background image

JULIE GARWOOD 

RÓŻOWA 

Czas Róż 

Tytuł oryginału ONE PINK ROS 

Przełożyła Ewa Mikina

 

background image

PROLOG

 

Dawno temu żyła sobie niezwykła rodzina. Nazywali się Clayborne'owie, a łączyły ich 

więzy silniejsze niż więzy krwi. 

Poznali się, gdy będąc jeszcze wyrostkami szlifowali bruki nowojorskich ulic: Adam, 

zbiegły niewolnik, doliniarz Douglas, rewolwerowiec Cole i wydrwigrosz Travis, i przetrwali 

trzymając  się  razem  i  wspólnie  broniąc  przed  silniejszymi  od  nich.  Gdy  w  swoim  zaułku 

znaleźli  maleńką  dziewczynkę  -  podrzutka,  poprzysięgli  sobie,  że  zapewnią  jej  szczęście  i 

ruszyli na Zachód. 

Przewędrowali szmat kraju, aż w końcu osiedli na niewielkim skrawku ziemi w sercu 

Montany, który nazwali Różanym Wzgórzem. 

Jak żyć uczciwie dowiadywali się z listów matki Adama, Róży; jej zawierzali swoje 

lęki, nadzieje i marzenia, a ona obdarzała ich najserdeczniejszą miłością. 

Z czasem zaczęli ją traktować jak własną matkę i nazywać mamą Różą. 

Po  długich  dwudziestu  latach  Róża  zamieszkała  wreszcie  ze  swoimi  chłopcami.  Jej 

przyjazd był  wielkim  świętem, ale i  przyczyną zamieszania. Zamężna już córka oczekiwała 

pierwszego dziecka, a synowie wyrośli na porządnych ludzi. Dobrze się im wiodło, ale mamie 

nie podobało się, że ciągle są kawalerami i nie kwapią się do żeniaczki. A że wierzyła, iż Bóg 

pomaga tym, którzy sami sobie pomagają, pozostawało jej tylko jedno. Musiała się wtrącić. 

background image

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Thomas Hood, „Time of Roses” 

 

Nie w zimie z naszych wróżb 

Wyczytał los kochanie. 

Był czas kwitnienia róż –  

Rwaliśmy je w altanie. 

 

Przeł. Wojciech Usakiewicz 

background image

Różane Wzgórze, 

Montana Valley, 1880 

Travis  najpoważniej  w  świecie  rozważał  możliwość  zamordowania  człowieka. 

Najmłodszy brat wrócił właśnie z wypadu na południe Terytorium. Zamierzał przenocować w 

domu i podjąć pościg na nowo. Do tej pory łotr mu się wymykał. Już myślał, że go ma, gdy 

ten  jakby  się  rozpłynął  w  powietrzu.  Travis,  wściekły,  musiał  przyznać,  że  go  frant 

przechytrzył. A jakże, uchyli przed nim kapelusza, że taki zmyślny, a potem zastrzeli. 

Nie  odpuści.  Winowajca  zwał  się  Daniel  Ryan  i  popełnił  grzech,  którego  wybaczyć 

nie  można.  Oszukał  słodką,  niewinną  damę  o  złotym  sercu,  a  mówiąc  dokładnie  -  mamę 

Różę.  Popełnił  niegodziwość,  za  którą,  w  oczach  Travisa  nawet  śmierć  nie  mogła  być 

zadośćuczynieniem. Mściciel powtarzał sobie, że sprawiedliwość jest po jego stronie. 

Wieczorem odczekał, aż matka położy się spać, by omówić rzecz z braćmi. Siedzieli 

rzędem na ganku: nogi na poręczy, głowy odchylone do tyłu, oczy zamknięte. 

W chwilę potem jak Róża poszła na górę, dołączył do nich szwagier, Harrison. Miał 

im właśnie powiedzieć, że wyglądają na zadowolonych z życia, gdy Travis obwieścił swoje 

zamiary.  Harrisonem  aż  zatrzęsło.  Łagodnie  nadmienił,  że  jego  skromnym  zdaniem 

złodziejaszkiem  powinien  się  zająć  wymiar  sprawiedliwości  i  że  ów  człowiek,  jak  każdy 

mężczyzna i  kobieta w tym kraju,  ma prawo do sprawiedliwego wyroku. Jeśli sąd orzeknie 

winę, szubrawiec trafi do więzienia, ale żeby od razu zabijać z zimną krwią? 

Namaszczona  oracja  Harrisona  pozostała  bez  odpowiedzi.  Z  wykształcenia  prawnik, 

miał  zwyczaj  rozwodzić  się  nad  każdym  drobiazgiem.  Rozczulająca  była  dla  braci  ta  wiara 

szwagra w sprawiedliwość dla wszystkich. Mąż ich siostrzyczki, człek poczciwy, pochodził 

wszak ze Szkocji i miał bardzo naiwne wyobrażenia o prawach Dzikiego Zachodu. Może w 

doskonałym świecie niewinny jest chroniony, a złoczyńcę spotyka zasłużona kara, ale oni nie 

żyli w doskonałym świecie, tylko w Montanie. 

Poza tym,  jaki stróż prawa będzie się uganiał za byle zaskrońcem,  gdy  wokół roi się 

od śmiertelnie kąsających grzechotników? 

Harrison  ani  myślał  przychylać  się  do  poglądów  Clayborne'ów.  Oburzony 

przypomniał Travisowi, że prawnik ma obowiązek postępować jak człowiek honoru, zamiast 

ścigać  złodzieja,  który  okradł  ich  matkę.  Poradził  nawet  Travisowi,  żeby  raz  jeszcze 

przeczytał Państwo Platona. 

background image

Nic wszakże nie mogło powstrzymać Travisa od wypełnienia świętej dlań powinności. 

Pochylił się do przodu i spojrzał na Harrisona. 

- Syn ma przede wszystkim obowiązki wobec matki - oznajmił. 

- Amen - mruknął Douglas. 

-  To  oczywiste,  że  mama  Róża  została  oszukana  i  obrabowana  -  ciągnął  Travis.  - 

Poprosił, żeby mu pokazała złote pudełeczko z kompasem. 

- Niepotrzebnie o nim opowiadała - westchnął Adam. 

-  Stało  się.  Kiedy  usłyszał,  że  pudełeczko  jest  ze  złota,  zaraz  zachciało  mu  się  je 

obejrzeć. 

- Od razu pomyślał o kradzieży - wtrącił Cole. 

- Sprytnie wykorzystał moment, kiedy tłum ich rozdzielił - dodał Adam. 

- Mama Róża mówiła, że ten Ryan to kawał chłopa - przypomniał Douglas. - Znaczy 

się, muskularny osiłek. Niepodobna, żeby ludzie tak łatwo go odepchnęli. Od początku chciał 

ukraść. 

-  Na  Boga,  Douglasie,  nie  możesz  zakładać...  -  zaczął  Harrison,  ale  Travis  mu 

przerwał: 

-  Skrzywdził  mamę  i  nie  ujdzie  mu  to  na  sucho.  Nie  darujemy  draniowi.  Chyba 

rozumiesz, co czujemy, Harrison. Też przecież miałeś matkę? 

-  Nie  byłbym  tego  taki  pewien  -  wycedził  Cole,  rozdrażniając  jeszcze  bardziej 

Harrisona. 

-  Upadliście  na  głowę  -  oświadczył  wojowniczo  usposobiony  szwagier,  odczekał  aż 

przebrzmią  ironiczne  pomruki  i  oznajmił,  że  plan  Travisa  to  nic  innego,  jak  morderstwo  z 

premedytacją. 

Cole  parsknął  śmiechem  i  klepnął  Harrisona  w  plecy  za  to,  że  powiedział  coś  tak 

zabawnego, po czym poradził mu, by zaczął myśleć jak wyciągnąć Travisa z więzienia, kiedy 

ten  spełni  synowską  powinność.  W  końcu  stwierdził,  że  najlepiej  będzie,  jeśli  Travis 

sprowadzi złoczyńcę na Różane Wzgórze, by cała rodzina wzięła na nim pomstę. 

Harrisonowi  ręce  opadły.  Nie  sposób  było  przemówić  braciom  do  rozumu. 

Doprowadzali go do szału. Wiedział jednak, że w głębi serca żaden z nich nie byłby zdolny 

popełnić zbrodnię. 

- Skąd wiesz, że człowiek, za którym się uganiasz, nazywa się Daniel Ryan? Może to 

pseudonim? Może kłamał, że pochodzi z Teksasu? 

-  Akurat.  Przedstawił  się  mamie  Róży,  zanim  dowiedział  się  od  niej,  jakie  prezenty 

nam wiezie - zaprotestował Cole. 

background image

-  Dzięki  Bogu  nie  powiedziała  mu  o  innych,  bo  ukradłby  i  mój  zegarek  -  westchnął 

Douglas. 

- I moją mapę - dorzucił Adam. 

- I moje oprawne w skórę książki - uzupełnił Travis. 

- Na pewno był z Teksasu, miał dziwny akcent - powiedział Adam. 

- Prawda, mama mówiła, że taki... Jak to ona określiła, Travisie? 

- Uroczy? - odparł zagadnięty ponuro. 

-  Nigdy  nie  lubiłem  imienia  Daniel.  Tak  sobie  myślę,  że  w  ogóle  nie  przepadam  za 

Teksańczykami. Nie można im ufać - oznajmił Cole. 

Harrison wzniósł oczy do nieba. 

-  A  czy  ty  w  ogóle  kogoś  lubisz?  Wyświadcz  mi  łaskę  i  nie  odzywaj  się,  póki  nie 

pójdę na górę. Przy tobie przestaję myśleć logicznie. 

Cole zaśmiał się. 

- Uparłeś się zamieszkać po ślubie na Różanym Wzgórzu, to musisz mnie teraz znosić, 

chcesz czy nie. 

-  Mary  Rose  powinna  być  teraz  pod  opieką  matki.  Miałem  może  włóczyć  się  od 

miasta do miasta z sędzią Burnsem i zostawić ją samą w Blue Belle? A na marginesie, jeśli 

jeszcze  raz  powiesz  jej,  że  chodzi  jak  kaczka,  to  oberwiesz.  Słyszałeś?  Jest  teraz 

przewrażliwiona i nie musi słuchać, że jest gruba jak... 

Cole nie pozwolił mu dokończyć. 

-  W  porządku,  nie  będziemy  jej  dokuczali.  Prawdę  mówiąc,  bardzo  ostatnio 

wyładniała. 

- Zawsze była ładna - obruszył się Adam. 

- Tak, ale teraz, kiedy nosi moją siostrzenicę albo siostrzeńca, jest jeszcze ładniejsza. 

A  spróbuj  powtórzyć  jej,  co  powiedziałem.  Żyć  by  mi  nie  dała.  Moja  siostrzyczka  ciągle 

znęca się nade mną, Bóg raczy wiedzieć dlaczego. 

Dostrzegł  iskierki  w  oczach  Harrisona,  jakby  tamten  zamierzał  mu  dokuczyć,  ale  że 

Cole nie był dzisiaj w nastroju do sprzeczki, szybko zmienił temat i zaczął mówić o nicponiu, 

który przywędrował aż z Teksasu. 

- Ruszasz jutro, Travisie? 

- Tak. 

- Jak to się stało, że ty właśnie uganiasz się za Danielem Ryanem? - zapytał Harrison. 

- Jeśli rzeczywiście ukradł kompas twojego brata, to chyba Cole powinien go odszukać? 

- Cole nigdzie nie może się ruszyć - wyjaśnił Adam. 

background image

-  Musi  siedzieć  w  domu,  dopóki  stary  Shamus  Harrington  nie  ochłonie  -  dodał 

Douglas. 

- Co zrobiłeś, Cole? - Prawdę powiedziawszy, Harrison wolałby nie znać odpowiedzi. 

- Bronił się. Jeden z synów Harringtona wyciągnął rewolwer, zaczęła się strzelanina. 

- I co dalej? - dopytywał się Harrison. 

- Ja wygrałem. 

- Jasne - prychnął Harrison. - Zabiłeś go? 

- Niezupełnie. Lester szukał zwady. Zadał się z bandytami. W Blue Belle gadają, że w 

najbliższą sobotę banda chce okraść bank w Hammond. 

-  Lester  udaje  twardziela.  Pewnie  chciał  zaimponować  nowym  kompanom,  to  się 

ciebie czepił - powiedział Douglas. 

-  Ja  słyszałem,  że  go  podbechtali.  Dooley  mi  mówił,  że  tak  się  zachowywali,  jakby 

wiedzieli kim jesteś, Cole - wtrącił Adam. 

- Dooley za długo trzyma z Ghostem. Nie można wierzyć ani jednemu słowu z tego co 

obaj gadają - mitygował brata Cole. 

- Może słyszeli o tobie - podsunął Douglas. 

- Szukali guza. Poza tym, każdy wie, że synowie Harringtona to bęcwały - powiedział 

Cole. 

-  Prawda,  ale  stary  Shamus  się  wściekł.  Ci  z  gór  już  tacy  są,  kiedy  ktoś  strzeli  do 

któregoś z nich. A że stary ma sześciu synów, to lepiej uważaj - mruknął Douglas. 

-  Ja  zawsze  uważam  -  oznajmił  chełpliwie  Cole.  -  Tak  sobie  myślę,  że  ja  mógłbym 

szukać Ryana. Bez tego masz już dość, Travisie... 

Brat nie dał mu skończyć. 

- Nie, zostaniesz tutaj. Poza tym, mam swój plan. 

- Prawda, chce ustrzelić trzy ptaszki naraz - powiedział Douglas. 

Travis skinął głową. 

-  Zawiozę  swoje  papiery  do  Wellingtona  i  Smitha,  bo  chcę  zacząć  aplikację  we 

wrześniu, z Hammond wpadnę do Pritchard, załatwię, o co mnie mama Róża prosiła, a potem 

machnę się do River's Bend, zastrzelę Ryana, w Hammond odbiorę prezent i wrócę akurat na 

urodziny. 

-  Jesteś  nam  winien  dziesięć  dolarów  za  prezent  dla  mamy  Róży  -  przypomniał 

Harrisonowi Cole. 

- A co kupujemy? 

background image

- A taką frymuśną maszynę do szycia, mamie aż się oczy śmiały, jak ją zobaczyła w 

katalogu,  co  to  go  Adam  jej  dał.  Wybraliśmy,  ma  się  rozumieć,  najdroższy  model.  Mama 

zasługuje na to, co najlepsze. 

Harrison kiwnął głową. 

- Czy Golden Crest i River's Best to nie w przeciwnych kierunkach? 

-  Tak  jakby  -  zgodził  się  Cole.  -  Dlatego  to  ja  powinienem  ruszyć  za  Ryanem, 

Travisie. Oszczędziłbym ci... 

I tym razem brat nie pozwolił mu dokończyć. 

- Ty masz siedzieć w domu i nosa nie wychylać. 

Harrison skinął głową i podsunął pomysł, który powinien oszczędzić Travisowi czasu 

i zachodu. 

- Maszynę możesz kupić w Pritchard, wrócisz o kilka dni wcześniej do domu. 

- Pewnie, że może, ale Ryan kręci się w okolicach River's Bend - powiedział Cole. 

- A skąd o tym wiesz? - zainteresował się Harrison. 

-  Od  życzliwych  ludzi  -  odparł  Adam.  -  Szkoda,  że  musisz  najpierw  wyświadczyć 

przysługę. Zanim dotrzesz do River's Bend, po Ryanie nie będzie tam już śladu. 

-  Wszystko  sobie  zaplanowałem.  Jeden  dzień  mi  wystarczy,  żeby  zawieźć  tę  Emily 

Finnegan do narzeczonego w Golden Crest. Jeśli będzie sucho, pojadę wąwozem i następnego 

popołudnia będę w River's Bend. 

-  Marzenia  -  sarknął  Adam.  -  Pada  od  miesiąca.  Nie  przejedziesz  na  skróty,  droga 

zabierze ci trzy dni. 

- Kim jest Emily Finnegan? - chciał wiedzieć Harrison. 

- Przysługą, którą wyświadczam mamie Róży - poinformował go Travis. 

Harrison zazgrzytał zębami. Wyciągnąć cokolwiek z braci było nie lada sztuką, ale on 

należał do wytrwałych. Clayborne'owie lubili zasypywać go zmyślonymi faktami i czynili tak 

celowo,  solidarnie  uniemożliwiając  mu  „węszenie”,  jak  mówił  Cole,  co  oznaczało,  że  nie 

życzą sobie, by kwestionował ich sposób życia i kodeks etyczny. Trzech ciągle wierzyło, że 

„wezmą go na przetrzymanie”, tylko Adam wiedział swoje. Nie ma bardziej upartych ludzi od 

Szkotów, a Harrison urodził się w górach Szkocji, można więc było spodziewać się po nim 

najgorszego. 

- Jaką przysługą? - nastawał. 

-  Mama  Róża  była  w  zeszłym  tygodniu  na  kolacji  u  Cohenów,  usłyszała  o  kobiecie, 

która utknęła w Pritchard. Człowiek, który opiekował się nią w drodze, umarł, a ona nie może 

znaleźć nikogo, kto odwiózłby ją do Golden Crest. 

background image

- Dlaczego narzeczony nie przyjedzie po nią? 

-  Zadałem  mamie  Róży  to  samo  pytanie.  Odpowiedziała,  że  to  nie  przystoi. 

Oblubieniec czeka w Golden Crest, a panna Emily Finnegan musi sama tam dojechać. Mama 

Róża zaofiarowała moją pomoc. 

-  Widocznie  myślała,  że  Golden  Crest  jest  gdzieś  blisko  Hammond  -  powiedział 

Douglas. 

-  Dlaczego  nie  odwiezie  jej  ktoś  z  Pritchard?  To  spore  miasto,  na  pewno  znalazłaby 

tam kogoś chętnego. 

- Strasznie ci ludzie w Pritchard przesądni - rzekł Cole. 

- To znaczy? - zapytał Harrison. 

- To znaczy, że boją się panny Emily. 

-  Biedna  panna  Emily  niejednego  musiała  mieć  opiekuna  w  drodze  -  westchnął 

Douglas. 

- Ilu? - dociekał Harrison. 

- Tylu, że trudno zliczyć - odparł Cole, celowo przesadzając. - Mówią, że kilku z nich 

zmarło. Weź lepiej coś od uroku, Travisie - dodał, kiwając głową. - Dałbym ci mój szczęśliwy 

kompas, ale ni to go mam, ni to nie mam, a wszystko przez tego podstępnego sukin... 

Harrison przerwał mu w pół słowa. 

- Skąd wiesz, że to szczęśliwy kompas? Na oczy go nie widziałeś. 

- Mama Róża go dla mnie wybrała, nie tak? To znaczy, że musi być szczęśliwy. 

-  Jesteście przesądni  niczym  ludzie w Pritchard  -  mruknął  i  zwrócił się do Travisa:  - 

Myślisz, że będziesz miał kłopoty z panną Emily? 

-  Ja tam nie jestem  przesądny i  nie wierzę ani  w połowę tego, co o niej  mówią. Czy 

może być aż taka zła? 

background image

Okazała się istną zarazą. 

Nie wyjechali jeszcze z miasta, a Travis był poturbowany, skopany i ostrzelany. Nie, 

nie napadł go nikt z Pritchard. To panna Emily Finnegan tak go sponiewierała. Zaklinała się 

co  prawda  na  wszystkie  świętości  i  grób  swojej  matki,  że  to  straszne  nieporozumienie,  ale 

Travis  nie  dał  jej  wiary.  A  czemu  miałby  dawać?  Dobrze  wiedział  od  swoich  przyjaciół, 

Cohenów,  że  matka  panny  Emily  żyje  i  tańczy  pewnie  w  Bostonie  irlandzką  gigę  z  panem 

Finneganem, rada że pozbyła się niewdzięcznej córki, wysyłając ją do Bogu ducha winnego 

człeka w Golden Crest. 

Trzeba przyznać, że panna Emily była, szelma, urodziwa. Kruczoczarne loki okalały 

twarzyczkę,  a  w  wielkich  orzechowych  oczach  zapalały  się  złociste  blaski.  Usta  też  miała 

śliczne,  póki  ich  nie  otworzyła,  a  otwierała  je  bez  przerwy.  Miała  swoje  zdanie  na  każdy 

temat  i  uważała  za  swój  obowiązek  dzielić  się  nim  z  Travisem,  na  wszelki  wypadek,  by 

zapobiec przyszłym nieporozumieniom. 

Nie  była  z  tych,  co  to  wszystkie  rozumy  zjadły,  ale  niewiele  jej  brakowało.  Travis 

wyrobił sobie opinię na jej temat po pierwszych pięciu bolesnych minutach znajomości. 

Za radą właściciela hotelu, Olsena, mieli się spotkać przy stajniach. Travis dojrzał ją 

już z daleka. Stała koło palika do wiązania koni, trzymając w jednej dłoni czarną parasolkę, w 

drugiej  białe  rękawiczki.  Na  chodniku  obok  rzędem  czekało  na  załadowanie  przynajmniej 

sześć sakwojaży. 

Ubrana była od stóp do głów w nieskazitelną biel. Travis pomyślał, że nie zdążyła się 

przebrać po wyjściu z kościoła. Dopiero po chwili przypomniał sobie, że to czwartek. 

Od  razu  się  poróżnili.  Wyprostowana,  z  wysoko  podniesioną  głową  obserwowała 

bacznie ulicę. Mimo wczesnej pory w gospodzie u Lou zebrał się już tłum krzykliwych gości. 

Być może dlatego nie usłyszała, gdy podszedł od tyłu. 

Popełnił  błąd,  klepiąc  ją  lekko  w  ramię,  by  zwrócić  na  siebie  uwagę:  chciał  uchylić 

kapelusza i przedstawić się. Wtedy wycelowała w niego. Uczyniła to tak szybko, że ledwie 

miał  czas  się  uchylić.  Mały  rewolwer  ukryty  w  dłoni  wypalił,  gdy  obracała  się  ku  niemu. 

Zdążył  tylko  dojrzeć  błysk  lufy.  Gdyby  nie  uskoczył  w  ułamku  sekundy,  dostałby  kulkę  w 

pierś. 

background image

Był prawie pewien, że jej Derringer ma tylko jedną komorę, ale wolał nie ryzykować. 

Chwycił  pannę  za  nadgarstek  i  wykręcił  jej  dłoń,  kierując  broń  w  górę.  Dopiero  wtedy 

postąpił krok ku niej, by wyrazić swoją opinię. 

Niewiele  myśląc,  zdzieliła  go  parasolką  przez  głowę  i  kopnęła  z  całych  sił  w  udo. 

Najwyraźniej  mierzyła  w  pachwinę,  a  gdy  nie  trafiła  za  pierwszym  razem,  z  wściekłością 

ponowiła próbę. 

Wiedział już, że ma do czynienia z wariatką. 

- Puść mnie, ty jehowo! 

- Co za jehowo, do pioruna? 

Nie  miała  bladego  pojęcia.  Tak  ją  zaskoczyło  pytanie,  że  omal  nie  wzruszyła 

ramionami  w  odpowiedzi.  Nie  wiedziała,  co  oznacza  „jehowa”,  ale  słyszała  jak  jej  siostra 

Barbara  używała  tego  określenia,  ilekroć  chciała  zbyć  natarczywego  adoratora,  zawsze  z 

dobrym skutkiem. Ruszając z Bostonu przyrzekła sobie we wszystkim naśladować Barbarę. 

- Dość ci wiedzieć, że to obelga - parsknęła. - A teraz puszczaj! 

-  Puszczę, jak obiecasz, że nie będziesz próbowała mnie zabić. Mam cię odwieźć do 

Golden Crest - powiedział, krzywiąc się. - O ile mnie panna wcześniej nie zastrzeli, a wtedy 

będzie podróżowała samopas. A niech no tylko spróbuje znowu kopnąć, to klnę się, że... 

Przerwała mu, zanim zdążył powiedzieć, że wrzuci ją do koryta z wodą. 

-  Pan  jesteś  Clayborne?  Nie  może  być  -  wyjąkała  z  przerażeniem  w  oczach.  -  Nie... 

stary? 

- Też nie młody - prychnął. - Jestem Travis Clayborne - dodał, ale że kopnięte kolano 

boleśnie mrowiło, nie pofatygował się uchylić kapelusza. - Niech panna odda rewolwer. 

Bez protestów położyła mu broń na dłoni i posłała kose spojrzenie. Nie przeprosiła, co 

natychmiast zanotował sobie w pamięci. 

- Przez tydzień będę kulał. Co masz, panna, w trzewikach, żelazo? 

Uśmiechnęła się, a uśmiech miała olśniewający i do tego uroczy dołeczek w prawym 

policzku. Gdyby nie to, że właśnie zdecydował, iż jej nie lubi, uznałby, że jest daleko więcej 

niż ładna. Śliczna. Musiał się napomnieć, że wariatka przed chwilą chciała go zabić. 

-  Co  za  głupi  pomysł.  Ma  się  rozumieć,  że  nie  okuwam  trzewików  żelazem.  Nie 

chciałam pana kopnąć, ale mnie podszedłeś znienacka. 

- Nic takiego nie zrobiłem. 

-  Skoro  tak  mówisz  -  zgodziła  się  łaskawie.  -  Żartowałeś  tylko,  że  jesteś  gotów  się 

rozmyślić, prawda? Nie zostawi pan przecież bezbronnej damy w potrzebie? 

background image

Mała dama ma poczucie humoru, stwierdził Travis słysząc, jak nazywa się bezbronną. 

Powiedziała to z kamienną twarzą. Niemal zapomniał o bolącym kolanie, na śmiech mu się 

zbierało. Chciał się jej pozbyć jak najszybciej, ale był już w podogniejszym usposobieniu. 

Pan  Clayborne  ociągał  się  z  odpowiedzią.  Na  myśl  o  tym,  że  znowu  zostanie  sama 

gdzie  diabeł  mówi  dobranoc,  ciarki  jej  przeszły  po  krzyżu.  Z  cichym  westchnieniem 

pomyślała, że zostało jej tylko jedno wyjście. 

Niech  Bóg  ma  ją  w  swojej  opiece,  będzie  się  umizgać  do  tego  błazna.  Raz  jeszcze 

westchnęła, po czym wyciągnęła biało - różowy wachlarz, który kupiła w St. Louis, solidnie 

przepłaciwszy.  Otworzyła  go  wytwornym,  godzinami  ćwiczonym  w  pociągu  ruchem  i 

przesłoniła  twarz.  Po  co  miał  widzieć,  jak  oblewa  się  rumieńcem,  zażenowana  swoim 

absurdalnym zachowaniem. 

Nie tylko zamierzała flirtować, ale też i grać pannę nieśmiałą i skromną. Zatrzepotała 

rzęsami, jak zwykła czynić jej siostra. Barbara zawsze stroiła skromne minki; Emily nie miała 

wątpliwości, że robi z siebie idiotkę. Bóg świadkiem, że tak też się czuła. 

Zła,  że  jej  zdrowy  rozsądek  usiłuje  wziąć  górę,  uciszyła  go  w  mgnieniu  oka. 

Przysięgła  sobie,  że  całkiem  się  odmieni  i  nie  miała  zamiaru  kapitulować,  choćby  nie 

wiadomo jak głupio się czuła. 

Przez  długą  chwilę  Travis  w  milczeniu  spoglądał,  jak  Emily  trzepocze  rzęsami.  Ani 

słowa, pokręcona panna. Nagle zrobiło mu się jej troszeczkę żal. Taka była nie na miejscu na 

nędznej uliczce Pritchard, wystrojona od święta, ze swoimi żałośnie poprawnymi manierami. 

