background image

Iris Johansen

Mroczny tunel

Przełożyła Xenia Wiśniewska

LUCKY Warszawa 2005

ROZDZIAŁ 1

Calhoun, Georgia

Joe patrzył, jak ekipa patologa ostrożnie wyciąga z grobu ciało owinięte w ciemnozielony koc.

- Dzięki, że przyjechałeś, Quinn. - Detektyw Christy Lollack szła w jego stronę. - Wiem, że to nie twoja sprawa, 

ale jesteś mi potrzebny. Coś tu jest nie w porządku.

- Co takiego?

- Spójrz na nią. - Christy zbliżyła się do noszy, na których położono ciało. - Dzieci, które ją znalazły, mało nie 

zwymiotowały. - Zdjęła koc okrywający zwłoki.

Kobieta nie miała twarzy, została tylko czaszka. Ale reszta ciała, od szyi w dół, była prawie nietknięta.

- Wygląda na to, że ktoś nie chciał, żebyśmy ją zidentyfikowali.

-  Joe  spojrzał  na  ręce  kobiety.  -  Spieprzył  sprawę,  powinien  był uciąć  jej  dłonie.  Zidentyfikujemy  ją  po 

odciskach palców. Badanie DNA zajmie trochę czasu, ale ...

- Przyjrzyj się dokładnie. Jej opuszki są spalone - przerwała mu Christy. - Nie będzie żadnych odcisków. Trevor 

mnie uprzedzał, że tak może być.

- Kto?

-  Inspektor  ze  Scotland  Yardu,  Mark  Trevor.  Przeczytał  o  zabójstwie  Dorothy  Millbruk  w  Birmingham  i 

przesłał do nas maila, a kapitan podrzucił go mnie. Podobno Trevor wysłał takie same maile do większości miast na 
południowym zachodzie uprzedzając, że sprawca może udać się w tym kierunku.

Millbruk.  ..  wyjątkowo  brutalne  zabójstwo  prostytutki,  cztery  miesiące  temu.  Joe  szybko  przypomniał  sobie 

szczegóły zbrodni. - Sprawa z Millbruk nie jest powiązana z tą, zabójca miał inne modus operandi. Tamta kobieta 
została spalona żywcem, a ciało porzucono na śmietniku.

- Ale zanim zaczęła płonąć, nie miała już twarzy - zauważyła Christy.

- Jednak nikt nie próbował uniemożliwić policji z Birmingham jej identyfikacji. Byli w stanie sprawdzić odciski 

palców. - Joe potrząsnął głową. - To nie ten sam zabójca, Christy.

- Cieszę się, że jesteś tego taki pewny - odparła złośliwie - bo ja nie. Nie podoba mi się to. A jeżeli zdarł z niej 

twarz, żeby opóźnić chwilę, w której zorientujemy się, że przeniósł się do nas?

- Możliwe. Więc czego ode mnie oczekujesz, Christy? Proszenie o pomoc nie jest w twoim stylu.

-  Chcę,  żebyś  zabrał  czaszkę  do  Eve,  jak  tylko  patolog  skończy  z  ciałem.  Chcę  wiedzieć,  jak  ta  kobieta 

wyglądała, zanim dowiem się, kim była.

background image

Właśnie takiej odpowiedzi się spodziewał, nie pierwszy raz proszono go, żeby pośredniczył  między policją a 

Eve. Była prawdopodobnie najlepszym rzeźbiarzem sądowym na świecie i kapitan zawsze bez skrupułów korzystał 
z jej umiejętności. Potrząsnął głową.

- Nie ma mowy. Ona jest zawalona robotą i ma mnóstwo zaległych spraw, nie będę dorzucał jej kolejnej.

- Musimy to wiedzieć, Joe - upierała się Christy.

- Nie chcę, żeby się wykończyła.

-  Na  litość  boską,  czy  myślisz,  że  prosiłabym  cię  o  to,  gdyby sprawa  nie  była  naprawdę  pilna?!  Lubię  Eve, 

znam ją i Jane prawie tak długo jak ciebie. Ale jestem przerażona. Musi to zrobić, do cholery!

- Z powodu jakichś mglistych poszlak ze Scotland Yardu? A co oni, do diabła, mają z tym wspólnego?

- Dwa zabójstwa w Londynie. Jedno w Liverpoolu. Jedno w Brighton. Nigdy nie złapali sprawcy i uważają, że 

przeniósł  się  z  Wielkiej  Brytanii  do  Stanów  trzy  lata  temu  -  powiedziała  Christy.  -  No  to  mogą  poczekać  na 
identyfikację. Albo do czasu, aż Eve będzie miała mniej pracy.

Christy potrząsnęła głową.

- Chodź ze mną do samochodu, pokażę ci maila Trevora.

- Nie zmienię zdania.

Ruszyła w stronę samochodu, a Joe po chwili wahania poszedł za nią. Otworzyła laptopa i znalazła wiadomość.

- Jest tutaj. Przeczytaj i zdecyduj sam. - Odwróciła się na pięcie. - Ja mam teraz robotę do skończenia.

Przeczytał list i raport, po czym otworzył załącznik, żeby obejrzeć zdjęcie ofiary.

Zamarł z przerażenia. A niech to szlag!

Domek nad jeziorem Atlanta, Georgia

Nie mogła oddychać. Nie!

Nie mogę umrzeć, myślała gorączkowo. Nie osiągnęła tego wszystkiego tylko po to, żeby leżeć na zawsze w 

ciemności. Jest za młoda, ma zbyt wiele rzeczy do zobaczenia, do zrobienia, do przeżycia.

Następny zakręt i wciąż żadnego światełka na końcu tunelu. Może końca nie ma?

A może to właśnie jest koniec?

Jest tak gorąco i nie ma czym oddychać.

Czuła, jak w gardle wzbiera jej krzyk przerażenia.

Nie poddawaj się! Strach jest dla tchórzy, a ona nigdy nie była tchórzem.

Ale, dobry Boże, jest tak gorąco. Nie zniesie ...

- Jane! - Ktoś nią potrząsał. - Obudź się, kochanie! To tylko sen. Nie, to nie jest sen.

- Do diabła, obudź się! Przerażasz mnie.

Eve. Nie wolno przestraszyć Eve. Może to był sen, skoro ona tak mówi. Jane zmusiła się, by otworzyć oczy i 

spojrzała prosto w zaniepokojoną twarz Eve.

Niepokój ustąpił miejsca uldze.

background image

-  Uff,  to  musiał  być niezły  koszmar.  -  Eve  odgarnęła  włosy  z jej  twarzy.  -  Miałaś  zamknięte  drzwi,  a i  tak 

słyszałam, jak jęczysz. Już w porządku?

W porządku. - Jane zwilżyła językiem usta. - Przepraszam, że cię obudziłam.

Powrócił normalny rytm uderzeń serca i ciemność zniknęła. Może już nie wróci. A nawet jeśli, to na pewno nie 

przeszkodzi już Eve.

- Wracaj do łóżka - powiedziała.

- Nie spałam. Pracowałam. - Eve zapaliła lampkę przy łóżku i uśmiechnęła się, zerknąwszy na swoje dłonie. - I 

nie wytarłam rąk z gliny, zanim tu przyszłam, pewnie masz ją we włosach.

- Nie szkodzi, i tak muszę je rano umyć. Chcę dobrze wyglądać na zdjęciu w prawie jazdy. - To jutro?

Jane westchnęła z rezygnacją.

- Mówiłam ci wczoraj, że ty albo Joe będziecie musieli mnie podwieźć.

-  Zapomniałam.  -  Eve  uśmiechnęła  się.  -  Może  to  podświadome  wyparcie.  Pierwsze  prawo  jazdy  to  taka 

przepustka w dorosłość. Może nie chcę, żebyś stawała się niezależna.

- Oczywiście, że chcesz. - Jane spojrzała jej w oczy. - Od chwili, kiedy jesteśmy razem, troszczysz się, żebym 

mogła sama sobie poradzić w każdej sytuacji, od lekcji karate po wytresowanie Tobiego na psa obronnego. Więc 
nie mów mi, że nie chcesz, żebym była niezależna.

- No, w każdym razie nie na tyle, żebyś opuściła Joego i mnie.

-  Nigdy  tego  nie  zrobię.  -  Jane  usiadła  i  obdarzyła  Eve  szybkim, niezręcznym  pocałunkiem.  Nawet  po  tych 

wszystkich  latach czułe gesty nie przychodziły jej łatwo. - Będziecie  musieli mnie wyrzucić, wiem, kiedy mi się 
trafia dobra meta. A więc które z was zawiezie mnie do fotografa?

- Pewnie Joe, ja muszę jak naj prędzej skończyć tę czaszkę.

- Dlaczego to takie pilne?

Eve wzruszyła ramionami.

- Nie mam pojęcia. Joe przyniósł czaszkę z posterunku i poprosił, żebym zajęła się nią w pierwszej kolejności. 

Mówił, że ma coś wspólnego z serią zabójstw.

Jane przez chwilę milczała.

- Dziecko?

Eve pokręciła głową.

- Kobieta. - Zmrużyła oczy. - Pomyślałaś, że to może być Bonnie?

Jane  zawsze  myślała,  że  to  Bonnie,  córka  Eve,  zamordowana w  wieku  siedmiu  lat.  Jej  ciała  nigdy  nie 

odnaleziono, a tragedia popchnęła Eve w stronę rzeźbiarstwa sądowego. Chciała identyfikować ofiary morderstw i 
pomagać innym zrozpaczonym rodzicom. Poszukiwania Bonnie i uprawiany z pasją zawód zdominowały jej życie. 
Jane potrząsnęła głową.

- Gdybyś przypuszczała, że pracujesz nad czaszką Bonnie, nigdy nie usłyszałabyś, że jęczę.

Podniosła  dłoń,  by  powstrzymać  Eve,  która  już  otwierała  usta.  -  Wiem,  wiem,  nie  kochasz  mnie  mniej,  niż 

kochałaś Bonnie.

background image

To  co  innego,  wiem  o  tym,  od  samego  początku.  Bonnie  była  twoim  dzieckiem,  a  my  jesteśmy  bardziej  ... 

przyjaciółkami. I to mi odpowiada. - Położyła się z powrotem. - Teraz wracaj do pracy, a ja się prześpię. Dziękuję, 
że przyszłaś i mnie obudziłaś. Dobranoc.

Eve milczała przez chwilę ..

- O czym był ten koszmarny sen? - spytała w końcu.

Gorąco. Przerażenie. Ciemność. Noc bez powietrza i nadziei.

Nie, była nadzieja ...

- Nie pamiętam. Czy Tobi już wrócił?

- Jeszcze nie. Nie wiem, czy to dobry pomysł, żeby wypuszczać

go w nocy ... w końcu to półwilk.

- Dlatego pozwalam mu się włóczyć - powiedziała Jane. - Teraz, kiedy podrósł, musi mieć więcej swobody. Ma 

w sobie dużo z psa myśliwskiego, zagraża jedynie wiewiórkom, albo i to nie. Złapał kiedyś jedną i chciał się tylko z 
nią bawić. - Ziewnęła. - Sara powiedziała, że może wychodzić w nocy, ale nie wypuszczę go, jeśli chcesz.

- Nie, chyba nie. Sara powinna wiedzieć najlepiej. - Sara Logan była najlepszą przyjaciółką Jane i jednocześnie 

treserką psów, to ona podarowała Jane Tobiego. - Po prostu uważaj na niego.

- Będę, jestem za niego odpowiedzialna. Wiesz, że cię nie zawiodę.

- Nigdy nie zawiodłaś. - Eve wstała. - Jutro urządzimy małe

święto, jak wrócisz ze swoim prawem jazdy.

Jane uśmiechnęła się szelmowsko. - Upieczesz ciasto?

-  Nie  bądź  złośliwa,  nie  jestem  aż  tak  złą  kucharką!  Byłoby  ci głupio,  gdybym  upiekła.  -  Uśmiechnęła  się 

szeroko, idąc w stronę drzwi. - Powiem Joemu, żeby w drodze do domu zatrzymał się w Dairy Queen i kupił tort 
lodowy.

- Dużo rozsądniej.

Eve zerknęła na nią przez ramię.

- Może zbyt rozsądnie. Zastanawiam się czasem, czy nie wychowałam cię na zbyt odpowiedzialną, Jane.

- Nie bądź niemądra. - Jane zamknęła oczy. - Niektórzy ludzie rodzą się odpowiedzialni, a niektórzy, żeby żyć 

jak motyle. Nie ma to z tobą nic wspólnego, nie jesteś nawet moja matką. Dobranoc, Eve.

- Cóż, chyba właśnie dostałam reprymendę - mruknęła Eve. Jej wzrok przykuł leżący na parapecie szkic. Tobi 

śpiący na swoim posłaniu przed kominkiem. - To bardzo dobre. Z każdym dniem idzie ci lepiej - pochwaliła.

-  Tak,  to  prawda.  Nie  będę  Rembrandtem,  nie  mam  zadatków  na  geniusza,  ale  zawsze  uważałam,  że  życie 

sztuką jest dla niebieskich ptaków. Ja chcę kontrolować swoją karierę - uśmiechnęła się. - Tak jak ty, Eve.

- Ja  nie zawsze mam nad nią  kontrolę. - Eve przeniosła spojrzenie ze szkicu na Jane.  - Myślałam, że chcesz 

tresować psy przewodniki, jak Sara.

- Może. A może nie. Chyba czekam, aż kariera mnie wybierze.

-  Cóż,  masz  mnóstwo  czasu  na  podjęcie  decyzji.  Chociaż  twoje zachowanie  jest  nieco  zaskakujące,  zawsze 

dokładnie wiesz, czego chcesz.

- Nie zawsze - uśmiechnęła się figlarnie Jane. - Może to moje dojrzewające hormony wchodzą mi w paradę.

background image

Eve zachichotała.

-  Wątpię.  Nie  wierzę,  żebyś  pozwoliła  czemukolwiek  wejść  ci  w  paradę  -  powiedziała  otwierając  drzwi.  -

Dobranoc, Jane.

- Nie pracuj za długo. Zbyt wiele nocy zarwałaś przez te ostatnie kilka tygodni.

- Powiedz to Joemu, jemu naprawdę zależy na tej rekonstrukcji.  Dziwne. To on zawsze namawia cię, żebyś 

więcej odpoczywała. - Jane zacisnęła usta. - Nie martw się, już ja mu wygarnę. Ktoś musi się o ciebie troszczyć.

- Nie martwię się - uśmiechnęła się Eve. - Nie wtedy, gdy mam ciebie po swojej stronie.

- Joe też jest po twojej stronie. Ale to facet, a oni są inni.

Czasami różne rzeczy przeszkadzają im myśleć.

- Bardzo celna obserwacja. Musisz powtórzyć to Joemu.

- Powtórzę, on lubi, jak jestem bezpośrednia.

- O, to na pewno można o tobie powiedzieć - mruknęła Eve,

wychodząc z pokoju.

Uśmiech  Eve  zniknął,  gdy  tylko  zamknęła  za  sobą  drzwi  sypialni.  Uwagi  Jane  były  dla  niej  typowe: 

bezpośrednie,  pełne  troski  i  bardzo  dojrzałe.  Poszła,  żeby  ją  uspokoić,  a  to  Jane  uspokoiła  ją.  -  Wszystko  w 
porządku? - Joe stał w drzwiach ich sypialni.

- Z Jane?

- Koszmar - Eve skierowała się do studia - ale ona nie chce o tym mówić. Pewnie myśli, że koszmary są oznaką 

słabości, a Boże uchowaj, żeby Jane okazała jakąś słabość.

- Tak jak ktoś inny, kogo znam. - Joe poszedł za nią. - Chcesz kawy? Przydałaby ci się teraz.

Eve przytaknęła.

- Brzmi nieźle. - Podeszła do swojego warsztatu pracy. - Zawieziesz ją jutro na zdjęcie i po odbiór prawa jazdy?

- Oczywiście, już to zaplanowałem.

- Ja zapomniałam - skrzywiła się. - Jesteś lepszym rodzicem niż ja, Joe.

- Harowałaś jak wół. - Joe wsypał kawę do ekspresu - i to przeze mnie. Poza tym J ane wcale nie potrzebowała 

rodziców, kiedy do nas przyszła. Nie była dziewczynką z zapałkami. Kurde, może i miała dziesięć lat, ale prawa 
ulicy znała jak trzydziestoletnia kobieta. Zrobiliśmy co w naszej mocy, żeby stworzyć jej dobry dom.

- Ale ja chciałam, żeby ... - Eve zapatrzyła się na czaszkę niewidzącym wzrokiem. - Ona ma siedemnaście lat, 

Joe. Czy wiesz, że nigdy nie słyszałam, żeby mówiła o pójściu na randkę, na szkolny bal czy chociażby na mecz? 
Uczy się, bawi z Tobim i szkicuje. To nie wystarczy.

- Ma przyjaciół. W zeszłym tygodniu spała u Patty.

- A jak często to się zdarza?

- Uważam, że jest bardzo zrównoważona, jeśli wziąć pod uwagę jej pochodzenie. Za bardzo się przejmujesz -

stwierdził Joe. - Może powinnam była zacząć przejmować się wcześniej. Po prostu ona zawsze zachowywała się tak 
dojrzale, że zapomniałam, że jest jeszcze dzieckiem.

-  Nie,  nie  zapomniałaś,  tylko  od  razu  zorientowałaś  się,  że  jesteście  podobne  jak  dwie  krople  wody.  Na  ilu 

balach szkolnych byłaś jako nastolatka?

background image

- To co innego.

- Pewnie, bo twoja matka była narkomanką, a ona dorastała w tuzinie rodzin zastępczych.

Eve skrzywiła się.

- No dobrze, więc  obu nam nie  było lekko, kiedy byłyśmy dziećmi, ale  dla Jane  chciałam czegoś lepszego  -

powiedziała.

- Ale Jane też musi tego chcieć. Na pewno uważa, że szkolne bale są głupie. Wyobrażasz ją sobie w sukience z 

falbankami, wsiadającą do jednej z tych długaśnych limuzyn, które młodzież teraz wynajmuje?

- Wyglądałaby pięknie - rozmarzyła się Eve.

- Ona jest piękna - powiedział Joe. - I silna, i mądra, i chciałbym ją mieć przy sobie w trudnych sytuacjach. Ale 

nie jest afektowaną nastolatką, Eve - nalał kawę do filiżanki i podał jej - więc przestań wtłaczać ją w taką rolę.

- Tak, jakby to było możliwe. Nikt nie zmusi Jane do niczego, na co sama nie ma ochoty. - Wypiła łyk kawy i 

skrzywiła  się·  -  Zrobiłeś  strasznie  mocną.  Naprawdę  chcesz  mnie  trzymać  na  nogach,  dopóki  nie  skończę  tej 
czaszki?

- Tak.

- Dlaczego? Dziwnie się zachowujesz, nawet J ane to zauważyła.

- Bo to ważne dla sprawy. Nadałaś jej już imię?

- Oczywiście. To Ruth. Wiesz, że zawsze je nazywam, zanim zacznę z nimi pracować. W ten sposób okazuję im 

szacunek.

- Tylko spytałem - mruknął Joe, idąc w stronę drzwi wejściowych. - Chyba słyszę Tobiego.

- Zmieniłeś temat.

- Tak  -  uśmiechnął  się  przez  ramię.  -  Po  tych  wszystkich  latach  muszę  zachować  odrobinę  tajemniczości. 

Gdybym zrobił się zbyt przewidywalny, mogłabyś się mną znudzić.

- Nie ma szans. - Odwróciła wzrok. - Kiedyś myślałam, że potrafię przewidzieć, co zrobisz, ale teraz już nie. -

Cholera jasna!

Podniosła wzrok i zobaczyła jego wściekłe spojrzenie.

- Przepraszam. Nie powinnam była tego mówić - wycofała się.

- Nie, do diabła, nie powinnaś była - powiedział ostro. - Chociaż wiem, że o tym myślisz. Kiedy mi wreszcie 

zaufasz?! - Ufam ci.

- Do pewnych granic.

- Nie wrzeszcz na mnie. Sam ustanowiłeś te granice - przypomniała mu.

- Skłamałem. Zdradziłem cię. Ale dobrze wiesz, że zrobiłem to tylko po to, żebyś nie cierpiała.

-  Pozwoliłeś  mi  myśleć,  że  pochowałam  ciało  mojej  Bonnie,  a  to  była  jakaś  inna  dziewczynka.  Zrobiłeś  to 

celowo.  -  Eve  spojrzała  mu  prosto  w  oczy.  -  Powiedziałam,  że  potrzebuję  czasu,  żeby  ci  wybaczyć.  I  próbuję. 
Próbuję każdego dnia. Ale czasami to do mnie wraca i ... Kocham cię, Joe, ale nie mogę przez cały czas udawać. 
Jeżeli to ci nie wystarcza, twój wybór.

background image

- I wiesz, jaki ten wybór będzie. - Odetchnął głęboko. - Biorę to, co możesz mi dać. Nie pozwolę ci odejść. -

Otworzył siatkę przy drzwiach wejściowych. - Każdy dzień, każdy miesiąc z tobą to bonus. Przejdziemy przez to. 
Gdzie jest ten piekielny pies? - Wyszedł na ganek i słyszała, jak gwiżdże. - Tobi!

Joe był zły, czuł się zraniony. Gdyby Eve nie była tak zmęczona, nie Pozwoliłaby, żeby wymknęły jej się te 

słowa, zwykle była bardziej uważna. Kiedy zdecydowała się zostać z Joem postanowiła, że zrobi wszystko, żeby im 
się udało. Wiedziała, że będzie to trudne, ale nic, co cenne, nie przychodzi łatwo. Przez większość czasu, kiedy byli 
razem, było im ze sobą dobrze.

- Mam go! - Tobi wpadł do pokoju, dysząc radośnie. - Był na polowaniu, ta wilcza krew coraz bardziej daje o 

sobie  znać.  Nie  jestem  pewien,  czy  Sara  dobrze  robi,  pozwalając  mu  na  te  włóczęgi.  -  Joe  w  widoczny  sposób 
zignorował napięcie, które jeszcze przed chwilą było między nimi.

- To samo powiedziałam Jane. - Eve chętnie poszła w jego ślady. - Powiedziała, że mu zabroni, jeżeli będziemy 

chcieli.

Joe schylił się i pogłaskał psa po łbie.

-  Będziemy  na  niego  uważać.  Może  domieszka  wilka  przydałaby  się  każdemu  stworzeniu.  Zawsze  czuję  się 

lepiej, kiedy Tobi jest z Jane. - Podniósł wzrok na Eve. - Pewnie dlatego Sara go jej dała, wiedziała, że będziesz 
czuła się pewniej, gdy Jane będzie miała ochronę.

-  Bo  Bonnie  jej  nie  miała.  -  Eve  pokręciła  głową.  -  Ale,  na  Boga,  nigdy  nie  przypuszczałam,  że  może  jej 

potrzebować! Nawet sobie nie wyobrażałam, że ktoś chciałby skrzywdzić moją Bonnie. Była taka .. cudowna, że ... 
- Zamilkła na chwilę. Nawet po tych wszystkich latach ból i gniew były ciągle żywe. - Ale ty wiesz wszystko o tych 
potworach, którzy zabijają niewinnych ludzi. Jesteś gliną, stykasz się z nimi każdego dnia. - Wróciła do mierzenia 
grubości tkanki. - Czy to kolejny potwór zabił tę kobietę, Joe?

- Tak sądzę. Możliwe, że zabija już od dłuższego czasu, tylko nie w naszym rejonie.

- Kiedy mi o niej opowiesz? - Eve spojrzała na niego przez ramię. - I nie mów mi, że to tajne. Bardzo dobrze 

wiesz, że możesz mi zaufać.

- Porozmawiamy o tym, kiedy skończysz. - Skinął na Tobiego.

-  Chodź,  chłopie,  wpuszczę  cię  do  pokoju  Jane,  zanim  zaczniesz wyć  pod  drzwiami.  Twoje  wycie  może 

każdemu  zapewnić  koszmarne  sny.  -  Ruszył  korytarzem,  ale  nagle  przystanął.  -  Wiesz,  w  zeszłym  tygodniu  też 
chyba śniło jej się coś złego. Byłem na górze, zajęty papierkową robotą i słyszałem, jak ... dyszy – westchnął - a 
może płakała? Nie wiem, kiedy zajrzałem do niej, spała spokojnie.

- Jeżeli tak często miewa koszmary, to może nie jest aż tak zrównoważona, jak myślisz.

- Dwa razy to nie jest często - zauważył. _ A ile było takich, o których nie wiemy?

- Wszystko,  co  możesz  zrobić,  to  wysłuchać  jej,  jeżeli  będzie  chciała  o  tym  porozmawiać.  Sama  miewasz 

koszmary i Bóg jeden wie, jak bardzo nie chcesz o nich mówić.

To prawda, miewała sny o Bonnie. Te złe odeszły, ale te krzepiące, na szczęście, pozostały.

- Spytałam ją, co jej się śniło, ale powiedziała, że nie pamięta.

Myślę, że skłamała. Może jutro tobie powie.

-  Nie  będę  jej  przesłuchiwał.  Jeżeli  temat  wypłynie  ...  -  wzruszył  ramionami  -  ale  nie  sądzę.  Jest  zbyt 

pochłonięta zdjęciem do prawa jazdy.

Eve uśmiechnęła się.

- Chce być pewna, że będzie na nim ładnie wyglądać. To pierwszy objaw próżności, jaki u niej widzę.

background image

- I obawiam się, że to będzie musiało ci wystarczyć - mrugnął porozumiewawczo - bo ty też nigdy nie będziesz 

próżna.

- Zdałam! - Jane zaparkowała, wyskoczyła z samochodu i wbiegła po schodach na ganek, gdzie czekała Eve. -

To był bardzo prosty test. Powinien być trudniejszy, wcale mi się nie podoba, że na drogach pełno jest małolatów, 
które po tak prostym teście ... Tobi, zejdź ze mnie! - Uściskała psa, a potem zepchnęła go z siebie . - Ale zdałam i 
zdjęcie też nie jest najgorsze, prawda, Joe?

-  Wręczyła  prawo  jazdy  Eve.  -  W  każdym  razie  jest  lepsze  niż  to w  dokumentach  mojego  instruktora,  na 

tamtym wyglądam jak jeden z Three Stooges*.

- To dlatego miałaś taki zły humor? Dlaczego nic nie powiedziałaś? Poczekalibyśmy, aż zrobisz następne.

- Spieszyliście się. To bez znaczenia.

* Three Stooges - grupa amerykańskich korników (przyp. tłum.).

Eve zmarszczyła brwi.

-  I  mogłaś  zrobić  prawo  jazdy  w  zeszłym  roku,  w  swoje  szesnaste  urodziny,  ale  nigdy  nie  wspomniałaś,  że 

chciałabyś je mieć.

-  Byliście  zawaleni  pracą  przez  cały  rok.  A  Joe  większość  czasu  spędzał  w  Macon  w  związku  z  tym 

zabójstwem.  Zdecydowałam,  że  zdam  egzamin  w  moje  siedemnaste  urodziny  i  razem  będziemy  mogli  się  tym 
cieszyć. Jak powiedziałam, to bez znaczenia. - Odwróciła się do Joego. - Dzięki za podwiezienie. Odwdzięczę się, 
przygotowując dla was obiad.

- Nic z tego. - Joe wysiadł z samochodu i wyjął z bagażnika torbę z zakupami. - To będzie uroczysty obiad, a ty 

jesteś  gościem honorowym. Wrzucę parę steków na grill . ...:.. Wszedł po schodach.  -  I zdała ten "prosty" test  z 
maksymalną liczbą punktów, Eve. Bez śladu zdenerwowania.

- Niczego innego się nie spodziewałam. - Eve spojrzała na prawo jazdy. Zdjęcie było bardzo dobre. Brązowe 

oczy Jane błyszczały w trójkątnej twarzy, raczej interesującej niż ładnej. Eve zawsze uważała, że Jane, ze swymi 
łukowatymi brwiami i wysokimi kośćmi policzkowymi, przypomina trochę Audrey Hepbum, ale Joe nie dostrzegał 
podobieństwa. Mówił, że Jane jest jedyna w swoim rodzaju i jeżeli już jest do kogoś podobna, to do Eve. Ten sam, 
rudobrązowy  odcień  włosów,  te  same pięknie  wykrojone  usta,  mocno zarysowany  podbródek.  -  Świetne  zdjęcie, 
Jane.

- Taa, nawet wyglądam, jakbym miała miligram inteligencji.

Skończyłaś już z Ruth? - Prawie.

-  To  dobrze.  -  Jane  spuściła  wzrok  i  pochyliła  się,  żeby pogłaskać  Tobiego.  -  Nie  przejmuj  się  obiadem, 

przyniosę ci kanapki. Uczcimy prawo jazdy kiedy indziej.

Kolejna zwłoka po tym, jak Jane czekała rok, bo Eve i Joe nie mieli czasu?

- Nie ma mowy. - Oddała dokument Jane. - To ważna okazja.

Ruth może poczekać.

- Naprawdę? - Jane podniosła wzrok i promienny uśmiech rozświetlił jej twarz. - Jesteś pewna? W końcu ja ... 

to był bardzo prosty test.

- Jestem pewna, nie  przepuszczę takiej  okazji. Jestem z ciebie  bardzo dumna. - Eve odwróciła się. - Tyle  że 

będę musiała pracować aż do kolacji, w porządku?

background image

- Oczywiście. Ale zrozumiem, jeżeli zmienisz zdanie. - Jane zbiegła ze schodów. - Chodź, Tobi, pójdziemy nad 

jezioro. - Zerknęła przez ramię. - Zawołaj mnie, Joe, jeśli będziesz potrzebował pomocy.

- Chyba sobie poradzę. - Joe  otworzył  drzwi. - Ty i Tobi  musicie pozbyć się nadmiaru  energii, może się nie 

denerwowałaś, ale na pewno jesteś podminowana. Nie wracaj, zanim się trochę nie uspokoisz.

Jane roześmiała się, ale nic nie powiedziała.

- Jest szczęśliwa. - Eve wciąż się uśmiechała. - Dobrze ją taką widzieć.

- Nie jest to aż tak niezwykłe, przecież nie snuje się na co dzień z ponurą miną. Zwykle jest raczej szczęśliwa.

- Wiem, ale to co innego. Myślisz, że powinniśmy kupić jej samochód?

-  Nie  przyjmie  go.  Już  wspominała  o  znalezieniu  pracy  na  pół  etatu,  żeby  mogła  sama  zarobić  na  auto  -

powiedział Joe.

- To będzie trwało wieki. Nie moglibyśmy sprezentować jej samochodu na urodziny?

- A ty jak myślisz? - Joe zerknął na Eve.

- Przejrzy nas od razu - westchnęła Eve.

-  Właśnie.  -  Joe  zaczął wypakowywać zakupy na  blat  kuchenny. -  Jedyne,  co możemy zrobić,  to  znaleźć jej 

najlepiej  płatną  pracę  w  okolicy  i  zapewnić  transport.  -  Rozwinął  steki.  -  Teraz  lepiej  wracaj  do  pracy.  Dużo  ci 
jeszcze zostało?

- Może uda mi się dzisiaj skończyć. Zabiorę się do wykańczania

jak tylko Jane pójdzie spać .. - Dobry pomysł. Joe podniósł torbę węgla i wyniósł na zewnątrz.

Żadnych protestów, że się przepracowuje. Żadnych sugestii, żeby odłożyła wykończenie na jutro.

Maleńka zmarszczka przecięła czoło Eve, kiedy ruszyła przez salon do studia. Twarz Ruth była pusta, czekała 

na ~

Wygładzenie i tchnięcie w nią życia.

Życie.

Eve spojrzała, jak Joe podpala węgiel w kamiennym grillu stojącym w ogrodzie. Życie składało się z tak wielu 

drobiazgów, godzin, doświadczeń. Jane właśnie dzisiaj przeszła przez jedno takie doświadczenie ...

Ale Ruth została zamordowana, zanim miała szansę poznać więcej niż początki kobiecości. Joe powiedział, że 

według raportu patologa miała około dwudziestu lat. Taka młoda.

-  Już  niedługo  -  wyszeptała  Eve.  -  Jeszcze  tylko  parę  pomiarów i  spróbujemy.  Przywołam  cię  z  powrotem, 

Ruth.

Kobieta była diabelnie ciężka.

Bolało go w piersi, kiedy niósł pod górę zawinięte w koc ciało. Była zbyt ciężka, zbyt zmysłowa. Wiedział, że 

to nie Cira, ale była zbyt podobna, musiała zostać wyeliminowana. Nie mógł ryzykować. Nie z Cirą. Nigdy z Cirą.

Stęknął,  kiedy  dotarł  do  szczytu  wzgórza.  Rzucił  ciało  na  ziemię  i  spojrzał  w  dół  na  śliski  stok  opadający 

wprost do jeziora Lanier. Woda była tu głęboka i  dodatkowo obciążył  koc, mogą nie  znaleźć zwłok nawet przez 
kilka tygodni.

A jeżeli znajdą je wcześniej, trudno, to nic nie zmieni.

Wziął głęboki oddech i zepchnął ciało, które zaczęło staczać się ze wzgórza. Patrzył, jak koc znika pod wodą.

background image

Zniknęła.

Podniósł głowę, wiatr owiewał mu twarz. Przeszedł go dreszcz podniecenia i poczuł się bardziej żywy niż w 

jakimkolwiek innym momencie, odkąd zdał sobie sprawę, co musi zrobić.

Był blisko niej. Czuł to.

-  No  dobrze  -  Eve  obróciła  stojak  w  stronę  światła  -  zaczynajmy,  Ruth.  Pomiary  więcej  nam  nie  powiedzą. 

Pomóż mi, sama nie dam rady.

Gładkość.

Zacznij od policzków. Pracuj szybko.

Nie myśl. Albo myśl o Ruth. O przywołaniu jej z powrotem. Zrób górną wargę. Wygładź. Trochę mniej?

Nie, tak jest dobrze. Gładkość. Dłonie Eve poruszały się szybko, bez zastanowienia. Kim jesteś, Ruth?

Powiedz mi. Pomóż mi. Środkowa część między nosem i ustami. Krótsza? Tak.

Gładkość. Gładkość. Gładkość.

Trzy godziny później Eve odjęła ręce od czaszki i zamknęła oczy. - Nic więcej nie mogę zrobić - wyszeptała. -

Mam nadzieję, że to wystarczy, Ruth. Czasami wystarcza. - Otworzyła oczy i odsunęła się od stojaka - Po prostu 
będziemy  musiały  ...  Mój  Boże!  -  Jeszcze  jej  nie  skończyłaś  -  powiedział  Joe,  stając  w  drzwiach.  Podszedł  do 
warsztatu i wziął pudełko pełne sztucznych gałek ocznych. - Wiesz, jakie jej dać.

- Niech cię szlag, Joe.

Wyjął dwie szklane gałki i podał jej. - Daj jej oczy.

Eve wcisnęła gałki w oczodoły i odwróciła się do niego.

- Co ty, do diabła, wyprawiasz? - Jej głos drżał. - Dlaczego nic mi nie powiedziałeś?

- Z tego samego powodu, dla którego nigdy nie przyjmujesz zdjęć swoich podopiecznych. To mogłoby mieć na 

ciebie wpływ.

- Oczywiście, że miałoby wpływ! Co się, do diabła, dzieje?!

- Spojrzała znowu na czaszkę. Podobieństwo było wyjątkowe.

Twarz  była  pełniejsza,  trochę  bardziej  dojrzała,  oczy  osadzone  nieco  bliżej  siebie,  ale  rysy  były  bardzo 

podobne. Szokująco, przerażająco podobne. - Do cholery, to Jane.

ROZDZIAŁ 2

Rzeczywiście, wygląda  jak starsza o .. dziesięć lat Jane: -:- Joe uważnie przyglądał się rekonstrukcji. - Miałem 

nadzieję, że jednak nie będzie podobna.

- Ta kobieta wygląda jak Jane i została zamordowana. - Eve objęła się ramionami, żeby powstrzymać dreszcze. 

- A ty wiedziałeś, co zobaczę, kiedy skończę pracę, wiedziałeś, że to będzie Jane.

-  Na  Boga,  przecież  nie  trzymałem  tego  w  tajemnicy  dłużej,  niż  to  było  absolutnie  konieczne!  -  powiedział 

ostro. - Zrobiłem to,  co musiałem. - Wziął  ze stołu płachtę i  przykrył czaszkę.  - Dokończyłaś rekonstrukcji  i już 
wiemy.

background image

- Nic nie wiemy. W każdym razie ja nic nie wiem. - Eve odwróciła się na pięcie i podeszła do zlewu, żeby zmyć 

glinę z rąk. Dłonie jej drżały. Nie panikuj. To nie może zdarzyć się znowu. Nie po raz drugi. Nie po Bonnie. - Ale 
zamierzam się dowiedzieć, Joe. Zamierzam dowiedzieć się wszystkiego i ty mi powiesz, co tu się dzieje.

- Powiem ci, co już wiem. Reszty się dowiemy, obiecuję ci, Eve. - Podszedł do stołu i otworzył laptopa. - Ta 

kobieta została znaleziona w płytkim grobie pod Calhoun. Miała spalone opuszki palców i nie miała twarzy, reszta 
ciała była nietknięta. Christy dostała ostrzeżenie ze Scotland Yardu, że zabójca mógł przenieść się w nasz rejon po 
domniemanym morderstwie kobiety w Birmingham.

- Domniemanym?

-  Nie  ten  sam  modus  operandi.  Tamta  kobieta  została  spalona i  morderca  właściwie  nie  próbował  ukryć  jej 

tożsamości, poza zniszczeniem twarzy. - Otworzył akta sprawy. - Była prostytutką i nielegalną imigrantką, policja 
nie  miała  żadnego  zdjęcia  aż  do  momentu,  gdy  parę  tygodni  po  morderstwie  jej  historia  ukazała  się  w  gazecie. 
Udało  mi  się  dotrzeć  do  tej  fotografii.  -  Obrócił  laptopa  w  stronę  Eve.  -  Nie  jest  identyczna,  ale  widać 
podobieństwo.

Następna Jane.

Chudsza, nie tak jędrne usta, skóra nierozświetlona młodością, ale rysy podobne.

- O co tu chodzi? - wyszeptała Eve.

Joe bez słowa otworzył następny dokument.

- To jest e-mail od inspektora Marka Trevora. Cztery ofiary z Wielkiej Brytanii - powiedział po chwili.

Wiedziała, co zobaczy, ale i tak przeżyła szok. 

- Wszystkie wyglądają jak Jane - stwierdziła.

- Niezupełnie. Nie są identyczne, ale wystarczająco podobne, żeby mogły być uznane za siostry.

I wszystkie były martwe.

- Seryjny zabójca? - Eve zwilżyła językiem usta. Joe przytaknął.

- W każdym z przypadków zniszczył twarz. Spalił, zerwał, oblał niezidentyfikowaną substancją chemiczną. -

Żeby ukryć ich tożsamość?

- Chyba nie to było celem, poza ostatnim zabójstwem.

Eve wzięła głęboki oddech.

- Zatem zrobił to, bo nienawidził ich wyglądu. I dlatego wybrał właśnie te kobiety.

- To logiczny wniosek - zgodził się Joe.

- Logiczny? Nic tu nie jest logiczne. Jestem śmiertelnie przerażona – wykrztusiła Eve. -Calhoun jest niedaleko 

stąd, a jeśli spalił jej opuszki, to usiłował upozorować robotę innego zabójcy. Nie chciał, żeby ktokolwiek domyślił 
się, że jest w tej okolicy. Dlaczego?

- Może nie chciał, żeby tutejsze kobiety stały się czujne.

- Ale nie wszystkie mają twarz Jane. - Eve zacisnęła pięści.

- A tego właśnie szuka ten świrus. Próbuje zabić wszystkie kobiety

podobne do Jane.

- On nic nie wie o Jane.

background image

- No to szuka kobiet, które wyglądają jak jego matka czy była dziewczyna, a są przy tym podobne do Jane ..

- To by pasowało do profilu seryjnego mordercy - przyznał Joe.

- Och, tak, wiem wszystko o tych profilach - wybuchnęła Eve - dużo o nich czytałam po śmierci Bonnie. Jedno 

jest pewne, nie pozwolę mu wykorzystać Jane do realizacji jego chorych fantazji. To się nie zdarzy po raz drugi.

- Oczywiście, że nie - powiedział cicho Joe. - Ja na to nie pozwolę. Myślisz, że tylko ty się troszczysz o Jane?

Oczywiście, że nie, on też ją kochał. Ale nie stracił córki. Nie znał bezustannego lęku, że może się to zdarzyć 

ponownie.

- Rozumiem. - Joe przyglądał się twarzy Eve. - Powinnaś zdawać sobie sprawę, że wiem, co czujesz. Kto zna 

cię lepiej niż ja?

Nikt. I nie była sprawiedliwa, strach mącił jej myśli.

- Przepraszam. Martwisz się tak sarno jak ja. Co teraz zrobimy? - spytała.

- Skontaktujemy się z Trevorem i dowiemy jak najwięcej o tym psychopacie. Mail ze Scotland Yardu był co 

najmniej  lakoniczny.  Dzwoniłem  dziś  koło  trzeciej  do  Trevora  na  komórkę,  nagrałem  się  i  prosiłem,  żeby 
oddzwonił. - Joe zerknął na zegarek. - Jest po północy. Możemy nie mieć od niego wiadomości przez następnych 
kilka godzin, tam jest dopiero piąta rano.

- Zadzwoń jeszcze raz. Nic mnie nie obchodzi, jeśli go obudzisz.

Joe pokiwał głową.

- I musimy się dowiedzieć, jak wpadli na to, że zabójca przeniósł się za Atlantyk, mimo że nie wiedzą, kim jest. 

Muszą mieć jakąś teorię, skoro pracują nad tą sprawą od co najmniej trzech lat. Musimy znać jego pobudki, jeśli 
marny przewidywać jego posunięcia.

- Wystarczy spojrzeć na te zdjęcia, żeby przekonać się, po co to robi. - Eve nie chciała już więcej patrzeć na 

fotografie. Za bardzo ją przerażały. Odwróciła głowę. - Sprawdzę, co u Jane.

- Wszystko w porządku, Eve, jest w sąsiednim pokoju.

- Pewnie to samo powiedzieli rodzice tej dziewczynki z Kalifornii, zanim morderca wszedł do ich domu i zabrał 

im dziecko.

- Jane nie jest małą dziewczynką. Jest twardą, mądrą nastolatką i każdy, kto chciałby z nią zadrzeć, niech lepiej 

ma się na baczności.

- Nikt nie będzie chciał z nią zadrzeć. Nikt jej nie skrzywdzi

-  powiedziała  Eve  gwałtownie.  -  Nie  pozwolę  na  to.  Nie  po  raz drugi.  Tylko  zadzwoń  do  tego  Trevora  i 

wszystko z niego wyciągnij. Znajdziemy tego sukinsyna, zanim on znajdzie Jane.

Jane spała spokojnie.

Żadnych snów tej nocy, pomyślała  Eve, patrząc na nią. A jeżeli były, to dobre. Eve nie pamiętała, żeby Jane 

kiedykolwiek  opowiadała  jej  o  swoich  snach.  Może  powinna  była  zapytać  przed  tym  wszystkim.  Jane  z  taką 
łatwością  wpasowała  się  w  ich  życie,  że  wydawało  się,  jakby  była  tu  zawsze.  To  było  tym  dziwniejsze,  że 
osobowość Jane była równie silna jak jej własna. Ale Jane nigdy nie chciała z nią rywalizować. Obdarzyła ich oboje 
uczuciem, ciężko pracowała na swoje miejsce w rodzinie i nigdy o nic nie prosiła.

Jane była cudowną istotą.

I nikt nie zniszczy tego cudu.

background image

Eve odwróciła się i  zamknęła  za sobą drzwi. Minęła rozmawiającego  przez telefon Joego i wyszła  na ganek. 

Usiadła na najwyższym stopniu i oparła głowę o balustradę. Powietrze było chłodne i czyste, a jezioro nieruchorne. 
Było pięknie i spokojnie, tutaj czuła, że jest w domu.

Ale dom mógł stać się miejscem rozpaczy i przerażenia. Kto wiedział lepiej niż ona, że nikt nie jest do końca 

bezpieczny?

-  Nikt,  mamo.  Ale  nie  powinnaś  się  martwić,  dopóki  nie  masz  konkretnych  powodów. Życie  jest  na  to  zbyt 

krótkie.

Eve odwróciła głowę i ujrzała Bonnie ubraną w dżinsy i ulubioną koszulkę z królikiem Bugsem, siedzącą ze 

skrzyżowanymi nogami na huśtawce na ganku.

-  To  samo  mówi  Joe,  ale  nie  zamierzam  słuchać  żadnego  z  was. On jest  zbyt  racjonalny,  a  ty  jesteś  snem. 

Uważam, że mam mnóstwo powodów do zmartwień.

Bonnie westchnęła.

- Nie jestem snem, tylko duchem. Gdzieś w głębi serca wiesz, że to prawda.

-  Nie  wiem.  Pewnie  wymyśliłam  cię  wtedy,  kiedy  byłam  tak  zrozpaczona,  że  zabiłabym  się,  gdybym  nie 

znalazła sposobu na to, Jak sobie z tym wszystkim poradzić.

- Tak, to dlatego przyszłam do ciebie po raz pierwszy.

- Uśmiech rozjaśnił twarz Bonnie. -l dlatego, że tęskniłam za tobą.

Eve poczuła, jak coś dławi ją w gardle. - Ja też za tobą tęsknię, kochanie.

_ Tęskniłabyś mniej,  gdybyś  pozwoliła Joemu zbliżyć się do siebie. Przez chwilę myślałam, że wszystko się 

między wami ułoży, ale go odepchnęłaś.

- Wiesz, dlaczego to zrobiłam. Bonnie westchnęła.

- Znowu przeze mnie. Popełnił błąd, ale zrobił to dlatego, że cię kocha.

- Wiem. Pracujemy nad tym.  - Eve spojrzała na jezioro.  - Dlaczego tu jesteś? Nie przychodziłaś  do mnie od 

miesięcy.

- Potrzebujesz mnie. Zawsze będę przy tobie, kiedy będę ci potrzebna.

Dlaczego przygląda się jezioru, skoro może patrzeć na Bonnie ?

Nie ma znaczenia, czy jest snem czy duchem, to Bonnie. Eve odwróciła się i intensywnie wpatrzyła w córkę.

- Oczywiście, że cię potrzebuję, w każdej minucie, każdego dnia.

- Nie mogę być z tobą przez cały czas. l masz innych bliskich, którzy cię kochają. Joe. Jane.

- Jane może mieć kłopoty, boję się o nią. Bonnie poważnie pokiwała głową.

- Ja też się o nią boję. On jest blisko.

- Kto jest blisko?

- Ten zły. - Bonnie opuściła nogi tak, że zakołysały się nad podłogą ganku. Taka mała dziewczynka, pomyślała 

Eve, mała i taka droga ...

- Nie wiesz, kto to jest?

Bonnie potrząsnęła głową.

background image

- Wiem tylko, że jest zły.

- Jak ten mężczyzna, który zabił ciebie?

- Nie  mogę o  tym  myśleć,  mamo.  To  minęło.  Nie  potrafię ci  odpowiedzieć.  Ale  wiem, że  mężczyzna, który 

zabił Ruth, jest mroczny i pokręcony.

- Cieszę się, że nie pamiętasz swojej śmierci, kochanie. - Eve odchrząknęła. - Ale szkoda, że nie możesz podać 

mi żadnych taktów. Jaki jest pożytek z takiego. nic niewiedzącego ducha?

Bonnie roześmiała Się, odrzucając do tyłu głowę.

- Jest  ze  mnie  pożytek.  Sprawiam,  że  nie  jesteś  ciągle  ponura  i  nie  masz  myśli  samobójczych.  Zresztą,  nie 

muszę być pożyteczna. l tak zawsze będziesz mnie kochać.

- Tak, to prawda.

- I zawsze będziesz kochała Jane, bez względu na wszystko.

- Nie jestem pewna, czy ona w to wierzy.

- Boi się uwierzyć. Zbyt wiele razy została zraniona.

- To było dawno temu. Joe i ja staraliśmy się wynagrodzić jej te wszystkie lata.

- Ona nie jest podobna do mnie, złe wspomnienia są wciąż przy niej.

- Więc co mogę zrobić? Bonnie potrząsnęła głową.

- Jane musi sama sobie z tym poradzić.

- Jeżeli zdąży. Jeżeli jakiś sukinsyn nie zabije jej, tak jak zabił ciebie.

- Nie pozwolisz na to. - Bonnie przekrzywiła głowę, nasłuchując. - Chyba Joe kończy rozmawiać przez telefon. 

Lepiej już pójdę. Wiesz. po czym poznam, że już mnie nie potrzebujesz?

- Zawsze będę cię potrzebować.

- Kiedy będziesz na tyle blisko z Joem, żeby mu o mnie powiedzieć. Wyznać mu, że do ciebie przychodzę. -

Żeby powiedział, że zwariowałam?

- Widzisz, nie jesteś gotowa. - Nagle Bonnie zmarszczyła brwi.

- Jane znowu ma zły sen. Jest przerażona. Lepiej idź do niej.

Eve wstała.

- Zaglądałam do niej, zanim tu przyszłam, spała spokojnie.

- Ale już nie jest spokojna. Obudź ją, sama nic nie może zrobić.

Potrzebuje pomocy, ale nic ... Obudź ją.

Eve skierowała się do drzwi.

- Jeżeli Jane nie ma koszmarów, twoja wiarygodność spadnie zera.

Bonnie uśmiechnęła się.

- Obudź ją. Do widzenia, mamo, do zobaczenia wkrótce .

- Lepiej, żebyś się zjawiła.

background image

Eve  otworzyła  drzwi.  Joe  wciąż  siedział  na  kanapie  i  rozmawiał  przez  telefon.  Obejrzała  się  na  huśtawkę  i 

zobaczyła to, czego się spodziewała. Pustka. Ani śladu Bonnie.

- Już kończę - powiedział Joe, kiedy ujrzał ją w drzwiach.

- Jeszcze tylko chwilę.

Skinęła głową.

- I tak idę zajrzeć do Jane. - Ruszyła przez hol. - Zaraz wracam.

Joe odłożył słuchawkę i nalewał właśnie świeżo zaparzoną kawę, kiedy Eve wróciła do salonu. - Wszystko w 

porządku? - spytał. Eve zmarszczyła brwi.

- Nie, miała kolejny koszmar. Podałam jej szklankę wody i porozmawiałyśmy chwilę.

- Opowiedziała ci ten sen? Eve potrząsnęła głową.

- Powiedziała, że to prawdopodobnie niestrawność po zjedzeniu zbyt dużej porcji lodów po obiedzie.

- Cóż, przynajmniej nie obwinia moich steków. - Joe podał jej filiżankę kawy i nalał sobie drugą. - Uspokoiła 

się?

- Tak. Albo udawała. - Eve usiadła na kanapie i spojrzała na jego notatnik. - Rozumiem, że dodzwoniłeś się do 

Trevora?

- Właściwie to on do mnie zadzwonił, zanim zacząłem wykręcać numer. Powiedział, że jest rannym ptaszkiem i 

pomyślał, że skoro sprawa jest taka pilna, to spróbuje się do mnie dodzwonić. - I czego się dowiedziałeś?

- Niewiele. Powiedział, że właściwie nic nie wiedzą po tych wszystkich latach. I nie mają pojęcia, kim jest 

zabójca.

- To jak go namierzyli tutaj?

-  Szukając  morderstwo  tym  samym  modus  operandi.  Przypuszczał,  że  tego  rodzaju  zabójstwa  to  rodzaj 

przymusu,  zabójca  nie  może  przestać,  więc  skoro  nie było  więcej takich przypadków  w  Anglii  ...  Zaczął  śledzić 
zabójstwa w Europie i po tej stronie Atlantyku.

-  A więc musi wiedzieć więcej od nas. Nie mogłeś czegoś z niego wyciągnąć?

- Głównie ja mówiłem. Przyczepił się do Ruth i nie chciał zmienić tematu. Zwłaszcza zainteresował go fakt, że 

pozbawiono ją linii papilarnych.

- Powiedziałeś mu o Jane?

- Nie, powiedziałem mu, że chcę, żeby natychmiast przesłał mi kompletny raport dotyczący wszystkich ofiar. -

Dobrze. I kiedy możemy go oczekiwać?

- Wpół do drugiej dziś po południu. Trevor sam go przywiezie.

- Co?!

- Złapie pierwszy poranny lot z Londynu. Chce być tutaj, na miejscu ostatniego morderstwa. Sam zaproponował 

pomoc. - Nie potrzebujemy Scotland Yardu.

-  Ale  możemy  potrzebować  Trevora.  -  Joe  wpatrzył  się  zamyślony  w  filiżankę.  -  Wyłapałem  coś  w  jego  ... 

Myślę, że ta sprawa jest jego obsesją. Czasami tak się zdarza, kiedy poświęcasz lata na znalezienie mordercy.

- No właśnie, lata. Dlaczego Trevor nie znalazł go wcześniej?

Zanim ten sukinsyn przyjechał do Stanów? Zanim, do cholery, zaczął zagrażać Jane?

background image

- Sama będziesz mogła go o to zapytać - powiedział Joe - jak tylko przejdzie przez ten próg. - Wypił ostatni łyk 

kawy  i  odstawił filiżankę na  stół.  -  Ale  na razie  zabiorę  rekonstrukcję  na posterunek i  zobaczę,  czy możemy się 
dowiedzieć, kim była ofiara. Zaczniemy też poszukiwania osób, z którymi mogła spotykać się przed śmiercią.

- Jest czwarta rano, Joe - zauważyła Eve.

- I tak nie mógłbym zasnąć. Zadzwoniłem po wóz policyjny, który będzie pilnował domu. Zaraz powinni tu 

być.

- Jane będzie się dziwić, co tu robią, kiedy się obudzi.

- Więc wymyśl jakieś wytłumaczenie. Bo oni będą tu przez cały czas mojej nieobecności.

_ Popieram ten pomysł, chcę dla Jane każdej możliwej ochrony. I Eve zaniosła filiżanki do zlewu. - To była 

tylko luźna uwaga.

Nie będę kłamać. Nigdy by mi nie wybaczyła nieszczerości.

- Twarz Eve spochmurniała. - I tak pewnie pomyśli, że jestem głupia, że tak się boję. Jest dużo dzielniejsza ode 

mnie.

- Po prostu ma inne doświadczenia. - Joe  pocałował ją lekko w usta i skierował  się do drzwi. - Nikt nie jest 

odważniejszy od ciebie.

- Tak, pewnie.

Joe spojrzał przez ramię i zobaczył, jak bardzo Eve jest zmęczona. Zaklął pod nosem, odwrócił się i podszedł 

do niej. Pocałował ją mocno, namiętnie, a ona objęła go i przycisnęła do siebie.

Uniósł głowę.

- Nikt nie ma więcej odwagi ani wytrzymałości, ani urody niż ty i nigdy o tym nie zapominaj. - Zrobił krok do 

tyłu. - Spróbuję wrócić za kilka godzin, ale jeśli mi się nie uda, to na pewno będę po południu, żeby złożyć tego 
dupka ze Scotland Yardu u twych stóp.

-  Dobrze  -  wyszeptała.  Nie  chciała,  żeby  jechał.  Chciała  iść  z  nim  do  łóżka  i  zapomnieć  o  Ruth, 

niebezpieczeństwie grożącym Jane i całym świecie, o wszystkim poza cudownym seksem, który zawsze pomagał 
im rozładować wszelkie konflikty.

- Ja też. - Jak zwykle Joe czytał w jej myślach. Dotknął palcem jej ust. - Podwójnie. Powiedz słowo, a odwołam 

radiowóz i zostanę w domu przez parę godzin. I tak o tej porze pewnie niewiele uda mi się znaleźć. Mogę wyjść o 
szóstej.

Eve mocniej zacisnęła ramiona. Joe ... Był siłą i życiem i Bóg jeden wiedział, jak bardzo go potrzebowała.

- Zadzwoń do nich - wyszeptała. - Szósta to i tak bardzo wcześnie.

Londyn

Trevor odłożył słuchawkę i odchylił się na krześle.

- To był Quinn. Chyba zrobiło na nim wrażenie, że tak wcześnie

zaczynamy tu pracę. O dziewiątej wylatuję do Atlanty.

Bartlett uśmiechnął się.

- Mówiłeś, że go dopadniesz. Chcesz, żebym pojechał z tobą?

- Nie teraz. - Trevor wstał i podszedł do szafy. - Zadzwonię.

background image

jeśli  będziesz  mi  potrzebny.  Znajdź  akta  Quinna  i  Eve  Duncan,  a ja się  spakuję.  Muszę  się  przygotować  do 

spotkania. Poznać ich na wylot.

Bartlett wyjął już akta i zaczął je przeglądać.

-  To  może  nie  być  łatwe.  Oboje  są  dosyć  skomplikowani.  Eve  Duncan  dorastała  w  slumsach  z  matką 

narkomanką. Jako nastolatka urodziła córkę i to zmieniło jej życie. Poszła do college'u i zajęła się odwykiem matki. 
W wieku siedmiu lat jej córka, Bonnie, została porwana i prawdopodobnie zamordowana przez seryjnego mordercę. 
Ciała nigdy nie odnaleziono. Parę lat temu wydawało się. że znaleźli zwłoki Bonnie, ale to było inne dziecko.

- A Quinn?

-  Urodzony  w  dobrej  rodzinie,  był  agentem  FBI,  zanim  został detektywem  w  policji  w  Atlancie.  Jest 

właścicielem domu nad jeziorem i sporych gruntów niedaleko Atlanty, gdzie oboje mieszkają. - Bartlett spojrzał na 
Trevora. - Quinn jest twardy, sprytny i wytrwały jak buldog.

- Słabe strony?

- Bez wątpienia Eve Duncan. Jest z nią od czasu śmierci jej córki i prawdopodobnie zrezygnował z kariery w 

FBI i został w Atlancie tylko po to, żeby być blisko niej.

- Tu go można przycisnąć.

- Tylko jeżeli chcesz wywołać eksplozję.

- Czasami eksplozje są konieczne. - Trevor uśmiechnął się zuchwale. - Zaryzykuję.

- Zawsze to robisz. - Uśmiech Bartletta zniknął. - Są twardzi.Oboje. Uważaj, żeby ta eksplozja nie zmiotła cię z 

powierzchni ziemi.

Trevor zatrzasnął walizkę.

- Rany, Bartlett, wygląda na to, że się o mnie martwisz.

- Bzdura. Jestem po prostu zbyt leniwy, żeby szukać nowego

kontaktu. Zabierasz te akta ze sobą?

-  Nie,  jeżeli  powiedziałeś  mi  to,  co  najważniejsze.  -  Trevor  położył  walizkę  na  krześle.  -  Zerknę  jeszcze  na 

teczkę MacGuire, a ty zejdź na dół i zatrzymaj dla mnie taksówkę.

- Znowu? Powinieneś znać te akta na pamięć. Nie ma tam wiele informacji!. Jane MacGuire ma siedemnaście 

lat,  dorastała  w  rodzinach  zastępczych,  mieszka  u  Duncan  i  Quinna  od  dziesiątego  roku  życia.  Jest  najlepszą 
uczennicą i  nigdy  nie  wpakowała  się  w żadne  kłopoty. Ale jest  zbyt młoda, żeby  mieć doświadczenie  czy  długą
historię.

_ Nie zgadzam się z tobą. Spójrz na jej twarz. Może i jest młoda, ale na pewno doświadczona. Przyciągnie go 

jak magnes. - Trevor przyjrzał się twarzy dziewczyny patrzącej śmiało ze zdjęcia.

- Taksówka, Bartlett.

- Już idę.

Trevor prawie nie słyszał odgłosu zamykanych drzwi. Czuł rosnące podniecenie i musiał je stłumić. Powinien 

myśleć spokojnie i jasno, jeśli ma wygrać tę bitwę. A na pewno ją wygra.

Dotknął delikatnie policzka dziewczyny na fotografii. Była tak blisko. Wyjątkowo, cudownie blisko.

- Wystarczająco blisko, Aldo? - wyszeptał. - Cira?

background image

ROZDZIAŁ 3

Naprawdę Ruth wyglądała  jak ja?  - Jane  patrzyła  zawiedziona na pusty stojak.  - Szkoda, że nie  zobaczyłam 

rekonstrukcji,  zanim  Joe  ją  zabrał.  Mogę  pojechać  na  posterunek  i  ...  _  Nie,  nie  możesz  -  sprzeciwiła  się  Eve 
stanowczo. - Możesz obejrzeć zdjęcia. Przez pewien czas nie będziesz oddalała się od domu.

- Przez tego świra?  - Jane potrząsnęła głową. - Dzisiaj  mogę zostać w domu, ale  w poniedziałek mam test  z 

trygonometrii i żaden psychopata nie powstrzyma mnie od pójścia do szkoły. - Podeszła do drzwi i spojrzała na 
zaparkowany  przed  domem  radiowóz.  -  Zresztą  musiałby  być  wariatem,  żeby  zrobić  jakiś  ruch  przy  całej  tej 
ochronie.

-  On  jest  wariatem  -  oświadczyła  z  naciskiem  Eve  -  to  akurat  pewne.  Nikt  normalny  nie  zabija  kobiet  tylko 

dlatego, że mu kogoś przypominają, więc twój argument nie jest najlepszy. A ten test nie jest wart żadnego ryzyka.

Jane odwróciła się.

- Jesteś naprawdę przerażona - powiedziała.

- Masz cholerną rację. Nie pozwolę, żeby cokolwiek ci się stało, nawet jeśli będę musiała przywiązać cię do 

łóżka.

Jane przyjrzała jej się uważnie .

- Przypomina ci się Bonnie. Ale ja nie jestem nią, Eve. Nie Jestem małą, niewinną dziewczynką, którą można 

zwabić i zamordować. Zamierzam mieć długie, dobre życie i będę walczyć z każdym, kto będzie próbował mi je 
odebrać.

-  Możesz  nie  zdążyć.  Ten  mężczyzna  zabił  co  najmniej  sześć  kobiet,  wszystkie  były  starsze  i  bardziej 

doświadczone  od  ciebie.  -  ~  prawdopodobnie  niczego  się  nie  spodziewały.  A  ja  będę    podejrzewała  każdego.  -
Uśmiechnęła się. - Wiesz, że nie jestem najbardziej ufną osobą na świecie.

-  Dzięki  Bogu.  -  Eve  wzięła  głęboki  oddech.  -  Jestem  przerażona,  Jane.  Proszę,  nie  dodawaj  mi  zmartwień 

prowokowaniem tego potwora.

Jane zmarszczyła brwi.

- Nie chcę, żeby powstrzymywał mnie od wypełniania moich obowiązków. Sukinsyny takie jak on nie powinny 

kontrolować naszego życia.

- Proszę - powtórzyła Eve. Jane westchnęła.

- Dobrze, jeżeli masz się tak martwić ...

- Będę się martwić, na pewno. Dziękuję.

- Daj spokój, nie miałam wyboru. Zagroziłaś, że mnie zwiążesz.

Eve uśmiechnęła się.

- Tylko w ostateczności.

- Jak myślisz, kiedy go złapią?

background image

- Nie wiem. Mam nadzieję, że niedługo - Eve spoważniała.

- Nie będę wiecznie się ukrywać. - Jane znowu spojrzała na

radiowóz. - Wierzysz w przeznaczenie?

- Czasami. Ale raczej uważam, że jesteśmy panami własnego losu.

- Ja też. Ale to dziwny zbieg okoliczności, prawda? Najpierw

Bonnie, teraz ja. Jakie były szanse, że znowu znajdziesz się w takiej sytuacji?

- Zerowe. Ale jestem.

- Więc może ... - Jane zamilkła, usiłując wszystko to sobie poukładać. - Jeżeli istnieje przeznaczenie, to może 

dostajesz drugą szansę·

- Co masz na myśli?

- Może wszystko dzieje się tak ... jakby w kółko i jeżeli pójdzie

źle za pierwszym razem, to potem powraca.

- Za trudne to dla mnie, nie mam pojęcia, o czym mówisz. Jane potrząsnęła głową, jakby chciała uporządkować 

myśli.

- Ja też nie. Tylko zdałam sobie sprawę, że ... - ruszyła w stronę drzwi - całe to myślenie przyprawia mnie o ból 

głowy. Chodźmy na spacer .

- Muszę być w domu, żeby przywitać Trevora. - Eve zerknęła na zegarek. - Mamy godzinę.

- Nie sądzę, że odejdzie, jeżeli nie będziesz czekała na progu.

Z tego,  co  mówiłaś,  sam zaproponował  współpracę.  Poza tym, to  prawdopodobni~ jeden  z tych  porządnych, 

metodycznych, flegmatycznych typowo

- Tylko dlatego, że jest ze Scotland Yardu? Z tego co słyszałam, są bardzo skuteczni.

- Ale nie złapali Kuby Rozpruwacza, prawda? Joe by go schwytał. - Jane zaczęła schodzić po schodach i trąciła 

stopą Tobiego. - Chodź, leniuchu. To, że lubisz biegać po nocy, nie oznacza, że możesz spać cały dzień.

Tobi ziewnął i wstał.

- Wiesz, że ci policjanci z samochodu pójdą za nami - powiedziała Eve, schodząc za Jane.

- Przyda im się trochę ruchu. - Jane uśmiechnęła się przez ramię. - Tobie zresztą też, siedziałaś w domu całymi 

dniami, pracując nad Ruth. Potrzebujesz świeżego powietrza i zmiany otoczenia. Świeci słońce, a na niebie nie ma 
ani jednej chmurki.

Jane się myli, pomyślała Eve. Wisiała nad nimi ogromna, czarna chmura. Ale twarz Jane była rozpromieniona, 

otwarta i pozbawiona lęku. Eve sama czuła się lepiej, kiedy na nią patrzyła.

- Masz rację, to doskonała pogoda na spacer. - Dogoniła ją.

- Ale idziemy tylko do ujścia jeziora. Trevorowi może nie zależy

na spotkaniu ze mną, ale nieważne, okaże się sztywniakiem czy nie, ja bardzo chcę go poznać.

-  Pani  Duncan?  Nazywam  się  Mark  Trevor.  -  Mężczyzna  podniósł  się  z  kanapy,  kiedy  weszła  do  domu.  -

Bardzo  mi  miło  panią  poznać.  -  Wskazał  na  Joego,  który  stał  przy  kuchennym  blacie,  i  ruszył  przez  salon  z 

background image

wyciągniętą ręką. - Quinn mówił mi, Jaką fantastyczną rekonstrukcję pani zrobiła. Nie mogę się doczekać, żeby ją 
zobaczyć.

- Będzie pan musiał pojechać na posterunek, Joe zabrał ją dziś rano. Nie zdążyłam nawet zrobić zdjęć. - Miał 

mocny, zdecydowany Uścisk dłoni i kiedy spojrzała mu w oczy, poczuła falę gorąca. . Trevor był uprzejmy i tylko 
w tym pasował do opisu Jane. Mógł mieć nie więcej niż trzydzieści lat, ubrany w dżinsy i oliwkową koszulę, był 
wysoki,  dobrze  zbudowany  i  muskularny.  Każda  cząstka  jego  ciała  wydawała  się  naładowana  energią.  Krótkie 
kręcone,  ciemne  włosy  otaczały  wyjątkowo  przystojną  twarz'  w  której  zwracały  uwagę  czarne  oczy,  błyszczące 
ciekawości  i  inteligencją.  Jego  uśmiech  ujmował  rozmówcę.  Trevor  wyglądał  raczej  jak  model  albo  aktor  niż 
policjant.

- Już poprosiłem o pozwolenie obejrzenia rekonstrukcji. - Trevor wziął od Joego filiżankę kawy. - W Scotland 

Yardzie mamy własnych rzeźbiarzy sądowych i jestem ich wielkim zwolennikiem. Wykonali niejedną zadziwiającą 
rekonstrukcję.

- Tak, słyszałem. - Joe podał filiżankę Eve. - Gdzie Jane?

- Bawi się z Tobim, zaraz przyjdzie. Była tuż za mną. – Jej spojrzenie powędrowało do teczki leżącej na stole. -

Akta spraw?

Trevor przytaknął.

-  Ale  obawiam  się,  że  będzie  pani  rozczarowana.  Jak  już  mówiłem  Quinnowi  przez  telefon,  nie  mamy  nic 

konkretnego. - Otworzył teczkę. - Ofiary wydawały się przypadkowe, podobieństwo w ich wyglądzie odkryliśmy 
dopiero, kiedy morderca opuścił Anglię ... - U siadł na kanapie. - Ale proszę, niech sama pani przejrzy. Możecie 
zatrzymać te dokumenty, to kopie.

- Coś jednak musieliście znaleźć - powiedziała Eve. - W czasach badań DNA żadne miejsce zbrodni nie jest 

sterylne.

- Och, mamy włókna i DNA, ale nie mamy podejrzanego, żeby porównać ten materiał.

- Świadkowie? - spytał Joe. Trevor potrząsnął głową.

- Jednej nocy ofiary żyły, a następnego dnia już były martwe.

Nikt ich nie widział z nikim podejrzanym. Widocznie Aldo zobaczył je,  śledził i  zaatakował w dogodnej dla 

siebie chwili.

Eve zesztywniała.

- Aldo? Znacie jego imię?!

Trevor ponownie potrząsnął głową.

- Przepraszam, nie chciałem wzbudzać w pani nadziei. Tylko ja go tak nazywam. Wymyśliłem to imię, bo po 

tylu latach muszę traktować go bardziej osobiście.

- Dlaczego Aldo?

Wzruszył ramionami. - A dlaczego nie?

- Nie obchodzi mnie, jak nazwiecie sukinsyna - powiedział Joe. _ Chce go po prostu przyskrzynić. Kobieta w 

Birmingham  zginęła  spalona  żywcem,  a  patolog  twierdzi,  że  Ruth  została  uduszona.  Żadnych  podobieństw.  -
Wskazał na akta. - A tamte kobiety?

-  Jean  Gaskin  została  uduszona.  Ellen  Carter  też  spalona  żywcem.  Wydaje  się,  że  preferuje  te  dwie  metody 

zabijania. - Trevor łyknął kawy. -: Jednakże ogranicza się do nich. Julia Brandon zmarła od wyziewów trującego 
gazu.

background image

- Jak to?

- Prawdopodobnie zmusił ją, żeby wdychała opary. Niezwykłe - potworne.

- Tak. A Peggy Knowies, kobieta z Brighton, miała wodę w płucach. Utonęła. - Trevor odstawił filiżankę na 

stół. - Aldo nigdy się nie spieszy. Zawsze daje sobie wystarczająco dużo czasu, żeby jego morderstwa wyglądały 
dokładnie tak, jak je zaplanował.

-  Nie  możecie  dowiedzieć  się,  kogo  on  próbuje  ukarać,  zabijając  te  kobiety?  Akta?  Bazy  danych?  -

zniecierpliwiła się Eve. - To jak szukanie igły w stogu siana - powiedział Joe. Trevor przytaknął.

-  I,  niestety,  nie  dysponujemy  tak  skomplikowaną  technologią. Nie  mamy  centralnej  bazy  fotograficznej. 

Sprawdziliśmy  mozolnie  wszystkie  akta  i  nie  znaleźliśmy  absolutnie  nic.  -  Zamilkł  na  chwilę  i  jego  spojrzenie 
powędrowało na moment w stronę okna, zanim znowu skupił się na Eve. - Jednak wydaje mi się, że nawet gdyby 
zabójstwa nie różniły się tak bardzo i tak nie odnaleźlibyśmy go w naszych bazach danych.

- Dlaczego?

-  Kiedy  szukałem  informacji  po  ostatnim  zabójstwie  w  Brighton,  znalazłem  wzmianki  o  morderstwach  we 

Włoszech  i  w  Hiszpanii,  które  miały  miejsce  przed  pierwszym  morderstwem  w  Lone.  Obie  kobiety  zostały 
uduszone i pozbawione twarzy.

- Chryste, nie możemy nawet określić, z jakiego państwa pochodzi? - zapytał z niedowierzaniem Joe. - A co na 

to Interpol? Trevor wzruszył ramionami.

-  Myśli  pan,  że  nie  przestudiowałem  każdego  strzępka  informacji  przez  ostatnie  lata?  Nie  znalazłem  żadnej 

wzmianki o innych zabitych przez niego kobietach.

- I nie zostawił żadnej wiadomości, jak niektórzy seryjni mordercy?

Trevor milczał przez chwilę. - Cóż ... tak, zostawił.

- Co?! Dlaczego, do cholery, nie powiedział nam pan tego na

początku?!

- Myślałem, że już wiecie. Nie dostaliście jeszcze raportu patologa o waszej Jane Doe?*

- Niekompletny . Przychodzi fragmentami.

- Więc nie zbadali jeszcze popiołu?

- Popiołu? - powtórzyła jak echo Eve.

- Przy ciele Ruth znaleźli popiół - powiedział Joe. - Myśleliśmy, że może zabił ją w lesie, w pobliżu ogniska ...

-  To  nie  jest  popiół  z  drewna  -  przerwał  mu  Trevor.  -  I  nie  pochodzi  z  małego  zwykłego  ogniska.  Badanie 

wykaże, że to popiół wulkaniczny.

- Cholera! - Joe zaczął wystukiwać numer w telefonie. - Jest pan pewien?

-  Najzupełniej.  Drobiny pyłu  wulkanicznego zostały znalezione przy każdym  ciele.  Zrozumiałe,  że  policja  w 

Birmingham nie zrobiła analizy popiołu, skoro ofiara została spalona, uznali, u wszystkie popioły pochodzą z tego 
samego ognia.

- Więc dlaczego nic im pan nie powiedział?

-  Mówię  wam  teraz.  To  wasze  dochodzenie.  -  Wstał  i  podszedł szybko  do  okna.  -  Może  lepiej,  żebyście 

sprawdzili, co z Jane?

background image

Eve  nagle  zdała  sobie  sprawę  ze  zdenerwowania  Trevora.  Nie  był  już  przyjazny  i  opanowany,  tylko  czujny, 

spięty i  bardzo skupiony. Zesztywniała, przypominając  sobie, jak przed chwilą jego wzrok powędrował  w stronę 
okna.

- Powiedziała pani, że szła zaraz za panią.

* Jane/John Doe - amerykański odpowiednik polskiego N.N. (przyp. tłum.).

Eve spojrzała na Joego.

Potrząsnął przecząco głową i odłożył słuchawkę. - Nie rozmawiałem z nim o Jane.

Trevor znieruchomiał ze zmrużonymi oczami.

- Tam jest. - Odwrócił się do Eve. - Nie powinna była pani

zostawiać jej samej.

- Gdyby spojrzał pan parę metrów za nią, zobaczyłby, że nie jest sama. - Eve stanęła obok niego. Jane zbliżała 

się do domu z Tobim i dwoma policjantami, usiłującymi za nią nadążyć. - Nigdy nie zostawiam jej bez ochrony -
dodała lodowatym tonem. - Nigdy nie wiadomo, komu można zaufać. Skąd pan wiedział o Jane?

Odwrócił się i popatrzył jej w oczy.

- Przepraszam. Oczywiście, że pani ją chroni. Powiedziałem to bez zastanowienia.

- Skąd wiedział pan o Jane? - powtórzyła Eve.

- Pani podejrzenia są zrozumiałe. Ale jestem ostatnią osobą,

którą powinna się pani martwić. Jestem tutaj, żeby zapewnić jej bezpieczeństwo. - Sięgnął po portfel i wyjął z 

niego  pognieciony i  wyblakły  wycinek  z  gazety  -  Mój  asystent  przeglądał  przez  pewien  czas  wszystkie  większe 
gazety z tego miasta i natrafił na zdjęcie Jane MacGuire.

Eve rozpoznała to zdjęcie. Zostało zrobione przed trzema miesiącami, kiedy Jane zgłosiła Tobiego do występu 

w charytatywnym pokazie zorganizowanym na rzecz Humane Society*. Fotografia była trochę nieostra, ale twarz 
Jane widać było wyraźnie. Eve przeszedł lodowaty dreszcz.

- On mógł tego nie widzieć - Trevor czytał z jej twarzy. - Nie wiem, w jaki sposób wybiera ofiary, niektóre na 

pewno są przypadkowe. Kobieta w Birmingham. Peggy Knowles w Brighton. Też była prostytutką. Żadna z nich 
nie miała zdjęcia w gazecie.

- A inne?

- Jedna wygrała nagrodę w konkursie ogrodniczym tydzień przed śmiercią.

• .American Humane Society - Amerykańskie Towarzystwo Humanitarne, OłJIDizacJa broniąca praw zwierząt 

(przyp. tłum.).

- Więc jednak przegląda gazety.

- Prawdopodobnie. Ale nie może być pewien, że znajdzie swoje

ofiary tylko tą metodą. Poza tym, gdyby to rzeczywiście było jego źródło, musiałby ograniczyć się do pewnych 

rejonów ze względu na mnogość wydawanych gazet. Myślę, że wybiera je w inny sposób.

- W inny sposób? - Eve czuła, że drży. - Pan ją znalazł, do cholery!

-  Ale  to  był  przypadek.  Naprawdę,  poprosiłem  mojego  kolegę,  Bartletta,  żeby  sprawdzał  prasę,  a  nuż  coś 

znajdzie.

background image

- I znaleźliście Jane. - Joe wziął fotografię od Eve. - To jasne.

Dlaczego nic mi nie powiedzieliście, skoro sądziliście, że Jane jest w niebezpieczeństwie?

- Wysłałem maila - przypomniał Trevor.

- Do cholery z mailem. Powinien był pan być bardziej konkretny.

- Do czasu zbrodni w Birmingham nie wiedziałem nawet, że morderca jest w waszym rejonie. A to było dwa 

miesiące po ukazaniu się tego zdjęcia. Jeżeli widział fotografię w gazecie, to po co tracił czas i siły na inną ofiarę? 
Przyszedłby prosto po Jane.

- Dlaczego?

- Spójrzcie na nią. - Trevor spojrzał na fotografię. - Jest tak

pełna życia, że wydaje się, że za chwilę wyjdzie ze zdjęcia. Porównajcie ją z innymi ofiarami, one wyglądają 

jak podróbki. a Jane jak oryginał.

- Tym bardziej powinien był pan nas uprzedzić.

- Może wcale jej nie zagraża.

- Ty sukinsynu, powinniśmy byli wiedzieć!

-  Zapewniam was, że  mieliśmy na nią  oko. Kiedy tylko zobaczyłem  zdjęcie,  przysłałem tu  Bartletta, żeby ją 

obserwował. Ale na pewno czułbym to samo, gdybym był na waszym miejscu.

-  Nie  masz  pojęcia,  co  byś  czuł  -  wybuchnęła  Eve  -  ty  zimny  sukinsynu!  Nie  obchodzi  mnie,  czy  złapiecie' 

swojego zabójcę. chcę, żeby Jane była bezpieczna.

- Ja też. - Trevor spojrzał jej prosto w oczy. - Pragnę tego najbardziej na świecie. Uwierz mi.

Eve mu wierzyła. nie mogła, wątpić a~ w. jego szczerość, ani . intensywność uczuć, ale to me złagodziło Jej 

złości.

I chcesz powiedzieć, że śledziliście nas bez ...

- Chyba twoi policjanci boją się Tobiego, Joe - powiedziała śmiechem Jane, wchodząc do pokoju. - Warknął, 

kiedy podeszli :: mnie zbyt blisko i stanęli jak wryci. Powinni wiedzieć, że Tobi ... - zamilkła, przeniósłszy wzrok z 
Eve na Trevora i gwizdnęła cicho. - Czyżbym wyczuwała napięcie w stosunkach angloamerykańskich?

Trevor uśmiechnął się.

- Nie z mojej strony, jestem w waszym obozie. Ty jesteś Jane MacOuire, prawda? Nazywam się Mark Trevor.

lane wpatrywała się w niego w milczeniu.

- Cześć. Nie wygląda pan tak, jak się spodziewałam - powiedziała w końcu.

- A ty wyglądasz dokładnie tak, jak tego oczekiwałem - przeszedł przez pokój i wziął ją za rękę - a nawet lepiej.

Patrzyła na niego zafascynowana i Eve dobrze wiedziała, dlaczego. Kiedy go pierwszy raz zobaczyła, poczuła 

to samo na widok jego uśmiechu. Ale to było, zanim zorientowała się, jaki potrafi być zimny i okrutny. W ciągu 
paru minut zmienił się ze sprzymierzeńca we wroga. Chciała przebiec przez pokój i odciągnąć od niego Jane.

- Pan Trevor właśnie wychodził. Tervor nie odrywał oczu od Jane.

- Obawiam się, że trochę im podpadłem - uśmiechnął się smutno. - Szło mi wspaniale do momentu, w którym 

zacząłem się martwić, że nie dość dobrze się tobą opiekują, otworzyłem usta I całą ciężką pracę diabli wzięli.

background image

- Ciężką pracę?

- Później ci wyjaśnią.

- Chcę, żeby pan  mi wyjaśnił. - Jane patrzyła mu prosto w oczy. -Próbował pan schwytać tego mordercę. Co 

pan robił i w jaki sposób dotyczy to mnie?

Trevor roześmiał się.

