background image

 

Maggie Kingsley 

 

Zakochani 

wspólnicy 

 

 

 
 
 
 
 
 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

 
Rowan zerknęła na zegarek i westchnęła. Wpół do dziewiątej. Pasażerowie, którzy razem z 

nią wysiedli z pociągu w Laith, dawno już zniknęli w ciemności nocy, a doktor Fowler wciąż 
się nie zjawiał. Wsunęła ręce w kieszenie kożucha i zaczęła przestępować z nogi na nogę, 
chcąc przywrócić krążenie w stopach. Pomyślała, że nie jest to zbyt obiecujący początek. 

- Doktor Sinclair? 
Przez oszroniony peron zmierzał w jej stronę wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna. Nie 

przypominał Hugh Fowlera. 

-  Tak, to ja - odparła Rowan, obrzucając niepewnym spojrzeniem jego pomięte spodnie z 

brązowego sztruksu, podniszczoną tweedową kurtkę, szczupłą twarz i rozczochrane, czarne 
włosy. - A pan nazywa się...? 

-  Ewan Moncrieff. Jestem współpracownikiem Hugh. 
-  Nie ma pan pojęcia, jak się cieszę, że pana widzę - rzekła z uśmiechem, wyciągając rękę 

na powitanie. - Zaczynałam już podejrzewać, że pomyliłam datę. 

-  Na imię mi Ewan. Mieliśmy nagły przypadek - wyjaśnił i nie zwracając uwagi na jej 

wyciągniętą dłoń, schylił się po walizki. 

Miał  łagodny,  śpiewny  akcent,  charakterystyczny  dla  szkockich  górali.  Rowan  przez 

chwilę spoglądała z zakłopotaniem na jego szerokie ramiona, a potem pospieszyła za nim. 

- Szkoda, że nie mieliśmy okazji spotkać się, kiedy przyjechałam do Canny na rozmowę 

kwalifikacyjną,  doktorze  Monc...  Ewan  -  powiedziała,  doganiając  go  na  dworcowym 
parkingu.  -  O  ile  się  nie  mylę,  był  pan  wówczas  w  Fort  William  na  seminarium 
pediatrycznym, prawda? 

- Owszem - odparł, wkładając walizki do bagażnika poobijanego landrovera. - Hugh się o 

to postarał - dodał ironicznym tonem. 

Rowan zmarszczyła czoło. Zwykle łatwo nawiązywała z ludźmi przyjazny kontakt, lecz teraz 

mogłaby przysiąc, że ten człowiek postanowił, iż jej nie polubi, zanim jeszcze się spotkali. 

- Mam nadzieję, że ten nagły przypadek nie był zbyt poważny - powiedziała. 
Zatrzasnął bagażnik. 
- Nie wiedziałem, że istnieje coś takiego jak banalny nagły  przypadek, ale jestem tylko 

skromnym, prowincjonalnym konowałem, nie zaś ambitnym lekarzem z Londynu! 

Zdusiła w sobie ciętą ripostę, która cisnęła jej się na usta. Pomyślała, że skoro ona jest 

zmarznięta, zmęczona i głodna, to Ewan może czuć się tak samo. Colin nauczył się, że kiedy 
miała zły dzień, należało omijać ją z daleka... 

-  Pas. 
-  Słucham? - spytała, otrząsając się z przykrych wspomnień. 
-  Zapnij pas - polecił Ewan. - Wprawdzie nie jesteśmy w Londynie, ale po naszych 

drogach jeździ pełno szaleńców, o czym zresztą sama się niebawem przekonasz. 

Kiwnęła głową i próbowała wykonać jego polecenie, ale miała zbyt zgrabiałe palce, by 

uporać się z nie znanym jej typem pasów bezpieczeństwa. 

- Ja  to  zrobię,  bo  w  przeciwnym  razie  spędzimy  tu  całą  noc  -  powiedział 

zniecierpliwionym tonem. 

background image

Odruchowo pochyliła się, by śledzić jego poczynania. Kiedy uniósł głowę, ich spojrzenia 

się spotkały. 

- Dziękuję - mruknęła, pospiesznie odwracając głowę. 
Co się, u licha, ze mną dzieje? - pomyślała. Przecież ten człowiek nie ma w sobie nic, co 

usprawiedliwiałoby taką reakcję. Nie jest ani przystojny, ani sympatyczny... 

Po chwili uświadomiła sobie, że podziałały na nią tak jego oczy, które miały najgłębszy i 

najbardziej zdumiewający odcień błękitu, jaki kiedykolwiek widziała. Parsknęła ironicznie. 
Po  dwunastogodzinnej  podróży  pociągiem  zapewne  nawet  Kermit  wydałby  jej  się 
pociągający. 

-  Co cię tak rozbawiło? - spytał chłodno. 
-  Och,  nic  takiego  -  wykrztusiła.  Poczuła  silne  szarpnięcie,  bo  Ewan  zwolnił  ręczny 

hamulec i gwałtownie ruszył. - Miałeś rację - rzekła ze śmiechem. - Już wiem, że po tych 
drogach istotnie jeżdżą szaleńcy. 

-  Przepraszam! - warknął. 
-  Zachowaj przeprosiny dla tego biednego rowerzysty, który wymachuje pięścią w twoim 

kierunku.  Czy  nie  wydaje  ci  się,  że  straszenie  ludzi  jest  dość  niezwykłym  sposobem  na 
pozyskanie nowych pacjentów? 

Ewan  zerknął  we  wsteczne  lusterko. Przez  ułamek sekundy  Rowan miała  wrażenie, że 

wybuchnie śmiechem, on jednak zachował powagę. No, ładnie, pomyślała. Pewnie będzie 
mi  z  nim  wesoło!  Całe  szczęście,  że  pracują  tu  jeszcze  inni  lekarze:  Hugh  Fowler  i  Matt 
Cansdale. Podczas rozmowy Hugh okazał jej wiele przychylności, a jeśli chodzi o Matta... 
Może i jest niepoprawnym uwodzicielem, ale przynajmniej ma poczucie humoru. 

Nagle w radio rozległ się głos Matta: 
- Ewan!  Charlie  Galbraith  miał  wypadek  na  farmie,  a  ja  muszę  zostać  w  Auchbain 

jeszcze przez co najmniej pół godziny. Czy mógłbyś tam pojechać, o ile oczywiście Rowan 
nie będzie miała nic przeciwko temu? 

Ewan spojrzał na nią, unosząc pytająco brwi. Marzyła o kąpieli, gorącym posiłku i 

wygodnym łóżku, ale wiedziała, że nie ma wyboru. 

- Jedźmy - powiedziała. 
Ewan kiwnął głową i gwałtownie zahamował, a potem skręcił w wyboistą drogę i ruszył 

nią z tak zawrotną prędkością, że Rowan musiała trzymać się kurczowo fotela. 

Wszystko tutaj tak bardzo się różni od tego, do czego przywykłam, myślała, wyglądając 

przez  okno.  Przyzwyczaiła  się  do  pulsującego  życiem  miasta,  które  nigdy  nie  zasypiało  i 
zawsze,  nawet  w  środku  nocy,  rozbłyskiwało  światłami.  Tu  zaś  jedynym  przejawem  życia 
były rozrzucone światła migoczące w ciemności, wysoko na wzgórzach. 

Przypomniała  sobie  przestrogę  swego  szefa  z  kliniki  Melville  w  Londynie.  „Czyś  ty 

oszalała,  Rowan?  Będziesz  piekielnie  nieszczęśliwa  na  prowincji,  mając  do  czynienia 
wyłącznie z wrastającymi paznokciami, złamanymi rękami i odrą. Cóż to za zajęcie dla tak 
utalentowanej dziewczyny jak ty? Na litość boską, przemyśl to jeszcze. Nie marnuj życia, a 
już na pewno nie rób tego z powodu kogoś takiego jak Colin!". 

Ona jednak twierdziła, że tego właśnie chce. Teraz pomyślała ze smutkiem, że wcale nie 

jest tego tak bardzo pewna. Doszła do wniosku, że winę za to ponosi właśnie Ewan. Była 

background image

przekonana, że gdyby wyjechał po nią Matt lub Hugh, nie miałaby tych wątpliwości. 

- To tu - oznajmił, zatrzymując samochód przed rozpadającym się płotem. - Pójdziesz ze 

mną, czy wolisz zostać? 

Obrzuciła spojrzeniem zrujnowany dom, wokół którego walały się zardzewiałe szczątki 

pojazdów,  stosy  zużytych  opon,  arkusze  pogiętej  blachy  i  zwoje  kolczastego  drutu. 
Zastanawiała się, co ujrzy we wnętrzu domu, skoro tak wygląda podwórze. 

-  Pytałem, czy... 
-  Słyszałam cię - przerwała mu. - Tak, idę z tobą. 
Przeklinając  w  duchu  swe  pantofle  na  wysokich  obcasach,  podążyła  za  Ewanem 

nierówną ścieżką. Nagle drzwi domu otworzyły się i na progu stanęła potężnie zbudowana, 
mniej więcej pięćdziesięcioletnia kobieta. 

- Proszę  wejść,  doktorze  -  rzekła  donośnym  głosem,  wpuszczając  ich  do  sieni  pełnej 

wellingtonów i połamanych skrzynek. - Pani pewnie jest doktor Sinclair, prawda? - dodała, 
spoglądając na Rowan z wyraźną ciekawością. 

Rowan ledwie zdążyła odpowiedzieć, kiedy znalazła się w pokoju pełnym mężczyzn. 
- To są moi synowie, pani doktor - wyjaśniła z dumą gospodyni. - Chłopcy, gdzie wasze 

dobre maniery? Przywitajcie się z panią. 

„Chłopcy", których wiek wahał się od siedemnastu do dwudziestu trzech lat, zerwali się z 

miejsc. Wymamrotali słowa powitania, a potem ponownie usiedli, przyglądając się Rowan 
z nie skrywaną ciekawością. 

-  Co ci się przytrafiło tym razem, Charlie? - spytał Ewan, podchodząc do siedzącego przy 

kominku drobnego, wychudzonego mężczyzny. 

-  Moja  żona  nie  powinna  zawracać  ci  głowy  -  odparł  pan  Galbraith  przepraszającym 

tonem. Miał bladą, wymizerowaną twarz, a jego ręka owinięta była bandażem, przez który 
sączyła się krew. - Naprawiałem ciągnik i klucz uderzył mnie w rękę. To tylko zadraśnięcie. 

-  Pozwól, że ja to ocenię. 
Ewan ostrożnie odwinął bandaż. Rana była głęboka i postrzępiona. 
-  Trzeba będzie ją zszyć, Charlie. 
-  Nie możesz jej po prostu przemyć i założyć nowego opatrunku? Mam okropnie dużo 

pracy. 

-  Trzeba założyć szwy, Charlie - powtórzył Ewan. - Rozpuszczą się w ciągu dziesięciu 

dni, ale przez dwa tygodnie nie wolno ci tą ręką nic robić. Słyszysz, co mówię? 

Charlie kiwnął głową, ale głębokie westchnienie Ewana świadczyło o tym, że niezbyt 

mu wierzy. 

-  Czy mogę pani zaproponować filiżankę herbaty i kawałek owocowego placka? - spytała 

pani Galbraith. 

-  Chętnie - odparła Rowan z uśmiechem, przypominając sobie dwie bułki z szynką, które 

zjadła  dawno  temu  w  pociągu.  Kiedy  gospodyni  poleciła  najmłodszemu  synowi,  by 
przyniósł te pyszności, Rowan zdała sobie sprawę, że nigdy dotąd nie była w takim domu. 

Zasłony zwisały niechlujnie, przytrzymywane przez zaledwie kilka żabek, na zagraconym 

gzymsie kominka leżały brudne kubki i narzędzia, a po podłodze walały się części jakichś 
mechanizmów. Pomyślała, że inspektor sanitarny dostałby na ten widok apopleksji, a szef 

background image

kliniki Mehille... Omal nie wybuchnęła śmiechem na myśl o jego reakcji. 

- O ile wiem, przyjechała pani z Londynu - rzekła gospodyni, siadając na stołku obok 

kominka. - I pracowała tam pani w dużej klinice, prawda? 

Rowan spojrzała na nią ze zdziwieniem, a Ewan zachichotał. 
-  Powinienem  był  cię  uprzedzić  o  działającej  tu  poczcie  pantoflowej  -  wyjaśnił, 

przerywając  zakładanie  szwów.  -  Do  końca  tygodnia  wszyscy  będą  znali  markę  twojej 
bielizny. 

-  Och,  cóż  za  nikczemne  pomówienie!  -  zawołała  pani  Galbraith,  wybuchając 

gardłowym śmiechem. - Dobrze wiesz, że nie bylibyśmy do tego zdolni. 

-  To znaczy, że zabrałoby to wam dwa tygodnie? - spytał. - Wstydziłabyś się, Annie! 

Chyba nie tracisz nad tym kontroli? 

Rowan  obrzuciła  go  przelotnym  spojrzeniem.  Czyżby  jednak  miał  poczucie  humoru? 

Doszła do wniosku, że kiedy się śmieje, wygląda zupełnie inaczej. Jego twarz stawała się 
łagodniejsza i wręcz niepokojąco atrakcyjna. Podświadomie pokręciła głową. Najwyraźniej 
spędziła w pociągu zbyt wiele czasu! 

- Jamie McNeil pewnie jest zadowolony, że wynajęła pani to mieszkanie nad kioskiem - 

ciągnęła pani Galbraith. – Od dość dawna stało puste. 

No tak, poczta pantoflowa... 
-  Tego  nie  wiem  -  odparła.  —  Nie  widziałam  jeszcze  ani  jego,  ani  mieszkania  - 

wyjaśniła, widząc, że gospodyni unosi, pytająco brwi. - Wszystko załatwiał doktor Fowler. 

-  Naprawdę?!  -  zawołała  pani  Galbraith,  a  na  jej  twarzy  pojawił  się  wyraz,  którego 

Rowan nie potrafiła zgłębić. - W każdym razie mam nadzieję, że lubi pani majsterkować. 

Rowan spojrzała na nią ze zdziwieniem. 
-  No... nie bardzo. A dlaczego? 
-  Lepiej wracajmy już do Canny - oznajmił Ewan, kończąc zakładanie opatrunku. - Na 

pewno jesteś zmęczona podróżą. 

Idąc w stronę wyjścia, miała dziwne uczucie, że Ewanowi bardziej chodziło o przerwanie 

tej rozmowy niż o jej dobro. 

-  Co sądzisz o tej rodzinie? - spytał, kiedy ruszyli w drogę. 
-  Nie ulega wątpliwości, że potrzebują pomocy. 
-  Pomocy? - powtórzył ze zdziwieniem. 
-  Nie dają sobie rady. Wystarczy rzucić okiem na ich dom... 
-  Mam dla nich wiele szacunku i sympatii - powiedział Ewan. - Los ich nie oszczędza. 

Kiedy nad wioską przechodzi burza, piorun zawsze uderza w ich stodołę. Kiedy wybucha 
epidemia motylicy, na pewno zaatakuje ich stado. Ale nigdy się nie skarżą... 

-  To znaczy, że tym bardziej potrzebują pomocy. 
-  Jakoś dają sobie radę. 
-  Nie wątpię, ale dzięki fachowej pomocy wiodłoby im się znacznie lepiej. 
Zmarszczka między jego brwiami wyraźnie się pogłębiła. 

background image

-  Dobrze  byłoby,  gdybyśmy  jak  najszybciej  dotarli  do  Canny.  Na  pewno  chciałabyś 

znaleźć się już w mieszkaniu - powiedział, celowo zmieniając temat. 

Jego reakcja bardzo ją zdziwiła. Pomyślała, że gdyby Galbraithowie byli jej pacjentami, 

nie  poprzestałaby  na  podziwianiu  ich  stoicyzmu,  lecz  skierowałaby  do  nich  opiekuna 
społecznego. 

Kiedy dotarli do Canny, dochodziła dziesiąta. Rowan, idąc po schodach wiodących do 

jej mieszkania, poczuła się nagle bardzo zmęczona. Kiedy jednak Ewan zapalił światło i 
wpuścił ją do środka, uczucie znużenia błyskawicznie ustąpiło miejsca przerażeniu i 
niedowierzaniu. 

Już  rozumiała,  co  pani  Galbraith  miała  na  myśli,  pytając,  czy  lubi  majsterkować. 

Mieszkanie  Jamiego  McNeila  było  chyba  najbardziej  przygnębiającym  miejscem,  jakie 
kiedykolwiek widziała. Ściany pokrywały brunatne tapety, meble były wielkie i paskudne, 
a poza tym panował w nim taki ziąb, jakby ogrzewanie w ogóle nie działało. 

A Hugh twierdził, że znalazł dla niej doskonałe lokum! 
-  Jak ci się tu podoba? - spytał Ewan, stawiając walizki na środku pokoju. 
Odwróciła  się,  zamierzając  powiedzieć  mu,  co  o  tym  myśli,  ale  w  ostatniej  chwili 

zmieniła  zdanie.  Doszła  do  wniosku,  że  Ewan  chciałby  być  świadkiem  jej  wybuchu, 
jednak  jakiś  wewnętrzny  głos  podszepnął  jej,  iż  postąpiłaby  nierozważnie,  mówiąc  mu 
prawdę. 

-  Jest... wspaniale - wyjąkała, siląc się na uśmiech. 
Ta  odpowiedź  najwyraźniej  go  zaskoczyła,  ale  na  jego  twarzy  dostrzegła  -  poza 

zdziwieniem  -  wyraz  zawodu.  Była  ciekawa,  jakie  myśli  kłębią  się  w  głowie  tego 
człowieka. 

-  Boże, cóż to za nora! 
Gwałtownie odwróciła głowę, a na widok gościa szeroko się uśmiechnęła. 
-  Matt, nie spodziewałam się tu ciebie! 
-  Przyniosłem ci coś na powitanie - oznajmił, wyciągając w jej stronę butelkę wina - ale 

chyba buldożer byłby tu bardziej na miejscu! Ellie, chodź i popatrz. 

Na progu pojawiła się rejestratorka z ośrodka. Była drobną, pulchną dziewczyną o dużych 

piwnych oczach i lśniących czarnych włosach, ostrzyżonych na pazia. 

-  O Boże! - zawołała. - To przypomina gabinet okropności! 
-  Niełatwo jest znaleźć mieszkanie w tej okolicy, Ellie - wyjaśnił pospiesznie Ewan. 
-  Wiem, ale... 
-  Jest  zupełnie  ładne,  naprawdę  -  przerwała  jej  Rowan.  -Wymaga  tylko  drobnego 

remontu i... 

-  Bomby? - zasugerował Matt. 
Zachichotała. Przynajmniej Matt ma poczucie humoru. 
- Czy przypadkiem nie powinieneś być teraz na dyżurze? - spytał Ewan, patrząc na niego 

wymownie. 

- Właśnie  jestem.  Mam  przy  sobie  telefon  komórkowy,  więc  nie  musisz  dawać  mi  do 

zrozumienia, że zaniedbuję obowiązki - odparł Matt z irytacją. - Nie pojmuję... - ciągnął, 
rozglądając się z niesmakiem po pokoju. - Chyba Hugh mógł postarać się o coś lepszego? 

background image

Kątem oka dostrzegła, że Ewan się czerwieni i uświadomiła sobie ze złością, że wynajęcie 

tego mieszkania zawdzięcza jemu, a nie Hugh. 

- Może zanieślibyście te walizki do sypialni, co, panowie? - odezwała się Ellie. - Rowan 

pewnie jest zbyt zmęczona, żeby coś sobie ugotować, przyniosłam więc gulasz i szarlotkę. 
Podgrzejemy gulasz i otworzymy wino. Być może po paru kieliszkach to miejsce wyda nam 
się bardziej znośne. 

- Jeśli to ma być naszym celem - Matt uniósł brwi – to chyba skoczę do pubu po całą 

skrzynkę. 

Rowan dostrzegła w oczach Ewana wyraz dezaprobaty. 
-  Niestety, nie mogę dotrzymać wam towarzystwa  -  oznajmił.  -  Mam  sporo  roboty  w 

domu... 

-  Która  z  pewnością może zaczekać  -  dodał  Matt,  schylając  się po  walizkę.  -  Zostań i 

zjedz z nami kolację. Będziecie mieli z Rowan okazję, żeby lepiej się poznać. 

Wyraz twarzy Ewana sugerował, że wolałby zostać poddany średniowiecznym torturom, 

niż spędzić z nimi wieczór, ale zmusił się do uśmiechu i podążył za Mattem do sypialni. 

-  Boże, cóż to za życzliwy człowiek! - mruknęła Rowan z przekąsem. 
-  Pewnie jest zmęczony - odparła zdawkowo Ellie, ale Rowan miała wrażenie, że za jej 

słowami kryje się jakaś tajemnica. 

-  Ellie... 
-  Masz dwadzieścia minut na toaletę, a potem podaję do stołu, dobrze? 
Rowan  kiwnęła  głową,  ale  wróciła  do  salonu  już  po  piętnastu  minutach  z  powodu 

panującego w łazience zimna. 

-  Jak minęła ci podróż? - spytała Ellie, podając jej talerz. 
-  Była  dość  męcząca  -  odparła  Rowan.  -  A  kiedy  wysiadłam  w  Laith,  doznałam 

prawdziwego szoku. Nie spodziewałam się, że będzie tu tak zimno, nawet w styczniu. 

-  Jeśli tę pogodę nazywa pani mrozem, to czeka panią  gorzkie rozczarowanie, kiedy 

zacznie się prawdziwa zima - oznajmił Ewan. - Jesteśmy w północnej części Szkocji, a nie 
w jakimś południowym hrabstwie. 

-  Skąd ten oficjalny ton, Ewan? - spytał Matt ze zdziwieniem. - Czyżbyś zapomniał, jak 

ona ma na imię? 

-  Przepraszam, Rowan. Wciąż zapominam, że tworzymy szczęśliwą rodzinę - rzekł z 

drwiącą miną. 

Rowan głęboko westchnęła. Wiedziała, że jeśli usłyszy z jego ust jeszcze jedną 

sarkastyczną uwagę, nie wytrzyma i zrobi mu piekielną awanturę. 

-  Moim zdaniem, dziś istotnie było dość chłodno - oświadczyła Ellie. - Prawdę mówiąc, 

wcale bym się nie zdziwiła, gdyby spadł śnieg. Wtedy mielibyśmy pełne ręce roboty. 

-  Chodzi ci o wypadki drogowe? - spytała Rowan. 
-  Prawdziwym  problemem  są  niedoświadczeni  amatorzy  wspinaczki,  którzy 

przyjeżdżają tu z południa zdobywać szczyty górskie - powiedział Matt z westchnieniem. 

-  Ale jaki to ma związek z nami? - spytała Rowan. 
-  Zawarliśmy umowę z Górskim Pogotowiem Ratunkowym - wyjaśnił Matt. - Jeśli 

zdarza się jakiś wypadek w górach, jedno z nas bierze udział w akcji ratowniczej. To 

background image

chyba nie będzie dla ciebie zbyt kłopotliwe, prawda? 

Rowan z trudem przełknęła kęs mięsa, który miała właśnie w ustach. 
-  Ależ... nie - odparła z promiennym uśmiechem. 
Przecież  współpraca  z  pogotowiem  górskim  wiąże  się  ze  wspinaczką,  pomyślała  z 

przerażeniem, a ja dostaję zawrotów głowy nawet na drabinie. Dlaczego Hugh mnie o tym nie 
uprzedził? 

-  Gulasz  jest  wyśmienity,  Ellie  -  oznajmił  Matt.  -  Czy  miałbym  szansę  na  dokładkę? 

Niech to diabli! - mruknął, słysząc sygnał telefonu komórkowego. 

-  Zapakuję ci trochę szarlotki - zaproponowała Ellie. 
-  Jesteś aniołem - zawołał radośnie, a Rowan zauważyła, że Ellie się rumieni. 
Doszła do wniosku, że Ellie skrycie się w nim podkochuje. Matt miał wiele zalet, za które 

można  było  go  lubić,  ale  to,  czy  się  kiedykolwiek  ustatkuje  i  zdecyduje  na  życie 
monogamisty, stało pod dużym znakiem zapytania. 

-  Dziękuję  za  wino  i  miłe  powitanie,  Matt  -  zawołała,  kiedy  zmierzał  wraz  z  Ellie  w 

stronę drzwi. 

- Zawsze do usług, piękna pani - odparł z czarującym uśmiechem. 
Zaśmiała się, ale kiedy stojący na kominku zegar wybił wpół do jedenastej, spochmurniała. 

Colin zapewne jest teraz w domu i je kolację w towarzystwie jakiejś kobiety... 

Wszyscy uważali ich za doskonałą parę: on był świetnym księgowym, a ona - wspaniale 

zapowiadającą się lekarką. Mieszkali razem przez dwa lata i Rowan myślała, że są szczęśliwi. 
Jednakże pewnego dnia Colin stwierdził, że ich stosunki nie układają się najlepiej. 

Irytowało go, kiedy zdyszana wpadała do domu w trakcie kolacji, podczas której miała 

pełnić rolę pani domu. Miał dosyć wyrzucania nie wykorzystanych biletów do teatru tylko 
dlatego,  że  poproszono  ją  o  nagłe  zastępstwo  w  pracy.  Zaczęło  dochodzić  do  drobnych 
nieporozumień,  które  z  czasem  przerodziły  się  w  konflikty.  Pewnego  wieczoru  Colin 
oznajmił, że więcej przyjemności  sprawiłaby  mu  w  łóżku książka medyczna  niż  ona,  a 
potem po prostu odszedł. 

- Czy chcesz jeszcze trochę wina? 
Spojrzała na Ewana nieprzytomnym wzrokiem, błądząc myślami gdzieś daleko. 
- Tak, proszę - odrzekła cicho. 
Napełniając jej kieliszek, Ewan doszedł do wniosku, że Rowan nie należy do klasycznie 

pięknych kobiet Miała za krótki nos i zbyt szerokie usta, ale podobały mu się jej krótkie, 
ciemne włosy o złotawym połysku. I nigdy przedtem nie słyszał tak zaraźliwego śmiechu. 
Zdał sobie sprawę, iż jest bardzo wyczerpana i zrobiło mu się przykro na myśl o tym, że 
potraktował ją tak szorstko. 

- Miałaś męczący dzień - powiedział niepewnie. 
W  milczeniu  kiwnęła  głową.  Spodziewał  się,  że,  zgodnie  ze  słowami  Hugh,  nowa 

lekarka jest dwudziestoośmioletnią, bywałą w świecie i doświadczoną kobietą, a miał przed 
sobą dziewczynę, której wielkomiejskie pochodzenie zdradzał jedynie jej strój. 

Zrobiła  na  nim  wrażenie  istoty  delikatnej  i  wrażliwej.  Poczuł  nagły  przypływ  sympatii, 

która szybko ustąpiła miejsca złości. Przecież Jenny też wydawała mu się osobą wzruszająco 
delikatną, a w istocie była zupełnie inna. 

background image

- Mam  nadzieję,  że  przywiozłaś  jakieś  odpowiednie  ubrania  -  powiedział,  obrzucając 

drwiącym  spojrzeniem  jej  wąską  spódnicę  i  pantofle  na  obcasach.  -  Jeśli  chcesz  składać 
pacjentom wizyty w takim stroju, już pierwszego dnia wylądujesz w szpitalu. 

Gwałtownie uniosła głowę. 
-  Tego już za wiele! - warknęła. - Nie rozumiem, na czym polega twój problem... 
-  A ja nie rozumiem, po co przyjechałaś do Canny, ale jeśli spodziewasz się, że ta praca 

będzie łatwiejsza niż w ekskluzywnej klinice, to spotka cię gorzkie rozczarowanie - rzekł 
oschle. 

-  Doskonale wiem, w co się pakuję. 
-  Och, śmiem wątpić - odparł. - Ten ośrodek już dawno powinien zostać zburzony. Nasz 

wiejski szpital nadaje się, zdaniem władz, do likwidacji, a najbliższy szpital z prawdziwego 
zdarzenia  znajduje  się  o  dwie  godziny  jazdy  stąd,  w  Fort  William.  Tak  wygląda 
rzeczywistość, moja droga. 

-  Nie  jestem  głupia  -  powiedziała,  próbując  zapanować  nad  wzbierającym  w  niej 

gniewem. - Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że praca tutaj nieco różni się od... 

-  Nieco  się  różni?  -  powtórzył,  patrząc  na  nią  ironicznie.  -  Posłuchaj,  młoda  damo, 

mamy tak niewielkie fundusze na lecznictwo, że kiedy potrzebny jest na przykład inkubator, 
tutejsze kobiety i ich dzieci organizują wenty dobroczynne lub kwestę. Działając w ramach 
Państwowej  Służby  Zdrowia,  niemal  każdego  dnia  musimy  podejmować  ważne  decyzje, 
mając  marne  zaplecze  finansowe  oraz  świadomość,  że  jeśli  coś  się  nie  powiedzie,  my 
poniesiemy całą odpowiedzialność. 

- A ty sądzisz, że ja boję się odpowiedzialności, tak?! - zawołała ze złością. - Skoro jesteś 

tak cholernie pewny, że do niczego się nie nadaję, to dlaczego mnie zatrudniłeś? 

-   To Hugh cię zatrudnił. On tutaj jest szefem. 
-   A Matt? - spytała. 
- Jego zadowoliłaby wytresowana szympansica, byleby miała    zgrabne nogi. 
-  Jak śmiesz! - wybuchnęła, siniejąc z wściekłości. 
-  Śmiem, ponieważ nie jest nam potrzebny w zespole ktoś bezużyteczny, lekarz, który 

nie da sobie rady bez sprzętu najnowszej generacji. Hugh popełnił błąd, a ja będę musiał 
znosić  twoje  towarzystwo,  dopóki  sama  nie  stwierdzisz,  że  ta  praca  przerasta  twoje 
możliwości i z płaczem nie wrócisz do Londynu. 

Ścisnęła mocno nóżkę kieliszka. 
- Ty zarozumiały draniu! Na jakiej podstawie uznałeś mnie za nieudacznicę? Przecież 

mnie nie znasz, nie widziałeś mnie  przy  pracy!  A  teraz  posłuchaj,  ty  nadęty  doktorku! 
Jestem tu i zamierzam tu zostać, czy ci się to podoba, czy też nie, więc lepiej zacznij się do 
tej myśli przyzwyczajać! 

Zerwał  się  z  krzesła.  Dostrzegła  na  jego  twarzy  wściekłość  i  przez  ułamek  sekundy 

myślała, że zamierza ją uderzyć. 

- Domyślam się, że zaczynamy pracę o dziewiątej rano, tak? - powiedziała, patrząc mu 

prosto w oczy. 

Przytaknął niewyraźnym mruknięciem, a potem wybiegł z pokoju, omal nie wpadając 

w drzwiach na Ellie. 

background image

- Co się stało? - spytała Ellie. 
Rowan splotła dłonie, by powstrzymać ich drżenie. 
- Właśnie  dano  mi  niedwuznacznie  do  zrozumienia,  że  nie  powinnam  była  tu 

przyjeżdżać. 

- Ewan ci to powiedział?! - wykrzyknęła Ellie zdziwiona. 
-  To i jeszcze więcej, ale nie mam ochoty tego powtarzać.   
Ellie z westchnieniem pokręciła głową. 
- Wiedziałam, że nie popierał twojej kandydatury, ale myślałam, że już się z tym pogodził. 

Posłuchaj, on na pewno zmieni zdanie - dodała, widząc posępną minę Rowan. - Kiedy tylko 
dotrze  do  niego,  że  przyjechałaś  tu,  kierując  się  najlepszymi  pobudkami,  od  razu  cię 
zaakceptuje. 

Rowan  pospiesznie  odwróciła  głowę,  by  ukryć  wymowne  rumieńce.  W  głębi  duszy 

wiedziała, że przyjęła tę posadę tylko z powodu Colina. Gdy od niej odszedł, pragnęła uciec 
jak najdalej, przenieść się gdzieś, gdzie nikt jej nie zna, by nie widzieć ludzi zerkających na 
nią ze współczuciem. Gdy zobaczyła ogłoszenie o posadzie w Cannie, skorzystała z oferty tak 
skwapliwie, jakby była dla niej ostatnią deską ratunku. 

-  Jutro rano porozmawiam z Hugh - powiedziała. 
-  Ale on wyjechał do Kanady na półroczny urlop naukowy - 

oznajmiła Ellie. - 

Uważał, że to odpowiedni moment, skoro ty masz zasilić nasz zespół. Czyżby ci o tym nie 
wspomniał? 

Rowan  pokręciła  głową.  Wygląda  na  to,  że  Hugh  nie  powiedział  jej  o  wielu  rzeczach, 

jednak przypominając sobie rozmowę kwalifikacyjną, nie była tym zaskoczona. Choć wydał 
jej się człowiekiem bardzo sympatycznym, odniosła wrażenie, że wolałby przebiec milę, niż 
wziąć  udział  w  jakimkolwiek  sporze.  Jej  usta  wykrzywił  ironiczny  uśmiech.  Tym  razem 
pokonał aż dwa tysiące mil. 

-  Ale przynajmniej Matt cię lubi - oznajmiła Ellie. 
-  Przecież jestem żywą kobietą, więc to jasne, że mnie lubi - 

odparła Rowan, a 

Ellie wybuchnęła śmiechem. - Jesteś w nim zakochana, prawda? 

Ellie westchnęła. 
- I co mi z tego? Jestem dla niego tylko kochaną, niezawodną Ellie. Może to i lepiej. Matt 

lubi flirtować, a mnie dość łatwo można zranić. 

-  Zostaw to! - zawołała Rowan, widząc, że Ellie zaczyna zbierać ze stołu talerze. - Jutro 

wszystko posprzątam. 

-  Jesteś pewna? 
-  Absolutnie. Dzięki za kolację i miłe powitanie - dodała Rowan, odprowadzając gościa 

do drzwi. - Sprawiłaś mi dużą przyjemność. 

-  Och, to drobiazg - odparła Ellie z promiennym uśmiechem. - A co do Ewana... daj mu 

trochę czasu. Na pewno zmieni zdanie. 

-  Zanim przejdę na emeryturę? 
-  Dobrze, że nie opuściło cię poczucie humoru - rzekła Ellie ze śmiechem. 
Będzie  mi  ono  bardzo  potrzebne,  pomyślała  Rowan,  wracając  do  salonu.  Mieszkanie 

przypomina  norę,  szef  czmychnął  do  Kanady,  a  Ewan  Moncrieff  marzy  tylko  o  dniu,  w 

background image

którym wsadzi mnie do pociągu jadącego w kierunku Londynu. 

-  Och, Rowan, coś ty najlepszego zrobiła? - jęknęła rozdzierająco. 

 
 
 

ROZDZIAŁ DRUGI 

 
-  Może  pan  się  już  ubrać,  panie  Mackenzie  -  powiedziała  z  uśmiechem,  ale  kiedy 

podchodziła do biurka, zmarszczyła czoło z zadumą. Wszystkie objawy wskazywały na to, 
że pacjentowi nie dolega nic poważniejszego poza grypą, ale stan jego zdrowia dziwnie ją 
zaniepokoił, choć nie wiedziała dlaczego. - Gdzie pan pracuje? - spytała, przeglądając jego 
kartę. 

-  Na  farmie  Franka  Shawa,  w  pobliżu  Dunscaig  -  odparł,  wychodząc  zza  parawanu.  - 

Przedtem  pracowałem  w  radzie  miejskiej,  ale  dwa  lata  temu  zredukowali  mnie.  Praca  na 
farmie jest przyjemna i zdrowa. Cały czas przebywam na świeżym powietrzu. 

-  Skąd wzięły się te rany na pańskich rękach? - spytała. 
-  To wiąże się z moją pracą - wyjaśnił chłodno. - Nikt nie twierdzi, że uprawa ziemi jest 

łatwym zajęciem. 

Kiwnęła głową. 
-  Mam nadzieję, że szczepi się pan przeciw tężcowi? 
-  Nigdy tego nie zaniedbuję. 
Sprawdziła datę ostatniego szczepienia. Wszystko się zgadza. Pomyślała, że jej obawy są 

niczym nie uzasadnione, ale... 

-  Chciałabym zbadać pana krew, panie Mackenzie. Nie ma powodu do niepokoju - dodała 

pospiesznie, widząc, że pacjent wyraźnie blednie. - To zwykłe, rutynowe badanie... 

-  Czy  nie  może  pani  po  prostu  zapisać  mi  tego  antybiotyku,  który  doktor  Ewan  dał 

Fergusowi Innesowi, kiedy miał identyczne objawy? 

-  Może doktor Ewan tak by postąpił, ale ja mimo wszystko chcę zbadać pańską krew. 
Alec Mackenzie zerwał się z krzesła. 
-  Chyba przyjdę tu jutro, kiedy będzie doktor Ewan. Nie chciałem pani urazić... 
-  Nie jestem wcale urażona - oznajmiła, choć czuła wypieki na policzkach - ale naprawdę 

zalecam panu zrobienie tego badania. Z pewnością doktor Ewan podzieli moje zdanie. 

Wahał się przez chwilę, a potem ruszył w stronę wyjścia. 
-  Nie mam dziś czasu. 
-  Panie Mackenzie... - zawołała, lecz zniknął za drzwiami. 

To był trzeci pacjent, który dał jej wyraźnie do zrozumienia, że woli, by leczył go Ewan. 
Wiedziała, że pacjenci przyzwyczajają się do lekarza i nie lubią zmian. Tym razem miała 
jednak wrażenie, że kryje się za tym coś więcej. Powoli wyszła z gabinetu i od razu natknęła 
się na Ewana, który prowadził burzliwą rozmowę z Ellie. 

-  Co to znaczy, że Bob King się nie zgłosił? - pytał podniesionym głosem. - Miał dziś 

przyjść na badania! 

background image

-  Ale nie przyszedł, Ewan. 
-  Więc do niego zadzwoń! Powiedz, że chcę go tu jutro widzieć, i nie przyjmę żadnych 

wykrętów. Przecież on jest po operacji serca! 

-  Spróbuję, ale wiesz, jaki jest Bob. Nie lubi zostawiać sklepu bez opieki. 
-  Powiedz mu, że jeśli jego tyłek nie znajdzie się jutro rano na krześle w moim gabinecie, 

to przyjdę do tego sklepu i... On już będzie wiedział, co to znaczy. 

-  Zwymyślasz go w obecności jego klientów! - powiedziała Ellie, chichocząc. 
Obdarzył Ellie promiennym uśmiechem. Rowan pomyślała z rozdrażnieniem, że do niej 

nie uśmiecha się tak przyjaźnie. 

-  Za  dziesięć  minut  odbędzie  się  odprawa  lekarzy  w  pokoju  dla  personelu,  Rowan  - 

oznajmił. 

-  Jakże mogłabym o tym zapomnieć - odparta słodkim głosikiem. 
-  Ellie powiedziała mi, że nie wypełniłaś druku zamówień. 
-  A nie powiedziała ci również, że zamierzam to zrobić dziś po południu? 
Zmrużył oczy, ale się nie odezwał. Punkt dla mnie, pomyślała, mijając go w drodze do 

pokoju dla personelu. 

Ostatnie dwa tygodnie były istnym koszmarem. Od czasu do czasu Ewan bywał dla niej 

miły, lecz takie momenty zdarzały się rzadko, i za każdym razem rekompensował to później 
jakąś sarkastyczną uwagą. Miała już tego serdecznie dosyć. 

-  O czym myślisz? - spytała Ellie, wchodząc do pokoju. 
-  Nie  uwierzyłabyś,  gdybym  ci  zdradziła  swoje  prawdziwe  myśli  -  odparła  Rowan, 

włączając czajnik i wyjmując kubki. 

Ellie westchnęła. 
-  Więc wasze stosunki z Ewanem się nie poprawiły? 
-  Nie - mruknęła Rowan, wsypując kawę do kubków. 
-  On jest naprawdę dobrym lekarzem. 
Musiała  przyznać  jej  rację.  Nigdy  nie  dostrzegła  na  jego  twarzy  najmniejszej  oznaki 

zniecierpliwienia, kiedy rozmawiał z pacjentami, i to bez względu na czas trwania wizyty. 

