background image

tytuł: "Przerwany urlop" 
autor: Jack Higins 
Przełożył: WINCENTY ŁASZEWSKI 
Tytuł oryginału: "THE GRAVEYARD SHIFT" 
tekst wklepał: yxpodols@interia.pl 
Korekta: dunder@poczta.fm 
 
- Ilustracja na okładce - STEVE CRISP 
- Copyright 1965 by Harry Patterson 
All rights reserved 
 
- For the Polish edition - Copyright 1995 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o. 
 
ISBN 83-7082-936-8 
 
* * * 
 
KARTA OFICERA SłUŻBY CZYNNEJ 
 
NAZWISKO, IMIĘ: MILLER Nicholas Charles 
MIEJSCE ZAMIESZKANIA: - Four Winds, Fairvjew Avenue 
DATA URODZENIA: 27 lipca 1939 
WSTąPIł DO SłuŻBY W WIEKU: 21 
UPRZEDNIO WYKONYWANY ZAWÓD: Student 
 
WYKSZTAÓCENIE: Fundacja Uczniowska przy Liceum Arcybiskupa Holdena Stypendium 
Uniwersytetu Londyńskiego, 1956 Londyńska Szkoła Ekonomiczna 
 
UZYSKANE STOPNIE NAUKOWE: Magister prawa z odznaczeniem drugiej klasy, 
Uniwersytet Londyński, 1959 
 
KARTA SłUŻBY: Wstąpił do służby, 1/2/60 
Przeszedł przez Okręgowe Centrum Kształcenia, 1/5/60 
Zadowalająco przeszedł przez rok próbny, 1/2/61 
Zatrudniony w Sekcji Centralnej, 3/3/61 
Zatrudniony jako detektyw posterunkowy i przeniesiony do Sekcji 
"E", 2/1/63 (zob. Akta z National Bank Ltd" 21/12/62) 
Odroczony od złożenia egzaminu promocyjnego przez komisję kwalifikacyjną i 
skierowany do Bramshill, 2/12/63 (zob. Akta Dale-Emmett Ltd., 3/10/63) 
Ukończył Kurs Specjalny w Bramshill z wyróżnieniem i otrzymał awans na stopień 
z-cy detektywa sierżanta. Sekcja Centralna, czynny od 1/1/65. 
 
POCHWAÓY: 1/8/60 zob. akta 2/B/321/ Jones R. 
5/3/61 zob. akta 2/C/143/ Rogers R.T. 
4/10/61 zob. akta 8/D/129/ Messrs. Longley Ltd. 
5/6/62 zob. akta 9/E/725/ Ali Hamid 
21/12/62 zob. akta ll/D/832/ National Bank Ltd. 
3/10/63 zob. akta 13/C/172/ Dale-Emmett Ltd. 
 
DANE POUFNE: Wybitnie inteligentny oficer, predysponowany do pracy w policji. 
Duże potencjalne zdolności przywódcze. Największa wada to tendencja do 
niezależnego działania. Skłonność do stosowania nieortodoksyjnych metod. Warto 
zaznaczyć, że posiada brązowy pas judo i zna sztukę karate, japońską metodę 
samoobrony, za pomocą której można zabić przeciwnika gołymi rękami. Zwraca uwagę 
jego niechęć do stosowania tych metod podczas wykonywania obowiązków służbowych. 

background image

Od strony Tamizy płynęła mgła pędzona porannym wiatrem, otulając miasto 
żółtawym, złowieszczym całunem. Dyżurny oficer z Wandsworth otworzył małą furtkę 
w więziennej bramie i dał znak stojącej przed nią grupie mężczyzn. Przekroczyli 
ją i po chwili znaleźli się w nowym, obcym świecie. 
 
Ostatnim z nich był Ben Garvald - wielki, niebezpiecznie wyglądający mężczyzna, 
którego potężne ramiona rozpychały tani prochowiec. Zawahał się, podnosząc 
kołnierz. Dyżurny oficer pchnął go ku wyjściu. 
- Co, nie chcesz nas opuścić? 
Garvald obrócił się i spojrzał na niego spokojnie. 
- Co ty sobie myślisz, ty świnio? 
Oficer zrobił machinalnie krok do tyłu. Na jego twarzy pojawił się rumieniec 
gniewu. 
- Zawsze miałeś parszywą gębę, Garvald. No, wynoś się. 
Garvald wyszedł na zewnątrz. Brama nieodwołalnie zatrzasnęła się za jego 
plecami, co go dziwnie uspokajało. Zaczął iść w dół ulicy, w kierunku głównej 
drogi, mijając zaparkowane rzędem samochody. Mężczyzna siedzący za kierownicą 
starej, niebieskiej furgonetki, stc na samym końcu, obrócił się w kierunku swego 
towarzysza i skinął głową. 
Garvald zatrzymał się na rogu, patrząc na poranny ruch ulic płynący wolnym 
strumieniem wskroś mgły. Wyczekał właściwy moment, szybko przeskoczył jezdnię i 
wszedł do małej kawiarni po drugiej stronie ulicy. 
Dwaj inni byli tam już przed nim. Stali przy kontuarze. Blond kobieta o 
nieszczęśliwej twarzy i sennych oczach przygotowywała w metalowym czajniczku 
świeżą herbatę. 
Garvald usiadł na taborecie i, czekając, patrzył przez okno. Po chwili niebieska 
furgonetka wyłoniła się z mgły i zaparkowała przy krawężniku. Wyszli z niej dwaj 
mężczyźni i weszli do kawiarni. Jeden z nich był małego wzrostu; jego twarz 
gwałtownie domagała się brzytwy. Drugi mężczyzna miał co najmniej sześć stóp 
wysokości, ponurą, kościstą twarz i ogromne ręce. 
Oparł się o kontuar, gdy dziewczyna zwróciła się w stronę Garvalda powiedział 
szybko z miękkim irlandzkim akcentem: 
- Dwie herbatki, kochanie. 
Spojrzał przy tym wyzywająco na Garywalda, Jego twarz wykrzywił lekceważący, 
szyderczy uśmieszek pewnego siebie aroganta. Potężny mężczyzna nie dał się 
jednak sprowokować. Jego wzrok powędrował ku mgle kłębiącej się za spryskaną 
deszczem szybą. 
Irlandczyk zapłacił za herbaty i przyłączył się do swego kompana czekającego 
przy narożnym stoliku. Niepozorny człowieczek spojrzał ukradkiem na Garvalda. 
- Co o nim myślisz, Terry? 
- Tysiąc lat temu może to i była gorąca sztuka, ale wyżęli go tam do sucha. - 
Irlandczyk wyszczerzył zęby w uśmiechu. - Czeka nas chyba tak spokojne 
spotkanie, jakiego nie mieliśmy już od długiego, bardzo długiego czasu. 
Dziewczyna za kontuarem, ziewając, nalała Garvaldowi herbatę do filiżanki. 
Spojrzała na niego kątem oka. Przywykła do takich^ ludzi. Prawie każdego ranka 
ktoś taki przechodził przez ulicę wychodząc z miejsca po drugiej stronie. 
Wszyscy wyglądali tak samo. Ale z tym 
10 
tutaj zdawało się być inaczej. Było w nim coś, czego nie potrafiła dokładnie 
określić. 
Posunęła filiżankę z herbatą po blacie i przeczesała dłonią swe długie włosy 
opadające na twarz. 
- Coś jeszcze? 
- A co masz? 
Jego oczy były szare jak dym ognisk palonych w jesienne dni. Tkwiła w nich siła. 
Nieujarzmiona, zwierzęca siła, obecna tam niemal fizycznie. Poczuła, jak przez 
jej ciało przebiegł dreszcz. 

background image

- O tej porze, z samego rana? Wszyscy jesteście tacy sami, wy, mężczyźni. 
- Czego chcesz? To trwało tak długo. 
Rzucił jej monetę na kontuar. 
- Daj mi paczkę papierosów. Bez ustnika. Chcę czuć jak smakują. Wyciągnął sobie 
papierosa i poczęstował dziewczynę. Dwaj mężczyźni w rogu sali obserwowali go w 
lustrze. Garvald zignorował ich. 
Podał jej ogień. 
- Było się tam długo, prawda? - powiedziała wydmuchując ze znawstwem dym. 
- Wystarczająco długo. - Spojrzał przez okno. - Spodziewam się, że zaszło tu 
wiele zmian. 
- Wszystko się ostatnio Rozmieniało - potwierdziła. 
Garvald uśmiechnął się szeroko i wyciągnął ku niej rękę. Jego 
palce przesunęły się po włosach dziewczyny. Poczuła, że zaczyna 
brakować jej tchu. 
- Niektóre rzeczy pozostają zawsze takie same. 
Owładnął nią niepokój. Naraz zrobiło się jej sucho w gardle. Poczuła, że jest 
całkowicie bezwolna, schwytana w nieodwołalny bieg wypadków. Nagle przechylił 
się przez kontuar i pocałował ją prosto w usta. 
- Zobaczymy się jeszcze. 
Zsunął się ze stołka i z szybkością nieprawdopodobną, jak na tak dużego 
mężczyznę, przemknął przez drzwi i wydostał się na zewnątrz. 
Dwaj mężczyźni siedzący w rogu rzucili się w ślad za nim. Kiedy jednak znaleźli 
się na chodniku, znikł już we mgle. Irlandczyk pobiegł naprzód i w moment 
później dostrzegł sylwetkę Garvalda idącego 
11 
[(aqAA - jnfo3[ods M annn ABISOZ piutgog B  
'psu/y/ 
zonunitreAt OIAAS M azazsaf ApSiu o3app?fipmis opił 
AOpo Aiuozodaiu i tupnuapi oSaf A qotu liqoJZ ppiAJeo 
I PBU Aofefoisi Auzonred PAAZJAA ZJBA oSaf aiStn i 
i 5is {.redo Xinnołifaid{OJ Ćqot3ou tn otueis nono3[ A 
IZSUXJ Op OBAOłOIOLtA fBfSSKld WSdV10~S[ ŃtUI og3f 
ĆiJ3Ucq tuzBpz A oiaiadnn z B{ZJapn BAO{SpozJdeo 
tfeuod PIBAJOSfoAzod tnzsmis Si zfepA otfnAoq3tz 
UZOBZ snisóim 3[Bfotfnzoni9q z {tin[Xz.D[ 3[XzonBpi 
Ćo{pBun anzSiod A irer (Aqn 
otfezozsapitz 98 A (fenipd i af {IOSJASinrcJpazJd 
Jnqo 08 iJoAtto PIBAJBO inAqo fainBS uai AY Ćouso{3 
COEJS {fezoBZ ZBJBZ i 3puq Ari{0tn w oq3tq8 Sis inAZ 
Ć3ZO(pod ApOBJlS 
)3uiBł aniptp[op aiirodoi3o Ćazx(aiAod aisnd o3[iXi &[ 3p(piA oSaf anpozjd op is 
(pnzJ AzopuBpi soSo XnrB3[nzs  
AZJtAl OSaf BU SlS {lABfod 3{3ZS3IIlISn AOZOIUOJIBZOZStpJ 
SJ {BUIAZJJ, Ćo33{Bui opp n(oq z żis aofefiA qoT oppizp 
is inni pazJJ ĆSis pooJApo Azapirepi Ćgz.uaiAod WIAAOS 
romaJBp Bisn aytAzoJ TB3[nrpoq3 vvi fpvdn v3 
ĆazsnzJqpod A va3wa\oy[ o3 {AZJapn fis HOAJTO z i 
AI BspoaiAopo oSaitin ipOPO Jop3! f3 aż 
Ć99aid qoi BZZ aizpmups faures fsi ĆA03[OJ3[ q3AUA3d9ro 
Op liqOJZ ĆSBUIAJ3 {tO'5[tn3ZJd ZJAl OSaf Z3ZJJ 
3 po AotpioSauzoiin nqoru oSanrreJod 3piq a(3in fsłsSS A [ aiuAizp tAqnzsn oSaf 
op pzpoqoop ppsCinapiżiAzp 
Ć3BAiqOH(SpBU {feZ3B7 S3[SJ VZ BZSAZJBAOl 3tfBłAAq3 
Z 3[AZ3pireiJI 3\3lBl Ćin3IH3ZpOJ8o Uł(UZBI3Z TULdreAOUTCJ U013[IA T1{A:IS A 
IttL(treAOpnqZ lUIBtnOp IS HHAOtlBA 
;mpoqo nip[stA osi qśzoz i inop AUZOJBU nSm 
Ćisojd 01 o Sis nrcszoqo7  

background image

Ćt3(Z33IAO{Z3 
I ni3p'5[0 tptJł I AqśZ lXZJ3Z3ZSXA 3[AZ3pUBpI ĆŻ3[Z3Ip 
;A A fKs&r5[s maigoJ BZ AOn {op A oiai3(OJ3[ OIAABAZ 
- To już lepiej - powiedział Garvald. - O wiele lepiej. Kto was na mnie nasłał? 
- Facet, nazywa się Rosco. Sam Rosco. On i Terry znali kogoś w Ville, parę lat 
temu. Tamten napisał w zeszłym tygodniu z tej zachrzanioneJ Północy, gdzie teraz 
mieszka. Mówił, że twój powrót jest złą nowiną. Że nikt nie chce cię z powrotem. 
- A wy mieliście mnie o tym przekonać? - uprzejmie odezwał się Garvald. - Ile 
warte było przekazanie mi tej wiadomości? Mały człowieczek zwilżył językiem 
usta. 
- Setkę, na spółkę - dodał pośpiesznie. 
Garvald przykucnął na jedno kolano przy Irlandczyku i obrócił go. Przeszukując 
kieszenie pogwizdywał jakąś smutną melodyjkę w tonacji minorowej. Wreszcie 
znalazł portfel i wydobył z niego zwitek pięciofuntowych banknotów. 
- To te? 
- Zgadza się. Terry jeszcze ich nie rozdzielił. 
Garvald szybko przeliczył pieniądze, po czym wsunął je do kieszeni na piersiach. 
- Oto co nazywam miłym porannym zajęciem. 
Ten drugi kucał już u boku Irlandczyka. Dotknął delikatnie jego twarzy i 
odskoczył. 
- Matko Najświętsza, zmiażdżyłeś mu szczękę. 
- Więc lepiej znajdź mu doktora, nie? - odezwał się Garvald i odwrócił się, by 
odejść. 
Po chwili zniknął we mgle. Przez moment w powietrzu wisiało jego pogwizdywanie, 
po czym umilkło w atmosferze wciąż jeszcze trwającej grozy. Niepozorny 
człowieczek klęczał przy Irlandczyku, deszcz sączył się przez zupełnie 
przemoczone płótno taniego płaszcza. 
Ta melodia - ta przeklęta melodia. 
Wydawało mu się, że nigdy nie będzie w stanie wybić ze swej głowy tego dźwięku. 
Nagle, z powodów, których nigdy potem nie potrafił wyjaśnić, zaczął płakać. 
Bezradnie, jak małe dziecko. 

A potem nadeszła noc. Wszędzie grasował zimny, wschodni wiatr wigący od Morza 
Północnego. Groźny, jak nóż, który wbija się przechodniowi w plecy, 
zapuszczający się w aleje szarego północnego miasta i gwiżdżący przeraźliwie w 
wąskich kanionach ulic, które wryły się między spiętrzone bloki nowo powstałej 
dzielnicy. Gdy zaczęło padać, był to zimowy, kłujący deszcz, który uderzał w 
okna z łoskotem rewolwerowych pocisków. 
Jean Fleming siedziała na twardym, drewnianym krześle w głównym biurze C.I.D. - 
Centralnego Zarządu Policji - i czekała. Było kilka minut po dziewiątej. Miejsce 
wydawało jej się dziwnie opuszczone. Tylko cienie tłoczyły się we wszystkich 
kątach pokoju i przebiegały wzdłuż długich, wąskich biurek, rodząc w niej 
niewyraźny lęk, jakiś irracjonalny niepokój. 
Przez matowe drzwi prowadzące do pomieszczenia na lewo usłyszała ruch i cichy 
pomruk głosów. W chwilę później drzwi otwarły się i dobrze zbudowany, siwiejący 
czterdziestokilkuletni mężczyzna dał je] znak, turhem głowy. 
t - Ć 
ĆĆ f: 

Ć' 
15 
'ĆKSsSSKK... 
ĆS55?°"S'SS"?'S': 
wS'3?s=sa;"5ss?"" 
esSt 
sSsssła.".. 
Ćsssss?-1.'?"' 

background image

JaJcS siostrą Bel!i G!lrv 
s0. ° 
"., i.lu"".' aftr' ź St 
'"ido dom?'Jał0 layT'"' 
Ć ź' " S, " 
16 
- Zmieniłaś się - powiedział. - Pamiętam cię, jak jeszcze chodziłaś do Grammar 
School i wybierałaś się do college'u. Kim chciałaś wtedy zostać - nauczycielką?& 
&&Jestem nią - powiedziała. 
- Tu w mieście? 
Skinęła głową. 
- W podstawówce w Oakdene. 
- Stara szkoła panny Van Heflin? To był mój pierwszy rejon, w którym pełniłem 
służbę jako młody policjant. Czy ona jeszcze pracuje? Musi już mieć co najmniej 
siedemdziesiątkę. 
- Od dwóch lat jest na emeryturze powiedziała Jean Fleming. Szkoła jest teraz 
moja. 
Nie potrafiła ukryć zjadliwej dumy pobrzmiewającej w jej głosie, a jej północny 
akcent dał się słyszeć wyraźniej. 
- Długa droga z Khyber Street - rzekł Grant. - A jak ma się BelJa? 
- Rozwiodła się z Benem niedługo potem, jak poszedł do 
więzienia. W zeszłym roku wyszła ponownie za mąż. 
- Przypominam sobie. Harry Faulkner. Dobrze się urządziła. 
- To prawda - spokojnym głosem odezwała się Jean Fleming. I nie chciałabym, żeby 
cokolwiek się w tym układzie zepsuło. 
- Co na przykład? 
- Ben - powiedziała. - Zwolniono go wczoraj. 
- Jesteś tego pewna? 
- Z umorzeniem części kary powinno się to stać już poprzedniego roku. Ale 
stracił tę szansę, kiedy kilka lat temu zbiegł z robót w Dartmoor. Grant 
dmuchnął dymem w sufit. 
- Myślisz, że on może przysporzyć kłopotów? 
- Bardzo trudno było mu pogodzić się z rozwodem. To dlatego próbował wtedy 
zbiec. Powiedział Belli, że nigdy nie dopuści, by związała się z innym. 
- Czy ona po tym wszystkim jeszcze go odwiedzała? 
Jean Fleming pokręciła głową. 
- To nie miałoby sensu. Byłam u niego zeszłego roku, kiedy mieszkała już z 
Harrym. Powiedziałam Benowi o jej ponownym zamąźpójściu. Że nie ma najmniejszego 
sensu szukać z nią kontaktu. 
2 - Praerwicy urlop 
17 
s sra azpfenraid v 
a3A Sa\o/& napar 
AS 5)zs3J oizpżds 
qi?{iAizpZ  
a arooo i  
STO tsmwSfuAzid 
TSVE3t3o\ VpZV~[ 
Ćlyoiirelbiiod capaf 
pBA3[ IIOI itTSSIZp 
ĆS  
3łAt3[0 BptIAró tn 
poS.qo iireJo 
?3[I3iM. iXqz BqXiio 
noi 3XzotnmpXAY 
osqii3oi  
ĆXUIOM isafsson 

background image

spo izsafnazoo 
tnaiamzo  
[ażXqBpioqo 31 
3JdŚpi tirei BtnBS 
ĆX3on fazsfaisizp 
)z 3S3Z3 oSaf EU 
z ażIUSIA  
)SJ5tod nAOU7 
3 ByBZt5[OJ  
z3oqoz 0(7inio M. 
Ćłsop Bnag  
U B(Xz03ZJdB7 
łpABJdfe  
oso aio Xpgro nag 
[U 3\eĆ5fBJi  
:B(IZpJ3IM10J 
Ć3[inBJ Xz3  
JJ ĆiircizpaiMod 
5[3pSA tg  
3TOJBZ Ć5[tf  
to jest, ale nic 
lie. 
iony. Myśli, że 
ścik. Napisano 
my i zamierzą] ą 
ma się odbyć 
i inne atrakcje. 
' tę uroczystość. 
jednak od nas 
e w coś swego 
iowiedziała.  
eka. Nie jest to 
. Spojrzał w dół 
ling. - Siedem 
uset dwudziestu 
i tym biurkiem. 
nam na gwałt 
ielu ludzi chce 
o daje im tylko 
i wśród swoich, ly się zważy, co 
trzeba robić, by je dostać. Jeżeli mi nie wierzysz, spróbuj postać pod kantorem 
około jedenastej w sobotę wieczór, kiedy zamykają bary. Dobry policjant zarabia 
tam w ciągu jednej godziny swą tygodniową pensję. 
- Tym sposobem usiłuje pan powiedzieć, że nie jesteście w stanie mi pomóc. 
- Mam pod sobą pięćdziesięciu dwóch detektywów. Obecnie 
osiemnastu z nich choruje na grypę, pozostali pracują osiemdziesiąt godzin 
tygodniowo. Chyba zauważyłaś, jak tu dziwnie cicho. To dlatego, że jedynymi 
ludźmi w biurze są detektyw posterunkowy Brady i ja. W najlepszym razie możemy 
zrobić pokazową rundkę po mieście podczas tej nocnej zmiany, pomiędzy dziesiątą 
a szóstą. Można by rzec, że dzisiejszej nocy bardzo cienko u nas. 
- Ale musi być przecież ktoś w rezerwie. 
Grant roześmiał się i wrócił na swe miejsce przy biurku. 
- Zwykle jest ktoś taki. 
Wstała. 
- A więc załatwione? Zajmiecie się tą sprawą? 

background image

- Rozejrzymy się - powiedział Grant. - Nie powinno być zbyt trudną rzeczą 
znaleźć go, jeśli tylko jest w mieście. Nie mogę obiecać zbyt wiele, ale zrobimy 
wszystko, na co będzie nas stać. 
Zaczęła grzebać w torebce. Po chwili wyciągnęła z niej wizytówkę. 
- Przez godzinę, może dwie, będę u Belli, w St. Martin's Wood. Potem będę 
siedziała w domu. Mieszkam w szkole, w dawnym mieszkaniu panny Van Heflin. Tu 
jest adres. 
Skierowała się ku drzwiom. Gdy Brady rzucił się, by je otworzyć, Grant odezwał 
się raz jeszcze. 
- Jednej rzeczy nie mogę zrozumieć. Dlaczego ty? Dlaczego nie Bella? 
Jean Fleming obróciła się wolno w jego stronę. 
- Pan jej już chyba nie pamięta, prawda? Ona nigdy nie była zbyt mocna w 
działaniu. Gdyby ta sprawa pozostała na jej głowie, udawałaby przed samą sobą, 
że Ben Garvald nigdy nie istniał i żyłaby nadzieją, że nic złego się nie 
wydarzy. Ale tym razem to już nie wystarczy. Jeżeli cokolwiek się stanie, mogę 
stracić więcej nawet niż ona. Zrujnuje mnie skandal, panie Grant, zniszczy 
wszystko, o co 
19 
walczyłam. Przebyłyśmy długą drogę z Khyber Street - sam pan powiedział. Zbyt 
długą, by ktoś miał ściągnąć nas tam z powroten 
Kiedy JUŻ odwróciła się i wyszła przez pomieszczenie główne biura, poczuła, że 
cała drży. Nie troszcząc się o windę zbiegła ti piętra po marmurowych schodach i 
wybiegła przez obrotowe drz\ by znaleźć się w portyku frontowej ściany ratusza. 
Oparła się o Jeden z wielkich kamiennych filarów, które wspina się nad nią ku 
górze, w ciemność nocy. Naraz gwałtowny pory wiatru plunął je; w twarz deszczem. 
Jego dziwnie przejmujące lodowa! zimno podobne było do strachu, który narastał w 
jej piersi. 
- Niech cię diabli wezmą, Garvald! Niech cię diabli? - wycedziła przez zęby i 
zbiegła po schodach. 
- Niczego sobie dziewczyna - mruknął Brady. 
Grant skinął głową. 
- I naprawdę dzielna. Musiała być mocna, by żyć w takim 
miejscu jak Khyber Street. 
- Myśli pan, że coś w tym jest, sir? 
- Być może. Trudno dziś znaleźć twardszego faceta niż Ben Garvald. Nie wydaje mi 
się, by dziewięć lat w Parkhurst i w Moor wywarły na niego jakikolwiek wpływ. 
- Nie znałem go nigdy osobiście - powiedział Brady. - W tamtych dniach 
siedziałem na służbie w Sekcji "C". Czy ma wielu przyjaciół? 
- Nie sądzę. Zawsze był czymś w rodzaju samotnego wilka. 
Większość ludzi po prostu się go boi, - Typowy nerwus? 
Grant potrząsnął głową. 
- To nie było nigdy w stylu Garvalda. Kontrolowana siła, przemoc, gdy to 
konieczne, to jego motto. Był komandosem w Korei. Zwolniony w 1951 z powodu 
postrzału w nogę. Do dziś lekko utyka. 
- To wygląda na ciężki przypadek. Mogę wziąć jego papiery? 
- Najpierw potrzebujemy kogoś, kto by się nim zajął. - Grant rzucił na stół 
kartotekę, otworzył ją szybkim ruchem i przebiegł palcem po liście. - Graham 
jest wdąź zajęty sprawą gwałtu w Moort - sam pan to n z powrotem. 
:zenie głównego 
idę zbiegła trzy 
ibrotowe drzwi, , które wspinały 
ałtowny poryw 
nujące lodowate 
piersi. 
li! wycedziła 
y żyć w takim 
faceta niż Ben 

background image

lurst i w Moor 
Ćady. - W tam 
Czy ma wielu 
notnego wilka. 
trolowana siła, iosem w Korei. 
dś lekko utyka. 
iego papiery? 
zajął. - Grant 
lem i przebiegł 
wałtu w Moor 
end. Varlcy pojechał przed godziną do fabryki Maskę Lane, gdzie dokonano 
włamania. Gregory chory. Lawrence chory. Forbes udał się do Manchester, jako 
świadek w sprawie oszustwa, i wróci jutro. 
- A co z Gamerem? 
- Wciąż pomaga w Sekcji "C". Nie mają tam kompletu ludzi. 
- I każdy ma co najmniej trzydzieści albo więcej zaległych spraw, które musi 
załatwić - powiedział Brady. 
Grant wstał, podszedł do okna i spojrzał w dół, w deszcz. 
- Ciekaw jestem, co by powiedzieli ci przeklęci cywile, jeśli wiedzieliby, że 
tej nocy mamy tylko pięciu w całej Centralnej Sekcji. Brady zakaszlał. 
- Jest jeszcze Miller, sir. 
- Miller? - mechanicznie powtórzył Grant. 
- Detektyw sierżant Miller, sir. - Brady lekko podkreślił tytuły. - Słyszałem, 
że zeszłego tygodnia skończył kurs w Bramshill. 
Nie było niby nic szczególnego w jego tonie, ale Grant wiedział, co on oznaczał. 
Według nowych przepisów, każdy posterunkowy, który z powodzeniem ukończył roczny 
kurs specjalny w Police College w Bramshill House, natychmiast po powrocie do 
swej jednostki otrzymywał awans na stopień zastępcy sierżanta, co było źródłem 
rozgoryczenia starych policjantów, którzy albo dochrapali się awansu dężką 
pracą, albo wciąż jeszcze nań czekali. 
- Zupełnie o nim zapomniałem. Ten gość skończył prawo, czyż nic? - powiedział 
Grant, nie dlatego, że potrzebował informaq'i, lecz po to, by zobaczyć, jaka 
będzie reakcja tego drugiego. 
- Tak mi powiedzieli - odparł Brady zjadliwym tonem, w którym zawierała się cała 
pogarda długoletniego policjanta dla "książkowego mola". 
- Tylko raz go spotkałem. To było wtedy, gdy zrobiono mnie członkiem komisji 
rozważającej jego kandydaturę do Bramshill. Jego papiery wydawały się naprawdę 
dobre. Trzy lata służby na ulicy w Sekcji Centralnej, więc musiał poznać życie. 
Jeśli dobrze pamiętam, to on był pierwszy na miejscu po napadzie na bank 
Leadenhall Street. Właśnie wtedy stary zdecydował się przenieść go do C.I.D. Rok 
pracował w Sekcji "E" z Charlie Parkerem. Charlie myśli, że posiadł aa wszystko, 
czego potrzebuje dziś dobry policjant. 
21 
" " !B TO 
, S'!"10 
31 aiAlMrei - Ć Ća  
Ć" "iwo  
.""'a wooa Z' 
°:? 
m nm 
.fLiiuaJl 
Z 3ZZ31 tU3fBZSXfS  
ĆfcMO(S irrsfs iireJ{) 
nnoAS A arzpBfyap BU rs 
l/CMnłT'"'"''"" 
iędzy, by mógł się 
y. - Raz pojawił 

background image

ił pan o tym? 
iire'a na zajęcia 
ly wypuścił mu 
illy twierdzi, iż 
st mistrza. 
tział z zawiścią 
ri. 
hciał go mieć 

- Stary wspo 
słość. 
Iziewiętnaście 
rrant. 
Do 
cowac, może 
jego numer 
i wymówek. 
uśmieszek. 
' zniknął za 
ił do okna. 
ny. Daj mu 
a, dlaczego 
lie nim do 
trzebują  
acji, która 
Domy na Faimew Avenue były typowe dla bogatych mieszkańców angielskiego 
miasteczka. Szerokie, niemal jak rezydencje, rozłożyły się w znacznej odległości 
jeden od drugiego pośród oceanu trawników. Świadomość, ze Nick Miller mieszka w 
jednym z nich, nie mogła poprawić nastroju Jacka Brady'ego. 
"Four Winds" stał na końcu. Był to późnowiktoriański dom 
z szarego kamienia ze zwieńczoną półksiężycem bramą wjazdową i dwuskrzydłowym 
wejściem. Brady wjechał do środka, zaparkował swego starego forda przed 
drzwiami, wysiadł i nacisnął dzwonek. 
Po chwili drzwi otworzył szczupły, siwiejący mężczyzna, mniej więcej w jego 
wieku. Miał ostre, zdecydowane rysy twarzy i nosił ciężkie, rogowe okulary, 
które roztaczały wokół niego atmosferę wyższej uczelni. 
- Słucham, o co chodzi? - Głos zabrzmiał niecierpliwie i Brady dostrzegł w jego 
prawej, zwisającej luźno ręce talię kart. 
- Jestem z Departamentu Policji. Usiłuję skontaktować się z detektywem 
sierżantem Millerem, ale nie mogę się do niego dodzwonić. Czy pański telefon 
jest w porządku? 
23 
Ten drugi pokręcił głową. 
- Nick ma swoje własne mieszkanie, nad garażem, tam z Ę 
I podłączony oddzielny telefon, O ile mi wiadomo, powinien l u siebie. Jestem 
jego bratem - Phil Miller. Potrzebujecie go do czegi 
- Można by tak powiedzieć. 
- Myślałem, że ma wolne do poniedziałku. 
- Miał. Mogę do niego zajrzeć? 
- Proszę bardzo. Nie może pan zabłądzić. Schody zapasowe pr głównych drzwiach 
garażu zaprowadzą pana prosto na górę. 
Brady pożegnał się, zszedł w dół po schodach i poszedł żwirował dróżką wzdłuż 
domu na tylne podwórze, oświetlone stylową gazów lampą przymocowaną do ściany 
nad tylnym wyjściem. 
Zasuwane drzwi garażu były częściowo odemknięte. Wszedł d środka i zapalił 
światło. Stały tam trzy wozy, zaparkowane jeden prz: 
drugim. Zodiac, słynny jaguar typ E i zielony minicooper. 

background image

Nie był w stanie opanować wściekłości. Zakipiał gniewem. Szybk( wyłączył 
światło, wyszedł na zewnątrz i wspiął się na piętro pc metalowych schodach. 
Millera obudziło ostre, przedłużające się w nieskończoność brzęczenie dzwonka. 
Leżał jeszcze chwilę wpatrując się w sufit i próbując zebrać myśli. Wreszcie 
odrzucił koc, wstał i przeszedł przez salon, włączając po drodze lampę na stole. 
Otworzył frontowe drzwi. 
Wzrok Brady'ego zatrzymał się najpierw na czarne] jedwabnej piżamie ozdobionej 
rosyjskim kołnierzykiem, złotymi guzikami i monogramem na kieszonce. Po chwili 
jego oczy przesunęły się ku twarzy. Przystojny mężczyzna, z zaznaczonym ostro 
niemal arystokratycznym podbródkiem. Miał wystające kośd policzkowe i oczy - tak 
ciemne, że gasło w nich wszelkie światło. 
W każdym innym czasie te oczy z pewnością powstrzymałyby go. Teraz jednak 
frustracja i wściekłość, którą kipiał, nie dopuściły rozsądku. 
- Ty jesteś Miller? - spytał nie dowierzając. 
- Zgadza się. 
- Detektyw posterunkowy Brady. Zdaje się, że wyjątkowo mile 
spędzasz czas. - Brady omiótł wzrokiem pokój za jego plecami. Czyżby główny 
lokaj miał wolną nockę albo coś w tym guście? 
Nick zamknął drzwi i poszedł w stronę kominka. Otworzył srebrne pudełko stojące 
na bocznym stoliku, wybrał papierosa i zapalił go od stojącej na stole 
zapalniczki z czasów królowej Anny. 
- Jeśli móglbyś przejść do rzeczy - powiedział cierpliwym głosem. - Mam zamiar 
wcześnie zacząć dzisiejszą noc. 
- Już ją zacząłeś. Inspektor Grant chce cię widzieć w Komendzie Głównq. Zdaje 
się, że pragnie skorzystać z twych bezcennych usług. Brady podszedł do telefonu, 
który był wyłączony z sieci, i wcisnął końcówkę do gniazdka. - Nic dziwnego, że 
za żadną cholerę nie mogłem się dodzwonić. - Obrócił się wściekły. - Próbowałem 
dokręcić się do ciebie przez pół godziny. 
- Rozdzierasz mi serce. - Miller podrapał się pod brodą. W każdym razie nie ma 
sensu, byś dłużej tu siedział. Zobaczymy się na miejscu. Wezmę własny wóz. 
- Który? Rollsa? - I kiedy Nick chciał go wyminąć, Brady 
chwycił go za ramię. - Stary powiedział, że masz się zjawić natychmiast. 
- Więc będzie musiał poczekać - odpowiedział spokojnie 
Nick. - Zamierzam wziąć prysznic, a potem się ogolić. Możesz powiedzieć mu, że 
będę za pół godziny. 
Ze zdumiewającą łatwością uwolnił się z jego uścisku i odwrócił się znowu. Wtedy 
cały gniew i nagromadzone kompleksy znalazły swe ujście w wybuchu niepohamowanej 
wściekłości. Brady chwycił Nicka i potrząsnął nim z całej siły. 
- Za kogo ty się do jasnej cholery uważasz? Wyskakujesz znikąd po pięciu latach 
służby ze swym przeklętym naukowym stopniem i tymi cudacznymi wozami, 
przechodzisz przez egzaminy i robią cię sierżantem. Na Boga, tak wystrojony 
przypominasz raczej alfonsa. 
Rozejrzał się po luksusowo umeblowanym pokoju. Spojrzał na grube dywany, kilimy 
z barwionej owczej skóry, drogie meble i pomyślał o swym małym, niby 
jednorodzinnym domku. Mieszkanie policyjne, w jednej z tych mało ciekawych, 
ubogich dzielnic, wzięte na wyprzedaży po drugiej strome rzeki, gdzie ludzie 
tacy jak on żyli ze swymi rodzinami w stanie nieustannego oblężenia. 
25 
I już kipiał irracjonalnym gniewem, którego nie był w st. chwili dłużej 
kontrolować. 
- A spójrz na to miejsce. Wygląda bardziej jak pocz 
w jednym z burdeli na Gascoigne Square. 
- Zdaje się, że masz w tych sprawach doświadczenie pov 
Nick. 
Jego twarz zmieniła się zupełnie i zbladła, jakby odpłynęła krew. Kosmyk włosów 
zsunął mu się na czoło. Patrzył na Brać jakby go tu w ogóle nie było. 
Te oczy powinny go ostrzec, ale Brady był już zbyt dale 

background image

miejsca, gdzie rozum miał cokolwiek do powiedzenia. Wyciągnął chwycił za czarną 
piżamę, jedwab w jego dłoni zaczął się drzeć. V momencie przez jego dało 
przebiegła fala bólu, jak płynny Zachwiał się, przez gardło przecisnął się 
krzyk. Spróbował w prawą rękę, ale bezskutecznie. 
Nacisk lekko zelżał, gdy Brady ukląkł na jedno kolano. Po c ustał zupełnie. 
Wstał oszołomiony, rozcierając ramię i usiłując wrócić czucie muskułom i nerwom. 
Spojrzał w czarne oczy, w t diabła. Nick uśmiechnął się pobłażliwie. 
- Rozumu należy używać do wszystkiego, nawet przy bru 
robocie. Popełniłeś błąd, tatuśku. Nie byłeś pierwszy i nie j( ostatni, ale 
nigdy już nie mów do mnie w ten sposób. Następi razem zleciesz ze schodów. A 
teraz wynoś się - i to jest rozkaz, pi posterunkowy Brady! 
Brady odwrócił się bez słowa i potknął we drzwiach. Te zamknęły za nim. Nick 
stał chwilę słuchając odgłosu stóp na żelaznych schoda Westchnął ciężko i 
poszedł do łazienki. Zdjął podartą piżamę. Pr chwilę stał patrząc w lustro i 
czekając, aż ciało odtaje z zimna. Po chv parsknął śmiechem, otworzył szklane 
drzwi kabiny i odkręcił wodę 
Pięć minut później, gdy wyszedł spod prysznica i sięgał po ręczą zobaczył, że 
jego brat wychyla się przez drzwi trzymając w rei podarty jedwab. 
- Co się stało? 
- Mała różnica zdań, ot wszystko. Brady jest typem faceta, któi długo już siedzi 
w policji. Trudno mu pogodzić się z tym, że ktoś tal jak ja przeskakuje go w 
kolejce. 
ie był w stanie ani 
;j jak poczekalnia 
;enie powiedział 
ly odpłynęła z niej 
rzył na Brady'ego, iż zbyt daleko od 
a. Wyciągnął rękę, [l się drzeć. W tym 
jak płynny ogień. 
próbował uwolnić 
kolano. Po chwili 
ię i usiłując przy 
Ćne oczy, w twarz 
wet przy brudnej 
wszy i nie jesteś 
isób. Następnym 
jest rozkaz, panie 
l. Te zamknęły się 
aznych schodach. 
tą piżamę. Przez 
: zimna. Po chwili 
odkręcił wodę. 
sięgał po ręcznik, zymając w ręku 
em faceta, który 
tym, że ktoś taki 
Phil Miller cisnął w kąt piżamę i zaklął cicho. 
- Po co robisz to wszystko, Nick? Od zaraz mógłbym cię 
wprowadzić w interesy. Rozwijamy się przecież nieźle, wiesz o tym. Po co ty się 
marnujesz? 
Nick przeszedł do sypialni, otworzył drzwi dużej szafy, która zajmowała całą 
jedną ścianę pokoju, i wyjął z niej ciemnoniebieski samodziałowy garnitur oraz 
świeżo wypraną białą lnianą koszulę. Położył to wszystko na łóżku i zaczął się 
ubierać. 
- Tak się składa, że lubię to, co robię, Phil. I wszyscy Brady'owie w policji 
razem wzięci nie zmienią mego zdania. Jestem tu i chcę tu pozostać. Im szybciej 
to zaakceptują, tym lepiej dla nas wszystkich. 
Phil wzruszył ramionami i usiadł na rogu łóżka obserwując brata. 