- Powinienem był wiedzieć, że taka będziesz. Jesteś cudowna.

- A pan wstawia mi kit.

- Wcale nie. - Przestał się uśmiechać. - Chcesz znać prawdę' Jesteś celem i wiem od pewnego czasu, że możesz 

się  znajdować  muszce.  Przyglądałem  się  i  czekałem.  A  pani  Duncan  i  pan  Quinn są  słusznie  oburzeni,  że  nie 
zapewniłem ci od razu całkowitej ochrony.

- Tak, to prawda - przyznała Eve - bo przychodzi mi do głowy) tylko jeden powód, dla którego zdecydowałeś 

się  czekać.  Jeżeli  j,  obserwowałeś,  to  prawdopodobnie  chciałeś  użyć  jej  jako  przynęty.  -  Rozważałem  taką 
możliwość  -  spojrzał  znowu  na  Jane  -  ale  nigdy  nie  pozwoliłbym,  żeby  cokolwiek  ci  się  stało.  Nikt  cię  nie 
skrzywdzi. Obiecuję.

- To ma zerowe znaczenie - powiedziała Jane. - Sama jestem odpowiedzialna za to, co mnie spotyka. Ani pan, 

ani Eve czy Joe. Sama się o siebie troszczę. Nie obchodzi mnie, czy gra pan w jakąś grę, żeby złapać tego świra 
dopóty,  dopóki  nie skrzywdzi  pan  nikogo  z  moich najbliższych.  -  Cofnęła  się o  krok.  -  Ale  teraz  proszę już  iść. 
Zdenerwował pan Eve.

Trevor uniósł brwi.

- Rozumiem, że to ciężkie przewinienie.

- Zgadza się. - Jane wskazała na drzwi. - Do widzenia, panie

Trevor. Jeżeli potrafi pan złapać tego psychola, to powodzenia. Ale proszę nie wracać bez dobrego powodu.

- I nie denerwować Eve.

- Zrozumiał pan. Pora na kolację - zwróciła się do Joego.

- Chcesz, żebym podgrzała wczorajsze steki?

-  Chyba zostałem odprawiony  -  uśmiechnął  się Trevor  i  skierował  w  stronę drzwi.  -  Będziemy  w  kontakcie, 

Quinn.

Joe kiwnął głową .

- Tak jak powiedziała, lepiej, żebyś miał dobry powód.

- Najlepszy. Bez niego nie pojawię się w waszych progach- zapewnił Trevor. - Czy mogę poprosić jednego z 

waszych  policjantów, żeby zawiózł mnie do miasta?

Joe ponownie przytaknął.

- Podrzucą cię do hotelu. - Zamilkł na chwilę. - Albo na lotnisko.

Trevor westchnął z teatralną przesadą.

A więc nieodwołalnie zatrzaskujecie mi drzwi przed nosem. – Mogę mieć tylko nadzieję, że z czasem uda mi się 

wrócić do waszych łask.

- Nigdy w nich nie byłeś - burknęła Eve. - Nie znamy cię i już nie ufamy.

.

background image

Trevor zatrzymał się przy drzwiach.

, ...

- Możecie mi ufać - powiedział cicho. - Nikomu na Świece nie

za1eży  bardziej  na bezpieczeństwie Jane  niż mnie. -  sięgnął  do  kieszeni,  wyjął wizytówkę i  położył  na stole 

przy drzwiach.  - To  dla  ciebie, Jane.  Numer  mojej  komórki.  Dzwoń, jeżeli  będziesz czesok0lwiek potrzebowała. 
Zawsze możesz na mnie liczyć.

- Uff!  - Jane  podeszła do okna i  patrzyła, jak  Trevor idzie do radiowozu. -  Nie  można powiedzieć, żeby był 

sztywny albo flegmatyczny, prawda?

- Prawda. - Eve przyjrzała jej się bacznie. - Co o nim myślisz?

Jane zerknęła na Eve.

- Dlaczego pytasz?

- Kiedy go zobaczyłaś, nie mogłaś oderwać od niego oczu. Jest bardzo przystojny, prawda?

- Tak? - lane westchnęła. - Chyba masz rację. Tak naprawdę to nie zwróciłam uwagi.

- Trudno w to uwierzyć. Byłaś wyraźnie zafascynowana.

- Przypomina mi kogoś.

- Kogo?

- Nie wiem. Kogoś ... - Zobaczyła minę Eve i roześmiała się.

- Martwisz się. Myślisz, że się w nim zakochałam przez te parę minut? Ja się nie zakochuję, Eve. Wiesz o tym.

Eve uśmiechnęła się z ulgą.

- Kiedyś musi być ten pierwszy raz. Chciałabym, żebyś trochę pozakochiwała, wciąż mam nadzieję i czekam 

na przełom- Potrząsnęła głową. - Ale wybierz gwiazdę rocka albo piłkarza. Nie jego, Jane.

- Na pewno nie jego. - Joe skierował się do drzwi. - Chyba sam odwiozę go do miasta. Nie podgrzewaj steków, 

w drodze powrotnej chińszczyznę.

Jane zachichotała, kiedy drzwi zamknęły się za Joem.

- Przypomina mi szeryfa w spaghetti-westernie. Tyle że szeryf eskortowałby złoczyńcę poza granice miasta, a 

nie do hotelu, - Podeszła do drzwi i podniosła wizytówkę Trevora. - Naprawdę was zdenerwował, zupełnie jakby 
chciał mnie zaatakować. A przecież wykonywał tylko swoją pracę.

- Powinien był nas uprzedzić o wszelkim zagrożeniu, postąpiłby każdy policjant, jakiego znam.

- Może w Scotland Yardzie jest inaczej.

- Bronisz go?

- Chyba tak. - Jane wsunęła wizytówkę do kieszeni dżinsów.

- Pamiętasz, jak byłam mała i kradłam jedzenie dla Mike'a, który ukrywał się na końcu ulicy? Nie chciałam tego 

robić, wiedziałam, że . to złe, ale Mike miał tylko sześć lat i chodziłby głodny, gdybym nie znalazła sposobu, żeby 
zdobyć dla niego jedzenie. Czasami musisz zrobić coś złego, żeby nie wydarzyło się coś jeszcze gorszego. - To nie 
to samo. Miałaś tylko dziesięć lat.

- Gdyby nie było innego sposobu, dziś zrobiłabym to samo.

Może dlatego rozumiem Trevora.

background image

- W cale go nie rozumiesz - powiedziała Eve szorstko. - Nie znasz go.

- Nie wiem, po co ten cały szum. Powiedziałaś mi, że Joe uważa, że Trevor ma obsesję na punkcie tej sprawy. 

Rozumiem,  że  każdy  na jego  miejscu  chciałby  najpierw  powęszyć  trochę  i  sprawdzić,  czy  zauważy  cokolwiek 
podejrzanego, zanim otoczy mnie glinami, którzy na pewno wystraszą mordercę.

- To rozumiesz więcej niż ja. - Eve zacisnęła usta. - I dlaczego wzięłaś jego wizytówkę?

- Bo uwierzyłam mu, kiedy powiedział, że chce chronić moje życie. - Spojrzała Eve prosto w oczy. - A ty nie?

Eve chciała zaprzeczyć, ale nie byłaby wtedy szczera i Jane na pewno by to wyczuła.

- Tak, uwierzyłam. Ale to nie oznacza, że mu ufam - powiedziała.

Jane skinęła głową.

- Rozumiem, o co ci chodzi. Trevor może być trochę niekonwencjonalny, ale założę się, że jest świetny 'w tym, 

co robi..

- Skierowała  się  do  swojego  pokoju.  -  Idę  odrobić  lekcje,  żebym  mogła  z  przyjemnością  zjeść  to  chińskie 

jedzenie, które przywiezie Joe .. ' 

.

Eve odprowadziła ją wzrokiem. Jezu, tak bardzo pragnęła, żeby Jane nie była taka cholernie bystra. Od dziecka 

miała własne zdanie i wierzyła w swoje osądy, które na ogół były trafniejsze niż u wielu dorosłych. Co nie znaczy, 
że  była  nieomylna.  Trevor  był  inteligentny  i  fascynujący  i  obie  te  cechy  mogły  robić  wrażenie  na  nastolatce  w 
wieku Jane.

Ale niewiele było takich nastolatek jak Jane. Była jedyna w swoim rodzaju, a jej reakcje niepowtarzalne.

Zatrzymała jego numer.

Eve westchnęła. Kto może wiedzieć, co zrobi Jane? Może niepotrzebnie się martwi.

W końcu wyprosiła Trevora z domu tylko dlatego, że ją zdenerwował.

- Tu jest hotel Peachtree Plaza. - Joe zaparkował przed głównym wejściem. - Zarezerwowałem dla ciebie pokój 

na dwa dni. Nie sądziłem, że będziesz chciał zostać dłużej.

- A teraz byś chciał, żebym wcale nie zostawał. - Portier otworzył drzwiczki i Trevor wysiadł z samochodu. -

Panu już dziękujemy - dodał kpiąco.

- Chyba dowiem się wszystkiego z tych akt, które przywiozłeś.

Nie potrzebujemy cię już.

Trevor uśmiechnął się.

- Ale mnie macie. I skąd wiesz, że umieściłem w aktach wszystkie informacje?

Oczy Joego zwężyły się. - Na przykład?

-  Na  przykład  o  wulkanie,  z  którego  pochodzi  popiół.  Zobaczysz,  że  geologowie  nie  doszli  do  żadnych 

wniosków. - Ale ty wiesz, skąd ten popiół pochodzi?

- Mam pewne teorie.

- Teorie to nie dowody.

- Ale można od nich zacząć.

- I masz też teorię, dlaczego go rozrzuca?

background image

- Może. - Trevor dał napiwek portierowi i wziął torbę. – Na pewno możemy się sobie nawzajem przydać, Quinn. 

A ty zabierasz się późno do sprawy, którą ja żyję od lat.

- Myślisz, że nie widzę, jak usiłujesz mnie wciągnąć w swoje gierki? - powiedział chłodno Joe. - Machasz mi 

przed nosem strzępami informacji i masz nadzieję, że wszystko zapomnę i pozwolę ci wziąć udział w dochodzeniu. 
Ale nic od ciebie nie dostałem. Zero.

- Jane też użyła tego słowa - Trevor uśmiechnął się. - To, bardzo wzruszające, jak rodziny przejmują od siebie

wyrażenia i zwroty. - Udawał, że się zastanawia. - Masz rację, nic ci właściwie nie powiedziałem. Teorie są trudne 
do  udowodnienienia

masz  przecież  mnóstwo  czasu,  żeby  sformułować  swoje  własne  a  potem  je  sprawdzać, 

prawda?

Nie czekając na odpowiedź, odwrócił się i wszedł do hotelu. Sukinsyn.

Joe siedział za kierownicą ze wzrokiem wbitym w drzwi hotel~ Trevor miałby satysfakcję, gdyby teraz za nim

pobiegł.  Na  pewno  tego  nie  zrobi.  Chociaż  rozsądek  podpowiadał  mu,  że  powinni  wyrwać  od  pieprzonego 
skurczybyka każdy skrawek informacji; postanowił poczekać i spróbować je zdobyć w inny sposób. Trevor był siłą, 
z którą należało się liczyć, i Joe nie potrzebował takie jokera, który odbierze mu kontrolę nad dochodzeniem.

Nacisnął gaz i wyjechał z powrotem na ulicę.

Popiół z wulkanu ...

Dziwne. Może naukowcy po tej stronie oceanu znajdą j

odpowiedź. Jeżeli tak, to będą musieli działać naprawdę szybki Ostatnia uwaga Trevora trafiła w samo sedno. 

Jane może nie mi już wiele czasu.

Ta  myśl  sprawiła,  że  omal  nie  wpadł  w  panikę,  zapragnął  zawrócić  i  pobiec  za  Trevorem.  Do  diabła  z 

angloamerykańską współpracą! Były inne sposoby niż perswazja, żeby wydobycia informacje z tego, skurczybyka. 
We dwóch mogą zagrać w tę Trevor naruszył jego prawa, nie informując ,go o niebezpieczeństwie ...

Zadzwonił telefon, Joe zerknął na wyświetlacz numerów. Eve. _ Właśnie wysiadł - powiedział. - Będę w domu 

za czterdzieści minut. Wszystko w porządku?

- Obawiam się, że nie - Eve mówiła szybko i zdecydowanie. - Przeglądałam akta i coś mi przyszło do głowy. 

Wydaje mi się, że . nic nie jest w porządku.

Trevor odprowadził wzrokiem odjeżdżający samochód Joego, po czym odwrócił się i skierował do recepcji.

Robił wszystko, co możliwe. Parę ważnych informacji na przynętę i subtelna groźba wobec kogoś, kogo Quinn 

kochał. Albo jedno. albo drugie powinno poskutkować. Boże, naprawdę miał nadzieję. że to wystarczy. Dzisiaj nie 
popisał się za bardzo.

Przyjechał tutaj, żeby zwyciężyć, a popełnił gigantyczny błąd, ciężko będzie naprawić. Może, gdyby Eve Duncan 

i  Quinn  nie  byli  tacy  bystrzy  i  spostrzegawczy,  byłby  w  stanie  jakoś  to  zatuszować,  ale  oni  okazali  się  tak 
wyjątkowi jak powiedział Bartlett. Miał szczęście, że wyszedł stamtąd z ...

Zatrzymał się gwałtownie, kiedy dotarło do niego, co naprawdę wydarzyło.

Może jednak wcale nie miał tak dużo szczęścia .

Oboje byli bystrzy i bardzo, bardzo spostrzegawczy. Potrafił rozpoznać  te cechy. Rzadko spotykał kogoś, przy 

kim musiał być tak ostrożny.

To  doświadczenie  przyprawiało  go  o  dreszcz,  który  uruchamiał  wszystkie jego  zmysły.  Sięgnął  po  telefon  i 

wystukał numer Bartletta

Dzwonię z Atlanty. Jesteś w mieszkaniu? - Tak.

background image

- Wyjdź stamtąd. Możesz mieć towarzystwo. - Rozejrzał się po holu i skierował w stronę restauracji. Prawie 

każda restauracja a miała wyjście na ulicę. - Spieprzyłem sprawę.

Nie  wierzę.  -  Bartlett  zaśmiał  się  cicho.  -  Przy  całej  twojej  zręczności  zrobili  cię  na  szaro?  Chciałbym  to 

zobaczyć.

Pewnie, że byś chciał - powiedział Trevor sucho. Tak, restauracja miała wyjście na ulicę. Podszedł wprost do 

drzwi.

- I w pełni zasługuję na twoje wymówki. Jezu, jaki byłem glupi . Zachowałem się jak pieprzony amator. Nigdy 

nie oczekiwałem takiej reakcji.

Bartlett milczał przez chwilę. – Jane MacGuire?

- Za długo czekałem. Spanikowałem, zanim jeszcze weszła do pokoju.

- Spanikowałeś? Nigdy nie widziałem, żebyś spanikował.

- Cóż, zobaczyłbyś dzisiaj. Byłem przerażony, że zginie, zanim

w  ogóle  będę  miał  szansę  ją  poznać.  A  potem  ją  zobaczyłem  i  próbowałem  nadrobić  straty,  ale  było  już  za 

późno.

- To ona?

- N a Boga, tak! Zaparło mi dech w piersiach. Nawet Aldo byłby

usatysfakcjonowany.  -  Trevor  otworzył  drzwi  i  zatrzymał  taksówkę.  -  Ale  miałeś  rację  co  do  Quinna  i  Eve 

Duncan. To tylko kwestię czasu, zanim zaczną zadawać takie pytania, jakie ja bym za,

- U sadowił się w taksówce. - Zadzwonię do ciebie później. Nic nie zostawiaj. Mieszkanie ma być czyste jak 

łza.

- Ty możesz się zachowywać jak dupek, ale ja nie zamierz i cenię swoją skuteczność. Wykonam swoje zadanie. 

- Bard odłożył słuchawkę.

Tak  jak  ja  powinienem  był  wykonać  swoje,  pomyślał  z  ni,  smakiem  Trevor,  kiedy  taksówka  odjeżdżała  od 

krawężnika. kto by się spodziewał, że tak się rozklei?

- Lotnisko Hartsfield - rzucił taksówkarzowi.

Powinien  był  się  tego  spodziewać.  To  wszystko  zabrało  zbyt  wiele  czasu  i  każdy  dzień  ciągnął  się  jak 

wieczność. Myślał, że j przygotowany, ale widocznie nie można przygotować się na o takiego.

Pozbieraj szczątki i zacznij od nowa.

Nie, nie od nowa. Jego niezręczność cofnęła go tylko o krok ..

Jane MacGuire była tutaj, tylko parę minut od niego. Widział J dotykał jej. Był na czele wyścigu.

Był szybszy niż Aldo. Na razie.

ROZDZIAŁ 4

Przykro  mi,  detektywie  Quinn.  -  Recepcjonistka  spojrzała  znad  komputera.  -  Pan  Trevor  jeszcze  się  nie 

zameldował.

background image

_ Proszę sprawdzić jeszcze raz - powiedział Joe niecierpliwie.

- Wiem, że tu jest. Sam go przywiozłem piętnaście minut temu.

Recepcjonistka ponownie przeszukała bazę i potrząsnęła głową. _ Przykro mi - powtórzyła. - Może zatrzymał 

się na chwilę w barze. Albo był głodny i poszedł do restauracji.

Ą1bo  dał  nogę,  pomyślał  Trevor,  odwracając  się  i  kierując  w  stronę  baru.  Zamierzał  dowiedzieć  się  tego 

szybko, nawet jeżeli miałby przepytać każdego pracownika w obu tych miejscach.

-  Przeszedł  przez  restaurację  i  wskoczył  do  taksówki  -  Powiedział  do  Eve  dwadzieścia  minut  później.  -

Zadzwoniłem do korporacji taksówkowej i okazało się, że dziesięć minut jeden z kierowców zawiózł mężczyznę 
odpowiadającego opisowi na lotnisko. Właśnie tam jadę.

Nie możesz zadzwonić, żeby zgarnęła go ochrona?

- Nie chcę ryzykować procesu przeciwko wydziałowi albo międzynarodowego incydentu. Brak dowodów, Eve. 

Jak  by  powiedział  Trevor,  czysta  teoria.  Zadzwonię,  kiedy  się  czegoś  dowiem.  Postaraj  się  zadzwonić  jak 
najszybciej. Będę czekać.

- Nie dopadłeś go - powiedziała Eve, patrząc na twarz Joego, wchodził do domu trzy godziny później. - Jakim 

cudem  uciekł?No, cóż, na pewno nie wsiadł do samolotu. Sprawdziłem  te korporacje taksówkowe, nie wziął też 
taksówki  z  lotniska - Joe  opadł  ciężko  na  kanapę  i  potarł  kark.  -  Założę  się,  że wskoczył  do  autobusu,  a  potem 
pojechał metrem do centrum. , zgrabny sposób ucieczki, trudny do wytropienia.

- Bardzo sprytnie.

- A czego oczekiwałaś? On jest sprytny. I ma diabelnie dobry

instynkt.  Nie  sądzę,  żeby  zamierzał  odsunąć  się  od  śledztwa.  Przejrzał  mnie  i  pograł  ze  mną  najlepiej,  jak 

potrafił.

- Dostałeś raport od Christy?

-  Pół  godziny  temu.  Zadzwoniła  bezpośrednio  do  Scotland Yardu  i  rozmawiała  z  inspektorem  Falsworthem. 

Nikt  nie  słyszał  o  inspektorze  Marku  Trevorze, ale  ktoś  o  takim nazwisku pracuje  w  laboratorium  dowodowym. 
Trevor nie udawałby prawdziwego inspektora, to by go od razu zdradziło. Ale stanowisko można pomylić i gdyby 
ktoś  zadzwonił  do  biura,  zostałby  połączony  z  człowiekiem  o  nazwisku  Trevor.  Scotland  Yard  nigdy  nie  wysłał 
tego maila dotyczącego naszego seryjnego zabójcy. Nigdy nie podejrzewali, że może być w Stanach, wciąż szukają 
go w Anglii. - Joe spojrzał na Eve. - Dlaczego pomyślałaś, że Trevor może udawać kogoś innego?

- Nie pomyślałam. To była czysta zgadywanka. Po twoim wyjściu uświadomiłam sobie, że zachowanie Trevora 

było  bardzo  nietypowe  jak  na  policjanta.  Wszyscy  macie  wpojone  odpowiednie  procedury,  a  on  złamał  jedną  z 
podstawowych zasad. - Eve zacisnęła usta. - I zaczęłam grać w grę "co by było, gdyby". Czy możemy być pewni, 
że  Trevor  jest  tym,  za  kogo  się  podaje?  Jaki  mamy  dowód?  Na  pewno  pokazał  ci  swoje  pełnomocnictwo,  ale 
dokumenty mogły być fałszywe. Podobnie jak ten e-mail. Trudno byłoby mu włamać się na stronę Scotland Yardu i 
wysłać  stamtąd  wiadomość,  ale  to  na  pewno  nie  przekracza  możliwości  doświadczonego  hakera.  Warto  było 
sprawdzić.

-  Tak,  to  prawda.  Żałuję  tylko,  że  nie  położyłem  na  nim  łapy,  zanim  się  wyśliznął.  -  Joe  spojrzał  w  stronę 

przedpokoju. - Powiedziałaś Jane?

-  Uprzedziłam  ją,  że  go  sprawdzamy.  Pewnie  myśli,  że  mam  paranoję.  -  Eve  skierowała  się  do  kuchni.  -

Podgrzałam steki dla Jane, kiedy okazało się, że nie przywieziesz chińszczyzny. Zjesz trochę?

-  Nie  jestem  głodny.  Ale  chętnie  napij  y  się  mleka.  -  Joe  wstał  i  usiadł  przy  kuchennym  blacie.  -  Christy 

poprosiła Scotland Yard, żeby sprawdzili Trevora przez komputer. Potrzebuje dobrego opisu.

background image

- To im nie wystarczy, Trevor to na pewno nie jest jego prawdziwe imię. Zachowałam fIliżankę, z której pił, 

będzie można zdjąć odciski palców. - Eve postawiła przed nim szklankę mleka. - Jane mogłaby pomóc i dać Christy 
jego szkic. - Oczywiście, jeśli zechce - dodała z wahaniem.

- Jeżeli dowie się, że nas okłamał, nie zechce go chronić.

- Może. Mówiła, jak to sama, jako mała dziewczynka, robiła złe rzeczy z dobrych pobudek. Nie podoba mi się 

sposób, w jaki się z nim utożsamia. - Zwilżyła usta językiem. - Myślisz, że to on? Że zabił Ruth?

Joe milczał chwilę.

- Myślałem o tym przez całą drogę do domu - powiedział wreszcie. - Udawanie policjanta to sprytny sposób na

zbliżenie się do Jane. - Zerknął na akta leżące' na stole. - I utorował sobie drogę bardzo kuszącą przynętą.

- Kanalia!

Powoli pokiwał głową.

- Bezpieczniej będzie, jeżeli uznamy go za zagrożenie dla Jane, dopóki nie przekonamy się, że jest inaczej.

- Ale ty masz wątpliwości - Eve spojrzała mu prosto w oczy.

- Myślę, że chciał wziąć udział w dochodzeniu.

- Czasami seryjni mordercy tak robią. Przypomnij sobie Teda Bundy'ego.

-  Wiem.  Tylko  myślę,  że  zauważyłbym  jakąś  niezdrową  reakcję.  Wkurzył  mnie,  ale  ani  przez  chwilę  nie 

przypuszczałem,  że  chciałby  ...  -  Wzruszył  ramionami.  -  Ale  kto,  do  diabła,  może  wiedzieć,  czego  on  chciał? 
Dowiemy się, jak go znajdziemy. O ile wciąż jest w mieście.

Dokończył mleko.

- Och, oczywiście, że jest - powiedziała Eve nerwowo. - Widziałeś jego twarz, kiedy rozmawiał z Jane? Nie ma 

mowy, żeby ją Zostawił. - Umyła szklankę. - Masz już raport dotyczący Ruth? - Musisz dać mi trochę czasu. Jej 
zdjęcie będzie w jutrzejszej gazecie, może ktoś ją rozpozna.

- Mam nadzieję. Chciałabym, żeby wyszło z tego coś dobrego.

- Eve zamilkła, a potem wyszeptała: - Jestem przerażona, Joe.

A jeżeli to morderca był dzisiaj w tym domu, ściskał dłoń Jane? - Jane jest bezpieczna, Eve.

- Na pewno? Na Boga, mam taką nadzieję. - Wzięła głęboki

oddech  i  skrzyżowała  ramiona  na  piersi.  -  Oczywiście,  że  jest  bezpieczna.  I  nadal  będziemy  ją  chronić.  -

Odłożyła szklankę. - Idę zobaczyć, czy Jane już się obudziła i porozmawiać z nią o tym szkicu. Może sprawdzisz, 
czy Christy dowiedziała się czegoś nowego?

Aldo  uśmiechał  się,  przypatrując  się  zdjęciu  w  gazecie.  Podobieństwo było  wyjątkowe.  Artysta,  który  zrobił 

rekonstrukcję,  musiał  być  bardzo  utalentowany.  Prawie  tak  utalentowany  jak  on  sam,  kiedy  usuwał  te  rysy  za 
pomocą skalpela chirurgicznego. Myślał, że potrwa o wiele dłużej, zanim odtworzą twarz kobiety, którą nazywali 
Ruth.

Wcale  nie  nazywała  się  Ruth.  Miała  na  imię  Caroline i  prawdopodobnie ktoś ją  wkrótce  zidentyfikuje.  Tym 

razem nie była to ani prostytutka, ani bezdomna. Spostrzegł ją, gdy wychodziła z biurowca w centrum, i wypełnił 
swoją powinność, usunął potencjalną Cirę.

Jezu, męczył go już ten obowiązek. Zawsze doznawał ogromnej przyjemności w trakcie wykonywania aktu, ale 

był zmęczony poszukiwaniami. Było oczywiste, że każdy jej sobowtór powinien zostać zmieciony z powierzchni 
ziemi, ale musi odnaleźć prawdziwą Cirę. Każdej nocy przed zaśnięciem modlił się cicho o tę jedną łaskę.

background image

I  miał  przeczucie,  że  jego  modlitwy  wkrótce  zostaną  wysłuchane.  Podniecenie  było  zbyt  intensywne, 

niecierpliwość wzrastała z każdym dniem.

Odsunął  gazetę  i  obrócił  krzesło  z  powrotem  do  komputera.  Nie  mógł  zdawać  się  w  poszukiwaniach  Ciry 

jedynie  na  łut  szczęścia.  Już  dawno  zdecydował,  że  nie  będzie  zasługiwał  na  ostateczną  przyjemność,  jeżeli 
ograniczy się tylko do przeszukiwania ulic.

Więc wpisz skradzione hasło. Ekran monitora rozświetlił się.

Udało się!

Teraz uważaj na wszystkie zabezpieczenia, które założyli, żeby chronić Cirę.

Usiadł wygodnie i rozpoczął przeglądanie stron. Były ich tysiące, ale on był bardzo cierpliwy. Mimo że oczy 

zachodziły mu mgłą, a plecy bolały od długich godzin pochylania się nad komputerem, nie podda się.

Ta droga prowadziła do Ciry.

- Proszę.  -  Jane  położyła  szkic  na  stole  przed  Joem  następnego  ranka  przy  śniadaniu.  -  To  najdokładniejszy 

rysunek, jaki potrafię zrobić. - Podeszła do lodówki i wyjęła sok pomarańczowy. - Co zamierzasz z tym zrobić?

- Posłać do Scotland Yardu, a oni prawdopodobnie przekażą to

Interpolowi. - Joe przyglądał się uważnie szkicowi. - Jest bardzo dobry. Idealnie uchwyciłaś jego rysy.

- To  było  proste.  Bardzo  charakterystyczna  twarz.  -  Jane  nalała  soku  do  szklanki.  -  Poza  tym,  jak  już 

powiedziałam Eve, on mi kogoś przypomina. Wydawał się ... nie wiem ... znajomy. - Usiadła

przy stole. - Gdzie jest Eve?

- Na  zewnątrz,  zaniosła  kawę  Macowi  i  Brianowi,  którzy  siedzą  w  radiowozie.  -  Joe  podniósł  wzrok  znad 

szkicu. - Eve myślała, że może nie zechcesz tego zrobić.

- Dlaczego? Przecież nawet nie znam tego Trevora. I jestem

lojalna wobec was, ciebie i Eve - uśmiechnęła się Jane. -

Zawsze, Joe.

- Dobrze to wiedzieć.

- Może to zabrzmi głupio, ale nie sądzę, żeby Trevor chciał

mnie skrzywdzić. I nie potrafię sobie wyobrazić, żeby zdzierał twarz z jakiejkolwiek kobiety.

- Tylko dlatego, że sam ma taką ładną buźkę?

- Nie, powiedziałam ci, że prawie nie zauważyłam, że jest przystojny. On ma dużo więcej zalet niż sam wygląd.

- Skąd wiesz? Sama powiedziałaś, że wcale go nie znasz.

-  Musisz  ufać  swojemu  instynktowi.  -  Łyknęła  soku.  -  Zawsze  mi  to  powtarzałeś,  Joe,  stosuję  się  tylko  do 

twoich zaleceń.

- A więc to moja wina?

- Pewnie, dlaczego nie?

- Bo twój charakter był już w pełni ukształtowany, kiedy

wkroczyłaś w nasze życie. Jeżeli ktoś tu ma na kogoś wpływ, to ty na nas.

background image

- Nieprawda, nie zgodziłabym się z tobą. Jak myślisz, kiedy dowiesz się czegoś o Trevorze?

- Mam nadzieję, że wkrótce.

- Dobrze, jestem go bardzo ciekawa. - Dokończyła sok. – Jest niezwykle interesujący. Zaproponowałabym, że 

zrobię ten szkic, nawet jeżeli Eve by mnie o to nie poprosiła.

- Teraz mnie zaskoczyłaś.

- Dlaczego? Wtargnął w nasze życie i zasługuje, żebyśmy my trochę powtrącali się w jego.

- Może nie tylko trochę - mruknął Joe ponuro.

- Zobaczymy. - Jane odsunęła krzesło. - Poproszę Eve, żebyzawiozła mnie do szkoły. Muszę odebrać mój plan. 

- Uśmiechnęła się. - Oczywiście, mogłabym pożyczyć twój samochód i pojechać sama. Teraz już mogę.

- Chyba wolelibyśmy, żebyś przez kilka następnych dni nie chodziła nigdzie sama.

- Tak myślałam. - Skierowała się do drzwi. - To by było na tyle, jeżeli chodzi o moje nowiutkie prawo jazdy.

- Ruth nazywała się Caroline Halliburton - powiedziała Christy, kiedy Joe przyszedł na posterunek trzy godziny 

później.  -  Pracowała  w  biurze  maklerskim  w  centrum,  a  jej  rodzice  mieszkają  na  północy,  w  Blairsville.  Miała 
mieszkanie w Buckhead i nie pojawiła się w biurze w zeszły poniedziałek. W środę koleżanka z pracy zgłosiła jej 
zaginięcie.

- To ona rozpoznała ją na fotografii? - spytał Joe.

-  Nie,  jeden  z  naszych  urzędników  przypomniał  sobie,  że  widział  to  zdjęcie,  kiedy  uzupełniali  bazę  osób 

zaginionych.

Joe zaklął zirytowany.

- Przejrzeliśmy tę bazę, zanim posłałem zdjęcie do gazety. Nic nie znaleźliśmy.

-  Nic  dziwnego.  Po  ostatnich  cięciach  budżetowych  mamy  miesiąc  opóźnienia  w  robocie  papierkowej  i  co 

najmniej  cztery  miesiące  w  badaniach  DNA.  -  Christy  zerknęła  na  szkic,  który  Joe  rzucił  na  jej  biurko,  i  cicho 
gwizdnęła. - To jest cholernie dobre, Joe. Czy jest dokładny?

- Absolutnie. Uśmiechnęła się szeroko.

-  Naprawdę  śliczny  chłopiec.  Pozwoliłabym  takiemu  manipulatorowi  namówić mnie  prawie  do  wszystkiego. 

Nic dziwnego, że Jane go zapamiętała.

- Wcale nie zauważyła, żeby był specjalnie przystojny. Po prostu narysowała to, co widziała.

-  Taa,  pewnie.  Na  Boga,  ona  ma  siedemnaście  lat,  Joe.  Wygląd  jest  wszystkim  dla  nastolatków.  A  ten  jest 

seksowny jak pieprzony gwiazdor. - Podniosła dłoń, kiedy Joe otworzył usta. - Dobrze, ona jest ponad to. Nie jest 
taka, jak moja córka Emily i dziewięćdziesiąt dziewięć procent dziewcząt w jej wieku - zakpiła. - Zaraz każę to ze 
skanować i przesłać do Scotland Yardu.

- Dzięki, Christy. Uśmiechnęła się.

- Cała przyjemność po mojej stronie. Nie jestem podobna do Jane, lubię patrzeć na takich przystojnych drani 

jak on.

- Naprawdę może być draniem - powiedział Joe.  - Nazywasz go manipulatorem, ale nie wiemy, czy sam nie 

popełnił tych morderstw.

- Nie, nie wiemy. - Uśmiech Christy zbladł, kiedy popatrzyła znowu na szkic. - Szkoda.

background image

Joe  odprowadził  ją  wzrokiem,  kiedy  szła  wzdłuż  rzędu  biurek,  .  a  potem  otworzył  leżące  przed  nim  akta 

Caroline Halliburton. Był przygotowany na to,  że ujrzy jej zdjęcie,  ale i  tak doznał szoku. Fotografia  zrobiona z 
rekonstrukcji Eve była bliska prawdy, ale tutaj widniała żywa kobieta. W chwili śmierci miała dwadzieścia cztery 
lata, ale zdjęcie zostało zrobione parę lat wcześniej i podobieństwo do Jane było uderzające.

To go śmiertelnie przeraziło. - Joe?

Podniósł głowę i ujrzał stojącą nad nim Christy. - Ale się sprężyłaś. Nie sądziłem, że zdążysz ...

- Mamy kolejną ofiarę. - Wyłączyła komórkę, przez którą rozmawiała. - Jezioro Lanier. Jacyś płetwonurkowie 

znaleźli ciało, zaznaczyli miejsce i zawiadomili policję.

Joe zatrzasnął teczkę i poderwał się z krzesła. - Jesteś pewna?

- Absolutnie! - Złapała torebkę i ruszyła w stronę drzwi. – Ona nie ma cholernej twarzy.To ona!

Aldo nie mógł uwierzyć. To był cud.

Serce biło mu mocno, kiedy patrzył na zdjęcie.

Patrzyła na świat z zuchwałością, która wyzywała wszystkich.

Świeża, młoda i nie do zdobycia.

Nie, nie dla mnie, Cira. Zapisał imię.

Jane MacGuire.

Nie, nie Jane.

Cira. Cira. Cira.

Szybko skopiował adres do bazy danych.

Nagle zdał sobie sprawę, że drży. Trząsł się z rozkoszy na myśl o zbliżającej się chwili. Inne były podobne, ale 

ona  jest  idealna,  perfekcyjna.  Nie  może  być  wątpliwości,  że  to  właśnie  tę  twarz  widywał  przez  całe  życie  w 
koszmarach. Drżał ze strachu, że coś albo ktoś mu ją odbierze.

Nie, nie może na to pozwolić. Zbyt długo wędrował, poświęcił na poszukiwania zbyt wiele czasu, usunął zbyt 

wiele kopii Ciry.

Ale J ane MacGuire nie była kopią. Ona była Cirą. I zasługiwała na śmierć.

Ciemność.

Brak powietrza. Brak czasu.

Nie uda jej się.

A  właśnie,  że  tak.  Nie  miała  zamiaru  umierać  w  tym  tunelu.  Niech  ci  inni  tchórze  się  poddają,  ona  będzie 

walczyć tak długo, aż się uwolni.

Zerwała wcześniej wszystkie łańcuchy, które trzymały ją na uwięzi, i nie pozwoli, żeby śmierć ostatecznie ją 

zniewoliła.

Czy ziemia się trzęsie? Brak powietrza. Upadła na kolana. Nie!

Podniosła się z trudem i ruszyła chwiejnie do przodu. W którą stronę? Jest zbyt ciemno, żeby ...

Skręciła w prawo.

background image

- Nie, to jest ślepy zaułek. Tędy.

Stał w tunelu, tuż za nią. Wysoki, ukryty w cieniu, ale wiedziała, kim jest.

- Zejdź mi z drogi! Myślisz, że ci zaufam?

- Nie masz czasu na nic innego. - Wyciągnął do niej rękę.

- Chodź ze mną. Pokażę ci drogę.

Nigdy więcej nie ujmie jego dłoni. Nigdy nie uwierzy, że on ... Zataczając się, poszła w głąb tunelu.

- Wracaj!

- Nic z tego. -Jej głos był jedynie szeptem wydobywającym się

z boleśnie suchego gardła.

Biegnij! Szybciej! Przeżyj!

Ale jak może przeżyć, skoro nie ma powietrza? - Do diabła, Jane, obudź się!

Ktoś  nią  potrząsał.  Eve,  znowu,  półprzytomnie  zdała  sobie  sprawę.  Przerażona  Eve.  Eve  próbująca  ocalić  ją 

przed snem, który wcale nie był snem. Czy ona nie wie, że Jane musi tu zostać? To był jej obowiązek, żeby ...

- Jane!

Głos był ostry i Jane powoli uniosła powieki. Twarz Eve była napięta ze strachu.

- Cześć - wymamrotała Jane. - Przepraszam ...

_ To nie wystarczy - głos Eve był tak wystraszony, jak jej mina. _ Mam dosyć. - W stała i ruszyła w stronę 

drzwi. - Włóż szlafrok i wyjdź na ganek. Musimy porozmawiać.

- To tylko koszmar, Eve. Wszystko w porządku.

- Wiem sporo o koszmarach i nic z nimi nie jest w porządku.

Nie, jeżeli pojawiają się co noc. Wyjdź na ganek. - Eve nie czekała na odpowiedź.

Jane  powoli  usiadła  i  potrząsnęła  głową.  W  ciąż  była  nieprzytomna  i  oszołomiona,  a  ostatnią  rzeczą,  jakiej 

potrzebowała, była konfrontacja z Eve w takim stanie. Poszła do łazienki i spryskała twarz zimną wodą.

Tak lepiej ...

Oprócz tego, że jej płuca wciąż były obolałe i palące po nocy bez powietrza.

Ale to wkrótce minie, tak jak wszechogarniająca panika. Wzięła głęboki oddech, sięgnęła po szlafrok leżący na 

łóżku i narzuciła go na siebie, idąc korytarzem w stronę ganku.

Eve siedziała na huśtawce.

- Przynajmniej teraz wyglądasz na obudzoną. - Podała Jane kubek gorącej czekolady. - Wypij. Na dworze jest 

chłodno.

- Możemy wejść do środka.

- Nie chcę obudzić Joego. Powiedziałby, że wyolbrzymiam twój problem. Kurcze, on może w ogóle nie widzieć 

w tym problemu. On chce być cierpliwy i pozwolić ci uporać się z tym samej.

- Może ma rację. - Jane upiła łyk czekolady i usiadła na górnym stopniu. - Ja też nie widzę tu problemu.

background image

- Ale ja widzę. I to ty musisz mnie przekonać, że się mylę. - Eve uniosła filiżankę do ust - mówiąc mi, co, do 

diabła, ci się śni.

Jane skrzywiła się.

- Wyluzuj, Eve. Zupełnie jakbym cierpiała  na jakąś głęboką, psychologiczną traumę, związaną z tobą, albo z 

Joem, albo z moim dorastaniem.

- Skąd mam wiedzieć, że tak nie jest? I skąd ty możesz to wiedzieć? Sny nie zawsze są jednoznaczne i można je 

interpretować na wiele sposobów.

- Pewnie, przez jakiegoś psychiatrę, który bierze kilka setek dolarów za godzinę tylko za to, że pobawi się w 

zgadywanki.

- Też nie jestem zwolenniczką psychoanalizy, ale chcę wiedzieć, że cię nie zawiodłam.

Jane uśmiechnęła się.

- Na litość boską, nie zawiodłaś mnie, Eve. Byłaś dobra i wyrozumiała, a to trudne z taką twardą sztuką jak ja. -

Jane upiła kolejny łyk czekolady. - Ale powinnam była wiedzieć, że będziesz winiła się za coś, co nie ma z tobą nic 
wspólnego.

- Więc udowodnij mi, że to nie ma ze mną nic wspólnego. Opowiedz mi ten cholerny sen.

- Skąd wiesz, że za każdym razem jest taki sam?

- A nie jest?

Jane milczała chwilę. - Tak.

- No nareszcie! - Eve opadła na oparcie huśtawki. - Dalej!

- Cóż, jest i nie jest taki sam. Zaczyna się tak samo, ale każdy sen idzie jakby o krok dalej. - Zapatrzyła się na 

jezioro. - I czasami ... nie wydaje się ... nie jestem pewna czy to na pewno sen. - Zwilżyła usta językiem. - Wiem, że 
to brzmi dziwnie, ale ja tam jestem, Eve.

- Gdzie?

- W tunelu albo jaskini, w czymś takim. Usiłuję znaleźć wyjście, ale nie wiem, gdzie ono jest. Nie mam dużo 

czasu.  Brakuje  powietrza  i  robi  się  coraz  goręcej.  Cały  czas  biegnę,  ale  nie  jestem  pewna,  czy  znajdę  drogę  do 
wyjścia.

- To piekło?

Jane potrząsnęła głową.

- To by pasowało do opisu, prawda? Gorąco, brak powietrza i niekończąca się pogoń. Ale to jest prawdziwy 

tunel, a ja nie jestem martwa, jestem żywa i walczę, żeby taką pozostać.

- Nic dziwnego, przez całe życie o coś walczyłaś.

- Tak, to prawda. - Jane wciąż wpatrywała się w jezioro. – Ale we śnie, kiedy pamiętam walkę ... To nie są moje 

wspomnienia ani moje bitwy, tylko jej.  -  Zdezorientowana potrząsnęła głową. - To  znaczy  moje, ale nie moje ... 
Wariactwo.

- Nie jesteś wariatką. Po prostu potrzebujesz pomocy, żeby to wszystko zrozumieć.

- Pewnie, a psychiatra powie mi, że usiłuję uciec od rzeczywistości przez wcielanie się w kogoś innego. Gówno 

prawda. Lubię moją rzeczywistość.

background image

- Ale nie lubisz tych koszmarów.

- Nie są takie złe. Mogę z nimi żyć.

- Ale ja nie mogę. Może gdybyś wzięła środek nasenny, spałabyś zbyt głęboko, żeby ...

Jane pokręciła głową. - Nie!

- Ja też nie lubię prochów, ale ...

- Nie obawiam się brania środków nasennych. Po prostu nie

mogę - muszę doprowadzić to do końca.

- Jak to? 

- Muszę dostać się do wyjścia z tunelu. Ona ... ja umrę, jeśli stamtąd nie wyjdę.

- Zdajesz sobie sprawę, jak irracjonalnie to brzmi?

- Nic mnie to nie obchodzi. Muszę to zrobić. - Jane zauważyła, że Eve chce zaprotestować, więc mówiła szybko 

dalej. - Słuchaj, nie wiem, co się ze mną dzieje, ale myślę ... nie, jestem pewna, że dzieje się w jakimś celu. Nie jest 
łatwo mi to przyznać, bo nie wierzę w nic, czego nie mogę zobaczyć albo dotknąć. - Spróbowała się uśmiechnąć. -
Wierzę w ciebie, i w Joego i w to, co jest między nami. To jest dobre i prawdziwe. Ale to, co dzieje się w tunelu, też 
jest prawdziwe. I jeżeli nie będę starała się jej pomóc, ona może zginąć.

- Znowu powiedziałaś ona.

- Naprawdę? - Jane zrobiła to zupełnie bezwiednie. - I co o tym sądzisz, Eve?

- Nie wiem, co mam o tym myśleć - westchnęła Eve. - Jeżeli to nie jesteś ty, to, jak sądzisz, kim jest ta kobieta? 

Myślisz, że to jakieś telepatyczne połączenie z kimś w rozpaczy? Słyszałam o takich przypadkach.

- Nie z ludźmi takimi jak ja, nie mam zdolności parapsychicznych.

- Wszystko jest możliwe. Jane uśmiechnęła się.

- Wiedziałam, że będziesz  szukała sposobu,  żeby mi uwierzyć, nawet jeżeli  będę to  mówiła jak nawiedzona. 

Dlatego ci powiedziałam.

- Wyciągnęłam to z ciebie.

- Musiałaś trochę popracować. - Uśmiech Jane zbladł. – Nie znam żadnych odpowiedzi, Eve. Mam mnóstwo 

pytań i każde z nich mnie przeraża.

- Od kiedy masz te koszmary?

- Od dwóch miesięcy.

- Mniej więcej w tym czasie Aldo pojawił się na południowym wschodzie.

- Ale ja o tym nie wiedziałam, więc on nie mógł ich wywołać.

- Jane znowu się uśmiechnęła. - "No, dalej, powiedz mi, że wszystko jest możliwe, podoba mi się ten zwrot. -

Dokończyła czekoladę. - Jest bardzo pocieszający, skoro nie znam żadnych odpowiedzi. - W stała. - Nie martw się 
tym, Eve. Może samo minie. - Przeszła przez ganek i szybko ją uścisnęła. - I jeżeli to cię pocieszy, żaden seryjny 
morderca nie goni mnie w tym tunelu. To nie dlatego uciekam.

- To dobrze. Cieszę się, że jesteś tam sama. Mamy wystarczająco dużo kłopotów bez tego drania ścigającego 

cię nawet we śnie.

background image

Jane zawahała się.

- Cóż... Nie jestem zupełnie sama. Ktoś jest za mną. Ale nie boję się tego kogoś, jestem na niego zła.

- Kto to jest?

- Jakiś cień. - Jane wzruszyła ramionami i uśmiechnęła się.

- Teraz  wiesz to  co ja.  I pewnie  to  wszystko brednie i  efekt mojego trudnego dzieciństwa. Ale nie  pozwolę, 

żeby jakikolwiek psychiatra opowiadał mi o tym. Więc dajmy sobie spokój i chodźmy spać.

- Ja nie zamierzam tego tak zostawić.

- Wiem. - Jane popatrzyła na Eve i poczuła przypływ czułości.

- Przez te wszystkie lata próbowałaś przywołać z powrotem zagubione dusze i nie podoba ci się myśl, że mogę 

choćby W najmniejszym stopniu zasilić ich szeregi. Ale ja nie jestem zagubiona, z tego tunelu jest wyjście. Tylko 
nie wiem, dokąd ona - dokąd ja idę.

- Więc powiedz mi, kiedy będziesz miała następny sen i razem spróbujemy coś wymyślić. Co dwie głowy to nie 

jedna. Nie będę drwiła z niczego, co mi powiesz. Odkryłam, że czasami sny są ostatnią deską ratunku.

- Wiem.

Eve usłyszała dziwną nutę w głosie Jane i zesztywniała. - Jane?

O  Boże,  nie  to  chciałam  powiedzieć,  pomyślała  Jane.  Powinnam  wycofać  się  i  skłamać.  Nie,  nigdy  nie 

okłamała Eve i nie zamierzała teraz tego robić.

- Ja ... słyszałam cię.

- Co?!

- Siedziałaś nad jeziorem i nie wiedziałaś, że byłam na ścieżce za tobą. - I?

- Bonnie. Rozmawiałaś z Bonnie.

Eve milczała przez długą chwilę. - Przez sen?

- Chyba tak. Opierałaś się o drzewo, więc nie wiem. Ale wiem, że rozmawiałaś z kimś, kogo tam nie było. -

Jane zobaczyła wstrząśniętą twarz Eve i dodała szybko: - To było ponad trzy lata temu. Wiedziałam, że nie będziesz 
chciała o tym mówić, więc nigdy ... Powinnam była trzymać buzię na kłódkę. Przestań tak na mnie patrzeć. Nic się 
nie stało ... Masz prawo, żeby ... Naprawdę, wszystko w porządku.

- Trzy lata ... - Eve patrzyła na nią z niedowierzaniem. - I nigdy nic nie powiedziałaś ...

- A co miałam mówić? Cierpiałaś i rozmawiałaś ze swoją nieżyjącą córką. To twoja sprawa.

- I nigdy nie przyszło ci do głowy, że może jestem trochę .. · niezrównoważona ?

- Nie ty. - Jane uklękła przed Eve i położyła jej głowę na kolanach. - A jeżeli nawet, to chcę być taka jak ty -

szepnęła. - Każdy na świecie powinien być tak zwariowany.

- Na Boga, mam nadzieję, że nie. - Eve delikatnie pogłaskała Jane po włosach. - I nie masz żadnych pytań?

-  Powiedziałam  ci,  to  twoja  sprawa.  Przykro  mi,  że  o  tym  wspomniałam.  Nie  chciałam  ...  Niech  to  nic  nie 

zmieni między nami. Nie zniosłabym tego.

- Oczywiście, że zmieni.

Jane szybko podniosła głowę.

background image

- Będziesz czuła się przy mnie niezręcznie? Proszę, nie ...

- Ciii ... - Palce Eve na ustach Jane zatrzymały potok słów. _ Nie

czuję się niezręcznie. Jesteś mi jeszcze bliższa. - Dlaczego?

Eve zachichotała.

- Bo myślisz, że jestem trochę stuknięta, ale wciąż mnie kochasz. Bo nie powiedziałaś ani słowa przez trzy lata 

tylko dlatego, że myślałaś, że to mnie zrani. Powiedziałabym, że to naprawdę wyjątkowe, Jane.

- Wcale nie - odpowiedziała Jane z trudem. - Ty jesteś wyjątkowa. Dobra i cierpliwa. I jestem szczęściarą, że 

mogę mieszkać z tobą pod jednym dachem. Zawsze o tym wiedziałam. - W stała. - Więc wszystko w porządku? Nie 
gniewasz się na mnie?

- Skądże! Kiedy minie mi szok, zdam sobie sprawę, że dobrze będzie dzielić z kimś Bonnie.

- Joe nie wie?

Eve potrząsnęła głową. - To ... trudne.

- Nigdy nikomu nie powiem. Nawet Joemu.

- Wiem.

Jane odwróciła wzrok.

- Ale mam jedno pytanie. Jeśli nie będziesz chciała odpowiedzieć, to nie ma sprawy.

- Pytaj.

- Czy Bonnie ... jest takim snem, jak mój?

- Lubię myśleć, że jest snem. Ale ona twierdzi, że jest duchem, a ja bronię się przed tym. - Eve uśmiechnęła się. 

_ Czasami jej wierzę. Więc sama widzisz, że nie mam prawa kwestionować twoich doświadczeń, Jane.

- Masz prawo robić, co ci się podoba. - Jane ruszyła do drzwi. _ I będę walczyła z każdym, kto powie inaczej. 

Dobranoc, Eve. _ Dobranoc, Jane. Śpij dobrze.

- Postaram się - rzuciła, spoglądając z uśmiechem przez ramię·

- A jeżeli mi się nie uda, to przybiegnę prosto do ciebie.

- Zawsze możesz na mnie liczyć.

Jane wciąż jeszcze czuła ciepło tych słów, kiedy doszła do sypialni. Tak, zawsze może liczyć na Eve, jej pomoc 

i wsparcie. Nigdy nikomu nie ufała, zanim Eve pojawiła się w jej życiu, a po dzisiejszych wyznaniach czuła się jej 
jeszcze bliższa.

A teraz idź do łóżka, spróbuj zasnąć i miej nadzieję, że nie zostaniesz wciągnięta w tamto miejsce. Jeszcze nie. 

Każdy sen był coraz bardziej wyczerpujący. To jak bieganie w kieracie, który poruszał się prędzej i prędzej. Musi 
odzyskać siły, zanim znowu się z nim zmierzy.

- Już idę - wymruczała, przykrywając się kołdrą. - Tylko

pozwól mi chwilkę odpocząć. Nie zostawię cię, Cira ...

ROZDZIAŁ 5

background image

Było  piekielnie  ciemno,  a  oni  nie  zapalili  światła  na  ganku.  Aldo,  głęboko  rozczarowany,  opuścił  lornetkę. 

Kiedy obie kobiety wyszły na dwór, miał nadzieję, że zobaczy je wyraźnie, ale były tylko zamazanymi cieniami.

Jednak dobrze wiedział, która z nich to Jane MacGuire. Czuł niezwykłą witalność, wyjątkową siłę, która była 

nieodłączną  jej  częścią.  Kiedy  uklękła  przed  tą  drugą  kobietą  i  położyła jej  głowę  na  kolanach,  ten  gest  był  tak 
charakterystyczny,  tak  znajomy.  Ona  potrafi  poruszyć  serce  jednym  gestem,  kontrolować  wszystkich  wokół 
uśmiechem albo łzą, pomyślał gorzko.

Robiła to teraz z kobietą, którą z pewnością była Eve Duncan.

Kobieta wciąż patrzyła za Jane i Aldo prawie czuł miłość jaka je łączyła. Nie był zaskoczony, kiedy dowiedział 

się,  że  Jane  mieszka  z  tą  samą  rzeźbiarką  sądową,  która  odtworzyła  twarz  Caroline  Halliburton.  To  był  tylko 
kolejny znak, że krąg się zacieśnia.

Nie zniechęcił go nawet zaparkowany przed domem radiowóz.

Potrafił  poruszać  się  po  tym  lesie  cicho  jak  zwierzę.  A  obecność  policji  była  jedynie  dowodem  na  to,  że 

wiedziała, że jest blisko, i bała się.

Tak, jak powinna.

Joe leżał nieruchomo w ciemności, ale kiedy Eve wślizgnęła się do łóżka, czuła, że nie śpi.

- Jane miała kolejny koszmar - odezwała się, przykrywając kocem. - Musiałam z nią porozmawiać.

- I?

- Biegnie wzdłuż tunelu, nie może oddychać, ktoś jest z nią, ale jej nie zagraża. - Eve przytuliła się do Joego i 

położyła mu głowę na ramieniu. - To brzmi całkiem typowo, ale z Jane nic nie jest typowe. Będziemy musieli mieć 
na nią oko.

- Co do tego nie ma wątpliwości - zgodził się - zwłaszcza w tych okolicznościach. I jeżeli sprawa byłaby tak 

typowa, jak mówisz, to nie siedziałabyś na ganku tak długo.

Eve milczała przez chwilę.

- Mówi, że czasami nie jest pewna, czy to sen.

- To dość niezwykłe.

- I trochę przerażające?

- Nie, tylko trzeba się z tym jakoś uporać. - Delikatnie głaskał Eve po włosach. - Ty też miałaś sny o Bonnie i 

poradziliśmy sobie z tym.

O  tak,  pamiętała  te  pierwsze  lata  po  porwaniu  Bonnie,  kiedy  był  jej  opoką  we  wszechobecnym  odmęcie 

rozpaczy. Ale nie dzieliła z nim kojących snów o Bonnie z ostatnich lat. To było zbyt dziwne. Jak poradziłby sobie 
z tymi wizjami, gdyby mu o nich powiedziała?

- Eve?

- A co, jeżeli ona ma rację, Joe? Czasami zastanawiam się ... skąd wiemy, co jest snem, a co jawą?

- Ja  wiem. - Musnął  ustami  jej czoło. - Nie filozofuj mi tu. Chcesz dowiedzieć się  czegoś o rzeczywistości? 

Zapytaj takiego twardego glinę jak ja. My tym żyjemy i oddychamy.

- Tak, to prawda.

Musiał wyczuć delikatny wyrzut w jej głosie, bo ciaśniej otoczył ją ramieniem.

background image

- Wiem, nie jestem najwrażliwszym facetem na świecie. Ale ty i Jane możecie na mnie liczyć. Więc bierz to, co 

mogę ci zaofiarować.

- Jesteś wrażliwy, Joe. Roześmiał się cicho.

- Tak, pewnie. Jedyny powód, dla którego staram się być wrażliwy, jest taki, że kocham cię tak mocno, że nie 

możesz odetchnąć bez mojej  wiedzy. Dla reszty świata jestem twardym sukinsynem i taki chcę pozostać. Dobrze 
jest być twardym, zwłaszcza jeżeli to zapewnia bezpieczeństwo tobie i Jane.

Cały Joe, pomyślała Eve. Lojalny, bystry i ukrywający wszelkie oznaki słabości. Jezu, tak bardzo go kochała. 

Odwróciła głowę i pocałowała go.

- To prawda, dobrze jest być twardym - wyszeptała. Ale wiedziała, że jeszcze dziś w nocy mu nie powie.

Jeszcze nie, Bonnie ...

- Jestem w drodze - powiedział Bartlett. - Właśnie przesiadam się na lotnisku Kennedy'ego. Nie udało mi się 

złapać bezpośredniego lotu, ale powinienem być w Atlancie za kilka godzin. Chyba że policja mnie zgarnie.

- Myślę, że wciąż jesteś bezpieczny - odrzekł Trevor. _ Nie pozwoliliby ci przekroczyć granicy, gdyby Quinn 

wytropił twoje powiązania ze mną.

- To pocieszające. Gdzie się spotkamy?

- W  holu  hotelu Best Western przy jeziorze  Lanier. Nie  melduj  się,  od razu będziemy  wyjeżdżać.  –  I dokąd 

pojedziemy?

- Do domu nad jeziorem Quinna. Właściwie, nie do samego  domu. Przez ostatnie dwie noce spałem w lesie.

-  Dlaczego?  O  ile  dobrze  pamiętam, wynająłem  ci  ładny  i  wygodny  domek  myśliwski  na  północ  od  miasta. 

Byłem całkiem z siebie dumny, tak dokładnie udało mi się ukryć wszystkie papiery.

- Muszę trzymać się blisko niej. Prędzej czy później Aldo się tam pojawi. - Trevor zamilkł na chwilę. - Może 

być tam już teraz, ale jeszcze na niego nie wpadłem. Quinn posiada całkiem sporo ziemi, a Aldo potrafi ukryć się w 
lesie.

- Ty też. Zresztą, ty wszystko potrafisz. To przygnębiające.

Oczywiście nie radzisz sobie tak dobrze na łonie natury jak w kasynie, tam miałbyś dużo większe szanse. Ale 

co ja wiem? Już wcześniej udowadniałeś mi, że się mylę. Jednak muszę ci oznajmić, że nie czekam z utęsknieniem 
na wilgotną ziemiankę w dziewiczych lasach.

- Przyzwyczaisz się.

- Obiecanki cacanki. Zobaczymy się o dziewiątej w hotelu, o ile

Wcześniej ktoś nie dopadnie twojego tyłka w tej głuszy - powiedział Bartlett i rozłączył się.

Trevor wyłączył telefon i zapatrzył się na jezioro. Jane była w domu. Mimo że było samo południe i powinna 

być w szkole, trzymali ją w domu, gdzie była bezpieczna.

Albo tak im się wydawało. Nie można mówić o bezpieczeństwie, jeżeli w sprawę zamieszany jest Aldo. Był 

nieubłagany, a jego cierpliwość niewyczerpana.

Zatem Trevor musi być tak samo cierpliwy. Jezu, jakie to trudne!

Nigdy wcześniej nie był tak blisko. Cóż, będzie cierpliwy. Jane MacGuire świeciła jasnym światłem, któremu 

Aldo nie potrafi się oprzeć, i Trevor musi tylko czekać, aż ten skurwiel odważy się podejść zbyt blisko płomienia.

background image

Aldo będzie chciał zabić Jane z całą odpowiednią oprawą, żadnego strzelania na odległość. I jeżeli Trevor miał 

rację, istniała duża szansa, że dopadnie go, zanim on dopadnie dziewczynę.

"W kasynie miałbyś dużo większe szanse".

Bartlett się mylił.  Szanse były zawsze współmierne do wysiłku, jaki wkładało się w ich wykorzystanie. Musi 

tylko porzucić wszelkie emocje i kierować się rozumem i logiką. Musi zapomnieć tę chwilę, kiedy spotkał Jane i 
zobaczył  energię i  żywotność  wypisane na jej twarzy. Jane  nie może mieć dla niego znaczenia jako osoba, tylko 
jako środek do celu. Popełnił już jeden błąd i nie może pozwolić sobie na następny.

Albo za kilka dni Jane MacGuire będzie martwa.

-  Popiół  znaleziony  przy ciele  Caroline  Halliburton jest  na pewno pochodzenia wulkanicznego - powiedziała 

Christy, kiedy Joe odebrał telefon. - Usiłujemy określić, z jakiego wulkanu, na razie bezskutecznie.

- Scotland Yard nie może wam pomóc?

- Żadnych wniosków co do popiołów znalezionych przy pozostałych ofiarach.

- To samo powiedział Trevor. Skąd wiedział, jeśli nie ma kontaktu ze Scotland Yardem?

- Odpowiedź jest oczywista.

- Taa.  -  I powinien  przyjąć taką możliwość do wiadomości.  Do diabła z instynktem, w tej sprawie powinien 

kierować się doświadczeniem. - Jakieś wieści o Trevorze?

- Na razie nic. Żadnych wiadomości o Marku Trevorze w ich bazach danych, a dopasowanie zdjęcia do szkicu 

trwa dosyć długo.

Nie zidentyfikowali też odcisków palców i przesłali je do Interpolu. Dam ci znać, jak tylko się czegoś dowiem.

- Mam nadzieję.

- Jak się czuje Jane?

- Jest niespokojna i niecierpliwa, ale i tak znosi to dużo lepiej

niż Eve i ja. Nie lubi być trzymana w zamknięciu.

- Cała Jane. - Christy zachichotała.- Ale ona nie jest lekkomyślna, Joe. Nie zrobi nic głupiego.

-  To,  co  ona  uważa  za  głupie,  może  nie  pokrywać  się  z moją  opinią. Nie chce zostawać  w  domu. Mówi, że 

bezustanne towarzystwo policjantów-za plecami jest wystarczająco uciążliwe, bez uwięzienia w domu.

- Widoczna asysta policji na ogół skutecznie odstrasza, Joe.

- Na ogół. - Joe podszedł do okna i patrzył, jak Jane spaceruje

ścieżką nad jeziorem. Mac i Brian szli kilka metrów za nią, doskonale widoczni, a Tobi podskakiwał obok. -

Ale nie chcę na to liczyć. Zadzwoń, jak tylko się czegoś dowiesz.

- Coś nowego? - spytała Eve, kiedy odłożył słuchawkę.

- Popiół wulkaniczny, pochodzenie niewiadome. – Odwrócił się do niej. - Nic o Trevorze.

- Cholera!' - Stanęła obok niego przyoknie. - Jaki jest pożytek z tej całej technologii, skoro nie można znaleźć 

informacji, których się potrzebuje?

- Trevor wydał mi się bardzo sprytny. Mógł nie być nigdy karany.

background image

- Tak, jest sprytny. Ale przy nas powinęła mu się noga, więc skoro zrobił jeden błąd, mógł popełnić też inne. -

Zmarszczyła brwi. - A w dzisiejszych czasach nikt nie jest  samotną wyspą. Co z jego odciskami palców? Nawet 
jeżeli nie był karany, to musiał chodzić do szkoły, zrobić prawo jazdy, cokolwiek ...

-  Sprawdzamy  to  wszystko.  -  Joe  objął  Eve  w  pasie  i  patrzył,  jak  Jane  siada  na  przewróconym  pniu  nad 

jeziorem. - To tylko kwestia czasu.

Powinienem się ukryć, pomyślał Aldo. Był środek dnia i w okolicy mogło' być więcej policjantów, niż tylko 

tych dwóch, którzy szli za dziewczyną. Pieprzyć to. Wkrótce się schowa, ale teraz chce napawać się tą chwilą. Po 
raz pierwszy może przyjrzeć się jej dokładnie.

Przypatrywał  się  chciwie, jak  dziewczyna  siada  na  pniu  nad jeziorem. Wydawała  się  nie  czuć  strachu  i  była 

naprawdę wspaniała. Tak pewna siebie, swojej młodości i siły. Młodzi zawsze myślą, że są nieśmiertelni, ale ona 
powinna wiedzieć lepiej. Czy ona nic nie pamięta?

Musi  pamiętać.  Po  prostu jak  zwykle  demonstruje  swoją  arogancję.  Nie  przyzna  się  do  lęku,  uznałaby  to  za 

porażkę.

Ale już niedługo. Popatrzy mu w oczy, a on zobaczy jej przerażenie.

To tylko kwestia czasu. Czy on tam gdzieś jest?

Jane wpatrywała się w las po drugiej stronie jeziora.

Nic nie widziała, ale czuła ... coś. Dziwnie było myśleć o mężczyźnie, który polował na ciebie, chciał cię zabić 

tylko dlatego, że nie podoba mu się twoja twarz. To było chore i ona powinna bardziej się bać.

Ale  czuła  coś  więcej  niż  tylko  lęk.  Była  ciekawa,  podekscytowana  i  zła.  Gra  w  zwierzynę  i  myśliwego 

intrygowała ją. Co by zrobił, gdyby to ona stała się prześladowcą? Gdyby role się odwróciły?

Nie żeby miała coś takiego zrobić, pomyślała z żalem. Eve i Joe byliby przerażeni, a nie chciała ich martwić. 

Eve już wystarczająco się o nią bała po rozmowie ostatniej nocy. Rozumiała Jane lepiej niż ktokolwiek na świecie, 
ale mimo, że powiedziała, że nie może jej osądzać, i tak bardzo się martwiła. Nie, nie może celowo przysparzać jej 
więcej kłopotów.

Ale  "celowo"  było  tu  kluczowym  słowem.  To  nie  będzie  jej wina,  jeżeli  zostanie  wciągnięta  w  zawieruchę 

rozpętaną przez Aldo. I nie można oczekiwać, że nie będzie się bronić, prawda?

Podniosła kamyk i rzuciła nim w wodę. Widziałeś to? Patrzysz na mnie, Aldo?

Tak, patrzył. Czuła to. Był niedaleko i zbliżał się jeszcze bardziej. Wkrótce dojdzie do konfrontacji.

To tylko kwestia czasu.

- Mamy raport o Marku Trevorze - powiedziała Christy, kiedy zadzwoniła wieczorem. - Interpol nam przesłał.

Joe dał znać Eve, żeby podniosła drugą słuchawkę. - Był karany?

- Niezupełnie.

- Jak to, niezupełnie? Albo był notowany, albo nie.

-  Jest  na  ich  czarnej  liście  z  powodu  wyczynów  w  kasynie w  Monte  Carlo.  Wśród  wielu  talentów  ma  też 

doskonałą umiejętność  rozdawania  kart. Wyczyścił  sejfy paru  kasyn na Riwierze,  zanim zorientowali się, co jest 
grane, i zabronili mu wstępu. Ponieważ rozdawanie kart to talent, nie przestępstwo, nie mogli go aresztować, ale 
tamtejsza policja postanowiła mieć na niego oko. Były duże szanse, że któreś z kasyn będzie chciało się go pozbyć.

- Żadnych innych oskarżeń?

- N a razie nic więcej nie znaleźliśmy. Ale musiał mieć fałszywe

background image

dokumenty, kiedy podróżował z kraju do kraju. W Monte Carlo używał imienia Hugh Trent.

- Podawał się za obywatela brytyjskiego?

- Nie, Angole nie wierzą, że nie byliby w stanie znaleźć jakichś danych o swoim obywatelu. Są bardzo urażeni, 

bo odebrali to jako zakwestionowanie ich profesjonalizmu.

- Miał brytyjski akcent.

- W kasynie w Monte Carlo myśleli, że jest Francuzem, w Niemczech - że Niemcem. Najwyraźniej mówi biegle 

paroma językami. Każdy raport zaznacza, że Trevor wydaje się dobrze wykształcony, obyty i szczwany jak lis.

- I nigdy nie uciekał się do przemocy?

-  Tego  nie  powiedziałam.  Kiedy  kasyno  w  Zurychu  poszukiwało  go,  żeby  odzyskać  choć  część  swoich 

pieniędzy, natrafili na jeden z jego kontaktów, Jacka Cornella. On powiedział, że walczył z Trevorem, kiedy tamten 
był najemnikiem w Kolumbii. To było ponad dziesięć lat temu i Trevor był jeszcze prawie dzieckiem, ale podobno 
był już nie złym sukinsynem.

- I wciąż może taki być. Wojsko to świetna szkoła.

- Sam wiesz najlepiej, należałeś do SEALS*, prawda?

- Tak. - Joe zamilkł na chwilę. - I, dzieciak czy nie, równie

dobrze mogła go wciągnąć ciemna strona mocy.

- Ciemna strona? Mówisz jak bohater "Gwiezdnych wojen".

-  Naprawdę?  Uderzyło  mnie  to  sformułowanie,  kiedy  pierwszy raz  je  usłyszałem.  Przemoc  może  być 

uzależniająca, jeżeli szybko się od niej nie uwolnisz.

- Może on się uwolnił. Karty to rozrywka umysłowa.

- Ale bardzo niebezpieczna, jeżeli robisz to na taką skalę jak

Trevor.  To  jak  chodzenie  po  linie.  Seryjni  zabójcy  też  żyją  ryzykiem.  Czy  dowiedzieli  się  od  Comella 

czegokolwiek o osobistym życiu Trevora?

- Niewiele. Comell powiedział, że Trevor byt cichy i nigdy o sobie nie mówił. Zawsze tylko czytał albo bawił 

się kostką Rubika, w tego rodzaju zabawach był mistrzem. Ale raz wspomniał wizytę w Johannesburgu.

- W końcu coś konkretnego. Interpol to sprawdził?

- Nie, nie było żadnego powodu. Trevor nie popełnił żadnego

przestępstwa, a poza tym i tak zniknął im z pola widzenia. Mieli wystarczająco dużo roboty bez dodatkowych 

problemów.

- A teraz wrócił w pole widzenia z chęcią zemsty.

- I przyślą agentów, ale to może nie nastąpić zbyt szybko.

Wyślę  ci  kopię  faksu,  który  dostałam  ze  Scotland  Yardu,  i  dam  ci  znać,  jeżeli  dowiem  się  czegoś  więcej.  -

Christy rozłączyła się. - To niewiele. - Eve odłożyła słuchawkę. - Nawet nie wiedzą, jakiej jest narodowości.

- To i tak więcej, niż wiedzieliśmy przedtem.

- Wiedzieliśmy, że jest sprytny, podejrzany i wyszkolony, żeby

zabijać. Nie napawa mnie to otuchą.

background image

Dzwonek telefonu obwieścił nadejście faksu.

- Pozwolimy Jane poczytać o przeszłości pana Trevora? - spytał Joe.

* Navy Seals - Komando Foki, amerykańska elitama formacja komandosów.

-  Oczywiście.  Powiemy  jej  wszystko,  żeby  tylko  przestała  się  z  nim  utożsamiać.  Bycie  najemnikiem  to  nic 

chlubnego. - Eve podeszła do faksu i podniosła dwie strony. - Poza tym będzie nam miała za złe, jeżeli spróbujemy 
cokolwiek przed nią ukrywać. Nie winię jej, ja też bym miała.

Joe skinął głową.

-  Jesteście  do  siebie  bardzo  podobne  -  uśmiechnął  się.  -  Ale  wcale  nie  jestem  pewien,  czy  od  razu  go  za  to 

potępi.

- Dlaczego?

- Bo ja nie potępiłem. - Otworzył drzwi. - A do mnie też jest

bardzo podobna.

Światła w domu zgasły.

Wkrótce  będzie spała, pomyślał  Aldo. Będzie leżała  bezbronna  w  łóżku,  nie  zdając  sobie sprawy, jak  bardzo 

blisko on jest. Może uda mu się wspiąć do jej okna i ...

Nie, co prawda mógłby wtedy ją zabić, ale nie tak jak powinien.

Nie  dla  niej  szybka,  łaskawa  śmierć.  Nawet  jej  sobowtóry  załatwił  z  odpowiednią  oprawą  i  nie  zamierzał 

pozbawiać się tej przyjemności przy prawdziwej Cirze.

Więc musi patrzeć i czekać?

Nie, nie wytrzyma tego. Nie tym razem. Nie z nią.

Więc znajdź sposób na zwabienie jej do siebie i połóż kres czekaniu. Niech klęczy, jak tamte kobiety. Uległość 

jest jej nienawistna i będzie najlepszą zemstą.

Tak, to właśnie musi zrobić. Sprawić, że sama do niego przyjdzie.

- Musisz pójść tędy. Nie bądź głupia. - Jego głos odbijał się od ścian, kiedy biegła wzdłuż tunelu.

Czyj  głos?  -  zastanawiała  się  półprzytomnie.  A  tak,  mężczyzny,  który  wyszedł  z  dymu  i  stał  w  rozwidleniu 

tunelu. Ale nie znała go ...

Nie, to nieprawda. Jane go nie znała, ale ona tak. Antoniusz.

Jego imię pojawiło się znikąd i przyniosło ze sobą wszystkie wspomnienia, smutek i złość.

- Byłabym głupia, gdybym znowu ci zaufała. Nie powtórzę tego błędu. Wiem, czego chcesz.

- Tak, chcę tego. Ale pragnę też utrzymać cię przy życiu. Nie czas teraz na kłótnie.

Przynajmniej był szczery.

Albo  sprytny.  Antoniusz  zawsze  był  sprytny.  To  właśnie  ta  cecha  przyciągnęła  ją  do  niego.  Sprytny, 

samowystarczalny i bezlitosny. Ale ona była taka sama, więc świetnie się zgadzali.

Dopóki nie zwrócił się przeciwko niej.

background image

-  Jak  myślisz,  dlaczego  poszedłem  za  tobą?  -  W  jego  głosie  słychać  było  złość.  -  Ja  znam  drogę.  Mogłem 

zostawić cię, żebyś umarła.

- Albo patrzeć, jak błąkam się po tej jaskini, a potem powiedzieć, że pokażesz mi drogę do wyjścia, jeżeli dam 

ci to, czego chcesz. Myślisz, że nie wiem, że zawsze wykorzystujesz każdą sytuację, Antoniuszu?

- Oczywiście, że tak, bo jesteśmy bardzo do siebie podobni. To dlatego wybrałaś mnie na kochanka. Nie ufałaś 

mi, ale mnie znałaś. Spojrzałaś na mnie i to było jak patrzenie w lustro. Widziałaś każdą bliznę i czułaś tę samą 
nienawiść i głód, które powodują tobą.

- Ja bym cię nigdy nie zdradziła.

- Popełniłem błąd. Zbyt długo byłem biedny. Nie zdawałem sobie sprawy, że jesteś ważniejsza niż ... - Kłamca!

Gorąco. Robiło się coraz goręcej i czuła, jak jej płuca stają się ciasne i obolałe.

- Tak, jestem kłamcą i oszustem i byłem złodziejem. Ale teraz nie kłamię. pozwól sobie pomóc.

- Odejdź. Sama sobie pomogę, tak jak zawsze.

- Więc umieraj, do diabła z tobą! - Jego głos był ostry. – Ale umrzesz samotna, a ja będę żył i stanę się bogaty 

jak Krezus, a ziemia będzie drżała na skinienie mojej dłoni. Co mnie to obchodzi, jeżeli spłoniesz, Cira?

- Nie prosiłam cię, żebyś troszczył się o mnie, kiedy ...

Ale już go nie było. Jego cień zniknął w wejściu do tunelu. Sama.

Otrząśnij się z tęsknoty za nim. Zawsze była sama i nic się nie zmieniło. Miała rację, że polegała tylko na sobie. 

Już raz ją zdradził i było jasne, że jest tak zachłanny jak zawsze. Nawet jeżeli zna drogę do wyjścia, może na końcu 
tunelu oddać ją Juliuszowi.

Ale on chciał żyć i nie poszedł za nią w głąb tunelu. Wybrał ścieżkę na lewo. jeżeli on rzeczywiście zna drogę 

do wyjścia, byłaby głupia, gdyby przez własny upór szła dalej w tym kierunku. Sama nie ma pojęcia, jak się stąd 
wydostać,  więc  po  pr;ostu pójdzie  za  nim. On  nie  musi  wiedzieć, że  ona  idzie  z  tyłu,  wykorzysta  go tak,  jak  on 
wykorzystał ją.

Odwróciła się i wróciła do rozwidlenia tunelu. Ziemia zaczynała robić się gorąca pod jej stopami, a kamienie po 

jej prawej stronie żarzyły się czerwonym blaskiem. Przyspieszyła kroku, czując ogarniającą ją panikę.

Nie zostało jej wiele czasu ...

Jane otworzyła oczy, ciężko dysząc. Gorąco. Nie może oddychać.

Nie, to odczucia Ciry.

lane  nie  była  w  tunelu.  Spała  w  łóżku,  w  domu.  Leżała  przez  chwilę  nieruchomo  i  wzięła  kilka  głębokich 

wdechów. Kiedy jej serce się uspokoiło, powoli usiadła. Powinna już przyzwyczaić się do tych objawów, ale wciąż 
były dla niej zaskakujące i przerażające. Ale tym razem sen nie był tak straszny, jak zwykle. Czuła panikę, ale też 
nadzieję. Cira myślała, że znalazła sposób, jak obrócić tę sytuację na swoją korzyść. Zawsze czuła się lepiej, jeżeli 
mogła działać.

Ale  jak  Jane  może  być  tego  tak  pewna?  Może  powtarzała  słowa  Antoniusza,  a  Cira  była  jej  lustrzanym 

odbiciem?  Dziwne,  że  znała  imię  Ciry,  choć  nie  wiedziała  skąd.  A  może  Cira  była  rodzajem  manifestacji 
rozszczepionej osobowości?

Nie, nie przyjmie takiego wytłumaczenia. Nie jest wariatką i nie biega jej po głowie żadne alter ego. Po prostu 

ma dziwaczne sny, które nic złego jej nie robią. A Cira wydała jej się fascynująca. Każdy sen był jak przewracanie 
kolejnych kartek książki i odkrywanie czegoś nowego. A jeżeli opowieść robiła się czasem zbyt ekscytująca i lane 
budziła się śmiertelnie przerażona, to cóż, ryzyko było wliczone w koszty.

background image

Przynajmniej tym razem nie krzyczała, bo Eve i Joe już by do niej biegli. Podniosła się i poczłapała do łazienki 

po wodę. Zerknęła na budzik na nocnej szafce. Była prawie trzecia rano i za kilka godzin Eve będzie musiała wstać 
i zabrać się do pracy. Naprawdę nie potrzebuje zrywać się w środku nocy i przychodzić tutaj, żeby ją pocieszać, 
pomyślała, idąc  do łazienki. Weźmie  szklankę  wody,  pójdzie  do  salonu i  przytuli  się  do Tobiego  na  kanapie, aż 
poczuje się wystarczająco senna, żeby wrócić do łóżka.

Nagle zamarła. Coś było nie tak.

Odwróciła się, żeby popatrzeć na psie legowisko przy swoim łóżku.

- Tobi?

ROZDZIAŁ 6

Czerwona  obroża Tobiego  leżała  na  górnym  stopniu  schodów  prowadzących  na  ganek.  Jane  powoli  uklękła, 

żeby ją

podnieść i zauważyła przyczepiony kawałek papieru.

Kiedy się prostowała, usłyszała wycie. Ogarnęła ją panika.

- Tobi! Tobi, chodź tutaj! - zawołała.

Znowu wycie. Daleko, po drugiej stronie jeziora. Zaczęła schodzić, ale zatrzymała się.

Ktoś wabi ją w pułapkę, to oczywiste. Powinna zawołać Joego i Eve.

Powoli rozwinęła wiadomość znalezioną przy obroży. Przyjdź sama, a pies będzie tył.

Wniosek był prosty. Jeżeli nie przyjdzie sama, Tobi zginie.

Jeżeli zawoła policjantów z radiowozu albo Joego i Eve i każe im przeszukać las, jej Tobi nie przeżyje nocy. Na 

myśl o tym przeszedł ją dreszcz.

- Wszystko w porządku, panno MacGuire?

Podniosła wzrok i ujrzała zbliżającego się od strony radiowozu

Maca Gunthera.

Nie,  nic  nie  jest  w  porządku!  -  chciała  krzyknąć.  Tobi  ...  Ukryła  rękę  z  obrożą,  za  plecami i  zmusiła  się  do 

uśmiechu.

- Tak, Mac, wyszłam zaczerpnąć świeżego powietrza. Nie mogłam spać.

- Nie dziwię ci się - Gunther uśmiechnął się ze współczuciem.

- Ale następnym razem uprzedź. Przestraszyłaś nas.

- Przepraszam, nie pomyślałam. - Jane odwróciła się i zaczęła wchodzić na górę. - Wracam do łóżka. Dobranoc. 

- Dobranoc.

Otwierając  drzwi, patrzyła, jak  Mac  odwraca się  i  idzie powoli  do radiowozu. Musi  chwilę odczekać, zanim 

spróbuje się wymknąć.

Zamykając drzwi, znowu usłyszała wycie Tobiego.

background image

- Nie - wyszeptała, zaciskając z bólu powieki. - Ty cholerny sukinsynu, przestań! Już idę.

Wycie przecięło ciszę nocną jak nóż. Bartlett podskoczył.

- Jezu, co to, do diabła, było?! Wilk? Trevor zaklął.

- Skurwiel! Ma jej psa.

- Co?

- Założę się, że to jej pies, Tobi. Jestem już tutaj trzy noce i nigdy wcześniej nie słyszałem, żeby ten pies wył. -

To nie znaczy jeszcze ... Dokąd idziesz?

