background image

ZVONIMIR

 

FURTINGER 

 

 

 

P

OTRZEBNE MI TWOJE 

CIAŁO

 

 

(

PRZEŁOŻYŁA 

E

LŻBIETA 

K

WAŚNIEWSKA

 

 

SCAN-

DAL

 

 

background image

Nazywam  się  Robert  Panikkar,  mam  trzydzieści  jeden  lat,  jestem  kasjerem  w  domu 

towarowym  „Excelsior";  jestem  sierotą.  Dwadzieścia  lat  temu  moi  rodzice,  jadąc 

samochodem, wypadli z trasy, częściowo z powodu nadmiernej prędkości, częściowo przez 

ciężarówkę, która znienacka znalazła się przed nimi. W efekcie samochód uderzył  w słup i 

spadł do rzeki. Ocalałem tylko dlatego, że nigdy nie zamykałem dobrze drzwi i wypadłem na 

trawę, zanim samochód runął do wody. Ale to wszystko nie jest takie istotne. 

Ósmego czerwca o czwartej piętnaście nawet nie przeczuwałem, że niebawem nastąpią 

niezwykłe  i,  co  więcej,  nieprzyjemne  wydarzenia.  Byłem  w  nienadzwyczajnym  humorze. 

Poszedłem do przyjaciela, aby mu zwrócić jakieś książki i pożyczyć nowe. Książki zwróciłem, 

nie pożyczyłem jednak nowych, bo przyjechali do niego goście i czas nam zszedł na niczym, a 

w końcu widząc, że nic nie załatwię, wyszedłem. Chciałem skoczyć do domu i wziąć torbę, w 

której co wieczór zanoszę utarg do banku, ale było oczywiste, że nie zdążę na czas, więc noga 

za nogą powlokłem się do biura domu towarowego, rozważając, czy kupić -nową torbę, czy po 

prostu pieniądze zapakować w papier. 

Gdy człowiek długi czas ma do czynienia z pieniędzmi, to przestaje je traktować jako 

pewną wartość, a patrzy na nie jak na papierki ze znakami cyfrowymi, które muszą być zgodne 

z jakąś tam listą kontrolną. I to jest głównym źródłem kłopotów, jeśli okaże się, że istnieje 

superata  lub  manko.  Wszystko  musi  się  dokładnie  zgadzać,  a  jeśli  chodzi  o  mnie,  było  tak 

zawsze.  Mój  ojciec  mawiał:  biedni  ludzie  dysponują  jednym  jedynym  kapitałem  — 

uczciwością.  Synu,  nigdy  nie  zejdź  z  uczciwej  drogi,  gdy  rzecz  idzie  o  kwotę  mniejszą  od 

miliona. A że utarg był zawsze mniejszy, byłem przez całe osiem lat uczciwy do przesady. 

Opowiadam  o  sobie  głupstwa,  a  całkiem  zapomniałem,  że  miałem  mówić  o 

wypadkach, które bynajmniej nie przypadły mi do gustu. A więc rozmyślając, czy kupić nową 

torbę, stanąłem przed wystawą sklepową. Mój Boże, ileż pięknych toreb! Ale ceny nie były 

zachęcające i właśnie gdy zdecydowałem się na kupno torby w naszym domu towarowym, p 

wiele brzydszej i mniej trwałej, podszedł do mnie jakiś typ. 

— Przepraszam pana, wydaje mi się, że chce pan kupić torbę? 

—  Chcę  —  odpowiedziałem  nieco  zbity  z  tropu,  gdyż  mnie  tą  uwagą  zaskoczył  — 

tylko... 

— Dlaczego „tylko"? Proszę popatrzyć i dopiero odpowiedzieć. Po tych słowach nie 

znany mi typ odpakowal jakieś zawiniątko, które trzymał pod pachą. Ujrzałem torbę średniej 

wielkości, z dobrej skóry, trochę już używaną. Nie wiem dlaczego, ale przypominała mi torbę 

listonosza w miniaturowym wydaniu. Ponieważ milczałem, typ kontynuował: 

—  Proszę  mi  wierzyć,  bywały  dla  mnie  lepsze  dni,  ale  poszedłem  przyjacielowi  na 

background image

rękę... podżyrowałem weksel... i oto teraz muszę wyzbyć się ulubionych rzeczy. Gdyby się pan 

zdecydował... 

Wymienił  jakąś  kwotę,  która  nie  dorównywała  wartości  torby.  Ale  ja  nie  zwykłem 

kupować kradzionych rzeczy, więc żeby pozbyć się natręta, wymieniłem połowę i tak niskiej 

sumy. Tymczasem... 

— Nieładnie wykorzystywać bliźniego, ale jestem w sytuacji, że nie mogę wybierać 

klientów. Proszę zapłacić i wziąć ją. 

Nie pozostało mi nic innego, jak wręczyć mu oferowaną sumę i wziąć torbę. W końcu 

będzie służyła swemu celowi. Tak mi się przynajmniej zdawało. 

W pracy nic nadzwyczajnego się nie zdarzyło, prócz tego, że ludzie jak zwariowani 

kupowali nowe elastyczne majtki Pompadour. Miało to znaczenie o tyle, że obroty tego dnia 

były większe niż kiedykolwiek, odkąd jestem  głównym  kasjerem  „Excelsiora".  Kiedy dwie 

kasjerki  położyły  rozliczenie,  włożyłem  wszystkie  pieniądze  —  a  było  tego  sto  tysięcy,  o 

dziewięćset tysięcy mniej od krytycznej kwoty, gdy można uczciwość odłożyć na stronę — i 

skierowałem  się  do  banku.  Miałem  obowiązek  wpłacić  pieniądze  na  konto.  Obowiązek 

przyjemny,  bo  jako  wieloletni  klient  szedłem  wprost  do  gabinetu  szefa  działu,  gdzie 

gawędziliśmy o wydarzeniach dnia wychylając kieliszek mocniejszego trunku. 

— Robert — przywitał mnie szef działu depozytów — dobrze, że pan przyszedł. Proszę 

złożyć pieniądze i idziemy do „Czarnego Kota". 

Czeka na nas wesołe towarzystwo... 

— Niestety beze mnie — odpowiedziałem wpadając mu w słowa. — Dziś piątek i jem 

kolację u ciotki... 

— Ach, tak, zapomniałem. Szkoda. No, ale skoro tak, to najlepiej będzie, jeśli szybko 

załatwimy formalności. 

Zgodziłem  się,  wziąłem  torbę  i  otworzyłem  ją.  Na  całe  szczęście  mój  gospodarz 

wkładał papiery do biurka i nie patrzył na mnie, a gdy podniósł głowę, już jakoś doszedłem do 

siebie. 

— Co się stało, Robercie, czy źle się pan czuje? Niech pan wypije kieliszek koniaku. To 

panu dobrze zrobi. 

—Dziękuję, lepiej nie — wykrztusiłem z trudem i wstałem. — Muszę na chwilę wyjść. 

— To też pomoże — zgodził się ze mną bankowiec. — Niech pan wszystko zrzuci i 

wszystko będzie w porządku. 

background image

Prawdopodobnie jeszcze coś mówił, ale go już ani słyszałem, ani słuchałem. Rzuciłem 

się ku drzwiom i wypadłem szybko, jak tylko mogłem, schodami w dół, przez boczne drzwi, na 

ulicę.  Musiałem  wyglądać  okropnie,  bo  portier  spojrzał  na  mnie,  jakby  ujrzał  upiora.  I  nic 

dziwnego,  że  twarz  miałem  zmieniona.  Drżałem  i  zataczałem  się.  Torba  była  pusta,  a  na 

dobitek znajdowała się w niej spora kartka, na której była ładnie wymalowana ręka zwinięta w 

figę skierowaną na widza. 

 

*** 

Minąłem kilka bloków, ale nie doszedłem do siebie. Z początku pojmowałem tylko to, 

że kieruję się w stronę swego domu. Później dowiedziałem się, że dwa razy w ostatniej chwili 

uskoczyłem  w  bok  unikając  zderzenia  z  samochodem.  Potem  zacząłem  przemyśliwać  całe 

zdarzenie.  Wiedziałem  dokładnie,  że  pieniądze  wraz  z  wszystkimi  papierami  włożyłem  do 

torby. Nigdzie się nie zatrzymywałem, a kiedy doszedłem do banku, pieniędzy już nie było. 

Najpierw zwątpiłem, czy pieniądze w ogóle włożyłem do torby. To było bez sensu. Dobrze 

wiedziałem, że tak. Ale w takim razie gdzie są te pieniądze? W torbie nie było dziury i było 

niemożliwe,  żeby  wszystkie  wypadły.  Musiałoby  coś  zostać.  Przez  chwilę  żałowałem,  że 

zostawiłem torbę w banku, ale po zastanowieniu doszedłem do wniosku, że to i tak jest bez 

znaczenia. Pieniędzy nie ma, a kto za to odpowiada? Tylko ja, nikt inny. Czy istnieje na świecie 

ktoś tak naiwny, żeby uwierzył w moją opowieść? Stary Haseł, chodzi oczywiście o mojego 

szefa,  spochmurnieje  przekonawszy  się,  że  tak  długo  trzymał  kasjera,  który  nie  umiał 

wymyślić nic mądrzejszego niż takie oczywiste kłamstwo. A następstwa... Do końca życia, a 

zdrowie  mi  dopisywało,  nie  zbiorę  tylu  pieniędzy,  by  wyrównać  stratę,  to  jasne.  Nawet 

gdybym się wyrzekł jedzenia, odzieży, mieszkania, jednym słowem — gdybym całą pensję 

przeznaczył na wyrównanie strat... 

O  mało  co  znów  nie  wpadłem  pod  samochód.  Przeszedłem  na  drugą  stronę,  i  gdy 

dzieliło  mnie  jakieś  trzydzieści  kroków  od  progu  domu,  byłem  już  zdecydowany.  Tak,  to 

jedyne wyjście. W myśli przeryłem wszystkie schowki i szafy w mym mieszkaniu. To, co mi 

potieebne,  powinno  być  w  spiżarce.  Z  tymi  myślami  doszedłem  do  drzwi  domu  i  wtedy 

ujrzałem psa. 

Był  to  kundel,  ale  na  pewno  jedno  z  rodziców  było  rasowe.  Robił  dość  dziwne 

wrażenie.  Gdy  skręciłem  w  lewo  do  wejścia,  on  też  ruszył,  tak  że  mi  zagrodził  drogę.  Nie 

jestem znów tak odważny wobec psów, ale było mi wszystko Jedno. Pogłaskałem go po łbie i 

mruknąłem: 

— Tobie to dobrze! Nie masz do czynienia z pieniędzmi i nie może ci się przytrafić, że 

background image

je zgubisz. 

Zwierzę  popatrzyło  na  mnie  ze  zrozumieniem,  a  potem  nagle  się  szarpnęło  i 

wyszczerzyło kły. Instynktownie odskoczyłem, a pies raptem odwrócił się i pobiegł ulicą. 

Może trochę nudzę opisywaniem tych drobiazgów, ale ten pies » jest ogromnie ważny. 

Choć tego na razie nie wiedziałem; dopiero później przekonałem się o tym. 

Wszedłem więc do mieszkania i od razu skierowałem kroki do spiżarki. Nie myliłem 

się.  Był  tam  sznur,  trzy  razy  dłuższy  niż  potrzebowałem,  ale  wystarczająco  mocny. 

Zawiązałem pętlę, najlepiej jak umiałem, wspiąłem się na krzesło i zamocowałem jeden koniec 

na klamce górnej części okna. Już miałem założyć pętlę na szyję, ale przypomniałem sobie, że 

należałoby  jednak  zostawić  coś  ludziom,  którzy  mnie  przeżyją.  Zszedłem  z  krzesła  i 

otworzyłem maszynę do pisania. Wkręciłem kartkę papieru i napisałem: 

 

LEPIEJ UMRZEĆ Z HONOREM NIŻ ŻYĆ BEZ HONORU. 

 

Nie byłem  zachwycony  takim  tekstem,  ale ludzie będą wiedzieli,  że rozstałem  się z 

życiem, bo jestem niewinny i nade wszystko uczciwy. Później, kiedy ponownie zakładałem 

pętlę na szyję, pomyślałem, ze z tych kilku słów nie można z całą pewnością wywnioskować, 

że nie wydałem cudzych pieniędzy, ale w końcu co mnie to obchodzi. Niech żyjący układają 

swoje stosunki i sądy jak chcą. Ja już do nich nie należę. 

I wtedy stało się coś niezwykłego. Ku swemu wielkiemu zdziwieniu zauważyłem, że 

ręce, moje ręce bez udziału mej woli sięgają do pętli i zdejmują ją z szyi. 

Aha, przeleciało mi przez głowę — podświadoma obrona. Ale będę silniejszy od mego 

tchórzliwego ciała. 

Uchwyciłem  pętlę,  założyłem  na  szyję  i  zaraz  znów  zdjąłem.  Hm,  to  mi  się  nie 

podobało. Wtedy zdecydowałem spróbować raz jeszcze bez czekania. Jak tylko pętla będzie na 

szyi, zaraz skoczę. Ale diabła tam, łatwiej było pomyśleć niż wykonać. Pętlę założyłem, ręce 

tym razem zostały w spokoju, ale nogi również. Czułem, że mimo całego wysiłku nie mogę 

skoczyć z krzesła. Wtedy mnie olśniło! 

Oczywiście jestem zahipnotyzowany. Ktoś na mnie oddziaływał i jeszcze teraz na mnie 

działa.  W  takim  stanie  wręczyłem  pieniądze  jakiemuś  chytremu  złodziejowi,  nawarzyłem 

piwa, a teraz muszę je wypić. Tak, ale świadomość tego faktu nie przywróciła mi pieniędzy i 

wszystkimi siłami starałem się skoczyć z krzesła i zawisnąć na sznurze. 

W  tym  momencie  moje  ręce  ponownie  dotknęły  pętli  i  zdjęły  ją  z  szyi.  Wtedy 

zeskoczyłem  z  krzesła,  wbrew  woli,  i  usiadłem  przy  biurku,  na  którym  stała  maszyna  do 

background image

pisania.  Kiedy  rozmyślałem,  co  to  za  złodziej  mnie  zahipnotyzował,  zobaczyłem,  jak  na 

papierze  wyskakują  słowa.  Nie  mogłem  uwierzyć  własnym  oczom.  Ależ  tak,  moje  palce 

pisały! 

Na papierze można było wyraźnie przeczytać: Zaniechaj niszczenia własnego ciala

— Mogę robić ze swoim ciałem, co mi się podobał — krzyknąłem z wyrzutem, a palce 

zaraz zaczęły uderzać w klawisze: Potrzebne mi twoje cioto i nie dopuszczą, abyś je zniszczył

— Zniszczę je, a ty się wynoś! — wrzasnąłem z uporem i dla podkreślenia mej woli 

uderzyłem pięścią w biurko. Właściwie uderzyłem z całej siły w kant i to wyzwoliło we mnie 

okrzyk bólu. Natychmiast potem palce znów stukały w klawisze: 

To dlatego, żebyś nie podnosił głosu. Oczywiście to ja kieruje twoja ręką. 

— Kim jesteś? — spytałem zacisnąwszy zęby, gdyż ręka naprawdę bardzo mnie bolała. 

To już rozsądniejsze pytanie. Przybyłem ze świata, którego wy nie możecie zobaczyć. 

— Pięknie. I teraz rządzisz moim ciałem. 

Potrzebuję go. Jest mi niezbędne — wystukały moje palce. 

— Czy to może ty opróżniłeś moją torbę, a ja byłem tego nieświadomy? 

Wiem, że męczą cię problemy związane ze strata pewnych rzeczy, ale ja o tym nic nie 

wiem. 

—  Jasne,  od  kiedy  to  złodziej  przyznaje  się  do  przestępstwa!  —  zawołałem 

rozgoryczony. — I dlaczego nie zostawisz mnie w spokoju? Ja chcę tylko... 

Nic z tego i nie nudź już takimi sprawami. 

W tym momencie zadzwonił dzwonek u drzwi. Nawet nie drgnąłem, bo nikt mi w tej 

chwili nie był mile widziany. Ale palce znów zaczęły uderzać w klawisze: 

Co to za znak akustyczny? 

— Ktoś, kto chciałby wejść da środka, dzwoni do drzwi wejściowych.  

Dlaczego nie sprawdzisz, kto to? 

— Co mnie to obchodzi! Nie chcę, żeby mi teraz przeszkadzano. 

Wstań, idziemy zobaczyć, kto przyszedł. 

Gdy tylko wystukałem te słowa, moje ciało się wyprostowało i poszło do przedpokoju. 

Otworzyłem drzwi, chociaż nie miałem najmniejszej ochoty na przyjmowanie gości. 

Była  to  ciotka  Agata.  Ciotka  Agata  opiekowała  się  mną,  gdy  zginęli  rodzice,  i  była 

bardzo dumna, że nie zostałem mordercą, oszustem ani złodziejem, a uczciwym kasjerem na 

średnim szczeblu kariery. Teraz stała przede mną. 

