background image

BJ JAMES 

Na skraju przepaści 

background image

PROLOG 

- Drań, laluś... 

Simon McKinzie ugryzł się w język, by nie rzucić 

następnego epitetu. Dokoła kłębiła się mgła, od której 

nie było ucieczki. Wypełniała każdy zakamarek opus­

toszałego placu zabaw. Sądząc z wyglądu nieba wiszą­

cego nad stolicą, najgorsze miało dopiero nadejść. 

Wsunął ręce do kieszeni wygniecionego mokrego 

płaszcza od deszczu, spojrzał przed siebie i zobaczył 

Thomasa Jetera, który kroczył przez plac. Kiedy 

Simon zaproponował spotkanie na placu zabaw, ocza­

mi wyobraźni widział plac w słońcu, pełen roześmia­

nych dzieci. Stanowiłyby ochronę Jetera. Następnym 

razem, jeżeli niech Bóg broni, będzie następny raz, 

Simon sprawdzi prognozę pogody. Czekał z zaciś­

niętymi pięściami - potężny Szkot, jak niedźwiedź 

wykuty z granitu. 

W końcu pojawił się Jeter, ubrany z nieskazitelną 

elegancją. Położył teczkę na trawie i popatrzył na 

starszego ód siebie Szkota. Zupełnie jak właściciel 

ziemski na swojego wielokrotnie nagradzanego byka, 

którego sława zaczęła blaknąć i którego należałoby 

wykastrować, pomyślał Simon. 

- Simonie... - zaczął Jeter, kiedy już zrozumiał, że 

Szkot nie odezwie się pierwszy. 

Simon obrzucił zimnym wzrokiem jego elegancki 

strój i zatrzymał spojrzenie na ciężkich spinkach 

background image

NA SKRAJU PRZEPAŚCI 

u mankietów okalających dłonie o starannie wymani-

kiurowanych paznokciach. Skrzywił się z niesmakiem. 

- Miło, że chciałeś się ze mną spotkać. Ale tylko ty 

mogłeś wymyślić takie miejsce - powiedział Jeter 

i wskazał ręką na park. 

Grymas niechęci na ustach Simona mówił sam za 

siebie. Jeter zaczął się niespokojnie kręcić - wygładzał 

nerwowo płaszcz, wyciągnął jeszcze trochę bardziej 

mankiety, by wystawały zgodnie z modą. W końcu 

opanował się. Podniósł i otworzył teczkę. 

- Mam tu informacje o jednym z twoich ludzi. 

Simon popatrzył leniwie na teczkę, a potem prze­

niósł wzrok na Jetera. Chciał, by odczuł ciężar jego 

spojrzenia. 

- To sprawa ogromnej wagi - powiedział Jeter. 

- Nie cierpiąca zwłoki. 

- Daj spokój, Jeter - huknął Simon. - Daruj sobie 

te informacje. I tak nie powiesz mi niczego nowego 

o moich ludziach. Zwłaszcza o Dawidzie Canfieldzie. 

- A skąd ty... - Jetera zamurowało. 

Simon odrzucił swą lwią grzywę i uśmiechnął się 

jednym z tych charakterystycznych uśmieszków, od 

których dreszcz przeszywał każdego, kto zagrażał 

bezpieczeństwu ich tajnej organizacji.  J e g o organi­

zacji. Organizacji wywiadowczej do specjalnych za­

dań, wymyślonej przez byłego dowódcę, ale stworzo­

nej przez Simona. Po piętnastu latach jej nazwę znało 

tylko kilka wtajemniczonych osób. Czarna Straż czy 

Piekielne Damy Simona to silny oddział nazwany tak 

ze względu na szkockie pochodzenie przywódcy. 

Członkowie najwyższej kadry nazywali się po prostu 

Strażą, również na cześć Simona. 

- Skąd wiem, że namierzasz Dawida? - wycedził 

background image

NA SKRAJU PRZEPAŚCI 

Simon. - Od czego mam zacząć wyliczankę? - Podniósł 

rękę, rozczapierzył palce i zgiął jeden z nich. - Po 

pierwsze, wiem, jak walczysz o władzę, jak ci zależy, by 

mieć kontrolę nad wszystkim i wszystkimi, łącznie 

z Simonem McKinzie. 

Jeter otworzył usta, by zaprzeczyć, ale Simon 

usadził go jednym spojrzeniem. 

- Po drugie, nienawidzisz, jak coś ci się wymyka. 

Wszędzie wściubiasz nos, podsłuchujesz pod każdymi 

drzwiami. - Uśmiechnął się ponuro. - Tylko pod 

moimi ci się nie udaje. Nie możesz się z tym pogodzić, 

co? - I zanim Jeter zdołał otworzyć usta, już mówił 

dalej: - Po trzecie, od lat próbujesz nas wykończyć, bo 

zyska na tym twoja kariera polityczna. 

Nie czekając na odpowiedź zgiął czwarty palec. 

- Dawid Canfield to najlepszy z moich ludzi i po 

raz pierwszy ma kłopoty. - Tu zgiął piąty palec i tak 

zamknęła się cała pięść, którą podsunął Jeterowi pod 

nos. - A po piąte - powiedział cicho, ważąc każde 

słowo - szakal z ciebie. Od dawna czekasz na okazję, 

by dopaść Dawida. Zniszczyłbyś go, byle tylko wykoń­

czyć mnie i Straż. - Wbił pięść w wydatną tętnicę na 

szyi Jetera. - A teraz mnie posłuchaj: nie śmiesz tknąć 

Dawida ani posłużyć się nim, by mnie zniszczyć. 

Jeter nie wytrzymał tego naporu, cofnął się za­

słaniając teczką jak tarczą. 

- To nie ma nic wspólnego z tobą. Ten facet jest po 

prostu niepewny. Stanowi słabe ogniwo. To tchórz, 

któremu nikt nie powinnien ufać. Kiedy podczas 

ostatniej misji grunt zaczął mu się palić pod nogami, po 

prostu zostawił w dżungli swoją partnerkę. 

- Tchórz?! - Simon splunął. Wszystko mógł puścić 

mimo uszu, ale nie te zarzuty i oskarżenia. Boże! Jakże 

background image

NA SKRAJU PRZEPAŚCI 

nienawidził tych lalusiowatych urzędników, którzy 

siedzieli w swoich wieżach z kości słoniowej z różowymi 

łapkami grzecznie złożonymi na kolanach, podczas gdy 

lepsi od nich odwalali czarną robotę, by jakoś chronić 

ten świat. - Posłuchaj no, Dawid Canfield nie zostawił 

swojej partnerki. Nie opuścił jej, kiedy jeszcze żyła! 

- Była przecież ranna i stałaby się dla niego cięża­

rem. Przysiągł nam tylko, że nie pozostawił jej na 

pewną śmierć. 

- Nie przysięgał  n a m , tylko m n i e. J a mam jego 

raport. J a cierpiałem razem z nim.  M n i e przysięgał. 

T y tylko knujesz i robisz insynuacje. 

- Ale przecież nie wykonał do końca swojego 

zadania i wydostał się z dżungli, chociaż wiedział, że 

może działać sam. Najczęściej działał sam. Dlaczego 

nie miałby zrobić tego i tym razem? 

- Miał powody. Były okoliczności łagodzące. 

- Dla takiego faceta jak Canfield nie ma okoliczno­

ści łagodzących. To psychopata bez sumienia. Zbyt 

wiele wie. Wyrwie mu się kilka słów za dużo i zniszczy 

to wszystko, co budowaliśmy przez tyle lat. 

- M y budowaliśmy? Jeter, nie mylą ci się czasami 

zaimki? 

- Wysłuchaj mnie, Simonie... 

- Nie - przerwał mu Szkot, zastanawiając się, jak 

taki idiota mógł trafić do grona tych, którym powierza 

się najtajniejsze informacje. - Nie muszę niczego 

słuchać. To ty posłuchaj. Co jak co, ale Dawid na 

pewno nie jest psychopatą. 

Szkoda mu było słów, by wyjaśniać takiemu krety­

nowi, że tylko ludzi o wysokim morale przyjmuje się do 

Straży i że Canfield był jednym z najlepszych pod tym 

względem. 

background image

NA SKRAJU PRZEPAŚCI 

- Dawid nigdy nie mówi za dużo. Nie robi tego 

żaden z moich ludzi. 

- Ale Canfield to zrobił. - Przez twarz Jetera 

przemknął chytry uśmieszek. -Może ci dołożyć. Może 

dołożyć Straży. Musimy mu zamknąć usta. 

- Zamknąć mu usta? Żeby chronić Straż? - Simon 

chwycił za liny huśtawki. - W jaki sposób mielibyśmy 

mu zamknąć usta? 

- Mógłby mu się zdarzyć wypadek. 

- Oczywiście śmiertelny? 

- Jasne. - Twarz Jetera rozpromienił uśmiech. 

Simon pomyślał, że Jeter nigdy nie powinien grać 

w pokera. Nie potrafił ukryć, że jest przekonany, iż 

złapał zwierzynę w pułapkę. 

- Powiedz mi, Jeter, czy ty uważasz mnie za 

skończonego idiotę? Czy sądzisz, że mógłbym zdradzić 

jednego z moich ludzi, żeby ocalić Straż? 

- Nikt by nie wiedział, że ty... 

- Zamknij ten kłamliwy pysk! Gdybym nawet 

się zgodził na ten... wypadek, to potem i tak 

byś wszystko wygadał. Już byś o to zadbał, żeby 

moi ludzie szybko się dowiedzieli, że sprzedałem 

Dawida. 

- Skądże! - Jeter zaczął tracić pewność siebie. - Na 

pewno nikt się nie dowie. 

- Masz rację, ty sukinsynu. Bo nigdy nie dojdzie 

do żadnego wypadku. - Odsunął liny huśtawki, 

postąpił naprzód i chwycił Jetera za jedwabny 

krawat tak mocno, że tamten aż uniósł się na 

palcach. - A wiesz dlaczego? Nie? No to ci powiem. 

- Na miłość boską... 

- Zamknij się - warknął Simon. - Jeszcze ci nie 

powiedziałem, jaka przypadła ci w tym rola! 

background image

10 NA SERAJU PRZEPAŚCI 

- Mnie rola? - Jeter zamilkł nagle, gdyż krawat 

jeszcze mocniej zacisnął mu się na szyi. 

- Od tej chwili twoim zadaniem będzie dbać o bez­

pieczeństwo Dawida Canfielda. A dlaczego? Proste. 

Bo w przeciwnym razie sam siebie wykończysz. Mam 

w ręku różne dowody. Dowody na to, jakich używałeś 

sztuczek, by się wspinać po drabinie kariery politycz­

nej. Jeżeli Dawidowi przydarzy się jakiś wypadek czy 

nawet coś mniej podejrzanego, ty za to zapłacisz. 

- Blefujesz. Nie masz żadnych dowodów. 

- Myśl sobie, co chcesz-rzucił beznamiętnie Simon. 

- Nie jestem sam. - Jeter zrzucił maskę niewiniąt­

ka. - Stoją za mną potężni ludzie, którym nie odważysz 

się przeciwstawić. 

- Czyżby? A może się przekonamy? - Simon był 

pewien, że Jeter nie działał sam. Był jednym z tych, 

którzy nie zajmowali oficjalnych stanowisk, ale mając 

władzę wywierali zakulisowo presję na rząd. To właś­

nie oni, a nie Dawid, byli pozbawieni sumienia i po­

czucia lojalności. - Chcesz poświęcić wszystko i sam 

zostać kozłem ofiarnym? 

- Nie. - Z Jetera jakby uszło powietrze, nie miał już 

żadnych argumentów. 

- No to się dogadaliśmy. - Simon odsłonił zęby 

w zjadliwym uśmiechu. -A zatem Dawidowi nic nie grozi? 

- Oczywiście. 

Ta nagła kapitulacja Jetera doprowadziła Simona 

do szału. 

- Zdajesz sobie sprawę, jak trudno mi się po­

wstrzymać, żeby nie złamać ci teraz karku? O jedną 

hienę byłoby mniej. 

Jetera zupełnie zamurowało. Stał tylko i patrzył na 

Simona. 

background image

NA SKRAJU PRZEPAŚCI 

11 

- Nie ufam ci - rzucił Simon wiedząc doskonale, że 

jeżeli ktoś tak łatwo zmienia zdanie, zmieni je też 

z chwilą wyjścia z tego parku. Jeter był odrażający, lecz 

Simon musi się nim posłużyć jako gwarantem bez­

pieczeństwa Dawida. - I powiedz to swojej klice. 

Przekaż im ode mnie, że jeżeli Dawidowi coś się 

przydarzy, będę wiedział, gdzie ich szukać. - Przeszył 

Jetera spojrzeniem zimnym jak stal. - A teraz się 

wynoś! -I pchnął go tak, że Jeter stracił równowagę 

i upadł w błoto. - Wstawaj. Wstawaj i wynoś się! 

Po odejściu Jetera Simon długo jeszcze stał w miejs­

cu i nasłuchiwał. Stopniowo mijał mu gniew. 

Dawid Canfield. Najlepszy z najlepszych. W mło­

dości idealista o uśmiechu, pod wpływem którego 

topniały serca. Niezbyt przystojny, niezbyt wysoki, 

niezbyt szczupły ani niezbyt tęgi. Nie było w nim 

niczego, co przyciągałoby specjalnie wzrok. Doskona­

ły kameleon... póki twarz nie rozjaśniła się uśmiechem, 

który podbijał serca. Teraz, po piętnastu latach działa­

lności, kiedy poczucie honoru i delikatność musiały 

stopniowo ustępować coraz większej twardości i cyniz­

mowi, uśmiech ten znikł. 

Simon potrząsnął głową jak rozjuszony byk. Dawid 

psychopatą! Człowiek, który tak bardzo wszystkim się 

przejmował! Właśnie dlatego był najlepszy. To prawie 

go zniszczyło. Stał się ponury i cyniczny. Ale czy 

rzeczywiście twardy? 

- Nie, na pewno nie jest twardy - mruknął do 

siebie. - To po prostu idealista, który próbuje się 

uporać ze złem tego świata. Stara się przetrwać. Pełno 

w nim zabliźnionych ran. 

Simon doskonale wiedział, do czego doprowadza 

najlepszego ze swoich ludzi. Niech to diabli, pomyślał, 

background image

12 NA SKRAJU PRZEPAŚCI 

za każdym razem wymagałem od niego coraz więcej. 

Teraz Dawid przestał być sobą. A może nawet jest 

bliski stania się łajdakiem, agentem, który sam ustana­

wia prawa i sieje spustoszenie, a czasami śmierć w imię 

zemsty. Może Dawid to rzeczywiście zdrajca, który 

zaniechał wypełnienia swej misji i spowodował śmierć 

partnerki? 

Simon westchnął ciężko, dziękując Bogu, że Jeter 

nie miał pojęcia, jakie znaczenie miały jego insynuacje. 

Ale przyrzekł sobie, że bezwzględnie nie dopuści do 

tego, by Dawid uległ wypadkowi i trafił do szpitala, 

w którym drzwi otwierają się tylko w jedną stronę, a za 

nimi znikają pechowi pacjenci. Ani psychiatrzy, ani 

ludzie Jetera nie dostaną Dawida. Przynajmniej nie 

teraz. Było to ryzyko, ale Simon wiedział, że musi 

pomóc Dawidowi, by mógł odzyskać równowagę, 

rozliczyć się ze światem i pozbyć wyrzutów sumienia. 

- Znam takie miejsce, gdzie mógłby odpocząć. 

I osobę, która mu pomoże - mruknął uśmiechając się 

do siebie. 

- Do kogo pan mówi? - Simon poczuł, że ktoś go 

szarpie za nogawkę, a dziecięcy głos dalej ciągnął: 

- Przecież tu nikogo nie ma, tylko pan i ja. Zmok­

niemy, lepiej chodźmy do domu. 

- Chyba masz rację. - Simon przyklęknął przed 

chłopcem, który miał na sobie tylko obszarpaną 

koszulę i krótkie wypłowiałe spodenki. 

- A gdzie jest twoja mama? Dlaczego jesteś sam? He 

masz lat? 

- Mam osiem lat i jestem sam, bo nie mam mamy. 

Mieszkam z babcią, ale ona jest zawsze pijana. 

Czyli jest to dziecko wychowujące się na ulicy, 

podobnie jak kiedyś Dawid, sprytne i bardzo mądre. 

background image

N A  S K R A J U  P R Z E P A Ś C I  1 3 

Takie dzieci zawsze ktoś zauważy. Wykorzystuje się je, 

a potem, gdy stają się zawadą, porzuca. 

Z Dawidem było inaczej, pomyślał Simon, walcząc 

z wyrzutami sumienia. To dziecko wyrwała z ulicy 

wojna, a w czasie wojny zaopiekował się nim Simon. 

Teraz chłopak znalazł się na rozdrożu. 

- Dawida na pewno nie zostawię-mruknął. 

- Ja nie mam na imię Dawid, tylko Rico. 

- Oczywiście. - Simon rozchmurzył się i sięgnąwszy 

do kieszeni, wyciągnął banknot pięciodolarowy. - Weź 

to i kup sobie coś dobrego do jedzenia. Tylko nie daj 

babce na alkohol. 

- Oczywiście, że nie dam, proszę pana, ale chyba 

kupię jej coś ładnego. Żeby jej było przyjemnie. Może 

potem nie będzie musiała pić, by zapomnieć o złych 

rzeczach. - I dodał ze zdumiewającą dojrzałością: 

- Zresztą i tak nie zapomni. Kiedy trzeźwieje, zawsze 

jej się wszystko złe znów przypomina. 

- Masz rację, ale może potrafiłaby się zmienić, 

jakby pomógł jej ktoś, kto ją rozumie. 

- Na przykład ja? 

- Na przykład ty. -Wreszcie lunął deszcz, na który 

zanosiło się od dłuższego czasu. - Uciekajmy stąd. 

- I głaszcząc małego po głowie pchnął go lekko 

naprzód. - No, zmykaj. 

Patrzył na biegnącego chłopca, aż ten zniknął. 

Myślał o Dawidzie. O pomocy i nadziei. O kobiecie, 

której życie kiedyś legło w gruzach. O Raven. 

Wspomnienie jej imienia przywróciło mu spokój. 

Wydawało się, że mimo deszczu zaświeciło słońce. Czy 

Raven pomoże Dawidowi? Na pewno. 

Podjął decyzję. Poprosi Dawida, żeby wziął urlop 

i uporządkował swoje życie i problemy z pracą. Po to, 

background image

14 

NA SKRAJU PRZEPAŚCI 

by on sam, Simon, miał czas znaleźć zdrajcę wśród 

ludzi ze Straży. 

Odwrócił się i pobiegł do samochodu, rozchlapując 

kałuże. Jechał do domu, by zadzwonić do dwóch osób. 

Najpierw na drugi kraniec miasta do Dawida, a potem 

w góry Północnej Karoliny. Do Raven McCandless. 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

Dawid Canfield odłożył noktowizor. Odprężył się, 

przestał na chwilę czuwać. Księżyc krył się za chmura­

mi. Dawid jak cień wtapiał się w stok górski, podobnie 

jak głaz, o który się opierał. Posępny wiatr, który 

burzył mu ciemne gęste włosy i szarpał koszulę, 

zupełnie się uspokoił. 

Dawid poczuł nieprzezwyciężoną ochotę na papie­

rosa. Okropny i niebezpieczny nałóg. Łatwo mógł 

przez to zarobić teraz kulkę, co trochę zakłamałoby 

statystyki lekarskie. Uśmiechnął się ponuro na myśl 

o tym i znów spojrzał w dolinę. 

Siedział na skalnym zboczu już od godziny. Przyglądał 

się terenowi w zapadającym mroku. W dole iskrzyła się 

tafla jeziora i widać było budynki. Stały tam, tak jak się 

spodziewał, dwa stare drewniane domy kryte jasną blachą. 

Domy były identyczne, zbudowane blisko siebie na 

maleńkim wzgórku nad jeziorem. Po lewej i prawej stronie 

były odsłonięte, z tyłu osłaniała je granitowa skała. 

Dobrze wybrali miejsce założyciele tych siedzib, 

rodzina twardych Szkotów nazwiskiem McKinzie. 

Było tu pięknie i bezpiecznie. Dolina była praktycznie 

nie do zdobycia, ufortyfikowana granitowymi ściana­

mi i taflą jeziora. 

Dawid zjawił się tu nie z własnej woli, ale nie 

protestował. Tylko jeden człowiek mógł go do tego 

nakłonić. 

background image

16 

NA SKRAJU PRZEPAŚCI 

Była to dolina Simona. Starszy budynek, który był 

kiedyś jego domem, przez najbliższe trzy miesiące 

będzie domem Dawida. Zgodził się na propozycję 

Simona ze względu na Straż, przez szacunek dla niej. 

Przekonał się, że Simon miał rację. Patrząc teraz 

z góry na dolinę postanowił na zawsze zapamiętać jej 

obraz. Poznał już wykute w skale schodki przecinające 

ogród pełen dziko rosnących kwiatów, a w lesie z tyłu 

widział kilka drzew ze śladami po pazurach nie­

dźwiedzia. Znalazł też orle gniazdo. Teraz powiódł 

jeszcze wzrokiem wzdłuż ścieżki prowadzącej od do­

mów do jeziora, która gdzieś niknęła mu w mroku 

z oczu, ukryta w bujnej roślinności. 

Poznał już dolinę podobną do delikatnie odbitego 

linorytu. Nie poznał jeszcze kobiety. 

Sięgnął po papierosa i zapalił go pocierając zapałką 

o skałę. Dokoła panował spokój. Nie było żadnych 

czyhających na niego guerillas, którzy mogliby poczuć 

zapach dymu czy dostrzec ognik. Odruchowo zasłonił 

go jednak dłonią. Rozparł się wciągając dym w płuca. 

Patrzył na nowszy dom i otaczający go ogród. 

Która kobieta zgodziłaby się zamieszkać na takim 

odludziu? Kim jest ta Raven McCandless, przyjaciółka 

Simona McKinzie? Niewiele o niej wiedział. Stara 

panna. Słowo to przywołuje na myśl siwiejącą samo­

tnicę z włosami upiętymi w koczek. Kobietę zgorzk­

niałą, żyjącą za zasuniętymi zasłonami oddzielającymi 

ją od świata. 

Dawid rzadko oceniał ludzi na podstawie przypusz­

czeń. Lecz Simon był bardzo powściągliwy i mruknął 

tylko, że to wyjątkowa kobieta, o wielkiej wewnętrznej 

sile przetrwania. 

Uśmiechnął się, nasłuchując w mroku. Kobieta, 

background image

NA SKRAJU PRZEPAŚCI 17 

którą z góry uznał za odludka, kąpała się w jeziorze 

oblanym światłem księżyca. 

Zgniótł niedopałek o podeszwę. Nie potrzebował 

kobiety. Pragnął spokoju i samotności. A może wykorzy­

stać nadarzającą się okazję? Zaskoczyć tę starą pannę czy 

syrenę, niech poczuje się zagrożona. Jej zmieszanie 

i zaskoczenie zagwarantuje mu święty spokój. 

Wsunął noktowizor do futerału i jeszcze raz roze­

jrzał się po dolinie. Niczego nie spostrzegł w zapadają­

cym mroku. Wstał powoli. Nagle usłyszał za sobą jakiś 

szelest. Nieporuszony jak głaz mruknął tylko: 

- Słyszę cię, przyjacielu. 

Noc na południu Appalachów nie jest absolutnie 

ciemna, po chwili więc Dawid ujrzał na ziemi za sobą 

zwiniętego grzechotnika. Dwóch odwiecznych wro­

gów było jednak zbyt zmęczonych, by walczyć. Grze-

chotnik poruszył ogonem, Dawid usłyszał ostrzegaw­

czy dźwięk. 

- Wszystko to należy do ciebie, kolego. Ustępuję 

- mruknął cofając się. - Idę na spotkanie z kobietą. 

Ścieżka była zdumiewająco szeroka, w przeciwień­

stwie do zarośniętej dróżki, którą wszedł w dolinę. 

Czuł się jak unoszący się nad ziemią duch. Schodził po 

skalnym urwisku oświetlonym tylko światłem księży­

ca. Niżej skała zamieniła się w trawiasty stok. 

Szedł szybko, już nie rozglądając się na boki. Ale 

posuwał się bezszelestnie, w sposób, który wiele razy 

ocalił mu życie w dżungli i na ulicach miast. Przykuc­

nął w zaroślach. Drewniany pomost na brzegu jeziora 

błyszczał jak srebrna taca. W połyskliwej wodzie 

odbijał się księżycowy blask. 

Wieczór był wyjątkowo pogodny, spokojny. Dawid 

wdychał zapachy kapryfolium i ostrokrzewu. Pływają-

background image

18 

NA SKRAJU PRZEPAŚCI 

ca kobieta zaśmiała się i ten srebrzysty dźwięk ponios­

ło po wodzie jak tony muzyki. Jej śmiech był tak 

krystalicznie czysty, że miał wrażenie, iż kobieta stoi 

u jego boku. Poruszyło się w nim coś, czego nie potrafił 

nazwać. Przestał na chwilę czuwać, a potem rozzłosz­

czony na siebie i na nią ruszył naprzód. 

Nagle rozległ się groźny pomruk, najpierw jeden, 

potem dwa naraz. Dawid przystanął i zaczął wypat­

rywać w ciemnościach, ale dostrzegł tylko zarys kamie­

nia i wierzby, za którymi panował już absolutny mrok. 

Widział jednak, kiedy siedział jeszcze na skalnym 

zboczu, że kobietę odprowadzają do jeziora dwa 

wielkie psy. Jeden nieopatrzny ruch, a zostanie roz­

szarpany na strzępy. Tak krótko przebywał w dolinie, 

a już po raz drugi otrzymał ostrzeżenie ze strony 

zwierząt. 

Kobieta pływała dobrze, ledwie marszcząc taflę 

jeziora. Delikatny plusk wody tylko podkreślał panu­

jącą wokół ciszę. Zrobiło się jeszcze ciemniej, chmura 

bowiem zasłoniła księżyc i połyskliwe fale na wodzie 

też wchłonął mrok. Teraz nie widział nawet zarysu 

postaci, wiedział tylko, że kobieta jest blisko. 

Nagle usłyszał szmer i plusk ociekającej wody, 

dreptanie stóp, i ciemna postać weszła na pomost. 

Przez moment stała nieruchomo. Zobaczył jej gibką 

sylwetkę o pełnych piersiach i szczupłych biodrach. 

Stanęła na palcach, okręciła się powoli dookoła, 

podnosząc ramiona i wyciągając się ku niebu. Z dłu­

gich czarnych włosów ściekała woda, połyskując na 

skórze niby iskry diamentów. Przypominała pogankę 

modlącą się do księżyca, dziecko sięgające po srebrną 

kulę, kobietę składającą hołd nocy. Była tajemnicą. 

Kołysząc się w biodrach odrzuciła do tyłu włosy 

background image

NA SKRAJU PRZEPAŚCI 19 

i zręcznym ruchem upięła je na karku. Zerwała z gałęzi 

drzewa białą koszulę, włożyła ją pośpiesznie i stała 

patrząc na jezioro, wsłuchując się w ciszę, która dla niej 

pobrzmiewała zapewne specjalnymi dźwiękami. 

Dawid patrzył na nią jak zaczarowany, zupełnie 

zapominając o swoim planie zaskoczenia i pozbawienia 

jej pewności siebie. Ale oczarowanie trwało tylko 

chwilę, zaraz bowiem przygniotło go uczucie strachu, 

buntu i gniewu. Przejmujący żal zbyt świeży, zbyt 

dojmujący. Przecież jeszcze nie tak dawno patrzył 

bezradnie, jak umiera kobieta, która kochała życie i tak 

bardzo broniła się przed śmiercią. W gąszczu dżungli 

trzymał ją w ramionach, kiedy wydawała ostatnie 

tchnienie. Zrozumiał wtedy, jaką wartość ma życie. 

A ta kobieta, Raven McCandless, z pewnością 

lubiła ryzyko, jakby to życie było niewiele warte. 

Dawid zacisnął gniewnie pięści i wyszedł z kryjówki. 

Kobieta zamarła z ręką zastygłą na włosach. Ale nie 

okazała przestrachu. Była spokojna jak otaczająca ich 

noc. 

- Simon nie powiedział mi, że Raven McCandless 

jest głupia - rzucił dość cicho i niezbyt szorstko. Psy 

poruszyły się w ciemnościach. - Ale, prawdę mówiąc, 

niewiele się od niego o pani dowiedziałem. 

Ciemne włosy powoli opadły na ramiona. 

- Panie Canfield, przyjechał pan za wcześnie. -Mia­

ła uroczy głos, podobnie jak śmiech. - Miał się pan 

zjawić jutro -dodała bez cienia strachu czy zdumienia. 

- Nigdy nie postępuję zgodnie z oczekiwaniem 

innych, panno Candless. Dzięki temu będę żył długo. 

Skinęła głową. 

- Pływam w jeziorze od czternastego roku życia 

- powiedziała bez urazy. 

background image

20 NA SKRAJU PRZEPAŚCI 

- Sama w świetle księżyca? 

- Sama i zawsze w świetle księżyca. 

- No to naprawdę jest pani głupia - rzucił obcesowo. 

Zaśmiała się i śmiech ten poniosło po wodzie. 

Obróciła się na jednej nodze. Ostatnia ciemna chmura 

odsłoniła wreszcie księżyc, który skąpał ją swoim 

światłem. 

- Jest pan bardzo podobny do Simona - powie­

działa spokojnie. 

Koszula oblepiała jej mokre ciało, ale nie zwracała 

na to uwagi. Nie zrobiła nic, by jakoś zakryć pełne 

piersi i twarde sterczące sutki. Dawid mimo woli 

podziwiał ją za to. 

- Pani też - rzucił. 

- Ja też? - Uniosła brwi ze zdumieniem. 

Dawid przestał patrzeć na jej ciało, podniósł wzrok 

i

 spojrzał w ciemne oczy. Ujrzał w nich dumę, odwagę 

i szczerość. Podobnie jak u Simona, pomyślał i po raz 

pierwszy zadał sobie pytanie, czy byli kochankami. Co 

prawda, Simon miał prawie dwa razy tyle lat co ona, 

ale co znaczy dla takiej niezwykłej kobiety... 

Przyglądał się jej w milczeniu. Szczególna kobieta, 

zdaniem Simona. Niezwykła. Wspaniała. Czarne wło­

sy upięła luźno na karku. Miała śniadą twarz, delikat­

ne rysy. Usta przywodziły na myśl róże. Była nie tylko 

najpiękniejszą z kobiet, jakie w życiu widział, lecz 

naprawdę niezwykłą. Twarz tchnęła spokojem, a spo­

jrzenie ciemnych oczu miało taką moc, że mężczyźni 

zapewne nie potrafili oderwać od niej wzroku, chcąc 

się zatracić w ich mroku i spokoju. 

Zbliżył się do niej. Jakby na zawołanie, krzaki 

zaszeleściły i choć psy nie wydały nawet pomruku, 

Dawid wiedział, że już otrzymał ostatnie ostrzeżenie. 

background image

NA SKRAJU PRZEPAŚCI 21 

- Niech pań się nie zbliża, proszę - powiedziała 

Raven. 

- Wiem, że tam są. 

Raven przyjrzała mu się. Był smukły, miał szerokie 

ramiona, pięknie umięśnione ciało. Musiał tu dotrzeć 

przez góry. Zjawił się dzień wcześniej, by poznać teren. 

Naturalnie wiedział wszystko o tej dolinie i jej miesz­

kańcach. Tak, to rzeczywiście człowiek, który nie da 

się niczym zaskoczyć. 

- Naprawdę nie chcę, żeby stało się pani coś złego. 

Ani im. 

- O co panu właściwie chodzi? - Wykonała ruch 

ręką i psy uspokoiły się. 

- Decyduje się pani na bezsensownie ryzykowne 

sytuacje. 

- Jakie ryzykowne sytuacje? I dla kogo bezsensow­

ne? - Wytrzymała spokojnie jego rozognione spo­

jrzenie. 

Chciał ją jakoś sprowokować, zniszczyć ten jej 

spokój. Celowo więc zaczął przypatrywać się jej ciału, 

zatrzymując wzrok dłużej na wypukłości piersi i płas­

kim brzuchu. Miała kobiece kształty, a zarazem była 

wiotka i smukła. Pociągała go. 

Zniosła spokojnie to bezczelne spojrzenie, dopro­

wadzając go tym do wściekłości. Czy zachowałaby 

podobny spokój w dżungli rojącej się od komarów? 

Czy zachowałaby tę pewność siebie, gdyby dzień po 

dniu musiała sobie zadawać pytanie, czy dożyje jutra? 

Czy zachowałaby ten spokój i pogodę, gdyby siedząc 

w kałuży krwi czekała na śmierć przyjaciela? 

Czy Raven McCandless czułaby się winna, że 

przeżyła, kiedy inni musieli odejść na tamten świat? 

Czy to istotne, co ona czuła? Czy w ogóle liczy się 

background image

22 

NA SKRAJU PRZEPAŚCI 

coś poza tym, że przyrzekł pomścić Helen? Simon miał 

trzy miesiące na to, by znaleźć zdrajcę między ludźmi 

Straży. Po trzech miesiącach przysięga złożona Straży 

i narzucone przez nią reguły gry nie będą już Dawida 

obowiązywały. Będzie szukał zdrajcy, a potem sprawi, 

by umierał tak samo powoli, jak umierała Helen. 

- Ryzykuje pani życie, a mnie to się wydaje 

bezsensowne. 

-Dlaczego próbuje pan w ogóle oceniać to, jak żyję? 

-Dlatego, że widziałem, jak umierali ludzie, którzy 

bardzo chcieli żyć. Dlatego, że właśnie straciłem 

przyjaciółkę, kobietę, która nigdy niepotrzebnie nie 

ryzykowała. 

- Czy ona umarła? 

- Tak - odparł tępo. - Umarła. 

- Przykro mi. 

- Nie musi pani być przykro. 

Zdarzały się rzeczy gorsze niż śmierć. Czasem gorzej 

jest przeżyć. Ale nie zrozumie tego ta ładna kobieta, 

która żyje sobie w tej sielankowej dolinie. Ona nie wie, 

co to ból, strach i cierpienie. Nie wie, jak w końcu 

Helen błagała już tylko o śmierć. 

- Kochał ją pan? 

Dawid spojrzał na swoje dłonie, jakby widział 

jeszcze na nich krew i słyszał majaczenia Helen. 

- Panie Canfield... 

Pogrążony w myślach nie zauważył, że podeszła do 

niego. Spojrzał na jej palce, którymi chwyciła go za 

łokieć. Miała krótkie paznokcie, jeden głęboko złama­

ny, skórę dłoni suchą i szorstką. Nie były to ręce 

księżniczki, która nigdy nie oddalała się poza teren 

górskiego zamku. Nie spodziewał się tego. 

- Nie - odparł ostro. - Nie kochałem jej. 

background image

NA SKRAJU PRZEPAŚCI 23 

Spojrzała zdumiona. W tonie jego głosu wyczuła 

smutek, żal i jeszcze coś, czego nie rozumiała. 

- Dobrze się pan czuje? 

- Nie, panno McCandless, nie czuję się dobrze. 

Dlatego znalazłem się tutaj. Przecież pani przyjaciel 

Simon na pewno o tym wspominał. -I strąciwszy jej 

dłoń ze swojego ramienia obrócił się na pięcie i odszedł. 

Po chwili zatrzymał się i odwrócił, stawiając jedną 

nogę na powalonym pniu. Obrzucił ją bezczelnym, 

obraźliwym spojrzeniem i krzywiąc usta w przykrym 

uśmiechu dodał: - Byłbym pani wdzięczny, gdyby 

następnym razem była pani ubrana. Może trochę 

pokręciło mi się w głowie po utracie przyjaciółki, ale 

nie oślepłem i nie zostałem mnichem. 

Był zły na tę budzącą pożądanie kobietę, ale jeszcze 

bardziej wściekły na siebie za to, że zachował się tak 

bezczelnie. 

Powlókł się do domu, w którym miał zamieszkać. 

Księżyc, który tak jasno świecił podczas utarczki 

z Raven, teraz znów zniknął za chmurami. Ścieżka 

była nierówna, musiał więc bardzo uważać. Lecz i tak 

nie potrafił przestać myśleć o nowo poznanej kobiecie. 