background image

- Ciekaw jestem, co by powiedziała stara, gdyby jeszcze żyła. Te wszystkie jej 
plany, nadzieje, a ty kończysz jako gliniarz. 
Nick spojrzał na niego w lustrze i wyszczerzył zęby, zawiązując zręcznie 
ciemnoniebieski jedwabny krawat. 
- Spodobałby się jej ten żart, Phil. Pewnie teraz świetnie się tym bawi. 
- Myślałem, że masz mieć wolne do poniedziałku. 
Nick wzruszył ramionami. 
- Coś się musiało wydarzyć. Dziś po południu rozmawiałem 
z Charlie Parkerem z Sekcji "E". Mówił, że nabór wciąż się zmniejsza. Mamy co 
najmniej dwustu ludzi mniej, niż należy. A na dodatek. Bóg jeden wie, jak wielu 
z nich leży złamanych azjatycką grypą. 
- Tak więc oni potrzebują Nicka Millera. Czemu jednak właśnie teraz. Cóż to za 
pora, żeby człowiek chodził do pracy? Nick wyjął z szafy ciemnoniebieski 
szwedzki płaszcz. 
- Robimy to w każdym czasie, Phil. Musisz teraz o tym wiedzieć. Godzina od 
dziesiątej wieczór do szóstej rano. Parszywa zmiana roześmiał się, przewiązując 
płaszcz paskiem. - Co byś zrobił, gdyby ktoś włamał ci się teraz do jednego z 
twoich sklepów"? 
Jego brat podniósł rękę w obronnym geście i wstał. 
- W porządku. A więc wielki Nick Miller wychodzi w ciemną noc, by bronić 
społeczeństwa. Pilnuj się, to wszystko, o co proszę. Wszystko może zdarzyć się w 
tych dniach. 
27 
Umiem db 
- Wić 
ranem z pi 
to ciężko., T  
poprawił c 
Naciągnął 
- Wy; 
co, ale wyf 
Nick U! 
- PtF 
śniadanie. 
Zwróci; 
- Nic 
- Co 
Philwe 
- Nie 
Odwrć 
schodach, tało w nin 
na myśl, 2 
Philst 
znajdujące 
Gdy otwór 
przez wjaz 
Stałw 
które gasł 
wreszcie n; 
kiedy był c 
Wiatr zawodził dziko wokół ratusza, a grad bębnił po szybach biura 
informacyinego. 
- Niech Bóg ma w swej opiece naszych biednych chłopaków, którzy muszą chodzić po 
ulicach podczas takiej nocy jak ta - powiedział Grant, gdy dyżurny inspektor 
odwrócił się od telefonu. 

background image

- Ale innych trzyma w domu, sir - stwierdził inspektor. - To jedyna zaleta tej 
grypy; nie robi wyjątków. Sporo łotrów cierpi na nią tej nocy, tak samo jak nasi 
chłopcy. Potwierdzają to wezwania pod 
999. Jak dotychczas, mieliśmy tylko pięć. Zwykle do tej pory mamy ich 
przynajmniej trzydzieści. 
- To nieźle. Przecież mamy tylko cztery wozy, by obsłużyć całe miasto. - Grant 
spojrzał w dół na wielką mapę rozświetloną zielonymi i czerwonymi żaróweczkami. 
Było po dziesiątej. Ziewnął. - Ale nie 
mów hop, póki nie przeskoczysz. Jeszcze nie wyszli na ulice pijacy. Zdążą 
narobić trochę szumu, Wyszedł na korytarz i napotkał Brady'ego, który szedł z 
pomiesz'aS parteru, gdzie umiejscowiony był telex. 
- Jakieś wiadomości 
- Potwierdzili, że zw 
- Co z Millerem? 
- Żadnego znaku żyi 
Weszli do głównego b: 
- Muszę powiedzieć, wyciągnij dla niego ws2 
Zmarnowaliśmy już wysts 
- Będę w archiwum, Brady i wyszedł. 
Grant stanął, by zapa 
przy oknie spoglądał w ni 
- Dobry wieczór, sir 
Wzrok Granta spoczą 
szytym płaszczu przeciwdi 
przeciwdeszczowej, konty 
Wziął głęboki oddech. 
- Co, u diabła, masz 
Nick zdjął czapkę z le 
- Mówi pan o tym, s 
Niedługo wszyscy będą te 
- Niech Bóg nas od 
za biurkiem. 
- Coś nie tak, sir? 
- Och, nie! Jeżeli chc 
z tych durniów, co stój? 
kobiecych magazynów, te& 
&&Tak naprawdę, te 
odpowiedział spokojnie 
Grant spojrzał na nie; 
młody, absolutnie pewn) 
W tej samej chwili odkry 
zdumiewające - że we 
odwzajemnił się tym sanr 
- W porządku, nieć 
siadaj i zabierajmy się do 
o wszystko. 
ze złością. 
s śpieszy. Lepiej 
; sprawą, Jack. 
ał powiedział 
'ego biura. Nick 
miecbnął. 
otem na ręcznie 
yku, wreszcie na 
iją Schildmutze. 
t Grant siadając 
dając jak któryś 

background image

l na reklamach 
yglądać, sir  
ie nagle, że ten 
sobie z niego. 
kim najbardziej 
ihnął się. Nick 
- jeden. Teraz 
Nick rozpiął płaszcz, zajął krzesło po drugiej stronie biurka, zapalił 
papierosa. Grant ciągnął dalej: 
- Brady dostarczy ci wszystkie akta, które potrzebne będą jako baza do tej 
sprawy. Ale to tylko zasadnicze dane. Dziewięć lat temu Ben Garyald, jeden z 
lepiej nam znanych obywateli, poszedł na 
dziesięcioletnią odsiadkę. Wczoraj rano został zwolniony z więzienia z 
Wandsworth. 
- I spodziewa się pan jego powrotu? 
- Jego żona, powinienem raczej powiedzieć: jego była żona, Bell Garvald, 
rozwiodła się z Benem i wyszła za Harry'ego Faulknera. 
- Za Faulknera, tego naciągacza? 
- Oby nie doszło do jego uszu, że go tak nazywasz, synu. 
Fachowiec od wyścigów konnych - to już brzmi lepiej. Przez lata nie pobrudził 
sobie rąk wkładaniem gotowych pieniędzy w zakłady. Teraz 
trzyma łapę na wszystkim. Prowadzi nawet interes z własnym boiskiem do piłki 
nożnej. 
- To jeszcze nie wszystko, czym się zajmuje - powiedział 
Nick. - O ile dobrze pamiętam, gdy byłem jeszcze na chodniku 
w Sekcji Centralnej, był on właścicielem połowy domków z kociakami na Gascoigne 
Square. 
Grant pokiwał głową: 
- Spróbuj mu to udowodnić. Zresztą, nie tym interesujemy się tej nocy. Szukamy 
Bena Garvalda. 
- Jest w mieście? 
- Właśnie to masz sprawdzić. I to szybko. Wiemy, że wykrzykiwał pod adresem żony 
okolicznościowe pogróżki, gdy ta przeprowadzała z nim rozwód. Obawia się, że Ben 
zamierza się pojawić i zrujnować jej bogate życie. Szczególnie dzisiejszej nocy. 
Wydaje wielkie przyjęcie na cześć Harry'ego. U siebie, na St. Martin's Wood. 
Dziś są jego urodziny. 
- Jakie to wzruszające - powiedział Nick. - Czy złożyła 
oficjalną skargę? 
- Zrobiła to jej siostra. Jean Fleming. To nauczycielka. Prowadzi własną 
podstawówkę w Oakdene przy York Road, na obrzeżach miasta. 
Nick oparłszy się o biurko Granta notował szybko. W tym 
momencie spojrzał przenikliwie, marszcząc brwi. 
- Fleming - Jean i Bella Fleming. Ciekaw jestem, czy to te same... 31 
- Wychowały się na Khyber Street, na południowym brzegu n 
- Zgadza się - odparł Nick. - Moja matka miała sklep na Road, tuż przy rogu 
Khyber Street. Mieszkałem tam do dziesiąl roku żyda. Potem przenieśliśmy się do 
większego mieszkania w Bn wood. 
- Pamiętasz je jeszcze? 
- Nie potrafiłbym zapomnieć Belli. Była to najbardziej zns kurewka w całej 
okolicy. Połowa obywateli nie robiła nic innego, ty] czekała, by zobaczyć, jak 
idzie ulicą. To jedno z wielkich doświadcz życiowych. Byłem wtedy zbyt młody i 
nie zdawałem sobie sprai z tego, co się ze mną działo. Teraz co innego. 
- Ale nie jesteś też już tym samym chłopaczkiem - powiedzi Grant. - Co z Jean? 
Nick wzruszył ramionami. 
- Taki sobie zasmarkany dzieciak mniej wiecej w moim wieki Nie wydaje mi się, by 
łączyło nas cokolwiek więcej, niż ludzi mijającyc się na ulicy. Nie korzystali z 
naszego sklepu. Moja stara nie chciał dawać na kredyt. 

background image

Otworzyły się drzwi i wszedł Brady, trzymając pod pachą zbió akt. Zignorował 
Nicka i zwrócił się do Granta. 
- Gdzie mam to położyć? 
- W sąsiednim biurze. - Grant spojrzał badawczo na Nicka. Potrzebujesz pomocy? 
Nie mamy zbyt wiele czasu. 
- To zależy od pana - odezwał się Nick, lekceważąc obecność Brady'ego. 
- W porządku. Jack może pomóc ci przez pół godziny. Jeśli będziesz potrzebował 
jakiejś rady, pokaż się. 
Brady cisnął na biurko trzymaną kartotekę, a Nick wstał i przeszedł do 
sąsiedniego pokoju. Gdy zdejmował płaszcz i wieszał go na wieszaku, Brady złożył 
akta na jednym z biurek. 
- Co poleci pan robić? - odezwał się drewnianym głosem. 
- To zależy - odparł Nick. - Co tam masz? 
- Personalne akta Garvalda i akta wszystkich osób bliżej z nim związanych. 
- Świetnie - powiedział Nick. - Ja wezmę papiery Garvalda. Ty przygotuj 
streszczenia innych. 
32 
zkiem - powiedział 
ąc pod pachą zbiór 
lawczo na Nicka. ' 
Brady nie wniósł sprzeciwu. Zostawił akta Garvalda na biurku, Izabrał resztę i 
podszedł do biurka w kącie pokoju. Usiadł przy oknie E, i natychmiast zabrał się 
do pracy. 
Nick otworzył akta Garvalda i zapoznał się z kartą identyfikacyjną. Wpatrywała 
się w niego twarda, niemal brutalna twarz. Była w niej ała i inteligencja, a 
nawet odrobina humoru kryjąca się w grymasie ust. 
Jak zwykle, karta zawierała najbardziej zwięzłe dane oraz odnośniki do 
przestępstw i wykroczeń, za które Garvald został skazany na więzienie, a 
mianowicie włamanie do fabryki i kradzież 15817 funtów, rtanowiących własność 
Steel Amalgamated Ltd. z Birmingham. 
Dane zawarte w aktach poufnych okazały się o wiele bardziej interesujące. 
Ben Garvald służył dwa lata jako komandos podczas wojny 
i został zdemobilizowany w roku 1946. Trzy miesiące później skazano go na rok 
więzienia za udział w kradzieży. 
[ Zarzut uczestniczenia w wykradaniu poczty został oddalony z braku dowodów w 
1949. W 1950 powołano go jako rezerwistę na wojnę w Korei. Z początkiem 1951 
został odesłany do domu z powodu postrzału w nogę. Do tej chwili utyka i 
otrzymuje 33,3procentową rentę inwalidzką. Pomiędzy wojną koreańską a ostatnim 
wyrokiem w czerwcu 1956 
przynajmniej dwadzieścia siedem razy przesłuchiwany był przez policję pod 
zarzutem dokonania przestępstwa. 
Otwarły się drzwi. Ze swego gabinetu wyszedł Grant z papierosem przyklejonym do 
warg. 
- Masz ogień? - Nick potarł zapałkę. Inspektor usiadł na 
brzegu biurka. - Jak idzie? 
- To całkiem niezła sztuka - powiedział Nick. - Z tego, co tu widać, usiłowali 
oskarżyć go o wszystkie znane w kodeksie przestępstwa. Jeśli nie przy jednej, to 
przy innej okazji. 
- Jeżeli dodasz, że z wyjątkiem utrzymywania się z niemoralnych dochodów i tego 
typu rzeczy, to masz najprawdopodobniej rację powiedział Grant. - Śmieszny typ, 
ten Ben Garvald. Każdy łotr w mieście boi się go śmiertelnie, ale gdy chodzi o 
kobiety - ma 
maniery facetów z tych książek, za którymi one przepadają. Bellę iktował jak 
księżniczkę. 
- To może tłumaczyć, dlaczego go tak ścięło, gdy zdecydowała 
- Pracrwny urlop 33 
"pod og 

background image

.IBAJBO 
vOJ3p[ Z 
OOd Ć5[Bf 
Biore 
aidom 
np D 
/ IlS 
JqtzsAvi 
i tei Sis 

ĆtioqoJ 
J EU SlS 
zbyt wielu klientów, którzy chcieli pod przysięgą poświadczyć, Fred Manton był 
tamtej nocy w klubie. Jeden czy dwóch spośród li to naprawdę szanowani 
obywatele. 
ć się z jego ostatnią 
rant. Zajmowałem 
l i trzej towarzysze 
zteriingów z oddziału 
ita na dzień następny. 
W każdym razie owi 
a, więc ten podniósł 
iasto. 
rozwalił się i spłonął 
ca Charitona. Wnus 
- Czy Manton ma swoją kartotekę? 
Brady przeszedł przez pokój i położył przed nim arkusz kancelaryj;o papieru. 
- Tu jest wyciąg z jego akt. 
Nick przejrzał go szybko. Fryderyk Manton, lat czterdzieści cztery, iciel klubu, 
Gascoigne Square, Manningham. Czterokrotnie iny, w tym na trzydzieści miesięcy 
za udział w kradzieży i włóczęgo. Osiemnaście razy przesłuchiwany przez policję, 
ale zawsze ł się ze wszystkiego wykręcić i bezpiecznie opuścić posterunek 
licji w ratuszu. 
- Przypuśćmy, że w sprawie Mantona ma pan zupełną rację  
ikł do Granta. - I że kasa ze Steel Amalgamated wcale nie poszła dymem. Interes 
taki jak "Flamingo" musiał już na wejściu kosztować ajątek. Jest rzeczą 
zrozumiałą, że Garvald weźmie się teraz do iboty, by otrzymać swoją działkę. 
ydostali się z miasta. 
bez trudu rozpoznał 
- Dobrze pomyślane, ale mamy tu pewien słaby punkt. - Grant itał i ruszył w 
kierunku swego gabinetu. - Właścicielem "Flamingo lub" jest Harry Faulkner. 
Natomiast Fred Manton wynajmuje ten ib po to, by nie wciągać bezpośrednio 
Harry'ego Faulknera w te awki. Same jego wozy warte są z piętnaście paczek. 
Drzwi zamknęły się za nim, a Nick spojrzał na Brady'ego. 
wierzyć. Faktycznie 
iczątkach wozu. To 
Jiśmy tego drugiego& 
&&Co z pozostałymi z tej paczki? 
- Jest ich dziewięciu. Wszyscy byli blisko z nim związani kę zachowując się 
wiedział Brady. - Pięciu było razem z nim w jakiejś akcji. Czterech nocy. Czy ma 
pan Kadal kred się w pobliżu. Ich nazwiska znajdują się na początku listy. 
Położył wyciągi na biurku Nicka, podszedł do drzwi Granta, wżył je i wetknął 
głowę do środka. 
Izają się do Freda 
Y to nie ten, który 
- Czy nic się nie stanie, jeśli zrobię sobie krótką przerwę? Grant spojrzał na 
zegarek. 

background image

- Dobrze, Jack. Zobaczymy się o północy. 
Brady zamknął drzwi, zdjął ze stojaka płaszcz i włożył go na siebie, ti tamtej 
kradzieży Ćychodząc na korytarz. Stanął przy żelaznej kracie windowego szybu, y 
kłopot w tym, że icrierpliwie naciskając guzik. 
Ć 35 
Ć 


W tym samym czasie, kiedy Jean Fleming rozmawiała z Graniem, Garvald wysiadał z 
ciężarówki na przystanku autobusowym na północnej obwodnicy miasta, łączącej 
centrum z autostradą A-1. Dziesięć minut później wsiadł do pierwszego 
nadjeżdżającego autobusu 
i wysiadł pół mili od centrum miasta. Resztę drogi przeszedł pieszo. Podróż z 
Londynu w wygodnym pulmanowskim wagonie zajęłaby i nie więcej niż cztery 
godziny. Uznał jednak, że w obecnych llicznościach tego typu wjazd do miasta 
zanadto rzucałby się w oczy. Byli tam ludzie, których musiał zobaczyć, sprawy, 
które musiał atwić, rachunki, które musiał uregulować - szczególnie z Sammym co. 
Najpierw jednak potrzebował bazy wypadowej, z której mógłby 
Bez większych trudności znalazł to, czego szukał: trzeciorzędny w tylnej 
uliczce, blisko centrum. Wszedł do środka. Za biurkiem ji siedziała kobieta 
ubrana w niebieską nylonową sukienkę. a gazetę. Miała jakieś dwadzieścia pięć, 
może trzydzieści lat, i, kędzierzawe włosy i śmiałe spojrzenie czarnych oczu. 
Garvald oparł łokcie na l 
- Aż kimże to mamy p: 
Odłożyła gazetę, iskra 2 
Odpowiedziała w tym samym 
- Z biedną irlandzką 
uczciwe życie w tym trudnym 
- Boże, zachowaj nam d 
początek możesz dać mi póki 
- Wszystkie pokoje ma 
Znajduje się ona na końcu ki 
Zdjęła klucz z tablicy, poć 
wspinać się po schodach. 
Pokój nie był ani lepszy, ciężkie, wiktoriańskie mebl 
Nowoczesna umywalka ze ś 
jeden z rogów. Kobieta popr 
- Czy to będzie już ĆWSF 
Garvald odwrócił się. 
- Jest jakaś szansa na d 
- Nie mamy licencji. Ali 
Pokręcił głową. 
- Żaden problem. I tak 
Zostawiła klucz na toalet 
- Jeśli będzie pan czegc 
zadzwonić. Jestem pod telefo 
Garvald uśmiechnął się. 
- Świadomość tego fak 
w stanie wytrzymać. 
Roześmiała się w odpowu 
znikł z twarzy Garvalda. Za 
Zaczął wertować książkę te 
Sammy'ego Rosco. Siedział 
przypomnieć sobie kogoś, k 
czasów, kto nadal byłby pod 
Jedno po drugim odrzuca 
mięci. W końcu pozostał tył] 

background image

błysnęła w jej oczach. 
tóra próbuje prowadza 
iwiedział Garvald. - Na 
odparła przewrotnie. Ć 
dym piętrze. 
)cyjnego biurka i zaczęte 
oczekiwał. Stały w naft 
leżał podarty dywan. 
kafelkami zajmowała'' 
łóżku. 
a. 
jest bar. 
'żyć się wcześnie, wał, proszę po prostu 
j, niż ciało i krew są 
iły się za nią. Uśmiech 
siadł na skraju łóżka. 
alazł w nie] numeru 
zcząc brwi i usiłując 
ić. Kogoś ze starych 
przywoływane w pa 
okojny Amerykanin, iony jako pianista w "OneSpot" w czasach, gdy Garvald 
''rad Manton prowadzili razem tę knajpę. 
Ale Chuck mógł być poza Anglią. Nawet powinien być. Z pewnośt wódł już dawno do 
Stanów, A jednak, kiedy Garvald zajrzał do 
ażki telefonicznej, wpadło mu w oko jego nazwisko. Chuck Lazer -15, Baron's 
Court. 
Sięgnął po słuchawkę, ale zawahał się i zmienił zamiar. Tę sprawę lepiej było 
załatwić osobiście. Nałożył kapelusz i wyszedł z pokoju, umykając za sobą drzwi. 
Podszedł do szczytu schodów, zawahał się, potem ruszył korytarzem itpróbował 
otworzyć znajdujące się na jego końcu drzwi. Otwarły się, ukazując ciemne schody 
ewakuacyjne, biegnące stromo w dół. Zatęchły kuchenny zapach buchał z ciemności. 
Na dole był oświetlony bladym światłem krótki korytarzyk i drzwi. Otworzył je i 
wydostał się na Ćiejkę z boku hotelu. 
By zaoszczędzić czasu, wziął jedną z taksówek stojących na City Square. 
Mieszkanie Lazera znajdowało się niedaleko uniwersytetu, w dzielnicy wysokich, 
chylących się ku upadkowi wiktoriańskich domów, które w większości zamieniono na 
tanie domy czynszowe. 
Garvald szedł wąską ścieżką przez zarośnięty ogródek i wspiął się po kilku 
stopniach szerokiego ganku. Gdzieś z wnętrza domu dolatywał głośny śmiech i 
muzyka. Przyjrzał się liście nazwisk umieszczonej poniżej dzwonków. Chuck Lazer 
mieszkał pod piątym na trzecim piętrze. Garvald znalazł się na obszernym 
korytarzu. Nagle drzwi 2 prawej otworzyły się. Buchnęło śmiechem i muzyką. 
Wyłonił się z nich rozczochrany, brodaty młodzieniec dźwigający skrzynkę pustych 
butelek. 
Garvald zatrzymał się przy schodach. 
- Nie ma tam przypadkiem Chucka Lazera? 
- Dobry Boże, skądże - odpowiedział młody człowiek. - Stary, wzystko, co możemy 
tu zaoferować, to wódka i dziwki. To zupełnie me w stylu Chucka. Pewnie siedzi w 
swej dziurze i tam go znajdziesz. 
Zniknął na końcu korytarza, a zaniepokojony Garvald, marszcząc twarz, szybko 
wspiął się na schody. Zastanawiał się, co to wszystko 
że znaczyć. 
Na trzecim piętrze wszystko wydawało się dziwnie oddalone od 
39 
rzeczywistości, a muzyka brzmiała słabo i nieref 
tu z innego świata. Garvald przeczytał naz 
nasłuchiwał przez chwilę, a potem zapukał. N 

background image

Wtedy chwycił za klamkę. Drzwi otwarły się. 
Wewnątrz panował obezwładniający smró 
moczu i kuchennych zapachów. Wszystko to two 
do zdefiniowania odór, który przez moment pod 
Zapalił światło i rozejrzał się po zapuszczony 
Wzrok zatrzymał się na wąskim, stojącym pc 
którym twarzą do ziemi leżał roznegliżowany 
otworzył okno i wciągnął głęboko w płuca wilgo; 
powietrze. Potem sięgnął po papierosa, zapalił i 
Nocna szafka była zaśmiecona rzeczami, kti 
całą historię. Strzykawka i parę igieł, w większoś 
Buteleczki po heroinie i kokainie - obie puste. 
wypełniona wodą. Mała szklana buteleczka, barwę od podkładanego płomienia. 
Wreszcie gai 
Ramię zwisające z łóżka upstrzone było zr 
igieł. Niektóre z nich nabrzmiewały w strupy 
zalęgła się infekcja. Garvald westchnął i obrócił 
Twarz Amerykanina wydawała się bez ż 
niedożywieniem. Czarna broda przydawała mu a; 
ascezą świętego. Poruszył się, a Garvald pok 
Powieki zatrzepotały, jakby w nie kontrolował 
potem otworzyły się szeroko. Nie widzące spo; 
w otchłani piekła. 
- Chuck, to ja - powiedział. - Ben GarvE 
Lazer przesunął na niego swój nie widzący wz 
mu w usta zapalonego papierosa. Lazer zaciągać 
chwycił go potworny kaszel, skręcający go w sp; 
rozedrzeć jego ciało. Wreszcie zdołał go jakoś 
całym ciele, ciekło mu z nosa. 
Garvald otulił go kocem. 
- To ja, Ben Garvald - powtórzył. 
- Czytam cię, jak książkę, głośno i wyraz 
i wyraźnie. - Znów owładnęły nim drgawki, na 
dajcie mi moją działkę. Słodki Jezu, dajcie mi moją działkę. głęboki, urwany 
oddech, jakby chciał zdobyć się na ostateczny k, by zapanować nad sobą. Spojrzał 
prosto na Garvalda. Nie widzieliśmy się długo, Ben. Dzięki za listy. 
- Nie było o czym pisać. 
- No, nie jestem pewien. Co z Bellą? 
- To kurwa, Benny, mój chłopcze. Słodka dziwka tańcząca 
fizy brzęczących cymbałach tak, jak chce ten, co ma największą forsę. 
- Mówili mi, że ponownie wyszła za mąż. 
- To garnek pełen złota, Benny, mój chłopcze. To kres kolorowej tęczy. Nie 
wiedziałeś? 
- Kto jest tym szczęściarzem? 
- Harry Faulkner. 
. - Harry Faulkner? - Ben zmarszczył brwi. - Przecież on jest już dobrze po 
sześćdziesiątce. 
- Ale obecnie to wielki człowiek, Ben. Macza palce we wszystkim, co daje forsę. 
A nie jest zbyt wybredny. On i Bella żyją w pałacu, który jest kopią siedziby 
Haruna arRaszyda na St. Martin's Wood. Świat dżinem i tonikiem płynący. 
- Czy Fred Manton nadal się tu kręci? 
- Pewnie. Teraz pracuje dla Harry'ego. Prowadzi klub zwany "Flamingo", na 
Gascoigne Square. Gram u niego, jeśli dobrze pamiętam. - Nagle jęknął i jego 
dało znów wpadło w kleszcze niepohamowanych drgawek. - Chryste, dajcie mi 
działkę. - Z trudem łapał oddech, dzwonił zębami. - Która godzina? 
- Jakieś piętnaście po dziesiątej. 
Lazerowi wydłużyła się twarz. 

background image

- Za późno na wieczorną wizytę u doktora, a to oznacza, że nie dostanę recepty 
aż do rana. 
- Jesteś rejestrowanym narkomanem? 
Lazer skinął głową. 
; - To jedyny powód, dla którego nie wróciłem przed laty do Stanów. Tam 
zamknęliby mnie do puszki. Tutaj przynajmniej powalają mi egzystować dzięki 
uprzejmości służby zdrowia. 
41 
3Bni3zoi?qoz OQ  
I 3tfB3[SIOTZBJ3Zyi IIO(pl1! 
Otu nipiqAzs PIBAJBO 
' isaf roipi Bp?3 ĆiuiB3[S3p 
'igoJp 3iAO{od A saizpS l' 
3IS BZpBgZ3[BJ,133JIS i' 
rtfnpsnIM (Xz3ZSJBtU7!;' 
; appsAsA af poimAtt ? 
rqop 3[K( znf tfBpfei8XA i 
łs XqpzpBJod 31 ;3 
snAY z isaf IPN , 08X1 oił A ażSB afep7 i li1 
(od foizpJBqfBn łsafaizpS i j? 
JoSa(B3[ fazsziu plAizp i j 
TZpg BJ3IO[inBJ B[p iqOJ E?' 
- itq53 ogaf fei z - i; 
..oSniinBiJ" 3AV - ,.;j 
3tqnp[ oSsfAuoJireiY !J; 
3Z'B - XuilUBS 'F' 
Oo3so'a Xttrurcs - f. 
S 3f (XJ3[XZJd prBAJO 
Ćszpfeiuaid J 
- Ćpsoiqadnz  
ZOJBISX  
Ćrnriiois aL(roou 
3AOłUnJOUp3f OBZOIIpO 
z (fenSfepAtt pp3AJi?o 
Is anioi uiaisaf oSazo z i 
JOZ33IA tfOAYS tHBł K) Vp ! 
ooon pazjdsusBf  
?zoni aizpSzsai  
Ćaz3do{qo 
iin Xqognłp iXqz - Ć l 
A XqSz {CTuqo J3ZB7 
Ć3nnoJ3q od STUJ 
q Ol znf oSip Ć5[V[  
Na czyim pogrzebie? 
Ben Garvald zwrócił się ku niemu od drzwi. Przez twarz przemknął 
- Jeszcze się nie zdecydowałem. Kiedy będę wiedział, dam ci ik. Byłby z ciebie 
niezły karawaniarz. 
Drzwi zamknęły się za nim. Chwilę później Lazer kucnął na łóżku, jjajac się 
szczelnie kocem. W ręku ściskał zwitek banknotów. Nagle lym szybkim ruchem, 
który miał spowodować łańcuchową reakcję lości, wyskoczył z łóżka i zaczął się 
ubierać. 
f..1,. iwfMIWWH 
IWttF 

(arver Street to szereg rozpadających się parterowych domków w pobliżu rzeki, w 
uboższej części miasta. Tak jak mówił Chuck Lazer, właśnie je wyburzano. 

background image

W połowie długości ulicy Garvald odnalazł sklep z oknem zabitym deskami. Dom 
sprawiał wrażenie, że za chwilę runie. Wszedł przez ciasną bramę i dostał się na 
zaśmiecone tylne podwórze, na którym panował nieład nie do opisania. 
Wspiął się na cztery stopnie schodów i zapukał do drzwi. Po chwili dały się 
słyszeć kroki i w drzwiach pojawiła się wąska szpara, a kobiecy głos zapytał; 
- Kto tam? 
- Szukam Sama - powiedział Garvald. - Sammy'ego Rosco. 
Jestem jego starym przyJadelem. 
- Nie ma go w domu. 
W jego uszach zadźwięczał wyczuwalny niemiecki akcent, który wówczas, gdy 
spotkał ją po raz pierwszy, uznał za jedną z największych atrakcji tej kobiety. 
Przysunął się bliżej do drzwi. 
45 
- Jestem Ben, Wilmo, Ben Garvald. 
Ktoś stojący za drzwiami zachłysnął się powietrzem i po chwili zabrzęczał 
łańcuch. Drzwi otworzyły się. Gdy wkroczył do ciemnego korytarza, ręka 
wyciągnęła się ku jego twarzy, ramiona objęły go mocno. 
- Ben, Liebling, nie mogę uwierzyć. To naprawdę ty? 
Przeszła z nim przez mroczny korytarz i wprowadziła do znajdującego się dalej 
pokoju. Było tam umiarkowanie czysto i wygodnie. Na podłodze leżał dywan. Przy 
dłuższcJ ścianie stało małżeńskie łoże. 
Zwróciła ku niemu swą twarz. Była mocno zbudowana, w wieku, kiedy kobieta 
zaczyna się już powoli sypać. Miała zbyt mocny makijaż, a dało na podbródku 
uwidaczniało tendencję do zmarszczek. Jedynie nieprawdopodobna szopa farbowanych 
włosów była wciąż ta sama. Taka, jaką pamiętał. Uśmiechnął się. 
Zaczerwieniła się i odrzuciła w tył głowę. 
- Cóż, wyglądam starzej. Minęło tyle czasu. 
- Masz wciąż najpiękniejsze włosy, jakie kiedykolwiek widziałem. Coś zapaliło 
się na dnie jej oczu i przez chwilę była znowu tą młodą, szczupłą Niemką, którą 
Sammy Rosco przywiózł po wojnie do domu. Przysunęła się bliżej, zarzuciła 
Garyaldowi ręce na szyję i pocałowała prosto w usta. 
- Dla ciebie oddałabym je co do jednego. 
Garvald przytulił ją, przez moment wdychając z przyjemnością zapach kobiecego 
ciała, które po raz pierwszy od tylu lat znajdowało się tak blisko. Potem 
odsunął ją delikatnie. 
- Interesy, Wilmo, interesy. Macie w tym domu coś do picia? 
- Jeszcze nie nadszedł dzień, w którym braknie tu czegoś do picia. Ruszyła do 
kredensu, wyciągnęła butelkę dżinu i dwie szklanki. Garvald usiadł na krześle 
przy stole i rozejrzał się po pokoju. 
- Wciąż w swojej branży? 
Wzruszyła ramionami i usiadła na przeciwległym krześle. 
- Co innego mogę robić? 
- Nadal myślisz o powrocie do domu? 
- Do Bawarii? - Wstała, podeszła do rogu przy oknie, odchyliła dywan i 
wyciągnęła białą kopertę. Otworzyła ją i wyjęła ze środka paszport. Rzuciła go 
na stół. - Dobrze to chowam przed oczyma 
ny'cgo. Ostatnim razem, gdy próbowałam go użyć, tak mnie zbił, Izień spędziłam w 
szpitalu. 
- Nie dostajesz żadnej zapłaty? 
Zrób coś dla mnie. - Wzruszyła ramionami. - Wiesz, od 
Ćtego czasu nie zdołałam uskrobać nawet pięriofuntówki. Wszystko pilnuje. Czeka, 
aż klienci wyjdą, po czym natychmiast zjawia się kasę. 
Garvald chwycił paszport i otworzył go. 
- Jak widzę, nadal ważny.& 
&&I cóż z tego? To równie dobre, jak bilet na księżyc. - Wychyliła ity dżin i 
ponownie napełniła szklankę. - Co sprowadza cię 

background image

t powrotem, Ben? Nie ma tu już miejsca dla ciebie. Chyba wiesz, że laUa wyszła 
ponownie za mąż. 
- Mówiono mi o tym. Gdzie jest teraz Sammy? 
- W "Grosvenor Taps". To taka knajpa na końcu ulicy. 
- Spodziewasz się jego powrotu? 
Rzuciła okiem na zegarek i potwierdziła głową. 
- Zamykają za pięć minut. Zwykle zagląda tu przed wyjściem do 
boty. 
- To znaczy dokąd tym razem? 
Wzruszyła ramionami. 
- Chodzi w różne miejsca. W tym tygodniu do klubu "Eleven". b taka buda pół mili 
stąd, którą Fred prowadzi dla Faulknera. - Kto jest tam szefem? - Molly Ryan. 
- Dziewczęta są także, co? 
Wihna wzruszyła ramionami. 
- Znasz te miejsca. Znajdziesz tam wszystko. Potrzebujesz Samy'ego do jakiejś 
specjalnej robótki? 
Garvald zapalił kolejnego papierosa, dmuchnął dymem w ocienioną mpę. 
- Kiedy wyszedłem z Wandsworth wczoraj rano, próbowała 
we przyskrzynić dwójka nieprzyjemnych typów, Wilmo. Popełnili wy błąd. - 
Uśmiechnął się kwaśno. - Popełnił go też Sammy. 
Drzwi od podwórza otwarły się z łoskotem i dało się słyszeć kroki ifoś idącego 
korytarzem. Chwilę później do pokoju wtoczył się 
47 
kolan. Miał ponurą twarz, obrzmiałą od nadmiaru whisky. Stał, zataczając się, 
groźne błyski zapaliły mu się w oczach. 
- Co tu się właściwie dzieje? 
- Ktoś chce cię widzieć, Sammy, kochanie - powiedziała \ gardłowym głosem, w 
którym pobrzmiewała nuta zadowoleni! Twój stary przyjaciel. 
Garvald odwrócił ku niemu twarz i uśmiechnął się łagodnie. 
- No więc jak, Sammy, ty skurwysynie? 
Twarz Garvalda pozostawała zupełnie spokojna, ale szare ( nieustannie zmieniały 
barwę, jakby gnały przez nie jesienne chmury, i to powiedziały Rosco wszystko, 
co powinien był wiedzieć. Okręcił si( pięcie i rzucił do drzwi, ale Garvald był 
szybszy. Jego ręka chwyi Rosco za kołnierz i z niewiarygodną siłą cisnęła na 
środek pokoju 
Rosco zerwał się z pośpiechem na równe nogi. Garvald z zim krwią ocenił 
odległość i kopnął go w brzuch. Rosco wywinął kóz jęknął i upadł na łóżko, 
zwijając się z bólu. 
Wilma nie ruszyła się z miejsca. Patrzyła bez cienia litości. Garva przelał 
resztę zawartości butelki do szklanki, usiadł i czekał. Po chw Rosco obrócił 
się. Jego twarz była blada jak kreda. 
- Lepiej ci, Sammy? 
- Odpieprz się, ty skurwysynie - zdołał wydusić z siebie Roscc 
- Już lepiej - powiedział Garvald. - Znacznie lepię). A tera. powiedz, dlaczego 
nasłałeś wczoraj rano tych dwóch gnojków? 
- Za cholerę nie wiem, o czym mówisz. 
Jednym szybkim ruchem Garvald chwycił pustą butelkę po dźinie za szyjkę i 
uderzył nią o kant stołu. Nachylił się nad Rosco i przyłożył mu pod brodę 
postrzępione, ostre szkło. 
- Może zapomniałeś, Sammy, ale ja nigdy nie lubiłem się bawić, Gęste krople potu 
wystąpiły na skronie Rosco. Oczy rozszerzył? strach, l 
- To był Fred, Ben. Fred Manton. Powiedział, żebym to dla; 
niego załatwił. Mówił, że nie chce, byś tu wrócił. Garvald zrobił niezadowoloną 
minę, światło zgasło mu w oczach.s 
- Dlaczego, Sammy? Dlaczego Manton miałby robić takie rzeczy?; 
To się nie trzyma kupy, ! 
zwisającymi mu do 

background image

whisky. Stał, lekko 
ach. 
Ć Ć 
powiedziała Wilma 
a zadowolenia.  
t się łagodnie. 
ina, ale szare oczy 
sienne chmury. One 
dzieć. Okręcił się na 
Jego ręka chwyciła 
i środek pokoju. 
i. Garvald z zimną 
sco wywinął kozła, nią litości. Garvald 
l i czekał. Po chwili 
i. 
asie z siebie Rosco. 
znie lepiej. A teraz 
ch gnojków? 
ą butelkę po dźinie 
d Rosco i przyłożył 
s lubiłem się bawić. 
;o. Oczy rozszerzył 
ział, żebym to dla 
jasło mu w oczach. 
f robić takie rzeczy? 
Groźnie zbliżył butelkę do szyi Sammy'ego. Ten krzyknął. 
- To wszystko, co wiem. Przysięgam, Ben! 
Garvald machnął ręką i butelka poszybowała w stronę kominka. Chwycił Rosco i 
postawił go na nogi. Rozpiął mu płaszcz, wyciągnął portfel z wewnętrznej 
kieszeni i otworzył go szybko. Było tam pięćdziesiąt funtów w pięciofuntowych 
banknotach. Przeliczył je szybko. Z pogardą pchnął Rosco ku drzwiom. 
- Ruszaj biegiem i nie wracaj. 
Rosco obrócił się w drzwiach, otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, jednak 
zmienił zdanie. Potknął się w ciemnościach na korytarzu i chwilę później 
zewnętrzne drzwi zatrzasnęły się za nim. 
Garvald położył pięćdziesiąt funtów na stole. 
- Myślę, że to wystarczająco dużo, żebyś dostała się do domu, Wihno. Jeśli od 
mego wyjazdu nie zaszły zmiany, to wciąż jeszcze kursują nocne ekspresy do 
Londynu. 
Rzuciła mu się w ramiona, przytuliła do niego. Kiedy podniosła wzrok, łzy 
świeciły jasno w jej oczach, rozmazując makijaż. 
- Nigdy ci tego nie zapomnę, Benie Garvald. Nigdy. 
Ucałował ją, mocno przycisnął do siebie i wyszedł. Stała słuchając, jak 
przechodzi przez bramę. Odgłos jego kroków powoli cichł na pustym chodniku. 
Rozejrzała się po pokoju, wypełniona nagłą nienawiścią do tego miejsca, do 
Sammy'ego Rosco, do tych zmarnowanych lat i do tego, co one z niej zrobiły. Z 
pośpiechem zaczęła pakować rzeczy. 
Kiedy skończyła, była prawie północ. Naciągnęła płaszcz, podniosła walizkę, 
rozejrzała się raz jeszcze po pokoju i ruszyła ciemnym korytarzem. 
Gdy podeszła do drzwi, rozległo się pukanie, O Boże, nie. Boże kochany, nie. 
Krzyk uwiązł jej w gardle. Rzuciła się z powrotem przez ciemne przejście do 
pokoju. Za nią otwarły się drzwi. 
Padła na kolana przy kominku, ręce rozpaczliwie wyciągnęły się po potłuczoną 
butelkę. Wreszcie natrafiły na duży odłamek szkła, wykrzywiony i ostry, jak 
brzytwa. Przeciągnęła nim po gardle, ale potworny ból, który ogniem przeszył jej 
ręce, sprawił, że z krzykiem upuściła szkło. Czyjeś dłonie postawiły ją na nogi 
i rzuciły przez pokój na łóżko. 

background image

4 - Pracrwaay urlop 
49 
Uniosła ramię, by ochronić twarz przed spodziewanym ciost i po chwili opuściła 
je z cichym piskiem. Ten, który stał przy st i wpatrywał się w nią, nie był 
bowiem Sammym Rosco. Miała pn sobą dużo młodszego mężczyznę, ubranego w drogi 
niebieski płasz którego widziała po raz pierwszy w życiu. Czuła, jak jego ciemne 
o przenikają ją na wylot. 