W klinice Meiville czas nie grał roli, ponieważ pacjenci płacili za poradę - i to znaczne 

sumy. Jednak w przypadku Ewana pobudki materialne nie odgrywały żadnej roli. On na-
prawdę interesował się ludźmi i traktował każdego z należną mu uwagą. Pomyślała z żalem, że 
chyba tylko ona jest wyjątkiem od tej reguły. 

Ellie zamknęła drzwi i usiadła. 
-  Ewan jest trudny - oznajmiła. - Miał taką dość dziwną przyjaciółkę, ale... 
-  Musiała być dziwna, skoro się z nim spotykała. 
-  Och, przestań, Rowan, przecież on jest bardzo atrakcyjny! - zawołała Ellie ze śmiechem. 

- Gdyby tylko skinął na mnie palcem, nie potrafiłabym mu odmówić! 

-  Ja na pewno bym mu nie uległa - oświadczyła Rowan. 
-  Jedyną  kobietą,  z  którą  łączyły  go  naprawdę  bliskie  stosunki,  była  Jenny  Hannay  - 

ciągnęła Ellie. - Przyszła do nas przed czterema laty, tuż po ukończeniu studiów, i od razu 
stali się parą. Prawdę mówiąc, wszyscy myśleliśmy, że się pobiorą. 

-  I co się stało? - spytała Rowan, doskonale wiedząc, że prowokuje Ellie do plotkowania. 

background image

Bardzo jednak chciała zrozumieć skomplikowaną osobowość Ewana. 

-  Tak  naprawdę  nikt  nie  wie...  co  w  tym  gnieździe  plotek  wydaje  się  prawdziwym 

cudem.  Jenny  po  upływie  roku  przeniosła  się  gdzieś  na  południe.  Ponieważ  cieszyła  się 
ogólną sympatią, wszyscy podejrzewali, że wyjechała z winy Ewana. 

-  A może tak właśnie było? Znając go tak dobrze jak ja... 
-  Kogo znasz tak dobrze? 
Słysząc za plecami głos Ewana, Rowan spąsowiała. 
-  Och...  nikogo  -  odparła  zażenowana,  zastanawiając  się,  ile  z  ich  rozmowy  mógł 

usłyszeć. - Po prostu gawędzimy... 

-  Gdzie jest Matt? - spytał Ewan. 
-  Nie mam pojęcia. Nie jestem jego niańką..' 
-  Czyją niańką? - spytał Matt, wchodząc do pokoju. 
-  Twoją - wyjaśniła Rowan. - A z tego, co słyszałam, bardzo by ci się przydała! 
-  Czy zgłaszasz się na ochotnika? - spytał żartobliwie. 

Odprawa nie trwała zbyt długo. Kiedy skończyli omawiać przypadki chorobowe pacjentów 
i metody ich leczenia, Ewan powiedział: 

-  Skoro nie macie już do mnie żadnych spraw, to Ellie prosiła, żebym... 
-  Ja  mam  -  oznajmiła  Rowan.  Choć  dostrzegła  na  twarzy  Ewana  zniecierpliwienie, 

postanowiła brnąć dalej. - Chciałabym otworzyć poradnię dla kobiet - oznajmiła. 

-  To dobry pomysł, ale bez szans powodzenia - odparł Ewan. - Otóż Ellie mówi, że nie 

jest w stanie prowadzić na bieżąco dokumentacji, ponieważ niektórzy nie składają w porę 
zamówień... 

-  Chwileczkę - przerwała mu obcesowo Rowan. - Czy nie moglibyśmy przedyskutować 

mojego pomysłu? 

-  To nie ma sensu - oświadczył spokojnie. - Już powiedziałem, że się nie uda. No więc te 

druki... 

-  Och, wypchaj się tymi swoimi drukami! - Straciła panowanie nad sobą. - Odrzucasz ten 

pomysł tylko dlatego, że pochodzi ode mnie! 

-  Nie!  Posłuchaj,  Rowan,  nie  potrafię  nawet  zliczyć  przypadków,  kiedy  pacjentka 

mówiła: „Myślałam, że ból po prostu sam minie" albo „Nie mogłam przyjść wcześniej, bo 
nie miał kto zaopiekować się dziećmi i mężem". Skoro nie zgłaszają się w porę z poważnymi 
dolegliwościami,  jaką,  twoim  zdaniem,  miałabyś  szansę,  żeby  ściągnąć  je  na  badania 
okresowe? 

-  Czy  nie  mogłabym  przynajmniej  spróbować?  -  spytała.  -  Może  kobiety  chętniej 

przyjdą po poradę do lekarki niż do lekarza? 

-  Ona trafiła w sedno, Ewan - stwierdził Matt. 
-  Pozwól  mi  spróbować,  Ewan.  Proszę,  tylko  przez  dwa  miesiące.  A  jeśli  przegram, 

sama przyznam się do porażki. 

Ewan głośno westchnął. 
- Dobrze, spróbuj. I uwierz mi, że z całego serca życzę ci powodzenia. Mamy tu o wiele za 

dużo  przypadków  nowotworu  szyjki  macicy  tylko  dlatego,  że  kobiety  nie  zgłaszają  się  na 
badania profilaktyczne. Chyba po prostu nie rozumieją, że krótka chwila krępującego badania 

background image

jest niewielką ceną za własne życie. 

Po  odprawie  Matt  poszedł  się  przespać  przed  wieczornym  dyżurem;  Rowan  i  Ewan 

zostali sami. 

-  Naprawdę chciałbym, żeby ci się powiodło – powiedział Ewan. - Jakiś czas temu też 

wpadłem na ten pomysł. 

-  Czyżby to dowodziło, że wielkie umysły myślą podobnie? 

Uśmiechnął się posępnie. 

-  Niestety, istnieje inne powiedzenie, które nie jest chyba zbyt optymistyczne. 
-  Czy chodzi ci o to, że głupcy rzadko są odmiennego zdania? - spytała ze śmiechem. 
-  Właśnie. Jak ci się tutaj pracuje? 
-  Doskonale. 
-  Nie masz żadnych problemów? 
Miała ochotę powiedzieć mu o Alecu Mackenzie, ale szybko się rozmyśliła. 
-  Nie, wszystko w porządku. 
-  Po klinice nasz ośrodek wydaje ci się pewnie bardzo zacofany? 
-  Ależ  skąd  -  skłamała,  przypominając  sobie  aparaturę  medyczną,  jaką  dysponowała 

klinika.  Tam  można  było  w  ciągu  jednego  dnia  przeprowadzić  badanie  krwi,  wykonać 
zdjęcie rentgenowskie, a nawet tomografię. Tutaj doprowadzał ją do szału system odsyłania 
pacjentów do specjalistów w Fort William oraz związana z tym biurokracja. 

- Więc nie masz problemów, tak? - spytał ponownie.   
Moim jedynym problemem jesteś ty... 
-  Nie - odparła i pospiesznie ruszyła w kierunku drzwi. 
-  Rowan... 
Kolej na następne docinki, pomyślała, powoli odwracając się w jego stronę. 
-  Wiem, że to kłopotliwe zajęcie, ale dobrze byłoby, gdybyś jeszcze dzisiaj wypełniła te 

druki. 

Jego  słowa  zupełnie  ją  zaskoczyły.  Czyżby  tylko  tyle  miał  jej  do  powiedzenia? 

Żadnych sarkastycznych uwag? Nie mogła w to uwierzyć. Idąc do swego gabinetu, doszła 
do wniosku, że choćby nawet dożyła setki, to i tak nie zrozumie, jakie pobudki kierują tym 
człowiekiem. 

Dochodziła piąta, kiedy kończyła wypełniać formularze. 
-  Och, wspaniale, że jeszcze jesteś! - zawołał Matt, wchodząc do jej gabinetu. - Właśnie 

przyszły  z  laboratorium  wyniki,  na  które  czekał  Ewan.  Czy  po  drodze  mogłabyś  mu  je 
podrzucić i dowiedzieć się, co o nich sądzi? Chyba skończył wizyty domowe, więc pewnie 
już będzie u siebie. 

-  Ale ja mam dzisiaj dyżur pod telefonem, Matt. 
-  A  ja  mam  zaraz  pacjentów.  Posłuchaj,  zawiezienie  ich  nie  zajmie  ci  więcej  niż 

piętnaście minut. To chyba nie jest zbyt wielkie poświęcenie, co? 

Może  nie  dla  ciebie,  pomyślała.  Wiedziała,  czego  może  się  teraz  spodziewać  po 

Ewanie, skoro wcześniej był taki miły. 

-  Czy nie mógłbyś doręczyć mu tego sam, Matt? 

Pokręcił głową lekko zirytowany. 

background image

-  Czy  nie  mogłabyś  podjąć  próby  nawiązania  z  Ewanem  poprawnych  stosunków?  - 

spytał. - Wiem, że jest porywczy i ma ostry język. Zapewniam cię jednak, że gdybym 
wpadł w jakieś tarapaty, to do niego pierwszego zwróciłbym się z prośbą o pomoc. 

-  Każdy ma prawo raz popełnić błąd. 
-  Czy nigdy nie przyszło ci do głowy, że sama nie jesteś bez winy?! - zawołał ze złością, 

rzucając dokumenty na jej biurko. - Zastanów się nad tym, odwożąc mu te wyniki. 

Kiedy wyszedł, zagryzła mocno wargi. Może istotnie w ciągu ostatnich dwóch tygodni jej 

reakcje  bywały  niekiedy  przesadne.  Może  dobrze  by  było,  gdyby  wyjaśnili  sobie  kilka 
spraw... 

Nie zastała go jednak w domu. 
- Doktor  Moncrieff  powinien  niedługo  wrócić!  –  zawołała  zza  płotu  sąsiadka.  - 

Widziałam, jak wchodził do pani Fielding, a to chyba jego ostatnia wizyta. Zawsze chowa 
klucz pod doniczką. Na pewno nie będzie miał nic przeciwko temu, jeśli wejdzie pani do 
środka. Przecież nie zamierza go pani okraść, prawda? 

Wahała się przez chwilę. Był chłodny wieczór, a myśl o tym, że miałaby czekać na Ewana 

w  samochodzie,  nie  wydawała  jej  się  zachęcająca.  Po  chwili  namysłu  wyjęła  klucz  spod 
doniczki. Kiedy znalazła się w mieszkaniu, doszła do wniosku, że na miejscu włamywacza 
bezzwłocznie by stąd czmychnęła. 

Salon wyglądał tak, jakby nawiedziła go jakaś klęska żywiołowa. Na podłodze walały się 

książki  i  różne  części  garderoby,  pod  krzesłami  stały  talerze  z  resztkami  jedzenia,  a  na 
kominku pyszniła się kolekcja brudnych kubków. 

Kuchnia wyglądała jeszcze gorzej. W zlewie straszyła sterta brudnych garnków i patelni, 

stół  zaśmiecały  puste  opakowania  po  herbatnikach  i  nie  dojedzone  puszki  fasoli,  a  na 
jednym z krzeseł stał rondel z resztkami jakiejś potrawy, która wzbudziła w niej obrzydzenie. 

Doszła do wniosku, że nie powinno jej to dziwić. Trudno oczekiwać, że człowiek, który 

nie przywiązuje wagi do stroju, będzie dbał o wygląd własnego domu. 

- Och, Ewan, Ewan - mruknęła, kręcąc głową, a potem odruchowo sięgnęła po płyn do 

zmywania naczyń. 

Kiedy zobaczył na podjeździe przed domem samochód Rowan, cicho zaklął. Przez całe 

popołudnie marzył o spokojnym, błogim wieczorze, a teraz jego nadzieje okazały się płonne. 

Wiedział, że  tylko  jakaś nie  cierpiąca  zwłoki  sprawa  mogła  sprowadzić  Rowan  w  jego 

progi. Kiedy nie zastał jej w salonie, zmarszczył czoło. Zastanawiał się, gdzie też ona może 
być i co się stało z naczyniami, które zazwyczaj zaśmiecały ten pokój. 

Gdy  otworzył  drzwi  do  kuchni,  znalazł  odpowiedź  na  oba  pytania.  Na  suszarce  lśniły 

czyste naczynia, a przy zlewie stała Rowan, która miała zakasane rękawy i cicho coś nuciła. 

Ewan lekko się uśmiechnął. Już dawno kuchnia nie wyglądała tak przytulnie i schludnie. 

Nagle  przypomniał  sobie  Jenny  i  uśmiech  na  jego  ustach  zamarł.  Od  trzech  lat  wiódł 
spokojne, uporządkowane życie i nie życzył sobie, by ktokolwiek mu je zakłócał. 

Zrobił krok do przodu. Rowan gwałtownie się odwróciła. 
-  Ewan! - zawołała ze śmiechem. - Omal nie przyprawiłeś mnie o atak serca! 
-  Co ty tu robisz? - spytał z kamienną twarzą. 
-  Twoja sąsiadka powiedziała mi, gdzie chowasz klucz... 

background image

-  Nie pytam o to, jak się tu dostałaś, ale o to, co tu robisz. 
-  Teraz wycieram talerze - wyjaśniła zaniepokojona. - Muszę przyznać, że twoja kuchnia 

jest wspaniałą reklamą dla lekarza - dodała z uśmiechem. - Dziwne, że nie padłeś jeszcze ofia-
rą salmonelli... 

-  Do cholery, to nie twoja sprawa! Mieszkam i żyję tak, jak mi się podoba! - zawołał, 

wyrywając ścierkę z jej rąk. - Nikt cię tu nie zapraszał. 

Spojrzała na niego niepewnie. 
-  Przepraszam, jeśli uważasz, że się tu wdarłam... 
-  Nikt  cię  też  nie  prosił,  żebyś  robiła  tu  porządki.  Nie  potrzebuję  sprzątaczki  ani 

zastępczej matki. Nie zamierzam też wiązać się z żadną kobietą... 

Jej policzki poczerwieniały. 
- Jesteś arogancki i zarozumiały!  -  wykrztusiła z oburzeniem.  -  Być może masz jakieś 

zalety, ale uprzejmość na pewno nie jest jedną z nich! 

Na jego twarzy malowały się sprzeczne uczucia. 
-  Rowan, myślę... 
-  Ty wcale nie myślisz! Ty po prostu otwierasz usta i wypowiadasz pierwszą obraźliwą 

uwagę, jaka przyjdzie ci w tym momencie do głowy! 

-  Rowan... 
-  Matt poprosił mnie, żebym przywiozła ci te wyniki badań i dowiedziała się, co o nich 

sądzisz.  Pomyślałam  więc,  że  zamiast  bezczynnie  czekać  na  twój  powrót,  w  czymś  ci 
pomogę.  Sądziłam,  że...  będziesz  mi  choć  trochę  wdzięczny,  ale  się  pomyliłam. 
Zapewniam cię, że więcej nie popełnię takiego błędu! 

Nie zdążył odpowiedzieć, bo chwyciła płaszcz i wybiegła. 
Nikt mnie jeszcze nie doprowadził do takiej furii, myślała, wkładając kluczyki do stacyjki. 

Nawet gdyby smażył się w piekle czy powoli przypiekał na rożnie, nie sprawiłoby mi to wy-
starczającej  satysfakcji.  Może  istotnie  nie  powinnam  była  sprzątać  tej  jego  wspaniałej 
posiadłości; może on lubi żyć w chlewie, ale nie ma prawa posądzać mnie o to, że... 

- Och,  do  cholery,  zapalaj!  -  warknęła,  gdy  silnik  nagle  zamilkł.  Kiedy  w  końcu 

zaskoczył, odetchnęła z ulgą. 

Nagle usłyszała natarczywe stukanie w okno i zobaczyła za szybą Ewana. 
-  Czyżby przyszła ci do głowy jakaś nowa obelga?  -  spytała opryskliwie,  opuszczając 

szybę. 

-  Myślę, że... jestem ci winien przeprosiny. 
-  I uważasz, że to wystarczy? 
-  Posłuchaj... Nie bardzo umiem przepraszać... 
-  To  dziwne  -  odparła  chłodno.  -  Biorąc  pod  uwagę  braki  w  twoim  wychowaniu, 

powinieneś mieć w tej dziedzinie duże doświadczenie. 

- Proszę cię, zostań na kolacji... Może porozmawiamy. 
-  Nie  obawiasz  się  o  swoje  bezpieczeństwo?  -  spytała.  -  Nie  boisz  się,  że  twój 

nieodparty  urok  tak  mnie  oszołomi,  że  rzucę  się  na  ciebie,  zedrę  z  ciebie  ubranie  i  cię 
zgwałcę? 

-  W takim razie powinnaś wejść. Czeka mnie chyba zabawny wieczór. 

background image

Patrzyła na niego przez chwilę, a potem mimowolnie się uśmiechnęła. 
-  Jesteś po prostu nieznośny. 
-  Wiem o tym i naprawdę cię przepraszam. Proszę, wejdź. 
-  Podaj mi choć jeden powód, dla którego miałabym to zrobić. 
-  Podam  ci  aż  trzy.  Po  pierwsze,  chyba  powinniśmy  wyjaśnić  sobie  kilka  spraw;  po 

drugie, kompletnie zesztywnieje mi kark, jeśli dłużej będę z tobą rozmawiał w tej pozycji, a 
po trzecie, mamy bardzo ciekawskie audytorium. 

Rowan  obejrzała  się  i  zobaczyła  panią  Ross,  która  obserwowała  ich  z  wyraźnym 

zainteresowaniem. 

-  No dobrze - rzekła Rowan - ale pod jednym warunkiem. 
-  Jakim? 
-  Zawrzemy układ. 
-  Układ? - powtórzył. 
-  Wiem,  że  mnie  tutaj  nie  chcesz...  dałeś  mi  to  wyraźnie  do  zrozumienia...  ale  jeśli 

przyrzekniesz, że od tej pory będziesz oceniał mnie wyłącznie na podstawie mojej pracy, to 
solennie obiecuję, że... nie będę próbowała cię uwieść. 

Jego twarz rozjaśnił radosny uśmiech. 
-  Zgadzam się na pierwszą część umowy, jednak nie będę obstawał przy drugiej. Może 

wyglądam na idiotę, ale nie jestem kompletnym głupcem! - Uśmiech i pogodne spojrzenie 
Ewana podziałały na Rowan zniewalająco. 

Nie przyjechałaś tutaj  w pogoni za kolejnym  związkiem,  powiedziała sobie, lecz w 

nadziei, że praca z nowymi ludźmi pomoże ci zapomnieć o Colinie. Naprawdę nie powinnaś 
wiązać się z kimś takim jak Ewan, pomyślała i wysiadła. 

- Zajrzyj  do  lodówki.  Może  znajdziesz  w  niej  coś,  co  nadawałoby  się  na  kolację  - 

powiedział, wieszając jej płaszcz na drzwiach do salonu. 

W  lodówce  ujrzała  jedynie  kilka  jajek,  karton  mleka,  cztery  kromki  chleba  i  żałosny 

kawałek spleśniałego sera. 

-  Czy coś znalazłaś? - spytał, stając w drzwiach kuchni. 
-  Mamy do wyboru jajka na grzance, makaron na grzance lub fasolę na grzance - odparła. 

- Podejrzewam, że gdybyśmy zjedli cokolwiek innego z twoich zapasów, wylądowalibyśmy 
w szpitalu. 

-  Mogę skoczyć po rybę z frytkami... 
-  Nie grozi nam śmierć głodowa. Więc co wybierasz: jajka, makaron czy fasolę? 
-  Masz zamiar sama to przyrządzić? 
-  Jeśli  to  jest  dowodem  twoich  kulinarnych  zdolności  -  uniosła  patelnię,  którą  przed 

chwilą  namoczyła  w  zlewie  -  to  zapewne  tak  będzie  rozsądniej,  nie  sądzisz?  Chyba  że 
czujesz się zagrożony moją propozycją? 

Uśmiechnął się szeroko. 
-  Przecież sam o to prosiłem. 
-  Owszem. Więc co mam przygotować?   
-  Jajka  na  grzance.  Czy  mógłbym  ci  w  czymś  pomóc?  -  spytał,  kręcąc  się  nerwowo  w 

progu. - Bo przecież zaprosiłem cię na kolację, a teraz ty ją przygotowujesz. 

background image

-  Nie robiłabym tego, gdybym nie chciała, - odparta ze śmiechem- - Nie jestem aż taka 

wspaniałomyślna. A może zajrzałbyś tymczasem do tych papierów od Matta? 

-  Mam  chyba  kawałek  sera  i  herbatniki  do  kawy  -  powiedział  Ewan  po  kolacji, 

sprzątając ze stołu talerze. 

-  Poproszę tylko herbatniki - odparła. - Widziałam ten ser. 
-  Czyżby był niezbyt świeży? 
-  On mógłby wyjść z lodówki o własnych siłach! 
Jego  twarz  rozjaśnił  uśmiech,  a  Rowan  szybko  odwróciła  wzrok.  Ten  człowiek 

zamienił  ostatnie  dwa  tygodnie  jej  życia  w  istne  piekło,  znieważał  ją  przy  każdej 
okazji... a teraz zdała sobie sprawę, że zaczyna go lubić. Z dezaprobatą pokręciła głową. 

- Ja przygotuję kawę - powiedział - a ty idź do salonu i, jeśli chcesz, nastaw jakąś 

płytę. 

Z ulgą opuściła kuchnię. Przeglądając płyty, doszła do wniosku, że Ewan ma szerokie 

zainteresowania. Jego kolekcja obejmowała muzykę klasyczną, rozrywkową i jazzową oraz 
pieśni ludowe. Wybrała nagranie Dinah Washington, a potem usiadła, stwierdzając, że salon 
wygląda teraz o wiele schludniej. 

-  Czy sądzisz, że polubisz pracę w Cannie, czy też może jest jeszcze za wcześnie, by 

cokolwiek sądzić? - spytał Ewan, wchodząc do salonu z kawą i herbatnikami. 

-  Będę  bardziej  zadowolona,  kiedy  ludzie  przyzwyczają  się  do  mojej  obecności  - 

odparła. - W tej chwili wystarczy, że kichnę, a wszyscy już o tym wiedzą! 

-  Podejrzewam, że ludzie nigdy do końca nie przestaną się tobą interesować. 
Spojrzała na niego z przerażeniem. 
-  Ty żartujesz, prawda? 
-  To mała społeczność i ludzie ciągle będą się interesować tobą i tym, co robisz. 
-  Czy  to  znaczy,  że znana życzliwość  szkockich  górali to  nic  innego  niż  zwykłe 

wścibstwo? 

~ Czasami może to tak wyglądać, ale pamiętaj, że to tylko wtykanie nosa w cudze 

sprawy uratowało niejedną samotną starszą osobę, która przez wiele dni mogłaby leżeć 
złożona chorobą, gdyby jakaś „wścibska" sąsiadka nie stwierdziła, że tego ranka jej 
nie widziała.   

Rowan westchnęła. 
-  Pewnie masz rację, ale ja nie jestem do tego przyzwyczajona i chyba nie chciałabym się 

przyzwyczaić. 

-  Jednak  będziesz  musiała,  jeśli  zamierzasz  tu  zostać  -  oznajmił,  uważnie  jej  się 

przyglądając. 

-  Czy ty zawsze tu mieszkałeś? - spytała. 
-  Musiałem wyjechać na staż, ale wiedziałem, że wrócę. 
-  Więc masz tutaj rodzinę? 
-  Nie. Mój ojciec był rybakiem; utonął, gdy miałem siedem lat. Kiedy miałem trzynaście, 

moja matka umarła na zapalenie opon mózgowych. 

-  Przykro mi... 
-  To  właśnie  śmierć  matki  zadecydowała  o  wyborze  mojego  zawodu.  Postanowiłem 

background image

wówczas, że zrobię wszystko, żeby nikt więcej nie umarł z powodu braku fachowej opieki. 

-  Ale pewnie od czasu do czasu tęsknisz za szerszymi perspektywami? 
-  Nie, i nikt nie zmusi mnie do opuszczenia tych stron. 
-  Rozumiem - odparła niezupełnie zgodnie z prawdą. 

Choć okolice Canny były piękne, nie wyobrażała sobie, że mogłaby spędzić tu resztę życia. 

-  Taka postawa zapewne utrudnia ci życie towarzyskie. 
-  To  zawód  lekarza  utrudnia  nam  życie  towarzyskie  -  odparł  Ewan.  -  Powinny  go 

wykonywać  jedynie  osoby,  które  potrafią  znosić  ciągłe  przekładanie  spotkań,  zakłócanie 
proszonych kolacji... 

Dobrze to znam z doświadczenia, pomyślała Rowan. 
-  Więc jak radzisz sobie z nawałem pracy i życiem towarzyskim? - spytała. 
-  Doszedłem do wniosku, że lepiej się nie wiązać. W ten sposób redukuje się do 

minimum bolesne rozczarowania. - Zmarszczył czoło. - Sam nie wiem, dlaczego ci to 
wszystko mówię. Zazwyczaj nie opowiadam o sobie. 

-  Bo jestem cierpliwym słuchaczem - oświadczyła Rowan z uśmiechem. 
-  Mówiąc szczerze, jesteś raczej niebezpieczną kobietą. 
-  Ja? - spytała ze zdziwieniem. - Dlaczego? 
-  Bo udało ci się dowiedzieć o mnie więcej w ciągu jednej godziny niż wielu ludziom w 

przeciągu całego życia. 

-  Wobec tego chyba lepiej wyjdę, zanim powiesz mi coś, czego potem będziesz żałował 

- zawołała ze śmiechem. 

-  Masz rację - powiedział, sięgając po jej płaszcz. 
-  Ja tylko żartowałam. A co z wynikami tych badań, o których miałeś wyrazić swoją 

opinię? 

-  Zrobiłem  adnotacje  na  marginesie,  kiedy  byłaś  w  kuchni  -  wyjaśnił,  wręczając  jej 

dokumenty. 

-  Ale, Ewan... 
-  Dziękuję za kolację i porządki. To... bardzo uprzejme z twojej strony. 
-  Drobiazg... 
Nie  dał  jej  szansy  na  dokończenie  zdania,  niespodziewanie  zatrzaskując  za  nią  drzwi 

frontowe. Po części z rozbawieniem, a po części ze złością zdała sobie sprawę, że po raz 
pierwszy została wyrzucona z czyjegoś domu. 

Doszła  do  wniosku,  że  Ewan  jest  najdziwniejszym  mężczyzną,  jakiego  spotkała.  Pod 

kolczastą jak u kaktusów powłoką kryło się... 

Nie powinno cię obchodzić, co tam się kryje! 

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

 
Widząc wyprzedzający ją samochód Ewana, Rowan zmarszczyła brwi. 
-  Myślałam, że to ja mam dzisiaj wizyty domowe, a ty masz wolne - powiedziała, kiedy 

do niej podszedł. 

-  To prawda, ale Wilsonowie są też moimi znajomymi, więc często do nich wpadam. Jeśli 

ci to przeszkadza, mogę przyjechać później... 

- Wcale mi nie przeszkadza - skłamała, kręcąc głową. 

Przez ostatni tydzień Ewan dotrzymywał obietnicy i istotnie osądzał wyłącznie jej pracę, ale 
w jego obecności czuła się skrępowana. Ilekroć podczas odpraw na niego spojrzała, widziała, 
że nie spuszcza z niej oczu, a kiedy tylko się obejrzała, zawsze był w jej pobliżu. Czuła się 
tak, jakby siedziała na bombie zegarowej i czekała na wybuch. 

-  Może  dalej  pójdziemy  pieszo?  -  zaproponował.  -  To  niedaleko,  a  przy  sposobności 

spacer na świeżym powietrzu. 

-  Ja też chętnie się przejdę - odparła. - Każdy pacjent, którego odwiedzam, niemal na siłę 

karmi mnie ciastkami i poi herbatą, więc niedługo będę gruba jak beczka! 

-  Szczerze mówiąc, mogłabyś trochę przytyć. 

Ku swej irytacji poczuła, że się czerwieni. 

-  Tak  czy  owak,  mam  zamiar  znacznie  ograniczyć  korzystanie  z  tych  poczęstunków  - 

powiedziała stanowczo. 

-  Nie rób tego - rzekł z niekłamanym niepokojem. - Będziesz zdumiona, jak wiele można 

się dowiedzieć przy filiżance herbaty. Możesz poznać trapiące pacjenta zmartwienia, których 
inaczej nie miałby odwagi ci wyjawić. 

- Ale  czy  muszę  przez  cały  czas  jeść,  żeby  poznać  prawdę?  Bo  jeśli  tak,  to  niebawem 

sama będę wymagała leczenia! 

Uśmiechnął się pogodnie. 
- No dobrze, pozwalam ci zrezygnować z ciastek, ale przyjmij filiżankę herbaty czy kawy 

i pogadaj chwilę z pacjentem. 

Była  piękna  pogoda.  Nad  głowami  mieli  błękitne,  bezchmurne  nieboga  pod  stopami 

chrzęściła zmarznięta ziemia. 

-  Cóż za wspaniały widok - mruknęła Rowan, osłaniając oczy przed promieniami słońca. 

Za połyskującą taflą jeziora Loch Shiel wznosiły się wysokie wzgórza. 

-  To bardzo zwodniczy widok. Wiele osób, decydując się na przeprowadzkę w te strony, 

nie bierze pod uwagę klimatu. Zwykle wystarczy kilka ostrych zim i zmykają z powrotem na 
południe - powiedział, a widząc, że Rowan wyraźnie zrzedła mina, dodał: - Mówiąc „wiele 
osób", nie miałem na myśli ciebie. 

-  Dziwi cię moja reakcja? Od chwili przyjazdu nieustannie dajesz mi do zrozumienia, że 

jestem tu intruzem. 

-  Przecież  zawarliśmy  układ,  prawda?  I  mam  zamiar  dotrzymać  słowa,  a  co  do  twojej 

obietnicy... - Uśmiechnął się przewrotnie. - Żyję nadzieją, że jej nie dotrzymasz. 

-  Obawiam  się,  że  będziesz  musiał  długo  czekać  -  odparła  nonszalancko,  a  słysząc 

wybuch jego śmiechu, przyspieszyła kroku. To zupełnie absurdalne, że ten człowiek tak na 

background image

mnie działa, pomyślała ze złością. Czasem miałabym ochotę go udusić, a po chwili... 

-  Powiedz mi coś o panu Wilsonie - poprosiła, zmieniając temat. 
-  Ma osiemdziesiąt pięć lat, a jego żona, Tilly - osiemdziesiąt dwa. Mieszkają tu od dnia 

ślubu; uprawiają ziemię. 

-  A pan Wilson ma raka płuc?   
-  Tak. 
Zapewne  zadałaby  mu  kolejne  pytanie  dotyczące  pacjenta,  gdyby  jej  wzroku  nie 

przyciągnął domek przypominający reklamę Szkockiego Biura Podróży. Był mały, pobielony 
i cudownie położony. To wspaniałe wrażenie psuła tylko obecność wielkiego i nieprzyjaźnie 
usposobionego kozła, uwiązanego na postronku w ogrodzie. 

-  Czyżby opuściła cię odwaga? - spytał Ewan z rozbawieniem, widząc, że Rowan omija 

zwierzę szerokim łukiem. 

-  Po prostu jestem ostrożna - odparła. 
-  Nie spodziewałam się ciebie, Ewan! - zawołała stojąca na progu domu staruszka. - Kim 

jest ta miła nieznajoma? - spytała, spoglądając na Rowan lśniącymi z ciekawości oczami. 

-  To doktor Rowan Sinclair. 

Tilly wyraźnie zmarkotniała. 

-  A  ja  już  myślałam,  że  w  końcu  znalazłeś  sobie  miłą  młodą  damę  -  rzekła  z 

westchnieniem. - Czy ty się już nigdy nie ustatkujesz i nie ożenisz, chłopcze? 

-  Tilly, jakże mógłbym to zrobić, skoro moja wybranka jest  już  mężatką?  -  odparł  ze 

smutkiem. 

Obie kobiety spojrzały na niego ze zdziwieniem. 
-  Powiem  tylko  tyle,  że  skoro  cię  odrzuciła,  to  musi  być  bardzo  głupią  kobietą  - 

oświadczyła pani Wilsen. 

-  Nie nazwałbym cię głupią kobietą, Tilly. 
-  Mnie? 
-  A z kim innym chciałbym się ożenić, Tilly? To przecież ty pieczesz najlepsze rożki po 

tej stronie góry- powiedział z szerokim uśmiechem. 

-  Och, daj spokój! - zawołała staruszka ze śmiechem. - Wejdźcie do środka. Geordie jest 

w swojej sypialni. 

Nawet  student  pierwszego  roku  medycyny  zorientowałby  się,  że  Geordie  Wilson  jest 

ciężko chory. Miał pożółkłą skórę i oddychał z wysiłkiem. Rowan szybko go zbadała, a 
potem spojrzała pytająco na milczącego Ewana. 

-  Czy przywiozła pani te pigułki? - spytała pani Wilson. 

Rowan kiwnęła głową i wręczyła jej leki. 

- Z pewnością nie odmówicie filiżanki herbaty - powiedziała gospodyni, wyprowadzając 

ich z sypialni męża. - Ewan, przed chwilą wyjęłam z pieca świeże rożki. 

Rowan z trudem zapanowała nad irytacją. Nie miała wcale ochoty na herbatę. Chciała 

tylko  dowiedzieć się, dlaczego na  zapadniętej piersi pana Wilsona nie dostrzegła blizn po 
operacji chirurgicznej ani dowodów na to, że był poddany chemioterapii. Na dworze chwyciła 
Ewana za ramię. 

-  Czy  leczenie  tego  człowieka  polega  jedynie  na  podawaniu  mu  środków 

background image

przeciwbólowych? 

-  A co innego byś zaproponowała? 
-  Na litość boską, dlaczego mam ci tłumaczyć takie rzeczy?! - zawołała z oburzeniem. - 

Przecież on powinien leżeć w szpitalu! 

Ewan głęboko westchnął. 
-  Nie pomoże mu ani interwencja chirurga, ani chemioterapia. To zbyt zaawansowane 

stadium raka. 

-  Może  chemioterapia  nie  wyleczyłaby  go,  ale  przynajmniej  poprawiłaby  jego  stan  na 

tyle, żeby przeżył resztę... 

-  Posłuchaj,  jeśli  zastosujemy  takie  leczenie,  jakie  proponujesz,  to  jak  długo  Geordie 

jeszcze pożyje? 

-  Jestem lekarzem, a nie prorokiem! - odparła. - Nikt nie jest w stanie tego przewidzieć. 
-  Ale mniej więcej? 
-  Jakieś trzy, cztery miesiące - odparła po chwili namysłu. 
-  Przy odrobinie szczęścia, dwa do trzech tygodni. 
-  Bzdura... 
-  Mylisz się. Jego dni są policzone, lecz jeśli znajdzie się w szpitalu, z dala od swego 

otoczenia i kochanej osoby, umrze znacznie szybciej. 

-  Ale nie wiesz tego na pewno, a podejmowanie takich decyzji jest z punktu widzenia 

medycyny wysoce niewłaściwe! 

-  Geordie  zgłosił  się  do  mnie,  kiedy  było  już  za  późno  na  cokolwiek  -  rzekł  Ewan, 

patrząc  przed  siebie.  -  Chciałbym,  żeby  było  inaczej,  ale...  niestety.  Moim  zdaniem, 
pozostawienie go w domu z ukochaną kobietą i podawanie środków przeciwbólowych jest 
teraz  dla  niego  najlepszym  rozwiązaniem.  Może  w  Meville  postępowano  w  takich 
przypadkach inaczej... 

-  Och, do diabla, mogłam była przewidzieć, że nie omieszkasz wspomnieć o MeWille... 
-  Rowan, zanim zaczniesz się na mnie wydzierać, odpowiedz na dwa pytania. 
-  Ale... 
-  Ile razy widziałaś Geordiego? 
-  To nie ma nic do rzeczy... 
-  Ile razy, Rowan? 
-  Raz - wyszeptała. 
-  Jak długo go znasz? 

Zacisnęła zęby. 

-  W porządku, przekonałeś mnie. On jest twoim pacjentem i znasz go znacznie dłużej niż 

ja, więc nie mam prawa krytykować twojego sposobu leczenia na podstawie jednej wizyty. 

-  Chyba nie potrafiłbym trafniej tego ująć. 
-  No dobrze - westchnęła. - Miejmy to już za sobą. 
-  Co? - spytał. 

 

-  Na  pewno  masz  ochotę  mnie  zwymyślać,  więc  zrób  to  -  powiedziała,  lekko  się 

rumieniąc. 

-  A chcesz tego? 

background image

-  Nie, oczywiście, że nie chcę - wyjąkała. - Tylko... 
-  Zazwyczaj łatwo jest przewidzieć moje reakcje, tak? 
Spojrzała w jego błękitne oczy i nagle poczuła ogarniające ją ciepło. 
-  Lepiej już pójdę - powiedziała. - Moi pacjenci pewnie zachodzą w głowę, co się ze 

mną dzieje. 

Kiwnął głową, a potem patrzył na Rowan idącą do samochodu i na jej połyskujące złotawo 

w promieniach słońca włosy. 

-  Lubisz ją, prawda, Ewan? 
Na dźwięk głosu Tilly gwałtownie się odwrócił. 
-  Pewnego dnia może być niezłą lekarką, o ile nauczy się nie podejmować pochopnych 

decyzji - odparł. 

-  Dobrze wiesz, że nie o to mi chodzi. 
-  Nie wtrącaj się, Tilly. 
-  Wcale tego nie robię - zaprotestowała. 
-  Jeszcze nie, ale już kiedyś widziałem na twojej twarzy taki sam wyraz. 
-  Dlaczego nie umówisz się z nią na randkę? 
-  Po co? Ona tu nie zostanie. 
-  Tak jak Jenny? Nie straciłbyś jej, gdybyś był skłonny przenieść się na południe. 
-  Przecież wiesz, że nie chcę pracować gdzie indziej. Tilly westchnęła. 
-  Twoja matka nie chciałaby, żebyś poświęcał... 
-  Przestań, Tilly - przerwał jej obcesowo. - Kocham cię całym sercem, ale to moje 

życie. 

-  Więc nawet nie spróbujesz? 

Pokręcił głową. 

-  Może ona jest inna... i zechce tu zostać, jeśli dasz jej prawdziwy powód. 
-  Nie zostanie - odparł stanowczo. 

Tilly ponownie westchnęła. 

-  No cóż... To wielka szkoda, że książki, z których czerpałeś wiedzę, nie wpoiły ci ani za 

grosz zdrowego rozsądku! 

Odwróciła się na pięcie i poszła sobie. Ewan patrzył za nią z otwartymi ze zdziwienia 

ustami, a potem nagle wybuchnął śmiechem. 

Nie mógł zaprzeczyć, że zaczyna czuć do Rowan sympatię. Przyłapywał się na tym, że 

dostrzega pewne związane z nią drobiazgi. Zauważył na przykład, że kiedy jest zakłopotana, 
przygryza  dolną  wargę,  a  gdy  usiłuje  powstrzymać  wybuch  śmiechu,  zaczynają  drgać 
dołeczki na jej policzkach. Nie zamierzał jednak wiązać się z kobietą, która jego zdaniem 
miała opuścić te strony tak szybko, jak tu przyjechała. 

Rowan wcale nie było do śmiechu, kiedy jechała do Glen Donan, by zmienić opatrunek 

Fredowi  Johnstone’owi,  a  potem  zbadać  nowo  narodzone  dziecko  państwa  Leonardów. 
Później miała dyżur w swej nowej poradni. 

Zastanawiała się, jak to możliwe, że bywają momenty, w których czuje do Ewana wyraźną 

antypatię, a już po chwili uważa go za niezwykle atrakcyjnego mężczyznę. Przecież on nie 
był nawet w jej typie. Zawsze bardziej podobali jej się zadbani blondyni niż rozczochrani 

background image

bruneci, wyglądający tak, jakby włożyli na siebie to, co mieli akurat pod ręką. 

-  To zupełnie bez sensu - powiedziała do siebie, parkując przed budynkiem przychodni. - 

Uważaj, Rowan, bo następnym razem spodoba ci się łysy, gruby i stary rzeźnik. 