Przystanął, wyprostował się i zobaczył w oddali 

palącą się w oknie lampę, której nie widział przedtem, 

kiedy siedział na zboczu góry. Jasne, migotliwe światło 

zapraszało do środka. Raven. Czy naprawdę nie 

można było uciec przed jej spokojem, urodą, a teraz 

gościnnością? Nie wątpił, że dom będzie czyściutko 

wysprzątany i gotowy na jego przyjęcie. I nie miał 

żadnych wątpliwości, komu za to powinien podzięko­

wać. 

Coś, co jeszcze nie umarło w nim mimo życia, jakie 

wiódł, podpowiadało, że powinien okazać skruchę. 

background image

24 NA SKRAJU PRZEPAŚCI 

Lecz to drugie ja, stwardniałe, bezwzględne, nie chcia­

ło się ugiąć. Ruszył więc dalej w stronę pozostawione­

go mu przez Raven światła. Na schodkach domu 

zawahał się. Wzruszył ramionami, odganiając wyrzuty 

sumienia, i wszedł na ganek. Nawet nie obejrzał się, 

żeby popatrzeć na śliczną kobietę, która na pewno go 

obserwowała. Wszedł powoli do swojej tonącej w pół­

mroku świątyni. 

Raven stała i patrzyła, aż nagle światło zgasło. 

Następny policzek. Przecież Dawid nie zdążył nawet 

rozejrzeć się po wnętrzu. Jakby mówił do niej: Zrobiłaś 

to, więc już nie jesteś mi potrzebna. 

- Och, Simonie, na co mnie naraziłeś? - mruknęła 

do siebie. 

Zaczął jej dokuczać chłód, skuliła się więc w sobie 

i zamknęła oczy, odcinając się od widoku ciemnego 

domu, tak ponurego jak przebywający w nim mężczyzna. 

Życie Raven w tej spokojnej dolinie było uporząd­

kowane. Mieszkała sama prawie od dziesięciu lat 

i nigdy nie czuła się samotna. Zjawiła się tu dzięki 

Simonowi i jemu zawdzięczała to, że pozostała przy 

zdrowych zmysłach. Ofiarował jej przez te lata dużo 

i nigdy nie prosił o nic w zamian. Teraz poprosił o coś 

po raz pierwszy i nie mogła mu odmówić. 

Odwróciła się i zeszła na brzeg. Widok pięknej 

doliny i jeziora w świetle księżyca zapierał wprost dech 

w piersiach. Przynosił jej spokój i ukojenie. Patrząc na 

ten krajobraz mogła pogodzić się ze wszystkim, nawet 

z obecnością nieznajomego, który okazał się szorstki 

i cyniczny. Który zburzył jej spokój. Który swym 

przenikliwym spojrzeniem i gorzkim uśmiechem spo­

wodował, że jej serce mocniej zabiło. 

background image

NA SKRAJU PRZEPAŚCI 25 

Przecież może odmówić Simonowi. 

Wiedziała jednak, że nie zrobi tego. Wiedziała od 

chwili, kiedy zobaczyła Dawida Canfielda, jak stał 

niby satyr - szczupły, silny, o ciemnych wyzywających 

oczach. Nawet w ciemnościach mogła dostrzec ogrom­

ne zmęczenie na jego twarzy, a w jego głosie usłyszeć 

poczucie krzywdy, którego zupełnie nie potrafił ukryć, 

tak jak nikt nie potrafi ukryć złamanego serca. Za­

chowywał się obraźliwie, bezczelnie. Najbliższe trzy 

miesiące mogą być bardzo trudne. 

Odwróciła się w stronę domu. Powitał ją widokiem 

ciemnych, niemych okien. Była wyzwaniem, a Dawid 

zagadką. Simon powiedział o nim niewiele - że jest jego 

przyjacielem i pracują razem, że cierpi, przeżywa 

bardzo ciężki okres, podobnie jak kiedyś ona. Jest 

rozczarowany i zgorzkniały, może nawet niebezpiecz­

ny. 

Może jutro w świetle dnia, a nie przy romantycznym 

księżycu spojrzy na niego po prostu jak na przyjaciela 

Simona. I jeśli on pozwoli jej na to, pomoże mu, jak 

tylko będzie potrafiła. A po trzech miesiącach on 

wyjedzie i znów będzie miała tę dolinę tylko dla siebie. 

Otarło się o nią coś zimnego i wilgotnego. Spojrzała 

na dobermana czarnego jak noc i wielkiego jak cielak. 

- Robbie, pilnujesz mnie? - Uklękła, objęła psa za 

szyję i przytuliła się do niego. 

Pod jej ramię wsunęła się druga, mniejsza głowa. 

- Kate! - zaśmiała się. - Chyba jestem zupełną 

wariatką, skoro mnie kochacie? 

Psy tańczyły dokoła niej jak czarne widma, zawsze 

skore do zabawy. Jak zniesie obecność Dawida. To nie 

takie łatwe. Po prostu nie należy się nad tym za­

stanawiać. Wstała i pobiegła radośnie do domu. 

background image

26 NA SKRAJU PRZEPAŚCI 

Kiedy Raven się obudziła, słońce już wznosiło się 

ponad górami. Spała dzisiaj o dwie godziny dłużej niż 

zwykle, a mimo to była zmęczona. W nocy długo nie 

mogła zasnąć. Minął tydzień od przybycia Dawida. 

Niepotrzebnie obawiała się, że jego pobyt w dolinie 

zakłóci jej tryb życia. Pierwszego dnia urządził wy­

prawę po swój samochód, po czym wrócił nim ze 

wszystkimi rzeczami. I praktycznie znikł jej z oczu. 

Dostrzegała od czasu do czasu ślady jego obecności, 

a to światełko w jednym oknie, a to w drugim, ale nie 

widywała Dawida. Powróciła więc do własnego roz­

kładu dnia. Rano pielęgnowała kwiaty w ogrodzie, 

a potem jechała samochodem do Madison, gdzie 

uczyła w college'u. Wieczory spędzała pracując nad 

ilustracjami do własnej książki o polnych kwiatach. 

Postanowiła zupełnie nie myśleć o intruzie, lecz nie 

bardzo jej się to udawało. Myślała nie tylko o nim 

i jego problemach. Myślała o tej kobiecie, która nigdy 

nie podejmowała zbędnego ryzyka. O kobiecie, której 

Dawid nie kochał. Lecz Raven domyślała się, że 

cierpiał z powodu jej śmierci. Siedziała tak w nocy 

pocąc się i drżąc, ale mimo że pamiętała uczucie bólu 

po śmierci kogoś bliskiego, nie potrafiła płakać. Nie 

płakała od czternastego roku życia. Czasami zastana­

wiała się, czy wtedy nie wypłakała wszystkich łez. 

Rzucała się w łóżku prawie przez całą noc nie mogąc 

zaznać ulgi, aż w końcu zapadła w sen. Teraz, w świetle 

dnia, nocne smutki wydały się trochę mniej bolesne. 

Ci, których utraciła, zawsze pozostaną w jej sercu. 

Nauczyła się po prostu żyć dalej bez nienawiści. 

Chciała dostrzegać wokół siebie piękno i wierzyć, że 

świat nie jest zły. 

Simon przekonywał ją, że ci, których straciła, nie 

background image

NA SKRAJU PRZEPAŚCI 27 

akceptowaliby jej życia w głębokim żalu i samotności. 

Nie chciała się dać przekonać i wciąż wymierzała sobie 

karę za to, że żyje. Lecz stopniowo zaczęła to rozumieć. 

Życie ma swój koniec, ale żal po utracie kogoś też ma 

swój kres. 

Wstała i poszła do łazienki, żeby się odświeżyć. 

Potem do kuchni, by zrobić sobie kawy. Kiedy kawa 

się parzyła, postanowiła wyjść na spacer z psami. 

Czekały na nią, jak zwykle leżąc przed drzwiami, gdzie 

sypiały w nocy. 

Zrzuciła nocną koszulkę, wciągnęła spodnie od 

dresu, podkoszulek i włożyła stare sportowe buty. 

Włosy miała splecione. Codziennie rano przebiegała 

z psami prawie dziesięć kilometrów, co pomagało jej 

do końca się rozbudzić i nabrać energii. 

Wybiegła przed dom i nagle na brzegu jeziora 

zobaczyła Dawida. Stanęła jak wryta, lecz widząc, że 

wygląda na zadowolonego ze swej samotności, pobieg­

ła w przeciwnym kierunku. Biegła równo, wyciągając 

długie nogi, usiłując odegnać myśli o Dawidzie. 

Robbie wyczuł jej nastrój, wysforował się więc 

naprzód i biegł coraz szybciej. Raven ruszyła za nim, 

przestała myśleć, upajała się biegiem. Zawrócili w stro­

nę domu. Była już blisko, gdy nagle zobaczyła, że 

Dawid siedzi na schodkach. 

Zatrzymała się zadyszana i spocona. Nie mogła 

z siebie wydobyć słowa. W końcu wyprostowała się 

i spojrzała na jego posępną twarz. 

- Dobrze się pani czuje? - Nie dotknął jej, ale czuła, 

że miał ochotę to zrobić. 

- Dlaczego pan pyta? - wydusiła w końcu, ledwie 

łapiąc oddech. 

- Bo wstała pani później niż zwykle, a potem biegła 

background image

28 NA SKRAJU PRZEPAŚCI 

tak, jakby goniły panią demony. Pomyślałem więc... 

- Wzruszył ramionami. 

To znaczy, że tak zupełnie się od niej nie odciął. 

Znał jej rozkład dnia. Była zaskoczona. Niepokój 

wyciągnął go ze skorupy. 

- Po prostu długo wczoraj siedziałam. Nic mi się 

naprawdę nie stało, ale dzięki za... 

- To znaczy, że naprawdę szuka pani śmierci 

-przerwał. Rysy mu stężały, zmarszczki wokół ust się 

pogłębiły. Ponure spojrzenie nabrało zimnego wyrazu. 

- Słucham?-spytała zdumiona dziwnym wyrazem 

jego twarzy i rzuconym jej oskarżeniem. 

- Każdy, kto biega przez las tak szybko jak pani, 

chyba chce skręcić sobie kark. Każdy głupiec, który 

rozwija takie tempo pod koniec biegu, chce zarobić na 

atak serca. 

Raven zamarła w bezruchu. Wzrok Dawida powęd­

rował na jej piersi opięte podkoszulkiem. Zlekceważy­

ła to spojrzenie. Widać było, że jest wściekły i szuka 

zaczepki. Zebrała się w sobie i z godnością odparowała 

cios, zarazem proponując zawieszenie broni. 

- Biegam po lesie tyle samo lat, ile pływam w jezio­

rze. I jakoś nie stało mi się nic złego. 

Zaczął się jej przypatrywać tak natarczywie, jak 

wtedy nad jeziorem. 

- Dzięki Bogu, przynajmniej dzisiaj jest pani ubra­

na. 

- Nie miałam ochoty się ubierać, ale za bardzo boję 

się komarów. 

Na jego ustach pojawił się uśmieszek, który nagle 

przerodził się w zdrowy śmiech, głęboki, od serca. 

- Ja też, panno Candless. Bardzo smakuje im moja 

krew. 

background image

NA SKRAJU PRZEPAŚCI 

29 

- A może to, czego oboje się boimy, stanie się 

podstawą do zawieszenia broni? - uśmiechnęła się. 

-Ta dolina nie była nigdy terenem działań wojennych. 

Wstał ze schodka i popatrzył na nią. Po chwili ujął 

jej wyciągniętą rękę. 

- Mam na imię Dawid. 

- A ja Raven. - W blasku słońca zobaczyła, że ma 

ciemnobrązowe włosy, wcale nie czarne. Wtedy nad 

jeziorem wydawał się wyższy, szerszy w ramionach. 

Rozpogodził się, lecz dokoła ust i na czole nadal 

rysowały mu się zmarszczki. Przez tych kilka dni wcale 

nie odpoczął, wręcz przeciwnie, był wyczerpany. Ra­

ven szybko zapomniała o jego bezczelnych i obraź-

liwych uwagach. 

- W kuchni jest świeżo parzona kawa, może się 

napijesz. 

- Nie. - Zawahał się jednak i nagle znów szeroko 

uśmiechnął. - Tak! Napiłbym się kawy, która nie 

smakowałaby jak czarna pasta do butów. 

- A twoja tak smakuje? 

- Skąd wiesz? 

- Doszłam do tego metodą dedukcji: silni mężczy­

źni lubią mocną kawę. 

- Nie aż taką. 

- To wejdź i spróbuj mojej - uśmiechnęła się. 

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

Dawid rozparł się na krześle w zalanej słońcem 

kuchni i patrzył, jak Raven wyjmuje filiżanki z szafki. 

Wyciągnęła z opakowania formę z bułeczkami cyna­

monowymi. Zapewniła, że są domowej roboty, musi je 

tylko podpiec w kuchence mikrofalowej. Wkrótce po 

kuchni rozszedł się smakowity zapach. 

Raven ułożyła bułeczki na talerzu i siedziała bez 

słowa, patrząc, jak Dawid je. Kiedy schrupał piątą, nie 

wytrzymała. 

- Umierałeś z głodu! 

- Miałem wczoraj dużo zajęć, a wolę pracować 

z pustym żołądkiem. Umysł wtedy lepiej funkcjonuje. 

Raven zastanowiła się, ile razy musiał polegać tylko 

na swoim wyostrzonym przez głód umyśle. 

- Co ci powiedział Simon? - spytał spoglądając na 

filiżankę malowaną w listki derenia. 

- Że z nim pracujesz. Że to okryta tajemnicą, 

niebezpieczna praca, o której lepiej nie opowiadać. 

O tobie wiem tylko tyle, że jesteś zmęczony i masz 

kłopoty, że musisz odpocząć. 

- To rzeczywiście niewiele, ale ja wiem o tobie 

jeszcze mniej. 

- Bo nie ma o czym mówić. 

Uśmiechnął się. 

- Jak poznałaś Simona? - spytał znienacka. 

- To długa historia. Zbyt długa. 

background image

NA SKRAJU PRZEPAŚCI 31 

- To znaczy, że nie chcesz jej opowiedzieć. - Od­

sunął krzesło i podszedł do drzwi prowadzących na 

ganek, z którego widać było dolinę. - Zatem opowiedz 

mi o tych domach. 

- Pierwszy zbudowała tu rodzina McKinzie, która 

przybyła do Karoliny prawie dwieście lat temu. Spalił 

się i na jego miejscu zbudowano ten, który zajmujesz. 

Mieszkałam tam z rodziną McKinzie przez jakiś czas. 

I po ukończeniu szkoły znów tu wróciłam. 

-I zbudowałaś własny dom. 

- Tak. Rodzina McKinzie'ów rozproszyła się po 

świecie. Tylko Simon tu wraca. Jego matka, Rhea, 

przybyła tu ze Szkocji wkrótce po ślubie. Urodził się 

tutaj. Kocha tę dolinę. 

- Teraz rozumiem, skąd się bierze czasami jego 

chrapliwe „r". I twoje zresztą też. 

- Tak, to szkockie „r". Masz dobry słuch. 

-A kiedy Simon tu przyjeżdża, kochacie się ze sobą? 

Raven znieruchomiała. Popatrzyła na Dawida roz­

iskrzonym wzrokiem. 

-Kocham go i zawdzięczam mu więcej, niż w życiu 

mogłabym mu odpłacić, ale nie jesteśmy kochankami, 

panie Canfield. 

- No to nie będzie miał nic przeciwko temu... 

- Chwycił ją za warkocz, okręcił go wokół dłoni 

i przyciągnął Raven do siebie delikatnie, ale zdecydo­

wanie. Przywarł do niej mocno całym ciałem. Zsunął 

gumkę z warkocza, rozpuścił włosy i zanurzył w nich 

palce. 

Raven zakręciło się w głowie, serce biło jej jak 

szalone. Jego gniew zupełnie zbijał ją z tropu, czułość 

zdumiewała. Nigdy w życiu nikt jej tak nie trzymał 

w ramionach, nigdy nikt tak nie całował. Żaden 

background image

32 

NA SKRAJU PRZEPAŚCI 

mężczyzna jeszcze jej tak nie poruszył, nie sprowoko­

wał ani nie odurzył. 

Wypuścił ją z ramion tak gwałtownie, jak przedtem 

przygarnął. 

- Zauważyłaś, jak bardzo chciałem tego już pierw­

szego wieczoru? - spytał z twarzą blisko jej twarzy. 

- Potem przyglądałem ci się, jak biegałaś co rano 

w opiętym podkoszulku. Ilu mężczyzn doprowadziłaś 

do szaleństwa, ilu kusiłaś tym swoim bujnym ciałem 

i chłodem? Ogień i lód. To banalne określenie wymyś­

lono jakby właśnie dla ciebie. Czy wiesz, że taka 

kobieta stanowi wyzwanie? - Przesunął kciukiem po 

jej policzku i szyi, aż dotknął dekoltu. - Każdy 

mężczyzna podejmie wyzwanie tak pięknej kobiety. 

Uważaj, bo możesz spotkać takiego typa jak ja, który 

nie zna reguł rządzących twoim mieszczańskim świat­

kiem i który może grać zupełnie inaczej... 

- Panie Canfield... 

-Ciii... -Musnął delikatnie palcami jej wargi, które 

przed chwilą całował. - Do zobaczenia. Miłego dnia. 

Ruszył do drzwi krokiem człowieka przyzwyczajo­

nego do poruszania się cicho i szybko. Odwrócił się 

i rzucił: 

- Przypominam, że mam na imię Dawid. -I wyszedł. 

- Miłego dnia! No pewnie! - mruknęła do siebie. 

Psy leżące w słońcu, z nosami wsuniętymi między 

łapy, podniosły z zaciekawieniem łby. 

- Ogień i lód! - Zerwała ostatni kwiat passiflory 

i patrząc na jego kielich mruknęła: - Też coś. 

Przysiadła na piętach i popatrzyła z dumą na swoje 

dzieło. Rozmyślając o Dawidzie wypełła tego ranka 

tyle grządek, z ilu zwykle udawało jej się usunąć 

background image

NA SKRAJU PRZEPAŚCI 33 

chwasty w ciągu dwóch dni. Przynajmniej ogród 

skorzystał z tego, że straciła nad sobą panowanie. 

Zadowolona z siebie i uśmiechnięta chciała już 

wstać, kiedy nagle zorientowała się, że Dawid jest 

w pobliżu. Klęcząc na ziemi w blasku chylącego się ku 

zachodowi słońca poczuła, jak krew uderza jej do 

głowy. Ten przyprawiający ją o dreszcz fizyczny pociąg 

do mężczyzny był dla niej czymś zupełnie nowym. 

Ciągnęło ją do tego nieznajomego, który wyłonił się 

z ciemności z okrutnymi słowami na ustach i pełnym 

bólu spojrzeniem. Fascynował ją swoją tajemniczoś­

cią, zadawał męki. Wyzywającym spojrzeniem prze­

szywał do szpiku kości, zagrażał wszystkiemu, co 

chciała ocalić. Pożądał jej, nieważne, z jakiego powodu 

- czy dlatego, że zbyt długo nie miał kobiety, czy 

dlatego, że pragnął właśnie Raven Candless. Przeja­

wiało się to w każdym spojrzeniu, w każdym geście 

i słowie. 

W jego pocałunku wyczuwała zarazem gniew i czu­

łość. Odszedł pozostawiając w niej pragnienie, aby to 

trwało. Właśnie to pragnienie, a nie wrogość Dawida, 

jego bezczelność czy rozgoryczenie było powodem jej 

dziwnego uczucia niezaspokojenia. Nie wiedziała, jak 

postąpić. Praca nie rozwiąże tych problemów. 

Ta dolina była jej domem. Nie wyjedzie stąd. Dawid 

też musi tu pozostać. Znaleźli się w nieznośnej sytuacji 

przymusowej. Raven wiedziała, że powinna ignorować 

jego złość, panować nad sobą i zdławić w sobie to, co 

było prawdopodobnie naiwną fascynacją mężczyzną. 

Panować nad sobą. To klucz do zachowania spoko­

ju. Panować nad sobą, powtórzyła w duchu, pod­

nosząc głowę, aż nagle wzrok jej spotkał się ze 

wzrokiem Dawida. 

background image

34 

NA SKRAJU PRZEPAŚCI 

Nie odezwał się ani słowem. Trwał w bezruchu, 

złotobrązowe oczy patrzyły ponuro. Raven uśmiech­

nęła się do niego, by mu dać znać, że się nie gniewa. 

Popatrzył na usta dziewczyny, co przyprawiło ją 

o drżenie i uśmiech gdzieś się ulotnił. Wtedy on się 

uśmiechnął, jakby ciesząc się jej zakłopotaniem. 

Znów ją prowokował, wyzywał milczeniem i uśmie­

chem. Chciał ją rozzłościć, pozbawić pewności siebie. 

Sytuacja stawała się nie do zniesienia dla nich 

obojga. Zgoda, jeżeli on chce walki, to bardzo proszę, 

będą walczyć. Wcale nie będzie usiłowała nad sobą 

panować, postanowiła, ze zdumiewającą łatwością 

zmieniając podjętą dopiero przed chwilą decyzję. Za­

wrzała gniewem, co rzadko jej się zdarzało. 

Odrzuciła do tyłu głowę, zdjęła rękawiczki i rzuciła 

je na ziemię, jakby wyzywając go na pojedynek. Trawił 

ją ból. Przecież nie ona stworzyła taką sytuację. Przed 

przyjazdem Dawida cieszyła się tu spokojem i po­

czuciem bezpieczeństwa, potrafiła zapomnieć o bólu 

i żalu. To jej dolina. 

Gniew nikomu nie służy, przypomniało jej się 

powiedzenie Rhei McKinzie. Lecz tym razem od­

powiedziała jej w duchu: Może nie zawsze, ale tym 

razem tak. 

Zanim jednak wstała, by ruszyć do walki, Dawid już 

przykląkł przy niej. Ujął w ręce jej głowę, pocierając 

kciukiem policzek. Raven czuła, że mimo jej woli 

gniew odpływa, czuła, że nie może już przypomnieć 

sobie ostrych słów, które chciała rzucić mu w twarz, że 

ogarnia ją uczucie błogości. 

Zachowywał się tak delikatnie, że zupełnie straciła 

pewność siebie. Był nieodgadniony. Trzymał ją i gła­

dził teraz po czole, jakby odkrył tajemniczy skarb. 

background image

NA SKRAJU PRZEPAŚCI 

35 

- Co ja mam z tobą zrobić? - spytał cicho. - Przyje­

chałem tu chory z nienawiści, trawiony chęcią zemsty. 

Nie chciałem niczego ani nikogo. Dałem słowo Simo­

nowi, że na te trzy miesiące odsunę od siebie wszystkie 

problemy, że przyjadę tu w te przepiękne góry, żeby 

odpoczywać i nabierać sił. I nie pozwolę, by cokolwiek 

mi w tym przeszkodziło. 

Zerwał stokrotkę, wsunął w jej włosy i patrząc na 

nią mówił: 

- Nie liczyłem się z tym, że spotkam Raven 

McCandless. Dumną, silną, piękną kobietę, która 

pokonała mnie moją własną bronią. Wtargnąłem do 

twojego świata i zobaczyłem cię nagą, ociekającą wodą 

z jeziora. Chciałem cię zawstydzić, ale ty nie dałaś mi 

tej satysfakcji. Kiedy ochłonąłem, zdałem sobie spra­

wę, że zachowałem się jak intruz, jak cham, i było mi 

wstyd. 

A wstyd to nie jest uczucie, na które często sobie 

pozwalam. Usiłowałem nie myśleć o tobie, zapomnieć, 

ale nie mogłem. Ciągle cię obserwowałem. Poznałem 

twój rozkład dnia. Wiedziałem, że wcześnie wstajesz. 

No więc dzisiaj, kiedy rano się nie pojawiłaś, byłem 

przekonany, że coś ci się stało. Mówiłem sobie, że to 

nie moja sprawa, ale to nic nie pomagało. Musiałem się 

dowiedzieć, dlaczego wyszłaś z domu później. Właśnie 

szedłem do ciebie, kiedy wybiegłaś jak szalona. Pomyś­

lałem... -przesunął dłonią po włosach -Do diabła, nie 

wiem, co pomyślałem. Ogarnęła mnie wściekłość. 

- Na siebie samego za to, że się mną przejąłeś 

- wtrąciła cicho. 

- Tak - odparł szczerze, nie próbując wykrętów. 

- Pocałowałeś mnie, by mnie ukarać. 

- Nie, by ukarać siebie. 

background image

36 NA SKRAJU PRZEPAŚCI 

Skinęła głową. To też rozumiała. Współczucie ścis­

nęło ją za gardło. Dotknęła jego policzka. 

- Dawidzie... 

- Nie rób tego. - Chwycił ją mocno za rękę 

i odsunął. - Nie wiesz, z kim masz do czynienia. Jestem 

tylko na wpół cywilizowanym człowiekiem. Widziałem 

takie rzeczy... robiłem takie rzeczy... - Zwolnił lekko 

uścisk, lecz nadal trzymał ją za rękę. - Nigdy nie 

znałem takiej kobiety. 

To znaczy takiej, która by dostrzegła, że cierpi. Z jej 

litością dałby sobie radę, ale współczucie odbierało mu 

odwagę. 

- Nie rozumiem cię. I nie chcę rozumieć. Jestem 

bezczelnym draniem. Trzymaj się ode mnie z daleka. 

A jeżeli nie... -Zawisł wzrokiem na jej ustach. -Jeżeli 

nie - ciągnął chrapliwie - to drugi raz nie będę cię 

przepraszał. 

- Dobrze - zgodziła się potulnie. Owszem, był 

diablo bezczelny, ale nie jest takim dzikusem, za 

jakiego się podaje. 

- Nie wiem, co cię gryzie. Wiem tylko tyle, że 

utraciłeś kogoś, i współczuję ci. - Zamilkła i splotła 

ręce na piersiach. - Może nie kochałeś tej kobiety, ale 

w jakimś sensie cię obchodziła. Jako przyjaciółka, 

koleżanka, ktoś, kogo szanowałeś. - Zawahała się. 

- Chodzi o coś więcej. Twój problem polega nie tylko 

na utracie tej kobiety. 

- Simon nic mi nie mówił, że jesteś psychoanality­

kiem. Czy mogę obejrzeć dyplom? 

- Tu nie potrzeba aż psychoanalityka. Życie to coś 

więcej niż fizjologia. 

- Co ty możesz wiedzieć o tym, żyjąc tu w tym raju, 

gdzie nic cię nie może dotknąć? 

background image

NA SKRAJU PRZEPAŚCI 

37 

Ty mnie dotknąłeś, Dawidzie, pomyślała. 

- A może dlatego codziennie wyjeżdżasz stąd na 

parę godzin? Może tam ktoś sprawia, że czujesz się 

cząstką rzeczywistego świata? Może na chwilę wstępu­

jesz w te brudy, a potem wracasz tu, by się oczyścić? 

Znów ją prowokował. 

- Kogo chcesz przekonać, że jesteś straszny? Siebie 

samego? Mnie? Jeżeli mnie, daj sobie spokój. Bóg 

jeden wie dlaczego, ale Simon uważa, że warto cię 

ratować. Muszę w to wierzyć, bo Simon nigdy się nie 

myli. 

- Simon mógłby być twoim ojcem. 

- Nie pozwolę, byś brukał moje uczucia do Simona 

takimi insynuacjami! - krzyknęła. 

- To powiedz mi, kim dla ciebie jest. 

- Tym, kim jest dla ciebie. Przyjacielem, który 

kiedyś dostrzegł we mnie coś, co chciał ocalić. - Obró­

ciła się na pięcie i zostawiła go klęczącego na ziemi. 

Nawet nie obejrzała się. 

Psy popatrywały raz na Raven, raz na Dawida, aż 

w końcu pobiegły za swoją panią do domu. 

- I weszła po schodach znikając z mojego życia. 

- Dawid nie zdawał sobie sprawy, że powiedział to 

głośno. Podnosząc do ust zmrożoną butelkę wysączył 

z niej resztki piwa. 

Nie był jeszcze pijany. Wiedział, że w ogóle nie 

potrafi się upić. Nie pozwoli mu na to instynkt 

samozachowawczy, który w sobie wyrobił przez lata, 

kiedy uczył się, jak nie dać się zaskoczyć. 

Nawet w raju nie potrafię się rozluźnić. Co to za raj. 

Wzruszył ramionami wrzucając butelkę do stojącego 

nie opodal kosza. 

Sięgnął po leżący na podłodze plik papierów. 

background image

38 

NA SKRAJU PRZEPAŚCI 

Studiował je godzinami, sprawdzając wszystkie szcze­

góły dyżurów i zajęć Straży. Kto wtedy był obecny? 

Kogo nie było? Kto mógł naruszyć niezawodny do tej 

pory, niemal legendarny system bezpieczeństwa, na­

rzucony przez Simona? Odpowiedź ciągle była ta 

sama. Nikt. W dniu kiedy robili plany tego chybionego 

w rezultacie zadania, byli obecni tylko oni sami, to 

znaczy on, Helen i Simon. 

Kto mógł się dowiedzieć? I skąd? 

Zanim przyjechał tu, do tej doliny, przestudiował 

dokumenty tysiące razy, znał je już na pamięć. I zawsze 

otrzymywał tę samą odpowiedź. A jednak coś w nich 

musi znaleźć, coś, czego jeszcze nie potrafi dostrzec. 

Jutro zadzwoni do Simona, żeby poprosić o inne. 

Może w tamtych znajdzie właściwą odpowiedź. 

Odrzucił papiery. Niby kogo chcę oszukać? spytał 

siebie w duchu. Od trzech dni bowiem, odkąd powie­

dział Raven, by trzymała się od niego z daleka, potrafił 

myśleć tylko o niej. Sobota, kiedy doszło do decydują­

cej rozmowy w jej ogródku, minęła mu nawet szybko, 

bo zajął się niezbędnymi pracami domowymi. W nie­

dzielę snuł się po domu, a potem bezmyślnie włóczył się 

górskimi ścieżkami. Raz dostrzegł w oddali Raven, 

która biegała z psami. W poniedziałek zgodnie ze 

swoim rozkładem zajęć odjechała z doliny wehikułem 

na czterech kołach o jakiejś dziwnej konstrukcji, 

wyglądającym tak, jakby mocniejszy powiew wiatru 

mógł go w każdej chwili zdmuchnąć ze zbocza. 

Dawid, który większą część życia spędził sam, nagle 

z niewytłumaczalnych powodów poczuł się samotny. 

Dzisiaj też nie było lepiej. W dolinie panowała 

dzwoniąca w uszach cisza. Dawid pracował jak co 

dzień, lecz nie potrafił się skoncentrować. Co pewien 

background image

NA SKRAJU PRZEPAŚCI 

39 

czas zrywał się i wychodził z domu, usiłując usunąć 

Raven ze swoich myśli. Biegał ścieżkami, wspinał się 

po skalnych zboczach. Kolce szarpały mu ubranie, 

liście wplątywały się we włosy, jakiś kamień zranił go 

w kostkę. Zachowywał się jak demon szalejący po 

okolicy, demon, który nie chce nic czuć, nie chce nic 

wiedzieć, pragnie tylko zmęczyć się, doprowadzić do 

stanu wyczerpania. Wpadł teraz do domu mokry od 

potu, ale odprężony. 

Znowu zabrał się do pracy i tym razem szło mu 

lepiej niż przedtem. W rejestrze rozmów telefonicz­

nych członków Straży znalazł jedną przeprowadzoną 

z aparatu na biurku Helen z nie znanym mu numerem. 

Co to było? Umawianie się na randkę? Na wizytę 

u lekarza? Dawid wzruszył ramionami. Przecież mogła 

to być rozmowa prywatna. Poza tym z biurka Helen 

mógł dzwonić ktoś zupełnie inny. Tylko że kiedy 

ponownie sprawdził drugi rejestr, okazało się, że 

w biurze nie było wtedy nikogo poza nim samym, 

Simonem i Helen. A więc to ona naruszyła regulamin 

i odbyła rozmowę prywatną. Niemniej takie rzeczy już 

się zdarzały. Kiedy notował ten podejrzany numer, 

rozległ się znajomy warkot małego samochodziku 

Raven i wszystko zaczęło się od nowa. Raven pod­

jechała pod dom, wysiadła z torbami zakupionej 

żywności i weszła do środka. Po pewnym czasie wyszła 

z wielkimi nożycami ogrodniczymi w ręku i koszykiem 

na ramieniu. W wąskiej zgrabnej spódniczce i lekko 

pogniecionej bluzce świetnie prezentowała się na tle 

otaczającej ją bujnej roślinności. Dawid zastanowił się, 

pod iloma postaciami jeszcze mu się objawi Raven. 

W ciągu tego popołudnia widział ją bawiącą się 

z psami na łące, potem jak wyjmowała z samochodu 

background image

40 NA SKRAJU PRZEPAŚCI 

plik papierów, później wyciągała ciężką skrzynkę 

z bagażnika i niosła przez podwórze. W pierwszej 

chwili chciał jej pomóc, ale zaraz przypomniał sobie, że 

przecież sam nalegał, żeby zachowali dystans. Patrzył 

więc tylko i czuł się jak ostatni idiota. 

W porządku. Świetnie. Zapadł zmierzch, na pewno 

już nie będzie wychodziła z domu. Co z oczu, to z serca. 

Zasiadł w fotelu i próbował wziąć się do czytania. 

Zdjął z półki jedną z powieści. Kiedy po raz drugi 

przeczytał tę samą stronę, usłyszał lekkie trzaśniecie 

drzwi domu Raven. Księżyc był w pełni, nie miał więc 

wątpliwości, dokąd poszła. 

Na pewno teraz będzie w kostiumie, pomyślał. 

I będzie wyglądała w nim cudownie. Wypił drugie 

piwo, a potem trzecie, później już stracił rachubę. Nie 

mógł zapomnieć obrazu Raven widzianej pierwszego 

wieczoru po jego przybyciu do doliny: skąpanej w falu­

jącym jeziorze roziskrzonym tysiącem księżyców, 

śmiejącej się jak dziecko, wychodzącej na brzeg jak 

Afrodyta ociekająca srebrzystą, połyskliwą wodą. Pie­

rsi jej kołysały się przy najmniejszym ruchu, talia 

wyglądała jak wyrzeźbione zagłębienie nad wąskimi 

biodrami, włosy opadały ciemną kaskadą. 

Gdzieś w oddali usłyszał dźwięk, na który czekał 

zupełnie podświadomie - trzask zamykających się za 

Raven drzwi. Aha, koniec pływania. Jest już w domu, 

bezpieczna. 

Dopiero teraz zdał sobie sprawę, jak bardzo się 

niepokoił. Doprowadzała go szaleństwa. Martwił się 

o nią, że pływa w jeziorze, które jest zimne nawet 

w największy upał. Wiedział, że od wielu lat to robiła 

i będzie robić zawsze, po jego odjeździe też. 

Wybiegł, zanim zdążył się zastanowić, co robi. 

background image

NA SKRAJU PRZEPAŚCI 41 

Pośrodku podwórka miedzy dwoma domami zawahał 

się. Przecież ona go nienawidzi. Powinna go nienawi­

dzić. Zatrzymał wzrok na grządkach kwiatów. Aha, 

one pomogą mu zawrzeć z nią pokój. 

Z bukietem w ręku zapukał do jej drzwi. Otworzyły się 

powoli. Raven była ubrana w luźny wschodni kaftan, lecz 

jeżeli chciała ukryć swoje kształty, to osiągnęła przeciwny 

skutek, bo miękki i delikatny materiał podkreślał linie jej ciała. 

- Dawidzie - odezwała się po chwili, która jemu 

wydawała się wiecznością - zamierzasz tu stać całą 

noc, czy wejdziesz? 

- Bałem się, że zatrzaśniesz mi drzwi przed nosem. 

-Właściwie zastanawiałam się, czy tego nie zrobić. 

Popatrzył na jej jeszcze wilgotne włosy i znów jej 

obraz nad jeziorem stanął mu przed oczyma. Uśmiech­

nęła się do niego i odsunęła na bok. 

- T o chyba dla mnie? - upomniała się wskazując na 

bukiet. 

- Tak, podarunek pokoju. 

- Rozumiem. - Przyjrzała mu się z powagą i nagle 

wybuchnęła śmiechem. - Tylko Dawid Canfield może 

być tak bezczelny i przynieść mi moje własne kwiaty 

jako gałązkę oliwną! 

W jej śmiechu brzmiała ta sama zachwycająca nuta, 

która kiedyś niosła się po wodzie. Dawid odprężył się 

i zaczął rozglądać po pokoju. Na biurku panował 

niewielki bałagan, na półce dostrzegł śliczne naczynia 

z glinki, przed oknem wychodzącym na jezioro stał 

mały stolik. 