Pojął w mig, że próbuje nim manipulować i postanowił podjąć grę. 

-  Może  powinnaś  zasięgnąć  rady  doktora  Morgensterna,  zanim  ruszysz  w  drogę, 

madame. Przepisze coś, bo okrutnie powieki ci latają. Nie żebym miał być niedelikatny, ale 

taka przypadłość musi doskwierać. 

Z głośnym trzaskiem zamknęła wachlarz i westchnęła głośno. 

- Albo jest pan jak pień nieczuły, albo to ja jestem jeszcze nie wprawiona. 

- Nie wprawiona, w czym niby? 

- We flircie, panie Clayborne. Próbuję z tobą flirtować. 

Jej szczerość wywarła odpowiednie wrażenie. 

- Niby czemu? 

- Czemu? Żebyś zrobił, czego chcę, ma się rozumieć. Nie za dobrze mi idzie, prawda? 

Nie odpowiedział na to dziwaczne pytanie. 

- Powieki przestały ci latać - wycedził, wzbudzając natychmiast jej gniew. 

background image

-  Wcale  mi  nie  latały  -  mruknęła.  -  Z  moimi  oczami  wszystko  w  porządku,  ślicznie 

dziękuję. Chciałam tylko wypróbować na tobie moje sposoby, ot co. Czy moglibyśmy pójść 

teraz po panią Clayborne i ruszać w drogę? Oby była sympatyczniejsza od ciebie. Przestań się 

tak we mnie wgapiać, proszę. Chciałabym dojechać na miejsce przed zmrokiem. 

- Nie ma żadnej pani Clayborne. 

- Bez tego się nie obejdzie. 

- Zechciałabyś powiedzieć wreszcie coś, co trzymałoby się kupy? 

Postąpiła krok do tyłu.  Ten człowiek jest  zbyt  przystojny jak na jej wrażliwość. Ma 

cudowne zielone oczy. Zauważyła to, kiedy się złościł na nią i zadawał niegrzeczne pytania. 

A jaki męski! 

Travis był wysoki, może trochę za szczupły, ale szeroki w barach. Niżej spojrzeć nie 

śmiała, bo gotów by pomyśleć, że znowu go kopnie, ale była pewna, że nogi też ma niczego 

sobie. 

Ani  słowa,  wyjątkowo  przystojny  mężczyzna.  Kobiety  pewnie  się  za  nim  uganiają. 

Głupie niewiasty, bezbronne wobec tych zielonych oczu. Jego uśmiech też mógłby wywołać 

niezłe  zamieszanie.  Raz  ledwie,  na  moment  się  do  niej  uśmiechnął,  a  serce  od  razu  zabiło 

gwałtowniej.  Setki  serc  pewnie  już  złamał  i  nie  zamierzała  dopisywać  swojego  do  długiej 

listy. Tę bolesną lekcję miała już za sobą. Ślicznie dziękuje. 

Panna Finnegan mierzyła go zimnym wzrokiem, a on zachodził w głowę, czym to się 

przyczynił do tak nagłej zmiany. 

- Pytałem czemu to miałbym być żonaty, żeby odwieźć cię do Golden Crest. 

-  Bo  to  wołająca  o  pomstę  do  nieba  nieprzyzwoitość  wyprawiać  się  w  nieznane  z 

takim przystojnym mężczyzną. Co ludzie powiedzą? 

- A kto by się tym przejmował? Zna tu pani kogo? 

-  Nie,  ale  poznam,  kiedy  już  wyjdę  za  pana  O'Toole'a.  Skoro  do  Golden  Crest  tylko 

dzień  drogi  stąd,  będę  tu  przyjeżdżała  na  zakupy.  Zapewne  rozumiesz  moje  obawy,  sir. 

Trzeba dbać o obyczajność. 

Nasrożył się. 

-  Skoro  nie  możesz  ze  mną  jechać,  moja  rola  skończona.  Chciałem  dobrze, 

przyszedłem, a teraz żegnam, madame. 

Już odchodził, obruszyła się serdecznie na takie zachowanie. 

-  Czekajże  -  zawołała  biegnąc  za  nim.  -  Nie  zostawisz  mnie  przecież  samej. 

Dżentelmen nigdy nie opuszcza damy w kłopocie. 

background image

-  Widać  nie  jestem  dżentelmenem  -  powiedział,  odchodząc  szybkim  krokiem  -  a  z 

panny żadna dama w kłopocie. 

Chwyciła go za rękę, zaryła obcasami w ziemię i tak pojechała kilka kroków. 

-  A  żebyś  wiedział,  że  jestem  w  kłopocie  i  niegodziwe  to  z  twojej  strony  mi  nie 

wierzyć. 

- Dopiero co byłem przystojny, a teraz jestem niegodziwy? 

- Jedno i drugie. 

Odwrócił się, by na nią spojrzeć. Wiedział, że nie może zostawić jej na lodzie tutaj w 

Pritchard,  jeśli  chce  spojrzeć  w  oczy  mamie  Róży,  uznał  więc,  że  jeśli  ma  ją  dowieźć  do 

Golden Crest i zachować zdrowe zmysły, musi się z nią jakoś dogadać. 

-  To  nie  miał  być  komplement  -  powiedziała  piekąc  raka,  z  czym  całkiem  mu 

przypadła do gustu. 

- Co nie miało być komplementem? 

- Że jesteś przystojny. Randolph Smythe też zdawał mi się przystojny, a okazało się, 

że z niego bydlę. 

O nic nie pytaj, powiedział sobie. 

- Nie wiesz, kim jest Randolph Smythe? 

- Nie chcę wiedzieć. 

I tak mu powiedziała. 

- Miałam za niego wyjść. 

Teraz się zainteresował. 

- Ale nie wyszłaś. 

- Nie wyszłam, chociaż byłam gotowa. 

- Jak bardzo? 

Spąsowiała jeszcze bardziej. 

- Odwieziesz mnie do Golden Crest, czy nie? 

Nie dopuści, żeby zmieniała temat, kiedy obudziła już jego ciekawość. 

- Jak bardzo? - zapytał ponownie. 

- Czekałam na niego przy ołtarzu, a on nie przyszedł - powiedziała szybko. 

-  Zwiódł  cię?  Niegodziwie  postąpił.  Nie  rozumiem,  czemu  się  rozmyślił  w  ostatnim 

momencie - oznajmił z niejakim współczuciem. 

Kłamał.  Był  pewien,  że  dobrze  wie,  dlaczego  poczciwy  Randolph  zmienił  zamiary. 

Musiał przejrzeć na oczy. Travis był ciekaw, czy i jego Emily próbowała zastrzelić. Każdy, 

kto ma choć trochę rozumu, wiałby gdzie pieprz rośnie. 

background image

-  Nie  było  zatem  wesela  -  rzekł,  bo  nic  lepszego  nie  przyszło  mu  do  głowy. 

Wpatrywała  się  w  niego  z  taką  ufnością,  jakby  oczekiwała  większego  współczucia.  Zdobył 

się na wysiłek. 

-  Niektórzy  mężczyźni  nie  nadają  się  do  życia  z  jedną  kobietą.  Randolph  pewnie  do 

nich należał. 

- On nie był taki. 

- Staram się być miły, moja panno. 

- Nie chcesz wiedzieć, czemu nie przyszedł na ślub? 

- Zastrzeliłaś go? 

- Skądże. 

- No to nie chcę wiedzieć, czym się kierował. Dość, że wesela nie było. 

-  Było wesele, a jakże. Nie mówiłam  ci, panie Clayborne, że moja siostra też się nie 

pokazała w kościele? 

- Żartujesz. 

- Mówię najpoważniej w świecie. 

- Twoja siostra i Randolph... 

- Są teraz małżeństwem. 

Był oburzony. 

- W jakiej rodzinie się urodziłaś? Własna siostra coś takiego ci zrobiła? 

- Nigdy nie byłyśmy blisko. 

Popatrzył na nią z ukosa. 

- Nie wydajesz się zbytnio zmartwiona. 

Travis  pokręcił  głową,  zdziwiony,  że  tak  go  zaintrygowała  ta  historia.  Nie  znał 

Randolpha Smythe'a, ale chętnie by mu przyłożył za to, że tak okrutnie obszedł się z Emily. 

Jakby się zastanowić, Emily Finnegan nie znał również. Czemu, do diaska, tak go to obeszło? 

Zobaczyła współczucie w jego oczach i zmierzyła go lodowatym spojrzeniem. 

- Tylko nie próbuj się nade mną litować, panie Clayborne. 

Miała taką minę, jakby  znowu zamierzała go kopnąć. Całe  rozrzewnienie odeszło  w 

mgnieniu oka. 

- Pewnie sama jesteś sobie winna. 

Gdyby wzrok mógł zabijać, braliby już z niego miarę na trumnę. Travis wszak się nie 

stropił, jeszcze pokiwał głową na znak, że tak właśnie myśli. 

-  A  to  niby  czemu?  -  zapytała,  założyła  ręce  na  piersiach  i  przy  okazji  trzepnęła  go 

niechcący parasolką. 

background image

Uznawszy,  że  zrobiła  to  umyślnie,  chwycił  parasolkę,  rzucił  na  bagaże  i  dopiero 

odpowiedział. 

-  Wybrałaś  niewłaściwego  mężczyznę,  człowieka  bez  skrupułów,  sama  sobie  jesteś 

winna. Jeszcze nie zrozumiałaś, że lepiej ci bez niego? 

Zyskał  przebaczenie  w  jej  oczach.  W  tym,  co  mówił,  nie  było  okrucieństwa,  lecz 

szczerość. Prawdę powiedział, wybrała człowieka bez skrupułów. 

- Zawieziesz mnie do Golden Crest czy nie? 

- Co się stało z tą parą, która ci towarzyszyła? 

- Możesz się wyrażać jaśniej? 

- Jaśniej? 

- O której mówisz? 

Nastawił uszu. 

- Ile ich było? 

- Trzy. 

- Trzy osoby czy pary? 

- Pary. 

Stropiona wbiła wzrok w ziemię. Najwyraźniej poruszył niewygodny temat. Dopiero 

teraz przypomniał sobie, że Cole wspomniał, jak to ludzie w Pritchard boją się panny Emily 

Finnegan. Pożałował po niewczasie, że nie wypytał go o szczegóły. Cóż, przepadło, ale nie 

ruszy z tą kobietą w drogę, póki czegoś więcej się nie dowie. 

- Towarzyszyło ci sześć osób? 

- To była bardzo długa podróż, panie Clayborne. 

- Co się stało z pierwszą parą? 

- Z Johnsonami? 

- Niech będzie, z Johnsonami - zgodził się, byle mówiła dalej. - Co z nimi? 

- To dość tragiczna historia. 

Czuł, że to powie. 

- Ani chybi. Co im zrobiłaś? Zesztywniała. 

-  Nic  im  nie  zrobiłam.  Rozchorowali  się  w  pociągu.  Czymś  się  chyba  struli  i  mieli 

nudności.  Inni  pasażerowie  też  -  dodała.  -  Johnsonowie  zostali  w  Chicago.  Pewnie  już 

wyzdrowieli. 

- Co się stało z drugą parą? 

- Masz na myśli Porterów? To też była dość tragiczna historia. I oni się pochorowali. 

Ryba. 

background image

- Ryba? 

-  Tak, oni  też jedli  rybę. Musiała być nieświeża. Ostrzegałam  pana Portera, ale mnie 

nie posłuchał. 

- I?... 

- Wyniesiono ich oboje z pociągu w St. Louis. 

- Zepsuta ryba potrafi zabić człowieka - zauważył. 

Przytaknęła skwapliwie. 

- Pana Portera zabiła. 

- A co z panią Porter? 

- Wszystkich obwiniała o śmierć męża, nawet mnie. Może pan sobie to wyobrazić? A 

ja ostrzegałam go, żeby nie jadł tej ryby. Na próżno, uparł się. 

- Dlaczego więc pani Porter ciebie winiła? 

- Bo Johnsowie się otruli. Nie wierzyła, że to jedzenie. Uważała, że to ja wszystkich 

truję. Nie martw się, sir. Jeśli nie będziesz jadł ryby, wszystko powinno być dobrze. 

- Czy trzecia para też zjadła rybę? 

Pokręciła głową. 

- Nie, ale to też dość... 

- Tragiczna historia? - podsunął. 

-  Tak,  tragiczna  -  zgodziła  się.  -  Skąd  wiesz?  Słyszałeś  już,  co  się  przytrafiło  panu 

Hanesowi? 

- Nie. Co mu się przytrafiło? 

- Dostał kulkę. 

- Wiedziałem, że kogoś zastrzeliłaś. 

- Wcale nie - krzyknęła. - Dlaczego posądzasz mnie o taki straszny czyn? 

- Mnie próbowałaś zastrzelić. 

- To był przypadek. 

Postanowił ją rozdrażnić. 

- W porządku. Zastrzeliłaś zatem pana Hanesa przez przypadek? 

-  Nie.  Grał  z  jakimś  mężczyzną  w  karty  i  raptem  jeden  z  nich,  nie  pamiętam  który, 

oskarżył tego drugiego, że oszukuje. Zaczęła się awantura i pan Hanes został postrzelony, ale 

nie śmiertelnie. Ten drugi też mógł oberwać, bo obaj strzelali. Bardzo niekulturalnie się za-

chowywali. Zniszczyłam sobie najlepszy kapelusz, kiedy z panią Hanes schowałyśmy się pod 

ławkę, żeby nie dosięgła nas zbłąkana kula. 

- Co było dalej? 

background image

-  Konduktor  opatrzył  panu  Hanesowi  ranę,  zatrzymał  pociąg  w  Emmerson  Point  i 

zostawił pana Hanesa pod opieką miejscowego lekarza. 

- A ty resztę drogę przebyłaś sama? 

-  Tak,  dojechałabym  i  do  Golden  Crest,  gdybym  znała  drogę,  ale  właściciel  hotelu 

powiedział  mi,  że  nie  dam  rady  bez  przewodnika,  to  zaczęłam  go  szukać.  I  wtedy  pan 

zaofiarował swoje usługi. Odwieziesz mnie? 

- Odwiozę. 

-  Och,  dziękuję,  panie  Clayborne  -  szepnęła  i  ścisnęła  mu  dłoń.  -  Nie  będzie  pan 

żałował - zapewniła z uśmiechem. 

- Możesz mówić mi Travis. 

- Dobrze. To bardzo miło z twojej strony, że mnie odwieziesz, Travisie. 

- Nie ma w tym nic miłego. Spadłaś mi na głowę i im szybciej ruszymy, tym szybciej 

się ciebie pozbędę. 

Cofnęła dłoń i odwróciła się w stronę bagaży. 

- Gdybym właśnie sobie nie przypomniała, że postanowiłam skończyć z otwartością i 

bezpośredniością, powiedziałabym, że z ciebie gbur i człowiek nieużyty. 

- Zdawało mi się, że cały czas byłaś otwarta i bezpośrednia, czyż nie? 

- Ale właśnie sobie przypomniałam, żeby nie być. 

- Tym razem nie będę prosił o wyjaśnienia - mruknął. - Zaczekaj tutaj, a ja poszukam 

koni.  Aha,  w  góry  możesz  wziąć  tylko  dwie  torby,  resztę  zabierze  O'Toole.  Tymczasem 

możesz zostawić je w hotelu. Olsen dopilnuje, żeby nikt ich nie ukradł. 

- Ani myślę. Zabieram wszystkie. Ślicznie dziękuję! - krzyknęła za nim na cały głos, 

ale Travis był już na środku ulicy. 

- Nie, nie zabierasz. Bardzo proszę. 

Zacisnęła usta ze złości  i  patrzyła za odchodzącym Travisem. Postawny mężczyzna. 

Szkoda, że taki arogant. 

Westchnęła  i  z  ociąganiem  odwróciła  wzrok.  Jest  przecież  zaręczona  z  panem 

O'Toolem i nie powinna zwracać uwagi na innych mężczyzn. 

To  Barbara,  nie  ona,  była  czarną  owcą  w  rodzinie.  Emily  jest  osobą  trzeźwą  i 

praktyczną, na której można polegać, niczym na parze starych wygodnych butów. Nie, kiedyś 

taka była, teraz już nie. 

Travis przeszedł już na drugą stronę ulicy. 

- Powinnam cię ostrzec. Nie można na mnie polegać - zawołała. 

- Też tak uważam. Nie masz za grosz rozsądku - odkrzyknął. 

background image

Uśmiechnęła się z satysfakcją. Travis na ten widok wrósł w ziemię. 

- Uważasz, że nie mam za grosz rozsądku? 

Była  najwyraźniej  zachwycona  tą  oceną.  Czy  ta  kobieta  nie  rozumie,  że  właśnie  ją 

obraził? 

Nie, nie obraził, powiedział szczerą prawdę, poprawił się w myślał. 

- Emily? 

- Tak? 

- Czy O'Toole wie, że żeni się z pomyloną dziewczyną? 

background image

Emily  dąsała  się.  Lodowaty  wzrok,  kamienne  milczenie.  Travisowi  zbierało  się  na 

śmiech,  ale  zachowywał  grobową  powagę.  Nie  może  dać  jej  odczuć,  jaka  jest  zabawna,  bo 

rozpęta piekło. 

Późnym  popołudniem  zarządził  postój,  by  dać  wytchnąć  koniom.  Tak  przynajmniej 

powiedział.  Chyba  uwierzyła  w  jego  kłamstwo.  Tak  naprawdę  chciał,  by  to  ona  odpoczęła. 

Nie  była  na  pewno  amazonką.  Cały  czas  uderzała  pupą  o  siodło,  a  zbolała  mina  wyraźnie 

mówiła, że panna dostała w kość. 

Kiedy  wreszcie  zsiadła  ze  swojego  wierzchowca,  nie  mogła  się  wyprostować. 

Odrzuciła  pomoc,  a  w  przesadnie  współczującym  spojrzeniu  towarzysza  nie  dojrzała  nic 

zabawnego. 

Byli już dosyć wysoko w górach i w powietrzu czuło się chłód. Travis zaczął rozpalać 

ognisko,  by  mogła  się  ogrzać.  Zjedli  w  milczeniu  skromny  posiłek.  Właśnie  pomyślał,  że 

podróż nie będzie może taka straszna, gdy Emily obróciła jego nadzieje w pył. 

- Zrobiłeś to specjalnie, Travisie? Przyznaj się i przeproś, może ci wybaczę. 

-  Nie  zrobiłem  tego  specjalnie.  Zamiast  przełożyć  prawą  nogę  przez  łęk  uparłaś  się 

jechać po damsku. Skąd miałem wiedzieć, że nie umiesz jeździć inaczej? 

- Na Południu damy jeżdżą po damsku - oznajmiła. 

Poczuł, że za chwilę rozboli go głowa. 

- Nie jesteś przecież z Południa, tylko z Bostonu. 

- Co ma piernik do wiatraka. Damy z Południa są bardzo wytworne. Wszyscy o tym 

wiedzą, postanowiłam więc być damą z Południa. 

Poczuł rwanie w skroniach. 

- Nie możesz być z Południa, bo tak sobie postanowiłaś. 

- Ależ oczywiście, że mogę. Mogę być kim zechcę. 

- Dlaczego akurat z Południa? - zapytał nieopatrznie. 

-  Ten  ich  delikatny  zaśpiew.  Jest  bardzo  kobiecy  i  melodyjny.  Przestudiowałam 

dogłębnie tę kwestię i zapewniam cię, że wiem, o czym mówię. Opanowałam akcent. Chcesz 

usłyszeć jak... 

- Nie chcę. Nie wszystkie damy z Południa jeżdżą po damsku, Emily. 

Posłała mu tak kose spojrzenie, iż pożałował, że podniósł znowu temat jazdy konnej. 

background image

-  Większość - rzekła.  -  To, że nigdy jeszcze nie jechałam po damsku, nie znaczy, że 

nie dałabym sobie rady, ale ty musiałeś się wtrącić. Specjalnie przerzuciłeś mnie przez konia. 

Mogłam skręcić kark. 

Ani trochę nie czuł się winny. 

- Pomogłem ci tylko wsiąść. Boli cię jeszcze ramię? 

-  Nie.  I  doceniam  fakt,  że  je  rozmasowałeś,  ale  suknia  jest  do  niczego.  Ślicznie 

dziękuję. Co sobie Clifford O'Toole o mnie pomyśli? 

- W rękawiczce masz dziurę od kuli. To będzie pierwsza rzecz, którą zauważy. Poza 

tym, jeśli cię kocha, nie powinien zwracać uwagi na wygląd. 

Ugryzła kawałek jabłka i dopiero zdecydowała się odpowiedzieć. 

- Nie kocha mnie. Niby jak? Nigdy w życiu mnie nie widział. 

Przymknął  oczy.  Rozmowa  z  Emily  okazywała  się  równie  trudna,  jak  próby 

dyskutowania z Colem. 

- Masz zamiar poślubić mężczyznę, którego nie znasz? Czy to trochę nie dziwne? 

- Nie bardzo. Słyszałeś chyba o listownych narzeczonych? 

- Jesteś jedną z nich? 

- Poniekąd - bąknęła. Naturalnie była, ale duma nie pozwalała jej się przyznać. 

- Korespondowaliśmy z panem O'Toolem i chyba całkiem dobrze go poznałam. Pisze 

gładko i potoczyście, a nadto jest poetą. 

- Słał ci wierszowane listy? - zapytał, szczerząc zęby. 

Zadarła leciutko brodę. 

- Co w tym śmiesznego? 

- Musi być z niego... pomyleniec. 

- Ani trochę. Piękne pisze wiersze i przestań tak szczerzyć zęby. Naprawdę są piękne, 

a on nadzwyczaj inteligentny. To widać. Przeczytaj sobie jego listy, kiedy mi nie wierzysz. 

Mam wszystkie trzy w torbie. Poszukać? 

- Nie będę czytał jego listów. Możesz mi wytłumaczyć, dlaczego uparłaś się wyjść za 

nieznajomego? 

- Próbowałam za znajomego i widzisz, jak się skończyło. 

- Podjęłaś decyzję, kiedy tamten cię zawiódł? 

- Powiedzmy, że było to ostatnie rozczarowanie, które zgodziłam się ścierpieć. 

- Doprawdy? - Ciekaw był jak też zamierzała zapobiec następnym. 

Jakby czytała w jego myślach. 

- Nie spałam całą noc... poślubną - powiedziała. 

background image

- Płakałaś? 

- Nie, nie płakałam. Rozmyślałam nad swoim położeniem i w końcu obmyśliłam plan, 

który wszystko powinien odmienić. Byłam zawsze szczera i otwarta. Koniec z tym. Ślicznie 

dziękuję. 

- Jak to się dzieje, że ze mną jesteś szczera? 

Wzruszyła ramionami. 

-  Pewnie nie powinnam, ale nigdy więcej  się już nie zobaczymy,  więc nieważne czy 

wiesz, że postanowiłam oszukiwać. Nikt inny nie wie. 

- Udając kogoś, kim nie jesteś, napytasz sobie biedy. 

Miała w tej materii odmienne zdanie. 

-  Byłam,  kim  jestem,  i  nie  wynikło  z  tego  nic  dobrego.  Kiedy  to  zrozumiałam, 

postanowiłam  wymyślić  siebie  na  nowo.  Dość  już  miałam  starań,  wysiłków  i  zdrowego 

rozsądku. 

- Przesadzasz. - I jesteś pomylona, dodał w myślach. - Twoja duma została zraniona, 

ale ból minie. 

Zagniewały ją te słowa. 

-  Doskonale  wiem,  co  robię.  Moja  duma  nie  ma  z  tym  nic  wspólnego.  Starania  i 

wysiłki zaprowadziły mnie do nikąd. Dać ci przykład? 

Nie czekając na odpowiedź, wdała się w opowieść. 

-  Randolph  studiował,  chciał  zostać  bankierem.  Był  na  ostatnim  roku  studiów,  kiedy 

się zaręczyliśmy. Miał kiepskie oceny i bał się, że wyrzucą go z uniwersytetu. Mówiłam, żeby 

mniej  chodził  na  przyjęcia,  a  bardziej  przyłożył  się  do  nauki,  ale  mnie  nie  słuchał.  Prosił, 

żebym  mu  pomogła  w  zbieraniu  materiałów  do  pracy,  a  ja  głupia  chciałam  mu  się 

przypodobać. Skończyło się tak, że pisałam dla niego całe rozprawy. Miały mu niby pomóc w 

układaniu własnego tekstu, tymczasem on umieszczał na pierwszej stronie swoje nazwisko i 

dawał  je  swoim  profesorom.  Postąpił  nieuczciwie  i  jaka  kara  go  za  to  spotkała?  Skończył 

studia z wyróżnieniem, dostał pracę w jednym z najbardziej szacownych banków w Bostonie, 

zaczął dobrze zarabiać. Wtedy zainteresowała się nim moja siostra. Czyż to nie ironia losu? 

Gdybym  mu  nie  pomogła,  nie  dostałby  łakomej  posady  i  Barbara  nie  spojrzałaby  nawet  na 

niego.  Ale  błędy  czegoś  mnie  nauczyły  i  dlatego  z  panem  O'Toolem  wszystko  się  dobrze 

ułoży. Randolph złamał dane słowo, panu O'Toole'owi na to nie pozwolę. 

- Jakim sposobem? 

Puściła pytanie mimo uszu. 

background image

- Może nie jest tak bogaty jak Randolph, ale prawie, i żyje w pięknym, dzikim kraju. 

Nienawidzę miasta. Nie potrafię tam żyć. Nie zrozumiesz tego, bo całe życie przeżyłeś tutaj, 

ale  ja  tam  usychałam.  Powietrze  zanieczyszczone,  pełno  ludzi  na  ulicach,  wszędzie 

gmaszyska takie wysokie, że zasłaniają niebo. 

- Nie zamierzałaś mieszkać z Randolphem w Bostonie? 

-  Przyrzekał,  że  po  roku  małżeństwa  przeniesiemy  się  na  Zachód.  Ojciec  był 

przerażony. Uważał, że pensja Randolpha jest ważniejsza od mojego usychania. 

-  Pieniądze  nie  są  ważniejsze.  Pamiętam  jak  to  było,  kiedy  mieszkałem  w  Nowym 

Jorku. 

Zrobiła wielkie oczy. 

- Mieszkałeś na Wschodzie? 

- Gdzieś do dwunastego roku życia. 

- Dlaczego się przeniosłeś? 

Miał zamiar krótko odpowiedzieć na pytanie, nie rozwodząc się nad przeszłością, ale 

tak swobodnie się z nią rozmawiało, że powiedział znacznie więcej niż chciał. Strawił dobre 

pół godziny opisując braci, siostrę, szwagra i mamę Różę. Była zafascynowana jego rodziną, 

a kiedy wspomniał, że ma zamiar zostać prawnikiem, uśmiechnęła się. 

- Szczęściarz z ciebie, że masz taką kochającą rodzinę. 

Przytaknął. 

- A ty? 

- Mam siedem sióstr. Może któraś przyjedzie kiedyś odwiedzić mnie i pana O'Toole'a. 

On ma wspaniały dom z krętymi schodami. Opisał go w listach. 

Travisa niewiele obchodził jej przyszły dom. 

- Będziesz żałowała, że wyszłaś za człowieka, którego nie kochasz. 

Nie zareagowała na tę uwagę, przeczesała tylko włosy palcami. Choćby nie wiem jak 

z nimi walczyła, loki ciągle muskały twarz. Mogłaby podbić każdego mężczyznę, tyle w niej 

było kobiecego wdzięku. Gdyby tylko nie upierała się być taka pomylona. 

Postanowił jej to powiedzieć. 

- Wiesz na czym polega twój problem? 