— Robert, jak ty wyglądasz?! — było jej pierwszym pytaniem. Nie byłem świadomy 

swojego wyglądu, więc teraz spojrzałem w lustro. Zobaczyłem bladą twarz, wykrzywione ze 

background image

strachu i przerażenia usta, wytrzeszczone oczy i potargane włosy. Musiałem to jakoś wyjaśnić. 

— Ciociu, dzieją się ze mną dziwne rzeczy... 

Dalej nie zdążyłem, bo mi ciotka przerwała:  

— Od razu wiedziałam, że to się tak skończy. Sto razy mówiłam, że Liza nie jest dla 

ciebie. Mówiłam to co prawda do siebie, ale jakbyś był mądrzejszy, zrozumiałbyś. Och, co z 

ciebie  zrobiła!  Czyżbyś  ją  przyłapał  z  kim  innym?  A  może  sfałszowała  twój  podpis?  Albo 

zaciągnęła  długi  na  twój  rachunek?  A  może  zrobiłeś  to  co  najwłaściwsze,  zadusiłeś... 

zadźgałeś...? 

— Ależ, ciociu, dawno z nią zerwałem. Widząc jej pytające spojrzenie musiałem jakoś 

usprawiedliwić swój wygląd. 

— Miałem kłopoty w pracy. 

—  Jeśli  tak,  to  nieźle  —  ostrożnie  stwierdziła  ciotka.  —  Teraz  jednak  powinieneś 

doprowadzić  się  do  porządku  i  pójść  ze  mną.  —  Spojrzałem  na  nią  pytająco.  —  Czyżbyś 

zapomniał, że dziś piątek? W każdy piątek jesz kolację w moim domu.                        ' 

Do licha, o tym zupełnie zapomniałem! W końcu na co umarłemu kolacja? Ale przecież 

jeszcze nie byłem trupem, a jeżeli to jeszcze potrwa, nieprędko nim będę. Został tylko jeden 

problem. Czy moje ciało w ogóle zechce iść do ciotki Agaty? 

Poprosiłem ciotkę do pokoju, siadłem do maszyny i zapytałem: 

— Chciałbym wiedzieć, czy w ogóle mogę pójść do ciebie. Widząc, że ciotka dziwnie 

na mnie patrzy, zacząłem jej tłumaczyć: 

— Chodzi o pewne sprawy, które jeszcze dla mnie samego nie są całkiem jasne. To jest 

pewien rodzaj ćwiczeń duchowych i jeśli właściwie... 

Twarz  mojej  ciotki  wyrażała  głębokie  zdumienie.  Zamilkłem  i  wtedy  wszystko 

zrozumiałem. Podczas gdy ja mówiłem, moje palce niestrudzenie pisały. Ciotka podniosła się z 

krzesła i zerknęła na papier. Właśnie kończyłem: 

Możemy iść. Wiem, że ciało trzeba regenerować w różny sposób, a mnie zależy, żeby 

ciało funkcjonowało dobrze. 

—  Czekaj,  Robert  —  głos  ciotki  nagle  zabrzmiał  bardzo  konkretnie  —  czy  ty  to 

wszystko napisałeś nie myśląc, o czym piszesz? 

Spojrzałem  na  papier.  Na  pierwszym  miejscu  widniało  tamto  o  honorowej  śmierci. 

Przypisałem  więc  autorstwo  tego  wszystkiego,  co  było  wystukane  na  maszynie,  sile,  która 

kierowała moim ciałem. 

— Świetnie, Robert, czy dla ciebie nie jest jasne, o co tu chodzi? 

— Szczerze mówiąc, nie. 

background image

— No to ja ci wytłumaczę. Ty się zawsze śmiałeś, że zajmuję się spirytyzmem, a teraz 

sam stałeś się medium. To jest pisanie automatyczne. Przyjdź, po kolacji odwiedzimy Renatę. 

Dziś wieczorem odbędzie się u niej seans spirytystyczny. 

I tak to ciotka wprowadziła mnie do kręgu spirytystów. Ciekawe, obecni zachowywali 

się  jak  normalni  ludzie,  ale  gdy  zaczęli  mówić,  wszystko  wyglądało  dość  dziwnie. 

Dowiedziałem się, że Willy jest zawsze w dobrym humorze i że rozmawia bardzo logicznie, 

podczas gdy Sarika jest zwykłą dziwką, która oferuje swoje wdzięki każdemu, kiedyś nawet 

miejscowemu proboszczowi, gdy ten znalazł się w gronie spirytystów. Gupta lubi filozofować, 

a  czasem  nawet  podnosi  stół.  To  oczywiście  były  duchy,  które  stale  zjawiały  się  w  tym 

dziwnym towarzystwie. 

Kiedy ciotka powiedziała, że jestem medium, które automatycznie pisze, popatrzyli na 

mnie  z  szacunkiem,  a  niektórzy  z  lekkim  powątpiewaniem,  ale  mnie  było  to  obojętne,  bo 

miałem własne problemy. Pomyślałem nawet, że niedługo będę miał okazję sam się pojawić w 

tym towarzystwie, poruszając nogą stołu albo wodząc ozyjś ołówek, i że o minie też będzie się 

mówiło jak o pożytecznym duchu. 

Siedzieliśmy  wokół  stołu.  Zdziwiłem  się,  że  zostawiono  zapalone  światło.  Zawsze 

myślałem,  że  duchy  wywołuje  się  w  mroku.  Prowadzący  seans,  pewien  profesor  geografii, 

zwrócił .nam uwagę, że jeśli chcemy, aby zjawiła się jakaś inteligencja z zaświatów, musimy 

się  skoncentrować.  Dali  mi  do  ręki  ołówek,  ale  ja  poprosiłem  o  maszynę  do  pisania,  bo  to 

wydało mi się najlepsze, jako że ta metoda była już wypróbowana. Zebrani spojrzeli na mnie 

podejrzliwie, jednak po kilku minutach przedmiot ten znalazł się przede mną na stole. 

Jeszcze nie zdążyliśmy się dobrze skoncentrować, a moje palce już pisały. Wszystkim 

zaparło dech, tylko u prowadzącego seans zauważyłem chytry uśmieszek. Maszyna pisała: 

Wydaje się, że to pisadło jest dalekie od doskonałości. 

Ponieważ  nastąpiła  chwila  milczenia,  prowadzący  podszedł  do  mnie  z  tyłu  i  głośno 

przeczytał ten tekst. 

— Przepraszam — rzucił w końcu — ale to jeszcze nie dowód, że mamy do czynienia z 

automatycznym pisaniem. Że czcionki są podniszczone, mogliście się sami przekonać, a prócz 

tego... 

— Ja niczego nie twierdziłem — zwróciłem mu uwagę wpadając w słowa — i nie znam 

zasad, według których odbywacie seanse. To, eo wychodzi spod moich palców, i tak nie jest 

moje. 

Gdy to mówiłem, zauważyłem, że palce znów uderzają w klawisze. Tekst głosił: 

Ci ludzie są odizolowani od rozumu. Szkoda na nich czasu. 

background image

— Zamiast nas krytykować, powiedz nam raczej swoje imię — wtrąciła ciotka, gdyż 

prowadzący stał w milczeniu. 

A kiedy ja wystukiwałem odpowiedź, prowadzący oświadczył: 

— Chodzi tu  oczywiście o pisanie automatyczne, jakiego jeszcze nie miałem okazji 

widzieć. To jest sensacja. 

Zadanie niemożliwe — wystukiwały moje palce. Ta mizerna maszyna nie ma znaków, 

jakie są potrzebne do napisania mojego imienia. 

— Jesteś żywy czy martwy? — zapytał prowadzący.  

Żywy. Nie rozumiem, jak mógłbym się odzywać będąc martwy.  

Wśród  obecnych  zapanowało  zdumienie.  Ale  prowadzący  uśmiechnął  się  z  miną 

człowieka wszechwiedzącego i natychmiast wytłumaczył nieoczekiwaną wypowiedź: 

— To na pewno jakiś niedawno zmarły, ktoś, kto jeszcze nie pogodził się ze swoim 

stanem duchowym. 

Głupcze! — wrzasnęła maszyna pod moimi palcami. Zauważyłem, że ciotka zaczęła, 

się wiercić. Patrzyła na mnie dziwnym spojrzeniem, a potem podeszła, pochyliła się i szepnęła 

mi do ucha: 

— Robert, nie obrażaj pana. 

Zrozumiałem, że ciotka zaczęła wierzyć, iż ja sam z własnej woli piszę odpowiedzi. No 

tak, jeszcze mi tylko tego brakowało. Ma mnie za oszusta, a prawdopodobnie inni też myślą 

podobnie. Świadczyła o tym wyraźnie zaczerwieniona twarz prowadzącego. Odpowiedziałem 

półgłosem: 

— Ciociu, sama ogłosiłaś, że jestem medium. Ja nie miałem najmniejszej ochoty na ten 

cyrk. 

Zamiast  odpowiedzi  usłyszałem  jedno  podwójne  „ach!"  Ciotka  i  prowadzący 

jednocześnie wydali okrzyk, gdyż kiedy ja odpowiadałem ciotce, moje palce pisały: 

Idioci, jeśli myślicie, że to ciało pisze samo, niech ktoś inny usiądzie do maszyny. 

Wszyscy  popatrzyli  na  siebie  z  powątpiewaniem.  Potem  okazało  się,  że  nikt  z 

zebranych nie jest medium biegłym w automatycznym pisaniu. Dylemat rozwiązała maszyna 

sama. 

Niech przy maszynie usiądzie ten, kto zechce, albo sam go wybiorę. 

Ponieważ jeszcze się ociągali, zaczęło się. 

Wstałem  i  choć  nie  chciałem,  chwyciłem  za  ramię  swoją  sąsiadkę  z  prawej.  Wtedy 

uspokoiłem się. Zbyteczne byłoby mówić, że były to ruchy, którymi nie kierowałem. A teraz ta 

pani, która jeszcze przed chwilą robiła podejrzliwe miny, wstała zdecydowanie i usiadła na 

background image

moim krzesełku. Ja siadłem na jej miejscu. 

Natychmiast jej palce zaczęły z dużą szybkością uderzać po klawiszach, co wywołało 

wielkie zdziwienie, gdyż z różnych uwag domyśliłem się, że ona pierwszy raz w życiu pisze na 

maszynie. 

Tekst głosił: 

Nie czuje się dobrze w tym ciele. Nie przeszkadza mi tusza ani warstwy tłuszczu, ale 

aparat intelektualny. Nie ma większych możliwości, więc zaraz poszukam coś lepszego. 

Dama poczerwieniała, a obecni byli na tyle dobrze wychowani, że stłumili śmiech. 

Dama  wstała  i  spojrzała  dokoła,  a  następnie  pewnym  krokiem  podeszła  do 

prowadzącego. Uderzyła go w ramię, a potem wybuchnęła płaczem. 

— Naprawdę nie mogłam inaczej — mówiła przez łzy. — Jakaś straszna siła poruszała 

moimi palcami. Och, jakie głupstwa wypisywała. 

Prowadzący  nie  zwracał  na  to  uwagi,  tylko  ostrożnie  podszedł  do  krzesła,  które  z 

początku mnie przypadało, i usiadł przy maszynie. Położył palce na klawiaturze i oświadczył: 

— Proszę państwa, zaiste mogę państwu powiedzieć, że nie poruszałem się z własnej 

woli. Sam nie wiem, dlaczego siadłem na tym krześle. 

A przez ten czas już napisał dwie linijki: 

Mam wrażenie, że znalazłem się w nieszczególnie mądrym towarzystwie. Chcielibyście 

mnie wziąć za zmarłego, a ja jestem żywy co najmniej tak samo jak wy. 

Przeczytałem te wiersze i spojrzałem na przewodniczącego. Sprawiał wrażenie, że się 

dusi. Twarz wykrzywiona grymasem, dłonie zaciśnięte w pięści. Po chwili z ust wyrwał mu się 

krzyk,  coś  między  rykiem  lwa  a  trąbieniem  słonia.  A  potem  jakby  mu  ulżyło.  Przemówił 

zupełnie normalnym głosem: 

— W końcu opanowałem mechanizm waszego akustycznego porozumiewania się. Już 

nie musimy pisać. 

Z tymi słowami prowadzący seans podszedł do mnie i uderzył mnie w ramię. Zaraz 

potem usłyszałem własny głos: 

—  Ostatecznie  wróciłem  do  ciała,  które  mi  najbardziej  odpowiada.  Teraz  możemy 

sobie porozmawiać. 

— Wspaniale! — zawołał prowadzący. — To jest czysta transfigu-racja. Człowieku, 

pan zrobi karierę! 

Słowa  były  skierowane  wyraźnie  do  mnie,  ale  ja  nie  mogłem  wykorzystać  tego 

komplementu, gdyż ciało moje ruszyło ku wyjściu. 

— Dość już tego — mówiłem wbrew swej woli —teraz będzie dużo łatwiej, bo mogę 

background image

swobodnie mówić. 

—  Zaraz  —  odezwała  się  ciotka  —  proszę  nam  przynajmniej  powiedzieć,  skąd 

przybywasz. Jaki jest wasz świat? 

— Zupełnie inny niż wasz. Wy nas nie możecie widzieć i cieszę się z tego. 

— Och, ile energii! — rzuciła słowa i spojrzenie, w które włożyła cały swój wdzięk. — 

Czy nie moglibyśmy się jakoś porozumieć? 

— Nie pojmuję tych grymasów i po co to wytrzeszczanie oczu. A co do porozumienia... 

o tym będziemy mogli porozmawiać, kiedy dowiem się tego, co chcę wiedzieć. 

Kiedy  wydobywał  się  ze  mnie  głos,  ciotka  się  żachnęła,  ale  zaraz  opanowała  się  i 

kontynuowała słodko: 

— A czego ci potrzeba, dobry duchu? 

— Nie wiem, jak się to u was nazywa. Kontroluję wprawdzie mózg tego ciała — przy 

tych  słowach  moja  ręka  uderzyła  po  moich  plecach  —  ale  nie  mogę  dociec,  jak  to  się  tu 

nazywa. To jest coś bardzo ciężkiego, pewien metal, który nam służy do napędu. 

—  Ha,  duchy  poruszają  się  za  pomocą  środków  materialnych!  —  wykrzyknął 

prowadzący. — Pierwszy raz słyszę i muszę to zapisać. 

—  Uwierz—wtrąciła  ciotka—że  bardzo  chętnie  byśmy  ci  pomogli  Jak  przypomnisz 

sobie, co ci trzeba, zwróć się do nas. No, idę z wami. 

—  Proszę  zostać  tutaj  albo  iść  dokąd  się  pani  podoba,  ale  z  nami  nie.  Dość  mam 

kłopotów z jednym ciałem. 

Po  tych  słowach  siła  mnie  odwróciła  i  zmusiła  do  wyjścia  na  ulicę.  Nie  zdążyłem 

pożegnać się z obecnymi. 

Zobaczyłem, że idziemy ku domowi. Byłem już tak wyćwiczony, że nie zdecydowałem 

się  otwarcie  opierać.  W  końcu  dokąd  byśmy  mieli  pójść?  Potem  pomyślałem,  że  jednak 

wypadałoby porozumieć się ze swoim panem. W myślach zapytałem go, dokąd idziemy, ale 

nie otrzymałem odpowiedzi Wtedy zapytałem głośno. 

— Idziemy do twojego domu — odpowiedziałem sam sobie. 

— Nie wiesz, że zapytałem cię o to w myślach? 

— Odczułem jakieś zamieszanie, ale przystosowałem się do kontroli twoich zmysłów. 

Lepiej mów głośno, jeśli chcesz się ze mną porozumiewać. 

Cieszyłem się, że zamilkł, właściwie ja sam przestałem mówić, bo jakiś przechodzień 

obejrzał się za mną podejrzliwie. 

Ostatecznie byłem zadowolony. Stwierdziłem,  że nie kontroluje moich myśli. Naraz 

zdarzyła  mi  się  świetna  okazja.  Zza  rogu  wyjechał  nagle  samochód.  Nie  tracąc  ani  chwili 

background image

skoczyłem  na  jezdnię,  mając  nadzieję,  że  wpadnę  pod  koła,  które  ostro  zapiszczały,  i  że 

wreszcie uda mi się to, czego nie mogłem zrobić za pomocą sznura. Ale z tą samą prędkością, z 

jaką rzuciłem się na jezdnię, nogi mi się odbiły i znalazłem się znów na chodniku. Samochód 

zniknął za najbliższym rogiem. Kierowca wyraźnie uciekał, głęboko przekonany, że o mało co 

nie spowodował wypadku. 

—  Jesteś  chytre  stworzenie  —  usłyszałem,  jak  mówię.  —  Zęby  się  to  więcej  nie 

powtórzyło! 

