background image

B.J. James

 

OBIETNICA 

SHILOHA

 

background image

PROLOG

 

—  Przyszedłeś za wcześnie, Butler! 

OskarŜenie  to  wypowiedział  człowiek  o  ponurej  twarzy, 
patrzący na Shiloha Butlera jak wielki drapieŜny ptak. 

—  Doprawdy? — spytał łagodnie Shiloh. 
Spojrzał na zegarek i znów na rozmówcę, unosząc' 

wymownie prawą brew. Lewą miał ściągniętą przez bliznę, 
która  przecinała  jak  załamana  błyskawica  jego  oko  i 
policzek. 

To  uprzejme  wyzwanie  nie  zmieniło  wyrazu  twarzy 

szeryfa  Martina.  Przez  długą,  odmierzoną  dokładnie, 
chwilę  szeryf  patrzył  z  gniewem  na  tego  ciemnego, 
twardego męŜczyznę. Potem, odsuwając krzesło od biurka, 
przyznał z niechętnym szacunkiem: 

 

Jest pan o czasie, to ja się spóźniłem. Muszę jeszcze 

raz  zadzwonić,  ostatnia  referencja  do  sprawdzenia  — 
dodał, siląc się na łagodność. 

 

Poczekam. 

Ton  Shiloha  był  spokojny,  w  przeciwieństwie  do  jego 

spojrzenia.  Blizna  równieŜ  nie  ujmowała  intensywności 
jego niebieskim oczom. 

—  Proszę bardzo. 
Martin wzruszył ramionami. Kiedy podnosił słuchawkę, 

dodał burkliwie, usiłując być gościnnym; 

background image

—  Jeśli  nie  jest  pan  amatorem  stania  pod  drzwiami, 

moŜe pan równie dobrze wejść. 

Shiloh  usiadł  na  krześle  przy  oknie.  Poczeka.  Umiał 

czekać. I obserwować. I słuchać. Musiał się tego nauczyć. 
Kiedyś  istnienia  ludzkie  zaleŜały  od  niego.  MoŜe  będą 
znów zaleŜeć? 

Zza  okien  dobiegały  uliczne  odgłosy  miasteczka, tłukąc 

w  szyby  jak  komary.  Shiloh  wyczuwał  podniecenie, 
krąŜące  jak  prąd  elektryczny  w  tych  odgłosach.  Senne 
miasteczko Lawndale w Georgii znów nawiedziły kłopoty. 
Komuś  groziło  duŜe  niebezpieczeństwo.  Niewiarygodne 
niebezpieczeństwo groziło Meg Sullivan i jej dzieciom. 

Kiedy  lokalne  gazety,  głosząc  zasadę  wybaczania  i 

miłości bliźniego, Ŝerowały na losie tych niewinnych ludzi, 
a bezpieczni w swojej anonimowości obywatele plotkarsko 
wyraŜali troskę, Shiloh przybył, aby ofiarować schronienie. 
PoniewaŜ  Meg  Sulliwan  nie  znała  go,  musiał  korzystać  z 
odpowiednich  kanałów.  Musiał  zdobyć  bezwzględną 
aprobatę  kogoś,  komu  Meg  ufała  —  aprobatę  szeryfa 
Barneya Martina. 

Shiloh  wiedział,  Ŝe  aby  to  osiągnąć  musi  czekać  i  słu-

chać,  ale  czasu  zaczynało  brakować.  Niespokojnie  od-
wrócił się od okna i skupił się na głosie, który sączył się do 
telefonu. 

Szeryf,  z  miękkim  akcentem  południowca,  swoimi 

sądującymi pytaniami obnaŜał osobowość Shiloha. 

Nic  nie  było  tabu.  Ani  wspomnienia,  które  wracały 

czasami  w  nocnych  koszmarach,  ani  tragedią,  która 
zatruwała  satysfakcję  z  tego,  Ŝe  pozostało  się  przy  Ŝyciu. 
Shiloh  czekał  z  kamienną  twarzą.  Wypowiadane  ze 
ś

piewnym, południowym akcentem słowa szeryfa mogłyby 

dotyczyć nudnej przeszłości jakiegoś bezosobowego zera, a 
nie Ŝycia i honoru Shiloha Butlera. 

background image

Była to konieczna niedyskrecja. Shiloh znosił ją jak człowiek 

przyzwyczajony  do  następstw  rozpaczliwych  wyborów,  z  siłą 
zrodzoną z cierpliwości nabytej w parnych głębiach zielonego 
piekła.  A  jednak  kiedy  minął  kwadrans,  a  szeryf  ciągle 
prowadził  swoje  śledztwo  z  niespieszną  drobiazgowością, 
nawet ta cierpliwość zaczynała się wyczerpywać. 

Ć

wicząc panowanie nad sobą, Shiloh przeniósł swoją uwagę 

na  otoczenie.  Chłonął  zaniedbaną  elegancję  sufitu  i 
podniszczonego  parkietu,  oglądał  uginające  się  półki 
przepełnione  zdumiewającą  mieszaniną  kryminałów,  dzieł 
prawniczych  i  obszarpanej  klasyki.  Potem  jego  uwaga 
przeniosła  się  na  gazetę  leŜącą  na  biurku  szeryfa.  Grube 
nagłówki  były  jak  wyrzut  sumienia,  a  fotografia  kobiety  z 
dziećmi,  umieszczona  w  czarnej  ramce  —  bolesnym 
przypomnieniem. 

Powinien  był  przybyć  wcześniej,  zrobić  więcej.  Ale  nie 

uczynił  tego,  a  teraz  mogło  juŜ  być  za  późno.  śółć 
niewypowiedzianego przekleństwa zapiekła go w gardle. 

Barney  Martin  skończył  juŜ  rozmowę  i  pochylał  się  ku 

niemu,  opierając  się  na  pięściach  wielkich  jak  bochenki. 
Czarne oczy zwęziły się pod opadającymi powiekami. 

—  W  porządku,  synu  —  powiedział  lekko  chrypiąc.  — 

Wiedziałem,  Ŝe  jesteś  tym  za  kogo  się  podajesz.  Wie  to 
kaŜdy, kto kiedykolwiek czytał finansowe szmatławce. Teraz 
dzięki paru senatorom i kilku generałom wiem, Ŝe zajmujesz 
się tym, czym mówiłeś, Ŝe. się zajmujesz. 

Poruszył  się  cięŜko  na  krześle,  aŜ  zajęczało  skórzane 

obicie.  Było  jasne,  Ŝe  sprawdzanie  referencji  się  skończyło  i 
było  jasne,  Ŝe  czegoś  jeszcze  brakuje.  Po  doświadczeniu 
nabytym w ciągu godzin spędzonych 

background image

w  towarzystwie  tego  męcząco  drobiazgowego  człowieka, 
Shiloh wiedział, Ŝe odpowiedź uzyska wtedy, kiedy szeryf 
uzna to za stosowne. 

Dźwięki  z  ulicy  znów  przeniknęły  do  pokoju.  Nie-

zręczna  cisza  jakby  je  wzmacniała.  Ukośne  promienie 
słońca  sączyły  się  przez  okno.  Poranek  mijał,  kaŜda 
sekunda  była  cenna,  ale  szeryf  nie  śpieszył  się.  Shiloh 
uświadomił  sobie,  Ŝe  zarówno  on,  jak  i  kłopoty,  oczekują 
w  tym  zakurzonym  miasteczku  na  decyzję  tego 
przebiegłego  męŜczyzny,  tak  zuŜytego  jak  jego  ksiąŜki  i 
tak solidnego i otwartego jak jego biuro. 

Martin  przestał  krytycznie  przyglądać  się  Shilohowi  i 

skierował wzrok na gazetę leŜącą na biurku. 

—  Co  właściwie  pana  obchodzi  nasza  Meg  i  jej  dzie- 

ci?  —  przeszedł  do  sedna  sprawy  z  prawie  niegrzecz- 
ną szczerością. 

Shiloh oczekiwał tego pytania. Zdziwiłby się gdyby nie 

padło. 

— Zupełnie nic. Tylko tyle, Ŝe chcę jej pomóc. Jeśli mi 

pozwoli. 

 

Mówi pan jednak, Ŝe jej nie zna. 

 

Widzieliśmy  się  raz,  przez  chwilę,  na  pogrzebie  jej 

męŜa. Na pewno tego nie pamięta, 

Szeryf  stał  w  zamyśleniu,  patrząc  na  Shiloha.  Potem 

wsunął  ręce  do  kieszeni  i.  odwrócił  się  do  okna,  kierując 
wzrok na jakiś odległy punkt miasteczka. 

—  Przed  ślubem  Keith  Sullivan  słuŜył  w  Wietnamie 

razem z panem? 

To pytanie nie wymagało odpowiedzi. Shiloh czekał na 

dalszy ciąg. 

—  Spędziliście  dziesięć  lat  w  tym  samym  więzieniu 

Vietcongu.  Jako  dowódca,  nie  dopuścił  pan  do  roz- 
proszenia  oddziału.  Stracił  pan  tylko  jednego  czło- 
wieka. 

background image

—  Tak  —  to  potwierdzenie  było  rozdrapywaniem 

nie gojącej się rany. — Straciłem człowieka. 

Tylko  pauza  wskazywała,  Ŝe  Martin  usłyszał  ból, 

którego  Shiloh  nigdy  nie  mógł  ukryć.  Po  chwili  wznowił 
przesłuchanie. 

 

Po zwolnieniu stracił pan z oczu Keitha. 

 

Keith  starał  się  izolować  od  tamtych  czasów.  Tak 

radził sobie z tym problemem. 

Martin skinął głową, jakby rozumiał, Ŝe bolesne 

wspomnienia łączą jednych ludzi, a rozdzielają innych. 

—  Trzy  lata  temu  przeczytał  pan,  jaką  sensację  wy- 

wołało  zamordowanie  Keitha,  przyjechał  pan  na  jego 
pogrzeb,  uścisnął  dłoń  Meg,  złoŜył  kondolencje  i  znik- 
nął z jej Ŝycia. 

—  To bardzo wierna relacja z tego, co się wydarzyło. 
Szeryf wyjął ręce z kieszeni i zakołysał się na obca- 

sach. 

 

Opuścił pan ją w najcięŜszym momencie jej Ŝycia, a 

teraz,  trzy  lata  później  pojawia  się  pan,  aby  zaofiarować 
pomoc. 

 

ś

ałoba jest bardzo osobistym uczuciem. To czas dla 

przyjaciół, nie dla obcych. Ja byłem obcy. 

 

A kim pan jest teraz? 

 

W  obliczu  niebezpieczeństwa  nie  ma  obcych,  tylko 

ludzie, którzy próbują pomóc. 

W  głosie  Shiloha  zadźwięczały  twarde  nutki.  Szeryf 

tylko kiwnął głową. 

 

A co byłoby, gdyby sytuacja była odwrotna? 

 

Gdybym miał Ŝonę, myślę Ŝe Keith by przybył. Jeśli 

nie Keith, to ktoś inny z nas. 

 

Współczucie towarzyszy broni? 

 

Wolę to określać jako troskę o drugiego człowieka. 

Szeryf odwrócił się do Shiloha. 

background image

 

Człowiek, który grozi Sullivanom jest umysłowo chory. 

Wie pan o tym? 

 

Na  swój  pokrętny  sposób  Evan  Ballenger  uwaŜa  za 

sprawiedliwe  zabranie  Ŝycia  za  Ŝycie.  Rodzina  za  rodzinę  
zabitą przez Keitha — kontynuował szeryf. 

—  Keith  zostawił  Ŝonę  i  dziecko  Ballengera,  aby  umar- 
ły  w  spowodowanym  przez  niego  po  pijanemu  wypadku 
drogowym.  Zanim  postawiono  go  przed  sądem,  Ballen- 
ger  wziął  na  siebie  rolę  kata  i  uśmiercił  go.  Nawet 
to  mu  nie  wystarczyło.  Kiedy  skazywano  go  na  przy- 
musowe  leczenie  psychiatryczne,  przysięgał,  Ŝe  ucieknie, 
aby  stało  się  zadość  sprawiedliwości  boŜej.  Teraz  zrea- 
lizował  pierwszą  część  swojej  groźby.  Uciekł  dwa  dni 
temu. 

—  Miejsce  przeznaczenia:  Sullivanowie,  Lawndale 

—  dodał  ponuro  Shiloh.  —  Nie  powinien  ich  tu  zna- 
leźć. 

 

Kiedy  wiadomość  do  mnie  dotarła,  zaproponowałem, 

Ŝ

e ich gdzieś przeniosę, ale Meg nie chce się nigdzie, ruszać. 

Cholera, nie mogę jej zmusić do niczego. Mam związane ręce. 
Prawnie nie mogę nic zrobić, dopóki Ballenger nie zadziała. 

 

Mogę  ją  zrozumieć.  W  czasie  kłopotów  znajome  jest 

równoznaczne z bezpiecznym. 

Shiloh  wiedział,  tak  jak  wiedziała  prawdopodobnie  Meg 

Sullivan,  Ŝe  niewielu  innych  tak  potrafi  bronić  swoich,  jak 
ten krzepki obrońca prawa. 

—  Rodzina  Bellengera  jest  wpływowa,  pociągnęła  od- 

powiednie  sznurki  i  umieścili  go  w  prywatnym  sana- 
torium  na  Zachodnim  WybrzeŜu.  WyobraŜam  sobie, 
jako  Ŝe  wszystkie  główne  środki  transportu  są  pod 
obserwacją,  Ŝe  porusza  się  autostopem,  bocznymi  dro- 
gami.  Jeśli  będziemy  mieć  szczęście,  da  nam  to  trochę 
czasu. 

10 

background image

 

Jeśli nie mamy szczęścia, moŜe być bliŜej niŜ myślimy.  

 

Synu,  będziesz  miał  do  czynienia  z  przebiegłością, 

którą niewielu normalnych ludzi mogłoby zrozumieć... 

 

Wiem — przerwał Shiloh. 

W jego łagodnym głosie wyczuwało się doświadczenie 
wynikające z przebytych niebezpieczeństw. Barney Martin 
krótko skinął głową. 

—  Więc  nie  marnujmy  czasu  —  sięgnął  po  swój  ka- 

pelusz.  —  Chodźmy,  powiemy  Meg  o  pańskim  planie. 
Powinna nas oczekiwać. 

Shiloh wstał bez słowa i wyszedł za starym stróŜem prawa. 

Dalsza  dyskusja  była  zbędna.  Meg  Sullivan  i  jej  dzieci 
naleŜeli  do  podopiecznych  Barneya  Martina  i  on  wie 
najlepiej,  jak  zapewnić  jej  bezpieczeństwo.  Zdecydował,  Ŝe 
Shiloh będzie najbardziej odpowiednią osobą. 

Poparcie szeryfa zostało wywalczone z trudem, ale niczego 

jeszcze  nie  przesądzało.  Ostateczna  decyzja  naleŜy,  i  zawsze 
naleŜała, do Meg. 

background image

1

 

Meg  Sullivan  patrzyła  na  oddalającą  się  Sylwetkę 

szeryfa  Martina.  Przywitał  się  z  nią,  powiedział,  jak 
zwykle po ojcowsku, swój tekst i oddalił się czym prędzej, 
nie zwaŜając na panujący na dworze upał. Było południe, a 
sierpniowe  słońce  spalało  wszystko,  czegokolwiek 
dotknęło.  Meg  zadrŜała,  zapytując  się  w  duchu,  dlaczego 
nawet ten potworny upał jej nie grzeje. 

Z  zamyślenia  wyrwał  ją  dźwięk.  Słaby,  stłumiony  jak 

szelest tkaniny, jak cichy oddech, jak delikatne poruszenie. 
Nie zapomniała o ciemnym i mrocznym męŜczyźnie, który 
czekał  w  półmroku.  To  nie  był  człowiek,  o  którym  się 
zapomina. 

Telefon  szeryfa  Martina  nie  przygotował  jej  do  wizyty 

Shiloha  Butlera.  Zapewnienia  o  jego  uczciwości  nie 
złagodziły  szoku  wywołanego  przez  zniszczoną  twarz,  a 
Ŝ

aden  opis  nie  mógł  przygotować  jej  na  spojrzenie,  które 

wydawało się przenikać na wskroś. Nie moŜna było opisać 
jego  magnetyzmu.  Oddalona  o  pół  pokoju,  z  myślami  w 
trzęsawisku trwogi, wyczuwała jednak obecność trzymanej 
na wodzy siły. 

Odwróciła  się,  trzymając  bezwiednie  rękę  na  obolałym 

karku. Grymas na jej twarzy był wywołany nie 

12 

background image

tyle  bólem,  ile  świadomością,  Ŝe  zaniedbała  obowiązki 
gospodyni.  Obowiązki  te  wpojono  jej  w  dzieciństwie. 
Niegdyś  pouczał  ją  głos  ukochanej  matki.  Teraz,  nawet  w 
czasie  kłopotów,  gościnność  była  po  prostu  jej  nie-
zbywalnym nawykiem. 

 

Proszę  mi  wybaczyć,  nie  chciałam  być  niegrzeczna, 

panie Butler. 

 

Nie  była  pani  niegrzeczna.  Jest  pani  zmartwiona  i 

przestraszona.  Chciałbym  pani  pomóc,  jeśli  pani  mi 
pozwoli. 

Jego  głęboki,  jedwabisty  głos  wykrzesał  w  niej  iskrę 

nadziei, nadziei, której nie śmiała Ŝywić wcześniej. Do tej 
chwili. 

Szeryf  był  pedantyczny  w  swoim  sprawozdaniu.  Jego 

zwięzły  wniosek:  „on  jest  cholernie  dobry"  był  wylewną 
pochwałą w ustach tego milczącego zwykle człowieka. Ale 
chciała  wiedzieć  więcej.  Mnóstwo  rzeczy  musiało  być 
wyjaśnionych,  zanim  powierzy  los  dzieci  i  swój  w  ręce 
Shiloha Butlera. 

 

Mówi pan, Ŝe się juŜ widzieliśmy? — miała wyraźne 

wątpliwości. 

 

Raz, dawno temu. 

Ukryta  bezpiecznie  w  półmroku  ocienionego  Ŝaluzjami 

pokoju,  Meg  pozwoliła  sobie  na  lustrujące  spojrzenie, 
usiłując  sobie  o  tym  przypomnieć.  Shiloh  był  wspaniałym 
męŜczyzną. Miał około metra osiemdziesięciu wzrostu. Był 
szczupły  i  muskularny,    a  jego  srebrzysto-czarne  włosy 
były  identyczne  jak  u  Meg.  W  półcieniu  jego  oczy 
wydawały się ciemniejsze, ich przenikliwy błękit wydawał 
się  jakby  wzmocniony  przez  rozproszone  światło,  ale 
blizna,  szpecąca  lewą  stronę  twarzy  nabrała  koloru 
wyblakłej sepii, jak na starych fotografiach. Widziała więc 
przede  wszystkim  wysokie  czoło,  a  poniŜej  lekko  
zacienione  wydatne kości policzkowe. Szczęki 

13 

background image

były ostro zarysowane, podbródek nieznacznie prze dzielony 
na  dwie  części.  Kiedy  uśmiechał  się,  biel  zębów 
kontrastowała z brązową cerą... 

Kiedyś musiał to być oszałamiająco przystojny męŜczyzna. 

Paradoksalnie,  blizna,  która  ograbiła  go  z  urody,  naznaczyła 
go  aurą  tajemniczości  i  wewnętrznej  zmysłowości,  znacznie 
bardziej  fascynującej  niŜ  męskie  piękno.  W  innym  miejscu  i 
sytuacji  wydałby  się  jej  męŜczyzną  niezwykle  atrakcyjnym. 
Jeśli się spotkali, jak mogła o tym nie pamiętać? Jak moŜna 
zapomnieć coś nie do zapomnienia? 

Shiloh  widział  jej  zmagania  z  pamięcią.  Oczekiwał 

zakłopotania  i  czekał  cierpliwie,  kiedy  usiłowała  go  sobie 
przypomnieć.  Gdy  stało  się  jasne,  Ŝe  nie  przypomni  go 
sobie, wyjaśnił: 

 

Rozmawialiśmy przez chwilę na pogrzebie Keitha. 

 

Pan tam był? 

Pytanie, które się jej wyrwało było retoryczne. Nie miała 

powodów w to wątpić. 

—  Znaliście się? 

Głupie  pytanie.  MoŜna  było  mówić  róŜne  rzeczy  o 

Shilohu, ale z pewnością nie to, Ŝe był wampirem, Ŝerującym 
na  ludzkim  nieszczęściu.  W  tamtym  czasie  spotykała  tłumy 
takich  wampirów.  Ale  Shiloha  sprowadziła  z  pewnością  na 
cmentarz  prawdziwa  Ŝałoba.  Dlaczego  więc  Keith  nigdy  nie 
wspominał  takiego  przyjaciela  jak  Shiloh?  Była  to  dziwna 
luka,  ale  wyjaśniała  w  pewnym  stopniu  jej  brak  pamięci. 
Zresztą niewiele pamiętała z dni, które nastąpiły bezpośrednio 
po śmierci Keitha. 

Zanim  zaczęły  się  kłopoty,  jej  Ŝycie  było  jak  marzenie. 

Miała  męŜa  z  humorami,  ale  kochającego,  i  dwóch 
zdrowych  synów.  Po  wydaniu  pierwszej  ksiąŜki,  obietnicy 
wydania następnej i z trzecim dzieckiem 

14 

background image

w drodze, niewiele więcej chciała od Ŝycia. Wtedy Keith zaczął 
częściej  pić.  Marzenie  stało  się  koszmarem,  a  jej  Ŝycie 
wypełniła jałowa walka. Uparta wiara w Keitha opuściła ją w 
końcu.  Myślała,  Ŝe  ma  juŜ  za  sobą  najgorsze,  ale  jego  akt 
pijackiego tchórzostwa udowodnił jej, Ŝe się myliła. 

Po  spowodowaniu  wypadku  uciekł,  pozostawiając  bez 

pomocy kobietę z dziećmi. Umarli wszyscy. Morderczy szał 
obłąkanego  męŜa  —  tego  było  juŜ  za  wiele.  Zraniona  i 
znuŜona,  z  poczuciem  winy,  Meg  owinęła  się  czarnym 
całunem Ŝalu. Po zdruzgotaniu jej marzeń, zajęła się dziećmi i 
wędrowała  półświadomie  w  mrocznym  cieniu  śmierci.  Nawet 
męŜczyźni,  jak  Shiloh,  nie  zostawili  Ŝadnych  śladów  w  jej 
pamięci. Ale nie rozumiała jeszcze paru rzeczy. 

 

Ciekawi panią, dlaczego przyjechałem trzy lata temu i 

dlaczego przyjechałem teraz — Shiloh uprzedził jej pytanie. 
— Keith i ja byliśmy razem w Wietnamie. 

 

W obozie? 

 

Tak. RównieŜ w obozie. 

W  odpowiedzi  Shiloha  Meg  usłyszała  coś, co  dopełniało 

lęki nawiedzające sny jej męŜa. 

 

Keith  nigdy  nie  opowiadał  o  tamtych  latach,  ani  o 

ludziach, którzy z nim byli. 

 

Niewielu z nas o tym opowiada. 

 

Jednak pan przyjechał. 

 

Aby pomóc, jeśli pani mi na to pozwoli. 

 

Szeryf Martin jest przekonany, Ŝe jeśli ktokolwiek moŜe 

mi pomóc, to właśnie pan. 

Odwróciła się do okna, myśląc o gorzkich przeŜyciach. 

 

Ciekawa jestem, czy zasługuję na pomoc. 

 

Nie zasłuŜyła pani na to wszystko. śaden czło- 

15 

background image

wiek, wariat czy nie, nie moŜe obciąŜać pani i pani dzieci 
odpowiedzialnością za błąd Keitha. 

—  Biedak  —  powiedziała  łagodnie.  Pochyliła  ze  znu-

Ŝ

eniem  głowę.  —  Wie  pan,  on  ma  rację.  Jestem  równie 

winna jak Keith. 

Jej  samooskarŜenie  zadrgało  w  powietrzu  i  spadło  jak 

kamień na Shiloha. Odczuwał jej. ból, nawet jeśli odrzucał 
dziwne brzemię jej winy. Meg nie skrzywdziła Ballengera 
ani  jego  rodziny.  Wątpił,  czy  mogłaby  skrzywdzić 
kogokolwiek,  ale  jego  przekonanie  nie  miało  Ŝadnego 
znaczenia.  Tylko  to  co  myślała  Meg  miało  znaczenie,  a 
ona, 

jakiś 

okropny 

sposób, 

obciąŜała 

się 

odpowiedzialnością. 

Kiedyś  pozna  przyczynę  tego  zachowania  i  zmieni  je. 

Teraz  chciał  tylko  wziąć  ją  w  ramiona  i  ukoić  tak,  jak 
uczyniłby  to  z  kimś  bliskim  czy  ze  skrzywdzonym 
dzieckiem.  Ale  Meg  Sullivan  nie  była  dzieckiem.  Była 
ś

liczną, atrakcyjną kobietą, która Ŝyła w jego pamięci przez 

trzy lata. 

Kiedy szeryf Martin przedstawił ich sobie, Shiloh starał 

się  nie  robić  niczego,  co  by  mogło  ją  zdenerwować, 
pozwalając  sobie  tylko  na  przelotne  spojrzenia.  Teraz, 
kiedy zastanawiała się nad jego słowami, pozwolił sobie na 
luksus powolnej i dokładnej inspekcji. 

Nie zmieniła się zbytnio  w ciągu minionych trzech lat i 

była ciągle niewiarygodnie wspaniałą mieszaniną odwagi i 
kruchości. W przeszłości uwaŜał, Ŝe jest śliczna, ale teraz, 
kiedy  stała  przy  na  wpół  zasłoniętym  oknie,  w  ukośnych 
promieniach  południowego  słońca,  przymiotnik  „śliczna", 
wydawał się za słaby. 

Jej  profil  tworzył  jakby  doskonałą  kameę.  Opadające 

kaskadą  z  klamry  na  jej  karku  włosy  zwijały  się  W  sta-
romodne  loki.  Pamiętał,  Ŝe  jej  oczy  były  zielononie-
bieskie, koloru rzadkiego turkusu, a linia jej nosa była 

16 

background image

czarująca.  Nieco  za  silny  zarys  podbródka  nie  ujmował 
łagodności  jej  uśmiechowi.  Miała  około  metra  sześć-
dziesięciu  wzrostu;  Shilohowi  wydawała  się  mała  i  deli-
katna. Suknia była dopasowana, ale nie obcisła, a delikatna 
tkanina  podkreślała  jej  kształty.  Była  jak  wierzba  na 
wietrze, która zgina się, lecz nie łamie. 

Shiloh  bardzo  pragnął  wziąć  ją  w  ramiona,  unieść  jej 

schyloną głowę ku światłu, dodać swą siłę do jej siły. Być 
moŜe, z czasem, jeśli będzie mieć okazję, zdoła to zrobić. 

—  Meg — zapytał cicho — pojedziesz ze mną? 
Odeszła ze światła w głąb pokoju. 

 

Szeryf Martin powiedział, Ŝe jest pan kompetentnym 

człowiekiem  z  nienagannymi  referencjami.  Brzmiało  to 
tak, jakby starał się pan o pracę. 

 

W pewnym sensie staram się o nią. 

 

Szkoda, Ŝe szeryf nie został. 

W jej głosie drŜało niezdecydowanie. 

 

Wie pani, dlaczego odszedł? 

 

Bał się, Ŝe jeśli zostanie, moŜe na mnie wpłynąć. 

 

To uczciwy człowiek. 

 

Ale nie tak subtelny, jak mu się wydaje. Tym razem 

jej śmiech był szczery i Shiloh poczuł 

się pewniej. 

—  Fakt,  Ŝe  nas  zostawił,  mówi  ogromnie  duŜo.  Ufa 

panu.  Ciekawa  jestem,  czy  zdaje  sobie  pan  sprawę, 
jak wiele to znaczy? 

Wspominając  dokładne,  prawie  mikroskopowe  badanie 

jego przeszłości, Shiloh uśmiechnął się krzywo. 

—  Chyba się domyślam. 
Oczy  Meg  błądziły  po  jego  silnych,  nieruchomych 

rysach. Była pewna, Ŝe pod tą powłoką kryje się mądrość, 
która nie pozwala na zlekcewaŜenie sądu Barneya Martina. 

17 

background image

—  Tak, przypuszczam, Ŝe rzeczywiście pan wie. 
Shiloh czekał, starając trzymać się na wodzy, kiedy 

Meg  szła  przez  pokój,  dotykając  róŜnych  przedmiotów,  a 
jej palce w roztargnieniu błądziły po ich kształtach. W progu 
zatrzymała  się  i  jej  zamyślona  dotychczas  twarz  nabrała 
nowego wyrazu. 

—  To  stanie  musi  pana  męczyć,  panie  Butler.  Czy 

nie  pójdzie  pan  ze  mną  do  kuchni  na  szklankę  lemo- 
niady? Opowie mi pan dokładniej  o swoim planie. 

Kuchnia  była  wygodna.  Widać  było,  Ŝe  dzieci  są  tu 

najwaŜniejsze.  Trzy  papiery  do  zaznaczania  wzrostu  były 
przyklejone przy drzwiach, a spod dziecięcych rysunków nie 
było  widać  lodówki.  Przy  stole  umieszczono  karton  z 
imionami i  galaktyką  złotych  gwiazdek  —  był  to  matczyny 
system  zachęt  i  nagród.  Shiloh  uśmiechnął  się  na  widok 
gwiezdnego  wiru.  Meg  zbudowała  wspaniały  dom  dla  swych 
dzieci. Zawsze, w kaŜdym miejscu, stworzyłaby taki dom. 

 

Co to jest właściwie za miejsce? Dlaczego Stonebridge i 

pana  gospoda  jest  lepsza  dla  nas  niŜ  Lawndale?  —  spytała 
Meg,  wstawiając  karafkę  z  lemoniadą  z  powrotem  do 
lodówki i siadając do stołu obok Shiloha. 

 

Jest  to  mała,  malownicza  i  urocza  miejscowość. 

PołoŜona  jest  tak  daleko  od  uczęszczanych  szlaków,  Ŝe 
czas  i  wydarzenia  pozostawiły  ją  w  tyle.  Ludzie  tam  są 
związani ze sobą, staromodni i naprawdę mili. Polubi ich pani 
i  oni  panią  polubią.  W  gospodzie  są  goście,  ale  to 
dodatkowa  korzyść.  Pani  teŜ  będzie  gościem.  Nikt  nie 
będzie  od  pani  wymagał  ani  oczekiwał  jakichś  tłumaczeń. 
Właśnie  dlatego,  Meg,  Stonebridge  zapewnia  pewną 
anonimowość,  a  anonimowość  moŜe  oznaczać  wolność. 
Będziesz  mogła  poruszać  się  swobodnie  po  pewnym 
obszarze i w rozsąd- 

18 

background image

nych  granicach.  Lawndale  tego  nie  zapewnia.  Nie  byłoby 
bezpiecznie  poza  czterema  ścianami  tego  domu.  Bylibyście 
więźniami do czasu wyjaśnienia sytuacji. 

 

MoŜe nas znaleźć i w Stonebridge, panie Butler. 

 

Nie — Shiloh odstawił szklankę i rozpostarł palce na 

drukowanym w Ŝywe kolory obrusie. — Nie ma tam rodziny, 
ani  pani,  ani  Keitha.  Tylko  szeryf  Martin  będzie  wiedział, 
gdzie pani jest. Kiedy opuści pani ten dom, po prostu pani 
zniknie.  Nie  ma  powodu,  Ŝeby  ktoś  łączył  panią  ze 
Stonebridge, czy ze mną. 

 

A  jeśli  nas  znajdzie?  CóŜ  go  wtedy  zatrzyma?  Tutaj 

mamy szeryfa i jego ludzi. Kogo będziemy tam mieli? 

 

Obsługę  gospody,  a  guwernantka  zajmie  się  dziećmi. 

Plus ochrona, ludzie o najwyŜszych kwalifikacjach. 

Nie  chciał  jej  mówić,  jak  wyrafinowany  był  ten  system 

bezpieczeństwa, ani o tym, Ŝe ściągnął ludzi z całego świata. 
Tylko  on  jeden  wiedział,  Ŝe  budując  kordon  ochronny, 
odwoływał  się  do  dawnych  przysług,  za  które  nie  miał 
nigdy  zamiaru  Ŝądać  rewanŜu  i  do  dawnych  przyjaźni,  tak 
jak nigdy przedtem. 

Intuicja  ostrzegała  go,  Ŝe  rozmiar  tego  co  ofiarował  i 

fakt, Ŝe uwaŜa to za potrzebne, bardziej by przestraszył Meg 
niŜ  ją  uspokoił.  Meg  wiedziała  o  niebezpieczeństwie,  ale 
informacja  o  ogromnych  trudnościach,  jakie  napotyka 
normalny  umysł  przy  przewidywaniu  posunięć  przewrotnego 
wariata, nie była jej teraz potrzebna. 

—  Meg,  nie  jestem  cudotwórcą,  ale  oferuję  ci  najlep- 

sze  miejsce  z  mojego  świata,  a  to  jest  właśnie  Stone- 
bridge.  Ze  wszystkich  miejsc  w  kraju,  cóŜ  mogłoby  cię 
łączyć  z  wiochą,  wetkniętą  w  pogórze  Karoliny.  Jeśli 
nie zostawimy śladów, jak moŜna będzie cię znaleźć? 

19 

background image

—  Wobec  tego  po  prostu  wsiądziemy  do  pańskiego 

lśniącego,  małego  samolociku,  i  odlecimy  do  tej  małej 
utopii,  aby  tam  Ŝyć  długo  i  szczęśliwie?  Maluje  pan 
piękny  obraz,  panie  Butler,  ale  musi  pan  mi  wybaczyć, 
jeśli nie mam cierpliwości słuchać bajek. 

Gniew  spowodowany  bezradną  frustracją,  który  od  wielu 

dni leŜał przyczajony, wymknął się z pod jej panowania. 

Wstała  nagle,  odpychając  z  hałasem  krzesło  pod  ścianę. 

Ręce  skrzyŜowała  na  piersiach,  dłonie  zacisnęła  na 
ramionach. Stoczyła rozpaczliwą walkę, aby utrzymać gniew 
w  ryzach.  Teraz  równie  rozpaczliwie  starała  się  opanować. 
Było  bardziej  niŜ  kiedykolwiek  waŜne,  aby  decyzje,  które 
podejmie, były racjonalne. 

—  Nie  oferuję  utopii,  ani  niekończącego  się  szczę- 

ś

cia.  Chciałbym  móc  ofiarować  te  rzeczy  —  odpowie 

dział łagodnie na jej sarkazm, ciesząc się z jej gniewu. 

Wcześniej  była  nienaturalnie  spokojna,  trzymała  się  na 

wodzy.  Ta  wściekłość  mogła  być  oczyszczająca,  łagodzić 
napięcie, które ściskało jej ciało, i łagodzić ból, który musiał 
pulsować w jej głowie. Chciałby,  Ŝeby  się wykrzyczała. Po 
tym  wybuchu  gniewu  nie  będzie  jednak  następnych.  Nie  u 
tej  kobiety.  Miała  w  sobie  za  wiele  z  wojownika,  moŜe 
nawet więcej niŜ wymagało jej własne dobro. 

Meg  spojrzała  na niego, wściekłość  była  ciągle  Ŝywa  w 

jej oczach, ochłodzona przez gorąco jej wybuchu. 

—  Dlaczego  pan  tu  przybył,  panie  Butler?  Jesteśmy 

dla pana obcy. Dlaczego chciałby pan nam pomóc? 

W powolnych, raniących słowach zapytała: 

 

Co z tego pan będzie miał? 

 

Więcej niŜ pani kiedykolwiek  zrozumie, pani  Sullivan.   

Więcej   niŜ  mógłbym  kiedykolwiek  wyjaśnić. 

20 

background image

Niech mnie pani  nazywa nałogowcem w spełnianiu 
dobrych uczynków. Powiedzmy, podnieca mnie zabawa w 
dobrego Samarytanina lub, jak zarzuca mi to jeden z moich 
przyjaciół, Sir Galahada. Jego spojrzenie uwięziło jej 
wzrok. 

—  Lub,  jak  pani  moŜe  pamięta,  ja  teŜ  tam  byłem. 

Wiem  co  przeŜył  Keith.  Niektórzy  przeszli  przez  to 
prawie  nietknięci.  Inni  powrócili  do  domu  z  bombami 
zegarowymi  w  głowach.  Ci  z  nas,  którzy  mieli  więcej 
szczęścia  pomagają  im  jeśli  mogą,  a  jeśli  jest  za  późno 
pomagamy  tym,  których  oni  zostawili  po  sobie.  Przy 
puszczam,  Ŝe  zmniejsza  to  wyrzuty  sumienia,  Ŝeśmy  prze 
Ŝ

yli, gdy inni polegli. 

Meg patrzyła na niego i nagle ujrzała nie zaleczone rany, 

coś więcej niŜ stracone lata i zniszczoną twarz. Shiloha teŜ 
nie  oszczędziły  tamte  lata.  Odwróciła  wzrok  i  gniew  jej 
przeszedł. 

 

Proszę  mi  wybaczyć,  nie  miałam  zamiaru  ha  pana 

napadać. 

 

Proszę nic nie mówić. 

Shiloh  po  raz  pierwszy  ją  dotknął.  Jego  ręka  zamknęła 

się nad jej ręką, pociągając ją z powrotem na siedzenie. 

—  Rozumiem.  Chciałem  pomóc,  a  nie  dodawać  pani 

kłopotów. 

Dotknięcie  sprawiło  jej  przyjemność.  Czuła  ciepłą  siłę 

jego  dłoni,  zamykającej  jej  dłoń.  Wiedziała  w  tym 
momencie,  Ŝe  ufa  temu  brutalnie  ciemnemu,  enigma-
tycznemu  człowiekowi.  Był  tą  dodatkową  odwagą,  której 
potrzebowała,  aby  stawić  czoło  próbie.  On  pomoŜe 
zabezpieczyć  jej  dzieci,  ale  co  stanie  się  z  nim  samym? 
Przychodząc  do  niej,  wstąpił  na  ścieŜkę  niebezpieczeń-
stwa. 

—  Pan się naraŜa. 

21 

background image

Dotknęła blizny na jego policzku. 

 

Pana juŜ dostatecznie poranili. Odwrócił 

twarz, uciekając od jej dotyku. 

 

Nie zranią mnie, Meg. 

Meg była przestraszona swoją śmiałością. 

—  Przepraszam, nie powinnam była tego robić. 

—  Nie  ma  za  co.  śyję  z  tą  blizną  juŜ  długo.  Po 

godziłem  się  juŜ  z  budzoną  przez  nią  ciekawością 
i wstrętem. 

Puścił trzymaną dłoń Meg i sam dotknął blizny. 

—  To  dosyć  dziwne,  dzieci  uwaŜają,  Ŝe  blizna  jest 

interesująca.    

Czy  myślał,  Ŝe  blizna  wydała  jej  się  wstrętna?  Czy  to 

dlatego  się  odsunął?  PoniewaŜ  nie  mogła  wymyśleć  Ŝadnych 
przeprosin, wymamrotała tylko: 

 

Chłopcom na pewno się spodoba. 

 

Czy to znaczy, Ŝe pojedzie pani ze mną? 

 

Pojedziemy. 

Jej decyzja przyniosła zdumiewające reakcje. ParaliŜujący 

strach  przeszedł  i  pierwszy  raz  od  wielu  dni  w  jej  Ŝyciu 
pojawiło się światełko nadziei. Zmagała się z chorobliwym 
uczuciem bezradności i czuła się zagubiona w zimnej, pustej 
nicości, bez moŜliwości decyzji, bez obrony i — co gorsza — 
bez  celu.  Shiloh  wypełnił  tę  pustkę  pewnością  siebie, 
przedstawiał drogi wyjścia, zmuszał ją do myślenia. Oferował 
jej miejsce, gdzie mogła pojechać jak do domu. Nazywało się 
ono Stonebridge. 

 

Sekretna  kryjówka  —  wymamrotała,  zadowolona  z 

opisu.  —  Nie  zgodziłabym  się,  gdyby  szeryf  Martin 
zaproponował  opuszczenie  Lawndale.  Teraz  widzę,  Ŝe  to 
doskonałe rozwiązanie. 

 

MoŜe  powinna  pani  posłuchać  jego  planu  przed 

podjęciem ostatecznej decyzji? 

22 

background image

Shiloh  zdawał  sobie  sprawę  z  jakim  napięciem  oczekiwał 

jej odpowiedzi. 

 

JeŜeli  jego  plan  byłby  lepszy,  nigdy  bym  nie  usłyszała 

pańskiego.  Nie  dopuszczonoby  pana  do  nas  bliŜej  niŜ  na 
kilka mil. 

 

Tak jest. ' 

Nigdy nie pozwolił sobie na rozwaŜenie moŜliwości, co by 

zrobił, gdyby trzymano ją od niego z dala. Dzięki Bogu, ta 
przeszkoda była juŜ pokonana. Były inne. 

 

Chciałbym wyjechać, tak szybko, jak tylko pani zdąŜy 

się  do  tego  przygotować.  Czy  są  z  tym  związane  jakieś 
problemy? 

 

Zakładam,  Ŝe  szeryf  Martin  wyjaśni  wszystko  za-

dawalająco moim przyjaciołom. 

Czekała  na jego  potwierdzające  kiwnięcie  głową. 

 

Więc nie ma Ŝadnych problemów. Moja praca zaleŜy 

tylko  od  notatnikami  najpilniejszego  terminu.  Pisanie  i 
ilustrowanie  ksiąŜek  dziecięcych  moŜe  być  bardzo 
przenośnym zajęciem. 

 

To  dobrze.  Ballenger  się  tu  kieruje.  Lotniska  są  pod 

obserwacją, tak jak stacje kolejowe i autobusowe, ale moŜe 
sobie znaleźć inny środek transportu. Nasz czas ucieka. 

 

To  brzmi  tak  dziwnie,  słyszeć,  jak  ktoś  wymawia 

jego  nazwisko  —  powiedziała  Meg  drŜącym  głosem.  —  Są 
chwile,  kiedy  myślę  o  nim  jak  o  potworze,  a  nie  jak  o 
biednym,  chorym  człowieku,  który  stracił  wszystkich, 
których kochał. 

 

Niech się pani nie oszukuje — powiedział Shiloh ostro. 

—  Evan  Ballenger  trwał  na  skraju  szaleństwa  od  lat,  w 
mniejszym  lub  większym  stopniu.  Był  najemnikiem, 
dezerterem, ćpunem, a ostatnio fanatykiem religijnym, który 
bił Ŝonę i katował swe dzieci, uŜywając 

23 

background image

swej  własnej  interpretacji  Biblii  by  usprawiedliwić  swoje 
okrucieństwa.  Śmierć  rodziny  tylko  przyśpieszyła  nie-
unikniony  obłęd.  To  potwór.  Nie  moŜe  pani  sobie  po-
zwolić  na  współczucie  dla  niego.  Nie  wolno  mu  dać  tej 
przewagi. 

—  Wiem,  Ŝe  nie  mogę  sobie  pozwolić  na  najmniejszą 

słabość. 

Meg  opuściła  głowę  w  dłonie.  Czubki  palców miała  na 

czole, a kciukami masowała skronie. 

—  To  takie  nierzeczywiste.  Czasami  mi  się  wydaje, 

Ŝ

e  to  nie  moŜe  mi  się  zdarzyć,  Ŝe  obudzę  się  i  to 

wszystko okaŜe się snem. 

Dotknął  jej  policzka.  Gładkość  jej  skóry  była  przy-

pomnieniem  jak  młodą  i  niewinną  pozostała  w  bólach 
kłopotów  i  tragedii.  Gdyby  to  było  w  jego  mocy, 
dopilnowałby,  aby  nic  nie  ocieniło  tej  niewinności.  śeby 
Evan Ballenger nigdy nie skalał jej swą brzydotą. 

—  To  wkrótce  minie.  Twarz  Ballengera  była  rozre- 

klamowana  w  kaŜdej  większej  stanowej  gazecie.  Znów 
go  pochwycą.  To  moŜe  być  sprawa  godzin;  moŜe  to 
będą  tygodnie,  ale  w  końcu  to  nastąpi.  Do  tego  czasu, 
będzie pani bezpieczna w Stonebridge, obiecuję. 

Shiloh stał, trzymając ciągle dłoń na jej policzku. 

—  Czy mi wierzysz? 
— Wierzę panu. 

Serce  Meg  biło  mocno.  Jego  pewność  siebie  była 

zaraźliwa, zmusił ją do wiary. Prawie. 

Odsunął  hebanowy  kosmyk  z  jej  czoła,  jego  palce 

błądziły  po  jej  włosach.  Leciutki  ucisk  podniósł  jej  twarz 
ku  jego  twarzy.  Niebieskie  oczy  ciemniejąc,  patrzyły  w 
zamęt jej spojrzenia. 

—  Jutro? — wymamrotał łagodnie. 
—  Jutro  —  zgodziła  się,  zdziwiona,  czego  szukał 

w jej oczach i co tam znalazł. 

24 

background image

Shiloh  uśmiechnął  się,  a  jego  dotyk  na  jej  włosach 

zelŜał. Wyglądał mniej surowo. 

 

Nie bierz duŜo bagaŜu. Mała walizka na kaŜde z was 

z  jednym  czy  dwoma  kompletami  ubrań  i  dowolna  z 
zabawkami. Wszystko pozostałe moŜna dostać na miejscu. 

 

Czy  nie  powinieneś  zobaczyć  dzieci?  —  spytała 

Meg.  —  Szeryf  Martin  sądził,  Ŝe  lepiej  Ŝeby  były  obecne 
przy 

tym 

spotkaniu, 

jego 

zastępcy 

wkrótce 

je 

przyprowadzą. Czy chciałbyś przyjść wieczorem? 

 

Nie  moŜemy  ryzykować  dalszych  kontaktów.  Jest 

wątpliwe  czy  Ballenger  znajduje  się  w  promieniu  stu  mil 
stąd,  ale  na  wszelki  wypadek  nie  wolno  nam  naraŜać 
naszego  planu.  Nie  powinno  się  nas  ze  sobą  kojarzyć. 
Szeryf  Martin  sugerował,  Ŝe  powinienem  osobiście 
przybyć na miejsce. Nie pochwalałby drugiej wizyty. 

Zobaczył cień na jej twarzy i pośpiesznie kontynuował: 

—  Spotkam je przy samolocie. 

Meg  była  zdziwiona,  gdy  zwrócił  się  ku  tylnemu 

wyjściu,  potem  uświadomiła  sobie,  Ŝe  była  to  część 
przedsięwziętych  dla  niej  środków  ostroŜności.  Zastępcy 
szeryfa  wpadali  parami,  czasami  po  słuŜbie,  i  bez 
munduru,  więc  było  mało  prawdopodobne,  Ŝeby  jej 
sąsiedzi  w  podeszłym  wieku  zapamiętali,  kiedy  szeryf 
przyszedł w towarzystwie kogoś innego. 

Wychodząc  w  pojedynkę,  Shiloh  ze  swą  zdewastowaną 

urodą  nie  mógł  się  spodziewać,  Ŝe  nie  zwróci  niczyjej 
uwagi.  Dzięki  wysokiemu  Ŝywopłotowi,  osłaniającemu 
większą 

część 

podwórza, 

tylko 

panna 

Hillyard, 

wyposaŜona  w  lornetkę  teatralną  mogła  opowiedzieć 
swoim  plotkarskim  przyjaciółkom,  Ŝe  jakiś  ciemnowłosy 
męŜczyzna opuścił dom Meg tylnym wyjściem. Meg 

25 

background image

miała nadzieję, Ŝe miła, wścibska staruszka właśnie drzemie. 

—  Do jutra, pani Sullivan? 

Shiloh  stał  w  otwartych  drzwiach,  a  gorąco  dnia 

wpełzało obok niego do środka. 

—  Mówiłeś do mnie przedtem Meg. 

Lekkie skinienie głową potwierdziło jego przejęzyczenie.  W 

jego myślach była Meg, a nie „panią Sullivan". 

 

Do jutra, Meg? 

 

Do jutra — obiecała i dorzuciła łagodnie — Shiloh. 

Samolot Shiloha stał na krańcu cichego lotniska, wtapiając 

się w rzeszę podobnych maszyn, uŜywanych przez tych, którzy 
łączyli miejskie kariery z wiejskim adresem. Kabina, w której 
znajdował  się  teraz  Shiloh,  była  wygodna,  chociaŜ  mała. 
Zanim przystąpił do pracy, nalał sobie kubek soku z zapasów 
kubryka. 

Miał  do  sfinalizowania  pewne  plany,  musiał  odbyć 

rozmowy  telefoniczne.  Nie  mogło  być  lepszego  odosobnienia 
niŜ  tutaj.  PoniewaŜ  czas  był  cenny,  Ŝałował  godzin 
straconych  na  formalności.  Aktywnych  godzin,  przypomniał 
sobie,  ale  straconych.  Jeśli  czas  był  rzeczą  cenną,  to 
odosobnienie było rzeczą zupełnie zasadniczą. ChociaŜ starał 
się nie rzucać w oczy, widziano go na ulicach Lawndale w 
róŜnych porach w ciągu dwóch dni. Nikt go tam więcej nie 
zobaczy.  Program  dla  Meg  i  dzieci  był  juŜ  ułoŜony,  a 
szeryf  Martin  dopilnuje,  Ŝeby  został  wykonany.  Po 
dopracowaniu  kilku  szczegółów,  Shiloh  nie  miał  nic  do 
roboty,  prócz  czekania.  Jutro  o  tej  porze  Meg  i  jej  dzieci 
będą w Stonebridge, jako goście gospody. 

Shiloh  popijał  sok,  delektując  się  jego  cierpkością.  Ze 

swego  punktu  obserwacyjnego  mógł  widzieć  kaŜdego,  kto 
zbliŜał się do samolotu. Zadowolony z faktu, 

26 

background image

Ŝ

e  jest  całkowicie  sam,  Shiloh  odpręŜył  się.  Z  portfela 

wyjął  dwie  złoŜone  kartki  gazety.  Pierwsza,  poŜółkła  i 
postrzępiona,  była  zdjęciem  Meg  z  synami  przy  grobie 
Keitha. Druga, nowsza, z pachnącą jeszcze farbą drukarską, 
przedstawiała  to  samo.  Artykuł  opowiadał  nie  o  śmierci  i 
tragedii, ale o groźbach rzucanych niewinnym ludziom przez 
opętanego zemstą wariata. 

Nigdy  nie  zastanawiał  się,  dlaczego  zatrzymał  pierwszą 

fotografię. Po śmierci Keitha złoŜył ją, umieścił w portfelu i 
nigdy  juŜ  jej  nie  oglądał.  Nie  potrzebował  oglądać  —  obraz 
rodziny Sullivanów w niezacieralny sposób wyrył się w jego 
umyśle.  Dwaj  chłopcy,  bliźniacy,  ale  nie  identyczni,  mieli 
nieco  ponad  dwa  lata.  Twarze  ich  wyraŜały  osłupienie,  gdy 
trzymali  ręce  Meg.  Sama  Meg  wyglądała  na  drobną  i 
zagubioną,  jakby  kulącą  się  w  sobie.  Była  szczupła  i  być 
moŜe  dlatego  drobne  wybrzuszenie  jej  wczesnej  ciąŜy  było 
takie widoczne. 

— Miałem nadzieję, Ŝe te lata będą dla ciebie dobre, Meg 

—  rzekł  w  zamyśleniu  Shiloh,  trzymając  fotografie.  — 
MoŜe były, do tej chwili. 

Poruszył  się  niespokojnie,  rzucając  znów  spojrzenie  na 

lotnisko.  Nic  nie  ruszało  się,  prócz  owadów.  Rozsądne, 
ciepłokrwiste  stworzenia,  weszły  do  nor,  aby  przeczekać 
wzrost  temperatury.  Był  wdzięczny  losowi,  Ŝe  grupa  drzew 
rzucała trochę cienia. PoniewaŜ bał się włączyć cokolwiek, 
samolot przypominał piekło. Ale, w miarę jak dzień będzie 
mijał, temperatura będzie opadać. Znał gorszy klimat. 

Szarpiąc  w  roztargnieniu  mokrą  koszulę,  przylepioną  do 

piersi,  przypomniał  sobie  dziesięć  lat  w  klatce  w  piekle 
tropikalnym.  Zirytowany,  strząsnął  z  siebie  te  wspomnienia. 
To  juŜ  minęło,  a  skutki  były  nieodwracalne.  Zastanawianie 
się nad tym nie słuŜyłoby nicze- 

27 

background image

mu.  Ma  się  troszczyć  o  problemy  dzisiejsze,  a  nie 
wczorajsze. Starannie złoŜył wycinki i schował je z powrotem 
do portfela. Z walizeczki przy boku wyjął notatnik i pióro i 
sprawdził szybko listę. Wszystko i wszyscy byli na swoich 
miejscach, potrzebny był tylko jego sygnał. 

Trzeba było zadzwonić w trzy miejsca. Najpierw do. Joe'ego 

Lattimera,  szefa  bezpieczeństwa  i  nadzoru.  Następnie  do 
Alexis  Charles,  guwernantki  o  specjalnych  kwalifikacjach. 
Wreszcie  do  Jingo  Starka,  który  dostarczy  środków 
transportu na ostatnim odcinku ich podróŜy. 

Trzy  godziny  i  cztery  rozmowy  telefoniczne  później 

odwiesił  na  widełki  zmoczoną  potem  słuchawkę  telefoniczną. 
Trzy  rozmowy  były  w  interesach,  czwarta  dla  czystej 
przyjemności. Shiloh wstał i przeciągnął się, na jego twarzy 
widniał  uśmiech.  Zadzwonił  do  Karoliny,  najlepszego 
przyjaciela,  jakiego  miał,  Ŝe  jutro  przywozi  do  Stonebridge 
Meg  z  dziećmi.  I,  przyznał  to  z  całą  szczerością,  zadzwonił, 
aby usłyszeć o Shilohu Marku, jego chrześniaku i imienniku. 

Indianinek,  jak  Karolina  i  jej  mąŜ,  Gabe,  go  nazwali, 

miał  sześć  miesięcy  i  od  pierwszej  chwili,  gdy  Shiloh  go 
ujrzał,  jego  serce  naleŜało  do  maleństwa. Teraz, gdy Gabe 
był  poza  krajem,  na  Shilohu  spoczywał  obowiązek 
opiekowania  się  rodziną  Jacksonów.  Trzy  dni  w  Lawndale 
było  przyczyną  zmartwienia.  Zmartwienia  niepotrzebnego, 
gdyŜ  Karolina  była  więcej  niŜ  zaradna,  spędziła  samotnie 
dostatecznie wiele lat. Ale to było zanim spotkała Gabe'a. 

—  Indianinek  —  zachichotał  Shiloh,  potrząsając  głową, 

kiedy z lodówki w kuchence brał następną szklankę soku. — 
Co  za  przezwisko.  Dobrze  im  zrobi,  jeśli  pewnego  dnia  w 
rewanŜu zdejmie im skalpy. 

28 

background image

Sok  był  doskonały.  Koił  wysuszone  gardło,  odnawiając 

potrzebny  ciału  zapas  wody.  Temperatura  na  zewnątrz 
stabilizowała  się,  ale  samolot  zdawał  się  gorętszy  niŜ 
przedtem.  Problem  mógł  być  z  łatwością  rozwiązany,  gdyby 
włączył  systemy  pomocnicze,  ale  był  zdecydowany  nie 
ś

ciągać  niczyjej  uwagi  ani  na  siebie,  ani  na  samolot. 

Spojrzał  na  zegarek.  Jeszcze  tylko  kilka  godzin  i  słońce 
zajdzie. 

Nalał  trzecią  szklankę  soku  i  powrócił  na  swe  siedzenie. 

Nie  mógł  sobie  przypomnieć,  kiedy  jadł  ostatnio,  ale  nie 
miało to znaczenia, nie miał apetytu. Skończył sok i wyrzucił 
kubek  do  śmieci.  Z  piórem  w  ręku  wziął  swoje  notatki, 
odkrywając,  Ŝe  nie  ma  nic  więcej  do  roboty.  Listę  znał  na 
pamięć. 

Wszystko  było  w  idealnym  porządku.  Jego  ludzie, 

przyjaciele i koledzy, byli na miejscach, czekając na początek 
akcji. 

Szeryf  Martin  wypełni  swą  część  planu  co  do  litery. 

Wszystko szło lepiej niŜ doskonale. 
— 

Dlaczego jestem tak cholernie niespokojny? 

Jego głos odbijał się echem w ciele pustego samo 
lotu. Słyszał w nim dźwięk samotności. 