- Nakryłaś na dwie osoby... 

Blask płomienia świecy odbijał się w srebrze i krysz­

tałach. Dawid rzadko kiedy zwracał uwagę na przed­

mioty, lecz umiał docenić elegancką prostotę. 

background image

42 NA SKRAJU PRZEPAŚCI 

- Tak. - Zerknęła na niego znad kwiatów, które 

układała w wazonie. 

- Spodziewałaś się kogoś. 

- Nie spodziewałam, tylko miałam nadzieję, ze 

przyjdzie. 

- Chyba się nie rozczarujesz. Jeżeli oczywiście to, co 

ugotowałaś, smakuje chociaż w połowie tak cudownie, 

jak pachnie. 

- Jesteś głodny? 

Chciał zaprzeczyć, lecz nagle postanowił, ze będzie 

absolutnie szczery. 

- Owszem. Kiepski ze mnie kucharz. 

- No to zjedz ze mną? 

Na jego twarzy odmalował się wyraz zdumienia. 

Kiedy szedł przez podwórze, marzył jedynie, żeby nie 

został wyrzucony. 

- A kogo się spodziewałaś? 

- Nie spodziewałam, tylko miałam nadzieję, ze 

przyjdzie - powtórzyła ustawiając kwiaty na blacie 

szafki. -Miałam nadzieję, że ty przyjdziesz i zjesz ze 

mną kolację. 

- Ja?! Dlaczego? - Nie mógł uwierzyć, ze ta stojąca 

nie opodal kobieta, piękniejsza od wszystkich na tej 

ziemi, zaprasza go do swojego stołu, jakby byli przyja­

ciółmi. 

- Może nazwiemy to ucztą sprzymierzeńców? 

- Wiedziałaś, że przyjdę? 

- Nie w ogóle się tego nie spodziewałam. Po prostu 

miałam do ciebie pójść. Właśnie wychodziłam, kiedy 

zapukałeś. 

- Zapraszasz takiego bezczelnego chama i drama 

na kolację? 

- Nie, zapraszam mężczyznę, który przyniósł mi 

background image

NA SKRAJU PRZEPAŚCI 43 

kwiaty. - Oparła ręce na biodrach, jeszcze bardziej 

podkreślając swoją sylwetkę pod kaftanem. - Przyj­

mujesz zaproszenie? 

- Jeżeli mi powiesz, dlaczego zależy ci na moim 

towarzystwie. 

- Chyba dlatego, że cię lubię. 

- Za co, u diabła, możesz mnie lubić? 

- Tylko Bóg jeden wie. I może Simon. Przecież to 

on cię tu przysłał. - Wsunęła mu rękę pod ramię. 

- Powienj ci, kiedy sama będę wiedziała. 

Poprowadziła go do stołu uśmiechając się. 

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

Dawid podniósł wzrok znad książki i spojrzał na 

Raven. Od godziny usiłował się skoncentrować na 

fascynującym opowiadaniu science fiction, lecz cały 

czas myślał tylko o niej. Od tej pierwszej wspólnej 

kolacji wszystkie wieczory spędzali razem. Jedli kola­

cję, szli na spacer nad jeziorem, później gawędzili, 

a potem albo Raven zaczynała ziewać przy sztalugach, 

albo on nad książką. 

Rutyna to rzecz niebezpieczna. Popada się w stan 

błogości. Napięcie znika. Dawid dotychczas walczył 

z rutyną i dzięki temu udało mu się przeżyć nawet 

wojnę w dżungli. 

Tak było do chwili poznania Raven. Intrygowała 

go. A kiedy przestawał się mieć na baczności, opano­

wywał go w jej obecności spokój. Tajemnica i spokój 

- pobudzająca mieszanka bardziej niebezpieczna od 

rutyny. 

Dzisiaj jednak zachowywali się inaczej. Nie poszli 

na spacer, nie gawędzili. Raven milczała i zamiast 

malować, zaczęła coś lepić z gliny. Dawid patrzył, jak 

jej zręczne palce tworzą w glinie jakiś kształt. Stała 

w kręgu światła, cienie pląsały jej po twarzy, była 

zamyślona. Stopniowo napięcie mijało, glina nabierała 

kształtu, jak gdyby Raven przekazywała jej swoją 

energię. 

Znali się już kilka tygodni, lecz Dawid wciąż 

background image

NA SKRAJU PRZEPAŚCI 45 

odkrywał w niej nowe cechy. Za każdym razem mówił 

sobie, że ten wieczór będzie ostatni. Ale po każdym 

samotnie spędzonym dniu czekał znów na jej zaproszenie. 

Pokój Raven był taki jak ona - ciepły, miły. Był 

miejscem, w którym można było znaleźć ulgę. 

Odłożyła pracę. 

- Skończone? - spytał przyznając tym samym, że 

nie ma o jej zajęciu zielonego pojęcia. 

Raven spojrzała zdumiona, jakby zapomniała o je­

go obecności. Potrząsnęła głową i włosy rozsypały jej 

się na ramiona. 

- Nie, jeszcze nie. Jutro naczynie wyschnie na 

słońcu, a potem pomaluję je specjalną glinką. 

- Glinką? - Dawid odłożył książkę, bardziej skon­

centrowany na refleksach światła na twarzy Raven niż 

na tym, co mu odpowie. 

- To płynna glina-wyjaśniła. -Myślę, że pomaluję 

je na biało. 

- Białe na czarnym? 

- Białe na białym. To znaczy, w końcu tak to będzie 

wyglądało. Zanim glinka wyschnie, wypoleruję naczy­

nie żwirem, a potem, przed wypaleniem, ozdobię je 

jakimś wzorem. Przy wypalaniu czarna glina wybiele­

je, a kaolin będzie miał kolor naturalny. 

- A jeżeli zdecydujesz się na jakiś wzór, to na jaki? 

- Kształt naczynia sam to narzuca. 

- Sztuka dla sztuki. 

- Nie - potrząsnęła głową - raczej sztuka jako 

forma terapii. Lepienie z gliny to jedna z wielu rzeczy, 

jakich nauczyła mnie Rhea McKinzie. Stolik, narzę­

dzia i metody przejęłam od niej. Kiedy coś przeżywała, 

miała zmartwienia, potrafiła godzinami siedzieć i lepić, 

jakby przelewała na glinę swoje kłopoty. 

background image

46 

NA SKRAJU PRZEPAŚCI 

- Jak ty dzisiaj? 

Wzięła ze stołu mokrą szmatę i wycierając ręce 

odparła: 

- Tak, tak jak ja dzisiaj. 

- Trudno sobie wyobrazić, że jakiś problem może 

przybrać taki kształt - wskazał na gliniany przedmiot. 

Czy jej ręce pracowały zgodnie z podszeptem myśli? Czy 

poza tą doliną istniał jakiś mężczyzna, przez którego 

musiała wylewać swoje żale i kształtować pod ich 

wpływem glinę, tak jak Rhea McKinzie? W pewnej chwili 

ogarnęło go jakieś dziwne uczucie, obce i nieprzyjemne. 

- Czy ten mężczyzna wart jest takich katuszy? 

Raven podążyła za jego wzrokiem, jakby patrzyła 

na naczynie po raz pierwszy w życiu. Było solidne, 

mocne i męskie. Dawid był niezwykle spostrzegawczy. 

- Obaj mężczyźni są tego warci. 

Gardło Dawida ścisnął irracjonalny gniew, gorycz 

przepełniła mu usta, poderwało go na równe nogi. 

Zazdrość! Wziął głęboki oddech, by się uspokoić, lecz 

to nic nie pomogło. Dobry Boże! To prawda. Jest 

zazdrosny o nieznajomego. O dwóch nieznajomych. 

Musi się dowiedzieć czegoś więcej. 

- Dlaczego? Dlaczego są tacy ważni? 

- McLachlanowie to wspaniała rodzina - odparła 

Raven, zdumiona jego tonem. - Dzięki Dare'owi, 

najstarszemu z nich. Wychował swoich trzech braci. 

To znaczy, przybranych braci - poprawiła się. - Zupeł­

nie sam, dzięki szkockiemu uporowi, zrobił z nich 

świetnych młodych ludzi. Teraz, niestety, ten sam upór 

może rozbić tę rodzinę. 

- A o co tu właściwie chodzi? - spytał Dawid 

z niesmakiem. Dwóch mężczyzn, czy gorzej, dwóch 

braci zakochanych w tej samej kobiecie? 

background image

NA SKRAJU PRZEPAŚCI 47 

- Słucham? - spytała zdumiona. 

- No bo chyba tak to jest? - Podszedł bliżej. 

- Klasyczny trójkąt: dwóch mężczyzn, jedna kobieta. 

- Kobieta? - Raven naprawdę była zdziwiona. 

- Jestem przekonana, że Jamie mógł mieć wiele 

przyjaciółek czy kochanek. Podobnie Dare. Ale teraz 

nie chodzi o kobietę. To byłoby zbyt proste. 

- A co może być bardziej skomplikowane niż 

kobieta? 

- Na przykład sprawy honoru, miłości, ambicji. 

Plany związane z drugą osobą. Na przykład, Dare'a 

z Jamie'em. Jamie to utalentowany pianista. Cóż, 

kiedy chce być po prostu farmerem tak jak Dare. Ten 

znowu nie chce o tym słyszeć. Nie chce pozwolić, by 

brat zmarnował swój talent. A obaj są kąpani w gorą­

cej wodzie i żaden nie chce ustąpić. Jamie jest młody, 

jest dopiero na pierwszym roku. 

- Jamie jest studentem?-przerwał Dawid. -A jego 

brat, Dare, jest farmerem? 

- Jamie McLachlan ma osiemnaście lat. Dare 

trzydzieści osiem. Na nim spoczywa odpowiedzialność 

za losy rodziny. 

- Student i farmer -mruknął Dawid i zachichotał. 

- Farmer i student. - Chichot przerodził się w śmiech, 

śmiech ulgi. 

- To nic śmiesznego - zaprotestowała łagodnie. 

- Dare ma swoją dumę i chce, by Jamie osiągnął więcej 

niż on sam. I nie rozumie, że brat tego nie chce. 

Przynajmniej na razie. A może nigdy nie będzie miał 

takich ambicji. 

- Dlaczego tak się nimi przejmujesz, Raven? 

Zawahała się. W jego głosie była jakaś inna nuta. 

Jeszcze nigdy nie wypowiedział tak jej imienia. Ścis-

background image

48 

NA SKRAJU PRZEPAŚCI 

nęło ją w gardle i zaschło w ustach. Dawid zaczął zbliżać 

się do niej zdecydowanym krokiem. Powietrze stało się 

jakby naelektryzowane, co przyprawiało ją o drżenie. 

- Przejmuję się, bo nie mogę obojętnie patrzeć, jak 

rozpada się rodzina - szepnęła, chwytając się pod­

świadomie tematu rozmowy. To, co teraz się między 

nimi działo, nie miało nic wspólnego ani z Jamie'em, 

ani z Dare'em McLachanami. 

Patrzył na jej przechyloną lekko głowę, uniesiony 

podbródek. Stała zwrócona do niego twarzą, tyłem do 

lampy, która oświetlała tylko jej ręce -mocne i szorst­

kie, z krótko obciętymi paznokciami. Zręczne, utalen­

towane ręce. 

Spokojne dni i wieczory poszły w zapomnienie, 

jakby nigdy nie istniały. Swoboda i odprężenie za­

stąpione zostały przez trawiący głód i pożądanie. 

- Czy przyszło ci kiedyś do głowy, Raven, że mnie 

oswoisz? Nakarmisz mnie. Pokażesz mi takie życie, 

jakiego nigdy nie znałem. I nie poznam. - Dotknął jej 

ręki. - Wiesz, jak się czułem, kiedy myślałem, że masz 

kłopoty z kochankiem? 

Pierś uniosła mu się powolnym, głębokim odde­

chem. 

- Nie masz pojęcia, co? Tak jak nie miałaś poję­

cia... - przerwał gwałtownie, ale zaraz mówił dalej: 

- Byłaś zadowolona, że siedzimy tu razem co wieczór. 

Zbyt zadowolona, żeby wiedzieć, że doprowadzasz 

mnie do szaleństwa. - Spojrzał jej w oczy i zobaczył, że 

teraz to do niej dotarło. - Ale teraz wiesz, prawda? 

- Wiem. 

Nie drgnęła, nie zaczerwieniła się, nie odwróciła 

wzroku. Chciał zburzyć to jej opanowanie, chciał 

zobaczyć, jak porywa ją namiętność. 

background image

NA SKRAJU PRZEPAŚCI 49 

- Walczyłem z tym, Raven. Walczyłem od pierw­

szej chwili. Codziennie. Niezależnie od tego, co robi­

łem, cały czas myślałem o tobie. 

Wyczuł, że Raven drży, poczuł na twarzy jej 

oddech. Sam nie wiedział, kiedy dotknął ustami jej ust. 

Całował ją gwałtownie, namiętnie, porywczo. Wie­

działa już, że nie potrafi odtrącić go, wymknąć się 

z jego mocnych ramion. Odchylił do tyłu jej głowę, 

pieścił rozpalonymi wargami szyję. Przyciągnął ją 

jeszcze bliżej do siebie, wtopił się ciałem w jej ciało. 

Raven nie potrafiła złapać oddechu, zalała ją fala 

namiętności, nowego dla niej, niepohamowanego po­

żądania. Czuła, że ulatuje gdzieś daleko, w świat jej 

dotychczas nie znany. Świat potrzeb silniejszych niż 

myślała czy chciała. Nie bała się Dawida, bała się 

siebie. Wpiła palce w jego włosy, oboje zatracili się 

w nie zaspokojonym pragnieniu. Dawid szalał, roz­

palony, zapomniał o całym świecie. Ona wiła się w jego 

ramionach, przywierała do niego całym ciałem. 

Dawid, wstrząśnięty, odsunął się trochę, chwycił ją 

za ramiona, usiłując pohamować szaleństwo. Objął 

wzrokiem jej zwichrzone włosy, poranione usta, pod 

ciężkimi powiekami dostrzegł namiętność. Nie od­

wróciła wzroku. Pragnęła go i nie potrafiła tego ukryć. 

A on pragnął tego od samego początku. 

Usiłował znienawidzić ją za to, jaka jest, za wygod­

ne życie pasożyta, jakie prowadziła. Wyrzekł się 

swoich męskich potrzeb. Walczył ze sobą codziennie, 

walczył z Raven. 

Pochylił się i porwał ją na ręce. Obrócił się i ruszył 

do drzwi, które - jak zauważył - prowadziły do 

sypialni. Kątem oka dostrzegł spartańską prostotę 

wnętrza. 

background image

50 NA SKRAJU PRZEPAŚCI 

Postawił Raven na podłodze, przyciągnął do siebie, 

odrzucił kosmyk włosów z jej oczu. Uśmiechnęła się 

jak zbudzone ze snu dziecko. W przyćmionym świetle 

lampki oczy jej patrzyły na niego z taką ufnością, że 

zapragnął zostawić ją, wyjść, odjechać, zniknąć z jej 

życia. Aż nagle znów stanęła mu przed oczami Raven 

wynurzająca się z jeziora niczym bogini. 

Szaleństwo wzięło górę nad rozsądkiem. Sięgnął do 

pierwszego guzika jej bluzki. Gładził jej skórę, czując 

pulsowanie krwi. 

- Drżysz. 

- Wiem - mruknęła. 

Ostatni guzik został rozpięty. Dawid wsunął ręce 

pod bluzkę i ujął w dłonie obnażone piersi. 

Palce miał szorstkie, lecz dotyk delikatny. Pieścił ją 

powoli, głaskał, drażnił. Wędrował dłońmi wzdłuż 

boków, gładził brzuch. Odchodziła od zmysłów. Każ­

de dotknięcie przyprawiało ją o drżenie. 

Chwyciła go za ramiona, wbiła paznokcie w skórę 

obciągającą napięte mięśnie. Wyprężyła ciało, piersi 

uniosły się. Nigdy w życiu nie potrzebowała jeszcze 

mężczyzny tak, jak teraz Dawida. 

Patrząc jej prosto w oczy zerwał z niej bluzkę i odrzucił 

na podłogę. Gładził powoli szyję, nagie ramiona, 

wypukłości piersi, które nabrzmiewały w jego dłoniach. 

- Śliczna Raven - szepnął. - Zawsze taka pełna 

rezerwy, niedostępna. A teraz już nie. Powiedz, co 

sprawia ci przyjemność? 

Raven nie mogła wytrzymać jego wzroku. Przy­

mknęła oczy. Zadrżała. 

- Nie potrafię. 

Przesunął kciukiem po jej piersiach, otoczył broda­

wki, potarł ich twarde pączki. 

background image

NA SKRJU PRZEPAŚCI 

51 

- Czy właśnie tak lubisz, słodka? 

- Tak. - Wyprężyła się z rozkoszy. - Tak. 

- A może tak? - Pochylił się i zaczął pieścić ją 

wargami. Raven wiła się w jego ramionach, delikatne 

ukąszenia jego zębów doprowadzały ją do obłędu. 

Wpiła paznokcie w jego ramiona, orała mu nimi skórę, 

nie zdając sobie sprawy, co robi. 

- Dawidzie, proszę cię. 

Podniósł głowę. Ich spojrzenia się spotkały. Otarł 

jej pot z czoła. 

- Powiedz, jak lubisz. 

- Nie wiem - odparła. 

- Niewiesz?-Potrząsnąłniąlekko.-Oboje wiemy, 

że nie jesteś już taka młodziutka, by grać rolę niewinią­

tka. 

- Nie wiem. Nie wiem. 

- Przestań. Jeżeli chcesz grać - rzucił gwałtownie 

- to będziemy grać. 

- Nie chodzi o żadną grę. - Nie potrafiła zebrać 

myśli. - O żadną grę. Ja nigdy... 

- Przestań. - Zakrył jej usta dłonią. - Nie rób 

z siebie idiotki. Nie obchodzi mnie, ilu miałaś kochan­

ków. Teraz mnie nie obchodzi -mruknął gniewnie, ale 

i z namiętnością. - Nigdy nie będzie mnie to ob­

chodziło. 

Raven chciała coś powiedzieć, powiedzieć mu, jak 

bardzo się myli, lecz kiedy pochylił się nad nią, myślała 

tylko o jednym. Dawid ukląkł przed nią i zaczął jej 

ściągać z bioder dżinsy. 

- Jesteś piękną kobietą. - Dotknął brzucha, mus­

nął palcem pępek, aż dodarł do koronki jej fig. 

Przesunął rękę niżej. Raven zadrżała i zachwiała się. 

- Piękne kobiety muszą mieć całe zastępy kochanków, 

background image

52 

NA SKRAJU PRZEPAŚCI 

by podziwiali świątynię ich urody. Ale dziś będzie 

tylko jeden. 

Oprzytomniała dopiero w chwili, gdy leżała już na 

łóżku i czekała na niego. 

Nazwał ją piękną, lecz zabrzmiało to okrutnie 

i złośliwie. Pożałował tego ironicznego tonu, gdy 

zobaczył ją teraz upojoną namiętnością. Mimo zmys­

łowości wyglądała na nietkniętą. Jakby miał przed 

sobą dwie kobiety. Niewinną, drżącą pod jego doty­

kiem, jakby był jej pierwszym kochankiem, i dumną 

syrenę, która stała przed nim na wpół naga, pobudza­

jąc wszystkie zmysły. Którą z tych kobiet właściwie 

była? Jedną z nich czy obiema? Dzisiaj było mu 

wszystko jedno, należała do niego. 

Zdarł z siebie koszulę. Kiedy rozpinał pasek spodni, 

zerknął przypadkiem w lustro. Mężczyzna, którego 

zobaczył, wydał mu się kimś obcym. Miał zmierzwione 

włosy, twarz czerwoną i ponurą. Chłodny i opanowa­

ny kameleon z Czarnej Straży, doprowadzony do 

szaleństwa przez kobietę. 

Nagle, niespodziewanie, ogarnął go niepokój. Czy 

nie wyrządzi krzywdy tej delikatnej istocie? 

- Raven - zachrypiał - powstrzymaj mnie, po­

wiedz, bym sobie poszedł. Odejdę. 

- Nie potrafię - szepnęła. 

- To powiedz, że mnie nie chcesz. Zanim będzie za 

późno. 

- Już jest za późno. 

To prawda. Raven zawsze mówi prawdę. 

Jeden ruch i Dawid był nagi. 

Wyszedł z ciemności w krąg światła. Raven wstrzy­

mała oddech. Przez okno wpadało światło księżyca 

oblewając sylwetkę Dawida srebrem. Nie miała poję-

background image

NA SKRAJU PRZEPAŚCI 

53 

cia, że męskie ciało może być tak fascynujące, wręcz 

piękne. Smukłe uda, szeroki tors. Jego ciało, pod­

niecone i głodne, pragnące jej, było świadectwem jego 

trudnego życia. I woli przetrwania. 

Dla niej to, co działo się teraz, też oznaczało 

przetrwanie. Bo już nie potrafiłaby żyć bez tego 

mężczyzny. Zaśmiała się cichutko i wyciągnęła ramio­

na do Dawida. 

Pozwolił się przyciągnąć, wpadł w jej objęcia. 

Całował ją, głaskał, pragnął się z nią droczyć i zada­

wać jej męki. Chciał doprowadzić ją do takiego 

szaleństwa, jakie zawładnęło nim. Lecz ona już i tak 

nie panowała nad sobą, nieposkromiona, szalona, 

oddająca pocałunek za pocałunek, pieszczotę za 

pieszczotę, zwijająca się z rozkoszy na pachnących 

lawendą prześcieradłach. 

Poczuł, jak dreszcz ogarnia całe jego ciało. 

- Dość! Dobry Boże, dość! 

- Dość - powtórzyła Raven jak echo. 

Runął na nią nakrywając sobą jej ciało. Drżał, 

szukał ostatecznej ulgi, lecz nie chciał być zbyt brutal­

ny. Spragniony jej, ale delikatny, w paroksyzmie 

czułości, który omal go nie zgubił, dotarł wreszcie do 

upragnionego celu. Cofnęła się z krzykiem. 

Zamarł, zmartwiał, znieruchomiał. Już wiedział, 

znał prawdę, lecz było za późno. Wyprężyła się jak 

cięciwa łuku i połączyli się w spełnieniu. 

- Nie! - krzyknął. - Nie, do diabła! 

Mimo to przyciągała go do siebie, aż zupełnie się 

w niej zatracił. 

- Do diabła! - zawołał chrapliwym głosem. 

Pulsowanie, spazm, paroksyzm ciał, eksplozja za­

chwytu. 

background image

54 NA SKRAJU PRZEPAŚCI 

- Raven! 

Za oknem wędrował księżyc, lecz w pokoju panował 

mrok, rozświetlony tylko poświatą nocnej lampki. 

Zasypiali, budzili się i znów - wyczerpani - zasypiali. Za 

każdym razem spełnienie dla Dawida było dreszczem 

gorączki, dla Raven huraganem. Kiedy zaczęło świtać, 

nie potrafił już zasnąć i leżał połączony z nią pasmem jej 

włosów, wpatrywał się w sufit i myślał o tym, co zrobił. 

Przypomniał sobie całą noc, szczegół po szczególe 

z pełną wyrazistością. Przypomniał sobie jej ciało 

drżące pod jego dotykiem. Jego ciało zachwycone tym, 

co Raven mu dała. 

Czy rzeczywiście ta kobieta mu się oddała? Chodzi­

ło mu przecież tylko o to, by zapomnieć, odprawić 

egzorcyzmy, aby się wyleczyć. By odnieść zwycięstwo. 

Był takim egoistą, w ogóle nie słuchał, nie dopuszczał 

jej słabych protestów do świadomości. Był taki okru­

tny, taki bezwzględny. Oddała mu się bez zastrzeżeń, 

o nic nie pytając. Potem, w chwili upojenia, wyznała 

mu miłość. 

Miłość. 

Słowo to spowodowało, że zerwał się z łóżka. 

Spojrzał na nią i poczuł się jak w potrzasku. Nie miał 

żadnych wątpliwości. Kobieta trzydziestoletnia, dzie­

wica, w czasach kiedy dziewictwo nie było w cenie, 

mogła je oddać tylko z miłości. 

A on nie chciał jej miłości. Miłość była ciężarem, 

pułapką. Poświęceniem. Nie chciał jej w ogóle. Prag­

nął, by go tak znienawidziła, że zapomniałaby o tych 

bzdurach zwanych miłością. Stanął nad nią z zaciś­

niętymi pięściami, obrzucił ją wściekłym spojrzeniem. 

Chciał... Boże drogi... chciał ją pocałować. 

background image

NA SKRAJU PRZEPAŚCI 

55 

- Ty głupcze! -warknął do siebie, chwycił leżące na 

podłodze ubranie i wybiegł z pokoju. 

Raven westchnęła i przeciągnęła się z rozkoszą. 

Czuła się cudownie. To najpiękniejszy dzień w jej 

życiu. A więc to właśnie oznacza seks. Zaśmiała się. 

- Hooop! - Wyskakując z łóżka poczuła silny 

zawrót głowy i musiała się chwycić oparcia. Przecież 

nie jest w ciąży, pomyślała. Chociaż zdawała sobie 

sprawę, że to możliwe. Nigdy nie była ostrożna. Dawid 

też się nie przygotował. Wyobraziła sobie upartego 

chłopca o oczach Dawida. Dziewczynkę, która do­

prowadzi do tego, że jego twarz rozjaśni się uśmie­

chem. Dziecko. Owoc ich miłości. Raven odrzuciła 

głowę i roześmiała się, szczęśliwa, że świat znów stał się 

piękny. 

Porwała koszulę z podłogi i wciągnęła ją na siebie. 

Nie zapięła jej i nie przejmując się, że koszula sięga 

ledwie za biodra, pośpieszyła do Dawida. Był w ku­

chni, siedział w wykuszu okna i spoglądał na jezioro. 

Zatrzymała się w drzwiach i patrzyła na niego z za­

chwytem. Był uczesany i ubrany, koszulę miał porząd­

nie wsuniętą w dżinsy, płócienne buty zasznurowane. 

Jak gdyby ubiegłej nocy w ogóle się nic nie wydarzyło. 

Spojrzała na swoją wymiętą koszulę narzuconą na 

nagie ciało. Zaśmiała się. 

Drgnął na dźwięk jej głosu. Czekała, aż się odezwie. 

Uśmiechnęła się, lecz on wciąż milczał. Podniósł 

papierosa do ust i zaciągnął się głęboko. Patrzył na nią 

zza obłoczka dymu. Odczuła to spojrzenie jako piesz­

czotę. 

- Dzień dobry - powiedziała w końcu, pewna, że 

on czyta w jej myślach i zna jej uczucia. 

background image

56 

NA SKRAJU PRZEPAŚCI 

- Czyżby? - Odwrócił się, by zgasić papierosa 

w popielniczce. Spojrzał na nią z nienawiścią. 

- Myślałam... - zawahała się, potrząsnęła głową. 

Była zdezorientowana. 

Wstał, odstawił filiżankę i zaczął powoli iść w jej 

stronę. 

- O czym myślałaś, Raven? - spytał odrobinę za 

cicho. - Że wskoczymy do łóżka, a potem będziemy 

żyć razem długo i szczęśliwie? Takie rzeczy się nie 

zdarzają. Nie ze mną. Miłość! - Ostatnie słowo 

wymówił jak przekleństwo. -To ciężar, proszę pani, to 

pułapka. Ludziom, którzy tego nie chcą, narzuca 

odpowiedzialność i poczucie winy. Helen Landon 

zmarła w południowoamerykańskiej dżungli, bo uwa­

żała, że mnie kocha. Ja jej o nic nie prosiłem. Nie 

chciałem tego. - Stał teraz bliżej i Raven dostrzegła, że 

zimny wyraz jego oczu nie miał nic wspólnego z reflek­

sem światła. - Podobnie od ciebie nie oczekiwałem 

niczego poza tym, że pofikamy sobie w łóżku. 

Raven zaschło w gardle. Zaniemówiła. Co zresztą 

mogła powiedzieć? Pogarda, jaką zobaczyła w jego 

oczach, przyprawiła ją o mdłości, odebrała siły, boleś­

nie zraniła duszę. 

- Byłaś dobra, kotku. Najlepsza. - Uśmiechnął się 

krzywo, a potem przeciągnął palcem wzdłuż jej roz­

chylonej koszuli i dotknął brzucha. - Ale twoja 

niespodzianka nic dla mnie nie znaczy. Oddałaś swoje 

bezcenne dziewictwo niewłaściwemu mężczyźnie. 

Poczuła gniew i udało jej się ocknąć ze spowodowa­

nego bólem odrętwienia. Z opanowaniem, lodowatym 

spokojem złapała go za nadgarstek i zdjęła jego rękę 

z brzucha. 

- Wiedziałeś. Mówiłam ci. 

background image

NA SKRAJU PRZEPAŚCI 57 

- Kobieta w pewnych sytuacjach mówi wiele rze­

czy. 

- Zgadza się. - Odepchnęła jego rękę. - Zwłaszcza 

kiedy jej nauczycielem jest sprawny Dawid Canfield. 

Następnym razem z innym mężczyzną nie będę już 

taka naiwna. Powinnam podziękować ci za lekcję 

techniki miłosnej, a także za uwolnienie mnie od 

ciężaru dziewictwa. Byłam niezła, bo ty byłeś dobry. 

Najlepszy, jeżeli chodzi o moje ograniczone doświad­

czenia. 

- Do diabła z tobą! - Stał z zaciśniętymi pięściami 

nie dlatego, że dotknęły go jej pełne opanowania 

słowa, lecz na samą myśl o niej z innym mężczyzną. 

- Właściwie już wysłałeś mnie do diabła - stwier­

dziła spokojnie, odwróciła się, podeszła do drzwi 

i otworzyła je. - Wyjdź, bo muszę się ubrać. Mam dziś 

okropnie dużo roboty. 

Była wspaniała. Dumna, piękna, tak nieprzystępna, 

że zastanawiał się, czy jest to sama kobieta, z którą 

kochał się tak namiętnie minionej nocy. Dziwne 

uczucie smutku, może z powodu krzywdy, którą jej 

wyrządził, może z powodu tego, że odrzucił miłość, 

utemperowało go trochę. 

- Najlepiej by było, jakbym stąd w ogóle wyjechał, 

ale dałem Simonowi słowo. 

- A ty zawsze dotrzymujesz słowa. - Nie kpiła 

z niego, zachowywała się z klasą. 

- Tak - odparł po prostu, ale poczuł, że musi coś 

dodać. -Kiedyś jedyną rzeczą, jaką miałem, było moje 

słowo. Jeżeli straciło wartość, to ja też nie jestem nic 

wart. 

- Dotrzymaj więc słowa, zostań tu, ale nie ze mną. 

- Raven... 

background image

58 

NA SKRAJU PRZEPAŚCI 

- Nie ma za co przepraszać - rzuciła lodowato. 

- Nie będę wiec przepraszał - zgodził się. Minął ją 

schodząc po schodach i odszedł. 

Nie patrzyła za nim. Nie potrafiła. Zamknęła drzwi 

i oparła się o nie, wyczerpana. Po chwili uspokoiła się, 

przestała drżeć. Przecież postępowała jak idiotka. 

Musiała to przyznać. Oddała swoje ciało i serce 

mężczyźnie, który jej nienawidził. Będzie żałować 

wielu rzeczy: niewinności, narażenia się na niepotrzeb­

ne cierpienia, straconych złudzeń. Lecz nie będzie 

żałować tego, że oddała się temu mężczyźnie. Nigdy. 

Niezależnie od tego, na ile była naiwna, gdzieś w głębi 

duszy wiedziała, że nikt nie będzie się z nią tak kochał 

jak Dawid. 

- Weź się w garść - mruknęła do siebie. 

Musiała się jednak czegoś dowiedzieć. Podeszła do 

telefonu i wykręciła numer. Po jakimś czasie powie­

działa bez wstępów: 

- Simonie, muszę znać wszystkie szczegóły doty­

czące Helen Landon, czy masz je w dokumentach, czy 

nie. 

I usiadła na krześle, by wysłuchać relacji swojego 

przyjaciela. 

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

Raven siedziała przy stoliku garncarskim. Przez 

uchylone drzwi sączyło się przygasające światło dnia. 

Nieruchomymi dłońmi obejmowała kamień służący do 

polerowania. Biała glinka wyschła niepostrzeżenie na 

naczyniu. Nie miała ostatnio czasu, żeby się zajmować 

garncarstwem. Teraz, słowo po słowie, przypominała 

sobie treść rozmowy, którą odbyła przez telefon 

z Simonem jakiś czas temu. 

- Helen Landon? - powtórzył, chcąc zyskać na 

czasie, jak to często miał w zwyczaju. 

- Tak, Simonie, Helen Landon. - Czekała cierp­

liwie, bo to jedyny sposób na Simona. Nie wolno go 

było popędzać. 

- To Dawid nic ci nie opowiadał? 

- Jakby mi opowiadał, nie zawracałabym ci głowy. 

- Masz taki głos, sam ton już... Nie bardzo to się 

układa, co? Kontakty z Dawidem? 

Zamilkła szukając jakiegoś wykrętu, lecz w końcu 

postanowiła powiedzieć krótko prawdę: 

- Nie. 

- Przykro mi. Nie chciałem, myślałem... 

- Za późno na przeprosiny, Simonie. Po prostu 

opowiedz mi o Helen Landon. 

Simon zaczął opowiadać, lecz nie o Helen, tylko 

o Dawidzie. 

- To było niezwykłe dziecko. Pochodził z ciężko 

background image

60 NA SKRAJU PRZEPAŚCI 

pracującej mieszczańskiej rodziny, którą prześladował 

pech. Ojciec podupadł na zdrowiu. Leczenie było 

drogie. Stracił interes, stracił dom. Przeprowadzili się do 

ubogiej dzielnicy, zabierając z sobą tylko własną dumę. 

Matka ciężko pracowała na utrzymanie rodziny, nie 

starczało jednak środków na zabezpieczenie przyszłości 

syna. Ani na wyuczenie go jakiegoś zawodu, ani tym 

bardziej na kształcenie go w szkole średniej. Ale rodzice 

dobrze go wychowali i zaszczepili swoje staroświeckie 

ideały. Wyrósł na twardego chłopaka, ale te ideały 

zachował. Rodzice zmarli. Został sam. Był bardzo 

młody, gdy zaciągnął się jako ochotnik i pojechał do 

Wietnamu. Kiedy wpadł mi w oko, był jeszcze na tyle 

świeży, że trzymał się swoich ideałów. 

- Wziąłeś go do siebie? 

- Do Straży. Był pierwszy. 

- I najlepszy? 

- Tak, Raven, najlepszy. Dawid był najlepszy, ale 

to go omal nie wykończyło. 

Walczyła z sobą, by nie okazać gniewu. 

- Musiałeś wiedzieć, ile go to wszystko kosztuje. 

- Wiedziałem. Widziałem, jak jego oczy tracą blask 

i jak znika mu z twarzy uśmiech, którym potrafił 

zmiękczyć każde serce. Ale mimo to przydzielałem mu 

wszystkie najpodlejsze zadania. 

- Bo Dawid je wykonywał i to dobrze, bez względu 

na to, ile go to kosztowało. Warto było? 

- Tak - odparł z absolutną szczerością. 

- Czy są sprawy, dla których można poświęcić 

człowieka? 

- Wtedy tak było. 

- A teraz? 

Simon milczał tak długo, aż pomyślała, że prze-

background image

NA SKRAJU PRZEPAŚCI 

61 

rwano im połączenie. Lecz nagle usłyszała westchnie­

nie znużenia i zaczął dalej mówić. 

- Nie zrobiłbym mu tego, gdyby to nie było 

' konieczne. 

- Wiem, Simonie. Chyba tylko chciałam, byś mi to 

powiedział. 

- Dawid widział potworne rzeczy i robił potworne 

rzeczy. Mężczyzna z jego sumieniem płaci za to 

ogromny haracz. 

- Helen Landon też? 

- Była młoda i krótko jeszcze z nami pracowała, 

trochę naiwna, ale zdolna. Dawid z reguły pracował 

sam, ale tym razem potrzebował partnerki. Tworzyli 

dobrą parę. 

- Dawid twierdzi, że go kochała. 

- Tak, chyba tak. 

- A on ją kochał? - Musiała spytać, chociaż znała 

odpowiedź. 

- W Dawidzie już wszystko się wypaliło: stracił 

złudzenia, był rozgoryczony i wściekły. Śmierć Helen 

tylko wyzwoliła w nim te uczucia. Raven, w naszym 

interesie ludzie często giną i my ich opłakujemy, ale 

potem żyjemy dalej. 