—  Przykro  mi,  ale  ja  jednak  sądzę,  że  mogę  rozporządzać  własnym  ciałem  — 

zaprotestowałem. 

— Dopóki to twoje ciało jest mi potrzebne, nic ź tego. Już raz to chyba mówiłem. A 

żebyś lepiej zapamiętał, co mówię, postaram się, żeby cię pamięć nie zawiodła. 

Jeszcze nie zdążyłem zrozumieć znaczenia tych słów, kiedy zacząłem robić przysiady, 

następnie  chodzić  w  kucki.  Potem  wstałem  i  skakałem  na  jednej  nodze.  Zbędne  byłoby 

nadmieniać, że nie byliśmy sami na ulicy i że zaczęli się gromadzić gapie. Balansowałem na 

rękach, robiłem salta w powietrzu i skakałem na nogi. Po każdej takiej figurze rozlegały się 

oklaski i ludzie rzucali drobne monety, wyraźnie przekonani, że jestem bezrobotnym artystą. 

Ale ja nie mogłem wziąć żadnego pieniążka, nawet gdybym chciał, bo moje ciało wykonywało 

coraz to nowe akrobacje i powoli, ale pewnie zbliżało się do domu. 

Nie trzeba nawet mówić, jak bolały mnie wszystkie mięśnie. Mówiąc szczerze, do tej 

pory nie zdawałem sobie sprawy, ile mam mięśni. Ciągle jeszcze skakałem, robiłem salta i inne 

akrobacje, jakich by mi pozazdrościł każdy artysta. Ruchy moje były przy tym pewne i zwinne, 

chociaż czułem się zupełnie inaczej. 

— Na razie dosyć — rzekłem do siebie. — Jeśli obiecasz, że będziesz chronił swoje 

ciało, to możemy przestać. 

—  Dobrze  —  zdołałem  powiedzieć  i  natychmiast  raźnym  krokiem  kontynuowałem 

spacer  po  ulicy,  odprowadzany  zachwyconymi  spojrzeniami  przechodniów,  którzy  jeszcze 

przed chwilą mnie oklaskiwali. 

— Teraz znów podłączymy się do wszystkich twoich zmysłów — usłyszałem siebie. — 

Nie jestem taki głupi, żeby odczuwać wszystko to, co ty odczuwałeś. 

— Rozumiem, ale teraz proszę cię, żebyśmy jak najszybciej położyli się do łóżka. Ja 

mam dosyć. 

Dowlokłem się na trzecie piętro, myśląc tylko o tym, jak z tym raz skończyć. Muszę 

przechytrzyć sublokatora w moim ciele. Dla mnie i tak nie ma ratunku, a ten niech myśli, jak 

zdobyć ciężki metal beze mnie. 

background image

Ale kiedy otwierałem drzwi, zwróciłem uwagę na coś dziwnego. Wychodząc, zaważę 

zamykam drzwi na klucz, nawet gdy idę po gazetę ma drugą stronę ulicy. Byłem pewien, że tak 

było  i  tym  razem,  ale  zamek  nie  trzasnął.  Czy  możliwe,  żeby  policja  przetrząsnęła  moje 

mieszkanie? Domyślałem. Nie, jednak niemożliwe, pocieszałem się, bo moje przedsiębiorstwo 

mogło się dowiedzieć o braku pieniędzy w najlepszym razie dopiero jutro rano. Zresztą nawet 

w banku nie powiedziałem, że przyniosłem pieniądze. 

Zagadka została rozwiązana, gdy wszedłem do pokoju, gdzie stało łóżko. Układało się 

na nim leniwie czyjeś ciało. Gdy przypatrzyłem się lepiej, poznałem Dorę, czyli Dolores, jak ją 

nazywałem. 

Oczywiście nie spała, gdyż skoczyła na równe nogi i zarzuciła mi ręce na szyję. 

— Robercie, dwa razy telefonowałam, a że się nie zgłaszałeś, poszłam zobaczyć, co się 

z tobą dzieje. Czy zapomniałeś... 

Otrzymałem pocałunek, na którym mi w obecnej sytuacji wcale nie zależało. Oddałem 

go jej dość płochliwie, gdyż w każdym momencie mógł zareagować mój pan. Ale reakcji nie 

było. Wziąwszy na odwagę, powiedziałem jej, że się cieszę, iż czekała na mnie. i jednocześnie 

opisałem,  Jak  to  po  kolacji  u  ciotki  musiałem  jeszcze  załatwić  pewne  sprawy  w 

przedsiębiorstwie. 

—Mam wielkie szansę na awans, moja kochana, a potem nic nie będzie stać na drodze 

do szczęścia. Już teraz... 

—  Dlaczego  tak  bezwstydnie  kłamiesz?  —  usłyszałem  własne  słowa,  których  nie 

miałem zamiaru wypowiedzieć. 

Dolores spojrzała na mnie ze zdziwieniem i widać było na jej twarzy, że zbiera jej się na 

płacz. Oczywiście myślała, że powiedziałem to do niej. 

—  To  nie  było  pod  twoim  adresem  —  rzekłem  najdelikatniej  jak  mogłem,  a  potem 

ciągnąłem  podwyższonym  tonem:  —  Proszę  cię,  żebyś  się  nie  wtrącał  w  moje  prywatne 

sprawy. Jasne? 

— Nie rozumiem, kiedy to się wtrącałam! — zawołała Dolores z rozpaczą w głosie. A 

mnie dalej wychodziły z ust słowa: 

— Oczywiście chodzi o kobietę, a wobec nich trzeba być grzecznym. Teraz we mnie 

zawrzało. 

— Tak, widziałem, jaki byłeś grzeczny, kiedy rozmawiałeś z moją ciotką. Ona też jest 

kobietą. 

— Głupie indywiduum, pełne poplątanych myśli — głosiła odpowiedź. Dolores rzuciła 

mi się na szyję i zapłakała. 

background image

— Robert, z tobą jest coś nie w porządku. Przeczytałam, co napisałeś na maszynie. Tyle 

chaotycznych zdań! A teraz rozmawiasz sam ze sobą i sprzeczasz się. A to w oknie... 

Powiodłem wzrokiem  za jej spojrzeniem. Tak, jeszcze tam wisiała pętla, a żeby nie 

było wątpliwości, w jakim celu została zrobiona, stało pod nią krzesło. 

—  To  sznur  zupełnie  bez  znaczenia.  Chciałem  się  przekonać,  jak.  to  wygląda  w 

praktyce. 

— Znów kłamiesz — odezwało się moje drugie ja. 

—  Teraz  powiedziałeś  prawdę,  jeśli  mówiłeś  sam  do  siebie  —  rzekła  Dolores.  — 

Wszystko się zgadza. Dopiero teraz jest wszystko dla mnie jasne. 

— O czym mówisz? 

— Kiedy cię nie było, dzwonił doktor Cornelius, dwa razy. 

— Nigdy nie słyszałem tego nazwiska — powiedziałem szczerze. 

— Hm, a może telefonowałeś do niego i nie pamiętasz. To psychiatra. 

Tego jeszcze brakowało. Skąd nagle ten doktor Cornelius?! Ktoś musiał mnie wziąć za 

wariata.  Najprawdopodobniej  sama  Dolores.  Ten  papier  w  maszynie,  linka  z  pętlą  i  krzesło 

mogły ją w tym utwierdzić. Ale na odpowiedź nie trzeba było długo czekać. Już otwierałem 

usta, żeby oskarżyć dziewczynę o to, że mi zesłała na kark psychiatrę, kiedy zadzwonił telefon. 

—  Tu  doktor  Cornelius.  Chciałbym  mówić  z  panem  Panikkarem.  To  bez  wątpienia 

byłem ja. Ciekawiło mnie teraz, co będzie dalej. 

— Zaraz do pana przyjadę. Mam nadzieję, że pan już ule będzie wychodził z domu. 

—Nie, nie będę wychodził, ale nie wiem, po co w ogóle ma pan przyjeżdżać. O ile 

pamiętam, nie wzywałem pana. 

—Pan mnie nie wzywał, ale uczyniła to pana szanowna ciocia. Bardzo niepokoi się o 

pana. No więc najpóźniej za dwadzieścia minut jestem u pana. 

Pierwszą moją czynnością było zdjęcie sznura i odstawienie krzesła. Oczywiście ciotka 

nie była głupia i bardzo sprytnie zajęła mnie, żebym się pozbył głupich myśli, jak by to ona 

określiła. A gdy wymknąłem się jej spod. kontroli, zatelefonowała do Corneliusa, który miał 

się mną dalej zająć. 

Musiałem coś zrobić, żeby się zabezpieczyć. Nie byłoby bowiem przyjemnie dostać się 

do kliniki chorób nerwowych, co mój sublokator mógłby mi bardzo łatwo zgotować. A więc 

powiedziałem  Dolores,  że  muszę  iść  do  łazienki,  i  sam  na  sam,  bez  świadków,  chciałem 

rozprawić się z intruzem. 

—  Słuchaj,  chcesz  czy  nie,  musimy  dojść  do  porozumienia  —  zacząłem,  jak  tylko 

zamknęły się za mną drzwi łazienki. 

background image

— O co chodzi? 

—  Chodzi  o  to,  że  nie  życzę  sobie,  żeby  mnie  doktor  Cornelius  wziął  za  wariata  i 

zamknął w domu wariatów. 

— Co ja mam z tym wspólnego? 

—  Wszystko  zależy  od  ciebie.  Jak  się  odezwiesz,  zaraz  będzie  dla  niego  jasne,  że 

zwariowałem, bo normalni ludzie nie rozmawiają sami ze sobą. 

— Wydaje mi się, że to lokalny zwyczaj na waszej planecie. 

— Teraz nieważne, czy to lokalny, czy międzyświatowy. Ważne, że wiesz, iż musisz 

milczeć, dopóki będzie tu doktor. 

Czekałem,  jak  zareaguje  na  moje  słowa.  Nie  wiem,  czy  ta  siła  we  mnie  długo 

rozmyślała, czy po prostu milczała, ale odpowiedzi nie było, więc mówiłem dalej: 

— Prócz tego musisz zostawić moje ciało w spokoju. Każdy ruch mógłby być fatalny 

dla nas obu. 

— Dlaczego dla obu? — Zdawało mi się, że mój rozmówca nieco się zdziwił. 

— Jeśli mnie zamkną w domu wariatów, to i ty się tam znajdziesz razem ze mną i nie 

będziesz mógł korzystać e mego ciała. A jak zostaniemy na wolności, to jutro poszukamy w 

sklepach i magazynach tego twojego metalu, co ci potrzebny do napędu. 

— To jest rzeczywiście powód. 

—  I ja tak myślę.  — Byłem szczęśliwy, że chociaż raz zmogłem tego intruza, więc 

ciągnąłem:  —  Żeby  nie  zdarzyło  się  jakieś  nieszczęście,  musisz  mi  pomóc.  Na  pewno 

Cornelius będzie mnie zmuszał do wykonywania jakichś ruchów. Jak ich nie wykonam, będzie 

to  podejrzane.  I  dlatego  trzeba  wtedy  tak  kierować  moim  ciałem,  żeby  wszystko  wypadło 

dobrze. 

— Będzie, jak mówisz. 

Odetchnąłem. A więc zostało ustalone. Pojąłem, że ten typ we mnie nie będzie stwarzał 

trudnych sytuacji, wręcz przeciwnie! 

Dolores czekała na nas, to jest na mnie, z zatroskaną twarzą. Zachowywałem się jednak 

powściągliwie  i  zwracałem  się  do  niej  delikatnie.  Nie  mogłem  się  jednak  powstrzymać  i 

poprosiłem ją, by w żadnym wypadku nie wtrącała się do mojej rozmowy z psychiatrą. 

Doktor  Cornelius  mógł    mieć  około  sześćdziesięciu  lat.  Nie  miał  przenikliwego 

spojrzenia ani ascetycznego wyrazu twarzy, nie był ani chudy, ani wysoki, przeciwnie. Był też 

bardzo żywy i ani napomknął o moich nerwach, ale interesowało go zupełnie co innego, na 

przykład,  czy  Dolores  i  ja  mamy  zamiar  się  pobrać,  czy  dobrze  zarabiam  i  dokąd  się 

wybieramy na urlop. Potem mimochodem zapytał: 

background image

— Czy pani Dolores sprząta pański pokój? 

— Ja sam sprzątam — odpowiedziałem, a on mnie natychmiast zaskoczył: 

— Więc pan sam uprzątnął krzesło pod oknem i sznur. 

— Oczywiście, panie doktorze. Jeśli oczekuje się wizyty, to mieszkanie powinno być 

jako tako sprzątnięte. 

— Naturalnie, naturalnie — potwierdził doktor. — Jednak żeby nie było niejasności, 

muszę panu powiedzieć, że przyszedłem właśnie z powodu tego krzesła i sznura. Niech pan 

będzie tak miły i opowie mi wszystko dokładnie. Zaraz, muszę panu od razu powiedzieć, że 

zrobił pan na mnie doskonałe wrażenie i widzę coraz wyraźniej, iż pańska ciotka naprawdę 

niepotrzebnie biła na alarm. 

Miło  było  to  słyszeć,  ale  kto  by  wierzył  psychiatrom...  Stale  musiałem  być 

przygotowany na pułapkę. O tym, żeby mu powiedzieć prawdę, nie mogło być mowy. 

—  Zęby  być  zupełnie  szczerym,  próbowałem  coś  odtworzyć.  Czytałem  w  jakiejś 

powieści,  że  znaleziono  powieszonego  człowieka  w  tajemniczych  okolicznościach,  i 

wydawało mi się, że autor przesadza. 

— I do jakich wniosków pan doszedł? — przerwał mi doktor. 

— Żadnych, bo przyszła ciotka i przerwałem próbę. 

— Tak, tak, to całkowicie zrozumiałe. A co było z maszyną do pisania? 

— Jak to? Co by się stało z maszyną? 

— No, pan przecież coś pisał. Treść tych pańskich tekstów była, szczególna. 

— Tak — przyznałem bez kręcenia. — Najpierw napisałem. słowa z powieści. Potem 

zauważyłem, że słabo piszę na maszynie, w końcu nic dziwnego, bo od lat jej nie używałem. 

Chciałem sprawdzić, czy jeszcze umiem pisać nie patrząc na klawisze. 

— A skąd pan wziął tę treść? 

— Pisałem, co mi przyszło na myśl. Stąd ta niezwykłość. 

— Tak, to by się zgadzało. 

Doktor wstał i podszedł do maszyny; wykręcił kartkę i głośno przeczytał: 

—  To  już  rozsądniejsze  pytanie.  Przybyłem  ze  świata,  którego  wy  •nie  możecie 

zobaczyć. Widzi pan, to brzmi, jakby pan z kimś rozmawiał. Ale nieważne. Oczywiście i to 

przepisał pan z jakiejś książki. 

Kiwnąłem  głową,  gdyż  nie  miałem  odwagi  potwierdzić  tego  słowami.  Doktor 

oczywiście był na właściwym tropie, a prawdopodobnie ciotka też go delikatnie naprowadziła. 

W  tym  momencie  pojawiło  się  niebezpieczeństwo,  jakiego  najmniej  się  spodziewałem. 

Dolores stawała się coraz niespokojniejsza, aż w końcu wydało się, że wybuchnie. I wybuchła: 

background image

—  Panie  doktorze,  niech  się  pan  nie  daje  zwieść.  Słyszałam,  jak  rozmawiał  sam  ze 

sobą.-Zanim  pań  przyszedł,  on  był  w  łazience  i  tam  się  ze  sobą  umawiał.  Wszystko 

podsłuchałam. Niech pan coś zrobi, żeby go wyleczyć. 

Zacząłem  pojmować,  że  wpadłem.  Jedyną  moją  nadzieją  było  to,  że  przed  sądem 

wymigam się wariactwem. Ale co by mi z tego przyszło? Gdy mi te myśli jeszcze krążyły po 

głowie, zauważyłem, że przesuwam się w kierunku Dolores. Było dla mnie jasne, że nie dzieje 

się to z mojej woli. Ale nikt nie wiedział, co zrobię. Może ją zabiję, a może tylko dobrze stłukę. 

Zrobiłem, co chciał, nie mogłem temu przeszkodzić. Krzyknąłem tylko panicznie: 

— Uważaj, żebyś jej nie zabił! 

Stanąłem przed dziewczyną, która ze strachu zbladła. Patrzyła na mnie przerażonym 

wzrokiem i muszę powiedzieć, że doktor Comelius także nie wiedział, co uczynić. Ja jednak 

pogładziłem Dolores po głowie i powiedziałem: 

— Biedna kobieto! 

Dolores natychmiast się zmieniła. Klękła przede mną i biła czołem w podłogę. Potem 

wzniosła ręce i wrzasnęła: 

—  Robercie,  wybacz,  że  kłamałam,  ale  byłam  zazdrosna  i  dlatego  chciałam  ci 

zaszkodzić!  Prócz  tego  namówiła  mnie  twoja  ciotka.  Ona  chce  cię  za  wszelką  cenę 

ubezwłasnowolnić, bo się boi, że ją otrujesz ze względu na spadek. 