—  Wkrótce  ta  samotność  się  skończy  —  zaśmiał  się 

głośno.  —  Z  tym  trojgiem  rozbrykanych  dzieci  na  po 
kładzie. 

Wzrok  Shiloha  błądził  po  horyzoncie  w  poszukiwaniu 

oznak zmierzchu. Nie czekał na ciemność, by przyniosła  mu 
ulgę,  ale  by  zamknęła  dzień.  Jego  niepokój  stał  się 
niecierpliwością.  Chciał,  Ŝeby  juŜ  nastąpiło  jutro,  kiedy 
spotka dzieci Meg. 

29 

background image

2

 

 

Patrz! To wygląda jak czyjś dom, a nie jak samolot — 

zrzędził  dziecięcy  głos.  —  Hej!  To  jest  kanapa.  Gdzie  są 
siedzenia?  I  pani,  która  daje  wodę  sodową,  jak  w. 
telewizji? 

 

Telebiszja  —  powtórzył  jak  papuga  głos  małego 

dziecka. 

 

Hello, Shiloh — głos Meg był melodią unoszącą się w 

powodzi dźwięków. 

Shiloh  odwrócił  się  powoli,  odwlekając  moment,  który 

zakończy  pełną  męki  noc.  Jego  spojrzenie  badało  unoszące 
się cienie, poszukując Meg i znajdując ją. 

Stała  w  drzwiach  kabiny,  wąskobiodra,  w  dŜinsach, 

bladolawendowej  koszuli  i  płóciennych  butach.  Twarz  nie 
wyraŜała  Ŝadnych  uczuć,  a  miękka  linia  czarujących  ust 
była  powaŜna.  Jej  włosy  tworzyły  lśniącą  linę  zaplecionej 
czerni. To była ta wizja, na którą czekał przez całą noc. W 
szarzejącej ciemności przedświtu Meg była piękna. 

Przy boku miała dwóch małych chłopców, jeden równie 

wybujały jak płomień jego czerwonych włosów, drugi — cicha, 
powaŜna,  brązowowłosa  wersja  swego  bliźniaka.  W 
ramionach Meg znajdowało się najpiękniejsze dziecko, jakie 
Shiloh kiedykolwiek widział — 

30 

background image

złotowłosy  dwuletni  aniołek,  który  paplał  mruŜąc  śpiące 
oczy. 

„Wszyscy  są  piękni",  myślał  Shiloh,  odrzucając  na  bok 

listę przedstartowych czynności i powstając z miejsca. Szedł ku 
nim  przez  kabinę,  która  rzeczywiście  przypominała  wygodny 
dom.  Zatrzymał  się  koło  nich  i  błądził  wzrokiem  po 
dzieciakach, 

zawieszając 

spojrzenie 

na 

ich 

jasnych, 

zaciekawionych  twarzach.  Potem  znów  utkwił  wzrok  w 
Meg. 

W  ciemniejącej  purpurze  zachodu  i  czerni  bezgwiezdnej 

nocy,  przypominał  sobie  wielokrotnie,  Ŝe  przyjechał  tu  tylko 
ze względu na Keitha. Dla dzieci Keitha, dla rodziny Keitha. 
Ale  postać  Meg  prześladowała  go.  Meg,  przestraszona,  ale 
dzielna, uśmiechała się tak boleśnie, Ŝe aŜ raniło. 

— Meg — wymamrotał, nie tyle na powitanie, ale Ŝeby 

potwierdzić,  Ŝe  ta  noc  dziwnych,  niespokojnych  snów  juŜ 
minęła. 

Od dawna juŜ miał wprawę w oczyszczaniu swego umysłu 

ze  wszystkiego,  aby  głęboko  spać,  kiedy  było  to  potrzebne. 
Nawet zmory, które mogły go trzymać w gadzich skrętach, 
z  rzadka  przebijały  tę  Ŝelazną  zaporę,  wzniesioną  siłą  jego 
woli. Kojący sen bez marzeń, kiedyś warunek przetrwania, 
a  potem  nawyk,  opuścił  go  tej  nocy.  Nie  mógł  niczym 
wyjaśnić  tego  swojego  bezgranicznego  zainteresowania 
Meg. 

Przybył,  aby  pomóc.  Od  początku  ją  podziwiał  i  powaŜał, 

lecz dzieci były dla niego najwaŜniejsze. Potem Meg dotknęła 
jakiejś drzemiącej w nim struny. Naturalne męskie odruchy 
dały  o  sobie  znać,  zlewając  się  w  zaborczą  opiekuńczość. 
Trzy  lata  temu  mógł  odsunąć  jakoś  swe  zainteresowanie, 
określając je jako przesadne współczucie. Ale dzisiaj było ono 
jego  pulsującą  częścią,  tak  samo  realne,  jak  tragedie  które 
wprowa- 

31 

background image

dziły go w Ŝycie Meg. Te uczucia były nieoczekiwaną 

zagadką  do  rozwiązania, ale juŜ  innym  razem.  Jego 

koncentracja musi być zupełna, a wszystkie myśli muszą 

być poświęcone bezpieczeństwu dzieci i Meg. 

— Dobrze się czujesz? 
Pytanie? śyczenie? Nie wiedział. 

 

Doskonale  —  odpowiedziała,  patrząc  mu  w  oczy. 

Wszyscy doskonale się czujemy. 

 

Naprawdę? 

Przekonywał  się,  Ŝe  na  zewnątrz  była  prawie  zawsze 

spokojna, a jej niepokój skryty był głęboko wewnątrz. 

— Czy spaliście tej nocy? 

Uświadamiając  sobie,  która  jest  godzina,  dodał  skru-

szony: 

 

Przez ten kawałek nocy. 

 

Wystarczająco.  Sen  to  najmniej  waŜna  z  moich 

obecnych potrzeb. 

 

MoŜecie spać w gospodzie. Będziemy was pilnować. 

 — Wiem. 

— Wkrótce  —  powiedział.  Meg  nie  spuszczała  z  nie 

go wzroku. 

Czerwonowłosy  chochlik  wykręcił  się,  ciągnąc  matkę 

za  rękę.  Dziewczynka  zaśmiała  się  i  zagaworzyła.  Przy-
pomniało  to  Shilohowi,  Ŝe  widać  ich  z  lotniska.  Zaklął 
kwieciście  w  duchu.  Po  wszystkich  środkach  ostroŜności 
pozwolił  im  stać  na  widoku  i  prowadzić  banalną 
konwersację. 

 

Odejdźcie  od  tych  cholernych  drzwi  —  wyrzucił  z 

siebie,  natychmiast  Ŝałując  ostrych  słów.  Nie  na  niej 
powinien skupić się jego gniew. Popełnił gafę. Westchnął, 
po czym dodał pokornie: 

 

Proszę. 

32 

background image

—  Oczywiście, powinnam była wiedzieć. 

Meg  nie  obraziła  się  i  posłuchała,  wchodząc  w  głąb 

kabiny. 

Jej  twarz  nic  nie  wyraŜała,  ale  Shiloh,  wyczulony  na 

wszystko,  co  jej  dotyczyło,  zobaczył  jej  piersi,  które 
unosiły się i opadały w oddechu tak krótkim i płytkim, Ŝe 
właściwie  mógł  być  tylko  drŜeniem.  Trzymała  się  zbyt 
prosto,  plecy  miała  zbyt 

sztywne. 

W  starannie 

przysłoniętym  oświetleniu  kabiny  jej  oczy  lśniły 
nienaturalnie  —  tylko  wąziutki  pierścień  tęczówki  ota-
czający  czarne  źrenice.  Jej  makijaŜ,  aczkolwiek  mis-
trzowski,  nie  mógł  ukryć  bladości.  Przy  nasadzie  gardła, 
cięŜkie  tętno  pulsowało  w  zacienionym  wgłębieniu,  jak 
dzikie serce schwytanego ptaka. 

 

Czy mogę pomóc? — zapytał. — Czy jest coś... 

 

Zrobiłeś  więcej  niŜ  dosyć,  Shiloh.  To,  co  ofia-

rowałeś, to nasza najlepsza szansa. Jeśli jest w ogóle jakaś 
szansa. 

W  jej  głos  wkradła  się  nuta  rozpaczy.  Była  to  drobna, 

ale wiele mówiąca szczelina w jej zbroi. 

Pierwszym  impulsem  Shiloha  było  zamknięcie  matki  i 

dziecka  w  ramionach,  ofiarowanie  siebie  jako  kotwicy  dla 
ich  rozdartego  Ŝycia.  Chciał  oswoić  dzikie  bicie  jej  serca, 
kładąc wargi na jej gardle. KaŜda jego cząsteczka chciała, 
aŜ do bólu, ją chronić. Jednak rozsądek ostrzegał, Ŝe czułe 
słowa,  czuły  dotyk,  rozwalą  jej  domek  z  kart.  Jej 
opanowana odwaga przeznaczona była dla dzieci. Dla nich 
stale  walczyła  ze  strachem,  z  widoczną,  niepokonaną  siłą. 
Nie  wolno  mu  zrobić  nic,  by  zniszczyć  tę  iluzję,  która 
kosztowała tak wiele. 

Jego umysł akceptował zasady ich rozpaczliwej gry, ale 

jego  ciało  poŜądało  jej  kruchego  ciepła,  jedwabistego  
dotknięcia  skóry.  DrŜące palce  skuliły mu się 

 

33

 

background image

w  dłoni,  a  zapomniany  ołówek  złamał  się  i  upadł. 
PoŜądanie paliło jak gorączka! 

Dla niego była to sytuacja całkowicie nowa. Od tej chwili 

nie  moŜe  sobie  pozwolić  na  odpręŜenie.  KaŜda  czynność  i 
myśl  musi  być  kontrolowana.  śył  zbyt  wiele  lat  między 
istotami  bezlitosnymi,  nabywając  zwyczajów  moŜnych  tego 
ś

wiata.  Był  uczciwy,  ale  nieugięty  śmiało  brał,  czego 

potrzebował. Co brał to zachowywał. Tak długo jak chciał. 
Nigdy naprawdę nie pragnął kobiety, nigdy z czułością, a w 
jego Ŝyciu było niewiele kobiet. 

CzyŜ  mógł  Ŝyć  blisko  Meg  przez  następne  dni,  a  moŜe  i 

tygodnie,  pragnąc,  ale  nie  biorąc?  Czy  moŜe  pozostać 
przyjacielem, którego potrzebowała, unikając niepoŜądanych 
komplikacji?  Naprawdę  nie  wiedział.  Nie  zawierał 
trwałych  przyjaźni  —  z  wyjątkiem  Karoliny,  ale  między 
nimi nie było nigdy takich uczuć. 

„Mój  BoŜe,  tylko  nie  to!"  Podszedł  o  krok,  jego  ciało 

napięło  się,  zapominając  o  dzieciach,  niepomny  nie-
bezpieczeństw i obietnic. 

Zatrzymał  się  jakby  przed  niewidzialną  ścianą.  Nie  moŜe 

naraŜać  ich  kruchego  przymierza.  Miała  silne  ciało, 
znacznie silniejszego ducha. Niszcząca nierównowaga. Nie da 
jej zadziałać. MoŜe być straŜnikiem jej siły fizycznej, ale wara 
mu  od  wewnętrznego  rdzenia,  który  tak  dobrze  jej  słuŜył.. 
Nie będzie dodawał jej kłopotów lub, uchowaj BoŜe, obaw. 

Odsunął  na  bok  uczucia,  silniejsze  od  czegokolwiek,  co 

dotychczas przeŜył. Chciał biec, ale zmusił się, aby iść w jej 
kierunku,  robiąc jeden  wolny  krok  po  drugim. Rozmyślnie 
pozwolił, Ŝeby jego uśmiech dotykał Meg  i  dzieci  po  kolei. 
Coraz łatwiej mu było grać swoją rolę. 

34 

background image

 

Witajcie w moim zastępczym domu. 

 

Czy  trzymałeś  otwarte  drzwi,  poniewaŜ  wiedziałeś,  Ŝe 

przychodzimy? — spytał rudy chłopiec. 

 

Tak jest. Chciałem, Ŝebyście weszli prosto tutaj i nie 

musieli czekać w polu. 

Powiedział to tak, aby wyglądało to jak gest powitalny, a 

nie jak to, czym było — środkiem ostroŜności. 

Jedynie  lekki  szmer  poprzedzał  umięśnioną  figurę  szeryfa 

Martina.  Wyłonił  się  za  nimi,  obładowany  torbami.  Ponad 
głową  Meg  męŜczyźni  wymienili  spojrzenia  i  kiwnięcia. 
Wszystko  przebiegło  zgodnie  z  planem.  Niema  wiadomość 
była balsamem dla starganych nerwów, uspokajającym wrzącą 
niecierpliwość,  która  dręczyła  Shiloha  od  wielu  dni.  Łamliwe 
napięcie  biernych  godzin  nagle  opadło.  Prawie  tryumfował. 
Mógł  ruszać  się,  mógł  działać.  W  ciągu  godziny  srebrny 
samolot,  noszący  błękitny  znak  Przedsiębiorstw  Butlera, 
wzniesie  się  ku  jaśniejszym  horyzontom.  Ich  ostatecznym 
miejscem przeznaczenia będzie Stonebridge. To była chwila, 
na którą czekał. Chwila przeznaczona dla Meg, jej synów i 
córki. 

Szczęśliwszy, z rozjaśnioną twarzą zwrócił się do dzieci. 

—  Sądząc z opisu szeryfa Martina, Edward to ty. 
Umyślnie zwrócił się  najpierw do spokojniejszego 

chłopca  i  uŜył  pełnego  imienia,  a  nie  zdrobnienia,  Shiloh 
wyciągnął  rękę.  Po  chwili  wahania,  której  udał,  Ŝe  nie 
dostrzegł,  mała  ręka  została  umieszczona  w  jego  ręce. 
Potrząsnął ją z powagą. 

 

Witaj  na  pokładzie,  młody  człowieku.  Nazywam  się 

Shiloh. Będę waszym pilotem. Mam nadzieję, Ŝe lot się wam 
spodoba. 

 

Tak, sir. 

35 

background image

Eddie

 

przełknął ślinę i zaczerwienił się. Potem z niezwykłą 

ś

miałością zapytał: 

 

Czy  mogę  patrzeć,  jak  pan  pilotuje  samolot,  panie 

Shiloh? 

 

Z  pewnością  tak,  a  moŜe  nawet  będziesz  mógł 

pomóc. 

Eddie rozpromienił się, a Shiloh zaśmiał się, burząc mu 

włosy. 

—  Thomas  —  powiedział,  przenosząc  swą  uwagę  na 

wiercącego  się  chłopca.  Na  zniszczonej  twarzy  miał  Ŝar- 
tobliwie  groźną  minę.  —  Ty  jesteś  Thomas,  prawda, 
a  nie  pirat  kosmiczny,  który  przyszedł  ukraść  nam 
statek powietrzny? 

ZmruŜył oczy, zastanawiając się. 
—  Piraci  kosmiczni  nigdy  nie  mają  rudych  włosów. 

Zielone  być  moŜe,  ale  nigdy  rude.  Czy  jesteś  piratem?  I 
dlatego masz zranione oko? 

—  Tommy — skarciła go Meg. 

To  było  zbyt  bezczelne,  nawet  w  przypadku  tego 

ogniście rudego łobuza. 

—  Nie,  Meg  —  ostrzegł  Shiloh.  —  Oczywiście,  Ŝe 

jest  ciekaw.  WyobraŜam  sobie,  Ŝe  Edward  teŜ  chce 
wiedzieć.  Przykro  mi  cię  rozczarować,  kolego,  ale  jestem 
po  prostu  zwykłym  człowiekiem,  który  akurat  pilotuje 
samolot. 

Dotknął swojej blizny opuszkiem kciuka. 

—  Kiedy  mi  to  zrobili,  byłem  Ŝołnierzem  w  okropnej 

wojnie. 

—  Tej  samej  co  tatuś?  —  Eddie  dał  wyraz  swej  cie-

kawości. 

—  Dokładnie tej samej. 

 

Tatuś nie miał blizny. To 

naturalnie znów Tommy. 

 

Wiem. — „Blizn na ciele", dodał w myślach Shi- 

36 

background image

loh.  —  Ale  fakt  pozostaje  faktem,  ja  mam  bliznę.  Czy 
boisz się jej, Thomas? 

 

Nie, sir. 

 

PoniewaŜ  nie  mam  równieŜ  zielonych  włosów, 

uściśniemy sobie ręce? 

Tym  razem  nie  było  wahania.  Chichoczący  chłopak 

włoŜył swą dłoń w dłoń Shiloha i z wigorem ją potrząsnął. 
Shiloh uśmiechnął się w odpowiedzi. 

 

Witaj na pokładzie, Thomas. 

 

Czy  ja  teŜ  mogę  pomagać  prowadzić  samolot?  — 

zapytał  Tommy,  wcale  nie  rumieniąc  się  pod  piegami,  z 
zawadiackim uśmiechem na ustach. 

 

Oczywiście, Ŝe moŜesz. 

 

Mogę być pierwszy? 

 

Nie. MoŜesz pomóc, ale nie jako pierwszy. 

 

Dlaczego? 

 

PoniewaŜ  Edward  poprosił  o  to  przed  tobą  — 

powiedział  Shiloh,  kończąc  dyskusję,  jakby  to  było  coś 
oczywistego. 

 

Oh. 

Tommy  patrzył  z  szeroko  rozwartymi  oczyma  na  brata. 

Widoczne było,  Ŝe jest trochę zaskoczony nieoczekiwanym 
rozwojem  wypadków.  Shiloh  zorientował  się,  Ŝe  ten 
bliźniak  nieświadomie  grał  pierwsze  skrzypce  w  ich 
wspólnym  świecie.  Do  dziś.  To,  Ŝe  Eddie  moŜe  być 
pierwszy, raczej przecierać szlak niŜ iść śladem, było nową 
koncepcją,  która  będzie  wymagała  wiele  zastanowienia  w 
przyszłości. 

 

Oh,  okay  —  w  jego  głosie  zadźwięczały  nutki  za-

dziorności. 

 

I tak muszę zająć się mamą i Sam. 

 

Dzięki. 

Shiloh lekko poklepał uparty mały podbródek. 

—  Miałem nadzieję, Ŝe to powiesz. Razem z Edwar- 

37 

background image

dem moŜecie się zmieniać przy pilnowaniu waszej mamy i... 

Zrobił  pauzę,  unosząc  nie  uszkodzoną  brew.  Druga,  ta 

uszkodzona ani drgnęła. 

—  Ta  śliczna  dziewczynka  nie  moŜe  być  Sam!  KaŜ- 

dy,  kto  ma  na  imię  Sam  powinien  mieć  wielkie  uszy, 
czerwony  nos  i  brodawkę  na  podbródku,  a  nie  włosy 
jak  słońce  i  oczy  jak  gwiazdy.  To  nie  moŜe  być  Sam. 
To aniołek. 

Mała  dziewczynka  na  ręku  Meg  chrząknęła,  a  chłopcy 

zanosili  się  śmiechem.  Nawet  Barney  Martin  był  tak 
rozbawiony,  Ŝe  zapomniał  o  cięŜkim  brzemieniu,  które  juŜ 
dawno zmieniło mu ramiona w ołów. 

Meg  nie  śmiała  się.  Była  bliŜsza  płaczu  niŜ  śmiechu, 

poniewaŜ  była  świadkiem  czegoś  cudownego.  W  bez-
słonecznym  chłodzie  przed  świtem,  ten  dziwny  męŜczyzna  z 
twarzą  zabijaki  rozgrzał  serca  jej  dzieci.  Z  salomonową 
mądrością  znalazł  właściwe  podejście  do  chłopców. 
Nieśmiałemu  dziecku  łagodnie  dodał  odwagi,  ze  śmiałym 
postępował  z  ostroŜną  stanowczością,  i  taktownie  wszystkich 
zabawiał. Jąka to była magia? Rzucił na nich urok? 

 

Chodź, Meg — rzekł Shiloh, kończąc jej rozmyślania. 

Edward i Thomas będą zwiedzać kabinę, szeryf Martin 
ułoŜy razem ze mną wasz bagaŜ. Siadaj tutaj.* Musisz być 
wyczerpana. 

 

Nie, nie tak bardzo. 

 

Jesteś tak zmęczona, Ŝe nas nie słuchałaś — zbeształ 

ją łagodnie. — Byłaś myślami o milion mil stąd. 

 

Niezupełnie. Wspominałam. Od wielu dni nie słyszałam 

ś

miechu dzieci. Byłeś wspaniały. 

Znów inna cecha tego tejemniczego męŜczyzny. Jej wzrok 

spotkał się z jego wzrokiem, znajdując tam czu- 

38 

background image

łość, która rozstrajała bardziej niŜ ośmielała. Oczy napełniły 
się  łzami,  zbierającymi  się  jak  krople  rosy  na  jej  rzęsach. 
Starając  się  nie  ujawniać  opanowujących  ją  emocji, 
ciągnęła dalej: 

 

Nikt  nie  zrozumiał  ich  przedtem  tak  szybko  jak  ty. 

Jak ty to robisz? 

 

Lubię dzieci. Zawsze je lubiłem. 

Jego  wzruszenie  ramion  i  prosta  odpowiedź  zostawiały 

więcej rzeczy nieodpowiedzialnych niŜ wyjaśniały, narzucając 
mnóstwo nowych pytań. 

— Proszę  cię...  —  połoŜył  rękę  na  jej  ramieniu.  — 

Odpocznij. 

Niechętnie  przyznając  się  do  zmęczenia,  Meg  dała  się 

poprowadzić  do  fotela  z  odchylanym  siedzeniem.  Wy-
czerpana podnieceniem, Sam zaczęła opadać jej na piersi. 
Dziecko  mocno  juŜ  spało,  kiedy  Shiloh  zapinał  ich  pasy. 
Meg  słyszała  jak  coś  mamrotał  —  mogło  to  być 
współczucie lub czułe słowa. 

„To  śmieszne",  zakpiła  z  siebie,  choć  część  jej  jestestwa 

przyznawała,  Ŝe  byłoby  cudownie  mieć  kogoś  kto  dba, 
naprawdę się troszczy. Ale nie wolno jej o tym myśleć lub 
przywiązywać  zbyt  duŜego  znaczenia  do  działań  szczerze 
troskliwego człowieka. 

Westchnęła  ze  znuŜeniem.  Musi myśleć  o  dzieciach  i  o 

próbie  jaka  ją  czeka.  Nie  ma  juŜ  miejsca  w  jej  Ŝyciu  na 
głupie fantazje. Będzie miała do czynienia z „tu" i „teraz" 
realnego  Ŝycia.  Tu  był  samolot  Butlera.  Teraz  był  początek 
ich 

podróŜy 

do 

Ziemi 

Obiecanej 

bezpieczeństwa. 

Bezpieczeństwo. To było więcej niŜ słowo, to był skarb. 

LeŜąc  głową  na  dostarczonej  przez  Shiloha  poduszce, 

słyszała  łomot  pakowanych  walizek,  podniecone  okrzyki 
Tommy'ego,  potem  Eddie'ego,  uwagi  szeryfa  Martina, 
wypowiadane z południowym akcentem, odpowie- 

39 

background image

po  męczącej,  napiętej  ciszy  poprzednich  godzin  normalne 
dźwięki  normalnego  świata  prawie  przekonywały,  Ŝe  jej 
własny świat nie wywraca się do góry nogami. 

Kiedy Sam zaciąŜyła mocniej na jej piersiach i jej słodki 

dziecięcy  oddech  wyrównał  się,  Meg  zanurzyła  się  w 
błogości  odnalezionej  nadziei.  Chciała  tylko  zamknąć 
piekące powieki, ale zamiast tego odpłynęła w pierwszy od 
wielu  dni  sen bez marzeń sennych. 

 

Spójrz na nią — powiedział Barney, kiedy w kabinie 

zapadła  cisza.  —  Ciekaw  jestem,  kiedy  ostatnio  mogła 
sobie pozwolić na coś więcej niŜ drzemkę? 

 

Pewnie  dawno  —  zgodził  się  Shiloh.  —  Ale myślę, 

Ŝ

e chciałaby poŜegnać się z panem. 

— Nie ma potrzeby. Niech pan poŜegna ją w moim 
imieniu. Jego wielka ręka opadła na ramię Shiloha. — 
Niech się pan nimi opiekuje i uwaŜa na siebie. 

—  Pan  teŜ  niech  uwaŜa.  Obaj  nie  powinniśmy  zapo- 

minać,  Ŝe  umysły  takie  jak  umysł  Ballengera  nie  ra- 
dzą  sobie  dobrze  ze  stresami  zabawy  w  chowanego. 
MoŜe zaatakować kaŜdego z nas. 

Shiloh czuł ukłucie winy za zniszczenia, na które naraŜa 

wioskę  i  gospodę.  Lawndale  było  jeszcze  bardziej 
naraŜone. 

—  On wkrótce przybędzie. 
—  MoŜe  przybyć  w  kaŜdej  chwili  —  zgodził  się 

szorstko szeryf Martin. 

—  Jest pan przygotowany? 

Martin  spojrzał  na  Meg  i  śpiące  dziecko,  a  potem  na 

bliźniaki,  które  rozciągnęły  się  na  siedzeniach,  studiując 
atlas. 

—  Będę  znacznie  lepiej  przygotowany  od  chwili,  gdy 

pan  zabierze  kobietę  i dzieci w bezpieczne miejsce. 

40 

background image

Nie  łudzę  się,  Ŝe  będę  zdolny  przewidzieć  posunięcia 
Ballengera.  Dałbym  sobie  radę,  być  moŜe,  z  racjonalnym 
umysłem.  Ale  Ballenger  jest  sprytny,  przebiegły  i 
kopnięty. To potrójne niebezpieczeństwo. 

 

Myślę, Ŝe oceniasz go właściwie. 

 

Ty takŜe. 

 

Ja nie będę sam. 

Czarne oczy Martina wwiercały się w niego. 

 

MoŜe  tak,  ale  licz  głównie  na  siebie.  Kieruj  się 

instynktem.  Czujesz  te  sprawy  i  jeśli  ktokolwiek  moŜe  ją 
przez  to  przeprowadzić,  to  właśnie  ty.  Gdybyś  nie  był 
takim  cholernie  bogatym  sukin...  —  przerwał,  przy-
pominając sobie o chłopcach. — W kaŜdym razie, gdybyś 
nim  nie  był,  kiedy  to  wszystko  minie,  mógłbym  oferować 
ci pracę. 

 

Mógłbym się zgodzić. 

 

Ha! 

Martin zaśmiał się serdecznie, potem spowaŜniał. 

—  UwaŜaj na siebie. 

Szeryf  Martin  odszedł.  Samolot  Butlera  był  gotów  do 

kołowania  i  startu.  Plany  zmieniły  się  nieco  —  zarówno 
Eddie,  jak  i  Tommy,  siedzieli  w  kabinie  pilota.  Robiąc 
ostatni przegląd sytuacji przed startem, Shiloh ukląkł przy 
Meg.  Jego  wzrok  ślizgał  się  po  niej  tam  i  z  powrotem. 
Mógłby  tak  patrzeć  na  nią  w  nieskończoność:  JeŜeli 
wyglądała 

niewinnie 

łamanych 

promieniach 

wczorajszego  słońca,  dziś  we  śnie,  z  oddalonymi 
zmartwieniami,  była  więcej  niŜ  niewinna.  Chrupka, 
delikatna, piękna... taka była Meg. 

Jej  warkocz  się  rozluźnił.  Oddech  śpiącego  dziecka 

poruszał błyszczący kosmyk jej włosów. Jedwabiste rzęsy 
spoczywały  jak  zasłona  na  policzkach.  Jej  skóra  była 
prawie przezroczysta, zbyt blada pod rumieńcem, 

41 

background image

ale  taka  miękka,  taka  delikatna.  Shiloh  poczuł  znajomy  ból, 
potrzebę  wzięcia  jej  w  ramiona.  I  czegoś  więcej,  jak  sobie 
uświadomił.  Nie  był  ani  świętym,  ani  mnichem.  PoŜądał 
Meg Sullivan. 

Głowa  poruszyła  jej  się  niespokojnie,  między  brwiami 

pojawiła  się  zmarszczka.  Jęknęła  cicho.  Odruchowo  Shiloh 
wsunął  rękę  pod  jej  warkocz,  jego  palce  znalazły  napięte 
mięśnie karku. Końcami palców masował mięśnie, aŜ napięcie 
zelŜało.  Gładził  jej  skórę  jeszcze  długo  po  zniknięciu 
zmarszczki.  Pomruk,  wyraŜający  przyjemność,  wyssał  mu 
oddech, powodując, Ŝe jego puls zaczął łomotać jak skrzydła 
schwytanego jastrzębia. 

Z pośpiechem cofnął rękę, w obawie, Ŝe moŜe ją obudzić, 

z  ulgą,  kiedy  zobaczył,  Ŝe  ciągle  śpi.  Tylko  dziecko  się 
obudziło.  Dziewczynka  poruszyła  się,  chowając  twarz  na 
piersiach  matki,  kciuk  powędrował  do  ust.  Kiedy  znów 
zasnęła,  zacisnęła  piąstkę  dookoła  matczynego  warkocza. 
Shiloh  myślał  chwilę,  a  potem  wyciągnął  ostroŜnie  warkocz 
spod palców dziecka. Meg musiała spać bez przeszkód. 

 

Shiloh? 

 

Uhm — odpowiedział. — Nie chciałem cię obudzić. — A 

obudziłeś? —  spytała Meg niewyraźnym ze 

snu głosem. 

 

Prawie  —zaśmiał  się  Shiloh.  —  Ale  jeśli  się  oboje 

postaramy, myślę, Ŝe moŜesz spać dalej. 

 

Chłopcy? 

 

Ze mną. 

 

Oh — Meg oddychała głęboko, jej piersi unosiły się i 

opadały pod bluzką. — To wszystko w porządku,  — Mam 
nadzieję  —  mruknął  Shiloh  i  uświadomił  sobie,  Ŝe  juŜ 
zasnęła.  Wstał  i  dotknął  dłonią  jej  policzka.    Była  więcej 
niŜ piękna. Była tak godna po- 

42 

background image

Ŝą

dania, Ŝe nie moŜna było tego znieść. KaŜde spojrzenie na 

nią,  kaŜde  dotknięcie,  najprostszy  gest  budził  w  nim 
gorączkę bezrozumnej namiętności. 

Przybył, aby ochronić ją przed Ballengerem. Kto ochroni 

ją przed nim samym? 

Ś

migłowiec  szybko  leciał  nad  liniami  wysokiego  napięcia, 

które  przecinały  rozpościerający  się  pod  nimi  krajobraz. 
Zamiast  błękitnego  znaku  Przedsiębiorstw  Butlera,  na 
helikopterze widniały znaki elektrowni. 

 

Dobrze  się,  chłopcy,  bawicie?  —  młody  pilot  rzucił 

bliźniakom na siedzeniu obok zachęcające spojrzenie. 

 

 

Tak  —  odpowiedział  Tommy.  —  Latasz  tak  co-

dziennie? 

 

Prawie — Jingo Stark przekrzykiwał szum skrzydeł. 

 

Musi być fajnie — Eddie rzucił jedną ze swoich bardzo 

rzadkich uwag. 

 

Tylko  nie  w  czasie  śnieŜycy.  Wtedy  tutaj  jest  zimniej 

niŜ  w  zamraŜarce  —  zaśmiał  się  Jingo.  Dzięki  Bogu  nie 
mamy tu wiele śniegu. 

 

Kiedy juŜ pada, to jest cacy, i czy jest zimno czy nie, 

pracujesz  jak  wół,  szukając  przerwanych  linii  i 
zapewniając  kaŜdemu  prąd  —  skomentował  Shiloh  z 
tylnego  siedzenia.  —  Nie  dajcie  się  oszukać,  chłopcy.  Jingo 
uratował Ŝycie wielu ludziom, korzystając z tej maszyny. 

 

Oj, Shiloh — zaprotestował młody człowiek, rumieniąc 

się pod czapką baseballową. — Wykonuję tylko swoją pracę. 

Pochwała  z  ust  Shiloha,  największego  asa  w  wojnie 

wietnamskiej, to była rzeczywiście pochwała. 

—  I co więcej — dodał Shiloh, pochylając się do 

43 

background image

przodu  i  kładąc  rękę  na  szerokich  i  kościstych  ramionach 
Jingo  —  straciłeś  na  wadze.  Musisz  wpaść  do  gospody  i 
pozwolić, Ŝeby główny kucharz cię utuczył. 

—  Zrobię to. Niech pani spojrzy. 

Jingo  przechylił  maszynę  i  dał  nurka  poniŜej  poziomu 

drzew. Jego twarz wyraŜała troskę o ładną, smutnooką damę, 
która siedziała cichutko przez całą podróŜ. 

—  Ten  mały  zbiornik  wodny  to  Kryształowe  Jezio- 

ro.  Gdyby  moje  śmigła  nie  wzburzały  wody,  zobaczy 
łaby  pani  dlaczego  się  tak  nazywa.  To  większe,  ciem- 
niejsze  jezioro,  trochę  dalej,  nazywamy  Stawem  Kamie- 
niołomu.  Nikt  nie  wie,  dlaczego  mniejszy  zbiornik  na- 
zywa się „jezioro", a większy „staw". 

Meg  niechętnie  oderwała  się  od  bezmyślnej  obserwacji 

chmur.  Posłusznie  pochyliła  się  do  przodu,  trąc  brodą  o 
włosy  Samanthy.  Nic  nie  odpowiedziała.  Dawno  juŜ 
zrezygnowała  z  konwersacji.  Eddie  i  Tommy  byli  zbyt 
zafascynowani  wyczynami  Jingo  Starka,  a  Shiloh    nie 
wydawał się w nastroju do rozmowy. 

Zachowywał się tak od chwili, kiedy w Atlancie wysiedli 

z  samolotu.  Przez  chwilę  myślała,  Ŝe  Shiloh  czuje  się 
niepewnie,  gdyŜ  nie  on  prowadzi  maszynę.  Ale  nie,  jego 
szacunek  dla  Jingo  był  prawdziwy.  Potem  rozwaŜała,  czy 
nie  Ŝałuje,  Ŝe  zaangaŜował  się  tak  mocno  w  sprawę  ich 
bezpieczeństwa,  ale  doszła  do  wniosku,  Ŝe  jednak  nie.  Po 
sposobie zwracania się do dzieci, widać było, Ŝe znajduje w 
tym przyjemność. Tylko gdy patrzał na nią, w jego oczach 
czuła chłód. 

 

Podoba się pani? 

 

Proszę? — jej głos był lekko chrapliwy. 

 

Kryształowe Jezioro? Czy pani się podoba? Jingo 

zniŜył helikopter tak nisko, Ŝe wokół nich 

unosiła  się  mgiełka  kropel  wody  rozpylanych  przez 
wodospad. 

44 

background image

—  Oczywiście  —  odpowiedziała  pośpiesznie,  zdając 

sobie  sprawę,  Ŝe  pilot  dla  niej  nadłoŜył  drogi.  Był  to 
od  niego  podarunek,  próba  wyrwania  jej  z  izolacji. 
Wspaniały prezent. 

Przez  okno  widać  było  jeziorko  zasilane  niskim  wo-

dospadem.  Trochę  dalej  większe  jezioro,  o  wodach 
ciemnobłękitnych.  Oba  jeziora  łączył  strumień.  Skaliste 
brzegi były porośnięte wierzbami i karłowatym dereniem. 

— Jest piękne! Takie czyste! Czy widać dno? 

—  Tak  jest.  To  był  stary  kamieniołom.  Jezioro  jest 

płytkie  z  rafami  u  brzegu.  Staw  ma  ściany  z  litej  ska- 
ły,  które  pionowo  schodzą  w  dół.  Jest  mroczny,  głę- 
boki i zimny. 

Ostatnie słowo zaakcentował, specjalnie dla chłopców. 

—  Ale  Jezioro  ma  najczystszą  wodę  w  całym  stanie. 

Jeśli  wrzucisz  pięciocentówkę,  będzie  ją  widać  miesiąc 
później. 

— MoŜna tu pływać? — zapytał Tommy. 

 

W Jeziorze moŜna. Ale Staw jest zbyt głęboki i zbyt 

zimny. To dobre miejsce, Ŝeby dostać skurczów. 

 

A  ty?  To  znaczy,  czy  pływałeś  w  stawie?  —  Eddie 

przeniósł  wzrok  z  Jeziora  na  Staw  i  w  końcu  na  twarz 
swego najnowszego bohatera. 

 

Raz,  kiedy  mnie  wyzwano.  Przysiągłem  Bogu,  Ŝe 

jeŜeli wyjdę z tego cało, juŜ nigdy nie wejdę tam do wody. 
Mówię  wam,  kiedy  wdrapałem  się  na  tę  stromą,  mokrą  i 
ś

liską skałę, byłem taki siny jak niebo nad Karoliną. Niech 

was Bóg broni przed próbowaniem tego. 

 

Tak, sir — chórem odpowiedzieli chłopcy. 

 

Opowiem  dlaczego  tam  pływałem.  Kiedyś  znałem 

faceta, który... 

45 

background image

Jingo  rozpoczął  długą  opowieść,  fascynując  swoich 

słuchaczy. 

Ś

migłowiec  znów  się  przechylił  i  zaczął  się  wznosić.  Shiloh 

obserwował  ukochany  krajobraz.  Niskie  wzgórza  pokryte 
były  łatami  pól  i  lasów.  Czerwona  gleba  -tworzyła  idealne 
uzupełnienie  zieleni  sosen  i  dębów.  To  była  juŜ  ostatnia 
część  ich  podróŜy.  Byli  prawie  w domu. Shiloh uśmiechnął 
się  i  odetchnął  z  zadowoleniem.  Jego  wzrok  przypadkowo 
spotkał się ze wzrokiem Meg. 

—  Wygodnie? — smakował to słowo. 

Kiedy  odczytywał  odpowiedź  z  warg  Meg,  znów  poczuł 

strumień  emocji.  Zmęczenie  i  gadanina  Jingo  dały  mu 
poczucie  bezpieczeństwa.  Ale  było  to  bezpieczeństwo 
fałszywe. 

Był bezsilny wobec swego poŜądania. Myślał, Ŝe opanuje go, 

ale  na  darmo.  Walczył  ze  sobą  przez  chwilę.  Kiedy 
powtórzył  pytanie,  znów  miał  lód  w  oczach.  Prawie 
krzyknął: 

 

Czy jest ci wygodnie? 

 

Tak,  dziękuję  —  odpowiedziała  tonem  grzecznej 

uczennicy. Przez chwilę był taki, jak na początku ich podróŜy. 
Potem zmienił się w jednej chwili. 

 

Co...  —  zaczęła  i  przekonała  się,  Ŝe  nie  ma  odwagi 

zapytać, co mu zrobiła. 

 

Co? — przynaglał Shiloh, obserwując ją i przekonując 

się, jak złudne jest jego poczucie, Ŝe panuje nad sobą. 

 

Nic  takiego  —  odpowiedziała  Meg.  —  Po  prostu, 

wydawało mi się, Ŝe czymś się martwisz. 

 

Z wyjątkiem Ballengera, nie mam innych trosk. 

Zdobył  się  na  wymuszony  uśmiech.  Było  to  kłamstwo. 

Nie  czuł  się  wcale  dobrze.  Było  mu  gorąco  i  źle,  i  nie 
panował nad sobą. Nigdy nie był tak wściekły 

46 

background image

na siebie. Wściekły, Ŝe do takiego stanu doprowadza go ta 
zmęczona,  kobieca  twarz.  I  wściekłość,  Ŝe  jego  własny 
gniew ją niepokoi i rani. 

JuŜ  nie  przypominał  Shiloha  Butlera,  tak  opanowanego  i 

nie tracącego, nawet pod obstrzałem, zimnej krwi. Dla Meg 
musiał  być  niesympatycznym,  obcym  facetem,  który  odgryza 
się  i  warczy  przy  najmniejszej  prowokacji.  Miała  wszelkie 
powody,  aby  zwątpić  czy  słusznie  powierzyła  mu  troskę  o 
swoje Ŝycie i o Ŝycie dzieci. 

Nagle ujął jej dłoń. 

—  Mów do mnie— poprosił. 
Nawet przekrzykiwanie silnika helikoptera było lepsze niŜ 

pełna poczucia winy cisza. Ścisnął mocniej jej dłoń. 

—  Co chcesz, Ŝebym mówiła? 

Była jawnie zdziwiona nagłą zmianą jego zachowania. 

—  Cokolwiek — szepnął. — Po prostu mów. 
Milczała   dłuŜszą   chwilę,   próbując  wyczytać   mu 

z  twarzy  przyczynę  tego  dziwnego  zachowania.  Shiloh  nie 
zmieniał zwykle tak często nastrojów. Wierzyła w to tak,  jak 
wierzyła w jego siłę. 

—  Dobrze  —  szukała  gorączkowo  tematu  do  roz- 

mowy.  —  Czy  zawsze  przyjeŜdŜasz  tutaj  helikopte- 
rem? 

Shiloh westchnął i odpręŜył się. 

 

Zwykle  przylatuję  odrzutowcem.  O  godzinę  jazdy 

samochodem jest lotnisko. Nasz lot z Lawndale do Atlanty, 
czarter do  elektrowni  i  nasz  lot  z  Jingo,  to  były  po  prostu 
ś

rodki ostroŜności. 

 

A ty poleciałeś prosto do Lawndale, prawda? 

 

Z Atlanty. Miejsce startu nie powie nic Ballengerowi, 

to miejsce przeznaczenia jest dla niego waŜne 

47 

background image

- nieświadomie głaskał kciukiem grzbiet jej dłoni, — Nie 
popełnię omyłki, mogącej cię narazić, obiecałem, Ŝe cię 
ochronię. — Nawet przede mną, przez chwilę myślał, Ŝe 
powiedział to głośno. Jej wzrok zaprzeczył jego 
przypuszczeniu. 

—  Nie mógłbyś mnie skrzywdzić, Shiloh. 

W  czasie  rozmowy  zapomnieli,  Ŝe  naleŜy  krzyczeć. 

Meg  pochyliła  się  ku  Shilohowi,  Ŝeby  lepiej  słyszeć. 
Zapach  jej  perfum,  znów  wytrącił  Shiloha  z  równowagi. 
Ochryple, nie panując nad sobą, powiedział: 

 

Meg, kochanie... 

 

Zamek! 

Samantha, która budziła się od czasu do czasu, wybrała 

tę chwilę, Ŝeby dać o sobie znać. Podskakując na kolanach 
matki, wykrzyknęła znowu: 

 

Zamek! 

 

Gospoda — poprawił Shiloh. 

Ogarnęło  go  poczucie,  Ŝe  wraca  do  domu,  spychając 

poryw poŜądania na drugi plan. Nagły śmiech wypełnił mu 
twarz. 

 

Dom, Samantho. 

 

Kochasz to miejsce, prawda? 

Meg była zafascynowana ciągłą zmianą jego nastrojów. 

Był uprzejmy i odwaŜny. Był zamyślony i czuły, gniewny i 
przebaczający. A teraz szczerze się śmiał. 

 

Panie  Shiloh  —  Tommy  walczył  z  pasem  przy  sie-

dzeniu, aby wyjrzeć przez okno. — Kim są ci ludzie, tam 
w dole? 

 

To  moi  przyjaciele  —  rzekł  Shiloh.  —  Będą  teŜ 

twoimi przyjaciółmi. 

Jingo zajął się sterami. Helikopter rozpoczął lądowanie. 

Zanim śmigło wznieciło kurz, Meg zauwaŜyła drobną rudą 
kobietę i wysmukłą blondynkę. 

48 

background image

 Dwie  zachwycające  kobiety  oczekiwały  Shiloha.  Wzrok 

Meg powędrował ku ciemnym mocnym palcom, splątanym  z 
jej  palcami.  Dlaczego,  po  tym  okresie  jawnej  obojętności 
trzymał właśnie jej dłoń? 

Kurz  utworzył  wokół  nich  czerwoną mgłę, a  hałas  stał 

się  nie  do  zniesienia.  Maszyna  Jinga  dotknęła  ziemi  tak 
lekko, ja puch ostu. 

background image

3

 

Nagłe  zamieszanie  w  kabinie  wyrwało  Meg  z  zamyślenia. 

Odpinano  pasy,  otwierano  drzwi  i,  zanim  Meg  zdąŜyła 
zaprotestować,  bliźniaki  z  zapałem  wygramoliły  się  na 
zewnątrz. 

Jingo wyjął dziecko z rąk Meg i tylko o sekundę wyprzedził 

Shiloha,  który  podniósł  ją  z  siedzenia.  Kiedy  stawiał  ją  na 
ziemi, jego ręka przez chwilę spoczywała poniŜej jej piersi. 
Dotyk  był  odrętwiający,  jakby  elektryczny,  i  przebudził  w 
Meg  nieokreślone  pragnienie.  Meg  była  prawie  chorobliwie 
ś

wiadoma  fizycznej  bliskości  Shiloha.  Jego  skóry  i  mięśni, 

jego ciemnej, Ŝarliwej męskości. 

Jego zapach, który docierał do niej przez upał, zdawał się 

ją  przyciągać.  Przechyliła  się  ku  niemu,  ocierając  się 
piersiami o jego pierś. 

—  OstroŜnie. 

Wyrzucił  z  siebie  to  słowo  wargami  zwartymi  w  surową 

linię. Palce ponownie kurczowo zwarły się na jej ciele. 

—  Przepraszam.  Świat  jeszcze  ciągle  dla  mnie  kręci 

się w kółko. 

Powiedziała  to  kłamstwo  na  wydechu,  ze  spuszczonymi 

oczami. 

50

 

background image

—  To  trochę  potrwa,  zanim  przyzwyczaisz  się  chodzić 

znów  po  twardym  gruncie  —  powiedział  łagodniej.  — 
Nie przejmuj się. 

Oczekiwała,  Ŝe  te  twarde,  szorskie  dłonie  opuszczą  jej 

rozedrgane  ciało.  Zwlekały  jednak,  a  ich  dotknięcie  paliło. 
Pochylił  ku  niej  głowę  i  pieścił  ją  wzrokiem.  Jednak  w  jego 
błękitnym  spojrzeniu  kryła  się  pierwotna  Ŝądza,  a  nie 
łagodność. 

—  Shiloh?  —  w  jej  szepcie  kryło  się  zdziwienie  wzy- 

wającego serca. 

Nie  poruszył  się.  Tylko  skronie  mu  pulsowały,  coraz 

szybciej,  jakby  chciały  przegonić  swój  własny  rytm. 
Pomyślała,  Ŝe  uspokoi  je  końcami  palców.  Drgnął  przy 
dotknięciu, ale nie odsunął się. Jego dłoń spadła jak jastrząb 
na  jej  dłoń  i  przycisnęła  ją  do  policzka.  Dyszał  wolno  i  z 
wysiłkiem, oczy mu płonęły. Złotą bransoletkę, którą nosiła na 
ręce po prostu zgniatał, wciskając ją w jej ciało. 

Ból  nie  był  dla  niej  istotny.  Czuła,  Ŝe  stanowi  jedność  z 

Shilohem. CóŜ więc mógł znaczyć ból? 

Uczuła  gwałtowny  przypływ  poŜądania.  Nie  była  na  to 

przygotowana.  Rozchyliła  wargi,  jej  palce  zaczęły  gładzić 
jego skórę. 

—  Nie! 

Nie był to rzeczywisty okrzyk, mimo Ŝe odczuła go całym 

jestestwem. MoŜna go było tylko odczytać w wyrazie twarzy 
Shiloha,  w  ruchu  głowy,  jaki  wykonał.  Jego  ręce  obsunęły 
się z niej, a on odstąpił o krok. Palce zwinęły się w pięści, a 
Meg  ujrzała  w  nim  gniew.  Przez  moment  walczył  ze  sobą, 
zanim się opanował. Po chwili był juŜ spokojny. 

Zmiana  była  raptowna  i  całkowita.  Napięte  mięśnie  szyi 

wygładziły się, zniknął nienaturalny kąt jego ramion, oddech 
się wyrównał. Nie był juŜ gniewny. Kie- 

51 

background image

dy  ich  wzrok  spotkał  się  ponownie,  nie  było  tam  juŜ 
płomieni.  Nie  było  takŜe  lodu.  Shiloh  nosił  obojętną 
maskę. 

Dopiero teraz ból w palcach przywrócił jej świadomość  

rzeczywistości.  Dopiero  teraz  ochłonęła.  Gdyby  nie 
pulsowanie  w  dłoni,  byłoby  tak,  jakby  nic  się  nie 
wydarzyło.  Zresztą  czy  rzeczywiście  wydarzyło  się? 
Uczucie,  którego  doznała,  było  tak  intensywne,  Ŝe  nie 
przyszło jej na myśl, iŜ Shiloh moŜe go nie podzielać. 

Jak mogłeś tego nie czuć, chciała wykrzyknąć. Mój BoŜe, 
Shiloh, jak mogłeś?
 

Zaryzykowała spojrzenie, próbując odnaleźć oznaki Ŝaru 

nawet  w  lodowatym  chłodzie,  ale  jeśli  Shiloh  był 
poruszony, krył to pod spokojnym obliczem. Chwila uczuć 
nie była wspólna. To był tylko jej kaprys. Wyłącznie jej. 

Zareagował  tak  gwałtownie,  cofając  się  przed  jej  do-

tykiem, jakby z desperacją. Kiedyś przedtem, w spokoju jej 
kuchni,  odsunął  się,  trochę  spokojniej,  kiedy  dotknęła  ze 
współczuciem  blizny  na  jego  twarzy.  Chciała  wierzyć,  Ŝe 
to  ze  względu  na  bliznę,  ale  nie  było  to  prawdopodobne. 
ś

ył  z  nią  przecieŜ  tak  długo,  Ŝe  blizna  stała  się  jego 

częścią. 

Nie,  to  nie  była  blizna.  To  jej  dotyk,  który  sugerował 

współczucie,  był  dla  niego  nie  do  zaakceptowania.  Dla 
Shiloha współczucie było nie do zniesienia. Tylko z rzadka 
przyjaciel lub ukochana osoba mogła je ofiarować. Ona nie 
była ani jednym, ani drugim. 

Meg  wzięła  się  w  garść.  Przypominając  sobie,  gdzie 

jest,  zwróciła  się  ku  oczekującym  ludziom,  nastawiła  się, 
Ŝ

e  okaŜą  jej  niesmak  z  powodu  sceny  jaką  odegrała. 

Przygotowała się na odparcie ataków. Jej dzielność została 
zmarnowana. Publiczności nie było. 

52 

background image

Kobiety,  ogromny  męŜczyzna  i  chłopak  w  mundurze 

podchodzili do lądowiska. OstroŜnie trzymali się z dala od 
wirującego  kurzu  i  nie  widzieli  nic  z  jej  upokorzenia. 
Wstrząśnięta,  Meg  uświadomiła  sobie,  Ŝe  incydent  trwał 
tylko krótką chwilę. Nikt nie zdawał sobie sprawy  z tego, 
co zaszło między nimi. 

Jakby  czekając  na  dany  znak  —  opadnięcie  kurzu  i 

postawienie  Meg  na  ziemi  —  płomiennowłosa  kobieta 
ruszyła  ku  Shilohowi.  Uśmiechała  się  promiennie,  a 
umieszczony  przypadkowo  pocałunek  wylądował  nie-
chcący  na  jego  brodzie.  Śmiejąc  się  ze  swojego  nie-
zgrabnego entuzjazmu, wygłosiła: 

—  Witajcie w domu! 

Shiloh  objął  ją,  a  jego  ręce  niemal  całkowicie  ją 

zakrywały. Jego wargi dotknęły jej czoła. 

—  Cześć, tygrysie! 

Cała grupa otoczyła ich kołem. Meg dowiedziała się, Ŝe 

blondynka  nazywa  się  Alexis  Charles  i  była  wspaniałą 
guwernantką. Wysoki, złotowłosy, przystojny męŜczyzna z 
brodą  a  la  Van  Dyck,  Jeff  Lattimer,  był  szefem  ochrony, 
podległym  bezpośrednio  Shilohowi.  Chłopiec  z  hotelu 
nazywał się Tim. Wreszcie ta kobieta z temperamentem — 
była  to  Karolina  Jackson,  która  ciągle  pozostawała  pod 
ramieniem Shiloha. 

Rzuciwszy  Meg  wspaniały  uśmiech,  Alexis  odeszła, 

Ŝ

eby  zabrać  Sam  od  Jingo.  Jeff  zdał  Shilohowi  krótki 

raport, potem odmaszerował do helikoptera, by wyładować 
ich  bagaŜ.  Pod  czujnym  wzrokiem  Alexis,  bliźniacy 
wywracali  się  na  łące,  spalając  nadmiar  energii.  Meg 
wyraźnie  czuła  się  zbędna,  gdy  Karolina  i  Shiloh  dzielili 
się plotkami. 

 

Jak się ma Shiloh Mark? — zapytał Shiloh. 

 

Indianinek  jest  wspaniały  —  Karolina  rzuciła  mu  z 

ukosa figlarne spojrzenie. Pilnuje go Bessie Streeter. 

53 

background image

—  Pewnego  dnia  zrobi  uŜytek  ze  swojego  imienia 

i  zabierze  większość  waszych  włosów  —  zaśmiał  się 
Shiloh.  Mimo  Ŝe  ma  dwa  doskonałe  imiona,  ochrzci 
liście go czymś tak okropnym jak „Indianinek". 

—  To  okropne,  prawda?  Ale  jestem  niewolnikiem 

swoich przyzwyczajeń. 

—  Znów  paplesz,  Ŝeby  coś  ukryć  —  jego  ton  zła- 

godniał. — Czy Gabe się odezwał? 

  — Wczoraj. Tamę moŜna uratować — głos jej za-drŜał. 
— Terroryści nie zniszczyli jej tak bardzo, jak myślano. 

—  DrŜysz  o  niego  ze  strachu  —  Shiloh  przyciągnął 

ją  do  siebie.  —  Samotność  to  piekło  —  jego  ręka 
spoczywała  na  jej  płomiennych  włosach.  —  Wszystko 
będzie w porządku. 

Karolina  wysunęła  się  z  jego  objęć  z  tym  samym 

promiennym, lecz wątłym uśmiechem.  

—  Wiem,  i  wiem,  Ŝe  musiał  tam  pojechać.  Afryka 

to  nie  druga  strona  KsięŜyca  i  za  niecałe  sześć  tygodni 
będzie w domu z Pete'm, Markiem i ze mną. 

Ni stąd ni zowąd zaśmiała się miłe. 

—  Słyszałeś?  Nazwałam  Indianinka  —  Mark.  Mimo 

wszystko nie będzie musiał nas skalpować. 

Meg  słuchała  zafascynowana.  Shiloh  tak  naturalnie 

wyprowadził  Karolinę  z  rozpaczy,  Ŝe  Meg  dziwiła  się,  czy 
któreś  z  nich  było  tego  świadome.  Przez  Shiloha 
przemawiała 

czułość, 

wyjątkowa 

delikatna. 

Meg 

zorientowała się, Ŝe patrzy na Shiloha innymi oczami. 

Szeryf  Martin  nazwał  go  człowiekiem  uczciwym  i  ho-

norowym,  dobrym  człowiekiem,  a  jeśli  trzeba,  człowiekiem 
niebezpiecznym.  Wyzwanie  Wietnamu  przyjął  z  chłodną 
rezerwą, która spowodowała, Ŝe nie stracił ludzkiego oblicza. 
Jego sprawność wzbudziła szacunek. 

54 

background image

Jako więzień konspirował i spiskował, by jego ludzie przeŜyli, 
wydrapując  swą  drogę  przez  głód  i  tortury.  Czepiając  się 
strzępów  swoich  ludzkich  uczuć,  okazał  się  twardym 
człowiekiem,  zranionym  emocjonalnie  i  fizycznie,  ale  bez 
uszczerbku na honorze i psychice. 

Nic w nim juŜ nie dziwiło Meg. Z wyjątkiem delikatności, 

która  juŜ  dawno  temu  powinna  być  w  nim  zniszczona. 
Kiedyś,  a  wydawało  się,  Ŝe  od  tej  chwili  upłynęły  lata, 
zastanawiała  się,  jak  taki  bezlitosny  człowiek  moŜe  być 
jednocześnie tak czuły. Teraz dziwiła się, jak człowiek o tak 
wielkiej czułości moŜe być tak bezlitosny. 

—  Powiedz  mi  coś  o  tym  —  Shiloh  przejechał  pal- 

cem  po  umazanym  smarem  policzku  Karoliny.  —  A  to 
problemy domowe? 

— 

Nic z czym nie mogłabym sobie poradzić. 

Zaśmiała się, a potem wspinając się na palce, ucało- 
wała go w policzek. 

 

Cieszę  się,  Ŝe  wróciłeś  do  domu,  stary  druhu. 