(harles Edward Lazer, 45, muzyk, 15, Baron's Court. Obywatel amerykański. 
Wstąpił do R.A.F. w październiku 1939, zdemobilizowany w czerwcu 1946. 
Szeregowy, awans na porucznika nawigatora. Postawa - znakomita. Odznaczony 
D.F.C. w maju 1944. Czterokrotnie skazany m.in. za udział w kradzieży, 
podejrzana postać, włóczęgostwo i nielegalne posiadanie narkotyków. Nie 
deportowany z kraju ze względu na postawę podczas wojny i fakt, że wszystkie 
przestępstwa byty dokonane w stanie upojenia narkotycznego. 
Stojąc przed drzwiami w ciemnym przejściu, Nick raz jeszcze przebiegł w pamięci 
dane z personalnych akt Chucka Lazera. Nikt nie odpowiadał na jego pukanie. 
Spróbował nacinać klamkę i drzwi rtanęły otworem. 
Wiatr wiejący przez otwarte okno poruszał firankami, a rozpylany w nich deszcz 
unosił się w powietrzu. Nick rzucił szybko okiem na brudny, zaśmiecony pokój. W 
nozdrzach poczuł oszałamiający smród brudne] pościeli. Odwrócił się i wyszedł z 
pokoju. Po chwili schodził już po schodach. 
51 
Z mieszkania na parterze dochodził okropny hałas. Ogłusza rytmiczna muzyka 
szczelnie wypełniała noc, jakby rzeczywiście bluesowy zespół rozpoczynał 
koncert. Nick zapukał kilkakrotni drzwi, a nie uzyskując odpowiedzi, otworzył je 
i zajrzał do środk 
W pokoju upakowało się co najmniej trzydzieści albo i czterdz osób, z wyglądu 
głównie studentów. Wszyscy jedli, pili, tańczyli muzyce granej przez trzyosobową 
kapelę stojącą w kąde. Jedna pi uprawiała nawet miłość za staromodną sofą. 
Przez tłumek przeciskał się młodzieniec z rozwichrzoną czupr i rzadką brodą, 
napełniając szklanki z ogromnego, emaliowan dzbanka. Kiedy obrócił się do 
kolejnej grupki osób, jego wz napotkał spojrzenie Nicka. Ruszył ku niemu. 
- Przepraszam, stary, ale nie ma tu miejsca dla gości l 
zaproszenia. Tym razem czysto prywatnie. 
Nick wyciągnął swą legitymację. Młodemu gospodarzowi stęż, twarz. 
- Co się stało, na Boga? 
Otworzył drzwi i Nick wyszedł z nim na korytarz. Zamknął je sobą, skutecznie 
odcinając większość hałasów. 
- Nic takiego - powiedział Nick. - Próbuję wpaść na ślą 
gościa, który mieszka wyżej - Chucka Lazera. Nie ma go przypadkia tu w środku? 
Młody człowiek wyszczerzył zęby, sięgnął po papierosa za uchei i wetknął go w 
usta. 
- Chuck? Muszę powiedzieć - nie. On kręci się we własnyn 
wąskim kółku. Niech Bóg wspiera go swoją łaską. 
- Wdąż jedzie na ćpaniu? 
- O ile wiem, tak. Ale teraz jest już zarejestrowany. - Młodjl człowiek 
zmarszczył nagle brwi. - Powiedz pan, co to wszystka znaczy? j 
- Nie ma się co podniecać. Nie mam zamiaru oskarżać gtf 
o cokolwiek. Potrzebna mi jego pomoc w rutynowym śledztwie, taj wszystko. 
- Zawsze mówicie w ten sposób. Nick wzruszył ramionami. ? 
- Ubieraj się. 
52 
LS. Ogłuszają 
sczywiście ja 
Idlkakrotnie dc 
d do środka. 

background image

bo i czterdzie! 
li, tańczyli pr 
ae. Jedna pari 
Jzoną czupryną 
, emaliowanego 
6b, jego wzrok 
dla gości bez 
)darzowi stężała 
;. Zamknął je za 
; wpaść na ślad 
i go przypadkiem 
ierosa za uchem 
się we własnym 
wany. - Młody 
co to wszystko 
ani oskarżać go 
rym śledztwie, to 
p Zwrócił się ku drzwiom. Młody człowiek powiedział szybko: 
- A niech to, do diabła. Zaspał i nie zdążył na wieczorną wizytę u lekarza. Ktoś 
był tu i pytał o niego przed półgodziną. 
- Co za ktoś? 
- Taki potężny facet: zniszczony płaszcz, z wyglądu Irlandczyk. Nagle młody 
człowiek uśmiechnął się. - Ta czapka, to najwspanialsza izecz, jaką kiedykolwiek 
widziałem. Gdzie można to kupić? 
- W każdym dobrym sklepie z odzieżą męską w Hamburgu. Czy wyszli razem? 
Młody człowiek pokręcił głową. 
- Lazer wyszedł jakieś dziesięć minut temu. Miałem pięciominutowe spotkanie z 
panienką na końcu korytarza, gdy właśnie schodził po schodach. 
- Spieszył się? 
- Oni zawsze się spieszą, gdy potrzebna im działka. Pewnie jest teraz w drodze 
do swego znachora, by dostać receptę. 
- Kto nim jest? 
- Doktor Das, tu zaraz za rogiem na Baron's Square. To chyba jedyny lekarz w 
mieście, który przyjmuje narkomanów. Powiedz pan, naprawdę jesteś pan 
gliniarzem? 
- Od lat, kolego. 
- Niesamowite! - powiedział młody człowiek ze szczerym podziwem. - Czy jeśli się 
zgłoszę na policjanta, zagwarantują mi taki mundur jak ten? 
- Wspomnę o tym rano szefowi. Będziemy w kontakcie. 
- Człowieku, koniecznie. 
Otworzył drzwi i powrócił na przyjęcie. Nick ruszył po schodach i wyszedł w 
deszcz. W powietrzu unosiła się ciężka i kwaśna mgła, która chwytała go za 
gardło. Siadł za kierownicą minicoopera i pojechał w stronę rogu na Baron's 
Square. 
Doktor Das mieszkał pod numerem dwudziestym. Mosiężna 
tabliczka ujawniała zdumiewający fakt, że w tej dzielnicy i w takich warunkach 
zamieszkiwał ktoś mający nie tylko stopień doktora medycyny, ale i będący 
członkiem Królewskiego Towarzystwa Lekarskiego. 
Nick zadzwonił i po chwili usłyszał zbliżające się kroki. Drzwi 
53 
otworzył wysoki, szczupły Hindus o wystających mocno kosów policzkowych i 
spokojnych brązowych oczach. 
- Doktor Das? 
- Zgadza się. Czym mogę służyć? 
- Detektyw sierżant Miller z Urzędu Śledczego. Staram 
odnaleźć pańskiego pacjenta, pana Lasera.. Nie zastałem go w domi ale jeden z 
sąsiadów myśli, że zamierzał on wybrać się do pana. 

background image

- Proszę wejść, sierżancie. 
Nick poszedł za nim długim korytarzem. Hindus otworzył zna dujące się na końcu 
drzwi i przepuścił gościa przodem. Na wyczys czonej kracie kominka skakały 
płomienie, w rogu pokoju stało biurk ściany były pocięte półkami pełnymi 
książek. 
Das wyciągnął cygaro z wykonanego w sandałowym drewni 
pudełka i zapalił je od szczapki wyciągniętej z kominka. Odwrócił a z uśmiechem. 
- Musi mi pan wybaczyć, że nie proponuję mu cygara, al 
dostawy są ograniczone i z wielkim trudem jestem w stanie je zdobyź Na biurku, z 
tyłu za panem, znajdzie pan papierosy. 
Nick obsłużył się. Hindus stał oparty o kominek. Jego twar zachowywała kamienny 
spokój. 
- Pan Lazer ma kłopoty? 
Nick potrząsnął głową. 
- To nie wchodzi w rachubę. Po prostu usiłuję wpaść na czyj ślad, a rzecz jest 
raczej pilna. Myślę, że Lazer mógłby mi pomóc. O ii dobrze rozumiem, jest on 
narkomanem i został zarejestrowany u pana 
- Dokładnie tak - rzekł Das. - Pan Lazer jest moim pacjenten od ponad dwóch lat. 
Interesują mnie tego typu nieszczęśliwe przypadkil A mogę dodać, że czyni to 
niewielu lekarzy, j 
- Na ile poważny jest przypadek Lazera? 
Das wzruszył ramionami.& 
&&Jego dzienna dawka wynosi obecnie siedem granulek heroiny i sześć kokainy. 
Kiedy weźmie się pod uwagę, iż jako środek przeciwbólowy podaje się jedną 
dwunastą granulki, pokazuje to dostatecznie wyraźnie rangę problemu. 
- Nie można czegoś zrobić? i 
- Obawiam się, że w przypadku większości pacjentów jesteśmy 
54 
B. Mam takich, którzy byli "wysuszeni", jak to nazywają, nnaście, osiemnaście 
razy. Wracają do nałogu ze zdumiewającą 14. Problem tkwi w tym, że większość z 
nich ma bardzo e wady charakterologiczne, co oczywiście wyjaśnia ich początl 
zainteresowanie narkotykami. 
- Trudno mi się z tym pogodzić w przypadku Lazera - powie(Nick. - Przeglądałem 
jego akta. Świetnie sobie radził w R.A.F. n wojny. 
Chuck Lazerjest szczególnie tragicznym przypadkiem. Heroinę linę wziął po raz 
pierwszy na jakimś przyjęciu przed mniej więcej k laty. Zdaje się, że był wtedy 
zupełnie pijany i nie zdawał sobie y z tego, co robi. I po tym wpadł w nałóg? 
l Obawiam się, że tak. Był dwukrotnie "wysuszony", raz trzymał Iprawie pięć 
miesięcy, a proszę mi wierzyć, że to już jest naprawdę he uwagi. 
l Więc jest wciąż jeszcze jakaś nadzieja? 
Doktor Das uśmiechnął się lekko. 
; - Zdaje się pan tym osobiście zainteresowany. 
Nick wzruszył ramionami. 
c - Widziałem jego akta, spodobał mi się - tak po prostu. Dobrze kkzył podczas 
wojny, doktorze Das. Jestem wystarczająco starośiedd, by to coś dla mnie 
znaczyło. Czy jest jakaś rzecz, którą mógłby B dla niego zrobić - coś 
konkretnego? s Hindus potwierdził ruchem głowy. 
- Istnieje nowa metoda, którą mój londyński kolega od ubiegłego ku stosuje z 
wyraźnym powodzeniem. Zakłada ona podawanie przez Oca miesięcy amorfiny z 
jednoczesnym odsunięciem od pacjenta rkotyków. 
- I rzeczywiście pomaga? 
- Przy współpracy ze strony pacjenta. Amorfina to morfina tus cząsteczka wody. 
Wstrzyknięta pacjentowi, zaspokaja głód kotyczny, cofając jednocześnie symptomy 
towarzyszące próbom liejszania dziennej dawki. Może to być jednak kuracja wysoce 
przyjemna. 
- Czy wspomniał pan o tym Lazerowi? 
55 

background image

- Zamierzałem zrobić to dzisiaj, ale nie zgłosił się na wiecz wizytę. 
- Czy nie ma takiej możliwości, by przyszedł poza godzin 
przyjęć, skoro odczuwa silną potrzebę narkotyku? 
Das potrząsnął głową. 
- Byłaby to strata czasu. Moja pierwsza zasada polega 
niewypisywaniu recept na narkotyk poza wyznaczonymi godzina Może brzmi to ostro, 
ale zapewniam pana: stanowczość i nieust liwość, wymagające od pacjentów 
dyscypliny, to podstawowa rz przy zajmowaniu się takimi przypadkami. 
- Czyli Lazer będzie musiał czekać do rannych godzin przy i musi jakoś próbować 
przeżyć tę noc? 
- To mało prawdopodobne - Das pokręcił głową z pow 
piewaniem. - Co prawda, mogę się mylić, ale jestem przekonany, natychmiast udał 
się pod aptekę na City Square, która jest czynna es dobę. Z pewnością znajduje 
się tam jeden albo dwóch narkomam mających recepty na dzień jutrzejszy, a że 
wszyscy oni dobrze się zna w mieście, Lazer pożyczy lub kupi kilka pigułek, by 
przetrwać do rac 
- Myśli pan, że go tam znajdę? 
- Jestem tego pewien. 
- W takim razie lepiej już pójdę. Nie chciałbym się z nim miną 
- Powinienem pana ostrzec przed jedną rzeczą - powiedzi, Hindus, odprowadzając 
go przez korytarz. - Po pierwszym zastrzyk zauważy pan pewne zmiany dokonujące 
się w Lazerze, Czasem moz on zachować się paranoicznie i ujawnić stany lękowe. 
Szczególnie gd próbuje się nim zająć policja. Zwykle rozwiązuje mu się język, co 
bełkocze, może też mieć słuchowe lub wzrokowe halucynacje. Wszysth to jest 
zupełnie nieszkodliwe, ale też wysoce nieprzyjemne, jeżeli nil jest się do tego 
przyzwyczajonym. 
- Będę o tym pamiętał. - Nick wyciągnął rękę na pożegnanie. 
- Ilekroć mógłbym służyć pomocą, sierżancie, proszę dzwonie bez obawy. - Uścisk 
dłoni był zdumiewająco silny. 
Drzwi zamknęły się za nim, a Nick zbiegł po schodach, wskoczył do samochodu i 
popędził przez ulewę. 

; Lazer trzymał się twardo, gdy mrowie zaczęło wędrówkę po t ciele, rozchodząc 
się nieskończenie powoli i powodując napięcia fan nie do opanowania. Wyszedł z 
apteki na zewnątrz i zwrócił rz w nocne niebo. Ukłucia deszczu przyniosły mu 
chwilową ulgę. i Za jego plecami pojawił się wysuszony człowieczek w starym wac 
na głowie i przeciwdeszczowym płaszczu. Zaczął odwijać gmane w ręku zawiniątko. 
Lazer odwrócił się szybko. 
- Pośpiesz się, Darko, na miłość boską. Nie wytrzymam dłużej. Mały człowiek 
otworzył fiolkę i wytrząsnął na otwartą dłoń Lazera fca tabletek heroiny. 
- Nie zapomnij, skąd je masz - powiedział. - Przed południem, ttto jedenastej, 
będę na kawie w "Red Lizard". Wtedy mi je zwrócisz. Oddalił się w pośpiechu. 
Lazer podszedł do krawężnika, by przejść RZ jezdnię. W tej samej chwili 
zatrzymał się przy nim zielony fcbicooper. Drzwi otworzyły się i z auta wysiadł 
młody mężczyzna eleganckim płaszczu przeciwdeszczowym. 
57 
- Detektyw sierżant Miller, Centralny Urząd Śledczy, Li 
Chciałbym zamienić z tobą kilka stów. Gdzie możemy poroz 
wiać? 
Lazer spojrzał na jego płaszcz, zajrzał w dziwnie ciemne 01 przyjrzał się 
stylowej czapce o wojskowym fasonie i roześmiał dzij 
- Generale? Wyglądasz jak Aleksander Wielki i Napoleon wjed osobie. Teraz jednak 
musisz zająć miejsce w kolejce. 
Skoczył na jezdnię wymijając dwa przejeżdżające wozy, dotari wysepkę i zniknął 
na schodach prowadzących do miejskiego szale Nick odczekał chwilę i ruszył za 
nim. 

background image

Okienko kasjera na końcu schodów było demne i gdy Nick skrew do przestronnego, 
wyłożonego kafelkami pomieszczenia, zastał zupełnie puste. Jedynie na jego końcu 
samotny Lazer szamotał s z drzwiami kabiny. 
Gdy Nick zbliżył się do niego, drzwi wreszcie ustąpiły i Laze wtoczył się do 
środka. Opuścił siedzenie i ignorując Nicka ukląkł a jedno kolano. Zaczął 
wykładać z kieszeni różne drobiazgi. 
Ściągnął płaszcz i marynarkę, podwinął rękaw i zacisnął na ramieniu brązową, 
gumową opaskę, napinając mięśnie, by żyły wyszły na wierzch. Małą buteleczką 
zaczerpnął wody z muszli, wrzucił do środki kilka tabletek i nerwowym ruchem 
potarł zapałkę, po czym przytkną płomień do flakonika. 
Odwrócił głowę, szczerząc zęby w dzikim uśmiechu. W jego oczach tkwiło całe 
nieszczęście i upokorzenie człowieka. 
- Życie jest piękne, jeśli starczy ci sił. Generale. 
Sięgnął po drugą zapałkę, ale pudełko upadło na podłogę i wszystko się 
rozsypało. Jęknął jak ranne zwierzę. Nick wyciągnął z kieszeni latarkę, zapalił 
ją i podał bez słowa, Lazer podgrzewał butelkę nad zapalanymi kolejno zapałkami 
jeszcze przez parę minut, po czym szybko napełnił strzykawkę. 
Cztery lata służby w policfi jednego z najbardzięf uprzemysłowionych miast 
północnej Anglii nauczyły Nicka niejednego, ale kiedy brudna i tępa igła weszła 
w ramię Lazera, poczuł, jakby wbijała się ona również w jego ciało. Trysnęła 
krew. Lazer zwolnił ucisk opaski, odrzucił głowę do tyłu i zamknął oczy. 
Stał tak przez sekundę, może dwie. Nagle jego ciałem wstrząsnęły i 

58 ! 
zad Śledczy, LazerJ 
możemy porozma 
awnie ciemne oczy, e i roześmiał dziko. 
i Napoleon w jednej 
ce. 
ące wozy, dotarł na 
miejskiego szaletu. 
ic i gdy Nick skręcił 
iszczenia, zastał je 
Lazer szamotał się 
ie ustąpiły i Lazer 
ąc Nicka ukląkł na 
robiazgi. 
acisnął na ramieniu 
iy żyły wyszły na 
, wrzucił do środka 
po czym przytknął 
chu. W jego oczach 
konwulsje. Zaczął wyć i drapać ścianę. Zatoczył się i osunął po murze. Nick 
przykląkł przed nim. 
Trwało to wszystko chwilę. Opuszczona głowa Amerykanina 
podniosła się z wolna. Spojrzał na Nicka i wymusił na swej twarzy grymas 
upiornego uśmiechu. 
- Chwila prawdy. Generale. A teraz, czego właściwie chcesz? 
podłogę i wszystko 
ciągnął z kieszeni 
colejno zapałkami 
strzykawkę. 
'ardziej uprzemys 
ca niejednego, ale 
czuł, jakby wbijała 
izer zwolnił ucisk 
;iałem wstrząsnęły 

background image




ivlub znajdował się zaraz za rogiem. Była to jedna z tuzina podobnych knajp, 
które w ostatnich kilku latach wyrosły tu jak grzyby po deszczu. Nick dobrze 
pamiętał to miejsce z czasów, kiedy pracował na ulicy w Sekq'i Centralnej. 
Zeszli po wąskich schodach. Przy drzwiach powitał ich szeroki uśmiech potężnego 
Hindusa. 
- Cześć, Chuck, co słychać? Jak tam sprawy? Będziesz dziś u nas grał? 
- Nie mogę, Charlie - odpowiedział Lazer wpisując do książki swoje nazwisko. - 
Mam niebawem robotę gdzieś indziej, tylko muszę sobie przypomnieć, gdzie. 
Ciemnoskóry podszedł do Nicka, Po jego twarzy przemknął 
nieokreślony grymas. Nick szybko wyciągnął rękę. 
- Sama przyjemność, Charlie. Jak interesy? 
- Świetnie, panie Miller. Naprawdę świetnie. Długo już pana nie widzieliśmy. 
Słyszałem, że zrezygnował pan z pracy w policji. 
- Brzydki żart, Charlie. Jestem sierżantem w oddziale do spraw fayminalnych. 
Ujrzysz mnie jeszcze nieraz. 
Charlie uśmiechnął się, pokazując wspaniałe zęby. 
61 
- Jak się dobrze postaram, to nie ujrzę. 
W głównej sali nie było wiece] niż pół tuzina ludzi. Sami kolorowi. Lazer 
podniósł rękę witając barmana i usiadł przy małym pianinie na podium przy 
ścianie. Nick zapalił papierosa, przysunął sobie krzesło i usiadł obok. 
Ręce Amerykanina przebiegły po klawiszach, szukając czegoś w tonacji molowej i 
znalazły po chwili pulsującą dźwiękiem rytmiczną muzykę, w które] pobrzmiewało 
jednocześnie coś z tej nocy i z atmosfery miasta. 
Nick czekał na odpowiednią chwilę, by uderzyć prawą ręką, wchodząc perfekcyjnie 
w graną melodię. Amerykanin odwrócił ku niemu twarz i uśmiechnął się z aprobatą. 
- Dobrze ci idzie. Generale. Całkiem dobrze. 
Zakończyli wspólnym mocnym akordem, który wśród siedzących w barze wzbudził 
głośny aplauz. Oczy Amerykanina błyszczały, twarz promieniała. Kiedy barman 
przyniósł na tacy dwie whisky i wypowiedział parę komplementów, jednym haustem 
wypił swą szklankę i roześmiał się. 
- Masz wielką duszę. Generale. Złotą, świetlaną duszę. Widzę ją, jak płynie w 
obłoku pełnym chwały. Jesteś Tatumem i Garnerem w jednej osobie. Jeżeli Barbeck 
mógłby cię usłyszeć, obróciłby twarz do ściany i wylewał łzy czystej radości. 
Tak, Generale. łzy czystej radości. 
- Garvald - powiedział Nick. - Ben Garvald, Lazer zająknął się, rzeka słów w 
jednej chwili wyschła mu w gardle. 
- Ben? - powiedział. - Mój stary brat Ben? Tak, znam Bena. Był dzisiaj u mnie w 
nocy. - Zamilkł z zakłopotaną twarzą. - Czy to było dzisiaj? Może to było kiedy 
indziej? 
- Czego chciał? - dopytywał się cierpliwie Nick. 
- Czego chciał? Czego chciał stary Ben? - Nagle coś się z nim stało. Chwycił 
szklankę Nicka, opróżnił ją szybko i ze znakomitym wyczuciem zaczął grać 
preludium Bacha. - Więc powiem ci, Generale. Stary Ben chciał się czegoś 
dowiedzieć o swojej żonie. Jakie jest jej! nowe nazwisko i gdzie mieszka. 
- Tylko tyle? 
- Potem chciał jeszcze wiedzieć, gdzie mógłby znaleźć Sammy'ego. 
- Sammy'ego? ! 
- Sammy'ego Rosco. To taki bramkarz z klubu "Eleven". 
Mieszka na Carver Street. l 
62 
Ćaiztg ULCupd TO poafpo i BJadooonnin toniAOJ3p[ BZ {pBBfi Ćnn ppmd Xnro3( oi 
ooso ninres i łasJls i3AJt3 tpsocMad 7 Ć Ńi3 inous A toipi {pazsod i supis vz 
5is ofefepfe(3o aiu q?epoq3s od f 

background image

ĆXzoXzJ5[ sos 3pnq3 inreaapJ oSafBz ażmopBiASo'3iqXzs iis tiiBp, "yiN 
t?zp.oiAYłs - m3{3[3id 3Xq azoni 307 ĆVpS30\d 1BU CłOfZ OBpp 
tdXi o3aiBZJłspod BZ izpoqoA i POAUIOJ 9ZJ3iq BUO vVB\ vpSsc 3SiA9izQpqoJz rsro 
tip 09onspsKzsA UL('I OJ Ći?3[ns BUiiflsj 
ĆnfezpoJ m A 503 Ć 
3JE5[s fenpbgo B(Xzoi7  
Ćiisin 3[Bi OTO  
inPfl OP f0 BZJ3IUtBZ 3ZZSItSI 05[ISXZSM 01 p 03 OJ ĆĆSinreJ z OIDOOI o3 poAMp 
Jazi 
ĆBosfaim z Sis {soiupod 3[3i anrepz afoAU OJ,  
Ćapsarni tnA[B9 A ĆspiMopo AzsfaniiBiiTJapfBn 01 isar 013Uft Tzpoqo pQ - "eoi 
nniaitOBJ TSU żi {Xzo{od i npozid op {ilXq33ZJJ aonois Ćse! avsvC 01BPIBAJBO 
Buag ZSOTZ 31 Ć3]WtBpiAJBO Buag ZSCTIZ ai[ - Xzsp f3{3Bu A Bpnram Bipoiaoi 
ŃBqtMBz aopJ - nis 10X1 M soo Kzotr ormsnsXoi wi zscf - 3[zonBU fepui (af oBp 
OŻIA aoa azof l ĆoSaOTi B{5izA i Sunq BZ 08 B{pnzA(A źfef fBqoo'xil3iqo3( Si 
[Bq303( noapJauar) - ĆBiiołs oSaozar' SJBd t'5[suXzJnoa TOirei op tBAuapod 
Xroi3[S3niq msKfpTfłOiSsit (pazsazJd opM - iXp(3iosA 3Xq XqiBim o33Z3BiQ nS B 
ŃstapsM fera n isaf Xz3 3[onq3iipg po xvp no oSaso ĆXsirezs faiuiBiso faAS 
pAoqoJds 3[oi}J ĆiMpui 09 XABJds 9Tqos znf opBpz aiupAom i nzozs cfeSiis Bzsy oA 
Ćpfeiq Xznp inqadpd Ć9133 qoXiApBuXAs. qooAvp qyoAvspOT ip 
BppAJtr) tU fBłSBN y?qOJZ U3Jnp U31 033pJ3H3{)ZS8I Ći 
gis pimsazo: - ĆinzsazJtS oSauzpSnooso oga.AoniBS 1 
pBU STS sfnłiiz 3og qo3iK ĆpJ3Tias toroy tołs n3ioq o8af Azy "ail 01 
Ć3pJ3U3{)oSa/mniBS BIP saJaiui XJqop 01 3izp5q 31 ĆĆC3[źM o33D[SMOSSnCJlS Op 
{p9ZS3Zld J3011 
,3Xzotqoz anu z Sis 33qo PIAJBO o83Z3BiQ 
Gdy Miller ruszał, za jego plecami stał na ścieżce Lazer, trzymaj rękę uniesioną 
w teatralnym geście. W progu baru błysnęła zapał i z mroku, zapalając papierosa, 
wyłonił się Ben Garvald. 
- Kim jest ten twój przyjaciel, Chuck? 
Lazer obrócił się zdumiony. Początkowe działanie narkotyku zaczę już słabnąć i 
jego umysł szybko dochodził do stanu normalnych reakc; 
- Skąd sfę wziąłeś, do licha? 
- Chciałem się z tobą jeszcze zobaczyć. Pamiętałem, co mówił o nocnej aptece na 
City Square. Gdy wychodziłem zza rogu, stałe właśnie przy krawężniku z tym typem 
w niebieskim płaszczu i cudaczne czapce. Kto to jest? 
- Gliniarz, Ben. Detektyw sierżant. - Lazer próbował sobie co więcej przypomieć. 
- Miller. Zgadza się - Miller. 
- Nie żartuj - powiedział Garvald. - Nie widziałem jeszcz policjanta, który by 
tak wyglądał. Czego chciał? 
- Ciebie, Ben - odparł Lazer. - Chciał się dowiedzieć, czy ni wiem, gdzie 
jesteś. 
- Powiedział, dlaczego? 
Lazer zebrał myśli. 
- Bella, tak jest, to Bella. Ona nie chce cię tu widzieć. 
- Zrobiła się nerwowa - powiedział Garvald. - Co naopowia dałeś temu 
gliniarzowi? 
Ale Lazer, gdy opuściła go euforia, nie był już w stanie niczeg sobie 
przypomieć. Garvald pojął to i szybko machnął ręką. 
- Zapomnij o tym, Chuck. To bez znaczenia. Jestem czysty jął śnieg i te 
skurwysyny z ratusza dobrze o tym wiedzą. W każdym razi mam ważniejsze sprawy na 
głowie. Gdzie mogę znaleźć Freda Mantona& 
&&Na pewno we "Flamingo". 
- Czy nie mógłbyś mnie tam wprowadzić od tyłu? Chciałbyn 
zrobić mu niespodziankę. 
- Nic prostszego - powiedział Lazer. - Ma prywatne służbow schody z drzwiami 
wychodzącymi na dróżkę z boku budynku Zaczekasz tam, a ja wejdę od frontu i 

background image

otworzę ci, - W takim razie ruszajmy. Nie mam wiele czasu - rzekł Garval4 a 
gdzieś w oddali zabrzmiał otulony we mgłę i deszcz dźwięl ratuszowego zegara, 
obwieszczający pomoc. 
10 
Czterdziestopięcioletni Jack Brady był poliq'antem od prawie ćwierćwiecza. Miał 
za sobą dwadzieścia pięć lat pracy na trzy zmiany, niechęć sąsiadów i możliwość 
spędzenia w domu z rodziną jednego 
wolnego weekendu na siedem zajętych, co nie pozostawało bez wpływu na jego 
stosunki z synem i z córką. 
Nie był zbyt rozgarnięty, miał jednak dużo cierpliwości i ten rodzaj 
inteligencji, który pozwalał mu powoli, ale skutecznie dotrzeć do sedna rzeczy. 
To zaś, poparte szeroką wiedzą o ludzkiej naturze nabytą podczas tysięcy długich 
sobotnich nocy spędzonych na dyżurach 
w mieście i przy wielu innych okazjach, uczyniło z niego dobrego policjanta. 
Nie miał ani świadomości, ani nawet pragnienia służenia społeczeństwu. Na 
społeczeństwo składali się cywile, którzy od czasu do czasu włączali się do 
odwiecznej wojny podjazdowej między policją a światem przestępczym i jeśli już 
trzeba było wybierać - wolał przestępców. Przynajmniej wiadomo, z kim się ma do 
czynienia. 
Nie był jednak sentymentalny. łotr jest łotrem i tyle. I nic istnieje 
j iPracrwłnyarIop 65 
coś takiego, jak dobry złodziej. Jeden rodzaj korupcji to to samo, c wszelka 
korupcja. Gdzieś tę myśl wyczytał. Przypomniał ją sob teraz, idąc ulicami i 
tuląc głowę przed deszczem. Jego myśl pobiegj w stronę Bena Garvalda. 
Ze sposobu, w jaki Miller omawiał tę sprawę z Grantem wynikał że sierżant ma 
dość dziwne wyobrażenie o Garyaldzie. Jeżeli takie je jego nastawienie, to im 
prędzej dostanie dobrze po gębie i mocnej kopa w tyłek, tym lepiej. Zadaniem 
poliq'anta jest złapanie złodziej a tego nie nauczy żadna szkoła - jedynie 
doświadczenie. 
Brady westchnął ze smutkiem i zatrzymał się na moment, l 
zapalić papierosa. Dziwne, ale jego początkowy gniew jakby opuścił. Więcej, 
zauważył ze zdumieniem, że ten Miller podoba mu s bardziej, niż mógłby 
przypuszczać. Z drugiej strony jednak nie był powód, dla którego miałby sobie 
odmówić przyjemności dania n nauczki. Powinno to na przyszłość nauczyć chłopaka 
rozumu. 
Gascoigne Square to spokojny, cichy zakątek leżący nie więcej r ćwierć mili od 
ratusza. Jego przepiękne domy, pamiętające czasy krć Jerzego, wciąż jeszcze były 
w znakomitym stanie. Zajmowały głównie biura radców prawnych i różnych ludzi 
interesu. Jednak jed czy dwa większe budynki idealnie nadawały się na nocne klu 
i kasyna, które po wejściu w życie nowego prawa mnożyły się w cały kraju jak 
grzyby po deszczu. 
Niektóre z nich dostarczały bardziej podstawowych rozrywc Przechodząc obok "Oub 
Eleven", Brady uśmiechnął się złośliwie widok pół tuzina podstarzałych 
businessmenów wypakowujących 
z taksówki i wspinających po wąskich schodach prowadzących i wejścia. 
W tej dziurze dostaną wszystko, czego dusza zapragnie. Już Mo Ryan tego 
przypilnuje. Jeden czy drugi dostanie nawet ciut więcej, i się spodziewa. Ale 
takie jest życie i zawsze możesz zacząć od no' wraz ze świtem kolejnego poranka. 
"Flamingo" miało z pewnością lepszą sławę, ale też niezl 
pasowało do starego Square ze swymi prążkowanymi zasłona 
i krzykliwym neonem. Kilka kroków od wejścia, na skrzynce 
66 
pomarańczach, siedział mały zasuszony człowieczek w tweedowej czapce i wojskowym 
płaszczu. Obok leżała sterta niedzielnych gazet. 
Stary człowiek dobrze znał Brady'ego i Brady dobrze znał starego człowieka. 
Jednak żaden z nich nie dał tego poznać po sobie. Policjant wspiął się na schody 

background image

i minął szklane drzwi, które otworzył przed nim usłużny szwajcar w czerwonym 
uniformie. 
Wybiegł mu naprzeciw ciemnowłosy Włoch w białym smokingu. Jego twarz wyrażała 
niepokój, który bezskutecznie starał się ukryć pod grzecznym uśmiechem. 
- Pan Brady? Jakże nam miło. Czym możemy panu służyć? 
Brady nie poruszył się. Ręce trzymał w kieszeniach swego taniego płaszcza. 
Ignorując Włocha, patrzył z niesmakiem na gruby dywan w kremowozłote wzory i 
garderobianą w oczkowych pończochach. 
- Chcę Mantona. Gdzie on jest? 
- Czy może coś nie tak, panie Brady? 
- Będzie nie tak, jeśli mi go tu szybko nie dostarczysz. 
Grupka trzech, czterech nowo przybyłych gości spojrzała na niego 
z zaciekawieniem. Włoch podszedł do drzwi oznaczonych napisem 
"Wstęp wzbroniony" i otworzył je. 
- Pan Manton powinien być w barze. Proszę tu zaczekać, zaraz go znajdę. 
Brady wszedł do środka i drzwi zamknięto. Pomieszczenie było większe niż 
zwyczajny pokoik, w którym można skryć się przed hałasem i natarczywością gości. 
Stało w nim biurko i zielone szafki, które zajmowały większość miejsca. Na 
księdze rachunkowej leżała niekompletna lista zatrudnionych w klubie. Brady 
obrócił ją do siebie i przebiegł znudzonym wzrokiem. Kilka nazwisk znał. 
Z tyłu zgrzytnęły otwierane drzwi i po chwili zamknęły się. Kiedy Brady obrócił 
się w tamtą stronę, zobaczył Freda Mantona opartego o framugę i palącego 
papierosa. Był to wysoki, chudy mężczyzna z dobrze rozbudowanymi ramionami, 
które uwydatniały się pod znakomicie skrojonym smokingiem. Niebieskie oczy i 
przystrzyżony wąsik nadawały mu wygląd człowieka ze sfer wojskowych, co 
odpowiadało bywalcom lokalu. Wielu z nich obdarzało go przydomkiem Major i 
wyobrażało sobie, że jest on wychowankiem jednej z lepszych szkół prywatnych. 
67 
Nic nie było tak dalekie od prawdy, o czym Brady 
doskonale. Opuścił listę na książkę rachunkową i omiótł M wzrokiem pełnym 
pogardy i niesmaku. 
Manton stanął za biurkiem i wyciągnął szufladę. Chwycił 
pracowników. 
- Ktoś mógłby powiedzieć, że wtykasz nos w nie swoje spra' 
- Rozdzierasz mi serce - odpowiedział Brady. - Garvald. 
Garvald. Gdzie on Jest? 
Manton wydawał się szczerze zdziwiony. 
- Musiałeś się zestarzeć. O ile wiem, siedzi w Wandswo 
Wydawało mi się, że wszyscy o tym wiedzą. 
- Zwolniono go wczoraj. Ale ty oczywiście o niczym nie wi prawda? 
Manton wzruszył ramionami. 
- Nie widziałem Bena od dziewięciu lat. Od dnia, w kto) 
poszedł siedzieć za robotę w Steel Amalgamated w Birmingham.! A może nie 
orientujesz się w sprawie? 
- W szczegółach - powiedział Brady, - Kierowca Garvalda 
wyszedł cało z tej zabawy. Nigdy nie udało nam się go znaleźć. 
- No cóż, nie patrz tak na mnie - odezwał się Manton. 
Tamtej nocy siedziałem w domu. 
- Któż to zaświadczył, mamusia? - zadrwił Brady. 
Manton bez pośpiechu zdusił w popielniczce papierosa, po czym chwycił za 
telefon.& 
&&Nie wiem, w co chcesz mnie wrobić, ale nie powiem ani słowa, dopóki nie zJawi 
się tu mój adwokat. 
Gdy podniósł słuchawkę, Brady wy;'ął mu ją z rąk i odłożył na widełki. 
- W porządku, Manton, skończmy tę zabawę. Chcę Garvalda. 
Gdzie on jest? 

