background image

Tadeusz Dołęga-Mostowicz 

Wysokie progi 

Białystok: Krajowa Agencja Wydawnicza, 1988 

background image

ROZDZIAŁ I   

Ksawery  Runicki  przygryzł  wargi  i  umilkł.  Rozłożone  łaskawym  i  bezradnym  gestem 

ręce  prezesa  Niesiołowskiego  i  jego  twarz,  niemal  kwadratowa  w  obwisłych  fałdach 
policzków, 

wyrażały 

zawziętą 

kamienną 

stanowczość 

zaledwie 

maskowaną 

konwencjonalnym ubolewaniem.   

Runicki  wstał.  Jakże  chętnie  rzuciłby  mu  teraz  wprost  w  oczy,  że  niczego  innego  nie 

spodziewał  się  w  ogóle  ani  po  Towarzystwie  Kredytowym  Ziemskim,  które  zamiast  służyć 
interesom ziemiaństwa, tylko je gnębi, ani po jego prezesie, nadętym synekurzyście, który nie 
może  współżyć  z  ziemianami,  bo  jest  wnukiem  zwykłego  karczmarza.  Byłby  to  policzek 
mocny i celnie wymierzony. Nie przydałby się jednak na nic. I tak Wysokie Progi za półtora 
miesiąca pójdą na licytację. Jedynym ratunkiem byłoby wpłacenie Towarzystwu zaległej raty 
z  odsetkami  w  kwocie  trzydziestu  dwóch  tysięcy.  Na  pokrycie  tej  sumy  Runicki  miał  w 
kieszeni  zaledwie  osiem,  a  o  zdobyciu  skądkolwiek  bodaj  jeszcze  kilku  tysięcy  nie  było  co 
marzyć.   

– Bardzo żałuję – mówił Niesiołowski, ściskając na pożegnanie rękę Runickiego – ale i 

tak zrobiliśmy maksimum ustępstwa.   

Chciał  jeszcze  dodać  jakąś  zdawkową  radę  czy  pociechę,  lecz  Runicki  skłonił  się  i 

wyszedł. W ogromnym  hallu było kilkadziesiąt osób, oczekujących na podobne wyroki, lub 
mających  nadzieję  coś  wytargować.  Zapewne  spotkałby  tu  znajomych,  narażając  się  na 
wypytywania  i  wyrazy  współczucia.  Przecież  każdy  mógł  zajrzeć  do  zwisających  na 
łańcuszkach  książek  powiatowych,  gdzie  wypisywano  z  jakąś  idiotyczną  dokładnością 
terminy  wszystkich  licytacji,  jakby  Towarzystwu  zależało  na  kompromitowaniu  własnych 
członków.  Że  zaś  zaglądał  każdy  przez  głupią  ciekawość  i  chęć  nacieszenia  się  kłopotami 
innych, to było pewne. Sam Runicki za każdej swej bytności w "Tekazecie" robił to zawsze.   

Nie  chcąc  witać  się  z  nikim,  wysoko  podniósł  głowę  i  przeszedł  szybko  do  wyjścia  z 

miną  niemal  wesołą.  Zbiegł  po  szerokich  marmurowych  schodach  i  portierowi,  który  podał 
mu palto, demonstracyjnie rzucił srebrną dwuzłotówkę.   

Pomimo  pierwszych  dni  kwietnia  na  dworze  padał  śnieg,  zmieszany  z  deszczem.  Asfalt 

ulicy Kredytowej pokryty był gęstą maźliwą kaszą. Zza nagich gałęzi drzew sterczała kopuła 
ewangelickiego  kościoła.  Jak  na  złość  nie  było  ani  jednej  taksówki,  a  nie  cierpiał 
przychodzenia  do  Bristolu  piechotą  i  chociaż  było  stąd  do  hotelu  kilka  tylko  minut  drogi, 
zawrócił w przeciwną stronę i wsiadł do samochodu na rogu Jasnej.   

W hotelu służba, jak zawsze, powitała go entuzjastycznie. Portier raportował, że neseser 

przywieziono z dworca przed godziną; że numer na pierwszym piętrze jest przygotowany, w 
ciągu  ostatnich  kilku  dni  dopytywał  się  o  pana  dziedzica  pan  hrabia  Komorowski,  że  przed 
tygodniem  telefonował  antykwariusz  z  Wierzbowej  z  zawiadomieniem,  że  wyszukał 
renesansowy ekran do kominka, że...   

–  Dobrze,  dobrze...  –  przerwał  Runicki.  –  Proszę  mnie  teraz  połączyć  z  Wysokimi 

Progami. Będę u fryzjera.   

– Słucham pana dziedzica.   

Skinął  głową  i  poszedł  do  fryzjera.  Pan  Ryszard,  który  zawsze  osobiście  obsługiwał 

Runickiego, golił właśnie kogoś minorum gentium, z kim widocznie w zakładzie nie liczono 
się  zbytnio,  gdyż  pan  Ryszard  kazał  się  zastąpić  któremuś  z  pomocników,  a  sam  już  był  na 
usługi "szanpana dziedzica". Wiedział spryciarz, że pachnie to grubym napiwkiem.   

background image

Po niemal dwutygodniowej niebytności w Warszawie włosy Runickiego wymagały wielu 

zabiegów.  W  domu,  w  Wysokich  Progach,  golił  się  sam,  w  Grójcu  zaś  fryzjerom  nie 
dowierzał.   

Mycie głowy, strzyżenie, golenie, podcięcie wąsików, by na całej długości górnej wargi 

wyciągnęły się równiuteńką linią, lecz ani o jeden milimetr nie wysunęły się poza kąciki ust, 
co  psułoby  cały  styl  uśmiechu.  Poza  tym  nikt  nie  umiał  podczernić  wąsów  i  brwi  z  taką 
dyskrecją, jak Ryszard, ani tak zręcznie ostrzyc, by podkreślić tę niewielką ilość siwizny na 
skroniach.  Zresztą  nie  tylko  dlatego  lubił  go  Runicki.  Pan  Ryszard  w  każdym  zwrocie,  w 
każdym ruchu czy ukłonie miał ten doskonały ton czci, podziwu i famulusowskiej poufałości, 
których przede wszystkim należało wymagać od służby. A że bynajmniej nie dla wszystkich 
był taki, zasługiwało to na tym większe napiwki.   

Włosy zostały uczesane  z niezmiennym, chociaż na wsi z trudem dającym się utrzymać 

na  poziomie  doskonałości  rozdziałkiem,  sięgającym  niemal  do  karku,  wypomadowanym 
najlepszą brylantyną i przyprasowanym rurkami. Podczas masażu twarzy panna Nelly szybko 
i sprawnie robiła manicure. Właśnie operacja była skończona, gdy wpadł boy:   

– Wysokie Progi, panie dziedzicu. Czy pan dziedzic rozkaże przełączyć do kabiny?   

– Nie, nie trzeba, pomówię z recepcji.   

Nie  spiesząc  się  zbytnio,  by  nie  posądzono  go  o  obawę  zapłacenia  za  kilka 

zmarnowanych  minut  połączenia  telefonicznego,  uregulował  należność,  zostawił  resztę  na 
kontuarze kasy dla pana Ryszarda i, żegnany "uszanowaniami" całego personelu, poszedł do 
portierni.  Zawsze  z  domem  stąd  rozmawiał.  Po  pierwsze,  przy  służbie  mówił  po  francusku 
(chociaż  służba  hotelowa  wybornie  znała  ten  język),  ale  swego  akcentu  nie  miał  się  co 
wstydzić. Mówił jak rodowity Paryżanin. Po wtóre umiał w ten sposób pokierować rozmową, 
by nikt obecny z jego odpowiedzi nie mógł się zorientować w temacie.   

Tym razem wyjątkowo trudno było wytłumaczyć matce tak spreparowanymi zdaniami, że 

nie  ma  żadnej  nadziei,  że  Towarzystwo  na  dalsze  ustępstwa  nie  pójdzie  i  że  licytacja  jest 
nieunikniona.  Jak  na  złość  matka  była  tego  dnia  wyjątkowo  niepojętna.  Gdy  wreszcie 
zrozumiała, krzyknęła na całe gardło:   

– To znaczy, że pójdziemy z torbami!   

I  krzyknęła  tak  głośno,  że  Runicki  musiał  zakaszlać  się,  by  portier  tego  horrendum  nie 

usłyszał. Potem zaczęła biadolić i rozczulać się nad synem.   

– Jak ty, biedaku, musisz się tym denerwować! No, nie przejmuj się, proszę. Zabaw się, 

rozerwij się, moje ty życie.   

Próbował jeszcze wyłożyć matce, by pojechała do wuja Tomasza i postarała się wycisnąć 

zeń potrzebne pieniądze, lecz pani Runicka co kilka zdań powtarzała:   

– A po cóż ja mam do tego gbura jeździć?...   

– Zatelefonuję jeszcze raz wieczorem – wściekły, chociaż wciąż uśmiechnięty, zakończył 

Ksawery.   

Położył  słuchawkę  i  spojrzawszy  na  zegarek,  wydał  dyspozycję  portierowi.  Kazał 

przynieść do swego numeru te rzeczy, które stale trzymał w Warszawie, to jest miejskie futro, 
frak,  smoking,  żakiet,  wizytowe  ubranie,  odpowiednią  bieliznę,  obuwie,  słowem  wszystkie 
części garderoby, potrzebne w mieście podczas ciągłych przyjazdów i nieraz kilkudniowych 
pobytów.   

Apartamencik  na  pierwszym  piętrze  składał  się  z  salonu,  alkowy  i  łazienki.  Runicki 

przede  wszystkim  rozebrał  się  i  wziął  kąpiel.  W  Wysokich  Progach  już  od  dwóch  dni 
wodociąg był zepsuty i do kąpieli trzeba było grzać wodę w pralni.   

background image

Właściwie  mówiąc,  niepotrzebnie  kazał  przygotować  swoje  rzeczy.  Po  wiadomości 

otrzymanej  w  Towarzystwie  Kredytowym  stracił  ochotę  do  wszystkiego.  Zamierzał  złożyć 
kilka wizyt w Warszawie i zaprosić kogoś ze znajomych na obiad do Bristolu, ale teraz wolał 
być sam.   

Wyciągnął się w szlafroku na kanapie i zaczął rozmyślać.   

Sytuacja  była  bez  wyjścia.  Na  dwóch  tysiącach  morgów  Wysokich  Progów  wisiało 

więcej  długów  niż  sam  majątek  przy  dzisiejszych  skandalicznie  niskich  cenach  ziemi  był 
wart.  Dotychczas,  a  ściślej  mówiąc,  do  ubiegłej  jesieni,  spychało  się  najpilniejsze  rzeczy 
drobnymi  pożyczkami,  jakie  jeszcze  skądkolwiek,  od  znajomych,  krewnych,  od  Żydów  z 
Grójca, dały się wyciągnąć.   

Wszyscy  oni  w  razie  licytacji  oczywiście  grosza  nie  dostaną.  Po  Towarzystwie  i 

należnościach  podatkowych,  na  hipotece  figuruje  prawie  milion  Banku  Gospodarstwa 
Krajowego.  Wszyscy  drobni  wierzyciele,  a  tych  będzie  pewno  na  drugi  milion,  odejdą  z 
kwitkiem.   

Nie  tylko  własna  ruina,  ale  i  kompromitacja.  Wprawdzie  wylatują  z  majątków  nie  jedni 

Runiccy, ale zerwanie niektórych osób jest wprost nieznośnie upokarzające.  Zwłaszcza tych 
znajomych, od których on sam, Ksawery Runicki, brał gotówkę i ręczył słowem za zwrot.   

– Właściwie należałoby sobie palnąć w łeb – pomyślał, a po chwili powiedział głośno: – 

palnąć w łeb.   

Zirytowała  go  ta  myśl.  Przecież  to  nie  sztuka  uciec  od  życia.  Sztuką...  sztuką  jest... 

Sztuką,  tak,  nielada  sztuką  byłoby  znalezienie  w  przeciągu  czterdziestu  kilku  dni  panny  z 
takim  posagiem,  by  można  było  –  spłacić  połowę  długów.  Chodzi  przecież  o  gotówkę.  Kto 
dziś ma taką gotówkę!?   

Zaczął  w  pamięci  wyliczać  znane  i  zasłyszane  nazwiska.  Nie  może  przecież  ożenić  się 

tak, jak wuj Tomasz, z Żydówką.   

Chociaż  i  Żydzi  teraz  nie  mają  pieniędzy.  Jeżeli  by  jednak  znalazła  się  taka?...  Kazio 

Laszkowski bywa w takich domach, zna ich wszystkich. Przecież muszą jeszcze być bogaci 
ludzie.   

Zerwał się i zaczął chodzić po pokoju. Oczywiście może kiedyś ożenić się dobrze, ale na 

ratowanie Wysokich Progów będzie już wówczas za późno.   

– Sprzedadzą. Na pewno rozparcelują...   

Zresztą i o partię będzie trudniej. Pan Ksawery  Runicki z Wysokich Progów, to zawsze 

więcej niż po prostu Ksawery Runicki... Zupełnie inne kwalifikacje. Rzucił okiem na paczkę 
pieniędzy,  którą  położył  na  stole.  Osiem  tysięcy  kilkaset  złotych.  Resztki.  W  domu  zostało 
zaledwie  dwieście.  Osiem  tysięcy  to  nic.  Wpłacenie  ich  do  Towarzystwa  byłoby  zwykłym 
głupstwem.  Zastanowił  się:  ładnym  i  prawdziwie  pańskim  gestem  byłoby  urządzenie 
ogromnego  pijaństwa,  na  cały  Bristol,  na  całą  Warszawę.  Sprosić  wszystkich  znajomych, 
pokazać im, jak się robi przyjęcia, potem co do  grosza uregulować  rachunek i zastrzelić się 
przy stole. To byłaby klasa! Jakiś grecki patrycjusz przecież przy uczcie przeciął sobie żyły.   

Runicki wzruszył ramionami:   

– Tylko nie grajmy przed sobą komedii.   

Przeliczył  pieniądze  i  zabrał  się  do  ubierania.  Dochodziła  czwarta.  Przede  wszystkim 

należało zjeść obiad.   

O  małżeństwie  zresztą  niepodobna  było  myśleć  teraz,  chociażby  przez  wzgląd  na  Mirę: 

Wdał się w ten romans najniepotrzebniej w świecie. Właściwie mówiąc, nigdy nie podobała 
mu się zbytnio, a po dwóch latach stała się wręcz ciężarem, kulą u nogi. Gdyby była bogata, 

background image

gdyby wreszcie diabli wzięli tego jej stryja, wszystko by ułożyło się prosto i jasno. Niestety 
nie  zanosiło  się  na  to  wcale.  Przeciwnie.  Stryj  Miry  zamyślał  sam  o  małżeństwie,  a  dla 
bratanicy nie zrobi nic, zwłaszcza po tym jej niedorzecznym rozwodzie z Pawłem.   

Runicki przy każdej sposobności podkreślał w okolicy i wobec wszystkich znajomych, że 

Mira  rozwiodła  się  bynajmniej  nie  dla  niego.  Po  prostu  niezgodność  charakterów.  Dla 
zaakcentowania  tej  sytuacji  wyrażał  się  nawet  o  Pawle,  którego  w  gruncie  nie  cierpiał,  z 
najwyższym  uznaniem.  Ile  razy  spotkali  się,  umyślnie  i  demonstracyjnie  prowadził  z  nim 
długie rozmowy. Pomimo to nie należało się łudzić. W powiecie nikt w to nie wierzył, i nie 
wierzył przede wszystkim Paweł.   

Nie dalej, jak przed tygodniem Mira powiedziała głośno na imieninach u Mańkiewiczów:   

–  Nie  po  to  rozwiodłam  się,  by  znowu  wyjść  za  mąż.  Nie  ma  na  świecie  takiego 

mężczyzny, któremu mogłabym zaufać, a zresztą najbardziej mi odpowiada samotność.   

Formalnie zatem wszystko było w porządku. Widywali się po dawnemu z tą różnicą, że 

teraz  nie  trzeba  było  kryć  się  przed  Pawłem.  Formalnie  nikt  nic  nie  mógł  zarzucić.  Jednak, 
ż

eniąc  się  z  kimś  innym,  Runicki  naraziłby  się  na  całkiem  niedwuznaczny  osąd  swego 

postępowania, i to osąd powszechny.   

Przeklinał  teraz  w  duchu  ten  swój  najgłupszy  krok  w  życiu,  kiedy  przez  chęć 

zaimponowania sąsiadom zaczął zabiegać o względy Miry. Okrzyczano ją jako najładniejszą. 
Poza  tym  była  jedyną  kobietą  wykształconą  naprawdę,  jedyną  w  okolicy,  posiadającą  tytuł 
doktora  filozofii.  Ambicje  Ksawerego  podniecał  i  fakt,  że  Paweł  był  naprawdę  pięknym 
mężczyzną.  A  że  Wysokie  Progi  sąsiadowały  o  miedzę  z  Borychówką,  zabiegi  o  względy 
młodej mężatki poszły, psiakrew, łatwiej, niż tego by pragnął.   

Pozory  były  nadal  po  jego  stronie,  ale  czuł,  rozumiał,  wiedział,  że  pozory  tu  nie 

wystarczyłyby.   

Przez  chwilę  zaczął  obliczać  wartość  Borychówki.  Nie  była  zadłużona  zbyt  wysoko.  W 

ciągu  trzyletniego  gospodarowania  na  majątku  posażnym  Paweł,  naprawdę  dzielny  rolnik, 
zdołał  zrobić  niejedno.  W  najlepszym  wszakże  wypadku  wyciągnęłoby  się  przy  sprzedaży 
Borychówki śmieszną kwotę stu pięćdziesięciu do dwustu tysięcy.   

– Absurd – wzruszył ramionami z najwyższą irytacją.   

Zresztą  ona  sama  musi  to  zrozumieć.  Najlepiej  byłoby  pogadać  z  nią  otwarcie. 

Powiedzieć  coś  o  ratowaniu  ojcowizny,  o  obowiązku  spadkobiercy  nazwiska,  o  tym,  że 
Wysokie  Progi  już  od  trzystu  lat  są  w  rodzinie  Runickich.  Musi  zrozumieć!...  Przecież  nie 
przestaną  się  kochać,  przecież  ożeni  się  tylko  dla  pieniędzy...  Jest  dość  inteligentna,  by 
właściwie  to  ocenić.  Kwestia  prostej  logiki!  A  jednak  –  był  pewien,  że  Mira  nie  potrafi 
pogodzić się nawet z oczywistą słusznością.   

– Więc niech się nie godzi! – wybuchnął.   

Cóż  mu  może  zrobić?  Nic,  absolutnie  nic!...  Ale  nie  o  to  mu  chodziło.  Żadnych 

formalnych  zobowiązań  wobec  Miry  nie  miał.  Nigdy  nie  przyrzekał  jej  małżeństwa,  od 
rozwodu  starał  się  ją  odwieść.  Jest  w  zupełnym  porządku...  Do  niczego  przyczepić  się  nie 
może,  nie  ma  prawa  i  zresztą  na  pewno  się  nie  przyczepi.  Jeżeli  też  bał  się  podobnej 
rozmowy,  to  dlatego,  że  wiedział,  jak  nań  wówczas  spojrzy.  Owo  "jak"  już  w  samej 
wyobraźni było dotkliwsze od policzka.   

– Niech to wszyscy diabli! – zaklął. – Nie mogę myśleć o tych wszystkich rzeczach, nie 

mogę!...   

Z  wściekłością  zaczął  się  ubierać  i  dopiero  przy  głębszym  zastanowieniu  się  nad 

wyborem  odpowiedniego  krawata  poczuł  jakąś  ulgę.  Pomimo  to  postanowił  samotnie  zjeść 

background image

obiad i wypić przy nim dużo alkoholu. Na dole w restauracji umyślnie usiadł w kącie, chociaż 
dostrzegł  przy  dwóch  stolikach  znajomych:  Płaszowskich  z  Pomiechowa  i  Taraszkiewicza 
zajmującego  w  Warszawie  jakieś  intratne  stanowisko  w  liniach  okrętowych,  czy  w  czymś 
takim. Ukłonił się z daleka i usiadł sam. Dyrektor sali i dwaj kelnerzy podbiegli natychmiast. 
Od  innych  stolików  wszystkie  oczy  zwróciły  się  ku  Runickiemu.  Wiedział,  że  ci  i  owi 
informują  się  u  służby  o  nim.  Każdy  kelner  z  szacunkiem  wyjaśniał  tonem  podkreślającym 
pozycję nowego gościa:   

– To pan Runicki z Wysokich Progów.   

Ksawery, ile razy dobiegała jego uszu nazwa rodzinnego majątku, cieszył się już samym 

brzmieniem  tej  nazwy.  Pocieszki  liczyły  aż  cztery  tysiące  morgów,  Michałówka  jeszcze 
więcej,  ale nie zamieniłby  się na nie przez wzgląd na ten wielkopański  akcent, jaki tkwił w 
Wysokich Progach.   

I teraz wystawiono na licytację!  Była w tym oburzająca niewspółmierność i Runickiego 

dręczyła  myśl,  że  wszyscy  spoglądający  ku  niemu,  a  już  na  pewno  Płaszowscy  i 
Taraszkiewicz,  wiedzą  o  tym.  Dlatego  zamiast  koniaku  kazał  podać  czystą  wódkę,  którą 
zresztą  wolał  zawsze,  a  także  siedział  z  miną  kamienną:  by  nie  zachęcić  nikogo  z  nich  do 
rozmowy.   

Jednak  po  pewnym  czasie  Taraszkiewicz,  który  jadł  obiad  z  kilkoma  panami  i  paniami, 

wstał i skierował się ku Runickiemu. Lubili się wzajemnie, kolegowali kiedyś w gimnazjum. 
Ojciec Taraszkiewicza miał kiedyś duże dobra pod Kozienicami. Od szeregu lat spotykali się 
wyłącznie  na  terenie  Warszawy  i  nieraz  bawili  się  razem,  oczywiście,  na  koszt  Runickiego. 
Sytuacja  finansowa  Tolka  Taraszkiewicza  była  niezła,  pozwalała  mu  utrzymać  się  na 
powierzchni życia towarzyskiego i życia w ogóle, jednakże umiał za każdym razem akurat o 
tyle zwlekać z sięgnięciem do kieszeni, by Ksawery zdążył naprzód sięgnąć do swojej. Sięgał 
zaś z prawdziwą przyjemnością. Bynajmniej nie przez rozrzutność, tylko po prostu dlatego, że 
kosztem tych kilkuset złotych zapewniał sobie ów mały, ale wyraźny dystansik między nimi, 
między tymi wszystkimi, za których płacił  a sobą. On wyznaczał knajpę, na niego czekano, 
do niego zwracała się służba o dyspozycje i z rachunkami. Chociażby towarzystwo miało być 
największe, stolik zawsze rezerwowano na jego nazwisko. Nawet jeżeli siadał przy cudzym – 
od razu stawał się gospodarzem. Nie pieniądze odgrywały w tym wyłączną rolę, lecz i sposób 
bycia, ale na taki właśnie sposób bycia pozwala możność wydawania pieniędzy.   

Zaraz po pierwszych "jaksięmaszach" okazało się, że Taraszkiewicz wie już o licytacji.   

– Zresztą, komu dziś to nie grozi – machnął ręką – u ciebie, stary, jeszcze chyba najlepiej. 

Familia czcigodna ruszy kabzą i już. Prawda?   

– Jakoś się to zrobi – skrzywił się Runicki.   

– Zapewne. Mówiono mi, żeś był dziś w Tekazecie. Na długo przyjechałeś?   

– Jeszcze nie wiem. Psują mi humor te idiotyczne sprawy.   

–  A  jakże  tam  stary?...  Wciąż  siedzi  w  rewolucji  francuskiej?...  Szczęśliwy  człowiek... 

Maman zdrowa?   

– Dziękuję ci.   

–  Nie  jesteś  rzeczywiście  w  najlepszym  humorze.  Napijmy  się.  Pozwolisz?...  Jestem 

wprawdzie po obiedzie, ale... kieliszek czystej nigdy nie zawadzi.   

Kelner uprzedził go i napełnił kieliszki.   

– Sam przyjechałeś? – znacząco zapytał Taraszkiewicz.   

– Przecież zawsze sam przyjeżdżam – z przymusem uśmiechnął się Runicki.   

– No tak. Twoje zdrowie... Cóż porabia pani Mira?   

background image

– Nie wiem. Dawno jej nie widziałem – skłamał Runicki. – Zresztą, tak mi już obrzydły 

stosunki na wsi...   

– Hm... Więc posiedź w Warszawie...   

– I Warszawa znudziła mi się ostatecznie. Ten klimat, ten obrzydliwy klimat!   

Taraszkiewicz strzelił palcami:   

– Wiesz! Mam dla ciebie pomysł!   

– No?   

– Nie musisz teraz wracać do Wysokich Progów?   

– No... niekoniecznie...   

–  Machnij  się  zatem  na  naszą  wycieczkę  morską.  Będziesz  miał  wszystko:  inny  klimat, 

zmianę wrażeń, miesiąc beztroskiego życia. Jak Boga kocham. Szczerze cię namawiam. Sam 
pojechałbym  z  przyjemnością,  gdybym  mógł.  Prawie  trzy  tygodnie  na  morzu,  tydzień  w 
Paryżu, poza tym Londyn, Sewilla, Paryżanki, Hiszpanki... Jak Boga kocham warto!   

Runicki  zainteresował  się  i  Taraszkiewicz  obszernie  musiał  poinformować  go  o 

szczegółach. Wycieczka pojutrze odjeżdża z Gdyni wielkim okrętem "Sarmatia". Morzem do 
Londynu,  trzy  dni  pobytu,  zwiedzanie  albo  w  grupach,  w  ogólnym  koszcie,  albo  na  własną 
rękę. Później do Marsylii, stamtąd koleją na tydzień do Paryża, przejazdy i hotele opłacone, 
wycieczki,  zwiedzanie,  utrzymanie  –  wszystko.  Ale  ma  się  rozumieć  można  zupełnie 
odseparować się od całej bandy rodaków. W powrotnej drodze Hiszpania, Sewilla, Kordoba, 
ewentualnie Grenada, walki byków. I znowu wypoczynek na morzu aż do Gdyni.   

–  W  tym  wszystkim  trzy  przewagi  nad  indywidualną  podróżą.  Po  pierwsze  znacznie 

taniej, po drugie, żadnych kłopotów, ani tu na miejscu z paszportem i wizami, ani w drodze, 
bo  wszystko  jest  świetnie  zorganizowane,  a  poza  tym  przymus  oderwania  się  od  wszelkich 
trosk i boskie morze. Miesiąc błogiego farniente...   

Runicki  zapalił  się  do  tego  pomysłu.  Perspektywa  oderwania  się  od  rozpaczliwej 

rzeczywistości,  od  beznadziejnych  i  bezpłodnych  biadań  nad  sytuacją  materialną,  od 
dręczącego stosunku z Mirą Czerską – pociągała go silnie. Ostatecznie matka z rządcą dadzą 
sobie  radę  w  bieżących  sprawach,  co  zaś  dotyczy  kwestii  utrzymania  się  przy  Wysokich 
Progachna to nikt nie poradzi. Poza tym Runicki nigdy nie podróżował okrętem i to zachęcało 
go bodaj jeszcze bardziej, niż możność poznania Hiszpanii i Anglii.   

Rozmowa  skończyła  się  tym,  że  Taraszkiewicz  pożegnał  się  ze  swoim  towarzystwem  i 

obaj  z  Runickim  pojechali  do  biura  linii  okrętowej.  Tutaj,  po  obejrzeniu  fotografii  okrętu  i 
kabin, po wyłowieniu z listy pasażerów kilkunastu bardzo dobrych nazwisk i po oświadczeniu 
Taraszkiewicza,  że  może  staremu  przyjacielowi  służyć  znaczną  zniżką  ceny  –  rzecz  została 
załatwiona.   

Runicki ani się opatrzył, gdy znalazł się przy kasie i zapłacił za bilet. Zawartość portfela 

poważnie  zeszczuplała,  za  to  kieszeń  wypełniła  się  prospektami,  mapami,  rozkładami  jazdy 
itp. Wszystkie formalności tego jeszcze dnia miał załatwić Taraszkiewicz.   

Dopiero  znalazłszy  się  na  ulicy  Runicki  zastanowił  się  nad  tym,  że  właściwie  popełnił 

głupstwo. I to znowu przez tę swoją manierę przeprowadzania spraw od ręki, bez głębszego 
namysłu, bez rozważenia wszystkich stron projektu.   

Wyjazd  na  cały  miesiąc,  ba,  na  miesiąc  i  kilka  dni  w  takim  okresie  był  co  najmniej 

ś

wiadectwem lekkomyślności. Zapewne niektórzy mogą to ocenić jako gest dobrej klasy. Ale 

większość zrobi z tego nowy zarzut. Powiedzą jeszcze, że pojechał puścić resztki... A cóż u 
licha ma zrobić z tymi resztkami?!   

background image

Zły  na  siebie  poszedł  na  pocztę.  Wolał  stąd  mówić  z  Wysokimi  Progami.  W  hotelu 

zawsze zachodziła obawa, że panienka z centrali może rozmowę usłyszeć, a teraz należało z 
matką i z rządcą Pieczyngą pogadać wyczerpująco i otwarcie.   

Pani Runicka zapłakana i piorunująca na wierzycieli przyjęła szczegółową relację syna z 

pełnią wiary, że przecież wuj Tomasz, do którego zaraz jutro pójdzie, nie pozwoli im zginąć. 
Natomiast ucieszyła się z zamiaru Ksawerego.   

–  Jedź  synku,  oczywiście,  jedź!...  Doskonale  ci  to  zrobi  –  odpowiadała  na  jego 

tłumaczenia.   

Obiecała  też  najbliższym  pociągiem  wysłać  walizkę  z  letnią  garderobą  i  z  wszelkimi 

niezbędnymi do dłuższej podróży rzeczami.   

Pan  Pieczynga  natomiast  przeraził  się  i  zaczął  odwodzić  Ksawerego  od  zamiaru. 

Argumentów  mu  nie  brakowało  –  zatargi  z  nieopłaconymi  ludźmi,  szereg  terminów  na 
licytację bydła, uprzęży, koni, a nawet mebli.   

– Ja tu chyba się powieszę, proszę pana!   

– Cóż ja panu pomogę? – bronił się Ksawery.   

– Nie będziemy mieli co, czym, ani kim siać! – ryczał w telefonie Pieczynga.   

– O, Boże! Więc niech pan nie sieje, niech pan nic nie robi. A co do licytacji ruchomości, 

to  najlepiej  przepędzić  krowy  do  Borychówki.  Meble  i  maszyny  może  pan  też  gdzieś  po 
sąsiadach  polokować.  No,  panie  Stefanie,  już  jakoś  pan  to  zrobi.  Ja  doprawdy  do  tego 
wszystkiego  nie  mam  już  nerwów,  ni  zdrowia.  No,  do  widzenia.  A  niech  pan  przypomni 
mojej  matce,  by  zapakowano  ze  trzy  pary  tenisowych  spodni.  Napiszę  z  podróży.  Tylko 
dajcie mi wytchnąć.   

Odłożył słuchawkę, rzeczywiście wyczerpany tą rozmową do reszty.   

Pieczynga  miał  prawdziwy  talent  w  psuciu  humoru  Runickiemu.  Gdyby  nie  to,  że 

rzeczywiście  był  doskonałym  rolnikiem  i  że  w  rodzinie  Runickich  pracował  już  od  lat 
przeszło  trzydziestu,  a  na  Wysokich  Progach  od  dziesięciu,  Ksawery  rozstałby  się  z  nim  od 
dawna.  Właściwie  mówiąc  w  całym  domu  jedyną  osobą,  z  którą  należałoby  się  naprawdę 
liczyć, był właśnie ten rządca, czy raczej administrator.   

Ojciec, istotny winowajca fatalnej sytuacji całej rodziny, nie liczył się wcale. Zresztą nie 

chciał  mieć  żadnego  wpływu  ani  na  dom,  ani  na  syna.  Zagrzebany  w  starych  szpargałach, 
obłożony stertami książek, interesował się tylko tą swoją anegdotyczną w okolicy rewolucją 
francuską.   