Na  te  słowa  doktor  Cornelius  skoczył  jak  oparzony.  Podszedł  nagłym  krokiem  do 

Dolores, która ciągle jeszcze przede mną klęczała, i ze wzburzeniem zapytał: 

— Proszę pani, czy to wszystko prawda? 

—  Szczera  prawda.  Dlaczego  miałabym  kłamać?  Wiem,  że  teraz  straciłam  miłość 

mojego Roberta, ale nie mogę dopuścić, by niewinnie cierpiał. 

— Zaraz, proszę państwa, niech pomyślę. Ale, proszę, niech pani wstanie. 

— Nie mogę — zawołała Dolores. — Nic nie... 

Tu nagle przerwała. Było dla mnie jasne, co się stało. Mój intruz na moment wypuścił 

spod  kontroli  ośrodki  mowy  i  o  mało  co  nie  cofnęła  wszystkiego,  co  powiedziała.  Teraz 

wydawało się, że nie może mówić ze wzburzenia. Doktor Cornelius pogłaskał ją po głowie, a ja 

powiedziałem głośno, że byłoby dobrze, gdyby wstała i uspokoiła się. W tym momencie 

Dolores podniosła się. Poprosiłem ją, by się położyła, co uczyniła bez najmniejszego 

oporu. 

— Proszę pana — zaczął sztywno doktor — chcę państwa przeprosić, że zakłóciłem 

spokój  i  postawiłem  w niezręcznej  sytuacji.  Odkryliśmy  jednak  ważną  rzecz.  Wasza  ciotka 

cierpi na manię prześladowczą. Muszę poważnie się nią zająć. Do widzenia, pan będzie łaskaw 

background image

wytłumaczyć mnie pańskiej miłej przyjaciółce, gdy się przebudzi. 

Gdy zostaliśmy sami, Dolores poderwała się z łóżka i przybiegła do mnie. Dotknęła 

ręką mego ramienia i zaraz zaczęła się rozglądać w popłochu. 

— Musiałem przyjść ci z pomocą — usłyszałem, jak mówię — żebyś nie zrobił czegoś 

niewłaściwego. 

—  Nie  bój  się  —  odpowiedziałem.  —  I  tak  mam  głowę  dość  nabitą,  żeby  jeszcze 

myśleć o samobójstwie. 

— Co to było? — spytała Dolores. 

— Złamanie obietnicy i zdrada z twojej strony. Jak mogłaś przed lekarzem mówić takie 

rzeczy? 

Dolores miała oczy pełne łez. Patrzyła na mnie z takim współczuciem, jakbym już nie 

żył. 

— Robert, przecież wiesz, jak cię kocham. Jakbym mogła dopuścić, żebyś był chory... 

rozumiesz, co mam na myśli 

Dotknęła przy tym znacząco palcem własnego czoła. 

— A obiecałaś, że nie będziesz się wtrącać do mojej rozmowy z lekarzem. 

— Wtedy jeszcze nie wiedziałam, co się e tobą dzieje. Och, jakie głupstwa mówiłeś w 

łazience. Żebym chociaż tego nie słyszała. 

— O ile pamiętam, nie prosiłem cię o podsłuchiwanie. 

— Musiałam. Odkąd wróciłeś do domu,  zachowywałeś się dziwnie. Sam  nie wiesz, 

jakie mówisz głupstwa. Ty mówisz za dwóch jak... och! 

Dolores stała nieruchomo z otwartymi ustami, tak jak przerwała w pół słowa. 

Chyba coś jej zaświtało. 

Nagle zbladła i zaczęła się zataczać. Potem spojrzała na mnie z nadzieją i spytała: 

— Przecież nic nie powiedziałam, prawda? Zdawało mi się tylko. 

— Nie — odpowiedziałem bez litości — mówiłaś i masz szczęście, że doktor Cornelius 

wyszedł w samą porę. 

— Co mam z nią zrobić? — zapytał mnie mój gość z ciała dziewczyny. 

— Myślę, że najlepiej, jak sobie wszystko wyjaśnimy, myślę o nas dwóch, a ona niech 

wszystko słyszy. Może nam się przyda. 

— Jak chcesz. Zaczekaj tylko, muszę wrócić do ciebie, a tego się nie da zrobić bez 

kontaktu cielesnego. 

Dolores  zbliżyła  się  do  mnie  jak  automat  i  dotknęła  ręką  mojej  twarzy.  Następnie 

krzyknęła i skuliła się na krześle. 

background image

Przysunąłem drugie krzesło i siadłem obok niej. Łagodnie ująłem ją za rękę i zacząłem 

mówić: 

—  Słuchaj  mnie  uważnie  i  nie  dziw  się  niczemu.  Wszystko,  co  teraz  przeżyłaś, 

przeżyłem i ja. Nie trzeba się bać. Nie jesteś szalona, ja też nie. Chodzi o zupełnie inne rzeczy, 

a wszystko zaczęło się od moich pieniędzy. 

— Twoich pieniędzy? To dla mnie coś nowego. 

— Nie są to całkiem moje pieniądze, tylko utarg „Excelsiora", który niosłem do banku. 

Te pieniądze zniknęły. 

I w krótkich słowach opisałem, co się wydarzyło. Przyznałem się, że chciałem popełnić 

samobójstwo, ale teraz się jednak uspokoiłem. Może znajdzie się jakieś wyjście. 

— Muszę naprawdę być wdzięczny tej istocie, co jest we mnie, bo gdyby jej nie było, 

wisiałbym teraz w oknie, a ty byłabyś wdową przed zamęściem. 

— Mówiąc szczerze — stwierdziła Dolores — nie uwierzyłabym, gdybym częściowo 

sama nie doświadczyła tego na własnej skórze. 

— Dobrze, a jak myślisz, co trzeba uczynić? 

— Znaleźć pieniądze — odpowiedziała dziewczyna, co wprawdzie było słuszne, ale 

mało prawdopodobne, żeby się udało., — A jakby tak poprosić twego przyjaciela, jak się on 

nazywa, żeby nam pomógł? 

— Mojego imienia nie mogę wymówić waszym aparatem głosowym — usłyszałem się. 

— Nazywajcie mnie Hiacynt i już. 

— Skąd masz to imię? 

Wskazałem zaraz ręką ma regał, gdzie stała książka „Hyazint. Życie i dzieło". A więc 

mój gość wziął imię od tego świętego. Ale to było lepsze od anonimowości. 

Kiedy  jednak sam  zapytałem Hiacynta, czy mógłby jakoś pomóc znaleźć pieniądze, 

odpowiedział przecząco. 

—  Mnie  samemu  jest  potrzebna  wasza  pomoc.  Mógłbym  jedynie  pokierować 

mięśniami twoich prześladowców, ale to środek tymczasowy. 

—I  to  lepsze  niż  nic  —  stwierdziła  Dolores,  która  miała  zmysł  do  praktycznych 

rozwiązań,  choćby  i  nie  były  zasadne.  —  Ale  czy  nie  zechciałby  pan,  panie  Hiacyncie, 

opowiedzieć nam, jak się pan znalazł w tej sytuacji i jak możemy panu pomóc? 

Hiacynt oczywiście mówił przez moje usta. W ten sposób dowiedzieliśmy się, że był w 

podróży poślubnej. Poruszał się obok Słońca i planet i nie widział ich. Oni bowiem są takiej 

konstrukcji, że naszej materii nie mogą widzieć ani odczuwać, tak samo jak my nie możemy 

zobaczyć  ich  świata,  o  czym  mi  Hiacynt  już  przy  okazji  wspominał.  Posługiwali  się 

background image

instrumentami i za ich pomocą stwierdzili, że znajdują się w pobliżu wielkiej masy materii. 

Wtedy  zauważyli,  że  ich  silnik  złe  pracuje,  to  jest,  że  zużywa  więcej  paliwa,  niż  wskazuje 

norma. Kiedy za pomocą instrumentów stwierdzili, że na tej planecie, a chodziło o Ziemię, jest 

odpowiedni materiał paliwowy, wylądowali, żeby go znaleźć. 

Hiacynt  zostawił  małżonkę  w  pojeździe  kosmicznym,  a  sam  wylądował  na  statku 

pomocniczym. To było dla mnie niejasne. 

— Przepraszam, ale jaki to siatek pomocniczy i gdzie lądował, jak już byłeś na Ziemi? 

— Statek pomocniczy to mała awionetka na jedną osobę, która służy do bliskich lotów. 

A wylądowałem z jakiejś ogromnej skały w dolinę, gdzie instrumenty wskazały mi obecność 

żywego stworzenia. 

—  Hm,  i  to  było  gdzieś  tutaj  w  okolicy?  —  zapytałem,  nie  rozumiejąc,  o  czym 

właściwie mówi. 

— Tak, ale słuchaj dalej. Kiedy dotarłem do doliny, jeszcze raz określiłem kierunek, 

gdzie znajdowała się żywa istota, i wtedy wszedłem w nią.  

— Awionetka? — zainteresowała się Dolores. 

— Bez niej. Awionetka wylądowała na ziemi. Natychmiast wziąłem pod kontrolę mózg 

tej  istoty  i  wtedy  wiedziałem,  co  ona  widzi,  i  słyszałem,  co  ona  słyszy.  Pierwsze,  co 

zobaczyłem, to jakiś trawnik, a na nim człowieka, jak to wiem teraz. Człowiek żywo machał 

rękami  i  wołał  coś  jakby:  „Fido,  tutaj!"  Czułem,  że  moje  ciało  chce  naprzód,  ale  ja  je 

zatrzymywałem.  Wtedy  człowiek  złapał  jakiś  kij  i  ruszył  ku  nam.  Byłem  nieostrożny  i 

podłączyłem się do wszystkich zmysłów swego nowego ciała. Nagle ujrzałem, jak człowiek 

zamachnął  się  kijem  i  uderzył  moje  ciało  po  plecach.  Odczułem  silny  ból  i  natychmiast 

ukarałem napastnika. Wspiąłem się na tylne łapy i uderzyłem go w twarz. Ale ponieważ moje 

kończyny były stosunkowo małe, na wszelki wypadek rozpędziłem się jeszcfce i dla pewności 

uderzyłem człowieka w żołądek, tak że upadł. Potem odszedłem. 

—Ale w co wcieliłeś się najpierw? — zapytałem, choć domyślałem się, co to mogło 

być. 

— Później stwierdziłem, że to był pies, ale wtedy jeszcze nie wiedziałem, kto panuje na 

tej  planecie.  Ruszyłem  dalej,  żeby  znaleźć  odpowiednie  ciało.  Przez  psa  mogłem  rozumieć 

tylko to, co rozumie pies. Węch był dobry, ale siła rozumienia dość ograniczona. O wiele bar-

dziej ograniczona niż u ludzi, chociaż i to jest dalekie od doskonałości. 

—  Co  było  dalej?  —  przerwałem  Hiacyntowi,  żeby  nie  musieć  wysłuchiwać 

krytycznych uwag pod adresem człowieka. 

— Widziałem ludzi, którzy łapią na pętle psy i zamykają do klatek w samochodach. 

background image

Oczywiście szybko znikłem im z oczu, bo nie szukałem niepotrzebnych kłopotów. Było dla 

mnie jasne, że muszę się wśliznąć w ciało, które rozporządza odpowiednią inteligencją i które 

może  się  poruszać  po  planecie  bez  przeszkód.  Wtedy  trafiłem  na  ciebie,  Robercie.  Jeszcze 

mnie  pogłaskałeś  i  powiedziałeś  kilka  przyjaznych  słów,  których  wtedy  nie  mogłem 

zrozumieć. Od razu przeszedłem w ciebie. Teraz mniej więcej wiesz wszystko i teraz tylko 

potrzebuję, żebyś mi znalazł paliwo do statku. 

— Ze szczerego serca bym to uczynił — rzekłem dość szczerze — ale nie wiem, co ci 

potrzebne. 

—  Ja  wiem,  jak  wygląda.  To  jest  bardzo  jasny  metal.,  Podobny  jest  trochę  do  tego 

naczynia — tu wskazał na niklowany serwis do białej kawy. — Ale nam jest to potrzebne w 

stanie ciekłym. 

—  A  gdyby  tak  jutro  pochodzić  po  sklepach?  Na  pewno  coś  znajdziecie  — 

zaproponowała Dolores. — Pomyśl tylko. Żona Hiacynta czeka na nieznanej planecie. Musi 

się już bardzo martwić. 

Następnego dnia poszliśmy wszyscy troje, właściwie dwoje, ściśle rzecz ujmując, na 

poszukiwanie paliwa dla Hiacynta. Dolores przenocowała u mnie, ale gdyby do tej chwili była 

dziewicą, taką by została. Hiacynt powiódł mnie do łazienki i tam cicho zaproponował, żebym 

mu pokazał, jak się rozmnażamy, ale ja zupełnie nie miałem na to ochoty. 

Po pierwsze, akurat nie byłem w dobrej formie, jeśli wziąć pod uwagę wszystko, co 

przeżyłem tego dnia, a prócz tego byłoby mi nieswojo demonstrować to przed osobą, która 

bada rzecz naukowo. Tak więc nic z tego. 

Dolores i my, to jest Hiacynt i ja, weszliśmy do sklepu metalowego. Powiedziałem, że 

potrzebuję jakiegoś ciężkiego metalu, żeby mi pokazali wzory. Już tym życzeniem zwróciłem 

na siebie uwagę, ale sprzedawca (natychmiast pokazał rurę ołowianą. 

Gdy ją ważyłem, nie wiedząc, co powiedzieć, naraz podniosłem ją do nosa i głośno 

powąchałem. Następnie rzekłem: 

— Weź coś innego. To nam niepotrzebne. Sprzedawca dziwnie na mnie popatrzył, a ja 

w tej sytuacji zaśmiałem się i powiedziałem, żeby pokazał coś innego. 

— Czy to za lekkie, czy za ciężkie? — zapytał, zanim mi coś podał. 

— Nie to, co trzeba. 

— Platyny, niestety, nie mamy. Po to musiałby pan iść do złotnika. 

Wypróbowaliśmy jeszcze żelazo, miedź, cynę i bizmut. Wszystko to musiałem wąchać 

i wtedy Hiacynt moim głosem mówił, że to nie to, czego szukamy. 

W końcu posprzeczałem się z Hiacyntem. 

background image

— Bardzo cię proszę, żebyś mnie nie ośmieszał. Po co to wąchanie metalu? 

Właśnie  jak  to  powiedziałem,  dopiero  się  wystawiłem  na  śmiech,  bo  sprzedawca 

obserwował mnie z napięciem. Ale co było, to było. Hiacynt odpowiedział: 

— A skąd mam wiedzieć, o co chodzi? Nie mam ze sobą przyrządów, a na tym świecie 

wszystko jest inaczej. 

Chciałem jak najprędzej zniknąć, ale Hiacynt rozglądał się moim ciałem po sklepie, czy 

czasem nie ma tego, co mu trzeba. Teraz sprzedawca uśmiechnął się z przesadną uprzejmością 

i zapytał: 

— Czy panu często się to zdarza? 

— Co? 

— Rozmawiać samemu ze sobą. 

Nie  wiedziałem,  co  zrobić.  Najchętniej  bym  trzasnął  impertynenta,  ale  wtedy 

wywołałbym  niepotrzebny  skandal.  W  tym  momencie  nadeszła  pomoc,  skąd  się  najmniej 

spodziewałem. Dolores podjęła grę: 

— Czyżby pan nie wiedział, że po zapachu można rozpoznać metal? No przecież pan 

też jest fachowcem. Zaraz się pan przekona. Proszę zapakować w papier kilka metali, a ten pan 

zaraz je odróżni po zapachu. 

— Dobrze, proszę pani, zobaczymy i to cudo. Wtedy wtrąciłem ja, a nie Hiacynt; 

— Niech pan przyniesie te metale. 

Sprzedawca  zniknął  w  magazynie,  a  po  chwili  przyniósł  kilka  zawiniątek.  Jedno 

podstawił mi pod nos. 

— Oczywiście bez brania do ręki, bo po ciężarze mógłby pan poznać. 

Głowa mi się pochyliła nad ręką sprzedawcy i wciągnąłem powietrze. 

— To jest trzeci metal, który mi pan pokazał. Chyba nazywa się miedź. 

Sprzedawca bez słowa podsunął drugie zawiniątko. 

— Miedź. 

Trzecie zawiniątko. 

— Miedź. 

Czwarte zawiniątko. 

—  Miedź  i  wszystkie  pozostałe  metale,  Janie  mi  pan  pokazał.  Sprzedawca  ze 

zdumieniem patrzył na swoje zawiniątka. Obmacywał je, czy nie wystaje czasem coś, po czym 

można by zgadnąć, co jest w środku, ale wszystko było pięknie zapakowane w niebieski papier. 