- Wiem - odparła z miejsca. - Powinnam była uczyć się od mojej siostry. Barbara nie 

ma krzty zdrowego rozsądku, jest zupełnie niepraktyczna. Udaje bezradną i potrafi flirtować. 

- Żaden mężczyzna nie chce bezradnej kobiety, a praktyczna zawsze się zda. 

Wstał, zanim zdążyła wszcząć sprzeczkę, rozprostował mięśnie karku i zaczął zbierać 

kamienie, by zagasić ognisko. 

background image

Zaskoczyła  go,  oferując  pomoc.  W  kilka  minut  skończyli.  Raptem  zrobiło  mu  się 

spieszno  ruszać  w  dalszą  drogę.  Za  długo  zmarudził,  opowiadając  o  swojej  rodzinie.  Nie 

rozumiał,  dlaczego  powiedział  jej  tak  wiele,  nie  miał  przecież  w  zwyczaju  zwierzać  się 

obcym. 

Emily  nie  była  obca  tylko...  inna.  Nie  bardzo  potrafiłby  powiedzieć,  co  go  w  niej 

pociągało,  cokolwiek  to  było,  instynkt  ostrzegał  go,  by  trzymał  się  od  niej  z  daleka.  Ciało 

miało całkiem inne zdanie w tej materii i podsuwało rojenia, jak to się z nią kocha. Próbował 

wyobrazić sobie Emily bez ubrania, co wymagało pewnego wysiłku, zważywszy jak szczelnie 

była osłonięta. 

Czuł,  że  musi  być  wspaniała:  kształty  ukryte  pod  stanikiem  sukni,  wąska  talia  i 

szczupłe  biodra  powiadały  mu,  że  jest  dobrze  zbudowana  i  że  nie  doznałby  zawodu.  Ta 

kobieta miała wszystko jak trzeba i na swoim miejscu. 

Co  innego  myśleć,  inna  rzecz  brać  się  do  dzieła.  Ani  myślał  wprowadzać  swoje 

rojenia w czyn, wszak dawał im folgę bez zbędnych skrupułów. Była kobietą ponętną, a on 

potrafił docenić niewieścią urodę, jak każdy mężczyzna żyjący na odludziu. 

Nie, nie przejmował się tym, co mówiło ciało. Potrafił z łatwością nad nim panować. 

Martwiło go natomiast, że zaczyna dobrze czuć się w jej towarzystwie, chociaż zachodził w 

głowę, co może mu się podobać w osobie o tak cudacznych poglądach. Emily wywoływała 

uśmiech na jego twarzy, prawiąc rzeczy szalone. 

Z  przyjemnością  na  nią  spoglądał.  Nic  w  tym  przecież  złego.  Ba,  źle  byłoby  nie 

spoglądać. Jest przecież normalnym mężczyzną, o normalnych skłonnościach, a ona z każdą 

chwilą stawała się śliczniejsza. Co nie znaczy, że się w niej zadurzył. 

Przeanalizowawszy  sytuację,  poczuł  się  raźniej  i  przestał  burmuszyć.  Widząc,  jak 

karmi konia resztką jabłka, uznał, że to urocze, a przy tym praktyczne. Ciekaw był jak też uda 

się jej udawać istotę bezbronną i niezaradną wobec Clifforda O'Toole'a. 

Czekał  przy  koniach,  ona  tymczasem  poszła  umyć  się  w  potoku.  Uczuł  uścisk  w 

gardle,  gdy  patrzył  jak  wraca  biegiem,  z  zaróżowionymi  od  lodowatej  wody  policzkami,  i 

woła  radośnie,  że  dzień  jest  piękny.  Miał  ochotę  ją  ucałować  i  trzeba  było  nie  lada 

dyscypliny, by się powstrzymał. 

- Jestem gotowa do drogi, Travisie. 

Natychmiast się ocknął. 

- Czas najwyższy. Zmarnowaliśmy dwie godziny - stwierdził rzeczowo. 

- Nie zmarnowaliśmy. Było... miło. 

Wzruszył ramionami. 

background image

- Chcesz, żebym pomógł ci dosiąść konia? 

- I przerzucić mnie przez grzbiet? Raczej nie. 

Dobrą  chwilę  trwało,  nim  trafiła  stopą  w  strzemię,  ale  w  końcu  siedziała  w  siodle. 

Posłała Travisowi zwycięski uśmiech. Zgasł szybko. 

-  Bezradna  kobieta  poprosiłaby  o  pomoc  -  powiedział  i  z  uśmiechem  wskoczył  na 

swojego wierzchowca. Musi być wariatem, skoro zaczyna lubić pannę Emily Finnegan. 

background image

W  milczeniu  dotarli  na  skraj  wąwozu,  przez  który  Travis  chciał  się  przeprawić  dla 

skrócenia podróży, ale był zalany, tak jak przewidział Adam. 

- Nie zamierzasz chyba przeprawiać się tędy. Gdzieś przecież musi być most. 

- Nie ma tu żadnych mostów, a to nie rzeka, Emily, tylko wąwóz. 

Jej wierzchowiec znarowił się na widok rwącej wody. Travis przechylił się, chwycił za 

uzdę i przyciągnął konia do siebie. 

- Pewnie myśli, że będzie musiał wejść do wody. Ale nie będzie, prawda? 

W jej głosie dało się słyszeć lęk. 

- Nie, nie będzie musiał. Nie możemy tędy przejechać - zapewnił. 

Ich nogi się zetknęły. Poczuła to, ale nie zareagowała. Cieszyła ją ta bliskość. Czuła 

się przy nim bezpiecznie, ale i nieswojo. Co się z nią, na Boga, dzieje? Przestawała rozumieć 

samą siebie. 

- Nie możemy tędy przejechać - powtórzyła jak echo i poklepała konia gestem, który 

miał, jak sądził Travis, uspokoić zwierzę. 

- I co teraz? - zapytała. 

- Twoja podróż właśnie się wydłużyła do dwóch, może trzech dni. 

Całą siłą woli powstrzymała okrzyk ulgi. Niech Bóg ją ma w swojej opiece. Jeszcze 

najmniej dwa dni, zanim zobaczy i poślubi pana O'Toole'a. Powinno ją to zmartwić, czyż nie? 

Dlaczego zatem czuje się tak, jakby dowiedziała się o odroczeniu egzekucji? 

- To strach - szepnęła. 

- Co mówisz? 

- Nic takiego - odparła, kręcąc głową. 

Nie miała zamiaru mówić mu prawdy. Nie śmiała też spojrzeć na niego z obawy, by 

nie dojrzał ulgi w jej oczach. I tak uważał, że jest szalona, chcąc wyjść za zupełnie obcego 

człowieka, a ona zaczynała myśleć, że ma rację. 

Może  to  tylko  przedślubne  nerwy.  Niektórym  pannom  to  się  przecież  zdarza. 

Oczywiście, że tak. Powinna jeszcze raz przeczytać listy pana O'Toole'a i na pewno od razu 

lepiej się poczuje. Przecież otworzył przed nią serce, pokazał się człowiekiem ponad wszelką 

wątpliwość wrażliwym i czułym, który będzie kochał i troszczył się o nią, póki śmierć ich nie 

rozłączy. Czego więcej mogłaby chcieć od męża? 

background image

Miłości, pomyślała markotnie. Chciała go kochać tak mocno, jak mocno on zapewniał 

o swojej miłości. 

- Nie pochorujesz mi się chyba tutaj, Emily? 

- Nigdy nie choruję. Czemu pytasz? 

- Strasznie zbladłaś. 

-  To  z  zawodu  -  skłamała.  -  Ty  też  musisz  być  zawiedziony.  Wygląda  na  to,  że 

będziesz się ze mną męczył jeszcze przez dwa dni. Zły jesteś? 

- Nie. Dlaczego tak ci pilno do Golden Crest? 

- A nie powinno? 

- Kochałaś Randolpha? Zagniewało ją to pytanie. 

- Skąd ci Randolph przyszedł do głowy? 

Wzruszył ramionami. 

- Kochałaś? 

- Być może. 

- A to co za odpowiedź? Lubiłaś, kiedy cię całował? 

- Na Boga, nie godzi się, żebyś zadawał mi tak osobiste pytania. Zaraz chyba zacznie 

padać? 

- Rzeczywiście - przytaknął. - Odpowiedz na moje pytanie. 

Westchnęła głośno nie chcąc dać mu do zrozumienia, jak bardzo jest zirytowana, ale 

w końcu uczyniła zadość jego ciekawości. 

- Ani lubiłam, ani nie lubiłam. Całował chyba jak należy. 

Zaśmiał się. 

- Co tak cię rozśmieszyło? 

Tego  nie  wyjaśnił,  ale  jej  odpowiedź  sprawiła  mu  przyjemność.  Nie  lubiła,  kiedy 

Randolph jej dotykał. Uważa, że całował „jak należy”. 

- Gdzie przenocujemy? - zapytała, chcąc uciąć dalsze pytania. 

-  Cofniemy  się  kilka  mil  i  zatrzymamy  w  zajeździe  Henry'ego  Billingsa.  Jedzenia 

podłe,  ale  pościel  czysta.  Jeśli  się  pospieszymy,  zdążymy  przed  deszczem.  Co  mi  się  tak 

przyglądasz, Emily? 

- Twoje oczy - wypaliła bez namysłu i spąsowiała, przyłapana na gorącym uczynku. - 

Są takie zielone. Czy bracia żartowali sobie z ciebie, kiedy byłeś mały? 

- Z powodu moich oczu? 

-  Nie,  z  powodu...  -  Ugryzła  się  w  język  i  zaczerwieniła  jeszcze  bardziej  na  myśl  o 

tym, co zamierzała powiedzieć. Panie w niebiesiech, chciała zapytać, czy pokpiwali z niego, 

background image

że  taki  urodziwy.  Miałaby  się  z  pyszna.  Reszta  drogi  upłynęłaby  na  wymianie  zgryźliwych 

uwag. Zauważyła już, jaki potrafi być arogancki. 

- Z jakiej racji mieli ze mnie żartować? - zapytał ponownie. 

Wpatrywała się w niego, usiłując wymyślić jakiś prawdopodobny powód. 

- Że jesteś taki wysoki - powiedziała wreszcie. 

Wykończy go ta kobieta. 

- Jako dziecko nie byłem wysoki. Byłem mały. Jak większość dzieci. 

-  Jak  równie  protekcjonalnym  tonem  będziesz  się  odzywał  w  sądzie,  nie  wygrasz 

żadnej sprawy. To tylko przypuszczenie - dodała, kiedy zmierzył ją złym okiem. 

- Jeśli nadal będziesz tak na mnie patrzyła, gotów jestem pomyśleć, że chcesz, bym cię 

pocałował. 

- Nie chcę. 

- To przestań się wpatrywać w moje usta. 

- W co się mam wpatrywać? 

-  W  wodę  -  burknął.  -  Patrz  w  wodę.  Pewna  jesteś,  że  nie  chcesz,  żebym  cię 

pocałował? 

Zaczynały się z nią dziać dziwne rzeczy. Tchu jej brakowało. Wiedziała, że kusi złe, 

ale nie mogła oderwać oczu od Travisa. Cóż mogła ją obchodzić woda? Miała nadal ochotę 

patrzeć na Travisa. Co się z nią dzieje? 

- Nie wypadałoby, żebyś mnie całował. Wkrótce będę mężatką. 

- Nie ma żadnego powodu, byś wychodziła za obcego człowieka, Emily. 

- Co ciebie może to obchodzić? 

Nie był przygotowany na to pytanie. 

- Obchodzi mnie, kiedy ktoś robi coś, co wydaje mi się głupie. 

- Chcesz powiedzieć, że jestem głupia? 

- Ty to powiedziałaś... 

background image

Aż do zajazdu Bilingsa żadne z nich nie odezwało się już słowem. Henry wyszedł im 

na spotkanie. W średnim wieku, z czaszką łysą jak polerowany kamień i jak kamień rozmow-

ny. Powitał Emily, tak się jej przynajmniej zdawało, bo nie patrząc nawet na nią wymamrotał 

coś, z czego nie zrozumiała ani słowa, po czym gestem dał znak, by szła za nim. Gdy weszli 

do środka, wskazał na drzwi, za którymi miała spać. 

W  głównym  pomieszczeniu  wokół  ścian  znajdowały  się  opuszczane  łóżka  na 

zawiasach. Po obu stronach stały długie stoły i ławy, a na samym środku pękaty piecyk. 

Travis  zachowywał  się  tak,  jakby  był  w  wielkiej  komitywie  z  Henrym.  W  czasie 

kolacji  raczył  go  najnowszymi  wieściami.  Emily  nie  odzywała  się.  Siedziała  obok  swego 

towarzysza  i  usiłowała  jeść  cuchnącą  zupę,  ale  nie  mogła  przełknąć  choćby  jednej  łyżki. 

Gospodarzowi  było  to  najzupełniej  obojętne,  skubała  więc  ciemny  chleb,  popijając  kozim 

mlekiem, zupę zaś odstawiła. 

Gdy  tylko  skończyła,  wstała  od  stołu.  Zatrzymała  się  przy  drzwiach  i  zwróciła  do 

Travisa: 

- Dojedziemy do Golden Crest jutro? 

Pokręcił głową. 

- Nie, pojutrze. Jutro przenocujemy u Johna i Millie Perkinsów. Wynajmują pokoje. 

Emily pożegnała mężczyzn i położyła się spać. Travis zobaczył ją dopiero następnego 

ranka,  gdy  pojawiła  się  w  izbie  z  torbą  w  ręku,  w  różowej  sukience  i  takim  też  swetrze. 

Ładnie jej było w różowym. Niech to, wyglądała coraz urodziwiej. 

Miał ochotę ją pocałować, ale nie uczynił tego, tylko się nachmurzył i przyrzekł sobie 

w duchu trzymać się od niej z dala. Nie będzie robił osobistych wycieczek i będzie obojętny 

na jej prowokacje. 

Podróż okazała się bardzo przyjemna. Emily nie wszczynała sprzeczek, toczyli zatem 

rozmowy natury filozoficznej. 

Wyznała,  że  uwielbia  czytać  i  połyka  wprost  książki.  Poradził  jej.  by  przeczytała 

Państwo. 

- To rzecz o sprawiedliwości - pospieszył wyjaśnić. - Powinna ci się spodobać. Mnie 

się spodobała. Mama Róża podarowała mi egzemplarz oprawny w skórę, do tego dziennik. To 

najcenniejsze rzeczy, jakie posiadam. 

- Po co ci dziennik? 

background image

-  Mam  w  nim  zapisywać  sprawy,  w  których  będę  występował  jako  obrońca. 

Powiedziała, że kiedy odejdę na emeryturę, chciałaby, żebym w jedną dłoń wziął Państwo, 

drugą mój dziennik i żeby oba tomy się zrównoważyły. 

- Jak waga Temidy - szepnęła Emily pełna uznania dla mądrości matki Travisa. 

Zaczęła  go  wypytywać  o  Platona  i  przez  całe  popołudnie  rozprawiali  o  prawie  i 

sprawiedliwości. Z radością wymieniał z nią opinie i szczerze żałował, gdy dyskusja dobiegła 

końca. On zawinił. Popełnił błąd i wdał się w sprawy osobiste. 

- Pełno w tobie sprzeczności, Emily. Jesteś wykształcona, mądra... 

- Ale? 

- Robisz coś zwariowanego. Prawdę mówiąc, całkiem głupiego. 

Rozzłościła ją ta śmiałość. 

- Nie przypominam sobie, żebym pytała cię o zdanie. 

- Ale je usłyszałaś - odparował. - Dopiero co tak żarliwie rozprawiałaś o uczciwości i 

sprawiedliwości,  tymczasem  zawracasz  głowę  Bogu  ducha  winnemu  człowiekowi.  To 

nieuczciwe. 

Tak się sprzeczali, póki nie dojechali do domu Perkinsów. 

Mówił głównie Travis. Wyliczył co najmniej dwadzieścia powodów, dla których nie 

powinna wychodzić za O'Toole'a, ale ostatni był jego zdaniem najbardziej przekonujący. 

- Nie potrafisz udawać delikatnego kwiatuszka, na który trzeba bez przerwy chuchać i 

dmuchać, Emily. 

- Do diaska, jestem delikatna. 

Parsknął niedowierzająco. 

- Jak niedźwiedź. 

-  Jeśli  rzucanie  obelg  jest  jedynym  sposobem,  w  jaki  potrafisz  bronić  swojego 

stanowiska, niech Bóg ma w opiece twoich klientów. 

Travis  zeskoczył  z  konia,  pomógł  zsiąść  Emily  i  znacznie  dłużej  niż  trzeba  trzymał 

dłonie na jej biodrach. 

- Udane małżeństwo to trudna rzecz, uczciwość jest w nim niezbędna. 

- A ty skąd wiesz? Nie byłeś nigdy żonaty, prawda? 

- To nie ma znaczenia. 

- A flirtować to uczciwe? 

Zbiła go z tropu tym pytaniem. Musiał chwilę pomyśleć, zanim odpowiedział. 

-  Czasami  uczciwe.  Flirt  należy  do  zalotów,  ale  ja  osobiście  uważam,  że  wtedy  jest 

uczciwy, gdy kobieta flirtuje z mężczyzną, którego upatrzyła sobie na męża. 

background image

- Upatrzyła na męża? Chcesz mi powiedzieć, że kobieta może flirtować tylko z tym, za 

którego ma wyjść? 

- Tak właśnie myślę. 

-  To  śmieszne.  Flirt  to  pierwszy  krok  na  długiej  drodze  poszukiwania  właściwej 

osoby. Mężczyźni też flirtują, masz pojęcie? Tylko inaczej niż kobiety. 

- My nie flirtujemy. 

Darmo było się z nim sprzeczać. 

-  To  przecież  tylko  niewinna  gra  między  kobietą  i  mężczyzną.  Poza  tym,  mężczyźni 

lubią,  kiedy  kobiety  z  nimi  flirtują.  Barbara  potrafiła  owinąć  sobie  wokół  palca  każdego 

mężczyznę. Kręcili się koło niej niczym trutnie wokół królowej. 

-  Wcale  nie  lubimy,  kiedy  kobiety  z  nami  flirtują  -  upierał  się.  -  Jesteśmy  mądrzejsi 

niż wam się zdaje i nie lubimy być wodzeni za nos. 

-  Nie  musisz  przemawiać  do  mnie  tym  wyniosłym  tonem.  Przez  ostatnią  godzinę 

cierpliwie  słuchałam  twoich  argumentów.  Nie  kpiłam  z  ciebie.  Prawda,  miałam  chęć,  ale 

wytrzymałam. Teraz moja kolej. Dowiodę ci swoich racji. 

- Jakich racji? 

Wiedziała, że się z nią  droczy.  Zapatrzyła się w  guziki jego koszuli, by  nie widzieć 

uśmiechu na twarzy. 

-  W  sprzyjających  okolicznościach  dowiodłabym  ci,  że  wątły  kwiatek  większą 

wzbudza atencję niż ten wybujały. 

-  Naprawdę  wierzysz,  że  bezradna  kobietka,  która  trzepocze  rzęsami  i  spija  z  ust 

mężczyzny każde słowo, wzbudza jego atencję? 

- Owszem. 

- Jesteś zupełnie postrzelona. 

Zignorowała przyganę. 

- Przestudiowałam ten problem dogłębnie, Travisie. 

-  Co  to  miałyby  być  za  sprzyjające  okoliczności  -  zapytał,  wracając  do  jej 

wcześniejszych słów. 

-  Boston  -  odparła.  Wskazała  w  stronę  domu  Perkinsów  i  ciągnęła  dalej:  -  Nie  mam 

zamiaru  dowodzić  ci  swojej  racji  w  obecności  obcych.  To  byłoby  nieroztropne,  a  nawet 

niebezpieczne.  Mężczyźni  w  Bostonie  są  bardziej  cywilizowani  i  wiedzą,  jak  należy 

postępować  z  damami.  Przestrzegają  pewnych  zasad.  Nie  mogę  powiedzieć  tego  samego  o 

mieszkańcach Montany, bo ich nie znam. 

background image

-  Większość  tutejszych  mężczyzn  to  dżentelmeni,  ale  są  i  tacy,  którzy  nie  pytając  o 

zdanie uwieźliby cię ze sobą. Mam pilnować twojego bezpieczeństwa i wolałbym nie wdawać 

się w burdy, dlatego że niemądrze się zachowałaś. Poza tym zaraz coś zjemy, i nie chciałbym 

poczęstować kogoś kulką. Zaraz po posiłku to źle wpływa na trawienie. 

Z trudem się powstrzymała, by nie parsknąć śmiechem na taką okropność. 

- Jedynie niestrawność powstrzymuje cię przed zabijaniem ludzi? 

- Tak jest. 

- Nie wierzę ci. Kpisz sobie ze mnie, dżentelmenowi to nie przystoi. 

- Mówiliśmy już o tym, Emily. Chyba wspominałem ci, że nie jestem dżentelmenem. 

Prawdę powiedziawszy, powinnaś się cieszyć, że cię eskortuję. 

Tak była zaskoczona tą rzeczową uwagą, że nie przyszło jej do głowy odepchnąć jego 

dłoń. 

- Doprawdy? Dlaczego powinnam się cieszyć? 

- Bo gdybym cię nie eskortował, byłbym jednym z tych, którzy chętnie uwieźliby cię 

ze sobą. 

Uznała,  że  to  bardzo  miłe  słowa.  Nie  mówił  przecież  poważnie.  Pokręciła  głową  na 

znak, że nie jest aż tak naiwna, by dać im wiarę, po czym wybuchnęła śmiechem. Przestała, 

widząc jego poważną minę. 

- Obydwoje wiemy, że nie mówisz poważnie. Przestań się nade mną znęcać. Przecież 

tak naprawdę... 

- Nie musisz ze mną flirtować. 

- Wcale z tobą nie flirtuję - zapewniła. - Dlaczego mnie trzymasz? 

- Tak będzie łatwiej. 

- Co będzie łatwiej? 

- Pocałować cię. 

Kiedy poczuła jego usta na swoich, zarzuciła mu ręce na szyję i przylgnęła do niego. 

Zaświtało jej jeszcze w głowie, że gdy tylko przestanie go całować, powie mu, by zostawił ją 

w spokoju. 

W tej chwili liczył się tylko Travis. Pod opuszkami palców czuła jego silne muskuły i 

jednocześnie nie mogła się nadziwić jak bardzo jest delikatny. 

Wielkie nieba, naprawdę potrafił całować. 

Nie pojmował, skąd nagła potrzeba, by ją pocałować, ale ledwie ta myśl powstała mu 

w głowie, nie mógł się jej pozbyć. Nie miał zamiaru dać się ponieść namiętności. Odsunął się 

od Emily, kiedy poczuł, że gotów posunąć się za daleko. 

background image

Do diaska, jaka ona uwodzicielska. 

Emily miała rozbawioną minę, ale szybko spoważniała. 

- Nie możesz mnie całować, kiedy ci przyjdzie ochota. 

By dowieść jej, że się myli, pocałował ją jeszcze raz. Gdy podniósł głowę, westchnęła 

cicho, wyraźnie zadowolona. 

- To ostatni pocałunek, jaki ode mnie dostałeś - oznajmiła i jęknęła w duchu, słysząc 

swój drżący głos. - Mówię poważnie. Nie możesz mnie całować. 

- Skoro na niego przystałaś. A może to nie twój język czułem w swoich ustach? 

Oblała się szkarłatem. 

- Starałam się być uprzejma. 

Roześmiał się w głos. 

- Jesteś jedyna w swoim rodzaju. Gdybym był skory do żeniaczki, Randolph musiałby 

się obejść smakiem. 

Wiedziała, że powiedział coś nie tak, ale chwilę trwało zanim zrozumiała co. 

- Clifford O'Toole - powiedziała w końcu. - Randolph to ten, który ożenił się z moją 

siostrą. 

- Prawda, ten, który cię oszukał. 

- Musisz używać tego słowa? 

- Nie ma się co obruszać. 

Stali  dość  daleko  od  stodoły,  ale  Travis  usłyszał  skrzypnięcie  otwieranych  od 

wewnątrz  wrót.  Instynktownie  przysunął  się  do  Emily,  by  ją  osłonić  w  razie  potrzeby.  Nie 

była  to  przesadna  ostrożność,  bo  wiedział  z  doświadczenia,  że  u  Perkinsów  zatrzymują  się 

często dzikusy z gór, dla których nie istniały żadne prawa. 

Odetchnął  z  ulgą  na  widok  idącego  ku  nim  mężczyzny.  Jack  Hanrahan,  zwany  z 

oczywistych powodów Jednookim Jackiem, straszył samym swym wyglądem: długie, ciemne, 

od lat nie myte  kudły,  wiecznie wykrzywiona twarz, wszystko  to  sprawiało  wrażenie, jakby 

szpetny  Jack  miał  za  moment  rozerwać  człowieka  na  strzępy.  Okropnie  dumny  ze  swej 

odrażającej aparycji nie nosił nawet przepaski na oko, uważał, że odjęłaby mu męskości. 

Ilekroć  Travis  widział  Jacka,  czuł,  jak  mu  się  wywraca  żołądek.  Inni  byli  bardziej 

otwarci, dawali Jednookiemu wprost do zrozumienia, jakie budzi odczucia, co, jeśli wierzyć 

słowom starego Perkinsa, wbijało Jacka w jeszcze większą próżność. Uwielbiał terroryzować 

ludzi. 

Travisowi  zaświtał  raptem  diabelski  plan,  który  miał  sprowadzić  Emily  na  ziemię  i 

uświadomić jej, jak zwariowane ma wyobrażenie o mężczyznach. 

background image

- Być może znalazłem sposób, byś dowiodła mi swoich racji. 

- Tak? 

Próbowała się odwrócić  i  zobaczyć,  w co też wpatruje się Travis,  ale on  położył  jej 

dłonie na ramionach i nie pozwolił się ruszyć. 

- Naprawdę chcesz mi pokazać jak bezradność działa na mężczyznę? 

-  Gdybym  mogła...  Przestudiowałam  dogłębnie  to  zagadnienie  i  zapewniam  cię,  że 

wiem, o czym mówię. 

-  Tak,  z  pewnością.  Przestudiowałaś.  Tylko  mi  jeszcze  tego  dowiedź  przy  pierwszej 

sposobności? 

- Uważasz, że mi się nie uda, prawda? Otóż uda się. 

- Jesteś pewna? 

-  Tak.  Tyle  razy  to  widziałam.  Moja  siostra  Barbara  potrafi  sprawić,  że  wszyscy 

mężczyźni  na  balu  skaczą  wokół  niej  jak  pchły  koło  psa.  Ot,  tak  -  powiedziała,  pstrykając 

palcami. Porównanie Barbary do psa rozśmieszyło Travisa. 

- Niech Bóg ma w swojej opiece twojego przyszłego męża. Potrafisz być pamiętliwa, 

kiedy ktoś ci się narazi. 

- Co chcesz przez to powiedzieć? 

-  Nieważne.  -  W  imieniu  wszystkich  mężczyzn  na  całym  świecie  napawał  się  już 

zasłużonym zwycięstwem. - Może się założymy o wynik? Będzie ciekawiej. 

Chociaż  hazard  nie  przystoi  dobrze  wychowanej  damie,  pewna  wygranej  nie  mogła 

oprzeć  się  pokusie.  Prawda,  sama  nigdy  nie  próbowała  zawrócić  mężczyźnie  w  głowie,  ale 

widziała w pociągu tyle pań otwarcie flirtujących z różnymi panami, przyglądała się swojej 

mistrzyni, Barbarze, i stąd czerpała ufność, że podoła. 

- O ile się założymy? 

- O dolara. 