- Jak to się stało, że Dawid tak cierpi z powodu 

śmierci Helen? 

- Bo jest tym, kim jest. Dlatego. 

Zaczął jej dalej opowiadać o Dawidzie i wszystkim, 

czego ten człowiek dokonał. Jak gdyby przeżywał kat-

harsis. W końcu zaczął mówić o ostatniej misji Dawida. 

- Zdradzono ich. Banda guerillas czekała na nich. 

Złapali Helen. Znała informacje, które mogły za­

szkodzić Dawidowi. Ale nie pisnęła ani słowa. Nawet 

jak ją torturowali. 

background image

62 

NA SKRAJU PRZEPAŚCI 

Miłość, której Dawid nie chciał, pomyślała Raven. 

- Dawid zabrał ją stamtąd. I został z nią. Póki nie 

umarła. Wrócił z dżungli sam. 

Raven nie potrzebowała szczegółów. Nikt nie mu­

siał jej mówić, jakie to straszne było dla Helen. I dla 

Dawida, który siedział przy niej, kiedy umierała. I dla 

Simona, który ją tam wysłał. 

- To była ostatnia kropla, która przepełniła kielich 

goryczy. Dawid rzucił wszystko, w co wierzył. 

- I sam zaczął szukać tego, kto zdradził. I będzie 

nawet gotów łamać prawo, jeżeli zajdzie potrzeba. 

- Nie, jeżeli on... Raven, Dawid może niebawem 

zostać renegatem. Nie możemy na to pozwolić. 

- To tak postępujesz, Simonie? Angażujesz faceta, 

niezwykłego faceta, eksploatujesz go, zamieniasz 

w maszynę. A kiedy ma kłopoty, to polujesz na niego 

jak na zwierzę? 

- Nikt na niego nie poluje. Póki żyję, na to nie 

pozwolę. 

- Ale on czuje się winien, że żyje. 

- Tak jak ty kiedyś. 

- Póki nie przywiozłeś mnie tutaj i razem z Rheą nie 

nauczyłeś, że żyć dalej to nie grzech. - Nagle wszystko 

stało się dla niej zupełnie jasne. -To dlatego przysłałeś 

go do mnie? Żebym zrobiła dla niego to, co ty dla mnie 

zrobiłeś? 

Słyszała tylko jego ciężki oddech. Przypomniał 

sobie zapewne kogoś bliskiego i drogiego, kto umiera­

jąc powierzył mu swoje dziecko. Przeczekała tę głuchą 

ciszę, aż w końcu odzyskał głos. 

- Źle zrobiłem, kochanie, że go do ciebie przy­

słałem? 

- Nie wiem. 

background image

NA SKRAJU PRZEPAŚCI 63 

- Mogę go odwołać. Mam to zrobić? 

Nie mogła prosić Simona, żeby odwołał Dawida 

tylko dlatego, że ona się w nim głupio zadurzyła. 

Dawid musi tu zostać. 

Simon był mądrym człowiekiem. Wiedział, że jego 

najlepszy agent musi odpocząć, że odpoczynek w doli­

nie uzdrowi jego skołataną głowę i pozwoli mu od­

naleźć siebie. Raven domyśliła się, że Dawid nie 

potrzebuje pomocy specjalisty, że mogłaby mu wręcz 

przynieść szkodę. Zginąłby w labiryncie szpitali, klinik 

i zakładów. 

W końcu zebrała się na odwagę i posłuchała tego, co 

podpowiadało jej sumienie. Doskonale wiedziała jed­

nak, że był to również głos jej serca. 

- Nie odwołuj go, Simonie. Ja nie potrafię mu 

pomóc, ale czas zrobi swoje. Dawid jest silny. Pod­

reperuje się tutaj i wróci w zupełnie innym stanie 

umysłu i ducha. Niech zostanie. 

- Jesteś pewna, kochanie? 

- Jestem pewna. 

- Zadzwonisz, jeżeli będziesz mnie potrzebowała? 

- Zadzwonię. 

- Kochanie? 

- Tak, Simonie? 

- Trzymaj się. 

Często myślała o tej rozmowie. Przypominało jej się 

„Trzymaj się" i jej odpowiedź w duchu: „Już za późno, 

Simonie." 

Zaśmiała się głucho. Kiedy była z Dawidem, nie 

potrafiła kontrolować swoich reakcji. Od pierwszej 

chwili, kiedy wynurzył się z mroku, nieznajomy, 

wszystko po prostu zawiodło. Jakby światło księżyca 

ją zaczarowało i całkiem zmieniło jej świat. 

background image

64 NA SKRAJU PRZEPAŚCI 

Kiedy stała okryta mgiełką mokrej koszuli, wstrząs, 

jakiego doznała na widok Dawida, dodał jej odwagi. 

Potrafiła bez trudu znieść jego palące spojrzenie. 

Dopiero gdy odszedł rzuciwszy przedtem kilka obelg, 

nagle oprzytomniała. 

Nie usiłowała go wtedy nienawidzić. Nienawiść 

oznacza ciągłe napięcie i gotowość do walki. Wolała 

narzucić sobie stan obojętności. Potrafiła więc trzymać 

się na uboczu, kontrolować się, czy okazuje mu 

obojętność, dopóki nie dostrzegła, że za jego wrogoś­

cią kryje się cierpienie. 

Kiedy wziął ją w ramiona, nie myślała, co przyniesie 

przyszłość. Po prostu oddała mu serce i ciało. 

Żeby zająć się czymś i przestać rozmyślać, zaczęła 

robić porządki na stoliku. Sprzątnęła narzędzia i od­

łożyła do szafki. Podniosła gliniane naczynie i znów 

zalała ją fala wspomnień. Przypomniała sobie, jak 

Dawid przyglądał jej się, kiedy wyrabiała glinę. Jaki 

był gniewny, wrogi i namiętny. 

Pieściła dłońmi naczynie, przyłożyła je do roz­

palonego policzka. Nagle jakiś dźwięk, jakby szept czy 

oddech, kazał jej spojrzeć w stronę drzwi. 

Dawid stał na skraju ogrodu i patrzył na nią w mrocz­

nym świetle wieczoru. Odraza w jego zimnym spojrzeniu 

była tak przejmująca, że Raven upuściła naczynie, które 

rozbiło się w drobny mak. Coś wrzało w tym szorstkim, 

cierpiącym mężczyźnie, kryjącym prawdziwe uczucia za 

fasadą spokoju. Coś, czego Raven nie mogła zrozumieć. 

Przez otwarte drzwi powiał letni wiatr i potargał 

włosy Raven. Odgarnęła je z policzka. Dawid podążył 

wzrokiem za ruchem jej ręki. Przypomniała sobie jego 

dłonie w swoich włosach, jak całował je, kiedy się 

kochali. Jak połączyły ich we śnie. 

background image

NA SKRAJU PRZEPAŚCI 65 

Och, Boże! Nawet jego nienawiść nie potrafiła jej 

zniechęcić. Czekała drżąc, aż nagle ich spojrzenia znów 

się spotkały. W ciszy usłyszała jego chrapliwy oddech, 

dłonie zacisnął w pięści. Oczy miał teraz wąskie jak 

szparki, lecz błyszczały w mroku tak, że dostrzegła 

w nich głód, którego nie mogły uśmierzyć ani niena­

wiść, ani pogarda. 

Pobladła. Zacisnęła ręce aż do bólu. Powstrzymała 

się, by nie wyciągnąć ich do niego. Zrobiłaby wszystko, 

czego zażądałby Dawid. Stałaby się taka, jakiej by 

tylko zapragnął. Wystarczy, żeby jej dotknął, a nie 

miałaby siły niczego mu odmówić. 

Z głębi pamięci przywołała jednak słowa Simona: 

„Trzymaj się". I swoją własną odpowiedź:,, Za późno". 

Za późno było już w tej samej chwili, w której 

Dawid ją pocałował. 

Kocham go, przyznała. Wyznanie to przyprawiło ją 

prawie o zawrót głowy. Potrafiła uznać, że opanowało 

ją szaleństwo miłości. Wiedziała, że patrzy na nią 

rozpalonym, upartym, pełnym pożądania wzrokiem, 

lecz wyznanie, które sama przed sobą przed chwilą 

zrobiła, dodało jej pewności siebie. Nie będzie się 

oszukiwać, że zniesie to łatwo. Może będzie cierpiała, 

może nigdy potem już nikogo nie pokocha, lecz 

przetrwa. 

Nagle wszystko się rozjaśniło, skomplikowane pro­

blemy sprowadziły się do prostych prawd. Raven 

kochała Dawida. Tylko to było dla niej ważne. Jak on 

się z tym upora, to jego sprawa. 

Kiedy podniosła wzrok i spojrzała mu w oczy, jej 

wzrok jaśniał spokojem jak kiedyś. Miała w sobie siłę, 

a zarazem miękkość, których nic nie mogło w niej 

zdławić. 

background image

66 NA SKRAJU PRZEPAŚCI 

Dawid stał jak sparaliżowany jej wzrokiem, jej 

uśmiechem. Prawie nie zauważył, że obok niego koły­

szą się i ścielą na ziemi kwiaty zginane podmuchami 

ostrego wiatru. Dlaczego znalazł się tam w jej ogro­

dzie, dlaczego miał nadzieję choć na nią zerknąć? 

Dlaczego maltretował się wspomnieniami Raven ople­

cionej czarnymi jak noc włosami, zwracającej się do 

niego z nieprawdopodobną szczerością? 

Uśmiechnął się do siebie w mroku i doznał takiego 

uczucia, jakby ktoś wbił mu ostrze w serce. Przywiózł 

w tę dolinę brzydotę swojego życia. Odnalazł tu 

spokój, który niebawem zamienił się w chaos. Znalazł 

niewinność, za którą zapłacił dreszczem taniej roz­

koszy. Uśmiech Raven był dla niego karą. 

Chwycił w palce i zgniótł pąk kwiatu, jakby chciał 

zgnieść wszelkie nękające o wyrzuty sumienia. Od­

wrócił się i odszedł. 

Raven pochyliła się, by zebrać kawałki potłuczone­

go naczynia. 

Kiedy jechał przez góry, słońce stało w najwyższym 

punkcie na niebie. Droga wiła się zygzakami coraz 

niżej. Lśniąca corvetta, jedyne szaleństwo, na jakie 

Dawid sobie pozwolił, stara, klasyczna w kształtach 

i dobrze utrzymana, trzymała się świetnie drogi, 

wtapiała w nią na zakrętach. Kiedy pagórki zniknęły 

i zakręty złagodniały, poczuł się swobodnie, nacisnął 

gaz do dechy i upajając się szumem wiatru liczył na to, 

że pozbędzie się zamętu w głowie. 

Zbyt długo przebywał na pustkowiu. Znudzenie 

stępiło mu zmysły i wypaczyło system wartości. Cor­

vetta mknęła przez lekko pofalowany teren. Dawid 

w końcu doszedł do wniosku, że choroba zwana Raven 

background image

NA SKRAJU PRZEPAŚCI 67 

przestanie być chorobą, jeśli spojrzy na nią z właściwej 

perspektywy. 

Samotnie stojące domy farmerów, otoczone pysz­

nymi ogrodami, i pola uprawne oraz pastwiska ustąpi­

ły teraz miejsca ciągłej zabudowie. Dawid zmniejszył 

szybkość do dozwolonej i wjechał na uliczkę Madison. 

Miasteczko to wyrosło dokoła Madison College, 

w którym uczyła Raven. 

Jadąc tutaj minął już po drodze kilka budek telefo­

nicznych, lecz nie zatrzymał się przy żadnej z nich, gdyż 

ciekawość kazała mu jechać aż do Madison. 

Miasteczko było naprawdę małe, infrastruktura 

rozbudowana tylko zgodnie z potrzebami college'u. 

Sklepy miały oryginalnie odnowione fasady, główna 

ulica otaczała budynek sądu. Rzucała się w oczy 

zamożność tej okolicy. 

College położony był poza zabudowaniami mias­

teczka, które częściowo pamiętały najstarsze czasy, 

a częściowo były nowoczesne. Budynki college'u oto­

czone były ogromnym trawnikiem, na którego tylnym 

obrzeżu rozciągał się las, a za nim widniały góry. 

To tu Raven spędzała przedpołudnia. W tych 

budynkach uczyła ogrodnictwa, badała tajniki uprawy 

dziko rosnących kwiatów. W specyficznej atmosferze 

akademickiej wspólnoty przebywała ze swoimi kolega­

mi, studentami i ich rodzinami, takimi jak, na przy­

kład, Jamie McLachlan i jego brat Dare. 

Dawid nie potrafił wyobrazić sobie tej części jej 

życia. Uważał ją za osobę trzymającą się na uboczu, 

żyjącą samotnie. Teraz jednak, oglądając budynki, 

nagle zobaczył ją, jak stoi za pulpitem i prowadzi 

wykład dla gromady studentów. Pochyliła się w pew­

nej chwili, by powiedzieć coś do jednego z nich, i ciężki 

background image

68 

NA SKRAJU PRZEPAŚCI 

warkocz opadł na jej piersi jak jedwabna lina. Nigdy 

nie wyobrażał sobie Raven w innym miejscu niż 

w dolinie. Teraz widział, że radzi sobie świetnie 

i wspaniale tu się czuje, a jej spokój budzi zaufanie. 

Studenci na pewno zwracają się do niej po porady, tak 

jak Jamie. 

McLachlanowie, zaprzyjaźniona z Raven rodzina, 

która ma kłopoty. Raven martwi się o nich. Raven 

wstaje od swojego stolika garncarskiego. Raven w jego 

ramionach. 

Raven. 

Słońce stało teraz trochę niżej i panował taki upał, 

że w czarnym samochodzie stawał się nie do zniesienia. 

Dawid westchnął. Przyjechał tu, by odbyć w bezpiecz­

niejszych warunkach rozmowę z Simonem, a nie po to, 

by wałęsać się w poszukiwaniu kobiety, którą chciał 

bezwzględnie usunąć ze swoich myśli. Czas więc 

poszukać telefonu. 

Włączył silnik i ostro ruszył naprzód. Zostawił za 

sobą budynki college'u i zaczął krążyć po uliczkach 

miasteczka. Wtedy uświadomił sobie, że Madison ze 

swoją atmosferą i tradycją nie jest na pewno miejscem 

odpowiednim dla takich ludzi jak Dawid Canfield. 

Na jednej z uliczek znalazł budkę telefoniczną, 

bardzo wygodnie stojącą na uboczu. Wrzucił monetę, 

wykręcił numer. Po drugim dzwonku telefon ode­

brano. Wiedział, że to Simon, więc bez specjalnych 

wstępów od razu przeszedł do rzeczy. 

- Masz coś nowego? - zapytał. 

Wysłuchał krótkiej relacji Simona o najnowszych 

odkryciach. 

- Co? Jaki kod? A więc nie mamy do czynienia 

z amatorem. Ten facet to profesjonalista, a nie jakiś 

background image

NA SKRAJU PRZEPAŚCI 69 

amator łasy na kilka dolców. Tak świetnie zainstalo­

wany, że właściwie trudno będzie wykryć, kto to. To 

niebezpieczny typ, Simonie. 

Przejechał wielki motocykl, którego silnik wył tak, 

że nic nie było słychać. 

- Powtórz jeszcze raz - poprosił Dawid. 

Simon streścił pokrótce strategię swoich posunięć, 

dzięki czemu Dawid nie czuł się już tak odcięty od 

swojego świata. 

- Jeszcze jedno: znalazłem taki numer w rejestrze 

telefonów. - Podał mu ten numer, gotów nawet 

przyznać się przed Simonem, że odkrył go dawno 

temu, tylko zapomniał o tym, bo tak go pochłaniała 

sprawa Raven. 

- Kiedy wytropisz, do kogo ten numer należy, daj 

mi znać. Mogę przyjechać do tej budki, kiedy tylko 

będziesz chciał. Niewiele znalazłem, ale ta informacja 

może się przydać. 

- Gdzie się spotkamy? - Przejeżdżający motocykl 

znów zagłuszył słowa Simona. Kierowca miał książki 

przytroczone paskiem do siedzenia. Student college'u? 

Zaczyna się przerwa na lunch? Dawid pochylił się, 

przycisnął słuchawkę mocno do ucha i przysłonił ręką 

mikrofon. - Na rozgrywkach? Jakich rozgrywkach? 

-Zdziwiony był, że Simon nagle chciał się z nim widzieć, 

skoro mieli ze sobą kontakt telefoniczny. - Rozgrywki 

szkockie? To na nich dorośli faceci paradują w spódni­

cach?! jakbym wrzasnął „Mac", to by odpowiedział mi 

na to cały tłum? - Roześmiał się. -Wiem, łącznie z tobą. 

Jak ciebie znajdę? Będziesz w spódnicy? 

Odsunął słuchawkę od ucha, bo Simon wygłosił całe 

przemówienie, lecz na koniec przeszedł do innych 

tematów i Dawid zaczął już słuchać bardzo uważnie. 

background image

70 

NA SKRAJU PRZEPAŚCI 

- Raven ma się świetnie, Simonie. Tak, widziałem 

się z nią. I zgadzam się, że to wyjątkowa osoba. 

Jakby na zawołanie, ze sklepu obok wyszła młoda 

szczupła kobieta o czarnych jak noc włosach opadają­

cych na plecy. Niosła naręcze książek i wypełnioną 

zakupami torbę. Dawid przestał słuchać Simona. Czy 

tak będzie już przez całe jego życie? Czy każda 

szczupła, ciemnowłosa kobieta będzie przypomianała 

mu Raven? 

Zbliżała się, lecz David nie widział jeszcze dokładnie 

jej rysów. Wytarł pot z czoła i w końcu dostrzegł, że 

włosy tej kobiety nie tyle były podobne do włosów 

Raven, ile były po prostu jej włosami. 

- Pojawię się na rozgrywkach. Pamiętaj tylko ten 

numer - i w pół zdania odłożył słuchawkę. 

W budce było jak w piecu, lecz wyszedł z niej dopiero 

wtedy, kiedy Raven minęła go i poszła dalej. Może 

chciał, by po prostu go nie dostrzegła, a może zbyt długo 

zbierał się na odwagę, by stawić czoło jej pogardzie. 

- Raven! - prawie zawołał za nią. 

Zatrzymała się lecz wydawało się, że się nie odwróci. 

Zrobiła to jednak, a wtedy zobaczył, że twarz ma 

zupełnie spokojną, łagodną. Nagle zabrakło mu słów 

i zaczął się zastanawiać, po co w ogóle spowodował tę 

sytuację. Przechyliła głowę i czekała na jego następny 

krok. 

- Wcześnie dziś wyjechałaś. 

- Tak, bo musiałam jeszcze coś przygotować dla -

studentów. - Była to neutralna odpowiedź, która 

w żaden sposób nie zachęcała do kontynuowania 

rozmowy. 

- Dobrze się czujesz? - spytał, widząc jej pod­

krążone od niewyspania oczy. 

background image

NA SKRAJU PRZEPAŚCI 71 

- Czuję się świetnie, podobnie jak wczoraj i przed­

wczoraj, i jak będę się czuła jutro. Dlaczego pytasz? 

- Myślałem... martwiłem się... 

- Że użalam się nad swoim straconym dziewictwem? 

Powiedziała to tak spokojnie, tak rzeczowo, że miał 

ochotę nią potrząsnąć. Lecz ona tylko się uśmiechnęła. 

- Wyobraź sobie, że wcale się nie użalam. I wcale go 

nie żałuję. 

Poczuł się tak, jakby serce oplotła mu stalowa 

obręcz. Nie mógł złapać oddechu. 

- Na miłość boską, Raven... 

- Co tu robisz, Dawidzie? - spytała, nagie zmienia­

jąc temat. 

Spojrzał na budkę, jakby nagle stracił pamięć, a po 

chwili ją odzyskał. 

- Rozmawiałem z Simonem. 

-Aha. 

Jej włosy lśniły w słońcu. Dawid nagle zapragnął 

znów poczuć pod palcami ich jedwabistą miękkość. 

Zamyślił się i stracił wątek rozmowy. Raven coś 

powiedziała, lecz nie usłyszał jej słów. 

- Przepraszam, co powiedziałaś? 

- To przeprosiny, Dawidzie? 

- Tylko kurtuazja. 

Usta jej drgnęły w taki sposób, że zapragnął natych­

miast zacząć je całować, aż spuchną, aż staną się 

obolałe. 

- Znaleziono coś podczas dochodzenia? 

- Być może jesteśmy na właściwym tropie. - Był to 

solidny grunt, po którym potrafił się poruszać. - Ale 

opieramy się na przesłankach, które wymagają spraw­

dzenia. 

- Musi to być okropnie trudne zadanie. 

background image

72 NA SKRAJU PRZEPAŚCI 

- Prawie niemożliwe. - Niemożliwe też prawie było 

nie porwać jej tu na ulicy w ramiona. 

- Musisz się czuć odcięty prawie od wszystkiego. 

Rozumiem, jakie to jest dla ciebie nieznośne. 

Mówiła o dochodzeniu, które niewiele teraz Dawi­

da właściwie obchodziło. 

- Simon zrobi wszystko, co będzie mógł, kiedy ja 

jestem na wygnaniu. 

- Tak się czujesz? Jak na wygnaniu? 

- Nie. Właściwie tak. Chyba tak. 

- Wiem, co to znaczy być daleko od miejsca, 

w którym chciałoby się być. Współczuję ci. 

- To przeprosiny, Raven? 

- Nie - zaśmiała się, bo wpadła we własną pułapkę. 

- Nie, to tylko figura retoryczna. 

Stali w żarze popołudnia. Obok przechodził chło­

pak z radiem na ramieniu. Dobiegły ich dźwięki 

piosenki o miłości, która się narodziła, lecz zaraz 

umarła. Refren ucichł, w oddali usłyszeli bicie miejs­

kiego zegara. 

- Muszę iść - rzuciła Raven. - Jestem umówiona. 

- Poniosę ci książki. - Zrobił krok w jej stronę. 

- Nie! - Cofnęła się, tracąc panowanie nad sobą. 

- Nie są ciężkie, a poza tym na pewno masz coś do 

załatwienia. 

- Nie, nic nie mam do załatwienia. -I znów zrobił 

krok w jej stronę. 

- Nie, Dawidzie, nie! 

Usłyszał w jej głosie panikę. Zatrzymał się więc 

i cofnął wyciągniętą rękę, czując się jak głupiec. 

Odwróciła się gwałtownie i odeszła ze spuszczoną 

głową, z książkami przyciśniętymi do piersi. Zachowa­

ła absolutny spokój, póki nie przyszło jej do głowy, że 

background image

NA SKRAJU PRZEPAŚCI 73 

chciał jej dotknąć. Wtedy popatrzyła na niego jak na 

grzechotnika. 

Czego oczekujesz od niej, Dawidzie Canfleld, po 

tym, co jej zrobiłeś? Że rzuci ci się w ramiona? 

Patrzył za nią. Szła wyprostowana i sztywna, jakby 

nagle straciła swój naturalny wdzięk i swobodę. Prze­

cież tego właśnie swego czasu chciał. Kiedy zniknęła za 

rogiem, doznał uczucia zawodu. 

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 

W sobotę Dawid wstał wcześnie i ubrał się w sporto­

we spodnie koloru khaki i lekką bawełnianą koszulkę. 

Wybierał się na spotkanie z Simonem na rozgrywkach 

szkockich, które miały się odbyć na hali w górach. 

Mogło mu to zająć cały dzień. Simon nie wyznaczył mu 

godziny spotkania, powiedział po prostu: Bądź tam. 

Kiedy Raven zostawiła go na ulicy w Madison, 

kręcił się potem po mieście i słyszał, jak rozprawiano 

w sklepach o planowanej imprezie. Miała być najwięk­

szym zgromadzeniem klanów. Najlepszych sportow­

ców, najlepszych tancerzy i kobziarzy. Na kilka miesię­

cy wcześniej zarezerwowano wszystkie miejsca w hote­

lach. 

Dawid spędzał teraz samotnie wieczory. Dłużyły 

mu się w nieskończoność, nawet zasobna biblioteka 

Simona nie była w stanie mu ich urozmaicić. Poprzed­

niego dnia zajął się przeglądaniem książek o tradycji 

szkockiej, o rodzinach, klanach, emigracji do Amery­

ki. Kiedy zagłębił się w lekturze, dowiedział się też 

wielu innych interesujących rzeczy, jak na przykład 

tego, że przedrostek „mac", czyli część składowa wielu 

nazwisk szkockich, znaczy po prostu syn, podobnie 

jak przyrostek „son", pojawiający się na końcu innej 

grupy nazwisk. Klan był czymś w rodzaju stowarzysze­

nia wielu rodzin mających jednego przywódcę. Septą 

nazywało się klany połączone. 

background image

NA SKRAJU PRZEPAŚCI 75 

Amerykanie szkockiego pochodzenia mogli dotrzeć 

do swoich przodków, dowiedzieć się, z jakiego po­

chodzili klanu. O przynależności klanowej świadczył 

też rodzaj kraty na materiałach, z których szyta była 

ich odzież. Dawid wyczytał sporo o krwawej historii 

i woli przetrwania Szkotów. Emigrując z ojczyzny ci 

dumni ludzie nie tracili swojego hartu ducha. Górale 

szkoccy, którzy zamieszkali w obu Karolinach, nie 

stanowili pod tym względem żadnego wyjątku. 

Czy Raven była potomkiem jakiegoś syna Candles-

sa? A Simon synem Kinzie'ego? Dawid odkrył, że jego 

własne nazwisko też jest szkockie. Rodzina matki, 

Sutherland - bez „mac" czy „son", też tworzyła klan, 

który nosił spódnice w czerwono-niebiesko-zieloną 

kratę. W pierwszej chwili poczuł się dumny z tej 

przynależności, lecz potem uznał, że jest głupcem. 

Nic przecież nie wiedział o Szkotach czy klanach. 

Nie przynależał do żadnej wspólnoty. Po prostu 

zainteresował się tym ze względu na okoliczności, 

przygotowując się do udziału w imprezie, w której 

nigdy dotąd nie uczestniczył. 

Słońce ledwie podświetlało horyzont, w dolinie 

jeszcze panowała ciemność. Raven nie wróciła na noc 

do domu, który stał w oddali ciemny i pusty. Dolina 

była bez niej ponura, Dawid zastanawiał się, gdzie 

i z kim Raven spędzała tę noc. 

- Co cię to obchodzi, Canfield? - ofuknął w końcu 

sam siebie. Brakowało mu Raven, do diabła. Nie 

rozmawiali ze sobą od wielu dni, a mimo to tęsknił za 

nią. Cholera! Tęsknił nawet do jej psów. 

Uderzył pięścią w balustradkę schodów, wściekły, 

że nie może zapomnieć o tej kobiecie. Jeżeli nie opuści 

szybko doliny, będzie się nadawał tylko do domu 

background image

76 NA SKRAJU PRZEPAŚCI 

wariatów. Co za czarne myśli. Wsiadł do samochodu 

i podczas dwugodzinnej jazdy myślał, jakich ma użyć 

argumentów, żeby Simon zwolnił go z przyrzeczenia 

i pozwolił opuścić dolinę, by mógł zachować resztki 

godności. 

Dawid płynął wraz z tłumem. Minęli już bramę, 

budki ze szkockimi towarami i smakołykami, by 

w końcu dotrzeć do hali. Ludzie sadowili się na 

leżakach i kocach. Zaczaj grać zespół kobziarzy. 

Dawidowi początkowo ta muzyka tylko huczała 

w uszach, lecz potem przywykł do niej i nawet zaczęła 

mu się podobać. W oddali mężczyźni w spódniczkach 

odbywali rozgrzewkę przed zawodami. Dawid jednak 

wypatrywał w tłumie tylko jednej osoby - Raven. 

Ceud mile failte.

 Witajcie na Szkockich Rozgryw­

kach. 

- Fantastyczny dum, prawda? - U boku Dawida 

pojawił się Simon. 

- Fantastyczny - przyznał Dawid. Ale gdzie jest 

Raven? Gdzie spędziła noc? 

- Widziałeś kiedyś takie rozgrywki? - Simon pro­

wadził go przez tłum i zagadywał niezobowiązująco. 

- Nie, nigdy. 

- No to czeka cię uczta. 

Minął ich zespół kobziarzy w aksamitnych marynar­

kach, spódnicach i wysokich futrzanych czapkach. 

Dudy jęknęły i zaczęły grać. 

- Podoba ci się ta muzyka? 

- Chyba mógłbym się do niej przyzwyczaić. 

- Wczoraj wieczorem odbył się koncert i tańce. 

Powinienem ci był o tym powiedzieć, ale chyba Raven 

to zrobiła. 

background image

NA SKRAJU PRZEPAŚCI 77 

- Nie rozmawiałem z nią. - Dawid zauważył, że 

Simon zerknął na niego pytająco. - Nie wróciła do 

domu na noc, nie widziałem jej też rano. Może była 

właśnie na tym koncercie. 

- Pewnie tak. Spotkałeś się z nią dzisiaj? 

- Nie. 

- Pokłóciliście się? 

- Taak - mruknął Dawid. - Pokłóciliśmy się. 

- Aha. - Simon zachował się dyplomatycznie i już 

więcej nie poruszał tego tematu. Trzymał rękę na 

ramieniu Dawida i prowadził go w stronę drzew. W ich 

ustronnym cieniu wyciągnął z kieszeni małą białą 

kartkę i podał ją Dawidowi. -To nazwisko osoby, do 

której dzwoniono. 

Dawid wziął kartkę. Może to pierwszy krok, który 

umożliwi wykrycie osoby lub osób winnych śmierci 

Helen. Przeczytał i spojrzał na Simona. 

- Jeter? Numer wykręcony z telefonu na biurku 

Helen to numer Thomasa Jetera? Numer nie zarejest­

rowany. 

- Helen miała nie zarejestrowany numer Jetera? 

- Ktoś, kto dzwonił z aparatu na jej biurku, miał 

nie zarejestrowany numer Jetera - poprawił go Simon. 

- Kiedy odbywała się ta rozmowa, byliśmy w biu­

rze tylko my troje. Ja nie dzwoniłem. Wiem, że ty też 

nie. A więc zrobiła to Helen? 

- Może miała jakąś sprawę do niego? 

- Do największego wroga Straży? 

- Może dzwoniła w odpowiedzi na jego telefon? 

- Simon wzruszył ramionami. - Może on miał do niej 

jakąś sprawę? 

- Dziwne powiązanie - warknął Dawid. 

- Jeżeli w ogóle było jakieś powiązanie. - Simon 

background image

78 NA SKRAJU PRZEPAŚCI 

nawet nie musiał mu mówić, że szczegółowe śledztwo 

jest w toku ani że najbardziej niewinne kontakty Helen 

też są sprawdzane. 

- Kto to prowadzi? 

- Ja, Dawidzie. Jeżeli Jeter naprawdę jest w to 

zamieszany, to nie mam wątpliwości, że poświęcił ją, 

by dobrać się do mnie. 

Dawid miał na końcu języka prośbę o zwolnienie go 

z przyrzeczenia. Chwila była sprzyjająca. Gdyby mógł 

wyjechać z doliny, pomógłby w śledztwie. Ale nie 

wykorzystał tej okazji. 

- Dlaczego przyjechałeś, Simonie? Mogłeś powie­

dzieć mi to nazwisko przez telefon. 

- Chciałem na własne oczy zobaczyć, jak się czujesz. 

- Sprawdzasz mnie? - spytał Dawid. - No i jakie 

wyciągasz wnioski? 

- Wnioski moje... - Simon poklepał go po ramie­

niu. - Chodź, pooglądamy rozgrywki. Zaraz rozpo­

cznie się ceremonia otwarcia. Raven tam jest. Pó­

jdziemy do niej? 

Dawid już chciał odmówić, kiedy nagle zobaczył ją 

w cieniu dębu. Ubrana była w kremową bluzkę 

z wiązaniem pod szyją i ciemną plisowaną spódnicę. 

Włosy miała zebrane do tyłu i związane luźno na 

karku. Była spokojna i wyglądała elegancko. Niedo­

stępna. Miał ochotę rozwiązać tasiemki pod jej szyją, 

wyciągnąć szpilki z włosów, zburzyć tę spokojną 

elegancję. 

Z wściekłością zauważył, że nie była sama. 

- Kto to jest, do diabła, tam z nią? - warknął. 

- Ten ciemnowłosy? - Simon usiłował ukryć swoje 

rozbawienie. - To Dare McLachlan. 

- Aha, ten farmer. 

background image

NA SKRAJU PRZEPAŚCI 79 

Patrzył na barczystego mężczyznę, który siedział 

przy Raven. Był szczupły, wyglądał na twardego 

człowieka i tego wrażenia nie mogły złagodzić ani 

fular, ani spódnica. Pochylił się w stronę Raven 

muskając swoimi czarnymi włosami jej policzek i słu­

chał, co mówiła. 

- Dare zajmuje się leśnictwem - wyjaśniał dalej 

Simon. - Poznałeś go, prawda? 

-Nie - rzucił krótko Dawid. - Co to znaczy, 

u diabła, że zajmuje się leśnictwem? 

- Sadzi i hoduje drzewa iglaste. Choinki. 

- Choinki? 

- No, te zielone drzewka, które ubieramy na Boże 

Narodzenie. 

Dawid udał, że nie dosłyszał żartów Simona. 

- Wygląda na dość spracowanego, jak na takiego, 

który pielęgnuje drzewka. 

- Chyba nie myślisz, że to lekka praca? 

Na zbocze wszedł chłopak podobny do Dare'a jak 

dwie krople wody. Z zuchowatością zawadiaki pocało­

wał Raven w rękę i padł jej do stóp. Dawid słysząc 

śmiech Raven zacisnął zęby. 

- To Jamie. Jedyny w swoim rodzaju, choć jest 

bliźniakiem Roberta Bruce'a. - Simon skinął głową 

niezwykle przystojnemu chłopakowi, który usadowił 

się u boku Raven. - Jest starszy od brata tylko o kilka 

minut. I od niego spokojniejszy, ale jak chce naroz­

rabiać, nie ma sobie równych. 

- A drugi brat? 

- Ma na imię Ross, jest pediatrą tu, w Madison. 

Przyjdzie później. McLachlanowie zawsze się roz­

mnażają. Z jednego robi się natychmiast czterech. 

- Raven mówi, że Dare i Jamie ciągle się kłócą. 

background image

80 

NA SKRAJU PRZEPAŚCI 

- Nic dziwnego, są zbyt do siebie podobni. 

Dawid zerknął z niedowierzaniem najpierw na 

poważną twarz Dare'a, potem zaś na roześmianego od 

ucha do ucha Jamie'ego. 

- Kiedy Dare miał osiemnaście lat, był taki sam jak 

teraz Jamie. Jakby miał w sobie diabła. Dumny 

i postrzelony jak babka, która go wychowała. Umarła, 

kiedy miał dwadzieścia lat. W ciągu tygodnia odkrył, że 

ma trzech przyrodnich braci. Nagle pojawił się też ojciec, 

który zgubił się na długie lata. Chciał przejąć farmę jako 

jedyny spadkobierca. Zamierzał ją sprzedać, wziąć 

wszystkie pieniądze i zwiać. Dare nie pozwolił ojcu nawet 

jej tknąć. Rzucił szkołę, zajął się braćmi - z których 

wychowania ojciec chętnie zrezygnował - i sam stał się 

ich opiekunem. Ross miał jedenaście lat, a Robert Bruce 

i Jamie nie skończyli jeszcze roku. Z całej czwórki tylko 

bliźniaki mają tę samą matkę. - Simon zachichotał. 

-Dare stał się dla nich wszystkim. Wcielony diabeł by się 

ustatkował, wziąwszy na siebie takie obowiązki. 

- Teraz Jamie chce zostać farmerem. 

- A Dare się nie zgadza. Pragnie, by bracia zdobyli 

to, z czego on musiał zrezygnować. 

- A ich zdanie zupełnie się nie liczy? 

- I tak, i nie. Bo na przykład z Rossem nie było 

problemu. Chciał zostać lekarzem. Robert Bruce uczy 

się, kłopot więc tylko z Jamie'em. Wszyscy są napraw­

dę przystojni, muskularni, pewni siebie. Absolutnie 

męscy nie tylko w dżinsach i wysokich butach, lecz 

także w koronkach i plisowanych spódnicach. 

Dare dotknął ramienia Raven, która bynajmniej się 

nie odsunęła, co przyprawiło Dawida o zazdrość. 

- Jakbyś przestał rzucać te swoje groźne spojrzenia, 

moglibyśmy się do nich przysiąść - zauważył Simon. 

background image

NA SKRAJU PRZEPAŚCI 

81 

- Na kocu już jest tłok. 