-  Ile mamy dzisiaj pacjentek, Ellie? - spytała. 
-  Cztery. O jedną więcej niż w ubiegłym tygodniu, a musisz pamiętać o tym, że... 
-  To dopiero początek... Owszem, już mi to mówiłaś. 
-  Afisze reklamujące poradnię wiszą od niedawna - rzekła Ellie - a wiele osób przyjeżdża 

do miasta tylko raz w miesiącu po zakupy. Ale kiedy ta wiadomość rozejdzie się po okolicy, 
kobiety na pewno zaczną do nas przychodzić. 

-  Kto jest pierwszy? - spytała Rowan, biorąc z biurka karty pacjentek. 
-  Mairi Fisher i jej córka, Beth. 
-  Daj mi parę minut, a potem je poproś. 
Ellie kiwnęła głową i wyszła, a Rowan usiadła wygodniej w fotelu i głęboko westchnęła. 

Wydawało jej się, że zorganizowanie poradni dla kobiet jest najprostszą rzeczą na świecie. 
Nie  odwiodły  jej  od  tego  zamiaru  nawet  przestrogi  Ewana,  dotyczące  typowej  dla  górali 
szkockich skłonności do ukrywania swych dolegliwości. Klinika Melville szczyciła się swą 
wspaniale  prosperującą  poradnią  dla  kobiet,  więc  Rowan  była  pewna,  że  ona  również 
odniesie sukces. 

Myliła się. Młode matki traktowały jej poradnię jak ośrodek pediatryczny, a kobiety, które 

Rowan naprawdę chciałaby tu widzieć - takie jak na przykład Annie Galbraith, która od lat nie 
była u lekarza - po prostu nie przychodziły. Rowan przejrzała kartę Beth, choć znała ją już na 
pamięć.  Mimo  że  dziewczynka  nie  cierpiała  na  żadną  poważną  chorobę,  matka 
przyprowadzała ją do poradni z najdrobniejszymi nawet dolegliwościami. 

-  Jaki  jest  powód  pani  dzisiejszej  wizyty?  -  spytała  Rowan,  kiedy  Ellie  wprowadziła 

pacjentki do gabinetu. 

-  Beth ma trochę podwyższoną temperaturę - wyjaśniła pani Fisher, siadając. - W nocy nie 

mogłam jej uspokoić. 

Rowan  kiwnęła  głową  i  wyjęła  termometr.  Beth,  ładna  trzyletnia  dziewczynka  o 

kruczoczarnych włosach i pulchnej twarzyczce była trochę zbyt drobna jak na swój wiek, ale 
miała  prawidłową  budowę  kostną.  Z  jej  dużych,  piwnych  oczu  emanowało  zdrowe 
zainteresowanie  otaczającym  ją  światem.  Rowan  podejrzewała,  że  ostatniej  nocy  Beth 
rozpierał  po  prostu  nadmiar  energii.  Doszła  jednak  do  wniosku,  że  ostrożność  nigdy  nie 
zawadzi. Choć dziewczynka nie miała gorączki, zbadała ją. Tak jak się tego spodziewała, 
rytm serca był prawidłowy.   

Nie  ma  powodów  do  niepokoju  -  oznajmiła  z  uśmiechem,  odkładając  stetoskop.  - 

Zapewne w nocy Beth była po prostu nadmiernie pobudzona. 

Kobieta kiwnęła głową. 
-  A jak pani się czuje? - spytała Rowan, uważnie na nią patrząc. - Opieka nad dzieckiem 

może być dość wyczerpująca, a z reguły wszyscy zapominają o biednej, kochanej mamusi. 

-  Rzeczywiście,  łatwo  się  męczę  -  Mairi  uśmiechnęła  się  blado  -  ale  to  przecież  nic 

dziwnego. 

Rowan  odniosła  wrażenie,  że  kobieta  nie  jest  w  dobrej  formie.  Miała  zaledwie 

background image

dwadzieścia  pięć  lat,  a  już  wyglądała  tak,  jakby  dźwigała  na  swych  barkach  wszystkie 
niedole świata. 

- Czy coś panią niepokoi? - nalegała Rowan. 
Mairi  spojrzała  na  nią  zatroskanym  wzrokiem.  Wydawało  się,  że  zamierza  coś 

powiedzieć, lecz tylko pokręciła głową. 

- Nie będę zabierać pani czasu - rzekła, wstając. - Dziękuję, że uspokoiła mnie pani, jeśli 

chodzi o Beth. 

Rowan westchnęła. Była pewna, że coś dolega matce, a nie córce. Dopóki jednak Mairi 

milczy, nie jest w stanie jej pomóc. 

- Czy stało  się  coś?  -  spytał  Matt,  wchodząc do  gabinetu i  zastając ją pogrążoną w 

myślach. 

-  Po prostu miałam męczący dzień - odparła. 
-  Może dla poprawienia nastroju wybrałabyś się ze mną na kolację? 
-  Czyżby Joan była dziś zajęta? - spytała z uśmiechem. 
-  Joan  należy  już  do  przeszłości  -  wyjaśnił.  -  Teraz  spotykam  się  z  Sarah  Urquhart  z 

Auchbain. 

 

-  Czy ty nie jesteś w stanie wytrzymać z jedną dziewczyną dłużej niż dziesięć dni? 
-  Co?  I  sprawić  zawód  innym  uroczym  dziewczętom  w  okolicy?  -  spytał  ze 

śmiechem. 

Rowan zaczęła wodzić palcem po blacie biurka. 
-  Skoro masz wolny wieczór, to umów się z Ellie. 
-  Z Ellie? 
-  To ta drobna, czarnowłosa dziewczyna, która... 
-  Przecież wiem, o kim mówisz, ale Ellie... No cóż, Ellie to tylko Ellie, jeśli rozumiesz, 

co mam na myśli. 

-  Niestety tak - odparła posępnie. 
-  Więc co będzie z tą kolacją? 

Rowan pokręciła głową. 

-  Dziękuję, ale nie skorzystam z zaproszenia. Dobrze wiem, czym kończy się kolacja w 

mieście w twoim towarzystwie! 

-  Przyrzekam,  że  nawet  cię  nie  dotknę  -  powiedział  z  wyraźnym  rozczarowaniem  w 

głosie. 

-  I  słusznie  -  zawołała,  chichocząc.  -  Bo  w  przeciwnym  razie  przez  następne  dwa 

tygodnie trudno byłoby ci chodzić! 

-  Och, zapominasz o tym, że kobieta jest istotą słabszą... Podszedł do niej z tyłu i 

niespodziewanie objął ją w pasie. 

-  Wcale nie! - zawołała, nadeptując mocno na jego stopę. Matt wydał z siebie udawany 

skowyt bólu. 

-  O Boże, zrobiłaś ze mnie kalekę! 
-  To cię oduczy zadzierania ze słabszymi! - powiedziała ze śmiechem. - Nie na darmo 

skończyłam kurs samoobrony! 

-  Jesteś niebezpieczną istotą, Rowan - rzekł, popychając ją na biurko. - Powinnaś mieć 

background image

wytatuowany na sobie znak ostrzegawczy. Powinnaś... 

-  Co tu się dzieje? 
Rowan gwałtownie się odwróciła i zobaczyła utkwione w sobie chłodne spojrzenie Ewana. 

Pospiesznie uwolniła się z objęć Marta, czując z rozdrażnieniem, że pąsowieje. 

-  Po prostu się wygłupialiśmy - oznajmił Matt z uśmiechem. 
-  Radzę, żebyście robili to w jakimś innym miejscu - warknął Ewan. - Nasz sprzęt jest 

może trochę zużyty, ale nie mamy innego. Sądziłem, że masz więcej oleju w głowie, Matt. 

-  Czy mam przez to rozumieć, że ja go nie mam wcale? - spytała Rowan, patrząc mu 

prosto w oczy. 

-  Możesz to rozumieć, jak ci się żywnie podoba - wycedził Ewan przez zęby. 
-  Och, daj spokój! - zawołał Mart. - Przecież my tylko... 
-  Proszę cię, Matt, wyjdź stąd - przerwała mu Rowan. 
-  Ale ja jestem tak samo winny jak ty, o ile w ogóle można tu mówić o jakiejkolwiek 

winie - oznajmił. 

-  Wyjdź stąd, Matt - powtórzyła, blednąc. 
Matt przeniósł wzrok z Rowan na Ewana, a potem wzruszył ramionami i wyszedł. 
-  No  cóż,  niezbyt  długo  udało  ci  się  dotrzymać  umowy,  co,  Ewan?  -  rzekła  Rowan  z 

pozornym spokojem. 

-  A  czego  się  spodziewałaś?!  -  zawołał.  -  Zachowujesz  się  w  sposób  wielce 

nieodpowiedzialny! Narażasz nasz sprzęt na... 

-  Bzdura!  Nic  by  się  nie  stało  twojemu  cennemu  sprzętowi.  Po  prostu  żartowaliśmy. 

Zdaję  sobie  sprawę,  że  to  pojęcie  jest  ci  obce,  ale  gdybyś  spróbował  pogrzebać  w 
zakamarkach swego umysłu, to może zrozumiałbyś jego sens! 

Ewan poczerwieniał z gniewu. 
-  Twoja impertynencja dowodzi, że nie nadajesz się na wiejskiego lekarza! 
-  Och, doprawdy? - spytała ze złością. - Skoro już o tym mowa, to czy masz jeszcze coś 

do powiedzenia na ten temat? 

-  Owszem - warknął z rozdrażnieniem. - Twój strój. 
-  O co ci chodzi? 
-  Tylko mu się przyjrzyj - odparł, obrzucając krytycznym spojrzeniem jej czarne, obcisłe 

spodnie i długi sweter, ozdobiony napisem: UŚMIECHNIJ SIĘ, A ŚWIAT BĘDZIE ŚMIAŁ 
SIĘ RAZEM Z TOBĄ. - Jest zupełnie niestosowny... 

-  Najpierw  krytykowałeś  moje  londyńskie  stroje,  a  teraz  nie  podoba  ci  się  ten.  Więc  co, 

twoim  zdaniem,  mam  nosić?  Tweedowe  spódnice,  wełniane  kamizelki  i  perły?  A  może 
uszczęśliwiłoby cię, gdybym krążyła po przychodni w zgrzebnym worku! 

-  Nasi pacjenci mają prawo oczekiwać... 
-  Och, na litość boską, czy ty zawsze musisz być taki cholernie staroświecki? - przerwała 

mu rozdrażniona. - Można by pomyśleć, że jesteś starcem. - Zawahała się przez moment, a 
potem pokręciła głową. - Nie, cofam swoje słowa. Są obraźliwe dla wielu starców. 

-  Jesteśmy lekarzami... 
-  Ale  nie  przez  dwadzieścia  cztery  godziny  na  dobę!  -  zaprotestowała.  -  Od  czasu  do 

czasu musimy się odprężyć, bo inaczej oszalejemy! 

background image

-  Rowan... 
-  Czy  wiesz,  na  czym  polega  twój  problem?  -  spytała  podniesionym  głosem.  -  Ty  po 

prostu nie możesz znieść, kiedy ktoś dobrze się bawi! Jednak to, że ty chcesz przejść przez 
życie jak godny pożałowania mruk, nie oznacza wcale, że my wszyscy musimy brać z ciebie 
przykład. A już na pewno nie ja! 

Przeszła  obok  niego,  zmierzając  w  stronę  wyjścia.  Ewan  skrzywił  się,  słysząc  odgłos 

zatrzaskiwanych drzwi. 

-  Ona ma rację, Ewan - powiedział Matt, stając w progu. 
-  Moja krytyka była uzasadniona... 
-  O tak, jak wszyscy diabli! Co ostatnio w ciebie wstąpiło? Bez przerwy na nią napadasz! 

Ciągle ją ganisz, krytykujesz, a ona stara się jak najlepiej wykonywać swoją pracę. 

-  Skończyłeś? - spytał Ewan przez zęby. 
Matt przez chwilę na niego patrzył, a potem odwrócił się na pięcie i wyszedł, kopnięciem 

zatrzaskując drzwi. 

Co się, do diabła, ze mną dzieje? - rozmyślał Ewan, siadając w fotelu Rowan. Przecież nie 

miałem zamiaru się z nią kłócić. Istotnie, kiedy otwierał drzwi do gabinetu Rowan, był do 
niej życzliwie nastawiony, a potem wszystko trafił szlag. 

Nie  powinienem  był  krytykować  jej  stroju,  pomyślał.  Przecież  nie  można  mu  niczego 

zarzucić. Poza tym, że sprowokował cię do zwrócenia uwagi na jej kształty, podszepnął mu 
wewnętrzny  głos.  A  widząc  ją  w  ramionach  Matta,  nie  poczułeś  gniewu,  lecz  ślepą, 
niedorzeczną zazdrość. 

- Bzdury! - powiedział na głos. 
Zastanawiał się, co Rowan teraz sobie o nim pomyśli i doszedł do wniosku, że musi ją 

przeprosić. Za co miałbyś ją przepraszać? - spytał z irytacją wewnętrzny glos. Za to, że nie-
słusznie na nią napadłem, że ją uraziłem i rozgniewałem, że... 

Ruszył  przez  poczekalnię  w  kierunku  wyjścia.  Zbliżając  się  do  domu  Rowan,  usłyszał 

dobiegającą z jej mieszkania głośną muzykę. Nie zdziwił się więc, że Rowan nie reagowała 
na jego pukanie. Przez chwilę stał niezdecydowany przed jej drzwiami, a potem nacisnął 
klamkę. 

Choć  nie  wiedział,  co  Rowan  robi,  zupełnie  nie  spodziewał  się,  że  będzie  tańczyła  po 

całym  pokoju.  Kiedy  muzyka  ucichła,  a  Rowan  opadła  bez  tchu  na  kanapę,  zaklaskał  w 
dłonie. 

-  Jak tu wszedłeś?! - zawołała, zrywając się na równe nogi. 
-  Pukałem, ale mnie nie słyszałaś. 
-  Chcesz powiedzieć, że za głośno nastawiłam muzykę? Że zakłócam spokój sąsiadom, 

że znów daję zły przykład? 

Ewan lekko się zaczerwienił. 
- Chciałem ci powiedzieć, że dobrze się bawiłaś. 
-  Bawiłaś?   
Uśmiechnął się posępnie. 
-  Myliłaś się... Wiem, co to słowo znaczy.         
-  Posłuchaj, nie powinnam była tego mówić, ale rozzłościłeś mnie do tego stopnia, że... - 

background image

wyjąkała, lekko się rumieniąc. 

-  Uważam, że to ja powinienem cię przeprosić. - Spojrzała na niego i zobaczyła, że jego 

twarz rozjaśnia uśmiech. - Uniosłem się niepotrzebnie i bardzo cię przepraszam. 

-  Ale dlaczego...? 
-  Powiedzmy, że miałem dziś ciężki dzień - przerwał jej pospiesznie. - Co to była za 

płyta? 

-  Przeboje taneczne lat dziewięćdziesiątych. 
-  Nastaw ją jeszcze raz, a udowodnię ci, że wcale nie postarzałem się przedwcześnie. 
-  Umiesz tańczyć? - spytała z nie skrywanym zdziwieniem. 
-  Mam dopiero trzydzieści pięć lat, Rowan - odparł poważnie. -  To chyba nie czas na 

bujany fotel i kapcie. 

-  Nie o to mi chodziło - rzekła speszona. - Po prostu myślałam... chciałam powiedzieć... 
-  Rowan! 
-  Tak? 
-  Nie kończ zdania... nastaw płytę. 
Spojrzała  na  niego  ze  zdziwieniem,  a  potem  spełniła  jego  prośbę.  Kiedy  rozległy  się 

dźwięki muzyki, Ewan porwał ją w wir tańca. Choć poruszała się bardzo zwinnie, z trudem 
dotrzymywała  mu  kroku.  Gdy  melodia  dobiegła  końca,  uniosła  rękę  w  geście  protestu, 
próbując złapać oddech. 

-  Czyżbyś była już zmęczona? - Patrzył na nią triumfalnie. 
-  Widzę, że ukrywasz swoje zalety! - zawołała, odgarniając z czoła wilgotne włosy. - Kto 

cię nauczył tak tańczyć? 

-  Dziewczyna, która nazywała się Sophie Williams - wyjaśnił. - Namówiła mnie, żebym 

poszedł z nią na szkolną zabawę, a była osobą, z którą nie dało się dyskutować! 

Oboje  wybuchnęli  śmiechem.  Kiedy  Ewan  odruchowo  przyciągnął  ją  do  siebie  i  ich 

policzki się zetknęły, nagle spoważniała. Poczuła delikatny zapach wody po goleniu i mocne 
uderzenia jego serca. Kiedy ogarnęła ją fala bolesnej, niepokojącej tęsknoty, gwałtownie się 
od niego odsunęła. 

- Czy jesteś gotowa do następnego tańca? - spytał. 

Spojrzała na niego niepewnie. Te same błękitne oczy, ciemne włosy, zdecydowany wyraz 
twarzy. Dlaczego wiec jego bliskość działała na nią tak intensywnie i niepokojąco? 

-  Coś jest nie w porządku? - spytał z zakłopotaniem. Gwałtownie wyciągnęła ręce w 

obronnym geście. 

-  Myślę, że dość się natańczyliśmy jak na jeden dzień. 
-  Pewnie nie chcesz nadwerężyć moich starych kości, tak?   
- No właśnie - odparła, wybuchając sztucznym śmiechem. - Tak czy owak, ja nie mogę 

przetańczyć całego wieczoru. 
Powinnam włączyć pralkę, a poza tym ten salon... Kupiłam farbę, a malowanie na pewna 
nie zrobi się samo. 

Na litość boską, pomyślała. Plotę trzy po trzy jak jakaś pensjonarka. Zdała sobie sprawę, 

że od lat nie czuła się w obecności mężczyzny tak okropnie onieśmielona. 

-  Sądziłam,  że  masz  dziś  wieczorny  dyżur  -  powiedziała,  rozpaczliwie  próbując 

background image

rozładować niezręczną sytuację. 

-  Owszem. 
-  Czy nie powinieneś więc... ruszać w drogę? 
-  Mam jeszcze trochę czasu.   
Modliła się, żeby sobie poszedł. 
-  Chyba na mnie już pora - oznajmił w końcu. Pobiegła do drzwi, by mu je 

otworzyć. 

-  Dziękuję  za  taniec  -  rzekł  nieśmiało,  stojąc  już  w  progu.  Wymamrotała  coś  w 

odpowiedzi, a potem szybko zamknęła drzwi. To istne szaleństwo, pomyślała, opierając się 
o  framugę.  Nie  pragniesz,  nie  możesz  pragnąć  tego  mężczyzny,  powiedziała  do  siebie. 
Przecież nadal kochasz Colina... Ale czy jesteś tego absolutnie pewna, Rowan? 

 
 

 

ROZDZIAŁ CZWARTY 

 
Była blada i mizerna, w jej oczach malował się lęk. 
-  Wiem, że powinnam była przyjść wcześniej - wyszeptała. - Ciągle jednak miałam 

nadzieję, że miesiączka powróci... 

-  Brak  miesiączek  może  być  spowodowany  wieloma  przyczynami,  pani  Coghill  - 

przerwała jej Rowan. - Kiedy ustały? 

-  Cztery, może pięć miesięcy temu. Nie jestem pewna. 
-  Ma pani trzydzieści dziewięć lat, tak? 
-  W maju skończę trzydzieści dziewięć. 
-  I nie ma pani dzieci?   
Ishbel potrząsnęła głową. 
-  Ale nie z winy Jima, tylko z mojej. Miałam endometriozę. 
-  To nie jest żadna wina, pani Coghill. W istocie nie znamy przyczyn wywołujących tę 

chorobę. Wiadomo jedynie, że fragmenty wyściółki macicy przylepiają się do jajowodów 
lub  jajników.  Jeśli  nie  podejmie  się  szybkiego  leczenia,  liczba  takich  ognisk  rośnie,  co 
bardzo utrudnia zajście w ciążę. 

-  Kiedy po raz pierwszy byłam u doktora Ewana, spytał mnie, czy moje miesiączki nie 

stały się nagle bardziej bolesne - 

powiedziała Ishbel Coghill drżącym głosem. - Były 

bardziej bolesne, ale myślałam, że to normalne... 

-  Niestety - westchnęła Rowan. - Nagłe ostre bóle towarzyszące miesiączkowaniu nie są 

rzeczą normalną. 

-  Czy myśli pani, że to może być... guz? - wyjąkała Ishbel. - Zauważyłam pewne 

obrzmienie, a moja ciotka miała... 

- Żeby  postawić  jakąkolwiek  diagnozę,  muszę  panią  najpierw  zbadać  -  przerwała  jej 

Rowan. - Proszę się rozebrać. 

Gdy  pacjentka  zniknęła  za  parawanem,  Rowan  przejrzała  jej  kartę  choroby,  z  której 

wynikało,  że  po  raz  ostatni  Ishbel  odwiedziła  przychodnię  przed  pięcioma  laty.  Brak 

background image

miesiączek  mógł  być  spowodowany  zarówno  jakąś  drobną  przyczyną,  jak  i  naprawdę 
poważną dolegliwością. 

-  Co mi jest, pani doktor? - spytała Ishbel drżącym głosem po skończonym badaniu. - 

Nowotwór, guz...? 

-  Jest pani  w  ciąży  -  oznajmiła Rowan z szerokim  uśmiechem.  -  Między  czwartym  a 

piątym miesiącem. 

Ishbel pobladła i osunęła się na krzesło. 
-  Czy jest pani tego pewna? - wyjąkała. 
-  Oczywiście. Moje gratulacje. 
-  Wprost nie mogę uwierzyć... Naprawdę? 
-  Naprawdę - odparła Rowan. - Skieruję panią na amniocentezę. 
-  Nie zgadzam się. 
-  To  bardzo  proste  badanie.  Pobiera  się  z  macicy  próbkę  płynu  owodniowego,  który 

otacza płód. Zapewniam panią, że ani pani, ani dziecko niczego nie poczujecie. 

-  Nie zgadzam się - powtórzyła Ishbel. 
-  W ten sposób sprawdza się, czy ciąża przebiega prawidłowo - ciągnęła Rowan. - Proszę 

wziąć pod uwagę, że  ryzyko  urodzenia  dziecka  z  zespołem  Downa  rośnie  wraz  z  wiekiem 
matki, a... 

-  Jeśli dziecko nie urodzi się... w pełni normalne, to i tak będziemy je kochać. 
-  Decyzja należy do pani - oznajmiła Rowan. - W tej sytuacji mogę powiedzieć tylko tyle, 

że  dołożę  wszelkich  starań,  żebyście  oboje  z  dzieckiem  bezpiecznie  przebrnęli  przez  na-
stępne miesiące. Trudno określić dokładną datę połogu, więc zarezerwuję dla pani miejsce 
w szpitalu... 

-  Chcę urodzić w domu. 
-  Wykluczone! - zawołała Rowan z przerażeniem. 
-  Zarówno moja matka, jak i ja, urodziłyśmy się w domu i chcę, żeby moje dziecko też 

urodziło się w domu. Pewnie uważa mnie pani za osobę szaloną - dodała Ishbel z uśmiechem 
- ale jestem pewna, że przy tak troskliwej opiekunce jak pani wszystko pójdzie dobrze. 

Chciałabym być  choć  w  połowie tak pełna optymizmu jak  ona,  pomyślała  Rowan  po 

wyjściu pacjentki. 

-  Co takiego powiedziałaś Ishbel? - zapytał Ewan, wchodząc bez pukania do jej gabinetu. 

- Wyglądała tak, jakby dowiedziała się od ciebie, że wygrała los na loterii. 

-  Spodziewa się dziecka. 
-  Jesteś tego pewna? 
-  Och, znów to samo!  -  zawołała.  -  Chyba powinnam oprawić w ramki mój dyplom i 

powiesić go na ścianie. 

-  Przynajmniej jednej kobiecie sprawiłaś dziś ogromną radość - dodał ze śmiechem. 
-  Szkoda, że nie odwzajemniła mi się tym samym. 

Westchnęła, a potem opowiedziała mu o decyzji Ishbel. 

-  Postarałbym się wyperswadować jej rodzenie w domu -powiedział. - Pierwsze dziecko 

w jej wieku to... 

-  Ta  perspektywa  trochę  mnie  przeraża,  ale  mam  jeszcze  jakieś  pięć  miesięcy,  żeby 

background image

namówić ją do zmiany tej absurdalnej decyzji. 

Kiwnął  głową.  Temat  ciąży  Ishbel  Coghill  został  wyczerpany,  poranny  dyżur  Rowan 

dobiegł końca, lecz Ewan najwyraźniej nie zamierzał opuścić jej gabinetu. 

-  Czy masz do mnie jeszcze coś? - spytała, porządkując papiery. 
-  Zaczekam, aż skończysz - odpowiedział, siadając na brzegu biurka. 
Od tamtego popołudnia w jej mieszkaniu nie dochodziło już między nimi do sprzeczek. 

Jakby  na  przekór  sobie,  Rowan  coraz  częściej  przyłapywała  się  na  tym,  że  wolałaby,  by 
wszystko  wróciło  do  poprzedniego  stanu.  Jakoś  znosiła  jego  sarkastyczne  i  dokuczliwe 
uwagi,  ale  kiedy  przez  cały  czas  był  dla  niej  uprzedzająco  miły,  odczuwała  wyraźny 
niepokój. 

-  Skończyłaś już? - spytał. - Masz dziś wolne popołudnie, prawda? 
Kiwnęła głową. 
-  Zastanawiałem  się...  czy  nie  pojechałabyś  może  ze  mną  do  naszego  szpitala 

rejonowego? Chciałbym kogoś odwiedzić, a ty miałabyś okazję poznać tamtejszy personel. 

Propozycja  wydała  jej  się  kusząca,  ale  nie  była  pewna,  czy  ma  ochotę  spędzić  całe 

popołudnie w jego towarzystwie. 

-  Zapraszam cię na lunch - rzekł z uśmiechem, wyczuwając jej niechęć. 
-  Na lunch? Mnie?   
Rozejrzał się wokół siebie. 
-  Poza tobą nie widzę tu nikogo, kogo mógłbym zaprosić. Spojrzała na swoje obcisłe 

spodnie i obszerny sweter. 

-  Nie jestem odpowiednio ubrana na... 
-  Wyglądasz wspaniale. No więc jedziesz? 
Właściwie dlaczego nie? - pomyślała. Przecież nie proponuje mi randki. Proponuje mi 

tylko podróż do szpitala. 

-  Oczywiście - oznajmiła. - Powiem Ellie. 
Ta, wysłuchawszy Rowan, pokręciła głową z udawanym współczuciem. 
-  Czy wy, lekarze, nie macie za grosz wyobraźni, żeby wolny czas spędzać w szpitalu? 
Rowan uśmiechnęła się do niej. Uważała, że Ellie ma poniekąd rację, ale choć w Riochan 

przeprowadzano jedynie  drobne  zabiegi  chirurgiczne  -  bardziej skomplikowane  przypadki 
kierowano  do  Fort  William  -  mieli  tam  oddział  położniczy,  geriatrię  oraz  dwie  sale 
pooperacyjne. 

-  Co się stało z twoim samochodem? - spytała ze zdziwieniem Ewana, który stał obok 

wytwornego isuzu. 

-  Oddałem go na przegląd, a na dzisiaj wypożyczyłem ten. 
-  Jest bardzo elegancki. 
-  Po kilku wizytach zmieni swój wygląd. 
-  Myślałam, że jedziemy tylko do szpitala. 
-  Muszę  po  drodze  wstąpić  do  Franka  Shawa.  Jego  córka  ma  astmę.  Obiecałem,  że 

podrzucę jej nowy inhalator. 

-  Czy oni mieszkają w Duhscaig? - spytała z zadumą. 
-  Tak. Dlaczego pytasz? 

background image

-  Bez  specjalnego  powodu  -  mruknęła.  -  Po  prostu  jeden  z  moich  pacjentów,  Alec 

Mackenzie, u niego pracuje. 

-  Czy Alec ma jakieś kłopoty zdrowotne? 
Ma, i to poważne, pomyślała. Kiedy po raz drugi odwiedził przychodnię, była wstrząśnięta 

wyraźnym pogorszeniem stanu jego zdrowia. Był tak bardzo osłabiony, że w końcu zgodził 
się na pobranie krwi do analizy. Rowan nie potrafiła jednak postawić diagnozy na podstawie 
samych objawów. 

-  Jeśli chcesz o czymś mi powiedzieć, chętnie cię wysłucham - oznajmił Ewan. 
Przez  ułamek  sekundy  miała  ochotę  zasięgnąć  jego  opinii  na  ten  temat,  ale  w  końcu 

zwyciężył jej upór. Alec jest jej pacjentem i powinna rozwiązać ten problem bez pomocy 
Ewana. 

-  Nie, ale dziękuję za dobre chęci - odparła. 
Spojrzał na nią z ukosa, a potem wzruszył ramionami i wyjechał na główną drogę. 
Riochan  Cottage  Hospital  był  pięknie  położony  nad  jeziorem  Loch  Shiel.  Rowan  miała 

wielką ochotę nacieszyć oczy wspaniałym widokiem, ale kiedy otworzyła drzwi samochodu i 
poczuła smagnięcia ostrego, mroźnego wiatru, szybko zmieniła zdanie. 

-  Niebawem spadnie śnieg - rzekł Ewan, spoglądając na ciemne, pochmurne niebo. 
-  Czy zwykle macie go tu dużo? - spytała Rowan, szczelnie otulając się kożuchem. 
-  To  zależy  -  odparł,  idąc  żwawym  krokiem  w  kierunku  szpitala.  -  Zazwyczaj  sporo. 

Mamy szczęście, że do tej pory  jeszcze nie padało. Zima tego roku jest dla nas łagodna. 
Pacjent - ciągnął, otwierając jej drzwi - do którego idę z wizytą, leży na sali pooperacyjnej 
oddziału chirurgii. Czy chcesz mi towarzyszyć, czy wolisz zajrzeć do pokoju dla personelu i 
przedstawić się? 

-  Wolę pójść z tobą, jeśli nie masz nic przeciwko temu - przerwała mu pospiesznie. 
-  Będzie mi bardzo miło - odparł z uśmiechem. 
Kiedy  weszła  do  szpitala,  znajomy  zapach  środków  dezynfekcyjnych  przypomniał  jej 

klinikę,  ale  na  tym  podobieństwo  się kończyło. Podłogi  Meville  wyłożone  były  grubymi, 
pluszowymi dywanami, a recepcja bardziej przypominała hol jakiegoś ekskluzywnego hotelu 
niż  wnętrze  szpitala.  Riochan  zaś  był  przykładem  budownictwa  szpitalnego  z  połowy  lat 
czterdziestych.  Podłogi  pokrywały  ciemnobrązowe  wykładziny  ze  sztucznego  tworzywa,  a 
ściany wyklejone były białymi płytkami. Rowan stwierdziła jednak, że choć wyglądem nie 
może rywalizować z Meville, panuje w nim bardzo miła atmosfera. 

Wszyscy  serdecznie  ją  witali.  Najbardziej  jednak  ucieszył  się  z  jej  odwiedzin 

dziewięcioletni Billy Dean. 

- Billy  uwielbia  widowiskowe,  wypadki  -  oznajmił  Ewan,  czule  czochrając  włosy 

chłopca. - Opowiedz doktor Rowan o tym, co ci się przytrafiło. 

Billy uśmiechnął się szeroko. 
- Złamałem  nogę,  obojczyk  i  doznałem  wewnętrznych  czegoś  tam,  kiedy  spadłem  z 

dachu stodoły. 

-  Czy zamierzasz zostać kiedyś pilotem? - spytała Rowan pogodnie. 
-  Wynalazcą - odparł chłopiec, patrząc na nią takim wzrokiem, jakby chciał dać jej do 

zrozumienia, że żadna kobieta nie ma prawa znać się na męskich sprawach. 

background image

-  Billy skonstruował maszynę latającą - wyjaśnił Ewan. - Niestety, klej nie okazał się tak 

wspaniały, jak Billy przypuszczał, i stąd jego przymusowe lądowanie w szpitalu. 

-  W książkach nazywają to trudnościami technicznymi -wyjaśnił chłopiec. 
-  Rozumiem - rzekła Rowan z poważną miną. - Na pewno napędziłeś stracha rodzicom. 
Billy spuścił wzrok. 
-  Nie mam taty. W zeszłym roku zginął w wypadku. 

Rowan jęknęła w duchu, żałując swych nierozważnych słów. Błagalnie spojrzała na Ewana. 

-  Doktor Mitchell uważa, że za parę tygodni będziesz mógł wrócić do domu - powiedział 

łagodnie Ewan. 

-  Tak, mnie też to mówił - rzekł chłopiec z westchnieniem. 
-  To już niedługo, a ja przyniosłem ci coś dla zabicia czasu - ciągnął Ewan, wyjmując z 

torby mały, precyzyjny mikroskop. 

-  To dla mnie? - spytał chłopiec z zachwytem. 
-  Oczywiście - odparł Ewan. - Masz tu jeszcze do niego zapasowe szkiełka i instrukcję 

obsługi. 

-  I mogę zatrzymać go... na zawsze?   
Ewan kiwnął głową. 
-  A teraz, niestety, musimy już iść. 
-  Nie możecie jeszcze trochę zostać?! - zawołał błagalnie Billy, chwytając go za rękę. 
-  Nie tym razem, ale wpadnę do ciebie jutro. 
- Słowo? - nalegał Billy. 
- Słowo - przyrzekł Ewan. 
- Niech  pani  też  przyjdzie  -  poprosił  Billy.  -  Moja  mama  nie  może  mnie  za  często 

odwiedzać, a pani jest miła. 

-  Ty  również  jesteś  bardzo  miły  -  powiedziała  Rowan.  Kiedy  tylko  znaleźli  się  na 

korytarzu, przystanęła. 

-  Więc codziennie go odwiedzasz, prawda? - spytała. 
-  To  niewielki  wysiłek  -  odparł  zdawkowo.  -  Dla  jego  matki  przyjazd  tutaj  jest  dość 

uciążliwy i kosztowny. 

-  To miło, że dałeś mu prezent... 
-  Ten mikroskop nie kosztował dużo - mruknął wyraźnie speszony i ruszył w kierunku 

schodów. 

-  Ciągle mnie zadziwiasz, Ewan. 
-  A mówiłaś, że łatwo mnie rozszyfrować! 
-  Nie - odparła z namysłem. - Kryjesz w sobie znacznie więcej, niż okazujesz. Gdybyś 

tylko potrafił się rozluźnić... 

Urwała, zdając sobie sprawę z tego, że nie tylko go obraża, ale również sama nie chce, 

by się zmienił. 

-  Rozluźnić  się?  -  powtórzył  ze  zdziwieniem,  a  potem  lekko  się  zaczerwienił.  -  Więc 

uważasz, że jestem nudny? 

-  Nie... – zaprzeczyła - Po

 

prostu niekiedy bywasz trochę... - Złożyła dłonie w błagalnej 

prośbie i wzniosła oczy do nieba. 

background image

Ewan zmusił się do uśmiechu. 
Czyżbym  naprawdę  tak  wyglądał  w  jej  oczach?  -  pomyślał  z  przerażeniem.  Jak  jakiś 

ponurak, odbierający innym ochotę do zabawy? Kiedy zarzuciła mu, że przedwcześnie się 
postarzał,  myślał,  iż  powiedziała  to  w  przypływie  złości.  Przecież  nie  byłem  nudny, 
pozbawiony  poczucia  humoru,  pomyślał.  Jako  chłopiec  wymyślałem  wybryki,  a  gdy 
podjąłem pracę u Hugh, stale wszystkich rozbawiałem. Kiedy się zmieniłem... i dlaczego? 

-  Przepraszam, co mówiłaś? - spytał z zakłopotaniem, czując na sobie jej wzrok. 
-  Powiedziałam, że Mairi Fisher właśnie weszła do szpitala - 

wyjaśniła Rowan, 

lekko marszcząc brwi. 

-  Pewnie przyszła odwiedzić Joyce Belville, która w zeszłym tygodniu przeszła operację 

usunięcia macicy. 

-  Czy nie uważasz, że ona zbyt często wpada do naszej przychodni? 
-  Och,  podobnie  jak  wiele  innych  matek  jest  po  prostu  przeczulona  i  nadopiekuńcza 

wobec pierwszego dziecka. 

-  A nie sądzisz, że kryje się za tym coś więcej? Może gnębi ją coś, do czego wstydzi się 

przyznać? 

-  Jedyny kłopot z Mairi Fisher polega na tym, że używa za  dużo  perfum  i nieustannie 

martwi  się  o  córkę.  Poznałem  ją,  kiedy  była  jeszcze  podlotkiem,  więc  gdyby  coś  ją 
niepokoiło, na pewno by mi o tym powiedziała. 

Rowan z westchnieniem wsiadła do samochodu. Doszła do wniosku, że zapewne Ewan 

ma rację, ona zaś szuka dziury w całym. 

-  Dokąd teraz jedziemy? - spytała. 
-  Obiecałem ci lunch - odparł. 
-  Dobrze więc, niech będzie lunch. 
Wyjechali  ze  szpitalnego  parkingu  i  ruszyli  wąską  drogą,  biegnącą  na  wschód  przez 

wysokie wzgórza Glen Darg. 

- Jak tam twoja poradnia dla kobiet? - spytał Ewan. 
Przez chwilę jej duma zmagała się ze szczerością, ale w końcu zwyciężyła szczerość. 
- Całe to przedsięwzięcie jest po prostu katastrofą - przyznała z westchnieniem. 
- Słaba frekwencja? - spytał współczująco. 

Pokręciła głową. 

-  Tylko mi nie mów, że to kwestia czasu. Tyle razy słyszałam to od Ellie, że mogłabym 

zacząć wyć! 

-  Tak czy owak, to prawda - odparł z uśmiechem. - Ile razy do tej pory przyjmowałaś? 

Trzy? To za mało czasu, żeby wiadomość rozeszła się po okolicy. 

-  Chyba masz rację, ale myślałam, że pójdzie mi znacznie łatwiej. W Londynie kobiety 

lepiej zdają sobie sprawę ze znaczenia badań profilaktycznych. 

-  Ale nie żałujesz, że się tu przeniosłaś? 
Spojrzała przez okno na wznoszące się wokół wzgórza. Właśnie tego ranka dostała od swego 

dawnego szefa list, w którym donosił jej o zmianach, jakie zaszły w Melville, i namawiał ją do 
rychłego powrotu. Najwyraźniej uważał jej wyjazd w góry za formę urlopu naukowego, krótkie 
wakacje, podczas gdy ona... chciała ukoić swe zranione serce i zakosztować innego życia. 

background image

-  Strasznie długo zastanawiasz się nad odpowiedzią - stwierdził Ewan z zadumą. 
-  Nie, nie żałuję - skłamała, choć wiedziała, że Ewan jej nie wierzy. - Dlaczego stajemy? - 

spytała, gdy zjechał na pobocze. 

-  Czyżbyś zapomniała, że obiecałem ci lunch? 
Nigdzie nie widziała żadnego hotelu ani pubu. Gdy odwróciła się do Ewana, by mu o tym 

powiedzieć, zobaczyła, że wyjmuje z torby dwa plastikowe pojemniki i duży termos. 

-  Lunch? - wyszeptała słabym głosem. 
-  Zupa i kawa - wyjaśnił. - Czy coś jest nie tak? - dodał, widząc na jej twarzy grymas 

rozczarowania. 

-  Coś takiego! Ty naprawdę umiesz rozpieszczać kobiety! 
-  Sądziłaś, że pojedziemy do restauracji?         
-  Owszem, ale tak też jest dobrze - powiedziała, widząc jego zakłopotanie. - Mam tylko 

jedno pytanie... - Zerknęła na pojemnik. - Czy ta potrawa nie jest przypadkiem twojej roboty? 

Jego twarz rozjaśnił szeroki uśmiech.   
- Jest z puszki, więc możesz czuć się zupełnie bezpieczna! 

Rowan roześmiała się, a potem przyznała, że chyba nie zjedliby lepszego posiłku nawet w 
czterogwiazdkowym hotelu. 