background image

- Skąd mam wiedzieć, na miłość boską? Wierz mi, to ostatnie mię)'sce, w którym 
się pojawi. 
- Kiedy przymknęliśmy go za robotę w Steel Amalgamated, byliście wspólnikami w 
klubie po drugiej stronie rzeki. 
- Zgadza się. Stary "OneSpot". I co z tego? 
- Może Garvald myśli, że jesteś mu coś dłużny i nie wyrównałeś jeszcze względem 
niego swoich długów? 
68 
- Wyrównać długi? - Mantem wybuchnął śmiechem. - Czym? 
topłuczynami? Po tym, jak złapaliście Bena, wasi chłopcy tak jtutccznie 
rozłożyli się w "OneSpot", że wysadziliście nas stamtąd w dągu miesiąca. 
Pożyczałem forsę stąd aż po Londyn. Jeśli już o tym mowa, to samo robił Ben. 
Tyle że jego nie było w pobliżu, gdy przyszli przedstawiciele królewskiej 
władzy. Tak 
było. 
j Jego głos był nabrzmiały goryczą, która całej opowieści przydawała ! 
wiarygodności. Brady zdał sobie sprawę, że haczyk nie chwycił. 
Przełknął rozczarowanie i spróbował raz jeszcze. 
- Masz na górze własne mieszkanie, nieprawdaż? Chciałbym się po nim rozejrzeć. - 
Masz nakaz? 
- A jak ci się zdaje? 
Manton wzruszył ramionami. 
- To nie ma znaczenia. Szukaj, gdzie chcesz. A jeśli znajdziesz Bcna, daj znać. 
Powinienem posłać go na dwa lata do roboty, a i tak jeszcze będzie mi dłużny. 
- Serce mi krwawi, gdy słyszę takie słowa - powiedział Brady i otworzył drzwi. 
Manton uśmiechnął się, odsłaniając zęby pod przystrzyżonym wąsikiem. 
- Jeśli już tak sobie rozmawiamy, to ci powiem, że nie powinieneś się zdziwić, 
gdy pewnego dnia natkniesz się w ciemnej uliczce na jakiegoś przykrego typa. De 
jeszcze brakuje ci do emerytury? 
Ręka Brady'ego zacisnęła się mocno na klamce, aż kostki zbielały. W gardle 
zakipiał mu gniew, który rozrósł się tak, że go zatkało. 
Wziął głęboki oddech i kiedy za chwilę wycedził słowa, jego opanowany głos 
brzmiał sztucznie. 
- To była głupia uwaga, jak na tak sprytnego chłopca, Manton. Naprawdę głupia. 
I Manton już o tym wiedział. Gdy uśmiech znikł mu z twarzy, Brady uśmiechnął się 
uprzejmie, zamknął drzwi i ruszył po grubym dywanie ku wyjściu. 
Deszcz, który unosił się z wiatrem nad miastem przez większość wieczoru, teraz 
zaczął padać ciężkimi kroplami. Brady zatrzymał się 
69 
na moment obok starego gazeciarza, który siedział owinięty w papier. Wziął do 
ręki gazetę i otworzył na wiadomościach sporto 
- Ben Garvald, Micky. Pamiętasz go? 
Głos starego człowieka był chrapliwy, zniszczony chorobą i przez lata tanią 
wódką. 
- Kogoś takiego nie można zapomnieć, panie Brady. 
- Czy nie wchodził dziś do "Flamingo"? 
Stary zignorował pytanie, usiłując znaleźć drobne w kieszeniach. 
- Bez szans. Ale, uważaj pan, jest prywatne wejście Mantom obok drzwi służbowych 
od' strony bocznej alefki. Schody prowad2 prosto do jego pokojów. 
- Dobry z ciebie człowiek, Micky, Brady wcisnął w dłoń starego pół korony, dla 
zachowania pozoró' wziął pensa reszty i oddalił się. Zatrzymał się na zakręcie 
alq'l biegnącej wzdłuż bocznej ściany "Flamingo" i spojrzał w tył. Prt wejściu 
nie było śladu szwajcara. Szybko skręcił w wąską ścieżkę. 
Stał tam długi szereg wypełnionych po brzegi skrzyń na śmiedl Gazowa lampa, 
przymocowana do ściany, oświetlała dwoje drzwi. Jedne były oznaczone napisem 
"Wstęp wzbroniony - wejście służj bowe". Drugie nie miały żadnego napisu i gdy 
spróbował je otworzyć, stawiły opór. 

background image

Na końcu alei widział skrawek główne] ulicy i słyszał przytłumione odgłosy 
późnego ruchu dobiegające jakby'z innego świata. Spojrzał na zegarek. Było kilka 
minut po jedenastej. Miał jeszcze czas do północy. Wrócił ścieżką w stronę 
placu, znalazł bramę i ukrył się w jej cieniu. 
Było przeraźliwie zimno. Oparł się o ścianę, ręce wcisnął głęboko w kieszenie, a 
czas wlókł się powoli, minuta za minutą. Nikt nie przychodził. A więc mylił się. 
Taka była prawda. Musiał się zestarzeć. Powiedział to Manton i chyba 
rzeczywiście miał racie. Ale czy to mogło, być wszystko, czym mógł się pochwalić 
po dwudziestu pięciu latach? 
Chwyciła go dziwna nostalgia. Gdyby tylko mógł zacząć wszystko od nowa. Gdyby 
mógł wrócić do początku! Jakże inaczej wszystko by się ułożyło. 
Zdawało mu się, że gdzieś w oddali słyszy jakieś głosy. Westchął głęboko i 
powrócił do rzeczywistości, wściekły na siebie, że omal nie usnął. 
70 
Z cienia wynurzyła się jakaś postać. Ktoś stanął przy służbowym wejściu i 
zapalił papierosa. Brady od razu rozpoznał Chucka Lazera i przypomniał sobie, że 
Amerykanin jest zatrudniony w klubie w charakterze pianisty. 
Kiedy służbowe drzwi zamknęły się za Lazerem, Brady wychylił się z bramy. 
Zadrżał i podniósł kołnierz, gdy zimny wiatr przeleciał wzdłuż ścieżki. Tracił 
czas. To było już więcej niż oczywiste. 
Uniósł rękę, by odczytać godzinę i ku swemu zdumieniu spostrzegł, że jest już 
dziesięć po dwunastej. W tej samej chwili otworzyły się drzwi prowadzące na 
schody do Mantóna i ktoś gwizdnął cicho. Z cienia, z głębi alejki wyłonił się 
Ben Garvald. Na chwilę zatrzymał się pod lampą i zniknął we wnętrzu domu. 
Przez moment Brady tkwił w ciemnościach schwytany we własne zdziwienie. Po 
chwili zebrał się w garść i ruszył ku drzwiom. Chłodne palce podniecenia 
ścisnęły żołądek. 
Drzwi prowadzące do apartamentów Mantóna były nadal za 
mknięte, ale wejście służbowe otwarło się, gdy nacisnął klamkę. Nie zwlekając, 
wszedł do środka. 
11 
Kjedy Lazer otworzył drzwi, Garvald wszedł do środka. Znalazł się w kwadratowym 
przedsionku u stóp schodów wyłożonych dywanem. Lazer ruszył przodem. Stanąwszy 
na ostatnim stopniu, ostrożnie uchylił drzwi i zajrzał w głąb wąskiego 
korytarza. 
- Co tu mamy? - dopytywał się szeptem Garvald. 
- Prywatne pokoje Mantona. Jego biuro znajduje się na samym końcu. Jest u 
siebie, właśnie z nim rozmawiałem. Chce, bym wziął ze sobą paru chłopców z 
zespołu i poszedł do Belli, aby trochę tam pograć i zrobić nastrój. Mają 
dzisiejszej nocy niezłą imprezę. 
- Jakaś szczególna okazja? 
- Urodziny Harry'ego. 
- Musiała się zrobić na starość sentymentalna - powiedział Garvald. - Nie mów 
jej, że mnie widziałeś. Chcę zrobić jej niespodziankę. 
- Jak sobie życzysz - uśmiechnął się złośliwie Lazer. - Może zajrzysz tam 
późnię)'? 
- To zależy od tego, jakie karty mi podejdą. Zatrzymałem się w "Regent Hotel" na 
Gloyne Street. Jeśli się coś wydarzy, tam mnie szukaj. 
73 
- ĆZałatwione - n 
ssaa; 
=?asssss 
srebrn. aiby aie cę? g0 nle 2r0, Beo 
S.:"0 
Ć" PO;. , . ui au pocĆĆan. ( 
v alcsiąc'. 
.te. 

background image

Mantem podszedł do orzechowej szafki, otworzył ją, wydobył butelkę whisky i dwie 
szklanki. Napełnił je i milcząco wzniósł toast w stronę Garvalda. 
- Jak się tu dostałeś, Ben? 
- To ja cię zapytam - odparł Garvald. - Czy był mi kiedyś potrzebny klucz, by 
otworzyć drzwi? Manton zachichotał. 
- To prawda, Bóg mi świadkiem. W starych czasach byłeś 
najlepszym włamywaczem w całej branży. 
Wrócił do biurka i zapalił papierosa, pragnąc zyskać na czasie. 
- Dlaczego wróciłeś, Ben? Nie ma tu nic dla ciebie. 
- Czemu więc tak bardzo zabiegałeś, bym trzymał się z daleka? Zrobiłeś błąd, 
nasyłając na mnie wczoraj tych dwóch typów we mgle pod Wandsworth. Po tym, co 
zaszło, nic już nie mogło mnie powstrzymać przed zjawieniem się tutaj. 
- Wiele się zmieniło - powiedział Manton. - Nie jest już tak, jak dawniej. 
Pojawiło się mnóstwo forsiastych facetów. Więcej wyciągniesz z legalnie 
prowadzonego klubu, niż kiedykolwiek przedtem z lewej roboty. Z twoją opinią, 
Ben, jesteś zawadą w interesach. To chyba całkiem proste. 
- Mówiono mi, że płacą ci pensję. Nigdy bym się nie spodziewał, że doczekam 
takiego dnia. 
- Jeżeli tyle wiesz, to wiesz też, dla kogo pracuję - powiedział uprzejmie 
Manton. - Dla Harry'ego Faulknera. - Traktuje mnie całkiem dobrze. Poza 
normalnym wynagrodzeniem, dostaję jeszcze dwa razy do roku niezłą premię. To w 
sumie więcej, niż mogliśmy sobie wymarzyć harując w starym "OneSpot". 
- Kiedy byliśmy wspólnikami w interesie. 
Manton odstawił szklankę i kiedy odezwał się, powoli odmierzał każde słowo: 
- Wyjaśnijmy sobie jedną rzecz, Ben. Kiedy gliny zamknęły cię za robotę w Steel 
Amalgamated, zadusili nasz "OneSpot". Musiałem pracować dwa lata u Faulknera, by 
wygrzebać się z długów. Nie jestem ci nic winien. 
Garvald uśmiechnął się. 
- Wcale nie twierdzę, że jesteś. 
Manton nie umiał ukryć zdziwienia. Stał za biurkiem unosząc 
75 
"Ć1ź ĆĆ 
,,.. 
r af J, "SA1 0 Ćy Ć ".O 
QU na myśl, usiadł, e jestem ci winien 
rzucił je na księgę 
ystko, co mogę dla 
ast zapalił mu się 
drugą whisky. Gdy 
;hnął się kwaśno 
dzi. Zanudzisz ją, ko, że nawet nie 
ane legalnie? 
apaliły się w jego 
kasa - kasa ze 
aem. 
mton. - Może 
arły się i wszedł 
ona, ignorując 
liarz, Brady. 
go zagadywać 
Wielki Irlandczyk był już w drodze ku drzwiom. 
- Szuka mnie, aleja mam zamiar złapać inną rybkę. Złóż mu ode mnie ukłony, Fred. 
Ja się ulatniam. 
Kiedy zniknął na końcu korytarza, Donner chciał puścić się za nim. Ale Manton 
chwycił go za rękaw. 
- Niech idzie. Nie było go tutaj, jasne? 

background image

Siadł za biurkiem i zapalił papierosa. Chwilę później usłyszał na korytarzu 
głosy i do pokoju wpadł Brady, odsuwając na bok małego, czarnobrodego człowieka 
w smokingu, którego włosy ostrzyżone były przy samej skórze. 
Ten stanął przed biurkiem Mantona z twarzą wezbraną gniewem. Zaczął mówić z 
silnym greckim akcentem. 
- Wpadł jak szalony przez wejście służbowe, szefie powiedział, żywo gestykulując 
przed twarzą Mantona. - Kiedy próbowałem go zatrzymać, niemal złamał mi rękę. 
- Nie słuchaj tego bufona - powiedział ostro Brady. - Chcę mieć Garvalda. Gdzie 
on jest? 
Manton z pewnym trudem uniósł brwi. 
- Bena Garvalda? Musiało ci się coś pomieszać w tym maleńkim móżdżku. 
Jednym skokiem Brady obszedł biurko i nagłym szarpnięciem ręki postawił Mantona 
na nogi rozrywając jedwabne wyłogi kosztownego mokinga. 
- Nie próbuj takich sztuczek, Manton. Byłem w alejce, gdy ktoś wpuścił go 
prywatnym wejściem. 
Tylko na jedną sekundę Manton stracił nad sobą kontrolę. Rzucił zdziwione 
spojrzenie Donnerowi, a Brady roześmiał się szorstko. 
- Czytam w tobie jak w otwartej księdze, Manton, ty świnio. Gadaj, gdzie on 
jest? 
Manton wyzwolił się z uchwytu i zrobił krok w tył. 
- Nie wiem za bardzo, o co ci chodzi, ale chcę najpierw zobaczyć twoją 
legitymację. Jeśli jej nie masz, to idź lepiej do diabła, bo zaraz zadzwonię po 
prawdziwych stróżów porządku. 
- Nie boję się twoich pogróżek - powiedział pogardliwie Brady. 
- Być może - odparował mu Manton. - A Harry Faulknera? 
Ale Brady już przekroczył strefę, w której działanie było 
77 
m vu P . Sn - o 
' zaa mod ool ĆW z 
f"P.fm oqo - " "zsaz p 
"auonn,,.. TOACsf-8 
"Antn" 
'nrfidn źi" - źs03 iznz  
..0,, S'1:' °' p "S0 Ć 
ozsądku nie była 
dził. I, na Boga, lachnięciem ręki 
o lewej, zapalił 
lii na korytarzu 
lekki, uprzejmy 
12 
Donner. 
drzwi. 
- Obok znajduje 
:u. Wychodząc 
Ćytarza. Pobiegł 
w wejściowy ch. 
tę farsę? - To 
mu dać kilku 
czy nie po to 
ardła i Brady 
l. Wtedy cała 
ła, rozrywając 
ał przez zęby. 
ramię i w tej 
zając kolanem 
ano uderzyło 
jant starał się 

background image

pić się ściany, JSJedy trzej mężczyźni stali w martwej ciszy, tłocząc się przy 
drzwiach, coś zaskrzypiało za ich plecami i z bieliźniarki wyłonił się Garvald. 
- Robisz się na starość nieostrożny, Fred. - Pokręcił głową. Pamiętasz jedenaste 
przykazanie? Nie rób nic złego glinie, bo odpłacą ci stokrotnie. 
Rozepchnął ich i zszedł po schodach. Na dole leżał Brady. Nogi rozwaliły się na 
stopniach w nienaturalnej pozycji, głowa i plecy były wciśnięte w ścianę. Krew 
zlepiała mu włosy i ściekała na twarz, zalewając oczy. Głowa poruszyła się 
lekko. 
Garvald odwrócił się i spojrzał na Mantona, który zatrzymał się kilka stopni 
wyżej. 
- Nie wygląda dobrze, Fred. Życzę powodzenia. 
Otworzył drzwi i jednym szybkim ruchem znalazł się na zewnątrz. Gdy zamknęły 
się, Manton popchnął w dół stojącego obok Jango. 
- Idź za nim. Jeśli go zgubisz, obetnę ci uszy. 
Drzwi otworzyły się i zamknęły za Cypryjczykiem, a Manton ukląkł przy Bradym. 
Policjant podniósł powieki i spojrzał na niego. 
79 
z gardła doszerił Ć 
Ć "Padł.? - "o"y K, " S" wyldto " &ew aEi. 
""Ć""PodnioslMDoMe,. 
r daapr.,: 
"t M maić raST ~ PWedzial 2 ,," 
, Ć"c2łDoan~P,Ćc" 
;Ćf:ĆĆ 
Jesh te świnie z ratu PPoaiianć - . 
,. Ć'° "Ćź "S." - J 
a?5'"s=,":.:j 
Ss3 
S'23Ć""Ćsl 
Porzucim2?0; gdy Bierny n, l 
SSSsz] 
wady ego. Stanfs y.T'"rieainośd rf,, Ć l oteo fc ° f 
'Ć"S 
Ćk. Krew trysnęła z nos 
iczą Donner. - Pienvszy 
sznaniom - powiedzia 
oczy, Donner. Zabiłcf) 
ólnie w to wdepnęliśmy. J 
:ekł Manton. - Nawet j 
udowodnić, to sami coli 
Donner. - To jedynej 
i Graigner's Wharf? To ] 
dało na morderstwo  
l. Wypadek, oto co jest 
sjechał go i uciekł. 
i gdzieś go potem 
widział go poza nami? 
- Na szczęście była 
iły personel siedział 
i zawołał mnie.  
imy pozbyć się tego 
tank's Yard. Potem 
ając bezwładne dało 
u, tuż przy głównej 
gdy zamknięta. 
Było to demne miejsce. Studnia między wysokimi magazynami, tktórc przeznaczono 
do rozbiórki. Większość z nich zajmowali śmiedarze. Cuchnęło stamtąd 

background image

gromadzonymi od lat odpadkami. Szeroka brama otwierała się na wąską uliczkę 
biegnącą do głównej drogi. 
Manton oparł się o mur, próbując schronić się przed deszczem. Dłonią przykrył 
papierosa. Sam był zdziwiony faktem, że nie odczuwał leku. Jeżeli już coś czuł, 
to podniecenie. To tak, jakby znów zaczął żyć, pierwszy raz od wielu lat. Na 
myśl o tym uśmiechnął się ponuro. Tak, 1 to by ubawiło Garvalda, nie ma co. 
; Ktoś wszedł w alejkę od strony głównej ulicy i kroczył szybko po nierównym 
bruku. Echo stóp odbijało się o wysokie, ceglane mury. Manton cofnął się i 
czekał. Chwilę później Jango minął bramkę. Manton widział wyraźnie jego twarz 
oświetloną przyćmionym blaskiem gazowej lampy, która wisiała przy wejściu. 
Zawołał cicho i Jango szybko cofnął się w jego stronę. Uważnie wpatrywał się w 
mrok. 
- Co się dzieje? 
- Brady nie żyje. Musimy się go pozbyć. Czekam na Donnera, ma, podjechać wozem. 
Oddech Cypryjczyka stał się nagle świszczący. 
- To niedobrze, panie Manton. Nie jestem pewien, czy chcę w tym maczać palce. 
- Już siedzisz w tym po uszy, chcesz tego czy nie - odpowiedział brutalnie 
Manton. - A może chcesz, bym komuś przypomniał twoje wszystkie morderstwa? 
Przestań paplać brednie i mów, co z Garvaldem. 
- Zatrzymał się w miejscu zwanym "Regent Hotel" na Gloyne Street. Nie dalej niż 
pięć minut drogi stąd, idąc pieszo. Zawszona dziura. Nie mają nawet nocnego 
portiera. Dyżuruje sama pokojówka.& 
&&Rozmawiałeś z nią? 
- Pewnie - zachichotał Jango i oczy zaświeciły mu w ciemnościach. - To dziwka, 
panie Manton, Znam to miejsce. Trzymają ją tam dla obsługi klientów. Wsuń jej 
jednofuntowy banknot pod pończochę, a da ci pięćdziesiąt siedem pozycji. 
- Interesujące - powiedział cicho Manton. - A jak dalece 
będzie chętna za dwadzieścia funtów? 
- Cały drżę na samą myśl - odparował Jango. 
( - Pranwtoy urlop 
81 
, w skun 
?L:ĆĆ 
Do to ź, " w 
epĆĆe źo e y palessli' 2 w 
Ć.. Ć3 
 
s?0:"! 
s?'! 
s0? " 
. s?. a /1 
J01 
rl?. 

f go t 
silnika i po chwili 
zez główną bramę 
z wozu wyskoczył 
; go do tyłu i zjeż 
;h, ale późna pora 
ty miasto, Donner 
i niego Manton.  
Jt blisko klubu  
kanton. - Brady 
;ał się wcześniej 
dwójny przejazd 
tukiem biegła ku 

background image

cniej i w samo 
zahamował na 
rym asfalcie. 
W tym miejscu 
Ćczni z głównej 
) Donnera.  
ycil Brady'ego 
ornymi siłami 
a krew z jego 
anton kopnął 
ło Brady'ego. 
rowrotem do 
- Może należałoby go przejechać, albo coś w tym guście?  
zapytał Donner. - Żeby lepiej wyglądało... 
Gdy Manton wahał się, rozważając zalety poddanej propozycji, światła jakiegoś 
samochodu omiotły ścianę stojącego przed nimi budynku. 
- Ruszaj - powiedział chrapliwym głosem. 
Donner rzucił wozem na wstecznym i gdy skręcił kierownicą, tylne koła odbiły się 
od krawężnika. Ruszyli do przodu. Jedno koło podskoczyło, przejeżdżając po 
prawym bucie Brady'ego. Odjechali w pośpiechu, a za chwilę zza zakrętu wyłoniła 
się elegancka limuzyna. 
- Nie chcę go mieć ani kroku bliżej - powiedział Donner, gdy szybko mijali 
przejazd i wjeżdżali w inną uliczkę. 
- Co teraz, robiąc. 
- Wyrzuć mnie i Jango na następnym skrzyżowaniu - powie 
dział Manton. - Potem wjedź w Canal Street i wrzuć tę maszynkę w Graigner's 
Wharf. Nie ułatwiajmy im roboty. Spotkamy się w klubie. Załatw to szybko. Nie 
zapominaj, że musimy się jeszcze zająć Garvaldem. 
- Nie mogę się doczekać tej chwili - powiedział Donner.  
Naprawdę nie mogę. 
Człowiek za kierownicą eleganckiego wozu nie wyglądał na 
ubogiego, zaś siedząca obok dziewczyna z pewnością nie była jego żoną, co wysoce 
komplikowało sprawę. Spojrzał na leżące na środku drogi ciało wzrokiem 
zmartwiałym z przerażenia. Nerwowo rzucił okiem na cienie błąkające się po 
murach. 
- A to świnie - odezwała się dziewczyna. - Nawet się nie 
zatrzymali, Jej towarzysz przytaknął. Otworzył drzwi i podszedł do Brady'ego. 
Kiedy wrócił, był blady jak papier. 
- Cała twarz we krwi. Myślę, że nie żyje. 
- Więc lepiej zmykajmy stąd - powiedziała szybko. 
Odwrócił się, a w jego oczach pojawił się strach. - Nie możemy go tak zostawić. 
- Niby dlaczego? - odparła brutalnie. - Nie możemy mu 
83 
pomóc, to pewne r \ 
SSK 
ose? 
ustawiając za Przebne? ZaDafł 2W1SIC0 w gaze3 
aldfe o tecy s - 0 
p0 ili aało sTeT anlpy oweJ ę y 2 d 
iy - J 
o ślad ". T(tm)" r. a4l L aelBi iĆt"'l4 
"s.sP.aS' 4 
:?'.=:aa 
astanawiał się co L ęJ chwl'h' 8 Palił mu się mai1 ni0 aotoD obi z tvni Ć Ć z ej 
st? usmi. i1 w ach u Ic. Byh p;en sp ni pr0, aie? dals część nocy. a zczył brw,, 
p,S aos Spoj n, J afo to być t.. Ją obfflyśhc n 
rss 

background image

..sssJ 
?wmo,ch modJitwach. ( 
Podała mu herbatę i stojąc nad nim, roześmiała się głośno. 
- Co za dzień. 
Podeszła do okna i wyjrzała na ulicę. Kiedy skończył pić, cofnęła Ć{, by usiąść 
na skraju łóżka. 
- Mogę zapalić? 
- Proszę. 
Wzięła papierosa, a Garvald podał jej ogień. Gdy nachyliła się wjego stronę, 
nylonowa sukienka rozchyliła się aż do talii. Miała pod ipodem halkę, ale nie 
nosiła biustonosza. Jej piersi były białe i jędrne. Gdy zapalał jej papierosa, 
chwyciła go mocno za nadgarstek. Garvald wsunął lewą rękę pod sukienkę i dotknął 
jej piersi. Poczuł, jak pod ! dotykiem jego dłoni twardnieje sutek. 
- Nie masz ochoty? - zapytała miękkim głosem. 
Odłożył zapalniczkę, wyciągnął jej z ust papierosa i zdusił go w popielniczce 
leżącej przy łóżku. 
- Minęło dużo czasu - powiedział. - Ostrzegam, cholernie dużo. 
Jej ręce objęły go za szyję, a on zsunął jej z ramion sukienkę nie przerywając 
pocałunku. To dziwne, ale cały drżał. Był jak młody dzieciak, który robi to po 
raz pierwszy. Miał wrażenie, że światło przygasa. 
Położyła się na plecach i rozsunęła lekko nogi. Przyciągnęła go w swą miękkość i 
ciepło. Jednak jego ciało było jak z waty. Nie wiedząc czemu, znalazł się na 
podłodze, ona zaś siedziała na brzegu łóżka i patrzyła w dół na niego. Na 
kolanach trzymała zmiętą sukienkę, a jej nogi, które miał przed oczami, były 
najdłuższą i najpiękniejszą rzeczą na świecie. 
Po drugiej stronie łóżka otworzyły się drzwi i wszedł Donner, Uśmiechał się, 
choć jego twarz wyrażała coś więcej i gdy otworzył usta nie wydobył się z nich 
żaden dźwięk. Ruszył w stronę łóżka. Garvald próbował zerwać się na nogi, ale 
było za późno. Poczuł potężne kopnięcie butem. Krzyk dziewczyny był ostatnim 
odgłosem, jaki usłyszał, opadając w ciemność. 
13 
.Mick zapalił papierosa i przysiadł na brzegu stołu. Patrzył na Wilmę. Ta 
opróżniła szklankę jednym haustem. Wzdrygnęła się. Spojrzała na niego 
nieprzytomnymi oczyma. Płynące po twarzy łzy rozmazały makijaż. 
- Muszę fatalnie wyglądać. Mogę jeszcze jednego? 
- To twój dżin. 
Sięgnął po butelkę i napełnił do połowy szklankę. 
- Sprawy muszą naprawdę źle wyglądać, skoro próbujesz od nich uciec w taki 
sposób. 
Szybko wychyliła dżin, odgarnęła włosy i chwyciła butelkę. 
- Myślałam, że to mój mąż... 
- Musisz o nim strasznie dużo myśleć. 
- Nie pozbędę się go nawet, gdy go powieszą. - Roześmiała się nieprzyjemnie. - 
Opowiem ci, panie, o moim mężu. Opowiem wszystko, co można wiedzieć o Sammym 
Rosco. Niech go piekło pochłonie. Kiedy w 1945 wziął mnie z ulicy w Hamburgu i 
ożenił się ze mną, myślałam, że to cud. W tamtych dniach nie przestawałam się 
modlić. Miałam piętnaście lat, ale skłamałam, że jestem starsza. 
- I co się stało? 
87 
sSSss" .. 
'SSS? 
dopowiedzieć - n eg0 zystJdeen? 
oT SS . 
r'0'" "noJadrK.'". 
SSt0;0. 
'.pSF1 
T.si 

background image

. - Przy,aciel Bena? - Sn Ć k\wpleta 
0 "p, " ala gapi?c - P 
~ Kto, Wilao? Ją lanaB' 
~~ Ocli 10 I/IA 
W fai.S i8'. . to Sź, " toźu. - M6; Bo y. 
~ To twardy facet. Powiedział m 
Sfi 
łomu. Do domu, :oju. - Miodowy 
mu się ode mnie 
[ę 
ychodziło wielu, Imówić. Gdy raz 
ełne róż, go? 
Ćzetarła oczy. 
i adres, ale J'a się 
głowy. Musiała 
nagle dodała 
y'ego, co? 
ck. Spróbował 
stem kumplem 
ona. - Kiedy 
- Z niewyjaś 
n mieście. Ben 
październiku. 
małą chwilką. 
Wandsworth, ; się w pustą 
- Parsknęła 
owiedział im 
- Mógłby załatwić ich wszystkich jedną ręką. - Uśmiechnęła się rozmarzona. - Ale 
gdy idzie o kobiety... - Potrząsnęła głową zamroczona alkoholem, łzy powoli 
pociekły po policzkach. Sięgnęła po torebkę. - Widzisz to? - Zamachała mu przed 
oczami pięćdziesięcioma funtami. - To od Bena. - Wracam do domu, rozumiesz? 
Wracam do domu! 
- A co z Sammym? 
Zaśmiała się pogardliwie. 
- Ben dał mu dobrą nauczkę i wyrzucił za kołnierz. 
- Miło z jego strony. - Nick podszedł do kominka i odwrócił się do niej plecami. 
- Jednej rzeczy nie rozumiem. Dlaczego Sammy chciał załatwić Bena, gdy tylko ten 
wyszedł z Wandsworth? Wydaje mi się, że jest to zupełnie pozbawione sensu. 
- Nie myślisz chyba, że robił to na własny rachunek, prawda? Urwała w pół słowa, 
ujrzawszy jego spojrzenie w lusterku zawieszonym nad kominkiem. 
- Mów dalej, Wilmo - powiedział Nick odwracając się w jej stronę. - Na czyje 
zlecenie to zrobił? 
Nagle przeczuła, że coś w tym wszystkim nie gra. Energicznie pokręciła głową. 
- Nie wiem, nie pamiętam. Muszę już iść. Muszę zdążyć na pociąg. Chwyciła 
walizkę, ale Nick zagrodził jej drogę. Czy to Fred Manton? Patrzyła na niego. 
Wytrzeźwiała już niemal zupełnie. W głowie zaświtała jej jakaś myśl. 
- Wcale nie jesteś przyjacielem Bena. 
Przysunęła się bliżej wpatrując się uważnie w jego twarz. Nick wolno pokiwał 
głową. 
- Zgadza się co do joty, Wilmo. Jestem z policji. 
W jej oczach pojawił się strach i natychmiast otrzeźwiała. Chwyciła za walizkę 
próbując prześliznąć się koło niego. 
- Nie zrobiłam nic złego. Nie możesz mnie tu trzymać. Muszę złapać pociąg. 
Nick przytrzymał ją z całej siły. 
- Dokąd poszedł Ben, Wilmo? Powiedz mi, a osobiście zawiozę de na dworzec, 89 
Przez moment zdawało się, że odjęło jej mowę. Wreszcie 
ku niemu wskazujący palec i wyrzuciła z siebie: 

background image

- Wiem już, dlaczego się tak bałam. Przypominam sobie, widziałam cię przedtem. 
Kiedy byłam dzieckiem i była wojna, mię kałam w Hamburgu. Miałam kuzyna, który 
wyglądał tak samo jak f Ta sama biała twarz, takie same oczy patrzące przez 
ciebie na wyt Pracował w Gestapo. Kiedy skończyła się wojna, tłum powiesił go i 
latarni, koło poczty, na końcu naszej ulicy. 
- Ben - odezwał się Nick. - Gdzie on teraz jest, Wilmo? i tylko z nim pogadać. 
Nie zrobił nic złego, jak dotychczas. 
- Możesz mnie przypalać rozżarzonym żelazem, a nie pisnę nan słówka. To jedyny 
mężczyzna, który potraktował mnie po ludzku, Nick wzruszył ramionami. 
- To niedobrze. Znaczy to, że muszę cię zabrać do komisaria na przesłuchanie. 
Nie zdążysz na pociąg. 
Jej twarz zrobiła się trupio blada, rozdziawiła usta patrząc nil niego 
głupkowato. I 
- Ale, jeśli nie zdążę na pociąg, Sammy złapie mnie i ściągnie tuj z powrotem, l 
Wolno kręciła głową, a Nick powtórzył cierpliwie: 
- Wszystko, co musisz zrobić, to powiedzieć, gdzie Ben zamierzał stąd pójść. 
Dziwna rzecz, ale ona naprawdę tego nie wiedziała, zresztą wewnętrzna duma i 
jakaś moc, z której istnienia nigdy nie zdawała sobie sprawy, nie pozwalały jej 
zdradzić człowieka, który jej pomógł, Przełknęła łzy i zacisnęła usta. 
- W porządku, ruszajmy na stację. 
Nick odetchnął z ulgą i skinął głową. 
- Dobrze, Wilmo, A więc na stacJę kolejową. Zbieraj się. Podrzucę cię moim 
wozem. 
Spojrzała na niego z niedowierzaniem, potem chwyciła walizkę i przepchnęła się 
ku drzwiom. 
- Wolałabym raczej jechać z diabłem. 
Poszedł za mą ciemnym korytarzem, zeszli w dół po schodach i wydostali się na 
podwórze. Gdy minęła zaparkowany samochód, złapał ją szybko za ramię. t 
90 
zrie podnic 
l sobie, gd 
ivojna, miesz.1 
; sam o jak ty. l 
bie na wylot. 
owiesił go na 
Yilmo? Chcę 
s. 
! pisnę nawet 
o ludzku. 
komisariatu 
patrząc na 
ściągnie tu 
n zamierzał 
la, zresztą 
ie zdawała 
ej pomógł. 
ĆPodrzucę 
a walizkę 
schodach 
imochód, - Nie wygłupiaj się, Wilmo. Zawiozę cię tam w parę minut. Masz pociąg o 
zero dwadzieścia. Akurat zdążymy. 
- Weź te łapy. - Odsunęła się. - Od tego miejsca idę sama. W świetle latarni jej 
twarz wydawała się żółta i pełna nienawiści. Angielska policja, Gestapo, cóż za 
różnica? Nie cofniecie się przed najgorszym, dopóki nie dopniecie swego. Mam 
nadzieję, że Ben Gamld rozwali ci łeb. 

background image

Tupnęła nogą, odwróciła się i odeszła. Walizka uderzała o nogi, wysokie obcasy 
stukały po pustym chodniku, ich echo gasło w oddali. Nick stał i patrzył w 
ciemność. Po chwili wrócił do minicoopera i odjechał. 
Wysiadł z samochodu i wspiął się po schodach ku gładkim, białym drzwiom 
prowadzącym do wnętrza klubu "Eleven". Skulił głowę chroniąc się przed deszczem. 
Nacisnął dzwonek i spojrzał w stronę "Flamingo" bryzgającego jasnym światłem 
pośrodku nocy. Na tamto przyjdzie jeszcze czas. Obecnie nie było dlań 
ważniejszej sprawy, jak chwila spokojnej rozmowy z Sammym Rosco. 
Otwarto drzwi i Nick przeszedł obok szwajcara ubranego w uniform. Znalazł się w 
niewielkim foyer wyłożonym grubym dywanem. Płaszcz odebrała młodziutka 
dziewczyna ubrana w czarne pończochy i niewiele więcej. Po chwili zbliżył się do 
niego siwy typ o wojskowej twarzy i uprzejmym uśmiechu. 
- Karta członkostwa, sir? 
- Nie mam, chcę tylko zobaczyć się z panną Ryan. Proszę 
powiedzieć, że szuka jej Nick Miller. 
- Osobisty przyjaciel, sir?& 
&&Myślę, że tak można to określić. Nawet razem obrywaliśmy po głowie. Ten drugi 
zmarszczył brwi. Nick wyciągnął legitymację i rzucił ją na blat recepcyjnego 
biurka. - Proszę przekazać jej ode mnie ukłony. 
Twarz mężczyzny wydłużyła się, sięgnął jednak po telefon i przycisnął guzik. Po 
paru chwilach szeptanej rozmowy odłożył słuchawkę na widełki. Gdy obrócił się 
znowu, na twarz powrócił przylepiony uśmiech. 
- Panna Ryan zjawi się za moment, panie Miller. Może zechciałby pan zaczekać w 
barze? Zaraz zacznie się przedstawienie. 
91 
- Poradzę sobie - powiedział Nidc. 
Przeszedł przez drzwi na końcu korytarza i stanął na sz 
krótkich schodów prowadzących do zatłoczonej sali. Nad stc wisiał wąski podest, 
na którym tańczyły skąpo odziane dziewczyny 
Wszystkie stoliki były zajęte. Gośćmi lokalu byli wytwornie ubrał panowie. 
Większość z nich miała przy sobie panienki, których klu zatrudniał wystarczająco 
wiele, by dogodzić wszystkim klientom. 
Nick zamówił drinka i stanął w kącie zatłoczonego baru. Po ch zabrzmiał werbel i 
po podwyższeniu zaczął skakać gruby, łysy kor W ręku trzymał mikrofon. 
Jego gwara była mieszaniną plugawych sprośności i insynuacji przeplatanych 
niesmacznymi dowcipami, które kierowane były zwykłej w stronę samych gości. Nie 
wydawało się jednak, by ktokolwiek na I sali zwracał na to uwagę. 
Wreszcie komik usunął się na bok i zajął drugoplanową rol{ komentatora 
"wydarzenia wieczoru", na które, jak wskazywały brawa, czekała większość gości. 
Była to banalna zabawa; słynne piękności w historii świata. Za każdym razem, 
kiedy komik ogłaszał imię, podnosiła się kurtyna na końcu sali i ukazywała 
podium, na którym uwijały się młode panienki odgrywające rolę Heleny 
Trojańskiej, Ewy w rajskim ogrodzie i tak dalej. 
Wielokrotnie dziewczęta wyruszały na spacer po podeście, prezentując hojnie swe 
wdzięki w sposób, który lordowi Chamberlainowi z pewnością nie przypadłby do 
gustu. Przez cały czas konferansjer nie ustawał w prawie nieprzyzwoitych 
docinkach. 
W półmroku, poniżej oświetlonego podestu jaśniały pełne zachwytu twarze 
siedzących przy stołach gości, a pełne pożądania ręce wyciągały się w górę, by 
uchwycić za nogę przechodzące dziewczę. 
Przy ostatnim numerze wszystkim zaparło dech w piersiach. Zza kurtyny wyszła 
zupełnie naga kolorowa dziewczyna i zaczęła stąpać wolno, stawiając z rozmysłem 
kroki. Salę wypełniła cisza i jakiś lęk. Odwróciła się lekko i salę ogarnął 
mrok. Nagle między pośladkami dziewczyny zapaliło się światełko żarówki.& 
&&Dziesięć tysięcy woltów - wrzasnął komik, a gdy włączono światła, sala tarzała 
się ze śmiechu. 
92 

background image

Nick odwrócił się, by sięgnąć po drinka, i ujrzał stojącą od niego nie dalej jak 
o kilka kroków i przyglądającą mu się Molly. Miała gdzieś pod trzydziestkę, 
krzykliwie rude włosy, ubrana była w zieloną sukienkę, która dobrze podkreślała 
walory jej wciąż ponętnej figury. Na jej twarzy malowała się siła i odrobina 
lekceważenia. Kiedy jednak spojrzała w oczy Nicka i uśmiechnęła się, nie było w 
nich nic, prócz kobiecego ciepła. 
- Minęło wiele czasu, Nick. 
- Nawet zbyt wiele. - Wziął ją za ręce i ścisnął mocno. - Nie 
było mnie przez rok; byłem na kursie. 
- Słyszałam. Mówią, że teraz jesteś detektywem sierżantem. 
- Zgadza się. W Sekcji Centralnej. Pozwól, że postawię d drinka. 
Pokręciła głową. 
- Nie tutaj. Tu jest wyłącznie dla frajerów. Zresztą, sprzedajemy 
im mamę trunki. Chodźmy do mego biura. 
Zaczęła torować sobie drogę między stolikami, tu i tam zamieniając słowo. 
Wreszcie wspięła się po paru stopniach obok sceny i przeszła przez drzwi z 
napisem "Wstęp wzbroniony". Za nimi znajdowała się chyba garderoba. Przeszli 
przez nią i stanęli przed następnymi drzwiami. Molly otworzyła je i znaleźli się 
w małym, raczej skromnie urządzonym pokoju z szafami, biurkiem i kilkoma 
telefonami. 
Otworzyła barek i wyciągnęła butelkę whisky. Napełniła szklankę. 
Podała mu ją z lekkim uśmiechem. 
- Irlandzka, destylowana. Pamiętam, co lubisz. 
- Nie nalejesz sobie? 
- To czysta trucizna. W życiu nie spróbuję jej po raz drugi. Uśmiechnęła się. - 
Zresztą, za bardzo człowieka rozkłada. Z ciekawością rozejrzał się po pokoju i 
potrząsnął głową. 
- To jakoś nie w twoim stylu. 
- To moje biuro - powiedziała spokojnie i usiadła na krześle za 
biurkiem. - Wyłącznie do interesów. Czy nie po to tu jesteś? 
- Czytasz we mnie, jak w otwartej książce. 
- Powinnam to umieć. Znam cię wystarczająco długo. - Zachichotała. - Pamiętasz, 
jak spotkaliśmy się po raz pierwszy? Byłeś młodym adeptem wydeptującym chodniki. 
Ja zaś byłam adeptką 
w innym zawodzie. 
- Druga w nocy i deszcz, że psa z domu nie wygonisz. 
93 
- Oboje mieliśmy dosyć, więc wzięłam cię do siebie. - Roześmiała się. - 
Myślałeś, że jestem nierządnicą w każdym calu. 
Potrząsnął głową, i 
- Nigdy tak nie myślałem, Molly. Naprawdę nigdy, Zapaliła papierosa i kiwnęła 
się w tył na krześle. 
- Czego chcesz, Nick? 
- Na początek Bena Garvalda. Nie widziałaś go dzisiejszej nocy? Wydała się 
szczerze ubawiona. 
- Czy widziałam Bena? O ile wiem, nadal odsiaduje wyrok. 
- Już nie. Wyszedł wczoraj. Podobno wrócił tutaj i szuka Belli. Molly roześmiała 
się nieprzy]'emnie. 
- Mam nadzieję, że ją znajdzie. 
- Nie lubisz jej zbytnio? 
- Nie jest godna czyścić mu butów. Natomiast Ben jest na czele mojej listy. O, 
to twardy facet - twardy jak stal, ale gdy chodzi o kobiety... 
Westchnęła, twarz jej złagodniała. Nick powiedział: 
- Więc stoisz po jego stronie? 
- Powinnam tak powiedzieć. Kiedy przyjechałam z Irlandii, miałam osiemnaście lat 
i byłam całkiem zielona. Nie znałam się na tutejszych obyczajach. Zanim się 
połapałam gdzie jestem, już byłam pod pantoflem u jakichś szumowin, którzy 

background image

zrobili mnie na czysto. Wyciągnął mnie z tego Ben Garvald. Tak za nic, gratis. 
To jego słaba strona - nie może się oprzeć i nie pomóc kobiecie, która znalazła 
się w kłopotach. 
- W porządku - powiedział Nick. - Więc nie widziałaś go tej nocy? 
- Tak się złożyło, że nie. Czy Bella złożyła skargę? 
- Coś w tym guście. 
- Stara krowa. Wiem, gdzie chciałabym ją spotkać. 
Nick postanowił zmienić temat. 
- Może jest tu przypadkiem Sammy Rosco? 
Skinęła głową.& 
&&Pracuje piętro wyżej. Nie mów mi, że i jego szukasz. 
- Tylko kilka pytań. Normalna procedura. Możemy tam zajrzeć? Wzruszyła 
ramionami. 
94 
- Nie widzę przeszkód. 
Wyszli z biura, przeszli korytarzem i zatrzymali się przed drzwiami oznaczonymi 
informacją "Sekcja Zdrowia - tylko dla członków klubu". 
- Nowa nazwa dla starej rzeczy - powiedział Nick, ale przemilczała jego uwagę. 
Otworzyła drzwi i weszli do środka. 
Ruszyli cichym korytarzem. Za wahadłowymi drzwiami znaleźli się w wyłożonym 
kafelkami pokoju tonącym w kłębach pary. Przed nimi wyłonił się gruby i raczej 
mało przystojny jegomość w średnim wieku, owinięty tureckim ręcznikiem. 
Towarzyszyła mu młoda dziewczyna ubrana w biały, nylonowy fartuszek. Weszli do 
jednej z kabin i zasunęli kotarę. 
Pokój był pocięty szeregiem podobnych do siebie kabin, a kotara jednej z nich 
była nie dość dokładnie zasunięta. Gdy Nick mijał ją, rzucił do środka przelotne 
spojrzenie i zobaczył innego podstarzałego grubasa leżącego na kozetce, podczas 
gdy młoda dziewczyna masowała jego ciało. W panującym upale długie czarne majtki 
zdawały się jej w zupełności wystarczać za całe odzienie. 
Gdy Molly otwierała przed nim drzwi do wyjścia, uśmiechnęła się i powiedziała: 
- W pełni zgodne z prawem, Nick. Wszystkie dziewczyny mają dyplom ukończenia 
instytutu kultury fizycznej i masażu w Londynie. 
- Ciekawy instytut. 
Pokój, w którym się teraz znaleźli, był wyłożony białymi kafelkami. W jednym 
rogu stała kabina z prysznicem, na środku ustawiono obity ceratą stół. W kącie 
siedział Sammy Rosco i czytał gazetę. Ubrany był w biały podkoszulek i szerokie 
spodnie. 
- Bardzo dekoracyjny strój - powiedział Nick. - Co on 
właściwie robi? 
Rosco spojrzał spode łba marszcząc brwi, odłożył gazetę i podniósł się z 
krzesła. 
- Kim jest ten śmieszny facet, Molly? 
Nick zwrócił się do niej szybko. 
- A teraz mogłabyś zostawić nas samych. 
- Hej, chwileczkę - zaprotestowała zdumiona. 
- Powiedziałem, zostaw nas samych. - iego gos zabrzmiał 
95 
twardo i był ostry jak brzytwa. Odwróciła się i wyszła pośpie z twarzą czerwoną 
od gniewu. Nick wyciągnął swą odznakę. 
- Nie mam za wiele czasu, odpowiadaj więc krótko, Rc 
Wynająłeś dwóch facetów, by wczoraj rano napadli na Bena Gs gdy opuszczał 
Wandsworth. Mów, dlaczego? 
Rosco spojrzał mu przez ramię oczyma schwytanego zwier 
- Nie wiem, o czym pan mówi. 
- Nie traćmy czasu - powiedział zmęczonym głosem Nick. 