Matka, najlepsza w świecie kobieta, którą trzeba było znać tak, jak znał ją Ksawery, by 

wybaczyć  jej  wszystkie  ekstrawagancje  i  ten  sposób  bycia,  nie  umiała  jednak  rzeczowo  i 
systematycznie zajmować się sprawami majątku, ani prowadzeniem gospodarstwa kobiecego, 
chociaż przy nim się upierała.   

W  tych  warunkach  największe  wysiłki  Pieczyngi  rozpełzały  się  wniwecz.  Wszyscy  w 

domu  czuli  w  nim  jakby  nieuprawnionego  a  wiecznie  niezadowolonego  kontrolera.  Zdawał 
się  mścić  na  Runickich  za  to,  że  sam  nic  nie  posiadał.  Wszystko,  cokolwiek  miało  służyć 
wygodzie,  co  stanowiło  o  lepszym  poziomie  egzystencji,  o  zaspokojeniu  zamiłowań 
Runickich,  lub  o  reprezentacji  Wysokich  Progów  –  uważał  za  zbytki,  za  luksus,  za 
rozrzutność.  O  każdy  grosz  trzeba  było  z  nim  walczyć,  pilnować,  by  zainkasowanymi  za 
sprzedaż  zboża  pieniędzmi  nie  pokrywał  jakichś  zobowiązań,  które  mogły  czekać,  by  nie 
odwoływał wydanych zamówień i nie targował się tam, gdzie nie wypadało.   

Taki  stan  rzeczy  zastał  Ksawery  już  przed  sześciu  laty,  kiedy  zrezygnowawszy  z 

przeciągających  się  i  w  gruncie  zbędnych  studiów  w  Wyższej  Szkole  Gospodarstwa 

background image

Wiejskiego w Poznaniu, za namową stryja Marka osiadł na wsi i przejął  z rąk matki zarząd 
Wysokich Progów.   

W  początkowym  zapale  przyznawał  nawet  rację  panu  Pieczyndze  i  współpracowali 

zgodnie.  Był  to  okres  gwałtownej  poprawy  w  koniunkturze  rolniczej.  Ceny  zboża 
zwyżkowały, kredyty były niemal nieograniczone. Kto żyw napraszał się i lokował kapitał w 
majątkach ziemskich. I tu między rządcą a Ksawerym zaczęła się różnica poglądów. Podczas 
studiów  poznańskich  Ksawery  zapoznał  się  z  bliska  z  wielkopolskim  ziemiaństwem  i  z 
tamtejszymi sposobami prowadzenia gospodarki. Były to sposoby nowoczesne polegające na 
wielkich  wkładach  i  wielkim  zysku.  Melioracje,  sztuczne  nawozy,  najwyższe  gatunki  zbóż, 
kosztowna  uprawa,  maszyny,  traktory,  naukowa  hodowla  bydła,  nierogacizny,  drobiu,  ryb. 
Skuteczność tej metody widział na własne przecież oczy. Właściciele obszarów o połowę, ba, 
trzykrotnie  mniejszych  od  Wysokich  Progów  mieszkali  w  pałacach,  utrzymanych  na  bardzo 
wysokim  poziomie,  otoczonych  wspaniałymi  parkami.  W  majątkach  posiadano  wodociągi, 
kanalizację, elektryczność, centralne ogrzewanie, trzymano samochody.   

Dlatego po rozejrzeniu się w rodzinnych Wysokich Progach Ksawery orzekł, że wszystko 

należy zmienić. Zaczął od gruntownego wyremontowania pałacu z nadbudowaniem drugiego 
piętra,  od  elektryfikacji,  wodociągów,  centralnego  ogrzewania,  przebudowy  stajni  cugowej, 
obór i chlewów. Jednocześnie sprowadził najnowsze maszyny rolnicze, przeplanował ogród i 
parki  według  projektów  sprowadzonego  z  Anglii  specjalisty,  wyszlamował  i  wybetonował 
oba stawy dawne i wykopał trzy nowe, gdzie rozpoczął racjonalną hodowlę ryb i raków.   

Olbrzymie  te  inwestycje  pochłaniały  równie  olbrzymie  kwoty.  Pieniędzy  jednak  nie 

brakowało. Ceny wciąż szły w górę, wartość ziemi rosła.   

Pan  Pieczynga,  rolnik  starej  daty,  walczył  z  każdą  innowacją.  Ostrzegał  przed 

przesadnymi,  jego  zdaniem,  inwestycjami,  krakał,  że  zbyt  intensywna  gospodarka  w  razie 
zmiany koniunktury musi przynieść nieproporcjonalnie ciężkie deficyty.   

Najlepszym dowodem, że nie miał racji, były trzy następne lata. Dochodowość Wysokich 

Progów  wprawdzie  jeszcze  nie  mogła  wzrosnąć  nadmiernie,  ale  sama  ich  wartość  właśnie 
dzięki  poczynionym  wkładom  podniosła  się  bardzo.  Widomym  wyrazem  tego  była 
wzrastająca  łatwość  w  uzyskaniu  pożyczek  na  dalsze  numery  hipoteki,  lub  po  prostu  na 
weksle.   

Pan Pieczynga musiał siedzieć cicho. Nie przyznawał, przez upór, że woli gospodarować 

w  Wysokich  Progach  w  nowych  warunkach,  lecz  wdrożył  się  w  nie  i  wszystko  szło  o  tyle 
sprawnie, że sam Ksawery mógł więcej czasu poświęcić życiu osobistemu i towarzyskiemu.   

W owym czasie grał sporo i szczęśliwie na wyścigach, a to zachęciło go do zafundowania 

sobie własnej stajni wyścigowej. Wprawdzie zbytnio na koniach się nie znał, lecz jakoś szło, 
stajnia zaś dawała w stolicy swego typu pozycję właścicielowi.   

Zresztą  i  w  okolicy  wielki  rozmach  gospodarki  Ksawerego  zapewnił  mu  stanowisko 

poważne. Został wiceprezesem powiatowego związku ziemian, sąsiedzi nieraz zasięgali jego 
opinii  w  różnych  sprawach.  Wprawdzie  po  cichu  i  za  plecami  pokpiwano  też  podobno  z 
wielkopańskich innowacji w Wysokich Progach, ale na to nie zwracał uwagi.   

W  każdym  razie  stopa  życiowa  domu  podniesiona  została  znacznie.  Zamiast  starej 

Klemensowej  w  kuchni  zainstalował  się  kucharz,  doskonały  kucharz,  dawniejszy  zastępca 
szefa kuchni w Bristolu, dwaj lokaje, stangreci, szoferzy, wszyscy w liberiach.   

W duchu Ksawery przyznawał rację panu Pieczyndze, że może istotnie zbyt wiele szło na 

wyjazdy do Warszawy, na urządzanie polowań i przyjęć w Wysokich Progach. Ale wymagały 
tego stosunki, trudno zaś było odmawiać sobie najzwyklejszych przyjemności, które po prostu 
były potrzebą.   

background image

I gdyby nie kryzys... Gdyby nie kryzys... Tego nikt nie umiał przecież przewidzieć. Taki 

stryj Marek, czy inni jemu podobni, którzy jeszcze mocno trzymają się ziemi, a teraz chwalą 
się  swoją  ostrożnością  i  oszczędnością,  nie  dlatego  prowadzili  i  do  śmierci  prowadzić  będą 
gospodarkę  ekstensywną,  że  umieją  przewidywać,  tylko  z  powodu  braku  inicjatywy,  braku 
aspiracji, z powodu lenistwa, no, i prymitywnych potrzeb.   

Łatwo im teraz krytykować. Ale, jakby wyglądali, gdyby nie popsuła się koniunktura?.   

– Teraz będą psy wieszać na mnie – gryzł się Ksawery. – Niech ich wszyscy diabli!   

Ponieważ po prostu bał się jakiejkolwiek rozmowy na temat licytacji Wysokich Progów i 

głupich  pytań  na  temat,  co  zamierza  zrobić,  od  kilku  tygodni  unikał  już  sąsiadów  i 
znajomych, naturalnie o tyle tylko, o ile to było możliwe.   

I  obecnie  ta  niechęć  do  spotkania  kogokolwiek  była  powodem  zrezygnowania  z 

odwiedzania  znajomych.  Umyślnie  na  kolację  wstąpił  do  niedużej  restauracji,  tuż  przy 
bocznej ulicy, w przekonaniu, że nie zastanie tu nikogo.   

Toteż  cofnąłby  się  od  drzwi,  gdyby  już  nie  było  za  późno:  w  sali,  w  samym  środku, 

ucztowało towarzystwo, coś z siedem osób, sami znajomi.   

Wejście Runickiego powitali głośnymi wiwatami.   

– Wery! Patrzcie, Wery!   

– Witaj, złotko! – krzyczał pan Trelicki.   

– Cóż za dobre bogi przyniosły cię do nas?   

– Przyjechałeś?   

– Niech pan tu siada!   

– Służba! Nakrycie!   

–  Gdzieś  się  podziewał,  kuzynku?  –  zataczał  się  pan  Runicki,  jakiś  podobno  daleki 

krewny Ksawerego.   

Zresztą  wszyscy  byli  mocno  pod  gazem.  Okazało  się,  że  były  to  imieniny  Franka 

Lupowskiego,  który  w  dodatku  miał  oblać  swój  awans,  gdyż  został  adiutantem  dowódcy 
brygady.   

Na szczęście humory już były w tym stadium, kiedy zamiłowanie plotkarskie i wścibianie 

nosa w cudze sprawy nikogo nie dręczy.   

Po  dłuższym  pobycie  w  restauracji  uchwalono  przenieść  się  "do  innego  Żyda".  Całe 

towarzystwo  ulokowało  się  w  dwóch  samochodach  i  pojechało  do  Wilanowa,  stamtąd  do 
nocnego dancingu, potem do drugiego.   

Gdy Ksawery nad ranem znalazł się w hotelu i przeliczył pozostałą gotówkę, okazało się, 

ż

e wydał coś ponad tysiąc złotych.   

Próbował  robić  sobie  z  tej  racji  wyrzuty,  lecz  senność  przemogła.  Spał  do  czwartej  po 

południu i obudził się z nieznośnym bólem głowy.   

– Czy nadeszły moje rzeczy? – zapytał służącego, który przyniósł mu tacę z wodą sodową 

i cytrynami.   

– Tak jest, proszę pana dziedzica.   

– Więc przynieście tu i będziecie pakować resztę. O której jest pociąg do Gdyni?   

– O dziesiątej piętnaście.   

– No, dobrze.   

background image

Dwa  proszki  od  bólu  głowy  i  coś  dziesięć  cytryn  wraz  z  morzem  czarnej  kawy  zrobiły 

swoje.   

Zdołał skupić tyle uwagi, by wydawać z łóżka dyspozycje pakującemu walizy służącemu. 

Nie  wychodząc  z  numeru  zjadł  kolację,  wysłał  na  dworzec  chłopca  hotelowego  celem 
zdobycia wolnego miejsca w sleepingu (o czym zapomniał pomyśleć wcześniej), uregulował 
należność i przed samym odjazdem pociągu był na dworcu.   

Na szczęście w ostatniej chwili znalazł się wolny przedział sypialny.   

Runicki natychmiast położył się i spał znowu, jak zabity, aż do rana.   

background image

ROZDZIAŁ II   

Był to dość duży dwukominowy okręt pasażerski, utrzymujący stałą komunikację między 

Gdynią  a  Nowym  Jorkiem  i  Halifaxem  po  drugiej  stronie  Atlantyku.  Jak  wszystkie  statki, 
które  ujrzały  światło  dzienne  w  stoczniach  holenderskich,  duńskich  czy  angielskich,  wraz  z 
początkiem  bieżącego  stulecia,  nie  mógł  się  poszczycić  ani  zbyt  wysmukłą  linią,  ani 
szczególniejszymi  wygodami.  Wyglądał  jednak  korpulentnie  i  bezpiecznie,  a  odnawiany  i 
przerabiany niemal co roku wywierał wrażenie schludności, a nawet miejscami młodzieńczej 
ś

wieżości.   

–  Okręty  są  jak  kobiety  –  mówił  drugi  oficer,  porucznik  Hurny  –  po  trzydziestce, 

nieprawdaż, wymagają makijażu, ale cieszą się jeszcze powodzeniem tam, gdzie nieprawdaż, 
nie mają młodszej konkurencji.  Za to nie robią  niespodzianek i wiadomo już czego trzymać 
się w postępowaniu z nimi.   

Jak na swój dojrzały wiek S. S."Sarmatia" poruszała się dość żwawo, robiąc przeciętnie 

trzynaście węzłów,  co w tłumaczeniu na język lądowców  równa się dwudziestu kilometrom 
na  godzinę.  O  ile  szybkość  ta  mogła  nie  zadawalać  pasażerów  spieszących  w  ważnych 
sprawach  do  Ameryki,  lub  z  powrotem,  o  tyle  wycieczkowej  publiczności  wystarczała 
zupełnie.   

Ciężka  i  wysilona  praca  maszyn  na  dole  okrętu,  im  było  wyżej  w  jego  pokładach  i  w 

hierarchii  cen  biletów,  tym  mniej  dawała  się  odczuć.  Hałas  cichł  już  całkowicie  na 
spacerowym,  do  kabin  zaś  pierwszej  klasy  nie  docierało  nawet  drżenie  najniższych, 
zanurzonych na dobre sześć metrów w wodzie części kadłubu.   

Tonaż  "Sarmatii"  wynosił  piętnaście  tysięcy  przy  pełnym  obciążeniu,  którego  nie 

pamiętała  już  jednak  od  dobrych  lat  dwudziestu,  to  jest  od  czasu,  gdy  pod  swą  pierwotną 
nazwą "Dagmary" kursowała między  Bałtykiem a portami Dalekiego Wschodu z ładunkiem 
drobnicy  w jedną, a z ryżem i herbatą w drugą stronę. Wtedy i  wnętrze jej nie było jeszcze 
zabudowane w obecny sposób, nie było tam małych, biało lakierowanych kabin, wyłożonych 
czerwonymi chodnikami, lecz tylko ogromne magazyny, gdzie piętrzyły się worki i skrzynie, 
skrzynie i worki. Kajuty istniały tylko na głównym pokładzie, no i dla rzadko trafiających się 
bogatych  podróżnych  na  pokładzie  mostowym.  "Dagmara"  była  bowiem  statkiem 
towarowym.   

Odkąd  zmieniła  imię  i  zaczęła  pływać  pod  polską  banderą,  przewoziła  przeważnie 

emigrantów  do  Ameryki  i  reemigrantów  do  kraju.  W  okresie  jednak  najmniejszego  ruchu 
wychodźczego  służyła  jako  okręt  wycieczkowy  i  wypoczynkowy,  a  w  związku  z  tym 
przyozdabiała  się  nowymi  lakierami,  nowym  urządzeniem  kabin  i  dywanami  w  salonach,  a 
przede  wszystkim  odświętnym  nastrojem  trzepoczących  girland,  chorągiewek  i  sznurami 
wielobarwnych  żarówek,  rozbawionym  tłumem  pasażerów,  hałasem  śmiechów  i  dźwiękiem 
dwóch orkiestr: jednej marynarskiej, drugiej cywilnej.   

Surowość  i  rygor,  panujące  na  "Sarmatii"  podczas  normalnych  rejsów,  ustępowały 

miejsca serdecznej temperaturze gościnności. Zwierzchnicy załogi byli niejako gospodarzami. 
Kapitan,  oficerowie,  inżynier,  lekarz  okrętowy,  intendent  uważali  za  swój  obowiązek,  za 
obowiązek  czasami  naprawdę  miły,  zajmować  się  gośćmi,  bawić  panie,  grać  w  bridge'a  z 
panami,  lub  pokazywać  nieznane  im  osobliwości,  jak  radiostację,  przyrządy  nawigacyjne, 
maszyny.   

Wszystkiego tego dowiedział się Ksawery Runicki już w dwie godziny po zainstalowaniu 

się  na  "Sarmatii"  od  bardzo  uprzejmego  porucznika  Hurnego,  gdy  stojąc  na  mostkowym 
pokładzie, obserwowali niknący i zacierający się na horyzoncie kontur Półwyspu Helskiego.   

background image

Szczęśliwie  zaczynała  się  podróż.  Barometr  stał  wysoko,  od  północnego  zachodu  wiał 

wiatr  tak  lekki,  że  nie  był  w  stanie  nawet  zmarszczyć  gładkiej,  niczym  wypolerowana  tafla 
metalu, powierzchni morza. Niebo ogromne i błękitne, zamykało widnokrąg przezroczystym 
kloszem, bez najmniejszej skazy.   

Słońce od podwietrznej przygrzewało mocno w krystalicznie czystym powietrzu, chociaż 

termometr w cieniu wykazywał zaledwie sześć stopni ciepła.   

Runicki w futrze i w sportowej czapce, z lornetą morską przewieszoną przez ramię, stał 

obok porucznika Hurnego i słuchał objaśnień o kolorach różnych mórz i oceanów. Obok raz 
po raz przesuwali się pojedyńczo lub grupkami współpasażerowie. Zdążyli już rozlokować się 
po kabinach i teraz łazili po całym okręcie, by przyjrzeć się wszystkiemu od burty po burtę, 
od dzioba, gdzie ostry przód okrętu wrzynał się w nieruchomą gładź wody, aż po rufę, gdzie 
piana  spod  śrub  kotłowała  się  w  jednostajnym  szumie,  układając  się  aż  do  opuszczonego 
widnokręgu, w prostą jak strzała, szeroką taśmę wzburzonej, stratowanej przez cielsko okrętu, 
drogi.   

Takie  same  oględziny  przeprowadził  już  i  Ksawery.  Pomimo  nowości  jaką  dlań  była 

morska podróż, czuł się nieco rozczarowany. Dość szybko zorientował się w tym labiryncie, 
jakim  wydał  mu  się  okręt  na  początku,  w  zdawałoby  się  niezliczonych  przejściach, 
schodkach,  korytarzach  i  wejściach.  Wszystko  razem  wyglądało  to  jak  hotel,  złudzenie  to 
utrwaliło się jeszcze mocniej, gdy zajrzał do baru, gdzie z braku lepszego zajęcia wypił parę 
kieliszków porto.   

Wróciwszy nieco zziębnięty do kabiny, zabrał się do rozpakowania rzeczy. W przepisach, 

które  zdążył  już  przestudiować,  wskazywano,  iż  kufry  i  większe  walizy  należy  oddać  do 
przechowania. Wobec tego rozlokował w szafie  ubrania, obuwie, bieliznę i różne drobiazgi. 
Wezwany  dzwonkiem  steward  zajął  się  walizami  i  oświadczył,  że  lunch  będzie  za  pół 
godziny.   

Wobec  tego  Ksawery  przystąpił  do  studiowania  listy  pasażerów.  Nieduża  welinowa 

książeczka  zawierała  spis  wszystkich  podróżnych  według  alfabetu.  Przy  każdym  nazwisku 
był  podany  zawód  oraz  numer  zajmowanej  kabiny.  Przede  wszystkim  z  zadowoleniem 
odnalazł siebie: Ksawery Runicki, ziemianin, kabina nr 5.   

Łatwo  się  zorientował,  że  im  mniejszym  numerem  były  oznaczone  kabiny,  tym 

kosztowały  drożej.  Było  tylko  dwadzieścia  kabin  jednoosobowych  pierwszej  klasy,  coś 
czterdzieści dwuosobowych w drugiej i wiele tanich na niższych pokładach.   

Przejrzał zatem nazwiska z pierwszej i drugiej klasy w nadziei, a raczej w obawie, że w 

tej  masie  podróżnych  może  znaleźć  się  przecież  i  ktoś  znajomy.  Na  szczęście  nie  znalazł 
nikogo.  Natomiast  podkreślił  sobie  kilka  nazwisk  znanych:  hr.  Jerzy  Dokszycki,  ziemianin, 
prof. Wacław Gniewosz hr. Maria Znaniecka, ziemianka, dr Juliusz Wurm, przemysło wiec i 
rzecz całkiem niespodziewana – owa ruda aktorka, którą pamiętał ze "Złotej Maski".   

– Kabina szósta – zauważył – to musi być obok.   

Rozległ się gong.   

Runicki  wziął  papierosy,  poprawił  przed  lustrem  włosy  i  krawat;  przypudrował  koniec 

nosa, który wydał mu się nieco zaczerwieniony i zszedł na dół.   

Sala  jadalna,  wspólna  niestety  dla  pierwszej  i  drugiej  klasy,  mieściła  się  na  pokładzie 

głównym.  Gdyby  nie  niski  sufit  i  niezbyt  gęste  podtrzymujące  ten  sufit  kolumienki, 
przypominałaby  zwykłą  salę  restauracyjną  w  przyzwoitym  hotelu.  Cała  była  zastawiona 
niedużymi  okrągłymi  stołami,  nakrytymi  każdy  na  sześć  osób.  W  rogu  grała  na  podium 
orkiestra w marynarskich mundurach.   

background image

Uprzejmy  kierownik  sali  wskazał  Ksaweremu  jego  miejsce,  objaśniając,  że  stara  się 

zawsze tak dobrać towarzystwo, by każdy stół w swoim kółku czuł się najlepiej. Oczywiście, 
później można dobrać się inaczej, innymi grupami.   

– Może pan jednak już teraz ma jakieś życzenia...   

– O, bynajmniej. Proszę mi tylko powiedzieć, kto siedzi przy tym stole?   

–  Ależ  służę.  Szanowny  pan,  to  raz,  –  zajrzał  do  notesu  –  hrabia  Dokszycki,  to  dwa, 

generał  Przybyś,  to  trzy,  hrabina  Znaniecka,  to  cztery,  małżonka  generała,  to  pięć  i  lekarz 
okrętowy dr Pasznicki, to sześć.   

– Wybornie – skinął głową Ksawery.   

– Może za mało pań – usłużnie uśmiechnął się kierownik sali – ale... Jest tu jedna piękna 

osóbka,  znana  artystka  warszawska,  pani  Nieczajówna...  Mógłbym  zamienić  kogoś  na  nią... 
Tylko nie wiem.   

– O nie, nie – żywo przerwał Ksawery – dziękuję panu!   

– Ja też tak sądziłem właśnie.   

Ksawery  wahał  się  chwilę,  czy  usiąść  pierwszy,  gdy  nadszedł  podprowadzony  przez 

kierownika  starszy  pan.  Był  to  Dokszycki.  Przedstawili  się  sobie  i  zajęli  miejsca  obok. 
Dokszycki,  niski,  szpakowaty  blondyn  o  czerwonej  twarzy  i  w  wyłupiastych  binoklach  na 
długim orlim nosie robił wrażenie człowieka wiecznie niezadowolonego. Ksawery znał go ze 
słyszenia,  jako  namiętnego  gracza  i  człowieka  skorego  do  awantur.  Wiedział  też,  że 
Dokszycki  posiada  na  Wołyniu  nieduży,  lecz  dochodowy  majątek,  że  ożeniony  jest  z  panną 
Brejską  z  Kutnowskiego  i  że  jego  pierwszą  żoną  była  jakaś  Włoszka,  czy  Hiszpanka,  która 
popełniła  samobójstwo.  Ze  swej  strony  Dokszycki  słyszał  wiele  o  Ksawerym,  o  Wysokich 
Progach  i  o  całym  Grójeckiem,  zaś  matkę  Ksawerego,  z  domu  hrabiankę  Holimowską, 
spotykał  jako  dorastającą  panienkę  u  swoich  kuzynów  Dowmuntów  na  Kowieńszczyźnie, 
jeszcze za dawnych czasów.   

Rozmowa tedy zawiązała się łatwo dokoła koligacji i znajomości.   

Nadszedł dr Pasznicki, młody jeszcze, sympatyczny brunet i generałostwo Przybysiowie. 

On  lat  około  sześćdziesięciu,  pucołowaty  i  obsypany  brodawkami,  rozsianymi  ze 
zdumiewającą  gęstością  na  ziemistej  twarzy,  ona,  ogromna  kobieta,  ważąca  na  oko  ze  sto 
kilo,  rozrośnięta  w  biodrach  i  biuście  pomimo  na  pewno  przekroczonej  czterdziestki.  Oboje 
zachowywali się z wielką godnością i zaczęli od narzekania na niewygody w kabinie, na zbyt 
wąskie łóżka, na ciasnotę i na zbyt intensywne ogrzewanie. Generał wspominał, że kiedyś, za 
dobrych  czasów,  kiedy  był  jeszcze  oberlejtnantem  w  siedemdziesiątym  szóstym  regimencie 
cesarsko-królewskiej armii, jeździł po Dunaju statkiem znacznie lepszym.   

Doktor  wszczął  z  generałem  polemikę,  a  Ksawery  z  niepokojem  spoglądał  na  wolne 

dotychczas  miejsce.  Jeżeli  i  ta  Znaniecka  okaże  się  starą  babą,  przebywanie  przy  stole  nie 
będzie należało do przyjemności.   

Tymczasem  zapełniały  się  inne  stoły.  Ksawery,  zerkając  raz  po  raz,  zauważył  kilka 

niebrzydkich kobiet i comme il faut ubranych mężczyzn.   

Przeważnie jednak publiczność była raczej szara, nie umiejąca się ani ubrać, ani trzymać 

swobodnie.  To  ostatnie  tłumaczyło  się  zresztą  swego  rodzaju  zażenowaniem,  wynikłym  ze 
znalezienia się wśród tłumu ludzi nieznanych, z którymi trzeba będzie spędzić z górą miesiąc 
czasu, jakby w jednym domu.   

Już prawie wszystkie miejsca były zajęte. Stoły obficie zastawione zimnymi przekąskami 

zaabsorbowały uwagę podróżnych. Generał, pochrząkując, zabrał się energicznie do węgorza, 
nieufnie zerkając ku homarom i langustom, aż wreszcie nie wytrzymał:   

background image

– Dobre są te raczki? – zwrócił się do Dokszyckiego.   

– Homary – poprawiła generałowa.   

–  Krewetki?...  –  niezłe  –  od  niechcenia  wyjaśnił  Dokszycki  i  przysunął  genarałowi 

półmisek.   

–  To  zimne?  –  zawahał  się  generał.  –  Mnie  szkodzą  te  zimne,  panie  dobrodziejaszku, 

delikatesy. Zaraz, panie dobrodziejaszku, dostaję tego, no, wzdęcia.   

Runicki,  obserwując  sąsiednie  stoły,  zauważył,  że  i  tam  półmiski  z  krewetkami  i 

langustami nie cieszą się zaufaniem pasażerów.   

– Hołota – pomyślał.   

Sam, chociaż wolałby inne rzeczy, jadł tylko to. Nie bardzo mu smakowały, ale należało 

się popisać. Zbliżył się starszy steward z kartą win. Dokszycki kazał sobie podać jakąś starkę, 
Ksawery  koniak,  doktor  kieliszek  czystej,  generał,  zapytawszy  o  cenę  reńskiego, 
zrezygnował.   

Szybko  sprzątnięto  nakrycia  po  przekąskach  i  nagle  przez  dwoje  drzwi  sali,  jak  na 

komendę, szybkim krokiem weszli stewardzi, niosąc długie, wąskie półmiski z sandaczem. W 
ciągu dwóch minut cała sala była obsłużona.   

Pani Znaniecka zjawiła się dopiero przy drugim daniu. W kostiumie z grubego tweedu z 

jasnymi, gładko rozczesanymi na środku głowy włosami, pomimo niewątpliwej trzydziestki, 
wyglądała  bardzo  świeżo  i  apetycznie.  Nie  była  ładna,  lecz  miała  w  sobie  moc  rasy. 
Przypominała  angielską  sportslady  z  tych,  jakie  się  widuje  w  zagranicznych  ilustracjach,  w 
sprawozdaniach z życia high lifu.   

– Wspaniała – ucieszył się Runicki, dyskretnie podnosząc rękę do nosa, by stwierdzić, że 

po uścisku dłoni pozostał zapach dyskretnych sportowych perfum.   

O  ile  to  było  przyzwoite  prawie  nie  odrywał  od  niej  oczu.  Siedzieli  naprzeciw  siebie. 

Włosy  miała  jasnoblond,  a  oczy  niebieskie.  Jadła  szybko  i  dużo,  ale  robiła  to  z  wdziękiem. 
Wraz z jej przyjściem przy stole od razu ożywiła się atmosfera. Rozmowa stała się ogólna.   

Przy pomocy szeregu precyzyjnych pytań Runicki do końca lunchu zdołał dowiedzieć się, 

ż

e pani Znaniecka mieszka w grodzieńszczyźnie, że jest od sześciu lat mężatką, ma córeczkę, 

ż

e  wybrała  się  "Sarmatią",  gdyż  w  obecnych  ciężkich  czasach  na  indywidualną  podróż  nie 

może  sobie  pozwolić,  a  koniecznie  chce  poznać  Hiszpanię,  że  jej  mąż  jeszcze  jako  kawaler 
był sekretarzem poselstwa w Madrycie, że poza tym lekarze zalecili jej morską podróż, której 
trochę się obawia, gdyż nie wie, czy podlega chorobie morskiej, czy nie.   

– I ja, panie dobrodziejaszku, też tego się boję – zawołał generał – ale podobno wszędzie 

panuje pogoda. Zresztą mamy tu przecież pana doktora.   

Rozmowa  zeszła  na  środki  przeciw  morskiej  chorobie  i  centralną  osobą  stał  się  lekarz 

okrętowy.  Ksawery  nie  bez  niezadowolenia  stwierdził,  że  pani  Znaniecka  zbyt  często  się 
zwraca  i  patrzy  na  doktora  Pasznickiego  z  innym  wyrazem  oczu,  niż  spoglądając  na 
Dokszyckiego lub na generała.   

– A pan – zwróciła się do Runickiego – ulega pan morskiej chorobie?   

–  Broń  Boże  –  żywo  zaprzeczył  Ksawery  –  podróżowałem  już  okrętami  sporo.  Nawet 

duże sztormy nie wywołują u mnie żadnych niedyspozycji.   

Mówił  tak  w  nadziei,  że  komunikaty  meteorologiczne,  zapowiadając  pogodę,  nie 

zawiodą.  W  gruncie  rzeczy  ogarniała  go  porządna  trema  na  myśl  o  Chybotaniu  się  okrętu, 
który sunął teraz po Bałtyku, niczym po najrówniejszej szosie.   

background image

Korzystając z tego, że zdążył już jako tako zapoznać się z "Sarmatią", zaraz po śniadaniu 

zaofiarował się, jako guide, pani Znanieckiej, która wprost z lądu weszła do kabiny i niczego 
jeszcze nie widziała.   

– Mąż przywiózł mnie autem – tłumaczyła, gdy wyszli na pokład – i przez całą noc nie 

spałam. Ależ tu zimno!   

– Trzeba koniecznie wziąć futro – powiedział Ksawery.   

– Mam kabinę drugą, którędy to się przechodzi? – zapytała.   

– Jesteśmy sąsiadami – wyjaśnił – mój numer jest piąty. Pani pozwoli tędy.   

Odprowadził ją na górę. Sam prędko narzucił futro i stanął w oczekiwaniu przy schodach.   

Wtedy  właśnie  zobaczył  ową  Nieczajównę.  Widział  ją  dawniej  kilka  razy  w  "Złotej 

Masce" i rok temu w Bristolu, kiedy dla zaimponowania temu idiocie Berhalmowi, posłał jej 
kwiaty, spięte szpilką od krawata.   

Teraz wydała mu się zdumiewająco młoda. W jej krótkim, uważnym spojrzeniu dostrzegł 

jakiś wyraz, którego nie umiał nazwać, wyraz, którego nie znał, a który nagle go zaniepokoił.   

