła spać. - Oparł strzelbę o ścianę i zdjął płaszcz.

- Martwiłam się, Matt.

- Robiłem, co do mnie należy i tyle.

- Ale Matt...

Uzzell mówił dalej:

-  Dziś  prawie  udało  mi  się  przyłapać  Joego  Appleby.  -  Wyciągnął  w  jej  stronę  nogę,  żeby  mu 

zdjęła zabłocony but. - Nic przy sobie nie miał, ale wiem, że gdzieś ukrył zająca. Powiedziałem mu, 

że jeśli kiedyś go złapię, zostanie wysłany do Botany Bay.

- Hrabia wcale by sobie tego nie życzył - stwierdziła pani Uzzell z przekonaniem. Zdjęła mężowi 

drugi  but  i  wytarła  ręce  w  ściereczkę.  Lubiła  Joego  Appleby,  który  czasami  przynosił  jej  trochę 

owoców tarniny lub grzybów.

- Ale stary hrabia nie żyje, prawda? Nowy pan jest inny. Nie wie, jak postępował hrabia, a ja nie 

mam zamiaru mu o tym mówić. Zrobi to, co mu doradzę. To przecież zwykły dorobkiewicz.

Uzzell przelotnie widział Daniela, który zrobił na nim

Krążenie kogoś, kto łatwo da się wodzić za nos. Mimo to kłaniał mu się uniżenie. Wiedział, że 

jeśli nie rozdrażni pana Darke’a, nadal będzie mógł sprzedawać dziczyznę do Londynu.

Dwa  dni  później,  w  Skipton,  Jessie,  pokojówka  pani  Lorrimer,  wzięła  od  Daniela  wizytówkę  i 

powiedziała:

- Dzień dobry panu. Proszę chwilę zaczekać, sprawdzę, czy panienka jest w domu. - Z bijącym z 

przejęcia  sercem  pomknęła  na  górę.  Pan  Darke  tutaj,  sam,  po  południu.  Na  pewno  przyszedł  się 

oświadczyć pannie Barbarze! Matka natychmiast zaciągnęła Barbarę do sypialni.

-  Różowa  jedwabna  suknia.  Szybko.  Za  chwilę  tu  wrócę.  Podenerwowana  Jessie  wzięła  od 

Daniela  płaszcz  i  kapelusz  i  zaprowadziła  go  do  salonu,  z  którego  przed  chwilą  wyszła  matka  z 

córką.

- Panna  Lorrimer wkrótce do pana dołączy - powiedziała z  uśmiechem i tak szybko wybiegła z 

pokoju, że zapomniała zaniknąć za sobą drzwi.

Daniel wsunął palec pod  ciasny kołnierzyk. Nagle  poczuł,  że jest zdenerwowany. Przypomniała 

mu  się  nieprzyjemna  chwila  sprzed  wielu  lat,  kiedy  prosił  pana  Moore’a  o  podwyżkę.  Trząsł  się 

wtedy ze zdenerwowania, chociaż wiedział, że zasługuje na lepsze wynagrodzenie.

Z góry, z sypialni Barbary, dochodziły odgłosy gorączkowej krzątaniny i czegoś, co przypominało 

gwałtowną kłótnię.  Daniel  wiedział,  że  nie powinien tego robić, ale  cicho  podszedł  do otwartych 

background image

47

drzwi i wymknął się na korytarz. Usłyszał przerywane szlochaniem słowa Barbary:

- Mamo, wysłuchaj mnie, proszę!

-  Już  dość  się  nasłuchałam!  Wiesz,  jaka  jest  nasza  sytuacja.  Nie  wolno  ci  odrzucić  jego 

oświadczyn!

- On jest taki stary! Mógłby być moim ojcem!

- Bzdura. Ma dopiero trzydzieści dziewięć lat. Jest dokładnie w moim wieku.

- To dlaczego ty za niego nie wyjdziesz? Nie mam nic przeciwko temu.

- Barbaro! Zachowujesz się jak dziecko. Wstań... Weź głęboki oddech. Już lepiej.

- Przypomina mi niedźwiedzia. A poza tym ma okropne maniery. Przy kolacji zauważyłam, że nie 

wie, którego widelca użyć.

Pani Lorrimer westchnęła zniecierpliwiona.

- Jego maniery nie są nienaganne, ale ty się zajmiesz ich szlifowaniem.

- Nie jestem guwernantką!

Daniel nie chciał dalej słuchać. Zdjął z wieszaka płaszcz i kapelusz i ruszył do wyjścia. Na ulicy 

zauważył,  że  cały  się  trzęsie  z  gniewu  i  poniżenia.  „Jego  maniery  nie  są  nienaganne,  ale  ty  się 

zajmiesz ich szlifowaniem”. A potem: „Nie jestem guwernantką!” Był tak wściekły, że kiedy mijał 

drewniany słupek do przywiązywania koni, kopnął go tak mocno, że rozpadł się w drzazgi.

Pięć  minut  później  ubrana  w  różowy  jedwab  Barbara  z  chłodną  i  opanowaną  miną  weszła  do 

salonu, rozciągając usta w wymuszonym uśmiechu. Z niedowierzaniem omiotła pokój spojrzeniem 

i  podbiegła  do  okna.  W  oddali  zobaczyła  idącego  szybkim  krokiem  Daniela.  Gdy  zniknął  za 

rogiem, dziewczyna opadła na najbliższy fotel i wybuchnęła płaczem. Odczuła wielką ulgę.

Jeśli  coś  się  zdarzyło  na  północnym  wybrzeżu  Francji,  Abednego  Breague  prędzej  czy  później 

musiał  się  o  tym  dowiedzieć.  We  wszystkich  portach  od  Ostendy  po  Etaples  roiło  się  od  cieśli 

okrętowych i  żołnierzy.  Abednego starał  się  oszacować  jak  najdokładniej,  ile  budowano  brygów, 

kanonierek  i  szalup  i  jakie  miały  uzbrojenie.  Każdy  port  stanowił  zagrożenie  i  Anglii,  więc 

Abednego miał je wszystkie na oku.

Jego pojawienie się w Dieppe nie było przypadkowe. Pewien pieg doniósł mu, że podróżująca z 

córką  pani  Tait  wypytuje  się  o  łódź,  a  towarzyszy  jej  jakaś  inna  Angielka  z  dzieckiem.  Do 

zawodowej  ciekawości  dołączyła  się  naturalna  potrzeba  pomagania  rodakom.  Dzięki  temu  po 

jakimś czasie pan Sidney Smith dowiedział się, że Claude de Tessy sprzymierzył się z Bonapartem.

Abednego był jednym z wielu agentów brytyjskich, działających we Francji, ale ze względu na to, 

że mówił po bretońsku Jak rodowity Bretończyk, stał się wyjątkowo użyteczny. W listopadzie pan 

Smith  znów  wysłał  go  do  Francji.  Angielska  blokada  Brestu  okazała  się  jedynie  połowicznym 

sukcesem.

background image

48

Abednego  miał  sprawdzić,  w  jakim  stopniu  pokrzyżowała  ona  plany  Bonapartego.  W  Bretanii 

łatwo mógł porozmawiać z miejscowymi ludźmi i dowiedzieć się, co się dzieje.

Bretania  była  również  idealnym  miejscem  dla  kogoś,  kto  chciał  się  przeprawić  przez  kanał  i 

szukał  życzliwego  rybaka  niezadającego  zbędnych  pytań.  Przyczyniła  się  do  tego  wieloletnia 

tradycja przemycania różnych towarów do Devonu i Konwalii.

Pewnego ranka Abednego rozmawiał ze swoim kuzynem.

- Ktoś chce dziś ze mną przepłynąć kanał - powiadomił go Josse. - Dobrze płaci. To pewnie ktoś 

ważny.

Abednego podniósł wzrok znad sieci rybackiej, którą właśnie naprawiał.

- Tak? A podał jakieś nazwisko?

- Mówi, że nazywa się Tessy.

-  Tessy  -  z  namysłem  powtórzył  Abednego.  Nie  umiał  czytać  ani  pisać,  ale  jego  ustne 

sprawozdania  zawsze  były  przejrzyste  jak  kryształ  i  niezwykle  dokładne.  Po  chwili  przypomniał 

sobie, gdzie słyszał to nazwisko.

- To szpieg? - zaniepokoił się kuzyn. - Chcesz, żebym go wrzucił do wody?

Abednego pokręcił głową.

- Najpierw trzeba sprawdzić, z kim się skontaktuje.

Josse skinął głową.

- Odbijamy z wieczornym odpływem.

W  czasie  podróży  przez  Francję Claude  zwracał  czujną  uwagę na  to,  z  kim  rozmawia.  Chociaż 

miał  już  francuskie  dokumenty,  zdawał  sobie  sprawę,  że  minister  policji  Gouche  ma  wszędzie 

swoich szpiegów i że każdy podejrzany o kontakty z wrogiem natychmiast jest rozstrzeliwany. Nie 

był pewien, czy jakiś podejrzliwy oficer policji nie zacznie powątpiewać w jego historię.

Claude  nie  był  jednak  człowiekiem  spostrzegawczym  i  kiedy  znalazł  się  na  łodzi,  nie  zwracał 

najmniejszej  uwagi  na  towarzyszy  podróży,  tylko  siedział  otulony  płaszczem  i  wpatrywał  się  w 

morze. Gdzie powinien najpierw się skierować? Czy odegrać rolę zatroskanego męża i odwiedzić 

państwa Sayers?  Na pewno wiedzą, gdzie jest  Cassandra z synem. A może lepiej tego nie robić? 

Richard Sayers mógłby powiadomić władze o jego obecności.

Nie, rozważniej będzie pojechać do Juniper Park i tam się czegoś dowiedzieć. Przecież chodziło 

mu nie o żonę, tylko o syna. Kiedy odzyska Maurice’a, Cassandra sama za nim pojedzie. Będzie 

musiała. Choć nie odpowiadała mu jako żona, wiedział, że bardzo kocha dziecko.

Noc była pochmurna, w sam raz na kontrabandę, toteż i nie wydarzyło się nic nieprzewidzianego. 

Na pół mili przed wybrzeżem zatrzymał ich angielski kuter i zabrał kilka skrzynek towaru. Claude i 

Abednego również przesiedli się na jego pokład.

Claude wreszcie zauważył, że na łodzi jest jeszcze jakiś pasażer.

background image

49

- Ty też wychodzisz na brzeg? - spytał z niepokojem.

- Tak, panie. Pochodzę z tych stron. Jestem wędrownym handlarzem.

- Co, u diabła, robiłeś we Francji? - Przyjrzał mu się podejrzliwie, starając się przebić wzrokiem 

ciemności, ale towarzysz podróży miał na głowie kaptur i nie można było zobaczyć jego rysów.

- Przemycam koronki i inne rzeczy, ku radości dam. Claude natychmiast stracił zainteresowanie 

nieznajomym.

Podniósł kołnierz płaszcza, bo zaczęło padać. Boże, co za okropny kraj.

- Będzie pan chciał złapać dyliżans? - zapytał Abednego. - Jadę aż do Exeter i znam te strony jak 

własną kieszeń.

- Ile to będzie kosztowało?

- Słyszałem, że uciekł pan z Verdim. Dżentelmen uciekający przed Bonapartem nic nie zapłaci. 

Ale  szybciej  byłoby,  gdyby  wynajął  pan  konie.  Inaczej  trzeba  będzie  przejść  piechotą  prawie 

dwadzieścia kilometrów.

Claude skinął głową.

Nietrudno  było  go  skłonić  do  rozmowy.  Żywił  typową  dla  francuskiej  arystokracji  pogardę  dla 

pospólstwa  i  nawet  przez  myśl  mu  nie  przeszło,  że  Abednego  mógłby  być  nie  tym,  za  kogo  się 

podawał.

Claude przedstawił mu swoją wymyśloną historię:  uciekł z Verdun i  wraca do domu,  do żony i 

syna.  Nie  był  pewien,  gdzie  teraz  jest  jego  rodzina,  ale  miał  nadzieję,  że  czegoś  się  dowie  od 

stryjecznego dziadka żony, mieszkającego w okolicach wioski Little Hampden.

Abednego  zareagował  prawidłowo.  Odprowadził  go  na  stację  dyliżansów  w  Exeter,  a  sam 

pośpieszył  do  hotelu  Foote,  gdzie  zatrzymywały  się  dyliżanse  pocztowe.  Dyliżans  pocztowy  był 

szybszy niż dyliżanse kursujące regularnie na tej trasie. Zatrzymywał się tylko po to, żeby zabrać 

pocztę,  i  docierał  do  Londynu  w  imponującym  czasie  osiemnastu  godzin.  Abednego,  jako  agent 

rządowy, mógł dowolnie korzystać z tego środka transportu.

Zamierzał wysiąść w Bagshot, złapać tam kolejny dyliżans i dotrzeć do  Farnham. Stamtąd miał 

już blisko do celu. Tam też wynajmował osła, który niósł jego towary. Bardzo chciał porozmawiać 

z Cassandrą, zanim przybędzie jej mąż.

Cassandra  nadal  urządzała  swoje  mieszkanie  w  wieży.  Pan  Darke  wyjechał  i  nikt  nie  wiedział, 

dokąd się udał. Miała nadzieję, że transakcja nie dojdzie do skutku. Doszła do wniosku, że to gbur. 

Nie spodobał jej się. Jeśli mu się wydawało, że się jej pozbędzie dla własnej wygody, to się srodze 

pomylił. Wykończyła malowidło przedstawiające Floresa i Blanchefleur, a w przypływie inwencji 

umieściła w rogu karykaturę pana Darke’a, przedstawiającą go jako łasicę. Zadowolona z rezultatu, 

z przyjemnością spoglądała na swoje dzieło.

background image

50

Pani  Wagstaff  nauczyła  się  obsługiwać  nowy  piec  i  wszyscy  powoli  przywykli  do  życia  w 

Belvedere Tower.

Przy rozpakowywaniu skrzyni z napisem porcelana, Cassandrą miała trochę wyrzutów sumienia. 

Zdawała  sobie  sprawę,  że  zawartość  powinna  być  wystawiona  na  licytację  wraz  z  resztą  cennej 

zastawy. Na samym wierzchu znalazła serwis do herbaty. Prudence aż splotła z zachwytu dłonie i 

zawołała:

-  Och,  panno  Cassandro!  Jakie  to  śliczne!  Nawet  w  środku  filiżanki  jest  kwiatek!  -  Kiedyś 

widziała serwis do herbaty, którego używał dyrektor przytułku, kiedy przyjmował wizyty dam, i do 

tej chwili uważała, że był najpiękniejszy pod słońcem. Teraz jednak zmieniła zdanie.

-  Ładny,  prawda?  -  zgodziła  się  Cassandrą.  Zamówiła  go  tuż  przed  wyjazdem  do  Worthing  na 

brzemienne w skutki odwiedziny u siostry. Dostarczono go już po jej ślubie i nadal spoczywał w 

oryginalnym opakowaniu.

Pod  spodem,  starannie  zawinięty  w  gazety  i  szmatki,  znajdował  się  niezwykle  drogi  serwis 

obiadowy z porcelany z Sevres, ślubny prezent dla prababki Cassandry. W skrzyni znalazła Jeszcze 

niebiesko-złoty  serwis  do  codziennego  użytku,  o  nieco  przetartych  zdobieniach.  Na  samym  dnie 

leżały srebrne patery do owoców, sosjerki i zawinięte w ściereczki srebrne sztućce. W zakamarkach 

utknięto różne drobiazgi: solniczki, figurki Porcelanowe i kryształowe wazony.

- To jest jak jaskinia Aladyna! - zachwycała się Prudence. - I sporo to wszystko warte - zauważyła 

pani Wagstaff.

- Wiem - odrzekła Cassandra. - Trzeba to było raczej wystawić na licytacji.

-  Co  też  pani  opowiada!  -  zaprotestowała  gospodyni.  -  To  wszystko  się  pani  należy.  Jest  pani 

krewną hrabiego i przez tyle lat prowadziła mu dom.

- Otworzymy trzecią skrzynię? - błagalnie zapytała Prudence. Oczy jej błyszczały, kiedy patrzyła 

na napis pościel.

- Wątpię, żebyśmy znalazły tam coś równie wspaniałego, ale jeśli chcesz, to otwórz - zgodziła się 

Cassandra.

Prudence  natychmiast  przystąpiła  do  dzieła.  Znalazła  w  skrzyni  tuzin  kompletów  prześcieradeł, 

powłoczki  na  poduszkę,  a  także  obrusy  i  ściereczki.  Na  samym  dnie  leżała  szkatułka  z  kości 

słoniowej, inkrustowana macicą perłową.

- Klejnoty! - wykrzyknęła dziewczyna. Cassandra roześmiała się.

-  Niestety,  nie.  To  tylko  szkatułka,  w  której  moja  prababka  przechowywała  guziki.  -  Odchyliła 

wieczko. - Widzisz, tylko guziki.

- Ale jakie śliczne - zachwyciła się Prudence.

- Rzeczywiście. - Cassandra wyjęła srebrny guziczek w kształcie kwiatka, ze środkiem z macicy 

perłowej. - Proszę, weź to, Prue. Przyszyjesz go do wstążki i będziesz miała naszyjnik.

background image

51

Służąca z szacunkiem wzięła guzik do ręki. Nagle wybuchnęła płaczem.

- Co się z tobą dzieje, dziewczyno? - zdziwiła się gospodyni.

- Jeszcze nigdy nie dostałam prezentu!

Pani Wagstaff poklepała ją po ramieniu.

- Schowaj go gdzieś w bezpiecznym miejscu, a potem wracaj. Pomożesz mi przy warzywach.

Nigdy nie dostała prezentu, powtórzyła w myślach Cassandra. Biedne stworzenie.

Tego popołudnia przez  wioskę  Little  Hampden  przejechał jakiś mężczyzna w połatanej kurtce i 

zniszczonym kapeluszu z szerokim rondem. Prowadził objuczonego pakunkami osła.

- Handlarz! Handlarz! - krzyczały wiejskie dzieci, wybiegając z domów. - Abednego przyjechał! 

Abednego rozłożył towar i zaczął nawoływać:

- Mam wszystko, czego wam trzeba! - zachwalał swoje towary.

Zaciekawione matki z zawiniętymi w ciepłe szale dziećmi na rękach tłoczyły się wokół niego. W 

wiosce  na  ogół  niewiele  się  działo  i  wszystko,  co  przerywało  monotonię  i  mogło  dać  temat  do 

plotek, było mile  widziane.  Ludzie  nie mieli  wiele  pieniędzy, ale niejednemu  udało się wysupłać 

kilka  pensów  na  kawałek  wstążki  czy  paczkę  igieł  i  szpilek.  Niektóre  kobiety  z  żalem  dotykały 

koronek; od razu poznawały, że to towar doskonałej jakości.

- Co się dzieje w wielkim domu? - zapytał Abednego, puszczając oko do jednej z dziewcząt.

- Nic nie słyszałeś? Hrabia nie żyje. A panna Cassandra zamieszkała w Belvedere Tower. Właśnie 

się urządza, więc może będzie czegoś potrzebować.

Abednego złożył towar, objuczył nim osła i ruszył dalej. Cassandra stała właśnie przed domem, 

nadzorując wnoszenie dywanu, kiedy zjawił się Abednego. Uśmiechnęła się szeroko.

- Witaj, Abednego. - Handlarz dotknął brzegu kapelusza i znacząco spojrzał na Jacoba i Prudence. 

- Zaprowadź swojego osła do stajni - powiedziała i dodała: - Jacob, Prue, zanieście dywan do mojej 

sypialni. Zaraz tam do was dołączę. Kiedy byli już w stajni, zwróciła się do przybysza:

- Bardzo się cieszę, że cię widzę. Właściwie jeszcze ci nie podziękowałam.

- Mam dla pani wiadomość. Zmierza tu pani mąż.

- Mój mąż? - Chwyciła za słupek boksu, jakby się bała, że upadnie.

Abednego wyjaśnił jej sytuację.

- Przyjechał po panią i po dziecko - zakończył. - Twierdzi, że uciekł z Verdun.

- Przecież mu napisałam, że synek nie żyje! - krzyknęła Cassandra. - Sam wiesz. - Napisała list, 

kiedy była już u siostry, a handlarz obiecał, że dostarczy go bezpiecznie do Francji.

- Josse miał go wysłać - potwierdził Abednego. - To solidny człowiek.

Niestety,  agent  ministra  Fouche  odebrał  mu  list,  uznając,  że  jest  podejrzany,  toteż  wiadomość 

nigdy nie dotarła do celu.

background image

52

Cassandra zastanawiała się, co też mogło się zdarzyć. Czyżby pani de Flagy wyrzuciła Claude’a z 

zamku?  Może  Bonaparte  mu  odmówił?  Ciekawiło  ją  też,  jaką  rolę  w  tym  wszystkim  odgrywa 

Abednego. Skąd o wszystkim wie? Zbieg okoliczności był raczej mało prawdopodobny.

- Na pewno jesteś głodny - zagaiła, żeby zyskać czas do namysłu. - Jeśli chcesz, pani Wagstaff da 

ci coś do jedzenia, Wciąż  jeszcze  mieszkamy  w  prowizorycznych warunkach,  więc  nie wiem, co 

jest na kolację, ale na pewno coś się znajdzie.

- Osiołek potrzebuje wody - powiedział Abednego, poklepując zwierzę po grzbiecie. Odpiął torby 

z towarem, zdjął z osła siodło i przykrył go starą derką.

- Jak widzisz, w stajni nic nie ma, ale możesz przywiązać go na zewnątrz, żeby pożywił się trawą. 

Prue przyniesie wodę. - Wiedziała, że i tak nie udałoby się utrzymać dziewczyny z dala od towarów 

Abednego.

Wróciła na górę, żeby sprawdzić, czy dywan został dobrze rozłożony.

- Spodziewała się pani przyjazdu Abednego, panno Cassandro? - zaciekawił się Jacob.

- Pomógł mi wydostać się z Francji.

- Na pewno trudni się też przemytem. - Jacob z satysfakcją skinął głową. Zawsze go ciekawiło, 

skąd handlarz ma francuskie koronki.

Zapewne  jeszcze  czymś,  dodała  w  duchu  Cassandra.  Ciekawe,  dlaczego  Claude  chce  się  z  nią 

spotkać? Czego chce? Czy może ją zmusić do powrotu do Francji?

Poczuła, że wcale nie jest tu już bezpieczna.

Ruth i Tom Lawson, którzy nagle, przez kaprys ojca, stali się panną i paniczem Darke, siedzieli 

ubrani  w  nowe  stroje  w  podróżnej  dwukółce;  ich  kufry  jechały  na  dachu  pojazdu.  Zmierzali  na 

południe, do nowego domu.

Wszystko stało się tak szybko, że nadal byli trochę oszołomieni. Niespodziewanie znaleźli się w 

domu ojca w Skipton. a wokół nich uwijali się krawiec i krawcowa, biorąc miary, rozwijając bele 

materiału i upinając na nich nowe ubrania.

- Czy nie powinniśmy nosić żałoby, proszę pana? To znaczy... ojcze? - nieśmiało zapytała Ruth.

-  Nie  sądzę  -  odparł  stanowczo  Daniel.  Bał  się,  że  żałobna  czerń  ubrań  dzieci  zaszkodzi  mu  w 

rozpoczęciu nowego życia w Skipton. - Uważam, że żałoba to sprawa prywatna.

Tydzień później jechali na południe.

- Gdzie jedziemy? - ośmielił się zapytać Tom. Miał na sobie beżowe, zapinane wysoko spodnie i 

ciasny, granatowy surdut, w którym było mu wyjątkowo niewygodnie. Na dodatek gniotły go buty.

- Kupiłem posiadłość w Surrey. Nazywa się Juniper Park i właśnie tam zamieszkamy.

Ruth  również  było  niewygodnie.  Podobała  jej  się  nowa  podróżna  suknia  i  peleryna  z  futrzaną 

mufką,  ale  po  raz  pierwszy  w  życiu  miała  na  sobie  gorset,  w  którym  nie  mogła  swobodnie 

background image

53

oddychać.

Rano, kiedy wyruszali. Daniel polecił woźnicy:

- Jedź ostrożnie, panna i panicz Darke nie są przyzwyczajeni do takich podróży i nie chcę, żeby 

się pochorowali. Przed nami długa droga.

Panna  i  panicz  Darke?  Ruth  zawsze  myślała  o  sobie  jako  o  Ruth  Lawson.  Teraz  już  nie  była 

pewna, kim jest.

- Czy... czy naprawdę jestem panną Darke? - zapytała.

- Tak. Od dzisiaj oboje nazywacie się Darke.

Ruth  Darke.  Powtarzała  w  myślach  nowe  nazwisko.  Brzmiało  dziwnie  i  wydawało  jej  się  za 

krótkie.

Daniel spojrzał na dzieci. Biedne stworzenia, pomyślał, takie wystraszone i zagubione. Wszystko, 

co  znały,  nagle  znikło,  a  on  nie  miał  zamiaru  tłumaczyć, co  się  stało  u  pani  Lorrimer i  dlaczego 

zdecydował się na taką zmianę planów. Sam nie był pewien, dlaczego to zrobił, wiedział tylko, że 

ma dość Skipton i chce się stamtąd wynieść. To, że zabrał ze sobą dzieci, jakoś wyszło samo.

Nathan Levy, który był właścicielem kilku przędzalni w pobliskim Ilkley, zgodził się pokierować 

jego fabryką. Podpisali umowę i Danielowi pozostało tylko wynająć dom, porządnie ubrać dzieci i 

wyjechać.

-  Lepiej  będzie  dla  nas  wszystkich,  jeśli  zaczniecie  uchodzić  za  moje  prawowite  potomstwo  -

ciągnął  Daniel.  -  Nie  chcę,  żebyście  kłamali,  ale  od  dziś  zakładamy,  że  wasza  matka  była  moją 

żoną.

Tom zmarszczył brwi.

- A ciocia Kitty?

-  Nie  komplikujmy  spraw.  Ze  względu  na  zdrowie  matki  mieszkaliście  w  domu  na  wsi,  a  ja 

odwiedzałem was, kiedy tylko mogłem.

- Więc wszystko jest tak, jak było, tylko trochę inaczej? - upewniał się zdezorientowany chłopiec.

- Właśnie.

- Aha. - Namyślał się przez chwilę. - A czy w nowym domu będę mógł mieć psa?

- A czemu nie?

Tom rozluźnił się i poruszył palcami w nowych butach. Zrobiły się trochę wygodniejsze.

- Będę musiała być damą? - zaniepokoiła się Ruth.

- Tak. Oboje będziecie musieli nauczyć się nowych zasad, ale szybko do tego przywykniecie.

- Jaki jest nasz nowy dom? - zapytał chłopiec. - Taki duży jak ten w Skipton? - Nie spodobała mu 

się wzmianka o nowych zasadach, ale jeśli będzie miał psa, to jakoś to wytrzyma.

- O wiele większy. Ma dwanaście sypialni, nie licząc pokojów dla służby.

- Dwanaście sypialni! - Oczy Toma zrobiły się okrągłe. Kto w nich będzie spał?

background image

54

Oczyma duszy Ruth ujrzała tłum nadętych dam,  spoglądających na nią z  góry i szepczących do 

siebie:  „Ona  tylko  udaje  damę,  to  wszystko  kłamstwo”.  Wciśnięta  w  kąt  dwukółki,  tęskniła  za 

przytulnym, znajomym domkiem na wsi. Nigdy nie Przyzwyczai się do tego nowego życia.

Daniel  popatrzył  w  pełne  obaw  oczy  i  widział  Meg,  ostatniego  dnia  w  rodzinnym  domu, 

kurczowo trzymającą lalkę, Przerażoną tym, że za chwilę zabiorą ją do przytułku. Nie chciał mieć 

dzieci.  Były dla  niego  kłopotem,  dodatkowym obciążeniem,  ale  przynajmniej  wiedziały, skąd  się 

wywodzi. Przed nimi nie musiał niczego udawać.

-  Czy  w  tym  domu  są  lochy?  -  zaciekawił  się  Tom.  Może  dom  będzie  podobny  do  zamku  w 

Skipton? Daniel roześmiał się.

- Nie, ale w pobliżu jest stara wieża, w której mieszka czarownica.

- Czarownica! Lata na miotle?

- Prawdopodobnie. - Z przyjemnością zrobiłby z panny Hampden czarownicę. Polecił Briggsowi, 

żeby  jeszcze  raz  złożył  jej  propozycję.  Niestety,  nie  chciała  się  wyprowadzić  nawet  za  sześćset 

funtów.

- Czy ona mieszka bardzo blisko? - Ruth zacisnęła ukryte w mufce dłonie.

- Nie bardzo. Nie musicie się jej bać, nie skrzywdzi was. Ta odpowiedź nie uspokoiła Ruth. Skąd 

ojciec może to wiedzieć?

Tej  nocy  Cassandrze  przyśnił  się  koszmar.  Claude  zbliżał  się  do  niej  z  nożem  w  ręku.  Chciała 

uciekać, ale stopy grzęzły jej w błocie, a on był coraz bliżej. Czuła jego oddech na karku. Obudziła 

się z głośno bijącym sercem i nawet światło świecy nie przegoniło jej lęku.

Następnego ranka  starała  się  myśleć racjonalnie.  Co  Claude  może  jej  zrobić?  Maurice nie  żyje. 

Jeśli  mąż zechce się z nią rozwieść, chętnie się zgodzi. Od czasu rewolucji rozwody stały się we 

Francji łatwiejsze do uzyskania. Doszła do wniosku, że nie warto dłużej się nad tym zastanawiać. 

Lepiej wrócić do malowania.

Włożyła  fartuch,  upięła  włosy,  zawinęła  turban  na  głowie  i  starała  się  skupić  na  pracy,  ale  nie 

mogła.  Po  kilku  błędach,  przez  które  Blanchefleur  zaczęła  zezować,  a  królik  zyskał  piątą  nogę, 

doszła  do  wniosku,  że  zajmie  się  inną  sceną.  Malowidło  na  przeciwległej  ścianie  miało 

przedstawiać scenę  z  Eneidy Boccaccia. Tezeusz,  zdobywszy rękę  królowej  Amazonek,  Hipolity, 

wracał to  Teb  wraz z  jej siostrą, Emilią.  Postanowiła namalować  główne postacie wysiadające  w 

porcie na ląd. W oddali miały wznosić się wieże Teb. Zdecydowała, że będą przypominały wieże 

zamku  de  Flagy,  ale  żeby  nie  wyglądały  tak  ponuro  i  przygnębiająco,  namaluje  je  w  różowych  i 

złocistych barwach.

Rozrysowała już tę scenę na kratkowanym papierze, a teraz zamierzała naszkicować ją węglem na 

ścianie. Była to praca ciężka i wymagająca skupienia.

background image

55

Mijały godziny i Cassandrę bolały już ręce i plecy. Właśnie miała zrobić przerwę, kiedy usłyszała 

tętent  końskich  kopyt.  Odłożyła  węgiel  i  podbiegła  do  okna.  Claude  właśnie  zsiadał  z  konia,  a 

Jacob odbierał od niego wodze. Szybko zdjęła fartuch i turban, przeczesała włosy palcami i wzięła 

głęboki oddech.

- Wszystko w porządku - powiedziała sobie. - Tylko bez paniki. Będzie dobrze.

Słyszała, jak Claude wchodzi po schodach. Potem rozległo się pukanie do drzwi.

- Proszę.

Wszedł do środka, zdjął kapelusz i zbliżył się, żeby pocałować ją w policzek.

-  Witam.  -  Spojrzał  na  żonę.  Wydała  mu  się  szczuplejsza,  starsza  i  bledsza.  Jak  mogła  mu  się 

kiedykolwiek podobać? Rozejrzał się, ale nigdzie nie zauważył śladu syna.

- Witaj, Claude.

- Przyjechałem, żeby was zabrać do domu. - Spostrzegł, że Cassandra jeszcze bardziej pobladła. -

Według prawa Maurice należy do mnie.

- Ależ... Claude... - wyjąkała Cassandra i usiadła. - Chyba dostałeś mój list?

- Żadnego listu nie dostałem - burknął arogancko. - Wyjechałaś bez jednego słowa, ukradkiem...

- Przestań, proszę cię! - zawołała. - Maurice umarł w Dieppe.

Claude usiadł na ławie pod oknem.

-  Umarł?  Nie  wierzę  ci.  -  Na  pewno  kłamała.  Cassandra  przyniosła  złożoną  kartkę  papieru  i 

podała mu.

-  Dostał  wysokiej  gorączki  i  zmarł  dwa  dni  później.  Zrobiłam  wszystko,  co  mogłam...  -  Oczy 

napełniły jej się łzami. Odwróciła wzrok.

Claude  rozwinął  papier.  Było  tam  napisane,  że  Maurice  Henri  François  de  Tessy  zmarł 

dziewiętnastego  września  1804  roku  i  został  pochowany  w  kościele  St  Remy  w  Dieppe.  Pod 

zaświadczeniem widniał niewyraźny podpis i rozmazana urzędowa pieczęć.

Twarz Claude’a stężała. Nigdy nie przepadał zbytnio za synem. W ciągu swojego krótkiego życia 

chłopiec  stale  go  irytował  -  wiecznie  cierpiał  na  kolkę,  ząbkowanie  lub  obrzydliwy  katar  -  ale 

wkradł się w łaski Hortense.

- Gdybyś nie wyjechała z Verdun, nic takiego by się nie stało! - krzyknął. - To twoja wina!

-  Sama  wciąż  siebie  obwiniam  -  przyznała  Cassandra.  -  Myślę  jednak,  że  umarłby  też,  gdyby 

został  w  zamku  de  Flagy.  Dobrze  wiesz,  że  ciągle  tam  chorował.  Jeśli  nie  zabiłaby  go  wilgoć, 

dokonałyby tego metody wychowawcze twojej okropnej kuzynki.

- Hortense była Maurice’owi bardzo oddana, tak samo jak ja!

- Nie kochaliście go - stwierdziła Cassandra ze smutkiem. - Dla was był tylko pionkiem w grze o 

to, kto odziedziczy zamek. Nawet na niego nie patrzyłeś i nigdy się z nim nie bawiłeś.

- Mężczyzna nie powinien interesować się dziećmi - odparował Claude. - Polubiłbym go, kiedy by 

background image

56

dorósł.

To beznadziejne, pomyślała Cassandra. Nie mamy sobie nic do powiedzenia. Nawet nie potrafimy 

razem rozpaczać nad śmiercią syna.

Claude spojrzał na drugą stronę kartki. Spostrzegł tam przypięty jakiś kwit.

- Co to jest? - Przypominało mu to kwit z lombardu.

-  Musiałam  zastawić  broszkę  od  pani  de  Flagy,  żeby  wykupić  miejsce  na  cmentarzu.  Nie 

chciałam, żeby nasz syn został pochowany jak nędzarz. Ojciec Eustachę będzie wiedział, gdzie jest 

grób. Na nagrobek już mi nie starczyło. - Umilkła, a po chwili dodała: - Napisałam do ciebie, jak 

tylko wróciłam do Anglii, i wiem, że list bezpiecznie dotarł na drugą stronę kanału.

Znów zapadło milczenie. Myśli Claude’a biegły szybko. Skoro Maurice nie żyje - a trzeba będzie 

to jeszcze sprawdzić - równie dobrze mogła umrzeć i Cassandra.

Wolno wstał z ławy i ruszył w jej stronę.

Coś w jego twarzy nakazało jej poderwać się na równe nogi i pobiec do drzwi, lecz Claude był 

szybszy. Otworzyła usta do krzyku, ale ręce Claude’a zacisnęły się na jej szyi. Zaczęła rozpaczliwie 

się  szamotać,  aż  nagle  przypomniała  sobie,  czego  nauczyła  ją  wiele  lat  temu  pewna  Cyganka. 

Najmocniej, jak potrafiła, kopnęła napastnika kolanem w krocze.

Claude zwinął się z bólu i puścił ją. Cassandra krzyknęła ochryple. Na schodach rozległ się hałas i 

po chwili do pokoju wbiegła Prudence, a za nią zdyszana pani Wagstaff.

Odepchnąwszy je szorstko, Claude rzucił się do drzwi i pognał w dół po schodach, omal z nich nie 

spadając. Prudence również zbiegła na dół i zamknęła za nim drzwi na zasuwę.

Pod Cassandrą ugięły się nogi. Trzymając się za szyję, osunęła się na podłogę i z trudem złapała 

oddech.

- Coś podobnego! - krzyknęła gospodyni. - To jakiś bandyta! Panno Cassandro, posadzę panią na 

fotelu. Prue, przynieś sole trzeźwiące.

-  Nie  chcę,  żeby  to  się  rozniosło  -  wydusiła  Cassandra.  -  Rozumiesz,  Prue?  Ani  słowa.  -  Nie 

zniosłaby takiego upokorzenia.

- Nic nie powiem, panno Cassandro - obiecała służąca. Była przerażona, kiedy zobaczyła, jak ten 

człowiek dusi jej panią, ale teraz, kiedy niebezpieczeństwo minęło, była bardzo przejęta faktem, że 

wzięła udział w takim niezwykłym zdarzeniu. - Kto to był? - zapytała.

-  Mój  mąż  -  odrzekła  sucho  Cassandra.  -  Jestem  wam  obu  bardzo  wdzięczna.  -  Nawet  bała  się 

pomyśleć, co by się stało, gdyby nie Prue i pani Wagstaff.

4

Oprócz  pastorostwa  Freese  w  Little  Hampden  mieszkała  jeszcze  jedna  licząca  się  rodzina  -

background image

57

państwo Parslow z Mattick Hall. Oni również bardzo interesowali się tym, co się dzieje w Juniper 

Park i w Belvedere Tower.

Pewnego dnia w domu państwa Parslow rozgorzała dyskusja, czy należy złożyć wizytę w Juniper 

Park, kiedy pan Darke tam zamieszka.

Pan Parslow, krzepki mężczyzna po sześćdziesiątce, o twarzy ogorzałej od częstego przebywania 

na świeżym powietrzu, szczycił się tym, że zawsze ma swoje zdanie i nie ulega wpływom innych. 

Gdy tylko jego żona ostrożnie zasugerowała przy śniadaniu, że warto by było zawrzeć znajomość z 

panem Darke, zadecydował, że nie odwiedzi nowego właściciela Juniper Park.

- Fabrykant! - stwierdził. - Nie będę sobie nim zawracał głowy. - Rozejrzał się dokoła, gotów siłą 

stłumić wszelkie Protesty.

- Mówią, że  ma okrągłe piętnaście tysięcy funtów rocznego dochodu  - odezwał się Freddy, syn 

państwa Parslow. - Może powinieneś się z nim poznać ze względu na Agnes? - Uśmiechnął się do 

siostry.

-  Nie  bądź  wulgarny  -  zganiła  go  Agnes.  -  Fabrykant!  Z  takimi  ludźmi  nie  utrzymuje  się 

kontaktów  towarzyskich.  -  Wiedziała  już,  że  nowy  sąsiad  jest  bardzo  bogaty,  ponieważ  złożyła 

wizytę  pani  Freese  tylko  po  to,  żeby  się  czegoś  o  nim  dowiedzieć,  i  zdecydowała  w  duchu,  że 

koniecznie musi go poznać.

Wymieniła z matką znaczące spojrzenie.

-  To  na  pewno  prostak  -  zgodziła  się  natychmiast  pani  Parslow.  Wiedziała,  że  w  ten  sposób 

najszybciej  sprawi,  żeby  mąż  zrobił  tak,  jak  ona  chce.  Nie  zamierzała  pozbawiać  córki  okazji 

poznania odpowiedniego kandydata na męża.

Widząc, że nie ma okazji do kłótni, pan Parslow zmienił nieco ton:

-  Słyszałem  od  jego  sekretarza,  że  daje  dwanaście  szylingów  tygodniowo  za  pracę  przy 

udrażnianiu  rowów  i  odpływów  w  Juniper  Park.  To  zwiększy  możliwość  zatrudnienia  w  naszej 

okolicy. - Pokiwał głową. - A jednak to smutne, że taki człowiek przejął dom po Lavingtonie.

-  Ludzi  z  wioski  to  nie  martwi  -  mruknął  Freddy.  Nie  zgadzał  się  z  ojcem  w  żadnej  niemal 

sprawie.

-  Ostatnio  ciężko  im  się  żyje  -  zgodziła  się  pani  Parslow.  Dzięki  temu  mogła  spełniać  swój 

chrześcijański obowiązek, obdarowując biednych swoją galaretą z cielęcych nóżek i rosołem.

-  To  zrozumiałe,  że  czasem  jakiś  królik  trafia  do  garnka  biedaka  -  stwierdził  pan  Parslow.  -

Słyszałem jednak plotki, że przyjeżdżają tu jacyś ludzie z Londynu. Za ubitą nielegalnie zwierzynę 

dostaną w mieście dobrą cenę. - Nikt mu się nie sprzeciwił, więc zamyślił się, siorbiąc głośno kawę, 

aż  żona  i  córka  skrzywiły  się  z  niesmakiem.  -  Może  dobrze  by  było,  gdybym  się  spotkał  z  tym 

człowiekiem. Dowiedziałbym się, co zamierza zrobić z tymi typami z Londynu.

- Właściciele ziemscy powinni  trzymać się razem - oznajmił Freddy i puścił oko do siostry, ale 

background image

58

ona go zignorowała. Wiedział, że zależy jej na poznaniu pana Darke’a.

Agnes obierała jabłko nożykiem z rączką z masy perłowej.

-  Mam  nadzieję,  że  tutaj  go  nie  zaprosisz  -  powiedziała.  -  O  czym  byśmy  z  nim  rozmawiali? 

Mamo, ty się chyba nie znasz na przędzalniach, prawda?

- Moja panno, zrobisz,  co ci każę - odrzekł ojciec.  - Jeśli  postanowię go  tu  zaprosić, ty i  twoja 

matka spełnicie swój obowiązek. Czy to jasne?

Agnes spuściła oczy, żeby ukryć błysk satysfakcji.

- Dobrze, papo.

- Kolejna runda dla Agnes - wymamrotał Freddy pod nosem. Trochę bał się siostry.

Agnes  była  wysoką,  elegancką  dziewczyną  o  blond  włosach  i  niebieskich  oczach.  Niedawno 

skończyła  dwadzieścia  cztery  lata.  Podczas  debiutanckiego  sezonu  w  Londynie  zyskała  miano 

„lodowatej  blondynki”.  Wielu  kawalerów  ją  podziwiało,  ale  z  daleka.  Przed  trzema  laty 

niespodziewanie  zadziwiła  całą  elitę  towarzyską,  zostając  narzeczoną  młodszego  syna  markiza 

Shrieve  i  dwa  miesiące  później  w  tajemniczych  okolicznościach  zrywając  zaręczyny.  Nikt  nie 

wiedział, co się wydarzyło, bo żadna ze stron nie puściła pary z ust. Panowało ogólne przekonanie, 

że  to  panna  Parslow  zerwała  zaręczyny,  choć  wiele  osób  się  zastanawiało,  dlaczego  miałaby  to 

zrobić. Niektórzy sądzili, że zerwanie nastąpiło z przyczyny lorda Roberta i że jego ojciec wypłacił 

niedoszłej  synowej  sporą  sumę  za  zerwanie  umowy.  Agnes,  bogatsza  o  trzy  tysiące  funtów, 

milczała jak zaklęta.

Pani  Parslow  również  trochę  obawiała  się  córki.  Agnes  zawsze  dostawała  to,  czego  chciała.  Z 

początku  miała  posag  w  wysokości  czterech  tysięcy  funtów,  ale  zmarł  jej  ojciec  chrzestny  i 

niespodziewanie zostawił jej w spadku jeszcze dwa tysiące. Potem, po dziwnym epizodzie z synem 

markiza,  wzbogaciła  się  o  trzy  tysiące,  więc  teraz  jej  łączny  majątek  wynosił  dziewięć  tysięcy 

funtów. Pani Parslow czasami się zastanawiała, jak córka zdołała tego dokonać.

Cassandra tymczasem poszła z wizytą na plebanię. Pani Freese z przerażeniem popatrzyła na jej 

siną  szyję.  Z  początku  nie  pojmowała,  jak  mogło  do  tego  dojść.  Ten  miły  młodzieniec,  którego 

kiedyś widziała, chciał zamordować swoją żonę? Takie rzeczy zdarzają się tylko w melodramatach.

- Nic mi się nie stało - uspokoiła ją Cassandra. Nadal dręczyły ją koszmary, ale nie chciała o tym 

mówić.

Pastorowa patrzyła na nią przez chwilę, a potem ze smutkiem pokiwała głową i zmieniła temat.

- Słyszałam, że widziałaś się z panem Darke.

- Przez moment. To okropny człowiek.

- Tego się obawiałam. A mój mąż miał nadzieję, że ktoś odpowiedni zajmie się posiadłością.

Cassandrę  ogarnęło  lekkie  poczucie  winy.  Pan  Darke  nie  był  przecież  hałaśliwym  prostakiem, 

background image

59

jakiego się spodziewała. Prawdę mówiąc, złożył jej bardzo hojną propozycję. Musiała to przyznać, 

chociaż z niej nie skorzystała.

-  Chyba  nie  jestem  sprawiedliwa  -  wyznała.  -  To  człowiek  przyzwyczajony  do  sprawowania 

władzy,  co  od  razu  można  zauważyć.  Nie  powiem,  żeby  mi  się  spodobał,  choć  sama  nie  wiem 

dlaczego. - Jego wizyta  wytrąciła ją z równowagi, zaburzyła spokój.  Z jakiegoś powodu wysoka, 

muskularna  postać  pana  Darke’a  przeszkadzała  jej  w  pracy  i  kiedy  patrzyła  teraz  na  Floresa, 

wydawał jej się wątły i zniewieściały.

-  Pan  Freese  będzie  musiał  złożyć  mu  wizytę  -  z  rezygnacją  oznajmiła  pastorowa.  -  Jako 

proboszcz  musi  dbać  o  dobre  stosunki  ze  wszystkimi  parafianami.  Pan  Darke  ma  dzieci,  trochę 

młodsze od Sary i Rachel. Na pewno są nieokrzesane i pospolite.

-  O,  Boże,  dzieci!  -  Oczami  duszy  Cassandra  zobaczyła  wybite  szyby  w  oknach  i  stratowane 

rośliny w ogrodzie.

Rozmowa toczyła się dalej. Pani Freese zapytała o pięknego, czarno-białego kota, którego wysłała 

do Belvedere Tower, i bardzo ucieszyła się na wieść, że zadomowił się w wieży, a nawet złapał już 

kilka myszy.

- Niestety, złapał też małego puchacza - dodała Cassandra. - Puchaczowi nic poważnego się nie 

stało, ma tylko złamane skrzydło i bardzo się wystraszył.

- Co z nim zrobiłaś?

-  Narzuciłam  na  niego  ręcznik  i  złapałam,  a  Jacob  przygotował  łubki  do  unieruchomienia 

skrzydła.  W  tej  chwili  puchacz  mieszka  w  mojej  sypialni,  za  starą  osłoną  do  kominka.  Pani 

Wagstaff miele mu mięso. Zasmakował mu też chleb z mlekiem.

-  Muszę  powiedzieć  o  tym  dziewczynkom  -  stwierdziła  pani  Freese.  -  Na  pewno  bardzo  będą 

chciały go zobaczyć.

- Niestety, Prudence opowiada  we  wsi, że  jestem  czarownicą, bo  trzymam  w domu  puchacza.  -

Cassandra westchnęła. - Chce, żeby w jej życiu działo się coś dramatycznego, ale takie plotki to nic 

dobrego. Kiedy dzisiaj mijałam panią Timms, odwróciła się i wygrażała mi pięścią.

- Pani Timms ma trudny charakter. Porozmawiam z nią. Co gorsza, po wsi rozeszły się również 

plotki o wizycie Claude’a. Nikt nie wiedział, kim naprawdę był gość, ale

Wszyscy pamiętali, że panna Cassandra zniknęła na trzy lata i wróciła niespodziewanie, tuż przed 

śmiercią  hrabiego.  A  teraz  odwiedził  ją  tajemniczy  cudzoziemiec.  Może  była  szpiegiem?  Pani 

Timms,  wziąwszy  się  pod  boki,  wysyczała  to  wprost  do  ucha  pani  Hill  i  pani  Jackson,  kiedy 

spotkała je przy studni.

-  Szpieg!  -  powtórzyła  pani  Hill,  jedna  z  niewielu  kobiet,  które  nie  bały  się  pani  Timms.  -  Nie 

powinnaś  tak  jej  nazywać,  Dorcas  Timms!  Panna  Cassandra  wyszła  za  mąż  za  Francuza,  który 

osiadł w Anglii jeszcze jako dziecko. To żadna tajemnica. A teraz przestań plotkować o lepszych od 

background image

60

siebie. Nie godzi się tak.

Kiedy pani Hill odeszła, Dorcas Timms chwyciła panią Jackson za chustę i wyszeptała:

-  Tam  dzieje  się  coś  podejrzanego,  zapamiętaj  moje  słowa.  Prudence  mi  mówiła,  że  jak  tylko 

panna  Cassandra  zagadała  do  tego  ptaszyska,  natychmiast  się  uspokoiło!  -  Pani  Timms  nie 

wyjaśniła, jak się miał fakt uspokojenia wystraszonego puchacza do podejrzeń o szpiegostwo.

-  Panna  Cassandra  zawsze  była  dla  mnie  dobra  -  odparła  wymijająco  pani  Jackson.  Nie 

zapomniała, że podczas chłodów dostała od niej koce, a także drewno na opał.

- Też coś! - prychnęła pani Timms.

Względna  łatwość,  z  jaka  Claude  przeprawił  się  z  powrotem  przez  kanał,  zasmuciłaby  pana 

Sidneya  Smitha,  szefa  brytyjskiego  wywiadu,  ale  pewnie  by  go  nie  zdziwiła.  Claude  bez  trudu 

namówił pewnego rybaka, żeby go przewiózł w pobliże Dieppe.

Abednego podążył za nim. Claude, jako sympatyk Bonapartego, budził w nim niepokój, chociaż 

nie  wykazał  się  żadną  podejrzaną  aktywnością.  Najwyraźniej  po  prostu  chciał  jak  najszybciej 

wracać  do  Francji.  Mimo  wszystko  Abednego  postanowił  się  upewnić,  czy  Francuz  czegoś  nie 

knuje.

W Dieppe Claude wynajął pokój w przyzwoitej oberży i poszedł odzyskać broszkę Cassandry. To 

miał być dodatkowy dowód na to, że żona zmarła. Potem odszukał urzędnika parafii, ojca Eustachę, 

który pracował w zagraconym pokoiku na tyłach kościoła St. Remy. W kilku słowach objaśnił cel 

swojej wizyty.

- Ach, tak, pamiętam tę damę. - Urzędnik spojrzał na niego zza szkieł wzrokiem krótkowidza. -

Była zrozpaczona śmiercią synka. - Pokręcił głową. - Taka była wola Boża. - Wstał i podszedł do 

półki, na której leżały księgi z odnotowanymi pogrzebami.

Claude  uważnie  rozejrzał  się  po  pokoju,  zerknął  czujnie  na  urzędnika,  ukradkiem  wziął  kilka 

czystych kartek papieru z leżącego na biurku stosu i wsunął je do głębokiej kieszeni płaszcza.

Urzędnik znalazł właściwy tom, zdmuchnął z niego obłoczek kurzu i otworzył. Claude podszedł 

bliżej,  po  drodze  rozglądając  się  bacznie.  Gdzie  też  może  być  urzędowa  pieczęć,  ta  którą 

podstemplowano zaświadczenie o śmierci Maurice’a? Na biurku Jej nie dostrzegł.

Urzędnik szybko odnalazł wpis.

- O, tutaj zostało to odnotowane. Grób znajduje się w kwaterze dwudziestej siódmej. Rozumiem, 

że chce pan zamówić nagrobek?

- Oczywiście - przytaknął Claude. - Zrobię wszystko, co należy.

-  Muszę  przynieść  odpowiedni  formularz.  Będzie  pan  grzejmy  zaczekać?  -  Ukłoniwszy  się, 

urzędnik wyszedł z ciasnego biura.

Claude szybko przeszukał wszystkie szuflady biurka, znalazł starą, drewnianą pieczęć i wsunął ją 

background image

61

do kieszeni. Potem sprawdził, czy urzędnik nie wraca, i szybko wymknął się na zewnątrz. Zdobył 

to,  po  co  tu  przyszedł,  i  nie  zamierzał  tracić  pieniędzy  na  nagrobek.  Można  je  wydać  na  coś 

ciekawszego.

Wrócił  do  oberży  i  rozłożył  swoje  łupy  na  stole.  A  gdyby  przeklęta  Cassandra  nie  żyła?  Co 

wtedy? Byłby wolny i mógłby sobie znaleźć dobrą, francuską żonę.

Kuzynka Hortensja nigdy nie dowie się prawdy. Bo niby skąd?

Przyjrzał  się  uważnie  zaświadczeniu  o  śmierci  syna,  potem  przysunął  do  siebie  czystą  kartkę 

papieru  i  przez  chwilę  podrabiał  charakter  pisma  urzędnika.  Wypisanie  zaświadczenia  o  śmierci 

żony  zajęło  mu  całą  resztę  poranka.  Miał  duże  doświadczenie  w  podrabianiu  dokumentów  i 

wiedział,  że  im  staranniej  się  do  tego  przyłoży,  tym  lepszy  osiągnie  rezultat.  Kiedy skończył, na 

biurku leżały trzy zaświadczenia. Podszedł do okna i uważnie im się przyjrzał. Potem jedną kartkę 

zmiął  i  wrzucił  do  ognia.  Kula  papieru  odbiła  się  od  kraty  paleniska  i  wpadła  pod  ruszt.  Kiedy 

atrament  na  dwóch  pozostałych  zaświadczeniach  wyschnie,  wybierze  jedno  z  nich.  Po  namyśle 

położył obie kartki na baldachimie stojącego w pokoju łóżka i wyszedł, żeby coś zjeść.

Abednego,  który  siedział  na  wiklinowym  koszu  na  ryby  i  dla  zabicia  czasu  gawędził  z  jakimś 

żołnierzem z twierdzy, wstał, skinął rozmówcy głową i ruszył w stronę oberży. De Tessy to głupiec, 

pomyślał. Nawet nie przyszło mu do głowy, że ktoś może go śledzić. Nie zachował ani odrobiny 

ostrożności  i  wszystko, co robił w oberży, można  było zobaczyć przez  okno.  Nie nadawał się na 

szpiega.

- Kiedy Abednego wszedł do środka, oberżystka podniosła wzrok.

- Słucham?

- Jestem służącym pana de Tessy. Kazał mi zaczekać w pokoju. Dał mi klucz.

Oberżystka skinęła głową i wróciła do wycierania stołów, Abednego zaś wszedł na górę. Łatwo 

odnalazł właściwy pokój, otworzył drzwi wytrychem i po minucie był już w środku.

Claude nie zadał sobie nawet trudu, żeby schować gdzieś drewnianą pieczęć. Abednego obejrzał 

ją  uważnie.  Po  chwili  odnalazł  w  kominku  zwiniętą  w  kulę  kartkę  papieru.  Pięć  minut  później 

natknął  się  na  dwa  zaświadczenia  suszące  się  na  baldachimie.  Nie  potrafił  czytać,  ale  kiedy 

porównał wszystkie trzy dokumenty, spostrzegł, że były jednakowe. Co też knuł ten Francuzik?

Wygładził zmięty papier,  odbił na nim pieczęć i  starannie schował do kieszeni  na piersi. Potem 

odłożył pozostałe dwa dokumenty na miejsce, wyszedł z oberży i znów zajął pozycję na koszu.

Claude zjadł pierwszy od wielu dni porządny obiad, popijając go całkiem niezłym winem. Nigdy 

nie  polubi  angielskiej  kuchni.  Potem  poszedł  na  targ  rybny  w  Le  Pollet.  Rybacy  wrócili  rano  z 

połowu i wszędzie uwijali się ludzie z płaskimi koszami halibutów i soli. Dziewczyny w sabotach 

przygotowywały noże do patroszenia i krojenia ryb. Kamienie bruku były śliskie i pokryte łuskami.

background image

62

Dzieci z piskiem biegały w koło, a dziewczyny bez złości przywoływały je do porządku. Claude 

spostrzegł  starą  kobietę  siedzącą  w  bramie.  Co  jakiś  czas  przerywała  pracę  nad  koronką,  żeby 

dołożyć do ognia w koksowniku. Obok niej siedział mały Jasnowłosy i niebieskooki chłopczyk z 

sinymi od zimna nóżkami. Pociągał kobietę za spódnicę, ale ona nie zwracała na niego uwagi.