- Będzie jeszcze ciekawiej, kiedy się założymy o pięć. 

- Niech będzie pięć - zgodził się. 

-  Chcę  żebyś  wiedział,  że  nie  zgodziłabym  się,  gdybym  wiedziała,  że  zranię  uczucia 

mężczyzny, na którym  wypróbuję swoje sposoby, ale to,  co zamierzam  zrobić jest zupełnie 

niewinne. Nie sądzisz? 

Na myśl o zranionych uczuciach Jacka Hanrahana Travis o mało nie zakrztusił się ze 

śmiechu. 

- Zupełnie niewinne. A więc zakład stoi? 

- O ile tylko nie ma w tym nic niebezpiecznego - dodała pospiesznie. 

background image

- Będę cię strzegł. 

- Jakie warunki? 

- Żadnych, tylko limit czasu. Wystarczy ci dziesięć minut, żeby zamienić mężczyznę 

w skończonego osła, czy trzeba ci więcej? 

-  Dziesięć  minut  wystarczy.  Jesteś  pewien,  że  nie  chcesz  postawić  żadnych  innych 

warunków? Nie chciałabym, żebyś mnie oskarżał, że nie grałam fair. 

-  Żadnych  innych  warunków.  Masz  tylko  zacząć  flirtować  z  pierwszym  mężczyzną, 

którego zobaczysz - powiedział, po czym obrócił ją powoli. 

Słyszał jak zatrzymała oddech, zdziwił się, że nie krzyknęła. Cofnęła się o krok. 

- Chcesz, żebym flirtowała z... nim? 

- Nazywa się Jack Hanrahan. To pierwszy mężczyzna, którego zobaczyłaś, prawda? 

- Tak, ale... 

- Czy wspomniałem ci, że Jack jest śmiertelnym wrogiem kobiet? 

Zamknęła oczy. 

- Nie, nie wspomniałeś. Jest niebezpieczny? 

-  Nie skrzywdzi  żadnej  kobiety, ale nie będzie też dla ciebie miły. Powiadają, że ma 

naturę grzechotnika, ale moim zdaniem, to ujma dla węży. Są znacznie sympatyczniejsze od 

niego. Chcesz się poddać? Dasz mi pięć dolarów i będziemy kwita. 

Połączenie  arogancji  i  rozbawienia  w  jego  głosie  podziałało  niczym  ostroga. 

Wyprostowała  się,  gotowa  podjąć  wyzwanie.  Wóz  albo  przewóz,  dopnie  swego  i  oczaruje 

Jacka. 

- To będzie wspaniałe - oznajmiła. - Stój tu i patrz. 

-  Chwileczkę,  skąd  będę  wiedział,  że  wygrałaś?  -  zapytał,  nie  mogąc  powstrzymać 

chichotu:  tak  absurdalna  zdała  mu  się  myśl,  że  Jack  miałby  zostać  zbałamucony  przez 

kobietę. 

-  Zaufaj  mi,  będziesz  wiedział,  że  wygrałam.  -  Po  -    prawiła  fałdy  spódnicy, 

kołnierzyk bluzki i wzięła głęboki oddech. 

Nie  przestając  się  uśmiechać  Travis  obserwował,  jak  Emily  z  ociąganiem  rusza  ku 

swej  ofierze.  Musiało  jej  być  nielekko.  Jack  wyglądał  niczym  niedźwiedź,  który  wyszedł 

właśnie ze swojej jaskini. Zazwyczaj roztaczał też taki fetor. Travis podziwiał odwagę Emily, 

chociaż ta szalona i uparta panna nie chciała przyznać, że mężczyźni są zbyt inteligentni, by 

dać się wodzić za nos bezradnym kobietkom. 

- Nie zapomnij o oczach - zawołał za nią, niby to służąc dobrą radą. 

Odwróciła się. 

background image

- O czym? 

- No wiesz, o tym trzepotaniu, jak wtedy w Pritchard. Jackowi na pewno się spodoba. 

Wcale nie ubawiona obróciła się na pięcie i poszła na spotkanie mężczyzny, którego 

postanowiła ujarzmić. Jeszcze przed nim nie stanęła, a już miała serce w gardle. 

Próbowała  wszystkiego,  ale  nic  nie  działało,  z  twarzy  Jacka  nie  schodził  zwykły 

grymas.  Travis  gotów  był  przysiąc,  że  słyszał  nieartykułowane  pomruki  dobywające  się  z 

gardła Jednookiego za każdym razem, kiedy ten kręcił głową. 

Chociaż  dziesięć  minut  jeszcze  nie  minęło,  chciał  zaproponować  Emily,  żeby 

zrezygnowała. Podjęła się beznadziejnego zadania. Już miał zawołać ją z powrotem, gdy Jack 

zrobił najpaskudniejszą w świecie minę. Uśmiechnął się. 

background image

Zbladł,  zamrugał,  spojrzał  raz  jeszcze.  Paskudny  uśmiech  nie  znikał.  Patrzył  z 

niedowierzaniem,  jak  Jack  podaje  ramię  Emily.  Przyjęła  je  bez  wahania  i  ruszyła  w  stronę 

domu, rzucając na odchodnym uśmiech swojemu przewodnikowi. 

Travisa jakby kto zdzielił w głowę, a na dodatek poprawił: kiedy dogonił niedobraną 

parę. jego uszu doszła najkoszmarniejsza imitacja południowego zaśpiewu, jaką kiedykolwiek 

słyszał. 

- Powiadam ci, Jack, jesteś urodzonym dżentelmenem. 

- Staram się, panno Emily. Pięknie panienka zaciąga, kiedy mówi. 

-  Jak  to  miło  z  twojej  strony,  że  tak  mówisz,  Jack  -  odparła,  trzepocząc  rzęsami  tak 

zawzięcie, że Travisowi odjęło apetyt. 

- Przedstawiam ci mojego przewodnika, pana Travisa Clayborne'a z Blue Belle. 

Jack przestał się uśmiechać i wykrzywił swoim zwyczajem. 

- Znam cię - oznajmił oskarżycielsko. - Bodaj że strzelałem kiedyś do ciebie? 

- Nie, nie strzelałeś. 

- A jakże, pamiętam, że strzelałem. 

Jego mina wskazywała, że zaczyna się srożyć. Emily natychmiast interweniowała. 

-  Padam  ze  zmęczenia.  Pan  Clayborne  i  ja  cały  dzień  spędziliśmy  w  siodle,  a  ja  nie 

mam tyle sił co ty, Jack. Jestem bardzo delikatna. 

Jack złagodniał w oka mgnieniu. 

-  Ma  się  rozumieć,  że  panienka  delikatna.  Chucherko  takie.  Clayborne  bez  potrzeby 

panią forsował. Mam go zastrzelić, panienko Emily? 

- Nie - krzyknęła wstrząśnięta pytaniem. 

- Na pewno? Jakby co, niech tylko panienka powie. 

- Jestem pewna, Jack, ale dziękuję za propozycję. Muszę tylko usiąść i odpocząć. 

-  Zaraz  znajdę  wygodne  krzesło,  panno  Emily.  Ładnie  panienka  pachnie  -  dodał 

nieoczekiwanie. 

- Doprawdy, Jack, psujesz mnie komplementami. 

Nie musiała już nic  mówić ani  trzepotać rzęsami. Travis  słuchał,  jak Jack przyrzeka 

rozpalić ogień, by Emily mogła ogrzać stopy, przynieść coś do picia, by przepłukała gardło i 

przygotować kolację, by się posiliła. 

background image

Jednooki  okrył  wstydem  wszystkich  mężczyzn  Montany.  Travis  miał  ochotę  go 

zastrzelić. Nie, to niedostateczna kara, rozmyślał ponuro, idąc za nieszczęsną parą w stronę 

ganku. Powinien zająć się końmi, ale najpierw musi sprawdzić, kto nocuje u Perkinsów i czy 

może zostawić Emily na chwilę samą. 

Jack otworzył drzwi, przepuścił Emily, po czym, w zgodzie ze swoją naturą, usiłował 

zatrzasnąć je Travisowi przed nosem. Był to jego ulubiony figiel. 

John Perkins, człek potężny, z potrójnym podbródkiem, wielkim brzuchem i usłużnym 

uśmiechem, czekał już na gości. Z pozoru łagodny, był twardy jak wszyscy ludzie z gór. W 

swoim  domu  nie  dopuszczał  do  żadnych  burd.  Jeśli  ktoś  wszczynał  awanturę,  musiał  ją 

dokończyć za progiem. Wnosząc z ilości anonimowych grobów na pobliskim wzgórzu, wiele 

tu toczono sporów. 

Johnowi,  który  zwykle  witał  swoich  gości,  odjęło  mowę.  Całkiem  zbaraniały 

wpatrywał się bez słowa w Jednookiego Jacka. 

I on najwyraźniej nie widział nigdy uśmiechu na twarzy Hanrahana. 

- Zimno się zrobiło, co John? - zagadnął Travis, kierując się ku jadalni. 

Żona Johna, Millie, aż pisnęła na widok uśmiechniętej twarzy Jacka. Travis pomyślał, 

że to właściwa reakcja. 

W  jadalni  nie  było  nikogo,  pomimo  to  Travis  uparł  się,  by  Emily  usiadła  w  kącie, 

plecami do ściany. 

John  doszedł  do  siebie  wcześniej  niż  jego  żona.  Podszedł  do  stołu  ze  strzelbą  pod 

pachą, stanął przed Travisem. 

-  Miło  cię  znowu  widzieć  -  zagadnął,  spoglądając  spod  oka  na  Hanrahana.  -  Millie, 

przestań miętosić fartuch i chodź poznać kobietę Travisa. Skończyłeś z kawalerskim stanem? 

- Nie, nie ożeniłem się. 

Przedstawił Emily gospodarzom i prosił, by usiedli z nimi. 

Kiedy już Milly otrząsnęła się z wrażenia, przeniosła całą uwagę na Emily. Patrzyła na 

nią jak zaczarowana, choć wyraźnie speszona. Co rusz a to poprawiała włosy, a to wygładzała 

fartuch. 

Za młodu była bardzo ładna, co łagodziło nieco zwykłą jej opryskliwość. Z wiekiem 

rysy stwardniały, ale dawny błysk w oczach pozostał. 

- Czemu by nie zjeść z gośćmi, Millie? Travis jest przecież przyjacielem. Przestań się 

wgapiać w jego niewiastę i dajże kolację. 

Millie  nawet  nie  drgnęła,  spojrzała  tylko  na  męża,  jakby  chciała  dać  mu  do 

zrozumienia, że później się z nim porachuje. 

background image

-  Mnie się też włosy kręciły, jak jej. Może kręciłyby  się i  teraz, jakby nie były takie 

długie - zwróciła się do męża. 

- Chcesz je obciąć? - zapytał John. 

Millie nie odpowiedziała, tylko wpatrywała się dalej w Emily. 

-  Spodziewa  się  pan  kłopotów,  panie  Perkins?  -  zagadnęła  Emily,  udając,  że  nie 

zauważa utkwionego w niej spojrzenia Millie. 

- Zawsze się spodziewam kłopotów. Dlatego nikt nigdy mnie nie zaskoczy. 

-  John  zaczął  nosić  strzelbę,  kiedy  się  ożenił  z  Millie.  Bał  się,  żeby  ktoś  mu  jej  nie 

porwał - dodał Travis. 

- Ile to już lat - westchnęła Millie. - Byłam wtedy ładna. 

-  Teraz  jesteś  jeszcze  ładniejsza  -  zapewnił  Travis  -  a  John  ciągle  nie  rozstaje  się  ze 

strzelbą. 

Millie pokraśniała na ten komplement i wyszła z jadalni. 

-  Co  porabiacie  w  górach?  -  zagadnął  John,  zerkając  niespokojnie  na  Jednookiego 

Jacka. 

- Mam odwieźć Emily do Golden Crest. Czekają tam na nią. 

Emily była mu wdzięczna, że nie wdawał się w szczegóły. 

Travis  pomyślał,  że  nie  zniesie  szpetnego  uśmiechu  Jednookiego  Jacka  ani  sekundy 

dłużej. 

- Emily, powiedz Jackowi, żeby przestał się uśmiechać. Dostaję gęsiej skórki. 

-  Uważam,  że  ma  uroczy  uśmiech  -  odparła,  po  czym  nachyliła  się  i  przez  stół 

poklepała dłoń Jacka. 

- Nie zwracaj na niego uwagi. Jest wojowniczo usposobiony. 

- Mam go zastrzelić, panno Emily? 

Tym razem przyjęła jego pytanie z całkowitym spokojem. 

- Nie, Jack, ale dziękuję za propozycję. 

Postanowiwszy nie zaprzątać sobie głowy obojgiem, Travis zwrócił się do Johna: 

- Pusto dzisiaj u ciebie. 

- Tylko patrzeć jak zaczną zjeżdżać. Zajrzał do nas Ben Corrigan. Wracał do domu z 

River's  Bend.  Mówił,  że  pięciu  ludzi  od  Murphy'ego  tu  jedzie.  Mają  u  mnie  nocować,  ale 

niech  zaczną  się  awanturować,  zaraz  ich  wyrzucę.  To  złodzieje  i  opryszki.  -  Tu  zawołał 

głośno w kierunku kuchni: - Millie, a schowaj no dobrze pieniądze, co je trzymasz w kloszu z 

ciastkami.  -  Ponownie  zwrócił  się  do  gości:  -  Na  twoim  miejscu  nie  spuszczałbym  swojej 

kobiety z oka, Travisie. 

background image

Travis kiwnął głową. Nie próbował wyprowadzać Johna z błędu i powtarzać, że Emily 

nie jest jego kobietą. Prawdę mówiąc, miło mu to brzmiało. 

Zasmucił się na tę myśl. Emily wkrótce zostanie żoną O'Toole'a i pewnie nigdy jej już 

nie zobaczy. 

-  Wygląda  na  to,  że  nie  pośpię  dzisiaj  -  powiedział,  myśląc  o  swoich  obowiązkach  i 

bezpieczeństwie panny Finnegan. 

- A to czemu? - zainteresowała się Emily. 

Nie  zmrużyłaby  oka,  gdyby  jej  powiedział,  do  czego  zdolni  są  ludzie  Murphy'ego, 

zmilczał więc jej pytanie i zmienił temat. 

- Corrigan przywiózł jeszcze jakieś nowiny? 

- Mówił, że człowiek sędziego federalnego przewąchuje w okolicy. 

Jack Hanrahan nastawił uszu, nagle niezmiernie zainteresowany rozmową. 

- Po co? - mruknął. - W naszych stronach prawo na nic się zda. 

Jack się mylił, ale ani John, ani Travis, nie zamierzali prostować jego opinii. 

- Z tego, co słyszał Corrigan, ten od sędziego szuka jakichś łajdaków, co zabili kobietę 

i dziecko. Mała miała zaledwie trzy latka. Sukinsyny powinny wisieć. Ten od sędziego ma ich 

zawieźć z powrotem do Teksasu i postawić przed sądem. 

- To on z Teksasu? 

- Tak mówił Corrigan. 

- Wspomniał jak się nazywa? 

- Nie przypominam sobie. Czemu tak cię on ciekawi? Na twoim miejscu trzymałbym 

się od niego z daleka. Corrigan opowiadał, że kiedy go zobaczył, dziękował Bogu, że wiedzie 

prawe życie. Tamten świdrował  go wzrokiem,  a  oczy ma ponoć niebieskie i  zimne jak lód. 

Corrigan mówi, że wolałby się więcej na niego nie napatoczyć. 

- Szukam człowieka, który twierdzi, że nazywa się Daniel Ryan. Okradł moją matkę i 

muszę go dopaść. Mama Róża pamięta tylko, że był wielki, miał niebieskie oczy i pochodził z 

Teksasu. 

- Nie myślisz chyba, że wysłannik sędziego może być człowiekiem, którego szukasz? 

Nie czekając na odpowiedź Travisa, John ciągnął dalej: 

-  Wielu  ludzi  ma  niebieskie  oczy.  Kto  wie,  czy  któryś  z  tych  bandytów,  co  to  ich 

szuka człowiek sędziego, nie ma akurat niebieskich oczu. 

- Mama Róża mówiła, że ten Ryan miał gładkie maniery. Rozstali się na krótko przed 

końcem podróży. Powiedział, że jedzie na północ. 

background image

-  Wątpię,  żeby  ci  poszukiwani  mieli  gładkie  maniery,  co  nie  znaczy,  że  człowiek 

sędziego  miałby  być  złodziejem.  Mało  to  Teksańczyków  kręci  się  w  Montanie?  Wiesz,  że 

lubią wypasać u nas swoje bydło. 

Travis pokręcił głową. 

-  Żaden  nie  goniłby  stad  tak  wysoko  w  góry.  Człowiek,  którego  szukam,  kręcił  się 

kilka dni temu w River's Bend. Mówisz przecież, że Corrigan stamtąd wracał? 

-  W  rzeczy  samej.  Wygląda  na  to,  że  Corrigan  rzeczywiście  widział  twojego 

człowieka. Jeśli zmierza na północny zachód, będzie musiał jechać przez te okolice. Może go 

spotkasz. Co takiego ukradł twojej matce, jeśli wolno spytać? 

- Kompas, który chciała podarować jednemu z moich braci. 

- Rzecz niewiele warta - wtrącił Jack. 

- Był przeznaczony dla mojego brata - odparł Travis. 

- Może teraz ja go ukradnę Teksańczykowi i zatrzymam sobie - przechwalał się Jack. - 

Który miał go dostać? 

- Cole. 

Jack spuścił z tonu. 

- A, to nie. Lepiej nie wchodzić mu w paradę. 

-  Jak  każdemu  Clayborne'owi,  jeśli  chcesz  jeszcze  trochę  pożyć  -  powiedział  John, 

tracąc najwyraźniej cierpliwość, po czym zwrócił się ponownie do Travisa. 

- Niesłyszana to rzecz, żeby człowiek prawa popełnił niegodziwość. Niedobrze mi się 

robi na samą myśl. Tak być nie może. 

-  Nie  wiadomo,  czy  on  jest  tym,  którego  szukam.  Dla  takiej  błahostki  miałby 

wystawiać  swoją  reputację  na  szwank?  Nie  raz  musiał  mieć  w  przeszłości  do  czynienia  ze 

złotem i grubymi pieniędzmi, a połakomiłby się na kompas? 

Emily,  która  dotąd  w  milczeniu  przysłuchiwała  się  rozmowie,  postanowiła  wyrazić 

własne zdanie: 

- Jeśli człowiek sędziego ma kompas, na pewno zwróci go twojej matce. 

Travis nie mógł się powstrzymać od lekkiej kpiny. 

-  Mama  Róża  wierzy,  że  tak  się  stanie.  Serce  jej  pęknie,  gdy  zrozumie  wreszcie,  że 

została oszukana. Teksańczyk miał dość czasu, żeby zwrócić kompas, ale nie, zatrzymał go. 

A jednak nie byłbym pewien, czy człowiek sędziego to Daniel Ryan. 

- Szkoda, że nie zapytałem Corrigana o jego nazwisko - wtrącił John. 

Emily zapaliła się do tematu. 

background image

- Jeśli człowiek sędziego zabrał kompas przez przypadek, nie myśli o tym, że ma go 

zwrócić. Ma co innego na głowie, ściga bandytów. 

-  Jeśli  zabrał  przez  przypadek...  Co  to  za  argument,  Emily?  Nikt  nie  kradnie  przez 

przypadek. 

- Mogło się zdarzyć. Opierasz wnioski na wątłych podstawach. Na pewno mam rację - 

nie dawała za wygraną. 

Powściągnął uśmiech, widząc jak zażarcie Emily broni człowieka, którego w życiu nie 

widziała na oczy. Miała rację, że zbyt pochopnie wyciąga wnioski, ale nie miał zamiaru jej 

tego  przyznać.  Zakończyłoby  to  dyskusję,  a  jemu  sprzeczki  z  nią  sprawiały  przyjemność. 

Lubił tę iskierkę w jej oczach zapalającą się za każdym razem, gdy powiedział coś, z czym 

nie miała zamiaru się zgodzić. Lubił jak każde zdanie popierała żywą gestykulacją, chociaż 

kilka  razy  oberwał,  gdy  gwałtownie  wymachiwała  rękami.  Lubił  nutę  powagi  w  jej  głosie, 

gdy napominała go, by trzeźwo rozumował. 

Po  zastanowieniu  dochodził  do  wniosku,  że  właściwie  wszystko  mu  się  w  niej 

podobało. Ciężko mu przyjdzie zostawić ją w Golden Crest, a już to, że ma ją oddać w ręce 

innego mężczyzny, wydawało mu się wręcz niemożliwe. Uśmiech zniknął z jego twarzy, gdy 

wyobraził ją sobie w ramionach Clifforda O'Toole'a. 

Z wysiłkiem odegnał ponure myśli i zagadnął Johna: 

- Pytałeś mnie o coś? 

John skinął głową. 

- Ciekaw byłem czy ten Teksańczyk powiedział twojej matce, że jest od sędziego. 

- Nie mówił czym się zajmuje. 

- Dziwne, prawda? 

Zobaczył, że Emily wznosi oczy do nieba i postanowił podbechtać ją, zgadzając się z 

Johnem. 

- Ano, dziwne. Zastanawiam się, dlaczego zmilczał to przed nią. 

- Nie wiesz, czy zrobił to z rozmysłem - zawołała gniewnie. - Obydwaj nie macie za 

grosz  rozumu.  Może  przestaniecie  upatrywać  najgorszego  i  okażecie  trochę  zaufania 

człowiekowi. 

- Niby dlaczego? - zapytał Travis. - Okradł moją matkę. 

- Na to wygląda - zgodził się John. 

- My tutaj okazujemy względy naszym matkom - oznajmił Travis. 

- Prawdę mówisz - zawtórował John. Nawet Jack mruknął potakująco. 

- Nie ujdzie na sucho temu, kto skrzywdzi matkę - dodał John. 

background image

Mężczyźni jeszcze przez kilka minut omawiali sytuację, po czym Travis poprosił, by 

John dotrzymał Emily towarzystwa, gdy on zajmie się końmi. 

- Nigdzie nie musisz iść. Nająłem pomocnika, chłopaka Clemonta, Adama. Widziałem 

przez okno jak prowadził twoje konie do stajni. Zajmie się nimi, a i bagaże przyniesie. 

Emily chciała się umyć przed kolacją, a że Travis bał się spuszczać ją z oka, poszedł 

za nią, sam też się umył. Kiedy wrócili na dół, stół był już nakryty do kolacji. Millie siedziała 

u jego szczytu. 

Ugościła ich zawiesistym gulaszem, biszkoptami z dżemem, kawą i mlekiem. 

- Ja to lubię zjeść sam - oznajmił Jack, zwracając się do Emily, po czym uważnie się w 

nią wpatrując dodał: - A przed zmrokiem muszę być u Cooperów. Uśmiechnęła się szeroko. 

- Byłeś bardzo cierpliwy. 

Odwróciła się do Travisa i wyciągnęła ku niemu dłoń. 

- Jesteś mi chyba winien pięć dolarów. 

Zdziwiony, że Emily chce odebrać wygraną w obecności Hanrahana i Perkinsa, zaczął 

szukać pieniędzy. Zaintrygowana mina Johna mówiła mu wyraźnie, że gospodarz będzie się 

dopytywał, dlaczego winien jest pieniądze swojej towarzyszce. Jeśli powie choć słowo, Jack 

się dowie, że go podeszła. 

I kłopot gotowy. 

Wręczył pieniądze i już miał przestrzec Johna, żeby o nic nie pytał, gdy Emily oddała 

wygraną Jackowi. 

- Proszę, i bardzo dziękuję za pomoc. 

- Nie było najgorzej - mruknął Jack. - Mogę już przestać się uśmiechać? 

- Możesz. 

Na jego twarzy odmalowała się ulga, którą po chwili zastąpił zwykły grymas. Odsunął 

krzesło,  wstał  i  zaniósł  swój  talerz  do  stołu  w  drugim  końcu  sali.  Jak  Travis,  lubił  siedzieć 

plecami do ściany, by nikt z wchodzących nie zaskoczył go znienacka. 

Pochylając  się  nad  talerzem  zaczął  pałaszować  swój  gulasz,  a  tak  się  przy  tym 

zapatrzył na Emily, że dwa razy nie trafił do ust. Jadł palcami, zachowywał się jak w chlewie. 

Travis pomyślał, że nie przełknie kęsa, jeśli nadal będzie na niego patrzył. Odwrócił się do 

Emily. 

-  Postawmy  sprawę  jasno.  Powiedziałaś  Jackowi,  o  co  się  założyliśmy?  -  zapytał, 

usiłując nadać swojemu głosowi oburzony ton. 

- Powiedziałam. 

- Uznałaś więc, że sama nie podołasz. 

background image

-  Podołałabym  na  pewno,  ale  nie  chciałam.  To  nie  byłoby  w  porządku  wykorzystać 

Jacka  dla  wygrania  zakładu.  Mężczyźni  w  Bostonie  oczekują,  że  kobieta  będzie  flirtować. 

Jack nie zrozumiałby tego. Nie, to nie byłoby w porządku - powtórzyła z naciskiem. 

- Nie zmieniasz więc zdania? 

- Nie. 

- Nie w porządku? A czym Jack różni się od Clifforda O'Toole'a? 

- Jego w to nie mieszajmy, dobrze? 

- Kim jest Clifford O'Toole? - zainteresował się John. 

- To przyszły mąż Emily. Przestań mnie kopać - upomniał ją. - Nigdy go nie widziała. 

-  To  mi  się  nie  podoba  -  wtrąciła  Millie.  -  Czemu  wychodzisz  za  jakiegoś 

nieznajomego, kiedy zależy ci na innym. 

- Nie zależy mi na żadnym innym - zaprotestowała Emily. 

-  Z  daleka  widać,  że  masz  się  ku  Travisowi.  Ślepa  jesteś,  dziewczyno?  -  sarknęła 

Millie. 

Emily poczuła, że oblewa się rumieńcem. 

- Mylisz się, Millie. Ledwie go znam. Odwozi mnie tylko do Golden Crest. 

Millie znowu prychnęła, a Emily czym prędzej zmieniła temat. Nie śmiała spojrzeć na 

Travisa. 

- Wygrałam uczciwie - oznajmiła. 

- Złamałaś zasady. 

Zaśmiała się z przymusem. 

- Nie było żadnych zasad, zapomniałeś? To była twoja decyzja, nie moja. 

- Jaki zakład? - chciał wiedzieć John. 

Travis  posłał  Emily  lodowate  spojrzenie,  kiedy  wymierzyła  mu  kolejnego  kopniaka 

pod stołem. Zignorował ostrzeżenie i opowiedział Perkinsom, jak to się pokłócili i jak chciał 

jej udowodnić, że się myli. 

-  To  był  głupi  zakład,  ale  wygrałam  go.  Sam  jesteś  sobie  winien.  Powinieneś  był 

określić zasady, jak w tej historii o jednym lichwiarzu, którą czytałam, nazywała się Kupiec 

wenecki. Znasz ją może? 

- Tak się składa, że znam. 

- Ja nie mogę jej sobie przypomnieć - wtrącił John. - Prawda, nie umiem czytać, może 

dlatego jej nie pamiętam. 

- Ja też jej nie pamiętam, ale chętnie posłucham - powiedziała Millie. 

background image

-  To  piękna  opowieść  -  zaczęła  Emily.  -  Pewien  dżentelmen  pożyczył  pieniądze  i 

przyrzekł  je  zwrócić  w  takim  to,  a  takim  czasie.  Zgodził  się  też,  że  jeśli  nie  będzie  mógł 

zapłacić, da lichwiarzowi funt swojego ciała. 