Brakowało  mi  twoich  słynnych  opowieści  —  wychodząc  z 
jego  objęć,  zwróciła  się  do  Meg.  Jej  uśmiech  zyskał  na 
zdecydowaniu. Biorąc Meg za ręce, wykrzyknęła: 

 

Witaj  w  naszej  osadzie,  Meg  Sullivan.  Mam nadzieję, 

Ŝ

e przy nas znajdziesz tu spokój. 

Meg  skłoniła  głowę,  patrząc  w  roztańczone  oczy,  które 

były bardziej srebrne niŜ szare. 

—  Myślę,  Ŝe  znajdę.  Shiloh  namalował  mi  bardzo 

ponętny obraz. 

Serdeczny  śmiech  zdawał  się  wypełniać  Karolinę,  kiedy 

wsunęła dłonie w boczne kieszenie dŜinsów. 

—  Jest  strasznie  stronniczy,  ale  to  rzeczywiście  miła 

miejscowość.  Jedną  z  głównych  atrakcji  jest  nasz  ober- 
Ŝ

ysta. 

55 

background image

największą ozdobą jest nasz majster-klepka - Shiloh 

potarł smar na twarzy Karoliny. — Łatwo zauwaŜyć, kto 
gra tę rolę. Karolina walnęła się w czoło. 

—  Wiedziałam,  Ŝe  o  czymś  zapomniałam.  JeŜeli  bę- 

dziesz  z  nami  dłuŜej,  przekonasz  się,  Ŝe  etykieta  nie 
jest  moją  mocną  stroną.  Miałam  zamiar  prosić  o  wy 
baczenie  —  spojrzała  na  swoje  zmierzwione  ubranie.  — 
Niezbyt  odpowiedni  strój  do  spotykania  kogoś  po  raz 
pierwszy,  ale  cały  ranek  zmagałam  się  z  zepsutym  spy- 
chaczem.  Jeśli  Jingo  ma  tę  część,  którą  zamówiłam, 
to  wracam  do  roboty.  —  Meg,  wpadnę  do  ciebie.  Zje 
my  obiad  i  obiecuję,  Ŝe  będę  lepiej  wyglądać.  Shiloh, 
cieszę  się,  Ŝe  ją  do  nas  przywiozłeś.  I  na  miłość  boską, 
nie pozwalaj jej tak stać w gorącym słońcu. 

Jak  trąba  powietrzna,  zakręciła  się  i  pomknęła  w  dal, 

zostawiając osłupiałą Meg. 

 

Czy ona powiedziała „spychacz"? 

 

Tak  jest.  Ona  nim  jeździ,  reperuje,  buduje  domy, 

gasi  poŜary  i  jest  najbardziej  utalentowanym  architektem 
— samoukiem, jakiego znam. 

Meg była gotowa uwierzyć we wszystko. 

 

Karolina jest straŜakiem? 

 

Uhm,  tak  właśnie  spotkała  Gabe'a.  Spadła  z  dachu 

gospody prosto w jego ramiona. 

Meg  zadrŜała,  przypominając  sobie  stromy  dach,  który 

powodował, Ŝe Samantha myślała, Ŝe gospoda to zamek z 
jej bajek. 

—  To  długa  historia.  Kiedyś  opowiem  ci  o  Karoli 

nie.  O  latach,  które  spędziła,  czekając  na  Marka  Do- 
novana.  Nie  wiedząc,  czy  jest  Ŝoną,  czy  wdową,  i  sa- 
motnie  wychowując  ich  syna,  Pete'a.  Jak  Ŝałoba  po 
Marku  prawie  ją  zniszczyła,  kiedy  Gabe  Jackson  zła 
pał ją w ramiona i nie chciał puścić. 

56 

background image

—  Potem  dał  jej  syna,  któremu  nadała  imię  po  to- 

bie i Marku — wyraziła przypuszczenie Meg. 

Shiloh zaśmiał się, oczy mu błyszczały. 

—  Wkrótce  spotkasz  Indianinka.  Teraz  lepiej,  abyś 

my posłuchali rady Karoliny i zeszli z tego słońca. 

Meg szła za nim, myśląc, jakie jeszcze niespodzianki na 

nią  czekają.  Czy  moŜe  być  coś  więcej  niŜ  ryŜy  urwis  — 
dziewczyna,  która  sprawiła,  Ŝe  poczuła  się  waŜna.  Lub 
guwernantka  nadająca  się  na  okładkę  magazynu  „Vogue", 
lub  brodaty  Adonis,  który  teŜ  ozdobiłby  okładkę  kaŜdego 
pisma?  Czy  moŜe  być  coś  więcej  niŜ  Shiloh,  największa 
niespodzianka ze wszystkich? 

Słońce wzniosło się ponad horyzont. Meg czekała na to, 

obserwując  rozpraszające  się  ciemności.  Wczoraj  gospoda 
zdawała  się    plątaniną  nazwisk  i  twarzy  na  tle 
pocztówkowego  wdzięku.  Zbyt  wiele  zdarzyło  się  zbyt 
szybko,  aŜ  otępiała.  Przeszła  jak  automat  przez  rytuał 
kładzenia  dzieci  do  łóŜek.  Była  zbyt  zmęczona,  aby  czuć 
się dotknięta lub wdzięczna, Ŝe wyręczają ją w opiece nad 
dziećmi.  W  końcu,  na  komendę  Shiloha,  pokuśtykała  do 
łóŜka  i  o  śmiesznie  wczesnej  godzinie  zapadła  w  mocny, 
zdrowy sen. 

OŜywiona przez superobfitość odpoczynku, obudziła się 

bez  zwykłej  mdlącej  trwogi!  Pozbawiona  tego  napięcia, 
czuła  się  nadzwyczaj  lekko,  gdy  tak  stała  w  otwartym 
oknie,  wdychając  zapach  pokrytego  rosą  świata.  Kiedy 
ogarniał  ją  ten  spokój,  wiedziała,  Ŝe  gospoda    była    tym  
wszystkim,  co  Shiloh  obiecywał. 

Cała  z  łupków  i  kamienia,  spoczywała  w  przytulnej 

dolinie,  której  dnem  toczył  się  burzliwie  strumień.  Kępy 
brzóz  odcinały  się  od  starannie  utrzymanej  murawy, 
kwiaty i bluszcz rosły wzdłuŜ wijących się ścieŜek, 

57 

background image

wiejski  płot  odgradzał  konie  pasące  się  na  aksamitnej  łące. 
Jak murami fortecy, otoczeni byli lasem szumiących sosen i 
ich  głęboką  zielenią  uwieńczoną  wznoszącymi  się  w 
oddaleniu, zamglonymi, błękitnymi górami. 

Meg  czuła  pierwsze  słabe  oznaki  zadowolenia.  W  pokoju 

obok,  pod  czujną  opieką  Alexis  Charles,  spały  jej  dzieci. 
Wiara  w  kompetencje  tej  młodej  kobiety  pozwalała  Meg 
bezstrosko  rozkoszować  się  tym  pięknym  południowym 
ś

wiatem.  Mogła  odłoŜyć  na  bok  wspomnienia  o  Keithcie  i 

poczucie  winy.  Na  cenną  chwilę  mogła  zapomnieć  o  męŜu, 
obcym męŜczyźnie, który  pił  i  przestał,  a  potem  znów  pił  i 
juŜ nie przestał. Mogła pamiętać tylko Keitha — kochanka, 
ojca jej dzieci. 

„Zawiodłam  go.  Zawiedliśmy  się  wzajemnie.  Ale  były  teŜ 

dobre  chwile".  Słowa  były  proste,  jednak  Meg  czuła,  jakby 
uczyniła krok, wychodząc z ciemności. Uśmiech jej stał się 
nagle  promienny.  Nawet  groźba  Ballengera  nie  mogła  zepsuć 
odkrycia,  Ŝe  szczęście  moŜna  jednak  połączyć  z  poczuciem 
winy.  Zaśmiała  się  i  uniosła  ręce,  jakby  obejmując  swój 
pierwszy dzień w Stonebridge. 

Drzwi za nią otworzyły się ukradkiem, skrzypnęła deska, 

dał  się  słyszeć  chichot  zagłuszony  klaśnięciem  w  dłonie  i 
nagle  znalazła  się  w  otoczeniu  swoich  dzieci.  Samantha 
otoczyła jej kolana ramionami. 

—  Niepodzianka, mama, niepodzianka! 

Tommy  i  Eddie  wykonywali  taniec  wojenny  dookoła 

pokoju. 

—  My  juŜ  od  dawna  nie  śpimy,  ale  Lexis  kazała 

nam  czekać.  Powiedziała,  Ŝe  jesteś  wyczerpana.  Teraz 
idziemy  na  śniadanie  i  Lexis  obiecała,  Ŝe  będziemy  mogli 
zjechać po poręczy. 

58 

background image

—  TeŜ cę jechać — zaŜądała Samantha. 
Meg  schyliła  się  i  wzięła  ją  na  ręce.  Usadowiła  dziecko 

wygodnie na biodrze i pocałowała po kolei chłopców. 

 

Ś

niadanie, to wspaniale, ale nie wiem, co z tą poręczą. 

 

Lexis powiedziała, Ŝe Shiloh pozwoli — Eddie włączył 

się do rozmowy. 

 

Lo Lo zwoli — Samantha ogłosiła z naciskiem. 

—  Pozwoli, hę? 
Meg odeszła od okna. 

 

Alexis,  czy  mogłabyś  popilnować  tę  bandę  dzikusów 

jeszcze przez chwilę? Dopóki się nie ubiorę? 

 

Jasne  —  zapewniła  ją  stojąca  w  progu  Alexis!  — 

Poczekamy na ciebie przy schodach. Na dole. 

 

Będę za minutkę. 

Pocałowała  ponownie  dzieci  i  popchnęła  je  do  wyjścia. 

Zamykając okno, nie zauwaŜyła jeźdźca, który obserwował ją 
z cienia wysokiej sosny. 

Shiloh  nie  chciał  szpiegować.  Po  prostu  zatrzymał  się 

podczas robienia porannego przeglądu posiadłości i został 
uwięziony. 

Gdy  przebywał  w  gospodzie,  zawsze  zaczynał  swój  dzień 

od  Dakoty  —  wielkiego  czarnego  konia,  na  którym  jeździł 
po  całej  posiadłości.  Jadąc  przez  las,  Shiloh  zwykle 
popuszczał  koniowi  wodze.  Rozkoszował  się  wtedy 
wysiłkiem, jakiego wymagało utrzymanie się w siodle. 

Shiloh zatrzymał konia na skraju polany. 

—  Zawsze jest tak samo, prawda, chłopcze? 
Pochylił się, aby poklepać zgiętą szyję konia. 
—  Bez  względu  na  to  jak  szybko  i  ile  biegniesz, 

zawsze jesteś gotów zacząć od nowa. 

Rozumiał to podniecenie, tę chęć na więcej. Szyb- 

50 

background image

kość  i  niebezpieczeństwo,  i  cięŜka  praca,  po  prostu  aby 
przeŜyć, spalały energię i tłumione frustracje. Obaj Ŝyli  w 
jakichś  klatkach.  Dla  Dakoty  klatkę  tworzyły  mile  płotu 
otaczającego  łąkę.  Dla  Shiloha  klatkę  tworzyła  jego 
przeszłość, a płot — zasady i konwenanse. 

—  Tutaj w lesie nie czujesz się okiełznany, prawda? 

„A ja sobie udowadniam, Ŝe mimo wszystko nie jestem 

tak  zupełnie  ucywilizowany",  pomyślał.  Dakota  zarŜał  i 
pociągnął wędzidło. 

—  Na  dzisiaj  dosyć,  chłopie.  Mam  gości,  którymi 

muszę się zająć. 

Mimo  woli  poszukał  oczyma  okna  Meg.  Wtedy  ją 

zobaczył.  Opuściła  go  naturalna  swoboda  jeźdźca,  dopóki 
nie  uświadomił  sobie,  Ŝe  w  długim  cieniu  sosny  jest 
zupełnie  niewidoczny.  To  świt  i  piękno  krajobrazu 
przyciągnęły Meg do okna. 

—  BoŜe,  Dakota,  jakaŜ  ona  piękna  —  wychrypiał 

wyschłym nagle gardłem. 

Dakota  zarŜał  i  rzucił  głową,  potem  czując,  Ŝe  w  Shi-

lohu nastąpiła jakaś zmiana, uspokoił się. 

Prosta  koszula  nocna  Meg  była  jak  plama  słońca. 

Ramiona  były  przykryte  tylko  koronkowymi  rękawami. 
Czarne  włosy  okalały  zaspaną  twarz,  a  odblaski  na  nich 
dawały niespodziewane efekty kolorystyczne. Patrzyła  na  
góry,  a  piersi unosiły się jej  w oddechu. 

„Wygląda  tak,  jak  trzeba,  jakby  to  był  jej  dom",  myślał 

Shiloh.  Widział  jak  wznosi  twarz  ku  słońcu,  jak  się 
uśmiecha. Powodowany impulsem, podniósł rękę, Ŝeby jej 
pomachać, 

kiedy 

nagle 

obróciła 

się, 

schyliła 

wyprostowała, trzymając Samanthę. Pulchne dziecięce ręce 
obejmowały  szyję  Meg.  Słychać  było  wybuchy  śmiechu  i 
Shiloh  wiedział,  Ŝe  są  z  nią  Thomas  i  Edward.  Śmiech 
urwał się tak nagle, jak się rozpoczął. 

60 

background image

Przez  chwilę  z  okna  dochodziły  jakieś  dźwięki,  ale 

wkrótce  ustały,  gdy  Meg  zamknęła  okno.  W  ciszy,  która 
zapadła,  Shiloh  poczuł  się  bardzo  samotny.  Czuł,  Ŝe  on  i 
Dakota  mają  ze  sobą  wiele  wspólnego  —  obaj  są 
nieprzystosowani. 

Dakota  powinien,  jak  przystało  dzikiemu  ogierowi, 

biegać  po  prerii.  Zbierać  harem  swoich  kobył,  płodzić 
potęŜnych  synów  i  córki.  Zamiast  tego  przechodził  od 
właściciela do właściciela, walcząc coraz dłuŜej i z większą 
determinacją  z  kaŜdym  z  nich,  aŜ  uznano  go  za 
nieujeŜdŜalnego i przenaczono na rzeź. 

W  czasie  przypadkowego  spotkania  Shiloh  rozpoznał  w 

nim  pokrewną  duszę  i  przywiózł  do  Stonebridge.  Teraz 
pasł się na obfitych południowych pastwiskach i pozwalał, 
Ŝ

eby ograniczało go coś tak nieznaczącego, jak płot z bali. 

„Uwięzienie,  kastracja  ducha",  Shiloh  nie  wiedział,  czy 

wypowiedział  głośno  te  słowa,  czy  teŜ  miał  je  po  prostu 
wyryte  w  świadomości.  ChociaŜ  wiedział,  Ŝe  mówiły  one 
bardziej  o  nim  niŜ  o  koniu.  Lata  spędzone  w  więzieniu  w 
dŜunglach,  zniszczyły  jakąś  integralną  część  jego 
osobowości.  Blizna  na  twarzy  była  tylko  śladem  rany 
widzialnej. 

Czegoś  w  nim  brakowało.  Tworzyło  to  dystans  między 

nim,  a  pozostałymi,  uniemoŜliwiało  normalne  Ŝycie.  Miał 
przyjaciół,  dbał  o  nich  i  troszczył  się  o  ich  losy  z  Ŝarliwą 
pasją,  jednak  jego  przeznaczeniem  była  samotność.  Nigdy 
nie  zazna  tego  szczególnego  uczucia  wspólnoty,  które 
czyni męŜczyznę pełnym. 

Jego serce było tak sterylne, jak ciało. Był niezdolny do 

zakochania się. 

W latach wolności, jego związki seksualne były krótkie i 

nieskomplikowane.  Chciał  niewiele  —  przyjemności      z   
towarzystwa   atrakcyjnej  kobiety,  na  spacerze 

61 

background image

i  przy  stole,  chętną  ukoicielkę  jego  podstawowych  potrzeb 
fizycznych  —  kobietę,  którą  by  lubił  i  powaŜał.  Nigdy  nie 
było nic więcej. Jego serce pozostawało nietknięte. 

Potem pojawiła się Meg. 
Dakota obrócił się na dźwięk jego głosu, próbując ugryźć 

czubek  jego  buta.  Wydał  z  siebie  burczący  dźwięk,  jakby 
zapytując, dlaczego Shiloh zachowuje się tak dziwnie. 

—  Wiem  —  Shiloh  porzucił  swe  melancholijne  roz- 

myślania.  Nie  był  jeszcze  gotów  do  zgłębienia  całego 
ich  szaleństwa.  —  Zamiast  nurzać  się  w  sentymental- 
nych  bredniach,  powinienem  zająć  się  gośćmi,  którzy 
mnie  potrzebują,  a  ty  masz  miłą,  łagodną  klaczkę  do 
adorowania. 

Trącił  lekko  konia,  pozwalając  mu  pokłusować  do 

zagrody. 

Shiloh  zatrzymał  się  w  drzwiach  jadalni.  Potrząśnięciem 

głowy i machnięciem ręki, próbował odprawić hostessę, która 
miała  skłonności  do  zawracania  głowy.  Była  Ŝałośnie 
niekompetentna, nawet  jak  na  pracownika  sezonowego,  ale 
trzeba jej to przyznać, starała się, i Shiloh nie miał serca jej 
zwolnić. Uwalniając się najbardziej dyplomatycznie jak mógł, 
posłał  ją,  aby  powitała  nowych  gości.  Shiloh  natychmiast 
zapomniał  o  tej  napuszonej  młodej  kobiecie,  kiedy  jego 
wzrok wreszcie znalazł Meg. 

Meg razem z Alexis zabawiały dzieci przy śniadaniu. Kiedy 

Shiloh  ich  obserwował,  raczej  czując  niŜ  słysząc,  Ŝe  Meg 
się  śmieje,  jego  ciało  zaczęło  pulsować  nieregularnym, 
zmysłowym rytmem. 

—  Cholera  —  wymruczał,  ignorując  przestraszony 

wzrok wychodzącego gościa. — Czemu? 

62 

background image

Czemu  Meg,  która  nie  robiła  Ŝadnych  rytualnych 

przywabiających  męŜczyznę  gestów,  robiła  na  nim  takie 
wraŜenie?  Nawet  kiedy  patrzyła  na  niego  oczami  wy-
pełnionymi  wstrętną  mu  litością,  skutek  był  taki  sam.  To 
było  wariactwo,  Ŝe  spojrzeniem,  uśmiechem,  a  juŜ  nie  daj 
BoŜe,  dotknięciem,  zmieniła  go  w  zirytowanego  kocura  z 
wystawionymi pazurami. 

—  Nie zrobię jej krzywdy. 

Znajoma  litania  brzmiała  jak  zepsuta  płyta  w  jego 

zaciśniętych zębach. Na wszystkie światłości, obiecuję, Ŝe nie 
zrobię jej krzywdy. 

 

Dzień  dobry,  szefie  —  zawołała  Alexis,  kiedy  go 

dostrzegła. — Marzysz sobie? 

 

Coś w tym rodzaju — odpowiedział, zmieniając swój 

grymas  w  uśmiech  i  przeciskając  się  do  ich  stolika  przez 
zatłoczony pokój. 

 

Shiloh! — zawyły entuzjastycznie bliźniaki. 

 

 

Dzień dobry, chłopcy! Dotknął 

ramienia kaŜdego z nich. 

 

Dzień dobry, słoneczko! 

Pogładził palcem dołeczki  na policzkach dziecka i zwrócił 
się do Alexis. — Jakieś problemy? 

—  Ani jednego. To idealne dzieci. 
— Wcale nie — zaprotestowała Meg. — One są normalne, 

nie idealne. 

-  To  nawet  lepiej  —  powiedział  Shiloh,  pozwalając  sobie 

wreszcie na spojrzenie na nią. — Czy dobrze spałaś? 

 

Wszyscy dobrze spaliśmy. 

 

Bardzo rano się obudziłaś. 

 

Skąd o tym wiesz? — Meg była zaskoczona. 

 

Widziałem cię w oknie. 

63 

background image

 

Oglądałam  wschód  słońca.  Miałeś  rację,  Shiloh.  Tu 

jest wspaniale. 

 

Czy  wyjeŜdŜałeś  dziś  rano  na  Dakocie?  —  spytała 

Alexis. 

Kiedy  Shiloh  kiwnął  potakująco,  przepowiedziała  po-

nuro: 

—  Pewnego dnia obydwaj się pozabijacie. 
ZatrwoŜona Meg wodziła wzrokiem od Alexis do 

Shiloha. 

—  Co masz na myśli? 

 

Dakota  to  demon  w  końskiej  skórze.  śaden  czte-

rolatek nie ma prawa być taki duŜy. 

 

Przesadzasz,  Alexis  —  Shiloh  śmiał  się,  kiedy 

przysunął  sobie  krzesło  od  innego  stolika  i  usiadł  bez 
zaproszenia. 

 

Tylko  trochę  —  powiedziała  Alexis.  Po  chwili 

zaśmiała się. — No, moŜe istotnie przesadzam. 

 

Czy Dakota to koń indiański? — spytał Tommy. 

 

MoŜe jego przodkowie, ale nie Dakota. 

 

MoŜe rzeczywiście — rzekła Alexis. — To mogłaby 

być przyczyna, dlaczego tak nienawidzi siodła. 

Koń  nienawidzący  siodła  zaintrygował  Tommy'ego  i  z 

takim  wigorem  domagał  się  wyjaśnień,  Ŝe  Meg  połoŜyła 
mu powstrzymująco rękę na ramieniu. 

 

Tommy, zapominasz, Ŝe tu są  teŜ inni goście. 

 

To  dobrze,  Ŝe  się  zapytał  —  rzekł  Shiloh.  —  Do 

stodoły  i  zagrody  nie  moŜna  chodzić,  gdyŜ  nie  są  strze-
Ŝ

one, ale mimo to, powinni wiedzieć co nieco o Dakocie. 

 

Edwardzie  —  zwrócił  się  najpierw  do  spokojniej-

szego  bliźniaka.  —  Thomas.  Nie  musicie  obawiać  się 
Dakoty. Nie ma tutaj łagodniejszego zwierzęcia, ale on nie 
cierpi zamknięcia i trochę denerwuje się, gdy czuje siodło. 

64 

background image

 

Z  wyjątkiem  chwil,  kiedy  ty  na  nim  jeździsz  — 

poprawiła Alexis. 

 

To prawda. A ja nie zamierzam kiedykolwiek zo-

stawiać go osiodłanego i bez nadzoru, więc nie musi-my 
się o nic martwić, prawda? 

 

Tak jest — odpowiedzieli chórem Tommy i Eddie. 

 

 

Dobrze! To mamy to ustalone. 

Zwracając się do Alexis, zapytał: 

 

Czy rozmawiałaś juŜ dzisiaj z Jeffem? 

 

Natychmiast, jak zeszliśmy na dół. 

 

 

Zjechaliśmy  po  poręczy  —  przerwał  Tommy  z  od-

cieniem dumy. 

 

W dół, w dół — kraknęła Samantha. 

 

Wygląda na to, Ŝe była to dobra zabawa. 

Shiloh rzucił figlarne spojrzenie na Meg. 

 

Czy mama teŜ zjechała? 

 

Oczywiście, Ŝe nie zjeŜdŜałam! 

—  Ale chciałaś — draŜnił Shiloh. 
Meg zaczerwieniła się. 

 

Schody  wyglądają  jak  coś  z  Tary.  Tylko  Scarlett 

brakuje,  a  to  jest  kuszące.  MoŜe  spróbuję  raz,  przed 
wyjazdem. 

 

Wobec  tego  zjedziesz  —  Shilohowi  podobał  się 

zaśpiew  w  jej  głosie.  Kiedyś  obawiała  się  patrzeć  w 
przyszłość. 

 

Przepraszamy  —  Alexis  odsunęła  krzesło  i  wstała. 

— Idziemy z dziećmi na zwiedzanie terenu. 

 

Pójdę  z  wami  —  powiedziała  Meg,  wstając  od 

stołu. 

 

Nie — dłoń Alexis powstrzymała ją. — Wolałabym 

nie.  Jest  to  rodzaj  ćwiczenia  zaufania  i  posłuszeństwa. 
Twoje  dzieci  muszą  się  nauczyć  robienia  tego,  co  kaŜę, 
dokładnie tak, jak kaŜę i robienia tego szybko. 

65 

background image

Nie moŜemy sobie pozwolić na to, aby dzieci traciły czas, 
na  spoglądanie  na  ciebie  i  szukanie  potwierdzenia.  MoŜe 
nigdy  do  tego  nie  dojdzie,  ale  ułamek  sekundy  moŜe 
stanowić o Ŝyciu lub śmierci. 

Na przestraszony wzrok Meg, Alexis ścisnęła jej ramię. 

— 

Przepraszam, nie chciałam cię straszyć. 

Powieki Meg opadły, kryjąc na bardzo krótką chwi- 
lę jej oczy. 

 

Przestraszona  czy  nie,  powinna  rozumieć  sytuację, 

więc nie będę się wtrącać. 

 

Ś

wietnie  —  Alexis  uśmiechnęła  się  do  niej.  — 

Dziękuję. 

Shiloh  odczekał,  aŜ  Alexis  i  jej  podopieczni  wyjdą  i 

powiedział łagodnie: 

 

Ona będzie na nich uwaŜać. 

 

Wiem  —  Meg  skręciła  serwetkę  w  storturowane 

supły. 

 

Po  prostu  przez  moment  jej  władza  będzie  większa 

niŜ  twoja.  Zrobi  to  taktownie  i  naturalnie.  Dzieci  nie 
zauwaŜą  tego  ani  teraz,  ani  kiedy  usunie  się  z  pola 
widzenia. 

 

Czy  zajmowała  się  wcześniej  dziećmi  w  niebez-

pieczeństwie? 

 

Wiele razy. Jest w tym najlepsza. 

 

Dziwne powołanie dla kobiety w jej typie. 

—  Wcale  nie  dziwne  —  zaprotestował  Shiloh.  — 

Szczególnie w przypadku kobiety takiej, jak Alexis. Kocha 
dzieci,  a  kaŜde  dziecko,  które  ochroni  jest  dla  niej  spłatą 
długu, zresztą nie jej długu. 

Meg uniosła wzrok, a jej nerwowe dłonie uspokoiły się. 

Z tonu Shiloha wiedziała, Ŝe będzie ciąg dalszy. 

—  Kiedy miała siedemnaście łat, była świadkiem 

porwania dzieci. PodróŜowała z bratem i jego rodziną 

66 

background image

po  jednym  z  krajów  Bliskiego  Wschodu.  Brat  był  niŜszym 
rangą  dyplomatą.  Zakładnicy,  ośmioletni  chłopiec  i 
pięcioletnia  dziewczynka,  byli  jego  dziećmi.  Nie  mogła 
przeciwstawić  się  uprowadzeniu,  ale  ślubowała,  Ŝe  nigdy  juŜ 
na  to  nie  pozwoli.  Poświęciła  Ŝycie  zawodowi  guwernantki, 
dodając  pewne  umiejętności,  które  sprawiły,  Ŝe  jest 
wyjątkowa. 

Nie  rozwijał  tematu,  zostawiając  domyślności  Meg 

szczegóły kwalifikacji Alexis. 

—  Kiedy  dziecko  jest  w  niebezpieczeństwie,  potrzeb 

na jest właśnie Alexis. 

Meg obróciła się do okna. Alexis i jej podopieczni siedzieli 

przy  basenie.  Blondynka  gestykulowała,  ustalając  zasady  z 
uprzejmą stanowczością. 

 

Co się stało z dziećmi? 

 

Znikły.  śadne  poszukiwania  nie  dały  najmniejszych 

rezultatów. Instrukcje okupu były spełnione co do litery. Nikt 
nie  podjął  pieniędzy.  Dzieci  po  prostu  rozpłynęły  się  w 
powietrzu. 

 

Biedne dzieci. Biedna Alexis. 

 

Ze zła moŜe wyniknąć dobro. Alexis jest tym dobrem. 

Meg patrzyła na dzieci i ich oddanego opiekuna. 

—  Cieszę się, Ŝe przybyła tu dla moich dzieci. 
—  Jeśli będzie trzeba, odda Ŝycie, aby je chronić. 
Meg skinęła głową, nie spuszczając wzroku z Alexis. 

Wierzyła w to. 

—  Kiedy  ją  ujrzałam  pierwszy,  raz,  pomyślałam,  Ŝe 

jest piękna, ale nie wiedziałam jak bardzo. 

Shiloh  zwinął  dłoń  Meg  w  swojej  dłoni.  Profil,  który 

studiował, był obramowany masą włosów ciemnych, nie blond. 
Jego  głos  był  głęboki  i  łagodnie  rezonujący,  kiedy 
wymruczał w zamyśleniu: 

—  Bardzo piękna. 

67 

background image

4

 

—  Prrr!  —  wrzasnął  Tommy.  Zsiadł  z  kija  ochrzczo-

nego imieniem Dakota i rozciągnął się na trawie. 

Meg  uniosła  głowę  znad  szkicu,  lustrując  sytuację. 

Samantha  spała  przy  niej  na  kocu  z  rozrzuconymi 
zabawkami...  Bliźniaki  dokazywały  na  trawniku  z  Alexis. 
Dzisiaj  bawili  się  w  kowbojów  i  Indian  w  cyrku.  Alexis 
była kowbojem i dyrektorką cyrku. 

Gospoda  była  wygodna.  Po  tygodniu  czuli  się  tu  jak  w 

domu.  Ich  Ŝycie  toczyło  się  prawie  bez  zakłóceń,  gdyŜ 
zorganizowana przez Shiloha ochrona była dyskretna. Były 
i ograniczenia, ale w miejscu tak pełnym nowych doznań, 
nikt  ich  nie  zauwaŜał.  Gdyby  nie,  stale  obecne  widmo 
Ballengera, mogłyby to być wspaniałe wakacje. 

Ballenger! Meg nie mogła o nim zapomnieć. Czasami, w 

myślach, udawało się go zepchnąć na dalszy plan, ale stale 
tam  był,  czekał.  Gdyby  o  nim  zapomniała,  ciągłym 
przypomnieniem  był  Jeff  Lattimer,  który  pojawiał  się  na 
krótkie momenty, jakby wynurzając się z boazerii. Trzymał 
się  z  dala,  ze  spokojną,  miłą  twarzą,  ale  z  oczami  w 
ciągłym ruchu. 

Meg  zdławiła  w  sobie  chęć  pomachania  mu,  kiedy 

siedział pochylony nad gazetą, udając zaczytanego. Za- 

68 

background image

miast  tego  pozwoliła  swemu  wzrokowi  wędrować  po 
ludziach,  zgromadzonych  przy  basenie  lub  w  kawiarni  w 
ogrodzie. Większość stanowili goście — przyjeŜdŜali tu od 
lat.  Niektórzy  gośćmi  nie  byli.  Meg  przyzwyczaiła  się 
myśleć o nich jako o armii Shiloha. 

W gospodzie nie było obcych. Shiloh na to nie pozwolił. 

Nie  pozwoli  równieŜ,  Ŝeby  ich  sytuacja  stała  się  ogólnie 
znana.  Dzięki  Bogu,  Ŝaden  reportaŜ,  który  dotarł  do  tego 
małego  schroniska  w  Karolinie,  nie  zawierał  fotografii.  Z 
wyjątkiem  kilku  wtajemniczonych  osób,  wszyscy  uwaŜali 
Meg po prostu za wdowę z dziećmi na wakacjach. Była za 
to  nieskończenie  wdzięczna  Shilohowi  i  jego  darowi 
przewidywania. Pozwalało to dzieciom swobodnie mieszać 
się z gośćmi, stwarzało im od nowa poczucie normalności. 

—  Popatrz, mamo! 
Głos  Eddie'ego  był  pełen  podniecenia  i  Meg  uradowała 

się. To ciche dziecko rzadko chciało, aby zwracać na niego 
uwagę.  Młócąc  rękami  i  rzucając  stopami,  wykonał  dwie 
gwiazdy:  jedną  znośną,  drugą  trochę  gorszą.  Zawiodły  go 
trzęsące  się  ramiona  i  z  głuchym  dźwiękiem  upadł  na 
ziemię. 

—  Oj!  —  Meg  skrzywiła  się,  tłumiąc  w  sobie  odruch 

udzielenia  natychmiastowej  pomocy.  Czekała  i  martwi- 
ła  się.  Pojękujące  dźwięki  z  jego  krzepkiej,  małej  piersi 
robiły  się  coraz  niŜsze  i  głośniejsze,  aŜ  Meg  uświado- 
miła sobie, Ŝe chłopiec się śmieje. 

—  Klapnąłem, mamo, ale przedtem zrobiłem jedną! 
Przechylił się do tyłu, wystawiając twarz ku słońcu 

i zakrakał: 

 

Jeśli  zrobiłem  jedną,  mogę  zrobić  i  następną,  po-

czekaj tylko. 

 

Taak — Tommy bezceromoniainie siadł przy nim na 

trawie. — Wtedy i mnie będziesz mógł nauczyć. 

  69 

background image

Alexis  uniosła  głowę  znad  źdźbła  trawy,  które  oglądała  z 

zadziwiającym  zainteresowaniem  i  spojrzała  czule  na 
chłopców.  Jej  uśmiech  powiedział  Meg  więcej  niŜ  mogły 
wyrazić słowa. Miała ochotę śmiać się i radować. Eddie zrobił 
krok,  Ŝeby  wyjść  z  cienia  brata.  Powoli  usamodzielniał  się, 
przyjmując nowe wyzwania, ryzykując niepowodzenia. Gdyby 
nie  spróbował  zrobić  gwiazdy,  nie  śmiałby  się  ze  swojego 
upadku. 

—  Musisz  nauczyć  mnie  pierwszej  części.  JuŜ  umiem  się 

wywracać. Robiłem to wiele razy. 

Kiedy oddalali się galopem, jak rozbrykane źrebaki, Meg nie 

czuła  potrzeby  ostrzegać  ich  przed  czymkolwiek.  Kilka 
siniaków,  starte  kolano,  lub  dwa,  będą  się  w  sumie 
opłacały.  śadne  z  dzieci  nie  rozumiało,  Ŝe  Eddie  zdjął 
właśnie  cięŜkie  brzemię  z  pięcioletnich  barków  Tommy'ego. 
Tylko Meg widziała, jakim cięŜarem nieśmiałość Eddie'ego była 
dla jego bliźniaka. Nikt nigdy nie rozumiał, Ŝe część pewności 
siebie  Tommy'ego  była  po  prostu  udawana,  Ŝe  dziecko 
wierzyło jakoś, Ŝe jego. odwaga musi starczyć na dwóch. Nikt 
oprócz  niej  tego  nie  widział  i  nie  rozumiał  —  z  wyjątkiem 
Alexis i Shiloha. 

Zapach  sosen  napełnił  jej  płuca.  Czuła  na  skórze  ciepłą, 

lekką bryzę. Z lasu dochodziły wołania przepiórek. Koliber na 
niewidzialnych  skrzydłach  latał  od  jednego  purpurowego 
kwiatu  do  drugiego.  Świat  i  jego  kłopoty  zdawały  się  być 
oddalone  o  lata  świetlne.  To  był  prawie  raj,  zdecydowała 
Meg. Mogła zamieszkać tu na zawsze. 

„Ale Lawndale jest naszym domem", upomniała się ostro. „I 

do Lewndale powrócimy". Wytarła wilgotne dłonie o nogawki 
wytartych  dŜinsów  i  zmieniła  pozycję.  Wrzuciła  ołówek  do 
torby  z  przyborami  malarskimi  i  wybrała  inny.  Zanim 
rozstała się ze swoimi 

70 

background image

głupimi  marzeniami,  spojrzała  jeszcze  raz  na  dzieci.  Po 
chwili podjęła na nowo pracę. 

Mimo  Ŝe  termin  oddania  „Sonny'ego  i  jego  cienia"  się 

zbliŜał,  nie  myślała  wcześniej,  Ŝe  będzie  się  mogła 
skoncentrować  na  jego  przygodach.  Zapakowała  swoje 
narzędzia zawodowe po prostu z przyzwyczajenia. Wytarta torba 

ołówkami, 

szkicownikiem 

notatnikiem 

zawsze 

podróŜowała razem z nią. 

Ku  jej  zaskoczeniu,  kiedy  się  zadomowili  i  przywykli  do 

codziennych procedur, robota zaczęła palić jej się w rękach. 
Opowiadanie wyglądało na bardziej podniecające, ilustracje na 
bardziej wyraziste. Podniosła na, wpół skończony szkic dwóch 
chłopców  zbierających  kwiaty  na  polu  koniczyny  i  przyjrzała 
mu się krytycznie. To była prawda. Nigdy nie pracowała tak 
dobrze. 

—  Bardzo dobrze — skomentował znajomy głos. 
Meg odłoŜyła  rysunek i spojrzała  na intrygującą 

twarz  Shiloha.  Nie  przebrał  się  po  porannej  przejaŜdŜce.  W 
prostym  ubraniu,  którego  uŜywał  podczas  swoich  porannych 
rajdów z Dakotą, było mu bardzo do twarzy. Flanelowa koszula 
przylegała  mu  do  ciała,  uwydatniając  szerokie  piersi,  płaski 
brzuch  i  muskularne  ramiona.  RównieŜ  dŜinsy,  biodrówki  z 
wąskim  skórzanym  paskiem,  wpuszczone  w  buty  do  jazdy 
konnej, podkreślały jego wspaniałą budowę. 

Shiloh opierał się w swobodnej pozycji o pień drzewa. Nie 

miał juŜ w sobie chłodu ani napięcia. Jego spojrzenie, gdy się 
do niej uśmiechał, było odpręŜone i ciepłe. 

Odczuła  nagły  przypływ  szczęścia.  Serce  jej  zaczęło  bić 

szybko  i  nierówno.  Ledwie  zdołała  się  zdobyć  na  wstydliwą 
odpowiedź na jego komplement. 

—  Komplementy  nie  powinny  cię  zawstydzać,  Meg. 

Na pewno wiesz, Ŝe twoja praca jest więcej niŜ dobra. 

71 

background image

Jeśli o tym nie wiesz, będę musiał mówić ci to częściej — 
przekomarzał się Shiloh. 

Jego  wzrok  powędrował  ku  subtelnym  wypukłościom 

jej piersi, unoszącym się w szybkim, wymownym oddechu 
rumieniącej się dumy. 

Jego niebieskie oczy ciemniały za zasłoną długich rzęs, 

a  ciągły  głód  Ŝarzył  się  skryty  za  kpiną.  Byłoby  to  takie 
łatwe połoŜyć się przy niej, uwolnić jej włosy od klamry i 
pozwolić  swym  palcom,  aby  przesuwały  się  w  nich  z 
powolną,  cichą  pieszczotą,  odkrywając  sekrety  słodkie  i 
kuszące. 

O BoŜe! Tak, to byłoby łatwe. Tak łatwe i tak złe. 
„Czy zawsze dla mnie będzie to złem?", myślał ponuro. 

„Zawsze 

niewłaściwy 

czas, 

niewłaściwe 

miejsce? 

Niewłaściwa  przyczyna."  Zęby  Shiloha  zacisnęły  się,  na 
szczęce  zadrgał  mięsień.  Odepchnął  się  od  drzewa,  nisz-
cząc  wywołany  marzeniem  obraz.  Siłą  woli  usunął  nagłe 
napięcie  ze  swego  ciała,  zmusił  swoje  kamienne  rysy  do 
uśmiechu, jego głos był tylko trochę szorstki, kiedy Shiloh 
opanował się. 

—  Widzę,  Ŝe  doszłaś  do  tego  momentu  w  opowia- 

daniu,  kiedy  Cień  staje  się  prawdziwym  małym  chłop- 
cem. 

Meg  zdziwiła  się,  Ŝe  zna  jej  pracę.  Kiedy  klęknął  obok 

niej, wyjaśniła: 

 

Sonny jest odwagą, Cień — mądrością. 

 

Jak Tommy i Eddie? 

 

Tak. 

Naprawdę to rozumiał. 

 

Obserwowałem dzieci i ciebie. Meg 

odłoŜyła ołówek. 

 

Więc wiesz, Ŝe nie myliłeś się. 

 

W czym? 

 

Powiedziałeś, Ŝe dzieci będą szczęśliwe. 

72 

background image

 

A ich matka? Czy jest tutaj zadowolona? 

 

Jestem. O wiele więcej niŜ mam do tego prawo. 

 

Bzdury!  Masz  pełne  prawo  do  zadowolenia  i  szczę-

ś

cia. To twoje niezbywalne prawo, wpisane do konstytucji 

Gospody w Stonebridge. 

Miał  nadzieję,  Ŝe  rozbawi  ją  tym  nonsensem,  ale  jej 

zamyślony wyraz twarzy nie zmienił się. 

 

Jesteś milszy dla mnie niŜ zasługuję. 

 

Dlaczego  nie  miałabyś  zasługiwać  na  takie  rzeczy, 

Meg? 

 

Gdzieś  tam  przebywa  biedny,  zraniony  człowiek, 

który  zmienił  się  w  potwora  chcącego  tylko  przyczynić 
ś

wiatu więcej zła. To moja wina. 

Bezlitośnie skręcała złotą bransoletkę na prawej ręce. 

—  Na  swój  własny,  słaby  sposób  jestem  odpowie- 

dzialna za to, co uczynił Keith. 

Zarówno poczucie winy u Meg, jak i własna bezradność, 

denerwowały Shiloha. Chciał walczyć z jej demonami, ale 
one  były  zbyt  niewyraźne,  zbyt  nierealne.  Jak  mógł 
walczyć z obłędem i tchórzostwem. Jak mógł ją przekonać, 
Ŝ

e  nic  nie  jest  winna  Ballenge-rowi,  człowiekowi,  który 

odpłynął poza granice normalności na długo przed zagładą 
jego  rodziny?  Jak  mógł  zwalczyć  słabość  i  subtelne 
okrucieństwa dawno nieŜyjącego męŜa? 

„Nie  mogę  z  nimi  walczyć"  powiedział  sobie.  „Nie, 

dopóki  nie  dowiem  się  dokładnie,  co  ją  dręczy".  Spojrzał 
na obrączkę, ślubną obrączkę, którą nosiła na palcu prawej 
ręki.  Odpowiedź  leŜała  właśnie  tutaj.  Gdyby  nosiła  ją  z 
sentymentu,  lub  Ŝalu,  nosiłaby  ją  na  właściwym  palcu, 
właściwej  ręki.  Noszona  w  ten  sposób,  była  symbolem. 
Symbolem czego? 

Wsunął  swą  rękę  pod  jej  ręce,  chcąc  przerwać  jej  tę 

narzuconą sobie udrękę. Był świadom jej urazów. Ura- 

73 

background image

zów  zrobionych  przez  niego,  w  dniu  ich  przybycia  do 
Stonebridge. 

—  Meg  —  Shiloh  dotknął  końcem  palca  jej  po 

liczka,  przesunął  palec  aŜ  pod  podbródek,  uniósł  jej 
twarz. 

—  Zasługujesz  na  to  by  być  szczęśliwa.  Zanim  stąd 
odjedziesz, dowiodę tego. 

—  JuŜ  mi  udowodniłeś,  Ŝe  szczęście  moŜe  współ 

istnieć z poczuciem winy. 

Spojrzała  mu  w  oczy  i  przekonał  się,  Ŝe  część  jej 

zadowolenia ciągle trwa. 

—  Więc zrobiliśmy początek. 

Ś

cisnął zachęcająco jej dłoń i puścił po chwili. Wolna ręka 

wydała mu się pusta i bezuŜyteczna. Aby zapełnić niezręczną 
przerwę  w  rozmowie,  jego  umysł  znalazł  wygodniejszy 
temat. 

 

Karolina  przesyła  uściski.  Chciała  być  juŜ  wolna  w 

tym tygodniu, ale ze względu na tę awarię była ogromnie, 
zajęta. 

 

Myślę,  Ŝe  mogłabym  zaprosić  ją  na  kolację,  jeśli  się 

zgodzisz. 

 

Nie  musisz  mieć  mojego  pozwolenia,  Ŝeby  zaprosić 

kogoś  na  kolację,  Meg.  Jesteś  gościem,  a  nie  więźniem. 
ChociaŜ  na  Karolinę  będziesz  musiała  trochę  poczekać. 
Wyjechała  dziś  rano  z  dziećmi,  aby  spotkać  się  z  Gabe'm. 
Spędzą kilka dni razem, grzejąc się w słońcu tropikalnego 
raju. 

 

Tęskni za nim bardzo, prawda? 

 

Pete tęskni prawie tak samo. 

—  Jacy oni są? Mam na. myśli Pete'a i Gabe'a? 
Shiloh usiadł przy niej, oparł się plecami o drzewo. 

Jego  ramiona  dotykały  ramion  Meg.  W  spokoju  układał 
myśli. Samantha poruszyła się we śnie, a on uśmie- 

74 

background image

chnął  się,  zdejmując  z  jej  włosów  zabłąkany  liść.  Za  nimi 
Eddie  udawał  tańczącego  derwisza  przy  akompaniamencie 
ś

miechu Tommy'ego i Alexis. 

 

Gabe  był  wędrowcem.  Jego  praca  wymagała  po-

dróŜowania  po  całym  świecie.  Było  to  egzotyczne  i  pod-
niecające, i omal przez to nie zginął. Przyjechał do gospody, 
aby  wyleczyć  się  z  rany  od  kuli  snajpera. Jedno spojrzenie 
na  Karolinę  wystarczyło,  aby  przestał  być  wędrowcem. 
Najciekawszym  miejscem  dla  Gabe'a  jest  miejsce  przy 
Karolinie. 

 

Ile lat miał Pete? 

 

Trzynaście. Właśnie zdał na Akademię w Stonebridge. 

 

Czy Pete nie sprzeciwiał się temu? 

 

Ani przez chwilę. Pete jest drugim wcieleniem swego 

ojca. Mark był szczodrym człowiekiem. Chciał, Ŝeby Karolina 
była  szczęśliwa.  Pete  tak  samo.  Kocha  Gabe'a  i  ubóstwia 
Shiloha Marka. 

 

Shiloh Mark. Nazwali go tak na twoją cześć. 

 

Mark  i  ja  byliśmy  częścią  Ŝycia  Karoliny  na  długo 

przed Gabe'm. Mark był jej dziecięcymi narzeczonym. Pobrali 
się tylko na kilka dni przed jego wyjazdem do Wietnamu. To 
był jedyny członek naszej misji, który nie zgłosił się do niej 
na  ochotnika,  jedyny,  który  nie  przeŜył  obozu  jenieckiego. 
Kiedy  wreszcie  wszystko  się  skończyło,  przyjechałem,  aby 
ofiarować  Karolinie  podły  substytut  jej  męŜa  —  moje 
kondolencje. Spodobała mi się miejscowość i ludzie. Gospoda 
była  na  sprzedaŜ,  więc  zdecydowałem  się  zostać.  Zrobiłem 
bardzo  mało  dla  Karoliny,  ale  Gabe  myśli  inaczej.  Imię 
dziecka było ich sposobem podtrzymywania pamięci o ojcu 
Pete'a i włączenia mnie do ich szczęścia. 

 

Shiloh  Mark  Jackson  —  piękne  nazwisko,  wspaniały 

zaszczyt. 

75 

background image

Głos Meg był niski i roztargniony. Jej myśli pełne były 

Shiloha.  Mówił  o  Marku  Donovanie,  a  ona  słyszała  jego 
ból  po  utraconym  Ŝyciu  kolegi,  współczucie  dla  losów 
pogmatwanych  przez  tę  stratę.  Zrozumiała  w  końcu  silny 
związek  między  nim  a  Karoliną.  Związek  równie  głęboko 
zakorzeniony w podziwie, jak w honorze i we współczuciu. 
Shiloh pomógł jej przebudować Ŝycie, a jednak to właśnie 
Gabe'a kochała. 

 

Gabe Jackson — rzekła Meg w zamyśleniu. — Musi 

być wyjątkowym męŜczyzną. 

 

Jest  nim.  Dla  Karoliny  trzeba  wyjątkowego  męŜ-

czyzny. A propos Karoliny, przesyła ci uściski i moŜliwość 
przeŜycia czegoś niecodziennego. Przysłała ci Joe'ego. 

 

Joe'ego? 

 

Joe'ego  —  powiedział  Shiloh  i  irytująco  nie  udzielił 

Ŝ

adnego  dalszego  wyjaśnienia.  —  Samantha  się  budzi.  Za 

minutę  będzie  zupełnie  przytomna.  Obejdę  chłopców  i 
porozmawiam  z  Alexis,  a  ty  się  spakuj.  Potem  pójdziemy 
do niego. 

Meg  nie  od  razu  zebrała  swoje  rzeczy.  Zamiast  tego 

ś

ledziła  wzrokiem  Shiloha.  Patrzyła,  jak  w  transie,  na 

sposób, w jaki uśmiechał się i poruszał. Chłód, który czuła 
przy  kaŜdym  z  nim  spotkaniu,  zupełnie  nie  był  widoczny 
przy  kontaktach  z  dziećmi.  Przyciągał  dzieci  jak  magnes  i 
znajdował prawie dziecięcą przyjemność w przebywaniu z 
nimi.  Jego  śmiech  był  bardziej  szczery,  bardziej  głośny. 
Był szczęśliwy w ich towarzystwie. 

Teraz,  widząc  jak  pochyla  się  nad  Alexis  z  Tommy'm, 

przyczepionym  do  jednej  nogi  i  Eddie'm  do  drugiej,  Meg 
poczuła  się  trochę  rozmarzona.  Przybył  do  nich,  tak,  jak 
przybył  do  Karoliny,  ale  z  dziećmi  stworzył  związek 
specjalny.  Meg  wiedziała,  Ŝe  powinna  mu  być  dozgonnie 
wdzięczna,  ale  jej  szczęście  było  przytłumione  przez 
poczucie straty. 

76 

background image

—  Zachowuję  się  jak  idiotka.  Jak  mogę  stracić  coś,  co 

nie  jest  moje?  —  wymamrotała  bez  zastanowienia  się  nad 
własnymi  słowami.  —  Moje  dzieci  są  bezpieczne  i 
szczęśliwsze  niŜ  były  kiedykolwiek.  Mam  cieszyć  się 
chwilą bieŜącą i nie myśleć o jutrze. 

Jutro?  Czy  to  było  właśnie  to  poczucie  straty?  Czy 

myślała  o  przyszłości,  kiedy  opuszczą  juŜ  Stonebridge? 
Kiedy opuszczą Shiloha? 

Wydało  się  jej,  Ŝe  jej  serce  ściska  zimna  dłoń.  Uczuła 

kamień  w  gardle  od  uczuć,  nad  którymi  nie  panowała. 
Własne  słowa  odbijały  się  echem  w  jej  mózgu.  Jak  mogę 
stracić coś, co nie jest moje? 
Mój BoŜe! Co się z nią stało? 

 

Nic  się  nie  stało!  —  słowa  wybuchły  w  jej  ustach. 

Ś

cisnęła szkicownik, by uspokoić ręce. — Nic! 

 

Mama  zła?  —  Samantha  zamrugała  jak  sówka.  Jej 

skóra była zarumieniona i świeŜa po śnie. 

 

Oczywiście,  Ŝe  nie,  kochanie.  —  Meg  wzięła  ją  na 

ręce,  ściskając  ją,  znajdując  pocieszenie  w  dotyku  jej 
pulchnego  ciała.  Pocałowała  obie  opadające  powieki  i 
przytuliła ją mocniej. 

 

Myślałam,  jak  się  cieszę,  Ŝe  mam  taką  specjalną, 

tylko swoją dziewczyneczkę. 

 

Sam  specjalna  —  Samantha  uchwyciła  się  nowej 

myśli i badała ją. 

 

Tak, właśnie tak. 

 

Tomeddie  specjalny  —  połączyła  jak  zawsze  ich 

imiona. 

 

Tak  jest,  a  nawet  bardziej  specjalni,  poniewaŜ  mają 

cię za siostrę. 

 

Lexis specjalna. 

 

Alexis jest specjalną panią. 

—  Lo Lo specjalny — Sahamtha skończyła fanfarą. 
Meg uniosła wzrok znad złotych włosów Samanthy 

77 

background image

i  jej  oczy  znalazły  Shiloha.  Zwolnił  Alexis,  jak  to  robił 
często, dając jej chwilę wytchnienia od obowiązków. Ręka  w 
rękę maszerował z chłopcami z powrotem w cień sosen. 

 

Tak  —  zgodziła  się  półszeptem.  —  Jest  bardzo 

specjalny. 

 

Mamo  —  wołał  z  podnieceniem  Tom.  —  Shiloh  ma 

dla nas nowego przyjaciela. 

 

Nazywa się Joe — wtórował mu Eddie. 

 

Tak,  słyszałam  —  zaśmiała  się  Meg,  jej  niespokojne 

myśli były nie dostrojone do ich entuzjazmu. 

 

Wezmę tę słodycz od ciebie i pójdziemy go zobaczyć. 

Shiloh  podniósł  Samanthę  do  góry,  a  ona  chichotała  i 

machała nogami. Potem, sadowiąc ją na jednej ręce, drugą 
oferował Meg. 

—  Chodźcie, grzebuły, Joe czeka. 

Szli  wszyscy  razem  przez  murawę.  Tworzyli  piękną  grupę. 

Shiloh  poczuł  to,  kiedy  zobaczył,  jak  przyglądają  mu  się 
goście  gospody.  Prawie  słyszał  aplauz  zagorzałych  swatów, 
którzy  niemal  od  zawsze  zajmowali  się  jego  osobą.  Jakby 
robiąc im figla, połoŜył rękę na ramionach Meg i przyciągnął 
ją  do  siebie.  WyobraŜany  aplauz  stał  się  ogłuszający.  
Doskonale  pasowała  do  jego  ramienia,  ich  kroki 
zsynchronizowały  się.  Prowadził  ich  obok  ogrodu,  omijając 
werandę  i  jej  rezydentów,  do  prywatnych  schodów 
wiodących  do  jego,  apartamentu.  Nie  zastanawiał  się, 
dlaczego  chciał  uniknąć  przyjacielskich  uwag  swych  gości. 
Miał świadomość tylko ciepła jej ciała, skrytego pod bawełną 
koszuli,  kuszącego  zapachu  jej  czystych  włosów,  pełni  jej 
piersi. 

Przez  tydzień  trzymał  się  z  dala,  utrzymując  swoje 

zaangaŜowanie w przyjacielskich, sterowanych rozmia- 

78 

background image

rach.  Dzisiaj  poŜeglował  po  niebezpiecznych  wodach  i 
przekonał  się,  Ŝe  jego  rezerwa  była  bezskuteczna,  a  jego 
władza nad poŜądaniem po prostu farsą. 

 

Czy Joe podejdzie do drzwi, jeśli zadzwonię? — wołał 

Tommy ze szczytu schodów. 

 

Nie! — krzyknął. — Nie dzwoń! 

 

Oh! — Tommy odsunął się od poręczy z drŜącą dolną 

wargą. 

Shiloh  zatrzymał się  u  podnóŜa  schodów,  zaniepokojony, 

Ŝ

e  komenda  wypadła  ostro.  Zdjął  rękę  z  Meg  i wręczył jej 

Samanthę.  Wspiął  się  do  Tommy'ego.  Klęknął  przy  nim  na 
podeście. 

 

Nie  chciałem  krzyczeć.  Myślałem  o  czym  innym  i... 

niewaŜne.  To  niewaŜne  o  czym  myślałem;  nie  powinienem 
był krzyczeć na ciebie. Ale nie moŜesz dzwonić, kiedy Joe jest 
w środku — on nie cierpi dzwonków u drzwi, okay? 

 

Okay! — Tommy zaakceptował uścisk Shiloha. 

 

Co on robi, jak dzwoni dzwonek? — spytał Eddie. 

 

Wypowiada  słowa,  których  mama  nie  chce,  Ŝebyście 

znali." 

 

Na przykład jakie? — Tommy chciał wiedzieć. 

 

Nie pytaj. Po prostu mi uwierz. 

 

Hello! 

Skrzypiący głos zakończył ich konwersację. 

 

Czy  to  Joe?  —  wyszeptał  Tommy,  przestraszony 

głośnością krzyku. 

 

Proszę mówić! Proszę mówić! 

Głos stracił swą burkliwość, robiąc się coraz głośniejszy i 

wznosząc się z kaŜdą komendą o oktawę. 

 

Czy to staruszek? — zaciekawił się Eddie. 

 

Tak i nie odrzekł Shiloh. 

 

Wejdźcie.  Wejdźcie.  Odwiedźcie  biednego,  samotnego 

Joe. 

79 

background image

Głos był słaby i drŜący, łamiący się Ŝałośnie na kaŜdym 

długim, przciągniętym przymiotniku. 