- Ale niedługo się przerzedzi. - I nie czekając na 

zgodę Dawida, Simon ruszył w stronę Raven. -Kiedy 

zaczną się rozgrywki, McLachlanowie znajdą się na 

boisku. Dare rzuca palem. 

- Palem? 

- Ojej! Simon! - Raven zerwała się na równe nogi. 

- Simon! - zawołała,radośnie. - Przez chwilę myś­

lałam, że mi się śnisz. - Zarzuciła mu ręce na szyję. 

- Dlaczego nic nie mówiłeś, że przyjeżdżasz? Kiedy 

przyjechałeś? Na jak długo? 

- Odpowiem po kolei - zaśmiał się Simon i ucało­

wał ją w czoło. - Nie, nie śnię ci się. Chciałem zrobić ci 

niespodziankę. Przed chwilą. Tylko na dzisiaj. - Pat­

rzył na jej policzki zarumienione od słońca. -Jesteś jak 

zwykle piękna i jak zwykle masz wielkie powodzenie. 

Kiedy wysunęła się z jego objęć, skinął głową na 

powitanie McLachlanom, którzy wstali razem z Ra­

ven. 

- Omal nie pobiliśmy się o to, kto zaprosi tutaj 

Raven - rzucił z uśmiechem Jamie. -I żeby nie doszło 

do rozlewu krwi, postanowiliśmy zrobić to wszyscy. 

Dare pociągnął Raven za kosmyk włosów. 

- Jamie nie wspomina o tym, że potrzebny był nam 

sędzia, a Raven świetnie się do tego nadaje. 

- Aha, to o to wam chodziło? - Dawid popatrzył 

wymownie na dłoń Dare'a wsuniętą we włosy Raven. 

Powietrze stało się tak naelektryzowane, jakby za 

chwilę miał uderzyć letni grom. 

- Między innymi tak, panie Canfield - odparł Dare 

przeszywając wzrokiem Dawida i powoli wysuwając 

rękę z włosów Raven. - Bo mam przyjemność roz­

mawiać z panem Canfieldem, prawda? 

background image

82 NA SKRAJU PRZEPAŚCI 

Dawid zerknął tylko z pogardą na jego spódnicę. 

-A ja z p a n e m McLachlanem, prawda? 

- Dawidzie! - krzyknęła zdumiona jego bezczel­

nością Raven, lecz śmiech Simona stłumił jej okrzyk. 

- Nie możesz go w ten sposób obrazić - powiedział 

Simon, nadal się śmiejąc. - To kawał z długą, długą 

brodą. Zna go każdy Szkot. Ale może nie znasz tego 

dowcipu. Jeśli tak, to zapytaj go jeszcze, co nosi pod 

spódnicą. 

- No więc, co nosi pod spódnicą? 

- To, co mi się podoba. - Usta Dare'a wykrzywiło 

coś w rodzaju uśmiechu, a wzrok zimny jak lód odparł 

spojrzenie Dawida. Odwrócił się do Raven, pogładził 

ją po policzku i nie zwracając uwagi na jej zdumienie, 

pochylił się i powiedział czule: - Do zobaczenia 

o dziewiątej na rozgrywkach o główną piłkę. -I jeszcze 

ciszej rzucił: - Bądź dla mnie piękna. 

Skinął głową Simonowi, na Dawida w ogóle nie 

zwrócił uwagi i ruszył po zboczu w stronę boiska. 

Jamie zachichotał, Robert Bruce zakrztusił się i zajął 

oglądaniem źdźbła trawy. Nawet Simon chrząknął. 

Dawid wiedział tylko tyle, że oczy Raven błyszczą jak 

nigdy, a na jej opalonych policzkach wykwitł rumieniec. 

- Canfield! - zawołał Dare zatrzymując się w poło­

wie zbocza i odwracając w ich stronę. -Jeżeli chce pan 

rozwiązać jakiś problem, to w zapasach mogą brać 

udział wszyscy. 

Wyzwanie w jego spojrzeniu było aż nadto wyraźne. 

- Stawka będzie chyba odpowiadała nam obu, 

Canfield. Pierwszy taniec z Raven. Oczywiście, jeżeli 

ona się zgodzi. - Nie czekając na jej reakcję dodał: 

- Szkoci to bardzo gościnni ludzie. Może znajdzie się 

jakiś klan, który będzie pan mógł reprezentować. 

background image

NA SKRAJU PRZEPAŚCI 

83 

- Moja matka pochodziła z Sutherlandów - odparł 

ze spokojem i godnością Dawid przyjmując wyzwanie. 

- O, to dobry klan - zauważył Dare i po raz 

pierwszy promiennie się uśmiechnął, lecz zaraz potem 

ojcowskim tonem upomniał młodszych braci: - Chyba 

macie coś innego do roboty niż naprzykrzanie się 

Raven? 

McLachlanowie przyznali mu niechętnie rację, uca­

łowali Raven i pożegnali się. Dare nie zwracając już 

uwagi na Dawida ruszył z braćmi na łąkę. 

Przez cały ten czas Raven stała milcząc, lecz był to 

złudny spokój. Nie podobało jej się całe to zajście. 

Dawid i Dare to mężczyźni z zupełnie różnych 

środowisk, zupełnie inaczej wychowani, lecz ulepieni 

z tej samej gliny. Lakonicznie się wyrażający, z dystan­

sem, trzeźwo myślący, prostolinijni. Nierozsądni. Nie 

oczekiwała od nich łagodności, lecz nie spodziewała się 

też, iż będą na siebie warczeć jak rozjuszone psy 

walczące o kość. 

Całe to zajście było bez sensu. Zachowali się jak 

dzieci. 

Kilka osób zwróciło uwagę na scysję pomiędzy 

mężczyznami, a Raven nie lubiła być obiektem zainte­

resowania postronnych obserwatorów. Opanowała się 

i postanowiła nic po sobie nie dać poznać przed 

Dawidem. Uśmiechała się miło. 

- Straciłam eskortę na czas rozgrywek -powiedzia­

ła ciepłym tonem i z błyskiem w oku wzięła Simona 

pod rękę. - Może zechcecie mi towarzyszyć? 

- Będziemy zaszczyceni - odparł natychmiast Si­

mon, zanim Dawid zdążył zaoponować. - Prawda, 

Dawidzie? 

- Nieprawda. 

background image

84 

NA SKRAJU PRZEPAŚCI 

- Ależ Dawidzie, chodź z nami. -I Raven chwyciła 

go za ramię, uśmiechając się przez zaciśnięte zęby. - Po 

tym przedstawieniu, jakie przed chwilą urządziłeś, 

mógłbyś przynajmniej udawać, że stanowimy miłą, 

zgraną grupę. 

- Nie urządzałem żadnego przedstawienia. Urzą­

dził je twój chłopak. 

- Mój chłopak?-powtórzyła zdumiona, trzepocąc 

z oburzenia rzęsami. Lecz nagle odzyskała równowagę 

i patrząc figlarnie, jak Dare w oddali podnosi mus­

kularnymi ramionami wielkie ciężary, mruknęła złoś­

liwie: - Chyba trudno nazwać go chłopakiem. 

Simon znów musiał odchrząknąć, lecz kiedy Dawid 

spojrzał na niego, chcąc wyczytać coś w jego rysach, 

twarz starego Szkota, miała nieprzenikniony wyraz. 

- Zmęczyłam się już tym staniem, a poza tym 

zasłaniamy innym widok. Dawidzie, jeżeli chcesz spę­

dzić ten czas ze mną, to dobrze, jeżeli nie, to nie 

nalegam. A ty, Simonie? Bardzo cię proszę. 

Wróciła na koc, podwinęła spódnicę i usiadła. 

Simon usadowił się przy niej, uśmiechając się chytrze. 

Po chwili wahania Dawid zrobił to samo. 

Siedział sztywno, dotykając ramieniem jej ramienia 

przez całą uroczystość otwarcia. Kiedy maszerowały 

poszczególne klany, mimo swoich deklaracji, że nie 

zna swoich korzeni i pochodzi znikąd, patrząc na klan 

Sutherlandów nagle poczuł dreszcz dumy. Szli z pod­

niesionym sztandarem, spódnice powiewały w rytm 

marszowego kroku. 

Zaczęły się rozgrywki. Dzień stawał się coraz bar­

dziej upalny, współzawodnictwo coraz ostrzejsze. Do­

okoła panował harmider, ludzie krzyczeli, wznosili 

okrzyki, lecz Dawid ledwie to wszystko słyszał, oparty 

background image

NA SKRAJU PRZEPAŚCI 85 

ramieniem o ramię Raven, wdychając zapach jej 

perfum. Ona zaś z entuzjazmem przyglądała się zawo­

dom i w pewnej chwili zaczęła skandować imię, na 

którego dźwięk Dawid dostał dreszczy. 

Do McLachlanów dołączył teraz czwarty brat, 

Ross. Był podobny do najstarszego i przystojny. Lecz 

uwagę wszystkich przykuwał Dare. Obnażony do 

pasa, o skórze błyszczącej od potu, ze zdumiewającą 

łatwością kończył jeden etap zawodów i przechodził 

do następnego. Dawid musiał, choć z niechęcią, przy­

znać, że ten mężczyzna jest wspaniale wysportowany. 

Teraz przyszła wreszcie kolej na rzut palem. 

- Doskonale - oceniła Raven osiągnięcie Dare'a. 

- Ten rudowłosy facet rzucił dalej. 

- Tu nie chodzi o to, jak daleko się rzuci, Dawidzie 

- zauważyła stanowczym tonem. 

- A o co? W jakim celu dorosły mężczyzna rzucałby 

okorowanym pniem? 

- Chodzi o to, by pniak upadł prostopadle do linii. 

- No to chyba McLachlan jest specjalistą. 

- Na pewno. 

- Dawidzie - wtrącił Simon - chce mi się strasznie 

pić, ale moje stare kości odmawiają już posłuszeństwa. 

Postaraj się o jakiś napój. 

Z niemym zapytaniem w oczach, od kiedy to kości 

Simona tak bardzo się postarzały, Dawid jednak wstał 

i bez słowa poszedł coś kupić. 

- Świetnie się z nami bawisz? - rzuciła Raven. 

- Trudno zaprzeczyć - odparł z uśmiechem. 

- A możesz mi powiedzieć, co jest zabawnego 

w tym, że dwóch dorosłych mężczyzn zachowuje się jak 

dzieci, które biją się o zabawkę? 

- Moje kochanie, przecież jesteś śliczną zabawką. 

background image

86 NA SKRAJU PRZEPAŚCI 

- Daj spokój. Przecież doskonale wiesz, że Dare 

traktuje mnie wyłącznie jak przyjaciółkę. Tylko uda­

wał zakochanego z jakichś niezrozumiałych dla mnie 

powodów. 

- Wyprowadziła go z równowagi bezczelność Da­

wida. 

- To idiotyczne. Przecież on mnie nawet nie lubi. 

Dlaczego nagle miałby się stać zazdrosny? 

- Tak, rzeczywiście. 

- Ty naprawdę świetnie się tym bawisz. - Spojrzała 

na niego przeciągle. 

- Może to i dziwne, ale fakt, że wścieka się na 

Dare'a, to dobry znak. Zaczyna znów naprawdę coś 

czuć. Nie mam zamiaru sobie wmawiać, że za chwilę 

zupełnie dojdzie do siebie, ale zrobił pierwszy krok. 

Przez długi, długi czas w jego życiu nie było miejsca na 

inne uczucia niż pragnienie zemsty. Helen Landon 

jeszcze to spotęgowała. Stała się obsesją, która mogła­

by się okazać niebezpieczna dla kraju i dla samego 

Dawida. A obsesja zaciemnia zdolność prawidłowego 

osądu. Podobnie jak chęć zemsty. W naszej pracy nie 

ma miejsca na obsesje, a żeby przetrwać, musimy się 

nauczyć zwalczać w sobie mściwość. 

- Nie rozumiem. 

- Są pewne drażliwe sytuacje, w których jeden 

fałszywy krok może spowodować nieszczęście. Da­

wid... - przerwał, bo zabrakło mu właściwych słów, 

i patrząc w oczy Raven miał nadzieję, że zrozumie 

właściwy sens tego, czego nie potrafił wyjaśnić. - Da­

wid stał się niebezpieczny. I pewne osoby chciały ten 

problem radykalnie rozwiązać. 

- Pewne osoby? Ktoś chciał pozbyć się Dawida? 

- Nie, Raven - zaprzeczył łagodnie. 

background image

NA SKRAJU PRZEPAŚCI 87 

- Dobry Boże. - W jej oczach pojawił się strach. 

- Chcą go zabić! - Odwróciła wzrok nie mogąc znieść 

tej prawdy. - Przysłałeś go w dolinę, by zyskać na 

czasie? 

- Wiedziałem, że dla ciebie nie będzie to łatwe, 

kochanie, ale uważałem, że Dawidowi trzeba dać 

szansę. - Nakrył jej dłonie swoimi. - Niech mi Bóg 

wybaczy, że wprowadziłem zamęt w twoje życie. -Ujął 

ją za podbródek i obrócił jej twarz ku sobie. Malowało 

się na niej napięcie. - Mogę go wysłać gdzie indziej. 

- To znaczy, na pewną śmierć? 

- Nie, jeszcze nie. Są inne miejsca. Może od razu 

powinienem go wysłać gdzie indziej. 

- Ale nie zrobiłeś tego. - Raven wiedziała, że te 

miejsca to zakłady, gdzie mózg Dawida poddawano by 

różnym badaniom i nawet przy najlepszych intencjach 

uczyniono by mu tylko krzywdę.

 mogłeś

.

 Tak  jak

nie mogłeś wysłać tam czternastoletniej dziewczynki. 

- Nie mogłem. 

Raven przypomniała sobie, z jaką delikatnością trak­

tował dziką, zgorzkniałą istotę, jaką wtedy była. Znów ujął 

ją za podbródek i popatrzył w oczy. Chociaż uśmiechała 

się do niego, dostrzegł w jej spojrzeniu smutek. 

- Przyjechałem ze względu na Dawida, ale przede 

wszystkim chciałem zobaczyć, jak ty się czujesz. Chcia­

łem się przekonać, czy nie wyrządziłem ci krzywdy. 

- Nie. 

- Naprawdę? 

- Jestem kobietą, a nie czternastoletnią dziewczyn­

ką. To był mój własny wybór. - Podniosła głowę 

i spojrzała na nadchodzącego Dawida. - Cokolwiek się 

stało, sama to sobie zawdzięczam. - Simon wyczuł 

w tych słowach odwagę i ból. Również rezygnację. 

Nie

background image

88 NA SKRAJU PRZEPAŚCI 

- Naprawdę mogę go wysłać gdzie indziej. 

- Nie, nie rób tego. 

- Wiesz, dziewczyno, o czym mówisz? 

Patrzyła, jak Dawid zbliża się niosąc napoje. Nagle 

przystanął, jakby usłyszał bezgłośne wołanie. Wypros­

tował ramiona, podniósł głowę. Odwrócił się w stronę 

zawodników i napotkał spojrzenie Dare'a. 

Raven wstrzymała oddech. Tłum zniknął, gwar 

głosów umilkł. Odcięła się od świata i czekała. Czeka­

ła, jak Dawid odpowie na nowe wyzwanie Dare'a. 

Stał nieruchomo. Przecież to tylko zabawa. Dare to 

przyjaciel. Wyzywał Dawida tylko dlatego, że okazał 

jej taką wrogość. A Dawid nie mógł znieść myśli, że 

inny mężczyzna może mieć to, co on sam odtrącił. 

Usiłował od niej odejść, naprawdę próbował. Może 

uda mu się to teraz, pomyślał, jeśli nie odpowie na 

wyzwanie Dare'a. Patrzył stalowym wzrokiem na łąkę. 

Przypomniała mu się ręka tego mężczyzny we włosach 

Raven i nagle zgniótł plastikowy kubek z wodą 

sodową, który trzymał w dłoni. Niemal niezauważal­

nie skinął głową w stronę Dare'a, który stał na szeroko 

rozstawionych nogach, z nagą piersią i który także 

skinął głową. 

Raven westchnęła, powtarzając sobie po raz trzeci, 

że to tylko zabawa. Wiedziała tylko tyle, że Dawid nie 

przestał jej pożądać. Lecz samo pożądanie było lepsze 

od obojętności. W obojętności nie było żadnej nadziei. 

Pożądanie mogło się przerodzić w różne uczucia. 

Odwróciła się do Simona i choć się nie uśmiechała, 

stary Szkot spostrzegł, że coś się w niej zmieniło. Nie była 

radosna, ale nie była już tak przygnębiona. W ułamku 

sekundy pustkę wypełniła w niej nadzieja. Zobaczył 

dawną Raven. Nie miał już takiego poczucia winy. 

background image

NA SKRAJU PRZEPAŚCI 89 

- Nauczyłeś mnie, co robić, by przetrwać, nic mi 

więc nie będzie, niezależnie od tego, co się wydarzy. 

- Spojrzała na niego, a potem przeniosła wzrok na 

stojącego nie opodal Dawida. - Nie zabieraj go 

z doliny. Jeszcze nie. 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

Kiedy Dawid wszedł na łąkę, była już nieźle wydep­

tana. Zawody dały się bardziej we znaki trawie niż 

zawodnikom. Ci mężczyźni, którzy znali swoją prze­

szłość i przeszłość swoich klanów, byli naprawdę 

twardzi i odporni. Nosili swoje kolory z dumą i spoko­

jem. Jamie zdobył gdzieś spódnicę w kolorach klanu 

Sutherlandów. Dawid jednak nie chciał jej włożyć 

i grzecznie odmówił. Wolał walczyć w swoim ubraniu. 

Zdjął tylko koszulę i buty. 

Zapanowało ogólne podniecenie. Dare należał do 

najlepszych zapaśników. Nikt jednak nie wiedział, 

czego można się spodziewać po ciemnowłosym nie­

znajomym. Dawid słyszał pomruki i komentarze 

w klanie Sutherlandów, w końcu ktoś z nich podszedł 

bliżej, żeby mu się przyjrzeć. 

Poczuł ciężar czyjejś ręki na ramieniu. 

- Zna pan zasady góralskich zapasów? - spytał 

stłumiony głos. - Jestem Patrick McCallum. 

- A ja Dawid Canfield. - Przedstawił mu się, choć 

był przekonany, że wszyscy tu wiedzą, kim jest. 

- Dare prosił, bym nauczył pana chwytów i zasad. 

Dawid zawahał się. Spojrzał w stronę braci McLa-

chlanów. 

- Dare naprawdę gra fair - rzucił Patrick, jakby 

czytając w jego myślach. 

Dawidowi nagle przyszło do głowy, że nie bardzo 

background image

NA SKRAJU PRZEPAŚCI 

91 

rozumie, dlaczego ma walczyć z tym mężczyzną 

o kobietę, której właściwie nie chce. Ale zaraz stanęła 

mu przed oczami ręka Dare'a we włosach Raven. 

Jedwab i żelazo. Nie! Nigdy! Słowa te przeszyły mu 

czaszkę. 

- Niech pan przejdzie tu na bok, pokażę panu parę 

chwytów. 

Szkolenie trwało krótko. Patrick nie tracił na darmo 

słów i był świetnym nauczycielem. Na koniec pozwolił 

sobie na ocenę możliwości Dawida. 

- Brak wprawy może pan nadrobić siłą i deter­

minacją - powiedział z uśmiechem. - Sam fakt, że się 

pan tu zdecydował stawić, mówi za siebie. Niech pan 

tylko nie popełni błędu i nie zlekceważy Dare'a. To 

naprawdę twardy facet. Gdyby było inaczej, nie 

wszedłby w posiadanie tych rozległych terenów. No to 

powodzenia - rzucił ze szkockim zaśpiewem. 

Dawid nie miał czasu zastanawiać się nad uwaga­

mi rudowłosego Szkota, bo zanim się zorientował, 

już stał naprzeciw Dare'a, otoczony kołem ludzi. 

Uścisnęli sobie ręce, skinęli głowami i walka się 

zaczęła. Ramiona się zwarły, mięśnie napięły, stopy 

szukały oparcia. Ciało ocierało się o ciało, siła 

przeciwstawiała się sile, wprawa walczyła z deter­

minacją. Zęby Dare'a błysnęły w uśmiechu. Dawid 

wiedział, że ten uśmiech wyraża czyste zadowolenie 

z walki. 

Zmagali się ze sobą jakiś czas, kiedy doszło do 

patowej sytuacji, do wyczerpania. Potem błąd, nie­

właściwe obliczenie szans, porażka. Dawid zbyt późno 

zdał sobie z tego sprawę. Poczuł mocny chwyt Dare'a, 

jego oddech na swojej twarzy i nagle z dzikim okrzy­

kiem przeciwnik powalił go na ziemię. Zabrakło mu 

background image

92 NA SKRAJU PRZEPAŚCI 

tchu w płucach, zakręciło się w głowie. Leżał bez 

ruchu, słyszał tupot kroków. 

Dare ciężko oddychając, cały błyszczący od potu, 

patrzył z góry ze stoickim spokojem na Dawida. 

Uśmiechnął się i pomógł mu się podnieść. 

- Dobra robota, Canfield. - Pochylił się, chwycił 

koszulę i buty Dawida i rzucił: - Bądź dzisiaj wieczo­

rem na rozgrywkach o główną piłkę. 

- W programie napisano, że wstęp tylko za za­

proszeniami. 

- Więc czuj się zaproszony. - Brzmiało to bardziej 

jak rozkaz niż zaproszenie. 

- Dlaczego? 

- Bo Raven się ucieszy - odparł krótko Dare 

i ruszył przed siebie. 

- Ale nie będę w spódnicy! -wrzasnął za nim Dawid. 

- Może tym razem nie, ale następnym na pewno! 

- zawołał odwracając się Dare. 

- Nie będzie następnego razu. 

- Naprawdę? 

- Za kilka tygodni wyjeżdżam z doliny. 

- No to większy z ciebie głupiec, niż myślałem. 

- Nie jestem głupcem, McLachlan. 

- Każdy mężczyzna, który decyduje się odejść od 

Raven, jest głupcem. -I Dare na dobre odwrócił się 

i ruszył przez łąkę, by po chwili zniknąć między 

namiotami. 

Dawid patrzył, nieporuszony, w stronę wzgórza, 

gdzie tłum się przerzedzał. Szukał wzrokiem Raven, 

lecz już jej tam nie było. Pozostał więc sam, by 

przemyśleć to, co mówili Patrick i Dare. 

Dawid stał w mroku i nasłuchiwał. Grano na 

przemian utwory stare i nowe. Od czasu do czasu 

background image

NA SKRAJU PRZEPAŚCI 93 

odzywały się dudy, lecz przeważnie muzyka była 

spokojna, powolna, rytmiczna. Nie miał zamiaru tu 

przychodzić, liczył tylko, że znajdzie Simona i potem 

razem znikną. Tymczasem złapał go Jamie i w imieniu 

Dare'a zaproponował pokój, w którym najpierw 

mógłby się przebrać przed balem, a potem spędzić noc. 

Dawid przyjął propozycję, tłumacząc się sam przed 

sobą, że będzie miał gdzie porozmawiać spokojnie 

z Simonem. Tymczasem Simon odleciał już prywat­

nym odrzutowcem do Waszyngtonu. Dawid krążył 

więc i przypatrywał się balowi i uroczystościom. 

Raven nietrudno było znaleźć. Cały czas pozo­

stawała duszą towarzystwa. Promieniowały od niej 

pogoda i spokój. Nie było mężczyzny, który by nie 

chciał chwycić jej za rękę i ucałować w policzek. 

Najpierw poprosił ją do tańca Ross McLachlan, 

potem Jamie, później Patrick McCallum. Ten rudzie­

lec trzymał ją o wiele za blisko i zbyt intensywnie się 

w nią wpatrywał. 

Odwrócił od niej wzrok, był wściekły, chociaż bez 

przerwy powtarzał sobie, że Raven nic dla niego nie 

znaczy. A kiedy zatańczył z nią Dare, Dawid poczuł, że 

dławi go ślepa zazdrość. 

W ramionach Dare'a wyglądała jak klejnot. Ubra­

na była w wąską suknię w kolorze ciemnoczerwonym, 

która połyskiwała jak ogień. Włosy miała rozpusz­

czone i na końcu spięte czymś ozdobionym jedwabną 

różą. Kwiat kołysał się na plecach w rytm ruchów jej 

szczupłego ciała. Kiedyś miał to ciało dla siebie, miał 

całą Raven. 

Dare pochylił głowę i zaczął coś do niej szeptać, 

a potem roześmiał się i okręcił ją wkoło. Jej wzrok 

napotkał spojrzenie Dawida. 

background image

94 NA SKRAJU PRZEPAŚCI 

Policzki jej płonęły, oczy błyszczały. Była pełna 

uroku. Iskrzyła się jak gwiezdny pył, który zniknie 

wraz ze świtem. Dawid poczuł, że musi jej dotknąć, 

wziąć w ramiona, zanim świt mu ją zabierze. Wstąpił 

z mroku na parkiet, niemy, rozpalony. Wydawał się 

wyższy, potężniejszy. Raven przyciągała go jak mag­

nes. 

Kameleon ze Straży jeszcze nigdy tak nie rzucał się 

w oczy ani nie kroczył przed siebie w takim zapamięta­

niu. Wiedział tylko jedno: że potrzebuje Raven. 

Tańczący rozstępowali się, oglądali za nim. Szedł 

rozkołysanym krokiem, powoli, specjalnie przedłuża­

jąc tę chwilę, wpatrzony w Raven. Nagle poczuł jej 

zapach. Woń polnych kwiatów. Będzie ją pamiętał aż 

do śmierci. 

Nie miał pojęcia, kiedy Dare usunął się na bok, lecz 

nagle Raven znalazła się w jego ramionach i muzyka, 

która przycichła, zabrzmiała znowu. Ręka Raven na 

jego ramieniu i karku promieniowała ciepłem, ciało 

przylgnęło do niego, kroki współgrały rytmicznie 

z jego krokami. Głowę miała podniesioną, szyja 

i rowek między piersiami nęciły, spojrzenie było ciem­

ne i głębokie. 

Ledwie muskali stopami parkiet. Ramiona splecio­

ne, ciała jak zrośnięte, oczy wyrażały to, czego nie 

mogły wyrazić usta. Łączył ich każdy krok, każdy 

oddech. Zatracił się w niej zupełnie. Wszystkie myśli, 

wszystkie uderzenia serca należały do niej, muzyki nie 

słyszał, tylko czuł. 

Palce Raven wplątały się w jego włosy, były jak 

naelektryzowane. Hipnotyzowała go spojrzeniem, usta 

miała rozchylone. W milczeniu kryła się namiętność. 

Chciał przyciągnąć Raven jeszcze bliżej i uwolnić 

background image

NA SKRAJU PRZEPAŚCI 95 

narastające w nim pożądanie pocałunkiem. Chciał 

całować ją aż do bólu. Pragnął czuć jej ciało wtopione 

w swoje, słyszeć jej szept. 

Muzyka ucichła. Stali spleceni ramionami, patrząc 

sobie w oczy. Taniec się skończył. 

Westchnął głęboko, podniósł rękę i przesunął kciu­

kiem po jej policzku. Rzęsy Raven zatrzepotały, 

powieki przymknęły się, ale zdołał uchwycić wyraz jej 

oczu, w których dostrzegł ból. Niewielka odległość 

między nimi stała się przepaścią. 

Stał jak wrośnięty w ziemię. Kiedy znów podniosła 

oczy, zobaczył w nich odwagę i siłę. Uśmiechnął się 

gorzko i odszedł. 

Raven patrzyła, jak przeciska się przez tłum z różą 

z jej włosów zgniecioną w garści. Znów zabrzmiała 

muzyka, Dare był już obok i wziął ją w ramiona. 

Popatrzył na nią ze współczuciem, pogładził ręką po 

włosach i przytulił jej głowę do swego ramienia. 

Była pełnia. Dawid chodził wzdłuż brzegu jeziora. 

Powietrze było parne, lecz od czasu do czasu chłodniej­

szy powiew poruszał opadłe liście pobliskiej topoli. 

Miały kolor słońca. Tak babie lato zwiastowało nadej­

ście jesieni. 

Niedługo umrą ukochane przez Raven polne kwia­

ty. Piękne kwiaty o brzydkich nazwach, które dopiero 

ona nauczyła go rozpoznawać. Patrzył na jej dom, na 

migocące w nim światło. Ilu rzeczy go nauczyła? Jak to 

zrobiła, że w ciągu tych kilku błogich, szczęśliwych dni, 

jakie spędzili razem, udało jej się tak go zawojować? 

Kiedy siadywał w jej pokoju i milcząc patrzył, jak 

dzięki niej na płótnie ożywają kwiaty, coś w niej jakby 

go wołało. Było to coś silniejszego niż zwykła namięt-

background image

96 NA SKRAJU PRZEPAŚCI 

ność. Coś, czego nigdy nie znał. Spokój, honor, 

zadowolenie. I coś, co najbardziej go przerażało. 

Miłość. Co wiedział o miłości? Co chciał o niej 

wiedzieć? 

- Nic! - wykrzyknął nagle do siebie i nawet sam 

usłyszał w tym fałsz. 

Tak było kiedyś. Kiedyś nienawiść do Helen Lan-

don była większa niż wdzięczność za jej poświęcenie, 

którego nie chciał. 

Nagle uświadomił sobie całą prawdę. Wcale nie 

nienawidził Helen Landon, nienawidził tylko swojej 

obojętności, tego, że nie zależało mu na tej kobiecie. 

Nienawidził żalu, który krył się w ciemnych zakamar­

kach jego umysłu. 

Kiedyś potrafił bardzo głęboko ukrywać swoje 

uczucia. Lecz z Helen Landon nie poszło mu tak łatwo. 

Zmarłą pamiętał nawet lepiej niż żywą. Jej śmierć 

spotęgowała poczucie winy i poruszyła wspomnienia, 

których cienie udało mu się uśpić. Działał irracjonal­

nie, chciał dzięki zemście zabić swoje własne wyrzuty 

sumienia. Dzięki zemście, która okazałaby się tragedią 

- gdyby nie Simon. 

Simon, przyjaciel i mentor, wysłał swojego oszalałego, 

rannego agenta do jedynej osoby, która mogła pomóc. 

- Raven. - Dawid odwrócił się. 

Światło w jej domu wciąż się paliło, jak co wieczór 

do późna. Od czasu balu zawsze kładła się późno. Na 

pewno usiłuje uporać się ze swoimi problemami lepiąc 

różne przedmioty z gliny. Z problemami, których jej 

przysporzył. 

Skąd w niej tyle mądrości? Jaki ból kryje się pod tym 

spokojem? Co wydarzyło się w jej życiu, co dało jej tę 

siłę i odwagę? Wtargnął do tej doliny jak barbarzyńca, 

background image

NA SKRAJU PRZEPAŚCI 

97 

wziął sobie jej współczucie, jej serdeczność, nawet ją 

samą, i rzucił to wszystko z powrotem jej w twarz. Ze 

strachu przed uczuciem. A przecież naprawdę mu na 

niej zależało. W czasie tańca rwał się do niej każdym 

nerwem, chciał, by taniec trwał w nieskończoność, 

chciał ją zatrzymać przy sobie na zawsze. 

Lecz muzyka ucichła i chwila, która miała trwać 

wiecznie, minęła. Wtedy właśnie, kiedy tak stał w tłu­

mie tancerzy, dostrzegł pustkę swojego życia i swojej 

przyszłości. 

A teraz nie potrafił sobie wyobrazić życia bez 

wzruszeń i bez uczuć. Ta ponura wizja była bardziej 

nieznośna niż wizja bólu związanego z miłością. Dzięki 

Raven zaczęły się rozpadać w pył mury obronne, jakie 

zdołał zbudować idąc przez życie. Zaczęły się też 

rozmywać wspomnienia. Jedne niosły mu ulgę, inne 

dręczyły go w nocy. Potrzebował snu, lecz bał się 

sennych koszmarów. Kiedyś były to tylko koszmary 

umęczonej podświadomości, teraz oczyszczała się jego 

dusza. Bał się nocy, lecz wiedział, że ona go uzdrowi. 

Uzdrowi, ale za późno. Przecież wyrządził krzywdę 

Raven. 

- Mogę ją mimo wszystko przeprosić-mruknął do 

siebie zapominając, że tacy dranie jak Dawid Canfield 

nie mają zwyczaju przepraszać. Ruszył przed siebie, 

wpatrzony w światło palące się w jej oknie. 

Raven siedziała przy stoliku i coś lepiła. Ubrana 

była w sportowe spodnie i bluzkę z jakiegoś surowego 

materiału, obszytą grubą koronką. Była zupełnie 

skoncentrowana na pracy, świat dla niej nie istniał. 

Dawid stanął w otwartych drzwiach poza kręgiem 

światła i czekał, aż Raven wyczuje jego obecność. 

background image

98 NA SKRAJU PRZEPAŚCI 

Ruchy jej rąk spowolniały, palce zamarły. Przeniosła 

ręce z formowanego naczynia i położyła na kolanach. 

Była opanowana, zbierała się na odwagę, aż w końcu 

podniosła wzrok ku niemu. Nie dała po sobie poznać, 

że jest zaskoczona. 

Taniec na balu, kiedy oboje uparcie milczeli, ozna­

czał koniec, pożegnanie. A jednak Dawid wciąż był 

tutaj. Minęły przecież długie tygodnie, kiedy żyli obok 

siebie, rzadko w ogóle się widując. Widziała na jego 

twarzy zmęczenie. W końcu dolina nie okazała się dla 

niego łaskawa. Z pewnym żalem pomyślała, że może 

powinna jednak poprosić Simona, by go odwołał. 

Lecz mimo zmęczenia coś w nim płonęło. 

- Pozwoliłaś, żebym ci mówił te okropne rzeczy 

- odezwał się niespodzianie. - Nigdy nie próbowałaś 

niczemu zaprzeczyć. 

- A co by to dało, gdybym próbowała? 
- Oskarżałem cię, że wiedziesz puste życie, że 

zamykasz się tutaj, że jesteś egoistką. 

- To nie ma znaczenia. 

- Pozwoliłaś, żebym wierzył... 

- Wierzyłeś w to, co chciałeś. 

- Powinnaś mi wyjaśnić. 

- Byłeś dla mnie zwykłym nieznajomym. 

- Ale teraz już nie jestem. 

- Co chcesz wiedzieć? 

- Jak to się stało, że Raven McCandless stała się 

taką kobietą, jaką się stała. 

Siedziała sztywno wyprostowana. Nie wolno jej 

było ani odrobinę zmięknąć, bo będzie zgubiona. 

Milczenie się przedłużało. Dawid splótł ręce na pier­

siach, co oznaczało, że czeka na jej odpowiedź. 

- To przykra historia - odezwała się w końcu. 

background image

NA SKRAJU PRZEPAŚCI 99 

- Nie szkodzi, słyszałem różne przykre historie. 

Raven westchnęła. Rzadko opowiadała o swoim 

życiu. Było zbyt bolesne. Nie potrafiła jednak od­

mówić Dawidowi. 

- McCandless to szacowne nazwisko. Przez jakiś 

czas uważałam, że nie zasługuje na to, by je nosić. Nikt 

nie powinien nosić nazwiska tych, do których śmierci 

się przyczynił. 

Oczekiwała, że na jego twarzy wyczyta wyraz 

zdumienia czy obrzydzenia, lecz Dawid tylko spytał 

beznamiętnie: 

- To znaczy, twoich rodziców? 

- I dwóch młodszych braci. 

- Raven, przecież nie zabiłaś swojej rodziny. -Wie­

rzył absolutnie w to, co mówi. 

- Ale przez długi czas czułam się odpowiedzialna za 

śmierć moich bliskich. Dla czternastoletniej dziew­

czyny było to jednoznaczne. 

Odważyła się spojrzeć na niego i ku swojemu 

zdumieniu stwierdziła, że Dawid stoi tak, jak stał 

i czeka na dalszy ciąg opowieści. Nie miała wyboru. 

Chciał usłyszeć wszystko. 

Nie zaproponowała mu, by usiadł, tylko zaczęła 

cicho opowiadać o tym, o czym wiedzieli tylko Rhea 

McKinzie i Simon. 

- Mój ojciec nazywał siebie nauczycielem. Miał 

różne tytuły i stopnie naukowe, ale sam uważał się 

przede wszystkim za męża, ojca i nauczyciela. Chciał, 

by jego rodzina poznawała świat. 

Mieszkaliśmy więc w Szkocji, Francji, Austrii i in­

nych krajach. Ojciec wykładał tam na uniwersytetach. 