- Idę za dźwiękiem - powiedział Trevor krótko, znikając w zaroślach. - Ona zrobi dokładnie to samo. - Mam 

pójść z tobą?

- Do diabła, nie! Wracaj do samochodu i czekaj na mój telefon.

W lesie robisz za dużo hałasu. Jeżeli Aldo usłyszy, jak się przedzierasz przez krzaki, zabije psa, a wtedy Jane 

MacGuire zabije nas obu. Ona kocha tego zwierzaka.

Tobi znowu zawył.

- To może być przełom - zawołał za nim Bartlett. - Jeżeli dotrzesz do psa przed dziewczyną, może uda ci się 

upolować Alda.

- Wiem o tym. – A jeżeli nie dotrze tam na czas, Jane Mac Guire zostanie albo zamordowana, albo uwięziona 

jako zakładnik. Przełom! Nie takiego scenariusza by sobie życzył, gdyby miał jakiś wybór.

Cóż,  szans  było  mało i  od  początku tej  makabrycznej  szarady  zdarzały  się  rzadko.  Będzie  musiał  przyjąć  to 

rozdanie. Nie myśl o dziewczynie. Zapomnij o niej. Nie był tak blisko Alda od czasu wydarzeń w Brighton. Myśl 
tylko o tym, co mu zrobisz, jak wpadnie w twoje ręce.

Pies znowu zawył.

Była blisko.

Ostatni raz, gdy Tobi zawył, dźwięk dochodził z niewielkiej odległości.

Zatrzymała się na ścieżce i zamknęła oczy, czekając, aż znowu zawyje.

Jeżeli uda jej się go zlokalizować, nie będzie już taka bezbronna ..

Zna  te  lasy  doskonale,  biegała  po  nich  i  bawiła  się  z  Tobim  od  lat.  Gdy  tylko  namierzy  psa,  będzie  mogła 

wyobrazić sobie to miejsce i znajdzie sposób, by się tam dostać, nie wpadając w pułapkę zastawioną przez Alda.

- Dalej, Tobi - wyszeptała - powiedz mi, gdzie jesteś. Pies znowu zawył.

Co  najmniej  sto  metrów  stąd  na  południe.  Skoncentruj  się.  Nie  myśl  o  tym,  co  robi  Aldo,  żeby  pies  wył. 

Najważniejsze,  że  Tobi  żyje.  I  musisz  utrzymać  go  przy  życiu.  Sto  metrów  na  południe,  tam  jest  tylko  polana 
otoczona sosnami.

Gdzie  łatwiej  przywiązać  psa  niż  na  otwartej  polanie?  Żeby  do  niego  dotrzeć,  będzie  musiała  przedrzeć  się 

przez pas drzew, a tam będzie czekał Aldo. Na tę myśl bezwiednie zacisnęła dłoń na trzonku noża, który zabrała z 
kuchni. Czy odważy się go użyć? Wstrząsnęła się na myśl o dźgnięciu kogoś nożem.

Temu draniowi nawet nie zadrżałaby ręka. Zabijał już wcześniej,a teraz chciał zabić ją.

I skrzywdził Tobiego.

Do diabła, tak, użyje noża, jeżeli będzie musiała.

background image

No dobrze, czy jest jakaś inna droga, którą może dotrzeć· do Alda?

Chyba  że  okrąży  go  i  wejdzie  do  jeziora  w  jedynym  miejscu,  gdzie  sosny  są  przerzedzone.  Będzie  mogła 

dostrzec ewentualnego napastnika i, jeżeli będzie ostrożna, on nie zobaczy jej, jak będzie Wspinała się po zboczu.

Czy jest inna droga? Tobi znowu zawył.

Nawet jeżeli było inne wyjście, ona nie ma czasu, by go szukać.

Musi uratować Tobiego.

Podeszła szybko nad brzeg jeziora, zdjęła buty i powoli weszła do zimnej wody.

- Jane!

Eve usiadła gwałtownie na łóżku, serce biło jej jak oszalałe. Joe otworzył oczy, w pełni przytomny, jak zawsze 

po obudzeniu. - Co się stało?

- Jane.

- Miała następny koszmar? Słyszałaś coś?

- Nie, nic nie słyszałam, chyba nic. - Eve odrzuciła na bok kołdrę. - Idę do niej zajrzeć.

- Nie słyszałem, żeby wołała - powiedział Joe i przechylił głowę nasłuchując. - Idź, sprawdzić. - Postawił stopy 

na podłodze. - Szybko.

Ale Eve już pędziła korytarzem. Puste łóżko.

Nie ma Jane.

Pobiegła do łazienki.

- Jane!

Zobaczyła tylko rzucony na podłogę szlafrok.

- Nie ma jej? - Joe przybiegł za Eve. Zdążył włożyć dżinsy

i właśnie wciągnął sweter.

Przytaknęła.

- Dopadł ją. Po prostu tu wszedł i ją dopadł.

- Nie sądzę. Musiałby być idiotą, żeby próbować przejść koło

Maca i Briana. Ubierz się, spotkamy się przed domem.

Eve nie protestowała.

- Dokąd idziesz? - spytała.

- Do radiowozu. Mogli ją widzieć - Joe ruszył korytarzem - albo Tobiego.

- Tobiego?

- Nie słyszałem, żeby Jane go wołała, ale wydaje mi się, że

słyszałem jego wycie.

Eve poczuła, jak oblewa ją zimny pot. - O Boże!

background image

- Może mi się tylko wydawało. - Joe otworzył drzwi na ganek.

- Tobi nieczęsto ...

I wtedy usłyszeli wycie.

Pies  był  przywiązany  na  skraju  polany.  Miał  związane  wszystkie  łapy,  a  lewa  tylna  noga  krwawiła  w  paru 

miejscach.

Trevor zaklął pod nosem. Chryste, nienawidził tych sukinsynów, którzy polowali na najsłabszych. Zwierzęta i 

dzieci powinny znajdować się poza zasięgiem okrucieństwa świata.

Tak, pewnie. W tej grze nikt nie był traktowany' ulgowo, powinien już o tym wiedzieć. Stłum gniew. Gdzie jest 

Aldo?

Musi być gdzieś blisko Tobiego, żeby zmuszać to biedne stworzenie do wycia.

Trevor poprawił ostrość w lornetce i obserwował pobliskie

drzewa.

Nic.

Przeniósł wzrok na lewo. Nic ...

Może.

Tak!

Niewyraźny cień, ale to na pewno sylwetka człowieka. Aldo.

Ruszył cicho przed siebie.

Zimny wiatr owiał mokre ubranie Jane, ale prawie tego nie zauważyła. Skradała się przez przerzedzone drzewa 

w stronę polany. Bądź ostrożna. Pełnia księżyca, która pozwalała jej tak dobrze widzieć, sprawiała, że sama była 
widoczna jak na dłoni. Dotychczas pamięć służyła jej doskonale. Polana powinna być na wprost przed nią ...

I wtedy go zobaczyła. Tobi!

Łzy popłynęły jej po policzkach, kiedy zauważyła krwawiącą łapę psa.

Skrzywdził go. Ten drań go skrzywdził. I zamierzał to zrobić ponownie.

Ktoś szedł przez polanę. Było zbyt ciemno, żeby powiedzieć coś więcej o jego wyglądzie ponad to, że był silny 

i dobrze zbudowany, średniego wzrostu i miał włosy do ramion; które mogły być blond.

Ale bardzo wyraźnie widać było błyskające ostrze noża w jego ręku. Opadł na kolana obok Tobiego.

- Nie!

Jane nawet nie zdawała sobie sprawy, że rzuciła się w jego stronę, dopóki prawie do niego nie dobiegła. - Nie 

dotykaj go! - krzyknęła.

Odwrócił się w jej stronę.

- Jesteś - usłyszała nutę triumfu w jego głosie. - Wiedziałem, że ... Wrzasnął, kiedy wbiła mu nóż w ramię.

- Suko!

Jego własny nóż wystrzelił do góry.

Poczuła rękę zaciskającą się na ramieniu i ktoś stojący za jej

background image

plecami odsunął ją gwałtownie od niosącego śmierć ostrza. - Na litość boską, wynoś się stąd! Ale już!

Trevor?

Trzask w zaroślach. Głosy. Snopy światła z latarek, przecinające gęstwinę drzew otaczających polanę.

Aldo zaklął i skoczył na równe nogi.

-  Dziwko,  powiedziałem  ci,  żebyś  przyszła  sama!  Myślałaś,  że  go  nie  zabiję?  -  Zamachnął  się  nożem  na 

Tobiego.

- Nie! - Rzuciła się naprzód, ale ubiegł ją Trevor. Przewrócił Alda na ziemię i przeturlał się z nim parę metrów, 

żeby chronić psa. - Przestańcie! Odłożyć broń! - usłyszeli głos Joego, który wybiegł z lasu prosto na nich.

Aldo przeklinał, próbując uwolnić się spod ciężaru ciała Trevora. W następnej chwili był już na nogach i pędził 

w stronę drzew.

- Jesteś cała, Jane? - spytał Joe, a kiedy przytaknęła, powiedział: - Eve i Gunther zaraz tutaj będą. Nie ruszaj się 

z miejsca, Trevor! - zawołał i pobiegł za Aldem, a za nim czterech policjantów z bronią gotową do strzału.

Jane opadła na kolana, patrząc przerażona na Tobiego. Z ulgą stwierdziła, że nóż Alda nie dosięgnął psa.

- Już dobrze, piesku, wszystko będzie dobrze. Podczołgała się do niego i zaczęła przecinać szmatę, zasłaniąjącą 

mu oczy. - Już nikt nigdy cię nie skrzywdzi.

- Nie powinnaś była rzucać się na Alda - powiedział ze złością Trevor, podnosząc się na nogi. - Dlaczego, do 

cholery, nie poczekałaś jeszcze paru minut? Dopadłbym go.

- Zraniłby Tobiego. - Jane unikała jego wzroku. - Nikt nie będzie krzywdził mojego psa.

Ale ktoś go jednak skrzywdzlł, pomyślała,  z rozpaczą patrząc na ranną łapę zwierzęcia. Cięcia wydawały się 

płytkie, ale jedno wciąż krwawiło.

- Daj mi coś, żebym owinęła jego nogę, moje ubranie jest kompletnie mokre.

- Nie mam czasu na pierwszą pomoc weterynaryjną, muszę stąd zniknąć, zanim wróci Quinn - odparł Trevor. -

Nie zamierzam skończyć w więzieniu, zwłaszcza gdy Aldo jest na wolności.

-  Najpierw dasz mi coś do owinięcia łapy Tobiego. - Jane spojrzała mu prosto w oczy. - Zdejmij sweter.

Popatrzył na nią z niedowierzaniem, a potem zaczął się śmiać. - Wyglądasz, jakbyś zaraz miała zamarznąć. Ty 

sama bardziej potrzebujesz tego swetra niż on. - Ściągnął sweter przez głowę i rzucił jej. - Jeszcze coś?

- Nie. - odwróciła się z powrotem do Tobiego. - Jeżeli pójdziesz na południe, przez wzgórze, znajdziesz wejście 

do rury odpływowej, która zaprowadzi cię do autostrady. Powiem im, że poszedłeś na północ. Może zyskasz trochę 
na czasie i zdążysz uciec. - Ciasno obwinęła nogę psa rękawem swetra. - Idź!

- Już idę. - Zatrzymał się w półobrocie. - Mogę spytać, dlaczego mi pomagasz?

- Ja też nie chcę, żebyś poszedł do więzienia. - Pogłaskała psa po głowie. - Nie mogę być pewna, że Joe złapie 

Alda, nikomu innemu to się nie udało przez te wszystkie lata. Jeżeli Aldo ucieknie, chcę, żeby szukali go wszyscy. 
Możesz być dokładnie taki, jak podejrzewa Eve, ale na pewno chcesz złapać Alda. Widziałam to dzisiaj wyraźnie. I 
masz informacje ...

Tobi odwrócił głowę i polizał ją po ręku. - Biedny piesek ...

Podniosła wzrok na Trevora i dodała gwałtownie:

-   Złapię  go.  Nie  skrzywdzi  już  nigdy  żadnego  zwierzęcia  ani  kobiety.  A  teraz  wynoś  się  stąd,  żebyś  mógł 

pomóc mi tego dokonać ..

background image

Trevor uśmiechnął się i powoli pokiwał głową.

-  Zawsze do usług - rzucił i pobiegł we wskazanym kierunku.

Cały czas słyszała trzask łamanych gałęzi, to Joe i pozostali policjanci przedzierali się przez las. Może uda im 

się złapać Alda. O Boże, tak bardzo tego pragnęła! Każdy, kto znęca się nad bezbronnym zwierzęciem, musi być 
skończonym potworem. Gdzieś w głębi duszy zawsze wiedziała, że Aldo jest podły, ale dopiero jego okrucieństwo 
wobec psa uświadomiło jej, jak bardzo.

- Pozwól mi to obejrzeć.

Jane odwróciła głowę i zobaczyła stojącą parę kroków od niej EVe. - Ten sukinsyn nie przeciął tętnicy. Myślę, 

że Tobiemu nic się nie stało.

- Nie wiedziałam, czy tobie  coś  się  nie stało. - Eve zwróciła  się do nadbiegającego Gunthera.  - Wszystko w 

porządku, Mac. Idź do Joego i reszty.

Skinął głową i pobiegł w głąb lasu.

Uklęknęła obok Jane i przyjrzała się łapie psa.

- Kiedy zobaczyłam, jak on unosi ten nóż, o mało nie dostałam zawału. A potem, sama miałam ochotę udusić 

cię  własnymi  rękami.  -  Jej  dłonie  drżały,  kiedy  wiązała  ciaśniej  kompres.  -  Dlaczego,  do  cholery,  nic  nam  nie 
powiedziałaś? Nigdy więcej nie okłamuj nas w ten sposób.

- Powiedział, że zabije Tobiego. To jest mój pies. Byłam głupia, powinnam była trzymać go w domu. Nigdy nie 

przyszło mi do głowy, że on może wykorzystać psa. To moja wina. Ja jestem za Tobiego odpowiedzialna.

- A my jesteśmy odpowiedzialni za ciebie. Jak myślisz, jak byśmy się czuli, gdyby cię zabił?

- Pewnie okropnie. - Jane spojrzała Eve prosto w oczy. - Ale ty zrobiłabyś dokładnie to samo.

Eve pierwsza odwróciła wzrok.

- Może. To Trevor rzucił się na Alda? Było dosyć ciemno, ale wydaje mi się, że go rozpoznałam.

Jane zamarła. - A Joe?

- Pewnie też. I musiał zdać sobie sprawę, że Trevor stanął w twojej obronie.

- Uratował Tobiego.

- Ale potem uciekł.

- Wiedział, że Joe wciąż chce go aresztować. _ Bo powinien.

- Trevor uratował Tobiego - powtórzyła Jane. - I bardziej nam się przyda na wolności.

- A ty skąd to wiesz?

-  On  chce  złapać  Alda.  -  Jane  pogłaskała  psa  po  głowie.  -  I  nie  obchodzi  mnie,  że  sfałszował  dokumenty, 

podawał się za oficera policji i mówił te wszystkie kłamstwa. Jeżeli potrafi znaleźć Alda, tylko to się liczy.

-To może być bez znaczenia, jeżeli Joe złapie Alda dziś w  nocy.

- Nie sądzę, żeby mu się udało.

- Dlaczego?

Jane wzruszyła ramionami.

background image

- To tylko przeczucie. Nie wydaje mi się, żeby nadszedł

jego czas.

- Mam nadzieję, że się mylisz.

- Ja też.

- Gdzie Trevor? - Joe szedł szybko w ich stronę, z ponurą miną.

- Dokąd ten sukinsyn poszedł?

- Aldo? - spytała Eve.

-  Zgubiliśmy  go  na  chwilę,  a  on  miał  motorówkę  przycumowaną  na  brzegu  między  drzewami.  Rozesłałem 

wszędzie komunikaty, może uda się go jeszcze zgarnąć. - Spojrzał na Tobiego. - Jak on się czuje?

- Musimy jak najszybciej zawieźć go do weterynarza, ale myślę, że nic mu nie będzie.

Joe odwrócił się z powrotem do Jane. - Którędy poszedł Trevor?

Zawahała się. Nie zdawała sobie sprawy, jak trudno jej będzie okłamać Joego.

- Na północ.

Czuła  na  sobie  przerażone  spojrzenie  Eve.  No  tak,  musiała  widzieć,  że  Trevor  skierował  się  w  stronę  rury 

odpływowej. Spojrzała Eve prosto w oczy.

- Na północ ~ powtórzyła. Czekała.

Eve milczała przez chwilę, a potem spojrzała na psa i powiedziała:

- Będę potrzebowała kogoś do pomocy, żeby zanieść Tobiego do samochodu. Zawiozę go do weterynarza.

Jane poczuła jednocześnie i ulgę, i wyrzuty sumienia. Nie dość, że okłamała kogoś, kogo kochała, to jeszcze 

wciągnęła Eve do spisku.

- Powiem Macowi, żeby się tym zajął – Joe odwrócił się. – Będę zajety.

- Będę zajęty.

Poszedł szybko w stronę policjantów stojących na skraju polany. - Dziękuję - wyszeptała Jane.

- Nie dziękuj mi. - Eve spojrzała na nią chłodno. - Zrobiłam to, bo przyznaję ci rację, a nie chcę stawiać Joego 

w niezręcznej sytuacji i prosić ~o, żeby kłamał. - Spojrzała przez ramię na Joego i uśmiechnęła si~· - Chyba gra nie 
była warta świeczki, podzielił ludzi i część z niCh wysyła na południe. Powinnaś była wiedzieć, że Joe jest bystry i 
przejrzy twoje kłamstwo. Czeka nas składanie wyjaśnień.

Jane westchnęła z rezygnacją, patrząc, jak Joe, energiczny i stanowczy jak ~awsze, wskazuje na południe.

- Trudno, zrobiłam co w mojej mocy. Od tej pory Trevor jest zdany wyłącznie na siebie.

- Jestem przekonana, że nie oczekuje niczyjej pomocy.

- Nie zrobiłam tego dla niego, tylko dla siebie. Może mi być

potrzebny.

- Nie mów nic. Wiem, że jesteś zła z powodu Tobiego, ale zostaw Alda Joemu i ludziom z policji. Ciebie to już 

nie dotyczy, Jane.

background image

- Powiedz to Aldowi, on tak nie uważa. I ja też wiem, że to nieprawda. Muszę tylko poczekać, aż Aldo znowu 

się pojawi. - Znowu?

- Wróci. On zawsze wraca. Dopóki jedno z nas nie zginie.

- Skąd możesz to wiedzieć? Dzisiejsze niepowodzenie mogło go odstraszyć.

Dlaczego jestem taka pewna? - zastanawiała się J ane. A jednak nie miała cienia wątpliwości.

Krąg. Bez wyjścia, bez ucieczki, powtarzający się bez końca. Ale nie może tego powiedzieć Eve. Dlaczego ona 

miałaby zrozumieć, skoro Jane nie potrafi?

- Przeczucie. - Wytłumaczenie tak samo prawdziwe jak każde inne. Zmieniła temat.  - Widziałam jego twarz. 

Niezbyt wyraźnie i tylko przez chwilę, ale będę w stanie dać Joemu szkic.

- To dobrze. Ale on wolałby dopaść Trevora. - Eve podniosła głowę. - Idzie Mac z noszami dla Tobiego. Będę 

szczęśliwa, jak oboje znajdziecie się wreszcie w domu.

Krwawił.

Aldo czuł, jak krew spływa mu po ramieniu, ale nie mógł się zatrzymać, żeby ją zatamować. Musiał dopłynąć 

do brzegu, gdzie zaparkował samochód, i zniknąć stąd, zanim Quinn go dopadnie. I tak nic go nie bolało, był zbyt 
wściekły i zawiedziony, żeby odczuwać ból.

Suka. Zatopiła zęby w jego ciele i patrzyła, jak ucieka, niczym lis przed nagonką. Nie mógł nawet ukarać jej, 

zabijając psa.

Wszystko przez Trevora.

Trevor, który wpadł między nich i wszystko zepsuł. Trevor, który zasłonił Cirę i uniemożliwił mu ukaranie tej 

dziwki.

Dziwka.  Tak,  właśnie tym była.  Udało jej  się  omotać Trevora i  był teraz  takim  samym jej  niewolnikiem jak 

pozostali. Gdyby było inaczej, dlaczego próbowałby ocalić jej psa, skoro miał Alda na muszce?

Suka. Dziwka. Pewnie teraz śmiała się z niego.

Ale już niedługo, Ciro. Prawie cię dopadłem. W cale nie jesteś takim trudnym celem.

Następnym razem.

- Ruszaj! - zawołał Trevor do Bartletta, wskakując do samochodu. - Wynośmy się stąd.

- Z twojego zachowania wnioskuję, że ktoś nas goni. - Bartlett nacisnął pedał gazu i wyjechał na autostradę. -

Aldo? - Quinn i policja. - Trevor zerknął w boczne lusterko. - Nikogo nie widać - mruknął. - Może rzeczywiście 
skierowała go na fałszywy trop.

- Dziewczyna? Trevor przytaknął.

- Nie byłem do końca pewien, ona nie jest zbyt przewidywalna.

Równie dobrze mogła  mi powiedzieć, żebym poszedł w tę stronę, i zorganizować tuzin czekających na mnie 

radiowozów.

- Może jest ci wdzięczna za ocalenie psiaka.

Trevor wyszczerzył zęby.

- A może jest wściekła jak diabli i nie zamierza dłużej znosić popisów Alda. To bardziej prawdopodobne. - Tak 

ci powiedziała?

background image

- Mniej więcej.

Dokładnie to mu powiedziała. Każde jej spojrzenie, każde pełne złości słowo było pełne determinacji.

- Była trochę wkurzona tą sprawą z psem.

- Nie dziwię się jej. Okropny typ, ten Aldo.

- Jesteś mistrzem niedomówień.

-  I,  jak  się  okazuje,  bardziej  skuteczny  od  ciebie.  Taki  byłeś pewny,  że  tym  razem  go  złapiesz.  -  Bartlett 

mrugnął do Trevora szelmowsko. - Ale nie martw się, każdy człowiek ma swoje Waterloo.

- Zamknij się - burknął Trevor, przymykając oczy - po prostu zabierz mnie stąd. Muszę się przespać, a potem 

pomyśleć,  co  dalej.  Jeden  krok  do  przodu,  dwa  do  tyłu.  To  była  cholernie  męcząca  noc.  -  Może  nie  wszystko 
stracone, przecież Quinn mógł złapać Alda.

- Jeżeli tak, na pewno dowiemy się o tym z jutrzejszych wiadomości. Do tego czasu załóżmy, że ten drań jest na 

wolności. - Jedziemy do domku myśliwskiego?

- To tak samo bezpieczne miejsce jak każde inne. Lepiej, żebyśmy

nie zostawali w mieście, Quinn na pewno roześle za mną listy gończe. - Bez wątpienia. Najlepiej byłoby gdzieś 

wyjechać.

-  Nie  mogę.  Aldo  nie  ruszy  się  z  miejsca,  dopóki  lane  MacGuire jest  tutaj.  -  Zacisnął  ponuro  usta.  -  A  to 

oznacza, że ja też muszę tu zostać.

-  Ani  śladu  żadnego  z nich -  powiedziała  Christy. - Przeczesaliśmy  każdy  metr  twojej posiadłości  i  nie  było 

żadnej odpowiedzi na listy gończe.

- Cholera.

- Minęły dopiero dwa dni. Jak się czuje Jane? - Niewzruszona jak głaz.

- A Tobi?

- Trzeba mu było założyć parę szwów, ale wyjdzie z tego. Leży na swoim posłaniu w pokoju Jane, bezustannie 

domaga się drapania po brzuchu i objada indykiem.

- Czy Jane skończyła już szkic twarzy Alda?

- Pójdę ją zapytać. Już wystarczająco długo nad nim pracuje.

- Widziała go w bardzo słabym świetle, na pewno trudno jej

dokładnie przypomnieć sobie jego rysy.

- Wszystko w tej sprawie jest trudne. Jane ma pamięć, która zawstydziłaby słonia.

- Myślisz, że ona usiłuje się wymigać?

-  Nie  wiem,  dlaczego  miałaby  to  robić.  Ale  co  ja  mogę  wiedzieć?  Ostatnio  zrobiła  parę  rzeczy,  które  mnie 

zupełnie skołowały. I nie mów mi znowu, że nastolatki tak mają. Cześć, Christy. - Joe odłożył słuchawkę.

- Wcale się nie wymiguję - usłyszał głos Jane zza swoich pleców.

Odwrócił się i zobaczył, że stoi w drzwiach ze szkicownikiem w ręku.'

- Zabrało ci to cholernie dużo czasu - powiedział krótko. Przeszła przez ganek i usiadła obok niego na górnym 

stopniu. - Musiałam być ostrożna. To zabawne ... Kiedy go rysowałam,

background image

bardzo dokładnie widziałam jego twarz, wszystkie rysy, tak jakby stał przede mną. Ale przecież tak naprawdę 

widziałam go tylko przez parę sekund, więc nie wiem, dlaczego jestem taka pewna. - Wzruszyła ramionami. - W 
każdym razie, obawiałam się, że mogę się pomylić, więc dałam sobie mnóstwo czasu na zastanowienie.

- A teraz jesteś pewna? Otworzyła szkicownik.

- Aldo.

Kwadratowa twarz, wysokie czoło i rzymski nos. Długie, lekko przerzedzone włosy. Głęboko osadzone, ciemne 

oczy, patrzące ze szkicu z bezgraniczną nienawiścią.

-  Wiem,  że  wolisz,  kiedy  portrety  nie  oddają  konkretnego  wyrazu  twarzy,  nikt  nie  chodzi  po  mieście, 

wyglądając  jak  Kuba  Rozpruwacz.  Ale  próbowałam,  naprawdę  próbowałam.  Robiłam  ten  szkic  trzykrotnie  i  za 
każdym razem wychodziło mi to samo. Myślę, że to dlatego, że wiem, że zawsze, kiedy się spotkamy, tak właśnie 
będzie wyglądał.

Joe nie odrywał oczu od szkicu. - I to cię przeraża?

- Czasami.

-  Więc  dlaczego,  do  cholery, sama ruszyłaś  za  nim,  zamiast przyjść  z tym  do  mnie?  -  Podniósł  głowę. Jego 

spojrzenie było tak twarde jak ton, którym mówił. - I dlaczego skłamałaś mi

Trevorze?

- Wtedy wydawało mi się to słuszne. - Uśmiechnęła się smutno.

- I na nic się nie przydało. I tak przejrzałeś mnie na wylot.

- Znam ciebie i Eve wystarczająco długo, żeby was przejrzeć.

Ale cholernie ciężko było mi uwierzyć, że mogłybyście tak spiskować przeciwko mnie.

- I to cię zabolało.

- Nawet nie wiesz, jak bardzo.

Położyła mu lekko dłoń na ramieniu.

- Wcale nie spiskowałyśmy przeciwko tobie. To nie była wina Eve.

- Nie musisz jej bronić. Milczenie też bywa opowiedzeniem się po którejś ze stron.

- Nie chciała, żebyś musiał dokonywać wyboru.

-  Jestem  przyzwyczajony  do  dokonywania  wyborów.  To  dużo lepsze,  niż  być  postawionym  przed  faktem 

dokonanym.  -  Spojrzał  znowu  na  szkic.  -  Wiem,  że  ty  i  Eve  jesteście  sobie  bliskie  jak  siostry  syjamskie,  ale 
myślałem, że nas też coś łączy.

-  Oczywiście,  że  tak.  -  Głos  Jane  drżał.  -  Kiedy  zamieszkałam  z  wami,  na  początku  trudno  mi  było 

przyzwyczaić się do twojej obecności ... Nigdy nie znałam mojego ojca, nie miałam brata. Nigdyprzedtem  nikomu 
nie ufałam, tak do końca. Z Eve sprawa była prosta, ona jest taka jak ja. Ale ty byłeś inny. To zajęło mi trochę czasu, 
ale zaczęłam ... lubić cię. Zrozumiałam, że nigdy mnie nie zawiedziesz.

- Więc dlaczego nie przyszłaś do mnie, kiedy zorientowałaś się,

CO ten sukinsyn robi Tobiemu?

- Bo jestem za tego psa odpowiedzialna. Musiałam sama podjąć decyzję.

- Masz siedemnaście lat! Jane przytaknęła.

background image

_ Ale nie sądzisz, że niektórzy ludzie rodzą się dojrzali? _ Chciałaś powiedzieć, ze starymi duszami?

Wzruszyła ramionami.

- Nie wiem, to brzmi trochę dziwacznie. Po prostu nie pamiętam, żebym kiedykolwiek czuła się jak dziecko.

A on nie mógł sobie przypomnieć żadnej sytuacji, w której zachowałaby się jak dziecko. Najbardziej beztrosko 

wyglądała, kiedy biegała z Tobim po wzgórzach.

- To bardzo smutne.

- Nie, nieprawda, po prostu tak bywa. Założę się, że Eve czuje tak samo.

Uśmiechnął się lekko. - Ach, twój wzór.

- Nie mogłabym wybrać sobie lepszego.

Jego uśmiech zbladł.

- Nie, nie mogłabyś. - Przykrył ręką jej dłoń, która wciąż spoczywała na jego ramieniu. - Ale obie mogłybyście 

być trochę bardziej ufne.

- Popracuję nad tym. - Ścisnęła jego dłoń. - Ale z Eve musisz poradzić sobie sam. Przecież wiesz, że ona jest 

zawsze po twojej stronie.

- Z mnóstwem zastrzeżeń co do mojej osoby. Jane pokręciła głową.

- Zastanawiałeś się kiedyś, dlaczego od tylu lat jesteś z Eve?

- Nie muszę się nad tym zastanawiać, kocham ją.

- Ale musiało ci być bardzo trudno kochać kogoś takiego jak

Eve. Sam wiesz, ile razy została zraniona.

Jego oczy zwęziły się. - Do czego zmierzasz?

-  Po  prostu  myślę,  że  nienawidzisz  wszystkiego,  co  przychodzi ci  łatwo.  To  śmiertelnie  cię  nudzi.  -  Jesteś 

szalona.

- Kochasz Eve. Lubisz mnie. Wszystko jasne. - Jane wstała.

- Przepraszam, że cię okłamałam, postaram się nie robić tego więcej. Dobranoc, Joe. - Dobranoc.

Zatrzymała się w drzwiach.

- Masz jakieś wiadomości o Trevorze?

- Nie jestem pewien, czy powinienem rozmawiać o nim z tobą.

Wciąż  jestem  zły.  -  Spojrzał  na  nią  spode  łba.  -  Nawet  nie  zanosi  się  na  to,  że  go  aresztujemy.  Christy 

powiedziała  mi  dziś  rano,  że  wkrótce  może  nadejść  raport  z  Johannesburga.  Coś  tam  znaleźli  w  lokalnej  bazie 
danych.

- Pozwolisz mi go przeczytać?

- Może.

- Niewiedza bywa groźna, Joe. Czy nie to mi zawsze powtarzałeś?

- Powinnaś była o tym pomyśleć, kiedy o niczym nam nie mówiłaś. - Joe.

background image

Milczał przez chwilę.

- No dobrze. - Podniósł się i zszedł na dół. - Idę na spacer, muszę się zrelaksować i pozbyć nadmiaru energii. 

Powiedz Eve, że niedługo wrócę.

Spojrzenie Jane powędrowało w stronę lasu. - Bądź ostrożny.

- To nie ja powinienem być ostrożny. - Zamilkł na chwilę·

- Ten las roi się od policjantów, Jane. Teraz on już nie ma do ciebie

dostępu.

-  Pewnie  masz  rację:  -  Oderwała  wzrok  od  linii  drzew.  Ale  kiedy  odwróciła  się,  żeby  otworzyć  drzwi, 

powtórzyła: - Bądź ostrożny.

ROZDZIAŁ 7

Bingo! - zawołała Christy, kiedy Joe odebrał telefon następnego ranka. - Mamy dane Trevora!

- Słucham.

- Urodził się w Johannesburgu trzydzieści lat temu i nie nazywa

się Mark

Trevor  tylko  Trevor  Monte!.  Jego  rodzice  byli  plantatorami,  zostali  zamordowani  przez  rebeliantów,  kiedy 

Trevor miał dziesięć lat. Został umieszczony w sierocińcu, gdzie sprawiał wieczne kłopoty, aż uciekł w wieku lat 
szesnastu. Opinie jego nauczycieli są bardzo podzielone, jedni chcieli zamknąć go w więzieniu i wyrzucić klucz, 
inni dać mu stypendium i posłać do Oxfordu.

- Dlaczego?

- Trevor jest wyjątkowy. Był czymś w rodzaju fenomenu, jeden

ze wspanialszych umysłów, na jakie natrafili kiedykolwiek jego  nauczyciele.  Matematyka, chemia, literatura, 

wymień jakąkolwiek dziedzinę, a na pewno był w niej najlepszy. Wyniki jego testów nie mieściły się w skali. Po 
prostu geniusz.

- Stąd umiejętność gry w karty.

- To jego najbardziej znana profesja. Wiesz, że przez parę lat był najemnikiem, potem słuch o nim zaginął, aż 

pojawił się w kasynach. Był zamieszany w przemyt i handel antykami, raz Został złapany w Singapurze na próbie 
wywiezienia  z kraju cennej wazy  z okresu  Dynastii Tang. Wyłgał się jakoś  z tego, ale  znalazł się na liście  osób 
podejrzanych. Wygląda na to, że mamy mnóstwo podejrzeń co do Trevora, a żadnych dowodów. Albo postępował 
bardzo ostrożnie, albo jest tak sprytny, jak mówią.

-  Jest  sprytny.  Nie  było  nic  ostrożnego  w  sposobie,  w  jaki  wdarł  się  do  mojego  domu.  Musimy  poszukać 

powiązań między Trevorem i Aldem. Czy jest jakaś  akcja na szkic Alda?

- Jeszcze nie. Szkoda, że nie udało się wam uzyskać odcisków palców.

- Bez szans, wytarł nawet obrożę. A co z popiołem wulkanicznym?

-  Zawęziliśmy  źródło  pochodzenia:  albo  z  wulkanu  Krakatoa  w  Indonezji,  albo  z  Wezuwiusza,  albo  z 

Montserrat.

- Cudownie. Nie nazwałbym tego zawężeniem, mówimy tutaj

background image

przeciwległych krańcach ziemi.

-  Pracują  nad  tym,  próbują  uściślić  wyniki  testów.  Według  laboratorium,  to  nie  powinno  być  takie  trudne. 

Podobno każdy wulkan ma swoją własną, charakterystyczną tefrę.

- Tefrę?

- Nieskonsolidowany, drobnoziarnisty materiał piroklastyczny.

- Popiół.

- Tak. Zaczynam mówić jak ci goście z laboratorium, prawda?

W  każdym  razie,  popiół  z  każdego  wulkanu  ma  określone  cechy  i  dlatego  można  dokładnie  określić  jego 

pochodzenie. Właściwie, naukowcy mogą określić, z którego miejsca wulkanu pochodzi tefra.

- Więc w czym właściwie tkwi problem?

- Sprzeczne informacje. Są zdezorientowani.

- Świetnie.

- Popędzam ich, jak mogę. Uda im się. - Christy przerwała.

- Wiem, wydaje ci się, że to trwa wieczność, Joe. Nie zniosłabym

ani  minuty  zwłoki,  gdybym  była  na  twoim  miejscu.  Ale  chcę,  żebyś  wiedział,  że  wszyscy  na  posterunku 

jesteśmy z tobą i pracujemy na maksymalnych obrotach.

- Wiem o tym. Dzięki, Christy.

Odłożył słuchawkę, podszedł do okna i popatrzył na siedzącą nad jeziorem Jane. Tobi leżał u jej stóp. Słońce 

świeciło, niebo było błękitne, a jezioro czyste i spokojne. Cała ta scena powinna być sielankowa.

Ale nie była.

- Ona czeka. - Eve stanęła obok niego przyoknie. - Przez ostatnie dwa dni siedzi tam godzinami. Mówi, że po 

prostu wygrzewa się w słońcu, ale tak naprawdę czeka na niego.

Joe przytaknął. Zauważył lekkie napięcie w ciele Jane, prawie namacalne uczucie oczekiwania.

- Na Alda?

- Albo na Trevora. - Eve wzruszyła ramionami. - Albo na obu.

Skoro nie chce nawet przyznać, że czeka, na pewno nie dowiemy się na kogo. Nie mam pojęcia, dlaczego ona 

myśli, że w ogóle uda im się do niej zbliżyć - dodała ponuro. - A jeżeli im się uda, własnoręcznie uduszę któregoś z 
tych policjantów z patrolu.

- Będziesz musiała ustawić się w kolejce - powiedział Joe.

Oderwał wzrok od Jane. - Christy dzwoniła z nowymi wiadomościami o Trevorze, zaraz ci opowiem.

-  Dobrze  -  mruknęła,  nie  spuszczając  z  oczu  Jane.  -  Wiem, jak  ona  się  czuje  -  wyszeptała.  -  Ja  też  na  nich 

czekam.

Charlotte, Karolina Północna.

Nie  była  idealna,  ale  tym  razem  będzie  musiała  wystarczyć.  Aldo  jechał  powoli  za  kobietą, która  szła  ulicą, 

przyglądając się, jak  kołysze  biodrami. Ubrana  była w  mini  i  kurtkę obszytą  futrem. Aldo wiedział, że jej  pokój 
hotelowy  jest  pięć  przecznic  stąd,  widział,  jak  zabierała  tam  dwóch  swoich  klientów.  Odczekał,  aż  będzie 

background image

wystarczająco  daleko  od  hotelu,  żeby  musieli  jechać,  a  nie  iść.  Zawsze  było  mu  łatwiej,  jak  już  je  miał  w 
samochodzie.

Przyspieszył, podjechał do krawężnika i opuścił szybę w oknie. - Chłodną mamy noc, prawda? - odezwał się z 

uśmiechem.

- Ale ty wyglądasz tak, że mogłabyś rozgrzać każdego mężczyznę.

Jak masz na imię?

Podeszła do samochodu i oparła łokcie o otwarte okno. - Janis.

Z tak bliskiej odległości mógł zobaczyć, że była jeszcze dalsza od ideału, niż mu się wydawało i tylko odrobinę 

podobna do oryginału. Miała cerę poznaczoną bliznami po trądziku, zbyt blisko osadzone oczy, a kości policzkowe 
nawet w przybliżeniu nie tak wyraźne, jak u Jane MacGuire.

Ale  może  zabawić  się  z  tą  kobietą,  chociaż  normalnie  nie  UZnałby  jej  za  wartą  zabicia.  Teraz,  kiedy 

poszukiwania  zostały  zakończone,  nie  musi  być  taki  wybredny.  Wyciągnął  banknot  studolarowy  i  zatknął  go  za 
osłonę przeciwsłoneczną nad siedzeniem pasażera.

- Masz jakieś miejsce, gdzie moglibyśmy pójść? Jej oczy rozszerzyły się.

- Na Piątej Ulicy. - Otworzyła drzwi samochodu. - Możemy się nieźle zabawić, ale nie wchodzę w żadne sado-

maso. Zadnych batów ani sznurów.

-  Żadnych  batów  ani  sznurów,  obiecuję.  -  Zamknął  drzwi  na  zamek,  kiedy  ona  sadowiła  się  na  siedzeniu 

pasażera. - Janis to bardzo ładne imię, ale czy będzie ci przeszkadzało, jeżeli nazwę cię Cira?

Joe odłożył słuchawkę i odwrócił się do Eve.

-  Znaleziono  kobietę  w  kanale  przy  drodze  pod  Charlotte  w  Karolinie  Północnej.  Brak  twarzy.  Takie  samo 

modus operandi jak inne ofiary Alda.

- Charlotte? To setki mil stąd. Czy to znaczy, że się przeniósł?

Powinnam odczuwać ulgę?

- Nie, to może być naśladowca. - Joe sięgnął po kurtkę. W każdym razie jadę, żeby to sprawdzić. Zadzwonię do 

ciebie  z  Charlotte.  Nie  pozwól  Jane  wychodzić  z  domu.  Powiem  chłopakom w  radiowozie,  że  wyjeżdżam,  więc 
niech będą wyjątkowo uważni.

- Ale czy to może oznaczać, że uznał Jane za niewartą ryzyka?

- Może. Ale nie licz na to.

Eve patrzyła, jak Joe idzie do radiowozu. Nie, nie mogła na nic liczyć, ale mimo to zatlił się w niej płomyczek 

nadziei. Charlotte było setki kilometrów stąd, w innym stanie. Może ten sukinsyn wykazał się odrobiną zdrowego 
rozsądku i zdał sobie sprawę, że nie pozwolą mu tknąć Jane. Chryste, to by było wspaniale! Okropnie było czuć 
taką ulgę na wieść o czyimś nieszczęściu.

Zadzwonił telefon . - Halo?

Brak odpowiedzi.

Osoba po drugiej stronie linii rozłączyła się.

Zwykła  pomyłka,  powiedziała  sobie  Eve,  odkładając  słuchawkę·  Ludzie  ciągle  wybierają  złe  numery. 

Niegrzecznie  było  odłożyć  bez  słowa  słuchawkę,  ale  to  nic  niezwykłego.  To  mogła  być  jedna  z  tych 
przygotowywanych przez komputer telesprzedaży.

background image

To wcale nie musiał być Aldo.

On był w Charlotte albo gdzieś w tamtych okolicach. Stracił zainteresowanie Jane i ruszył dalej.

Tutaj go już nie ma. Proszę, Boże, tutaj już nie.

- To prawdopodobnie on - powiedział Joe, kiedy dzwonił tego wieczora z Charlotte. - To morderstwo ma takie 

same cechy jak  pozostałe. Przy zwłokach  znaleziono popiół. Młoda  kobieta. Brak  twarzy. Martwa  nie  dłużej  niż 
czterdzieści  osiem  godzin.  Bardzo  prowokacyjnie  ubrana.  Ślady  stosunku  płciowego.  Może  być  prostytutką. 
Tutejsza policja wysłała funkcjonariuszy, żeby przepytali parę prostytutek.

- Wrócisz dziś wieczorem?

- Chyba nie. Usiądę przy komputerze i przejrzę tutejszą bazę

danych, to może dać lepsze rezultaty niż przepytywanie dziwek i alfonsów.

Eve zadrżała.

- Chcesz sprawdzić, czy któraś z nich przypomina wyglądem lane.

- To by zawęziło pole poszukiwań. Żaden naśladowca nie będzie

wiedział, że tamte ofiary były podobne do Jane. Jak ona się czuje? - Dobrze. Tak samo.

- A ty?

- Jestem zniecierpliwiona jak cholera.

- Ja  też. Zabieram się  do pracy, żebym  mógł jak  najszybciej wrócić. -  Zamilkł na chwilę. - Tęsknię  za tobą. 

Pierwszy raz od wielu lat jestem daleko od ciebie dłużej niż przez parę godzin. Zapomniałem,jak pusty się czuję, 
kiedy nie ma cię obok mnie - Dam ci znać, jak się czegoś dowiem. - Rozłączył się, nie czekając na jej odpowiedź .. . 
Eve  powoli  odłożyła  słuchawkę.  Też  za  nim  tęskniła.  Nie  było  go  dopiero  dziewięć  czy  dziesięć  godzin,  a  już 
doświadczała tego samego poczuci pustki. Jezu, czasami nie było go tak długo, kiedy pracował nad sprawami tutaj, 
w mieście. Zachowuje się po prostu głupio.

- Czy to Joe dzwonił? - Jane stanęła w drzwiach. - W Charlotte działa naśladowca?

-  Nie  jest  pewny,  to  może  być  Aldo.  Uważają,  że  ofiara  mogła  być  prostytutką.  Joe  został  na  miejscu,  żeby 

sprawdzić tamtejszą bazę danych. - Eve skierowała się do kuchni. - Otworzę puszkę zupy pomidorowej na kolację. 
Zrobisz parę grzanek z serem?

- Oczywiście. - Jane zmarszczyła nos. - On szuka mojej twarzy, prawda? To naprawdę przygnębiające, że wiele 

kobiet  wygląda  tak jak ja.  Chyba  każdy  chce  być jedyny  i  niepowtarzalny.  _  Otworzyła  lodówkę i  wyjęła ser.  -
Może powinnam pomyśleć

operacji plastycznej.

- Ani się waż. Twoja twarz jest jedyna w swoim rodzaju, tak jak każda zresztą. Nikt nie wie o tym lepiej niż ja. 

Wiesz, ile twarzy zrekonstruowałam?

-  Nawet  nie  chcę  zgadywać.  -  Jane  zabrała się do robienia  grzanek.  -  Wiesz,  właściwie  nigdy  nie  widziałam 

rekonstrukcji  twarzy  Caroline  Halliburton,  tylko  zdjęcia.  Od  razu  musiałaś  pomyśleć,  że  jest  bardzo  do  mnie 
podobna.

- Tak, ale były też różnice. Twoja dolna warga jest pełniejsza, a brwi bardziej wygięte. - Eve przyjrzała się Jane. 

- I nikt nie ma takiego uśmiechu jak twój.

Jane roześmiała się.

background image

- Ale twoje rekonstrukcje nigdy się nie uśmiechają.

- Właśnie. - Eve przelała zup~ z puszki do garnka. - Dlatego jesteś wyjątkowa.

- Ty też. - Uśmiech Jane zbladł. Potrząsnęła głową. - Żartowałam z tą operacją.

- Wiem. - Eve zmniejszyła ogień. - Ale to musi być denerwujące, świadomość, że jesteś jedną z ...

Zadzwonił telefon.

- Odbiorę. - Jane odwróciła się od piecyka.

- Nie! - Eve podbiegła do wiszącego na ścianie telefonu. - Ja odbiorę ..

- Dobrze - lekka zmarszczka przecięła czoło Jane - jak sobie życzysz.

- Halo?

- Susie? - To był głos kobiety.

Eve poczuła ogromną ulgę.

Nie, chyba wybrała pani zły numer.

_ Znowu? To już trzeci raz. Coś musi być nie w porządku z linią, w ogóle nie mogę się dodzwonić do mojej 

córki, Susie - westchnęła nieznajoma. - Chyba mam jakąś złą karmę telefoniczną. Przepraszam za kłopot.

- Nic nie szkodzi. Mam nadzieję, że uda się pani do niej dodzwonić. - Eve odłożyła słuchawkę. - Pomyłka -

powiedziała do Jane.

- Myślałam, że spodziewasz się telefonu od Joego, tak podskoczyłaś do aparatu. Wszystko z nim w porządku, 

prawda?

- Chce wrócić do domu, poza tym nic mu nie jest.

Eve  też  poczuła  się  dobrze.  Tamten  pierwszy  telefon  to  też  musiała  być  pomyłka,  tak,  jak  przypuszczała. 

Uśmiechnęła się promiennie. - Grzanki gotowe? Umieram z głodu.

Janis Decker. Prawie ją przeoczył.

Joe pochylił się do przodu ze wzrokiem wbitym w zdjęcie na monitorze. Była tylko trochę podobna do Jane, ale 

to mogło wystarczyć sukinsynowi. Miała dwadzieścia dziewięć lat, trzykrotnie aresztowana za prostytucję w ciągu 
ostatnich pięciu lat.

- Znalazłeś coś? - Detektyw Hal Probst z policji w Charlotte zaglądał mu przez ramię.

- Może. - Joe nacisnął guzik, żeby wydrukować raport. - Możesz poprosić chłopców z patroli, żeby puścili to w 

obieg i poszukali kogoś, kto cokolwiek o niej wie? Dobrze byłoby porównać jej odciski palców z odciskami ofiary.

- Żaden problem. Już się do tego biorę. - Probst wyjął raport z drukarki. - Im szybciej zaczniemy działać, tym 

lepiej. Ta sprawa jest trochę zbyt krwawa jak na gust tutejszych polityków, uczepią się naszych tyłków jak nigdy.

- To wcale nie musi być ta kobieta. - Joe potarł oczy. - Po czterech godzinach gapienia się w ekran mogę już 

widzieć podwójnie.

Probst przechylił głowę i wpatrywał się w wydruk.

- Jest trochę podobna do tej rekonstrukcji, której zdjęcie ukazało się w gazecie.

- Z akcentem na "trochę". - Joe odchylił się na krześle. - Jeżeli to nasz człowiek, tym razem nie był wybredny. 

Jak szybko możesz mieć wyniki porównania odcisków palców?

background image

-  Za kilka godzin. Trochę dłużej potrwa uzyskanie  raportu z patrolu, ale ... -  Zadzwoniła  komórka Probsta. -

Probst. - Słuchał przez chwilę. - Dobrze, już jadę - skończył rozmowę i spojrzał na Joego. - Możemy mieć jeszcze 
jeden  zestaw  odcisków  do  porównania.  Dzwonili  z  policji  w  Richmond.  Jacyś  turyści  znaleźli  ciało  kobiety 
niedaleko jeziora pod miastem.

Joe zamarł.

- Takie samo modus operandi? Probst przytaknął.

- Brak twarzy.

- Richmond w Wirginii - powtórzyła Eve. - To niedaleko Waszyngtonu. On jedzie wzdłuż wybrzeża - i oddala 

się od Atlanty, dodała w duchu z ulgą. - Kiedy została zabita?

- W ciągu ostatnich dwudziestu czterech godzin.

- Jedziesz tam?

- Muszę podążać jego śladem. Są oznaki, że staje się nieuważny. Nie zachował żadnych środków ostrożności, 

kiedy zabierał Janis Decker i zostawił nam jej opuszki palców, żebyśmy mogli porównać odciski. Nieuważni ludzie 
popełniają błędy. Potykają się, i jeżeli jesteś na miejscu, to możesz ich w takim momencie schwytać - przerwał. -
Chyba, że wolisz, żebym przyjechał do domu. Jeżeli będziesz się denerwowała, wystarczy, że powiesz jedno słowo.

-  Oczywiście,  że  się  denerwuję,  ale  to  nie  znaczy,  że  musisz  zaraz  pędzić  z  powrotem.  Potrafię  sama 

zaopiekować się Jane - dodała gwałtownie. - Ty złap tego drania.

- Złapię go. Zadzwonię do ciebie po przyjeździe do Richmond,

kiedy dowiem się czegoś więcej.

Eve westchnęła ciężko, odkładając słuchawkę. Najpierw Charlotte, teraz Richmond. Każde kolejne miasto było 

dalej od Atlanty, dalej od Jane. Wyszła na ganek i usiadła na huśtawce obok niej. - Ładny wieczór - powiedziała.

- Jesteś w dobrym humorze - zauważyła Jane.

- Chociaż nie powinnam. Było kolejne morderstwo, w Richmond. Takie samo modus operandi. Joe właśnie tam 

jedzie. Uważa, że Aldo staje się nieuważny.

- Mam nadzieję, że się nie myli. - Jane popatrzyła na jezioro.

- Wiesz, Aldo jest szalony, dzisiaj widzę to wyraźnie. Wiem, że większość seryjnych zabójców ma coś nie tak z 

głową, ale mają też instynkt samozachowawczy. Myślę, że Aldo go nie ma.

- W takim razie nie powinien być trudny do schwytania.

- Powiedziałam, że jest szalony, nie głupi. - Jane położyła rękę

na dłoni Eve. - Ale Joe i tak go dopadnie. Na pewno nie pozwoli temu dupkowi na ...

Zadzwonił telefon.

- Kurcze, właśnie usadowiłam się wygodnie - jęknęła Eve.

- O ile się zakładasz, że to nasza mamuśka szukająca Susie?

- Żadnych zakładów - Jane zachichotała. - Ile razy już dzwoniła?

- Dziś po południu cztery razy - westchnęła Eve. - Nie powinnam być taka niecierpliwa. Jestem pewna, że to nie 

jej wina, poza tym za każdym razem jest bardzo miła.

- Siedź spokojnie, ja odbiorę. - Jane zeskoczyła z huśtawki i poszła do drzwi. - Zaraz wracam.

background image

Eve oparła się wygodnie. Dobrze było tak siedzieć, kiedy chłodny wiatr owiewał jej twarz, a księżyc w pełni 

roztaczał  blask  na  powierzchni  jeziora.  Przypominały  jej  się  inne  wieczory,  kiedy  ona,  Joe  i  Jane  siedzieli  tutaj, 
rozmawiali  i  śmiali  się,  zanim udali  się  do  łóżek.  Nigdy  nie  łudziła  się,  że  ta  wyjątkowa  bliskość  będzie  trwała 
wiecznie, ale być może nie doceniała jej tak, jak powinna. Dobry Boże, tak bardzo by chciała, żeby tamte chwile 
wróciły. Zamknęła oczy i wsłuchała się w odgłosy nocy.

Parę  minut  później  usłyszała,  że  Jane  wróciła.  Otworzyła  oczy i  patrzyła, jak  siada  koło  niej  na  huśtawce.  -

Mama Susie?

Jane przytaknęła ze wzrokiem wbitym w powierzchnię jeziora. - A któżby inny?

ROZDZIAŁ 8

Zachowuj  się  swobodnie.  Idź  wolnym  krokiem,  mówiła  do  siebie  lane.  Eve  pracowała  tego  ranka  nad  nową 

rekonstrukcją, ale to wcale nie oznaczało, że nie przygląda się jej przez okno. Początkowa faza rekonstrukcji  nie 
wymagała nawet w połowie tak wiele uwagi jak końcowa, a Eve ostatnio chroniła lane jak lwica swoje małe. lane 
skierowała  się  leniwym  krokiem  w  stronę  gęstej  ściany  drzew,  zaczynającej  się  parę  metrów  za  pniakiem,  na 
którym  zwykle  siadała,  opadła  na  trawę  i  oparła  głowę  o  pień  dębu.  Wiedziała,  że  jest  widoczna  jak  na  dłoni 
zarówno dla siedzących w radiowozie policjantów, jak i dla pracującej  w domu Eve. Wystawiła twarz do słońca. 
Leniwie. Rób wszystko swobodnie i powoli.

Czuła  się  mniej  więcej  tak  leniwie,  jakby  siedziała  na  minie.  -  Mów  szybko.  -  Starała  się  prawie  wcale  nie 

poruszać ustami.

- Daję ci pięć minut, potem zacznę krzyczeć.

-  Blefujesz.  -  Trevor  zachichotał  ukryty  w  gęstwinie  krzaków tuż  za  nią.  -  Nie  powiedziałabyś  mi  o  rurze 

odpływowej,  gdybyś  chciała,  żeby  mnie  złapali.  Po  prostu  chcesz  grać  według  własnych  reguł.  Rozumiem  to. 
Wiem, że byłabyś fantastyczną pokerzystką.

- Nie umiem grać w pokera.

- Nie szkodzi, idea jest ta sama. Ale naprawdę powinnaś się nauczyć, chętnie ci pomogę.

- Nie chcę, żebyś czegokolwiek mnie uczył. I nic o mnie nie Wiesz.

- Ależ oczywiście, że wiem. Nawet, gdybym nie miał okazji tak wiele się o tobie dowiedzieć, i tak dobrze bym 

cię znał. Czasami instynkt mówi ci wszystko o drugim człowieku.

Nie mogła zaprzeczyć, bo sama poczuła to samo, kiedy pierwszy raz go spotkała.

- Dlaczego do mnie zadzwoniłeś?

-  Z  tego  samego  powodu,  dla  którego  ty  nie  powiedziałaś  Eve,  że  to  ja  telefonowałem.  Pomyślałem,  że  już 

najwyższy  czas,  żebyśmy  się  spotkali,  zbyt  niebezpiecznie  byłoby  dłużej  zwlekać.  Aldo  może  uderzyć  w  każdej 
chwili.

- Zabił jedną kobietę w Charlotte, a drugą w Richmond. Eve myśli, że mógł mnie wykreślić ze swojej listy.

-  Ona  wcale  tak  nie  sądzi,  jest  zbyt  czujna.  Pobożne  życzenia. Aldo  na  pewno  sobie  ciebie  nie  odpuści. 

Zamordował  te  kobiety,  żeby  odciągnąć  od  ciebie  Quinna  i  przekonać  policję  w  Atlancie,  że  nie  wymagasz  już 
ochrony.

- Joe nie zostawił mnie bez ochrony.

- Ja się do ciebie dostałem.

background image

- Bo pozwoliłam ci na to. Ile zapłaciłeś tej kobiecie, żeby tu telefonowała?

- Niewiele. Musiała tylko dzwonić, dopóki ty nie odbierzesz telefonu zamiast Eve. Powiedziałem jej, że to taka 

miłosna sprawa, a ona miała romantyczną duszę. Zawsze bezpieczniej jest polegać na emocjach niż na łapówce.

- I czego chcesz ode mnie?

- Chcę, żebyś poszła do Quinna i powiedziała mu, że jestem

gotowy zawrzeć z nim układ. Jeżeli pozwoli mi ze sobą pracować przy poszukiwaniach Alda, po zakończeniu 

sprawy sam zgłoszę się na policję.

- Dlaczego chcesz, żebym pośredniczyła między wami? Taki sprawny manipulator jak ty powinien sam radzić 

sobie z zawieraniem układów.

-  Zgadzam  się,  poleganie na  kimkolwiek  jest  przeciwne  mojej  naturze.  Ale teraz  liczy się  czas, a  Quinn bez 

wahania odrzuci wszelkie moje propozycje.  Jesteś  bystra i  możesz oddać  mi tę  małą przysługę, potem  zajmę się 
wszystkim sam.

- Joe nie zawiera układów.

- Spróbuj, ta sprawa jest inna niż wszystkie. Quinnowi bardzo zależy na tym, żeby tobie nic się nie stało. Założę 

się, że poświęci taką płotkę jak ja, żeby złapać Alda.

- On wcale nie jest przekonany, że jesteś płotką. Możesz być barrakudą.

- Nawet jeżeli masz rację, to przynajmniej nie morduję niewinnych kobiet ani nie torturuję psów. Jednak, na 

wypadek, gdybym się mylił, masz telefon komórkowy?

- Tak, dostałam od Eve na urodziny.

- Masz numer mojej komórki. Wpisz go do telefonu tak, żebyś mogła się ze mną szybko skontaktować. Zawsze 

będę gdzieś w pobliżu ciebie.

-  Proponujesz  mi  ochronę?  Nie  chcę  twojej  opieki,  chcę  informacji.  Zawsze  tylko  tego  od  ciebie 

potrzebowałam.

- I jeżeli powiem ci to, co chcesz wiedzieć, odejdziesz i wyłączysz mnie ze sprawy. Nic z tego.

- Skoro nie chcesz dać mi tego, czego potrzebuję, nie ma żadnego powodu, dla którego nie miałabym zacząć 

krzyczeć i pozwolić im wsadzić cię do więzienia.

- Nie powiedziałem, że nie udzielę ci żadnych informacji.

Dowiesz  się  wystarczająco  niewiele,  żebyś  wciąż  mnie  potrzebowała.  A  jako  dowód  mojej  dobrej  woli, 

odpowiem teraz na dwa twoje pytania.

- Chcesz, żebym zadała ci pytanie? Powiedz mi, dlaczego Aldo zabija wszystkie kobiety podobne do mnie.

Trevor zawahał się.

- Opowiedzenie ci tego wszystkiego nie będzie dla mnie korzystne. Spytaj o coś innego.

- Więc to pytanie wykreśliłeś. No dobrze, skoro tak bardzo chcesz złapać Alda, dlaczego na początku starałeś 

się podejść Joego zamiast z nim współpracować?

- Quinn chce złapać Alda, a potem wsadzić go za kratki.

- A ty?

- Ja chcę mieć pół godziny z Aldem, sam na sam.

background image

- A potem przekażesz go Joemu?

Trevor milczał.

- Quinn dostanie go ... w końcu.

- Martwego. - Jego intencje nie mogły być bardziej czytelne,

ale Jane wcale nie czuła się zaszokowana. - Chcesz go zabić.

- Będzie musiał umrzeć. Nie mogę ryzykować, że ucieknie, Quinn też nie. Znowu by cię ścigał. Aldo nigdy nie 

przestanie.

- A ty tak bardzo się o mnie martwisz. - Ton Jane był sceptyczny. - Bzdury.

- Nie życzę sobie twojej śmierci.

- Byłabym głupia, gdybym  nie  zauważyła,  że chcesz  mnie użyć jako  przynęty dla  Alda. Uważasz, że  można 

mnie poświęcić, prawda?

Trevor nie odpowiedział wprost.

-  Kazałem  cię  obserwować  od  tygodni.  Mam  raporty  o  każdym  twoim  kroku,  wiem,  jak  bardzo  jesteś 

wyjątkowa, Jane.

Głos Trevora był ciepły, prawie uwodzicielski i wywierał na nią dziwnie hipnotyzujący wpływ. Mimo że nie 

mogła  go  zobaczyć,  miała  wrażenie, jakby  stał  tuż  przed  nią.  Czuła jego  napięcie,  inteligencję,  które  bardziej  ją
urzekały niż wyjątkowo atrakcyjny wygląd.

- Przestań mną manipulować. Jak dużo mogłeś dowiedzieć się z raportów?

- Wystarczająco. Chciałem sam przyjechać i prowadzić obserwację, ale w końcu się nie odważyłem. Musiałem 

zachować dystans, a tutaj na pewno by mi się to nie udało.

Poczuła, jak palą ją policzki, ale to gorąco nie miało nic wspólnego ze słońcem. Jezu, był naprawdę dobry. Grał 

na jej emocjach jak  wirtuoz, poruszył ją,  zamieszał jej  w głowie, sprawił, że uwierzyła  w każde słowo. Musi się 
uspokoić.

- Nie odpowiedziałeś mi. Uważasz, że można mnie poświęcić. Trevor milczał chwilę.

- Bardzo bym żałował, gdyby coś ci się stało - powiedział w końcu.

Tylko tego było jej potrzeba. Odpowiedź Trevora podziałała na Jane jak zimny prysznic.

- Ale nie aż tak bardzo, żebyś zmienił własne plany i przyszedł Joemu z pomocą.

- Współpraca  ze mną pomoże Quinnowi, nikt nie będzie mu bardziej przydatny niż ja.  Znam Alda na wylot. 

Czasami  wydaje  mi  się,  że  potrafię  czytać  sukinsynowi  w  myślach.  Dwa  razy  byłem  o  krok  od  schwytania  go. 
Złapałbym go tamtej nocy, gdybym nie musiał martwić się o twojego cholernego psa. - Przerwał. - Muszę już iść. 
Te lasy roją się od umundurowanych kumpli Quinna. Podjąłem ogromne ryzyko, wracając tutaj.

- Poczekaj. Powiedziałeś, że mogę zadać dwa pytania.

- I tak zadałaś już więcej.

- Niezupełnie. Wszystkie były powiązane.

Trevor zaśmiał się cicho.

- Nieźle kombinujesz. Powinienem był to przewidzieć. No dobrze, możesz zadać jeszcze jedno pytanie.

background image

- Popiół. Joe  powiedział, że w laboratorium nie  mogą zidentyfikować źródła pochodzenia popiołu. Ty wiesz, 

skąd on jest, prawda?

- Tak. Ale uważam, że powinienem zachować tę informację jako asa w rękawie.

Jane chrząknęła niegrzecznie.

- Znowu wymigujesz się od odpowiedzi. Może blefujesz. Może

nie masz nic na wymianę.

Trevor milczał.

- Wezuwiusz. Zadowolona? Jej serce podskoczyło.

- Więc Aldo jest Włochem?

- Popiół pochodzi z Wezuwiusza - powtórzył.

- W laboratorium powiedzieli, że może pochodzić albo z Montserrat albo z Indonezji.

-  Aldo  pomieszał  trzy  rodzaje  popiołu,  żeby  zmylić  dochodzeniowców,  ale  większość  popiołu  pochodzi  z 

Wezuwiusza. Zadzwoń do mnie, jak porozmawiasz z Quinnem.

- Joe powiedział, że czasami naukowcy potrafią określić, z którego miejsca wulkanu dany popiół pochodzi. Ty 

wiesz, z którego?

Cisza.

Już go nie było.

Jane  odczekała  parę  chwil  i  wstała.  Kiedy  szła  z  powrotem  do  domu,  ogarnęło  ją  podniecenie.  Musi 

porozmawiać z Eve, a potem zadzwonić do Joego. Było jasne, dlaczego Trevor zdecydował się wykorzystać ją do 
kontaktów z Joem. Wiedział, że Jane zrobi wszystko, żeby go przekonać. Miał rację. Po raz pierwszy od wielu dni 
czuła, że coś się wydarzy, że może wyciągnąć rękę i coś zdziałać, osiągnąć. Wszystko, co musiała teraz zrobić, to 
ujawnić rewelacje Trevora, a to wywoła reakcję łańcuchową.

Wezuwiusz ...

- Wezuwiusz? - powtórzył Joe. - To może być kolejny podstęp.

Macha nam przed nosem marchewką, żebyśmy pomyśleli, że wie więcej.

- Przypuśćmy, że uznamy jego słowa za prawdę i polecimy Interpolowi, żeby sprawdzili, czy kariera Alda nie

zaczęła się we Włoszech - powiedziała Eve. - To nie zaszkodzi.

- Zaszkodzi. Zmarnujemy czas, którego nie mamy. Ten skurczybyk jeździ po całym kraju i morduje kobiety, a 

my nawet nie możemy go namierzyć.

- Żadnych wskazówek po morderstwie w Richmond?

- Popiół.

- A więc to musi być on - wyszeptała Eve. - Może Trevor się

myli. Może Aldo zapomniał o Jane.

- A może ma rację. Kapitan już mówi o ograniczeniu ochrony dla Jane, skoro zagrożenie wydaje się mniejsze.

- Nie można mieć wszystkiego.

background image

- Cholera, wiem. - Joe milczał przez chwilę. - Powiedz Jane, żeby podniosła słuchawkę drugiego aparatu.

Eve skinęła na Jane, która siedziała na kanapie po drugiej stronie pokoju.

-  Nie  sądzę,  żeby  Trevor  kłamał,  Joe.  Nie  powiedziałabym  ci jego  propozycji,  gdybym  mu  nie  uwierzyła.  -

Dowiódł już, że jest mistrzem podstępu.

- Pomyślałam, że warto spróbować. A teraz przestań na mnie warczeć i powiedz mi, co zamierzasz zrobić. - Nie 

wchodzę w układy z oszustami.

- To samo mu powiedziałam. On uważa, że zrobisz wyjątek, żeby złapać Alda. Rzecz jasna oczekuje, że będę 

próbowała cię przekonać. Miałam zamiar to zrobić, ale uznałam, że sam musisz podjąć decyzję.

- Jak wspaniałomyślnie z twojej strony.

- Ale uważam - jeżeli to ma jakiekolwiek znaczenie - że Trevor może być kluczem do schwytania Alda. I sądzę, 

że ty też tak myślisz.

Joe milczał przez chwilę.

- I co zrobisz, jeżeli powiem, że nie wchodzę w żadne układy?

Trevor zawoła, a ty od razu pobiegniesz do niego?

- Nie pobiegłabym. Zastanowiłabym się nad tym.  I

- A potem byś pobiegła.

Jane milczała przez chwilę.

- Aldo skrzywdził Tobiego, Joe. On go zranił. I to była moja wina.

- Dobry Boże!

- Przykro mi, jeżeli to cię złości, ale nie zamierzam cię znowu

okłamywać.

- Oczywiście, że to mnie złości. Mam ochotę kogoś pobić

z wściekłości.

- Co zamierzasz zrobić, Joe? - zapytała cicho Eve.

- Powiem wam, jak podejmę decyzję. 

l

Rozłączył się.

Jane z ponurą miną odłożyła słuchawkę.

- Jak myślisz, jakie są szanse, że Joe zawrze układ z Trevorem? Eve też położyła słuchawkę na widełki.

- Skąd mogę wiedzieć? To jego decyzja, chociaż ty zrobiłaś wszystko, żeby na niego wpłynąć.

Oczy Jane rozszerzyły się ze zdziwienia.

- Co masz na myśli? Sama słyszałaś, że zostawiłam to jemu.

background image

-  Powiedzmy.  Ale  bardzo  sprytnie  napomknęłaś,  że  zagrożone jest  twoje  życie.  Zagrałaś  na  wszystkich 

odpowiednich strunach. - Spojrzała jej prosto w oczy. - Pokierowałaś nim tak, że Henry Kissinger byłby z ciebie 
dumny. Zaskoczyłaś mnie.

- Nigdy nie próbowałam "kierować" Joem. - Jane poczuła się urażona. - Ty powinnaś o tym wiedzieć najlepiej, 

Eve.

- Może nie celowo. Ale kiedy patrzyłam na twoją twarz w trakcie rozmowy, to jakbym widziała kogoś zupełnie 

obcego.  -  Wyczerpana  Eve  wzruszyła  ramionami.  - A  może  to  tylko  moja  wyobraźnia.  Użyłaś  wszystkich 
właściwych słów. Pewnie widzę rzeczy, których wcale nie ma. - Wstała. - Idę do łóżka. Jeżeli Joe zadzwoni, dam ci 
znać, jaką decyzję podjął.

- Dzięki. - Jane wciąż patrzyła na nią ze zmartwioną miną.

- Nigdy nie zrobiłabym tego Joemu. Sama nie cierpię być manipulowana, po prostu byłam uczciwa.

- Więc zapomnij, że cokolwiek powiedziałam. Jestem teraz tak zmęczona i zestresowana, że niedługo zacznę 

widzieć małe zielone ludziki. - Eve ruszyła w stronę sypialni. - Dobranoc, Jane.

"Tak, jakbym widziała kogoś zupełnie obcego".

Jane  zadrżała,  rozmowa  z  Joem,  słowa,  które  wypowiedziała,  pojawiły  się  bez  udziału  jej  świadomości. 

Zupełnie, jakby działała na automatycznym pilocie.

Jednocześnie wiedziała, że właśnie tymi słowami poprowadzi go tam, dokąd chce, jakby nic innego nie robiła 

przez całe życie. Wydawało jej się to zupełnie naturalne i nawet nie zdawała sobie sprawy z tego, co robi, dopóki 
nie usłyszała opinii Eve. Jej pierwszym odruchem było zaprzeczenie, ale teraz już nie była wcale taka pewna, czy 
rzeczywiście nie próbowała manipulować Joem. A kim musiałaby być, żeby tak się zachować?

Tobi  zapiszczał  i  położył  łapę  na  jej  nodze.  Jane  pochyliła  się  i  pogłaskała  go  po  głowie.  -  Wszystko  w 

porządku, piesku.

Tobi wyczuł, że Jane jest zmartwiona, i próbował ją pocieszyć.

Bardzo  potrzebowała  pocieszenia.  Nienawidziła  kłamstwa  i  zdrady,  a  ostatnio  zbyt  często  miała  z  nimi  do 

czynienia.

Jezu, i przyszło jej to tak łatwo ...

Więc  zaakceptuj fakt,  że  nie  jesteś  doskonała, tylko zdolna  do  manipulacji  i  bądź ostrożna.  Sama kontroluje 

swoje  poczynania  i  musi uważać,  żeby nigdy nie  ranić Joego  ani  Eve. Przerażające  było to,  że  nawet nie  zdała 
sobie sprawy, że to robi.

Zapomnij o tym. To już się nie powtórzy.

Niech  szlag trafi  Alda za  postawienie jej  w  takiej  sytuacji.  To  przez niego  musi  przyznać,  że  jest  zdolna do 

manipulowania ludźmi, których kocha, żeby poszli w obranym przez nią kierunku.

Ąnnapolis, Maryland

Lokal  był  zatłoczony,  ale  to  mu  odpowiadało.  Im  więcej  ludzi,  tym  większe  szanse,  że  nikt  nie  zapamięta 

mężczyzny siedzącego samotnie przy barze. Zadbał o to, żeby zarówno jego twarz, jak i ubranie nie wyróżniały się 
niczym szczególnym, ale i tak zawsze najlepiej było wmieszać się w tłum.

Chociaż niełatwo będzie wmieszać się w tłum złożony głównie z umundurowanych kadetów, pomyślał  Aldo. 

Musi być pewny, że nikt nie widzi, jak przygląda się dziewczynie grającej w rzutki po drugiej stronie sali. Zresztą, 
trudno  było jej  się  nie  przyglądać,  skoro  robiła  wszystko,  żeby  zwrócić  na  siebie  uwagę· W  mundurze  kadeta,  z 
krótkimi włosami, Carrie Brockman zachowywała się głośno i po męsku. Śmiała się, gwizdała, żartowała z innymi 
graczami. Hałaśliwa ekstrawertyczka.

background image

Nie tak jak Cira, która wystarczyło, że weszła w milczeniu do pokoju, by przyciągnąć wszystkie spojrzenia.

To było prawie świętokradztwo, że ta kobieta miała niektóre rysy Ciry, i ani odrobiny jej czaru.

Nie tak jak Jane MacGuire.

Nie  myśl  o  J  ane  MacGuire.  Nie  może  porównywać  tej  kobiety  do  Jane,  bo  nie  będzie  w  stanie  wypełnić 

swojego obowiązku. To, co zrobił z kobietą w Richmond, sprawiło, że poczuł się jak oszust i nie mogło powtórzyć 
się tutaj.

- Jeszcze jednego drinka? - usłyszał głos barmana.

- Tak, poproszę. - Aldo spojrzał porozumiewawczo na barmana. - Potrzebuję alkoholu, żeby zmierzyć się z tymi 

dzieciakami.  Za  każdym  razem,  kiedy  przyjeżdżam  tu  zobaczyć  się  z  synem,  wracam  do  domu,  czując  się  jak 
stulatek. Jak oni to robią?

Barman roześmiał się.

-  Młodość.  -  Postawił  przed  Aldem  kolejną  szklaneczkę  bourbona.  -  To  nie  fair,  prawda?  -  Odwrócił  się  i 

poszedł w stronę kadeta, który machał na niego po drugiej stronie baru.

Ale młodość nie musi być beznadziejnie głupia. Może być pełna gracji, ognia i elegancji.

Jak Cira.

Aldo wzdrygnął się na dźwięk piskliwego śmiechu Carrie Brockman. Był zadowolony ze swojej reakcji.

Tak, niech czuje obrzydzenie. To uczyni jej śmierć dużo bardziej satysfakcjonującą.

Richmond, Wirginia Godzina 4.43

Dzwonek telefonu wyrwał Joego z głębokiego snu.

- Powiedziałeś, że chcesz natychmiast wiedzieć, jak tylko dostaniemy jakieś informacje - powiedziała Christy. -

Martwa  kobieta  została  znaleziona  na  parkingu  pod  Baltimore  trzy  godziny  temu.  Żadnych  prób  ukrycia  jej 
tożsamości  poza  zdarciem  twarzy.  Sprawdzili  odciski  palców  i  okazało  się,  że  to  Carrie  Ann  Brockman, 
dwadzieścia dwa lata, kadet z Annapolis.

- Cholera!

- On robi się coraz bardziej zuchwały. Ta dziewczyna zmarła nie dalej niż osiem godzin temu, a on nie raczył 

nawet ukryć ciała w krzakach przy parkingu. Porzucił ją i popiół i zniknął. Arogancki jak diabli. Gra nam na nosie?

- Może.

- Jeżeli staje się tak pewny siebie, wkrótce będziesz mógł uderzyć. Jedziesz do Baltimore?

Kolejne miasto, kolejny trop prowadzący go dalej i dalej od domu. Nie można mieć wszystkiego, powiedziała 

Eve.

Zaryzykować,  przyjmując,  że  Trevor  mówi  prawdę,  czy  zaryzykować,  że  Aldo  będzie  wystarczająco  głupi  i 

sam wpadnie mu w ręce? Cokolwiek, wybierze i tak może zostać z niczym.

Więc zaufaj instynktowi.

- Nie. - Joe usiadł na łóżku. - Ty śledź to, co się dzieje w Baltimore. Ja wracam do Atlanty.

background image

-  Powiedział mi, żebym umówiła go z Trevorem. - Jane  powoli Odłożyła  słuchawkę. - Joe  wraca do domu, 

Eve.

- Dzięki Bogu. - Eve wpatrywała się w twarz Jane. - Nie wydajesz się zadowolona. Dlaczego? Przecież tego 

właśnie chciałaś. - Wiem. - Jane przygryzła dolną wargę. - I wciąż myślę, że to najlepsze rozwiązanie. Po prostu ... 
Czuję się, jakbym wprawiła w ruch l11aszynę, której nie potrafię już kontrolować. To mnie przeraża. - Powinnaś 
była o tym pomyśleć, kiedy Trevor wykorzystał cię do ściągnięcia Joego z powrotem.

Jane zesztywniała.

- On mnie nie wykorzystał. Nie pozwolę ... - uśmiechnęła się.

-  Próbujesz  wyprowadzić  mnie  z  równowagi,  prawda?  Odpłacasz  mi pięknym  za  nadobne.  Nie  próbowałam 

celowo wykorzystać Joego. - Gdybym sądziła, że jest inaczej, zrobiłabym znacznie więcej, niż udzielenie ci słownej 
reprymendy. - Eve odwróciła się. - Kiedy i gdzie ma się odbyć to spotkanie?

- Joe chce spotkać się z Trevorem najpóźniej jutro, tutaj, w lesie po drugiej stronie jeziora. Powiedziałam mu, 

że chcę iść z nim. - Ja też.

Jane przytaknęła.

- Jeżeli będzie z nami Joe, to Mac i Brian nie pójdą za nami.

- Powiedział, żebym od razu postawiła sprawę jasno: amnestia dla

Trevora kończy się w chwili, w której Joe dostanie w swe ręce Alda. Powiedział też, że prędzej spotka Trevora 

w piekle, niż przekaże mu więźnia.

- Nie mogłaś spodziewać się niczego innego. Trevor może nie chcieć zawrzeć układu na takich warunkach.

- Myślę, że się zgodzi. On zwykle prosi o więcej, niż może dostać. Bierze to, co mu oferują, a potem stara się 

tak manipulować ludźmi, żeby dostać resztę.

- Naprawdę? - Eve przechyliła głowę. - Zwykle? A skąd ty, d cholery, wiesz, co zwykle robi Trevor?

- Nie wiem. To znaczy ... - powiedziała to bez zastanowienia, myśląc już o jutrzejszym spotkaniu. - Oczywiście, 

że  nie  wiem,  bo  niby  skąd  miałabym  wiedzieć?  Ale  każdy  robi  na  nas  jakieś  wrażenie,  a  musisz  przyznać,  że 
Trevora niełatwo zapomnieć.

- Tak, to prawda - przyznała Eve. - Widzę, że na tobie zrobił wyjątkowo duże wrażenie.

- Tak, ale to może okazać się korzystne. Zawsze dobrze jest  mieć jakieś wyobrażenie o charakterze osoby, z 

którą wchodzisz w układy.

- O ile się nie mylisz. Jane przytaknęła.

- Rzecz jasna. - Nie myliła się, nie co do Trevora. Instynkt zapewniał ją o tym. - Ale Joe nie zechce oprzeć się 

na moich wrażeniach". Bardzo dobrze radzi sobie z formułowaniem własnych opinii.

- Nie musisz mi mówić - powiedziała Eve sucho. _ I na pewno nie zamierza stosować wobec Trevora taryfy 

ulgowej.

- Trevor był w Rzymie cztery lata temu - powiedziała Christy, kiedy Joe odebrał telefon, jadąc samochodem z 

lotniska  do domu tego samego  wieczora. -  Był podejrzany  o szmuglowanie  dzie~ sztuki znalezionych w  pobliżu 
akweduktu w północnych Włoszech. Nie aresztowano go.

- Jakieś powiązania z Aldem?

- Na razie jeszcze nic nie znaleźliśmy. - Christy przerwała.

background image

- Cieszę się, że zdecydowałeś się na powrót do domu, Joe. Tak jest lepiej.

Joe zamarł.

- Dlaczego tak jest lepiej?

- Twoje miejsce jest tutaj.

- A ty nie możesz mówić? Kapitan sam chce mi powiedzieć?

Pozwól, że zgadnę. Kapitan wycofuje większość ochrony, którą dali Jane. Uważają, że nie jest już potrzebna, 

skoro wiemy na pewno, że Aldo przeniósł się gdzie indziej. Kiedy zabierają patrol spod mojego domu?

- Jutro.

- Wszystkich?

- Zostawiają wam Maca i Briana.

- Lepszy rydz niż nic. Spodziewałem się, że tak się stanie.

Trevor powiedział Jane, że Aldo to zaplanował. - Dzięki, że dałaś mi cynk, Christy.

- Jak już powiedziałam, lepiej, żebyś wrócił do domu.

- Zgadzam się z tobą.

- Dam ci znać, jak dowiemy się od włoskiej policji czegoś więcej o pobycie Trevora w Rzymie. - Koniecznie.

Rozłączył się.

A jutro sam zada Trevorovi to pytanie, pomyślał Joe ponuro.

-  Gdzie  on,  do  diabła,  jest?  -  warknął  Joe,  wpatrując  się w  drzewa  otaczające  polanę.  -  Spóźnia  się  już  pół 

godziny. - Przyjdzie - powiedziała Jane. - Obiecał mi.

- Obietnice Trevora pewnie nie są warte funta kłaków.