Nieoczekiwanie  dla  samego  siebie  przechylił  głowę  i  ukłonił  się.  Odpowiedziała  mu 

nieznacznym  skinieniem  i  przeszła  obok.  Już  w  następnej  chwili  zastanowił  się  nad 
bezsensownością  swego  ukłonu.  Głupi  odruch.  Jeżeli  chodziło  o  zachowanie  dobrych  form, 
ostatecznie nie popełniłem nietaktu. Bądź co bądź są współpasażerami w długiej podróży, ale 
co  sobie  taka  aktorka  może  pomyśleć!...  Nie  był  zadowolony  z  siebie.  Nie  lubił  takich 
drobnych  uchybień.  Tego  rodzaju  ukłon  nie  zobowiązywał  go  do  niczego,  lecz  tej 
Nieczajównie  mógł  nasunąć  przypuszczenie,  że  uważa  się  za  uprawnionego  do  ukłonu  z 
powodu kwiatów. Właściwie posłał je wtedy jedynie dla "zadania szyku". Byli całą paczką na 
premierze.  Kasia  Rżewska  zachwycała  się  urodą  Nieczajówny  i  dopatrując  się  wszędzie 
czegoś erotycznego, i tu stwierdziła, że aktorka przy piosence "Mniej abstrakcji, więcej akcji" 
specjalnie  ustawiła  się  przed  Ksawerym  i  śpiewała  do  niego.  Kasia  zaczęła  go  nawet 
podejrzewać o bliższe stosunki z Nieczajówną, czemu wówczas w doskonale wystudiowanym 
oburzeniu,  oburzeniu  zbyt  gorącym,  zaprzeczył.  Posłanie  kwiatów  miało  być  niejako 
odszkodowaniem  za  krzywdzące  podejrzenie,  a  szpilka  została  wpięta  na  intencję 
podrażnienia  Pusia  Berhalma.  Puś  oczywiście  zaraz  nazajutrz  rozgadał  to  wszystko  w 
Ministerstwie Spraw Zagranicznych! W rezultacie przez dłuższy czas utrzymywała się wśród 
znajomych opinia, że Ksawerego łączą z Nieczajówną bliższe stosunki, to zaś nie przynosiło 
mu ujmy. Romans z młodą, ładną i znaną, a w związku z tym oczywiście kosztowną aktorką 
był swego rodzaju dobrą notą, dla której warto było znieść kilka przykrych scen od Miry.   

Jednak  tu,  na  okręcie,  sytuacja  przedstawiała  się  zupełnie  inaczej.  Tu  wypadało  ściśle 

trzymać  się  własnej  sfery;  co  więcej  umyślił  jak  najbliższe  zaprzyjaźnienie  się  z  hrabiną 
Znaniecką nie wyłącznie ze względów towarzyskich. Podobała mu się naprawdę i spodziewał 
się, że wywarł na niej równie dodatnie wrażenie.   

Nie wyobrażał też sobie, by młoda mężatka, wybierając się w tego rodzaju podróż, robiła 

to bez nadziei natrafienia na romantyczną przygodę. Był też pewien, że, jeśli ktoś, to właśnie 
on byłby najodpowiedniejszym w takiej przygodzie partnerem.   

Dlatego  aż  do  wieczora  niemal  nie  rozstawał  się  z  panią  Znaniecką.  Oprowadzał  ją  po 

okręcie,  załatwiał  wynajęcie  leżaków  i  ustawienie  ich  w  najodpowiedniejszym,  a  przy  tym 
odosobnionym  miejscu  na  mostowym  pokładzie,  przynosił  pledy  z  jej  kabiny,  przy  czym 
stwierdził, że ma bardzo ładne przybory podróżne, jadł z nią razem podwieczorek, a na obiad 
zeszli jednocześnie.   

Po  krótkim  posiedzeniu  w  barze  przy  coctailach,  kiedy  pani  Znaniecka  udawała  się  na 

spoczynek, mógł już na dobranoc powiedzieć jej "pani Marychno".   

background image

Na  okręcie,  ludzie,  zmuszeni  do  nieustannego  przebywania  w  jednym  i  tym  samym 

towarzystwie, znajomią się i zbliżają bardzo szybko.   

Dopiero  około  północy,  kiedy  opustoszały  pokłady,  zawrócił  do  swojej  kabiny.  Mała 

klitka, na dwa metry szeroka i na trzy długa, z wąskim łóżkiem metalowym, przymocowanym 
do  ściany,  z  szafą,  zamykaną  umywalką  i  z  wąską  kanapką,  pokrytą  czerwonym  pluszem, 
przypominałaby  przedział  sleepingu,  gdyby  nie  okrągłe,  nieduże  okno  okrętowe,  gdyby  nie 
pas ratunkowy, wystający z kraty pod sufitem i gdyby nie bariera przy łóżku, broniąca przed 
spadnięciem w razie silnego chybotania okrętu.   

Teraz jednak było cicho i spokojnie, ciepło, przytulnie i bezpiecznie.   

Dzień na okręcie zaczynał się wcześnie. Już wpół do siódmej na korytarzach rozlegał się 

gong. Śniadanie podawano tylko do dziewiątej. Owoce, wędliny, jaja, dżemy i sery, kawę lub 
herbatę z doskonałym świeżutkim pieczywem. O jedenastej roznoszono bulion w filiżankach, 
o pierwszej podawano lunch, o piątej podwieczorek, a o siódmej obiad.   

W  hallu  co  kilka  godzin  wyznaczano  na  mapie  położenie  okrętu,  wywieszano  różne 

zawiadomienia  i  informacje.  Tu  też  umieszczony  był  barometr,  dzięki  czemu  przez  hall 
ustawicznie przepływała fala podróżnych.   

Po pierwszym dniu rozgorączkowania i myszkowania publiczność zdążyła się uspokoić. 

Pokłady  pokryły  się  gęsto  leżakami,  na  których  owinięci  w  futra  i  pledy  podróżni 
odpoczywali od jednego posiłku do drugiego.   

W  barach  popijano  cocktaile,  w  salonach  uformowało  się  kilkanaście  stolików  do 

bridge'a.   

Ponieważ  pani  Znaniecka  chciała  nacieszyć  się  widokiem  morza  i  świeżym  ostrym 

zapachem  powietrza,  prawie  nie  schodzili  z  pokładu,  chociaż  wiatr  wzmógł  się.  Nieustanna 
rozmowa  o  wspólnych  znajomych,  o  ich  małżeństwach,  rozwodach,  flirtach  i  skandalach, 
szybko wyczerpała ten temat. Pani Maria interesowała się jeszcze muzyką i literaturą, ale w 
tych  dziedzinach  Ksawery  był  zupełnie  laikiem  i  mógł  jedynie  spełnić  rolę  uprzejmego 
słuchacza,  dość  sprytnego,  by  w  odpowiednim  miejscu  wstawić  swoje"  oczywiście",  a  w 
innym  zręcznie  strawestować  zdanie  zasłyszane  właśnie  przed  chwilą.  To  jednak  nie 
wystarczało  do  podtrzymania  rozmowy,  tym  bardziej,  że  pani  Znaniecka  nigdy  nie  była 
pewna słuszności swoich poglądów i wręcz domagała się opinii towarzysza.   

Dygresja w stronę medycyny też nic nie poprawiła sytuacji, Ksawery stykał się jedynie z 

kwestiami  weterynaryjnymi,  sam  zaś  będąc,  dzięki  Bogu,  zdrowym,  nie  interesował  się 
medycyną.  Że nie znał się na muzyce, z tego nie można mu było  robić zarzutów. Po prostu 
wolno  człowiekowi  być  niemuzykalnym.  Natomiast  wątłość  swojej  orientacji  w  literaturze 
musiał tłumaczyć i usprawiedliwiać. Gospodarstwo, nawał interesów, obowiązki towarzyskie. 
Wszystko  to  pochłania  więcej  czasu  niż  go  zawiera  doba.  Urwanie  paru  godzin  dla  książki 
jest wręcz niemożliwością.   

Dlatego  "tych  ostatnich  rzeczy"  nie  czytał.  W  rzeczywistości  nie  lubił  książek.  Nudziły 

go.  Skupienie  uwagi  na  losach  osób  fikcyjnych  męczyło  nerwy.  Kiedyś  przeczytał  Trylogię 
Sienkiewicza,  później  zdobywał  się  już  tylko  na  powieści  kryminalne.  Ale  tego,  ma  się 
rozumieć, nie mógł powiedzieć pani Znanieckiej.   

Przed  wieczorem  z  tej  racji,  by  nie  popaść  znowu  w  podobnie  nużące  tematy,  jak  i  w 

realnym zamiarze prędszego dojścia do celu, zmienił ton i rozpoczął zaloty.   

W tym względzie miał już wyrobioną metodę, którą uważał za najbardziej celową. Było 

to połączenie brutalnej i pewnej siebie męskości z wytworną formą ataku. Na pierwszy ogień 
poszło  zapewnienie,  iż  mąż  pani  Marychny  popełnił  szaleństwo,  pozwalając  żonie  na  tę 

background image

podróż.  On,  Ksawery  gdyby  miał  żonę  (oczywiście  taką  żonę),  nie  puściłby  jej  na  krok  od 
siebie.   

Nie,  bynajmniej  nie  przez  brak  zaufania.  Przez  poczucie  wartości  takiego  skarbu,  dla 

którego zdobycia każdy rabuś gotów jest przecież na największe ryzyko.   

Pani Znaniecka ze śmiechem powiedziała, że czasy piratów minęły.   

Był  to  doskonały  moment  do  zaciśnięcia  szczęk,  zatopienia  wzroku  w  ciemności, 

ś

ciągnięcia brwi i wydobycia z siebie jednego tylko, lecz nabrzmiałego treścią słowa:   

– Szkoda!...   

Runicki  wiedział,  że  przypomina  teraz,  że  musi  przypominać  właśnie  pirata  i  że  pani 

Marychna przygląda mu się z uznaniem.   

Nie należało jednak przeciągać struny i odezwał się:   

– Jest w pani coś dziwnego, czego nie umiem nazwać...   

– Czy chodzi panu o wnętrzności? – zaśmiała się, robiąc aluzję do jego nieświadomości w 

dziedzinie anatomii – mogę to panu ułatwić: wątroba, śledziona, nerki, serce...   

Uśmiechnął się z przymusem:   

– Serce zajęte. W wieczystej dzierżawie.   

– Nie zgadł pan: oddane na własność.   

– Każdą własność można odebrać. Zwłaszcza dziś. Licytacja, i oto własność dostaje się w 

ręce najwięcej dającego...   

Zniżył głos i patrząc jej wprost w oczy zakończył:   

–  Nie  wiem,  czy  to,  co  posiadam,  warte  jest  setnej  części  tego  serca.  Ale  byłby  to 

królewski nabytek. Nawet taka malutka cząsteczka.   

Potrząsnęła głową:   

– Po pierwsze, jest pan za mało wymagający, a po drugie, cóż za odskok od romantyki do 

powszechności,  od  pirata  do  komornika.  Mógłby  pan  zdobyć  się  chociażby  na  zajazd 
Soplicowa.   

– Na co?   

– Na zajazd.   

– Co pani przez to chce powiedzieć? – speszył się.   

Na szczęście zbliżył się do nich kapitan z propozycją zagrania w bridge'a.   

– Zaziębicie się państwo na pokładzie – powiedział, gdy pani Znaniecka oświadczyła, że 

nie umie grać, a nawet kart nie rozróżnia – no, tak, pozwolą się państwo zaprosić do mnie na 
kieliszeczek. To nigdy na morzu nie szkodzi.   

Zgodzili się chętnie. Bądź co bądź, kapitan był tu pierwszą osobą i wizyta w jego kajucie 

pochlebiała Runickiemu. Jeżeli zaś chodziło o niewątpliwy fakt, że zaproszenie zawdzięczał 
tylko pani Znanieckiej, która podobała się kapitanowi, nie miał żadnych obaw.   

Kapitan Turczyna liczył już około pięćdziesiątki, robił wrażenie wiecznie nie umytego, na 

kilka  kroków  czuło  się  odeń  alkohol,  a  poza  tym  był  chudy,  jak  kościotrup  i  niemal 
karykaturalny w swoich małpich ruchach.   

Mówił  straszliwym  akcentem  polsko-petersburskim  i  komicznym  językiem,  w  którym 

mieszały  się  słowa  rosyjskie  z  angielskimi,  a  francuskie  kończyły  się  ozdobą  polskich 
końcówek.   

background image

Ś

miał się przy tym cienko i zgrzytliwie niczym  zarzynany kogut, lecz z tym wszystkim 

był dzielnym marynarzem, starym wygą, który słynął z tego, iż w ciągu całej swojej kariery 
nie  tylko  nie  zatopił,  lecz  nie  uszkodził  żadnego  okrętu.  Znał  jak  własną  kieszeń  wszystkie 
porty  świata,  brał  udział  w  kilku  bitwach  morskich  jako  komendant  pancernika,  jego 
podwładni  zapewniali,  że  swymi  wspomnieniami  mógłby  wypełnić  setki  sensacyjnych 
powieści.  On  sam  jednak  bez  amatorstwa  i  bardzo  rzadko  mówił  o  sobie,  i  o  swoich 
przeżyciach, i o morzu. Z pasażerami rozmawiał dość chętnie, lecz tamtych kwestii unikał.   

Wkrótce  nadszedł  doktor  Pasznicki,  majtek  podał  kawę  i  alkohol.  Ksawery,  który  wdał 

się w rozmowę z kapitanem, niechętnie spoglądał na lekarza, flirtującego z panią Znaniecką. 
Byli tak sobą zajęci, że pani Marysia nie dostrzegła nawet najczulszych spojrzeń Runickiego.   

W pół godziny później odprowadzając ją do kabiny, był ostentacyjnie zimny.   

– Tak, proszę pani – odpowiadał krótko – nie proszę pani...   

– Co panu jest? – zdziwiła się.   

– Och, nic! Neurastenia.   

– Pan i neurastenia?... Ależ pan tryska zdrowiem!   

Zniecierpliwił się:   

– Bardzo panią przepraszam, że ośmielam się być zdrowym.   

– Nie robię z tego panu zarzutu.   

– Jednak pozwolę sobie zauważyć – wycedził – że stan nerwów nie ma nic wspólnego ze 

zdrowiem.   

– Szkoda – zaśmiała się.   

– Dobranoc pani – ukłonił się sztywno.   

– I panu życzę przyjemnego snu.   

– O nie. Ja jeszcze wracam do baru. Zdaje się, że będę dziś pił przez całą noc.   

Przyjrzała się mu z ironicznym błyskiem w oczach:   

– Zdaje się, że chce mnie pan obciążyć odpowiedzialnością za ten... swój kaprys.   

– Wybryk chciała pani powiedzieć?   

– Więc dobrze, wybryk.   

– Skądże mam obciążać panią?...   

– Zdaje się, że uzurpuje pan sobie prawo wyłączności co do mego towarzystwa.   

– Chcę je zdobyć – odpowiedział, robiąc ponurą minę.   

– Niech się pan nie trudzi...   

– Gdyż?... – podjął.   

– Gdyż się nie opłaci.   

– Zobaczymy.   

– Pan zobaczy. Ja widzę to już teraz.   

Czuł się obrażony i z trudem ukrywał złość. Chciał jednak powiedzieć jej coś przykrego, 

by chociaż w ten sposób zemścić się:   

– Ha, trudno – rozłożył ręce – głową muru nie przebiję.   

–  Właśnie  –  podchwyciła  –  od  początku  miałam  takie  wrażenie,  że  pan  należy  do  typu 

ludzi czyhających na zdobycze... łatwe.   

– Tak?... Nie powiem, żeby i pani zdobywanie względów doktora szło zbyt trudno.   

background image

Pani Znaniecka zmierzyła go roziskrzonym wzrokiem i skinęła głową:   

– Dobranoc panu.   

– Dobranoc pani – powiedział, gdy już znikła za drzwiami kabiny.   

Rozmowa  ta  wytrąciła  go  z  równowagi  i  rzeczywiście  zamierzał  uspokoić  się  przy 

pomocy alkoholu. Niestety była już godzina późna i bary pozamykano.   

Zły na siebie położył się spać i zasnął przy obmyślaniu zemsty.   

Nazajutrz  przystąpił  do  realizacji  tej  zemsty.  Wstał  wcześniej,  zjadł  śniadanie  i  wśród 

rozlokowujących  się  na  pokładzie  zaczął  wypatrywać  kogoś,  kto  by  mógł  być  karą  dla  pani 
Znanieckiej.   

Ta  lustracja  jednak  nie  dawała  na  razie  rezultatu.  Żadna  z  obserwowanych  kobiet  nie 

wyglądała  ani  dość  szykownie,  ani  dość  ładnie,  by  wystarczyła  na  wywołanie  uczucia 
zazdrości u tamtej.   

A należało się spieszyć. Pani Znaniecka zaraz po śniadaniu wyjdzie na pokład i musi już 

od razu zobaczyć go z inną kobietą.   

I  w  tym  właśnie  momencie  Ksawery  dostrzegł  Nieczajównę.  Stała  sama  przy  burcie, 

wpatrując  się  w  morze.  W  tanim  brązowym  futerku  i  w  berecie,  w  nieco  nieodpowiednich 
pantofelkach  na  zbyt  wysokim  obcasie,  nie  wyglądała  dostatecznie  elegancko,  ale  przecież 
możliwie. Za to jej miedziane włosy w słońcu połyskiwały wręcz wspaniale, no, a uroda nie 
pozostawiała nic do życzenia.   

Przeszedł dwa razy obok, namyślając się, czy zacząć. Ostatecznie byłoby wcale rozsądne 

zapewnienie  sobie  na  czas  podróży  przyjemnej  towarzyszki,  która  by  w  przelotnym 
romansiku  nie  widziała  nic  zdrożnego.  Do  wczorajszego  wieczora  był  przeświadczony,  że 
najodpowiedniejszym  do  tego  obiektem  byłaby  pani  Znaniecka.  I  dziś  zupełnie  stracił 
nadzieję. W każdym razie perspektywa długich zabiegów bez gwarancji.   

Co  innego  z  tą.  Taka  aktorka  z  natury  rzeczy  musi  być  łatwa.  Poza  tym  nie  będzie 

wymagała szczególniejszych względów. Nie uroi też sobie żadnych praw. Co najwyżej za jej 
ustępliwość  trzeba  będzie  zapłacić  jakimś  pierścionkiem,  czy  naszyjnikiem.  W  Paryżu  takie 
rzeczy  (nawet w dobrym guście) nie kosztują drogo.  Zresztą warta jest porządnej ceny. Jest 
wspaniale  zbudowana,  ma  fenomenalnie  kolorową  cerę  i  usta  prawie  perwersyjne.  Przy 
rudych włosach, przy całej tej wyzywającej urodzie wyglądała jednak zdumiewająco świeżo, 
niemal dziewczęco.   

Im  dłużej  przyglądał  się,  tym  mocniej  utwierdzał  się  w  postanowieniu.  Uprzytomnienie 

faktu sąsiedztwa kabin, a zatem wyjątkowej wygody, zrobiło resztę.   

Korzystając  z  tego,  że  Nieczajówna  odwróciła  głowę,  szerokim  gestem  zdjął  czapkę  i 

powiedział z uśmiechem:   

– Dzień dobry pani! Nie za duży tu wiatr?   

– Nie – potrząsnęła głową – lubię to.   

Ś

ciągnął rękawiczkę z prawej ręki:   

– Pani pozwoli, że się formalnie przedstawię. Ksawery Runicki. Właściwie, to jest kiedyś, 

przed dwoma zdaje się laty, miałem zaszczyt wprawdzie nie osobiście...  Ale pani na pewno 
już tego nie pamięta.   

–  Źle  pan  ocenia  moją  pamięć  –  zaśmiała  się  i  podała  mu  rękę,  wymawiając  swoje 

nazwisko.   

– To prawdziwy zaszczyt, więcej, niż zaszczyt, to wielka przyjemność dla mnie, szarego 

rolnika, że pani przy tylu hołdach raczyła zapamiętać i mój.   

background image

– Byłam wtedy naprawdę speszona. Nawet nie wiedziałam, jak podziękować.   

– A tu poznała mnie pani?   

– Oczywiście!   

Powiedziała  to  z  takim  akcentem,  że  aż  się  zarumieniła.  Runicki  dostrzegł  to  i  od  razu 

poczuł wielką pewność siebie. Jednocześnie doszedł do przekonania, że Nieczajówna o wiele 
efektowniej wygląda z bliska, niż na scenie i że jest bardzo miła.   

–  Jakaż  szkoda  –  westchnął  –  że  nie  jadamy  przy  wspólnym  stole.  Pani  ma  miłe 

towarzystwo?   

– Owszem.   

– Ja nie. Nudzę się i obawiam się, że z nudów zacznę jeść tyle, że utyję. Rozmowy przy 

moim stole nie należą do zajmujących.   

– Ja myślałam inaczej – zaśmiała się.   

– Dlaczego?   

– Robi pan wrażenie bardzo zajętego.   

– Ja? – oburzył się – kim?   

– No, nie tymi dwoma starszymi panami, ani tym oficerem marynarki...   

– To lekarz okrętowy.   

– Więc i nie lekarzem, ale tą piękną blondynką.   

– Aż piękną? Czy to nie nadmiar uprzejmości z pani strony?   

– Rzeczywiście, pan myśli zapewne o jej uszach?... Tak, ma za duże i nieładne. Nogi też 

są cokolwiek za szczupłe, ale poza tym jest śliczna.   

Runicki  przypomniał  sobie  nogi  i  uszy  pani  Znanieckiej.  Aż  sam  zdziwił  się  sobie,  że 

dotychczas tego nie zauważył. Naprawdę to ją szpeciło.   

–  Ale  pani  ma  wyrobioną  spostrzegawczość  –  zauważył  z  uznaniem.  –  Strach  mnie 

ogarnia na myśl, ile też defektów znajdzie pani we mnie?   

– Sądzę, że niedużo.   

– Więc, jednak są! O Boże!   

– Chyba panu aż tak bardzo nie zależy na tym?   

– Na czym?   

– Na urodzie, no i na moim zdaniu...   

–  Dla  pani  chciałbym  być  piękny  –  przymrużył  oczy.  Zmierzyła  go  wzrokiem  i 

uśmiechnęła się:   

– Jest pan niebrzydki.   

– Dziękuję – ukłonił się szarmancko.   

–  Tylko  dlaczego  pan  się  tak  czesze?  Co  do  mnie  obawiałabym  się  dotknąć  pańskich 

włosów, by nie uszkodzić tej idealnej fryzury.   

– Proszę. Niech pani je zburzy!   

– O nie, straciłby pan przez to co najmniej pół godziny na uczesanie.   

–  Mówi  to  pani  takim  tonem,  jakby  dbanie  o  siebie  uważała  pani  u  mężczyzn  za  coś 

niepotrzebnego.   

– Ale pan chyba uważa to za najpotrzebniejsze?   

background image

Zmieszał się troszkę:   

– Umie pani mówić impertynencje.   

– Ależ bynajmniej, nie chciałam panu powiedzieć nic przykrego.   

– Czy rzeczywiście wyglądam na... gogusia?   

Oburzyła się szczerze:   

– Skądże! Jest pan chyba odrobinę próżny i to wszystko.   

– A pani jest najbardziej czarującą osobą, jaką widziałem.   

– Nie wierzę.   

–  Słowo  daję.  I  niech  pani  się  nie  dziwi,  że  płacę  chlebem  za  kamień,  tak  celnie 

wymierzony do mego ogródka.   

Runickiemu  tak  doskonale  rozmawiało  się  z  Nieczajówną,  że  zapomniał  nawet  o 

pierwotnym  celu,  o  podrażnieniu  pani  Znanieckiej  i  dopiero  gdy  zobaczył  ją  objuczoną 
pledami i widocznie zdążającą do leżaków, ucieszył się sukcesem planu: musiała widzieć ich 
roześmianych i zajętych sobą.   

Wczesnym rankiem, kiedy wszystkie pokłady są zalewane wodą, szorowane i sprzątane, 

leżaki bywają zestawione w wielkie sterty. Ksawery też, zerkając ukosem, widział wybornie, 
jak  pani  Znaniecka  męczy  się  wyszukiwaniem  swego.  Udawał  jednak  w  dalszym  ciągu,  że 
jest całkowicie zajęty swą towarzyszką.   

– Dobrze jej tak – myślał – niech poczuje, jak to wygodnie beze mnie.   

Po  pewnym  czasie  zaproponował  Nieczajównie  spacer  na  dziób  okrętu.  Przechodząc 

obok  pani  Znanieckiej  ukłonił  się  z  przesadną  grzecznością.  Odpowiedziała  mu 
nienaturalnym półuśmiechem, ku jego najwyższemu ukontentowaniu.   

– Ma za swoje!   

Całe przedpołudnie spędził z Nieczajówną, oprowadzając ją po okręcie i tłumacząc różne 

urządzenia.   

– Pan jednak zna się na tym! – dziwiła się.   

–  O  tak,  trochę.  Dość  dużo  podróżowałem  okrętami.  I  to  nie  takimi  starymi  skorupami, 

jak nasza "Sarmatia", ale wielkimi nowoczesnymi olbrzymami.   

–  A  ja  sądzę  –  mówiła  Nieczajówna  –  że  najciekawsza  byłaby  podróż  najmniejszym 

stateczkiem.  Na  przykład  żaglowcem.  Wyobrażam  sobie,  jak  podczas  burzy  skacze  taka 
łupinka na falach. Niczym piłka. To dopiero emocja.   

– Zapewne – przytaknął – ale brak wygód...   

–  No,  i  morska  choroba.  Podobno  im  mniejszy  okręt,  tym  o  nią  łatwiej.  Czy  to  bardzo 

przykre?   

Runicki zaśmiał się:   

– Ja myślę.   

– A pan często chorował?   

– O, nie. Ja nie ulegam morskiej chorobie.   

–  A  ja,  niech  pan  sobie  wyobrazi,  ogromnie  się  jej  boję.  Swoją  drogą  chciałabym 

zobaczyć burzę na morzu, czy choćby takie wielkie fale, ale mam stracha.   

– Na wszelki wypadek polecam się w charakterze pielęgniarza – zażartował.   

Rozstali  się  dopiero  przed  lunch'em.  Przy  swoim  stole  Ksawery  zastał  już  całe 

towarzystwo, oprócz doktora, który musiał zająć się jakimś chłopcem i jego zwichniętą nogą.   

background image

– Jakże pani spędziła ranek? – zwrócił się do pani Znanieckiej z uprzejmą złośliwością.   

– Dziękuję, bardzo miło i w bardzo inteligentnym towarzystwie – odpowiedziała – bawił 

mnie pan Flaubert.   

– Czy też lekarz? – Ksawery zrobił ironiczną minę.   

– Nie, drogi panie, pisarz z XIX wieku – odcięła się.   

By zamaskować otrzymany sztych, Ksawery powiedział całkiem dobrodusznie:   

– O tak, to bardzo dobry autor. Tak... Flaubert... Owszem, czytałem...   

– Czy jego "Notre Dame de Paris", czy "Lettres de mon moulin" – zapytała niewinnie.   

Ksawery zaczerwienił się, nie tracąc jednak kontenansu skinął głową:   

– Zdaje się jedno i drugie.   

Generał Przybyś podniósł widelec:   

– Znałem jednego Flobera. Miał trafikę na Grauegasse we Wiedniu. Tęgi taki z baczkami, 

panie  dobrodziejaszku.  Jak  dziś  pamiętam.  Ale  to  chyba  nie  ten,  choć  też  francuski  znał. 
Zresztą  kto  go  wie,  ci,  panie  dobrodziejaszku,  autorzy,  to  często  pod  tymi,  pod 
pseudonimami...   

– Ale skądże! – zmitygowała go małżonka, widząc, że Dokszycki ma rozbawioną minę. – 

Skądże!  Przecież  pani  hrabina  wyraźnie  powiedziała,  że  z  dziewiętnastego  wieku.  W 
starożytności.   

Ksawery zwrócił się do pani Znanieckiej:   

– Czy pani i po lunch'u zamierza poświęcić się lekturze?   

– Jeszcze nie wiem. Mam do napisania parę listów.   

– Do męża?...   

– Czy to pana aż tak interesuje? – zapytała prawie niegrzecznie.   

–  Bardzo  –  nie  dał  się  zbić  z  tropu  –  chcę  chociaż  ucieszyć  się  odblaskiem  cudzego 

szczęścia.   

– Wymagania zbyt rozległe.   

– Cóż pocznę. Na własne odebrano mi nadzieję.   

– Widocznie postąpiono słusznie – odpowiedziała zimno.   

Pomimo  to  po  śniadaniu  uparł  się,  by  jej  towarzyszyć.  W  saloniku,  gdzie  pisano  listy, 

wszystkie  stoły  były  zajęte,  w  czytelni  również.  Zresztą  zbliżała  się  pierwsza  w  podróży 
atrakcja  i  warto  było  pójść  na  pokład.  Okręt  zbliżał  się  do  Holtenau,  do  wschodniej  bramy 
Kanału Kilońskiego. Po obu stronach horyzont zaczął zarysowywać się szarymi liniami, które 
wkrótce  zamieniły  się  w  zielono-żółte  brzegi.  Morze  zwęziło  się  w  niewielką  zatokę,  skąd 
wyciągało  się  długą  stukilometrową  szyją  kanału,  by  połączyć  się  w  ujściu  Elby  z  wodami 
Morza Północnego.   

I  Bałtyk  tutaj  roił  się  od  statków,  widocznie  oczekujących  na  swoją  kolej  wejścia  do 

kanału.  "Sarmatia",  jako  największa,  wyminęła  inne  i  stanęła  przy  śluzie.  Z  pokładu 
pasażerowie  przez  lornetki  przyglądali  się  zakotwiczonym  okrętom,  brzegom  i  budynkom 
Holtenau.  Tymczasem  dźwigi  okrętowe  nie  próżnowały.  Raz  po  raz  pochylając  się  nad 
bulwarem  mola,  unosiły  olbrzymie  paki  i  skrzynie,  beczki  i  pudła,  by  zrobić  pół  obrotu  i 
zostawić to wszystko w nienasyconym brzuchu "Sarmatii". Okręt prowiantował się świeżymi 
zapasami. Wykarmienie i napojenie sześciuset pasażerów i stu z górą osób załogi równało się 
dziennemu  zużyciu  około  czterech  tysięcy  kilogramów  mięsa,  ryb,  jarzyn,  owoców,  wina, 
piwa i najrozmaitszych innych dodatków.   

background image

Pasażerowie z braku innego zajęcia nawiązywali rozmowy z niemieckimi urzędnikami i 

ż

andarmami, przechadzającymi się po idealnie wycienionym kamiennym nadbrzeżu z minami 

powagi i dostojeństwa.   

Liczni  przekupnie  na  długich  drągach  podawali  na  pokład  papierosy,  czekolady, 

pocztówki  i  inne  drobiazgi  w  małych  kapturkowatych  torebkach,  otrzymując  w  zamian 
garście bilonu.   

Wreszcie śluzę otwarto i wraz z masami bałtyckiej wody "Sarmatia" wpłynęła do kanału. 

Na  prawie  osiem  godzin  wielki  okręt  został  wciśnięty  między  dwa  brzegi,  tak  bliskie,  że 
zdawało się, dobrym skokiem wprost z pokładu można było bliższego z nich dosięgnąć.   

Po obu stronach rozciągały się płaskie, lekko sfalowane wzgórzami łąki, a wśród nich tu i 

ówdzie czerwieniły się zabudowania folwarków.   

– Gdyby nie ogromne mosty poprzerzucane nad kanałem – mówił Runicki – mogłoby się 

nam zdawać, że jesteśmy na Pilicy, czy na Bugu.   

Pani Znaniecka przytaknęła:   

– Rzeczywiście, już nasz Niemen, a nawet Wisła jest szersza. I krajobrazy tam ładniejsze, 

góry porosłe lasem, osypiska. Więcej malowniczości, więcej przyrody. Tu jest wszystko już 
zanadto uporządkowane i wylizane.   

– Kultura, wysoka kultura – z podziwem powiedział Ksawery.   

– Nie, proszę pana, tylko cywilizacja.   

–  Mówiłem  o  kulturze  rolnej  –  zniecierpliwił  się  tymi  ciągłymi  poprawkami  –  zresztą  i 

kultura  jest  wyższa  w  Niemczech  niż  u  nas,  a  zwłaszcza  niż  tam,  na  kresach.  Im  dalej  na 
zachód, tym większa kultura.   

– Mogę to łatwo osądzić po panu – odpowiedziała dwuznacznie.   

– Niby dlaczego po mnie?   

– Przez uprzejmość.   

– Nie oczekiwałem jej od pani.   

– Zatem był pan rozsądny w swoich oczekiwaniach.   

Zacisnął usta i umilkł. Zawsze tak było. Każdy temat kończył się między nimi zgrzytem.   