- Jak ci się układa z Mattem? - spytał niespodziewanie Ewan, nalewając jej kawę. 
- Wspaniale - odparła, zaskoczona jego pytaniem. – Jest bardzo łatwy we współżyciu. 
- Masz na myśli sprawy zawodowe? 
- Zarówno zawodowe, jak i prywatne. 
Pokiwał  głową,  ale  w  jego  twarzy  dostrzegła  coś,  co  świadczyło  o  tym,  że  niezbyt 

ucieszyła go jej odpowiedź. 

-  Ewan... 
-  Rowan, czy jeśli zadam ci osobiste pytanie, to udzielisz mi szczerej odpowiedzi? 
-  Zależy, czego będzie dotyczyć. 
-  W  Meville  miałaś  przed  sobą  wspaniałą  karierę  zawodową.  Dlaczego  rzuciłaś  to 

wszystko i przyjechałaś tutaj, gdzie nikogo nie znasz? 

Spuściła wzrok. Mogła wymyślić jakieś kłamstwo, ale nagle poczuła wewnętrzną potrzebę 

powiedzenia mu prawdy. 

- Przez  dwa  lata  mieszkałam  z  pewnym  mężczyzną.  Nie  wyszło.  -  Spojrzał  na  nią 

uważnie, a ona poczuła, że się czerwieni. - To niezbyt szlachetny powód do zmiany pracy, 
prawda? - spytała niepewnie. 

Ku jej zaskoczeniu, Ewan się uśmiechnął. 
-  Dziewięćdziesiąt dziewięć procent ludzi przenosi się na północ, żeby od czegoś uciec: 

od  znienawidzonej  pracy,  od  kłopotów...  Ten  mężczyzna,  z  którym  mieszkałaś...  to  już 
skończone, prawda? 

-  Tak - odparła, ale wiedziała, że tak nie jest. 
Nawet  teraz,  po  upływie  niemal  roku  od  dnia,  w  którym  Colin  ją  opuścił,  nadal 

odruchowo przeglądała korespondencję, łudząc się, że znajdzie w niej list od niego. Nawet 
teraz, kiedy podnosiła słuchawkę telefonu, podświadomie liczyła na to, że to on dzwoni, by 
ją  przeprosić.  Ucieczka  do  Szkocji  nie  zabliźniła  bolesnych  ran  ani  nie  ukoiła  urażonej 

background image

dumy. 

- Chcesz o tym porozmawiać? - spytał. 
-  Colin... nie był w stanie pojąć, że moja praca jest dla mnie bardzo ważna - wyjąkała, 

przypominając sobie karczemne awantury, do których dochodziło między nimi pod koniec 
związku.  -  W  gruncie  rzeczy  wcale  mu  się  nie  dziwię.  Człowiekowi  nie  mającemu  nic 
wspólnego z medycyną trudno jest zrozumieć nasze zaangażowanie. 

-  Powiem ci na pocieszenie, że związek z osobą zajmującą się medycyną wcale nie musi 

być łatwiejszy. 

-  Masz na myśli siebie i Jenny? - spytała bezwiednie. - Przepraszam - wyszeptała, widząc 

wyraz jego twarzy. - Nie powinnam się wtrącać do twoich spraw. 

-  Nic się nie stało - powiedział z wysiłkiem. - Jenny i ja... Zasadniczy problem polegał 

chyba na tym, że nie mogę... nie potrafię zdobyć się na kompromis. 

Zastanawiała się, jaki kompromis miał na myśli, ale nie starczyło jej odwagi, by go o to 

spytać. 

-  Jesteśmy wspaniałymi przedstawicielami naszej branży. Pomagamy innym, a sami nie 

potrafimy ułożyć sobie życia. 

-  Może po prostu nie spotkaliśmy odpowiednich partnerów - powiedział Ewan posępnie. 
Nagle usłyszeli natarczywe pukanie w okno. Ewan opuścił szybę. Obok samochodu stał 

sierżant Brown. 

-  Czy coś się stało, Adamie? - spytał Ewan. 

Pulchne policzki sierżanta pokryły rumieńce. 

-  Przepraszam, nie wiedziałem, że to pan, doktorze - wyjąkał zmieszany. - Stoicie tu już 

tak długo... Obcy samochód... I te zaparowane szyby.... 

-  Co podejrzewałeś? - spytał Ewan. - Pleciesz coś zupełnie bez sensu. 
-  Przepraszam, że niepokoiłem, pani doktor  -  wymamrotał  sierżant, salutując.  - Proszę 

jechać ostrożnie, drogi są trochę oblodzone. - Z tymi słowami odszedł. 

- O co, u diabła, mu chodziło? - spytał Ewan, patrząc na roześmianą Rowan. - Co cię tak 

bawi? 

-   On zobaczył, że szyby są zaparowane, więc myślał... 
-   Że co? 
Otarła wilgotne od śmiechu oczy, próbując się opanować. 
-  Podejrzewał, że szyby dlatego są zaparowane bo... och, mój Boże... myślał, że nakrył 

parę uprawiającą w samochodzie seks! 

-  Co? 
Kiwnęła głową, zanosząc się śmiechem. 
- Och,  Ewan,  omal  nie  zostaliśmy  aresztowani  za  niemoralne  zachowanie  w  miejscu 

publicznym! 

Spojrzał na nią z przerażeniem, a potem zaczął nerwowo wycierać okna, co rozśmieszyło 

Rowan jeszcze bardziej. 

-  To wcale nie jest zabawne! - zawołał. 
-  Jest strasznie zabawne! - wykrztusiła. - Czy zdajesz sobie sprawę, że gdyby nie zjawił 

się  tu  sierżant  Brown,  tylko  ktoś,  kto  nas  nie  zna,  to  pewnie  jechalibyśmy  teraz  na 

background image

komisariat? 

-  Czy  możesz  przestać  się  śmiać?  To  wcale  nie  jest  zabawne!  -  powtórzył,  usiłując 

wytrzeć szybę z jej strony. 

-  Och, jest okropnie zabawne! - stwierdziła. - Tylko pomyśl, to oduczy cię skąpstwa. 

Nie będziesz już chyba podejmował mnie lunchem w samochodzie! Następnym razem... - 
Widząc spojrzenie Ewana i czując bliskość jego ciała, nagle zamilkła. - Ewan... 

W odpowiedzi uniósł jej podbródek, a ona poczuła, że chce się do niego przytulić. Gdy 

jednak próbował ją pocałować, gwałtownie cofnęła głowę. 

-  Czy  nie powinniśmy  pojechać na  farmę  Franka? Miałeś  zawieźć  inhalator  -  rzekła 

łamiącym się głosem. 

-  Rowan... 
-  Mówiłeś, że to pilne, prawda? 
Z  cichym  westchnieniem  odwrócił  się  od  niej  i  uruchomił  silnik.  W  głowie  Rowan 

panował kompletny zamęt Nie mogę się zakochać, przekonywała samą siebie, bo miłość 
pociąga za sobą ból i cierpienie, a ja już nie chcę zaznać tych uczuć. 

Dojechali  do  Dunscaig  w  milczeniu,  a kiedy  Ewan  wysiadł  z samochodu,  Rowan  nie 

ruszyła się z miejsca. 

- Nie masz ochoty pójść ze mną? - spytał. 

Pokręciła głową. 

-  Pospaceruję sobie trochę po okolicy, odetchnę świeżym powietrzem. 
Przez chwilę spoglądał na nią pytająco, a potem ruszył w kierunku farmy. Rowan wysiadła 

z samochodu i poszła w stronę zabudowań gospodarczych. 

-  Dzień  dobry,  pani  doktor!  -  zawołał  jakiś  mężczyzna.  -  Nazywam  się  Fergus  Innes. 

Jestem przyjacielem Aleca. 

-  Nie wiedziałam, że pan też tu pracuje. 
-  Tak, od roku - odparł. - Przykra sprawa z Alekiem... Niestety, nie czuje się lepiej. 
Pokiwała głową ze smutkiem. 
-  Lepiej już sobie pójdę - dodał przepraszającym tonem - Pan Shaw dba o to, żebyśmy 

rzetelnie zapracowali na naszą dniówkę. 

Szkoda,  że  nie  dba  o  swoje  budynki  gospodarcze,  pomyślała  Rowan,  rozglądając  się 

wokół. Drzwi zwisały na połamanych zawiasach, po podwórzu walały się puste bańki, a w 
kątach leżały stosy zgniłego ziarna. 

Ostrożnie  pchnęła  drzwi  obory,  w  której  pracownicy  najwyraźniej  spożywali  posiłki. 

Nigdzie  nie  dostrzegła  żadnych  urządzeń  sanitarnych  ani  odzieży  ochronnej.  Z 
westchnieniem  odwróciła  się,  zamierzając  wyjść,  gdy  nagle  usłyszała  nad  głową  dziwny 
szmer.  Kiedy  podniosła  głowę  i  dostrzegła  biegające  po  krokwiach  szczury,  przeszył  ją 
dreszcz obrzydzenia. 

Nagle doznała olśnienia. Przecież szczury są nosicielami leptospirozy, a objawy Aleca i 

jego uporczywe bóle głowy... Jeśli ma rację, to Fergus Innes najprawdopodobniej również 
cierpi na tę samą chorobę, a jednak Ewan do tej pory nie wspomniał jej o tym ani słowem. 

-  Wydajesz się bardzo z siebie zadowolona - rzekł Ewan, podchodząc do samochodu, w 

którym na niego czekała. - O co chodzi? 

background image

-  Czy moglibyśmy jak najszybciej pojechać do przychodni? -  poprosiła.  - Chciałabym 

coś sprawdzić. 

-  Czy masz ochotę mnie w to wtajemniczyć? - spytał, a ona stanowczo pokręciła głową. 
- Daj mi trochę czasu, a sam się przekonasz - powiedziała. 

Ewan wzruszył ramionami i uruchomił silnik. 

 
 
 
 

ROZDZIAŁ PIĄTY 

 
Po  przeczytaniu  sprawozdania  z  laboratorium  szpitala  Fort  William  uśmiechnęła  się 

triumfalnie. Jej podejrzenia były słuszne - Alec Mackenzie istotnie cierpi na leptospirozę. 
Zarazki zapewne dostały się do jego organizmu poprzez poranione ręce. Gdyby Frank Shaw 
bardziej  dbał  o  farmę,  zapewniając  pracownikom  odzież  ochronną  i  dostęp  do  urządzeń 
sanitarnych, nigdy by do tego nie doszło. 

Podniosła  słuchawkę  telefonu  i  wykręciła  numer  inspektora  sanitarnego.  Była 

zadowolona,  że  rozwiązała  ten  problem  bez  pomocy  Ewana  i  że  będzie  mogła 
poinformować kolegów o swych osiągnięciach na najbliższej odprawie. 

- Czy któreś z was ma jakąś sprawę, czy też to już wszystko? - spytał Ewan pod koniec 

odprawy. 

Rowan odchrząknęła. Teraz nadeszła jej chwila i zamierzała się nią delektować. 
- Mam wam obu coś do powiedzenia na temat Aleca - oznajmiła. 
Pokrótce  opowiedziała  im,  w  jaki  sposób  odkryła-przyczynę  złego  stanu  jego  zdrowia. 

Powoli  jednak  jej  zapal  zaczął  przygasać,  gdy  zobaczyła  na  twarzy  Matta  konsternację  i 
mocno zaciśnięte usta Ewana. 

- No dobrze - westchnęła, kiedy żaden z nich nie skomentował jej wypowiedzi. - Co złego 

zrobiłam tym  razem? Czy  powinnam  była  powiedzieć  wam  o  tym,  zanim zawiadomiłam 
inspektora sanitarnego? 

-  Nie powinnaś była w ogóle go w to wciągać - odparł Ewan. 
-  Ale przecież leptospirozę trzeba zgłaszać - zaoponowała. 

A Alec z pewnością na nią cierpi. 

-  Podobnie jak Fergus Innes, któremu właśnie przepisałem antybiotyki. 
-  Więc wiedziałeś, że Fergus ma leptospirozę?! - wykrzyknęła zaskoczona. 
. - Oczywiście - odparł. -1 uprzedziłem Franka, że jeśli nie zrobi porządków na farmie, 

zawiadomię inspektora sanitarnego. Postawiłaś nas w cholernie niezręcznej sytuacji, Rowan. 

-  Jak to? - spytała. - Przecież ta farma przynosi wstyd... 
-  Inspektor  sanitarny  może  ukarać  go  grzywną  w  wysokości  nawet  do  dwóch  tysięcy 

funtów - oznajmił Matt. - Czy sądzisz, że po czymś takim zatrzyma u siebie Aleca? To od 
dwóch lat pierwsza praca, jaką temu biedakowi udało się znaleźć. 

-  Ale  on  mógł  umrzeć!  -  zawołała.  -  Przecież  leptospiroza  grozi  zapaleniem  opon 

mózgowych... 

background image

-  Powinnaś była zapisać mu antybiotyki i na tym poprzestać - przerwał jej Ewan. - Nie 

wolno nam mieszać się w cudze sprawy, jeśli nie jest to absolutnie konieczne. 

-  Więc dlaczego mnie o tym nie uprzedziłeś? - spytała ze złością. - Wiedzieliście, że 

Alec jest moim pacjentem i że w końcu odkryję, co mu dolega. To wasza wina! 

-  Masz rację -  przyznał Ewan znużonym głosem. - Powinienem był cię uprzedzić, ale 

zapomniałem, że jesteś tu nowa. 

-  Może  i  jestem  tu  nowa  -  powtórzyła,  z  trudem  powstrzymując  się  od  płaczu  -  ale 

postąpiłam zgodnie z przepisami... 

-  Zawsze  tak  postępujesz,  prawda?  -  przerwał  jej  Ewan  z  irytacją.  -  Kiedy  po  raz 

pierwszy odwiedziłaś Geordiego Wilsona, od razu chciałaś umieścić go w szpitalu. Ledwie 
poznałaś rodzinę Galbraithów, twierdziłaś, że należy posłać do nich opie- 

kuna społecznego. Tak, ty zawsze postępujesz zgodnie z przepisami; masz to wypisane na 

twarzy. Ale nie jesteś w Londynie, tylko na prowincji, a tutaj nie możesz trzymać się ściśle 
książkowych reguł. 

Na policzkach Rowan pojawiły się wypieki. 
-  Zgoda,  popełniłam  błąd  w  przypadku  Wilsona  i  Galbraithów,  jednak  gdybyś 

powiedział mi o Alecu... 

-  Co  się  stało,  to  się  nie  odstanie  -  przerwał  jej  Ewan,  wstając.  -  Nie  ma  sensu  tego 

roztrząsać. 

-  Ależ Ewan...! 
Nie zaczekał, by wysłuchać tego, co miała mu do powiedzenia. Gdy wyszedł, zrozpaczona 

Rowan odwróciła się do Matta. 

-  Myślałam, że postępuję właściwie... 
-  Wiem  -  odparł,  klepiąc  ją  po  ramieniu,  -  Szkoda  tylko,  że  nie  porozumiałaś  się 

wcześniej ze mną lub z Ewanem. 

~ To niesprawiedliwe - wyszeptała, kiedy została sama. Tego ranka była taka szczęśliwa i 

zadowolona  z  siebie,  a  teraz...  Skąd  miała  wiedzieć,  że  na  prowincji  zawiadamia  się 
inspektora sanitarnego tylko w ostateczności? 

Reszta  tygodnia  upłynęła  jej  jak  w  jakimś  koszmarnym  śnie.  Żona  Aleca  wpadła  jak 

bomba do przychodni i odsądziła ją od czci i wiary w obecności siedzących w poczekalni 
pacjentów, ale ani Ewan, ani Matt nie przyszli jej z pomocą: Podczas wizyt domowych miała 
wrażenie, że ludzie nieustannie szepczą coś za jej plecami. Na domiar złego, marzec przyniósł 
z sobą zamieć śnieżną, która szalała nieubłaganie przez pięć dni. 

Nawet  Ellie,  od  której  oczekiwała  odrobiny  zrozumienia,  wydawała  się  spięta  i 

pochłonięta własnymi sprawami. 

-  Czy ty i Matt pokłóciliście się? - spytała Rowan któregoś ranka po skończonym dyżurze. 

- Ilekroć próbowałam z tobą porozmawiać, kręcił się tu z miną przerażonego baranka. 

-  Naprawdę? - zbyła ją krótko Ellie. 
-  Posłuchaj, ta historia z Alekiem... Matt nie miał z tym nic wspólnego. 
-  Nawet mi to nie przeszło przez myśl - odparła EUie ze zdziwieniem. 
-  Więc co zaszło między wami? 
-  Nic między nami nie zaszło, i taki właśnie układ zamierzam zachować - oświadczyła 

background image

Ellie, zatrzaskując szafkę z dokumentami. - Czy możemy zmienić temat? 

Rowan przez chwilę na nią patrzyła, a potem potrząsnęła głową, uznając, że nie powinna 

wtrącać się w nie swoje sprawy. 

-  Ellie, czy kiedykolwiek mi to wybaczą? - spytała, wyglądając przez okno na zasypane 

śniegiem wzgórza. 

-  W swoim czasie - odparła Ellie - ale obawiam się, że potrwa to strasznie długo. 
Rowan westchnęła, spoglądając na odśnieżający ulicę pług. Zadzwonił telefon, a kiedy 

Ellie podniosła słuchawkę, Rowan sięgnęła po swój kożuch. 

- Rowan,  zaczekaj!  -  zawołała  Ellie.  -  Dzwonią  z  Górskiego  Pogotowia  Ratunkowego. 

Robbie Galbraith i Peter Henderson mieli wypadek, więc chyba nici z twojego wolnego po-
południa. 

Rowan spojrzała na nią nie widzącymi oczami. 
-  Czy Matt nie może przyjąć tego wezwania? 
-  Ma teraz wizyty domowe. 
-  A Ewan...? 
-  Miał nocny dyżur. Rowan, czy ty dobrze się czujesz? - spytała Ellie z niepokojem, 

widząc jej pobladłą twarz. 

- Nie jestem w stanie się tego podjąć, Ellie – wyszeptała. - Mam... lęk wysokości. 
Ellie spojrzała na nią w niemym osłupieniu. 
- Dlaczego nas o tym nie uprzedziłaś? No cóż... Muszę zadzwonić do Ewana. 
-  Och, nie, proszę - wykrztusiła Rowan błagalnie, chwytając Ellie za ramię. - On i tak 

uważa mnie za niekompetentną, a jeśli wyciągniesz go z łóżka, żeby mnie zastąpił... 

-  Bądź rozsądna, Rowan. Jakie mam inne wyjście? Ty nie jesteś w stanie... 
-  Może  wszystko  będzie  dobrze  -  mruknęła  Rowan  bez  przekonania.  -  Góry  to  nie  to 

samo co drabina, prawda? Mam nadzieję, że ten wypadek nie nastąpił na dużej wysokości... 

Ellie pokręciła głową. 
-  Mimo wszystko zadzwonię do Ewana. 
-  Dam sobie jakoś radę. Muszę. 
-  Ale, Rowan... 
-  Zanim wyciągniesz Ewana z łóżka, stracimy cenne minuty, które mogą zadecydować o 

ludzkim życiu. Jakoś sobie poradzę. 

Ellie  spojrzała  na  nią  bez  przekonania,  a  potem  wyciągnęła  z  szafki  obszerną  kurtkę 

puchową i nieprzemakalne spodnie. 

-  To jest zapasowy komplet Matta; na pewno nie będzie miał nic przeciwko temu, jeśli go 

pożyczysz. Jaki numer butów nosisz? 

-  Piątkę - odparła Rowan, wkładając ubranie Marta. 
-  Dzięki  Bogu  mamy  ten  sam  rozmiar  -  powiedziała  Ellie,  podając  jej  swoje  nieco 

podniszczone buty. - W porządku, niech ci się przyjrzę. No dobrze, ale zdajesz sobie sprawę, 
że to szaleństwo? 

-  Wszystko będzie dobrze... 
Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że to szaleńczy pomysł, nie mogła jednak znieść 

myśli  o  tym,  że  Ewan  mógłby  uznać  ją  ponownie  za  osobę  niekompetentną.  Kiedy 

background image

przyjechała na miejsce spotkania i zobaczyła czekającą na nią ekipę pogotowia górskiego, 
zrobiło jej się niedobrze. 

-  No więc, pani doktor, sytuacja wygląda następująco - powiedział dowódca ratowników, 

Joe. - Dziś wczesnym rankiem Peter Henderson, Robbie Galbraith i Malcolm Dodds wspięli 
się na tę górę. Peter, spadając, pociągnął za sobą Robbiego. Malcolm zdołał zejść na dół, 
żeby nas zawiadomić. Znamy więc w przybliżeniu miejsce wypadku, jednak nie wiemy, 
jakich ci chłopcy doznali obrażeń. 

Rowan  kiwnęła  głową,  próbując  stwarzać  pozory  osoby  nawykłej  do  tego  rodzaju 

sytuacji. 

-  Jest tu matka Robbiego - rzekł półgłosem jeden z ratowników. - Chciałaby zamienić z 

panią kilka słów. Proszę się pospieszyć, bo zapowiadają pogorszenie pogody. 

-  Proszę,  błagam,  doktor  Rowan,  niech  pani  ratuje  mojego  syna!  -  szlochała  Annie 

Galbraith.  -  Wiem,  że  zrobił  głupio,  ale  to  moja  wina.  Powinnam  była  zabronić  jego 
braciom...  Bo  oni  ciągle  wytykają  mu  jego  wzrost!  Chciał  się  sprawdzić,  bo  jest 
najmniejszy. 

-  Przepraszam, pani doktor, ale musimy się pospieszyć! - zawołał nagląco Joe. 
Rowan uścisnęła ręce Annie i ruszyła szybko w stronę ratowników, czując, że z każdym 

krokiem coraz bardziej opuszczają odwaga. 

-  Wspaniały dzień na spacer, co, pani doktor? – zażartował jeden z ratowników, mrugając 

do niej porozumiewawczo. 

Zmusiła  się  do  uśmiechu.  Boże,  nie  pozwól  mi  zrobić  z  siebie  kompletnej  idiotki.  Nie 

pozwól, żebym wpadła w panikę i zaczęła krzyczeć, modliła się w duchu. 

Nie potrafiła określić, jak długo trwała wspinaczka. Potykając się, brnęła przez głęboki 

śnieg. Nie czuła już nawet strachu, lecz tylko przygniatające, paraliżujące umysł zmęczenie. 

-  Tutaj, pani doktor! - Przystanęła, z trudem utrzymując równowagę w zaspie śniegu. - 

Znaleźliśmy ich! 

Kiedy spojrzała w dół, natychmiast poczuła zawrót głowy. 
Chłopcy leżeli na półce skalnej, znajdującej się co najmniej dwanaście metrów poniżej 

miejsca, w którym stała. Nagle zdała sobie sprawę, że nie może zrobić kroku. Była przykuta do 
ziemi. 

-  Najpierw opuścimy tam panią, żeby mogła pani ich zbadać. Doktor Rowan, czy pani 

mnie słyszy? - spytał Joe z niepokojem. 

-  Czy muszę tam zejść? - wyszeptała przez ściśnięte gardło. 
-  Myślę,  że  postawienie  diagnozy  z  tego  miejsca  byłoby  dość  trudne  -  odparł  z 

uśmiechem. 

-  Pan nie rozumie... Przepraszam, ale mam lęk wysokości. 

Joe nagle spoważniał. 

-  Dlaczego  mówi  nam  pani  o  tym  dopiero  teraz?!  -  zawołał  z  wyraźnym  gniewem  w 

głosie. - Sądzę, że damy sobie radę, bo wszyscy przeszliśmy kurs pierwszej pomocy, jednak 
byłoby znacznie lepiej, gdyby rannymi zajął się lekarz. 

-  Proszę mnie do nich opuścić - poleciła, zaciskając pięści. 
-  Ale... 

background image

-  Proszę mnie opuścić - powtórzyła stanowczo. 
Joe spojrzał na nią bez przekonania, a potem wydał kolegom stosowny  rozkaz. Później 

wszystko potoczyło się błyskawicznie. Przez całą drogę w dół Rowan kurczowo zaciskała 
powieki,  a  kiedy  dotarta  już  do  rannych,  natychmiast  przystąpiła  do  działania.  Peter  miał 
pękniętą  łopatkę,  a  Robbie  złamaną  nogę,  poza  tym  u  obu  stwierdziła  objawy  hipotermii. 
Szybko unieruchomiła złamane kości, a potem szarpnęła za linę, dając ratownikom sygnał do 
opuszczenia noszy. 

-  Dobrze się pani czuje? - spytał Joe z niepokojem, kiedy zjechał na dół z noszami. 
-  Nigdy nie czułam się lepiej - odparła drżącym głosem. 
-  Świetnie pani sobie radzi - pochwalił ją z uśmiechem. - Za chwilę będzie już pani z 

nami. 

Kiwnęła głową, ale kiedy została sama, poczuła, że ogarnia ją paniczny strach. Zerwał się 

silny, porywisty wiatr i wiedziała, że powrót na górę nie będzie łatwy. 

-  Teraz pani kolej! - zawołał któryś z ratowników. 
Podróż zdawała się nie mieć końca. Rowan wielokrotnie uderzała o skały. Nagle 

poczuła piekący, przeszywający ból w nodze, ale nie zwróciła na to uwagi, bo przez cały 
czas powtarzała w myślach: „Trzymaj się, a wszystko będzie dobrze". 

-  Brawo, pani doktor! - zawołał Joe, kiedy znalazła się na górze. --Wspaniale sobie 

pani poradziła! 

-  Nie mogę uwierzyć, że to zrobiłam! - rzekła z dumą. 
-  Czeka nas jeszcze droga w dół - przypomniał jej Joe. 
-  To już drobnostka: 
-  A to co? - spytał, patrząc na jej nogę. 
Podążyła za jego wzrokiem i zobaczyła, że przez rozdarte spodnie sączy się krew. 
-  Paskudna rana - stwierdził Joe. - Czy będzie pani w stanie iść o własnych siłach? 

Mamy zapasowe nosze, wiec... 

-  Nigdy w życiu! - zawołała, wyjmując z torby lekarskiej opatrunek. - Niech pan nie 

sądzi, że pozwoliłabym się nieść! 

-  Zuch dziewczyna! - powiedział z szerokim uśmiechem. 

Kiedy dotarli do punktu wyjścia, czekała na nich karetka. 

-  Och, dziękuję, pani doktor! - zawołała Annie Galbraith. - Sama nie wiem, jak się pani 

odwdzięczę! 

-  Może przyjdzie pani na badanie cytologiczne? - szepnęła jej Rowan do ucha. - 

Wysłałam już do pani trzy zaproszenia. 

Kobieta zaczerwieniła się aż po czubki rudych włosów. 
-  Trudno znaleźć czas, a poza tym te drogi... 
-  W ubiegły piątek były całkiem dobre, Annie. 
-  Umówię się na jakiś termin - mruknęła Annie, ruszając w stronę karetki. - Daję słowo, 

że kiedyś przyjdę. 

Rowan nie miała jednak żadnych wątpliwości, że nie ujrzy jej w poradni. Zastanawiała 

się, w jaki sposób namówić takie kobiety jak Annie do przyjścia na badanie, które mogłoby 
ocalić im życie. Jak przekonać je o znaczeniu profilaktyki? 

background image

-  Na pani miejscu zająłbym się tą raną - powiedział Joe, pakując sprzęt do landrovera. 
-  Zaraz to zrobię. 
-  Mam pani przekazać od moich chłopców, że może pani z nami chodzić w góry, kiedy 

tylko pani zechce. 

-  Chyba najpierw powinnam wziąć kilka lekcji wspinaczki - odparła ze śmiechem, nie 

widząc zatrzymującego się za jej plecami samochodu Ewana. 

Po alarmującym telefonie od Ellie pędził z Canny jak szalony. Bał się, że Rowan mogło 

spotkać coś złego. Kiedy ujrzał ją zdrową i całą, ogarnęło go przelotne uczucie ulgi, które 
szybko ustąpiło miejsca wściekłości. Ona wygląda, jakby była na niedzielnym spacerku! - 
pomyślał zirytowany, a ja omal nie postradałem zmysłów, wyobrażając sobie jej ciało w 
kałuży krwi na dnie przepaści! 

Kiedy zobaczył z bliska jej rozpromienioną twarz, jego wściekłość się nasiliła. 
-  Ewan! 
-  Czy ty nie masz za grosz rozsądku? 
-  Co? - wyjąkała, poważniejąc. 
-  O czym ty, do cholery, myślałaś, wybierając się w góry, skoro masz lęk wysokości? - 

wybuchnął. - Jeśli nie dbasz o swoje życie, to może przynajmniej pomyślałabyś przez chwilę 
o  reszcie  ekipy  i  o  pacjentach?  Przecież  przez  ten  twój  idiotyczny  heroizm  mógł  ktoś 
zginąć! 

-  Wszyscy  bezpiecznie  dotarliśmy  na  dół  -  odparła.  -  A  Joe  powiedział,  że  wspaniale 

sobie poradziłam... 

-  Czy ty niczego nie możesz zrobić tak jak trzeba? - ciągnął, nie zwracając uwagi na jej 

słowa. - Najpierw Alec Mackenzie, a teraz ta eskapada! Czy myślisz, że chętnie dałem się 
wyciągnąć z łóżka, żeby ratować kogoś, kto powinien mieć więcej rozumu w głowie? 

- Wcale nie trzeba mnie było ratować! - zaprotestowała. 
- Nie musiałeś tu przyjeżdżać! - Nagle straciła panowanie nad sobą i poczuła z 

przerażeniem, że po jej policzkach płyną łzy. - Przestań się na mnie wydzierać! - zawołała. - 
Mam już tego dość! Staram się, jak mogę, a ty tylko na mnie wrzeszczysz! 

-  Rowan... 
-  Wyżywasz się na mnie! 
-  Rowan,  przestań  płakać  -  wyszeptał,  robiąc  krok  w  jej  stronę,  ale  ona  szybko  się 

cofnęła. 

-  No,  powiedz  to  -  wyjąkała.  -  Powiedz,  że  to  typowo  babska  reakcja!  Że  zawsze 

wybuchamy płaczem, kiedy spotykają nas jakieś przykrości. Jeśli o mnie chodzi, to możesz 
sobie mówić, co ci się żywnie podoba, bo skończyłam już z tą pracą i z tobą. Czy teraz 
jesteś zadowolony? Nie daję sobie rady. Pomyliłam się! 

-  Och, Rowan, przepraszam. Wiem, że mam cięty język, ale nie chciałem doprowadzić 

cię do łez! 

-  Wiesz co, wypchaj się! - syknęła, a potem z całą godnością, na jaką było ją stać, zaczęła 

kuśtykać w stronę samochodu. Nagle poczuła, że Ewan chwyta ją mocno za ramię. 

-  Twoja noga... 
-  Następnym razem postaram się skręcić kark - prychnęła pogardliwie. - To powinno cię 

background image

uszczęśliwić. 

-  Co ci jest? - spytał. 
-  Cóż to za różnica? - odparła, próbując bezskutecznie uwolnić się z jego uścisku. 
-  Ma  paskudnie  rozciętą  nogę, Ewan  -  oznajmił Joe.  -  Kiedy  wciągaliśmy  ją  na  górę, 

musiała uderzyć się o skałę. 

-  Czy  przypadkiem  nie  uderzyłaś  się  też  w  głowę?  -  spytał  Ewan,  prowadząc  ją  do 

swego samochodu. 

-  Chyba nie - odrzekła, przygryzając dolną wargę. 
-  Czy  masz  zawroty  głowy  albo  nudności?  -  spytał,  rozsuwając  brzegi  jej  rozdartych 

spodni i delikatnie badając ranę. 

-  Nie. - Pospiesznie wyjął ze swej torby oftalmoskop. - To nie jest konieczne, Ewan... 
-  Przestań gadać i skieruj wzrok ponad moje lewe ramię .- 

Rowan wykonała jego polecenie. 

-  Czy nic nie wskazuje na uszkodzenie mózgu? - spytała z lekkim uśmiechem. 
-  W twoim przypadku nigdy nic nie wiadomo. No dobrze, czy poza nogą coś cię jeszcze 

boli? 

Pokręciła głową. 
-  Jeśli chcesz, mogę ci pokazać taniec szkockich górali. 
-  Nie  rzucaj  obietnic  na  wiatr  -  skarcił  ją  żartobliwie.  -W  porządku,  zamienię  z 

chłopcami parę słów, a potem pojedziemy do przychodni, gdzie zbadam cię dokładniej. 

-  Wykluczone! 
Ewan i ratownicy spojrzeli na nią zaskoczeni. 
-  Nie trzeba mnie badać - ciągnęła stanowczo. - Nic mi nie jest, przecież to tylko drobne 

rozcięcie. Możesz najwyżej założyć szwy. 

-  Czyżbyś  miała  w  głowie  aparat  rentgenowski?  Przecież  mogłaś  doznać  obrażeń 

wewnętrznych.  Dlaczego  nie  chcesz,  żebym  cię  zbadał?  Najwyżej  potwierdzę  twoją 
diagnozę. 

-  Nie zapominaj o tym, że ja też jestem lekarzem i chyba sama wiedziałabym, gdybym 

doznała jakichś poważnych obrażeń. 

(

 

Spojrzał na nią z gniewem, a potem westchnął z rezygnacją. 
-  Dobrze, wobec tego tylko zszyjemy ranę. 
Jazda do Canny trwała bardzo długo z powodu złych warunków na drogach. Kiedy Ewan 

zwolnił przed przychodnią, Rowan gwałtownie chwyciła go za rękę. 

-  Czy nie mógłbyś założyć tych szwów u mnie? Proszę, Ewan. Matt i Ellie na pewno są 

jeszcze w przychodni... 

-  A ty nie mogłabyś znieść dociekliwych pytań? - dokończył. - Dobrze, zrobimy to u 

ciebie. 

Rowan bez większych trudności wysiadła z samochodu, ale przed schodami wiodącymi 

do  jej  mieszkania  nagle  przystanęła.  Odniosła  wrażenie,  że  musi  pokonać  strasznie  dużo 
stopni. 

-  Oo się stało? - spytał Ewan. - Czy coś cię boli? 
-  Nie, muszę tylko chwilę odpocząć... - Zanim się zorientowała, wziął ją na ręce. - Co ty 

background image

robisz? 

-  Mam  zamiar  zanieść  cię  do  twojego  mieszkania  -  odrzekł.  -  Jeśli  wolisz,  możesz 

wczołgać się na górę o własnych siłach... wybór należy do ciebie. 

W końcu kiwnęła głową. 
-  To musi być cudowne uczucie - mruknęła. 
-  Co takiego? 
-  Zawsze mieć rację. 
Wybuchnął śmiechem i zaczął wchodzić po schodach. 
-  Jeśli jestem zbyt ciężka, możesz mnie postawić - zaproponowała, kiedy przystanął. 
-  Ależ skąd - powiedział z trudem, przyspieszając kroku. 
-  Dziękuję - mruknęła, kiedy posadził ją w fotelu. 
-  Zawsze do usług - odparł wesoło. - No, a teraz wyzwolimy cię z tego ubrania... 
-  Sama  dam  sobie  radę  -  powiedziała  pospiesznie,  ściągając  kurtkę  i  nieprzemakalne 

spodnie. 

-  Może zdjęłabyś również te drugie spodnie, co? - spytał, siadając naprzeciwko niej. - W 

przeciwnym razie będę musiał je rozciąć... 

-  I tak są już zniszczone - oznajmiła, wiedząc, że za żadne skarby nie pokazałaby mu się 

w bieliźnie. 

Ewan  wzruszył  ramionami  i  rozciął  spodnie  aż  do  kolana,  a  potem  wyjął  z  torby 

lekarskiej strzykawkę. 

-  To może trochę zaboleć - oświadczył, znieczulając miejscowo okolice rany. 
Wciągnęła gwałtownie powietrze. 
-  Już nigdy więcej nie powtórzę tego kłamstwa żadnemu pacjentowi - mruknęła. - To 

piekielnie boli! 

Uśmiechnął się szeroko. 
-  Dziękuj Bogu, że zraniłaś się w nogę, a nie w twarz. Zostanie spora blizna. 
-  Cholera! - zaklęła, nie mogąc się powstrzymać. 
-  Czym tak się martwisz? Przecież nikt tego nie zauważy. 
-  Z wyjątkiem Matta. 
-  A  to  dlaczego?  -  spytał  z  pozorną  obojętnością,  sprawdzając  działanie  środka 

znieczulającego. 

-  Bo kiedyś powiedziałeś, że pierwszą rzeczą u kobiety, na którą Matt zwraca uwagę, są 

jej nogi. 

-  Naprawdę tak powiedziałem? 

-. 

-  Owszem. Powiedziałeś też, że Matt zatrudniłby nawet wytresowaną szympansicę, gdyby 

tylko miała zgrabne nogi. 

-  Niekiedy mówię zbyt dużo. - Ewan poczerwieniał. - Postaraj się teraz nie ruszać i nie 

odzywać, chyba że poczujesz ból. 

-  Więc myślisz, że będę żyła? - spytała wesoło, kiedy skończył zakładanie szwów. 
Ewan nie odezwał się ani słowem. Klęczał przed nią i uważnie jej się przyglądał. Potem 

wyciągnął ręce i ujął w dłonie jej twarz. Znieruchomiała, czując, że, serce podchodzi jej do 
gardła.  Widziała  swoje  odbicie  w  oczach  Ewana  i  słyszała  jego  przyspieszony  oddech. 

background image

Powoli zbliżył usta do jej warg. Poddała się jego pocałunkowi, czując wstrząsający jej ciałem 
dreszcz  pożądania.  Ewan  trzymał  ją  w  ramionach  tak  delikatnie,  jakby  była  ze  szkła. 
Przyciągnęła go bliżej do siebie i splotła palce na jego karku. Pod magicznym wpływem jego 
dotyku jej opór zaczął topnieć. Nagle przypomniała sobie, że kiedyś bardzo pragnęła Colina, 
a on tak boleśnie ją zranił. 

-  Przepraszam - wyszeptała. - Nie mogę... 
-  Co się stało? - spytał zakłopotany. 
-  To nie twoja wina - powiedziała drżącym głosem. - To przeze mnie... Bardzo cię 

lubię, ale... 

-  Nadal kochasz Colina? 
-  Nie... Tak... Och, sama już nie wiem. Wiem tylko, że nie chcę znów cierpieć. 
-  Nigdy bym cię nie skrzywdził - powiedział łagodnie. 
-  Wiem,  że  nie  zrobiłbyś  tego  celowo  -  wyszeptała  -  ale  Colin...  mówił,  że  mnie 

kocha, a potem, kiedy odszedł... 

-  Postanowiłaś żyć jak zakonnica? 
-  To niesprawiedliwe, Ewan. 
-  Przepraszam, chyba się w tobie... 

Pospiesznie położyła palce na jego ustach. 

-  W porządku, nie powiem już ani słowa... Jestem cierpliwy. .. mogę zaczekać. 
Spojrzała  na  niego,  ale  czując  przyspieszone  bicie  serca,  szybko  odwróciła  wzrok. 

Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że go pragnie, jednak tak bardzo się bała... 

-  Teraz powinnaś się przespać - powiedział, - Musisz też wziąć dziesięć dni wolnego. 
-  Nie potrzebuję... 
-  To jest polecenie lekarza - rzekł stanowczo, a potem musnął ustami jej włosy. - Jesteś 

zbyt cenna, żeby cię stracić. 

Nie była w stanie wydobyć z siebie słowa. Kiedy odgłos jego kroków ucichł w oddali, 

ukryła twarz w dłoniach i zaczęła żałośnie płakać. 

 

background image

ROZDZIAŁ    SZÓSTY 

 
-  Ma pani podwyższone ciśnienie - powiedziała Rowan. - Znów się pani przemęcza, 

prawda? 

-  Ależ  nie  -  zaprotestowała  Ishbel.  -  Zgodnie  z  pani  zaleceniem  wcale  się  nie 

przemęczam. Większość obowiązków gospodarczych zrzuciłam na barki Jima. 