background image

Widziałem się z twoją żoną. Opowiedziała mi o tym, co się wyć u ciebie w 
mieszkaniu i jak Ben Garvald cię załatwił. palcem świeżego siniaka na lewym 
policzku Sammy'ego. być dobry kowboj. 
- A to parszywa suka. Doczeka się, niech tylko złapię ją w swe ręce. Będzie 
żałować, że w ogóle przyszła na świat. 
- Będziesz musiał długo czekać na tę okazję - powied 
Nick. Jakieś dziesięć minut temu wsiadła do londyńskiego poda Sam ją odwiozłem. 
- Uśmiechnął się czule, - Pojechała do domu Sammy. 
Rosco oszołomiony potrząsnął głową. 
- Nie mogła tego zrobić. Nie miała pieniędzy. 
- Garvald zatroszczył się o to. Mile z jego strony, prawda? Rosco wymierzył w 
Nicka potężny cios. Z jego gardła wydobył si(I krzyk nabrzmiały wściekłością. 
Ale Nick nie miał żadnych kłopotów, by uchylić się przed uderzeniem. W pamięci 
stanął mu obraz Wilmy. Zrobił szybki ruch i lewym sierpowym grzmotnął Sammy'ego 
poniżę) l pasa, zaś prawą rękę skierował na spotkanie pochylającej się twarzy, f 
Posypały się zęby. Rosco poleciał w tył, runął na obity ceratą stół i osunął się 
na wykafelkowaną podłogę. 
Leżał i jęczał, krew ściekała na biały podkoszulek. Nick przykucnął. 
- To. za Wilmę, Sammy. I nie próbuj wnosić żadnych skarg 
o pobicie. Zaprowadzi cię to donikąd, możesz mi wierzyć. Nie masz szans po tym, 
co zdążyłeś już zebrać w swoich aktach. 
Gdy wstał, otwarły się drzwi i weszła Molly. 
- Potknął się i upadł - powiedział Nick. - Lepiej zorientuj się, czy nie ma tu 
gdzieś lekarza. 
Spojrzała mu twardo prosto w oczy. 
96 
pospiesznie 
Ikę. 
tko, Rosco. 
la Garvalda, zwierzęcia. 
sem Nick.  
się wydarzyło 
, - Dotknął 
i. - To musi 
?ię ją w swoje 
- powiedział 
iego pociągu. 
ała do domu, prawda? 
la wydobył się 
ych kłopotów, obraz Wilmy. 
ny'ego poniżej 
cej się twarzy. 
ity ceratą stół 
,ck przykucnął. 
żadnych skarg 
rzyć. Nie masz 
ej zorientuj się, - Nie wracaj tu, Nick. Nie przychodź już nigdy jako 
przyjaciel. Chcę wiedzieć, na czym stoję. 
 CłŻ tO takiego?  powiedział.  Mur Berliński? Ja z jednej 
strony, a ty z drugiej? 
- Coś w tym rodzaju. 
- Rób, jak chcesz. Do zobaczenia. 
Przecisnął się obok niej, przeszedł przez kabiny i korytarz. Buty tonęły mu w 
grubych dywanach. Dziwne, ale jakoś nie czuł żalu. A tak naprawdę, to jego myśli 
zaprzątała już całkiem inna sprawa. 
Czysta ciekawość zaprowadziła go na schody wiodące do "Flamingo". Oczywiste, że 
Manton może wyprzeć się jakiegokolwiek udziału w napadzie na Garvalda po jego 

background image

wyjściu z Wandsworth. Wyparłby się też tego, że widział się z Garvaldem, nawet 
jeśli byłoby inaczej. Może jednak warto rzucić na niego okiem. 
Manton był właśnie w sypialni swego prywatnego apartamentu, gdzie pośpiesznie 
zmieniał przemoczone ubranie. Zadzwonił telefon. Wysłuchał tego, co mówił 
człowiek na dole. W końcu przytaknął. 
- Zaprowadź go do frontowego biura. Będę tam za pięć minut. Ubrał się szybko w 
białą, czystą koszulę i ciemne ubranie spacerowe. Umysł pracował na 
przyśpieszonych obrotach. Detektyw sierżant Miller? Jakiś nowy. Na pewno nikt z 
tych, o których słyszał, że pracują w Sekcji Centralnej. Czego może chcieć, co 
go przyniosło? Jedyną pocieszającą myślą, jaką unosił ze sobą z pokoju, było to, 
że nie może to mieć nic wspólnego z Bradym - mieli na to z pewnością za mało 
czasu. 
Nick przyglądał się wiszącej na ścianie historycznej mapie Północnej Anglii. 
Kiedy wszedł Manton, obrócił się ku niemu i uśmiechnął uprzejmie. 
- Pan Manton? Przepraszam za kłopot, sir. Nazywam się Miller. Detektyw sierżant, 
Sekcja Centralna. Staram się znaleźć pańskiego znajomego, Bena Garvalda. Mam 
powody podejrzewać, że powrócił dziś do miasta i pomyślałem, że mógł chcieć 
skontaktować się z panem. 
Manton postanowił grać szlachetnego, ale i przebiegłego businessmana. 
7 - PntTwicy urlop 
97 
"Ćte. °źv. co 
sS?puu 
rybyKu l 
i s:'at c - MJ 
wwswl 
KPrawe Bena?Ć"'Ć "W3. A Wp, ~ P"źafaiai Nirt, "s;;" 
S wlaiaałaB l 

; T,1" " ", up.j 
s r 
telrf0 ĆĆ i:s:oc2y A'-1 
p~Ja wyca a Ć 
się dzieje, wiedziałem 
ile. - Mam 
edł tu przez 
ział Nick.  
i pan pomóc 
m nawet, że 
anu sprawiał 
i odwrócił do 
dla pana? 
) pan o niego 
się uprzejmie 
smat. 
hwilę Manton 
j. Chwycił za 
14 
Dom Harry'ego Faulknera stał przy St. Martin's Wood, w dzielnicy ekskluzywnych 
rezydencji, niedaleko domu Nicka. Był to późnowiktoriański pałac odgrodzony od 
drogi kilkoma akrami gruntu. Wszystko wokół niego zalane było światłem, zaś na 
drodze dojazdowej stało tak wiele samochodów, że Nick z trudnością znalazł 
miejsce, by zaparkować. 
Wspiął się po szerokich schodach i stanął w portyku. Zadzwonił, ale nie doczekał 
się odpowiedzi. Po chwili spróbował nacisnąć ozdobną klamkę z brązu. Drzwi 
otwarły się przed nim i wszedł do środka. 

background image

Dom zdawał się przepełniony ludźmi. Hali był ich pełen, a na wszystkich 
stopniach klatki schodowej siedziały pary. Większość ze szklankami w dłoniach. 
I każde łóżko zajęte, pomyślał z niesmakiem. 
Zdjął kapelusz i płaszcz, powiesił je na przenośnym wieszaku w portyku i zaczął 
przepychać się przez tłum w stronę dziwnie znajomego dźwięku pianina, któremu 
akompaniowała perkusja. 
Znalazł się przy wejściu do długiego, wąskiego pomieszczenia, 99 
oskrzydlonego po obu stronach francuskimi oknami wybiegaj na taras. 
Podłoga lśniła ślicznie wypolerowanym parkietem, z pewn 
przeznaczonym do tańca. Pokój był nie mniej zatłoczony niż hali. J 
Chuck Lazer siedział w kącie sali naprzeciw baru. Nick zamieci właśnie ruszyć ku 
niemu, gdy ktoś dotknął jego ramienia. Obrócił! szybko. 
Stał przed nim wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna po trzyA' tce. Na twarzy 
błąkał się uprzejmy uśmiech. Ubrany był w smok który musiał mu szyć ktoś 
naprawdę dobrze znający swój fach. Je haczykowaty nos i zimne oczy nakazały 
Nickowi mieć się na bacs 
- Widziałem, jak pan wchodził, sir. Czy mogę panu w 
pomóc?& 
&&Aż kim mam przyjemność? 
- Craig, szef służby pana Faulknera. 
Nick opanował śmiech. 
- Chciałbym widzieć się z panią Faulkner. Wie pan, mógłbym ją znaleźć? 
- Jest raczej zajęta, sir. Czy to coś ważnego? 
Nick wyciągnął swą odznakę. 
- Myślę, że przybiegnie tu, gdy dowie się, kto na nią czeka. Uśmiech zniknął, 
spojrzenie stało się jeszcze bardziej zimne niż ł dotąd. 
- Jeśli pan pozwoli... 
Nick poszedł za nim przez tłum zebrany w hallu. Craig zatrzymał się przed 
drzwiami, które otworzył wyjętym z kieszeni kluczem. 
- Pracownia pana Faulknera, sierżancie. Jeżeli zechce pan tu f zaczekać, 
poproszę panią Faulkner. Powinna być w kuchni, gdzie pilnuje przygotowań do 
kolacji. 
Był to miły pokój, od podłogi do sufitu wypełniony książkami. W pobliżu 
adamowego kominka stało wspaniałe biurko wykonane z orzechowego drewna, w rogu 
barek troskliwie dopasowany do wystroju wnętrza. Od ciężkich welwetowych zasłon 
po perski dywan ścielący się na podłodze, wszystko było tu doskonałe. Zbyt 
doskonałe. Wyglądało to tak, jakby ktoś sprowadził firmę dekorującą 
pomieszczenia i polecił zrobić pracownię ściśle według wzoru z katalogu. 
100 
Vie pan, gdzie 
L nią czeka. 
dziej zimne niż 
Craig zatrzymał 
i kluczem. 
zechce pan tu 
v kuchni, gdzie 
iony książkami. 
urko wykonane 
lopasowany do 
o perski dywan 
Zbyt doskonałe. 
rującą pomiesz 
z katalogu. 
Wyjął papierosa z pudełka. Były tam papierosy tureckie i amerykańddekolejny 
anachronizm. Podszedł do półek. Już na pierwszy rzut oka książki wydawały się 
stać tak, jak je ułożono po wypakowaniu ze tkrzyń. Wziął jedną do ręki, 

background image

przyjrzał się jej i uśmiechnął: nawet kartki me były porozcinane. Właśnie zdążył 
wstawić ją na miejsce, gdy 
otworzyły się drzwi i weszła Bella. 
To było niewiarygodne. Nie postarzała się nawet o dzień i \v niczym 
nie różniła od tego miłego kodaka, którego podziwiał jako mały chłopak, kiedy 
kręcił się na rogu Khyber Street, by zobaczyć, jak idzie 
ulicą. 
Oczywiście, jej ubranie było o wiele kosztowniejsze. Czerwona 
suknia na pewno kosztowała Faulknera całą paczkę, a diamentowa 
broszka na szyi wyglądała na prawdziwą. 
Ale to były tylko nieistotne szczegóły. Miała włosy tak samo 
czarne, oczy tak samo świecące, usta duże i pełne. A kiedy podeszła, by go 
przywitać, wciąż była w niej owa magia ze starych lat, coś, co trudno mu było 
określić. Jakaś doskonała, głęboka wrażliwość, która przyciągałaby do niej 
mężczyzn nawet wtedy, gdyby posiwiały jej włosy. 
- Miller? - odezwała się. - Nick Miller? Czy my się znamy? 
- To było dawno temu - powiedział. - Przy rogu, niedaleko waszego starego domu 
na Khyber Street. Moja matka miała tam sklep. Na jej twarzy pojawił się uśmiech, 
który wypłynął na wierzch, jak 
bańka powietrza z wodnych głębin. 
- Tak, przypominam sobie. Jesteś bratem Phila Millera. Spotkałam go na przyjęciu 
w zeszłym tygodniu. Opowiadał mi o tobie. 
- Dziwi mnie, że wspomniał o mnie w towarzystwie. 
Sięgnęła po papierosa z pudełka, a on podał jej ogień. 
- Więc teraz jesteś detektywem sierżantem? - Pokręciła głową. A ja, gdziekolwiek 
się zwrócę, wszędzie widzę te telewizyjne sklepy Phila. To nie ma sensu. 
Dlaczego nie pracujesz razem z nim? 
- Phil ma dryg do robienia pieniędzy - uśmiechnął się Nick. Ja mam czarne 
talenty. W każdym razie, jestem rodzajem cichego 
wspólnika. 
- Czy nie jest to przypadkiem niezgodne z prawem, jakoś 
nielegalne? Mam na myśli, dla policjanta. 
- Na takie tematy się nie rozmawia. - Rzucił papierosa do 
101 
kominka. - /v, "T'?  
ntó""z? Wedziah o,"oai., h"'0" 
S;S? te 
- Ditcago X"''Ć (tm)"tai pro!Bla'"Ćyl 
h t 
T. 4. 
- Raczej boi się n Ć ę arzyć' f i 
S.-2';"'S:;S;S"ź. - J. 
Ć"'SĆ 

Papieru Ćną hst nieS' wysunęła ad? i 
" d°i. Byr02000" służbow 
- wet d 1 m0 Jasno: rty Nosfl datę spJd 
o ewSLTre.T /w ~ 
' dy go dos? ewlflneJ adoo gł s 
w tej niewinn Ć r zue t 
go dostałaś? ewlDneJ adomości. 
- Przedwczoraj. 
e pokazałaś go mężowi? 

cz. Ben niĆęnawetpok zrob ro?M02e "gole się n,c 
- ° s ssmi krz ze wz81ędu na stare po 
102 

background image

Zaśmiała się. 
- Zdaje się, że to raczej zmartwienie Jean. Może byś z nią pogadał? 
- Bardzo chętnie. 
- Zobaczę, czy udami sieją odnaleźć. Może być jeszcze w kuchni. Pomaga mi w 
przygotowywaniu kolacji. Nie możesz ufać tym dostawJ oan, jeżeli cały czas nie 
patrzysz im na ręce. ( Drzwi zamknęły się za nią i Nick przysunął się do 
kominka. Oparł jedną nóg? na wypolerowanej żelaznej kracie i patrząc w ogień 
myślał o Benie Garvaldzie. Po raz kolejny otworzyły się drzwi. 
Istnieją w życiu okoliczności, które wywołują nieodwołalne skutki, niszczące 
wszystko do tego stopnia, że potem nic już nie jest tak, jak przedtem. Nick 
Miller został schwytany w taką właśnie bezczasową chwilę w momencie, gdy 
odwrócił się od ognia i spostrzegł stojącą w drzwiach Jean Fleming. 
Nosiła buty na wysokim obcasie, ciemne pończochy, prostą suknię z czarnego 
jedwabiu sięgającą powyżej kolan i odsłaniającą nagie ramiona. Gdy tak stała w 
progu i patrzyła na niego, był w niej jakiś przemożny spokój i obojętność. 
Wydawało się, jakby na coś oczekiwała. Nie można powiedzieć, by była piękna. 
Ciemne włosy, przycięte przy samej skórze, nadawały jej raczej chłopięcy wygląd, 
a ziemista twarz irlandzkiej wieśniaczki ujawniała przede wszystkim siłę. A 
jednak nigdy w życiu nie odczuwał tak nagłego i nieodpartego pociągu do kobiety. 
- Już się kiedyś spotkaliśmy - powiedziała. 
Skinął głową. 
- Dawno temu. 
Podsunęła się bliżej, a on ujął jej dłonie. Zadrżała. 
- O czym myślisz? 
- Że chciałbym cię stąd zabrać - w tej chwili - gdzieś w zaciszne miejsce, gdzie 
nikt by nam nie przeszkadzał. 
- Jest takie miejsce? 
- Tylko w snach. 
Roześmiała się niepewnie, uwolniła dłonie i sięgnęła po papierosa. Podsunął 
zapalniczkę. Uśmiechnęła się. 
- Wydawało mi się, że jesteś o jakieś dziewięć lat starszy, kiedy po raz 
pierwszy się w tobie zakochałam. 
103 
źosn o nrr, 1 
"Ć Ć0 fef", Ć ĆĆ' "Ic WPOd 
ĆĆĆoo',.op," 
"r: 
. J"" ĆA. 
Ć IUA"? z ou po , .q 
"r 
~WN'ĆBPĆ"lot'~ ",., Ć, ""o." 
F'°8'" ?0,0 Ć' ""W0 K"? TO "' 
łtf"6aB'2i." " ° 
Ćp?; ""r 
'T01'.,'" 
"Potfo-1,.92 proa . "M 
Skinęła głową. 
- Bella nie chciała, zrobiłam więc to za jej plecami. Wciąż jeszcze nie ma 
pojęcia o tym, że Harry wie. Właśnie dlatego nie byłam do końca szczera wobec 
inspektora Granta. Pomyślałam, że wystarczy jeżeli policja weźmie go na rozmowę, 
gdy Ben wróci do miasta. - Co powiedział Faulkner, kiedy opowiedziałaś mu o 
liście? 
- Śmiał się tylko. Powiedział, że zawsze może zagwarantować S Belli opiekę. 
Dodał, że martwię się bardziej o siebie samą niż o Bellę. ! - A nie jest tak? 
- Chyba tak, jeśli mam być szczera. Jeżeli Ben teraz wróci, narozrabia i policja 
go zamknie. Bella otrząśnie się ze skandalu w tydzień. A mnie to zniszczy. 
- Masz na myśli szkołę? 

background image

Skinęła głową. 
- Już widzę artykuły w gazetach: Dyrektorka szkoły i jej szwagier zwolniony po 
dziesięcioletniej karze więzienia za napad z bronią w ręku. Urządzą sobie niezłe 
polowanie. 
- Zdaje się, że szkoła wiele dla ciebie znaczy. 
- Oakdene? - Zaśmiała się. - Ona nawet nie jest moja. 
A przynajmniej nie całkiem moja. Kiedy panna Van Heflin odchodziła 
niespodziewanie na emeryturę i zaproponowała mi kupno szkoły, nie miałam 
wystarczającego kapitału. 
- Faulkner nie mógł d pomóc? 
Drgnął jej mięsień na lewym policzku. 
- Nie potrzebuję tego rodzaju wsparcia. W każdym razie nie od niego. Panna Van 
Heflin zaproponowała mi spłacanie procentów z rocznych dochodów przez określony 
umową czas. 
- I rzecz posuwa się do przodu? 
- Jeszcze pięć lat i szkoła będzie moja. 
Jej twarz promieniała dumą. Uśmiechnął się. 
- Masz za sobą długą drogę z Khyber Street. 
- To samo powiedział inspektor Grant. - Roześmiała się.  
Mamy ją za sobą oboje. 
Wziął ją za ręce i ścisnął mocno. 
- Chciałbym lepiej cię poznać, Jean. O wiele lepiej. 
Przytuliła się do niego i delikatnie dotknęła jego twarzy. 
105 
r Ć:.wftd;tfnĆ 
"(r)9B ttn v Mróz 3fc,"" Ć/Ć.,'ĆJ1 
°P 1P28ź ps,,' 
f PO,,' "a"b., l Ć ź f'0''?''"wo0'' °P 
ipfcd. 
o.,,;ĆBfISS8°op:B' 
..v..rrro 
"" B Ćerracr 7 - ""łsaf ari.T - Ć ĆĆĆl"f 
"''tf Z AIOJS dTprf Ć ĆĆN noion nn v, ossf2 j." " Ć( TOt w 
N Ć " o 
Ć "Ć"..s 
Amerykanin potrząsnął głową i otarł ręką pot z czoła. 
- Potrzeba mi czegoś mocniejszego niż najmocniejszy drink, Generale, i to mnie 
boli. 
- Rozmawiałem dziś wieczór z twoim lekarzem - powiedział 
ostrożnie Nick. - Myśli, że jest dla ciebie szansa. 
- Zawsze tak mówią. 
- Nowa metoda - powiedział Nick. - No, nie całkiem nowa, ale leczenie skutkuje. 
- Z czym się to wiąże? Z odstawką? 
- Przy wsparciu lekiem, który nazywa się amorfina. Chroni przed symptomami 
odstawienia narkotyku i gasi głód normalnej dawki. 
- Zbyt pięknie to brzmi, by mogło być prawdziwe. 
- Jak się na to złapałeś? 
Lazer wzruszył ramionami. 
- Rodzaj nieodpowiedniego przyjęcia i zbyt wielkie pijaństwo. Ktoś dał mi porcję 
dla zabawy i wpadłem. Tak to wygląda. 
Spoczywająca na pianinie ręka Nicka zacisnęła się w pięść tak silnie, że kostki 
zrobiły się białe. Lazer uśmiechnął się. 
- Wiem, Generale, czuję dokładnie to samo. - Nagłym ruchem zerwał się z krzesła. 
- Posiedź tu kilka minut, zgoda? Muszę wziąć swoją działkę. 
Przecisnął się przez tłum w kierunku drzwi obok baru. Nick usiadł, skinął na 
basistę i człowieka przy perkusji i zaczął grać dowolną przeróbkę "St. Luis 
Blues". Właśnie wchodził w refren, gdy powrócił Lazer. Zaczął zwalniać, ale 

background image

Amerykanin pokręcił głową, usiadł przy nim na brzegu taboretu i włączył się do 
grania. 
Dźwięk narastał proporcjonalnie do przyśpieszanego tempa. Lazer świetnie 
wyczuwał długość każdej przerwy, a Nick wtórował mu na niskich klawiszach. I 
nagle coś zaczęło żyć w tej muzyce. Coś zupełnie innego, co sprawiło, że kilka 
par na parkiecie zatrzymało się w zdumieniu i przysunęło w stronę pianina, gdzie 
po chwili zebrał się spory tłumek przyciągany czymś, co było namacalną 
rzeczywistością, jak samo życie. 
Nie zmieniając tempa, Lazer przeszedł do "How High the Moon" i Nick, wyzwany 
przez cudowną frazę, zaczął grać rytm, który zachwycił Amerykanina. Cmoknął z 
zadowolenia i odchylił w tył głowę. 
107 
sS.ass,. Ć".ź. 71 
Ć ""ĆS's~"i&v'"SiKiy"i 
:'=':lĆ&"ĆsĆaf3 
 
":'ĆS5 
1ef 
15 
chociaż Nick nie spotkał się nigdy z Harrym Faulknerem osobiście, widział go 
wielokrotnie. Wiedział też, że jego brat spotyka go raz po raz w klubach, gdzie 
bywają miejscowi bogaci businessmeni. 
Powszechnie szanowany businessman o szerokich zainteresowaniach, filantrop, 
sportsmen, przewodniczący kilku towarzystw dobroczynnych. Oto wizerunek, o który 
zabiegał. Harry Faulkner przebył długą drogę ze slumsów za" rzeką, gdzie po raz 
pierwszy ujrzał światło dzienne. Teraz obnosił się ze swym bogactwem, by wszyscy 
mogli się nim zachwycać tak, jak musieli podziwiać zawsze świeżą gardenię 
noszoną w butonierce, jego dom na St. Martin's Wood, jego wozy czy prześliczną 
młodą żonę. 
Cały swój majątek i swą pozycję społeczną zdobył na drodze łamania prawa lub 
przynajmniej stosowania go do własnych celów. Przez całe życie pracował na 
pograniczu przestępczego podziemia, używając swego umysłu do tego, by inni 
robili to, czego on sam robić nie chciał. Był zawsze tak bardzo ostrożny, że 
cokolwiek złego się stało, nigdy nie dotykało to Faulknera. 
109 
BKWZ JSIDfplBJ 03[1SJOZS (JBdpO - WOWiTS WSfl 3TZpŻq 3]f 9:(odop[ Az.iodsXzJd i 
feini Ais iAia(z pfBAJBO usg aż5rs ioq sra wsd OIAY y Ć3]ozs fafOAs o 01vaAuui 
mzoio o 39]sAva yeuod 3i(\J - Ć.raintpiBJ psrzpaiAod - arJzom inappc  
ĆBMBJds fof 01 gzirsin BUO  
ĆAEJds q3iOMS aro po BSfSfBp z 
BSOO OTOLCzJi gBJłod ara pyaiSBAZs Biazjrd BI ażrca OJ3[A.y 
ĆAuBJds fa? fapo Binai vu typg z SMOOIZOJ feioJ marin aiosAY 
- Ć3fS3ZJ3[ BC AY 5is pfA'q33ZJd i BTinisn oSauJoaJs op BSOJarded (tc3fi3A 
va3tuszffzsvmBU z JamfpBJ - ĆafnirBnis ażars azsar ĆizpaiMod - BOJoqX  
Ćtnaq3BdBZ caXnrBZJB}Aod3Tn fafżts {BAoafap yii i Bnosaiuref X3[sn[A qXq OJ, 
Ćtnap[Jntq ez jfpBisn aniMocod i 33rnBp[zs rAoyiJ poj 
Ćapsrnnd od lyind af afnzrrBaJ 
zBJał i BireoiapnaS Xq33o anpsAzsAi totfeJaiABZ łisii ntn (AZOJA sop[ ażaroazBJA 
żrs ołisoupoAfwosop iXqz Xg ĆMoaXzB?Btn qozsd3f z sałCtopi A X5fsrqA feJqop 
o33ołfnaiBppJ so3o3[ BU ppfe[gX/A "BpBts ara Bqon feiaprŃa feinreSfnsni 
3ruinrosqB z B3prup fBMOAuas 1 Ćó3BM.n 3iqais Ba ŃBOJAZ qApAB&r z anmsAtt 
oofefezoJBisXM q Aopnfirein po prnrdg Ćvni3o ruprrino AI o3a)feao(d 3p3iM.s A 
BAi3[sŃod Binzso3[ aizpozJd m wm/AOSd i o3afXpBS3ZJd f3iinXqz z3q 3npoaioofoJs 
30000nioXz A (BizpMi 3f3i 3T3pfAognroaB qozsf3ni3idfen z n3p3f 3iqos vu {BIJV 
Ćru[JBq op fp3zspod J3COfpiBJ Bcyn rzp3MB.nf Bn n7B,reXzJd 
ĆBsppireiJi 3zsoJdBUI ired r(S3f  
X3[srqA. 3q 3zov eup BO izp3iMod sXq 03  

background image

iyJN łBIZpa.IAlOd - 3pMBJdBJsJ 'ax3iBJq anoAYi z BJfoS A Wjnpt A 
nrBAiXJ{)araBzsŃs 3rqoi o 3]9]/ (!,yiN S3iS3f Xi OJ, , Ćqo3itasn 3rs ftABfod 
ZJBM; o33f B Ć3rnB}rMod BO 33f3J 
fefe8BpAttBSfJn BZZ fp3ZSXM r fBISM. J3IIplBJ BfBCTrOZ TBJ 
'psonioA/z T Ńis qosods SI'S(E[ M. 
Ća y(pABpOp XsOfM 3AltS ł3AB "IBI 3JBd )BIS3rZpOS3ZS 3fOAS ll3[JB3[ 
l pgiMZp nptui oż3zs3[3iAi z3q AJOi3[nłsoJZA o3aiirp3Js airzzszani (ad3J 
tn3r3[Jnrq BZ oSaotezpars fXzoBqozfpazsAi ytJsJ Xpo 
gąjąc z lekka prowincjonalnym akcentem. - Potrafię dbać o swoje fpiawy. Jeśli 
Garvald jeszcze o tym nie wie, to czas, by się o tym 
przekonał. 
- Interesujący punkt widzenia. - Nick skosztował swego Jamiesona. - Ktoś 
usiłował dać Benowi nauczkę pod Wandsworth, gdy zwolniono go wczoraj rano. Z 
teQQ m\\V 
dobrze potłuczeni. 
- Takie rzeczy zawsze mogą się przydarzyć - powiedział z ironią Faulkner. - 
Wszystko, czego potrzeba, to odrobina mgły i już wszystkie szumowiny w mieście 
próbują się na coś załapać. 
- Dziwnie brzmi to, co pan mówi - powiedział Nick. - Przecież nie mieliśmy tu 
nawet śladu mgły, zaś rzeczywiście wczoraj rano wokół Wandsworth leżała gruba 
mgła. 
Faulkner przestał się uśmiechać. 
- Co miałoby z tego wynikać? 
- Wynikałoby z tego, że ten niezdara Sammy Rosco zorganizował pod Wandsworth 
małą bójkę. Zrobił błąd. Podobnie Fred Manton. Twarz Faulknera była pozbawiona 
jakiegokolwiek wyrazu. 
- A co ma z tym wspólnego Manton? 
- To interesujący temat. Z tego, co wiem, działał w charakterze pośrednika na 
rzecz swego przyjaciela. Zastanawiam się, kto mógł nim być? 
Kiedy Faulkner odpowiedział, jego język wrócił znów w obszary rzecznych doków. 
Oczy zwęziły mu się złowrogo. 
- Jeśli masz coś do powiedzenia, wypluj to z siebie i możesz być pewien, że 
wepchnę ci to z powrotem do gardła. 
Nick dopił swego Jamiesona i podszedł do barku, by nalać sobie jeszcze jedną 
szklankę. 
- W porządku. Wygląda to mniej więcej tak. Kiedy Bella 
otrzymała od Bena Ust, nie chciała o tym mówić, bo jest tego typu człowiekiem, 
który myśli, że jeżeli zamknie Si? OCiy l będzie Się żyć jakby nigdy nic, sprawa 
może sama się rozwiązać. Ale jej siostra postępuje inaczej. W odróżnieniu od 
Belli, zdecydowała, że lepiej będzie, jeśli pan się o tym dowie 
I? 
- Powiedział pan słówko Mantonowi i polecił, by przygotował 111 
ro Po". 8dy w"te, w l 
T.r," e2 on1 "4 
tes,."""pps.. 
AltByslisz.(tm)"1s°rą';a''wa. Udtm) 
łoH.łT' roaBawi 
Faufyw.i - ",. tate 
sr'" 
s, ;5 
row.,, wa"fteldoast 
l " 

° 
orth. Jedyny 
eć. - Nick 
błąd. 

background image

- powiedział 
co słyszałem, awa. Uderzył 
na wyścigach 
filantropem, A także zło 
ky i odstawił 
a, że te twoje 
enia związane 
ikże specjalną 
)iurka. Twarz 
twoja gęba. 
;go jakieś trzy 
ałą swoją siłę. 
żenię techniką 
soko podniósł 
ę wpół Craiga. 
ust ręki ciekła 
ico Faulkner. 
icrował się ku 
nnymi oczami, y kryje się pod 
więcej. Wrócę, Jean stała przy wejściu do Długiego Pokoju. Przez ramię 
przewiesiła wieczorowy płaszcz, w drugiej ręce machała torebką. 
- Czego chciał Harry? 
- Niczego specjalnego. Gotowa? 
Zanim zdążyła odpowiedzieć, przez tłum przepchał się Chuck Lazer. 
- Wychodzimy, Generale? 
Nick skinął głową. 
- Było nam tu słodko, ale postanowiliśmy wyjść. 
- Nie będziecie mieli nic przeciwko, jeśli się dołączę? Mam dość tego bałaganu. 
Nick zwrócił się do Jean z uśmiechem. 
- Przyzwoitka. To załatwia wszystko. 
- Nie byłabym taka pewna - powiedziała, kiedy odbierał od niej płaszcz. Śmiali 
się idąc w stronę drzwi. 
Faulkner wyszedł zza biurka i kopnął leżącego Craiga. 
- Wynoś się! 
Craig próbował się od niego odczołgać, by uniknąć kolejnych nosów, w końcu wstał 
i chwiejnym krokiem podszedł do drzwi. Gdy te zamknęły się za nim, Faulkner 
stanął przy barku i nalał sobie drugą szklankę whisky. Opróżnił ją dwoma 
haustami i zakaszlał, gdy palący płyn torował sobie drogę do żołądka. 
Z trudnych do wyjaśnienia powodów Miller przypominał mu jego nauczyciela z Dock 
Road Elementary, starego Waltera Streeta, który uczestniczył w ciężkich walkach 
na pierwszej linii frontu. Po powrocie z wojny utykał na jedną nogę. 
Przypomniał sobie, jak spotkał Streeta po raz pierwszy po skończeniu szkoły. 
Miał dziewiętnaście lat i już wtedy utrzymywał się z pracy trzech kobiet. Szedł 
ubrany jak spod igły, najlepiej, jak tylko mógł sobie pozwolić. Był głupcem, to 
prawda, usiłował grać kogoś wielkiego. Stary Street idący w swym znoszonym 
wojskowym płaszczu spojrzał na niego, jak na grudkę łajna, którą chciałby 
zdrapać ze swego buta. 
Cisnął szklankę w ogień, podszedł do drzwi sypialni i otworzył je. Bella stała 
przed lustrem przy łóżku i ściągała przez głowę czerwoną 
8 - Pnerwuiy urlop 
113 
suknię. Kolorowa, ognista halka, którą nosiła pod spodem, uniosła powyżej bioder 
odkrywając nad czarnymi pończochami lśniąco b), ciało. 
- Co robisz? - zapytał chrapliwie. 
- Zmiana kostiumu. Teraz będę w czerni. Możesz mi porno, Ten przeklęty zamek się 
zaciął. 