- Czuję się dotknięty. - Trevor spokojnie wyszedł spomiędzy drzew. - W końcu człowiek jest wart tyle, ile dane 

przez niego słowo. Przynajmniej tak mówią wszyscy filozofowie. Osobiście sądzę, że to dosyć wąska ...

- Spóźniłeś się - powiedział krótko Joe.

-  Musiałem  najpierw  pójść  na  zwiady.  Nie  byłem  pewien, czy  nie  uznasz,  że  lepszy  wróbel  w  garści  ...  -

skrzywił się. - Mam dziś dziwną skłonność do używania przysłów. Proszę o wybaczenie. ~ Odwrócił się w stronę 
Eve i Jane. - Co wcale nie oznacza, że ci nie ufam, ale Quinn jest dużo mniej ufny i bardziej nieprzewidywalny, niż 
ci się wydaje. Pod wieloma względami jest bardzo podobny do mnie.

- Wcale nie jestem do ciebie podobny.

- Ośmielam się nie zgodzić. - Trevor uśmiechnął się. - Ale ja mam tę przewagę, że mogłem zanalizować twój 

charakter. Dlatego uznałem, że będziesz chciał współpracować. - Podniósł dłoń, gdy Joe chciał się odezwać. - Och, 
Jane powiedziała mi, że nie podasz mi głowy Alda na srebrnej tacy. W każdym razie nie w tej chwili. Założę się, że 
zmienisz zdanie, zanim to wszystko się skończy. Jesteś bardzo opiekuńczy w stosunku do swojej rodziny.

- Informacje! - zażądał Joe.

- Potrzebuję pewnych gwarancji - odpowiedział Trevor.

- A ja potrzebuję odpowiedzi. Mów!

background image

- Nie zamierzam stawiać wygórowanych żądań. Chciałby wziąć udział w poszukiwaniach Alda i zainstalować 

się w twoi domu, ale wiem, że nie życzysz sobie mieć mnie pod swoim dachem Dlatego chcę tylko, żebyś obiecał 
mi, że będę mógł zostać tutaj, bliski Jane. I że dasz mi znać, jeżeli Aldo znajdzie się w pobliżu. - Zacisnął usta. -
Pewnie sam będę to wiedział, ale nie mogę ryzykować.

Joe milczał.

- On nie prosi o wiele, Joe - powiedziała cicho Jane. - Żąda, mniej, niż oczekiwałam.

- Sam podejmę decyzję. Wiem, po której jesteś stronie.

- Po której? - spytała Jane. - Powiedz mi. Chcę żyć i chcę złapać Alda. Jeżeli sądzisz, że to stawia mnie po innej 

stronie niż twoja, to się mylisz.

Joe zerknął na Eve, która wzruszyła ramionami.

- To musi być twoja decyzja, ja się podporządkuję - powiedziała.

- A to coś nowego. Eve uśmiechnęła się.

- Chyba że uznam, że podjąłeś złą decyzję. Joe trochę się rozchmurzył.

-  Tak  lepiej,  już  myślałem,  że  jesteś  chora.  -  Odwrócił  się  z  powrotem  do  Trevora.  -  Zgoda.  Jeżeli  z 

jakiegokolwiek powodu zmienię zdanie, dam ci znać. To wszystko, co mogę ci obiecać. - To mi wystarczy - odparł 
Trevor. - Niczego więcej nie oczekiwałem.

Eve spojrzała na Jane.

- Poprosić o gwiazdkę z nieba i zadowolić się tym, co dają? To twoja stała taktyka?

Trevor uśmiechnął się szeroko.

- Nigdy nie wygrasz, jeżeli nie będziesz walczyć o najwyższą stawkę. - Zwrócił się do Joego: - Zadawaj swoje 

pytania.

- Gdzie jest Aldo?

- Nie mam pojęcia,  gdybym wiedział, nie byłoby mnie tu. Skoro ostatnią ofiarę zamordował w Baltimore, to 

myślę, że pojedzie dalej na północ. Będzie starał się zostawiać ślady na dowód, że coraz bardziej oddala się od Jane.

- Taki jesteś pewny, że tu wróci? Dlaczego? Trevor przeniósł wzrok na Jane.

- Bo ona jest idealna - powiedział po prostu - i on o tym wie.

Odnalazł ją.

- Może to tylko twoje zdanie. Te inne kobiety wyglądały ...

- Odnalazł kogo? - Jane postąpiła krok do przodu i stanęła twarzą w twarz z Trevorem. - Co on myśli, że kogo 

odnalazł? I dlaczego chce ją zabić?

Trevor uśmiechnął się.

- Już mnie o to pytałaś. Tak naprawdę oczekiwałem, że będzie to też pierwsze pytanie Quinna.

- Powiedz mi.

- Aldo szuka kobiety, która jego zdaniem najpierw zwróciła

przeciw niemu ojca, a potem doprowadziła do jego śmierci. - A zrobiła to?

background image

- Może.

- Więc Aldo jej nienawidzi.

- I pożąda. Czasami, kiedy ktoś jest szalony, granice się

zacierają.

- Pragnie jej tak bardzo, że chce zniszczyć jej obraz, za każdym razem, gdy gdzieś go zobaczy? - Joe potrząsnął 

głową. - To jakiś rzeźnik.

Trevor przytaknął.

- Miał  stosunki seksualne z paroma pierwszymi ofiarami.  Prawdopodobnie łudził się, że znalazł  właśnie ją,  i 

seks miał być ostatecznym upokorzeniem, ale potem zorientował się, że świat jest duży, a na nim mnóstwo kobiet 
choć  odrobinę do niej podobnych. Czuł się  w obowiązku  zabijać je,  ale nie miał już  potrzeby uprawiania z nimi 
seksu. Skoro żadna z nich nie była tą prawdziwą, zabijanie stało się dla niego obowiązkiem.

- Obowiązkiem - powtórzyła Jane. - Dlaczego?

-  Ponieważ  te  kobiety  wyglądały  jak  ona  i  nie  mógł  pozwolić  im  uciec  _  odpowiedział  Trevor.  -  Nie  mógł 

znieść myśli, że ktoś podobny do niej może pozostać żywy. One musiały zginąć.

Jane  potrząsnęła  głową.  _  To  nie  ma  sensu.  Te  kobiety  ...  pochodziły  z  najróżniejszych środowisk.  Jeżeli  je 

śledził, polował na nie, musiał coś wiedzie o ich życiu. Musiał zdawać sobie sprawę, że nie są tą, która rzucił urok 
na jego ojca.

- Według jego sposobu myślenia, zawsze istniała taka szans

-  Bzdury. Jeżeli  Aldo  był  taki  przebiegły  w  tropieniu  tych  wszystkich kobiet  z jej  twarzą, z  moją twarzą, to 

dlaczego nie rozpoczął śledztwa? - Machnęła ręką. - Dlaczego nie poszedł na policję albo nie wynajął prywatnego 
detektywa i nie próbował odnaleźć tej właściwej?

- To by było trudne.

- Nie tak trudne jak zabicie jedenastu kobiet w nadziei, że trafi

na tę właściwą.

- Ależ tak, byłoby trudniejsze.

- Dlaczego? - Jane zdała sobie sprawę, że drży. Wcale nie

chciała, żeby odpowiadał na to pytanie. Co, do diabła, się z nią działo?

Trevor spojrzał jej prosto w oczy. - Nie bój się. Zaopiekuję się tobą.

- Nie potrzebuję twojej opieki. Po prostu powiedz mi, dlaczego

Aldo nie mógł jej znaleźć.

- Bo Cira zmarła ponad dwa tysiące lat temu.

Jane poczuła się tak, jakby dostała cios prosto w żołądek. Na

początku dotarło do niej tylko imię, które wypowiedział. - Cira ... - wyszeptała. - Miała na imię Cira?

Joe chrząknął z oburzeniem.

- Kobieta martwa od dwóch tysięcy lat? Co za kit próbujesz nam wcisnąć, Trevor?

background image

- Poczekaj, Joe - powiedziała Eve, nie spuszczając wzroku z twarzy Jane. - Pozwól mu mówić. - Do cholery, on 

przestraszył Jane.

- Widzę to. Ale pozwól mu mówić.

Jane prawie ich nie słyszała.

- Cira? - Bezwiednie zacisnęła dłonie w pięści. - On szuka Ciry?

- Cira jak? - spytał Joe.

- Nikt nie znał jej nazwiska. - Trevor nie odrywał wzroku od twarzy Jane. - Mówiono o niej po prostu Cira. Cira 

Wspaniała, Cira Bogini, Cira Zachwycająca.

-  Wróćmy  do  meritum  -  powiedziała  ostro  Eve  -  bo  już  tracimy  cierpliwość.  Jak  kobieta  martwa  od  dwóch 

tysięcy lat mogła zabić ojca Alda?

- Przepraszam. - Trevor oderwał wzrok od twarzy J ane i uśmiechnął się do Eve. - Tak naprawdę, to nie była 

wcale wina Ciry. Ojciec Alda sam się zabił, kiedy przygotowywał eksplozję mającą zamknąć na zawsze tunel.

- Tunel? - powtórzyła Eve.

Przytaknął.

- Samolubny sukinsyn chciał wszystko zachować dla siebie.

Zatarasował wejście, ale nie był zbyt dobry w przygotowywaniu wybuchów i siebie też wysadził w powietrze.

- Gdzie to się stało?

- W północnych Włoszech - odezwał się Joe. - Cztery lata temu, zgadza się?

- Prawie - odrzekł Trevor. - Musiałeś być bardzo zajęty, skoro wniknąłeś tak głęboko w moją przeszłość. To 

rzeczywiście zdarzyło się cztery lata temu i wykopaliska miały mieć miejsce w północnych Włoszech. Ale pojawiło 
się coś ciekawszego.

- Aldo?

- Nie, Aldo jeszcze wtedy trzymał się na uboczu. Jego ojciec,

Guido.

- Jak brzmiało jego nazwisko? 

1 Trevor zawahał się chwilę, zanim odpowiedział.

- Guido Manza. Joe zaklął.

-  Do  diabła,  przez cały  ten czas  znałeś  nazwisko  Alda i  nic  nie  powiedziałeś  policji?  Niektóre z tych  kobiet 

mogłyby jeszcze żyć.

- Nie wiedziałem, do czego ten skurwiel zmierza, dopóki nie opuścił Włoch i nie pojechał do Anglii. Myślałem, 

że po prostu przede mną ucieka, aż zobaczyłem w Timesie zdjęcie kobiety zamordowanej w Brighton. Gdy tylko 
dostrzegłem podobieństwo, połączyłem fakty i zacząłem deptać mu po piętach.

- Dlaczego Aldo miałby przed tobą uciekać? Trevor nie odpowiedział.

- A jaki byłby dla Scotland Yardu pożytek z jego nazwiska?

Używał fałszywych dokumentów, a na pewno nie dałoby się go wytropić przez rodzinę czy przyjaciół. Aldo jest 

samotnikiem.

- Jego wygląd. Mogli rozesłać zdjęcia do gazet.

background image

- Aldo chciał zostać aktorem. Studiował w Rzymie kostiumologię i sztukę wizażu, zanim ojciec oderwał go od 

nauki i zabrał na wykopaliska. To jedna z przyczyn, dla których tak trudno było go wytropić, kiedy rozpoczął swój 
zabójczy  maraton.  Aldo  jest  mistrzem  w  zmienianiu  wyglądu.  Zresztą  jest  mistrzem  także  w  paru  innych 
dziedzinach. Jest niezrównany.

- Szukasz wymówek.

- Nie, podaję ci przyczyny. - Trevor wzruszył ramionami. - Ale

masz  rację.  Z twojego punktu  widzenia wszystko  zrobiłem  źle.  -  Bo  sam chciałeś  złapać Alda -  powiedziała 

Jane.

- Oczywiście, mówiłem ci. On musi umrzeć.

Beznamiętny  ton,  jakim  wypowiedział  te  słowa,  przeszył  Jane  dreszczem.  Miał  rację,  mówił  to  jej  już 

wcześniej,  ale  teraz  słowa  wydawały  się  bardziej  prawdziwe,  bardziej  przerażające.  Już  nie  czuła  się  tak  pewna 
siebie. Była roztrzęsiona, jakby nagle cały świat zaczął wirować wokół niej.

- Dlaczego? - spytał Joe.

- Dlaczego co? - Wzrok Trevora znowu spoczął na twarzy Jane.

- Och, on po prostu na to zasługuje. Bo na cóż by innego?

- Odwrócił się. - Ona ma dosyć. Zabierzcie ją do domu, skontaktuję się z wami później. - Chcę wiedzieć ...

- Jane ma dosyć - powtórzył Trevor przez ramię. – Dostaniesz swoje odpowiedzi, ale dopiero wtedy, kiedy ona 

będzie gotowa ich wysłuchać.

- Wszystko ze mną w porządku - powiedziała Jane. Zachowuje się głupio. Weź się w garść, dziewczyno.

- Tak, to prawda - powiedział Trevor - ale nie musimy się tak spieszyć. Potrzebujesz czasu, żeby przemyśleć to, 

co ci dzisiaj powiedziałem.

- Nic mi nie powiedziałeś. Ten tunel, gdzie on jest? Trevor oddalał się wielkimi krokami.

- Później.

- Gdzie on jest? Powiesz mi teraz.

- Nie denerwuj się, wcale nie mam zamiaru mieć przed wami tajemnic. No, może parę. Ale to nie jest jedna z 

nich. - Doszedł już do linii drzew. - Herkulanum.

ROZDZIAŁ 9

Cira.

Martwa od ponad dwóch tysięcy lat.

Idź  się  położyć.  -  Eve  wpatrywała  się  w Jane  zatroskanym  wzrokiem.  -  Jesteś  biała jak  prześcieradło. Może 

Trevor miał rację, że kazał nam iść do domu.

- Przestań się martwić. Nic mi nie jest. - J ane zdobyła się na cień uśmiechu. - Joe też nie sądzi, że Trevor miał 

rację. - Spojrzała  na Joego, który od momentu powrotu do domu przekazywał Christy przez telefon  uzyskane od 
Trevora informacje na temat Guida Manzy. - On nienawidzi czekać. Nie lubi, jak ktoś się z nim drażni, a potem 
zostawia z niczym. Lubi, gdy wszystko jest jasne i ułożone w idealnym porządku. - Skrzywiła się. - A nie możesz 
powiedzieć, żeby cokolwiek, co powiedział nam Trevor, było jasne.

background image

- Wystarczająco jasne, żeby ciebie zdenerwować. - Eve zamilkła na chwilę. Nieomal zemdlałaś, kiedy Trevor 

wymienił to imię - powtórzyła powoli - Cira. I ten tunel, to trochę za dużo zbiegów okoliczności ...

- Nie chcę  o tym mówić.  - Jane  odwróciła się szybko. Musiała stąd  wyjść,  udawało jej się zachować spokój 

najwyższym wysiłkiem woli. - Chyba rzeczywiście jestem trochę zmęczona. Pójdę się położyć przed obiadem.

- Nie uciekniesz przede mną, Jane. Pozwolę ci na zwłokę, ale nie na ukrywanie tego, co cię gnębi.

- Wiem. - J ane poszła w stronę korytarza. - Ale dobrze by było, gdybym ja sama wiedziała, co mnie gnębi, bo 

w chwili obecnej jestem zupełnie zdezorientowana.

- Nie ty jedna. Trevor zrzucił bombę, a potem po prostu sobie poszedł. Nic dziwnego, że Joe jest zły.

- Herkulanum - westchnęła. - Ta nażwa jest mi znana, ale gdzie, do diabła, jest He~kulanum?

- We Włoszech - powiedziała Eve. - To miasto zniszczone przez wybuch Wezuwiusza w tym samym czasie co 

Pompeje.

-  Dziwne.  -  Jane  otworzyła  drzwi  swojego  pokoju.  -  Jestem  pewna,  że  Trevor  nie  każe  nam  długo  czekać. 

Porozmawiamy  później.  -  Zamknęła  za  sobą  drzwi  i  oparła  się  o  nie.  Dobry  Boże,  kolana  miała  jak  z  waty. 
Nienawidziła tego uczucia słabości.

Zwłaszcza że nie było do tego powodów. To mógł być zbieg okoliczności.

Tak, pewnie, w końcu Cira to takie popularne imię!

Więc  jakie  jest  inne  wytłumaczenie?  Śniła  jej  się  kobieta,  która  zmarła  dwa  tysiące  lat  temu?  Natychmiast 

odrzuciła tę myśl. Nie było nic antycznego w sposobie myślenia Ciry, którą znała. Nigdy nawet nie pomyślała, że 
Cira może nie być współczesną kobietą. Każdą jej myśl, każdy odruch Jane rozumiała doskonale.

Zbyt doskonale?

Dobrze, podaj w wątpliwość każde wspomnienie, każdy impuls.

To najlepsza droga do znalezienia odpowiedzi. Nie znała nawet historii kobiety, którą Trevor nazywał Cira. Kto 

wie? Może wyczuła jakieś dziwne wibracje od Alda, które przedostały się do jej snów.

Ale Aldo pojawił się w polu jej widzenia dopiero parę tygodni po tym, jak zaczęły się sny.

Może więc jednak miała zdolności telepatyczne, słyszała o takiej umiejętności porozumiewania się myślami na 

odległość.

Naprawdę  zaczynam  wariować,  stwierdziła  z  niesmakiem:  Zaraz  zacznie  widzieć  obcych  albo  małe,  zielone 

ludziki, o których wspominała Eve. Musi być jakieś wyjaśnienie, i bez względu na to, jak dziwne czy przyziemne 
będzie, po prostu musi się z nim zmierzyć i wszystko będzie w porządku.

Właśnie tak zrobiłaby Cira.

Nie,  tak  zrobi  ona,  Jane.  Cira  była  snem,  nie  miała  nic  wspólnego  z  rzeczywistością.  Już  czuła  się  lepiej, 

pewniej. Jedyne, czego potrzebuje, to odrobiny czasu, żeby otrząsnąć się z pierwszego szoku i zdać sobie sprawę, że 
ma kontrolę nad sytuacją.

Wyprostowała  się  i  skierowała  do  łazienki.  Wcale  nie  miała  Zamiaru  skulić  się  na  łóżku  i  "odpoczywać". 

Umyje  twarz  i  sprawdzi  w  internecie,  czy  uda  jej  się  znaleźć  jakieś  wzmianki  o  Cirze  w  Herkulanum.  Bardzo 
możliwe, że natrafiła gdzieś na informację, może tylko linijkę lub dwie, zapomniała o niej, a potem odtworzyła w 
snach. Jeżeli w ten sposób nic nie znajdzie, zadzwoni do biblioteki miejskiej i zapyta, czy oni nie wiedzą czegoś na 
ten temat, albo gdzie może znaleźć jakieś informacje. Zanim Trevor ujawnił swoje rewelacje, przyjmowała te sny z 
ciekawością  i  fascynacją,  ale  dłużej  już  nie  może  tego  robić.  Jeżeli  Cira  rzeczywiście  istniała,  Jane  musi  o  tym 
wiedzieć i odkryć, jaki ta rzeczywistość ma związek z nią samą·

background image

Dwie godziny później Jane przeciągnęła się i spojrzała z niesmakiem na ekran monitora. Nic. W bibliotece też 

nie byli w stanie udzielić jej żadnych informacji. Dobrze, nie panikuj, musi być jakaś odpowiedź. Trzeba ją tylko 
znaleźć.

A jedynym znanym jej źródłem informacji o Cirze był Trevor.

Niech go szlag trafi!

Cira i Aldo.

Próbowała stłumić niecierpliwość. Zajmij się czymś. Idź ugotować obiad. Zawsze, kiedy skoncentrujesz się na 

małych rzeczach, te duże też się uporządkowują.

Więc zadzwoń do mnie, Trevor, jestem gotowa.

Gorąco.

Dym zaczął się przeciskać przez szpary w skałach. Antoniusz był tuż przed nią, szedł szybko.

Idź prędzej. Staraj się nie kaszleć.

Antoniusz zniknął!

Nie, chyba tylko skręcił za załom tunelu i zniknął jej na chwilę z oczu.

Nie może go zgubić. Jej życie zależy od niego i nie ma już odwrotu.

Zaczęła biec.

Nie zgub go. Nie zgub go. Skręciła za róg.

_ Nie możemy reszty drogi przejść razem? - Sylwetka Antoniusza odcinała się na tle rozjarzonych skał.

Zatrzymała się gwałtownie. - Wiedziałeś, że idę za tobą.

-  Wiedziałem,  że  jest  taka  możliwość.  Jesteś  bystra i  bardzo  nie chcesz  umierać.  -  Wyciągnął  rękę.  -  Druga 

szansa,  Cira.  Dla  ciebie  i  dla  mnie.  Oboje  wiemy,  że  kolejne  szanse  pojawiają  się  rzadko.  Możemy  sprawić,  że 
wszystko się ułoży. - Wykrzywił usta. - O ile w porę się stąd wydostaniemy.

- Nie chcę mieć drugiej szansy z tobą.

- Kiedyś mnie kochałaś. Mogę skłonić cię, żebyś znowu mnie pokochała.

- Nie możesz skłonić mnie do niczego. Sama dokonuję wyborów.

Zawsze.

- Sam zawsze tak mówiłem. Ale teraz jestem gotowy poświęcić się ... trochę. Dla ciebie. - Zakaszlał. - Dym 

staje się coraz gęstszy. Nie zamierzam tu stać i cię błagać, żadna kobieta nie jest warta mojej śmierci. Ale ty możesz 
być warta tego, żebym dla ciebie żył.

- To złota pragniesz. A nie możesz go stąd zabrać bez zawarcia układu z Juliuszem.

- W zwykłych okolicznościach tak by było, ale dzisiaj kończy się świat. Jest szansa, że Juliusz zginie wraz z 

nim. Albo że uda nam się uciec gdzieś, gdzie nigdy nas nie znajdzie.

- A ty będziesz mógł zostać imperatorem - powiedziała sarkastycznie.

- Dlaczego nie? Byłbym wspaniałym cesarzem.

- Ukrywając się przed Juliuszem w jakiejś prymitywnej wiosce?

background image

- Przestałaby być prymitywna, gdybyśmy oboje się w niej znaleźli.

Używał wrodzonego czaru, który przyciągnął ją do niego, i siła jego osobowości była prawie obezwładniająca. 

Nie może pozwolić, żeby ją uwiódł. Był zbyt niebezpieczny.

Ale  był  też  piękny  jak  bóg  i  miał  szalony,  grzeszny  urok,  który  sprawiał,  że  ryzyko  wydawało  się  warte 

podjęcia.

-  Nie  musisz od  razu  zaufać  mi całkowicie  -  powiedział.  - Rób  to  krok po  kroku.  Tylko  pozwól  mi cię  stąd 

wyprowadzić.

Spojrzała w dół na jego wyciągniętą dłoń. Mogłaby przyjąć jego rękę, tak jak kiedyś przyjęła jego ciało.

Nie, już nigdy nie będzie taka głupia.

- Krok po kroku - powiedział łagodnie.

- Jeżeli chciałeś mnie stąd wyprowadzić, to dlaczego nie pozwoliłeś mi po prostu iść za tobą?

- Ponieważ zanim dotrzemy do końca tunelu, będziemy sobie potrzebni. - Zesztywniał, kiedy ziemia zadrżała 

od huku. - Zdecyduj się, Ciro.

- Powiedziałam ci, że ...

Ziemia pod jej stopami pękła i kiedy spojrzała w dół, ujrzała piekło. Ona spada, umiera ...

- Antoniuszu!

Jane usiadła gwałtownie w łóżku z sercem bijącym tak mocno,

jakby miało wyskoczyć jej z piersi.

Ogień.

Płynny, roztopiony ogień. Spadała ...

Nie, nie spada. Wzięła kilka głębokich wdechów. Tak lepiej.

Stanęła na podłodze.

Tobi usiadł i spojrzał na nią pytająco.

- Tak, to się znowu stało. Nic w tym zabawnego, co? - wyszeptała. Zerknęła na zegarek. Była dopiero trzecia 

trzydzieści siedem rano, ale wiedziała, że już nie zaśnie. Cira o to zadbała. Albo jej własny, szalony umysł.

- Chodźmy na ganek. Muszę zaczerpnąć powietrza.

Noc bez powietrza. Gorąco. Ziemia rozstępująca się pod jej stopami.

Jane sięgnęła po szlafrok i telefon komórkowy.

- Bądź teraz cicho. Jest środek nocy, a chyba nie chcesz obudzi Eve albo Joego.

Tobi radośnie uderzał ogonem w drewnianą podłogę, robiąc przy tym mnóstwo hałasu.

- W stań, głupolu.

Pies skoczył na równe nogi i hałas ustał, ale jego ogon wci wesoło latał w powietrzu. Tobi pobiegł przez hol i 

dotarł do drzewa przed nią.

background image

Jane  usiadła  na  górnym  stopniu  ganku  i  poczuła  na  policzkach  chłodne,  świeże  powietrze.  Widziała  blady 

odblask  zaparkowanego  na  ulicy  radiowozu  i  pomachała  Macowi  i  Brianowi.  Mignęli  raz  światłami,  po  czym 
samochód znowu pogrążył się w ciemności.

Boże, powietrze  było  wspaniałe. Napełniła  nim  płuca  i  poczuła, jak  odświeża ją  i  koi.  Przyjemność  była tak 

ogromna, że prawie poczuła zawroty głowy.

Noc bez powietrza ...

Tobi zaskomlił, układając się obok niej.

- Wszystko w porządku - wyszeptała, głaszcząc psa po głowie.

- To był tylko sen. Nic złego ...

Więc dlaczego była taka przerażona? Dzisiaj jest koniec świata.

Ale nie jej świata. Zapomnij  o tym. To prawdopodobnie słowa Trevora wywołały ten sen, który nie miał nic 

wspólnego z ...

Zadzwoniła komórka.

Spojrzała na aparat bez zaskoczenia. Z jakiego innego powodu brałaby go ze sobą? Dzwonił Trevor i to także 

nie było dla niej żadną niespodzianką.

- Jesteś sama? - spytał.

- Jeżeli nie liczyć Tobiego.

- Nie ośmieliłbym się nie liczyć Tobiego. - Zamilkł na chwilę.

- Jak się czujesz?

- Dobrze. Tak samo dobrze jak wtedy, gdy nas zostawiłeś. Nie musiałeś wykorzystywać mnie jako wymówki 

do ucieczki. - Jane.

Nie mówiła prawdy i oboje o tym wiedzieli. - No dobrze. Śmiertelnie mnie przeraziłeś.

- Wiem, i to mnie bardzo zaskoczyło. Nie oczekiwałem takiej reakcji z twojej strony.

- A czego oczekiwałeś?

- Ciekawości. Zainteresowania, może odrobiny podniecenia.

I właśnie tak by zareagowała, gdyby nie wspomniał Ciry. Trevor Właściwie ją ocenił.

- Widocznie nie znasz mnie tak dobrze, jak ci się wydaje.

Jedyne,  co  osiągnąłeś,  odchodząc  wczoraj  po  południu,  to  to,  że zdenerwowałeś  Joego  i  dałeś  mu  czas  na 

sprawdzenie twoich informacji o Guido Manzie.

- I zrobił to?

- Jeszcze nie. Ale nie powinien być zmuszony do robienia tego w ten sposób. Do diabła, pomóż mu. Zawarłeś z 

nim układ. - Nie byłaś gotowa. A tylko ty jesteś dla mnie ważna.

- Jestem gotowa teraz.

Trevor milczał przez chwilę.

- Chyba rzeczywiście jesteś. Ale chciałbym zobaczyć twoją twarz i upewnić się.

background image

- Możesz być pewny. Kim jest Cira?

-  Była aktorką w teatrze w Herkulanum w latach  poprzedzających wybuch Wezuwiusza, ten, który zniszczył 

zarówno Herkulanum, jak i Pompeje w ...

- Więc dlaczego Aldo myśli, że Cira zabiła jego ojca?

- Tunel, który wysadził Guido, prowadził do biblioteki Juliusza Precebiusza, położonej niedaleko jego willi pod 

Herkulanum.  W  bibliotece  znajdowało  się  kilka  skrzyń,  zawierających  zwoje,  biżuterię  i  posążki,  które  zostały 
zakonserwowane przez lawę w nocy zniszczenia Herkulanum. Juliusz musiał być bogatym obywatelem miasta, bez 
pamięci zakochanym w Cirze. Wiele rękopisów było poświęconych wysławianiu jej talentu.

- Aktorskiego?

- I wielu innych, bardziej intymnych umiejętności. Wygląda na to, że pozycja kochanka Ciry była pożądana i 

cieszyła  się  dużym  poważaniem  wśród  elit  Herkulanum.  Cira  sama  wyszukiwała  i  wybierała  szczęśliwców,  z 
którymi godziła się dzielić łoże. Urodziła się jako niewolnica, ale ciężką pracą i intrygami wywalczyła sobie drogę 
do wolności i zaczęła piąć się po drabinie społecznej. Niektórzy nazywali ją prostytutką, ale ...

-  Nie  mieli  prawa  nazywać  ją  prostytutką  -  powiedziała  Jane  gwałtownie.  -  Musiała  przetrwać,  a  czasami 

mężczyźni rozumieją tylko to, co mogą posiadać i wykorzystać. Powiedziałeś, że była niewolnicą. Jak można było 
oczekiwać, że ona ... Zdajesz sobie sprawę, jak bardzo musiała się starać, żeby przetrwać?

- Nie. - Przez chwilę milczał, a potem spytał: - A ty?

-  Potrafię  to  sobie  wyobrazić.  Bicie  i  głód  i  ...  -  Zamilkła,  zdając  sobie  sprawę,  że  jej  reakcja  była  zbyt 

gwałtowna.  -  Przepraszam.  Zawsze  nienawidziłam  ludzi,  którzy  najpierw  potępiają,  a  dopiero  potem  starają  się 
zrozumieć. Albo i wcale się nie starają.

- Traktujesz to wszystko bardzo osobiście.

-  Mam  ku temu powody.  Przypuszczam,  że  ta  kobieta miała moją  twarz,  nie można być już  bardziej  z kimś 

związanym.

Przytaknął.

- Touche. To prawda, ona rzeczywiście wyglądała tak jak ty, podobieństwo jest wręcz niewiarygodne.

- Skąd wiesz?

- W bibliotece było parę posągów Ciry. Najwyraźniej Juliusz zaangażował naj świetniej szych artystów swojej 

epoki, żeby wiernie oddali jej wygląd.

- A ty widziałeś te posągi? Mówiłeś, że tylko Aldo i jego ojciec, byli w tunelu. Byłeś w tej bibliotece?

- Tak.

- Krótka odpowiedź. To nie wypali, Trevor. Nie chcę fragmentów i skrawków, chcę usłyszeć całą historię.

Roześmiał się.

- Chcesz wszystkiego. Masz więcej wspólnego z Cirą niż tylko fizyczne podobieństwo, ona też zawsze chciała 

mieć wszystko.

- Skąd wiesz?

- Czytałem niektóre manuskrypty. Utknąłem na wykopaliskach na długie tygodnie i musiałem znaleźć sobie coś 

do roboty, kiedy czekałem, aż oni znajdą garnek złota ukryty po drugiej stronie tęczy. - Garnek złota?

background image

- Juliusz wspomniał o skrzyni pełnej złota, którą podarował Cirze, żeby zgodziła się z nim zostać jeszcze przez 

kilka tygodni. Ta skrzynia miała być schowana w jednym z pomieszczeń w tunelu i wiedzieli o tym tylko on i Cira. 
Ona znalazła nowego kochanka i miała zamiar opuścić Juliusza, który zrobiłby wszystko, żeby ją zatrzymać.

To złota pragniesz.

Nie rozpamiętuj słów Ciry skierowanych do Antoniusza. Skoncentruj się na chwili obecnej. Trevor. Aldo.

- Te rękopisy musiały być napisane po łacinie. Jak je przetłumaczyłeś?

- Miałem silną motywację. I pomoc uczonego, którego Guido zatrudnił po odkryciu biblioteki. Właściwie to ja 

go skontaktowałem z Pietro Tatligno. Pietro był bardzo bystry i pałał wręcz dziecięcym entuzjazmem. Był bardziej 
zainteresowany historycznym znaleziskiem niż pieniędzmi, które obiecał mu Guido. Zwoje były przechowywane w 
skrzynkach z brązu, ale Pietro musiał być bardzo uważny, kiedy je wyjmował i przepisywał, żeby ich nie zniszczyć. 
Zmusił Guida do zapłacenia fortuny za zestaw do konserwacji manuskryptów.

- Ale ty nie dbałeś o niezwykłe odkrycie historyczne.

-  Lubię  pieniądze.  Doceniam  historyczne  dzieła  sztuki,  ale  zauważyłem,  że  w  ostatecznym  rezultacie  nawet 

muzea używają ich do handlu wymiennego. Poza tym nie sądzę, żeby Cira życzyła sobie wystawienia jej własności 
na widok publiczny.

- Wyjątkowo wygodne przekonanie.

-  Ale  prawdziwe.  W  czasie  tych  paru  tygodni  zacząłem  żywić  do  Ciry  bardzo  osobiste  uczucia.  Wszyscy 

zaczęliśmy. Możliwe, że Guido wcale nie planował oszustwa, kiedy przywiózł mnie na wykopaliska. On i jego syn 
dostali obsesji na punkcie Ciry i nie

chcieli się z nikim dzielić.

- Złotem?

- Niezupełnie. Odkrycie, co tak naprawdę jest dla nich ważne,

nie  zajęło  mi  dużo  czasu.  Guido  był  opętany  pragnieniem  odnalezienia  szczątków  Ciry.  Kiedy  był  młody, 

natrafił na jej statuetkę w ruinach teatru i spędził resztę życia, próbując odnaleźć Cirę·

- Były o tym jakieś wzmianki w gazetach?

- Nie, powiedziałem ci, on był kompletnie opętany. Mówił o niej tak, jakby była żywą kobietą, jeszcze zanim 

odnaleźliśmy manuskrypty. Uwierz mi, nie chciał, żeby ktokolwiek dowiedział się czegokolwiek o Cirze przed nim.

Jane  poczuła  ogarniające  ją  rozczarowanie.  Przez  chwilę  myślała,  że  znalazła  sposób,  w  jaki  mogłaby 

dowiedzieć się czegoś Cirze.

- I Aldo też miał taką obsesję?

- W inny sposób. Milkł za każdym razem, kiedy jego ojciec zaczynał o niej mówić, i to było bardzo czytelne. 

Dla niego Cira też była żywa. Ale on tego nie chciał, pragnął, żeby została martwa i pochowana na zawsze.

- Dlaczego?

- Wtedy udręka mogłaby się pewnego dnia skończyć.

- Udręka?

-  Wyobraź  sobie  Alda  w  wieku  pięciu  lat,  kiedy  jego  ojciec odkrył  posąg  Ciry.  Ojciec  był  dla  niego  całym 

światem  i  kiedy  Guido  skoncentrował  się  wyłącznie  na  martwej  kobiecie,  ignorując  zupełnie  potrzeby  syna,  to 
musiało być dla Alda wstrząsem. Wystarczająco dużym, żeby oszalał.

background image

- To dlaczego pomagał ojcu jej szukać?

- Ojciec krótko go trzymał. I może też chciał odnaleźć złoto.

- A ty je znalazłeś?

- Nie, ale to wcale nie oznacza, że go tam nie było. Guido ledwie zaczął przebijać się przez skały, kiedy doszedł 

do  wniosku,  że  nie  ma  ochoty  się  z  nikim  dzielić.  Musiał  być  bardzo  ostrożny.  Ściany  tunelu  zostały  osłabione 
przez wybuch wulkanu i nie mogli przebijać się głębiej niż parę metrów dziennie bez ryzykowania zawalenia.

- A ty w tym czasie siedziałeś i czytałeś manuskrypty?

- Praca fizyczna nie należała do moich obowiązków.

- A co należało?

- Pracowałem w Mediolanie przy innym projekcie, kiedy Manza się ze mną skontaktował. - Szmuglowałeś.

- Cóż, tak. W każdym razie Manza powiedział, że zlokalizował starożytny skarb, który przyniesie nam miliony. 

On  miał  wykopać  dzieła  sztuki,  a  ja  przeszmuglować  je  przez  granicę  i  znaleźć  nabywców.  Pracował  na 
wykopaliskach archeologicznych niedaleko Herkulanum i natrafił na pewne starożytne listy, które naprowadziły go 
na  posiadłość  Juliusza  położoną  w  pewnej  odległości  od  miasta.  Nie  wspomniał  o  posągu  Ciry.  Ja  byłem 
nastawiony bardzo sceptycznie, w Herkulanum prowadzono wykopaliska od tysiąc siedemset pięćdziesiątego roku. 
Byłem pewien, że wszystkie ll1iejsca zostały już odkryte.

- Ale i tak pojechałeś.

- Byłem ciekaw. Manza pracował w Herkulanum od lat. Aldo spędził połowę dzieciństwa, biegając w tunelach, 

które  przez  wieki  wykopywano,  żeby  dostać  się  do  starożytnego  miasta.  Istniała  szansa,  że  Manza  rzeczywiście 
trafił  na  żyłę  złota. W  każdym  razie  doszedłem  do  wniosku,  że  nic  na  tym  nie  stracę.  Myliłem się.  Skończyłem 
unieruchomiony w szpitalu na dwa miesiące.

- Jak to?

_ Guido postanowił wysadzić nie tylko tunel, ale też wszystkich zaangażowanych w sprawę. Chciał zablokować 

wejście,  a  potem  wrócić,  tak  żeby  ani  nie  musiał  dzielić  się  łupem,  ani  nie  pozostawić  przy  życiu  nikogo,  kto 
wiedział, że odnalazł szczątki Ciry.

- A ty byłeś w tunelu?

- Ja,  Pietra i  sześciu robotników, których Manza przywiózł z Korsyki. Tylko mnie udało  się wyczołgać z tej 

dziury,  akurat  szedłem  w  kierunku  wyjścia,  kiedy  wysadził  tunel.  Miałem  złamaną  nogę  i  wygrzebanie  się 
spomiędzy skał na światło dzienne zajęło mi trzy dni. Znalazłem Guida martwego niedaleko wejścia do tunelu.

- Poza tobą nikt nie przeżył?

-  Wszyscy byli  głębiej  w  tunelu. Wybuch  dosłownie rozerwał  ich  na strzępy, a  potem pogrzebał.  Manza  nie 

chciał zniszczyć biblioteki, więc eksplozja blisko niej była mniej intensywna.

Jane zadrżała.

- Tyle osób zginęło ...

- Widocznie Aldo przejął mordercze skłonności od ojca. Chociaż nigdy nie słyszałem, żeby Guido wcześniej 

kogoś zamordował. Zanim zajął się handlem dziełami sztuki, był profesorem archeologii we Florencji.

- A gdzie był Aldo, kiedy wydostałeś się z tunelu?

-  Zniknął. Widać było,  że próbował  wyciągnąć  ojca z rumowiska, a  potem  po prostu  przykrył  ciało  kocem  i 

zwiał, gdzie pieprz rośnie.

background image

- Niezbyt czułe pożegnanie.

-  Zależało  mu  na  ojcu.  W  jakiś  dziwny,  pokręcony  sposób.  Od  momentu,  kiedy  Aldo  pojawił  się  na 

wykopaliskach było jasne, że coś jest nie tak z jego głową. Był całkowicie zaabsorbowany swoim komputerem i 
mruczał coś o przeznaczeniu i reinkarnacji, poza tym był zaangażowany w jakieś chore praktyki. Był też sadystą, 
który znęcał się nad robotnikami, kiedy tylko miał ku temu okazję. Ale w obecności ojca drżał, gdy tylko tamten 
uniósł brew.

- I jesteś pewien, że obwiniał Cirę za jego śmierć?

- Co więcej, Aldo winił ją za tryb życia, do którego został zmuszony. On i jego ojciec zabrali z biblioteki posąg 

Ciry  i  załadowali  go  na  ciężarówkę.  Ten  posąg  potem  zniknął,  ale  obok  ciała  Guida  znalazłem  statuetkę,  którą 
znalazł, kiedy Aldo był chłopcem. Została umieszczona na skale nad głową Manzy i rozpłatana siekierą na pół.

- To mogła być wina eksplozji.

- Nie, twarz posągu została odłupana młotkiem.

- Tak jak usunął rysy tych wszystkich kobiet, które zabił - wyszeptała Jane.

- Nie zastanawiałem się wtedy nad symboliką tego gestu. Byłem wściekły jak diabli i jedyne, czego pragnąłem, 

to dostać Alda w swoje ręce. Było już za późno, żeby ukarać Guida. Nie znałem żadnego z tych robotników, ale 
lubiłem Pietra, był dobrym człowiekiem i nie zasługiwał na śmierć. Ale, zanim dotarłem do najbliższego miasta, w 
ranę w nodze wdała się infekcja i byłem zbyt zajęty walką z lekarzami, żeby mi jej nie amputowali, żeby martwić 
się o cokolwiek innego.

- Powiedziałeś lekarzom w szpitalu, co się wydarzyło?

-  Do  diabła,  nie!  Trafiłbym  za  kratki,  a  zawsze  miałem  doskonały  instynkt  samozachowawczy.  Kiedy  mnie 

wypuścili,  wróciłem  do  tunelu,  pochowałem  Guida,  zamaskowałem  wykopaliska  i  wyruszyłem  w  poszukiwaniu 
Alda.

- Ale nie znalazłeś go.

- Powiedziałem ci, że jest sprytny. Stał się niewidzialny i przepadł. Za każdym razem, kiedy zbliżałem się do 

niego, znikał. To było frustrujące jak diabli. A potem zobaczyłem zdjęcie tej kobiety z Brighton, Peggy Knowies.

- Cira.

-  To  miało  sens.  Obaj,  Aldo  i  jego  ojciec,  mieli  obsesję  na  jej  punkcie,  a  symboliczne  zniszczenie  statuetki 

miało czytelną wymowę. Aldo winił Cirę zarówno za śmierć ojca, jak i za nieszczęśliwe dzieciństwo. Może śmierć 
ojca była tak dużym szokiem, że oszalał i zaczął, podobnie jak Guido, myśleć o Cirze jako o żywej kobiecie. Albo 
też zabił pierwszą ofiarę w Rzymie tylko dlatego, że przypadkowo natknął się na kobietę podobną do Ciry, a kiedy 
zorientował się, że jest ich więcej, wyruszył na poszukiwania.

- Myślisz, że on wierzy w ... reinkarnację?

- Kto wie? To wariat. Istnieje duża szansa, że wszystko mu się poplątało w głowie. Wiemy, że przemierza świat 

w poszukiwaniu kobiet, które wyglądają jak Cira, to jego życiowa misja. Nie może znieść myśli, że ktokolwiek, kto 
przypomina ją choć trochę, pozostaje przy życiu. Skoro Cira zmarła dwa tysiące lat temu, jego wiara w reinkarnację 
wydaje się najlepszą odpowiedzią. Co było pierwsze, jajko czy kura?

- I Aldo myśli, że ja jestem reinkarnacją? - wybuchnęła Jane.

-Nic z tego, nie jestem niczyją kopią. Wystarczy, że wyglądam jak ta Cira, wewnątrz jestem tylko sobą.

- Zatem nie wierzysz w reinkarnację? Miliony ludzi w to wierzą.

background image

- Niech sobie wierzą. Ja jestem jedyną osobą odpowiedzialną za swoje czyny. Nie zamierzam jęczeć, użalać się 

nad sobą i mówić, że to wszystko przez jakąś kobietę, która nastąpiła komuś na odcisk dwa tysiące lat temu.

- Jesteś bardzo stanowcza.

- Bo tak myślę. Mam już dosyć słuchania, że Aldo ściga mnie z powodu mojego wyglądu. Jestem czymś więcej 

niż tylko twarzą.

- Dla mnie to nic nowego, wiedziałem to w chwili, w której to zobaczyłem. - Trevor zamilkł. - Zresztą Aldo nie 

ściga cię tylko dlatego, że wyglądasz jak Cira. On prawdopodobnie uważa, że masz też jej duszę.

- Więc przekona się, jak bardzo się myli. Nie jestem do niej podobna, ani trochę. - Dłoń Jane zacisnęła się na 

telefonie.  -  I  nie  wiem,  co  tu  się  dzieje,  ale  to  ja  muszę  się  z  tym  zmierzyć,  nie  Cira.  -  My  musimy  się  z  tym 
zmierzyć - poprawił ją. – Tkwimy w tym oboje.

Mylił się. Pocieszające słowa, ale czuła, że wcale tak nie będzie.

Przez całe życie była sama, więc dlaczego teraz miałoby być inaczej?

Nie, to nieprawda. Dlaczego w ogóle tak pomyślała? To Cira była sama przez całe życie. Ona, Jane, miała Eve i 

Joego. Przerażająca była ta chwila dezorientacji, to wina całego tego głupiego gadania o Cirze i reinkarnacji.

-  Nie  myśl,  że  nie  będę  głośno  wołać  o  pomoc.  A  teraz  opowiedz  mi  o  Aldo.  Powiedziałeś  tylko,  że  jest 

złośliwy,  sadystyczny  i  studiował  aktorstwo,  zanim  ojciec  posłał  po  niego  i  zabrał  do  Herkulanum.  To  dziwny 
wybór zawodu jak na takiego potwora jak on.

-  Nie  taki  dziwny dla  kogoś,  komu  brak  piątej  klepki.  Rozdwojenie  jaźni,  paranoja  ...  Mógł  stawać  się,  kim 

tylko zechciał w chwili, w której wchodził na scenę.

- Mówiłeś, że był genialny. Co masz na myśli?

- Komputery. Wykonał dla ojca wszystkie badania. To jedna

z przyczyn, dla których Guido chciał go mieć na wykopaliskach. Kazał mu badać wszystkie mapy w internecie i 

sprawdzać, czy jakikolwiek tunel wykopany w Herkulanum miał połączenie z tunelem Juliusza.

- I któryś miał?

Trevor potrząsnął głową.

- Guido był wściekły. Miał nadzieję, że uda mu się ułatwić prace wykopaliskowe. Bez powodzenia. Postarał się, 

żeby  Aldo  dobrze  wiedział,  jak  bardzo  ojciec  się  na  nim  zawiódł.  Traktował  go  jak  idiotę,  kazał  sprawdzać 
wszystko po kilka razy, żeby upewnić się, że Aldo nie popełnił żadnych błędów. Było jasne, że traktował go w ten 
sposób przez całe życie. Gdyby Aldo nie był takim sukinsynem, to bym mu współczuł.

- Ja nie. - Myśli Jane krążyły już wokół czegoś innego. - Nie rozumiem, jak Aldo mógł przemykać się z kraju 

do kraju i nigdy nie Zostać złapany. Czy miał jakieś pieniądze?

- Nie wtedy, gdy opuszczał Herkulanum. Ale miał jedną ze statuetek Ciry, którą zabrał z biblioteki. Sprzedał ją 

prywatnemu kolekcjonerowi z Londynu, w ten sposób trafiłem na jego ślad W Wielkiej Brytanii. Dowiedziałem się o 
tej transakcji od jednego z moich informatorów. Posąg był bezcenny i nawet na czarnym rynku Aldo zarobił na nim 
wystarczająco  dużo,  żeby  kupić  tyle  fałszywych  dokumentów,  ile  zapragnął  i  utrzymać  się  na  przyzwoitym 
poziomie przez ładnych kilka lat.

- Zatem użył Ciry jako uzasadnienia zamordowania tych wszystkich kobiet.

- W pewnym sensie. Czy chciałabyś wiedzieć coś jeszcze?

- Mam jeszcze jedno pytanie. - Jane wykrzywiła usta. - Byłeś

background image

wściekły  na  Alda  dlatego, że  zabił  tych  wszystkich  ludzi,  czy  dlatego,  że  próbował  oszukać  cię  i  zatrzymać 

złoto dla siebie?

Trevor milczał.

- Ciekawe pytanie - mruknął, ale nie udzielił jej odpowiedzi.

-  Muszę  cię  uprzedzić,  że  przekażę  Eve  i  Joemu  wszystko,  co mi  dzisiaj  powiedziałeś.  A  to  oznacza,  że 

detektywi  sprawdzą  każdy  fragment  tego  wykopaliska  w  Herkulanum.  Ktoś  inny  znajdzie  garnek  złota  w  tych 
tunelach.

-  Nie  znajdą. Te  przejścia są  bardzo  dobrze  ukryte. Nikt  ich  nie  odkrył przez  wiele  lat,  wybuch zatarasował 

wejście,  a  ja  zrobiłem  resztę.  Ukryłem  wszelkie  ślady  po  wykopaliskach.  Kiedy to  wszystko  się  skończy,  wciąż 
będę miał swoją szansę ... jeżeli zechcę.

- Jestem pewna, że zechcesz.

- Ależ jesteś cyniczna! Sądzisz, że kieruje mną tylko zmysł

handlowy? Może masz rację. A może się mylisz. Nie przyszło ci do głowy, że wiedziałem, że powiesz wszystko 

Quinnowi, i chciałem zaryzykować? Być może jestem bardziej spragniony krwi niż pieniędzy. Zadzwonię jutro i 
powiesz mi, czy Quinn ma jeszcze jakieś pytania. Spij dobrze, Jane.

Rozłączył się, zanim zdążyła odpowiedzieć.

Śpij dobrze? Marne szanse, pomyślała, odkładając telefon.

Kręciło jej się w głowie od nadmiaru informacji, które napełniły ją lękiem, ale też chęcią walki. Nie staraj się 

tego wszystkiego zrozumieć. Nie zmuszaj się do niczego, pozwól, żeby wszystkie informacje same ułożyły się na 
swoich miejscach. Krok po kroku.

Tak powiedział Antoniusz, przypomniała sobie. Wyciągnął dłoń powiedział Cirze, żeby mu zaufała. Ale Cira 

nie podała mu ręki. Nie zdążyła, bo ziemia otworzyła się, ujrzała roztopiony ...

Zapomnij o tym śnie. Skup się na tym, co prawdziwe. Jeśli Trevor powiedział jej prawdę. On pragnął złota.

Nie,  to  Antoniusz  chciał  złota.  Po  raz  kolejny  sen  i  jawa  przemieszały  się  ze  sobą,  na  chwilę  stając  się 

jednością. To nie może wydarzyć się znowu.

Tobi westchnął i położył głowę na kolanach Jane.

- No dobrze, chodźmy do domu. - Wstała. _ Ależ jesteś upierdliwy. - Zapatrzyła się w ścianę lasu. Czy Trevor 

ją  obserwuje?  To  był  dziwny  zbieg  okoliczności,  że  zadzwonił  dokładnie  w  chwili,  w  której  wyszła  na  ganek. 
Zapytał, czy jest sama, ale mógł nie chcieć, żeby wiedziała, z jak bliskiej odległości ją obserwuje. Czuła się trochę 
klaustrofobicznie przez te wszystkie ograniczenia i zakazy, a Trevor był bardzo spostrzegawczy.

Na pewno gdzieś tu jest.

Podniosła dłoń w szyderczym Pozdrowieniu i weszła do domu.

ROZDZIAŁ 10

Trevor uśmiechnął się smutno, patrząc, jak drzwi zamykają się za Jane.

Powinien był wiedzieć, że ona zorientuje się, iż ją obserwuje.

Odbierali na tych samych falach, i to od chwili, w której spotkali się po raz pierwszy.

background image

A może i wcześniej. W każdym razie, jeżeli chodziło o niego.

Dokładnie zbierał dotyczące jej informacje od chwili, w której Bartlett pokazał mu to zdjęcie w gazecie. Było 

naturalne, że dobrze ją wyczuwał.

A może nie tylko? U śmiech zniknął z jego twarzy. Oczywiście, że było to naturalne.

Nie był jakimś psycholem jak  Aldo. To prawda, był zafascynowany Cirą, ale nie miało to żadnego związku z 

jego uczuciami do Jane. On była jeszcze prawie dzieckiem, a on nie wykradał bobasów z kołysek.

Ale  Cira  miała  tylko  siedemnaście  lat,  kiedy  Herkulanum  zostało  zniszczone,  a  zdążyła  zostać  kochanką  co 

najmniej trzech wpływowych mężczyzn i zrobić karierę, która świeciła jak gwiazda w mrokach jej epoki. W swoim 
krótkim życiu zmieściła przeżyć dekadę.

Jezu, Jane MacGuire nie była Cirą. To była inna kultura i inna epoka, więc przestań porównywać i myśleć o 

Jane  inaczej  niż  potencjalnej  ofierze.  -  Jak  ona  to  przyjęła?  Trevor  odwrócił  się  i  zobaczył  stojącego  za  nim 
Bart1etta.  _  Tak  dobrze,  jak  można  było  tego  oczekiwać.  Poczuje lepiej,  kiedy  będzie  miała  trochę  czasu,  żeby 
przemyśleć wszystko jeszcze raz i pogodzić się z tym. Już prawie jej się to udało.

- A potem co? _ A potem będziemy robić dokładnie to samo co robimy, odnalazłeś jej zdjęcie. - Trevor spojrzał 

na dom i przypomniał sobie, jak Jane wyglądała, siedząc na schodach z psem u boku. Młoda, szczupła, bezbronna, a 
jednocześnie emanująca dziwną siłą. - Będziemy czekać.

Pittsburgh, Pensylwania

Jego lateksowe rękawiczki były zakrwawione.

Aldo  spojrzał na  swoje  dłonie  z  obrzydzeniem.  Nienawidził  używać  rękawiczek,  ale  to  i  tak  było  lepsze niż 

dotykanie tych niegodnych. Kiedy miał czas na dokonanie prawdziwej selekcji, nigdy nie zakrywał rąk. Lubił dotyk 
ciepłej krwi na skórze. Ale nie zostało mu wiele czasu, a ta kobieta była tylko trochę podobna do Ciry.

Nie czerpię z tych zabójstw żadnej przyjemności, pomyślał sfrustrowany.

Owinął ciało kobiety w koc i patrzył, jak krew przesiąka przez materiał. Dobrze. Ktoś od razu zwróci uwagę na 

plamę krwi,  kiedy podrzuci jej  ciało  na tyły restauracji  "Czerwony Krab",  skąd zabrał  ją  wcześniej  tego  samego 
wieczoru. W innym wypadku owinąłby ją w plastik.

Kiedy podnosił ciało i układał je w ciężarówce, poczuł, jak ogarnia go radość. To już ostatnia. Zostawiał ślady 

wystarczająco  daleko  od  Jane  MacGuire,  żeby  zmylić  pościg.  Policja  zawsze  była  gotowa  do  ukrycia  własnych 
porażek. Joe Quinn i Eve Duncan prawdopodobnie nie dali się oszukać, ale byli sami.

Wreszcie może wrócić do Ciry.

Joe odwrócił się od telefonu.

-  Lea  Elmore,  kelnerka  w  restauracji  "Czerwony  Krab"  w  Pittsburghu.  Znaleziona  dziś  rano  na  tyłach 

restauracji, brak twarzy, popiół na kocu, w który była zawinięta.

- Podobna do Jane? - spytała Eve.

Przytaknął.

-  Wnioskując  ze  zdjęcia  w  dowodzie,  była  trochę  bardziej  POdobna  niż  kobiety,  które  zabił  w  Richmond  i 

Charlotte.

Eve potrząsnęła głową z niedowierzaniem.

background image

- Jak on je znajduje, skoro tak szybko się przemieszcza?

Zrozumiałabym, jeżeli zabójstwa dzieliłby jakiś dłuższy odstęp czasu, ale między ostatnimi upłynęło mniej niż 

czterdzieści osiem godzin. Nie może po prostu wpadać na te kobiety. - Zerknęła na Jane. - Czy Trevor powiedział...

- Nie - odparła Jane. - Powiedziałam wam wszystko, co od niego usłyszałam. Ale on też dużo zgadywał, kiedy 

dopasowywał  fragmenty  tej  układanki.  Może  i  tę  odpowiedź  udało  mu  się  zgadnąć.  Chcecie,  żebym  do  niego 
zadzwoniła? Powiedział, żebym dała mu znać, jeśli Joe będzie miał jakieś pytania.

- Joe? - spytała Eve.

-  Zadzwoń.  Potrzebują  każdej  dostępnej  pomocy.  -  Joe  z  nieobecnym  wyrazem  twarzy  przemierzył  salon  i 

wyjrzał przez okno. - Ale to nie jest w tej chwili najważniejsze.

- Na co patrzysz? - Eve podeszła za nim do okna.

- Na nic. - Joe zacisnął usta. - Na wielkie, cholerne nic.

- Co ty ... - spojrzenie Eve powędrowało w tym samym kierun· ku. - Nie ma radiowozu.

- Właśnie. - Zadzwoniła komórka Joego. - I założę się, że ta McGunther dzwoni, żeby powiedzieć mi dlaczego. -

Słuchał prze chwilę. - Rozumiem. Nie, nie mogę wam na to pozwolić. W rządku, Mac. - Rozłączył się. - Kapitan 
odwołał Maca i  Bri~· z posterunku przed naszym domem. Mac  przepraszał i  powiedział że chętnie  przyjedzie  w 
wolnym czasie i będzie pracował na d . zmiany, jeżeli będziemy go potrzebowali.

- Wydział robi dokładnie to, do czego, według słów Trevo starał się ich zmusić Aldo - powiedziała głucho Eve. 

- Chcę żebyśmy zostali sami, bez ochrony.

- No to mu się nie udało - powiedziała Jane gwałtownie. - Ni jesteśmy sami, mamy siebie nawzajem. Przestań 

patrzeć w tl sposób, Eve. On nie wygra. Ludzie z policji myślą, że Aldo o zapomniał? - zwróciła się do Joego.

Joe przytaknął. _ Według nich ostatnie morderstwo to potwierdziło. – Spojrzał  na Eve. - Ale Jane ma rację, nie 

musimy być sami. Zadzwonię prywatnej agencji ochroniarskiej i zamówię wóz patrolowy. Po prostu obejdziemy się 
bez policji.

- Zrób to - powiedziała Eve. - Natychmiast.

- Już dzwonię. - Joe znowu spojrzał przez okno. - Pora, żebyśmy wezwali każdą pomoc, jaką możemy uzyskać. 

- Milczał przez chwilę, zanim odwrócił się od okna i zaczął wystukiwać numer w telefonie. - Wezwę ochroniarzy 
Matta Singera, są dobrzy. Jane, zadzwoń do Trevora i powiedz, żeby tu przyszedł. Mówi, że chce cię chronić? Więc 
niech zaryzykuje własny tyłek zamiast chować się w lesie jak pieprzona wiewiórka.

- Wiewiórka? - powtórzył Trevor w godzinę później. - Doprawdy, Quinn, mogłeś przynajmniej porównać mnie 

do ciekawszego i groźniejszego zwierzęcia. Kuguar albo wilk byłby bardziej na miejscu.

- Albo skunks - mruknęła Jane. - Skunksy są bardzo ciekawe. Trevor obrzucił ją pełnym wyrzutu spojrzeniem.

- Przyjeżdżam tutaj, wystawiam się na śmierć i okaleczenie ciała, a witają mnie same obelgi. - Odwrócił się z 

powrotem do Joego. - Z tego, co powiedziała Jane, zrozumiałem, że twoi zaprzyjaźnieni stróże prawa zostawili was 
na lodzie?

- Niczego innego nie oczekiwałem - odpowiedział Joe. - Rozpatrzyli wszystkie za i przeciw, ajeżeli zachowanie 

Alda pasuje do profilu seryjnego mordercy, to istnieje niewielka szansa, że tu wróci, skoro już raz wyjechał.

- Powinienem czuć się zaszczycony, że wolisz wierzyć moim ostrzeżeniom niż skorzystać z niewielkiej szansy?

- Nie. Chcę zapewnić bezpieczeństwo Jane i do diabła z szansą.

background image

-Spojrzał  Trevorowi  prosto  w  oczy.  -  Więc  powiedz  mi,  co  takiego możesz  zrobić,  żebym  uznał,  że  warto 

trzymać cię blisko Jane.

Trevor przestał się uśmiechać.

- Po pierwsze, sama moja obecność jest  dla  Alda odstraszająca. Zna mnie i  na pewno będzie trochę bardziej 

ostrożny, próbując się do niej zbliżyć.

- Tylko bardziej ostrożny? Musisz brać, co ci dają. Czasami chwila wahania może ocalić życie, sam powinieneś 

o tym wiedzieć. Rozumiem też,  że zorganizowałeś jeszcze inną  ochronę dla Jane - dodał  szorstko. _ Chciałbym, 
żebyś  pozwolił  mi  na  koordynowanie  codziennej  pracy  patroli  ochrony.  Wiem  trochę  o  rozpoznawaniu  terenu  i 
znam szczegóły organizacji pracy wartowników.

- Tak słyszałem.

- To pozwoli mi trzymać się z dala od ciebie, a tobie ułatwi ściślejszą współpracę z policją przy poszukiwaniu 

Alda. - Głos Trevora był miękki, ale stanowczy. - Gwarantuję, że jeśli ja będę pilnował ochrony, nikt nie zaśnie na 
straży. Kiedy patrol ma tu być?

- Za kilka godzin.

- Więc jestem akurat o czasie, żeby wszystkim się zająć, prawda?

Joe wpatrywał się w Trevora przez dłuższą chwilę, a potem powoli skinął głową.

-  Ale pamiętaj, to są cywilni obywatele, nie najemnicy. Żadnej

przemocy.

- Będę w stosunku do nich bardzo uprzejmy. Tak uprzejmy, jak tylko można, jeśli zobaczę, że się obijają. Wy z 

SEALS zawsze wolicie dyskutować i przekonywać zamiast uciekać się do przemocy.

- Ty sukinsynu! - Twarz Joego wykrzywiła się. - To było

dawno temu.

- Nie tak dawno. - Trevor odwrócił się i ruszył w kierunku drzwi. - Och, przy okazji, sam postawię kogoś na 

straży  przed  domem.  Nazywa  się  John  Bart1ett  i  postara  się  nie  przeszkadzać.  :-  Już  wcześniej  wspominałeś  o 
Bartletcie, ale dlaczego, do diabła, miałbym mu wierzyć? Tylko na twoje słowo? - spytał Joe. _ Nie musisz. Możesz 
go sprawdzić  w  Scotland Yardzie,  ale  sam się  przekonasz, że  ma  motywację,  która jest  lepsza od jakichkolwiek 
rekomendacji.

- Jaką  motywację?-  Ellen Carter, jedna  z pierwszych ofiar  Alda w Londynie, to jego  była żona. Bartlett nie 

mógł  znieść  życia  z  nią,  ale  wciąż  ją  kochał  i  był  załamany,  kiedy  zginęła  spalona  żywcem.  Tak  załamany,  że 
zgodził się współpracować ze mną przy poszukiwaniu Alda.

-   Trevor  spojrzał  przez  ramię  na  Jane.  -  To  Bartlett  znalazł  twoje  zdjęcie  w  gazecie.  Był  tobą  żywo 

zainteresowany  od  momentu,  w  którym  przyniósł  mi  ten  wycinek.  Dowiedział  się  wszystkiego  o  Quinnie  i  Eve. 
Może nie jest materiałem na ochroniarza, ale nie dopuściłbym go do ciebie, gdybym nie sądził, że jest najlepszy. 
Nic podejrzanego nie ujdzie jego uwagi. Ale jeżeli nie spodoba ci się, odeślij go do mnie.

- Zrobię tak.

Trevor jednak nie słyszał. Wyszedł już z domu i schodził po schodach.

- Robił wszystko, co w jego mocy, żeby kontrolować sytuację, prawda? - odezwała się Jane. - Musicie na niego 

uważać.

background image

Eve spojrzała na nią zaskoczona.

- Myślałam, że chciałaś, żebyśmy go wezwali.

- Bo chciałam i wciąż myślę, że to dobry pomysł.

Jak  może  wytłumaczyć  swoje  skomplikowane  uczucia  do  Trevora?  Jakaś  jej  część  była  rozbawiona  i 

zauroczona sposobem, w jaki Trevor wkradał się w ich łaski, ale chciała też wkroczyć między niego a Joego i Eve. 
Ani na chwilę nie opuszczała jej świadomość otaczającej go aury przemocy i siły, którą dostrzegła już w pierwszej 
chwili, kiedy się poznali.

- Po prostu na niego uważajcie.

-  Panna  McGuire?  -  Mężczyzna,  który  przed  chwilą  zapukał  do  drzwi,  uśmiechnął  się.  -  Nazywam  się  John 

Bartlett. To ja  wyszukiwałem informacje  na temat pani i  pani rodziny, a potem miałem zaszczyt osobiście panią 
obserwować w celu upewnienia się, że jest pani bezpieczna. Czuję się tak, jakbym już panią znał.

-  Domyślam  się.  -  Bartlett  był  zupełnie  inny,  niż  się  spodziewała.  Zażywny,  nie  wyższy  niż  metr 

siedemdziesiąt, z rumianymi Policzkami, lekko rzednącymi brązowymi włosami i ogromnymi niebieskimi oczami, 
które patrzyły na nią z wyrazem zakłopotanej niewinności, który przypominał jej ... kogoś.

Jej głos zabrzmiał sucho i twarz Bartletta spochmurniała.

- Wiem, że naruszyłem pani prywatność, ale chciałem tylko Pomóc. I teraz też nie chcę być natrętny, postaram 

się nie przeszkadzać. Ale Trevor myśli, że mogę pomóc w ochronie pani ... - Wykrzywił usta. - Cóż, nie do końca w 
ochronie. Ochrona wymaga pewnych inklinacji do przemocy, których ja nie posiadam. To działka Trevora i dobrze 
się na niej zna. Ale mogę pomóc na inne sposoby.

- Jakie?

- Mam doskonały zmysł obserwacyjny. - Dodał z przejęciem:

- Obiecuję, że nic ani nikt nie dotrze do pani niezauważony przeze mnie.

Kubuś Puchatek, pomyślała nagle. Ta sama wielkooka, puchata

szczerość.

- To bardzo pocieszające. Bartlett przytaknął.

- To jedna z moich największych zalet. Nie jest może zbyt podniecająca, ale rola pocieszyciela też bywa dobra. 

Mam trzy byłe żony, które mogą o tym zaświadczyć. - Nagle twarz mu pociemniała. - Dwie byłe żony. Ellen już nie 
może nikomu dać żadnych rekomendacji - powiedział odwracając się. - Chciałem tylko dać pani znać, że jestem na 
posterunku.

- Proszę poczekać.

Odwrócił się i spojrzał na nią.

- Może ma pan ochotę na filiżankę kawy?

- Nie, dziękuję. - Jego chłopięcy uśmiech rozświetlił pulchną

twarz. - Pani jest bardzo miła, ale muszę objąć posterunek.

Jane także się uśmiechała, kiedy patrzyła, jak jej gość schodzi po schodach.

- To był Bartlett? - Eve stanęła obok niej.

- Chyba tak. - Jane potrząsnęła głową. - A może Piotruś Pan albo Kubuś Puchatek. - Słucham?

background image

-  Idź i  sama zobacz. Zanieś  mu filiżankę kawy  –  dodała z przejęciem.  -  Musiał  objąć posterunek i  nie  mógł 

wejść.

Eve patrzyła, jak Bartlett podnosi kamyk i rzuca kaczkę po powierzchni jeziora.

- Może tak zrobię. - Odwróciła się i skierowała do kuchni.

Przez resztę dnia Jane widziała Trevora tylko z daleka. Był pochłonięty rozmową z Singerem i jego ludźmi. Nic 

nie  wskazywało,  żeby  był  arogancki  w  stosunku  do  któregoś  z  ochroniarzy.  Nie  było  wątpliwości,  że  to  on 
dowodzi,- ale wydawał się traktować ich z należnym szacunkiem.

Kiedy podjechał pod dom, było już zupełnie ciemno. Rozmawiał przez chwilę z Bartlettem, po czym wysiadł z 

samochodu z rękami pełnymi katalogów i paczek.

- Przyniosłem waszą pocztę - powiedział, wchodząc po schodach - ale wcześniej ją sprawdziłem. Codziennie 

przychodzi późnym popołudniem?

Jane przytaknęła.

- Około czwartej. - Odłożyła na bok laptopa i wyciągnęła rękę po plik papierów. - Dziękuję, ale nie musiałeś jej 

przywozić.

-  Musiałem.  Wasza  skrzynka  jest  przy  głównej  drodze  parę  kilometrów  stąd,  musiałem  upewnić  się,  że  w 

poczcie nie ma żadnych niespodzianek. Skoro Aldo ukrywał się w tutejszych lasach, na pewno od czasu do czasu 
sprawdzał waszą skrzynkę. Ja bym tak zrobił. Nigdy nie wiadomo, co się może przydać, kiedy na kogoś polujesz. -
Usiadł obok Jane na huśtawce. _ Ale nie znalazłem nic podejrzanego. Większość listów jest do Eve.

-  Jak  zwykle.  Eve  jest  bardzo  sławna  i  wielu  ludzi  prosi ją  o  pomoc. Na  pewno  nie  spodoba jej się  fakt,  że 

przeglądałeś jej pocztę.

- Jak powiedziałem, nie chcę żadnych niespodzianek.

- Czego się spodziewałeś? Kobry w skrzynce na listy?

-  Nie,  to  nie  w  stylu  Alda.  Ale  Julia  Brandon  zginęła  otruta gazem.  Są  sposoby,  żeby  uczynić  z  koperty 

narzędzie zbrodni.

Jane od razu przypomniała sobie wydarzenia z jedenastego Września.

- Antraks?

- Albo coś innego. Nie sądzę, żeby Aldo chciał pozbawić się

przyjemności spotkania z ofiarą oko w oko, ale on nie zawsze jest przewidywalny.

-  Wydajesz  się  nieźle  poinformowany.  Trujący  gaz  ....  Tylko  ona  zginęła  w  ten  sposób,  prawda?  Utopienie, 

spalenie, uduszenie.

Jak na seryjnego mordercę, nie wydaje się konsekwentny w wyborze metod. Oni chyba mają ulubiony sposób 

zabijania?

- Jest konsekwentny. Każdy  z tych  rodzajów  śmierci spotkał  obywateli Herkulanum podczas wybuchu. Aldo 

zabija Cirę wciąż na nowo, w każdy możliwy sposób, w jaki mogła umrzeć tamtej nocy.

- O Boże.

Brak powietrza. Gorąco. Gorąco.

- Wszystko w porządku? - Trevor wpatrywał się z niepokojem w jej twarz.

background image

- Oczywiście. - Jane spojrzała na jezioro. - Jak zmarła Cira?

- Nie wiem. Każdy manuskrypt w bibliotece był poświęcony jej życiu, nie śmierci.

- Więc może wcale nie zginęła w Herkulanum. Byli ludzie, którzy przeżyli, prawda? - Tak.

- Zatem mogła być jedną z nich.

- Myślę, że byłyby jakieś wzmianki o kobiecie takiej jak Cira,

jeżeli rzeczywiście przeżyłaby katastrofę. Nie była niewinnym kwiatuszkiem.

- Może miała powód, żeby zniknąć. Trevor milczał przez chwilę.

- Słyszę rozpacz w twoim głosie. Naprawdę chciałabyś, żeby ona przeżyła, prawda? Dlaczego?

- Nie bądź niemądry , wcale nie jestem zrozpaczona. Po prostu nie zasłużyła na śmierć w tym tunelu.

- Tunelu? - Patrzył na nią podejrzliwie. - Dlaczego miałaby zginąć w tunelu? Miała piękny dom w Herkulanum.

- Naprawdę? Musiałam myśleć o złocie w tunelu. - Jane zmieniła  temat.  - Właśnie  mi się przypomniało, Joe 

chciał  wiedzieć,  czy  udało  ci  się  odkryć,  w  jaki  sposób  Aldo  odnajdywał  te  wszystkie  kobiety  z  twarzą  Ciry. 
Powiedziałeś, że zdjęcie jednej z nich było w gazecie i chyba mógł przypadkowo natknąć się na jedną czy dwie, ale 
nie  na  wszystkie.  W  ciągu  ostatnich  kilku  tygodni  przemieszczał  się  tak  szybko,  że  nie  mógł  liczyć  tylko  na  łut 
szczęścia.

Trevor potrząsnął głową.

- Skoncentrowałem się bardziej na złapaniu Alda niż na zadawaniu pytań. Ale powiedz Quinnowi, że popracuję 

nad tym.

- Dobrze. Nie będziesz sam, być może Joe znajdzie odpowiedź szybciej od ciebie. On nie lubi prosić o pomoc.

- Nie poprosił, ty zrobiłaś to za niego. Czy Bartlett przyszedł się przedstawić?

- Tak, jest niezwykły. Jak to się stało, że razem pracujecie?

-  Kiedy  zobaczyłem  zdjęcie  Peggy  KnowIes,  postanowiłem skontaktować  się  z  rodzinami  wszystkich  ofiar. 

Bartlett był na liście bliskich Ellen Carter. Wtedy udawałem, że jestem ze Scotland Yardu. Jestem całkiem niezłym 
aktorem i nikt inny nie nabrał podejrzeń, ale Bartlett jest dużo sprytniejszy, niż na to wygląda.

Poszedł za mną do hotelu i wymierzył we mnie pistolet. 

.

- Bartlett?!

Trevor uśmiechnął się.

-  Mnie  też  zaskoczył.  Był  śmiertelnie przerażony, ale  bardzo  zdeterminowany.  Dłoń  z pistoletem tak  mu  się 

trzęsła, że pomyślałem, że lepiej żebym zaczął mówić, zanim zastrzeli przez przypadek któregoś z nas.

- Dlaczego nie nasłał na ciebie policji?

- Nie podobał mu się sposób, w jaki prowadzono dochodzenie.

On kochał Ellen Carter.

- Powiedział, że ma trzy byłe żony.

- Ona była numerem dwa. Bartlett pozostaje w bliskich kontaktach ze swoimi żonami nawet po rozwodzie.

- Dlaczego się z nim rozwodziły? On wydaje się ... słodki.

background image

-  Ma  talent  do  wybierania  niewłaściwych  partnerek.  Niektórzy mężczyźni  żenią  się  wciąż  na  nowo  z  tym 

samym  typem  kobiet.  BartIett  nie  ma  problemu  ze  zdobywaniem  żon,  kobiety  rozczulają  się  na  jego  widok  i 
natychmiast chcą zabrać go do domu. Nie odczułaś tego?

Jane przytaknęła.

- A Eve zaniosła mu dzisiaj lunch i kawę - wyznała konfidencjonalnie. - Musiała w tym celu przerwać pracę 

nad rekonstrukcją. - A widzisz?

- Cóż, ty też nie byłeś odporny na jego urok.

- Masz rację - przyznał ponuro. - On jest diabelnie uparty i kiedy dowiedział się, że próbuję znaleźć Alda, nie 

chciał zostawić mnie w spokoju. Rzucił posadę księgowego i od tamtego czasu pracuje ze mną.

- Polubiłam go.

- Wszystkie kobiety ... Do  cholery, też go lubię.  – Trevor spojrzał w stronę Bartletta. - Chociaż doprowadza 

mnie do szału. Prawdopodobnie musiałbym go obezwładnić, związać i zawlec do samochodu, żeby nie sterczał na 
zewnątrz przez całą noc. Był bardzo szczęśliwy, że może coś zrobić, żeby ci pomóc.

- To słodkie.

- Ty też się rozczulasz - stwierdził z rezygnacją i wstał.

- Zabiorę pocztę do domu.

- Ja to zrobię.

Trevor zerknął na komputer. - Jesteś zajęta. Co to? l

- Praca domowa. Lubię pracować tutaj, na ganku.

Trevor westchnął teatralnie.

- Praca domowa. Ciągle zapominam, jaka jesteś młoda, Freud miałby chyba tutaj coś do powiedzenia. - Ruszył 

w stronę drzwi. - Dopilnuj, żeby nikt poza mną nie odbierał poczty.

- Powiedz to Joemu.

- Quinn pozwala mi na odwalenie czarnej roboty. Wie, że nie jestem na tyle głupi, żeby mu się przeciwstawić. 

Stopniowo dojdziemy do porozumienia. - Otworzył drzwi. - To o Eve się martwię.

- Bo nie rozczula się nad tobą tak jak nad Bartlettem?

- Bo jest matką chroniącą swoje potomstwo, co oznacza, że jest zupełnie nieprzewidywalna. - Spojrzał na Jane 

przez ramię. - Powiesz mi, dlaczego tak bardzo zależy ci, żeby Cira przeżyła ten wybuch wulkanu?

Najwyraźniej  Trevor  nie  dał  się  zwieść  i  nie  miał  zamiaru  rezygnować.  Trudno"  ona  nie  zamierzała  mu  się 

zwierzać.

- Po prostu chciałabym, żeby jej się udało, skoro wszyscy ciągle nas do siebie porównują. To byłby dobry znak.

- To prawda. - Trevor przyjrzał się jej uważnie, a potem potrząsnął głową. - Ale nie sądzę, że ...

- Myśl sobie, co chcesz.

- Zawsze tak robię. - Umilkł na moment. - Ale muszę to wiedzieć, muszę wiedzieć o tobie wszystko. Tak będzie 

bezpieczniej dla nas obojga.

- Dlaczego?

background image

-  Aldo  wykorzysta  każdy  sekret,  każde  wspomnienie  i  uczucie, które  będą  mogły  przyciągnąć  cię  do  niego. 

Zrobił to już raz z Tobim.

-  Popełniłam  wtedy  błąd,  to  już  się  nie  powtórzy.  I  nie  zamierzam  obnażać  przed  tobą  mojej  duszy.  Sam 

zdecydowałeś, że dowiesz się o mnie dużo za dużo na własną rękę.

- Tak. - Niespodziewany uśmiech rozjaśnił mu twarz. - I sprawiło mi to ogromną przyjemność. Nadal sprawia -

dodał i wszedł do środka.

Jane zmusiła się, żeby oderwać wzrok od drzwi, za którymi zniknął. Dobry Jezu, ależ on jest przystojny. Przez 

większość czasu, kiedy z nim była, zdawała sobie sprawę tylko z jego wyjątkowej osobowości, która wprawiała ją 
w stan dziwnego podniecenia. Ale przed chwilą dotarło do niej, jak pięknym mężczyzną jest Trevor.

Pięknym? To określenie nie spodobałoby się Trevorowi. Skąd w ogóle przyszło jej to do głowy?

Piękny jak bóg.

Te słowa przyszły Cirze na myśl, kiedy opisywała Antoniusza.

Antoniusz, inteligentny, cyniczny. Antoniusz, który ją olśnił, uwiódł i zdradził. Ale na koniec próbował ją też 

ocalić, czy to był kolejny podstęp?

Co  za  różnica?  Znowu  traktowała  sen  jak  rzeczywistość.  I  jeżeli  to  była  wina  jakiegoś  telepatycznego 

połączenia  z  Aldem,  to  sama  wszystko  upiększała  i  rozdmuchiwała.  Była  całym  sercem  przy  Cirze  od  samego 
początku, a Aldo na pewno nie miał o niej dobrego zdania.

Ale co z Antoniuszem?

Może musiała wymyślić sobie bohatera, który ocali Cirę. Chociaż on był raczej antybohaterem.

Tak jak Trevor.

Jane zesztywniała. Opinia Ciry o Antoniuszu była identyczna z jej zdaniem na temat Trevora. I od pierwszego 

momentu czuła łączącą ją z nim dziwną zażyłość. Nawet powiedziała Eve, że Trevor jej kogoś przypomina.

Antoniusza?

Nawet  nie  mogła sobie  przypomnieć, jak  Antoniusz  wyglądał,  to  Cira  go widziała,  nie  ona. To  Cirą  miotała 

burza uczuć: nienawiści, goryczy, nadziei i miłości.

Miłości? Czy Cira wciąż kochała Antoniusza?

Och, do diabła z tym! Co za różnica? Jest szansa, że już nigdy nie będzie miała żadnego snu o Cirze. Minęło już 

parę nocy od koszmaru, w którym ziemia rozstąpiła się pod stopami Ciry, a ona spojrzała w morze płynnego ognia.

Lawa. Ale wtedy jeszcze nie wiedziała o tunelu w Herkulanum ani o kobiecie, która tam żyła i umarła.

Jednak  Trevor  zdradził  już,  że  popiół  pochodzi  z  Wezuwiusza,  i  jej  umysł  mógł  powiązać  to  z  czynnym 

wulkanem. Kto może wiedzieć, do jakich sztuczek zdolny jest ludzki umysł? Te piekielne sny o Cirze zachwiały jej 
pewnością siebie. Na początku, tak jak powiedziała Eve, mogła oglądać zmagania Ciry z ciekawością i ekscytacją, 
jakby czytała książkę. To było ciekawe doznanie i czekała na następny odcinek, żeby dowiedzieć się, co dokładnie 
się z nią dzieje. Ale już tak nie było. Po tym, co powiedział jej Trevor, Jane błądziła w ciemności, próbując znaleźć 
drogę. Czuła się schwytana, uwięziona i śmiertelnie bała się powrotu do tego tunelu.

- Odejdź ode mnie, Ciro - wyszeptała. - Mam wystarczająco

dużo kłopotów bez ciebie. Nie wracaj.

background image

ROZDZIAŁ 11

Gorąca lawa rozlewająca się pod jej stopami.

- Skacz! - Antoniusz wyciągnął do niej ramiona. - Teraz, Ciro! Złapię cię.

Skoczyć?  Ustęp  był  zbyt  szeroki  i  powiększał  się  z  każdą  sekundą.  Nie  ma  czasu.  Nie  ma  innego  wyboru. 