Claude  przyjrzał  się  dziecku.  Czy  się  na  to  zdecyduje?  Czy  wystarczy  mu  odwagi?  To  jedno 

posunięcie rozwiązałoby jego problemy. Jeśli wróci do de Flagy jako bezdzietny wdowiec, kuzynka 

Hortensja  bez  wątpienia  poszuka  mu  żony,  która  będzie  musiała  urodzić  dziecko  właściwej  płci. 

Dobrze  wiedział,  że  dopóki  nie  dostarczy  kuzynce  dziedzica,  na  nic  nie  może  liczyć.  Zanim 

doczeka się dziecka, wszystko może się zdarzyć, zwłaszcza że Cassandra nadal żyje.

Potrząsnął  głową,  żeby  przegonić  z  niej  natrętne  myśli,  i  skupił  uwagę  na  małym  uliczniku. 

Gdyby wrócił do de Flagy jako wdowiec z dzieckiem....

Podszedł  do  kobiety.  Jej  zdeformowane  palce  poruszały  się  z  trudem  przy  robieniu  koronki. 

Okazało się, że Jeannot jest jej wnukiem. Nie, nie zna ojca dziecka. Chłopiec ma półtora roku, ale 

jest mały na swój wiek.

Nie zastanawiając się, Claude oznajmił:

-  Mam  syna  w  tym  samym  wieku.  Kuleje.  Moja  żona  chce,  żebym  poszukał  mu  towarzysza 

zabaw. Kiedy Jeannot dorośnie, zostanie jego służącym. Obiecuję, że będzie wiódł wygodne życie. 

- Kobieta znieruchomiała. Przez pewien czas szacowała go chciwym spojrzeniem.

- Ile? - zapytała krótko.

- Pięćdziesiąt franków.

- Sto.

- Siedemdziesiąt i ani centyma więcej.

Kobieta  wstała  i  z  zaskakującą  skwapliwością  poprowadziła  go  do  rozpadającej  się  rudery  w 

najbiedniejszej  części  miasta.  Chłopczyk  dreptał  za  nią.  Claude  skrzywił  się,  kiedy  w  nozdrza 

uderzył go nieprzyjemny odór, ale schylił głowę i wszedł do środka.

Dał kobiecie pięć franków i polecił:

- Nakarm chłopca i kup mu jakieś porządne odzienie.

I wykąp go. Będziemy podróżować przez kilka dni. Posłuchaj! Potrząsnął nią szorstko, widząc, że 

wpatruje się w pieniądze. - Masz trzymać język za zębami, rozumiesz? Wrócę po chłopca o piątej i 

nie chcę tu żadnego tłumu gapiów. Przyniosę ci pieniądze. Jeśli jednak puścisz parę z ust, nic nie 

będzie z naszej umowy. Najlepiej powiedz wszystkim, że córka po niego przysłała.

Kobieta nagle złapała go za rękę.

- Będzie pan dobry dla Jeannota? Przysięgnie pan? - Trzymała go tak mocno, że czuł wszystkie 

kości  jej  chudej  dłoni.  Popchnęła  go  w  stronę  drewnianego  krucyfiksu  na  ścianie.  -  Niech  pan 

przysięgnie na krzyż!

background image

63

Claude przelotnie dotknął krzyża.

- Przysięgam. Będzie pod dobrą opieką. - Kuzynka Hortense jest już starszą osobą. Kiedy umrze, 

będzie mógł nagle odkryć, że pomylił się co do chłopca, i oddać go pod opiekę komuś innemu. Nie 

miał zamiaru trzymać w gnieździe kukułczego jaja.

-  Obyś  usmażył  się  w  piekle,  jeśli  nie  dotrzymasz  słowa  -  wysyczała  jadowicie  staruszka, 

zaciskając w dłoni pięć franków.

Im bardziej oddalali się od Skipton, tym Ruth gorzej się czuła. Zostawili za sobą krainę wzgórz i 

dolin,  a  krajobraz  stawał  się  coraz  bardziej  równinny.  Wcale  jej  się  to  nie  podobało.  Bardzo 

brakowało  jej  matki.  Nie  tylko  wszystko  wokół  się  zmieniało,  ale  ona  sama  wydawała  się  sobie 

kimś, kogo wcale nie zna. Niespodziewanie odkrywała w sobie duszę buntownika.

Bolało ją, że Tom, kiedyś tak jej bliski, zdawał się coraz bardziej obcy. Cieszył się, że każdą noc 

spędzają w innym miejscu.

- Bardzo mi się tu podoba! - zawołał, wysuwając głowę z dwukółki, żeby zobaczyć mijający ich 

dyliżans pocztowy. Kiedy po czterech dniach podróży dotarli do Juniper Park, Tom niecierpliwie 

wyciągał szyję, żeby zobaczyć nowy dom.

-  Widzę  go!  -  krzyknął  uradowany.  Ruth  skuliła  się  i  odwróciła  głowę.  -  Jaki  wielki!  Ruth, 

zobacz!

Z przerażeniem zerknęła przez okno i poczuła, że opuszczają ją resztki odwagi. Kiedyś widziała 

przytułek dla ubogich, w którym umarła siostra ojca. Ten dom wyglądał podobnie - wielki ponury 

budynek z mnóstwem okien. Był bardziej imponujący, ale poza tym taki sam.

Zajechali  pod  frontowe  drzwi,  gdzie  już  czekała  na  nich  zebrana  na  schodach  służba.  Nawet 

Daniel  wydawał  się  trochę  przerażony  tym  feudalnym  ceremoniałem.  Gdyby  to  było  w  fabryce, 

kazałby im wracać do pracy. Z ulgą zobaczył, że czeka na niego również Briggs.

Woźnica rozłożył schodki. Wysiedli.

Daniel po cichu zwrócił się do dzieci:

- Róbcie to samo co ja.

Briggs wystąpił naprzód i dokonał prezentacji:

- Pani Minton, gospodyni. Pani Roberts, kucharka. Lizzie, Mary, Dorothy... - Pokojówki i służące 

grzecznie dygały. Ruth również dygnęła, ale Tom syknął jej do ucha:

- Ty nie, głupia!

- Co oni wszyscy mają tu do roboty? - spytała szeptem. Nigdy nie zapamięta, kto jest kim. Dwie 

pokojówki coś do siebie szeptały, jedna zachichotała ukradkiem. Ruth była pewna, że śmieją się z 

niej.

Briggs zaczął przedstawiać mężczyzn:

background image

64

- Gilling, kamerdyner. Jeffreys, pana osobisty służący. Jessop, Wheeler, Eims... - Lista była długa.

Jeden z lokajów mrugnął. Spłoszona Ruth spuściła wzrok.

Wreszcie, ku jej uldze, połowa męskiej służby odeszła do stajni i ogrodu.

- Dziękuję, Briggs. - Daniel skinął głową. - Pani Minton, proszę pokazać pannie Ruth i paniczowi 

Tomowi ich pokoje.

- Oczywiście, proszę pana. Lunch zostanie podany o drugiej.

- Dzieci, idźcie do siebie. Zobaczymy się w jadalni. - Spojrzał na służących, którzy pozostali na 

schodach. - Jeffreys, będziesz mi potrzebny. Briggs, dobrze by było, gdybyś zjadł lunch z nami. -

Zignorował  znaczące  spojrzenie,  jakie  pani  Minton  posłała  kamerdynerowi.  To  był  jego  dom  i 

będzie w nim  robił to,  co uzna za  stosowne. Jeśli  chce, żeby Briggs jadał  z nimi przy wspólnym 

stole, to tak będzie, nawet gdyby stary hrabia na jego miejscu zrobił co innego.

Kiedy weszli do domu, gospodyni dała znak Mary.

- Odprowadź panienkę i panicza do ich pokoi - poleciła. To nie był jej obowiązek. Zwróciła się do 

lokajów: - John, Robert, zanieście kufry na miejsce. Ruszajcie się, żeby wam to nie zajęło całego 

dnia.

Mary  pociągnęła  nosem.  Nowy  pan  nie  był  prawdziwym  ziemianinem,  choć  chciał  za  takiego 

uchodzić.

- Tędy - powiedziała do dzieci i nie oglądając się, ruszyła przed siebie.

Dziesięć  minut  później Ruth  stała  bez  ruchu  w swoim  pokoju  i  czuła, że  chce umrzeć.  Wielkie 

łoże z baldachimem miało rozmiar jej dawnego pokoju. Nie śmiała niczego tu dotknąć. Ostrożnie 

położyła na krześle kapelusz i płaszcz. Co ma teraz robić? Dokąd iść?

Rozległo się ciche pukanie do drzwi. Podeszła do nich na Paluszkach i otworzyła. W progu stała 

pokojówka, dziewczyna niewiele starsza od niej.

-  Jestem  Dorothy  Jackson  -  przedstawiła  się.  -  Pani  Minton  przysłała mnie  na  wypadek,  gdyby 

panienka czegoś potrzebowała.

Tego już było za wiele. Ruth wybuchnęła płaczem. Dorothy weszła do pokoju i zamknęła za sobą 

drzwi. Biedna dziewczyna, pomyślała. Wszyscy tu byli krytycznie nastawieni do tej nowobogackiej 

rodziny, ale czy to wina panny Ruth, że jej tata się dorobił? Przynajmniej służba będzie dostawała 

zapłatę na czas, co się nie zdarzało za życia starego hrabiego.

- Proszę, niech panienka usiądzie. - Podprowadziła Ruth do krzesła. - Za chwilę lokaje przyniosą 

kufry i pomogę panience się rozgościć.

- Przepraszam - wyjąkała Ruth. - Wszystko jest tu dla mnie takie obce.

- Przyzwyczai się panienka. Wszystko w swoim czasie, jak mawia moja mama.

- Czy powinnam przebrać się do lunchu? - spytała nieśmiało.

background image

65

Tymczasem  Tom  był  najzupełniej  szczęśliwy.  Zdjął  czapkę  i  płaszcz,  przeczesał  włosy 

grzebieniem i wyruszył na zwiedzanie. Zanim zabrzmiał gong wzywający na lunch, zdążył zajrzeć 

do  wszystkich  pokoi  na  parterze  i  pierwszym  piętrze.  Natrafił  na  fascynujące  pomieszczenie  z 

nowoczesnym  klozetem,  spłukiwanym  wodą,  i  na  pokój  pełen  lamp.  Udało  mu  się  też  spłoszyć 

pokojówkę i lokaja, obściskujących się w pakamerze na buty.

- Czego chcesz? - spytał lokaj.

- Tak sobie zwiedzam - odrzekł chłopiec i dodał bezczelnie: - Widzę, że masz ręce pełne roboty.

Tu może być nawet zabawnie, pomyślał. Po lunchu pójdę zwiedzać okolicę.

Tego dnia, kiedy nowi właściciele zjawili się w Juniper Park, Uzzell poszedł do lasu, żeby jeszcze 

raz  spotkać  się  ze  wspólnikami  z  Londynu.  Od  czasu  śmierci  hrabiego  kłusował  coraz  bardziej 

otwarcie. Zbliżały się święta Bożego Narodzenia, w Londynie ceny na dziczyznę rosły. Postanowił, 

że tego wieczoru odbierze należne mu pieniądze.

- Idź spać - polecił żonie, wkładając płaszcz. - Kiedy wrócę, nie chcę słyszeć twojego chlipania, 

rozumiesz?

- Ale, Matt... co będzie, jak... - W końcu na pewno go złapią. I co ona wtedy zrobi?

- Siedź cicho! Jeśli cię zobaczę na dole, to tak ci przyłożę, że dopiero będziesz miała powód do 

płaczu!

Wziął z kąta kij i groźnie świsnął nim żonie przed nosem. Widząc, jak się przestraszyła, roześmiał 

się z satysfakcją i wyszedł.

W  zagajniku  niedaleko  Farnham  stała  opustoszała  chata  wypalaczy  węgla.  Znalazł  się  tam  po 

dwudziestu  minutach  marszu.  Wokół  panowały  ciemności,  ale  nie  zapalił  latami,  bo  światło 

mogłoby przyciągnąć czyjąś uwagę. Wystarczył mu blask księżyca.

Dziesięć minut po przybyciu na miejsce usłyszał wyczekiwany stukot końskich kopyt. Pojawili się 

dwaj mężczyźni na wozie, przywitali go krótko i zeskoczyli na ziemię.

- Gdzie jest Maggit? - zapytał Uzzell, spoglądając podejrzliwie na jednego z przybyłych.

- Siedzi w pace. Złapali go z towarem. Ten tutaj to Moley - wyjaśnił drugi mężczyzna, błyskając 

złotymi zębami. - Trudno.

Uzzell  nic  nie  odpowiedział,  ale  poczuł,  że  włosy  na  karku  jeżą  mu  się  ze  strachu.  Maggit  i

Złotozęby kłócili się ostatnio dość często, a Złotozęby nie lubił, jak ktoś mu się sprzeciwiał.

-  Ruszajmy  -  wtrącił  Moley.  -  Czas  ucieka.  -  Był  niski,  rachityczny,  ale  kiedy  trzeba,  całkiem 

szybko się ruszał.

Uzzell otworzył drzwi do chaty, zdjął z haka latarnię i zapalił ją.

Złotozęby spojrzał na zawieszone pod sufitem rzędy bażantów, królików i zajęcy.

- Postarałeś się, kolego - zauważył.

background image

66

- Zjawił się nowy pan - odparł krótko Uzzell. - Nie wiem, jak to dalej będzie. Chciałem zdobyć 

jak najwięcej towaru, póki jeszcze mogę.

Złotozęby spojrzał na niego znacząco.

-  Zadałem  sobie  sporo  trudu,  żeby  zdobyć  stałych  klientów  w  Londynie  -  oznajmił.  -  Nie 

chciałbym, żebyś się teraz wycofał. - Chwycił zająca i jednym ruchem kciuka wydłubał mu oko.

Uzzell skrzywił się.

- Nie mam zamiaru się wycofać - zapewnił, czując, że coś ściska go w gardle.

- To dobrze.

Dziesięć minut później wszystkie ubite zwierzęta leżały już na wozie, przykryte starymi workami. 

Złotozęby podał Uzzellowi sakiewkę.

- Twoja część. Chcesz przeliczyć? - spytał kpiąco.

- Na pewno się zgadza - odpowiedział sztywno leśniczy. Przybysze wsiedli na wóz, Moley ujął 

lejce i konie ruszyły przed siebie.

- Za dwa tygodnie! - krzyknął Złotozęby.

Uzzell nic nie odpowiedział. Szybko wrócił do domu, po drodze co chwila dotykając sakiewki w 

kieszeni. To już ostatni raz, powtarzał sobie w myślach, jak zawsze zresztą. Ciągle jednak spotykał 

się z przybyszami z Londynu. Hrabia nie żył, zwierzyny było w bród, dlaczego miał nie skorzystać 

z okazji?

Dotarł  do  domu  i  ostrożnie  otworzył  drzwi.  Żona  już  spała.  Świetnie.  Zdjął  buty  i  w  samych 

skarpetach  przeszedł  na  drugi  koniec  kuchni.  Przykląkł,  odsunął  szmaciany  chodnik  i  podważył 

jeden  z  kamieni  posadzki.  Pod  nim  znajdowała  się  głęboka  jama.  Wyjął  z  niej  okutą  żelazem 

szkatułkę i postawił na stole. Wyprostował się i chwilę nasłuchiwał. Nic nie usłyszał. Nie zauważył, 

że w drzwiach do spiżarni, otulona ciemnym szalem, stoi jego żona.

Wyjął  z  sakiewki  pieniądze  i  zaczął  je  przeliczać,  starannie  rozkładając  na  stole.  Według  jego 

wyliczeń należało mu się dziesięć funtów. Przeliczył pieniądze i twarz mu pociemniała. Przeliczył 

je  powtórnie.  Siedem  funtów,  piętnaście  szylingów.  Złotozęby  był  mu  winien  dwa  funty  i  pięć 

szylingów.

Pani Uzzell spostrzegła błysk złota i gwałtownie wciągnęła powietrze.

Leśniczy  usłyszał  to.  Podniósł  wzrok.  Dostrzegł  żonę.  Doskoczył  do  niej,  jedną  ręką  zakrył  jej 

usta, drugą chwycił za szyję. Kiedy zaskomlała z bólu, rozluźnił uścisk.

- Cicho! - syknął. - Nic nie widziałaś, rozumiesz?

- Matt... - wyszeptała drżącym głosem. - Doprowadzisz nas do zguby.

- Babskie gadanie. Darke nigdy się nie dowie. Poza tym robię to tylko czasami. Przestań gderać.

Pani Uzzell wiedziała jednak, że mąż coraz częściej kłusuje i że we wsi już się o tym szepcze.

Ostrzegła ją pani Wright, żona kowala, przyjaciółka z dzieciństwa.

background image

67

- Niech twój mąż ma się na baczności. Mówię ci to, Nelly, bo jestem ci życzliwa. Ludzie gadają. 

Widzieli twojego męża w podejrzanym towarzystwie. Wiesz, co mam na myśli.

Ośmieliła się teraz powtórzyć to mężowi.

- To wścibska plotkara - odparował. - Ośmiela się wygadywać takie rzeczy, bo ma męża kowala. -

Zastanowił się, czy nie nasłać Złotozębego na Sama Wrighta.

Tom szybko zadomowił się w Juniper Park. Miał beztroskie, miłe usposobienie i łatwo zjednywał 

sobie ludzi. Jeśli chciał coś wiedzieć, po prostu pytał. Od razu też znalazł drogę do kuchni i serca 

pani Roberts.

- Wystarczy, paniczu - upominała go kucharka, grożąc wałkiem. - Proszę nie wsadzać wszędzie 

palców. Pomoże mi panicz wyłożyć jabłka na ciasto, ale najpierw proszę umyć ręce.

Tom zrobił, co mu kazano.

- Ojciec obiecał mi psa - powiedział, pokazując kucharce czyste ręce. Obejrzała je uważnie z obu 

stron i skinęła głową. Tom wziął łyżkę i zaczął wykładać uduszone jabłka do formy.

- Psa? Pani Minton nie będzie zadowolona z psiej sierści na meblach.

- Wytresuję go, jak trzeba - obiecał Tom. - Nigdy jeszcze nie miałem psa.

- Lepiej niech panicz porozmawia z ogrodnikiem Wheelerem, zna się na tresowaniu psów. To jest 

taka sama sztuka jak gotowanie. Trzeba umieć to robić.

Ruth tymczasem radziła sobie o wiele gorzej. Tęskniła za matką i za starym domem. Bolało ją, że 

Tom tak się zmienił. W nowym, nieprzyjaznym domu bała się wszystkich i chowała się po kątach, 

żeby  nie  spotkać  na  swojej  drodze  kogoś  ze  służby.  Lokaj  wciąż  puszczał  do  niej  oczka,  więc 

starała się go unikać. Nie pamiętała nazw poszczególnych pokoi i nie wiedziała, co się w nich robi.

W końcu zdesperowana postanowiła przejść się po okolicy. Minęła ogród i stajnie i skierowała się 

ku wieży z różowej cegły, wznoszącej się na końcu wysokiego muru. Czy tam naprawdę mieszka 

czarownica, czy ojciec tylko sobie żartował? Miała nadzieję, że Daniel kiedyś zacznie zachowywać 

się jak prawdziwy ojciec i poświęci jej więcej czasu, na razie jednak ledwo ją zauważał. Czasami 

przyglądał  się  jej,  ale  kiedy  napotykał  jej  wzrok,  natychmiast  odwracał  oczy.  Na  jego  twarzy 

malował  się  wtedy  wyraz  bólu.  Zdawała  sobie  sprawę,  że  nie  jest  piękna.  Pewnie  był  nią 

rozczarowany. A może tak jej się tylko zdawało? Czasami myślała sobie, że ojciec jest jej niemal 

tak samo obcy jak wszyscy inni otaczający ją ludzie.

Ruth nawet nie zauważyła, kiedy żwirowa ścieżka zaprowadziła ją pod samą wieżę.

Nie  spodziewała  się,  że  to  tak  blisko.  Już  miała  wracać,  kiedy  usłyszała  jakiś  głos  i  podniosła 

głowę. Z okna dawała jej znaki jakaś kobieta w dziwnym turbanie na głowie.

- Może wejdziesz i napijesz się lemoniady?

Czarownica!  Ruth  poczuła,  że  ze  strachu  uginają  się  pod  nią  kolana,  ale  po  chwili  zwyciężył 

background image

68

zdrowy rozsądek. Zganiła się w duchu za niedorzeczne myśli. Przecież to nie był dom z piernika w 

środku lasu. Kobieta proponowała jej lemoniadę, a nie zatrute jabłko.

- Dziękuję, chętnie - odparła niepewnie.

- Otwórz drzwi i wejdź na górę.

Kiedy Ruth wspinała się po kręconych schodach, trzymając się mocno sznurowej barierki, serce 

jej  biło  ze  strachu  i  przejęcia.  W  drzwiach  pokoju  na  pierwszym  piętrze  przywitała  ją  kobieta. 

Zdjęła  już  turban  i  widać  teraz  było  jej  ciemne  włosy,  upięte  w  prosty  węzeł  na  czubku  głowy. 

Szare oczy uśmiechały się przyjaźnie.

- Jesteś! Bardzo mi miło. Właśnie sobie myślałam, że dobrze by było, gdyby zjawił się jakiś gość. 

Jestem panna Hampden, a ty pewnie nazywasz się Darke, tak?

- Tak - potwierdziła Ruth bez przekonania. Nadal myślała o sobie jako o zwykłej Ruth Lawson, a 

nie o pannie Darke.

Weszła  do  środka  i  szeroko  otworzyła  oczy  ze  zdziwienia.  Na  przeciwległej  ścianie  zobaczyła 

malowidło,  przedstawiające  Fluresa  i  Blanchefleur  wśród  kwiatów  i  zieleni.  Stroje  kobiet  były 

niebieskie,  żółte  i  różowe,  na  drzewach  siedziały  ptaki,  na  jednej  gałęzi  przycupnęła  mała 

wiewiórka.

- Och! - jęknęła mimo woli. Dostrzegła stojące w pobliżu pędzle i miseczki z farbą. - Sama pani to 

namalowała?

- Tak. Podoba ci się?

- To jest piękne! - szczerze zachwyciła się Ruth. - Chciałabym mieć takie malowidło na ścianie 

sypialni. - Zerknęła na łasicę wyglądającą zza drzewa. Bardzo przypominała jej ojca, ale to chyba 

był  przypadek.  A  może  panna  Hampden  rzeczywiście  była  czarownicą  i  już  rzuciła  na  nią  jakiś 

urok?

- Kiedyś opowiem ci historię przedstawioną na tym malowidle - obiecała z uśmiechem Cassandra. 

- Ale teraz napijemy się lemoniady. Zaraz wrócę. - Wskazała jej krzesło i wyszła z pokoju.

Zapominając  o  strachu,  Ruth  przeszła  się  po  pokoju.  Widać  było,  że  jest  bardzo  stary.  Na 

przeciwległej  ścianie  panna  Hampden  tworzyła  inną  scenę.  Na  razie  jedynie  naszkicowała  ją 

węglem. Co  to  będzie?  Czy te  kształty to  smoki,  czy zarysy statków?  Podniosła wzrok.  Belki  na 

suficie były grube, a podmurówkę komina w rogu zdobiły płaskorzeźby, przedstawiające dziwaczne 

stwory. Na kominku stały drewniane zabawki. Od ognia biło miłe ciepło, więc Ruth zdjęła płaszcz. 

Nagle usłyszała za sobą jakiś szelest i gwałtownie się odwróciła. Na podłodze, w rogu pokoju, za 

starą osłoną paleniska kominka, siedział puchacz.

Serce  znów  zaczęło  jej  mocniej  bić.  Puchacz  patrzył  na  nią  uważnie,  co  jakiś  czas  mrugając  i 

strosząc  pióra.  Ruth  dopiero  po  chwili  zobaczyła,  że  ptak  ma  unieruchomione  skrzydło. 

Zafascynowana podeszła bliżej.

background image

69

-  Widzę,  że  poznałaś  Solona  -  powiedziała  Cassandra,  wchodząc  do  pokoju  z  tacą.  Na  widok 

zdziwionej miny Ruth wyjaśniła: - Nazwałam go tak na cześć greckiego filozofa.

Ocaliłam  go  przed  kotem.  Kiedy  skrzydło  się  zrośnie,  wróci  na  wolność,  ale  mam  nadzieję,  że 

czasami będzie mnie odwiedzał.

- Nigdy nie widziałam puchacza z bliska - wyznała Ruth.

- Jest już trochę oswojony. - Delikatnie odsunęła osłonę. - Nie rób gwałtownych ruchów, to może 

uda ci się go pogłaskać.

Ruth zrobiła to po krótkim wahaniu.

- Jaki miękki i ciepły! - wyszeptała.

Kiedy siedziały, popijając lemoniadę i jedząc piernik, Ruth poczuła się tak swobodnie, że otwarcie 

wyznała Cassandrze, jak bardzo nie znosi swojego nowego domu.

Cassandra wysłuchała jej w milczeniu, a potem poradziła:

- Skoro tak lubisz Dorothy, to może poprosisz ojca, żeby wyznaczył ją na twoją pokojówkę? To 

miła  dziewczyna.  Ma  dwie  młodsze  siostry  i  malutkiego  braciszka.  -  Przyjrzała  się  swojemu 

gościowi  z  namysłem.  Rozluźniona  i  ożywiona  Ruth  rozmawiała  z  nią  tak  swobodnie.  Niewiele 

było  trzeba,  żeby  poczuła  się  tu  jak  w  domu,  ale  widocznie  ojciec  tej  biednej  dziewczyny 

przypominał Claude’a - nic go nie obchodziło własne dziecko.

- Co jeszcze mogę ci powiedzieć? - zastanowiła się. - Lizzie  lubi sensacje. Kiedy dzieje się coś 

dramatycznego, jest w swoim żywiole.

- A Mary? - dopytywała się Ruth. - Wydaje się zawsze taka zagniewana.

Po  godzinie  wracała  do  Juniper  Park  o  wiele  szczęśliwsza.  Dzięki  informacjom  Cassandry 

widziała  teraz w pracownicach z Juniper  Park zwyczajne dziewczyny, a  nie wyniosłe pokojówki, 

spoglądające na nią z góry. I wreszcie jej samej przydarzyło się coś ciekawego. Poznała czarownicę 

z wieży, która okazała się taka miła i powiedziała, że można ją odwiedzać.

Claude  niespiesznie  zjadł  śniadanie,  po  czym  spakował  torbę.  Zapłacił  rachunek,  zarezerwował 

dwa bilety na dyliżans i poszedł do dzielnicy nędzy, żeby zabrać dziecko.

Abednego upewnił się, że Claude nie jest szpiegiem, więc dalsze śledzenie go nie należało do jego 

obowiązków,  ale  mimo  to  podążył  za  Francuzem.  To  Richard  Sayers  przyczynił  się  do  tego,  że 

wdowa po Shadrachu dostała rentę, więc Abednego czuł, że ma wobec niego pewne zobowiązania. 

Sir Richard był przerażony, kiedy jego szwagierka bez środków do życia wróciła do Anglii, więc na 

pewno będzie chciał się dowiedzieć, o co tu chodzi.

Claude  dotarł  do  rudery,  w  której  mieszkała  kobieta  z  dzieckiem.  Zobaczył,  że  Jeannot  został 

umyty,  ubrany  w  kurtkę  o  zbyt  długich  rękawach  i  zbyt  obszerne  spodenki.  Kobieta  podała 

Claude’owi płócienną torbę.

background image

70

- Jego pieluchy. W drodze będzie go pan musiał przewijać.

- Przewijać? - Claude był przerażony.

- No. - Kobieta splunęła do rynsztoka i odwróciła się, żeby ukryć cierpki uśmiech. - Znajdzie pan 

sobie jakąś kobietę, która panu pomoże. Takim jak pan zawsze się to udaje.

Jeannot  miał  przerażoną minę.  Nagle wybuchnął  płaczem  i  przywarł do  babki.  Popchnęła  go w 

stronę Claude’a, na siłę rozwierając zaciśnięte na spódnicy paluszki.

- Idź z tym panem. Zostaniesz służącym jego syna. Bądź grzeczny.

Claude niepewnie podniósł chłopca z ziemi i wziął jego bagaż.

- A moje pieniądze?! - krzyknęła kobieta. Wsunął rękę do kieszeni.

-  Masz  i  przestań  wrzeszczeć.  -  Potrząsnął  chłopcem.  -  Ty  też  już  nie  płacz.  Nikt  cię  nie 

skrzywdzi. Pojedziemy pięknym dyliżansem.

Abednego  stał  niezauważony  w  pobliskiej  bramie  i  patrzył  za  odchodzącymi.  Kobieta 

odprowadziła ich wzrokiem, smutno potrząsnęła głową i wróciła do rudery. Kilka sąsiadek, które 

obserwowały tę scenę zza firanek, wybiegło ze swoich domów i zastukało do jej drzwi. Wysunęła 

głowę przez okno.

- Odejdźcie!

- Kto to był? Gdzie zabrał Jeannota?

-  Moja  Babette  po  niego  przysłała!  -  krzyknęła  przez  łzy.  -  Odejdźcie.  Nie  mam  ochoty  na 

rozmowy. - Okno zamknęło się z trzaskiem.

Kobiety spojrzały po sobie.

- No to Babette się powiodło - stwierdziła pierwsza.

- Prawdziwy dżentelmen. - No, ale przecież teraz wszyscy jesteśmy równi, pomyślała inna.

- Biedny malec - użalała się pierwsza z nich. Abednego w zamyśleniu poszedł do oberży, gdzie 

zatrzymywały  się  dyliżanse.  Pogawędka  z  urzędnikiem  z  kasy  biletowej  potwierdziła  jego 

przypuszczenia. Mężczyzna z dzieckiem właśnie odjechał na południe.

5

W niedzielę Daniel zabrał dzieci do kościoła. Przyszło mu do głowy, że to ułatwi im start. Sam 

kiedyś  chadzał  do  kościoła  z  matką,  ale  od  czasu  gdy  dorósł,  jego  noga  nigdy  tam  nie  postała. 

Jednak  właściciel  Juniper  Park  powinien  być  co  niedziela  widziany  w  rodzinnej  ławce 

Lavingtonów.

Kościół był stary i zaniedbany. Posadzka popękała, ławy przeżarły komiki, zewsząd rozchodziła 

się  woń  wilgoci.  Spod  sklepienia  zwisały  pajęczyny,  a  do  środka,  ku  uciesze  dzieci,  wlatywały 

gnieżdżące  się  pod  dachem  wróble.  Na  galerii  grał  zespół  muzyczny,  złożony  z  pary  skrzypiec, 

background image

71

klarnetu, fletu i trąbki. Śpiewał też niewielki chór. Rytm nadawał im grający na organach Freddy 

Parslow.  Muzyka  była  jego  namiętnością,  co  bardzo  nie  podobało  się  ojcu,  który  uważał  to  za 

wybitnie niemęskie zajęcie.

Z  okazji  przybycia  nowego  właściciela  Juniper  Park  pastor  Freese  osobiście  odprawiał 

nabożeństwo.  Pan  Uzzell,  jako  kościelny  stróż,  ze  służalczym  ukłonem  zaprowadził  Daniela  z 

dziećmi do właściwej ławki, na końcu której siedziała już Cassandra.

Skinęła głową na powitanie.  Daniel zaś  ukłonił  się zdawkowo. Ruth  uśmiechnęła się nieśmiało. 

Tom trącił siostrę łokciem.

- Czy to ta czarownica?

-  Jest  bardzo  miła  -  odrzekła  szeptem.  Miała  ochotę  zapytać  pannę  Hampden,  jak  się  miewa 

puchacz, ale widząc niezadowoloną minę ojca, nie śmiała się odezwać.

Państwo  Parslow  z  córką siedzieli  w  swojej  ławce. Agnes  przyglądała  się  Danielowi  z  wielkim 

zainteresowaniem: wysoki, ciemnowłosy, postawny, może niezbyt przystojny, ale niewątpliwie na 

swój surowy sposób atrakcyjny. Daniel obejrzał się, a Agnes pozwoliła, żeby ich oczy się spotkały. 

Patrzyli na  siebie przez  chwilę, potem Agnes  skromnie spuściła wzrok.  Kiedy spojrzała  na niego 

kilka  sekund  później,  wciąż  na  nią  patrzył.  Zadowolona,  znów  spuściła  oczy,  a  kiedy  rozległ  się 

dźwięk  organów,  wstała  wdzięcznie  wraz  z  resztą  parafian.  Jak  to  dobrze,  że  włożyłam  nowy 

kapelusik, pomyślała.

Daniel nie mógł jeszcze raz się obejrzeć, ale cały czas myślał o ślicznej jasnowłosej dziewczynie. 

Kto to jest? Pewnie córka pana Parslowa. Daniel zawsze wolał blondynki i z radością zauważył, iż 

piękna nieznajoma jest nim zainteresowana.

Może chodzenie do kościoła wcale nie jest takie nudne.

Podczas kazania Agnes dyskretnie przyjrzała się  towarzystwu z Juniper Park i to, co zobaczyła, 

niezbyt  jej  się  spodobało.  Słyszała,  że  Darke  ma  dzieci,  ale  sądziła,  że  są  młodsze.  Z  irytacją 

stwierdziła,  że  są  w  najbardziej  kłopotliwym  wieku.  Uznała,  że  pan  Darke  jest  świetnym 

materiałem  na  męża,  ale  nie  chciała  mieć  na  głowie  dwojga  dorastających  dzieci,  zwłaszcza 

dziewczynki.  Wolała  sama  błyszczeć  w  towarzystwie,  niż  odgrywać  rolę  przyzwoitki  swojej 

pasierbicy.

Ze  zmarszczonymi  brwiami  patrzyła  na  Ruth,  która  w  niewygodnym  gorsecie  wierciła  się 

niespokojnie.  Tyczkowata,  niezdarna,  o  rzadkich,  brązowych  włosach  i  pryszczatym  czole,  nie 

mogła uchodzić za piękność.

W  pewnej chwili Tom odwrócił  się i  spostrzegł  Agnes. Oczy rozszerzyły mu  się  z  zachwytu, a 

usta  same  złożyły  w  ciup,  jakby  chciał  zagwizdać  z  aprobatą.  Agnes  uśmiechnęła  się  do  niego 

najmilej, jak potrafiła. Dorastająca pasierbica to jedno, natomiast pasierb uwielbiający macochę to 

zupełnie co innego. Zasugeruje panu Darke’owi, żeby wysłał córkę na trzy lub cztery lata do jakiejś 

background image

72

ekskluzywnej szkoły dla panien w Bath.

Kazanie wygłoszone przez pastora opierało się na przypowieści o talentach z ewangelii świętego 

Mateusza i wyraźnie sugerowało, że Daniel powinien wydać pieniądze na odnowienie posiadłości. 

Znalazła się tam zawoalowana krytyka rozrzutności starego hrabiego i gorąco wyrażona nadzieja, 

że nowy właściciel wszystko naprawi.

Daniel słuchał tego ze splecionymi ramionami i chmurnym wyrazem twarzy. Ruth przez chwilę 

miała wrażenie, że ojciec zerwie się z miejsca i zaprotestuje. Na samą myśl o tym poczerwieniała 

ze  wstydu.  Nagle  zobaczyła  lekko  rozbawioną  minę  Cassandry  i  rozluźniła  się.  Może  to 

rzeczywiście była śmieszna scena.

W  końcu  nabożeństwo  dobiegło  końca  i  zabrzmiała  muzyka  Haendla.  Wierni  poruszyli  się,  ale 

nikt nie wyszedł z kościoła.

-  Czekają  na  pana,  panie  Darke  -  wyszeptała  Cassandra,  pochylając  się  w  stronę  Daniela. 

Wścibska baba, pomyślał.

- Pani przodem, panno Hampden - powiedział głośno.

- Pana rodzina musi pierwsza opuścić kościół - powiadomiła go stanowczym tonem.

Daniel  wzruszył  ramionami  i  ruszył  do  wyjścia,  a  za  nim  Cassandra.  W  połowie  nawy  Ruth 

zebrała się na odwagę.

- Panno Hampden, jak się miewa Solon? - spytała szeptem.

- Coraz lepiej. Musisz go odwiedzić. - Cassandra uśmiechnęła się. - Czy to twój brat?

- Tak, to jest Tom.

Tom już miał spytać, kto to jest Solon, ale Daniel odwrócił się i powiedział ostro:

- Chodźcie, dzieci. Przestańcie męczyć pannę Hampden.

Ruth obrzuciła Cassandrę przepraszającym spojrzeniem, zagryzła wargę i podążyła za ojcem.

Agnes i pani Parslow spojrzały na siebie porozumiewawczo i nagle stwierdziły, że jedna z nich 

zostawiła w kościele rękawiczkę. Choć pan Parslow starał się szybko wyjść z kościoła, tak długo jej 

szukały, że wyszły na samym końcu.

Daniel uznał za swój obowiązek zamienić kilka słów z każdym, kogo znał, a jeśli kogoś nie znał, 

pastor natychmiast mu go przedstawiał. Zastanawiając się, gdzie zniknęła śliczna blondynka, zerkał 

w głąb kościoła.

Agnes właśnie się zbliżała. Na chwilę pochwycił jej wzrok, a ona lekko uśmiechnęła się do niego 

i  zaraz  wróciła  do  rozmowy  z  matką.  Zniecierpliwiony  pan  Parslow,  który  czekał  na  nie  przy 

wyjściu, zerknął na zegarek.

- Wreszcie jesteście - burknął gderliwie.

- Mama zgubiła rękawiczkę - wyjaśniła Agnes. Daniel podszedł do nich, wyciągając dłoń.

- Witam pana, panie Parslow.

background image

73

Parslow krótko uścisnął mu rękę, po czym, nie mając innego Ujścia, przedstawił mu żonę i córkę.

- Witam panie. - Uścisnęli sobie ręce. Kiedy spojrzał na Agnes, w jego oczach pojawił się błysk 

rozbawienia. Przybrała teraz bardzo skromną minkę, choć przed chwilą wyraźnie widział, ze jej się 

spodobał. Ale czy to dziwne, że wzbudził jej zainteresowanie? Był bogaty, wolny i szukał żony. To 

naturalne, że dziewczyna miała oczy szeroko otwarte.

- Pozwolą państwo, że przedstawię swoje dzieci. Oto Ruth i Tom. - Z grymasem niezadowolenia 

patrzył, jak córka dyga niezgrabnie.

Dyga jak służąca, pomyślała Agnes. Ciekawe, skąd u niej te prostackie maniery?

- Przeprowadzka na wieś to pewnie dla ciebie wielka zmiana - zagaiła.

- O, nie! Zawsze mieszkałam na wsi - wyjąkała Ruth.

- Doprawdy? Wydawało mi się, że twój ojciec miał dom w jakimś przemysłowym mieście.

Ruth poczerwieniała i nerwowo splotła dłonie. Co miała powiedzieć?  A jeśli wyrwie jej się coś 

nieodpowiedniego? Rozejrzała się z rozpaczą dokoła. Na szczęście odezwała się pani Parslow.

- Mam nadzieję, że którejś niedzieli przyjdą państwo do nas na lunch.

-  E  tam!  To  zimny  posiłek!  -  zaprotestował  pan  Parslow,  szczęśliwy,  że  wreszcie  może  coś 

zakwestionować. - Wydamy świąteczne przyjęcie. To lepszy pomysł.

- Jest jeszcze... - zaczął Daniel, ale pan Parslow przerwał mu niecierpliwie.

- Postanowione - oznajmił. - Zapraszamy w Wigilię, o szóstej. Oczywiście proszę zabrać dzieci. 

Daniel zerknął na Agnes.

- Papa ma rację. Proszę przyjść. Przyjęcie świąteczne to lepszy pomysł.

Przerażona  Ruth  pokręciła  głową,  a  Tom  zaszurał  butami  po  żwirze.  Był  zły,  że  na  przyjęciu 

będzie musiał grzecznie się zachowywać, pocieszył się jednak myślą, że pewnie podadzą galaretki i 

ciasta. - Dziękujemy - odrzekł Daniel. - Przyjdziemy z przyjemnością.

W  niedzielne  popołudnia  Dorothy  mogła  odwiedzać  matkę.  Pani  Minton  przyjaźniła  się  w 

dzieciństwie z panią Jackson, więc dała dziewczynie koszyk i powiedziała:

- Włożyłam tam kilka rzeczy dla twojej mamy. Teraz idź, ale pamiętaj, że masz wrócić na czas, 

żeby pomóc pannie Ruth przebrać się do kolacji.

Każdej  zimy  pani  Jackson  uskarżała  się  na  bronchit,  a  panująca  w  domu  wilgoć  dodatkowo 

pogarszała  jej  stan.  Strzechę  na  dachu  miejscami  porastał  zielony  mech,  na  ściany  sypialni  zaś 

wpełzał  jaskrawożółty  grzyb.  Dorothy  czekało  pracowite  popołudnie.  Nie  tylko  chciała  zobaczyć 

się z matką, ale też doprowadzić do porządku dom.

Dwie młodsze siostry wybiegły, żeby ją powitać.

-  Jak  się  czuje  mama?  -  zapytała,  całując  je  na  powitanie.  Zauważyła,  że  Molly  ma  podarty 

background image

74

fartuszek, a buty Jenny przetarły się niemal na wylot.

- Źle - odparła smutno Molly. - A do tego Frank ząbkuje. Dziewczynki odbiegły, szczęśliwe, że 

nie muszą już czuwać przy matce, a Dorothy weszła do domu. Pani Jackson siedziała w bujanym 

fotelu,  z  małym  Frankiem  na  kolanach.  Na  widok  córki  uśmiechnęła  się  z  wysiłkiem.  Dorothy 

ucałowała matkę  i  wzięła  niemowlę  na  ręce.  Miało  mokrą  pieluchę,  więc  przewinęła  je,  dała  mu 

łyżeczkę syropu makowego i ułożyła w kołysce.

- Gdzie jest ojciec?

Pani Jackson zakasłała, osłaniając ręką usta.

- Wyszedł - odrzekła krótko.

Dorothy zagryzła  wargę.  Jeśli  kłusował  na  zające,  mógł  natknąć  się  na  leśniczego  Uzzella.  Nic 

jednak nie powiedziała, żeby nie martwić matki.

Dziecko usnęło, pani Jackson też zapadła w drzemkę, więc Dorothy poszła do kuchni. Spiżarnia 

świeciła pustkami. Matka nie czuła się na tyle dobrze, żeby doglądać kur, a Molly, która miała ją w 

tym  zastąpić,  była  roztrzepana  i  niestaranna.  Miesiąc  temu  lis  porwał  trzy  sztuki.  Musieli  też 

sprzedać świnię. Sprawy przedstawiały się źle.

Dorothy  wyłożyła  na  półkę  rzeczy  z  koszyka,  przyniosła  wodę,  zamiotła  podłogi  i  zaczęła 

przyrządzać zupę warzywną na kościach.

Kiedy wróciła do pokoju, matka nadal spała. Dorothy zapaliła święcę i zabrała się za cerowanie 

ubranek  rodzeństwa.  Krótki  zimowy  dzień  dobiegał  końca.  Po  godzinie  usłyszała  na  zewnątrz 

jakieś głosy, odłożyła więc cerowanie i poszła do drzwi.

Ojciec wszedł niepewnie do domu i ciężko usiadł na krześle. Na twarzy miał wielki siniec. Za nim 

wszedł Barty Wright, młodszy syn kowala.

Pani Jackson drgnęła, a po chwili się obudziła.

- Co się stało? - zapytała trzęsącym się głosem.

- Nic takiego, proszę pani - odrzekł Barty z uśmiechem. To tylko siniak. - Sięgnął do głębokich 

kieszeni płaszcza i wyjął z nich dwa króliki.

- Mam nadzieję, że nie widział was leśniczy! - krzyknęła Dorothy.

-  Nie,  chociaż  mało  brakowało.  Nie  spodziewaliśmy  się  go  tak  szybko  po  nabożeństwie. 

Musieliśmy się schować. Jakaś gałąź uderzyła twojego ojca w twarz. - Podniósł króliki w górę. -

Daj mi świecę, to je wypatroszę.

Jackson doszedł do siebie i zaczął uspokajać żonę:

- To tylko zadrapanie. Nic się nie stało.

Barty poszedł za Dorothy do kuchni, gdzie szybko i sprawnie sprawił króliki.

- Daj mi je. Uduszę je z warzywami - powiedziała. - Im szybciej zostaną zjedzone, tym lepiej.

- Dobrze się spisałem, Dot? - Barty uśmiechnął się do niej i schował nóż za pasek.

background image

75

Dorothy wzięła się pod boki.

- Nie lubię, kiedy mama się denerwuje.

Chłopak wziął ją za ręce.

- Zrobiłem to dla ciebie, Dot. Twój tata nie ma szczęścia do kłusowania.

-  Wiem  -  przyznała.  Kochał  rodzinę  i  starał  się,  jak  potrafił,  ale  prześladował  go  pech.  Po  wsi 

krążyło  powiedzenie,  że  jeśli  ktoś  ma  się  potknąć  lub  przewrócić,  to  na  pewno  będzie  to  Billy 

Jackson.

Barty przysunął się bliżej. Na chwilę ich cienie na ścianie zlały się w jeden obraz, ale zaraz się 

rozłączyły.

- Wystarczy - stwierdziła rozsądnie Dorothy.

Sir Richard Sayers siedział przy biurku i patrzył na lekko zmiętą kartkę papieru.

-  Ten  człowiek  sfałszował  zaświadczenie  o  śmierci  mojej  szwagierki,  a  na  dodatek  chce 

przedstawiać jakiegoś obdartusa jako swojego syna.

Przed  nim  stała  butelka  brandy,  a  przed  siedzącym  naprzeciwko  Abednego  kufel  piwa.  Szpieg 

przywiózł mu nie tylko podrobiony dokument, ale również alkohol, a dla żony francuskie koronki. 

Państwo płaciło z opóźnieniem, a musiał przecież jakoś zarabiać na życie.

Obaj nie widzieli niczego niewłaściwego w tym, że chociaż

Pracowali dla rządu, pozbawiali go należnych mu podatków.

Pan Sayers zmarszczył brwi. Zastanawiał się, co dalej robić. W pierwszym odruchu chciał napisać 

do pani de Flagy i zdemaskować podstęp jej kuzyna, ale... Na razie dolał sobie brandy.

- Najlepiej będzie zostawić tę sprawę w spokoju - stwierdził Abednego.

- Zostawić w spokoju? - zagrzmiał pan Sayers. - Jakiś oberwaniec miałby odziedziczyć zamek de 

Flagy!

- Przecież oni tam uważają, że wszyscy są równi  - powiedział z ironią Abednego, ale uszła ona 

uwagi  jego  rozmówcy.  Gdyby  Shadrach  był  oficerem,  nie  potraktowano  by  go  tak  surowo.  W 

porewolucyjnej Francji podobno można było do wszystkiego dojść własnymi siłami. Kuzyn Josse 

często  mu  sugerował,  że  bardziej  by  mu  się  opłacało  zostać  Francuzem  i  czasami  Abednego 

rozważał przeniesienie się do Bretanii. Był jednak Kornwalijczykiem z krwi i kości, a poza tym za 

bardzo cenił sobie wolność.

Sir Richard podniósł wzrok. Może dotarło do niego jakieś echo myśli przemytnika, bo popchnął w 

jego  stronę  dzban  z  piwem  i  gestem  zachęcił  do  napełnienia  kufla.  Abednego  miał  rację.  Lepiej 

zostawić tę sprawę. Niech mały obdartus odziedziczy fortunę de Flagy. W ten sposób będą mieli z 

głowy Claude’a. Pan  Sayers  lubił  swoją szwagierkę,  więc  kiedy się dowiedział,  że  mąż  chce siłą 

sprowadzić ją do Francji, był przerażony.

background image

76

- Zostaje jeszcze problem listu, w którym moja szwagierka zawiadamia męża o śmierci dziecka. 

Zapewniałeś mnie, że został wysłany do Francji, a ta wiadomość do niego nie dotarła.

- Obawia się pan, co będzie, jeśli znajdzie go pani de Flagy? - upewnił się Abednego. List miał 

wysłać kuzyn Josse, a na nim można było polegać.

Sir Richard skinął głową. Nie chciał nawet sobie wyobrażać, jak to się może skończyć. Cassandra 

wyznała, że w Verdun Claude ją pobił. Co zrobi, kiedy spotka go taki zawód? Do czego jest zdolny 

się  posunąć?  Szwagierka  nic  tu  nie  zawiniła,  ale  czy  to  go  powstrzyma  przed  zrobieniem  jej 

krzywdy?

Szkoda, że Josse go nie utopił, pomyślał z żalem Abednego. Oszczędziłoby to wszystkim wielu 

kłopotów.

Do świąt został jeszcze tydzień. Przez okno w sypialni Cassandra widziała srebrzysty od szronu 

park i nagie gałęzie drzew. Z drugiego, mniejszego okna dostrzegła, że nad sadem snuje się dym. 

Gdy wychyliła się na zewnątrz, zobaczyła tył cygańskiego wozu.

O  tej  porze  roku  Hosea  Burton  rzadko  zjawiał  się  z  taborem  w  Juniper  Park.  Cyganie  zwykle 

przyjeżdżali wiosną i jesienią, kiedy mężczyźni mogli zarabiać pracą w polu. Cassandra cieszyła się 

z wizyty taboru, ale była nieco zdziwiona jej nietypową porą.

Rozległo  się  pukanie  i  do  sypialni  weszła  Prudence  z  dzbankiem  gorącej  wody.  Cassandra 

zamknęła okno.

-  Panno  Cassandro,  Cyganie  przyjechali!  -  Kiedy  rano  wyciągała  wodę  ze  studni,  pomógł  jej 

przystojny śniady chłopak.  Powiedział,  że  nazywa  się  Jasper  Burton.  Prudence  już  nie  mogła  się 

doczekać, kiedy znowu wyjdzie z domu.

- Tak, widziałam.

- Czy oni przepowiadają przyszłość?

-  O,  tak.  -  Cassandra  roześmiała  się  sceptycznie.  -  Jak  położysz  monetę  na  dłoni  starej  pani 

Chickno, to zaraz ci przepowie, że pokocha cię wysoki, przystojny brunet.

Prudence zachichotała.

Cassandra ubrała się szybko, narzuciła starą pelerynę i poszła do sadu. Zobaczyła tam ustawione 

w  krąg  wozy  cygańskie,  kilka  srokatych  koni  i  czujnych,  podobnych  do  chartów  psów.  Nad 

rozpalonym ogniskiem wisiał osmalony kociołek, a nieopodal, na niskim stołku, siedziała otulona w 

chusty babka Hosei, siwowłosa, smagła i pomarszczona. Na widok Cassandry psy się poderwały, 

ale po chwili znów się położyły.

- Pani Chickno - powitała Cygankę Cassandra. - Cieszę się, że widzę panią w dobrym zdrowiu. -

Pani  Chickno  twierdziła,  że  z  dzieciństwa  pamięta,  jak  dotarły  do  niej  wieści  o  bitwie  pod 

Blenheim, co by znaczyło, że ma ponad sto lat. Cassandra w to wątpiła, chociaż hrabia wspominał, 

background image

77

że kiedy był chłopcem, pani Chickno była już dorosłą kobietą i miała dzieci.

-  Jakoś  się  trzymam  -  zaskrzeczała  Cyganka  i  szponiastą  dłonią  wskazała  stołek.  Cassandra 

przysunęła go bliżej ognia i rozgrzała dłonie nad płomieniami. - Nie układa ci się ostatnio najlepiej.

- Ano nie.

- Straciłaś dziecko.

- Tak. - Poruszyła się niespokojnie. Nie miała pojęcia, skąd staruszka to wie, ale nie chciała o tym 

rozmawiać. Rana w sercu była jeszcze zbyt świeża.

- Przyszły rok będzie inny.

-  Z  pewnością  -  przytaknęła  Cassandra  trochę  szorstko.  -  Zostawiłam  męża  we  Francji  i  mam 

zamiar tutaj ułożyć sobie życie.

Cyganka spojrzała na nią mądrymi oczami.

- Będziesz miała wysokiego, przystojnego bruneta za męża.

- Nie, dziękuję. - Roześmiała się.

- Powinnaś słuchać swojego serca, gołąbeczko.

- Serce czasami oszukuje.

- Rozum też.

To  prawda,  pomyślała  Cassandra.  Uważała,  że  wychodząc  za  Claude’a,  postępuje  rozsądnie. 

Teraz rozumiała, że wolała nie zadawać sobie niewygodnych pytań. Pan Sayers prosił ją przecież, 

żeby zaczekała,  dopóki  nie dowie się czegoś o jej narzeczonym, ale się nie zgodziła.  Chciała jak 

najszybciej  uciec  z  Juniper  Park,  rozpocząć  nowe  życie.  Była  zaślepiona  niczym  zakochana 

nastolatka.

Z  wozu  wyszedł  ogorzały  mężczyzna  z  kolczykami  w  uszach.  Miał  na  sobie  bryczesy,  lnianą 

koszulę i skórzaną kamizelkę, a na szyi kolorową chustkę.

- Hosea! - powitała go radośnie Cassandra. Uścisnęli sobie dłonie.

- Przykro mi, że stary hrabia nie żyje.

- Dziękuję.

- A jak się sprawuje nowy właściciel?

- Pan Darke? - Skrzywiła się. - To trudny człowiek. Chce mnie wyrzucić z wieży.

-  Uzzell  nie  ucieszył  się  na  nasz  widok  -  ciągnął  Hosea.  Prawdę  mówiąc,  leśniczy  zagroził  mu 

bronią  i  kazał  natychmiast  się  wynosić,  chociaż  tabor  Hosei  od  pokoleń  przyjeżdżał  do  Juniper 

Park.

- Podobno skumał się z bandą kłusowników z Londynu.

- Nie chciał nas wpuścić na ziemię pana Darke’a, więc rozbiliśmy się tutaj.

- Jesteście tu mile widziani. Pani Wagstaff się ucieszy. Trzeba zalutować kilka rondli, ale musicie 

uważać, bo teraz wszystko tu się zmieniło. - Nic już nie zależy ode mnie, dodała w myślach.

background image

78

- Uzzell zagroził, że zastrzeli nasze psy, jeśli zobaczy je tam, gdzie nie trzeba. - Hosea roześmiał 

się.

Cassandra  też  się  uśmiechnęła.  W  dzieciństwie  często  patrzyła,  jak  Cyganie  zakładają  wnyki  z 

plecionej  trawy.  Wiedzieli,  gdzie  je  zastawić,  i  robili  to  tak  wprawnie,  że  do  kłusowania 

niepotrzebne im były psy. Nie miała wątpliwości, że Hosea również to potrafi.

-  Jacob  przyciął  stare  jabłonie,  ale  nie  mam  zbyt  dużo  drewna  na  opał.  Chciałabym,  żeby  pan 

Darke pozwolił wam zbierać chrust w lesie, jednak moje prośby na nic się nie zdadzą. Nie jesteśmy 

w przyjaznych stosunkach.

Jedną z korzyści, jakie dawała jej przeprowadzka do Belvedere Tower, było to, że tutaj robiła, co 

chciała. W Juniper Park mogła jeździć konno, lecz nie pozwalano jej czyścić konia. Mogła zbierać 

kwiaty, ale nie wolno jej było ich sadzić. Tu była panią siebie.

Nowe  życie  miało  też  pewnie  wady.  Po  przeprowadzce  straciła  wpływ  na  to,  co  się  dzieje  w 

posiadłości. Hrabia zaniedbywał swoje obowiązki wobec okolicznych farmerów i Cassandra, wraz 

z sekretarzem hrabiego, często musiała to naprawiać. Kiedyś mogła wydawać polecenia Uzzellowi, 

a nawet go zwolnić, gdyby to było konieczne.

Teraz jej pozycja całkowicie się zmieniła, lecz nie zamierzała tego rozpamiętywać. Postanowiła, 

że dzisiaj posprząta stajnię i przygotuje ją do malowania. Przebrała się w stare, wygodne ubranie, 

wzięła z kuchni kubeł, szczotkę i nie zważając na pełne świętego oburzenia protesty pani Wagstaff, 

ruszyła do pracy.

W tym czasie Daniel, elegancko ubrany, pukał do drzwi Belvedere Tower.

- Panna Cassandra jest w stajni - powiadomiła go Prudence. - Zaraz ją zawołam.

-  W  stajni!  -  powtórzył zaskoczony  Daniel.  Co  ona  tam,  u  diabła,  robi?  Przecież  nie  ma  konia, 

pomyślał i dodał: - Nie trzeba. Sam tam pójdę.

Po  wejściu  do  stajni  musiał  chwilę  odczekać,  aż  jego  wzrok  przyzwyczai  się  do  półmroku.  Z 

początku nie dostrzegł Cassandry, ale po chwili jakiś hałas sprawił, że podniósł wzrok.