John otworzył szeroko oczy. 

- Dla chudego to pewna śmierć. 

- Dla każdego - zapewnił go Travis. 

Kątem oka dostrzegł, że Jack podniósł się i chyłkiem kieruje się w ich stronę, chłonąc 

każde  słowo  Emily.  Travis  ogromnym  wysiłkiem  woli  powstrzymał  się,  by  nie  wybuchnąć 

śmiechem,  tak  komiczny  był  widok  stąpającego  na  paluszkach  nieokrzesańca.  Bracia  nie 

uwierzą, kiedy im o tym opowie. 

-  Nie  trzymaj  mojego  Johna  dłużej  w  niepewności  -  ponagliła  Millie,  jak  zwykle 

opryskliwa. - Tylko głupiec składa takie pochopne obietnice, prawda, John? 

-  Oj,  głupiec,  Millie.  Ale  gdyby  tak  lichwiarz  dał  mu  czas,  żeby  nabrał  sadełka,  to 

może by się wywinął. Dał mu lichwiarz trochę czasu? - dociekał John. 

Emily pokręciła głową, zachowując poważną minę. 

- Nie, John, nie dał mu czasu. 

- Nie powinien był obiecywać - powtórzyła Millie, kręcąc głową. - Widać, że nie był z 

naszych stron. Tutejsi ludzie nie są tacy pomyleni. 

- Ale on musiał mieć te pieniądze. Był pewien, że zwróci je na czas. Nie wiedział, że 

nie będzie miał z czego spłacić długu. 

- Już czuję, co się stało. Dał sobie uciąć ciała? - zapytał John. 

- I potem umarł? - wtórowała mu Millie. 

- Ani jedno, ani drugie - uspokoiła ich Emily. 

-  Już  wiem  -  oznajmił  John.  -  Uciekł.  Tak  się  nie  godzi.  Danego  słowa  trzeba 

dotrzymywać. Słowo rzecz święta. Czy nie tak, Millie? 

-  Tak, John, a co człowiek ma poza słowem.  Co było  dalej?  - Millie zwróciła się do 

Emily: - Ukrył się przed lichwiarzem? 

- Nie - odparła Emily rada entuzjazmowi Perkinsów dla jej opowieści. 

Travis też się uśmiechał. Przeczytał co prawda sztukę Szekspira za namową Adama, 

ale  wersja  Emily  podobała  mu  się  znacznie  bardziej.  W  jej  wydaniu  postacie  ożywały, 

stawały się realne. 

Spojrzał  na  Jednookiego  Jacka  i  dojrzał  na  jego  twarzy  coś,  co  sprawiało  wrażenie 

najprawdziwszego  uśmiechu.  Emily  uczciwie  wygrała  zakład.  Hanrahan  łowił  każde  jej 

słowo, podbiła go zupełnie. 

background image

- Jeśli nie dał drapaka, to co się z nim stało? - dopytywała się Millie. 

-  On  nie  chciał  dać  funta  ciała,  a  lichwiarz  nie  chciał  zwolnić  go  z  obietnicy. 

Urządzono więc sąd, by rozstrzygnąć spór. 

John uderzył dłonią w stół. 

- I obejdź się człowieku bez prawa. 

- Obrońca uratował tego człowieka, ma się rozumieć - wtrącił Travis. 

- A była nim niewiasta o imieniu Porcja - przypomniała mu Emily. 

Obie panie wymieniły porozumiewawcze uśmiechy. 

- Niech to, muszę wiedzieć, co się stało z tym nieszczęśnikiem. Co powiedział sędzia? 

- Że kontrakt jest wiążący i lichwiarz ma prawo do „swojego” funta ciała. 

- Wiedziałem, Millie, a nie mówiłem, że dane słowo to rzecz święta? 

- Mówiłeś, John. 

-  Ale  -  wtrąciła  pospiesznie  Emily,  lękając  się,  że  znowu  jej  przerwą  -  zostało 

postanowione, że lichwiarz może wziąć swój funt ciała i ani kropli krwi. 

John rozważał werdykt, pocierając w zamyśleniu brodę. 

- Niepodobna wziąć mięso bez krwi. 

-  Rzeczywiście  -  przytaknęła Emily.  -  Gdyby lichwiarz dokładniej  określił  warunki  - 

tu rzuciła Travisowi wymowne spojrzenie - werdykt mógłby brzmieć inaczej, ale nie określił, 

całkiem jak ty w naszym zakładzie, Travisie. Wygrałam uczciwie. 

Uznał  swoją  porażkę,  zapewnił,  że  nie  chowa  urazy,  oddaje  jej  honor  i  prawo  do 

triumfu. 

- Chcesz, to cię pocałuję na dowód, że nie jestem wściekły. 

Ledwie to powiedział, zrozumiał, że wprawił ją w zakłopotanie. Gdy spuściła wzrok i 

pokręciła głową, dotknął jej dłoni. 

-  Masz wiele wspólnego z Porcją  -  szepnął  -  ale ona na pewno nie oblała się pąsem, 

gdy wygrała sprawę. Jest w tobie ta sama pasja i namiętność. 

Ucieszył ją ten komplement, ale zanim zdążyła podziękować, rozległ się łoskot. 

Ktoś  dobijał  się  do  drzwi  frontowych.  John  zerwał  się  z  krzesła  i  pobiegł  do  sieni, 

Travis za nim. 

- Czy to ludzie z rancza Murhy'ego, Millie? - zapytała Emily. 

- Wnosząc z tego walenia w drzwi, pewnie oni. - Podeszła szybko do Emily i chwyciła 

ją za łokieć. - Możesz skończyć kolację w kuchni. Tam będziesz bezpieczniejsza. Travis już 

dopilnuje,  żeby  ludzie  z  rancza  nie  wychodzili  z  jadalni.  Nie  wiem  tylko,  jak  się  potem 

przemkniesz  na  górę,  ale  o  to  niech  się  John  martwi.  Chodź,  dziewczyno,  nie  ma  żartów. 

background image

Żeby tylko nie mieli w czubie. Nie ma nic gorszego jak pijacy  - dodała, otrząsając się. - A 

niech  któryś  ukradnie  mi  co,  przysięgam,  że  własnoręcznie  zastrzelę.  Oby  tylko  nie  byli 

pijani. 

Millie  wystraszyła  się  nie  żarty.  Emily  wolała  nie  ryzykować.  Wzięła  swój  talerz, 

poszła  za  Millie  do  kuchni,  tu  zaoferowała  jej  swoją  pomoc  w  przygotowaniu  kolacji  dla 

parobków. 

-  Siadaj  za  stołem  i  jedz,  sama  wszystkiego  dopilnuję.  Jak  skończysz,  możesz 

wyszorować patelnię, kiedyś taka dobra. Moczy się w cebrzyku. 

Emily ucieszyła się, że ma coś do roboty. Zjadła szybko, po czym zakasała rękawy i z 

impetem zaatakowała patelnię, uśmiechając się na myśl, co też powiedziałaby matka, gdyby 

ją  teraz  zobaczyła.  Najpewniej  dostałaby  palpitacji,  jako  że  żadna  z  córek  pani  Finnegan 

nigdy  nie  była  dopuszczana  do  pospolitych  prac  domowych  -  te  należały  do  służby  -  ale 

wróciwszy do siebie byłaby chyba dumna ze swojej pociechy. 

- Masz kogoś do pomocy, Millie? - zagadnęła. 

-  Nie,  ale  coraz  częściej  myślę,  żeby  nająć.  Mój  John  burczy,  że  za  dużo  pracuję,  a 

dom ostatnio ciągle pełen gości. Po całym dniu prania, sprzątania, gotowania i podawania do 

stołu jestem tak zmęczona, że ledwie mam siłę położyć się do łóżka. 

- Myślałaś kiedyś, żeby przenieść się do miasta? 

-  Nie,  nigdy.  Pełno  u  nas  podróżnych,  co  jadą  na  północ  i  na  zachód,  chyba  że  jest 

sucha pora i mogą przeprawić się przez wąwóz. Na brak towarzystwa nie możemy narzekać, a 

czujemy się wolni. Nie zniosłabym chyba, gdyby sąsiedzi zaglądali mi do garnków, John też 

nie. 

Emily  zaczęła  właśnie  wycierać  wymytą  patelnię,  gdy  uświadomiła  sobie,  że  hałasy 

ustały. Zauważyła, że Millie drżą ręce. 

- Myślisz, że ludzie Murphy'ego odjechali? 

- Zbytek szczęścia. Tacy nigdy nie dają za wygraną. 

- To znaczy jacy? 

-  Nieokrzesane  opoje,  skradną  cokolwiek,  byle  zdobyć  dolara  na  flaszkę,  a  resztę 

zniszczą. Pijanemu nie przemówisz do rozumu, Emily, ale bądź spokojna. Twój Travis nie da 

cię skrzywdzić. 

- Tak samo, jak i ciebie. Poza tym on nie jest mój. 

- Ale chciałabyś, żeby był, prawda? 

Emily uśmiechnęła się na tę bezceremonialność. 

- Dlaczego tak myślisz? Jadę poślubić innego - przypomniała jej. 

background image

- To nie w porządku - mruknęła Millie. zamknęła drzwiczki piekarnika i odwróciła się 

do Emily, nie kryjąc zatroskanej miny. - Jesteś bystra, dziewczyno. Zapomnij o swojej dumie 

i powiedz mu, co chowasz w sercu, zanim nie będzie za późno. 

- Ale, Millie... 

- Nie sprzeczaj się ze mną. Między wami aż iskry skaczą, nawet półgłówek odgadłby, 

co się święci. Powiedz mu, niech się do ciebie zaleca. 

Emily pokręciła głową. 

-  Nawet  gdybym  chciała, żeby się do mnie zalecał,  nic z tego. Powiedział mi, że nie 

chce się żenić. 

Millie prychnęła na te słowa. 

- Żaden nie chce się żenić. Do ślubu. Nie wierz w te bzdury, dziewczyno. Widziałam, 

jak  blisko  ciebie  siedział  przy  stole.  Bok  w  bok.  Widziałam,  jak  brał  cię  za  rękę,  ale  nie 

widziałam, żebyś ją odpychała. Wcale mu tego nie miałaś za złe, prawda? 

Emily opuściła ramiona, przygarbiła się. 

- Nie miałam. Nie wiem, co się ze mną dzieje. Listy pana O’Toole'a były bardzo miłe i 

kiedy zaproponował... 

-  Niech  to,  masz  zamiar  zmarnować  sobie  życie  z  powodu  jakichś  tam  listów?  - 

burknęła Millie. 

- Nie przewidywałam komplikacji. Postanowiłam, że wezmę swój los we własne ręce, 

a  teraz  myślę,  że  może  Travis  ma  rację.  Mówi,  że  to  zraniona  duma  pchnęła  mnie  do 

nierozważnego kroku. Nie wiem, co robić, Millie, lubię Travisa, ale na pewno go nie kocham. 

Znam go ledwie od dwóch dni i większość tego czasu spędziliśmy na sprzeczkach. 

-  Miłość  potrafi  przyjść  z  nagła.  Raz  spojrzałam  na  mężczyznę  i  już  wiedziałam,  że 

muszę go zdobyć. 

Emily  nie  miała  zamiaru  nikogo  zdobywać.  Rozmowa  zaczynała  ją  denerwować. 

Millie zmuszała ją do myślenia o rzeczach, o których wolałaby raczej nie myśleć. Powtarzała 

sobie, że się po prostu boi, ale wiedziała, że to kłamstwo. Dobry Boże, co się z nią dzieje? 

Przestawała rozumieć samą siebie. 

- Masz szczęście, że spotkałaś Johna. Jak się poznaliście? - zapytała, chcąc odwrócić 

uwagę Millie od swojej osoby i sprzecznych uczuć wobec Travisa. 

Millie  już  miała  odpowiedzieć,  gdy  z  impetem  otworzyły  się  kuchenne  drzwi.  Obie 

kobiety  podskoczyły  przestraszone.  Do  środka  wkroczyły  dwie  kreatury  o  przeraźliwym 

wyglądzie. Millie zaklęła jak szewc, wprawiając Emily w zdumienie. 

background image

- Nikt nie będzie trzymał nas pod drzwiami - oznajmił jeden z obwiesi i czknął głośno. 

- No nie, Carter? 

Drugi z intruzów, wpatrzony w Emily, zignorował pytanie kompana. 

- Patrz, co tu mamy. Stoi sobie przy szafce z alkoholami, Smiley. 

Emily z całego serca pragnęła przeniknąć przez ścianę. Mężczyźni  cuchnęli whisky, 

ledwie  mogli  ustać.  Wyglądało,  że  jeszcze  chwila,  a  zwalą  się  z  nóg.  Postanowiła  więc 

zabawiać ich do tego czasu, chyba, że wcześniej John i Travis przyjdą jej z odsieczą. Ukryła 

patelnię  za  plecami,  nie  spuszczała  przy  tym  z  oczu  pijaków,  niepewna  który  z  nich 

szpetniejszy.  Smiley  szczerzył  w  paskudnym  uśmiechu  czarne  pieńki  zębów.  Carter  był 

niewiele piękniejszy, z cuchnącym oddechem i wielką głową osadzoną na chudym ciele. 

W porównaniu z nimi Jednooki Jack wydawał się wręcz urodziwy. 

Wulgarne przywitanie Millie nie zrobiło na nich żadnego wrażenia. Nie zaszczycili jej 

nawet spojrzeniem. 

- Posmakowałbym tej whisky - wymamrotał Smiley. 

-  Ja  też  -  zawtórował  mu  Carter  oblizując  wargi,  po  czym  mlasnął,  co  Smileyowi 

wydało się tak komiczne, że zaczął rechotać, a po brodzie pociekła mu ślina. 

Emily  miała  już  dość,  gotowała  się  z  wściekłości,  ale  powiedziała  sobie,  że  musi 

postępować rozważnie i nie dać się ponieść emocjom. Nie prowokować pijanych. Co prawda 

nigdy z żadnym nie miała do czynienia, ale słyszała, że są nieobliczalni, a Millie dopiero co 

jej powiedziała, że pijanemu nie sposób przemówić do rozsądku. 

Pożałowała,  że  nie  ma  pod  ręką  broni,  po  czym  przypomniała  sobie,  że  chowa  za 

plecami patelnię i poczuła się pewniej, zdecydowana użyć jej, jeśli ruszą cokolwiek w kuchni. 

- Wyjdźcie. Przestraszyliście Millie. 

- Wyjdziemy, jak się nam zechce - wybełkotał Carter. 

-  Muszę  się  napić.  Odsuń  tę  kobietę,  bo  nie  mogę  się  dostać  do  mojej  whisky  - 

mruknął Smiley. 

Carter  skwapliwie  przytaknął,  ale  zamiast  wykonać  jakiś  zdecydowany  ruch,  zaczął 

się kręcić w kółko. 

- Gdzie ten szklany słój z pieniędzmi? - wymamrotał, tocząc maślanym wzrokiem po 

kuchni. - Millie go gdzieś schowała. 

- Rozwalimy tę budę i znajdziemy forsę. 

Carter  prychnął.  Millie  wyprostowała  się,  ale  ciągle  niespokojnie  mięła  fartuch  w 

dłoniach. 

- Wynocha stąd, bo zawołam zaraz Johna. 

background image

Carter dobył zza pasa nóż myśliwski i zaczął nim wymachiwać, a był tak pijany, że 

Emily nie mogła się nadziwić, iż go nie upuścił. 

- Zamknij jadaczkę, bo ci brzuch rozpruję - syknął. 

Millie zrobiła się blada jak płótno, co jeszcze bardziej rozwścieczyło Emily. Jak tych 

dwóch opojów śmie nachodzić jej dom i straszyć nieszczęsną kobietę? Och, gdyby tak miała 

teraz strzelbę Johna pod ręką, potraktowałaby nią intruzów. Nie, nie zabiłaby ich, ale długo 

płakaliby z bólu przy każdym kroku. 

- Usuńmy najpierw tę jałówkę z drogi - zawołał Smiley do kompana. 

W jednej sekundzie gniew Emily zamienił się w furię. 

- Jak mnie nazwałeś? - zapytała szeptem. 

- Jałówką - odparł Smiley. 

Spiorunowała wzrokiem obydwu mężczyzn i zapomniała o przezorności. 

-  Millie,  jak  myślisz,  który  z  nich  paskudniejszy?  Ten  z  czarnymi  zębami,  czy  ten  z 

wielką głową? Nie mogę się zdecydować. 

Millie wytrzeszczyła oczy. 

- Chcesz ich rozwścieczyć, dziewczyno? 

Smiley postąpił krok ku Emily. 

- To kobieta Travisa Clayborne'a. Jeśli jej dotkniecie, on was zabije - krzyknęła Millie. 

-  Nie  zdąży  -  mruknął  Smiley.  -  Jest  przy  drzwiach  frontowych.  Zanim  przyjdzie, 

będziemy daleko. Z pieniędzmi i whisky. Dobrze mówię, Carter? 

- A jakże. Szybcy jesteśmy - przytaknął kompan buńczucznie. - Zamknij tę jałówkę w 

jadalni. 

Millie zaczęła wzywać Johna i cofać się w stronę stołu, zamierzając szukać pod nim 

schronienia przed nożem Cartera. Kątem oka dostrzegła, że Emily nie zamierza ustąpić przed 

napastnikiem. 

- Uciekaj - zawołała. 

Emily pokręciła głową. 

- Nie, najpierw pozbędziemy się tych śmieci. 

Smiley zatrzymał się na te słowa, zatoczył i zagadnął do Cartera: 

- Ona mówi o nas? 

- Co cię napadło? - szepnęła Millie. 

- Złość. Nie lubię jak nazywają mnie jałówką. Nie będą nas straszyć i wygrażać nam - 

odparła  Emily,  nie  spuszczając  wzroku  z  pijaków.  -  Millie  powiedziała,  żebyście  wyszli. 

Zróbcie, jak prosiła. 

background image

Smiley  parsknął,  próbował  dosięgnąć  Emily,  znowu  się  zatoczył  i  uderzył  o  blat 

kuchenny. 

- Schowaj się za mnie - krzyknęła Millie. 

Emily nie miała teraz czasu tłumaczyć, że byłoby to tchórzostwo, a liczyła się każda 

sekunda.  Odczekała,  aż  Smiley  zbliży  się  na  krok,  wzięła  szeroki  zamach  i  zdzieliła  go 

patelnią w głowę. Smiley zatoczył się do tyłu, zaskrzeczał niczym ranny kogut i zwalił się na 

ziemię. 

Zaskoczony Carter upuścił nóż. 

- Ogłuszyłaś go - jęknął. 

Emily z bijącym sercem przekroczyła rozciągniętego na podłodze delikwenta: chciała 

dopaść jego kompana, dopóki ten nie przypomni sobie o nożu. 

Carter  nie  był  aż  tak  pijany  jak  sądziła.  Schylił  się  błyskawicznie  i  chwycił  nóż, 

powarkując jak wściekły pies. 

Emily  cofnęła  się  o  krok.  Millie  usiłowała  przyjść  jej  z  pomocą,  rzucając  w  Cartera 

wszystkim,  co  się  jej  nawinęło  pod  rękę.  Uchylił  się  przed  kubkiem  i  salaterką,  dopiero 

miedziany imbryk trafił go w ramię. 

Zaskowyczał  z  bólu,  tocząc  wzrokiem  od  jednej  do  drugiej  napastniczki,  jakby  nie 

mógł  zdecydować,  z  którą  wpierw  zrobić  porządek.  Kiedy  Millie  zaczęła  w  głos  wzywać 

Johna, Emily wykorzystała chwilę nieuwagi Cartera i zdzieliła go patelnią w łokieć. Jęknęła 

zawiedziona, bo celowała w dłoń, chcąc wytrącić przeciwnikowi nóż. 

Carter wydał wściekły pomruk, w jego oczach dojrzała mord. 

background image

Nie zdążył jej nawet dotknąć. Jak spod ziemi, między nią i napastnikiem wyrósł nagle 

Travis, zasłaniając ją sobą. Niepomiernie rada, teraz już bezpieczna wychyliła głowę zza jego 

szerokich barów, by zobaczyć, jak jego pięść ląduje na szczęce Cartera.  Potężnie zdzielony 

Carter wyleciał przez drzwi i padł na trawę z nogami w maselnicy. 

Travis  aż  trząsł  się  z  wściekłości.  Kiedy  Jack  mu  powiedział,  że  w  kuchni  dwóch 

pijaków  napastuje  Emily,  rzucił  się  natychmiast  w  tamtą  stronę,  przerażony  i  tym  więcej 

rozwścieczony. Na widok szubrawca wywijającego nożem coś w nim pękło. Rozerwałby łotra 

na strzępy. 

Ciągle jeszcze miał ochotę to uczynić. Wpatrywał się długo w nieprzytomnego pijaka, 

jakby liczył, że ocuci go wzrokiem, by mu jeszcze przyłożyć, ale że opój nie reagował, Travis 

musiał pogodzić się z faktem, że to koniec lania. 

Odwrócił się do Emily, położył jej dłonie na ramionach i poprosił, żeby spojrzała mu 

w oczy. 

- Nic ci nie jest? Nic ci nie zrobił? - zapytał schrypniętym głosem. 

- Nie, nic mi nie zrobił - powiedziała słabo. 

Wyjął jej z dłoni patelnię i odłożył na stół. 

Emily  poczuła,  że  musi  natychmiast  usiąść.  Dopiero  teraz,  gdy  niebezpieczeństwo 

minęło,  ugięły  się  pod  nią  kolana,  zaczęła  drżeć  na  całym  ciele.  Przysunęła  sobie  krzesło  i 

opadła na nie bez sił. 

Do  kuchni  wpadł  John.  Spojrzał  na  żonę,  upewnił  się,  że  nic  jej  nie  jest  i  dopiero 

wtedy przeniósł wzrok na resztki drzwi do ogrodu i rozciągniętego na podłodze obwiesia. 

Widząc jak przytula Millie, Emily zapragnęła, by i ją Travis wziął w ramiona, utulił i 

pocieszył. Czy Perkinsowie zdawali sobie sprawę, jak są szczęśliwi, że mają siebie? 

John pocałował Millie w czoło i ponownie spojrzał na nieprzytomnego pijaka. 

- A tego co trafiło? 

-  Ona  go  trafiła  -  oznajmiła  Millie  z  głośnym  westchnieniem,  siadając  obok  Emily  i 

wskazując na dziewczynę. - Nie wiem, co ją napadło, John. Niby to struchlała, raptem jak nie 

huknie go w łeb moją najlepsza patelnią. Jakby w nią diabeł wstąpił. 

Travis  oparty  o  blat,  z  założonymi  na  piersi  rękami  przyglądał  się  Emily. 

Zaczerwieniła się, spuściła wzrok. 

Nie mógł zrozumieć tego przypływu skromności. 

background image

- Czemu jesteś taka zakłopotana? 

Za całą odpowiedź wzruszyła nieznacznie ramionami. Nie miał zielonego pojęcia co 

chciała  przez  to  powiedzieć.  Przed  chwilą  zachowała  się  jak  dzika  kocica,  wywijając  bez 

opamiętania  patelnią  i  ciskając  groźne  błyski  z  oczu,  a  teraz  sprawiała  wrażenie  gotowej 

zemdleć na najlżejszy szmer. 

John położył dłoń na ramieniu Millie. 

- Zanim pójdziemy spać, założę solidną zasuwę na te drzwi. Nie wiem, co bym zrobił, 

gdyby coś ci się stało. 

- Nie jestem zakłopotana, tylko mi wstyd, bo ich rozmyślnie sprowokowałam. 

Nikt poza Travisem nie usłyszał cichego szeptu Emily. 

- Jakim sposobem? 

- Zezłościłam się. a powinnam siedzieć cicho, bo wystawiłam Millie na szwank. 

- Jakże to? - zdziwił się John. 

- Nieprawda - zapewniła Millie. 

-  A  właśnie,  że  prawda,  tylko  ich  podbechtałam,  bo  powiedziałam  jacy  są  szpetni  - 

sprzeczała się Emily. 

Travis nachylił się nad nią, ujął jej dłonie w swoje. 

- Spójrz na mnie - poprosił. 

Podniosła wzrok. 

-  Powinnam  była jakoś ich ułagodzić,  ale się zezłościłam,  kiedy jeden z nich nazwał 

mnie jałówką. 

Po twarzy Travisa przemknął cień uśmiechu. 

- Jałówką? 

- Tak właśnie powiedział - wtrąciła Millie. - Strasznie się nasrożyła, kiedy ten Carter 

nazwał ją „małą jałówką”. 

Emily wyprostowała się. 

-  Żadna  kobieta  nie  zniesie,  by  nazywać  ją  jałówką  -  oznajmiła  pełnym  godności 

tonem. 

Travis i John z trudem powściągnęli uśmiech. Millie pokręciła głową. 

- To miał być pewnie komplement. Nie nazwał cię krową, Emily, tylko jałóweczką. 

-  Popraw mnie, jeśli się  mylę,  ale czy to  nie jedno i  to  samo? Czyżbym  powiedziała 

coś zabawnego, Travisie? Dlaczego się uśmiechasz? 

- Że jesteś taka oburzona. 

background image

John domagał się szczegółowej relacji z zajścia i Millie ochoczo zadośćuczyniła jego 

prośbie.  Przysłuchując  się  opowieści,  Travis  wyciągnął  Smileya  z  kuchni,  ułożył  na  trawie 

obok kompana, po czym wsparłszy się o framugę drzwi, zapatrzył się na Emily. 

Dopiero co wstrząsana zimnymi dreszczami, teraz poczuła, jak oblewa ją fala gorąca. 

Peszyło ją to natarczywe spojrzenie, nie pozwalało swobodnie oddychać. 

Przeniosła  wzrok  na  Johna.  Obserwowała,  jak  siada  koło  żony  i  kładzie  dłoń  na  jej 

dłoni. Widząc ten prosty, serdeczny gest, rozczuliła się nad samą sobą. Nagle ogarnęła ją tak 

przemożna tęsknota za bliskością Travisa, że miała ochotę płakać. Nie mogła pojąć, co się z 

nią  dzieje.  Nigdy  przedtem  nie  miała  nieczystych,  cielesnych  myśli,  a  teraz  ciągle  ją 

nachodzą. Jak to możliwe? Dlaczego tęskno jej za czymś, czego nigdy nie doświadczyła? 

Zrobiła błąd, spojrzała na sprawcę swoich rozterek i ogarnęły ją myśli jeszcze bardziej 

lubieżne. Czym prędzej odwróciła wzrok. 

Ale  nie  dość  szybko.  Nie  dość,  że  go  pragnęła,  to  jeszcze  dała  mu  to  odczuć.  Jego 

oczy mówiły, że ją przejrzał. 

Zerwała  się  na  równe  nogi,  o  mało  nie  przewracając  krzesła.  Musi  się  czymś  zająć, 

skończyć z haniebnymi  rojeniami  na jawie. Postanowiła posprzątać, ale  Millie, przerywając 

swoje opowiadanie, kazała jej usiąść. 

Zbyt  poruszona,  by  spokojnie  usiąść,  stanęła  w  drzwiach  do  jadalni,  starając  się 

trzymać jak najdalej od Travisa. Nie śmiała już spoglądać w jego stronę, udawała, że pilnie 

wsłuchuje się w każde słowo Millie. 

Jakże gorąco w tej kuchni. 

-  Czemu  tak  marudziliście,  John,  zamiast  przyjść  tu  od  razu  z  Travisem?  -  zapytała 

Millie. 