 

On  mówi  jak  stary  męŜczyzna.  Czy  jest  chory?  — 

skrzywił się Tommy. 

 

Jest  bardzo  stary,  ale  nie  chory.  I  z  pewnością  nie 

jest to męŜczyzna. 

 

Kimkolwiek by był, jest bardzo samotny. 

Meg  weszła  juŜ  po  schodach  i  stała  obok.  Jej  figlarny 

uśmiech dowodził, Ŝe dobrze wie, co jest za drzwiami. 

 

Jeśli nie zrobi krzywdy dzieciom, dlaczego by go nie 

odwiedzić? 

 

Nie zrobi. 

Shiloh przekręcił klucz w zamku i odsunął się na bok. 

 

Papugą! — krzyknął Tommy. — Prawdziwa! 

 

Joe  nie  uwaŜa  się  za  ptaka.  Był  częścią  rodziny 

Marka przez prawie czterdzieści lat. Teraz Pete'a. 

 

Jingo ptak — Samantha wyrwała się z ramion Meg. 

 

Nie,  kochanie  —  powiedział  Shiloh,  kiedy  pod-

prowadzał  Samanthę  do  klatki.  —  On  jest  trochę  za  duŜy 
na kolibra. 

 

Jingo  ptak  —  Samantha  była  stała  w  swych  de-

cyzjach. 

Meg zaśmiała się, mówiąc: 

 

Widocznie  nie  tylko  kolibry  przypominają  jej  he-

likopter Jingo. Myślę, Ŝe Joe będzie Jingo ptakiem, dopóki 
Samantha nie postanowi inaczej. 

 

Joe  nie  będzie  miał  nic  przeciwko  temu  —  po-

wiedział  Shiloh.  —  Czy  nie  usiądziesz  na  chwilę,  dopóki 
dzieci nie zapoznają się z ptakiem? 

— Nie, dziękuję, siedziałam cały ranek. ChociaŜ wygląda 

na to, Ŝe spędzimy tu trochę czasu. Zahipnotyzowała je. 

80 

background image

Meg  wskazała  na  dzieci,  wpatrzone  w  jaskrawopiórą 

papugę. 

 

Joe działa jak macho. Umie postępować z dziećmi. 

 

Przypisujesz mu mnóstwo inteligencji. 

 

Powinnaś usłyszeć, co mówi o nich Gabe. Joe zaczął 

nucić, jego sękate szpony i Ŝółte nogi 

przesuwały  się  z  jednego  końca  grzędy  na  drugą.  Krępe, 
zielone ciało kołysało się, szafranowa głowa poruszała się 
w  takt  nuconej  pieśni.  Przezroczysta  powieka  zakryła 
jedno  oko,  a  w  jego  gardle  zrodził  się  dźwięk 
przypominający śmiech. 

 

On  nas  lubi  —  zawołał  Tommy.  —  Mrugnął  i 

zaśmiał się! 

 

Dlaczego miałby was nie lubić? — spytał Shiloh. 

 

Zamknij się i pocałuj dziewuchę. 

Krzyk  był  cienkim,  rozdzierającym  piskiem  prosto  z 

dŜunglowej nocy. 

 

Joe — upomniał go Shiloh. UwaŜaj na maniery. 

 

Pocałuj dziewuchę. 

Powietrze  drgało  od  krzyku.  Joe  wznowił  swój  taniec, 

jego krótki korpus wykonywał operertkowy marsz. 

 

Dlaczego po prostu nie pocałujesz mamy, jak mówi, 

i  nie  uspokoisz  go?  —  zasugerował  Eddie  z  palcami  w 
uszach.  Jego  zniecierpliwienie  wyraźnie  wskazywało,  Ŝe 
uwaŜa dorosłych za tępaków. 

 

Tak,  Shiloh, jeśli ją  pocałujesz,  Joe  przestanie  ranić 

nam uszy i nie skręci sobie karku, spadając z grzędy. 

Jeśli  Tommy  był  mniej  niecierpliwy,  starannie  to 

ukrywał. 

—  Tommy!  Eddie! 
Meg nie wiedziała czy ma się śmiać, czy skarcić ich za 

bezczelność. 

—  Jest  coś  w  tym,  co  mówią  —  Shiloh  wymamrotał 

jej do ucha. 

81 

background image

—  Wiesz tak dobrze, jak ja, Ŝe ten głupi... 
Warczenie z klatki przerwało jej. 

 

Ten  ptak  nie  rozumie  tego,  co  mówi  —  skończyła 

zdecydowanie. 

 

Rozumie. 

Dłoń Shiloha spoczęła lekko na jej talii, subtelny nacisk 

przyciągnął ją bliŜej. 

—  On  dobrze  wie,  co  czyni.  Nie  moŜemy  zranić  jego 

uczuć, prawda? 

Powoli  nachylił  się  ku  niej  i  igrająco  potarł  wargami  o 

jej wargi. 

Radosna  aprobata  dzieci,  a  nawet  ochrypły  wiwat 

Joe'ego, były tylko słabym echem w uszach Meg. Jej wargi 
drŜały  od  przelotnej  pieszczoty.  W  głowie  jej  szumiało. 
Nogi  ugięły  jej  się,  jak  u  marionetki,  i  tylko  Shiloh 
uchronił ją od upadku. 

—  Ah!  Jaka  jest  cena  ciszy?  —  ręką  wziął  ją  pod 

brodę  i  uniósł  jej  głowę  tak,  Ŝe  ich  spojrzenia  spot 
kały się. — Jeden pocałunek. 

Głos  Shiloha  był  beztroski,  przekomarzający  się. 

Ś

miech  wydawał  się  kipieć  pod  powierzchnią.  Jego 

atrakcyjności  nie  mogły  zatrzeć  ani  blizna,  ani  nieprzy-
jemne wspomnienia.. 

Ten  Shiloh  nawet  bardziej  zapierał  dech  niŜ  inni 

Shilohowie.  Meg  chciałaby  zdjąć  brzemię  z  ramion 
Shiloha i na zawsze przegnać z jego twarzy ponure linie. 

—  Pocałunek jak wino. 

Gardłowy  dźwięk  był  przypomnieniem  o  czasie  i  oko-

licznościach. Nie moŜna go było zignorować. Meg musiała 
się zdystansować od swych uczuć. 

Jej  śmiech  brzmiał  trochę  ochryple,  gdy  powracała  do 

roli, którą musiała grać. 

—  Nauczyłeś go tej sztuczki? 

82 

background image

 

Nie, ale jestem wdzięczny temu, kto go tego nauczył. 

 

Naprawdę wdzięczny? 

 

Dozgonnie. 

Jego  ton  zmienił  się.  Śmiech  zniknął.  Palce  spoczywały 

zaborczo na jej plecach, pieszcząc je przez bluzkę. Oczy miał 
błękitne  jak  północne  niebo.  Srebrny  płomień  księŜyca 
iskrzył się w nich, ale we wzroku na nią skierowanym nie 
było nic zimnego. 

 

Chciałem cię pocałować od pierwszej chwili, kiedy cię 

ujrzałem. 

 

Naprawdę? 

 

Uhm. 

Jego  palce  odsunęły  kosmyk  czarnych  włosów.  Ujął  jej 

twarz w dłonie. 

—  Przez  trzy  lata  byłem  ciekaw,  jak  to  by  było, 

trzymać  cię  w  ramionach  i  całować.  W  tym  tygodniu 
nie  spałem  po  nocach,  wiedząc,  Ŝe  dzieli  nas  tylko 
korytarz.  Mniej  niŜ  dwanaście  kroków,  których  nie 
miałem odwagi zrobić. 

—  Nie mogę uwierzyć, Ŝe brakowało ci odwagi. 
Meg wahała się, nie wiedząc czy ta wystudiowana 

powaga nie jest częścią gry. 

 

To było co innego. 

 

Dlaczego? 

—  PoniewaŜ  to  ty  byłaś  tą  kobietą,  której  pragną- 

łem.  

Samantha gaworzyła Eddie'emu o Jingo ptaku, a Tommy 

wrzeszczał.  Meg  walczyła  ze  sobą,  próbując  rozpaczliwie 
pamiętać,  gdzie  byli,  Ŝe  to  tylko  gra.  Zmuszając  się  do 
parodii śmiechu, powiedziała: 

 

Więc przekupiłeś Karolinę, Ŝeby uŜyć jej ptaka. 

 

Coś w tym rodzaju. 

Na jego ustach zaczął formować się uśmiech. 

83 

background image

 

Wreszcie Joe zarobił na wikt i opierunek. 

 

A gdyby nie? 

 

Rzuciłbym go na poŜarcie Dakocie — odpowiedział 

bez mrugnięcia okiem. 

Meg zaśmiała się tłumionym śmiechem. — 
Nie zrobiłbyś tego! 

 

Masz  na  myśli,  Ŝe  nie  mógłbym  zrobić  —  powie-

dział  śpiewnie  Shiloh,  znów  otaczając  ją  ramieniem  i 
przyciągając  do  siebie.  —-  Ten  portugalski  ptak  i  mój 
indiański ogier czują do siebie niezwykłą przyjaźń. 

 

Nie powiesz mi, Ŝe Joe jeździ na Dakocie. 

 

W porządku, nie powiem. 

 

Ale jeździ? 

Głęboko  wdzięczna  za  powrót  jego  dobrego  humoru, 

umyślnie wzięła na siebie rolę naiwnej. 

—  Szaleje za tym. 

Meg westchnęła i zmieniła temat. 

 

Dlaczego nazywasz go portugalskim? 

 

PoniewaŜ wspaniale klnie po portugalsku. 

 

Rozumiem. 

Meg  czuła  jak  śmiech  bije  w  niej  jak  górskie  źródło. 

Jego bzik był równie zaraźliwy jak rzadki. 

 

Jeszcze jedno pytanie. 

 

Słucham. 

 

Czy jeździ na oklep, czy w siodle? 

—  Joe nie cierpi jeździć na oklep. 
Shiloh spojrzał na zegarek. 

 

Co mi przypomina, Ŝe za kilka minut muszę osiodłać 

Dakotę. 

 

Przekupiłeś Joe'ego przejaŜdŜką, Ŝeby odstawił swój 

numer z całowaniem! 

 

Właśnie. 

 

Shiloh! 

Meg, pod wpływem impulsu, objęła go ramionami. 

84 

background image

 

Jesteś  dla  nas  tak  dobry.  Dla  mnie.  Nie  pamiętam, 

kiedy  się  śmiałam,  kiedy  byłam  taka  głupia,  kiedy  czułam 
się taka wolna i bezpieczna. 

 

Niczego  nie  pragnę  więcej,  jak  widzieć  cię  szczę-

ś

liwą, Meg. 

Pocałował jej włosy, usiłując zapamiętać ich zapach. 
Meg wysunęła się z jego objęć. Twarz miała rozjaśnioną 

szczęściem  ich  bezsensownej  paplaniny.  Jej  wzrok 
przesuwał się po jego twarzy, dotykając kaŜdego łagodnego 
rysu. 

 

Nigdy  nie  zdołam  ci  podziękować  za  to,  co  uczy-

niłeś. 

 

Sza.  Nie  chcę  od  ciebie  wdzięczności  —  pogładził 

kciukiem  róg.  jej  ust.  Patrzył  jak  jej  wargi  rozchylają  się, 
odsłaniając 

biały 

odblask 

jej 

równych 

zębów, 

bladoróŜowość jej języka. DrŜał od świadomości, Ŝe w tym 
momencie  jej  usta  i  ich  oszałamiająca  głębia  naleŜą  do 
niego. 

Była  bezbronna  i  ufna,  nieświadomie  ofiarowywał  jej 

pierwszy z wielu podarunków. A on był człowiekiem. Czuł 
odwieczny triumf, rozkoszował się swą męską dzielnością, 
tak  pierwotną,  jak  sam  człowiek.  Smakował  słodki  ból 
poŜądania.  Pragnął  Meg  Sullivan,  ale  wdzięczność  mu  nie 
wystarczała.  Po  raz  pierwszy  w  Ŝyciu  chciał  od  kobiety 
czegoś więcej niŜ grzeczności w zamian za wyświadczone 
grzeczności. 

Nagle  jego  Ŝycie  wydało  mu  się  tandetne  i  puste.  Jego 

doświadczenie  nie  mówiło  mu,  jak  postępować  z  taką 
kobietą. Ona mogła dać tyle, a on nie miał nic. Z głuchym, 
rozpaczliwym jękiem przyciągnął ją do siebie. 

—  Zapewnię  ci  bezpieczeństwo,  Meg.  Myślę,  Ŝe 

umrę, jeśli nie zdołam tego zrobić. 

Jego dłoń spoczywała w jej rozpuszczonych włosach. 

85 

background image

—  Nie  zawiedziesz  nas*—  powiedziała,  akceptując 

odwrócenie się ról. — Nie mógłbyś. 

Czekała. Ściskając go, pozwalając być ściskaną. Po chwili 

jego  palce  wyplątały  się  z  jej  włosów.  Ramiona  objęły  ją, 
trzymając tak delikatnie, jakby trzymały Samanthę. 

 

Co ty ze mną wyrabiasz? — wymamrotał. — Czy jesteś 

kobietą, czy syreną, zesłaną, aby mnie zaczarować? 

 

Zanim  się  to  wszystko  skończy,  będziesz  uwaŜał  mnie 

raczej  za  kłopotliwą  czarownicę  —  głos  Meg  przybrał  ton 
przekomarzania się. Widziała, jak jego twarz odpręŜa się. 

 

Nie  widzę  Ŝadnych  brodawek  —  powiedział  po 

dokładnym przestudiowaniu jej nosa. 

 

Schowałam je. 

 

O BoŜe! Zaczynasz paplać jak Karolina. 

 

Przyjmuję to jako komplement. 

 

To miał być komplement. 

 

Shiloh!  —  natychmiast  po  wołaniu  nastąpiło  pukanie 

do drzwi. 

Shiloh  spojrzał  na  nią  wzrokiem  wypełnionym  Ŝalem,  Ŝe 

mu przerwano. 

—  Świat miesza się do naszych spraw — powiedział. 
Nachylił  się  i  lekko pocałował ją w usta.  Nagle 

odwrócił  się  f otworzył  drzwi. Na progu stał  Jeff 
Lattimer, a za nim Alexis. 

—  ZauwaŜono  Ballengera  —  powiedział  bez  wstę- 

pów  brodaty  gigant.  Jego  ciepłe  bursztynowe  oczy  były 
skierowane  poza  Shiloha,  na  Meg.  —  Przykro  mi,  Meg. 
Wygląda na to, Ŝe kieruje się właśnie tu. 

W  ułamku  sekundy  bezpieczny,  zaczarowany  świat  Meg 

legł w gruzach wokół niej. 

86 

background image

5

 

Meg  siedziała  samotnie  przy  stoliku  w  kącie,  z  dala  od 

spokojnego  zgiełku  jadalni.  Czuła  się  wymizerowana  i 
pozbawiona  wdzięku,  zbyt  znuŜona,  aby  brać  udział  w 
towarzyskiej  kolacji.  Paradoksalne  było  to,  Ŝe  była  tutaj 
dzięki  temu  właśnie  znuŜeniu.  ZnuŜeniu  i  niepokojącej 
potrzebie ujrzenia, choć przez chwilę, Shiloha. 

Alexis  nalegała,  Ŝeby  Meg  przerwała  izolację  narzuconą 

pojawieniem  się  Ballengera.  Kiedy  spotkała  się  ze 
sprzeciwem,  zauwaŜyła,  Ŝe  udawany  przez  Meg  radosny 
nastrój, wykrusza się. Niepokoi to dzieci. Stwierdziła dalej, Ŝe 
wszystkim  dobrze  zrobi,  jeśli  odpoczną  od  tego  ciągłego 
siedzenia  w  grupie.  "  Wyjdź  stąd,  odnów  siły  dla  dzieci", 
zakończyła Alexis i Meg skapitulowała. 

Teraz siedziała w przytłumionym szmerze konwersacji nad 

niechcianym  obiadem.  Wyszukane  potrawy  szefa  kuchni 
smakowały  jak  tektura.  Meg  starała  się  nie  myśleć  o 
Ballengerze.  Bezskutecznie.  Nie  mogła  pozbyć  się  myśli  o 
przebiegłym  szaleńcu,  który  kiedyś  zniszczył  jej  Ŝycie. 
Którego  demencja  posłała  ją  do  tego  sanktuarium  i 
przyciągnęła  do  niej  ludzi,  którzy  na  stałe  zmienili  jej 
charakter. - 

87 

background image

Wpatrując  w  szklankę  wina,  niby  w  kryształową  kulę, 

Meg  zastanawiała  się,  dlaczego  tak  mocno  pragnie 
zobaczyć  ciemną,  pokrytą  bliznami  twarz  Shiloha  i  czuć 
łagodny dotyk jego dłoni. Zastanawiała się czy juŜ zawsze 
będzie się czuła zagubiona bez niego. 

—  Mogę się dosiąść? 

Łagodnie  wypowiedziana  prośba  wyrwała  ją  z  trzę-

sawiska  kłopotliwych  pytań  i  wymijających  odpowiedzi. 
Niski  głos  był  młodszy,  nie  tak  dojrzały,  z  nutką  goryczy 
nie  złagodzonej  jeszcze  wiekiem.  Był  to  piękny  głos,  ale 
nie głos Shiloha. 

Meg  oderwała  się  wzrok  od  swej  szklanki  pełnej  mi-

gocącego  wina  i  przerwała  jałowe  zgłębianie  tajników 
swego  serca.  Uniosła  głowę  i  spojrzała  na  uśmiechnięte 
oblicze  Jeffa  Lattimera.  Była  wdzięczna  za  to  narzucanie 
się. 

Po  raz  pierwszy  Meg  uświadomiła  sobie,  Ŝe  nigdy 

naprawdę  nie  widziała  Jeffa  Lattimera.  Był  niezbędną 
cząstką jej Ŝycia, naprawdę istotnym elementem jej walki o 
przetrwanie, ale nigdy nie patrzała na Jeffa—. męŜczyznę. 
Nigdy się nie zastanawiała, co kryje się za tą miłą twarzą, 
obramowaną  grzywą  złotych  włosów,  ani  nie  doceniała 
nieustraszonego  serca  bijącego  w  jego  szerokiej  piersi  ze 
ś

lepą lojalnością dla Shiloha i dla jej rodziny. Zajęta sobą i 

oszołomiona,  nie  zaglądała  w  jego  jasnopiwne  oczy  i  nie 
widziała błyskającego tam humoru. 

Jeff  czekał  opanowany  i  nieporuszony  jej  nieobecnym 

spojrzeniem.  Kiedy  cisza  przeciągnęła  się  zbyt  długo, 
powiedział bez wrogości: 
— 

Nie chciałem przeszkadzać ci w kolacji. 

Popatrzył przez chwilę na jej ledwie napoczęte je- 
dzenie. 

88 

background image

—  Wyglądałaś  tak,  jakby  rozmowa  z  kimś  była  ci 

potrzebna. Jeśli nie chcesz... 

Wycofał  się  teraz  dyplomatycznie  ze  Swojej  zaczepki. 

Dotknęła jego rękawa. 

—  Zostań, proszę. Potrzebuję towarzystwa. 

Jeff  postawił  swój  kieliszek  i  usiadł  z  wdziękiem  osoby 

przyzwyczajonej do wpasowywania swego wielkiego ciała 
w  małe  miejsca.  Powinien  wyglądać  śmiesznie  na  tym 
małym  krześle,  ale  czuł  się  tak  swobodnie,  Ŝe  widok  ten 
wydawał się naturalny. Meg, patrząc na niego, zrozumiała, 
Ŝ

e jest to jeden z tych ludzi, z którymi miło przebywać. śe 

jest  równieŜ  człowiekiem,  którego  przeszłość  była 
wypisana  na  śmiałych  rysach  jego  klasycznie  pięknej 
twarzy.  Widać  na  niej  było  piętno  trosk.  Jak  Shiloh, 
człowiek  ten  musiał  przejść  przez  swoje  prywatne  piekło, 
by zostać tym, kim jest. 

Shiloh! Kiedy patrzyła w  ciepłe, jasnopiwne oczy Jeffa, 

wyobraŜała  sobie  jego  umysł  jako  labirynt,  którego 
wszystkie ścieŜki wiodły do tego zagadkowego człowieka, 
trzymającego  w  swoich  rękach  Ŝycie  wszystkich  drogich 
mu osób. 

—  Byłoby  lepiej,  gdybyś  coś  zjadła  —  Jeff 

wskazał  na  leŜącą  przed  nią  sałatkę  z  homara.  — 
Szefa  kuchni  nie  zmyli  sposób,  w  jaki  zmieniłaś  jej 
ułoŜenie. 

-    Biedak,  próbował  skusić  mój  apetyt.  WciąŜ  to  samo. 

Wykonuję  codzienną  rutynę,  powtarzając  sobie,  Ŝe nic  się 
nie  zmieniło,  Ŝe  nie  ma  Ŝadnego  Ballengera.  Nigdy  to  nie 
skutkuje,  jednak  próbuję  nadal.  Bez  odrobiny  udawania 
zwariowałabym. 

 

Robisz to dla dzieci, Meg. 

 

Wykorzystałam  juŜ  wszystkie  sposoby,  o  jakich 

mogłam  pomyśleć.  Gdybym  paliła,  właśnie  teraz  po-
trzebowałabym papierosa. 

89 

background image

—  Mogłabyś  palić  jak  komin,  nic  by  to  nie  pomogło 

—  zauwaŜył  praktycznie  Jeff,  obserwując  znękaną 
twarz Meg i jej burzę hebanowych włosów. 

—  Masz  rację.  Papieros  to  nędzny  zamiennik  od- 

wagi. 

—  Nie  potrzebujesz  zamienników.  Masz  wystarczają 

co  duŜo  prawdziwej  odwagi.  MoŜe  nawet  za  duŜo  dla 
własnego dobra. 

Jeff splótł palce dłoni i połoŜył je na stole. 

—  Posłuchaj,  dlaczego  nie  miałabyś  mi  opowiedzieć, 

co cię gnębi? 

Meg stłumiła westchnienie. Pozwolił jej przeskakiwać z 

tematu  na  temat,  prowadząc  ją  zwolna  do  sedna  jej 
zmartwień.  Zbierała  myśli,  podziwiając  opanowanie  Jeffa 
.Jeffa,  człowieka  tak  róŜnego  od  Shiloha,  a  jednak 
ulepionego  z  tej  samej  gliny.  Złotowłosa,  a  nie  ciem-
nowłosa  tajemnica.  Był  dyskretny,  oddany,  niezgłębiony, 
wszechobecny  i  posiadający  niewyczerpaną  energię.  Czy 
kiedyś w ogóle spał? A Shiloh? 

—  Meg — ponaglił ją Jeff. 

Niechętnie  odwróciła  się  do  niego,  wzruszając  ramio-

nami ze zniechęceniem. 

 

Nie  ma  dalszych  wiadomości  o  Ballengerze.  Wi-

dziano  go  na  lotnisku  w  Georgii.  Potem  zniknął.  Jak  to 
mogło się zdarzyć? 

 

Ten  człowiek  to  kameleon.  Musi  być  taki,  aby  móc 

tak łatwo się wymykać. 

Jeff wziął ją za nadgarstek, dodając otuchy. 
—  To rozczarowuje, ale to jeszcze nie koniec. 

—  Rozumiem  jakie  macie  trudności.  Wiem,  jak  cięŜ 

ko  pracujecie.  StraŜ  została  zdwojona.  Nie  jesteśmy 
więźniami,  ale  jesteśmy  obserwowani  nawet  bardziej  niŜ 
więźniowie.  Dzieci  tego  nie  zauwaŜają.  KaŜdy  dokładnie 
stara się zachować pozory. Shiloh pracował przez ostat- 

90 

background image

nie  trzy  dni  po  dwadzieścia  cztery  godziny  na  dobę. 
Przedsiębiorstwa Butlera... Śledztwo... Ledwo go widuję. 

—  On  nie  spocznie,  póki  ten  człowiek  nie  znajdzie 

się  za  kratkami,  a  ty  będziesz  bezpieczna.  Daję  ci  na 
to  słowo.  Obietnice  nie  zawsze  duŜo  dają,  ale  poma- 
gają trochę. 

Meg skinęła głową. 

—  Pomagają.  Przypominają  mi,  Ŝe  ciemne  chmury 

mają  srebrne  brzegi.  Nigdy  mi  się  nie  śniło,  Ŝe  mogę 
mieć takich przyjaciół, jak ty czy Alexis. Jak Shiloh. 

Jeff  odchylił  się  w  krześle,  unosząc  swój  kieliszek.  Przez 

twarz  przemknął  mu  dziwny  wyraz.  Meg  czuła  na  sobie  jego 
badawcze  spojrzenie..  Głowa  Jeffa  kołysała  się,  tak  jakby 
słuchał  raczej  melodii  jej  głosu,  a  nie  listy dodatnich stron 
jej  sytuacji.  Z  prawie  niedostrzegalnym  •  uśmiechem 
odłoŜył kieliszek. 

 

Shiloh musi mieć coś niezwykle waŜnego do załatwienia 

w wiosce. Gdyby nie miał, byłby tutaj z nami. 

 

Wiem,  Ŝe  gospody  moŜna  strzec  jak  fortecy  i  Ŝe 

wycieczka  poza  jej  tereny  uszczupliłaby  siły  i  środki.  Mimo 
to szkoda, Ŝe nie mogę zobaczyć wioski. 

Chciała  się  przejść  ulicami,  znajdując  ślady  Shiloha, 

zanurzając  się  w  spokój  Stonebridge,  jego  schronienia.  Nie 
mogła. Obiecała nigdy nie opuszczać terenów gospody. Nie 
w pojedynkę. 

Shiloh tak przepada za Stonebridge. 
Wymówione imię złagodziło jej Ŝal. W jej oczach zabłysło 

coś nowego. 

 

On jest takim skomplikowanym człowiekiem, takim na 

dystans.  Nie  miałam  pojęcia,  Ŝe  jest  metaloplastykiem, 
dopóki nie wspomniał mi o swej kuźni. 

 

Shiloh powiada, Ŝe jest kowalem, nie artystą — sucho 

zauwaŜył Jeff. 

91 

background image

 

Jest kimś więcej. 

 

Oczywiście, Ŝe jest — zgodził się Jeff. 

W jego oczach pojawił się złoty, figlarny ognik. 

—  Czy  przypadkiem  nie  jesteś  przekonana,  Ŝe  jest 

równieŜ  odpowiedzialny  za  zawieszenie  gwiazd  i  księ- 
Ŝ

yca? — powiedział, przekomarzając się. 

Przez  moment  Meg  była  zaskoczona  krotochwilnym 

humorem  tego  niedźwiedziowatego  człowieka.  Potem 
uświadomiła  sobie,  Ŝe  powaŜne  rysy  jego  twarzy  zostały 
juŜ  wcześniej  złagodzone  częstym  uśmiechem.  Figlarny 
ognik,  który  zauwaŜyła,  był  tylko  wierzchołkiem  góry 
lodowej. Kiedyś, w czasie próby ogniowej, Jeff nauczył się 
traktować Ŝycie z humorem. Być moŜe, ze względu na typ 
problemów z jakimi stykał się w pracy, była mu potrzebna 
taka  osłona  przed  cynizmem.  Kiedy  tak  siedział  ze  zbyt 
długimi 

włosami. 

opadającymi 

na 

kołnierz 

nieprawdopodobnym 

złotym 

runem 

na 

podbródku, 

wyglądał  nie  tyle  na  nieustraszonego  obrońcę,  którym  w 
istocie 

był, 

co 

na 

eleganckiego, 

przerośniętego 

muszkietera, który zaprasza świat, aby się z nim pośmiał. 

- Jeśli to jest męski, subtelny sposób pytania czy jestem 

wdzięczna Shilohowi za to co zrobił, odpowiedź brzmi: tak, 
jestem, Jeff. 

- Meg rzuciła mu figlarne spojrzenie i, kiedy jej przebiegły 
inkwizytor uniósł z przesadnym zdziwieniem brwi, rzuciła: 

 

Szkoda, Ŝe  nie  mogę  obejrzeć go przy pracy. 

 

Oh — Jeff ofiarnie walczył, Ŝeby się nie uśmiechnąć. 

— Mam przeczucie, Ŝe go przy niej zobaczysz. 

 

Nie.  Kiedy  do  wszystko  minie...  —  głos  jej  przy-

cichł. 

 

Minie.  Ballenger  nawet  nie  podejdzie  do  gospody. 

Shiloh nie da mu Ŝadnej szansy. 

92 

background image

 

Wiem  —  próbowała  się  odpręŜyć.  —  Nie  mogliśmy 

lepiej  trafić.  Trudno  uwierzyć,  Ŝe  naraŜa  swoje  własne 
Ŝ

ycie, aby pomagać zupełnie obcym ludziom. 

 

Byłaś Ŝoną Keitha, a nie obcą, poza tym spotkaliście 

się juŜ wcześniej. 

 

Nie pamiętam. Jak mogłam nie zapamiętać Shiloha? 

Jeff  przegrał  walkę  ze  swym  uśmiechem,  który  z  dia-

belską  satysfakcją  wypełzł  mu  na  twarz.  Meg  widziała,  Ŝe 
jest z czegoś niezwykle zadowolony. Tak jakby  sam jeden 
posiadał jakiś sekret. Zanim zdąŜyła o to zapytać, opanował 
się. 

—  śal  na  ogół  zuŜywa  człowieka.  Jak  ci,  którzy 

przeŜyli,  mamy  poczucie  winy  i  Ŝycie  staje  się  taką 
harówą,  Ŝe  stajemy  się  ślepi  na  wszystko,  z  Wyjątkiem 
naszego małego światka. 

Dobry humor mu minął. Słychać było nutę Ŝalu, a nawet 

gniewu,  w  jego  słowach.  Gorycz,  którą  słyszała  wcześniej 
od kogoś, kto nie był dosyć stary, aby ją ukrywać. 

—  Mówisz o sobie, prawda, Jeff? 

Siedział cichy, z zamkniętymi oczami. Meg poŜałowała, 

Ŝ

e  zadała  mu  to  pytanie.  Przyszedł,  Ŝeby  zaproponować 

kieliszek i rozmowę, a ona odwdzięczyła się mu, pukając w 
drzwi,  które  chciał  zostawić  na  zawsze  zamknięte. 
ś

ałowała,  Ŝe  nie  moŜe  cofnąć  pytania  i  przywrócić 

uśmiechu na jego twarzy. 

—  MoŜe  to  czas  —  wymruczał  Jeff.  —  Czas,  który 

przeszedł. 

Podniósł  kieliszek  i  wychylił  go.  Kiedy  mówił,  słowa 

miały nierówny rytm. 

—  Była  sobie  dziewczyna.  Kiedyś.  Była  serdeczna, 

inteligentna  i  miała  cudowne  Ŝycie  przed  sobą.  BoŜe! 
Była taka śliczna, Ŝe kiedy ją ujrzałeś, serce rwało się, 

93 

background image

aby choć na nią popatrzeć. Laura — powiedział łagodnie. — 
Na imię miała Laura. Miała szesnaście lat, gdy umarła. 

 

Wypadek? 

 

Nie. 

Meg dotknęła jego zaciśniętych dłoni. CięŜar, który  czuła 

na piersiach jeszcze się zwiększył. 

 

Kochałeś ją. 

 

Od dnia, w którym się urodziła, a ja miałem dziesięć 

lat.  Kiedy  byliśmy  dziećmi,  nasze  rodziny  uwaŜały,  Ŝe  nasze 
przywiązanie jest wzruszające. Później, róŜnica wieku uwaŜana 
była za zbyt duŜą. Zgodziłem się z nimi. Wycofałem się. Aby 
dać jej czas dorosnąć, być nastolatką, zrozumieć czego chce. 
Nie zrozumiała. Myślała, Ŝe ją porzucam. 

Ciało  jego  przeszedł  dreszcz.  Wciągnął  powietrze  i 

powoli je wypuścił. 

—  Nie  widziałem  tego...  nie  widziałem,  dopóki  nie 

było  juŜ  za  późno.  Moi  i  jej  rodzice  winili  mnie  za  to, 
co  się  stało.  Przez  długi  czas  wierzyłem  im  i  zamkną- 
łem  się  w  moim  własnym  zakątku  piekła.  Nie  pa- 
miętam  wiele  z  tamtych  dni.  MoŜe  na  szczęście  dla 
mnie. 

Jeff  był  daleki,  roztargniony.  Meg  nic  nie  mówiła.  Nie 

było  nic  do  powiedzenia.  Ścisnęła  mu  dłoń,  czekając  na 
dalszy ciąg. 

—  Czy  naprawdę  to  takie  waŜne,  Ŝebyś  pamiętała 

Shiloha z pogrzebu? 

Uwaga ta zamykała temat Laury. Meg podejrzewała, Ŝe na 

zawsze. Podzielił się z nią bardzo osobistym Ŝalem, tworząc 
łączącą  więź,  po  to,  aby  móc  jej  pomóc.  Meg  prawie  łkała, 
myśląc o rozmiarach jego ofiary. Zamiast tego jednak, poszła 
za  nim  na  mniej  grząski  teren.  Odchylając  się  w  krześle, 
odsunęła talerz. 

94 

background image

 

Nie  tyle  próbuję  sobie  przypomnieć,  co,  zrozumieć. 

Uczynił  tak  duŜo  dla  mej  rodziny,  a  wcześniej  dla 
Karoliny. Muszę wiedzieć, dlaczego nas przyjął jako swoje 
specjalne brzemię. 

 

Nie  jesteście  brzemieniem.  Czuł  się  odpowiedzialny  za 

przeŜycie swoich ludzi w więzieniu. Jako cywil pomaga teraz, 
kiedy jest potrzebny. Wszyscy, którzy mają ze sobą kontakt, 
to robią. 

 

Czy inni teŜ oddalili się jak Keith? 

 

Kilku.  Większość  czuje  więź  z  Shilohem,  więź,  która 

jest  mocniejsza  niŜ  odległości  i  róŜnice.  Jak  są  kłopoty, 
pomoc nadchodzi jak na zawołanie. 

Wzruszenie ramion i pauza pozwoliły Meg uzupełnić sobie 

to, czego nie dopowiedział. 

 

Uczucie jest wzajemne. Nikt się nie zawaha, jeśli Shiloh 

jej będzie potrzebował. 

 

Nie  miałam  pojęcia,  Ŝe  istnieje.  Nie  prosiłabym  o 

pomoc i wątpię, czy i Karolina to zrobiła. 

 

Rzeczywiście — zgodził się Jeff. — Karolina o nic nie 

prosiła. 

 

Więc dlaczego? 

Meg, Shiloh wygląda jak upadły anioł, ale jest jednym z 

niewielu  Ŝyjących  na  tym  świecie  naprawdę  dobrych  ludzi. 
MoŜe  być  brutalny,  kiedy  wymagają  tego  interesy,  ale  to 
zupełnie  inny  Shiloh.  Człowiek,  którego  znasz  poszedł  do 
Karoliny  z  szacunku  dla  Marka,  nie  Ŝeby  być 
męczennikiem.  Był  teŜ  w  tym  Ŝal,  gdyŜ  Mark  był  właśnie 
tym  jedynym  człowiekiem  pod  jego  komendą,  który  umarł 
w więzieniu. 

Więc  to  była  ta  więź,  którą  Meg  wyczuła  między 

Shilohem  a  Karoliną.  Wspólna  strata  przyjaciela,  męŜa.  To 
wiele  wyjaśniało.  Głęboką  przyjaźń,  miłość  bez  stania  się 
kochankami. 

Obok nich przepływały dźwięki z pobliskich stolików. 

95 

background image

Srebro dźwięczało o porcelanę, śmiech następował po 
cichej wymianie zdań. Krzesła suwano po dywanach. 
Dźwięki te wypełniły przerwę w ich rozmowie. Meg 
oderwała się od swych refleksji. 

 

Mówisz tak, jakbyś tam był z nimi. 

 

Naprawdę?  —  Jeff  uśmiechnął  się  i  potrząsnął 

głową. — Byłem za młody na Wietnam. Spotkaliśmy się z 
Shilohem wkrótce po jego powrocie. Byłem pozbawionym 
korzeni  dzieckiem  z  bogatej  rodziny,  która  się  mnie 
wyrzekła.  Próbowałem  zająć  się  ochroną.  Powierzył  mi 
małe  zadanie  i  był  zadowolony  z  wyników.  To  były 
początki naszej przyjaźni. 

 

Mówił ci o Marku i Keithcie? 

—  Bardzo mało. To co wiem, wiem od Karoliny. 
Meg cicho westchnęła. 

 

Kiedy  go  pierwszy  raz  zobaczyłam,  byłam  ciekawa, 

co  to  za  człowiek.  Nie  mogłam  uwierzyć,  Ŝe  istnieje 
naprawdę. 

 

Masz jeszcze jakieś wątpliwości? 

 

ś

adnych. 

 

Shiloh  przyszedł  do  ciebie,  poniewaŜ  jest  troskliwy. 

Po prostu. 

 

Skąd  dowiedział  się  o  Evanie  Ballengerze?  Historię 

drukowały  wszystkie  lokalne  gazety,  ale  nie  dotarłyby  tak 
daleko. 

 

Zapominasz,  Ŝe  Zakłady  Butlera  są  ulokowane  w 

Atlancie. Jest to dostatecznie blisko Lawndale, Ŝeby gazety 
opisywały twą historię. Przedtem, przez sieć informacyjną, 
którą  tworzą  weterani,  dowiedział  się  o  piciu.  Ale było  za 
późno. Kiedy Keitha zabito, przyszedł na pogrzeb, To było 
wszystko,  co  mógł  zrobić  bez  narzucania  się.  Nie  sądzę, 
Ŝ

ebyś  się  zorientowała...  Nie  —  potrząsnął  głową.  — 

Oczywiście, Ŝe nie. To za wcześnie. 

96 

background image

 

Za wcześnie na co? 

 

NiewaŜne. 

Pytanie Meg zostało zbyte  machnięciem ręki. Widziała, 

Ŝ

e  Jeff  nie  ma  zamiaru  się  z  nią  dzielić  resztą  swoich 

obserwacji. 

 

Zamyśliłem  się  o  tym,  jak  bardzo  współczucie 

przypomina inne uczucia. Winę, wstyd, nienawiść, miłość. 

 

Litość? 

 

Nie litość. Nie od Shiloha. Za duŜo litowano się nad 

nim.  Byłaś  sama,  potrzebowałaś  kogoś.  Cokolwiek  by  to 
było, to na pewno nie litość. Wszystkie dalsze wyjaśnienia 
muszą  pochodzić  od  Shiloha.  Posłuchaj  —  zaśmiał  się, 
uniósł  szklankę i  po  uświadomieniu  sobie,  Ŝe  juŜ  ją  wypił 
postawił ją na miejsce. — Teraz zlezę ze swojej skrzyni po 
mydle, tak wdzięcznie, jak tylko umiem, i przyrzekam nie 
wygłaszać juŜ tego wieczoru więcej kazań. 

Normalnie małomówny, Jeff zdecydował, Ŝe powiedział 

wystarczająco jak na jeden wieczór. Nie powie o fotografii 
noszonej przez trzy lata przez Shiloha. Nie powie o dzikiej, 
gniewnej 

gorączkowości 

wywołanej 

przez 

groźbę 

Ballengera,  ani  o  zimnej  przeraŜającej  wściekłości,  która 
nastąpiła potem. Tylko Shiloh mógł jej mówić o tym i jak 
bardzo mu na niej zaleŜy. 

 

Wydajesz  się  być  zadowolony  z  siebie.  Myślę,  Ŝe 

widzę pióra na twych wargach — zauwaŜyła Meg, usiłując 
odpędzić ich wspólne smutki. 

 

Jadłem na obiad stek, a nie drób. 

 

MoŜliwe, ale uśmiechałeś się jak przysłowiowy kot, 

który schrupał kanarka. 

 

CzyŜby? 

 

Nie masz zamiaru śmiać się z mego dowcipu? 

 

Nie, to nie jest dowcip. 

97 

background image

—  Jeśli tak uwaŜasz — powiedziała Meg. 

Właśnie dochodziło do niej, jak dziwna była ich rozmowa. 

Do  tego  wieczoru  Jeff  był  miły  i  rycerski,  ale  całkowicie 
oficjalny.  Dzisiaj  umyślnie  zrezygnował  z  tej  roli.  „MoŜe", 
myślała,  „odkrył  swój  prawdziwy  charakter  i  w  czasie  gdy 
go  odkrywał,  coś  odkrył?  Coś  skrytego  w  niuansach  jej 
wypowiedzi. To go widocznie nie rozczarowało". 

Meg poczyniła swoje własne odkrycia. Zaczynała rozumieć 

ogromne  poczucie  odpowiedzialności  Shiloha  i  równie 
ogromną  lojalność,  którą  wszyscy  go  darzyli.  Jingo  mógł 
przypadkiem  chorobliwie  czcić  bohatera,  ale  Jeff  mówił  o 
Shilohu jak o drogim i powaŜanym przyjacielu. Dotychczas nie 
wiedziała, jak dobrze mieć takich przyjaciół. 

Masując ręką swe bolące mięśnie karku, powiedziała: 

 

Czuje  się  jakbym  była  na  uczuciowym  diabelskim 

młynie. 

 

Właściwy diabelski młyn moŜe być bardzo przyjemny.      

Bez śladu uśmiechu przeszedł na inny temat. 

 

Jak się czują dzieciaki i Joe? 

 

Joe  to  dar  boŜy.  Z  jego  powodu  dzieci  dotychczas 

nie  zauwaŜyły,  jak  bardzo  ich  pilnujemy,  Alexis  i  ja. 
Kochają  tego  szalonego  ptaka.  Śpią  z  nim  w  pokoju,  jedzą 
razem  z  nim.  Nie  ma  ich  tu  dzisiaj,  gdyŜ  nikt  nie  chciał 
zostawić  Joe'ego.  Będzie  im  go  brakować,  kiedy  Karolina 
zabierze go z powrotem. 

 

Poproś ją, Ŝeby pozwoliła mu pozostać. 

 

Pozwoli? 

 

Jestem tego pewien. Joe kocha dzieci i czuje się teraz 

samotny,  kiedy  Pete  jest  daleko  w  szkole,  a  Shiloh  Mark 
jest zbyt młody do zabawy — zrobił pauzę. 

98 

background image

—  A  propos  Shiloha  Marka  —  jego  chrzestny  oj-ciec  jest 
tutaj. 

Z  twarzy  Meg  znikł  uśmiech.  Odwróciła  się,  jej  głowa 

poruszyła  się  mechanicznie,  jakby  za  chwilę  chciała  się 
oderwać.  Piersi  unosiły  się  nierówno,  napinając  bluzkę. 
Powietrze wyglądało na zbyt rzadkie, nieodpowiednie. Skóra 
stała  się  lepka.  Policzki  jej  płonęły.  Jedynym  dźwiękiem 
było mruczące bicie jej serca. 

Shiloh wypełnił foyer swoją szczególną mieszaniną tęŜyzny 

i  wysmukłości.  Włosy  miał  w  nieładzie,  ubranie  wymięte. 
Ś

wieŜy  zarost  kładł  się  cieniem  na  policzkach  i  szczękach. 

Płytkie zmarszczki na czole pogłębiły się, a blizna nad jego 
pięknym okiem była Ŝywą plamą na tle kredy jego twarzy. 

Meg wiedziała, Ŝe musi być potwornie wyczerpany. Jednak 

przyszedł tutaj, moŜe nie ubrany tak pięknie jak zwykle, ale 
wytrwały  jak  kamień. Jego  siła moŜe osłabnąć,  ale  nigdy  go 
nie  opuści.  Na  ramionach  dźwigał  samotnie  brzemię 
kłopotów.  MoŜe  któregoś  dnia  kobieta,  mała,  wątła,  ale 
niesłychanie droga, będzie dopuszczona do tego, aby dzielić z 
nim Ŝycie i będzie wspierała tę siłę miłością. 

Kiedy tak patrzyła na niego, z ustami pragnącymi jego ust, 

chciała  być  taką  kobietą.  Meg  pragnęła  tego  bardziej  od 
czegokolwiek. 

—  Do  diabła!  —  warknął  Jeff.  —  Spójrz  na  tę  letnią 

niezdarę. Od dnia kiedy ją przyjął, ona tylko narzeka. 

Młoda  hostessa,  o  której  Jeff  wyraŜał  się  z  takim 

niesmakiem,  mówiła  coś  powaŜnie  do  Shiloha,  kiedy  ten 
usiłował dopatrzyć się czegoś w blasku świec jadalni. 

—  Niech  pani  to  załatwi  najlepiej  jak  pani  umie  — 

mruknął  szorstko,  tęskniąc  do  dnia,  kiedy  Julia  Town- 
send  skończy swe letnie wakacje. Wyminął hostessę 

99 

background image

i  natychmiast  o  niej  zapomniał,  kiedy  znalazł  ich  od-
osobniony stolik. 

 — Jaki wyczerpany! — krzyk Meg był przeznaczony dla 

Jeffa,  ale  zmartwienie  w  jej  głosie  spowodowało,  Ŝe 
rozległ się on głośniej. 

 

To brzmi jak oskarŜenie — powiedział Shiloh. 

 

Przepraszam, nie to miałam na myśli. 

 

ś

eby mnie wyczerpać, potrzeba więcej niŜ kilku dni 

wytęŜonego wysiłku. 

—  Oko ci dokucza, prawda? 
Meg z troską oglądała jego twarz. 
Shiloh  nie  patrzył  na  nią.  Nie  mógł,  gdyŜ  miała  rację. 

Był bardziej niŜ zmęczony. Nie mógł juŜ uwaŜać na swoje 
zachowanie.  Mogłaby  wyczytać  w  jego  twarzy  więcej  niŜ 
ośmieliłby się jej pokazać. Z naciskiem zmienił więc temat 
rozmowy. 

 

Wynikły jakieś problemy od chwili, gdy pojechałem 

do wioski, Jeff? 

 

ś

adne.  Mamy  kolejne  odroczenie.  Zapomnij  na 

chwilę, o śledztwie i odpoczywaj. Wiemy obaj, Ŝe Meg ma 
rację. Jesteś zmęczony i boli cię oko. 

Shiloh  rzucił  mu  spojrzenie  z  pytaniem,  co  do  cholery 

mu  się  wydaje,  Ŝe  właśnie  robi,  ale  spotkał,  się  z 
całkowicie niewinnym wzrokiem. 

—  Proszę cię, siadaj — powiedziała spokojnie Meg. 
Kiedy przyciągnął sobie krzesło i usiadł, zdał sobie 

sprawę,  Ŝe  przygasająca  świeca  musi  rzucać  błędny  od-
blask na jego twarz, pogłębiając cieniami zmarszczki. Być 
moŜe  wpłynie  to  niekorzystne  na  jego  wygląd,  ale  cieszył 
się,  Ŝe  jedyne  źródło  światła  stanowiła  świeca.  Oko  było 
jednym  wielkim  bólem  i  chciał  je  osłonić  nawet  przed  tą 
odrobiną  jasności.  Nie  zrobi  tego.  Widział  juŜ  wcześniej 
wyraz litości na jej twarzy. Nigdy więcej. 

100 

background image

Starzy  przyjaciele,  jak  Jeff,  mogli  zmusić  go  do  od-

poczynku.  Rozumieli,  Ŝe  odpoczynek  był  najlepszym 
lekarstwem  na  jego  ból.  Czasami  sprzeczał  się  z  nimi  przez 
przekorę.  Oni  ubolewali  nad  jego  uporem,  nazywając  go 
osłem  lub  upartym  durniem,  ale  Ŝaden  nie  litował  się,  ani 
publicznie nie zwracał uwagi na jego cierpienie. 

Patrząc  w  otwartą  twarz  Jeffa,  Shiloh  zastanawiał  się, 

jakiemu  to  złośliwemu  celowi  słuŜy  ten  niezwykły  u  Jeffa 
sposób wypowiadania uwag. 

 

Czy nie masz nic do roboty, Jeff? Nie musisz gdzieś 

iść?   

 

Kompletnie  nic.  Bardzo  rzadko  mam  takiego 

ś

licznego  towarzysza  przy  kolacji,  więc  maksymalnie  to 

wykorzystuję. 

 

W  jaki  sposób?  —  warknął  Shiloh  w  nagłym 

przypływie zazdrości. 

 

Odbyliśmy bardzo interesującą rozmowę. 

 

O czym? 

 

O niczym, co by cię mogło zainteresować. 

 

Nie? — jedna brew uniosła się, druga nie. 

 

Dyskutowaliśmy o kotach i kanarkach. 

 

PrzecieŜ nie lubisz kotów, Jeff. 

 

Nie  muszę  lubić  kotów,  Ŝeby  o  nich  rozmawiać  Jeff 

wzruszył ramionami. 

 

Zanim  przyjechałeś  do  Stonebridge,  byłeś  rozsądnym 

człowiekiem,  teraz  sądzę,  Ŝe  za  długo  przebywałeś  z  naszą 
rudą przyjaciółką. 

Meg śmiała się z nimi, ale czuła zgrzyt w śmiechu Shiloha. 

W  jego  niskim,  łagodnym  głosie  pobrzmiewała  jakby 
groźba.  Jego  wargi  były  trochę  zbyt  napięte,  linia  gardła 
zbyt  napręŜona.  Nagle  domyśliła  się  o  co  chodzi  —  tylko 
Ŝ

elazna  wola  Shiloha  powstrzymywała  go  od  krzyczenia  z 

bólu. 

101 

background image

AŜ  do  bólu  chciała  mu  pomóc.  Czuła,  Ŝe  to  niemoŜliwe. 

Chciałaby  go  objąć.  Pamiętała  lekcję  otrzymaną  na 
lądowisku helikoptera i wcześniej, w jej domu. Jednak to nie 
strach  przed  odrzuceniem  powodował,  Ŝe  jej  ręce 
pozostawały  na  kolanach.  Dla  niego  zaryzykowałaby  utratę 
twarzy.  Tego,  czego  nie  chciała  ryzykować  to  — 
powiększenia jego cierpień. 

JuŜ  dwukrotnie  przedtem  wziął  jej  troskę  nie  za 

współczucie,  lecz  za  litość.  Ten  rodzaj  litości,  którym  się 
brzydził.  Pocieszającą  litość,  która  wywoływała  na  jego 
twarzy  zagubiony  wyraz  człowieka  prześladowanego.  Nawet 
jeśli  jej  poŜądanie,  aby  go  objąć,  aby  przycisnąć  jego  głowę 
do  piersi,  aby  głaskaniem  odegnać  jego  cierpienie, 
powodowało,  Ŝe  sama  cierpiała,  odmawiała  sobie  tego  dla 
Shiloha.  Zamiast  tego  śmiała  się,  mądrze  udając,  Ŝe  nie 
dostrzega prawdy w ich przekomarzaniu się. 

Zmieniając błyskawicznie temat rozmowy, Jeff powiedział 

z przeczuciem: 

—  Są jakieś nowości o Ballengerze. 

—  Tak.  Przyszły  właśnie  teraz,  kiedy  wróciłem  z 

wioski. 

—  Wymknął się? 

Meg  wiedziała,  Ŝe  nowiny  będą  złe.  ZnuŜenie  Shiloha 

było zbyt duŜe, Ŝeby miały być inne. 

 

To wcale nie był Ballenger. 

 

Jak to? — Meg była zupełnie zdezorientowana. 

 

To  człowiek  z  marginesu,  uciekający  przed  sprawą  o 

alimenty.  Cholera!  —  wybuchnął  Shiloh.  —  Gdyby  nie 
uciekał,  zaoszczędzilibyśmy  cenne  godziny,  uniknęlibyśmy 
zmarnowanego wysiłku. 

Zaciśnięte  pięści  Shiloha  odbijały  się  brązową  plamą  na 

białym obrusie. 

192 

background image

 

Dlaczego  jest  gorzej,  Ŝe  to  nie  był  Ballenger?  — 

spytała Meg, nienawidząc się, Ŝe zawraca mu głowę. 

 

Gdyby to był on — wyjaśnił Shiloh — nawet gdyby 

uciekł, wiedzielibyśmy, gdzie go zacząć szukać. 

 

Rozumiem  —  Meg  odwróciła  wzrok.  Jego  gorycz  z 

poniesionej poraŜki była dla niej nie do zniesienia. 

 

Było  to  zbyt  oczywiste,  nie  pasowało  do  Ballengera.  

Ballenger nigdy nie pokazałby się tak jawnie. 

 

Cholera — zaklął Jeff. — Następne opóźnienie. 

—  Jedno z wielu  - powiedział Shiloh ze znuŜeniem. 
Meg wodziła wzrokiem od jednego do drugiego. 

 

Więc  co  robimy?  —  spytała  po  chwili.  —  W  jakiej 

sytuacji jesteśmy? 

 

W  nijakiej  —  powiedział  ochryple  Shiloh.  — 

Wstępne  raporty  donoszą,  Ŝe  to  geniusz  równie  przebiegły, 
jak bez skrupułów. Jest jak nie pozostawiający śladów dym. 
MoŜe być zarówno w Kalifornii, jak w Lawndale. 

 

Lub  w  Stonebridge  —  dodała  Meg  prawie  zała-

mującym się głosem. 

Shiloh dotknął jej ramienia. Ich wzrok spotkał się po raz 

pierwszy tego wieczoru. Ból i poŜądanie nie odbijały  się  juŜ 
tak silnie w ich oczach. Dawały tylko tlący się poblask. 

—  Nie ma go tam. 

Jeszcze nie. Nie wypowiedziane słowa zawisły między  nimi. 

Ciche  ostrzeŜenie,  jak  podmuch  wiatru  z  cmentarza.  Pokój, 
przed chwilą miły i przytulny, oświetlony mnóstwem małych 
płomyków,  stał  się  nagle  zimny.  Meg  poczuła  chłód 
przejmujący  ją  do  szpiku  kości.  Tylko  dłoń  Shiloha  na  jej 
ramieniu  pocieszała  ją,  broniąc  przed  tym  zimnym 
podmuchem. Chciała, Ŝeby ją objął, otaczając ją poczuciem 
bezpieczeństwa. 

—  Posłuchaj, Meg — słowa Shiloha były wyraźne, 

103 

background image

kaŜde tworzyło odrębną całość, zmuszając do rozumienia. — 
Nie  mamy  podstaw,  aby  przypuszczać,  Ŝe  natknie  się  na 
nasz  ślad.  Jest  dokumentacja  naszego  lotu  i  czarteru,  ale 
została  ona  zapieczętowana  na  podstawie  specjalnego 
rozporządzenia.  Tylko  Jingo  zna  szczegóły,  ale  on  umrze, 
zanim coś powie. 

Jak  ojciec  radzący  sobie  z  obawami  przestraszonego 

dziecka,  Shiloh  powtórzył  jeszcze  raz  ostatnie  słowa,  nie 
zostawiając  miejsca  na  wątpliwości.  Geniusz,  wariat  czy 
duch, Ballenger nie ma Ŝadnej moŜliwości skojarzenia sobie 
twojej osoby ze mną czy tym miejscem. 

—  Oczywiście, Ŝe nie ma — Jeff był równie pewny 

jak  Shiloh.  —  A  gdyby  nawet,  czy  myślisz,  Ŝe  zdołałby  się 
przemknąć  obok  naszej  policji?  Mój  BoŜe!  Połowa  z  nich 
czułaby  się  lepiej  w  południowoamerykańskiej  dŜungli  z 
pistoletami  maszynowymi  i  maczetami.  Jeśli  jego  duch 
przeszedłby obok nich, musiałby być patentowanym durniem, 
Ŝ

eby  narazić  się  Shilohowi  czy  mnie.  Ballenger  nie  jest 

olbrzymem.  Do  diabła,  ja  wyglądam  jak  grizzly  w 
porównaniu z nim. A Shiloh rozerwałby go na strzępy. 

Meg  zadrŜała.  Obraz,  który  namalował  Jeff,  nie  napawa 

tak  otuchą  jak  powinien.  Pamiętała,  Ŝe  Ballenger  ma  atut 
nadludzkiej  siły  —  szaleństwa.  Z  obowiązku  spróbowała  się 
zaśmiać, ale wyszedł jej tylko Ŝałosny skrzyp. 

—  Macie  rację.  Przypisuję  mu  jakiś  rodzaj  złych 

mocy. 

Z ciemności, zza ramienia Shiloha wynurzyła się hostessa. 

 

Panie  Butler,  telefon  do  pana.  Tamten  pan  mówi,  Ŝe 

nie  ma  to  nic  wspólnego  z  bieŜącymi  kłopotami,  ale  to 
waŜne. 

 

Dziękuję — odprawił ją Shiloh. 

104 

background image

SłuŜbę  przy  telefonie  pełnił  Carl  Simmons.  Wezwania  z 

byle jakich powodów nie były w jego stylu. Coś się stało. 