Czarownica z  wieży, w  starym płaszczu  i  dziwacznym turbanie,  klęczała  na desce przerzuconej 

między dwiema belkami. Obok niej stał kubeł z wodą, w ręku trzymała szczotkę do szorowania. W 

pobliżu stała drabina. Wyglądało to bardzo niebezpiecznie.

Przez chwilę ją obserwował. Pracowała z zapałem i już wyczyściła pół ściany. Deska, na której 

klęczała, była bardzo krótka. Kiedy Cassandra przesunęła się nieco, deska drgnęła i przemieściła się 

tak, że jeden jej koniec bliski był zsunięcia się z podpierającej go belki.

Cassandra zamarła bez ruchu.

- Jakieś kłopoty? - zapytał Daniel.

- Chyba... chyba tak.

background image

79

- Proszę mi dać kubeł.

Ostrożnie spełniła jego polecenie, a wtedy on odstawił kubeł pod ścianę. Potem oparł drabinę o 

belkę przy desce i wszedł na górę.

- Przytrzymam deskę, a pani niech przejdzie na drugą stronę i usiądzie na tamtej belce. Da pani 

radę?

Skinęła  głową.  Pan  Darke  pewnie  myśli,  że  całkiem  zwariowała.  Choć  spódnica  krępowała  jej 

ruchy, jakoś dotarła do belki. Daniel zdjął deskę i przystawił drabinę do belki, na której siedziała 

Cassandra.

- Proszę zejść na dół. Trzymam mocno drabinę.

-  To  był  głupi  pomysł...  -  powiedziała  nieco  drżącym  głosem,  kiedy  znalazła  się  na  ziemi.  -

Dziękuję.

- Nie ma za co.

- Poproszę Jacoba, żeby mi znalazł dłuższą deskę. - Rozwinęła turban i zdjęła płaszcz. Dlaczego 

się przed nim tłumaczyła?

- A czy Jacob nie może wykonać sam tej pracy? - Daniel wskazał na ścianę.

- Chłopak ma niesprawną nogę, a poza tym chciałam się tym zająć. Kiedy mieszkałam w Juniper 

Park, nie wolno mi było robić takich rzeczy. Dama nie powinna brudzić sobie rąk pracą fizyczną! -

Spojrzała na zaczerwienione od zimnej wody dłonie i zapytała: - Przyszedł pan z wizytą, czy tylko 

przechodził pan obok?

- Przyszedłem z wizytą.

- Zapraszam do salonu.

Skinął głową.

Jako  trzydziestoletnia  mężatka,  na  szczęście  nie  potrzebuję  przyzwoitki,  pomyślała  Cassandra. 

Wsunęła głowę do kuchni i powiedziała:

- Prue, przynieś na górę kawę i piernik, dobrze? - Daniel rozejrzał się po salonie. Malowidło na 

ścianie było już skończone i musiał z niechęcią przyznać, że zrobiło na nim wrażenie. Drażniła go 

obecność panny Hampden w samym środku jego posiadłości, ale mylił się, sądząc, że będzie miał 

do czynienia ze zdziwaczałą starą panną. Zauważył też, że w pokoju jest zadziwiająco ciepło.

Obejrzał  stojące  na  kominku  drewniane  zabawki  -  myszkę  na  kółkach  i  małpkę  uderzającą  w 

bębenek.

-  Śliczne,  prawda?  -  zapytała  Cassandra.  -  Kupowałam  je  za  zaoszczędzone  kieszonkowe  od 

Abednego, wędrownego handlarza.

- Myślałem, że miała pani prawdziwe zabawki, konia na biegunach i tym podobne rzeczy. - Sam 

w dzieciństwie bawił się  takimi  drewnianymi figurkami  i  wiedział,  że  kosztowały najwyżej kilka 

pensów.

background image

80

Pokręciła głową.

- Owszem, było tak, kiedy mieszkałyśmy w domu, to znaczy, przed śmiercią rodziców. Tutaj było 

inaczej.  Siostra  miała  kilka  prawdziwych  lalek,  ale  ja  ich  nie  lubiłam.  Za  to  podobały  mi  się 

zabawki Abednego. Pewnie dlatego, że są takie małe. Najbardziej lubiłam tygrysa na sprężynie. -

Uśmiechnęła się trochę smutno i dodała: - Niestety, hrabia go skonfiskował.

Rozległ  się  hałas  na  schodach  i  do  salonu  weszła  Prudence,  niosąc  tacę.  Dołożyła  do  ognia  i 

wyszła. Cassandra próbowała podnieść dzbanek, ale zmarznięte palce odmówiły posłuszeństwa.

- Ja to zrobię. - Daniel nalał kawy do dwóch filiżanek, ukroił po kawałku piernika i usiadł.

Cassandra  poczuła  się  dziwnie.  Wcale  nie  była  pewna,  czy  chce,  żeby  pan  Darke  w  jej  salonie 

pełnił honory domu. I dlaczego opowiedziała mu o stracie tygrysa?

Gorący  napój  rozgrzał  Daniela  i  wprawił  w  dobry,  domowy  nastrój.  Musiał  przyznać,  że 

malowidło na ścianie jest piękne. Nawet widok puchacza, śpiącego w rogu pokoju, nie zepsuł mu 

humoru. Ostatni raz czuł się tak swobodnie, kiedy jeszcze żyli rodzice i w zimowe wieczory cała 

rodzina gromadziła się przy kominku, żeby piec kasztany.

- Bardzo dobre ciasto - stwierdził z uznaniem.

-  Tak.  Ciasta  pani  Wagstaff  są  słynne.  -  Już  miała  dodać,  że  Ruth  pomogła  trzeć  imbir,  ale  się 

powstrzymała. Ten człowiek nie dbał o dzieci.

Daniel  też  miał  świadomość,  że  atmosfera  między  nimi  stała  się  niebezpiecznie  swobodna. 

Natychmiast przywołał się do Porządku.

- Pani umowa jest nie do obalenia - powiedział trochę bardziej surowo, niż zamierzał.

- Wiem.

Nastąpiło  krótkie  milczenie.  Daniel  ze  zmarszczonym  czołem  patrzył  na  malowidło  na  ścianie. 

Chyba spostrzegł łasicę, pomyślała w popłochu Cassandra.

-  Chciałabym  być  w  dobrych  stosunkach  z  sąsiadami  -  powiedziała,  żeby  przerwać  krępującą 

ciszę. - Czy nie moglibyśmy odnosić się do siebie w sposób cywilizowany? Moja obecność tutaj nie 

musi panu przeszkadzać.

-  Przeszkadza  mi,  że  przyjęła  pani  do  siebie  tych  przeklętych  Cyganów  -  odciął  się  Daniel, 

odstawiając filiżankę.

- Dlaczego to panu przeszkadza?

- Uzzell mi powiedział, że to złodziejska banda. Kradną i kłusują po lasach. Radził mi, żebym się 

ich  pozbył.  A  dziś  rano  wyjrzałem  przez  okno  i  zobaczyłem,  że  rozbili  obóz  w  pani  sadzie.  -

Cassandra chciała coś powiedzieć, ale Daniel nie dał jej dojść do głosu. - Nie zgadzam się na to! 

Jak złapię któregoś na złodziejstwie, to podam do sądu!

Cassandra  zbladła.  Od  lat  istniała  niepisana  umowa,  że  Cyganie  i  okoliczni  mieszkańcy,  choć 

prawo tego zabrania, mogą zbierać w lesie chrust i polować na gołębie i zające, które niszczyły im 

background image

81

warzywa w ogródkach.

Cóż mogła powiedzieć? Najwidoczniej Uzzell, którego nigdy nie lubiła, zadał sobie trochę trudu, 

żeby nastawić nowego właściciela przeciwko niej. Jej słowa na pewno tego nie zmienią. Doszła do 

wniosku, że plotki o bandzie z Londynu są prawdziwe, a to oznaczało kłopoty.

- I co pani na to? - zapytał gniewnie Daniel.

- Wydaje mi się, że powinien pan o tym porozmawiać z pastorem i panem Parslow - odrzekła tak 

spokojnie, jak tylko potrafiła. - Krążą plotki o tym, że działa tu banda kłusowników z Londynu i 

Uzzell najprawdopodobniej z nimi współpracuje.

- Uzzell? Bzdura. Ma bardzo jednoznaczny pogląd na kłusownictwo.

-  Nie  wątpię.  -  Uśmiechnęła  się  trochę  ironicznie.  Daniel  nie  przywykł  do  sprzeciwów,  a 

dodatkowo wytrącał go z równowagi fakt, że nie ma prawa nic Cassandrze narzucić.

- Chcę, żeby Cyganie się wynieśli - ciągnął gromkim głosem, który nawet w jego uszach brzmiał 

zbyt agresywnie. Co w niego, u diabła, wstąpiło? Przecież sam uważał prawo dotyczące polowań na 

drobną zwierzynę za zbyt surowe.

-  Tabor  Hosei  przyjeżdża  tu  od  wielu  pokoleń  -  oznajmiła  cicho  Cassandra.  -  Mój  stryjeczny 

dziadek  zatrudniał  ich  wiosną  do  siewów,  a  jesienią  do  żniw.  Lutują  garnki,  robią  wieszaki  do 

ubrań, wyplatają kosze z wikliny. Czasami zdarza im się złapać królika lub gołębia, i to wszystko. 

Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek coś ukradli.

- Dlaczego więc Uzzell im nie ufa?

- Sama się nad tym zastanawiam. - Odpowiedź, która przychodziła jej do głowy, wcale jej się nie 

podobała. Uzzell najwyraźniej postarał się, żeby Cyganie stali się pierwszymi podejrzanymi, gdyby 

zrodziły się jakieś podejrzenia o kłusownictwo na większą skalę.

Daniel wstał.

-  Nie  życzę  sobie  intruzów  w  mojej  posiadłości.  Mam  nadzieję,  że  to  jasne.  -  Zanim  wyszedł, 

dodał z irytacją: - I co tu robi ten puchacz?

Cassandra nie odpowiedziała. Odprowadziła nieproszonego gościa do drzwi, a potem podeszła do 

okna i patrzyła, jak się oddalał.

Przy każdym spotkaniu z Danielem Agnes nabierała głębszego przekonania, że pan Darke nadaje 

się na męża. W jej głowie zaczął kształtować się plan, jak zdobyć to, na czym jej zależy, czyli męża 

i  majątek,  a  przy  okazji  pozbyć  się  Ruth  Darke.  Przeczuwała,  że  ta  dziewczyna  kryje  jakąś 

wstydliwą tajemnicę. Agnes miała nosa do takich spraw.

Nigdy  nie  lubiła  otwarcie  stawiać  sprawy.  Zawsze  wymyślała  iście  makiaweliczne  intrygi  dla 

własnych  korzyści,  dlatego  zwykle wszystko  jej  się  udawało.  Nie  tak  dawno  przez  osoby  trzecie 

zasugerowała  swojemu  ojcu  chrzestnemu,  że  oddana  mu  bratanica  Maria  zamierza  popełnić 

background image

82

mezalians i że to ona bardziej zasługuje na spadek po nim. Musiała postępować bardzo ostrożnie i 

dołożyła  wszelkich  starań,  żeby  zaprzyjaźnić  się  z  Marią.  Po  odczytaniu  testamentu  bardzo  jej 

współczuła. Nikt niczego nie podejrzewał, a ona wzbogaciła się o dwa tysiące funtów.

Zresztą  nic  złego  się  nie  stało.  Maria  w  końcu  wyszła  za  mąż  za  bogatego  człowieka  i  te  dwa 

tysiące  wcale  nie  były  jej  potrzebne.  Suma  ta  natomiast  dodała  Agnes  pewności  siebie,  dzięki 

czemu zwróciła uwagę syna markiza i wkrótce odkryła jego sekret, dzięki czemu...

Uśmiechnęła się do siebie. Wydobycie z Ruth Darke jej tajemnicy to dziecięca igraszka.

Agnes  wiedziała,  że  jest  miejscową  pięknością.  Adorowali  ją  nie  tylko  chłopcy  z  sąsiedztwa, 

wielbiły ją również dziewczęta, między innymi córki pastora, Sara i Rachel. Agnes traktowała ich 

wszystkich bardzo miło, czując, że mogą jej się przydać. Nagle wpadła na świetny pomysł.

Zapukała cicho do buduaru matki.

- Mamo, mogę wejść? - spytała. - Pomyślałam sobie, że...

Po wsi lotem błyskawicy rozeszła się wiadomość, że przyjechali Cyganie i rozbili obóz w sadzie 

panny Cassandry.

Wiele  młodych  dziewcząt  natychmiast  odczuło  dotkliwy  brak  wieszaków  na  ubrania.  Nie 

zważając na ostrzeżenia matek, wymykały się z domu i biegły do Belvedere Tower.

- Latają za tym Jasperem Burtonem - powiedziała pani Timms do pani Hill. - Gdyby to były moje 

córki, to sprałabym je na kwaśne jabłko. Będą z tego kłopoty, ja ci mówię.

Jaśniej nie odważyła się wyrazić. Pani Freese udzieliła jej reprymendy za obgadywanie lepszych 

od siebie i pani Timms wcale się to nie spodobało. I tak uważała za dziwne, że Cyganie zjawili się o 

nietypowej porze roku. Ale skoro panna Cassandra jest szpiegiem, to wszystko było jasne. Trzeba 

ją obserwować.

- Jasper to dobry chłopak - odrzekła pani Hill. Lubiła go, choć wiedziała, że to uwodziciel i że nie 

oprze  mu  się  żadna  dziewczyna.  Nawet  jej,  szacownej  matronie,  matce  dzieciom,  bardzo  się 

podobał,  więc  nie  dziwiła  się  młodym  dziewczętom.  Jasper  żadnej  nie  zwodził.  Wszystkie 

wiedziały, że nie myśli o poważnym związku.

- O wilku mowa - mruknęła pod nosem pani Timms. Prowadząc gniado-srokatego konia, zbliżał 

się do nich Jasper.

Ależ on jest przystojny, pomyślała pani Hill. Dzięki Bogu, że moje córki są jeszcze małe.

- Dzień dobry - powitał je z uśmiechem.

- Po co tu przyjechaliście? - bez ogródek spytała pani Timms.

- Cyganie to wędrowny lud. Przychodzimy, odchodzimy... - Spojrzał z namysłem na panią Timms 

i dodał: - Dowiedzieliśmy się, że stary hrabia nie żyje, więc przyjechaliśmy pożegnać zmarłego.

- Uważajcie lepiej na Uzzella - Ostrzegła go pani Hill.

background image

83

- Wiem o tym. Dziękuję. - Skinął głową.

- Dokąd idziesz? - Pani Timms nie dawała za wygraną.

- Do kowala. Tancerz zgubił podkowę. - Uśmiechnął się i odszedł.

Pani Timms znacząco pociągnęła nosem.

Kuźnia stała na środku wsi, obok gospody Hampden Arms. Sam Wright, kowal, i Phineas, jego 

starszy syn, kuli właśnie rozgrzane do czerwoności żelazo. Rytmiczny huk młotów roznosił się po 

całej okolicy. Mieli teraz dużo pracy. Daniel dokonywał wielu napraw w posiadłości, toteż trzeba 

było przygotować nowe zawiasy do bram, lemiesze i części do wozów.

Barty, młodszy syn kowala, siedział w niewielkim kantorku przy kuźni. Szczupły i nie tak silny 

jak  brat,  zajmował  się  prowadzeniem  rachunków  ojca.  Podniósł  właśnie  głowę  i  spostrzegł 

przybysza.

- To Jasper Burton - powiedział bezgłośnie do ojca i wyszedł przed kuźnię.

Uścisnęli sobie dłonie i Barty poklepał Jaspera po ramieniu.

- Cieszę się, że cię widzę! - zawołał. - Na długo przyjechaliście?

Jasper wzruszył ramionami.

- Zależy, co stary postanowi. Widzę, że macie dużo roboty. Podkujecie mi Tancerza?

Barty skinął głową.

- Zostaw go. Po południu go do was przyprowadzę.

- Przyjdź na kolację. A może masz ochotę zapolować na króliki?

- Dlaczego nie? - chętnie zgodził się Barty.

Następnego  ranka  Daniel,  Ruth  i  Tom  jedli  razem  śniadanie.  Dzieci  już  wiedziały,  że  o  tak 

wczesnej porze ojciec nie lubi rozmów, więc siedziały cicho. Tom nad jajkami na szynce, a Ruth 

nad bułką z miodem. Dziewczynka odkryła niedawno, że lubi gorącą czekoladę, i z przyjemnością, 

zabarwioną lekkim poczuciem winy, popijała gęstawy płyn. W Yorkshire nie jadali takich śniadań.

Daniel  był  teraz  bardzo  zajęty.  Wychodził  rano,  żeby  poznać  lepiej  swoją  nową  posiadłość  i 

nadzorować  prowadzone  w  niej  prace.  Z  początku  robotników  denerwowała  jego  obecność,  ale 

kiedy się przekonali, że pan Darke nie przychodzi po to, żeby ich poganiać, tylko żeby się czegoś 

dowiedzieć o ich pracy, uspokoili się.

Cieszył się z nawału zajęć. Odkrył, że pan Parslow zostawia prowadzenie gospodarstwa swojemu 

rządcy, a sam zajmuje się rzeczami, które bardziej przystoją właścicielowi ziemskiemu. Natomiast 

dla Daniela dzień spędzony na polowaniu był dniem straconym. W każdym razie nie mógłby robić 

tego zbyt często. Przez całe życie był bardzo aktywny i nie zamierzał tego zmieniać. Siedząc przy 

stole, przeglądał listy od Briggsa i Nathana Levy’ego.

Ruth powoli odzyskiwała lepsze samopoczucie. Dorothy została jej osobistą pokojówką i chętnie 

background image

84

wyjaśniała jej wątpliwości. Mimo to Ruth nie do końca potrafiła się odnaleźć w nowej i sytuacji. 

Nie miała nawyku czytania książek, nie grała na pianinie, nie potrafiła też wyszywać. Chadzała na 

długie spacery, czasami w towarzystwie Dorothy, która poznała ją ze swoją matką i siostrą.

To  właśnie  u  Jacksonów  Ruth  czuła  się  jak  w  domu.  Z  przyjemnością  brała  małego  Franka  na 

kolana  i  gawędziła  z  panią  Jackson.  Czasami  zszywała  rozdarty  fartuszek  Molly  lub  cerowała 

skarpety pana Jacksona. Z początku pani Jackson protestowała z przerażeniem.

- To nie uchodzi! - wołała.

- Proszę mi pozwolić. Umiem to robić i potrzebuję jakiegoś g zajęcia.

Wracając do domu przez wieś, Ruth widziała, w jakim złym stanie są domy farmerów. Żałowała, 

że nie potrafi zdobyć się na odwagę i powiedzieć o tym ojcu. Popijając czekoladę, rozmyślała nad 

tym, co trzeba zrobić, żeby dom Jacksonów bardziej nadawał się do mieszkania.

Daniel podniósł głowę znad listu i wyrwał ją z zamyślenia.

-  Ruth,  pani Parslow  wraz  z  córką były tak  miłe,  że  zaprosiły cię  jutro  na  lunch.  Rachel  i  Sara 

Freese też tam będą. Ustalicie, jak się ubierzecie na świąteczne przyjęcie.

Ruth skurczyła się w sobie.

- Czy muszę tam iść? Wolałabym zostać w domu. Daniel zmarszczył brwi. Pani Parslow napisała, 

że  jest  to  pomysł  „drogiej  Agnes”.  Był  uszczęśliwiony,  że  śliczna  blondynka  chce  sprawić 

przyjemność jego córce.

Ruth wbiła wzrok w talerz. Jak mu to wytłumaczyć? Odkąd usłyszała o świątecznym przyjęciu, 

drżała ze strachu na myśl o świętach. Nie miała w co się ubrać i nie lubiła panny Parslow.

- A dlaczego nie?

- Ja tam nie pasuję - wyznała z nieszczęśliwą miną. - Ojcze, proszę, nie każ mi tam iść. Nie będę 

wiedziała, o czym z nimi rozmawiać.

Przypomniała sobie rozmowę z Dorothy. „Panno Ruth, musi panienka być bardziej stanowcza”.

- Ruth... - zaczął ostro Daniel. Wzięła głęboki oddech.

- Nie! - krzyknęła. - Nie lubię panny Parslow. Jest wścibska. I nie mam żadnej sukni na przyjęcie, 

więc o czym będę z nimi rozmawiać?

Ojciec  wolno  odłożył  list.  Ruth  już  raz  wybuchła  w  podobny  sposób.  Przypominała  mu  Meg, 

która też była skłonna do nagłych ataków złości.

- Co masz przeciwko pannie Parslow?

- Ona mnie nie lubi.

-  Bzdura.  -  Roześmiał  się.  -  Dlaczego  w  takim  razie  zaprasza  cię  na  lunch?  -  Bardzo  mu 

pochlebiało, że takie wyróżnienie spotyka jego córkę, postanowił jednak zachować ostrożność. Po 

przykrym zdarzeniu z Barbarą nie chciał się narażać na kolejne upokorzenie.

Ruth  patrzyła  na  niego  buntowniczo.  Nie  lubiła  panny  Parslow,  która  próbowała  wyciągnąć  od 

background image

85

niej wiadomości o jej dawnym życiu, jakby szukała tam czegoś kompromitującego. Tego jednak nie 

mogła ojcu powiedzieć.

- Porozmawiamy o tym przy lunchu - zakończył sprawę Daniel.

Zaraz  po  śniadaniu  Ruth  pomknęła  do  swojego  pokoju,  szybko  się  przebrała  i  niemal  biegiem 

ruszyła do Belvedere Tower. Cassandra była w sadzie, gdzie rozmawiała z panią Chickno.

Ruth zatrzymała się jak wryta i wbiła wzrok w starą Cygankę. Cassandra uśmiechnęła się.

- Poznaj panią Chickno - powiedziała, a potem zwróciła się do staruszki: - To jest panna Darke.

Ruth  grzecznie  dygnęła.  Nigdy  jeszcze  nie  widziała  Cyganki,  i  to  z  tak  bliskiej  odległości. 

Otulona barwnymi chustami pani Chickno przypominała jej egzotyczny, barwny tobołek, z którego 

wystawała tylko smagła twarz i kosmyki siwych włosów.

Cyganka skinęła głową.

- Zabierz ją do domu - powiedziała Cassandrze. - Widać, ze ma do ciebie jakąś pilną sprawę.

Ruth nie mogła się powstrzymać i jeszcze zanim doszły do wieży, wylała wszystkie swoje żale.

- Nic na to nie poradzę, nie lubię panny Parslow - zakończyła.

- Ja też jej nie lubię - wyznała Cassandra. Widząc zaskoczenie na twarzy dziewczyny, dodała: - To 

jest mała społeczność. Lepiej jest utrzymywać ze wszystkimi dobre stosunki, o ile to możliwe. - Co 

prawda,  z  panem  Darke  jej  się  to  nie  udało.  -  Jeśli  zaś  chodzi  o  wyjściową  suknię,  to  może 

porozmawiamy o tym z panią Freese? Ona będzie wiedziała, co zrobić.

Nie zważając na protesty Ruth, skierowała się ku plebanii. Niedługo potem siedziały w saloniku 

pastorowej, pogrążone w poważnej rozmowie.

- Moja droga Ruth - powiedziała w końcu pani Freese. - Napiszę do twojego taty, że sprowadzam 

krawcową,  która  uszyje  suknie  dla  Sary  i  Rachel.  Zaproponuję,  żeby  uszyła  kreację  również  dla 

ciebie. - Widząc popłoch na twarzy dziewczyny, dodała: - Gdyby żyła twoja mama, z pewnością by 

tego dopilnowała. Niestety, nie żyje, a mężczyźni nie mają pojęcia o tych sprawach.

-  To  prawda  -  zgodziła  się  Cassandra.  -  Pan  Darke  na  pewno  będzie  wdzięczny  za  pomoc  w 

wypełnianiu ojcowskich obowiązków - stwierdziła, choć wcale nie była tego pewna.

- Ale co ja powiem pannie Parslow?! - zawołała Ruth.

-  Prawdę  -  stwierdziła  pastorowa.  -  Że  potrzebna  ci  nowa  suknia  i  szyje  ją  dla  ciebie  moja 

krawcowa.

- Ale kiedy ona się dowie, że nie mam sukni, zacznie mną pogardzać - wyrzuciła z siebie Ruth.

- Pogardza prawie wszystkimi - odrzekła cierpko Cassandra. - Zwłaszcza kobietami.

Pocieszona tymi słowami Ruth już nic nie powiedziała. Nie protestowała nawet, kiedy pani Freese 

postanowiła przyprowadzić do salonu swoje córki.

- Muszę cię uprzedzić, że Sara i Rachel uwielbiają pannę Parslow - ostrzegła ją Cassandra, kiedy 

na chwilę zostały same.

background image

86

- Dlaczego? - szeptem zapytała Ruth.

- Panna Parslow lubi otaczać się gronem akolitów.

- Kto to jest akolita?

Na schodach rozległy się kroki.

- Ciii! Potem ci wytłumaczę.

Sara i Rachel okazały się o wiele mniej groźnie, niż Ruth się obawiała. Były od niej dwa-trzy lata 

starsze, a więc  w jej oczach  niemal dorosłe.  Sara  miała oczy niebieskie,  a Rachel brązowe.  Były 

ciemnowłose i bardzo ładne.

- Ojej! - wykrzyknęła współczująco Sara. - Wiem, jak to jest, wyrosnąć ze starej sukni i nie mieć 

co na siebie włożyć.

Ruth uśmiechnęła się blado. Nigdy nie miała odświętnej sukni, ale wiedziała, że Sara nie chciała 

jej urazić.

- Zastanówmy się nad kolorem - ciągnęła Sara, przyglądając się Ruth. - Niebieski?

- Młode dziewczęta powinny ubierać się na biało - wtrąciła pastorowa.

- To takie nudne. - Sara skrzywiła się.

-  Może  pójdziemy  razem  na  górę  i  przymierzysz  któreś  z  naszych  sukien?  -  zaproponowała 

Rachel. - Zapraszam. Zobaczysz, jaka to miła zabawa. No i sprawdzimy, w jakim kolorze jest ci do 

twarzy. - W dzieciństwie lubiła ubierać lalki, a teraz miała żywą dziewczynkę do ubrania i bardzo 

jej się to spodobało.

Zaciekawiona i trochę wystraszona Ruth spojrzała na Cassandrę.

-  Ależ  idź.  To  dobry  pomysł.  -  Po  chwili  słychać  już  było  dziewczęcy  śmiech  na  schodach. 

Cassandra zwróciła  się  do pani  Freese.  - Dziękuję.  Biedne dziecko,  nie  bardzo sobie  radzi.  Mam 

nieodparte wrażenie, że jej poprzedni dom był zupełnie inny, choć nie chcę jej o to wypytywać.

- To jeszcze prawie dziecko, ale jestem pewna, że niedługo wyrośnie z niej wspaniała panna. Ma 

piękne oczy, a figura  z czasem stanie się mniej kanciasta.

- Dam jej trochę swojego rozmarynowego płynu do włosów - zdecydowała Cassandra. - I polecę 

miksturę  z  dzikiego  bzu  i  maślanki  do  przemywania  twarzy.  Prawdę  mówiąc,  potrzeba  jej  tylko 

trochę więcej pewności siebie.

Przy  lunchu  Daniel  z  zaskoczeniem  spostrzegł,  że  córka  jest  szczęśliwa  i  ożywiona.  Kiedy 

wspomniał o wizycie u  państwa Parslow, powiedziała, że  z  chęcią tam  pójdzie,  i  dała mu  list  od 

pastorowej.

Daniel przeczytał go szybko.

- To bardzo miło ze strony pani Freese - orzekł. - Powinienem był sam o tym pomyśleć. Napiszę, 

że się zgadzam. - Może powinien ją poprosić, żeby zajęła się też resztą garderoby Ruth? Nagle coś 

background image

87

go zastanowiło. - Kiedy się z nią widziałaś?

- Dzisiaj przed południem. Panna Hampden mnie do niej zabrała.

Znowu  przeklęta  panna  Hampden,  pomyślał.  Czy  ona  nigdy  nie  przestanie  się  wtrącać  w  jego 

życie?

Na zamku de Flagy świętowano powrót Claude’a w towarzystwie syna. Choć nikt nie powiedział 

tego głośno, widać  było,  że  kuzynka Hortense uznała  śmierć Cassandry  za  szczęśliwe  zrządzenie 

losu.

- Muszę ci znaleźć odpowiednią żonę - zapowiedziała Claude’owi.

- Jestem jeszcze w żałobie - przypomniał. Nie chciał, żeby go do czegokolwiek zmuszano. Poza 

tym przyszło mu do głowy, że potencjalny teść może zechcieć sprawdzić go o wiele dokładniej niż 

hrabia Lavington.

Pani  de  Flagy  wzruszyła  ramionami.  Da  Claude’owi  kilka  miesięcy  na  pozbycie  się  tych 

niedorzecznych  skrupułów.  Spostrzegła,  że  kuzyn  mniej  liczy  się  z  jej  życzeniami  niż  dawniej. 

Może mu się wydawało, że zostanie jej spadkobiercą, skoro zdołał sprowadzić syna do Francji? Już 

dawno  postanowiła,  że  nie  podejmie  decyzji  o  spadku  wcześniej,  niż  to  będzie  absolutnie 

konieczne, a zamierzała żyć długo i przyjemnie.

Teraz, kiedy ta Angielka nie żyła, pani de Flagy była bardziej skłonna oddać jej sprawiedliwość. 

Pamiętała, że Claude nie traktował żony z szacunkiem. Ostatnio zauważyła w jego sposobie bycia 

to samo podejście w stosunku do siebie i wcale jej się to nie spodobało.

Doszła do wniosku, że skoro wrócił Maurice, Claude wcale nie jest jej potrzebny.

6

Uzzell siedział w starej chacie wypalaczy węgla drzewnego. Zabite zające, bażanty, kuropatwy i 

króliki  zwisały  z  haków  wbitych  w  krokwie.  Leżący  u  jego  stóp  pies  dyszał,  sapał  i  tęsknym 

wzrokiem spoglądał na  zwierzynę. Uzzell  spodziewał się, że  wkrótce zainkasuje niezłą  sumę, ale 

mimo to miał powody do zmartwienia. Nieoczekiwane przybycie taboru zaskoczyło go i pochopnie 

kazał  Cyganom  się  wynieść.  Pożałował  tego  natychmiast,  widząc  zdziwione  spojrzenie  Hosei. 

Wiadomość o groźbach szybko się rozejdzie i ludzie zaczną się zastanawiać, dlaczego to zrobił.

To  prawdziwy  pech,  że  zjawili  się  akurat  wtedy,  gdy  Złotozęby  i  Moley  mieli  przyjechać  po 

zwierzynę.  Cyganie,  doskonale  znający  się  na  tropieniu  i  czytaniu  śladów,  stanowili  dla  Uzzella 

zagrożenie. Nie mógł też grozić im tak jak okolicznym farmerom.

Spodziewał się, że wyjadą, ale ku jego wściekłości rozbili obóz przy Belvedere Tower. Starał się 

oczernić ich przed panem Darke, lecz nowy właściciel z pewnością wkrótce się dowie, że wizyty 

background image

88

cygańskiego taboru są nieodłączną częścią życia tej okolicy. Uzzell westchnął. Bardzo zależało mu 

na  dokończeniu  interesów  ze  Złotozębym.  Przez  ostatnie  lata  zbił  sporą  fortunę.  Jeszcze  kilka 

transportów dziczyzny do Londynu i będzie mógł skończyć z kłusownictwem. Spojrzał na strzelbę, 

opartą o ścianę. Postanowił, że tym razem nie da się oszukać.

Daniel przeglądał księgi rachunkowe Juniper Park, siedząc w bibliotece. Zapiski z trzech ostatnich 

lat były chaotyczne, ale  przedtem rachunki prowadzono  bardzo dobrze, zapisywano je wyraźnym 

pismem i widać było, że choć nie wydawano zbyt dużo pieniędzy, wszystko w posiadłości szło jak 

należy. Najwyraźniej  wyliczenia  prowadził  jakiś  dobry księgowy. Jego  inicjały  - C.H.  - widniały 

pod koniec każdego tygodnia.

Widać, że ten człowiek dobrze dawał sobie radę z zarządzaniem posiadłością, chociaż rozrzutność 

hrabiego  na  pewno  utrudniała  mu  zadanie.  Tylko  gdzie  on  teraz  jest?  Pewnie  z  rozpaczy 

zrezygnował, pomyślał Daniel. Trudno się było dziwić. Gdyby jednak dał się namówić do powrotu, 

to wszystko szłoby o wiele sprawniej.

Na  razie  Daniel  nie  miał  rządcy  z  prawdziwego  zdarzenia.  Z  zapisków  wynikało,  że  Uzzell 

dostawał  dodatkowe  trzy  szylingi  za  pobieranie  czynszu  od  dzierżawców.  Daniel  nie  stwierdził 

żadnych nadużyć. Niestety, leśniczy nie zawracał  sobie głowy żadnymi naprawami ani nadzorem 

prac polowych.

Daniel miał zamiar odwieźć Ruth na proszony lunch do państwa Parslow, a przy okazji poprosić 

pana domu o sąsiedzką radę. Jeśli  przy okazji zobaczy pannę Parslow, to  będzie bardzo miłe, ale 

postanowił zbyt wiele sobie nie obiecywać.

Tego ranka Ruth czuła się bardziej pewna siebie. Otuchy dodało jej wyznanie panny Hampden, że 

ona też nie przepada za panną Parslow. Dorothy przyznała się do tego samego.

- Patrzy z góry na moją matkę - wyjawiła służąca. - Zawsze daje jej do zrozumienia, że powinna 

się wziąć w garść. A przecież to nie jest wina mamy, że choruje. Gdyby to od niej zależało, to na 

pewno byłaby zdrowa.

Ruth ze zrozumieniem pokiwała głową. Dawniej, w Yorkshire, tak samo się czuła, rozmawiając z 

żoną  farmera,  od  której  kupowała  jajka.  Tamta  kobieta  zawsze  wpędzała  ją  w  niczym 

nieuzasadnione poczucie winy.

- Nie powinnam obmawiać lepszych od siebie - zmitygowała się Dorothy.

- Panna Parslow ma być lepsza? Akurat! - W Ruth obudził się odziedziczony po dziadku Isaacu 

szacunek  dla  prostego  człowieka  i  skłonność  do  obrazoburstwa,  taka  sama,  jaka  w  młodości 

cechowała Daniela. - Nie przepracowała w życiu ani jednego dnia.

- Panno Ruth! - oburzyła się służąca. - Nie wolno mówić takich rzeczy!

background image

89

- Przecież to prawda!

- No, rzeczywiście. - Dorothy zachichotała.

Był  mroźny, słoneczny  dzień.  Ruth, ubrana w nowy płaszcz,  kapelusz i mufkę, ucieszyła się na 

wieść,  że  ojciec  sam  odwiezie  ją  do  państwa  Parslow.  Wsiedli  do  starego  powoziku,  którym 

dawniej  jeździła  Cassandra.  Ruth  z  dumą  stwierdziła,  że  ojciec  doskonale  się  prezentuje  w 

ciemnozielonym  płaszczu  i  lśniących,  czarnych  butach  z  cholewami.  Usiadła  wyprostowana, 

starając się nie przynosić mu wstydu.

Kiedy mijali dom Jacksonów, powiedziała:

- Tutaj mieszka rodzina Dorothy. To bardzo wilgotny dom, a pani Jackson stale kaszle. - Spojrzała 

na ojca z nadzieją, ale nie miała odwagi wyrazić się jaśniej.

Daniel  popatrzył  na  dom  z  zapadniętą  strzechą.  Dobrze  wiedział,  że  takie  lokum  nie  służy 

zdrowiu.

- Nie chcę, żebyś odwiedzała tego rodzaju miejsca - oznajmił. - To siedlisko wszelkich chorób.

Nie odwiedzać domu Jacksonów?! Nie rozmawiać więcej z mamą Dorothy, nie bawić się z małym 

Frankiem? Ruth była przerażona. To niesprawiedliwe. Daniel spojrzał na nią z ukosa i zobaczył w 

jej ciemnych oczach bunt.

- Czy wyraziłem się jasno? - zapytał groźnie, sam trochę zaskoczony.

- Tak  -  odrzekła,  spoglądając  na  niego  wyzywająco.  Wyraził  się  całkiem  jasno,  ale  nie  miała 

zamiaru  go  słuchać.  Był  właścicielem  całej  okolicy.  Powinien  dbać  o  domy  farmerów,  żeby  nie 

były siedliskiem wszelkich chorób!

Resztę drogi do Mattick Hall przebyli w milczeniu. Ruth rozmyślała o swoich wadach, a Daniel o 

tym, że zależy mu na opinii córki.

Kiedy  zajechali  na  miejsce,  Ruth  z  ulgą  zauważyła,  że  są  tam  już  Sara  i  Rachel.  Pani  Parslow 

przywitała ją miło. Agnes, chociaż zamierzała jedynie chłodno skinąć głową, na widok Daniela cała 

się rozpromieniła.

-  Panna  Darke!  Jak  cudownie!  -  Przechyliła  głowę  i  zwróciła  się  do  Daniela:  -  Czyżby  pan 

również był zainteresowany modą?

Daniel roześmiał się.

- Ależ nie. Przyjechałem, żeby poprosić pani ojca o radę, jeśli zechce mi poświęcić trochę czasu.

Agnes  wiedziała,  że  ojciec  może  być  zajęty  co  najwyżej  lekturą  gazety, i  znacząco  zerknęła  na 

matkę.

- Jestem pewna, że mój mąż z przyjemnością z panem porozmawia - zapewniła pani Parslow. - A 

potem musi pan zjeść z nami lunch.

- Dziękuję.

background image

90

Panna Parslow wyglądała na uszczęśliwioną jego wizytą. Zauważył też wymianę spojrzeń miedzy 

nią a matką. Co za miła odmiana po wymuszonej uprzejmości Barbary Lorrimer.

Ruth,  Sara  i  Rachel  poszły  za  Agnes  na  górę,  pani  Parslow  natomiast  zaprowadziła  Daniela  do 

gabinetu męża.

Pan  Parslow,  choć  tyranizował  domowników,  w  towarzystwie  innych  właścicieli  ziemskich 

zmieniał  się  w  jowialnego,  dobrodusznego  jegomościa.  Rozmawiał  kiedyś  z  Dunnem,  dawnym 

prawnikiem  hrabiego,  i  wiedział,  że  Daniel  jest  bardzo  zamożny.  Doszedł  do  wniosku,  że  z 

człowiekiem o takich dochodach należy  utrzymywać przyjazne  stosunki.  Kiedy Daniel spytał  go, 

kto był dawniej rządcą Juniper Park,- odpowiedział bez namysłu.

- Panna Hampden.

-  Panna  Hampden?  -  Daniel  nie  dowierzał  własnym  uszom.  Potem  przypomniał  sobie  inicjały 

C.H.

-  Tak,  i  robiła  to  bardzo  dobrze,  jak  na  kobietę  oczywiście.  W  dodatku  Lavington  bardzo 

niechętnie  wydawał  pieniądze  na  naprawy  i  remonty.  Kiedy  wyszła  za  mąż,  posiadłość  zaczęła 

podupadać. Hrabiemu żal było pieniędzy na zatrudnienie rządcy z prawdziwego zdarzenia. Uzzell 

pobierał czynsz od dzierżawców, ale innych spraw nikt nie nadzorował.

- Panna Hampden jest mężatką? - Daniel nie wiedział dlaczego, ale ta wiadomość wcale mu się 

nie spodobała.

- W tysiąc osiemset pierwszym roku wyszła za mąż za Francuza, niejakiego de Tessy, potomka 

porządnej,  emigranckiej  rodziny.  Wyjechali  do  Francji,  gdzie  de  Tessy  ma  krewnych.  Nie  znam 

szczegółów, ale panna Hampden wróciła do Anglii krótko przed śmiercią starego hrabiego.

- Ale dlaczego udaje, że jest panną?

- Och, to nie jest żaden sekret. Lepiej używać panieńskiego nazwiska, kiedy prowadzimy wojnę z 

Bonapartem.

-  Cesarzem  Napoleonem  -  wtrącił  ironicznie  Daniel.  Niedawno  rozeszła  się  wiadomość,  że 

Bonaparte koronował się na cesarza Francuzów.

-  Właśnie.  -  Parslow  spojrzał  na  gościa  i  dodał:  -  Jeśli  chce  pan  wiedzieć  więcej  na  temat 

zarządzania Juniper Park, musi pan spytać pannę Hampden.

Daniel  niecierpliwie  zmarszczył  brwi.  Gdziekolwiek  się  odwrócił,  natrafiał  na  pannę  Hampden. 

Nie znosił przemądrzałych kobiet. Powinny znać swoje miejsce, tak jak Matty.

-  Darke,  chciałem porozmawiać  o  tych  plotkach  -  ciągnął  pan  Parslow.  Widząc  pytający wzrok 

Daniela,  wyjaśnił:  -  Chodzi  mi  o  tę  bandę  kłusowników  z  Londynu.  Leśniczy  kilka  razy  mi 

meldował, że widział w lesie jakichś obcych. Zauważył też, że ubywa zwierzyny. Kłusownictwo to 

bardzo dochodowy interes, zwłaszcza przed świętami.

- Uzzell nic mi nie mówił. Powiedział tylko, że  powinienem uważać na tych Cyganów. Według 

background image

91

niego to włóczędzy i złodzieje.

-  Bzdura!  -  roześmiał  się  Parslow.  -  Przyjeżdżają  tu  od  niepamiętnych  czasów.  Bardzo  się 

przydają w porze żniw.

- Twierdzi pan, że Uzzell to kłamca? - zapytał chmurnie Daniel.

-  Nic  takiego  nie  powiedziałem.  Osobiście  nie  przyłapałem  go  na  żadnej  nieuczciwości.  Radzę 

tylko, żeby miał pan oczy szeroko otwarte. To wszystko.

Parslow  był  już  drugą  osobą,  która  sugerowała,  że  Uzzell  nie  jest  uczciwy.  Czyżby  więc  nie 

potrafił  zarządzać  własną  posiadłością?  Takie  przypuszczenie  bardzo  mu  się  nie  spodobało. 

Owszem,  był  tu  nowy,  ale  od  lat  prowadził  interesy  i  pochlebiał  sobie,  że  na  kilometr  wyczuwa 

kanciarza. W księgach rachunkowych nie znalazł nic podejrzanego.

Rozmawiali  jeszcze  niemal  przez  godzinę.  Parslow  udzielił  wielu  cennych  wskazówek,  które 

Daniel zapisywał w notesie.

- Poluje pan, Darke? - zapytał na koniec.

- Nie, chociaż w dzieciństwie chodziłem w nagonce.

- Nie ma pan więc nic przeciwko temu, żeby myśliwi przejeżdżali przez pańską ziemię?

- Absolutnie nic. Czy hrabia też polował?

Parslow skinął głową i już miał rozpocząć opowieść o myśliwskich umiejętnościach Lavingtona, 

gdy przerwał mu gong.

- Lunch. - Gospodarz zatarł dłonie. - Dołączymy do pań?

Ruth  spodziewała  się,  że  razem  przejrzą  żurnale  i  omówią  fasony  sukien,  ale  wkrótce  się 

przekonała, że Agnes miała zamiar wyłącznie chwalić się własnymi kreacjami.

Kiedy  weszły  do  różowej  sypialni  Agnes,  czekała  już  na  nie  służąca  Hanna.  Wiedząc  od 

Cassandry, że Hanna jest siostrą Lizzie, Ruth nieśmiało się do niej uśmiechnęła.

-  Pomóżcie  mi  dokonać  wyboru  -  powiedziała  Agnes. Skinęła  na  Hannę,  a  ta  z  pełną  szacunku 

ostrożnością zaczęła wyjmować z szafy suknie i rozkładać je na łóżku. Sara i Rachel wzdychały i 

piszczały z zachwytu. Ruth starała się dotrzymać im kroku.

-  Ojej!  -  zawołała  Rachel,  dotykając  błękitnej  sukni  z  jedwabną  podszewką.  -  Spójrz,  Saro!  Po 

prostu boska! Panno Parslow, niech pani wybierze tę!

-  Ładna,  prawda?  -  Agnes  uśmiechnęła  się.  -  Byłam  w  niej  na  balu  u  księżnej  Somerwater,  w 

zeszłym roku.

-  Mnie  podoba  się  ta.  -  Sara  wskazała  na  suknię  w  kolorze  kości  słoniowej,  wyszywaną  w 

maleńkie różyczki.

Rzeczywiście,  sukienka  była  ładna,  ale  Ruth  wydała  się  nieco  zbyt  głęboko  wycięta.  Poza  tym 

mimo podszewki, była niemal przezroczysta.

background image

92

- Pannie Darke się nie podoba - zauważyła Agnes.

-  Ależ...  podoba  mi  się.  Tylko...  czy  nie  jest  zbyt...  śmiała?  Agnes  wybuchnęła  perlistym 

śmiechem.

- Co za prowincjonalna myszka!

- Właśnie taka ma być - wyjaśniła Rachel. - Taka jest teraz moda. - Dobrze wiedziała, że mama 

nigdy nie pozwoliłaby jej ubrać się w coś takiego.

- Niektóre panie nawet zwilżają wodą halki, żeby bardziej przylegały do ciała - powiedziała Sara, 

z  zazdrością spoglądając na suknię. Ciekawe, jak  by się czuła, wkraczając  w takiej sukni  na salę 

balową pełną mężczyzn.

To obrzydliwe, pomyślała Ruth. Panie zwilżające halki przywodziły jej na myśl ulicznice, a to z 

kolei przypominało jej o dawnym życiu. Oczywiście,  matka nigdy nie włożyłaby  czegoś takiego, 

ale ciotka Kitty nie miałaby żadnych oporów. Ruth nie mogła się doczekać zmiany tematu.

-  A  wieczorowe  pantofelki?  -  zapytała  szybko  Sara.  Podziwiała  elegancję  Agnes,  ale  wiedziała 

też, że potrafi ona mówić przykre rzeczy, jeśli ktoś nie okazuje jej podziwu, tak jak teraz Ruth.

Hanna wyjęła z szafy pantofelki ze srebrzystego jedwabiu i z niebieskiego aksamitu.

-  Och!  Te  srebrne  są  przepiękne!  -  zachwyciła  się  Rachel.  -  Śliczne.  Jak  z  bajki  -  przytaknęła 

skwapliwie Ruth.

- Pantofelki jak z bajki dla bajkowej panny - dokończyła Rachel.

- A co ty włożysz na przyjęcie? - Agnes zwróciła się to Ruth.

- Nie wiem. Suknia jest jeszcze u krawcowej.

-  Żałuję,  że  już  wyrosłam  z  tej  złocistożółtej  -  z  westchnieniem  oznajmiła  Sara.  -  Bardzo  ją 

lubiłam.

- Kiedy byłam małą dziewczynką, miałam taką ładną, białą z wiśniową szarfą - dorzuciła Agnes. -

A ty, Ruth? Opowiedz nam o swoich ulubionych sukniach.

Ruth  wpadła  w  panikę.  Co  powiedzieć?  Jeszcze  nigdy  nie  miała  wyjściowej  sukni.  Czy  ma 

udawać? Zdała sobie sprawę, że Agnes znów usiłuje z niej coś wydobyć. Postanowiła, że nie będzie 

kłamać.

- Nigdy nie miałam wyjściowej sukienki - oświadczyła.

-  Dziwne!  -  Agnes  roześmiała  się  dźwięcznie.  -  Ale  chyba  twoja  mama  czasami  wydawała 

przyjęcia? Na pewno zapraszała wspólników od interesów twojego ojca.

Jaka  ona okrutna, pomyślała Ruth.  Jest  jak kot, który zabawia  się myszą. Mama bardzo chciała 

uczestniczyć w życiu ojca, być jego żoną, poznać jego znajomych. Nagle oczy Ruth wypełniły się 

łzami.

- Moja mama była chora - powiedziała, z trudem panując nad drżącym głosem.

Agnes uśmiechnęła się z satysfakcją. A więc jest jakaś tajemnica. Musi być. Dlaczego nigdy nie 

background image

93

mówi się o pani Darke?

- Ojej - powiedziała. - Tak mi przykro.

Miękki głos gongu obwieścił, że podano lunch. Ruth odetchnęła z ulgą. Kiedy dotarły do jadalni, 

byli tam już państwo Parslow z Danielem. Posiłek przebiegł w swobodnej atmosferze. Pan Parslow 

kroił zimną szynkę, a Agnes namawiała wszystkich na sałatkę.

Właśnie  zaczęli  jeść,  kiedy  zjawił  się  Freddy  i  stanął  jak  wryty  na  widok  Daniela  i  trzech 

dziewcząt.

- Mój syn, Freddy. A to pan i panna Darke - przedstawił gospodarz i zaraz dodał: - Spóźniłeś się.

- Przepraszam. Grałem w kościele na organach - beztrosko odparł Freddy. Puścił oko do Rachel i 

usiadł obok Ruth.

- Na organach! - prychnął zdegustowany ojciec. - Nie masz nic lepszego do roboty?

Przyzwyczajony do komentarzy ojca, Freddy tylko wzruszył ramionami i zwrócił się do Ruth.

- Niech no zgadnę, panno Darke: Agnes chwaliła  się wam swoimi sukniami,  wywołując ogólną 

zazdrość, prawda? Ruth spojrzała na niego niepewnie.

- Widzę, że mam rację - oznajmił z uśmiechem. - Biedaczki. Poproszę o sól.

Ruth podała mu solniczkę. Od razu poczuła do niego sympatię. Nareszcie ktoś tu mówi prawdę.

Agnes siedziała obok Daniela. Wśród gwaru rozmowy szepnęła:

- Biedna panna Darke jest taka nieśmiała. Bardzo mi jej żal.

Daniel uśmiechnął się.

- To bardzo miło z pani strony, że zadała sobie pani tyle trudu. Bardzo się cieszyła na tę wizytę.

Czyżby, z powątpiewaniem pomyślała Agnes, głośno zaś zapytała:

- A nie myślał pan o tym, żeby ją wysłać do szkoły z internatem? Spotkałaby tam dziewczęta z 

dobrych domów, nabrała ogłady towarzyskiej. Kilka lat w Bath bardzo dodaje pewności siebie.

- Ruth nie chce rozstawać się z bratem.

- To wzruszające. - Co za absurd, stwierdziła w duchu. Nic więcej nie powiedziała, ale wiedziała, 

że ziarno zostało zasiane.

Barty i Jasper mieli już za sobą jedną noc udanego kłusowania. Tego dnia Barty znów się wybrał 

do obozu Cyganów.

Noc była bezchmurna i Droga Mleczna przecinała niebo niczym srebrna tęcza. Orion jeszcze nie 

wzeszedł nad wschodnim horyzontem. W oknach domów migotały światła.

Barty  miał  na  sobie  ciemny  płaszcz  z  głębokimi  kieszeniami  na  upolowaną  drobną  zwierzynę. 

Okrążył Belvedere Tower i podszedł do obozu. Już z daleka widział ognisko i skupionych wokół 

niego  ludzi.  Pani  Chickno  siedziała  w  ozdobnie  rzeźbionym  fotelu.  Zza  jednego  wozu  dochodził 

stłumiony  chichot.  Potem  wyszła  stamtąd  jakaś  dziewczyna,  wygładzając  na  sobie  ubranie  i 

background image

94

chowając kosmyki włosów pod czepek. Za nią ukazał się Jasper. Szepnął jej coś do ucha, klepnął ją 

w pośladek i podbiegł do Barty’ego. Dziewczyna uciekła.

- Która to tym razem?

- Rosie Timms.

Wszystkie  dziewczyny  Timmsów  to  latawice,  pomyślał  Barty,  a  chłopcy  to  tchórze,  jak  biedny 

Johnny, który  bał  się  własnego  cienia.  Często  przychodziło  mu  do  głowy, że  to  pani  Timms  jest 

temu winna.

Zwrócił się do Jaspera:

- Sądziłem, że jesteś zaręczony.

- Bo jestem - potwierdził z uśmiechem. - Ale Mikailia jest gdzieś w Yorkshire, a ja tutaj.

Barty nie drążył tematu. To nie jego sprawa. Podszedł do ogniska, przywitał się z Hoseą i panią 

Chickno.

Była już głęboka noc, kiedy wraz z Jasperem wyruszyli do lasu.

Jasper gwizdnął cicho na psa.

- Wczoraj w nocy coś odkryłem - powiedział. Szli, kryjąc się w cieniu żywopłotu.

- Co takiego?

- Zobaczysz.

Podążali wzdłuż strumienia, a potem przez zagajnik, przylegający do drogi do Farnham. Barty był 

zdziwiony, ale ufał towarzyszowi, więc kiedy ten nagle padł na ziemię i zaczął się czołgać, uczynił 

to samo.

Jasper zatrzymał się, poślinił palec i uniósł do góry. Wiatr trochę się zmienił. Po chwili czołgali 

się dalej. Barty zrównał się z towarzyszem, który właśnie na coś wskazywał.

Kilka  metrów  przed  nimi  stała  opuszczona  chata  wypalaczy  węgla.  Zza  szyby  okna  sączył  się 

cienki strumyk światła.

- Uzzell? - spytał szeptem Barty. Jasper skinął głową.

- Wytropiłem go wczoraj w nocy, kiedy niósł wypchany worek, pewnie ze zwierzyną. Siedział tu 

chyba  pół  godziny,  potem  wyszedł,  ale  worek  był  już  pusty.  Zamknął  drzwi  na  klucz  i  zasłonił 

okna.

- Zdaje się... - zaczął Barty.

- Ciii... Słuchaj!

Usłyszeli stukot końskich kopyt i skrzypienie wozu. Kiedy się zbliżył, mogli obejrzeć jego zarys 

w  świetle  księżyca.  Zatrzymał  się  przed  chatą  i  zeskoczyło  z  niego  dwóch  mężczyzn.  Jeden 

zawrócił wóz, drugi zapukał w okno.

Uzzell wyszedł przed chatę. Drugi z mężczyzn ustawił już wóz i wszyscy trzej weszli do środka, 

zamykając  za  sobą  drzwi.  Rozległy  się  podniesione  głosy,  krzyki  i  głuche  uderzenia.  Jasper 

background image

95

podczołgał się bliżej.

W chacie Uzzell uderzał pięścią w rozchwiany stół stojący pod oknem.

- Mówię wam, że brakowało więcej niż dwa funty.

- Nazywasz mnie kłamcą? - Złotozęby wyszczerzył się i w uśmiechu, ale macał wiszący u pasa 

nóż.

-  Zaczekaj. -  Moley  położył  mu  rękę  na  ramieniu,  próbując  go uspokoić.  Złotozęby był  bardzo 

porywczy i lada chwila mogła polać się krew. Pociągnął go do kąta i gorączkowo wyszeptał mu do 

ucha:  -  Jest  nam  tu  potrzebny,  bez  niego  nie  będzie  zwierzyny.  Na  nic  nam  się  nie  przyda,  jak 

będzie leżeć dwa metry pod ziemią.

Złotozęby odepchnął go.

- Sam liczyłem - powiedział.

- Pomyliłeś się. I macie mi dopłacić, bo nie dam wam nowego towaru. - Uzzell wyjął spod stołu 

gotową do strzału broń.

Złotozęby roześmiał się, ale nadal był czujny.

- Nie strzelisz! Hałas zaalarmowałby okolicznych mieszkańców.

- Tak myślisz? - wycedził Uzzell. - A co niby mam do stracenia? Nic.

-  Dajcie  spokój  -  prosił  Moley,  wystraszony  takim  obrotem  sprawy.  Gdyby  Uzzell  ich  obu 

zastrzelił, łatwo by się wytłumaczył, że złapał ich na gorącym uczynku, a martwi nie mają okazji 

nic wyjaśnić. - Przecież jesteśmy po tej samej stronie.

Złotozęby przez chwilę zmagał się z sobą, w końcu wzruszył ramionami i powiedział:

- Dobra, może się pomyliłem. Zabieramy towar. Uzzell opuścił broń, ale jej nie zabezpieczył.

- Najpierw się rozliczymy.

Złotozęby spojrzał na niego złym wzrokiem, sięgnął do kieszeni i rzucił na stół sakiewkę.

- Masz. Przelicz. - Zapamiętam to sobie, pomyślał. Nikt nie będzie mi się bezkarnie narażać.

- Ty... - Uzzell wskazał na Moley a. - Ty przelicz. Moley zerknął na wspólnika i drżącymi palcami 

zaczął przeliczać pieniądze, układając monety w jednofuntowe stosy.

Leśniczy nie zdejmował palca ze spustu.