-  Żeby  móc  biegać  po  Fort  William  w  poszukiwaniu  tapet  do  pokoju  dziecinnego  i 

śpioszków? 

-  Ależ skąd! 
Rowan obrzuciła ją surowym spojrzeniem. 
-  Widziano panią, moja droga.   
Ishbel lekko się skrzywiła. 
-  To pani Ross, prawda? Ta wścibska... 
-  Nie, dowiedziałam się o tym od Ellie - odparła Rowan ze śmiechem. - Pojechała do Fort 

William, żeby kupić sobie suknię na czwartkowy festyn, i przypadkiem panią tam zobaczyła. 

-  Wstąpiłam tylko do paru sklepów, pani doktor... 
-  W ogóle nie powinna pani była jechać do Fort William. Przecież to już ósmy miesiąc 

ciąży i pierwsze dziecko... 

-  Tak, wiem, już mi to pani mówiła. 
-  Więc dlaczego mnie pani nie słucha? - spytała Rowan z irytacją. - Ostrzegam panią, 

że jeśli ciśnienie nadal będzie skakało, zatrzymam panią w szpitalu. I wcale nie żartuję. Jeśli 
dowiem się, że znów była pani w Fort William, to po prostu panią unieruchomię! 

Ishbel kiwnęła głową i z głośnym westchnieniem wyszła z gabinetu. Rowan pomyślała 

z uśmiechem, że na miejscu Ishbel pewnie zachowywałaby się tak samo. Jednakże dla 
spokoju własnego sumienia wolała, by przez następne kilka tygodni pacjentka przestrzegała 
jej zaleceń. 

- Czy z Ishbel wszystko w porządku? - spytał Ewan, stając w drzwiach. - Wyszła stąd w 

dość ponurym nastroju. 

- Trochę  podcięłam  jej  skrzydła  -  zachichotała  Rowan.  -  Jest  w  świetnej  formie, 

naprawdę - dodała, widząc, że Ewan unosi pytająco brwi. - Ma tylko nieco podwyższone 
ciśnienie. 

- Widzę, że wciągnęłaś się w tę sprawę, prawda? 
- Wiem,  że  nie  powinnam,  ale  Ishbel  z  taką  radością  przyjęła  wiadomość  o  ciąży,  że 

chciałabym, aby wszystko poszło jak najlepiej. 

- Czy wciąż nie możesz jej namówić do porodu w Riochan? 
- Nie - pokręciła głową - ale nadal nad tym pracuję. 
- Tylko ty jedna możesz ją do tego nakłonić. Jesteś najbardziej przewrotną kobietą, jaką 

znam. 

Kiedy się odwrócił, chcąc wyjść, pokazała mu język. 
- Dobrze  wiem,  co  robisz,  Rowan  -  oznajmił,  nie  patrząc  na  nią.  -  Zachowujesz  się 

okropnie infantylnie! 

Usłyszał za plecami głośny wybuch śmiechu. Kiedy wszedł do poczekalni, jego pogodny 

background image

nastrój prysł, bo znalazł się w samym środku burzliwej wymiany zdań. 

-  Co tu się dzieje, Ellie? - spytał, widząc jej zaczerwienione policzki i rozwścieczoną 

twarz Aleca Mackenziego. 

-  Próbuję  mu  wytłumaczyć,  że  skoro  nie  chce  iść  do  doktor  Rowan,  to  na  wizytę  u 

ciebie musi zaczekać aż do środy. 

-  O co chodzi, Alec? 
-  Nie życzę sobie, żeby ta kobieta leczyła mnie i moją rodzinę - wyjaśnił, patrząc na 

Ewana wojowniczo. 

Ewan zmarszczył brwi. 
- Ellie, poproś tu doktor Rowan. 
-  Ale ona jest już spóźniona na poranne wizyty... 
-  Natychmiast, Ellie. 
Przez poczekalnię przebiegł szmer cichych uwag pacjentów. 
-  Mam  pełne  prawo  wybrać  sobie  lekarza  -  oświadczył  Alec,  szarpiąc  nerwowo 

kołnierz swej koszuli. 

-  To prawda - przyznał Ewan bezbarwnym głosem. 
-  Nikt nie może mnie zmusić, żebym leczył się u tej kobiety - ciągnął buńczucznie. Na 

widok Rowan nagle zamilkł. 

-  Co się stało? - spytała, patrząc na nich zdezorientowana. 
-  W porządku, Alec - rzekł Ewan z pozornym spokojem. - 

Chcę, 

żebyś... 

żebyście wszyscy państwo - dodał, rozglądając się po poczekalni - uważnie mnie wysłuchali. 
„Ta kobieta" posiada imię oraz nazwisko, Alec. I masz się do niej zwracać „doktor Rowan" 
albo „doktor Sinclair". Zrozumiałeś? 

Alec wyraźnie poczerwieniał, lecz posłusznie kiwnął głową. 
- Doktor Rowan popełniła błąd, zawiadamiając inspektora - ciągnął Ewan - ale 

kierowała się najlepszymi intencjami. 

-  Przez nią straciłem pracę! 
-  Przez kogo? 
-  Przez doktor Rowan - wymamrotał Alec. 
-  Nie  powinieneś  zapominać,  że  doktor  Rowan  zapewne  uratowała  ci  życie.  Jeśli  nie 

chcesz być jej pacjentem, to twoje prawo, ale myślę, że dużo tracisz. Ja bez chwili wahania 
powierzyłbym doktor Rowan swoje życie. 

Alec zamierzał coś powiedzieć, lecz najwyraźniej zmienił zdanie i wybiegł z przychodni, 

trzaskając drzwiami. Oszołomieni pacjenci patrzyli za nim w milczeniu. 

-  Przez  resztę  dnia  będą  mieli  o  czym  rozmawiać  -  zachichotał  Ewan,  wchodząc  za 

Rowan do jej gabinetu. 

-  Czy mówiłeś poważnie, że powierzyłbyś mi swoje życie? 
-  Nie powiedziałbym tego, gdyby było inaczej. Posłuchaj, popełniłaś błąd, ale najwyższy 

czas, żeby zamknąć ten rozdział. Choć wątpię, żeby Alec kiedykolwiek z własnej woli zgłosił 
się do ciebie po poradę, zyskałaś tu wielu przyjaciół. 

-  A najważniejszym z nich jesteś ty - oznajmiła z uśmiechem, a on lekko się skrzywił. 
-  Szczerze mówiąc, miałem nadzieję, że uważasz mnie za kogoś więcej niż przyjaciela. 

background image

Rowan utkwiła wzrok w blacie biurka. 
-  Nie... ponaglaj mnie. 
-  Dobrze - mruknął, gładząc ją po policzku. - Trudno jednak być cierpliwym, widząc, że z 

każdym dniem robisz się coraz ładniejsza. A teraz lepiej już idź - dodał i zniknął. 

Kiwnęła głową, ale kiedy w kilka minut później zjawiła się Ellie, nadal stała nieruchomo, 

pogrążona w myślach. Ellie spojrzała na nią z zadumą. 

-  Wiem, że to nie moja sprawa – powiedziała - ale Ewan... jest miłym człowiekiem. 
-  Owszem. 
-  Więc na czym polega problem? 
Problem  polega  na  tym,  że  bardzo  go  lubię,  pomyślała  Rowan,  ale  Colina  też  kiedyś 

bardzo lubiłam, a potem... 

-  Muszę już iść, Ellie - powiedziała i szybko wyszła. 
Był to długie męczący dzień. Po pięciu wizytach u pacjentów w Glen Donan pojechała 

do Glen Eillan, gdzie miała odwiedzić Iana Norrisa, który rzekomo był na progu śmierci. 
Okazało się jednak, że miał tylko katar i pracował w polu. Marzyła o powrocie do domu, 
ale jeszcze czekała ją wizyta u Geordiego Wilsona. Geordie był coraz słabszy i chudszy, 
a Ewan zapisywał mu coraz silniejsze dawki morfiny. Wiedziała, że wyniszczony organizm 
niebawem  przestanie  tolerować  ten  środek.  W  przeciwieństwie  do  niej,  Tilly  nadal  była 
pełna optymizmu. 

Z  westchnieniem  ulgi  dostrzegła  zaparkowany  przed  domem  Wilsonów  samochód 

Ewana. 

-  Dzień  dobry!  -  zawołała  wesoło  Tilly,  wychodząc  jej  na  spotkanie.  -  Mamy  piękny 

dzień, choć może nieco chłodny. 

-  Jak się czuje Geordie? - spytała Rowan. 
-  Znośnie. Proszę wejść. Dziś rano upiekłam specjalny placek z okazji zbliżających się 

świąt wielkanocnych. 

- Widziałam, że jest tu doktor Ewan. 

Tilly kiwnęła głową. 

-  Stale  nas  odwiedza,  choć  nieraz  mu  mówiłam,  że  nie  ma  wobec  nas  żadnego  długu 

wdzięczności. Po śmierci jego matki przygarnęliśmy go także ze względu na nas samych. Nie 
mieliśmy własnych dzieci, a on był dobrym chłopcem. 

-  Nie wiedziałam, że się nim opiekowaliście - rzekła Rowan ze zdumieniem. 
-  Ewan  jest  bardzo  skryty  -  westchnęła  Tilly.  -  Gdybym  opowiedziała  pani  choćby 

połowę... 

Na widok Ewana wychodzącego z sypialni urwała w pół zdania. 
-  Zapewniam cię, Rowan, że nie ingeruję w twoje sprawy - powiedział Ewan. - Ja 

tylko... 

-  Wiem, dlaczego tu jesteś, i doskonale to rozumiem. 

Spojrzał na nią z ciekawością, a ona pospiesznie zniknęła w pokoju Geordiego. 

-  Czy  wszystko  w  porządku,  pani  doktor?  -  spytała  Tilly,  kiedy  po  zbadaniu  pacjenta 

Rowan wróciła do salonu. 

Rowan  coraz  trudniej  było  udawać,  że  wszystko  jest  „w  porządku",  ale  pod  wpływem 

background image

pełnego niepokoju spojrzenia Tilly odruchowo kiwnęła głową. 

-  Czy wybiera się pani w przyszłym tygodniu na festyn? spytała Tilly, podając jej 

filiżankę herbaty i kawałek placka. 

- Kiedy byliśmy młodsi, nigdy nie przepuszczaliśmy tej okazji. 
- Niestety, nie mogę. Mam w tym czasie dyżur. 
-  Przecież  macie  teraz  te  przenośne  telefony  -  zaoponowała  Tilly.  -  W  razie  potrzeby 

można się z panią skontaktować. 

-  To prawda, ale ja i tak nie piję alkoholu... 
-  Od razu widać, że nie jest pani stąd. - Tilly pokręciła głową. - Ludziom z południa nasz 

festyn kojarzy się wyłącznie z hulanką, morzem alkoholu, a my podczas tej uroczystości roz-
mawiamy, śpiewamy, trochę tańczymy i... 

-  Dużo pijemy - dokończył Ewan z szerokim uśmiechem. 
-  Ale ty się wybierasz, prawda, chłopcze? - spytała Tilly. - 

Moglibyście pójść 

tam razem... 

-  Moja  noga  nie  jest  jeszcze  na  tyle  sprawna,  żebym  mogła  tańczyć,  więc  chyba  dam 

sobie spokój - rzekła Rowan. - Teraz naprawdę muszę już iść - dodała, widząc, że Tilly 
zamierza protestować. - Mam dyżur w przychodni. 

-  Powinieneś lepiej dbać o tę dziewczynę, Ewan - rzekła Tilly z wyrzutem. - Wygląda 

na wykończoną. 

-  Chodzi jej tylko o to, że wyglądasz na zmęczoną - zaśmiał się Ewan, widząc malujące 

się na twarzy Rowan zdziwienie. - Wiesz, Tilly, ona nikogo nie słucha. Po wypadku

 

miała 

wziąć dziesięć dni wolnego, a już po pięciu była z powrotem w pracy! 

Rowan czuła, że musi coś powiedzieć, bez względu na ból, jaki sprawią Tilly jej słowa. 
-  Tilly...  jeśli  sytuacja  zacznie  być  dla  ciebie  zbyt  trudna,  to  postaramy  się,  żeby 

umieszczono Geordiego w szpitalu. 

-  Przez  wszystkie  lata  od  dnia  ślubu  nie  rozstawaliśmy  się,  więc  i  teraz  zostaniemy 

razem - odparła Tilly. 

-  Ale ty też nie masz za dużo sił... - Rowan ujęła w ręce drobną dłoń Tilly. - Zdajesz 

sobie sprawę, że nie zostało mu już wiele czasu, prawda? 

-  Oczywiście... Oboje o tym wiemy, ale przeżyliśmy razem wiele szczęśliwych lat i nie 

boimy się śmierci. Będę bolała nad jego stratą, bo już więcej go nie zobaczę, ale wiem, że 
będzie na mnie czekał po tamtej stronie. Zostanie tu ze mną, dopóki nie zakwitną pierwsze 
żonkile. Zawsze je uwielbiał. 

-  Żonkile? - powtórzyła Rowan. 
-  Kiedy się pobrali, Tilly marzyła o ogrodzie, ale, jak sama widzisz, ziemia jest tutaj 

bardzo licha - wyjaśnił Ewan. - Jednakże Geordie się nie poddał. Pognał do Fort William i 
wrócił do domu pociągiem z sadzonkami kwiatów i krzewów. 

-  Pielęgnowałam je i podlewałam  -  Tilly uśmiechnęła się  do swych wspomnień -  ale 

wszystkie  uschły...  z  wyjątkiem  żonkili.  Z  każdym  rokiem  jest  ich  coraz  więcej,  a  pod 
koniec kwietnia tworzą tu wielki złocisty dywan. 

Rowan spojrzała na skrawek ziemi przed domem. Dostrzegła na nim jedynie jakieś małe 

roślinki z zielonymi listkami. 

background image

-  One  zakwitną  -  zapewniła  ją  Tilly,  podążając  za  jej  wzrokiem.  -  Są  silne  i  zawsze 

zakwitają. Geordie twierdzi, że przypominają mu mnie. 

-  Ciebie? 
-  Mówi,  że  są  jak  piękne  istotki,  żyjące  w  ciężkich  warunkach  -  zaśmiała  się  Tilly.  - 

Geordie jest romantykiem. Zostanie ze mną, dopóki nie zakwitną, a potem odejdzie. 

Rowan  zauważyła  kątem  oka  wykrzywioną  bólem  twarz  Ewana.  Pożegnała  Tilly  i 

podążyła za nim. 

-  Dlaczego  nie  powiedziałeś  mi,  że  Geordie  i  Tilly  zaopiekowali  się  tobą  po  śmierci 

twojej matki? - spytała cicho. - Kiedy pomyślę, że zarzuciłam ci lekceważenie obowiązków 
jako  lekarza...  Dlaczego  nie  powiedziałeś  mi,  że  wiesz,  co  jest  dla  niego  najlepsze, 
ponieważ... go kochasz? 

-  Bo mogę uporać się z tym tylko w jeden sposób: wmawiając sobie, że jest wyłącznie 

moim pacjentem. 

-  Ale przecież on nie jest zwykłym pacjentem, prawda? 
-  Daj spokój, Rowan. Wiem, że masz dobre intencje, ale  proszę...  nie  mówmy  już  o 

tym. 

-  Och, Ewan, nie jesteś maszyną, choćbyś nie wiem jak udawał. Jesteś tylko zwykłym 

człowiekiem,  który  przypadkiem  został  lekarzem.  Wrażliwość,  uczucia  i  ból  nie  są 
grzechem. 

-  Jedź już, bo spóźnisz się na dyżur - powiedział sucho. 
Chcąc dodać mu otuchy, położyła dłoń na jego ramieniu. 
-  Proszę cię, Rowan, idź już! 
Wracając  do  Canny,  miała  oczy  pełne  łez  z  powodu  człowieka,  który  mimo  swego 

cierpienia odtrącił jej pomocną dłoń. 

Wieczorny dyżur nie poprawił jej nastroju. Po obfitych marcowych opadach śniegu nastał 

wilgotny i wietrzny kwiecień, toteż znacznie wzrosła liczba zachorowań na grypę. Jedynym 
jasnym  punktem  wśród  nie  kończącego  się  potoku  kaszlących  i  pociągających  nosem 
pacjentów była wizyta Robbiego i jego pięciu braci. 

-  Robbie  chciałby  coś  pani  powiedzieć  -  oznajmił  najstarszy  z  chłopców,  szturchając 

brata łokciem w żebra. 

-  Jestem  pani  bardzo  wdzięczny  za  to,  że  mnie  pani  uratowała,  doktor  Rowan... 

zwłaszcza że podobno ma pani lęk wysokości - wyrecytował Robbie, wymawiając słowa tak 
starannie  jak  aktor,  który  przez  wiele  dni  powtarzał  swoją  rolę.  -  To,  co  zrobiłem  było 
niemądre, ale... - Zawahał się i zerknął na braci. - Ale gdyby mi się udało, byłby to niezły 
wyczyn! 

Ta  wypowiedź  z  pewnością  nie  była  częścią  wyuczonego  tekstu,  bo  bracia  zgodnie 

zmarszczyli brwi. 

-  Jak twoja noga, Robbie? - spytała, chcąc zmienić temat. 
-  Choler... bardzo swędzi - oznajmił, spoglądając z niechęcią na gips. 
-  Miałeś szczęście, że nie złamałeś nic więcej - powiedziała z uśmiechem. 
Patrząc, jak odchodzą, wystrojeni w swe odświętne ubrania, przypomniała sobie, że zaraz 

po swym przyjeździe bardzo obraźliwie i krytycznie oceniła państwa Galbraithów. Cztery 

background image

miesiące  pobytu  w  tej  okolicy  zupełnie  zmieniły  jej  punkt  widzenia  na  tutejszych 
mieszkańców.  Choć  Galbraithowie  nie  byli  ludźmi  zamożnymi  i  nie  dbali  przesadnie  o 
porządek w domu, cechowała ich serdeczność i pogoda ducha. 

-  Czy ty nie masz domu? - spytał Matt, zaglądając do niej. 
-  To nie potrwa już długo. Pokręcił głową. 
-  Pora, żebyś rzuciła się w wir życia towarzyskiego. 
-  Dobranoc, Matt - powiedziała, lecz on nie ruszył się z miejsca.   
Był wyraźnie czymś zakłopotany. 
-  Czy mogę ci w czymś pomóc? - spytała. 
-  Chciałbym poprosić cię o pewną przysługę. 
-  Jakiego rodzaju? - spytała podejrzliwie. 
-  Żebyś wstawiła się za mną u Ellie - wykrztusił. 
-  No  dobrze,  Matt,  czym  ją  zdenerwowałeś?  Zauważyłam,  że  prawie  ze  sobą  nie 

rozmawiacie. 

-  Nie zrobiłem niczego, co mogło wyprowadzić ją z równowagi, a w każdym razie nie 

miałem takiego zamiaru. Chodzi o to, że... ona nie chce się ze mną umówić. Pomyślałem 
więc, że może gdybyś ty szepnęła jej słówko...               

-  Nie ma mowy, Matt. Nie zamierzam mieszać się w twoje pokrętne afery miłosne,. 
-  Proszę  tylko,  żebyś  się  za  mną  wstawiła.  Mam  wrażenie,  że  Ellie  uważa  mnie  za 

niepoprawnego uwodziciela. 

-  Ciekawe, skąd mogło jej to przyjść do głowy? Dlaczego zależy ci na randce właśnie z 

Ellie? Stale mi powtarzasz, że masz pod dostatkiem chętnych dziewcząt. 

-  Ale  nie  takich  jak  Ellie  -  odparł,  czerwieniejąc  jeszcze  bardziej.  -  Ty  to  wszystko 

rozpętałaś,  radząc  mi,  żebym  się  z  nią  umówił.  To  dało  mi  do  myślenia,  a  im  dłużej  się 
zastanawiałem, rym bardziej... - Zawahał się. - Rowan, ja się w niej zakochałem, a ona nie 
chce poświęcić mi ani chwili. 

-  Och, Matt, ależ ty wszystko zagmatwałeś. 
-  Wiem, ale czy wstawisz się za mną? 
-  Spróbuję. 
-  Kiedy? 
-  W stosownym momencie - rzuciła i zabrała się do pracy. Nigdy nie przyszłoby jej do 

głowy, że Matt może zakochać się w Ellie. Mieli tak bardzo różne charaktery. Podobnie jak 
ty i Ewan, podszepnął jej wewnętrzny głos. Pospiesznie stłumiła tę myśl. Lepiej skup się na 
pracy, Rowan, nakazała sobie. W ciągu pół godziny powinnaś się z tym uporać. 

W godzinę później nadal siedziała w gabinecie. Nagle usłyszała dobiegający z poczekalni 

hałas.  Przez  chwilę  nasłuchiwała,  a  potem  powoli  wstała,  chwyciła  leżące  na  biurku 
nożyczki i z bijącym sercem podeszła do drzwi. Kiedy je otworzyła, ujrzała Ewana, który 
spoglądał na nią pytająco. 

-  Myślę, że wystarczyłoby zwykłe „cześć", Rowan! Opuściła nożyczki i zaśmiała się 

niepewnie. 

-  Próbujesz przyprawić mnie o atak serca! - zawołała. 
-  Pomyślałem, że Matt zapomniał zgasić światła. Co ty tu jeszcze robisz? 

background image

-  Odrabiam zaległości - wyjaśniła, podchodząc do biurka. 
-  Czas do domu, Rowan - oświadczył, zdejmując z wieszaka jej kożuch. 
-  Ale te papiery... 
-  Zostaw je - polecił. - Mogą dzień zaczekać, a ty wyglądasz na bardzo zmęczoną. 
-  Wystarczy mi tylko pół godziny. 
-  Czas do domu, Rowan - powtórzył. 
-  Hej, nie bądź taki apodyktyczny! 
-  To  na  ciebie  jedyny  sposób.  No  chodź,  odprowadzę  cię  do  domu,  a  ty  w  rewanżu 

możesz mnie zaprosić na kawę. 

-  Na kawę? - spytała niepewnie. 
-  To  jest  taki  czarny  płyn,  który  można  pić  ze  śmietanką,  mlekiem  lub  bez  żadnych 

dodatków... 

-  Przestań, przecież wiem, co to jest kawa! 
-  Więc zastanawiasz się nad tym, czy to jedyny powód, dla którego chcę się do ciebie 

wprosić? - spytał łagodnie. 

Rowan zaczerwieniła się lekko. 
-  Przecież już ci mówiłem, że jestem cierpliwy  - powiedział, uśmiechając się do niej 

łagodnie. — Poprosiłem o kawę i nie liczę na nic więcej. 

-  W takim razie może wstąpimy do jakiegoś sklepu... i kupimy coś do jedzenia, dobrze? 
-  Teraz nareszcie mówisz rozsądnie. Umieram z głodu. 
-  Ty  bez  przerwy  jesteś  głodny!  -  zawołała  ze  śmiechem,  wychodząc  za  nim  z 

przychodni. 

Kiedy  kupowali  rybę  i  frytki,  inni  klienci  sklepu  zaczęli  na  nich  zerkać  i  trącać  się 

łokciami. 

-  Czuję się tak, jakbym była złotą rybką w akwarium - powiedziała Rowan z irytacją, gdy 

weszli do mieszkania. 

-  Z czasem się do tego przyzwyczaisz - odparł. 
-  Być może - mruknęła. - Dlaczego nie usiądziesz?   
Nagle na twarzy Ewana pojawiła się irytacja. 
-  Dlaczego tu zawsze jest tak cholernie zimno? - spytał. 
-  Bo centralne ogrzewanie często się psuje. Uderz w kaloryfer tą książką... to  zwykle 

skutkuje. 

Ewan posłuchał jej rady. 
-  To mieszkanie przypomina norę - oznajmił, kiedy z kaloryfera zaczęły wydobywać się 

odgłosy bulgotania. 

-  Serdecznie ci dziękuję!  - zawołała  -  Wydałam majątek  na malowanie ścian, a teraz 

mówisz mi, że mam kiepski gust! 

-  Przecież wiesz, że nie o to mi chodzi. Chodzi o to, że... to ja je wybrałem. 
-  Wiem o tym. 
-  Od jak dawna? - spytał zdumiony. 
-  Od początku. Domyśliłam się, że w ten niezbyt subtelny sposób próbowałeś zniechęcić 

mnie do pozostania 

background image

-  To był ohydny postępek - przyznał ze wstydem. 
-  Szczerze mówiąc, omal nie odniosłeś zwycięstwa. 
-  Musimy znaleźć ci coś innego... 
-  Czy  możesz  przestać  mówić  o  mieszkaniu  i  zabrać  się  do  jedzenia,  zanim  zupełnie 

wystygnie? - przerwała mu. 

Nie zawracali sobie głowy sztućcami ani talerzami. Usiedli na podłodze i jedli palcami 

wprost z papierowego opakowania. 

-  Gdybym  nie  dbała  o  dietę,  to  pewnie  jadałabym  tak  jak  ty  -  powiedziała,  oblizując 

palce ze smakiem. 

-  To wiąże się z naszym zawodem - westchnął. - Jesteśmy tak pochłonięci pouczaniem 

innych, że sami nie mamy czasu na gotowanie. Zapewne dlatego często kończymy zawałem. 

-  Przestań mnie straszyć, bo zamiast zawracać sobie głowę poziomem cholesterolu, po 

prostu od razu padnę trupem! 

Kiedy odrzucił głowę do tyłu i wybuchnął śmiechem, poczuła gwałtowny skurcz serca. 

Dlaczego  ten  mężczyzna  tak  bardzo  ją  pociąga?  Czyżby  jedynym  tego  powodem  była 
samotność? 

- Chciałbym,  żebyś  poszła  ze  mną  na  ten  festyn  –  rzekł  nagle.  -  Jestem  pewny,  że 

będziesz dobrze się bawić. 

- Ale mogę popsuć zabawę tobie, jeśli w połowie wieczoru będę musiała cię opuścić. 
-  Tak czy owak, zrozumiem to. A propos, jak twoja noga? 
-  Wspaniale - odparła, podciągając nogawkę spodni. 
-  Niezła  robota  -  oznajmił, obrzucając  fachowym  spojrzeniem miejsce po założonych 

przez siebie szwach. - Czy nie odczuwasz bólu? - spytał, przesuwając palcami po bliźnie. 

- Nie  -  mruknęła,  czując  ze  zdumieniem,  że  ten  przypadkowy  dotyk  przyprawił  ją  o 

przyspieszone bicie serca. 

-  No więc czy pójdziesz ze mną na ten festyn?   
Pomyślała, że w tej chwili nie odmówiłaby mu niczego. 
-  Dobrze - zdecydowała, a on uśmiechnął się radośnie. 
-  Mój Boże, to już tak późno? - zawołał, zerkając na zegar. - Lepiej pójdę. 
Kiwnęła głową, ale kiedy spojrzała na niego, uniósł jej podbródek i zmarszczył brwi. 
-  Kiedy tak patrzysz, jaki mężczyzna mógłby chcieć od ciebie jedynie kawy? 
-  Ewan... - Uśmiechnęła się niepewnie. 
-  Wiem, wiem. Nie należy niczego robić zbyt pochopnie - wyszeptał, a potem pochylił 

głowę i pocałował ją w usta. 

Choć zaledwie musnął jej wargi, poczuła tak silne pożądanie, że przyciągnęła go do siebie i 

zaczęła  całować.  Nigdy  dotąd  nie  pragnęła  tak  bardzo  żadnego  mężczyzny.  W  szale 
namiętności  nie  zwróciła  uwagi  na  to,  że  Ewan  zsunął  bluzkę  z  jej  ramion,  a  następnie 
rozpiął stanik. Myślała tylko o tym, że pragnie go całym ciałem. Kiedy dotknął ustami jej 
piersi, wstrząsnął nią tak silny dreszcz, że wpiła palce w jego ramiona. Nagle rozległ się ostry 
dzwonek do drzwi. 

-  Nie zwracaj na to uwagi - wyszeptała.         
-  To może być coś ważnego  -  odparł cicho, sięgając po  bluzkę i  zarzucając ją na jej 

background image

ramiona. 

Idąc w stronę drzwi, przeklinała swój zawód. Pomyślała, że może ktoś pomylił adres lub 

chce pytać o drogę. Lecz kimkolwiek jest ten człowiek, wybrał sobie niewłaściwą porę. Gdy 
otworzyła drzwi i zobaczyła stojącego na progu mężczyznę, nie mogła uwierzyć własnym 
oczom. 

-  Colin! 
-  We własnej osobie - odparł z szerokim uśmiechem. 
Miała  kompletny  zamęt  w  głowie.  Jeszcze  kilka  miesięcy  temu  byłaby  to 

najszczęśliwsza chwila w jej życiu, a teraz... 

-  Nie zaprosisz mnie? - spytał. 
-  Tak... oczywiście. - Odsunęła się na bok, rozpaczliwie próbując zebrać myśli. 
-  Przepraszam, nie wiedziałem, że masz gościa - rzekł Colin na widok Ewana. 
Rowan wzięła głęboki oddech. 
-  Coliri, przedstawiam ci Ewana Moncrieffa. Ewan, to jest... Colin Renton. 
Mężczyźni skinęli głowami, ale nie uścisnęli sobie dłoni. 
-  Powinieneś  był  mnie  uprzedzić,  Colin  - wymamrotała.  -  To  nie  jest  odpowiednia 

pora... 

-  Czy moglibyśmy porozmawiać... w cztery oczy? - spytał. 

Rowan spojrzała niepewnie na Ewana. 

-  W  porządku,  Rowan  -  rzekł  cicho  Ewan.  -  Wiem,  kiedy  moje  towarzystwo  jest 

niepożądane. 

-  Nie  o  to  chodzi  -  zaprzeczyła  drżącym  głosem.  -  Po  prostu  Colin  przyjechał  z  tak 

daleka... 

-  Rozumiem - odparł Ewan, kierując się w stronę drzwi. 
Wcale nie rozumiesz, pomyślała, czując bolesne ukłucie w sercu. Jak możesz rozumieć, 

skoro ja sama nie wiem, co czuję? 

- Ewan, zaczekaj! 
Odwrócił się, a ona przez chwilę spoglądała na niego w milczeniu. Targały nią sprzeczne 

uczucia i w końcu sama nie była już pewna, czego naprawdę chce. 

- Do zobaczenia... jutro - wyszeptała, błagając go wzrokiem o wyrozumiałość. 
Spojrzał na nią przeciągle, po czym kiwnął głową i wyszedł. 
-  Dziwny facet - mruknął Colin. 
-  Po co tu przyjechałeś? 
-  Bo zdałem sobie sprawę z tego, że popełniłem największy błąd mojego życia - wyjaśnił. 

- Musiałem tu przyjechać, żeby cię przeprosić i błagać, żebyś do mnie wróciła. 

Czy on naprawdę uważa, że wystarczy przeprosić? - zastanawiała się Rowan. Czy on 

naprawdę uważa, że to wymaże z mojej pamięci wspomnienia o przepłakanych nocach, o 
bólu,  jaki  wówczas  odczuwałam?  Nagle  ujrzała  na  jego  twarzy  znajomy  uśmiech,  który 
zawsze sprawiał, że wszystko mu wybaczała Gwałtownie odwróciła głowę. 

-  Colin,  czy  możemy  porozmawiać  o  tym  jutro?  Miałam  ciężki  dzień.  Wróć  teraz  do 

hotelu, spotkamy się jutro. 

-  Miałem nadzieję, że będę mógł u ciebie przenocować - powiedział z zakłopotaniem. 

background image

-  U mnie? 
-  Nie wiedziałem, że zaczął się sezon połowu łososia i nigdzie nie będzie wolnych miejsc. 

Wystarczy mi kanapa albo podłoga - dodał pośpiesznie, widząc, że Rowan marszczy brwi. - 
Wiem, że nie mogę wkroczyć ponownie w twoje życie tak, jakby nic się nie stało. 

Pomyślała, że Colin ma rację, ale spędziła z nim dwa lata swego życia, których nie mogła tak 

po prostu wymazać z pamięci. 

-  W porządku, zostań - rzekła. - Możesz spać na kanapie. 

Kiwnął głową, a ona wyszła do przedpokoju po pościel. 
Próbowała wmówić sobie, że ucieszyła się z wizyty Colina, że być może jego przyjazd 
uchronił ją od popełnienia okropnego błędu. No dobrze, pomyślała. Ale skoro jestem tak 
cholernie wdzięczna losowi, to dlaczego nigdy w życiu nie czułam się tak bardzo 
nieszczęśliwa? 

 
 
 
 

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

 
-  No  cóż,  nie  chciałabym  plotkować  -  oznajmiła  pani  Ross  z  taką  miną,  że  żaden  z 

klientów małego supermarketu w Cannie nie ośmielił się jej zaprzeczyć - ale to nie jest w 
porządku. 

-  Co nie jest w porządku, pani Ross? - spytała Mary Finlay. 
-  To, że doktor Rowan mieszka z tym młodym człowiekiem. 
-  Przecież nawet nie wiemy, czy ona z nim „mieszka" - rzekła Doris Jones, zaglądając 

do zamrażarki. - Słyszałam, że przyjechał tu tylko na kilka dni. 

-  Możecie  sobie  w  to  wierzyć  -  zawołała  pani  Ross  z  wypiekami  na  policzkach  -  ale 

spytałam przypadkiem Jamiego McNeila, ile jest sypialni w tym mieszkaniu, i wiecie, co mi 
powiedział? - Zniżyła głos do konspiracyjnego szeptu. - Jedna. .. Więc nie wmówicie mi, że 
taki przystojny mężczyzna jak Colin Renton sypia na podłodze. 

-  Pani Ross... 
-  Wiem,  że  doktor  Rowan  pochodzi  z  Londynu,  a  tamtejsza  moralność...  no  cóż, 

pozostawia wiele do życzenia. Doktor Ewan na pewno rozmówi się z nią na osobności. 

-  Pani Ross... 
-  Może  w  Londynie  wypada  tak  się  zachowywać,  ale  w  Cannie  obowiązują  pewne 

zasady przyzwoitości. 

-  Pani Ross! 
-  Proszenie  wymachiwać  mi  ręką  przed  nosem,  pani  Finlay!  -  zawołała  pani  Ross  ze 

złością. - Nie rozumiem... 

Nikt już nigdy nie dowiedział się, czego nie rozumiała, ponieważ w końcu dotarło do niej, 

co Mary chciała jej zakomunikować. Zza wysokiego stosu puszek wyłonił się blady jak ściana 
Ewan. Wszyscy odwrócili z zażenowaniem głowy. Ewan zapłacił za zakupy i wyszedł. 

- Nie obchodzi mnie, czy on usłyszał to, co mówiłam - oznajmiła pani Ross nieco mniej 

background image

wojowniczym tonem, widząc, że klienci spoglądają na nią z wyrzutem. - Nadal uważam, że 
to po prostu nie jest w porządku! 

Ewan był tego samego zdania. Obawiał się, że gdyby nagle spotkał Colina, rzuciłby się 

na niego z gołymi rękami. 

Nie masz do niej żadnego prawa, powtarzał sobie w duchu, mijając Ellie w poczekalni i nie 

reagując na jej serdeczne powitanie. Może mieszkać z kim chce! Zatrzasnął drzwi gabinetu 
i rzucił się na fotel. 

-  Co  się  stało?  -  spytała  Rowan,  kiedy  do  jej  pokoju  weszła  wyraźnie  zaniepokojona 

Ellie. 

-  Chodzi o Ewana. 
-  Znów jest w podłym nastroju? - Rowan westchnęła. 
-  W jeszcze gorszym niż wczoraj. Co go ugryzło? 
-  Zapomnijmy  o  nim  na  chwilę  -  odparła  Rowan,  rozmyślnie  zmieniając  temat.  - 

Chciałabym o czymś z tobą porozmawiać, a teraz nadarza nam się świetna okazja. Chodzi o 
Matta. 

-  O Matta? - Ellie spochmurniała 
-  Prosił mnie, żebym spróbowała namówić cię na... No, po prostu, żebyś zgodziła się z 

nim umówić. 

-  Naprawdę? Muszę przyznać, że nie brak mu tupetu! 
-  Mówiłaś  mi,  że  go  lubisz.  Wiem,  że  czasem  flirtuje...  no,  dobrze,  często  flirtuje  - 

poprawiła się, widząc, że Ellie marszczy brwi - ale wydaje mi się, że tym razem to poważna 
sprawa. Czy umówisz się z nim, nawet gdyby miał to być tylko jeden raz? 

Ellie milczała przez chwilę, a potem lekko się uśmiechnęła. 
- Dobrze, powiedz mu, że spotkam się z nim, ale pod jednym warunkiem. 
- Jakim? 
- Że nikt się o tym nie dowie. 
-  Przecież dobrze wiesz, że tutaj nie da się zachować tego w tajemnicy. 
-  Jeśli naprawdę mu zależy, to znajdzie sposób - odparła Ellie. - Nie chcę, żeby uważano 

mnie za jedną z jego porzuconych zdobyczy. 

- Ależ, Ellie... 
Słysząc odgłos otwieranych drzwi, Rowan nagle zamilkła. 
- Ellie, czy jest jakaś szansa na to, żebyśmy mogli zacząć pracę? - spytał Ewan. - Jest pięć 

po dziewiątej, a nie widziałem jeszcze ani jednego pacjenta! 

Ellie odchrząknęła i kiwnęła głową. 
-  Teraz chyba  rozumiesz, co miałam na myśli  -  rzekła półgłosem  do  Rowan,  idąc  w 

stronę drzwi. 

-  Czeka mnie kolejny zabawny poranek - westchnęła Rowan. - No dobrze, Ellie, poproś 

pierwszego pacjenta. 

To był długi poranek. Wysłuchując skarg i narzekań pacjentów, Rowan doszła w końcu do 

pewnych wniosków. Uznała, że Ewan może wyładowywać swą złość na niej, ale nie ma 
prawa wyżywać się na Ellie i Matcie. Postanowiła położyć temu kres. 

- To  już  ostatnia  pacjentka  -  oznajmiła  Ellie,  kiedy  zegar  wskazywał  jedenastą.  - 

background image

Przyszła Mairi Fisher, w dodatku sama. 

Sporym zaskoczeniem dla Rowan był nie tylko fakt, że pani Fisher zjawiła się bez córki, 

lecz również wyraz  pełnej niepokoju  determinacji,  jaki  dostrzegła  na  jej  twarzy.  Mairi 
usiadła i wzięła głęboki oddech, a potem wybuchnęła płaczem 

-  Mairi, co się stało? - zawołała Rowan, biorąc ją za rękę. 
-  Och, pani doktor, tak mi wstyd - wyszeptała przez łzy. 
-  Mam dopiero dwadzieścia pięć lat... Myślałam, że to zdarza się tylko ludziom starym i 

dzieciom... 

- Mairi,  o  takich  przypadkach  zapewne  słyszałam  już  setki  razy,  więc  proszę  mi 

powiedzieć, co panią martwi. 

Okazało się, że Mairi od narodzin Beth ma kłopoty z utrzymaniem moczu. Myślała, że z 

czasem te kłopoty miną, ale tak się nie stało. Teraz Rowan zrozumiała powód tak częstych 
wizyt Mairi w przychodni. Biedna dziewczyna próbowała zebrać się na odwagę, by wyznać 
jej prawdę. Zrozumiała też, dlaczego tak przesadnie się perfumowała. 

-  Och, Mairi, dlaczego nie powiedziała mi pani o tym wcześniej? - spytała łagodnie. - To 

dość częsta dolegliwość. Polega ona na osłabieniu pewnych mięśni, które może nastąpić w 
wyniku porodu lub nawet tak błahej przyczyny jak chroniczny kaszel. Dam pani ulotkę z 
zalecanymi ćwiczeniami... 

-  Po  urodzeniu  Beth  ćwiczyłam  przez  wiele  miesięcy,  ale  nic  się  nie  zmieniło  - 

wyjąkała, łkając. 

-  Wobec tego umówię panią z ginekologiem. Nie ma powodu do niepokoju, Mairi - dodała 

pospiesznie, widząc jej pełne przerażenia spojrzenie. - Ginekolog przeprowadzi tylko bada-
nia pęcherza, żeby znaleźć przyczyny tej dolegliwości. 