Już  teraz  nie  podobała  mu  się  wcale  i  jeżeli  upierał  się  przy  dotrzymywaniu  jej 

towarzystwa, to jedynie dlatego, że irytowała go myśl zostawienia pani Znanieckiej czasu do 
zastanowienia się nad jego osobą. Co gorsza, mogła jeszcze wykpić go w rozmowie z takim 
choćby  doktorem.  Wprost  pojąć  nie  umiał,  jak  kobieta  z  takiej  sfery  może  znajdować 
przyjemność  w  obcowaniu  z  ludźmi,  istniejącymi  właściwie  po  to,  by  dbać  o  zdrowie, 
interesy,  czy  wygodę  tych,  którzy  za  to  płacą.  Lekarzy,  adwokatów,  inżynierów  i  temu 
podobnych,  uważał  w  gruncie  rzeczy  za  służbę,  oczywiście  wyższej  rangi  od  szoferów  czy 
karbowych,  ale  przecież  służbę.  Fakt  ich  wykształcenia  nie  imponował  mu  wcale.  Przecież 
nie  po  co  innego  się  kształcili,  jak  tylko  po  to,  by  dobrze  służyć.  Do  tego  musieli  nabrać 
przyzwoitych manier, by nie razić swoim zachowaniem się tych, którzy im płacą. Bynajmniej 
nie  uważał  za  wskazane  podkreślenia  wobec  nich  tej  różnicy.  W  czasach  tak 
demokratycznych  i  tak  tego  by  nikt  należycie  nie  ocenił.  Ale  stąd  daleko  jeszcze  było  do 
wdawania się z nimi na równej stopie.   

Poza  ziemiaństwem,  oficerami  z  lepszych  pułków,  potentatami  finansowymi,  no,  i 

oczywiście  poza  przedstawicielami  władzy,  Runicki  nie  wyobrażał  sobie  "swego 
towarzystwa".   

background image

Tym bardziej gniewał go Dokszycki, grający od rana do nocy w bridge'a z jakimiś trzema 

panami,  o  gminnych  nazwiskach,  a  zwłaszcza  wściekły  był  na  Znaniecką  za  doktora  i  za  tę 
wyraźną przewagę jej sympatii na tamtą stronę.   

Przed  obiadem  już  znowu  byli  pokłóceni  i  Ksawery  milczał  uparcie.  Jak  zwykle  w 

chwilach  rozdrażnienia,  odżywała  w  nim  pamięć  wszystkich  przykrości,  jakich  doznał  w 
ż

yciu. Jednocześnie i przyszłość zaczynała się rysować przed nim najczarniejszymi barwami.   

Wysokie  Progi  nie  w  pierwszym,  to  w  drugim  terminie  zostaną  zlicytowane  i  przyjdzie 

pójść  do  rodziny  na  łaskawy  chleb,  albo  zdychać  z  głodu.  Wprawdzie  mógłby  objąć 
administrację  u  któregoś  z  krewnych,  ale  oni  wszyscy  nie  mają  doń  zaufania.  Natomiast 
posada rządcy u obcych – to już lepsza kulka w łeb.   

Ksawery wychylał jeden kieliszek po drugim. Właściwie cała ta podróż jest szaleństwem. 

Wyszastać resztę pieniędzy i wrócić nie wiadomo po co i nie wiadomo do czego.   

Jak  na  złość  pani  Znaniecka  umawiała  się  głośno  z  doktorem  na  wspólne  zwiedzanie 

Londynu. Nawet nie raczyła zwrócić uwagi na to, iż Ksawery po prostu zalewa się koniakiem.   

Wstał  od  stołu  wściekły  i  wyszedł  na  pokład.  Po  obu  stronach  cicho  przesuwały  się 

zielone  brzegi.  Tu  i  ówdzie  w  mroku  połyskiwały  ostrzegawcze  latarnie.  Pod  wpływem 
pochłoniętego alkoholu humor zaczął się poprawiać. Postanowił odszukać Nieczajównę.   

Musiała  jeszcze  być  na  pokładzie.  Znalazł  ją  wkrótce  na  tyle  okrętu  przy  łodziach 

ratunkowych.  Pod  ich  osłoną,  zakryci  od  wiatru,  siedzieli  na  ławkach  czterej  jacyś  młodzi 
mężczyźni, a wśród nich ona. Albo należało zrezygnować, albo przyłączyć się do nich, na co 
najmniejszej nie miał ochoty, albo zdobyć się na tupet.   

Wybrał to ostatnie i powiedział w półukłonie:   

–  Nareszcie  panią  znalazłem.  Przypominam,  że  obiecała  mi  pani  pokazać  swoje 

fotografie. Zatem służę.   

– Fotografie – odezwał się któryś z panów – a to i my z rozkoszą zobaczymy.   

Runicki  jednak  bezceremonialnie  wziął  Nieczajównę  pod  rękę  i,  rzuciwszy  przez  zęby, 

panowie wybaczą, skierował się do schodków.   

Już zeszli na dół, gdy powiedziała zgorszona:   

– Jak pan mógł tak skłamać! Przecież wcale panu nie obiecywałam!   

– Nie wiem, jak mogłem, ale musiałem.   

– Na drugi raz zaprzeczę, będzie pan skompromitowany.   

– Na pewno – skinął głową. – Na pewno, jeżeli będzie pani wolała towarzystwo tamtych 

bubków.   

– Pan musi być zarozumiały.   

– Nie, ale nie trzeba było okazywać mi, że się pani podobam.   

Oburzyła się szczerze:   

– No, wie pan, ja panu okazywałam? To już... to już...   

– Bezczelność?...   

– I w ogóle pan wcale mi się nie podoba.   

Ksawerego ogarnęło rozdrażnienie.   

– W takim razie przepraszam. Pani pozwoli, że ją odprowadzę z powrotem.   

– Dziękuję. Nie chcę.   

– Dlaczego?   

background image

– Po pierwsze, nic mnie tam nie ciągnie, a po wtóre... po wtóre, pan jest niegrzeczny.   

Uchwycił jej rękę i pocałował kilka razy.   

–  Proszę  wybaczyć.  Nawet  pani  nie  przypuszcza,  jak  bardzo  pragnę  pani  towarzystwa. 

Myślałem o nim, jak o lekarstwie, jak o ratunku...   

Powiedział  to  tak  złamanym  głosem  i  z  tak  smutnym  wyrazem  twarzy,  że  się 

zaniepokoiła.   

– Czy panu coś się stało?... Może jakaś przykra wiadomość?...   

– Tak, bardzo przykra – skłamał – otrzymałem depeszę radiową.   

– Ktoś jest chory?... Czy o interesach!...   

–  Ach  –  machnął  ręką  –  nie  mówmy  już  o  tym.  W  każdym  razie  bardzo  jestem  pani 

wdzięczny za życzliwość. Już sama obecność pani dodaje mi otuchy.   

Spojrzała nań jakoś bardzo ciepło, a po chwili powiedziała:   

– Może rzeczywiście pokazać panu te fotografie?...   

– Och, bardzo proszę.   

– Więc pan zaczeka w tym górnym salonie, a ja skoczę do kabiny i przyniosę.   

– Po co? – zaoponował – tam tyle ludzi. Najlepiej chodźmy do pani.   

Zawahała się, lecz gdy zaczął nalegać, zgodziła się.   

Po  chwili  był  już  u  niej.  Ze  skromnego  neseseru  wydobyła  duże  pudło  pełne  zdjęć. 

Niektóre znał już z ilustracji, inne z natury: przedstawiały Nieczajównę w rozmaitych rolach 
w "Złotej Masce".   

Siedzieli  obok  siebie  na  kanapie.  Wypity  koniak  i  bliskość  tej  młodej  apetycznej 

dziewczyny  musiały  zrobić  swoje.  Ostrożnie  wziął  jej  dłoń  i  zaczął  głaskać.  Zaśmiała  się  i 
cofnęła rękę, pokazując fotografię. Wówczas spróbował ją objąć.   

– O nie – zaprotestowała spokojnie, ale stanowczo.   

– Cóż to pani przeszkadza? – udawał zdziwienie.   

– Nie! Proszę wziąć rękę.   

Nie zrobiła żadnego gestu, jednak w jej głosie było tyle nakazu, że cofnął się. Wówczas 

zaśmiała się i powiedziała:   

– Będę pana bardzo lubiła, jeżeli zostanie pan takim, jakim ja sobie pana wyobrażam.   

– To znaczy jakim?   

– Wierzę w pańską intuicję – spojrzała mu serdecznie w oczy.   

Stanowczo Nieczajówna miała w sobie coś, co go brało. Nie umiał tego określić, ale czuł 

do niej nie tylko coraz silniejszy pociąg fizyczny, lecz i jakąś dotychczas nie znaną czułość, 
jaką miewa się czasem do dzieci!   

A potem inaczej się z nią rozmawiało, inaczej niż z Mirą, inaczej niż z kobietami z jego 

ś

rodowiska, ale także nie tak, jak z aktorkami, których przecież znał sporo. Nie starała się go 

kokietować,  ani  mu  czymkolwiek  imponować.  Nie  wygłaszała  przemądrzałych  aforyzmów, 
ani  nie  wtrącała  cytatów  z  różnych  książek.  Przeciwnie.  Z  największym  zainteresowaniem 
słuchała wszystkiego, co jej mówił. Nieraz przyłapał w jej spojrzeniu wyraz życzliwości, przy 
tym zaś bynajmniej nie narzucała się. Była prosta, naturalna, wesoła, bez pretensji.   

A  po  za  tym  bardzo  ładna,  oryginalna  i  efektowna.  Gdyby  zbliżył  się  do  niej  w  owych 

czasach, gdy miał jeszcze dużo pieniędzy, dałby jej świetną oprawę, suknie, futra, biżuterię. 

background image

Wtedy byłoby czym pochwalić się przed znajomymi! No, i miałoby się dziewczynę pierwszej 
klasy.   

–  Teraz  cóż?...  Kwestia  tych  paru  tygodni  i  na  tym  koniec.  Na  szczęście  wystarczy 

gotówki...   

Przesiedzieli razem do późna, wyszli już w nocy na pokład, by przyjrzeć się urządzeniom 

Brunsbuttel, gdzie okręt zatrzymał się na chwilę przed wpłynięciem na Morze Północne.   

Rozstali się przed kabiną Nieczajówny i Runicki wrócił do siebie. Zasypiając, rozmyślał 

nad wytworzoną sytuacją, nad wrażeniem, jakie wywoła na okręcie to jego trzymanie się bądź 
co bądź z aktorką, nad plotkami, które niewątpliwie dotrą do Warszawy i Wysokich Progów.   

– A niech! – zgrzytnął zębami, przypomniawszy sobie Mirę.   

Miał wyjątkowo pomyślną okazję do skorzystania z wolności i oczywiście nie wątpił, że 

skorzysta z niej w całej pełni.   

Oporność  Nieczajówny  wynikała  przecież  nie  z  jej  cnotliwości,  która  była  nie  do 

pomyślenia  u  aktorki.  Ani  z  obawy  plotek  na  okręcie.  Ostatecznie,  gdy  ktoś  jest  aktorką, 
może  sobie  pozwolić  na  lekceważenie  opinii.  Po  prostu  Nieczajówna  nie  należy  do  tych 
najłatwiejszych i przed zawiązaniem bliższych stosunków chce  go trochę lepiej poznać.  Bo, 
ż

e się jej podobał, o tym nie mogło być dwóch zdań.   

Nazajutrz lał deszcz.   

Morze  Północne  było  lekko  sfałdowane.  Bruzdy  zielonawo-ołowianej  wody  biegły  na 

spotkanie okrętu i rozcinały się na jego dziobie, by spłynąć bokami w gęstej, zdawałoby się, 
tłustej  pianie.  Fala  jednak  była  zbyt  niska,  by  rozkołysać  potężny  kadłub  "Sarmatii". 
Pasażerowie  z  rzadka  przemykali  pod  daszkami,  głównie  jednak  przepełniali  salony  i  bary, 
gdzie panował teraz prawdziwy tłok.   

Po wyjściu od fryzjera, gdzie dzięki sutym napiwkom udało mu się wywinąć od czekania 

w kolejce, Ksawery przede wszystkim upolował stolik z dwoma fotelami na krytym pokładzie 
i tam kazał stewardowi przynieść coctaile i owoce, potem zaś odszukał Nieczajównę. Właśnie 
kończyła śniadanie i bardzo szczerze ucieszyła się wiadomością o zarezerwowanym stoliku.   

Ze swojego miejsca widzieli morze i dość często mijające ich okręty.   

Rozmawiali  już  jak  dobrzy  znajomi.  Runicki,  który  zawsze  lubił  wyróżniać  się 

pomysłami,  chciał  kazać,  by  tutaj  podano  im  lunch,  lecz  Nieczajówna  orzekła,  że  to  nie 
wypada.   

– Ludzie pomyślą Bóg wie co!   

– A cóż nas obchodzi ta hołota – wzruszył  ramionami. – Doprawdy, panno Magdaleno, 

panno Magdusiu, proszę mi pozwolić.   

Jednak nie dała się przekonać i musieli zjeść lunch w sali przy różnych stołach. Ksawery 

nagradzał to sobie częstymi spojrzeniami w stronę Nieczajówny, co robił niemal ostentacyjnie 
na złość pani Znanieckiej, z którą pociął się znowu, właściwie mówiąc niepotrzebnie, bo już 
go  nic  nie  obchodziła.  Rzeczywiście  miała  brzydkie  uszy,  wstrętne  uszy,  no,  i  te  nogi:  – 
piszczele.   

Wieczorem w dolnej jadalni urządzono kino i górne salony opustoszały. Tylko amatorzy 

bridge'a nie ruszyli się od swoich stolików.   

Jednak  ich  spory,  przechodzące  od  czasu  do  czasu  w  głośne  sprzeczki,  wystarczyły 

Ksaweremu jako pretekst do propozycji przeniesienia się do kabiny.   

– Teraz pani musi mnie rewizytować – uparł się i gdy Nieczajówna wahała się, dodał: – 

Pokażę pani swoje zdjęcia.   

background image

To ją przekonało. Rzeczywiście miał ze sobą, jak zawsze, całą paczkę fotografii. Pałac w 

Wysokich  Progach,  fragmenty  parku,  wielkie  lustrzane  schody  szeregu  stawów,  epizody  z 
polowań na bażanty, na lisa, na kuropatwy i kaczki, konie, stajnię wyścigową itp.   

Panna  Magda  Nieczajówna  w  milczeniu  słuchała  długich  wyjaśnień  i  komentarzy. 

Wreszcie westchnęła:   

– Pan musi być bardzo szczęśliwy.   

Zaśmiał się niewyraźnie, lecz nie zaprzeczył.   

–  Jak  ja  panu  zazdroszczę  tego  wszystkiego!  W  tym  pałacu  jest  ładniej  niż  w 

Łazienkach... I tylko pomyśleć, że to wszystko własne!...   

Po kilka razy wracała do poszczególnych zdjęć. Na koniec wybrała jedno:   

– Niech mi pan to da – powiedziała po prostu.   

Zdjęcie  przedstawiało  Ksawerego  na  karym  ogierze  na  tle  wielkiej  grabowej  alei. 

Wierzchowiec  wspiął  się  właśnie,  a  postać  jeźdźca  lekko  przegiętego  w  siodle  wyglądała 
naprawdę  efektownie.  Ksawery  sam  najlepiej  lubił  to  swoje  zdjęcie.  Uwypuklało  jego 
dzielność,  zręczność  i  pańskość.  Rad  też  był,  że  ona  na  tym  się  poznała.  Na  przykład  Mira 
chciała tu dopatrzeć się pozy, a inni nie zwracali wcale uwagi... Był tedy więcej niż rad, był 
trochę wzruszony.   

– Chce pani to mieć?... Służę.   

– Dziękuję bardzo.   

– O nie, to ja dziękuję – pochylił się do niej.   

Zerwała się z miejsca:   

– Muszę już iść. Późno.   

Widocznie  obawiała  się,  że  znów  zostanie  zaatakowana,  toteż  Runicki  wstał  z 

uśmiechem:   

–  Panno  Magdaleno,  proszę  mi  wierzyć,  że  w  żadnym  razie  nie  zrobiłbym  nic,  co  by 

mogło  panią  do  mnie  zniechęcić.  Przecież  chciałbym  móc  spędzić  z  panią  tak  jeszcze 
niejedną godzinę. Obawiam się tylko, czy pani nie znudziła się?...   

–  O  nie  –  zaprzeczyła  poważnie.  –  Było  mi  przyjemniej,  niż...  niż...  może  trzeba. 

Dobranoc.   

– Panno Magdaleno... – pochylił się i pocałował ją w rękę.   

Stała przez chwilę z dłonią na klamce, wtem zaśmiała się i powiedziała:   

– A że pan był dziś bardzo grzeczny... należy się panu nagroda.   

Kończąc, wspięła się na palce i musnęła wargami jego policzek. Nim zdążył zorientować 

się, już jej nie było.   

Dotyk  jej  warg  był  przelotny,  ledwie  odczuwalny.  Nie  dał  jednak  Ksaweremu  zasnąć 

niemal do świtu. Przewracał się z boku na bok, klnąc siebie za nieśmiałość i śmieszny brak 
wyrobienia. Przecież należało zatrzymać ją, albo w każdym razie pod byle pozorem pójść do 
jej kabiny. Tak cackając się narazi się tylko na drwiny.   

Wstał,  zdjął  z  włosów  siatkę,  wytarł  twarz  i  ręce  kolońską  wodą  i  wyjrzał  na  korytarz, 

zawrócił  jednak,  wypił  szklaneczkę  czerwonego  wina  i,  narzuciwszy  futro  na  pidżamę, 
wyszedł na pokład.   

Wśród  czarnej  nocy  daleki,  jakiś  niezmiernie  daleki  horyzont  połyskiwał  dwoma 

punkcikami światła: Anglia.   

background image

Nagle w odległości jakiegoś kilometra zjawiło się inne światełko, z okrętu wytrysnął słup 

jasności i reflektor oświetlił spienione fale, a wśród nich niewielką łódź motorową.   

Maszyny "Sarmatii" zwolniły i po chwili spuszczono sznurową drabinę, po której wdrapał 

się  na  pokład  jakiś  niski,  krępy  człowiek.  To  wezwany  radiotelegraficznie  pilot  portu 
londyńskiego przybył, by wprowadzić okręt w gardło Tamizy.   

Po  kilkugodzinnym  zaledwie  śnie  obudził  Runickiego  dziwny  spokój.  Okręt  stał  na 

kotwicy i jedno spojrzenie przez okno wystarczyło, by zerwać się z łóżka: Londyn. Wkrótce 
na  całym  okręcie  zaczął  się  gorączkowy  ruch.  Większość  pasażerów  miała  wziąć  udział  w 
opłaconym już w cenie biletu zwiedzaniu miasta autokarami. Runicki spieszył, by jeszcze raz 
spróbować odciągnąć od tego Nieczajównę.   

Ułożył już sobie plan: przede wszystkim wynajmą taksówkę i pojadą do hotelu. Nie ma 

sensu co wieczór wracać na pokład dla zaoszczędzenia kilkuset złotych za hotel. Uczywiście 
myślał tylko o "Savoyu".   

Niestety zbyt długo musiał czekać na kąpiel i gdy z neseserem w ręku wybiegł na pokład, 

zobaczył  ruszające  już  z  bulwaru  wielkie  zielone  autobusy  pełne  po  brzegi.  Poszukiwania 
Nieczajówny  spełzły  na  niczym.  Okazało  się,  że  już  odjechała.  Zły  na  siebie  i  na  nią,  nie 
zaniechał jednak swoich zamiarów.   

Po  zejściu  na  brzeg  z  trudem  odszukał  postój  taksówek.  Miał  przy  tym  prawdziwą 

satysfakcję: doktor Pasznicki i pani Znaniecka na próżno usiłowali mieszaniną francuskiego i 
niemieckiego wytłumaczyć szoferowi o co im chodzi. Runicki doskonale władał angielskim i 
znalazł wdzięczne pole do popisu, a raczej do nonszalanckiej usługi.   

Od  Greenwich  Pier  do  centrum  City,  gdzie  stał  "Savoy",  miał  czas  rozczarować  się 

Londynem... Prawie  godzinna jazda wąskimi ulicami wśród bliźniaczo do siebie podobnych 
domków  wystarczyła,  by  przekonać  się  o  brzydocie  tego  miasta.  Z  rzadka  tylko  i  to  w 
niektórych  dzielnicach  wznosiły  się  gmachy  większe,  zapewne  publiczne,  oraz  cztero–  czy 
pięciopiętrowe kamienice, pokryte szyldami biur i przedsiębiorstw.   

Natomiast  hotel  olśniewał  wspaniałością  urządzeń.  Po  rozlokowaniu  się  i  po  wizycie  u 

fryzjera, wyszedł na miasto.   

Ksawery  nie  miał  żyłki  do  zwiedzania.  Nudziły  go  muzea  i  galerie  obrazów,  zabytki  i 

pamiątki historyczne. Toteż plonem całodziennej włóczęgi po Londynie było tylko obejrzenie 
z  zewnątrz  pałaców  Buckinghamskiego  i  St.  James'kiego,  spacer  po  Hyde  Parku  i  pobieżne 
zaznajomienie  się  z  lokalami  gastronomicznymi.  Wieczorem  był  w  kinie  i  w  teatrze 
rewiowym i wrócił do hotelu w przeświadczeniu, że nie ma nic nudniejszego, niż łażenie po 
mieście, gdzie nikogo nie zna, a w dodatku łażenie samotne.   

Dlatego  też  bardzo  wczesnym  rankiem  wstał  i  limuzyną  hotelową  pojechał  do  portu. 

Chciał koniecznie złapać Nieczajównę przed wyjazdem autokarów. A poza tym zależało mu 
na pokazaniu się współpasażerom "Sarmatii" w luksusowej prywatnej maszynie. Wprawdzie 
cennik  hotelowy  jeżył  się  od  słonych  pozycji,  ale  "wykazanie  klasy"  było  największą 
przyjemnością, wartą funtów.   

Nieczajówna ucieszyła się, gdy zapukał do jej kabiny i bez dłuższych ceregieli zgodziła 

się zrezygnować z ogólnej wycieczki. Zresztą wczoraj zwiedziła już wszystko ważniejsze.   

Po drodze opowiedziała mu wiele, a usłyszawszy, że on przez ten czas nic nie zobaczył, 

orzekła, że muszą to zwiedzić.   

– Jak panu nie wstyd! To lenistwo! – strofowała go.   

background image

Posługując się baedeckerem i planem Londynu, a także wczorajszymi kursami wycieczki 

spędzili cały dzień na zwiedzaniu. Byli w katedrze Westminsterskiej, u św. Pawła, w Muzeum 
Brytyjskim, w Parlamencie i w Tower.   

– Ależ z pani genialny guide! – entuzjazmował się raz po raz.   

I  rzeczywiście;  w  towarzystwie  tej  czarującej  dziewczyny,  wśród  żartów  i  uśmiechów, 

czas mijał zupełnie inaczej. Najpierw trochę szokowała Runickiego swoboda, głośny śmiech i 
głośne mówienie towarzyszki.   

–  Oglądają  się  na  nas  ludzie  –  próbował  ją  stuszować  –  ci  Anglicy  wezmą  nas  za 

dzikusów.   

– Więc i świetnie! – śmiała się. – Nie rozumieją naszego języka, nie przyzwyczajeni są do 

takiej  wesołości.  Ale  to  chyba  najrozkoszniejsze,  taka  zupełna  swoboda.  Można  przecież 
pozwolić  sobie  na  nią  tylko  w  obcym  mieście,  gdzie  nas  nikt  nie  zna  i  nigdy  nie  pozna. 
Zresztą, niech pan spojrzy, czy oni tak bardzo gorszą się nami?... Co?...   

Ksawery musiał bezstronnie przyznać, że oglądający się przechodnie, zarówno mężczyźni 

jak i kobiety, patrzą na nich z nieukrywaną sympatią i zadowoleniem.   

– Biedacy! – zaśmiewała się Nieczajówna. – Oni też rozbrykaliby się, gdyby tylko mogli. 

Jak im oczy się śmieją!   

Ku  wielkiemu  żalowi  Ksawerego  musieli  zrezygnować  z  obiadu  w  Savoyu:  panna 

Nieczajówna nie chciała słyszeć o powrocie na okręt w celu nałożenia wieczorowej sukni, a 
wejście do restauracji hotelowej po siódmej nie w wieczorowym stroju było niemożliwe.   

Toteż  wstąpili  do  jednego  z  tysiąca  lokali  Lyons,  a  potem  poszli  do  kina.  Było  już  po 

północy, gdy odwiózł ją na "Sarmatię".   

Nazajutrz  również  cały  dzień  spędzili  razem,  z  tą  tylko  różnicą,  że  łazili  po  sklepach. 

Ksawery kupił moc ładnych drobiazgów dla siebie. Błagał Magdalenę, by również zechciała 
przyjąć od niego cokolwiek, lecz ta była nieprzejednana.   

Za to zrobiła mu inną przyjemność, zabrała ze sobą wieczorową suknię i przebrała się do 

obiadu  w  jego  apartamencie.  Suknia  miała  rozcięte  plecy  i  odsłaniała  ramiona,  a  Ksawery 
podczas całego obiadu przyglądał się towarzyszce z zachwytem. Miał i sprawdzian jej urody: 
wszyscy  na  sali,  nie  wyłączając  pań,  spoglądali  na  nią  z  wybitnym  zainteresowaniem. 
Przekonał się też, że gdy trzeba, może zachować się niczym wielka dama.   

O  jedenastej  wrócili  na  okręt,  wrócili  prawie  w  ostatniej  chwili,  gdy  już  podnoszono 

kotwicę.   

Mały, płaski, jak kalosz, holownik naprężył linę i "Sarmatia" ruszyła z miejsca, spiesząc, 

by zdążyć minąć ujście Tamizy i wejść na morze przed końcem przypływu.   

Magdalena stojąc na dziobie obok Runickiego, powiedziała w zamyśleniu:   

– Z pana byłby wcale niezły chłopiec, gdyby pana trochę kochać i bardzo bić.   

– Niech mnie pani choć trochę pokocha – szepnął cicho, gdyż obok było pełno ludzi.   

– Po co to panu? – spojrzała mu w oczy prawie z gniewem i rzuciwszy – dobranoc! – bez 

podania ręki odwróciła się i poszła do kabiny.   

Ksawery,  siedząc  samotnie  w  barze,  długo  rozmyślał  nad  tymi  dziwnymi  słowami 

Nieczajówny.  Jedno  zdawało  się  nie  ulegać  wątpliwości:  żywiła  dlań  na  pewno  więcej  niż 
zwykłą sympatię.   

–  Byłbym  ostatnim  idiotą  –  doszedł  wreszcie  do  konkluzji  –  gdybym  z  tego  nie 

skorzystał.   

background image

Wstał, uregulował rachunek, przechodząc przez hall upewnił się, że barometr nie spada, 

opustoszałymi korytarzami dotarł przed drzwi, oznaczone numerem szóstym. Wewnątrz było 
ciemno.   

Wystarczyło zapukać lub wejść po prostu bez pukania, a reszta ułoży się sama. Nie trzeba 

być dziecinnym. Nieśmiałość dobra jest dla dzieci...   

Ostrożnym  ruchem  przekręcił  gałkę  klamki:  drzwi  były  zamknięte.  Syknął  przez 

zaciśnięte zęby. Po co ona zamyka drzwi!...   

Raptem  poczuł,  że  krew  napływa  mu  do  mózgu:  a  jeżeli  ona  tam  nie  jest  sama?...  W 

jednej  sekundzie  przypomniał  sobie  twarze  wszystkich  mężczyzn,  z  którymi  widział  ją 
rozmawiającą.  Niemal  pewny  był  jednego  z  nich.  Przysiągłby,  że  czuje  go  za  tymi 
zamkniętymi drzwiami. Taki barczysty blondyn, podobno słynny narciarz, a poza tym ma być 
bogaty...   

Z ust Ksawerego wyrwało się ciche, lecz wściekłe słowo:   

– Suka!   

Chciał  brutalnie  uderzyć  pięścią  w  drzwi,  bodaj  zrobić  skandal,  pobudzić  wszystkich  i 

skompromitować tę perfidną aktorkę. Jednak pohamował się. Wszedł do swojej kabiny, lecz 
nie mógł tu wysiedzieć. Wypalił kilka papierosów i postanowił wyjść na pokład.   

Noc  była  jasna  i  księżycowa.  Z  zachodu  wiał  ciepły,  wiosenny  wiatr,  przesycony 

zapachem  morza.  Runicki  ostrożnie,  na  palcach,  zbliżył  się  do  okna  kabiny  Nieczajówny. 
Było  otwarte.  Nagłym  ruchem  błysnął  do  środka  latarką  elektryczną.  To  jedno  mgnienie 
wystarczyło, by rozwiać wszystkie niepokoje: spała i oczywiście sama.   

Nawymyślawszy  sobie  od  kretynów  i  rozglądając  się  uważnie,  czy  nikt  jego  głupiej 

eskapady nie widział, wrócił do siebie i zasnął.   

W ten sposób mijały im dni na niekończących się rozmowach, wieczory – na rozstaniach. 

"Sarmatia" przecinała łagodne, granatowe fale Atlantyku, płynąc wprost na południe.   

background image

ROZDZIAŁ III   

O  ile  podróż  w  jedną  stronę  odbywała  się  spokojnie  i  niefrasobliwie,  o  tyle  droga 

powrotna  zaczęła  się  pod  złym  znakiem.  Już  z  Kadyksu  sygnalizowano  silną  falę.  Na 
szerokości zaś Oporto ocean rozhulał się na dobre.   

Z  lewej  burty  fale  raz  po  raz  zamiatały  przód  okrętu.  Z  pokładu  znikły  leżaki.  Dziób 

"Sarmatii" w miarowych pochyleniach zanurzał się aż po otwory kotwiczne, a wówczas rufa 
wznosiła  się  wysoko,  by  znów  opaść.  Bryzgi  piany  uderzały  w  okna  kabin  pierwszej  klasy, 
sięgały w silniejszych porywach wiatru aż do mostku kapitańskiego.   

W  kadłubie  skrzypiało  od  uderzeń  bałwanów.  Na  szerokości  Cap  Finisterre,  niebo 

pokryło się chmurami, wicher wzmógł się, wyjąc wściekle w olinowaniu masztów.   

Pasażerowie zaczęli chorować.   

Runicki  obudził  się  z  silnym  bólem  głowy.  Przypisywał  to  początkowo  nadmiarowi 

wypitej w Sewilli malagi. Dopiero gdy przez firanki dojrzał tańczące morze, zrozumiał, co się 
stało.  W  niewyraźnym  samopoczuciu  zaczął  się  ubierać.  Niepodobna  było  utrzymać  się  na 
nogach. Dlatego też zrezygnował z golenia się i kąpieli, chociaż z przyjemnością zanurzyłby 
się w zimnej wodzie.   

W jadalni stoły były pokryte ramami, w których pobrzękiwały szklanki i stukały talerze. 

Zataczając  się  dobrnął  do  swego  miejsca.  Było  już  dość  późno,  a  pomimo  to  większość 
nakryć pozostawała nietknięta.   

– Chorują – pomyślał.   

Lecz jednocześnie powziął postanowienie:   

– Ja się nie dam.   

Musiał wytrwać. Zbyt wielu osobom, przede wszystkim Magdzie, mówił, że nie podlega 

chorobie morskiej. Zresztą czuł tylko ból głowy i coś niewyraźnego w dołku.   

Przełknąwszy  pospiesznie  filiżankę  kawy  i  bułkę  z  wędliną,  Ksawery  czym  prędzej 

wyszedł  na  pokład  w  przeświadczeniu,  że  świeże  powietrze  najskuteczniej  powstrzyma 
przykre  objawy.  Na  chwilę  tylko  wpadł  do  kabiny  po  pigułki  przeciwdziałające  chorobie 
morskiej.  Silny  prąd  wiatru  i  owe  pigułki  pomogły  rzeczywiście.  Jednakże  każda  próba 
powrotu do wnętrza okrętu sprowadzała nudności.   

Pomimo to przemógł się i stawił się na lunch. Podobnych ryzykantów było dużo. Tylko 

nieliczne miejsca świeciły pustkami. Przy stole Runickiego nie brakowało nikogo. Jednak już 
przy  końcu  zimnych  przekąsek  generał  zbladł  nagle  i  najprędzej,  jak  umiał,  zataczając  się 
między stołami, wybiegł z jadalni. Zaczęły się dekompletować i inne stoły. Wytrwalsi żegnali 
uciekinierów  salwami  śmiechu  i  oklaskami.  W  drugim  końcu  sali  Magda,  różowa  i  wesoła, 
widocznie nie odczuwała wcale tego ohydnego kołysania się statku.   