background image

Stanął przy niej wyciągając ręce, by uchwycić zdejmowaną suto Poczuł jej ciepło 
i słodycz. Wsunął ręce pod jej pachy i przyj dłońmi piersi. Przyciągnął ją mocno 
do siebie, - Na miłość boską, Harry - powiedziała niecierpliwie. - Tan czeka sto 
dwadzieścia osób. 
Odsunęła się od niego, a wtedy zakipiał niepohamowanym gniewem i uderzył ją w 
twarz. 
- Nie mów mi, co mam robić! - wrzasnął. - Jestem Hany 
Faulkner, zrozumiano? A ty jesteś moją żoną i masz robić wszystko, co ci każę. 
Zaczęta, się cofać, na jej twarzy malował się lęk. Gdy dostrzegł jq' strach, 
zawrzała w nim krew. Chwycił za halkę i rozdarł od góry do dołu. Upadła na 
łóżko. 
Rzucił się na nią, ręce błąkały się po jej ciele, usta odnalazły jg usta. 
Odpowiedziała namiętnym pocałunkiem, a jej ręce zaczęły głaskać go po głowie. 
Ale nie było dobrze. Było tak, jak już wiele razy. Opuściły go siły i pożądanie. 
Wstał i spojrzał na nią z wyrazem oszołomienia. Kiedy odwrócił się do lustra, 
zobaczył w nim spoglądającego nań starego człowieka. 
- Czy mogę się już ubrać? - spytała cicho. 
Podszedł do drzwi, jak umarły, otworzył je i zwrócił się do niej, zwilżając 
suche wargi. 
- Przepraszam, Bella. Nie wiem, co mnie naszło. 
- W porządku, Harry. 
Stała, patrząc na niego, cudowna, w rozdartej halce. Ale w je; 
oczach była tylko litość, a to nie było to, czego potrzebował. Zamknął drzwi, 
podszedł do biurka i nacisnął przycisk. Było w nim jeszcze dość siły, by 
rozkazywać, była władczość. Lepsze to niż nic. 
Po chwili drzwi otwarły się i wszedł Craig. Miał obrzękłą i posiniaczoną twarz. 
- Tak, panie Faulkner? 
- Czy Miller wyszedł? 
- Jakieś pięć minut temu. Wygląda mi na to, że odwiózł do domu pańską 
szwagierkę. 
- Jest w jej typie. - Faulkner z gniewem zdusił papierosa. Czas, by go załatwić, 
Craig. Rozumiesz? Załatwić. Jesteś ze mną? 
- Absolutnie - powiedział Craig. Jego twarz nie wyrażała 
niczego. - Zajmę się tym, panie Faulkner. 
- Na twoim miejscu nie traciłbym czasu. Może zbyt długo nie zabawić w tej 
szkole. 
- Zajmie mi to piętnaście minut, panie Faulkner. 
Craig oddalił się, a Faulkner podszedł do barku i nalał sobie dużą 
szklankę toniku. Pił wolno, delektując się jego orzeźwiającym smakiem. 
Po chwili otworzyły się drzwi od sypialni i ukazała się Bella. 
Wyglądała naprawdę ślicznie, z delikatnie wymalowaną twarzą, w sięgającej nieco 
za kolana sukni z czarnej koronki, która podkreślała 
jej wspaniałą figurę. 
- Jesteś gotów, Harry? - zapytała wesoło. 
Wziął ją za ręce i pokręcił głową. 
- Boże mój, jaki jestem z ciebie dumny. Bella, jesteś najpiękniejszą kobietą 
dzisiejszej nocy. 
Pocałowała go mocno w szyję, a on wziął ją pod rękę. Otworzyli drzwi i powrócili 
uśmiechnięci na przyjęcie. 
16 
lokój miał okna wychodzące na szkolny dziedziniec. Kiedy Nick odchylił zasłonę i 
spojrzał w noc, deszcz tłukł bezlitośnie o asfalt, a mgła, żółta w blasku 
ulicznych latarni, kłębiła się na ostrych zakończeniach żelaznego płotu. 
- Ile masz dzieciaków? - zawołał. 
Z łazienki dobiegł go głos Jean Fleming: 
- Sto pięćdziesiąt troje. Bez trudności mogłabym podwoić ich liczbę, ale 
niełatwo teraz o personel. 

background image

Gdy odwrócił się od okna, mignęła mu w uchylonych drzwiach obok łóżka. Kiedy 
odpinała pończochy, dostrzegł, jak jej jędrne ciało rysuje się wyraźnie pod 
nylonową bielizną. 
Patrzył, jak się rozbiera, zaciekawiony każdym szczegółem. Całkiem zapomniał o 
pożądaniu, które jeszcze przed chwilą brało go w swoje posiadanie. 
Tajemnicze wdzięki kobiecego ciała. Coś absolutnie zasadniczego w życiu, ciche 
miejsca, gdzie mężczyzna może odnaleźć spokój. Czy tego właśnie szukał? 
117 
 yu 
i Hart. Cr".. .... J um 
,",, UlUUd UIUL 7lrłaL ""L 
ny żaJcipt 7 UJU ""rana w ciem., ""Ć 
. Sze an - wmc i  
- F" napi"" g wla nagle a10' 
"""aiatisc. WIWKO temu hź ł. 
ceuechu herba 
- Musisz? Ją grymas zdziwienia. 
Skinął głową 
dTS26035 
siyM 
woda. Qla Da taborec, Pyf0 Śnieżka. 
bih coś, co ich aż zagotu'e wcześ Nic S:owy on " l 
- więc zrobiła]? w IDleJsca "lc' Dapisał IDi' źe 
sznT dostałam ału - uśn, os po tym wszJS!'? dobrze ffloże ci zrnt,;. echnęła 
nc ł  
w o i si, do;S 
sznej piętro niżej 
przez Chucka. 
; Porter, Rogers 
L Budzenie lata, spodnie i piko 
iła nagle młodo 
y. Potem będę 
u i patrzył, jak 
vego czajniczka. 
;ała, aż zagotuje 
;akt, który mieli 
mowy. 
l, potem panna 
odatkowe klasy 
d widać. 
iy aresztowano 
auką. Dyrektor 
;, napisał mi, że 
- Uśmiechnęła 
cios w szczękę. 
awała mi się już 
Bella nie mogła 
mi się dostać 
niewielkie stypendium od pewnej lokalnej fundacji. Uzupełniałam je pracą w 
wakacje. Jednego roku pracowałam nawet nocami - jako barmanka. 
- Musiało być ci ciężko. 
- Nie było aż tak źle, jak zdaje się to wszystko wyglądać. Gdy otrzymałam 
dyplom, przyjechałam tutaj i zaczęłam pracować u panny Van Heflin. Była cudowna. 
- Wszystko zawsze kończy się dobrze, jeżeli człowiek żyje dobrze. Woda 
zabulgotała. Podeszła do kuchenki i zaczęła napełniać czajniczek z herbatą. 
- A co działo się u ciebie? 

background image

- Żadnych życiowych komplikacji. Phil zadbał o to, bym poszedł na studia, a że 
interes się rozwijał, nie musiałem martwić się o pieniądze. Zapisałem się do 
Londyńskiej Szkoły Ekonomicznej i studiowałem tam prawo. 
- A potem przekonałeś się, że nie masz ochoty zostać prawnikiem? 
- Mniej więcej. 
- Ale dlaczego akurat policja? 
- A dlaczego nie? 
- Wiesz, co mam na myśli. 
- Doskonale. Słyszę to od Phila co najmniej dwa razy dziennie. Noszenie munduru, 
praca trzyzmianowa. Wielcy ludzie o małych móżdżkach. Czy to nie tak brzmi? 
- Tego nie powiedziałam. 
- Nikt tego nie mówi, ale, z grubsza rzecz biorąc, to właśnie wszyscy mają na 
myśli. 
Zatrząsł się ze złości, przeszedł do innego pokoju, otworzył okno i wychylił w 
deszcz. Ruszyła za nim, postawiła tacę na stole i przysunęła się do niego. 
- Przepraszam, Nick. Naprawdę, przepraszam. 
Uśmiechnął się sztucznie. 
- Ludzie są śmieszni. Radca prawny sprzeniewierza pieniądze swego klienta, 
nauczyciel bije dziecko do utraty przytomności; dostają to, na co zasługują. Ni 
mniej, ni więcej. A jednak nikt nawet nie pomyśli, by atakować ich profesję jako 
taką. Co innego, gdy w grę wchodzi policja. 
119 
lpns A osK rAu), ĆP m  
n z ,". Ć ° ats w 
32s rai 
. uo SZSAiy 
'Ć f2S f d o, 03 op5ts? 
- ĆnB,"/ PT Ćaom/f r,r / A Ći' 
AOmA ~ 
",, q I1"' ° TOfCzrttt 
W"?Bź0()OJ(t," Ć-1'ZTO( 
Ć08.y 
- "8 ° ~'ĆT'  

'' ź°8 are Ćna w °' l" Ć"N  
11 °3"' " Ćop, "Pwt Ćfewu, Ć"Ć" freirods 
'ĆĆ Ćqư"p~ 
już opadnie. Gdy po 
ąJą za telefon. 
ęła mówić, jej głos był 
;zego, ale głos stał się 
i nigdy, Jean. 
ąc jego twarzy gestem 
my herbatę. 
ujął herbatę i patrzył 
na oparciu krzesła. 
Benie. Boisz się go. 
lawet próbować ująć 
yrwać się z Khyber 
ałam: w spokojnym, wżyć to wszystko.  
den Bóg wie, jak go 
deszła do okna.  
chwili, kiedy Bella 
smarem. 
gdziekolwiek bym 
obserwuje. Kiedy 
;h z uśmiechem na 

background image

- Nic więcej się nie działo. W każdym razie nie to, co masz na myśli. Był na to 
za cwany. Ale były inne rzeczy. - Zapatrzyła się w przeszłość. - Kiedy kładł na 
mnie swe wielkie łapy, nic nie mogłam zrobić - zupełnie nic.& 
&&Nie próbowałaś powiedzieć o tym Belli? 
- Groziłam mu, że to zrobię, ale on się śmiał. Mówił, że nie uwierzy ani jednemu 
słowu. I miał rację. 
Nick wstał i objął ją delikatnie ramionami. Kiedy przycisnął ją do siebie, 
zaczęła drżeć. 
- To było dawno temu. Wszystko minęło. Ben Garvaldjuż nigdy nie będzie cię 
męczył, obiecuję. 
Spojrzała mu w oczy i wtedy jej ręce chwyciły go za szyję, przyciągając jego 
głowę ku otwartym ustom. Nick poczuł, jak krew bije mu w skroniach. Zsunął ręce 
na jej pośladki i mocno przycisnął ją do siebie. 
Wśród burzy zmysłów słyszał, jak powtarza jego imię. Znowu i jeszcze. Zamknął 
oczy i trzymał ją kurczowo, czekając, aż minie szum, który huczał mu w głowie. 
Po chwili otworzył je znowu i uśmiechnął się. 
- Ciekaw jestem, co napisałby o tym dodatek niedzielny. Już widzę nagłówki: 
Sprawa detektywabawidamka. Odpowiedziała mu uśmiechem, oczy jej błyszczały. 
- Niech diabli wezmą niedzielne dodatki. 
- Masz raq'ę - powiedział. - Ale muszę już iść. 
Westchnęła głęboko i odsunęła się od niego. 
- Nie ma szans na rychły powrót? 
- Obawiam się, że nie. Zadzwonię do ciebie jutro. Może moglibyśmy zjeść razem 
obiad? 
- Dam ci mój numer. 
- Nie ma go w książce? 
- Tylko do gabinetu dyrektora szkoły, nie do mieszkania. Uśmiechnęła się. - 
Chwyt zawodowy. Gdyby był, każdego wieczoru miałabym tuzin telefonów od 
rodziców. Nie zaznałabym chwili spokoju. 
Pogrzebała chwilę w szufladzie, znalazła kawałek złożonego na czworo papieru i 
szybko napisała na nim swe imię i telefon. Złożyła go znowu, włożyła mu do 
wewnętrznej kieszeni i uśmiechnęła się. 
121 
- Teraz już nie ma wymówki. 
- W żadnym wypadku. 
- Szczególnie, jeśli masz to. - Wyciągnęła z kieszeni klucz i 
patentowego zamka i podała mu go. - Jeżeli uda ci się wródć pra śniadaniem, 
otwórz sobie. 
- Nie będziesz w fóżku? 
- Pewnie będę. 
Uśmiechnęła się rozmarzona. Przyciągnął ją do siebie i raz jeszcze pocałował. 
- A teraz pozwól mi już iść, zanim się do reszty skorumpuję, Chuck wciąż 
siedział przy ustawionym w kącie sali pianinie i grał v blasku ulicznej lampy, 
której światło wlewało się przez okno. 
- Koniec koncertu - zawołał półgłosem Nick stając w drzwiach. 
Chuck zakończył serią szybkich, mocnych akordów, okręcił się i wstał z 
krzesełka. 
- Jestem z tobą, Generale. Gdzie teraz? 
- Chcę wpaść do Komendy Głównej powiedział Nick. Jeśli 
ci to odpowiada, mogę wyrzucić cię gdzieś po drodze. 
Stanęli na małym ganku, kilka kroków od bocznej furtki tkwiącej 
w żelaznym ogrodzeniu. Deszcz wciąż zacinał w gęstej mgle. Jean wzdrygnęła się. 
- Współczuję ci. 
Spojrzał na nią z uśmiechem. 
- Pożałuj biednego policjanta. Zobaczymy się niebawem. 
Przeszli przez podwórko i otworzyli furtkę. Wyszli na niewielką boczną uliczkę. 
Po drugiej stronie wznosił się wysoki kamienny mur. 

background image

Minicooper stał pod staroświecką lampą gazową. Nick ruszył ku niemu wyciągając 
po drodze kluczyki z kieszeni. Zszedł z chodnika 
i zaczął już iść przez jezdnię, gdy nagle Jean krzyknęła przeraźliwie jego imię. 
Chciał się ku niej odwrócić, gdy kątem oka zobaczył wymierzoną w niego pięść i 
tylko niewytłumaczalny refleks pozwolił mu schylić na czas głowę. Cios przemknął 
obok, muskając policzek. Poczuł ostry ból, gdy metal rozciął skórę na policzku. 
W tej samej chwili jego ręka uderzyła z precyzją, zadając potężny cios w bok 
szyi napastnika. 

czas 
Atakujący zdołał zniknąć w ciemnościach tam, gdzie nie sięgało 122 
ni klucz od 
Tłcić przed 
raz jeszcze 
mapuję, minie i grał 
okno. 
v drzwiach. 
okręcił się 
ick. Jeśli 
ki tkwiącej 
mgle. Jean 
em. 
i niewielką 
enny mur. 
i ruszył ku 
; chodnika 
rzerażliwie 
ymierzoną 
schylić na 
czuł ostry 
i jego ręka 
tnika. 
nie sięgało 
I światło starej latami. Ale Nick czuł, że jest ich kilku. Trzech, może 
czterech, trudno mu było określić, bo wyłaniali się z mgły z taką szybkością, 
jakby byli pierwszą linią drużyny rugby. Jeden z nich trzymał w obu rękach 
żelazną szynę. Kiedy był już wystarczająco blisko, rozkołysał ją z wyraźnym 
wysiłkiem. Nick schylił się i szyna poleciała ze świstem ponad dachem samochodu. 
Z całej siły kopnął go w krocze. Żelazo potoczyło się po bruku, a mężczyzna 
upadł, wyjąc z bólu. 
Nie było czasu na słowa. Stanęło przed nim dwóch następnych, a jeden z nich 
ściskał w ręku kościaną rękojeść brzytwy, której ostrze błyszczało mętnie w 
padającym deszczu. Nick chwycił go za przegub dłoni, a równocześnie uchylił 
głowę przed ciosem jego koleżki. I wtedy zobaczył Jean. Stała za plecami tego 
drugiego z wykrzywioną wściekłością twarzą i z obnażonymi zębami. 
Wyciągnęła rozczapierzone palce ku długim, tłustym włosom napastnika i szarpnęła 
jego głowę do tyłu. Nick zajął się tym od brzytwy. Nacisnął mocniej i ostre 
narzędzie odsunęło się od jego dała. Założył dźwignię, a człowiek jęknął i 
upuścił brzytwę. Nick wymierzył z ćwierćobrotu cios łokciem. Rozległ się 
śmiertelny krzyk. 
Napastnik upadł na plecy. Po chwili zerwał się na równe nogi i rzucił do 
ucieczki. Nick rozejrzał się i zobaczył Lazera tarzającego się w rynsztoku, 
splecionego w mocnym uścisku z jakimś typem w starym wojskowym płaszczu. Pod 
murem wściekle walczyła Jean. 
Nick rzucił się do przodu, chwycił człowieka za kołnierz i pchnął go w ciemność. 
W tej samej chwili atakujący Lazera znalazł się na wierzchu, zerwał się i ruszył 
pędem w ślad za swym towarzyszem. 

background image

Nastała cisza. Tylko deszcz bił o uliczny bruk. Jean z trudem łapała powietrze. 
Słychać było ciche pojękiwanie tego od żelaznej szyny. Lazer usiadł na 
krawężniku, a po chwili wstał chichocząc z cicha. 
- Co napadło tych drani? 
- Zdaje się, że musiałem zranić czyjeś uczucia. - Nick zwrócił się do Jean: - 
Wszystko w porządku? Roześmiała się niepewnie. 
- W porządku, do diabła. Co to wszystko znaczy? 
- Nie wiem, Jean. W każdym razie jest w tym wszystkim coś więcej, niż widać 
gołym okiem. 
123 
;52?? 
" te 083, p1 z ĆHiStac Ć 
'Wpo ." 
'N.,tn,,W""'Sra 
ĆĆ ĆĆ.O," 
;.S~S 
r - "F A, oga, teo "Ć" 
fof. Ćo20 
. . (Bźsf AJOł3fyiAiopo aż 
[O 3pitAizp snfBf 5is apoJ rinrc 7 
? szybko i ujrzał, lo ziemi, chwycił 
)padł go w jednej 
zpłaszczył się na 
; się dachu wozu, m połóż się spać. 
lampy jej twarz 
17 
)dziewam się, że 
ożemy go jednak 
ś. 
cisnął. - Nieźle 
- Tego się nie 
atamować krew 
całował ją i było 
zeniknęło gdzieś 
szach, a potem 
lętrzu zapalono 
warzy, po czym 
JN agie, zielono pomalowane ściany pokoju, w którym dokonywano przesłuchań, 
obiegły cienie zbudzone przez silną lampę zawieszoną pod sufitem. Przy stole 
siedział Charles Foster, trzymając twarz w dłoniach. Całe ciało wypełniał jeden 
wielki ból. 
Nick stał przy oknie i spoglądał na opustoszałą ulicę zmywaną deszczem. Rana na 
policzku paliła niemiłosiernie. Mocował się zawzięcie z szerokim samoprzylepnym 
plastrem. 
Było nieco po drugiej piętnaście. Ziewnął i wyciągnął z kieszeni zmiętą paczkę 
papierosów. Wytrząsnął z niej ostatniego. Właśnie go zapalał, kiedy wszedł 
dużurny inspektor. 
- Wypełniłem za ciebie formularz o zatrzymaniu tego typa. 
- Nie zapomnę ci tego. 
- Myślę, że następna rzecz, którą powinieneś zrobić, to udać się do szpitala. 
Masz paskudną ranę. Najprawdopodobniej trzeba założyć ze dwa szwy. 
Foster podniósł głowę. 
- Nie martw się o tego skurwysyna. Raczej pomyśl, co ze mną? 
125 
.-0 on d włas,ĆtyUconrT ""'yzro 
sta w drzwiachle zrobi1' Caarheadwoi 
.oster zrobił ę któ spytał superint. 

background image

oiewinnno; Ć "ł?, Jctora inn4" i 
" - op,,. -  - es 
'"icgo gag.th, w "ocze' PMie Grant Mów, .p.a.o,;; 
Ć"lr2 
,dlbo.,.:tw°"spraBł°ic; 
, na 
c. Ć - PacieJe p ' tĆĆłnĆ? i długi 
Fos zandU a Gran era pom °a 
- 7 i. rant sDniizat , - Z tobą u.:,:.""" rzał 
a? d o 
- Niech któż ok 
 - mm pogadam w wt tego JcowboJa Zr 
spektor hałn, &oblsz t0. 
tutaj mi zrobi!, ie mój adwokat. 
superintendent 
Ćszaninę udanq 
mu, ma pan tu 
o zatrzymaniu 
ją sprawą nic 
pieczołowicie 
rączką i długi 
Ća porzucili na 
my oficer 
isz to, Jack? 
ra za ramię 
:apalił fajkę. 
stało? 
i. Otrzymali 
iwi. To mógł 
lie kłopotów 
ąl. - Co za 
ih ze sobą co 
le było w tej 
m, najpraw 
óba gwałtu. 
rady'ego. 
- Co z nim? 
- Mamy wstępne wyniki, jeśli cię to interesuje. 
- Nie wygląda to zbyt pięknie, prawda? - rzekł Nick, oddając Graniowi 
sprawozdanie z miejsca wypadku. 
- Sprowadzono fachowca do konsultacji. Rozmawiałem z nim 
chwilę po zakończeniu badania. Wygląda na to, że jedyną poważną rzeczą jest 
pęknięcie czaszki. Reszta to drobiazgi. W obecnym stanie rzeczy nie widzi on 
powodów, dla których Jack miałby zejść z tego świata. - Westchnął i przytknął do 
fajki kolejną zapałkę. - Chciałbym wiedzieć, co on takiego robił na Canal 
Street. 
Nick zdusił papierosa. 
- Czy wie pan, że po wyjściu stąd Brady poszedł szukać Bena Garvalda? 
Grant spojrzał na niego bezmyślnie, a po chwili na jego twarzy odmalowało się 
szczere zdumienie, - O czym mówisz, do diabła? Ben Garvald to twoje zadanie. 
- Co jednak nie powstrzymało Brady'ego przed odwiedzeniem "Flamingo", by wypytać 
Mantona o Garvalda. Był tam przede mną. 
- Jesteś tego pewien? 
- Sam Manton mi mówił - Nick wzruszył ramionami. - Nie 
widzę powodu, dla którego miałby kłamać. 
Grant zmarszczył w zamyśleniu brwi i zacisnął zęby na cybuchu fajki. 
- Ciekaw jestem, co on takiego kombinował? 

background image

- Myślę, że to dosyć proste - odezwał się Nick. - Nie za 
bardzo był mną zachwycony. Może myślał, że coś zyska, jeśli pierwszy złapie 
Garvalda? 
Grant westchnął ciężko. 
- Najprawdopodobniej masz rację. W każdym razie niczego się nie dowiemy, dopóki 
Brady nie odzyska przytomności. 
- Co z wozem, który go potrącił? 
- W taką noc, to igła w stogu siana. Ale znajdziemy go, nie ma obawy. - Grant 
przyłożył następną zapałkę do fajki. - Lepiej zreferuj mi, co zdążyłeś zrobić. 
Musiałeś nieźle nadepnąć komuś na odcisk, skoro napuścił na ciebie Charliego 
Fostera i jego wspaniałą bandę. 
Nick szybko opowiedział całą historię, nie pomijając żadnego szczegółu. Gdy 
skończył, Grant usiadł, marszcząc zmęczoną twarz. 
127 
opan o tym myśli?. 
ycie to wiellra  
: Ale nie o poT.' Jeśli sił aie brakni 
raszcz. U? 
. źeli wezmę jesz:;0"' eprzoDa grypa P1, nacisnJT2? w swe.o h,..., ". 
".J::2 
'sr' 
S S; Će 
~ Co te Ć lly °chro°"t pd 
."terfE """Ć.o. 
S'-0, s 
SB' " "o" f 
.T ?° Ro ""0 
- N". o e(tm) b Ć m SO nie 
f"'" sprawy T(tm) TO WIKlaa'Widzisz B l i ""'Tytto iBi.. "... "(tm)2' BM może 
mrf... l "y' 
on jest? 
ick. 
ot. - Za wysokie 
jak Fred Manton 
'czyna. - Zerwał 
klucz. 
3 płaszcz. Uśmie 
zona grypa łamie 
mi uszami. Bądź 
ował, znajdziesz 
Nick wciągnął 
;h ku głównemu 
fma., stał Chuck 
iem sierżantowi 
aycie schodów 
)nić się przed 
obok niego. 
uje do szóstej, ił się wahać. 
yda? O tym, nic złego nie 
yyjaśnić nam 
t? 
ileko od City 
- Może go nie być, ale warto tam zajrzeć - powiedział Nick i szybko zbiegli po 
schodach do zaparkowanego minicoopera. 
Kiedy weszli do foyer "Regent Hotel", było tam zupełnie pusto. Nick nacisnął 
dzwonek i po chwili otwarły się drzwi biura. Wyszła ku nim jakaś zaspana 
irlandzka dziewczyna. Poprawiła nylonową sukienkę i ziewnęła. 

background image

- Czym mogę panom służyć? 
- Policja - powiedział Nick. - Szukam człowieka o nazwisku Garvald - Ben 
Garvald. O ile wiem, zatrzymał się tutaj. Najprawdopodobniej wynajął pokój 
minionego wieczoru. 
Coś przemknęło w jej oczach, ale po chwili zgasło. Zrobiła zakłopotaną minę. 
- To musi być jakaś pomyłka. Nie mamy tu nikogo o takim 
nazwisku. 
- Może używać innego. Wysoki, dobrze zbudowany Irlandczyk. Jakieś czterdzieści 
lat. 
- Nie. Nie mamy nikogo takiego - pokręciła głową. - Tak 
naprawdę, to w ostatnich trzech dniach mieliśmy tylko dwóch gości. Dwaj 
gentlemani z Indii. 
- Czy mogę zobaczyć listę gości? 
Bez zmrużenia oka wyciągnęła spod lady książkę i otworzyła ją. Ostatni wpis 
mieścił się na wysokości połowy strony i pochodził sprzed trzech dni - mówił o 
Hindusach. Jeżeli księga gości była jedyną wskazówką, mówiła rzeczywiście 
prawdę. 
- Zadowolony pan, sierżancie? 
Nick uśmiechnął się i zamknął książkę. 
- Przepraszam za najście. To musiał być jakiś inny hotel. Podczas rozmowy Lazer 
nie odzywał się ani słowem, kiedy jednak wyszli na zewnątrz, chwycił Nicka za 
rękaw. 
- "Regent Hotel", Gloyne Street. Tak powiedział. Generale. 
- Wiem, wiem - odrzekł Nick. - Ona kłamie. Czuć to na milę. Dajmy jej kilka 
minut, potem wrócimy. 
Zapalił papierosa. Stali na dole schodów, pod krytym gankiem i patrzyli w 
deszcz. Nick poczuł się zmęczony. Nie złapał jeszcze wiatru 
9 - Prawny urlop 
129 
w żagle, oto cały kłopot. Cisnął zapalonego papierosa w mrok. na Lazera i 
ostrożnie pchnął szklane drzwi prowadzące do środka.' 
Hali był znowu pusty, jednak drzwi prowadzące do biura stal lekko uchylone. Nick 
zbliżył się cicho i podniósł blat recepcy)nq biurka. 
Irlandka stała przy stole, przed nią leżała otwarta torebka. Szybkofel ruchem 
wyciągnęła z niej plik banknotów, postawiła nogę na krześlej;! podwinęła 
sukienkę i wepchnęła pieniądze pod pończochę. 
Lazer zaczął cichutko klaskać. 
- A to ci dopiero przedstawienie. 
Irlandka okręciła się w miejscu i wygładziła sukienkę. Na jq twarzy pojawił się 
lęk. Przez moment stała niepewnie, ale po chwili wyraźnie zdecydowała się 
odegrać cyniczną rólkę. 
- Ej, ładnie to tak podglądać dziewczynę? 
- Och, nie myśleliśmy, że będzie ci to przeszkadzało. - Nick wziął ją za ręce. - 
Jak ci na imię, ślicznotko? 
- A co, masz ochotę? 
Przycisnął ją do stołu, a ona objęła go za szyję. 
- Ciekawa jestem, co by na to powiedział twój szef. 
- Lubi, kiedy się nieco zabawimy. W końcu dodaje to nam sił do pracy. 
Nachylił się, by pocałować ją w usta i w tym samym momencie jego prawa ręka 
szybko przesunęła się po ciepłcJ nodze dziewczyny. Zaczęła się szamotać, ale 
znalazł to, czego szukał. Uśmiechnął się trzymając w dłoni zwitek banknotów. 
- Oddaj to, do jasnej cholery powiedziała, wyciągając ku niemu ręce i usiłując 
złapać jego dłoń. - Co ty sobie, do diabła, myślisz? Odepchnął ją od siebie i 
szybko przeliczył pieniądze. 
- Dwadzieścia, wszystkie w jednofuntówkachpokręcił głową. Założę się, że nigdy w 
życiu nie miałaś naraz tyle pieniędzy. 
- Oddaj mi moje pieniądze - wybuchnęła i łzy pociekły jej po twarzy. 

background image

Podniósł szybko rękę, a ona rzuciła się z krzykiem w tył. Chwycił ją za ramię i 
mocno potrząsnął. 
- Daję ci dziesięć sekund, nie więcej. Czy Garvald był tutaj, czy nie? 
130 
w mrok. Skinął 
x do środka. 
do biura stały 
it recepcyjnego 
rebka. Szybkim 
logę na krześle, )chę. 
kienkę. Na jej 
;, ale po chwili 
dzało. - Nick 
sef. 
je to nam sił do 
oym momencie 
Izę dziewczyny. 
Uśmiechnął się 
;gając ku niemu 
bła, myślisz? 
e. 
aędł głową.  
:ędzy. 
pociekły jej po 
w tył. Chwycił 
rald. był tutaj, Spojrzała na niego szeroko otwartymi oczyma wypełnionymi grozą. 
Podniosła ręce, by zasłonić twarz przed spodziewanym ciosem. 
- Na miłość boską, nie bij. Powiem wszystko! Powiem wszystko! Nick zrobił krok w 
tył i czekał. Po chwili posypały się słowa: 
- Przyszedł dziś wieczór, około dziewiątej. Nie wpisał się do książki. 
Zapomniałam go o to poprosić. 
- Wychodził? 
- Nie, o ile wiem, nie. Był w domu, kiedy tamci przyszli o pierwszej. 
- Jacy tamci? 
Zawahała się, a on natychmiast zrobił ruch w jej stronę. Wycedził: 
- Pytałem, jacy tamci? 
- Jeden z nich to taki facet, którego spotkałam na zabawie parę tygodni temu. 
Grek, Cypryjczyk, czy coś w tym rodzaju. Nazywają go Jango. Nie wiem, kim był 
ten drugi. Miał sztuczne oko, to wszystko, co mogę o nim powiedzieć. 
- Max Donner - wtrącił Lazer. - To para ciężkich łajdaków. Manton trzyma ich 
przy sobie jako obstawę. 
Nick pokiwał głową i ponownie zwrócił się do dziewczyny, - A więc to oni dali ci 
te dwadzieścia funtów. Za co? 
- Miałam zanieść panu Garvaldowi filiżankę herbaty. Jango coś do niej dosypał. 
Myślę, że to były jakieś rozwalające człowieka krople. Zdaje się, że się go 
bali. 
- Poskutkowało? 
Potwierdziła. 
- Zabrali go z sobą samochodem. Nie wiem dokąd. 
Nick spojrzał na Lazera. Amerykanin wzruszył ramionami. 
- Może do "Flamingo"? 
- To mało prawdopodobne - powiedział Nick. - Ale możemy 
sprawdzić. 
Skierowali się w stronę drzwi. Irlandzka dziewczyna chwyciła go za rękaw. 
- Nie chciałam nic złego. Powiedzieli, że są jego kumplami i że chcą mu zrobić 
dowcip. 

background image

- Czy wyglądam, jakbym się urwał z choinki? Nick poklepał ją po twarzy. - Masz 
tu swoje dwadzieścia funtów. Około szóstej jest pociąg do Liverpoolu. Radzę ci 
wsiąść do niego. 
131 
St 
. ". cpowotroa2"0 
.'gOn.., y 
ocT donlu e posi Bena 
fpod! 
- Absolu p luc2e tona 
poJ0 n.. 
t aa nipt 
SfSsss /" 
;L?,'Ćźź"", Ć'"".'L l 
"'"r'33"/ a 
"''ĆĆ."ź" i źĆ 
f Ponad 
tła przez chwilę patrząc 
rży. Po chwili schyliła 
mcone banknoty. 
Większość samocho 
coopera naprzeciwko 
Lazer. 
aansty. To już było 
ała jednak niejasna. 
ogi Bena Garvalda, dszedł do drzwiczek 
18 
przeszukałem jego 
loże on pływa już 
ogliby go zabrać? 
oczy. 
)'? Jest taki stary 
ft. Nazywają go 
z niego elegancki 
co stróż. Dziwak 
, póki nie złamał 
ita, a więc, ściśle 
coinistracyfnego. 
nnych i szybko 
linicoopera. 
Stodoła to rodzaj posesji, którą zbudowano z szarego kamienia z Yorshire w 
okresie dobrobytu epoki wiktoriańskiej. Był to budynek podkreślający megalomanię 
jego mieszkańców. Szerokie gotyckie kominy strzelały wysoko w niebo ponad 
spadzistym dachem. Dom stał otoczony murem wysokości dziesięciu stóp. 
Nick zaparkował na wąskiej drodze jakieś trzydzieści, czterdzieści jardów od 
bramy wjazdowej. Otworzył drzwi i wysiadł z wozu. 
- Wygląda to jak mroczna scena z "Wichrowych wzgórz". 
Lazer przesiadł się na miejsce przy kierownicy. Uśmiechnął się. 
- Życz mi szczęścia. Generale, Może dadzą mi jakiś medal albo coś w tym stylu? 
- Nadstawiaj dobrze uszu - powiedział do niego Nick.  
Jeśli jest tam Manton, wiesz, co masz mówić. Będę tu na ciebie czekał. 
Amerykanin zatrzasnął drzwiczki i szybko odjechał. Główna brama była otwarta. 
Pojechał aleją obsadzoną topolami, które wyrastały ponad zarys majaczące] w 
mroku budowli. Nigdzie nie było widać 
133 
zapalonego światła. Skręcił na boczną dróżkę biegnącą wzdłuż ( i zajechał na 
brukowane podwórze. 

background image

W tylnym oknie paliło się światło oświetlające jaguara Mantc Lazer wyłączył 
silnik. Kiedy warkot ucichł, wewnątrz domu rozl( się szczekanie psa. Ten głuchy 
i groźny dźwięk dotknął w nim jak ukrytej struny. Lazer zadrżał. 
Gdy wyszedł z minicoopera, drzwi otwarły się i ostre światbl wydobyło go z 
mroku. 
- Kto tam? - zakrakał chrapliwy głos. 
- Chuck Lazer, Bluey - odpowiedział Amerykanin.  
Freda. Myślałem, że może go tu znajdę. 
Squires miał sześćdziesiąt lat, a wyglądał na jeszcze więcej. Na szerokie czoło 
zsuwały się tłuste, siwe włosy. Twarz miał nie ogolona. W lewej ręce trzymał 
strzelbę, prawą zaś ujął mocno obrożę ślicznego, czarnosrebrnego alzackiego 
owczarka. Pies rwał się wściekle w jego stronę, a z gardła dobywał się głuchy 
pomruk. Przypominał on wulkan mający lada chwila wybuchnąć. 
- Manton jest bardzo zajęty. Czy to cos ważnego? 
- Ty mi to mówisz? - Lazer zrobił krok w jego stronę. - Czy Donner i Jango też 
są tutaj? 
Stary spojrzał na niego zdziwiony. 
- Nie wydaje ci się, że chcesz wiedzieć trochę za dużo? 
- Po co te sekrety? Przecież mnie znasz. Nie jestem tu po raz pierwszy. 
- Już dobrze, dobrze - powiedział stary. - Lepiej wejdź do środka. 
Weszli do pomieszczenia, które za dobrych czasów było z pewnością główną 
kuchnią. Był to duży pokój wyłożony kamienną posadzką z czarnym piecem kuchennym 
zajmującym jedną ścianę. Panował tu nieład, wszystko lepiło się od brudu. Stół 
na środku zawalony był nie umytymi talerzami, pośród których tkwiły dwie butelki 
mleka, pół bochenka chleba i kilka otwartych konserw. Stojące w rogu wąskie 
łóżko było nie zasłane. 
Squires kazał psu siedzieć i ten rozłożył się przy kominku, wpatrując się z 
niechęcią w Amerykanina. 
- Poczekaj tu, znajdę Mantona. 
i 34 
icą wzdłuż domu 
iguara Mantona. 
rz domu rozległo 
nął w nim jakiejś 
ę i ostre światło 
łanin. - Szukam 
sszcze więcej. Na 
miał nie ogoloną. 
obrożę ślicznego, ę wściekle w jego 
ominął on wulkan 
!g0? 
go stronę. - Czy 
a dużo? 
jestem tu po raz 
Lepiej wejdź do 
v było z pewnością 
mienną posadzką 
aanę. Panował tu 
i zawalony był nie 
utelki mleka, pół 
ce w rogu wąskie 
iminku, wpatrując 
Oparł strzelbę o ścianę i wyszedł. Lazer usiadł na brzegu stołu. Po chwili 
otworzyły się drzwi i wszedł Manton, a za nim Donner. 
Manton miał zarzucony na ramiona płaszcz, musiało mu być 
chłodno. Zmarszczył brwi. 
- Zdawało mi się, że miałeś grać na przyjęciu u Faulknera? 

background image

- Ale wyszedłem - powiedział z prostotą Chuck. - Jakiś 
wszawy gliniarz dostał się tam i zaczął wypytywać o Bena Garvalda. 
Sierżant z C.I.D. Nazywa się Miller. 
- O Bena Garvalda? - spytał Manton. - Przecież on siedzi. 
- Już nie. Zwolnili go wczoraj. Z tego co mówi ten Miller, Ben 
jest gdzieś w mieście. 
- Po co go szukają? 
- Zwykłe przesłuchanie. Tak przynajmniej mówi ten facet. Sądzę 
jednak, że się domyślasz, o co chodzi, Fred. Byłeś kiedyś z Benem w dobrych 
układach. Kto wie, czy ten gliniarz nie będzie niedługo 
szukał także ciebie. 
- Dobrze zrobiłeś, żeś tu zajrzał, Chuck. Stokrotne dzięki. Manton zawahał się. 
- Ten facet, Miller, czy wspomniał może moje 
nazwisko? 
Lazer pokręcił głową. 
- Wypadł stamtąd w diabelnym pośpiechu. Zdaje się, że załatwiono jakiegoś 
detektywa, czy kogoś podobnego. Ktoś go potrącił 
i uciekł. Odwieźli go do szpitala, jego życie wisi na włosku. 
Stojący w drzwiach Donner stłumił przekleństwo, zaś na twarzy Mantona widać było 
rosnące napięcie. Zdobył się na blady uśmieszek. 
- Sprawa tego pokroju powinna zaprzątnąć im łby przynajmniej do rana. Do tego 
czasu nie będą zajmować się byle jakim głupstwem. 
Dzięki za informacje, Chuck. Dobrze, że wpadłeś. 
- A więc załatwione - Lazer podniósł się z miejsca. - Będę 
śledził bieg wydarzeń. To uchroni mnie od drzemki. 
Gdy otwierał drzwi, obrócił się jeszcze z uśmiechem. 
- To jak: do zobaczenia w klubie? 
Drzwi zamknęły się za nim. Schwytany w pułapkę podmuch wiatru 
przeleciał przez pokój szukając gorączkowo drogi wyjścia, by po chwili umrzeć w 
którymś z kątów. Pierwszy przerwał milczenie Donner. 
- Jeśli Brady wyliże się z tego i zacznie mówić... 
135 
- Dla każdego piętnaście lat - powiedział szeptem Manton. Nie ma w tym kraju 
sądu, który dałby mniej. 
- Rano możemy być w Liverpoolu - powiedział Donner. 
Szybki skok do Szwajcarii i nie ma sprawy. Znam odpowiednich lud 
- Na to potrzeba pieniędzy. 
- Jest ich całe mnóstwo w sejfie we "Flamingo". Siedem, mozsifl nawet osiem 
tauzenów. f 
- To forsa Faulknera, nie moja. "M 
- Będziemy wystarczająco daleko. Manton pomyślał chwilę, wreszcie skinął głową. 