- Zamówiliście sto bażantów. Są. Osiemdziesiąt kuropatw. Mam siedemdziesiąt dwie. Czeka też 

na was dwadzieścia sześć zajęcy, trzydzieści królików i sama. Według moich wyliczeń należą mi 

się dwadzieścia dwa funty i pięć szylingów.

Moley  zaczął  odliczać  sumę.  Okazało  się,  że  w  sakiewce  jest  siedemnaście  funtów  i  piętnaście 

szylingów.  Złotozęby  wyjął  z  kieszeni  mniejszą  sakiewkę  i  rzucił  na  stół.  Moley  doliczył  cztery 

funty i dziesięć szylingów.

Uzzell  skinął  głową,  kazał  Moleyowi  włożyć  pieniądze  do  większej  sakiewki  i  schował  je  do 

kieszeni.

background image

96

- W porządku - oznajmił. - Od dziś będziemy się rozliczać uczciwie. - A to jest wasze. - Wskazał 

na zwierzynę.

Jasper i Barty tymczasem doczołgali się na tył chaty i skryli za żywopłotem. Za krzakami widzieli 

konia  i  wóz.  Słyszeli  podniesione  głosy.  Wtem  drzwi  się  otworzyły  i  z  chaty  wyszło  dwóch 

nieznajomych, dźwigając zwierzynę. Układali kolejne partie na wozie i nakrywali starymi workami.

Jasper  uniósł  się  nieco,  przyłożył  dłonie  do  ust  i  zarżał,  naśladując  konia.  Trzej  mężczyźni 

wybiegli z chaty, Uzzell z uniesioną bronią.

- Szybko, dumie - syczał. - Ruszajcie się.

- Kto to może być?

-  Pewnie  jeden  z  tych  przeklętych  Cyganów.  Pośpieszcie  się.  Barty  uśmiechnął  się  do  Jaspera. 

Mężczyźni  na  końcu  wynieśli  z  chaty  łanię,  wskoczyli  na  wóz  i  odjechali.  Twarz  Złotozębego 

wykrzywiał morderczy grymas.

Uzzell  został  na  miejscu,  nie  wypuszczając  broni,  rozglądał  się  wokół.  Chłopcy  przywarli  do 

ziemi,  Jasper  położył  dłoń  na  Pysku  psa.  Po  długich  pięciu  minutach  leśniczy  odszedł.  Słychać 

było, jak przedziera się przez zagajnik i przechodzi przez ogrodzenie na pobliskie pole.

Barty  szybko  policzył  w  myślach.  Uzzell  najprawdopodobniej  zainkasował  dziś  ponad 

dwadzieścia  funtów,  sumę,  na  którą  farmer  musiałby  pracować  cały  rok.  Nic  dziwnego,  że  tak 

uparcie zwalczał wszelkie kłusownictwo na drobną zwierzynę i zabraniał farmerom zbierać drewno 

na opał. Nie chciał, żeby ktoś wpadł na trop jego zakazanej działalności.

Za coś takiego można było zawisnąć na szubienicy.

Jasper wstał.

-  Chodź,  zobaczymy,  co  tam  jest.  -  Wskazał  na  chatę.  Drzwi  były  otwarte.  Znaleźli  hubkę  i 

krzesiwo  i  zapalili  ogarek.  Od  razu  poznali,  że  chata  została  zamieniona  w  przechowalnię 

upolowanej zwierzyny. We wszystkie belki wbito haki, na podłodze widać było ślady zaschniętej 

krwi.

-  Zostawili  coś  -  zauważył  Jasper,  podnosząc  z  ziemi  zająca,  królika  i  parę  bażantów.  Ze 

śmiechem podał królika i jednego bażanta koledze. - Łatwa zdobycz!

Prudence  zauważyła  ze  złością,  że  w  obozie  cygańskim  stale  kręcą  się  jakieś  dziewczyny  z 

wioski.  Cyganki, ciemnowłose  i  ciemnookie,  ze  złotymi  kolczykami  w  uszach,  ubrane w  barwne 

stroje, trzymały się z dala od innych. Czasami tylko uśmiechały się do Prudence, kiedy brała wodę 

ze studni.

To  Jasper,  najmłodszy  syn  Hosei,  przyciągał  jak  magnes  dziewczęta  ze  wsi,  a  wszystkie  one 

spoglądały z góry na Prudence. Cóż dla nich znaczyła dziewczyna z przytułku dla ubogich, która 

nie  miała  nawet  prawdziwego  nazwiska?  lnu?  nadała  jej  kierowniczka  przytułku,  a  nazwisko 

background image

97

dostała na cześć jednego z dobroczyńców tej instytucji.

Codziennie musiała wstawać o świcie i rozpalać w piecu, żeby był gotowy, kiedy pani Wagstaff o 

wpół do dziewiątej przychodziła do pracy. Musiała przynieść wodę ze studni wyczyścić palenisko. 

Grzała wodę dla panny Cassandry, parzyła kawę lub herbatę.

Wiedziała,  że  w  porównaniu  z  tym,  jak  powodzi  się  niektórym  dziewczętom,  nie  dzieje  jej  się 

krzywda.  Praca  nie  przekraczała  jej  sił,  w  wieży  były  tylko  cztery  pokoje.  W  przytułku  zawsze 

otaczały ją inne dziewczęta, więc tęskniła za samotnością, jednak tutaj, kiedy gospodyni wracała do 

siebie  do  domu,  a  ona  podała  już  kolację  pannie  Cassandrze,  wieczory  bardzo  jej  się  dłużyły. 

Brakowało jej kogoś, z kim mogłaby porozmawiać. Miała tylko czternaście lat i nieprzywykła do 

samotności. W przytułku spała wśród innych dziewcząt i nigdy nie bała się skrzypienia podłogi czy 

odgłosów nocy.

Kiedy  więc  pewnego  dnia  Jasper  zajrzał  do  wieży  i  podarował  jej  własnoręcznie  zrobioną 

drewnianą szkatułkę, zaprosiła go na piernik pani Wagstaff.

- Jesteś pewna, że to wypada? - spytał.

-  Panna  Cassandra  jest  na  górze  -  wyjaśniła  Prudence.  -  Muszę  tu  być,  w  razie  gdyby  czegoś 

potrzebowała.

- No, dobrze. Wstąpię na dziesięć minut - zgodził się z uśmiechem.

W  przytułku  często  słyszała  kazania  na  temat  cnoty  i  ostrzeżenia  przed  niebezpieczeństwami, 

jakie niosą kontakty z młodzieńcami, którym tylko jedno w głowie, ale niewiele z tego rozumiała.

Niebezpieczeństwo  kojarzyło  jej  się  z  alkoholem,  podejrzanymi  spelunkami,  tańcami  w 

gospodzie.  Tutaj,  w  Belvedere  Tower,  gdzie  piętro  wyżej  siedziała  w  swoim  pokoju  panna 

Cassandra,  co  mogło  jej  grozić?  Dobrze  było  siedzieć  w  kuchni  z  Jasperem  i  przy  świetle 

pojedynczej świecy rozmawiać o najróżniejszych rzeczach.

-  W  zeszłym  miesiącu  przyjechał  tu  mąż  panny  Cassandry  -  wyszeptała  konfidencjonalnym 

tonem. - Jaki przystojny! Poszedł do niej na górę, a potem usłyszeliśmy jakiś rumor. Pani Wagstaff 

pobiegła tam. Panna Cassandra leżała na podłodze... On próbował ją udusić!

- Czy coś jej się stało? - Jasper był wstrząśnięty.

- Całą szyję miała siną! - Dziewczyna wzdrygnęła się na wspomnienie tej sceny. - Myślałam, że 

ona jest szpiegiem - wyznała. - To znaczy, przed tym zdarzeniem.

- Szpiegiem! - Jasper prychnął rozbawiony. - Na pewno nie.

- Ale to by było niesamowite!

- Widzę, że lubisz sensacje. - Objął ją ramieniem.

- O, tak. - Jasper przysunął się do niej, a po chwili ciszy Prudence pisnęła cienkim głosem: - Nie... 

nie mogę. Muszę iść... znaczy, ty powinieneś już iść.

Jasper wstał.

background image

98

-  Nie  rób  takiej  zmartwionej  miny.  -  Dotknął  palcem  czubka  jej  nosa.  -  Czy pocałunek  dwojga 

przyjaciół to coś złego?

Otworzył drzwi kuchni i spojrzał w niebo. Dziewiąta. Jak ten czas leci. Zamierzał dziś z bratem 

zastawiać wnyki, więc pożegnał się i wyszedł.

Prudence  wolno  zamknęła  drzwi,  stanęła  przy  oknie  i  długo  odprowadzała  wzrokiem 

odchodzącego chłopca.

Następnego ranka Cassandra otrzymała niespodziewany list.

- Lizzie go przyniosła - wyjaśniła pani Wagstaff. Wyrabiała właśnie ciasto na chleb.

Cassandra spojrzała na list. Był napisanym wyraźnym, sekretarskim pismem. Zaniosła go na górę 

i złamała pieczęć.

Droga Panno Hampden!

Dowiedziałem  się,  ze  przed  ślubem  sprawowała  Pani  obowiązki  rządcy  w  majątku  hrabiego. 

Byłbym wdzięczny, gdyby zechciała mi Pani poświęcić kilka godzin i udzielić paru rad. Proponuję 

spotkanie dziś o jedenastej. Jeśli ten termin Pani nie odpowiada, proszę wyznaczyć inny.

Z poważaniem,

D. Darke

Patrzyła zdumiona na list. Ktoś, być może pan Parslow, opowiedział mu o jej małżeństwie. Nie 

była  to  tajemnica,  ale  wolałaby,  żeby  pan  Darke  o  tym  nie  wiedział.  Po  ostatnim  spotkaniu  z 

Claude’em  nadal  męczyły  ją  złe  sny  i  każdej  nocy  sprawdzała,  czy  drzwi  są  zaryglowane. 

Małżeństwo, które z początku dawało jej nadzieję na nowe życie, zamieniło się w koszmar.

Usiadła za biurkiem i wybrała gęsie pióro. Napisała, że z przyjemnością odwiedzi go o jedenastej. 

Podpisała list C. Hampden, zaadresowała i poleciła Prudence, żeby natychmiast go doręczyła.

Przez moment zastanawiała się, w co się ubierze, ale natychmiast zganiła się w myślach. Jakież to 

miało znaczenie? Mimo to przebrała się w nową suknię i starannie ułożyła włosy.

Za pięć jedenasta była już w Juniper Park. Nie odwiedzała domu od śmierci hrabiego i trochę bała 

się tej wizyty. Jakie zmiany wprowadził pan Darke? Czy zobaczy tam szkarłatne obicia i wulgarne 

złocenia?

Drzwi otworzył jej Gilling, kamerdyner.

- Dzień dobry, panno Cassandro. - Uśmiechnął się szeroko. - Pan Darke czeka w bibliotece. - Dał 

znak lokajowi, żeby wziął jej płaszcz i kapelusz, a potem poprowadził ją korytarzem.

Kroczyła po marmurowej posadzce, rozglądając się bystro. Z ulgą stwierdziła, że nowy właściciel 

niewiele  tu  zmienił.  Wnętrza  były  teraz  bardziej  zadbane,  naprawiono  połamane  okiennice,  ale

background image

99

ścian nawet nie odmalowano.

Gilling zapukał do drzwi biblioteki i zaanonsował jej przybycie:

- Panna Hampden, proszę pana.

Daniel wstał. Wyciągnął rękę na powitanie.

-  Bardzo  się  cieszę,  że  panią  widzę,  zwłaszcza  że  zaproszenie  było  niespodziewane.  Gilling, 

przynieś nam kawę. Proszę usiąść, panno Hampden.

Na stole leżały księgi rachunkowe posiadłości.

- Musi  pani wiedzieć, że  całe życie spędziłem  w fabryce. Tam  przez  cały  rok robi się to  samo. 

Tutaj  jest  zupełnie  inaczej.  Zauważyłem,  że  odkąd  pani  wyjechała,  nikt  nie  zajmował  się 

zarządzaniem posiadłością. Pani stryjeczny dziadek jedynie zlecił leśniczemu Uzzellowi zbieranie 

czynszu. Nie wiem tylko, dlaczego wybrał akurat jego.

- Uzzell umie czytać i pisać - wyjaśniła Cassandra. Daniel roześmiał się.

- No, nie wiem. - Pokazał jej niezdarny i pełen błędów wpis do księgi.

Cassandra uśmiechnęła się.

- Dziadek niewiele lepiej znał się na ortografii. Zapewne nie dostrzegł tu żadnych błędów.

Daniel  również  się  uśmiechnął.  Kiedy  wrócił  Gilling  z  kawą,  rozluźnili  się  jeszcze  bardziej. 

Cassandra z przyjemnością wypiła łyk gorącego płynu. Zapomniała już, jak zimno było w Juniper 

Park. W kominku płonął ogień, ale do środka pokoju ciepło nie docierało.

-  Powinien  pan  przerobić  kominy  według  zaleceń  hrabiego  Rumforda  -  oznajmiła  nagle, 

natychmiast jednak dodała: - Przepraszam. To nie moja sprawa.

- Co by to dało?

-  Bardzo  wiele.  -  Wyjaśniła  mu  sposób  i  skutki  unowocześnienia  przewodów  kominowych,  a 

nawet starannie naszkicowała, na czym miałyby polegać zmiany.

Daniel przez chwilę przyglądał się rysunkowi.

- Pamiętam, że w pani wieży było bardzo ciepło. To dzięki tej nowej konstrukcji?

-  Tak.  Dawniej  zimą  bywało  tam  wręcz  lodowato.  Powinien  pan  porozmawiać  o  tym  z  panią 

Freese. Na plebanii również unowocześniono piece i kominy.

Może ona nie jest taka okropna, pomyślał Daniel, obserwując swojego gościa znad filiżanki kawy. 

Podobała mu się też jej fryzura.

Cassandra wyjęła z torebki złożony plik kartek papieru i podała mu.

- Oto lista koniecznych prac. Sporządziłam ją dziś rano.

Oczywiście, każdego roku wygląda to trochę inaczej. Niekiedy zimą nie można wykonać pewnych 

prac,  ponieważ  ziemia  jest  zmarznięta.  Wypisałam  też,  kto  jest  za  co  odpowiedzialny  i  w 

posiadłości.

Daniel  zerknął  na  papiery.  Stolarz,  kowal,  bednarz,  ogrodnik,  siodlarz,  kołodziej,  kamieniarz... 

background image

100

Lista zajmowała kilka stron.

- Mój ojciec był kamieniarzem - powiedział nagle.

-  To  bardzo  trudne  zajęcie.  Nasz  kamieniarz,  Tunnicliffe,  pracuje  we  wszystkich  okolicznych 

wioskach. Ostatnio jednak ma niewiele zajęcia w Juniper Park, ale to pan pewnie sam wie. Myślę, 

że pan go polubi. To człowiek niezależny w sądach.

- Tak jak mój ojciec. Kiedy zmarł, miałem zaledwie jedenaście lat, ale nauczyłem się od niego, że 

trzeba liczyć tylko na siebie i stale nad sobą pracować, żeby się rozwijać.

-  Zgadzam się  z  tym.  Każdy  powinien  dostać  szansę  w  życiu,  prawda?  Przyzwoite  mieszkanie, 

czysta  woda,  wykształcenie.  Dziecko,  które  ciągle  choruje,  bo  mieszka  w  wilgotnej  norze,  a  w 

wieku sześciu lat zmuszane jest do płoszenia ptaków z pól, nie ma szansy na rozwój.

-  Moim  zdaniem,  mężczyzna  powinien  zarobić  na  utrzymanie  rodziny.  Mój  ojciec  oszczędzał, 

żebyśmy z siostrą mogli chodzić do szkoły. Dbał, żebyśmy mieszkali jak należy.

- Ale pański ojciec mógł się przeprowadzić - zauważyła Cassandra. - Miał zawód, który dawał mu 

taką  możliwość.  Tutaj  większość ludzi  pracuje na  pańskiej  ziemi  i  mieszka w  wydzierżawionych 

domach. Nie mają takiej możliwości.

Daniel zmarszczył brwi.

- Szczerze mówiąc, tutejsi ludzie wydają mi się bardzo ulegli. Jeszcze nigdy nie widziałem tylu 

wystraszonych  min.  Tam,  skąd  pochodzę,  oczekuje  się,  że  pracownik  będzie  patrzył  pracodawcy 

prosto w oczy i jasno mówił, o co mu chodzi.

- A jeśli się z panem nie zgodzi, to może sobie szukać pracy gdzie indziej, prawda?

- Właśnie tak.

- Farmerzy nie mogą tak zrobić! Znają się tylko na uprawie ziemi. Przez to, że dziadek nie zgodził 

się na budowę szkoły, większość z nich to analfabeci. Gdzie mieliby iść? Skazaliby swoje żony i 

dzieci na bezdomność lub przytułek dla nędzarzy.

-  Nie  uważam,  żeby  słuszne  było  niańczenie  pracowników  -  oświadczył  chłodno  Daniel.  -

Mężczyzna przestaje być mężczyzną, jeśli się go traktuje jak dziecko.

- Zapewnienie dobrych warunków zamieszkania to nie jest niańczenie - zaprotestowała Cassandra. 

- Na tym polega zadanie odpowiedzialnego właściciela ziemskiego.

A  przemądrzałe  kobiety  są  tak  samo  nieznośne  jak  zbyt  ulegli  farmerzy,  pomyślał  Daniel.  Nie 

miał zamiaru rozpieszczać swoich pracowników. To jest jednak prawdziwa czarownica, nie pomylił 

się.

- Dziękuję, że poświęciła mi pani czas - powiedział, wstając. Nagle stanął mu przed oczami dzień, 

kiedy  przywieziono  do  domu  rannego  ojca.  Zginął  z  powodu  niedbałości  innych  ludzi.  Serce 

ścisnęło mu się z bólu. Nie chciał, żeby panna Hampden widziała go w takim stanie. - Odprowadzę 

panią do drzwi.

background image

101

Cassandra wstała. On ją prawie wyrzucał z domu!

- Sama trafię do wyjścia - oświadczyła lodowato. - Żegnam, panie Darke.

Kiedy tylko wyszła, Daniel usiadł i ukrył twarz w dłoniach.

Pani Uzzell siedziała w fotelu na biegunach i kołysała się miarowo. Poprzedniej nocy mąż wrócił 

bardzo późno. Tym razem została w sypialni, ale słyszała, jak podważa kamień posadzki i wyjmuje 

szkatułkę.  A  więc  znowu  spotkał  się  z  tymi  ludźmi.  Nie  wiedziała,  kim  oni  są,  ale  na  pewno 

sprowadzali męża na złą drogę. Rano chodził dumny jak paw, lecz mimo to zauważyła, że jest jakiś 

nieswój. Najwyraźniej coś go dręczyło.

Johnny Timms unikał jej wzroku i starał się schodzić jej z drogi. Czyżby on też coś wiedział? Był 

jeszcze prawie dzieckiem, w dodatku bardzo bał się matki. Jeśli pani Timms się o tym dowie, zaraz 

będzie wiedziała cała wieś. I co wtedy? Na pewno dojdzie to do uszu pana Darke’a.

Na ogół mieszkańcy wioski dochowywali tajemnic, ale ta sprawa była inna. Matt już nie cieszył 

się  sympatią  ludzi.  Odkąd  zadał  się  z  tą  bandą  z  Londynu  i  zabraniał  ludziom  nawet  zbierania 

grzybów w lesie, stał się obcy.

Pogrążona w smutku, nie zauważyła, kiedy do kuchni weszła pani Wright. Zdjęła czepek, płaszcz 

i położyła rękę na ramieniu pani Uzzell.

- Co się dzieje, Nelly? - zapytała. Pani Uzzell drgnęła i spojrzała na nią zaczerwienionymi oczami.

- Sally! - Starała się wziąć w garść, ale tak się trzęsła, że ledwie wydobywała z siebie głos.

Pani Wright poklepała ją po ramieniu.

- Zrobię herbatę, dobrze?

Pani Uzzell wydmuchała nos w chusteczkę, otarła oczy, a kiedy przyjaciółka postawiła przed nią 

filiżankę herbaty, opowiedziała wszystko, co jej leżało na sercu.

Sally Wright wysłuchała jej w skupieniu. Nie była to dla niej nowina, ponieważ tego ranka Barty 

opowiedział jej mężowi o przygodach minionej nocy. Miejscowi ludzie przymykali oko na drobne 

kłusownictwo,  dla  wyżywienia  rodziny,  ale  stanowczo  potępiali  kłusowanie  na  wielką  skalę  i 

sprzedawanie zwierzyny do miasta.

-  Trzeba  coś  zrobić,  Sally  -  powiedział  rano  jej  mąż.  -  Ta  londyńska  banda  będzie  chciała 

zastraszyć całą okolicę. Ktoś może zginąć.

- Ojcze, było ich tam tylko dwóch - przypomniał mu Barty.

- Tak, ale nie wiemy, kto jeszcze za nimi stoi. Sally, lepiej porozmawiaj z panią Uzzell i dowiedz 

się, co wie.

- Ktoś powinien porozmawiać z Johnnym Timmsem - zasugerował syn.

- Żeby cała wieś się dowiedziała? - zaprotestował ojciec. Nie ufał tej rodzinie. - Pani Timms ma 

za długi język. Jak się dowie, będzie źle. Wiadomość może dotrzeć do Uzzella.

background image

102

-  Johnny  chyba  nic  jej  nie  powiedział  -  wtrąciła  pani  Wright.  -  Biedny  chłopak,  pewnie  jest 

przerażony.

Kiedy więc żona leśniczego wszystko jej opowiedziała, pani Wright stwierdziła:

- Nelly, to się musi skończyć. - Rozejrzała się. - Gdzie jest Johnny?

- W stajni.

- Zawołam go. - Wyszła i po chwili wróciła z chłopcem. Wskazała mu stołek. - Siadaj.

Johnny usiadł posłusznie. Mocno wystraszony, zerknął na panią Uzzell.

- Nie bój się - uspokoiła go. - Powiedz tylko całą prawdę.

- Chodzi o tę londyńską bandę - wyjaśniła pani Wright. - Co wiesz na ten temat?

- Nic!- odrzekł szybko Johnny.- Mówię prawdę. Pan leśniczy trzyma mnie od tego z daleka. Grozi 

mi.

- Posłuchaj, Johnny. Jeśli czegoś się dowiesz, na przykład, kiedy mają się zjawić, powiedz o tym 

pani Wright albo Barty’emu.

- Ale skąd miałbym to wiedzieć? - Johnny był przerażony.

- Miej uszy i oczy szeroko otwarte. Nie chcemy, żebyś zrobił coś głupiego.

- Nie chcę stracić pracy - płaczliwie odparł chłopiec. - Nie chcę wracać do domu, bo mama cały 

czas na mnie krzyczy ale nie bije. Pani nie wie, jak to jest.

- Mój mąż znajdzie ci inną pracę - obiecała pani Wright. - Ani słowa matce!

- Nawet mi to do głowy nie przyszło - zapewnił.

- Zawsze wiedziałam, że tak się skończy - stwierdziła ponuro pani Uzzell. - Mówiłam Mattowi, 

ale nie chciał mnie słuchać.

- Zrobię dla ciebie, co będę mogła - przyrzekła przyjaciółce. - Ale musisz nam pomóc.

- Nie mam wyboru.

Tej nocy Cassandra znów nie mogła spać. Na toaletce stała drewniana szkatułka z kolczykami i 

naszyjnikiem  z  pereł,  które  dostała  kiedyś  od  siostry.  W  rogu,  obok  nich,  leżała  para  maleńkich 

wełnianych skarpetek. Tylko tyle zostało jej po synku. Zrobiła je sama, w Verdun. Jak co wieczór, 

wyjęła je ze szkatułki i ucałowała.

Wiedziała, że to niemądre, ale wydawało jej się, że w ten sposób utrzymuje kontakt z synkiem. 

Od jego śmierci nie minęły nawet trzy miesiące, lecz w tym czasie tyle się wydarzyło, jakby minęły 

już  długie  lata.  Jednak  każdej  nocy  na  chwilę  wyjmowała  ze  szkatułki  te  dziecięce  skarpetki  i 

pozwalała sobie na chwilę żałoby.

Tego  wieczoru  myślała  również  o  spotkaniu  z  Danielem.  Jak  to  się  stało,  że  byli  już  niemal 

przyjaciółmi, a po chwili pan Darke praktycznie wyrzucił ją z domu? Nie powiedziała przecież nic, 

co mogłoby obrazić takiego rozsądnego człowieka. A jednak zareagował bardzo gwałtownie.

background image

103

Nagle przypomniał jej się inny gwałtowny czyn. Zadrżała. Czy drzwi na pewno są zaryglowane? 

Postanowiła wejść na wieżę, żeby sprawdzić, czy wszystko jest w porządku. Wyjrzała przez okno. 

Niebo było bezchmurne, usiane gwiazdami.

Włożyła  szlafrok,  pantofle,  wzięła  świecę  i  poszła  na  górę.  Cicho  otworzyła  drzwi  na  dach  i 

stanęła  przy  parapecie  muru,  biegnącego  wokół  szczytu  wieży.  Noc  była  piękna  i  natychmiast 

ogarnął ją spokój. W głębi sadu widziała cygańskie wozy i niewyraźny blask ogniska. Dostrzegła 

skurczoną sylwetkę pani Chickno. Cyganka powiedziała jej kiedyś, że starzy ludzie nie potrzebują 

wiele snu, a ona lubi przesiadywać nocą przy ognisku, sam na sam ze swoimi myślami.

Wracając na dół, zajrzała do pokoju Prudence i spostrzegła, że jest pusty. Nie zważając na to, że 

ze świecy kapie wosk, zbiegła na dół. Frontowe drzwi były zaryglowane, ale tylne nie. Cassandra 

pobiegła do pani Chickno.

- Prudence zniknęła - powiadomiła ją.

Cyganka mruknęła coś pod nosem i splunęła w ognisko.

- Wcześniej była tutaj, z Jasperem. Jeśli wierzy, że ten chłopak ma wobec niej poważne zamiary, 

to jest głupia. Jasper ma narzeczoną, też Cygankę. Nigdy by się nie ożenił z kimś obcym.

-  Nie  chcę  też,  żeby  z  nią  sypiał  -  bez  ogródek  odparła  Cassandra.  -  Dziewczyna  ma  dopiero 

czternaście lat. Przyszła tu z przytułku dla ubogich i jestem za nią odpowiedzialna.

-  Rozumiem.  -  Pani  Chickno  wstała  z  pomocą  Cassandry  i  wzięła  laskę.  Z  zadziwiającą 

szybkością  pokuśtykała  w  stronę  wozu.  Po  chwili  rozległ  się  męski  krzyk  i  dziewczęcy  pisk. 

Prudence, w  rozpiętej  bluzce  i  z  włosami  w  nieładzie, wyskoczyła z  płaczem  z  wozu.  Wewnątrz 

rozległy  się  jakieś  gniewne  słowa  w  cygańskim  języku,  a  potem  odgłosy  uderzeń.  Pani  Chickno 

potrafiła zrobić użytek ze swojej laski.

Jasper wyszedł z wozu, pośpiesznie zapinając koszulę, a za nim wzburzona stara Cyganka.

-  Posłuchaj  mnie,  Jasper  -  przemówiła  stanowczo  Cassandra.  -  Jesteś  tu  moim  gościem.  A  to 

znaczy, że  nie wolno ci uwodzić  mojej  służącej. - Chłopak ze  wstydem spuścił  oczy. - Wiem  od 

pani Chickno, że masz narzeczoną.

Prudence wybuchnęła głośnym płaczem. Jasper skinął głową i czujnie zerknął na panią Chickno.

- Powiedz to tej dziewczynie! - nakazała mu surowo.

-  Jestem  zaręczony  -  przyznał  chłopak.  -  Chciałem  się  z  tobą  tylko  zabawić.  -  Spojrzał  na 

zrozpaczoną Prudence i dodał: - Przepraszam.

Cyganka podeszła do Prudence.

- Posłuchaj mnie, dziewczyno. Jeszcze raz ci się coś takiego przydarzy, to stanie się nieszczęście. 

Widzę to. Twoja przyszłość może się jeszcze zmienić, ale teraz widzę ociekającą wodą dziewczynę 

i jej dziecko w rzece. Pomyśl o tym.

- Nie, nie! - wyszeptała pobladła jak kreda służąca. Pani Chickno powiedziała coś do Jaspera po 

background image

104

cygańsku. Chłopak pokręcił głową.

- Masz szczęście, że twoja pani o ciebie dba - znów zwróciła się do Prudence. - A teraz uciekaj.

Dziewczyna bez namysłu pobiegła do wieży. Cassandra przymknęła oczy, szczęśliwa, że tak się to 

skończyło.

- Solidnie ją wystraszyłam - z satysfakcją stwierdziła Cyganka. - Mam nadzieję, że to poskutkuje.

Cassandra wróciła do  Belvedere Tower i  znalazła  Prudence w kuchni  -  przytulała kota i  głośno 

wypłakiwała się w jego futerko.

- Myślałam, że on mnie kocha! - szlochała.

Cassandra starannie zamknęła drzwi i zaparzyła rumianek.

- Wypij, Prue - zachęciła nieco już spokojniejszą dziewczynę. - Po kilku  dniach znajomości nie 

można powiedzieć, że to jest miłość.

- Ale ja go pokochałam.

- Nieprawda - zaprzeczyła stanowczo Cassandra. - Chciałaś się z nim przespać, i to wszystko.

- Ależ to obrzydliwe!

- Obrzydliwe? Dlaczego? To, co kobiety nazywają miłością, bywa bardzo zwodnicze. Nie wypada 

nam  fizycznie  pragnąć  przystojnego,  młodego  mężczyzny,  więc  żeby  się  usprawiedliwić, 

nazywamy to uczucie miłością.

- Pewnie w ten sposób moja mama dorobiła się mnie - powiedziała Prudence po chwili namysłu. -

Ja nie mam ojca.

- Być może tak było. Czy naprawdę chcesz, żeby twoja przyszłość też tak wyglądała?

Prue pokręciła głową.

- Nie, ale czuję się taka samotna - wyjaśniła. - Nie mam z kim porozmawiać, a dziewczyny ze wsi 

patrzą na mnie z góry, bo jestem z przytułku.

- Wypij rumianek - poprosiła łagodnie Cassandra. Muszę coś z tym zrobić, postanowiła w duchu. 

Biednej dziewczynie brakuje przyjaciół.

Tak bym chciała wiedzieć, kto jest moją matką, pomyślała Prudence i łzy znów pociekły jej po 

twarzy.

Ruth siedziała na łóżku, obejmując kolana rękami. Wszystko wokół niej się zmieniło. Jeszcze tak 

niedawno  mieszkała  w  Yorkshire,  musiała  oszczędzać,  ciężko  pracować,  a  teraz  pławiła  się  w 

luksusie.  Musiała  przyznać,  że  nie  było  to  takie  całkiem  nieprzyjemne.  Dobrze  jest  budzić  się  w 

ciepłym pokoju i nie martwić się o to, że pijana ciotka pewnie znów spadnie ze schodów. Istniała 

jednak i druga strona medalu.

Z Tomem nie byli sobie już tacy bliscy jak dawniej. Brat ciągle był zajęty poza domem, pobierał 

lekcje jazdy konnej, biegał po okolicy z psem, a Ruth za nim tęskniła. Tak długo razem zmagali się 

background image

105

z wszystkimi problemami, mieli te same kłopoty, a teraz Tom żył własnym życiem, nie oglądając 

się na siostrę.

Przełknęła  łzy.  To  pewnie  naturalna  kolej  rzeczy,  ale  bardzo  ją  to  bolało.  Na  dodatek  Tom  był 

zachwycony panną Parslow i wyśmiał ją, kiedy mu powiedziała, że ta zimna piękność chce °d niej 

wyciągnąć jakieś informacje.

Na pocieszenie została jej przyjaźń panny Hampden. A dzisiaj obierała się do Sary i Rachel, żeby 

zamówić nową suknię.

Ku jej radości Daniel zaproponował, że odprowadzi ją na plebanię. Chciał porozmawiać z panią 

Freese o przebudowie kominów.

-  Cieszę  się,  że  polubiłaś  Sarę  i  Rachel  -  powiedział,  kiedy  wyruszyli.  -  Zaprzyjaźniłyście  się, 

prawda? - Rozmyślał nad  radą Agnes, żeby wysłać  córkę do szkoły, i ciekawiło  go, jak też Ruth 

zareaguje na tę propozycję.

- O, tak. Są bardzo miłe - odparła szczerze.

- To dobrze. Martwiłem się o ciebie. Ruth aż się zaróżowiła z radości.

-  Powoli  się  do  wszystkiego  przyzwyczajam.  Niektórych  rzeczy  nadal  mi  brakuje.  Na  przykład 

owsianych ciasteczek.

- Mnie też! - powiedział Daniel ze śmiechem.

- Żałuję, że nie mogę czasami zajrzeć do kuchni.

- A dlaczego nie?

- Czy damy mogą  same  gotować?  - zastanawiała  się Ruth.  Nigdy nie  widziała  panny Hampden 

przy kuchni. Musi ją o to zapytać.

- Napisz przepis na kartce, a ja poproszę panią Roberts, żeby nam je upiekła.

- Świetnie! - Ruth aż podskoczyła z radości. Kiedy mijali dom Jacksonów, zapytała:

- Te domy należą do ciebie, prawda? Daniel spojrzał na nią z ukosa. Czyżby znów usłyszał w jej 

głosie buntowniczą nutę?

- Sądzisz, że powinienem kazać je wyremontować?

- Tak sądzę - oznajmiła stanowczo. - Przecież za nie odpowiadasz.

Teraz znowu ona, pomyślał z irytacją Daniel.

- Nie jestem zwolennikiem rozpieszczania pracowników.

- Ale twoją powinnością  jest wynajmowanie im  domów, które nadają się do zamieszkania - nie 

ustępowała Ruth.

- Jakbym słyszał własnego ojca. - Mimo woli poczuł, że ta rozmowa go bawi.

- Panna Hampden na pewno wie, jakie naprawy są najpilniejsze.

- Nie będę się jej naprzykrzał - odparł cierpko. Ruth spojrzała na niego zdziwiona. Czyżby jej nie 

lubił? Zrobiło jej się smutno.

background image

106

7

Jutro wyjeżdżamy - powiedział Hosea do kowala. Sama Wrighta. Siedzieli w gospodzie Hampden 

Arms. - Już czas.

- Wrócicie jesienią?

Hosea skinął głową.

- Na szczęście Jasper będzie wtedy żonaty.

- Myślisz, że to go powstrzyma? - Kowal roześmiał się.

- Być może nie, ale Mikailia na pewno to zrobi! Hosea nie pragnął, by syn tak szybko się ożenił, 

ale po wypadku ze służącą panny Hampden wolał nie kusić losu. Pojadą do Yorkshire i tam Jasper 

złączy  się  z  Mikailia.  To  powinno  zakończyć sprawę.  Mikailia  miała  silny  charakter i  Hosea  nie 

wątpił,  że  utrzyma  męża  w  ryzach.  Poza  tym  czuł,  że  za  długo  już  siedzą  w  jednym  miejscu. 

Wzywały go otwarte przestrzenie.

Tego wieczoru Cassandra rozmawiała z panią Chickno.

-  Dużo  myślałam o  Prue  -  powiedziała.  -  Ona  czuje  się  bardzo  samotna.  Nic  w  tym  dziwnego. 

Zaproponuję, żeby zamieszkała  z  panią Wagstaff. Wiem,  że  Milly jest trochę  opóźniona,  ale lubi 

Prue i będą mogły razem chichotać. Pani Chickno spojrzała na nią z troską.

- To nierozsądne, żebyś na noc zostawała sama.

-  Ma  pani  na  myśli  mojego  męża?  -  domyśliła  się  Cassandra.  -  Wątpię,  czy  wróci.  Poza  tym 

założyłam już rygle w drzwiach. Nikt nie wejdzie do środka.

Pani Chickno wzdrygnęła się, jakby miała jakieś złe przeczucie.

-  Wszystko  jedno,  to  chyba  nie  jest  mądry  pomysł.  Lepiej  byłoby  zatrudnić  jeszcze  jedną 

dziewczynę.

-  Nie  stać  mnie  na  to  -  szczerze  odparła  Cassandra.  Przebudowa  kominów  dużo  ją  kosztowała. 

Dopiero około Wielkanocy będzie miała trochę pieniędzy. Może ta wyprowadzka do pani Wagstaff 

to nie był mądry pomysł, ale nie chciała, żeby Prudence czuła się samotna. Dziewczyna powinna 

mieć szansę na zaprzyjaźnienie się z rówieśnicami ze wsi.

Pani Chickno nic nie powiedziała. Czasami nie można uniknąć przeznaczenia.

Mimo  niespodziewanej  zmiany  otoczenia  i  nazwiska,  mały  Jeannot  niezwykle  szybko 

przyzwyczaił się do nowych warunków. Po kilku tygodniach stał się zupełnie innym dzieckiem. Nie 

przeszkadzał  mu  spartański  reżim  pani  de  Flagy,  ponieważ  i  tak  wiódł  na  zamku  wygodniejsze 

życie  niż  w  ruderze,  z  której  zabrał  go  Claude.  Było  mu  ciepło,  jadł  do  syta,  więc  szybko  się 

background image

107

zaokrąglił i policzki mu poróżowiały. Nabrał sił i bona Marie z trudem dotrzymywała mu kroku.

Umyty  i  dobrze  ubrany,  zmienił  się  w  śliczne,  jasnowłose,  Pogodne  dziecko  i  pani  de  Flagy  z 

coraz większą niecierpliwością wyczekiwała pory odwiedzin w pokoju dziecięcym.

-  Jak  na  swój  wiek  jest  wyjątkowo  dobrze  rozwinięty  -  stwierdziła  dumnie.  Jak  widać,  wbrew 

temu, co mówiła ta Angielka, surowe wychowanie dobrze mu służyło. - To prawdziwy de Flagy. -

Już ustaliła ze swoim prawnikiem, że chłopiec będzie nosił jej nazwisko.

Claude uśmiechnął się kwaśno. Był zazdrosny o tego przybłędę. Zapomniał już, jak wymagająca 

potrafi  być  kuzynka.  Chciała  rządzić  całym  jego  życiem,  a  kiedy  się  jej  przeciwstawiał, 

napomykała o innych kuzynach, którzy na pewno byliby dla niej milsi.

- Nie jesteś dumny z syna? - dopytywała się.

- Ależ jestem - odparł niechętnie. Sztywno wziął dziecko na ręce. - Maurice, chodź do tatusia.

Jeannot tylko pokręcił jasną główką, podbiegł do pani de Flagy i wtulił się w jej suknię.

Jak tylko stara wykorkuje, pozbędę się dzieciaka, obiecał sobie Claude. Cóż, nie przewidział, że 

tak to się ułoży.

Jedynie  bona  odnosiła  się  do  chłopczyka  z  pewną  rezerwą.  Prawdziwy  Maurice  miał  pod  lewą 

łopatką  dwa  pieprzyki,  to  dziecko  nie  miało  żadnego.  I  czy  jego  oczy  były  przedtem  takie 

niebieskie? Wydawało jej się, że widziała w nich brązowe plamki. Miała nieodparte wrażenie, że to 

inne dziecko.

Pewnego  dnia,  kiedy  wyprowadzała  chłopca  na  spacer  po  ogrodzie,  natknęła  się  na  Claude’a. 

Wiedząc, że kuzynka może obserwować ich z okna, wziął go na ręce i kilka razy podrzucił. Malec 

wyrywał mu się z płaczem.

- Mały Maurice zgubił gdzieś dwa pieprzyki - oznajmiła Marie, patrząc na Claude’a chytrze.

- Co powiedziałaś? - Przestraszył ją wyraz twarzy Claude’a.

- Powiedziałam tylko, że zniknęły gdzieś pieprzyki na plecach dziecka. Nic złego nie miałam na 

myśli. Zapadła długa, niepokojąca cisza.

- Lubisz swoją pracę, Marie? - zapytał w końcu Claude.

- O, tak, proszę pana. A pański synek to wspaniały chłopiec.

-  To  dobrze.  Nie  zapominaj  o  tym.  Inaczej  będę  musiał  zasugerować  pani  de  Flagy,  że  czas 

zmienić dziecku opiekunkę. - Dał im znak, żeby się oddalili. Domyślił się, że Marie chce pieniędzy, 

nie miał jednak zamiaru dać się naciągnąć. To potwierdziłoby tylko jej podejrzenia, a on nie chciał 

skazywać się na łaskę i niełaskę szantażystki. Z drugiej strony jednak jej podejrzenia mogą kiedyś 

okazać się przydatne.

Na plebanii odbywała się ostatnia przymiarka. W białej sukni z koralową szarfą Ruth wyglądała 

bardzo dorośle. Kiedy Sara mierzyła swoją suknię, Ruth i Rachel przysiadły w koszulkach na ławie 

background image

108

we wnęce okiennej i czekały na swoją kolej.

-  Dorothy  uważa,  że  powinnam  ściąć  włosy  -  oznajmiła  Ruth.  -  A  ty  co  o  tym  myślisz?  -  Od 

jakiegoś czasu z dobrym skutkiem używała rozmarynowego płynu od Cassandry.

Rachel dotknęła włosów koleżanki.

- Chyba dobrze byś wyglądała. Masz śliczną, długą szyję, a krótka fryzura by to podkreśliła.

Ruth zarumieniła się z radości. Rachel już nosiła krótką fryzurę.

-  Poproszę  mamę,  żeby  pozwoliła  swojej  służącej  ściąć  ci  włosy.  To  trzeba  zrobić  bardzo 

umiejętnie.

- A twoja mama się zgodzi? - zaniepokoiła się Ruth.

- Oczywiście. Musisz wyglądać modnie, skoro wyjeżdżasz do szkoły. Ruth wydała cichy okrzyk 

przerażenia.

- Co takiego? - wyszeptała.

- A nie wyjeżdżasz? - Rachel spojrzała na nią z troską. - Wydawało mi się, że tak. Panna Parslow 

coś o tym wspomniała.

- Panna Parslow! - wykrzyknęła Ruth. - Ona chce się mnie pozbyć. - Nagle zrozumiała dlaczego. -

Poluje na mojego ojca!

Oczy Rachel  zrobiły się  okrągłe. Poluje  na pana  Darke’a?  Przypomniała sobie lunch w Mattick 

Hall.  Agnes  zachowywała  się  zupełnie  inaczej  niż  zwykle:  żartowała  z  ojcem,  była  miła  dla 

Freddy’ego i okazywała względy ojcu Ruth.

Po  raz  pierwszy  Rachel  spojrzała  na  pannę  Parslow  innymi  oczami.  Czyżby  naprawdę  chciała 

usidlić pana Darke’a?

- Nie chcesz wyjechać do szkoły? - zapytała. - Kiedyś namawiałam mamę, żeby mnie wysłała, ale 

się nie zgodziła. - Kochała Sarę, jednak czasami trudno jest być młodszą siostrą.

-  Ostatnio  miałam  tyle  zmian  w  życiu  -  odrzekła  Ruth.  -  Po  prostu  chciałabym  tu  trochę 

pomieszkać i  do wszystkiego  się przyzwyczaić.  - Chcę też  lepiej poznać  ojca i  być  blisko  panny 

Hampden, dodała w duchu.

Rachel zdradziła matce, co powiedziała jej Ruth.

- Mamo, wierzysz w to, że panna Parslow chce się pozbyć Ruth? - zakończyła.

Pani Freese zastanawiała się chwilę. Od dawna już nie pochwalała młodzieńczej admiracji córek 

względem Agnes, ale była zbyt mądra, żeby ją otwarcie krytykować. Nie uważała panny Parslow za 

wzór do naśladowania dla młodych dziewcząt. Według niej ta młoda dama była zbyt wyrachowana 

i nie zważała na potrzeby innych ludzi.

- Wiesz, kochanie, panna Parslow trochę za bardzo dba o własne interesy. Obawiam się, że Ruth 

ma rację. - Nie zamierzała wspominać o niesmacznym epizodzie z młodym lordem Robertem. - A 

background image

109

co  byś  powiedziała,  gdyby  Ruth  po  świętach  zaczęła  razem  z  wami  pobierać  lekcje  u  panny 

Norton? - Była to guwernantka córek pastora.

Rachel rozpromieniła się.

- To by było  wspaniale!  - W  przyszłym  roku Sara  miała zadebiutować  w towarzystwie i  matka 

zamierzała  zwolnić  ją  z  pobierania  nauk.  Rachel  niechętnie  myślała  o  perspektywie  samotnych 

lekcji.

- Zasugeruję to panu Darke - obiecała pani Freese.

Claude’owi  nawet  przez  myśl  nie  przeszło,  że  kuzynka  Hortense  zapała  takim  uczuciem  do 

Jeannota. Teraz zdał sobie sprawę, że pozycja chłopca jest pewniejsza niż jego. Z każdym dniem 

pani de Flagy coraz bardziej przywiązywała się do malca. Claude zaczął poważnie się zastanawiać, 

czy nie powinien zaaranżować jakiegoś „wypadku”. W głębokiej fosie łatwo się utopić, upadek z 

kamiennych  schodów  może  skończyć  się  śmiercią.  To  jednak  mogło  być  ryzykowne.  Nie  miał 

jeszcze pewności, czy kuzynka uczyniła go swoim spadkobiercą.

W Wigilię pani de Flagy powiedziała coś, co ścięło go z nóg.

- Postanowiłam zostawić zamek Maurice’owi - oznajmiła z uśmieszkiem.

Przez  chwilę  miał  ochotę  rozbić  kieliszek,  a  odłamki  szkła  wgnieść  jej  w  twarz,  spuścił  jednak 

wzrok i opanował wściekłość.

- W takim razie, droga kuzynko, będę musiał poszukać szczęścia w armii Napoleona - oznajmił 

słodko.  -  W  Paryżu  poznałem  pana  de  Dinarda,  który  tak  jak  ja  wrócił  z  emigracji.  Teraz  jest 

kapitanem  fizylierów.  Zapewnił  mnie,  że  będę  mile  widziany  w  jego  regimencie.  Na  pewno 

zainteresuje go moja historia. - Ja też potrafię grać w tę grę, pomyślał. Miał szczery zamiar oczernić 

nazwisko kuzynki, jeśli tylko będzie miał okazję.

- Regiment piechoty! - wykrzyknęła pani de Flagy. Nie znała pana de Dinarda, ale było to dobre 

nazwisko. Na pewno obracał się wśród elity. Nie chciała, żeby rozpowiadał o niej złośliwe plotki.

- Cóż, biedacy nie mogą grymasić - dodał Claude. Pani de Flagy z trudem zbierała myśli. Zdała 

sobie sprawę, że Claude’a nie zdoła tak łatwo uciszyć.

-  Ależ,  drogi  kuzynie,  przecież  to  jest  również  twój  dom.  Zawsze  będziesz  tu  mile  widziany. 

Claude skłonił głowę.

-  Nic  tu  po  mnie  -  zauważył.  -  Oczywiście,  nie  chciałbym  zaczynać  wojskowej  kariery  od 

najniższego stopnia, ale słyszałem, że w wojsku Napoleona szybko wynagradza się zasługi.

Pani  de  Flagy  wzdrygnęła  się.  Arystokrata,  jej  bliski  krewny,  w  jednym  szeregu  ze  zwykłymi 

chłopami? Nie zniosłaby tego.

-  Powinieneś  zająć  w  wojsku  należną  ci  pozycję  -  oznajmiła  z  wyższością.  -  Zapewnię  ci 

odpowiednie fundusze.

background image

110

Claude podziękował. Bardzo był ciekaw, ile też pieniędzy kuzynka zechce mu przeznaczyć.

Wieczorem,  w  zaciszu  swojej  sypialni,  obmyślał  dalsze  plany.  Poważną  przeszkodę  stanowiła 

Cassandra.  Dopóki  miał  nadzieję  zostać  spadkobiercą  kuzynki,  żona  mu  nie  przeszkadzała,  była 

tylko drobnym źródłem irytacji. Nie pragnął powtórnego ożenku, zwłaszcza z wybraną przez ciotkę 

nadętą  panną  z  dobrego  domu.  Gdyby  po  śmierci  kuzynki  przejął  jej  majątek,  rozwiódłby  się 

szybko  i  mógłby  wybrać  sobie  nową  żonę  według  własnego  gustu.  Wkrótce  potem  odkryłby,  że 

chłopiec  nie  jest  jego  synem,  oddałby  go  gdzieś  na  wychowanie  i  oczywiście  zapewnił  naukę 

jakiegoś rzemiosła.

Teraz wszystko przedstawiało się inaczej. Będzie musiał utrzymywać się z wypłacanych mu przez 

ciotkę  pieniędzy,  pozostając  na  jej  łasce.  Chciał  się  od  niej  uwolnić.  Przyszło  mu  do  głowy,  że 

Napoleon  często  aranżuje  małżeństwa  między  kawalerami  ze  starych  arystokratycznych  rodów  i 

pannami z zamożnych, nowobogackich domów. No cóż, jeśli nadarzy się taka okazja, natychmiast z 

niej skorzysta i zgarnie majątek.

Oczywiście nadal mógł rozwieść się z Cassandra, ale istniał pewien problem: kuzynka sądziła, że 

jego żona nie żyje. Jeśli dowie się o rozwodzie, odetnie mu dopływ gotówki. Ale gdyby tak żonie 

przytrafił się jakiś wypadek...

Belvedere Tower stoi na uboczu. Cassandra ma tylko troje służących: kalekiego chłopca, kobietę, 

która  nocuje  u  siebie  w  domu,  i  młodą  dziewczynę.  W  nocy  jest  właściwie  sama.  Gdyby  zdołał 

dostać  się  do  wieży,  zrobiłby,  co  trzeba,  i  zniknął,  zanim  ktokolwiek  zdążyłby  wszcząć  alarm. 

Mógłby ukryć konia gdzieś w pobliżu i ulotnić się w ciągu kilku minut.

Nawet jeśli będą go o to podejrzewać, nie będzie to miało najmniejszego znaczenia. Wyjedzie z 

Anglii i znajdzie się poza zasięgiem brytyjskiego wymiaru sprawiedliwości. Nietrudno przeprawić 

się przez kanał. Przemytnicy udający rybaków robią to codziennie.

Poza tym uważał, że ta suka zasłużyła na śmierć. To przez nią umarł Maurice i nie chciała wrócić 

z nim do Francji. Żaden człowiek przy zdrowych zmysłach nie mógłby mieć mu za złe, że chce się 

pozbyć takiego obciążenia.

Wigilię,  dzień,  w  którym  miało  się  odbyć  świąteczne  przyjęcie  u  państwa  Parslow,  Cassandra 

spędziła  na  przygotowaniach.  Umyła  głowę  i  rozgrzała  żelazko  do  wyprasowania  wieczorowej 

sukni.

Opuszczając  zamek  de  Flagy,  zabrała  ze  sobą  tylko  jeden  mały  kufer,  żeby  nie  wzbudzić 

podejrzeń  pani  de  Flagy.  Zapakowała  jednak  dwie  suknie  wieczorowe,  które  okazały  się  bardzo 

przydatne  w  Verdim.  Jedna  była  ciemnoniebieska,  wyszywana  perełkami,  zwodniczo  prosta  w 

kroju, ale wspaniale podkreślająca figurę. Cassandra bardzo dobrze w niej wyglądała i była pewna, 

że francuska elegancja tej kreacji przyćmi strój Agnes.

background image

111

- Jaka piękna suknia! - zachwyciła się Prudence, ostrożnie gładząc jedwab.

Cassandra  uśmiechnęła  się  z  zadowoleniem.  Ciekawe,  w  co  ubierze  się  Daniel.  Nagle  się 

rozzłościła. Dlaczego w ogóle się nad tym zastanawia?

W porze lunchu czekała na nią wiadomość z Juniper Park, napisana charakterystycznym pismem 

Daniela. W krótkich słowach proponował jej podwiezienie na przyjęcie, na które wybierał się wraz 

z dziećmi. Odpisała równie krótko, wyrażając zgodę.

Po  lunchu  zajęła  się  fryzurą.  Podczas  pobytu  we  Francji  nabrała  wyczucia  stylu  i  nauczyła  się 

pięknie układać włosy,  co  teraz wykorzystała,  z  pomocą Prudence.  Zabrało  jej to  kilka  godzin, a 

kiedy skończyła, bardzo bolały ją ramiona.

-  Wygląda  pani  jak  księżniczka  -  wyszeptała  służąca,  ustawiając  tak  ręczne  lusterko,  żeby 

Cassandra mogła zobaczyć swoje dzieło również z tyłu.

- Mam nadzieję, że przetrwa całe przyjęcie. - Cassandra sięgnęła po suknię.

Ze szkatułki na biżuterię wyjęła naszyjnik i kolczyki z perłami, prezent od Harriet. Agnes pewnie 

włoży brylanty, które dostała w prezencie zaręczynowym od lorda Roberta i których nie zwróciła 

po rozstaniu.

Cassandra wzięła torebkę, wachlarz z kości słoniowej i zeszła do salonu, żeby zaczekać na powóz 

Daniela.

Powóz przyjechał! - zawołała Prudence, tak podekscytowana, jakby to  ona sama jechała na bal. 

Podała  swej  pani  płaszcz  i  mufkę.  Schodki  powozu  były  już  opuszczone  i  Daniel  pomógł 

Cassandrze wejść do środka.

Usiadła obok Ruth, a Tom i Daniel naprzeciwko. Tom, wbrew własnej woli ubrany w koszulę z 

żabotem, ciasny żakiet i spodnie do kolan, wiercił się niespokojnie. Ruth w nowej sukni siedziała 

sztywno wyprostowana.  Od niedawna miała  krótką  fryzurkę  i  nie  była pewna,  czy  dobrze w  niej 

wygląda. Daniel najwidoczniej nie zapomniał ostatniego spotkania z Cassandra, bo zachowywał się 

chłodno i oficjalnie.

W  Mattick  Hall  obie  przybyłe  panie  zaprowadzono  do  pokoju  gościnnego,  gdzie  mogły  zdjąć 

płaszcze i poprawić fryzury. Ruth stała skrępowana, nie wiedząc, co robić.

-  Ślicznie  wyglądasz  -  zapewniła  ją  Cassandra,  przyglądali  jąć  jej  się  ze  wszystkich  stron.  -

Pięknie ci w tych krótkich włosach.

- Naprawdę? - Ruth przesunęła dłonią po odsłoniętym karku.

- Naprawdę. - Z niepokojem spojrzała na własną fryzurę, ale na szczęście wszystkie loczki dobrze 

zniosły podróż.

- Wygląda pani pięknie, panno Hampden - stwierdziła Ruth z przekonaniem. - Przyćmi pani pannę 

Parslow.

background image

112

- Mam nadzieję, że nie! Na pewno by jej się to nie spodobało wszyscy byśmy za to zapłacili.

Ruth  zachichotała.  Zwierzyła  się  Cassandrze,  że  po  świętach  będzie  pobierała  nauki  razem  z 

Rachel.

-  Tom  chce  wyjechać  do  szkoły  -  zakończyła  smutno.  -  Będzie  jednak  musiał  zaczekać  do 

września. Tymczasem zacznie lekcje z wikariuszem.

- Nie znam dobrze Toma, ale wydaje mi się, że doskonale będzie się czuł w szkole z internatem.

- Tak, chodzi mi tylko o to, że dotychczas zawsze byliśmy razem.

Cassandra poklepała ją po ręku.

- Wiem, co czujesz. Kiedy moja siostra Harriet opuściła dom, bardzo za nią tęskniłam.

Zeszły na dół.

Wielki  salon  państwa  Parslow  udekorowano  pękami  ostrokrzewu.  Dywan  został  zwinięty,  a  w 

końcu sali stało dwóch skrzypków, przygotowując się do grania. Cassandra skinęła im głową.

- To Joe Appleby i Phineas Wright - wyjaśniła. - Chyba ich nie znasz.

- Poznałam Barty’ego Wrighta.

- Phineas to jego starszy brat, pracuje w kuźni. Joe Appleby jest stolarzem.

Podeszły do pani Parslow i Agnes, które witały gości.

Agnes miała na sobie jasnoniebieską suknię, która podkreślała kolor jej oczu. Wyglądała ślicznie i 

doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Daniel patrzył na nią jak urzeczony. Pani Parslow coś do 

niego mówiła, on jej odpowiadał, ale widać było,  że robi to mechanicznie, co chwila zerkając na 

piękną blondynkę. Cassandra poczuła przykry ucisk w sercu.

Gospodyni powitała ich z uśmiechem, natomiast Agnes chłodno uścisnęła im dłonie.

- Bardzo mi miło - powiedziała znudzonym głosem. Dla niej to przyjęcie było jedynie okazją do 

tańca  z  Danielem.  Na  pewno  nie  będzie  zawracała  sobie  głowy  szukaniem  partnera  dla  Ruth. 