— A niech pana diabli! Gratuluję, czegoś takiego jeszcze nie widziałem! 

— No proszę, nie należy zbyt wcześnie wyciągać wniosków. A teraz żegnam! 

background image

Z tymi słowy, stając się znów gospodarzem swoich ruchów i mowy, odwróciłem się i 

wyszedłem z Dolores na ulicę. 

— Dokąd teraz? — zapytał mnie Hiacynt. 

— Proponuję poszukać złotnika. Tylko jeśli chodzi o platynę i złoto, to nie wiem, czym 

zapłacimy. 

—  Najpierw  sprawdzimy,  czy  to  właśnie  o  to  chodzi,  a  potem  coś  wymyślimy  — 

zauważyła Dolores z niezrównanym optymizmem. 

U  złotnika  powtórzyło  się  to,  co  w  sklepie  metalowym.  Tylko  Hiacynt  był 

ostrożniejszy, jak mu po drodze radziłem. Ostrożnie wąchałem, ale żaden metal nie był tym, 

którego szukał Hiacynt W końcu, zmęczeni, znaleźliśmy się na ulicy. 

—  A  może  by  tak  włamać  się  do  jakiegoś  laboratorium  chemicznego?  — 

zaproponowała Dolores. 

— Dziękuję, mnie zupełnie wystarczy, że wcześniej czy później i tak przymkną mnie 

za tamte tysiące, niepotrzebne mi włamanie. 

— Ale włamie się Hiacynt — nie dała się zbić z tropu dziewczyna. 

— Tak, ale moim ciałem i wyjdzie na to samo. Nie, musimy rozwiązać problem w inny 

sposób. 

Kiedy  tak  rozprawialiśmy  na  ulicy,  zaczęła  się  przerwa  obiadowa.  Zdecydowaliśmy 

pójść do mego domu i coś zjeść. Dopiero jak po przerwie otworzą sklepy, będrie sens dalej 

szukać. 

Kiedy wspinaliśmy się po schodach, przeżyłem mały szok. Emerytowany pułkownik, 

który mieszka piętro niżej, powiedział, że szuka mnie jakiś człowiek. Po opisie nie mogłem w 

żaden sposób zgadnąć, kto by to mógł być. Dolores spojrzała na mnie znacząco. 

— Już cię poszukują. 

— No tak, i nie wierzę, żebyśmy mogli zjeść obiad w moim mieszkaniu i żeby nam nikt 

nie przeszkadzał. 

I Dolores, i ja unikaliśmy słowa policja, chociaż oboje myśleliśmy o tym samym. 

— Będzie lepiej, jeśli pójdziemy do jakiejś restauracji — zaproponowałem z uczuciem, 

że miejsca publiczne też już nie będą dla mnie schronieniem. 

Ale nie było mi sądzone zaspokoić głodu. Wszystko wydarzyło się tak nieoczekiwanie, 

że sam nie wiedziałem, jak. 

Ruszyliśmy  do  restauracji,  o  której  wiedzieliśmy,  że  nie  bywają  tam  nasi  znajomi. 

Nigdy wprawdzie w niej nie byłem, ale wiedziałem, że znajduje się trzy domy dalej od rogu, na 

którym jest apteka. I właśnie gdy przechodziliśmy jezdnię przy zielonym świetle, uczułem, że 

background image

skaczę gdzieś w prawo. Nie wiedziałem, czego chcę, ale było oczywiste, że to Hiacynt ruszył 

do akcji. . 

—  Co  robisz?  —  zapytałem  z  rozpaczą,  bo  takie  gwałtowne  zachowanie  na  ulicy 

mogłoby być fatalne dla tego, kogo poszukuje policja. 

Ale  odpowiedzi  nie  było,  a  ja  złapałem  za  klapy  jakiegoś  staruszka  i  zacząłem  go 

tarmosić. 

— Daj to! — słyszałem, jak wrzeszczę. 

Staruszek trząsł się z przerażenia, a potem wymierzył mi całkiem przyzwoity cios w 

brodę. Puściłem go na chwilę, ale wtedy nabrał mocy mój głos, kierowany przez Hiacynta: 

— Trzymaj go! On to ma! 

Nie trzeba mi było powtarzać, żebym go trzymał, bo moje ręce znów po niego sięgnęły. 

Ale starzec już nie polegał na swojej sile, tylko wrzeszczał na całe gardło: 

— Na pomoc! Policja! 

Teraz i Ja chciałem coś dodać, żeby go uciszyć, ale moje ciało reagowało na bodźce 

Hiacynta.  I muszę powiedzieć, że dobrze wykonał  robotę. W dwadzieścia sekund  człowiek 

leżał na ziemi, a kiedy pochyliłem się, żeby coś zrobić, chwyciły mnie za ramiona dwie ręce. 

Były to ręce prawa. Te ręce natychmiast się zdwoiły i potroiły. Stało się to, co często się zdarza 

w  podobnych  sytuacjach.  Przechodnie  pomagali  policjantom.  Dolores  krzyczała  wzywając 

pomocy, co tylko pogorszyło moje położenie, bo wszyscy myśleli, że i na nią napadłem. W 

istocie chciała mi pomóc, co absolutnie nie zgadzało się z powstałą sytuacją. 

—  Hiacynt,  dlaczego  mi  nie  pomożesz?  —  zapytałem,  gdy  mnie  ostro  popychali  w 

kierunku samochodu policyjnego, który w jednej chwili się tam zjawił. 

— Mógłbym się chwycić innego ciała, ale pozostałe byłyby przeciw nam. Nie jestem 

też pewny, czy potem mógłbym wrócić do ciebie. 

Miał  rację,  chociaż  nie  bardzo  wiedziałem,  jak  jeszcze  mogę  mu  pomóc  będąc 

pozbawiony wolności. 

—  Milcz!  —  wydarł  się  na  mnie  jeden  e  policjantów.  Muszę  przyznać,  że  Dolores 

wykazała  ofiarność.  Siadła  z  przodu  przy  kierowcy.  Było  to  ostatnie,  co  widziałem,  zanim 

zatrzasnęły  się  drzwi  mojej  ambulansowej  celi.  To  jedno  było  pewne:  Dolores  mnie  nie 

opuszczała. 

Nie wiedziałem jednak, że w tym czasie usunęli ją z samochodu i że podążyła za mną 

taksówką. 

— No i widzisz, w jakie kłopoty wpakowałeś nas nie przemyślanym postępkiem — 

rzekłem gorzko, kiedy ambulans ruszył. 

background image

Jeden z eskortujących mnie policjantów spojrzał ostro, a drugi zagrzmiał: „Stul pysk!" 

Stwierdziłem, że lepiej milczeć, a Hiacynt tylko westchnął moimi piersiami i powiedział, że on 

też nie będzie się wdawał w jałowe dyskusje. 

Postawili mnie przed dyżurnym policjantem. Miał jakiś stopień, ale ja się na tym nie 

znałem. Ten, który mnie aresztował, raportował: Próba rabunku w biały dzień na środku ulicy. 

Lżej poszkodowany starszy człowiek i próba robienia z siebie niepoczytalnego, gdyż rozmawia 

sam ze sobą. 

— Czy poszkodowany złożył skargę? — zapytał dyżurny. 

— Jeszcze nie, ale czeka za drzwiami. 

— Wprowadź go. 

Teraz miałem okazję lepiej przyjrzeć się swojej ofierze. Człowiek wcale nie był taki 

stary, ale wyraźnie chorowity. Rąbkiem chusteczki przyciska! nabrzmiałe wargi. Nie obdarzył 

mnie żadnym spojrzeniem, ale był za to bardzo uprzejmy wobec dyżurnego. 

Kiedy już podał dane osobowe i krótki opis wypadków, który mniej więcej się zgadzał, 

dyżurny zapytał go; 

—  Mówi  pan,  że  zatrzymany  zawołał:  „Trzymaj  go,  on  to  ma!"  Co  miał  na  myśli? 

Wszystko bowiem wskazuje, że miał wspólnika. 

— Nie, panie komisarzu, był sam. 

— Prawdopodobnie ma pan rację. Może wspólnik zostawił go na lodzie i musiał sam 

wykonać całą robotę. A o co właściwie chodzi? 

—  Nie  mam  pojęcia  —  oświadczył  poszkodowany.  —  Szedłem  do  naszego 

zakładowego  ambulatorium,  gdzie  badania  są  bezpłatne,  więc  oprócz  trochę  drobnych  i 

chusteczki nic więcej przy sobie nie mam. 

— Jakieś dokumenty pewnie też — uzupełnił komisarz. 

— Tak, i klucze od mieszkania. 

— Przeszukajcie go. 

To oczywiście zawołał Hiacynt, ale odpowiadałem za to ja. Komisarz jakby źle słyszał. 

— Co proszę? Mam rewidować poszkodowanego? 

— Oczywiście. To jest jedyny sposób, żebym znalazł pewien ciężki metal, który jest mi 

koniecznie potrzebny. 

Znów mówił Hiacynt, a potem prosząco ciągnąłem ja: 

—  Hiacynt,  przyjacielu,  nie  sprawiaj  nam  jeszcze  większych  kłopotów.  Czy  nie 

rozumiesz, że jesteśmy aresztowani? 

Komisarz zmierzył mnie od stóp do głowy, a potem powiedział żałośnie: 

background image

— Do diabła, nasz doktor zawsze, kiedy jest potrzebny, to wyjeżdża gdzieś w teren. 

Gdyby tu był, mógłby określić stopień pańskiej  symulacji, a tak, nie wiem, czy mogę pana 

zamknąć we wspólnej celi. 

— Pan chyba nie chce powiedzieć, że jestem wariat? — przeraziłem się nie na żarty. 

— No, to już lepiej. Wariat zawsze twierdzi, że nie jest wariatem. Wydaje się, że dobrze 

pan nauczył się swojej roli. 

— Ale, panie komisarzu, zdarzył mi się przykry wypadek. Najpierw tamto z torbą, ale 

to inna historia, a potem to. Czyżby pan nie rozumiał, że we mnie zadomowił się Hiacynt? To 

wszystko on... 

Dalej nie mogłem mówić we własnym imieniu, bo Hiacynt przejął wodze w swoje ręce. 

—  To  ciało  jest  dość  narwane  i  nie  bierzcie  poważnie  tego,  co  ono  mówi.  Chodzi 

właściwie o to, że ten człowiek — tu wskazałem na poszkodowanego — ma przy sobie coś, co 

jest mi koniecznie potrzebne. Bez tego nie mogę opuścić waszej planety, a czeka na mnie żona. 

Musicie zrozumieć, że straciłem cierpliwość, bo szukaliśmy tego metalu całe przedpołudnie na 

darmo, a teraz po zapachu poznałem, że znajduje się u tego tutaj. Niech powie, co ma, jak to się 

u was nazywa, żebym mógł kupić. 

Głos miałem tak przejmujący, że stary zaczął się bać o swoją skórę i uciekł za biurko 

komisarza.  Na  samym  komisarzu  nie  wywarło  to  szczególnego  wrażenia.  Kiwał  tylko 

potakująco głową, a potem rzekł: 

— Aha, rozdwojenie jaźni albo coś takiego. Dobrze wyuczone objawy. Jaką książką się 

pan posługiwał? 

— Człowieku, to nie mówię ja, tylko Hiacynt. 

— Słuchaj no pan, jest pan tu aresztowany, a ja nie jestem dla pana człowiek, tylko 

komisarz. Proszę to zapamiętać, bo inaczej mogę być bardzo niemiły. 

 Dobrze, panie komisarzu — starałem się mówić jak najbardziej rzeczowo — o moim 

wyrachowaniu  możemy  mówić  później,  ale  proszę  pana,  żeby  poszkodowany  pokazał 

wszystko, co ma. Interesują nas właściwie tylko  metale. Jeśli mnie pan posłucha, zrobi pan 

dobry uczynek. 

Zauważyłem,  że  komisarz  ledwie  powstrzymywał  śmiech,  a  potem  zdecydowanie 

rzekł: 

— Nie mam prawa panu rozkazywać, ale myślę, że leżałoby to w interesie śledztwa, 

gdyby pokazał nam pan wszystkie metalowe przedmioty, jakie pan ma przy sobie. 

Mężczyzna  wzruszył  ramionami  i  coś  zamruczał,  jako  że  wariatów  nie  można 

denerwować,  i  opróżnił  kieszenie.  Okazało  się,  że  faktycznie  oprócz  kluczy  nic  nie  ma. 

background image

Oczywiście podszedłem do niego i powąchałem, co starego zdumiało, ale nic mu się nie stało. 

— Co znalazłeś, Hiacynt? — zapytałem, żeby przerwać niezręczne milczenie. 

— Powinien tu być, a nie ma. Nie rozumiem. 

—  Dość  komedii!  —  zagrzmiał  komisarz.  Następnie  zapytał  poszkodowanego,  czy 

zgłasza sprawę, a kiedy ten potwierdził, wskazał mu, gdzie ma podejść. Potem zwrócił się do 

mnie. Zażądał moich personaliów. 

— Wie pan, ja to robię dopiero po pierwszej rozmowie z zatrzymanym napastnikiem, 

żeby nie ulegać sugestii jego nazwiska — wyjaśnił 

mi. — Pierwsze wrażenie może zniweczyć opinia przywiązana do czyjegoś nazwiska. 

Gdy  dowiedział  się,  jak  się  nazywam,  że  mam  trzydzieści  lat  i  że  jestem  głównym 

kasjerem w „Excelsiorze", podszedł do mnie bez słowa i pociągnął nosem. 

— Dziwne, nie czuć alkoholu. Człowiek na pańskim stanowisku jednak nie robi takich 

rzeczy, żeby rabować w biały dzień. 

—  Powiedziałem,  że  to  nie  ja  zrobiłem,  tylko  Hiacynt.  On  działa  pod  silną  presją 

psychiczną, a prócz tego nie zna naszych obyczajów i dlatego tak się stało. 

— Pan ciągle to samo. Bardzo mi przykro, ale muszę pana posłać do celi, a co do reszty, 

zobaczymy. 

Kiedy mnie wyprowadzali, ujrzałem w korytarzu Dolores. Ona też mnie zauważyła. 

Chciała  podejść,  ale  jak  zobaczyła,  że  prowadzi  mnie  dwóch  policjantów,  zrezygnowała. 

Jeszcze zdążyłem spostrzec, że jakiś policjant wprowadził ją do komisarza. 

Cela  była  przestronna  i,  jak  mi  powiedzieli  współtowarzysze,  komfortowa.  Miała 

umywalkę  i  doprowadzoną  zimną  wodę.  Zło  jednak  tkwiło  w  tym,  że  ja  byłem  ósmy  i  ta 

przestronność straciła siłę wyrazu. 

Najpierw mnie zapytali, za co zostałem przymknięty. Powiedziałem, że oskarżają mnie 

o napad rabunkowy, ale że nie jestem winien. Wszyscy ze zrozumieniem pokiwali głowami, a 

jeden powiedział, że to zupełnie zrozumiałe, że w celi nie mówi się więcej, niż się powiedziało 

śledczemu. Jeśli o mnie chodzi, zgodziłbym, się z takim tłumaczeniem, ale Hiacynt poczuł się 

w obowiązku powiedzieć: 

— Ależ nie chcieliśmy go okraść, tylko stwierdzić, co ma przy sobie. 

— Dobrze, dobrze — rzekł jeden, który dotąd drzemał na łóżku — czy nie mogłoby lu 

być trochę ciszej? Następnie przyjrzał mi się lepiej i wstał, jakby go osa użądliła. 

—  Zaraz,  zaraz,  my  się  chyba  skądś  znamy.  Było  to  wypowiedziane  pod  moim 

adresem. Spojrzałem na typa. Tak, oczywiście, gdzieś go widziałem. Nagle mnie olśniło. 

—  Czy  to  nie  od  pana  kupiłem  torbę?  —  zapytałem  zdziwiony,  że  tego  biednego 

background image

człowieka,  dla  którego  życie  było  tak  okrutne,  że  go  zmusiło  do  sprzedawania  drogich 

pamiątek, spotykam w więzieniu. 

— Słowo daję — rzekł  odwracając przy tym głowę.  — Wie pan, gdybym wiedział, 

żeśmy  z  tej  samej  branży,  nie  brałbym  pieniędzy.  A  wyglądał  pan  tak  przyzwoicie,  jakby 

stworzony, żeby kupić kradziony towar. 

A więc jeszcze i to. Kupiłem kradzioną torbę, co także jest karalne. Ale ten czyn można 

było ułożyć na samym dole mojej przestępczej drabiny. 

Milczałem, a nieszczęśnik kontynuował: 

— Czy torba ci się przydała? 

— Sto tysięcy zniknęło w tej torbie — rzekłem gorzko. 

— Dobra robota, gratuluję. 