- Mieliśmy huk roboty, dlatego tyle to trwało. Corrigan mówił, że jedzie do nas pięciu 

ludzi, ale się mylił. Przyjechało ośmiu, usiłowali wejść od frontu, nie wiedziałem, że jeszcze 

dwóch zaszło od kuchni. Zastrzeliłbym drani. 

- Co was zatrzymało? - dociekała Millie. 

- Czterech hurmem napadło na Travisa, obskoczyli go ze wszystkich stron i zaczęła się 

kotłowanina. 

Emily zrobiła wielkie oczy. W końcu jednak spojrzała na Travisa. 

- Biłeś się? Wyszedłeś bez jednego zadrapania. 

-  Wymłócił  ich,  nim  go  tknęli.  Ja  czterech  trzymałem  na  muszce,  żeby  i  im  nie 

zachciało się głupot. 

background image

- Powiadam wam, awantura na sto fajerek. Jednooki Jack pysznie się bawił. Siedział, 

wyobraźcie sobie, na stopniu ganku, niczym w teatrze. Wtem przypomniał sobie, że widział, 

jak dwóch idzie na tył domu. Przybieglibyśmy wcześniej, gdyby się nie zagapił. 

Emily spodobała się opowieść Johna. Oczyma wyobraźni ujrzała, jak Jack klepie się 

po  udach,  kibicując  bójce  i  omal  nie  wybuchnęła  śmiechem.  Nigdy  jeszcze  nie  spotkała 

takiego dziwadła. 

- Dobrze, że w końcu się ocknął - westchnęła. 

- Nie słyszałeś, jak cię wołałam, John? 

- Jak mogłem coś słyszeć w tym harmidrze, Millie? 

- Gdybyście nie przyszli na czas, nie wiem co by się stało - powiedziała Emily. 

- Dzielnie się sprawiłaś - odparł John. 

- Przepraszam, że cię przestraszyłam, Millie. 

-  Nie  przestraszyłaś  mnie,  ale  zaskoczyłaś.  Całkiem  zapomniałam  o  tej  patelni,  aż 

raptem zobaczyłam, jak się nią zamierzasz. 

- Powinniśmy umieścić ją w narożnym pokoju, jak myślisz, Travisie? - zapytał John. - 

Nikt tam nie wejdzie przez okno, a jakby kto chciał przemknąć przez sień, usłyszysz. Ci dwaj, 

co leżą na trawie, stracili już ochotę do brewerii, ale trzeba uważać. 

- Pozwolisz nocować tutaj ludziom Murphy'ego? - zapytała Emily. 

-  Tylko  tym  dwóm,  którzy  są  trzeźwi  -  powiedział  John.  -  Umieszczę  ich  w  drugim 

końcu domu, nie musisz się bać Travis będzie nocował w pokoju obok twojego. 

Ostatnie słowa wcale jej nie uspokoiły. Mieć za ścianą Travisa wydawało się równie 

niebezpieczne, jak sąsiedztwo Smiley'a. Travis jej nie skrzywdzi, nie będzie się też narzucał, 

ale  czy  musi?  Na  samą  myśl,  że  będzie  w  pobliżu,  jej  serce  wyczyniało  dziwne  rzeczy.  W 

głowie rozdzwoniły się dzwonki alarmowe. 

Travis odszedł od drzwi. 

-  Pokażę  jej  pokój.  -  Nie  zwracając  uwagi  na  to,  że  Emily  gwałtownie  kręci  głową 

pociągnął ją w stronę jadalni. Próbowała uwolnić rękę, ale wzmocnił tylko uścisk. 

Jack kręcił się koło drzwi frontowych, czekając na Emily. 

- Zaraz idę - oznajmił. 

Emily posłała mu uśmiech. 

- Raz jeszcze dziękuję, że przystałeś na tę grę, Jack. 

- Chciałbym uścisnąć ci dłoń, zanim sobie pójdę. Puść ją Clayborne, przecież ci jej nie 

ukradnę. 

background image

Travis  patrzył,  jak  się  żegnają  dziwni  przyjaciele.  Nie  mógł  nie  dostrzec  zdumienia 

malującego się na twarzy Emily. 

Jack nachylił się i szepnął jej coś do ucha. 

- Niedługo się spotkamy - przepowiedział. Włożył kapelusz, odwrócił się i zniknął za 

drzwiami. 

Emily, ująwszy kraj sukni, ruszyła szybko ku schodom, zanim zdążył na powrót wziąć 

ją za rękę. Szedł teraz krok za nią. 

- Co on ci powiedział? 

Na  podeście  pierwszego  piętra  odwróciła  się  do  niego  i  pokazała  pięciodolarówkę. 

Travis wybuchnął śmiechem. 

- Wiedziałem, że zbałamuciłaś Jacka, ale nie myślałem, że odda ci pieniądze. 

- Kochany człowiek. 

Travisowi ręce opadły. 

- Nieprawda. Stary, paskudny cap. Śmierdzi jak cap. Ale cię lubi. 

- I ja go polubiłam. 

Travis stał o stopień niżej. Emily nagle zapragnęła objąć go i pocałować. Zdała sobie 

sprawę, że  wpatruje się  w jego usta. Dobry  Boże, na pewno odgadł,  o  czym  ona myśli. To 

wszystko  jego  wina.  Gdyby,  łotr,  nie  był  taki  przystojny,  nie  nachodziłyby  jej  takie 

zwariowane myśli. 

- Jestem zmęczona - wyrzuciła z siebie bez tchu. 

- Nic dziwnego. Po takiej przygodzie. 

- Bałam się. 

- Strachu nie trzeba się wstydzić. Poradziłaś sobie, nie straciłaś głowy. 

Pomyślała, że traci ją teraz. Przy Travisie głupiała ze szczętem. Powinna czym prędzej 

iść do swojego pokoju, inaczej nie ręczy za siebie. 

Odwróciła się szybko. 

- Nie musisz mnie odprowadzać. Znajdę drogę. 

Nawet  jeśli  zauważył,  że  głos  jej  drży,  nie  dał  nic  po  sobie  poznać.  Ujął  jej  dłoń  i 

poprowadził ku drzwiom na końcu korytarza. 

- Twoje bagaże już tu pewnie są - powiedział, przepuszczając ją przodem. 

- Pewnie tak - bąknęła z braku lepszej odpowiedzi. 

Travis zerknął do środka. 

- W kącie pod oknem. 

- Twoje bagaże - dodał, widząc jej zdziwione spojrzenie. 

background image

Potrząsnęła  głową  jak  obudzona  ze  snu  i  weszła  do  pokoju.  Travis  stał  na  progu. 

Wiedział, że powinien zamknąć teraz drzwi i odejść, ale nie mógł się ruszyć ani oderwać od 

niej oczu. 

Stała zbyt blisko łóżka, a jemu przemykały przez głowę najróżniejsze myśli. 

- Powiedz, jeśli czegoś jeszcze ci trzeba - powiedział szeptem. 

- Dziękuję. 

- Dobranoc, Emily. 

- Dobranoc, Travisie - odszepnęła. 

Nadal tkwił w progu. Zrobiła krok w jego kierunku. 

- Gorąco tu, prawda? 

- Gorąco ci? 

- Tak. 

- Mnie też. 

- Gdzie śpisz? 

- Obok. Usłyszę, jeśli zawołasz. 

- Nie będę cię wołać. 

- Ale gdyby... 

- To mnie usłyszysz. 

- Tak. 

- Postaram się nie zawracać ci głowy. 

Miał taki zabójczy uśmiech. 

- Już mam zawrócone w głowie, a wnosząc z twojej strapionej miny, ty też. 

Nie  próbowała  udawać,  że  nie  wie  o  czym  mówi.  Zrobiła  kolejny  krok  w  jego 

kierunku, on postąpił ku niej i raptem była już w jego ramionach i całowała go namiętnie. 

Jeden pocałunek nie wystarczył. Zarzuciła mu ręce na szyję i przywarła do niego. 

I  on  nie  mógł  się  nią  nacieszyć.  Uniósł  ją  i  przytulił  do  piersi.  Zły,  że  dzielą  ich 

ubrania,  mruknął  i  nie  przerywając  pocałunku,  zaczął  rozpinać  jej  bluzkę.  Tak  bardzo  jej 

pragnął, jak jeszcze nigdy żadnej kobiety. 

Zamknął  drzwi  kopnięciem,  wypuścił  ją  na  chwilę  z  objęć  i  niezdarnie  wyłuszczył, 

czego pragnie. 

- Tak, czy nie, Emily? - zapytał, gdy zapadło milczenie. 

Nie  miała  ochoty  decydować.  Zmuszał  ją,  by  wzięła  odpowiedzialność  za  własne 

postępowanie, a ona wolałaby raczej dać się ponieść biegowi rzeczy. 

Otrzeźwiała na tę myśl, cofnęła się i pokręciła głową. 

background image

- Nie, nie możemy. Chciałabym, Travisie, ale to nie byłoby w porządku. 

Dyszała  jeszcze,  z  trudem  łapiąc  oddech.  Zgnębiona,  nerwowo  przeczesała  palcami 

włosy. 

- O'Toole stoi na przeszkodzie? - zapytał gniewnie. 

- Kto? 

Zacisnął zęby. 

- Człowiek, za którego masz zamiar wyjść. 

Gorączkowo zaczęła zapinać bluzkę. 

-  Zanim  cię  poznałam,  miałam  swój  kodeks  moralny,  Travisie.  Nie  wiem,  co  się  ze 

mną dzieje. 

- Pożądanie, ot co, Emily. 

- Nie gniewaj się na mnie. 

-  Nie  gniewam  się  na  ciebie.  Nie  powinienem  posuwać  się  tak  daleko.  -  Otworzył 

drzwi i odwrócił się jeszcze w progu. - Pragnęłaś mnie, prawda? 

- Wiesz, że tak. 

Zobaczył łzy w jej oczach, ale nie wzruszył go ten widok. 

- Wiesz, co myślę? Wspomnisz mnie, kiedy będziesz w łóżku z O'Toolem. 

Co przepowiedziawszy, trzasnął drzwiami. 

background image

Nienawidziła go za to, że miał rację. Nigdy nie zdoła o nim zapomnieć. Jeśli wyjdzie 

za O'Toole'a, ilekroć mąż jej dotknie, ona będzie myślała o Travisie. 

Ich  małżeństwo  obróci  się  w  farsę.  Nieszczęsna  przyszłość  przed  panem  O'Toolem, 

nieszczęsna przyszłość przed nią, chociaż dzień dzisiejszy nie lepszy. 

Przez wiele godzin przewracała się z boku na bok w wielkim łóżku, rozmyślając jaki 

zamęt zrobiła w swoim życiu. Najchętniej zrzuciłaby całą winę na Travisa, ale uczciwość na 

to nie pozwalała. Emily musiała przyznać, że napytała sobie biedy wiedziona zranioną dumą. 

Kiedy  Randolph  zostawił  ją  jak  niepyszną  przed  ołtarzem,  rzuciła  się  na  oślep  w  kolejne 

narzeczeństwo. Nie rozpaczała po Randolphie, nigdy go nie kochała, ale sama przed sobą nie 

chciała się do tego przyznać. 

Jakaż  była  głupia.  Z  jakim  przekonaniem  zapewniała  rodziców,  że  tylko  ona  jest 

odpowiedzialna za własną przyszłość, nikt inny. Naprawdę wierzyła, że potrafi decydować o 

swoim  losie,  no  i  wpadła  w  kabałę.  W  ciągu  zaledwie  tygodnia  wszystko  się  całkiem 

pogmatwało, a to przez Travisa. 

Los oszalał i spłatał jej figla, zakochała się w niewłaściwym mężczyźnie. Możliwe, by 

stało  się  to  tak  szybko?  Czyż  miłość  nie  krzepnie  z  czasem?  Człowiek  tak  naprawdę  nie 

zakochuje się przecież od pierwszego wejrzenia. Dlaczego z nią miałoby być inaczej? Mówiła 

sobie, że to tylko zauroczenie, nic więcej. Travis mówił o pożądaniu, przypomniała sobie, i 

poczuła niepohamowaną ochotę, by zdzielić go przez głowę patelnią Millie, że wierzy w takie 

bzdury. Być może, zrozumiałby wtedy jaki ból jej zadaje. 

Zgrozą napełniały ją własne bezwstydne myśli. Dawniej nigdy nie nachodziły jej takie 

nieposkromione fantazje, ale dawniej nie znała Travisa. To wszystko jego wina: mało, że chce 

ukraść  jej  serce,  to  czyni  z  niej  sekutnicę  o  przestępczych  skłonnościach.  Kiedy  wychodził 

tego wieczoru z jej sypialni, miała ochotę wpakować mu kulkę w tyłek. 

Odrzuciła  kołdrę,  wstała  i  zaczęła  nerwowo  chodzić  po  pokoju.  Co,  na  Boga,  ma 

począć  z  panem  O’Toolem?  Nie  może,  oczywiście,  wyjść  za  niego,  ale  jak  ma  mu  to 

powiedzieć? Rozważała, czy nie napisać do niego i wyjaśnić, że jej uczucia uległy zmianie, 

ale uznała, że to tchórzliwe rozwiązanie. Na pewno nie chciałaby otrzymać listu od Barbary i 

Randolpha,  pan  O'Toole  też  zapewne  by  nie  chciał.  Będzie  musiała  spojrzeć  mu  w  twarz  i 

znaleźć właściwe słowa, by nie poczuł się zdradzony. 

background image

Te  rozmyślania  przerwały  szepty  dochodzące  z  korytarza.  Podeszła  na  palcach  do 

drzwi, nastawiła uszu i  usłyszała coś jak dźwięk odwodzonego kurka strzelby.  Zdawało  się 

jej,  że  rozróżnia  dwa,  nawet  trzy  głosy,  wśród  nich  Travisa.  Ten,  do  kogo  mówił,  odszedł 

pospiesznie,  głośno  stąpając.  Trzasnęły  drzwi.  Chwilę  walczyła  z  ciekawością,  w  końcu 

postanowiła sprawdzić, co się dzieje. 

Ostrożnie nacisnęła klamkę i w tej samej chwili usłyszała głos Travisa. 

- Wracaj do łóżka, Emily. 

Krzyknęła, podskoczyła i uchyliła drzwi, zapominając, że jest w samej koszuli nocnej. 

Cofnęła się na widok Travisa. 

Siedział  wygodnie  na  krześle  pod  jej  drzwiami.  Głowę  oparł  o  framugę,  nogi 

wyciągnął przed siebie, stopy skrzyżował. 

Nie musiała go pytać co tutaj robi. I jakże miała go nie kochać? Czuwał całą noc, żeby 

ona mogła spać spokojnie. 

- Moje drzwi zamykają się na zasuwę. Nie musisz się o mnie martwić. 

- Wracaj do łóżka. 

- Możesz się odwrócić i spojrzeć na mnie, z łaski swojej? Chcę ci wytłumaczyć, że... 

Nie dał jej skończyć. 

- Jesteś w koszuli? 

Milczała przez chwilę. 

- Tak. 

- Nie zostaniesz w niej długo, jeśli odwrócę głowę. Mam się wyrażać jaśniej? 

- Nie. Dobranoc, Travisie. 

- Wiedziałem, że zrozumiesz. 

Zamknęła drzwi, oparła się o nie, łzy napłynęły jej do oczu. Powiedziała sobie, że nie 

może płakać. Travis usłyszy i domyśli się okropnej prawdy. 

Zakochała się w nim. 

 

Rano zeszła na dół  wypoczęta. Niewiele co prawda spała tej nocy, ale  podjęła kilka 

ważnych decyzji. Po raz pierwszy od dawna miała poczucie, że panuje nad sytuacją. Po tym, 

jak zawiodła się na Randolphie. popełniła mnóstwo nierozważnych kroków. Teraz wreszcie 

się ocknęła. 

Uświadomiła  sobie  w  porę,  jakim  strasznym  błędem  byłoby  małżeństwo  z  panem 

O'Toolem. Nie wyjdzie za niego, ale z Travisem też będzie musiała się pożegnać. 

background image

Clayborne  nigdy  się  nie  dowie,  co  do  niego  czuje.  Powiedział  przecież,  że  nie 

zamierza  się  żenić,  gdyby  zwierzyła  mu  się,  że  go  kocha,  postawiłaby  go  w  niezręcznej 

sytuacji. Zanadto przerażała ją myśl, że mógłby się nad nią litować. 

Niech się dzieje, co chce, nie okaże przy nim jak jej ciężko na sercu. Wypłacze się w 

dyliżansie, w drodze powrotnej do domu, ale Travis nie zobaczy w jej oczach jednej łzy. 

- Piękny mamy dziś dzień, prawda, Millie?  - zawołała, wchodząc do kuchni.  - Dzień 

dobry, Travisie - dodała, widząc go w drzwiach do ogrodu. 

Skrzywił  się  na  jej  widok  i  wymamrotał  coś,  co  miało  być  przywitaniem.  Był 

najwyraźniej w złym nastroju, ale postanowiła nie zwracać uwagi na jego humory. 

Millie postawiła przed nią talerz z płatkami owsianymi, które Emily zmiotła do czysta, 

popijając dwiema szklankami mleka. 

Millie,  też  czegoś  posępna,  spoglądała  to  na  Emily  to  na  Travisa,  pomrukiwała  coś 

pod nosem i kręciła głową. 

Ledwie Travis wyszedł, by osiodłać konie, usiadła koło Emily. 

- Ciągle chcesz jechać do Golden Crest? 

- Tak, ale... 

-  Na  Boga  Wszechmogącego,  nie  bądźże  taka  uparta.  Życie  sobie  złamiesz 

nierozważnym małżeństwem. 

Emily poklepała ją po dłoni, ujęta troską Millie. 

- Nie wyjdę za Clifforda O'Toole'a. 

Millie gwałtownie podniosła głowę. 

- Nie? 

- Nie, ale zasługuje na to, żebym mu to powiedziała osobiście. 

- Banialuki. 

- Tak należy postąpić - upierała się Emily. 

- Travis wie o tym? 

Pokręciła głową. 

- Powiem mu później, jak będzie w lepszym nastroju. Poza tym, gdyby dowiedział się 

teraz, może nie chciałby jechać ze mną do Golden Crest, a ja winna jestem wyjaśnienia panu 

O'Toole'owi. 

Do kuchni wszedł John objuczony sakwojażami Emily. 

- Zaniosę je Travisowi - rzucił w przejściu i zniknął za drzwiami. 

Emily zobaczyła przez okno, jak Travis wyprowadza konie ze stajni. Wstała zza stołu. 

- Dziękuję za twoją troskę, Millie. 

background image

- Po to są przyjaciele, prawda? 

Emily łzy napłynęły do oczu. 

- Tak. 

- A zatrzymasz się u nas wracając? 

- Postaram się - obiecała. 

Millie poklepała ją po ramieniu. 

- Dobre masz serce, dziewczyno. Nie daj się wodzić ludziom za nos. 

Emily miała uczucie, że żegna się z najlepszą przyjaciółką. Wyszła, zanim zdążyłaby 

się popłakać, pożegnała Johna i ruszyła ku Travisowi, który czekał przy koniach. 

Perkinsowie długo jeszcze patrzyli, jak młodzi znikają w oddali. 

 

Jechali już godzinę, gdy Emily zdecydowała się wreszcie przerwać milczenie. 

- Jak daleko jeszcze do Golden Crest? 

- Będzie kawałek. Spieszno ci? 

- Tak - zaczęła. Chciała mu powiedzieć, że im prędzej dotrą do celu, tym prędzej będą 

mogli wyjechać, gdy Travis zaklął ni stąd ni zowąd. 

- Psiakrew. 

- Przepraszam? 

- Psiakrew - mruknął raz jeszcze. 

Nastrój,  widać,  nie  poprawił  mu  się  ani  o  jotę.  Odczekała  kilka  minut  i  zagadnęła 

ponownie. 

- Chciałabym prosić cię o przysługę. 

- Nie. 

Puściła mimo uszu jego odpowiedź. 

-  Byłabym ci  bardzo wdzięczna, gdybyś  się nie  kłócił  ze mną, kiedy dojedziemy już 

do Golden Crest. Milcz, bez względu na to, co powiem panu O'Toole'owi, dobrze? 

-  Masz  zamiar  znowu  odgrywać  bezradną  kobietkę,  tak?  Musiałby  być  kompletnym 

idiotą, w co wątpię, gdyby cię nie przejrzał. 

Westchnęła głośno. 

-  Spróbujesz  trzymać  język  za  zębami?  I  nie  mów  mi  znowu,  że  jestem  pomylona  - 

dodała,  gdy  odwrócił  się  w  siodle  i  posłał  jej  spojrzenie,  które  miało  oznaczać  „brak  -  ci  - 

piątej - klepki”. 

- Rób jak uważasz, Emily... 

- I przy nim nie zwracaj się do mnie po imieniu. 

background image

- Wszystko, co każesz. 

Nie  miała  ochoty  się  kłócić.  Zamierzała  opowiedzieć  mu  o  swoich  planach,  ale 

rozmyśliła się, widząc w jak paskudnym jest humorze. Będzie musiał poczekać. Bała się poza 

tym, że jeśli teraz mu powie, nadąsany gotów z miejsca zawrócić konia i puścić się w drogę 

powrotną  do  Pritchard.  Nie  zrozumiałby,  jakie  to  dla  niej  ważne,  by  spotkać  się  twarzą  w 

twarz z O'Toolem, zamiast wykpić się listem. 

Resztę  podróży  spędziła  na  niewesołych  rozmyślaniach.  Miała  nadzieję,  że  pan 

O'Toole  nie  wpadnie  we  wściekłość.  Na  samą  myśl  o  tym  czuła  ucisk  w  żołądku,  a  dłonie 

zaczynały drżeć. 

Gdy wyjechali zza ostatniego zakrętu, Travis dojrzał między drzewami wycelowaną w 

nich lufę strzelby. 

Emily  zobaczyła  zaś  chylącą  się  ku  ziemi  chałupę  na  środku  brudnego  podwórza  i 

zachmurzyła się. Gdzie wspaniały dom pana O'Toole'a? 

Pisał  w  listach,  że  to  skryte  w  chmurach  orle  gniazdo  na  reglach.  Dotarli  na  sam 

szczyt,  dalej  wspinać  się  już  nie  mogli,  nasuwał  się  zatem  jeden  wniosek.  Travis  musiał 

zbłądzić, dom pana O'Toole'a znajduje się po drugiej stronie szczytu. 

- Zbliż się, do mnie Emily, szybko - usłyszała naglący szept. Podjechała, niczego nie 

przeczuwając, zaalarmowała ją dopiero napięta twarz Travisa. 

- Coś nie tak? - zapytała szeptem. 

- Zdaje się. 

Wpatrywał się czujnie w pobliską kępę drzew. Emily nachyliła się w siodle i powiodła 

wokół wzrokiem. Niczego nie dostrzegłszy uznała, że Travis okazuje przesadną ostrożność. 

W  tej  samej  chwili  głośno  skrzypnęły  drzwi  chałupy  i  na  podwórzu  pojawił  się 

cudacznie  odziany  mężczyzna.  Zrobiła  wielkie  oczy,  nigdy  jeszcze  nie  widziała  takiego 

dziwadła.  Wysoki,  chudy,  potwornie  brudny,  nosił  czarny  cylinder,  czerwone  szelki, 

poplamiony podkoszulek i brązowe spodnie. 

- Dobry Boże - szepnęła, patrząc jak energicznie kroczy ku nim. 

Travis odczekał, aż mężczyzna znajdzie się na środku podwórza, wtedy kazał mu się 

zatrzymać. 

- Powiedz swojemu przyjacielowi, żeby rzucił strzelbę, bo go zastrzelę. 

Nieznajomemu  nie  spodobał  się  rozkazujący  ton.  Zmrużył  oczy,  długą  chwilę 

wpatrywał się w Travisa, wreszcie skapitulował. 

- Zostaw, Roscoe - zawołał, po czym zainteresował się Emily. 

- Ty jesteś ta Finnegan? 

background image

Travis nie dał jej czasu na odpowiedź. 

- A ty kto? 

Obcy popatrywał to na jedno, to na drugie z przybyszów, jakby rozważał czy skłamać, 

czy powiedzieć prawdę. Przypominał szczura. Emily robiło się niedobrze za każdym razem, 

gdy na nią spoglądał. 

- O'Toole, Clifford O'Toole. To nasza narzeczona? 

Emily zabrakło powietrza. Dobry Boże, szczur okazał się Cliffordem O'Toolem. 

- Nie, nie jestem waszą narzeczoną - wypaliła bez namysłu. 

- „Naszą” narzeczoną? - zapytał Travis w tej samej sekundzie. 

-  Podzielimy  się  nią,  jak  to  bracia  -  wyjaśnił  rzeczowo  Clifford,  wzruszając 

ramionami. Emily mogłaby przysiąc, że dojrzała wesz wyskakującą spod jego cylindra. 

-  Ilu  tych  braci?  -  Travis  mówił  tym  samym  spokojnym  tonem,  którym  przemawiał 

O'Toole. 

- Tylko Roscoe i ja - odparł zagadnięty i utkwił wzrok w Emily. - To ty? 

Pokręciła gwałtownie głową. 

- Nie. 

Natychmiast pojęła, że nie była to właściwa odpowiedź. Dłoń O'Toole'a powędrowała 

ku zatkniętemu za pas rewolwerowi; zerknął na Travisa i rozmyślił się, dłoń opadła. 

- Ktoście? 

Wyprostowała się, spojrzała na niego ze wzgardą i powiedziała: 

- Pani Travisowa Clayborne. 

Jeśli Travisa zdumiała jej odpowiedź, nie dał tego po sobie poznać. Wpatrywał się w 

biegnącego ku nim Roscoe. 

Emily też wstrząsnął jego widok. Dotarło do niej wreszcie znaczenie słów Clifforda. 

Bracia  mieli  zamiar  dzielić  się  kobietą.  Na  samą  myśl  o  tym  zbierało  się  jej  na  mdłości. 

Najchętniej obatożyłaby stojącego przed nią szczura, że tak ją okłamał w swoich listach. 

Pokręciła głową. Nie, to niemożliwe, żeby był ich autorem. Listy pisał dżentelmen, a 

Clifford nie miał  w sobie nic z dżentelmena. Zdziwiłaby się,  gdyby potrafił napisać własne 

nazwisko. 

W co ona, na Boga, wdepnęła? 

Widok Roscoe dopełnił miary. Był równie brudny jak brat, tyle, że zamiast paradować 

w cylindrze, głowę owiązał czerwoną chustką niczym turbanem. Sądząc z tego, jak szczerzył 

zęby, musiał być bardzo dumny ze swojego wyglądu. 

background image

Emily  miała  ochotę  czym  prędzej  stąd  odjechać.  Roscoe  napawał  ją  obrzydzeniem, 

Clifford  był  chyba  jeszcze  wstrętniejszy.  Bała  się  go.  W  jego  spojrzeniu  czaiło  się  coś 

niegodziwego. 

Travis  też  wolałby  już  wracać,  ale  wiedział,  że  gdzieś  czai  się  jeszcze  trzeci 

mężczyzna. Usiłował go wypatrzeć, nie tracąc przy tym z oka obu braci. 

- Co tu robisz, kiedyś nie nasz? - zapytał Clifford. 

- Zabłądziliśmy - skłamała. - Powinniśmy już jechać, Travisie. 

- Nie ma pośpiechu - zapewnił Clifford. 

- To gdzie nasza? - zwrócił się Roscoe do brata. 

- Nie widzieliście kobiety, co się nazywa Finnegan? - dopytywał Clifford. 

Już  chciała  powiedzieć  nie,  ale  zmieniła  zdanie.  Jeśli  usłyszą,  że  ich  narzeczona  do 

nich jedzie, może zostawią w spokoju ją i Travisa. 