– Muszę wytrwać – zacisnął zęby Runicki, Również pani Znaniecka jadła z doskonałym 

apetytem. Natomiast Dokszycki, nie dokończywszy sandacza, zerwał się i przyciskając do ust 
serwetkę, wybiegł galopem.   

– To straszne – jęknęła generałowa i, zatrzepotawszy obfitymi członkami, otworzyła usta 

niczym konająca ryba.   

Lekarz chwycił butelkę z koniakiem:   

– Pani będzie łaska...   

Nie dokończył, i stało się.   

background image

Na  szczęście  współbiesiadnicy  zdążyli  wykręcić  się  na  swoich  przymocowanych  do 

podłogi fotelach i odskoczyć w porę.   

Dwaj  stewardzi  ujęli  damę  pod  ręce  i  starając  się  zachować  między  nią,  a  sobą  pełen 

szacunku  dystans,  wyprowadzili  ją  mazurowym  krokiem.  Dwaj  inni  w  oka  mgnieniu 
przenieśli pozostałe trzy osoby do już dawniej opróżnionego stolika.   

Doktor pobiegł ratować generałową. Pani Znaniecka z obrzydliwym łakomstwem zabrała 

się  do  tłustych  kotletów  z  jagnięcia.  Runicki  udawał,  że  je.  Naprawdę  łykał  tylko  koniak. 
Pomimo  to  wręcz  bał  się  podnieść  oczy  znad  talerza.  Co  chwila  ktoś  wybiegał,  a  poza  tym 
samo  spojrzenie  na  okna  sali  wywoływało  mdłości.  Widać  było  to  ocean  zasłaniający  całe 
szyby, to szare chmury.   

–  Niechże  pan  zje  tej  sałatki  –  perfidnie  zachęcała  pani  Znaniecka  –  zrobiona  jest  na 

wybornej oliwie. Lubi pan oliwę?... Ale to jagnię! Tłuszczyk zwłaszcza...   

Byłby zamordował tę babę. Ślina napłynęła mu do ust w nieprawdopodobnych ilościach, 

zaciskał  szczęki,  aż  mu  oczy  wyłaziły  na  wierzch,  ale  przecież  dotrwał  do  końca  i  z 
podniesioną  głową  wyszedł  z  jadalni.  Niestety,  przy  wyjściu  zobaczył  sędziego 
Balczyńskiego, z którym przed paru dniami szalał w Sewilli. Sędzia, zielony, jak grynszpan, 
chusteczką  usiłował  zdusić  głośną  czkawkę  i,  jak  na  złość,  przed  samym  Ksawerym  –  nie 
wytrzymał. Na dobitek Ksawery odwróciwszy się gwałtownie, ujrzał w lustrze własną twarz i 
przeraził się.   

Na szczęście ostatkiem sił zdołał wypaść na pokład i pochylić się nad burtą.   

Po  pięciu  minutach  już  mu  było  wszystko  obojętne.  Prosił  Boga  tylko  o  jedno,  by  nie 

zobaczyła go w tej sytuacji Magda. Widocznie jednak los i tego nie chciał mu oszczędzić.   

– Wery, mój biedaku! – usłyszał za sobą jej głos. – Wszędzie szukałam pana.   

– Fatalnie się czuję – spojrzał na nią prawie z niechęcią.   

Wyglądała świeżo i zdrowo, jak zwykle.   

–  Chodźmy  na  górny  pokład  –  wzięła  go  pod  rękę  –  tam  usiądzie  pan  na  ławce...  No, 

niech się pan mnie trzyma, mocniej.   

Posłusznie  dał  się  zaprowadzić  na  górę  i  usadowić.  Przyniosła  pled,  którym  go  otuliła  i 

pomarańcze. Dopiero, gdy zaczęła chusteczką wycierać rękawy jego wiatrówki, spostrzegł, że 
ma je w obrzydliwy sposób zapryskane.   

– Magduś – jęczał – nabierze pani do mnie obrzydzenia.   

–  Ależ  bynajmniej  –  oburzyła  się  –  jest  pan  chory  i  to  wszystko!  Musi  pan  mieć  jakąś 

opiekę.   

I  rzeczywiście,  odtąd  opiekowała  się  nim  przez  całe  trzy  dni.  Zostawiała  go  tylko  na 

krótko  samego,  by  zdobyć  dlań  lekarstwa,  których  zaczynało  na  okręcie  braknąć,  lub  też 
pospiesznie  zjeść  lunch  czy  obiad.  Wieczorem  odprowadzała  go  do  kabiny  i  bez  żenady 
pomagała w rozebraniu się.   

Runicki poddawał się z rezygnacją tej opiece. Początkowo usiłował szczerze protestować, 

później  tylko  udawał,  że  nie  godzi  się  na  to  pielęgniarstwo,  wreszcie  przyzwyczaił  się 
zupełnie. Nawet irytował się w duchu, gdy na dłuższy czas zostawiała go samego. Nie tylko 
przez wzgląd na okropny stan fizyczny, lecz i dlatego, że przywykł uważać Magdę za osobę 
bliską, niemal konieczną. Cieszył się jej uśmiechami, brakowało mu nawet tych wymówek i 
nagan, których tyle nasłuchał się od niej w Paryżu i później w Hiszpanii.   

Już  wtedy  znajdował  jakąś  dziwną  przyjemność  w  strofującym  tonie  jej  głosu,  ilekroć 

starała  się  powstrzymać  go  od  szastania  pieniędzmi  lub  od  niewysypiania  się  i  różnych 
ekstrawagancji.  Ku  własnemu  zdumieniu  Ksawery  łatwiej,  niż  mógł  przypuszczać,  dał  się 

background image

Magdzie  odwieść  od  planowanych  na  Paryż  szaleństw.  Nie  odnowił  znajomości  z  żadną  z 
dawnych kokotek, a jeżeli spędził dwie noce z jakąś przygodną dziewczyną, to zawiniła temu 
tylko sama Magda, która uparła się w swojej cnocie.   

I  tego  Ksawery  nie  umiał  sobie  wytłumaczyć,  lecz  odczuwał  w  tym  uporze  Magdy 

niekłamaną  przyjemność.  Wyraźnie  wolał  ją  taką,  jaką  była.  Może  dlatego,  że  dzięki  temu 
mógł  ją  wyżej  cenić,  może  dlatego,  że  mu  to  trochę  imponowało.  Przecież  wcale  nie 
ukrywała,  że  go  lubi,  że  go  bardzo  lubi.  Przecież  nie  szukała  żadnego  innego  towarzystwa, 
chociaż  i  na  okręcie,  i  w  Paryżu  wciąż  nie  brakowało  jej  adoratorów.  Wyróżniała  go  ponad 
wszelkie  wątpliwości.  I  nawet  wyrachowania  nie  mógł  się  w  tym  doszukać,  gdyż  nie 
przyjmowała  nawet  najmniejszych  prezentów.  Rzeczywiście,  piękną  srebrną  torebkę, 
wysadzaną  turkusami,  którą  kupił  dla  niej  na  Place  Vendöme,  i  ogromny  flakon 
najmodniejszych perfum, musiał zachować na podarki dla krewnych i zapakować do walizy.   

Jeszcze  nigdy  nie  spotkał  kobiety,  której  towarzystwo  tak  silnie  pociągało,  stawało  się 

niemal  niezbędnym.  Codziennie  pierwszą  jego  myślą  było  spotkanie  się  z  Magdą.  I  że  też 
zawsze mieli sobie moc rzeczy do powiedzenia. Nie znaczyło to bynajmniej, by zgadzali się 
we wszystkim. Raczej odwrotnie. Niemal każdy  temat wywoływał różnicę zdań i sprzeczali 
się nieustannie. Magda miała wręcz odwrotny pogląd na życie, na ludzi, na stosunki, a co w 
najwyższym  stopniu  irytowało  Runickiego,  nie  próbowała  dostroić  się  do  jego  wymagań 
towarzyskich.   

Na  tym  tle  doszło  nawet  do  skandalicznej  historyjki,  której  Ksawery  nie  umiał  jej 

przebaczyć.   

Przed  wyjazdem  z  Paryża  urządził  pożegnalny  obiad  dla  swego  kuzyna  Chodkiewicza, 

sekretarza  z  ambasady  polskiej,  dla  paru  jego  przyjaciół  i  kilku  pań.  Obiad  był  szczytem 
wykwintu, rachunek wyniósł przeszło półtora tysiąca franków i właśnie podczas tego obiadu, 
gdy jeden z panów zapytał Magdę, czy nie wywodzi się z Podola, gdzie zdaje się spotkał takie 
nazwisko, ona palnęła głośno:   

–  Na  pewno  nie,  proszę  pana.  Mój  ojciec  i  mój  dziad  zawsze  mieszkali  w  Warszawie. 

Jeżeli przechodził pan kiedyś Tamką, musiał pan zauważyć dużą jatkę. Z szyldu nad tą jatką, 
która należy do mego ojca, pamięta pan nazwisko Nieczaj.   

Już w trakcie tego oświadczenia, Runicki zrobił wszystko, co leżało w jego mocy, by je 

przerwać, lub zagłuszyć. Niestety, nawet późniejsza próba obrócenia tej enuncjacji w żart nic 
nie pomogła, a wywołała wręcz odmienny skutek. Mianowicie Magda, widocznie nie umiejąc 
zorientować się w sytuacji, powiedziała z naciskiem:   

– Ależ mój ojciec jest rzeźnikiem.   

Zabiłby ją w tej chwili. Był przekonany, że ośmieszyła go raz na zawsze w oczach ludzi, 

ż

e  wkrótce  i  do  kraju  dojdzie  moc  głupich  dowcipów  na  temat,  że  szalał  w  Paryżu  z 

rzeźniczką.   

O jej pochodzeniu wiedział dawniej. Powiedziała mu to znacznie wcześniej, nie wiadomo 

zresztą po co. Wolałby wcale o tym nie słyszeć. Takie pochodzenie uważał za rzecz, jeżeli nie 
hańbiącą,  to  w  każdym  razie  wstydliwą  i  nad  wyraz  przykrą.  Ostatecznie  była  istotą 
samodzielną, artystką i nie należało obciążać się w cudzych oczach tą jatką.   

Układał nazajutrz długo, w jaki sposób ma to Magdzie wyłożyć i był przeświadczony, że 

przyzna mu rację i wyrazi skruchę za swoją niepotrzebną, wręcz karygodną szczerość wobec 
tamtych  ludzi.  Gdy  jednak  przyszło  do  rozmowy  ani  rusz  nie  mógł  wykrztusić  ani  słowa  o 
owej jatce i rzeźnickim pochodzeniu.   

Na  jego  zaś  aluzje  możliwie  ostrożne  i  dalekie,  odpowiedziała  krótko,  że  nie  zamierza 

nigdy stroić się w cudze piórka.   

background image

I  to  była  właśnie  jedyna  wielka  plama  na  jej  osobie,  plama,  której  nie  mógł  jej 

przebaczyć.  Chociaż  jednocześnie  z  drugiej  strony  odwaga  cywilna  Magdy  napełniała  go 
podziwem.   

W  każdym  razie  odtąd  najstaranniej  unikał  groźnego  tematu.  O  ile  bowiem  zwykłe 

sprzeczki  nie  sprawiały  mu  żadnej  istotniejszej  przykrości,  o  tyle  tutaj  obawiał  się 
niebezpiecznego  rozdźwięku.  A  tego  nie  chciał.  Czułby  się  nieszczęśliwy,  gdyby  sympatia 
Magdy odrobinę odwróciła się ku innemu.   

Zresztą  opinia  publiczna  na  okręcie  od  dawna  połączyła  ich  osoby.  Z  półsłówek  i 

ż

arcików  nietrudno  było  domyśleć  się,  że  wszyscy  uważają  ich  za  kochanków.  Oczywiście 

Runicki  zawsze  z  oburzeniem  odpierał  aluzje,  lecz  umiał  to  zrobić  w  ten  sposób,  by 
bynajmniej podejrzeń nie zachwiać.   

Przeciwnie; uważałby się za skompromitowanego, gdyby dowiedzieli się, że nic u Magdy 

nie wskórał.   

Miewał  czasami  i  wyrzuty  sumienia  na  myśl,  że  opinia  taka  może  uwłaczać  Magdzie. 

Uspokajał  je  jednak  swoim  ostentacyjnym  szacunkiem,  jaki  okazywał  publicznie  Magdzie. 
Bądź co bądź szacunek Ksawerego Runickiego z Wysokich Progów nie każdej kobiecie trafić 
się może.   

I w inny sposób starał się jej to wynagrodzić: nawet, gdy byli we dwójkę, traktował ją jak 

księżniczkę.   

Robił  to zresztą  bez  wysiłku.  Zrodziło  się  w  nim  poza  wszystkim  innym,  jakieś  dziwne 

zaufanie  do  Magdy,  jakieś  przeświadczenie,  że  ona  nie  zechce  nigdy  źle  go  zrozumieć,  że 
pomimo różnicy zdań, w krytycznej chwili znalazłby w niej sojuszniczkę, na której słowach 
można polegać, w której dobrą wolę niepodobna nie uwierzyć.   

O  ileż  czułby  się  szczęśliwszy,  gdyby  mógł  jej  wyznać  wszystko.  Gdyby  mógł 

powiedzieć  jej,  że  i  jego  bogactwo,  i  wielkopańskość,  i  Wysokie  Progi,  że  wszystko  to 
stanęło, a raczej zawisło nad krawędzią przepaści, i że on sam po powrocie do kraju stanie się 
niczym, dosłownie niczym.   

W jaki sposób zareagowałaby na to?...   

Nie łudził się. Spojrzałaby nań z lekceważeniem i na pewno nie darowałaby mu tej blagi, 

tej  mistyfikacji,  ani  szastania  resztkami,  które  to  szastanie  oczywiście  scharakteryzowałaby 
jako głupotę i nieuczciwość. Bo sama nazywała nieuczciwością wszystko to, co zmierzało do 
ukrycia prawdy, do zamydlenia oczu, do ubrania się w cudze piórka.   

Właśnie w niej potępiał, ale i podziwiał tę odwagę, z jaką umiała dobrowolnie wyrzec się 

pozycji  i  pozorów.  Dobrowolnie  i  niepotrzebnie.  Któż  zmuszał  ją  do  przyznawania  się,  że 
podróży  nie  opłaciła  z  własnej  kieszeni,  lecz  otrzymała  ją  jako  nagrodę  na  jakimś,  przecież 
ośmieszającym  konkursie  pasty  do  zębów!  Nawet  wolałby  zatajenie,  wolałby  kłamstwo,  niż 
taką bezsensowną i drażniącą otwartość. Bywały chwile, gdy podejrzewał Magdę, iż umyślnie 
przyznaje  się  do  ojcowskiej  jatki  i  do  owej  pasty  do  zębów,  by  podrażnić  jego  poczucie 
dobrego  tonu,  by  poniżyć  go  wykazaniem,  że  pomimo  wszystko,  on,  wielki  pan,  nie  potrafi 
odsunąć  się  od  niej,  chociaż  ani  pochodzeniem,  ani  pozycją  nie  odpowiada  jego 
wymaganiom.   

Dręczyła  też  Ksawerego  chęć  odpłacenia  jej  podobną  szczerością.  Jakąż  odczułby  ulgę, 

przyznawszy  się  do  bankructwa,  do  faktu,  że  właściwie  całym  jego  majątkiem  jest  obecnie 
kilkadziesiąt  złotych,  jedyna  pozostałość  po  Paryżu  i  Sewilli,  że  imponująca  książeczka 
czekowa  i  dekoracyjnie  wypełniające  pugilares  stare  banknoty  austriackie,  nie  posiadają 
ż

adnej innej wartości poza wartością złudzenia. Jakby odetchnął, gdyby mógł jej powiedzieć 

wszystko.  Zaczynając  od  tego,  że  ojciec  nie  jest  żadnym  uczonym,  a  tylko  maniakiem  ze 

background image

swoją  nieszczęsną  rewolucją  francuską,  że  za  matkę  musiał  tak  często  rumienić  się,  że 
Wysokie  Progi  zrujnowane  zostały  właściwie  przez  pasję  utrzymywania  się  na  magnackim 
poziomie, przez chęć dorównania innym, którzy i tak spoglądali na Runickich z góry, a teraz 
nie wiadomo czy w ogóle raczą poznawać bankrutów. Tak, zaczynając od tego, a kończąc na 
przyznaniu  się,  że  przybycie  okrętu  do  Gdyni  w  niedzielę  uniemożliwi  sprzedanie,  czy 
zastawienie czegokolwiek dla zdobycia pieniędzy na dojazd do Warszawy.   

Nie, na takie zwierzenia nie mógł sobie pozwolić. Należało utrzymać się w tym samym 

tonie do końca. Zapewne, w Warszawie Magda łatwo się dowie o licytacji Wysokich Progów, 
lecz wówczas on nie będzie musiał świecić przed nią oczami.   

W ogóle po przyjeździe do kraju nie zobaczy jej więcej. Na myśl o tym odczuwał dziwne 

podrażnienie  i  niezadowolenie  z  siebie  samego.  Usiłował  jednak  na  próżno  wynaleźć  jakiś 
dobry  sposób  umożliwienia  dalszych  stosunków.  Zdawało  mu  się,  że  wprost  nie  potrafi 
wyrzec się towarzystwa Magdy. Kilka tygodni, spędzonych razem w takich warunkach, jak na 
okręcie, wytworzyły atmosferę zżycia się, jakby nie rozstawali się z sobą przynajmniej kilka 
lat. Zresztą i Magda to samo odczuwała.   

– Wprost wierzyć się nie chce – mówiła – że już za kilka dni rozstaniemy się.   

– Bo też nie rozstaniemy się – zapewniał, spuszczając oczy. – Będziemy się widywali. Ja 

nie wytrzymam bez mojej słodkiej samarytanki. Musimy często widywać się.   

–  O  nie  –  zapewniała.  –  To  już  nie  będzie  to  samo.  Ja  będę  musiała  pracować,  bardzo 

dużo  pracować.  Daj  Boże,  bym  otrzymała  jakieś  możliwe  engagement...  A  pana  pochłoną 
pańskie sprawy, stosunki, interesy, zabawy... Nie, Wery, nawet nie chciałabym widywać się z 
panem. Bo i po co?... Spędziliśmy pięknie tę podróż – i koniec.   

A podróż kończyła się rzeczywiście. Po silnej atlantyckiej fali w Zatoce Biskajskiej i po 

nieco  spokojniejszej  w  La  Manche,  Morze  Północne  było  ciche,  jak  górskie  jezioro. 
Pasażerowie odzyskiwali zdrowie i humory.   

Wieczorami  na  okręcie  odbywały  się  prawie  codziennie  dancingi,  w  dzień  grywano  w 

ping-ponga i w różne gry pokładowe.   

Gdy  "Sarmatia"  znalazła  się  znowu  w  znanym  już  Kanale  Kilońskim,  wszystkich 

ogarnęła melancholia powrotu. Ostatni wieczór podróży został upamiętniony wielkim balem 
pożegnalnym,  a  nazajutrz  o  świcie  na  horyzoncie  zamajaczył  znajomy  kontur  Półwyspu 
Helskiego.   

Spakowane  bagaże  piętrzyły  się  w  kabinach.  Runicki  stał  z  Magdą  przy  burcie  i 

zdenerwowany  w  najwyższym  stopniu,  już  nie  zwracając  uwagi  na  współtowarzyszy, 
porywczo głaskał jej ręce.   

– Nie zapomni mnie pani?... Magduś!... Prawda?... Nie zapomnisz?...   

– Nie zapomnę.   

Oboje  nie  umieli  ukryć  wzruszenia.  Ile  razy  jednak  któreś  z  nich  zaczynało  mówić  o 

przyszłych  spotkaniach,  o  projektach  i  zamiarach,  rozmowa  urywała  się.  Magda  czuła 
nierealność tych planów, Runicki zaś nie mógł zdobyć się w takiej chwili na tyle cynizmu, by 
okłamywać  ją,  właśnie  ją,  bo  siebie  przecież  nie  mógłby  już  teraz  oszukać.  Pasemko  ziemi 
coraz bliżej i bliżej rosło, rozszerzało się, nabierało kolorów, stawało się rzeczywistością. O 
ile tam, na dalekich morzach, w odległości tysięcy kilometrów, próby zasugerowania samemu 
sobie wiary w możliwość, w prawdopodobieństwo wspólnych projektów przychodziły łatwo, 
o tyle teraz, twarz w twarz z rzeczywistością, byłyby wręcz bezczelnym oszustwem.   

Na  pokładzie  gorączkowy  ruch,  bieganina,  nawoływania  się,  wytwarzały  atmosferę 

przykrego  podniecenia.  Obawa  rewizji  celnej,  wertowanie  rozkładu  pociągów,  niepokój  o 

background image

walizy,  pożegnania,  zapisywanie  adresów,  wymiana  zdjęć  fotograficznych  –  wszystko  to 
przesycało tłum ludzi elektrycznością.   

Runicki  tłumaczył  Magdzie,  dlaczego  musi  pozostać  w  Gdyni  jeszcze  przez  dzień  lub 

dwa.  Otrzymał  radiodepeszę  w  związku  z  ważnymi  sprawami  finansowymi,  dla  których 
załatwienia trzeba widzieć się z kilku osobistościami zarówno w Gdyni, jak i w Gdańsku.   

W  rzeczywistości  bynajmniej  nie  zamierzał  zatrzymać  się  w  Gdyni.  Nawet  nie  mógłby 

tego zrobić, gdyż zostało mu zaledwie kilkanaście złotych, czyli kwota wystarczająca jedynie 
na  wykupienie  biletu  trzeciej  klasy  i  to  przy  skorzystaniu  ze  zniżki,  przysługującej 
uczestnikom wycieczki. Ułożył sobie, że wsiądzie do pociągu w ostatniej chwili, by Magda, 
która na pewno pojedzie pierwszą klasą, lub może drugą, nie mogła go zobaczyć. Po drodze 
nie  ruszy  się  z  wagonu,  a  w  Warszawie  wysiądzie  ostatni.  Tam  zostawi  bagaż  na 
przechowanie i zatrzyma się w Bristolu, gdzie już jakoś sobie poradzi.   

Plan  wymagał  zręcznego  przeprowadzenia.  Najmniejsza  nieuwaga,  byle  drobne 

niedopatrzenie  obróciłyby  wszystko  w  niwecz.  Na  szczęście  Magda  nie  żywiła  żadnych 
podejrzeń.  Pociąg  do  Warszawy  odchodził  za  dwie  godziny.  Ksawery,  przeprowadziwszy 
Magdę  przez  rewizję  celną,  ulokował  ją  w  autobusie  idącym  na  dworzec,  prosząc,  by  zaraz 
zajęła miejsce w wagonie ze względu na możliwy tłok.   

Gdy tragarze chcieli i jego rzeczy umieścić w autobusie, wstrzymał ich.   

– Nie, nie, to pójdzie do hotelu. Mam zresztą czas.   

W  tym  podnieceniu  pożegnał  się  z  Magdą  jakoś  za  mało  serdecznie.  Po  czym, 

przeczekawszy  trzy  kolejne  autobusy,  wsiadł  do  czwartego.  Po  przybyciu  na  dworzec 
stwierdził, że nie omylił się w rozliczeniu czasu: Magdy już tu nie było, zapewne siedziała już 
w pociągu.   

Załatwił swój bilet i zostały mu tylko dwa złote na tragarza. Wyczekał do ostatniej niemal 

chwili i przekonawszy się, że w oknach pociągu nigdzie nie ma Magdy, kazał zanieść swoje 
rzeczy  do  ostatniego  wagonu.  Pociąg  już  ruszał,  gdy  zdążył  odebrać  z  rąk  tragarza  ostatnią 
walizkę.  Odetchnął  z  ulgą  i  zajrzał  do  wnętrza  wagonu.  Było  tu  pusto.  Wniósł  rzeczy  do 
najbliższego  przedziału,  złożył  je  na  półkach,  na  twardej,  wstrętnie  żółtej  i  śmierdzącej 
lakierem ławce rozesłał pled i wyszedł na korytarz.   

Na cofnięcie się było już za późno. Tuż przed nim stała Magda.   

Ksaweremu ugięły się nogi, a krew uderzyła do twarzy. W jednym mgnieniu przez głowę 

przebiegło tysiąc wykrętów, tysiąc usprawiedliwień i wyjaśnień. Może jej powiedzieć, że nie 
zastał  w  Gdyni  owych  osobistości,  z  którymi  miał  załatwić  interesy,  że  w  ostatniej  chwili 
zdecydował  się  jechać,  że  ledwie  zdążył  wskoczyć  do  ostatniego  wagonu  (niestety,  trzeciej 
klasy), że tak jest zmęczony, że już mu się nie chciało przenosić do pierwszej, że... Albo, że 
tragarz  przez  pomyłkę  kupił  bilet  (idiota!)  do  trzeciej  klasy,  że  jednak  wobec  tak 
niespodziewanego,  a  cudownego  spotkania  już  tu  zostanie...  Albo,  że  w  pierwszej  był  tłok, 
więc umyślnie wybrał trzecią...   

Wszystkie  te  koncepcje  były  dobre,  obmyślane  w  spokoju,  niektóre  z  nich  nawet 

wyglądałyby prawdopodobnie, ale spotkanie było tak nagłe, że wprost nie umiał wydobyć z 
siebie  ani  słowa  i  stał  przed  nią  z  najgłupszym  wyrazem  twarzy,  czerwony  jak  sztubak 
przyłapany  na  gorącym  uczynku,  bezradny,  wściekły  na  nią  i  na  siebie,  zrozpaczony  do 
ostatnich granic.   

Gdyby  w  tej  chwili  wyskoczenie  przez  okno  z  pędzącego  pociągu  mogło  uratować 

sytuację – wyskoczyłby bez chwili namysłu.   

Niestety i to nie zmazałoby kompromitacji.   

background image

Magda  również  musiała  być  zaskoczona  jego  obecnością,  gdyż  przez  dłuższy  czas 

patrzyła nań w zdumieniu szeroko otwartymi oczyma, zanim zdołała powiedzieć:   

– Więc jedzie pan?...   

Przygryzł  wargi  i  milczał.  Cóż  mógł  powiedzieć,  jak  zacząć?...  Ogarnął  go  bezmierny 

smutek  i  zupełna  rezygnacja.  Stało  się,  nic  tego  nie  zmieni,  ośmieszył  się  w  jej  oczach  i 
zdyskredytował.   

–  Dlaczego  pan  nie  chciał,  bym  wiedziała,  że  pan  jedzie  tym  pociągiem?  –  zapytała 

prawie gniewnie.   

Nic nie odpowiedział, a ona zaśmiała się sucho:   

–  Domyślam  się.  Wstydził  się  pan  mego  towarzystwa.  Na  okręcie  co  innego,  ale  w 

kraju...   

–  Nie  –  apatycznie  potrząsnął  głową.  –  Myli  się  pani.  Nie  przyznałem  się,  gdyż 

wstydziłem się tego, że muszę jechać trzecią klasą.   

– Nie rozumiem. Dlaczego pan musi?   

Wzruszył ramionami:   

– To proste: nie mam pieniędzy.   

– Pan? – spojrzała nań zdumiona.   

–  Nie  mam,  a  nie  mogłem  do  nikogo  zwrócić  się  po  pożyczkę.  Gdyby  nie  dzisiejsze 

ś

więto, zastawiłbym swoją papierośnicę, lub inne rzeczy... Niestety, ta przeklęta niedziela.   

Przyglądała  mu  się  z  uwagą.  Na  jej  twarzy  wyraz  zdumienia  stopniowo  zmieniał  się  w 

uśmiech, aż wreszcie roześmiała się głośno:   

– Biedaku, niemądry rozrzutniku! Tak się pan wyszastał?!   

– Do grosza – przyznał ponuro.   

–  Jak  pan  mógł!?  Przecież  tyle  razy  zachęcałam  pana  do  oszczędności!...  To  jest 

doprawdy karygodne.   

– O, zapewne – przytaknął. – Nawet karygodniejsze, niż pani może sobie wyobrazić.   

Podkreślił to szczególniejszym tonem, lecz nie zwróciła na to uwagi, natomiast zasępiła 

się:   

– Bardzo, bardzo mi przykro – odezwała się po dłuższej chwili – Doskonale zdaję sobie 

sprawę z faktu mojej współwiny...   

– Skądże!?   

–  Tak,  tak...  Pan  masę  pieniędzy  wydał  na  nasze  wspólne  zabawy....  Wie  pan,  że  to 

obrzydliwe  z  pańskiej  strony.  Przecież  przynajmniej  w  ostatnich  dniach  musiał  się  pan 
orientować w ilości posiadanej  gotówki!...  I po co było wyrzucać pieniądze choćby  wczoraj 
na to wino, na owoce... Obrzydliwe! Przez pana  czuję się teraz jak złodziejka. Kością mi w 
gardle stoją te banany i ananasy. Jak można do tego stopnia nie liczyć się z gotówką! I przeze 
mnie pan musi jechać trzecią klasą.   

– Ostatecznie, to nie taka tragedia – próbował obrony.   

–  Dla  mnie,  ale  nie  dla  pana!...  Zresztą  może  to  i  dobrze  się  stało.  Będzie  pan  miał  na 

przyszłość nauczkę.   

– Spóźnioną – mruknął Runicki.   

Magda  spoglądała  nań  prawie  z  gniewem  i  widocznie  była  zbyt  wzburzona,  by  zwrócić 

uwagę na te niedomówienia.   

background image

–  A  poza  tym  jest  pan  dziecinnie  niezaradny  –  wybuchnęła  znowu.  –  Przecież  i  na 

okręcie, i na dworcu w Gdyni były kantory bankowe. Mógł pan wystawić czek, albo sprzedać 
tę zagraniczną walutę, której ma pan pełny portfel. Oczywiście.   

– Nie – zaprzeczył z ironicznym uśmiechem.   

– Dlaczego?   

– Bo książka czekowa nic nie jest warta. W banku nie mam ani grosza, a te banknoty?...   

Sięgnął do kieszeni i otworzył pugilares.   

–  Te  banknoty  mogą  służyć  do  tapetowania  ścian.  To  tylko  kolorowy  papier  z  czasów 

austriackiej inflacji. Widzi pani?...   

– Jak to?... Więc po cóż pan je nosi?   

– Po co?... Dla dekoracji.   

– Nie rozumiem.   

–  Całkiem  proste  –  wzruszył  ramionami.  –  Pusty  portfel  kompromituje  człowieka  o 

pewnej pozycji towarzyskiej i społecznej.   

– Aha!   

– O, może pani śmiać się. Dlatego właśnie mówię to pani. Tak, panno Magdo... A poza 

tym... Poza tym, jeżeli to panią interesuje, mogę jeszcze dodać, że... wracam tylko po to, by 
palnąć sobie w łeb... O nie, to już nie komedia. Niech pani tak na mnie nie patrzy. Palnąć w 
łeb.  To  jedyne,  co  mi  zostało  do  zrobienia...  W  nędzy  żyć  nie  potrafię  i  zresztą  nie  chcę 
potrafić. A jestem kompletnie zrujnowany. Moje Wysokie Progi za tydzień idą na licytację i 
zostaną sprzedane.   

Zaśmiał się krótko:   

– Tak, panno Magdo.   

– Więc, jakże... – spoglądała nań wystraszonymi oczyma. – Więc, dlaczego pan pojechał 

na tę wycieczkę?... Dlaczego wydał pan tyle pieniędzy!?   

–  Tyle,  tyle  –  skrzywił  się.  –  Wydałem  siedem,  czy  osiem  tysięcy.  To  nie  są  żadne 

pieniądze.  To  kropla,  która  nic  nie  mogła  zmienić  w  mojej  sytuacji.  Nie  uratowałbym 
Wysokich Progów nawet stoma tysiącami. A w ogóle już żadnego ratunku nie ma. Tak, panno 
Magdo,  pozwoliłem  sobie  tylko  na  niewielki  zbytek...  Na  taką,  nazwijmy  to,  podróż 
przedśmiertną...   

Odwrócił się do niej plecami, by ukryć łzy.   