Słyszała  już,  że  dziewczyna  ma  chodzić  na  lekcje  razem  z  Rachel  i  wcale  nie  była  z  tego 

zadowolona. Wcale też jej się nie podobało, że Freddy podszedł i powiedział:

- Zaraz zaczną się tańce. Zatańczy pani ze mną, panno Darke?

- Ja? - zdziwiła się Ruth. - Ale ja nie umiem.

- Pokażę pani. Dziś będą głównie proste tańce ludowe.

- Szybko się pani nauczy. - Podał dziewczynie ramię i odprowadził ją w stronę innych gości.

Pan  Parslow  obserwował  córkę.  W  przyszłym  roku  powinna  już  wyjść  za  mąż,  pomyślał. 

Niedługo skończy dwadzieścia cztery lata, a dwadzieścia pięć to już staropanieństwo. Udawał, że 

zabiegi matrymonialne żony i córki wcale go nie obchodzą, ale bardzo mu zależało, żeby znalazł się 

jakiś  odpowiedni  kandydat  na  zięcia,  i  to  szybko.  Agnes  najwyraźniej  interesowała  się  panem 

Darke.  Zmarszczył  brew.  Lubił  go,  wiedział,  że  ma  spory  majątek,  ale  przecież  trudno  go  było 

nazwać dżentelmenem.

background image

113

Tak samo jak żona i syn, czuł do Agnes szacunek połączony z rezerwą. Nikomu o tym nie mówił, 

ale  czasami  przerażała  go  chłodna  determinacja  w  dążeniu  do  celu,  którą  widział  u  córki.  Teraz 

wyglądało na to, że znalazła, czego szukała, ale pan Parslow nie był z tego zadowolony. Patrzył, jak 

córka,  wsparta  na  ramieniu  Daniela,  odchodzi  na  parkiet.  Stojąca  obok  niego  Cassandra  również 

przyglądała się tej parze.

- Pan Darke to przystojny mężczyzna - stwierdził.

- To prawda - odrzekła krótko.

-  Agnes  potrafi  postawić  na  swoim  -  ciągnął  pan  Parslow.  -  Nie  mogę  powiedzieć,  żeby  ten 

związek  mi  się  podobał,  chociaż  to  bardzo  zamożny  człowiek.  Oczywiście,  nie  będę  stał  im  na 

przeszkodzie. - W końcu nie miał nic przeciwko panu Darke. Agnes wniosłaby w tej związek klasę, 

on pieniądze. Mogło być gorzej.

Cassandra nic nie odpowiedziała.

Z drugiej strony salonu obserwowali tę parę John i James Rye, synowie sir Thomasa i lady Rye z 

Heath Hall. Oni również ubiegali się o rękę panny Parslow i  do czasu przybycia nowego sąsiada 

cieszyli się jej względami. Obaj patrzyli na Daniela z wyraźną niechęcią.

- Kto to w ogóle jest? - dociekał John.

-  Zwykły  fabrykant  -  burknął  James.  Był  zirytowany,  ale  znał  swoje  obowiązki.  Podszedł  do 

siedzącej  obok  matki  Sary  Freese  i  zaprosił  ją  do  tańca.  Po  chwili  John  i  Rachel  dołączyli  do 

tańczących.

Pan Parslow podszedł do pana Freese. Teraz stali i patrzyli na Cassandrę.

-  Zawsze  było  mi  żal  panny  Hampden  -  stwierdził  pastor.  -  Szkoda,  że  nie  zadebiutowała  w 

towarzystwie  tak  jak  siostra.  Przez  to  musiała  wyjść  za  tego  Francuza.  To  piękna  kobieta,  choć 

pewnie ma już  ze  trzydzieści lat.  - Nie wiedział  dokładnie, co przydarzyło  jej się we Francji, ale 

wróciła stamtąd o wiele bardziej pewna siebie.

- Nie tańczysz, Freese?

- Ależ tak. Poproszę panią Parslow.

- Dobrze. W takim razie ja zaproszę pannę Hampden.

Daniela  ogarnął  dziwny  nastrój.  Nie  potrafił  oderwać  oczu  od  Agnes,  jej  srebrzystych  loków, 

szafirowych oczu, twarzy, figury - była ucieleśnieniem marzeń każdego mężczyzny. Właśnie. Miał 

wrażenie, że to wszystko mu się śni, że nie jest do końca prawdziwe.

Agnes  roztaczała  cały  swój  urok.  Zerkała  na  niego,  uśmiechając  się  ukradkiem,  ale  przede 

wszystkim flirtowała ze wszystkimi, jakby to była jakaś przyjemna, niepoważna gra. Nie zgodziła 

się też na więcej niż dwa tańce.

- Ależ panie Darke, to by było zupełnie niestosowne! - zawołała. - Uśmiechnęła się przez ramię do 

background image

114

Johna Rye i znów spojrzała na Daniela. - Powinien pan zatańczyć z panną Hampden.

- Z panną Hampden! - powtórzył z niechęcią. - Raczej nie.

Agnes  uśmiechnęła  się  triumfalnie.  Nie  podobało  jej  się,  że  Cassandra  prezentuje  się  tak 

elegancko we francuskiej sukni.

- No, tak - ciągnęła. - W domu hrabiego odebrała takie nietypowe wychowanie. Nic dziwnego, że 

stała się zrzędą. Trzeba okazać jej wyrozumiałość.

- Zrzędą? - Daniel zmarszczył brwi.

- No, wie pan. Ma naturę starej panny. - Agnes doszła do wniosku, że dość już powiedziała. To 

powinno zniechęcić Daniela do tańców z Cassandra. - Och, nie powinnam się o niej tak wyrażać -

dodała ze skruszoną minką.

- Wolałbym rozmawiać o pani - odrzekł Daniel, wpatrzony w jej białą szyję, która aż prosiła się o 

pocałunek. Agnes roześmiała się.

- Nic z tego. Zbliża się John Rye. Obiecałam mu taniec.

Daniel musiał odejść jak skarcony uczniak. Rozejrzał się po sali, starając się zebrać myśli. Ruth 

rozmawiała wesoło z panem Freese i Sarą. Tom siedział z boku, obejmując jakiegoś wielkiego psa, 

i rozmawiał z nieznaną Danielowi dziewczynką.

Przez  chwilę  przyglądał  się  Cassandrze,  tańczącej  z  panem  Thomasem  Rye.  Wyglądała  dziś 

zupełnie  inaczej.  Zwykle  widywał  ją  w  tym  dziwacznym  turbanie  i  zaplamionym  farbą  fartuchu. 

Zdziwiony  zauważył,  że  w  połyskliwej,  ciemnoniebieskiej  sukni  prezentuje  się  wyjątkowo 

atrakcyjnie.  Zapamiętał  ją  sobie  jako  dziwaczną  czarownicę  z  wieży,  a  teraz  nagle  zdał  sobie 

sprawę, że jest całkiem inna i na dodatek pasuje do tego towarzystwa o wiele bardziej niż on.

Postanowił spełnić swój towarzyski obowiązek. Podszedł do pani Parslow i poprosił ją do tańca.

O ósmej podano kolację w sąsiedniej sali. Pani  Parslow ugościła wszystkich bardzo wystawnie. 

Na pięknie nakrytych stołach podano paszteciki  z krewetkami, ostrygi, pieczoną szynkę i indyka, 

sałaty, stosy owoców i orzechów. Na bocznym bufecie pyszniły się torty, ciasta i ciasteczka oraz 

misy galaretek, zastygłych w pięknych formach.

Tom w towarzystwie małej Mary Rye patrzył okrągłymi oczami na bezy i tort. Jeszcze nigdy w 

życiu nie widział tyle jedzenia naraz. Mary zerkała łakomie na galaretkę.

Wszyscy przeszli do jadalni i zgromadzili się wokół stołów.

- Siadaj tutaj. - Tom wskazał dziewczynce krzesło. - Zaraz ci coś przyniosę. Na co masz ochotę?

-  Na  kawałek  tortu  z  likierem  -  zadecydowała  od  razu.  -  I  porcję  galaretki  owocowej.  Tej 

czerwonej.

Tom  wystartował  natychmiast,  zręcznie  przepchnął  się  do  stołu  i  po  chwili  Mary  zajadała 

smakołyki.  Tom  ukradkiem  nakarmił  psa  gospodarzy pasztecikiem  z.  krewetkami, który zupełnie 

background image

115

mu nie smakował.

Cassandra  siedziała  sama,  jedząc  indyka  i  sałatkę.  Tańczyła,  lub  obiecała  taniec  każdemu  z 

obecnych  panów  oprócz  Daniela  i  zastanawiała  się,  dlaczego  jej  unika.  Owszem,  zajmowała 

Belvedere Tower, ale miała do tego prawo. Czyżby aż tak jej nie lubił, że nie mógł się zmusić do 

spełnienia towarzyskiego obowiązku, jakim było zaproszenie jej do tańca?

Odsunęła  ostatni  kawałek  indyka  na  brzeg  talerza.  Nie  była  głodna.  Szpilki  kłuły  ją  w  głowę  i 

miała ochotę wracać do domu.

Nagle  uświadomiła  sobie,  że  straciła  swoją  pozycję  gospodyni  Juniper  Park  i  związane  z  tym 

zajęcia.  Teraz  nie  miała  tego  czym  zastąpić.  Kiedy  skończy  malowidło  na  ścianie  i  urządzi  całą 

wieżę, nie będzie miała co robić. Nie była ani żoną,  ani matką, prowadzenie obecnego domu  nie 

wymagało wielkiego wysiłku, a w sprawach Juniper Park nie miała nic do powiedzenia.

Znów pomyślała o Danielu. Jeśli nawet jeszcze nie kochał Agnes, to wkrótce ją pokocha, a wizja 

panny Parslow jako gospodyni Juniper Park była trudna do zniesienia. Postanowiła, że jeśli tak się 

stanie, to  odsprzeda Danielowi  prawa do wieży i  wyjedzie do Bath albo  poszuka  jakiegoś lokum 

bliżej siostry. Nie chciała patrzeć, jak Agnes panoszy się w jej dawnym domu.

- Mogę usiąść obok pani?

Podskoczyła i zarumieniła się. To był Daniel.

- O...oczywiście.

- Czy to  pani  mam dziękować za  poddanie  pani  Freese pomysłu, żeby Ruth  uczyła się  razem z 

Rachel?  -  spytał.  Zgodził  się  na  to,  ponieważ  Ruth  bardzo  tego  chciała,  ale  winił  Cassandrę  za 

wtrącanie  się  w  jego  sprawy.  Zwłaszcza  że  panna  Parslow  oznajmiła  mu  lekkim,  ale  chłodnym 

tonem: „Jaka szkoda! Miałam nadzieję, że panna Ruth skorzysta z dobrodziejstw porządnej szkoły 

dla dziewcząt”.

Cassandra pokręciła głową.

- O ile wiem, pani Freese i Rachel same to wymyśliły, ale bardzo się z tego cieszę. Są dzieci, na 

przykład Tom, które rozkwitają w szkołach z internatem. Wydaje mi się jednak, że Ruth czułaby się 

tam  onieśmielona,  może  nawet  byłaby  prześladowana  przez  koleżanki.  Dziewczęta  w  tym  wieku 

potrafią być okrutne i złośliwe. - Agnes nigdy z tego nie wyrosła, dodała w myślach.

- Myślałem, że pani to zasugerowała - upierał się Daniel.

- Nie, ale uważam, że takie rozwiązanie będzie korzystne dla obu dziewcząt.

- Wątpię, czy towarzystwo Ruth może coś dać pannie Rachel.

- Znów nie mogę się z panem zgodzić - odparła z uśmiechem. - Rozmawiałam niedawno z pańską 

córką. Jest  dla  mnie  oczywiste,  że  z  niezwykłą  jak  na  swój  wiek  mądrością  podchodzi  do  spraw 

prowadzenia gospodarstwa domowego. Rachel to kochana dziewczyna, ale na razie myśli tylko o 

przyjęciach i sukniach.

background image

116

Daniel gwałtownie ściągnął brwi.

- Czy Ruth opowiadała pani o swoim dawnym życiu w Yorkshire?

Pokręciła głową.

- Nie pamiętam już, jak się zaczęła ta rozmowa. Opowiadałam jej o czasach, kiedy mieszkałam w 

Juniper  Park,  i  o  tym,  jak  zarządzałam  gospodarstwem,  zmagając  się  z  rozrzutnością  hrabiego. 

Czasami trudno było związać koniec z końcem. Ruth rozumiała ten problem doskonale i dorzuciła 

kilka słusznych uwag. To wszystko.

Daniel  rozluźnił  się.  Najwyraźniej  panna  Hampden  nie  znalazła  w  słowach  jego  córki  nic 

niezwykłego. Nagle zdał sobie sprawę, że rozmawiając z Agnes, musiał bardzo starannie dobierać 

słowa.

Ruth zobaczyła ich razem i podeszła.

- Dobrze się bawisz? - zapytał ją.

-  O,  tak.  Nauczyłam  się  tylu  tańców.  Nie  wiem,  jak  ja  je  wszystkie  spamiętam.  -  Oczy  jej 

błyszczały.

- Odwróć się na chwilę - poprosiła Cassandra i jeszcze raz zawiązała jej szarfę w ładną kokardę. -

Teraz lepiej.

- Zaraz znów zaczną grać - ciągnęła Ruth. - Ten taniec obiecałam Freddy’emu.

- Freddy’emu? - zdziwił się Daniel.

- No, dobrze. Panu Frederickowi Parslow. - Spojrzała na ojca, skrzywiła się zabawnie i odbiegła.

Daniel widział, jak Freddy wziął ją za rękę i poprowadził do salonu.

- Wolałbym, żeby zbytnio nie ośmielała tego młodego nicponia - stwierdził. Pomyślał, że gdyby 

Ruth wyjechała do szkoły, nie byłoby takich problemów.

Cassandra otworzyła usta, ale zaraz je zamknęła.

-  No,  dobrze.  -  Daniel  spojrzał  na  nią  trochę  rozbawiony.  -  Co  tym  razem  chce  mi  pani 

powiedzieć?

- Ruth ma czternaście lat i cieszy się swoim pierwszym sukcesem towarzyskim - ostrożnie rzekła 

Cassandra. - Freddy skończył lat dwadzieścia jeden i nudzi się w domu, gdzie nie ma nic do roboty, 

a  na  dodatek  terroryzuje  go ojciec  i...  inni  członkowie rodziny.  Być może  nie  wie  pan,  że  błagał 

ojca, żeby mu pozwolił studiować muzykę, ale na próżno. Pan Parslow sądzi, że muzykowanie nie 

jest zajęciem godnym dżentelmena, a na dodatek uważa je za wybitnie niemęskie.

- I tu się z nim zgadzam!

- Gdyby pozwolono mu zająć się muzyką, byłby szczęśliwszy i spokojniejszy - cierpliwie mówiła 

dalej. - Bardzo dobrze gra na kilku instrumentach i regularnie ćwiczy. Doskonale sobie wyobrażam, 

że  w  przyszłości  mógłby  zostać  statecznym ziemianinem,  który  dla  rozrywki  muzykuje w  gronie 

przyjaciół o podobnych zainteresowaniach. Nie widzę w tym nic złego.

background image

117

-  Nie  chcę,  żeby  się  kręcił  koło  Ruth  -  nie  ustępował  Daniel.  -  Powiem  jej,  że  to  się  musi 

skończyć.

Przynajmniej interesuje się córką, pomyślała Cassandra, a głośno powiedziała:

- Niech mi pan powie, panie Darke, gdyby pan miał czternaście lat i ktoś wystąpiłby wobec pana z 

podobnym zakazem, co by pan zrobił?

Daniel uśmiechnął się mimo woli.

- Rozumiem, co pani ma na myśli, i muszę przyznać pani rację. - Sala jadalna niemal opustoszała, 

z salonu dobiegały dźwięki muzyki. - Czy mogę prosić panią do tańca? - spytał Daniel.

Gdy przeszli razem do salonu, Cassandra z satysfakcją dostrzegła niezadowoloną minę Agnes.

Na dzień przed wyjazdem z zaniku pani de Flagy wręczyła Claude’owi list.

- Pokaż go mojemu prawnikowi - poleciła. - Wypłaci ci wymienioną w nim sumę.

Claude  zerknął  na  pismo.  Kuzynka  przyznała  mu  trzysta  franków  miesięcznie  i  zaliczkę  w 

wysokości stu franków.

-  Dziękuję.  Jesteś  bardzo  hojna,  kuzynko.  -  W  rzeczywistości  było  to  dużo  mniej,  niż  dała  mu 

przedtem. Sto franków! Przecież za chłopca zapłacił siedemdziesiąt pięć. Dżentelmen nie utrzyma 

się za trzysta franków miesięcznie.

W swoim pokoju z rosnącą irytacją przeczytał list jeszcze raz. Był pewien, że kuzynkę stać było 

na przyznanie mu o wiele większej sumy.

Dwie  godziny  później,  kiedy  pani  de  Flagy  pojechała  z  wizytą,  Claude  przeszukał  jej  biurko, 

znalazł papier listowy i zabrał się do pisania własnej wersji listu. Na podróż dała mu kiedyś trzysta 

franków,  więc  teraz  mogła  dać  tyle  samo.  Zdecydował,  że  miesięcznie  powinien  otrzymywać 

pięćset franków. Jej pismo było tak niewyraźne, że trójkę z łatwością można było pomylić z piątką. 

Pan  Charpentier,  nieśmiały  człowieczek,  na  pewno  nie  będzie  kwestionował  polecenia  pani  de 

Flagy.  Claude  potrafił  tak  dobrze  kopiować  pismo  ciotki,  że  prawnik  nie  będzie  podejrzewał 

oszustwa. W dodatku zapieczętuje je pieczęcią kuzynki. To powinno wystarczyć.

Agnes była niemal pewna, że w przeszłości Ruth kryje się jakiś sekret, który pozwoli jej usidlić 

Daniela. Kiedyś już udał jej się podobny wybieg. Kiedy zna się czyjąś tajemnicę, ma się nad nim 

władzę.  Tak  było  z  lordem  Robertem.  Zagroziła  mu  oskarżeniem  o  niedotrzymanie  obietnicy 

małżeństwa i w ten sposób zdobyła trzy tysiące funtów. Wszystko poszło dobrze dzięki temu, że nie 

wpadła w pułapkę chciwości. Łatwo mogła uzyskać więcej, gdyby rzeczywiście poszła do sądu, ale 

była rozważna. Taki krok mógłby się na niej zemścić - doprowadziłby lorda Roberta do ruiny, a jej 

przysporzył potężnych wrogów.

Z  panem  Darke  sprawa  przedstawiała  się  nieco  inaczej.  Agnes  chciała  zdobyć  znaczną  sumę 

background image

118

pieniędzy, ale też wyjść za niego za mąż i mieć nad nim stałą władzę. Jedyną przeszkodą była ta 

nieznośna dziewczyna, która nie chciała puścić pary z ust.

Agnes  spodziewała  się,  że  Ruth  dołączy  do  grona  jej  adoratorek,  jak  Sara  i  Rachel,  lecz  ku  jej 

irytacji tak się nie stało. Musiała zastosować inną taktykę.

W świąteczny poranek, kiedy wybierali się do kościoła, Agnes zagadnęła matkę:

- Wiesz, mamo, tak sobie myślałam, że  powinnam coś zrobić  dla biednej Ruth  Darke. Jest  taka 

nieobyta. Co byś powiedziała, gdybym zaprosiła na herbatę pana Ibbotsona? Jestem pewna, że to by 

nieco poprawiło jej maniery.

Pan  Ibbotson  był  emerytowanym  nauczycielem  tańca  i  mieszkał  w  Farnham.  Kiedy  Agnes 

przygotowywała  się  do  swojego  pierwszego  sezonu,  dał  jej  kilka  lekcji,  nie  tylko  jak  tańczyć 

kadryla, ale też jak się kłaniać z wdziękiem, jak chodzić elegancko i jak siadać. Agnes była pewna, 

że  pan  Ibbotson  z  przyjemnością  udzieli  podobnej  lekcji  Ruth,  a  poza  tym  Daniel  na  pewno  to 

doceni.

- Ale wiesz, moja droga, nie jesteś spokrewniona z panną Darke - zmartwiła się pani Parslow. -

Może  się  wydawać,  że...  -  chciała  dodać:  że  wtrącasz  się  w  cudze  sprawy,  ale  powstrzymało  ją 

lodowate spojrzenie córki.

-  Robię  to  tylko  dla  dobra  Ruth  -  oświadczyła  chłodno.  Kiedy  po  nabożeństwie  oznajmiła 

wszystkim o swoich planach, jedynie Ruth odniosła się do nich niechętnie.

- To bardzo miło z pani strony - stwierdził Daniel, podziwiając urodę Agnes. Na pewno nie zadaje 

sobie tyle trudu tylko ze względu na Ruth. Coś mu mówiło, że robi to również dla niego. Co za miła 

odmiana po Barbarze Lorrimer.

- W takim razie wszystko postanowione - oznajmiła Agnes z uśmiechem. Zwróciła się do Ruth i 

dodała:  -  Bardzo  miło  wspominam  lekcje  z  panem  Ibbotsonem.  Co  prawda,  wyglądał  śmiesznie, 

kiedy mi pokazywał, jak trzepotać wachlarzem lub składać ukłon, ale nie miał innego wyjścia.

Jaki ona ma niedobry charakter, pomyślała Ruth, uśmiechając się chłodno.

Kilka  dni  później  pojechała  na  lekcję  do  Mattick  Hall.  Wprowadzono  ją  do  dawnego  pokoju 

lekcyjnego  Agnes,  gdzie  została  przedstawiona  panu  Ibbotsonowi,  eleganckiemu  mężczyźnie  w 

staromodnym stroju.

Skłonił się przed nią wytwornie, a Ruth jak zwykle dygnęła.

- Widzi pan? - odezwała się Agnes. - Ona dyga jak prosta służąca.

Ruth zaczerwieniła się po same uszy.

-  Dzisiaj  skupimy  się  na  trzech  rzeczach:  ukłonie,  powitaniu  z  osobą  równą  nam  stanem  i  na 

pożegnaniu - zapowiedział nauczyciel.

- Tak jest - odrzekła Ruth. Z ulgą zauważyła, że pan Ibbotson patrzy na nią życzliwie.

- Nie „tak jest”, tylko „tak, proszę pana” - poprawiła ją Agnes. Lekcja się zaczęła.

background image

119

- Powitanie. Wydaje mi się, moja droga, że nie przyzwyczaiłaś się jeszcze do bycia panną Darke z 

Juniper Park. Mam rację?

- Jestem nią od niedawna - odparła Ruth ostrożnie. Widziała, że panna Parslow przygląda się jej 

chłodno i drapieżnie. A więc po to zorganizowała tę lekcję. Naprawdę chce się czegoś dowiedzieć.

- Panna Darke mieszkała do niedawna w zupełnie innym otoczeniu - powiedziała Agnes. - Proszę 

opowiedzieć o tym panu Ibbotsonowi.

- To nie będzie konieczne - wtrącił nauczyciel, uśmiechając się do Ruth pokrzepiająco. - Ważne 

jest to co teraz. Proszę bardzo, zaczynamy od powitania...

Kiedy lokaj zawiadomił ich, że pan Darke przybył po córkę, Ruth była napięta jak struna, a oczy 

Agnes ciskały gromy. Przeklęta dziewczyna nie zdradziła się ani słowem. Żeby dać upust swojemu 

niezadowoleniu, Agnes nie zaprosiła nauczyciela na zwyczajową herbatę.

Daniel natomiast był zachwycony. Ruth weszła do salonu jak królowa, wysunęła rękę, wdzięcznie 

przechyliła głowę na bok i powiedziała:

- Papa! Jak miło cię widzieć.

Daniel roześmiał się.

-  Ty  figlarko!  -  Uścisnął  ją  krótko.  -  Jestem  bardzo  wdzięczny,  panno  Parslow.  Lekcja  była 

przyjemna? - zwrócił się do córki.

- Bardzo  pouczająca -  odrzekła.  Najwyraźniej  tego popołudnia  posiadła  również  sztukę  ironii.  -

Mam wrażenie, że teraz znam pannę Parslow o wiele lepiej.

- I na pewno cenisz ją... tak jak ja. - Daniel uśmiechnął się do Agnes.

- Cenię ją tak, jak na to zasługuje - powiedziała słodko Ruth.

Tego dnia Ruth miała wrażenie, że za chwilę eksploduje, jeśli z kimś nie porozmawia. Nikt nie 

mógł jej pomóc, ponieważ oprócz ojca i Toma nikt nie znał jej tajemnicy. Rozmowa z ojcem była 

wykluczona. Jak mogła go spytać, dlaczego nie poślubił matki albo dlaczego w Yorkshire prawie 

nie przyjmował do wiadomości istnienia swoich dzieci? Tom też nic by jej nie pomógł. Najwyżej 

poradziłby jej, żeby skłamała.

Jednak kłamstwa zawsze przychodziły jej z trudem. Rumieniła się, jąkała i to ją zdradzało.

Doszła do wniosku, że jedynie Cassandra ją zrozumie i nie zdradzi. I chyba nie potępi jej za to, że 

jest  nieślubnym  dzieckiem.  Ciężko  jej  było  dotrwać  do  następnego  dnia,  a  wcześniej  nie  mogła 

odwiedzić Belvedere Tower.

Cassandra  słyszała  o  lekcji  z  panem  Ibbotsonem  i  ciekawiło  ją,  jak  Ruth  sobie  poradziła,  ale 

zdziwiła się, kiedy dziewczyna wpadła do holu jak burza.

- Muszę z panią porozmawiać - oznajmiła od progu, wyraźnie zdesperowana.

- Chodź na górę - zaprosiła Cassandra. - Tam będziemy miały spokój.

background image

120

Ruth usiadła, kurczowo splotła dłonie na kolanach, a po chwili wyszeptała:

-  Panno  Hampden,  chcę  pani  coś  powiedzieć,  ale  proszę  obiecać,  że  nikomu  pani  tego  nie 

powtórzy.

- Obiecuję.

Ruth wzięła głęboki oddech.

- Jestem dzieckiem z nieprawego łoża. Tom również. Ojciec nigdy nie poślubił naszej matki.

-  To  nie  twoja  wina  -  łagodnie  odrzekła  Cassandra.  Od  razu  przyszło  jej  na  myśl,  że  jeśli  pan 

Darke  ubiega  się  o  rękę  Agnes,  to  wkracza  na  niebezpieczny  grunt.  Nie  wyobrażała  sobie,  żeby 

panna Parslow zaakceptowała dwoje bękartów. Ruth odetchnęła z ulgą.

- Musiałam z kimś o tym porozmawiać - wyznała. - Panna Parslow stale mnie wypytuje. Wiem, że 

coś podejrzewa.

-  Lepiej  by  było,  gdyby  panna  Parslow  o  tym  nie  wiedziała.  -  Biedna  dziewczyna,  pomyślała 

Cassandra. Znalazła się w wyjątkowo trudnym położeniu, a Agnes mogła łatwo to wykorzystać. - Ja 

też ci zdradzę własny sekret. Tak będzie uczciwie.

Ruth  z  szeroko  otwartymi  oczami  wysłuchała  historii  o  małżeństwie  Cassandry,  ucieczce  z 

Verdim, stracie dziecka i wreszcie o ostatnich wydarzeniach.

- Próbował panią udusić? - przeraziła się Ruth. - To straszne!

- Przez tydzień musiałam nosić szalik na szyi, żeby ukryć sińce.

- Tak mi szkoda pani synka - dodała Ruth po chwili zadumy. - Nadal tęsknię za matką. Co gorsza, 

nie mogę o tym rozmawiać z ojcem, a Tom już zaczyna zapominać.

- Tyle sekretów - stwierdziła Cassandra. - I wszystkie takie bolesne. Ludzie w okolicy oczywiście 

wiedzą, że jestem mężatką. Mąż przyjechał do Juniper Park prosić hrabiego o moją rękę. To nie jest 

tajemnica. Ale o dziecku nie wie nikt. Nie zniosłabym rozmów na ten temat. Powiedziałam tylko 

pani Freese.

Ruth wróciła do domu pocieszona.

Złotozęby mieszkał  w cuchnącym zaułku na tyłach Great Peter Street w dzielnicy Westminster. 

Jego pokój w rozpadającym się budynku był w trochę lepszym stanie niż inne, ponieważ w oknach 

brakowało tylko kilku szyb, a sufit jeszcze się trzymał. W kominku płonął mizerny ogień, obłoczki 

brunatnego  dymu  wpełzały  do  pokoju.  Złotozęby  siedział  otulony  kawałkiem  worka,  trzymając 

nogi na rozgrzanych cegłach. Był w złym humorze.

Miał nadzieję, że Uzzell się wystraszy i nie upomni się o swoje pieniądze. Kiedy musiał zapłacić 

mu  resztę  należności,  wpadł  we  wściekłość  i  jego  gniew  przez  ostatnie  tygodnie  wcale  się  nie 

zmniejszył.

Kiedy  Moley  stwierdził,  że  leśniczy  żądał  tylko  tyle,  ile  mu  obiecali,  Złotozęby  bardzo  się 

background image

121

zdenerwował.

- Jesteś tchórzem?- zapytał kompana.

- No, nie! - Moley roześmiał się sztucznie. - Nie chcę mieć kłopotów, i tyle.

-  Przecież  go nie  zabiję  -  warknął  Złotozęby.  -  Ale  muszę  go  nauczyć,  że  należy mi  się  trochę 

szacunku.

- Coś wymyśliłeś? - zaciekawił się Moley.

- Tak mi przyszło do głowy, że Uzzell pewnie ma jakąś skrytkę na pieniądze. Następnym razem 

pójdę za nim do domu. Pan leśniczy musi dostać lekcję.

Gdy Claude wyjechał z zamku de Flagy, miał trzysta franków i dwadzieścia funtów w angielskim 

złocie. Pan Charpentier okazał się wyjątkowo łatwowierny. Claude pożegnał się z kuzynką, która 

rozstawała się z nim bez żalu.

Pojechał prosto nad kanał i w wiosce na zachód od Dieppe znalazł rybaka, chętnego do wyprawy 

na drugi brzeg.

O wschodzie słońca wylądował na angielskim wybrzeżu, dwie mile od Worthing. Dzień wstawał 

mroźny  i  nagie  szkielety  drzew  lśniły  od  szronu.  Owiał  go tak  lodowaty  wiatr,  że  wzdrygnął  się 

nerwowo, ale zaraz się uspokoił.  Znał te okolice, nawet spacerował tu  kiedyś z  Cassandrą. Teraz 

musiał tylko się rozgrzać, coś zjeść i wynająć konia. Pierwszy etap podróży miał już za sobą.

8

Daniel postanowił dokładnie poznać swoją posiadłość. Swoją fabrykę w Skipton znał doskonale, 

nie tylko maszyny, ale i ludzi. Postępował z pracownikami surowo, lecz sprawiedliwie.

Co rano kazał przyprowadzać bryczkę pod dom i ruszał na objazd. Dzisiaj postanowił obejrzeć las 

przylegający do drogi na Farnham. Po drodze zatrzymał się, żeby zamienić słowo z Tomem Hillem, 

który nadzorował pracę przy naprawie domu Jacksonów. W końcu dotarł do lasu, przywiązał konia 

do słupka przy drodze i dalej ruszył pieszo.

Od razu zauważył, że zawiasy furtki przy ogrodzeniu są dobrze naoliwione, i przypomniał sobie 

ostrzeżenia  Cassandry  na  temat  Uzzella.  Nie  uwierzył  jej,  ale  to  wydało  mu  się  podejrzane.  Nie 

spostrzegł też wokół zbyt wiele zwierzyny, zaledwie jednego czy dwa króliki.

Natknął  się  na  starą  chatę  z  zasłoniętymi  oknami.  Poruszył  klamką,  ale  drzwi  były  zamknięte. 

Obszedł  chatę  dokoła  i  sprawdził,  czy  pod  parapetem  nie  ma  klucza.  Nic  nie  znalazł.  Nagle 

spostrzegł kawałek drewna wystający spod strzechy - za nim ktoś ukrył klucz.

Daniel  otworzył  drzwi  i  wszedł  do  środka.  Na wbitych w  ściany  i  belki  hakach wisiały króliki, 

zające, bażanty, i przepiórki i gołębie.

background image

122

Ktoś  korzystał  z  chaty  regularnie,  bo  na  podłodze  było  mnóstwo  zaschniętej  krwi,  a  zwierzyna 

wydawała się świeża.

Daniel wyszedł na zewnątrz, zamknął drzwi, a klucz odłożył na miejsce.

Wracał  na  skraj  lasu,  czując,  jak  narastający  gniew  ściska  mu  żołądek.  Nie  znosił,  kiedy  go 

oszukiwano,  a  to  na  pewno  była  sprawka  Uzzella.  Ilu  mieszkańców  wsi  było  z  nim  w  zmowie? 

Komu mógł zaufać?

Nagle  przypomniał  sobie,  jak  pan  Parslow  mu  radził,  żeby  o  sprawy  posiadłości  pytał  pannę 

Hampden. Znów ta kobieta.

Wsiadł  do  bryczki  i  odjechał,  mocno  zamyślony.  Poszedł  prosto  do  biblioteki,  chwycił  pióro  i 

napisał list.

Odkryłem, że stara chata w lesie przy drodze do Farnham jest zamknięta. Czekaj tam na mnie o 

wpół do trzeciej i przynieś klucz. D. Darke.

Złożył kartkę, zapieczętował, a na wierzchu napisał nazwisko odbiorcy: Uzzell.

Zaczął pisać list do panny Hampden, ale się zawahał. Ostatnim razem, kiedy poprosił ją o radę, 

skończyło się to dość nieprzyjemnie. Dlaczego wtedy niemal wyrzucił ją z domu? Dlaczego zawsze 

tak zachodziła mu za skórę?

Nie, nie powinien do niej pisać. Osobiście wybierze się do Belvedere Tower. Zrobi przynajmniej 

tyle. Wstąpi tam po lunchu, w drodze na spotkanie z leśniczym.

Zadzwonił na służącą, a kiedy się zjawiła, polecił jej natychmiast przekazać list Uzzellowi.

Rozległ się gong i Daniel przeszedł do jadalni. Zastał tam tylko córkę.

-  Wychodzisz  dziś  po  południu,  ojcze?  -  zapytała  nieśmiało.  Było  jej  przykro,  że  nigdy  nie 

zaproponował, żeby z nim pojechała.

- Muszę się spotkać z Uzzellem i wstąpić do panny Hampden, żeby ją o coś spytać.

- Panny Hampden nie ma. Pojechała odwiedzić lady Rye. Daniel zaklął w duchu.

-  Może  to  i  lepiej  -  stwierdził.  -  Sam  nie  wiem  dlaczego,  ale  często  mam  ochotę  ją  udusić.  Co 

takiego powiedziałem? - zdziwił się, widząc, że córka zbladła.

- Mąż panny Hampden zjawił się tu kilka tygodni temu i próbował ją udusić! - wybuchnęła bez 

namysłu. - Uratowały ją pani Wagstaff i Prudence. Przez tydzień nosiła na szyi szalik, żeby ukryć 

sińce.

- Naprawdę? Jesteś tego pewna? - Wszystko to brzmiało niedorzecznie.

- O, tak. Sama mi powiedziała. Bił ją, kiedy jeszcze mieszkali razem.

- Nie pojmuję, dlaczego ci to wszystko opowiadała.

-  Ponieważ  ja  jej  zdradziłam  swój  sekret!  -  buńczucznie  odparła  Ruth.  Daniel  patrzył  na  nią 

background image

123

osłupiały - Uznała, że tak będzie uczciwie. Wyznałam jej, że jestem twoim nieślubnym dzieckiem... 

i wcale tego nie żałuję. Gdybym tego komuś nie powiedziała, chybabym oszalała. Panna Hampden 

pocieszyła mnie, że to nie moja wina. Jej to nie robi żadnej różnicy.

Daniel odwrócił wzrok. Ogarnęło go przerażenie. Że też akurat panna Hampden musiała się o tym 

dowiedzieć. Z trudem zachował panowanie nad sobą.

-  Ruth,  jestem  z  ciebie  bardzo  niezadowolony.  Nawet nie  wiesz,  jak  bardzo  sobie  zaszkodziłaś. 

Twoje szanse na przyszłość...

- Nic mnie to nie obchodzi! Nie chciałabym poślubić człowieka, który potępiałby mnie za coś, na 

co nie miałam wpływu. - Spojrzała na niego z oburzeniem. - To ty powinieneś się tłumaczyć, ja nie 

mam z czego.

- Jeśli nie potrafisz zwracać się do mnie z szacunkiem, to lepiej wyjdź - oświadczył surowo.

- Na szacunek trzeba zasłużyć - odpaliła córka. - Mogłeś ożenić się z mamą, byłeś kawalerem. Ale 

tak ci było wygodniej.

- Ruth... - z wściekłością zaczął Daniel. Wstała.

- Przepraszam, że byłam niegrzeczna, ale nie żałuję tego, co powiedziałam. - I wybiegła z pokoju, 

dumnie unosząc głowę.

Daniel patrzył za nią osłupiały. Co w nią wstąpiło? Była taka nieśmiała, aż tu nagle zmieniła się w 

złośnicę. Znów dostrzegł w niej odbicie Meg. Siostra również śmiało wygłaszała swoje zdanie, jeśli 

według niej coś było niesprawiedliwe. Musiał przyznać, że córka miała wiele racji.

Tylko jak on teraz spojrzy w oczy pannie Hampden?

Uzzell  kończył  właśnie  południowy  posiłek,  złożony  z  chleba  z  boczkiem.  Był  bardzo 

zadowolony z siebie. Dał oszustowi nauczkę i Złotozęby na pewno już go więcej nie oszuka.

Kiedy posłaniec przyniósł wiadomość, leśniczy przeczytał ją wolno. Potem przeczytał ją jeszcze 

raz.  Gdy  podniósł  głowę,  był  blady  jak  ściana,  a  serce  łomotało  mu  w  piersi.  Co  robić? 

Wszystkiego się wyprzeć?

Skoczył na równe nogi i z kieszeni kamizelki drżącą ręką wyjął zegarek. Minęła pierwsza. Została 

mu niespełna godzina. Ubrał się szybko i wybiegł z domu. Osiodłał Gniadą Betty, przytroczył do 

siodła sakwy, wziął kłębek sznurka, kilka worków i pogalopował do lasu.

Po kwadransie był już w chacie wypalaczy węgla. Musiał szybko pozbyć się towaru. Gdyby udał, 

że nic nie wie o tej kryjówce, straciłby pracę za niedbalstwo i nie mógłby dalej uprawiać swojego 

procederu. Jeśli zaś zdoła schować zwierzynę, będzie miał jeszcze szansę.

Przeklęty  Darke,  zaklął  w  duchu.  Dlaczego  to  musiało  się  stać  akurat  dzisiaj?  Pojutrze  cała 

zwierzyna miała już stąd zniknąć.

Gorączkowo upychał dziczyznę z sakwach. Klacz, wyczuwając krew, nerwowo przestępowała z 

background image

124

nogi na nogę, więc krzyknął na nią głośno, lecz wtedy stała się jeszcze bardziej niespokojna. Nie 

miał rady, musiał przemówić do niej łagodnie.

Kiedy  sakwy  były  już  pełne,  upchnął  resztę  zwierzyny  w  workach  i  przytroczył  do  siodła. 

Zamknął  drzwi,  schował  klucz  do  kieszeni  i  poprowadził  Betty  w  głąb  lasu.  Znał  miejsce,  gdzie 

drzewo  zwaliło  się  na  kamienny  mur,  tworząc  wygodną  kryjówkę.  Tam  schowa  towar,  nakryje 

workami  i  przywali  kamieniami.  Przez  kilka  godzin  zwierzyna  będzie  bezpieczna.  Kiedy  Darke 

odjedzie, z powrotem przywiezie wszystko do chaty.

O wpół do trzeciej z uśmiechem powitał Daniela na miejscu.

- Czyja to chata? - spytał Daniel.

-  Wypalaczy  węgla.  Nie  wiem,  dlaczego  jest  zamknięta.  Kiedyś  korzystali  z  niej  robotnicy 

pracujący przy zalesianiu,  ale wydaje mi się, że przez ostatnie lata nikt jej nie używał. - Za dużo 

gadam, pomyślał.

Danielowi ta paplanina również wydała się podejrzana.

-  Klucz  -  powiedział  i  wyciągnął  rękę.  Leśniczy  sięgnął  do  kieszeni  i  spełnił  jego  polecenie.  -

Gdzie go trzymasz?

- U siebie w stajni.

- Aha.

Daniel wszedł do chaty, a Uzzell otworzył okiennice. W środku było pusto, tylko przeciąg unosił 

w powietrzu kilka pojedynczych piór. Daniel udał, że ich nie zauważył.

- To jedyny klucz?

- Tak, proszę pana. - Uzzell zaczął się pocić.

- Ten domek może się przydać. - Daniel widział, że las jest zaniedbany. Najwyraźniej leśniczy nie 

zajmował się nim od lat. Zamknął chatę i schował klucz do kieszeni.

Kiedy  Uzzell  poszedł  przyprowadzić  bryczkę,  szybko  wsunął  rękę  pod  strzechę  i  stwierdził,  że 

klucz zniknął. A więc ten, który teraz miał w kieszeni, rzeczywiście był jedyny. Leśniczy pewnie 

zjawił się tu wcześniej i usunął dowody winy. Na ziemi widać było ślady końskich kopyt, których 

tu wcześniej nie było.

Daniel  zaczekał,  aż  jego  gniew  nieco  ostygnie.  Już  dawno  się  nauczył,  że  w  trudnej  sytuacji 

należy  zachować  zimną  krew,  spokojnie  przemyśleć  za  i  przeciw,  no  i  planować  kilka  kroków 

naprzód.

Przyprowadzenie bryczki zajęło leśniczemu trochę czasu. Musiał zawrócić nią na wąskiej drodze, 

a konie wyczuwały jego zdenerwowanie. Rozpierało go jednak poczucie zwycięstwa. Darke nic nie 

zauważył. To zwykły mieszczuch, łatwo go było oszukać. Wkrótce Uzzell zupełnie się uspokoił.

Daniel rzucił mu klucz.

- Zatrzymaj go. Kiedyś zadecyduję, co będzie z tą chatą, ale nie teraz. Mam ważniejsze sprawy do 

background image

125

załatwienia.

-  Dobrze,  proszę  pana.  -  Uzzell  patrzył  za  odjeżdżającym  pracodawcą,  a  kiedy  ten  trochę  się

oddalił, zagrał mu na nosie.

Pół  godziny  później  zwierzyna  znalazła  się  z  powrotem  w  chacie.  Leśniczy  uznał,  że  trudno  o 

bezpieczniejsze miejsce niż to, które przed chwilą sprawdzono.

Claude dotarł do Little Hampden późnym popołudniem. Słońce już skryło się za horyzontem, ale 

jeszcze było jasno. Nie zdecydował się jechać przez środek wsi. Wybrał polną drogę, którą przybył 

do Belvedere Tower z innej strony.

Po krótkiej jeździe dotarł do głównej bramy posiadłości, teraz odremontowanej. Zastanawiał się 

przez chwilę. Doszedł do wniosku, że kiedy znajdzie się za murem, nikt z zewnątrz go nie zauważy. 

Zsiadł  z  konia  i  popchnął  wrota  bramy.  Nie  była  zamknięta  na  klucz.  Rozglądając  się  na  boki, 

wprowadził konia do środka.

Krótki  Zimowy  dzień  szybko  dobiegał  końca.  Zerwał  się  ostry  wiatr.  Claude  znów  wsiadł  na 

konia i ruszył przed siebie. Pamiętał, że granicę między parkiem a Belvedere Tower odgradza gęsty 

żywopłot. W jednym miejscu załamywał się pod ostrym kątem i właśnie tam można było doskonale 

ukryć konia. Szybko odnalazł to miejsce.

Po  krótkich  zmaganiach  udało  mu  się  przywiązać  konia  do  żywopłotu.  Poluzował  mu  popręg  i 

nakrył starą derką. Dotknął ręką sakiewki u boku, gdzie włożył buteleczkę z oliwą, pióro, hubkę i 

krzesiwo  oraz  kawałek  mocnego,  cienkiego  szpagatu.  Z  sakwy  przy  siodle  wyjął  sztylet,  ale  po 

chwili  schował  go  z  powrotem.  Nie,  nie  będzie  mu  potrzebny.  Wystarczy  szpagat.  Poza  tym  na 

widok krwi robiło mu się słabo.

Bezszelestnie ruszył w stronę wyciętego w żywopłocie przejścia.

Daniel  wolno  wracał  z  Little  Hampden.  Ciekaw  był,  na  jaką  skalę  kłusował  jego  leśniczy. 

Oczywiście będzie musiał go zwolnić, ale najważniejsze było, by równocześnie wsadzić za kratki 

jego londyńskich wspólników. Musi porozmawiać o tym z Parslowem. Jutro pojedzie do Mattick 

Hall i może dostanie zaproszenie na lunch...

Na myśl o spotkaniu z Agnes serce zaczęło mu szybciej bić. Był już prawie zdecydowany, że to 

odpowiednia  kandydatka  na  panią  Juniper  Park,  jednak  coś  wciąż  nie  dawało  mu  spokoju.  Ruth 

nadal była do  Agnes uprzedzona,  a szczęście córki  również miało  dla Daniela znaczenie.  Bardzo 

polubił swoją wrażliwą, wybuchową Ruth, nie mógł jednak dopuścić do tego, żeby to ona rządziła 

jego życiem. Jeśli dziewczyna nie pogodzi się z sytuacją, to zawsze zostaje jej szkoła z internatem.

Zanosiło się na deszcz, więc popędził konia. Nagle z dala zobaczył kobiecą sylwetkę w pelerynie 

z kapturem. To mogła być panna Hampden, a on nie chciał się z nią spotkać po tym, co przy lunchu 

background image

126

powiedziała mu  Ruth.  Dojeżdżał właśnie do skrzyżowania  dróg i  mógł skręcić, udając, że  jej nie 

zauważył.  Już  zamierzał  to  zrobić,  kiedy  spadły  pierwsze  krople  deszczu.  Westchnął  ciężko  i 

pojechał dalej prosto. Od Belvedere Tower dzieliło ich jeszcze prawie półtora kilometra. Nie mógł 

dopuścić, żeby Cassandra przemokła.

Kiedy się zrównali, uchylił kapelusza.

- Czy mogę panią podwieźć? - zaproponował.

- Tak, dziękuję. - Weszła do środka. Rozpoznała bryczkę, której kiedyś sama używała.

- Z daleka pani idzie? - zagaił grzecznie Daniel.

- Byłam z wizytą u państwa Rye. Zwykle lubię spacerować, ale dzisiaj jest tak zimno i zanosi się 

na deszcz.

Daniel potrząsnął lejcami, konie ruszyły.

- Miała pani rację co do Uzzella - oznajmił nagle.

- Przykro mi to słyszeć. - Wiedziała, że przyznanie się do błędu wiele Daniela kosztuje. - Jak pan 

do tego doszedł? Opowiedział jej całą historię.

- Nie wiem tylko, kto jeszcze we wsi jest w to zamieszany.

- Najprawdopodobniej nikt. Uzzell nie jest lubiany. - Zawahała się i dodała: - Jeśli potrzebne panu 

jakieś wsparcie, proszę zwrócić do Sama Wrighta. To kowal. Ma we wsi posłuch.

- Uzzell wiele razy mi mówił, że okoliczni mieszkańcy kłusują - przypomniał sobie Daniel.

- Ależ oczywiście - odparła krótko Cassandra, a Daniel uśmiechnął się niechętnie. - Wieś kieruje 

się prawem boskim  bardziej  niż ludzkim  - wyjaśniła. -  Ludzkie prawo  bezwzględnie  zabrania im 

polowania na jakiekolwiek zwierzęta pod groźbą najsurowszej kary. Prawo boskie mówi, że ludzie 

muszą jeść.

Daniel skinął głową. Pamiętał, że ojciec miał podobne poglądy. Sam nie wiedział, jak to się stało, 

ale opowiedział Cassandrze o Isaacu i jego radykalnych przekonaniach.

- To wielkie szczęście, że miał pan takiego ojca - stwierdziła na koniec Cassandra. - Miał się pan 

na kim wzorować.

Rozmowa swobodnie potoczyła się dalej. Daniel nawet nie zauważył, kiedy dojechali na miejsce.

-  Już  jesteśmy!  -  zawołała  Cassandra.  -  Bardzo  dziękuję  za  podwiezienie.  Obiecałam  pani 

Wagstaff i Prue, że będą mogły wcześniej wrócić do domu. Biedna Milly źle się czuje.

- Sądziłem, że Prudence mieszka u pani.

- Tak było, ale nocami się bała, biedaczka. W przytułku zawsze było koło niej mnóstwo innych 

dziewcząt.

- A pani nie przeszkadza samotność?

- Raczej nie. Nawet mi się podoba. Czasami odwiedza mnie mój puchacz. Puka dziobem w szybę, 

a  ja  wpuszczam  go  do  środka.  -  Daniel  uniósł  brew.  -  Pani  Timms  twierdzi,  że  latam  po  wsi  na 

background image

127

miotle, z puchaczem na ramieniu. Nie rozumiem tylko, dlaczego miałabym wyczyniać takie rzeczy 

w środku zimy!

Daniel roześmiał się, a Cassandra wyskoczyła z bryczki.

- Jeszcze raz dziękuję! - zawołała i pobiegła do wieży.

Uzzell  wrócił do domu w wojowniczym nastroju. Kazał Johnny’emu zaprowadzić Gniadą Betty 

do stajni,  a polecenie wzmocnił  szarpnięciem i kopniakiem, po którym chłopiec upadł na ziemię. 

Leśniczy tylko się roześmiał i poszedł do domu.

Johnny wstał, przeklinając pod nosem. Nagle przyszło mu do głowy, że pewnie coś się szykuje. 

Uzzell  był  rano  zdenerwowany  i  wyjechał  z  domu  tak  szybko,  jakby  goniło  go  stado  diabłów. 

Chłopiec szybko rozsiodłał i napoił klacz, a potem wyszeptał jej do ucha:

- Jeszcze tu wrócę, ale najpierw muszę się czegoś dowiedzieć.

Leśniczy zawołał żonę i szorstko pchnął ją na krzesło.

- Wyjeżdżamy - oznajmił.

- Wyjeżdżamy? Teraz? - wyszeptała oszołomiona.

-  Nie  teraz,  głupia  babo.  Mam  już  dość  tej  roboty.  Zawsze  chciałem  prowadzić  małą  gospodę. 

Pojedziemy  gdzieś,  gdzie  będzie  duży  ruch,  może  do  którejś  z  tych  nowomodnych  nadmorskich 

miejscowości. - Od razu przyszło mu do głowy, że mógłby się też zająć przemytem.

- Ale co się stało? - zapytała z przerażeniem żona. Nie chciała wyjeżdżać. Tutaj mieszkała przez 

całe swoje życie.

- Nic się nie stało - warknął. Chociaż był przekonany, że Darke nic nie zauważył, miał jakieś złe 

przeczucie. Pojutrze zjawią się Złotozęby i Moley, sprzeda im ostatnią partię zwierzyny i wyniesie 

się ze wsi. Nic im nie powie. Niech mają niespodziankę.

- Kiedy wyjeżdżamy? - A co z moim kotem, z kwiatkami, które zasadziłam jesienią? Przecież nie 

mogę ich tak zostawić, myślała pani Uzzell.

- Dopiero po piątku. W sobotę albo w niedzielę. Nie mów o tym nikomu. Wyjedziemy po cichu, 

więc ani słowa, rozumiesz? - Przysunął twarz do jej twarzy tak blisko, że widziała kępki zarostu i 

czuła bijący od niego odór krwi martwych zwierząt.

- Rozumiem, Matt - odparła, przełykając ślinę. Nie mogła powiedzieć o tym Sally. Najwyraźniej 

w piątek coś się miało wydarzyć. Jeśli go złapią, na pewno go powieszą i co ona wtedy pocznie?

Johnny  Timms  wysłuchał  całej  rozmowy,  przykucnąwszy  pod  oknem.  A  więc  nadeszła 

odpowiednia  chwila,  pomyślał.  Uzzell  chce  zwiać.  Musi  wymknąć  się  do  wsi  i  opowiedzieć 

wszystko pani Wright.

background image

128

Claude dotarł do Belvedere Tower i ukrył się w przylegającej do stajni komórce. Przez szparę w 

uchylonych  drzwiach  obserwował  wieżę.  Było  już  niemal  ciemno.  W  kuchni  paliło  się  światło  i 

widział, że ktoś się tam porusza. Na piętrze również się świeciło. Przypomniał sobie, że to salon tej 

suki. Namacał w kieszeni sznurek i zaczął się zastanawiać, co zrobi po powrocie do Francji. Może 

wyjedzie  do  Paryża?  Tam  można  zarobić  duże  pieniądze,  jeśli  tylko  się  wie  jak.  A  on  przecież 

wiedział.

Z  zamyślenia  wyrwało  go  skrzypienie  kuchennych  drzwi.  Przed  domem  pojawiła  się  pani 

Wagstaff z latarnią w ręku. Po chwili na progu stanęła otulona w szal Prudence i poszła po wodę do 

studni. Nie minęło pięć minut, gdy Claude usłyszał hałas opuszczanego w głąb studni wiadra.

Bezszelestnie wyszedł z szopy, zakradł się do środka i cicho pobiegł w stronę schodów.

Prudence z panią Wagstaff szybko wróciły do domu. Claude nie tracił czasu. Na szczęście schody 

były oświetlone świecami, więc bez trudu wszedł na górę. Przystanął pod drzwiami salonu i chwilę 

nasłuchiwał.  Ktoś  się  tam  poruszał.  Świetnie.  To  pewnie  ona.  Wspiął  się  na  wyższe  piętro  i 

otworzył drzwi do pokoju, w którym kiedyś sypiała Prudence. Od razu poznał, że pokój jest teraz 

nieużywany, więc wszedł do środka. Jedno go tylko niepokoiło. A jeśli służąca nocuje w sypialni 

tej  suki?  Nie  chciał  mieć  do  czynienia  z  dwiema  jednocześnie.  Może  jednak  dziewczyna  śpi  w 

kuchni, bo tam jest o wiele cieplej. Będzie musiał zachowywać się cicho, żeby jej nie obudzić.

Zaczeka, aż obie położą się spać, potem zejdzie na dół, naoliwi zawiasy w drzwiach frontowych i 

upewni się, że nie są zaryglowane. Ma mnóstwo czasu.

Cassandra  postanowiła,  że  kiedy  pani  Wagstaff  i  Prudence  pójdą  już  do  domu,  zajmie  się 

cerowaniem bielizny pościelowej. Prześcieradła, które Bella przysłała jej z Juniper Park, od dawna 

domagały się naprawy.

Po  wyjściu  gospodyni  i  służącej  zeszła  do  kuchni,  nakarmiła  kota,  sprawdziła,  czy  drzwi  są 

zamknięte  i  wzięła  tacę  z  kolacją,  którą  zostawiła  jej  pani  Wagstaff.  Dołożyła  kilka  drew  do 

kominka w salonie, zapaliła dodatkowe świece i zabrała się do pracy.

Godziny  mijały.  Wstała  i  przeciągnęła  się,  z  satysfakcją  patrząc  nas  stos  zacerowanej  bielizny. 

Dochodziła dziewiąta, więc mogła iść na spoczynek.

Nagle  zatrzeszczały  schody.  Chwilę  nasłuchiwała  zdziwiona.  W  starych  domach  często  coś 

trzeszczy i skrzypi, ale ten dźwięk był jakiś inny. Cicho podeszła do drzwi. Znów rozległ się cichy 

trzask, trochę niżej, a po chwili następny. Ktoś był w wieży.

Daniel jak zwykle zjadł kolację o wpół do siódmej, z roztargnieniem słuchając sprawozdania córki 

z  lekcji  na  plebanii  i  narzekania  Toma,  że  od  jutra  zaczyna  nauki  z  wikariuszem.  Myślał  o 

rozmowie z Cassandrą. Co za niezwykła kobieta! Nie posądzałby jej o tak radykalne sympatie. Z 

background image

129

niechęcią  musiał,  przyznać,  że  wzbudzała  w  nim  szacunek.  Był  pochłonięty  sprawą  leśniczego  i 

podczas rozmowy zupełnie zapomniał, że Cassandra wie o jego związku z Matty. Niewątpliwie jej 

stosunek do niego wcale się nie zmienił.