-  A potem? 
-  Kiedy  będę  znała  wyniki  badań,  rozpoczniemy  kurację  najprawdopodobniej  od  serii 

leków, a następnie spotka się pani kilka razy z fizjoterapeutką, która sprawdzi, czy poprawnie 
wykonuje pani ćwiczenia. Może zastosujemy terapię mającą na  celu wzmocnienie mięśni 
poprzez elektrostymulację. 

-  A jeśli to wszystko nie poskutkuje? 
-  Istnieje całe mnóstwo innych metod leczenia. 
-  Czy to znaczy, że mogę zupełnie wyzdrowieć? - spytała Mairi drżącym głosem. 
-  Istnieją na to wszelkie szanse. 
-  A ja myślałam, że tak już będzie do końca życia... 
-  Całkiem  niepotrzebnie  -  przerwała  jej  Rowan.  -  Wiele  kobiet  cierpi  na  podobną 

dolegliwość. 

-  Naprawdę? 
-  Tak - odparła Rowan z uśmiechem. - Zaczniemy od skierowania do ginekologa. Aha - 

dodała, gdy kobieta wstała, zamierzając wyjść z gabinetu - nie musi pani używać perfum. 
Nikt niczego nie poczuje, naprawdę. 

Kiedy została sama, pomyślała z satysfakcją, że to ona miała rację, a Ewan się mylił. Mairi 

nie jest wcale nadopiekuńcza matką, lecz wstydziła się przyznać do swej przykrej dolegliwo-
ści. Rowan cieszyła się, że Mairi wreszcie o wszystkim powiedziała. Oznaczało to bowiem, 

background image

że ma do niej zaufanie. 

-  Przepraszam, Rowan - zaczęła Ellie, wsuwając głowę przez drzwi - ale Ewan pyta, 

czy długo jeszcze zamierzasz tu siedzieć, bo chciałby zacząć odprawę. 

-  Pewnie  powiedział:  „Ellie,  natychmiast  przekaż  Rowan,  że  nie  mam,  do  cholery, 

ochoty marnować dnia!". 

-  Zgadłaś - zaśmiała się Ellie. - Co mam mu przekazać? 
-  Że przyjdę za pięć minut. 
To  była  jedna  z  najkrótszych  i  najbardziej  nieprzyjemnych  odpraw,  w  jakich 

uczestniczyła. Ewan prawie się nie odzywał, a jego posępny nastrój był wręcz zaraźliwy. 
Zarówno ona, jak i Matt przyjęli zakończenie tego zebrania z nie skrywaną ulgą. 

- Nie wiesz przypadkiem, co go ugryzło? - spytał Matt półgłosem, zbierając kubki po 

kawie. 

Rowan pokręciła głową, nie chcąc podejmować tematu. 
-  Rozmawiałam z Ellie - szepnęła. - Jest skłonna umówić się z tobą, pod warunkiem że 

nikt nie będzie o tym wiedział. 

-  Przecież to jest niewykonalne... 
-  Czy wybierasz się dziś na festyn? - spytała wesoło, widząc, że Ewan przygląda im się 

z rozdrażnieniem. 

-  Nie przegapiłbym takiej okazji! A ty? 

Kiwnęła głową. 

-  Pomyślałam,  że  zabiorę  Colina.  Od  przyjazdu  prawie  nigdzie  nie  był,  a  biorąc  pod 

uwagę to, że ja pracuję... 

-  ...od  zaledwie  czterech  miesięcy  i  nie  możesz  liczyć  na  urlop...  -  wtrącił  Ewan  ze 

złością. 

-  Nie przypominam sobie, żebym prosiła o urlop - powiedziała słodkim głosem, lekko 

się rumieniąc. 

-  Jeśli  nie  macie  nic  przeciwko  temu,  to  chyba  pojadę  na  poranne  wizyty  -  oznajmił 

Matt, wymykając się z pokoju. 

Ewan sięgnął po swoje papiery, najwyraźniej zamierzając pójść w ślady Matta. 
-  Musimy porozmawiać - wycedziła Rowan przez zęby. 
-  Nie mam czasu... 
-  Więc postaraj się go znaleźć. Posłuchaj, przykro mi z powodu tego festynu. Wiem, że 

miałam pójść z tobą... 

-  Nie musisz się tłumaczyć - przerwał jej, idąc do drzwi. 

- Ewan, porozmawiaj ze mną... 

-  A o czym tu mówić? Tamtego wieczoru czułaś się samotna i nieszczęśliwa, a ja byłem 

pod ręką. Rozumiem to. 

Podbiegła do drzwi i zatrzasnęła je z hukiem. 
-  Czy zdajesz sobie sprawę, jak bardzo mnie obraziłeś? - wyszeptała drżącym głosem. - 

Tak, to prawda, czułam się samotna i nieszczęśliwa, ale to, co powiedziałeś, zabrzmiało tak, 
jakbyś był... listonoszem czy mleczarzem, a mnie nie robiło to żadnej różnicy. 

-  Sądziłem, że mnie lubisz.,. 

background image

-  Lubię?! - zawołała. - Sądzisz, że... zachowywałabym się tak tamtego wieczoru, gdybym 

czuła do ciebie tylko sympatię? 

-  Ale Colin... 
-  Co Colin? 
Odwrócił wzrok, a ona nagle zaczęła wszystko pojmować. 
-  Podejrzewasz, że z nim sypiam, tak? - zapytała. Na twarzy Ewana malowało się 

napięcie. 

-  Twoje prywatne życie jest wyłącznie twoją sprawą. 
-  Racja,  ale  myślałam,  że  dostrzegłeś  we  mnie  choć  odrobinę  godności  -  wykrztusiła.  - 

Colin odszedł ode mnie i przez niemal rok nie miałam od niego żadnych wiadomości. Czy 
naprawdę sądzisz, że po czymś takim mogłam pójść z nim do łóżka? 

-  Wiem, że go kochałaś... 
-  Ja tak łatwo nie zapominam ani nie wybaczam, Ewan. 
-  Więc nie...? 
-  Colin śpi na kanapie. 
-  Chce, żebyś do niego wróciła, prawda? - spytał cicho. Kiwnęła głową. 
-  A ty... czy zamierzasz do niego wrócić?   
Spojrzała w jego ciemnoniebieskie oczy. 
-  Muszę dać mu chociaż szansę na wyjaśnienie pewnych spraw, Ewan. Może było w tym 

dużo mojej winy? Poświęcałam wiele czasu pracy. Wiem tylko tyle, że kiedyś go kochałam i 
nie mogę tak po prostu wymazać z pamięci tych dwóch lat. 

-  Jak masz zamiar spędzić resztę przedpołudnia? 
-  Idziemy  z  Colinem  po  zakupy,  a  potem  może  zdążymy  zjeść  lunch,  nim  zacznę 

przyjmować w poradni dla kobiet. 

-  Chciałbym zaprosić was  na lunch... jako przeprosiny za  moje  zachowanie  w  ciągu 

tego tygodnia. 

-  Na  lunch?  -  powtórzyła,  spoglądając  na  niego  podejrzliwie.  -  A  dokąd  chcesz  nas 

zaprosić? 

-  ,,Pod Łabędzia" - odparł. - Dlaczego pytasz? Czyżbyś podejrzewała, że mam jakąś inną 

propozycję? - powiedział z przewrotnym błyskiem w oczach. 

-  Chyba nie dziwisz się, że jestem przezorna, co? 
- Przeżyliśmy razem sporo miłych chwil, prawda? 

Powiedział to takim tonem, jakby pogodził się już z myślą, że ona wróci do Colina. Ale 
powrót do Colina oznaczałby, że nigdy więcej nie zobaczyłaby Ewana. Nie ujrzałaby już 
pogodnego uśmiechu, który tak bardzo rozjaśniał jego śniadą twarz, ani ujmującego 
spojrzenia jego oczu, które miały na nią magiczny wpływ. Ta myśl okropnie ją przygnębiła. 

-  Ewan... 
-  Więc jak będzie z tym lunchem? - spytał. 
- Podoba mi się ten pomysł - odparła z uśmiechem. 
Kiedy po skończonych zakupach powiedziała Colinowi o zaproszeniu Ewana, nie okazał 

zbytniego entuzjazmu. 

-  Czy  naprawdę  musimy  iść?  -  spytał  niechętnie.  -  W  każdym  sklepie,  do  którego 

background image

weszliśmy, zawsze znalazł się ktoś, kto prosił cię o jakąś poradę, więc chyba rozumiesz, że 
nie mam ochoty na „lekarski" lunch! 

-  Nie będziemy rozmawiać na tematy zawodowe - obiecała. 
-  Czy  ty  zdajesz  sobie  sprawę  z  tego,  że  w  ogóle  nie  masz  prywatnego  życia?  - 

powiedział, kiedy zmierzali  w stronę  hotelowej restauracji.  - Pracujesz przez dwadzieścia 
cztery godziny na dobę. 

-  Nie jest tak źle... 
-  Rowan, nawet w banku jakaś kobieta dziękowała ci za pigułki, które przepisałaś jej na 

egzemę, a jakaś dziewczyna poprosiła cię, żebyś zbadała jej niedawno narodzone dziecko! 

Zaśmiała się cicho. 
- Muszę  przyznać,  że  najpierw  doprowadzało  mnie  to  do  szału,  ale  teraz  sprawia  mi 

przyjemność. Czuję się akceptowana. 

Colin pokręcił głową. 
- To  się  nazywa  nadużywaniem  twojej  uprzejmości.  Przecież  jak  każdy  człowiek  masz 

prawo do czasu wolnego od pracy. 

Rowan nie skomentowała jego uwagi, ponieważ  czuła, że  gdyby  spróbowała stanąć w 

obronie swej pracy, natychmiast doszłoby między nimi do sporu. 

Ewan  czekał  na  nich  w  hotelowym  holu.  Rowan  odetchnęła  z  ulgą,  widząc,  że  Colin 

odzyskał dobry humor. Przez cały czas był miły i dowcipny. Rowan mówiła niewiele, chcąc 
wykorzystać okazję i przyjrzeć się obu panom. 

Musiała przyznać, że Colin wygląda w swym eleganckim ubraniu niezwykle atrakcyjnie, 

natomiast Ewan... Zachichotała w duchu. Nawet gdyby w lunchu uczestniczyła królowa, 
na pewno włożyłby swą nieśmiertelną tweedową marynarkę i sztruksowe spodnie. Ewan 
nie jest tak przystojny jak Colin. Ma zbyt surowe rysy twarzy, jednak kiedy patrzy na nią i 
czule się do niej uśmiecha, ogarnia ją fala ciepła. 

Powstrzymała się od rozmów na tematy zawodowe aż do deseru, ale potem nie wytrzymała i 

opowiedziała Ewanowi o Mairi. 

-  Zatem się myliłem - przyznał Ewan. - Moje gratulacje. 
-  Dziękuję  -  powiedziała  z  uśmiechem,  lecz  słysząc,  że  zegar  wybija  godzinę  drugą, 

spochmumiała. - Muszę iść, bo inaczej spóźnię się do poradni... choć pewnie te nieliczne 
pacjentki, które przyjdą, zaczekają kilka minut. 

-  Dalej masz kłopoty z namówieniem kobiet do badań kontrolnych? - spytał Ewan, kiedy 

wstawali od stołu. 

-  Jest  coraz  lepiej,  ale  nadal  natrafiam  na  silny  opór.  Przepraszam,  Colin  -  dodała, 

widząc  jego  znudzoną  minę.  -  Obiecałam,  że  nie  będziemy  rozmawiać  o  sprawach 
zawodowych... 

-  Przywykłem do tego  - odparł, wzruszając ramionami.  -Tylko nie wracaj zbyt późno, 

Rowan. Nie zapominaj, że idziemy na festyn. Wiesz, że nie znoszę niepunktualności. 

-  Dobrze! - zawołała, machając do niego na pożegnanie. 
-  Popełniłaś błąd - oznajmił Ewan, patrząc przed siebie. 
-  Jaki błąd? 
-  Pochopnie dając słowo... Tylko popatrz. 

background image

Spojrzała we wskazanym kierunku i wręcz zaniemówiła. Na parkingu przed przychodnią 

nie było wolnego miejsca. 

-  Co się, u licha, stało? - spytała zaniepokojona. 
-  Albo dotarłaś do tych kobiet, albo wybuchła epidemia odry - zażartował Ewan. 
-  Dowcipniś - skarciła go, wchodząc do przychodni. 

Poczekalnia pękała w szwach. Niektóre kobiety siedziały na krzesłach, a inne przycupnęły na 
parapetach lub stały pod ścianami. Między nimi kręciła się nerwowo Ellie. 

-  Jeśli dziwi cię ten tłum, to żałuj, że nie byłaś tu pół godziny temu - rzekła Ellie. - One 

przyszły na badania cytologiczne. Nie mam pojęcia, jak się z tym uporamy w ciągu trzech 
godzin. 

-  Służę ci pomocą przez jakąś godzinę - zaproponował Ewan. 
-  Przepraszam,  doktorze,  nie  chciałabym  pana  urazić  -  oświadczyła  rudowłosa  Annie 

Galbraith - ale przyszłyśmy do pani doktor. 

-  Dobrze, Annie - odparł Ewan z lekkim rozbawieniem. - Przykro mi, Rowan - dodał z 

ukłonem - chyba jesteś zdana wyłącznie na siebie. 

Z tymi słowami opuścił przychodnię. 
-  To  robota  Annie  Galbraith  -  oznajmiła  Ellie,  wchodząc  za  Rowan  do  gabinetu.  - 

Odwiedziła wszystkie swoje przyjaciółki i namówiła je do przyjścia. 

-  Jak jej się to udało? - spytała Rowan. 

 

-  Nie wiem. Nie chciała mi zdradzić swojego sekretu. Czy mam ją poprosić najpierw? 
Rowan kiwnęła głową. 
-  Zapewniam panią, że nie pochwalam wtykania nosa w cudze sprawy - oznajmiła Annie, 

siadając  -  ale  poszła  pani  w  góry,  żeby  ratować  mojego  syna,  więc  postanowiłam,  że 
przynajmniej mogę zgłosić się na to badanie. 

-  Miło  mi  to  słyszeć,  Annie  -  odparła  Rowan.  -  Ale  skąd  się  wzięły  te  wszystkie 

kobiety? 

- Nie chciały przyjść wcześniej, bo bały się, że wykryjecie jakąś straszną chorobę. No więc 

powiedziałam  im,  że  skoro  pani  doktor  mogła  przezwyciężyć  lęk  wysokości,  to  my  też 
możemy pokonać nasz strach. 

Rowan patrzyła na Annie ze zdumieniem. Jej wysiłki nie dały oczekiwanych rezultatów, 

Annie zaś nakłoniła je do przyjścia jednym jedynym argumentem. 

- Bardzo pani dziękuję - powiedziała. 
Tego dnia przeprowadziła całą serię uciążliwych badań, a gdy skończyła i zerknęła na 

zegar, nie mogła uwierzyć, że jest już siódma. 

-  Dziękuję, Ellie, że zostałaś tak długo - powiedziała. 
-  Za  żadne  skarby  nie  ominęłabym  takiej  okazji  -  odparła  Ellie.  -  To  trochę 

przypominało posezonową wyprzedaż, prawda? 

-  Masz  rację  -  zachichotała  Rowan.  -  Lepiej  idź  już  do  domu.  Na  pewno  jesteś 

wykończona. 

-  Nie na tyle, żeby nie przetańczyć całej nocy. 
Rowan spojrzała na nią pytająco, a potem jęknęła. Zupełnie zapomniała o festynie. Kiedy 

dotarła  do  domu,  dochodziła  ósma.  Jeden  rzut  oka  na  twarz  Colina  wystarczył,  by 

background image

stwierdzić, że jest wściekły. 

-  Naprawdę bardzo cię przepraszam - wymamrotała ze skruchą - ale moja poradnia... 
-  Wiesz bardzo dobrze, że gdyby nie ta twoja przeklęta poradnia, to wypadłoby ci coś 

innego - przerwał jej ze złością. - Zawsze się znajdzie jakiś cholerny pretekst! 

-  Możemy  jeszcze  tam  pójść.  Daj  mi  tylko  pół  godziny,  żebym  mogła  się  umyć  i 

przebrać... 

-  Czy ty nie jesteś w stanie choć raz dotrzymać słowa? Odkąd tu jestem, nie prosiłem 

cię o wiele, jednak sądziłem, że choć raz uda ci się wywiązać z obietnicy! 

-  Przecież nie zrobiłam tego specjalnie! Naprawdę, ale Annie... 
-  Oszczędź mi szczegółów i idź się przebrać! 
Rowan była bardzo zmęczona. Marzyła o gorącej kąpieli i spokojnej nocy, jednak dała 

słowo...  Szybko  umyła  włosy  i  wzięła  prysznic,  a  potem  zaczęła  przetrząsać  szafę  w 
poszukiwaniu odpowiedniego stroju. W końcu zdecydowała się na zieloną, wełnianą suknię 
z białymi koronkowymi mankietami i kołnierzykiem. 

-  Idziesz w tym stroju? - spytał Colin ze zdumieniem. 
-  Mogą mnie w każdej chwili wezwać do pacjenta... 
-  Myślałem, że zamienisz się z kimś na dyżur! - zawołał. - Pewnie nawet nikogo o to nie 

poprosiłaś, co? - dodał, widząc wypieki na jej twarzy. - Do cholery... 

-  Proszę  cię,  przestań.  -  Zagryzła  wargi.  -  Miałam  ciężki  dzień  i  nie  chcę  się  z  tobą 

spierać. 

-  Zawsze ta twoja przeklęta praca. 
-  Colin... 
-  Mogliśmy być szczęśliwi. Mój szef cię lubi... Twierdzi, że jesteś bardzo inteligentna i 

że byłabyś wspaniałą żoną. Mnie uważa za skończonego głupca, że pozwoliłem ci odejść. 
Pragnę cię poślubić, Rowan. Chcę, żebyś rzuciła tę idiotyczną pracę, wróciła do Londynu i 
wyszła za mnie. 

-  Idiotyczną pracę? - Rowan zesztywniała. 
-  Tak  dużo  dajesz  z  siebie  pacjentom,  a  tak  niewiele  mnie.  Twoja  praca  zawsze  była 

kością niezgody między nami. Jestem pewny, że powodem naszych kłótni był wyłącznie 
twój zawód. 

Nagle z przerażającą jasnością zdała sobie sprawę, że ani Colin nie kocha jej, ani ona nie 

kocha jego. Była tylko zauroczona jego urodą i dumna z tego, że przyjaciółki zazdrościły jej 
takiego szczęścia. Przez dwa lata próbowała dostosować się do jego świata i wymagań, a 
kiedy odszedł, całą winą obarczyła siebie. Doszła do wniosku, że nie powinna niczego sobie 
wyrzucać. Ten związek nie ma przyszłości. 

-  Nie mogę za ciebie wyjść, Colin. 
-  Pewnie nie jest to odpowiednia chwila, żeby prosić cię... Zmusiła się do uśmiechu. 
-  Wręcz przeciwnie. I jeszcze raz powtórzę: nie wyjdę za ciebie. 
-  Ale ja cię kocham... 
-  To niemożliwe. Gdybyś naprawdę mnie kochał, nie prosiłbyś, żebym zrezygnowała z 

pracy. 

-  Przecież to tylko praca, Rowan! - zawołał. 

background image

Potrząsnęła głową. 

- Nie, mój zawód jest nieodłączną częścią mnie, tak jak kolor moich włosów czy oczu, i 

nie mogłabym z niego zrezygnować. 

- Albo ja, albo praca... musisz wybrać. 
-  Uważam,  że  prawdziwa  miłość  nie  polega  na  stawianiu  warunków,  Colin  - 

powiedziała ze smutkiem. 

-  I sądzisz, że zapewni ci ją ten facet, który ubiera się w sklepie z używaną odzieżą? 
Rowan poczerwieniała. 
-  Jeśli masz na myśli Ewana, to jesteśmy kolegami z... 
-  Jasne  - mruknął z przekąsem.  - Przecież tobie zupełnie  wystarczy więź psychiczna, 

prawda? Ty funkcjonujesz jedynie od pasa w górę. 

Rowan spurpurowiała. 
-  Colin... 
-  Nie  mów  już  nic  więcej!  Powiedziałaś  mi  wszystko  jasno,  zatem  chodźmy  na  ten 

festyn, zanim się skończy! 

-  Więc mimo to chcesz tam pójść? - spytała zdziwiona. 
-  A co innego mi proponujesz? Chcesz, żebyśmy przez resztę wieczoru siedzieli w tym 

obskurnym mieszkaniu i wpatrywali się w siebie? 

Kiedy dotarli na miejsce,  zabawa była  w pełnym toku. Widząc kobiety  w odświętnych 

strojach i mężczyzn w szkockich kiltach, Rowan musiała przyznać Colinowi rację: ubrała się 
nieodpowiednio,  ale  nie  mogła  już  tego  zmienić.  Przez  chwilę  stała  niepewnie,  a  potem 
dostrzegła Ellie i Matta, którzy wzywali ich gestem. 

- Trzymaliśmy dla was te miejsca - oznajmił Matt. - Zapewniam was, że wymagało to od 

nas ogromnego wysiłku. Pod koniec wieczoru zmęczeni tańcem ludzie będą się o nie zabijać! 

Rowan zaśmiała się i usiadła. 
-  Wyglądasz  uroczo,  Ellie  -  oznajmiła,  przyglądając  się  różowej  sukni,  która  świetnie 

harmonizowała z jej cerą i włosami. 

-  Co go ugryzło? - spytał Matt, kiedy Colin, bez słowa wyjaśnienia, oddalił się w stronę 

baru. 

-  Nawet nie pytaj - westchnęła Rowan. 
-  Popatrz,  tam  jest  Ewan  -  powiedziała  Ellie.  -  Ewan...  chodź  do  nas!  -  zawołała, 

machając do niego ręką. 

Kiedy Rowan go zobaczyła, aż oniemiała ze zdumienia. W szkockim stroju wydał jej 

się przystojniejszy od Colina. 

-  Przy tobie czuję się jak Kopciuszek - rzekła ze śmiechem. 
-  Nie rozumiem dlaczego - odparł łagodnie. - Moim zdaniem wyglądasz wspaniale; ale ty 

wyglądałabyś cudownie nawet w worku. 

-  To bardzo wyszukany komplement... 
-  To po prostu prawda. Chodź, zatańczymy. 
Dawno nie bawiła się tak wspaniale. Gdy wieczór się kończył, stwierdziła, że Colin jest 

nadal w kiepskim nastroju. 

- Nie  możesz  zmusić  go  do  zabawy,  Rowan  –  powiedział  Matt,  widząc  jej  posępną 

background image

minę.. 

Ale on przez cały czas sterczy przy barze. 
-  No cóż, skoro sprawia mu to przyjemność... 
-  Niestety, chyba nie - odparła. 
-  Ewan właśnie do niego podchodzi - oznajmił Matt. - Może go trochę rozweseli. 
Colin nie miał bynajmniej ochoty na to, by ktoś go rozweselał, a już na pewno nie życzył 

sobie towarzystwa Ewana. 

-  Przyszedłeś,  żeby  sycić  się  zwycięstwem,  prawda?  -  spytał  ochrypłym  głosem, 

wyciągając  szklankę  w  jego  stronę  i  wylewając  przy  tym  na  podłogę  sporą  część  jej 
zawartości. 

-  Posłuchaj,  może  odwiozę  cię  do  domu?  -  zaproponował  Ewan,  widząc,  że  Colin  z 

trudem trzyma się na nogach. - To niecałe dziesięć minut... 

-  Wiesz, ona mi odmówiła - wybełkotał Colin - więc jeśli interesuje cię ta zimna suka... 
Ewan złowieszczo zmarszczył brwi. 
-  Mów ciszej, Colin. 
-  Nie  lubisz  słuchać  prawdy,  co?  -  Colin  zrobił  ironiczną  minę.  -  Ale  ona  taka  jest. 

Podniecają tylko ta przeklęta praca. 

-  Chyba już dosyć powiedziałeś... 
-  Rowan jest bardzo kiepska w łóżku, wiesz - przerwał mu Colin, głośno czkając. 
-  Jeśli natychmiast nie zamilkniesz, to daję słowo, że własnoręcznie zamknę ci usta - 

wycedził Ewan. 

-  Dlaczego? Ona chyba chciałaby, żeby jej ukocham pacjenci dowiedzieli się, że mogą ją 

uważać  za  cudowną  lekarkę.  Ma  tyle  seksu  co  ryba.  Posłuchajcie,  mieszkańcy  Canny!  - 
zawołał, chwiejąc się na nogach. - Doktor Rowan... 

Nie zdążył dokończyć, bo pięść Ewana wylądowała na jego nosie. Colin zatoczył się i 

wpadł na pobliski stół. Rozległ się brzęk tłuczonego szkła, muzyka nagle ucichła, a goście 
zgromadzili się wokół miejsca wypadku. 

- Co się stało? - spytała Rowan z zakłopotaniem, widząc zakrwawioną twarz Colina i 

zadrapania na dłoni Ewana. 

Żaden  z  nich  nie  odezwał  się  ani  słowem.  Rowan,  czerwona  ze  wstydu,  pomogła 

Colinowi wstać. 

-  Myślę,  że  podłoga  okazała  się  dla  mojego  przyjaciela  zbyt  śliska  -  wyjaśniła 

zgromadzonym wokół gapiom. - Ewan, pomóż mi odwieźć go do domu, dobrze? 

Droga  do  drzwi  wydawała  jej  się  ciągnąć  w  nieskończoność.  Bez  wątpienia  nikt  nie 

uwierzył w jej tłumaczenie. 

-  No dobrze, więc co między wami zaszło? - spytała, gdy znaleźli się na dworze. 
-  Powiedziałem coś, z czym Ewan się nie zgodził  -  wymamrotał Colin, drżącą  dłonią 

wycierając krew z nosa. 

-  Czy tak było istotnie, Ewan? - spytała. 

Potakująco kiwnął głową. 

-  I dlatego go uderzyłeś? Nie rozumiem... Podaj mi choć jeden rozsądny powód, żebym 

zrozumiała, dlaczego wywołałeś tę awanturę? Całe miasto będzie teraz o tym plotkować! 

background image

-  Może chciałem poddać próbie swoje nowe wcielenie? - odparł, siląc się na uśmiech. - 

Żegnaj, stary nudziarzu... Witaj człowieku czynu! 

-  Skoro próbujesz obrócić wszystko w żart, to nie mam ci nic więcej do powiedzenia - 

oznajmiła, odwracając się od niego. 

-  Rowan,  to  nie  było  tak!  -  zawołał  za  nią,  ale  ona  wzięła  Colina  pod  ramię  i  nie 

odwracając się, poprowadziła go w stronę samochodu. 

Och, Rowan, pomyślała posępnie. Chyba nie umiesz wybierać sobie mężczyzn. 

 
 

ROZDZIAŁ ÓSMY 

 
-  Dwa kartony naproxenu, dwa diazepamu... 
-  Kiedy ty w końcu wybaczysz Ewanowi, Rowan? Od tego  festynu  upłynęły  już  trzy 

tygodnie... 

-  Cztery  pudła  signopamu,  sześć...  nie,  przepraszam,  Ellie,  siedem  opakowań  małych 

sterylnych plastrów... 

-  Colin wyjechał i ludzie zaczynają już zapominać... 
-  Zapominać!  -  zawołała  Rowan.  -  Oni  nigdy  nie  zapomną,  Ellie,  a  najgorsze  w  tym 

wszystkim  jest  to,  że  na  mnie  zrzucają  całą  winę.  To  nie  ja  wywołałam  tę  awanturę,  ale 
dobrze wiem, co wszyscy mówią: „Nigdy nie doszło w Cannie do podobnej sceny, dopóki 
nie zjawiła się tu ona". 

-  Ależ, Rowan... 
-  Ledwo  wybaczono  mi  tę  pomyłkę  z  Alekiem  Mackenziem,  kiedy  Ewan  wywołał 

awanturę. Och, mogłabym go za to zamordować! 

-  Czy nie sądzisz, że to pogorszyłoby sytuację? 

Rowan zrobiła wojowniczą minę. 

- Chyba tak, ale zapewniam cię, że poczułabym się znacznie lepiej! 
Ellie z westchnieniem zebrała formularze. 
- O ile się nie mylę, Ewan do tej pory nie powiedział ci, dlaczego to zrobił? 
Rowan pokręciła głową. 
- Kiedy o tym mowa, zaciska usta, marszczy czoło i milczy jak zaklęty. 
- I dlatego traktujesz go tak chłodno? 
-  Owszem - odparta Rowan, zamykając szafkę z lekami. Nagle dostrzegła Ewana, który 

zmierzał w ich kierunku. 

-  Czyżbyście już skończyły remanent? - spytał nieco zdziwiony. 
-  Dzięki  pomocy  Rowan,  uporałyśmy  się  z  tym  błyskawicznie  -  odparta  EUie  z 

uśmiechem, a potem spojrzała z zakłopotaniem na zaciętą twarz Rowan i pełne niepokoju 
oczy Ewana. - No cóż, jeśli nie jestem już potrzebna, to chyba wrócę  do biura  - dodała i 
pospiesznie odeszła, 

-  Paskudna dziś pogoda. - Ewan spojrzał na mokre od deszczu szyby. 
-  Owszem. 

background image

-  Wygląda  na  to,  że  w  tym  roku  zamiast  kwietniowych  kapuśniaczków  czekają  nas 

wichury i ulewne deszcze. 

-  Tak. 
-  Rowan... 
-  Przyszły  wyniki  badania  krwi  pani  Lennox.  Tak  jak  podejrzewałeś,  ma  anemię. 

Natomiast alarm w sprawie Freda Cartera został odwołany, więc będziemy musieli ponownie 
rozważyć jego przypadek. 

-  Rowan, proszę... 
-  Czy w wolnej chwili mógłbyś zerknąć na historię choroby  Iana Darnleya? Być może 

miewa tylko napady lęku, ale podejrzewam, że kryje się za tym coś więcej. 

-  Rowan, to jakiś obłęd! - zawołał. - Ile razy mam cię przepraszać? 
-  Ile  tylko  zechcesz  -  odparła  obojętnym  tonem.  -  Dopóki  nie  wyjaśnisz  mi,  dlaczego 

uderzyłeś Colina, będę z tobą rozmawiać wyłącznie o sprawach służbowych. 

-  Czy to naprawdę ma dla ciebie aż tak wielkie znaczenie? Jest tyle ważniejszych spraw. 
-  Tak. Ma znaczenie, bo to ja zaprosiłam Colina na ten festyn. A poza tym nie lubię 

tajemnic. 

-  Nie mam zwyczaju bić ludzi - oznajmił z uśmiechem. 
-  Więc Colin był wyjątkiem? 
-  Colin to już przeszłość. - Ewan spoważniał. - Czy nie możesz po prostu zapomnieć o 

nim i o tym całym niefortunnym zajściu? 

Pokręciła głową. 
-  Colin nie będzie przeszłością w pełnym tego słowa znaczeniu, dopóki nie dowiem się 

prawdy. 

-  Przykro mi, ale nie mogę ci tego powiedzieć. 
-  Wobec  tego  mnie  też  jest  przykro  -  oznajmiła,  a  potem  odwróciła  się  na  pięcie  i 

wyszła na korytarz. 

Zastanawiała  się,  czy  przypadkiem  nie  wyolbrzymia  całej  sprawy.  Myślała,  że  zna 

Colina, ale się myliła. Nie chciała popełnić tego samego błędu w stosunku do Ewana. 

-  Sądziłem, że masz dzisiaj wolne - powiedział Matt, wychodząc ze swego gabinetu i 

omal na nią nie wpadając. 

-  Pomagałam Ellie przy spisie leków - wyjaśniła. 
-  Za dużo czasu spędzasz w przychodni. Powinnaś więcej bywać. 
-  Lubię to, co robię  -  odparła, a  potem wepchnęła  go delikatnie z powrotem do jego 

gabinetu. - Skróć moje męki, Matt - poprosiła - i powiedz mi, jak się układa między tobą a 
Ellie. 

-  Stajesz się wścibska jak tutejsze plotkary.   
Wydęła wargi. 
-  Chciałabym tylko wiedzieć, czy wszystko jest dobrze. Uśmiechnął się szeroko. 
-  Lepiej niż dobrze... jest wspaniale. 
-  Moje gratulacje - powiedziała. - Nie dotarły do mnie żadne plotki na wasz temat. Jak 

wam się udało utrzymać tajemnicę? 

-  Zwyczajnie, drogi Watsonie. Wyjeżdżamy z Canny w przeciwnych kierunkach, a 

background image

potem spotykamy się w umówionym miejscu. Ellie przesiada się do mojego samochodu i 
jedziemy do jakiejś restauracji czy pubu, możliwie jak najdalej od Canny. 

Rowan wybuchnęła śmiechem. 
-  Mój Boże, to brzmi tak, jakbyście byli agentami wywiadu! 
-  Najważniejsze,  że  jest  skuteczne.  Mogę  dać  tobie  i  Ewanowi  listę  pubów  oraz 

restauracji... 

-  Zapomnij o tym, Matt - przerwała mu pospiesznie. 
-  On jest w tobie zakochany, Rowan. 
-  Może tak, a może nie, ale to nie twoja sprawa. 
-  Masz rację - odparł, wzruszając ramionami - jednak gdybyś chciała, żeby ktoś wbił 

mu trochę rozumu do głowy, to pamiętaj, że w czasie studiów trenowałem boks. 

-  Czy  chcesz,  żebym  znalazła  się  poza  nawiasem  tutejszego  społeczeństwa?  - 

zaprotestowała. - Mam już w Cannie na tyle złą opinię, że brakuje mi tylko waszej bijatyki 
na ulicy! 

-  Wiele  był  dał  za  to,  żeby  przy  tej  okazji  zobaczyć  minę  pani  Ross!  -  zawołał  z 

błyskiem w oczach. 

-  Matt,  zachowaj  ten  obraz  w  swojej  wyobraźni  -  rzekła  ze  śmiechem,  a  potem 

westchnęła. - Nie masz pojęcia, jak bardzo tęsknię za anonimowością, jaką zapewnia wielkie 
miasto. 

-  Posłuchaj, nie pozwól tym wścibskim babom zaleźć ci za skórę. Pomyśl o kobietach, 

które  przychodzą  do  twojej  poradni,  takich  jak  Annie  Galbraith  czy  Ishbel  Coghill.  Czy 
sądzisz, że one interesują się twoim prywatnym życiem? 

-  Chyba nie - odparła bez przekonania – ale bywają takie chwile... 
-  Czy myślisz, że o tym nie wiem? Posłuchaj, jeśli naprawdę tak bardzo przejmujesz się 

plotkami, to może dałabyś tym wścibskim babom prawdziwy powód do gadania, co? 

-  Na przykład? 
-  No, ty i Ewan. 
-  Do widzenia, Matt - rzekła i wyszła z jego gabinetu. 
Wiedziała, że Mattem kierują dobre intencje, lecz wiedziała też, że jeśli ma wystawić 

uczucia na kolejną próbę, musi zyskać absolutną pewność, a w tej chwili nie była niczego 
pewna 

-  Hej, co się stało? - spytała, przechodząc obok recepcji i widząc zafrasowaną twarz 

Ellie. 

-  Och,  to  po  prostu  doprowadza  mnie  do  szału!  -  zawołała  Ellie  z  irytacją.  -  Każdego 

ranka to samo! Dzwonią w ostatniej chwili, żeby zamówić wizytę. 

-  Ewan już wyszedł, prawda? 
-  Ponad  pół  godziny  temu.  Gdyby  pani  Dean  zadzwoniła  w  sprawie  syna  trochę 

wcześniej,  Ewan  mógłby  wpaść  do  nich  w  pierwszej  kolejności,  a  teraz  będzie  musiał 
nadłożyć spory kawał drogi. 

-  Czy syn pani Dean nie ma przypadkiem na imię Billy? 
-  Znasz go? 

Rowan kiwnęła głową. 

background image

-  Poznałam go, kiedy leżał w Riochan po upadku z dachu. Czy pani Dean powiedziała, 

co mu dolega? 

-  Podejrzewa  grypę,  co  nie  jest  zaskakujące,  ponieważ  połowa  sąsiadów  już  na  nią 

choruje. 

-  Pojadę do niego. 
-  Myślałam, że wybierasz się po zakupy. 
-  Zakupy mogą zaczekać - odparła Rowan z uśmiechem, wychodząc z ośrodka. 
Ledwo zdążyła zaparkować samochód przed domem Fiony Dean, kiedy zobaczyła bladą 

jak ściana gospodynię, która wybiegła jej na spotkanie. 

- Och, doktor Rowan, tak się cieszę! - zawołała. – Bardzo niepokoję się o Billy'ego. Jest 

okropnie blady i... 

-  Proszę  mnie  do  niego  zaprowadzić  -  przerwała  jej  Rowan,  wyjmując  z  samochodu 

torbę lekarską. 

-  Chyba jestem po prostu przewrażliwiona - ciągnęła pani Dean, wprowadzając Rowan 

do niewielkiej sypialni. - To pewnie tylko grypa... 

-  Czy może pani rozsunąć zasłony? - poprosiła Rowan, wyjmując stetoskop. - Tu jest za 

ciemno. 

-  Musiałam zasłonić okno - wyjaśniła kobieta. - Billy mówił, że światło razi go w oczy. 
Rowan poczuła przeszywający ją dreszcz przerażenia. Boże, proszę, zaczęła modlić się w 

duchu, nie pozwól, żeby to było to... Boże, tylko nie to... 

-  Czy wymiotował? - spytała. - Czy skarżył się na bóle krzyża lub głowy? 
-  Trochę wymiotował przed jakąś godziną, ale... 
-  Bóle głowy, pleców? 
-  Wcześniej mówił, że go bolą. 
-  Nie czujesz się najlepiej, co, Billy? - powiedziała łagodnie, delikatnie go badając. 
Chłopiec  nie  zareagował.  Odniosła  wrażenie,  że  nie  bardzo  zdaje  sobie  sprawę  z  jej 

obecności. 

- Pewnie jest trochę wyczerpany po bezsennej nocy - wyszeptała Fiona. - Mówią, że sen 

jest dla chorego najlepszym lekarstwem. 

-  Skąd mogę zadzwonić? 
-  O Boże, telefon nie działa. A gdzie... zamierza pani zadzwonić? 
-  Muszę wezwać pogotowie lotnicze - wyjaśniła Rowan, starając się zachować spokój. 
Fiona spojrzała na nią z przerażeniem. 
-  Och, co się stało? Co z nim jest? 
-  Wytłumaczę to pani za chwilę, teraz muszę skorzystać z mojego radia w 

samochodzie. Proszę zostać z synem. Pani obecność podziała na niego uspokajająco. 

Szybko wybiegła z domu. Jeśli jej diagnoza jest trafna, nie ma czasu do stracenia. Kiedy 

wróciła do sypialni, pani Dean chwyciła ją kurczowo za ramię. 

-  Proszę mi powiedzieć... Muszę wiedzieć, co mu jest! Rowan głęboko odetchnęła. 
-  Podejrzewam, że... to może być zapalenie opon mózgowych. 
-  Och, nie! -jęknęła kobieta. - To u dzieci jest śmiertelne, prawda? W zeszłym roku mój 

mąż zginął w wypadku i nie przeżyłabym, gdybym straciła również syna! 

background image

-  Zapalenie opon mózgowych można wyleczyć, pani Dean - powiedziała Rowan, choć 

była nie mniej przerażona niż matka chłopca. - Kiedy znajdzie się już w szpitalu... 

Fiona osunęła się bezwładnie na krzesło. 
- Powinnam była zadzwonić do was wcześniej, ale myślałam, że to tylko grypa. Och, 

Boże, on nie może umrzeć... 

- Jestem pewna, że wszystko będzie dobrze - przerwała jej Rowan, mocno ściskając ją za 

ramiona. - Nie wolno pani wpadać w panikę. Billy nie może widzieć pani przerażenia; to 
miałoby na niego bardzo zły wpływ. 