Spływały mu po policzkach gęsto i coraz gęściej na klapy świeżo kupionego w Londynie 

za dwanaście funtów Burberry. Kontrast tego sportowego płaszcza i śladów łez (męskich łez!) 
roztkliwiał go jeszcze bardziej. Bodaj po raz pierwszy uprzytomnił sobie w całej wyrazistości 
beznadziejność swego położenia i fakt, że jest godzien współczucia, a może nawet litości. I po 
raz  pierwszy  czuł,  że  litość  nie  przyniosłaby  mu  ujmy.  Było  w  tym  coś  bolesnego,  ale  i 
słodkiego zarazem, że oczekiwał słów pociechy od dziewczyny, której najbardziej pragnąłby 
zaimponować,  którą  chciałby  pociągnąć  męskością,  siłą,  bogactwem,  a  której  mógł  teraz 
ofiarować tylko spowiedź złamanego człowieka.   

Czuł się upokorzony, zniweczony, obezwładniony. Nie widział twarzy Magdy i na próżno 

usiłował  wyobrazić  sobie  jej  twarz.  Ironia?...  Pogarda?...  Może  tylko  zniechęcenie  i 
obojętność?... Wolałby usłyszeć słowa ostre, kategoryczne potępienie, nawet gniew.   

Ksawery otarł oczy i powiedział:   

– Przepraszam panią.   

background image

Nie  dosłyszała  tego  w  hałasie  trzeszczącego  wagonu,  lecz  gdy  zrobił  krok  ku  swemu 

przedziałowi, chwyciła go za rękaw:   

– Niech pan zaczeka... Albo dobrze, chodźmy tam.   

Weszli do przedziału i usiedli naprzeciw siebie.   

– Tak nie można... – zaczęła – tak postępują dzieci...   

– Pani pogardza mną, prawda? – zapytał, uśmiechając się tak gorzko, jak tylko umiał.   

– Nie! – potrząsnęła głową. – Tylko dziwię się panu.   

I  mówiła  mu  o  rzeczach,  których  nasłuchał  się  już  dość  od  wuja  i  od  stryja,  o  rzeczach 

może i słusznych ale irytujących w najwyższym stopniu: jest młody, może pracować, dojść do 
pięknych rezultatów itd.   

– Tak... – przerwał. – Ale ja na niczym się nie znam, niczego nie umiem.   

Wtedy  opowiedziała  mu,  jak  ciężkie  życie  miała  sama,  ile  walk  stoczyć  musiała,  by 

uzyskać  możność  jakiej  takiej  egzystencji.  Ile  zawodów  i  rozczarowań!  Ale  przecież  nie 
poddała się, chociaż jest tylko samotną dziewczyną, nie zaś mężczyzną o silnych barach. Ona 
też nic nie umiała,  ale nauczyła się.  I  teraz wraca w  całkowitej niepewności co do dalszych 
swych losów. Nie wie, czy znajdzie zarobek, gdzie, ani jak prędko, a jednak wierzy w swoje 
siły, wierzy, że wytrwa.   

– A jeszcze jedno powiem panu – położyła ręce  na jego zaciśniętych dłoniach – że pan 

stał się mi teraz znacznie bliższy, że wolę pana takiego.   

– Wolne żarty! – zmarszczył brwi.   

–  Bynajmniej,  Wery.  Przedtem  oddzielała  pana  ode  mnie  prawie  przepaść.  Cóż  nas 

łączyło?...  Bądźmy  szczerzy  i  nie  owijajmy  rzeczy  w  bawełnę.  Pan  myślał  o  przygodzie,  a 
gdyby  był  bogaty,  chciałby  pan  zrobić  ze  mnie  swoją  utrzymankę.  Nie,  niech  pan  nie 
zaprzecza.  Wiem,  że  tak  jest,  jak  mówię.  Ale  mylił  się  pan.  Nigdy  nie  zostałabym  pańską 
utrzymanką, chociaż... właśnie dlatego, że tak bardzo pana lubię...   

–  Magduś!  –  zaprotestował  żarliwie  –  jak  nawet  możesz  podejrzewać  mnie  o  to!?  Czy 

pani nie widzi, czym pani jest dla mnie? Magduś!...   

Był teraz sam najmocniej przekonany o szlachetności swoich intencji, a że nerwy miał już 

zupełnie roztrzęsione, znów do oczu zaczęły się cisnąć łzy.   

–  Przecież  ja  panią  kocham.  Nikogo  w  życiu  tak  nie  kochałem,  jak  panią...  –  mówił 

rozedrganym  głosem.  –  Przecież  moja  rozpacz  z  utraty  majątku  jedynie  dlatego  jest 
beznadziejna,  że  właśnie  teraz,  kiedy  pierwszy  raz  w  życiu  znalazłem  kogoś,  komu...  dla 
kogo...   

Zakrył twarz rękami i zaszlochał.   

Prawie przemocą odciągnęła jego ręce i zaczęła całować wilgotną twarz.   

– Wery – szeptała – mój Wery... No, nie płacz, nie płacz...   

Pociąg  zatrzymał  się  na  jakiejś  większej  stacji,  do  przedziału  weszło  dwóch  panów. 

Widocznie  jednak  zorientowali  się,  że  trafili  tu  nie  w  porę,  gdyż  chrząknąwszy  kilka  razy 
przenieśli się gdzie indziej.   

Przez całą drogę, aż do Warszawy, Runicki opowiadał Magdzie o Wysokich Progach i o 

stanie  interesów.  Niespodziewanie  dla  samego  siebie  ożywił  się  i  znacznie  uspokoił.  Nawet 
na przyszłość nie patrzył już w tak beznadziejnie czarnych kolorach. Już samo to, że Magda z 
rzeczowym  i  niesłabnącym  zaciekawieniem  wypytywała  go  o  wszystko,  że  żywość  jej 
zainteresowania  i  zdumiewająco  łatwa  orientacja  nadały  rozmowie  charakter  niemal 
konferencji,  że  szybko  przechodziła  do  sprawy  nad  wszelkimi  wstawkami  natury 

background image

emocjonalnej,  już  samo  to  wywoływało  wrażenie  jeżeli  nie  nadziei,  to  przynajmniej  swego 
rodzaju  próby  zaradzenia  w  sytuacji,  która  według  Magdy  nie  była  pozbawiona  możliwości 
ratunku.   

Nie  mógł  pojąć,  skąd  ta  młoda  dziewczyna  i  do  tego  aktorka  nabrała  tyle  zmysłu  do 

interesów.  Przypuszczał,  że  wynikało  to  z  jej  nieszczęsnego  pochodzenia.  Widocznie 
wyrastając w sferze drobnych kupców i handlu mięsem, musiała otrzaskać się z interesami, a 
przynajmniej nauczyć się patrzenia na życie od tej właśnie strony. Dopiero, gdy wspomniała 
mimochodem  o  tym,  że  przez  dłuższy  czas  prowadziła  administrację  "Złotej  Maski", 
odetchnął  z  ulgą,  bądź  co  bądź  jej  doświadczenie  nie  wywodziło  się  z  jatki,  co  byłoby 
najbardziej przykre.   

Jednakże  Ksawery,  zdumiewając  się  rzeczowością  Magdy,  nie  mógł  nie  dojść  do 

wniosku,  że  jej  zmysł  życiowy  jest  prostym  następstwem  instynktu  właściwego  środowisku 
ludzi, których egzystencja składa się ze zdobywania i z ciułania pieniędzy, z dorabiania się. I 
jakkolwiek  dotychczas  nie  odczuwał  dla  takich  instynktów  nic  poza  obrzydzeniem,  musiał 
teraz  w  duchu  przyznać,  że  w  walce  o  byt,  w  walce  narzuconej  dziś  przez  kryzys  jemu  i 
tysiącom innych ziemian brak tego instynktu równa się niemal konieczności przegranej.   

To, co go tak raziło i gniewało zawsze w naturze rządcy, pana Pieczyngi, wydało mu się 

teraz  u  Magdy  cenną  i  godną  zazdrości  zaletą.  Zresztą  nie  było  to  to  samo.  Pan  Pieczynga 
miał  w  swoim  rozumowaniu  coś  chłopskiego.  Jego  ciągłe  "przetrwać"  lub  "przetrzymać" 
powtarzały się w każdej dyskusji, a raczej w każdym narzekaniu. Natomiast Magda, chociaż 
podobnie myślała o różnych wyrzeczeniach się, jednak miała i ten pęd naprzód.   

Dojeżdżali do Warszawy. Runicki ani się spostrzegł, jak szybko minęły godziny. Dopiero 

ś

wiatła dworca uprzytomniły mu, że to już wieczór.   

Jak  przed  miesiącem,  gdy  wyjeżdżał,  nie  chciało  mu  się  myśleć  o  zbliżającej  się 

katastrofie,  tak  i  teraz  odpędzał  uporczywie  powracający  niepokój.  Ale  teraz  z  innych 
powodów.  Wtedy  wiedział,  że  nie  ma  żadnego  ratunku,  teraz  zaś  poddawał  się  nadziei,  że 
jakoś  to  będzie,  a  w  tym,  co  ma  być,  niejasną,  niesprecyzowaną,  ale  przecież  główną  rolę 
powierzał Magdzie.   

Tragarze  nieśli  walizki  w  ogromnym  tłoku  przez  długi  peron.  Ksawery  mocno  trzymał 

Magdę pod rękę, by nie zgubić jej w tłumie. W pewnej chwili spotkał jej uśmiechnięte oczy i 
bez namysłu powiedział:   

– Gdybym spotkał cię dawniej, gdybym dawniej cię poznał, kiedy jeszcze byłem bogaty, 

prosiłbym, żebyś zechciała zostać moją żoną.   

I zapytał:   

– Czy zgodziłabyś się?   

– Nie wiem – odpowiedziała poważnie. – Nie wiem, jak bym postąpiła wtedy, ale wiem, 

ż

e gdybyś teraz wpadł na taki pomysł... nie odmówiłabym na pewno.   

– Chyba żartujesz – zaśmiał się.   

– Spróbuj!   

Zatrzymała się i patrzyła mu prosto w oczy.   

– Dziś to byłoby szaleństwem – wzruszył ramionami.   

– Więc zdobądź się na szaleństwo – powiedziała z naciskiem.   

Przepływający niecierpliwą falą tłum potrącał ich i spychał. Oboje jednak nie spostrzegli 

tego.   

– To nie miałoby żadnego sensu – zawołał prawie z przerażeniem. – Pomyśl sama!   

background image

– Już pomyślałam.   

– Magduś! Ja przecież nie mam prawa! Jaka byłaby nasza przyszłość!   

– Słowem, nie chcesz mnie?... Powiedz szczerze. Nie będę miała o to żalu do ciebie. Nie 

chcesz?   

– Ach, nie to... Wiesz, że niczego bardziej nie pragnąłbym. Tylko inna rzecz...   

– Wery! – przerwała mu. – Masz rację. Jesteś tchórzem, a zresztą... Zresztą, do widzenia.   

Zawróciła na miejscu i dopędził ją dopiero przy taksówce. Wsiadała właśnie i podawała 

adres Hotelu Mieszczańskiego.   

– Magduś! – usiłował ją zatrzymać.   

Wychyliła się i powiedziała z uśmiechem:   

– Żegnam pana i dziękuję za miłe towarzystwo.   

Zatrzasnęła drzwiczki i taksówka ruszyła.   

Ksawery  szybko  oprzytomniał.  Najmądrzej  byłoby  pojechać  za  nią.  Niestety,  nie  miał 

pieniędzy nawet na tragarza, który ulokował jego rzeczy w następnej taksówce.   

–  Nie  mam  drobnych  –  zwrócił  się  Runicki  do  szofera.  –  Niech  pan  da  tragarzowi  dwa 

złote i do Bristolu.   

W  hotelu  powitano  go  jak  zawsze  z  niezmienną  radością.  Portier  uregulował  należność 

taksówkarza  i  wśród  ukłonów  wręczył  Runickiemu  paczkę  listów.  Wpakował  je  bez 
przeglądania do kieszeni i nie wchodząc na  górę, zaraz z budki telefonicznej, połączył się z 
Hotelem Mieszczańskim.   

– Tam przed chwilą przyjechała pani Nieczajówna, czy tak?   

– Tak jest – odpowiedziano.   

– Proszę mnie połączyć z jej numerem.   

– W numerach nie mamy telefonów, ale w tej chwili poprosimy na dół. A kto prosi?   

– Runicki.   

Czekał kilka minut, aż w słuchawce odezwał się ten sam głos:   

– Pani Nieczajówna powiedziała, że nie podejdzie i żeby pan nie dzwonił.   

Ksawery odłożył słuchawkę. Gdyby miał pieniądze, pojechałby do niej natychmiast...   

– Psiakrew! – zaklął, lecz w tejże chwili wpadł na doskonały pomysł.   

–  Niech  pan  –  zwrócił  się  do  portiera  –  pośle  kogoś  do  kwiaciarni.  Duży  pęk  róż. 

Czerwonych. Muszę zaraz wysłać.   

– Służę panu dziedzicowi. Ile sztuk pan każe, ze dwadzieścia?...   

– Nie. Niech będzie pięćdziesiąt. Tylko najlepszych! I proszę o papier listowy.   

Usiadł w hallu i napisał od ręki:   

"Błagam  cię  Magduś,  byś  została  moją  żoną.  Kocham  cię  i  niech  się  dzieje  co  chce. 

Ksawery".   

background image

ROZDZIAŁ IV   

Pałac  w  Wysokich  Progach,  wielki  masywny  budynek  w  stylu  późnego  renesansu, 

rozpierał  się  szeroko  w  starym  parku,  zamykając  klamrą  rozłożystych  skrzydeł  olbrzymią 
mozaikę  trawników.  W  środku  przed  wyniosłą  fasadą  leżała  ogromna  kamienna  misa 
wodotrysku,  widocznego  aż  z  szosy  przez  długą  grabową  aleję.  Wokół  rozchodziły  się 
promieniście  strzyżone  szpalery  zatapiając  się  w  ciężkiej,  bujnej  zieleni  drzew.  Z  prawej 
strony  połyskiwały  w  słońcu  odległe  szybki  inspektów,  z  lewej  strony  ponad  konarami  lip, 
dębów i klonów żółty komin gorzelni, królujący wśród pięknych murowanych stodół, stajen i 
innych zabudowań gospodarskich. Za pałacem potężnymi podestami, niby olbrzymie schody 
z  polerowanego  srebra,  schodziły  ku  nie  kończącym  się  niskim  łąkom  rybne  stawy.  Na 
horyzoncie  wąziutką  linijką  czerniał  las  rozcinający  w  przejrzystym  powietrzu  blady  błękit 
nieba od świeżej zieleni łąk wyrazistą czarną smugą.   

W  pałacu  ranek  zaczynał  się  późno.  Pierwszy  dzwonek  odzywał  się  w  pokoju 

kredensowym  zwykle  około  dziewiątej.  Wówczas  Leon  nie  spiesząc  się  odpasał  fartuch,  w 
którym  froterował  i  sprzątał  parterowe  pokoje,  brał  przygotowaną  już  tacę  z  herbatą  i 
sucharkami i szedł na górę do pana starszego, zastając już go zwykle przy biurku w gabinecie 
lub  na  drabince  w  bibliotece,  wydobywającego  z  półek  wśród  tumanów  kurzu  rozmaite 
foliały.   

Pokoje pana Michała Runickiego, od lat nazywanego w Wysokich Progach "jaśnie panem 

starszym", nigdy nie bywały sprzątane ani wietrzone. Toteż okna tu stały się z biegiem czasu 
niemal  nieprzezroczyste,  na  meblach,  pod  meblami,  na  dywanach  i  oknach,  na  portierach  i 
firankach  zalegały  pokłady  kurzu,  a  powietrze  było  kwaśne  i  gorzkie  od  dymu  niezliczonej 
liczby papierosów, wypalanych w ciągu dnia i nocy przez pana Michała.   

Czasem,  gdy  raz  na  dwa,  lub  raz  na  trzy  tygodnie  Leonowi  udało  się  dorwać  do  tego 

ś

mietnika,  zdążył  zaledwie  z  grubsza  zamieść  pokoje  i  wygarnąć  stosy  niedopałków  oraz 

zmiętych  szpargałów,  zdarzało  się  to  jednak  rzadko,  gdyż  pan  Michał  prawie  nigdy  nie 
zapominał, schodząc na obiad, pozamykać drzwi na klucz. Poza codzienną okazją obiadu nie 
opuszczał  swoich  pokoi  wcale.  Kiedyś,  na  początku  swojej  służby  w  Wysokich  Progach, 
Leon próbował z tym walczyć, z biegiem czasu przekonał się wszakże, że niczego nie uzyska. 
Pod  tym  względem  pan  Michał  Runicki  był  zawziętym  pedantem.  Dochodziło  do  tego,  iż 
nawet dawniej za swoich młodszych lat, kiedy od czasu do czasu wyjeżdżał do Warszawy lub 
Paryża  na  kilka  miesięcy,  nie  pozwalał  niczego  tknąć  w  swoich  pokojach  i  zamykał  je  na 
wszystkie spusty. Pani Runicka wówczas kazała  mechanikowi otwierać drzwi wytrychem,  a 
gdy pan wstawił amerykańskie zamki, do jego apartamentów dostawano się po drabinie przez 
okno.  Po  każdym  takim  sprzątaniu,  chociaż  Leon  własną  głową  ręczył,  że  nie  tknięto  ani 
jednej książki, ani jednego papierka, że wszystko z najwięgkszą dokładnością zostało ułożone 
na poprzednim miejscu, wybuchało prawdziwe piekło. Zresztą śmietnik powstawał na nowo. 
Od  wybuchu  wojny  światowej  ustały  wyprawy  warszawskie  i  zagraniczne  pana  Michała, 
wyprawy,  z  których  przywoził  stosy  książek  i  odpisów  porobionych  własnoręcznie  z 
unikatów  wyszperanych  po  różnych  bibliotekach.  Uznał,  że  ma  już  dość  materiałów  i 
przystąpił do opracowania swego dzieła o rewolucji francuskiej.   

Owe dzieło stało się z biegiem lat ulubionym tematem kpin i żarcików  w całej okolicy. 

Dookoła osoby  pana Michała krążyły niezliczone anegdoty,  a nowych nie brakowało nigdy, 
gdyż  pani  Aldona  Runicka  nie  umiała  i  nie  lubiła  robić  tajemnic  ze  swego  pożycia 
małżeńskiego. Jej namiętność do wygrzebywania ze wszystkiego pikantnych ziaren komizmu 
i  wszelkich  drastyczności  nie  mogła  wyrzec  się  satysfakcji  połechtania  znajomych 
opowiadaniami o dziwactwach męża.   

background image

Zresztą  z  równą  otwartością  popisywała  się  pani  Aldona  i  własnymi,  których  jej  nie 

brakowało.  Miała  pasję  uchodzenia  za  Messalinę  i  nie  pomijała  żadnej  sposobności,  by 
zgorszyć  otoczenie,  przerazić  je  swoją  śmiałością,  lub  wręcz  wyuzdaniem.  Przy  swojej 
pięćdziesiątce  trzymała  się  jeszcze  wcale  nieźle.  Wysoka,  szerokobiodra  i  potężnobiusta, 
obficie mięsista, jędrna i żywa w ruchach, mogła się jeszcze podobać i ostatnio miewała dość 
częste  i  dość  niewybredne  awanturki.  Gdyby  jednak  chciano  wierzyć  jej  zapewnieniom, 
należałoby przyjąć, że w promieniu dziesięciu mil od Wysokich Progów nie ma ani jednego 
mężczyzny  jako  tako  zdatnego  bez  różnicy  wieku  i  pozycji  społecznej,  którego  by  pani 
Aldona nie "wypróbowała". Umiała opowiadać o tym z dowcipem i werwą, a gdy zapuszczała 
się  w  szczegóły,  jej  oczy,  olbrzymie  i  nieporównanie  piękne,  iskrzyły  się  takim 
temperamentem,  promieniowały  taką  zaborczością,  że  nawet  młode  panie  odciągały  swych 
mężów spod tego niebezpiecznego ostrzału.   

Pomimo to, pani Aldona Runicka nie miała złej opinii.   

–  Pies,  co  dużo  szczeka,  mało  daje  mleka  –  mówił  o  niej  poczciwy  pan  Mańkowicz  z 

Laskowicy, a wiele osób przyznawało mu rację.   

Poza  tym  lubiano  panią  Aldonę  za  jej  dobroć,  za  wesołość  i  gościnność.  Specjalnie  zaś 

przepadała za nią młodzież. Nigdzie bowiem nie bawiono się tak swobodnie, jak w Wysokich 
Progach,  nigdzie  w  parkach  nie  było  tylu  altanek,  ukrytych  w  gąszczu  i  odległych  od 
oświetlonych  elektrycznością  alei,  nigdzie  żadna  pani  domu  z  takim  poświęceniem,  z  taką 
pasją  nie  patronowała  parkom  i  pareczkom.  Kojarzyła  je  samorzutnie  i  bezapelacyjnie, 
ochraniała  od  zbytniej  ciekawości  rodziców  czy  małżonków,  pokrywała  ich  nieobecność,  w 
zamian  żądając  tylko,  jednego  –  jak  najszczegółowszej  relacji,  najbardziej  wyczerpującego 
sprawozdania, zwierzeń  bez żadnych niedomówień, a co przyznać jej należało, umiała takie 
zwierzenia wydobyć zarówno z mężczyzn, jak i z kobiet, chociaż ogólnie wiedziano, że pani 
Aldona nie potrafi ich utrzymać dla siebie.   

Towarzyska aż do przesady, nie umiała kwadransa spędzić samotnie. Od wczesnego rana, 

zaledwie  zdążyła  jako  tako  nie  wstając  z  łóżka  poprawić  włosy  i  zrobić  twarz,  już  musiała 
mieć  kogoś  do  rozmowy.  Toteż  poza  sześciu  osobami  stałych  rezydentów  w  Wysokich 
Progach nie bywało w roku ani jednego dnia, by nie było gości, czy to z dalszego sąsiedztwa, 
czy z Warszawy. Pokoje gościnne na drugim piętrze rzadko bywały puste.   

Poza  tym  pani  Aldona  znajdowała  się  w  nieustannych  rozjazdach.  Konno,  na  wielkim 

bułanym  wałachu,  linijką  lub  powozem,  a  za  dawnych  dobrych  czasów  jednym  z 
samochodów oblatywała najbliższe sąsiedztwo tak, by już do podwieczorku wrócić z zapasem 
wyczerpujących wiadomości.   

Najwięcej  jednak  czasu  poświęcała  synowi.  Pomimo  ogromnej  różnicy  usposobień, 

pomimo  ostrych  uwag  i  częstych  awantur,  urządzanych  matce  przez  Ksawerego  o  byle  co, 
uwielbiała go ponad wszystko na świecie. Zgodna, pogodna i wesoła, stawała się napastliwą, 
groźną  i  zawziętą  przeciwniczką  każdego,  kto  ośmielił  się  krytykować  postępowanie  jej 
jedynaka.  W  nim  nie  widziała  żadnych  wad,  a  raczej  te,  które  dostrzegała,  kładła  na  karb 
dziedziczności,  złego  wpływu  kobiet,  lub  okoliczności.  Zresztą  w  jej  oczach  był  ideałem 
urody, zdolności, charakteru, a przy tylu zaletach miał prawo nie wyzbywać się jakichś tam 
drobnych usterek.   

Toteż  w  Wysokich  Progach  wszystko  było  dla  młodego  dziedzica.  Wiedział  o  tym  pan 

Michał,  wiedzieli  ubodzy  krewni,  rezydenci,  siedzący  tu  na  łaskawym  chlebie,  wiedziała 
służba.   

Spokój, wygoda i przyjemność Ksawerego były tu najwyższym prawem.   

Mężem  zajmowała  się  pani  Aldona  o  tyle  tylko,  o  ile  mogła  mu  coś  zrobić  na  przekór. 

Nie  przez  złośliwość  bynajmniej.  Ani  przez  potrzebę  dokuczania.  Sama  właściwie  nie 

background image

wiedziała, dlaczego. Może podświadomie żywiła doń żal za to, że nie był takim mężczyzną, 
do  jakiego  po  dziś  dzień  tęskniła,  może  mściła  się  za  jego  obojętność  czy  też  za  to,  że  nie 
miała  żadnego  nań  wpływu  ani  dostępu  do  jego  zainteresowań,  niedorzecznych,  jałowych  i 
ś

miesznych.  Ale  żal  ten  i  potrzeba  drażnienia  męża  rozpływały  się  w  jej  usposobieniu, 

wrzącym, bujnym, spontanicznym, nie nasilając się nigdy do wyraźnych i wrogich form.   

Natomiast  pan  Michał,  pogrążony  w  swojej  pracy,  wyrobił  sobie  w  stosunku  do  żony 

politykę absolutnej, chemicznie czystej obojętności. Z uprzejmym i pobłażliwym uśmiechem 
wysłuchiwał wszelkich pretensji, w razie ostatecznego nacisku ograniczał się do stwierdzenia, 
ż

e jest odmiennego zdania, z nieskazitelną galanterią całował ją w rękę i wracał do siebie, by 

znowu zagrzebać się w stosach książek i papierów.   

Zaniepokojenie  zdradzał  tylko  wówczas,  gdy  pani  Aldona  "nawiedzała"  go  w  jego 

pokojach. Wówczas przerywał pracę i nie odstępował jej na krok w obawie, że żona zniszczy 
mu  lub  zarzuci  jakieś  notatki.  Zdawał  się  wówczas  nie  słyszeć  jej  słów,  całkowicie 
zaabsorbowany  śledzeniem  rąk  żony,  która  na  jedną  sekundę  nie  umiała  pozostawić  ich  w 
bezruchu.   

–  Bądź  tak  dobra,  Donatko  –  powtarzał  co  chwila  –  połóż  tę  książkę...  Nie  ruszaj  tych 

kartek... Przepraszam cię, zgnieciesz ten rysunek...   

Już  wolał,  równie  zresztą  rzadkie,  wizyty  syna.  Ksawery  nie  szperał  na  biurku,  a  nawet 

nie  siadał  u  ojca,  w  obawie  zakurzenia  ubrania.  Przychodził  z  zapytaniami,  nie  mającymi 
ż

adnego  związku  z  interesami  ani  gospodarstwem.  Odkąd  objął  prowadzenie  majątku,  nie 

zamienili  ze  sobą  w  tych  sprawach  ani  słowa.  Natomiast  czasami  potrzebował  informacji  o 
dalszych krewnych lub znajomych, albo też wyjaśnienia w różnych kwestiach sobie obcych, 
jak historia, geografia, znaczenie słów cudzoziemskich, zasłyszanych od kogoś nazwisk itp.   

To  była  jedyna  przyjemność  pana  Michała  w  Wysokich  Progach.  Umiał  dużo,  uchodził 

nawet  w  niepobłażliwych  dlań  oczach  żony  za  "oczytanego",  a  w  okolicy  za  "encyklopedię 
spraw  niepotrzebnych".  O  tych  właśnie  niepotrzebnych  sprawach  lubił  rozmawiać  i  ilekroć 
znalazł chętnych słuchaczy, przesiadywał na dole czasem i po kilka godzin.   

Wśród  sąsiadów,  a  zwłaszcza  wśród  gości  z  Warszawy,  których  nigdy  w  Wysokich 

Progach  nie  brakowało,  zdarzali  się  i  ludzie  znający  się  na  archeologii,  czy  filozofii,  na 
historii lub zagadnieniach socjalnych. Ci, dostawszy się w ręce pana Michała, byli "dosłownie 
przepiłowywani", jak to określała pani Aldona.   

Pomimo  to  lubiła  obecność  męża  w  salonie:  był  dekoracyjny.  Wysoki,  szczupły,  ładnie 

osiwiały, wykwintny w obejściu, a nawet ubrany staromodnie, lecz czysto i dobrze, sprawiał 
dodatnie wrażenie. Jak co dzień, u siebie, siedział w swoim odwiecznym szlafroku z miękkiej 
łosiowej skóry, do stołu jednak ubierał się starannie.   

Jedynym  też  czystym  kątem  w  jego  apartamencie  była  łazienka,  dokąd  już  Leon  miał 

nieskrępowany  dostęp  i  gdzie  codziennie  golił  swego  pana.  Podczas  tego  obrzędu,  jak  i 
podczas  ubierania  się,  stary  służący  wysłuchiwał  całych  wykładów.  Gdyby  też  miał  nieco 
lepszą  pamięć,  od  biedy  mógłby  objąć  już  katedrę  historii  na  jakimś  pomniejszym 
uniwersytecie.  Znał  expedite  dzieje  rewolucji  francuskiej,  genealogię  Burbonów, 
Bonapartych,  czy  Habsburgów,  wiedział,  jakie  suknie  nosiła  Józefina,  kogo  przyjmował  u 
siebie  Danton,  czym  żywił  się  Robespierre,  co  się  działo  w  Termidorze  i  jakich  sztuczek 
używał Fouche.   

Pan  Michał  Runicki,  zdawało  się,  potrzebował  tych  rozmów  dla  uporządkowania 

własnych  myśli.  Dzieło  swoje,  zamierzone  początkowo  na  dwa  tomy,  wciąż  przerabiał  i 
uzupełniał,  a  stosy  zapisanych  kartek  rosły  i  nie  dawało  się  przewidzieć  do  jakich  dojdą 
rozmiarów.  Wiedział  doskonale,  że  w  oczach  otoczenia  uchodzi  za  maniaka,  za  grafomana, 

background image

niemal  za  szkodnika,  który  zmarnował  majątek,  nie  umiał  prowadzić  interesów,  nie  potrafił 
być głową domu, ani domu tego utrzymać na tradycyjnym poziomie.   

Zarzuty  te  irytowały  go  kiedyś,  nie  o  tyle  wszakże,  by  próbował  walki  z  nimi  ani  tym 

bardziej, by usiłował dowieść czynami ich niesłuszności. Od dzieciństwa nie miał zamiłowań 
gospodarskich.  Po  swoim  ojcu,  jako  starszy  syn,  odziedziczył  Wysokie  Progi,  podczas  gdy 
młodszemu, Markowi, przypadły Zaloty. Pan Michał, mając lat dwadzieścia dziewięć, ożenił 
się z panną Aldoną Holimowską na wyraźne życzenie ojca, który, nie wierząc w energię syna, 
wybrał mu właśnie pannę, słynącą z prawie męskiego usposobienia, a poza tym posiadającą 
czterysta  tysięcy  rubli  posagu  i  tytuł  hrabiowski.  Małżeństwo  od  początku  nie  było 
szczęśliwe,  póki  jednak  żył  ojciec,  dzięki  jego  arbitralności  i  nieustannemu  czuwaniu, 
trzymało  się  jako  tako.  Pan  Michał,  chciał  czy  nie  chciał,  musiał  zajmować  się 
gospodarstwem,  pilnować  interesów,  słowem,  zarządzać  tym  wszystkim,  do  czego  czuł 
nieprzezwyciężony wstręt. Toteż, gdy tylko Ksawery objawił chęć zajęcia się tymi rzeczami, 
natychmiast  oddał  mu  władzę  i  tytuł  dziedzica.  Odtąd  też  nigdy  nie  wtrącał  się  do  niczego, 
chociaż  i  dawniej  właściwie  tylko  udawał,  że  wysłuchuje  uważnie  raportów  rządcy  i  że 
decyduje w ważniejszych kwestiach.   

Stosunek  pana  Michała  do  Ksawerego  ułożył  się  w  niewyrażonej  nigdy,  ale  doskonale 

przez obu odczuwanej wzajemnej pogardzie. Syn w duchu lekceważył ojca i surowo potępiał 
jego rewolucję francuską, ojciec uważał jedynaka za głuptasa i snoba. Obaj jednak mieli dość 
kompromisowości w naturze i dość miękkości w charakterze, a przede wszystkim zbyt dobrze 
byli  wychowani,  by  mogło  między  nimi  dojść  do  scysji,  czy  choćby  do  powiedzenia  sobie 
prawdy w oczy.   

Zresztą, widywali się rzadko i niemal wyłącznie na terenie czysto towarzyskim, na dole, 

w  salonach,  gdzie  pan  Michał  z  uśmiechem  nazywał  syna  księciem  regentem,  a  Ksawery 
okazywał ojcu manifestacyjnie szacunek.   