Zauważyłem,  że  i  inni  patrzyli  na  mnie  z  podziwem.  Było  jasne,  że  biorą  mnie  za 

wielkiego  kryminalistę.  Właściwie  dobrze  się  składało,  bo  mogłem  liczyć  na  szacunek  i 

uprzejmość. Ale wtedy znów wtrącił się Hiacynt: 

— Nie myślcie sobie, że moje ciało to złodziej. On w tej torbie stracił pieniądze swego 

przedsiębiorstwa. 

Szacunek  znikł  z  twarzy  moich  współtowarzyszy,  ale  niektórzy  kręcili  głowami  w 

przeświadczeniu, że te pieniądze nie zniknęły tak całkiem zwyczajnie. 

Siadłem na łóżku, które mi przydzielił starszy celi, i rozmyślałem o nowym położeniu. 

Różowo nie jest, to wiedziałem. Nie było też przyjemnie mieć takich kompanów jak Hiacynt, 

chociaż  nie  był  on  winien  zniknięcia  utargu.  Mógł  mnie  jednak  wpędzić  w  o  wiele  gorsze 

kłopoty. Już ten napad na staruszka nie był rozsądnym przedsięwzięciem. A co dopiero będzie, 

jak się wyda sprawa pieniędzy? A niechybnie już się wydała. Dziwiłem się tylko, że policja 

jeszcze  o  tym  nie  wie.  Wziąłem  pod  uwagę  i  to,  że  nie  jestem  w  centrali  policji,  ale  na 

posterunku dzielnicowym, i może do nich nie dotarł jeszcze list gończy. Może nie chodzi o list 

gończy, a tylko o powiadomienie, że poszukuje się tego a tego, ale takie szczegóły wydawały 

mi się w tym momencie mało istotne. 

Jeszcze i ta Dolores. Co mogła powiedzieć komisarzowi? Oczywiście zgłosiła się Jako 

świadek.  Czy  zaczęta  mówić  o  Hiacyncie,  czy  próbowała  zrobić  ze  tamę  głupiego?  Nie 

spodziewałem się niczego dobrego po jej wstawiennictwie. 

Na koniec ton ciężki metal dla Hiacynta. Mój szacunek do jego węchu znacznie osłabł. 

Podczas gdy w sklepie metalowym po prostu brylował, rozpoznając metale po zapachu, to tu 

zupełnie zawiódł. Nie mogłem oprzeć się, żeby mu tego półgłosem nie wypomnieć. 

— Jestem pewny, że ten człowiek to miał, tylko nie wiem, gdzie ukrył. Powinniśmy 

background image

byli jednak wymłócić tych ludzi w jednakowych 

ubraniach i przeszukać ciało. 

Byłem szczęśliwy, że tak się nie stało, niewątpliwie wszystko skrupiłoby się na mnie, 

bo ciało jest moje. 

Kiedy  tak  siedziałem  gorycząc  i  rozmyślając,  nie  zauważyłem,  że  coś  się  w-celi 

zmieniło.  Niektórych  wezwano  na  przesłuchanie,  a  niektórzy  wyszli  na  rozmowę  z 

adwokatem.  Uświadomiłem  to  sobie  dopiero,  gdy  klucznik,  wywołał  moje  nazwisko. 

Skoczyłem na równe nogi i zabłysła mi iskierka nadziei, że wyjdę na wolność. 

Nadzieja jednak była płonna, tak to przeważnie bywa z nadzieją. Strażnik odprowadził 

mnie do komisarza. 

Ten zaproponował, żebym usiadł, i zapytał, czy palę. Odmówiłem, gdyż nawet gdybym 

palił,  to  w  tym  momencie  nie  mógłbym  utrzymać  w  palcach  papierosa.  Byłem  strasznie 

zdenerwowany i rozczarowany. Z wolności nici. A może komisarz chce się ze mną pożegnać? 

— Gzy możemy mówić zupełnie otwarcie?  — zaczął komisarz. — Gdzie pan ukrył 

pieniądze? 

Gdyby piorun strzelił obok mego krzesła, nie wprawiłby mnie w większe zdumienie. A 

więc już wiedzą! Ale co się dziwić? Liczyłem się z tym. 

— Jakbym wiedział, nie miałbym nawet połowy tych kłopotów. Pieniądze po prostu 

zniknęły — odpowiedziałem szczerze. 

— Stary numer, który już nie bierze. Zanim wkroczył pan na kryminalne ścieżki, trzeba 

było  choć  trochę  poczytać  historię  przestępstw, żeby  wiedzieć,  jakie  numery  są  aktualne,  a 

jakie wyszły s, mody. Pięknie przygotował się pan do udawania wariata! 

— Jestem niewinny! — zawołałem z rozpaczą, ale mój okrzyk odbił się od komisarza 

jak od grubej ściany. 

— Powiem, jak było, żeby oszczędzić panu moralnego wysiłku. 

A więc najpierw dziwne zachowanie, żeby stworzyć wrażenie, że coś z panem nie w 

porządku, powiedzmy, rozdwojenie jaźni. I tak jedno pańskie ja, ten kasjer, zaniósł pieniądze 

do banku, a ten drugi, zdaje się ma na imię Hiacynt, po drodze ukrył je tak, żeby pan o tym nie 

wiedział.  Chciałbym,  abyśmy  się  rozumieli,  pan  wie  o  wszystkim,  ale  tak  pan  chciał 

przedstawić sprawę. 

— Kłamstwo — odezwał się Hiacynt. — Ja w tym czasie w ogóle nie posługiwałem się 

tym ciałem. 

— Brawo — rzekł komisarz — widzę, że nie chce pan zrezygnować z roli. Ale ja będę 

kontynuował. A więc dalej, spodziewał się pan ciotki, która byłaby świadkiem. Napisał pan 

background image

jakieś głupstwa na papierze i przygotował niby samobójstwo. Tak robią świadomi kasjerzy, 

świetnie. Wiedział pan, że ciotka przyjdzie, i dlatego wybrał na tę robotę piątek. Ciotkę udało 

się  oszukać,  bo  ona  przysłała  panu  psychiatrę,  a  jego  udało  się  oszukać  razem  z  pańską 

przyjaciółką. Czy ona wiedziała o sprzeniewierzeniu tych pieniędzy, czy też uczyniła to z sym-

patii do pana, nie potrafiłbym powiedzieć, ale to wykaże śledztwo. Potem wyruszyliście do 

miasta,  wąchaliście  metal,  w  ogóle  czynili  wszystko,  aby  tylko  przekonać  ludzi  o  swej 

nienormalności.  Znalazłem  naocznego  świadka,  który  widział,  jak  pan  wywijał  koziołki  na 

ulicy.  W  końcu,  żeby  dostać  normalne  wariackie  papiery,  napadł  pan  człowieka,  który 

przyprowadził pana do więzienia. 

—  Chyba  nie  będzie  pan  do  tego  jeszcze  twierdził,  że  chciałem  do  więzienia?  — 

zacząłem protestować. 

— Właśnie tak. I to jest pańskie najgenialniejsze pociągnięcie. Daje się pan zamknąć za 

głupstwo, żeby udowodnić swoją niepoczytalność. Bo wiedział pan o odpowiedzialności za 

zniknięcie pieniędzy. Jako wariat dostałby się pan na leczenie do szpitala psychiatrycznego. Po 

dwu—  trzech  latach  doszedłby  pan  do  zdrowia  i  wtedy  by  stwierdzono,  że  w  momencie 

kradzieży nie był pan świadomy swoich czynów, i musiano by pana zwolnić. A pieniążki by 

sobie czekały. Teraz byłoby dobrze, gdyby się pan przyznał, moglibyśmy zamknąć tę sprawę. 

Oszczędzi pan kłopotów i mnie, i sobie. 

Ostatnie słowa szczególnie zaakcentował, co przyjąłem jako groźbę. Mówiąc szczerze, 

chętnie bym Się przyznał, żeby tylko zostawili mnie w spokoju, ale wtedy wyniknie pytanie, 

gdzie są pieniądze, a tego naprawdę nie wiem. A więc wplątałbym się w jeszcze większe ta-

rapaty. 

—  Proszę  mi  pozwolić  zasięgnąć  rady  —  powiedziałem  cicho  i  nie  czekając  na 

odpowiedź ciągnąłem: — Hiacyncie, co mi radzisz? 

Komisarz uśmiechał się sarkastycznie, kiedy Hiacynt mi odpowiadał: 

— Właściwie cała sprawa mnie nie dotyczy. Twoje dało stało się bezużyteczne, tak że 

przykro mi, ale będziemy się musieli rozstać. 

— A więc zostawiasz mnie w nieszczęściu? Komisarz wtrącił coś o wycofaniu się, ale 

ja słuchałem odpowiedzi Hiacynta. 

— Mnie jest przede wszystkim potrzebne paliwo. Kto wie, co się dzieje z moją żoną. 

Muszę wziąć drugie dało, które może bez przeszkód poruszać się po tej planecie. 

—  Świetnie,  gratuluję  —  odezwał  się  komisarz.  —  Dowcipnie  przygotowana  próba 

pokazania się Jako normalna osoba. Zrozumiał pan, że już nie ma sensu grać dalej komedii, a 

nie chciałby się pan przyznać do grania wariata. Prócz tego... zaraz... 

background image

To „zaraz" dotyczyło brzęczącego telefonu. Komisarz podniósł słuchawkę. 

— Tak, to ja... bardzo mi przyjemnie... tak, tak... jest u mnie... Proszę bardzo... może 

pan zgłosi skargę... Ha, nie wie pan, dlaczego...? Proszę tylko przyjść, to wszystko załatwimy... 

O mało co się nie przyznał... Kłaniam się, do widzenia. 

Podczas  gdy  komisarz  telefonował,  ja  słuchałem  w  napięciu.  Z  kim  on  rozmawia? 

Mógłby to być mój szef, ale jak to możliwe, że jeszcze nie zgłosił braku pieniędzy. Dlatego 

odrzuciłem  tę  myśl.  Przypomniałem  sobie,  że  gdzieś  czytałem,  iż  mali  złodzieje  myślą,  że 

policja ściga tylko ich. Tak właśnie myślałem ja — że wszystko kręci się wyłącznie wokół 

mnie. 

Komisarz podniósł głowę. 

— No, niech się pan cieszy. Przyjdzie pański szef. 

Zbladłem. Jak mu spojrzę w oczy? Komisarz wstał i przeszedł się po pokoju. Zbliżył się 

przy tym  na  dwa kroki.  W tym  momencie przypomniałem sobie, że Hiacynt  zamierza mnie 

opuścić. Jak dosięgnie komisarza, to na pewno to zrobi, a ja zostanę sam. Dlatego krzyknąłem 

rozpaczliwie: 

— Niech się pan do mnie nie zbliża, bo Hiacynt przejdzie do pana i zostanę sam! 

— Aha, przedstawienie trwa dalej — zauważył komisarz zimno. — Proszę się nie bać. 

Nie zbliżę się do pana. 

 Ale jeśli i ja zacznę się do pana zbliżać, niech pan ucieka ode mnie jak najdalej. 

— Milcz — wtrącił się Hiacynt — to ciało mnie w ogóle nie obchodzi. Będzie okazja 

opuścić cię, jak stwierdzę, że wszystkie nadzieje stracone, żebyś mógł poruszać się swobodnie 

po planecie. 

— Wspaniałe przedstawienie, ale teraz dość tego — po czym komisarz zwrócił się do 

policjanta, który mnie przyprowadził. — Wyprowadź aresztanta i zaczekaj pod siedemnastką, 

póki cię nie wezwę. 

Jak  długo  siedzieliśmy  w  pustym  pokoju,  nie  umiałbym  powiedzieć.  Zdaje  się,  że 

policjantowi powiedzieli, że chyba jestem wariat, bo cały czas trzymał się z daleka, a ponieważ 

nie wykazywałem zamiaru ucieczki, zgadzaliśmy się całkiem nieźle. 

Zadzwonił  telefon.  Policjant  podniósł  słuchawkę  do  ucha,  a  potem  rzekł  do  mnie 

służbowym tonem: 

— Idziemy. 

U  komisarza  siedział  mój  szef,  stary  Haseł,  w  wysokim  fotelu,  który  wyraźnie  był 

zarezerwowany nie dla aresztowanych, żeby nie powiedzieć, uczciwych ludzi. A obok Hasela 

siedziała — nie wierzyłem własnym oazom — Dolores. Nie zdążyłem się zastanowić, jak do 

background image

tego doszło, kiedy komisarz rzekł: 

— Czy to ten? 

Hasel wstał i wyraźnie mi się przyglądał. Jakby szukał właściwego słowa. W końcu 

wyrzekł: 

— Podobno pan jest kasjer Robert Panikkar. Bez względu na to, czy to prawda, czy nie, 

interesuje mnie, czy jest pan sam. 

Chociaż  jeszcze  przed  chwilą  byłem  gotowy  zamknąć  się  w  sobie  i  zaczerwienić  z 

powodu  nieprzyjemnej  sytuacji,  teraz  głupio  gapiłem  się  na  swego  pracodawcę.  Co  mu  się 

nagle stało, że zachowuje się, jakby mnie nie znał? Czy byłoby wskazane podjąć tę grę? 

— Proszę pana, jestem tym Panikkarem, a sam nie jestem, bo jak pan widzi, jest tu pan 

komisarz, dwóch policjantów, jedna dziewczyna, która  Bóg wie jak się znalazła w pańskim 

towarzystwie, i pan. 

— Hm — starszy pan spacerował po pokoju, jakby miał kłopoty. — Nie myślałem, czy 

jest pan sam, w tym znaczeniu. Czy zdarza się panu mówić to, czego pan nie chciałby, albo 

wykonywać ruchy wbrew własnej woli? 

Jakby grom we mnie trafił. Skąd się to staremu wzięło? Nagle zrozumiałem. Była przy 

nim Dolores i ona mu wygadała. 

— O, żmijo! — wrzasnąłem wściekły — wszystko mu wypaplałaś. 

—  Ta  samica  nic  mi  o  panu  nie  mówiła.  Nie  wiem,  doprawdy,  dlaczego  pan  to 

stworzenie tak nazwał, ale z pewnością to nic pięknego. 

Miałem szczere chęci powiedzieć mu coś ostro, ale nagle pojąłem, że nie jestem już 

panem swoich ruchów i słów. Postąpiłem ku staremu panu i wyrzekłem słowa, które by mi 

nigdy nie przyszły do głowy: 

— Zaraz, zaraz... czy to pańskie prawdziwe ciało? 

— Mówiąc szczerze, pożyczyłam je. 

—  Najdroższa!  —  krzyknąłem  z  całych  sił  i  rzuciłem  się  w  objęcia  swego  szefa. 

Oczywiście nogi niosły mnie wbrew mojej .woli, a jednocześnie ręce się rozwarły i objąłem za 

szyję starego pana. 

— Och, mój mężu — odezwał się pan Haseł i łagodnie położył głowę na mej piersi 

Muszę  przyznać,  że  czułem  się  dziwnie,  bo  tak  czy  owak  wszystko  szło  na  mój 

rachunek, chociaż nie byłem za to w najmniejszym stopniu odpowiedzialny. 

Komisarza na chwilę zatkało... Stał oniemiały, a potem trzasnął pięścią w stół: 

— Co to za zachowanie? Tu jest państwowa instytucja! 

— Znalazłem moją żonę — wyrwało mi się z ust. 

background image

— Słuchaj, Panikkar, możesz kpić z kogo chcesz, ale nie ze mnie. A pan, panie Haseł, 

mógłby być poważny. 

—  Czy  na  waszej  planecie  małżonkowie  nie  mogą  się  przywitać?  —  rzekł  Hasel  z 

najniewinniejszą miną. 

— Dosyć! — ryknął komisarz, ale teraz wtrąciła się Dolores. 

— Widzi pan, panie komisarzu, że to wszystko prawda, co panu mówiłam. 

W tym momencie Haseł odepchnął mnie i podszedł do komisarza. 

— Sam nie wiem, co mi jest. Jak mogło mi się przydarzyć, że objąłem tego złodzieja, 

który uczynił mnie lżejszym o ciężkie pieniądze. 

— Nie ukradłem ani grosza! — udało mi się krzyknąć. 

—  Pańska  narzeczona  wszystko  mi  opowiedziała,  a  resztę  wyjaśnił  pan  komisarz. 

Proszę  mi  powiedzieć,  gdzie  są  pieniądze,  to  się  postaram,  żeby  pan  z  tego  wyszedł  jak 

najmniejszym kosztem. 

Stanąłem  zaskoczony.  Dolores  przedstawiła  się  jako  moja  narzeczona.  Znaczy,  że 

jednak mnie nie opuściła. Ale dlaczego mnie wydała? 

Przez jakiś czas jeszcze trwała bardzo żywa wymiana zdań, gdyż zarówno komisarz, 

jak i Haseł chcieli za wszelką cenę, żebym się przyznał do kradzieży i powiedział, co zrobiłem 

z  pieniędzmi,  podczas  gdy  Dolores  i  ja  staraliśmy  się  przekonać  obu,  że  jestem  ofiarą 

nieszczęśliwego wypadku. 