—  Czy jesteś pewny, Ŝe to nie on? 

Nagle Meg nie była pewna, czy przypadkiem nie chce, Ŝeby 

odroczenie  trwało  dalej,  czy  rzeczywiście  największą  ulgą 
będzie koniec czekania. 

—  To nie jest Ballenger — zapewnił ją Shiloh. 
Ręka połoŜona na jej ramieniu przesunęła się do szyi, 

masując z przekonującą czułością napięte mięśnie, 

—  Nie wiemy, gdzie jest, ale wiemy, Ŝe nie tutaj. 
Ręka spłynęła po jej ramieniu do dłoni. Uchwyt 

Shiloha był mocny. 

—  Czeka na mnie rozmowa. 

Uniosła  głowę  znad  ich  połączonych  rąk.  Jej  uśmiech  stał 

się  mniej  wymuszony,  rumieniec  zaczął  powracać  na  jej 
policzki. 

 

Ze mną wszystko będzie dobrze, Shiloh. 

 

Tak. 

Czułość przepływała jak satynowa wstęga przez szorstki 

tembr  jego  głosu.  To  tylko  twarz  chciał  ukryć.  Tylko 
odrętwiała zbroja fałszywego spokoju, zaciągnięta przez Meg 
wokół  siebie,  osłoniła  ją  od  prawdy.  Patrzył  w  dół  na  jej 
włosy,  pragnąc  zanurzyć  w  nich  palce,  twarz,  wdychać  ich 
zapach jaśminu i róŜ. Chciał się w niej zagubić. Zapominając 
o nienawiści i zemście. Zapominając Ballengera. 

Ballenger. Shiloh westchnął, puścił jej rękę i zwrócił się do 

Jeffa. 

 

Zaraz wracam. 

 

Będę na miejscu. Shiloh 

skinął głową i wstał. 
—  Nie  martw  się,  wrócę  tak  szybko,  jak  tylko  będę 

mógł. 

105 

background image

Bez  Shiloha  pokój  był  pusty  i  bezbarwny.  Przy  stoli-

kach  siedziało  juŜ  niewielu  ludzi.  Biesiadnicy  poszli  grać 
w brydŜa, w szachy lub do dobrych ksiąŜek. Później część 
z nich powróci na późną przekąskę czy kieliszek. 

Jeff  czekał  jak  obiecał,  ale  zrobił  się  czujny  i  napięty. 

Meg dotknęła jego ramienia. 

 

O co chodzi? 

 

Nie  wiem  —  potrząsnął  głową  —  Przeczucie.  Jak 

zimne  miejsce,  które  czujesz,  jeśli  ktoś  skieruje  na  ciebie 
pistolet. Nie widzisz go, ale wiesz, Ŝe tam jest i czekasz na 
kulę. 

Zamilkł.  Upłynęła  chwila,  zanim  Meg  uświadomiła 

sobie, Ŝe Shiloh zbliŜa się do ich stolika. Twarz miał jak z 
kamienia. 

Meg zerwała się z krzesła, wyciągając ku niemu ręce. 

 

Dobrze się czujesz? 

 

Gabe został zraniony. 

 

Jak? Jak to się stało? — krzyknęła Meg. 

 

CięŜko? — dodał Jeff. 

 

Jego  samolot  rozbił  się  przy  starcie.  śyje,  ale  nie 

wiadomo,  jak  powaŜne  są  obraŜenia.  Karolina  i  chłopcy 
mieli rezerwację na późniejszy samolot. 

Meg zachwiała się i oparła na Shilohu. Objął ją rękami, 

przytulając  do  siebie.  Posadził  ją  na  krześle  i  ujął  jej 
dłonie. 

 

Ma  złamaną  nogę  i  miał  wstrząs  mózgu.  Wiemy 

tylko tyle. 

 

Szpital na tej wyspie jest lepszy od przeciętnych — 

dodał Jeff. 

   — Czy wyposaŜony jest w urządzenia do leczenia 

strzaskanej nogi i obraŜeń głowy człowieka, który odniósł 
w ostatnim czasie inne powaŜne obraŜenia? Jeff odsunął 
krzesło. 

—  Dowiem się. 

106 

background image

Shiloh nie odrywał wzroku od Meg. 

—  Pójdę  tam  natychmiast  po  odprowadzeniu  Meg 

do pokoju. 

Meg ledwie zauwaŜyła odejście Jeffa. 

 

Kiedy wyjeŜdŜasz? 

 

Nie wyjeŜdŜam. 

 

Ale Karolina... 

Z  sercem  w  gardle  patrzyła  na  tę  wspaniałą,  zranioną 

twarz, czekając, aŜ uczyni wszystko takim, jakim powinno 
być. 

—  Ma  Pete'a.  I  w  razie  potrzeby  pojedzie  Jeff.  Gabe 

będzie  miał  wszystko,  czego  potrzebuje.  Chirurgów,  na 
miot  tlenowy,  wszystko.  Moje  miejsce  jest  tutaj,  przy 
tobie. 

Meg  ujrzała  tyle  rzeczy  w  tej  rzeźbionej  twarzy,  wiele 

pięknych rzeczy: przyjaźń, lojalność, miłość. Jeff mylił się. 
To nie była twarz upadłego, lecz zranionego anioła. 

Wysunęła  ręce  i  połoŜyła  mu  dłoń  na  policzku.  Moje 

miejsce jest tutaj, przy tobie. Słowa te sprawiły, Ŝe jej serce 
ś

piewało. 

—  Mogę  pójść  sama  do  pokoju  —  powiedziała  nis- 

kim  głosem.  —  Załatw  swoje  rozmowy.  Odczyń  swą 
magię dla Gabe'a. 

Shiloh  uśmiechnął  się,  obracając  głowę,  by  pocałować 

wnętrze jej dłoni. 

—  Wpadnę, jeśli będą nowiny. 

Wstał,  końce  palców  pogłaskały  jeszcze  raz  jej  włosy  i 

juŜ go nie było. 

Meg  znów  była  sama.  Samotna  postać  w  topniejącym 

tłumie,  trzymająca  w  dłoni  jego  pocałunek.  Odkrywając, 
co  Jeff  odkrył  wcześniej,  i  wreszcie  uświadamiając  sobie 
to. 

Kochała  Shiloha,  czułego  wojownika  z  twarzą  zra-

nionego anioła. 

107 

background image

6

 

—  Kiedy Sonny odwrócił się, Cienia juŜ nie było. 
Meg zamknęła ksiąŜkę i odłoŜyła ją. 

 

Kiedy Sonny będzie go następnym razem potrzebował, 

Cień przyjdzie — rzekł Eddie. 

 

On tam jest obok, czeka przy podeszwie Sonny'ego. 

Tommy ziewnął, wkopując się pod przykrycie. 

 

Sonny i Cień to twe najlepsze opowiadania, mamo., 

 

Dziękuję,  kochanie  —  Meg  wstała  z  taboretu  i 

uklękła  nad  nimi.  Pocałowała  pachnące  mydłem  policzki  i 
pstryknęła wyłącznikami światła przy łóŜku. — Alexis jest u 
siebie  —  kiwnęła  w  kierunku  otwartych  drzwi  do  pokoju, 
umieszczonego  z  prawej  strony  sypialni  dzieci.  Jej  pokój 
umieszczony  był  symetrycznie,  po  lewej  stronie.  —  Po 
kąpieli teŜ będę w łóŜku. Jeśli będziecie mnie potrzebować, 
zawołajcie. 

 

Nic nam nie będzie, mamo — zapewnił ją Tommy. 

 

Naprawdę — wtrącił Eddie. 

Meg  stłumiła  śmiech,  gdy  usłyszała  opiekuńczy  ton  ich 

głosów.  ChociaŜ  nie  mogli  w  pełni  zrozumieć  okoliczności, 
poznali,  Ŝe  się  dręczy  i  chcieli  pomóc.  Poprawiła 
prześcieradła, jeszcze raz ich pocałowała i ode- 

108 

background image

szła od łóŜek. Obok łóŜeczka ustawionego przy jej drzwiach 
zatrzymała  się.  Samantha  spała  otoczona  kolekcją 
pluszowych  zwierząt.  Jej  małe,  pulchne  ciało,  było  jakby 
niedbale  rzucone  na  łóŜeczko.  Na  oŜywionej  we  śnie  twarzy 
dziecka, Meg ujrzała zapowiedź uderzającej urody. 

Samantha  westchnęła  i  podciągnęła  pod  siebie  kolana, 

zwijając  się  w  kłębek.  Meg  dziwiła  się,  Ŝe  moŜe  w  ten 
sposób spać, ale nie próbowała jej ruszać. W następnej chwili 
pulchne ciałko skręciło się i obróciło. Samantha zarzuciła ręce 
nad  głowę,  stopę  połoŜyła  pod  kolanem.  Zanim  skończy  się 
noc, będą jeszcze tuziny nieprawdopodobnych pozycji. 

Meg  czuła  przypływ  czułości,  kiedy  dotknęła  palcami 

swoich  ust,  a  potem  ust  dziecka.  Jakie  zmiany  uczyniłoby 
to  cudowne  stworzenie  w  Ŝyciu  Keitha?  Czy ten słoneczny 
uśmiech  zdobyłby  jego  miłość  i  trzymał  demony  w  oddali? 
Czy córka mogłaby dokonać tego, czego nie zdołali dokonać 
Ŝ

ona  i  synowie?  Smutek  zabarwiał  myśl  Meg.  Wszystkie 

marzenia  świata  nie  zmienią  faktu,  Ŝe  Samantha  nigdy  nie 
pozna  swego  ojca,  a  chłopcy  o  nim  zapomną.  JuŜ  obecnie 
nie  był  czymś  bardziej  realnym  niŜ  bohaterowie  historii, 
które im opowiadała. I była to jej wina. 

—  Twarz  smutna  ma?  —  senny  głos  Samanthy  był 

jak promień światła w ciemności. 

 — Nie chciałam cię zbudzić, kochanie. Nie jestem smutna. 
Myślałam właśnie, Ŝe jesteś śliczna jak kwiatuszek. 

—  KsięŜniczka.  Lo  Lo  powiedział,  Ŝe  ja  śliczna  księŜ- 

niczka. 

Meg  owinęła  złoty  lok  dookoła  palca.  Pozwalając  mu  się 

rozwinąć,  zastanawiała  się,  skąd  Shiloh  wiedział,  co 
sprawi przyjemność Samancie. Nie mógł wiedzieć, 

109 

background image

Ŝ

e zanim jeszcze mogło cokolwiek zrozumieć, dziecko słuchało 

godzinami  z  uwielbieniem  historii  o  królach,  księciach  i 
księŜniczkach, które Ŝyły potem długo i szczęśliwie. 

 

Ma rację — wyszeptała cicho. — Jesteś księŜniczką. 

 

Humph. 

Dźwięk był sennym mruknięciem. 

 

Kocham cif, księŜniczko. 

 

Sam  koch  Mama,  koch  TomEddie  —  potem  w 

jednym  westchnieniu  dodała:  —  koch  Kota,  koch  Lo  Lo. 
Bardzo. 

„Miłość  to  prostą  rzecz  dla  tego  nieskomplikowanego 

dziecka", myślała Meg. Było tylko czarne i białe, bez szarych 
obszarów  wątpliwych.  Ona  albo  kochała,  albo  nie,  i  tak 
mówiła. Czy nie byłoby cudowne być taką otwartą i pewną? 
Meg  pogłaskała  policzek  dziecka,  zanim  odeszła.  Przy 
drzwiach obróciła się.        

 

Słodkich snów, chłopcy. Kocham was. 

 

TeŜ — odpowiedzieli chłopcy sennym skrótem. 

 

Zapomniałaś o Joe — przypomniał Eddie. 

 

Rzeczywiście. 

Meg  zbliŜyła  się do  klatki.  Ptak  zakołysał  się na  grzędzie, 

jego pióra prawie świeciły. 

—  Dobranoc, Joe. 

Joe 

zawarczał, 

poruszył 

piórami, 

podniósł  jedną 

przezroczystą powiekę, aby na nią spojrzeć i wsadził głowę 
pod skrzydło. W ciszy usadowił się na grzędzie. 

—  Cichy typ, hę? 

Kiedy  odchodziła,  usłyszała  słaby  dźwięk.  Potem  dźwięk 

się powtórzył. 

—  Dobrej nocy, słodyczy. 
—  Dobrej nocy, Joe. 
Ś

miejąc się, opuściła pokój. 

110 

background image

Meg  odłoŜyła  szczotkę  i  spojrzała  uwaŜnie  w  lustro.  Jej 

inspekcja  wynikała  nie  tyle  z  próŜności,  co  z  chęci 
poprawienia swego obrazu w oczach dzieci. Było jej przykro, 
Ŝ

e jej zmartwienia znów wpełzają do ich Ŝycia. To, co Alexis 

dostrzegła  w  dzieciach  tydzień  temu,  ona  dostrzegła  dziś  i 
zajęła  się  wzmacnianiem  oznak  zewnętrznych  swego 
opanowania. 

Po  półgodzinnym  dogadzaniu  sobie  w  wannie, 

zmarszczki  spowodowane  zmęczeniem  znikły.  Jej  ciało,  przy 
pomocy  pumeksu  i  kremów  zostało  doprowadzone  do 
złocistej  elegancji.  Paznokcie  zostały  wymanikiurowane. 
Włosy umyła i wyszczotkowała tak, Ŝe wyglądały jak lśniący 
heban.  Mimo  wczesnej  pory,  bardzo  kusiło  ją  łóŜko.  Długi 
sen  zwieńczyłby  jej  wysiłki.  Jutro  rysy  na  jej  radosnym 
nastroju  będą  mniej  widoczne  dla  dzieci.  Będą  mogły  znów 
zwrócić swoją uwagę na wspaniałości domu Shiloha. 

Shiloh.  Kiedy  ostatnio  był  bez  trosk?  Na  pewno  było  to 

zanim  pojawiła  się  w  jego  Ŝyciu.  Rana  Gabe'a  dodała  mu 
zmartwień  w  ostatnim  tygodniu.  Po  fałszywym  alarmie  z 
Ballengerem,  poszukiwania  zintensyfikowały  się  i  widziała 
go  rzadziej.  Nagłe  zaczął  traktować  ją  z dystansem, ale nie 
tak 

wielkim, 

aby 

nie 

mogła 

dostrzec 

zmęczenia 

zabarwiającego na szaro jego twarz. 

Nawet  wiadomość,  Ŝe  Gabe  wyzdrowieje,  nie  zmniejszyła 

na  długo  jego  wymizerowania.  Nie  było  śladu  Evana 
Ballengera,  więc  Shiloh  pracował  coraz  więcej,  stając  się  z 
kaŜdym dniem bardziej milczący i oddalony. Kiedy morderczy 
tryb Ŝycia wystawał rachunek, Shiloh walczył z bólem, który 
był bezlitosny. 

Moje  miejsce  jest  tutaj,  przy  tobie.  CzyŜby  te  słowa  jej 

się  przyśniły?  Nie.  Meg  wolno  potrząsnęła  głową.  One 
były. Shiloh, zawsze taki lojalny dla swych przy- 

111 

background image

jaciół, bez skrupułów dokonał wyboru, a potem odgrodził 
się od niej. 

Z  ręką  na  policzku  wpatrywała  się  w  lustro,  widząc  nie 

siebie,  lecz  Shiloha.  Shiloha,  którego  mądrość  dostarczyła 
pewności  siebie  słabemu  chłopcu,  uwolniła  jego  bliźniaka. 
Shiloha,  który  rycersko  otoczył  królewskim  nimbem  małą 
dziewczynkę, wierzącą we wróŜki. Shiloha, który tylko dawał, 
o nic nie prosząc, niczego nie biorąc w zamian. 

Meg zadrŜała. Palce, które chciały pocieszać, zaciskały się 

na  szczotce,  aŜ  skurcze  przerwały  jej  marzenia.  Z 
rozmysłem  odłoŜyła'  szczotkę  i  złoŜyła  luźno  ręce  na 
podołku.  Jej  wzrok  był  juŜ  całkowicie  skupiony,  kiedy 
spotkał  swoje  odbicie.  Myślała  o  miłości,  o  dawaniu  i  o 
wdzięczności.  Wdzięczność  moŜe  być  rzeczą  niebezpieczną. 
Kiedyś  wszystko  co  czuła  do  Shiloha  było  związane  tym 
uczuciem, przez nie zatarte. 

Było  paradoksem,  Ŝe  kiedy  zrozumiała  róŜnicę  między 

wdzięcznością  i  miłością,  właśnie  niósł  pomoc  przyjacielowi. 
W tamtej chwili, kiedy patrzyła na niego, jego silne i śmiałe 
ciało,  jego  kudłatą  głowę,  pochyloną  w  zamyśleniu, 
spostrzegła,  Ŝe  to,  co  czuje,  jest  bardziej  ogniste  i  mniej 
kompletne  niŜ  wdzięczność.  Znacznie  mniej  kompletne. 
Kompletność sugeruje granice, koniec. Jeśli by ją przyjął, jej 
miłość  byłaby  bezgraniczna,  beŜ  końca.  „Jeśli",  wyszeptała. 
Nadzieja  mignęła  i  zamarła,  zanim  zdąŜyła  rozkwitnąć. 
CięŜkie  powieki  zamknęły  się  na  jej  zmatowiałych  oczach. 
Westchnęła,,  jej  głowa  opuściła  się  z  Ŝalem.  Czy  kiedyś 
zmądrzeje?  Jej  romantyczne  marzenia  były  marzeniami 
idiotki.  O  nic  nie  prosił,  gdyŜ  niczego  nie  chciał.  Oprócz 
uprzejmego współczucia czuł dystans. Sam, ale nie samotny. 
To był właśnie stan, który chciał zachować. 

Był sam, cierpiał, ale jej nie potrzebował. 

112 

background image

Meg  wstała,  jej  namiętne,  obnaŜone  ciało  odbijało  się 

od  klasycznie  eleganckiego  tła.  Schudła,  wyszczuplała  w 
talii  i  biodrach,  ale  jej  piersi  były  pełne  i  zwarte.  Kiedy 
wślizgnęła  się  w  swą  nocną  koszulę,  końce  piersi  były 
aluzją  róŜowości  pod  przylegającym  jedwabiem.  Gdy 
wygładzała na biodrach połyskujący turkus materii, niebo, 
jak  rumieniec,  rozświetliła  błyskawica,  a  za  górami 
zagrzmiał  piorun.  Chwilę  później  dudniąca  uwertura 
powtórzyła  się,  a  zrzędzący  bas  rozniósł  się  echem  nad 
dachami, zanikając z wolna. Bryza nabrała mocy i zaczęła 
łomotać w szyby, jej jęk wypełnił noc. 

W  powietrzu  czuło  się  gwałt  i  Meg  była  tym  zafascy-

nowana.  Za  oknami  drzewa  kołysały  się  jak  okręty  na 
spienionym  morzu.  Pokryta  liśćmi  gałąź  grała  na  alarm, 
bębniąc o szybę. Meg stała, zauroczona przez furię, która 
przyszła  z  sennych  gór,  wyobraŜając  sobie,  Ŝe  słyszy 
przez upiorne wycie grzmot dudniących podków. 

Wiatr znów się zerwał, a ona zwróciła się ku łóŜku. Szła 

zmęczona  i  z  cięŜkim  sercem,  myśląc  o  Shilohu,  który 
tylko  z  Dakotą  mógł  dzielić  się  bólem.  Miała  juŜ  rękę  na 
wyłączniku,  kiedy  odezwał  się  grom,  juŜ  bliŜej,  głośniej. 
Pukanie do drzwi było jak post scriptum. 

Meg  skrzywiła  się  i  sięgnęła  po  szlafrok.  Owijając  się 

nim luźno, podeszła aby odpowiedzieć na powtórny stuk. 
Uchyliła  trochę  drzwi,  tworząc  wąską  szczelinę,  potem 
osłupiała, 

pozwoliła 

klamce 

wyślizgnąć 

się 

ze 

zdrętwiałych dłoni. 

W  holu  stał  Shiloh,  w  ubraniu  do  konnej  jazdy,  tak 

elegancki,  jak  nigdy.  Spodnie,  z  delikatnej  kremowej 
tkaniny,  były  doskonale  dopasowane.  Jego  wykonana  na 
zamówienie 

koszula 

miała 

intensywny 

kolor 

czerwonobrązowy.  Koszula  ta  absurdalnie  skojarzyła  się 
Meg z ciepłym zapachem cynamonu. Buty, w odróŜ- 

113 

background image

nieniu  od  zwykłych,  z  wytartej  i  wysłuŜonej  brązowej 
skóry,  były  wysokie,  czarne  i  wyczyszczone  do  połysku. 
Był  chudszy.  Zdarto  z  niego  ostatnią  uncję  zbędnego 
tłuszczu,  zostawiając  tylko  ścięgna  i  mięśnie.  Czarne 
włosy były starannie wyszczotkowane nad steraną twarzą. 
Zaraz  przejedzie  po  nich  palcami,  nie  myśląc  o 
spustoszeniu, jakiego dokona. 

Był  ciemnym  uosobieniem  zmysłowości.  Uśmiechnął 

się do niej tym wykrzywionym półusmieszkiem, który nie 
poruszał wcale jego blizny, a serce Meg prawie pękało na 
widok ukrytego w nim smutku. 

 

Oczekiwałaś kogoś? —- spytał miękko. 

 

Oczywiście, Ŝe nie. 

Posunęła  się  w  kierunku  korytarza,  nieświadoma  faktu, 

Ŝ

e tylne oświetlenie zmienia jej ubranie w mglistą iluzję. 

Shiloh  patrzył  na  nią.  KaŜdą  swoją  cząsteczką  chłonął 

stojącą  przed  nim  wizję.  Jej  włosy  były  połyskującą 
kaskadą  czerni,  jej  skóra  —  brunatną  kością  słoniową. 
Ciało  pod  turkusem  i  koronkami  było  szeptem  tajemnicy. 
PoŜądanie  poruszyło  się  w  nim,  głębokie  jak  noc, 
gwałtowne  jak  burza.  Rwało  go  na  strzępy,  zrywając 
politurę opanowania. Była zbyt piękna, a on był zmęczony 
walką. 

 

To  była  pomyłka.  Niepotrzebnie  przyszedłem  — 

odsunął się gwałtownie. — Przyślę kogoś innego. 

 

Shiloh!  Nie  rób  tego!  —  słowa  wyrwały  się  jej  bez 

zastanowienia. 

Odwrócił  się,  nie  reagując  na  wyciągniętą  rękę.  Wy-

dawał się być rozkojarzony i wytrącony z równowagi. 

—  Nie odchodź. 
Dotknęła  go.  Jego  ręka  pod  odwiniętym  mankietem 

koszuli  była  sucha  i  gorąca,  ale  nie  rozpalona  gorączką. 
Nie był chory. Kiedy wciągała go do swego pokoju, 

114 

background image

jej  ulga  była  tak  olbrzymia,  Ŝe  zapomniała  zapytać  go,  po 
co przyszedł. 

Czuł jej rękę na przegubie i wiedział, Ŝe coś mówi, zadaje 

pytanie,  coś  sugeruje.  Nie  miał  pojęcia  co.  To  nie  miało 
znaczenia.  To,  co  się  liczyło,  to  było  dudnienie  w  jego 
głowie,  pulsowanie  jego  ciała.  Jeszcze  jedna  bitwa  o 
odmowę, kiedy odmowa była ostatnią rzeczą, której pragnął. 

—  Czy ty... — powiedział. 

Głos miał chrapliwy. Przełknął ślinę, aby zwilŜyć gardło, 

szukając właściwego nastroju. 

 

Czy ty zawsze ubierasz się tak do samotnego spania? 

 

Nie myślisz chyba... 

Jej ręka powędrowała do piersi, uświadamiając sobie, Ŝe są 

one 

ledwo 

przykryte 

przylegającymi 

koronkami, 

opuszczającymi  się  aŜ  po  talię.  Jej  palce  zacisnęły  się  na 
szlafroku, aby się nim zakryć. 

—  Sza, nie  wierć się. Tylko się przekomarzałem. 
Zdobył się na ochrypły śmiech. Pomogła mu jej zdziwiona 

niewinność.  Piękna,  otwarta,  niedotykalna  niewinność,  która 
juŜ  wiele  razy  ochłodziła  wściekłość  poŜaru.  Widząc  jej 
szeroko rozwarte oczy pełne szoku i cierpienia, mógł prawie 
sobie  wmówić,  Ŝe  była  słodkim,  skarconym  dzieckiem,  z 
którym  trzeba  się  przekomarzać  i  które  trzeba  pieścić,  aby 
wprawić  je  w  dobry  humor.  Jeśli  tylko  się  zamknie  oczy  i 
zapomni oddychać. Prawie mógł. 

 

Nie  trudź  się  skręcaniem  na  śmierć  szlafroka,  to  nic 

nie da. W kaŜdym razie, juŜ za późno. 

 

Za późno? 

Odgłos  pioruna  był  jakby  ostrzeŜeniem  przed  tym,  co 

ma nadejść, ale ona prawie go nie dostrzegła. 

115 

background image

 -Podejrzewałem,  Ŝe  jesteś  więcej  niŜ  śliczna,  Meg. 
Koszula to udowadnia. Jest dobrana do twych oczu. Zrobił 
krok w jej kierunku i zwątpił, czy jest normalny. Jak moŜe 
grać  rolę  pełną  złośliwego  przekomarzania  się,  kiedy  jej 
zapach zdawał się owijać dokoła niego, ciągnąc go ku niej 
jak  niewidzialna  sieć?  Nie  chciał  tego  robić,  ale,  niech 
diabli porwą jego głupotę, powiedział co myśli: 

—  Pachniesz równie pięknie, jak wyglądasz. 

Meg  spojrzała  na  niego  zmieszana.  Jego  słowa  nie 

pasowały do tonu, który był szorstki, wymuszony, a w jego 
oczach  było  coś  więcej  niŜ  Ŝarty.  Cofnęła  się  o  krok,  aby 
móc pomyśleć. 

 

Masz rację — powiedziała w końcu. —  Zwykle nie 

ubieram się w ten sposób do spania. 

 

Ale dzisiaj się ubrałaś. 

Co to było, to co słyszała w jego głosie i czytała w jego 

twarzy?  Zawsze  był  dla  niej  uprzejmy,  ale  teraz  było  coś 
więcej  —  miękkość,  wahanie.  Jakby  zerwano  z  niego 
zbroję, czyniąc go podatnym na zranienia. 

MoŜe  to  wszystko  jej  się  wydaje?  Aplikując  sobie 

wstrząs myślowy i odsuwając się od groŜących wessaniem 
uczuciowych lotnych piasków, wybrała taktykę szczerości. 

—  Dzisiaj  rzeczywiście.  Dzieciaki  wpadały  w  parszy- 

wy  humor,  więc  poszłam  na  zakupy  do  sklepiku  w  holu. 
Perfumy  i  koszula  są  częścią  mojego  dekadenckiego  do- 
gadzania sobie. 

Obróciła się, fałdy koszuli chwytały światło, zanurzając 

jej ciało w niebieskozielonym płomieniu. 

—  Doskonale leczysz krosty na humorze. 
Shiloh wiedział, Ŝe musi odejść, zanim nie popełni 

największej  pomyłki swego Ŝycia, zanim uczyni coś, co ją 
zrani. 

116 

background image

—  Nie  jestem  pewna,  czy  są  zupełnie  zaleczone,  ale 

zostały zakryte przez dbanie i troskliwość. 

Mimo  twierdzenia,  Ŝe  jest  spokojna,  jej  oczy  były 

nienaturalnie  jasne.  Napięcie  stawało  się  zauwaŜalne; 
chodziła po linie juŜ zbyt długo. 

 

Wyglądasz  na  zmęczoną  —  powiedział  po  długiej 

przerwie.  —  Piękną,  ale  zmęczoną.  Widzę  po  łóŜku  — 
wzrok prześlizgnął mu się po odrzuconych przykryciach — 
Ŝ

e  była  to  juŜ  dla  ciebie  noc.  Więc  wezmę  tylko  Joe'ego  i 

pójdę. 

 

Joe'ego? 

 

Po niego przyszedłem. 

 

Oh. 

Walczyła ze ściskającym gardło rozczarowaniem. 

 

Nie cierpi burz. W najgłośniejszym momencie 

próbuje   zagłuszyć  je   śpiewem.  Kiedy  raz usłyszysz 
Joe'ego, nigdy nie zechcesz tego usłyszeć ponownie. 

 

Dotychczas siedział spokojnie. 

 

Te burze mogą godzinami przewalać się przez góry. 

On  oszczędza  swoje  Voodoo,  czy  cokolwiek  tam  ma,  na 
najgorszy moment. 

 

MoŜemy przykryć klatkę. 

 

Będzie  później  dniami  i  nocami  narzekał,  Ŝe  chcie-

liśmy go udusić. 

 

Dzieciom  nie  będzie  się  to  podobać.  Co  z  nim 

zrobisz? 

 

Pokój  muzyczny  jest  dźwiękoszczelny.  MoŜe  tam 

ś

piewać, aŜ ochrypnie. 

 

Dlaczego  miałby  śpiewać,  jeśli  nie  będzie  słyszał 

burzy? 

 

Nie  musi  jej  słyszeć.  Kiedy  przyjdzie  najgorszy 

moment, wyczuje go. 

 

To dlaczego nie zostawić go z dziećmi?      

 

Kochanie — rzekł Shiloh. Jego uśmiech stał się 

117 

background image

bardziej  naturalny.  —  Zabieram  go  do  pokoju  muzycznego, 
aby chronić nas od Joe'ego, a nie Joe'ego przed burzą. 

 

Z pewnością nie jest aŜ taki straszny. 

 

Tak mówi osoba niedoświadczona. 

Wziął  jej  podbródek  między  palec  wskazujący  i  kciuk. 

Był  to  spontaniczny  odruch,  nad  którym  utracił  kontrolę,  i 
Shiloha  opuściło  udawane  opanowanie.  Uśmiech  powoli 
zniknął mu z warg. Patrzył na nią, całkowicie zafascynowany 
błyskiem równych, białych zębów pod delikatnym ciałem jej 
ust. 

Wokół  nich  burza  uciszyła  się,  zbierając  siły  do  naj-

wścieklejszego ataku. Obok spały dzieci Meg. Cisza owinęła 
ich  jak  kir.  Gorąca,  lubieŜna  męsko-damska  świadomość 
pulsowała,  przekraczając  jeden  po  drugim  moŜliwe  punkty 
odwrotu.  Gdzieś  na  brzegach  swego  zamglonego  umysłu 
Shiloh wiedział, Ŝe musi natychmiast to przerwać. Zbierając 
pozostałości  swej  siły,  zmusił  się  do  zrobienia  tego,  co 
musiał,  tego,  co  powinien  zrobić,  zanim  będzie  za  późno. 
Kiedy  spojrzał  w  dół,  w  oczy,  które  straciły  resztki 
niebieskości 

nabrały 

koloru 

niezgłębionej 

zieleni 

namiętności, Shiloh poznał moc swego zamiaru. 

Zasady były porzucone, obietnice złamane. 
—  Meg — wyszeptał. 
Dźwięk był kwintesencją czułości. 

Meg  zadrŜała  od  jego  dotyku.  Ogień  lizał  postrzępione 

brzegi jej fałszywej pogody ducha, niszcząc skutki wieczornej 
pracy.  Był  tak  blisko,  Ŝe  mogła  czuć  gorąco  jego  ciała.  Taki 
gorący!  Była  ciekawa,  czy  taki  sam  płomień  pali  się 
wewnątrz niego. 

Raz się myliła. Nie teraz. Nie kiedy jego oczy były bardziej 

niebieskie  niŜ  kiedykolwiek.  Nie  kiedy  jego  przykuwający 
wzrok zdał się sięgać do dna jej serca. 

118 

background image

Ogień usadowił się w jej jamie brzusznej, ogień o węglach 
gorętszych  niŜ  płomień.  ZadrŜała,  tęskniąc  do  objęć  jego 
rąk. Z pewnością moŜna to było odczytać z jej oczu, gdyŜ 
pierś uniosła mu się i opadła, ale jej nie dotknął. Tylko jego 
kciuk  pogłaskał  jej  wargi.  Łagodnie.  Doprowadzając  do 
szaleństwa. 

Nie myślała o tym, ani tego nie planowała, ale jakaś jej 

część  pragnęła  z  niego  więcej.  Samowolnie  jej  język 
dotknął  czubka  jego  kciuka,  smakując  smak  soli  i  dymu, 
elektryzując. 

Shiloh  jęknął.  Jego  ręka  ześlizgnęła  się  na  cięŜką  ka-

skadę  jej  włosów.  Zrobił  ostatni  krok,  pasując  twarde 
powierzchnie  swego  ciała  do  jej  zaokrąglonych,  chętnych 
powierzchni. 

—  Meg. 

Wargami  dotykał  jej  włosów,  jego  oddech  poruszał 

zabłąkany kosmyk. 

—  Słodka, słodka Meg. 
Ukochany,  odpowiedziało  jej  serce.  Nie  śmiała  wyrzec 

ani  słowa.  Jeszcze  nie.  Dopóki  nie  będzie  pewna,  Ŝe  on 
tego  chce.  Na  razie  zadowoli  się  dotykiem  jego  ust  na  jej 
skroni,  jego  sercem  bijącym  przy  jej  sercu.  Później 
przyjdzie czas na zrozumienie tej chwili. 

Bez  ostrzeŜenia  lampa  zamigotała  i  zgasła.  W  mroku 

zbudził  się  sztorm,  wyjąc  wściekle,  napełniając  niebo 
Ŝ

arzeniem,  zmieniając  noc  w  uciekający  dzień.  Równie 

nagle jak się pojawiła, jasność znikła, pozostawiając pokój 
w grobowych ciemnościach. 

Oślepiona,  Meg  znalazła  swój  świat  w  Shilohu.  Jego 

usta były jak ciepły miód, jego ręce jej schronieniem. Jego 
czysty,  niczym  nie  ozdobiony  zapach  wysyłał  strzały 
przyjemności, które krąŜyły potem w jej krwioobiegu. 

Shiloh. 

119 

background image

Nić  jej  myśli  została  zerwana,  kiedy  ruszył  ku  niej 

ospale, nie zostawiając wątpliwości co do swych pragnień. 

—  Proszę  —  powiedziała,  ale  nie  dokończyła  juŜ 

swej prośby. 

Burza  wybrała  ten  moment,  aby  uciszyć  się  równie 

gwałtownie, jak wybuchła. Lampa zamigotała, zapaliła się 
i  powoli  zwiększała  swoją  jasność.  Gdzieś  w  głębi 
gospody zabrzęczał motor, jego, obwody wracały do Ŝycia. 
Eddie  zawołał  coś  przez  sen.  ŁóŜeczko  Samanthy 
zaskrzypiało,  kiedy  poruszyła  się  i  obróciła.  Niski, 
ochrypły  głos  mamrotał  w  jakimś  szorstkim,  niezrozu-
miałym języku. 

 

Aha, Joe — Shiloh śmiał się krzywo, niepewnie. 

 

Serenada? 

 

Obawiam się, Ŝe tak. 

Połączył  palce  na  jej  karku,  dotykając  czołem  do  jej 

czoła. 

 

Muszę go zabrać i iść. 

 

Będzie to aŜ takie straszne? 

 

Gorsze. 

Pomruk  z  sąsiedniego  pokoju  słuŜył  jako  pilne  przy-

pomnienie, Ŝe czasu zostało niewiele. 

 

Naprawdę  muszę  iść  —  Shiloh  uniósł  głowę,  ręce 

przeniósł jej na ramiona, nie chcąc jej puścić. 

 

Wiem — patrzyła na niego, pragnąc go. 

 

Czy byś... 

 

Co? — czekała Meg. 

 

Nic. 

Głos  Shiloha  był  ochrypły  od  ostateczności  decyzji. 

Ręce  opadły  mu,  puste  palce  zaginały  się.  Nie  mógł  ją 
prosić,  Ŝeby  z  nim  poszła.  Jeśli  by  poszła,  zabrałby  ją  do 
łóŜka, konsekwencje i obietnice wzięliby diabli. 

—  Powiedziałabym, bardzo niepokojące „nic". 

120 

background image

Pod  wpływem  impulsu  pogładziła  bliznę,  która  skręciła 

się wściekle, gdy się skrzywił. 

—  To był taki głupi pomysł. 

Usunął  się  spod  jej  dotyku,  nic  nie  mówiący  wyraz 

pojawił się jak kurtyna na jego twarzy. 

 

Wezmę juŜ Joe'ego. 

 

Oczywiście. 

Meg  skłoniła  głowę,  kryjąc  zagubiony,  zakłopotany 

wyraz,  który,  jak  wiedziała,  malował  się  w  jej  oczach. 
Zwinęła  palce  dłoni,  zachowując  na  jeden  cenny  moment 
ciepło jego policzka. 

Zaprowadziła go do pokoju dzieci, czekała chwilę, kiedy 

on  stał  obok  ich  łóŜek.  Jego  wzrok  z  czułością  dotykał 
kaŜdego  z  nich,  z  nikłym,  bolesnym  półuśmiechem  na 
wargach. 

—  Twoje dzieci są piękne. 

Zanim  zdąŜyła  odpowiedzieć,  zdjął  klatkę  z  haka  i  nie 

Ŝ

egnając się, wyszedł. 

Meg  chodziła  tam  i  z  powrotem  po  pokoju.  Raz  zo-

baczyła swoje odbicie w lustrze — beznadziejną figurkę, w 
ś

miesznie  wspaniałej  koszuli.  Podeszła  do  szafy,  aby 

zmienić ją na drugą, bladoŜółtą, wygodniejszą, chociaŜ nic 
nadzwyczajnego.  Jednak,  wspominając,  Ŝe  Shiloh  nazwał 
ją śliczną, zatrzymała się. 

Ś

liczna! A jednak, kiedy przeŜywali szczyt podniecenia, 

które przebiegło między nimi jak prąd, Shiloh wycofał się. 
Z  łatwością,  bez  wysiłku,  tak,  jak  zawsze  to  robił.  „Nie, 
tym razem było inaczej. Shiloh był inny." 

Było  coś  nowego  w  sposobie,  w  jaki  na  nią  patrzył,  w 

jego dotyku. Słyszała coś gorzko-słodkiego i znaczącego w 
dźwięku  jej  imienia  na  jego  wargach.  Dziś  był  punkt 
zwrotny, ale nie wiedziała dlaczego. 

„Czego nie dostrzegam?", Meg usiadła cięŜko na brzegu 

łóŜka, ręce ciasno splotła na podołku. Jej nic 

121 

background image

nie  widzący  wzrok  przeszywał  jakiś  nie  istniejący  wymiar, 
szukając  tam  jakichś  nie  istniejących  wskazówek.  „Co 
powinnam rozumieć?" 

Jej umysł przesiewał tę odrobinę wiedzy, którą posiadała  o 

Shilohu.  Niektóre  szczegóły  były  faktami,  niektóre 
przypuszczeniami,  kilka  było  prawdopodobnie  czystą 
fantazją. Czy były one częścią odpowiedzi? 

—  Twarz  demona,  odwaga  lwa,  serce  zranionego 

anioła  —  wyszeptała.  Gorycz,  przekonanie,  współczu- 
cie. Integralne części. Shiloha. 

Kiedyś  była  ciekawa,  dlaczego  nie  ma  kobiety,  z  którą 

mógłby budować wspólne Ŝycie, dlaczego nigdy jej nie było. 
„Dlaczego?",  zapytywała  się  bez  końca.  KaŜda  kobieta 
chciałaby Shiloha. 

Czy  nigdy  nie  było  kobiety,  która  wyjaśniłaby  mu  jego 

uczucia i spowodowała, Ŝe stawiłby im czoło? Czy to moŜe 
być  to?  Czy  nie  rozumiał  swoich  uczuć,  lub  nie  ufał  im? 
Czy  była  właśnie  tą  kobietą,  która  moŜe  mu  to  wyjaśnić? 
Czy  starczy  jej  sił?  To  nie  byłaby  słodycz,  ale  dla  kobiety, 
która by się powaŜyła i wygrała, byłoby to cudowne. 

ś

ycie w świecie cywilizacji po dziesięciu latach brutalności 

byłoby  trudne.  Ci,  którym  się  to  udało,  udało  się  dzięki 
absolutnej  delikatności  i  zapamiętałemu  oddaniu.  Shiloh  był 
jednym z tego dzikiego, rzadkiego szczepu. Uzupełnienie tego 
ognia miłością, okiełznanie go,  uczyniłoby  ją  najbogatszą  z 
kobiet. 

—  Nigdy  bym  nie  chciała  okiełznać  Shiloha.  Nigdy! 

— wybuchnęła. 

Ale  czy  to  słowo  nie  opisywało  najlepiej  ustępstw,  które 

czyniłby  taki  człowiek,  jeśli  by  naprawdę  kochał?  Zawsze 
będzie  dziki,  zawsze  będzie  wolny,  ale  ona  utemperuje  go 
miłością. 

122 

background image

„On  kocha.  Widziałam  to  w  jego  spojrzeniu,  czułam  w 

jego dotyku. Dlaczego więc się cofa?" Czy to brzydota jego 
Ŝ

ycia przekonała go, Ŝe jest niezdolny do kochania? 

—  Nie!  Nie!  —  krzyknęła  Meg,  bijąc  się  pięściami  po 

kolanach  z  protestem.  —  Ma  więcej  do  dania  niŜ  kto- 
kolwiek, kogo znałam. 

...  ktoś,  kto  wyjaśni  mu  jego  uczucia  i  spowoduje,  Ŝe 

stawi  im  czoła.  Jej  własne  słowa.  Tego  wieczoru  był  inny, 
przynajmniej  przez  chwilę.  Otwarty,  dostępny,  jakby 
wyciągał do niej ręce. Czy mogła go nauczyć? Czy mogła 
mu pokazać, jak wiele miłości ma do dania? 

—  A jeśli się mylę? 

Jej głos opadł do załamującego się szeptu. 

—  Mój  BoŜe!  Co,  jeśli  się  mylę?  Myliłam  się  przed- 

tem. 

Przycisnęła dłonie do ust, Ŝałując, Ŝe nie moŜe do nikogo 

się z tym zwrócić. Do Jeffa, który znał Shiloha jak mało kto, 
lub  Karoliny,  z  jej  niezrównanym  poczuciem  prawdy.  Nie 
było  Jeffa  ani  Karoliny.  Był  tylko  Shiloh  i  ona,  i  widmo 
Ballengera, które ich połączyło. 

Nieświadomie  wstała  i  znów  zaczęła  chodzić  po  pokoju. 

Koszula nocna wirowała dookoła niej, gdy odwracała się, szła, 
i znów się odwracała. Ręce miała skrzyŜowane na piersiach, 
palce  gniotły  napręŜone  mięśnie  jej  ramion.  Oczy  bolały  od 
myślowego  wysiłku.  Wyłączenie  lampki  nocnej  nie 
przyniosło ulgi. Ciemność przyniosła ze sobą wspomnienia o 
Shilohu. Jego dotyk, jego bolesny półuśmiech, jego zapach. 

Burza na zewnątrz zdawała się ją wabić z głębi nocy. Meg 

zawirowała  i  pomknęła  ku  oknu.  Błyskawica  rozdarła  niebo 
nad  łąką.  Niesamowite  Ŝarzenie,  które  zgasło  z  odgłosem 
pioruna. Ale wystarczyło, aby dojrzała 

123 

background image

niewyraźne  kształty  człowieka  i  konia  pędzącego  jak 
wiatr. 

Przezroczysta  firanka  otarła  się  o  jej twarz.  Złapała  ją  i 

trzymała odchyloną w ręce z pobielałymi kostkami palców. 
Nie  powinien  jeździć  konno.  Burza  była  za  blisko.  A 
jednak  wiedziała,  Ŝe  musiał.  To  była  jego  broń  przeciw 
bólowi,  który  zmieniał  jego  zmacerowane  oko  w  płonący, 
lodowatoniebieski  węgiel,  a  jego  twarz  w  popiół  pod 
ciemniejącym piętnem. 

On teŜ nie miał do kogo się zwrócić. Tylko do Dakoty. 
Rozumiała  teraz  tę  jego  łagodność,  ten  brak  rozwagi. 

Wiódł  swoją  własną  cichą  walkę  z  torturą,  a  mury  jego 
fortecy,  które  starał  się  zawsze  pokazywać,  chwiały  się, 
lecz  nie  pękały.  Czasami  nawet  mógł  odczuwać  pokusę, 
aby  szukać  pocieszenia  u  innej  istoty  ludzkiej.  Ale  te 
momenty mijały. Teraz jechał jak centaur. 

Meg śledziła wzrokiem figury tych męŜnych istot, które 

rzucały  wyzwanie  burzy.  Długo  po  zniknięciu  konia  i 
jeźdźca wyglądała przez okno, zastanawiając się co będzie 
z  Shilohem  i  z  nią.  Przycisnęła  palce  do  zimnej  szyby, 
pozwalając sobie na marzenia. 

—  Jedź  w  spokoju,  kochanie  —  szepnęła  i  poszła  do 

łóŜka. 

Meg  rzuciła  się  na  łóŜku  i  przewróciła  na  drugi  bok. 

Chłodny  pokój  powinien  być  miły,  ale  powietrze  przy-
gniatało. Z kaŜdym niespokojnym ruchem, włosy  zawijały 
się  dookoła,  przylepiając  się  jak    lepka  mgła,  a  splątana 
koszula  więziła  jej  nogi.  Tykanie  zegara  stało  się 
głośniejsze  niŜ  burza.  KaŜda  sekunda  ciągnęła  się  dopóki 
Meg  nie  wstrzymywała  oddechu,  rozwaŜając,  czy 
kiedykolwiek  nastąpi  następne  tyknięcie.  Sen  był  sprawą 
beznadziejną.  Spokój,  o  który  zabiegała,  odpłynął  z 
wiatrem, z tętentem kopyt Dakoty. LeŜała 

124 

background image

z  szeroko  otwartymi  w  ciemności  oczami,  z  suchym 
gardłem, oczekująca. 

Najpierw myślała, Ŝe zegar oszalał, terkocząc w nocy jak 

zwariowana  sroka.  Potem  zrozumiała.  To  dzikie, 
gorączkowe  bębnienie  było  dźwiękiem,  na  który  czekała. 
Odrzucając  zmięte  prześcieradła,  pomknęła  do  okna.  Tam, 
na  grani,  owiewany  wichrem  i  migoczącym  światłem 
okalającym jego sylwetkę na tle nieba, stał Shiloh. 

Długo po zniknięciu blasku jego obraz rysował się w jej 

myślach.  Shiloh  był  znuŜony,  cierpiał  i  nie  miał  nikogo, 
kto by go pocieszył.  Mówiła o tym kaŜda z dumnych linii 
jego ciała. 

—  Ja mogę — szepnęła Meg do wiatru i burzy. 
Kiedy jak przykuta wpatrywała się w okno, niebiosa 

otworzyły  się,  spuszczając  na  wzgórze  deszcz,  jak  stru-
mienie  błyskotek.  Shiloh  uciekał  przed  ulewą.  Jego  ciało 
zgrało  się  z  potęŜnym  rytmem  konia,  kiedy  unosili  się  z 
dzikim  zapamiętaniem  nad  krzakami  i  płotem.  Nagle 
odrzucił  głowę  i  uniósł  ramiona.  Dla  Meg  niski,  bolesny 
jęk wiatru stał się samotnym krzykiem Shiloha. 

—  Mój biedny Shiloh. 
Nie wylane łzy drŜały w jego imieniu, a jej serce pękało 

na myśl o tym dumnym, samotnym człowieku. 

Odwracając  się  od  okna,  porwała  szlafrok  z  oparcia 

krzesła.  Zawiązała  go  starannie  i  pośpieszyła  do  dzieci. 
Dotykając i poprawiając pościel, upewniła się, Ŝe wszystko 
jest  w  porządku.  W  swym  pokoju  Alexis  zgasiła  lampę. 
Ale  światło  nocne,  które  zostawiła  guwernantka  znaczyło 
jej drogę ku dzieciom. 

Wszystko  to  —  bezpieczeństwo,  pewność  —  było  z 

powodu  Shiloha,  który  nie  prosił  o  nic  dla  siebie.  Nie 
poprosi.  Meg  rozumiała  to  teraz,  ale  mogła  sama  coś 
zaoferować. Obawa i ból odrzucenia były prawie 

125 

background image

dotykalne, ale była to gra warta podjęcia. Musi wiedzieć,  Ŝe 
komuś  jego  cierpienie  nie  jest  obojętne  i  Ŝe  ten  ktoś 
przynosi ukojenie, nie litość. 

Jeśli stanie twarzą w twarz ze swymi uczuciami, być moŜe 

odkryje, Ŝe kocha, Ŝe jego miejsce jest naprawdę przy niej. 

Deszcz zbliŜał się. Rozproszone krople padały szybciej. On 

będzie  mokry.  Z  łazienki  wzięła  dwa  duŜe  ręczniki. 
Przerzucając je przez rękę, wybiegła z pokoju, zatrzymując się 
tylko,  aby  zamknąć  drzwi  na  klucz.  Jej  bose  stopy  ledwo 
dotykały  ziemi.  Kiedy  opuściła  budynek  przez  tylne  drzwi, 
musiała  tylko  iść  wzdłuŜ  ścieŜki,  która  prowadziła  do 
stodoły i Shiloha. 

background image

7

 

Był  tam.  Tylko  jedna  lampa  elektryczna  oświetlała  boks 

gdzie pracował, szykując na noc Dakotę. 

Meg weszła w głąb stodoły. Czysta słoma tłumiła jej kroki, 

przyczepiając  się  do  brzegu  jej  nocnej  koszuli.  Szła  obok 
ś

cian z ociosanych kamieni i poszarzałych ze starości belek. 

Stodoła  była  zabytkiem,  magiczną  mieszaniną  zakurzonej 
południowej  staroŜytności  i  prostych  linii.  Ale  ona  nie 
dostrzegała  tego,  widząc  tylko  Shiloha  —  jego  potargane 
włosy,  srebrzące  się  kroplami  deszczu,  jego  zarumienioną 
twarz, pełną euforii po jeździe w burzy, jego wilgotną koszulę 
przylegającą do ciała, kiedy z miłością głaskał konia. 

Meg  zatrzymała  się  tuŜ  za  kręgiem  światła.  Czekała, 

zapominając prawie o swoich ręcznikach. 

 

Hej, stary — mówił Shiloh do konia, kiedy ten cofał 

się z oczyma łypiącymi na Meg. — Spokojnie, na dziś juŜ 
wystarczy, uspokój się. 

 

MoŜe to ja go zaniepokoiłam — Meg była zdziwiona, i 

zadowolona, Ŝe jej głos jest pewny, mimo Ŝe widok Shiloha 
wprawił jej puls w bicie, od którego niemal traciła oddech. 

Shiloh obrócił się z kocią szybkością. 

—  Co robisz poza domem w tym deszczu? 

127 

background image

- Nie pada tak bardzo. Jeszcze nie. Wygrałeś wyścig. 

Patrzył na nią od stóp do głów. Z wolna skrzyŜował ręce 

na piersiach. Rysy twarzy były surowe. Nic nie dało się z 
nich wyczytać. 

 

Skąd o tym wiesz? 

 

Stałeś  na  wzgórzu,  wyzywając  burzę,  Ŝeby  cię  po-

konała. Potem uciekałeś przed wiatrem, z deszczem tuŜ za 
twoimi plecami. 

Twarz Shiloha nie zmieniła się. Ani jego niebieskookie, 

płonące  spojrzenie,  ani  nieubłagana  surowość.  Meg  była 
ciekawa czy to gniew. Gniew, Ŝe go widziała. Czy myślał, 
Ŝ

e go szpieguje? 

—  Nie  mogłam  spać,  więc  podeszłam  do  okna,  Ŝe 

by patrzeć na burzę. 

 

Wyjaśnienie  zabrzmiało  kulawo.  Kiedy  nie  odpowie-

dział, wyciągnęła ku niemu ręcznik. 

 

Pomyślałam, Ŝe będziesz go potrzebował. 

 

Nie powinnaś tu przychodzić. 

Nie spojrzał nawet na ręcznik. Na jego twarzy malował 

się teraz gniew. 

 

Gdzie  była  ochrona?  Dlaczego  pozwolono  ci 

wędrować samej w ciemności? 

 

Jestem  pewna,  Ŝe  nigdy  nie  byłam  naprawdę  sama, 

Shiloh. Ktoś na pewno był obok. Nikt mnie nie zatrzymał, 
bo  nikt  mnie  nigdy  nie  zatrzymuje.  Nasi  straŜnicy  nigdy 
nie 

mieli 

ograniczać 

nam 

swobody 

poruszania. 

Zagwarantowałeś  nam  swobodę  na  tym  terenie,  oni 
uszanowali tę swobodę. 

Omal  nie  przysiadła  z  ulgi.  Nie  gniewał  się,  przynaj-

mniej nie na nią. Śmiało, z ironią, skomentowała: 

—  Biorąc  pod  uwagę  mój  ubiór,  a  raczej  jego  brak, 

czy  myślisz,  Ŝe  ktokolwiek  zdrowy  na  umyśle  spytałby 
się dokąd idę i po co? 

128 

background image

 

Do cholery, Meg. Nie masz tu nic do roboty w taką 

pogodę. 

 

Trochę  deszczu  mi  nie  zaszkodzi,  a  sam  wyzna-

czyłeś granice — przypomniała mu łagodnie. 

 

Powinienem był wyłączyć stodołę. 

 

Ale nie zrobiłeś tego. 

Podeszła  bliŜej,  z  wyciągniętymi  dłońmi  drŜącymi 

niepewnie pod ręcznikami. 

—  Deszcz  cię  zmoczył.  Masz  mokrą  koszulę.  MoŜesz 

w  końcu  zaopiekować  się  sobą,  jak  tym  koniem,  i  uŜyć 
tego,  by  się  wytrzeć.  Czy  teŜ  —  rzekła  z  odcieniem 
figlarności — raczej byś wolał końską derkę? 

Pierwsze  przebłyski  bladego  uśmiechu  nadtopiły  lo-

dową  maskę  na  twarzy  Shiloha.  Nie  moŜna  tego  było 
nazwać zachętą, ale jego rysy odpręŜyły się, kiedy wyszedł 
z boksu Dakoty i zaryglował drzwi. 

—  Ręczniki są miękkie i z pewnością pachną znacz-  

nie ładniej — zachęcała go Meg, kiedy ich ciągle nie 
brał.   

Shiloh zaśmiał się. 

—  Mała  czarownica  —  wymamrotał,  patrząc  jej 

ciągle  w  oczy.  Powoli,  nie  odwracając  wzroku,  zaczął 
odpinać  koszulę.  Kiedy  ostatni  guzik  odskoczył,  zsunął 
lepką  tkaninę  z  ramion  i  powiesił  koszulę  na  haku. 
Jego  ręce  otarły  się  o  jej  ręce,  kiedy  wziął  jeden  z  ręcz- 
ników.  Wyraz  jego  twarzy  zmienił  się.  Uśmiech  stał  się 
grymasem, kiedy chował twarz w miękkim frotte. 

Meg  nigdy  nie  widziała  go  bez  ubrania.  Odziane,  jego 

pręŜne  ciało  miało  wigor  i  siłę,  i  nieświadomą  elegancję, 
ale  nic  w  jej  Ŝyciu  nie  przygotowało  jej  na  surową 
wspaniałość  półnagiego  Shiloha.  Obserwowała,  jak 
głęboko  rzeźbione  mięśnie,  które  przedtem  napręŜały  się 
pod  przylegającą  tkaniną  koszuli,  teraz  spręŜynowały  i 
przepływały uwodzicielsko pod jego napiętą, 

129 

background image

opaloną  skórą.  Nawet  wstrętne  wojenne  szramy  na  jego 
plecach  i  ramionach  nie  mogły  zatrzeć  hipnotycznego 
uroku tych ruchów. 

Jej gardło bolało od przypływu nie wylanych łez,  kiedy 

uświadomiła  sobie,  Ŝe  schudł  w  ciągu  ostatnich  tygodni. 
Jego oddanie Sullivanom i związany z tym ból, brały swoją 
daninę  z  Ŝywego  ciała.  JeŜeli  Shiloh  dawał  tak  wiele  z 
siebie  z  powodu  jej,  z  powodu  jej  dzieci,  znaczyło  to,  Ŝe 
byli 

dla 

niego 

czymś 

więcej 

niŜ 

przelotnym 

zainteresowaniem,  czymś  więcej  niŜ  dobrym  uczynkiem 
Samarytanina. 

—  Nie powinnaś tak na mnie patrzeć. 
Ochrypły głos wtargnął w jej myśli. Shiloh ucichł pod 

jej  wzrokiem,  z  ręcznikiem  na  szyi,  ze  znieruchomiałymi 
rękami. 