- Jest tylko jeden problem. Co będzie, jeśli gliny już nas szukają? Mogą zaczaić 
się wokół klubu i czekać, aż sami wpadniemy im w ręce, f 
- Żaden kłopot - wzruszył ramionami Donner. Na jego twarzy malował się 
beznamiętny spokój. - Poślemy tam Jango. Niech się 
o tym przekona. My poczekamy sobie bezpiecznie tu na miejscu. 
- Ale czy on się zgodzi?& 
&&Czemu nie? - Donner wyszczerzył zęby. - Szczególnie jeśli nie powiemy mu o 
całej sprawie. 
Manton zachichotał i pokręcił głową. 
- Jesteś cholernym skurwysynem, Donner. 
- To jedyne wyście - odpowiedział, - Co zrobimy z Garvaldem? 
- Nie ma sensu trzymać go dłużej. Powinien być wciąż jeszcze 
zimny. Weźmiemy go ze sobą i wyrzucimy po drodze, gdzieś nr wrzosowiskach. 
Z korytarza wynurzył się Squires, - Jango poszedł zobaczyć, co się dzieje z tym 
facetem na górze. Jak długo on tu będzie z nami, panie Manton? 

background image

Zanim Manton zdążył otworzyć usta, gdzieś z głębi domu rozległ się piskliwy, 
urwany nagle krzyk. 
- To wygląda na Jango; 
Donner porwał bez słowa strzelbę i rzucił się w ciemny korytarz. 
Ben Garyald wypłynął spoza ściany mroków i otworzył oczy. 
Pokój był ozdobiony girlandami pajęczyn - gigantycznych rozmiarów sieci, które 
falowały z wolna. 
ptem Manton.  
dział Donner.  
.powiednich ludzi. 
o". Siedem, może 
ly już nas szukają? 
idniemy im w ręce. 
er. Na jego twarzy 
i Jango. Niech się 
tu na miejscu. 
- Szczególnie jeśli 
ibimy z Garvaldem? 
i być wciąż jeszcze 
drodze, gdzieś na 
l facetem na górze. 
głębi domu rozległ 
v ciemny korytarz. 
w i otworzył oczy. 
itycznych rozmiarów 
Zamknął oczy i wziął w płuca głęboki oddech, próbując przełamać ogarniający go 
paniczny strach. Gdy otworzył je ponownie, pajęczyny 
już niemal zupełnie rozpłynęły się w powietrzu. 
Leżał na wąskim łóżku przy ścianie. Pokój był niewielki. Nikłe 
światło padało spod sufitu, zasłony na oknie byty zasunięte. 
Zsunął nogi na podłogę i usiadł na skraju łóżka. Przez chwilę 
pwiwmz} sJf podnieść. Język miał suchy i spuchnięty. Cokolwiek dodali do teJ 
herbaty, było to niezłe - cnorenub nriaafc 
Wreszcie wstał i zatoczył się po pokoju. Odzyskał równowagę 
opierając się o ścianę, przekręcił się i wrócił na łóżko. Za chwilę pajęczyny 
bezpowrotnie zniknęły i wszystko wróciło na swoje miejsce. Pokój w hotelu, 
irlandzka dziewczyna z filiżanką herbaty, przypominał to sobie. A potem wszedł 
Donner. To mogło oznaczać tylko 
jedno: gliniarz, który spadł ze schodów, musiał wykorkować. 
Ciekawa sytuacja. Znów wstał, sprawdził drzwi. Były mocne i zamknięte na amen, 
nie było nawet klamki. Przeszedł do okna i odsłonił kotary. Otworzył jedno 
skrzydło i wyjrzał na zewnątrz. 
Znajdował się na najwyższym piętrze, ciemny ogród leżał jakieś 
czterdzieści stóp niżej. Do najbliższego okna po lewej było co najmniej 
dziesięć stóp, nie zdołałby go dosięgnąć. 
Zamknął okno i wrócił na łóżko. Zastanawiał się, co zrobić, gdy 
w zamku zazgrzytał klucz. Zawahał się przez moment, po czym 
szybko położył się z powrotem i zamknął oczy. 
Drzwi otworzyły się i ktoś wszedł do środka. Garvald czekał. 
Kiedy jakaś ręka dotknęła jego koszuli i delikatnie potrząsnęła, otworzył oczy i 
spojrzał na przerażonego Jango. Cypryjczyk zdążył jeszcze krzyknąć, zanim 
Garvald uderzył go prawą pięścią w brzuch. Jango przewrócił się nie mogąc złapać 
oddechu. Garvald zerwał się na 
nogi i wypadł z pokoju zatrzaskując za sobą drzwi. 
Zbiegł po schodach na niższe piętro. Z dołu dobiegł go glos 
Donnera: 
- Co tam się dzieje, Jango? 

background image

Garvald otworzył najbliższe drzwi i wsunął się w ciemność pokoju. 
Czekać. Po chwili rozległy się kroki. Ktoś szedł po drewnianej podłodze. W polu 
widzenia Garvalda ukazał się Donner ze strzelbą trzymaną przy biodrze. Garvald 
wyskoczył na korytarz i z całą siłą 137 
zdrętwiałe' 
SHS,, S'"'1. 
SSS 
SBrSSSsTC1 
- ?ytS 
SSsS 
asKS5.]? 
$SS5;=s": 
zlcy się o uka' em 
ss 
pore(1'"' do'"1'80 Prap..110'1"" "am?"? 
aĆOInnĆt l'"81 A "" Ć" locł ""y 
"alwM.T..twe,'a m no i ""'"'ĆB 
'Ć?o 
wrt":a it 8t" "ftobo 
ĆZaswi'er',ł" - "ueJszy \r""ował 
oT1'1"',, yĆVKm 
W Generale. To Bc"""'ał: 
mię Donnera. Ten 
- wrzasnął Donner 
ewą ręką w oczy 
żyłach skowyt psa. 
er i Garvald stali 
pies. Na zakręcie 
icra w stronę klatki 
Odciągnął kurek. 
liego mierzyć. Gdy 
ł wystrzału. 
m pod ścianę. Padł 
metrze. Rozległ się 
pojawił się Squires 
;ł Mantona. Kiedy 
ch strzelbę, obrócił 
:ucił się w dół i po 
dnym szarpnięciem 
a dziesięć stóp mur 
. Dostrzegł w nim 
irdzewiałą zasuwą, ini. Z pomocą rury 
mu jako stopień 
s po murze, przez 
rą trawę. 
jego szyi. Próbował 
i. Nie mógł wziąć 
Nick zwolnił uścisk. Garvald przysiadł na jednym kolanie i potrząsnął głową. 
Rękę trzymał na gardle. Wreszcie podniósł się. 
- Gdzie macie wóz? 
- Na końcu alejki. 
- Więc zwiewajmy stąd. 
Nick chwycił Garvalda za ramię. 
- Nie tak prędko, Garvald. Przed minutą słyszeliśmy jakby 
wystrzał z pistoletu. 
- Masz zupełną słuszność. Te skurwysyny poszczuli na mnie psa. 
Załatwiłem go. Czy masz może zamiar aresztować mnie za to? 

background image

- Może. Zależy od tego, jak odpowiesz na moje pytania. Ruszajmy. Ruszyli z 
pośpiechem alejką w kierunku głównej drogi. Minicooper stał zaparkowany pod 
drzewami. Światła miał zgaszone. Nick otworzył 
drzwi. 
- Siadaj do tyłu. 
Garvald wsiadł bez chwili wahania, ale jego umysł pracował, jak 
szalony. Stracił już potwornie dużo czasu i wszystko coraz bardziej wymykało mu 
się z rąk. Lepiej wziąć to, po co przyjechał, i zmykać z miasta. Najpierw jednak 
musi się pozbyć Millera. Ale z tego, co 
widać, nie będzie to takie proste. 
- Skąd wiedzieliście, gdzie mnie szukać? 
Amerykanin odwrócił się na siedzeniu i spojrzał na niego. 
- Pamiętam, że mówiłeś o pokoju w "Regent Hotel". Irlandka, która tam miała 
nocną zmianę, wyjaśniła nam resztę. Oczywiście pod 
wpływem małej perswazji. 
- Ja też chciałbym jej coś wytłumaczyć, suka jedna. 
Garvald zapalił papierosa i rozsiadł się wygodnie. 
- Co to wszystko znaczy, Chuck? Zajmujesz się pomaganiem 
C.I.D. czy coś w tym rodzaju? 
- Ben, na miłość boską. Próbowałem ci pomóc. 
- Co do mnie, nie bardzo mi to odpowiada. - Garvald zwrócił się do Nicka. - Po 
co to polowanie na czarownice? Jestem czysty jak 
łza. Dopiero co zjawiłem się w mieście. 
- Kiedy zacząłem cię szukać, Garvald, chodziło tylko o to, by 
ostrzec cię, żebyś trzymał się z daleka od Belli. 
- A więc ona za tym stoi? - Garvald zaśmiał się z cicha. - Jest 
139 
wystarczająco bezpieczna, panie policjancie. Nie interesuje mnie onź ani 
ciutdut. j 
- W takim razie przyjechałeś po forsę - powiedział spokojnie5 Nick. - Po swoją 
część ze Steel Amalgamated. Co najmniej osiem tysięcy. Mniej nie wchodzi w 
rachubę, Garvald szukał zdesperowany jakiegoś wyjścia. Zmienił szybko temat 
- A co z Bradym? 
- Na rany Chrystusa, Ben. Wiesz coś o Bradym? 
Wtrącił się Nick. Jego głos był twardy, brzmiał chłodno. 
- Co z Bradym, Garvald? 
- Szukał mnie i zajrzał do "FIamingo". Była jakaś awantura i Donner zrzucił go 
ze schodów. To było przy prywatnym wejściu do pokojów Mantona. 
- Znaleziono go na ulicy, niedaleko rzeki - powiedział Nick. Wyglądało na to, że 
ktoś go potrącił i zbiegł z miejsca wypadku. 
- To się nazywa czysta robota - uśmiechnął się półgębkiem Garvald. - To musiał 
być pomysł Mantona. Trzeba mieć taki łeb jak on, by wymyślić taką sztuczkę. 
- Jesteś pewien, że tak było? 
- Widziałem całe zajście. Siedziałem schowany w szafie z bielizną w tym samym 
korytarzu. - Garvald roześmiał się ostro. - Jak myślisz, po diabła Manton i jego 
chłopcy odnaleźli mnie w "Regent Hotel"? Zabili gliniarza, a ja byłem jedynym 
świadkiem. Mogę sobie wyobrazić, co mieli zamiar ze mną zrobić. 
- Jak na ironię, Brady nie umarł - powiedział Nick. - Jest wprawdzie wciąż 
jeszcze nieprzytomny, ale ma wszelkie szansę, by się z tego wylizać, - A Manton 
o tym nie wie? 
- Teraz już wie. - Lazer zwrócił się do Nicka, - Rozmawiałem z nim w kuchni. 
Próbowałem zachowywać się naturalnie. Wspomniałem o tym, że Brady jest w 
szpitalu i tak dalej. Jeśli o tym mówimy, Manton i Donner nie mieli zbyt pewnych 
min. 
- Będą musieli stąd wiać - powiedział cicho Garvald. - Nie mają innego wyjścia. 
Zadowolony odchylił się do tyłu i zapalił papierosa. Policjanci skoncentrują się 
na sprawie, która dotyczy ich samych. Teraz wszystko 

background image

140 
róeresuje mnie ona 
wiedział spokojnie 
o najmniej osiem 
denił szybko temat. 
a jakaś awantura 
/atnym wejściu do 
awiedział Nick.  
sca wypadku. 
łł się półgębkiem 
EI mieć taki łeb jak 
w szafie z bielizną 
się ostro. - Jak 
mnie w "Regent 
kiem. Mogę sobie 
aał Nick. - Jest 
Ikie szansę, by się 
- Rozmawiałem 
aturalnie. Wspo 
alej. Jeśli o tym 
min. 
Garvald. - Nie 
[erosa. Poliq'anci 
i. Teraz wszystko 
inne będzie musiało zejść na drugi plan. Nie spoczną, póki nie zakują Mantona i 
jego kumpli w kajdanki. Zresztą, fakt ten wcale go nie martwił. Manton to kawał 
świni. Ma wreszcie to, co należało mu się od lat. 
Nick miał bardziej palący problem. Nie dysponował radiotelefonem i nie mógł 
skontaktować się z Centralą. Tymczasem bez pomocy niemożliwe było złapanie 
Mantona i jego dwóch koleżków. 
Ale problem rozwiązał się sam. Z bocznej alejki wyskoczył jaguar Mantona, 
przemknął koło nich w odległości nie większej niż dwadzieścia jardów i popędził 
w kierunku miasta. Nick nie zastanawiał się ani przez moment. Włączył starter i 
minicooper wystrzelił jak z procy. Koła zapiszczały na mokrym asfalcie. 
- Masz duże szansę - zaśmiał się Garvald. 
- Nie jesteś na bieżąco - powiedział Nick. - To prawdziwy wilk w owczej skórze. 
W kilkanaście sekund minicooper osiągnął siedemdziesiąt mil na godzinę. 
Wskazówka szybkościomierza wychylała się coraz dalej. Przy dwupasmowej drodze 
prowadzącej do obwodnicy mieli już niemal dziewięćdziesiąt. 
- Boże wszechmogący, co to za maszyna? - krzyknął Garvald. Nick uśmiechnął się. 
Całą uwagę skupił na połyskujących w ulewnym deszczu światłach jadącego przed 
nimi jaguara. 
- To najlepsze odkrycie od czasu wynalezienia konia. 
Kiedy skończyła się droga szybkiego ruchu, zahamował, by po 
chwili przyśpieszyć na łagodnym zakręcie. Minicooper wyskoczył do 
przodu, opony trzymały się jezdni, jak przyklejone. 
Jaguar znajdował się teraz nie więcej niż pięćdziesiąt jardów przed 
nimi i pędził z zawrotną szybkością. Garvald wychylił się przez 
siedzenie i dotknął ramienia Nicka. 
- Pomyślałeś o tym, że jesteś sam, glino? Trzy do jednego, i w dodatku ten 
Donner, który byłby gotów sprzedać własną siostrę, gdyby zabrakło mu na piwo. 
Nick zignorował tę uwagę i skupił się na jaguarze. Zwolnił do tej samej 
szybkości, co jadący przed nim wóz, zsynchronizował wszystko, co do ułamka 
sekundy. Siedział już na ogonie wielkiego samochodu i nagle zredukował bieg do 
trójki, skręcił kierownicą i nadepnął do 
141 

background image

deski pedał gazu. Minicooper przesunął się wzdłuż jaguara. Po chwili maleńki 
samochód zajechał mu drogę i zaczął hamować. 
Gdy kręcił kierownicą w prawo i w lewo, rzucił okiem do tyłu. W drugim wozie 
siedział tylko jeden człowiek - kierowca, który zahamował zbyt ostro i jaguar 
wpadł w poślizg. Prawe koła spadły z asfaltu i potoczyły się po rosnącej na 
poboczu trawie. Wóz stanął. Nick zatrzymał minicoopera przed jaguarem, wyłączył 
silnik i wyskoczył na drogę. 
Jango był o sekundę wolniejszy. Wygramolił się z jaguara i zaczął uciekać. 
Czyjaś ręka chwyciła go za ramię, okręciła i cisnęła o samochód. 
Zareagował w sposób typowy dla przestępców. Była to mieszanina dotkniętej do 
żywego niewinności i gniewu: 
- Zaraz, co to ma znaczyć? 
Na jego gardle zacisnęła się dłoń. Uchwyt był tak silny, że jęknął z bólu. 
Spojrzał dzikimi oczyma na rozmazaną w ciemnościach twarz. 
Po raz drugi w ciągu tej nocy pięść wylądowała na jego żołądku. Upadł twarzą w 
mokrą trawę, ktoś chwycił z tyłu jego ręce. Po chwili trzask nałożonych 
kajdanków oznajmił mu koniec. Poczuł, jak strach skręca mu kiszki. 
Lazer wysiadł z wozu i stanął w otwartych drzwiach minicoopera, wypatrując przez 
mrok jaguara. Nagle usłyszał jakiś ruch wewnątrz wozu. Obrócił się szybko. Ben 
Garvald zajmował miejsce przy kierownicy. 
Ben uśmiechnął się do niego i położył rękę na starterze. 
- Są rzeczy, które trzeba załatwić, Chuck. Może się jeszcze zobaczymy, ale to 
mało prawdopodobne. Pozdrowienia dla Millera. W innych okolicznościach szczerze 
bym go nienawidził. 
Ryknął silnik. Garvald położył dłoń na twarzy Lazera i pchnął go silnie. Lazer 
zachwiał się i poleciał w tył. Zanim odzyskał równowagę, trzasnęły drzwiczki i 
minicooper zniknął w ciemnościach. 
aguara. Po chwili 
wać. 
ił okiem do tyłu. 
kierowca, który 
rawe koła spadły 
iwie. Wóz stanął. 
tczyl silnik i wy 
z jaguara i zaczął 
i cisnęła o samo 
yła to mieszanina 
19 
ik silny, że jęknął 
mnośdach twarz. 
na jego żołądku. 
go ręce. Po chwili 
Poczuł, jak strach 
ach minicoopera, iś ruch wewnątrz 
ał miejsce przy 
parterze. 
Może się jeszcze 
'ienia dla Millera. 
dził. 
Azera i pchnął go 
yskał równowagę, ściach. 
Dylo już po trzeciej. Dwudziestu, może trzydziestu gości nie chciało jeszcze 
wracać do domu i przyjęcie trwało nadal. Harry Faulkner przejął obowiązki 
barmana w Długim Pokoju. Z pół tuzina par tańczyło do muzyki płynącej z 
gramofonu. 
Bella już dawno osiągnęła stan, w którym wlewany do gardła dżin wywoływał grymas 
wstrętu. Nagle dostrzegła, że wokół niej dzieją się dziwne rzeczy: każda 

background image

oglądana twarz była mierna, zła i samolubna, kiedy jednak obróciła się w stronę 
lustra, zobaczyła coś, co wzbudziło w niej największą odrazę. 
Za dużo piłam, oto przyczyna, pomyślała. Teraz potrzeba 
jej było wymoczenia się w gorącej wannie i dobrych dwunastu godzin snu. Przeszła 
przez hali, weszła do biblioteki i przekręciła klucz. 
łazienka wykonana była w złocie i wyłożona czarnym żyłkowanym marmurem. 
Odkręciła wodę i wróciła do sypialni, gdzie rozebrała się pośpiesznie, starannie 
składając ubranie na łóżku. 
Pełną minutę stała przed lustrem i przyglądała się badawczo 
143 
swemu wspaniałemu ciału. Piersi były wciąż jędrne i mocne, dało bez skazy. 
Jednak wyczuwalne zgrubienie na biodrach i sposób, wjah skóra pod brodą 
zaczynają wiotczeć przyprawiały ją o chorobę. 
Skierowała się do łazienki i weszła w gorącą wodę, rozkoszując się poczuciem 
psychicznego odprężenia, jakie dawała jej zawsze dobra kąpiel. Leżała wygodnie i 
spoglądając w sufit przebiegała w myślach wydarzenia wieczoru. Pomyślała o 
Benie. Dziwne, ale nie potrafiła odtworzyć sobie w pamięci jego wyglądu. W 
końcu, minęło przecież tyle czasu. Usiadła i sięgnęła po mydło. Wtedy poczuła 
lekki przewiew, jakby ktoś otworzył drzwi. Kiedy obróciła się, stał przed nią 
Ben i uśmiechał się. 
Wetknął w usta papierosa i wyszczerzył zęby, - Kopa lat, mój aniołku. Ale wciąż 
mi się podobasz. 
Nie odczuwała wcale lęku, co było dziwne, bo myślała, że będzie się go bać. 
Spojrzała na niego i nagle coś obudziło się w niej. Może wspomnienie młodości, 
kiedy nie liczyło się mc poza używaniem żyda. A potem przyszedł Ben, ten 
przystojny, irlandzki diabeł, który budził strach w każdym, kto stanął na jego 
drodze, a był wszystkim, co pragnie mieć kobieta. 
Podparła się o krawędź wanny i wstała, woda ściekała z jej piersi, kłębki pary 
unosiły się z jej bioder. 
- Lepiej podaj mi ręcznik. 
Wdąż się uśmiechał. Jej widok wyraźnie me zrobił na nim wrażenia. Rzucił 
papierosa na podłogę, zdjął z wieszaka kąpielowy ręcznik i podaj JCJ. 
- Co chcesz, abym zrobił, aniołku? Wytrzeć ci plecy? 
- Nie byłby to pierwszy raz - powiedziała cicho. 
Zarzudł jej ręcznik na plecy, po czym jednym ruchem porwał ją z wanny i uniósł w 
ramionach. Poczuła pustkę w żołądku, a serce zaczęło bić szybciej. Spojrzała na 
niego i leniwe ciepło rozlało się po jej ciele. 

bi 
Otoczyła go swymi wilgotnymi ramionami za szyję, ręcznik zsunął się na biodra, a 
nagie piersi naparły na jego dało. Gdy odwródł się i ruszył do sypialni, jej 
usta odnalazły jego. Z dziką namiętnością wepchnęła w nie język. 
słi 
Wreszde odsunęła się od niego i przytuliła twarz do jego policzka. 
- Ben, och Ben - wyszeptała. s 
- Tak, aniołku. Miłość to wielka rzecz, prawda? - Położył ją na 
144 
10 
i mocne, ciało bez 
h i sposób, w jaki 
ją o chorobę. 
de, rozkoszując się 
i jej zawsze dobra 
sbiegała w myślach 
;, ale nie potrafiła 
minęło przecież tyle 
dci przewiew, jakby 

background image

Ben i uśmiechał się. 
iobasz. 
myślała, że będzie 
) się w niej. Może 
i używaniem żyda. 
iabeł, który budził 
był wszystkim, co 
siekała z jej piersi, i na nim wrażenia. 
tąpielowy ręcznik 
plecy? 
ho. 
ruchem porwał ją 
Iku, a serce zaczęło 
ilo się po jej ciele. 
ję, ręcznik zsunął 
Gdy odwrócił się 
aką namiętnością 
do jego policzka. 
?Położył ją na 
łóżko, a sam stał obok i uśmiechał się. - Na Boga, i ty musisz grzać tego 
starego Harry'ego Faulknera? 
Leżąc na pościeli, podniosła się lekko na łokciu. Ręcznik osłaniał nie więcej 
niż połowę jej pięknego ciała. Patrzyła na niego płomiennymi oczyma. 
- W porządku, mów czego chcesz? 
- Moich pieniędzy, aniołku, nic więcej. Siedem tysięcy osiemset pięćdziesiąt 
funtów. To żaden majątek, ale - jak mawiała moja babunia z hrabstwa Antrim - 
sumka godna uwagi. Nie jest to wiele po dziewięciu latach za kratkami, ale 
wystarczy na początek. 
Leżała spoglądając na niego. Na czole pokazała się maleńka zmarszczka. Przestał 
się uśmiechać. 
- Masz je przecież, prawda? 
Kiwnęła głową i usiadła. Owinęła się ręcznikiem. 
- Tylko że nie tutaj. 
Zmarszczył brwi. 
- To niedobrze. Miałem nadzieję zniknąć z miasta jeszcze przed śniadaniem. 
Myślałem, że i tobie będzie to odpowiadać. 
- Na rzece, w Hagen's Wharf stoi przycumowana motorowa 
łódź - powiedziała. - Harry kupił mi ją przed rokiem na urodziny. Tam są 
pieniądze. Dobrze zrobisz, jak je sobie wreszcie zabierzesz. 
- Wspaniale - powiedział Garvald. - Mam tu wóz. Myślę, że nie potrzeba ci więcej 
niż dziesięć minut, byśmy mogli wyruszyć. Wstała, wciąż trzymając przy ciele 
ręcznik. 
- Gdybyś był tak uprzejmy i wyniósł się stąd, mogłabym się wreszcie ubrać. W 
drugim pokoju znajdziesz coś do picia. 
- Należy mi się - z takiej okazji - powiedział i wybuchnął śmiechem. Wciąż 
śmiejąc się przeszedł do biblioteki. 
W chwili gdy zamknęły się za nim drzwi, Bella siedziała już na brzegu łóżka i 
sięgała po telefon. Szybko wykręciła numer. Ktoś z tamtej strony niemal 
natychmiast podniósł słuchawkę. 
- Jest tutaj - powiedziała. - Wyjeżdżamy za dziesięć minut. Po tamtej stronie 
natychmiast rozłączono rozmowę. Bella rzuciła słuchawkę na widełki i zaczęła się 
szybko ubierać. Marynarskie spodnie, długie do kolan kozaki i ciepły barani 
kożuszek. Stanęła przed lustrem, by zawiązać na głowie lnianą chustę 
peasantfashion. 
10 - Praawny udop 
145 
BJUgy C 

background image

s"vy "o&u. 
baJ 
,. Dawna rzec. ok ieźacv zeoie w J: 
ĆĆ30 
. OtlS;2". P aM?ó"e.ffle7!źA 
Ć'c 
.5irix s"  
SLS'p0  
- /  
Ćs".. 
doe 
146 
luczykiem otworzyła 
yczny pistolet Smith 
ymanej broni, którą 
v. Wreszcie wrzuciła 
i patrzył martwym 
szklankę, w drugiej 
enie w stronę przy 
łoło kominka. 
a. To była sprawka 
Donnera. Gdyby nie 
' by się nie wydarzyła. 
Wstał i podszedł do 
wejścia zatrzymał się 
złego snu. Boczne 
ącą szybkością wy 
rytej zmarszczkami 
ochen chleba łapa 
cho: 
zybko. 
w płuca. 
jest na piętrze. To 
. Grant powiedział: 
;eczny, masz szansę 
- Może go przyskrzynili? 
Siedział na skraju biurka, trzymając na kolanach strzelbę. Papieros tlił się w 
kąciku ust. Zamknął zdrowe oko. To drugie patrzyło nieruchomo w przestrzeń. Był 
więcej niż lekko pijany, a wciąż sięgał po butelkę, by napełnić opróżnioną 
szklankę. 
- Zostaw to - powiedział rozwścieczony Manton. - Będziesz musiał użyć całego 
swego sprytu, jeśli chcesz jeszcze zobaczyć ranek. 
- Czas, kiedy mi pan rozkazywał, bezpowrotnie minął, panie Manton - powiedział 
Donner, nalewając sobie kolejną whisky. 
Manton zrobił krok do przodu i już podnosił rękę, gdy ktoś zapukał do drzwi. 
Podbiegł do nich szybko. 
- Kto tam? 
- To ja, panie Manton - zawołał Bluey Squires. - Jango wrócił. 
Manton poczuł, jak ogarnia go poczucie ulgi i zwolnił zamek. W tej samej chwili 
drzwi poleciały na niego. Zobaczył przed sobą Granta wyglądającego jak Bóg 
zemsty. Obok niego stał Miller czarnooki, z bladą twarzą. A za nimi byli inni 
potężni mężczyźni w niebieskich mundurach. Rzucili się naprzód, jak fala 
przypływu. I ta fala pochłonęła go. 
Donner nie zdążył wymierzyć ze strzelby. Wprawdzie podniósł ją, ale Nick cisnął 
weń taboretem i bezużyteczna broń upadła na ziemię ze zgiętą lufą. Grant jednym 
susem przeskoczył ostatnie dziesięć stóp i jego potężna pięść wylądowała na 
szczęce Donnera. 

background image

Chwilę później Donner walczył na podłodze, mając na sobie ciężar czterech 
potężnych chłopców. Trzeba było jeszcze dwóch następnych, by sprowadzić go do 
policyjnego furgonu. 
ągu ostatnich paru 
20 
lviedy zbliżali się do centrum miasta, mgła jeszcze bardzie] zgęstniała. Garvald 
zjechał z głównej ulicy i skierowali się w stronę rzeki, trzymając bocznych 
uliczek. 
- Skąd masz wóz? - zapytała Bella. 
- Pożyczył mi jeden z przyjaciół. 
Jechali dalej w milczeniu. Po chwili odezwała się znowu. 
- To było tak dawno, prawda Ben? Myślę o byciu razem, sam na sam, jak teraz. 
- Zbyt dawno, aniołku - odparł, a w jego głosie zabraniała nuta zamykająca 
rozmowę. 
Wydawało się, że to zauważyła. Wyciągnęła złotą papierośnicę i włożyła do ust 
papierosa. 
- Co potem zamierzasz? 
- Kiedy będę miał pieniądze? - Uśmiechnął się szeroko.  
Wracam do domu, Bello. Z powrotem w moje stare strony. Mój wuj ma farmę w Antrim 
i nie ma kto jej przejąć. Mam dosyć miasta. 
149 
'Ć"ĆĆdz., Ot, ;:S5:ĆS",S:Ć.SS;~. 
'""Ć"'"P dn, 'AIO? Bricnrc 
yppon,,.. S 
'Haz.r po 
- "rara osr znr /Ćrf.M 
3ot?frq areJ n, - Ć" sntn nfeio 
am.1 01 n ogaf n ĆR.  
Oł Op 23Bzo 
Ć' Ć"" ars ?BfBpazJds' " 
ss:S; 
'"'Ć"Ć".. ,.,sr 
, a potem parsknęła 
baczę. 
zewacz do łóżka  
glądało jak uśpione. 
agazyny. Wszystkie 
na metalową kratę. 
imochód pod lampą 
ę dostrzegł otulone 
i po drugiej stronie 
szu, to fale bijące 
do niego. 
dzie główna brama 
? pod naciskiem jej 
w dawały odrobinę 
zała widoczność. 
- Biuro Zarządu" 
oszli na wysokość 
i. Dalej balustrada 
nnościach idących 
światła na całej 
, jeśli oddalisz się 
z czymś skończyć. Zamiast tego opanował go dziwny smutek. Lampa zawieszona nad 
jego głową i próbująca pokonać mrok wydawała mu się nierzeczywista i ulotna. 
Miał wrażenie, że zaraz rozpłynie się gdzieś we mgle. 

background image

Lata, które pożarła szarańcza. Kiedy przyszedł mu na myśl ten cytat, wróciło 
wspomnienie starej babki, która siadała w piątkowe wieczory, by czytać wnukowi 
rozłożoną na kolanach Biblię. Był wtedy chłopcem, przed którym otwierało się 
całe życie z jego nadziejami, marzeniami i zachwytem wstrzymującym oddech. 
Znowu usłyszał jej kroki na kamiennej kostce. Zaczął obracać ku niej swe potężne 
ciało. 
- Nie zajęło ci to dużo czasu. 
W ostatniej, zamierającej sekundzie życia, kiedy czas zaczął zwalniać i cichnąć, 
zdążył dostrzec jedną tylko rzecz - lufę pistoletu, która trysnęła w jego stronę 
ogniem. Zachwiał się i poleciał w tył na drewnianą balustradę. Wpółobrócony, 
uchwycił się jej rękami, a ta trzasnęła i pękła. W tej samej chwili druga kula 
usiadła mu na plecach i zepchnęła z brzegu w wieczną ciemność. 
i klucz. 
tów uderzających 
papierosa, zapalił 
w życiu próbuje 
21 
J\jedy Harry Faulkner wszedł do biura C.I.D w Głównej Komendzie Policji, było 
dokładnie piętnaście po czwartej. Pierwszą osobą, którą zobaczył, był Chuck 
Lazer, który siedział przy wolnym biurku i popijając z kubka kawę grał sam ze 
sobą w chińczyka. 
- Co ty tu robisz, do diabła? - spytał zdumiony. 
- Nazywają to pomocą dla C.I.D. - powiedział Lazer. - Fantastyczna robota, tylko 
nie śmierdzi forsą. 
Drzwi do biura Grania otwarły się i wyszedł z nich młody policjant. 
- Proszę wejść, panie Faulkner. Inspektor Grant pragnie zamienić z panem kilka 
słów. 
Grant siedział przy swoim biurku w narzuconym na ramiona 
płaszczu. Pot perlił mu się na czole. Wytarł go rękawem, po czym wyciągnął z 
kieszeni listek aspiryny i wpakował do ust dwie tabletki. Popił odrobiną herbaty 
z półlitrowego garnuszka, który miał na podorędziu, i skrzywił twarz. 
- Napełnij to, chłopcze, czymś zdatnym do picia. 
153 
Posterunkowy wziął garnek i wyszedł, a Faulkner usiadł na krześle po drugiej 
stronie biurka. Zmarszczył brwi. 
- O co właściwie chodzi? 
- Aresztowaliśmy Freda Mantona - powiedział Grant, przy 
kładając do fajki zapaloną zapałkę. - Pomyślałem, że powinien pan o tym 
wiedzieć, w końcu pracuje u pana. 
Faulkner był zbyt starym lisem, aby dać się złapać. Wyciągnął papierosa i 
przytknął mosiężną zapalniczkę. 
- Jaki zarzut? 
- Jak na razie, oskarżam go o zabójstwo policjanta. 
Faulknerowi zszarzała twarz. 
- Zdaje pan sobie sprawę z tego, co pan robi? 
- Cholernie dobrze - odpowiedział Grant, - Jeśli to pana 
interesuje, zamierzał on zwiać z całą forsą, na jakiej mógł położyć swoje łapy. 
Pańską forsą, oczywiście. 
- Skurwysyn - powiedział Faulkner. - Po tym wszystkim, co dla niego zrobiłem. 
- Wysyłam wfasnie paru oficerów do "Flamingo" - odezwał 
się Grant. - Mają nakaz rewizji upoważniający do przeszukania biura Mantona i 
jego prywatnych pomieszczeń. Myślę, że winien pan tam być jako właściciel. 
Chodzi o potwierdzenie, że wszystko jest w porządku. Szczególnie chciałbym 
zapoznać się ze spisem zawartości sejfu. 
- Służę pomocą - powiedział cicho Faulkner. - Przecież pan mnie zna. 
- Oczekiwałem takie] właśnie odpowiedzi. Przy drzwiach na dole znajdzie pan 
detektywa posterunkowego Cartera i jednego mundurowego. 

background image

Faulkner ruszył ku drzwiom. Kiedy je otworzył, stanął twarzą w twarz z młodym 
policjantem niosącym herbatę. 
- Jeszcze jedna rzecz, panie Faulkner - powiedział Grant. Gdyby pan mógł tu 
wrócić z obydwoma oficerami po skończeniu rewizJi.,. Chciałbym usłyszeć od pana 
ogólną opinię na temat Mantona. 
- Czy to naprawdę konieczne? 
- Będę wdzięczny za wszelką pomoc, jakiej nam pan udzieli. Za każdą formę 
pomocy. 
154 
ner usiadł na krześle 
edział Grant, przy 
m, że powinien pan 
złapać. Wyciągnął 
iqanta. 