W końcu Ruth i Tom poszli spać, a Daniel nalał sobie szklaneczkę porto, usiadł przy kominku w 

bibliotece  i  zapatrzył  się  w  ogień.  Po  raz  pierwszy  od  śmierci  Matty  zaczął  o  niej  myśleć.  Ruth 

miała  rację.  Zachował  się  oburzająco  i  egoistycznie,  nie  proponując  jej  małżeństwa,  kiedy  się 

dowiedział, że urodzi jego dziecko. Wtedy tłumaczył sobie, że to tylko prosta robotnica i że źle by 

się czuła w jego środowisku.

Ale  przecież  on  potrafił  się  do  tego  środowiska  dostosować,  więc  czemu  jej  miałoby  się  to  nie 

udać?  Była  ładna  i  inteligentna.  Wprawdzie  i  tak  miała  całkiem  szczęśliwe,  a  na  pewno  bardzo 

wygodne życie, ale prawdą jest, że nie potraktował jej dobrze. Dopiero teraz to zrozumiał.

Zerknął na zegar i stwierdził, że nie ma jeszcze dziewiątej. Wyjrzał przez okno. Deszcz ustał, noc 

była chłodna, ale bezchmurna.

Postanowił przejść się po okolicy. Ubrał się ciepło i wyszedł.

W  świetle  księżyca  wszystko  wyglądało  inaczej.  Kiedy  dotarł  do  końca  parku,  odwrócił  się  i 

spojrzał  na zalany srebrną  poświatą  dom.  Jego  dom! Osiągnął  większość tego,  co sobie  wiele lat 

temu zaplanował. Brakowało mu tylko żony. Ciekawe, co myślałby o tym jego ojciec, gdyby żył. 

Miał przeczucie, że powiedziałby: „Liczy się nie to, co się osiągnęło, tylko jak się do tego doszło”.

Nagle usłyszał za sobą jakiś hałas i ciche rżenie. Koń? Tutaj? Za żywopłotem coś się poruszyło.

- Kto tam?! - zawołał groźnym głosem.

Jedyną odpowiedzią był szelest i ciche końskie parskanie.

Daniel  wyszedł  za  ogrodzenie  i  zobaczył  osiodłanego  wierzchowca.  Otworzył  przytroczoną  do 

siodła sakwę - znalazł w niej trochę ubrań, przybory do golenia oraz skórzany portfel z paszportem. 

Otworzył go i odwrócił do światła. Claude de Tessy.

To  nie  moja  sprawa,  pomyślał.  Już  dość  miał  na  dzisiaj  towarzystwa  panny  Hampden.  Włożył 

paszport na miejsce, zamknął sakwę i już miał odejść, ale nagle znieruchomiał.

Serce Cassandry biło jak szalone, dłonie jej zwilgotniały. Rozejrzała się za czymś, co mogło by 

posłużyć do obrony. Zdesperowana chwyciła pogrzebacz i modliła się o odwagę, żeby go użyć, jeśli 

zajdzie taka potrzeba. Zza drzwi dobiegały kolejne skrzypnięcia. Ktoś szedł na górę. Zdmuchnęła 

świece i stanęła za drzwiami.

Mijały  minuty.  Cassandra  widziała  tylko  pełgający  po  ścianach  blask  ognia  w  kominku.  Jej 

oddech z wolna się uspokajał. Chyba się pomyliła. Kto mógłby tu wejść? Służąca i gospodyni były 

tu  do  piątej,  potem  pani  Wagstaff  zamknęła  kuchenne  drzwi,  a  klucz  wzięła  ze  sobą.  Frontowe 

drzwi po wyjściu obu kobiet Cassandra zamknęła osobiście.

background image

130

Nagle klamka się poruszyła, potem drzwi otworzyły się, jakby zaczęły żyć własnym życiem. Do 

środka wpadło drżące światło świecy. Strach ścisnął Cassandrę za gardło. Uniosła pogrzebacz. Do 

pokoju  wsunęła  się  jakaś  ciemna  postać.  Cassandra  z  całej  siły  uderzyła  intruza  w  wyciągnięte 

ramię.

Rozległ  się  okrzyk  bólu  i  przekleństwo,  ale  zanim  zdążyła  wymierzyć  następny  cios,  intruz 

wykręcił jej ramię i pogrzebacz upadł z hukiem na podłogę. Poczuła okropny ból. Z przerażeniem 

stwierdziła, że intruzem jest Claude. Uszkodziła mu ramię, ale to był silny mężczyzna i przyszedł 

po to, by ją zabić.

Zaczęła krzyczeć. Czuła, że Claude próbuje zarzucić jej coś na szyję. Miała unieruchomione ręce, 

ale mogła jeszcze gryźć, więc wgryzła się najmocniej jak potrafiła w jego policzek, aż poczuła w 

ustach słony smak krwi.

Szpagat wypadł Claude’owi  z  rąk. Wprawdzie uderzył  Cassandrę, ale już  nie reagowała  na ból. 

Spróbowała kopnąć, napastnika, lecz zdołał uskoczyć. Wyciągnął ją z pokoju i zaczął wlec na górę 

po schodach. Wyrywała się i krzyczała, chwytając się kurczowo poręczy. Chociaż Claude cały czas 

milczał, Cassandra nie miała wątpliwości, że to on. Wiedziała, że nikt jej nie słyszy, ale cały czas 

krzyczała.

Prowadzące na dach drzwi u szczytu schodów stały otworem i zasapany Claude zdołał wciągnąć 

ją  na  szczyt  wieży.  Usta  miał  pełne  własnej  krwi,  w  ramieniu  czuł  straszliwy  ból,  lecz  nie 

przestawał  ciągnąć  Cassandry  na  skraj  dachu.  Jedną  rękę  zacisnął  na  jej  szyi,  dławiąc  jej 

rozpaczliwy krzyk. Czuła, że są już przy murku ogradzającym dach wieży. Chociaż siły zaczęły ją 

opuszczać, wciąż się nie poddawała.

Daniel  usłyszał  krzyk.  W  pierwszej  chwili  pomyślał,  że  to  głos  jakiegoś  zwierzęcia.  Nagle 

przypomniał sobie opowieść Ruth o tym, jak mąż Cassandry próbował ją udusić. Claude de Tessy! 

Ruszył biegiem do wieży. Krzyki były coraz głośniejsze, wyraźnie słyszał w nich śmiertelny strach. 

Wbiegł do środka i przeskakując po dwa stopnie, pomknął na górę. Na dachu zobaczył dwie zwarte 

w walce postacie, niebezpiecznie wychylone poza skraj wieży.

Zdecydowanym ruchem odepchnął Cassandrę na bok.

- Ja to załatwię!

Claude zobaczył go i rzucił się na niego z pięściami. Daniel uchylił się, jednocześnie wymierzając 

mu cios w szczękę. Claude krzyknął z bólu, bo uderzenie trafiło w zraniony policzek. Daniel znów 

uderzył.  Claude  poczuł  na  łydkach  dotyk  zimnych  kamieni  niskiego  murku,  otaczającego  dach,  i 

zachwiał się. Wymachując rękami, starał się odzyskać równowagę, ale było już za późno. Ostatni 

cios Daniela wyrzucił go poza obręb wieży. Rozległ się dziki krzyk przerażenia, głuche uderzenie, a 

po chwili zaległa cisza.

background image

131

Półprzytomna Cassandra klęczała w rogu, po jej twarzy ciekła krew.

Daniel przez chwilę stał bez ruchu, łapczywie chwytając powietrze. Potem spojrzał w dół. Ciało 

Claude’a, z rozrzuconymi rękami i nogami, leżało na trawie. W oddali migotało chwiejnie światło 

latami. Do wieży zbliżała się jakaś utykająca postać.

- Potter! - zawołał Daniel. Jacob uniósł głowę. - Ktoś napadł na pannę Hampden! Za żywopłotem 

stoi koń. Przyprowadź go tutaj.

- Dobrze, proszę pana - odrzekł Jacob, wyraźnie zdenerwowany, i posłusznie odszedł. To pewnie 

ten Francuzik, domyślił się. Kiedy był tu poprzednim razem, pani Wagstaff

opowiadała mu, co się stało. Okropny człowiek. Chyba lepiej, że nie żyje.

Daniel przyklęknął przy Cassandrze. Straciła przytomność, ale puls był wyczuwalny. Gdy wziął ją 

na ręce, wydała mu się zadziwiająco lekka. Jej powieki zadrgały i na chwilę się uniosły. Otworzyła 

usta, jakby chciała coś powiedzieć, ale nie padły żadne słowa.

- Wszystko w porządku - uspokoił ją. - On nie żyje. Jesteś bezpieczna.

Skrzywiła się lekko, jakby z bólu, ale nie odezwała się. Daniel ostrożnie zniósł ją po schodach. 

Kędy wyszedł na zewnątrz, czekał tam już Jacob z koniem. Chłopiec zdążył nawet odpiąć sakwy.

Cassandra oprzytomniała. Nagle zdała sobie sprawę, że Daniel trzyma ją na rękach.

- Proszę postawić mnie na ziemi - zażądała słabym głosem. Zignorował jej prośbę.

- Panno Hampden, wsadzę panią na konia i zawiozę do Juniper Park, gdzie pani Minton się panią 

zaopiekuje.

Z wysiłkiem skinęła głową. Jacob przytrzymał konia. Daniel posadził Cassandrę w siodle, a sam 

usiadł za nią. W podziękowaniu skinął chłopakowi głową.

- Zostań tutaj - polecił. - Wkrótce wrócę i będę potrzebował twojej pomocy.

Jacob chwilę patrzył za odjeżdżającymi, potem wziął sakwy i wszedł do wieży.

Cassandra oparła się o ramię Daniela.

- Myślałam, że to już koniec - wyszeptała.

- Mało brakowało. - Czuł na policzku jej miękkie włosy. W milczeniu dojechali do Juniper Park. 

Po drodze Daniel zastanawiał się, jak złagodzić tę historię na użytek pani Minton.

Rozbudzenie gospodyni  i  wyjaśnienie sytuacji zabrało mu  trochę  czasu, ale  w końcu  Cassandra 

znalazła  się  w  ciepłym  łóżku.  Daniel  wrócił  do  Belvedere  Tower,  gdzie  Jacob  już  ułożył  ciało 

Claude’a na starej desce.

- To się rozejdzie po całej wsi - stwierdził chłopak.

- Cóż, może nic w tym złego. - I tak wkoło było za dużo tajemnic.

- No, tak - zgodził się Jacob. Pomyślał, że teraz przynajmniej pani Timms przestanie obmawiać 

pannę Hampden.

-  Mimo  wszystko  wolałbym,  żeby  ludzie  nie  wiedzieli,  że  brałem  w  tym  udział.  Wszystko 

background image

132

opowiem  panu  Parslow,  ponieważ  jest  miejscowym  sędzią  pokoju.  Pan  Freese  również  pozna 

prawdę. Nie chcę jednak, żeby panna Hampden znów stała się przedmiotem plotek. Powiedziałem 

pani Minton, że pan de Tessy poślizgnął się i przypadkowo spadł z dachu.

Jacob skinął głową.

- W stajni jest miejsce. Można tam wnieść ciało.

- Dobry pomysł. - Zanieśli ciało na desce do stajni, Jacob przyniósł latarnię i przez chwilę stali, 

przyglądając  się  Claude’owi.  Daniel  z  lekką  niechęcią  zauważył,  że  był  to  całkiem  przystojny 

mężczyzna. I młody. Na pewno młodszy od niego.

Jacob  nakrył  zwłoki  końską  derką,  Daniel  wziął  sakwy,  po  czym  wyszli  ze  stajni.  Chłopak 

zamknął wrota i oddał Danielowi klucz.

- Porozmawiam  z  panem Parslow jutro z  samego rana - powiedział  Daniel.  - Dobrano, Potter,  i 

dziękuję.

Wrócił do Juniper Park, gdzie Jessop już czekał, żeby zająć się koniem. Pani Minton powitała go 

w drzwiach.

-  Umieściłam  pannę  Cassandrę  w  różowym  pokoju.  Opatrzyłam jej  rany  i  sińce.  Wypiła  trochę 

laudanum, więc powinna zasnąć. Biedaczka. A wszyscy tak się cieszyliśmy, kiedy Wyszła za mąż. 

Że też tak to się skończyło!

Daniel skinął głową.

- Ludzie na pewno będą plotkować, a to jej się wcale nie spodoba.

- Jeszcze nie przebolała straty dziecka.

- Straty dziecka? - powtórzył wstrząśnięty Daniel. - Panna Hampden miała dziecko?

- Niepotrzebnie o tym wspomniałam - zmitygowała się gospodyni. - Nie wszyscy o tym wiedzą. 

Pastorowa powiedziała mi w zaufaniu.

-  Nie  powiem  nikomu  - przyrzekł  Daniel.  Zastanawiał  się,  jak  by się  czuł,  gdyby stracił  Rum  i 

Toma. - Nie wiedziałem, że panna Hampden przeżyła tyle trudnych chwil.

- O, tak. Powinna być chłopcem. Stary hrabia często to powtarzał.

Chłopcem? Daniel pomyślał, że stary hrabia się mylił.

Johnny Timms nie był odważnym chłopcem i na samą myśl o wędrówce do pani Wright truchlał 

ze strachu. Odgłosy, które za dnia brzmiały całkiem niewinnie, nocą stawały się złowrogie i groźne, 

a już zaczynało się ściemniać.

Co gorsza, widział, że pan Uzzell jest zły jak osa. Wpadł do stajni, pociągnął chłopca mocno za 

włosy i kazał mu wyczyścić uprząż i naoliwić koła wozu. Kilka minut później Johnny słyszał, jak 

Uzzell krzyczy na żonę.

Roztarł bolące miejsce na głowie, przełknął łzy i poszedł zapalić latarnię. Pracował sumiennie i co 

background image

133

z  tego  miał?  Nic.  Wiedział,  że  jeśli  leśniczy  wyjedzie,  straci  pracę  i  pozostanie  na  łasce  gminy. 

Czyszcząc  uprząż,  rozmyślał  nad  tym,  co  zrobić.  Postanowił,  że  pojedzie  do  pani  Wright  na 

Gniadej Betty. Konno będzie mu raźniej i szybciej dotrze do celu.

O szóstej poszedł na kolację i chlipiąca cicho pani Uzzell dała mu trochę duszonego królika. Oczy 

miała czerwone, spuchnięte i unikała wzroku chłopca. Johnny domyślił się, że od niej nie uzyska 

żadnej pomocy.

Nikt się nie odzywał. Uzzell jadł w milczeniu, maczając w sosie kawałki chleba. Kiedy skończył, 

sięgnął po fajkę.

-  Będzie  pan  znów  potrzebował  dziś  Gniadej  Betty?  -  spytał  nieśmiało  chłopak.  Nie  podnosił 

wzroku, żeby leśniczy nie mógł odczytać jego myśli.

- Nie - warknął krótko Uzzell. Przyniósł dziś do domu dwa stare worki, kazał żonie pociąć je w 

wąskie pasy i zaszyć w  nie monety, żeby były gotowe do przewiezienia. Miał zamiar uważnie ją 

obserwować, kiedy będzie  wykonywała to  zadanie.  Obawiał się, że  podkradnie  mu  kilka monet i 

ucieknie.

Johnny  nadal  był  głodny.  Zjadł  ostatni  kawałek  i  z  nadzieją  spojrzał  na  panią  Uzzell,  ale  nie 

zwróciła na to uwagi.

-  Wracaj  do  stajni  -  polecił  mu  leśniczy.  -  Na  co  czekasz?  Porządnie  wyczyść  Gniadą  Betty  i 

przykryj ją derką.

Chłopak  kiwnął  głową  i  szybko  wybiegł  z  domu.  Ze  swojej  izby  nad  stajnią  wziął  szalik  i 

rękawiczki.  Z  sercem  w  gardle  podkradł  się  pod  dom,  ale  stwierdził,  że  okiennice  są  zamknięte. 

Uzzell nie chciał, żeby ktokolwiek widział, co się dzieje w środku.

Johnny  pobiegł  z  powrotem  do  stajni,  drżącymi  rękami  osiodłał  Betty  i  wyprowadził  ją  na 

zewnątrz.  Wskoczył  na  siodło  i  skierował  się  do  wsi.  Kiedy  oddalił  się  od  domu  leśniczego, 

popędził konia. Nagle zrobiło mu się lżej. Po raz pierwszy w życiu robił coś z własnej woli.

Sally Wright siedziała w kuchni i cerowała skarpetki Barty’ego, gdy usłyszała pukanie w szybę. 

Wyjrzała przez okno.

- Sam! To Johnny Timms! - zawołała i otworzyła chłopcu tylne drzwi.

Johnny stał w progu, dygocąc ze zdenerwowania. Zjawił się kowal, a za nim Barty.

- Wejdź - powiedział. - Barty zajmie się koniem. Kilka minut później Johnny siedział nad miską 

parującej zupy i opowiadał swoją historię. Napięcie go opuściło. W tym domu czuł się tak dobrze. 

Pan  Wright  nie  walił  pięścią  w  stół  i  nie  krzyczał  na  żonę  jak  pan  Uzzell.  Pani  Wright  nie 

przemykała wystraszona pod ścianami.

- Dobrze się spisałeś, chłopcze - pochwalił Sam. - A więc w piątek w nocy? Teraz lepiej będzie, 

jak  tam  wrócisz.  Ja  się  wszystkim  zajmę,  a  ty  nic  nie  daj  po  sobie  poznać.  Nie  chcemy,  żeby 

spotkało cię coś złego.

background image

134

- A co się ze mną stanie potem? - spytał Johnny z niepokojem.

- Nie martw się - uspokoił go kowal. - Znajdę ci jakąś pracę.

Kiedy chłopak odjechał. Sam przez chwilę patrzył na nocne niebo, a potem wszedł do domu.

- Szykuje się niezła awantura, Sally - stwierdził z szerokim uśmiechem. W młodości lubił się bić i 

słusznie  zyskał  sobie  w  okolicy  przydomek  Żelazny  Sam.  Cieszył  się  na  myśl  o  starciu  z  tymi 

handlarzami nielegalnie upolowaną zwierzyną. Będzie miał okazję przypomnieć sobie stare, dobre 

czasy.

9

Gdy  Cassandra  obudziła  się  następnego  ranka,  niewiele  pamiętała  z  wydarzeń  minionego 

wieczoru.  Miała  niejasną  świadomość,  że  wszystko  ją  boli.  Nie  wiedziała,  gdzie  jest.  Słyszała 

strzelanie ognia na kominku, a sufit wyglądał dziwnie znajomo. Ostrożnie odwróciła głowę w bok i 

powoli dotarło do niej, że znajduje się w Juniper Park, w różowym pokoju.

Zaczęła sobie przypominać: szelesty za drzwiami, ręka Claude’a trzymająca świecę, przerażenie, 

szamotanina na dachu wieży. Co się stało? Chyba ktoś przyszedł, była jakaś bójka, potem jazda na 

koniu, a potem... nic.

Usłyszała skrzypienie otwieranych drzwi i na chwilę serce skoczyło jej do gardła.

- Panno Cassandro, przyniosłam herbatę.

- Pani Minton! - wychrypiała. - Dlaczego tu jestem? Co się stało? - Spróbowała usiąść w pościeli. 

Gospodyni postawiła filiżankę na nocnym stoliku.

- Zaraz pani pomogę. - Podłożyła jej pod plecy poduszki i przyniosła stary szlafrok.

- Dobry Boże, to szlafrok mojej siostry.

- Tylko ten udało nam się znaleźć, kiedy pan Darke wczoraj panią tu przywiózł.

- To był pan Darke? - Dopiero teraz sobie przypomniała i mocno się zaczerwieniła, ale szybko się 

opanowała. - Przyjechał mój mąż, prawda? Czy on nie żyje?

-  Tak,  proszę  pani  -  potwierdziła  z  ulgą  gospodyni,  rada,  ze  nie  musi  sama  przekazać  tej 

wiadomości.

- Próbował mnie zabić.  - Dotknęła sińców na szyi i podciągnęła wyżej kołdrę. - Uratował mnie 

pan Darke. Muszę mu podziękować.

- Ale nie w nocnej koszuli! - oburzyła się pani Minton. Cassandra próbowała się uśmiechnąć, ale 

okazało się to zbyt bolesne.

- Wypiję herbatę i wstanę - postanowiła. Chciała się dowiedzieć, co właściwie się wydarzyło.

- Jeszcze za wcześnie na wstawanie. Przeżyła pani wielki wstrząs i powinna pani zostać w łóżku. 

Pan Darke już wyjechał i wróci później. - Cassandra nie miała siły się spierać. - Niedługo przyślę tu 

background image

135

Lizzie ze śniadaniem. Jeszcze dzisiaj przyjdzie tu Prudence i przyniesie pani rzeczy. - Pani Minton 

skinęła głową i wyszła.

Wsparta  na  poduszkach  Cassandra sączyła  herbatę.  Czuła  przede  wszystkim  ulgę. Przedtem  nie 

zdawała sobie w pełni sprawy, jak bardzo boi się Claude’a. Nieustannie burzył jej spokój ducha.

Ślub z nim był straszliwą pomyłką, za którą przyszło jej drogo zapłacić.

Przez cały ranek Daniel był bardzo zajęty. Najpierw odwiedził pastora i opowiedział mu, co się 

stało.  Tym  razem  nic  nie  zataił.  Zabił  człowieka  i  choć  wiedział,  że  nie  miał  innego  wyjścia, 

dręczyły go wyrzuty sumienia. Byli w gabinecie pastora. Pan Freese siedział za biurkiem i patrzył 

na swojego gościa. To dobry człowiek, pomyślał.

- Wie pan, jest różnica między morderstwem a zabójstwem - tłumaczył, widząc jego zatroskaną 

twarz. - Panna Hampden była w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Gdyby udało się panu tylko go 

obezwładnić,  poszedłby  do  więzienia,  a  pan  musiałby  zeznawać  w  sądzie.  Wówczas  reputacja 

panny Hampden bardzo by ucierpiała. Zapewne de Tessy zostałby skazany i powieszony. Wolałby 

pan taki bieg wypadków?

-  Nie  -  stwierdził  Daniel,  już  trochę  spokojniejszy.  -  Ale  nie  podoba  mi  się  to,  że  zabiłem 

człowieka. - Ojciec by mnie zrozumiał, pomyślał.

-  Takie  odczucie  dobrze  o  panu  świadczy.  Oczywiście,  musi  pan  powiedzieć  prawdę  panu 

Parslow,  ale  tylko  jemu.  Żonie  opowiem  tę  wersję  zdarzeń,  którą  przekazał  pan  pani  Minton: 

zaskoczony pana pojawieniem się de Tessy stracił równowagę i spadł z wieży. Trzeba zawiadomić 

lady Sayers. Moja żona do niej napisze.

Kiedy  Daniel  wychodził  z  plebanii,  było  mu  lżej  na  sercu.  Przypomniał  sobie,  że  ma  też  inne 

sprawy do załatwienia. Musi porozmawiać z Samem Wrightem o Uzzellu.

Mimo wczesnej pory w kuźni już wrzała praca. Daniel zsiadł z konia i wszedł do środka. Uderzyła 

go fala gorąca. Barty wyjrzał ze swojego kantorka.

- Dzień dobry panu - powiedział.

-  Muszę  pilnie  pomówić  z  twoim  ojcem.  -  Daniel  ruchem  głowy  wskazał  pochylonego  nad 

kowadłem Sama.

Barty skinął  głową. Domyślił  się, że  chodzi  o leśniczego. Sam  oddał młotek  Phineasowi i  zdjął 

skórzany  fartuch.  Kiedy  szli  do  domu.  Daniel  opowiedział  mu  o  swoim  odkryciu  w  chacie 

wypalaczy węgla drzewnego.

- To jest moja żona - przedstawił Sam, kiedy weszli do kuchni, gdzie Sally zmywała naczynia. -

To ona rozmawiała  z  Johnnym  Timmsem.  Jeśli  nie ma pan  nic przeciwko  temu, to  chcielibyśmy 

oboje wziąć udział w tej rozmowie.

Usiedli przy stole. Daniel zdjął kapelusz i rękawiczki. Kilka razy poruszył obolałą prawą dłonią. 

background image

136

Była spuchnięta i sina.

Sally wytarła ręce i usiadła wraz z nimi. Daniel przypomniał sobie, że jego matka i ojciec razem 

podejmowali wszystkie ważne decyzje. Najwyraźniej w domu Wrightów panował ten sam zwyczaj. 

Szkoda,  że  nie  posłuchał  Cassandry  i  wcześniej  nie  naradził  się  z  kowalem.  Już  po  krótkiej 

rozmowie Sam wydał mu się godny zaufania. Zaproponował, że wraz z synami pomoże zakończyć 

tę sprawę.

- A więc w piątek wieczorem - zakończył rozmowę Daniel. - Teraz muszę jechać do pana Parslow 

w  zupełnie  innej  sprawie,  ale  powiem  mu,  co  ustaliliśmy.  Jest  sędzią,  więc  to  on  będzie 

odpowiedzialny za zatrzymanie Uzzella i jego londyńskich wspólników. O tej drugiej sprawie i tak 

pewnie będzie we wsi głośno, więc równie dobrze mogę wam teraz o tym opowiedzieć - dodał. -

Dziś w nocy na pannę Hampden napadł jej mąż. Na szczęście usłyszałem jej krzyk i pośpieszyłem 

na pomoc. Pan de Tessy potknął się i spadł z dachu wieży. Upadek zakończył się jego śmiercią.

Sam  przez  chwilę  patrzył  na  Daniela,  potem  przelotnie  zerknął  na  jego  opuchniętą  dłoń  i 

wyciągnął własne wnioski.

- Niewielka to strata - stwierdził. - Pannie Cassandrze będzie lepiej bez męża. Sally skinęła głową.

- Mój mąż ma rację. Panna Cassandra na pewno bardzo to przeżyje, ale to nie był dobry człowiek.

Sam nie miał wątpliwości, że Daniel przyczynił się do śmierci Francuza, ale nic nie powiedział. 

Pan Darke był ziemianinem, więc na pewno nic go za to nie spotka. Pomyślał, że gdyby to on zabił 

tego  Francuzika,  zakopałby  go  gdzieś  w  lesie  i  nikomu  nie  pisnął  o  tym  ani  słówka,  chyba  że 

chciałby zawisnąć  na szubienicy. Sam  doceniał  to,  że  Daniel tak przytomnie podszedł  do sprawy 

Uzzella. Pan Darke znacznie urósł w jego oczach.

Ustalili ostatnie szczegóły i Daniel pojechał dalej, do Mattick Hall. Dopiero dochodziła dziesiąta, 

więc państwo Parslow pewnie jedli jeszcze śniadanie. Cóż, trudno, nie mógł zwlekać.

Drzwi otworzył mu zaskoczony lokaj.

- Przykro mi, że tak wcześnie zakłócam spokój panu Parslow, ale mam do niego pilną sprawę -

oznajmił Daniel.

Służący  wprowadził  go  do  gabinetu  i  wyszedł.  Daniel  tymczasem  układał  plan  rozmowy. 

Najpierw opowie o sprawie z de Tessym, a potem o planach związanych z Uzzellem.

W pokoju śniadaniowym pani Parslow i Agnes wymieniły znaczące spojrzenia. Na pewno coś się 

stało! Pierwszą myślą pani Parslow było, że Daniel przyjechał oświadczyć się córce, szybko jednak 

doszła do wniosku, że to nieprawdopodobne. Nie zrobiłby tego o tak wczesnej porze, a poza tym 

najpierw z pewnością porozmawiałby z samą Agnes.

Agnes  również  zastanawiała  się  gorączkowo,  co  się  dzieje.  Czyżby  nadeszła  chwila,  na  którą 

czekała? Musi być ostrożna. Nie może okazać zbytniego entuzjazmu, zwłaszcza w obecności ojca. 

Opanowała się i wypiła łyk kawy.

background image

137

- Cóż to za pora na wizytę! - oznajmiła z przyganą. - Papo, chyba nie zamierzasz go przyjąć?

- Jak to dobrze, że nie chce widzieć się z nami - dorzuciła pani Parslow, ukradkiem zerkając na 

córkę. Pan Parslow szybko przełknął ostatni łyk kawy.

-  To  na  pewno  jakaś  ważna  sprawa  i  oczekuję,  że  kiedy  skończę  z  nim  rozmawiać,  wy  obie 

również go przyjmiecie - powiedział stanowczo. Agnes udała, że tłumi ziewnięcie, choć rozpierała 

ją satysfakcja.

- Oczywiście, jak sobie życzysz - posłusznie odrzekła pani Parslow.

Pięć minut później pan Parslow wszedł do gabinetu. Spojrzał na bladą twarz Daniela i stwierdził:

- Widzę, że przydałoby się panu coś mocniejszego.

Gość pokręcił głową. Wziął głęboki oddech i powiedział:

-  Nie,  dziękuję.  Dziś  w  nocy  de  Tessy  zakradł  się  do  Belvedere  Tower.  Próbował  zabić  pannę 

Hampden. Usłyszałem jej krzyk i pobiegłem na pomoc. Obawiam się, że zabiłem napastnika.

Oczy gospodarza omal nie wyszły z orbit. Ciężko opadł na fotel i wskazał gościowi drugi. Daniel 

jeszcze  raz  opowiedział  całą  historię.  Pan  Parslow  słuchał  uważnie.  Zrobił  jakieś  notatki  i  zadał 

kilka pytań.

- Zgadzam się z pastorem - oznajmił w końcu. - Nic innego nie mógł pan zrobić.

Otarł wilgotne czoło. Dzięki Bogu, że chodziło o Francuza. Gdyby to był angielski dżentelmen, 

zwłaszcza  z  wpływowej  rodziny,  sprawa  byłaby  o  wiele  trudniejsza.  Ale  tutaj  chodziło  o 

cudzoziemca,  być  może  nawet  zdrajcę  swojej  przybranej  ojczyzny.  Parslow  słyszał,  że  de  Tessy 

miał  we  Francji  kuzynkę.  Czy  należało  ją  zawiadomić?  Nie,  lepiej  nie  nadawać  tej  sprawie 

zbędnego rozgłosu, postanowił i powiedział:

-  Im  mniej  osób  będzie  o  tym  wiedziało,  tym  lepiej  dla  wszystkich  zainteresowanych.  Jestem 

pewien, że Potter będzie trzymał język za zębami, ale nie zaszkodzi, jeśli dostanie gwineę czy dwie. 

Joe Appleby zrobi trumnę i też byłoby dobrze, gdyby dostał za to hojną zapłatę. Oczywiście ludzie 

będą gadać, ale na to nic się nie poradzi.

- Pani Freese zawiadomi lady Sayers - dodał Daniel. - Panna Hampden nie może zostać w Juniper 

Park,  a  na  pewno  nie  będzie  chciała  wrócić  do  Belvedere  Tower.  -  Nagle  zdał  sobie  sprawę,  że 

Cassandra pewnie nigdy już nie wróci do wieży. Gdyby zaproponował jej teraz czterysta funtów, 

zapewne by je przyjęła. Ta myśl jednak wcale go nie ucieszyła.

- Pani Freese to rozsądna kobieta - stwierdził Parslow. - Najlepiej będzie, jeśli panna Cassandra na 

jakiś czas wyjedzie do siostry. Po pewnym czasie wszystko się uspokoi. Sądzę, że pogrzeb należy 

zorganizować  jak  najszybciej.  Nie  zamierzam  wszczynać  dochodzenia.  -  Trzeba  za  wszelką  cenę 

uniknąć rozgłosu, pomyślał. Może ucierpieć reputacja panny Hampden i Darke’a. Ostatnią rzeczą, 

jakiej pragnął pan Parslow, był zięć z podejrzaną przeszłością.

-  Mam  jeszcze  jedną  sprawę  -  oznajmił  Daniel.  -  Chodzi  o  Uzzella.  -  Opowiedział  o  swoim 

background image

138

ostatnim odkryciu i zakończył pytaniem: - Czy życie na wsi jest zawsze takie burzliwe?

Gospodarz  parsknął  śmiechem.  Z  przyjemnością  zauważył,  że  twarz  Daniela  odzyskała  zdrową 

barwę.

- A więc jutro wieczorem,  tak? Jestem pewien, że  z pomocą kowala i  jego synów da pan sobie 

radę, ale jeśli zajdzie potrzeba, proszę przysłać do mnie Barty’ego. - Spojrzał na Daniela z błyskiem 

w  oku.  -  Żona  i  córka  nigdy  by  mi  nie  wybaczyły,  gdybym  pozwolił  panu  odejść.  Proszę  im 

opowiedzieć  o  przyczynie  swojej  wizyty.  Oczywiście  w  wersji  okrojonej.  A  sprawę  Uzzella 

możemy pominąć milczeniem.

- Z przyjemnością zobaczę się z paniami. - Daniel wyraźnie poweselał.

Prudence również miała bardzo pracowity poranek. Kiedy rano wraz z panią Wagstaff przybyły 

do  Belvedere  Tower,  Jacob  przekazał  im  nowinę.  Gospodyni  chwyciła  się  za  serce  i  opadła  na 

najbliższe krzesło, a Prudence pisnęła ze strachu i przejęcia. W przytułku coś takiego nigdy by się 

nie zdarzyło.

Jacob bardzo oględnie opowiedział o zdarzeniach minionej nocy, ale dziewczyna potrafiła sobie 

wyobrazić szczegóły. W salonie zobaczyła ślady walki. Krzesło było przewrócone, lichtarz leżał na 

podłodze. Pogrzebacz znalazła pod stołem.

Oczami  duszy  Prudence  zobaczyła  całe  zdarzenie:  świeca,  płonąca  na  dywanie,  bójka,  krew  na 

pogrzebaczu.

- Obudź się, dziewczyno! - Szorstki  głos gospodyni przywołał ją do rzeczywistości. - Trzeba tu 

zrobić porządek.

- Nie chcę iść na górę, jeśli trup jeszcze tam leży!

- Zanieśli go do stajni - uspokoiła ją pani Wagstaff.

- Aha! - Prue była bardzo rozczarowana.

- Kiedy skończymy, pójdziesz do Juniper Park i zaniesiesz pannie Cassandrze ubrania na zmianę.

Prudence poweselała. Lubiła pannę Cassandrę i po skończonych porządkach chętnie powędrowała 

z walizką do Juniper Park.

Cassandra spędziła ranek na drzemce i rozmyślaniach. Dopiero teraz naprawdę przemyślała swoją 

przeszłość. Jak mogła wyjść za mąż za Claude’a, nie poznawszy uprzednio jego przyjaciół i jego 

samego? W swojej naiwności sądziła, że Claude jest taki, za jakiego się podaje. Gdyby wykazała 

się większym rozsądkiem, uniknęłaby tylu nieszczęść.

Kiedy Prudence przyniosła lunch, Cassandra już czuła się lepiej.

- Panno Cassandro! Jak mogłam zostawić panią samą? -

zawołała  służąca  na  widok  jej  sińców  i  skaleczeń.  Wyobraziła  sobie,  jak  zakrada  się 

background image

139

niepostrzeżenie  i  powala  Francuza  na  ziemię,  uderzając  go  czymś  ciężkim  w  głowę,  na  przykład 

patelnią.

Cassandra uśmiechnęła się, widząc jej minę.

- Lubisz sensacje, prawda?

-  O,  tak,  proszę  pani!  -  Oczy  dziewczyny  zabłysły.  -  Na  pewno  była  pani  bardzo  dzielna...  -

Wyczekująco spojrzała na pracodawczynię.

Jeśli cokolwiek jej powiem, za kilka godzin dowie się o tym cała wieś, pomyślała Cassandra. Prue 

to dobra dziewczyna, ale straszna gaduła.

- Jeśli przyniosłaś mi czyste ubrania, z chęcią się przebiorę - powiedziała tylko.

Prudence ciężko westchnęła.

Gdy  tylko  ojciec  wyszedł  z  pokoju  śniadaniowego,  Agnes  pobiegła  do  swojej  sypialni  i 

niecierpliwie zadzwoniła na służącą.

-  Pośpiesz  się,  głupia!  -  krzyknęła,  kiedy  zjawiła  się  Hanna.  -  Pomóż  mi  się  przebrać  w  tę 

jasnoniebieską, obcisłą suknię.

Służka  posłusznie wyjęła  suknię z  szafy. Wszyscy na  dole wiedzieli o niespodziewanej wizycie 

pana  Darke’a.  Pewnie  przyjechał  się  oświadczyć.  Biedaczysko,  pomyślała  służąca.  Nie  znała 

większej egoistki od panny Parslow.

Na szczęście Agnes za bardzo się śpieszyła, żeby dać się we znaki służącej, więc tylko dwa razy 

kazała sobie poprawiać fryzurę.

Kiedy zeszła  na  dół,  zastała  w  salonie  tylko  matkę  i  brata. Freddy  grał na  fortepianie i  śpiewał 

jakąś żartobliwą piosenkę o pięknej dziewicy.

- Na litość boską, przestań! - krzyknęła zirytowana.

- Biedny Darke - powiedział Freddy. - Masz ochotę go przyszpilić, prawda?

- Freddy, pan Darke nie jest motylem - zgromiła go matka.

- Ale kręci się wokół Aggie, prawda?

-  Nie  nazywaj  mnie  Aggie!  -  krzyknęła  piskliwie  siostra.  Drzwi  się  otworzyły  i  Agnes  ledwie 

zdążyła  przybrać  słodką  minkę,  kiedy  do  salonu  wszedł  ojciec  z  Danielem.  Po  powitaniach  pan 

Parslow oznajmił:

-  Pan  Darke  przybył tu  w  pewnej  nieprzyjemnej  sprawie.  Otóż  mąż  panny  Hampden  zjawił  się 

wczoraj w Belvedere Tower i chciał pozbawić żonę życia. Na szczęście nagłe pojawienie się pana 

Darke’a wystraszyło go tak bardzo, że stracił równowagę, spadł z wieży i zabił się.

- Biedna Cassandra! - krzyknęła pani Parslow z niekłamanym przerażeniem.

Freddy  gwizdnął  cicho  i  zaczął  grać  marsza  pogrzebowego.  Agnes  natomiast  nie  zdołała  ukryć 

grymasu irytacji. A więc po to tu przyszedł!

background image

140

Daniel  spojrzał  na  nią  zdziwiony,  więc  Agnes  natychmiast  przywołała  się  do  porządku  i 

zaszczebiotała ze współczuciem:

- Biedny pan Darke! To musiało być dla pana straszne przeżycie!

- Mój udział nie był zbyt duży. To panna Hampden najbardziej ucierpiała.

- Lepiej jej będzie bez tego gościa - stwierdził Freddy.

- Synu! - Matka była oburzona. - A gdzie teraz jest panna Hampden?

- W Juniper Park. Bardzo ucierpiała podczas szamotaniny. Opiekuje się nią moja gospodyni.

Agnes  oczywiście  nie  widziała  w  Cassandrze  rywalki,  ale  bardzo  jej  się  nie  podobało,  że  jakaś 

inna kobieta przebywa pod dachem jej potencjalnego męża.

- A jak się czuje? - zapytała szybko pani Parslow, widząc minę córki.

- Dzisiaj jej nie widziałem, ale o ile wiem, noc upłynęła jej spokojnie.

- Ależ ona nie może mieszkać w pańskim domu! To nie wypada!

- Pani Freese zawiadomi o wszystkim lady Sayers - wyjaśnił Daniel, starając się stłumić irytację. -

Siostra zapewne weźmie pannę Hampden do siebie. - Cóż oni sobie wyobrażają? Co miałby zrobić 

pannie  Hampden?  Nawet  Agnes  patrzyła  na  niego  jakoś  krytycznie,  choć  spodziewał  się  od  niej 

wsparcia.

Agnes starała się stłumić niezadowolenie. Hanna już pewnie opowiedziała całej służbie, jak to jej 

pani  przygotowywała  się  do  niedoszłych  zaręczyn.  Dobrze  przynajmniej,  że  Cassandra  niedługo 

wyjedzie. Oby na zawsze. Wcale jej się nie podobało, że Ruth tak uwielbia tę dziwaczkę. Jeśli już 

kogoś  miała  uwielbiać,  to  ją.  Tymczasem  nawet  Rachel  Freese  już  nie  nadskakiwała  jej  tak  jak 

dawniej.

-  Biedna,  kochana  Cassandra  -  odezwała  się  Agnes.  -  Mamo,  powinnyśmy  jej  wysłać  kosz  z 

owocami, prawda?

Daniel  wracał  do  Juniper  Park  niezbyt  szczęśliwy.  Owszem,  panna  Parslow  była  jak  zwykle 

urocza, ale po raz pierwszy wyczuł w niej jakiś fałsz. Może po prostu jeszcze nie doszedł do siebie 

po wstrząsie minionej nocy.

Z  ulgą  wrócił  do  domu,  zjadł  z  dziećmi  lunch  i  skrył  się  w  bibliotece.  Gdy  pani  Minton 

powiedziała  mu,  że  panna  Hampden  zamierza  zejść  na  dół,  ze  zdziwieniem  stwierdził,  że

niecierpliwie na to czeka. Przed nią przynajmniej nie musiał niczego udawać. Kiedy usłyszał kroki 

na schodach, wyszedł na korytarz.

Jak się pani czuje?

- Jestem trochę obolała, ale żyję - odparła z uśmiechem. - I jestem panu bardzo wdzięczna.

- Dzięki Bogu, zdążyłem. Może wejdzie pani do biblioteki? Ruth i Tom są w salonie.

Usiedli naprzeciwko siebie. Cassandra zauważyła opuchliznę i skaleczenia na jego dłoniach.

- Bardzo pan ucierpiał? Pokręcił głową.

background image

141

- To się wkrótce zagoi. A pani?

- Ja też nie. Pamiętam, że zaciekle się broniłam, a to sprawia, że łatwiej mi się otrząsnąć z tego 

koszmaru. Uśmiechnął się, słysząc jej rzeczowy ton.

- Nie wyobrażam sobie pani omdlewającej ze strachu.

- Gdybym zemdlała, już bym nie żyła. - Zamilkła na chwilę. - Pan go zabił, prawda?

- Tak. - Cóż więcej mógł powiedzieć? Taka była prawda.

- Jak brzmi oficjalna wersja? Daniel wszystko jej wyjaśnił.

- Pastor i sędzia znają oczywiście prawdziwy przebieg wydarzeń - dodał.

- Gdzie jest ciało mojego męża? - spytała.

- W stajni Belvedere Tower. Zanieśliśmy je tam z Potterem. Ja mam klucz.

- Chcę go zobaczyć. - Właściwie nie chciała, ale musiała się upewnić, że Claude nie żyje.

Zuch dziewczyna, pomyślał z mimowolnym podziwem. Nie powinna jednak iść tam sama.

- Jeśli można, będę pani towarzyszył.

- Byłabym wdzięczna. - To na pewno nie będzie mile, pomyślała.

Dziesięć  minut  później  wsparta  na  ramieniu  Daniela  dotarła  do  stajni  przy  Belvedere  Tower. 

Weszli do środka, Daniel powiesił na haku latarnię i stanął pod ścianą. Cassandra podeszła do ciała 

i  odchyliła  przykrywającą  je  derkę.  Na  żółtawej  twarzy  Claude’a  widać  było  czarny  ślad  po  jej 

ugryzieniu.

A  więc  rzeczywiście  nie  żyje,  pomyślała.  Co  za  ulga.  Stała  przez  chwilę,  spodziewając  się,  że 

znów odczuje strach, może nawet cień smutku, ale nic takiego nie nastąpiło. Claude odszedł i zabrał 

ze sobą trzy lata jej życia. Zakryła go i wyprostowała się.

- Miał ze sobą sakwy - przypomniał sobie Daniel, kiedy wychodzili. - Są w bibliotece. O szóstej 

przyjdzie Joe Appleby po instrukcje dotyczące trumny, a pastor odprawi pogrzeb, kiedy pani sobie 

zażyczy. - Zamknął drzwi i podał jej klucz.

Słońce kryło się za horyzontem. Widać już było pierwsze gwiazdy. Zmrożona ziemia chrzęściła 

pod ich stopami.

- On nie żyje, prawda? - spytała nagle Cassandra. - Już nie wróci?

- Nie, nie wróci.

- Dzięki Bogu. - Daniel zerknął na nią, ale nic nie powiedział. - Nie powinnam była wychodzić za 

niego  za  mąż  -  ciągnęła,  zatopiona  w  myślach.  -  Mniej  byłoby  kłopotów,  gdybym  została  jego 

kochanką. Mogłabym go opuścić w każdej chwili i o nic się nie martwić.

Panna Hampden z pewnością nie jest pruderyjna, pomyślał Daniel.

- Podejrzewam, że  gdybym była jego kochanką, traktowałby mnie dużo lepiej. Być może nawet 

by mi się to podobało.

background image

142

- Niekoniecznie. - Daniel poczuł, że może sobie pozwolić na szczerość. - Nie traktowałem dobrze 

Matty, matki Toma i Ruth, choć nie byliśmy małżeństwem. - Jak dobrze jest z kimś porozmawiać 

otwarcie, bez udawania.

- Bił ją pan? - Cassandra cofnęła dłoń z jego ramienia.

- Oczywiście, że nie, ale zachowywałem się samolubnie. Powinienem był bardziej dbać o to, żeby 

była szczęśliwa.

- Dlaczego pan się z nią nie ożenił? - zapytała odważnie.

-  Chciałem  najpierw  zarobić  pieniądze,  a  dopiero  potem  się  ożenić.  Nie  spodziewałem  się,  że 

przyjdą na świat dzieci.

-  Panie  Darke!  -  Obrzuciła  go  ironicznym  spojrzeniem.  -  Przecież  dzieci  nie  znajduje  się  w 

kapuście.

Uśmiechnął się blado.

- Wydawało mi się, że w mojej kapuście ich nie będzie. Obwiniałem o to biedną Matty. Teraz mi 

się  wydaje,  że  Ruth  i  Tom  to  jedyne  dobrze  rzeczy,  które  wynikły  z  tego  smutnego  rozdziału  w 

moim życiu.

-  Na  pewno  dobrze  wyposaży  pan  córkę,  a  synowi  zapewni  start  w  życiu.  Sądzę,  że  nie 

zaszkodziłoby im bardzo, gdyby ich pochodzenie  stało się znane  - stwierdziła  Cassandra. - Takie 

rzeczy są na porządku dziennym w wielu arystokratycznych domach.

Co by sobie pomyślała panna Parslow, gdyby się o tym dowiedziała? Czy byłaby tak wyrozumiała 

jak Cassandra?

O dziesiątej wieczorem Daniel, Sam, Phineas i Barty wyruszyli do chaty wypalaczy węgla. Noc 

była zimna i bezchmurna, na granatowym niebie rysowały się kontury nagich drzew.

Daniel postawił kołnierz dla ochrony przed zimnem. Miał ze sobą znalezioną w domu grubą laskę, 

która zapewne należała kiedyś do starego hrabiego. Phineas niósł zwój cienkiego, mocnego sznura.

Zatrzymali się przy żywopłocie i Daniel powiedział:

-  Sędzia  Parslow  uprzedził  mnie,  że  musimy  ich  złapać  na  gorącym  uczynku.  Nie  możemy się 

ruszyć,  dopóki  nie  zobaczymy  w  ich  rękach  martwej  zwierzyny.  I  niech  nikt  bez  potrzeby  nie 

ryzykuje. Oni mogą być uzbrojeni.

- Niech się pan nie martwi - uspokoił  go kowal. - Rozmawiałem o tym  z synami. Niech pan to 

zostawi nam.

- No to co ja mam robić? - spytał rozdrażniony.

- Proszę zostać ze mną. My dwaj zajmiemy się Uzzellem. - Sam liczył na to, że na widok pana 

Darke’a leśniczy podda się bez walki. Poprowadził Daniela w las.

Barty ułożył się w rowie biegnącym wzdłuż  drogi. Rów był  suchy, ale kamienisty, co czuło się 

background image

143

mimo grubego ubrania.

„Załatwimy ich po kolei”. Tak powiedział mu ojciec. Zadaniem Barty’ego było unieruchomienie 

wozu. Musiał tylko odłączyć uprząż, by wóz nie pojechał. Barty często zaprzęgał Ikonie do wozu, 

więc mógł to zrobić nawet z zamkniętymi oczami. Mimo to czuł lekkie zdenerwowanie.

W  żołądku  miał  nieprzyjemny ucisk.  Wytarł  ręce  o  spodnie  i  poruszył  się  niespokojnie.  Wokół 

słyszał tajemnicze odgłosy nocy. Ponad jego głową cicho przeleciała sowa. Nagle w oddali rozległ 

się  cichy  stukot  końskich  kopyt.  To  oni!  Ostrożnie  wyjrzał  z  ukrycia  i  spostrzegł  wśród  drzew 

sylwetkę Phineasa. Na drodze pojawił się wóz. Barty przyłożył dłonie do ust i zahukał jak nocny 

ptak.

Daniel i Sam przykucnęli za pniem zwalonego drzewa.

- Powinien nadejść tędy - szepnął kowal.

Daniel  czuł,  że  serce  bije  mu  coraz  szybciej.  A  jeśli  coś  się  nie  uda?  Osaczony  Uzzell  może 

okazać się bardzo niebezpieczny, a Daniel czuł  się odpowiedzialny za Sama i jego synów. Nagle 

usłyszeli umówiony sygnał.

- To Barty - domyślił się Sam. - Wóz  już nadjeżdża. Daniel odwrócił tarczę zegarka do światła 

księżyca. Jedenasta.

Sam  trącił  go  łokciem,  wskazując  coś  ruchem  głowy.  Usłyszeli  trzask  łamanych  gałęzi  i 

skrzypienie końskiej uprzęży. Uzzell jechał przez las na Gniadej Betty, pod pachą trzymał strzelbę. 

Sam skrzywił się, a kiedy jeździec go minął, powiedział:

- Chodźmy!

Ostrożnie ruszyli za Uzzellem.

W  pewnej  odległości  od  chaty  leśniczy  zeskoczył  na  ziemię  i  przywiązał  klacz  do  młodego 

drzewka.  Odczepił  przytroczoną  do  strzemienia  latarnię  i  nakrył  zwierzę  derką.  Potem  ruszył  do 

chaty.  Chwilę  nasłuchiwał,  a  kiedy  usłyszał  nadjeżdżający  wóz,  wydłużył  krok.  Otworzył  drzwi 

chaty,  zapalił  lampę  i  powiesił  na  haku.  Potem  odbezpieczył  broń  i  podszedł  do  furtki  w 

ogrodzeniu.

Daniel bezszelestnie podszedł do Gniadej Betty i rozluźnił jej popręg. Słysząc, jak Uzzell wita się 

z przybyszami, poklepał klacz i wycofał się do lasu.

Złotozęby i Moley zeskoczyli z wozu. Moley rozejrzał się czujnie. Nie lubił lasu. Przerażały go 

tajemnicze odgłosy i nieznane kształty. Złotozęby na takie rzeczy nie zwracał uwagi. Przywitał się 

z  Uzzellem  i  kazał  Moleyowi  zawrócić  wóz.  Wspólnik  wykonał  polecenie  tak  szybko,  jak  tylko 

potrafił, i pobiegł za Złotozębym do chaty.

Barty natychmiast wstał z ziemi i drżącymi palcami odłączył uprząż od wozu. Phineas z oddali z 

uznaniem podniósł kciuk, a Barty zadowolony znów ukrył się w rowie.

W chacie Uzzell pokazał Złotozębemu swoje wyliczenie.

background image

144

- Masz  tu  rachunek. Możesz  sprawdzić - oznajmił, podając mu  kawałek papieru i  wskazując na 

zwisającą z haków zwierzynę.

-  Nie!  Przecież  ci  ufam  -  ze  śmiechem  odparł  Złotozęby.  Sięgnął  do  kieszeni  i  dał  leśniczemu 

ciężką sakiewkę. Długo się nią nie nacieszy, pomyślał.

Uzzell  spojrzał  na  niego  podejrzliwie,  ale  wspólnik  tylko  się  uśmiechnął.  Leśniczy  wysypał 

zawartość na stół  i  przeliczył.  Wszystko  się zgadzało  co do pensa. Włożył  monety  do sakiewki  i 

schował do kieszeni.

- Zaczynajmy - polecił.

Moley odetchnął z ulgą. Przed wyjazdem Złotozęby nic nie mówił, tylko cicho pogwizdywał, ale 

Moley miał niepokojące przeczucie, że kompan coś planuje. Zapytany powiedział tylko, że dzisiaj 

mogą mieć więcej roboty niż zwykle. Zaczęli zdejmować zwierzynę z haków i zanosić ją na wóz. Z 

początku Barty i Phineas nic nie mogli zrobić, ponieważ londyńscy handlarze nosili towar, a Uzzell 

przyglądał się im, stojąc przy furtce. W pewnej chwili Złotozęby dostrzegł na ziemi upuszczonego 

królika. Podniósł go, rzucił na wóz, ale nie trafił i królik wylądował w zaroślach. Kiwnął głową na 

Moleya.

- Podnieś go - polecił.

Kiedy Moley się schylił, Phineas wyszedł z ukrycia i powalił go jednym ciosem pięści. Ogłuszony 

Moley  bezwładnie  padł  na  ziemię,  a  Phineas  natychmiast  go  zakneblował  i  wraz  z  bratem 

skrępował mu ręce i nogi sznurkiem.

W pewnej chwili zobaczyli zbliżające się światło latami Uzzella.

- Do rowu! - syknął Barty.

Odkąd mąż wyszedł wieczorem z domu, Nelly Uzzell czuła jakiś ciężar na piersi. Nie mogła się 

na niczym skupić. Johnny poszedł do stajni, została więc sama. Miała się pakować, ale nie mogła 

zebrać  na  to  sił.  Żeby  się  nieco  uspokoić,  zrobiła  sobie  herbaty  i  wzięła  kota  na  kolana,  jednak 

zwierzę, wyczuwając jej zdenerwowanie, wyrwało się i uciekło.

Czas  biegł  wolno.  W  końcu  Nelly  nie  mogła  dłużej  wytrzymać.  Ubrała  się  i  wyszła.  Nie 

wiedziała, gdzie iść, miała tylko poczucie, że niedługo wydarzy się coś strasznego. Przez ostatnie 

lata  starała  się  udawać,  że  nic  złego  się  nie  dzieje,  lecz  teraz  stało  się  to  niemożliwe.  Czy  Matt 

wdałby się w podejrzane interesy, gdyby mieli dzieci? Może wtedy nie narażałby rodziny na takie 

niebezpieczeństwo?

Księżyc oświetlił drogę. Nelly spostrzegła ślady podków Gniadej Betty i poszła za nimi.

Złotozęby  i  Uzzell  byli  tak  zajęci,  że  długo  nie  zauważali  zniknięcia  Moleya.  W  końcu  Uzzell 

rozejrzał się uważnie.

background image

145

- Gdzie Moley? - Podejrzliwie spojrzał na Złotozębego. Spodziewał się, że zechcą go oszukać, ale 

pierwszym podejrzanym był Złotozęby. Groźnie uniósł broń.

Złotozęby niedbale wzruszył ramionami.

- Pewnie poszedł w krzaki za potrzebą. - Wziął następną partię zwierzyny i wyszedł. Gdy tylko 

dotarł  do  wozu,  od  razu  spostrzegł,  że  coś  jest  nie  tak.  Koń  stał  za  daleko  od  dyszla,  a  Moleya 

nigdzie  nie  było  widać.  Rzucił  zwierzynę  na  wóz  i  sięgnął  po  nóż.  Usłyszał  za  sobą  jakiś  hałas, 

więc odwrócił się i krzyknął.

Słysząc jego krzyk, leśniczy podbiegł do furtki, jednym spojrzeniem ocenił sytuację i rzucił się do 

ucieczki.  W  mroku  rozpoznał  zwalistą  sylwetkę  Phineasa.  Co  się  dzieje?  Phineas  powinien 

wiedzieć,  że  wystarczy  jedno  słowo  do  pana  Darke’a,  żeby  go  wysłać  do  więzienia,  a  nawet  na 

szubienicę. Zresztą, nawet jeśli syn kowala z kompanami chce poturbować Złotozębego i Moleya,

to co? Uzzell uznał, że wcale go to nie obchodzi. Dostał już zapłatę, a jutro stąd zniknie. Chyba że... 

Może ktoś na niego doniósł? Nelly? Jeśli to zrobiła, zabije ją.

Z tym dobiegły jakieś hałasy i krzyki. Pobiegł do lasu, tam gdzie przywiązał Gniadą Betty. Klacz 

stała  na  swoim  miejscu.  Włożył  nogę  w  strzemię  i  chciał  wskoczyć  na  siodło,  ale  poczuł,  że  się 

ześlizguje.  Ktoś  rozluźnił  popręg.  Za  nim  rozległ  się  trzask  łamanej  gałęzi.  Uzzell  odwrócił  się 

gwałtownie, ale nikogo nie zauważył. Pobiegł przed siebie, nie wypuszczając broni z rąk. Słyszał, 

że ktoś go ściga.