 

Lubię na ciebie patrzeć — stwierdziła, gdyŜ w takiej 

chwili między nimi mogła istnieć tylko szczerość. 

 

Wiem. 

Jego  dłoń  ścisnęła  ręcznik  z  taką  siłą,  Ŝe  myślała,  iŜ 

tkanina rozerwie się. 

—  Próbowałem  tego  nie  dostrzegać,  ale  to  jest  tam, 

w  twych  oczach.  MoŜesz  sobie  wyobrazić  co  czuję, 
kiedy widzę w tobie tę miękkość? 

Meg  odwróciła  wzrok,  niezdolna  wytrzymać  tego 

ognistego spojrzenia, chciała słuchać, ale czuła trwogę. To 
była  chwila,  której  przyjście  roztrzygnęło  się  w  tym 
gorącym,  namiętnym  dniu,  kiedy  czekał  w  cienistym 
chłodzie  jej  domu.  Czekał  i  teraz.  Droga,  którą  pójdą, 
będzie zaleŜała od jej wyboru. 

Z  zamkniętymi  oczyma  i  złoŜonymi  z  przodu  rękami, 

zadawała  sobie  pytanie,  czy  jej  decyzja  była  tak  samo 
nieuchronna  jak  ta  chwila.  Podniosła  głowę,  ich  wzrok 
spotkał  się.  Jedynym  słyszalnym  dźwiękiem  było  wycie 
wiatru. 

130 

background image

 

Tutaj  —  wymruczała  łagodnie,  przysuwając  się 

bliŜej, biorąc od niego ręcznik. — Pozwól mi to zrobić. 

 

Meg. 

Jego głos był niskim stłumionym dźwiękiem. 

 

Sza!  —  skarciła  go,  dotykając  jego  warg  końcem 

palców,  gładząc  je.  —  Pozwól,  Ŝeby  przynajmniej  raz  w 
twoim Ŝyciu ktoś coś dla ciebie zrobił. 

 

Czarownica  —  powtórzył.  —  Czasami  myślę,  Ŝe 

zostałaś stworzona, by mnie męczyć. 

Jego głos był szorstki i ochrypły, ale stał spokojnie pod 

dotknięciem jej rąk. 

W  jej  palcach  czuć  było  miłość,  kiedy  wycierała  go  z 

troską z jaką niegdyś wycierała swe dzieci. Przełknęła ślinę 
i  ledwie  powstrzymała  się  od  bolesnego  westchnienia, 
kiedy zobaczyła jak straszne były jego rany. Jeff miał rację 
—  raniono  go  w  tak  róŜny  sposób.  Jakie  rany  zostały  pod 
powierzchnią? Na ile są okropne? 

Meg  upuściła  wilgotny  ręcznik  na  siano  i  powoli 

odsunęła  się,  przenosząc  spojrzenie  z  ciała  na  twarz 
Shiloha. Gołą ręką wytarła krople deszczu, które osiadły na 
policzkach i brwiach. Jego szczęki zacisnęły się, ale się nie 
odsunął.  Zachęcona,  nabrała  pewności  siebie,  jej  palce 
masowały nabrzmiałe mięśnie na jego skroniach. 

—  Meg. 

W jego tonie była nuta ostrzeŜenia, ale nie gniew. 

—  Nie rób tego. 

Skrzywił się, kropelki potu pojawiły się mu na czole, ale 

nie  zrobił  Ŝadnego ruchu, aby ją powstrzymać. 

—  Wiem, wiem. 

Mruczała  ciche  nonsensy,  nonsensy,  które  koiły,  prze-

konywały.  Poczuła  jak  spięte  mięśnie  pomału  odpręŜają 
się. 

131 

background image

 

Wiem, Ŝe uwaŜasz, Ŝe nie powinnam, ale nie widzę 

powodów.  Byłeś  taki  miły  i  troskliwy,  dlaczego  ma  być 
ź

le, jeśli oddam trochę tej troski? 

 

PoniewaŜ... — zająknął się. 

Prawie z wściekłością zamknął oczy, chcąc się oddzie-

lić od jej widoku, aby wypowiedzieć to, co musi. 

Nagle  Meg  zaczęła  się  bać.  Chciała  uciec,  szukała 

schronienia  w  burzy,  pozwolić,  aby  błyskawice  ją  ośle-
piły,  grzmoty  ogłuszyły.  śeby  nie  potrzebowała  stawiać 
czoła  bólowi.  Ale  nie mogła.  Kiedyś,  wieki  temu  uciekła 
od niepowodzenia i skutki były katastrofalne. Tym razem 
znała ryzyko. Shiloh mógł odrzucić tę odrobinę, którą mu 
oferowała:  siebie,  swoją  miłość.  Zdecydowała  się, 
wszystkie  karty  były  wyłoŜone.  Ostatnia  karta  była  jego. 
Nie ucieknie tym razem. 

Jej ręka skończyła czułą pielęgnację, palce spoczywały 

na pulsującej skroni. 

—  Powiedz mi, Shiloh — wyszeptała. — Proszę. 
Ciągle na nią nie patrzył. Jego rzęsy były tylko heba- 

nową smugą nad oczyma. Z piersi wyrywał mu się 
urywany dźwięk, oddech miał nierówny. 

—  Nie  wolno  ci  —  powiedział  w  końcu.  —  PoniewaŜ 

kiedy  na  mnie  patrzysz  lub  mnie  dotykasz,  wydaje  mi 
się,  jak  ostatniemu  idiocie,  Ŝe  pragniesz  mnie  tak 
mocno, jak ja pragnę ciebie. 

Meg  wydało  się,  Ŝe  wśród  burzy  słońce  wybrało  jedno 

miejsce, aby pobłogosławić je Ŝyciodajnymi promie-niami. 
Jeśli  nawet  nie  powiedział  wszystkiego,  co  pragnęłaby 
usłyszeć,  nie  miało  to  znaczenia.  Pragnął  jej.  To  był 
początek.  O  tak!  To  właśnie  był  początek.  Z  rozmysłem 
zdjęła  rękę  z  jego  twarzy,  pozwalając  jej  powędrować  na 
jego  pierś.  Ręka  zatrzymała  się  przez  chwilę  na  płaskiej, 
męskiej  brodawce,  i  przesunęła  się  draŜniąco    w  dół,    ku 
nisko  umieszczonemu pasowi 

132 

background image

a  potem  cofnęła  się  od  jego  napręŜonego  ciała.  Zagubiona 
bez  dotyku  jego  skóry  pod  dłońmi,  Meg  powiedziała  po 
prostu: 

 

TeŜ cię pragnę, bardzo, bardzo mocno. 

 

Mylisz  wdzięczność  z  czymś  innym  —  powiedział 

dziwnie stłumionym głosem. 

 

Nie. 

 

Mam  prawie  czterdziestkę.  Ty  masz  zaledwie  trzy-

dzieści  lat  i  wszystko  przed  sobą.  Nie  moŜesz  pragnąć 
takiego starego, poobijanego wojaka, jak ja. 

Wiedziała, Ŝe jego oczy zatrzymały się na niej, płonąc z 

intensywnością,  która  przepaliłaby  jej  duszę.  Kwieciste 
zdania  i  wyszukane  namowy  nie  mogły  mieć  miejsca 
między  nimi.  Słowa  nie  były  niczym  przyozdobione,  ale 
wypływały prosto z jej serca, kiedy powtórzyła: 

—  Pragnę cię. 

Słyszała  jego  chrapliwy  oddech,  kiedy  próbował  się 

opanować.  Potem,  jakby  chcąc  sprawdzić  jej  słowa,  jego 
ręce zaryły się pod jej włosami, zatrzymując się na karku, 
unosząc  jej  twarz  ku  jego  twarzy.  Meg  oczekiwała,  Ŝe  na 
policzki  wypłynie  jej  nerwowy  rumieniec, ale  okazało  się, 
Ŝ

e  jest  absolutnie  spokojna.  Mogła  radośnie  spotkać  jego 

badawczy wzrok. 

—  Kocham  cię,  Shiloh  —  powiedziała  cicho.  —  Ko 

cham cię juŜ od dawna. 

Shiloh  nie  odpowiedział,  lecz  coś  zabłysło  w  jego 

oczach.  Zanim  mogła  to  sobie  wytłumaczyć,  jego  głowa 
pochyliła się ku niej. Wargami dotknął jej warg. Najpierw 
jak  wiosenna  bryza,  potem  znowu,  wabiąco,  obiecując 
ciemne słodkie tajemnice swojego ciała. Kiedy odsunął się 
z  pomrukiem  pełnym  Ŝalu,  Meg  wspięła  się  na  palce  z 
uniesioną  twarzą,  jej  usta  ofiarowywały  więcej,  chcąc 
więcej. 

133 

background image

- Kochanie, nie! 

Pomimo  jego  krzyku,  i  zanim  zdąŜył  się  powstrzymać, 

jego  ręce  zamknęły  się  na  jej  ramionach,  trzymając  ją, 
przyciągając ją bliŜej, aŜ pełnia jej przykrytych jedwabiem 
piersi  zaczęła  draŜnić  jego  obnaŜony  tors.  Jej  włosy 
ocierały się o jego podbródek, otaczając go aurą zapachów. 
Dotknięcie jej warg na szyi było iskrą na czekającą beczkę 
z prochem. Jego ostrzeŜenie zostało zapomniane. 

Potęga  Ŝądzy  była  większa  niŜ  jego  siła,  a  jego  poŜą-

danie  rządziło  zarówno  jego  ciałem,  jak  i  umysłem.  Meg 
zasługiwała  na  więcej  niŜ  niestałość,  której  był 
uosobieniem,  ale  teraz  nawet  sumienie  nie  mogło  go 
zatrzymać.  Być  moŜe  nigdy  by  go  nie  zatrzymało.  Kiedy 
tak  wyłoniła  się  z  cienia,  w  turkusowej-szacie,  którą 
ś

wiatło latarni przemieniło w przylegający niebieski ogień, 

wiedział, Ŝe musi ją mieć. Jego protesty były grą skazaną z 
góry na niepowodzenie. Czas dumnych złudzeń zakończył 
się.  Zarzucił  ją  sobie  na  ręce  i  wspiął  się  po  schodkach 
wiodących  na  stryszek.  Siano  dopiero  co  wyschło,  miało 
uderzający do głowy zapach niekończących się letnich dni 
i leniwych miłości. Meg skryła głowę na ramieniu Shiloha, 
a  wargi  jej  pragnęły  znowu  dotknięcia  gorącego  ciała  na 
jego  szyi.  Było  to  pragnie-nie  tak  silne,  jakiego  nigdy 
jeszcze nie doznała. Kiedy postawił ją na ziemi i odwrócił 
się,  aby  włączyć  słabą,  gołą  Ŝarówkę,  wymamrotała 
skarŜący się protest. 

—  Chcę  cię  widzieć.  Nie  chcę  cię  ranić.  Obiecałem,  Ŝe 

nigdy nie zrobię ci krzywdy. 

Poczuł  ukłucie  winy  i  miał  nadzieję,  Ŝe  jego  obietnice 

nie  były  czcze,  ale  nawet  poczucie  winy  nie  mogło 
ochłodzić  zŜerających  go  płomieni.  Tylko  Meg  mogła 
ugasić  je  swoją  namiętnością.  Będzie  pamiętał  za  ich 
dwoje, Ŝe jej duch jest znacznie silniejszy niŜ jej delikat- 

134 

background image

ne  ciało.  Musi  pamiętać  sam,  jakim  ona  jest  kruchym 
skarbem. 

—  Nie bój się, Meg. Nie bój się mnie. 
Tak  wiele  chciała  mu  powiedzieć.  śe  to  nie  chodziło  o 

ś

wiatło,  Ŝe  to  jego  potrzebowała,  Ŝe  nigdy  nie  będzie  się 

niczego  bała,  kiedy  będzie  w  jego  ramionach.  Chciała  mu 
to  powiedzieć, ale  zapomniany  ręcznik  leŜał  juŜ  na  sianie. 
Jej ubranie zsunęło się z pleców. Potem Shiloh zsunął z jej 
ramion ramiączka koszuli, pozwalając jedwabiowi spłynąć 
z  jej  ciała  i  zebrać  się  jak  mgiełka  u  jej  stóp...  Niepewna 
ręka pieściła jej policzki, jej piersi, doprowadzając do pełni 
ich ciemną, bogatą róŜowość. 

 

Czy wiesz, jaka jesteś piękna? 

 

Nie. 

Chciała  odpowiedzieć,  Ŝe  nie  jest  piękna,  ale  ręka 

przesunęła  się  dalej  i  zabrakło  myśli  na  powiedzenie 
reszty. 

 

Jesteś najdoskonalszym dziełem Boga. Taka śliczna i 

tu,  i  tu  —  jego  wargi  poszły  śladem  ręki  i  Meg  zwątpiła, 
czy utrzyma się na nogach. 

 

Nie  jestem  piękna  —  zaprzeczyła  głosem,  który 

wydał się jej obcy. 

 

Jesteś. Jesteś. Nigdy nie było nikogo takiego, jak ty. 

Wziął ją za rękę i pociągnął za sobą w dół. Ręcznik był 

welwetem  dla  jej  skóry,  siano  poduszką.  Długie  nogi, 
owijające  jej  nogi,  były  silne  i  ciepłe.  Zastanawiała  się 
przez chwilę, kiedy zdąŜył zdjąć resztę swego ubrania, ale 
dotknął jej znowu i nie dbała juŜ o to. 

Shiloh  tęsknił  do  niej,  jak  jeszcze  nigdy  do  nikogo. 

JakŜe  dawno  juŜ  śnił,  Ŝe  kiedyś  będzie  leŜała  obok,  z 
oczyma  błyszczącymi  z  poŜądania,  Ŝe  jej  śliczne  ciało 
będzie dla niego. Jak dawno juŜ pragnął zanurzyć 

135 

background image

się w niej, łącząc ich ciała, czyniąc ją swoją. Jak dawno! 

—  Przez  całe  Ŝycie  —  wymamrotał  i  juŜ  nie  mógł 

czekać.  Pokrył  ciałem  jej  ciało,  jej  piersi  były  dla  niego 
poduszką,  jej  uda  rozstąpiły  się,  aby  go  przyjąć.  Jej  ciało 
poddało  się,  a  potem  poruszało  się  razem  z  jego  ciałem, 
przyjmując leniwe, pieszczące uderzenia. Głowę odrzuciła 
do  tyłu,  włosy  rozłoŜyły  się  na  sianie  —  rzeka  ciemności 
na  złotym  tle.  Błyszcząca  wilgoć  pokryła  jego  ciało 
srebrnymi  kropelkami.  Meg  zamruczała  coś,  czego  nie 
rozumiał.  Jej  ręce  spoczywały  mu  na  plecach,  paznokcie 
wbijały  mu  się  w  ciało.  Usilnie  wyginała  się  w  łuk  w 
prowadzącym rytmie, przyjmując go w siebie głębiej. 

Jego  drapieŜny  głód  został  spuszczony  ze  smyczy,  chęć 

bycia  łagodnym  —  zapomniana.  W  odpowiedzi  na  jej 
ogniste  Ŝądanie,  szukał  ulgi  dla  swej  słodkiej  męki  w 
pulsujących  głębinach.  Rozpaczliwy  krzyk.  Nierówny 
dźwięk  wydarł  mu  się  z  gardła,  kiedy  narastający  Ŝar  ich 
pasji  wybuchł  jak  płomienie  w  ciemności.  Była  jego! 
Oddała się mu i nigdy juŜ nie będzie naleŜała do innego. W 
tym  totalnym  posiadaniu  odczuwał  dziką  przyjemność. 
Coś,  czego  nigdy  wcześniej  nie  chciał,  czy  potrzebował. 
Kiedy  ktoś  kocha,  prosty  fizyczny  akt  staje  się  czymś 
więcej — więcej niŜ przyjemnością, więcej niŜ prokreacją. 
Był to związek serc, dusz i myśli. 

Kiedy  ktoś  kocha.  Słowa,  których  nigdy  nie  pomyślał, 

nigdy  nie  wypowiedział.  Do  Ŝadnej  kobiety.  Słowa,  które 
go  przemieniały.  Kiedy  zanurzał  się  mocniej  i  głębiej, 
chowając  się  znowu  i  znowu  w  jej  wnętrzu,  jej  słodki 
krzyk  ukoił  powodujący  nim  dziki  głód,  napełniając  go 
czułością,  która  nim  wstrząsnęła.  Czułością,  która 
stworzyła własną niezwykłą przyjemność, która posłała go 
razem z nią w pędzącą ekstazę spełnienia. 

136 

background image

Meg  krzyknęła  znowu,  całując  go,  jej  drŜące  ciało 

powoli  uspakajało  się,  układało  pod  nim.  Shiloh  pochylił 
się  nad  nią,  przekonując  się,  Ŝe  jest  nawet  jeszcze 
piękniejsza  z  wargami  spuchniętymi  od  pocałunków  i 
włosami zakrywającymi jedną z piersi. W ubraniu było jej 
do  twarzy,  ale  kiedy  miała  ciało  wilgotne  i  lśniące  z 
wyczerpania miłością, była wspaniała. 

Chciał jej powiedzieć, Ŝe wniosła w jego Ŝycie piękno i 

radość. Głos zniŜył mu się do słodkiego szeptu. Jego słowa 
były  pełne  tych  frywolnych,  odurzających  nonsensów, 
które mówią jedynie kochankowie. 

Meg  przytuliła  się  do  niego,  słuchając,  tak  jak 

dziecko  słucha  bajek.  Nie  wierząc  naprawdę,  ale  chcąc 
wierzyć.  Uśmiechnęła  się  do  niego  ślicznym,  wzruszają 
cym  uśmiechem.  Łza  zawisła  na  czarnej  rzęsie,  a  potem 
opadła  jak  skrzący  się  kryształ  na  jej  zaczerwieniony 
policzek.  Przysunął  się  bliŜej,  łapiąc  łzę  językiem,  roz- 
koszując  się  jej  słonawosłodkim  smakiem.  To  była 
 część Meg, jego Meg.

 

 

 

Piorun  zakołysał  gospodą  do  fundamentów,  a  deszcz 

walił  w  blaszany  dach  z  nagłym  hałasem.  Ciało  Meg 
poruszyło się, porzucając nastrój miłosnego odpręŜenia. 

 

Sza  —  uspokajał,  przytulając  ją  mocniej.  —  To 

tylko  deszcz.  Nie  potrwa  długo.  Najgorsze  juŜ  przeszło. 
Posłuchaj. Słychać kaŜdą kroplę tańczącą na dachu. 

 

Nie  tańczą  —  powiedziała  Meg,  ukojona  jego 

spokojnym głosem. — One śpiewają. Myślę, Ŝe kołysankę. 

 

Specjalną kołysankę dla ciebie. 

Nachylił się nad nią, ciesząc się, Ŝe po prostu trzyma ją 

w ramionach. 

—  Obiecałem  czuwać  nad  tobą  podczas  snu.  Śpij 

teraz. Będę tutaj. 

137 

background image

Meg odgarnęła kosmyk włosów z jego twarzy, jej palce 

znalazły bliznę. Pamiętała o jego bólu. 

—  Mój piękny Shiloh. 
Zaśmiał się łagodnie. 

 

Musisz  być  szalona.  Nikt  nigdy  nie  nazwał  tej  gęby 

piękną. 

 

Piękna — powtórzyła uparcie, zanurzając się w sen. 

— Uraziłam. Przepraszam. 

Zaśmiał się znów, widząc jej dziecięcy grymas. 

—  Nie przepraszaj. JuŜ mnie nie boli. 
To  była  prawda.  Nic  go  nie  bolało.  Gorzkie  rozcza-

rowanie,  które  gotowało  się  w  nim  jak  jątrząca  rana, 
zostało  przegnane.  Nic  naprawdę  się  nie  zmieniło.  Nie 
mogło.  Ale  kiedy  trzymał  tę  miłą,  namiętną  kobietę  w 
ramionach,  nic  się  nie  liczyło.  Nic  nie  liczyło  się  prócz 
Meg i jej bezpieczeństwa. 

 

Ś

pij, kochanie — wymamrotał. — Śpij i pozwól mi 

cię trzymać. 

 

Kochanie  —  wymruczała  Meg  i  wsunęła  się  głębiej 

w ramiona, które chroniły ją przed światem. 

Bez  koszuli  i  bosy,  Shiloh  stał  w  oknie.  Jedną  ręką 

opierał  się  o  masywną  framugę,  drugą  wsunął  głęboko  do 
kieszeni  spodni.  Burza  przeszła,  pozostawiając  swe  ślady. 
Ale  Shiloh  nie  dostrzegał  ich  przez  szyby  zaciemnione 
bezgwiezdną  nocą.  Widział  tylko  odbicie  Meg,  śpiącej 
spokojnie  w  jego  łóŜku.  Jej  ciało,  ledwo  było  widać  pod 
bladoniebieskim  prześcieradłem.  Jej  włosy  przewalały  się 
po nagich ramionach. CięŜkie rzęsy przylegały jak woalka 
do  policzków.  Siedział  przy  jej  boku  juŜ  godziny, 
wspominając. 

Była  wspaniała.  Spojrzenie  w  jej  oczach,  kiedy  go  do-

tykała, to nie była litość. To był ból, jego ból wzięty przez 
nią  na  własność.  Wpuścił  ją  do  sanktuarium  swego  serca. 
Dlaczego Meg? Co było tak innego w tej 

138 

background image

kobiecie?  Dlaczego  pamięć  o  niej  nawiedzała  go  tak 
długo?  W  jaki  sposób  zdołała  zniszczyć  jego  zbroję  i 
sprawić, Ŝe cieszył się, Ŝe ją zniszczyła? 

Meg  westchnęła,  a  Shiloh  uśmiechnął  się,  słysząc  ten 

dźwięk.  Odwrócił  się  od  odbicia,  pragnąc  piękna  orygi-
nału. Rozpalony podszedł do niej cicho. Pragnął rozbudzić 
ją  pocałunkami  i  połoŜyć  się  obok  niej  na  sztywnych 
prześcieradłach  swojego  łóŜka.  Jego  łóŜko.  Jego  kobieta. 
Jak będzie teraz Ŝyć bez niej, skoro juŜ ją odnalazł? 

Meg znów się poruszyła, jej usta uśmiechnęły się. 

—  Shiloh? 

Zaspany głos brzmiał niewyraźnie. 

—  Jestem tutaj. 

Uniosła  się,  opierając  na  łokciu,  próbując  odgarnąć  z 

umysłu pajęczynę snu. 

 

Gdzie jesteśmy? 

 

To mój apartament. 

 

Stodoła! 

 

To się naprawdę wydarzyło. To nie był sen. Siadł na 

brzegu łóŜka, ujmując jej dłoń. 

 

 

Kochaliśmy  się,  mając  słomę  za  posłanie,  potem 

zasnęłaś.  Kiedy  burza  przeszła,  przeniosłem  cię  tutaj, 
poniewaŜ nie mogłem znieść myśli o rozstaniu się choć na 
chwilę. Jeszcze nie mogę. 

 

Powinieneś był mnie obudzić. 

 

Chciałem, Ŝebyś odpoczęła. 

 

Czy spałeś? 

 

Tej nocy nie. 

—  Prawie świta. Musisz być wyczerpany. 
Usiadła prosto, uświadamiając sobie za późno, Ŝe 

prześcieradło to jedyne jej okrycie. 

Nagość  zdawała  się  jej  przeszkadzać.  Shiloh  uniósł  jej 

dłoń do warg. Potem, puszczając ją, wstał, aby 

139 

background image

podejść  do  szafy.  Wyciągnął  z  niej  białą,  bawełnianą 
koszulę. 

—  WłóŜ to — powiedział. 
Przykrył  koszulą  jej  plecy  i  pomógł  włoŜyć  ręce  do 

rękawów. Podwinął mankiety i zapinał guzik po guziku, aŜ 
zakrył  kaŜdy  cal  jej  pięknego  ciała.  Wsunął  palce  pod  jej 
włosy  i  wyciągnął  je  z  kołnierza.  Potem  je  puścił,  aby 
spłynęły w dół pleców. 

 

Lubię na ciebie patrzeć — powiedział chrapliwie. — 

Ale  wiem,  Ŝe  twoje  ciało  nie  jest  przyzwyczajone  do 
wzroku męŜczyzn. 

 

Dziękuję. 

Jej  oczy  były  wielkie  i  jasne  i  tylko  malująca  się  w 

oczach  Meg  wdzięczność  powstrzymała  go  od  zdjęcia  y 
niej koszuli i Wzięcia ją w ramiona. 

—  Myślę,  Ŝe  Samantha  będzie  bardzo  podobna  do 

ciebie,  kiedy  dorośnie.  Będzie  taka  piękna,  jak  byłoby 
kaŜde twoje dziecko. 

Twarz  Meg  zmieniła  się.  Nagle  jasność  pociemniała, 

oczy miała strapione. 

 

Meg?  Wyglądasz na przestraszoną. Co się stało? 

Spojrzała w bok. Shiloh chwycił ją za ramiona. 

 

Czy źle się czujesz? 

—  Nie  —  zdołała  wymówić  —  jestem  głupia,  nie 

chora. 

—  Więc powiedz mi, co jest nie w porządku. 
— Tak.  Muszę  ci powiedzieć.  Ale wtedy moŜesz 

mnie znienawidzeć. 

 

Kochanie, nic takiego nie moŜe się zdarzyć. 

 

Nawet jak będę w ciąŜy? 

 

Co? 

Shiloh  był  zdumiony.  Puścił  ją  i  stał,  patrząc  na  swoje 

puste dłonie, jakby wprawiały go w zakłopotanie. 

140 

background image

Meg  odrzuciła  przykrycie  i  podeszła  do  okna.  Była 

odwrócona plecami, ciało jej drŜało. 

 

To moŜliwe, Shiloh. 

 

Meg, mówisz coś bez sensu. 

Odwróciła się do niego. 

 

 

Nie  stosowałam  Ŝadnych  środków  antykoncep-

cyjnych  od  śmierci  Keitha.  Nie  było  powodu.  Dziś  o  tym 
nie pomyślałam. 

 

Boisz się, Ŝe moŜesz począć moje dziecko! 

 

Przepraszam,  Shiloh  —  powiedziała  łamiącym  się 

głosem i wydawała się jeszcze mniejsza w swej koszuli. — 
Tak mi przykro. 

Podszedł do niej, przyciągnął ją do siebie, przytulając jej 

drŜące  ciało  do  swojego.  Kołysząc  ją  w  swych  objęciach, 
czekał aŜ przejdzie jej wybuch uczucia. Nie było łez, tylko 
konwulsyjne,  szarpiące  drgania.  Długo  po  tym,  jak 
uspokoiło się ostatnie, z jej łkań, głaskał ją kojąco, dopóki 
się  nie  opanowała  dostatecznie,  aby  go  słuchać.  W  końcu 
puścił  ją  i  odszedł  na  krok.  Potem,  ujmując  jej  twarz 
swoimi dłońmi, powiedział: 

 

Chciałbym, Ŝebyś mogła mieć moje dziecko. Nie ma 

rzeczy, której bym chciał bardziej niŜ widzieć jak mój syn 
czy córka rosną w tobie, ale to niemoŜliwe. 

 

Nie... niemoŜliwe? 

Jej rozszerzone oczy pytały, szukając jego oczu. 

 

Nie  —  powiedział  spokojnie.  —  NiemoŜliwe.  Ale 

nawet gdyby to mogło się wydarzyć, odpowiedzialność za 
dzisiejszy wieczór nie byłaby tylko twoja. 

 

O czym mówisz? 

 

ś

e nie masz się czego obawiać. 

 

Shiloh, co ty naprawdę chcesz powiedzieć? 

 

Mówię ci, Ŝe jestem bezpłodny. 

 

Bezpłodny?  —  spytała,  jakby  nie  w  pełni  rozumiała 

znaczenie tego słowa. 

141 

background image

—  Odpowiednik  moich  bardziej  widocznych  ran 

wojennych. 

Nie  mówił  tego  z  goryczą.  Kiedyś  nie,  akceptował 

swego losu z takim wdziękiem. Dopóki nie spotkał Meg. 

Obrazy przemknęły przez mózg Meg. Shiloh i jej dzieci, 

ś

mieją  się,  bawią.  Jego  pełna  czci  troska  o  Samanthę. 

Shiloh,  który  z  pasją  kochał  dzieci,  którego  blizny  były 
najmniejszymi  z  jego  ran.  Który  nigdy  nie  będzie  miał 
własnych dzieci. 

—  Nie  płacz  —  wytarł  łzę  z  jej  policzka.  —  To  wy 

darzyło  się  dawno  temu,  na  drugim  końcu  świata. 
ś

adne łzy nie zdołają tego zmienić. 

Tym  razem  to  on  znajdował  pocieszenie  w  objęciach 

Meg. Jej ramiona wokół niego były rewanŜem za stracone 
sny.  Czuł  jej  milczący  Ŝal,  a  Ŝal  z  kimś  dzielony  jest 
mniejszy. 

—  Teraz  znasz  sekrety  Shiloha  Butlera,  które  po 

wodują, Ŝe ucieka. Od których ucieka. 

Mówił  to  z  nutą  przewrotnego  humoru,  ale  Meg  usły-

szała znajomy odcień smutku. 

 

Przed  czym  Shiloh  będzie  uciekał?  —  powiedziała 

do jego ramion. — Myślę, Ŝe przed niczym na świecie. 

 

Kochanie, uciekam przez całe lata. 

„Nie ze strachu o siebie", myślała Meg, „lecz ze strachu 

przed zaraŜaniem innych własnym smutkiem i goryczą". 

—  Wszyscy to robimy, z takich czy innych przyczyn. 
Shiloh połoŜył dłonie na jej talii. Nie płynęły jej juŜ 

łzy,  ale dowód, Ŝe płakała, wisiały jej na rzęsach. 

—  Co powoduje, Ŝe uciekasz, Meg? 

 

Wiele rzeczy — jej głos był jakby zardzewiały.   — 

Nietoperze, pająki, ja sama. Głupstwa, które robię. 

 

Są gorsze rzeczy od uciekania. 

142 

background image

 

CóŜ  moŜe  być  gorszego  niŜ  nie  stawanie  twarzą  w 

twarz z własnymi problemami? 

 

Ś

lęczenie nad nimi, poświęcanie im więcej uwagi niŜ są 

warte.  Nie  akceptowanie  rzeczy,  których  nie  moŜna 
zmienić. 

 

Czy  pogodzisz  się  z  rzeczami,  których  nie  moŜna 

zmienić? 

 

Teraz tak. A ty? 

 

Nie wiem co masz na myśli. 

 

Nie wiesz? 

Ujął jej prawą dłoń, kciukiem „obracając obrączkę. 

—  Więc  dlaczego,  Meg?  Gdybyś  ciągle  kochała 

Keitha,  byłaby  na  twej  lewej  ręce.  Czy  nosisz  ją  jako 
przypomnienie? Czy za coś się karzesz? 

Wyrwała rękę z jego uchwytu i odwróciła się od niego. 

Opierając  czoło  o  okno,  czuła  na  rozgrzanej  skórze  chłód 
szyby. Miał prawo wiedzieć o jej tchórzostwie. 

—  Na  początku  nasze  małŜeństwo  było  dobre  —  za- 

częła.  —  Byliśmy  klasycznym  dowodem,  Ŝe  przeciwień- 
stwa  się  przyciągają.  Był  starszy  ode  mnie.  Był  samotni- 
kiem,  podrzutkiem,  wychowanym  w  przybranych  do 
mach.  Ja  miałam  rodziców  aŜ  całe  szesnaście  lat,  aŜ 
do  wypadku  na  Ŝaglówce.  Potem  była  moja  cioteczna 
babka,  Dolly.  Miałam  dwadzieścia  jeden  lat,  kiedy 
umarła.  Do  tej  pory  nigdy  w  Ŝyciu  nie  byłam  samotna. 
Wtedy  poznałam  Keitha.  Byłam  jedynaczką,  a  on 
w  ogóle  nie  miał  rodziny,  więc  zdecydowaliśmy,  Ŝe 
utworzymy własną. Na początku był dumny z bliźniąt. 

ZadrŜała i potarła dłońmi ramiona. 
—  Potem  zaczął  się  zmieniać.  Wydarzały  się  dro- 

biazgi,  które  starałam  się  ignorować.  Zanim  uświado- 
miłam  sobie,  Ŝe  jesteśmy  w  powaŜnych  kłopotach,  ocze- 
kiwałam Samanthy. Miałam nadzieję, Ŝe nowina o dziec- 

143 

background image

ku  zmieni  Keitha  z  powrotem  w  męŜczyznę,  którego 
poślubiłam. 

 

Zamiast tego sprawy się pogorszyły? 

 

Znacznie.  Zaczął  duŜo  pić.  Czasami  przez  noc  i  pół 

dnia. 

 

I w końcu przez cały dzień i następny dzień. 

 

Nie  —  Meg  patrzyła  na  dywan.  —  To  nastąpiło, 

kiedy powiedziałam mu, Ŝe odchodzę. 

 

Pozwól  mi  dokończyć  tę  historię  —  w  jego  głosie 

brzmiała nuta gniewu. — Zamiast starać się o pomoc, która 
była  potrzebna,  Ŝeby  cię  zatrzymać,  zaczął  pić  więcej. 
Kiedy skończyła mu się wódka, pobiegł do samochodu, nie 
słuchając twoich protestów — poczekał na potwierdzające 
kiwnięcie,  zanim  zaczął  mówić  dalej.  —  Pojechał  po 
więcej  wódki.  Zamiast  tego  wyrŜnął  w  samochód 
Ballengerów i pozostawił ich, by umarli. 

Meg drŜała, nie mogąc się opanować. Chciał ją objąć i 

spowodować, Ŝe zapomni o tych tragediach. Przedtem 
jednak musiał się dowiedzieć, jaką część tych okropności 
uwaŜa za swoją. - Keith sam się zniszczył, to nie twoja 
wina. 

Milczała  przez  długą  chwilę,  a  potem  dała  upust  po-

czuciu winy. 

—  Gdybym  nie  powiedziała,  Ŝe  go  opuszczam,  nie 

pogorszyłoby  mu  się  aŜ  tak.  Gdybym  bardziej  próbo 
wała  mu  pomóc,  zamiast  planować  ucieczkę,  Ballenge- 
rowie  by  Ŝyli.  Keith  mógłby  Ŝyć  takŜe.  Moje  dzieci 
miałyby ojca. 

—  Meg,  co  ze  sobą  wyrabiasz?  —  objął  ją  ramionami, 

przyciągając  do  siebie.  —  To,  co  się  stało  z  Keithem  i 
Ballengerem, nigdy nie było twoją winą. 

 

Nie rozumiesz tego. 

 

Na niektóre rzeczy nie mamy wpływu. Próbowa- 

144 

background image

łaś.  Keith  nie  słuchał.  Jedyną  nadzieją  dla  ciebie  i  dzieci, 
było go opuścić. 

 

Nie! 

 

Zapominasz,  Ŝe  znałem  Keitha.  Wiem,  Ŝe  kiedy  pił, 

mógł  być  przykry  —  poczuł  nagłe  drgnięcie  jej  ciała  i 
wiedział, Ŝe ma rację. — Zbił cię. 

 

Nigdy nie tknął dzieci. 

 

Zrobiłby to, gdybyś została. 

 

Nie mogę być tego pewna. 

 

Nie mogłaś ryzykować. 

Mimo  Ŝe  nie  przyjmowała  jego  logiki,  poczuł  lekkie 

złagodzenie  jej  napięcia.  Jej  ciało  juŜ  nie  było  sztywne  i 
zimne. Jej dłonie nie wpijały się tak bezlitośnie w ramiona. 

 

Zdecydowałaś  tak,  jak  musiałaś  zdecydować.  W 

dniu, w którym w to uwierzysz, zdejmiesz tę obrączkę. 

 

Popatrz — ciągnął spokojnie, obejmując ją mocniej. 

Za oknem, delikatną linia stopionej czerwieni zaczynała 

obrębiać góry. 

 

Wschód. 

 

Nowy dzień. 

 

Tak. 

 

Muszę iść. Chcę tam być, kiedy dzieci się obudzą. 

 

Odprowadzę cię przez hol. 

Do drzwi ktoś zastukał, spokojnie, lecz zdecydowanie. 

—  Zdaje  się,  Ŝe  mamy  towarzystwo.  Natarczywe  to- 

warzystwo — dodał, kiedy pukanie stało się głośniejsze. 

—  Shiloh!  —  drzwi  rozwarły  się  i  wkroczył  Jeff.  — 

Kłopoty. Samantha zniknęła. 

—  Co?

 

Shiloh instynktownie sięgnął po Meg. 

145 

background image

—  Alexis  poszła  do  dzieci.  Drzwi  Meg  były  otwarte 

na ościeŜ, a Samanthy nie było. 

Łagodząc cios, dodał: 

 

Nie mogła odejść daleko. ŁóŜko jest jeszcze ciepłe. 

 

Samantha? — spytała Meg w odrętwieniu. 

Ś

wiat wirował pod jej stopami, ale wpadanie w panikę nie 

przysłuŜyłoby 

się 

jej 

dziecku, 

Wciągając 

głęboki, 

uspokajający oddech, zapytała: 

—  Co robimy? 

Shiloh widział jej wysiłek i ile ją on kosztował. 

 

Na  pewno  nic  się  nie  stało.  Mogła  po  prostu  sobie 

powędrować. 

 

Jak? Gdzie? 

Odpowiedzią  było  przenikliwe,  wyzywające  kołatanie  ze 

stodoły. Po nim słychać było komendę Alexis: 

—  Nie, Dakota! Stop! 

background image

8

 

Biegli.  Prowadził  Jeff,  Shiloh  i  Meg  za  nim.  Kilkakrotnie 

Meg potykała się i musiała się opierać na ramieniu Shiloha. 
Nie  pamiętała,  jak  schodzili  po  schodach.  Pamiętała  tylko, 
jak raptownie zanurzyli się w świt. 

Kręta ścieŜka do stodoły była zbyt długa. Shiloh wskazał 

skrót przez zagajnik z niskich krzewów i drzew o łuskowatej 
korze.  Kolczaste  gałęzie  smagały  Meg  po  nogach.  Drzewo 
zaczepiło  jej  łopoczącą  koszulę,  prawie  zdzierając  ją  z  jej 
ramion.  Niemal  tego  ni  e  zauwaŜyła.  ZmroŜona  do  szpiku 
kości strachem o Samanthę, nie  zwracała  uwagi  ani  na  ból, 
ani na dotyk dłoni Shiloha. 

Stodoła, kiedyś zamglone, romantyczne miejsce, była zalana 

blaskiem  reflektorów.  Kiedy  wbiegli  w  plamę  światła,  Meg 
wzdrygnęła  się.  Smugi  reflektorów  biły  ją  jak  laser.  Jej 
pierwszym odruchem było wbiec do stodoły, ale coś w twarzy 
Shiloha powstrzymało ją. Stała, drŜąc. W jednakowym stopniu 
bała się, Ŝe znajdą Samanthę  za  ciemną  jamą  wejścia,  jak  i 
tego, Ŝe moŜe jej tam nie być.  Instynkt Shiloha mówił mu, 
Ŝ

e  Samantha  tam  jest.  To  nie  obawa  przed  Ballengerem 

spowodowała jego 

147 

background image

ostrą  reakcję  na  słowa  Jeffa,  kiedy  przerwał  mu  to  nie-
rozsądne  interludium  z  Meg.  Przeczucia  wiele  razy  ra-
towały  mu  Ŝycie.  To  nie  była  chwila  na  korzystanie  z 
posiadanej  mądrości.  Na  podyktowane  inteligencją 
wątpliwości nadejdzie czas później. 

 

Cass — warknął Shiloh na męŜczyznę w pobliŜu. — 

Co się dzieje? 

 

Mała  jest  w  boksie  z  Dakotą.  Alexis  jest  z  nimi. 

Pomyślałam, Ŝe najlepiej będzie poczekać na pana. Dakota 
nie lubi tłumu. Sądząc z dźwięków, które wydaje, moŜe juŜ 
nie znieść więcej emocji. 

Kiedy Cass składał raport, Meg rozpoznała w nim szefa 

stajni. Widziała go kiedyś, ale nigdy z nim nie rozmawiała. 

 

Dzięki  Bogu,  Ŝe  usłyszałeś  zamieszanie  ze  swojego 

domku  i  miałeś  dość  rozsądku,  aby  tam  nie  wpadać. 
Dlaczego nie zatrzymałeś Alexis? 

 

Ona znalazła brzdąca. Została tam, gdyŜ myślała, Ŝe 

dziecko  moŜe  się  przestraszyć  —  mówił  bardzo  szybko 
Cass. 

Meg  poruszyła  się  nerwowo,  zdezorientowana  zatrzy-

maniem  akcji.  Ogier  znów  zarŜał  i  panika  chwyciła  ją  za 
gardło.  Samantha,  jej  zdrowe  i  kochane  dziecko,  które 
pewnego dnia miało wyrosnąć na piękną księŜniczkę, moŜe 
być  zmiaŜdŜona  tymi  bijącymi  kopytami.  Nie  mogła 
czekać. 

 

Nie — Shiloh, zgadując jej zamiar, przytrzymał ją za 

rękę. — Zostań z Jeffem. 

 

Nie mogę. 

Gorączkowo  próbowała  się  wyswobodzić.  Nic  nie 

mogło  odwieść  jej  od  zamiaru,  a  on  nie  miał  czasu  na 
próbowanie. 

—  Chodź  więc,  ale  staraj  się  nie  wchodzić  w  pole 

widzenia konia. 

148 

background image

Dakota  zakołatał  kopytami,  jego  rŜenie  rozdzierało 

powietrze.  Shiloh  nigdy  nie  widział  konia  w  takim  szale. 
Ś

ciskając w dłoni rękę Meg, wszedł do stodoły. 

Scena wyglądała jak z nocnego koszmaru. Alexis stała w 

boksie w nocnej koszuli. Wargi jej poruszały się, ale dźwięk 
gubił się w odgłosie uderzających kopyt. W kącie, przytulając 
do  siebie  poprzecieranego  misia,  kuliła  się  Samantha. 
Dziewczynka patrzyła, jak koń wali kopytami w podłogę. 

—  Alexis  —  powiedział  cicho  Shiloh,  stając  z  tyłu, 

za nią na zewnątrz boksu.— Rób ostroŜnie, co ci kaŜę. 

Nie odpowiedziała. Po nieznacznym ruchu ramion poznał, 

Ŝ

e go usłyszała. Jeden mały sukces, a liczyły się najdrobniejsze 

szczegóły. Mówił monotonnym, dźwięcznym głosem, starając 
się usunąć z niego wszelkie ślady napięcia. 

—  Nie  rób  gwałtownych  ruchów,  powoli  wycofuj  się 

na zewnątrz. 

Alexis dała jeden krok w tył, potem— stopa po stopie — 

następne.  Poruszyła  się  ostroŜnie,  z  oczyma  przykutymi  do 
widoku  dziecka  i  konia.  Jeśli  się  potknie,  Bóg  raczy 
wiedzieć,  co  się  stanie.  Wolno,  cal  po  calu,  wycofała  się  do 
furtki  i  przekroczyła  ją.  Opierając  się  cięŜko  o  kamienną 
ś

cianę, wyszeptała: 

—  Nie dopuścił mnie do niej bliŜej. 

Shiloh  dotknął  jej  ramienia,  w  oczach  miał  strach.  Jego 

głos był cichym warkotem, przeznaczonym tylko dla Alexis. 

 

Zaopiekuj  się  Meg.  Cokolwiek  by  się  nie  wydarzyło.

 

 

 

Oczywiście. 

Ś

cisnął  palce  w  podziękowaniu,  a  potem  ze  stojaka  za 

nim  wziął  strzelbę,  automatycznymi  ruchami  załadował  ją  i 
wszedł do boksu. 

149 

background image

 — Spokojnie, stary, spokojnie — nucił. 

Ogier nie reagował. Jego czarne boki były spienione od 

gwałtownych  ruchów,  jego  oddech  wydobywał  się  z 
trudnością  i  miał  nieprzyjemną  ze  strachu  woń.  Oczy 
wywrócił do tyłu tak, Ŝe były bardziej białe niŜ ciemne. 

Shiloh  miał  niewiele  nadziei,  Ŝe  zatrzyma  kopyta,  które 

biły  coraz  bliŜej  dziecka.  Przemówił  jeszcze  raz,  cichym, 
ś

piewnym  tonem,  ale  bez  rezultatu.  PrzyłoŜył  strzelbę  do 

ramienia.  Wzrok  mu  się  zamglił;  ręce  mu  drŜały.  Tylko 
desperacja  powodowała,  Ŝe  stał  pewnie.  Palec  leŜący  na 
cynglu nie drŜał. Na celowniku miał-głowę Dakoty. 

Wykonując  nagłego  nura,  z  rozwianą  grzywą,  Dakota 

schylił swą masywną głowę, kąsając coś na ziemi, a potem 
wyrzucając  z  boksu.  Nie  pozwalając  sobie  na  odwrócenie 
uwagi, stojąc w rozkroku, zdając sobie sprawę, Ŝe ma tylko 
jeden  strzał  do  dyspozycji,  Shiloh  wycelował  ponownie. 
Tym razem wziął na muszkę dzikie serce konia. 

Samantha  nie  moŜe  znaleźć  się  na  linii  ognia.  Strzał 

musi  być  oddany  w  takiej  chwili,  kiedy  padający  koń  nie 
zmiaŜdŜy  dziecka.  Pot  zalewał  mu  płonące  oczy,  kiedy 
czekał  na  optymalny  moment.  Palec  zaczynał  znów 
wywierać  ten  lekki,  powolny  nacisk  potrzebny  do 
zniszczenia Dakoty. 

— Shiloh! Nie! — głos Alexis trzasnął jak strzelba. 

Mówiła  coś  więcej,  ale  Shiloh  nie  słyszał.  Nagle,  nie-

wiarygodnie,  Dakota  skończył  łomotanie,  zniŜając  łeb, 
Ŝ

eby  delikatnie  prychnąć  na  dziecko.  Wybuch  śmiechu 

Samanthy  był  tak  zaskakujący,  jak  nagle  zapadła  cisza, 
która  ryczała  w  jego  uszach.  Dziecko,  które  powinno  być 
przeraŜone,  zachichotało i  pogładziło  Dakotę, jakby  to  był 
kotek. 

150 

background image

 

KsięŜniczko  —  zaczął  ostrzeŜenie  Shiloh,  ale 

Samantha przerwała mu. 

 

Fąsz, Lo Lo. Kota zabil fęsza. 

Gramoląc się na swe dziecinne nogi, przeszła bez strachu 

obok ostrych kopyt konia. 

Shiloh  porwał  ją  w  ramiona,  czując  jak  w  piersi 

obłąkańczo wali mu serce. 

 

WąŜ. 

 

Tak — powiedziała Samantha z pewnością siebie. 

 

KsięŜniczko  —  Shiloh  podniósł  jej  podbródek  i 

patrzył jej w twarz — zastanów się, to bardzo, bardzo waŜne. 
Czy wąŜ cię ugryzł? 

 

Ni. Kota zabił go. Zabił na śmierś. 

Shiloh patrzył na Dakotę. Jedyną rzeczą, której koń bardziej 

nie lubił od zamknięcia w boksie, były węŜe. Shiloh widział 
kiedyś inne takie spotkanie. Dakota przez kwadrans tratował 
biedne stworzenie, zanim przekonał się, Ŝe jest zabite. 

Dzisiaj  musiał  znosić  zarówno  zamknięcie,  jak  i  węŜa.  I 

dobrze się spisał. 

—  Znacznie  lepiej  niŜ ja —  wymamrotał Shiloh. 

Jego zaniedbanie spowodowane porywem Ŝądzy wystawiło 

Samanthę  na  niebezpieczeństwo.  Chowając  twarz  w  jej 
jedwabiste  włosy,  przycisnął  ją  do  siebie  tak  mocno,  Ŝe 
zaczęła się wiercić. 

 

Za duŜo kocha, Lo Lo, za duŜo. 

 

Przepraszam, księŜniczko. Mama czeka i Alexis teŜ. 

Tuląc ją do siebie, ale juŜ nie tak mocno, odniósł ją do 

Meg. 

Meg  była  spokojna  podczas  całego  wydarzenia,  bojąc  się 

poruszyć,  bojąc  się,  Ŝe  kaŜdy  ruch  będzie  niewłaściwy.  W 
nagłej ciszy mogła tylko patrzeć na ukochaną, ciemną głowę, 
schyloną nad Samanthą i odmawiać pa- 

151 

background image

cierze  dziękczynne.  Odrętwiający  strach  ustąpił,  chciała 
zarzucić  ramiona  na  nich  oboje  i  trzymać  ich  przytulonych. 
Postąpiła  krok  naprzód,  zanim  surowy,  pełen  nagany  wyraz 
twarzy Shiloha nie zatrzymał jej. 

—  Ma  się  doskonale,  Meg.  Nie  zawdzięcza  to  niko- 

mu z nas, lecz Dakocie. 

PołoŜył  dziecko  w  jej  ramionach,  a  ręka  pozostawała 

dłuŜej, niŜ było to niezbędne, na głowie Samanthy. Wciągając 
nierówno  powietrze,  obrócił  się  na  pięcie  i  pośpiesznie 
odszedł. 

Meg patrzyła za nim, przyciskając dziecko do piersi. Wargi 

przycisnęła  do  puszystej  skroni  córki.  Po  tak  czułych 
chwilach,  jak  mógł  tak  odejść  teraz,  z  chłodnym  dystansem  i 
złowieszczo wyprostowany? To był czas, Ŝeby dzielić radość, 
a  jednak  widziała  w  nim  tak  dziki  gniew,  Ŝe  było  to 
przeraŜające. 

 

Ktoś tu się odmeldowuje. 

 

Co? — Meg zapomniała o Alexis. 

 

Samantha zasypia. 

To  była  prawda.  Po  podniecających  wydarzeniach 

Samantha owinęła ręce dookoła szyi Meg, wsadziła nos w jej 
ramię i zapadła w półsen. 

 

Musi być wyczerpana. Ciekawa jestem, jak... 

 

Zrekonstruujemy  później  to,  co  się  wydarzyło  — 

przerwała Alexis. — Wtedy mogą się zacząć oskarŜenia. Teraz, 
myślę, nasz mały wędrownik najbardziej nadaje się do łóŜka. 

 

Masz oczywiście rację — zgodziła się Meg i wyszła za 

nią ze stodoły. 

Mimo  Ŝe  zachował  się  tak  dziwacznie,  Meg  spodziewała 

się,  Ŝe  Shiloh  na  nią  poczeka.  Zamiast  tego  był  tam Jeff z 
małym  oddziałem  swych  ludzi  i  kilkoma  zaciekawionymi 
gośćmi. 

—  Panie i panowie — przemówił Jeff do tłumu. — 

152 

background image

Jak widzicie, mieliśmy tu małe zamieszanie. JuŜ się 
skończyło i nikt nie doznał szkody. Byłbym wdzięczny, 
gdybyście spokojnie wrócili do swoich pokojów. Odwrócił 
się do Meg i Alexis. 

 

To  samo  dotyczy  was.  Przeszłyście  duŜo  tej  nocy. 

Wejdziemy tylnym wejściem, Ŝeby uniknąć pytań. 

 

A Shiloh? — musiała spytać Meg. 

 

Poszedł na spacer, Ŝeby rozjaśniło mu się w głowie — 

odpowiedział Jeff. 

 

Przygotowuje  się,  Ŝeby  nam  pourywać  głowy  — 

przepowiedział  anonimowy  męŜczyzna.  —  Dziś  nie  spi-
saliśmy się. 

W oddali, pod nisko zwieszającymi się gałęziami dębu, 

Ŝ

arzył  się  papieros.  Meg  wiedziała,  Ŝe  to  Shiloh.  W  czasie 

ubiegłych  tygodni  Meg  nigdy  nie  widziała,  Ŝeby  palił.  Nie 
wiedziała, Ŝe palił w ogóle. 

—  Meg  —  powiedział  Jeff  cicho.  —  Nie  jesteś  odpo- 

wiednio  ubrana  na  tę  wycieczkę.  Musimy  iść,  zanim  nie 
zamarzniesz. 

Meg  zapomniała,  Ŝe  była  tylko  w  koszuli  Shiloha  i 

bosa.  Ranek  nie  był  chłodny,  ale  była  wdzięczna  Jeffowi 
za takt. 

 

Czy ktoś zajmie się Dakotą? 

 

Shiloh wytrze go i wypuści na pastwisko. Maszerując 

za Jeffem, Meg obejrzała się na cienisty 

dąb,  Ŝeby  rzucić  jeszcze  jedno  spojrzenie  na  Shiloha. 
Papieros  Ŝarzył  się  ciągle,  wznosząc  się  do  ust,  potem 
oddalając.  Shiloh  był  oddalony.  Inny.  Z  cięŜkim  sercem 
przyznała  sobie,  Ŝe  o  kochanym  przez  nią  człowieku  wie 
bardzo mało. 

Promienie  stojącego  wysoko  na  niebie  słońca  lały  się  do 

pokoju Meg, kiedy Alexis zapukała do jej otwartych drzwi. 

153 

background image

—  Mogę wejść? 

Meg przerwała staranne oglądanie swych pustych dłoni. 

 

Oczywiście, Alexis. 

 

Chłopcy  poszli  na  basen  z  Jeffem,  więc  nie  obudzą 

Samanthy. Mogę z tobą porozmawiać? 

Wzrok  Meg  powędrował  do  łóŜeczka,  widocznego  z 

miejsca, gdzie siedziała. Samantha była róŜowym wzgórkiem, 
pokrytym kupą zabawek. 

—  Jeśli  chcesz  —  powiedziała  bezbarwnym  głosem. 

  — Nie wiem, jak zacząć. 

Po raz pierwszy ta opanowana kobieta wyglądała niepewnie. 

Jej zwykle zarumieniona twarz była tak biała, jak jej włosy. 

 

Wiem, Ŝe cię zawiodłam. 

 

To  nieprawda,  Alexis.  Siedziałam  tutaj  cały  ranek  i 

zastanawiałam się nad tym. Ja jestem za to odpowiedzialna. 

Meg  podniosła  rękę,  Ŝeby  odeprzeć  protesty  młodszej 

kobiety. 

 

Wysłuchaj  mnie.  Samantha  oczywiście  obudziła  się i 

przyszła  do  mnie.  Kiedy  mnie  nie  znalazła,  poszła  mnie 
szukać. 

 

Nie! 

Alexis  przerwała  jej  szybko,  zanim  Meg  zatrzymała  ją 

powtórnie. 

 

Szukała Joe'ego.  Rozmawiałam  z  nią jakiś czas  temu. 

Była na wpół śpiąca, ale spytała się, czy moŜemy pójść znów go 
poszukać. Meg, nie sądzę, Ŝeby Samantha nawet  spostrzegła, 
Ŝ

e cię nie ma. Obudziła się. Ptak zniknął. Poszła go szukać. 

To wszystko. 

 

Więc  jedyną  zagadką  jest  to,  jak  zdołała  pójść  na 

swoją małą wycieczkę, prawda? 

154 

background image

W jej słowach brzmiała nuta sarkazmu — nic nie moŜe 

być bardziej' złoŜonego czy niejasnego. Było paradoksem, 
Ŝ

e kaŜda z nich przyjmowała winę na siebie, rozgrzeszając 

drugą.  Meg  będzie  zawsze  pamiętać,  Ŝe  Alexis  nie 
wytknęła  ją  oskarŜającym  palcem.  Sama  mogła  to  sobie 
zrobić, byłoby to zupełnie uzasadnione. 

 

Ciekawe,  czy  kiedykolwiek  się  dowiemy,  jak  pod-

stawiła krzesło pod drzwi, czy jak odsunęła zasuwę. 

 

Drzwi  słuŜbowe  są  dla  niej  za  cięŜkie,  ale  dlaczego 

nie zobaczył jej nikt w holu? ŚcieŜka do stodoły jest długa 
i  ciemna;  jak  zdobyła  się  na  odwagę,  Ŝeby  nią  iść?  Jak 
przepuścili  ją  wartownicy?  Tak  wiele  pytań  bez  od-
powiedzi. 

Uśmiech,  który  drŜał  jej  na  wargach,  nie  doszedł  do 

oczu. 

 

To  znana  historia,  prawda?  Dzieci  dokonujące 

więcej, niŜ się po nich spodziewamy. 

 

Powinnam  była  ją  usłyszeć  —  upierała  się  Alexis. 

— To mój obowiązek. 

 

Dywan jest za gruby. Nie mogłaś słyszeć jej kroków 

ani  skrzypu  krzesła,  ciągnionego  do  drzwi.  MoŜe  coś 
poczułaś? Coś, co kazało ci sprawdzić, co z dziećmi? 