Fiona Dean drżącą ręką otarła twarz, odetchnęła głęboko i kiwnęła głową. 
-  Kiedy... może przylecieć karetka? 
-  Myślę, że szybko. 
Fiona  usiadła  obok  łóżka  syna  i  wpatrywała  się  w  niego  tak,  jakby  siłą  woli  chciała 

zachować  go  przy  życiu.  Rowan  obserwowała  chłopca  z  nie  mniejszym  skupieniem, 
wypatrując objawów pogorszenia. Zastanawiała się, co wtedy będzie, i ze smutkiem zdała 
sobie sprawę, że nie może mu pomóc. Wycierając rąbka rozpalone czoło chłopca, modliła 
się w duchu, by jak najprędzej dotarł do nich odgłos lądującego śmigłowca. 

- Przed  domem  zatrzymał  się  jakiś  samochód!  –  zawołała  nagle  Fiona.  -  To  pewnie 

sąsiedzi. Czy mogłaby pani z nimi porozmawiać? Ja nie jestem w stanie... 

Rowan kiwnęła głową i poszła otworzyć drzwi. 
-  Och, Ewan, nigdy w życiu nie ucieszył mnie tak bardzo czyjś widok! - wykrzyknęła. - 

Jak się dowiedziałeś? 

-  Usłyszałem w radio twoje wezwanie - wyjaśnił. - Czy jesteś pewna diagnozy? 
Kiwnęła głową. 
-  Sztywny  kark,  niemożność  wyprostowania  kolan  przy  ucisku  w  stawie  biodrowym, 

wysoka temperatura, bóle głowy i krzyża. 

-  Gdzie on jest? 
Zaprowadziła go do sypialni Billy'ego. 
-  Och, doktorze, czy to bardzo poważne?! - zawołała Fiona na jego widok. 
-  Tak,  ale  zapewne  doktor  Rowan  wyjaśniła  pani,  że  zapalenie  opon  mózgowych  jest 

uleczalne i kiedy tylko przyleci śmigłowiec... 

-  Ale jak  oni  wylądują przy  takiej pogodzie?  -  spytała kobieta.  -  Skąd będą  wiedzieć, 

gdzie jesteśmy? W okolicy są jeszcze trzy domy; mogą się pomylić. 

Rowan  spojrzała  na  Ewana  zrozpaczonym  wzrokiem.  Taka  możliwość  w  ogóle  nie 

przyszła  jej  do  głowy.  Jeśli  śmigłowiec  pomyli  domy,  stracą  cenne  minuty  mogące 
zadecydować o życiu chłopca. 

-  Czy ma pani jakieś białe prześcieradła? - spytał Ewan. 
-  Białe prześcieradła? - powtórzyła Fiona Dean, spoglądając na niego nieprzytomnym 

wzrokiem. 

-  Prześcieradła, obrusy, coś dużego. Jeśli rozłożę je na polu za domem, ułatwią pilotowi 

orientację. 

-  Proszę poszukać w komodzie, w przedpokoju. 
Kiedy Ewan szedł ze stosem prześcieradeł w kierunku tylnego wyjścia, Rowan nagle go 

background image

zatrzymała. 

-  Ja to zrobię, ty zostań z chłopcem. 
-  Ale, Rowan... 
-  Proszę. Masz więcej doświadczenia niż ja.   
Wahał się przez chwilę, lecz w końcu kiwnął głową. Rowan zdawała sobie sprawę, że 

czeka ją niełatwe zadanie, ale nie spodziewała się, iż będzie ono tak niewiarygodnie trudne. 
Ilekroć odnosiła wrażenie, że jest już bliska celu, jeden z rogów prześcieradła uwalniał się 
spod przygniatającego go kamienia i zaczynał wściekle łopotać na wietrze. 

Nagle usłyszała dobiegający z oddali niewyraźny warkot śmigłowca. Doszła do wniosku, 

że zrobiła już wszystko, co było w jej mocy i, potykając się, pobiegła w kierunku domu. 

Pilot miał poważne trudności z posadzeniem maszyny na małym skrawku ziemi, ponieważ 

dom położony był w niewielkiej kotlinie, otoczonej dwoma gęsto zalesionymi wzgórzami. 
Wielokrotnie podchodził do lądowania, lecz w ostatniej chwili znów unosił się w powietrze. 
Rowan śledziła jego poczynania, wiedząc, że jeśli nie uda mu się wylądować, trzeba będzie 
odwieźć Billy'ego do Fort William, a taka podróż musiałaby potrwać ponad dwie godziny. 
Dwie godziny, które mogą zadecydować o życiu chłopca. 

Po trzech próbach śmigłowiec w końcu wylądował. 
-  Muszę z nim polecieć! - zawołała Fiona, kiedy sanitariusz wziął Billy'ego z rąk Ewana. 
-  Znajdzie się w kabinie miejsce dla jednej osoby - odparł z uśmiechem. 
Śmigłowiec natychmiast wystartował i już po chwili zniknął w gęstych chmurach. 
- Zrobiłaś  wszystko,  co  mogłaś  -  powiedział  Ewan.  –  Twoja  błyskawiczna  interwencja 

znacznie zwiększyła jego szanse. 

-  Myślisz, że wyzdrowieje? - spytała szeptem. 
-  Nie wiem - odparł ze smutkiem.   
Rowan odgarnęła z czoła wilgotne włosy. 
-  Dziękuję, że przyjechałeś. 
-  Czyżbyś zapomniała, że jesteśmy w tym samym zespole? 

Próbowała się uśmiechnąć, ale kiedy strumyk lodowatej wody spłynął po jej karku, zaczęła 
nagle kichać. 

-  Jesteś przemoczona do suchej nitki! - zawołał, kręcąc głową z dezaprobatą. - Tylko na 

siebie popatrz! W tej kusej kurteczce i dżinsach wyglądasz tak, jakbyś wybrała się na spacer 
po Oxford Street. Czy nie masz żadnych nieprzemakalnych ubrań? 

-  Nie -  wymamrotała, a Ewan znów pokręcił głową. -  No, już dobrze. Przy pierwszej 

okazji kupię sobie coś takiego. 

-  Zamierzam zrobić z ciebie wiejskiego lekarza, choćby było to nie wiem jak trudne, ale na 

razie proponuję, żebyś pojechała do domu i przebrała się w suche rzeczy. 

Kiwnęła głową, lecz ilekroć przekręcała kluczyk w stacyjce, z silnika dobywały się tylko 

jakieś zniechęcające dźwięki. 

- Przestań go piłować, bo zalejesz gaźnik - poradził Ewan. - Odwiozę cię do domu. Tak czy 

owak, dziś skończyłem już pracę. 

Przez kilka minut jechali w milczeniu, ale po jakimś czasie Rowan nie mogła już dłużej 

panować nad gniewem, który narastał w niej od chwili rozpoznania choroby Billy'ego. 

background image

-  To  jest  wręcz  absurdalne,  żeby  najbliższy  szpital  z  prawdziwego  zdarzenia  był  tak 

daleko! - zawołała. - Dlaczego nie można zmodernizować Riochan, żebyśmy nie musieli być 
narażani na podobne sytuacje? Przecież, na litość boską, tutejsi mieszkańcy płacą podatki, 
więc mają prawo do lepszej opieki medycznej! 

-  Zgadzam się z tobą - odparł Ewan łagodnie - ale tak wygląda rzeczywistość i musimy 

jakoś w niej funkcjonować. 

-  A  ile  osób  musi  poważnie  zachorować,  nawet  umrzeć,  zanim  będziemy  mogli 

zapewnić im lepszą opiekę? - spytała z wściekłością. - Jeśli zapalenie opon mózgowych 
zacznie się leczyć za późno, pacjentowi grozi śmierć lub kalectwo! 

-  Wiem - powiedział zduszonym głosem, a Rowan poniewczasie przypomniała sobie, że 

jego matka umarła na tę właśnie chorobę. 

-  Przepraszam, Ewan! - zawołała ze skruchą. - Przecież twoja matka... 
-  Nic się nie stało. 
-  Tak mi przykro... A teraz Billy... 
-  Czy to nie ironia losu? - przerwał jej, wybuchając pełnym goryczy śmiechem. - Zawsze 

mówiłem, że zostałem tu przede wszystkim po to, żeby żadne dziecko nie musiało przeżywać 
tego, przez co sam przeszedłem, a teraz się to powtarza. Tyle że sytuacja jest odwrotna: chory 
jest syn, a nie matka. 

-  W ciągu ostatnich trzydziestu lat medycyna poczyniła ogromne postępy, a śmigłowiec 

bardzo szybko doleci do Fort William. 

-  Ale to nie to samo, co mieć szpital w zasięgu ręki. 
-  Tak, wiem. 
Dalszą część drogi jechali w milczeniu, pogrążeni we własnych myślach. 
- Posłuchaj, zrobiło się późno, a ty na pewno jesteś głodny  -  powiedziała, kiedy Ewan 

zatrzymał  samochód  przed  jej  domem.  -  Może  wstąpisz  i  zjesz  ze  mną  kolację?  Nic 
nadzwyczajnego, zostało mi z wczoraj trochę gulaszu. 

- Takich propozycji się nie odrzuca - odparł z uśmiechem. 

Rowan szybko przebrała się w suche ubranie. Kiedy wróciła do salonu, okazało się, że Ewan 
nie tylko zdążył wysuszyć włosy, lecz również wstawił gulasz do kuchenki mikrofalowej i 
zaczął nakrywać do stołu. 

-  Jestem pod wrażeniem - oznajmiła zaskoczona. 
-  Widzisz, czasem na coś się przydaję - powiedział, a potem spojrzał na nią i zmarszczył 

czoło. - Czy nie przyszło ci do głowy, żeby wysuszyć włosy? 

-  Tak, ale... - Nie zdążyła dokończyć, bo Ewan bezceremonialnie zarzucił ręcznik na jej 

głowę. - Sama to zrobię! - zaprotestowała, kiedy zaczął wycierać jej włosy. 

-  Tak, ale kiedy? W przyszłym tygodniu, za miesiąc? Czy zdajesz sobie sprawę z tego, że 

jesteś nieodpowiedzialna? 

-  Za to ty jesteś chodzącą doskonałością, prawda? Hej, czy nie mógłbyś robić tego trochę 

mniej brutalnie? Nie chciałabym stracić włosów! 

Wybuchnął śmiechem, a kiedy jego ruchy stały się delikatne, niemal pieszczotliwe, Rowan 

przeszył dreszcz tęsknoty. Jej ciało wyrywało się do niego. Pragnęła poczuć dotyk jego dłoni 
na szyi, ramionach... 

background image

- Gotowe  -  oznajmił,  zdejmując  ręcznik  z  jej  głowy.  –  Jeśli  się  nie  mylę,  to  chyba 

dzwonek kuchenki mikrofalowej. 

Rowan miała tak miękkie nogi, że kiedy weszła do kuchni, musiała oprzeć się o szafkę. 

Pragnęła Ewana, pożądała go całym ciałem. Wiedziała jednak, że najpierw musi obdarzyć go 
pełnym zaufaniem, a to zależy między innymi od tego, czy w końcu przyzna się, dlaczego 
uderzył Colina. 

W  czasie  kolacji  rozmawiali  niewiele,  lecz  po  skończonym  posiłku  Rowan  podjęła 

decyzję. 

-  Ewan, w sprawie Colina... 
-  Nie mam nic do powiedzenia na ten tematy 
-  Ale ja mam - oznajmiła tonem nie znoszącym sprzeciwu. - Jestem pewna, że nie masz 

porywczego charakteru, a jednak doprowadziłeś do tego, że staliśmy się tematem plotek. Nie 
przejmowałabym się tym tak bardzo, gdybym to ja była powodem tej awantury... 

Urwała, widząc, że Ewan nerwowo odwraca od niej wzrok. 
-  Ach,  więc  o  to  chodzi?  -  wyszeptała,  czerwieniejąc.  -  Colin  powiedział  coś  na  mój 

temat, tak? 

-  Nie - zaprzeczył nieco zbyt gorliwie. 

Wciągnęła głęboko powietrze. 

- Musiał powiedzieć coś naprawdę obraźliwego, skoro go uderzyłeś. 
Ujął jej ręce i mocno je uścisnął. 
-  Pod wpływem gniewu mówi się czasem rzeczy nierozważne, których potem się żałuje. 
-  Naprawdę? - szepnęła, domyślając się, co Colin mógł powiedzieć. 
Ewan uniósł jej podbródek. 
-  Och,  Rowan,  gdybym  uwierzył  tylko  w  połowę  tego,  co  mówiły  mi  o  mnie  moje 

sympatie, nie mógłbym chodzić z podniesioną głową. 

-  Nie umiesz kłamać. 
-  Samolubny, bezmyślny, bezwzględny... To są chyba jedyne oskarżenia, które odważę 

się zacytować. 

-  Więc inne były gorsze? 
-  Owszem. 
-  Ale czym na nie zasłużyłeś? - spytała, nie spodziewając się odpowiedzi. 
Wahał się przez chwilę, a potem wzruszył ramionami. 
-  Mówiłem ci już, że nie jestem zdolny do kompromisów. 
-  Myślę, że ja też jestem trochę uparta. - Westchnęła, a widząc, że Ewan marszczy czoło, 

roześmiała się. - Niech ci będzie, jestem okropnie uparta, ale czy to, co powiedział Colin, 
dotyczyło... 

-  Zapomnijmy  o  Colinie.  Dla  mnie  liczy  się  tylko  teraźniejszość,  nie  obchodzi  mnie 

twoja przeszłość. A skoro mowa o teraźniejszości, to lepiej już sobie pójdę. 

background image

Wiedziała, że Ewan gotów jest wyjść. Wiedziała też, że jeśli chce go zatrzymać, sama musi 

wykonać pierwszy krok. 

-  Nie wychodź, Ewan. 
-  Wiesz, która godzina? 
-  Chodzi mi o to, że... możesz tu zostać... Spojrzał uważnie w jej oczy. 
-  Czy dobrze cię zrozumiałem? - spytał cicho. Kiwnęła głową. 
-  Jesteś pewna, że tego właśnie chcesz? 
-  Jeśli  mam  być  szczera,  to  sama  nie  wiem  -  przyznała  drżącym  głosem.  -  Prawdę 

mówiąc, panicznie się boję. 

-  Mnie? 
-  Nie, nie ciebie, ale wiesz, Colin był pierwszym.., jedynym mężczyzną... z którym się 

kochałam i... trochę się boję. 

-  Nie tylko ty się boisz. Ja jestem przerażony!   
Pokręciła głową z niedowierzaniem. 
-  To niemożliwe... Z mężczyznami jest inaczej. 
-  Dlaczego tak sądzisz? 
-  Bo wy jesteście bardziej stworzeni do... To znaczy... - Zamilkła, słysząc jego wybuch 

śmiechu. - Och, ty łajdaku! Doskonale wiesz, o co mi chodzi! 

-  O to, że mężczyźni nie mają tremy... bo mogą to robić z każdą kobietą, tak?   
-  A nie mogą? 
-  Ja nie - odparł z uśmiechem. - Możesz nazwać mnie człowiekiem staroświeckim, ale 

zanim... dojdzie między mną a jakąś kobietą do zbliżenia, musi mi na niej naprawdę zależeć. 

-  A ja myślałam... 
-  Że wszyscy mężczyźni są supermanami? 
-  Coś w tym rodzaju - wyszeptała lekko zażenowana. 
-  Kiedy przychodzi co do czego, jesteśmy nie mniej stremowani niż wy. W dzisiejszych 

czasach nawet bardziej, bo niemal wszystkie magazyny kobiece są pełne artykułów na temat 
„znaczenia udanego pożycia seksualnego w związku". 

-  Och, teraz już wiem, że żartujesz! Przecież za żadne skarby nie wszedłbyś do kiosku w 

Cannie i nie kupił kobiecego pisma! 

-  Wcale nie muszę tego robić. - Uśmiechnął się przewrotnie. - Zarówno Ellie, jak i inne 

poczciwe dusze przynoszą je do naszej poczekalni. Wystarczy zaczekać, aż wszyscy wyjdą, a 
potem zebrać co ciekawsze egzemplarze. 

-  Czy czegoś się z nich nauczyłeś? 
-  Niestety,  nie  -  odparł  posępnie.  -  Dowiedziałem  się  tylko,  że  jeśli  nie  doprowadzę 

kobiety do wielokrotnej ekstazy, to jestem kiepskim kochankiem. 

Rowan spoważniała. Choć bardzo go pragnęła, wstydziła się przyznać, że przez dwa lata 

pożycia z Colinem nigdy nie zaznała rozkoszy spełnienia. W końcu, nie chcąc się narażać na 
dochodzenie ze strony Colina, postanowiła po prostu udawać. 

-  Ewan  - zaczęła  - ja... nie mam zbyt dużego doświadczenia w tych sprawach. Colin 

mawiał, że... 

-  Nie chcę  już więcej  o  nim słyszeć! Przepraszam,  wiem, że  się  boisz  -  dodał,  widząc 

background image

niepokój w jej oczach. - Po rozstaniu z Jenny też myślałem, że dam sobie spokój z kobietami. 
A potem zjawiłaś się ty... Jestem gotów zaryzykować, jeżeli ty się na to odważysz. 

-  A co będzie, jeśli... - wyjąkała - jeśli okaże się, że nie jestem... nie mogę... 
Dotknął palcami jej ust. 
-  To nic złego, jeżeli za pierwszym razem się nie uda, ale spróbujmy się trochę zabawić. 
-  Zabawić? - powtórzyła. 
- A nie sądzisz, że seks powinien być zabawą? 

Spojrzała na niego bez przekonania. Dotychczas nie traktowała seksu w tych kategoriach. 
Kiedy Ewan wyciągnął do niej rękę, wiedziała, że nie ma już odwrotu. 

Nigdy  nie  przyszło  jej  nawet  do  głowy,  że  gra  miłosna  może  być  tak  zabawna.  Kiedy 

stoczyli  się  z  jej  wąskiego  łóżka  na  podłogę,  Ewan  zaczął  się  głośno  śmiać.  Gdy  wodził 
ustami po jej biodrach, łaskocząc ją, również się śmiał. Czuła się tak, jakby odbywali podróż w 
nieznane,  odkrywając  siebie  nawzajem.  Ku  swemu  zaskoczeniu  zaczęła  zdawać  sobie 
sprawę, że dla tego mężczyzny ważniejsze jest zaspokajanie jej potrzeb i pragnień niż swoich 
własnych. 

Kiedy w końcu ją posiadł i poczuła nagłą eksplozję pulsującej ekstazy, po raz pierwszy w 

życiu  krzyknęła  z  rozkoszy.  Przylgnęła  do  niego  całym  ciałem,  tuląc  do  jego  piersi  swą 
wilgotną od łez twarz. Teraz musiała już przyznać się przed sobą do tego, o czym od dawna 
wiedziała: że kocha tylko tego mężczyznę. 

 
 

ROZDZIAŁ    DZIEWIĄTY 

 
Następnego  ranka  obudziły  ją  wpadające  przez  okno  promienie  słońca.  Przez  ułamek 

sekundy  zastanawiała  się,  czy  wydarzenia  ubiegłej  nocy  nie  były  przypadkiem  snem. 
Jednakże dotyk ciepłego ciała Ewana potwierdził ich realność. Przez chwilę leżała bez ruchu, 
wsłuchując się w jego równy oddech. 

- Kocham cię - wyszeptała, odgarniając włosy z jego czoła. 

Ewan powoli otworzył oczy i czule się do niej uśmiechnął.    Kiedy władczym gestem 
przyciągnął ją do siebie, westchnęła. 

-  Musimy wstawać. 
-  Dlaczego? 
-  Bo już jest ósma, a nie jedliśmy jeszcze śniadania. 
-  Nie jestem głodny, a ty? 
-  Nie bardzo. 
-  No to mamy przed sobą całą godzinę - powiedział z zadumą. - Jak spędzimy ten czas? 
-  W dzieciństwie zwykle bawiliśmy się w zgadywankę    - odparła poważnym tonem. - 

Możemy też zagrać w wista. 

-  Do diabła - mruknął, pochylając się i dotykając ustami jej piersi. - Wist! Mam bardziej 

pasjonującą propozycję... 

-  Więc pewnie będzie to zgadywanka. 
-  Owszem - przytaknął. - Ale w wersji dla dorosłych. 

background image

-  Nie  wiedziałam,  że  taka  w  ogóle  istnieje  -  powiedziała  drżącym  głosem,  a  potem 

głośno westchnęła, czując, że jego usta przesuwają się coraz niżej. 

-  Och, mógłbym nauczyć cię wielu nowych gier, kochanie - oznajmił, unosząc głowę i 

ciepło się uśmiechając, po czym jęknął, bo zadzwonił telefon. - Bywają chwile, kiedy żałuję, 
że nie wybrałem stomatologii, a to jest właśnie jedna z nich! 

Rowan niechętnie odrzuciła kołdrę, chwyciła szlafrok i pobiegła do telefonu. 
-  Co się stało? - spytał, kiedy wróciła. 
-  Tak mi przykro, Ewan. Dzwoniła Tilly. Geordie umarł tej nocy... we śnie. 
Twarz Ewana wykrzywił grymas bólu. Rowan usiadła obok niego. 
-  Posłuchaj, pojadę tam zamiast ciebie. Pokręcił głową. 
-  To mój obowiązek. A poranny dyżur... 
-  Zastąpię cię - powiedziała, obejmując go czule. 
-  Wiedziałem,  że  to  musi  nastąpić,  że  to  nieuniknione,  ale  miałem  nadzieję...  -  Głos 

uwiązł mu w gardle. - Wybacz, nie chciałem, żebyś kiedykolwiek zobaczyła mnie w takim 
stanie... 

-  W jakim stanie? - spytała. - Wstydzisz się przyznać, że go kochałeś, że byłeś do niego 

przywiązany? Ewan, proszę, nie zamykaj się przede mną. Pozwól mi sobie pomóc, dzielić z 
tobą twój smutek. Proszę, nie odtrącaj mnie! 

Spojrzał na nią pełnym bólu wzrokiem, a potem ukrył głowę w jej ramieniu. 
-  Wszystko dobrze  -  szeptała, czując wstrząsające jego  ciałem  spazmy.  -  Jestem  przy 

tobie... 

-  Czy Billy będzie następny? - spytał stłumionym głosem. - Czy zadzwonią ze szpitala, 

żeby zawiadomić nas, że... 

-  Nie - odparła, pospiesznie ocierając mokre od łez policzki. - Billy jest silnym chłopcem, 

będzie walczył. W swoim krótkim życiu wiele już przeszedł. Wyjdzie z tego obronną ręką, 
wierz mi. 

-  Och, kochanie, co ja bym począł bez ciebie? 
-  Pewnie upiłbyś się do nieprzytomności - odparła, uśmiechając się przez łzy. 
-  Chyba masz rację. 
-  Czy na pewno chcesz tam pojechać, żeby sporządzić akt zgonu? - spytała, kiedy Ewan 

sięgnął po ubranie. - Mogłabym cię w tym wyręczyć... 

-  Muszę  to  zrobić.  Tilly  tak  chce  -  odrzekł.  -  Dziękuję,  kochanie  -  dodał,  wstając  i 

muskając ustami jej włosy. 

-  Za co? 
-  Za to, że istniejesz - odparł i wyszedł. 
Kiedy Rowan zjawiła się w przychodni, Ellie spojrzała na nią z wyraźnym zdziwieniem. 
- Co  ty  tu  robisz?  -  spytała  zaciekawiona.  -  Sądziłam,  że  przyjmujesz  dopiero 

wieczorem. 

Rowan wyjaśniła jej pokrótce, co zaszło. 
-  To dla Ewana ciężki cios - westchnęła Ellie. - Bardzo kochał Tilly i Geordiego. 
-  Wiem. 
- A Billy? Czy miałaś o nim jakieś wiadomości? 

background image

Rowan pokręciła głową. 

- Zadzwonię  do  Fort  William,  kiedy  skończę  przyjmować  pacjentów.  A  propos,  czy 

mogłabyś zatelefonować do warsztatu i spytać o mój samochód? Jeśli jego naprawa miałaby 
potrwać dłużej, będę musiała coś wynająć. 

Ellie kiwnęła głową. 
-  Czy coś się stało? - spytała, widząc, że Rowan lekko marszczy brwi. 
-  Czy  nikt  nie  powiedział  pani  Ross,  że  do  przychodni  mają  wstęp  jedynie  psy 

przewodnicy? - spytała. 

-  Nikt nie ośmieliłby się zwrócić jej uwagi. Wszędzie zabiera Desdemonę. 
-  Ale nie do mojego gabinetu-- oświadczyła Rowan. - Powiedz jej to w moim imieniu - 

dodała, widząc niepewną minę Ellie. 

Nie miała wielu pacjentów. Choć śmierć Geordiego przepełniała ją głębokim smutkiem, 

czuła się szczęśliwa i nic nie było w stanie zmącić jej radosnego nastroju. Nie przygnębiła 
jej nawet ostra krytyka Freddiego Thomasa dotycząca coraz gorszego poziomu usług służby 
zdrowia. Kiedy zaś pani Ross weszła do pokoju ze swym pekińczykiem, tylko lekko ją to 
zirytowało. 

-  To nie jest gabinet weterynarza, pani Ross - oznajmiła. 
-  Słucham? 
-  Mniejsza z tym - westchnęła Rowan. - Co mogę dla pani zrobić? 
-  Myślałam, że dziś rano przyjmuje doktor Ewan. Mam nadzieję, że nie jest chory. 
-  O ile wiem, jest zdrów jak ryba - odrzekła Rowan, czując na sobie badawcze spojrzenie 

kobiety. - W czym mogę pani pomóc? 

-  Więc pewnie zawiózł swój samochód do naprawy, tak? 
-  Samochód? - powtórzyła Rowan, zupełnie zbita z tropu. 
-  No  cóż, przypadkiem zauważyłam, że  przez  całą  noc  stał  pod  domem  Jamiego.  No  i 

pomyślałam sobie, że biednemu doktorowi pewnie zepsuł się samochód. 

 

-  Rozumiem - mruknęła Rowan. - Co panią do nas sprowadza? 
-  Dostałam  wysypki  -  wyjaśniła  podenerwowana.  -  Na  pewno  zaraziłam  się  od  tych 

wstrętnych  dzieci  Moffata.  Biegają  wszędzie  jak  opętane  i  rozsiewają  zarazki.  Nie 
zdziwiłabym się, gdyby zaraziły mnie odrą. Czy zna pani tę rodzinę? 

-  Owszem - odparła Rowan, oglądając różowe wypryski na rękach pacjentki. - To bardzo 

mili ludzie. 

-  Mili?! - zawołała pani Ross, krzywiąc się z niesmakiem. -    Te dzieciaki są nieznośne. 

Wiele razy mówiłam Alanowi Moffatowi, że powinien krócej je trzymać, ale on ranie w ogóle 
nie słucha! Nie lubię plotkować, jednak ta rodzina... 

-  Czy ma pani tę wysypkę również gdzie indziej? 
-  Owszem, na nogach. Ostatniej nocy omal nie oszalałam, tak wszystko mnie swędziło. A 

skoro już mowa o ostatniej nocy. .. Czyż to nie szczęśliwy zbieg okoliczności, że samochód 
doktora Ewana zepsuł się akurat pod pani domem? 

-  Tak pani uważa? - mruknęła Rowan, oglądając skórę pacjentki. 
-  Przynajmniej miał biedak gdzie się schronić. Przyszedł do pani, prawda? 
-  Zapewne ucieszy panią wiadomość, że to nie jest odra... 

background image

-  Musiała  pani  dość  późno  się  położyć  -  ciągnęła  pani  Ross.  -  Kiedy  wyszłam  z 

Desdemoną na spacer, było wpół do dwunastej, a w domu doktora Ewana nie paliło się żadne 
światło. Pomyślałam: Biedna doktor Rowan pewnie marzy, żeby pójść spać, ale nie może, 
dopóki jest u niej doktor Ewan. 

-  Pogryzły  panią  pchły,  pani  Ross  -  oświadczyła  Rowan,  spoglądając  na  drapiącą  się 

Desdemonę. 

-  Sugeruje pani... - zawołała kobieta z oburzeniem. 
-  Przykro  mi.  Mogę  zapisać  pani  płyn  łagodzący  podrażnienia,  ale  mimo  wszystko 

powinna pani wstąpić do weterynarza. 

Pani Ross zerwała się z krzesła i dziarskim krokiem opuściła gabinet. 
- Coś  ty  jej  powiedziała?  -  dopytywała  się  Ellie,  zaglądając  do  pokoju.  -  Nieźle  mi  się 

dostało, kiedy spytałam, czy mam ją zapisać na kolejną wizytę! 

Rowan z przyjemnością podzieliłaby się z Ellie tą zabawną nowiną, ale wiedziała, że nie 

ma do tego prawa. 

-  Czy wiesz coś o moim samochodzie, Ellie? 
-  Stoi  przed  ośrodkiem.  Mechanik  mówił  o  jakichś  stykach  i  wilgotnym  powietrzu. 

Chcesz kawę teraz, czy wolisz najpierw zadzwonić do Fort William? 

-  Najpierw zadzwonię - odparta i niechętnie sięgnęła po słuchawkę, obawiając się złych 

wiadomości. 

Powiedziano jej tylko tyle, że Billy leży na oddziale intensywnej terapii, a jego stan nie 

uległ pogorszeniu. 

- Boże, spraw, żeby wyzdrowiał - wyszeptała. – Również ze względu na Ewana... 
Była tak głęboko zamyślona, że nie usłyszała odgłosu otwieranych drzwi. Nagle poczuła 

dotyk znajomych dłoni. Gwałtownie się odwróciła i spojrzała na Ewana z niepokojem. 

-  Jak poszło? - spytała. 
-  Dobrze. Tilly zniosła to bardzo dzielnie, znacznie lepiej niż ja - powiedział półgłosem, 

przyciągając  ją  do  siebie  i  opierając  podbródek  na  jej  głowie.  -  Pogrzeb  odbędzie  się  w 
czwartek. Czy... pójdziesz ze mną? 

-  Oczywiście. 
-  Czy masz jakieś wiadomości o Billym? 
-  Udzielono mi klasycznej dla szpitali odpowiedzi, że jego stan nie uległ pogorszeniu. 
Ewan głęboko westchnął. 
-  To  nie  mogło  zdarzyć  się  w  gorszym  dla  nas  okresie,  prawda?  Powinienem  skupić 

uwagę na tobie, okazać ci wdzięczność za przyjemność, jaką mi sprawiłaś, dziś w nocy... 

-  Och, daj spokój - wyszeptała. - To była najcudowniejsza noc w moim życiu i nic mi jej 

już nie odbierze. 

-  Jesteś tego pewna? 
-  A musisz pytać? 
-  Przez najbliższe kilka dni nie będę mógł często cię widywać. Muszę zająć się Tilly i 

organizacją pogrzebu.   

-  Ewan, niepotrzebnie się tłumaczysz. Dobrze wiem,  co w tej chwili jest dla ciebie 

najważniejsze. 

background image

-  Przesunął delikatnie opuszkami palców po jej ustach. 
-  Rowan, kocham cię... 
-  Przepraszam!  -  zawołała  Ellie,  wpadając  do  gabinetu.  -Dzwoniła  Mary  Rutherford  z 

Laith. Jej mąż przewrócił się z traktorem... 

Rowan sięgnęła po torbę, ale Ewan chwycił ją za rękę. 
- Porozmawiamy później, dobrze? - powiedział, patrząc na nią z taką miłością, że poczuła 

nagły skurcz serca. 

Jednak później nie mieli czasu na rozmowę. Ewan każdą wolną chwilę spędzał z Tilly lub 

w szpitalu przy łóżku Billy'ego, lecz Rowan nie miała mu tego za złe. 

-  Coś między wami zaszło, prawda, Rowan? - spytał Matt, wchodząc do jej gabinetu w 

dniu pogrzebu Geordiego. - Mam na myśli ciebie i Ewana. 

-  Skąd ci to przyszło do głowy? 
-  Och, daj spokój. Ty ciągle jesteś uśmiechnięta, a Ewan nie  może  oderwać  od  ciebie 

oczu! 

- Masz jakieś wiadomości o stanie Billy'ego? - zapytała. 

Matt spojrzał na nią surowo, a potem pokręcił głową. 

-  Mówią to, co zwykle. To dobrze, że idziesz z Ewanem na pogrzeb Geordiego. 
-  Muszę przyznać, że niezbyt mnie to cieszy - odparta i westchnęła. - Nigdy nie byłam 

na pogrzebie swego pacjenta. 

-  Mam wiadomość, która na pewno poprawi twój nastrój. 
Rowan uniosła pytająco brwi, a Matt szeroko się uśmiechnął. 
- Wszystkie  mieszkanki  tych  gór  niebawem  pogrążą  się  w  żałobie  -  zawołał  teatralnie 

dramatycznym  głosem.  -  Wszędzie  będzie  słychać  głośny  lament,  ale  nawet  najbardziej 
zatwardziały Don Juan da się w końcu usidlić. 

Rowan  przez  chwilę  patrzyła  na  niego,  nic  nie  rozumiejąc,  a  potem  nagle  doznała 

olśnienia. 

- Czy w ten pokrętny sposób chcesz dać mi do zrozumienia, że poprosiłeś Ellie o rękę? 
Kiwnął głową. 
-  Och,  moje  gratulacje!  -  zawołała,  serdecznie  go  ściskając.  -  Życzę wam  wszystkiego 

najlepszego. Masz być dla niej dobry,  słyszysz? To urocza  dziewczyna i  chcę, żeby  była 
szczęśliwa. 

-  Kocham ją i zrobię wszystko, żeby ją uszczęśliwić. 
-  Nie  mogę  uwierzyć,  że  ty  naprawdę  się  żenisz!  -  zawołała,  kręcąc  głową.  -  Matt 

Cansdale, żyjący w błogim zaciszu domowego ogniska... To nieprawdopodobne. 

-  Ale tak właśnie będzie. Na razie jednak nikomu o tym nie  mów. Ellie  chce  najpierw 

zawiadomić rodziców. 

-  Nikomu nie pisnę ani słowa - przyrzekła z uśmiechem. 
-  Mieliśmy z Ellie nadzieję, że ty i Ewan też macie dla nas dobrą nowinę - powiedział, 

uważnie się jej przyglądając. 

-  Skąd ten pomysł? 
-  No cóż, mieszkańcy naszego miasteczka szepczą sobie na ucho, że doktor Ewan często 

odwiedza doktor Rowan, zwłaszcza w środku nocy. 

background image

Rowan pomyślała z irytacją, że to robota pani Ross. 
-  No i co ty na to? - spytał. 
-  Pilnuj swoich spraw - odparła, a on wybuchnął śmiechem. 
-  W porządku. Skoro nie chcesz, to nie mów - oznajmił. - A może w ramach gratulacji 

dostałbym jeszcze całusa? 

Roześmiała się i złożyła  na jego policzku gorący  pocałunek.  Nagle za jej plecami ktoś 

znacząco zakaszlał. 

-  Ewan! - zawołał Matt z promiennym uśmiechem. Stojący w progu Ewan miał posępną 

minę i mocno zaciśnięte usta. -Możesz mi pogratulować. Ellie i ja zamierzamy się pobrać. 

-  Ellie i ty? - powtórzył Ewan, a potem podszedł do niego i mocno uścisnął jego dłoń. - 

Jakim cudem utrzymaliście to w tajemnicy? 

-  Och, przy odrobinie wyobraźni można dokonać cudów - odrzekł Matt. - Miłość to 

wspaniałe uczucie, serdecznie ci je polecam - dodał z przewrotnym uśmiechem. 

-  Ewan,  musimy  już  ruszać!  -  zawołała  Rowan,  zerkając  na  zegarek.  -  Nabożeństwo 

zaczyna się o jedenastej, prawda? 

Ewan kiwnął głową i razem wyszli z gabinetu. 
-  To nie do wiary, Ellie i Matt - rzekł Ewan z zadumą. 
- Mają tak różne charaktery. 
Podobnie jak ty i ja, pomyślała Rowan, lecz zachowała tę uwagę dla siebie. 
-  Czy  jestem  odpowiednio  ubrana?  -  spytała,  spoglądając  na  swój  ciemnoniebieski 

kostium.  -  Nie  chciałabym  nikogo  urazić,  ale  w  kolorze  czarnym  mam  tylko  swetry  i 
spodnie. 

-  Tilly na pewno nie zwróci uwagi na twój strój - odparł. - Po prostu ucieszy ją twoja 

obecność. 

- Jak ona sobie radzi? - spytała już w samochodzie. 
- Znacznie lepiej niż ja. Wiara dodaje jej otuchy.   
- Geordie umarł we śnie. Los był dla niego łaskawy, Ewan - powiedziała cicho, kładąc 

dłoń na jego ramieniu. - Nie możemy uleczyć wszystkich, a Geordie żył długo i szczęśliwie. 

-  Wiem  -  odparł.  -  Zdaję  sobie  sprawę,  że  przemawia  przeze  mnie  egoizm,  ale 

pragnąłbym,  żeby  wrócił.  Och,  Rowan,  jak  ja  za  nim  tęsknię  -  wyszeptał,  zatrzymując 
samochód przed bramą cmentarza, gdzie zebrała się spora grupa żałobników. - Dziękuję, 
że jesteś tu ze mną. 

Miała ochotę wyznać, że poszłaby za nim na koniec świata, lecz tylko uśmiechnęła się i 

mocniej ścisnęła jego ramię. Nabożeństwo żałobne było skromne, ale bardzo wzruszające. 
Ewan wygłosił mowę pochwalną na cześć zmarłego, wywołując u słuchaczy łzy przeplatane 
śmiechem. Kiedy zabrzmiały dźwięki kobzy, a drobna, wątła, lecz nieugięta Tilly pochyliła 
się nad grobem, wiele osób wyciągnęło chusteczki.   

- Dziękuję wam za to, że przyszliście - powiedziała Tilly, kiedy Ewan i Rowan podeszli do 

niej po skończonej uroczystości. - Wiem, jak bardzo jesteście zajęci... 

-  Ależ, Tilly, przecież wiesz, że... - zaczął Ewan. 
-  Dobry z ciebie chłopiec - przerwała mu, gładząc go po policzku. - Widzisz, Rowan, 

miałam rację. Geordie został ze mną, dopóki nie zakwitły żonkile. 

background image

Do oczu Rowan napłynęły łzy. 
-  Tak mi przykro, Tilly. 
-  Niepotrzebnie, moje dziecko - rzekła staruszka. - Geordie poszedł do Stwórcy, gdzie nie 

ma cierpienia i zmartwień. Niebawem się z nim spotkam. 

-  Och, Tilly... 
-  Nie  martw  się,  moja  droga.  Nie  ma  powodu,  naprawdę.  Przeżyliśmy  razem  wiele 

szczęśliwych chwil i wierzę, że w przyszłym życiu czeka nas ich więcej. 

Rowan cicho westchnęła. 
-  Czy masz już jakieś plany? Co zamierzasz teraz zrobić? 
-  Mam  zamiar  przenieść  się  do  miasteczka.  Nie  chcę  zostawać  w  naszym  domu  bez 

Geordiego. Ale nie chcę też, żeby stał pusty ani żeby był wykorzystywany jako letnisko. 

Rowan przyszedł nagle do głowy pewien pomysł. 
-  Czy znasz Aleca Mackenziego? – spytała. 
-  Tak, to porządny człowiek, tylko trochę porywczy. 
-  Czy rozważyłabyś możliwość, żeby to on zaopiekował się gospodarstwem? Zna się na 

rolnictwie. 

Tilly spojrzała na nią z zadumą, a potem kiwnęła głową. 
-  Powiedz mu, żeby do mnie zadzwonił. 
-  Wolałabym, żeby zrobił to Ewan - rzekła Rowan pospiesznie. - Alec i ja... nie jesteśmy 

w najlepszej komitywie. 

-  Słyszałam  o  tym.  Czy  nie  byłoby  jednak  rozsądniej,  gdybyś  wykonała  pojednawczy 

krok i sama mu to powiedziała? 

Rowan pokręciła głową. 
-  Jeśli ta propozycja wyjdzie ode mnie, Alec może odmówić, uważając, że to z mojej 

strony forma jałmużny. 