Odbiła  się  i  przeskoczyła  przez  pęknięcie.  Poczuła  gorąco  nawet  wtedy,  gdy  dotknęła  stopami  przeciwległej 
krawędzi.

Ziemia obsunęła się pod nią!

W następnej chwili Antoniusz ciągnął ją do góry.

- Mam cię! - Dłonie Antoniusza zacisnęły się najej ramionach i razem zatoczyli się do tyłu.

Kolejny wstrząs.

- Musimy wydostać się z tego korytarza. - Cira zerknęła przez ramię.

Pęknięcie powiększało się, rozwierało coraz szerzej.

- Powiedziałeś, że znasz drogę - sapnęła Cira. - Udowodnij to i wydostań nas stąd.

- Tylko  ty jesteś  tak uparta, że musiałaś zobaczyć przedsionek piekieł, żeby mnie o to  poprosić. - Antoniusz 

złapał  ją  za  rękę  i  zaczął  szybko  biec  w  głąb  tunelu.  -  Wydaje  mi  się,  że  uskok  idzie  w  poprzek  tunelu.  Nie 
możemy wrócić, ale pęknięcie nie podąża za nami.

- Jeśli nie spowoduje zapadnięcia się stropu, kiedy będzie pękała druga ściana.

Gorąco.

Lawa za ich plecami ogrzewała resztkę pozostałego w tunelu Powietrza.

- Więc lepiej, żebyśmy wydostali się Z tego korytarza, zanim to się stanie. Na wprost przed nami jest odnoga, 

którą powinniśmy dojść prosto do morza.

- Albo do Juliusza.

- Zamknij się! - Jego dłoń zacisnęła się boleśnie na jej

ręce. - Nie prowadzę cię do Juliusza. Gdybym życzył ci śmierci, przyjąłbym pieniądze, które zaoferował mi za 

twoją twarz dwa tygodnie temu.

- Za moją twarz?

- Kiedy powiedziałaś mu, że odchodzisz i odmówiłaś oddania złota, zwrócił się do mnie, żebym cię zabił. - Co 

ma do tego moja twarz?

- Powiedział, że zlecił wykonanie tuzinów podobizn tej pięknej twarzy i nie chce, żeby ktokolwiek poza nim ją 

posiadał. Nawet ty. Chciał, żebym cię zabił, nożem usunął twoją twarz i mu ją przyniósł.

Cira poczuła, że ją mdli. - To szaleństwo.

- Zgadzam się. l, ponieważ sam mam dużą słabość do tej twarzy, odrzuciłem jego ofertę. Ale to oznaczało, że 

musiałem wyjechać z Herkulanum na kilka dni. Istniała duża szansa, że wyznaczył nagrodę także za moją głowę. 
Wiedział, że byłem twoim kochankiem. Dlatego sądził, że łatwiej będzie mi cię zabić.

- Gdyby udało ci się ominąć Dominika - powiedziała gwałtownie. - Dominik odciąłby ci głowę i podał mi ją na 

srebrnej tacy. - Dlatego Juliusz uciekł się do przekupstwa. Wszyscy wiedzieli, jak dobrze jesteś strzeżona. Gdzie 
jest teraz Dominik? Powinien być tutaj, Z tobą.

background image

- Odesłałam go do domu na wieś.

- Bo nie chciałaś, żeby stał się celem Juliusza. Ale od tego właśnie jest straż przyboczna, Ciro.

- Dobrze mi służył. Nie chciałam, żeby ... Sama mogę zająć się sobą. Czy nie powinniśmy już dojść do końca 

tunelu?

- Korytarze wiją się i zataczają kręgi, Juliusz postarał się, żeby ucieczka z willi nie była zbyt prosta.

- A ty skąd wiesz, jak się stąd wydostać?

- Postarałem się o to. Kiedy byliśmy razem, spędziłem wiele

nocy w tych tunelach. Nie byłoby zbyt mądrze, najpierw ukraść złoto, a potem nie wiedzieć, jak Z nim uciec.

- Ty sukinsynu!

- Chciałem się podzielić.

- Moim złotem.

- Wystarczyłoby dla nas obojga. Zarobiłbym na swoją działkę.

Zapewniłbym  ci  bezpieczeństwo  i  strzegł  cię  nie  gorzej  niż  złota.  -  I  ja  mam  ci  uwierzyć?  Bogowie,  jakie 

bzdury ...

Łoskot.

Skały kruszące się wokół nich.

Ostry kamień przeciął skórę Ciry. Poczuła ciepłą strużkę krwi spływającą po ramieniu.

-  Pospiesz  się!  -  Antoniusz  ciągnął  ją  przez  tunel.  -  Konstrukcja  tunelu  słabnie!  W  każdej  chwili  może  się 

zawalić!

- Spieszę się. Co za głupi. .. - Kolejny kamyk uderzył ją w policzek.

Więcej bólu. Więcej krwi. Więcej bólu. Więcej bólu ...

- Obudź się. Do cholery, przestań jęczeć! Krew ...

Jane otworzyła oczy.

- Krew - wykrztusiła z trudem łapiąc powietrze.

- Obudź się.

- Antoniusz ...

Nie, to Trevor stał przy niej, obok huśtawki na ganku. Oczywiście, że to nie był Antoniusz ...

- Jestem przytomna. - Próbowała złapać oddech. - Wszystko w porządku. - Usiadła i potarła oczy. - Musiałam 

się zdrzemnąć. Która godzina?

-  Parę  minut  po  północy.  Zobaczyłem  cię  skuloną  na  tej  huśtawce,  kiedy  zmieniałem  Bartletta  na  warcie 

godzinę temu. Ale spałaś tak głęboko, że pomyślałem, że poczekam, aż się poruszysz. - Zacisnął usta. - Ale to było, 
zanim zaczęłaś jęczeć. Poczułem się cholernie zakłopotany, nie jesteś typem osoby, która jęczy. Co, do diabła, ci się 
śniło?

Latające w powietrzu kamienie, krew, ból.

background image

-  Nie  pamiętam.  -  Przeciągnęła  się,  żeby  pozbyć  się  sztywności  pleców.  Musiała  leżeć  zwinięta  w  tej 

embrionalnej pozycji od wielu godzin. A może nie? Jak długo trwał sen? - Wszystko w porządku?

-  Żadnych  kłopotów.  Ochroniarze  są  czujni,  muszę  tylko  im  przypominać,  żeby  byli  czujni  przez  cały  czas. 

Nuda to nasz największy wróg. - Zmarszczył brwi. - Nie musisz się niczego bać. - Oczywiście, że muszę. Byłabym 
idiotką, gdybym się nie bała.

- Tak bardzo, że masz koszmary?

- Każdy miewa złe sny.

- Ale nie o krwi - zawahał się - i nie o Cirze.

Jane zesztywniała.

- Rozumiem, że nie tylko jęczałam. Co mówiłam?

- Niezbyt wiele zrozumiałem. Myślę, że powiedziałaś: "Uważaj, Ciro. Skały. Za późno". Kiedy się obudziłaś, 

zwróciłaś się do kogoś o imieniu Antoniusz. - Spojrzał jej prosto w oczy. - I jeżeli wiesz, o czym mówię, to znaczy, 
że pamiętasz ten sen.

- Powinieneś był od razu mnie obudzić i nie podsłuchiwać.

- Musisz przyznać, że to naturalne, że imię Ciry przykuło moją uwagę.

- Nie obchodzi mnie, czy to naturalne. Nie powinieneś był

podsłuchiwać.

- Zgoda. - Milczał przez chwilę. - Co ci się śniło? Jane odwróciła wzrok.

- A czego się spodziewasz po tym wszystkim, co mi o niej opowiedziałeś? Tunele. Erupcja wulkanu. Kobieta 

biegnąca, żeby ocalić życie ..

- Śniła ci się dzisiaj po raz pierwszy?

- Nie.

- Kiedy to się zaczęło?

- Nie twoja sprawa. - Wstała i podniosła laptopa. - Pozwoliliśmy ci, żebyś wniknął w nasze życie, ale trzymaj 

łapy z daleka od moich snów, Trevor.

- Jeżeli będę mógł.

- A co to, do diabła, miało znaczyć?

Wzruszył ramionami.

-  Trudno  mi  nie  wnikać  w  każdy  aspekt  twojego  życia.  Uwierz  mi,  próbowałem  zachować  dystans,  ale  nie 

potrafię.

-  Musisz  się  bardziej postarać.  -  Jane  postąpiła krok w  stronę  drzwi.  -  Nie jesteś  mi potrzebny do  zwierzeń. 

Mam Eve i Joego i jeżeli będę chciała porozmawiać o Cirze albo czymkolwiek, zwrócę się do nich.

Trevor wzniósł ręce w geście poddania.

- Dobrze, dobrze. - Patrzył, jak otwiera drzwi. - Gdybyś zmieniła zdanie ...

- Nie zmienię. Dlaczego miałabym to zrobić?

background image

- Z ciekawości. - Uśmiechnął się nieznacznie. - Nigdy nie przyszło ci do głowy, że nie tylko ty miewasz sny o 

Cirze?

Jane przyjrzała mu się uważnie. - Słucham?

-  Skąd  to  zaskoczenie?  Ona  zdominowała  myśli  nas  wszystkich.  Zacząłem  o  niej  śnić  wieki  temu,  po 

przeczytaniu tych manuskryptów.

Zwilżyła usta językiem.

- Jakiego rodzaju ... są te sny? Potrząsnął głową i powiedział:

- Opowiedz mi swoje, a ja opowiem ci moje.

- Na pewno je zmyślisz.

Trevor roześmiał się.

-  O  wy,  małej  wiary!  -  Zaczął  schodzić  po  schodach.  -  Wiesz,  gdzie  mnie  szukać,  jeżeli  będziesz  chciała 

porozmawiać.

- Nie będę chciała. Nie obchodzą mnie twoje głupie sny. - Jane zatrzasnęła za sobą drzwi.

Ale,  do  cholery, bardzo ją  obchodziły. Wiedział, jak  bardzo  zaintryguje  ją  ten  okruch  informacji  rzucony na 

przynętę. Ktoś jeszcze śnił o Cirze?

Jeśli to była prawda.

Nie zamierzała wystawiać się na pośmiewisko tylko po to, żeby zaspokoić jego ciekawość.

I swoją własną ciekawość, niech diabli porwą Trevora!

Dahlonega, Georgia Trzy dni później

Eve Duncan. Joe Quinn. Mark Trevor.

Aldo zamknął laptopa i przeciągnął się z westchnieniem zado-

wolenia patrząc na wydruk. Wiedział już wystarczająco dużo, żeby wprowadzić swój plan w życie. Jaka szkoda, 

że wrogowie Ciry nie mieli dostępu do internetu. Informacje były doskonałą bronią przeciwko niej, miała tak wiele 
słabych punktów. Strażnik, którego ocaliła od egzekucji. Bezdomne dziecko, którym się zaopiekowała i zabrała do 
domu.  Wystarczyłoby,  żeby  Juliusz  znalazł  jej  słaby  punkt  i  wykorzystał  go  do  zabicia  suki.  Informacje  były 
kluczem do wszystkiego.

Może jednak Juliusz ją zabił. Nawet jeżeli tak, Cira wciąż była obecna, gotowa torturować i niszczyć. Powinien 

był usunąć ją z powierzchni ziemi.

Teraz zrobi to Aldo.

Oczyścił drogę do Jane MacGuire na tyle, na ile mógł. Teraz przeprowadzi rozpoznanie, zlokalizuje przeszkody 

i będzie mógł wkroczyć z zachowaniem całego, należnego rytuału.

Uśmiechnął się, spojrzawszy na walizkę stojącą po drugiej stronie motelowego pokoju.

Zielony ogień. Cudowny, zielony ogień. Czekasz na mnie, Ciro?

- Poczta - obwieścił Trevor, wchodząc po schodach. - Rachunki, pocztówka od matki Eve z Yellowstone, dwie 

paczki, jedna dla Eve, jedna dla ciebie.

background image

-  Mam  nadzieję,  że  podobała  ci  się  pocztówka.  -  Jane  odłożyła  laptopa  na  bok.  -  Zaczynasz  o  nas  wiedzieć 

trochę za dużo.

- Nigdy nie można mieć za dużo wiedzy. - Uśmiechnął się· - Nie przeczytałem tej kartki, tylko podpis. Paczka 

do Eve jest z uniwersytetu w Michigan, a twoja przyszła z Carmel w Kalifornii. Znasz kogoś w Carmel?

Jane przytaknęła.

- Sarę Logan, mieszka z Johnem na Mile Strip pod numerem siedemnastym. To od niej dostałam Tobiego.

- Zatem to rzeczywiście bardzo dobra przyjaciółka. Chodź do środka, otworzymy paczki.

- Mogę otworzyć moją tutaj.

- Nie, nie możesz. Niczego nie wolno ci otwierać. Obejrzałem

pudełko z zewnątrz i wszystko wydaje się w porządku, ale nigdy nie można być do końca pewnym.

- Jak to? - Jane uniosła brwi. - Żadnych bomb? Żadnego antraksu?

- To nie jest  śmieszne. Jeżeli  chcesz wiedzieć, poprosiłem Quinna, żeby przywiózł mi przenośny wykrywacz 

bomb.

- Po co? Bomba jest współczesnym narzędziem zbrodni, nie mieli ich w Herkulanum.

- To  prawda, ale wulkan wybucha i  bomba też. To bardzo słaba analogia, ale nie chcę podejmować żadnego 

ryzyka.  Jeżeli  chodzi  o  antraks,  to  nie  sądzę,  żeby  go  użył.  Ale  mógł  odkryć  jakiś  inny,  związany  z  wulkanem 
proszek, dlatego to ja otwieram paczki. - Otworzył drzwi. - Idziesz?

Jane wstała.

-  Sara  często  przysyła  mi  prezenty.  Podróżuje  po  całym  świecie  i  kupuje  zabawki  dla  Tobiego  albo  małe 

upominki dla mnie czy Eve. - Miła dama. Zobaczmy, co przysłała tym razem.

Było jasne, że nie odda jej paczki. Jane wzruszyła ramionami i weszła za nim do domu.

- Nie zamierzam się kłócić. Ale sam powiedziałeś, że Aldo wybierze raczej zabójstwo z bliska.

-  Nie  ja  będę  ponosił  konsekwencje,  jeżeli  się  mylę.  -  Uśmiechnął  się  do  Eve,  która  pracowała  nad 

rekonstrukcją w swoim studiu po drugiej stronie pomieszczenia.

- Poczta, Eve. Twojej mamie bardzo podoba się w Yellowstone.

- Powiedziałeś, że nie przeczytałeś kartki - zauważyła Jane sucho.

- Nie przeczytałem. Z tego co wiem, Yellowstone podoba się

Wszystkim. Muszę tam kiedyś pojechać. Gdzie mam położyć twoją pocztę, Eve?

-  Na  stoliku  do  kawy.  -  Uniosła  umazane  gliną  dłonie.  -  Gdybym  teraz  ją  wzięła,  ubrudziłabym  tak,  że  nie 

byłabym w stanie nic przeczytać.

- Jak idzie rekonstrukcja?

- Całkiem dobrze. Zrobiłam już pomiary i zaczynam rzeźbienie. Ale nigdy nie wiem, jaki będzie efekt, dopóki 

nie dojdę do końcowego etapu.

- Tak, jak mówiłaś. - Trevor odłożył pocztę Eve na stolik do kawy. - Ciekawe zajęcie ...

background image

Jane wpatrywała się w nich w osłupieniu. Aż do tej chwili nie zdawała sobie sprawy, jak swobodni stali się w 

swojej obecności przez te ostatnie kilka dni. Widziała, że Trevor rozmawia z Eve, czasem, kiedy niosła Bartlettowi 
termos, wypija z nią filiżankę kawy, ale nie zauważyła, że Eve w pełni zaakceptowała obecność Trevora.

Eve odwróciła się z powrotem do stojaka. - Czy Jane coś dostała?

- Paczkę. Myśli, że to od Sary Logan.

- Znowu? Kilka tygodni temu Sara przysłała jej smycz z Maroka ... - Dłonie Eve poruszały się szybko, wyraz 

twarzy stał się nieobecny. Chwilę później Jane już wiedziała, że jest kompletnie pogrążona w pracy i nie zwraca na 
nich uwagi.

- Gdzie Quinn? - spytał Trevor, kiedy skończył układać rachunki.

- Na posterunku. Christy zwołała konferencję ze Scotland Yardem i włoską policją na temat Alda. - Jane usiadła 

na kanapie i posłała mu chłodne spojrzenie. - Lokalna policja włoska nie znalazła żadnego śladu tunelu w okolicy 
Herkulanum. Ani żadnej willi należącej do Juliusza Precebiusza.

- Mówiłem ci, że nic nie znajdą.

- Bo zrobiłeś wszystko co w twojej mocy, żeby je ukryć.

Będziesz musiał odpowiedzieć na sporo pytań, kiedy to wszystko się skończy.

- Hm ... - Trevor odrywał taśmę, którą oklejona była paczka.

- Jestem śmiertelnie przerażony.

Spojrzała na niego gniewnie.

- Wcale nie jesteś.

- Nie jestem, ale bardzo nie chcę cię rozczarować. – Jego uśmiech zniknął, kiedy otworzył paczkę. - W środku 

jest  jeszcze  jedno  pudełko.  -  Odsunął  się  od  kanapy,  na  której  siedziała Jane,  i  skierował  do  drzwi.  -  Jest  małe, 
atłasowe i nie wygląda tak, jakby miało zawierać zabawkę dla Tobiego. Chyba otworzę je przed domem.

Jane spięła się bezwiednie.

- Przestań. Czy ty trochę nie przesadzasz?

- Możliwe. - Zerknął do pudełka. - Żadnego listu.

- Może jest w atłasowym pudełku.

- Niewykluczone. - Upuścił zewnętrzne opakowanie i powoli otworzył błękitne, atłasowe pudełko. - Co to jest?

- Pierścionek.

- Biżuteria? - Poderwała się z ulgą i podbiegła do niego.

- Pokaż.

- Za chwilę. - Trevor podniósł pierścionek i przyjrzał mu się pod światło.

-  Nie,  teraz!  -  Pierścionek  był  szeroką  obrączką  ze  splecionego  złota,  ozdobioną  pięknym,  jasnozielonym 

kamieniem, zbyt bladym jak na szmaragd, prawdopodobnie perydotem.

- Myślisz, że Sara przesłałaby mi pierścień z trucizną czy coś w tym stylu?

-  Nie -  trzymał  pierścionek  poza  zasięgiem  jej  dłoni  -  ale  nie  sądzę,  żeby  ten  prezent  był  od  Sary.  Może 

zadzwonisz do niej, a ja dokładnie mu się przyjrzę?

background image

Jane  przeniosła  spojrzenie  z  pierścionka  na  jego  twarz,  której  wyraz  sprawił,  że  otworzyła  szeroko  oczy  ze 

zdziwienia.

- Dlaczego?

-  Zadzwoń  do  niej  -  powtórzył.  -  Jeżeli  pierścionek  jest  od  niej, będziesz  mogła  od  razu  podziękować  za 

prezent. Poczekam tutaj.

Zawahała  się,  chcąc  odmówić  i  zmierzyć  się  z  nim.  Ale  po  chwili  weszła  do  środka,  podniosła  słuchawkę  i 

wykręciła numer Sary w Caramel.

Kiedy wyszła z domu pięć minut później, Trevor stał pod lampą na ganku.

- To nie ona go przysłała - powiedziała beznamiętnym głosem.

- Nic o tym nie wie. Aldo?

Trevor przytaknął. - Tak sądzę.

- Dlaczego miałby przysyłać mi pierścionek? To perydot, prawda?

- Chyba nie. Jest bardzo podobny i większość ludzi wzięłaby go za perydot.

- Więc co to za kamień?

- Wezuwianit.

- Co to, do diabła, takiego?

- Kiedy wulkan wybucha, tefra zastyga czasami w podobnej do szkła formie, którą można tak wypolerować i 

oczyścić,  że  przypomina  kamień  szlachetny.  Mogłaś  spotkać  się  z  helenitem, ciemnozielonym  kamieniem, który 
zrobił się popularny po erupcji Góry Św. Heleny.

- Ale ten kamień pochodzi z Wezuwiusza? - Jane, zafascynowana, nie mogła oderwać wzroku od pierścionka. -

Przedtem żartowałam, ale czy to może być pierścionek z trucizną?

Trevor potrząsnął głową.

- Sprawdziłem go, jest dokładnie tym, czym się wydaje. Najwyraźniej Aldo nie miał zamiaru zabić cię w ten 

sposób.

- Jest piękny ... Dlaczego chciałby podarować mi coś tak pięknego?

- A jakie emocje to w tobie wzbudza?

- Czuję się zła i skonsternowana.

- Boisz się?

Czy w głębi jej serca czaił się strach? Poczuła jedynie, że przeszedł ją dreszcz, i zadrżała. - To tylko biżuteria.

- Ale wstrząsnął tobą do głębi.

-  Tego  właśnie  chciał  Aldo.  Żebym  była  przerażona  i  spanikowana.  -  Wyciągnęła  rękę  i  dotknęła  złotej 

obrączki. Była ciepła od dotyku Trevora, ale nie złagodziła otaczającego ją chłodu. - I chce, żebym wiedziała, że o 
mnie nie zapomniał.

Trevor przytaknął.

- Gra na twojej psychice.

background image

- Drań.

- Może być coraz gorzej, skoro wie, że na razie nie może cię dotknąć. Odrobina tortur na odległość da mu sporo 

satysfakcji. - Myślisz, że mnie obserwuje?

Wzruszył ramionami.

- Na pewno nie z bliska. Daję za to głowę, Jane.

- A ja  daję głowę, że będzie chciał zobaczyć, czy przesłanie tej ... rzeczy uczyni ze mnie roztrzęsioną ofiarę. 

Jaką satysfakcję może czerpać z wyobrażania sobie, że cierpię? - Czuła, jak jej złość wzrasta z minuty na minutę. -
Na pewno będzie chciał sprawdzić, jak bardzo mnie zranił.

- To możliwe.

- To pewne. - Wyrwała mu pierścionek z dłoni i wsunęła sobie na wskazujący palec. - Więc niech zobaczy, że 

to absolutnie nic dla mnie nie znaczy.

Trevor odrzucił głowę do tyłu i roześmiał się.

-  Powinienem  był  to  przewidzieć.  Aldo  mógł  nosić  tę  błahostkę  dla  ciebie  od  lat,  ale  nie  sądzisz,  że  Quinn 

chciałby zbadać pierścionek w poszukiwaniu śladów?

- Może zrobić zdjęcie. - Pierścionek wydawał się ciężki i ciasny, okalał jej palec, niczym pyton owijający się 

wokół ofiary.

Ale ona nie była ofiarą i udowodni to. Nadal odczuwała złość, ale teraz połączoną z podnieceniem. - Będę go 

nosić.

Uśmiech Trevora zbladł.

- Trochę za bardzo ci się to podoba. Co zamierzasz? Mała przynęta, żeby sprowokować tygrysa?

- On nie jest tygrysem, tylko ślimakiem. I co cię to obchodzi, jeŚli chcę go sprowokować? To może wywabić 

go z kryjówki.

Trevor milczał przez chwilę.

- Masz rację. Może tak być, o ile nie rzuci się na ciebie i nie rozerwie na strzępy. - Zaczął schodzić z ganku. - A 

chociaż to rnoże wydawać się dziwne, byłbym niepocieszony, gdyby tak się stało.

- Ale wcale nie próbujesz wybić mi tego z głowy.

- Nie, ale zawsze byłem sukinsynem. Rób, co chcesz, ja i tak

będę przy tobie.

-  Przed  chwilą  dzwoniła  do  mnie  Sara  -  powiedziała  Eve,  gdy  Jane  wróciła  w  chwilę  później.  -  Była 

zmartwiona, mówiła, że sprawiałaś wrażenie zaniepokojonej. O co chodzi z tym pierścionkiem?

Jane wyzywająco uniosła dłoń do góry.

- Prezent od Alda. Wezuwianit. Śliczny, prawda? Eve zamarła.

- Nie bądź taka nonszalancka. Co się dzieje?

- To by było na tyle, jeżeli chodzi o gadanie, że Aldo o mnie zapomniał i ruszył na większe polowanie ..

- Sara powiedziała, że paczka została nadana z Carmel.

background image

-  Aldo  na  pewno  nie  jest  w  Kalifornii.  Będzie  chciał  zobaczyć, czy  pierścionek  zrobił  na  mnie  wrażenie.  -

Zacisnęła usta. - Pewnie ma nadzieje, że chowam się przerażona pod łóżkiem.

- Wydajesz się bardzo tego wszystkiego pewna. - Eve wzięła ją za rękę. - Wygląda na bizantyjski.

- Jestem przekonana, że miał przypominać rzymski. Ale czego można oczekiwać? Pewnie wziął to, co miał pod 

ręką. Zapewne wcale nie tak łatwo zdobyć wezuwianit.

- Więc powinien być łatwy do wytropienia. Zdejmij go.

- Nie.

- Jane.

-  Nie!  -  Wyrwała  dłoń.  -  Będę  go  nosić.  Nie  pozwolę  mu myśleć,  że  mnie  przestraszył.  Będę  nosić  ten 

pierścionek i wystawiać na pokaz, jakby to była tylko błyskotka, którą dostałam od kochanka.

- Kochanka?

- Tak postąpiłaby Cira. - Jane uśmiechnęła się wyzywająco.

- Myśli, że jestem Cirą? Dobrze, zacznę zachowywać się tak jak ona. Cira nigdy by nie pozwoliła, żeby taki 

sukinsyn  ją  stłamsił.  Stanęłaby  z  nim  twarzą  w  twarz,  wyzwała  go  na  pojedynek  i  znalazła  sposób,  żeby  go 
zniszczyć.

- Czyżby? - Eve wpatrywała się w jej twarz. - A skąd ty to wiesz, Jane?

- Tak opisywał ją Trevor. - Jane potrząsnęła głową. - Nie, nie chcę cię okłamywać. Ja to po prostu czuję.

Eve milczała przez chwilę.

- A może śniłaś o tym? Nigdy mi nie powiedziałaś, jak miała na imię kobieta z twojego snu. Czy to była Cira?

Bystra,  inteligentna  Eve.  Jane  powinna  była  wiedzieć,  że  więź  między  nimi  jest  tak  silna,  że  Eve  bez  trudu 

wyczuje, co dzieje się w jej głowie.

- Tak - zaczęła mówić szybko. - Ale to nie jest... Z tego, co wiem, przejęłam wyobrażenia Alda albo Trevora. 

Może kiedyś coś przeczytałam, a teraz po prostu tego nie pamiętam. A może mam zdolności parapsychiczne. Mało 
prawdopodobne, ale lepsze to, niż gdyby okazało się, że jestem na tyle świrnięta, żeby wierzyć, że znam Cirę ze 
snu.

-  Myślę,  że  za  dużo  zaprzeczasz  -  odpowiedziała  Eve.  _  Nie  musisz  mi  się  tłumaczyć,  myślałam,  że 

wyjaśniłyśmy już sobie tę sprawę· - Spojrzała znowu na pierścionek. - Zdejmij go.

- Powiedziałam ci, że ...

- Wiem, co mi powiedziałaś - odparła Eve ostro. - I wiem też,

że to jak machanie czerwona płachtą przed bykiem. Zdejmij go. - Aldo pomyśli, że się przestraszyłam.

- Nie obchodzi mnie to.

- Ale mnie tak. - Jane czuła, że dławi ją w gardle, gdy patrzyła na Eve. Boże, to było takie trudne. - Kocham cię, 

Eve. Nigdy nie chciałam zrobić nic, co by cię unieszczęśliwiło.

- Więc zdejmij pierścionek.

Jane potrząsnęła głową.

-  O  nie.  Nie  możemy  mu  ustąpić.  Być  może  uda  mi  się  nawet  wywabić  go  z  kryjówki  i  zirytować 

wystarczająco, żeby popełnił jakiś błąd. W innym wypadku, jeżeli zrobię krok w tył, on postąpi krok do przodu. Nie 

background image

pozwolę, żeby zapędził mnie do narożnika i pokroił mi twarz. - Zauważyła, że Eve zadrżała, i szybko mówiła dalej: 
- Przykro mi, ale Aldo tego właśnie chce, zobaczyć mnie przerażoną, na kolanach. Nie możemy mu tego dać.

-  Ciebie  też  mu  nie  dam.  Dlaczego  nie  ...  -  Eve  zamknęła  oczy  i  wzięła  głęboki  oddech.  -  Tracę  czas.  -

Otworzyła  oczy  i  dodała  zmęczonym  głosem:  -  Może  masz  rację,  nie  wiem.  Ale  wiem,  że  jeżeli  zamierzasz 
wymachiwać tym pierścionkiem pod nosem Alda, to musimy zapewnić ci wszelką możliwą ochronę· Dzwonię do 
Joego.  Zdejmij  ten  pierścionek,  weź  aparat  cyfrowy  i  zrób  parę  zdjęć,  żeby  Joe  mógł  poszukać  osoby,  która 
sprzedała tę błyskotkę.

- Eve ...

- Nie jestem na ciebie zła. - Eve podniosła słuchawkę. – Po prostu jestem zmęczona i chcę, żeby złapali tego 

maniaka,  zanim  wszyscy  zwariujemy.  -  Uśmiechnęła  się·  -  I  nie,  wcale  nie  twierdzę,  że  jesteś  wariatką.  Jesteś 
krnąbrna i uparta, to na pewno. A teraz idź i zrób te zdjęcia.

ROZDZIAŁ 12

Mylisz się, Jane - powiedział Joe ostro. - To ty grasz według jego reguł.

- Nie, byłoby tak, gdybym schowała ten pierścionek. - Spojrzała mu prosto w oczy. - I ty o tym wiesz. Po prostu 

nie chcesz, żebym ryzykowała. Ale to jest moja szansa. Przyznałbyś to sam, gdyby chodziło o kogokolwiek innego. 
- Wyciągnęła rękę. - Myślisz, że chcę to nosić? Jest mi niedobrze od samego patrzenia na ten pierścionek. Ale tak 
właśnie  trzeba.  -  Rzuciła  plik  zdjęć  na  stolik  do  kawy.  -  Masz  wystarczająco  dużo  zdjęć,  żeby  rozpocząć 
poszukiwania sprzedawcy. Trevor powiedział, że Aldo mógł kupić pierścionek wiele lat temu we Włoszech.

- Zobaczymy. - Joe skrzywił się. - O ile wiemy, żadnej z pozostałych ofiar nie dawał biżuterii. Skoro nosił to 

przy sobie tak długo, na pewno musi uważać cię za kogoś wyjątkowego.

Jane zacisnęła wargi.

- Jeżeli jestem wyjątkowa, to dlatego, że nie jestem ofiarą. I nie będę.

- Mamy taką nadzieję - powiedziała Eve.

- Myśl pozytywnie. - Jane skierowała się w stronę swojego pokoju. - Idę do łóżka. Jeżeli tu zostanę, będziecie 

starali się bezskutecznie skłonić mnie do zmiany zdania i tylko się nawzajem zranimy. Dobranoc, Joe.

- Uciekanie nie powstrzyma mnie przed ... - Zaklął pod nosem, kiedy drzwi sypialni zamknęły się cicho za Jane. 

- Wybij jej to z głowy, Eve. Ciebie posłucha.

- Próbowałam - powiedziała Eve cicho - ale ona teraz nie chce nikogo słuchać. Myśli, że ma rację  i tego się 

trzyma.

- Ona jest jeszcze dzieckiem, do cholery!

- Naprawdę? Wydaje mi się, że odbyliśmy taką samą rozmowę

parę tygodni temu i sam mi powiedziałeś, że J ane nigdy tak naprawdę nie była dzieckiem i że nie ma w tym nic 

złego.

- To było zanim Aldo pojawił się na scenie. Teraz to już nie jest

background image

w porządku.

- Za późno. _ Eve uśmiechnęła się smutno. - Mogliśmy wnieść

trochę dziecięcej radości w jej życie zanim to wszystko się zaczęło,

ale teraz już nie. Zmieniła się.

_ Zrobiła się po prostu bardziej zawzięta.

Eve potrząsnęła głową.

-  Jane  jest  już  w  pełni  ukształtowana,  obserwowałam,  jak  to  się działo.  Przypomina  mi  jedną  z  moich 

rekonstrukcji. Pracuję i pracuję i wiem, że to wszystko jest gdzieś pod moimi palcami, ale nie jest jeszcze gotowe, 
żeby się ujawnić. I nagle wszystko trafia na swoje miejsce.

Joe patrzył na nią ze zmarszczonymi brwiami, więc Eve spróbowała wytłumaczyć jeszcze raz.

-  To  jak  wypalanie  w  piecu  delikatnej  porcelany.  Kiedy  wkładasz  ją  do  środka,  jest  miękka  i  wciąż  jeszcze 

plastyczna, ale kiedy wyjmujesz, jest wypalona w kształt, jaki będzie miała na zawsze. Aldo zrobił to Jane. - Eve 
zacisnęła usta. - Niech spłonie w piekle.

- Jestem za. _ Joe spojrzał na zdjęcia. - Może on nie jest wystarczająco blisko, żeby mógł zobaczyć, jak Jane 

popisuje się

tym pierścionkiem.

Eve uniosła brwi.

- No dobrze, to pobożne życzenie. - Zebrał zdjęcia. - Przefaksuję je na posterunek i spróbuję zbadać historię tej 

paczki z carmel.

- Jane ma rację, prawda? Bez względu na to, jak bardzo nam się to nie podoba, to jest szansa.

Joe przytaknął, podchodząc do faksu. _ Tak, do cholery, ona ma rację.

Światło lampy odbijało się w bladej zieleni wezuwianitu, sprawiając, że kamień mienił się i błyszczał jak zimne 

ostrze noża. Aldo lubi noże, pomyślała Jane.

Nie patrz na to. Nie myśl, co on robił tymi nożami.

Jane zgasiła światło i wsunęła dłoń z pierścionkiem pod kołdrę.

Nie pomogło. W myślach wciąż widziała płonący, lśniący kamień.

Więc zaakceptuj to. Podjęła decyzję i musi ponieść jej konsekwencje. Wyjęła rękę spod kołdry i położyła na 

narzucie. Aldo trzymał ten pierścionek w dłoni. Dotykał go, patrzył na błyszczący kamień i myślał, jak bardzo ten 
prezent ją zaniepokoi. Prawie widziała, jak się uśmiecha, gładząc czule pierścionek.

Cóż, teraz jest mój. I będzie znaczył dla mnie tylko tyle, ile ja zechcę. Więc wypchaj się, Aldo.

Zamknęła oczy i próbowała zapaść w sen. Nie będzie śniła o Cirze ani o Aldzie. Wyrzuć ich z myśli, odpocznij, 

nabierz determinacji i siły.

Nie, nie śpij. Myśl. Przemyśl jeszcze raz wszystko, co wiesz o Aldzie, i znajdź sposób, żeby go pokonać. Miała 

dość  chowania  się  i  pozwalania  mu  myśleć,  że  może  ją  terroryzować.  Sytuacja  się  zmieniła.  Musi  wykonać 
pierwszy ruch.

Przepraszam cię, Eve ...

background image

Następnego ranka Bartlett, jak co dzień, stał na posterunku przed domem. Uśmiechnął się, widząc idącą w jego 

kierunku Jane. - Dzień dobry. Słyszałem, że wczorajsza poczta wywołała drobne zamieszanie.

- Niewielkie. Gdzie jest Trevor?

-  Sprawdza  ochronę  z  Mattem  Singerem.  Zaraz  powinien  tu być.  Możesz  zadzwonić  do  niego  na  komórkę, 

jeżeli to coś ważnego

Jane potrząsnęła głową.

- Muszę porozmawiać z nim osobiście.

- Rozumiem. Cóż, chętnie dotrzymam ci  towarzystwa, kiedy będziesz na niego  czekać  - Spojrzenie  Bartletta 

powędrowało ku dłoni Jane i jego uśmiech zbladł. - Trevor ma rację, naprawdę nie Powinnaś tego nosić.

- Trevor nie próbował mnie powstrzymać.

- Wiem, powiedział, że to zależy od ciebie. Byłem zawiedziony, ale wcale mnie to nie zaskoczyło. - Dlaczego?

- Lubię Trevora. Ale lubiłbym go bardziej, gdyby przyznał, że

nie jest takim twardzielem, jakiego udaje.

- Nie sądzę, żeby było w tym dużo udawania. - Dlatego, że jest w tym wyjątkowo dobry.

-  Jak  wtedy,  kiedy  udawał,  że  jest  ze  Scotland  Yardu  i  prowadzi  śledztwo  w  sprawie  śmierci  twojej  żony? 

Najwyraźniej ty nie dałeś się oszukać.

Bartlett uśmiechnął się.

-  Prawie.  Ale  zorientowałem  się,  że  nie  jest  policjantem,  kiedy  poszedłem  za  nim  do  hotelu  Claridge. 

Policjantów zwykle nie stać na tak drogie noclegi.

- Ale stać na nie szmuglerów i oszustów?

- Właśnie. I kiedy poznałem Trevora, doszedłem do wniosku, że największe szanse na złapanie zabójcy Ellen 

mam właśnie z nim. Miał silną motywację. A motywacja jest bardzo ważna - dodał poważnie.

- Tak samo, jak uczciwość. Ile razy Trevor cię okłamał?

- Tylko ten jeden raz. Na swój sposób on jest bardzo uczciwy. Jane potrząsnęła głową.

- Nie rozumiem takiej uczciwości. Albo jest się szczerym, albo nie.

- Czerń albo biel? Obawiam się, że Trevor działa w zdecydowanie szarej strefie. Ale to lepiej, niż gdyby był 

czarny,  prawda?  Człowiek  z  jego  zdolnościami  byłby  doskonałym  przestępcą.  To  musi  być  dla  niego  ogromna 
pokusa.

- Powiedział mi, że bardzo lubi pieniądze. Bartlett przytaknął.

- Tak mówi.

- Nie wierzysz mu?

- Och, oczywiście, wierzę, że je lubi. Dorastał w biedzie i o wszystko musiał walczyć sam. Ale są inne sposoby 

na zdobycie pieniędzy, kiedy jest się tak uzdolnionym jak Trevor. On nie musi balansować na linie. Ale myślę, że 
spodobało mu się to, kiedy był dzieckiem, i z upływem lat stało się uzależnieniem.

- Czy to dlatego ściga Alda? Nie dla złota, tylko dla samego dreszczyku, towarzyszącego polowaniu?

background image

-  Nie,  myślę,  że jego  pobudki  są  trochę bardziej osobiste.  powiedział  ci,  że  Pietro Tatligno  był  razem  z nim 

najemnikiem w Kolumbii?

Oczy Jane rozszerzyły się ze zdumienia.

- Nie, powiedział tylko, że był znajomym naukowcem.

- I to bardzo dobrym, ale narozrabiał trochę, zanim porzucił

wojskowe życie i  wrócił do szkoły.  Najwyraźniej  on i  Trevor  bardzo się  zaprzyjaźnili  i  to Trevor  polecił go 

Manzie.

- Chcesz powiedzieć, że on ściga Alda z powodu poczucia winy?

- Trevor by temu zaprzeczył. Uważa, że poczucie winy jest

bezproduktywne. - Uśmiechnął się. - Mógłby ci nawet powiedzieć, że chce złapać Alda, bo tamten go oszukał.

- Rzeczywiście powiedział, że Pietro nie zasługiwał na śmierć.

-  Może  jest  gotowy  przyznać  się  do  swoich  prawdziwych pobudek.  -  Bartlett  potrząsnął  głową  i  ponownie 

spojrzał na pierścionek. - Jest bardzo ładny, prawda? To okropne, używać piękna do wywoływania strachu.

- Wywoła w tobie strach tylko wtedy, jeżeli na to pozwolisz. To tylko pierścionek.

- A ona nie zamierza na to pozwolić - odezwał się Trevor zza pleców Jane. - Rozumiem, że Quinn nie zdołał cię 

przekonać, żebyś go zdjęła.

- Nie. - Jane odwróciła się. Trevor wydawał się spięty, niespokojny i po raz kolejny zdała sobie sprawę z ledwie 

skrywanej siły, która emanowała z niego przy każdym ruchu. - To mój pierścionek i mój wybór.

- Prawda. - Trevor zatrzymał się przed nią. - Ale ponieważ nie jestem tak moralny jak Quinn, mogę starać się 

tak manipulować zdarzeniami, żeby twój wybór stał się tak naprawdę moim wyborem.

-  Joe  ma  swoje  zasady,  ale  też  nie  jest  ponad  to.  Więc  może  jesteście  bardziej  do  siebie  podobni,  niż  ci  się 

wydaje.

Trevor skrzywił się.

- Nie mów mu tego, nie byłby zadowolony. On jest bezwzględnie uczciwy, a mnie do tego daleko. Wolę mniej 

uczęszczane Ścieżki, a większość z nich jest splątana jak wąż.

Jane przytaknęła.

- Splątana. Właśnie dlatego wyszłam, żeby z tobą porozmawiać.

- Powiedziałem jej, żeby do ciebie zadzwoniła, a zaraz przyjdziesz - odezwał się Bartlett.

- Zawsze - Trevor spojrzał jej prosto w oczy - i wszędzie. Jane poczuła się ... dziwnie. Zaparło jej dech w piersi. 

Szybko odwróciła wzrok.

- Łatwo powiedzieć. Nie mogłeś być dalej niż kilka metrów stąd.

Uśmiechnął się.

- Ale i tak do mnie nie zadzwoniłaś. Wolałaś przepytać na mój temat mojego przyjaciela Bartletta.

- Jestem wzruszony. - Twarz Bartletta rozjaśnił uśmiech. - Czy wiesz, że po raz pierwszy nazwałeś mnie swoim 

przyjacielem? To bardzo miłe.

Trevor potrząsnął głową z rezygnacją.

background image

- Wiesz, że on naprawdę tak myśli? Z tym nie da się wygrać. - Wziął Jane pod rękę. - Chodźmy stąd, muszę 

wydostać się z jego cienia. Cała ta słodycz i szczerość sprawia, że w porównaniu źle wypadam.

- Nieprawda - zawołał za nimi Bartlett. - Zrobiłem co w mojej mocy, żeby ukazać cię w jak najlepszym świetle. 

A to wcale nie było łatwe.

- Nie wątpię. - Trevor spojrzał na Jane, kiedy ruszyli ścieżką.

- Mam nadzieję, że nie roześmiałaś mu się w twarz.

- Oczywiście, że nie, nie chciałabym urazić jego uczuć.

- Przepraszam, jak mogłem nawet tak pomyśleć. Czy ustawiasz się w kolejce, żeby zostać żoną numer cztery?

-  Nie  przyszłam  tutaj,  żeby  rozmawiać  o  Bartlecie.  -  Jane  zatrzymała  się  i  spojrzała  mu  prosto  w  twarz.  -  I 

dobrze  o  tym  wiesz,  więc  dlaczego  powstrzymujesz  mnie  przed  powiedzeniem  tego,  co  mam  ci  do 
zakomunikowania?

-  Może  po  prostu  dobrze  się  bawię.  Od  chwili,  kiedy  cię  poznałem,  cały  czas  byłaś  spięta,  defensywna  i 

podejrzliwa. Miło jest widzieć cię taką jak teraz.

- To znaczy jaką?

- Taką ... delikatną. Nie przypisuję sobie zasługi za zmianę twojego nastroju, ale zawsze pierwszy korzystam z 

okazji do odpoczynku.

- Nie jestem delikatna. I nigdy nie udawałam, że jestem.

- Większość ludzi ma łagodną stronę. Ty pokazujesz swoją Eve, Quinnowi i Tobiemu. - Trevor zmarszczył nos. 

- A teraz Bartlettowi.

- To co innego.

- I o tym właśnie mówię. To odświeżające. - Podniósł dłoń,

żeby powstrzymać jej słowa. - Dobrze, dobrze widzę, że już się niecierpliwisz. Mów, kiedy będziesz gotowa.

-  Powiedziałeś,  że  Aldo  był  geniuszem  komputerowym.  Kiedy  skumaliście  się  w  Herkulanum,  musiałeś 

dowiedzieć się czegoś jego sposobach surfowania. - Surfowania po internecie?

- A po czym innym?

- Po pierwsze, wcale się nie skumaliśmy. A po drugie, dlaczego, do diabła, chcesz to wiedzieć?

- Nie jestem jeszcze pewna. Coś mi świta, ale to nic konkretnego. Wiem, że nie byliście przyjaciółmi od serca, 

ale obaj byliście maniakami komputerowymi i to musiało was zbliżyć, kiedy siedzieliście odcięci od świata w tym 
tunelu. Na jakimś poziomie musieliście się porozumiewać.

- Czego tak naprawdę szukasz? Jane wzruszyła ramionami.

- Każdy ma swoje ulubione strony internetowe, na które zagląda prawie codziennie. Ja takie mam.

- Ja też. - Trevor zmarszczył brwi. - Chcesz wiedzieć, jakie były ulubione strony Alda?

- A wiesz?

-  Prawdopodobnie.  Tak  jak  powiedziałaś,  łączyła  nas  namiętność  do  komputerów  i  podziwiałem  jego 

umiejętności. Nie dzieliliśmy się informacjami, ale czasem go obserwowałem.

- Potrafisz sobie przypomnieć?

background image

Trevor przytaknął z namysłem.

Cały ten okres jest bardzo dobrze wyryty w mojej pamięci.

Czego ode mnie oczekujesz?

- Żebyś zrobił listę jego ulubionych stron internetowych.

- Mogę nie pamiętać wszystkich, Jane.

- Trudno, spisz te, które pamiętasz. Cokolwiek.

- Po co?

- Od czegoś trzeba zacząć. Nie wiem, w jakim innym miejscu szukać. Leżałam wczoraj w łóżku i usiłowałam 

znaleźć sposób, żeby dopaść Alda zanim on dopadnie mnie. Ale nic o nim nie wiem, w każdym razie nic istotnego. 
-  Machnęła  bezradnie  ręką.  -  Mam  tak  mało  ...  Jest  wariatem.  Myśli,  że  jestem  reinkarnacją  Ciry,  i  zna  się  na 
komputerach. Wybrałam najbardziej konkretną informację, od której mogę zacząć poszukiwania.

- I jak zamierzasz jej użyć, jak już przetrząsnę pamięć i zaopatrzę cię w listę, której potrzebujesz?

- Powiedziałam ci, jeszcze nie jestem pewna. Trevor przyjrzał się jej uważnie.

- Może i nie jesteś jeszcze zupełnie pewna, ale wiesz, co zamierzasz z tym zrobić. Mógłbym odmówić i zmusić 

cię do podzielenia się ze mną tym pomysłem.

- A ja nienawidzę przymusu i nigdy w życiu nie udałoby ci się ponownie namówić mnie do współpracy.

-  To  prawda.  -  Trevor  uśmiechnął  się.  -  Po  prostu  pomyślałem,  że  trochę  poblefuję.  Nie  lubię  błądzić  w 

ciemnościach, ale będę cierpliwy. Wiem, że będę pierwszym, któremu powiesz, kiedy elementy układanki trafią na 
swoje miejsce.

- Dlaczego?

- Bo zdajesz sobie sprawę, że ci pomogę. Nie będę się spierał. Nie

będę starał się powstrzymać cię przed nadstawianiem własnej głowy. Jeżeli zaistnieje najmniej sza szansa, że go 

złapiesz, pozwolę ci na podjęcie każdego ryzyka. - Milczał przez chwilę, a potem dodał: _ Nawet jeżeli to będzie 
oznaczało zabranie cię od Eve i Quinna i pozbawienie tego kokonu bezpieczeństwa, którym cię otoczyli.

Jane, zaskoczona, zdała sobie sprawę, że jest rozczarowana.

Dlaczego? Przecież tego właśnie po nim oczekiwała, tego od niego potrzebowała.

- Dobrze. Na kiedy możesz mi przygotować tę listę?

- Na dziś wieczór. Czy to wystarczająco szybko?

- Skoro nie możesz wcześniej ... - Jane odwróciła się. - I tak będę zajęta dziś po południu.

Trevor zesztywniał. - Czym?

- Idę do centrum handlowego, a potem na pizzę.

- Jak to, do diabła? I myślisz, że Quinn ci na to pozwoli?

-  Nie  bez  walki.  Ale w  końcu pozwoli mi iść,  nie będzie chciał przepuścić okazji  zwabienia Alda. Poproszę 

Eve, żeby poszła ze mną, a Singer da nam kogoś do ochrony.

- Nie muszę więc zgadywać, dlaczego postanowiłaś iść na zakupy, chociaż pizzę mogą ci dostarczyć do domu?

background image

- Aldo uzna zatłoczone centrum handlowe za bezpieczne, a w restauracji będę miała okazję wystawić na pokaz 

jego prezencik. - Uniosła dłoń tak, że kamień rozbłysnął kolorowo w promieniach słońca. - Musi mnie zobaczyć. 
Chcę popchnąć go do działania, chcę, żeby był zły i niepewny . Zabił dwanaście kobiet, o których wiemy, i nigdy 
go  nie  złapano.  Na  pewno  czuje  się  niezwyciężony,  prawie  jak  bóg.  Myśli,  że  wystarczy,  jak  tylko  poczeka  na 
okazję  i  odhaczy  numer  trzynaście.  -  Jane  uśmiechnęła  się  bez  cienia  radości.  -  Ale  musimy  mieć  pewność,  że 
trzynastka to jego pechowa liczba. Zaskoczyć go w chwili, gdy straci równowagę, i wyciągać mu dywan spod nóg, 
aż się przewróci.

- I myślisz, że popisywanie się tym pierścionkiem pomoże?

- To zawsze jakiś początek. Jeżeli nawet nie wywabię go z kryjówki, to przynajmniej zezłoszczę.

- Na pewno.  - Trevor  zamilkł na chwilę. - Chciałbym zobaczyć cię  w akcji. Może pójdę  za wami i  będę  się 

przyglądał.

Jane potrząsnęła głową.

- Masz zadanie do wykonania. Poza tym nie chcę, żeby Aldo widział mnie z jakąkolwiek widoczną ochroną. 

Wywrę na nim o wiele większy efekt, jeżeli będę tylko z Eve i pokażę mu, jak mało dla mnie znaczy.

- Nie zobaczyłby mnie.

- Myślałam, że pozwolisz mi samej nadstawiać karku.

Wzruszył ramionami.

- To nie takie proste, jak myślałem. Pracuję nad tym.

- Pracuj ciężej. - Ruszyła w stronę domu. - Ty zostajesz tutaj.

Była zarumieniona, rozpromieniona, piękna. I triumfowała.

Aldo  próbował  stłumić  złość,  która  płonęła  w  nim,  kiedy  patrzył,  jak  roześmiana  szła  z  Eve  Duncan  przez 

parking  w  stronę  restauracji.  Teraz  suka  gestykulowała  ręką,  a  każdy  ruch  sprawiał,  że  pierścionek  na  jej  palcu 
mienił się w słońcu.

Tak  samo  było  w  centrum  handlowym.  Jane  promieniała,  z  twarzą  tak  pełną  życia,  że  czuł  się,  jakby 

wymierzyła mu siarczysty policzek.

Wyzywała go nie tylko jego prezentem, ale całą swoją obecnością.

Nie bała się. Pierścionek nic dla niej nie znaczył, groźba wywołała tylko śmiech.

Aldo poczuł, jak rodzi się w nim niepohamowany gniew. Jak ona śmie? Czy nie widzi, że jej czas nadszedł, a 

on, Aldo, jest meczem, który przebije jej kamienne serce?

Zachowaj spokój. Jeszcze dasz jej nauczkę. W swoim czasie każda zniewaga zostanie pomszczona. Zedrze z jej 

twarzy ten uśmiech.

Suka!

Ale nie mógł znieść myśli, że tak nim gardziła, że odważyła się traktować go, jakby był nikim. Nie mógł jej na 

to pozwalać. Musi jej pokazać. Ona musi zdać sobie sprawę, z kim ma do czynienia.

- Zadowolona? - spytała Eve cicho, kiedy wracały do domu.

- Wyglądasz, jakby przejechała po tobie ciężarówka.

- I tak się czuję. - Jane oparła się o zagłówek i zamknęła oczy.

background image

- Nigdy bym nie przypuszczała, że udawanie radości może być

takie wyczerpujące. Jestem skonana.

- Ja też - powiedziała Eve. - Ale ja jestem zmęczona ciągłym dyskretnym zerkaniem przez ramię.

- Bardzo dyskretnym. - Jane otworzyła oczy i uśmiechnęła się·

- Dziękuję ci za to. Na nic by się zdało całe moje okazywanie beztroski i lekceważenia, gdybyś ty wyglądała na 

zmartwioną.

- Wiem. - Eve zaparkowała przed domem. - I nie miałam zamiaru przechodzić przez to wszystko na próżno -

dodała spoglądając na Jane. - Bo to nie poszło na marne, prawda? Myślisz, że Aldo nas obserwował?

Boże, mam nadzieję, że tam był, pomyślała wyczerpana Jane. - Nie wiem. Parę razy miałam wrażenie, jakby... 

Może. W każdym razie warto było spróbować.

-  Ten  jeden  raz  -  powiedziała  Eve.  -  Joe  i  ja  zgodziliśmy  się,  ale  czeka  cię  długa  walka,  jeżeli  zamierzasz 

uczynić z prowokowania Alda codzienny rytuał.

Jane przytaknęła, wysiadając z samochodu. - Na pewno nie codzienny.

- To zbyt wymijająca odpowiedź - odrzekła Eve. - Miałam na myśli ostateczny koniec... - Umilkła na chwilę. -

Dobrze, bądźmy rozsądne. Jeżeli będziesz to kontynuowała, to staniesz się przewidywalna, a to mogłoby okazać się 
fatalne w skutkach.

Jane uśmiechnęła się.

- Zgadzam się. Nie będziemy przewidywalni.

- Cieszę się, że powiedziałaś "my". Zdaniem  Joego  i moim zaczynasz robić się trochę zbyt niezależna. To nas 

przeraża.

Jane potrząsnęła głową.

- Przecież poprosiłam, żebyś pojechała ze mną. Nie chcę być niezależna, jeżeli to oznacza wykluczenie ciebie. 

Byłam zbyt często samotna w dzieciństwie. To do dupy.

Eve zachichotała.

- Tak, to prawda. - Wzięła Jane pod ramię. - Jak to delikatnie ujęłaś, samotność rzeczywiście jest do dupy. -

Spojrzała na jezioro. - Piękny zachód słońca. Nigdy nie mam ich dość, wpływają kojąco na moją duszę.

Jane pokręciła głową.

- Na moją nie. Żeby mnie ukoić potrzeba dużo więcej niż zachód słońca. Ty doskonale sobie z tym radzisz.

- Naprawdę? - Eve spojrzała na nią niepewnie. - Nigdy nie okazywałaś, że potrzebujesz ukojenia.

-  Bo  zawsze  mogłam  na  ciebie  liczyć.  Nie  musiałaś  nic  robić.  -   Jane  otworzyła  drzwi.  -  Chcesz,  żebym 

pomogła ci przy obiedzie?

Eve  potrząsnęła  głową.-   Później,  kiedy  Joe  wróci,  zrobię  sałatkę  i  parę  kanapek.  W  takim  razie  pójdę  po 

laptopa i odrobię na ganku pracę domową-  zdecydowała Jane, ruszając korytarzem w stronę swojego pokoju.-  Nie 
przygotowuj nic dla mnie, nie jestem głodna po tej pizzy. Prawie wcale nie czułam jej smaku, ale najadłam się·

Ledwie  zdążyła  otworzyć  komputer,  zadzwoniła  jej  komórka.  _  Dziwka.  Suka.  Puszysz  się  i  wystawiasz  na 

pokaz jak prostytutka, którą zresztą jesteś. Jesteś z siebie dumna? Naprawdę myślisz, że udowodniłaś cokolwiek, 
nosząc ten pierścionek? To nie znaczyło dla mnie absolutnie nic.

background image

Jane zamarła.

Aldo. Jego słowa pełne nienawiści i złości.

Trzymaj  się. Powinna była zdawać sobie sprawę, że zdobędzie numer jej komórki. Nie pozwól, żeby wyczuł 

twój strach i zaskoczenie.

-  Dla mnie to też nic nie znaczyło. Po prostu małe świecidełko.

Dlaczego nie miałabym go nosić? Przykro mi, że czujesz się zawiedziony.

- Ten kamień pochodzi z twojej góry, tej, która cię zabiła. Czy to nie przywołuje żadnych wspomnień? Mam 

nadzieję, że się nimi udusisz.

- Nie mam pojęcia, o czym mówisz. Naprawdę uwierzyłeś, u pozwolę ci trzymać  mnie w zamknięciu w tym 

domu? Chodzę tam, gdzie mam ochotę. Wiesz, że kelnerce w pizzerii podobał się ten pierścionek? Powiedziałam 
jej,  że  dostałam  go  od  mężczyzny,  który  chodzi  za  mną  jak  zagubiony  szczeniak.  Obie  serdecznie  się  z  tego 
uśmiałyśmy.

-  Zagubiony szczeniak? - Słyszała wściekłość w jego głosie.

-  Czy ty zdajesz sobie sprawę, jaki jestem potężny? Ile kobiet z twoją twarzą zamordowałem?

- Nie chcę wiedzieć - przerwała mu. - Dlaczego dzwonisz do

mnie teraz, Aldo? Nigdy wcześniej tego nie robiłeś. Myślę, że kłamiesz. Udało mi się nieźle cię wkurzyć.

- To  nic dla mnie nie znaczyło  - powtórzył. - Po prostu doszedłem do wniosku, że nie ma żadnego powodu, 

żebym  ukrywał  się  przed  tobą.  Może  upłynąć  jeszcze  wiele  czasu,  zanim odbiorę  ci  życie.  Miesiące,  może  lata. 
Teraz,  kiedy  cię  znalazłem,  nie  ważne,  jak  długo  to  potrwa.  Dopóki  cię  obserwuję  i  strzegę,  nigdzie  mi  nie 
uciekniesz. Ale zasługuję na przyjemność zbliżenia się do ciebie, słuchania twojego głosu, odczuwania, jak rośnie 
twój strach. To moje prawo.

- A ja mam prawo odłożyć słuchawkę.

- Ale nie zrobisz tego. Będziesz dalej ze mną rozmawiać, bo masz nadzieję, że powiem coś, co naprowadzi na 

mnie Quinna i Trevora. A po każdym słowie, które wypowiesz, ja odczuję dreszcz przyjemności.

Jane poczuła, że robi jej się niedobrze. On naprawdę tak myślał.

W jego głosie słyszała gorączkowe podniecenie zabarwione złością. Ale miał rację, musi skorzystać z tej okazji.

- Za kogo ty mnie w ogóle uważasz?

- Nie uważam, tylko wiem. Jesteś Cirą. Myślałem, że pochowałem cię w tym tunelu, ale po zabiciu tej kobiety 

w Rzymie zdałem sobie sprawę, że jesteś zbyt silna i narodzisz się znowu. Wiedziałem, że muszę szukać tak długo, 
aż cię odnajdę.

- Naprawdę jesteś szalony. Nie jestem Cirą. Jestem Jane McGuire.

- Z duszą Ciry. I dobrze o tym wiesz. W przeciwnym razie dlaczego związałabyś się z rzeźbiarką sądową, jaką 

jest Eve Duncan? Wiedziałaś, że przybędę, żeby zniszczyć tę ohydną twarz, i chciałaś, żeby przetrwała. Nic z tego. 
Czy ty wiesz, ile razy budziłem się w nocy i widziałem, jak mój ojciec wpatruje się w ciebie? Nie pamiętam, żeby 
kiedykolwiek dotykał  mnie  z  takim  uczuciem,  z  jakim  głaskał  ten  pieprzony posąg,  jakby  to  była  kobieta,  którą 
kochał. Kiedy miałem dziesięć lat, próbowałem go zniszczyć i ojciec zbił mnie tak, że nie mogłem chodzić przez 
tydzień.

- Czy mam ci współczuć? Ojciec powinien był utopić cię zaraz po urodzeniu.

background image

- On pewnie myślał tak samo. Stałem się dla niego jedynie ciężarem, odkąd ty pojawiłaś się w jego życiu. Ale 

teraz się  odegram. Więc  napawaj  się swoim triumfem. Siedź w tym domu otoczona ludźmi,  których udało  ci się 
oszukać. Zgnijesz tam. dziwko.

Rozłączył się.

Jane  nie  mogła  się  ruszyć.  Czuła  się,  jakby  ktoś  ją  wychłostał,  pobił.  Dobry  Boże,  Aldo  był  przepełniony 

nienawiścią, a ta trucizna pożerała wszystko i paraliżowała.

Musisz  się  z  tym  uporać.  Aldo  chce,  żebyś  czuła  się  słaba  i  bezradna.  Przemyśl  jeszcze  raz  wszystko,  co 

powiedział, i postaraj się znaleźć w całym tym obrzydlistwie coś pozytywnego. Zmusiła się do wyłączenia telefonu 
i oparła głowę o huśtawkę.

Pozytywnego? Mój Boże.

- Poczta - powiedział Trevor, wchodząc na ganek godzinę później. - Dla ciebie jest tylko list z ... Do diabła, co 

ci jest?

- Nic, wszystko w porządku. - Nie była to do końca prawda, chociaż rzeczywiście czuła się już lepiej. Nie była 

zaskoczona faktem, że Trevor zauważył, jak bardzo jest zdenerwowana. Był to jeden z powodów, dla których nie 
chciała wejść do domu i spotkać Eve. Dodała z wahaniem. - To nie był miły dzień.

- To był twój pomysł, żeby machać tym piekielnym pierścionkiem przed nosem Alda. - Trevor przyglądał jej 

się uważnie. - Ale nie oczekiwałem aż takiej reakcji.

-  Ja  też  nie.  -  Jane  próbowała  się  uśmiechnąć.  -  Ale  chyba  nie  powinnam  narzekać.  Właściwie  moja  mała 

prowokacja zakończyła się pełnym sukcesem. Próbowałam skłonić Alda, żeby zrobił jakiś ruch, i osiągnęłam ten 
cel.

- Jak to?

- Dzwonił do mnie - spojrzała na telefon, który wciąż ściskała w dłoni - jakąś godzinę temu.

- Kurcze blade. I co powiedział?

-  Był  wściekły.  Nie  spodobało  mu  się,  że  jego  prezent  nie wywarł  na  mnie  wrażenia.  Ta  rozmowa  była  ... 

wstrętna. – Oblizała wargi. - Bredził, że mam duszę Ciry i jak bardzo nienawidzi ... mój Boże, nienawidzi mojej 
twarzy.  Że  ma  do  spełnienia  misję  i  musi  oczyścić  świat  ze  wszystkich  moich  wizerunków.  Miałeś  rację,  te 
wszystkie morderstwa były symbolicznymi zabójstwami Ciry.

- Ale do żadnej innej z ofiar nie dzwonił - powiedział ponuro Trevor. - Ani nie wykosztowywał się dla nich na 

śliczne błyskotki.

- Żadna z nich nie doprowadziła go do takiej wściekłości jak ja.

Siedziałam tutaj i usiłowałam wyciągnąć jakieś wnioski z całej tej rozmowy, ale to trudne. Jedyna korzyść, jaką 

widzę, jest taka, że na pewno zadzwoni znowu, uważa, że to jego zasłużona nagroda. powiedział też, że nigdzie mu 
się  nie  spieszy i  może  długo  czekać,  zanim  mnie  zabije.  Chce  mnie  złamać  i  przestraszyć.  -  Zacisnęła  dłonie  w 
pięści. - Jemu może nie, ale mnie się bardzo spieszy. Długo tego nie wytrzymam.

- Zrobiliśmy dzisiaj znaczne postępy. Zadzwonił do ciebie.

- To nie wystarczy, on naprawdę zrobi tak, jak powiedział.

Będzie czekał, aż wyciśnie do końca przyjemność  z tej sytuacji.  -Zacisnęła usta. - Był... wstrętny. Nigdy nie 

miałam do czynienia z czymś tak obrzydliwym. On ... przeraził mnie i nie mogę pozwolić, żeby zrobił to ponownie.

- Możemy poprosić Quinna, żeby sprawdził rejestr rozmów telefonicznych i spróbował go namierzyć.

background image

Jane skinęła głową.

- Pomyślałam już o tym. Ale nie sądzę, żeby zadzwonił, gdyby nie był w pełni przekonany, że to bezpieczne.

- I tak spróbujemy.

-  Oczywiście.  -  Wyprostowała  się  na  huśtawce.  –  Zrobimy wszystko,  co  w  naszej  mocy.  Wieczorem 

porozmawiam z Joem i Eve.

- Dlaczego nie teraz?

- Nie chcę, żeby widzieli mnie w takim stanie ... nie teraz.

Rozmowa  z  Trevorem  zmniejszyła  trochę  obezwładniający  strach,  wywołany  telefonem  Alda,  ale  Jane  i  tak 

musiała na chwilę oderwać myśli, wyrzucić z głowy jego wspomnienie. Popatrzyła na kopertę, którą Trevor wciąż 
trzymał w dłoni.

- Mówiłeś, że jest do mnie jakiś list?

Trevor przez chwilę nic nie mówił, a potem uśmiechnął się blado.

- Tak, z Harvardu. Wysyłałaś tam dokumenty?

Jane z ulgą zdała sobie sprawę, że Trevor pozwala jej na zmianę tematu.

-Tak,  ubiegałam  się  o  wcześniejsze  przyjęcie.  -  Wzięła  list, i  rzuciła  go  na  huśtawkę. -  Może  mnie  przyjęli. 

Byłoby miło.

- Twój entuzjazm jest powalający.

- Nie jestem pewna, czy chcę iść do szkoły Ivy League, ale Joe tam studiował i bardzo mu się podobało. Masz 

dla mnie listę?

Trevor sięgnął do kieszeni i podał jej kartkę papieru.

- To wszystko, co udało mi się przypomnieć. On może już wcale nie wchodzić na te strony.

- A może wchodzi. - Rzuciła okiem na listę. - Dwie z nich to włoskie strony. Jedna gazeta angielska ...

- Przez dwa lata uczył się w Oxfordzie i chciał zachować tamtejsze kontakty.

- A ta we Florencji, "La Nazione". To też gazeta?

Trevor przytaknął.

-  Aldo  tam dorastał.  Większość ludzi lubi  wiedzieć, co  się dzieje w  ich  rodzinnych miastach. Odwiedzał też 

stronę innej, rzymskiej gazety, "Corriere delia Sera".

- A ta? - Jane wskazała na jeden z adresów.

- "Archaeology Journal"? To tygodnik, biblia współczesnej archeologii.

- Ale przecież Aldo był aktorem, to jego ojciec był archeologiem. Prawdopodobnie teraz już nie odwiedza tej 

strony.

- Nie sądzę, tam często ukazują się artykuły o Pompejach i Herkulanum, a tym on jest głęboko zainteresowany.

Jane popatrzyła na następny adres.

- Ta strona też jest z Rzymu. Kolejna gazeta?

Trevor uśmiechnął się.

background image

- Nie, jedna z najlepszych włoskich stron pornograficznych,

Bardzo dosadna, bardzo sprośna. Mogę się założyć, że tę na pewno jeszcze od czasu do czasu odwiedza.

- Jak bardzo sprośna?

-  Też  byłem  ciekawy,  kiedy  zobaczyłem,  że  na  nią  wchodzi,  więc  sprawdziłem.  Specjalizują  się  w 

sadomasochizmie i nekrofilii. - Gwałceniu martwych ludzi? - Jane zadrżała. - Na samą myśl cierpnie mi skóra.

- To potwierdziło moją opinię, że Aldo nie jest miłym facetem.

- Powiedziałeś, że poza tymi pierwszymi kobietami w Rzymie

nie zgwałcił żadnej innej ofiary.

- Co nie  znaczy, że nie  jest  zainteresowany seksem ..  Może uznał, że pozostałe kobiety nie  były tego warte. 

Albo teraz podnieca go już samo zabijanie.

Jane z trudem przełknęła ślinę.

- Te kobiety, które zgwałcił ... Zrobił to przed, czy po ich śmierci? 

- Po.

- To chore.

- Bez dwóch zdań. Chciałabyś wiedzieć coś jeszcze?

- Dam ci znać. - Myśli Jane błądziły wokół adresów stron

z listy. - Sama spróbuję rozszyfrować resztę. Mogę skorzystać z translatora i uzyskać przybliżone tłumaczenie.

- Rozumiem, że zostaję odesłany.

- Na razie.

- Czy będę miał zaszczyt poznania twoich planów co do tych adresów?

Jane podniosła głowę.

- Och, tak. Będziesz mi potrzebny.

- To  pocieszające - rzucił ironicznie. - Wydaje  mi się, że rzadko przyznajesz, że ktoś jest  ci potrzebny. - To 

prawda.

- Czy możesz w przybliżeniu określić, kiedy się odezwiesz?

Potrząsnęła głową.

- Muszę to wszystko przemyśleć i sprawdzić kilka rzeczy.

- I przyjść do siebie po słownym ataku Alda.

- Już jest mi lepiej. - To była prawda, dzięki Bogu. Oderwanie

Uwagi osłabiło emocjonalną siłę jadu Alda. - Byłam głupia, że tak się zdenerwowałam. W końcu jego telefon to 

tak naprawdę moje zwycięstwo. I znamy już dokładnie jego nastawienie i intencje.

- Rozumiem, że ta rozmowa sprecyzowała też twoje nastawienie i teraz będziesz działać z prędkością światła.

- Nie potrzebowałam takiej zachęty.

background image

- Nie, cały czas działasz na pełnych obrotach. - Uniósł brwi.

- Nie mogę się doczekać, żeby zobaczyć, do czego zmierzasz.

- Ja też - powiedziała oschle. - Mam tylko nadzieję, że to nie będzie ślepy zaułek.

- Jeżeli nawet, zawsze można się cofnąć i znaleźć inną drogę wyjścia.

Gorąco. Noc bez powietrza. Bieg. Sypiące się skały. Ból.

- Nie chcę się cofać - powiedziała przez zaciśnięte zęby.

- Muszę iść prosto przed siebie i zniszczyć tego sukinsyna, jeżeli

stanie mi na drodze.

Trevor gwizdnął cicho.

-  Popieram  na  całej  linii.  -  Zaczął  schodzić  z  ganku.  -  Sam  przygotuję  buldożer,  którym  go  przejedziesz. 

Powiedz tylko słowo.

Jane milczała, wpatrując się w listę.

Trevor potrząsał głową ze smutkiem, idąc w stronę Bartletta.

Jane  była  tak  pochłonięta,  że  wyrzuciła  z  pamięci  telefon  od  Alda  i  prawdopodobnie  zapomniała  już  też  o 

Trevorze. Niezbyt pocieszające dla męskiego ego.

Do diabła z tym! Nie może stosować żadnych zasad obowiązujących w zwykłych damsko-męskich związkach 

do swojej relacji z Jane.

Lepiej, żeby tego nie robił.

- Jest podekscytowana. - Bartlett nie odrywał wzroku od Jane.

- Wygląda tak, jakby dostała od ciebie jakiś prezent.

-  W  pewnym  sensie,  chociaż  nie  była  to  ani  bombonierka, ani  bukiet  kwiatów,  tylko  lista  ulubionych  stron

internetowych Alda.

- Rozumiem - przytaknął Bartlett z powagą. - To o wiele lepszy prezent niż bombonierka. Poza tym nie sądzę, 

żeby akurat ona doceniła słodycz.

- Może nigdy nie miała okazji tak naprawdę jej spróbować.

Jane siedziała z głową pochyloną nad listą i Trevor mógł dostrzec sprężystą, szczupłą sylwetkę, kiedy sięgała 

po  laptopa.  Każdy  ruch  wykonywała  z  naturalną  gracją,  która  była  zupełnie  nieświadoma.  Sama  młodość  bez 
właściwej temu wiekowi niezgrabności. Ogień i elegancja. Płonęła jak świeca w ...

- Nie, Trevor. Spojrzał na Bartletta. - Słucham?

Bartlett potrząsał głową ze zmartwioną miną. - Ona jest za młoda.

- Myślisz, że o tym nie wiem? - Trevor próbował oderwać wzrok od Jane. - Ale patrzenie jeszcze nikomu nie 

zaszkodziło. - Może zaszkodzić. Ona nie jest ani posągiem, ani Cirą.

- Nie? - Trevor skrzywił się. - Powiedz to tamtemu.

- Mówię tobie - westchnął Bartlett. - A wcale nie powinienem musieć ci tego mówić. Możesz ją skrzywdzić.

Trevor uśmiechnął się szelmowsko.

background image

- Jane by temu zaprzeczyła. Powiedziałaby, że to raczej ona może skrzywdzić mnie.

- Ale ty wiesz, że to nieprawda. Doświadczenie też się liczy, a ona ma tylko siedemnaście lat.

Trevor odwrócił się.

- Dlaczego my w ogóle o tym rozmawiamy? Powiedziałem ci, że ja tylko patrzę.

- Mam nadzieję.

-  Możesz  być  tego  pewien.  -  Trevor  ruszył  ścieżką.  -  Wrócę  za godzinę  i  zastąpię  cię.  Jane  spędziła  całe 

popołudnie, prowokując Alda i on jest wściekły jak cholera. Chcę tu być, jeżeli zdecyduje się zaatakować.

ROZDZIAŁ 13

Przez cały wieczór mi się przyglądasz. Czuję się jak pod mikroskopem. - Eve odwróciła się od stojącej przed 

nią rekonstrukcji, żeby spojrzeć na Jane. - Coś się stało? Ciągle martwisz się tym telefonem od Alda?

- Trochę - Jane westchnęła i skrzywiła się. - Chyba rozumiesz, że dosyć dobrze wrył mi się w pamięć.

- To oczywiste. Ja też się tym martwię od chwili, kiedy mi o tym powiedziałaś.

- Ale zapomnisz, jak tylko pogrążysz się w pracy. To błogosławieństwo, prawda?

-  Praca  zawsze  jest  dla  mnie  najlepszym  lekarstwem.  -  Zgodziła  się.  -  Niepokoi  cię,  że  przeszkadzasz  mi  w 

pracy nad tą rekonstrukcją?

Jane potrząsnęła głową.

- Zastanawiałam się tylko, czy daleko ci jeszcze do końca.

- Skończę jutro. Uporałabym się z tym dzisiaj, gdybyś nie wyciągnęła mnie na zakupy.

- Nie protestowałaś.

-  Oczywiście,  że  nie.  Utrzymanie  cię  przy  życiu  jest  dużo  ważniejsze  niż  identyfikacja  tej  biednej,  martwej 

dziewczyny.

- Jak ją nazwałaś?

- Lucy. - Dłonie Eve poruszały się szybko nad czaszką, kiedy mierzyła odległość pomiędzy oczami. - Policja z 

Chicago  przypuszcza,  że  to  może  być  dziecko,  które  zaginęło  ponad  piętnaście  lat  temu.  Jej  rodzice  muszą 
przechodzić piekło.

- Tak jak ty.

Eve nie zaprzeczyła.

- Ja przynajmniej mogę przywrócić rodzicom ich dzieci. Zawsze to jakieś zamknięcie sprawy.

- Bzdura. Bardzo to szlachetne, ale ty nadal cierpisz.

- To prawda. - Eve uśmiechnęła się blado. - Mogę zapytać, dlaczego akurat dzisiaj tak bardzo interesujesz się 

moją pracą?

- Zawsze się interesuję. Jest trochę przerażająca, ale to część ciebie.

- Ta przerażająca część.

background image

- Ty to powiedziałaś - Jane uśmiechnęła się szeroko. - Ja bym

się nie odważyła. Więc Lucy leci jutro z powrotem do Chicago? - Prawdopodobnie. - Eve uniosła brwi. - Czy to 

ważne, żebym skończyła ją jak najszybciej?

- Może. Siedziałam tutaj i myślałam ... - Wzrok Jane spoczął na czaszce. - Jakie ... to uczucie?

- Dotykanie jej twarzy? - Eve zamilkła, zastanawiając się chwilę. - Nie jest przerażające. Robię to od tak dawna, 

że ciężko mi opisać swoje odczucia.

- Litość?

- Tak. I złość, i smutek. - Eve delikatnie dotknęła policzka

Lucy. - I bardzo silna potrzeba przywołania jej z powrotem do domu. Dom był zawsze dla mnie bardzo ważny, 

a tak wielu jest zaginionych na świecie.

-  Słyszałam  już  wcześniej,  jak  o  tym  mówiłaś.  Naprawdę  wierzysz,  że  jej  dusza  błąka  się  gdzieś  bez  celu  i 

zależy jej na tym, żeby ktoś przywołał ją do domu?

- Nie wiem. Może. Ale wiem, że mi zależy. - Mówiąc to, Eve wygładziła glinę na czole Lucy. - A teraz idź do 

łóżka i pozwól mi pracować, bo nigdy jej nie skończę.

- Dobrze - Jane wstała - po prostu byłam ciekawa.

- Jane?

Jane zerknęła na nią przez ramię.

- Dlaczego akurat teraz? - spytała Eve. - Moja praca nigdy cię aż tak nie interesowała.

Jane odwróciła się, żeby spojrzeć Eve prosto w twarz.

- Nigdy wcześniej nie byłam tak bliska własnej śmierci. To musiało zrodzić we mnie pytanie, co czeka na nas 

po drugiej stronie.

- Na razie jedyną rzeczą, jaka czeka ciebie, jest długie i szczęśliwe życie.

-  Nie  martw  się,  nie  jestem  przygnębiona  ani  nastawiona  pesymistycznie.  Nie  wiem,  skąd  wzięły  mi  się  te 

myśli. Siedziałam tutaj, przyglądałam się tobie, myśląc o czym i. zupełnie innym i nagle zdałam sobie sprawę ... -
zamilkła. - Cira jest jedną z tych zaginionych - dodała po chwili. - Wydaje się, że nikt nie wie, co się z nią stało. 
Prawdopodobnie zginęła w wybuchu tego wulkanu.

- Dwa tysiące lat temu, Jane.

- Czy czas ma tu jakieś znaczenie? Zagubiona to zagubiona.

- Nie, chyba nie ma. Odbiera tylko sprawie osobisty, rodzinny

wymiar.

- Nie zgadzam się.  - Jane  wyciągnęła rękę, dotknęła policzka i  przeciągnęła palcami  do skroni.  - Traktuję to 

bardzo osobiście. Ona miała moją twarz.

- I martwi cię, że jest jedną z tych zagubionych?

- Nie wiem. Może wcale nie była zagubiona. Może nie zginęła. Może, otoczona praprawnukami, dożyła stu lat. 

- To możliwe.

background image

-  Tak,  ale  zadaję sobie jedno  pytanie:  a jeżeli  masz  rację i  zagubione dusze  rzeczywiście  wracają  do domu? 

Jeżeli te sny, które miałam, były jej wołaniem o pomoc, sygnałem, że trzeba ją odnaleźć i doprowadzić na miejsce 
ostatecznego spoczynku?

- Tak właśnie myślisz? Muszę zauważyć, że jest to kompletnie nierealny wniosek.

-  To  twój  obowiązek.  -  Jane  milczała  przez  chwilę. -  Wcale  nie jestem  już  pewna,  co jest  realne,  a  co  nie  i 

jestem  przekonana,  że  ty  też  tego  nie  wiesz.  Moje  wytłumaczenie  jest  tak  samo  sensowne  jak  to,  że  odbieram 
metafizyczne wibracje. - Wzruszyła ramionami. - Ale pomogłoby mi, gdybym miała jakiegoś przewodnika. Może 
powinnaś zapytać Bonnie, co się ze mną dzieje.

- Czy to miał być żart?

- Nie złośliwy. Ona rządzi twoim światem i to mi nie przeszkadza. Po prostu pomyślałam, że zagonimy ją do 

pracy.  -  Jane  ruszyła  korytarzem.  -  Zapomnij  o  tym.  Sami  się  z  tym  uporamy.  Ale  spróbuj  skończyć  Lucy  dziś 
wieczorem.

Jane  włączyła  laptopa,  gdy  tylko  znalazła  się  w  swoim  pokoju  i  od  razu  weszła  na  stronę  "Archaeology 

Journal".  Bardzo  poważne  materiały.  Trudno  było  uwierzyć,  że  taki  świrus  jak  Aldo  mógłby  być  czymś  takim 
zainteresowany. Żadnych artykułów o najnowszych odkryciach w Herkulanum.

Spięta do granic możliwości, wzięła głęboki oddech i weszła na stronę porno. Zerknęła na nią już wcześniej, ale 

musiała się upewnić ... Po pięciu minutach nie mogła  dłużej patrzeć. Potworne. Wydawało się niemożliwe, żeby 
ktokolwiek mógł mieć upodobanie w takim plugastwie. Zapomnij o tym. Sprawdź następną stronę. One wszystkie 
pomagają stworzyć wizerunek Alda, który staje się z każdą minutą coraz wyraźniejszy.

Ostatnią stronę z listy Trevora obejrzała o trzeciej czterdzieści dwie rano. Odchyliła się na krześle i próbowała 

stłumić rosnące w niej podniecenie. Czy to się uda?

Przynajmniej  jest  jakaś  szansa.  Sukces  będzie  zależał  od  wielu  czynników,  wśród  których  niebagatelną  rolę 

odegra nieprzewidywalny łut szczęścia.