Mieliśmy pieniądze. Nie za dużo, by można nas było 

uważać za bogaczy, ale i nie tak mało, by mieć kłopoty. 

background image

100 

NA SKRAJU PRZEPAŚCI 

Nu tym polegał cały problem. Życie nasze nie 

było zbyt uporządkowane, więc posiadane przez nas 

fundusze zaczęły budzić wątpliwości. Ojciec stał się 

podejrzany. Jakaś dziwna sekta religijna działająca 

w stanie, w którym akurat mieszkaliśmy, zaczęła 

uważać go za szpiega. Może ojciec i wykonywał 

czasami jakieś zlecenia naszego rządu, a może nie. 

Jakkolwiek było, nigdy by nas nie narażał na niebez­

pieczeństwo. 

- Dla fanatyków religijnych najdrobniejsza inge­

rencja w ich sprawy jest traktowana śmiertelnie powa­

żnie - wtrącił Dawid. 

Była to prawda, która zbyt późno stała się oczywis­

ta. O wiele za późno. 

- Jechaliśmy na wakacje. Mój brat Douglas wybrał 

sobie w prezencie na dziesiąte urodziny wyjazd na 

narty. Już prawie ruszaliśmy samochodem na lotnisko, 

kiedy nagle uprzytomniłam sobie, że zapomniałam 

książki, którą chciałam przeczytać w samolocie. Wszy­

scy czekali w samochodzie, ja wróciłam do domu. 

Jamie, który miał dopiero dwa lata, niecierpliwił się 

i krzyczał, bym się śpieszyła. 

Słońce świeciło jasno jak co dzień. Mama się śmiała. 

Douglas robił bardzo ważne miny. Tata przekręcił 

kluczyk, by włączyć silnik. Jamie znów mnie zawołał. 

Nie wymawiał „r", więc brzmiało to Waven. Po raz 

ostatni, bo nagle wszystko się skończyło. 

- Aha, Jamie - szepnął Dawid i Raven natychmiast 

się zorientowała, skąd w niej tyle sympatii dla Ja-

mie'ego McLachlana. Bo gdyby brat Raven żył, byliby 

teraz obaj w tym samym wieku. 

Podeszła do okna. Noc doskonale odzwierciedlała 

jej nastrój. Stare drzewa wystrzelały w ciemne niebo 

background image

NA SKRAJU PRZEPAŚCI  1 0 1 

niby czarne strzępiaste iglice, a przepastna ciemność 

pod nimi była nieprzenikniona jak jej dusza. 

- Kiedy oprzytomniałam, leżałam na plecach. Do­

koła sypało płatkami, jak myślałam, śniegu. Byłam 

pewna, że jesteśmy już w Szwajcarii. Lecz było gorąco, 

za gorąco. Bolała mnie twarz i plecy. Chciałam wstać, 

ale nie mogłam. Leżałam w śniegu. Po chwili uprzyto­

mniłam sobie, że to wcale nie śnieg. Potem usłyszałam 

ich krzyki. 

Umilkła, bo Dawid ujął ją za rękę, obrócił ku sobie 

i wziął w ramiona. Szeptał coś uspokajająco i czule. 

Jego dłoń przynosiła jej ukojenie, otuchę. Po chwili 

wyswobodziła się z jego objęć i blado się uśmiechając, 

znów się odwróciła i zaczęła wpatrywać w ciemność za 

oknem. 

- Kiedy bomba wybuchła, ojca odrzuciło daleko, 

ale pozostali... - Przełknęła nerwowo ślinę. - Żaden 

z lekarzy nie chciał wierzyć, że to możliwe, ale tata 

czekał, aż pojawi się Simon. Dopiero kiedy Simon mu 

przyrzekł, że się mną zaopiekuje, tata umarł. - Raven 

zaczęła nerwowo szarpać koronkę przy rękawie. 

- Wszyscy umarli: mama, bracia, ojciec. 

- Simon przywiózł cię tutaj do swojej matki. 

- Kiedy już mogłam odbyć podróż. Przez jakiś czas 

było to niemożliwe. Byłam poparzona, doznałam 

wstrząsu, przygniatało mnie poczucie winy. 

- Gdybyś umarła razem z nimi, nic by to nie 

zmieniło. Jeśli cokolwiek myśleli w ostatniej chwili, to 

na pewno cieszyli się, że ocalałaś. 

- Teraz też tak uważam, ale dojście do tego zajęło 

mi sporo czasu. Lekarze pragnęli umieścić mnie w szpi­

talu. Simon nie chciał nawet o tym słyszeć. Wciąż 

powtarzał, że potrzebuję tylko czasu i towarzystwa 

background image

1 0 2 NA SKRAJU PRZEPAŚCI 

Rhei. Niełatwo ustąpili, ale był uparty. - Uśmiechnęła 

się, lecz jej oczy nie zmieniły wyrazu. - Jeżeli Simon 

uważa, że ma rację, nic go nie przekona. 

- Ale oboje możemy za to tylko podziękować Bogu. 

Jak gdyby nie słysząc tego, co powiedział, zaczęła 

opowiadać o Rhei. 

- Była już bardzo starą kobietą, bo Simona urodzi­

ła mając czterdzieści lat. Była silna i taka mądra. 

Z żelazną konsekwencją i nieskończoną cierpliwością 

pracowała nade mną, bym w końcu uwierzyła, że to nie 

grzech przeżyć swoją rodzinę. To był pierwszy krok, 

najtrudniejszy. Potem mnie przekonała, że najcenniej­

szym podarkiem jest miłość pozbawiona egoizmu 

i poczucia winy. Dzięki niej zrozumiałam, że miłość 

można dawać nie oczekując wzajemności. Nawet 

wtedy należy ją cenić i pielęgnować jak największy 

skarb. Ty nazwałeś miłość obciążeniem, zbędnym 

poświęceniem, marnotrawstwem. Przez długi czas by­

łam tego samego zdania. Teraz wiem, że to nieprawda. 

Nikogo do siebie nie dopuszczałam. Nikogo, choć 

Rhea usiłowała mnie przekonać, że powinnam. W któ­

rymś momencie chciałam uciec od jej prawd, wyjecha­

łam z tych gór i przez jakiś czas mieszkałam w pewnej 

wiosce w południowej Arizonie. 

- W południowej Arizonie nie pada śnieg - zauwa­

żył. 

Ta uwaga wcale nie zdziwiła Raven. Dawid miał 

w sobie więcej serdeczności i intuicji, niż sam siebie o to 

podejrzewał. Wiedział, że kiedy padałby śnieg czy wiał 

górski wiatr, ona kojarzyłaby je z popiołem i jękami 

swojej rodziny. 

- Wróciłam do domu, kiedy Rhea się rozchorowa­

ła. Wtedy już wiedziałam, że wędrując po świecie 

background image

NA SKRAJU PRZEPAŚCI 103 

nigdzie nie znajdę spokoju, że chcę mieszkać tu, w tych 

górach. Od czternastego roku życia nie płakałam, 

nawet wtedy, kiedy straciłam Rheę. Nie potrafiłam 

płakać, ale znalazłam w sobie siłę. 

- A kiedy pada śnieg i wieje wiatr? 

- Daję sobie jakoś radę. A kiedy jest mi trudno, 

mam Dare'a. 

- Aha, Alisdaira McLachlana. - Dare był zawsze 

blisko, kiedy go potrzebowała. Dawid poczuł, że jest 

mu za to wdzięczny. — To twój przyjaciel. 

- I tylko przyjaciel. - Była zadowolona ze zmiany 

tematu. - Po skończonych rozgrywkach było mu 

przykro, że się tak zachował. Po prostu wstąpił w niego 

diabeł i chciał, byś myślał, że coś nas łączy. Potem 

uprzytomnił sobie, że właściwie czuje do ciebie sympatię 

i chciał ci zrekompensować swoje postępowanie zapro­

szeniem na bal. 

- Nie rozumiał, że jeśli chodzi o nas, już było za 

późno. 

- Teraz już rozumie. - Miała na myśli to, że Dare 

zna już jej tajemnicę. 

- Nie wiedziałem. 

Przez jedną szaloną chwilę miała wrażenie, że 

Dawid czyta w jej myślach, lecz potem uprzytomniła 

sobie, że na pewno ma na myśli to, że straciła rodzinę. 

- A skąd miałeś wiedzieć? 

- Powinienem domyślić się, że nie jesteś taka, jaką 

próbowałem cię odmalować. Do diabła.- Przesunął, 

sfrustrowany, dłonią po włosach. -Kiedy pozwalałem 

sobie na uczciwość przed samym sobą, wiedziałem, że 

jesteś najlepszą, najmniej samolubną istotą, jaką w ży­

ciu znałem. 

Przyszedł, by ją przeprosić, lecz było już za późno 

background image

104 NA SKRAJU PRZEPAŚCI 

lub za wcześnie. Mógł jej tylko tyle powiedzieć, że 

Simon miał rację, kiedy go tu przysłał. 

- Niedługo stąd wyjeżdżam. Chyba Simon też 

będzie zdania, że dobrze wykorzystałem ten czas. Nie 

wrócę z pustymi rękoma. Zabiorę to wszystko, czego 

się od ciebie nauczyłem. - Raven potrząsnęła prze­

cząco głową, lecz on nie przyjął do wiadomości jej 

sprzeciwu. - Nauczyłem się, że miłość oznacza nie 

tylko gniew, ale również radość. Że sama dla siebie jest 

karą i nagrodą. Już wiem, że prawdziwa miłość nie 

oczekuje niczego w zamian. Ale przede wszystkim 

nauczyłem się tego, że ci szczęśliwcy, którzy ją spotkają 

i mogą liczyć na wzajemność, doznają specjalnej łaski. 

Boże, dopomóż, przecież tak chciał wziąć ją w ra­

miona, oddałby za to duszę, żeby móc jej dać siebie, nie 

tylko piękne słowa. Zacisnął dłonie. 

- Przez ten czas tu, w tej dolinie, nauczyłem się 

więcej o miłości niż przedtem przez całe życie. - Do­

tknął lekko jej ramienia. Miała pochyloną głowę, 

włosy zakrywały jej prawie całą twarz. - Simon okazał 

się mądrzejszy, niż myślałem. 

Raven odprowadzała go do drzwi. Zanim wyjdzie 

stąd na dobre, musi mu coś powiedzieć. 

- Dawidzie, miłość to też przebaczenie. Nawet jeśli 

przebaczenia nie oczekuje. 

Usłyszała głębokie westchnienie Dawida. Chwilę 

później była już sama. 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

- Nie! - Dawid podskoczył i usiadł na łóżku wśród 

zgniecionych prześcieradeł i poskręcanych koców. 

- Nie! - wykrzyknął znowu, wpijając palce we włosy, 

by przepędzić senne koszmary. 

Odkąd przyjechał do doliny, rzadko kiedy coś mu 

się śniło, lecz teraz przez cały tydzień od balu po 

rozgrywkach miewał koszmarne sny co noc. Co noc 

wędrował pośród brudu, nędzy i głodu, sam przez nie 

nie tknięty, ale też niezdolny pomóc innym. Śniła mu 

się też zdrada kobiety, która nie miała twarzy. Wołała 

go, lecz nie odpowiadał. Cierpiała, a jednak nie 

próbował jej pomóc. 

W końcu zobaczył jej twarz. Była to twarz Raven, 

obsypana popiołem przypominającym brudny śnieg. 

Twarz Raven, nie Helen Landon. Raven, co przeżyła 

tragedię, po której stała się silna wewnętrznie i spokoj­

na. 

Raven, która nigdy przedtem nie kochała żadnego 

mężczyzny... 

Wyciągnął papierosa z pogniecionej paczki leżącej 

na stoliku przy łóżku. Ręce mu się trzęsły. Oparł się 

o drewniane wezgłowie i przymknął oczy. Lecz nie 

potrafił wyciszyć siebie. 

Kobieta we śnie przyszła do niego, do prawie 

takiego samego pokoju jak ten, i dała mu najcenniejszy 

background image

106 

NA SKRAJU PRZEPAŚCI 

dar - siebie. Jemu, a nie Dare'owi McLachlanowi, 

który istniał w jej życiu prawie od zawsze, który 

pomagał jej w potrzebie. Nie ofiarowała siebie też 

Patrickowi McCallumowi, który każdej kobiecie mógł 

zawrócić w głowie. 

Ona mnie kocha. 

Usłyszał te słowa jak szept własnego umysłu. Echo 

tego, o czym od dawna wiedział. Podobnie było 

z polnymi kwiatami: nie widział ich, póki mu nie 

zwróciła na nie uwagi. Ona mnie kocha. 

A miłość nigdy nie jest marnotrawstwem. 

Wyskoczył z łóżka. W lewej ręce trzymał zapom­

nianego papierosa, w prawej różę, którą miała we 

włosach. Odruchowo chwycił ją ze stolika. Leżała na 

nim od pamiętnego wieczoru, kiedy odbył się bal. 

Ten kwiat był jak klejnot w jego dłoni, przypominał 

mu jedwab jej skóry. Przypomniał sobie, jak ich kroki, 

ich ciała zlały się w jedno. Przypomniał sobie jej 

wpatrzone w niego oczy, lecz przede wszystkim tę 

trzymaną na uwięzi namiętność. Raven czekającą na 

jego dotyk, jego pocałunek. Tylko jego. 

- Dobry Boże, ona mnie kocha! 

Miłość oznacza wybaczenie. 

Był już prawie przy drzwiach, kiedy uświadomił 

sobie, że wciąż trzyma w ręku różę i że jest nagi. Kiedy 

indziej może by się nawet uśmiechnął na myśl o od­

wiedzinach nago u pięknej kobiety. Zgniótł nie wypa­

lonego papierosa w popielniczce i chwycił rzucone na 

krzesło spodnie. Wciągnął je na siebie, uznając, że 

zbędne mu są koszula i buty. 

Zegar w bibliotece wybił drugą nad ranem. Wyszedł 

na ganek. 

Ciemno, wszędzie absolutnie ciemno. W domu Ra-

background image

NA SKRAJU PRZEPAŚCI 

107 

ven też. Po raz pierwszy od wielu tygodni nie praco­

wała do późna. Na niebie ani śladu księżyca, który 

mógłby chociaż smużką oświetlić mu drogę do niej. 

Ogarnęło go uczucie bezradności. Pragnął iść do 

Raven, obudzić ją. Kochać się z nią. Lecz nie mógł. Po 

raz pierwszy od długich tygodni zaznawała potrzeb­

nego jej snu. Uderzył ręką w balustradę. 

- Głupiec ze mnie! 

Głos poniósł się w noc, nie było nikogo, kto mógłby 

zaprzeczyć. Okna domu Raven patrzyły na niego 

pustymi oczodołami, bez zachęty. Raven pewnie cze­

kała, aż uznała, że to bez sensu. Było już za późno. 

Dawid wiele razy zamykał dzielące ich drzwi, ona 

nigdy. Dzisiaj zrobiła to po raz pierwszy. Ciemny dom 

był jak ostateczne zakończenie. Dawid poczuł wstrzą­

sający nim dreszcz. 

Boże! Ale z niego głupiec! Może to coś między nimi, 

cokolwiek to było, nie trwałoby wiecznie. Może zbyt 

się różnili, żeby to mogło trwać w nieskończoność. 

Lecz miałby przynajmniej piękne wspomnienia. Teraz 

nie miał nic. 

Nic. 

Stał na schodach chory, oszołomiony, rwał się, by ją 

obudzić. I poprosić o jedną chwilę. Nie byłby zachłan­

ny. Pragnął teraz tak niewiele, chciał być z nią tylko 

przez chwilę. Potem odszedłby z jej życia, stałby się 

dzięki niej silniejszy, a ona znów mogłaby kogoś 

pokochać. 

Odezwał się jakiś nocny ptak, otrzymał odpowiedź, 

Dawid odwrócił się na pięcie i już wszedł do domu, 

kiedy nagle usłyszał plusk wody w jeziorze. Obejrzał się 

trzymając jeszcze rękę na klamce i czekał. Co to mogło 

być? Jakiś myśliwy polujący w nocy? Ale dźwięk był 

background image

1 0 8 NA SKRAJU PRZEPAŚCI 

rytmiczny, Potem na chwilę ucichł i Dawid pomyślał, 

że być może jest to złudzenie. 

Lecz znów rozległ się plusk. Dojrzał leniwą falę na 

wodzie. Raven. To Raven pływa w swoim ukochanym 

jeziorze. 

Ruszył wyboistą ścieżką jak lunatyk. Wiatr kołysał 

koronami drzew. Smukłe sosny falowały rytmicznie. 

Nad szczytem góry przecięła niebo błyskawica, obiecu­

jąc deszcz. Dawid rejestrował to wszystko, lecz nie było 

to dla niego ważne. Liczyła się tylko Raven. 

Potknął się o kamień, a Robbie i Kate natychmiast 

wyskoczyły z krzaków. Robert Burns to ulubiony 

poeta Raven, a Katharine Hepburn to jej ulubiona 

aktorka. Wierni przyjaciele, zawsze na straży. 

Nie widział tego, lecz był pewien, że oba psy 

machają krótkimi ogonami i nadstawiają uszu. Choć 

nigdy specjalnie się z nim nie przyjaźniły, widząc 

jednak, że Raven go akceptuje, pogodziły się z jego 

obecnością. Stanowiły jej cień, zawsze były przy niej. 

Stał pod drzewem, jak za pierwszym razem, kiedy 

zjawił się w dolinie. Kate podeszła do niego, ob-

wąchała mu rękę i czekała, aż podrapie ją za uchem. 

Potem przyszedł Robbie, lecz jak zwykle stał z boku, 

nieskory do proszenia o pieszczoty. Dawid uśmiechnął 

się ponuro. Czy wszystkie samce są do siebie podobne? 

Czy samiec musi zawsze udawać, że nie potrzebuje 

miłości? 

- Głupcy z nas, Robbie. Wielcy, niezdarni głupcy. 

Rozległ się plusk wody przy brzegu. Nadszedł czas. 

Raven była blisko. Wyszedł z zarośli. Przed nim 

rozciągał się brzeg jeziora. Zobaczył ją tuż obok, jak 

chwyta się rękami pomostu i wynurza ociekając wodą 

po kąpieli w głębinach jeziora. 

background image

NA SKRAJU PRZEPAŚCI 

109 

Wyciągnął do niej rękę i czekał niepewny, sprag­

niony na jej dłoń. Patrzyła na niego przenikliwie. 

W końcu puściła się desek pomostu i podała mu dłoń, 

zacisnęła palce. 

Wciągnął ją na pomost. Spływały z niej strumienie 

wody. Była naga. I piękniejsza niż zwykle. Nie powie­

dział ani słowa. Mógł ją tylko przytulić, upajać się 

dotykiem jej krągłych piersi, bliskością jej ciała, które 

kiedyś już do niego należało. 

- Miałam nadzieję, że przyjdziesz. - Jej słodki, 

ciepły oddech na jego ramieniu przyprawiał go 

o dreszcz. 

- Myślałem, że jest już za późno - szepnął ze 

strachem. 

- Nigdy nie jest za późno. 

- Ale u ciebie w domu nie pali się światło. 

- Mogłeś przyjść do mnie po ciemku. 

- To właśnie zrobiłem. Przedarłem się przez moje 

własne piekło i ciemności. 

Odsunęła się lekko, zapominając o swojej nagości, 

myślała tylko o Dawidzie. Wyglądał mizernie, lecz 

czuła, że zaczyna chyba odzyskiwać spokój. 

- I co teraz, Dawidzie? 

Noc zarzucała półprzezroczysty welon, droczyła się 

z nim zasłaniając nagość Raven, a chwilę potem nie 

broniła mu jej widoku. 

- Skończyłem z tym. Uporałem się w końcu ze 

wspomnieniami o Helen Landon. -A po chwili dodał: 

- Miłość to dar. - Wyraził to podobnie jak kiedyś 

Raven, lecz własnymi słowami, dzięki czemu za­

brzmiało to prawdziwie. - Może niekoniecznie musi 

być odwzajemniona, grunt, żeby ją zachować jak 

skarb. - Dotknął jej twarzy, przesunął palcami po 

background image

1 1 0 NA SKRAJU PRZEPAŚCI 

policzku, pogładził usta. - Simon to czarodziej. Wy­

czarował Raven. 

- Naprawdę czujesz się dobrze? - spytała drżąc. 

- Cudownie, nigdy w życiu tak się nie czułem 

- powiedział cichym i miękkim głosem. - Jeżeli na­

prawdę nie jest za późno. 

Wyczuwała w jego głosie siłę i pragnienie. Pochyliła 

się, schwyciła jego dłoń i ucałowała jej zagłębienie. 

- Kochajmy się, Dawidzie, tutaj, nad jeziorem, 

gdzie się spotkaliśmy po raz pierwszy. 

- Ale jest ci zimno. Cała drżysz. 

- To nie z zimna. Możesz przecież mnie ogrzać. 

Postaraj się, by ta noc była jeszcze piękniejsza. 

- Zbiera się na deszcz. 

- Ale jeszcze nieprędko będzie padać - mruknęła 

przysuwając się do niego, pozwalając się objąć, wie­

dząc, że jego opór to tylko dowód pragnienia. Prag­

nienia, by przedłużyć tę chwilę, po której spełnienie 

będzie jeszcze piękniejsze. Przylgnęli do siebie i znów 

szepnęła: - Jeszcze długo nie będzie padać. 

Kiedy Dawid się obudził, noc była pogodna. Księ­

życ wyjrzał zza chmur i oświetlał ich, jakby dając swoje 

błogosławieństwo. Wiatr nie poruszał już koronami 

drzew, lecz owiewał ich nagie ciała. 

Dawid patrzył na śliczną kobietę śpiącą w jego 

ramionach. Jej śniada, złota skóra na tle jaskrawego 

prześcieradła kąpielowego, na którym leżeli, wydawa­

ła się jeszcze gładsza. Raven to uosobienie honoru, 

dobra i spokoju, a zarazem namiętności, zapierającego 

dech pożądania. Nie rozumiał, jak można pogodzić 

spokój z namiętnością. Podobnie jak po przypływie 

morza czy burzy w ukochanych górach Raven, p

background image

NA SKRAJU PRZEPAŚCI  1 1 1 

zawierusze następowała cisza, pora, kiedy mógł ją 

trzymać w ramionach i napawać się jej widokiem. 

Raven o włosach ciemnych jak noc i duszy jasnej jak 

promień, egzotyczny kwiat. 

Mógłby tak bez końca patrzeć na nią, jak śpi, 

mógłby bez końca napawać się tą chwilą wytchnienia. 

Bo była jak gwiezdny pył, który się rozwiewa. W gó­

rach jednak zagrzmiało, grzmot przetoczył się teraz już 

zupełnie blisko. Za chwilę lunie deszcz. 

Wypuścił ją z objęć, ukląkł nad nią i wziął na ręce. 

Kiedy wstawał, podniosły się też dwa wielkie dober­

many i poszły za nim po pomoście. Obudziła się 

i zaspana, z głową przytuloną do jego ramienia, 

muskając ustami jego skórę szepnęła z żalem: 

- Tak szybko? 

- Zmieniamy tylko miejsce. Zaraz zacznie padać 

- odparł. 

Zatrzymał się na końcu pomostu i obejrzał za siebie. 

Nic się nie zmieniło. A był przekonany, że powinno. 

Śmieszne! Tak samo śmieszne i nierozsądne jak kocha­

nie się na dworze na twardych, pełnych drzazg des­

kach. Jutro w każdym mięśniu da o sobie znać jego 

trzydzieści osiem lat. Ale to będzie dopiero jutro. 

O wiele, wiele później, kiedy zaspokoił już swoje 

pragnienie, a właściwie nasycił się bez reszty, siedział 

na łóżku przyglądając się śpiącej Raven. Chciał zapa­

miętać jak najwięcej szczegółów jej urody. Pasmo 

włosów zwijające się nad uchem, kąciki ust unoszące 

się we śnie, rowek między piersiami. Kiedy nagle 

drgnęła, otworzyła na chwilę oczy i zaniepokoiła się, że 

nie ma go przy niej, wyszeptał: 

- Jestem tutaj. 

Wyciągnęła rękę, by zaprosić go z powrotem do 

background image

112 

NA SKRAJU PRZEPAŚCI 

łóżka, a kiedy w nim się znalazł, poczuł ukłucie żalu, że 

zmarnował tyle czasu. A kiedy pochyliła się nad nim 

muskając go zasłoną jedwabistych włosów, pochłonęła 

wszystkie jego myśli. 

Raven odwróciła się od sztalug i spojrzała Dawido­

wi w oczy. 

Wprawdzie przywykła już do tego, że Dawid prawie 

bez przerwy patrzy na nią, i upajała się tym, lecz 

z drugiej strony nie potrafiła się jeszcze przyzwyczaić, 

że ten twardy, brutalny mężczyzna ma w sobie tyle 

miękkości. Niepokoił ją. Pod wpływem jego spojrzenia 

serce zaczynało jej mocniej bić, a całe ciało pulsować. 

Tak reagowała odruchowo, a wolałaby panować nad 

sobą i swoją namiętnością. Przez ostatnie trzy tygodnie 

pobytu Dawida w dolinie w jej życiu niepokój mieszał 

się ze spokojem, czułość z brutalnymi prawdami, 

śmiech z bólem. Każde spotkanie natychmiast wy­

zwalało dziką namiętność, zatracali się w miłości. 

Trawiło ich pożądanie, tracili wszelki rozsądek. Ciała 

się stapiały, łączyły w żarliwym uniesieniu, rozpalały, 

wybuchały płomiennym światłem. Miłością. 

Nigdy nie doznała uczucia przesytu. Zawsze pozo­

stawało pragnienie nowego zbliżenia, dreszczu oczeki­

wania, wewnętrznego drżenia. Może ten trawiący ją 

głód męskiego dotyku był czymś złym czy niewłaś­

ciwym, lecz nie dbała o to. Przeżywała dni oczarowa­

nia, które może nigdy już się nie powtórzą. 

Patrzył na nią trzymając na kolanach zamkniętą 

książkę. Wyglądał na pozornie opanowanego, lecz cały 

był napięty. Spojrzała na niego przeciągle, zachęcająco. 

- Co ci jest, Dawidzie? - szepnęła. 

- Po prostu lubię na ciebie patrzeć - odparł tak 

background image

NA SKRAJU PRZEPAŚCI 

113 

cicho, że ledwie go usłyszała. - Nigdy nie znałem takiej 

ślicznej i pełnej wdzięku kobiety. 

Serce jej przepełnione było po brzegi miłością, tak 

bardzo go pragnęła. Czułość w jego oczach dawała jej 

tyle szczęścia, że Raven zwróciła ponownie wzrok na 

Dawida, jak kwiat odwraca się do słońca. Bo był jej 

słońcem. 

- Raven - powiedział pieszczotliwie - dałaś mi 

spokój, którego nigdy nie miałem. 

Uśmiechnęła się radosna, zadowolona, szczęśliwa. 

Znał ją teraz, wiedział, jaką poniosła stratę, jakiego 

doświadczyła bólu i poczucia winy, jakie miała strasz­

ne dzieciństwo. Lecz po przeżytej tragedii nie stała się 

zgorzkniała i pełna nienawiści, wręcz przeciwnie -mia­

ła w sobie szczególną łagodność i współczucie. 

Miała w sobie spokój, lecz zapłaciła za to ogromną 

cenę. Widział w życiu wiele i uważał się za silnego 

człowieka, dopiero jednak kiedy poznał Raven, zro­

zumiał, że prawdziwa siła przetrwania polega na 

wybaczaniu. Wybaczaniu sobie tego, że się przetrwało. 

Spokój. Podarowała mu spokój, a więc spełniła 

prośbę Simona. Człowiek pogodzony sam ze sobą staje 

się pełnym człowiekiem, pewnym siebie, mającym do 

siebie zaufanie, rozsądnym. A jeżeli ta miłość sprawi jej 

ból? Podjęła ryzyko i nigdy niczego nie będzie żałowa­

ła. Ani jednego pocałunku czy pieszczoty, czy nawet 

tych chwil, kiedy byli sobie dalecy. 

Zarumieniła się, zatrzepotała rzęsami, wstała. 

- Uczucie spokoju jest słodsze po... - szepnęła 

patrząc na niego wzrokiem pełnym pożądania. 

Dawid odpowiedział na jej wezwanie, zanim jeszcze 

dokończyła. Książka zsunęła mu się z kolan, krzesło 

background image

114 

NA SKRAJU PRZEPAŚCI 

stuknęło o ścianę. Rzucił się przez pokój, chwycił 

Raven w ramiona. Właściwie wystarczyłby mu dywan 

wyściełający podłogę przed otwartymi drzwiami, lecz 

wyraz oczu Raven krył w sobie obietnicę nieskoń­

czonych powrotów, wybrał więc sypialnię. Sypialnia 

stanowiła jej świątynię, w której nigdy przed nim nie 

stanęła noga żadnego mężczyzny. Chciał się upajać tą 

świadomością, być w łóżku z Raven i wchłaniać jej 

odurzający zapach, który doprowadzał go do szaleńst­

wa. Pragnął zespolić się z nią, chciał dotykać jej skóry, 

czuć pod plecami wysuszone na słońcu prześcieradło. 

Mieli już niewiele czasu, lecz na chwilę mogli o tym 

zapomnieć. 

Od tego momentu Dawid przestał przeliczać na dni 

czy godziny czas, który jeszcze miał spędzić z Raven. 

Jakby miał w głowie stoper, dzięki któremu mógł 

rejestrować każdą minutę czy sekundę. Był jak czło­

wiek spragniony wody, który robi z niej zapasy na 

okres suszy. Raven tańcząca wśród złotych liści. Raven 

pochylona nad mleczem, którego dawniej w ogóle by 

nie zauważył, a już na pewno nie pomyślałby, że jest 

piękny. Raven, która droczyła się z nim i dawała mu 

radość. Raven. Wszystko się do niej sprowadzało. 

- Jesteś dzisiaj bardzo milcząca - powiedział zanie­

pokojony. 

- Wiem. - Otarła się policzkiem o jego ramię, 

musnęła ustami jego tors. 

- Coś się stało? -Powiedz mi, chciał dodać, którego 

smoka mam zabić, a zrobię to dla ciebie. Lecz nie 

wypowiedział tego, gdyż miał świadomość, że to on jest 

tym smokiem, że to z jego powodu jest jej źle. Jest 

background image

NA SKRAJU PRZEPAŚCI  1 1 5 

niewłaściwym mężczyzną w niewłaściwym czasie, w nie­

właściwym miejscu. Ogarnęło go okropne poczucie winy. 

Za to, że korzystał z niej jak ze źródła rozkoszy i radości 

w tak niepohamowany sposób, że przyjął od niej 

najcenniejszy dar, a nic nie dał w zamian, że korzysta 

z tego czegoś wspaniałego, co nie ma szans przetrwania. 

Miała na sobie kremową koszulę z surowej bawełny, 

z koronkami. Jego ulubioną. Uwielbiał wsuwać pod 

nią rękę i gładzić jej skórę. Jakby gładził perły obsypa­

ne piaskiem lub jedwab pod chropowatym płótnem. 

- Nie żałuj tego, co między nami zaszło - szepnęła. 

- Byłeś pierwszy, ale to nie znaczy, że nie miałam 

pojęcia, co robię. Zrobiłam to z pełną świadomością. 

Nie patrz na mnie tak ponuro i nie psuj tych ostatnich 

chwil. Wiem już od dawna, że wszystko, co piękne, 

szybko przemija. 

- Raven. - Chciał jej powiedzieć, że jej pierwszy 

mężczyzna powinien być ostatnim, że powinien być 

jedyną miłością jej życia. Należało jej się to po tym 

wszystkim, co przeżyła jako dziecko. Chciał jej powie­

dzieć, jak strasznie mu przykro, że ją z tego obrabował. 

Chciał, by uwierzyła, że piękne rzeczy mogą trwać. 

Chciał to wszystko powiedzieć, lecz zamknęła mu usta 

długim, namiętnym pocałunkiem. 

- Nawet nie myśl, że kiedykolwiek się tego wszyst­

kiego wyprę. Bo jeżeli spotkam kiedyś mężczyznę, 

który poczyta mi za złe, że byłeś moją pierwszą 

miłością, to wcale nie będę chciała kontynuować tej 

znajomości. Mężczyzna zazdrosny o przeszłość dałby 

dowód na to, że mnie nie kocha. 

- Niemożliwe. Nie ma takiego mężczyzny, który 

nie pragnąłby twojej miłości. 

- Właśnie, że możliwe! - wykrzyknęła. - Jeżeli nie 

background image

1 1 6 NA SKRAJU PRZEPAŚCI 

pokocha mnie takiej, jaką się stałam dzięki tobie, to 

znaczy, że mnie w ogóle nie będzie kochał. 

- To znaczy, że jest głupcem -powiedział wiedząc, 

że w rzeczywistości mówi o sobie. 

- Pewnie, że tak - potwierdziła z przekonaniem. 

Uciszył ją przyciągając jej głowę do swojej piersi, 

głaszcząc potargane ciemne włosy, aż całkiem się 

rozluźniła. 

- Cała ta nasza rozmowa zaczęła się od tego, że 

spytałem cię, dlaczego milczysz. I wcale mi na to nie 

odpowiedziałaś. 

- Chciałam cię o coś prosić. 

Poczuł, jak znów napinają jej się mięśnie i czekał, 

kiedy zacznie mówić dalej, lecz milczała. 

- Musi to być coś ważnego, jeżeli tak się namyślasz. 

- Nie namyślam się, tylko próbuję przewidzieć, co 

mi odpowiesz. 

- To coś aż tak poważnego? 

- Tak. Odmówisz mi myśląc niesłusznie, że robisz 

to dla mojego dobra, dla dobra mojej reputacji. 

Był zaskoczony, lecz pewien jednego: rzeczywiście 

jej reputacja była dla niego ważną sprawą. Po fiasku 

poniesionym podczas rozgrywek unikał pokazywania 

się publicznie. Dzwonił teraz do Simona z budek gdzieś 

na uboczu. Po zakupy, jeśli w ogóle je robił, jeździł 

gdzie indziej, nie do Madison. Chciał, by po balu nikt 

go nie widział z Raven. 

- O co chcesz mnie poprosić? - Pogłaskał jej 

napięte ciało. - Zrobię wszystko, co tylko będę mógł. 

- Chodzi o recital Jamie'ego. Odbędzie się jutro 

w sali college'u. Od rozgrywek bez przerwy mówi 

o tobie i to z podziwem. Gdybyś przyszedł, byłoby to 

naprawdę wspaniałe i dla niego, i dla mnie. 

background image

NA SKRAJU PRZEPAŚCI 

117 

- Nie, nie mogę - odparł natychmiast, spinając się 

podobnie jak Raven. - Przecież sama wiesz, że to 

niemożliwe. 

- Bynajmniej. - Odsunęła się od niego. - A możesz 

mi powiedzieć dlaczego? 

- Po prostu dlatego - wykrzyknął niemal ze złością 

- że ktokolwiek na nas popatrzy, od razu będzie 

wszystko wiedział. 

- I tak wszyscy wiedzą. 

Podniosła ramiona. Szerokie rękawy koszuli zsunęły 

się prawie do pach, skóra jej lśniła blaskiem księżyca. 

- Co widzisz? - spytała. 
Widział kobietę, która znała rozkosz miłości, ślicz­

ną, powabną kobietę. Ogarnęła go fala pożądania, 

które potrafiło rozwiać najczarniejsze myśli. 

- Widzę piękną kobietę. 

Spojrzała na niego uparcie, stanowczo wytrzymując 

jego spojrzenie. 

- Widzisz rozpustnicę. Kobietę, która odkrywa 

rozkosz romansu. Przecież to widać. W moim sposobie 

poruszania się, mówienia, w wyrazie oczu. 

- Tak, masz rację - przyznał, bo wszystko inne 

byłoby nieprawdą. 

- Chcesz sobie wmówić, że moi znajomi nie zauwa­

żyli tej odmiany? Że nie wiedzą, co jest jej powodem? 

Myślisz, że kiedy się z tobą rozstaję, wszystko to jakby 

w sobie wyłączam? Tu odbywają się czary. -I położyła 

dłoń na łóżku, w którym tyle razy się kochali. - Czary, 

które widzi cały świat. 

- Ale po co potwierdzać to, czego wszyscy się tylko 

domyślają? Będzie ci łatwiej, kiedy odjadę. 