Wnosząc z min braci, niewielkie miała szanse, ale postanowiła spróbować. 

- W rzeczy samej spotkaliśmy z mężem damę o nazwisku Finnegan. Jakżesz ona miała 

na imię? Barbara? Nie, Emily - powiedziała i kiwnęła głową. 

- Ładna? - zainteresował się Roscoe. 

- O, tak. Bardzo. 

- Gdzieście ją spotkali? - zapytał Clifford. 

-  Wyjeżdżaliśmy  właśnie  od  Perkinsów,  kiedy  tam  przyjechała.  Jej  przewodnik 

pewnie ją tu jutro przywiezie. 

- Jeden tylko z nią podróżuje? - upewniał się Clifford. 

Emily skinęła głową. 

- Tak, pamiętam nawet jak się nazywa. Daniel Ryan. Może słyszeliście o nim? 

- Nie. A niby dlaczego mielibyśmy? - zapytał Roscoe. 

- Bo ludzie wiele o nim mówią - wyjaśniła Emily. Głos jej drżał i błagała w duchu, by 

tego  nie  zauważyli.  Jeśli  zorientują  się  jak  bardzo  jest  wystraszona,  gotowi  odgadnąć,  że 

kłamie i gra skończona. 

- To wysłannik sędziego federalnego. 

Clifford skrzywił się, Roscoe splunął. 

- Człowiek sędziego? To mi się nie podoba - mruknął. 

- Ani mnie - dodał Clifford. 

Travis nie słuchał rozmowy. Rozglądał się wokół, szukając przeciwnika. 

-  Może  weźmiemy  sobie  dwie  narzeczone?  -  szepnął  Roscoe  na  tyle  głośno,  że  jego 

pytanie doszło uszu Emily i Travisa. 

background image

Clifford skinął głową i spojrzał na Travisa tak, jakby podjął już decyzję. 

Wśród drzew błysnęła lufa strzelby, w tej samej chwili Clifford krzyknął: 

- Strzelaj, Giddy! 

Nie zamknął jeszcze ust, a już wypalił rewolwer Travisa. Trzasnęła gałąź i na ziemię 

runął kompan braci O'Toole. 

Clifford i Roscoe byli dość rozważni, by nie chwytać za broń. Roscoe rzucił strzelbę 

na ziemię i podniósł ręce, Clifford natomiast stał nieporuszony, z opuszczonymi, zaciśniętymi 

w pięści dłońmi. 

- Zabił Giddy'ego - mruknął Roscoe. 

Bracia wymienili spojrzenia i zaczęli się cofać. 

Zatrzymali się na dźwięk odwodzonego spustu. 

- Ruszaj pierwsza - zakomenderował Travis. 

Nie musiał powtarzać dwa razy. Emily była tak przerażona, że bez słowa spięła konia i 

ruszyła w dół  zbocza. Travis  nie spojrzał  na nią od chwili, kiedy zauważył  ukrytego wśród 

drzew łotra ze strzelbą. Teraz też nie zwracał na nią uwagi, wypatrując następnych zasadzek. 

Do diaska, nie widać nikogo, a czas płynie. 

Kazał,  by  Roscoe  i  Clifford  wrzucili  strzelby  do  rowu  z  wodą;  w  ślad  za  bronią 

powędrowały  buty  obydwóch  braci.  Odjeżdżał  z  głową  odwróconą  do  tyłu,  nie  spuszczając 

wzroku z leżących na ziemi, z rękami na karku O'Toole'ów. Dopiero, gdy zniknęli mu z pola 

widzenia, usadowił się w siodle normalnie i spiął konia do pełnego galopu. Po chwili dogonił 

Emily, tnąc jej konia po zadzie. Teraz obydwa wierzchowce galopowały na złamanie karku. 

Travis  trzymał  się  o  jedną  długość  z  tyłu,  tak  by  osłaniać  swoją  towarzyszkę,  sam  będąc 

łatwym  celem.  A  jednak  strzał  go  zaskoczył.  Kula  trafiła  w  plecy.  Poczuł,  że  zsuwa  się  z 

siodła,  podciągnął  się  resztkami  sił,  chwycił  lewą  dłonią  konia  za  grzywę  i  próbował 

odwrócić się, ściskając w prawej gotowy do strzału rewolwer. 

Nie miał  siły unieść broni.  Emily zatrzymała się. Chciał powiedzieć, że musi jechać 

dalej, ale zdołał wykrztusić jedno jedyne słowo: 

- Nie. 

Była już przy nim, wyjmowała rewolwer z ręki. Zrobiło mu się ciemno przed oczami. 

Wiedział,  że  jeszcze  moment,  a  straci  przytomność  i  rozpaczliwie  chciał  jej  najpierw 

zapewnić bezpieczeństwo. 

- Uciekaj stąd - wyszeptał. 

background image

- Trzymaj się! - zawołała, chwyciła cugle jego wierzchowca i ruszyła ku najbliższym 

drzewom.  Wśród  odgłosu  strzałów  wjechali  między  sosny.  Konie  zatrzymały  się  na  skraju 

urwiska. 

Travis  próbował  usiąść i bez sił osunął  się z siodła. Słyszał  jeszcze, jak Emily  woła 

jego imię i zapadł się w ciemną otchłań. 

Emily zeskoczyła z konia. 

-  Wstań,  Travisie.  Boże  miłosierny,  nie  pozwól  mu  umrzeć  -  błagała,  nachylając  się 

nad rannym. 

Spadając, uderzył głową o kamień, wokół pełno było krwi. Przyklękła, odwróciła go, a 

kiedy  zobaczyła  ranę  na  plecach,  z  jej  gardła  wyrwał  się  rozpaczliwy  krzyk.  Coś  w  niej 

eksplodowało. Ból, gniew uniemożliwiający myślenie. 

Ocknęła się na świst kuli. Włożyła rewolwer Travisa w olster, chwyciła rannego pod 

pachy  i  zaczęła  przeciągać  w  bezpieczniejsze  miejsce,  jak  najdalej  między  drzewa.  Opodal 

dojrzała skalną szczelinę, w sam raz nadającą się na schronienie. Nikt ich tam nie mógł zajść 

od tyłu, ani przypuścić ataku z boku. Ktokolwiek próbowałby się zbliżyć, będzie go miała na 

widoku i zastrzeli jak wściekłego psa. 

Nie  miała  pojęcia,  skąd  czerpie  siły,  najpewniej  z  łaski  boskiej.  Ułożyła  Travisa  w 

szczelinie i sięgnęła po jego rewolwer. 

Pierwszy pojawił się Roscoe. Dostał kulkę w udo, wrzasnął z bólu i zniknął jej z oczu. 

- Trafiła mnie, suka! Zabiję ją, Clifford! - ryczał w głos. 

- Mocno oberwałeś? - odkrzyknął Clifford. 

- Krwawię niby wieprz, ale to tylko postrzał. Zabiję, jak amen w pacierzu. 

- Najpierw sobie dogodzimy. Będzie miała za swoje, Roscoe. 

Bracia  przekrzykiwali  się  tak  przez  dobrą  chwilę.  Chcieli  ją  wystraszyć,  opisując  w 

szczegółach,  co  zamierzają  z  nią  zrobić,  ale  Emily  była  już  tak  przerażona,  że  pogróżki 

przestały na nią działać. 

Dopóki  krzyki  dochodziły  z  oddali,  wiedziała,  że  obydwoje  są  bezpieczni.  Odłożyła 

rewolwer  i  oderwała  pas  materiału  ze  spódnicy,  zrobiła  szarpie,  po  czym  rozpięła 

zakrwawioną koszulę Travisa, zobaczyła na piersi małą ranę: kula musiała przejść na wylot. 

Oderwała jeszcze jeden kawałek płótna i założyła opatrunek. 

Krzyki  raptem  ustały.  Chwyciła  broń  i  wyczekiwała.  Miała  wrażenie,  że  sekundy 

wloką  się  jak  godziny,  gdy  Roscoe  wysunął  głowę  zza  drzewa  i  cofnął  się,  zanim  zdążyła 

strzelić. 

background image

- Jest między skałami. Możemy ją zajść tylko od przodu, ale nas zabije  - krzyknął do 

brata. 

- Dostaniemy ją - odkrzyknął Clifford. 

- Weźmiemy ją głodem, hę? - zawołał Roscoe. 

- Nie, podejdziemy ją w nocy. Po ciemku nas nie wypatrzy. 

Nieprzytomna  z  przerażenia  zaczęła  się  modlić.  Wiedziała,  że  oboje  właściwie  nie 

mają  żadnych  szans  na  ratunek,  ale  gdyby  tak  Bóg  zechciał  zesłać  pomoc,  przyjęłaby  ją  z 

wdzięcznością. Jeśli chce wziąć do siebie któreś z nich, niechże to będzie ona. To wszystko 

jej wina, nie Travisa, niczym sobie nie zasłużył, żeby umierać w taki sposób. 

Bóg  długo  nie  odpowiadał  na  jej  modlitwy,  z  oddali  dochodziły  tylko  złowróżbne 

pokrzykiwania Clifforda i Roscoe. 

W  końcu  jednak  odpowiedział,  a  wtedy  pomyślała,  że  powinna  była  dokładniej 

sformułować swoje błagania. 

Przysłał Jednookiego Jacka. 

-  Panno  Emily,  nic  panience  nie  jest?  -  usłyszała  szept  dochodzący  zza  skalnego 

występu. 

- Kto tam? - odszepnęła. 

Odpowiedział dopiero, gdy powtórzyła pytanie. 

- To ja, Jack. 

- Jack? To naprawdę ty? 

- Przecież mówię. 

- Gdzie jesteś? 

- Na skalnym występie. Jakby kto tu chciał wleźć, runie do kanionu. 

- Bracia O'Toole chcą nas zabić. 

- Tak pomyślałem, jak tylko usłyszałem strzały. Nie mogę do was zejść, panno Emily. 

- Sprowadź pomoc. Travis jest ranny. 

- To już po nim - szepnął Jack. 

- Nie - zawołała ze zgrozą. 

- Nie krzyczcie na mnie, panienko. 

Usłyszała urazę w głosie Jacka. Boże, nie będzie się z nim teraz sprzeczać. Czy on nie 

rozumie, w jakim są niebezpieczeństwie? 

- Przepraszam - szepnęła. - Och, Jack, tak się boję. Dzięki, że ruszyłeś za nami. 

- Nie dla niego to zrobiłem, tylko dla panienki. Spodobaliście mi się, panno Emily, to 

przyjechałem powiedzieć, co mi leży na sercu. 

background image

- Nie czas teraz na to. Proszę, sprowadź pomoc. 

- To będzie kosztowało. Oddacie mi tego piątaka i dołożycie jeszcze pięć, żebym mógł 

się  wystroić  jak  zalotnikowi  przystało.  Tylko  nie  myślcie,  że  się  chce  z  wami  żenić.  Co 

innego obmyśliłem. 

Zacisnęła  powieki,  zła,  że  Jack  marnuje  czas  na  próżne  gadanie,  ale  znała  go  już  i 

wiedziała, że nie może go poganiać. Pojedzie po pomoc, kiedy sam zdecyduje, ponaglenia na 

nic się nie zdadzą. 

- Nie chcecie wiedzieć, co obmyśliłem? 

- Tak, powiedz mi, czego chcesz - powiedziała niecierpliwie. 

- Żebyście zjedli ze mną kolację w hotelu w Pritchard. Wejdziecie ze mną pod ramię i 

nie wstaniecie od stołu, póki ja nie wstanę. Zgoda? 

- Zgoda. 

- No to jadę. 

- Spiesz się, Jack, i uważaj na siebie. 

Travis  jęknął,  ale  Emily  nie  mogła  nawet  sprawdzić,  czy  otworzył  oczy,  cały  czas 

wypatrywała czy nikt nie zbliża się do ich kryjówki. 

-  Wszystko  będzie  dobrze,  Travisie  -  szepnęła.  Nagle  dojrzała  Clifforda,  przebiegł 

między skałami. 

Dłonie  tak  jej  drżały,  że  musiała  chwycić  rewolwer  oburącz,  po  policzkach  płynęły 

łzy, których nawet nie próbowała ocierać. Musi się skoncentrować i modlić o ratunek. 

Travis otworzył oczy. Widział Emily, widział broń w jej dłoniach, słyszał łkania. Nie 

mógł się poruszyć, czuł piekący ból w plecach, jakby ktoś je przekłuł. 

Usiłował  zrozumieć,  co  się  dzieje.  Emily  siedzi  obok  niego,  na  ziemi  są  głębokie 

ślady: ktoś musiał ciągnąć coś ciężkiego. Nagle wszystko pojął. Dobry Boże, zaciągnęła go w 

bezpieczne miejsce. Jest ranny, a ona go broni. Gdzieś w pobliżu muszą być bracia O'Toole. 

Emily ma zamiar stawić im czoło. 

Powinna czym prędzej stąd uciekać. 

Wyszeptał jej imię, starając się ze wszystkich sił zachować świadomość. 

- Co robisz, Emily? Musisz się stąd wydostać. 

Nie odwróciła się do niego. 

- Wszystko w porządku, mój kochany. Spij. Będę cię strzegła. 

A kto będzie jej strzegł. Nie, tak być nie może. To on powinien ją chronić. Nie będzie 

spał. Powinien odebrać jej rewolwer i ubić łotrów, którzy ją o płacz przyprawiali. Na powrót 

zapadł w ciemność. 

background image

Nie  miała  pojęcia,  jak  długo  tak  siedziała,  modląc  się  i  hołubiąc  nadzieję.  Sytuacja 

stawała się coraz bardziej beznadziejna. Zmierzchało się. Emily nie wierzyła już, że pomoc 

nadejdzie  przed  nocą.  Przypomniawszy  Bogu,  że  beznadziejne  sytuacje  nie  są  dla  Niego 

problemem,  gotowała się na najgorsze. Jedna tylko myśl nią teraz powodowała. Umrze, ale 

będzie strzec ukochanego. 

background image

Travisa obudził odgłos strzału. Długo zbierał siły, by otworzyć oczy, a kiedy wreszcie 

mu się to udało, zobaczył nad sobą błękitne niebo. Niebo po chwili drgnęło. Nie rozumiał, co 

się dzieje. Zamknął powieki i próbował wsłuchać się w dochodzące szepty, spojrzał ponownie 

i zobaczył nachylającego się nad nim mężczyznę..., z błękitnymi oczyma. Cole? Nie, to ktoś 

inny, nie jego brat. 

Obcy  go  przesunął.  Głowa  opadła  Travisowi  na  pierś,  ale  oczy  miał  nadal  otwarte. 

Patrzył  zdumiony  na  złocisty  przedmiot  połyskujący  na  kamizelce  nieznajomego.  Zapewne 

zegarek. 

Usłyszał  szept  Emily.  Pytała  nieznajomego,  czy  zdążą  dotrzeć  przed  zmrokiem  do 

domu Perkinsów. Kiedy nazwała go Ryanem, Travisowi wszystko ułożyło się w głowie. Złote 

pudełeczko, błękitne oczy. To nie zegarek, lecz kompas. 

Łobuz,  który  go  tak  szarpie,  ma  przy  sobie  kompas  Cole'a.  Travis  wydał  gniewny 

pomruk, chciał zerwać skradziony prezent z szyi nieznajomego, ale był tak słaby, że nie mógł 

unieść ręki. 

Ostatni  wysiłek  zupełnie  go  wyczerpał.  Miał  wrażenie,  że  ktoś  kładzie  mu  dłoń  na 

głowie i wpycha pod wodę. 

Znowu zasnął. 

 

Kiedy  się  obudził,  zobaczył  nachyloną  nad  nim  Millie  z  brzytwą  w  dłoni. 

Instynktownie  wytrącił  jej  groźny  przedmiot  z  dłoni;  brzytwa  przeleciała  przez  cały  pokój, 

odbiła się od komody i wylądowała na podłodze. 

Przestraszona Millie odskoczyła z głośnym krzykiem. 

- Jezu, ale jesteś popędliwy! Wreszcie postanowiłeś do nas wrócić. 

- Jak długo spałem? 

- Cztery dni, z przerwami. Trzeba ci było snu dla nabrania sił. Tak powiedział doktor. 

Mówił prawdę, bo bystrzejsze masz już oko. Chciałam cię ogolić. Przydałoby się, wyglądasz 

już jak niedźwiedź. 

Travis potarł zarośnięty podbródek. 

- Sam to zrobię. - Ziewnął, przeciągnął się i poczuł piekący ból. 

- Postrzelili mnie. 

background image

-  A  jakże  -  przytaknęła.  -  W  plecy  dostałeś,  ale  bokiem.  Kula  przeszła  na  wylot. 

Doktor powiada, że szybko się wykurujesz. Nie wdało się zakażenie, nie gorączkujesz. Miałeś 

szczęście. Sam anioł cię strzegł. 

- Zapewne - przytaknął Travis z uśmiechem i powiódł wzrokiem po pokoju. Wnętrze 

wydało mu się znajome, dopiero po chwili zrozumiał dlaczego. Tutaj spała przecież Emily. 

- Gdzie ona? 

Millie jakby się wahała przez moment. 

-  Domyślam  się,  że  pytasz  o  Emily.  Pamiętasz  coś  z  ostatnich  czterech  dni?  Pewnie 

nic.  Emily  nie  odchodziła  od  twojego  łóżka,  zamartwiała  się,  modliła.  Wczoraj  spałeś  już 

dużo spokojniej. Kiedy doktor Stanley zajrzał tu do ciebie, powiedział, że najgorsze minęło i 

że szybko dojdziesz do siebie. 

-  Gdzie  ona?  -  zapytał  ponownie.  Widząc  jak  Millie  nerwowo  wygładza  fartuch  i 

unika  jego  wzroku,  domyślił  się,  że  coś  jest  nie  w  porządku.  Czuł,  że  nie  spodoba  mu  się 

odpowiedź. 

Millie cofnęła się o krok. 

- Wyjechała. 

Odrzucił  natychmiast  kołdrę  i  spuścił  nogi  z  łóżka.  Millie  zasłoniła  oczy  dłonią  i 

odwróciła  się  tak  gwałtownie,  że  omal  nie  straciła  równowagi.  Dopiero  teraz  uświadomił 

sobie,  że  jest  całkiem  nagi.  Zaklął  pod  nosem,  naciągnął  na  powrót  kołdrę,  oparł  się  o 

zagłówek. 

- Ale jestem słaby - powiedział cicho. 

- I nic dziwnego. Straciłeś trochę krwi, choć doktor Stanley mówi, że nie za dużo. A 

spałeś tak długo, bo uderzyłeś głową o kamień, kiedy spadłeś z konia. 

-  Spadłem  z  konia?  -  zapytał  z  przerażeniem  w  głosie.  Jeśli  Cole  i  reszta  braci 

dowiedzą się o tym, będą go wyśmiewać do końca swoich dni. 

- Możesz się już odwrócić, Millie. 

Spłoniona  niczym  stara  panna,  zajęta  ciągle  wygładzaniem  fartucha,  usłuchała  jego 

prośby. 

-  Emily  mówiła,  że  spadłeś.  Anioł  nie  dziewczyna.  Jak  ona  się  tobą  opiekowała. 

Przeciągnęła  cię  kawał  drogi  w  bezpieczne  miejsce.  Za  pozwoleniem,  ta  kobieta  kocha  cię, 

jak nie pokocha cię już żadna inna. Głupcem będziesz, jak nie pojedziesz za nią. 

Travis pokręcił głową. 

-  Chciała  koniecznie  wyjść  za  O'Toole'a,  zapomniałaś?  A  wiesz  dlaczego?  Bo  wbiła 

sobie do głowy, że musi mieć bogatego męża i wielki dom z kręconymi schodami. 

background image

Im  więcej  o  tym  myślał,  tym  większa  wściekłość  go  ogarniała.  Jakaż  kobieta 

wyjeżdża, nie powiedziawszy nawet do widzenia? Nieczuła kobieta, ot co. 

Millie gwałtownie machnęła ręką. 

- Wcale nie chciała wyjść za O'Toole'a. Powiedziała mi to, zanim ruszyliście w drogę. 

- Nieprawda, rozmyśliła się dopiero jak zobaczyła jego chałupę. 

Millie prychnęła gniewnie. 

-  I  cóżeś  się tak rozindyczył? Na twoim miejscu wstałabym  z łóżka i  ruszyła za nią, 

póki nie jest za późno. 

- A jakże, powinienem,  chociażby po to, żeby usłyszała kilka słów prawdy. Co to za 

wymykanie się cichaczem. Wyjechała po nocy? 

-  Gdzie  tam,  za  dnia,  niby  do  Bostonu.  Mówiłam  Johnowi,  że  prędzej  czy  później 

zbałamuci ją jakiś mężczyzna, ale ona powiada, że nigdy nie wyjdzie za mąż po tym, co się 

stało. A ja mówię, że znajdzie się taki, co zawróci jej jeszcze w głowie gładkimi słówkami. 

Tobie, ma się rozumieć, nie będzie przeszkadzać, że urodzi dzieci innemu? 

Travis uznał, że nie będzie odpowiadał na takie pytania. 

- Dlaczego mi nie powiedziała, że się rozmyśliła, zanim ruszyliśmy w drogę? 

- Bo wiedziała, że wtedy jej tam nie zawieziesz. Dlatego. A ona uparła się, że powie 

temu szczurowi prosto w oczy, że zmieniła plany. 

- Szczurowi? 

-  Tak  go  nazwała.  No,  zanim  go  zobaczyła,  to  nie  wiedziała  jaki  z  niego  szczur. 

Myślała, że człowiek poczciwy i że winna mu wyjaśnienie. 

- Więc to tak. Uważała, że jest coś winna temu sukinsynowi, ale nie mogła poczekać, 

aż się obudzę? 

-  Mówiła,  że  to  z  głupiej  dumy  wpakowała  się  w  kabałę  i  że  dostała  nauczkę,  ale 

czemu wyjeżdża, tego mi nie powiedziała. Wiedziała, że dyliżans zatrzymuje się w Pritchard 

w niedzielę, ale chciała wyjechać wcześniej. Chyba musisz jechać za nią i sam ją zapytać. Ja 

nie odpowiem na twoje pytania. 

-  Najpierw pojadę do  Golden Crest  i  zabiję tych łotrów, potem mogę zająć się czym 

innym. 

-  O'Toole'owie  już  nie  żyją.  Zastrzelił  ich  pewien  dżentelmen.  Musiał,  inaczej  oni 

zabiliby was. Prawo jest po jego stronie, to pewne - dodała z chichotem. 

Nie rozumiał, co w tym zabawnego. 

- Powinienem mu podziękować. Jest tu jeszcze? 

background image

-  Tyle,  że  cię  tu  przywiózł  i  zaraz  odjechał.  Wczoraj  zajrzał  tu  znowu,  w  drodze  do 

Pritchard. Emily zabrała się razem z nim. 

- Pozwoliliście jej odjechać z obcym? 

- Dla nas on już nie obcy. John miał z nim długą rozmowę. Chciał odwieźć Emily, ale 

nie  widziało  mu  się  zostawiać  mnie  samą.  W  górach  siedzą  bandyci.  Pamiętasz,  John 

opowiadał ci o nich? Rabusie i mordercy. Zabili kobietę i jej córeczkę. 

Travis zamknął oczy. 

- Ten człowiek to Daniel Ryan, tak? 

- Tak. 

Przypomniał sobie wszystko... zimne, przenikliwe spojrzenie niebieskich oczu... złoty, 

błyszczący kompas... 

- On miał kompas mojego brata. 

-  A  jakże.  Emily  prosiła,  żeby  dał  go  jej,  ale  nie  chciał.  Pokazał  tylko,  jak  otwierać 

wieczko  i  jak  patrzeć  na  tarczę.  Powiedział,  że  musi  zwrócić  go  właścicielce,  to  Emily  nie 

nalegała.  Co  się  tak  na  mnie  patrzysz?  Ten  człowiek  uratował  wam  życie,  rozprawił  się  z 

O'Toole'ami aż miło. Wiesz, co by się stało, gdyby nie on? 

Na  myśl  o  niebezpieczeństwie  grożącym  jeszcze  niedawno  Emily  ogarnęło  go 

przerażenie. I furia. Gdyby tylko powiedziała mu wcześniej, co sobie zaplanowała, nigdy nie 

zawiózłby jej w góry i nie wpadłaby w ręce niegodziwców. 

- Bóg nie dał tej kobiecie za grosz rozumu. 

- To zadbaj, żeby go nabrała. 

Puścił mimo uszu tę uwagę. 

- Do diaska, nie będę się przecież strzelał z Ryanem. 

Millie stała już drzwiach. 

- Pewnie, że nie możesz go zabić. Może ci ulży, kiedy usłyszysz, że Emily do niego 

strzelała. Myślała, że to jeden z O'Toole'ów. Ryan mówił, że go zadziwiła. 

- Mnie ani trochę. Ona strzela do każdego napotkanego mężczyzny - oznajmił z pewną 

przesadą. 

Millie głośno westchnęła. 

- Uparty z ciebie człowiek, Travisie Clayborne. Pojedziesz do Pritchard, czy nie? 

Nie lubił być ponaglany. 

- Jestem golusieńki i zamierzam wstać, żeby zamknąć drzwi. 

Millie z głośnym krzykiem zniknęła w korytarzu, a on zatrzasnął za nią drzwi. 

background image

W kwaśnym nastroju umył się i ubrał. Zaciął się przy goleniu, bo nie zwracał uwagi, 

co robi, zajęty myślami o Emily. 

Do  kuchni  zszedł  z  gotowym  planem  w  głowie.  Pojedzie  do  Pritchard,  powie  tej 

niewdzięcznej kobiecie, co czuje. Zmusi ją, by pożegnała się jak należy. 

O niczym więcej nie pozwolił sobie myśleć. 

background image

10 

Całe  miasteczko  o  nich mówiło.  Ludzie  zaczęli  się  zbierać  wczesnym  popołudniem; 

po  godzinie  hotel  był  wypełniony  po  brzegi,  zgromadzeni  tłoczyli  się  na  chodniku, 

zablokowali całą ulicę, ruch zamarł, kupcy wcześniej zamknęli sklepy. Wszyscy zapomnieli o 

swoich codziennych zajęciach. Nikt nie chciał przepuścić tej jedynej w swoim rodzaju okazji. 

Zegar w recepcji zaczął wybijać godzinę. Punkt szósta, w sobotni wieczór do hotelu 

wkroczył wystrojony jak na bal Jednooki Jack. 

Z ręki do ręki zaczęły wędrować pieniądze. Od kilku dni robiono w mieście zakłady, i 

ci, którzy twierdzili, że Jack się nie pojawi, przegrali. 

Olsen,  właściciel  hotelu,  od  hazardu  stronił,  ale  zarobił  krocie,  sprzedając  bilety 

wstępu  do  sali  restauracyjnej.  Zamówił  wymyślne  zaproszenia  i  każdy,  kto  chciał  zjeść 

kolację w towarzystwie Emily i Jacka, musiał słono zapłacić za ten przywilej. Na wypadek, 

gdyby  panna  Finnegan  nie  dotrzymała  słowa  -  a  która  kobieta  przy  zdrowych  zmysłach 

dotrzymałaby? - Olsen umieścił na kontuarze recepcji kartkę, że nie zwraca pieniędzy. 

Nie  miał  najmniejszych  wyrzutów  sumienia,  że  oskubał  swoich  przyjaciół  i 

znajomych. W końcu nastąpiło historyczne wydarzenie: Jack wziął kąpiel. 