Cóż, w końcu należy im się trochę szczęścia, do cholery! Sięgnęła po telefon i zaczęła wystukiwać numer.

Słońce  świeciło  jasno.  Eve  i  Joe  siedzieli  przy  śniadaniu  skąpani  w  jego  czystych  promieniach.  Wszystko 

wydawało się takie piękne, pełne miłości i spokoju, tak różne od mrocznego świata Alda, w którym Jane zanurzyła 
się poprzedniej nocy.

Jane przystanęła na chwilę i przyjrzała się im z wahaniem.

Przestań. Podjęłaś już decyzję i teraz nie możesz się wycofać.

- Dzień dobry. Nie słyszałam, jak wczoraj wróciłeś, Joe. - Podeszła do lodówki i wyjęła sok pomarańczowy. -

Było bardzo późno?

- Tak - odparł, przełykając kawę - ale powinnaś była mnie słyszeć. Widziałem światło pod twoimi drzwiami.

- Byłam zajęta. - Jane nalała sok do szklanki. - Jak ci idzie z Lucy, Eve?

- Skończyłam. - Eve uśmiechnęła się blado. - Tak jak rozkazałaś, młoda damo.

ROZDZIAŁ 14

Nic tutaj nie ma - mruknęła Jane, nie odrywając wzroku od strony "La Nazione" na ekranie komputera. - Ani 

słowa.

background image

- Minęły dopiero dwa dni - zauważyła Eve. - Nie do końca wiem, na czym polega włamywanie się na strony 

internetowe, ale myślę, że potrzeba na to trochę więcej czasu.

- Więc dlaczego nie zadzwonił do nas i nie powiedział, że ma kłopoty? Zapewnił, że przygotowania zajmą tylko 

trzy tygodnie. _ Rzucił ten termin niezobowiązująco, to ty wyryłaś go w kamieniu.

Jane wzruszyła ramionami.

- To prawda, ale chciałam go tylko trochę zdopingować.

- Nie sądzę, żeby Trevor potrzebował dopingu. Działał na

pełnych obrotach, kiedy stąd odjeżdżał.

- Tylko  żeby  nie  zwolnił  bez  ...  O,  tutaj  jest!  -  Jane,  podekscytowana,  pochyliła  się  do  przodu.  -  Maleńki 

artykulik u dołu piątej strony.

- Gdzie? - Eve zajrzała jej przez ramię. - To tylko cztery linijki. - Dokładnie tyle, ile trzeba. Nie rzuca się w 

oczy, ale wystarczy, żeby przyciągnąć uwagę Alda. - Jane wyszła ze strony gazety z Florencji i otworzyła witrynę 
rzymskiej. - Gdyby notatka była dłuższa, mogłaby wydać się podejrzana.

- Jestem pewna, że Trevor doceniłby twoje uznanie.

- Nic by go to nie obeszło. - Jane uważnie przeglądała artykuły.

- Ale jest bystry, prawda? To musiało być bardzo trudne ... O, tu jest - uśmiechnęła się. - Notatka jest podpisana 

AP,  jak  gdyby  była  zaczerpnięta  z  gazety  z  Florencji.  -  Weszła  na  stronę  londyńskiego  "Timesa".  Po  dziesięciu 
minutach zawiedziona potrząsnęła głową. - Nic.

- Nie bądź dla niego taka surowa. Dwie gazety z trzech to nie jest zły wynik.

- Chyba masz rację - przyznała Jane. - Przynajmniej widać jakieś postępy. Udało ci się skontaktować z Tedem 

Carpenterem?

-  Jest  w  Gujanie.  Wczoraj  zostawiłam  dla  niego  wiadomość,  ale  jeszcze  się  nie  odezwał.  Później  spróbuję 

jeszcze raz. - Eve potrząsnęła głową, widząc, że Jane zamierza coś powiedzieć. - Później - powtórzyła. - Panuję nad 
tym, Jane.

- Przepraszam,  nie  chciałam cię  poganiać. To  dlatego, że ja  nad niczym nie  panuję,  co doprowadza mnie do 

szału i sprawia, że chcę wszystko przyspieszyć. - Wstała z kanapy z Tobim przy nodze. - Idę zaczerpnąć świeżego 
powietrza. Daj mi znać, jeżeli dowiesz się czegokolwiek.

- Oczywiście - zapewniła Eve, ale za chwilę zawołała z rezygnacją: - Kurcze, no dobrze, zaraz zadzwonię do 

Teda.

Promienny uśmiech rozświetlił twarz Jane. - Dzięki.

- Bardzo proszę· Ale niech ci tylko nie przyjdzie do głowy, że mną manipulujesz.

- Nigdy. - Zapewniła Jane.

Zatrzasnęła za sobą drzwi i przysiadła na stopniu. Nareszcie coś zaczęło się dziać, chociaż niezbyt szybko, ale 

był  jakiś  ruch,  i  to  napełniło  ją  nadzieją.  Czułaby  się  lepiej,  gdyby  mogła  wziąć  udział  w  tej  akcji,  ale  musiała 
poczekać.

A może nie.

- Czy Trevor odzywał się do ciebie? - zawołał Bartlett, pojawiając się na ścieżce.

- Nie, a do ciebie?

background image

Bartlett zaprzeczył ruchem głowy.

- Nie oczekiwałem tego. Kiedy zabiera się do czegoś, zapomina bożym świecie, nie mówiąc już o mnie.

- Więc dlaczego sądziłeś, że do mnie zadzwonił?

- Bo o tobie myśli bezustannie. Nie zapomina się o tym, co bez przerwy ci towarzyszy.

Jane skrzywiła się.

- Trevor myśli o Aldzie, nie o mnie.

- Może masz rację. - Bartlett uśmiechnął się. - Ale daj mi znać, gdy zadzwoni, dobrze?

Jeśli zadzwoni, pomyślała zirytowana Jane. Obiecał dzwonić co wieczór. No dobrze, był zajęty i jego wysiłek

wydał obfite  owoce, ale  obietnica jest  obietnicą  i  ona  czuła się  dziwnie samotna.  Nie zdawała sobie sprawy,  jak 
bardzo  przyzwyczaiła  się  do  jego  widoku,  kiedy  spacerował  po  okolicy,  przynosił  wieczorami  pocztę  czy, 
rozmawiając z Singerem lub z Joem, machał do niej z daleka. Trevor stał się częścią jej codziennego życia i teraz ta 
codzienność została zakłócona.

I bardzo dobrze. Nie potrzebuje w swoim życiu tak kapryśnej siły, jak Trevor. Powiedzmy sobie szczerze, jej 

ciało  odpowiedziało  na jego  obecność  w  pierwszej  chwili, kiedy  go  zobaczyła.  Nie  była  głupia,  wiedziała, że  to 
tylko  reakcja  seksualna,  ale  takie  doznanie  było  dla  niej  czymś  nowym  i  nie  bardzo  wiedziała,  jak  sobie  z  tym 
poradzić. Trevor wprowadził w jej życie stanowczo za dużo zamieszania.

Ale jakaś część jej natury była zachwycona tym zamieszaniem.

Każdy  konflikt  z  Trevorem  był  wyzwaniem  i  Jane  czuła  się  tak,  jak  wtedy,  gdy  tresowała  Tobiego.  Każda 

chwila  była  przygodą,  pełną  radości  i  małych  katastrof.  Uświadomiła  sobie,  że  się  uśmiecha.  Trevor  nie  byłby 
zachwycony tym porównaniem i  na pewno nie zniósłby żadnej tresury. Nie, żeby chciała  zbliżyć się  do niego na 
tyle, aby ...

Zadzwoniła jej komórka.

- Widziałaś artykuł w gazecie? - spytał Trevor.

Serce zatrzepotało jej w piersi, z trudem opanowała drżenie głosu.

- Tak. Dlaczego nie umieściłeś niczego w prasie angielskiej?

-  Boże,  ależ  ty  jesteś  wymagająca!  –  Ton  jego  głosu  wskazywał,  że  jest  rozdrażniony.  -  Daj  mi  jeszcze 

dwadzieścia cztery godziny, z angielską prasą muszę  być bardziej  ostrożny. Chyba że chcesz. żebym umieścił  tę 
wiadomość w "Sun". Oni przełkną k~ historię, byleby tylko była wystarczająco sensacyjna.

- Aldo czyta "Timesa", nie "Sun".

- Żartowałem.

- Bardzo dobrze ci poszło - powiedziała po chwili milczenia.

-Wyczuwam lekką nutkę podziwu w twoim głosie - zaśmiał się

Trevor.

- Nie Potrzebujesz mojego podziwu.

- Kto tak powiedział? Lubię głaskanie tak samo, jak wszyscy.

background image

A skoro w twoim przypadku mogę liczyć tylko na słowne głaskanie, równie dobrze mogę skorzystać z okazji _ 

mówił  dalej, zanim zdążyła  odpowiedzieć. -  Zresztą zapomnij,  że to  powiedziałem. A zmieniąjąc temat, czy Eve 
skontaktowała się z Tedem Carpenterem?

- Jeszcze nie. On jest w Gujanie i jeszcze nie oddzwonił. Eve właśnie do niego telefonuje. - Jane wstała. _ Może 

już skończyła. Pójdę do domu i sprawdzę.

- Siedzisz na ganku?

- Tak. A dlaczego pytasz?

-  Jestem  tak  daleko,  otoczony  ruinami  i  kramarzami  głośno zachwalającymi  swoje  towary  ...  Miło  jest 

wyobrazić sobie ciebie, jak siedzisz nad jeziorem. Czystą ...

Jane poczuła nagle, jak ogarnia ją zbyt dobrze znana fala gorąca, i powiedziała szybko:

- Eve już skończyła telefonować. Chcesz z nią porozmawiać?

- Tak.

Jane wręczyła telefon Eve. - Trevor dzwoni.

Eve przyjrzała się jej ciekawie.

-  Właśnie  przed  chwilą  rozmawiałam  z  Tedem  _  powiedziała  do Trevora.  -  Człowiek,  z  którym  musimy  się 

skontaktować, nazywa się Herbert Sontag, profesor Herbert Sontag. Prowadził wykopaliska w Herkulanum przez 
ostatnie piętnaście lat i jest dobrze znany i poważany przez włoski rząd. Ma tam na miejscu swoje małe królestwo i 
jest  prawdopodobnie  jedyną  osobą,  która  może  urzeczywistnić  nasz  plan.  Ted  spotkał  go  parę  razy  na  różnych 
konferencjach i mówi, że profesor nie jest zbyt miły w obejściu, ale naprawdę zna się na swojej pracy. Obiecał, że
jutro zadzwoni do Sontaga, Opowie mu historię, którą wymyśliłeś, i poprosi o współpracę. - Eve Pokręciła głową. 
- Ale  jeszcze  mi nie  dziękuj.  Ted  nie  był  nastawiony  zbyt optymistycznie. Nie  był nawet  pewien,  czy Sontag  w 
ogóle zechce z nim rozmawiać. Ma do mnie oddzwonić, jak tylko skontaktuje się z profesorem.  - Oddała telefon 
Jane. - Powiedz mu, żeby lepiej zaczął obmyślać nowy plan, bo ten ma małe szanse powodzenia.

- Słyszałeś, co powiedziała Eve? - spytała Jane. - Ale my nie mamy innego planu.

- Ja mam parę pomysłów, ale wolałbym, żeby ten wypalił.

Poświęciłem mu zbyt wiele czasu i energii. - Milczał przez chwilę. - Sontag ... Słyszałem gdzieś to nazwisko, 

ale nic konkretnego o nim nie wiem. Cholera, w następnych artykułach muszę już wymienić nazwy miejsc i imiona, 
a  nie  mogę  podać  nazwiska  Sontaga, jeżeli  on  nie  zgodzi  się  na współpracę. Zadzwoń  do  mnie natychmiast,  jak 
tylko Eve się czegoś dowie.

- Zadzwonię - przyrzekła i dodała dobitnie: - Wiem, jak ważna jest komunikacja w takich sytuacjach.

-  Czy  to  był  jakiś  przytyk?  -  spytał  Trevor.  -  Przez  ostatnie  czterdzieści  osiem  godzin  byłem  trochę  zajęty. 

Odkąd wyjechałem z Atlanty, nie spałem więcej niż dwie godziny.

- A co robiłeś poza włamywaniem się na strony internetowe?

- A to nie wystarczy? Nie, tobie chyba nie. Kiedy próbowałem łamać zabezpieczenia na tych stronach, przyszło 

mi do głowy, w jaki sposób Aldo mógł znajdować swoje ofiary. To takie proste. Przez rejestr wydawanych praw 
jazdy. Te bazy danych są starannie zabezpieczone, ale dobry haker mógł bez kłopotu wejść na ich strony i wszystko 
przejrzeć, a Aldo jest ekspertem w tej dziedzinie. Z łatwością mógł uzyskać zdjęcia i adresy.

- Mnie też zaczął prześladować dopiero, kiedy zrobiłam prawo jazdy.

- Mogę się mylić, ale na wszelki wypadek powiedz Quinnowi, żeby to sprawdził.

background image

- Zaraz mu powiem.

- To może być musztarda po obiedzie, ale dopiero teraz przyszło mi to do głowy. Poza drążeniem tego tematu, 

poszukiwałem miejsc, w których zastawimy pułapkę na Alda. To musi być miejsce, do którego będzie miał łatwy 
dostęp, a gdzie my będziemy mogli bez trudu zastawić nasze sidła.

- I znalazłeś?

- Jeszcze nie, ale mam jeszcze czas. Dałaś mi przecież trzy tygodnie.

- Nie, nie dałam, zaakceptowałam twój przybliżony termin. Ale im szybciej, tym lepiej.

Trevor roześmiał się.

- Innymi słowy, nie śpij ani nie odpoczywaj, dopóki nie skończysz roboty.

- To ty to powiedziałeś. Po prostu się nie obijaj.

- Postaram się. - Zamilkł na chwilę. - A ty co robiłaś od mojego wyjazdu?

-  Szkicowałam,  odrabiałam  lekcje,  bawiłam  się  z  Tobim  i  śmiertelnie  się  nudziłam.  Dokładnie  to  samo  co 

wtedy,  gdy  tutaj  byłeś.  -  Zauważyłem,  że  bardzo  się  starasz  udowodnić  mi,  że  moja obecność  nie  ma  żadnego 
wpływu na rozkład twoich zajęć.

- Może mały wpływ ma. Wkurza mnie, że ty możesz coś robić.

- Zostałem przywołany do porządku.

- Przynajmniej jesteś w nowym, ciekawym miejscu. Ja nigdy nie wyjeżdżałam ze Stanów.

- Jesteś młoda, masz jeszcze mnóstwo czasu na podróże. A to miasteczko wcale nie jest interesujące.

- Ty masz doświadczenie, możesz porównywać i oceniać. Mnie na pewno wydałoby się fascynujące. Opowiedz 

mi o nim - poprosiła ..

-  Miałem  bardzo  mało  czasu,  żeby  się  rozejrzeć,  a  te  wszystkie  turystyczne  miasteczka  są  bardzo  do  siebie 

podobne, jeżeli nie pokopie się głębiej. - Roześmiał się. - Kurde, ale dobór słów! Przysięgam, że nie zrobiłem tego 
specjalnie.

- I tak chcę, żebyś mi o nim opowiedział. Trevor milczał przez chwilę.

- Bo mieszkała tu Cira?

- Czy to takie dziwne, że interesuje mnie miejsce, w którym żyła i zginęła?

- Nie bardziej niż wszystko inne, co ma związek z tym bałaganem. Zawrzyjmy umowę. Ty mi opowiesz swoje 

sny, a ja ci opiszę to Miasteczko do ostatniej ruiny, tak jakbyś je oglądała moimi oczami.

- Za trzy tygodnie będę mogła je zobaczyć na własne oczy.

- Ale wątpię, żeby Quinn pozwolił ci włóczyć się po mieście.

To  była  prawda,  ale  prędzej  skona,  niż  opowie  swoje  sny  Trevorowi,  i  to  teraz,  gdy udało  jej  się  walczyć  z 

pokusą zwierzenia się mu przez tyle ostatnich tygodni.

- Jakoś sobie poradzę.

- No dobrze, pomyślałem, że nic nie szkodzi spróbować - westchnął ciężko. - To był tylko blef. Daj mi dzień 

albo dwa, a opowiem ci wszystko o uciechach, jakie oferowało starożytne Herkulanum. Może to nauczy cię bardziej 
szczodrobliwego obdarowywania ludzi zaufaniem.

background image

-  Nie  nauczy.  -  Jane  myślała  gorączkowo,  próbując  przypomnieć  sobie  wszystkie  pytania,  które  chciała  mu 

zadać. - Teatr. Chcę wiedzieć wszystko o teatrze w Herkulanum. Jedyna wzmianka, jaką znalazłam w internecie, 
mówiła tylko, że był słynny. Ani słowa o Cirze, a przecież musi być gdzieś wspomniana, skoro była taka sławna,

- To było dwa tysiące lat temu, Jane.

- No dobrze, więc chcę wiedzieć, jak żyła, poczuć klimat jej czasów ...

- Dobry Boże, nie jestem maniakiem historii, a będę miał jeszcze parę innych rzeczy na głowie niż tylko ...

- Więc zajmij się nimi. Myślałam tylko, że w wolnym czasie mógłbyś ... Zapomnij.

Trevor znowu westchnął.

-  Nie,  nie  zapomnę.  Dostaniesz  to,  czego  chcesz.  Musisz  mi  wybaczyć,  jeśli  stawiam  Alda  na  pierwszym 

miejscu.

- Nigdy bym ci nie wybaczyła, gdyby było inaczej. - Dłoń Jane zacisnęła się na telefonie. - Myślisz, że widział 

już artykuły?

- To zależy od tego, jak często sprawdza te strony w internecie.

Dlatego  musimy  stopniowo  umieszczać  nowe  informacje  i  budować  napięcie.  Jeżeli  coś  przyciągnie  jego 

uwagę,  wróci  do  poprzednich  artykułów  i  będzie  szukał  odniesień  w  innych  źródłach.  Ale,  do  cholery,  musimy 
umieścić coś w "Archaeology Journal", żeby nadać całej sprawie pozory autentyczności.

- Kiedy?

- Najlepiej w przyszłym tygodniu. Albo w jeszcze następnym.

To  nie  musi  być  obszerna  informacja,  wystarczy  krótka  wzmianka  i  może  zdjęcie  posągu  znalezionego  przy 

szkielecie.

- Jakiego posągu? Przecież to tylko część wielkiej mistyfikacji, nie mamy żadnego posągu Ciry.

Trevor milczał przez chwilę. - Ja mam.

Jane zamarła.

- Słucham?!

- Kupiłem od tego brytyjskiego kolekcjonera, któremu Aldo go

sprzedał. Złożyłem mu ofertę, nie do odrzucenia. - Dlaczego?

- Bo chciałem go mieć. - Szybko mówił dalej: _ W każdym razie mamy posąg, którego zdjęcie będziemy mogli 

umieścić w "Archaeology Journal", jeżeli zajdzie taka potrzeba.

- Jestem zaskoczona, że zgodziłbyś się go wypożyczyć. Czy to nie przekreśli twoich planów na odnalezienie 

złota?  Zdjęcie  przyciągnie  jeszcze  większą  uwagę  do  Ciry  i  jej  historii.  Artykuł  to  jedno,  ale  żyjemy w  świecie 
kultury  obrazkowej  i  zdjęcie  bardziej  pobudzi  ludzką  wyobraźnię.  Popatrz,  ile  zamieszania  narobiło  popiersie 
Nefretete.

- Zaryzykuję. Możesz być pewna, że miejsce, w którym wystawię na przynętę posąg Ciry, będzie położone jak 

najdalej od tunelu Precebiusza.

-  To  nie  ulega  wątpliwości.  -  Jane  milczała  przez  dłuższą  chwilę,  po  czym  spytała.  -  Dlaczego  tak  bardzo 

chciałeś mieć ten posąg?

background image

-  Bo  był  mój,  do  cholery.  To  była  moja  ulubiona  podobizna  Ciry  i  wynegocjowałem  z  Guidem,  że  będzie 

częścią mojej zapłaty. Aldo ją ukradł. Ale posąg był mój.

- Włoski rząd miałby na ten temat odmienne zdanie.

- Był mój - powtórzył. - Zadzwonię jutro o północy. Dobranoc, Jane.

- Dobranoc. - Odłożyła telefon l zapatrzyła się na jezioro.

Znowu Cira.

Chciałem go. Był mój.

- Jane? _ zawołała Eve. - Skończyłaś rozmowę?

-  Tak.  - Jane  odwróciła  się  i  weszła  do  domu.  -  Ale  Trevor powiedział  mi  niewiele  więcej  ponad  to,  czego 

dowiedziałyśmy się z internetu. Martwi się o "Archaeology Journal", ale obiecał, że jakoś sobie z tym poradzi.

- Więc na pewno tak będzie. Nie możesz wątpić w jego

umiejętności i oddanie.

Był mój. Aldo mi go ukradł.

- Wydaje  mi  się,  że  powinnam  raczej  powiedzieć  "obsesję" - mruknęła  pod  nosem  Jane.  -  W  każdym  razie 

obiecał, że zadzwoni jutro wieczorem, więc może wtedy dowiemy się więcej.

Dahlonega, Georgia Dwa dni później

Cira?

Aldo  zamarł  ze  wzrokiem  wbitym  w  notatkę  na  stronie  gazety z  Florencji.  Tylko  parę  linijek,  ale  to 

wystarczyło, żeby dech zamarł mu w piersiach.

Kobiecy szkielet, pogrzebany i nienaruszony przez wieki.

Zamknął oczy, czując przenikający go do szpiku kości lodowaty strach. Jego najgorszy koszmar.

Jeżeli to była prawda. Jeżeli chodziło o Cirę·

Ale to mogła być Cira. Znaleziona w przedsionku starożytnego teatru, a w końcu jaka inna aktorka pozowała do 

tylu rzeźb?

Otworzył  oczy  i  jeszcze  raz  dokładnie  przeczytał  artykuł.  Musisz  się  upewnić.  Sprawdź  wszystkie  źródła. 

Zaczął przeskakiwać z witryny na witrynę·

Jest, tutaj też. Rzym.

Może. Nie ekscytuj się za bardzo. Artykuł mówił o pogłoskach dotyczących odkrycia, ale nie podawał żadnych 

szczegółów. Żadnej wzmianki w "Archaeology Journal".

Może to wcale nie była prawda.

Ale jeżeli była, to musi się z nią zmierzyć. Nie chodziło tylko o stos kruchych kości, czekających przez wieki 

na odnalezienie i złożenie na miejsce wiecznego spoczynku. Chodziło o Meduzę,

która owinęła jego ojca zabójczymi mackami. Musi ją zniszczyć. Upokorzyć. Zyskać nad nią władzę. A potem 

skruszyć jej kości na proch, t~, żeby już nikt nigdy nie mógł przywrócić jej do życia w żadnej postaci.

Następnie zabić jej obmierzłe potomstwo, które prowokowało go zaledwie parę dni temu.

background image

Zachowaj spokój. Może poczekać, ma czas, żeby upewnić się, że ten szkielet to naprawdę Cira. Będzie badać, 

wyszukiwać informacje i starannie dopasowywać wszystkie części układanki. To może być pułapka.

Zresztą, to wcale nie musi być taka katastrofa, jak na początku pomyślał. Może los daje mu zasłużoną szansę. 

Okazję do ostatecznego zniszczenia tej suki.

A naprawdę na to zasługuje, pomyślał z gniewem. Już widział siebie, jak podchodzi do jej sarkofagu i patrzy na 

nią z triumfem. Wyciąga rękę i dotyka jej. Obraz był tak wyraźny, że zaczął drżeć.

Poczekaj. Obserwuj. Nie ma pośpiechu.

Bez względu na to, co dzieje się w Herkulanum, on wciąż jeszcze ma drugą Cirę w postaci Jane McGuire.

Jane nie czekała na telefon Trevora i następnego wieczora, za piętnaście jedenasta, sama do niego zadzwoniła.

- Sontag nie zgodził się na współpracę. Według słów Carpentera, profesor był strasznie napuszony i powiedział, 

że nie będzie ryzykował, przyznając się do powiązań z cudzymi, nielegalnymi wykopaliskami. Nie zamierza brać 
udziału w oszustwie i narażać na szwank swojej reputacji. Zagroził Carpenterowi, że na niego doniesie, jeżeli ten 
ujawni swoje odkrycie. Carpenter sądzi, że Sontag nie chce dzielić się swoim małym imperium z nikim, kto mógłby 
stać się sławniejszy od niego.

- Cholera. Czy Eve może przekonać Carpentera, żeby spróbował jeszcze raz?

- Sama na to wpadła. Rozmawiała z nim przez telefon przez godzinę i nic nie uzyskała. Carpenter powiedział, 

że nic więcej u Sontaga nie wskóra i w ogóle nie ma zamiaru z tym sukinsynem rozmawiać. Najwidoczniej Sontag 
był wyjątkowo nieuprzejmy.

- Tak, to właśnie o nim słyszałem. Nawet jego ekipa uważa go za dupka. Studenci na praktykach ciągną słomki, 

żeby wylosować nieszczęśnika, który będzie musiał z nim pracować.

- Dowiedziałeś się już takich szczegółów?

- Nie miałem zamiaru siedzieć na tyłku i czekać na znak od Carpentera, skoro istniała możliwość, że nie uda mu 

się przekonać Sontaga. Poszedłem na wykopaliska i trochę powęszyłem.

- I czego się dowiedziałeś?

- Poza tym, że Sontag nie jest najcudowniejszą istotą na świecie? Że uwielbia rozgłos i ma ego wielkości pola 

golfowego. Lubi pieniądze i kocha być podziwianym.

- Coś z tego możesz wykorzystać?

- Prawdopodobnie. Sprawdzam jeszcze parę spraw z jego przeszłości. Wkrótce powinienem już coś wiedzieć. _ 

Wkrótce, to znaczy kiedy?

- Dam ci znać.

Jane przestała naciskać. I tak zrobił większe postępy, niż się spodziewała.

- Coś jeszcze?

- Już  nic  o Sontagu, ale  miałem okazję  porozmawiać z dwoma studentami o wybuchu wulkanu. To  nie  było 

trudne, są bardzo podekscytowani tym, co robią. Każde machnięcie łopatą przypomina im tamten dzień.

- Mówili coś o teatrze? - spytała Jane, ożywiona.

- Nie doszliśmy do tego. Byli zbyt zaabsorbowani samą erupcją.

- Rozumiem.

background image

- Ale jesteś zawiedziona, co mnie dziwi. To musiał być cholernie duży wybuch. W jednej chwili świecące jasno 

słońce, a w następnej - koniec świata. Noc bez powietrza.

- Słońce? Myślałam, że to stało się w nocy.

- Naprawdę?  Nie,  wybuch  nastąpił  o  godzinie  siódmej  czasu  miejscowego.  Ale  każdemu,  kto  był  w  tunelu, 

musiało się wydawać, że jest noc. Albo kiedy popiół i dym przesłoniły niebo ... jak powiedziałem, koniec świata.

-  Ale  czytałam,  że  przez  te  wszystkie  lata  znaleziono  w  Herkulanum  mniej  niż  tuzin  ciał.  Może  jednak 

większości ludzi udało się uciec.

-  Ostatnio  odkryto  więcej  ciał  w  kanale  melioracyjnym  pod  zatoką.  Istnieje  teoria,  że  setki  ludzi  próbowały 

dostać się do morza i zginęły na plażach albo w wywołanej przez ruchy sejsmiczne fali przypływu, która pochłonęła 
ich w mgnieniu oka.

- Dobry Boże!

-  Ale  tam  też  szkielety  i  ciała  zachowały  się  w  doskonałym stanie,  co dodaje  prawdopodobieństwa  naszej 

historii o nienaruszonym szkielecie Ciry, znalezionym w przedsionku teatru. Jestem pewien, że Aldo zna wszystkie 
szczegóły dotyczące tego wybuchu.

Jane  tak  bardzo  poruszył  obraz  tych  biednych  ludzi  biegnących  w  panice  w  stronę  morza,  że  zapomniała  o 

Aldzie.

-  Tak, też  jestem o  tym  przekonana, skoro  to  zdominowało  jego  życie.  -  Zwilżyła wargi.  -  Ale  to  może być 

prawda. Ona naprawdę może wciąż jeszcze tam być.

-  Istnieje  taka  możliwość.  Naukowcy  wciąż  nie  mają  pojęcia,  co  się  stało  z  tymi  wszystkimi  ciałami.  Całe 

miasto zostało pogrzebane pod warstwą lawy wulkanicznej, głębokiej na prawie dwa metry, a wysoka temperatura 
towarzysząca erupcji pozostawiła przedziwne ślady. Niektóre przedmioty zostały zwęglone, inne zachowały się w 
nienaruszonym stanie. W niektórych domach przetrwały w całości woskowe tabliczki. To było trochę przerażające.

- Ale rękopisy w bibliotece Juliusza nie uległy zniszczeniu.

-  Tunel  był  poza  miastem,  z  zupełnie  innej  strony  Herkulanum i  na  pewno  tam  nie  odczuło  się  całej  siły 

wybuchu. Poza tym, rękopisy były przechowywane w kasetkach z brązu.

- Czy w tym tunelu widziałeś jakiekolwiek ślady, że ziemia pękła i do środka wdarła się lawa?

- Nie, ale nie odeszliśmy zbyt daleko od biblioteki. Tak, jak mówiłem, to była mozolna praca, a Guido zrobił się 

chciwy. - Po chwili milczenia spytał: - A dlaczego pytasz?

- Po prostu byłam ciekawa. - Nie, nie uda jej się zamydlić mu oczu zwykłą ciekawością, jeżeli chce dowiedzieć 

się tego, o co jej chodzi. - Trevor, ja naprawdę muszę dowiedzieć się czegoś o tym teatrze.

- Bo jest częścią jej życia.

- I chcę wiedzieć, co dokładnie te manuskrypty mówiły o Cirze. Nie podałeś mi żadnych szczegółów.

- Mogę ci ją opisać tylko z punktu widzenia Juliusza i paru innych skrybów, którym zlecił pisanie o niej.

- Te opisy są takie same?

- Niezupełnie. Wydaje mi się, że starożytni skrybowie robili

to, co wszyscy wynajęci pisarze, którym pozostawia się wolną rękę. Opowiadali swoją własną historię i swoje 

własne wrażenia.

- Co napisali?

background image

_ Chyba zostawię odpowiedź na to pytanie na inny dzień.

- Ty sukinsynu!

Trevor roześmiał się.

- Takie wyrażenia u młodej damy! Czy Quinn i Eve w ogóle cię nie strofują?

- Nie, nie wierzą w cenzurę. Poza tym, kiedy z nimi zamieszkałam, było już za późno, żeby mnie zmieniać. A ty 

sam wcale nie jesteś lepszy.

- Zapamiętam to. Zadzwonię do ciebie jutro wieczorem.

- Co mam powiedzieć Eve w sprawie Sontaga?

- Że się tym zajmę. Dobranoc.

Jane wyłączyła telefon i weszła z powrotem do domu.

- Powiedział, że się tym zajmie - przekazała Eve. - Nie pytaj mnie, w jaki sposób. Chyba lepiej, żebyśmy nie 

wiedziały.

Eve przytaknęła.

- Nie  byłabym  zaskoczona.  Przed  chwilą sprawdziłam  stronę tej  rzymskiej  gazety, jest  wzmianka  o  znanym, 

brytyjskim  archeologu,  który  mówi,  że  to  może  być  najbardziej  ekscytujące  odkrycie  od  czasu  odnalezienia 
grobowca Tutenchamona. Jeżeli Trevo

r

 zamierza się tym zająć, to lepiej, żeby zrobił to piekielnie szybko. Sontag 

nie  jest  jedynym  archeologiem  w  Herkulanum,  ale  na  pewno  najbardziej  znanym  i  wkrótce  zaczną  mu  zadawać 
pytania.

- Ale  jego  zaprzeczenia  nie  muszą  być  wcale  takie  złe.  Trevor powiedział,  że  większość  archeologów  jest 

bardzo tajemnicza, kiedy chodzi o ich pracę.

- Jeśli nie zacznie mówić o telefonie od Teda Carpentera. Jane wzruszyła ramionami.

- Więc chyba musimy po prostu zdać się na Trevora. Nie mamy innego wyjścia.

Biuro  Sontaga  znajdowało  się  na  pierwszym  piętrze  niewielkiego  magazynu  i  było  zaskakująco  luksusowe. 

Niska, aksamitna kanapa i ręcznie tkany dywan konkurowały z antycznym biurkiem

pierwszą nagrodę za elegancję.

- Profesor Sontag? - spytał Trevor. - Czy mogę wejść? Herbert Sontag podniósł głowę z niezadowoloną miną.

- Kim pan jest? Jestem zajęty. Proszę porozmawiać z moim asystentem.

- Wydaje  mi się,  że wyszedł  na chwilę. Nazywam się  Mark Trevor - wszedł  do pomieszczenia  i  zamknął  za 

sobą drzwi - i jestem przekonany, że nie chciałby pan, żeby pański asystent usłyszał naszą rozmowę. Czekają nas 
negocjacje.

-  Proszę  wyjść!  -  Sontag  zerwał  się  na  równe  nogi  z  twarzą  zaczerwienioną  ze  złości.  -  Cokolwiek  pan 

sprzedaje, ja tego nie kupię.

- Och, pan nie kupuje, pan sprzedaje. Z ładnym zyskiem. Oczywiście, gdyby miał pan odpowiednie kontakty, 

mógłby wyjść na tym dużo lepiej. Mogłem powiększyć pana zysk o sto procent. - Nie wiem, o czym pan mówi -
powiedział zimno Sontag.

- Ale jeżeli natychmiast pan stąd nie wyjdzie, wezwę strażnika.

- Naprawdę chce pan, żeby dowiedział się o "Dziewczynie z delfinem"?

background image

Sontag zamarł. - Słucham?

- Czarująca figurka, ocalała z wybuchu. Odkrył ją pan tu, w zatoce, jedenaście lat temu. - Bzdury!

- Jest dosyć mała, więc nie miał pan problemów z utrzymaniem tego w tajemnicy. Z tego, co dowiedziałem się 

o pana zwyczajach  w tamtym okresie kariery, miał pan bardzo lepkie ręce. Jeżeli tylko przypuszczał pan, że istnieje 
możliwość  odkrycia  czegoś  wartościowego,  prawdopodobnie  posyłał  pan  ekipę  do  domu  i  sam  zabierał  się  do 
kopania. Ale najwidoczniej nie miał pan odpowiednich kontaktów, żeby uzyskać za tę statuetkę tyle, ile była warta, 
bo James Mandky do dzisiaj chwali się, jak bardzo pana wykiwał.

Sontag nie był już czerwony, tylko blady jak ściana. - Kłamiesz!

Trevor potrząsnął głową.

-  Wiesz  doskonale,  że  nie.  Nie  przeszkadza  mi,  że  ukradłeś  jedno  czy  dwa  dzieła  sztuki,  to  powszechna 

praktyka wśród twoich mniej uczciwych braci. Kiedy usłyszałem, że lubisz życie na poziomie, stało się dla mnie 
oczywiste,  że  w  którymś  momencie  musiałeś  przywłaszczyć  sobie  jakiś  skarb.  W  końcu  życie  nie  jest  łatwe,  a 
człowiek zasługuje na odrobinę luksusu.

-  Mandky  jest  takim  samym  przestępcą  jak  ja.  Skupuje  ukradzione  przedmioty.  Nigdy  nie  będzie  zeznawał 

przeciwko mnie.

- Być może. Ale taki skandal zrujnuje twoją reputację i wrócisz do Londynu w niesławie. Dowiedziałem się od 

Teda  Carpentera,  że  bardzo  cenisz  sobie  swoje  dobre  imię.  -  Uśmiechnął  się.  -  A  ja  jestem  wyjątkowo  dobry  w 
umieszczaniu drobnych notatek w gazetach.

- Carpenter. - Sontag zacisnął usta. - Czy ty próbujesz mnie szantażować?

- Och, tak. I jest to dziecinnie proste. Miałem nadzieję na większe wyzwanie.

Profesor oblizał nerwowo usta.

- Chcesz powiedzieć, że zapomnisz o mojej transakcji z Mandkym, jeżeli zgodzę się udawać, że to ja znalazłem 

ten szkielet? - I podejmiesz pełną współpracę. Ja będę wydawał polecenia, a ty będziesz je wykonywał. Bez pytań, 
bez sporów.

- Nie zrobię tego! - Popatrzył na Trevora z wściekłością.

- Ogłoszę odkrycie i na tym koniec.

- Zła odpowiedź. - Trevor spojrzał mu prosto w oczy i przybrał

ostry ton. - Popatrz na mnie i zobacz, z kim masz do czynienia. Nie mam nic przeciwko przestępcom, można 

powiedzieć,  że  sam  mam takie  inklinacje.  Ale  ty  jesteś  amatorem,  a  ja  profesjonalistą  i  to  stawia  cię  poza  ligą. 
Jesteś w pułapce i lepiej, żebyś uświadomił sobie, kiedy trzeba się poddać. Nie obchodzi mnie, co się z tobą stanie, 
jeżeli wejdziesz mi w drogę. Zrujnuję twoją karierę, zniszczę to wygodne życie, o które tak troskliwie zadbałeś. A 
jeżeli mnie zdenerwujesz, mogę zdecydować się położyć kres twojej marnej egzystencji. Zrozumiałeś?

- Blefujesz - wyszeptał Sontag.

-  Wypróbuj  mnie.  Za  parę  godzin  zadzwonię  i  powiem  ci, co  masz  dokładnie  powiedzieć  na  konferencji 

prasowej, którą zwołasz dziś wieczorem. Dokładnie. Żadnych dodatków. Żadnych nadętych słów. No, może parę, 
żeby to brzmiało naturalnie.

Trevor skierował się do drzwi. - Nic nie obiecuję.

- Obiecujesz? Nie uwierzyłbym ci, nawet gdybyś przysięgał na tuzin Biblii. Zrobisz to, bo wiesz, że każde moje 

słowo było prawdą.

background image

- To się nie uda. Moja ekipa wie, że ostatnio nie prowadziłem żadnych wykopalisk w pobliżu teatru.

- Dlatego zatrudniłeś ekipę z Maroka i w tajemnicy kazałeś im pracować po nocach. To miał być kulminacyjny 

punkt twojej kariery i chciałeś zachować to dla siebie, zanim będziesz mógł uroczyście ogłosić odkrycie. Carpenter 
wspaniałomyślnie  zgodził  się  pozostać w  cieniu i  uczestniczyć jedynie  w  korzyściach  finansowych.  Cała  chwała 
przypada tobie.

- Naprawdę? - Sontag zastanawiał się chwilę. - To może brzmieć nawet wiarygodnie - powiedział ostrożnie.

- Zabrzmi. Popracuj nad tym. - Trevor otworzył drzwi. - Później podam ci szczegóły.

Sontag.

Aldo chciwie chłonął treść artykułu zamieszczonego w rzymskiej gazecie. Wydawało mu się, że ojciec kiedyś 

wspominał  Herberta  Sontaga,  i  usiłował  sobie  przypomnieć,  co  dokładnie  powiedział.  Coś  o  złodziejskich 
skłonnościach profesora i możliwości namówienia go do współpracy. Ale to nigdy nie nastąpiło.

Ojciec odkrył tunel Precebiusza i nie musiał prosić o pomoc innego archeologa.

A teraz Sontag wrócił do gry i chełpił się swoim wspaniałym odkryciem. Żadnych szczegółów, ciągle robił z 

tego znaleziska wielki sekret. Nie zdradził imienia aktorki znalezionej w przedsionku teatru, może jeszcze go nie 
znał. Wspomniał tylko o jej urodzie i złoto-lazurytowej biżuterii, która ją zdobiła. Nowa Nefretete, głosił.

To sformułowanie przejęło Alda dreszczem. Nie, o wiele piękniejsza od Nefretete, pomyślał. Cira.

A ten skurwysyn Sontag już próbował zapewnić sobie dzięki niej nieśmiertelność!

Nie!

Aldo nabrał powietrza i spróbował się opanować. Sprawdził pozostałe gazety, ale nie znalazł więcej informacji 

na ten temat. Wszedł na stronę "Archaeology Journal". Żadnej wzmianki o odkryciu Sontaga.

Odetchnął z ulgą. W tym tygodniku były zawsze najświeższe wiadomości o każdym odkryciu, a teraz nie było 

nawet  najmniejszej notatki odnoszącej się  do znaleziska profesora. Może po prostu Sontag próbuje zrobić wokół 
siebie trochę szumu.

Poczekaj. Bądź ostrożny. Stawka jest zbyt wysoka. Cira.

Jane wciąż jeszcze patrzyła na zapis wywiadu, kiedy Trevor zadzwonił do niej tego samego wieczora.

- Wywiad z Sontagiem jest w nowojorskim "Timesie". Jak ci się to udało?

- To wcale nie moja zasługa. Jak tylko ta historia okazała się prawdziwym newsem, a nie kaczką dziennikarską, 

wszystko  potoczyło  się  jak  lawina.  Ale  to  oznacza,  że  musimy  działać  szybko.  Wokół  Sontaga  zaroi  się  od 
reporterów, a nie ma nic bardziej niebezpiecznego niż dociekliwy reporter.

- A co z "Archaeology Joumal"?

- Zajmę się tym, jak tylko będę mógł. Na razie nie mogę zostawić Sontaga samego, robi się trochę za gorliwy. 

Uwielbia czytać o sobie w prasie i umówił się już na kolejny wywiad. Jest sprytny, ale noga może mu się powinąć, 
a my wylądujemy w bagnie.

- Gdzie jest główne biuro tego tygodnika?

- Wydaje go wydawnictwo uniwersyteckie w Newark, w New

Jersey. Malutkie, niekomercyjne i cholernie nam potrzebne. Jakieś ślady obecności Alda?

- Wiesz, że Joe dałby ci znać, gdyby były.

background image

-  Mam  taką  nadzieję.  Kiedy  pracowałem  nad  tym  wywiadem dla  prasy,  dowiedziałem  się  trochę  o  twoim 

teatrze. - Od któregoś z praktykantów Sontaga?

- Nie, od Maria Latanzy, dziennikarza z Mediolanu. Musiał odrobić swoją pracę domową, kiedy Sontag ogłosił, 

że szkielet prawie na pewno należy do aktorki, która występowała w tym teatrze. Latanza sądził, że skoro aktorka 
nosiła biżuterię i miała powodzenie, to prawdopodobnie była starożytną wersją gwiazdy komedii muzycznej.

- Jak to?

- Pantomima muzyczna była, obok wyścigów rydwanów i walk gladiatorów, jedną z najpopularniejszych form 

rozrywki. Mnóstwo nagości, sprośne żarty, śpiew i taniec, satyrowie wywijający skórzanymi penisami, uganiający 
się  za  nimfami.  Jeżeli  Cira  była  rzeczywiście  tak  znana, jak  mówią  rękopisy  'Juliusza,  to  zapewne  zawdzięczała 
swoją popularność udziałowi właśnie w takich przedstawieniach.

- Komedia muzyczna? Zawsze myślałam, że teatr antyczny to tragedia grecka i rzymska. A tak w ogóle, to czy 

aktorami nie byli w większości mężczyźni?

- Nie w czasach teatru w Herkulanum - wyjaśnił Trevor. _ Kobiety wywalczyły swoje, zrzuciły maski i stanęły 

twarzą  w  twarz  z  publicznością. To  był  wspaniały  teatr,  z  marmurowymi  ścianami  i  kolumnami,  wykonanymi  z 
najlepszych dostępnych Wówczas materiałów. Aktorzy i aktorki zyskali sławę niemal tak wielką jak gladiatorzy i 
byli chętnie zapraszani do łóżek elity, a czasem nawet do sypialni cezara.

- I Cirze udało się wspiąć po tej drabinie.

- Zaszła tak wysoko, jak tylko mogła, ale ciążyło na niej piętno profesji aktorskiej i tego nigdy nie udało jej się 

przezwyciężyć. Istniały surowe prawa regulujące zawieranie związków małżeńskich przez aktorów i aktorki, które 
oddzielały ich od reszty społeczeństwa.

- Nic dziwnego, że próbowała zapewnić sobie choć odrobinę bezpieczeństwa.

- Skrzynia pełna złota to trochę więcej niż odrobina, zwłaszcza w tamtych czasach.

- Traktowali ją jak zabawkę, bez znaczenia ani praw - powiedziała Jane gwałtownie. - To naturalne, że chciała 

być pewna, że to już się nie powtórzy.

- Nie spieram się z tobą, to była tylko luźna uwaga. Podziwiam ją teraz bardziej niż kiedykolwiek. Do diabła, 

nie wiem nawet, w jaki sposób została aktorką. Przedstawienia były bezpłatne i dostępne dla wszystkich wolnych 
obywateli Herkulanum, ale Cira urodziła się jako niewolnica, więc nie miała prawa przychodzić do teatru.

- Ale pracowała, pracowała i udało jej się zostać gwiazdą, na przekór wszystkim.

Trevor zachichotał.

- Właśnie. Na przekór wszystkim - powtórzył.

Koleżeństwo. Ciepło. Wspólnota. To było silniejsze niż fizyczny magnetyzm, którym zdołał ją oszołomić. Do 

diabła  z  tym,  pomyślała  zuchwale.  W  tej  chwili  dzieliły  ich  tysiące  kilometrów.  Może  bezpiecznie  wyciągnąć  z 
niego więcej informacji.

- Czego jeszcze dowiedziałeś się o ...

-  To  wszystko.  Jak  łatwo  się  domyślić,  byłem  o  wiele  bardziej zainteresowany  tym,  co  mówił  Sontag  niż 

historią antyczną. Później dowiem się więcej.

Jane próbowała ukryć rozczarowanie.

- Oczywiście, Santag był dużo ważniejszy. Zatem do usłyszenia jutro wieczorem.

- Teraz, kiedy wyżęłaś mnie do suchej nitki, zbywasz mnie?

background image

- Nie jestem aż taką szczęściarą, a ty nie jesteś mężczyzną, który komukolwiek by na to pozwolił. Muszę trochę 

pomyśleć, a nie mogę tego robić, kiedy rozmawiam z tobą.

- Nigdy nie ośmieliłbym się przeszkadzać w twoich rozmyślaniach. Dobranoc, Jane. - Rozłączył się.

Opadła  na  huśtawkę  z  głową  pełną  wirujących  obrazów.  Niewolnicy.  Aktorzy  i  aktorki  przechadzający  się 

zalotnie po ulicach Herkulanum. Satyrowie ze sztucznymi fallusami brykający na marmurowej scenie.

Aldo czający się w ciemności z naostrzonym nożem.

Nie, to nie ma nic wspólnego z teatrem, w którym Cira uprawiała swoją magię.

Ależ ma. Jane, spanikowana, zdała sobie sprawę, że obrazy z przeszłości i teraźniejszości zaczęły się łączyć, 

zlewać, stapiać w jedno.

Więc przestań!

Wzięła głęboki oddech i wyrzuciła z umysłu wszystko, co nie dotyczyło Joego, Eve i tego drogiego, rodzinnego 

domu, w którym mieszkała przez tak wiele lat.

I Aldo.

Aldo był prawdziwym zagrożeniem, a nie czymś, co wydarzyło się wieki temu.

Dobrze, tak lepiej, myślisz już jaśniej.

I to zupełnie naturalne, że wciągnął ją kalejdoskop obrazów, które roztoczył przed nią Trevor. Na szczęście to 

już przeszło i teraz musi się mieć na baczności, żeby dać sobie radę z problemami, jakich przysparza Aldo.

A  musi  sobie  z  nimi  poradzić.  Nie  może  tu  już  dłużej  siedzieć  bezczynnie  i  czekać,  aż  ją  wezwą  do 

Herkulanum, jak bezradną niewolnicę, jaką była Cira wieki temu. Ona, Jane, nie jest  niewolnicą i musi wykonać 
jakiś ruch.

Sięgnęła po laptopa i podniosła pokrywę.

Kiedy dwie godziny później weszła do pokoju, Joe siedział na kanapie, a stolik do kawy był zasłany papierami.

- Gdzie Eve? - spytała.

- Poszła się położyć. - Podniósł wzrok i zamarł, kiedy zobaczył wyraz jej twarzy. - Jakieś kłopoty? Myślałem, 

że wszystko idzie dobrze. Co powiedział Trevor?

- Niewiele. Jest bardzo zajęty. Ale powiedział, że musimy działać szybko.

Joe przyjrzał się jej uważnie. - I co to oznacza?

_  To  oznacza,  że  mogę  potrzebować  twojej  pomocy.  Nie,  będę potrzebować  twojej  pomocy  -  mówiła  dalej 

szybko. - I wcale ci się to nie spodoba, ale i tak to zrobię. Muszę tak postąpić.

Nic nie mówił przez chwilę, a potem odezwał się cicho:

- To przestań tam stać jak pieprzona bohaterka tragedii i powiedz mi, o co właściwie chodzi.

ROZDZIAŁ 15

Joe podjechał pod niewielki budynek z cegły i Jane otworzyła drzwi samochodu.

- Może znajdziesz miejsce do parkowania, a ja wejdę już do środka?

background image

- Nie ma mowy.

- Powiedziałam ci, że chcę zrobić to sama, Joe.

- Zrobisz to sama, ale najpierw sprawdzę biuro i upewnię się, że jest bezpieczne. - Uśmiechnął się niewyraźnie. 

-  Takie  zadanie  mi  wyznaczyłaś  i  taką  pracę  wykonam.  -  Zaparkował  niedaleko  budynku.  -  A  teraz  możesz 
wyskoczyć z samochodu i być tak niezależna, jak tylko chcesz, jeśli ja będę tuż za tobą.

Jane potrząsnęła zrezygnowana głową.

- Joe, czy ty zdajesz sobie sprawę, jak nielogicznie to brzmi?

- Mnie się podoba. - Wysiadł z samochodu. - Chodźmy.

Jane ruszyła szybko w stronę podwójnych, szklanych drzwi wejściowych.

- Jeśli ty będziesz tuż za mną. Nie chcę go przestraszyć, a ty potrafisz onieśmielać ludzi.

-  Chciałbym  móc  onieśmielić  ciebie.  -  Mruknął  i  otworzył  przed  nią  drzwi.  -  Sama  zaczynasz  być  nieco 

onieśmielająca.

- Na pewno nie ja.

Podeszła do dziewczyny, ubranej w dżinsy i golf, która siedziała przy biurku w holu, a Joe oparł się o ścianę ze 

wzrokiem wbitym w rząd biurek po lewej stronie.

- Dzień dobry, nazywam się Jane MacGuire. Dzwoniłam dziś rano, by umówić  się na spotkanie z Samuelem 

Drake'em.

Uśmiech rozjaśnił piegowatą twarz dziewczyny.

- Cześć, mam na imię Cindy. Sam powiedział, żebyś od razu do niego weszła. - Podniosła słuchawkę i wcisnęła 

guzik. - Już przyszła, Sam. - Rozłączyła się i pokiwała głową. - Ruszaj.

Zarówno recepcjonistka, jak i całe biuro wyglądało bardzo przyjaźnie i nieforrnalnie. Jane miała nadzieję, że 

tak właśnie będzie i taka atmosfera dodała jej odwagi.

- Dzięki. - Podeszła do drzwi z mosiężną tabliczką "S. Drake" i nacisnęła klamkę. - Dziękuję, że zgodził się pan 

ze mną spotkać, panie Drake. Nie zabiorę panu dużo czasu.

- Mów  mi  Sam.  -  Drake  podniósł  się  zza  biurka.  Był  wysoki i  szczupły,  ubrany  w  spodnie  koloru  khaki  i 

niebieską koszulkę. Nie mógł mieć więcej niż trzydzieści lat. - Masz tyle czasu, ile ci potrzeba. _ Uśmiechnął się. -
Zapewne na nic to ci się nie przyda, ale chętnie się rozerwę. Zainteresował mnie twój telefon, a mam prosty umysł i 
niewiele trzeba, żeby mnie zaintrygować.

Jane  nie  uwierzyła  w  ani jedno  jego  słowo.  Mógł  być bezpośredni  w sposobie bycia,  ale  w  tych  niebieskich 

oczach  czaiła się  niezwykła  inteligencja. Zebrała  siły do  nadchodzącej  walki.  Przyjrzyj  się  mu dokładnie, znajdź 
słabe  punkty  i  je  wykorzystaj.  Ambicja?  Może.  Potrzeba  bezpieczeństwa?  Raczej  nie.  Może  po  prostu  chce  być 
lubiany i szanowany, z tym najłatwiej byłoby sobie poradzić. Usiądź i pogawędź chwilę, zobacz, czy się z czymś 
nie zdradzi.

_ Więc może zapewnię ci rozrywkę przez następny kwadrans. _ Uśmiechnęła się i ruszyła w stronę stojącego 

przy biurku krzesła dla gości. - A może zapewnimy ją sobie nawzajem? Jesteś bardzo młody jak na tak poważne 
stanowisko, dzięki temu czuję się dużo swobodniej, niż myślałam. Muszę przyznać, że trochę się denerwowałam ...

Zadzwoniła do Trevora tego samego wieczora, zaraz po powrocie do domu nad jeziorem.

- Mamy artykuł w "Archaeology Joumal".

- Co?!

background image

- Słyszałeś. Drake zamieści w następnym numerze krótką notatkę o odkryciu Sontaga. To nie będzie zupełne 

potwierdzenie, ale  prawie. Chce,  żebyś przesłał mu mai1em  zdjęcie  posągu Ciry. Obiecał, że  zatrze  kontury  tak, 
żeby Aldo nie rozpoznał, że to ta sama rzeźba, którą sprzedał kolekcjonerowi. Będzie potrzebował tej fotografii jak 
najszybciej, jeżeli ma umieścić artykuł w ...

- Powoli - powiedział Trevor ostro. - Jak, do cholery, udało ci się to zrobić?

- Mówiłeś, że nie masz czasu, a oni byli nam bardzo potrzebni.

Więc poszłam do biura Drake'a i załatwiłam to sama.

Trevor zaklął długo i siarczyście.

- Opuściłaś dom i pojechałaś do Newark?!

- Nie sama, Joe pojechał ze mną. Zatroszczył się o to, żeby nikt nie wiedział, że wyjeżdżam, i był ze mną, żeby 

mnie chronić. - Idiota! - wybuchnął Trevor.

- Nieprawda. Joe jest bardzo mądry i silny i zrobił to, o co go poprosiłam.

- Gdzie był wtedy Bartlett? Uduszę go!

-  Powiedziałam ci,  że Joe  jest  sprytny.  To  nie  była wina Bartletta.  Nie spodziewał się,  że  będzie  musiał  nas 

pilnować, żebyśmy nie wymknęli się z domu. A ja zrobiłam to, co było konieczne. Miałam już dosyć słuchania, jak 
wszystko wspaniale idzie, kiedy jedyną rzeczą, jaką pragnęłam, było działanie. Więc przestań przeklinać i prześlij 
Drake' owi to zdjęcie.

Trevor milczał chwilę.

- Jak ci się udało go przekonać?

- To nie było łatwe - przyznała Jane zmęczonym głosem.

- O mały włos, a by mi się nie udało, nie mogłam go rozgryźć. Ale potem zobaczyłam coś w jego oczach i już 

wiedziałam, jak go podejść ...

- Jak?

-  Drake  jest  spragniony  przygody.  Jest  uwiązany  do  biurka, pisze  o  suchych  jak  popiół  odkryciach,  a  tak 

naprawdę chce ruszyć świat z posad.

- I w jaki sposób doszłaś do tego wniosku?

-  Gawędziliśmy  przyjaźnie,  usiłowałam  go  wybadać i  po  prostu mi  się  udało.  Żartowaliśmy  na  jakiś  temat i 

wspomniałam o Indianie Jonesie. Twarz Drake'a rozświetliła się jak fajerwerki na Czwartego lipca.

- Chce zostać Indianą Jonesem?

- Nie ma nic złego w pragnieniu zostania bohaterem, więc dałam mu po temu okazję. Opowiedziałam mu całą 

historię o  Aldzie,  jego  powiązaniach  z  Cirą  i  wytłumaczyłam,  dlaczego  tak  bardzo  potrzebujemy  jego  pomocy. 
Zawołałam  Joego,  żeby  przekonał  Drake'a,  że  działamy  zgodnie  z  prawem.  Obiecałam  mu  też  wyłączność  po 
złapaniu Alda. I, w odróżnieniu od ciebie, zamierzam dotrzymać tej obietnicy. Jakie będzie nasze następne pociąg-
niecie?

- Ty zostaniesz na miejscu i nie ruszysz się na krok.

- Będę robiła to, na co mam ochotę. Powiedz mi, w jaki sposób

Eve zostanie zaproszona do Herkulanum, kiedy już Aldo przeczyta potwierdzenie w "Archaeology Journal"?

background image

-  Przez  dwa  dni  Sontag  będzie  mówić  w  gazetach  o  rzeźbiarzach  sądowych  i  konieczności  skorzystania  z 

pomocy  najlepszych  specjalistów  w  tej  dziedzinie.  Potem  poczekamy  jeszcze  kilka  dni  i  profesor  ogłosi  swój 
wybór.

- Ale to prawie cały tydzień czekania!

- I, jeżeli to okaże się konieczne, tyle właśnie będziemy czekać.

- Myślałam, że będziesz w stanie to wszystko przyspieszyć.

- Jane ziewnęła. - W tej chwili jestem zbyt zmęczona, żeby się kłócić. Przez całą noc surfowałam po internecie i 

przekonywałam Joego, że musi mi pomóc w realizacji mojego planu. Idę spać. Pamiętaj, żebyś przesłał to ...

- Mój Boże, jesteś niesamowita. Jane poczuła ukłucie bólu.

- Nie wiem, o czym mówisz. Po prostu była sprawa do załatwienia i ja ją załatwiłam.

-  A  najbardziej  cudowna  rzecz  w  tym  wszystkim  jest  taka,  że  ty  w  ogóle  nie  zdajesz  sobie  z  tego  sprawy. 

Prawdopodobnie tak . zawróciłaś Drake'owi w głowie, że biedak zapomniał, jak się nazywa.

- Dałam mu tylko to, czego chciał.

- Niech niebiosa mają nas, mężczyzn, w swojej opiece, jeżeli kiedykolwiek sięgniesz po broń dużego kalibru.

- Jeżeli musisz liczyć na pomoc niebios, to jesteś żałosny i nie zasługujesz na żadną opiekę. Na twoim miejscu 

zamiast jęczeć i narzekać, okazałabym trochę wdzięczności.

- Jestem wdzięczny. I wściekły. I przerażony.

Jane nie miała już siły na dalszą rozmowę.

- Już ci wierzę. Otrząśnij się z tego i prześlij zdjęcie. - Odłożyła słuchawkę.

- Nie spodobało mu się, że opuściłaś dom? - spytała Eve, stając za jej plecami.

-  Oczywiście,  że  nie.  -  Dlaczego  miałby  myśleć  inaczej?  Ty  i  Joe  też  byliście  przeciwni.  Ale  w  końcu 

pozwoliliście mi zrobić to, co trzeba.

- Och, nie miałam żadnych wątpliwości, że świetnie sobie poradzisz. Tylko szkoda, że nie byłam tam z wami i 

nie mogłam zobaczyć cię w akcji.

Jane westchnęła.

- Ale byłaś zła, kiedy posądzałaś mnie o manipulowanie Joem.

- Bo chodziło o Joego. Aldo stworzył nam tu strefę wojenną.

Dopóki nie  krzywdzisz niewinnych  obserwatorów,  możesz  używać każdej  broni, którą  masz  pod  ręką.  - Eve 

uśmiechnęła się. - Ale następnym razem nie chcę tutaj czekać, pilnując domowego ogniska.

-  W  Herkulanum  będziesz  w  samym  centrum  wydarzeń.  Jeśli  w  ogóle  tam  dotrzemy.  Trevor  porusza  się  w 

żółwim tempie.

- Co jest prawdopodobnie bardzo rozsądne - zauważyła Eve.

- Popieram ostrożność na końcowym etapie. Zauważyłam, że mogę popsuć całą rekonstrukcję, jeżeli pod koniec 

zaczynam  się  spieszyć.  Ale  zgadzam  się  z  tobą,  że  czekanie  jest  trudne.  Idź  zaraz  do  łóżka.  Wyglądasz,  jakbyś 
zasypiała na stojąco.

- Zasypiam. - Jane pokiwała na Tobiego i ruszyła korytarzem.

background image

- Dziś w nocy będę spała jak kamień .

- Bez żadnych snów? - spytała Eve cicho.

- Masz na myśli sny o Cirze?

Sypiące się skalne odłamki, raniące skórę. Ból. Krew. Potrząsnęła głową.

- Nie śniłam o Cirze już od dawna. Może to już skończone i nigdy więcej mi się nie przyśni.

-  Nie  bądź  taka  pewna.  Zważywszy,  że  wszystko,  co  robimy,  obraca  się  wokół  Ciry,  byłabym  zaskoczona, 

gdyby nie znajdowała się ona w centrum twojej uwagi.

- Ale sny zniknęły, mimo że myślę o niej bez przerwy. Mówiłam ci, że Cira była prawdopodobnie starożytną 

wersją gwiazdy rewiowej?

- Nie, naprawdę?

- Czy to  nie dziwne? Miała takie ciężkie  życie, musiało jej być bardzo trudno udawać klowna. Nie mogę jej 

sobie wyobrazić, jak tańczy i śpiewa na scenie. - Wzruszyła ramionami. - Ale chyba Cira mogła robić wszystko, na 
co miała ochotę. Dobranoc, Eve.

- Śpij dobrze.

Na pewno będę dobrze spała, pomyślała Jane, zamykając za sobą drzwi pokoju. Jeżeli będzie o czymś śniła, to 

o Sontagu i Aldzie w ruinach Herkulanum i o Trevorze, oplątującym ich wszystkich pajęczą siecią.

Powinna się cieszyć, że już nie śni o Cirze. Może koło się zamknęło, a jej historia dobiegła kresu. Może Cira 

zginęła, przygwożdżona w tunelu odłamkami skał.

Smutek. Samotność.

Natychmiast  poczuła  rodzący  się  w  niej  bunt.  Nie,  nie  zniesie  tego!  Była  wariatką.  Jak  może  zapobiec 

wydarzeniom, które rozegrały się dwa tysiące lat temu? Cokolwiek stało się w tym tunelu, ona, Jane, musi się z tym 
pogodzić.

Zaczęła się rozbierać.

- Ale to nie fair, prawda, Tobi? - wyszeptała, wsuwając się pod kołdrę. - Ona tak dzielnie walczyła. Zasługiwała 

na to, żeby żyć ...

Dahlonega, Georgia

Zdjęcie  posągu,  zamieszczone  w  "Archaeology  Journal"  było  trochę  niewyraźne,  ale  nie  na  tyle,  żeby  nie 

można jej było rozpoznać.

Cira.

Aldo  wbił  wzrok  w  twarz  kobiety,  a  potem  uważnie  przeczytał  zamieszczony  obok  artykuł.  Potwierdzenie. 

Autor  notatki  był  bardzo  dyskretny,  ale  nie  ulegało  wątpliwości,  że  potwierdza  odkrycie  Sontaga,  udało  mu  się 
nawet dotrzeć do cennej fotografii znalezionego w przedsionku posągu.

Aldo  otworzył  stronę  florenckiej  "La  Nazione".  Kolejna  konferencja  prasowa,  na  której  Sontag  opowiada  o 

swoim  wyjątkowym  odkryciu  i  potrzebie  zatrudnienia  rzeźbiarza  sądowego  w  celu  weryfikacji,  czy  posąg 
przedstawia kobietę, do której należał szkielet. Już druga wzmianka o rzeźbiarzu sądowym w ciągu kilku dni.

Rzeźbiarz sądowy. Cira.

Jane MacGuire.

background image

Krąg się zamykał, zacieśniał, jak pętla.

Bardzo dobrze, najgorsze już się stało, ale on może obrócić to na swoją korzyść. Może to jest wyzwanie, dzięki 

któremu będzie mógł pokazać, jak wielką przewagę ma nad tą suką.

Zeszłej nocy śnił o Cirze i obudził się drżący z ekstazy.

Połamane kości, krew i łzy upokorzenia. Ale nie będzie miał krwi bez Jane MacGuire, to ona była wcieleniem 

tej dziwki. Żeby misja została spełniona, musi mieć je obie.

Na pewno będzie je miał. Zasługiwał na to.

Ale  los  czasami  potrzebował  niewielkiej  pomocy.  Musi  przejąć  kontrolę.  Pamiętał  dobrze,  co  wydarzyło  się 

wtedy, na łące, kiedy już prawie miał Jane MacGuire.

Teraz nie może sobie pozwolić na żadne potknięcia.

- Muszę się z tobą zobaczyć - powiedział Sontag krótko, kiedy Trevor odebrał telefon. - Natychmiast. Nie taka 

była  nasza  umowa.  - Nie  było  żadnej  umowy.  Zaszantażowałem  cię.  -  Trevor  usiadł  na  łóżku.  -  Co  się  stało? 
Reporterzy nie dają ci spokoju? - Po prostu tu przyjedź - rzucił i odłożył słuchawkę.

Trevor zerknął na stojący na nocnej szafce budzik i zaczął się ubierać. Za piętnaście trzecia rano. To nie było w 

stylu Sontaga, żeby wiercić się na łóżku, zamartwiając się w środku nocy, a przez telefon wydawał się naprawdę 
przerażony. Lepiej, żeby Trevor się' pośpieszył i dotarł do profesora, zanim ten się wygada i wszystko popsuje.

Trevor pojawił się w leżącym na obrzeżach Herkulanum domu Sontaga piętnaście minut później.

- Powiedziałeś, że sprawa jest czysta - wybuchnął Sontag, otwierając drzwi. - Tylko parę konferencji prasowych 

i mogę jechać do Cannes. Powiedziałeś, że on nie będzie się do tego mieszał.

- Uspokój się-odparł Trevor. -Jeszcze tylko tydzień i będziesz mógł opuścić Herkulanum.

- Wyjeżdżam jutro.

-  Tak,  na  pewno  -  rzucił  sarkastycznie  Trevor  wchodząc  energicznie  do  pokoju.  -  Wciąż  masz  robotę  do 

wykonania.

- Nic z tego. - Sontag podniósł dużą kopertę, leżącą na stoliku do kawy i rzucił ją w jego stronę. - Już po mnie. -

Idąc  w  stronę  sypialni,  odwiązywał  paski  aksamitnego  szlafroka.  -  Umywam  ręce  od  wszystkiego.  On  próbuje 
przejąć kontrolę. Wyda mnie. Idę się spakować.

Trevor  nie  miał  zamiaru  na  to  pozwolić,  nie  mógł  puścić  Sontaga  wolno.  Chciał  od  razu  pójść  za  nim  i 

przywołać go do porządku, ale doszedł do wniosku, że pozwoli profesorowi trochę ochłonąć. Otworzył kopertę i 
wyjął ze środka plik papierów.

Gwizdnął cicho, kiedy zobaczył pierwszą stronę. - Chryste!

- Mamy go - powiedział Trevor, kiedy Jane odebrała telefon dwie godziny później. - Nie tylko go mamy, jestem 

przekonany, że jest w Herkulanum.

Jane zamarła. - Co?

-  Sontag  zadzwonił  do  mnie  spanikowany  i  jak  tylko  do  niego wszedłem,  rzucił  we  mnie  kopertą,  która 

zawierała kompletne dossier Eve Duncan. Najwyraźniej informacje zostały zaczerpnięte z internetu, a na wierzchu 
była notatka o zrobionej przez nią rekonstrukcji mumii egipskiej.

- Żadnego listu?

background image

- Nie, ale Sontag znalazł kopertę pod drzwiami, kiedy ktoś do niego zapukał w środku nocy. To go śmiertelnie 

przeraziło. Myślał, że Carpenter chce się podłączyć do wielkiego odkrycia, a Sontag uwielbia całą uwagę skupiać 
na sobie i chce pozostać w blasku reflektorów.

- Myślisz, że to sprawka Alda?

-  Mógł  kogoś  wynająć,  żeby  to  zrobił,  ale  mam  przeczucie,  że jest  zmęczony  czekaniem  i  chciał  się 

skontaktować.  Jezu,  nigdy  nie  przypuszczałem,  że  będziemy  mieli  aż  tyle  szczęścia.  Myślałem,  że  po 
obwieszczeniu Sontaga będziemy musieli siedzieć jak na szpilkach i czekać na odpowiedź Alda.

- Dlaczego on miałby to zrobić?

- Przez cały tydzień czytał trucie Sontaga o kłopotach z wyborem rzeźbiarza sądowego, aż w końcu postanowił 

sam się tym zająć. Arogancki skurwysyn. Od kiedy tylko zaczął zabijać, wszystko szło po jego myśli i teraz nawet 
nie wpadło mu do głowy, że to nie on może rozdawać karty.

- Ale dlaczego podrzucił tę kopertę w środku nocy?

-  A  dlaczego  nie?  Chce  wzbudzać  strach,  a  ostatnio  nie  wychodziło  mu  to  zbyt  dobrze.  Jeżeli  chodzi  mu  o 

szkielet, to może chciał uświadomić Sontagowi, jaki jest bezbronny. Nie zdawał sobie sprawy, że Sontag bardziej 
niż o życie martwi się o swoje pięć minut sławy.

- Ale to mogło odnieść zupełnie odwrotny skutek, Sontag mógł wybrać kogoś innego, żeby pokazać, że nikt nie 

będzie mu niczego dyktował.

-  To  prawda.  Wydaje  mi  się,  że  Aldo  nie  jest  do  końca  pewny,  czy  nie  natrafił  na  pułapkę,  ale  chce 

zaryzykować, bo jest przekonany, że potrafi pokonać wszystkie przeszkody.

- Żeby dotrzeć do Ciry -dodała Jane powoli. - I ciągle chce mnie.

- Wydajesz się zaskoczona, a przecież taki był plan, prawda?

Nie wybrałby Eve do robienia tej rekonstrukcji, gdyby nie był pewien, że to przyciągnie także ciebie.

- Nie jestem zaskoczona. - Ale była zdenerwowana i nieco przerażona tempem, w jakim Aldo połknął przynętę. 

- Po prostu to zdarzyło się tak nagle i próbuję się w tym wszystkim odnaleźć. Nie sądzisz, że Aldo uzna za bardziej 
logiczne, że Eve zostawi mnie tutaj pod dobrą ochroną?

- Jego przeznaczenie - przypomniał jej. - I jeżeli rzeczywiście zostałabyś w domu, na pewno znalazłby sposób, 

żeby cię tutaj zwabić.

- To kiedy wyjeżdżamy do Herkulanum?

- Wpadasz ze skrajności w skrajność, teraz robisz wrażenie, jakbyś już nie mogła się doczekać.

- Czuję ulgę na myśl, że wreszcie coś robimy - przyznała.

- Dla mnie to nie jest ulga. Im bardziej zbliżamy się do chwili naciśnięcia ostatniego guzika, tym więcej mam 

wizji tańczących przede mną trupów bez twarzy.

- Więc  upewnij się,  że  nie zrobisz  niczego głupiego i ja  nie  stanę się  jednym  z  nich.  Kiedy wyjeżdżamy do 

Herkulanum ? - powtórzyła. - Jutro, na konferencji prasowej, Sontag ogłosi, że zatrudnił Eve. Poczekamy może dwa 
dni z waszym przyjazdem. Powiedz Eve, że na lotnisku w Neapolu będą dziennikarze.

- Nie spodoba jej się to.

- Będzie musiała się z tym pogodzić. Wszyscy wiedzą, że Eve nie lubi zainteresowania prasy, ale jeżeli się mylę 

i Alda nie ma w Herkulanum, muszę być pewny, że dowie się o jej przybyciu. Poza tym taki rozgłos będzie solą na 
jego rany. Postaram się, żeby lokalna gazeta zamieściła kolejne zdjęcie posągu Ciry. Dołożę wszelkich starań, żeby 

background image

Eve potem pozostała w cieniu, ale uwaga mediów jest kluczem do całej sprawy. Ja spotkam się z wami w Rzymie i 
przylecimy tutaj razem.

- Dlaczego? - zdziwiła się Jane.

- Chcę, żeby widziano, jak przylatuję w tym samym czasie co

wy. Do tego momentu gdzieś się ukryję. Jeżeli Aldo już tu jest, nie może zobaczyć, jak kręcę się wokół Sontaga 

i pociągam za wszystkie sznurki.

- Możesz wciąż jeszcze kontrolować Sontaga? Przecież powiedziałeś, że jest śmiertelnie przerażony.

- Jest, ale ma wyjątkowy instynkt samozachowawczy i jedyne, co musiałem zrobić, to przekonać go, że nadal 

będzie w centrum uwagi. Powiedz Quinnowi, że znalazłem willę na obrzeżach Herkulanum, wyposażoną w pewne 
interesujące udogodnienia, ale zatrudnienie ochrony pozostawiam jemu. Może skontaktować się z lokalną policją i 
uzyskać rekomendacje firm ochroniarskich. Przeszłość ludzi, których ja bym zaangażował, raczej nie spotkałaby się 
z aprobatą Quinna.

- Wyobrażam sobie.

- Nie, nie wyobrażasz. Masz siedemnaście lat.

- Przestaniesz wreszcie o tym ględzić?

-  Nie,  muszę  to  sobie  cały  czas  przypominać.  Zadzwoniłem  do Bartletta  i  poleciłem  mu,  żeby  zorganizował 

przelot Tobiego do Kalifornii, do twojej przyjaciółki, Sary. Wiem, że nie miałabyś ani chwili spokoju, gdybyś nie 
była pewna, że pies jest w dobrych rękach. Zgadzasz się na takie rozwiązanie?

- Jeśli tylko Tobi będzie bezpieczny.

-  Będzie.  Powiem  Bartlettowi,  żeby  wynajął  dla  psiaka  prywatny  samolot,  jeżeli  zajdzie  taka  konieczność. 

Zadzwonię po konferencji prasowej jutro wieczorem - powiedział na zakończenie.

Jane odłożyła słuchawkę i siedziała chwilę bez ruchu. Czuła się ogłuszona ... i przerażona. Nie spodziewała się 

żadnej z tych emocji. Myślała, że jest gotowa.

Do cholery, jest gotowa. Musi tylko otrząsnąć się z tego dziwnego przeczucie katastrofy, które pojawiło się na 

myśl  o  wyjeździe  do  Herkulanum. Wszystko szło  zgodnie  z  planem, nawet  lepiej,  niż  zaplanowali.  Powinna  się 
cieszyć.

Nie,  nie  ucieszyła  się,  ale  zaczynała  odczuwać  dreszcz  ekscytującego  oczekiwania.  Wstała  z  huśtawki  i 

skierowała się do drzwi. - Eve, Trevor dzwonił. Pakuj walizki. Jedziemy do Herkulanum.

Ozdobiona  sztukaterią  dwupiętrowa  willa  na  Via  Spagnola,  którą  wynajął  Trevor,  była  przestronna  i  urocza. 

Otaczał ją żelazny płot z kutymi ornamentami, a kolorowe geranium zwieszało się ze skrzynek umieszczonych w 
oknach drugiego piętra.

Trevor otworzył frontowe drzwi i odsunął się na bok.

- Zostanę tutaj z Eve i Jane, Quinn. Pewnie chcesz pójść przodem i wszystko sprawdzić. Sam bym to zrobił, ale 

nie sądzę, żebyś zaufał komukolwiek poza sobą.

- Masz rację. - Joe minął ich szybko i wszedł do holu. - Chociaż wszystko powinno być w porządku. Dwóch 

ludzi obserwuje dom, odkąd wczoraj dałeś mi namiary na agencję ochroniarską. Zostańcie tutaj.

- Mogłem się tego spodziewać - mruknął Trevor.

- Tak, mogłeś - powiedziała Eve, rozglądając się po marmurowym holu. - Ładnie tu. Ile jest sypialni?

background image

- Cztery. I dwie łazienki. Salon, gabinet i biblioteka. Kuchnia jest dosyć nowoczesna, a to ogromny plus jak na 

tak stary dom.

- Ile ma lat? - spytała Jane.

- Został  zbudowany  około  tysiąc  osiemset  pięćdziesiątego  roku.  Należy  do  Sontaga,  który  zgodził  się  go 

wynająć, kiedy okazało się, że właśnie czegoś takiego szukam.

- Wykręciłeś mu rękę?

- Nie  musiałem.  Był  wtedy  załamany  i  robił  wszystko,  co  mu kazałem.  Aż  do  tej  nocy, kiedy  odwiedził  go 

nieproszony gość.

- Wszystko w porządku - powiedział Joe, schodząc na dół. - Eve i ja zajmiemy sypialnię na końcu korytarza, ty, 

Jane, środkową, a Trevor tę po drugiej stronie. W ten sposób weźmiemy

cię w objęcia, Jane.

- W  objęcia  -  odezwał  się  Trevor.  -  Interesujący  pomysł,  Jane. Ale,  wziąwszy  pod  uwagę, jak  bardzo  jesteś 

kolczasta, niezbyt zachęcający.

- Zamknij się - powiedział zimno Joe. - To nie do przyjęcia.

- Wiem, tak mi się wymknęło. - Trevor ruszył w stronę kuchni.-  Żeby wam to wynagrodzić, zaparzę kawę i 

przygotuję coś do jedzenia. A wy rozpakujcie się i odświeżcie.

- Sontag wydaje się bardzo chętny do współpracy - zauważyła Jane, kiedy Eve i Joe poszli do swojej sypialni. -

Nie jest już zdenerwowany?

- Jest.  Najchętniej  uciekłby  z  podkulonym  ogonem.  Ale  to  tylko kwestia  kontroli.  Spróbuj  trochę  odpocząć, 

masz za sobą długi lot - poradził Trevor i zniknął za łukowatymi drzwiami na końcu korytarza.

Jane  wcale  nie  chciała  iść  do  pokoju  i  odpoczywać.  Nie  była zmęczona,  tylko  podekscytowana  i 

zniecierpliwiona,  a  widoki,  dźwięki  i  zapachy  Włoch  nieomal  ją  przytłoczyły.  Zawahała  się,  a  potem  niechętnie 
skierowała do sypialni.

- Chcesz pójść ze mną? - Trevor wrócił i stanął w drzwiach.

Uśmiechnął się. - Tak myślałem, że nie będziesz w stanie udać się grzecznie na spoczynek. No, chodź! Pomóż 

mi.

Jane  odwróciła  się  do  niego  z  radością,  ale  szybko  się  opanowała.  -  Nie  zachowuj  się  protekcjonalnie.  Nie 

potrzeba dwojga do parzenia kawy.

- Protekcjonalnie, akurat! Po prostu jestem samotny. - Postąpił krok naprzód z wyciągniętą dłonią. - Chodź ze 

mną - dodał kusząco.

Chodź ze mną. Zaufaj mi.

Nie,  nie  pozwoli,  żeby  umysł  płatał  jej  figle  tylko  dlatego,  że  byli  w  Herkulanum.  Związek  między  nią  a 

Trevorem  w  niczym  nie  przypominał  tego,  jaki  łączył  Cirę  i  Antoniusza.  Do  diabła,  nie  było  żadnego  związku, 
tylko wspólny cel.

Ale  nie  stanie  się  nic  złego,  jeżeli  teraz  z  nim  pójdzie.  Czuła  się  niespokojna  i,  tak,  też  trochę  samotna.  Z 

wahaniem zrobiła krok naprzód, potem jeszcze jeden i ujęła jego dłoń.

Jej oczy rozszerzyły się. Mrowienie. Zmysłowy niepokój. Próbowała wyrwać dłoń.

Uścisk Trevora natychmiast stał się mocniejszy, ciepły, bezpieczny i nagle cały ten zmysłowy niepokój zniknął.

background image

- Widzisz? To wcale nie bolało. Chcesz zrobić kawę czy kanapki? - zaśmiał się, prowadząc ją do kuchni.

Trzech strażników z tyłu domu. Dwóch na froncie. Ciężko będzie dostać się do Jane McGuire, kiedy będzie w 

willi.

Aldo patrzył, jak zapalają się światła w domu przy Via Spagnola.

Jak przytulnie. Pewnie siedzą teraz wszyscy razem przy stole, piją wino i gawędzą o Cirze i rekonstrukcji.

Czy Eve Duncan i Joe Quinn wiedzą, jaką żmiję hodują na piersi? Że Jane MacGuire i Cira to jedna i ta sama 

osoba? Pewnie nie. Nic dziwnego, skoro ona odprawiła swoje czary i sprawiła, że uwierzyli we wszystko, co im 
powiedziała.  Chciała  żyć  wiecznie,  a  taka  rekonstrukcja  da  jej  gwarancję,  że  przynajmniej  jej  twarz  będzie 
nieśmiertelna.

Ale tak się nie stanie. On, Aldo, nie może do tego dopuścić. Im dłużej pozostaje w tym mieście, tym bardziej 

jest  przekonany,  że został  tu  wezwany  celowo.  Lęk  i  niepewność  stopniowo  znikały.  Drogę  wskaże  mu  armia 
otaczających ją strażników.

Albo ona sama zostanie przyprowadzona do niego jak jagnię na rzeź.