Natomiast  stosunek  między  panią  Aldoną,  panem  Michałem  i  Ksawerym,  pomimo 

zdecydowanego  ustalenia  się  i  utrwalenia  w  niezmiennych  normach,  ani  na  jeden  dzień  nie 
przestawał być osią zainteresowań domowników.   

Nie licząc pana Pieczyngi, przysięgłego mruka, w pałacu mieszkało zależnie od pory roku 

około dziesięciu osób stałych gości, czyli mówiąc po prostu rezydentów na łaskawym chlebie, 
przeważnie  dalekich  zubożałych  krewnych  lub  powinowatych.  Niektórzy  z  nich  mieli  w 
Wysokich  Progach  jaką  taką  przydatność.  Ciotka  Olesia  zajmowała  się  drobiem,  pani 
Mikcińska spiżarnią i kuchnią, pan Suchobłocki  piwnicą i pieczarkami,  a dziadzio Missuna, 
obdarzony  z  jakiejś  zapomnianej  już  racji  tytułem  profesora,  spełniał  funkcję  czegoś  w 
rodzaju marszałka dworu.   

On też, jak i staruszka pani Miechowiczowa, przyrodnia ciotka pani domu, oraz generał 

Borejko  stanowili  w  Wysokich  Progach,  przynajmniej  we  własnych  oczach,  kastę 
uprzywilejowanych, a to z tego względu, że na hipotece figurowały i ich niewielkie sumki.   

Reszta  wegetowała  bez  żadnych  uprawnień  czy  zajęć.  Dla  wszystkich  wszakże 

rezydentów podstawą egzystencji i jej głębokim sensem były niekończące się wieczne plotki, 
nasilające  się  czasem  w  okresach  większego  podniecenia  do  skali  intryg.  W  ustawicznych 
szeptach  i  najpoufniejszych  naradach  przeprowadzano  rozwód  państwa  Runickich,  żeniono 
Ksawerego,  sprzedawano  Wysokie  Progi,  wydalano  pana  Pieczyngę,  zwalniano  kucharza, 
pisarzy  prowentowych,  Leona,  lokajczyków,  pokojówki,  ogrodnika,  czy  rybaka.  Zdawano 
sobie  sprawozdania  z  istotnych  lub  przewidzianych  sprzeczek  między  Runickimi, 
przepowiadano  zerwanie  czy  też  nawiązanie  stosunków  z  tym  lub  innym  sąsiedztwem, 
postanawiano udzielić rady Ksaweremu, wpłynąć na pana Michała, odwieść panią Aldonę.   

background image

Słabą  stroną  tych  wysoce  dyplomatycznych  układów  i  planów  było  to,  że  nigdy  nie 

zostawały  urzeczywistnione,  a  to  z  tej  prostej  przyczyny,  że  pani  Aldona  na  wszystko 
odpowiadała uśmiechem, lub krótkim: – "Dosyć tych głupstw", pan Michał wcale słuchać ich 
nie chciał, zaś Ksawerego bano się nawet zaczepić.   

Bano  się  z  dwóch  powodów.  Przede  wszystkim  nikt  tak  jak  on  nie  umiał  dać  odczuć 

rezydentom, że są na łaskawym chlebie i że zależą tylko od jego pańskiej łaski. W chwilach 
dobrego humoru pozwalał sobie na drwiny często bardzo dotkliwe, w chwilach złego potrafił 
krzyczeć gorzej niż na służbę, nie znosząc przy tym najmniejszych sprzeciwów. Po wtóre zaś 
każde  niezadowolenie  Ksawerego  odbijało  się  w  stokrotnej  skali  na  usposobieniu  pani 
Aldony.   

Od  rana,  zanim  zapytano  o  pogodę  i  stan  barometru,  interesowano  się  humorem  pana 

Ksawerego. Gdy tylko usłyszano jego poirytowany głos, pustoszał hall i taras, zielony salon i 
jadalnia,  rezydenci  uciekali  do  swych  pokoi  i  nie  wychylali  nosa.  Jedno  przed  drugim  za 
ż

adne  skarby  nie  przyznałoby  się  do  strachu.  Ot,  migrena,  pilna  robota,  lub  chęć  drzemki. 

Ksawery też był jedyną osobą w domu, o której nic złego nigdy się nie mówiło. Obawa przed 
denuncjacją  była  silniejsza  niż  nienawiść  i  przeciwnie,  w  rozmowach  prześcigano  się  w 
pochwałach dla młodego dziedzica. Więcej, bo wmawiano w siebie, że istotnie jest on prawie 
geniuszem.  Chciano  tego,  by  tak  było  naprawdę,  by  Ksawery  osiągnął  we  wszystkim 
największe powodzenie.   

I  nic  dziwnego,  jego  los  decydował  o  losie  Wysokich  Progów,  a  los  Wysokich  Progów 

był ich losem.   

Jednakże  najbardziej  paląca  ciekawość  nie  pomagała  w  zajrzeniu  w  tajemniczą 

przyszłość. Ksawery z nikim nie wdawał się w rozmowy, plany swe ukrywał najstaranniej, a 
omawiał  je  wyłącznie  z  matką  i  z  panem  Pieczyngą.  Pani  Aldona  zaś,  zazwyczaj  otwarta  i 
szczera, o sprawach swego syna nie lubiła mówić, a z pana Pieczyngi nic wyciągnąć się nie 
dawało.   

Trzeba  było  zatem  patrzeć,  patrzeć  uważnie  i  wyciągać  wnioski  ze  zdarzeń 

dostrzegalnych  i  nie  dających  się  ukryć.  A  zdarzenia  były  wymowne,  najpierw  przyjechał 
Szlomka z Grójca, później Halpern z Radomia i jeszcze trzej Żydzi. Lokaj, który nosił herbatę 
do kancelarii, widział, że dawali pieniądze panu Ksaweremu. Później pan Ksawery wyjechał 
do  Warszawy,  a  później  gruchnęła  hiobowa  wieść,  że  termin  licytacji  został  utrzymany.  Do 
Wysokich  Progów  istnym  korowodem  zaczęli  zjeżdżać  się  wierzyciele.  Pani  Aldona  nie 
przyjmowała  nikogo,  a  całe  piekło  spadło  na  pana  Pieczyngę.  Nocami  przepędzano  oborę, 
przeprowadzano konie, przewożono maszyny rolnicze i meble co cenniejsze od Borychówki, 
do  Zalotów  i  do  innych  sąsiadów.  Po  całych  dniach  wierzyciele  zapełniali  hall  i  salon 
krzykami, płaczem, awanturami. Pani Aldona kilka razy jeździła do brata, hrabiego Tomasza 
Holimowskiego,  lecz  wracała  z  niczym,  była  też,  według  relacji  stangreta  i  w  Zalotach,  ale 
pan  Tadeusz  Runicki  też  widocznie  pomocy  nie  obiecał,  gdyż  wyjechała  z  Zalotów  bez 
pożegnania.   

Tymczasem  rozszerzyła  się  po  okolicy  wiadomość  przyniesiona  podobno  do  państwa 

Mańkiewiczów przez ich kuzyna z Warszawy, pan Ksawery wyjechał za granicę, do Paryża, a 
może do Ameryki, wyjechał oczywiście po to, by ożenić się i przywieźć grube pieniądze.   

Pogłoski  te  nie  uspokoiły  wierzycieli,  natomiast  sprawiły  to,  że  pośród  rezydentów 

zapanowała otucha. Powrotu dziedzica wyczekiwano jak zbawienia.   

Jego  telefon  z  Warszawy  zelektryzował  wszystkich,  a  przyjazd  w  dwa  dni  później 

napełnił serca nadzieją.   

background image

Wprawdzie  nic  do  tej  nadziei  nie  upoważniało.  Przyjechał  taksówką  i  zabawił  zaledwie 

godzinę.  Najpierw  zamknął  się  z  panem  Pieczyngą,  później  z  matką,  potem  wszyscy  troje 
udali się do pana Michała, a potem odjechał, zabierając ze sobą neseser pani Aldony.   

Tegoż  dnia  przed  pałac  zajechały  fornalki  i  zaczęło  się  coś,  co  mogło  wyglądać  na 

przeprowadzkę.  Pakowano  i  ładowano  na  wozy  najcenniejsze  meble,  obrazy,  stare  wina  z 
piwnicy, dywany, brązy i srebra. Sprowadzono też z sąsiedztwa wszystkie dawniej wysyłane 
rzeczy  i  wszystko  odeszło  pospiesznie  do  Warszawy.  Pałac  ogołocony  z  najpiękniejszych 
sprzętów wywierał przygnębiające wrażenie. Pan Michał, bezradny i zakłopotany, raz po raz 
wybiegał  ze  swoich  pokoi,  pani  Aldona  z  twarzą  obrzękłą  od  płaczu  snuła  się  jak  cień. 
Wszyscy  to  dostrzegli  od  razu,  nie  miała  już  w  uszach  swoich  wspaniałych  butonów,  ani 
pierścionków na palcach.   

Z  urywkowych,  skrzętnie  pozbieranych  informacji  dało  się  ustalić,  że  całą  biżuterię,  do 

której  była  tak  przywiązana,  że  te  wszystkie  odziedziczone  po  matce  i  babkach  klejnoty 
zabrał  pan  Ksawery.  Zabrał  również  kolekcję  starych  monet  i  zbiór  tabakierek,  złoto,  nie 
wyłączając obrączek, i srebra, nie pomijając nakryć i świeczników.   

Jednak  pan  Pieczynga  nie  wydawał  się  tym  wszystkim  przybity.  Przeciwnie,  zacierał 

ręce, a nawet w rzeczywistości tego dnia i następnych rozmawiał pewniej.   

Jakoż  w  sam  przeddzień  licytacji  nadeszła  wiadomość,  rata  Towarzystwa  Kredytowego 

została  uregulowana,  procenty  w  bankach  popłacone,  Wysokie  Progi  jeszcze  jakiś  czas 
pozostają w rękach dotychczasowych właścicieli.   

I  poszło  wszystko  dawnym  trybem.  Ustały  najazdy  wierzycieli,  komorników, 

sekwestratorów,  adwokatów.  Wróciły  maszyny  rolnicze,  krowy  i  stajnia,  powozy  i  resztki 
mebli,  którymi  jako  tako  połatało  się  braki.  Praca  w  polu  i  w  ogrodzie  odbywała  się 
zwyczajnym  porządkiem,  znowu  zaczęli  zaglądać  goście  już  nie  z  pogrzebowymi  minami. 
Tylko  Ksawerego  nie  było.  Siedział  w  Warszawie  i  tam  załatwiał  interesy,  układał  się  z 
wierzycielami, pracował podobno, jak wół.   

Zaczęły  też  różne  o  tym  jego  pobycie  rozchodzić  się  plotki.  Pierwsze  przyniosła  pani 

Mira  Czerska.  Wpadła  do  Wysokich  Progów  wprost  ze  stacji  kolejowej,  wzburzona  i  tak 
zdenerwowana,  że,  rozmawiając  z  panią  Aldoną  w  żółtym  buduarze,  nie  zwracała  wcale 
uwagi na to, że w sąsiednim hallu słychać było każde słowo. Przede wszystkim okazało się, 
ż

e na próżno przesiedziała dwa dni w Warszawie, gdyż Ksawery wręcz ukrywał się przed nią. 

Nie stoi w Bristolu i nie mogła go znaleźć. Mecenas Zaremba, w którego kancelarii Ksawery 
załatwia  interesy,  twierdził,  a  oczywiście  kłamał,  że  sam  nie  wie,  gdzie  Ksawery  mieszka. 
Natomiast  wszyscy  warszawscy  znajomi  utrzymują,  że  przywiózł  sobie  z  zagranicy  jakąś 
dziwkę i że chce z nią się żenić.   

Pani  Aldona  z  oburzeniem  i  całkiem  szczerze  zaprzeczyła.  Nazajutrz  jednak  stangret  z 

Borychówki  przywiózł  list  do  pani  Aldony,  w  którym  pani  Mira  donosiła,  że  z 
najpewniejszego źródła wie już ponad wszelką wątpliwość, że Ksawery jest po ślubie z jakąś 
tancerką.   

Posypały  się  i  dalsze  plotki,  jedne  fantastyczniejsze  od  drugich,  lecz  wszystkie  były 

dostatecznie  sprzeczne,  by  nie  wierzono  żadnym.  Przede  wszystkim  zarówno  w  Wysokich 
Progach,  jak  i  w  okolicy  rozumiano  dobrze,  że  zażegnanie  katastrofy  przez  wyzbycie  się 
kosztowności  nie  ratuje  Runickich  na  długo.  Najdalej  po  roku  wylecą  z  Wysokich  Progów, 
jeżeli  Ksawery  nie  ożeni  się  bogato  i  to  bardzo  bogato.  Dlatego  w  tajemniczym,  a 
przedłużającym się pobycie młodego Runickiego w Warszawie dopatrywano się oczywistych 
konkurów o rękę jakiejś milionowej panny.   

Takie  były  domysły  i  takie  historie,  gdy  niespodziewanie  przyszło  wyjaśnienie:  w 

powozie  wysłanym  na  popołudniowy  pociąg,  kiedy  konie  zaczęły  już  okrążać  gazon, 

background image

zobaczono  obok  Ksawerego  młodą  przystojną  pannę.  Stangret  Walery  widocznie  odczuwał 
podniosłość chwili, gdyż zajechał z fantazją i trzy razy strzelił z bata niczym na ekonomskich 
chrzcinach.   

Ksawery  był  widocznie  zdenerwowany  i  nadrabiał  spokojną  miną,  gdy  pomagał 

towarzyszce wysiąść z powozu.   

Wszyscy  byli  w  hallu,  gdyż  zerwali  się  od  niedokończonego  obiadu,  zostawiając  przy 

stole tylko pana Michała. Ksawery uroczyście podszedł do matki i dobitnie powiedział:   

– Pozwól, mamo, że ci przedstawię moją narzeczoną, pannę Magdalenę Nieczajównę.   

Zapanowała  zupełna  cisza.  Magda  blada  i  zażenowana  skłoniła  się  i,  zrobiwszy  krok 

naprzód, bezgłośnie poruszyła wargami.   

Pani Aldona przez krótką chwilę przyglądała się jej uważnie, aż nagle zawołała:   

–  Ależ  ona  jest  śliczna!...  Michale!...  Michale!...  Zawołajcież  tu  pana  Michała!  Witam 

panią  –  wyciągnęła  obie  ręce  do  Magdy.  –  No,  mój  Wery  ma  dobry  gust.  Mogę  panią 
pocałować, prawda?   

Była  prawie  o  pół  głowy  wyższa  od  Magdy,  a  kiedy  ją  przytuliła  do  swojej  rozległej 

postaci, zasłoniła ją całkiem sobą.   

Ksawery  stał  nieruchomo,  to  uśmiechając  się,  to  marszcząc  brwi.  Najwięcej  bał  się  tej 

chwili.  Bał  się,  że  matce,  którą  nawiedzały  różne  humory,  przyjdzie  na  myśl  zacząć  od 
indagacji. A chciał właśnie odłożyć je na później.   

Przywożąc  Magdę  bez  uprzedzenia,  bez  jednego  napomknięcia  o  swoich  zamiarach 

małżeńskich,  liczył  się  z  silnym  sprzeciwem,  lecz  będąc  zdecydowany  na  wszystko,  wolał 
wziąć byka za rogi i postawić na jedną kartę.   

Na  szczęście  plan  ten  nie  zawiódł.  Nadszedł  właśnie  z  serwetką  ojciec  i  Ksawery  z 

ponowną solennością przedstawił mu Magdę.   

– Cieszę się niezmiernie – powiedział pan Michał i pocałował ją w rękę.   

Chciał nie dopuścić do żadnych wypytywań w jej obecności, zatroszczył się natychmiast 

o gościnny pokój i odprowadził tam Magdę.   

–  Boże  –  mówiła,  trzymając  go  za  rękę,  gdy  już  znaleźli  się  sami  –  tak  mi  się  trzęsą 

kolana.   

– Dobrze, Magduś, dobrze. Przebierz się teraz, uspokój się i zaczekaj na mnie. Dobrze?   

– Ale przyjdź prędzej!   

– Jak najprędzej – zapewnił ją serdecznie.   

Niestety, musiała nań czekać przeszło godzinę. Ksawery zamknął się z matką w sypialni i 

tak, jak to sobie z Magdą ułożył, wygarnął od razu wszystko.   

Pani  Aldona  słuchała  w  milczeniu.  Wbrew  przewidywaniom  nie  wzburzyła  jej  wcale 

wiadomość, że Magda jest aktorką. Zauważyła nawet:   

– Jesteś, mój Wery, dość wielkim panem, byś się mógł z tym nie liczyć.   

Natomiast uparła się, by wyjaśnił jej pochodzenie przyszłej synowej.   

– Musisz przecież wiedzieć, mój drogi, kto jest jej ojcem?   

–  Jakąż  to  odgrywa  rolę?  –  usiłował  wykręcić  się  Ksawery  –  pochodzi  z  rodziny 

mieszczańskiej, ale w dzisiejszych czasach nie widzę w tym żadnej ujmy. Kocham ją i z góry 
uprzedzam...   

– Ależ synku! – przerwała. – Po co się denerwujesz!   

background image

– Bo mama występuje z jakimiś bezsensownymi zastrzeżeniami.   

–  Bynajmniej.  Tylko  chcę  wiedzieć  coś  o  jej  rodzinie.  Chyba  to  nic  niezwykłego,  że 

ludzie, z którymi zbliżamy się...   

– Wcale nie zbliżamy się. Magda nie utrzymuje ze swoją rodziną żadnego kontaktu.   

– Dlaczego?   

– Zerwała stosunki.   

–  Oczywiście,  mój  drogi,  tak  głupia  nie  jestem.  Jeżeli  nie  utrzymuje  stosunków,  to 

znaczy, że musiała je zerwać. Ale dlaczego?   

Ksawery poruszył się niecierpliwie:   

– Mieli jej za złe, że wstąpiła na scenę.   

–  Ach  tak?  –  ucieszyła  się  pani  Aldona  –  Więc  to  jacyś  porządni  ludzie.  W 

mieszczaństwie  też  się  to  zdarza.  No,  powiedz,  co?...  Przemysł,  kupiectwo?...  Nie  rób 
tajemnicy! Jesteś śmieszny z tą skrytością.   

Ksawery wstał i upewniwszy się, że nikt nie podsłuchuje pod drzwiami, powiedział:   

– Ojciec Magdy jest... kupcem, tak, kupcem mięsnym.   

– Mięsnym?... Co ty mówisz?! To znaczy?...   

– No, tak – rozłożył ręce. – Nic na to nie poradzę. Jest rzeźnikiem.   

Wykrztusił to z siebie z najwyższym trudem. Wstydził się teraz spojrzeć matce w oczy i 

odwrócił się do okna.   

–  Jest  bogatym,  bardzo  bogatym  rzeźnikiem.  Jednym  z  najbogatszych  w  Warszawie  – 

dodał tonem usprawiedliwienia.   

– To okropne – jęknęła pani Aldona.   

– Ja myślę – wybuchnął.   

– Synu drogi! – rzuciła mu się na szyję.   

– Niechże mama mnie puści...   

– Biedaku!   

– Mamo! Uprzedzam cię, że żadnych perswazji...   

– Ależ ja – przerwała – nic nie mówię, synku drogi. Tylko wyobrażam sobie, jak ci z tym 

musi być ciężko... Córka rzeźnika! Boże!...   

Z całej siły ścisnął jej rękę:   

– Ciszej! Ciszej! Mama jeszcze gotowa przez megafon zawiadomić o tym wszystkich.   

– I tak przecież dowiedzą się. Takie rzeczy nie dają się ukryć.   

– A mama cieszy się z tego.   

Pani Aldona wzruszyła ramionami:   

– Ja płakać nie będę. Wiesz dobrze, że przede wszystkim myślę o twoim szczęściu. Ale 

okolica! No!   

– Więc co robić?... – załamał ręce.   

–  Czy  ja  wiem?...  Skandal  będzie  kolosalny.  Wystarczy  sama  nasza  kochana  rodzinka. 

No!   

– Więc trudno. W oczy mi nikt słowa nie powie, a co będzie za plecami, to już mniejsza o 

to. Zresztą, droga mamo, kiedy  wuj Tomasz żenił się z Żydówką, też musiał być skandal,  a 
jednak rozeszło się i dziś najlepsze towarzystwo bywa u nich.   

background image

–  No  tak,  ale  stary  Goldblum  już  sam  należał  do  towarzystwa.  No  i  za  córkę  dał  dwa 

miliony rubli.   

Ksawery żachnął się:   

– A kto potrzebuje wiedzieć, że ja za Magdę nie dostaję grubych pieniędzy?   

Pani Aldona osłupiała:   

– Jak to nie dostajesz?   

– No, bo nie dostaję.   

– Nie?   

– Powiedziałem. Ani grosza.   

Pani Aldona szeroko otworzyła oczy i nagle wybuchnęła:   

– Chyba oszalałeś!?   

– Może i oszalałem.   

– Ani grosza? Mówisz przecież, że ten rzeźnik jest bogaty!   

– I cóż z tego? Nie da córce nic i zresztą nie przyjąłbym rzeźnickich pieniędzy.   

– Nie, to nie do wiary, nie do wiary – pani Aldona chwyciła się za głowę. – Więc cóż z 

nami będzie? Oddałam ci wszystko, co mi jeszcze zostało. O, Boże, jakaż byłam głupia! Moje 
brylanty!   

Ciężko opadła na fotel i wybuchnęła płaczem. Ksawery, sam roztrzęsiony nerwowo, nie 

próbował jej pocieszać.   

Nie  wzruszył  się  jednak  wcale  łzami  matki,  a  przynajmniej  nie  o  tyle,  by  mogło  to 

wpłynąć na zmianę jego postanowień.   

Po pewnym czasie pani Aldona wytarła oczy, zapudrowała nos i powiedziała:   

–  Z  drugiej  strony  nie  mam  prawa  wymagać  od  ciebie,  byś  myślał  o  mnie  i  twoim 

biednym ojcu.   

– Ależ myślę, mamo! – rozgniewał się.   

–  Tak.  Myślisz,  że  jesteśmy  dostatecznie  starzy  i  niepotrzebni,  by  iść  pod  kościół  z 

pudełkiem od sardynek.   

– Bynajmniej, mamo. Masz najlepszy dowód, że licytacja jest odłożona. A jeśli wszystko 

ułoży się dobrze, zdołamy utrzymać się przy Wysokich Progach.   

– Daj spokój żartom – przerwała pani Aldona.   

–  To  nie  są  żarty.  Mama  nawet  nie  wyobraża  sobie,  jaki  to  skarb  moja  Magda.  Ona 

potrafi...   

– Przestań. Jest ładna i młoda. Ale to wszystko.   

–  Myli  się  mama.  Magda  świetnie  zna  się  na  interesach.  Jeżeli  udało  mi  się  ułożyć  z 

bankami, to dzięki jej stosunkom.   

– Wiesz! – zaśmiała się ironicznie – tym mógłbyś się pochwalić. Stosunki aktorki...   

– Mamo! – warknął.   

– Nic nie mówię. Czy masz zamiar i ojca poinformować o swoim postanowieniu?   

–  Tak,  ale  proszę  cię,  mamo,  o  jedno, zachowaj  dla  siebie  te  wiadomości,  które  masz  o 

Magdzie.  Jeżeli  żywisz  do  niej  teraz  niechęć,  to  jednak  licz  się  z  tym,  że  cokolwiek  by  się 
stało,  rozumiesz,  cokolwiek  by  zaszło,  ona  i  nikt  inny  zostanie  moją  żoną,  a  twoją  synową. 
Poza tym jestem przekonany, że sama w niej się zakochasz...   

background image

–  Ależ,  ja  nic  nie  mam  przeciw  tej  dziewczynie.  Uważam  tylko  za  nonsens  wasze 

małżeństwo, które zresztą na pewno do skutku nie dojdzie...   

Ksawery zmarszczył brwi:   

– Dojdzie, albo sobie w łeb palnę. Teraz rozumiesz?   

Wyraz jego twarzy musiał przestraszyć panią Aldonę, gdyż zawołała:   

– Synku, kochanie! Jak możesz takie rzeczy mówić?...   

Objęła go i zaczęła całować.   

–  Widzisz,  mamo  –  mówił,  marszcząc  brwi.  –  Bardzo  kocham  ciebie  i  ojca  też,  bardzo 

przywiązany  jestem  do  Wysokich  Progów,  ale  jeżeli  będziecie  mi  utrudniali  małżeństwo  z 
Magdą,  bez  wahania  wyrzeknę  się  was  i  domu  i  pójdę  choćby  na  karbowego  gdziekolwiek. 
Klamka zapadła. Wierz mi, mamo, że dzięki Magdzie, tylko dzięki niej odzyskałem chęć do 
ż

ycia i nadzieję, że uda mi się uratować i was, i siebie.   

– Synku mój – rozczuliła się pani Aldona.   

– A jeżeli chodzi o Magdę... Na miły Bóg, przecież niejeden już ożenił się z aktorką. To 

ż

adna hańba! Ludzie z najlepszego towarzystwa żenią się z girlsami.   

Powtarzał  jej  z  największym  przekonaniem  wszystko  to,  co  sam  sobie  tak  niedawno 

musiał  wmawiać.  Pani  Aldona,  widząc,  że  dalszymi  sprzeciwami  zraziłaby  sobie  syna,  a 
zresztą  nie  umiejąc  walczyć  o  swoje  poglądy  i  nie  przywiązując  do  nich  zbytniej  wagi, 
pogodziła się dość łatwo z sytuacją.   

Pan Michał natomiast przyjął wszystko zupełnie spokojnie.   

– Jesteś już dorosły – powiedział – i powinieneś wiedzieć, co robisz. Osobiście nie wierzę 

w  możność  współżycia,  oczywiście,  szczęśliwego  współżycia  dwojga  ludzi  pochodzących  z 
tak  różnych  środowisk.  Ale  ponieważ  nie  wierzę  również  w  ogóle  w  celowość  małżeństwa, 
bądź łaskaw nie liczyć się z moją opinią.   

Zaś  na  pytanie  Ksawerego,  czy  ojciec  zechce  okazać  Magdzie,  której  sytuacja  w 

Wysokich Progach będzie trudna, pewną życzliwość, pan Michał zapewnił:   

–  O,  bez  wątpienia.  Nigdy  w  życiu  i  wobec  nikogo  nie  byłem  nieuprzejmy.  No,  a  teraz 

przeproszę cię, gdyż mam pilną robotę.   

W pięć minut później Ksawery mówił Magdzie:   

– Wywarłaś na wszystkich bardzo dodatnie wrażenie. Ojciec jest tobą zachwycony, matka 

też.   

Przy  kolacji  panował  nastrój  ogólnego  podniecenia.  Pana  Michała,  jak  zwykle,  nie  było 

przy  stole.  Wieczorami  jadał  u  siebie.  Pani  Aldona  posadziła  Magdę  przy  sobie  i  nie 
spuszczała  z  niej  oczu.  Pan  Pieczynga  jadł  w  milczeniu,  nie  podnosząc  głowy  znad  talerza. 
Ciotka  Olesia  i  pani  Mikcińska  przerzucały  się  spojrzeniami,  dziadzio  Missuna  chrząkał,  a 
pani Miechowiczowa, cedząc słowa, opowiadała jedną ze swych reprezentacyjnych historyjek 
o swojej wizycie u przyrodniej siostry w Lubelskiem.   

Ksawery uważnym okiem patrolował całe towarzystwo.   

Magda rozmawiała swobodnie i naturalnie z panią Aldoną o swojej niedawnej podróży.   

– Nic jej nie można zarzucić – raz po raz powtarzał sobie w duchu Ksawery.   

Nawet przy pani Aldonie wyglądała rasowo, a zachowywała się dystyngowanie, niczym 

dama z najlepszego towarzystwa.   

– Byłaś świetna, bardzo ci dziękuję – powiedział jej Ksawery, odprowadzając ją na górę. 

– Masz doskonałe maniery.   

background image

– Jestem aktorką – zaśmiała się. – Po prostu zachowałam się tak, jakbym grała na scenie 

narzeczoną hrabiego.   

– Nie wspominaj już o tej scenie, o rolach, o tym wszystkim – skrzywił się.   

– Już dobrze, dobrze...   

–  A  jutro  rano  pokażę  ci  całe  gospodarstwo,  park  i  inne  rzeczy.  Dobranoc,  dobranoc, 

kochanie... Niech ci się dobrze śpi pod dachem twego domu.   

Zarzuciła mu ręce na szyję i powiedziała trochę ni w pięć ni w dziewięć:   

– Ty pomimo wszystko jesteś jednak dobrym chłopcem.   

Wstali wcześnie i rozpoczęli obchód gospodarstwa. Wszędzie wrzała już praca, a służba 

widocznie  wiedziała  już  o  przyjeździe  narzeczonej  dziedzica,  gdyż  nie  ograniczyła  się  do 
zwykłych powitań, lecz przyglądała się długo przyszłej pani.   

Zabudowania  folwarczne,  gorzelnia,  młyn,  obory  i  przejażdżka  linijką  po  polach  zajęły 

im  czas  do  drugiego  śniadania.  Później  oglądali  pałac  i  Ksawery  nie  posiadał  się  z  radości, 
widząc, że Magda jest wszystkim zachwycona.   

W  obawie,  by  ktoś  z  domowników  nie  pozwolił  sobie  na  jakąkolwiek  nieuprzejmość  w 

stosunku do Magdy, Ksawery nie rozstawał się z nią ani na chwilę. Jeżeli chodziło o matkę, 
był  jej  serdecznie  wdzięczny  za  ton,  jaki  przybrała  w  rozmowie  z  przyszłą  synową.  Była 
prawie przyjacielska i kilka razy uściskała Magdę.   

Nastrój  przy  obiedzie  już  był  całkiem  swobodny.  Pan  Michał  ze  swoją  staroświecką 

galanterią  bawił  Magdę  żarcikami  na  swój  temat.  Po  obiedzie  zajechały  konie  i  nastąpiło 
pożegnanie. Magda musiała wracać do Warszawy, by zdążyć na wieczorne przedstawienie w 
Teatrze Letnim, gdzie grała niedużą rólkę w zastępstwie jednej z tamtejszych aktorek.   

Pomimo  błagań  i  nalegań  Ksawerego  nie  chciała  porzucić  sceny,  a  raczej  możności 

zarobkowania.   

– Po ślubie – mówiła – co innego, ale teraz muszę przecież z czegoś żyć.   

Jednocześnie udało jej się uzyskać engagement do filmu i to na rolę główną. Na protesty 

Ksawerego odpowiedziała krótko:   

– To da mi osiem tysięcy, a termin w Banku Wschodnim odłożony został pod warunkiem 

wpłacenia właśnie ośmiu tysięcy.   

Cóż  jej  mógł  na  to  powiedzieć?  Rzeczywiście,  jeżeli  istniały  jakieś  szanse  ratowania 

majątku, to tylko w razie współdziałania Banku Wschodniego.   

Ksawery  z  początku  nie  mógł  się  pogodzić  z  myślą,  że  pieniądze,  zapracowane  przez 

Magdę,  mogą  być  dla  niego.  Jednak  tak  się  jakoś  złożyło,  że  Magda  kilkakrotnie  już 
pomagała  mu  drobnymi  sumkami.  Opłaty  stemplowe,  koszty  paru  aktów  notarialnych  itp. 
poszły z jej kieszeni.   

Sam rozumiał, że w tych warunkach Magda nie może przerwać swojej  pracy,  a chociaż 

bolało go to najbardziej, nic na to poradzić nie mógł.   

Chciał teraz wraz z nią jechać do Warszawy, lecz i na to nie mógł sobie pozwolić. Poza 

tym Magda żądała, by siedział na wsi i pilnował interesów.   

Odprowadzając  ją  na  stację  kolejową  był  pochmurny  i  kilka  razy  wracał  do  tematu  już 

przesądzonego; pojedzie do Warszawy bodaj na jeden dzień. Ona jednak, jak zwykle w tych 
rzeczach, była uparta. Pożegnali się i Ksawery zawrócił do domu.   

background image

ROZDZIAŁ V   

Niełatwo  przychodziło  Magdzie  zorientowanie  się  w  sprawach  Wysokich  Progów. 

Najwięcej  przeszkód  wynikło  z  usposobienia  Ksawerego,  który  wprost  nie  umiał  stawiać 
rzeczy  jasno.  Wstydził  się  długów,  szczególnie  osobistych,  starał  się  ukryć  sens  i  znaczenie 
różnych  zobowiązań,  a  nawet  nazwiska  wierzycieli  drobniejszych,  rozmaitych  pachciarzy, 
handlarzy czy służby.   