 

Nie gniewasz się na mnie? 

Meg  wstała  z  krzesła  i  podeszła  do  niej.  PołoŜyła  rękę 

na ramieniu Alexis i powiedziała: 

—  Jak  mogłabym  się  gniewać.  Postępowałaś  mądrze 

od  samego  początku.  Znalazłaś  kogoś,  kto  został 
z  chłopcami,  posłałaś  Jeffa  po  Shiloha,  a  potem  po- 
szłaś  sama  szukać  Samanthy.  Nigdy  nie  zapomnę,  Ŝe 
weszłaś  do  Dakoty,  ryzykując  dla  niej  swoje  Ŝycie. 
Nigdy!  To  była  komedia  pomyłek,  która  mogła  skoń- 
czyć  się  tragicznie.  Nie  skończyła  się  tak.  Lepiej 
myślmy, Ŝe mieliśmy szczęście, nie szukajmy winnych. 

Alexis połoŜyła dłoń na dłoni Meg. 

155 

background image

—  Dziękuję. 

Miała  błysk  w  oku,  kiedy  zmieniła  temat  i  nastrój 

rozmowy. 

—  Jeśli  masz  zamiar  zostać  z  Samanthą,  zmienię 

Jeffa.  Bliźniaki  stają  się  tak  dobrymi  pływakami,  Ŝe  go 
zmęczą. 

Meg zaśmiała się z ulgą, Ŝe jej synowie przespali nocne 

przejścia  i  rozbawiona  ideą,  Ŝe  mogą  zmęczyć  Jeffa 
Lattimera. 

—  Nie  chcemy,  Ŝeby  biedny  Jeff  był  wyczerpany, 

prawda?  Idź  na  dół.  Zostanę  tutaj  z  Samanthą.  Kiedy 
się  obudzi,  wezmę  ją  teŜ  na  basen.  Później  zabierzemy 
Joe'ego  z  pokoju  muzycznego.  Shiloh  go  tam  zaniósł 
na czas trwania burzy. 

Alexis udała, Ŝe drŜy. 

 

Słyszałam  raz,  jak  śpiewa  podczas  burzy.  I  to  mi 

wystarczyło. 

 

Tak  mi  powiedziano.  Teraz  idź  juŜ.  Jeff  moŜe  cię 

potrzebować. 

Uśmiech Meg  znikł, kiedy  Alexis ją opuściła. Gdyby tylko 

mogła  sama  zastosować  się  do  swej  rady.  Zapomnieć  o 
ostatniej  nocy  i  nie  rozmyślać  o  niej.  Ucieczka  Samanthy  z 
gospody była zadziwiająca. Prawdą był fakt,  Ŝe  ją i  tylko  ją 
naleŜy  winić  za  wszystkie  zło,  które  mogło  się  stać  jej 
dziecku.  Jak  kotka  w  czasie  rui  poszła  do  Shiloha,  poddając 
się poŜądaniu. Zachowywała się jak ladacznica i dostała to, 
na co zasłuŜyła. 

O  świcie  był  pełen  nienawiści;  zobaczyła  to  w  jego 

oczach.  Wkrótce  będzie  musiała  stanąć  twarzą  w  twarz  z  tą 
nienawiścią. Nie moŜe stale kryć się w swoim pokoju. 

Shiloh  właśnie  wyszedł  spod  prysznica,  kiedy  usłyszał 

pukanie do drzwi. 

156 

background image

—  Zaczyna to wchodzić w zwyczaj — jęknął. 
Chciał to zignorować. Było za późno, a on nie spał 

trzydzieści sześć godzin. Oczywiście, to była jego wina. Nikt go 
nie  zmuszał  do  jeŜdŜenia  konno  w  czasie  burzy.  Nie  musiał 
siedzieć  przy  swoim  łóŜku  i  obserwować  śpiącej  Meg.  Nie 
mógł winić nikogo za swoje idiotyzmy prócz siebie. 

—  Idę — zawarczał. 

Szedł przez pokój, usiłując okręcić sobie ręcznik wokół 

talii. Zirytowany i wściekły, rozwarł drzwi na ościeŜ, nie 
podnosząc głowy znad swojego zajęcia. 

—  Posłuchaj,  Jeff  —  powiedział  zgrzytając  zębami. 

—  Wiem,  Ŝe  mówiłem,  Ŝebyś  do  mnie  przyszedł,  jeśli 
cokolwiek się zdarzy, ale... 

Zatrzymał się, wzdychając cięŜko. 

—  Ach, to nie Jeff. 

Meg  była  zdenerwowana.  Zajęło  jej  wiele  godzin,  by 

zebrać  się  na  odwagę,  aby  przedsięwziąć  niekończący  się 
marsz przez hol. 

—  Powinnam  była  zadzwonić,  ale  bałam  się,  Ŝe  nie 

zechcesz mnie widzieć. 

— Dlaczego miałabym nie chcieć? 
Wyglądała na tak przestraszoną, Ŝe pragnął przyciągnąć ją 

do  siebie  i  zapewnić,  Ŝe  nie  ma  się  czego  obawiać.  Ale  juŜ 
udowodnił, Ŝe jego zapewnienia są jak pusta łupina. 

 

Unikasz mnie. Nie przyszedłeś na basen, kiedy dzieci 

pływały.  Opuściłeś  obiad  i  kolację.  Nie  miałam  wyboru, 
musiałam przyjść tutaj, do ciebie. 

 

Z jakiej przyczyny miałbym cię unikać? 

Jego głos szydził. Sam nienawidził własnego tonu. 

Meg  cofnęła  się  na  widok  tej  twardej,  zimnej  twarzy  i 

tylko 

wspomnienie 

milszego 

Shiloha 

pozwalało 

jej 

kontynuować: 

157 

background image

—  Myślę,  Ŝe  zawsze  byliśmy  szczerzy  wobec  siebie. 

Zachowajmy przynajmniej ten zwyczaj. 

„Tak", myślała Meg, „byliśmy szczerzy. Powiedziałam, Ŝe 

cię kocham. Ty nigdy tego nie powiedziałeś. Ani razu. To 
była twoja szczerość, a ja nie rozumiałam". 

Starsza  pani  przeszła  obok,  rzucając  im  przelotne 

spojrzenie.  Jej  drugie  niedowierzające  spojrzenie  na  prawie 
nagiego męŜczyznę, wznoszącego się nad małą, bladą kobietą, 
spowodowało,  Ŝe  głośno  zaczerpnęła  powietrza.  Potrząsając 
swoją  ufarbowaną  na  niebiesko  głową  i  wydając  dźwięki 
podejrzanie  przypominające  chichot,  oddaliła  się  w 
pośpiechu. 

—  Dyskusja  na  ten  temat  nie  jest  niezbędna,  ale  jeśli 

nalegasz,  lepiej,  Ŝebyśmy  ją  prowadzili  w  innym  miejscu 
niŜ korytarz.    

Odszedł  na  bok,  gestem  zapraszając  ją  do  wnętrza, 

przekonany, Ŝe zwariował. Wygadało, Ŝe Meg nie zauwaŜa, 
Ŝ

e jest rozebrany i jak silnie fizycznie reaguje na jej obecność, 

ale pani. Holcomb zauwaŜyła to z pewnością. 

—  Właśnie  wyszedłem  spod  prysznica.  Jeśli  mi  po- 

zwolisz, ubiorę się. 

Meg  starała  się,  aby  nie  wyprowadził  jej  z  równowagi  i 

poniosła  sromotną  klęskę.  Od  pierwszej  chwili,  chociaŜ 
trzymała  wzrok  przykuty  do  jego  twarzy,  zmysłowo 
odczuwała 

jego 

obecność. 

Widziała 

go 

nie 

jako 

rozgoryczonego,  na  wpół  rozebranego  męŜczyznę,  ale  jako 
wspaniale  czułego  kochanka,  którym  był  zeszłej  nocy. 
Dotykała  go  i  pieściła,  jej  ciało  tak  pasowało  do  jego,  jak 
rękawiczka. W oczarowaniu szeptał do niej słodkie, cudowne 
słowa.  Teraz,  poniewaŜ  on  tego  chciał,  ona  musi  udawać, 
Ŝ

e nic nie znaczyły. 

Kiedy się od niej odwrócił, ledwo była zdolna stłumić 

158 

background image

okrzyk rozpaczy. Były nowe znaki na jego plecach i Ŝebrach — 
jasny  dowód  ich  szaleńczego  biegu  przez  gęste  poszycie  do 
stodoły.  Gałęzie  biły  ją,  ale  chroniła  ją  koszula  Shiloha. 
Shiloh,  chociaŜ  nie  miał  wtedy  na  sobie Ŝadnego okrycia, z 
pewnością  mógł  uniknąć  większości  skaleczeń,  gdyby  jej 
przed nimi nie zasłaniał. 

Jego  rany  wymagały  więcej  troski,  niŜ  on  mógłby  im 

udzielić, ale nie śmiała ofiarować pomocy. Nie przyjąłby nic 
od  niej.  To  rzadkie,  piękne  zaufanie,  które  ich  łączyło, 
naleŜało do przeszłości. 

—  Czy  kiedyś  zrozumię  cię,  Shiloh?—powiedziała  do 

pustego pokoju, a milczące ściany zdawały się odpowiadać na 
to pytanie. 

Shiloh przebrał się w dres i, siedząc na łóŜku, wsunął stopy 

w  płócienne  pantofle.  Meg  czekała,  ale  nie  podniósł  się. 
Ukrył  twarz  w  dłoniach.  Bolała  go  głowa,  ciało,  serce.  W 
ciągu  doby  wykonał  pełny  cykl.  Przez  chwilę  ostatniej  nocy 
wyobraził sobie... nie, myślał, Ŝe istnieje dla niego coś więcej 
w Ŝyciu niŜ samotność. Meg dała mu miłość. Wystarczyło po 
nią sięgnąć. I, mój BoŜe, to było cudowne! Ale był zachłanny i 
bezmyślny,  i  niewinne  dziecko  niemal  nie  przypłaciło  Ŝyciem 
jego beztroskiej namiętności. 

Wiedział,  Ŝe  Meg  jest  nie  dla  niego.  Przez  dziesięć  lat 

był  czymś  niewiele  więcej  niŜ  zwierzę  w  klatce.  Teraz,  w 
cywilizowanym  świecie,  był  obcy.  Gdzieś,  podczas  walki  o 
przetrwanie,  zapomniał,  jak  kochać.  Ucząc  się  tego  znów, 
ciągle  będzie  ją  ranił.  W  końcu  go  znienawidzi.    Byłoby 
lepiej, Ŝeby znienawidziła go teraz. 

Podniósł  się.  Jeśli  myślał,  Ŝe  był  wcześniej  zraniony,  teraz 

przekonał się, Ŝe się mylił. Ale musi zrobić to, co za chwilę 
zrobi.  Przemierzył  pokój  wolnymi,  niechętnymi  krokami. 
Kiedy  wszedł  do  salonu,  poczuł  falę  wstrętu  do  siebie  za 
zniszczenie tej niewinności. Wziął 

159 

background image

miłość  Meg,  a  teraz  zmieni  ją  w  tanią,  jednonocną  przygodę. 
Kiedy  z  tym  skończy,  ona  poczuje  się  brudna  i 
wykorzystana, a miłość przekształci się w nienawiść. 

 

Dobra,  Meg  —  powiedział  ze  zniecierpliwioną  miną, 

siadając  naprzeciw  jej.  —  Powiedz  mi,  co  uwaŜasz,  Ŝe 
musisz powiedzieć. 

 

Przyszłam  podziękować  ci  za  uratowanie  Ŝycia 

Samanthy i przyszłam przeprosić. 

Była przyciszona i krucha w przepastnym fotelu. 

Shiloh próbował nie porównywać tej Meg z Ŝywą, płonącą 

kobietą, która trzymała go w objęciach, cierpiała dla niego i 
oddała  się  mu  całkowicie,  nie  oczekując  nic  w  zamian  za 
ofiarowany  skarb.  Jej  promienność  przygasła,  jej  duch  był 
złamany. W sumie, nie wyniosła 

niczego z tej nocy, niczego prócz Ŝalu i rozczarowania. 

Jego wzrok przeniósł się na pierścień na jej prawej dłoni. 

Została  skrzywdzona  przez  słabość  jednego  męŜczyzny.  Nie 
moŜe  być  drugim  męŜczyzną,  który  ją  skrzywdzi, 
przynajmniej  nie  skrzywdzi  jej  bardziej,  niŜ  to  dotychczas 
uczynił. Z większą czułością niŜ zamierzał rzekł: 

 

Nie masz za co przepraszać, Meg. 

 

Jest wiele rzeczy, za które naleŜą się przeprosiny — w 

głosie  dźwięczała  uparta  nuta.  Trzymała  się  jej,  aby  nabyć 
siły,  której  potrzebowała.  —  Nie  powinnam  była  wplątywać 
cię w nasze Ŝycie. Wiele cię kosztowaliśmy. Pracowałeś dzień i 
noc, wyczerpany, i w bólu. Gdyby nie my, pojechałbyś, sam 
zobaczyć, czy z Gabe'em wszystko jest w porządku. Wiem, 
jak martwiłeś się o nich wszystkich. Najgorsze z tego jest to, 
Ŝ

e omal nie pozbawiłam cię twojej najcenniejszej rzeczy.  Z 

mojego powodu niemal nie zabiłeś Dakoty. 

160 

background image

Łzy zbierały się jej w oczach, ale Meg zbudowana była 

z  mocnego  materiału.  Przełknąwszy  z  wysiłkiem  ślinę, 
kontynuowała: 

 

Zawsze myślałam, Ŝe jestem dobrą matką. 

 

Meg  —  gardło  chwycił  mu  bolesny  skurcz,  a  oczy 

paliły jak rozŜarzone węgle. Czuł, Ŝe nie moŜe swobodnie 
słuchać,  gdy  tak  rozdzierała  się  na  strzępy.  —  Nie  rób 
tego. 

ZadrŜała  gwałtownie,  odrzucając  długie  pasmo  włosów 

z ramienia na plecy. 

—  Proszę,  nie  przerywaj  mi.  Muszę  to  powiedzieć 

i  zrobię  to  tylko  raz.  Tego  ranka  byłam  niewybaczalnie 
niedbała.  Uratowałeś  Ŝycie  mojej  córki  i  równieŜ  moje, 
gdyŜ  nie  wiem,  co  stałoby  się  ze  mną,  gdybym  ją  stra- 
ciła. 

Chciał znów jej powiedzieć, Ŝe to nie jest potrzebne. 

Wina była jego, nie jej. Zamiast tego zachowywał 
bolesną ciszę, pozwalając jej mówić.

 

 

 

Ostatnia  noc  była  pomyłką.  Próbowałeś  mnie 

odesłać. Nie słuchałam i Ŝałuję tego. Nie mogę prosić cię o 
zapomnienie  kłopotów,  które  spowodowałam,  ale  mam 
nadzieję, Ŝe kiedyś mi wybaczysz. 

 

Nie  ma  nic  do  wybaczania  —  powiedział  uczciwie. 

Potem wyrzucił z siebie wstrętne kłamstwo: 

 

Dobrze  się  bawiliśmy,  jak  to  często  czynią  ludzie 

dla  siebie  atrakcyjni.  To  jedna  z  tych  rzeczy,  które  się 
zdarzają bez Ŝadnego widocznego powodu. 

Chciał  zamknąć  oczy  i  odizolować  się  od  widoku  jej 

uraŜonej  twarzy,  ale  nie  pozwoliłby  sobie  na  wykręcenie 
się tak tanim kosztem. Jeśli ma zamiar ją urazić, będzie na 
to patrzył i to czuł, i będzie juŜ Ŝył stale z tym widokiem. 

—  Pletliśmy  mnóstwo  bzdur,  a  co  gorsza,  byliśmy 

beztrosko samolubni. Rezultat był prawie tragiczny, ale 

 

 

 161 

background image

sprawy  dobrze  się  skończyły.  JuŜ  minęło.  Samantha  jest 
bezpieczna.  Wkrótce  znajdziemy  Ballengera  i  załatwimy  go. 
Wtedy będziesz mogła pojechać do domu i zapomnieć, Ŝe w 
ogóle o mnie słyszałaś. 

Shiloh  widział,  Ŝe  kaŜde  słowo  wali  ją  jak  młot,  kiedy 

tak  sprowadzał  najcudowniejszą  noc  w  swoim  Ŝyciu  do 
przypadku  taniego  poŜądania.  Szukał  w  jej  twarzy 
nienawiści, byłoby mu łatwiej. Widział tam tylko rozpacz. 

Meg patrzyła na niego, ale ledwo go widziała. Wiedziała, Ŝe 

był  zły,  ale  nie  oczekiwała  tego  brutalnego  chłodu.  KaŜde 
kolejne  słowo  raniło  ją  głębiej,  aŜ  zamiast  serca  została  jej 
tylko bryła lodu. Nie była juŜ ciepłokrwistą kobietą, pulsującą 
magią miłości. Była robotem funkcjonującym według jakiegoś 
programu.  Jak  inaczej  wyjaśnić,  Ŝe  nie  padła,  śmiertelnie 
zraniona, u jego stóp? 

—  JeŜeli byłabym sama, musiałabym rozwaŜyć ko- 

nieczność jutrzejszego wyjazdu. Ale nie mogę tego 
uczynić moim dzieciom. 

Mówiła  drewnianym  głosem,  jak  coś  wyuczonego  na 

pamięć. Był to cud, Ŝe jeszcze w ogóle mogła mówić. 

—  To jest dla nich jedyne bezpieczne miejsce. 
Odwróciła od niego pusty wzrok, ręką mechanicznie 

skręcając  koniec  paska  swych  spodni.  Nonsens!  Te  czułe, 
kochające  słowa,  które  szeptał,  nie  mówiąc  nic  o  miłości,  a 
mimo  to  kochając,  były 

banałami 

zaspokojonego 

męŜczyzny.  Palce  zacisnęła  nerwowo  na  swej  nodze,  kiedy 
walczyła z narastającymi mdłościami. 

Cisza  pomiędzy  nimi  była  gęsta  i  czarna.  Shiloh  przygryzł 

wargi do krwi, kiedy walczył z potrzebą klęknięcia u jej stóp 
i  objęcia  jej,  wyrzucenia  w  zapomnienie  wszystkich 
wypowiadanych przez niego kłamstw. Nie mógł. Posunął się 
juŜ za daleko, Ŝeby się rozmyślić. 

162 

background image

Tego,  co  się  zrobiło,  nie  moŜna  odrobić.  Wyzwalał  ją  od 
bólu,  który  mógł  jej  zadać.  Świadomość  tego  powinna  mu 
ułatwiać  takie  zachowanie...,  ale  nie  ułatwiała.  Ze 
znuŜeniem  przechylił  się do  tyłu,  patrząc  na  nią,  z  rękami 
zaciśniętymi  w  karzące  pięści,  które  przycisnął  do 
skrwawionych warg. 

Uspokajając palce, Meg chwytała się resztek godności. 

—  Stonebridge  dobrze  robi  chłopcom.  Chcieliby 

porwać  Joe'ego,  kiedy  będziemy  odjeŜdŜać.  Opuścili 
początek przedszkola, ale Alexis i ja uczymy ich same 

 

przerwała, uświadamiając sobie, Ŝe mówi od rzeczy. 

 

Przepraszam,  nie  wiem  dlaczego  to  mówię.  To  cię  nie 

dotyczy. 

—  Meg  —  czekał  aŜ  podniesie  na  niego  swe  spusz- 

czone  oczy.  —  Cieszę  się,  Ŝe  dzieci  polubiły  to  miejsce. 
Mój  dom  naleŜy  do  ciebie  tak  długo,  jak  go  będziesz 
potrzebowała. 

—  Dziękuję ci, Shiloh... za wszystko. 
PoniewaŜ brakowało jej głosu do wypowiedzenia wię- 

cej słów, wstała. 

—  Meg. 

Zatrzymała  się  w  drodze  do  drzwi,  ale  nie  odwróciła  się. 

Ramiona  jej  zgarbiły  się,  jakby  oczekiwała  dodatkowego 
ciosu.  Shiloh  myślał,  Ŝe  umrze  ze  wstydu.  Powiedział 
ochryple: 

—  Obronię  cię  przed  Ballengerem.  W  tym  cię  nie  za 

wiodę. 

OdpręŜyła  się.  Czarna  rzeka  włosów,  którą  tak  kochał, 

zakołysała się, kiedy w milczeniu skinęła głową i wybiegła 
z pokoju. 

Ze  swego miejsca, przez otwarte  drzwi  patrzył  jak idzie 

przez  korytarz.  Cała  się  trzęsła.  Szła  ostroŜnym  krokiem 
starej kobiety. BoŜe! Co on jej uczynił? 

163 

background image

Płaską dłonią zmiótł wierzch stołu przed sobą, waląc o 

ś

cianę pięknie wyrzeźbioną, małą, dziką kaczką i antyczną 

wazą na kwiaty. Twarz miał pustą i gorycz w głosie. 

—  Dziękuję, Shiloh! 
Słowa  odzywały  się  wielokrotnym  echem  w  jego  gło-

wie i wiedział, Ŝe zabiłby kaŜdego, kto uczyniłby Meg to, 
co on właśnie uczynił. 

 

Nie jesteś głodna, mamo? 

 

Co, Tommy? — Meg podniosła głowę znad sałatki, 

którą bezmyślnie obracała na talerzu. 

 

Zapytał  czy  nie  jesteś  głodna  —  twarz  Eddie'ego 

miała ten sam zmartwiony wyraz, co twarz brata. 

 

Chyba zjadłam za duŜo na obiad. 

Meg  próbowała  przybrać  radosny  wyraz  twarzy,  kiedy 

odsuwała talerz. 

KaŜdego  wieczoru  w  ostatnim  tygodniu  bliźniaki 

prosiły, Ŝeby jeść kolację w małej kawiarni ogródkowej na 
brzegu basenu. Dni były coraz krótsze i latarnie ustawione 
wzdłuŜ  ścieŜek  nadawały  ustroniu  świąteczny  wygląd; 
„Tak,  jak  na  garden  party",  obwieścił  Tommy.  Ogród  o 
zmierzchu  był  miły,  ale  prawdziwą  atrakcję  stanowili 
Shiloh i Dakota, jeŜdŜący polnymi drogami nad rzeką. 

Meg cierpiała w milczeniu podczas posiłków, nigdy nie 

ś

miejąc oderwać wzroku od stołu. Jedno spojrzenie na 

Shiloha i wiedziała, Ŝe się załamie, tak jak ona załamywała 
się kaŜdego wieczoru w samotności swego pokoju. 

Zawsze to samo. O zmroku Shiloh i Dakota wracali 

galopem z łąk, jak Bellerofon i Pegaz, a cierpienie Meg 
zaczynało się od nowa. Z bladą twarzą i oczyma za-
mglonymi zmęczeniem, patrzyła, jak wschodzi księŜyc 

164

 

 

background image

w  pełni.  Mechanicznie  wykonywała  swe  wieczorne  czyn-
ności:  czas  z  dziećmi,  godzina  lub  dwie  przy  desce  do 
rysowania  i  w  końcu  gorący  prysznic,  który  jednak  nie 
przynosił  ulgi  jej  umęczonemu  ciału.  LeŜała  sztywna,  nie 
mogąc zasnąć, czekając na jego znuŜone kroki i stłumiony 
szczęk  jego  drzwi.  Skończyła  się  jeszcze  jedna  brutalna 
jazda.  Był  bezpieczny!  Wtedy  zaczynała  bezdźwięcznie 
płakać. 

Triumfujące  rŜenie  Dakoty  dobiegało  z  łąki,  przy-

wracając Meg do rzeczywistości. Bolał ją kaŜdy mięsień, a 
kaŜdy  nerw  miała  napięty  do  ostateczności.  Ku  jej 
przeraŜeniu, tym razem wcześniej zbierało jej się na płacz. 
Mówiąc napiętym głosem, zwróciła się do chłopców: 

—  Wiem,  Ŝe  oczekiwaliście  na  melbę  czekoladową, 

ale muszę zajrzeć do waszej siostry. 

Nie było to kłamstwo. Samantha nie czuła się dobrze po 

południu,  jeszcze  nie  gorączkowała,  ale  była  kapryśna, 
jakby za chwilę miała zacząć gorączkować. 

 

Zamówimy podwójną melbę do pokoju. 

 

Dla Alexis teŜ? — spytał Eddie. 

 

No, moŜe dla mnie i Alexis nie podwójną, ale małą z 

pewnością zjemy. 

Meg  nie  zdawała  sobie  sprawy,  Ŝe  śledziły  ją 

zmartwione  spojrzenia.  Dla  gości,  którzy  corocznie 
przyjeŜdŜali do gospody pograć w golfa, tenisa lub brydŜa, 
było  widoczne,  Ŝe  wydarzyło  się  coś  bardzo  złego. 
Rozpacz  ich  gospodarza  i  ślicznej,  młodej  wdowy  była 
niemal dotykalna. 

 

Jaka  szkoda  —  kwakała pani  Holcomb  do  pań  przy 

jej stoliku. 

 

Dość  tego!  —  Jeff  Lattimer  wymamrotał  tylko  do 

siebie. 

Odrzucając serwetkę, wstał od swego samotnego sto- 

165 

background image

lika. Zamiast iść za Meg, jak miał w zwyczaju, zwrócił się 
ku  łące.  W  jego  pośpiesznych  krokach  wyczuwało  się 
gniew,  kiedy  szedł  spotkać  Shiloha,  który  rozbijał  się  po 
okolicy.  Kiedy  koń  i  jego  jeździec  przemykali  obok, 
przeszedł  przez  Ŝywopłot  i  złapał  lejce,  wykorzystując  swą 
posturę olbrzyma, Ŝeby zatrzymać Dakotę. 

 

Co  do  diabła!  —  Shiloh  uspokoił  konia  i  gniewnie 

patrzył na Jeffa. — Chcesz się zabić? 

 

A ty? — Jeff patrzył w górę na Shiloha. — Nocna jazda 

jest szaleństwem, nawet kiedy się jest w świetnej formie,  a  ty 
ostatnio nie jesteś w najlepszej formie. Nie śpisz. Nie jesz. 
Kiedy nie usiłujesz skręcić karku temu cholernemu ogierowi, 
włóczysz  się  po  okolicy.  Mamy  więcej  niŜ  trzeba  ludzi  do 
patrolowania okolicy. Ludzi kompetentnych. 

 

Którzy  pozwolili  dziecku  wędrować  na  łasce  Bóg  wie 

kogo.  Mieliśmy  szczęście,  Ŝe  spotkała  tylko  Dakotę  i 
grzechotnika. 

Shiloh wyszarpnął lejce z dłoni Jeffa. 

—  Do  cholery,  Shiloh  —  Jeff  złapał  go  za  ramię, 

prawie  ściągając  go  z  siodła.  —  Znęcasz  się  nad  sobą. 
Meg  znęca  się  nad  sobą.  Zachowujecie  się  jak  obcy 
sobie, kiedy kaŜdy wie, Ŝe tacy nie jesteście. 

Shiloh  wyciągnął  pomału  swą  rękę,  jego  zimne,  niebieskie 

oczy wpiły się w oczy brunatne. 

Jeff nie dał się zastraszyć. Czekał kilka dni na odbycie tej 

rozmowy i odbędzie ją. 

—  Nie  musiałem  znajdować  was  razem,  Ŝeby  wie- 

dzieć,  Ŝe  będziecie  kochankami,  jeŜeli  jeszcze  nie  jesteś- 
cie.  Do  diabła,  kaŜdy  w  gospodzie  o  tym  wiedział. 
Było  to  wypisane  na  was  obojgu  od  chwili,  gdy  Jingo 
was  tu  przywiózł.  Nie  wiem,  jakie  to  marne  sztuczydło 
masz zamiar odegrać, ale krzywdzisz swoją panią, a ona 

166 

background image

na  to  nie  zasługuje.  Do  cholery,  człowieku,  czy  wiesz  jak 
ona na ciebie patrzy, kiedy przechodzisz obok niej, jakby była 
niewidzialna? 

 

Jeff — szczęka Shiloha drgała, zęby miał zaciśnięte. Jest 

lepiej  tak,  jak  jest.  Sprawy  wymknęły  się  spod  kontroli, 
zrobiłem  parę  błędów,  Samantha  omal  za  nie  nie  zapłaciła. 
Ballenger  wkrótce  wypłynie  i  go  załatwimy.  Wtedy  Meg 
będzie mogła odjechać, a ja nie będę jej juŜ więcej ranić. 

 

O co tu w ogóle chodzi? Wycofujesz się, bo popełniłeś 

błąd?  Do  diabła,  wszyscy  robimy  błędy.  Gdzie  byłem,  kiedy 
Samantha poszła na tę swoją przechadzkę? Gdzie była Alexis, 
personel  hotelowy  i  kaŜdy  z  tej  prywatnej  armii,  którą 
zatrudniasz?  Wydajesz  majątek  na  nadzór,  a  dzieciak  się 
prześlizguje. Mamy szczęście, Ŝe nic się nie stało. Zamiast 
boczyć  się,  jak  chłopiec,  który  znalazł  w  jabłku  robaka, 
powinieneś  paść  na  kolana  i  dziękować  Bogu,  Ŝe  masz  to 
jabłko. 

 

A co, jeśli byłby to Ballenger? Co, gdyby równie łatwo 

tu wszedł? 

 

Nie  zdołałby.  Dorosły  człowiek  nie  mógłby  zajść  tam, 

gdzie zaszła Samantha, nie będąc wykrytym. 

 

Jeff — Shiloh przestał dyskutować. — Muszę z tym 

sobie radzić tak, jak uznaję za stosowne. 

 

Bez względu na to, kogo się rani? Nie moŜecie usiąść 

razem i wyjaśnić sobie wszystkiego. Meg wyjaśniła to Alexis. 
Ty  wyjaśniłeś  to  mnie.  Porozmawiajcie.  MoŜesz  być 
zaskoczony tym, co usłyszysz. 

 

Co chcesz przez to powiedzieć? 

Oczy Shiloha były jak twarde, błękitne kamienie. 

 

Nie  pytaj  mnie,  chłopie.  Jeśli  otrzymasz  jakieś 

wyjaśnienia, otrzymasz je od swojej pani. 

 

Ona nie jest moją panią. 

167 

background image

 

Tak? Jakoś przyszło mi do głowy, Ŝe za taką się, 

uwaŜa.

 

 

 

Dlaczego miałaby tak myśleć? 

 

Ona  nie  jest  typem  kobiety  idącej  do  łóŜka  z 

męŜczyzną,  jeśli  go  nie  kocha.  Nawet  ty  nie  moŜesz  być 
takim  głupcem,  Ŝeby  tego  nie  zauwaŜyć.  Powiedz  jej, 
czemu oblała test, przynajmniej na to zasługuje. Tak samo, 
jak  byłoby  bardziej  po  ludzku  zastrzelić  Dakotę  w  jego 
boksie, a nie zamęczać go na ciemnych stokach. 

 

Umiesz być prawdziwym skurwysynem, Jeff. 

 

Biorę lekcję od mistrza. 

Jeff  odsunął  się  od  Dakoty,  podniósł  rękę  w  po-

Ŝ

egnalnym geście i odszedł. 

Shiloh  osunął  się  w  siodle.  Prawda  raniła,  ale  moŜe 

pewnego dnia Jeff zrozumie, Ŝe niektóre rzeczy nie są nam 
pisane. 

—  Nie  dla  mnie  —  powiedział  i  z  łagodnością,  która 

go zaskoczyła, skierował Dakotę na drogę. 

background image

9

 

—  Znów  fałszywy  ślad!  —  Shiloh  trzasnął  o  biurko 

raportem,  który  czytał.  —  Ballenger  jest  wszędzie 
i nigdzie. 

Czuł na sobie cięŜar spokojnego wzroku Jeffa Lattimera. 

Przez dziesięć dni przestrzegali zawieszenia broni. ChociaŜ 
Shiloh  zastosował  się  do  wskazówek  Jeffa,  zaprzestając 
dzikich,  nocnych  przejaŜdŜek,  Ŝaden  z  nich  nie  prosił  o 
wybaczenie.  Jedynym  nawiązaniem  Jeffa  do  incydentu 
było  szorstkie:  „Koń  nie  wie,  jak  się  zachowywać.  Ty 
wiesz." I Shiloh wiedział, Ŝe Jeff miął na myśli coś więcej 
niŜ jazdę konną. 

Shiloh  wziął  znów  do  ręki  papiery,  ale  myślał  o  Jeffie. 

Kiedyś Gabe przewidywał, Ŝe jeśli skrzywdzi Karolinę, jej 
pokryty bliznami przyjaciel wytnie mu serce i rzuci sępom 
na  poŜarcie.  Shiloh  podejrzewał,  Ŝe  Jeff  chętnie 
zgotowałby mu ten sam los. 

—  Bardzo lubisz Meg, prawda? 

Przerwał  napiętą  ciszę,  która  zbyt  często  zapadała 

między nimi. 

—  To dama z klasą. 

Jeff miał się na baczności, dziwiąc się, dokąd prowadzi 

ta  uwaga.  Od  chwili  jego  wybuchu,  temat  Meg  stanowił 
tabu. 

169 

background image

 

Pytałem, czy ją  lubisz. 

 

Taa... — Jeff odłoŜył na bok swoje raporty. — Lubię 

wystarczająco, Ŝeby mi się nie podobało to, co jej robisz, 

—  Nigdy nie wykonałeś Ŝadnego ruchu. Były okazje. 
Jeff parsknął niedelikatnie. 

—  Tylko  dla  ciebie,  przyjacielu.  Kusiło  mnie,  ale  nie 

trzeba  mnie  walić  w  łeb,  Ŝebym  rozpoznał  prawdę. 
Przynajmniej mama Lattimer nie chowała durni. 

Ostatnie zdanie było wolnym zaśpiewem z Ŝądłem obelgi. 

Shiloh  trzymał  na  wodzy  swoje  humory.  Nie  mógł  sobie 
pozwolić, by złościć się na Jeffa. Potrzebował go. Ignorując 
kolec, powiedział z wystudiowanym spokojem: 

 

Kiedy  to  się  skończy,  nastąpi  okres  trudnego 

przystosowywania się, zdrowienie. Czy nie przeprowadziłbyś 
ją przez to? 

 

To zadanie dla ciebie, nie dla mnie. 

_  Nie  —  ręce  Shiloha  ściskały  blat  biurka,  a  mięśnie  jego 

ramion zdradzały napięcie. — Zrzekam się tego przywileju. 

 

Do  cholery!  —  krzyknął  Jeff.  —  Jedna  pomyłka  to 

jeszcze nie koniec świata. Meg cię nie wini. Ona ko... 

 

Z grzeczności dla mnie, Jeff? 

 

Nie potrzebowałaby mnie, gdybyś po prostu... 

 

Jako  mój  przyjaciel  —  Shiloh  kontynuował  nie-

ubłaganie. 

 

BoŜe  —  Jeff  skierował  wzrok  ku  niebu.  —  Wybaw 

mnie od upartych idiotów. 

Westchnął cięŜko, przeczesując palcami swoje gęste, złote 

włosy. 

—  W porządku. Jako przyjaciel, ale ... 

170 

background image

 

Dziękuję, Jeff — powiedział miękko Shiloh. — Jestem 

ci wdzięczny. 

 

Nie  mnie  —  warknął  Jeff.  —  Mnie  nie  musisz  być  za 

nic wdzięczny. 

Shiloh  powrócił  do  papierów,  wiedząc,  Ŝe  ani  on,  ani 

Jeff,  nie  rozpatrywali  skutków  poraŜki.  Nie  moŜe  zawieść! 
Nie  po  raz  drugi.  Przerzucał  raporty,  szukając  wskazówki, o 
której wiedział, Ŝe jej tam nie ma. Jego frustracja wylała się: 

 

Nie ma nic nowego o rodzinie Ballengera? 

 

Nic do zaraportowania. Współpracują z nami. 

 

CzyŜby? 

Zniekształcona brew uniosła się. 

 

To  dobrzy  ludzie.  Kochają  Evana,  ale  uwaŜają  go  za 

odmieńca,  który  nigdy  nie  pasował  do  rodziny.  Zrobią  co 
mogą, aby powstrzymać go od skrzywdzenia jeszcze kogoś. 

 

Nie moŜemy być tego pewni. 

 

Ja  jestem.  Nie  są  odpowiedzialni  za  to,  co  zrobił  ich 

syn  w  większym  stopniu  niŜ  Meg  jest  odpowiedzialna  za 
zbrodnicze  pijaństwo  Keitha,  ale  zrobią  wszystko  co  mogą, 
aby naprawić krzywdę. Pomagając nam. 

Shiloh  odrzucił  na  bok  raporty,  masując  z  roztargnieniem 

swą pulsującą skroń. Jego głos był na wpół przepraszający. 

—  Przypuszczam,  Ŝe  masz  rację.  Rodzina  Ballengera 

to takie same ofiary, jak Meg. 

—  Wiem, Ŝe mam rację. 
Jeff zerwał się na nogi. 
—  Meg  —  zawołał.  —  Co  sprowadza  cię  do  naszej 

jaskini? 

Shiloh pomału odwrócił krzesło do drzwi, bojąc się tego, co 

uczyni z nim jej widok, ale jednocześnie był spragniony  tego 
widoku. Meg czekała w obramowaniu 

171 

background image

ciemnego drzewa, piękna i krucha, pełna napiętej siły. Jak 
wiele kryzysów przetrzymała, kaŜdy bardziej niszczący niŜ 
poprzedni?  Rachunek  wciąŜ  rósł.  Był  wypisany  na  jej 
twarzy w obronnym spięciu jej ramion. 

Miała  olbrzymie  oczy  płonące  nawiedzonym  światłem. 

Włosy  spięła  bezlitośnie  klamrą  na  karku.  Shiloh  pragnął 
rozpuścić  je,  zawijać  je  w  dłoniach,  przywiązywać  ją  do 
siebie.  Chciał  całować  te  smutne  wargi,  aŜ  spuchną 
zaspokojone  jego  miłością.  Pragnął  dotknąć  szczupłego 
ciała, które pieścił. Pragnął... 

Mięsień zadrgał mu w szczęce, a usta wykrzywiły  się z 

niesmakiem. Nie miało znaczenia to, czego pragnął. 

Jeff  rzucił  mu  spojrzenie,  badając  jego  milczenie,  i 

wzruszył ramionami. 

 

Coś nie w porządku, Meg? 

 

Nie — powiedziała szybko. — Chciałam pomówić z 

Shilohem. 

Jeff skierował się ku drzwiom. 

 

Mam parę rzeczy do zrobienia. MoŜemy to skończyć 

później. 

 

Nie  odchodź  —  krzyknęła  Meg,  chwytając  Jeffa  za 

rękę. 

„Boi  się  zostać  ze mną  sama", myślał  Shiloh.  Serce  mu 

się  krajało.  Nie  czuł  nigdy  takiego  bólu.  Powinien  coś 
powiedzieć, Ŝeby poczuła się odpręŜona, ale co? 

Po następnej przerwie wypełnionej oczekiwaniem, Jeff 

wziął na siebie brzemię konwersacji. 

 

Chodź, usiądź. 

 

Nie  ma  potrzeby.  Nie  zajmę  wam  wiele  czasu  -

chowała za sobą trzęsące się dłonie. — Zdecydowałam, Ŝe 
dzieci i ja musimy wyjechać. 

Oczy  zamknęły  się  jej  z  ulgą.  Zrobiła  to.  Z  większą 

pewnością siebie dodała: 

—  JuŜ czas, abyśmy Wrócili do domu. 

172 

background image

—  Nie — szczęknął suchy głos Shiloha. 
Meg otworzyła oczy, jej nie dający się zastraszyć wzrok 

spotkał  się  po  raz  pierwszy  ze  wzrokiem  Shiloha.  Nie 
mogła  się  spierać.  Był  za  silny,  zbyt  przekonujący.  Po 
prostu przedstawi swą sprawę i pójdzie. 

 

Od  tygodni  nie  ma  Ŝadnego  śladu  Ballengera. 

MoŜliwe, Ŝe jego groźba była czcza, a on po prostu zniknął. 
MoŜe  juŜ  nie  Ŝyje  —  rozłoŜyła  wymownie  dłonie.  —  Nie 
mogę stale mieszkać tutaj i czekać na... na coś tam. Dzieci 
muszą Ŝyć dalej. Musimy jechać do domu. 

 

Nie moŜesz! 

 

Mogę. 

 

To niebezpieczne. 

 

Z ochroną szeryfa Martina będzie bezpiecznie. 

 

Nie  —  powiedział  gorzko  Shiloh,  ich  oczy  toczyły 

pojedynek. 

—  Nie moŜemy się ukrywać przez całe Ŝycie. 
Meg spojrzała na Jeffa w poszukiwaniu poparcia, 

ale  on  wzruszeniem  ramion  wykluczył  się  z  ich  potyczki. 
Meg  ścisnęła  w  Ŝołądku  zapowiedź  klęski.  W  cichej 
rozpaczy rzekła: 

—  Musimy wyjechać. 
Oczekiwała  znów  wybuchu,  ale  nagle  cały  ogień  go 

opuścił. 

—  Daj mi tydzień. 
Jego głos był bezbarwny, prawie błagalny. 
—  Jeśli  nie  znajdziemy  Ballengera  do  tego  czasu, 

pozwolę ci wyjechać. 

Serce  Meg  skoczyło  pod  obręczą  ciasno  ściskającą  jej 

pierś. Jego głos brzmiał tak, jakby zupełnie nie chciał, Ŝeby 
wyjechali...  jakby  chciał,  Ŝeby  została...  chciał  jej!  Dobry 
BoŜe, jak by to była prawda, została- 

173 

background image

by na zawsze. Ale o to nie prosił. Do oczu podeszły jej łzy; 
musi szybko kończyć. 

—  Dobrze. 

Nie  mogła  z  nim  walczyć,  nie  wtedy,  kiedy  patrzył  na 

nią tym zagubionym, smutnym wyrazem twarzy. 

—  Tydzień.  JeŜeli  do  tego  czasu  nie  będzie  nowych 

wiadomości, wyjeŜdŜam. 

—  Dziękuję — powiedział po prostu i zamilkł. 
Jeszcze jedno słowo i zerwałby się na nogi, biorąc ją 

w objęcia, a jeśli by to zrobił, nigdy juŜ jej by nie wypuścił. 

Wypełniła go jałowa pustka. Ciemność nie porównywalnej z 

niczym straty. Pozbawione słów echo samotnego krzyku. Czuł 
skierowane  na  niego  oczy.  Oczy  Jeffa,  gniewne,  zdziwione. 
Oczy Meg, zranione, błyszczące, jej złamany bunt. PoniewaŜ 
oczekiwali  od  niego  komentarza,  usłyszał  jak  mówi  głosem 
mało przypominającym jego głos: 

—  Skontaktuję  się  z  szeryfem  Martinem.  Siedem  dni 

powinno  wystarczyć,  aby  przygotować  twój  powrót  do 
domu. 

Wtedy Meg wyszła, bez słowa — mała figurka, oddalająca 

się  męŜnie.  Odeszła  z  jego  pola  widzenia,  ale  nie  z  jego 
pamięci. Pamiętał kobietę, piękną nie do zniesienia, owiniętą w 
suknię z niebieskozielonego ognia, dotykającą go, obejmującą 
go, szepczącą, Ŝe go kocha. Pamiętał przestraszone spojrzenie 
jej  oczu,  kiedy  powiedziała  mu,  Ŝe  moŜe  począć  jego 
dziecko. Jego dziecko... Dziecko, o którym nie wiedziała; Ŝe 
nie moŜe się narodzić... i bała się. 

„Bała się mnie", rozmyślał. „Ze względu na mnie". 

—  Ma  rację  —  Jeff  przerwał  jego  mamrotanie  dziw- 

nym tonem. — Nie moŜe całe Ŝycie się ukrywać. 

Shiloh spojrzał na niego. Zapomniał o Jeffie. 

174 

background image

 

Prosiłem o tydzień, nie o całe Ŝycie. 

 

Kiedy  cię  wciąŜ  ranią,  tydzień  jest  całym  Ŝyciem.  Albo 

kochaj  kobietę  i  bądź  wdzięczny  za  ten  przywilej,  albo  ją 
wypuść. 

 

Nie mogę — jego twarz była jak storturowana maska. 

—  Jeszcze  nie.  Nigdy  Ŝadna  kobieta  tak  się  dla  mnie  nie 
liczyła. śadna w czasie trzech lat. Od czasu, gdy ją ujrzałem 
po raz pierwszy. 

Mówił  bezładnie,  ledwo  spójne  słowa  były  zaskakującą 

rewelacją.  W  jego  niebieskich  oczach,  gdy  napotykał  wzrok 
Jeffa, malowała się męka. 

 

Nie wiem, jak ją kochać. 

 

To nic trudnego — burkliwie, z przerwami rzekł Jeff. — 

Po prostu otwierasz swe serce i czynisz, co ci dyktuje. 

 

Mogę znów ją skrzywdzić. 

 

ZałoŜę się o  wszystko co mam, Ŝe twoja pani raczej 

zaryzykowałaby tę krzywdę niŜ Ŝycie z dala od ciebie. 

 

Moja pani — powiedział łagodnie Shiloh. 

 

Tak, twoja pani. Pomyśl o tym. Jak to będzie, gdy jej 

zabraknie.  Masz  tydzień  na  odzyskanie  rozsądku  i 
załatwienie  sprawy.  Zacznij  myśleć  o  tym  od  zaraz.  Muszę 
obejść ludzi. Wracam za pół godziny. 

Bez  Jeffa  biuro  było  niesamowicie  ciche.  Strumień 

aktywności  ustał  w  cudowny  sposób,  Shiloh  zamknął  swoje 
bolące oczy i pozwolił sobie zatopić się w marzeniach o Meg i 
jak by to mogło być. 

W  odosobnieniu  swojego  pokoju  Meg  oparła  głowę  o 

szybę. IleŜ razy stała tak z zanikającą odwagą i zimną szybą, 
która  mogła  ją  ukoić?  IleŜ  razy  znalazła  radość  we 
wschodzie  lub  zachodzie  słońca,  albo  miała  nadzieję,  Ŝe  w 
przelocie zobaczy Shiloha? 

175 

background image

—  Masochistka — wymamrotała. 

Dlaczego się dręczyć przypominaniem sobie tego, czego 

nigdy  nie  będzie  miała?  Poprosił  o  tydzień.  Siedem  dni  i 
nigdy  go juŜ nie zobaczy.  ZadrŜała, trąc ramiona, mówiąc 
sobie,  Ŝe  to  chłód  jesieni.  Unosząc  głowę,  skupiła  się  na 
zmieniającym  się  przed  nią  świecie.  Był  on  teraz  inny,  z 
przewagą  ciepłego,  pełnego  koloru,  przewijającego  się 
przez  wiecznie  zielone  rośliny.  Liście,  które  cicho 
szumiały  w  lecie,  trzeszczały  krucho,  jak  gdakanie 
plotkujących gęsi. Pora roku się zmieniła. Ona takŜe. 

Spojrzała  na  nie  dokończony  rękopis  i  skrzywiła  się. 

Termin  się  zbliŜał,  ale  praca,  która  niegdyś  szła  tak 
wspaniale,  stanęła.  Siła  twórcza  skurczyła  się  do  zera, 
kiedy tak się snuła, jak zakochana nastolatka, myśląc tylko 
o Shilohu. 

—  Za tydzień to się zmieni. 
Pokój rozbrzmiewał jej przekonaniem. Wyrzuci Shiloha 

i  Ballengera  z  myśli  i  skończy  się  paraliŜ  niepewnej 
gehenny.  Litościwa  gościnność  Shiloha  została  napięta  do 
granic  wytrzymałości,  a  ona  musiała  przecieŜ  zarabiać  na 
Ŝ

ycie.  ChociaŜ  dzieci  uczyły  się  pod  kierunkiem  Alexis  i 

jej, to nie było to samo, co regularna nauka w przedszkolu. 
Były  szczęśliwe, szczęśliwsze niŜ gdziekolwiek, ale mogą 
być  szczęśliwe  i  w  Lawndale.  Z  pomocą  szeryfa  Martina 
będą bezpieczne. 

Ja  teŜ  będę  szczęśliwsza,  obiecywała  sobie  solennie. 

Bardziej  samotna,  pusta,  nudna,  ale  szczęśliwa.  Nie-
odwracalna  prawda  zabłysła  w  jej  umyśle.  Kocham  Shi-
loha,  męŜczyznę  wyjątkowego.  Moje  Ŝycie  juŜ  nigdy  nie 
będzie takie samo.
 

Ale  w  Lawndale  moŜe  złagodzić  ból,  udać,  Ŝe  śniła  o 

męŜczyźnie,  który  się  z  nią  kochał.  MoŜe  sobie  wmówić, 
Ŝ

e te drogie chwile nigdy się nie wydarzyły. W jej 

176 

background image

dawnym  Ŝyciu  nie  będzie  niczego,  co  wywołałoby  wspo-
mnienia tej nocy, które teraz Ŝyły w zgliszczach jej dumy. 
Będzie  mogła  zapomnieć  szorstkość  jego  włosów  pod  jej 
palcami,  jego  męski  zapach,  odcisk  jego  ciała,  który 
wypalił piętno na jej ciele na zawsze. 

Na krótką chwilę będzie mogła zapomnieć, Ŝe jej serce i 

ciało naleŜało do Shiloha i zawsze będzie naleŜeć. Nawet, 
jeŜeli on ich nie chce. 

Dźwięk  przy  drzwiach  był  skrzyŜowaniem  drapnięcia  i 

pukania. Meg bardzo kusiło, Ŝeby go zignorować, ale myśl 
o  jej  dzieciach  zabroniła  tego.  Ku  jej  zdziwieniu  nie  były 
to jej pisklęta i ich wychowawca, ale starsza pani, którą od 
tygodni  widziała  przy  stoliku  brydŜowym.  Przypomniała 
sobie po chwili jej nazwisko. 

—  Pani Holcomb? 

Starsza pani skinęła głową po królewsku. 

—  Kochanie,  normalnie  bym  się  nie  narzucała,  ale 

w  kwiaciarni  podszedł  do  mnie  obcesowy,  młody  czło 
wiek.  Przypuszczam,  Ŝe  dowiedział  się,  iŜ  jestem  goś- 
ciem  w  gospodzie,  oglądając  mikrobus,  którym  przyje- 
chaliśmy.  Spytał  się  o  panią,  powiedział,  Ŝe  jest  przy- 
jacielem i chce pani zrobić niespodziankę. 

Zza siebie wyjęła mały bukiet goździków. 

—  Normalnie  nie  zajmowałabym  się  doręczaniem 

kwiatów,  ale  ostatnio  wyglądała  pani  tak  smutno, 
a  kwiaty  były  ładne.  Mam  nadzieję,  Ŝe  ucieszy  się  pani 
z, bukietu i wybaczy mi moją śmiałość. 

Wcisnęła kwiaty do rąk Meg i oddaliła się spiesznie. 
—  Kto mógłby przysłać mi kwiaty? 

Przez  jedną  szaloną  chwilę  pomyślała  o  Shilohu  i  wie-

działa,  Ŝe  jest  śmieszna.  Zamykając  za  sobą  drzwi,  wy-
ciągnęła karteczkę z koperty. Nabazgrane inicjały uderzyły 
ją. E.B. Evan Ballenger! 

— Jest w wiosce! 

177 

background image

Zachwiała się na nogach, miaŜdŜąc kwiaty. Rozpoznała w 

swoim  głosie  kruchy  pogłos  paniki  i  siłą  woli  jakiej  nie 
spodziewała się u siebie, zmusiła się do myślenia. Przeczytała 
wiadomość starannie i kilkakrotnie zanim doszło do niej jej 
znaczenie. 

Miał jej dzieci! Falujące, dziewczęce pismo ze zło-wrogą 

wiadomością oznaczało, Ŝe są w niebezpieczeństwie. 

—  To nieprawda. 
Odrzuciła od siebie znienawidzony bukiet z listem Dzieci 

poszły  z  Alexis,  jak  w  kaŜdy  czwartek,  do  wioskowej 
biblioteki.  Shiloh  został  namówiony,  aby  pozwolił  im  na  tę 
przyjemność i ona zwykle szła razem z nimi. Dziś została, 
aby przygotować rzeczy do ich wyjazdu. 

Meg  spojrzała  na  zegar  przy  łóŜku.  Była  czwarta. 

Zawsze wracali o trzeciej. 

—  Są  w  pokoju  muzycznym.  Alexis  miała  zamiar 

nauczyć ich kilku nowych piosenek. 

Mówiła nienaturalnym tonem, przekonując samą siebie. 
—  Pójdę  tam  i  okaŜe  się,  Ŝe  wszystko  jest  w  po- 

rządku. 

Gniotąc kwiaty obcasem, wybiegła z pokoju. Nie pomna 

wszystkich  spojrzeń  i  komentarzy,  pędziła  wzdłuŜ 
korytarza i po schodach, jakby gonił ją diabeł Przed pokojem 
muzycznym, zanim otworzyła drzwi, za trzymała  się.  Pokój 
był pusty. 

—  O BoŜe! — jęknęła. — Ma moje dzieci. 
Kiedy osunęła się z niepokoju, z jej głębi mądrzej- 

sze ja, wydało komendę: Myśl! „Tak muszę myśleć" Ujmując 
głowę  w  dłonie,  odcedziła  z  umysłu  słowa  instrukcji  z 
karteczki. „Kamieniołom. Sama. Nikt, nie 

178 

background image

moŜe  wiedzieć".  Powtarzała  gorączkowo  te  słowa,  aŜ 
okruchy instrukcji utworzyły całość. 

 

Pani  Sullivan?  —  nachylił  się  nad  nią  Tim,  boj 

hotelowy. — Czy pani źle się czuje? 

 

Co? 

Meg  uniosła  głowę  z  dłoni,  chwytając  się  podsuniętej 

wymówki. 

 

Ból  głowy.  Tak,  właśnie.  Pojawił  tak  szybko,  Ŝe 

mnie przestraszył. 

 

Czy  mam  przynieść  pani  aspirynę?  Czy  mam  zawołać 

pana Butlera? 

 

Nie! — zawołała zbyt gwałtownie. — Potrzebuję tylko 

spaceru na świeŜym powietrzu. 

 

Jest pani pewna? 

 

Najzupełniej  —  Meg  próbowała  się  uśmiechnąć.  — 

JuŜ  jest  mi  lepiej,  ale  pójdę  na  ten  spacer,  na  wszelki 
wypadek. 

Zmusiła  się  do  godnego  kroku,  gdy  szła  przez  hol  i 

ogród. Szczęście jej sprzyjało. Karl, straŜnik sektora, patrzył 
w  inną  stronę.  Dziękując,  za  tę  odrobinę  szczęścia, 
prześlizgnęła się przez gęstwinę do cienia. Potem juŜ biegła, 
odrzucając wszelką ostroŜność. Biegła przez las, przepełniona 
lękiem. Mając nadzieję, modląc się, Ŝeby nie było za późno. 

—  Shiloh  —  powiedział  Jeff,  wpadając  do  biura  — 

właśnie  rozmawiałem  z  Alexis.  Zatrzymano  ich  w  bi- 
bliotece.  Dlatego  dzwoniła  stamtąd  do  Meg,  a  potem 
dzwoniła  znowu  z  holu.  Nikt  nie  odpowiadał  za 
kaŜdym  razem.  Tim  widział  Meg  koło  pokoju  muzycz- 
nego, a Karl w ogrodzie, teraz nie ma jej nigdzie. 

Shiloh poczuł się niedobrze, czekając na dalsze słowa Jeffa. 

—  Jedna  z  opon  Alexis  była  przecięta.  Wyglądało 

na wypadek, ale teraz Meg zniknęła — zmartwione 

179 

background image

spojrzenie piwnych oczu spotkało wzrok Shiloha. — 

Cholernie mi się to nie podoba. 

—  Poślij  kogoś  do  jej  pokoju.  Szybko!  —  poin- 

struował go Shiloh. 

Potem, odsuwając krzesło powiedział: 

—  Nie! Ja pójdę. 

Telefon  na  biurku  zadzwonił.  Zawahał  się,  potem 

niecierpliwie podniósł słuchawkę. 

—  Butler  —  warknął  do  mikrofonu,  chcąc  jak  naj- 

prędzej  odejść.  Głos  w  telefonie  był  strasznie  znajomy. 
Jego  pośpiech  ustąpił.  Opadł  na  krzesło  z  dłonią  na 
czole,  zasłaniając  twarz:  Jego  pytania  brzmiały  jak 
szybki ogień z karabinu maszynowego. 

 

Kiedy? Jak? Jak dawno? 

Potem w przygnębieniu: 

 

Taa. Dziękuję, szeryfie. 