- Jeśli to pana 
ikiej mógł położyć 
tym wszystkim, co 
ingo" - odezwał 
do przeszukania 
'ślę, że winien pan 
że wszystko jest 
spisem zawartości 
. - Przecież pan 
drzwiach na dole 
i jednego mun 
'l, stanął twarzą 
odział Grant.  
i po skończeniu 
temat Mantona. 
pan udzieli. Za 
Faulkner spojrzał na niego i zmarszczył lekko brwi, jakby nie bardzo mógł pojąć, 
do czego to wszystko zmierza. Wzruszył ramionami. 
- A więc do zobaczenia. 
Drzwi zamknęły się za nim, a Grant sięgnął po garnuszek z herbatą i przyłożył go 
do ust. Wykrzywił twarz z niesmakiem i szybko odstawił herbatę. 
- Jest świeżo parzona, sir - bronił się młody policjant. 
- To nie twoja wina, chłopcze - rzekł Grant. - Raczej moja. Jestem już za stary 
na tę całą zabawę. Ostatni raz widziałem łóżko dwadzieścia godzin temu, mam ze 
czterdzieści stopni gorączki, a w ustach smak, jakbym lizał pod pachą ruskiego 
zapaśnika. 
- Czy jest coś, co mógłbym zrobić, sir? 
- Owszem, znajdź sobie jakieś przyzwoite zajęcie, dopóki jesteś dość młody, by 
się stąd ulotnić. 
Grant wstał, podszedł do drzwi i obrócił się w progu. 
- Jeżeli powtórzysz komuś moje słowa, obedrę cię ze skóry. Gdy przechodził przez 
sąsiedni pokój, dostrzegł go Lazer. Spojrzał na Granta i pokręcił głową. 
- Wygląda pan jak wyciągnięty z grobu. 
- To jeszcze nic w porównaniu z tym, jak się czuję. 
Przeszedł korytarzem i wszedł do pokoju przesłuchań. Na jego środku stał stół, a 
przy nim siedział Manton z twarzą ukrytą w dłoniach. Mundurowy policjant przy 
drzwiach zerwał się z krzesła. Grant skinął mu, podszedł do stołu, usiadł 
naprzeciw Mantona i zapalił papierosa. 
Deszcz tłukł o szybę, a szare ściany zdawały się pokryte falującą warstwą cieni. 
Czuć było stary dym tytoniowy i mgłę. Powietrze było ciężkie i kwaśne. Mantona 
bolała głowa, a kiedy dotykał policzka, czuł pod palcami zadrapanie długie na 

background image

trzy cale. Skórę miał nabrzmiałą i podrażnioną. Była to pozostałość po walce w 
,Stodole", gdy czyjaś pięść wylądowała na jego szczęce. 
- W porządku, zacznijmy raz jeszcze - głos Granta zdawał się wydobywać z dna 
morza. - Od początku. 
- Żądam adwokata - powiedział Manton bezbarwnym gło 
sem. - Znam swoje prawa. 
155 
ĆZapewniam w tv Ć 
roz - ° P°te.bo 
G...ư o'.  
T...,:,; 
,:SS,y E Ćc 
r "'"o. 
SS?. w 
"e?'' ro mam 2MBiara 2mie  
S:"'0" 

,, ~,Garv "ial ""... al°ba nu "' 
. chce go gdzicj 
' wszedł Nick, "~" (tm)iertelme. 
l u mego? Wciąż ł 
wuwo w słowo nź ĆT sanla toryika? 
"ie domowe. Ć oa O0"" urieL . 
zanim skończymy 
iadaj. 
Ćzeci, że to był Ben 
i na piętrze, kiedy 
)wał go zatrzymać. 
lierzał coś takiego. 
iu, w którym cię 
lieniać zeznań  
Co stanie się, gdy 
Podoba mi się ten 
. Myślał, że Brady 
że chce go gdzieś 
o na wypadek. 
patrzyliście? 
lieszali. Mówił, że 
;o. 
lie. 
a odrabiać razem 
przeczytał szybko 
y nasz przyjaciel. 
!go jakiś przytulny 
. Manton chwycił 
r grymas. 
Policja Miejska 
OŚWIADCZENIE WIĘĄNIA 
W przypadku aresztowania więźnia pod zarzutem zabójstwa lub innego poważnego 
przestępstwa, aresztujący go oficer powinien natychmiast przedstawić więźniowi 
zarzuty i ostrzec, że nie ma on obowiązku mówienia czegokolwiek, ale wszystko, 
co powie, może zostać spisane i wykorzystane w dochodzeniu. Po udzieleniu 
ostrzeżenia oficer spisze na tym formularzu możliwie wiernie, słowo w słowo, 
każdą wypowiedź, która dotyczy oskarżenia, a której udzieli więzień. Zeznania te 
będą następnie dostarczone przez inspektora Sekcji naczelnikowi policji i 
przechowane u niego aż do zamknięcia procesu... 

background image

Nazywam się Alexias Stavrou, znany przez przyjaciół jako Jango Stavrou. Pracuję 
jako zastępca kierownika w klubie "Flamingo" na Gascoigne Square. Tuż po północy 
stałem niedaleko służbowego wejścia, kiedy przyszedł pan Brady i powiedział, że 
chce się widzieć z Benem Garvaldem. Powiedziałem mu, że nawet nie wiem, kim jest 
Garvald, nic wiedząc, że jest on na górze u pana Mantona. Frank Donner dołączył 
się do nas i przedłużał rozmowę. Pan Brady silą wdarł się na piętro, ale Garvald 
już poszedł, więc zaczął przeszukiwać wszystkie pokoje. Donner powiedział 
Mantonowi, by dał Brady'emu kilka funtów, aby sobie poszedł. Pan Brady się 
wściekł. To wystarczyło. Donner kopnął go w krocze i pan Brady zleciał ze 
schodów prowadzących do prywatnego wejścia. Wtedy Garvald wyszedł z szafy, w 
której się ukrył. Wyszedł bocznymi drzwiami, a pan Manton polecił mi iść za nim. 
Poszedłem za Garvaldem do "Regent Hotel" na Gloyne Strcet. Kiedy wróciłem, 
znalazłem pana Mantona schowanego przy Stank's Yard, niedaleko klubu. Powiedział 
mi, że Brady nie żyje i że Donner poszedł pożyczyć furgonetkę. Chcieli porzucić 
pana Brady'ego gdzieś na ulicy i upozorować wypadek. Powiedziałem panu 
Mantonowi, że nie chcę być w to wmieszany, ale nastraszył mnie. Wie, że przez 
pięć lat byłem na Cyprze członkiem EOKA i że jestem w tym kraju na fałszywym 
paszporcie. Zostawiliśmy pana Brady'ego na ulicy, niedaleko rzeki, pozorując 
wypadek. Donner chciał go przejechać, by lepiej wyglądało, ale jechał inny wóz i 
musieliśmy uciekać. Donner zrzucił furgonetkę z Graigner's Wharf. Potem na 
rozkaz pana Mantona zabraliśmy Garvalda z "Regent Hotel" i zawieźliśmy do 
"Stodoły" przy Ryescroft, bo był świadkiem tego, co się stało. Ale on uciekł. 
Pan Manton powiedział, bym wziął jaguara i pojechał do "Flamingo", by zabrać to, 
co jest w sejfie. Powiedział, że jego szef, pan Faulkner, dzwonił do niego przez 
telefon 
157 
i mówił, że potrzebuje pieniędzy, bo kończy mu się forsa w jednym z kasyn. W 
drodze do klubu zostałem aresztowany przez pana Millera, który powiedział mi 
prawdę i że pan Brady wcale nie umarł. To wszystko, co mogę powiedzieć i to jest 
prawda, przysięgam na grób własnej matki. 
podpisano: Alcnias Stavrou 
Przez dłuższą chwilę Manton siedział patrząc na oświadczenie Jango. Nick 
wyciągnął rękę i zabrał mu papier. 
- Masz może coś do powiedzenia? 
- Jeżeli potraficie to udowodnić, bo jeśli nie... 
Manton wyciągnął papierosa z leżącej na stole paczki, Nick podsunął mu ogień. 
- Wystarczająco to jasne, Manton. Tylko jest jeszcze jedna rzecz. Co z 
Garvaldem? Dlaczego tu wrócił? Czy kasa ze Steel Amalgamated wciąż jest gdzieś w 
pobliżu? 
- Dlaczego miałbym wam ułatwiać robotę? Chyba wystarczająco dużo zarabiacie, 
nie? - Manton odsunął krzesło. - Zabierzcie mnie na dół i skończmy z tym. 
Chciałbym się trochę przespać. 
- Tam, gdzie idziesz, będziesz miał na to mnóstwo czasu. Nie ma tam zbyt wielu 
innych zajęć. 
Ruszali w stronę drzwi, gdy wszedł Grant. Miał twarz skupioną i poważną, 
zmarszczki wydawały się bardziej wyraźne. Skinął na posterunkowego. 
- Zabierz go na dół, chcę zamienić parę słów z sierżantem Millerem. Za 
wychodzącymi zamknęły się drzwi, a Nick pokręcił głową. 
- Będzie się trzymał tego kłamstwa, dopóki nie wyjaśni się, co z Bradym. Myślę, 
że to zrozumiałe. Nie ma nic do stracenia. 
- Znaleźli twój wóz - powiedział Grant. 
- Gdzie? 
- Hagen's Wharf, nad rzeką. Zaparkowany na ulicy przed samym wejściem. Brama 
była otwarta, więc nie w ciemię bity policjant pomyślał, że się rozejrzy po 
przystani, bo może tam być Garvald. 
- I znalazł go? 
Grant skinął głową. 

background image

- Leżał w przybrzeżnym mule na końcu przystani, Z tego, co widać, został 
zastrzelony. 
158 
jednym z kasyn. 
Millera, który 
Fo wszystko, co 
isnej matki. 
Alexias Stavrou 
L oświadczenie 
22 
paczki, Nick 
;ze jedna rzecz. 
Amalgamated 
, wystarczająco 
Nabierzcie mnie 
ić. 
i czasu. Nie ma 
warz skupioną 
snę. Skinął na 
atem Millerem. 
ęcil głową. 
wyjaśni się, co 
icenia. 
y przed samym 
bity policjant 
/ć Garvald. 
mi. Z tego, co 
J\Jedy Nick i Grant dotarli na miejsce, duży czarny furgon nazywany w ich 
wydziale Studiem stal już na nabrzeżu przystani Hagen's Wharf. 
Paru policjantów montowało łukową lampę zasilaną z awaryjnego systemu 
energetycznego mieszczącego się w furgonie. Kierował nimi Henry Wadę, 
zatrudniony w Studio detektyw sierżant. 
Wadę był potężnym, otyłym mężczyzną. Kilka podbródków i rogowa oprawa okularów 
sprawiały, że wyglądał na człowieka dobrodusznego. Nosił gruby płaszcz i 
kapelusz, w którym przypominał dobrze prosperującego naciągacza z ciemnych 
uliczek. Poruszał się powoli, ale w środowisku, w którym się obracał liczyły się 
tylko szare komórki, a te miał rzeczywiście na wysokim stopniu rozwoju. 
- Szybka robota, Henry - powiedział Grant, gdy podeszli. 
- Wreszcie coś w miarę ciekawego - odparł Wadę. - Kiedy przyszło wezwanie, 
zajmowaliśmy się włamaniem do Parson's Foundry. Spojrzał zaciekawiony na Nicka. 
- Kto to taki? Jakiś chłopak z college'u? 
159 
cJc zignorował on Ć 
te?w' s... 
. Ben Garvald leżał n. iuusnęfo Polana "aten, prawa nr plecach w mule r o.o a w 
bok, Ptena po. 
daleko, mihony lat T Ć atrywały się wloneMiał Peszcie zdT, d.Na "r20080' stato 
Wy.by Iue bar T w W 
00. byfo/ miał 2a r2yc w t0' c0 
Poszarpana dziura nT mo21iwe h slę na ów°e 
araenap. pod o0801 l 
a druga kula poleweJ plers P" lewe roZ w?006 krwą 
clcstałzręlcam i. "rójscu, gdzie 
tego człowieka. Naio ?ntego cz stwora S2y " 
0 się z p, o° "ieJasny soble Y obraz 
ena, edyzna Poten; L?o0' b0 
?s;s 

background image

teeS 
- Nie wygina Patrzył na 
"sS ". 
Ćs,r 
źS:00 
- z.r'"1"clu20 d, co. 
160 alemusisz go zostawić. 
i w 
na brzeg przystani. 
isnęło na połamaną 
noga skręcona pod 
) zakrzywione. Miał 
/ wieczność, gdzieś 
istach tlił się lekki 
mierzyć w to, co się 
zebać się na równe 
akiej ewentualności 
raz oklejone krwią 
aie, w miejscu, gdzie 
lół na martwe ciało. 
/ślach oczy. Minęło 
Ćaż pierwszy usłyszał 
ł sobie pełny obraz 
konkretny, bo taki. 
i oblekły się żywym 
Wreszcie spotkanie 
wa. 
Czy tłumaczyło to 
go, gdy patrzył na 
aentował Grant. 
pewnością zasłużył 
Tłdł się do Wade'a 
;o? 
klciski palców, na 
nić się, że nie żyje, iniJ' o samochodzie 
musisz go zostawić. 
Kiedy Wadę zniknął za krawędzią przystani, Grant skinął palcem na młodego 
policjanta, który stał cierpliwie obok furgonu w czapce ociekającej deszczem. 
- Johnson, sir, 902, Sekcja Centralna. 
- Ty jesteś tym chłopcem, który go znalazł? 
- Tak jest, sir. 
- Więc opowiadaj. 
- Otrzymałem wiadomość o samochodzie detektywa sierżanta 
Millera, kiedy zameldowałem się u mojego sierżanta. To było o trzeciej 
trzydzieści, sir. Gdy natknąłem się na ten wóz, była dokładnie czwarta 
piętnaście. 
- Czy przyjrzałeś mu się bliżej? 
- Sprawdziłem tylko drzwi. Były zamknięte. 
- Więc postanowiłeś się rozejrzeć? 
- Wydawało się to logiczne, a mała furtka w bramie była 
otwarta. Pomyślałem, że ktokolwiek by to był, powinien być gdzieś w pobliżu. 
Poszedłem więc na przystań i posprawdzałem drzwi. Wracałem już, kiedy światło 
latarki padło na połamaną barierkę. 
Grant spojrzał na ubłocone nogi. 
- Widzę, że zszedłeś na dół. 
- Leżał z tak dziwnie otwartymi oczyma, że nie miałem pewności, czy żyje. 
Wyciągnąłem portfel i znalazłem jego papiery, zwolnienie z więzienia i tak 

background image

dalej. To mi powiedziało, kim on jest. Poszedłem do najbliższego telefonu i 
złożyłem raport. Potem wróciłem i czekałem. 
Co musiało kosztować cię wiele nerwów, rozważał w duchu Grant, myśląc o mgle i 
ciemności, i o tym, co leżało w mule przy brzegu. 
- Czy kiedykolwiek pomagałeś już w pracy C.I.D., chłopcze? 
- Nie, sir. 
- Zobaczymy, co da się zrobić, dobrze? Pozostań tutaj, póki de nie zwolnię. Mogę 
cię jeszcze potrzebować. Zresztą, jeśli znam tę paczkę ze Studia, za minutę 
powinna być herbata. 
Johnson próbował ukryć zadowolenie, co mu się jednak nie bardzo powiodło. W tej 
samej chwili Henry Wadę, pochylający się nad ciałem Garvalda, spojrzał w górę. 
Światło zamigotało na jego szkłach. 
- Mogę ci już coś powiedzieć: nie jest tu zbyt długo. 
Grant zwrócił się w stronę Nicka. 
11 - Piztrwtny urlop 
161 
Nie może być, prawda? O której zabrał ci samochód? 
Około trzeciej. 
Załóżmy, że został zastrzelony pół godziny przed znalezieniem go przez Johnsona. 
Zostaje czterdzieści pięć minut. Ciekaw jestem, co wtedy robił? 
- Był tylko jeden cel jego powrotu - powiedział Nick. - Teraz jestem tego 
zupełnie pewny. 
- Kasa ze Steel Amalgamated? Wciąż jeszcze w to wierzysz? 
- Bardziej niż kiedykolwiek. 
Grant oparł się o furgon i poczęstował Nicka papierosem. 
- Przypuśćmy, że masz rację. Jeżeli rzeczywiście istnieje gdzieś ta kasa, to 
komu mógłby ją Garvald zostawić? Swemu kierowcy, którego nie udało nam się 
złapać? Jeśli to Manton prowadził wtedy wóz, byłaby to dla nas kolejna wskazówka 
wyjaśniająca wszystko, co zaszło tej nocy. 
Nick pokręcił głową. 
- Zanim Ben wyszedł z więzienia, napisał do Belli: "Do zobaczenia wkrótce - 
Ben". Dlaczego? Nie kochał jej już. Sam mi powiedział, że nie interesuje go ona 
ani ciutciut i wierzę w to. 
- Co oznaczałoby, że chciał ją zobaczyć tylko z jednego powodu? 
- By otrzymać z powrotem pieniądze, które ona przechowywała przez te wszystkie 
lata. Słabym punktem w tym rozumowaniu jest jednak sama Bella. Znając ją, 
przypuszczam, że już dawno by je wydała. 
- Nie miała żadnych szans - powiedział Grant. - Nie spuszczałem jej z oczu przez 
co najmniej rok od zamknięcia Garyalda. Chciałem zobaczyć, czy nie zacznie nagle 
wydawać grubych pieniędzy, co oznaczałoby, że kasa wcale nie poszła z dymem. 
Nigdy tego nie zrobiła. Większość czasu pracowała jako kelnerka, a potem dostała 
robotę w którymś z klubów Faulknera. Od tamtej chwili miała wszystko. Wierz mi, 
Faulkner długo na nią polował i musiał jej dobrze zapłacić za swoje prawa. 
Za nimi zatrzymał się jakiś samochód. Wysiadł z niego wysoki, ascetycznie 
wyglądający mężczyzna w ciemnym płaszczu, z uniwersytecką chustą zawiązaną na 
szyi. Miał przy sobie starą czarną walizeczkę. Machnął przyjaźnie ręką w stronę 
Granta. 
- Na miłość boską, nie mogli wybrać jakiejś bardziej normalnej pory? 
lochód? 
zed znalezieniem 
ciekaw jestem, co 
ał Nick. - Teraz 
f to wierzysz? 
ipierosem. 
e istnieje gdzieś ta 
kierowcy, którego 
wtedy wóz, byłaby 

background image

, co zaszło tej nocy. 
Ui: "Do zobaczenia 
l mi powiedział, że 
z jednego powodu? 
na przechowywała 
rozumowaniu jest 
lawno by je wydala. 
rant. - Nie spusz 
nknięcia Garvalda. 
; grubych pieniędzy, em. Nigdy tego nie 
;a, a potem dostała 
amtej chwili miała 
d i musiał jej dobrze 
adł z niego wysoki, płaszczu, z uniwer 
sobie starą czarną 
ranta. 
ś bardziej normalnej 
- Przepraszam, profesorze - powiedział Grant. I dodał: Tym razem będzie pan 
potrzebował kaloszy. Zaraz znajdą parę dla pana. Profesor wychylił się przez 
barierę i wzdrygnął się. 
- Rozumiem, co ma pan na myśli. 
Postawił na ziemi walizkę i poszedł w stronę furgonu. Grant ujął Nicka za ramię 
i odprowadził kilka kroków na bok. 
- Zastanawiam się... Tak się składa, ze Harry Faulkner może być tylko w dwóch 
miejscach. We "Flamingo" albo z powrotem w Komendzie Głównej, gdzie czeka na 
mnie w związku ze sprawą Brady'ego. To znaczy, że Bella jest sama. Może byłoby 
dobrze, gdybyś złożył jej wizytę? 
- Jaką linię mam przyjąć? 
- Możesz zacząć od tego, że potrzebujesz jej do identyfikacji zwłok Garvalda. 
Jako była żona, jest jego najbliższą rodziną. 
- Wiadomość o śmierci Bena może być dla niej szokiem. Odniosłem wrażenie, że 
wciąż ma do niego słabość, - Na to właśnie liczę. Zobacz, jaka będzie jej 
reakcja. Jeśli się załamie, spróbuj ją rozpracować, póki się da. Nie mów, czego 
się domyślasz. Możesz wziąć mój wóz. Jeśli zdarzy się coś niezwykłego, daj znać 
przez radio. 
Odwrócił się, by odejść. Z furgonu wynurzył się profesor w przydużych gumowcach. 
Nick odszedł szybko w drugą stronę, zadowolony, że może opuścić to miejsce. 
Przynajmniej miał coś konkretnego do zrobienia. Coś, co przypuszczalnie mogło 
gdzieś prowadzić. 
Samochód Granta stał po drugiej stronie bramy, kierowca siedział w środku i 
palił papierosa, - Inspektor zostaje tutaj - powiedział do niego Nick. Możesz 
mnie zawieźć do domu Harry'ego Faulknera na St. Martin's Wood. Chwytał za 
klamkę, gdy kierowca zapytał: 
- A co z tym jankesem, sierżancie? Od chwili, gdy tu przyjechaliście, chodzi po 
ulicy w tę i z powrotem. Wygląda jak kot na rozżarzonych węglach. 
Z mroku wynurzył się Chuck Lazer i stanął w świetle samotnej lampy zawieszonej 
nad bramą. Wyglądał jak upiór, z napiętą skórą na wycieńczonej twarzy i z 
okalającą ją brodą, która podkreślała ziemistą cerę. 
163 
Kiedy spojrzał na Nicka pytającymi oczyma, usłyszał: 
- Obawiam się, że to Ben. Wygląda na dwa strzały z bliska. Chcesz zobaczyć? 
Wstrząs był z pewnością olbrzymi. Zdawało się, że z głębokim westchnieniem 
Lazera coś opuściło jego ciało. Pokręcił głową. 
- Po co? 
- Może cię podwieźć? 
- Dokąd? - Lazer pokręcił głową. - To był dobry facet. Zbyt dobry, by skończyć w 
ten sposób, Odwrócił się, by odejść. Nick rzucił pytanie: 

background image

- Chuck, nie masz zamiaru zrobić jakiegoś głupstwa, prawda? Lazer wzruszył 
ramionami. 
- Czy to ma jakieś znaczenie. Generale? Czy coś w ogóle ma sens na tym 
zawszawionym świecie? 
- Znajdziemy tego, kto to zrobił. Złapiemy go. 
- I co z tego? To nie wróci życia Benowi. Chryste, nigdy nie zadawałeś sobie, 
Generale, pytania o sens tego wszystkiego? Zaczął odchodzić. Nick popędził za 
nim i złapał go za rękaw. 
- Jadę zobaczyć się z Bellą, Chuck. Potrzebujemy jej do oficJalnej 
identyfikacji. Poczekasz na mnie w wozie. 
- Co to za pułapka? 
- Niech ci wystarczy, że śmierć jednego dobrego faceta to dosyć na tę noc. 
Najprawdopodobniej nie zniósłbym śmierci drugiego. 
Przez kilka sekund Lazer patrzył na niego posępnym wzrokiem, nic nie mówiąc. 
Wreszcie kiwnął dwa razy głową, jakby coś zrozumiał. Wrócili razem do wozu. 
usłyszał: 
wa strzały z bliska. 
) się, że z głębokim 
(kręcił głową. 
)ył dobry facet. Zbyt 
23 
głupstwa, prawda? 
/ coś w ogóle ma sens 
go. 
i. Chryste, nigdy nie 
wszystkiego? 
ipał go za rękaw. 
ujemy jej do oficjalnej 
Cldy przyjechali na miejsce, w domu przy St. Martin's Wood wciąż jeszcze płonęły 
światła, choć na podjeździe stały już tylko cztery samochody. Przez zasłonięte 
okna Długiego Pokoju dolatywały ciche dźwięki gramofonowej płyty. 
brego faceta to dosyć 
anierci drugiego. 
posępnym wzrokiem, L, jakby coś zrozumiał. 
- Co byś powiedział, gdybyśmy zajrzeli tam razem? Wygląda na to, że przyjęcie 
trwa nadal. 
- Czemu nie? Może przyda im się jakiś dobry pianista. 
Weszli po schodach. Drzwi były zamknięte, więc Nick nacisnął 
dzwonek. Trzymał przycisk dobre pół minuty. 
Wreszcie otworzyły się drzwi i na zewnątrz wyjrzał Craig. Jedna 
strona jego twarzy była podpuchnięta i nie wyglądała najlepiej ze 
świeżym siniakiem. Był wyraźnie pijany. Spojrzał na Nicka wzrokiem 
pełnym nienawiści. 
- Czego chcesz, do diabła. Przyjęcie skończone. 
- Wcale mi na to nie wygląda. 
Nick lekceważącym ruchem ręki odepchnął go na bok i wszedł do środka. Hali był 
pusty, ale w Długim Pokoju dwie pary kręciły się 
165 
troc bez celu J 
anoking spał nie, asy króla Jerze 
r przeszed 
y Pianinie i zac. 
apał Niclca za rai 
ck uwolnił się 
. ~~ Zrób to raz 
Jest pani FauJJcner? 
~~ Masz naJcaz? 

background image

" Tale się skład; 
- Widziałem, Ja 
że ma dosyĆ 
żiwydostar 
Jedno słowo. 
fedn0?8 otworzył 
skt?' rJeple'' i 
żerował się wolnym j 
La2er uśmiechnął s 
Byliśmy tu już y 
Nici. Todh noc, Chyba wypiłbym 
dc wszedł za bar 
Wń/llr; M, - "l  
- r.iuuu do piani 
sobie po brzegi i wychyl 
yk. Ć 
°ony, by myśJe 
W nnl? lerę nie P0 
"POJawiłsięc 
odziany w elegancki 
vanie, który pamiętał 
fon, po czym usiadł 
Ćontowych drzwiach, przez ścianę. Gdzie 
, gdzie ona jest? 
a do swego pokoju. 
chcę zamienić z nią 
'narnego, pomyślał 
ł przez hali. Nick 
loc - powiedział 
i butelkę szkockiej 
owi, sam napełnił 
ożna wpaść w na 
i ciele i raz jeszcze 
t rytmowi muzyki. 
żuł się zmęczony. 
a gdzieś w pod 
dało mu jednego 
całej tej sprawy. 
nu pełen ironii. 
- Ona nie czuje się zbyt dobrze, gliniarzu. Będziesz musiał zaczekać do jutra. 
- Już jest jutro. - Nick pokręcił głową. - Chcesz mnie wykiwać, Craig. Robisz 
poważny błąd. 
Ruszył przez pokój nie bacząc na okrzyk Craiga. Przeszedł przez hali i stanął u 
drzwi biblioteki. Kiedy otworzył je i chciał wejść do środka, Craig złapał go z 
tyłu za ramię. Nick cisnął go przez hali, szybko zatrzasnął drzwi i przekręcił 
klucz. 
Ogień w kominku przygasł, ale na biurku stała włączona lampa. Zbliżył się do 
drzwi sypialni i zapukał. Nikt nie odpowiedział, więc spróbował je otworzyć. 
Były zamknięte. 
Znowu zapukał.& 
&&Bella, to ja, Nick Miller. Muszę z tobą porozmawiać. 
Przez chwilę panowała cisza, potem rozległy się ciche kroki, zatrzeszczał 
przekręcany klucz. Otworzył drzwi, a Bella przemknęła obok i zatrzymała się w 
pobliżu kominka. 
Miała na sobie jedwabny szlafrok, którego rękawy obrębiało futerko z norek. 
Twarz była blada, oczy ciemne, bez wyrazu. Sięgnęła po stojącą na bocznym 

background image

stoliku szklankę i wlała sobie podwójną porcję dżinu. Obróciła ku niemu swą 
dziwnie wyzywającą twarz. 
- W co właściwie chcecie wmieszać Harry'ego? Nie mów mi 
tylko, że po tylu latach jest coś, do czego możecie się przyczepić. 
- Harry? - Nick zmarszczył brwi i za chwilę skojarzył imię. Mylisz się, Bella. 
To Fred Manton posunął się za daleko. Chciał zwiać z zawartością sejfu z 
"Flamingo". Harry został poproszony o obecność przy sprawdzeniu stanu majątku 
klubu. Tylko tyle. 
Z umieszczonego za jej plecami lustra spoglądała na niego jakaś obca twarz. 
Człowiek w niebieskim płaszczu, przypatrujący mu się przenikliwie spod 
nasuniętej na czoło czapki o wojskowym fasonie. 
Bella zatrzęsła się na całym ciele i szybko wychyliła dźin. 
- Czy to wszystko, co chciałeś mi powiedzieć? 
- Nie, przyszedłem ci oznajmić, że Ben nie będzie cię już więcej niepokoił. 
Coś pojawiło się w jej oczach, ale w ułamku sekundy zniknęło. Odchyliła głowę w 
tył. 
167 
- Czyżby? Możesz mu powiedzieć, że gdy chodzi o mnie, to niech idzie do diabła. 
- Nie usłyszałby tego - powiedział cicho Nick. - Leży w przybrzeżnym mule na 
końcu przystani Hagen's Wharf. Ktoś wsadził w niego parę kuł, Do tego momentu 
był to tylko nocny koszmar sklecony z mgły i ciemności. Coś, co mogło zniknąć w 
świetle poranka i OGCJSĆ w niepamięć, jak zły sen. 
Ale teraz, w jednym strasznym momede olśnienia zobaczyła go leżącego w błocie, z 
zamarłym uśmiechem na ustach. To, co się stało, uderzyło w nią z całą swą siłą. 
Upuściła szklankę i wyciągnęła rękę, jakby chcąc odparować cios, zaczęła kręcić 
głową w lewo i w prawo, w lewo i w prawo. Wykrzywiła twarz, aż wreszcie żołądek 
podszedł jej do gardła. Z dłonią przy ustach pobiegła do łazienki. 
Pochyliła się nad klozetem, plecami wstrząsały konwulsje. Nick patrzył na nią 
stojąc w drzwiach. Był dziwnie spokojny. Czuł się tak, jakby stał obok siebie, 
obok nich obojga, ale to musiał być efekt wypitego alkoholu. Stał w cieniu 
światła dochodzącego z drugiego pokoju, przyglądał się sobie i tej kobiecie, i 
wiedział z przerażającą oczywistością, że stoi tuż na krawędzi rozwiązania 
zagadki. 
Chwycił ją za ramiona i obrócił ku sobie, - Dlaczego Ben tu wrócił? Z powodu 
pieniędzy, prawda, Bella? Pieniędzy, które trzymałaś dla niego przez te 
wszystkie lata. Chodziło o jego część ze Steel Amalgamated. 
Pchnęła go mocno i wybiegła do drugiego pokoju. 
- Wynoś się! - krzyknęła. - Wynoś się stąd! Natychmiast! 
- Ben był tu tej nocy, prawda? 
- Nie, nieprawda! Nie widziałam Bena od dziewięciu lat. 
Próbowała go wyminąć, ale on chwycił ją za ramię i rzucił 
na łóżko. Leżała patrząc na niego przerażonymi oczyma. Pochylił 
się nad nią. 
- Ben powiedział mi, że nie interesujesz go już zupełnie i wierzę, że nie 
kłamał. Dlaczego więc chciał się z tobą zobaczyć? Musiało chodzić o pieniądze. 
Sięgnął ręką do wewnętrznej kieszeni i wydobył z niq portfel, ł 68 
l o mnie, to niech 
- Leży w przy 
rf. Ktoś wsadził 
sklejony z mgły 
franka i ou.jść 
ia zobaczyła go 
To, co się stało, )dparować cios, vo. Wykrzywiła 
'nią przy ustach 
onwulsje. Nick 
y. Czuł się tak, isiał być efekt 
go z drugiego 

background image

z przerażającą 
idki. 
rawda, Bella? 
lata. Chodziło 
a z nim różne papiery. Rozsypał Je na łóżku szukając w nich czegoś jedną ręką, 
podczas gdy drugą trzymał jej nadgarstek. 
Znalazł list, otworzył go szybko i podsunął Belli przed oczy. 
- Napisał do ciebie z więzienia, ostrzegł, że przyjeżdża. Czyż nie? Tu masz jego 
list. 
Jej twarz wykrzywiła się, jak w stłuczonym lustrze. Puścił jej dłoń i marszcząc 
brwi spojrzał na pismo. To, co ujrzał, ścięło go z nóg, jakby ktoś z całej siły 
uderzył go w żołądek. 
Gdy Bella zaczęła histerycznie kląć, chwycił ją za gardło i wcisnął głowę w 
pościel. 
- W porządku, ty stara suko, a teraz gadaj całą prawdę. 
ychmiast! 
iu lat. 
"nie i rzucił 
ma. Pochylił 
teie i wierzę, yć? Musiało 
niej portfel, 24 
Dyła prawie szósta, kiedy Jean Fleming otworzyła boczną furtkę i weszła na 
szkolny dziedziniec. Mgła zaczynała rzednąć w szarym świetle poranka, ale deszcz 
dalej padał, i jego fale szły jedna po drugiej gnane wiatrem. 
Wbiegła na ganek i jedną ręką zaczęła szukać klucza. W drugiej trzymała karton 
mleka, a pod pachą ściskała gazetę. Gdy wreszcie udało się jej wejść do środka, 
stanęła na progu marszcząc brwi. W sali muzycznej ktoś grał na pianinie. 
Nick był zmęczony, bardziej zmęczony, niż się spodziewał. To była bardzo długa 
noc. Parszywa zmiana wreszcie dobiegała końca. Rzucił okiem na wchodzącą Jean. 
Odłożyła karton mleka i gazetę na ławkę, ściągnęła z głowy zmoczoną chustkę i 
idąc w jego stronę przeczesała palcami włosy. 
Miała na sobie ciepły barani kożuszek, kozaki i ręcznie szytą tweedową sukienkę. 
Stanęła tak blisko, że wystarczyłoby wyciągnąć rękę, by jej dotknąć. Pomyślał, 
czy coś takiego może zdarzyć się więcej niż jeden raz w życiu. Ta dziwna 
mieszanina miłości i pożądania, która była niemal namacalna w jego ciele. 
171 
- Wyglądasz ślicznie - powiedział nie przerywając gry. - Nie wiedziałem, że 
kobieta może wyglądać równie pięknie o tak wczesnej godzinie. Czy udało ci się 
trochę przespać? 
- Nie za bardzo. Czekałam na ciebie. 
- Przecież mówiłem ci, że nie będę w stanie wpaść przed 
zakończeniem służby. 
- Ale teraz jesteś wreszcie po? 
Spojrzał na wiszący na ścianie zegar. 
- Nie całkiem. Zostało dziesięć minut. 
Uśmiechnęła się. 
- Przyjechałeś zjeść ze mną śniadanie? 
Pokręcił głową. 
- Nie, Jean, przyjechałem zabrać cię do miasta. 
- Do miasta? - Uśmiechała się ciągle, ale oczy stały się zimne. Masz na myśli 
Komendę Główną Policji? 
- Zgadza się. Aresztuję cię pod zarzutem zamordowania Bena Garvalda. 
Dziwne, ale nie próbowała zaprzeczyć. Stała patrząc na niego, jakoś zupełnie 
obojętna, jakby była widzem stojącym na zewnątrz tego wszystkiego, z bladą, 
opanowaną twarzą wieśniaczki. 
Nick przestał grać. Wyciągnął z kieszeni paczkę papierosów i wetknął jednego w 
usta. Sięgnął po zapałki. Znalazł je, zapalił papierosa i zakrztusił się dymem. 

background image

- Czy mogę? 
Pchnął paczkę po pianinie i podał jej ogień. Zaciągnęła się głęboko i zupełnie 
spokojna spojrzała na niego w dół. 
- Nie mógłbyś grać dalej? 
- W porządku. - Zaczął znowu grać, ręce wolno przesuwały się po klawiszach, 
budząc sekwencję spokojnych, smutnych akordów, które były połączeniem cech zimy 
i jesieni. - Przez całą noc kilka rzeczy nie dawało mi spokoju. Na przykład 
list. Ten, który Ben miałby wysłać do Belli. 
- Miałby? 
- Musiał iść do Chucka Lazera, by dowiedzieć się, za kogo wyszła. Ben nie miał 
pojęcia, gdzie mieszka Bella. Więc, do diabła, jak mógłby do niej napisać? Zdaje 
się, że wzięłaś sobie kawałek więziennego 
172 
gry. - Nie 
ik wczesnej 
paść przed 
papieru, kiedy byłaś u niego po raz ostatni. Nic trudnego. W pokoju widzeń jest 
ich zawsze pod dostatkiem. 
- Nie będzie ci to łatwo udowodnić. 
- Nie wydaje mi się. 
Wyciągnął z portfela złożony arkusz niebieskiego papieru i położył na wierzchu 
pianina. Na górze było wydrukowane: Odpowiadając na list, proszę napisać na 
kopercie: 
Numer ........................ 
Nazwisko ..................... 
Więzienie 
się zimne.  
owania Bena 
ĆŃC na niego, zewnątrz tego 
? papierosów 
izł je, zapalił 
;ła się głęboko 
przesuwały się 
ych akordów, całą noc kilka 
iry Ben miałby 
5 się, za kogo 
;, do diabła, jak 
lek więziennego 
Ta strona papieru była czysta. Kiedy odwrócił kartkę, na drugiej stronie 
widniało napisane przez Jean Fleming jej imię i adres. Wyciągnął list Bena 
napisany na takim samym papierze i położył obok. 
Jean westchnęła. 
- To było raczej nieostrożne z mojej strony. 
Jakoś łatwo przyszło jej się z tym pogodzić. Przeraził go jej zimny spokój. 
- To przypadkowy zbieg okoliczności. Chciałabym poznać przyczyny. 
- Oto jedna z nich. Ben nie mógł tutaj wrócić, bo nie byłaś pewna, jak się 
zachowa, gdy dowie się, że nie czekają tu na niego żadne pieniądze. Dowiedziałaś 
się o dacie jego zwolnienia i podrobiłaś list. 
- Aby przestraszyć Bellę? 
- Częściowo. Ale przede wszystkim chciałaś mieć coś, co mogłabyś pokazać 
Harry'emu Faulknerowi. Wiedziałaś, że może on wiele rzeczy załatwić. Może jakiś 
pokaz siły, który przestraszyłby Bena? Ale w tym miejscu zrobiłaś błąd. Ben 
Garvald nie był człowiekiem, którego mogłoby coś przestraszyć. Do nas zaś 
przyszłaś jedynie po to, by cala ta rzecz dobrze wyglądała. 
- Byłeś u Belli. 
Skinął głową. 

background image

- Gdy powiedziałem jej to, co już sam wiem, szybko wyśpiewała resztę. 
Opowiedziała mi nawet o rozwodzie, o tym, jak Ben sam radził 
173 
jej wystąpienie do sądu. Miało to rozproszyć wszystkie podejrzenia ze strony 
policji i udowodnić, że nie ma ona żadnych jego pieniędzy. 
- Czy powiedziała ci, że była kierowcą Bena podczas kradzieży w Steel 
Amalgamated? 
- Ty byłaś jej alibi. Przysięgłaś na policji, że całą noc nie wychodziła z domu, 
a potem zaczęłaś ją szantażować. Przycisnęłaś do muru własną siostrę. Wiedziała, 
że wystarczy ci otworzyć usta, a dostanie pięć lat. 
- Potrzebowałam pieniędzy - powiedziała cicho. 
- Teraz już to wiem - odparł. - Cztery lata na uniwersytecie. Tak przy okazji, 
czy naprawdę pracowałaś w nocy jako barmanka? A potem - ta szkoła. Powiedziałaś, 
że spłacasz pannie Van Heflin procenty z rocznych dochodów. Nie powiedziałaś mi, 
że zapłaciłaś jej z góry trzy tysiące funtów. Ale ona mi to powiedziała. Pół 
godziny temu wyciągnąłem ją z łóżka i rozmówiłem się z nią przez telefon. 
Szalenie miła osóbka. Ma zresztą nadzieję, że nie zrobiłaś nic złego. 
Nerwy puściły i trzasnęła pięścią w pianino. 
- Musiałam się wydostać z Khyber Street, Nick. Rozumiesz? Musiałam. 
- A co z Benem? 
- On chciał wszystko zniszczyć. Gdyby miał trochę rozumu, trzymałby się z 
daleka. Wtedy nic by się nie stało. 
- Bella powiedziała mi, jak to wszystko zorganizowałaś. Że jeśli Ben się pojawi, 
ma mu opowiedzieć tę wyssaną z palca historyjkę o pieniądzach ukrytych w łodzi 
na przystani Hagen's Wharf. Poleciłaś jej wziąć ze sobą broń, niby na wszelki 
wypadek. Zamierzałaś przekupić Bena i zmusić go do tego, by zniknął. Tak jej 
powiedziałaś. 
Jean wzruszyła ramionami. 
- Biedna Bella, nigdy nie potrafiła sobie poradzić, gdy rzeczy przybierały zły 
obrót. Zawsze musiałam wszystko za nią robić. Tak było już wtedy, gdy byłam 
dzieckiem. Czy wiesz o tym, że nigdy nie znajdziecie tego pistoletu? 
- To nie ma znaczenia. Poddamy twoje ręce testowi azotanowemu. Wykaże on, czy 
używałaś broni palnej. Jest jeszcze błoto z przystani - analiza laboratoryjna 
brudu na twoich butach wykaże to niepodważalnie. Poza tym twój samochód. Jeżeli 
dłuższy czas stał 
podejrzenia ze 
pieniędzy. 
;zas kradzieży 
całą noc nie 
Ćrzycisnęłaś do 
tworzyć usta, uniwersytecie. 
ko barmanka? 
lie Van Heflin 
is zapłaciłaś jej 
a. Pół godziny 
, przez telefon. 
iłaś nic złego. 
k. Rozumiesz? 
rochę rozumu, owalaś. Że jeśli 
alca historyjkę 
Vharf. Poleciłaś 
rżałaś przekupić 
dałaś. 
Izić, gdy rzeczy 
nią robić. Tak 
m, że nigdy nie 
;owi azotanowe 

background image

t jeszcze błoto 
i butach wykaże 
iłuższy czas stał 
na ulicy koło przystani, wtedy również możemy to udowodnić. Nie masz żadnych 
szans. 
- Czyżby? 
- Wiesz, na czym polegał twój największy błąd? Powiedziałaś, że nienawidzisz 
Bena, że nie odstępował cię na krok od czasu, gdy skończyłaś czternaście lat. - 
Nick pokręcił głową. - Jeśli czegoś nauczyłem się w ciągu tych ośmiu godzin, to 
właśnie tego. Gdy chodzi o kobiety, Ben Garvald był oryginalnym gentlemanem. 
Dałby sobie prędzej uciąć rękę, niżby zranił czternastoletniego podlotka.& 
&&Chciałam go mieć - powiedziała z prostotą Jean. - Rozumiesz to? Całe noce 
leżałam w łóżku i czekałam na niego, a on nie dotknął mnie nawet palcem. 
Wstał, rzucił papierosa na podłOgę, ona przysunęła się i objęła go ramionami za 
szyję. Przytuliła Się dóffipgo. 
- Nikt nie musi o tym wiedzieć, Nick'Możesz to jakoś załatwić. Wiem, że możesz. 
- Gdybym chciał - odpowiedział - cedząc słowa. - W tym cała rzecz. Używając słów 
faceta, który jest wart tuzina takich jak ty, nie interesujesz mnie ani 
ciutciut, aniołku, Nagle wszystko w niej pękło, rozwścieczona wyciągnęła pazury, 
by wydrapać mu oczy. Chwycił ją za przeguby rąk, a wtedy z jej ust popłynęła 
rzeka przekleństw i sprośności. Cały prymityw Khyber Street, lata wychowania na 
ulicy, stłumione i zepchnięte gdzieś w ciemne zaułki podświadomości - wszystko 
to wydostało się teraz na zewnątrz. 
Ze zdumiewającą jak na swą tuszę szybkością wyskoczył zza drzwi Grant, a za nim 
drugi policjant. Chwycił ją za rękę i odciągnął od Nicka. 
- W porządku, chłopcze, już ją zabieram. 
Posterunkowy wziął ją za drugą rękę i tak poszła między nimi w stronę drzwi. 
Patrzyła przez ramię, z twarzą wykrzywioną nienawiścią. Rynsztokowe ścieki z 
Khyber Street dalej płynęły przez jej usta, aż w końcu ucichły w szumie deszczu. 
Stał i gapił się w przestrzeń, mechanicznie szukając papierosa. Wsadził go do 
ust, gdy zapłonęła zapałka. Odwrócił się i przez chwilę widział przed sobą 
mroczną, umęczoną twarz Chucka Lazera, która po chwili rozjaśniła się w blasku 
przybliżonej zapałki. 
175 

- Długa noc. Generale. Nick nie odpowiedział. Przeszedł przez pokój, potem przez 
korytarz, Stanął na ganku i zapatrzył się w zacinający deszcz. 
- Długa noc - powtórzył wolno. 
- Wiesz, wyobrażam sobie, jak się czujesz - powiedział niezgrabnie Chuck Lazer. 
Ale to kobieta, potraktują ją łagodniej. 
- łagodniej? - Nick obrócił się, a oczy zapłonęły mu na bladej twarzy. W jedno 
krótkie zdanie wlał cały swój gniew, wstręt i zawiedzione nadzieje. 
- Niech ją diabli porwą, niech powieszą sukę. 
 
KONIEC