W  końcu  Dolores  wypomniała  Haselowi,  że  on  też  wykonywał  dziwne  czynności, 

kiedy  działała  przez  niego  żona  Hiacynta.  Haseł  zamyślił  się  i  już  otwierał  usta,  żeby  coś 

powiedzieć, kiedy akurat zadzwonił telefon. Komisarz podniósł słuchawkę, a potem podał ją 

mojemu szefowi. 

— To do pana. 

Haseł  chwilę  słuchał,  a  potem  zaczął  się  rozglądać,  aż  zatrzymał  wzrok  na  mnie. 

Jedyne, co mógł powiedzieć, to: 

— Dobrze. — I odłożył słuchawkę. — Po prostu nie wiem, co o tym myśleć — rzekł, 

gdy komisarz spojrzał na niego pytająco. — Byłoby najlepiej, gdybyśmy pojechali do mojego 

biura. 

Komisarz rzucił okiem na zegarek i stwierdził, że ma tylko godzinę, a potem polecił 

policjantom, żeby mnie odprowadzili do celi. Ale teraz sprzeciwił się Haseł: 

— I on musi jechać z nami. Zawiadomili mnie, że pieniądze się znalazły. 

— A gdzie je ukrył? 

— Były w torbie, którą zostawił w banku. Urzędnicy to pięknie zaksięgowali i przed 

background image

półgodziną przysłali pokwitowanie. 

Uczułem, jak mi się ziemia usuwa spod nóg, i byłbym całkiem zemdlał, gdyby mi Haseł 

nie pomógł. W ten sposób utrzymałem się na nogach. Zaraz też poczułem na szyi ciężar. Była 

to Dolores. Objęła mnie, sama bliska omdlenia. 

Gdybym myślał logicznie, nie zdziwiłbym się aż tak bardzo. W ciągu ostatnich dwóch 

dni przeżyłem tyle dziwnych rzeczy, że jeszcze jedna więcej nie powinna już wpłynąć na mój 

stan psychiczny. Chodziło jednak o moją skórę, o dobrą opinię i przyszłość, więc mną to trochę 

wstrząsnęło. 

Przed  gmachem  policji,  kiedy  przechodziliśmy  przez  chodnik,  żeby  wsiąść  do 

samochodu, spotkała nas moja ofiara, którą chciałem obrabować. Natychmiast stanęła przed 

komisarzem i zaczęła: 

—  Panie  komisarzu,  dobrze,  że  pana  spotkałem.  Już  całą  godzinę  spaceruję  przed 

budynkiem i nie mogę się zdecydować na wejście, bo nie wszystko dokładnie wyliczyłem. 

— Dobrze, dobrze — komisarz nie był w nastroju do długich rozmów — proszę przyjść 

jutro. W końcu złożył pan skargę, czego pan jeszcze chce? 

— Przyjaciele powiedzieli mi, że mogę żądać odszkodowania za przeżyty strach, za 

ból, zmięte i zakurzone ubranie, stratę czasu, sam dokładnie nie wiem, ile to wszystko warte. 

Wie pan, ja jestem chory... 

— Proszę wsiąść do samochodu i pojechać z nami, załatwimy to — usłyszałem głos 

Hasela. 

 

*** 

Znajdowaliśmy się w prywatnym biurze Hasela. Sam Haseł, Dolores, komisarz i ten 

biedny starzec, przez którego miałem tyle nieprzyjemności. Do tego można by jeszcze dodać 

dwóch niewidzialnych gości — Hiacynta i jego żonę. Na całe szczęście nie odzywali się, więc 

w pewnym sensie byłem spokojny. Ale teraz ten spokój został zakłócony. Starzec wstał i zaczął 

mówić o swoich cierpieniach i odszkodowaniu, ale mu przerwałem, oczywiście nie z własnej 

woli. Przemówił ze minie Hiacynt i energicznie zażądał, by się uspokoił, bo mamy rozwiązać 

pewien bardzo ważny problem. Następnie zwrócił się do Hasela z prośbą, żeby i on wykazał 

trochę cierpliwości, bo chciałby usłyszeć, co się działo z jego żoną od chwili, gdy się rozstali. 

Haseł coś mruknął, ale szybko przerwał, kiedy odezwała się pani Hiacyntowa. 

 

*** 

— Z jednej strony byłam osamotniona i zaniepokojona, a z drugiej pragnęłam zobaczyć 

background image

obcy  świat.  Dlatego  wylądowałam  na  pomocniczej  awionetce.  Odnalazłam  twoją  i  siadłam 

obok niej. Wtedy zauważyłam na przyrządach, że zbliża się coś żywego. 

Żeby nie przedłużać. Wtedy dostała się do-psiego ciała, tego samego, który posłużył 

Hiacyntowi. A w mózgu psa odkryła ślady mówiące, że był tu jej mąż. Zmusiła psa, by poszedł 

w to samo miejsce, dokąd powiódł Hiacynta. I tak znalazła się przed drzwiami mego domu, 

gdzie ślad się urywał. Ona także szybko zorientowała się, że pies .nie należy do najbardziej 

inteligentnych  stworzeń  na  naszej  planecie,  więc  przylgnęła  do  pierwszego  napotkanego 

przechodnia. 

—  Natychmiast  zrozumiałam,  że  ciało  to  posługuje  się  dość  skomplikowanym 

akustycznym  aparatem porozumiewawczym,  więc pilnie badałam mechanizm.  Zdołałam  go 

zmusić  do  zatrzymania  kilku  przechodni  i  powiedzenia  im  kilku  słów.  Powoli,  powoli,  za 

pośrednictwem tego ciała udało mi się jednak czegoś dowiedzieć. 

—  Zdaje  się,  że  kobiety  na  żadnym  ze  światów  nie  różnią  się  wiele  od  siebie  — 

zdążyłem szybko zauważyć, a wtedy Hiacynt odebrał mi głos. 

Po śladach w psim mózgu w przybliżeniu obliczyła, kiedy Hiacynt opuścił psie ciało. 

Zmusiła więc swoje ciało do przeliczenia tego na czas ziemski i skierowała się do domu. Ciało 

było dość tępe, ale jednak zdołała przejść od mieszkania do mieszkania, by spytać, kto z loka-

torów przychodzi zwykle o tej porze do domu. Było dla niej oczywiste, że w tym człowieku 

siedzi Hiacynt. W ten sposób trafiła na emerytowanego pułkownika, który jej powiedział, że 

mógłby  to  być  tylko  kasjer  z  drugiego  piętra.  Kiedy  dowiedziała  się  adresu  mojego 

przedsiębiorstwa, reszta była fraszką. Zmusiła swoje ciało, by poszło do „Excelsio-ra", ale tam 

już nikogo nie było. Ciało musiało się wypytać, kiedy będzie ktoś z zarządu, a potem pozwoliła 

mu iść do domu, gdzie przenocowała. Następnego dnia udała się prosto do przedsiębiorstwa. 

Ze swojego więźnia przeszła na sekretarkę, a z sekretarki na jej szefa, to jest na Hasela. Od 

niego dowiedziała się, że nie przyszedłem do pracy. Już myślała o tym, żeby opuścić to ciało, i 

próbowała w jakiś inny sposób dowiedzieć się o mnie, kiedy oznajmili szefowi, że jakaś pani 

chciałaby mówić iż szefem w pewnej bardzo ważnej sprawie osobistej. Była to Dolores. Reszta 

już była łatwa. 

Nie miałam najmniejszej chęci słuchać o roli, jaką odegrała Dolores, poprosiłem więc, 

żeby  sama  opowiedziała,  jak  było.  Komisarz  kazał  mi  milczeć,  ale  Haseł  rzucił  mu,  że 

wszystko będzie w porządku. 

Dolores zaczęła dość teatralnie: 

— Błagam, niech pan ratuje Roberta! 

Haseł z początku nie wiedział, o co chodzi. Nie przyszło mu do głowy, że Robert to ja, 

background image

bo  mnie  znał  jako  Panikkara.  Kiedy  ta  przeszkoda  została  pokonana,  pomyślał,  że  porwali 

mnie gangsterzy razem z pieniędzmi. 

— Żeby chociaż — jęknęła Dolores — ale jego aresztowali. 

— Dlaczego? — zapytał Haseł. 

— Za rozbój. Napadł na jakiegoś człowieka, bo chciał mu zabrać coś ciężkiego. 

— Człowiek... panu Panikkarowi? 

— Nie, odwrotnie. Robert człowiekowi. Ale właściwie tak naprawdę to Hiacynt. 

— A kim jest ten nieszczęsny Hiacynt? — chciał się dalej dowiedzieć mój szef, który 

był już mocno przekonany, że ma do czynienia z osobą niespełna rozumu. 

— Och, gdybym to wiedziała! Hiacynt to nie jest jego prawdziwe imię, a twierdzi, że 

przybył z jakiegoś innego świata. On jest jednak teraz w więzieniu i przeciw niemu wnoszą 

najstraszniejsze oskarżenia. 

— Kto, ten Hiacynt? 

— Nie, Robert. Pan musi coś zrobić! 

Haseł w ogóle nie miał chęci dać się wciągnąć w taką podejrzaną akcję, ale Dolores się 

rozpłakała  i  powiedziała,  że  była  ze  mną  na  policji  i  że  rozmawiała  z  komisarzem,  który 

prowadzi śledztwo, i że prawdopodobnie zamkną mnie w domu wariatów. Dlatego przyszła do 

Hasela. 

— Jest pani pewna, że pani nie grozi to samo? — zapytał Haseł nie bez złośliwości. — 

Mówi pani o istotach z jakiegoś innego świata... 

— Przekonałam się na własne oczy. Ta istota mówiła także ze mnie samej. I jest to 

istota nieszczęśliwa, bo zostawiła swoją żonę w statku kosmicznym. 

—  No,  teraz  jestem  pewna,  że  to  mój  mąż  —  wyrwało  się  Haselowi  zupełnie 

niespodziewanie. Po czym zamilkł, wyraźnie speszony. 

— O, pani jest tutaj! Och, jak się cieszę, że z panią wszystko w porządku! — zawołała 

Dolores, jakby była nieświadoma dziwnej sytuacji. 

Haseł wpadł w zadumę. Przypomniał sobie, że i jemu tego dnia przydarzyły się dziwne 

rzeczy, co przypisywał wyczerpaniu nerwowemu na skutek dużych kłopotów w pracy. 

— Hm, hm, to dziwne sprawy. 

— Przepraszam, pan pozwoli, że zapytam o coś panią Hiacyntową. 

—  Skąd  pani  wzięła  to  imię?  Mój  mąż  nazywa  się  zupełnie  inaczej  —  odezwał  się 

Haseł. 

— Wiem, ale tego nie można oddać w naszej mowie i dlatego wybrał takie imię — 

wyjaśniła szybko Dolores. — A teraz do rzeczy. Proszę się nie obrazić, ale muszę zapytać. 

background image

Mojemu Robertowi w tajemniczy sposób zniknęły z torby pieniądze, które miał przekazać do 

banku. Czy może przypadkiem... może na pamiątkę... ja nie wątpię w waszą uczciwość... ale 

czy moglibyście zmusić kogoś, żeby zrobił wszystko... 

— Do diabla...! — huknął Haseł swoją świadomością, ale natychmiast musiał ustąpić 

ciała nieproszonemu gościowi: — W tym niestety nie mogę pani pomóc. Ciało, dopóki się nim 

posługiwałam, nie brało nic. Mówiąc szczerze, nie wiem nawet, jak wyglądają pieniądze i do 

czego służą, mogę tylko zgadywać... — A teraz, niewidzialna pani, proszę pozwolić, żebym i ja 

powiedział  swoje  —  kontynuował  Haseł,  ale  we  własnym  imieniu.  —  A  więc  mój  kasjer 

sprzeniewiercą! I pani jeszcze domaga się, żebym mu pomógł! I to ja... 

— Ale on jest niewinny! — próbowała Dolores, jak zwykle bez argumentów. 

— Nawet gdyby nic nie ukradł, a tylko zgubił, jest winien. Kto pokryje stratę? 

— Proszę coś zrobić — dopraszała się uporczywie Dolores. 

— Postaram się, żeby mu dali co najmniej dożywocie. A ja mam znajomości. 

W tym momencie Haseł się uspokoił, usiadł przy biurku i podniósł słuchawkę telefonu. 

— Jak pani mówiła, który to posterunek? — Dolores powiedziała i ze strachem czekaj, 

co  będzie.  Gdy  czekał  na  połączenie,  rzekł  jakimś  konspiracyjnym  tonem:  —  Muszę  jak 

najprędzej spotkać się z moim mężem. 

 

*** 

No więc to było tak. Ale to Jeszcze niepełne wyjaśnienie, a prócz tego ciągle mieliśmy 

na głowie staruszka, który kilkakrotnie próbował zwrócić na siebie uwagę, chcąc wystąpić o 

odszkodowanie. 

— Tak nam pan nadojadł, że jesteśmy gotowi wysłuchać pańskich życzeń — rzekł w 

końcu mój szef. 

— Niżej trzech tysięcy nie mogę zejść. 

—  Takie  żądanie  odszkodowawcze  trudno  byłoby  utrzymać  przed  sądem.  Jak  pan 

myśli, panie komisarzu? 

W Haselu obudził się handlowiec i wyraźnie próbował obniżyć cenę. Wydaje się, że 

komisarz był tego samego zdania. 

— Nie jestem sędzią, ale w mojej praktyce takie wypadki załatwiano sumą dziesięć 

razy mniejszą. 

Poszkodowanego  wyraźnie  nie  zadowalała  taka  ocena.  Mówił  o  nowym  ubraniu,  o 

wycierpianym strachu i w końcu podkreślił, że to wszystko miało szkodliwy wpływ na jego 

zdrowie. 

background image

— Ja, proszę państwa, jestem starszym robotnikiem w „Baricie" i z powodu choroby 

nie mogę iść do pracy, ale jeśli wrócę za osiem dni, nie będzie żadnych konsekwencji, a tak, 

przez  to  pobicie  i  wzburzenie,  choroba  się  wzmoże,  co  mnie  uderzy,  proszę  mnie  źle  nie 

zrozumieć, po kieszeni. 

— A u którego Barita pan pracuje? — zainteresował się Haseł. — Czy to ten, który ma 

stolarnię artystyczną, czy ten, co produkuje spinki? 

—  Ani  jeden,  ani  drugi  —  odrzekł  stary.  —  Barit  to  nie  nazwisko,  tylko  nazwa 

przedsiębiorstwa.  Wyrabiamy  przyrządy,  barografy,  barometry,  termometry  i  inne.  Pracuję 

tam już od dwudziestu lat i... 

—  Zaraz,  człowieku!  —  rozdarł  się  komisarz,  który  po  raz  pierwszy  przestał  się 

sztywno trzymać — a na co pan choruje? 

— Zatrucie rtęcią. 

—  Hiacyncie  —  zawołałem  z  triumfem  —  tajemnica  twojego  paliwa  została 

rozwiązana! 

— Co masz na myśli? Rtęć... chciałbym to zobaczyć. 

—  O,  tam  za  oknem,  w  szklanej  rurce.  Ledwie  to  powiedziałem,  musiałem  wstać  i 

podbiec do okna. Zdjąłem termometr i bez wielkiego wahania rozbiłem rurkę z rtęcią. 

— Jest! Mamy je wreszcie — mówiłem wąchając jak pies ślady. — Dziwne tylko, że 

ten metal jest u was w stanie ciekłym. 

Przestałem  wąchać,  co  znaczyło,  że  Hiacynt  zadowolił  swoją  ciekawość.  Potem 

nastąpiło wyjaśnienie: 

—  Rozwiązanie  jest  bardzo  proste.  Znaczy,  że  u  was  jest  anormalnie  wysoka 

temperatura i ta rtęć, zdaje się, że dobrze zapamiętałem nazwę, znajduje się w stanie ciekłym. 

Nikt z nas nie wiedział, w jakiej temperaturze rtęć przechodzi w stan stały, ale jeszcze 

tego  samego  wieczoru  zadzwonił  komisarz  i  zapytał,  czy  wiem,  że  rtęć  zamarza  w 

temperaturze 39 stopni poniżej zera. Odpowiedziałem, że te dane są w 10 tomie encyklopedii 

na stronie 173. 

Haseł  pierwszy  opanował  sytuację  od  strony  praktycznej.  Z  miejsca  zaproponował 

staremu tysiąc odszkodowania. Ten się zgodził, zwłaszcza że komisarz wyjaśnił mu, że to o 

wiele lepsze niż latami włóczyć się po sądach. Jeszcze mu powiedział, że byłoby dobrze, gdyby 

wycofał skargę. 

— Żeby złodziej swobodnie poruszał się po mieście i napadał na spokojnych obywateli 

— protestował stary. 