Ludziska  i  o  to  się  zakładali.  Gdy  o  piątej  po  południu  wśród  tłumu  rozeszła  się 

wiadomość, że Jack Hanrahan właśnie wszedł do łaźni, przegrani psioczyli pod nosem. 

Widok dzikusa, wysztafirowanego i pachnącego, zatykał dech w piersiach i wart był 

każdego  wydanego  grosza.  Bo  też  pięknie  Jack  wyglądał  w  nakrochmalonej  koszuli, 

sztuczkowych  na  kant  zaprasowanych  spodniach,  pod  jasnobłękitnym  krawatem  bez  jednej 

plamki.  Lśniły  trzewiki,  błyszczały  pociągnięte  brylantyną  włosy.  Czarny  surdut  przerzucił 

przez ramię, jak czyni każdy wytworny dżentelmen w upalny dzień. 

Na widok odmienionego Jacka, z przepaską na oku, tłum zaczął wiwatować, ale jedno 

spojrzenie Jednookiego wystarczyło, by ukrócić brewerie. Oj, potrafił on trzymać fason. Miał 

też  w  sobie  nerw  godny  człowieka  z  Montany.  Zdenerwowany  Olsen  czekał  za  kontuarem, 

Jack  tymczasem  torował  sobie  swobodnie  drogę  pośród  tłumu.  Wcześniej  dotarłby  do 

właściciela hotelu, ale dwa razy musiał się zatrzymać, by usadzić w miejscu śmiałków, którzy 

zbyt się doń zbliżyli. Ludzie, ściśnięci tak, że ledwie mogli oddychać, a co dopiero poruszać 

się,  w  cudowny  sposób  rozstępowali  się  przed  nim  niczym  Morze  Czerwone  przed 

Mojżeszem. Nikt nie śmiał go dotknąć, żeby go nie rozwścieczyć i nie narazić się na Bóg wie 

jakie skutki. 

background image

Olsen trząsł  się jak galareta. Wolał nie widzieć co się stanie, kiedy Jack odkryje, że 

panna Finnegan się rozmyśliła - gdyby rzeczywiście się rozmyśliła. Czmychnąć na górę, tam 

się  ukryć  i  nie  wracać  na  dół.  Myśląc  tylko  o  tym,  jak  uratować  własną  skórę,  mruknął  do 

Jacka, że idzie po pannę Finnegan i już miał zniknąć, gdy zobaczył ją na schodach. 

Tym razem nikt nawet nie myślał o płaceniu zakładów. Mimo wielkiej ciżby zapadła 

cisza  jak  makiem  zasiał.  Wszyscy  spoglądali  z  zachwytem,  zdumieniem...  i  ulgą  na  piękną 

damę. 

A było na co patrzeć. Ubrana była w suknię balową ze złocistej materii, z niewielkim 

dekoltem,  który  przyciągał  wzrok  mężczyzn  nie  budząc  oburzenia  pań,  z  bufiastymi 

rękawami i dopasowanym stanikiem podkreślającym doskonałą figurę. Kiedy uczyniła krok, 

suknia zalśniła, rozjarzyła się w blasku świec. 

Travis stał za ladą recepcji, przy wejściu do kantorku. Gdy tłum podziwiał suknię, on 

dojrzał ciepły uśmiech na widok stojącego w tłumie Jacka. 

Clayborne  skrył  się,  zanim  zdążyłaby  go  zobaczyć.  Przyjechał  tylko  po  to,  żeby  się 

upewnić, czy nie napytała sobie kłopotów, miał zamiar trzymać się z boku i nie wtrącać bez 

potrzeby. Ten wieczór należał do Jacka Hanrahana, ale jutrzejszy dzień do niego. 

Zdumiony  potrząsnął  głową,  widząc  jak  Jack  podaje  dłoń  Emily,  a  ona  przyjmuje  z 

uśmiechem pełen galanterii gest. Raptem poczuł, że brak mu tchu. Im bliżej podchodziła, tym 

gwałtowniej  waliło  mu  serce.  Powiedział  sobie,  że  pewnie  to  upał  tak  na  niego  działa  i 

rozluźnił kołnierzyk koszuli. Dziwne, ale to nie pomogło. 

Emily wyglądała jak księżniczka. Schodziła ze schodów z wysoko podniesioną głową, 

wzrok utkwiła w Jacku, nikogo poza nim nie zaszczyciła spojrzeniem. U podnóża schodów 

przyjęła jego ramię i razem weszli do sali restauracyjnej. 

Od  tej  chwili  wszystko  w  Pritchard  odmieniło  się  na  lepsze.  Mieszkańcy  miasteczka 

przeżyli iście magiczny wieczór. Mało, że Jack jadł, posługując się sztućcami, to cierpliwie 

odczekawszy,  aż  służba  przestawi  stoły  po  skończonej  kolacji,  ruszył  z  Emily  w  tany. 

Zaskoczeni ludzie patrzyli, jak lekko, z gracją porusza się na parkiecie. 

Wieczór zakończył się o pierwszej po północy. Gdy zmęczona orkiestra Joego Boya 

zaczęła pakować instrumenty, Jack odprowadził Emily do schodów. Tu ujął jej dłoń, złożył 

pełen  galanterii  pocałunek,  po  czym  szepnął  pannie  coś  do  ucha,  na  co  wybuchnęła 

śmiechem.  Jack  wyszczerzył  zęby,  a  kiedy  pocałowała  go  w  policzek,  naprawdę  się 

uśmiechnął. 

Odczekał,  aż  Emily  wejdzie  na  górę,  po  czym  wymaszerował  z  hotelu  kontent,  jak 

nigdy w życiu. Ledwie znalazł się za drzwiami, przepaska na oko wylądowała na chodniku, 

background image

krawat  w rynsztoku,  a czarny surdut zawisł na pachołku  do  wiązania koni.  Jack znowu był 

sobą, Jednookim, którego wszyscy się bali. 

 

Emily leżała już w łóżku, gdy usłyszała, że ktoś w korytarzu szura krzesłem, a może 

skrzynią. Odrzuciła kołdrę i pobiegła do drzwi, sprawdzić czy zamknęła zasuwę. Przez chwilę 

nasłuchiwała, ale hałas ucichł, uznała więc, że jego sprawca już sobie poszedł. 

Wróciła  do  łóżka  i  oddała  się  ważniejszym  zajęciom.  Koniecznie  musiała  się 

wypłakać. Miała nadzieję, że wylawszy łzy zapomni wreszcie o Travisie. 

Płacz nic a nic nie pomógł. 

Pora wracać do domu. 

background image

11 

Zaspała. Jeśli się nie pospieszy, gotowa spóźnić się na dyliżans. Nie miała już czasu 

jeść śniadania, ale i tak niczego by nie przełknęła, była zbyt przygnębiona. Ubrała się szybko, 

spakowała swoje rzeczy i zbiegła na dół prosić, by ktoś ze służby zaniósł jej bagaże na stację. 

Bagaże  dotarły  tam  przed  nią.  Ulica  była  na  szczęście  wyludniona,  nie  musiała  się 

więc obawiać, że ktoś ją zaczepi. Nie miała nastroju do rozmów. 

Nie  miała  też  ochoty  wracać  do  domu,  ale  już  postanowiła,  że  wyjedzie.  Mówiła 

sobie,  że  powinna  się  cieszyć  na  spotkanie  z  rodziną.  I  wcale  się  nie  cieszyła.  Powrót  do 

Bostonu  nie  był  jedynym  wyjściem,  ale  na  pewno  najbezpieczniejszym.  Wiedziała,  że  jeśli 

zostanie, padnie w ramiona Travisa i zmarnuje sobie życie. Rodzice nie byliby zadowoleni. 

Z  niecierpliwością  wyglądała  dyliżansu.  Usłyszała  wreszcie  turkot  i  rozklekotany 

pojazd wjechał na stację, wzbijając tuman kurzu. Emily cofnęła się o kilka kroków. Chudy, 

wysoki woźnica zeskoczył z kozła, poprawił niebieską chustkę na szyi i uchylił kapelusza. 

- Jestem spóźniony, madame. Proszę wsiadać, ja tym -  czasem zaczerpnę wody, a jak 

wrócę to wam powiem, jak będziecie jechać. 

Otworzył  przed  nią  drzwiczki  dyliżansu  i  poszedł  na  stację.  Po  powrocie  zaczął 

ładować jej torby na dach pojazdu, trajkocząc przy tym jak najęty. 

- Jak usłyszycie strzały, kładźcie się od razu na podłogę, najlepiej pod siedzenie. Przez 

okno  proszę  nie  wyglądać  pod  żadnym  pozorem.  Nawet  nie  wiecie,  jakie  to  ważne,  więc 

lepiej  sobie  zapamiętajcie.  Nie  żebym  się  spodziewał  kłopotów,  ale  lepiej  być 

przygotowanym. Jak będziecie chcieli, żebym się na chwilkę zatrzymał, wychylcie się przez 

okno i krzyknijcie. Chyba, że wpierw usłyszycie strzały, wtedy się nie wychylajcie. I lepiej, 

żebym się nie musiał dla was zatrzymywać, bo już jestem dość spóźniony. 

- Nie będziemy się musieli zatrzymywać - obiecała. 

Wdrapał  się  na  dach  dyliżansu,  przywiązał  bagaże,  zeskoczył  i  ponownie  otworzył 

drzwiczki. 

- Macie bilet? 

- Tak - podała mu bilet i rozsiadła się wygodnie na obitej skórą ławce. 

Spojrzał na nią uważnie. 

- Coś nie tak, madame? Macie łzy w oczach. Nie moja sprawa, chyba, że wam słabo, 

to musicie mi powiedzieć. 

- Nie, sir, nie jestem chora. To od tego kurzu oczy mi łzawią. 

background image

-  Żaden  ze  mnie  sir,  nazywam  się  Kelley.  Gdyby  zrobiło  się  wam  słabo,  wystarczy 

krzyknąć  przez  okno,  chyba  że  wpierw  usłyszycie  strzały,  wtedy  się  nie  wychylajcie. 

Zapamiętajcie sobie, bo to bardzo ważne. 

Zamknął drzwiczki i siadł na koźle, zanim zdążyła mu powiedzieć, jak się nazywa i 

zapewnić go, że nie będzie wyglądała przez okno. 

Dyliżans  ruszył,  nabierając  powoli  rozpędu  i  po  chwili  pędzili  już  galopem.  Emily 

złożyła dłonie w małdrzyk i zamknęła oczy. Podjęła decyzję, że wyjeżdża, nie było odwrotu, 

będzie musiała pogodzić się z myślą, że nigdy już nie zobaczy Travisa. Z bożą pomocą może 

zazna spokoju. 

Wtem  rozległ  się  strzał.  Kelley  zaklął,  pociągnął  za  lejce,  osadził  konie  w  miejscu, 

Emily wylądowała na podłodze. Gdy się pozbierała, zobaczyła ludzi wychodzących z hotelu. 

Nikt nie wydawał się zaniepokojony. 

Nie  rozumiejąc  co  się  dzieje,  wyjrzała  przez  okno.  Na  nieszczęście  Kelley  to 

zauważył. 

- Toż mówiłem wam, że nie wolno! 

- Co się stało, panie Kelley? 

- Travis Clayborne, ot co, madame. 

Nie zdążyła nawet pomyśleć, kiedy ryk Travisa wypełnił dyliżans. 

- Wysiadaj, Emily Finnegan, mam do ciebie słowo. 

Zaskoczona poleceniem, podskoczyła, uderzając  głową o oparcie. Dopiero po chwili 

wyjrzała  przez  okno  i  ujrzała  idącego  ku  niej  Travisa.  Miała  wrażenie,  że  jeszcze  chwila,  a 

zemdleje. Taki był wspaniały, cudowny... i wściekły. 

Kroczył  zamaszyście,  najwyraźniej  doszedł  już  do  siebie:  cud,  gdy  pomyśleć  jak 

blisko  otarł  się  o  śmierć.  Westchnęła  głośno.  Będzie  jednak  musiała  się  z  nim  pożegnać, 

chociaż tak się bała tej chwili. Nie, nie będzie płakała, za nic. Szybko się pożegna i ruszy w 

drogę. 

Otworzyła drzwiczki,  ale na  widok rozsierdzonej  miny Travisa i  groźnego błysku  w 

oku, natychmiast je zamknęła. Wiedziała, czemu się pojawił. Wstał z łóżka i przejechał taki 

szmat drogi, żeby powtórzyć jej, że jest pomylona. Mogła się tego po nim spodziewać. 

- Panie Kelley, niech mu pan powie, żeby sobie poszedł. 

- Za pozwoleniem, madame, nikt nie śmie mówić Clayborne'om, co mają robić. Lepiej 

niech pani wysiądzie i zapyta, czego chce. 

- Emily! - wrzasnął ponownie Travis. 

Wysiadła z dyliżansu, zamknęła za sobą drzwiczki i ruszyła w jego stronę. 

background image

- Niech pan tylko nie odjedzie beze mnie, panie Kelley. 

- A to już zależy od Clayborne'a, madame. 

Pokręciła głową na znak, że się z nim nie zgadza. Szła, mrucząc pod nosem: 

- Jeśli doprowadzi mnie do płaczu, to wyrwę mu rewolwer zza pasa i zastrzelę go. Tak 

zrobię. 

Kelly usłyszał jej pogróżki. 

- To się panience z Claybornem nie uda. 

Emily puściła mimo uszu komentarz woźnicy. 

Zatrzymała się pięć metrów od niego i dała mu znak, by nie podchodził bliżej.  

Zignorował jej gest. 

- Naprawdę miałaś zamiar to zrobić? 

- Co zrobić? 

- Wyjechać bez pożegnania. 

- Mów ciszej, proszę. Wywołujesz zbiegowisko. 

Odwróciła się w stronę chodnika, gdzie stała grupka gapiów. 

- Proszę przechodzić, nie ma na co patrzeć. 

Nikt jej nie usłuchał. 

- Owszem, miałam zamiar się pożegnać. 

- Czyżby? Chciałaś krzyknąć „do widzenia” z okna dyliżansu? 

- Nie. Chciałam napisać do ciebie. 

Nasrożył się jeszcze bardziej, jakby usłyszał obelgę. 

- Chciałaś napisać? 

Stała bez ruchu, Travis natomiast szedł w jej stronę. Przez moment miała wrażenie, że 

przejdzie po niej, zdepcze ją, ale na szczęście zatrzymał się o kilka kroków od niej. Chciała 

się cofnąć, ale rozmyśliła się. Próbował ją speszyć. Jego niedoczekanie. W końcu to ona ma 

złamane serce, a on tylko został postrzelony. 

-  Mówmy  otwarcie.  Uparłaś  się  jechać  do  Golden  Crest  i  powiedzieć  O'Toole'owi 

prosto w oczy, że się rozmyśliłaś i że za niego nie wyjdziesz, ale ja nie zasługiwałem już na 

podobne względy? 

- Millie ci powiedziała. 

- A jakże, powiedziała. Gdybyś nieco wcześniej zdradziła się ze swoimi planami... 

- To byś mnie tam nie zawiózł. 

background image

-  Nie  zawiózłbym  i  nie  oberwałbym  kulki,  a  ty  nie  znalazłabyś  się  w 

niebezpieczeństwie. I już nigdy nie mogłabyś się spotkać z żadnym mężczyzną, nawet z Jac-

kiem Hanrahanem. Rozumiesz? 

- Pełno w tych stronach morderców, panie Clayborne. 

- Pomyślałaś co by było, gdyby te zbiry cię dopadły? 

- Tak - krzyknęła. - Doskonale wiem, co by się stało. Wiem też, że przeze mnie o mało 

nie  zginąłeś.  Nigdy  sobie  tego  nie  wybaczę.  Tłumaczy  mnie  tylko  to,  że  chciałam  postąpić 

przyzwoicie. Gdybym wiedziała, że O'Toole'wie to szczury, na pewno bym tam nie pojechała. 

No, proszę, śmiało, powiedz mi, że jestem pomylona. Wiem, że masz ochotę. 

- W porządku. Jesteś pomylona. Nie masz za grosz rozumu. 

-  To  nie  ja  zerwałam  się  chora  z  łóżka,  żeby  przejechać  szmat  drogi  i  powiedzieć 

komuś, że jest pomylony. 

- Nie dlatego przyjechałem. 

- A dlaczego? 

Widziała, że z trudem przychodzi mu odpowiedzieć na jej pytanie. Zauważyła też, że 

wokół nich zgromadził się pokaźny tłum ciekawskich, a gapiów ciągle przybywało. 

-  Nie macie, ludzie, nic lepszego do roboty?  -  zapytała z oburzeniem.  -  To prywatna 

rozmowa. Rozejdźcie się, ale już! 

Nikt  nawet  nie  drgnął.  Kątem  oka  dostrzegła  dżentelmena  opartego  o  pachołek,  z 

plikiem pieniędzy w dłoni. Każdy nowo przybyły wręczał mu kolejny banknot. 

- A więc, Travisie? Dlaczego przyjechałeś? 

- Pomyślałem, że powiem ci, co o tobie myślę... - zaczął. 

Przerwała mu. 

- Na twoim miejscu nie robiłabym tego. A teraz, za pozwoleniem, chciałabym wrócić 

do dyliżansu i ruszać w drogę. Woźnica się spieszy. Gdzie pan idzie, panie Kelley? - zawołała 

widząc, jak podąża ku mężczyźnie z pieniędzmi. 

- Maleńki zakład, madame. 

- Do diaska, Emily, mną się zajmij! 

Poczuła się tak nieszczęśliwa, że miała ochotę krzyczeć. 

- Niby dlaczego? To twoja wina, że się w tobie zakochałam, a teraz nie mogę myśleć, 

jeść, spać. 

Uświadomiła sobie co mówi dopiero, kiedy jakaś kobieta za jej plecami westchnęła z 

rozrzewnieniem: 

- Ona go kocha. 

background image

Travis zdawał się nieprzyzwoicie rozradowany. Wyciągnęła dłoń, żeby się, broń Boże, 

nie zbliżał. 

-  Wyleczę się z tej choroby  -  oznajmiła.  -  Poza tym  fakt,  że  cię kocham niczego nie 

zmienia, więc niech ci się nie roją żadne głupie myśli w głowie. Wracam do Bostonu. 

- Nie! 

- Owszem i cokolwiek powiesz, nie zmienię zamiarów. 

- Nagadaj mu, dziewczyno. Nie daj się żadnemu mężczyźnie wodzić za nos - zawołała 

jakaś kobieta. 

- Jeśli go kocha, powinna zostać - odezwał się ktoś inny. 

Zebrani  mężczyźni  przychylili  się  do  tej  opinii.  Emily  dość  już  miała  publiczności. 

Odwróciła się do kobiety, która radziła jej zostać i szepnęła: 

- Pani nie rozumie. Gdybym została, okryłabym hańbą rodziców jak ladacznica. 

Kobieta zrobiła wielkie oczy. 

- Chcesz powiedzieć, że... 

Emily skinęła głową. 

- To właśnie chcę powiedzieć. 

- Powinnaś więc wracać do domu. 

Travis miał nietęgą minę. Przerażała go myśl o wyjeździe Emily, a nie wiedział jak ją 

zatrzymać. 

Boże, co za uparta kobieta. 

- Kochasz mnie, ale wyjeżdżasz. Dobrze zrozumiałem? 

- Tak. Kocham cię i wyjeżdżam. Według mnie to sensowne posunięcie. 

- Najzupełniej - parsknął gniewnie. 

Nie podjęła sprzeczki. Odwróciła się, dała gapiom znak ręką, by się rozstąpili i ruszyła 

z powrotem do dyliżansu. Niemal biegła, Travis dotrzymywał jej kroku. 

Ciżba posuwała za nimi. 

-  Przysięgłam  sobie,  że  już  nigdy  w  życiu  nie  powezmę  żadnej  pochopnej  decyzji,  a 

zostać tutaj byłoby nie tylko rzeczą nierozważną, ale i grzeszną. Wracam do domu. 

W Travisie z sekundy na sekundę wzbierała coraz większa wściekłość, a jednocześnie 

ogarniała go panika. Nie może przecież pozwolić jej wyjechać. Czyż ona nie rozumie, ile dla 

niego znaczy? Bez niej życie nie będzie miało sensu. 

Nie chciał takiego życia. 

Nagle objawiła mu się cała prawda. Stanął jak wryty. 

- Do kroćset, ja ją kocham - szepnął. 

background image

Emily, słodka, dobra, czuła Emily. Chce z nią przepędzić resztę swoich dni. Najpierw 

jednak musi coś zrobić, by nie wsiadła do dyliżansu. 

Dogonił ją. Dalej mamrotała coś o pochopności, wyczekał więc cierpliwie, aż skończy 

swój bezładny monolog. 

Skończyła i spojrzała na niego wyczekująco. 

-  Nie  sądzisz,  że  mam  rację?  -  zapytała,  zastanawiając  się,  skąd  uśmiech  na  jego 

twarzy. 

- Masz rację. 

- Ona wyjeżdża - zawołał ktoś z tłumu. 

- Zrujnowałaby sobie życie, gdyby została - oznajmiła dobrze poinformowana kobieta. 

- Amen - krzyknął ktoś inny. 

Travis otworzył przed nią drzwiczki dyliżansu. 

Emily wyciągnęła dłoń. 

- Do widzenia, Travisie. 

- Mam ci podać rękę? 

- Byłoby grzecznie. Dlaczego się uśmiechasz? 

- Jestem szczęśliwym człowiekiem. 

Oszołomiła ją ta gwałtowna zmiana stanowiska. Opuściła dłoń. 

- Napiszę do ciebie. 

- To miło z twojej strony. 

- Odpiszesz? 

- Na pewno. 

Wszystko zostało już powiedziane. Odwróciła się i wsiadła do dyliżansu. 

- Jeszcze jedno - powiedział. 

- Tak? 

- Pocałuj mnie na do widzenia. 

background image

12 

Poślubiła  ukochanego  człowieka.  Z  jej  twarzy  nie  schodził  uśmiech,  tak  była 

szczęśliwa.  W  kąpieli  roześmiała  się  nawet  kilka  razy  w  głos,  nie  wiedząc  jak  inaczej  dać 

upust przepełniającej ją radości i miłości. 

Czekała  teraz  na  męża.  Stała  w  oknie  sypialni  nad  bawialnią  Perkinsów,  patrzyła  w 

niebo i rozczesywała włosy. Świecił księżyc, iskrzyły się setki gwiazd, świerszcze wygrywały 

swoje nocne melodie, powietrze przenikał zapach sosen, wszystko spowijała magia. 

W  wazonie  stała  różowa  róża,  którą  dostała  od  Travisa  przed  ceremonią  ślubną. 

Wyjęła kwiat i przytuliła do serca. 

Wszedł Travis. Zaryglował drzwi. Spojrzał na Emily i dech zaparło mu w piersiach, 

taka była piękna ta jego oblubienica, kobieta, którą w końcu udało mu się zdobyć. 

Miała na sobie bieluteńką koszulę nocną, która okrywała ją szczelnie od szyi po stopy. 

- Dobry wieczór, pani Clayborne. 

Wybuchnęła  śmiechem,  a  jemu  ciepło  zrobiło  się  na  sercu.  Oparł  się  o  drzwi  i 

wyszczerzył zęby. 

- Nie denerwuj się. 

- Myślisz, że jestem zdenerwowana? 

- Wyrzuciłaś właśnie szczotkę do włosów za okno. 

- Chciałam ładnie wyglądać. 

- Pięknie wyglądasz. 

Nie mogła usłyszeć nic milszego. Tak bardzo kocha tego człowieka. 

Zdjął koszulę, rzucił na oparcie krzesła, zdjął buty, skarpetki i podszedł do niej. 

- Nie denerwujesz się, kochanie? 

- Odrobinę - przyznała. - Wiem, co się ma zdarzyć, ale nie wiem, jak to jest. 

- Chcesz powiedzieć, że nie przestudiowałaś zagadnienia w sposób dogłębny? 

- Nie, ale mam nadzieję, że ty tak. 

Wyjął kwiat z dłoni żony i musnął nim jej policzek. Napięcie ustąpiło. 

- Kocham cię, Emily. Tylko ciebie. 

Wstawił różę do wazonu, wziął Emily w ramiona i zaniósł do łóżka. 

- Chcesz, żebym ci wyjaśnił, co zamierzam zrobić? 

Dosłyszała w jego głosie kpinę. 

- Nie, bardzo dziękuję, doceniam ofertę, ale wolałabym raczej, żebyś mi pokazał. 

background image

Ułożył ją delikatnie na środku łóżka, spoglądając w przepełnione miłością oczy. 

-  Mam  zamiar  dogłębnie  cię  przestudiować,  pani  Clayborne  i  mam  szczerą  nadzieję, 

że ślicznie mi podziękujesz, kiedy skończę - oznajmił, używając jej ulubionego określenia. 

Gdyby  nie  bała  się,  że  głos  ją  zawiedzie,  powiedziałaby  mu,  że  nie  musi  już 

przejmować się jej zdenerwowaniem, tyle miłości i pożądania widziała w jego oczach. Była 

gotowa być jego żoną i poznać go, jak żonie godzi się poznać męża. 

On ze swej strony postanowił sobie, że tej nocy ona będzie dyktowała rytm kochania 

się. 

 

Długo potem dochodzili do siebie. Leżeli spleceni, a jego przepełniało takie szczęście, 

jakby znalazł się w niebie. I ona nie posiadała się ze szczęścia, miała ochotę płakać i śmiać się 

na przemian. Komiczna zdała się jej pełna satysfakcji mina Travisa, dopóki nie pomyślała, że 

ona ma pewnie taką samą. 

Przewrócił  się  na  plecy  i  pociągnął  ją  ze  sobą.  Wyciągnęła  się  wygodnie,  z  ręką  na 

jego piersi. 

- Nie jest ci przykro, że kazałaś mi tak długo czekać? 

-  Tylko  dwa  tygodnie  -  skorygowała  łagodnie.  -  Wiedziałeś,  że  dyliżans  odjedzie, 

kiedy będziesz mnie całował, prawda? 

- Oczywiście. Naprawdę myślałaś, że pozwolę ci odjechać? 

- Naprawdę myślę jakie to szczęście, że mi nie pozwoliłeś. 

Roześmiał się. Taki był szczęśliwy, że musiał ją jeszcze raz pocałować, po czym opadł 

na poduszki z głośnym ziewnięciem. 

- Męki piekielne przeżywałem, że nie mogę cię dotknąć. Przesadzał, ma się rozumieć, 

przynajmniej ona tak uważała. Za żadne skarby nie oddałaby ostatnich dwóch tygodni, kiedy 

to  miała  okazję  przekonać  się,  że  Travis  jest  najbardziej  romantycznym  człowiekiem  w 

świecie. Zalecał się do niej, jak to określał, zawzięcie, nie pozostawiając jej żadnego wyboru - 

o  czym  ją  ostrzegł  -  a  ona  zwodziła  go,  chcąc,  by  się  upewnił,  że  z  nią  właśnie  pragnie 

spędzić resztę życia. 

A wszystko z lęku, że to z jego strony tylko zauroczenie, które każe mu widzieć w niej 

same  dobre  strony.  Wyprowadził  ją  z  błędu,  wyliczając  skrupulatnie  któregoś  dnia  przy 

kolacji wszystkie jej wady. Niemało czasu mu to zajęło, a znalazł takie, o których nie miała 

pojęcia. Wysłuchawszy go zaciekle dowodziła, że nie jest uparta. 

- I pomyśleć, Travisie, że to wszystko za sprawą jednego pocałunku na do widzenia. 

- Dlatego się go domagałem. Kocham cię. 

background image

- I ja cię kocham. 

- Emily? 

- Tak? 

- Pocałuj mnie raz jeszcze na do widzenia.