- Nie mogę powiedzieć, że jestem z tego dumna 

- wybuchnęła gniewem. Wstała z łóżka i patrząc 

background image

1 1 8 NA SKRAJU PRZEPAŚCI 

Dawidowi w oczy ciągnęła dalej: - Ale dotychczas nie 

miałam powodu, by się tego wstydzić. Do momentu 

kiedy przed chwilą powiedziałeś to, co powiedziałeś. 

Odwróciła się i nienaturalnie sztywno podeszła do 

okna. Przygarbiła się, jakby świat stał się jej wstrętny. 

Dawid nie chciał jej zranić. Chciał tylko ochronić ją 

przed sobą samym, przed krzywdą, jaką jej wyrządził. 

Wstał z łóżka, podszedł do Raven. Przyciągnął ją do 

siebie. Przytulił do swojego nagiego ciała. Zrobiłby 

wszystko, żeby tylko z jej twarzy zniknął smutek. 

Wszystko. A przecież Raven prosiła o tak niewiele. 

- Raven - zaczął niepewnie. - Kochanie. Tylko się 

uśmiechnij, a wszędzie z tobą pójdę. Nawet na Syberię 

czy do piekła. Nawet na recital Jamie'ego. 

Stała tak nieruchomo, że przestraszył się, czy w ogó­

le przyjmie jego niezręczną propozycję. Lecz Raven po 

chwili odwróciła się do niego i zaczęła szeptem przy­

rzekać, że na recitalu nie będzie ani tak zimno jak na 

Syberii, ani tak gorąco jak w piekle. Wciąż jednak na 

jej twarzy malowało się lekkie rozczarowanie, 

a uśmiech miała wymuszony. Lecz gdy w końcu 

zarzuciła mu ręce na szyję, wiedział, że znów jest jego 

Raven. 

Poprowadził ją do łóżka jak zasmucone dziecko. 

Chciał, by czuła, że się o nią troszczy, ułożył ją więc, 

obciągnął jej skromnie koszulę i okrył, a dopiero 

potem sam wsunął się pod koce obok. Po raz pierwszy 

w życiu Dawid Canfield do końca zrozumiał, że troska 

może znaczyć więcej niż namiętność, więcej niż pożą­

danie. Leżąc obok niej poczuł niewypowiedzianą ra­

dość, że może opiekować się kobietą, którą zranił, 

piękną kobietą, że może utulić ją do snu. 

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

Kiedy Dawid z Raven wchodzili do sali, wokół 

rozbrzmiewał gwar. College w Madison był niewielki, 

lecz dzięki dotacjom pewnej zamożnej rodziny utrzy­

mywał bardzo dobry poziom. Tereny, na których się 

znajdował, kiedyś stanowiły letnią posiadłość tej ro­

dziny. Dawno temu w pewien mglisty letni poranek 

prapraprapradziadek Madison spotkał wśród miesz­

kańców miejscowości swoją przyszłą żonę. Nigdy 

o tym nie zapomniał ani nie pozwolił zapomnieć swoim 

potomkom. Dzięki szczodrym dotacjom Madison 

było zamożniejsze od wielu większych uczelni. Dawida 

wręcz zdumiała piękna sala koncertowa. 

- Posłuchaj. - Chwycił Raven za ramię, zapomina­

jąc o zachowaniu ostrożności w miejscu publicznym. 

- Założę się, że w ostatnim rzędzie każdy szept tak 

samo dobrze słychać jak w pierwszym. 

- Madisonowie zawsze wszystko robią dobrze. 

- Raven szła środkowym przejściem w kierunku trzech 

muskularnych mężczyzn. Byli to McLachlanowie, 

którzy w modnych garniturach prezentowali się rów­

nie świetnie jak w szkockich spódnicach. 

- Dzień dobry wszystkim - przywitał się z nimi 

Dawid, kiedy już wycałowali na powitanie Raven. 

Światła pomału gasły, na znak że recital zaraz się 

zacznie. Dawid siedział obok Raven po prawej, Dare 

po lewej, młodszy McLachlan dalej. Dawid nie zdążył 

background image

120 NA SKRAJU PRZEPAŚCI 

nawet zorientować się, jakie wrażenie zrobiła jego 

obecność, bo Jamie właśnie wchodził na scenę. Jego 

przeobrażenie było szokujące. Niedorostek przemienił 

się w wirtuoza w eleganckim fraku. Grał z wielką 

swadą, pewnie, perfekcyjnie. Zdumiewała pasja, wraż­

liwość, siła i subtelność. W melodii granej przez 

Jamie'ego słyszało się szept wiatru pośród sosen, 

majestat i samotność wzgórz. 

Raven wsunęła dłoń w rękę Dawida, który słuchał 

koncertu z zamkniętymi oczami. Tylko oni istnieli na 

świecie i muzyka Jamie'ego. 

Ucichła za wcześnie, publiczność wstała i wyna­

grodziła artystę rzęsistymi oklaskami. Po trzech bisach 

Jamie w końcu wycofał się za kulisy. 

Wszyscy ruszyli do wyjścia. Ross i Bruce prze­

prosili, że odchodzą porozmawiać ze znajomymi. Dare 

pogrążył się w rozmowie z majętną wdową. Dawid 

i Raven wstali dopiero wtedy, gdy sala już prawie 

opustoszała. CM początku recitalu Dawid nie powie­

dział słowa. 

- To Jamie? - wykrztusił teraz. - Niech to wszyscy 

diabli! 

- Nie żałujesz, że przyszedłeś? 

Odwrócił się do niej, by spojrzeć w jej błyszczące 

oczy. Zastanawiał się, czy mu się przyglądała przez 

cały czas. Podniósł jej rękę i musnął ustami końce 

palców. 

- Nie żałuję. 

- Dawidzie, Raven, jeśli możecie się od siebie 

oderwać, to zwróćcie uwagę, że przyjęcie już się 

zaczęło. - Dare uśmiechał się rozbawiony i dumny. 

- Naprawdę? - rzucił Dawid nie odrywając wzroku 

od Raven. 

background image

NA SKRAJU PRZEPAŚCI  1 2 1 

- Zaraz będą zamykać salę - poinformował Dare. 

A ponieważ światła właśnie gasły, poprawił się: -Wła­

ściwie już zamykają. 

Sala przyjęć była niewielka, ale też urządzona ze 

smakiem. Raven wciągnięto w środek tłumu, Dawid 

stał z boku i obserwował zebranych. Byli to jej 

znajomi, jej przyjaciele. Jak przyjęliby ją razem 

z nim? 

- Jest im wszystko jedno, Dawidzie - rzucił nie­

spodzianie Dare, który znalazł się u jego boku z kielisz­

kiem szampana. - Ci, którzy się liczą, na pewno cieszą 

się, że Raven w końcu kogoś spotkała. 

- To takie oczywiste, że się kochamy? 

- Martwisz się, co z nią będzie, kiedy wyjedziesz? 

Tak, przyjacielu, to oczywiste, że się kochacie. 

- Muszę wyjechać - powiedział Dawid i czekał na 

komentarz Dare'a, lecz kiedy ten milczał, sam zaczął 

mówić: - Nie czuję się tutaj na swoim miejscu. Po 

jakimś czasie Raven byłaby nieszczęśliwa, bardziej 

nieszczęśliwa niż wtedy, kiedy wyjadę. 

- Powtórz to jeszcze kilka razy, a może zdołasz sam 

siebie przekonać. Bo nikt inny nie przyzna ci racji. 

Dawid zmusił się, by oderwać wzrok od Raven 

ubranej w elegancką sukienkę, ciasno spiętą paskiem, 

a u dołu falującą jak ametystowa mgła. Dare podał mu 

kieliszek szampana. 

- Pomożesz jej, Dare? - Chwycił go tak mocno za 

rękę, jakby chciał zgnieść kieliszek. 

- Będę przy niej, ale nie zawsze zdołam jej pomóc. 

- Jest silną kobietą. Zapomni o mnie. 

- Taak. Nawet świnie, kiedy chcą, potrafią się 

nauczyć fruwać, kiedy więc jakiś głupiec zaczyna 

powtarzać słowa „nie mogę", to znaczy, że sam sobie 

background image

122 NA SKRAJU PRZEPAŚCI 

narzuca jakieś ograniczenie. Ty nie możesz zostać 

w dolinie, Jamie nie może wyjechać. - Tu Dare 

przerwał i popatrzył na roześmianego młodszego brata 

otoczonego wianuszkiem adoratorek. - Spójrz na 

niego. Kiedy gra, jest najszczęśliwszy, ale nie zdaje 

sobie z tego sprawy. 

- Jak będzie starszy, zrozumie, co może dać mu 

szczęście. 

- Tak jak Dawid Canfield? 

Nawet łagodny ton jego głosu nie złagodził ironii tej 

uwagi. Lecz zanim Dawid zdążył odparować cios, 

wzięła go pod ramię wysoka, chuda kobieta o bujnych 

siwych włosach ujętych w węzeł na karku. Przyglądała 

mu się przez małą teatralną lornetkę. 

- A więc to jest ten młody człowiek, dzięki któremu 

Raven dostała rumieńców? 

Była szorstka, obcesowa, podobna do nauczycielki 

Dawida z trzeciej klasy. Kiedy Dare chciał ich oficjal­

nie sobie przedstawić, przerwała mu królewskim ges­

tem. 

- Wiem, kim jest pan Canfield, a kim jestem ja, 

stara plotkara, możesz panu powiedzieć potem. 

- Dean Madison starą plotkarą? - Dare nawet nie 

śmiał się uśmiechnąć. 

- Stara panna z rodziny fundatorów, która nie 

miała dość rozumu, by skorzystać z nadarzającej się 

okazji. - Lornetka opadła jej na piersi. Teraz Dawid 

mógł zobaczyć, że ma śliczne oczy. - Znam tego 

nicponia, pana szefa. Przez jakiś czas studiował tu 

w Madison. Simon musi być o panu naprawdę dob­

rego zdania, jeżeli przysłał pana tu, do swojego domu. 

Dobrze to o panu świadczy. Jeśli zdecyduje się pan 

wycofać ze swojej poprzedniej, hm... pracy, to proszę 

background image

NA SKRAJU PRZEPAŚCI 123 

się ze mną skontaktować. Madison College mógłby 

mieć pożytek z takiego fachowca jak pan. 

- A niby co miałbym tu robić, proszę pani? 

- Być wykładowcą, oczywiście. Na pewno nie 

chciałabym, by pan został strażnikiem, zaprzepasz­

czając wszystkie swoje talenty i całą znajomość krymi­

nologii, dyplomacji i tajemnych sztuczek. 

- Moje talenty? -Dawid mimo woli się uśmiechnął. 

- Jest pani pewna, że je mam? 

- Absolutnie pewna. Przecież Simon był pańskim 

nauczycielem, prawda? 

- Zgadza się. 

- No to szach i mat - rzuciła. - Dare, a ty nie 

powtarzaj wciąż Jamie'emu, że nie powinien być 

leśnikiem. Wręcz przeciwnie, powinieneś mu przy­

dzielić tyle pracy, że nie miałby ani chwili na grę na 

fortepianie. Tyle, żeby padał ze zmęczenia. 

- Czyli dać mu to,czego chce-zauważył z ironią Dare. 

- Tak, jak najwięcej - odparła. - A pana, panie 

Canfield, prosiłabym... 

- Tak, proszę pani? 

- Hm, po prostu będę na pana czekała. - Od­

wróciła się majestatycznie i odeszła. Po prostu wydała 

dyspozycje i uważała rozmowę za zakończoną. 

- Czuję się tak, jak w trzeciej klasie, kiedy dostałem 

linijką po łapach od panny Halmer -mruknął Dawid. 

- W moim wypadku była to panna Addison w pią­

tej klasie. 

- Czy ta kobieta zawsze tak się zachowuje? 

- Zawsze. 

- No to uczelnia ma szczęście. Studenci też. 

- Taak. No co, gotów jesteś ruszyć w tłum i po­

gratulować naszemu młodemu geniuszowi? 

background image

124 NA SKRAJU PRZEPAŚCI 

- Zanim go zmusisz do padania na twarz ze 

zmęczenia? 

- Ma to u mnie jak w banku. 

- Podobali mi się twoi znajomi. 

Corvetta płynęła drogą oświetloną reflektorami. 

Dawid czuł, że Raven się uśmiecha. 

- Nie bardzo znam się na muzyce. Podoba mi się 

lub nie. W wykonaniu Jamie'ego podobałyby mi się 

jednak nawet gamy. 

- Ucieszył się, że byłeś. 

- Twoja Dean Madison zaproponowała mi pracę. 

- Bo o niczym nie wie. 

Dawid spojrzał na nią. Była przygaszona. Radość, 

którą w niej widział na koncercie i przyjęciu, wyparo­

wała. 

- O czym nie wie? 

- Że to twój ostatni tydzień tu w dolinie. 

Dawid zwolnił. Zdjął lewą rękę z kierownicy i wsu­

nął ją w dłoń Raven. Nie odsunęła się, ale też nic nie 

powiedziała. Milczeli aż do końca podróży. Dawid 

czuł, że Raven zaczyna podświadomie się oddalać. By 

osłabić cios, którego oczekuje. 

- Rozmawiałem dziś z Simonem. 

Raven podniosła wzrok znad stolika, na którym 

lepiła swoje naczynia. Od wieczoru, kiedy byli na 

koncercie, udało jej się odzyskać równowagę i teraz 

w ciągu dnia znów była spokojną towarzyszką Dawi­

da, a w nocy namiętną kochanką. Wieczorami za­

jmowała się garncarstwem. 

- Co u niego? 

- Wszystko dobrze, tylko wciąż nie może trafić na 

background image

NA SKRAJU PRZEPAŚCI 

125 

trop tego łajdaka. Bo ten numer telefonu niczego nie 

wyjaśnił. 

- A co ty teraz czujesz myśląc o przeszłości? 

- Czuję się tak, jakby to wszystko przydarzyło się 

komuś innemu. A Helen Landon umarła z powodu 

mężczyzny, który już nie powinien istnieć. 

- A myślisz, że ten człowiek w ogóle istnieje? 

- Właściwie niczego nie jestem pewien. 

Czekała. Nie mogła mu pomóc. Sam powinien 

dokonać wyboru. 

- Chodzi o coś jeszcze - przerwał w końcu mil­

czenie. - Rodzina Helen Landon urządza uroczystość 

żałobną ku jej pamięci. Prosiła, bym wziął w tym 

udział. 

- A gdzie to będzie? 

- W Tennessee. Stąd to tylko dzień jazdy samo­

chodem. - Wzruszył ramionami i zamilkł. 

- Niełatwo jest spotykać się z ludźmi, którzy kogoś 

utracili. Chciałbyś, bym z tobą pojechała? 

- A pojechałabyś? 

- Zawsze, kiedy tylko będziesz mnie potrzebował 

- odparła kładąc mu rękę na ramieniu. 

Ujął jej dłonie w swoje i ucałował. Przytuliła się do 

niego. 

- Dziękuję ci - szepnął. 

Stali patrząc razem na dolinę. 

- Proszę, młody człowieku, proszę podejść - powie­

działa staruszka takim samym rozkazującym tonem 

jak Dean Madison. 

Nie była jednak do niej wcale podobna. Zasuszona, 

o skórze pomarszczonej i rzadkich brązowawych wło­

sach zwiniętych w koczek. Siedziała na skraju fotela na 

background image

126 

NA SKRAJU PRZEPAŚCI 

kółkach i wyglądała jak drozd, który chce się pode­

rwać do lotu, lecz nie jest pewien, czy mu się to uda. 

Dawid podszedł i przykląkł na trawie przy niej. 

Raven patrzyła, jak pochyla głowę i słucha staruszki, 

jak gdyby była wyrocznią. Umiał słuchać ludzi z nie­

zmąconą uwagą i ogromnym zainteresowaniem. Kie­

dy był rozluźniony, swobodny, żadna kobieta nie 

mogła mu się oprzeć. Nawet ta staruszka. 

Raven podeszła bliżej idąc śladem żałobników, 

którzy już się rozpierzchli. 

- Była trochę zwariowana - usłyszała lekko drżący 

głos. — Popełniała głupstwa, a potem jeszcze większe 

głupstwa, żeby wybrnąć z poprzednich. Była bystra. 

Niewiele osób o tym wiedziało. Ale ja tak, zanim 

umieścili mnie w domu starców. Patrzyłam na nią ze 

swego kącika. Uważała, że mój umysł już jest do 

niczego, tak jak nogi, albo nic sobie nie robiła z tego, że 

widziałam, jak przede mną gra. 

- Takie są dzieci, pani Landon. Pani wnuczka była 

taka sama. 

- No właśnie. 

- A dlaczego chciała pani ze mną o tym poroz­

mawiać? 

- Bo wyczułam w panu smutek. Może nasza Helen 

była jego powodem, może zrobiła jakieś głupstwo, może 

nie. Okoliczności jej śmierci nie są całkiem jasne. 

A przez całe życie, jeśli wokół niej działo się coś 

tajemniczego czy niejasnego, sama była tego powodem. 

Popatrzyła Dawidowi w oczy. - Pan McKinzie poinfor­

mował nas dzisiaj, że prowadzone jest śledztwo. 

- Nie lubiłyście się z wnuczką, prawda? 

- Nie lubiłam jej knowań, ale ją kochałam. I dlate­

go nie chcę, by była powodem czyjegoś cierpienia. 

sip A43

background image

NA SKRAJU PRZEPAŚCI 

127 

- Przepraszam, ale już czas, pani Landon -wtrącił 

się muskularny młody człowiek. - Pani syn pozwolił 

tylko na pięć minut rozmowy z tym panem. Muszę już 

zabrać panią do domu rekonwalescentów. 

- Rekonwalescentów?! Też mi coś. Jak można 

wyleczyć się ze starości? 

Nie zwracając uwagi na te pełne ironii słowa ubrany 

na biało młodzieniec popchnął wózek w stronę czeka­

jącego samochodu. Staruszka unoszona na wózku 

przez podnośnik cały czas patrzyła na Dawida. W koń­

cu drzwi się zamknęły i samochód odjechał. 

- Słyszałeś? - spytał Dawid Simona, który właśnie 

podszedł. 

- To zgadza się z wersją, którą znam. 

- To znaczy co? 

- Że zwariowana staruszka nie znosiła swojej wnu­

czki. 

- Zwariowana lub chytra lisica - odezwała się nagle 

Raven. 

Cały czas trzymała się na uboczu. Po uroczystości 

rodzina otoczyła Dawida, zadawała mu mnóstwo 

nurtujących ją pytań, po czym pożegnawszy swoją 

córkę, siostrę i przyjaciółkę odjechała. Najdłużej zo­

stała staruszka. 

- Przecież ona kochała swoją wnuczkę - dodała. 

- Kochanie - Simon otoczył Raven ramieniem 

- nie możemy dochodzić, co dokładnie się dzieje 

w umyśle zdziecinniałej staruszki. 

- Ona nie jest zdziecinniała. Nie popełniaj tego 

samego błędu co Helen. Nie zakładaj, że ma umysł tak 

samo do niczego jak nogi. 

- Naprawdę uważasz, że powinniśmy traktować ją 

poważnie? - spytał Dawid. 

background image

128 

NA SKRAJU PRZEPAŚCI 

- A jakie dane zebraliście w ciągu tych miesięcy? 

- Czekała, aż naprawdę dotrze do nich sens jej pytania. 

- Czy znaleźliście już jakieś rozwiązanie? 

- Dawidzie, jakie masz teraz plany? - spytał Simon. 

- Wracam z Raven na kilka dni do doliny. A ty? 

- Ja jadę do Waszyngtonu, żeby zbadać nowy ślad 

podsunięty nam przez naszego ślicznego detektywa. 

- Tu spojrzał na Raven. - Skontaktuję się z wami. 

Ruszyli do samochodu. Byli sami, z dala od hałasu 

położonego niżej miasta. Słońce prześwietlało korony 

drzew, świerszcze grały w trawie. Powietrze było 

przejrzyste, drżące. Od czasu do czasu wiatr przynosił 

zapach dymu. Niedługo całe lasy przyobleką się w je­

sienne barwy. Piękny koniec lata. 

Mocniej objęła go w pasie, dopasowała krok do 

jego kroku. Zapamięta, jak teraz jest wokół nich 

pięknie, teraz, kiedy jest przy ukochanym mężczyźnie, 

który jej potrzebuje. Przystanęła, wzięła go za ręce. 

- Przy drodze do domu, w małej kotlince, jest zajazd. 

Chciałabym tam wypić toast za Helen. Nawet jeśli była 

taka zwariowana, jak twierdzi jej babka. Dla mnie Uczy 

się tylko to, że cię ocaliła. Będziemy tam o zachodzie. 

- A więc toast za Helen o zachodzie. 

Minęło kilka dni, a Dawid wcale nie zbierał się do 

wyjazdu. Raven nie zadawała mu pytań ciesząc się, że 

są razem. Nie ruszała się z doliny. Jej zajęcia w col­

lege'u skończyły się wraz semestrem letnim. Teraz 

będzie pracowała w domu nad swoją książką. 

Był to okres niezmąconego szczęścia, zbierania 

wspomnień na całe życie. Nie myślała o przyszłości, nie 

bała się jej. Doszła do wniosku, że kiedy tak się żyje, nie 

czeka się na dzień zapłaty. 

background image

NA SKRAJU PRZEPAŚCI 129 

Przecież to raj, pomyślał Dawid siedząc na pomoś­

cie. Wędkę zatknął między deski i od czasu do czasu 

popatrywał na nią, lecz nie po to, by sprawdzić, czy 

ryba złapała się na haczyk, tylko po to, by którąś z nich 

ośmielić. Powiew zimnego wiatru zburzył mu włosy. 

Podniósł głowę ku niebu, by na chwilę oderwać myśli 

od Raven. 

Nagle usłyszał jej cudowny śmiech. 

- Dawidzie, jeżeli będę czekała, aż złapiesz coś na 

obiad, to umrzemy z głodu. 

- Wcale nie. Zawsze możemy ugotować zupę na 

gwoździu. 

Otworzył jedno oko i napawał się jej widokiem. 

Każda inna kobieta wyglądałaby okropnie niechlujnie 

w wystrzępionej koszuli z obciętymi mankietami. 

Raven wręcz przeciwnie. Nie było takiej rzeczy, w któ­

rej nie wyglądałaby ładnie. Aż uśmiechnął się do siebie. 

- Na pewno masz sprośne myśli. Widzę to. - Wyjęła 

robaka z puszki i wymachiwała nim, żeby tylko odwrócić 

uwagę Dawida od tego, że oblała się rumieńcem. Wsunęła 

robaka na haczyk i zarzuciła wędkę. Dawid zachichotał. 

- Co cię tak rozbawiło? 

- Ty. Ja sam. Wszystko. -Patrzył na nią, jak stoi na 

skraju pomostu. Tam go oczarowała pierwszego dnia. 

- Właściwie już zapomniałem. - Ostatnio często 

wypowiadał swoje myśli na głos, a kiedy w oczach 

Raven pojawiło się pytanie, dodał: -Zapomniałem, co 

to śmiech. Ale teraz, jak już sobie przypomniałem, nie 

potrafię się od niego odzwyczaić. 

- Zrobiłeś się też leniwy - rzuciła, lecz ton jej głosu 

mówił, że się z nim droczy. - Od dawna żadne z nas 

stąd się nie ruszało, szafki stoją puste i dziś na kolację 

możemy jeść tylko rybę, którą złapiesz. 

background image

1 3 0 NA SKRAJU PRZEPAŚCI 

- Zapomiałaś o zupie na gwoździu. 

Nie bał się, że umrze z głodu, bo wiedział z doświad­

czenia, że Raven potrafi wyczarować wyśmienity posi­

łek prawie z niczego. Zawsze coś tam znajdzie w za­

mrażarce czy w piwnicy, dosypie szczyptę ziół, włoży 

jakiś listek i już uczta gotowa. 

- Co to jest zupa na gwoździu? - Oglądała swoją 

wędkę, na końcu której nie było już robaka, bo jakaś 

ryba sprytnie go połknęła. 

- Nigdy mama ci nie opowiadała o pewnym bieda­

ku, który miał tylko wodę i gwóźdź? Pewnego razu 

udało mu się kogoś namówić, żeby zrobić wspólnie 

zupę i ten ktoś dołożył swoje zapasy. Chyba mniej 

więcej tak brzmiała ta historia. 

Był wściekły na siebie, że wspomniał o jej matce, że 

przywołał bolesne wspomnienia w krąg ich doskonałe­

go świata. Na szczęście Raven tylko się roześmiała 

mówiąc, że jej mama znała wiele bajek, lecz tej 

najwyraźniej nigdy jej nie opowiadała. Przypomniało 

mu się jednak to coś, o czym od dawna chciał z nią 

porozmawiać i co bez przerwy odkładał na później. 

Oparł głowę o stary bal i patrzył, jak Raven zarzuca 

wędkę, kręci kołowrotkiem i znów ją zarzuca. Robiła 

to świetnie. Tylko że ryby jakoś dzisiaj nie były 

w nastroju do współpracy... 

Była całkowitym przeciwieństwem trzydziestolet­

niej starej panny, którą kiedyś sobie wyobrażał. Gdyby 

nie luźno związane na karku włosy i bujne piersi 

rysujące się pod koszulą, mogłaby uchodzić za chłopa­

ka. Wygimnastykowanego chłopaka, od którego aż 

bije energia. Dzisiaj jednak mimo żartów i przekoma­

rzań wyczuwało się w niej skupienie i zadumę. 

Raven odłożyła wędkę. 

background image

NA SKRAJU PRZEPAŚCI  1 3 1 

- Ryby myślą dziś o czymś innym, wcale nie 

o jedzeniu. Podobnie jak ty. - I stała z rękoma na 

biodrach patrząc na niego. Przestał się uśmiechać. 

- Raven, musimy o czymś porozmawiać. 

- Chyba tak. 

Podał jej rękę, usiadła przy nim pozwalając się 

przytulić. Czekała, aż zacznie mówić. 

- Kiedy tu przyjechałem, narobiłem wiele głupstw, 

byłem bezmyślny. Postępowałem okropnie egoistycz­

nie. -Przesunął kciukiem po jej nadgarstku i wyczuł, że 

jej krew zaczyna pulsować szybciej, podobnie jak jego. 

-W przeszłości popełniałem błędy, ale sam ponosiłem 

ich konsekwencje. Teraz muszę myśleć nie tylko 

o sobie. 

Raven poruszyła się, zaczęła coś mówić, lecz umilk­

ła. Nie chciała mu przerywać. 

- Nasza miłość jest wspaniała, ale nie zawsze 

mądra. - Miał na myśli fale namiętności, które kazały 

im zapominać o całym świecie. Kiedy rozum nie miał 

nic do powiedzenia. - Zdarzało się, że niczym się nie 

zabezpieczałaś. 

Kiedy odkrył, że Raven nie ma żadnego doświad­

czenia, dyskretnie sugerował, co powinna robić, lecz 

czasami oboje o tym zapominali. 

- Pomogłaś mi wziąć się w garść, ale nie musisz za 

to płacić. 

Co byś zrobił, Dawidzie, gdyby nasza namiętność 

miała takie konsekwencje? Zostałbyś ze swoim dziec­

kiem i ze mną tu w tej dolinie? Miała to pytanie na 

końcu języka i bardzo chciała znać na nie odpowiedź. 

- Nie zawsze zachowywaliśmy się rozsądnie - przy­

znała cicho. - Ale nie poczęliśmy dziecka. - Popatrzyła 

w dal. - Nie jestem w ciąży. 

background image

132 NA SKRAJU PRZEPAŚCI 

Zamiast ucieszyć się z tej wiadomości, Dawid 

poczuł ukłucie rozczarowania. A rozczarowanie prze­

rodziło się w złość. Złość w nienawiść do siebie samego. 

Nie miał prawa oczekiwać, że ta śliczna kobieta, która 

dała mu swoją miłość, da również życie jego dziecku. 

- Tak myślałem, ale chciałem się upewnić - powie­

dział w końcu. 

- Nic cię tu nie zatrzymuje. 

- To prawda. 

Czekał, że ogarnie go uczucie pełnej wolności, 

radości z niej, tego, czego przecież tak pragnął. 

Przyciągnął Raven do siebie, wziął ją w ramiona 

i oparłszy policzek o jej głowę patrzył nie widzącym 

wzrokiem w dal, zastanawiając się, dlaczego ogarnęło 

go uczucie smutku. 

Było prawie ciemno, kiedy rozległ się dzwonek 

telefonu. Dawid wyciągnął odruchowo rękę, by chwy­

cić jak najszybciej słuchawkę, nie budząc Raven. 

Wprawdzie natychmiast oprzytomniał, lecz dopiero 

po chwili dobrze zrozumiał wiadomość podaną mu 

pośpiesznie, rwącym się głosem. Wymamrotał, że 

rozumie i dziękuje. Cichutko odłożył słuchawkę, lecz 

kiedy się odwrócił, okazało się, że Raven nie śpi 

i patrzy na niego. 

- Co się stało? - spytała zatroskana. Kochali się 

późnym popołudniem, a potem zasnęli. Nie miał czasu 

wymyślić czegoś, co złagodziłoby cios, odparł więc 

wprost: 

- Chodzi o Simona. Był przeciek. Postrzelili go. 

- Czy on... ? - nie mogła dokończyć. 

- Będzie żył. Dzięki Bogu ten drań, który do niego 

strzelał, nie wie o tym. Ale wie, gdzie ja teraz jestem. 

background image

NA SERAJU PRZEPAŚCI 

133 

- I zjawi się tu, by dopaść ciebie - szepnęła. - Zanim 

dowiesz się tego wszystkiego, o czym wiedział Simon. 

- On chce dopaść nas oboje. Wie, że jestem tu 

z tobą. 

- To co powinniśmy zrobić? 

- Simon leżał przez kilka godzin tam, gdzie go 

zostawił zabójca uważając za martwego. Facet miał 

dużo czasu, by do nas dotrzeć. 

- Więc może już tu jest. I obserwuje nas. 

- Albo szosę. 

- Zostajemy czy wyjeżdżamy? 

- Wyjeżdżamy. 

- Jeżeli obserwuje drogę, to musimy zacierać za 

sobą ślady. 

Nie traciła więcej czasu na zadawanie pytań, tylko 

wyskoczyła z łóżka, zerwała z siebie koszulę, włożyła 

dżinsy, grubą bluzę i wysokie buty. Dawid również 

ubrał się błyskawicznie. 

- Spakuję jedzenie na kilka dni. Ty dopilnuj reszty. 

Pozwolił sobie na chwilę beztroskiego podziwu 

widząc, jak szybko działa, jak sprawnie myśli, jak 

błyskawicznie się rusza, i zajął się tym, co do niego 

należało. 

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

Ciemność była ich sprzymierzeńcem. Dawid powie­

dział Raven, że do wyjazdu muszą się trzymać swojego 

normalnego rozkładu zajęć. Unikali co prawda zbliża­

nia się do okien, lecz usiłowali zarazem zachować 

pozory, że jest to dla nich normalny wieczór. I podob­

nie jak co wieczór, bardzo dużo ze sobą rozmawiali. 

Mimo wszystko Dawid wyczuwał napięcie w głosie 

dziewczyny. 

Podeszła do drzwi i lekko je uchyliła, by zobaczyć, 

co robią psy. Nie było ich jednak tam, gdzie zwykle się 

wylegiwały. Może pobiegły do lasu. Próbowała za­

chować spokój. 

Dawid myślał o niej z sympatią i podziwem. Kocha­

ła przecież te swoje dobermany, jakby to były istoty 

ludzkie. Blada, zabrała się znowu do pakowania. 

Bardzo był zadowolony z tego, że sobie tak świetnie 

radzi. Podziwiał ją za to, że tak dobrze rozumie 

sytuację. Przygotowała przechowywane w piwnicy 

suszone owoce, których przecież nie trzeba było przy­

rządzać i były takie lekkie. Przygotowała konserwy, 

wodę i zwijany materac. Może wszystko się powiedzie, 

a może zostaną zupełnie odcięci od świata i skazani na 

śmiertelną grę w chowanego. Wyprawa przez góry 

mogła trwać kilka dni. Raven przygotowywała się na 

każdą z tych możliwości. 

background image

NA SKRAJU PRZEPAŚCI 135 

Dawid martwił się tylko tym, że jedyną ich bronią 

będzie komplet kuchennych noży i strzelba, którą 

Raven miała na wszelki wypadek zawsze w domu. Do 

tego mieli jeszcze rewolwer Dawida, z którym nigdy się 

nie rozstawał. Wszystko to musi im wystarczyć. 

Kiedy już miał pewność, że niczego nie zapomnieli, 

zawołał ją. Zaplatała sobie włosy w warkocz. 

- Chodźmy, już czas. 

Przytaknęła ruchem głowy, weszła do sypialni, 

zapaliła lampkę przy łóżku. Czekała, aż Dawid pozamy­

ka drzwi i powygasza światła w pozostałych pomieszcze­

niach. Zrobiwszy to przyszedł do sypialni, gdzie odcze­

kali tyle czasu, ile na ogół trwa szykowanie się do spania. 

W końcu ruchem głowy dał jej znak, by zgasiła lampkę. 

- No, skończone. 

Czuł w ciemnościach, że się zbliża. Nie pytał, czy się 

boi. Tylko kretyn by się nie bał w takiej sytuacji. 

Zabójca może być przecież blisko. Położyła mu rękę na 

ramieniu dając znak, że jest gotowa. 

Wyszedł pierwszy, jak kot skradając się do drzwi 

frontowych. Raven za nim. Zawahał się. 

- Niewykluczone, że nasze działania są całkiem 

niepotrzebne, bo może wcale na nas nie czatuje-szepnął. 

- Albo już czatuje, albo niedługo zacznie - odparła 

cicho. - Kiedy się zorientuje, że cię nie zaskoczył, 

domyśli się, że Simon żyje i zdążył cię ostrzec. 

- To Jeter - rzucił Dawid. - Nazywa się Thomas 

Jeter. 

- Musimy założyć, że czeka tam na ciebie. Czeka na 

nas. 

Dawid nie poruszył się, milczał. Raven czekała 

cierpliwie. Po chwili jednak nie wytrzymała i położyła 

mu rękę na ramieniu. 

background image

136 

NA SKRAJU PRZEPAŚCI 

- Dawidzie? 

- Wiem. - I nakrył jej rękę swoją. - Wiem, ale 

najpierw to. 

Jedną ręką objął ją w talii, drugą ujął za tył głowy. 

Dotknął ustami jej ust i wpił się w nie namiętnie, coraz 

zapamiętalej tuląc ją do siebie. Pragnął jej, potrzebo­

wał i bał się o nią, dlatego był taki zachłanny. 

Kiedy wreszcie się od niej oderwał, ujął jej twarz 

w dłonie. 

- Przyrzeknij mi, że cokolwiek by się działo, bę­

dziesz trzymać się w bezpiecznej odległości. - Ogarnęła 

go teraz fala wspomnień o innej kobiecie. O kobiecie, 

która zdecydowała się na głupie poświęcenie. - Przy­

rzeknij mi to. 

Raven rozumiała jego obawy, ale nie mogła mu 

przyrzec czegoś niemożliwego. 

- Nie zrobię żadnego głupstwa - powiedziała wy­

mijająco. 

Trzymał ją jeszcze przez chwilę w ramionach. 

- Musi mi to wystarczyć. 

Pochyliła się, by podnieść niewielką torbę zapasów. 

Dawid jeszcze raz pogładził ją po twarzy, a ona 

ucałowała wnętrze jego dłoni. Musiał się powstrzymać, 

by znów nie przyciągnąć jej do siebie. Stracili już dość 

czasu. Dał jej znak, że czas na nich. 

Porozumiewali się bez słów. Dawid uchylił drzwi 

tylko na tyle, by się przemknąć na zewnątrz. Raven 

zsunęła się z ganku za nim, pod balustradą, gratulując 

sobie, że zmieniła ciężkie buty na mokasyny. Buty 

lepiej by się nadawały w góry, lecz trudno byłoby się 

w nich cicho skradać. 

Mknęła za Dawidem przez podwórko modląc się, 

żeby psy nie wróciły akurat teraz i nie zdradziły ich. 

background image

NA SKRAJU PRZEPAŚCI 137 

Zorientowała się, że Dawid wybrał okrężną drogę, by 

do szosy dotarli w bezpiecznym miejscu. 

Mimo chłodu pot zalewał jej oczy. Bolało ją i piekło 

między łopatkami ze strachu, że tam właśnie trafi ją 

kula. Biegnąc krok w krok za Dawidem zastanawiała 

się, czy jego życie zawsze było czekaniem na prze­

znaczoną dla niego kulę. 

Dawid zatrzymał się dopiero na skraju czarnego 

lasu. Poczekał chwilę, aż Raven złapie oddech i znów 

ruszył do szosy. 