- Ależ tu pięknie - powiedziała Eve, wyglądając przez kuchenne okno na ulicę. - Nie, nie pięknie. Martwo. Nie 

można ani na chwile zapomnieć o tym, co tu się wydarzyło.

- Mieszkańcy miasta starają się, jak mogą, żeby nikt nie zapomniał - odpowiedział Joe sucho. - Wielu z nich 

właśnie z tego żyje. Już nie mogę się doczekać, żeby skończyć z tym wszystkim i wynieść się stąd. Nie podobał mi 
się ten cyrk na lotnisku. - Zwrócił się do Trevora. - Nie chcę, żeby Eve znowu przez to przechodziła.

- To nie będzie konieczne - odparł Trevor. – Zorganizujemy jeszcze jedną konferencję prasową i najlepiej, żeby 

potem Eve trzymała się możliwie najbardziej w cieniu.

Joe spojrzał mu prosto w oczy. _ Zgadzam się z tym.

- Kiedy mam zacząć prace nad tą rekonstrukcją? - spytała Eve.

- Dobrze  by  było  mieć  trochę  więcej  danych.  Dzisiaj  po  południu  musiałam  nieźle  lawirować,  żeby 

odpowiedzieć na pytania tych wszystkich dziennikarzy.

- Ale świetnie ci poszło. - Trevor uśmiechnął się. - Byłem pod wrażeniem.

- Nie chcę, żebyś był pod wrażeniem - burknęła. - Chcę, żebyś był sprytny, efektywny i wydostał nas z tego 

koszmaru najszybciej, jak to tylko możliwe. - Zerknęła na Jane. - I nie zrobił niczego, co dałoby temu psychopacie 
szansę dotarcia do Jane. Zgodziliśmy się tu przyjechać, bo w ten sposób możemy szybko zakończyć ten horror. Nie 
zamierzam spoczywać na laurach, skoro już tu jesteśmy. Twoim zadaniem było przygotowanie miejsca, w którym 
złapiemy Alda w pułapkę. Powiedziałeś, że je wykonałeś. Czy to jest to miejsce?

Trevor skinął głową.

- A co sprawia, że jest takie wyjątkowe?

- Tunel.

- Co?!

- Pod willą jest wykopany przez złodziei tunel, który łączy się z siecią archeologicznych tuneli przecinających 

wykopaliska  wokół  teatru.  Nikt  tak  naprawdę  nie  wie,  ile  takich  tuneli  złodzieje  wykopali  przez  wieki.  Sontag 
odkrył ten tunel parę lat temu i  postanowił utrzymać to  w tajemnicy, żeby móc od czasu do czasu zejść na dół i 
pokopać trochę dla przyjemności i zysku.

background image

- Naprawdę myślisz, że Aldo będzie próbował dostać się do willi przez ten tunel? - spytał Joe. - Przecież wie, że 

czekamy na niego. Może być wariatem, ale jest szczwany jak lis.

-  Masz  rację  -  odpowiedział  Trevor.  -  Na  pewno  nie  będzie  próbował  dostać  się  do  willi.  Dlatego  musimy 

zwabić  go  do  tego  tunelu,  a  potem  pójść  za  nim.  Tunel  pod  Via  Spagnola  ma  tak  wiele  odnóg,  rozgałęzień  i 
zakrętów jak ten, wykopany przez Precebiusza.

- Powiedziałeś, że Aldo znał te wszystkie tunele jak własną kieszeń jeszcze jako chłopiec - przypomniała Jane.

Trevor przytaknął.

- Mamy tę przewagę, że Sontag jest jedyną osobą, która rozrysowała mapy tej sieci tuneli. Aldo ich nie zna.

- Mamy taką nadzieję - powiedział Joe.  - I jeżeli ten tunel jest tak skomplikowany, sami możemy się w nim

pogubić, nie tylko Aldo.

-  Odkąd tylko dowiedziałem  się  o  tunelu, co  noc go sprawdzam,  posługując  się mapami Sontaga.  Poza tym, 

przy odrobinie  szczęścia, wcale  nie  będziemy  musieli dobrze  znać całej sieci  tam,  na  dole.  Zastawimy pułapkę i 
pozwolimy, żeby Aldo sam do nas przyszedł.

- Rozumiem, że już to zrobiłeś - powiedziała sucho Eve.

- Oczekuję waszej akceptacji. - Trevor wyjął notatnik z tylnej kieszeni spodni i otworzył go. - Jest tylko jedno 

miejsce, które nadaje się do zastawienia pułapki. - Położył notes na stole. - Wiem, że to wygląda jak naskrobane 
przez kurę  pazurem, ale  tu jest  tunel, który prowadzi do tuneli  archeologów.  Pójdziemy odnogą, która  wychodzi 
tutaj.  -  Narysował  pionową  linię.  -  Ta  odnoga  prowadzi do  womitorium,  ale  mniej  więcej  w  połowie  drogi  jest 
odgałęzienie, które zatacza koło i wraca z innej strony. W tym miejscu jest występ, wysoki na metr, który może być 
świetnym miejscem dla strzelca, Quinn.

- Zasłonięty? Trevor przytaknął.

- Nie będziesz miał żadnego problemu. Ściana wygląda na jednolitą, jest tylko mały otwór, przez który można 

wszystko obserwować.

- Womitotium - powtórzyła Eve. - Czy to jest to, co mi się wydaje?

-  I  tak,  i  nie  -  odpowiedział  Trevor.  -  Na  ogół  nazywano  tak  wyjścia  z  budynków  publicznych.  Przez  lata 

strażnicy  opowiadali  naiwnym  turystom,  że  Rzymianie  obżerali  się  ponad  miarę,  a  potem  zmuszali  się  do 
wymiotów, żeby jeść dalej.

- Urocze. I to womitorium było wyjściem z teatru?

-  Mogło  być.  Tunel  pod  Via  Spagnola  tyle  razy  zakręca,  że mogło  też  być  wyjściem  z  innego  budynku 

publicznego  albo  rezydencji.  W  każdym  razie,  dla  nas  będzie  bardzo  przydatne.  -  Spojrzał  na  Joego.  -  Z 
womitorium wychodzą trzy tunele. Jeżeli uda nam się zwabić Alda, będzie pewnie ukrywał się w jednym z nich.

- I to właśnie womitorium jest naszym celem? - spytał Joe.

- Gdzie ono się dokładnie znajduje?

-  Trochę  dalej  w  głąb  tunelu.  Po  minięciu  bocznej  odnogi, w  której  ty  będziesz,  dochodzi  się  do  szerszego 

miejsca. Wszystko wskazuje na to, że tu był skarbiec, do którego chcieli dostać się złodzieje, kiedy kopali tunel. W 
womitorium też musiało stać kilka posągów, które skradziono, zostały tylko postumenty.

- Jak tam wygląda oświetlenie?

- Lepiej, żebyś miał przy sobie okulary na podczerwień. Na ścianach womitorium umieściłem cztery pochodnie,

ale to wszystko, co mogę ci obiecać. Tak samo ważne jest, żebyś ty go widział, jak to, żeby on nie widział ciebie.

background image

- I co ma zwabić go do tego pomieszczenia?

- Jane. - Trevor przeniósł na nią wzrok. - I Cira.

Joe potrząsnął głową.

- Zamierzasz wysłać mu ręcznie pisane zaproszenie na tę uroczystość?

- Mam nadzieję, że nie będę musiał. Jeżeli zadzwoni do Jane, tak jak wtedy, przed wyjazdem z Georgii, będzie 

mogła zastawić sidła. Jest spora szansa, że tak się stanie.

- A jeżeli nie zadzwoni?

-  Mamy  plan  awaryjny  -  mówił  dalej  Trevor.  -  Ogłosimy,  że trumna  ze  szczątkami  zostanie  pojutrze 

przetransportowana  z  tunelu,  w  którym  została  odkryta,  do  laboratorium  tutaj,  w  willi,  do  analizy  sądowej  i 
rekonstrukcji czaszki. Wybrałem dwóch dobrze znanych ekspertów medycyny sądowej, którzy nie mają, jak Son-
tag, opinii dupków, i podam ich nazwiska mediom jako osób, które wszystko potwierdzą.

- W jaki sposób?

-  To  już  twoje  zadanie,  Quinn.  Nie  obchodzi  mnie,  czy  przekonasz  ich  groźbą  czy  prośbą.  Zmuś  ich,  żeby 

kłamali jak z nut, a potem ukryli się na czas, który rzekomo mają spędzić w willi. - I po prostu pozwolimy, żeby 
Aldo przyszedł tu za nami?

- Właśnie, pójdzie za nami przez tunel pod teatrem aż do tunelu złodziei prowadzącego do willi. - Co?!

-  Taki  kiczowaty  show  jest  zupełnie  w  stylu  Sontaga.  Dramatyczne  odsłonięcie  przed  mediami  miejsca,  w 

którym  został  znaleziony  szkielet,  a  potem  poprowadzenie  dziennikarzy  przez  ciemne  tunele  do  miejsca,  gdzie 
zostanie  ujawniona  tożsamość  Ciry.  Albo  raczej  do  miejsca,  gdzie  lokalna  policja,  według  naszych  wskazówek, 
zabarykaduje tunel, żeby żaden z dziennikarzy nie poszedł dalej i nie znalazł naszego wyjścia.

- Aldo musiałby być szalony, żeby znaleźć się w tym tłumie reporterów.

- Nie będzie go wśród nich. Ale na pewno ukryje się gdzieś w plątaninie przejść i będzie miał oko na wszystko, 

co się dzieje - odpowiedział Trevor. - Później wróci i sam wszystko sprawdzi. Nie będziemy zbytnio utrudniać mu 
odnalezienia tunelu pod Via Spagnola. Upewniłeś się, że miejsce, w którym znaleziono szkielet, zostało ogrodzone 
przez policję i jest strzeżone dwadzieścia cztery godziny na dobę? - zwrócił się do Joego.

- Oczywiście, nie musiałem do tego nikogo przekonywać.

Zasugerowałem  tylko,  że  byłoby  dobrze  chronić  to  miejsce  przed  złodziejami,  którzy  mogą  zniszczyć  cenne 

wykopaliska  archeologiczne.  Policja  bardzo  chciała  pomóc,  w  te  dziury  w  ziemi  wpada  sporo  amerykańskiej 
gotówki. Ale co ma przyciągnąć Alda do womitorium, skoro rekonstrukcja będzie robiona w willi?

Trevor uśmiechnął się.

-  Wmówimy  mu,  że  Sontag  zamierza  zwołać  konferencję  prasową  tam,  na  dole  i  urządzić  z  odsłonięcia 

rekonstrukcji wielki spektakl.

- Mój Boże - wyszeptała Jane.

-  To  także  jest  w  kiczowatym  stylu  Sontaga:  poprowadzić dziennikarzy  przez  ciemność  aż  do  tajemniczego 

celu, womitorium.

- A zamiast dziennikarzy poprowadzimy tam Alda. Będzie chciał zniszczyć rekonstrukcję, zanim dotrą do niej 

reporterzy - powiedziała Jane powoli. - Jak to zrobimy?

- Ty rzucisz mu wyzwanie, sprowokujesz go, pozwolisz mu myśleć, że spotkacie się sam na sam. Poza tym, że 

jest wariatem, jest też wyjątkowym egoistą. Znajdziesz sposób, żeby wykorzystać jego słabości.

background image

Jane zmarszczyła brwi. - To może się udać.

- Obyś miała rację. - Trevor zwrócił się do Eve: - Wszystko

w porządku?

Eve pomyślała chwilę.

- Nie. Skąd Aldo dowie się o womitorium? - spytała wreszcie.

- Jak już odkryje tunel pod Via Spagnola, przeprowadzi dokładne rozpoznanie, a womitorium nie jest trudne do 

znalezienia dla kogoś obytego z tunelami. A kiedy je znajdzie, nie pójdzie już dalej. - Dlaczego?

-  Będzie  wiedział,  że  to  właśnie jest  to  miejsce.  Przygotowałem je.  W całym  pomieszczeniu  porozstawiałem 

lampy, akumulatory i sprzęt fotograficzny. Musi się domyślić, co się tam wydarzy.

- Jak możesz być taki pewny, że w ogóle je znajdzie? Za dużo w tym wszystkim przypuszczeń.

-  Masz  rację.  Dlatego  na  występie,  na  którym  będzie  czekał  Joe,  ustawiłem  kamerę  wideo.  Jest  skierowana 

dokładnie na womitorium. Będziemy wiedzieć, gdy tylko Aldo się tam pojawi. Zaufaj mi.

- W kwestii bezpieczeństwa Jane nie ufam nikomu - powie działa Eve stanowczo. - I bardzo nie podoba mi się 

pomysł użycia jej jako przynęty.

- Wiesz, że to jest jedyny sposób, w jaki możemy to zrobić - wtrąciła Jane cicho. - Joe będzie tam ze mną, żeby 

mnie ochraniać.

- I ja też tam będę - dodał Trevor. - Tej nocy sam zaprowadzę Jane do womitorium. Ty pójdziesz przed nami, 

Quinn. Dokładnie sprawdzę tunel, zanim sprowadzimy ją na dół i pójdziemy z nią aż do odnogi, w której będziesz 
czekał. Gwarantuję, że będzie bezpieczna w drodze do womitorium. Potem jej bezpieczeństwo będzie zależało od 
nas wszystkich.

- Dlaczego nie możemy mieć na dole więcej ochroniarzy?

- Aldo zwieje, w momencie, w którym ich zobaczy. Dopóki nie

pozwolimy mu zbliżyć się do Jane, będzie bezpieczna. Aldo nigdy nie używa broni palnej. On chce rytualnego 

mordu, to dla niego ważne. Nas nie obchodzi żaden rytuał, kulka absolutnie nam wystarczy.

- Lepiej, żeby to się udało, Trevor - powiedziała Eve ponuro.

- Boże, co jeszcze mogę zrobić? Jestem otwarty na wszelkie sugestie.

-  Usłyszysz  je,  jeżeli  zobaczę  jakiekolwiek  sygnały,  że  ten  plan  nie  trzyma  się  kupy.  -  Eve  odwróciła  się  i 

skierowała do drzwi. - Na razie idę do łóżka, jestem padnięta. Joe?

- Zaraz przyjdę. - Joe dopił kawę. - Pogadam tylko z ochroniarzami i sprawdzę, czy czegoś nie zauważyli.

- Jest za wcześnie - zauważył Trevor. - Aldo nie zrobi jeszcze żadnego ruchu.

-  To  musi  być  cudowna  umiejętność,  tak  widzieć  wszystko  w  szklanej  kuli  -  powiedział  Joe  sarkastycznie, 

otwierając drzwi do kuchni. - Osobiście zauważyłem, że zawsze najlepiej oczekiwać nieoczekiwanego.

- Ja też - mruknął Trevor, kiedy Joe wyszedł. - Na ogół. Ale z Aldem jest inaczej ... Wydaje mi się, że wiem 

dokładnie, co on myśli ... jest inaczej. - Pozbierał filiżanki i talerze i zaniósł je do zlewu. - Ale może się mylę, a 
Quinn ma rację. Dwa różne punkty widzenia mogą tylko pomóc w zapewnieniu ci bezpieczeństwa _ zwrócił się do 
Jane. - Byłaś bardzo milcząca, kiedy opowiadałem moim "mistrzowskim planie". Sądzisz, że to się nie uda?

- Nie mam pojęcia. Trudno jest mi sobie wyobrazić ... - Zwilżyła usta. - Powiedziałeś, że tunel jest dokładnie 

pod domem? _ Tak. - Trevor przyjrzał się jej uważnie. - To cię niepokoi?

background image

Potrząsnęła głową.

- Niepokoi? Nie. - Spojrzała na widok za oknem. - Robi się ciemno. W tunelu będzie jeszcze ciemniej, prawda? 

- Tak. O czym ty myślisz?

Skierowała na niego wzrok.

- Chcę,  żebyś  przeprowadził  mnie  przez  ten  tunel.  Chcę  obejrzeć  womitorium  i  zobaczyć  na  własne  oczy 

miejsce, w którym Sontag miał odnaleźć Cirę·

- Nie  będziemy  mogli  się  tam  zbliżyć,  Quinn  kazał  policji pilnować  tunelu.  Poza  tym,  zobaczysz  je  jutro 

wieczorem.

Jane potrząsnęła niecierpliwie głową.

- Ale z tłumem reporterów za plecami. Dziś wieczorem. - Chcesz się upewnić, że wiem, o czym mówię?

- Chcę zobaczyć te tunele. Nie obchodzi mnie, jak daleko trzeba będzie pójść. Sam mówiłeś, że Alda jeszcze 

nie będzie w pobliżu. _ Powiedziałem też, że mogę się mylić.

- Ale on nic nie wie o tunelu pod Via Spagnola. Będziemy tam bezpieczni. A co z tunelami bliżej teatru?

- Nie  sądzę,  żeby  Aldo  udał  się  tam  bez  powodu.  Tunele  są  dosyć  nieprzyjemne,  a  przy  tym  oświetlone 

światłem elektrycznym i strzeżone przez miejscowych.

- Zaczepiliby nas, gdybyśmy weszli im w drogę? _ Chyba jakoś udałoby nam się wywinąć.

- Kolejne kłamstwa?

- A czy nie na tym polega życie? - Przyglądał jej się uważnie.

- Dlaczego to dla ciebie takie ważne?

Jane nie odpowiedziała.

- Mówiłaś, że śniły ci się tunele. Myślisz, że je rozpoznasz?

- odezwał się po chwili.

- Oczywiście, że nie. To by było chore.

Trevor milczał przez moment. - Quinn mnie chyba zabije. Zamierzał się zgodzić!

- Kiedy?

-  Za  godzinę.  Muszę  zadzwonić  do  Sontaga  i  dać  mu  instrukcje co  do  jutrzejszej  konferencji.  Zamierzasz 

powiedzieć o tym Eve?

Jane zastanowiła się chwilę.

- Nie. Poczują się w obowiązku, żeby pójść z nami, a nie chcę ich ciągać po tych tunelach. Sam powiedziałeś, 

że są dość nieprzyjemne.

- Obślizgłe - dodał. - Ale i tak chcieliby pójść.

- Zostawię wiadomość dla Eve na wypadek, gdyby się obudziła i zobaczyła, że mnie nie ma. Nie chcę, żeby się 

martwiła. - Ale nie chcesz też, żeby poszli z nami. Dlaczego?

- Obserwowaliby mnie - powiedziała szczerze. - Analizowaliby, co i dlaczego robię i czy na pewno powinni się 

na  to  wszystko  zgodzić. Ludzie,  którzy  cię  kochają,  tak  właśnie postępują. Ale ciebie  to  nic  nie obchodzi, jeżeli 

background image

będziesz mnie obserwował, to wyłącznie z ciekawości. Będę z tobą bezpieczna tylko dlatego, że nie chcesz zgubić 
Alda, ale nie będziesz się denerwował i ogryzał paznokci.

- Nie, ogryzanie paznokci nie jest w moim stylu - uśmiechnął się krzywo. - Tak, jestem ciebie bardzo ciekawy. -

Odwrócił się. - Do zobaczenia za godzinę. Weź jakiś sweter.

- Poczekaj! Jak dostaniemy się do tunelu? Gdzie jest wejście?

- spytała.

- Siedzisz na nim. - W skazał głową na chodnik, przykrywający kamienną podłogę pod jej krzesłem. - Tam jest 

dwumetrowa  klapa,  przez  którą  Sontag  wydobywał  większe  łupy,  które  zdobył  w  wyniku  swego  złodziejskiego 
procederu. Dalej jest metalowa drabina, która schodzi jakieś sto pięćdziesiąt metrów w dół. Nie bądź niecierpliwa i 
poczekaj na mnie, dobrze?

Nie musiał się o to martwić. Świadomość, że siedzi nad mroczną pustką, zdenerwowała J ane. Chciała jak naj 

prędzej wstać i zmienić miejsce, ale powstrzymała się. Starała się, aby jej ton zabrzmiał swobodnie.

- Poczekam.

ROZDZIAŁ 16

Ciemność. Tylko błysk latarki Trevora rozjaśniał czerń tunelu.

Chłód  i  wilgoć  wydawała  się  wnikać  we  wszystkie  pory  jej  skóry  i  Jane  nagle  zauważyła,  że  ma  kłopoty  z 

oddychaniem.

Noc bez powietrza.

To tylko jej wyobraźnia. Jeżeli nie może oddychać, wyłącznie dlatego, że zdyszała się, biegnąc za Trevorem.

- Najpierw idziemy do womitorium? - spytała.

- Nie, pomyślałem, że zajrzymy tam w powrotnej  drodze. Mam przeczucie, że bardziej zależało ci na czymś 

innym. Chciałaś zobaczyć teatr.

Jane nie zaprzeczyła, czuła, że jej cierpliwość jest na wyczerpaniu.

- Czy tutaj są szczury?

- Pewnie tak. Natura ma skłonność do zajmowania z powrotem wszystkich miejsc, opuszczonych przez ludzi. -

Jego głos doszedł ją z pewnej odległości. - Trzymaj się blisko mnie. Nie chcę, żebyś mi się zgubiła.

- Ale nie miałbyś nic przeciwko temu, żebym się trochę wystraszyła.

Trevor roześmiał się.

- Przyznaję, że chciałbym tobą trochę wstrząsnąć, żeby zobaczyć, czy to w ogóle leży w moich możliwościach.

-  Cóż,  na  pewno  nie  poskutkują  historyjki  o  szczurach.  Przyzwyczaiłam  się  do  nich,  kiedy  jako  dziecko 

mieszkałam w rodzinach zastępczych. Zapytałam, bo byłam ciekawa.

- W sierocińcu, w którym dorastałem, też były szczury.

- W Johannesburgu?

- Tak. Widzę, że Quinn kopał głęboko w mojej mrocznej przeszłości.

- Nie była wcale taka mroczna. Przynajmniej to, co udało mu się odkryć.

background image

- Krystalicznie czysta też nie była. Patrz uważnie pod nogi, przed nami jest kałuża.

- Dlaczego tu jest taka wilgoć?

- Szczeliny, pęknięcia. - Mruknął. - Mówiłaś, że śniły ci się tunele. Były podobne do tych?

Jane przez chwilę nie odpowiadała. Przysięgała sobie, że nigdy w życiu nie opowie Trevorowi swoich snów, ale 

odizolowanie i ciemność sprawiły, że poczuła z nim dziwną więź. I właściwie jakie miało znaczenie to, co on o niej 
myśli?

- Nie, nie przypominały tych tuneli. Tam nie było wilgotno, tylko gorąco i wszędzie było pełno dymu. Ja - ona 

nie mogła oddychać.

- Erupcja?

- Skąd mam wiedzieć? To był tylko sen. Ona biegła, bała się czegoś: -  Odczekała chwilę, a potem powiedziała: 

- Mówiłeś, że tobie też śniła się Cira.

- Och, tak. Od momentu, w którym znaleźliśmy manuskrypty.

Na początku co noc, teraz trochę rzadziej.

- I jak o niej śnisz? Tunele? Wybuch wulkanu?

- Nie.

- Więc jak?

Trevor roześmiał się·

- Jane, jestem mężczyzną. Jak myślisz, jak o niej śnię?

- Och, na litość boską!

- Sama  spytałaś.  Mógłbym  ci  opowiedzieć  tajemniczą,  romantyczną  historię,  ale  wiem,  że  wolisz  usłyszeć 

prawdę.

- Ona na to nie zasługuje.

- Cóż  mogę  powiedzieć?  To  tylko  seks.  Tak  naprawdę  nie sądzę,  żeby  Cira  miała  coś  przeciwko  moim 

fantazjom na jej temat. Ona rozumiała seks i umiała poradzić sobie w życiu. Pewnie spodobałaby się jej myśl, że 
ma nade mną taką władzę, mimo że upłynęły już wieki od jej śmierci.

- Nie wierzę, że ty ... Zresztą, może masz rację, ale ona była czymś więcej niż tylko obiektem seksualnym.  -

Jane nagle przyszło coś do głowy. - I nie sądzę, żeby tylko tyle dla ciebie znaczyła. Wydałeś fortunę na ten posąg, 
który odkupiłeś od kolekcjonera. Dlaczego miałbyś to robić?

- To wspaniałe dzieło sztuki - Trevor zastanowił się przez chwilę. - No dobrze, może mam niewielką obsesję 

nie  tylko  na  punkcie  jej  ciała,  ale  i  osobowości.  Cira  była  kimś  wyjątkowym.  -  Więc  dlaczego,  do  cholery,  nie 
przyznałeś się do tego od razu?

- Nie chciałem, żebyś pomyślała, że jestem wrażliwy. To by zepsuło mój wizerunek.

Jane prychnęła ironicznie.

- Nie sądzę, żebyś musiał się martwić o swój ...

- Tutaj kończy się tunel biegnący pod Via Spagnola i łączy się z siecią tuneli otaczających teatr - przerwał jej. -

Powinno zrobić się trochę jaśniej dzięki oświetleniu elektrycznemu, ale ono i tak jest dosyć przyćmione. Zostawię 

background image

zapaloną latarkę. Te tunele wiją się w nieskończoność, ale to jedyny sposób, żeby dostać się do teatru, który jest 
wciąż zakopany.

- Dlaczego nie postarano się go odkopać?

- Pieniądze. Trudności. Sprzeczność interesów. Ostatnio idzie im lepiej, chociaż ciągle mają pod górkę, skoro 

część  teatru  jest  zakopana pod  ponad trzymetrową  warstwą  skały  wulkanicznej.  A  szkoda,  bo  ten  teatr  to  skarb. 
Mógł  pomieścić  od  dwóch  i  pół  do  trzech  tysięcy  widzów  i  był  wyposażony  w  najnowsze  zdobycze  ówczesnej 
techniki scenicznej. Bębny do imitowania grzmotów, żurawie do unoszenia bogów nad sceną, wyściełane siedzenia, 
tace pełne słodyczy i orzechów, woda z szafranem do spryskiwania widzów. Zadziwiające.

- I ekscytujące. Ówcześni ludzie musieli uważać ten teatr za miejsce magiczne.

- Dobry teatr zawsze ma w sobie coś z magii - zauważył.

- I dowiedziałeś się tego wszystkiego od pracującego w gazecie

dziennikarza?

- Nie, sam przeprowadziłem drobne badania. Powiedziałaś, że chcesz informacji, a ja nie odważyłem się tobie 

sprzeciwić.

- Bzdury. Sam byłeś ciekaw.

- Trafiony zatopiony.

Dziwne, że płynąca lawa nie zniszczyła teatru.

- To  jedna  z  tych  nie  zrozumiałych  rzeczy,  które  się  tamtego  dnia  wydarzyły.  Fala  lawy  zebrała  po  drodze 

wystarczającą ilość  błota, żeby go przykryć i  ochronić. Gdyby nie  chciwość ludzi, którzy  go plądrowali, mógłby 
zostać  odkopany  nietknięty.  Na  przykład  kiedyś  król  Ferdynand  przetapiał  bezcenne  fragmenty  z  brązu  na 
świeczniki.

- Myślałam, że nie obchodzi cię los antycznych przedmiotów - zdziwiła się Jane.

- Obchodzą mnie dzieła sztuki. I nie cierpię głupoty ani niszczycielstwa.

- Czy Cira mogła być tutaj, w teatrze, kiedy wybuchł wulkan? _ Tak, istnieje teoria, że akurat wtedy aktorzy 

mieli próbę przed popołudniowym przedstawieniem.

- Jakim przedstawieniem?

- Tego nikt nie wie. Może dowiemy się w miarę postępowania

prac wykopaliskowych.

- A nuż znajdą pochowaną tu Cirę.

- To możliwe - powiedział w zamyśleniu. - Kto wie? Archeolodzy przez cały czas dokonują nowych odkryć.

- Nowe przedmioty z martwego świata. Ale na swój sposób on wcale nie wydaje się martwy, prawda? Kiedy 

jechaliśmy tutaj  samochodem z lotniska w Neapolu, pomyślałam, że wystarczy  tylko zamknąć oczy i  można bez 
trudu sobie wyobrazić, jak wyglądało życie przed wybuchem. Zastanawiam się,jak to było tamtego dnia ...

- Ja też się nad tym zastanawiałem. Chcesz, żebym ci opowie-

dział?

- Znowu na podstawie swoich badań?

background image

- Tak to się zaczęło, ale trudno jest utrzymać naukowy dystans, kiedy jest się tak osobiście zaangażowanym. -

Miękki głos Trevora płynął z ciemności. - To był zwykły dzień, świeciło słońce. Ziemia odrobinę drżała, ale nie 
było się czym przejmować, Wezuwiusz wciąż huczał. Studnie na wsi powysychały, ale był sierpień, więc to też nic 
nadzwyczajnego.

Było gorąco, ale tutaj, w Herkulanum, panował miły chłód, bo miasto jest położone nad brzegiem morza. Dzień 

był  wolny  od pracy  -  obchodzono  urodziny  imperatora  -  i  ludzie  udali  się  do  miasta,  żeby  oglądać  widowiska  i 
świętować. Forum roiło się od straganiarzy, akrobatów i żonglerów. Niewolnicy nosili damy w lektykach. Łaźnie 
publiczne były otwarte i mężczyźni rozbierali się z pomocą sług i przygotowywali do kąpieli. W palestrze odbywały 
się  zawody  atletyczne  i  zwycięzcy  zaraz  mieli  otrzymać  swoje  wieńce  oliwne.  W  zawodach  brali  udział  tylko 
chłopcy,  nadzy,  opaleni  i  dumni  ze  swoich  dokonań.  Twórcy  mozajek  przycinali  polerowane  kamienie  i  szkło, 
piekarze piekli chleb i ciastka, a przyjaciele Ciry i inni aktorzy, może nawet sama Cira, ćwiczyli swoją sztukę w naj 
wspanialszym teatrze rzymskiego świata. - Umilkł na chwilę. - Mogę opowiedzieć ci więcej. Chcesz dalej słuchać?

-  Nie.  -  Jane  poczuła,  jak  coś  ściska  ją  za  gardło.  Mogła  nieomal  zobaczyć  i  posmakować  gorzko-słodką 

atmosferę tego dnia. - Nie teraz.

- Mówiłaś, że chcesz poczuć smak tamtych czasów.

- Na pewno udało ci się go oddać - powiedziała stłumionym

głosem. - Wydaje się niemożliwe, żeby to wszystko zniknęło w mgnieniu oka.

-  Niestety,  to  nie jest  niemożliwe. Nam, ludziom, udaje  się  niszczyć  całkiem skutecznie  bez  pomocy  natury, 

pomyśl o Hiroszimie. Tylko że w Herkulanum był bardziej wrzask niż błysk. Opisy mówią, że sama ziemia ryczała 
jak ranny lew. Gryzący, siarkowy dym wciskał się wszędzie, a ze szczytu góry wydobyła się chmura w kształcie 
grzyba.

- I wszyscy porzucili to, co było dla nich w życiu najważniejsze, i zaczęli uciekać.

- Ci, którzy mogli to zrobić. Nie mieli wiele czasu. Brak powietrza.

Brak czasu.

Jane nagle poczuła, że z trudem oddycha.

- Chcę stąd wyjść. Jak daleko jest tunel, w którym rzekomo odkryto przedsionek?

- Kawałek przed nami. - Trevor oświetlił jej twarz latarką.

- Nie wyglądasz zbyt dobrze. Chcesz, żebyśmy wrócili?

- Nie,  chodźmy  dalej.  Pokaż  mi  to  miejsce.  Po  to  tu  jesteśmy.  - Nie,  nie  po  to.  Jesteśmy  tutaj,  bo  chciałaś 

obejrzeć teatr _ przypomniał. - To nie dawało ci spokoju.

- To naturalne, że chciałam zobaczyć miejsce, w którym kobieta o moim wyglądzie ...

- Nie musisz się tłumaczyć. Chciałaś tu być, więc cię przyprowadziłem. Teraz chcesz iść do domu - zabiorę cię 

z powrotem. Ale nie widziałaś jeszcze głównego wykopaliska. Możemy podejść bliżej sceny, jeżeli wejdziemy w 
następny tunel.

Jane potrząsnęła głową.

- Chcę zobaczyć, gdzie umieściliście z Sontagiem trumnę, a potem mogę wracać.

Trevor westchnął.

- Jesteś uparta jak osioł. - Skierował światło latarki na ziemię i wziął ją za rękę. - Chodź. Rzucimy tylko okiem i 

zabierzemy się stąd. Nie ma tam wiele do oglądania. Zastawiliśmy wejście do złodziejskiego tunelu, żeby nikt do 

background image

niego nie trafił, zanim nie będziemy gotowi. - Prowadził ją dalej w ciemność. - Wcale nie jestem pewien, czy twój 
gorący i zadymiony tunel ze snu nie jest lepszy od tego, całego oślizłego i brudnego.

- Ale ty wiesz, dokąd idziesz, prawda? Nie zgubiłeś się i nie błądzimy po ślepych zaułkach?

- Nie, dokładnie wiem, dokąd zmierzamy. Ze mną jesteś bezpieczna.

Nagle Jane zdała sobie sprawę, że rzeczywiście czuje się przy Trevorze bezpieczna. Jego głos był tak mocny, 

jak uścisk jego dłoni, a ciemność nie była już przytłaczająca, tylko ... intymna. Chciała odsunąć się od niego. Nie, 
chciała być bliżej. Nie zrobiła żadnej z tych rzeczy. Pozwoliła mu prowadzić się dalej.

Musiała  zrobić  to,  co  zaplanowała:  zobaczyć  tunel,  w  którym  Trevor  zastawił  swoją  niezawodną  pułapkę, 

obejrzeć womitorium i dopiero wtedy będzie mogła wrócić do willi przy Via Spagnola.

- Jesteś pewna, że chcesz jeszcze zobaczyć womitorium? - spytał Trevor, idąc przed nią tunelem w stronę willi. 

- Myślę, że masz już dosyć jak na jeden wieczór.

- Przestań mnie traktować jak inwalidkę. Oczywiście, że chcę je zobaczyć. Przebywanie w tych tunelach wcale 

nie jest takie przerażające. I miałeś rację, rzeczywiście nie można podejść blisko do tunelu z przedsionkiem.

- W womitorium też nie ma nic ciekawego do oglądania, więc darujmy je sobie na razie.

- Nie, muszę wiedzieć, co mnie czeka. - Boże, była już zmęczona tą wszechogarniającą ciemnością. Jak straszne 

musiało to być dla złodziei, którzy przekopywali się do wnętrza ziemi, nie wiedząc, co na nich czeka za kolejnym 
zakrętem.

- Mówiłeś, że parę z tych tuneli zawaliło się w ciągu ostatnich kilku lat. Tutaj też?

- W czasie moich wędrówek natrafiłem na kilka ślepych uliczek. Ale nie martw się, ściany wokół womitorium 

wyglądają dosyć solidnie. Nie pozwoliłbym ci tu zejść, gdyby tunel nie był całkowicie bezpieczny. - Zatrzymał się. 
- Tutaj skręcamy. Jeżeli jesteś absolutnie pewna, że chcesz iść dalej.

Jane wcale nie chciała iść dalej. Chciała biegiem wrócić do domu i położyć się do łóżka. Marzyła o wydostaniu 

się z tej cholernej ciemności. Czuła się, jakby pochowano ją żywcem.

Tak jak Cira została pochowana pod walącymi się skałarni?

- Idę. - Minęła Trevora, skręcając w kolejną odnogę. - Mówiłeś, że to nie jest zbyt daleko od głównego tunelu, 

więc dotarcie tam nie powinno zabrać nam wiele czasu, prawda?

Trevor wyprzedził ją.

- To zależy, co rozumiesz przez "wiele". Wyobrażam sobie, że w tej chwili minuty upływają dla ciebie bardzo 

wolno.

Jane próbowała skoncentrować myśli na czymś innym niż tylko ta piekielna ciemność.

- Cira pewnie wiedziała o womitorium. To było jej miasto, jej miejsce. Mogę ją sobie wyobrazić, jak spaceruje 

po ulicach, rozmawia, śmieje się i wypróbowuje swoje gierki na tutejszych mężczyznach - odezwała się.

- Ja też. To wcale nie jest takie trudne do wyobrażenia.

- Nie dla kogoś, kto, tak jak ty, postrzega Cirę jedynie jako kobietę. Robiła, co musiała, żeby przetrwać.

- Nie  była  męczennicą.  Umiała  czerpać  przyjemność  z  życia. Według  rękopisów  Juliusza,  miała  cierpkie 

poczucie humoru, ale wybaczał jej to, bo w łóżku była prawdziwą boginią.

- Jakie to protekcjonalne. Musiała mieć poczucie humoru, skoro była zmuszona z nim sypiać.

- Nikt jej nie zmuszał, to był jej wybór, Jane.

background image

- Tego wyboru dokonało jej urodzenie i okoliczności. Co jeszcze te manuskrypty o niej mówiły?

- Że była serdeczna dla przyjaciół i bezlitosna dla wrogów, więc lepiej było nie wchodzić jej w drogę. - Kim 

byli jej przyjaciele?

- Aktorami z teatru. Nikomu innemu nie ufała.

- Nie miała żadnej rodziny?

- Nie. Przygarnęła bezdomnego chłopca i podobno bardzo niego dbała.

- Nie miała innych bliskich?

- O ile  pamiętam, nie.  Większość manuskryptów Juliusza  koncentrowała się na jej  urodzie i  umiejętnościach 

seksualnych a nie na wychwalaniu instynktu macierzyńskiego.

- Szowinistyczna świnia.

Trevor zachichotał.

- Ja czy Juliusz? - spytał.

- Obaj.

- Szowinista czy nie, Juliusz gotowy był dla niej zabić. W jednym z pism rozważał zamordowanie rywala, który 

próbował mu ją ukraść.

- Kto to był?

- Juliusz nie wymienił jego imienia. Opisywał go jako młodego aktora, który niedawno przybył do Herkulanum 

i zdobył miasto szturmem. Najwyraźniej Cirę zdobył także i to doprowadzało

Juliusza do pasji.

- Zabił go? - spytała.

- Nie wiem.

- Wydaje  mi  się  dużo  bardziej  prawdopodobne,  że  próbowałby zabić  Cirę,  gdyby  nie  zmienił~  zdania  i 

zostawiła go.

- Tak myślisz? To ciekawe.

- To nie jest ciekawe, tylko potworne. A stanowi jedynie mały przykład z życia, jakie prowadziła Cira.

Nagle Trevor zatrzymał się.

-  Tutaj  jest  przejście,  a  w  nim  podwyższenie,  z  którego  Joe  będzie  miał  doskonały  widok  na  womitorium.  -

Oświetlił latarką kamienistą ścianę po lewej stronie i Jane zobaczyła płytką, ciemną jamę. - Przejście jest tak ciasne, 
że będzie mógł jedynie się przez nie przeczołgać, ale parę metrów dalej będzie mógł wstać i normalnie dojść do 
podwyższenia.

- Nigdy bym tego nie zauważyła, gdybyś mi nie pokazał.

-  Aldo  też  nie  zauważy.  -  Trevor  znowu ruszył do  przodu.  –  Ten tunel  ma zbyt  wiele  rozgałęzień, Aldo nie 

zwróci uwagi na małą dziurę w ścianie.

- Czy jesteśmy już blisko womitorium?

- Tak, jeszcze tylko parę minut.

background image

- Więc się pośpieszmy. Chcę stąd wyjść.

Wydawało się, że upłynęło więcej czasu niż te parę minut, o których mówił Trevor, kiedy nagle odsunął się na 

bok i rozświetlił latarką ciemność przed nimi.

- Jesteśmy na miejscu. Nie jest to najelegantsze świadectwo czasów Ciry. Chociaż na tych sześciu ustawionych 

dookoła marmurowych postumentach musiały stać posągi bogów, bogiń, a może i ówczesnego imperatora na tronie.

Postumenty były teraz wyszczerbione, smutni strażnicy strzegący trzech, wychodzących z womitorium tuneli, 

jak  psy  warowne  z  obnażonymi  zębami.  Na  ścianie  wisiały  trzy  lampy  fotograficzne,  a  obok  postumentów  stały 
generatory,  ale  Jane  nie  zwróciła  na  nie  uwagi.  Postąpiła  krok  do  przodu  ze  wzrokiem  wbitym  w  środek 
pomieszczenia, gdzie na kamienistej podłodze leżała czerwona, aksamitna materia.

- Co to jest?

- Część moich przygotowań. Chciałem utwierdzić Alda w przekonaniu, że trafił na właściwe miejsce.

- Myślę, że wpadłby na to, widząc oświetlenie.

- No dobrze, chciałem dodać sytuacji odrobinę dramatyzmu.

Trudno, kiepski ze mnie reżyser.

Aksamit wyglądał w ciemności jak plama krwi i J ane nie mogła oderwać od niego wzroku.

- To tutaj zamierzacie postawić trumnę?

- Na samym końcu. Ale chcę, żeby Aldo wiedział, co ma się wydarzyć. Poprowadzimy go do tego miejsca, a 

potem  niech  radzi  sobie  sam.  W  chwili,  w  której  znajdzie  to  miejsce,  na  pewno  przystąpi  do  realizacji  swojego 
planu.  -  Trevor  popatrzył  na  ściany.  -  Porozmieszczałem  już  pochodnie.  -  Wskazał  na  ścianę  po  lewej  stronie 
womitorium. - Widzisz ten niewielki otwór w skale? Za nim jest przejście, które ci pokazywałem. Joe będzie mógł 
położyć  się  na  tym  występie  i  wymierzyć  broń  dokładnie  w  dół.  Zresztą,  kamera  wideo, o  której  wspominałem, 
przez cały czas nas filmuje. - W skazał na płaską skałę położoną blisko ziemi. - Ja schowam się tam i będę mógł w 
każdej chwili odsunąć ten kamień na bok i przybyć ci na ratunek, jeżeli cokolwiek pójdzie nie tak.

Jane przeniosła wzrok w prawo. - Stąd wychodzą dwa tunele?

- Trzy razem z tym, którym przyjdziesz ty.

- I Aldo będzie się ukrywał w jednym z nich? - Nie była w stanie oderwać oczu od ziejącej, ciemnej  pustki. 

Mogła go sobie wyobrazić, jak stoi tam już teraz i ich obserwuje. - Czy nie ma żadnego sposobu, żebyśmy poszli za 
nim i spróbowali go złapać w tunelu, skoro już będziemy wiedzieli, że naprawdę tu jest?

-  Joe  i  ja  rozważaliśmy  taką  możliwość.  -  Trevor  potrząsnął  głową.  -  Ale  namierzenie  kogoś  tutaj  to  byłby 

koszmar. Te tunele są jak labirynt, a między nami a tunelem pod Via Spagnola są co najmniej dwie odnogi. Mógłby 
skręcić w którąś z nich i nigdy byśmy go nie znaleźli. - Umilkł na chwilę. - Ale jeżeli masz jakieś wątpliwości co do 
sposobu, w jaki chcemy wywabić go z kryjówki, powiedz mi. To twój wybór, Jane.

- Tylko pytałam. Nie mam żadnych wątpliwości. Trevor skrzywił się.

- Chyba wolałbym, żebyś je miała - powiedział.

- Dziwne. - Postąpiła kolejny krok w stronę aksamitnej płachty.

- To wygląda jak ...

Krew. Ból. Aldo stoi i patrzy triumfalnie z góry na aksamit. Wyobraźnia.

Opanuj strach. Jane przełknęła ślinę.

background image

-  Wygląda  bardzo teatralnie. -  Odwróciła  się i  ruszyła  z powrotem  w  stronę tunelu.  -  Jestem  pewna,  że Cira 

doceniłaby taką scenerię. - Tylko jeżeli to byłaby komedia. Tragedia nie była jej mocną

stroną.

- Moją też nie jest.

Jego dłoń na jej łokciu, wspierająca, dodająca otuchy. - I chcę, żeby tak pozostało. Wynośmy się stąd.

-  Ja  pójdę  pierwszy.  -  Trevor  wspiął  się  po  drabinie  i  podniósł  klapę  w  podłodze  kuchni.  -  Jeżeli  Quinn  się 

obudził, to będę musiał stawić czoła jego wściekłości. - Rozejrzał się po pomieszczeniu i wyszeptał: - Droga wolna.

Jane  nie  zdawała  sobie  sprawy,  jak  bardzo  obawia  się  konfrontacji  z  Joem  i  Eve.  Była  wystarczająco 

wstrząśnięta, nie musiała zapewniać sobie dodatkowych emocji.

- Idź do łóżka - powiedział Trevor, pomagając jej wejść do kuchni i zamykając klapę. - Jutro nasz wielki dzień.

- Wielki dzień Eve - odpowiedziała - nie mój. Zdaniem dziennikarzy, przyjechałam tu tylko dlatego, że jestem 

córką Eve, a ona chciała mnie zapoznać z kulturą europejską.

-  Ale  ponieważ  Eve jest  niedostępna,  mogą  starać  się  dostać  do  niej  za  pośrednictwem  ciebie.  A  każdy,  kto 

czytał artykuł w "Archaeology Joumal", jest w stanie dostrzec podobieństwo łączące ciebie i znaleziony posąg.

- Zdjęcie nie było zbyt wyraźne. Sam wykonał kawał dobrej roboty.

Trevor zesztywniał.

- Sam? Mówicie sobie po imieniu?

- To bardzo bezpośredni człowiek i od razu przypadliśmy sobie do gustu.

- Och, nie wątpię - zakpił. - Założę się, że owinęłaś go sobie wokół małego palca, zanim upłynęło piętnaście 

minut waszego spotkania.

Jane zmarszczyła brwi.

- To wcale nie było tak.

- Naprawdę? A jak to było?

- Mówiłam ci, jak ciężko mi przyszło ... - przerwała wpół słowa.

- Nie muszę ci się z niczego tłumaczyć. O co ci chodzi?

- O nic. Zastanawiałem się tylko, co musiałaś zrobić, żeby uzyskać ... - Zamilkł i odwrócił się. - Masz rację, to 

nie moja sprawa. Przepraszam.

- Przeprosiny nie zostały przyjęte. Jeżeli masz na myśli to, co mi się wydaje.

- To był błąd, w porządku?

- Nie, nie w porządku. Jesteś jakimś maniakiem seksualnym czy co? Najpierw te głupoty na temat Ciry, a teraz 

to. Nie muszę sypiać z facetami, żeby uzyskać od nich to, czego potrzebuję. Mam mózg i potrafię go używać.

- Przeprosiłem cię - mruknął.

Jane czuła, jak ogarnia ją wściekłość.

- Nic dziwnego, że miałeś te obrzydliwe sny o Cirze. Wydaje ci się, że wszystkie kobiety to prostytutki. - Nagle 

coś jej przyszło do głowy. - To przez moją twarz. Sądzisz, że skoro wyglądam tak jak Cira, to zachowuję się tak jak 
ona.

background image

- Wiem, że ty byś niczego takiego nie zrobiła - zaprotestował.

-  Nie?  Gdzieś  w  tym  maleńkim,  szowinistycznym  móżdżku musiała  zrodzić  się  taka  myśl,  inaczej  nie 

zachowywałbyś się jak skończony dupek.

- Wcale nie uważam, że jesteś taka jak Cira.

-  Nie,  nie  jestem.  Ale  chciałabym  mieć  jej  siłę  i  determinację, i  nienawidzę  sposobu,  w  jaki  dajesz  mi  do 

zrozumienia, że była niewiele warta.

- Chciałbym zauważyć, że nigdy was nie porównywałem. To ty jesteś przekonana, że ja ...

Jane odwróciła się na pięcie, chcąc wyjść z kuchni.

- Nie. - Dłoń Trevora zacisnęła się na jej ramieniu i odwróciła ją z powrotem. - Nie będziesz odwracała się do 

mnie  plecami.  Stałem  tu  i  cierpliwie  wysłuchiwałem,  jak  wyzywałaś  mnie  od  najgorszych,  opętanych  seksem 
sukinsynów, ale nie pozwolę ci uciec, dopóki nie wysłuchasz tego, co ja mam do powiedzenia.

- Puść mnie.

-  Kiedy  skończę.  -  Oczy  mu  błyszczały w  pełnej  napięcia twarzy.  -  Po  pierwsze,  możesz mieć rację.  Żyję  z 

myślą o Cirze od tak dawna, że bezwiednie mogłem zacząć was porównywać. Ale bezwiednie. Zdaję sobie sprawę, 
jakie są między wami różnice. Jedna z nich staje mi w gardle i nieomal dusi za każdym razem, gdy na ciebie patrzę. 
Po  drugie,  to,  że  odczuwam  normalne  pożądanie,  wcale  nie  oznacza,  że  nie  doceniam  Ciry  ...  albo  ciebie. 
Powiedziałem  ci,  że  uważam,  że  była  kimś  wyjątkowym.  Seks  to  tylko jeden  z  elementów  jej  życia.  Po  trzecie, 
gdybyś była choć trochę starsza i bardziej doświadczona, nie musiałbym tłumaczyć ci tego wszystkiego. Mógłbym 
ci pokazać.

Jane  patrzyła  na  niego,  czując,  jak  jej  złość  powoli  mija,  a  zastępuje  ją  ten  dziwny  brak  tchu,  którego 

doświadczyła już wcześniej.

- Nie patrz na mnie w ten sposób - powiedział Trevor ochrypłym głosem. Uniósł dłoń i dotknął jej policzka. -

Boże, jesteś taka piękna. Twoja twarz potrafi wyrazić tyle emocji ...

Skóra piekła ją pod jego dotykiem, ale nie mogła się zmusić, żeby się odsunąć.

- Tak jak u każdego.

- Nie, u ciebie to wyjątkowe. Twoja twarz rozświetla się, zachmurza, promienieje ... Mógłbym przyglądać ci się 

przez następne tysiąclecie, i nigdy bym się  nie znudził... - Wziął głęboki oddech i powoli odsunął dłoń. -  Idź do 
łóżka. Nie zachowuję się właściwie, a może być jeszcze gorzej.

Jane nie ruszyła się z miejsca. - Idź spać.

Postąpiła krok do przodu i delikatnie dotknęła jego piersi. - Cholera. - Trevor zamknął oczy. - Zrobiłaś to.

- Dlaczego nie? - Zbliżyła się do niego jeszcze bardziej. _

Myślę, że chcę ...

- Wiem, że chcesz. - Wziął głęboki oddech i cofnął się. - I to mnie zabija. - Odwrócił się i skierował do drzwi. -

Seksmaniacy tak już mają.

Nie przypominała sobie, żeby nazwała go w ten sposób.

- Dokąd idziesz? - spytała.

- Zaczerpnąć świeżego powietrza. Muszę ochłonąć.

- Uciekasz przede mną·

background image

- Masz cholerną rację.

- Dlaczego?

Zatrzymał się przy drzwiach i obejrzał przez ramię.

- Bo ja nie pieprzę licealistek, Jane. poczuła, jak na policzki wypływa jej gorący rumieniec.

- W cale nie powiedziałam, że chcę się z tobą pieprzyć. I to nie jest bardzo przyjemny sposób na ...

- To nie miało zabrzmieć przyjemnie. Usiłuję cię zniechęcić.

- Zachowujesz się, jakbym cię zaatakowała, a przecież tylko cię dotknęłam.

- Jeżeli chodzi o ciebie, to wystarczy.

Jane uniosła dumnie podbródek.

- Dlaczego? Przecież jestem tylko licealistką, nikim ważnym,

żebym w ogóle mogła się liczyć.

- Nie mniej niż czarna plaga w średniowieczu. _ Teraz porównujesz mnie do plagi?

- Tylko pod względem siły rażenia. - Trevor przyjrzał się jej uważnie. - Uraziłem cię? Boże, ciągle zapominam, 

że jesteś bardziej wrażliwa, niż chcesz okazać.

- Nie możesz mnie urazić. - Jane patrzyła na niego wyzywająco. _ Nie pozwoliłabym ci na to. Mimo że bardzo 

się starałeś. Nazwałeś mnie plagą, licealistką, Cirą.

- Naprawdę  sprawiłem  ci  przykrość.  -  Trevor  milczał  przez  chwilę,  a  kiedy  się  odezwał,  jego  głos  brzmiał 

znacznie  łagodniej.  _  Słuchaj,  nigdy  nie  chciałem  cię  skrzywdzić.  Chcę  być  twoim  przyjacielem.  -  Potrząsnął 
głową. - Chociaż nie, to nieprawda. Być może kiedyś zostaniemy przyjaciółmi, ale teraz zbyt wiele nas dzieli.

- Nie mogę sobie wyobrazić, żebyśmy mogli kiedykolwiek zostać przyjaciółmi.

- Mówiłem ci. Na tym polega problem. Och, do diabła z tym, tylko coraz bardziej się pogrążam.

Wyszedł, zatrzaskując za sobą drzwi.

Nigdy nie chciałem cię skrzywdzić.

Ale zranił ją. Jane czuła się odrzucona, niepewna i samotna.

Postąpiła instynktownie, bez namysłu, a on ją odtrącił.

To  tylko  twoja  duma,  tłumaczyła  sobie.  Nie  była  głupia,  ale  nie  miała  żadnego  doświadczenia  seksualnego. 

Najwidoczniej Trevor nie chciał mieć nic wspólnego z nowicjuszką.

Trudno, to nie była jej wina. Trevor był atrakcyjny i nic dziwnego, że jej ciało na niego reagowało. I wcale nie 

była to jednostronna fascynacja, to on jej dotknął i sprawił, że poczuła ...

A potem ten sukinsyn potraktował ją jak Lolitę. Pieprzyć go.

Odwróciła  się  na  pięcie  i  poszła  do  sypialni.  Umyj  się,  połóż  do  łóżka  i  zapomnij  o  Trevorze.  Pomyśl  o 

dzisiejszym wieczorze jako o cennej lekcji. Przecież większość nastolatek w jakimś momencie  podkochuje się w 
starszych mężczyznach.

Ale ona nie była taka jak większość nastolatek. Nie czuła się ani o dzień młodsza od Trevora, a on nie zachował 

się w porządku. Miała prawo do dokonania wyboru, a została poklepana po głowie i odesłana do łóżka. Przecież 

background image

sama miała przyjaciół ze sporym doświadczeniem seksualnym. Jedna koleżanka z jej klasy wyszła nawet za mąż w 
zeszłym semestrze, a w sierpniu spodziewała się dziecka.

Jedyny powód,  dla  którego ona, Jane,  nie  miała  żadnego  doświadczenia,  był  taki, że  dotychczas  nie  odczuła 

pokusy. Chłopcy w szkole to byli ... chłopcy. Czuła się przy nich jak starsza siostra. Miała dużo więcej wspólnego z 
Joem i chłopakami z komisariatu niż ze swoimi rówieśnikami.

Ale nie z Markiem Trevorem. Z nim nie miała nic wspólnego i nie było żadnego powodu, dla którego miałby 

być jej tak bliski.

Otworzyła drzwi sypialni i zaczęła się rozbierać najciszej jak potrafiła. Twarz i ręce miała brudne od wędrówki 

po tunelu, ale nie zamierzała iść na dół do łazienki, żeby się umyć. Miała sporo szczęścia, że Eve i Joe przespali 
całą wyprawę i teraz nie chciała ryzykować, że ich obudzi. Wstanie wcześnie i weźmie prysznic, zanim się obudzą.

Podeszła  do  okna  i  wyjrzała  na  krętą  ulicę.  Czy  Aldo  stoi  tam  gdzieś,  w  cieniu  któregoś  ze  sklepów?  Pod 

ziemią, w tunelach, czuła wszechobecną śmierć, ale inną niż ta, którą niósł ze sobą Aldo. Trevor nazbyt dokładnie 
odmalował przed nią ostatni dzień antycznego Herkulanum: młodzi, opaleni atleci, omdlewające damy niesione w 
lektykach, aktorzy ćwiczący swoje kwestie. Wszystko ucięte jak nożem w samym rozkwicie życia. Jane czuła się 
przytłoczona i przygnębiona świadomością tak wielu zgaszonych istnień.

Jednak, mimo wszystko, nigdy nie czuła się bardziej żywa niż w chwili, w której Trevor dotknął jej policzka. 

Może dlatego tak to na nią wpłynęło, zaskoczył ją w chwili słabości.

Ale teraz wróciła do prawdziwego świata. Świata Alda.

To wygląda jak prawdziwa procesja pogrzebowa, pomyślał Aldo. Czterech studentów Sontaga niosło metalową 

trumnę, a żałobnikami byli Joe Quinn, Eve Duncan oraz dziennikarze i idący na końcu żołnierze.

Trumna.

Aldo  wpatrywał  się  z  gorączkową  intensywnością  w  pudło,  zawierające  szczątki  Ciry.  Widział  już  takie 

specjalnie  skonstruowane  trumny,  kiedy  jako  chłopiec  bawił  się  wokół  wykopalisk  ojca.  Najwyraźniej  Sontag 
przedsięwziął wszelkie środki ostrożności, aby uchronić szkielet przed rozpadem.

I tak na nic mu to się nie zda. Aldo roztrzaska te kości, zetrze je na proch. Zbeszcześci i ...

Zza  rogu  wyłonili  się  Jane  MacGuire  i  Mark  Trevor,  szli  w  pewnej  odległości  za  tłumem  podążającym  za 

trumną.  Ona  wyglądała  blado  i  spokojnie w  przyćmionym  świetle  żarówek, rozświetlających  grobową  ciemność. 
Patrzyła  nie  na  trumnę,  tylko  wprost  przed  siebie.  Co  teraz  czujesz?  Zniecierpliwienie?  Triumf?  A  może  to  dla 
ciebie zbyt bolesne, suko? Ty nawet nie wiesz jeszcze, co to ból.

Czujesz, że na ciebie patrzę? Czy to cię przeraża? Ale przecież ty uwielbiasz, kiedy mężczyźni przyglądają się 

tobie, prawda? Trevor też teraz na ciebie patrzy, pożera cię wzrokiem. ile czasu zajęło ci zwabienie go do swojego 
łóżka, dziwko?

Aldo  czuł,  jak  ogarnia  go  wściekłość.  To  nie  powinno  było  się  wydarzyć.  Trevor  nie  miał  prawa  stawać 

pomiędzy nimi.  To  powinien być on, Aldo. To  będzie on. Zanim  weźmie jej  twarz, najpierw posiądzie  jej ciało. 
Zakończy to wszystko, zniszczy zło, jakim była Cira.

Ale  to  może  nie  wystarczyć.  A  jeżeli  będzie  miał  tylko  kilka  chwil  na  rozkoszowanie  się  ostatecznym 

zwycięstwem? Potrzebuje więcej. Potrzebuje kontaktu z nią, jej głosu, słów.

Procesja zniknęła mu z oczu w ciemnościach tunelu i musiał przyspieszyć, żeby jej nie zgubić. Poszedł szybko 

złodziejskim tunelem, który biegł równolegle do teatralnego. Tak naprawdę, wcale się nie martwił, wiedział, że ich 
nie zgubi. Znał te tunele doskonale, a ciemność była jego sprzymierzeńcem. Krew pulsowała mu radośnie w żyłach.

Przyszedł czas zemsty, powtarzał sobie bez końca.

background image

ROZDZIAŁ 17

Włożyłeś sporo wysiłku, żeby to wszystko wyglądało autentycznie - wyszeptała Eve do Trevora, patrząc, jak 

studenci ostrożnie stawiają trumnę na stole w dużej bibliotece. - Nie było im łatwo wnieść tę trumnę po drabinie.

- Byłoby im jeszcze trudniej, gdyby Sontag nie zadbał o odpowiednio duże przejście.

-  Ale  moim  zdaniem  popełniłeś  jeden  błąd.  Skoro  te  tunele  pod  willą  są  taką  tajemnicą,  to  czy  studenci  nie 

zaczną o nich opowiadać?

-  Nie,  jeżeli  chcą  nadal  być praktykantami  Sontaga.  Jeśli  wspomną  o  tym  komukolwiek,  profesor  odeśle ich 

natychmiast do domu. Powiedziałem ci, że on nie jest przyjemnym facetem, ale w tym wypadku działa to na naszą 
korzyść. - Trevor odwrócił się do Jane. - Zaraz się zacznie. Masz ostatnią szansę, żeby się wycofać.

-  Nie  bądź  śmieszny.  -  Jane  zwilżyła  wargi.  Dlaczego  nie mogła  oderwać  wzroku  od  tej  trumny?  Nie  było 

przecież żadnego powodu do zdenerwowania .. - Co jest w trumnie?

- Szkielet.

Spojrzała na Trevora. - Żartujesz. Potrząsnął głową.

- Nie wiem, z jakiej odległości Aldo będzie nas obserwował i nie chciałem podejmować żadnego ryzyka.

- Skąd go wziąłeś?

- Odwiedziłem małe muzeum pod Neapolem i pożyczyłem go od nich. Musiałem się dobrze nagimnastykować i 

uczynić w imieniu Eve sporo obietnic, żeby to załatwić. To jest szkielet kobiety, jeden ze znalezionych w zatoce -
zwrócił się do Eve .

- Chcesz, żebym naprawdę zrobiła rekonstrukcję? Trevor przytaknął.

- Wszystko powinno wyglądać absolutnie autentycznie. Powiedziałaś mi kiedyś, że nie lubisz oglądać żadnych 

fotografii ofiar, bo obawiasz się, że umysł i dłonie cię zawiodą. Teraz chcę, żeby właśnie tak się stało. Myśl o Cirze. 
Albo o Jane. Przygotowałem ci miejsce do pracy i kupiłem narzędzia. Co o tym myślisz?

- To zależy, co obiecałeś w moim imieniu.

-  Obiecałem,  że  kiedy  szkielet  nie  będzie  nam  już  potrzebny, usuniesz  twarz  Ciry  i  zrobisz  prawdziwą 

rekonstrukcję.  Muzeum  jest  bardzo  biedne,  a  twoje  imię  przyciągnie  rzesze  turystów.  Ich  prośba  wydała  mi  się 
całkiem rozsądna. Zgadzasz się?

Eve pokiwała wolno głową, ze wzrokiem wbitym w trumnę. - Co o niej wiesz? - spytała.

- Była bardzo młoda. Ma złamaną goleń. W muzeum wywnioskowali ze śladów niedożywienia widocznego w 

kościach, że pochodziła z ludu.  Nazwali ją  Giulia. - Uśmiechnął się. - I to  wszystko, co wiem, wszystko,  co oni 
wiedzą. - Przeniósł wzrok na Joego i Sontaga, którzy wypraszali studentów z pokoju. - Lepiej pójdę i zadbam, żeby 
Sontag nie popełnił jakiegoś głupstwa. On wymaga twardej ręki.

-  I jestem  pewna,  że  się  jej  doczeka. -  Eve  zbliżyła się  do trumny.  -  Gdzie  jest  ten  warsztat, który dla  mnie 

przygotowałeś?

Eve miała nieobecny wyraz twarzy i Jane wiedziała, że jest już całkowicie pochłonięta czekającym ją zadaniem.

- Nie możesz poczekać, aż się rozpakujemy i zjemy obiad? - spytała.

-  W  gabinecie  -  odpowiedział  Trevor.  -  Przyniosę  ci  czaszkę, gdy  tylko  porozmawiam  z  Sontagiem.  -  Chcę 

zobaczyć ją teraz.

- Proszę bardzo. Trumna nie jest zamknięta na zamek. – Trevor ruszył w stronę Joego i Sontaga.

background image

Jane poszła za Eve, przecinając pokój.

- Skąd ten pośpiech? Ona nie jest jedną z twoich zagubionych, Eve.

- Jeżeli zrobię jej rekonstrukcję, to będzie. Zresztą, skoro . pozwalam sobie na nałożenie jej twojej twarzy, to 

chciałabym ją poznać. - Uniosła wieko trumny. - Jak ludzie z muzeum ją nazwali?

- Giulia.

Eve delikatnie dotknęła czaszki.

-  Cześć,  Giulia  -  powiedziała  miękko.  -  Już  niedługo  bardzo  dobrze  się  poznamy.  Żywię  do  ciebie  głęboki 

szacunek i podziw, i bardzo chcę się dowiedzieć, kim jesteś. - Stała, przyglądając się szkieletowi i dopiero po chwili 
opuściła wieko. - Na razie wystarczy. - Odwróciła się od trumny. - Nie mogłabym nad nią pracować, gdybym się 
nie przedstawiła.

-  Wiem,  że  nie  mogłabyś  -  przyznała  Jane.  -  Widziałam,  jak  robiłaś  to  z  zagubionymi.  Myślisz,  że  oni  cię 

słyszą?

- Nie mam pojęcia, ale nie czuję się wtedy takim intruzem.

- Eve ruszyła w stronę schodów. - Przynajmniej praca nad Giulią da mi jakieś zajęcie, kręciłam młynka palcami 

od  chwili, kiedy przedstawiłaś  nam swój  plan. To  będzie prawdziwa ulga,  móc  wrócić  do pracy. Wiesz, ona  ma 
bardzo  drobne,  interesujące  kości  twarzy  ...  -  Spojrzała  przez  ramię  na  Jane  wciąż  stojącą  u  dołu  schodów.  -
Idziesz?

- Na razie nie. Chyba pójdę do ogrodu, nie mogę usiedzieć w jednym miejscu. - Uśmiechnęła się. - Ja nie mam 

Giulii, żeby niej myśleć. Zobaczymy się przy obiedzie.

- Nie odchodź daleko - powiedziała Eve, wchodząc na górę.

- Joe  porozstawiał w ogrodzie tylu ochroniarzy, że chyba  jest  tam równie  bezpiecznie jak w domu, ale  lubię 

wiedzieć, że otaczają cię cztery ściany.

- W Atlancie chodziłam na spacery nad jezioro.

- To miejsce jest inne. Wydaje się obce.

Mnie  nie  wydaje  się  obce,  pomyślała  Jane,  przechodząc  przez  hol  i  otwierając  drzwi  wychodzące  na  ogród 

różany. Odkąd przyjechała do Herkulanum, czuła, że dobrze zna to  miejsce.  Nawet teraz, słońce ogrzewające jej 
policzki, zapach róż, szum fontanny, wszystko to wpływało na nią niezwykle kojąco.

- Wyglądasz na bardzo zadowoloną, aż żal mi przeszkadzać. Zesztywniała i odwróciła się do wychodzącego z 

domu Trevora. - Więc nie przeszkadzaj, jeśli nie masz naprawdę ważnego powodu.

- Mam. Chciałem sprecyzować zasady poruszania się po domu, teraz, kiedy gra już się rozpoczęła. - Rozejrzał 

się po ogrodzie. - To piękne miejsce, jak ogród zawieszony w czasie. Niemal można zobaczyć damy w sukniach z 
turniurami, przechadzające się po alejkach.

- Dobrze, że nie powiedziałeś "damy w tunikach". Zaczynam mieć dość historii starożytnej.

Trevor przyjrzał się jej uważnie.

- Nie wyglądasz na zdenerwowaną.

- Jakoś sobie radzę. - Jane odwróciła wzrok. – Naprawdę musiałeś obarczać Eve tym szkieletem? Jak duża jest 

szansa, że Aldo podejdzie na tyle blisko, żeby zobaczyć ją pracującą nad rekonstrukcją?

-  Wystarczająco  duża.  Nie  jestem  w  stanie  przewidzieć,  czy  zobaczy  rekonstrukcję  w  trumnie.  Tak  będzie 

bezpieczniej. Poza tym, Eve będzie szczęśliwsza, jeżeli będzie mogła pracować.

background image

- I dlatego to zrobiłeś?

- Lubię Eve - powiedział wymijająco. - Kobiecie z jej charakterem trudno jest siedzieć i nic nie robić.

- Tak, to prawda. - Był spostrzegawczy, zauważył potrzeby Eve i postarał się je zaspokoić. - No dobrze, jakie są 

te zasady? Mam nie wychodzić do ogrodu?

- Nie, nie zbliżaj się tylko do bramy. I nie opuszczaj willi bez asysty Quinna albo mojej.

- Nie mam zamiaru stąd wychodzić, nie mam po co - przerwała, wpatrując się w kutą żelazna bramę. - On sam 

do mnie przyjdzie. - Prawdopodobnie tak. - Trevor podążył wzrokiem za jej spojrzeniem.  - Ale nie pchaj mu się 
specjalnie w ręce.

- Nie musisz mi tego mówić. Mogę być licealistką, ale nie jestem głupia.

Trevor skrzywił się.

- Dotknęło cię to do żywego, co?

- Powiedziałeś, co myślisz. - Jane spojrzała na niego chłodno.

-  Jestem  licealistką  i  nie  wstydzę  się  tego.  Ale  to,  że  mam  tyle  lat, ile  mam  i  chodzę  do  szkoły,  wcale  nie 

oznacza, że nie mam o niczym pojęcia. Mieszkałam na ulicy, odkąd skończyłam pięć lat i znałam każdą prostytutkę 
i  handlarza  narkotyków  w  południowej  Atlancie.  Jestem  pewna,  że  kiedy  skończyłam  dziesięć  lat,  wiedziałam 
więcej niż ty, opuszczając sierociniec. Tak, twoje słowa mnie dotknęły, ale przemyślałam to i doszłam do wniosku, 
że nic o mnie nie wiesz i jest to tylko twoja strata.

- Na pewno - Trevor uśmiechnął się - i odczuwam to z każdą minutą coraz bardziej. Wybaczysz mi?

- Nie. - Przeniosła wzrok na fontannę. - Nie zobaczyłeś mnie taką, jaką naprawdę jestem, i tego nie mogę ci 

wybaczyć.  Wrzuciłeś  mnie  do jednego  worka razem  z  moimi rówieśnikami  i  nie  zadałeś  sobie  trudu,  żeby  mnie 
poznać. Trudno, mogę z tym żyć, nie jesteś mi wcale potrzebny. Ale w pewien sposób, jesteś taki sam jak Aldo. On 
też spojrzał na moją twarz i nic więcej go nie obchodziło.

- Zadawanie się z dziewczyną w twoim wieku to ogromna odpowiedzialność -.powiedział Trevor cicho. - Nie 

chciałem cię skrzywdzić.

- Nikt nie może mnie skrzywdzić oprócz mnie samej, a ty po prostu przestraszyłeś się odpowiedzialności. Nie 

ma  sprawy.  Nie  rozumiem,  po  co  w  ogóle  o  tym  mówimy.  Było,  minęło.  -  Jane  wstała.  -  Tak  naprawdę nic  się 
przecież nie stało.

- Coś się jednak stało.

Jane wiedziała, co Trevor ma na myśli, i nie zamierzała temu

zaprzeczać.

- Nic, czego nie mogłabym zapomnieć. Trevor skrzywił się.

- Szkoda, że nie mogę tego samego powiedzieć o sobie.

- Nie powinieneś zapomnieć. Zachowałeś się podle. – Musiała odejść. Czuła, że złość ustępuje, a na jej miejscu 

pojawia się ból. Odwróciła się i ruszyła ścieżką. - Może to cię czegoś nauczy.

- Już nauczyło - usłyszała, kiedy doszła do drzew. - Nie odchodź zbyt daleko, Jane.

Nie odpowiedziała. Miała rozpaczliwą nadzieję, że Trevor odejdzie. Spokój, który odczuwała przed jego wizytą 

w ogrodzie, zniknął. Myślała, że uzbroiła się przed nim, ale, dobry Boże, naprawdę drżała. Czy to właśnie robił z 
ludźmi seks? Więc woli radzić sobie bez niego. Chciała mieć pełną kontrolę nad swoim ciałem i nie podobał jej się 

background image

sposób,  w  jaki  to  ciało  ją  teraz  zdradzało.  Nie  chciała  pamiętać,  jak  Trevor  wyglądał,  kiedy  łagodne  promienie 
słońca sprawiały, że jego opalona skóra przybierała złoty odcień. Nie chciała pamiętać, co czuła, kiedy go dotykała.

Nie będzie pamiętała. Od tej pory będzie silna i rozważna i ten szok wkrótce minie. Obejrzała się przez ramię. 

Poczuła  ogromną  ulgę,  gdy  zauważyła,  że  Trevor  wrócił  do  domu.  Zostanie  tutaj  jeszcze  trochę,  żeby  odzyskać 
spokój,  a  potem  pójdzie  do  swojego  pokoju.  Musi  wziąć  prysznic,  zobaczyć  się  z  Eve.  Nie  po  to,  żeby 
porozmawiać,  nigdy nie  była  dobra  w  zwierzeniach, ale  przebywanie  w  towarzystwie  Eve zawsze ją  uspokajało. 
Zawsze, kiedy czuła się skrzywdzona albo ...

Zadzwonił telefon komórkowy.

Pewnie Eve martwi się, że Jane za długo jest poza domem.

- Już idę, Eve. Powinnaś powąchać te róże, prawie można się upić ...

- Jesteś w ogrodzie? Aldo.

Szok odebrał Jane mowę. - Nic nie mówisz.

- Tak, jestem w ogrodzie. - Głos lane był niepewny, z wysiłkiem starała się uspokoić. - A ty gdzie jesteś?

- Niedaleko. Przyglądałem ci się dzisiaj w tunelu, byłem tak blisko, że prawie mogłem cię dotknąć. I wkrótce 

cię dotknę. Mam ci opowiedzieć, jak?

-  Nie  interesuje  mnie  to.  Jesteś  śmieszny.  Nie  możesz  ...  -  przerwała  na  chwilę.  Bardzo  chciała  się  z  nim 

pokłócić,  ale  próbując  go  przekonać,  że  nie  jest  Cirą,  wszystko  by  zepsuła.  Weź  udział  w  jego  grze.  Przestań 
protestować  i  spróbuj  go  usidlić.  -  Przypuśćmy,  że  masz  rację  i  rzeczywiście  jestem  Cirą.  Nie  możesz  mnie  po-
wstrzymać, zaszłam zbyt daleko. Eve właśnie pracuje nad rekonstrukcją, a kiedy skończy, będę sławna. Nawet po 
śmierci będę żyła wiecznie. Moja twarz będzie na plakatach zdobiących autobusy, powstaną na mój temat filmy, 
nazwą perfumy moim imieniem.

Możesz sobie telefonować i tryskać trucizną ile ci się żywnie podoba, ale to i tak nic ci nie pomoże. Przegrasz.

- Suko! - Wyraźnie było słychać, jak bardzo stara się opanować wściekłość. - Myślisz, że jesteś taka bezpieczna 

w  otoczeniu  Duncan,  Quinna  i  tego  skurwysyna,  Trevora?  Żadne  z  nich  nie  może  cię  ochronić.  Zabiję  najpierw 
ciebie, a potem zabiję ich.

Serce Jane  zamarło,  a dłoń  bezwiednie zacisnęła się na  telefonie.  -  Po  co  miałbyś  ich  zabijać? Przecież to  o 

mnie ci chodzi.

- Ty ich trułaś. Nigdy nie przestaliby na mnie polować. – Aldo milczał przez chwilę. - To cię zmartwiło.

- Nie, po prostu wydaje mi się, że to głupi pomysł.

- Nie próbuj mnie oszukać, słyszę, że to cię zaniepokoiło. Może odkąd zwabiłaś ich do siebie, sama trochę się 

do nich przywiązałaś. - Jeżeli jestem taką zimną suką, za jaką mnie uważasz, to nie możesz się bardziej mylić.

-  Ale  nie  zawsze  jesteś  zimna.  Juliusz  Precebiusz  opisał  twój  temperament  z  najmniejszymi,  obrzydliwymi 

szczegółami. Można się do ciebie zbliżyć, Trevorowi to się udało, prawda?

- Nie.

- Kłamiesz. Zauważyłem, jak na ciebie patrzył. - Jego głos stał

się nagle miękki. - A pewnej nocy widziałem cię na ganku z Eve Duncan. Wyglądałaś na bardzo wzruszoną.

Jane poczuła zimny dreszcz. - Udawałam.

background image

- Może. A może nie. Słyszę coś w twoim głosie ... - Jego własny głos nabrzmiał nagle nienawiścią. - W każdym 

razie  to  zbyt obiecująca  możliwość,  żeby z niej  nie  skorzystać.  Mam ci  powiedzieć, co  zamierzam  zrobić z Eve 
Duncan?

- Nie.

-  Ona  pracuje  bardzo  ciężko  nad  przywracaniem  ofiarom  ich twarzy,  prawda?  Zatem  ja  zabiorę  jej  własną 

twarz. Doszedłem już do niezłej wprawy, krojąc twoje diabelskie rysy. Czasami te kobiety były przytomne aż do 
samego  końca.  Z  Duncan  zrobię  to  bardzo  powoli  i  upewnię  się,  że  doświadczy  wszystkich  tortur,  na  jakie 
zasłużyła.

Jane próbowała opanować drżenie głosu. - Naprawdę jesteś potworem.

- Ależ nie, jestem każącą ręką sprawiedliwości. To ty jesteś potworem. Ty pomieszałaś umysł mojego ojca tak, 

że  nie  czuł  do  mnie nic  oprócz nienawiści, ty  zwabiłaś  Duncan i  pozostałych  do  miejsca,  gdzie Sontag odnalazł 
szkielet, chociaż wiedziałaś, że zabiję ich, jeżeli wejdą mi w drogę.

-  Ale  ty  nie  mówisz,  że  ich  zabijesz,  jeżeli  wejdą  ci  w  drogę,  tylko  że  zamordujesz  ich  bez  względu  na 

wszystko.

- Skoro raz ich wykorzystałaś, jest oczywiste, że będą musieli zostać usunięci. - Zachichotał. - Ale teraz, skoro 

już wiem, jak bardzo to cię zrani, może zastanowię się nad sposobem, w jaki usunąć ich jeszcze za twojego życia. 
To będzie dodatkowa przyjemność.

- Nie rozpraszasz się trochę? To ja jestem twoim celem _ przypomniała.

-  Nie  mógłbym  być  bardziej  skupiony.  Pogawędka  z  tobą  to  czysta  przyjemność,  musimy  to  wkrótce 

powtórzyć. Do widzenia, Cira.

Aldo rozłączył się.

Dobry Boże, trzęsła się jak osika.

Wyciągnęła rękę i uchwyciła się żelaznego ogrodzenia, żeby odzyskać równowagę.

Potworność. Szaleństwo. Śmierć. Przerażenie.

Serce biło jej mocno, boleśnie mocno. Eve, Joe, Trevor.

Boże, dopomóż Eve ...

- Jane?

Obejrzała się przez ramię i zobaczyła Trevora nadchodzącego

ścieżką od strony domu.

- Co się stało? Potrząsnęła głową.

- Co się stało, do cholery? - Wyciągnął ręce i złapał ją za ramiona. - Obserwowałem cię z domu i widziałem, jak 

chwytasz się tego ogrodzenia, jakby to była lina ratunkowa.

- Telefon - powiedziała tępo. - Jezu, Eve.

- Eve dzwoniła?

- Aldo.

Trevor zesztywniał. - Co?!

background image

-  Przecież mówił, że zadzwoni. Oczekiwaliśmy tego. Tylko ja nie ... -Próbowała uwolnić się z jego uścisku. -

Puść mnie. _ Jak opowiesz mi do końca, co się stało.

- Aldo.

- Co powiedział?

- Za  dużo.  _  Zwilżyła  wyschnięte  wargi.  -  On  jest  naprawdę szalony.  A  ja  jestem  jeszcze  gorsza.  Pokpiłam 

sprawę·  Próbowałam  go  wciągnąć  w  pułapkę,  a  potem  go  straciłam.  pozwoliłam  mu  zobaczyć  ...  Spieprzyłam 
sprawę.  Przestraszyłam  się  i  on to  zauważył. _  Zacisnęła  dłonie  w pięści,  ale  nie  mogła  powstrzymać  drżenia.  _ 
Zorientował się i teraz to zrobi. Ale ja mu nie pozwolę. Nie dopuszczę, żeby zbliżył się do niej nawet na ...

- Jane, zamknij się. Mam cię spoliczkować? Podniosła na niego oczy, zaszokowana.

- Zrób to, a tak cię kopnę w jaja, że do końca życia będziesz

mówił sopranem.

- Dobrze,  przychodzisz  do  siebie.  -  Trevor  poluźnił  uścisk  na jej  ramionach.  -  Chodź,  usiądziesz  na  ławce  i 

odzyskasz oddech.

Jane już zdołała odzyskać oddech, ale wciąż nie mogła powstrzymać drżenia. Usiadła i skrzyżowała ramiona na 

piersi.

- Wcale nie przyszłam do siebie. Jestem przerażona, przybita i chcę zostać sama. Idź sobie.

- Nie ma mowy. Kiedy poczujesz się gotowa, żeby ze mną porozmawiać, będę tutaj.

Och, niech sobie zostanie, to bez znaczenia. Daj mu to, czego chce. Jane odetchnęła głęboko.

- Aldo zamierza ją zabić. Nie ma dla niego znaczenia, czy zabije mnie pierwszą, i tak ją zamorduje.

- Eve?

- Eve  i  Joego  i  ciebie.  Z  ogromną  przyjemnością  opowiadał  mi ze  szczegółami,  jak  zabije  Eve.  -  Wbiła 

paznokcie w dłoń. - Nie pozwolę mu na to. Muszę jej zapewnić bezpieczeństwo.

- Jane,  Eve  wiedziała,  że  przyjeżdżając  tutaj,  naraża  się  na pewne  niebezpieczeństwo.  Ty  też  byłaś  tego 

świadoma.

- Ale nie wiedziałam, że zrobi z niej swój cel, myślałam, że skoncentruje się na mnie. Wszystkie jego ofiary to 

były kobiety z moją twarzą. Skąd mogłam wiedzieć, że będzie chciał zabić każdego, kto jest  mi bliski? On chce 
zabić nawet ciebie.