 

Ballenger!  

 

Jedzie tu — jeśli juŜ nie dojechał. 

Skóra  na  twarzy  Shiloha  była  naciągnięta,  blizna 

ś

ciągała lewe oko w dół. 

—  Jak to moŜliwe? 

 

Sąsiadka Meg, niejaka panna Hillyard, przypomniała 

sobie  obcego  zadającego  pytania.  Gdzie  była  Meg?  Z  kim 
była Meg? 

 

Nie mogła wiedzieć. 

—  Zaprosiła  go  na  herbatę  i  strzępiła  sobie  język. 

Zadziwiające  jest,  Ŝe  zapamiętała  mnie  na  pogrzebie  i, 
cholera, wydało jej się, Ŝe później widziała mnie u Meg. 

Jeff zaczerpnął przez zęby powietrza. 

 

Przypuszczam,  Ŝe  Ballenger  zdobył  twój  doskonały 

rysopis. 

 

Gorzej.  Szeryf  Martin  powiedział,  Ŝe  jest  to  urocza 

wścibska  staruszka,  która  nigdy  nie  zapomina  twarzy  ani 
nazwisk. 

180 

background image

 

Bum!  Nazwisko  Shiloha  Butlera  nie  jest  całkowicie 

nieznane.  Znalezienie  cię  będzie  dziecinną  zabawą. 
Przynajmniej  doniosła  na  miłego,  ciekawskiego  nie-
znajomego. 

 

Dwa dni po fakcie — powiedział Shiloh bezbarwnym 

głosem. 

 

Cholera!  —  wybuchnął  Jeff.  —  Zaalarmuję  ludzi  i 

sprowadzę  Alexis  i  dzieci  do  pokoju.  Ty  zaopiekujesz  się 
Meg. 

Zatrzymał się w drzwiach. 

—  JeŜeli  to  wszystko  ma  jakieś  dobre  strony,  to  to, 

Ŝ

e juŜ prawie koniec. Meg nie zniosłaby więcej. 

Jej  drzwi  były  otwarte.  Shiloh  wszedł  i  schylił  się  by 

podnieść zgnieciony bukiet. Kwiaty od wielbiciela? Nigdy 
nie  dawał  jej  kwiatów.  MoŜe  nigdy  juŜ  nie  da.  Jego  oczy 
błądziły  po  pokoju,  szukając  czegoś,  co  wskazywałoby 
dokąd poszła. 

Dotknął  Ŝółtej  koszuli  nocnej  rzuconej  w  końcu  łóŜka, 

przypominając  sobie,  Ŝe  raz  przyszła  do  niego  w  koszuli 
tak  delikatnej,  jak  poranna  mgiełka.  Poczuł  subtelny 
zapach, który przywarł do koszuli, zachował go w płucach 
— małą jej cząstkę, która mogła być jego. 

Białą kartkę znalazł pod wygiętym biegunem fotela. 

—  Ki diabeł — wymamrotał, kiedy ją podnosił. 
Wiadomość poruszyła nim jak trzęsienie ziemi. Opadł 

na fotel przepełniony trwogą. 

Poszła do Ballengera zwabiona przebiegłym oszustwem 

obłąkańczo zdolnego umysłu. Ballenger nie mógł przerwać 
ochrony  gospody,  więc  nie  próbował.  Zamiast  tego  do 
swojej  pułapki  wykorzystał  niezawodną  przynętę.  Jak 
zdołał  przesłać  kwiaty?  Na  wpół  zapomniany  obraz    
przepłynął    Shilohowi    przez   mózg.    Panna 

181 

background image

Holcomb, śpiesząca przez hol z bukietem kwiatów. Z tym 
bukietem. 

—  Niech  cię  cholera,  Ballenger!  —  rzucił  kwiaty 

o ścianę. — Zrób jej coś, a zabiję cię gołymi rękami. 

Jego  samokontrola,  kiedy  podszedł  do  telefonu  Meg,  była 

zupełna.  Najpierw  zadzwonił  do  Cassa,  stajennego.  Dakota 
będzie  czekać  osiodłany,  z  naładowaną  strzelbą  w  olstrach. 
Drugi telefon był do Jeffa. 

 

Umieściłem  dzieci  w  innym  pokoju  —  zameldował 

Jeff. — Nikt nie wie w którym, prócz ochrony. Alexis nie 
odstąpi  ich  ani  na  krok.  StraŜnicy  są  ustawieni  według 
planu. Schody dla słuŜby zablokowano. 

 

Dobrze. 

PoniewaŜ  dzieci  starannie  strzeŜono,  mógł  całą  uwagę 

skupić  na  Meg.  Dzięki  Jeffowi,  czarnej  owcy  wybitnej 
rodziny. Kimkolwiek Jeff by nie był, ich związek był silny i 
korzystny w sferze zarówno osobistej, jak i zawodowej. Mógł 
liczyć na Jeffa, jak na swoją prawą dłoń. 

 

Biorę Dakotę. Pojedziemy na skróty, przez las. 

 

Skontaktowałem  się  z  Jingo.  Mamy  szczęście.  Jest  w 

pobliŜu. Będzie tutaj za niecałe dziesięć minut. 

 

Skąd wiedziałeś, Ŝe będziemy go potrzebować? 

 

Nie  wiedziałem.  Po  prostu  starałem  się  uruchomić 

wszystkie moŜliwe środki do ratowania Meg. UwaŜaj, Shiloh. 
Będziemy z Jingo zaraz za tobą. 

Shiloh  nie  mógł  wyrazić  swojej  wdzięczności.  Nie 

próbował. Po prostu upuścił słuchawkę i wybiegł. 

Cass  czekał  z  Dakotą.  Strzelba  była  na  miejscu, a obok 

niej  nóŜ.  Ani  Cass,  ani  Shiloh  nie  tracili  czasu  na  słowa. 
Shiloh  wsiadł,  pochylił  się,  aby  uścisnąć  dłoń  Cassa,  i 
zmusił Dakotę do galopu. 

Ich  nocne  jazdy  przyniosły  pewną  korzyść.  Przemierzyli 

teren od rzeki do kamieniołomu i z powrotem. 

182 

background image

Shiloh  pozwolił  Dakocie  prowadzić,  pozwalając  mu 
przeskakiwać dziury i omijać drzewa z szaleńczą szybkością. 
Musiał tylko trzymać się w siodle. 

Obok kamieniołomu wstrzymał Dakotę ściągnięciem cugli. 

ChociaŜ  serce  kazało  rzucić  się  na  poszukiwanie  Meg, 
rozsądek doradzał ostroŜność. Ballenger będzie jak zranione 
zwierzę, przebiegły i podwójnie niebezpieczny. 

 

Cicho,  cicho,  chłopcze  —  uspakajał  konia,  kiedy 

lustrował  brzegi  kamieniołomu.  Było  spokojnie.  Nic  się  nie 
ruszało. 

 

Spokojnie — szepnął, kiedy Dakota zastrzygł uszami. 

— Wiem, Ŝe on jest tutaj. 

Pot  spływał  Shilohowi  po  twarzy  i  zalewał  oczy,  ale  nie 

ośmielał się go wytrzeć. 

—  Gdzie  jesteś,  Meg?  —  wymamrotał.  —  Wykonaj 

ruch, daj mi znak. Wiedziałaś, Ŝe przyjdę. 

W  oddaleniu  usłyszał  dźwięk  śmigieł  helikoptera 

przecinający powietrze. Jingo prowadził maszynę jak demon, 
nisko, pewnie i szybko. 

Nagle  wychudzona  figura  wyskoczyła  Ŝ  fałdy  czerwonej 

ziemi.  Jego  oczy  były  pełne  oślepiającego  ognia  szaleństwa, 
kiedy  wymachiwał  groŜącą  pięścią  przykremu  hałasowi  z 
nieba. Shiloh tylko raz w Ŝyciu widział takie oczy. Były to 
oczy  zagubione  w  piekielnych  czeluściach,  Ŝarzące  się  w 
twarzy mordercy. 

Niemy ból szarpnął gardłem Shiloha. Wiedział, Ŝe przybył 

za  późno.  To,  co  Ballenger  zaplanował,  zostało  wykonane. 
Ostatnią szansą Meg, jeŜeli ją miała, był kamieniołom. Shiloh 
modlił  się,  Ŝeby  szaleniec,  jako  mniejsze  zło,  rzucił  ją  w 
mroczne  głębie.  Hipotermia  byłaby  nagła,  ale  jednak  dawała 
pewną nadzieję, kupowała czas dla Meg. 

183 

background image

Czas!  Mieli  go  tak  mało.  Był  taki  cenny.  Okrzyk 

wojenny  wyrwał  się  z  jego  gardła,  kiedy  gnał  Dakotę 
naprzód,  odgłos  niepokoju  o  miłość,  którą  być  moŜe 
stracił. 

Ballenger  znieruchomiał.  Nieprzytomnie  oderwał  oczy 

od  nieba.  Shiloh  mógł  go  stratować,  ale  jakiś  pierwotny 
instynkt go ostrzegał, Ŝe jeśli ma przeŜyć Ŝycie z Meg, nie 
moŜe go splamić morderstwem. 

Chudy  człowiek  rzucił  się  do  ucieczki  sekundę  za 

późno.  Shiloh  spadł  na  Ballengera  z  siodła,  tarzając  się  z 
nim, a upadek wybił im obu oddech z ciała. Ballenger wpił 
się palcami w twarz Shiloha, kopał go w nogi, krzycząc jak 
rozhisteryzowane  zwierzę,  kiedy  tarzali  się  w  kurzu. 
Długie,  cienkie  ramiona  były  wszędzie,  zwijając  się  z 
węŜową  siłą  szaleństwa.  Toczyli  się  razem,  walając  po 
krzakach  i  kamieniach.  Shiloh  zdołał  zadać  jeden  mocny 
cios,  a  potem  drugi.  Krzyk  Ballengera  urwał  się  nagle. 
Jego ciało znieruchomiało. 

Shiloh  wstał,  drŜąc.  Skaleczenie  i  siniaki  znaczyły  jego 

twarz i ramiona, ale on myślał tylko o Meg. Odwrócił się, 
uświadamiając  sobie,  Ŝe  nie  moŜe  odejść,  jeszcze  nie. 
Musiał dotrzymać obietnicy. Dzieci muszą być bezpieczne. 
Ballengerowi  nie  wolno  ich  dosięgnąć.  Meg  nie 
podziękowałaby  mu  za  uratowanie  Ŝycia,  jeśli  miałoby  to 
być ich kosztem. 

Na  dany  sygnał  Dakota  podbiegł  do  niego.  Shiloh  był 

prawie  niezdarny  z  pośpiechu.  Wziął  pętlę  liny  z  kuli  u 
siodła.  WiąŜąc  jak  mumię  szkieletowate  ciało  Ballengera, 
przywlókł  je  do  drzewa.  Jego  ostatnią,  odruchową 
czynnością było klapnięcie Dakoty po zadzie, aby odesłać 
go do domu. . 

— Teraz, Meg, teraz. Proszę... 

O co prosił? Nie wiedział, ale to był jego pacierz za nią. 

184 

background image

Jakby na zawołanie, przybył helikopter Jinga, rycząc nad 

drzewami.  Bez  oglądania  się,  Shiloh  pobiegł  na  polanę, 
sięgnął  po  zwisającą  drabinę,  a  pojazd  wisiał  w  wirze 
kurzu.  Osłaniając  oczy,  Shiloh przypiął  się,  a Jingo  uniósł 
się wzwyŜ. ChociaŜ w powietrzu odgłos śmigieł nie odbijał 
się  od  drzew  i  kamyki  nie  waliły  juŜ  w  śmigłowiec  jak 
praŜona  kukurydza,  Shiloh  słyszał  tylko  fragmenty 
nawoływań Jeffa. 

— Kamieniołom! 
Reszta zgubiła się, kiedy przeciąg ze śmigieł zmył słowa 

z  jego  ust.  To  wystarczyło.  Meg  była  w  zimnych  wodach 
kamieniołomu. W języku migowym Jeff wyjaśnił ich plan. 
Jingo  zniŜy  się  na  tyle,  na  ile  będzie  mógł.  Kiedy  Shiloh 
będzie  w  wodzie,  helikopter  będzie  wisiał  nad  nim,  tak 
długo  jak  to  będzie  potrzebne.  Jeff  wciągnie  ich  do 
ś

migłowca. 

Było  to  ryzykowne,  ale  była  to  jedyna  szansa.  Heli-

kopter  Jinga  nie  był  wyposaŜony  do  akcji  ratowniczej. 
ś

ycie  Shiloha  i  Meg  będzie  zaleŜeć  od  siły  jednego  i 

umiejętności  drugiego.  Zwisając  na  drabince,  Shiloh 
spojrzał  w  oczy  Jeffa  i  kiwnięciem  powierzył  swe  Ŝycie 
przyjaciołom. 

Na  komendę  Jeffa,  Jingo  opadł  nad  samą  wodę, 

poszukując Meg. Meg nie było. Shiloh czekał, kaŜdy nerw 
miał  stargany  bólem.  Nagle  wynurzyła  się  na  po-
wierzchnię.  Jej  włosy  były  rozłoŜone  jak  wachlarz,  ruchy 
powolne. Hipotermia! 

Shiloh  wskoczył  do  wody.  Po  upadku  zanurzył  się 

głęboko  w  zimną  ciecz.  Po  krótkiej  chwili  dezorientacji, 
wyprostował  się  i  wypłynął  na  powierzchnię.  Meg 
zniknęła. Dał nurka, młócąc rękami w poszukiwaniu Meg. 
Nic.  Wypłynął  na  powierzchnię  i  zaczerpnął  oddechu  aby 
znowu  nurkować,  kiedy  zobaczył  Meg,  oddaloną  o  nie 
więcej niŜ dwa metry, utrzymującą się 

185 

background image

na  wodzie  prawie  nieświadomie.  Skórę  miała  bladą,  usta 
sine. Kiedy ją zobaczył, jej ruchy właśnie ustały i zaczęła 
osuwać się pod powierzchnię wody. 

 

Meg! — zawołał, przybliŜając się do niej z potęŜnymi 

wyrzutami ramion. Poszła pod wodę. Shiloh bał się, Ŝe juŜ 
ostatecznie.  Jego  palce  natrafiły  jednak  na  jej  włosy.  Teraz 
mógł objąć ją ramieniem i przyciągnąć do siebie. 

 

Mam cię, kochanie. Jesteś bezpieczna. 

 

Shiloh? — jego imię było niewyraźnym dźwiękiem, jej 

zimne  wargi  ledwie  się  poruszały.  —  Shiloh  mnie 
nienawidzi. 

Była  bezwładnym  ciałem,  nie  w  pełni  świadomym. 

Wiedział, Ŝe nie będzie tego pamiętać, ale powiedział: 

—  Nie  nienawidzę  cię,  kochanie,  kocham  cię.  Tylko 

się  trzymaj,  a  kiedy  to  wszystko  minie,  poświęcę  całe 
Ŝ

ycie, aby tego dowieść. 

Trzymając ją bezpiecznie jedną ręką, dał znak przyjaciołom. 

Drabina  otarła  się  o  powierzchnię  wody.  Śmigła  wzbijały 
pianę,  pryskając  na  twarz  Meg.  Musiał  ją  ogrzać,  zanim 
będzie za późno. 

Zahaczył drabinę ręką, wplatając nogę w jej szczeble. Jingo 

nie poruszy śmigłowca, dopóki on dobrze się nie zaczepi. Cal 
po calu byli wyciągani, potem nagle zatrzymali się. Ich waga 
musiała  być  zbyt  duŜa  dla  Jeffa.  Nagle  znów  zaczęli  się 
podnosić.  Jeff,  uruchomił  swe  rezerwy,  znajdując  w  nich 
nadludzką  siłę.  W  cudowny  sposób  znaleźli  się  nagle  przy 
helikopterze i złotowłosy gigant sięgał po Shiloha. Śmiał się, 
podnosząc ich, jakby nic nie waŜyli. 

Pod  stopami  Shiloha  była  twarda  podłoga.  Ciasno 

owinięto ich kocem, a drzwi zatrzaśnięto, zanim Shiloh zdąŜył 
spojrzeć  na  Jeffa.  Dłonie  Jeffa  były  poocierane  i 
posiniaczone, Ŝyły na jego rękach rozdęte, napęczniałe 

186 

background image

z  ogromnego  wysiłku.  „Jak  się  odwdzięczę  temu  czło-
wiekowi?",  zastanawiał  się  Shiloh.  Zanim  mógł  odzyskać 
głos, Jeff przejął inicjatywę. 

Na  jego  opalonej  twarzy  pojawił  się  uśmiech.  Spojrzenie, 

którym omiótł zmaltretowany kształt Meg, było czułe. 

 

Okay? 

 

Okay  —  powiedział  Shiloh  miękko.  To  było  całe 

podziękowanie, którego chciał Jeff. 

 

Jingo! — zawołał Jeff, przekrzykując ryk silników. — 

Zawieźmy Shiloha i jego panią do domu. 

Jęk Meg sprowadził Shiloha na kolana. Klęcząc u jej boku, 

odsunął jej kosmyk włosów z twarzy, szepcząc słowa, których 
nie  mogła  słyszeć.  Od  wielu  godzin  siedział  przy  jej  łóŜku, 
kiedy  leŜała  spokojnie,  jak  martwa.  Tylko  powolne 
wznoszenie  się  i  opadanie  jej  piersi  było  oznaką,  Ŝe  ciągle 
Ŝ

yje.  Nawet  dzieci  nie  oŜywiły  jej  uściskami  i  pocałunkami. 

Ś

rodek  uspokajający,  zaaplikowany  przez  lekarza,  trzymał  ją 

głęboko w uzdrawiającym zapomnieniu. 

 

Nie rozpamiętuj, nie śnij! — mamrotał, mając nadzieję, 

Ŝ

e  szok  zmyje  z  jej  pamięci  wspomnienie  płonących  oczu 

Ballengera,  jego  palców  zaciskających  się  na  jej  gardle, 
wspomnienie  spokojnych,  głębokich  wód  kamieniołomu. 
Shiloh  zadrŜał,  czując  jeszcze  zimno,  czuł  swą  rękę 
wplątującą  się  w  jej  włosy,  jedyny  łącznik  między  nią  a 
Ŝ

yciem, kiedy usiłował jej dosięgnąć. 

 

Pamiętaj  o  dobrych  rzeczach.  O  Jeffie,  który  dał  z 

siebie  nawet  więcej  niŜ  mógł,  i  o  Jingo,  który  wprowadził 
swój  ukochany  helikopter  w  piekielne  szczęki,  aby  cię 
ratować. 

Jego  dłoń  spoczęła  na  jej  policzku,  jego  kciuk  śledził 

kształt jej ust. 

187 

background image

  -  Pamiętaj,  Ŝe  cię  kocham.  Musisz  o  tym  wiedzieć.  Meg 
zadrŜała.  Powiedziała  coś,  ale  nie  obudziła  się.  Ochryple 
rozpoczęła  przerywany  monolog,  opowiadający  o  zmorze. 
KaŜde błądzące słowo o nienawiści i strachu raniło jak nóŜ 
serce Shiloha. Wsuwając pod nią ręce, przeniósł ją na swe 
kolana. Z jej głową spoczywającą mu na piersi, kołysał ją, 
nucąc cicho znowu i znowu: 

—  Nie,  kochanie.  Mylisz  się.  Nie  nienawidzę  cię.  Nie 

mógłbym. 

Kołysał ją tak długo po tym, jak się uspokoiła. Długo po 

tym,  jak  przestał  czuć,  Ŝe  ją  trzyma.  Zapadła  ciemność  i 
wciąŜ ją trzymał.   

Shiloh westchnął, jego wargi musnęły czoło Meg. Twarz 

miał bez wyrazu. Brzydota tego, co jej uczynił, co usłyszał, 
raniła go do głębi duszy. Nie myślała, Ŝe po nią przyjdzie, 
kiedy  walczyła  samotnie  z  tymi  ciemnymi,  zimnymi 
wodami. BoŜe! Jaka głębia rozpaczy! Umierać, kochać go, 
tak,  jak  wiedział,  Ŝe  go  kochała,  i  myśleć,  Ŝe  jest  mu 
wszystko jedno. 

—  Kochałem  cię,  najdroŜsza.  Tak  bardzo,  Ŝe  nie 

chciałem cię nigdy skrzywdzić. 

Przytulił  ją  mocniej  do  siebie,  jego  wargi  dotykały 

jej włosów. 

 

—  W  mojej  arogancji  zdecydowałem,  Ŝe  tylko  ja 

wiem,  co  jest  dla  ciebie  najlepsze.  Czego  ty  chciałaś, 
nie  liczyło  się.  Bawiąc  się  w  Boga,  zdecydowałem,  Ŝe 
będzie  ci  łatwiej  mnie  porzucić,  jeśli  będziesz  mnie  nie- 
nawidzieć.  Musiałaś  mnie  opuścić.  Lepiej  było  zadać  ci 
ból  raz.  Obrączka,  którą  nosisz  tego  dowodzi.  Nie  mo- 
głem znieść myśli, Ŝe znów będę cię ranił. 

Pogłaskał  kciukiem  jej  przezroczystą  powiekę,  dzi- 

wiąc się długości jej kruczo czarnych rzęs. 

 

—  Rzuciłem ci w twarz to, co mi ofiarowałaś. Chcia- 

188 

background image

łem  cię  oddalić.  Miłość  jest  dla  mnie  tak  nowym  do-
ś

wiadczeniem, Ŝe nie wiedziałem, Ŝe było to najgorsze, co 

mogłem  zrobić.  Nie  wiedziałem,  do  jakiego  stopnia  oboje 
zostaniemy tym zranieni. 

Meg  poruszyła  się,  układając  się  wygodniej  w  jego 

ramionach.  Wiedział,  Ŝe  to  nic  nie  znaczy,  nie  zdawała 
sobie  sprawy  z  tego,  co  mówi,  ale  mimo  to  jego  nadzieje 
wzrosły. Kołysał ją jak dziecko i opowiadał swoją historię. 

—  Długo  myślałem,  Ŝe  nie  jestem  zdolny  do  miłości, 

ale  teraz  myślę,  Ŝe  cię  kochałem  od  chwili,  gdy  ujrza- 
łem  cię  po  raz  pierwszy.  Na  pogrzebie  Keitha  patrzyłaś 
na  mnie,  jakbym  był  przezroczysty.  Byłaś  taka  piękna, 
taka  zagubiona,  i  nic  nie  mogłem  zrobić.  Kiedy  Ballen- 
ger  uciekł,  w  przewrotny  sposób  byłem  niemal  zado- 
wolony.  Dostarczył  mi  pretekstu,  aby  cię  tu  przywieźć. 
Nie  wiem  po  co.  Po  prostu  chciałem,  Ŝebyś  była  blisko 
mnie.  Czy  napełnia  cię  wstrętem  myśl,  Ŝe  wykorzysty- 
wałem  twój  strach?  Czy  to  jeszcze  jeden  grzech  za- 
czerniający  mą  duszę?  Byłem  ostatnim  idiotą  od  po- 
czątku  do  końca.  PoniewaŜ  nie  rozumiałem,  Ŝe  miłość 
jest  silniejsza  niŜ  strach,  samotność  i  ból,  chciałem, 
abyś  mnie  nienawidziła.  A  teraz  juŜ  musisz.  Po  wszyst- 
kim, co zrobiłem, nie moŜesz juŜ mnie kochać. 

Przełknął ślinę i wytarł mokry policzek. 

—  Jeśli  będzie  to  dla  ciebie  jakimś  pocieszeniem, 

będę  tego  Ŝałował  przez  całe  Ŝycie.  Kiedyś,  kiedy  to 
wszystko  minie,  kiedy  pokochasz  kogoś  innego,  moŜe 
zdołasz mi przebaczyć. 

Dźwięk,  który  wydarł  się  z  gardła  Meg,  był  na  pół 

westchnieniem,  na  pół  łkaniem.  Była  zmęczona.  Potrze-
bowała  odpoczynku,  a  nie  jego.  Nie  będzie  go  juŜ  nigdy 
potrzebować.  Z  szarpiącym  mu  piersi  nierównym  odde-
chem, wstał i ułoŜył ją troskliwie na łóŜku. Wygładza- 

189 

background image

jąc na niej przykrycie, pocałował ją w policzek, szepcząc: 

—  To  nie  ma  znaczenia.  Nic  nie  ma  znaczenia,  z  wy- 

jątkiem tego, Ŝe jesteś juŜ bezpieczna. 

Stał przy niej przez dłuŜszą chwilę. Nie chciał jej opuszczać, 

ale Alexis była w pobliŜu. Usłyszy najmniejszy dźwięk Meg, 
a  na  niego  juŜ  zbyt  długo  czekały  sprawy  do  załatwienia. 
Jeffowi i Jingo pozostawił kontakty  z  policją.  Inspektor  był 
grzeczny  i  cierpliwy,  ale  chciał  natychmiast  z  nim 
porozmawiać. 

Trzeba  było  zająć  się  równieŜ  Dakotą.  Koń  był  wspaniały, 

równie wspaniały jak Jeff i Jingo. Zanim ta noc się skończy, 
bez  względu  na  to,  czy  chcą  tego,  czy  nie,  musi  wyrazić 
wdzięczność  swym  przyjaciołom.  Tylko  wtedy  moŜe  oddać 
się zapomnieniu. 

Spojrzał w dół na Meg, która teraz spała juŜ spokojnie. 

—  Jeśli  tylko...  —  wyrzekł  zduszonym  głosem,  po 

czym odwrócił się i wyszedł z jej pokoju. 

190 

background image

10

 

Pół  otwarte  okno  przy  łóŜku  było  zasłonięte  przezro-

czystymi zasłonami. Południowe słońce, osłabione schyłkiem 
jesieni,  przenikało  zasłonę,  dotykając  Shiloha,  ogrzewając 
mu twarz, budząc go swym światłem. 

Jego  sen,  który  przyszedł  z  trudem,  był  głęboki  i  pełny, 

oczyszczający  z  lęków.  LeŜał  drzemiąc,  na  wpół  śpiąc,  na 
wpół obudzony. Bóle obudziły się z nim równieŜ. Niewielkie 
bóle. NadwyręŜenie mięśnia odczuwalne tylko przy oddechu. 
Szczypanie  ciała  podrapanego  i  poszarpanego  przez 
szponiaste paznokcie. Rozległe siniaki pokryte skrzepłą krwią 
i ciemniejące. Będzie bolało, gdy się poruszy. 

Nie miało to znaczenia. Meg była bezpieczna. Tylko to się 

liczyło. 

Z  zamkniętymi  oczyma  przysłuchiwał  się  gospodzie  — 

Ŝ

ywej,  krzątającej  się,  w  pełnej  dziennej  aktywności.  Słyszał, 

jak  otaczające  go  ściany  skrzypią  z  ulotnym  sekretem 
samotności i wiedział, Ŝe jest tak samotny jak nigdy. 

Gdzieś niedaleko Jingo warczał nad przewodami wysokiego 

napięcia. Przy stodole Cass cmokał na prychającego Dakotę. 
Na  murawie  bawiły  się  dzieci.  Dzieci  Meg.  Ich  śmiech 
mieszał się ze słodkim głosem Alexis 

1

91 

background image

i  śmiechem  Jeffa.  Było  pewnym  pocieszeniem  słyszeć  te 
znajome dźwięki. 

Ballenger odszedł z ich Ŝycia, juŜ nie jest groźny. Po tej 

ostatniej  gorączkowej  aktywności  jego  schizofrenia 
przemieniła się w milczący, nieruchomy stan katatonii. Nikt 
nie wiedział, o czym myślał, jak wiele pamiętał. Ale w jego 
ś

wiecie,  w  schronieniu  umysłu  złamanego  nie  do 

naprawienia,  było  wątpliwe,  czy  Sullivanowie  w  ogóle 
istnieli.  Lekarz  policyjny  ostrzegł,  Ŝe  wyjście  z  katatonii, 
chociaŜ  rzadkie,  nie  jest  niemoŜliwe.  Shiloh  jednak 
pamiętał  cienkie,  wychudzone  ciało  i  siłę,  która  była 
maniakalna,  a  nie  fizyczna.  Myślał  o  latach  sztucznego 
Ŝ

ywienia,  o  tym,  Ŝe  Ŝyły  kiedyś  odmówią  przyjmowania 

igieł  kroplówki  i  wiedział,  Ŝe  Ballenger  z  tego  juŜ  nie 
wyjdzie.  Smutny  koniec  smutnego  człowieka,  który 
wyrządził więcej szkód, niŜ sobie kiedykolwiek uświadomi. 

Krzyk  szczęścia  zawirował,  beztroski  i  zaraźliwy, 

unosząc  się  jak  muzyka  w  rześkim  powietrzu.  To  był 
Eddie  z  całkowicie  nową  pewnością  siebie.  Shiloh 
uśmiechnął  się.  W  jego  świecie  prawie  wszystko  było  w 
porządku. 

Poryw  wiatru  poruszył  zasłonę  i  przebiegł  po  przy-

kryciu  jego  łóŜka.  Shiloh  westchnął,  napełniając  płuca 
wonią jaśminu i róŜ. Meg. 

— Meg? 

Oszołomiony,  jak  spłoszony  ze  snu,  uniósł  się  na  łok-

ciu.  Zapomniane  prześcieradło  ześlizgnęło  się  po  jego 
obnaŜonym  ciele,  zatrzymując  się  na  granicy  przy-
zwoitości. 

— Hello! 

Była samą łagodnością. Głos wydobywał się z jej po-
siniaczonego gardła ochrypłym szeptem. Shiloh   zamknął  
oczy, przygładzając  ręką  kudłate 

192 

background image

włosy,  odgarniając  je  z  czoła.  Kiedy  znów  otworzył  oczy 
ciągle jeszcze była. Nie przyśniła się mu. 

Siedziała  przy  jego  łóŜku,  ubrana  w  długą  koszulę 

malarską  i  dŜinsy.  Obok  niej  leŜały  pióra  i  czarny 
szkicownik. Ręce miała skromnie złoŜone na podołku. Wło-
sy miała puszyste i lśniące. Zmyto z nich juŜ mroczną wodę 
kamieniołomu. Odbłyski na nich były jak gwiazdy w ciemną 
noc. Z chustą na gardle, kryjącą spustoszenia ostatniej nocy, 
Meg była obrazem spokoju. 

 

Nie  powinnaś  być  tutaj  —  odzyskał  głos.  —  Po-

winnaś być w łóŜku. 

 

Jeff powiedział, Ŝe śpisz, chciałam być tutaj, gdy się 

zbudzisz. 

 

Powinien był cię zatrzymać. 

 

Nic by mnie nie zatrzymało. Nawet ostatni idiota. 

 

Ostatni  idiota...  —  jego  pierś  uniosła  się  w  nie-

słyszalnym jęku. — Zeszłej nocy. Słyszałaś? 

Zamknął znów oczy i czekał. 

 

Dostatecznie duŜo. 

 

Meg, ja... 

CóŜ  mógł  jej  powiedzieć?  To,  co  było  do  powiedze- 

nia,  mogła  mówić  jedynie  ona.  Lęk  obrócił  się  w  nim 
jak  korkociąg.  Nie  chciał  słuchać,  ale  jednak  musiał. 
Był  to  jej  winien.  Jej  kubek  jego  serdecznej  krwi.  Ra- 
chunek za zdradę.

 

 

Była  tak  blisko.  Wokół  niej  iskrzyło  się  światło.  Jej 

zapach go ogarnął. Chciał ją dotknąć. Nie mógł. 

Bolało! Miał to, na co zasłuŜył. 

Krzywda.  Jak  idiota,  którym  go  nazwała,  nie  wiedział 

nic  o  kochaniu  i  krzywdzeniu.  Tylko  kiedy  leŜała  oszo-
łomiona  i  na  wpół  zamarznięta,  tama  puściła.  Wtedy,  za 
późno, prawie się nie udusił w strumieniu tego, co musiał 
jej powiedzieć, wszystkiego, co chciał, Ŝeby wiedziała. 

193 

background image

Czy przybyła, Ŝeby kpić z jego pokornych słów, Ŝeby mu je 

odrzucić i zaśmiać mu się w twarz? 

—  Meg  —  ochrypły  oddech  piłował  mu  gardło.  — 

Dlaczego przyszłaś? 

Nie odpowiedziała. Dziwny uśmiech wykrzywił jej gardło, 

kiedy  jej  oczy  błądziły  po  nim.  Nieopanowany  bałagan, 
który, jak wiedział, zrobiły jego palce w jego włosach, był dla 
niej  źródłem  spokojnego  rozbawienia.  Jej  uśmiech  się 
zmienił,  złagodniał,  kiedy  studiowała  jego  twarz,  jego 
kamienne  rysy  i  tę  cholerną  bliznę,  która  je  psuła.  Czuł  jej 
niebieskozielone 

spojrzenie 

zatrzymujące 

się 

przez 

wieczność na jego ustach. 

RozdraŜniony  tymi  cichymi  studiami,  Shiloh  poruszył  się. 

Podniósł  się  do  pozycji  siedzącej,  z  plecami  na  poduszkach. 
Ten ruch odwrócił jej zainteresowanie od jego twarzy. 

Oczy,  które  nabierały  zielonej,  głębi,  co  kiedyś  oznaczało 

namiętność, ześlizgnęły się powolnym ruchem wzdłuŜ  jego 
gardła na obnaŜoną pierś. Uśmiech jej znikł. 

—  Jesteś ranny. 

Jej głos zawahał się i coś zadrŜało w złamanym tonie. 

 

Nikt mi o tym nie powiedział. 

 

To nic. Zadrapania, jedno czy dwa skaleczenia i kilka 

siniaków — mówił bardziej szorstko, niŜ zamierzał — Doktor 
mówi, Ŝe przeŜyję. 

Cofnęła się wreszcie, a on miał ochotę odgryźć sobie język. 

Jej  wspomnienia  o  śmierci  i  umieraniu  były  zbyt  świeŜe  na 
kpiny.  W  jej  twarzy  był  smutek  i  nagły  spokój,  kiedy 
oglądała  powoli  i  drobiazgowo  kaŜdy  jego  poobijany  cal. 
Kiedy  juŜ  nie  mógł  znieść  jej  dziwnego  nastroju,  zapytał 
znów ochryple. 

—  Czego chcesz, Meg? Dlaczego przyszłaś? 

194 

background image

—  Przyszłam  ci  podziękować  i  uczcić  to,  Ŝe  Ŝyję, 

z człowiekiem, który zwrócił mi Ŝycie. 

Uczcić!  Dziwny  sposób  na  powiedzenie,  Ŝe  jest  się 

zadowolonym,  Ŝe  się  Ŝyje.  Dziwne  słowo  na  wyraŜenie 
wdzięczności. Shiloh czuł łopoczący w nim ból jak wrzącą, 
czarną  mgłę,  odgradzającą  od  niego  światło  dnia.  Jak 
jałowa była wdzięczność, kiedy potrzebował jej miłości. 

 

Nie  zasługuję  na  twoje  podziękowania  —  powiedział 

ochrypłym głosem. — Nie potrzebuję twojej wdzięczności. 

 

Więc  czego  chcesz,  Shiloh?  Powiedz.  Zapomnij  o 

winie  i  niemoŜliwych  obietnicach,  zapomnij  o  wszystkim, 
prócz tego, co masz w sercu. 

 

To nie ma znaczenia, czego chcę. 

 

Właśnie Ŝe ma. 

 

Nie. 

 

Tak, do cholery! To się liczy. Liczy się dla ciebie. Liczy 

się dla mnie. 

Wstała  nagle,  odchodząc,  drŜąc  z  gniewu.  Obracając  się 

wokół,  zwróciła  się  do  niego  z  oczami  płonącymi  jak 
poŜar. 

—  Dlaczego tego nie powiesz? 

Zaczął odczuwać głęboko zakorzenione w nim poruszenie. 

DrŜenie w jamie brzusznej, bóle w lędźwiach. Chciał Meg, a 
ona o tym wiedziała. Ale miała zamiar usłyszeć to od niego. 

Jego  rzęsy  opadły  w  dół  na  pokrytą  bliznami  i  po-

siniaczoną twarz, kryjąc jego myśli. 

—  Chcę... 

Potrząsnął głową, kosmyk włosów spadł mu na czoło. Nie 

mógł tego powiedzieć, aby nie słyszeć jej śmiechu. 

195 

background image

 

Chcesz  mnie  —  powiedziała  Meg,  łagodniejąc  na 

widok jego bólu. 

 

Nie! 

 

Tak! 

Była  jakaś  cudowna  łagodność  w  jej  zaprzeczeniu. 

Odgłos jej stóp zbliŜył się, jej ręka odsunęła znów włosy z 
jego czoła. Siadła obok niego. 

—  Shiloh, spójrz na mnie. 

Zamrugał  oczami  i  spojrzał  na  nią.  Okazało  się,  Ŝe 

patrzy w śliczną twarz, na której nie było ani śladu drwiny. 

—  Spójrz  na  mnie  —  powtórzyła,  odrzucając  do  tyłu 

włosy,  z  uniesionymi  rękami,  jej  nieskrępowane  niczym 
piersi  radośnie  wypychały  miękką,  przylegającą  do  ciała 
koszulę. 

 

ś

yję. Mam się dobrze. Przez ciebie. — 

Jeffa. I Jingo. 

 

Sza. 

Jej ręka spoczęła na jego wargach i pozostała tam przez 

chwilę, aby błądzić mu po twarzy. 

 

To było dla  mnie — wymamrotała, jej palce, jak 

padające płatki, dotykały siniaków na jego policzkach. 

 

 

I to. I to. 

Shiloh drŜał, kiedy tak go badała, idąc wzdłuŜ gniewnej 

pręgi, ledwie dotykając ciemniejącego siniaka. Do-
prowadzała go do granic wytrzymałości. Jego skóra 
zarumieniła się gorącem fizycznego podniecenia; jego ciało 
walczyło z tym. 

—  Meg, nie. 
Zaśmiała  się.  Nawet  tak  ochrypły  dźwięk  był  mu- 

zyką. 

 

—  Ile  razy  to  słyszałam?  Ile  razy  się  o  mnie  martwi- 

łeś i popatrz co zrobiłeś ze sobą. Dla mnie. 

196 

background image

—  Gdyby  nie  moja  ohydna  arogancja,  nic  z  tego  by 

się nie wydarzyło. 

ś

yły na karku były nabrzmiałe. Był popielaty i było mu 

niedobrze od czynionego wysiłku. 

—  Czy  byłeś  odpowiedzialny  za  szaleństwo  Ballenge- 

ra?  Albo  za  plotkarstwo  panny  Hillyard?  Albo  za  źle 
skierowaną uprzejmość pani Holcomb? 

Jej  ręka  przesuwała  się  po  fałdzie  zmiętego  przeście-

radła,  zatrzymując  się  nisko,  na  jego  Ŝołądku.  Paliwo  dla 
poŜerającego go ognia. 

 

Jesteś  śmiertelny,  Shiloh.  Nie  jesteś  Bogiem  —  jej 

chory  głos  osłabł,  ale  ciągnęła  dalej.  —  Zbudowałeś 
wokół nas fortecę nie do pokonania. Ballenger nie mógłby 
mi  nic  zrobić,  gdybym  nie  złamała  słowa  i  nie  opuściła 
terenu. 

 

Zrobiłaś,  co  musiałaś.  Co  zrobiłaby  kaŜda  matka. 

Gdyby...  gdyby  sprawy  stały  inaczej,  gdybym  cię  nie 
odsunął, zwróciłabyś się do mnie. 

 

Mylisz się. Powodowała mną panika, a nie napięcie 

między  nami.  Dzieci  zniknęły.  Mój  umysł  był  jałową 
pustką. Nie istniałeś dla mnie. 

Shiloh  wzdrygnął  się.  Cichy,  stłumiony  dźwięk  nie 

został ukryty przez ramię, którym przykrył twarz. 

 

Nie! — jej ręka przesunęła się w górę ciała Shiloha, 

by spocząć na jego policzku, zanim opuściła go. — To nie 
tylko ty. To byłam równieŜ ja, mój świat, wszystko. Nic nie 
istniało,  prócz  jego  kwiatów,  karteczki  i  moich  dzieci. 
Jedyne,  co  rozumiałam,  to  to,  Ŝe  muszę  słuchać  instrukcji, 
albo je stracę. 

 

Były  cały  czas  bezpieczne.  Zostały  zatrzymane  w 

bibliotece  przez  przeciętą  oponę  samochodu  Alexis,  abyś 
mogła uwierzyć w jego oszustwo. 

Nie  usprawiedliwiała  się,  skinęła  tylko  głową,  pota-

kując. 

197 

background image

 

Byłam  bezmyślną  idiotką,  ale  —  powiedziała  to  tak 

cicho,  Ŝe  ledwie  usłyszał  —  kiedy  potrzebowałam  cię, 
przybyłeś. 

 

Myślałaś, Ŝe tego nie zrobię? 

BoŜe!  Czy  kiedykolwiek  zapomni  ten  słaby,  smutny  głos, 

tę bladą, piękną twarz, te ciemne wody? 

 

Nie.  W  głębi,  pod  trwogą  i  zdruzgotaną  dumą, 

wiedziałam, Ŝe się zjawisz. 

 

Wierzyłaś? 

Wierzyła  we  mnie!  Nagły  poryw  wiatru  przebił  się  przez 

drzewo  przy  oknie,  wprawiając  liście  w  suchy,  rytmiczny 
szelest, podejmując melodię wiercącą się w jego mózgu jak 
schwytane światło słoneczne. We mnie.  We mnie. 

—  Równie  pewnie,  jak  teraz  wierzę,  Ŝe  nie  byłam 

nigdy odpowiedzialna za skutki pijaństwa Keitha. 

Shiloh, zaskoczony, wciągnął głęboki łyk powietrza, ale nic 

nie  powiedział.  To  było  niewiarygodne,  ale  Meg  w  spokoju 
Ŝ

egnała się z poczuciem winy. Z Keithem. 

—  Mówiłeś  o  tykającej  bombie  zegarowej.  Myślałam, 

Ŝ

e  się  mylisz.  Teraz  to  zobaczyłam.  Perspektywa  wstecz 

na jest doskonała, prawda? 

W  zniekształconej  kliszy  językowej  dźwięczał  ton 

samoironii. Zniknął, kiedy ciągnęła; 

 

ś

ycie  Keitha  było  ciągiem  więzień.  Sierocińce, 

przybrane  domy.  Wietnam  był  najgorszy.  Zabił  w  nim 
poczucie  własnej  wartości.  Za  długo  był  odgrodzony  od 
rzeczywistego świata. 

 

Przede mną nigdy nie miał nikogo, nikogo kogo mógłby 

nazwać  swoim.  Nigdy  nie  nauczył  się  z  nikim  dzielić.  Nie 
miał okazji. 

Jej słowa były recytacją przerywaną głośnym oddechem, jej 

zdania  —  urywane,  jakby  zachowujące  wysiłek  potrzebny  do 
wydostania się ze ściśniętego gardła. Tyl- 

198 

background image

ko  jej  spokojna  gwałtowność  powstrzymywała  go  od 
proszenia, by przestała mówić. 

 

Zapalnik  był  uzbrojony.  Stałam  się  jego  obsesją. 

Kochał  dzieci,  ale  równieŜ  ich  nienawidził,  gdyŜ  uwaŜał,  Ŝe 
odbierają mu część mnie. Trzecie dziecko — tego było juŜ  za 
duŜo.  Radził  sobie  z  tym,  pijąc.  śadne  moje  słowa  by  go 
nie zmieniły. 

 

ś

adne  —  Shiloh  zaryzykował  powaŜne  twierdzenie, 

które przeszło jednak niezauwaŜone. 

 

Kiedy  powiedziałam  mu,  Ŝe  go  opuszczam,  zrobiłam 

juŜ wszystko, co mogłam zrobić. To było moje jedyne wyjście. 
Nie zabiłam ani Ballengerów, ani Keitha. 

Zdjęła obrączkę z palca i połoŜyła ją na stoliku obok łóŜka. 
—  Nie potrzebuję Ŝadnych przypominań. 
Przerwała, jakby juŜ skończyła ten rozdział w Ŝyciu. 

Ale  Shiloh  wiedział,  Ŝe  chce  powiedzieć  coś  więcej. 
Czekał. 

—  Nasze  wspólne  lata,  nie  były  tym,  czym  sądziłam, 

Ŝ

e  są,  ale  były  w  nich  i  szczęśliwe  okresy.  Keith  nie  był 

złym  człowiekiem.  Był  dobrym  człowiekiem,  który  się 
zagubił.  To,  co  było  w  nim  najlepsze,  wciąŜ  Ŝyje  w  jego 
dzieciach. 

Shiloh  usłyszał  spokój  Ŝegnania  się  z  tematem. 

Zakończenie jednego Ŝycia, aby inne mogło się rozpocząć. 

 

Na pewno nadszedłby dzień, kiedy byłby dumny, Ŝe są 

jego. 

 

Byłby dumny teraz, Ŝe jest ich ojcem? 

 

Myślę, Ŝe tak. 

 

A ty? 

 

Gdyby  to  były  moje  dzieci,  byłbym  najdumniejszym  i 

najszczęśliwszym męŜczyzną na świecie. 

 

Nawet jeśli nie pochodzą z twojej krwi? 

199 

background image

 

Nie  miałoby  to  znaczenia  —  jego  oczy,  tak  błękitne 

jak poranne, letnie niebo, spotkały jej wzrok. — To nie ma 
znaczenia. 

 

Alexis  jest  z  nimi  —  powiedziała  wstając,  jej  ręce 

powędrowały  do  paska  jej  dŜinsów.  —  Przysięgła  na 
wszystkie  świętości,  Ŝe  młoda  „panna  Kolumb"  nie  wy-
ruszy  na  wyprawę  badawczą.  Będziemy  musieli  jej  bardzo 
pilnować, wiesz. Ma cudowny zmysł przygody, którego nie 
powinna  stracić.  Powinien  być  opanowany,  ale  nie 
zniszczony.  Czy  moŜesz  sobie  wyobrazić,  jak  to  będzie, 
kiedy będzie miała szesnaście lat, a my... 

Shiloh  nie  słuchał  tego  monologu.  Jego  uwaga  była 

skierowana  na  zręczne,  ruchliwe  palce,  na  kształtne  nogi, 
które  ukazały  się,  kiedy  zsunęła  z  bioder  dŜinsy  i  wy-
skoczyła z nich. Szorstko wymamrotał: 

 

Meg! Co robisz? 

 

Nie  widzisz?  —  uniosła  głowę  znad  guzika  swej 

koszuli. — Rozbieram się. 

 

Oh  —  Shiloh  poczuł  się  tak,  jakby  mocnym  ciosem 

pozbawiono go oddechu. 

Meg  znów  zajęła  się  guzikami.    —  Jeff  obiecał  pomóc, 

Jingo  teŜ.  Słyszałeś  jego  helikopter,  prawda?  Cass 
wyprowadza  Dakotę  na  pastwisko.  Karolina  i  Gabe 
powrócili.  A  propos,  spotkałam  go,  to  wspaniały 
męŜczyzna,  idealny  dla  Karoliny.  W  kaŜdym  razie  są  z 
Shilohem  Markiem  i  naszym  portugalskim  przyjacielem 
przy basenie. JeŜeli wszystko inne zawiedzie, Jingo — ptak 
powinien utrzymać naszą wędrującą pannę na miejscu. 

—  Czy...  —  Shiloh  przełknął  ślinę,  gardło  drgnę- 

ło  mu  konwulsyjnie.  Naprawdę  był  ciekaw,  skąd  weź- 
mie  następny  oddech.  —  Czy  wszyscy  wiedzą,  Ŝe  tu 
jesteś? 

200 

background image

 

Tak,  nawet  pani  Holcomb  —  został  tylko  jeden 

guzik. — Czy są jeszcze jakieś pytania? 

 

Tylko  jedno  —  siedział  bardzo  cicho,  wlepiając  w 

nią spragnione oczy. 

 

Pytaj. 

 

Czy masz coś pod tą koszulą? 

—  Absolutnie  nic  —  powoli  zdjęła  ją  z  ramion,  po-

zwalając jej opaść razem z chustą na dŜinsy. 

Shiloh  odrzucił  prześcieradło,  chcąc  wstać,  ale  skon-

frontowany  z  wizją,  która  prześladowała  go  zarówno  we 
dnie,  jak  i  w  nocy,  opadł  z  powrotem  na  brzeg  łóŜka. 
Wyblakła  ciemność  stodoły  nie  zmyliła  go.  Była  taka 
ś

liczna, jak śnił. Nie było bardziej czarującej kobiety. 

Teraz, tak jak w cienistym półświetle stodoły, przekonał 

się,  jak  bardzo  mu  się  podoba.  Jak  doskonale  jej  ciało 
pasowało  do  jego  ciała.  Jak  wzbudzało  poŜądanie,  równie 
dzikie, jak czułe. 

Była jego! Wiedziała o tym! Musiała! 

Musiała  wiedzieć,  Ŝe  jej  pełne,  doskonałe  piersi  są  dla 

jego  czczącej  je  ręki,  ich  brunatne  końce  dla  niego  do 
ssania.  Jej  szczupła  przepona,  przelewająca  się  jak  słodka 
muzyka  do  krzywizny  talii  i  napręŜonego  brzucha, 
zapraszała  jego  pieszczotę.  Tajemniczy  cień  na  złączeniu 
jej ud, tylko jemu obiecywał niebo. 

—  Jesteś piękna. Za piękna. 

Wątpiąc  w  siłę  swoich  nóg,  owinął  ręce  jej  włosami, 

ś

ciągając  ją  w  dół  na  podołek.  Przycisnął  jej  głowę  do 

swych piersi, jej policzek do jego tętniącego serca. 

—  Jeśli  miałaś  zamiar  doprowadzić  mnie  do  szaleń- 

stwa,  udało  ci  się  to.  Czy  czujesz,  co  ze  mną  zrobiłaś? 
—  spytał  chrapliwie.  —  Czy  słyszysz?  Nie  myślałem,  Ŝe 
na świecie jest ktoś taki, jak ty. Dla mnie. 

201 

background image

Zaśmiała  się  łagodnie,  nie  przestraszona  jego  ostrym 

tonem. 

—  Ostrzegałam  cię,  Ŝe  zanim  to  się  skończy,  będziesz 

myślał,  Ŝe  jestem  czarownicą  —  kiedy  potarła  policzek 
o  puchowe  futro,  które  pokrywało  jego  pierś,  i  uszczyp- 
nęła  drobną  brodawkę,  została  nagrodzona  nierównym 
sapaniem. 

DrŜąc, Shiloh głaskał linię jej karku, jego palce rzeźbiły 

krzywiznę  jej  pośladków  i  jej  udo,  które  leŜało  na  jego 
udzie. Gorąco z jej ciała uniosło się ku niemu, napełniając 
go jej zapachem. 

 

Wiedźma,  wiedźma  —  zajęczał,  tuląc  ją  w  ramio-

nach, przyciągając mocniej. — Myślałem, Ŝe cię straciłem. 
List, te cholerne kwiaty, kamieniołom. BoŜe! Nie mogłem 
cię znaleźć. 

 

Znalazłeś  —  kojąco  mówiła  Meg,  ocierając  się 

wargami o jego płonące ciało. Wiedziałam, Ŝe znajdziesz. 

Ręka Shiloha była w jej włosach, głaszcząc je i plącząc, 

utrzymując ją w chętnym uwięzieniu. 

—  Kocham  cię  —  wyszeptał  przy  tętnie  jej  skro 

ni.  —  Teraz  wiem,  Ŝe  cię  kochałem  przez  trzy  długie 
lata. 

Meg  była  cicha,  za  cicha.  Przestraszyło  go  to.  Czy 

powiedział  za  duŜo?  Jego  grymas  pogłębił  się,  kiedy 
zobaczył  łzy  lśniące  w  tych  cudownych  oczach.  Dłonią 
pogładził jej mokry policzek. 

—  Dlaczego, kochana? 

Łza, która zawisła na rzęsach, wylała się po policzku na 

jego palce. 

—  PoniewaŜ jesteś taki piękny. 

Zaskoczony śmiech Shiloha urwał się. Nagle zrozumiał. 

Meg patrzyła na jego zniszczoną twarz, jakby była idealna, 
poniewaŜ widziała go oczyma miłości. 

202 

background image

} 

 

 

BoŜe! Pragnę cię. Chcę cię kochać, ale Ballenger... 

Potrząsnął głową. 

 

Nie chcę sprawić ci bólu — powiedziała. 

 

 

Wszystko się zagoi, juŜ się zaczęło goić, a słowa „ból" 

uŜywaliśmy  obydwoje  za  często  —  powiedziała  łagodnie.  — 
Są róŜne rodzaje bólów. Dobre. Złe. Cudowne — ujęła w dłoń 
jego rękę, umieszczając ją nisko na swym brzuchu. Boli mnie 
tutaj i tylko ty moŜesz złagodzić ten ból. 

 

Ja?  —  wyszeptał,  a  jego  palce  głaskały  łagodnie 

zaokrągloną powierzchnię jej brzucha. — Głupi, ostatni idiota, 
Shiloh Butler? 

 

Ty — zadyszała i wygięła się w łuk, kiedy przesuwał się 

dalej. — Cudowny, przystojny, powolny Shiloh Butler. 

 

Powolny?  —  uśmiechnął  się,  nie  przerywając 

wędrówki. — To znaczy opieszały? 

 

Wcale  nie  —  poruszyła  się  ospale  na  jego  po-dołku, 

rozkoszując  się  pojękiwaniem,  którego  nie  mógł  stłumić.  — 
To znaczy doprowadzający mnie do szaleństwa. 

 

Nie moŜemy teraz tego robić, prawda? 

Jego  ręka  spoczywała  na  jej  piersiach,  jego  kciuk, 

doprowadzał brodawkę do pełnego, róŜanego rozkwitu. 

—  Shiloh! 
Zaśmiał  się  i  przewrócił  się  z  nią  razem  w  prześcieradła. 

„Jego  śmiech  jest  drugą  najpiękniejszą  rzeczą  na  ziemi", 
myślała sennie Meg. Kiedy jego śmiech umilkł, a jego ciało 
połączyło się z jej ciałem, nastąpiła pierwsza. 

Meg obudziła się. Słońce nie stało juŜ w oknie. Spali wiele 

godzin.  Przeciągnąła  się.  Jej  ciało  było  jednym  rozkosznym 
bólem. Jej wyciągnięte ręce dotknęły pustej 

203 

background image

poduszki Shiloha. Odgarniając włosy z twarzy, uniosła się 
na ramieniu. Stał przy oknie, zwrócony do niej tyłem. Nie 
ubrał się. Zbity i poobtłukiwany, wyostrzony, jak brzytwa, 
przez  ich  kłopoty,  ciągle  był  jej  najcudowniejszym 
męŜczyzną. 

 

Hej! — zawołała cicho. — Co tam robisz, tak daleko 

stąd? 

 

Myślałem o Jeffie. 

 

Był wczoraj wspaniały. 

 

Ratował moją panią. 

 

Czy tak mnie nazywasz? 

 

Czy mam prawo? 

 

Masz  kaŜde  prawo.  Nie  byłoby  mnie  tu,  gdybyś  nie 

miał. 

Odwrócił się do niej. 

—  Czy to znaczy... 

—  To znaczy cokolwiek byś chciał, Ŝeby znaczyło. Jego 
serce zadrŜało. Nigdy nie był tak niewiarygodnie 
szczęśliwy. 

—  O mój BoŜe! Kochana. 

Podszedł  do  niej,  jego  ręce  zagrzebały  się  w  wo-

dospadzie jej włosów, włosów, za którymi tak przepadał. 

 

Nigdy  mnie  nie  opuszczaj.  Bądź  moją  Ŝoną.  Daj  mi 

swe  dzieci.  Pozwól  mi  je  kochać.  Pozwól  mi  się  kochać. 
Nie proszę o nic więcej. Po prostu, zostań ze mną. 

 

Zostanę — obiecała. 

 

Na tak długo, jak będę cię chciał? 

 

Na tak długo — wyszeptała Meg. 

Miała mu tak duŜo do powiedzenia. Tak duŜo musiała go 

nauczyć.  O  sobie.  O  miłości.  Ale  to  przyjdzie  później.  O 
wiele, wiele później. 

204 

background image

 

Kocham  cię,  Shiloh  —  wymruczała,  kiedy  ciągnęła 

go w dół do siebie. — To święto w moim Ŝyciu. 

 

Na zawsze? — jego wargi pieściły jej wargi. 

 

Na  zawsze  —  wymruczała  Meg,  czekając  na  niego, 

jak kwiat oczekuje słońca. 

 

I dłuŜej — obiecał Shiloh i rozpoczął z nią podróŜ do 

zaczarowanego miejsca, znanego tylko zranionym aniołom.