- Nie tędy. - Złapała go za ramię. - Lepiej tędy. 

- Raven, chcę, byś jak najszybciej była bezpieczna. 

- Nie będę bezpieczna, póki Jeter będzie na nas 

polował. - I zanim zdołał jej przerwać, ciągnęła: 

- Mówiłeś, że się domyśli, że Simon cię ostrzegł. 

Domyśli się oczywiście, że ja też o wszystkim wiem. 

Dopóki więc Jeter będzie na wolności, żadne z nas nie 

może czuć się bezpieczne. 

- Ale muszę cię stąd zabrać - upierał się. 

- Ryzykując, że przez to umożliwisz mu dalsze 

działanie? 

- To bez znaczenia. 

Raven poczuła, że jest dla niego ważniejsza niż 

dokonanie zemsty na Jeterze. Nigdy nie powiedział, że 

ją kocha, lecz miała nadzieję, że tak. Nie była to jednak 

stosowna chwila do roztrząsania tego tematu. Znaj­

dowali się w sytuacji śmiertelnego zagrożenia. 

- Owszem, to ma znaczenie dla nas obojga. Musi­

my pozostać tu w dolinie, a jego stąd wykurzyć. 

Skończyć z tym raz na zawsze, bo w przeciwnym razie 

nie zaznamy spokoju. Nie chcę przez całe życie oglądać 

się, czy ktoś do mnie nie strzela. 

- Raven, nie ma czasu na te dyskusje. 

background image

138 NA SKRAJU PRZEPAŚCI 

- Mogłabym go stąd wyciągnąć. Użyjmy mnie jako 

przynęty. 

- Nigdy! - Wpił się palcami w jej ramiona. - Do 

diabła, Raven, nie będę znów ponosił odpowiedzialno­

ści za to, że ten facet kogoś zabije. Nie chcę cię stracić. 

Nie mogę! 

- Wcale mnie nie stracisz. Na grani tamtej góry 

będzie nas widać i my stamtąd będziemy wszystko 

widzieć. Łatwo byłoby się tam bronić. Chciałabym, 

żeby tylko mnie tam zobaczył, żeby go tam przyciąg­

nąć. Reszta będzie twoim zadaniem. 

- A jeśli mi się nie uda? 

- Uda ci się. Gramy o zbyt wysoką stawkę. 

Musiał przyznać, że to jedyny sposób. Nie mógł 

pozwolić, by Thomas Jeter im się wymknął. Ze wzglę­

du na bezpieczeństwo ich obojga. Ze względu na 

bezpieczeństwo Simona. 

- Zgoda - powiedział w końcu. - Wejdziemy na tę 

twoją grań, ale gdyby robiło się zbyt niebezpiecznie, 

natychmiast stamtąd znikasz. 

- Sama? 

- Tak. Sama. 

- Okrążymy tę część jeziora - rzuciła i szybko, 

zanim otworzył usta, by wymusić na niej następną 

obietnicę, dodała: - Ja prowadzę. 

Ruszył miarowo za nią. Przecież lepiej od niego 

znała te góry, a poza tym po sprzęcie, jaki miała, 

zorientował się, że urządzała sobie tam biwaki. 

Wspinali się przez dwie godziny. Bliżej grani las 

zaczął się przerzedzać. Raven doprowadziła Dawida 

do trawiastej polanki usianej granitowymi głazami. 

- Tu nam będzie dobrze - powiedziała rzucając 

bagaż na ziemię i patrząc w dół na dolinę. 

background image

NA SKRAJU PRZEPAŚCI 139 

Stanął przy niej przodem do przepaści. Miała rację 

-widok na dolinę był stąd idealny. Podobnie jak z dołu 

świetnie widać było grań. Stok za nimi, wiodący na 

samą grań, był urwisty, lecz Dawid wiedział, że jego 

towarzyszka pokona go z łatwością i zejdzie na drugą 

stronę unikając niebezpieczeństwa. 

- Nie, doskonale wiem, o czym myślisz. Wcale tam 

nie pójdę. Jesteśmy razem. 

- Ale lepiej poradzę sobie z Jeterem, jak nie będę 

musiał się martwić o ciebie. 

- Nie ruszę się stąd. Ty na pewno go stąd nie 

wywabisz. 

Dawida już zaczął złościć jej upór. 

- Jeśli znasz odpowiedzi na wszystkie pytania, to 

może mnie oświecisz, jak zamierzasz go tu zwabić? 

Raven też się zdenerwowała, lecz nie był to czas na 

gwałtowną wymianę zdań. Chcąc ochłonąć, podeszła 

do swojej torby i rozsunęła zamek. Wyciągnęła konser­

wę i pasek. 

- Chcę go zwabić głupią sztuczką, żeby wyglądało, 

że taka nowicjuszką jak ja popełniła błąd. Ciebie by 

o to nie posądził. Podejrzewałby, że to zasadzka. 

- Zamieniam się w słuch. 

- Około siódmej słońce oświetli w pełni tę górę. 

Odbije się od gładkiego przedmiotu. 

- I ten błysk widać będzie z dołu - podchwycił 

Dawid. 

- Ot, chwila nieuwagi, ale Jeter nigdy nie uwierzy, 

że mogła się zdarzyć tobie. Domyśli się, że tu jestem 

z tobą, a więc będzie uważał, że ma w garści nas oboje. 

Przez moją głupotę. 

Miała rację z tym słońcem. Niechętnie, ale musiał to 

przyznać. 

background image

140 

NA SKRAJU PRZEPAŚCI 

- Zgoda. To może się udać. 

- A jeżeli nie, to jest jeszcze jedna możliwość. 

- Robbie i Kate. 

- Tak, przybiegną tu za mną. -I dodała szeptem: 

- Jeżeli będą w stanie. 

Podszedł do niej, zanurzyli się w trawie, objął ją 

ramieniem. 

- Na pewno będą w stanie - szepnął jej do ucha. 

-Jeter to nie głupiec, ale wątpię, czy dałby sobie radę 

z dwoma dobermanami. Przyprowadzą go prosto do 

nas. To bardziej w jego stylu: obserwować i iść ich 

śladem. 

Raven nie wierzyła w ani jedno słowo z tego, co 

oboje powiedzieli, zresztą Dawid podobnie. Lepiej 

jednak było myśleć w ten sposób niż całkiem się 

pogrążać. Udając więc, iż wierzy, że psy żyją, patrzyła, 

jak Dawid zakłada obóz, pozbawiony ogniska. Kiedy 

opowiedział jej o grzechotniku, na którego natknął się 

na skale, przyznała, że woli pozostać na trawiastej 

polance. 

Musieli jeszcze ustalić, kto pozostanie na straży. 

Dawid upierał się, że to on powinien czuwać przez całą 

noc. Ona nie chciała o tym słyszeć. 

- Do diabła, Raven, wiem, że się do tego nadajesz, 

uważam tylko, że nie musisz tego robić. 

- Ale ja chcę i będę. Uważam, że potrzebujesz 

odpoczynku bardziej niż ja. Nasze życie może zależeć 

od twojego refleksu. Powinien to rozumieć nawet taki 

mężczyzna ze stali jak Dawid Canfield. Weź więc 

pierwszą zmianę. Zastąpię cię za trzy godziny. 

Poszła położyć się na swoim materacyku. Dawido­

wi chciało się śmiać. Jakże łatwo go pokonała. Ani 

przez chwilę teraz nie wątpił, że ona da sobie świetnie 

background image

NA SKRAJU PRZEPAŚCI 

141 

radę. Przekręciła się na bok i po chwili usłyszał jej 

miarowy oddech. Zastanawiał się, czy śpi naprawdę, 

czy udaje. 

- Niezwykła z ciebie kobieta, szanowna Raven 

McCandless - szepnął żartobliwie i zajął swój poste­

runek. 

- Dawidzie - potrząsnęła go za ramię, bo przysnął 

pod koniec swojej zmiany. - On jest tutaj. 

Zauważył, że słońce już wzeszło. Odrzucił przy­

krycie i podszedł do skraju przepaści. W dole zobaczył 

idącego dnem doliny człowieka. 

- To Jeter! I założę się, że jest uzbrojony. 

Odwrócił się i zobaczył metalową puszkę ustawioną 

przez Raven. Odbijała już promienie słońca. Za chwilę 

ten blask będzie oślepiający. Spojrzał na dziewczynę 

- jej jaskrawa koszula, dżinsy, a przede wszystkim 

pasek z metalową klamrą odbijającą słońce sprawiały, 

że Rawen mogła się stać znakomitą tarczą strzelniczą. 

Nagle serce zabiło mu mocniej. Ogarnął go parali­

żujący strach. 

- Raven, zdejmij ten pasek! 

Coś mu odpowiedziała, ale nie usłyszał, bo wiatr 

wiał w przeciwną stronę. 

- Na miłość boską! Zdejmij ten pasek! Jeter to 

snajper. Wystarczy, że strzeli tylko raz. - Dyszał 

ciężko, zamknął oczy. - Proszę cię, zdejmij ten pasek! 

Zdumiona jego zapamiętaniem, w końcu sięgnęła 

do klamry, rozpięła ją i pasek upadł na ziemię. Spojrzał 

na Raven z ulgą. W jego spojrzeniu dostrzegła jeszcze 

coś, co sprawiło, że zaparło jej dech w piersi. 

- Zrobiłaś swoje - powiedział z napięciem. - Teraz 

się ukryj. Jeter nie dotrze tutaj przed zmrokiem. 

Nie sprzeczała się z nim. 

background image

142 

NA SKRAJU PRZEPAŚCI 

- Ale dasz mi znać, jeżeli zobaczysz Robbie'ego 

i Kate? 

Tylko skinął głową. Miał ponury wyraz twarzy. 

Pewnie psy nie żyją. Nigdy przecież tak się nie 

oddalały. Nie mogła jednak uwierzyć, że już nigdy ich 

nie zobaczy. 

Posłusznie ruszyła przed siebie. Zaczęła się wspinać 

na porośnięte trawą wzniesienie. 

- Jeśli coś się wydarzy, nie trać czasu, uciekaj nawet 

najtrudniejszą drogą i nie oglądaj się za siebie. Jeter 

przecież nie zna tych gór tak jak ty. Przyrzeknij, że 

w razie czego nie będziesz zwlekała. 

Zesztywniała, wstrząsnął nią dreszcz, pochyliła się 

naprzód, jakby zadano jej cios. Ta chwilowa słabość 

jednak szybko minęła. 

- Na pewno nie będę się oglądała za siebie - rzuciła 

cicho. 

Przedzierała się między głazami w stronę wielkiego 

otoczaka, który wyglądał jak forteca. Po chwili znik­

nęła za nim. Polanka opustoszała. Dawid był sam. 

Przesunął się na sam skraj przepaści i skoncentrował 

wyłącznie na człowieku, który wędrował doliną. 

O zmroku Raven przyklękła przy Dawidzie. Przez 

cały długi dzień pozostawała w ukryciu, wychodząc 

z niego od czasu do czasu tylko po to, by dać 

Dawidowi coś do jedzenia i picia. Teraz też przyniosła 

mu trochę wody. Woda była ciepła, miała metaliczny 

smak, lecz zaspokajała pragnienie. 

- No i co? - szepnęła. 

- Od kilku godzin nic. 

- Myślisz, że wie, że jesteśmy tutaj? 

- Na pewno. Jest przecież taki sprytny i przebiegły, 

background image

NA SKRAJU PRZEPAŚCI 143 

że udało mu się działać pod nosem Simona. Nas też 

znajdzie. To tylko kwestia czasu. - Dotknął jej poli­

czka zastanawiając się, czy jeszcze kiedyś będzie mógł 

wziąć ją w ramiona. 

Ujęła go za nadgarstek i ucałowała w miejsce, które 

dotykała palcami. Uśmiechnęła się i wstała. Słyszał, 

jak depcze suchą jesienną trawę, lecz patrzył w dół 

pilnując dojścia do kryjówki. 

- Robbie! 

Usłyszał jej krzyk, zerwał się z granitowej płyty, był 

przerażony tym, co ona robi. 

- Stój! 

Lecz było za późno. Biegła przez polankę na 

spotkanie czarnemu psu, który potykając się pędził do 

niej. 

- Raven! - zawołał znowu, lecz było już za późno. 

Z zarośli poniżej wyskoczyła jakaś postać i rzuciła 

się na dziewczynę obezwładniając ją. To Jeter, którego 

Dawid nigdy dotąd nie widział na oczy. Trzymał 

rewolwer przy skroni Raven. 

Koszulę na ramionach miał przesiąkniętą krwią, 

która spływała po rękawach. Była to jednak krew psa, 

a nie jego własna. Wciągnął ranne zwierzę aż tu na 

górę, po to, by dostać Raven w swoje ręce. Dawid 

z goryczą uznał, że to nie lada wyczyn. 

Raven stała jak sparaliżowana, blada, milcząca. 

Jeter trzymał ją jak w kleszczach, tyłem do siebie. Całą 

szyję miała w krwi Robbie'ego. 

Jeter wyszczerzył zęby w uśmiechu i dał znak 

Dawidowi, żeby rzucił broń. Dawid nie mógł opano­

wać wściekłości. Chciał zabić tego mężczyznę, który 

ważył się podnieść rękę na Raven w tak nikczemny 

sposób. Perfidny uśmieszek na twarzy Jetera mówił 

background image

144 NA SKRAJU PRZEPAŚCI 

mu, że pragnie tego samego: zabić Dawida. Lecz jaką 

szansę miała Raven? Dawid rzucił rewolwer na ziemię. 

Usiłował nie myśleć o Raven i skupić się tylko na 

Jeterze. A ten zbliżył się na odległość strzału, którego 

jednak nie oddał. Chciał się najpierw porozkoszować 

sytuacją. Dawid miał nadzieję, że to jedyna szansa 

Raven. 

Próbował ocenić możliwości Jetera. Był potężnie 

zbudowany, co nie rzucało się tak w oczy, kiedy nosił 

dobrze skrojone eleganckie garnitury. 

- Gratulacje dla wyśmienitego krawca! - rzucił 

Dawid z ironicznym uśmieszkiem. 

- Miał w tym swój udział - skwitował jego uwagę 

Jeter. 

- Miał? 

- Tak. Czas przeszły. Twój ukochany Simon podo­

bnie. 

Czyżby ten bezczelny drań uważał, że zabił Simona? 

Nikła szansa, ale jedyna. 

- Taki szczany lis jak Simon nie da się przechyt­

rzyć jakiemuś palantowi i zdrajcy. 

- Nie wysilaj się. Widziałem, jak umierał. 

- Może go powaliłeś, ale niekoniecznie wykoń­

czyłeś. Bo jak myślisz, kto nas ostrzegł? Kto wiedział, 

gdzie jestem? 

- Każdy mógł się dowiedzieć. Ja, na przykład, 

wykryłem, skąd ta panienka dzwoniła do Simona. 

Była, zdaje się, z tobą na uroczystości ku pamięci tej 

egzaltowanej idiotki, Helen Landon. 

- A kto mnie szukał? Prócz człowieka, który miał 

pewność, że nikt nigdy nie odkryje jego powiązań 

z Helen Landon? - Kątem oka dostrzegł, że coś się 

z boku poruszyło, lecz nie mógł ryzykować, by zoba-

background image

NA SKRAJU PRZEPAŚCI 145 

czyć co, bo musiałby spuścić z oka Jetera, który 

teatralnym chwytem obezwładniał milczącą Raven. 

- Simon zbyt wiele wiedział, co? Poza tym nie byłeś 

pewien, ile wie. Musiałeś dostać nas obu. Ale z Simo­

nem ci się nie udało. 

- Kłamiesz! - wrzasnął Jeter, lecz w tonie jego głosu 

wyczuwało się nutę niepewności. 

- Naprawdę? 

Za Jeterem znów coś się poruszyło, zafalowała 

trawa, przemknął jakiś cień. 

- Dość tego! - ryknął. - Kończmy te gierki! Stawaj 

tam na skraju przepaści, Canfield! 

Dawid zawahał się, lecz Jeter w odpowiedzi odciąg­

nął głowę Raven za warkocz do tyłu i wbił lufę 

rewolweru w jej policzek. W kąciku jej ust pokazała się 

krew. 

- No, ruszaj się! - wrzasnął. 

- Dawidzie, nie! - krzyknęła Raven. 

Dawid przesunął się bliżej przepaści. Następny cios 

wymierzony Raven przez Jetera mógłby ją śmiertelnie 

zranić. Nie miał wyboru. 

- Przez cały czas to ty maczałeś w tym palce! Helen 

Landon też wmanewrowałeś! 

- Koniec dyskusji. Skaczesz pierwszy. Za tobą 

szanowna panienka. Tyle wypadków zdarza się pod­

czas wspinaczki. 

- Simon i tak się domyśli. 

- Simon nie żyje. 

- To kto mnie ostrzegł? 

- Zamknij się! - Jeter tracił pewność siebie. 

Znów pociągnął Raven za warkocz i wykręcił jej 

głowę tak boleśnie, że wydała zduszony jęk. Dawid 

struchlał. Nie obchodziło go to, co Jeter robi z nim, bo 

background image

146 NA SKRAJU PRZEPAŚCI 

dzięki temu Raven zyskiwała na czasie. Posłyszał świst 

odbitej rykoszetem kuli i usłyszał, jak Raven przerażo­

nym głosem wykrzykuje jego imię. Zebrał się w sobie 

i rzucił naprzód. W tej samej chwili kątem oka 

dostrzegł, że z zarośli wypada coś czarnego. 

Sześćdziesieciokilogramowy rozjuszony pies powa­

lił Jetera na ziemię. Raven była wolna. Jeter chciał ją 

znów chwycić, lecz Robbie wbił mu błyszczące kły 

w rękę. Jeter wrzasnął, usiłował skierować lufę rewol­

weru na rannego psa. Dawid kopnięciem wytrącił mu 

broń z ręki. 

Oszalały Jeter zaczął na oślep walić tą ręką psa. 

- Robbie! - krzyknęła Raven przywołując ulubień­

ca do porządku. 

Walka była skończona. Robbie przypełzł resztką sił 

do swojej pani ciągnąc brzuchem po ziemi. 

Dawid zerknął, czy Raven nie jest ranna. Pochylała 

się nad psem, była pokrwawiona, lecz nie swoją krwią, 

tylko Robbie'ego. Dawid pochylił się nad powalonym 

i unieszkodliwionym Jeterem. 

Na ciemnym niebie, rozjaśnionym jeszcze tylko 

gdzieniegdzie promieniami gasnącego słońca, wscho­

dził księżyc. Lecz nie była to odpowiednia chwila, by 

rozkoszować się piękną porą spotkania dnia z nocą. 

Dawid podszedł do Raven. Siedziała w ciemnościach 

głaszcząc nieruchome ciało Robbie'ego. Mimo że 

mokra od rosy trawa wyciszała kroki Dawida, wie­

dział, że Raven go słyszy. 

Spojrzała na niego smutno się uśmiechając. Przy­

klęknął przy psie i też zaczął go głaskać. Łeb Rob­

bie'ego spoczywał na kolanach Raven. Przytuliła do 

niego policzek. Pies poruszył się i polizał ją po ręce. 

background image

NA SKRAJU PRZEPAŚCI 147 

Panowała zupełna cisza, ucichł nawet wiatr. Raven 

wyprostowała się i wtedy Dawid zobaczył, że ma suche 

oczy. 

- Już odszedł - szepnęła próbując stłumić żal. 

- T a k . 

Spojrzał na dolinę, przypomniał sobie, jakim zgorz­

kniałym człowiekiem był jeszcze tak niedawno. Myśląc 

o przeszłości i o Helen Landon nie czuł już gniewu ani 

nie miał poczucia winy. Nieważne, co Helen zrobiła, 

nieważne, z jakiego powodu, ważne było to, że dzięki 

niej spotkał Raven. 

Tu, na tym skalistym zboczu, zrobiłby wszystko, by 

chronić tę wspaniałą kobietę. W imię miłości. Nie 

żądając nic w zamian. 

Zrobiło się chłodno, wstał więc, by rozpalić ogień 

i dać Raven gorącej czekolady. Lecz najpierw podszedł 

sprawdzić, co z Jeterem, który leżał związany jak 

mumia. 

Wkrótce czekolada była gotowa, ale Raven nie 

mogła jej przełknąć, trzymała tylko kubek ogrzewając 

sobie nim ręce. 

Usiadł obok i przytulił ją do siebie. Jej głębokie 

westchnienie powiedziało mu więcej, niż wyraziłyby 

słowa. Dotknął ustami jej włosów i siedząc tak od­

ważył się myśleć o przyszłości. Jutro zniesie Jetera. 

Potem wróci po Raven i Robbie'ego. 

Będzie musiał pojechać na jakiś czas do Waszyng­

tonu, lecz kiedy już będzie wolny, wróci do doliny. 

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

- Raven się odzywała? 

Dawid potrząsnął przecząco głową, unikając bada­

wczego wzroku Simona. Podszedł do okna, które 

wychodziło na teren szpitala. Simon będzie tu jeszcze 

przez kilka tygodni, a potem okres rekonwalescencji 

chce spędzić w dolinie. Lekarze zapewniali go, że 

w pełni powróci do zdrowia. 

- To co tu jeszcze robisz? - huknął Simon. - Jeter 

poszedł już w odstawkę. Wiemy, kim był i dla kogo 

pracował. Poza tym był pionkiem. Po prostu bubek, 

który chciał szybko i za wszelką cenę zrobić karierę. 

- A Helen Landon zapłaciła za jego ambicje. 

- Dawid uderzył pięścią w parapet, aż zadrżały szyby. 

- Wykończył ją. Przy mojej pomocy. 

- Nie powinieneś mieć wyrzutów sumienia. Helen 

była dokładnie taka, jak ją opisała jej babka. Głupia 

manipulatorka, którą to wszystko przerosło. - Simon 

zmarszczył brwi. - To ja popełniłem błąd. Źle ją 

oceniłem. Niedostatecznie sprawdziłem. Zaślepiły 

mnie jej niektóre rzeczywiście niezwykłe możliwości. 

- Westchnął głęboko. - Powinienem to wszystko 

przewidzieć. 

- Simonie, po co... 

- Jeter się potknął. Zdradziła go niecierpliwość. 

Rzucał się jak kogut. Nalegał, by ciebie zwolnić. 

Zlikwidować. Zdradził się. Mówił o sprawach, o któ-

background image

NA SKRAJU PRZEPAŚCI 

149 

rych nie powinien wiedzieć. Nagle się okazało, że 

babka Helen to wcale nie zdziecinniała staruszka. 

Wszystko, co powiedziała, było prawdą. Helen chciała 

błyszczeć. Przeć do przodu. W tym celu posłużyła się 

Jeterem. Kiedyś zgłosił się do niego jakiś pułkownik 

i sprzedał mu pewną drobną, ale ważną informację. 

Wtedy zrozumiała, że popełniła błąd, ale było za 

późno. 

- Simonie... 

- Daj mi skończyć, do diabła! - Podjechał na 

wózku bliżej do Dawida. - Powinienem się zorien­

tować o wiele wcześniej. Numer telefonu, który mi 

podałeś... 

- Nie kryło się za nim nic konkretnego. 

- Ten drań musiał mi go wysylabizować. Myś­

lałem, że chodzi mu tylko o mnie. A on zdradził też 

ojczyznę. Nie doceniałem go. A kiedy w końcu stwier­

dziłem, że dwa dodać dwa równa się cztery, już mnie 

dopadł i chciał mi na zawsze zamknąć usta. Ty byłeś 

następny na jego liście. Odnalazł numer telefonu 

Raven, pojechał na uroczystości żałobne poświęcone 

Helen i tam was razem zobaczył. Łatwo mu poszło. 

Simon wyglądał na zmęczonego. Nagle się po­

starzał. Choroba zrobiła swoje. 

- Moja pomyłka omal nie pozbawiła cię życia. 

- Nie sposób wszystkich bez przerwy mieć na oku. 

Jeter był samotnym wilkiem, który ukrył się w stadzie. 

Był tak przebiegły, że udało mu się uniknąć poważniej­

szych podejrzeń. A Helen była naprawdę cholernie 

dobrą agentką, póki woda sodowa nie uderzyła jej do 

głowy. Nie ty, tylko ona zagrażała memu życiu. Potem 

mi je podarowała. Spłaciła dług. Teraz kolej na Jetera. 

- Dużo czasu upłynie, zanim ten łajdak ujrzy 

background image

150 

NA SKRAJU PRZEPAŚCI 

światło dzienne. Jeżeli w ogóle kiedyś to nastąpi. -Ton 

głosu Simona zmienił się, nie był taki ostry. - A więc to 

tyle. Uporałeś się jakoś z tym wszystkim, co się stało? 

- Tak, patrzę już na to z dystansem. 

- A co z twoim cholernym sumieniem? 

- Czy mężczyzna, który nie ma wyrzutów sumie­

nia, może być nadal mężczyzną? 

- Dawid Canfield na pewno. - Simon podał mu 

rękę, a potem nakrył jego dłoń swoją. - Powodzenia, 

Dawidzie. Niech ci się wiedzie w życiu. Kiedy zjawisz 

się w dolinie, ucałuj ode mnie Raven i powiedz, że za 

kilka tygodni podziękuję jej za wszystko osobiście. 

- Czyli już wiesz. 

- Że Straż już cię straciła? No pewnie. Ale kto 

wybrałby Straż, kiedy by na niego czekała taka kobieta 

jak Raven? 

- Myślisz, że czeka na mnie? Sprawiłem jej tyle 

bólu. Czasami zachowywałem się jak ostatni drań. 

- Ale ją kochasz. Ona też cię kocha. 

- Kochała, ale tyle się zdarzyło... Nie daje znaku 

życia od kilku tygodni. 

- Ale przecież też wiele przeżyła i musiała się jakoś 

z tym wszystkim uporać. Straciła Robbie'ego, potem 

znalazła Kate. 

- Do obu psów Jeter strzelał z ukrycia. Tylko że 

Robie'ego nie zabił, lecz zranił. 

- To wszystko było dla niej okropne, ale ona się nie 

załamie. Jest naprawdę silna. Ty też swoje przeżyłeś. 

Raven nie chce wywierać na ciebie nacisku. Chce, byś 

sam zdecydował. 

- Ale ja już wiem, czego chcę. Chcę jej, chcę żyć 

i mieszkać z nią w dolinie. 

- To po co tu jeszcze sterczysz? Jedź do niej. 

background image

NA SKRAJU PRZEPAŚCI  1 5 1 

- Ale obaj wiemy, że czasami trudno będzie ze mną 

wytrzymać. Lata spędzone w Straży zrobiły swoje. Nie 

można ich nagle przekreślić czy wymazać. Czy to 

w porządku narażać ją na to wszystko? 

- To ona powinna sama zdecydować. 

- Masz rację. - Dawid uśmiechnął się z przymu­

sem. - Dean Madison zaproponowała mi pracę. 

Widziałbyś we mnie profesora uczelni? 

- Na pewno. 

- Ale tylko przy Raven - odparł Dawid i uprzytom­

nił sobie, że wciąż trzyma za rękę Simona. Uścisnął ją 

więc jeszcze raz. 

- Trzymaj się, przyjacielu, i życz mi szczęścia. 

Kiedy stał już w drzwiach, usłyszał za sobą: 

- Już je masz. 

- Zobaczymy. 

- Chyba jeszcze nigdy aż tak się nie bałeś? - za­

chichotał Simon. - Nawet różnych ciemnych typów? 

- Zgadza się. - Uśmiechnął się krzywo i pomachał 

Simonowi dłonią na pożegnanie. 

Raven oparła głowę o bal pomostu i wsłuchiwała się 

w ciszę. Popołudniowe słońce ogrzewało jej twarz. 

Babie lato, jej ukochana pora roku. Jasne, za­

snute mgiełką dni. Właśnie o tej porze zawsze 

odzyskiwała zupełny spokój i żyła w zgodzie ze 

swoim światem. Lecz tym razem było inaczej. Trawił 

ją niepokój, była zdenerwowana. Ciemne noce w do­

linie i przystrojone płomiennymi barwami dni zupeł­

nie jej nie cieszyły. 

Dzisiaj obudziła się w dziwnym nastroju, ubrała się, 

rozebrała, ubrała znowu. Nic jej nie odpowiadało. 

Wszystko ją bolało. Zmarnowała godzinę przy stoliku 

background image

152 

NA SKRAJU PRZEPAŚCI 

i nic nie ulepiła. Zbyt często wzrok jej wędrował 

w stronę telefonu, który nie dzwonił. 

Co z Simonem? Jak się czuje? Czy ma przy sobie 

przyjaciół? Czy jest przy nim Dawid? 

Dawid. 

Zawsze Dawid. 

Serce waliło jej jak młotem. W domu wydawało się 

duszno. Ubranie ją uwierało. Znów zaczęła się ubierać 

i przebierać. Sięgnęła po koszulę z koronkami - ulu­

bioną koszulę Dawida. Miękki materiał otulił jej nagie 

ciało jak mgiełka. 

Ścieżka nad jezioro wydała się bardzo zachęcająca. 

Połyskliwa woda zapraszała. Raven nabrała ochoty na 

kąpiel. 

Deski pomostu zaskrzypiały i ucichły, jakby ktoś na 

nie wszedł i zatrzymał się. Nie była w stanie się 

odwrócić, nie mogła złapać oddechu. Powiew wiatru 

pieścił pasma błyszczących w słońcu włosów, które 

wysunęły się z upiętego luźno koka. Szkarłatne liście 

tańczyły po deskach pomostu kusząc, kierując wzrok 

Raven w stronę Dawida. 

Lecz nie był to Dawid, którego tak dobrze znała, 

tylko przystojny mężczyzna z marsem na czole, pełen 

rezerwy, mężczyzna, którego zobaczyła po raz pierw­

szy w życiu. Miał na sobie ciemne obcisłe spodnie. 

Jedwabna koszula miała kolor ciemnego turkusu. 

Dawid wyglądał jak doświadczony podróżnik przyby­

ły z innego świata. Świeża siwizna na skroniach 

sygnalizowała jednak, ile w tym świecie może być 

cierpienia i zmartwień. 

Przystojny, elegancki, posępny. Ten sam Dawid, ale 

wyglądający obco. 

Raven głęboko westchnęła i odwróciła wzrok. 

background image

NA SKRAJU PRZEPAŚCI 153 

Znów usłyszała jego kroki. Zanim się ruszyła, już był 

przy niej. Podniosła głowę i przesuwając wzrokiem po 

jego postaci przyjrzała mu się z bliska. I doznała 

wstrząsu, bo owszem, był elegancki i przystojny, lecz 

nie był posępny ani nieprzystępny. W jego oczach 

dostrzegła, jakie uczucia nim miotają. 

Patrzył na nią, pochylił się i znajomym, pełnym 

kurtuazji gestem podał jej rękę. U jej stóp szemrała woda, 

w krzewach grał świerszcz, nad doliną rozległo się przeraź­

liwe wołanie jastrzębia, lecz ona niczego nie słyszała. 

Powoli, z bijącym sercem podała mu rękę. Ich 

dłonie się spotkały, palce zacisnęły w mocnym uścisku 

ogrzanym słońcem. Pomógł jej wstać, przyciągnął do 

siebie i zaczął z nią wirować jak szalony. Tulił ją 

i całował, szeptał czułe słowa, znów całował. 

- Bałem się. 

- Że pójdę sama pływać? - Chciała usłyszeć to, co 

widziała w jego oczach. Słowa prawdy. 

Wyciągnął szpilki z jej włosów, wsunął dłoń w ich 

gęstwinę. 

- Bałem się, że nie będziesz mnie chciała - powie­

dział szorstkim, stłumionym głosem, bo trudno mu 

było wyznać prawdę. 

Dotknęła jego twarzy i nie mogąc znieść malującego 

się na niej napięcia przylgnęła policzkiem do jego 

ramienia. 

- Chcę cię, Dawidzie. Zawsze będę cię chciała. 

Odetchnął głęboko, wstrząsnął nim dreszcz. Przesu­

nął ręką po jej plecach i przytulił ją, jakby chcąc ulżyć 

sobie w bólu długiego rozstania. Chciał zapanować 

nad swoim głosem. 

- Nie będziesz miała ze mną łatwego życia. Jestem 

trudny, mam humory. 

background image

154 

NA SKRAJU PRZEPAŚCI 

- Wiem, wspomnienia przeszłości nie mogą nagle 

przestać cię nękać - szepnęła. 

- Na tym polega moja słabość. 

- To nie słabość, Dawidzie, to twoja siła. 

- Przyjechałem tu po to, by odzyskać spokój. Ty mi 

go dałaś i ty dałaś mi siłę. Kocham cię, Raven. 

Oczy jej błyszczały. Była piękna. Nigdy nie była tak 

piękna. Należała do niego. A jednak miał uczucie 

niedosytu. 

- Powiedz mi... 

Raven znieruchomiała. 

Chciał podejść i znów wziąć ją w ramiona. Ta 

dumna, odważna kobieta była jego miłością, miłością, 

za którą oddałby życie. Tylko jedno się liczyło. 

- Powiedz mi. - Głos miał chropawy, pełen bólu, 

musiał usłyszeć słowa,

 które kiedyś wydawały mu się 

bez znaczenia. Teraz potrzebował ich, nie potrafił się 

bez nich obejść. Nie potrafił nad sobą panować. 

- Dobry Boże, Raven, powiedz mi... 

Odwróciła się, uniosła głowę. W jej oczach błysz­

czały łzy. 

- Kocham cię, Dawidzie. -I uśmiechnęła się tak 

cudownie, że omal nie oszalał. - Kocham cię. 

Była jego słońcem, jego nadzieją. A kiedy uśmiecha­

ła się do niego przez łzy, poczuł, że jest nie tylko jego 

miłością, lecz także jego życiem. 

- Raven... 

Dłonie miał zaciśnięte w pięści. Pragnął jej. Pragnął, 

by zawsze z nim była. A może coś źle zrozumiał? Czy 

nie było już za późno? Może nie potrafiła opanować 

strachu przed tym, co stanowi istotę miłości? Bo 

przecież płacze, a od tak dawna nie płakała... Musi się 

dowiedzieć. Czy miłość wystarczy? Cierpiał, nie po-

background image

NA SKRAJU PRZEPAŚCI 155 

trafił sobie poradzić z własnymi problemami. Lecz 

przede wszystkim okropnie się bał. Kameleon, dumny 

samotnik ze Straży, był przerażony. Była jego życiem, 

lecz może ją stracił? 

Na jej rzęsach zawisła łza i potoczyła się po 

policzku. Otarł palcem kryształową kroplę, w której 

zawierał się jego świat. 

- Raven?... 

Uśmiechnęła się czarująco, jej spokój zapierał dech. 

Dotknęła ustami jego ręki w miejscu, gdzie spadła jej 

łza. 

- Nigdy nie myślałam, że będę taka szczęśliwa. Nie 

myślałam, że będziesz chciał usłyszeć, że cię kocham. 

Dawid zadrżał, zachwiał się. To właśnie jest miłość: 

ból, oczarowanie i łzy radości. 

- A nasi pierwsi synowie? Może najpierw będziemy 

mieć Simona? A może Colina? 

- Najpierw Simona, a potem Colina. Ale później 

chciałabym mieć Dawida. 

- W takim razie do roboty, moja kochana - roze­

śmiał się, lecz od razu spoważniał. - O Boże, kochanie, 

już myślałem... 

- Ciii... - Położyła mu rękę na barku, a kiedy 

rozwarł ramiona, wtuliła się w niego. - Nie mogłeś 

mnie stracić. Nigdy mnie nie stracisz. 

Gładził palcami jej włosy i tulił w ramionach. Drżał. 

Pragnął słyszeć jej słowa, pragnął słyszeć, że go kocha. 

Stali wtuleni w siebie w słońcu, otoczeni cichym 

majestatem gór. 

- Ale może zanim zabierzemy się do produkcji 

szkockich maluchów, pojedziemy na małą uroczystość 

zwaną ślubem? 

- Zrobimy to później. - Uniosła się na palcach, by 

background image

156 

NA SKRAJU PRZEPAŚCI 

go pocałować. Koszula zsunęła jej się kusząco z ramie­

nia. - O wiele później. 

Patrzył na nią z czułością, przygarnął do siebie. 

- Tylko zbytnio z tym nie zwlekajmy. To nie 

byłoby rozsądne. 

- Zgoda. - Zaśmiała się ubawiona swoim małym 

podstępem i zsunęła z siebie bawełnianą koszulę 

z koronkami, która opadła u jej stóp. 

- Dawidzie - szepnęła - kocham cię. 

KONIEC