-  Pochlebia  mi  jego  przekonanie,  że  to  cię  obejdzie,  ale  Aldo  miał  mnóstwo  powodów,  żeby  mnie  zabić  na 

długo przedtem, zanim ty pojawiłaś się na scenie.

- Ale nie miał powodów, żeby zabić Eve albo Joego.

- Telefon Alda tak naprawdę nic nie zmienił, Jane. Próbował cię przerazić groźbami.

- I udało mu się. - Strach powoli mijał i Jane mogła znowu myśleć. - Bardzo mu się to spodobało. Przyłapał 

mnie w chwili słabości i pokazałam mu, jak bardzo może mnie skrzywdzić.

-  No  dobrze,  ale  wszystkiego  nie  zepsułaś,  prawda?  Nie  udało  ci  się  wciągnąć  go  w  pułapkę,  ale  wiesz,  że 

zadzwoni znowu?

- Tak powiedział. Tak bardzo mu się to podobało, że pewnie nie będzie zbyt długo czekał - dodała gorzko.

- Więc sama widzisz, że właściwie nic się nie zmieniło.

background image

-  Mylisz  się.  Nie  zdawałam  sobie  sprawy,  jak  bardzo  ryzykuję życie  Eve  i  Joego.  Teraz  już  to  widzę.  I 

pogorszyłam ich sytuację, pokazując mu, jak wiele dla mnie znaczą . ...:. Zacisnęła usta. - A to wszystko zmienia. 
Musimy zapewnić Eve i Joemu absolutne bezpieczeństwo.

- Zrobimy, co w naszej mocy - zapewnił Trevor.

-  To  za  mało.  -  J  ane  wstała.  -  Miałeś  rację,  że  traktowałeś  mnie jak  głupią  uczennicę.  Powinnam  była  go 

oszukać,  skierować  na  odpowiednie  tory.  Ale  nie  zrobiłam  tego.  Byłam  tak  przerażona,  że  w  ogóle  nie  mogłam 
myśleć. Nie zamierzam siedzieć i czekać, aż Aldo przyjdzie po Eve.

- Eve nie zejdzie z nami do tunelu, a w willi będzie miała doskonałą ochronę.

Jane szybko odwróciła się w jego stronę.

- A co się stanie, jeżeli Aldo mnie zabije?! Możesz zagwarantować, że nie przedostanie się przez ochronę i nie 

pokroi jej na kawałeczki? Nie, on nie skrzywdzi Eve, nawet się do niej nie zbliży - powiedziała gwałtownie. - Czy 
ty w ogóle zdajesz sobie sprawę, jak bardzo ona jest mi droga?

- Chyba tak - odpowiedział Trevor łagodnie.

- W takim razie powinieneś też wiedzieć, że nigdy nie pozwolę temu śmieciowi podejść do niej choćby na metr. 

Więc jeżeli chcesz dostać Alda, to musisz mi coś obiecać. Niezależnie od tego, co się stanie, nie pozwolisz, żeby 
skrzywdził  Eve  albo  Joego.  Nie  obchodzi  mnie,  czy  Aldo  ucieknie,  nie  obchodzi  mnie,  czy  będziesz  myślał,  że 
jestem w niebezpieczeństwie. Im nie może przytrafić się nic złego.

- Trudno mi złożyć taką obietnicę, ale zrobię, co w mojej mocy.

- Obiecaj mi.

- Obiecuję. - Trevor uśmiechnął się krzywo. - I chyba powinie-

nem  się  cieszyć,  że  nie  troszczysz  się  o  mnie  wystarczająco,  aby  wymóc  taką  samą  obietnicę  co  do 

bezpieczeństwa mojej osoby. _ Sam potrafisz się o siebie zatroszczyć, nie zostałeś w to wszystko wciągnięty jak 
Eve i Joe. Poza tym tobie i tak chodzi tylko o Alda.

- Oczywiście, bo o kogóż by innego? Tylko i wyłącznie o Alda.

- Co jej jest? - spytał Bartlett, kiedy spotkał Trevora przy drzwiach. - Wygląda, jakby miała randkę z Godzillą. _ 

Prawie. Dzwonił do niej Aldo.

Oczy Bartletta rozszerzyły się·

- Naprawdę?

Trevor uniósł głowę.

- I wystraszył ją jak wszyscy diabli.

- Trudno to sobie wyobrazić - odpowiedział Bartlett. - Nie tak łatwo przestraszyć Jane.

- Wcale nie jest to takie trudne, jeżeli w grę wchodzi Eve i Joe Quinn. Najwyraźniej groźby Alda były celnie 

wymierzone i dosyć paskudne.

- Rozumiem - Bartlett przytaknął z powagą. - Tak, to mogłoby wyprowadzić ją z równowagi. Jane zachowuje 

duży dystans  w  stosunku  do  większości  ludzi,  ale  Eve i  Joe  są  dla  niej  całym światem.  - Kazała  mi obiecać,  że 
zadbam o ich bezpieczeństwo. Jak, do diabła, mam to zrobić w takiej sytuacji?

-  Jestem  pewien,  że  znajdziesz  jakiś  sposób.  Odkąd  się  poznaliśmy,  żonglowałeś  pomysłami,  przeinaczałeś 

fakty tak, żeby tobie pasowały. Dla ciebie to naturalne. - Bartlett uśmiechnął się. - Obserwowanie tego jest dla mnie
dosyć wyczerpujące, mój umysł nie posiada bowiem takich zdolności. Ale cokolwiek postanowisz, wezmę w tym 

background image

udział. Zauważyłem, że zostałem pominięty przy planowaniu tego wszystkiego, co się teraz dzieje. To uraziło moje 
uczucia. Nie będę wchodził ci w drogę, ale jestem zmęczony krążeniem na obrzeżach - dodał cicho.

- Powiedziałem ci, że masz zostać tutaj i ochraniać Eve.

- Quinn zorganizował dla niej ochronę dużo lepiej wykwalifikowaną ode mnie.

- Według Jane żadna liczba ochroniarzy nie jest wystarczająca.

- Idę z wami.

- Bartlett, nie chcę, żebyś ... - Trevor przerwał i wzruszył ramionami. - No dobrze. Dlaczego nie zaryzykować i 

twojej głowy? Szyje wszystkich innych podstawiłem pod topór kata.

-  Nie  do  wiary,  czyżbyś  miał  poczucie  winy?  Chciałbym  zauważyć,  że  jestem  dorosłym  mężczyzną  i  mam 

wolny wybór. Poza tym powiedziałeś mi, że plan użycia Jane jako przynęty był jej własnym pomysłem.

- Ale to ja dałem jej drewno, żeby przygotowała sobie stos ofiarny. - Odwrócił się na pięcie. - Och, do diabła z 

tym! Dlaczego taki sukinsyn jak ja miałby się przejmować? Rób, co chcesz.

Czerwony aksamit leżał na kamienistej posadzce i czekał w ciemności.

Czekał na nią.

Światło latarki Alda ogarnęło błyszczący marmur postumentów, lampy fotograficzne i akumulatory, a za nimi 

tunele wychodzące z womitorium. Miał ogromną ochotę pójść ije zbadać, ale nie miał pojęcia, jakie pułapki ta suka 
mogła na niego zastawić. Wystarczająco denerwujący był fakt, że udało jej się znaleźć ten tunel, o którym on nic 
nie wiedział. Było to dla niego przykrą niespodzianką, kiedy zobaczył, jak niosąc trumnę, nagle skręcają w nieznaną 
mu odnogę. Zanim wrócił, poszedł za nimi aż do drabiny prowadzącej do wyjścia na Via Spagnola. Zszedł ponow-
nie na dół dopiero po rozmowie z Jane MacGuire i postanowił lepiej poznać tunele.

A potem znalazł tę tkaninę, czerwoną jak krew, żywa krew.

Czekającą na trumnę. Czekającą na nią.

Mam cię, suko.

Myślałaś, że znajdziesz w tym mieście miejsce, w którym będziesz mogła się przede mną schronić? Miał swoje 

sposoby, żeby dowiedzieć się wszystkiego, czego potrzebował, bez wpadania w jej pułapki.

Aldo pochylił się, dotknął palcami aksamitu i poczuł, jak przechodzi go dreszcz.

Miękki. Gładki. Zimny. Jak skóra martwej kobiety.

- Już prawie skończyłaś.

Eve zerknęła w stronę drzwi gabinetu, skąd obserwował ją Joe. _ Prawie - przytaknęła. - Zaczęłam końcowe 

modelowanie.

- I  jesteś  nakręcona  jak  diabli.  Przez  cały  czas  pracowałaś  na  pełnych  obrotach.  -  Podszedł  do  warsztatu.  -

Dlaczego?  Zwalniamy  kroku.  Aldo  nie  zrobi  ruchu,  dopóki  my  go  nie  wykonamy.  - Chcę  z  tym  skończyć.  To 
dziwne uczucie nadawanie tej czaszce rysów Jane, prawie jak zdrada. - Wygładziła glinę na skroniach. - Cieszę się, 
że później będę mogła Guilii to wynagrodzić.

- Może  gdyby  wiedziała,  byłaby  zadowolona,  że  może  pomóc  w  ocaleniu  Jane.  -  Joe  uśmiechnął  się.  -

Powinienem był wiedzieć, że przywiążesz się do niej.

- Jest  interesująca.  W muzeum powiedzieli,  że pochodziła  z ludu. Jestem ciekawa, jak  wyglądało jej  życie.  -

Eve przekrzywiła głowę. - I jak ona wyglądała ...

background image

- Wkrótce się dowiesz.

- Żebyś  wiedział,  że  się  dowiem,  jak  tylko  to  wszystko  się skończy.  Tyle  dziwnych  zdarzeń  ...  -  Odgarnęła 

włosy z czoła. _ Najpierw rekonstrukcja Caroline Halliburton, teraz ta. Obie jak Jane.  Wiesz, Jane mówiła coś o 
tym, że różne rzeczy zdają się wydarzać cyklicznie, ciągle na nowo.

-  Masz  glinę  na  twarzy.  -  Joe  wyjął  chusteczkę  i  ostrożnie  wytarł  jej  czoło.  -  Ile  razy  robiłem  to  przez  te 

wszystkie lata?

- Jestem pewna, że wystarczająco dużo, żeby zakwalifikować się do Księgi rekordów Guinnessa. W końcu mój 

zawód nie jest najbardziej popularny na świecie. - Eve uśmiechnęła się. - A tobie świetnie to wychodzi.

-  Cała  przyjemność  po  mojej  stronie.  -  Delikatnie  dotknął  palcem  jej  górnej  wargi.  -  Zawsze  do  usług. 

Opiekowanie się tobą wypełnia mnie ... Ogrzewa.

- Wiem. - Jej uśmiech zbladł. - I dlatego próbujesz trzymać mnie z dala od tego tunelu.

-  I  nie  pozwolę  ci  się  do niego  zbliżyć.  -  Ustami  musnął  czubek jej  nosa.  -  Wykonałaś swoje  zadanie,  teraz 

pozwól mi wykonać moje.

- Nie dyskutowałam z tobą, kiedy omawialiście szczegóły, bo wiedziałam, że na nic by się to nie zdało. - Eve 

objęła Joego w pasie i ukryła twarz na jego piersi. - Ale jeżeli sądzisz, że pozwolę ci zejść tam beze mnie, to jesteś 
szalony.

- Zatem jestem szalony. Podniosła na niego wzrok.

- Nie - powiedziała stanowczo. - Zrobię wszystko, co każesz, żeby zachować ostrożność, ale będę tam z tobą. 

Daj mi broń, wiesz, że umiem jej używać, sam mnie tego nauczyłeś.

Joe potrząsnął głową.

-  W  tej  piekielnej  dziurze  będziesz  ty  i  Jane.  Naprawdę  myślisz,  że  uda  ci  się  mnie  powstrzymać?  Albo 

zabierzesz mnie ze sobą, albo będziesz patrzył, jak idę sama - oświadczyła stanowczo.

Joe westchnął ciężko.

- Zabiorę cię ze sobą. - Zacisnął usta. - Pójdziesz ze mną tym przejściem. Będziesz cicho i nie kiwniesz nawet 

palcem, bez względu na to, co będzie się działo. Mnie pozwolisz się tym zająć. Zrozumiano?

Eve nie odpowiedziała.

- Jeżeli nie zgodzisz się na moje warunki, ogłuszę cię - zagroził. - W ten sposób będę pewny, że nie dasz się 

zabić.

- Nigdy bym ci tego nie wybaczyła.

- Zaryzykowałbym. To lepsze niż tamto drugie rozwiązanie.

- Uśmiechnął się szelmowsko. - Wybaczyłaś mi coś dużo gorszego. Może nie do końca, ale pozwoliłaś mi ze 

sobą  zostać. I po  tym  wszystkim,  co  zrobiłem,  żeby  naprawić swoje  błędy, nie  zamierzam  cię  stracić przez tego 
sukinsyna.

- To o Jane powinieneś się martwić - przypomniała Eve.

-  Nie,  o  ciebie.  Zawsze  najpierw  o  ciebie.  Potem dopiero  o  Jane i  resztę  świata.  -  Pocałował  ją  namiętnie.  -

Inaczej nie potrafię. Już teraz powinnaś o tym wiedzieć.

Tak,  wiedziała  i  ta  wiedza  była  jej  schronieniem  i  bronią  przez  te  wszystkie  lata.  Dobry  Boże,  jak  ona  go 

kochała! Zacisnęła uścisk wokół jego bioder.

background image

- Ja też. Ty pierwszy, Joe. Potrząsnął głową.

-  Jeszcze  nie.  Może  kiedyś  przyjdzie  moja  kolej.  -  Przytulił  się  do  niej  powoli,  zmysłowo.  -  Ale  na  razie  ... 

Nigdy nie kochałem się z tobą w Herkulanum ani w żadnym innym starożytnym mieście. Nie sądzisz, że trzeba to 
nadrobić? - Zerknął na czaszkę stojącą na podwyższeniu.  - Skoro pierwsza rekonstrukcja  tej damy nie przyniesie 
żadnych niespodzianek ... Jestem głęboko przekonany, że Giulia nie miałaby nic przeciwko.

- Ja też. - Eve zaczęła rozpinać mu koszulę. - I tak muszę ci pokazać.

Ty pierwszy, Joe ...

ROZDZIAŁ 18

20 października 10.40 rano

Znalazł  womitorium. - Trevor przeszedł przez salon i wsunął kasetę wideo do odtwarzacza. - Dzisiaj rano, o 

czwartej siedemnaście. Uwielbiam kamery z tymi wszystkimi bajerami.

- Jesteś pewien? - spytała Jane.

- Och, tak. - Nacisnął przycisk. - Było ciemno jak diabli, ale

kamera jest przystosowana do słabego światła, można rozpoznać, że to Aldo.

Tak,  rzeczywiście  mogę  go  rozpoznać,  pomyślała  Jane  oszołomiona,  patrząc,  jak  Aldo  pochyla  się  i  dotyka 

aksamitnej tkaniny. Dobry Boże, wyraz jego twarzy ...

- Zło - wyszeptała. - Jak ktokolwiek może być aż tak zły? Obraz zniknął z ekranu telewizora.

- Wystarczy  -  powiedział  Trevor  szorstko. -  Chciałem tylko  ci  pokazać, że  cały  nasz  wysiłek nie  poszedł  na 

marne. Aldo znalazł przynętę i teraz musimy go skłonić, żeby poszedł jej śladem.

- Nie, ja muszę go do tego skłonić. - Jane przełknęła ślinę, żeby złagodzić ucisk, który czuła w gardle. - To nie 

powinno być takie trudne, on pragnie Ciry i mnie tak bardzo, że nie zawaha się przed niczym. On jest...  głodny. 
Kiedy pochylił się, żeby dotknąć tego aksamitu, wyglądał jak kanibal.

- Zatem naszym zadaniem jest przyprawić go o ból brzucha.

- Trevor skierował się do drzwi. - Idę pokazać kasetę Joemu i Eve. Będą zadowoleni, kiedy się dowiedzą, że 

zbliżamy się do celu.

- Czy to jedyny raz, kiedy udało ci się sfilmować Alda?

- Tak, więcej nie składał wizyt w womitorium, ale możesz być pewna, że dokładnie zbadał te tunele, skoro już 

raz je odkrył.

Po  wyjściu  Trevora  Jane  siedziała  chwilę  bez  ruchu,  wpatrując  się  niewidzącym  wzrokiem  w  pusty  ekran 

telewizora. Nie powinna być aż tak poruszona widokiem Alda, wiedziała dokładnie, kim był. Nie potrzebowała, by 
przypominano jej w taki sposób.

Ale, Boże drogi, wyraz jego twarzy ...

Następnego dnia Jane siedziała w salonie, kiedy o czternastej trzydzieści zadzwonił jej telefon.

Zamarła.

- Odbierz - polecił Trevor z drugiego końca pokoju. - Wiesz, co masz mówić.

background image

Tak, wiedziała. Powtarzała to w myślach tysiące razy od momentu, w którym zaprzepaściła tamtą okazję.

- Aldo?

- Czekałaś na mój telefon? To dobrze. Tak właśnie powinno być. Ja tak długo czekałem na ciebie, całe lata.

- Możesz czekać całą wieczność, i tak nic to ci nie pomoże.

Jestem zbyt blisko. Przez następne dwa dni możesz zabijać wszystkie kobiety z moją twarzą, które chodzą po 

ziemi, a ja i tak przetrwam. Moja twarz będzie wszędzie.

Aldo milczał przez chwilę.

-  Dwa  dni?  To  nieprawda.  Dwa  dni  temu  powiedziałaś  mi,  że  Duncan  dopiero  rozpoczęła  pracę  nad 

rekonstrukcją i że potrzebujesz ...

- Dwa dni to dla Eve mnóstwo czasu, zwłaszcza jeśli ma silną motywację. A możesz być pewny, że ja potrafię 

ją  zmotywować.  Chciałam,  żebyś  był  przekonany,  że  masz  tyle  czasu,  ile  zapragniesz,  abyśmy  mogli  spokojnie 
dopiąć wszystko na ostatni guzik. Trevorowi udało się zebrać dziennikarzy z wszystkich największych gazet, oni 
dokładnie  opiszą  wielkie  odsłonięcie.  Eve  doskonale  się  spisała.  Zrekonstruowana  twarz  jest  młoda,  pełna  siły  i 
kiedy spoglądam na nią, czuję się tak, jakbym patrzyła w lustro.

- Widzisz diabła.

- Nie, to ty widzisz diabła. Ja widzę życie i moc wystarczająco

potężną, żebym mogła pozbyć się wrogów takich jak ty.

- Nigdy się mnie nie pozbędziesz. Jestem twoim przeznaczeniem.

- Jesteś biednym, żałosnym zboczeńcem, który cierpi na manię wielkości.

-  Nie  uda  ci  się  znowu wyprowadzić  mnie  z równowagi.  -  Aldo  zamilkł na  chwilę.  -  Gdzie  będą  robione te 

zdjęcia?

Jane odczekała chwilę, zanim odpowiedziała.

- Tutaj, rzecz jasna, w bibliotece w willi. Pojutrze, o dziewiątej wieczorem - próbowała sprawić, żeby jej głos 

zabrzmiał kusząco. - Masz specjalne zaproszenie. Nie chcesz zobaczyć, jak ogromne wrażenie zrobi rekonstrukcja?

- Kłamiesz. To nie wydarzy się w willi.

- Nie? A gdzie?

- Myślałaś, że nie znajdę tego sprzętu w womitorium?

- Och, musiałeś troszkę poszpiegować. Oczywiście, masz rację.

Uważamy, że zdjęcia będą dużo bardziej efektowne, jeżeli zostaną zrobione tam, w tunelu. To powinno wyjść 

na twoją korzyść, jeżeli zechcesz przyłączyć się do nas.

- Myślisz, że nie wiem, że wszyscy będziecie na mnie czekali?

- Wszyscy? Nie potrzebuję niczyjej pomocy, żeby pozbyć się takiego padalca jak ty. Ale ja na pewno będę na 

ciebie czekać. Muszę cię zniszczyć, zanim ty zniszczysz mnie.

- Nie przyjdę tam. Nie jestem głupcem.

- Jesteś tchórzem. - Milczała chwilę, po czym odezwała się:

background image

- No dobrze, nie przychodź na konferencję prasową. Spotkajmy się jutro, o dziewiątej w womitorium. Powiem 

Trevorowi,  żeby  zniósł  na  dół  trumnę  z  rekonstrukcją,  a  potem  zostawił  mnie  samą.  Jeżeli  jesteś  wystarczająco 
męski, żeby zabić mnie i zniszczyć szkielet, będziesz miał nas obie.

- Jutro wieczorem.

- Masz ochotę? Żadnego szkieletu do pokazania na konferencji prasowej i wreszcie pozbędziesz się mnie. - To 

pułapka.

- Jeżeli nawet, to czy jesteś wystarczająco sprytny, żeby obrócić ją przeciwko mnie? Nie sądzę. Nie przyjdziesz, 

będziesz zbyt przerażony. Wiesz, że przez całe życie odnosiłam nad tobą zwycięstwo po zwycięstwie: zabrałam ci 
ojca, odebrałam dzieciństwo, a teraz zamierzam ci pokazać, jakim żałosnym zerem jesteś ...

- Zamknij się!

- Dlaczego? Jesteś niczym. Jesteś słaby. Nie potrzebuję żadnej pomocy, żeby cię zmiażdżyć.

-  Och,  jesteś  strasznie  pewna  siebie.  -  Aldo  roześmiał  się  szyderczo.  -  Myślisz,  że  wszystko  przewidziałaś? 

Ciągle masz jeszcze tego trzydziestodwukalibrowego Smitha and Wessona, którego dostałaś od Quinna?

Jane, zaskoczona, milczała.

-  Widzisz?  Wiem  o  tobie  wszystko.  Wiem,  że  potrafisz  strzelać  z  pistoletu  i  że  dostałaś  licencję  strzelecką, 

kiedy skończyłaś szesnaście lat. Komputer to cudowne źródło informacji i znam nawet nazwę strzelnicy, do której 
Quinn zabierał cię na trening.

- Skoro jesteś taki pewny, że los jest po twojej stronie, moje umiejętności strzeleckie nie powinny cię martwić. 

Nie sądzisz, że jesteś wystarczająco bystry, żeby sprawdzić, czy ktoś oprócz mnie będzie w tunelu?

- Oczywiście, że jestem.

- To cię dotknęło, co? Dobrze, zasługujesz na to. Żałosny zboczeniec, który boi się siedemnastolatki. - Nie boję 

się.

- Przyznaj to. Zadarłeś ze zbyt wysoką ligą, Aldo. Będę tam jutro wieczorem, przyjdź albo nie. Jeszcze będę 

miała  okazję,  żeby  cię  zabić.  Ale  dla  ciebie  to  ostatnia  szansa.  Po  konferencji  prasowej  nie  będzie  miało  już 
znaczenia, czy zniszczysz rekonstrukcję czy nie, i tak będę żyła wiecznie.

- Nie! Nie pozwolę na to i nie dam się sprowokować - wybuchnął.

- Więc nie przychodź. Przeczytaj o wszystkim w gazetach.

- Jane rozłączyła się, wzięła głęboki oddech i popatrzyła na Trevora. - I jak mi poszło?

- Sam dałbym się oszukać - odpowiedział. Potrząsnęła głową.

- Był bardzo ostrożny. Cały czas myślę o tym wideo z nim w womitorium. Wyglądał, jak zwycięzca, jakby czuł 

się w tunelu jak w domu. - Zadrżała. - Ja tam na dole miałam wrażenie, jakby ktoś mnie zamknął, przydusił. Sam 
mówiłeś, że te tunele są jak labirynt.

- Ale ty wcale nie musisz wszystkiego o nich wiedzieć. I pamiętaj, masz takie same szanse jak Aldo, on też nie 

zna  dobrze  tuneli  pod  Via  Spagnola.  Nawet  jeżeli  przeprowadził  jakieś  rozpoznanie,  to  potrzeba  miesięcy,  żeby 
rozpracować je bez map.

- Myślisz, że przyjdzie?

- Jeżeli dopatrzy się jakiejś korzyści dla siebie, jeśli znajdzie sposób, żeby zabić ciebie i przetrwać - wtedy tak.

- Będę musiała być ostrożna, on na pewno będzie bardzo podejrzliwy. Wie, że ty i Joe spróbujecie złapać go w 

pułapkę.

background image

-  Ale  ty  rzuciłaś  mu ostateczne wyzwanie, a  Aldo jest  wystarczająco  szalony, żeby je  podjąć.  Czy  nie  na  to 

właśnie liczyłaś?

Szaleństwo i żądza mordu. - Tak.

- Zejdzie tam i będzie przeszukiwał najbliższe otoczenie womitorium, ale nie znajdzie niczego, co chcielibyśmy 

przed nim ukryć. Nasza przewaga tkwi w pokusie, którą ty stwarzasz, i jego panicznym lęku przed rozsławieniem 
imienia Ciry. Jeżeli cokolwiek wywabi go z tej dziury na otwartą przestrzeń, to właśnie to.

Jane próbowała myśleć, powtarzając w głowie każde słowo rozmowy z Aldem.

- Muszę wyglądać na bezbronną. Aldo się nie pokaże, jeżeli przyjdę uzbrojona po zęby.

Trevor zacisnął usta.

- Nie ma mowy, żebyś zeszła na dół bez broni.

- Myślisz, że  zwariowałam? Ale żadnej kurtki ani kieszeni, w których mogłabym ukryć broń.  -Powtórzyła:  -

Powinnam wyglądać na bezbronną. Będziesz musiał umieścić pistolet w takim  miejscu, żebym  mogła szybko po 
niego sięgnąć.

Trevor zastanawiał się przez chwilę.

- Pod aksamitem, w prawym dolnym rogu od twojego wyjścia z tunelu. Dostanie się do niego zabierze ci tylko 

parę sekund. A drugi schowamy w trumnie, tak na wszelki wypadek.

Na wypadek, gdyby coś poszło nie tak. Jane nie chciała nawet rozważać takiej możliwości.

-  Jutro  wieczorem.  -  Starała  się,  aby  jej  głos  brzmiał  spokojnie.  Po  tak  długim  oczekiwaniu  wydaje  się 

niemożliwe, żeby w końcu ...

-  Przestań  o  tym  myśleć  -  powiedział  Trevor  szorstko.  -  Jeżeli  chcesz  się  wycofać,  zrozumiem.  Zrobiłem 

wszystko, co mogłem, ale wcale mi się to nie podoba. Będziemy mieli szczęście, jeżeli uda ci się przeżyć.

- Nie  musi ci się podobać. Wszystko, co masz robić, to  ochraniać Joego i Eve. -  Zamilkła. - Próbujesz mnie 

zniechęcić - dodała po chwili. - Wydajesz się ... rozdarty. Może nie chodzi ci tylko o pieniądze. Może Pietro jednak 
rzeczywiście coś dla ciebie znaczył.

- Jak to miło z twojej strony, że posądzasz mnie o jakieś ludzkie uczucia.

- Skąd mam wiedzieć, co czujesz, skoro nigdy nic nikomu nie okazujesz? Chodzi o złoto czy o Pietra Tatligna? 

- Oczywiście, że o złoto.

- Do cholery, porozmawiaj ze mną!

- Czego ode mnie oczekujesz? - Wykrzywił  usta. - Chcesz, żebym ci  powiedział, że Pietro ocalił mi tyłek w 

Kolumbii? Że był jedyną osobą, którą darzyłem pełnym zaufaniem? Że był mi bliższy niż brat?

- A był? - wyszeptała.

- Do diabła, nie! To stek kłamstw. Oczywiście, że chodzi

o złoto. - Wstał i podszedł do drzwi. - Chodźmy powiedzieć Eve i Quinnowi, że Aldo się odezwał.

21 października 19.37

Robiło się ciemno.

- Już czas - powiedział cicho Trevor, stając w korytarzu.

- Chciałaś, żebym dał ci znać, kiedy Quinn będzie schodził do tunelu. Właśnie idzie do kuchni.

background image

Jane odwróciła się od okna w salonie i ruszyła w stronę holu. - Sprawdziłeś przejście?

- Właśnie stamtąd wracam. - Uśmiechnął się. - Nie widzisz?

Wyglądam,  jakbym  się  przeczołgał  przez  kanał.  Wszystko  w  porządku.  Najpierw  znieśliśmy  z  Bartlettem 

trumnę,  a  potem  sprawdziłem  przejście.  Zostawiłem  Bartletta  na  dole,  żeby  być  pewnym,  że  wszystko  będzie  w 
porządku aż do momentu, w którym Quinn zajmie swoje stanowisko.

Jane zatrzymała się. - Bartletta?

-  Nie  martw się,  dałem mu  pistolet i  nakazałem  strzelać  do każdego  oprócz  mnie  i  Quinna. Nie  trzeba mieć 

specjalnego przeszkolenia, żeby być groźnym z pistoletem w ręku. Jak już zejdziemy na dół, Bartlett zostanie przy 
drabinie i będzie pilnował wejścia do willi. Będzie bezpieczniej, jeżeli ktoś zostanie poza tunelami i ostrzeże tych 
na górze, gdyby coś poszło nie tak.

Gdyby coś poszło nie tak. Kolejne przypuszczenie, które wywoływało w Jane panikę.

- Myślałam, że Bartlett zostanie na górze z Eve.

- Ja też. Ale on zdecydował inaczej. Zamiast niego zorganizowałem dla Eve czterech ochroniarzy, a sam Pan 

Bóg wie, jaką ochronę zapewnił jej Quinn.

- Obiecałeś mi.

-  I  dotrzymam  obietnicy.  Nie  pozwolę,  żeby  Aldo  ominął  mój posterunek  i  dotarł  do  drabiny.  -  Popchnął  ja 

lekko w stronę kuchni. - Jeżeli chcesz zobaczyć się z Quinnem, zanim zejdzie, to lepiej się pośpiesz. Otwierał już 
klapę w podłodze, kiedy wychodziłem.

- Damy Joemu piętnaście minut, a potem pójdziemy za nim, tak?

Trevor przytaknął.

- Tyle czasu powinno mu wystarczyć, żeby dotarł na swoją pozycję i dogodnie się ulokował - wyjaśnił. - Będę 

tam, żeby go wesprzeć, na wypadek, gdyby ...

- Eve! - Jane ruszyła biegiem w stronę klapy w podłodze. - Co ty robisz?!

Eve była już na trzecim stopniu drabiny.

- A jak ci się wydaje? - Zeszła kolejny szczebel w dół.

- Doprawdy, lane, czego ty oczekiwałaś? Nie miałam zamiaru pozwolić tobie albo Joemu na zejście tam beze 

mnie.

- Miałeś ... -lane krzyczała do Joego: - Powiedz jej! Trzymaj ją od tego z daleka!

- Myślisz, że nie próbowałem? - odparł z goryczą Joe. - Nie potrafię jej powstrzymać. Znasz ją. Wszystko, co 

możemy zrobić w tej sytuacji, to zminimalizować straty.-  Dlaczego nic mi nie powiedziałaś? - Głos Jane był pełen 
bólu.

- Dlaczego nie ...

- Bo  wiedziałam,  jak  bardzo  cię  to  zdenerwuje.  -  Eve  skrzywiła  się.  - I  miałam  rację.  Ale  teraz  nie  możesz 

pieklić się o to godzinami. Chodź, Joe! Ruszajmy!

- Nie rób tego, Eve - błagała Jane. - Proszę!

Eve potrząsnęła głową.

background image

- Jane, jesteśmy rodziną i zrobimy to razem. - Zeszła kolejne dwa stopnie w dół i zniknęła z pola widzenia. -

Nie!

Joe ruszył w stronę drabiny.

- Ona nie zmieni zdania. Będę ją chronił, Jane.

- Chroń lepiej siebie, Joe - wyszeptała. Dobry Boże, miała potworne przeczucia. To był dopiero początek, a już 

wszystko

szło źle.

Joe zniknął już im z oczu, zagubiony w mroku tunelu.

- O niczym nie wiedziałem - powiedział Trevor. - Bóg mi świadkiem, byłem przekonany, że Eve zostanie w 

willi.

- Wiem - odparła Jane drżącym głosem. - Prawie można uwierzyć w przeznaczenie, co? - Potrząsnęła głową, 

jakby chciała rozjaśnić myśli. - Ale to nie będzie przeznaczenie w wersji Alda. Nie możemy na to pozwolić.

- Eve będzie z Quinnem i ze mną. Dotrzymam obietnicy.

- Mam nadzieję. - Jane chciała szybko zejść po drabinie i pobiec przez ciemność za Eve i Joem. Z bólem zdała 

sobie sprawę, że nie może tego zrobić. Musiała odczekać, aż dotrą na swoje miejsce.

Piętnaście minut.

21 października 21.02

_ Tutaj cię zostawię - powiedział Trevor cicho, klękając przed wąskim przejściem prowadzącym do posterunku 

Joego. – Przejdę dookoła do miejsca,  w którym czekają Joe  i  Eve. Womitorium jest  na wprost ciebie. -  Wręczył 
Jane  latarkę.  -  Pamiętaj,  jeden  pistolet  jest  pod  aksamitem,  a  drugi  w  trumnie.  Joe  powiedział,  że  potrafisz 
posługiwać się bronią, ale nie strzelaj, jeśli to nie będzie absolutnie konieczne. Jeżeli Aldo zobaczy cię z pistoletem 
w  dłoni,  może  dojść  do  wniosku, że  zabijanie  na  odległość  wcale  nie  jest  takie złe.  Trochę  dalej  sąjuż zapalone 
pochodnie, ale najlepiej, żebyś starała się ukrywać w mroku.

Jane zwilżyła usta.

- To jak Aldo mnie zobaczy?

- Na pewno zobaczy, po prostu niczego mu nie ułatwiaj.

Zaśmiała się nerwowo.

- Nie martw się, nie mam takiego zamiaru. Ale chowanie się w mroku na nic się nie zda. Sam mówiłeś, że Aldo 

mnie  nie  zastrzeli,  a  najważniejsze  jest,  żeby  podszedł  do  mnie,  dopiero  wtedy  Joe  będzie  mógł  wziąć  go  na 
muszkę.

Trevor zaklął cicho i oświetlił twarz Jane latarką.

- Jesteś przerażona. Możemy to wszystko odwołać, jeszcze nie jest za późno.

- Nie, nie możemy. - Osłoniła twarz przed światłem. - Oczywiście, że jestem przerażona, nie jestem idiotką. Idź 

już. Chcę, żebyś chronił Joego i Eve.

Trevor zawahał się przez chwilę, a potem zaczął czołgać przez

wąski otwór.

Zniknął. Cisza. Ciemność. Sama.

background image

A może wcale nie jest sama? Czy Aldo ukrywa się gdzieś za nią, w ciemności?

Nie,  Trevor  zostawił  Bartletta  blisko  drabiny,  żeby  miał  na  wszystko  oko.  Jeżeli  Aldo jest  w  tym  tunelu,  to 

przed nią, w womitorium. Czeka na nią.

Serce Jane biło tak mocno, że dudniło jej w uszach, jakby po tunelu przetaczał się grzmot.

Wszystko  będzie  w  porządku.  Joe  uprzedziłby  ją,  gdyby  Aldo już  czekał  w  womitorium.  Albo  strzeliłby  do 

Alda, albo, gdyby to było niemożliwe, oddałby strzał ostrzegawczy.

Wzięła głęboki oddech i ruszyła przed siebie. Na wprost ciebie, powiedział Trevor. Patrz prosto przed siebie, 

idź szybko, a to wszystko wkrótce się skończy.

Chryste, jak ona nienawidziła tej ciemności. Czy tak właśnie się czułaś, Ciro?

_ Cholera, cholera, cholera! - Trevor powtarzał przekleństwo jak mantrę, kiedy biegł przez tunel, oświetlając to 

prawą, to lewą ścianę silnym strumieniem światła latarki. Jane się bała. Mógł przewidzieć, że będzie przerażona, w 
końcu jest tylko dzieckiem.

Ale Aldo nie myślał o niej jak o dziecku. Uważał Jane za demona i pragnął jej śmierci. Żeby go szlag trafił!

Cholera!

Dlaczego przeklinał Alda? To on, Trevor, zostawił ją samą w ciemnym tunelu.

Powinna być bezpieczna. Przedsięwziął wszelkie możliwe środki ostrożności.

Nie,  mógł  zrobić  coś  jeszcze.  Mógł  znaleźć  inny  sposób  na  wywabienie  Alda  z  ukrycia.  Mógł  zapomnieć  o 

Pietro, a pamiętać, że Jane zasługiwała na to, żeby żyć ...

Czerwień.

Zatrzymał się gwałtownie.

W  świetle  latarki  ujrzał  na  ziemi,  obok  leżącego  przed  nim  głazu,  coś  czerwonego.  To  był  tylko  ślad,  który 

spostrzegł kątem oka i prawie go przeoczył.

Krew?

Uniósł latarkę i uważnie wpatrywał się w ciemność przed sobą.

Nic.

Powoli ruszył w stronę głazu. Kiedy podszedł, zauważył, że czerwona ciecz sączy się zza kamienia. Pochylił się 

i dotknął plamy palcami.

Tak, krew.

Wyciągnął pistolet z kieszeni kurtki i pochylił się jeszcze niżej.

Był już prawie na szczycie głazu, kiedy zobaczył ukryte za nim ciało mężczyzny .

Wszędzie krew. Krew na twarzy mężczyzny, krew na koszuli.

Gardło rozcięte na całą szerokość.

Quinn?

Dobry  Boże,  to  wygląda  jak  scena  z  horroru,  pomyślała  Jane.  Wpatrzyła  się  z  dziwną  fascynacją  w  trumnę 

stojącą na czerwonym aksamicie, a potem podniosła wzrok w stronę miejsca, w którym Joe czekał z bronią gotową 
do strzału.

background image

Nie, nie patrz tam. Nie możesz być pewna, czy Aldo cię nie obserwuje. Oderwała z trudem wzrok od ściany i 

znowu przyjrzała się trumnie.

Dlaczego Aldo pozwala jej tak tu stać? Dlaczego nic nie robi? W takim razie ty musisz rzucić wyzwanie. Bądź 

silna. Działaj szybko. Jane postąpiła krok do przodu i wyszła z mroku.

- Tutaj jestem, Aldo - zaczęła wyzywającym tonem, a przynajmniej miała nadzieję, że zabrzmiał wyzywająco. -

Jesteś tu? Wystarczyło ci odwagi, żeby przyjść na spotkanie ze mną?

Cisza.

- Czuję na sobie twój wzrok, tchórzu. - Zrobiła kolejny krok do przodu. - Jest tak, jak myślałam. Boisz się mnie, 

tak samo jak twój ojciec. Ale on mnie kochał, bardziej niż kogokolwiek innego na świecie. Bardziej niż ciebie. Ty 
nie znaczyłeś dla niego absolutnie nic.

Żadnej odpowiedzi.

-  Nie  winię  go  za  to.  Potrzebował  syna,  z  którego  mógłby  być  dumny,  a  nie  takiego  tchórza  jak  ty.  -  Jane 

ruszyła  w  stronę trumny.  -  No  cóż,  jeżeli  nie  zamierzasz  się  pokazać,  to  przynajmniej  zerknę  na  rekonstrukcję  i 
sprawdzę, czy wszystko z nią w porządku po tej podróży po drabinie. Eve wykonała doskonałą ...

- Odsuń się od trumny. Ona należy teraz do mnie. A wkrótce w ogóle przestanie istnieć.

Jane odwróciła się błyskawicznie w stronę tunelu po swojej prawej ręce, skąd dochodził głos, ale nie zobaczyła 

nic poza ciemnością.

- Aldo?

- Odsuń się od trumny.

- Dlaczego miałabym cię posłuchać? - Zwilżyła nerwowo usta.

- Wyjdź spod swojego kamienia i powstrzymaj mnie.

Aldo roześmiał się.

- Spod mojego kamienia? To bardzo trafne określenie w obecnej sytuacji. Tak się złożyło, że całkiem niedawno 

umieściłem  pewien  kłopotliwy  pakunek  pod  jednym  kamieniem.  Właściwie  umieściłem  go  częściowo  pod,  a 
częściowo za wspomnianym głazem. Musiałem zadowolić się tym, co było pod ręką. Nie było tak łatwo znaleźć 
luźno leżące głazy w tych tunelach, złodzieje, którzy je kopali, musieli bardzo starannie usuwać kamienie.

Jane zamarła.

- Umieściłeś go?

- To nie była twoja Eve. Jeszcze nie. Ona musi poczekać na swoją kolej, ale to nie potrwa długo. Zobaczmy, 

właściwie już tylko parę minut...

To mógł być blef. - Nie wierzę ci.

- Szkoda. To będzie dla ciebie taka przykra niespodzianka ...

Chryste.

Trevor przedzierał się przez tunel w stronę miejsca, w którym zostawił Joego i Eve.

Obiecał Jane, że Eve będzie bezpieczna. Krew.

Gardło rozcięte na całą szerokość. Szybciej!

Następny zakręt.

background image

Szybciej!

ROZDZIAŁ 19

Jeszcze tylko minuta - powiedział Aldo. - Mam nadzieję, że zdążyłaś się z nią pożegnać.

Jane  poczuła,  jak  ogarnia  ją  strach.  Aldo  na  pewno  blefował,  ale  jego  groźby  i  tak  ją  przerażały.  Musi  go 

zmusić, żeby wyszedł z mroku. Zbliżyła się do trumny.

- Nie ruszaj się.

Zrobiła jeszcze jeden krok.

- Ani kroku dalej. Nie muszę czekać, mogę to zrobić już teraz. Jeszcze tylko minuta.

Mogę zrobić to teraz.

Co takiego Aldo może zrobić, żeby ... I nagle J ane zrozumiała.

Och, Boże.

- Eve! Joe! - krzyknęła. - Uciekajcie z ...

Ziemia zadudniła i zadrżała, kiedy wybuchł tunel wokół niej! Upadła na ziemię.

Skalne odłamki rozprysły się na wszystkie strony. Poczuła krew na policzku.

Ciemność.

Wybuch zrzucił ze ściany trzy pochodnie.

Dobry Boże, nie było już ani ściany, ani głazu, za którym ukryli się Joe i Eve. Została sterta gruzu i kamieni.

Podnieś się.

Aldo zaraz tu będzie.

Już się zbliżał. Jane zauważyła jego cień, jak przemykał się od strony tunelu, w którym się ukrywał.

Pistolety. Jeden pod aksamitem, drugi w trumnie.

Dobry Boże, zarówno trumna, jak i materiał zostały kompletnie zasypane przez odłamki skalne i gruz. Nigdy 

nie uda jej się dostać do broni.

Usłyszała zbliżające się kroki Alda.

- Nareszcie jesteśmy sami, Ciro. Umieściłem dynamit na tyle blisko wejścia, żeby być pewnym, że nikt z nich 

nie przeżyje wybuchu.

Jane zerwała się na równe nogi i zaczęła biec z powrotem, w stronę głównego tunelu.

Ból.

Czuła piekący ból policzka, karku, ramion.

Zapomnij o tym. Musisz dostać się do głównego tunelu, musisz dobiec do drabiny i wspiąć się do willi.

Trevor. W tym tunelu był też Trevor... Śmierć.

background image

Przestań płakać. Biegnij szybciej. Musisz się stąd wydostać, żeby zabić drania.

- Już nie jesteś taka odważna - dobiegł ją drwiący głos Alda.

- Uciekaj, mały króliczku.

Powinna zbliżać się do miejsca, w którym ostatni raz widziała Trevora. Główny tunel prowadzący do willi jest 

więc o cztery zakręty dalej.

Tak, tu jest ten otwór. Szybciej! Jeszcze tylko kawałek i będzie już poza ...

Łoskot.

Walące się ściany.

Ziemia drży pod jej stopami.

Kolejny wybuch.  ,

- To powinno załatwić sprawę głównego wejścia - powiedział kpiąco Aldo. - Myślałaś, że pozwolę ci wrócić do 

twojej  wspaniałej  willi?  Zawsze  wiedziałem,  że  może  ci  przyjść  do  głowy  głupi  pomysł  zastawienia  na  mnie 
pułapki. Ale jestem dla ciebie za sprytny.

Był ciągle jeszcze daleko w tyle. Jane, wściekła, zdała sobie sprawę, że Aldo okazuje jej pogardę idąc za nią 

powoli.

Przejście! Upadła na kolana i zanurkowała w tunel, w którym wcześniej zniknął Trevor. Aldo powiedział, że 

umieścił ładunek blisko podwyższenia niedaleko womitorium. Boże, żeby to przejście nie było zasypane, modliła 
się w duchu. Oby tylko jej się udało ...

Nagle zauważyła, że może wstać i wyprostować się. Mogła biec. - Ale jak ty się stąd, biedactwo, wydostaniesz? 

- drwił  Aldo, przeciskając  się  za nią  przez wąski otwór.  - Drugi  koniec na pewno jest  zasypany  kamieniami  ... i 
paroma ciałami. Przeczołgasz się po nich?

- A ty, jak stąd wyjdziesz? - zawołała Jane. - Wybuch tobie też zamknął drogę ucieczki! Trevor mówił, że te 

tunele są jak labirynt. Zgubisz się w nich i umrzesz.

- Są wyjścia, o których nie wiesz. Nie zgubię się. Znam te tunele jak własną kieszeń.

- Kłamiesz. Poznanie ich zajęłoby ci całe tygodnie.

- Trevor  ci tak powiedział? - Aldo był coraz bliżej, teraz poruszał się szybciej. - Mylił  się. Sama zobaczysz, 

dlaczego ...

Jane potknęła się o coś ... miękkiego. Ciało!

Krew. Rozcięte gardło.

Wzięła oddech tak głęboki, że zabrzmiało to prawie jak szloch. - Och, znalazłaś go - powiedział Aldo. - A już

myślałem,  że będę  musiał  pokazać  ci  go  palcem.  Ukryłem  ciało  za  tym  głazem,  ktoś  musiał  je  ruszyć.  Chyba 
powinienem trochę się pospieszyć.

Jane zmusiła się, żeby ominąć przerażające znalezisko. - Kto to jest?

- Quinn, oczywiście.

Jane starała się zebrać myśli, zastanowić. Poczuła ulgę.

- To nie jest Joe. Joe jest szczuplejszy i lepiej zbudowany.

Trevor tak samo.

background image

Aldo zachichotał.

- Masz rację. Ty był tylko taki mały żart.

- Ty cholerny sadysto!

- Po tak długim oczekiwaniu mam prawo do czerpania maksimum przyjemności z tej sytuacji. - Kto to jest?

-  Sontag.  Sprawdziłem  archiwum  agencji  nieruchomości  i  dowiedziałem  się,  że  akt  zakupu  domu  został 

wystawiony na Sontaga. Skoro profesor był właścicielem willi, musiał wiedzieć wszystko o tych tunelach. Ojciec 
powiedział  mi kiedyś, że  Sontag  to  oszust, więc  nie mogło być wątpliwości,  że  używał  podziemnych przejść  do 
własnych  celów.  Kiedy  dowiedziałem  się,  że  zamierzacie  zorganizować  tę  plugawą  konferencję  prasową  w 
womitorium,  zdałem  sobie  sprawę,  jak  ogromnym  zadaniem  byłoby  dokładne  poznanie  tuneli.  Wiedziałem,  że 
muszę udać się do źródła.

Jego głos dochodził z niewielkiej odległości. Znajdź broń, jakąkolwiek.

-  Złożyłem  Sontagowi  wizytę -  odezwał  się  znów Aldo  - i  przekonałem, żeby  zszedł ze  mną na  dół i  trochę 

pospacerował.  Był  bardzo  chętny  do  współpracy,  wskazał  mi  nawet  sekretne  przejście  i  podwyższenie,  które 
pokazał Trevorowi. Kiedy dostałem od niego kopie map tuneli uznałem, że jego przydatność się skończyła.

- Więc go zabiłeś.

- Nie mogłem ryzykować, że pobiegnie do Trevora, on go okropnie zastraszył.

Jane pokonała kolejny zakręt. Chyba zbliżała się już do końca, w każdej chwili mogła natrafić na rumowisko.

- I tak byś go zabił.

- To prawda. Przyznaję, że była to dla mnie wielka ulga, ostatnio byłem bardzo sfrustrowany. A teraz zbliżamy 

się do końca. - Nawet jeżeli mnie zabijesz, to trumna leży zakopana pod stertą gruzu. Nie będziesz mógł zniszczyć 
szkieletu.

- Nigdzie mi się nie spieszy. Upłynie dużo czasu, zanim komukolwiek uda się przedrzeć przez kamienie, które 

zablokowały wejście. Będę miał swoją szansę. Słyszę, jak oddychasz. Ciężko. Bardzo ciężko. Powiedziałaś mi, że 
jesteś silna. Jak silna jesteś naprawdę, Ciro?

-  Wystarczająco.  -  Skały  leżały  tu  gęściej,  wszędzie  było  pełno gruzu.  Widocznie  zbliża  się  do  centrum 

wybuchu.

Zaraz zostanie uwięziona. Znajdź broń. Zniknij mu z oczu.

Jane przyspieszyła kroku i dała nura za następny zakręt. Rozpaczliwie szukała wzrokiem czegoś, co mogłoby 

posłużyć jako broń.

Tam jest!

Podniosła  dwudziestocentymetrowy  odłamek  skalny  i  wsunęła za  pasek  spodni.  Czy  będzie  wystarczająco 

ostry?

Biegnij. Gorąco. Dym.

Noc bez powietrza.

- Dotarłaś już prawie do końca - powiedział Aldo. - Trzymam w ręku skalpel. Piękny. Ostry. Niezawodny. A 

przede mną ostatnia twarz do usunięcia. Zdajesz sobie sprawę, jak bardzo to boli?

-  Wcale  nie  będzie ostatnia. Mówisz tak, jakbyś  spełniał jakąś  misję, ale  w  rzeczywistości  jesteś  pospolitym 

mordercą. Nie przestaniesz zabijać, sprawia ci to za dużo przyjemności.

background image

- To prawda, to moja przyjemność i obowiązek usunąć twoje oblicze z powierzchni ziemi.

-  Widzisz?  Ale  zabicie  mnie  nic  ci  nie  pomoże.  Ten  szkielet  w  trumnie  wcale  nie  należy  do  Ciry,  tylko  do 

kobiety o imieniu Giulia.

Cisza.

- Kłamiesz.

- To wszystko jest mistyfikacją.

- Suka! - warknął. - Kłamiesz. Teraz jest mój czas! Moje przeznaczenie!

- Przegrałeś. Trevor pożyczył ten szkielet z muzeum w Neapolu, sam możesz to sprawdzić.

Jane miała wrażenie, że ściany zamykają się wokół niej. Brak powietrza.

Antoniusz ...

Pokłady gruzu były coraz grubsze, coraz ciężej było jej biec. Aldo był tuż za nią.

Jezu, dostrzegła przed sobą zawalona ścianę.

Nie czekaj, aż znajdziesz się pod samym rumowiskiem. Zostaw sobie pole manewru.

- Jesteś głupcem! Tak łatwo było cię oszukać. Nie wygrałeś żadnego ... - Jane potknęła się i krzyknęła, upadając 

na ziemię.

Usłyszała triumfalny śmiech Alda.

- I kto tu jest głupcem? - Poczuła, że chwyta ją za ramię.

- Nawet jeżeli ci uwierzyłem i tak jestem za sprytny, żebyś ...

Jane wbiła skalny odłamek w pierś Alda najmocniej, jak potrafiła.

Krzyk.

Przeturlała się na bok i próbowała zrzucić go z siebie. Boże, ależ on był ciężki, jakby był martwy.

Ale Aldo wcale nie był martwy. Ruszał się, skalpel w jego ręku błyszczał złowrogo w mdłym świetle latarki, 

którą upuściła.

Usiłowała  odsunąć  się  od  niego,  gorączkowo  szukając  innego  kamienia,  czegokolwiek,  czym  mogłaby  się 

bronić.

- Nie umrę - wyszeptał. - Nie mogę umrzeć. To nie jest... mi przeznaczone. To ty powinnaś zginąć.

Kawałek odłupanej skały leżał poza jej zasięgiem. Zaczęła czołgać się w tamtym kierunku.

Ból.

Skalpel Alda wbił się w jej łydkę.

Zignoruj to.

Zacisnęła dłoń na kawałku skały i przetoczyła się na plecy.

Uderz go! Uderz go! Uderz go!

Ale on był blisko, prawie znowu na niej. Pierwszy cios, który

background image

wymierzyła w czoło, ledwie go dotknął.

Aldo uniósł rękę z nożem.

Uderzyła go kamieniem w ramię. Słaby cios. Ręka nieco opadła, ale wciąż miał broń. Spróbuj jeszcze raz.

- Zbliża się twój koniec - wydyszał. - I gdzie jest teraz twoja moc? - Znowu uniósł skalpel. - Obyś spłonęła w 

piekle, Ciro! Ja jestem jedynym, który ...

Strzał.

Aldo szarpnął się, kiedy kula trafiła go między oczy, a potem całym ciężarem opadł na J ane.

Kula? - zastanawiała się Jane półprzytomnie. Czuła zimną' stal skalpela Alda, leżał przyciśnięty do jej piersi. 

Oczekiwała, że znowu się ruszy i zaatakuje.

I nagle nie czuła już ciężaru, ktoś ściągnął z niej brutalnie jego ciało i odrzucił na bok.

- Jesteś ranna?

Trevor. To głos Trevora, pomyślała Jane, odrętwiała.

- Odpowiedz mi. Jesteś ranna? - Miał rozerwaną koszulę i twarz umazaną ziemią.

- Żyjesz.

- Już nie długo, jeżeli coś ci się stało. Quinn mnie udusi. Co cię boli? Odpowiedz mi.

Jane próbowała skupić myśli. - Ramię. Te skały ...

Trevor oświetlił latarką jej ramię.

- Tylko siniaki, nie wygląda na to, żebyś coś złamała. Co jeszcze?

- Prawa noga. Aldo ... - Potrząsnęła głową, usiłując odzyskać jasność myślenia. - Skąd się tutaj wziąłeś?

-  Przedarłem  się  przez  tę  stertę  gruzu  przed  nami.  Byłem  w  połowie  drogi,  kiedy  usłyszałem  twój  głos.  -

Rozdzierał nogawkę jej spodni. - Myślałem, że zwariuję, słyszałem cię, ale nie mogłem się do ciebie dostać. Byłem 
pewny, że nie zdążę. - Uważnie obejrzał zranioną łydkę. - Na szczęście nie trafił w żyłę, dlatego nie ma dużo krwi. 
Ale trzeba będzie założyć szwy. - Oderwał kawałek koszuli i zrobił prowizoryczny opatrunek. - Może uda mi się 
uniknąć straszliwego gniewu Eve.

- Eve? - Jane wstrzymała oddech. - Eve żyje?

- Nie mogliśmy się do niej dostać, ale powiedziała, że nic jej nie jest. - A Joe?

- Parę niewielkich skaleczeń. Tak mi się wydaje, ale nie miałem czasu sprawdzić. - Dlaczego?

-  Wyjście  z  womitorium  zostało  zasypane  i  musiałem  dotrzeć do  ciebie  okrężną  drogą.  Joe  był  zajęty 

odkopywaniem Eve spod gruzów, więc powiedziałem, że sam po ciebie pójdę.

- Aldo powiedział... Powinieneś już nie żyć. Wszyscy powinniście być martwi. Aldo powiedział, że umieścił 

ładunek blisko waszych kryjówek.

- To prawda, ale kiedy ładunek wybuchł, nas już tam nie było.

Zdążyłem  na  czas  dotrzeć  do  Joego  i  Eve  i  wycofać  się  z  pola  największego  rażenia.  Cholera,  wieczorem 

dokładnie  sprawdzałem  to  miejsce,  Joe  też.  Aldo  musiał  ukryć  ładunek  w  jakiejś  szczelinie  i  starannie  go 
zakamuflować. Tam jest tak ciemno, że bez odpowiedniego sprzętu nie mogliśmy ...

- Nie obchodzi mnie ten ładunek. A więc Joemu i Eve udało się uciec?

background image

- Niezupełnie. - Trevor skończył bandażować jej nogę i przysiadł na piętach. - Uciekliśmy ze strefy rażenia, ale 

nie  na tyle  szybko, żeby  nie  odczuć  siły wybuchu. Eve biegła  przed  nami i  została  przysypana  przez walące  się 
skały.

- Więc na pewno jest ranna! Musimy się do niej dostać!

- krzyknęła Jane.

- Ty nigdzie nie idziesz - odparł stanowczo Trevor. - Poza tym,

Joe próbuje się do niej dokopać.

- Musimy iść do nich i pomóc.

- Eve nic się nie stało. Pójdę do głównego tunelu i sprowadzę ludzi, żeby ...

- Aldo wysadził też wyjście na Via Spagnola.

- Ale Bartlett pewnie już rozpoczął akcję ratunkową. Jeżeli nie uda mu się przedostać przez rumowisko, będę 

musiał znaleźć drogę w tym labiryncie i dotrzeć do innego wyjścia.

- To samo planował Aldo. Powiedział, że zna drogę, Sontag mu pokazał. - Jane zadrżała. - Sontag nie żyje. Jego 

gardło ...

- Wiem. Znalazłem jego ciało i to mnie przeraziło jak diabli.

Zrozumiałem,  że  jeżeli  Aldo  dotarł  do  Sontaga,  to  profesor  powiedział  mu  wszystko,  co  wiedział.  A  skoro 

znalazłem ciało Sontaga właśnie w tym tunelu, to naj widoczniej celem Alda byli Joe i Eve. Nie miałem pojęcia, co 
zamierza, ale wiedziałem, że muszę ich szybko stamtąd zabrać. - W stał. - Zostań tu i spróbuj się nie ruszać, inaczej 
rana znowu zacznie krwawić. - Ruszył z powrotem w głąb tunelu. - Sprowadzę pomoc najszybciej, jak będę mógł.

Jego głos stawał się coraz cichszy. Zostać tutaj?

Jane spojrzała na martwe ciało Alda, leżące parę metrów od niej i poczuła dreszcz odrazy.

Eve i Joe.

. Latarka nagle zgasła i lane otoczyła ciemność.

Tego już było za wiele.

Zaczęła  ostrożnie  czołgać się  w  stronę  przejścia,  które  wykopał  w  rumowisku  Trevor.  Skoro  jemu  udało  się 

przecisnąć przez tę szparę, to jej na pewno uda się dotrzeć do Eve i Joego.

Nie uszła nawet pięćdziesięciu metrów, kiedy usłyszała, jak Joe odrzuca kamienie i mówi coś do Eve.

- Joe, wysiadła mi latarka! Mów do mnie! - zawołała. Joe zamilkł na chwilę.

- Jane? Dzięki Bogu!

- Trevor powiedział mi, że Eve została przysypana, ale nic jej nie jest. Czy ona nadal...

- Wszystko w porządku - usłyszała głos Eve. - A ty? Jesteś ranna?

- Tylko trochę. - Jane poczuła nagłą ulgę. Głos Eve rzeczywiście brzmiał tak, jakby nic jej się nie stało. - Co to, 

do diabła, ma znaczyć?

- Cóż, to nie ja zostałam zakopana pod gruzami.

- Aldo?

background image

- Aldo nie żyje. - Jane widziała już światło latarki Joego.

- A Trevor poszedł po pomoc.

- Dlaczego nie poszłaś z nim?

- Nie zostałam zaproszona. A nawet gdybym została, to i tak bym odmówiła. Jak mogłabym zostawić was tutaj? 

- Uklękła obok Joego, podniosła kamień i odrzuciła go na bok. - Joe, jak głęboko musimy kopać, żeby ją wydostać?

- Niezbyt głęboko. - Uśmiechnął się. - Na pewno razem pójdzie nam szybciej.

- Pewnie. We dwójkę zawsze raźniej - przytaknęła lane.

- Jak się czuje Jane? - spytał Joe wychodzącą z gabinetu lekarskiego Eve.

- Jest wściekła - odparła, uśmiechając się lekko. - Zaszyli jej ranę na łydce, na szczęście to nic poważnego, ale 

chcą zatrzymać ją na noc na obserwację. Była oburzona, że zamiast niej nie zatrzymali mnie .

- To nie byłby taki zły pomysł.

- Bardzo zły. Nic mi nie jest, mam tylko parę siniaków.

- No to zabierzmy cię do domu, do łóżka. - Joe ruszył korytarzem. - Potrzebujesz odpoczynku i ... - Nie.

- Nie? - Spojrzał na nią. - Zamierzasz zostać tu z Jane?

Eve potrząsnęła głową.

- Ona mnie nie potrzebuje, a ja mam coś ważnego do zrobienia.

- Nacisnęła guzik windy. - Ty zresztą też.

- To kiepski pomysł, Eve. - Joe umieścił czaszkę Giulii na podwyższeniu. - Powinnaś odpoczywać w łóżku, a 

nie pracować. - Chcę mieć to już z głowy. - Eve zapaliła wiszącą nad warsztatem lampę. - Miałeś jakieś kłopoty z 
policją, kiedy zabierałeś czaszkę z trumny?

- Nawet ich nie spytałem o pozwolenie. Po prostu przekopałem się przez pokrywający trumnę gruz i wziąłem 

czaszkę. Tam na dole panuje straszny bałagan, jest tak wielu ratowników, archeologów i policjantów wchodzących 
sobie  nawzajem w paradę,  że  musiałem tylko wyglądać  tak, jakbym wiedział,  co robię. Nie ma mowy,  żeby coś 
takiego uszło mi na sucho u nas. Boże, naprawdę chciałbym już wrócić do Atlanty.

-  Ja  też.  -  Eve  spojrzała  na  rekonstrukcję  i  zadrżała.  Było  coś  makabrycznego  w  oglądaniu  twarzy  Jane 

nałożonej na antyczną czaszkę. Otrząśnij się z tego. Jane żyła, a to było jej własne, Eve, dzieło.

-  Mam  już  serdecznie  dosyć  tego  wszystkiego.  Kiedy  leżałam  tam,  unieruchomiona  pod  skałami,  jedyne,  o 

czym mogłam myśleć, to gdzie jest Jane i ten morderca. O mało nie zwariowałam. Nikt nie może wiedzieć, jakie 
spustoszenia w jej psychice pozostawiło spotkanie z tym łajdakiem. Gdyby była taka, jak inne dziewczęta, do końca 
życia oglądałaby się trwożliwie przez ramię.

- Jane nie jest taka jak inne dziewczęta. Nic jej nie będzie.

- Mam nadzieję.  Ale to  wszystko trwało zbyt długo. Jane cierpiała, a ja nie mogłam tego znieść. Chcę, żeby 

wróciła do domu i prowadziła normalne 'życie.

- Parę dni więcej nie zrobi już żadnej różnicy.

- Dla mnie zrobi. - Eve usunęła z rekonstrukcji szklane oczy.

- Chcę, żeby Jane stąd wyjechała, a to jest ostatnia rzecz, jaką muszę zrobić, żeby poprzecinać więzy łączące 

nas  z  tą  sprawą.  Muszę  przywrócić  Giulii  jej  własną  twarz  i  przekazać  czaszkę  Trevorowi,  żeby  oddał  ją  do 

background image

muzeum. - Zaczęła ostrożnie usuwać rysy, które sama stworzyła. Grubość nałożonej gliny była dobra i Eve musiała 
bardzo  uważać,  żeby  jej  nie  zmienić  przy  końcowym  modelowaniu.  -  Więc  zostaw  mnie  samą  i  pozwól  mi 
skończyć. To i tak będzie długa noc.

- Zostanę i dotrzymam ci towarzystwa. Eve potrząsnęła głową.

- Jeżeli chcesz mi pomóc, zarezerwuj bilety na samolot na jutro wieczorem. A potem porozmawiaj z włoskimi 

władzami i upewnij się, że nie będą nam robili żadnych trudności przy wylocie.

-  Przecież  już  spisali  nasze  zeznania.  Pociągnąłem  za  parę  sznurków  i  upewniłem  się,  że  na  razie  na  tym 

poprzestaną.

- Mam nadzieję. To musi się wreszcie skończyć - dodała zmęczonym głosem. - Dobry Boże, i dla Jane niech też 

to już będzie koniec kłopotów.

Joe przytaknął.

- Idę załatwić te bilety.

Wygładź.

Pracuj szybko. Nie myśl. Pozwól, żeby twarz Giulii sama opowiedziała swoją historię.

Górna warga bardziej wygięta. Wygładź.

Więcej wypełnienia pod kością policzkową. Wygładź.

Dłonie Eve poruszały się szybko i zwinnie nad twarzą Giulii. Nie myśl o niczym.

Czy nos powinien być krótszy? Nie, tak wydaje się dobrze. Już prawie się udało. Trochę więcej wypełnienia 

nad brwiami. Nie, za dużo.

- Pomóż mi, Giulio. Zbyt długo byłaś zagubiona. Wygładź.

Koniuszki palców Eve były gorące, chociaż glina miała niską temperaturę.

Wygładź.

- Mów do mnie. Powiedzieli, że byłaś robotnicą, ale to mi nie wystarczy. Musisz mieć twarz, żebyśmy mogli 

naprawdę cię poznać.

Wygładź.

- Właśnie tak, pomóż mi. Jeszcze trochę. Zrobione!

Eve wzięła głęboki oddech i cofnęła się o krok.

- Zrobiłam wszystko, co było w mojej mocy, Giulio. Mam nadzieję, że mi się udało ... O mój Boże! - Zamknęła 

oczy i wyszeptała: - Dobry Boże.

- Chcę stąd wyjść, Eve. - Jane patrzyła na nią spode łba.

- Wczoraj, na pogotowiu, powinni byli mnie tylko obejrzeć i wypuścić do domu. Nic mi nie jest. To na ciebie 

zawaliły się ściany tunelu.

-  Ale ja  mam  tylko  kilka siniaków  -  Eve napełniła  szklankę  wodą  i  podała ją  Jane  - a  ty  liczne  skaleczenia, 

nadwerężone ramię i  przez tę  ranę w łydce straciłaś dużo krwi. Doktor powiedział, że znacznie pogorszyłaś  stan 
swojego ramienia przez rzucanie tych wszystkich kamieni, kiedy próbowałaś mnie odkopać.

- Nic mnie wtedy nie bolało, w każdym razie, nie tak bardzo.

background image

- poprawiła się Jane  widząc sceptyczną minę Eve. Wypiła łyk wody i  odstawiła szklankę.  - Kiedy mnie stąd 

zabierzesz?

- Dziś po południu. Joe zarezerwował bilety na samolot, lecimy dzisiaj o północy. Wracamy do domu.

- To dobrze. Jesteś pewna, że dobrze się czujesz?

- Jane, nic mi nie jest, Joemu też nie. Już trzeci raz mnie o to pytasz. A teraz przestań się zamartwiać, to nie w 

twoim stylu.

-  Nigdy  przedtem  nie  naraziłam  was  na  śmiertelne  niebezpieczeństwo.  -  Jane  dotknęła  dłoni  Eve.  -

Przepraszam. Nigdy bym sobie nie wybaczyła, gdyby coś wam się stało.

- To był nasz wybór. I gdyby było trzeba, zrobilibyśmy to jeszcze raz. - Eve uśmiechnęła się, ściskając dłoń 

Jane. - Nie poradzilibyśmy sobie bez ciebie. Mówiłam ci, rodzina jest najważniejsza.

- Nie wtedy, kiedy prawie was ... - Zamilkła, kiedy poczuła na ustach palce Eve.

- Ciii - powiedziała Eve. - Wiem, że nie było ci łatwo przeczołgać się do mnie przez ten ciemny tunel. Dlaczego 

to zrobiłaś?

- Potrzebowałaś mnie.

- Poddaję się. - Eve wstała. - I nie chcę już więcej o tym słyszeć, okay?

Jane przełknęła ogromną kulę, która zaczęła rosnąć jej w gardle. - Okay. Ale nie możesz zmusić mnie, żebym 

przestała o tym myśleć. - Wzięła głęboki oddech. - Gdzie jest Trevor? Nie odzywał się do mnie, odkąd z Bartlettem 
uwolnili nas z tego tunelu. - Widziałam się z nim dziś rano, przed przyjściem do szpitala.

Zabrał Giulię, żeby oddać ją do muzeum.

- Ale przecież nie skończyłaś rekonstrukcji.

- Skończyłam, dzisiaj nad ranem. Pracowałam całą noc, żebyśmy mogli jak najszybciej wrócić do domu. To nie 

było takie trudne, wszystkie podstawowe pomiary były zrobione. Musiałam tylko zająć się wykończeniem.

Jane uśmiechnęła się, potrząsając głową.

- Tylko ty jesteś w stanie zabrać się do pracy zaraz po tym, jak wykopano cię spod sterty gruzu.

- To  było dla mnie bardzo ważne. - Palce Eve zacisnęły się na dłoni Jane.  - Chciałam, żeby ten  koszmar  się 

skończył. Musiałam to zakończyć.

-  Rozumiem.  Ja  też.  Zadzwonię  jeszcze  do  Sama  Drake'a,  żeby  zdać  mu  relację  z  wydarzeń  w  tunelu,  i  z 

radością zamknę całą sprawę. Jak ona wyglądała? Była ładna?

Eve odwróciła wzrok.

- Raczej nie. Miała wyraziste, interesujące rysy.

-  I Trevor  już ją  zabrał  z powrotem  do  muzeum? Ani  razu  mnie nie  odwiedził  -  dodała  po  chwili.  -  Zresztą 

wcale nie spodziewałam się, że przyjdzie.

- Wydaje mi się, że stara się schodzić Joemu z drogi.

- Myśli, że Joe go aresztuje? Trevor ocalił ci życie. Mnie prawdopodobnie też.

- Chyba Joe wolałby, żeby Trevor po prostu zniknął. Wtedy nie . musiałby podejmować żadnej decyzji.

- Na pewno Trevor nie zostanie tu długo. Dostał to, czego chciał, ale korona by mu z głowy nie spadła, gdyby 

przyszedł się pożegnać.

background image

- Czasami pożegnania bywają zbyt bolesne  - powiedział  Bartlett, stając w drzwiach. - Na przykład dla mnie. 

Jest  mi  bardzo  smutno,  że  muszę  się  z  tobą  pożegnać,  Jane.  -  Podszedł  do  łóżka  i  ujął  jej  dłoń.  -  Ale  dobrzy 
przyjaciele nigdy nie żegnają się na zawsze, prawda?

- Wracasz do domu, do Londynu? - spytała Eve.

- Zastanawiam się nad tym. - Uśmiechnął się. - A może powłóczę się trochę z Trevorem. W jego towarzystwie 

życie nigdy nie bywa nudne.

- A dokąd on jedzie? - chciała wiedzieć Jane.

- Nie mam pojęcia. Musiałabyś sama go o to zapytać. – Zwrócił się do Eve: - Do widzenia. Dziękuję za okazaną 

mi życzliwość.

Eve uścisnęła go szybko.

-  Uważaj  na  siebie.  I  zadzwoń,  jeżeli  będziesz  czegoś  potrzebował.  Przyjadę  po  ciebie  dziś  po  południu,  o 

drugiej - zwróciła się do Jane, całując ją w czoło.

- Będę gotowa. - Jane odprowadziła Eve wzrokiem. - Nie będę miała okazji, żeby zapytać Trevora o cokolwiek, 

prawda? - powiedziała do Bartletta.

- Nie wiem. Chociaż lepiej by było dla niego, gdyby po prostu odszedł w siną dal.

- Gdzie on teraz jest?

- Powiedział, że jedzie oddać szkielet do muzeum w Neapolu. Potem, o osiemnastej, leci do Rzymu. Co robi 

dalej - nie mam pojęcia.

- Dlaczego mówisz  mi to  wszystko, skoro  uważasz, że byłoby dla  niego lepiej, gdyby się  ze  mną więcej nie 

spotkał?

Bartlett wzruszył ramionami.

- Ostatnio dano mi do zrozumienia, że życie jest bardzo krótkie i rozsądek może nie odgrywać w nim aż tak 

ważnej roli, jaką mu się przypisuje. Kiedy razem z Trevorem i brygadą ratunkową przekopywaliśmy się przez cały 
ten  gruz,  usiłując  was  wydobyć,  pomyślałem  sobie,  jak  słodkie  potrafi  być  życie  i  jaka  szkoda  byłoby  stracić  z 
niego  choćby  minutę.  -  Odwrócił  się  i  skierował  do  drzwi.  -  I  chyba  dlatego nie  wrócę  do  zawodu  księgowego, 
tylko pojadę z Trevorem. No to na razie, będziemy w kontakcie.

Jane  po  jego  wyjściu  leżąc,  wpatrywała  się  w  uspokajająco  błękitne  morze  na  obrazku  wiszącym  na 

przeciwległej ścianie. Wszystko w tym pokoju  było jasne i kojące, dobrane tak, aby pacjenci szybciej wracali do 
zdrowia w przekonaniu, że nie ma się już czym martwić. Pokój tak bardzo różnił się od przytłaczającej ciemności 
tunelu, że tamten koszmar wydał jej się nagle odległy i nierealny.

Nie mogę oddychać. Gorąco. Dym.

Noc bez powietrza.

Czy teraz znikną też sny o Cirze?

Na pewno lepiej by było, gdyby tak się stało. Jane i tak spędziła już mnóstwo czasu, usiłując znaleźć logiczne 

wytłumaczenie  dla  zupełnie  nielogicznego  zjawiska.  Powinna  uznać  te  sny  o  Cirze  za  niewyjaśnione  tajemnice 
swojego życia i ruszyć dalej własną drogą. Tak, to brzmiało sensownie.

Mark  Trevor  powinien  zostać  potraktowany  w  tak  samo  rozsądny  sposób.  Poznanie  go  było  ciekawym 

doświadczeniem, a przy okazji Jane dowiedziała się czegoś o sobie. Ale istnieje duża szansa, że za pół roku w ogóle 
nie będzie go pamiętać. Zacznie nowe życie i na pewno nie będzie oglądała się wstecz.

background image

To już skończone.

W  Neapolu  zapadał  zmierzch,  miasto  wibrowało,  stare,  ·ale  próbujące  pogodzić  się  ze  swoim  wiekiem  i 

zmierzyć z przyszłością.

Inaczej niż w Herkulanum, pomyślał Trevor, spoglądając przez pleksiglasowe okno lotniska. Herkulanum żyło 

przeszłością  i  wcale  nie  chciało  tego  zmieniać.  Niby  dlaczego  miałoby  chcieć?  Miasto  Ciry  miało  wspaniałą 
przeszłość, która pasowała do jej ...

- Jesteś bardzo źle wychowany.

Trevor zesztywniał i odwrócił się powoli. Stała za nim Jane. - A to ci dopiero niespodzianka ..

Była ubrana w spodnie khaki i luźny biały podkoszulek. Miała siniaka na policzku, była blada i nachmurzona.

I, Boże, wyglądała pięknie.

- Ja  też jestem zaskoczona - zrobiła krok w jego stronę - że okazałeś  się tak głupi i źle wychowany. Mogłeś 

przyjść do szpitala i pożegnać się ze mną. Nie powinnam marnować mojego cennego czasu na uganianie się za tobą.

- Masz absolutną rację. Nie powinnaś tu być. Jak twoja noga?

- Boli. Przeżyję. Bartlett na pewno ci powiedział, że nic mi nie będzie. Gdzie on jest? Zdecydował się pojechać 

z tobą?

Trevor kiwnął głową. - Jest w kawiarni.

- I dokąd się wybieracie?

- Najpierw do Szwajcarii.

- Ale nie zostaniecie tam długo. Będziesz szukał złota Precebiusza.

Uśmiechnął się.

- To złoto Ciry. Może, kiedyś. Na razie jest wokół niego trochę za gorąco.

- Nie sądzę, żeby Joe wysłał za tobą list gończy.

- Wydaje mi się, że Scotland Yard ma inne plany. Oni nie lubią, kiedy ktoś bawi się ich stroną internetową czy 

bazą danych. - Wzruszył ramionami. - W każdym razie jak zawsze będę unikać kłopotów.

- Kłamca!

Trevor roześmiał się cicho.

- No cóż, zawsze jest pięćdziesięcioprocentowa szansa, że uda mi się z nich albo wykpić, albo wykupić.

Jane pokiwała głową.

- Bartlett powiedział, że ustawicznie balansujesz na linie. To też jest głupie. Powinieneś dorosnąć.

- Popracuję nad tym.

- Nie, będziesz ryzykował dzień po dniu, aż w końcu ktoś cię zabije. Dlatego jestem zaskoczona, że w ogóle 

pofatygowałam się, żeby cię zobaczyć.

- To dlaczego przyszłaś?

- Ocaliłeś mi życie. Ocaliłeś też Eve i Joego.

- Sam was na to wszystko naraziłem. - Przyjrzał się jej uważnie.

background image

- Ale to nie jest prawdziwy powód.

-  Nie,  nie  jest.  -  Jane  podeszła  jeszcze  bliżej.  -  Przyszłam,  bo jeszcze  nie  skończyliśmy.  Leżałam  w  tym 

szpitalnym łóżku i obiecywałam sobie, że zapomnę wszystkie sny o Cirze, a ciebie kompletnie wyrzucę z pamięci. 
Chciałam położyć kres całemu temu koszmarowi.

- I słusznie.

- Tyle  że sprawa  jeszcze nie jest  zamknięta  i  nie zamierzam pozwolić,  żeby pytania  bez odpowiedzi gnębiły 

mnie przez całe życie. To nie leży w mojej naturze. Jestem największą realistką na świecie i nie mogę znieść myśli, 
że nie zrozumiem mojej dziwnej łączności z Cirą. Mam ci powiedzieć, co zamierzam zrobić?

- Nie mogę się doczekać.

- Nie sil się na sarkazm. Chcesz wiedzieć.

- Sarkazm bywa najłatwiejszym sposobem obrony. Do diabła, tak, chcę wiedzieć wszystko, co ciebie dotyczy. 

Zawsze chciałem. - I zawsze będę chciał. Nie wypowiadaj na głos tych słów. Zachowaj dystans. To potrwa jeszcze 
tylko chwilę.

- Dobrze. Więc będziesz zadowolony, słysząc, że zamierzam wrócić do szkoły, a potem pójść na Harvard. I na 

pewno dowiem się, co się stało z Cirą. Może poczekam do skończenia szkoły, a może nie. O tym zdecyduję później.

- Chcesz tutaj wrócić?

- Pojadę wszędzie tam, gdzie będę mogła znaleźć odpowiedzi.

Nie  obchodzi  mnie  twoje  złoto,  ale  muszę  przeczytać  rękopisy.  Powiedziałam  ci,  że  to  nie  jest  jeszcze 

skończone. Muszę się dowiedzieć, czy Cira zginęła w czasie wybuchu. Jeżeli nie, muszę wiedzieć, co się z nią stało. 
I muszę wiedzieć, skąd ją znałam, dlaczego miałam te sny. To dla mnie bardzo ważne.

- Widziałaś wykopaliska. Znalezienie odpowiedzi może potrwać całe lata.

Ja mam całe lata. W końcu mam tylko siedemnaście lat.

- Spojrzała mu prosto w oczy. - Nieważne, co myślisz, ale to ogromny plus. Wrócę do domu i będę żyć pełnią 

życia w każdej  minucie  każdego dnia.  Będę dojrzewać, uczyć się i zbierać doświadczenia. Sprawdzę, czy znajdę 
mężczyznę, przy którym ty wydasz się nudziarzem. To nie powinno być takie trudne. I, Bóg jeden wie, jak bardzo 
nie mam ochoty użerać się z twoim przestarzałym kodeksem moralnym, co wypada, a co nie. Nie rozumiem, jak 
mężczyzna,  który  przyznaje  się  do  tego  że  jest  kryminalistą  i  łajdakiem  może  zachowywać  się  w  tak  idiotyczny 
sposób. Pewnego dnia pożałujesz, że tak łatwo ze mnie zrezygnowałeś.

- Już żałuję.

-  Cóż,  za  późno. Zmarnowałeś  swoją  szansę  -  odwróciła się i  zrobiła  parę  kroków,  ale  nagle obróciła się na 

pięcie. - Ale może dostaniesz jeszcze jedną, jeżeli zdecyduję, że jesteś tego wart, i nie znajdę nikogo lepszego. Więc 
lepiej popracuj nad usunięciem Ciry ze swoich myśli.  Nie lubię konkurencji. Ona jest  martwa, a ja  żywa i  kiedy 
stanę się już taką osobą, jaką chcę się stać, nie będzie mowy o żadnych porównaniach.

Nie czekała na odpowiedź. Trevor patrzył, jak idzie szybko przez halę odlotów. Głowę trzymała wysoko, plecy 

miała wyprostowane.

- Tak przypuszczałem, że przyjdzie powiedzieć "żegnaj" - Bartlett stanął obok Trevora ze wzrokiem utkwionym 

w Jane - albo au revoir. Co wybrała?

Au revoir. Do zobaczenia znowu.

background image

- Nie jestem pewien. - prawie zniknęła im z oczu, ale siła i zdecydowanie emanujące z każdego jej ruchu wciąż 

było widoczne. Nagle ogarnęła go radość. - Myślę, że to było au revoir - roześmiał się. - A jeżeli tak, to miej mnie 
Boże 

swojej 

opiece.

background image