— My też musimy z czegoś żyć — tłumaczył mu komisarz. — Niech pan pomyśli, że 

background image

gdyby wszyscy byli dobrzy, zwolniono by nas. A potem podszedł do mnie i rzekł cicho: 

— Nie zrobiłem  tego z jakiejś szczególnej sympatii  do pana. Niech pan  sobie tylko 

wyobrazi,  co  by  to  było  za  śledztwo,  w  którym  wszystko  kręciłoby  się  wokół  kosmitów, 

posiadania osobowości, dialogów z samym sobą i temu podobnych. A co najgorsze, oprócz 

pana potwierdziłyby to jeszcze dwie nie karane osoby. 

—  Dziękuję  panu  —  rzekłem  z  ulgą,  widząc,  że  starzec  wpycha  do  kieszeni  swoje 

ciężko zdobyte pieniądze. 

A potem znów przemówił ze mnie Hiacynt: 

—  Proszę  państwa  —  mówił  —  żeby  nie  było  pomyłki.  Wydaje  się,  że  to  ciało 

wydostało się z tarapatów i moglibyśmy teraz załatwić moją sprawę. 

—  Oczywiście  —  zgodził  się  Haseł  i  zaraz  potem  odezwało  się  jego  drugie  ja:  — 

Dziwne,  że  w  końcu  sobie  przypomnieliście.  Niech  wam  się  nie  wydaje,  że  nam  jest 

szczególnie miło tracić czas na waszej planecie. I do tego to ciało nie jest najwygodniejsze... 

przepraszam pana, proszę się nie obrazić, ale ja nawykłam mówić szczerze. 

— Przejdźmy więc do rzeczy — podsumował komisarz. Ponownie zgłosił się Hiacynt: 

— Istnieje mały problem. Zauważyłem, że u was nic nie można zrobić bez tak zwanych 

pieniędzy. Odniosłem wrażenie, że zginęlibyście obok magazynów pełnych towarów, gdyby 

przypadkiem zabrakło pieniędzy. Ale to teraz nieważne. Ważne jest coś innego. Mnie jest po-

trzebna rtęć. Nie mam jasnego wyobrażenia o różnicach wielkości waszego i naszego świata, 

ale przypuszczam, że jednak będziemy mogli nabyć wystarczająco dużo rtęci. Problem jest w 

tym, że ja nie mam pieniędzy, a za to oczywiście trzeba zapłacić. Gdybyście mi mogli pomóc, 

byłoby dobrze. Inaczej byłbym zmuszony dostać się do jakiegoś ciała, które ma dostęp do rtęci, 

i w ten sposób sobie poradzić. To ciało — tu wskazał na staruszka, który właśnie zbierał się do 

wyjścia — jest wprawdzie uszkodzone, ale mógłbym je wykorzystać. Zdecydujcie się, póki tu 

jeszcze jesteście. 

— Mówi Panikkar — oświadczyłem, żeby wszyscy wiedzieli, kto mówi. — Chętnie 

bym  pomógł,  ale  najpierw  musiałbym  wiedzieć,  czy  jeszcze  jestem  kasjerem  w  domu 

towarowym „Excelsior". 

— Naturalnie, jest pan — usłyszałem głos Hasela, ale chciałem się upewnić. 

— Czy to pan powiedział, czy dama, która jest w panu? 

— Ja się nie mieszam w wasze sprawy. To powiedziało ciało samo z siebie. 

— No to w porządku. Zdobędę rtęć. 

Tu jednak odezwał się Haseł. Powiedział, że w jego interesie jest, żebyśmy załatwili 

sprawę gości, bo i jego ciało służy komuś, kto się porusza po Ziemi, chociaż tym kimś jest 

background image

niewątpliwie urocza dama. 

— Czy może pan zdobyć dla nas rtęć? — zapytała Dolores poszkodowaną ofiarę, która 

jeszcze mięła w palcach tysiączek. 

—  Mógłbym  panu  podać  adres  mego  pryncypała.  On  ma  klucze  od  warsztatu  i 

magazynu. Tylko... jeśli mam być szczery, zupełnie nie rozumiem, co tu się dzieje. 

— Nie musi pan rozumieć — ucięła Dolores. — Niech pan da nam adres i na tym dla 

pana sprawa się skończy. 

 

*** 

Dalej  wszystko  potoczyło  się  szybko,  ale  nie  mógłbym  powiedzieć,  że  i  gładko. 

Kupiliśmy dwa litry rtęci i umieściliśmy w butli. Zadanie podzieliliśmy między siebie: Haseł 

zapłacił,  a  ja  niosłem,  co  nie  było  łatwe,  gdyż  ta  rtęć  razem  z  butlą  ważyła  około  27 

kilogramów.  Mnie  się  wydawało,  że  paliwa,  to  jest  rtęci,  będzie  za  mało,  ale  Hiacynt  był 

przekonany, że jakoś da sobie radę. 

— Nasz świat jest mniejszy od waszego — było jego najmocniejszym argumentem. 

Gdy dotarliśmy do domu, w którym i Hiacynt, i jego żona spotkali psa, nie 'zdołaliśmy 

odnaleźć  statku  kosmicznego.  Przypuszczałem,  że  znalazło  go  dziecko  i  myśląc,  że  to 

zabawka, zabrało. Nie mówiłem jednak o tym, żeby nie załamać ich na duchu. Na ekspedycję 

wybraliśmy się Haseł, Dolores i ja, do czego trzeba dodać i oboje niewidzialnych uczestników. 

Hiacynt od czasu do czasu wychodził z mojego ciała, gdyż moimi oczyma i tak nie 

mógł  widzieć  przedmiotów  ze  swojego  świata.  I  tak  odkrył  obie  awionetki,  na  których 

wylądowali on i jego żona. Trochę później odtworzyli położenie swego statku kosmicznego. 

Musiał znajdować się na ławce. Ale i to nie dało wyników, bo ławka była pusta. 

— Na ławce coś musiało być — oświadczył Hiacynt. — Za pomocą przyrządów na 

statku stwierdziliśmy, że otaczają nas jakieś wielkie wąskie kolce, a teraz tego nie ma. 

Nikt z nas nie mógł sobie wyobrazić, co by to mogły być za wielkie i wąskie kolce, ale 

zapytaliśmy właściciela ławki, czy w ostatnich dniach coś na niej leżało. Gdy zapytał, co by to 

mniej więcej mogło być, odpowiedziałem, że darnina albo wazon z kwiatami. Nie, nic takiego 

na ławce nie było. Wtedy odezwał się Hiacynt, ale byłoby dużo lepiej, gdyby milczał. 

— Niech pan sobie przypomni, to było tego dnia, kiedy mnie pan uderzył kijem po 

plecach, a wtedy ja pana przewróciłem na ziemię. Chciałem pana ugryźć, ale wtedy jeszcze nie 

wiedziałem, jak twarda jest pańska skóra i jak silne są moje szczęki, więc zrezygnowałem. 

Właściciel ławki zaczął mi się uważnie przyglądać, a potem stwierdził, że musiałem się 

pomylić, bo on od ponad miesiąca nikogo nie uderzył, a jego jeszcze nikt nigdy w życiu nie 

background image

powalił. Najgorsze, że za tę wypowiedź odpowiedzialny byłem ja. Próbowałem to naprawić: 

— Wie pan, mój przyjaciel... och, to jeszcze gorzej...  — tłumaczyłem obrazowo. — 

Miałem na myśli pańskiego psa. Pan go uderzył kijem, a on pana powalił. Czy tak? 

Człowiek najpierw z powątpiewaniem pokręcił głową, a potem skinął twierdząco. Tak, 

to się rzeczywiście zdarzyło. Jego Fido był tego dnia bardzo dziwny, a w ogóle jest bardzo 

wierny. 

— A co było w tym czasie na ławce? — zapytał Hiacynt. 

— Nic, o ile pamiętam... zaraz, odłożyłem kapelusz, ale to nie jest ani kwiat, ani trawa. 

— Może ten, który ma pan teraz na głowie? — zapytałem pełen nadziei. 

— Tak to ten. Ale nie rozumiem, dlaczego to ma być takie ważne. W ogóle wszyscy 

troje wydajecie mi się jacyś dziwni, a zwłaszcza pan. 

Kiedy mężczyzna umilkł, chciałem usłyszeć, co Hiacynt myśli o tym wszystkim, ale 

odpowiedzi  nie  było.  Zwróciłem  się  do  Hasela,  mając  nadzieję,  że  nawiążę  kontakt  z  żoną 

Hiacynta, ale odpowiedział mi tylko pełnoprawny właściciel tego ciała. 

— Co by to miało znaczyć, martwię się. 

.Ale nikt nie mógł dać mi zadowalającej odpowiedzi. Dopiero jak już byliśmy pewni, 

że na zawsze straciliśmy kontakt z naszymi gośćmi, odezwałem się w imieniu Hiacynta: 

—  Wszystko  w  najlepszym  porządku.  Odnaleźliśmy  statek,  on  się  rzeczywiście 

znajduje na kapeluszu tego ciała. Teraz rozumiem, co to za wysokie kolce. To włoski weluru. 

No, a jak byśmy teraz załadowali paliwo? 

Spojrzałem na butelkę. Czy mam wylać całą tę rtęć na kapelusz? Oczywiście pomysł 

był  głupi. A Hiacynt już zaczął. Spostrzegłem, że otwiera butelkę. Wtedy ją przechyliłem i 

ostrożnie wylałem kilka kropli na kamienną podłogę. Nie zauważyłem, żeby z tą rtęcią coś się 

działo. Jedynie powiedziałem sam do siebie: 

— Nie ruszaj się teraz. Ja to wszystko zrobię. Potem odezwał się Haseł: 

—  Dziękujemy  państwu  najpiękniej  za  pomoc.  Zaopatrzyliśmy  się  w  paliwo  i 

odlatujemy. Jak widzicie, nie wzięliśmy dużo rtęci. Dopiero teraz odkryliśmy, jaki nasz świat 

jest malutki wobec waszego. 

— Ale, proszę państwa — zdziwiłem się — jak to się dzieje, że nie widzę rtęci, którą 

wzięliście? Powinno być widać chociaż jedną kroplę. 

— Och, zatrzymuje mnie pan swoją ciekawością. Ale dobrze, powiem wam i to. Nasz 

świat jest zbudowany z zupełnie innej materii, jeśli w ogóle można mówić o materii w waszym 

rozumieniu.  Nam  była  potrzebna  tylko  istota  rtęci  i  tę  wzięliśmy.  A  terae  bądźcie  zdrowi. 

Hiacynt już zaczął rozgrzewać silniki 

background image

 

*** 

Nazajutrz  odwiedziłem  mego  przyjaciela  w  banku.  Chciałem  się  koniecznie 

dowiedzieć, jakim sposobem nagle w torbie znalazły się pieniądze, których ja nie widziałem. 

Nawet figa zniknęła. Ale spotkało mnie rozczarowanie. 

— Niestety torby już u mnie nie ma — mówił szef oddziału depozytów. — Przyszedł 

policjant i zaniósł na posterunek. 

Dowiedziałem  się,  że  potrzebna  była  komisarzowi,  który  mnie  przesłuchiwał.  On 

oczywiście wiedział, skąd się ta torba wzięta, i łatwo mógł zaspokoić moją ciekawość. 

Nie  chciałem  tracić  czasu.  Na  pytanie,  dlaczego  tak  szybko  wybiegiem  z  banku, 

odpowiedziałem dwuznacznie, nadmieniając, że mi się nagle zrobiło niedobrze. 

Na posterunku mi powiedziano, że komisarz jest zajęty. Kiedy czekałem w korytanzu, 

w  pewnej  chwili  wyszedł  z  pokoju  komisarza  jakiś  chudy  mężczyzna  z  czarną  spiczastą 

bródką. Odprowadzał go komisarz, co mnie tak nie zdziwiło jak to, że chudy człowiek trzymał 

w ręce moją torbę. 

Komisarz zauważył mnie i zaprosił do wejścia, a po drodze przytrzymał swego gościa. 

— To ten — rzucił komisarz i wskazał na mnie. 

— Pan pozwoli, że się przedstawię — rzekł człowiek z bródką, trzasnął obcasami, zgiął 

się w pasie i podał rękę. — Marinelli, zapewne słyszał pan o mnie. 

— Nigdy ani słowa — odrzekłem szczerze. 

— Szkoda, ale ja słyszałem o panu. Widzę, że pan miał wiele kłopotów z moją torbą. 

— Pańską torbą? — odpowiedziałem wolno i w tej chwili zaczęło mi się przejaśniać. 

—  Tak  —  wtrącił  się  komisarz  —  to  jest  torba  pana  Marinellego.  Została  mu 

ukradziona,  i  kiedy  dzisiaj  zgłosił  kradzież  i  opisał  jej  właściwości,  zaraz  sobie 

przypomniałem,  że  mogła  to  być  pańska,  a  właściwie  ta,  którą  pan  kupił  na  ulicy.  Dlatego 

natychmiast po nią postałem i nie omyliłem się. 

— A skąd panu przyszło do głowy, że właśnie mogłaby to być ta moja? — chciałem 

jeszcze wiedzieć. 

— Bardzo prosto. Pan Marinelli wszystko mi wyjaśnił. Proszę spojrzeć. 

Komisarz otworzył torbę. Była pusta. Potem poprosił mnie, bym włożył do torby kartkę 

papieru. Następnie znów ją zamknął i podał mi, żebym wyjął papier. Kiedy otworzyłem torbę, 

spozierała na mnie figa. 

Komisarz zaśmiał się, widząc moje zdumienie, a potem mi wyjaśnił: 

— Dwie przegrody. To wszystko. Jak ją pan przechyli w tę stronę, otwiera się druga 

background image

przegroda i widać figę. Jak przechyli pan w przeciwnym kierunku, otwiera się właściwa. To 

chyba jasne. 

Z  tymi  słowami  podał  torbę  prawowitemu  właścicielowi,  który  ją  wziął,  skłonił  się 

ponownie i rzekł: 

—  Było  mi  miło.  Mam  nadzieję,  ze  dziś  wieczorem  zaszczyci  pan  obecnością  mój 

występ w restauracji „Odeon". Proszę tylko spytać o iluzjonistę Marinellego, a otrzyma pan 

najlepszy stolik. 

 

*** 

Zwróciłem się do szeregu osób, które mogłyby coś wiedzieć o problemie, jaki mnie 

męczył.  Postawiłem  następujące  pytania:  Czy  możliwy  jest  świat,  którego  my  nie  możemy 

widzieć, a także ten świat nas? Dalej: Czy w takim świecie może istnieć istota rozumna? Czy 

inteligencja,  która  przeniknęła  do  mózgu  jakiejś  normalnej  istoty,  mogłaby  kontrolować  jej 

ruchy i odczuwać to, co ona czuje? 

Gdy  nieopatrznie  napomknąłem,  że  mnie  coś  takiego  przydarzyło  się  naprawdę, 

natychmiast mi radzono, żebym poszukał dobrego psychiatry. No, ale jeśli stawiałem pytanie 

teoretycznie, to otrzymywałem taką odpowiedź. I odpowiedzi te zapisałem. 

Ponad połowa ankietowanych odrzuciła wszelką myśl, że którakolwiek z moich tez jest 

możliwa. Pozostali byli jednak ostrożniejsi w wypowiedziach. 

W gruncie rzeczy mogłem wyodrębnić następującą tezę, która u jednych była jaśniej, u 

drugich bardziej bojaźliwie wysnuta: Co to jest materia? Materia jest formą energii. Powstaje 

teraz pytanie, czy jedyna forma materii składa się z protonu dodatniego i elektronu ujemnego, 

czy też w przyrodzie istnieją jeszcze inne kombinacje. A co, jeśli nasza forma materii jest tylko 

jedną  z  wielu  tysięcy  możliwych?  A  weźmy  pod  uwagę  przestrzeń.  Czy  możemy  sobie 

wyobrazić ją jako coś, co znajduje się w jakiejś szafie, lub jako coś, co się znajduje wokół ja-

kiegoś  przedmiotu,  na  przykład  kuli?  Tak  czy  inaczej  przestrzeń  jest  niewyobrażalna  bez 

materii. Dlatego możemy przypuścić, że istnieje także bardzo mała przestrzeń w stosunku do 

naszych wyobrażeń, podczas gdy dla tych, którzy znajdują się w tej przestrzeni, byłaby ona 

wielka  jak  nasz  wszechświat.  Jest  zupełnie zrozumiałe,  że  takie  istoty,  aby  zobaczyć  naszą 

materię, musiałyby być do niej dopiero adaptowane, jak również można by przypuszczać, że 

działają poprzez mózg osoby, w którą by wniknęły. 

Dłużej myśleć już nie mogłem, bo mi zdrętwiała ręka. Dolores oglądała telewizję, a ja 

popychałem  lewą  ręką  kolebkę  z  bliźniakami  Kiedy  ścierpła  mi  zupełnie,  przestałem  je 

usypiać. Dolores natychmiast zareagowała. 

background image

— Kołysz dzieci! 

Kołysząc je prawą ręką pojąłem, że wcale nie trzeba Hiacynta, aby kierować moimi 

ruchami.