-  Skoro tak uważasz - westchnęła Tilly. - Choć, moim zdaniem, mylisz się. No, ale na 

mnie już czas. Ewan, czy możesz poprosić, żeby podjechali po mnie pod bramę? 

Kiedy Ewan odszedł, Tilly chwyciła Rowan za rękę. 
-  Odesłałam go, bo chciałam ci coś powiedzieć. 
-  Czy źle się czujesz? - spytała Rowan z niepokojem. 
- Nie. Chcę tylko wiedzieć, co do niego czujesz. 

Rowan lekko się zaczerwieniła. 

-  Ach, więc to tak?! - zawołała Tilly radośnie. - Nie obawiaj się, kochanie, nikomu nic 

nie powiem - dodała. - Chciałam tylko wiedzieć, czy kiedy odejdę, ktoś się nim zaopiekuje, 
i miałam nadzieję, że to będziesz ty. Kochasz go? 

-  Och, tak, Tilly - wyszeptała Rowan. - Bardzo go kocham. 
-  Więc trzymaj się  go, kochanie  -  poradziła Tilly.  -  On może  próbować  cię  od  siebie 

odepchnąć, lecz nie ze złej woli  - dodała. - Bywa uparty i głupi, ale ty nie pozwól mu 
odejść. 

-  Dobrze - odpowiedziała Rowan - ale dlaczego myślisz, że mógłby próbować mnie 

ode...? 

-  Samochód czeka - oznajmił Ewan, podchodząc do nich żwawym krokiem. - Przykro 

background image

mi, Tilly, że nie możemy z tobą pojechać. 

-  Nie kłopocz się tym - odparła Tilly. - Lepiej postaraj się, aby policzki Rowan nabrały 

rumieńców przed naszym następnym spotkaniem. Jest za blada. 

Kiedy Tilly odjechała, ruszyli w stronę parkingu. 
-  Miałaś wspaniały pomysł z Alekiem - rzekł Ewan, otwierając jej drzwi samochodu. - 

Uważam jednak, że sama powinnaś przekazać mu tę nowinę. 

-  Wolałabym, żebyś ty to zrobił. 
Wzruszył ramionami. 
-  Skoro tego chcesz... Byłoby jednak dobrze, gdyby ludzie dowiedzieli się, że ten pomysł 

wyszedł od ciebie. 

-  Uważam, że ludzie i tak dużo o mnie mówią. 
-  Z powodu tamtego zajścia z Colinem? 

Rowan pokręciła głową. 

-  To już przebrzmiała historia, Ewan. Najnowsza plotka jest znacznie bardziej pikantna! 
-  O czym ty mówisz? - spytał, marszcząc czoło. 
-  Wszyscy zastanawiają się, co robiliśmy przez całą noc w moim mieszkaniu - odrzekła, 

bezskutecznie próbując zachować powagę. - Widzieli twój samochód. 

Ewan gwałtownie zahamował. 
-  Niech to diabli wezmą! - zaklął. 
-  Och, przecież to głupstwo. Ja się tym nie przejmuję... 
-  A ja tak! - zawołał, a potem na jego twarzy pojawił się lekki uśmiech. - Wygląda na to, 

że będę musiał zrobić z ciebie uczciwą kobietę. 

Poczuła nagły skurcz serca, lecz zmusiła się do uśmiechu. 
-  Nie ma takiej potrzeby. Perspektywa zyskania sławy miejscowej ladacznicy wydaje mi 

się dość podniecająca. 

-  Ale mnie nie - odparł. - Im szybciej włożę ci na palec obrączkę, tym lepiej. 
-  Czyżbyś... prosił mnie o rękę? - spytała niepewnie. 

Położył dłonie na jej ramionach. 

-  Rowan, jesteś najlepszą rzeczą, jaka spotkała mnie w życiu, i nie zamierzam cię stracić. 

Będziemy mieli ślub kościelny, tort, mistrza ceremonii i wspaniałe wesele. Lepiej zróbmy to 
szybko, bo w przeciwnym razie cała Canna zacznie plotkować, że żyjemy na kocią łapę. 

-  Chwileczkę. Czy prosisz mnie o rękę po to, żeby oszczędzić wstydu sobie czy mnie? - 

spytała ze śmiechem. 

- Obojgu. No więc... czy wyjdziesz za mnie? 
Nie pragnęła niczego bardziej na świecie, ale kusiło ją, żeby się trochę z nim podroczyć. 
-  Wymień  trzy  ważne  powody,  dla  których  miałabym  to  zrobić  -  zaproponowała, 

próbując zachować powagę. 

-  Dobrze.  Po  pierwsze:  gdybyśmy  nie  siedzieli  teraz  w  tym  samochodzie  narażeni  na 

wścibskie spojrzenia przechodniów, rzuciłbym cię na podłogę i uwiódł. 

-  To tylko popęd seksualny - skwitowała. - Podaj mi inny powód. 
-  Pasujemy do siebie. W końcu znalazłem w tobie kobietę,  która zgodzi się  dzielić  ze 

mną życie tu, w Cannie. 

background image

-  I w każdym innym miejscu. 
-  Nie, tutaj. Pomyśl, ile dobrego możemy razem zrobić. 
-  To zabrzmiało tak, jakbym miała wziąć ślub również i z Canną... 
-  No, w pewnym sensie - odrzekł z uśmiechem. Jego słowa zasiały w jej sercu 

lekki niepokój. 

-  Ale przecież któregoś dnia możemy stąd wyjechać. 
-  Nie. Dobrze wiesz, że nigdy nie opuszczę tego miejsca. 
-  A jeśli ja zechcę, żebyśmy wyjechali? 
-  Wybiję ci to z głowy. 
-  A jeśli ci się nie uda? 
-  Rowan,  to  bezproduktywne  rozważania  -  zaprotestował.  -  Po  co  snuć  hipotetyczne 

plany, których nie zrealizujesz? 

-  Bo mam wrażenie, że próbujesz podjąć strasznie dużo decyzji w moim imieniu. 
-  O co ci chodzi? - Rysy jego twarzy lekko stężały. 
-  Zakładasz, że będziemy tu pracować i nigdy stąd nie  wyjedziemy,  ponieważ  ty  tego 

chcesz. 

-  A ty chciałabyś pracować gdzieś indziej? 
-  Na razie nie - odparła, czując się trochę niezręcznie – ale sądziłam, że decyzje dotyczące 

przyszłości będziemy podejmować wspólnie. Nie chcę, żeby ktoś dyktował mi, jak mam żyć. 
Miałam tego aż nadto, kiedy mieszkałam z Colinem. 

-  Och,  cóż  ty  wygadujesz  za  głupstwa!  -  wykrzyknął.  -  To  zupełnie  co  innego.  Colin 

chciał, żebyś zrezygnowała z pracy, a ja nigdy tego bym od ciebie nie zażądał. 

-  Kochasz mnie, Ewan? 
-  Czy to nie jest oczywiste? 
-  Więc skoro prosisz mnie o rękę, nie stawiaj mi warunków. 
-  Przecież wcale tego nie robię - zaoponował. 
-  Właśnie  że  robisz...  Czy  ty  naprawdę  tego  nie  widzisz?  -  spytała.  -  Dajesz  mi  do 

zrozumienia, że jeśli za ciebie wyjdę, to będę musiała dostosować się do twojego świata, że 
nie będę miała wpływu na decyzje dotyczące naszej przyszłości, a jeśli nie przyjmę twoich 
warunków, to żegnaj, Rowan. 

-  Mówisz tak, jakbym stawiał ci jakieś ultimatum. 
-  A nie stawiasz? 
-  Oczywiście, że nie! 
-  Ewan, a co będzie, jeśli powiem, że... wyjdę za ciebie pod warunkiem, że przeniesiemy 

się na południe? 

Odwrócił głowę i wyjrzał przez okno. 
-  Wtedy musielibyśmy pójść własnymi drogami.   
Poczuła gwałtowny skurcz serca. 

-  Mówisz poważnie? 
-  Byłem pewien, że rozumiesz moje przywiązanie do tego miejsca... 
-  Ewan, czy ty naprawdę mówisz poważnie? --spytała, czując, że cały jej świat nagle wali 

się w gruzy. - Gdybym chciała przenieść się na południe, to zmieniłbyś zdanie w sprawie 

background image

naszego małżeństwa? 

Przez długą chwilę na nią patrzył, a potem kiwnął głową. 
-  Odwieź mnie do Canny - poprosiła przez ściśnięte gardło. 
- Rowan... 
- Blokujemy drogę. - Wskazała stojący za nimi ciągnik. 

Wracali do Canny w pełnym napięcia milczeniu. Kiedy Rowan zamierzała otworzyć sobie 
drzwi, Ewan chwycił ją za rękę. 

-  Rowan, sama mówiłaś, że nie chciałabyś stąd wyjeżdżać. Kiedy się pobierzemy.... 
-  Nie pobierzemy się, Ewan - oznajmiła. 
-  Ależ, Rowan... 
  - Nie wyjdę za ciebie, bo nie wiem, czy chcesz mieć żonę, czy tylko kolegę po fachu do 

pracy w Cannie. 

-  To, co mówisz, jest nieuczciwe - rzekł, czerwieniejąc. 
-  A czy uważasz, że ty postępujesz wobec mnie uczciwie?  -  spytała.  -  Poszukaj sobie 

innej żony. Ja nie zamierzam rywalizować z tą wioską o twoje względy! 

-  Rowan, zaczekaj! 
Nie  usłuchała  jego  prośby.  Wysiadła  z  samochodu  i  energicznym  krokiem  ruszyła  w 

stronę  domu.  W  mieszkaniu  włączyła  radio,  lecz  słysząc  smętną  piosenkę  miłosną, 
natychmiast je wyłączyła. Zdawała sobie sprawę, że działa przeciwko sobie,  ale wiedziała 
również, że dobre małżeństwo to związek na równych prawach, a nie dyktatura jednostki. 
Jeśli ustąpię teraz, to jakie następne ultimatum postawi mi Ewan? 

A więc między wami wszystko skończone? - pytało jej serce. 
- Tak, to już koniec - wyszeptała ze łzami w oczach. 

 
 
 
 
 

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

 
Rowan nie musiała nawet pytać Mairi Fisher o to, czy terapia poskutkowała. Uśmiech na 

twarzy kobiety mówił sam za siebie. 

-  Żałuję, że nie przyszłam do pani wcześniej, doktor Rowan - stwierdziła. - Zmarnowałam 

tyle czasu! Fizykoterapia jest wspaniała. Pani Thomton od razu skorygowała ćwiczenia, któ-
rych nie wykonywałam prawidłowo. 

-  Wiec wszystko dobrze, tak? 
-  Nie  mogłoby  być  lepiej  -  odrzekła  Mairi  z  promiennym  uśmiechem.  -  Czuję  się  jak 

nowo narodzona- a mój mąż twierdzi, że również tak wyglądam! Cieszę się też, że Billy'ego 
zabrano już z oddziału intensywnej terapii. 

Rowan kiwnęła głową. 
-  Zapewne  upłynie  jeszcze  rok,  zanim  odzyska  formę,  ale  nie  grozi  mu  głuchota  czy 

uszkodzenie mózgu.       

background image

-  Nie mam pojęcia, jak Fiona poradziłaby sobie bez pomocy doktora Ewana. Przez cały 

czas  woził  ją  do  Fort  William  i  razem  siedzieli  przy  chłopcu.  To  niezwykły  człowiek, 
prawda? 

-  Owszem. 
-  Czy  dobrze  się  pani  czuje,  doktor  Rowan?  -  spytała  Mairi  z  niepokojem.  -  Proszę 

wybaczyć, ale wygląda pani dość mizernie. 

-  Nic mi nie jest- odparła Rowan. - Po prostu jestem trochę zmęczona. 
-  Proszę na siebie uważać, pani doktor - rzekła Mairi – bo jeśli nie będzie pani w dobrej 

formie, to co stanie się z nami? 

Rowan odwzajemniła jej uśmiech, lecz gdy została sama, utkwiła wzrok w leżących na 

biurku papierach. Wiedziała, że ta nieznośna sytuacja nie może trwać dłużej, że musi stąd 
wyjechać  ...  Ale  dokąd?  Wszędzie  będzie  ci  lepiej  niż  tu,  podszepnęło  jej  serce,  jeśli  on 
pozostanie jedynie uprzejmym kolegą z pracy. Więc poddaj się. Powiedz mu, że zostaniesz 
tu na zawsze, że zaakceptujesz każdą jego decyzję. Jednakże jej rozsądek nie chciał pójść za 
głosem serca. 

W  końcu  podjęła  decyzję  i  postanowiła  przedstawić  swe  stanowisko  podczas  porannej 

odprawy. Choć zebranie nie było długie, Rowan wydawało się, że trwa bez końca Jedynie 
Matt był pełen energii i zapału. Rowan mówiła niewiele, a Ewan odpowiadał na pytania 
monosylabami. 

-  Czy to już wszystko? - spytał w końcu z wyraźną ulgą. 
-  Nie - odrzekła Rowan z pozornym spokojem. - Chcę was poinformować, że kiedy Hugh 

wróci z Kanady, ja złożę wymówienie. 

Matt spojrzał na nią ze zdumieniem. 
-  Chyba żartujesz? 
-  Nie. 
-  Ale dlaczego? - zapytał Matt. - Czy coś się wydarzyło? 
-  Po prostu nie nadaję się do tej pracy, Matt - odrzekła. 
~ Bzdura! - zawołał. - Ewan, powiedz jej, że to bez sensu. 
-  To jest jej decyzja - odparł Ewan obojętnym tonem. 
-  Tylko tyle masz do powiedzenia? - oburzył się Matt. - Nawet nie spróbujesz jej tego 

wyperswadować? 

Rowan zerwała się z krzesła. 
-  Pochlebia mi to, że chcesz mnie tu zatrzymać, Matt, ale podjęłam już decyzję i myślę... 

że jest ona słuszna. 

-  Ależ, Rowan... 
Zerknęła na zaciętą twarz Ewana i wyszła. 
-  Jesteś  inteligentnym  człowiekiem,  a  zachowujesz  się  jak  skończony  idiota,  Ewan  - 

powiedział Matt. 

-  Dziękuję ci za wyjątkową szczerość - odparł Ewan z gorzkim uśmiechem. 
-  Chcesz tak po prostu pozwolić jej odejść? Bez słowa? - Ewan wzruszył ramionami. 
-  Jest wolnym człowiekiem i może robić, co jej się żywnie podoba. 
-  Przecież jesteś w niej zakochany!   

background image

Ewan jednym haustem dopił kawę. 
-  Jakoś to przeżyję. 
-  Przypomnę ci o tym, gdy nadejdzie zima - odparł Matt poirytowany. - Kiedy będziesz 

mógł na pociechę zabrać do łóżka swoją cholerną pychę i upór! 

-  Skończyłeś? - spytał Ewan znużonym tonem. 
-  Owszem! - zawołał Matt i wybiegł z pokoju, ze złością zatrzaskując drzwi. 
-  Podjęła już decyzję - mruknął Ewan do siebie - a ty jakoś to przeżyjesz. Zapomnisz 

o niej. Z czasem zapomnisz o wszystkim... 

-  Czy jesteś pewna, że tego chcesz? - spytała Ellie w kilka dni później. - Czy nie sądzisz, 

że powinnaś zaczekać? 

Rowan pokręciła głową. 
-  Uwierz mi, że jest to jedyne rozwiązanie. 

Ellie westchnęła. 

-  Miałam  nadzieję,  że  przyjdziesz  na  moje  przyjęcie  zaręczynowe,  w  przyszłym 

tygodniu. Wiesz, bez ciebie... 

-  Za żadne skarby świata nie przegapiłabym takiej okazji! 

Rowan była przekonana o słuszności swej decyzji, wiedziała jednak, że będzie tęskniła za tym 
miejscem nie tylko z powodu Ewana. Od czasu interwencji Annie Gałbraith jej poradnia dla 
kobiet dobrze prosperowała. Leczenie niektórych pacjentek zaczęło dawać już rezultaty. A 
poza tym byli jeszcze Matt i Ellie, których uważała za swych przyjaciół. 

- Coś się stało? - spytała, widząc, że Ellie rozmawia z kimś przez telefon. 
- To Jim Coghill - wyjaśniła Ellie, podając jej słuchawkę. - Nic nie rozumiem z tego, co 

on mówi. 

Rowan  zmarszczyła  brwi.  Słuchając  chaotycznego  wywodu  Jima,  wywnioskowała,  że 

Ishbel zaczęła rodzić. 

-  Czy  stało  się  coś złego?  -  spytał  Ewan,  wchodząc do  pokoju w chwili,  gdy Rowan, 

cicho przeklinając, odkładała słuchawkę. 

-  Ishbel Coghill zaczęła rodzić. 
-  Nie martw się - odparł. - Matt odbędzie za ciebie wizyty domowe. 
-  Nie to mnie niepokoi - powiedziała, sięgając po torbę lekarską. - Żałuję, że Ishbel nie 

zgodziła się na poród w szpitalu, że nie pozwoliła przeprowadzić amniocentezy. A poza tym, 
chciałabym wiedzieć, czy ciąża jest donoszona. 

-  Masz strasznie dużo życzeń - rzekł z uśmiechem. 
-  I strasznie dużo obaw. A jeśli poród jest przedwczesny? 
-  Sądząc po jej rozmiarach, to jest raczej mało prawdopodobne - odparł spokojnie. 
-  A jeśli się mylisz? W jej wieku... 
-  Posłuchaj,  wiem,  że  to  twoja  pacjentka  -  przerwał  jej  -  ale  może  chcesz,  żebym  ci 

asystował? 

-  A zrobiłbyś to? - spytała z ulgą. - Do tej pory odebrałam samodzielnie tylko dwa porody, 

i to oba w szpitalu. Muszę przyznać, że jestem po prostu przerażona. 

-  Jedź  tam  od  razu,  a  ja  zadzwonię  do  Riochan,  żeby  na  wszelki  wypadek  trzymali 

karetkę w pogotowiu. 

background image

Rowan odwróciła się, chcąc wyjść, ale potem przystanęła. 
-  Coś jeszcze?- spytał Ewan. 
-  Po prostu chciałam... ci podziękować. 
-  Nie ma za co  -  odrzekł z uśmiechem.  -  Lepiej ruszaj już w drogę, bo mały Coghill 

zjawi się na świecie przed tobą. 

Kiedy tylko zgasiła silnik, Jim wybiegł jej na spotkanie. 
-  Właśnie  mierzyłem  czas  między  skurczami,  pani  doktor,    i  myślę,  że  wszystko 

przebiega  prawidłowo,  ale  dobrze,  że  pani  już    przyjechała!  -  zawołał.  -  Żona  jest  w 
sypialni... 

-  Muszę umyć ręce - oznajmiła. - Gdzie mogę to zrobić? 

Jim pospiesznie zaprowadził ją do łazienki. 

-  Czy nie mogłaby się pani pospieszyć? - Przestępował nerwowo z nogi na nogę. - Nie 

chciałbym za długo zostawiać Ishbel samej, a ona kazała mi po panią wyjść. Powiedziała, 
że doprowadzam ją do szału. - Rowan zaśmiała się cicho. - Nie mogę zmusić jej, żeby się 
położyła - ciągnął. - W kółko powtarza, że lepiej się czuje, kiedy chodzi, ale to pewnie 
niedobrze.., 

-  Ishbel  wie,  co  robi,  Jim.  Leżąc,  rodzi  się  znacznie  trudniej.  W  pozycji  kucznej  lub 

półleżącej poród jest krótszy. 

Jim uśmiechnął się niepewnie, a potem ruszył do sypialni. 
-  Więc mały postanowił przyjść na świat akurat wtedy, gdy mam wizyty u pacjentów, 

tak?  -  powiedziała  Rowan  z  uśmiechem.  -  Muszę  przyznać,  że  to  niezbyt  ładnie  z  jego 
strony. 

-  Albo z jej strony - dodała Ishbel, z trudem łapiąc oddech. 
-  Istotnie - przytaknęła Rowan. - Chciałabym zobaczyć, czy nastąpiło rozwarcie, więc 

jeśli możesz, wskocz na łóżko, Ishbel. W porządku - oznajmiła po chwili. 

-  Mam  wrażenie,  że  to  wszystko  strasznie  długo  trwa  -  powiedział  Jim,  wycierając 

czoło chusteczką. 

-  Mamy  przed  sobą  daleką  drogę,  Jim,  ale  Ishbel  będzie  pod  dobrą  opieką.  Zaraz 

przyjedzie Ewan. 

Ishbel skrzywiła się z bólu i chwyciła męża za ramię. 
- Kucnij  i  głęboko  oddychaj,  Ishbel.  Przypomnij  sobie,  czego  nauczono  cię  w  szkole 

rodzenia - poleciła jej Rowan. - Oddychaj... oddychaj... Dobrze. Teraz odpocznij. 

Godziny wlokły się w nieskończoność. Choć Ewan zjawił się dość szybko, grał tylko rolę 

statysty.  Od  czasu  do  czasu  Rowan  spoglądała  na  niego,  by  upewnić  się,  że  postępuje 
właściwie. Kiedy jednak skurcze porodowe zaczęły następować coraz częściej, zapomniała 
o jego obecności. Wiedziała, że niebawem będzie już po wszystkim. 

-  Widzę główkę! - zawołał Jim radośnie. 
-  Przyj, Ishbel... jeszcze tylko jeden raz - mówiła Rowan. 
-  Nie mogę... nie dam rady! - wyjąkała Ishbel. 
-  Możesz...  świetnie.  Spróbuj  jeszcze  raz...  Weź  głęboki  oddech,  a  potem  przyj 

najmocniej, jak potrafisz... 

Ishbel wzięła kilka płytkich, nierównych oddechów, a potem zaczęła przeć z całej siły. 

background image

Nagle przeraźliwie krzyknęła... i dziecko przyszło na świat. Rowan odcięła pępowinę, po 
czym  wzięła  noworodka  na  ręce  i  wytarła  z  jego  buzi  krew.  Przez  moment  dziecko  nie 
dawało znaku życia, ale pod wpływem masażu zaczęło cicho kwilić. 

-  Czy wszystko dobrze? - spytała Ishbel słabym głosem. 
-  Masz  wspaniałą  córeczkę,  Ishbel  -  oznajmiła  Rowan,  podając  jej  niemowlę.  -  Jest 

wprawdzie drobna, ale ma prawidłową budowę. 

-  Och,  doktor  Rowan,  dziękuję  -  wyszeptała  Ishbel,  mocno  ściskając  jej  dłoń.  -  Jim, 

popatrz na nią. Czyż nie jest śliczna? Czy nie jest najcudowniejszym dzieckiem na świecie? 

-  Przejmę teraz pałeczkę, Rowan - powiedział Ewan. - Usiądź i odpocznij. Wyglądasz 

na wykończoną. 

-  Wcale nie jestem zmęczona... 
-  Może nie w tej chwili, ale zapewniam cię, że gdy tylko minie euforia, poczujesz się, 

jakbyś dostała obuchem w głowę! - powiedział. - Aha, Rowan - dodał, kiedy zmierzała w 
stronę drzwi. - Wspaniale się spisałaś. 

Uśmiechnęła  się  przez  łzy.  Teraz  była  już  pewna,  że  powinna  pracować  jako  lekarz 

rodzinny.  Nie  zamieniłaby  świadomości,  że  jest  ludziom  potrzebna,  na  najwyższe  nawet 
stanowisko. Zdała sobie nagle sprawę z tego, że w tej roli czuje się bardziej szczęśliwa, niż 
mogłaby przypuszczać. 

-  Och, doktor Rowan, dziękuję! - rzekł Jim drżącym ze wzruszenia głosem, wchodząc za 

nią do salonu. - Chcielibyśmy dać córce pani imię, na znak naszej wdzięczności za to, co pani 
dla nas zrobiła. 

-  Przecież zrobiłam tylko to, co do mnie należało. 
-  Przyjeżdżała tu pani na każde wezwanie Ishbel i uważamy panią za naszą przyjaciółkę. 

Czy napijecie się państwo po kieliszku? - spytał, kiedy Ewan wszedł do salonu. - Na cześć 
naszego maleństwa? 

Gdy wznosili toast, Rowan czuła się tak szczęśliwa i dumna, jakby oblewali przyjście na 

świat jej własnego dziecka. 

-  Chyba nie będziecie mieli mi za złe - rzekł Jim nieśmiało, spoglądając na drzwi sypialni 

- że na chwilę zniknę? 

-  Zmykaj stąd, szczęściarzu! - zawołał Ewan wesoło. - Jakoś poradzimy sobie bez ciebie.

 

 

Jim kiwnął głową z wyraźną ulgą i wyszedł. 
-  Chyba jesteś zadowolona, prawda? - spytał Ewan, siadając koło niej. 
-  Raczej odprężona. 
-  Mówiąc szczerze, wcale nie byłem ci potrzebny. 
-  Być  może,  ale  przynajmniej  miałam  świadomość,  że  jest  obok  mnie  ktoś 

doświadczony. 

-  Hm, muszę ci się do czegoś przyznać. Powiedziałaś, że do tej pory odebrałaś tylko dwa 

porody. No cóż, ja też. Jeden musiałem przyjąć, bo karetka przyjechała za późno, a jeden 
kiedy byłem na stażu. 

-  Co? - spytała lekko przestraszona. 
-  Nie mieszkamy w buszu, Rowan, i ogromna większość naszych pacjentek woli rodzić 

background image

w szpitalu. 

-  Więc  dlaczego...  Ty  oszuście!  -  zawołała,  wybuchając  śmiechem.  -  Stwarzałeś 

pozory... 

-  Nigdy nie twierdziłem, że jestem specjalistą od domowych porodów. To był tylko twój 

domysł. 

-  A co byś zrobił, gdyby wystąpiły powikłania? 
-  Najpierw wpadłbym w panikę, a potem liczyłbym na to, że jakoś sobie poradzimy. 
-  Cieszę się, że nie powiedziałeś mi o tym wcześniej, bo na pewno uciekłabym gdzie 

pieprz rośnie! 

-  Radzę ci, żebyś w przyszłości puszczała mimo uszu dziewięćdziesiąt procent tego, co 

mówię. 

-  Taki mam właśnie zamiar - odparła z uśmiechem. Spojrzał na nią uważnie. 
-  Czy to znaczy, że... możesz zostać w Cannie? 
Rowan nie przestała się uśmiechać. 
-  Razem moglibyśmy tu wiele zdziałać - ciągnął. - Tutejsi pacjenci nie są anonimowymi 

historiami choroby, lecz żywymi ludźmi, z którymi nawiązujesz kontakt i którzy stają się z 
czasem twoimi przyjaciółmi. 

-  Ewan... 
-  Mówiąc szczerze, to wcale nie jest takie łatwe - dodał pospiesznie. - Bliższy kontakt z 

pacjentami niesie z sobą nie tylko radość, lecz również i smutek. Ale od czasu do czasu 
zdarzają się takie chwile jak ta, kiedy pomożesz przyjść na świat nowej istocie lub kiedy wiesz, 
że rozpoznany przez ciebie nowotwór jest uleczalny. Wtedy odczuwasz tak wielką satysfakcję, 
jakiej nie dałaby ci żadna inna praca. 

Spojrzała na niego w milczeniu. Na jego twarzy dostrzegła entuzjazm, który jej również się 

udzielił, lecz to nie wystarczało. Ewan mówi o pracy, o Cannie... ale nie o niej. 

- Nie mogę tu zostać, Ewan. 
Rysy jego twarzy wyraźnie się wyostrzyły. 
-  Więc wracasz do Londynu. 
-  A cóż to za różnica, dokąd pojadę? 
-  Chciałbym, żebyś była szczęśliwa - wyszeptał. 
Tylko  ty  mógłbyś  mnie  naprawdę  uszczęśliwić,  pomyślała,  czując  bolesne  ukłucie  w 

sercu, ale ty nie pójdziesz na żadne ustępstwa, a ja nie mogę tego zrobić. 

Następny tydzień przeżyła tak, jakby sterował nią automatyczny pilot. Wmawiała sobie, 

że jej skrajne zmęczenie jest wynikiem ciężkiej pracy oraz wysiłku, jaki włożyła, pomagając 
Ellie przy organizacji przyjęcia zaręczynowego. Dobrze jednak wiedziała, że sama siebie 
oszukuje. 

Prawdziwym powodem jej wyczerpania były bezsenne noce, podczas których przewracała 

się z boku na bok... wyobrażając sobie swoje życie bez Ewana. Dręczyła ją też świadomość, 
że Ewan przyjął jej decyzję o rezygnacji z jawną obojętnością. 

-  Masz  jeszcze  czas,  żeby  zmienić  zdanie  -  powiedziała  Ellie  wieczorem,  w  dniu 

przyjęcia. 

-  Wykluczone, Ellie. 

background image

-  Co będziesz robiła? Dokąd pojedziesz? 
-  Może podejmę pracę gdzieś na szkockich kresach albo w hrabstwie Argyll - odrzekła, 

a, widząc w oczach Ellie łzy, dodała: - No, daj spokój, przecież dziś jest twoje święto. Nie 
martw się o mnie; dam sobie radę. 

Pewnie,  że  dam  sobie  radę,  powtarzała  w  myślach.  Przeżyłam  odejście  Colina,  więc 

przeżyję też rozstanie z Ewanem... Przyjęcie zaręczynowe nie miało charakteru oficjalnej 
ceremonii,  więc  Rowan  postanowiła  włożyć  na  tę  okazję  spódnicę  z  cienkiej  wełny  i 
jedwabną bluzkę. Kiedy zobaczyła w lustrze swe odbicie, posmutniała. Zawsze miała dość 
jasną cerę, ale teraz jej twarz była blada jak ściana. Pokryła policzki grubą warstwą różu, 
lecz natychmiast go zmyła. Doszła do wniosku, że woli wyglądać jak upiór niż jak klaun. 

Kiedy przyjechała na przyjęcie, sala była już wypełniona gośćmi, miejscowa kapela grała 

szkockie melodie, stoły uginały się pod ciężarem potraw, a whisky lała się strumieniami. 

Przywitała  się  z  rodzicami  Ellie,  którzy  potraktowali  ją  jak  serdeczną  przyjaciółkę. 

Gawędziła wesoło ze swymi pacjentami i ani przez moment nie czuła się tu obco. Tylko jeden 
człowiek, za którym przez cały wieczór wodziła oczami, zdawał się jej unikać. Tańczył z 
rozmaitymi partnerkami i wydawał się wspaniale bawić. Próbowała wmówić sobie, że nie 
powinno jej to obchodzić. 

-  Nie wiem, co on chce udowodnić - rzekła Ellie z irytacją pod koniec wieczoru. - Od 

samego początku nie opuścił parkietu, a zwykle trzeba było ciągnąć go tam siłą. 

-  Po prostu dobrze się dziś bawi - mruknęła Rowan. 
-  Ale nie ma prawa, nie powinien! - protestowała Ellie. - Och, do licha, nie! - dodała ze 

złością. - Tylko tego nam brakowało! 

Rowan odwróciła głowę i zobaczyła zmierzającego w ich kierunku Aleca. Na widok jego 

twarzy zamarło w niej serce. 

-  Posłuchaj,  Alec,  nie życzę sobie żadnych kłopotów  -  rzekła Ellie stanowczo.  -To jest 

moje przyjęcie i nie pozwolę, żeby ktoś mi je zepsuł. 

-  Chciałem tylko zamienić kilka słów z doktor Sinclair - wyjaśnił. 
-  Więc przyjdź jutro do ośrodka - odrzekła Ellie. 
-  To nie zajmie dużo czasu. 
-  W porządku, Ellie - powiedziała Rowan. - Spójrz, twoja mama cię woła, a ja dam sobie 

radę. - Ellie niechętnie odeszła, a Rowan odwróciła się do Aleca. - Co mogę dla pana zrobić, 
panie Mackenzie? - spytała z pozornym spokojem. 

-  Podobno  to  pani powinienem podziękować za  propozycję  zajęcia  się  gospodarstwem 

Tilly - oznajmił sucho. 

-  Skąd pan to wie? 
-  Od doktora Ewana. 

Rowan przygryzła wargi. 

-  Nie  powinien  był  panu  o  tym  mówić.  Proszę  mi  wybaczyć,  jeśli  uważa  pan,  że 

wtrąciłam się w... 

-  Nie  zgadzaliśmy  się  z  sobą,  pani  doktor  -  przerwał  jej  -  i  nie  sądzę,  żebyśmy 

kiedykolwiek doszli do porozumienia po tej sprawie z Frankiem Shawem, ale chciałbym 
pani podziękować i uścisnąć pani dłoń, o ile nie ma pani nic przeciwko temu. 

background image

- Chętnie, panie Mackenzie - odrzekła, wyciągając rękę. 

Alec mocno, uścisnął jej dłoń, a potem odwrócił się i odszedł. 

Rowan  miała  wielką  ochotę  podzielić  się  tą  zaskakującą  nowiną  z  Ewanem,  ale  on 

ponownie rzucił się w wir tańca. Podeszła do Ellie i Matta, pożegnała się z nimi i po cichu 
opuściła przyjęcie. 

Czego ty właściwie oczekiwałaś? - spytała się w duchu, wchodząc do swego mieszkania. 

Przecież powiedziałaś mu, że za niego nie wyjdziesz, że wyjeżdżasz... 

Kiedy  robiła  kawę,  zadzwonił  telefon.  Przez  chwilę  nie  zamierzała  go  odbierać. 

Wiedziała, że nie mógł dzwonić żaden z jej pacjentów, ponieważ doktor Swan z sąsiedniego 
ośrodka zgodził się zastąpić ich na dyżurze. W końcu doszła jednak do wniosku, że lepiej 
będzie z kimś porozmawiać, niż snuć ponure rozważania, i sięgnęła po słuchawkę. 

-  Tu Ewan. Dzwonię w sprawie dziecka Ishbel. 
-  Co się stało? - spytała z przerażeniem. 
-  Chyba  mają  jakiś  problem.  Właśnie  się  do  nich  wybieram  i  pomyślałem,  że  może 

zechciałabyś mi towarzyszyć. 

-  Podjedź po mnie - odparła i odłożyła słuchawkę. 
Po drodze przebiegała w myślach wszystkie możliwe choroby, które mogły zaatakować 

noworodka Ishbel. Modliła się, żeby nie dolegało mu nic poważniejszego. Była tak bardzo 
pochłonięta  myślami,  że  długo  nie  zwracała  uwagi  na  drogę.  Dopiero  gdy  zerknęła  na 
zegarek i stwierdziła, że jadą już ponad czterdzieści minut, lekko zmarszczyła brwi. 

-  Ewan, dokąd mnie wieziesz? - spytała, próbując bezskutecznie wypatrzyć w ciemności 

jakiś punkt orientacyjny. 

-  Jesteśmy prawie na miejscu - odrzekł i zjechał wolno na pobocze. 
-  Dlaczego stanąłeś? - spytała zakłopotana, kiedy wyłączył silnik. 
-  Chcę z tobą porozmawiać. 
Przez  chwilę  patrzyła  na  niego  szeroko  otwartymi  ze  zdziwienia  oczami,  a  potem 

zmarszczyła czoło. 

-  Nie ma na to czasu. Przecież córeczka Ishbel... 
-  Zapewne śpi głębokim snem w swoim łóżeczku. 
-  Więc dlaczego wyciągnąłeś mnie z domu? 
-  Bo muszę z tobą porozmawiać, a obawiałem się, że nie zechcesz mnie wysłuchać po 

dzisiejszym wieczorze. 

-  Odwieź mnie do Canny. 
W odpowiedzi Ewan wyprostował tylko swoje długie nogi. 
-  Natychmiast masz mnie odwieźć! 
Jego milczenie wyprowadziło ją z równowagi. 
-  Więc dobrze, daj mi kluczyki. - Wyciągnęła rękę w kierunku stacyjki, lecz Ewań wyjął 

je i wyrzucił przez okno. 

-  Czyś ty oszalał?! - wykrzyknęła. - Jak je znajdziemy w tych ciemnościach? 
-  Poszukamy rano - odparł irytująco spokojnym tonem. 
Rowan bezskutecznie usiłowała zapanować nad sobą. 
-  Jeśli choć przez chwilę myślałeś, że zamierzam spędzić tu z tobą całą noc, to powinieneś 

background image

pójść do psychiatry! 

-  Myślę,  że  nie  masz  innego  wyjścia  -  odrzekł,  przyglądając  się  uważnie  swoim 

paznokciom. 

-  To się przekonaj! - warknęła, a potem otworzyła drzwi i wysiadła z samochodu. 
-  Na twoim miejscu nie robiłbym tego, Rowan. Czeka cię długi spacer do Canny, a w 

naszych  górach  aż  roi  się  od  żbików.  Nie  ryzykowałbym  spotkania  nawet  z  jedną  taką 
bestią... 

Rowan wahała się przez chwilę, a potem wsiadła z powrotem do samochodu. 
-  Nigdy  ci  tego  nie  wybaczę  -  wycedziła  przez  zęby.  -  Ze  wszystkich  idiotycznych, 

infantylnych pomysłów... 

-  Przynajmniej  tym  razem  nie  możesz  zarzucić  mi,  że  jestem  nudny  -  oznajmił  z 

uśmiechem,  który  jednak  nie  złagodził  jej  gniewu.  -  Popatrz  na  mnie,  Rowan  -  poprosił. 
Widząc, że nadal siedzi bez ruchu, chwycił ją delikatnie za ramiona i odwrócił w swoją 
stronę. - Popatrz na mnie - powtórzył. 

Niechętnie podniosła wzrok i spojrzała mu w oczy. 
-  Starałem się przekonać siebie, że jeśli odejdziesz, będę w stanie żyć tak jak przedtem, 

ale nie mogę - wyszeptał. - Jeśli zechcesz mieszkać i pracować w Londynie, to będziemy 
mieszkać i pracować w Londynie. Jeśli zechcesz przenieść się do Timbuktu, to pojedziemy 
do Timbuktu. Powiedz mi tylko, że mnie kochasz, a pojadę, dokąd zechcesz, byle tylko być z 
tobą. 

-  Mówisz poważnie? - spytała z niedowierzaniem. 
-  Najzupełniej.  Wyjdź  za  mnie,  Rowan...  Nie  stawiam  żadnych  warunków,  tylko  za 

mnie wyjdź. 

-  Pełne partnerstwo, wspólne podejmowanie decyzji?   
Kiwnął głową. 
-  No więc, czy wyjdziesz za mnie? 
-  Czy tu naprawdę są żbiki? - spytała podejrzliwie. 
-  Bardzo w to wątpię - odparł z uśmiechem. 
-  Jesteś nieznośny! 
-  Wiem. Rowan, czy ty mnie kochasz? - spytał. 
-  Tak, kocham cię. 
-  I wyjdziesz za mnie? 
-  Och,  Ewan,  jesteś  porywczym,  zarozumiałym,  apodyktycznym  egoistą,  ale  jakże 

mogłabym ci odmówić? 

Przyciągnął ją do siebie i gorąco pocałował. 
- Ewan, dlaczego wyrzuciłeś te kluczyki? Będziemy musieli tu sterczeć aż do rana. 
- Może istotnie było to trochę pochopne posuniecie. 

Lekko się od niego odsunęła. 

-  Trochę?! - zawołała. - Utknęliśmy przecież na jakimś, pustkowiu... - Urwała, widząc 

jego niedwuznaczny uśmiech. - O, nie - szepnęła, pąsowiejąc. - Przecież nie możemy... 
Ewan, przestań! 

-  Dlaczego? - spytał, rozpinając jej bluzkę. 

background image

-  Bo ktoś może tędy przejeżdżać... 
-  I co z tego? 
-  Ewan,  jeśli  zamierzamy  zostać  w  Cannie,  to  musimy  dbać  o  opinię.  Och,  Ewan,  nie 

możemy, nie w samochodzie... Ewan, czyś ty do reszty oszalał? 

-  Zupełnie i całkowicie - mruknął, biorąc ją w ramiona. 
Kiedy znów zaczął ją całować, doszła do wniosku, że to niezwykle przyjemny rodzaj 

szaleństwa.