Sam biegł za leśniczym, pochylając się co chwila, żeby uniknąć zderzenia z gałęziami. Ukryty w 

zaroślach  Daniel  chwycił  mocniej  laskę  i  czekał,  aż  Uzzell  do  niego  dobiegnie.  Wiedział,  że 

najważniejszym  zadaniem  jest  odebranie  leśniczemu  broni.  Nawet  jeśli  sam  Uzzell  ucieknie, 

schwytanie s go będzie tylko kwestią czasu.

Nelly  Uzzell,  nie  zważając  na  nic,  szła  ścieżką  prowadzącą  w  las.  Ze  spuszczoną  głową 

wypatrywała na ziemi śladów końskich kopyt. Nie docierały do niej nocne dźwięki, nie czuła gałęzi 

smagających ją po twarzy. Z każdym krokiem ciężar na piersi przygniatał ją coraz mocniej. Miała 

wrażenie, że to wszystko dzieje się w jakimś koszmarnym śnie. Musi dotrzeć do Matta. Na pewno 

grozi  mu  jakieś  straszliwe  niebezpieczeństwo.  Otuliła  się  mocniej  szarą  peleryną  i  jak  duch 

przemykała miedzy drzewami.

Teraz,  kiedy  nadeszła  rozstrzygająca  chwila.  Daniel  poczuł,  że  ogarnia  go  spokój.  Uzzell  biegł 

zygzakami i Daniel już miał podciąć mu nogi laską, kiedy w oddali ukazała się szara postać Nelly. 

Uzzell podniósł strzelbę i wypalił, zaraz potem potknął się o laskę i ciężko upadł. Daniel rzucił się 

na niego i chciał wyrwać mu broń, ale leśniczy uderzył go kolbą w bok. Daniel poczuł, że pęka mu 

żebro, zachwiał się i cofnął. Podbiegł do nich Sam, kopniakiem wytrącił Uzzellowi strzelbę z rąk. 

background image

146

Zaczęli się szamotać i kowal upadł na ziemię.

Daniel odzyskał równowagę, zaczekał na odpowiedni moment, położył laskę na grdyce Uzzella i 

nacisnął.  Leśniczy  zaczął  charczeć,  jego  opór  słabł  i  po  chwili  było  już  po  walce.  Sam  wyjął 

kawałek  sznurka  z  kieszeni,  by  spętać  pojmanego.  Wyczuł  w  jego  kieszeni  sakiewkę  i  oddał 

Danielowi.

Daniel  podniósł  strzelbę  z  ziemi,  by  wyjąć  z  niej  pozostały  nabój.  Kiedy  się  wyprostował, 

dostrzegł nie opodal leżącą na ziemi szarą postać.

Złotozęby wyjął nóż i czujnie krążył wokół uzbrojonego w kij Phineasa. Wierzył, że zna więcej 

sztuczek  i  wybiegów  niż  ten  wiejski  osiłek.  Ukryty  za  wozem  Barty  zastanawiał  się,  co  robić. 

Złotozęby niespodziewanie silnym kopnięciem złamał kij Phineasa, zamarkował uderzenie nożem i 

roześmiał się. Zdesperowany Barty wskoczył mu na plecy i próbował wykręcić rękę, ale przeciwnik 

okazał  się  zbyt  silny.  Miotając  się  na  wszystkie  strony,  Złotozęby  zamachnął  się  i  ugodził 

Barty’ego nożem w udo. Chłopak spadł na ziemię i potoczył się na bok.

Phineas doskoczył do Złotozębego i boleśnie wykręcił mu ramię.  Zbir wypuścił nóż, ale się nie 

poddał. Dopiero kiedy otrzymał silny cios w żołądek, zgiął się we dwoje. Phineas wykorzystał tę 

szansę, chwycił go za kostkę i mocno pociągnął. Dopiero teraz Złotozęby zwalił się na ziemię.

Phineas ogłuszył go mocnym ciosem, odciągnął do rowu, skrępował, ułożył obok Moleya i wrócił 

do brata.

- Barty! - zawołał z przerażeniem, widząc głęboką ranę w jego nodze. - To źle wygląda. - Zdjął 

koszulę, podarł ją na pasy i opatrzył ranę.

- Będzie ci zimno - zaprotestował słabo Barty.

-  Nie  gadaj  bzdur.  -  Spojrzał  na  opatrunek.  -  Na  razie  musi  wystarczyć.  Potem  mama  zrobi  to 

lepiej.

Moley  nadal  był  nieprzytomny,  ale  Złotozęby  zaczął  się  poruszać,  klnąc  pod  nosem.  Phineas 

znów musiał go ogłuszyć. Teraz obaj przybysze z Londynu byli unieszkodliwieni.

Podszedł do wozu i Zaprzągł do niego konia, po czym pomógł bratu na nim się usadowić.

- Pilnuj tych dwóch - polecił, dając mu nóż Złotozębego. - Jakby zaczęli się ruszać, zawołaj mnie. 

Ja zobaczę, jak ojciec sobie radzi.

Barty  oparł  się  o  ścianę  wozu.  Czuł  się  słabo,  kręciło  mu  się  w  głowie,  a  powieki  same  się 

zamykały. Gdy tylko Phineas dotarł do Sama i Daniela, od razu się domyślił, że coś poszło nie tak.

- Co się stało? - zapytał.

- Uzzell wystrzelił i trafił swoją żonę - wyjaśnił krótko kowal. - Jest ciężko ranna. Pan Darke ma 

złamane żebro.

- A co z wami, synu?

background image

147

- Barty jest  ranny  w  nogę.  Opatrzyłem  ranę, ale  stracił dużo  krwi.  - Głos  Phineasa załamał  się. 

Związany Uzzell siedział pod drzewem i otępiałym wzrokiem patrzył przed siebie. Kiedy rozpoznał 

Daniela, wiedział, że to już koniec. Nawet gdyby udało mu się uciec, nie miał żadnych szans.

-  Wydaje  mi  się,  że  z  tego  nie  wyjdzie,  biedaczka  -  stwierdził  Daniel.  Co  też  przyszło  jej  do 

głowy,  żeby  się  tu  zjawić?  Z  pewnością  nie  należała  do  bandy.  Troskliwie  nakrył  ją  peleryną.  -

Najpierw musimy zamknąć gdzieś naszych więźniów i odwieźć Barty’ego do domu.

Możemy ich wsadzić do mojej piwnicy - zaproponował

Sam.  Była  często  używana  jako  zastępczy  areszt,  miała  grube  ściany  i  drzwi  wzmocnione 

żelaznymi sztabami. - Wstawaj - rozkazał Uzzellowi.

Daniel zarzucił sobie broń leśniczego na ramię i razem z Samem podnieśli Nelly. Oddychała, ale 

jej  puls  był  ledwie  wyczuwalny.  Starali  się  powstrzymać  krwawienie,  okazało  się  to  jednak 

niemożliwe.

Kiedy dotarli do chaty. Daniel zdecydował:

- Pani Uzzell nie wytrzyma dalszej drogi. Ja tu z nią zostanę. - Biedna kobieta nie może umierać 

sama, pomyślał, a na głos powiedział: - Sam, weź swoich chłopców i zaniknijcie tych trzech drani 

w piwnicy.

Kowal skinął głową. Kiedy ułożyli Nelly na słomie w rogu chaty, szybko pobiegł do Barty’ego. 

Bardzo się o niego niepokoił. Chłopak leżał na wozie. Twarz miał bladą jak ściana. Daniel również 

podszedł do niego i wyjął z kieszeni na piersi niewielką płaską butelkę.

- To brandy - powiedział i podał ją Samowi. Kowal wlał kilka kropel alkoholu do ust syna. Barty 

zakasłał, zakrztusił się i otworzył oczy.

- Wypij to, synku - poprosił kowal.

- Nic mi nie jest - wyszeptał słabo chłopak.

- Właśnie widzę! - odparł Sam. Poczuł wielką ulgę, widząc, że syn odzyskał przytomność. - Co 

zrobimy ze zwierzyną? - spytał Daniela.

- Weźcie sobie kilka sztuk, a resztę na razie zostawimy w chacie. Szybko. Im szybciej odwieziecie 

Barty’ego do domu, tym lepiej. Chciałbym, żebyś potem wrócił tu z Phineasem. Musimy omówić 

kilka spraw.

Daniel popatrzył za odjeżdżającymi i wrócił do chaty. Pani Uzzell miała zamknięte oczy, ale nadal 

oddychała.  Zaczął  padać  deszcz,  więc  Daniel  wprowadził  Gniadą  Betty  pod  dach,  rozsiodłał  i 

napoił. Potem usiadł i zamyślił się, starając się zapomnieć o okropnym bólu w boku.

Zważywszy na okoliczności, Uzzell i jego kompani najprawdopodobniej zawisną. Co się stanie z 

panią  Uzzell,  jeśli  jakimś  cudem  przeżyje?  Pewnie  trafi  do  przytułku.  Daniel  wzdrygnął  się. 

Pozostawał  jeszcze  Johnny  Timms.  Powinien  zostać  jakoś  nagrodzony  za  udział  w  tej  sprawie. 

Daniel  wstał,  wyjął  z  kieszeni  sakiewkę  Uzzella  i  wysypał  jej  zawartość  na  stół.  Ponad  dziesięć 

background image

148

funtów. Jeśli leśniczy co kilka tygodni dostarczał taką partię, to pewnie miał gdzieś schowane setki 

funtów.

Godzinę później przyjechał kowal z żoną. Sally miała ze sobą sporą torbę.

- Pani Wright! - ucieszył się Daniel. - To dobrze, że pani przyjechała. Co z Bartym?

- Kiepsko, ale z Bożą pomocą wyzdrowieje - odparła trzeźwo Sally. Jeszcze się nie otrząsnęła z 

szoku,  jaki  przeżyła  na  widok  rannego,  pobladłego  jak  kreda  syna.  Opatrunek  Phineasa  zapewne 

uratował mu życie. Oczyściła ranę naparem z ziół. Okład powstrzymał krwawienie.

Nie  chciała  zostawiać  syna,  ale  uznała,  że  musi  coś  zrobić  dla  Nelly.  Przyjaciółka  nigdy  nie 

potrafiła o siebie zadbać, a ślub z Uzzellem był jej największą życiową pomyłką.

Podeszła do pani Uzzell, otworzyła torbę, ale od razu poznała, że nic nie pomoże.

- Nelly! - powiedziała cicho.

Pani Uzzell poruszyła się i otworzyła oczy. Sally wzięła ją za rękę.

- To ty? - wyszeptała umierająca.

- Jestem przy tobie.

- Weź do siebie mojego kota. Jest bardzo łowny - wyszeptała z trudem.

- Daj spokój, Nelly. Wyjdziesz z tego, ani się obejrzysz.

Pani Uzzell słabo pokręciła głową.

- Tak będzie lepiej... - Ściszyła głos. - Pudełko Matta... Pod kamieniem... - Zamilkła. Westchnęła 

głęboko i odeszła.

Wszyscy milczeli. Deszcz zaczynał ustawać. Sally podniosła wzrok na męża.

- Nie możemy jej tutaj zostawić. To nie byłoby w porządku. Sam skinął głową.

- Zabierzemy ją.

Sally zwróciła się do Daniela.

- Uzzell miał skrytkę pod kamieniem - oznajmiła, choć mąż spojrzał na nią z wyrzutem.

-  Dziękuję  -  odrzekł  Daniel.  Wyjął  sakiewkę  leśniczego  i  podał  ją  kowalowi.  -  Podziel  te 

pieniądze  tak,  jak  uznasz  za  stosowne.  Zaraz  zaprowadzę  klacz  Uzzella  do  domu  i  powiem 

Johnny’emu, co się wydarzyło.

- Biedny chłopak, na pewno się wystraszy - stwierdziła Sally.

- Jeśli będzie się bał zostać sam, pojedzie ze mną do Juniper Park - zdecydował Daniel. - Potem 

się zastanowimy, jak mu pomóc.

Wiadomość  o  nocnej  zasadzce  rozeszła  się  po  wsi  lotem  błyskawicy.  Wkrótce  wśród 

mieszkańców krążyło pół tuzina wersji wydarzeń: pan Darke zabił leśniczego gołymi rękami, Barty 

Wright nie żyje, pani Uzzell uciekła.

Dorothy Jackson snuła się po domu, popłakując z cicha, dopóki pani Minton nie kazała jej wziąć 

background image

149

się w garść.

- Pan Darke nic nie wspominał o śmierci Barty’ego - powiedziała trzeźwo.

- Ale Prue mówiła... - zaszlochała Dorothy.

- To nie wiesz, że jej nie można wierzyć? - zganiła ją gospodyni.

-  Johnny  Timms  też  mówił  o  jakichś  zwłokach!  -  zatkała  niepocieszona  dziewczyna.  Poszła  do 

sypialni Ruth, ale nadal pociągała nosem.

- Barty nie żyje? - zdziwiła się Ruth. - To niemożliwe. Zapytam ojca i ci powiem.

Cassandra  wysłuchała  barwnej  opowieści  Prudence.  Gdyby  dać  jej  wiarę,  to  nocą  odbyła  się  w 

lesie masowa rzeź. Cassandra postanowiła zaczerpnąć wiadomości z innego źródła.

Ubrała się, odprawiła Prue i zeszła na dół. W pokoju śniadaniowym zastała jedynie Toma i Ruth. 

Tom  narzekał, że  za  chwilę musi  iść na lekcje i  nie dowie się, co się wydarzyło, natomiast Ruth 

martwiła się o Barty’ego.

-  Dorothy  bardzo  się  martwi  -  wyznała  Cassandrze.  -  Obiecałam  jej,  że  spytam  ojca,  ale  już 

wyszedł. A ja też muszę iść na lekcje.

- Nic nie szkodzi - uspokoiła ją Cassandra. - Pojadę z tobą na plebanię. - I tak musiała się spotkać 

z  pastorem  w  sprawie  pogrzebu  Claude’a.  -  Jeśli  tam  niczego  się  nie  dowiemy,  pojedziemy  do 

kowala. Może chcesz, żebym zabrała ze sobą Dorothy?

- Dziękuję, panno Hampden! - zawołała Ruth.

10

Harriet  siedziała  w  swoim  różowym  buduarze  i  czytała  list  od  pani  Freese.  Kiedy  skończyła, 

wydała okrzyk  przerażenia.  Mąż  zaatakował Cassandrę, a potem  spadł z  wieży i  się zabił?  Takie 

rzeczy zdarzają się tylko w powieściach sensacyjnych.

Z listu wynikało, że siostra przebywa teraz w Juniper Park, pod opieką pani Minton. Przecież to 

nie uchodzi, pomyślała z przerażeniem lady Sayers. List spadł jej na kolana. Siedziała ze wzrokiem 

utkwionym  w  nagich  drzewach  za  oknem.  To  wszystko  jej  wina.  Powinna  była  posłuchać  męża, 

który ją przestrzegał  przed panem de Tessy. Miał  rację. Claude de  Tessy  okazał się człowiekiem 

niebezpiecznym i pozbawionym wszelkich skrupułów.

Łza  spłynęła  jej  po  policzku.  Dlaczego  nie  wykazała  się  większą  rozwagą?  Biedna  Cassandra. 

Harriet szybko wytarła łzę, wzięła list i poszła z nim do męża.

Sir Richard przeczytał go uważnie, potem objął stroskaną żonę i ucałował ją w czubek głowy.

- Musi do nas przyjechać - oznajmił. - Zaopiekujemy się nią. Nie wróci już do tej okropnej wieży. 

Zawsze byłem przeciwny temu, żeby tam mieszkała. To takie ekscentryczne.

- Chciała być niezależna - Harriet wystąpiła nieśmiało w obronie siostry.

background image

150

-  Niezależna!  Też  coś!  -  Pan  Sayers  uważał,  że  kobieta  i  niezależność  to  pojęcia,  które  się 

wzajemnie  wykluczają.  Zadaniem  mężczyzny  jest  opieka  nad  kobietą.  Nie  można  oczekiwać  od 

Cassandry,  by  sama  dawała  sobie  radę  w  życiu.  Spojrzał  na  list.  -  Pani  Freese  zaprasza  nas  do 

siebie.  Pojedziemy  tam  i  przywieziemy  tu  twoją  siostrę.  Zastanowię  się,  co  będzie  dla  niej 

najlepsze.

- Tak, Richardzie - potulnie zgodziła się Harriet.

Tego samego dnia Daniel odwiedził Mattick Hall. Najpierw jednak wstąpił na plebanię i omówił z 

pastorem  szczegóły  pogrzebu  pani  Uzzell,  potem  odwiedził  kowala  i  dowiedział  się,  że  Barty 

spokojnie przespał noc.

- Ma jeszcze trochę gorączki - powiedziała Sally. - Trudno się dziwić. Miło, że pan o niego pyta.

Daniel odszedł uspokojony.

Pan Parslow niecierpliwie czekał na wieści. Natychmiast zaprowadził Daniela do gabinetu. Spisał 

jego zeznanie i zarządził przewiezienie złoczyńców do więzienia w Guildford, Idzie wszyscy trzej 

mieli czekać na proces. Miał nadzieję, że zostaną skazani na szubienicę.

- Trzeba coś zrobić z Johnnym Timmsem - powiedział Daniel.

- Z tym parobkiem? - zdziwił się pan Parslow. - A po co płacimy podatki? Niech się nim zajmie 

gmina. Znajdzie się dla niego miejsce w przytułku dla ubogich.

- Chłopak zasługuje na coś innego - uciął krótko Daniel. Los Johnny’ego nie interesował zbytnio 

pana Parslowa, więc rozmowa zeszła na inne tematy.

Jakiś  czas  później,  wracając  do  domu.  Daniel  spostrzegł  Cassandrę  i  Dorothy,  wychodzące  z 

domu kowala. Zatrzymał się przy nich.

- Panno Hampden, może panią podwieźć? Dorothy też się zmieści.

- Dziękuję. - Cassandra ucieszyła się. Ten krótki spacer bardzo ją zmęczył. - Ale Dorothy chciała 

jeszcze odwiedzić matkę.

Cassandra wsiadła do bryczki, a Dorothy poszła dalej. Widziała Barty’ego! Był blady i osłabiony, 

ale żył! Na jego widok ze szczęścia aż zalała się łzami.

Jak wróci do domu, powie Prudence coś do słuchu.

Daniel okrył nogi Cassandry pledem i chwycił lejce.

- Nie wiem dlaczego, ale dzisiaj czuję się gorzej niż wczoraj - wyznała.

- To pewnie opóźnione efekty wstrząsu, jaki pani przeżyła, Cassandra nic nie odpowiedziała. Po 

południu miał się odbyć pogrzeb Claude’a. Damy nie bywają na pogrzebach, ale ona zdecydowała, 

że pójdzie. Chciała ostatecznie się upewnić, że Claude nie żyje. Musiała dziś być w formie.

- Znajdzie pani siły, żeby przejrzeć zawartość sakwy pana de Tessy? Jest w mojej bibliotece.

- Oczywiście - zgodziła się natychmiast, chociaż miała ochotę od razu położyć się do łóżka.

Znalazła  torbę  w  rogu  biblioteki.  Usiadła  i  patrzyła  na  nią  ze  strachem.  Co  w  niej  jest?  Jakie 

background image

151

okropności w sobie kryje?

Daniel odprowadził bryczkę do stajni i również wszedł do biblioteki. Postawił torbę na biurku i 

otworzył. Zauważył, że Cassandra zbladła.

- Nic pani nie jest? - zapytał z troską. - Może napije się pani wina?

-  Nie,  dziękuję.  Wszystko  w  porządku.  -  Podeszła  do  biurka  i  oparła  się  o  nie  dla  zachowania 

równowagi.

-  Przejrzałem  zawartość  torby,  kiedy  natknąłem  się  na  konia  pana  de  Tessy  -  ciągnął  Daniel.  -

Znalazłem jego paszport i dzięki temu domyśliłem się, że może pani grozić niebezpieczeństwo.

Wysypał  zawartość  torby  na  biurko.  Zobaczyli  francuski  paszport,  sakiewkę  z  pięcioma 

angielskimi  funtami,  nóż,  zmianę  bielizny,  przybory  do  golenia  i  skórzaną  torbę,  wypchaną

frankami. Daniel przeliczył je i okazało się, że jest tam suma równa wartości niemal stu funtów.

- Po co mu było tyle pieniędzy? - zdziwiła się Cassandra.

-  Musiał  opłacić  przeprawę  przez  kanał  -  zasugerował  Daniel.  Najwyraźniej  de  Tessy  bardzo 

pragnął śmierci żony, pomyślał. Ciekawe dlaczego. Pewnie nigdy się tego nie dowiedzą. Z szuflady 

biurka wyjął trochę drobnych monet i zegarek kieszonkowy. - To miał przy sobie.

Cassandra usiadła.

-  Sama  nie  wiem,  co  z  tym  wszystkim  zrobić.  -  Dotknęła  czubkiem  palca  stosu  monet.  -  Mam 

wrażenie, że to pieniądze splamione krwią.

- Jeśli  pani sobie życzy, załatwię zamianę franków na funty. Jako wdowa po panu de Tessy ma 

pani  prawo  do  tych  pieniędzy.-  Spostrzegł  jej  niepewną  minę.  -  Pieniądze  są  neutralne,  same  w 

sobie ani dobre, ani złe. Wszystko zależy od tego, jak je spożytkujemy.

Cassandra podniosła na niego wzrok.

- Bardzo trafna uwaga. - Już nie była taka blada. Daniel spojrzał na pieniądze.

- Był w moim życiu taki czas, kiedy z powodu ich braku... - nie dokończył.

Wiem,  jak to jest - przyznała. - Gdybym w Dieppe  nie spotkała Abednego, umarłabym z  braku 

pieniędzy.  -  Po  chwili  dodała  szeptem:  -  Tak  jak  umarł  mój  synek.  Starałam  się,  ale  nie  miałam 

funduszy, żeby zapewnić mu właściwą opiekę.

- Bardzo mi przykro. Ile miał lat?

- Skończył zaledwie rok.

- Kiedy zmarła moja siostra w przytułku dla ubogich... wydawało mi się, że życie straciło sens. 

Wtedy też nie miałem pieniędzy.

Zamilkli. Cassandra patrzyła  na przedmioty na  biurku, a Daniel na nią. Jaka  interesująca twarz, 

pomyślał. Z charakterem.

Cassandra wyrwała go z zamyślenia.

- Doszłam do wniosku, że bycie jego żoną wiele mnie kosztowało  - stwierdziła. - Cóż, w życiu 

background image

152

często się płaci za doświadczenie i nigdy nie wiadomo, jaka będzie cena.

- To prawda.

Cassandra wzięła sakiewkę i schowała do niej funty.

- Uważam, że to mi się należy.

Daniel uśmiechnął się.

- Nie ma najmniejszych wątpliwości. Włożyła franki z powrotem do skórzanej torby i popchnęła 

w jego stronę.

- Będę wdzięczna, jeśli zamieni je pan dla mnie na funty.

Zaraz po powrocie do Juniper Park Dorothy odszukała Prudence. Dziewczyna była w prasowalni, 

czekała, aż rozgrzeje się żelazko. Dorothy chwyciła ją za ramiona i mocno potrząsnęła.

- Barty żyje! - zawołała. - Czuje się już całkiem dobrze! Jak mogłaś wygadywać takie kłamstwa? 

Jesteś podłą, okrutną dziewczyną!

Oniemiała Prue przez chwilę patrzyła na Dorothy, a potem rozpłakała się głośno.

-  Przepraszam!  -  zaszlochała.  -  Dorothy,  przepraszam!  Dorothy  powoli  się  uspokajała.  Matka 

powiedziała jej, że powinna być wyrozumiała dla Prue, ponieważ w przytułku nie było nikogo, kto 

mógłby ją nauczyć, że nie wolno kłamać.

- Posłuchaj mnie - powiedziała Dorothy. - Nie należy kłamać. Kłamstwo rani.

Prudence wytarła twarz fartuchem.

-  Nie  zdawałam  sobie  z  tego  sprawy  -  wyszeptała.  -  Przecież  to...  to  była  tylko  taka  ciekawa 

historia...  -  Nie  potrafiła  jaśniej  się  wytłumaczyć.  Kiedy  opowiadała  ciekawe  historie,  ludzie  jej 

słuchali, zwracali na nią uwagę. Nie przypuszczała, że jej słowa mogą kogoś skrzywdzić.

Cassandra stała nad otwartym grobem i patrzyła, jak znika s w nim trumna męża. Towarzyszył jej 

Daniel. Miała wrażenie, że jej serce jest całkiem puste i zimne, nawet już nie rozpaczała. Nic nie 

mogło  przywrócić  życia  jej  dziecku.  Kiedy  modlitwa  dobiegła  końca  i  pierwsze  grudy  ziemi 

zaczęły  spadać  na  wieko  trumny,  Cassandra  odeszła.  Chciała  jak  najszybciej  zapomnieć  o  tym 

miejscu.

Choć wspierała się na ramieniu Daniela, z trudem doszła do bryczki i natychmiast po przyjeździe 

do Juniper Park poszła do swojej sypialni.

- Biedna panna Cassandra - powiedziała pani Minton, kiedy już zaniosła jej rozgrzewający napój. 

-  Te  przeżycia  zbyt  dużo  ją  kosztują.  Gdyby  stary  hrabia  zachował  się  jak  należy  i  wysłał  ją  na 

sezon do Londynu tak jak pannę Harriet, nic takiego by się nie wydarzyło. I co teraz będzie?

Następnego dnia wszystko powoli zaczęło się uspokajać. Odbył się cichy pogrzeb pani Uzzell, w 

background image

153

którym wzięli udział Daniel, Sam, Phineas i kilku mieszkańców wsi. Leśniczy pana Parslowa zabrał 

zwierzynę z chaty. Daniel znalazł w sakwie Claude’a rachunek za wynajęcie konia w Worthing, i 

kazał stajennemu odprowadzić zwierzę do właściciela.

Późnym  popołudniem  przybyli  państwo  Sayers.  Elegancki  powóz  z  herbem  na  drzwiach 

przemknął przez wieś i zatrzymał się przed plebanią. Wokół zebrała się gromadka dzieci. Harriet 

wyszła z powozu, uśmiechając się przyjaźnie.

Państwo Freese powitali  gości. Po chwili sir Richard rozmawiał z pastorem w jego gabinecie, a 

pastorowa zaprosiła Harriet do swojego buduaru.

-  Mojemu  mężowi  nigdy  się  nie  podobało,  że  Cassandra  mieszka  sama  w  Belvedere  Tower  -

wyznała pani  Sayers.  -  Uważał  to  za  dziwactwo.  Prawdę  mówiąc,  jestem  zadowolona,  że  ją  stąd 

zabierzemy.  Zamieszka  z  nami,  a  jesienią  pojedziemy razem  na  sezon  do  Bath.  Trochę  rozrywki 

dobrze jej zrobi.

- Nieraz jej powtarzałam, że ta wieża nie nadaje się do zamieszkania, ale nie chciała mnie słuchać. 

- Pastorowa lubiła Cassandrę, choć uważała, że jest równie uparta jak stary hrabia.

Harriet zniżyła głos, choć w pobliżu nie było nikogo obcego.

- Kiedy się dowiedziałam, że zamieszkała w Juniper Park, byłam przerażona. Pan Darke nie jest 

naszym krewnym, więc jest to bardzo niestosowne.

Zamilkła wymownie. Przez chwilę zastanawiała się, co by było, gdyby pan Darke powziął wobec 

Cassandry  zamiary  matrymonialne.  Jakiś  nowobogacki  fabrykant  miałby  poślubić  stryjeczną 

wnuczkę hrabiego? Co innego pan de Tessy. On przynajmniej był francuskim arystokratą.

- Nie miałam okazji poznać pana Darke’a... - stwierdziła ostrożnie i pociągnęła łyk herbaty.

Pani Freese doskonale ją zrozumiała.

- To porządny człowiek - zapewniła. - Jego córka pobiera lekcje razem z Rachel. Oczywiście, z 

towarzyskiego punktu widzenia jest nikim. Cieszę się, że jego syn jest jeszcze mały i żadna z moich 

córek się nim nie zainteresuje.

- Ile pan Darke ma lat?

- Zdaje  się,  że  nie  skończył  jeszcze  czterdziestu.  -  Pani  Freese  dostrzegła  niepokój  na  twarzy 

Harriet. - Wydaje mi się, że stara się o pannę Parslow.

- O pannę Parslow! A czy ona odwzajemnia jego zainteresowanie?

- Powiedzmy, że jest to osoba, która docenia wartość pieniądza.

Jak  to  dobrze,  że  nie  interesuje  się  Cassandra,  pomyślała  Harriet.  Trzeba  jednak  zachować 

ostrożność i zabrać ją z Juniper Park.

Tego wieczoru państwo Sayersowie mieli okazję poznać tak pogardzanego fabrykanta, ponieważ 

Daniel  przysłał  im  zaproszenie  na  kolację.  Pisał,  że  choć  panna  Hampden  jest  wyczerpana  po 

pogrzebie męża, to bardzo chce zobaczyć się z siostrą.

background image

154

- List napisany we właściwym tonie - stwierdził sir Richard, trochę zaskoczony. - Chyba możemy 

przyjąć zaproszenie. - Chciał na własne oczy zobaczyć Daniela.

Harriet z przyjemnością zauważyła, że dom wygląda niemal tak samo jak dawniej.

Sir  Richard  musiał  niechętnie  przyznać,  że  Daniel  przyjął  go  jak  należy,  z  zachowaniem 

wszelkich reguł towarzyskich.

Blada i osłabiona Cassandra spoczywała na szezlongu przy kominku. Na widok siostry próbowała 

wstać, ale nie mogła, więc tylko wyciągnęła ramiona.

- Cassandro! - Harriet podbiegła do niej i uściskała ją mocno.

Sir Richard ucałował ją w policzek.

- Nie wiem, co się ze mną dzieje! - zawołała. - Właściwie nic mi nie jest. Jeszcze wczoraj dobrze 

się czułam. Prawda, panie Darke?

- To opóźniona reakcja na szok, panno Hampden. Musi pani wypocząć.

- Właśnie, kochanie - podchwyciła siostra. - Przyjechaliśmy zabrać cię do domu.

Cassandra spojrzała na siostrę. Kochała ją bardzo, ale bała się, że jeśli z nią zamieszka, siostra i 

szwagier będą nalegali, żeby została na zawsze. Wiedziała jednak, że nie może dłużej mieszkać w 

Juniper Park, a do wieży na razie nie chciała wracać. Gdzie więc miała się podziać?

- Przywieziemy cię tu z powrotem, kiedy poczujesz się lepiej - zapewnił sir Richard, choć wcale 

nie  miał  zamiaru  tak  zrobić.  Uważał,  że  lepiej  będzie  dla  Cassandry,  jeśli  on  zacznie  za  nią 

decydować.

Ku swojemu zaskoczeniu,  poczuł do Daniela sympatię. Słuchał jego opowieści o pracach, które 

przedsięwziął w posiadłości. Ponieważ sir Richard również miał dużą posiadłość, potrafił docenić 

roztropne i dalekowzroczne pomysły Daniela.

- Będzie pan tu miał wiele do zrobienia - stwierdził ze współczuciem. - Majątek był zaniedbywany 

przez lata.

-  Dzięki  temu  wszystkiego,  co  zrobię,  to  będzie  zmiana  na  lepsze  -  odparł  Daniel.  -  Panna 

Hampden bardzo mi pomogła. - Spojrzał na Cassandrę i uśmiechnął się.

Nie  był  to  uśmiech  mężczyzny  zauroczonego  kobietą,  ale  świadczył  o  łączącej  ich  nici 

porozumienia.  Panu  Sayersowi  wcale  się  to  nie  podobało.  Darke  bez  wątpienia  był  porządnym 

człowiekiem,  ale  taka  znajomość  jest  szwagierce  zupełnie  niepotrzebna.  Należało  ją  stąd  zabrać. 

Nazajutrz  była  niedziela,  więc  podróż  oczywiście  nie  wchodziła  w  grę,  ale  w  poniedziałek  z 

samego rana powinni wyruszyć w drogę.

Następnego dnia Cassandra nie poszła ze wszystkimi do kościoła. Cały ranek spędziła w swojej 

sypialni.  Dopiero  po  południu  zeszła  na  dół.  Leżąc  na  szezlongu,  rozmawiała  z  Ruth.  Z 

przyjemnością  zauważyła,  że  dziewczyna  przestała  już  być  nieśmiałą  skrępowaną  nastolatką. 

background image

155

Nabrała ogłady i z chęcią uczęszczała na lekcje z Rachel. Polubiła Freddy’ego, a z Agnes nauczyła 

się dawać sobie radę. Widać było, że dobrze czuje się wśród ludzi.

Daniel  czytał  wczorajszą  gazetę  i  od  czasu  do  czasu  rzucał  na  nie  okiem.  Widok  swobodnie 

rozmawiającej  córki  sprawiał  mu  przyjemność.  Syn,  zwinięty  na  ławie  w  okiennej  wnęce,  czytał 

książkę.

Miał  nadzieję,  że  pewnego  dnia  jego  dzieci  będą  tak  samo  dobrze  się  czuły  w  towarzystwie 

Agnes.  Jakoś  jednak  nie  potrafił  sobie  wyobrazić  panny  Parslow,  gawędzącej  przyjaźnie  z  Ruth. 

Agnes  zawsze  chciała  być  w  centrum  uwagi,  a  rozmowa  z  dziećmi  wcale  jej  nie  bawiła.  Czy 

dlatego tak zwlekał z oświadczynami?

Zegar na kominku wybił dziewiątą i Daniel wyprawił dzieci do łóżek.

- Będzie pani do mnie pisać? - spytała z niepokojem Ruth.

- Będę, już ci obiecałam - odrzekła Cassandra z uśmiechem. Kiedy dzieci wyszły, zwróciła się do 

Daniela:  -  Jestem  panu  winna  wielką  wdzięczność,  nie  tylko  za  uratowanie  życia,  ale  też  za 

udzielenie gościny. Powinnam panu ofiarować coś w zamian... Jeśli... jeśli nadal chce pan odzyskać 

Belvedere Tower, to zrezygnuję z prawa wynajmu.

- Postanowiła pani zamieszkać na stałe u siostry? - zapytał trochę przerażony Daniel. Bardzo by 

mu jej brakowało.

- Ależ nie! Nie chcę więcej być od nikogo zależna, ale mogę wynająć jakiś inny dom.

- Nie zdziwiłbym się, gdyby nabrała pani awersji do tej wieży.

-  Nic  podobnego.  Nadal  bardzo  ją  lubię.  Stale  myślę  o  moim  ogrodzie,  o  malowidłach,  jakimi 

mogłabym ozdobić inne pokoje. Po prostu muszę spędzić jakiś czas z dala od Belvedere Tower.

- W takim razie zostawmy wszystko tak jak jest. Na chwilę zapadła cisza. Oboje czuli, że coś się 

zmieniło, choć żadne nie było pewne co.

- Przypilnuję wieży podczas pani nieobecności - odezwał się w końcu Daniel.

- Dziękuję. Pani Wagstaff będzie tam wietrzyć i wycierać kurze. Nie wyjeżdżam na zbyt długo. 

Najwyżej dwa, może trzy miesiące.

Następnego ranka państwo Sayers zajechali swoim powozem, żeby zabrać Cassandrę i Prudence. 

Daniel  wraz  z  dziećmi  stał  na  schodach  i  patrzył  za  odjeżdżającymi.  Potem  dzieci  odeszły  do 

swoich zajęć, on zaś skrył się w bibliotece i zamknął drzwi. Zdał sobie sprawę, że będzie tęsknił za 

Cassandrą. Spróbował skupić się na pracy, zwłaszcza że czekało go dzisiaj mnóstwo papierkowej 

roboty.  Chciał  otworzyć  szufladę  biurka,  ale  się  zacięła.  Gdy  szarpnął  mocniej,  odskoczyła  z 

impetem i zawartość wysypała się na podłogę. Wśród najróżniejszych drobiazgów dostrzegł jakiś 

dziwny  przedmiot.  Był  to  mały,  drewniany  tygrys  na  sprężynie.  To  pewnie  zaginiona  zabawka 

panny Hampden, pomyślał i starannie schował  go z powrotem do szuflady. Tutaj na nią zaczeka. 

Powiedziała, że nie będzie jej najwyżej dwa, trzy miesiące. Uśmiechnął się.

background image

156

Sayers  Place,  elegancki  dom,  zbudowany  jeszcze  przez  dziadka  sir  Richarda,  był  prowadzony 

porządnie i sprawnie przez gospodynię, panią Maws. Już po chwili Cassandra znalazła się w łóżku, 

w przeznaczonym dla niej pokoju. Harriet zaproponowała jej coś do zjedzenia.

- Dziękuję, nie jestem głodna - odparła. - Napiłabym się tylko herbaty.

- Zaraz dostaniesz, kochanie. - Siostra pocałowała ją w czubek głowy i odeszła na palcach.

Cassandrze  bardzo  taka  czuła  opieka  odpowiadała.  Opuściła  ją  wszelka  energia,  miała  ochotę 

zwinąć się w kłębek i ukryć przed całym światem.

Harriet martwiła się. Siostra zawsze miała w sobie tyle życia.

- Mam nadzieję, że całkiem nie podupadnie na zdrowiu - powiedziała do męża.

- Przeżyła kilka trudnych lat - odrzekł sir Richard. - Nie wiemy, co ją spotkało we Francji, ale na 

pewno nic dobrego. Straciła dziecko, a potem ta straszna historia z de Tessym. Nic dziwnego, że się 

załamała.

- Oczywiście - zgodziła się Harriet i wyznała: - Tak bardzo bym chciała, żeby zaczęła chodzić na 

przyjęcia i bale. - Przyrzekła sobie w duchu, że postara się, aby siostra obracała się w odpowiednim 

towarzystwie. Trzeba trzymać ją z daleka od parweniuszy i francuskich emigrantów.

- Na razie to wykluczone - stanowczo zadecydował mąż. - Potrzeba jej kilku tygodni odpoczynku.

Przez  pierwsze  dwa  tygodnie  pobytu  u  siostry  Cassandra prawie  nic  nie  robiła.  Na  godzinę  lub 

dwie dziennie wstawała z łóżka i siadała w szlafroku przy kominku. Po krótkim czasie czuła takie 

zmęczenie,  że  musiała  znów  się  położyć.  Często  płakała,  choć  sama  nie  wiedziała  dlaczego. 

Napisała do Daniela list z podziękowaniem, dołączyła też krótką wiadomość do Ruth.

Pewnego dnia pod koniec  stycznia,  całkiem niespodziewanie,  obudziła  się spokojna i  silniejsza. 

Wiedziała, że już zawsze będzie tęskniła za synkiem, ale czuła, że gdziekolwiek się znalazł, jest mu 

tam dobrze. Wiedziała, że czeka ją jeszcze długa żałoba, ale największe cierpienie już minęło.

Odczuła wielką ulgę. Wstawał nowy dzień, a ją przepełniało uczucie spokoju.

Kiedy Prudence weszła do sypialni, zobaczyła, że Cassandra stoi przy oknie i podziwia wschód 

słońca.

- Wygląda pani o wiele lepiej, panno Cassandro - stwierdziła z zadowoleniem. Bardzo martwiła 

się o swoją panią. Od czasu rozmowy z Dorothy wiele zrozumiała i powoli się zmieniała. - Ma pani 

ochotę na coś do jedzenia?

- Tak. Poproszę filiżankę  gorącej czekolady i  świeżą bułeczkę. Aha, i sprawdź, czy nie było do 

mnie listów. - Nie dostała żadnej wiadomości od Ruth i trochę ją to dziwiło. Była też ciekawa, jak 

radzi sobie Daniel.

Później, kiedy zeszła na dół, spytała o listy również Harriet, ale siostra tylko przecząco pokręciła 

background image

157

głową.

- Ciekawe, dlaczego nikt nie pisze? - zadumała się Cassandra. - Mam nadzieję, że nie wydarzyło 

się nic złego. Chyba napiszę do Ruth jeszcze raz.

- Połóż list na moim biurku, wyślę go sam - zaproponował sir Richard.

W jego głosie słychać było dziwny ton, który sprawił, że Harriet spojrzała na niego czujnie, ale 

nic nie powiedziała.

- Dziękuję. - Uśmiechnęła się z wdzięcznością. - Zastanawiam się, czy napisać do pani de Flagy i 

powiadomić ja o śmierci Claude’a.

- To nie byłoby wskazane - oznajmił stanowczo sir Richard. Ustalił z panem Parslow, że lepiej nie 

wywoływać  wilka  z  lasu.  Poza  tym  Cassandra  nie  wiedziała,  że  mąż  podstawił  inne  dziecko  na 

miejsce ich syna i sir Richard zadecydował, że nie powinna się o tym dowiedzieć. Uznał, że byłoby 

to zbyt okrutne.

W  tym  samym  tygodniu  Daniel  z  dziećmi  został  zaproszony  na  lunch  do  Mattick  Hall. 

Wyjątkowo oboje państwo Parslow zgodnie wystosowali zaproszenie. Agnes była niezadowolona z 

braku  postępów  w  stosunkach  z  panem  Darke,  co  odbijało  się  na  wszystkich  wokół:  uderzyła 

służącą  w  twarz,  doprowadziła  matkę  do  łez,  wciąż  dokuczała  bratu,  a  ojciec  krył  się  przed  jej 

humorami w swoim gabinecie.

Zgnębiony pan Parslow doszedł do wniosku, że zaakceptuje Daniela jako zięcia. Do tej pory miał 

nadzieję,  że  córka  znajdzie  kogoś  bardziej  odpowiedniego,  ale  w  końcu  pan  Darke  był  bardzo 

bogaty, a poza tym kiedy Agnes wyjdzie za mąż, na nim będzie rozładowywać swoje humory.

Jednak intencje Darke’a nadal pozostawały niejasne.

Choć  Agnes  była  zajęta  zamawianiem  i  przymiarkami  nowych  sukien  na  nadchodzący  sezon, 

miała dużo czasu na rozmyślania. Zirytowana, stwierdziła, że jej manewry nie przyniosły na razie 

oczekiwanego rezultatu. Z lordem Robertem poszło jej o wiele łatwiej, ale to był niedoświadczony 

młodzik.  Bez  trudu  potrafiła  zwabić  go  do  loży  w  teatrze  albo  w  ustronne  miejsce  w  ogrodzie. 

Szybko zauważyła, że młody arystokrata właściwie wcale się nią nie interesuje, że służy mu za coś 

w  rodzaju  parawanu.  Mimo  to  podobała  jej  się  perspektywa  zdobycia  tytułu  lady,  więc 

sprowokowała go do oświadczyn.

Wkrótce potem nakryła go w intymnej sytuacji z lokajem. Trzy tysiące funtów za milczenie nie 

było  zbyt  wysoką  ceną,  zwłaszcza  że  postarała  się,  żeby  stosunki  z  rodziną  markiza  pozostały 

przyjazne.  Zachowała  na  temat  całej  sprawy  dyskretne  milczenie  i  nawet  matce  nie  powiedziała 

prawdy.

Jednak Danielem nie była w stanie manipulować.

No cóż, skoro on nie chciał wykonać żadnego ruchu, może ona powinna to zrobić? Czuła, że pan 

background image

158

Darke też skrywa jakiś sekret, który mogłaby wykorzystać.

Ruth okazała się odporna na jej sztuczki, więc Agnes postanowiła zająć się Tomem.

W niedzielę po kościele powóz Daniela podążył za powozem państwa Parslow do Mattick Hall.

Ruth nawet się cieszyła z tej wizyty. Agnes traktowała ją teraz z chłodną uprzejmością, natomiast 

Freddy stał się bardzo przyjacielski. Po lunchu przeszli razem do pokoju do muzykowania. Freddy 

odkrył, że Ruth lubi śpiewać, i uczył ją prostej piosenki a capella.

Ruth  trochę  mu  współczuła.  Ojciec  nie  pochwalał  jego  zainteresowania  muzyką.  Z  łatwością 

wybaczyłby mu wymykanie się z domu na walki kogutów czy mecze pięściarskie, ale zupełnie nie 

rozumiał, dlaczego syn ucieka do gospody, żeby tam grać na pianinie z synem kowala i stolarzem.

Przy  lunchu  Agnes  uwodziła  Daniela,  jak  tylko  umiała.  Słuchała  uważnie  jego  słów,  nie 

odrywając od niego spojrzenia, a kiedy zaczął rozmawiać o polityce, słodkim głosem przyznała się 

do całkowitej ignorancji w tej dziedzinie, co go wręcz rozczuliło.

Po  skończonym  posiłku  poszedł  z  gospodarzem  do  gabinetu,  żeby  omówić  dalszy  los 

kłusowników. Zgodnie z przewidywaniami pana Parslowa, wszystkich skazano na śmierć.

Agnes w tym czasie zajęła się Tomem.

-  Tom,  musisz  obejrzeć  kolekcję  osobliwości,  którą  zgromadził  mój  dziadek.  -  Nie  czekając  na 

reakcję chłopca, ruszyła do małego pokoju obok biblioteki. Tam na stole stała szafka ze szklanymi 

drzwiami.

Tom  poszedł  za  Agnes  bez  większego  zapału,  ale  na  widok  zgromadzonych  w  szafce 

przedmiotów oczy mu się roziskrzyły. Dziadek Agnes najwyraźniej żywił zamiłowanie do rzeczy 

makabrycznych. W jego kolekcji znajdowały się między innymi zmumifikowane koty i krokodyl z 

Egiptu, indyjski sztylet o rękojeści wysadzanej rubinami, skurczona ludzka głowa z Borneo i kilka 

śmiercionośnych mieczy samurajskich.

- Ojej, jeszcze czegoś takiego nie widziałem - wyszeptał z podziwem.

Agnes uśmiechnęła się.

- Właśnie tak sobie myślałam, że ci się spodoba.

- Ale widziałem raz na jarmarku dwugłowego cielaka. - Nie dodał, że potem przez tydzień mu się 

to śniło.

- Często jeździłeś na jarmarki?

-  Nie,  mama  twierdziła,  że  za  dużo  tam  hałasu  i  ordynarnych  ludzi.  -  Nie  dodał,  że  w  dodatku 

ciotka Kitty stale im się tam gubiła.

Zerknął z ukosa na Agnes. Nagle przypomniał sobie, że miał nie opowiadać nic o przeszłości. E -

A ojciec cię tam nie zabierał?

Tom pokręcił głową. Bardzo chciał, żeby Agnes wreszcie zmieniła temat.

- Mogę go potrzymać? - zapytał.

background image

159

Agnes wyjęła sztylet z szafki i podała mu.

-  Opowiedz  mi  trochę  o  waszym  życiu  w  Yorkshire  -  poprosiła.  -  Nikomu  nie  powtórzę. 

Przyrzekam.

- Nie ma o czym opowiadać - odrzekł szorstko. Nie bardzo wiedział, jak zareagować. Przesunął 

palcem po ostrzu.  - Jejku,  jaki ostry. Jak  pani myśli,  panno Agnes,  czy to  wgłębienie jest po do, 

żeby krew szybciej spływała?

- Okropny z ciebie chłopak! - zawołała. - Przestań machać tym sztyletem i nie strasz mnie.

- Nigdy bym pani nie skrzywdził - zapewnił z uśmiechem. Cieszył się, że rozmowa zeszła na inny 

temat. - Pani jest taka ładna.

- Kiedyś będziesz bardzo niebezpiecznym młodym człowiekiem - stwierdziła i pocałowała go w 

policzek. - Proszę. Teraz masz wobec mnie dług.

Tom  zaczerwienił  się.  Był  bardzo  zmieszany.  No  tak,  teraz  ma  wobec  niej  dług.  Przecież  go 

pocałowała i coś jest jej za to winien.

- A co pani chce wiedzieć? - spytał niechętnie.

-  Tom,  jestem  twoją  przyjaciółką.  Powiedz  mi,  dlaczego  ojciec  z  wami  nie  mieszkał?  -  Już 

zaczynała się domyślać.

- Nie powtórzy pani nikomu?

- Ależ skąd. - Wstrzymała oddech.

- Oni nie byli małżeństwem - wyszeptał chłopiec. - Ale to sekret.

- Nikomu nie powiem - zapewniła go Agnes. Nie potrafiła stłumić nuty triumfu w głosie.

Tom popatrzył na nią z niepokojem. Nagle zrobiło mu się zimno.

Przyszedł  luty  i  wkrótce  na  wierzbach  ukazały  się  miękkie  bazie.  Dni  stawały  się  dłuższe. 

Cassandra  chodziła  z  siostrą  na  spacery,  kiedy  tylko  pozwalała  na  to  pogoda.  Z  każdym  dniem 

czuła się lepiej.

- Jesteś dla mnie taka dobra - powiedziała z wdzięcznością. - Będę za wami tęskniła.

-  Chyba  nie  myślisz  o  wyjeździe?  Kochanie,  nie  jesteś  jeszcze  wystarczająco  silna.  -  Harriet 

zaniepokoiła się. Siostra nie może wyjechać. Richard byłby bardzo niezadowolony.

-  Może  masz  rację.  -  Cassandra  westchnęła.  Nadal  popołudniami  musiała  odpoczywać.  -  Ale 

wiesz, jak to jest. Zawsze tęskni się za domem.

- Miałam nadzieję, że uważasz Sayers Place za swój dom. Cassandra roześmiała się.

-  Na  pewno  nie  byłabyś  zadowolona,  gdybym  zaczęła  ci  malować  po  ścianach!  I  gdybym 

wydawała polecenia pani Maws.

- Ciągle zapominam, że nie jesteś już moją małą siostrzyczką. - Rozumiała pragnienie Cassandry. 

Tylko jak przekonać sir Richarda?

background image

160

Cassandra zgodziła się zostać następne dwa tygodnie.

W trawie ukazały się krokusy, wkrótce miały zakwitnąć żonkile, a od Ruth nadal nie było żadnej

wiadomości. Czy nie działo się tam nic złego? Czyżby Agnes postawiła na swoim i jednak wysłała 

to biedne dziecko do szkoły z internatem?

Pewnego ranka Prudence zjawiła się w sypialni Cassandry z filiżanką gorącej czekolady. Obok na 

tacy leżał list.

-  Znalazłam  go  na  stoliku  przy  bibliotece.  Leżał  na  samej  górze,  więc  go  wzięłam  -  wyjaśniła 

Prue. - Mam nadzieję, że nie zrobiłam nic złego.

Całą pocztę zwykle odbierał sir Richard i sortował w swoim gabinecie.

- Oczywiście, że nie - uspokoiła ją Cassandra. Kiedy tylko przeczytała list, zrozumiała, że działo 

się coś złego, ale nie w Juniper Park. Ruth dostała od niej jedynie pierwszy list. Sama pisała kilka 

razy,  lecz  do  Cassandry  nie  dotarła  żadna  z  tych  wiadomości.  Dziwne.  Sir  Richard  frankował  i 

wysyłał jej listy. Ofrankowany list przechodzi pod opiekę rządu i rzadko ginie. Oczywiście, jeśli w 

ogóle został wysłany. Czyżby szwagier niszczył jej listy? Czy jeśli teraz zapieczętuje list od Ruth i 

odłoży na miejsce, to sir Richard jej go przekaże?

Postanowiła  się  o  tym  przekonać.  Znalazła  wosk,  zapieczętowała  list  na  nowo  i  ukradkiem 

podrzuciła na stolik w holu.

Kiedy wróciła do siebie, poczuła, że ogarnia ją gniew, a także lęk. Historia zdawała się powtarzać.

Tego  dnia  listy  długo  leżały  na  stoliku,  ponieważ  sir  Richard  wyjechał  wcześnie  rano  i  miał 

wrócić dopiero po południu.

Dzień  zapowiadał  się  pogodny,  więc  Harriet  zaproponowała  siostrze  przejażdżkę  do  Horsham. 

Nie  był  to  przypadek.  Tego  ranka  mąż  powiadomił  ją,  że  spodziewa  się  wizyty  Abednego  i 

wolałby, żeby Cassandry nie było wtedy w domu. Kiedy żona zaprotestowała przeciw oszukiwaniu 

siostry, oznajmił stanowczo:

- Moja droga, wiem, co jest dla niej najlepsze. Harriet spełniła jego prośbę, choć sumienie trochę 

jej dokuczało.

- Horsham? Z przyjemnością. - Cassandra ucieszyła się. Może zdoła osobiście wysłać wiadomość 

do Ruth? Poza tym będzie mogła sprawdzić godziny odjazdu dyliżansów. Po chwili zganiła się w 

duchu za takie myśli. To chyba niemożliwe, żeby szwagier chciał ją zmusić do pozostania w Sayers 

Place wbrew jej woli.

Dzień upłynął siostrom bardzo miło. Harriet zamówiła osobną salkę w gospodzie, więc spokojnie 

zjadły  lunch.  Cassandrze  udało  się  dyskretnie  wysłać  list,  po  zakupach  zaś  wróciły  do  domu  na 

kolację. Sir Richard był w doskonałym humorze. Harriet opowiedziała mu, jak miło spędziły dzień. 

Bardzo się z tego ucieszył. Lubił swoją szwagierkę i chciał dla niej jak najlepiej.

Przy  kolacji  rozmawiali  z  ożywieniem  o  różnych  sprawach,  jednak  szwagier  nie  wspomniał  o 

background image

161

liście. W końcu Cassandra spytała go o to wprost.

- List? Obawiam się, że nie dostałaś dziś żadnego listu.

Kiedy  z  pomocą  Prudence  przygotowywała  się  do  snu,  dowiedziała  się,  jaka  była  przyczyna 

niespodziewanej wycieczki do Horsham.

-  Panno  Cassandro,  minęła  się  pani  z  Abednego!  -  Prue  była  bardzo  przejęta.  -  Był  tu  przed 

południem.

- Był tu  Abednego?  - powtórzyła  wolno Cassandra,  czując  zimny ucisk  w sercu. Nie mogła  się 

dłużej  oszukiwać:  szwagier  nie  zamierzał  pozwolić  jej  na  powrót  do  domu.  Najwyraźniej  zrobi 

wszystko, co w jego mocy, żeby zerwać jej więzy z Little Hampden.

Wpadła w pułapkę.

Na chwilę stanęły jej przed oczami mury zamku de Flagy i ogarnęło ją poczucie beznadziejności, 

ale zaraz wezbrał w niej gniew. Jakim prawem chcą rządzić jej życiem?

Przecież  zaufała  Harriet.  Jak  rodzona  siostra  mogła  uczestniczyć  w  zmowie,  która  miała  z  niej 

uczynić więźnia?

Po odejściu służącej Cassandra usiadła na łóżku i zaczęła się zastanawiać, co robić. Sayers Place 

leżało ponad dziesięć mil od Horsham. Trudno byłoby wynająć konie i powóz tak, żeby sir Richard 

się o tym nie dowiedział. A jeśli się domyśli, jakie ma plany, każe jej pilnować. Wiedziała, że ma 

tylko jedną szansę, i że ta pierwsza próba musi się udać.

Postanowiła uciec bez Prudence. Jeśli sama się wymknie, szwagier już nic nie będzie mógł zrobić, 

więc przyśle jej służącą i bagaże.

Ucieczka. Nagle poczuła, że całe jej życie było ucieczką: najpierw od stryjecznego dziadka, potem 

z zaniku de Flagy, z Verdun, a teraz z miejsca, które powinno być jej bezpieczną przystanią.

Daniel był bardzo zajęty. Gdy tylko ziemia rozmarzła, rozpoczął prace polowe. Dopilnował też, 

żeby  ogrodnik  Wheeler  zajął  się  warzywnikiem.  We  wsi  trwały  remonty  domów.  Na  razie 

wykonywano doraźne naprawy, poważniejsze miały zaczekać do lata.

Dzięki tym zajęciom często spotykał pannę Parslow, kiedy objeżdżał swoją posiadłość. Wcześniej 

nie zdawał sobie sprawy, że Agnes tak bardzo dba o okolicznych mieszkańców. Stale natykał się na 

nią, kiedy szła z koszykiem, niosąc pożywną zupę lub kawałek szynki dla jakiejś biednej rodziny 

czy  przykutej  do  łóżka  kobiety.  Właśnie  takiej  żony  potrzebował  -  pracowitej  i  dbającej  o 

posiadłość.

Ludzie ze wsi sceptycznie patrzyli na poczynania Agnes. Nigdy przedtem nie odwiedzała chorych 

ani ubogich i z łatwością odgadli przyczynę tej nagłej troski.

Kilka razy podczas spotkań z  panną Parslow Daniel zastanawiał się, czy  nie wie ona czegoś na 

temat pochodzenia jego dzieci.

background image

162

- Oczywiście, panna Ruth może mieć pewne trudności, zważywszy na jej problem... - powiedziała 

raz, a przy innej okazji: - Co za niezręczna sytuacja dla młodej dziewczyny...

- Co pani ma na myśli? - zapytał w końcu Daniel.

- Chodzi mi o niezręczną sytuację w towarzystwie - odrzekła Agnes, otwierając szeroko oczy. -

Jest taka nieobyta, a w dobrej szkole nabrałaby ogłady. Cóż innego mogłam mieć na myśli?

-  Jestem  rad  z  postępów  Ruth  -  odparł  wymijająco  Daniel,  ale  coś  w  tonie  panny  Parslow 

sprawiło, że poczuł się nieswojo.

Wracając  do  domu,  zastanawiał  się,  czy  to  możliwe,  żeby  coś  wiedziała.  Ale  kto  mógł  jej 

powiedzieć? Na pewno nie Ruth. Czyżby panna Hampden? Wyjechała niemal dwa miesiące temu, a 

przysłała  tylko  jeden  list,  choć  obiecywała  Ruth,  że  będzie  do  niej  pisywać.  Córka  była  bardzo 

rozczarowana.  Miał  o  pannie  Hampden  lepsze  wyobrażenie.  Może  to  jednak  ona  zdradziła  jego 

sekret?

- Sądzę, że panna Hampden nie wróci już do Belvedere Tower - oznajmił przy kolacji. - Poproszę 

pana  Briggsa,  żeby  jej  zaproponował  jakąś  sumę  za  rezygnację  z  wynajmu.  I  powiem  wam,  że 

jestem z tego zadowolony.

- Jesteś zadowolony? - Ruth osłupiała.

- To nie jest osoba, z którą powinniście utrzymywać znajomość. Mam powody, żeby podejrzewać, 

że powiedziała pannie Parslow, jaki był charakter mojego związku z waszą matką.

- Na pewno tego nie zrobiła - upierała się Ruth. Tom odłożył sztućce.

-  Ojcze,  to  ja  jej  powiedziałem  -  wyznał  odważnie.  Ojciec  i  siostra  osłupieli.  -  Nie  chciałem. 

Rozmawialiśmy, ona ciągle mnie o coś wypytywała i tak jakoś samo wyszło.

- Widzisz! - zawołała Ruth, patrząc na ojca. - Mówiłam ci, że coś chce ze mnie wyciągnąć, a ty mi 

nie wierzyłeś. Tom, jestem pewna, że wydobyła to z ciebie podstępem.

Chłopiec spuścił głowę.

- Tak - wyszeptał. - Była taka miła...

- Powinieneś mieć więcej rozumu - zganił go Daniel. To musiał być dla niej wstrząs, pomyślał. 

Cóż to za szlachetna kobieta. Nadal chciała z nim rozmawiać, kiedy spotykali się we wsi.

- Dlaczego winisz Toma? - Oczy Ruth zabłysły gniewem. - Panna Parslow nie powinna wtykać 

nosa w cudze sprawy. Założę się, że wykorzysta tę informację.

Brat popatrzył na nią z wdzięcznością.

- Wiem, że nie powinienem był tego zdradzić, ale nie umiałem jej odmówić. - Zaczerwienił się i 

dodał: - A poza tym pocałowała mnie i powiedziała, że teraz jestem jej coś winien, więc kiedy o to 

spytała, musiałem odpowiedzieć.

Daniel nic nie odrzekł. Po chwili odsunął talerz i wstał.

- Idę do biblioteki i proszę, żeby mi nie przeszkadzano - oznajmił z ponurą miną.

background image

163

11

Cassandra  postanowiła,  że  jakoś  dostanie  się  do  Horsham  i  tam  złapie  dyliżans  do  Farnham. 

Stamtąd  już  blisko  było  do  Little  Hampden.  Nie  wiedziała  tylko,  jak  dostać  się  do  Horsham. 

Pojechać z Harriet powozem? Ale wtedy musiałaby bez słowa uciec siostrze. Nie mogła się na to 

zdecydować. Kochała siostrę i nie chciała sprawiać jej przykrości.

Niespodziewanie  Harriet  zachorowała i  ich  wspólne  przejażdżki  na  jakiś czas  ustały. Cassandra 

starała się  udawać  zadowoloną z  życia, ale  to  opóźnienie  bardzo ją irytowało.  Chciała  wrócić do 

domu.  Pewnie  niedługo  przyjedzie  Hosea  Burton.  Tęskniła  też  za  Ruth,  a  nawet,  ku  swojemu 

zaskoczeniu, za Danielem. Często chodziła na samotne spacery po okolicy Sayers Place, bez końca 

obmyślając plan ucieczki.

Pewnego  dnia  zawędrowała  aż  do  stajni  i  nagle  przyszło  jej  do  głowy  rozwiązanie.  Abednego! 

Dlaczego  wcześniej  o  nim  nie  pomyślała?  Kiedy  przywiózł  ją  po  ucieczce  z  Francji  do  Sayers 

Place, nie zostawił swojego konia w głównym budynku stajni, tylko w jakimś mniejszym, nieco z 

boku. Po krótkich poszukiwaniach, uważając, żeby nie zwrócić niczyjej uwagi, Cassandra odnalazła 

znajome drzwi. Tak, to tutaj! Zobaczyła żłób z sianem i kubeł wody w rogu. Na ziemi zauważyła 

ślady kół. To musi być tutaj.

Wyszła,  starannie  zamknąwszy  za  sobą  drzwi.  Teraz  musi  się  tylko  dowiedzieć,  kiedy  znów 

pojawi  się  handlarz.  To  mogło  być  trudne.  Nie  chciała  wypytywać  służby  wprost,  żeby  nie 

wzbudzić podejrzeń szwagra. Wiedziała, że musi być bardzo ostrożna.

Tego wieczoru, przebierając się do kolacji, powiedziała niedbale do Prudence:

- Szkoda, że rozminęłam się z Abednego. Spytałabym go, co słychać w Juniper Park. - Poprawiła 

niesforny kosmyk włosów. - Tak jest dobrze. Prue, podaj mi wachlarz.

Gdy następnego ranka służąca przyszła ją obudzić, od razu podała nowinę:

- Panno Cassandro, Abednego przyjechał! Pani Maws zabroniła mi to rozgłaszać, bo dziewczęta 

wymykają  się  z  domu,  żeby  coś  od  niego  kupić,  ale  pomyślałam  sobie,  że  pani  chciałaby  to 

wiedzieć.

Cassandra myślała gorączkowo.

- Źle się dzisiaj czuję - powiedziała słabym głosem. - Mam migrenę. Chyba zostanę w łóżku.

- Rzeczywiście, jest pani trochę blada. Powiem o tym lady Sayers.

-  Teraz  nie  trzeba  jej  niepokoić -  zaprotestowała  Cassandra.  -  Wystarczy,  jak  jej  powiesz  po 

śniadaniu.

Około wpół do jedenastej zatroskana Harriet przyszła do jej pokoju, niosąc szklaneczkę laudanum 

i wodę lawendową.

background image

164

-  Wypij  to  i  nie  wstawaj  -  poleciła  siostrze.  -  Jaka  szkoda.  Chciałam  cię  gdzieś  zabrać  na  cały 

dzień. Nie szkodzi, zrobimy to innym razem. Dzisiaj sama wybiorę się do wioski i odwiedzę kilka 

domów.

- Możesz zaciągnąć zasłonę? - poprosiła Cassandra. - Słońce mnie razi. - Gdy Harriet odwróciła 

się, żeby spełnić jej prośbę, Cassandra szybko wylała laudanum do naczynia stojącego pod łóżkiem 

i  udała,  że  właśnie  przełknęła  lekarstwo.  -  Co  za  okropny  smak.  -  Skrzywiła  się,  odstawiając 

szklankę. - Przyjdę do ciebie po lunchu - obiecała siostra. Pół godziny później Cassandra zobaczyła 

przez okno, że siostra wyjeżdża do wsi. Wstała więc, ubrała się w szarą spacerową suknię i solidne 

buty. Potem usiadła przy biurku i napisała krótki list.

Moja Droga Harriet!

Wyjechałam.

Twoja kochająca siostra, C. Hampden.

Na razie tyle musi wystarczyć. Z domu napisze więcej. Złożyła kartkę i schowała do biurka. Minie 

trochę czasu, zanim siostra ją znajdzie, ale nie chciała ryzykować, że próba ucieczki wyda się zbyt 

szybko. Jeśli jej się nie uda wyjechać, będzie mogła zniszczyć list.

Schowała do kieszeni sakiewkę, chwyciła płaszcz,  kapelusz i rękawiczki. O tej porze większość 

służby przebywała w kuchni, więc mogła niezauważona wyjść. Przemknęła się pod frontową ścianą 

domu.  Kiedy  mijała  okna  biblioteki,  usłyszała  jakieś  głosy.  Nie  mogła  rozróżnić  słów,  ale 

rozpoznała głos szwagra i Abednego. Odetchnęła z ulgą. A więc jest tutaj, jeszcze nie wyjechał.

Żeby  pozostać  niezauważoną,  musiała  przeczołgać  się  pod  oknami  biblioteki.  We  Francji 

nauczyła się, że jak coś trzeba zrobić, to trzeba i już. Ubłocony płaszcz to niewygórowana cena za 

wolność.

W tym czasie Abednego, słysząc jakiś hałas, wyjrzał przez okno.

Minąwszy dom, Cassandra nie musiała już zachowywać takiej ostrożności. Bardziej rzucałaby się 

w oczy, gdyby przemykała chyłkiem między krzakami, więc choć serce biło jej jak szalone, poszła 

prosto do stajni.

Otworzyła  drzwi  i  zobaczyła  konia  i  wóz  Abednego.  Odetchnęła  z  ulgą,  zaraz  jednak  znów 

ogarnął ją niepokój. A co będzie, jeśli handlarz nie zechce jej zabrać?

Nagle usłyszała głosy. Sir Richard i Abednego szli w tę stronę. Nie namyślając się długo, weszła 

na wóz i ukryła się pod stertą starych worków.

Tego  samego  kwietniowego  poranka  Daniel  zastał  na  dziedzińcu  przed  stajnią  w  Juniper  Park 

grupkę mężczyzn - rozmawiali o czymś, z powątpiewaniem kręcąc głowami. Podszedł i przywitał 

background image

165

się. Kilku natychmiast odeszło, został tylko stajenny Jessop i jakiś nieznajomy..

- To jest Hosea Burton, proszę pana - przedstawił go stajenny.

A więc to ten Cygan, pomyślał Daniel i skinął mu głową. Oszacował  go wzrokiem. Niewysoki, 

krzepki  mężczyzna  o  dumnej  postawie.  Wyglądał  na  uczciwego  człowieka.  Uzzell  odradzał  mu 

przyjmowanie  Cyganów  na  swojej  ziemi,  ale  miał  ku  temu  własne  powody.  Panna  Cassandra 

dobrze się wyrażała o rodzinie Hosei.

- Chcielibyśmy dostać pozwolenie na rozbicie obozu na pańskim polu - powiedział Hosea.

- Dobrze - zgodził się Daniel. - Skąd przyjechaliście?

- Z targu w Salisbury. Potem jedziemy do Malmesbury.

-  Możecie  zbierać  w  lesie  drewno  na  opał,  chociaż  teraz  nie  ma  go  wiele.  Uważajcie  tylko  na 

młode sadzonki na wzgórzu. Poza tym zachowujcie się tak, jak za czasów starego hrabiego.

- Dziękuję panu. Mam nadzieję, że zaszczyci nas pan wizytą w obozie. Moja babka, pani Chickno, 

bardzo by chciała pana poznać.

Zabrzmiało to bardziej jak królewski rozkaz niż zaproszenie, pomyślał rozbawiony Daniel, skinął 

jednak głową i odszedł.

W  obozie  Mikailia  rozpalała  ognisko  i  zawieszała  nad  ogniem  kociołek.  Jasper  z  kuzynem 

wybierali się do lasu. Zanosiło się na to, że kolacja będzie obfita.

Wracając  do  obozu,  Hosea  wstąpił  do  wioski.  Babka  kazała  mu  przekazać  pani  Wagstaff  pilną 

wiadomość.

Pani de Flagy nie była tak mało spostrzegawcza, jak sądził Claude. Co miesiąc przeglądała swoje 

rachunki  i  natychmiast  zauważyła  niezgodność  między  sumą,  jaką  przeznaczyła  dla  kuzyna,  a 

wypłatą, którą otrzymał od pana Charpentiera. Przyłożyła do oczu lornion i uważnie obejrzała list.

- List jest podrobiony! Proszę natychmiast unieważnić polecenie wypłaty! - oświadczyła. A więc 

dlatego Claude nie  narzekał,  że  dostał za  mało.  Należało przywołać  kuzyna  do porządku.  Będzie 

musiał długo ją prosić, żeby mu przywróciła zapomogę, oczywiście w pierwotnej wysokości.

Claude  nie  odezwał  się  do  niej  już  nigdy.  Ona  też  nie  szukała  z  nim  kontaktu.  Po  co  miała  to 

robić, skoro Maurice wychowywał się u niej? Mały Jeannot wszystkiego szybko się uczył i pani de 

Flagy poleciła stolarzowi, żeby zrobił mu konika na biegunach.

Wrota stajni otworzyły się. Ukryta pod workami Cassandra wstrzymała oddech. Abednego zaczął 

kłaść jakieś przedmioty na wóz.

- Już dobrze, mała, nie ma strachu - powiedział w pewnej chwili. Zwracał się pewnie do swojej 

klaczy,  ale  Cassandra  poczuła  się  raźniej.  Sir  Richard  nadal  stał  przed  stajnią  i  rozmawiał  z 

handlarzem. Koń poruszył się niespokojnie.

background image

166

- Niech pan już idzie - poprosił Abednego. - Moja szkapa jest trochę niespokojna, może kopnąć.

- Zaczekam, aż odjedziesz - uparł się sir Richard. Coś go niepokoiło, choć nie potrafił powiedzieć 

co.

Handlarz sprawnie zaprzągł konia, wsiadł na wóz i ujął lejce. Sir Richard nie zauważył na wozie 

nic podejrzanego, ale nadal czuł jakiś nieokreślony niepokój.

- Będziesz przejeżdżał przez Little Hampden? - spytał.

- Nie, proszę pana. Jadę w inną stronę. A chciałby pan, żebym tam wstąpił w powrotnej drodze?

-  Nie.  -  Sir  Richard  wreszcie  się  uspokoił.  -  Nie  ma  takiej  potrzeby.  -  Odsunął  się,  schodząc  z 

drogi Abednego. Nie poszedł jednak do domu, tylko stał. i patrzył za odjeżdżającym.

Gdy tylko znaleźli się poza zasięgiem jego słuchu, handlarz powiedział:

- Panno Cassandro, niech się pani nie rusza, póki nie powiem, że już wolno.

Cassandra o mało nie rozpłakała się z ulgi. Dopiero kiedy przejechali ponad kilometr i zaczęło ją 

mdlić  od  podskoków  na  wybojach  i  woni  ryb,  Abednego  zatrzymał  się  i  zapewnił,  że  jest  już 

bezpieczna.

- Skąd wiedziałeś? - zapytała. Handlarz podrapał się w głowę.

- Wydało mi się dziwne, że nie widywałem tu pani przedtem ani nie dostałem żadnej wiadomości. 

Pani nie jest z tych, co zapominają o przyjaciołach. A kiedy dziś zobaczyłem, jak pani się czołga 

pod oknem, wiedziałem, że coś jest nie tak.

- Och, Abednego! Już myślałam, że nigdy więcej nie zobaczę Belvedere Tower. Sir Richard chciał 

mnie zatrzymać w Sayers Place. Palił moje listy. Nie mogłam dłużej tego znieść

- Już jest pani bezpieczna. Zawiozę panią do domu.

Agnes  była  zadowolona.  Owszem,  sprawy  toczyły  się  wolno,  ale  we  właściwym  kierunku. 

Cassandra  wyjechała  i  wyglądało  na  to,  że  już  nie  wróci.  Panna  Parslow  nigdy  za  nią  nie 

przepadała. Jako stryjeczna wnuczka hrabiego Cassandra była pierwszą damą okolicy, więc kiedy 

wróciła tu po rozstaniu z mężem, Agnes miała wrażenie, że zabrała należną jej pozycję,

Bardzo się starała jak najczęściej spotykać we wsi Daniela. Odwiedzała różne męczące staruszki, 

wypytywała  o  sprawy.  które  wcale  jej  nie  interesowały,  czując,  że  zrobi  to  na  Danielu  dobre 

wrażenie. Jego oświadczyny były teraz tylko kwestią czasu. Znała jego sekret, będzie więc mogła 

dyktować  warunki.  Wyśle  Ruth  do  szkoły,  a  sobie  zagwarantuje  sporą  sumkę  w  umowie 

przedmałżeńskiej.  Przynajmniej  pięć  tysięcy  rocznie.  To  nie  jest  zbyt  wygórowana  cena  za 

milczenie. Oczywiście zażąda też domu w Londynie, w najlepszej dzielnicy.

A  jeśli  pan  Darke  zechce  zerwać  zaręczyny,  oskarży  go  o  złamanie  obietnicy  małżeństwa. 

Rodzina  lorda  Roberta  była  bardzo  wpływowa  i  Agnes  nie  mogła  pozwolić  sobie  na  zbytnią 

chciwość. Pan Darke jest nikim, a to daje większe możliwości.

background image

167

Cokolwiek się stanie, wiedziała, że będzie górą.

Tego popołudnia ludzie ze zdziwieniem zauważyli, że z komina Belvedere Tower wydobywa się 

dym. Okna były otwarte i świeżo uprana pościel suszyła się na sznurze. Pani

Timms,  jak  zwykle  wszystkiego  ciekawa,  poszła  do  wieży  i  zobaczyła  panią  Wagstaff,  zajętą 

sprzątaniem.

-  O  co  tu  chodzi?  -  spytała  napastliwie.  -  Nie  słyszałam,  żeby  przyszły  jakieś  wiadomości  od 

panny Cassandry.

- Dzisiaj wraca - spokojnie odrzekła gospodyni, potrząsając przed nosem pani Timms ścierką do 

wycierania kurzu. - Pani Chickno mi powiedziała.

- Nie wierzysz chyba w cygańskie wróżby - z pogardą odrzekła pani Timms.

Pani Wagstaff znieruchomiała.

- Jesteś głupia, Dorcas Timms - powiedziała i odwróciła się na pięcie.

Pani Timms wróciła do wsi i zaczęła rozpowiadać wszem i wobec, że pani Wagstaff zwariowała.

Po  pożegnaniu  Abednego  sir  Richard  spędził  większość  dnia  poza  domem  i  wrócił  dopiero  na 

kolację.  Kiedy  wszedł  do  salonu,  zobaczył,  że  żona  jest  wyraźnie  zmartwiona.  Na  jej  kolanach 

leżała jakaś kartka.

Sir Richard rozejrzał się dokoła.

- A gdzie Cassandra?

- Pojechała do domu. - Żona wręczyła mu kartkę. Szybko przebiegł ją wzrokiem.

- Co? Tak bez słowa? - Abednego, pomyślał od razu. Przecież czuł, że coś jest nie tak. - Dlaczego 

jej nie zatrzymałaś?

Zapadła cisza. Po chwili Harriet powiedziała spokojnie:

-  Oboje  bardzo  się  myliliśmy,  Richardzie.  Wyrzucam  sobie,  że  ci  się  nie  sprzeciwiłam,  bo 

powinnam była to zrobić. - Sir Richard popatrzył na nią zdumiony. Harriet śmiało spojrzała mu w 

oczy. - Szkoda, że nie posłuchałam głosu własnego sumienia. Cassandra jest pełnoletnia. Ma prawo 

robić, co chce, a my nie powinniśmy tak ingerować w jej życie.

-  Robiliśmy  to  dla  jej  dobra  -  upierał  się  sir  Richard,  ale  spalone  listy  mocno  ciążyły  mu  na 

sumieniu.

- Tak nam się tylko wydawało - nie ustępowała Harriet.

- Postąpiła samolubnie i podstępnie. - Sir Richard chciał mieć ostatnie słowo.

- Nie, to my byliśmy samolubni i podstępni. Mam tylko nadzieję, że kiedyś mi przebaczy. Rozległ 

się gong.

- Kolacja - z ulgą stwierdził sir Richard. Nie bardzo wiedział, jak postępować z tą nową Harriet. I 

background image

168

jak tu się przyznać, że popełniło się błąd? Jeszcze nigdy nie spotkał go taki problem. Postanowił, że 

przemyśli to podczas kolacji. - Wyglądasz dziś ślicznie, kochanie - powiedział tylko.

Harriet wiedziała, że wygrała.

Abednego zawiózł Cassandrę prosto na plebanię.

- Lepiej będzie, jak pani tu przenocuje. Mieszkanie w wieży może nie być gotowe - stwierdził.

Skinęła tylko głową. Już drugi raz zjawiała się na plebanii tak niespodziewanie. Miała nadzieję, że 

pani Freese nie będzie zbyt wstrząśnięta. Spotkanie wypadło lepiej, niż się spodziewała. Abednego 

przywiózł brandy dla pastora, więc miał okazję wyjaśnić mu sytuację, toteż gdy pani Freese zeszła 

na  dół  powitać  nieoczekiwanego  gościa,  wszystko  już  wiedziała.  Mimo  to  zdumiona  wysłuchała 

opowieści Cassandry. Miała nadzieję, że Cassandra będzie szczęśliwa w Sayers Place, i uważała, że 

tam  byłoby  jej  lepiej,  jednak  z  przykrością  dowiedziała  się  o  wybiegach,  które  miały  na  celu 

zatrzymanie jej tam na stałe.

- Myliłam się co do pana Sayersa - przyznała. Cassandra westchnęła.

- Muszę natychmiast napisać do Harriet. - Wiedziała, że to będzie trudny list, ale miała nadzieję, 

że siostra całkiem nie zerwie z nią kontaktu. - Proszę mi opowiedzieć, co słychać w okolicy. Czy 

Agnes nadal ostrzy sobie ząbki na pana Darke’a? A może są już zaręczeni? - Nagle poczuła ból w 

sercu.

- Ludzie w wiosce mówią, że ślub jest pewny, ale ja nie jestem o tym przekonana.

- Tak? - Cassandra starała się mówić lekkim tonem.

- Owszem, pan Darke jest nią zainteresowany, ale postępuje wyjątkowo ostrożnie.

- Aha. - Poczuła ulgę. Tłumaczyła to sobie tym, że nie chciałaby, żeby Agnes została jej najbliższą 

sąsiadką.

Zanim  poszła  spać,  napisała  list  do  siostry.  Był  bardzo  krótki.  Doszła  do  wniosku,  że  Harriet  i 

Richard na pewno zdają sobie sprawę, że źle postąpili, więc nie ma sensu ich oskarżać. Chciała też 

zachować dobre stosunki z siostrą.

Moja Droga Harriet!

Uważam, że nie powinnyśmy się kłócić. Zapomnę o wszystkich próbach powstrzymania mnie przed 

powrotem  do  domu.  Pan  Freese  użyczy  mi  powozu,  więc  wyślę  służącego,  żeby  przywiózł  tu 

Prudence  i  moje  ubrania.  Załączam  dwa  funty  dla  pani  Maws  i  dla  służących,  które  się  mną 

opiekowały.

Twoja kochająca siostra,

C. Hampden

background image

169

Triumf  pani  Timms  nad  panią  Wagstaff  nie  trwał  długo.  Następnego  dnia  po  wsi  rozeszła  się 

wiadomość, że panna Cassandra wróciła.

Ruth usłyszała tę nowinę od Dorothy i twarz jej się rozjaśniła. Dziewczyna szybko podbiegła do 

okna. Rzeczywiście. Z konina Belvedere Tower unosił się dym.

-  Ostatnią  noc  spędziła  na  plebanii  -  dodała  Dorothy.  Minę  miała  stroskaną.  Prudence  nie 

przyjechała  ze  swoją  panią.  Dorothy  była  na  nią  zła,  ale  widząc  skruchę  Prue,  szybko  jej 

wybaczyła. Miała nadzieję, że dziewczyna nie zraziła się do tej okolicy.

Ruth pierwsza zbiegła na śniadanie i nie mogła się doczekać, kiedy dołączą do niej ojciec i brat.

-  Panna  Hampden  wróciła?  -  powtórzył  Daniel  zaskoczony,  że  ta  wiadomość  sprawiła  mu  taką 

przyjemność. Musi jej złożyć wizytę kurtuazyjną.

-  Lubię  ją  -  stwierdził  Tom.  Może  nie  była  tak  ładna,  jak  panna  Parslow,  ale  przynajmniej  nie 

starała się wyciągnąć z niego sekretów.

Zaraz  po  śniadaniu  Ruth  chwyciła  szkolną  torbę  i  pobiegła  na  plebanię.  Cassandra  siedziała  w 

salonie z pastorową. Ruth rzuciła torbę na podłogę i wylewnie uściskała przyjaciółkę.

- Naprawdę pani wróciła?

-  Wróciłam.  -  Cassandra  przyjrzała  się  dziewczynie.  -  Chyba  urosłaś.  Mam  nadzieję,  że  twój 

ojciec i brat czują się dobrze.

- Tak, dziękuję. - Wybiła dziesiąta, Więc nie miały czasu na dalszą rozmowę.

O  jedenastej  Cassandra  podziękowała  pani  Freese  za  gościnę  i  wyruszyła  do  Belvedere  Tower. 

Kiedy  dotarła  do  celu,  ze  zdziwieniem  zobaczyła  dym  unoszący  się  z  komina  i  krzątającą  się  w 

kuchni panią Wagstaff.

- Wiedziałam, że pani przyjedzie - oznajmiła gospodyni po serdecznych powitaniach.

- Skąd? Sama przecież o tym nie wiedziałam.

- Pani Chickno mi powiedziała.

- Przyjechali Cyganie?

- Tak. Rozbili obóz na polu pana Darke’a.

- A więc pan Darke zmienił zdanie. - Uśmiechnęła się z satysfakcją. - Mam nadzieję, że Jasper jest 

już mężem Mikailii. - Prudence miała wkrótce wrócić, a Cassandra nie chciała żadnych kłopotów.

-  Tak.  Ta  Mikailia  to  wspaniała  dziewczyna.  A  jak  pięknie  tańczy!  -  zachwycała  się  pani 

Wagstaff,  obierając  marchewkę.  -  Mam  nadzieję,  że  nie  będzie  pani  mieszkać  tu  sama.  To  nie 

byłoby rozsądne.

-  Ma  pani  rację. Prudence  musi  spać  w  wieży.  Zatrudnię  jeszcze  jedną  dziewczynę, żeby  miała 

towarzystwo.

- Nie chcę nic narzucać, ale moja siostrzenica. Mary Ann, szuka pracy. To dobra dziewczyna, a u 

nich w domu się nie przelewa.

background image

170

- Dobrze, zatrudnię ją.

- Powiem siostrze. - Pani Wagstaff była uszczęśliwiona.

Cassandra poszła na górę do salonu. Wolno Otworzyła drzwi, jakby się bała, że na podłodze nadal 

leży pogrzebacz, którym uderzyła Claude’a. Jednak pokój był jasny i wesoły. Na kominku płonął 

ogień, a na stole stał wazon z żonkilami.

Spojrzała na malowidło na ścianie. Spoglądała z niego groźnie łasica o rysach Daniela. Muszę to 

zmienić, pomyślała Cassandra. Trzeba było też dokończyć scenę portową z opowieści o Arcycie i 

Palamonie.

Zdjęła z  wieszaka  fartuch, odsunęła meble  od ściany,  przyniosła drabinę  i  zabrała się  do pracy. 

Nie słyszała ani pukania do drzwi, ani kroków na schodach. Zauważyła Daniela dopiero wtedy, gdy 

stanął w progu.

- Pan Darke! - zawołała z niekłamaną radością, zdejmując fartuch. - Jak miło pana widzieć.

Uścisnęli sobie dłonie i przez chwilę stali, uśmiechając się do siebie.

- Kiedy zobaczyłem panią pierwszy raz, też pani malowała - przypomniał sobie Daniel. - Wydała 

mi się pani wtedy bardzo nieprzyjazna.

- To z powodu brwi - stwierdziła. - Przez nie czasami wyglądam groźnie.

- Nawet nie chciała pani podać mi ręki.

- Pewnie byłam pobrudzona farbą. Pan też zachowywał się raczej wrogo. Próbował mnie pan stąd 

wyrzucić.

- To prawda, ale teraz zmieniłem zdanie. Cieszę się, że pani tu mieszka.

Cassandra nagle uświadomiła sobie, że go lubi, i to bardzo.

-  Jestem  szczęśliwa,  że  wróciłam.  U  siostry  sytuacja  zaczynała  się  robić  zbyt  trudna.  -  Daniel 

spojrzał na nią pytająco, więc wszystko mu opowiedziała.

Tak im się dobrze rozmawiało, że nie zauważyli upływu czasu. Co za dzielna dziewczyna, myślał 

Daniel, wracając do Juniper Park. Dała sobie radę dzięki własnej inteligencji i mocnym nerwom.

Cieszył się, że wróciła.

Tego popołudnia przyjechała Prudence z bagażami. Dwa dni później do pracy zgłosiła się Mary 

Ann. Jacob również na nowo zajął się ogrodem.

Agnes nie była  w najszczęśliwszym  położeniu.  W  tym roku miała  skończyć dwadzieścia  cztery 

lata,  a  więc  w  przyszłym  sezonie  będzie  już  starą  panną.  Za  dwa  tygodnie  rodzina  planowała 

wyjazd do Londynu. Dlaczego ten Darke się ociąga? Po wsi zaczynały krążyć plotki.

Postanowiła wykonać stanowczy ruch.

Wybrała  się  z  wizytą  do  wsi,  do  pani  Hill,  ponieważ  wiedziała,  że  Daniel  również  tam  będzie, 

żeby  sprawdzić,  czy  remont  domu  Hillów  przebiega  prawidłowo.  Przez  jakiś  czas  znudzonym 

background image

171

głosem czytała pani Hill Biblię, ale kiedy tylko usłyszała głos Daniela, wybiegła na zewnątrz.

- Dzień dobry, panie Darke - powitała go, udając zaskoczenie.

- Witam, panno Parslow. - Jak zwykle zachwyciła go jej uroda, ale tym razem przypomniał sobie, 

co mówił Tom. „Ciągle mnie o coś wypytywała”.

Zaproponował, że odprowadzi ją do domu, co Agnes z góry przewidziała. Po drodze rozmawiali o 

chorobie pani Hill i o koniecznych naprawach domów w wiosce.

- Wkrótce wyjeżdżamy do Bath - oznajmiła nagle Agnes. - Jeśli pan sobie życzy, poproszę moją 

przyjaciółkę, której dawna guwernantka prowadzi  bardzo ekskluzywną szkołę  dla panien w Bath, 

żeby przysłała mi broszurę. Wiem, że chciałby pan wybrać najlepszą szkołę dla córki, jednak w jej 

sytuacji... - Westchnęła. - Niektóre szkoły nie przyjmą jej do siebie, ale jestem gotowa napisać list 

polecający.

-  Ruth  dobrze  czuje  się  w  domu  -  odrzekł  Daniel.  Agnes  zerknęła  na  niego  z  ukosa.  Miał 

zatroskaną minę. Bardzo dobrze.

- Ależ panie Darke, chyba pan nie rozumie... Pani Freese przyjęła Ruth na lekcje, nie znając całej 

prawdy. Gdyby się dowiedziała... - Umilkła znacząco.

-  Domyślam  się,  że  mówi  pani  o  nieślubnym  pochodzeniu  mojej  córki.  Tom  zrobił  bardzo  źle, 

mówiąc  pani  o  tym.  Ale  w  jaki  sposób  pastorowa  miałaby  się  o  tym  dowiedzieć?  -  Daniel 

zauważył, że Agnes uważa za kompromitujące pochodzenie Ruth, natomiast nic nie mówi o Tomie.

- Takie wiadomości szybko się rozchodzą. Na prowincji trudno zachować coś w tajemnicy. Panna 

Hampden  bardzo  lubi  Ruth.  Gdyby  to  do  niej  dotarło...  Wydaje  mi  się,  że  powinien  pan  wysłać 

córkę do szkoły.

- Szantażuje mnie pani?

- Cóż to za pomysł! - Agnes szeroko otworzyła niebieskie oczy. - Mówię to tylko dla pana dobra, 

zapewniam.  Bardzo  pana  podziwiam  za  to,  co  pan  w  życiu  osiągnął.  Z  nizin  wspiął  się  pan  na 

szczyt. Nadal jednak nie jest pan uważany za dżentelmena. Pana, nazwijmy to, okres próbny wciąż 

jeszcze trwa.

- Rozumiem. - Daniel zacisnął usta. - Jaka jest cena za pani milczenie?

- Ależ nie kłóćmy się - odrzekła miękko. - Mogę być pana dobrą przyjaciółką, jednakże...

- Chce pani, żebym złożył oficjalną wizytę pani ojcu i poprosił o pani rękę, tak?

- Być może. - Spojrzała na niego kokieteryjnie. - Dobra żona potrafi dbać o reputację męża.

Dotarli do Mattick Hall. Agnes położyła mu rękę na ramieniu.

- Proszę to przemyśleć - rzekła. - Mogę panu wiele zaoferować. To może być bardzo korzystna 

wymiana. - Uśmiechnęła się i odeszła.

Cassandra przez cały ranek rozmawiała z panią Chickno. Stara Cyganka przedstawiła jej Mikailię. 

background image

172

Wystarczyło spojrzeć na płonące, czarne oczy dziewczyny, żeby mieć pewność, że poradzi sobie ze 

wszystkimi wielbicielkami Jaspera.

-  Oczekuje  dziecka  -  zdradziła  Cassandrze  pani  Chickno,  kiedy  Mikailia  odeszła.  -  To  będzie 

chłopak.

- Skąd pani wiedziała, że wracam? - zaciekawiła się Cassandra.

Cyganka uśmiechnęła się.

- Po prostu to zobaczyłam. Wszystko się zmienia - dodała. - Będziesz miała jeszcze nowe szansę, 

nowe wybory.

Cassandra  skrzywiła  się  lekko.  Chyba  nie  w  Little  Hampden.  Oczyma  duszy  zobaczyła 

upływające lata i siebie w Belvedere Tower, coraz starszą, coraz bardziej znudzoną. Wszystkie jej 

dotychczasowe wybory kończyły się źle.

- Zaczekaj spokojnie - powiedziała Cyganka.

Wracając do domu, Cassandra zobaczyła Daniela. Szedł wolno, jakby coś go trapiło. Zrozumiał, 

że  po  raz  drugi dał  się nabrać na  ładną  buzię.  Agnes  była zainteresowana  tylko  jego pieniędzmi. 

Miała w nosie to, że jeśli zdradzi jego tajemnicę, zaszkodzi Rum i Tomowi. Nie okazała ani krzty 

zrozumienia dla ich sytuacji.

Nawet gdyby spełnił jej żądanie, z pewnością nie byłoby ono ostatnie.

Zauważył Cassandrę w ostatniej chwili. Otrząsnął się z zamyślenia i przystanął.

- Idę obejrzeć młode sadzonki - powiedział. - Zechce mi pani towarzyszyć?

- Z przyjemnością.

Dotarli na skraj młodego lasu i usiedli obok siebie na pniu zwalonego drzewa.

- Czy coś się stało? - zapytała Cassandra, widząc, że cały czas jest zamyślony i milczący.

- Panna Parslow mnie szantażuje - wyznał w końcu.

- Szantażuje?! - Nie wierzyła własnym uszom.

-  Chodzi  o  nieślubne  pochodzenie  moich  dzieci.  Grozi,  że  wszystkim  o  tym  powie.  A  przecież 

dzieci... - Nie mógł mówić dalej.

Cassandra  widziała  ból  na  jego  twarzy.  To  okropne,  pomyślała.  Rzeczywiście  trudna  sytuacja. 

Pastorowa może dojść do wniosku, że Ruth nie powinna pobierać lekcji razem z jej córką.

- A wie pani, jaka jest cena za jej milczenie? - zapytał Daniel. - Małżeństwo! I odesłanie Ruth do 

szkoły z internatem.

Dobry Boże, co za tupet, pomyślała Cassandra.

- To moja wina - ciągnął. - Cóż, chciałem je tylko chronić. Ludzie potrafią być okrutni, a one już 

przywykły do życia tutaj. Jeśli teraz wszystkim o tym opowiem... ludzie pomyślą, że haniebnie ich 

oszukałem.

background image

173

Cassandra położyła mu rękę na ramieniu.

-  Proszę  się  tak  nie  zadręczać. Niech  pan  powie  pastorowi.  Musi  pan  to  zrobić,  ponieważ  Ruth 

chodzi  tam  na  lekcje.  Pastor  przekaże  wiadomość  żonie,  ja  też  z  nią  porozmawiam.  -  Urwała  i 

spojrzała mu w oczy. - Przykro mi, że panna Parslow tak pana zraniła.

- Zagroziła, że pani również powie - odrzekł Daniel, trochę pogodniejszym tonem.

- Niech mówi, proszę bardzo. - Cassandra roześmiała się. Daniel zastanawiał się, jak to możliwe, 

że  doprowadził  do  takiej  okropnej  sytuacji.  W  jego  interesach  wszystko  było  proste  i  jasne. 

Rozmawiając z Briggsem czy Nathanem Levy, - nigdy nic nie zatajał, niczego nie udawał.

Tak  samo  jak  w  rozmowach  z  panną  Hampden.  Spojrzał  na  Cassandrę,  jakby widział  ją  po  raz 

pierwszy.  Ich  oczy  się  spotkały.  Nagle,  bez  żadnego  ostrzeżenia.  Daniel  wziął  ją  w  ramiona  i 

pocałował. Krzyknęła cicho, ale tak mocno ją obejmował, że nie mogła nic zrobić. Zapadła długa 

cisza. Daniel poczuł, że wszystko zaczyna mu się układać w jasną i logiczną całość. Oczyma duszy 

ujrzał  obrazy  z  przeszłości:  rodzice  stojący  przed  domem,  ojciec  obejmujący  ramieniem  matkę, 

oboje uśmiechnięci. Usłyszał słowa ojca: „Tak, synu, właśnie tak powinno być”.

Podniósł głowę i zobaczył zdziwioną minę Cassandry. Dotarło do niego, co zrobił.

- Bardzo... bardzo przepraszam - wyjąkał. - Nie chciałem.

- Nie chciał pan! - krzyknęła oburzona, przyciągnęła go do siebie i pocałowała.

Całowali się długo,  a  Daniel  uśmiechał się  przy  tym mimo  woli.  Kiedy  wreszcie się  rozłączyli, 

dotknął jej policzka i wyszeptał.

- Teraz było o wiele lepiej.

Cassandra zaczerwieniła się.

- Nie powinnam była tego robić - wyszeptała. Co też strzeliło jej do głowy?

- Ja też nie powinienem, więc jesteśmy kwita - odrzekł. Czuł się niebywale szczęśliwy. Jak mógł 

wcześniej nie zauważyć, ile ta kobieta dla niego znaczy? Chyba był ślepy.

- Kiedy możemy się pobrać?

- Pobrać? Ale... - Nie wiedziała, co powiedzieć. - Panie Darke...

- Danielu - poprawił ją.

-  Powiedziałeś  mi  kiedyś,  że  chcesz  się  dobrze  ożenić.  Wiem,  że  jeśli  chodzi  o  pochodzenie  i 

posag, to jestem odpowiednią partią, ale... nie chciałabym jeszcze raz... - Bezradnie rozłożyła ręce. 

Przecież Claude ożenił się z nią właśnie dlatego, że była odpowiednią partią.

- Kocham cię - powiedział Daniel.

- Jak mam ci wierzyć? - Głos jej drżał. - Jeszcze dziś rano kochałeś Agnes!

-  Ależ  skąd.  To  było  jak  gorączka.  Na  szczęście  już  przeszło.  Jak  mógłbym  kochać  kogoś,  kto 

grozi  moim  dzieciom?  -  Wziął  ją  za  ręce.  -  Ja  nie  jestem  de  Tessy.  Byłem  ślepy  i  głupi,  ale 

naprawdę  cię  kocham.  Chcę  się  ożenić  z  tobą,  a  nie  z  twoim  pochodzeniem.  -  Spojrzał  na  jej 

background image

174

stroskaną twarz. - Na  razie  zostawmy ten temat.  Najpierw muszę  porozmawiać z  panem  Freese i 

uporządkować swoje sprawy.

Musi wyznać prawdę pastorowi i mieć nadzieję, że państwo Freese nie zatrzasną Ruth drzwi przed 

nosem.  Musi  też  porozmawiać  z  sędzią.  To  pewnie  wystarczy,  żeby  unieszkodliwić  Agnes.  Od 

początku powinien grać w otwarte karty. Nie tylko nie udało mu się ochronić dzieci, ale w dodatku 

naraził je na jeszcze większe kłopoty.

- Chodźmy - powiedział, wstając. - Czas wracać. Mówiłem poważnie. Zobaczymy się jutro.

Agnes wróciła do Mattick Hall zadowolona z siebie. Wygrała. Teraz wystarczy zaczekać, aż pan 

Darke  przyjdzie  porozmawiać  z  ojcem.  Była  pewna,  że  to  zrobi,  ale  mimo  to  ogarnęło  ją 

zdenerwowanie. Lunch zjadła bez apetytu i nie reagowała na zaczepki brata.

Daniel zjawił się dopiero po czwartej i ku jej irytacji miał na sobie ten sam strój co rano. Przecież 

idąc z tak ważną wizytą, należało się przebrać. Usłyszała, jak lokaj otwiera drzwi, potem dobiegł 

cichy  głos  Daniela.  Po  chwili  otworzyły  się  i  zamknęły  drzwi  do  gabinetu  ojca.  Agnes  nie 

zastanawiała się długo. Pobiegła do swojego pokoju i wezwała Hannę.

Daniel  odbył  właśnie  trudną,  ponadgodzinną  rozmowę  z  pastorem.  Otwarcie  wyznał  prawdę  i 

przeprosił za jej zatajenie. Pan Freese wyraził dezaprobatę dla jego postępku.

- Z wielką niechęcią powtórzę żonie tę niesmaczną opowieść. Jeśli ona zadecyduje, że Ruth nie 

jest odpowiednim towarzystwem dla naszych córek, zaakceptuję jej decyzję.

- Rozumiem i jeszcze raz bardzo przepraszam. Wina spoczywa wyłącznie na mnie. Moja biedna 

Ruth jest niewinna. Ta szczera skrucha wywarła na panu Freese dobre wrażenie.

- Rozumiem pokusę zatajenia tej sprawy - rzekł łagodniej. - Co więcej, zamiary panny Parslow są 

absolutnie nie do zaakceptowania. Wyznam, że nigdy nie miałem o niej dobrego zdania.

Daniel wyszedł z plebanii, nie mając pewności, jak pani Freese przyjmie tę wiadomość. Poszedł 

prosto do Mattick Hall. Nie wiedział jeszcze, co powie sędziemu. Sprawa była bardzo delikatna i 

nie mógł jasno opisać roli, jaką w tym wszystkim odegrała Agnes.

Z początku pan Parslow myślał, że gość przyszedł prosić o rękę jego córki.  Przywitał się z nim 

serdecznie.

- Chyba wiem, po co pan tu przychodzi... - zaczął jowialnie.

- Nie sądzę  - przerwał  mu  Daniel. Przestraszył  się, że  pan Parslow,  nieproszony, odda  mu  rękę 

córki.  -  Przyszedłem  coś  panu  powiedzieć.  Coś,  co  dotychczas  ukrywałem,  ale  pewne  zdarzenia

sprawiły, że stało się to dłużej niemożliwe.

Pan Parslow oniemiał. Czyżby gość chciał mu wyznać, że zbankrutował? Jeśli tak, to Agnes może 

się pożegnać z nadziejami. Może dlatego tak mało dziś zjadła na lunch?

- Proszę mówić - odezwał się w końcu. Daniel przełknął ślinę.

background image

175

- Pozwoliłem, by wszyscy sądzili, że jestem wdowcem. A nie jestem. Nigdy nie byłem żonaty, a 

moje dzieci pochodzą z nieprawego łoża.

To wszystko? Pan Parslow był trochę zaskoczony. Mimo to sprawa była poważna. Trudno cieszyć 

się z zięcia obciążonego nieślubnym potomstwem i otwarcie się do tego przyznającego. Agnes też 

się nie ucieszy.

Nagle przyszła mu do głowy pewna myśl.

- A co sprawiło, że postanowił pan wyjawić prawdę?

- Na to pytanie nie mogę odpowiedzieć - odparł stanowczo Daniel.

- Przyczyniła się do tego Agnes, prawda? - natychmiast odgadł Parslow. Na pewno próbowała go 

szantażować,  ale  jej  się  nie  udało,  pomyślał  i  spojrzał  na  Daniela  ze  współczuciem.  Lepiej  mu 

będzie bez mojej córki, przyznał. Zresztą sam już to wie.

- Dobrze pan zrobił, że mi pan powiedział - oznajmił głośno. - Będę z panem szczery. Wiem, że 

jest  pan  zainteresowany  moją  córką  i  bardzo  mi  przykro,  ale  wasze  małżeństwo  nie  wchodzi  w 

rachubę.

Daniel odczuł taką ulgę, że omal się głośno nie roześmiał.

- Rozumiem - wydusił tylko.

- Świetnie. - Najtrudniejszą część rozmowy mieli już za sobą, więc pan Parslow stał się bardziej 

wylewny. - A tak między nami mówiąc, cóż znaczy jeden bękart czy dwoje? Ja sam mam nieślubne 

dziecko. Powinien pan zostawić je w Yorkshire i nikt by się nie czepiał.

- Nie mogłem tego zrobić. Ich matka zmarła, więc mają tylko mnie.

- Ale przez nie stracił pan moją córkę. I bardzo dobrze, stwierdził w duchu Daniel.

Cassandra całe popołudnie krążyła niespokojnie po salonie. Dręczyły ją wspomnienia. Claude z 

początku wydawał jej się taki przystojny, uroczy i troskliwy, a potem wyszła na jaw jego podłość i 

fałsz.

A Daniel? Czy mogła wierzyć w jego miłość? I dlaczego tak zareagowała na jego pocałunek?

W  końcu niepokój ustąpił. Daniel to  nie Claude. Był dobrym  człowiekiem. Popełniał  błędy,  ale 

potrafił się do nich przyznać i je naprawić. Chciał się z nią ożenić. Czy to będzie dobry związek? 

To możliwe.

Prudence  przyniosła  jej  list  od  pani  Freese.  Pastorowa  prosiła  ją,  by  jak  najszybciej  do  niej 

przyszła. Cassandra ubrała się i natychmiast wybiegła.

Pani Freese siedziała w salonie. Była bardzo wzburzona.

- Moja droga Cassandro! - zawołała. - Jak to dobrze, że przyszłaś. Mam straszną wiadomość! Pan 

Freese właśnie mi powiedział, że pan Darke nigdy nie był żonaty. Jego dzieci są nieślubne. Ruth nie 

może dłużej pobierać lekcji razem z Rachel. Jestem taka zdenerwowana.

background image

176

Cassandra usiadła obok niej i poklepała ją po dłoni.

- Tak, pan Darke popełnił błąd, nie mówiąc nam o tym otwarcie, ale starał się chronić dzieci.

- Ależ nic nie rozumiesz! Jak mogę pozwolić, żeby Rum uczyła się razem z Rachel?

- Przecież nieślubne pochodzenie nie jest zaraźliwe. Niedawno mi mówiłaś, że towarzystwo Ruth 

bardzo dobrze wpływa na twoją córkę.

Pani Freese wydmuchała nos i chwilę siedziała w milczeniu, rozważając słowa Cassandry.

- Czy ty już wcześniej o tym wiedziałaś?

-  Ruth  powiedziała  mi  na  krótko  przed  moim  wyjazdem.  Bardzo  ją  zdenerwowały  dociekliwe 

pytania Agnes i chciała się komuś zwierzyć.

- Powinnaś mi była o tym powiedzieć.

- Przecież Ruth powierzyła mi swoją tajemnicę. Nie mogłam jej zdradzić. Ona nic nie zawiniła.

- Uważasz więc, że nie powinnam reagować?

-  Jeśli  pozwolisz  Ruth  nadal  przychodzić  tu  na  lekcje,  to  też  będzie  reakcja  -  zauważyła 

Cassandra.  -  Wydaje  mi  się  też,  że  powinnaś  ostro  powiedzieć  panu  Darke,  co  myślisz  o  jego 

postępowaniu.

- Zastanowię się nad tym - obiecała pastorowa. - W tym, co powiedziałaś, jest wiele racji.

Po  odejściu  gościa  pan  Parslow  zastanawiał  się,  co  powiedzieć  żonie  i  córce.  Uznał,  że  należy 

powiedzieć  im  prawdę.  Trochę  się  bał  reakcji  Agnes.  Od  dzieciństwa  tyranizowała  całą  rodzinę, 

jeśli coś nie szło po jej myśli, dlatego wszyscy jej ustępowali.

Wezwał żonę i córkę do gabinetu.

-  Siadajcie  -  polecił,  kiedy  weszły.  Zauważył,  że  Agnes  jest  starannie  uczesana  i  przebrana  w 

elegancką suknię. Szkoda. Tyle zachodu na nic. Tym razem się przeliczyła.

Agnes rozejrzała się gorączkowo, ale poza ojcem nikogo w gabinecie nie było. Zbladła i zacisnęła 

wargi.

-  Odwiedził  mnie  przed  chwilą  pan  Darke,  w  bardzo  niemiłej  sprawie.  -  Spojrzał  na  córkę.  -

Powiadomił mnie, że nigdy nie był żonaty, a co za tym idzie, jego dzieci pochodzą z nieprawego 

łoża. Domyśliłem się, że ktoś go szantażuje. Choć nie powiedział mi, kto to jest, to i tak możemy 

zgadnąć.

Co za drań, pomyślała Agnes. Jak on śmiał? Wściekłość wykrzywiła jej rysy.

- To wstrząsające - wydusiła pani Parslow, z przerażeniem spoglądając to na męża, to na córkę.

-  Owszem,  wstrząsające  -  potwierdził  sędzia.  -  Powiedziałem  mu,  żeby  wybił  sobie  z  głowy 

małżeństwo z naszą córką. Zgodził się ze mną.

-  Co  zrobiłeś?!  -  wrzasnęła  Agnes.  Przestała  nad  sobą  panować.  Chwyciła  stojący  na  biurku 

kałamarz i  rzuciła nim w okno. Szyba się roztrzaskała i  odłamki  szkła posypały się na wszystkie 

background image

177

strony. Atrament poplamił dywan. Wyglądało to jak rozlana czarna krew. Agnes chwyciła szklany 

przycisk do papieru.

-  Wystarczy!  -  krzyknął  pan  Parslow.  Skoczył  na  równe  nogi  i  wykręcił  jej  rękę,  aż  wypuściła 

przycisk na podłogę. Potem bezceremonialnie trzepnął ją w ucho.

Agnes krzyknęła piskliwie. Po chwili, w ataku histerii, padła na dywan i z bezsilnej wściekłości 

zaczęła bić pięściami w podłogę.

Hałas sprowadził do gabinetu lokaja. Zza jego pleców wyglądały dwie zaciekawione służące.

- Przynieś laudanum - zwięźle polecił sędzia,  a gdy spojrzał na pobladłą  żonę, dodał: - I trochę 

brandy.

Zanim lokaj wrócił, krzyki Agnes ucichły. Pan Parslow wziął od niego laudanum i odprawił go 

skinieniem  głowy.  Wlał  córce  miksturę  do  gardła,  potem  pociągnął  ją  do  góry  i  pchnął  na  fotel. 

Sobie i żonie nalał brandy. Pani Parslow wypiła, trzymając szklaneczkę drżącą ręką.

- Załatwmy tę sprawę do końca - powiedział sędzia. - Przyspieszymy nasz  wyjazd  do Londynu. 

Wyjedziemy pojutrze.  Po  powrocie  będziemy  traktować  pana  Darke’a  i  jego dzieci  tak  samo  jak 

dotychczas. A Agnes nauczy się dobrych manier.

Agnes patrzyła na ojca z wściekłością. Przysięgła sobie, że w tym sezonie znajdzie męża. I nigdy 

nie wróci tutaj, gdzie tak ją upokorzono.

Po  wyjściu  z  Mattick  Hall  Daniel  wstąpił  do  domu  wikariusza  i  również  wyznał  mu  prawdę. 

Wikariusz  wykazał  więcej  zrozumienia  niż  pan  Freese,  ponieważ  to  on  częściej  spotykał  się  z 

wiernymi i dobrze znał ludzkie słabości.

Daniel  nie  spodziewał  się,  że  te  trudne  rozmowy  przebiegną  tak  gładko.  Pozostawało  mu  tylko 

zaczekać, jak zareaguje pani Freese. Najważniejsze jednak, że uwolnił się od panny Parslow. Teraz 

może sobie mówić, co chce.

Tej  nocy  spał  dobrze.  Ranek  wstał  piękny  i  słoneczny.  W  poczcie  nie  znalazł  listu  z  plebanii, 

odwołującego  lekcje  Ruth,  więc  dzieci  jak  co  dzień  wyszły  do  swoich  zajęć.  Kiedy  tylko  się 

oddaliły. Daniel poszedł do Belvedere Tower.

Cassandra miała za sobą niespokojną noc, pełną rozmyślań i wątpliwości. Choć rozum mówił jej, 

że  Daniel to  nie Claude, dawne lęki wróciły.  Następnego ranka spróbowała malować,  ale szybko 

dała  za  wygraną.  Nie  mogła  się  skupić  i  wciąż  myślała  o  Danielu.  Może  przyśle  jej  list  z 

oświadczeniem,  że  jego  wyznanie  to  był  chwilowy  kaprys,  i  poprosi,  żeby  mu  wybaczyła  i  o 

wszystkim zapomniała? Czy naprawdę go kocha?

Kiedy  Daniel  się  zjawił,  Cassandra  była  kłębkiem  nerwów.  Słysząc  jego  kroki  na  schodach, 

wzięła głęboki oddech i zebrała wszystkie siły.

- Mam  coś dla  ciebie  -  oznajmił  bez  żadnych wstępów.  Sięgnął do  kieszeni  i  wyjął z  niej  jakiś 

background image

178

przedmiot.

- O! Mój tygrys! - zawołała uszczęśliwiona. Całe jej zdenerwowanie gdzieś zniknęło. - Gdzie go 

znalazłeś?

- Wyskoczył z szuflady biurka.

Roześmiała się radośnie. Wzięła zabawkę, przyjrzała jej się i postawiła na kominku, obok innych.

-  Dziękuję.  Tak  się  cieszę,  że  do  mnie  wrócił.  Usiądziesz?  Zaraz  zadzwonię,  żeby  nam 

przyniesiono kawę... - Umilkła. Daniel podszedł do niej i wziął ją za rękę.

- Cassandro, chcesz mnie?

Choć rano obiecała sobie, że będzie rozważna i powściągliwa, ku swojemu własnemu zaskoczeniu 

bez namysłu odrzekła:

- Tak, Danielu.

Twarz mu się rozjaśniła. Kiedy Cassandra to zobaczyła, od razu zrozumiała, że jego uczucie jest 

prawdziwe.  Jakiś  czas  zajęły  im  wyjaśnienia,  zapewnienia  i  pocałunki,  ale  Cassandra  już  się  nie 

wahała. Wiedziała, że jest kochana. Czuła to i była szczęśliwa.

-  Kiedy  możemy  się  pobrać?  -  zapytał  w  końcu  Daniel.  -  Nie  chcesz  chyba  odkładać  ślubu  ze 

względu na tego okropnego de Tessy?

-  Oczywiście,  że  nie  ze  względu  na  niego  -  odparła  smutno.  Nie  minął  jeszcze  rok  od  śmierci 

synka. Czuła, że musi poczekać na pierwszą rocznicę.

- Rozumiem. - Daniel otoczył ją ramionami.

- Maurice zmarł dziewiętnastego września. Po tej dacie weźmiemy ślub, kiedy tylko zechcesz.

-  Dobrze.  -  Pocałował  ją  w  czubek  głowy.  -  Będę  miał  czas,  żeby  unowocześnić  przewody 

kominowe  i  zamontować  nowy  piec  w  Juniper  Place.  Kiedy  się  wprowadzisz,  wszystko  będzie 

gotowe. - Pomyślał sobie, że koniec września często bywa piękny. W sam raz na miesiąc miodowy.

Cassandra podniosła na niego wzrok.

- Kocham cię - powiedziała.

- Właśnie to chciałem usłyszeć. - Ponad jej głową spojrzał na krajobraz za oknem. Słońce świeciło 

jasno. - Chodźmy na spacer. Chcę ci pokazać, jakie prace już zostały zrobione na polach.

Cassandra włożyła płaszcz i kapelusz, a potem razem wyruszyli we wspólną przyszłość.