Od dawniejszych wyznań w pociągu zmienił się o tyle, że nabrał przesadnego optymizmu 

i  lekceważył  sobie  najpilniejsze  i  najważniejsze  sprawy.  Magda  musiała  pamiętać  sama  o 
wszystkim,  pilnować  wszystkiego.  Zaczęło  się  od  doprowadzenia  do  jakiego  takiego 
porządku ksiąg i rachunków. Panował w nich chaos z tej racji, że prowadzone były częściowo 
przez  Ksawerego,  częściowo  przez  pana  Pieczyngę,  nieraz  zaś  nawet  przez  pisarzy 
prowentowych.   

Stopniowo  wszystko  to  skoncentrowało  się  w  rękach  Magdy.  Nie  ze  wszystkim 

wprawdzie  umiała  sobie  poradzić,  lecz  doświadczenie  nabyte  w  okresie  prowadzenia 
administracji  "Złotej  Maski"  przydało  się  także  o  tyle,  że  wiedziała  przynajmniej,  do  kogo 
zwrócić się o pomoc.   

Poza tym, wierząc w zmysł do interesów pana Biesiadowskiego, zapoznała go gruntownie 

z  całym  materiałem.  Pan  Feliks  przyjął  wiadomość  o  zamierzonym  małżeństwie  Magdy  z 
rezygnacją. Od czasu napadu stan jego zdrowia przedstawiał wiele do życzenia i skłaniał go 
do  częstych  smutnych  refleksji.  Pomimo  choroby  bynajmniej  nie  zaniedbał  interesów,  a  w 
stosunku do Magdy zachował dawną, serdeczną życzliwość. Po rozejrzeniu się w materialnej 
sytuacji Wysokich Progów, orzekł, że można by jeszcze majątek uratować kosztem wielkich 
oszczędności, ułożenia się na pięćdziesiąt procent z wierzycielami, zwłaszcza z tymi, którzy 
spadliby  bez  grosza  w  czasie  licytacji,  no  i  przez  korzystną  sprzedaż  Karczówki, 
piętnastowłókowego  folwarku  Wysokich  Progów.  Ponieważ  zaś  Karczówka  miała  osobne 
księgi hipoteczne, rzecz była do przeprowadzenia. Nadto, zdaniem Biesiadowskiego, należało 
spróbować  wydobycia  skądkolwiek  kilkudziesięciu  tysięcy  gotówki.  Kiedy  zaś  Magda 
wyraziła wątpliwość co do możliwości takiej pożyczki, Biesiadowski zaproponował, że sam 
mógłby wziąć, na przykład, w dzierżawę stawy rybne na pięć lat.   

Transakcja  ta,  zdaniem  Ksawerego,  była  wysoce  niekorzystna,  a  tenuta  dzierżawna, 

ofiarowana  przez  Biesiadowskiego,  bardzo  niska,  ponieważ  jednak  innych  amatorów 
niepodobna było znaleźć, a pieniądze były od razu niezbędne, umowę podpisano.   

Jednocześnie  Magda  zwróciła  się  do  kilku  pośredników  z  propozycją  sprzedaży 

Karczówki.   

Z  tym  wszystkim  cały  swój  wolny  czas  musiała  poświęcać  interesom  Ksawerego. 

Ponieważ  zaś  w  pertraktacjach,  w  podpisywaniu  umów  itp.  musiała  go  nieraz  zastępować, 
otrzymała odeń odpowiednią plenipotencję.   

Przyjęła  ją  wprawdzie  niechętnie,  chociaż  był  to  dowód  pełnego  zaufania  ze  strony 

narzeczonego,  ale  sama  musiała  przyznać,  że  z  chwilą  uznania  za  konieczność  obecności 
Ksawerego  na  wsi,  niepodobna  było  przy  każdej  okazji  wzywać  go  do  Warszawy.  I  tak 
przyjeżdżał co tydzień na sobotę i niedzielę.   

Wówczas spędzali czas na nie kończących się omawianiach spraw bieżących...   

–  Doprawdy  –  krzywił  się  Ksawery.  –  Nie  wyobrażam  sobie,  by  takim  językiem 

przemawiała miłość pary narzeczonych.   

background image

– Cóż chcesz – wzruszała ramionami Magda. – Sam jesteś temu winien. Gdybyś myślał 

więcej o przyszłości wtedy, gdyś jeszcze był sam...   

– No, już nie strofuj mnie, Magduś, już dobrze, dobrze... Więc jak z tymi opasami?   

I  zdawała  mu  relację.  Dzięki  Biesiadowskiemu  uzyskała  to,  że  handlarze  bydła  z 

Grójeckiego  gotowi  byli  na  niezłych  warunkach  lokować  krowy,  przeznaczone  na  rzeź,  na 
czas podpasienia  w opróżnionych, z racji nieopłacalności  gospodarstwa  mlecznego, oborach 
wysokoproskich.   

Idące  stąd  i  z  innych  pomniejszych  źródeł  wpływy  nie  uprawniały  jednak  do  różowych 

myśli.  Trzeba  było  nieustannie  czuwać,  dreptać  po  bankach  i  urzędach,  zabiegać  o  ulgi  i 
prolongaty,  pilnować  gotówki,  by  nie  dostała  się  do  rąk  Ksawerego  lub  jego  matki.  Ci  nie 
umieli oszczędzać i należało ich do tego zmusić.   

Po  pewnym  czasie  Magda  doszła  do  przekonania,  że  główną  przyczyną  rozrzutności 

Ksawerego jest jego próżnowanie. Bynajmniej nie był z natury leniwy. Przeciwnie, gdy tylko 
chciał się popisać lub po prostu nie miał kim się wyręczyć, potrafił pracować zawzięcie. Z tej 
obserwacji  bardziej,  niż  z  konieczności  ograniczenia  wydatków  wynikła  dymisja  pana 
Pieczyngi  i  obu  pisarzy  prowentowych,  a  także  pana  Lisieckiego,  który  zarządzał  młynem  i 
gorzelnią,  a  właściwie  pobierał  pensję  za  pół  godziny  dziennej  roboty,  gdyż  gorzelany  i 
młynarz wystarczali w zupełności.   

Najtrudniej  poszło  z  panem  Pieczyngą.  Magda  rozmawiała  z  nim  tylko  dwa  razy. 

Pomimo pozornej uprzejmości starego rządcy odczuła w jego tonie jakby lekceważenie i cień 
pogardy dla siebie. Zasadniczo oboje dążyli do tego samego, lecz Pieczynga traktował Magdę 
po trosze jak intruza.   

Bardzo boleśnie dotknęło to Magdę. Z jednej strony żywiła doń sympatię, lecz z drugiej 

rezerwa  pana  Pieczyngi  uniemożliwiała  okazanie  już  nie  tylko  sympatii,  lecz  nawet 
przychylności.  Dlatego  w  tych  rozmowach  przybrała  ton  zimny  i  może  zanadto  dźwięczący 
poczuciem władzy.   

–  Mówimy  o  oszczędnościach  –  powiedziała  w  końcu.  Czy  pan  znajduje,  że  mój 

narzeczony nie potrafiłby samodzielnie prowadzić gospodarstwa?   

– Przecież prowadzi – zauważył Pieczynga.   

– Przy pańskiej pomocy. Ale czy dałby sobie radę sam?   

Pan Pieczynga poczerwieniał:   

–  Ach,  o  to  pani  chodzi?...  Zapewne.  Uważam  pana  Ksawerego  za  bardzo  zdolnego 

rolnika. Sądzę też... Hm... Sądzę, że byłoby nawet wskazane... Ja... Tym bardziej, że ja dość 
już  jestem  stary,  by  podlegać  woli  osób  zbyt  młodych  i  niedoświadczonych.  Poza  tym  nie 
lubię niewyraźnych sytuacji i chciałbym wiedzieć, czy mam posadę u pana Runickiego, czy 
też u pani?   

Sapał coraz głośniej i widocznie musiał bardzo panować nad sobą, by nie wybuchnąć.   

– Oczywiście, że u pana Runickiego – spokojnie powiedziała Magda.   

– To chwała Bogu – wstał z krzesła. – Zatem wiem, kogo mam słuchać, a teraz pozwoli 

pani, że ją pożegnam.   

– Żegnam pana – skinęła mu lekko głową i Pieczynga wyszedł z jej pokoiku hotelowego.   

Tegoż  wieczora  zażądała  od  Ksawerego  wymówienia  Pieczyndze.  Ksawery  długo  się 

wahał i wykręcał. Przytaczał słuszne zresztą argumenty, twierdził, że nie można tak od razu 
rozstać się z oficjalistą, który przez tyle lat był prawą ręką ojca i jego samego, z człowiekiem 
tak zacnym i uczciwym.   

background image

Na wszystkie te argumenty Magda najprostszą i najskuteczniejszą znalazłaby odpowiedź. 

Wystarczyłoby dać Ksaweremu do zrozumienia, że Pieczynga ośmielił się ją obrazić. Jednak 
wolała nie stawiać sprawy na tej płaszczyźnie. Wiedziała zresztą, że i tak przeprowadzi to, co 
postanowiła.   

Zresztą pan Pieczynga przyjął wymówienie spokojnie. Jako rządca miał świetną opinię i o 

takie,  a  nawet  lepsze  stanowisko  nie  było  mu  trudno.  I  tak  poza  tym  zostawał  w  Wysokich 
Progach  do  jesieni.  Natomiast  część  służby  pałacowej  oraz  zredukowani  oficjaliści  musieli 
odejść zaraz. Na wypłatę zaległych od dawna poborów Magda podpisała umowę z impresario, 
organizującym objazd trupy teatralnej po prowincji. Objazd miał trwać przez trzy miesiące, a 
Magda uzyskała pokaźną zaliczkę, gdyż miała być główną atrakcją zespołu.   

Pod  wieloma  względami  krzyżowało  to  jej  plany,  lecz  najbardziej  chodziło  przecież  o 

zdobycie koniecznej gotówki.   

Na koniec czerwca ustalili z Ksawerym termin ślubu.   

Magdzie nie zależało na przyspieszeniu ślubu. Jeżeli zgodziła się na tak bliski termin to 

jedynie  pod  naciskiem  niecierpliwości  Ksawerego.  Przed  ostatecznym  ustaleniem  daty 
zwlekała,  jak  mogła.  Nie  dla  uzyskania  czasu  do  namysłu.  Na  małżeństwo  zdecydowała  się 
już  dawno.  Jeszcze  zanim  usłyszała  zwierzenia  Ksawerego.  Podobał  się  jej  przecież  od 
pierwszego  spojrzenia.  Tak  właśnie  wyobrażała  sobie  od  lat  pensjonarskich  prawdziwego 
pana:  Dumny,  wytworny,  elegancki,  przystojny  brunet  z  siwiejącymi  włosami,  ziemianin, 
prawie arystokrata, urodzony w pałacu, obracający się w najwyższych sferach. Gdy z biegiem 
czasu poznawała go coraz bliżej, odkrywając jedne po drugich jego wady i śmiesznostki – nie 
martwiła  się  nimi  wcale.  Raczej  przeciwnie.  Cieszyły  ją,  gdyż  zmniejszyły  dystans,  który 
dzielił  aktorkę,  zwykłą  –  co  tu  ukrywać  –  aktoreczkę  od  pana  całą  gębą.  Zły  stan  jego 
interesów  również  sprawiał  Magdzie  radość.  Rozumiała  doskonale,  że  znalazłszy  pole  do 
działania  dla  siebie,  że  przez  pomoc,  dawaną  Ksaweremu,  jeszcze  bardziej  wyrównuje 
istniejące  różnice.  Żeniąc  się  z  nią,  Ksawery  nie  robi  już  żadnej  łaski.  Wprawdzie  dla  niej, 
znającej  go  tak  dobrze,  jak  i  jego  położenie  majątkowe,  nie  był  już  księciem  z  dawnych 
marzeń,  ale  dla  świata  pozostanie  nim  zawsze  ze  swoim  nazwiskiem,  manierami,  no  i  z 
Wysokimi Progami, które dlatego właśnie należało ratować za wszelką cenę.   

Zdawała sobie dokładnie sprawę ze swoich uczuć. Nie była w Ksawerym zakochana tak, 

jak  kiedyś  w  Bończy,  ale  przecież  lubiła  go  szczerze.  Z  jego  powierzchownością  tak 
efektowną, z jego trochę dziecinnym umysłem, z jego zaletami, no, i z Wysokimi Progami, z 
pałacem,  parkiem,  z  koligacjami  i  z  pozycją  towarzyską,  gdyż  –  nie  ukrywała  tego  przed 
sobą,  a  nawet  przed  nim  –  bez  tego  wszystkiego  nie  byłby  już  tym,  czym  był  dla  niej:  nie 
byłby spełnieniem jej marzeń.   

I  nie  chodziło  Magdzie  o  bogactwo,  o  luksusowe  próżnowanie,  nawet  nie  o  dostatek. 

Przecież dążąc uparcie do realizacji swoich młodocianych celów życiowych, nie bała się ani 
niewygód,  ani  przykrości,  ani  ciężkiej,  wyczerpującej  pracy.  Spokój  i  dobrobyt  miała  w 
domu, którego się wyrzekła. Bogactwa i wygody odrzuciła wraz z odrzuceniem oświadczyn 
Biesiadowskiego,  z  pięknego,  beztroskiego  życia  zrezygnowała,  gdy  nie  przyjęła  propozycji 
dyrektora Stęposza i kilku podobnych.  Gdyby nawet Ksawery nie kochał jej tak bardzo, jak 
tego nieustannie dawał dowody, zgodziłaby się na to małżeństwo.   

Jeżeli też próbowała je  odwlec, to z myślą o zarobieniu jak najwięcej pieniędzy jeszcze 

przed  ślubem.  Poza  tym  uważała  za  pożyteczne  rozpowszechnienie  się  wiadomości  o 
"mezaliansie" Ksawerego wśród jego krewnych i znajomych.   

– Niech oswoją się z tym – mówiła.   

– To nierozsądne – protestował Ksawery – gdyby już raz klamka zapadła, nie mieliby o 

czym gadać, a tak nawet nie wyobrażasz sobie, na co jestem nieustannie narażony.   

background image

–  To  nie  po  rycersku  z  twojej  strony  –  śmiała  się.  Chcesz,  bym  i  ja  z  tobą  dzieliła  te 

przykrości? Przecież po "zapadnięciu klamki" spadnie to i na mnie.   

O  jednej  przyczynie  swego  zwlekania  nie  wspominała  narzeczonemu,  o  Mirze. 

Wiedziała, że Ksawerego łączył z Mirą kilkuletni romans, że pani Mira dla niego rozwiodła 
się z mężem. I  w to jedno Magda nie chciała wnikać, chociaż Ksawery  nieraz napomykał o 
swoich,  związanych  z  tym  przykrościach.  To  już  powinien  był  załatwić  samodzielnie. 
Mimochodem tylko zwróciła jego uwagę, że może przecież liczyć w tym na pomoc matki.   

Magda nie chciała mieszać się w likwidację stosunku narzeczonego z panią Mirą głównie 

dlatego,  że  w  duchu,  chociaż  starała  się  to  w  sobie  stłumić,  całkowicie  była  po  jej  stronie. 
Gdyby też nie zamierzała zostać żoną Ksawerego, uważałaby, że obowiązany jest ożenić się z 
Mirą.  Obejrzawszy  jej  fotografię  i  dowiedziawszy  się  o  niej  dość  dużo,  w  gruncie  rzeczy 
dziwiła się Ksaweremu, że wybrał nie Mirę, może starszą i brzydszą, ale wykształconą, no i 
panią ze swojej sfery.   

Bezstronność  Magdy  jednak  nie  posuwała  się  zbyt  daleko.  Zbyt  twarde  było  jej  życie  i 

zbyt  trzeźwo  na  świat  patrzyła,  by  ustępować  komukolwiek  bodaj  bezprawnie  odebraną  mu 
pozycję.   

Miała zresztą poważniejsze kłopoty. Pomimo zapewnień Ksawerego, że w jego rodzinie 

zostanie  przyjęta  jak  najserdeczniej,  liczyła  się  przecież  z  czymś  zupełnie  odwrotnym.  Zbyt 
często w usposobieniu Ksawerego dostrzegała ślady świeżo przeżytych przykrości, o których 
nic  jej  nie  mówił.  Nietrudno  było  domyślić  się,  że  były  to  skutki  niechęci  Runickich  do 
zamierzonego małżeństwa syna.   

Po  pierwszej  swej  bytności  w  Wysokich  Progach  Magda  nie  umiała  zorientować  się  w 

nastroju  pana  Michała  i  pani  Aldony.  Zbyt  była  oszołomiona  i  podniecona  swoją  własną 
sytuacją, by wyrobić sobie spokojny sąd. Odniosła szereg różnorodnych i często sprzecznych 
wrażeń.  Pan  Michał  wydał  jej  się  lekceważąco  uprzejmym,  lecz  i  obojętnym.  Pani  Aldona 
surową i nieprzystępną, potępiającą każdym spojrzeniem, a tylko przez grzeczność, lub raczej 
przez  miłość  dla  syna  gościnną  i  miłą  w  stosunku  do  takiego  intruza,  za  jakiego  musiała 
uważać Magdę.   

Natomiast  miny  ciotek,  kuzynek  i  innych  ubogich  krewnych  rezydujących  w  Wysokich 

Progach  były  wyraźnie  nieżyczliwe,  niechętne,  prawie  złe,  z  trudem  maskowane 
zdawkowymi uśmiechami.   

Magda  musiała  kilka  razy  usłyszeć  od  Ksawerego,  że  "ci  w  ogóle  się  nie  liczą",  by 

otrząsnąć się z uczucia zwykłego niemądrego strachu.   

Nie łudziła się też, że najbliższa rodzina, to znaczy Runiccy z  Zalotów i Holimowscy z 

Radzieńca,  nie  przyjmą  jej  dobrze.  Gdyby  miała  możność  dowiedzenia  się  o  ich  nastrojach, 
może by starała się w jakiś sposób pozyskać ich sobie. Niestety, jedynym źródłem informacji 
był Ksawery, a ten wszystko rozmyślnie przedstawiał w różowym świetle.   

Magda rozumiała, że jednak najpierw i głównie należy zdobyć przychylność pani Aldony. 

Korzystając  ze  sposobności,  że  właśnie  wypadały  jej  urodziny,  wysłała  do  niej  krótki,  ale 
bardzo  serdeczny  list  zakończony  wyrazami  żalu,  że  nie  może  złożyć  życzeń  osobiście  i 
zawierający  dyskretną  aluzję,  że  przybyłaby  do  Wysokich  Progów,  gdyby  wiedziała,  że  nie 
sprawi tym przykrości.   

Pani  Aldona  musiała  nie  wspomnieć  synowi  ani  słowem  o  otrzymanym  liście,  gdyż 

Ksawery nic o nim nie wiedział. Opowiadał tylko nazajutrz to, że matka była przybita w dniu 
swoich  urodzin.  Od  lat  tego  dnia  odbywał  się  w  Wysokich  Progach  tradycyjny  wielki  bal, 
zaniechany  w  tym  roku  ze  względów  oszczędnościowych.  Nie  wiedział  też  widocznie  o 
zamierzonej wyprawie matki do Warszawy.   

background image

Dlatego też zjawienie się pani Aldony było dla Magdy zdarzeniem tak niespodziewanym, 

ż

e na pewno uciekłaby, gdyby tylko zdążyła. Nie miała wszakże na to czasu, gdyż w ślad za 

pokojówką  hotelową,  meldującą  przybycie  Runickiej,  w  drzwiach  ukazała  się  olbrzymia 
postać.   

Magda chciała pocałować ją w rękę, lecz pani Aldona zasłoniła się:   

– O nie, niechże mnie pani nie postarza!... Pozwoli pani, że usiądę?   

– Ależ proszę – podsunęła jej Magda najwygodniejszy fotel.   

–  Przepraszam  –  ciągnęła  pani  Aldona,  zdejmując  rękawiczki  i  zapalając  papierosa  – 

przepraszam,  że  nie  uprzedziłam  pani  o  mojej  wizycie.  Zamiar  przyjazdu  do  Warszawy 
powzięłam dość nagle. I to w związku z pani listem.   

– Z moim listem?... – uśmiechnęła się Magda, starając się opanować niepokój.   

– Tak. Dziękuję pani za życzenia. Bardzo to miło z pani strony. Czy... Czy mój syn ma 

dziś przyiechać? Pani na pewno, wie...   

– Wery?... Dziś chyba nie.   

– O, to doskonale. Będziemy miały czas pomówić o różnych rzeczach. Pani kocha mego 

syna?   

– Tak, proszę pani.   

– Nie dziwię się – z uznaniem przytaknęła pani Aldona. – Wcale się nie dziwię. Chłop, 

jak dąb. Bary takie w biodrach wąski, a te oczy!... To się nazywa mężczyzna. Czasami żałuję, 
ż

e jestem jego matką. W przeciwnym razie dla takiego mężczyzny straciłabym głowę i dużo 

ponadto... Cha...cha...cha...   

Ś

miała się głośno i szeroko, nie spostrzegając zdumienia Magdy.   

–  Przyzna  mi  pani  rację  –  mówiła  dalej.  –  W  dzisiejszych  czasach  coraz  mniej  takich 

mężczyzn, mężczyzn, że no!   

Słowo  "mężczyzn"  wymawiała  tak  soczyście  i  z  takim  smakiem,  że  Magda  aż 

zarumieniła się.   

– Zapewne – bąknęła.   

– On musi być pierwszorzędny w łóżku, co? – przymrużyła oko pani Aldona.   

– Tego nie wiem – z naciskiem powiedziała Magda.   

– Jak to? Dlaczego?   

– No, bo jestem jego narzeczoną, nie kochanką...   

– Co pani mówi! – rozłożyła ręce Runicka i z najwyższym zdumieniem wpatrywała się w 

Magdę. – Jak to? Ani razu?   

– Ani razu.   

– I wytrzymała pani?... Świat się kończy. Albo... Albo pani jest taka sprytna?... Nie, nie 

wierzę! Żeby mój Wery dał się tak za nos wodzić? Świat się kończy!...   

Znowu  wybuchnęła  niepohamowanym  śmiechem.  Jej  olbrzymi  biust  wznosił  się  w 

gwałtownych  porywach,  policzki  pod  warstwą  różu  zaróżowiły  się  naprawdę,  szerokie 
zmysłowe  wargi  odsłoniły  dwa  rzędy  równych  silnych  zębów,  a  oczy,  rzeczywiście 
wspaniałe, wprost jarzyły się radością.   

Nagle w jednym mgnieniu spoważniała i powiedziała surowo.   

–  Musicie  zerwać.  Pani  przecież  rozumie,  że  wasze  małżeństwo  nie  miałoby  żadnego 

sensu?   

background image

– Jestem przeciwnego zdania – równie poważnie i zimno odpowiedziała po chwilowym 

namyśle Magda.   

–  Naraża  pani  i  jego,  i  siebie  na  niezliczone  przykrości.  Czy  zdaje  pani  sobie  sprawę  z 

tego, że jej fach, a tym bardziej fach pani ojca... Tylko proszę mnie źle nie zrozumieć. U mnie 
snobizm  nie  wchodzi  w  grę.  Trzeba  jednak  liczyć  się  z  ludźmi.  Przynajmniej  o  tyle,  o  ile. 
Rozumie pani?... A poza tym druga strona medalu, z czego wy, z czego ja i mój mąż, z czego 
my wszyscy będziemy żyli?... Ksawery może ożenić się bogato i jeżeli pani...   

–  ...Dobrze  mu  życzy  –  dokończyła  Magda  z  wymuszonym  uśmiechem,  –  jeżeli  dobrze 

ż

yczę, mam zrezygnować z małżeństwa, czy tak?...   

–  Oczywiście.  Podobacie  się  sobie?  Bardzo  pięknie.  Będę  na  pewno  ostatnią  z  tych, 

którzy  mogliby  coś  mieć  przeciw  temu.  Kochajcie  się  na  zdrowie,  ale  po  co  małżeństwo?... 
Nie  przyjechałam  tu,  by  robić  sceny,  grozić  odmową  błogosławieństwa  czy  podobnymi 
głupstwami.  Po  prostu  chcę  pani  przemówić  do  rozsądku.  I  jestem  przekonana,  że 
porozumiemy się.   

– I ja jestem tego pewna. Cóż?... Rezygnuję.   

Rozłożyła ręce i wstała. Pani Runicka aż przeraziła się łatwością odniesionego sukcesu:   

– Mówi pani serio?   

– Najzupełniej. Rezygnuję, oczywiście, pod tym warunkiem, że Ksawery nie przez panią 

zrobi mi tę propozycję, lecz osobiście.   

– Ależ, broń Boże! – zerwała się pani Runicka. – Daję pani słowo, że Wery o niczym nie 

wie...   

–  Jak  to,  więc  pani  bez  jego  wiedzy  zwraca  się  do  mnie,  byśmy  we  dwie,  poza  jego 

plecami rozstrzygnęły o jego przyszłości?... Nie, proszę pani. Nie uważam, bym miała do tego 
prawo. Owszem, najlojalniej zakomunikuję mu żądanie pani...   

– Broń Boże – przerwała z niepokojem pani Aldona – chyba nie chce pani poróżnić syna 

z  matką!  Zaklinam  panią,  ani  słowa  o  mojej  bytności.  Zaklinam!  Chciałam,  by  inicjatywa 
zerwania  wyszła  od  pani,  ale  skoro...  skoro  oboje  chcecie  popełnić  szaleństwo,  ja  umywam 
ręce. Wszyscy razem pójdziemy pod kościół z pudełkiem od sardynek. Trudno.   

Dyszała ciężko i nerwowymi ruchami obciągała kostium, opinający jej obfite kształty.   

– Nie będzie tak źle, proszę pani – pojednawczo odezwała się Magda.   

– Ach! – machnęła ręką pani Aldona.   

– Zapewniam panią. Jeżeli pani pozwoli, zaraz to udowodnię.   

I  nie  czekając  na  zgodę  pani  Runickiej,  wzięła  ze  stołu  paczkę  papierów,  nad  którymi 

siedziała przez cały ranek.   

–  Widzi  pani  –  mówiła  –  oto  list  z  Banku  Wschodniego.  Zgadzają  się  czekać  przez 

dalszych osiem miesięcy. A tu mam umowę na wydzierżawienie stawów, tu zaś zestawienie...   

I  zaczęła  szczegółowo  wyliczać  przewidywane  wpływy,  konieczne  wydatki,  streszczała 

umowy, układy, sypała cyframi, sumowała pozycje oszczędności.   

Pani  Runicka  słuchała  w  milczeniu,  ziewnęła  kilka  razy  ukradkiem,  a  gdy  Magda 

zamierzała sięgnąć po nową paczkę papierów, zatrzymała ją:   

– Niech się pani nie trudzi. Doprawdy, dosyć...   

– Więc widzi pani, że nie jest wcale tak źle? – z poczuciem zwycięstwa zapytała Magda.   

– Moja droga – odpowiedziała z uśmiechem pani Aldona. – Ja się na tym nic, ale to nic 

nie rozumiem. I przyznam się, że pojąć nie mogę, skąd pani zna się na tych sprawach?   

background image

– Nie znałam się wcale, ale skoro trzeba było...   

– Dziwna z pani dziewczyna. Hm... Że też się pani chce!? Od tego głowa może rozboleć. 

Szalona dziewczyna. Zamieniać lekkie i wygodne, beztroskie życie na taką mordęgę...   

– Myli się pani. Życie aktorki nie jest wcale lekkie ani beztroskie.   

– No, przynajmniej swobodne. Mężczyzn ma się do wyboru, ile dusza, a raczej ile ciało 

zapragnie – zaśmiała się znowu pani Aldona – no, niech mi pani powie, czy aktorzy są tacy 
perwersyjni?...   

– Ależ, proszę pani – zgorszyła się Magda.   

–  Nie  powiem,  przysięgam  ci,  nie  powiem  Ksaweremu  ani  słowa.  Możesz  przecież  być 

szczera z przyszłą świekrą, oni wszyscy są zboczeńcami?... Taki, na przykład, Demkowski? 
Przepiękny  kawał  mężczyzny.  Uda  jak  stal.  Co?...  Taki  musi  kobietę  zmiażdżyć,  zgnieść?... 
Wspaniały samiec!... Przyznaj się, miałaś z nim romans?...   

Magda z przerażeniem przyglądała się jej i zdołała tylko zaprzeczyć ruchem głowy.   

–  Na  ogół  mężczyźni  są  zanadto  wstydliwi  –  ciągnęła  pani  Aldona  poufale,  nie 

spostrzegając  zmieszania  Magdy  –  wstydliwość  taka,  przyznaję,  ma  pewien  smaczek, 
nieprawdaż? Rola gorszycielki musi pociągać każdą wyrafinowaną kobietę. Ale ja osobiście 
uwielbiam  rozpasanie,  nawet  wyuzdanie.  Wery  jest,  jak  myślę,  istną  dziewicą,  cha...  cha... 
cha...  Nie  cierpi  nawet  rozmowy  o  swoich  przeżyciach  erotycznych.  To  nic,  będzie  go  pani 
szkolić. Jestem przekonana, że zrobi pani z niego mistrza. Ale uwaga! Rezerwuję dla siebie 
prawo  do  szczegółowych,  do  najszczegółowszych  sprawozdań.  Mnie,  moja  droga,  nie 
potrzebuje się pani krępować...   

Przymrużyła figlarnie oko i dodała z przekonaniem:   

– Ja pasjami to lubię, pasjami!...   

Magda  milczała,  w  najwyższym  stopniu  zgorszona.  Nieraz  za  kulisami,  czy  wśród 

koleżanek słyszała najbardziej nieprzyzwoite rozmowy, słowa ordynarne, tłuste anegdoty, ale 
w sposobie mówienia o tych rzeczach pani Aldony było coś tak żenującego, tak przejmująco 
bezwstydnego,  że  aż  musiała  ugryźć  się  w  język,  by  nie  odpowiedzieć  jakimiś  ostrymi 
słowami.   

Cały szacunek jaki nie tyle żywiła, ile chciała żywić dla matki narzeczonego, stał się teraz 

niepodobieństwem.  Po  wyjściu  pani  Aldony,  która  pożegnała  Magdę  namowami  do 
"nieodkładania przyjemności na noc poślubną", sprzeczne i męczące uczucia doszły do głosu.   

Więc  takie  są  te  prawdziwe  wielkie  damy?...  Ich  wyniosłość  i  dobre  maniery  są  zatem 

jakąś  bezwartościową  dekoracją,  jak  inflacyjne  banknoty  w  portfelu  Ksawerego.  A  przecież 
pani Aldona jest hrabianką z domu, wychowana w klasztorze aż za granicą, pochodzi z jednej 
z najstarszych i od wieków znakomitych rodzin.   

Bończa kiedyś mówił:   

–  Trzeba  od  szeregu  pokoleń  przyzwyczaić  się  do  swego  wielkopaństwa,  by  móc  sobie 

pozwolić  na  największy  luksus,  to  jest  na  publiczne  pokazywanie,  że  się  jest  świnią.  Jeżeli 
odważy  się  na  to  człowiek  nowy,  niedostatecznie  przeświadczony  o  swojej  absolutnej 
niezależności  od  opinii,  to  go  ludzie  jako  świnię  ze  wzruszającą  konsekwencją  zarżną  na 
kiełbasy.   

Nie, Magda nie brzydziła się panią Aldoną. Uważała ją tylko za rozwydrzoną, starzejącą 

się kobietę, nawet dość miłą, ale wymagającą pobłażliwego traktowania swoich dziwactw.   

W  każdym  razie  po  tej  rozmowie  Magda  czuła  się  pewniej  na  własnych  nogach. 

Przekonała  się,  że  już  liczyć  się  nie  potrzebuje.  Bezsprzecznie,  miała  silniejszą  od  nich 
pozycję i sama czuła się silniejsza. Coraz wyraźniej zdawała sobie sprawę, że i Ksawery już 

background image

teraz  w  Wysokich  Progach  nic  nie  ma  do  decydowania,  że  nieświadomie,  ale  dobrowolnie 
wyrzekł się tego prawa na rzecz przyszłej żony.   

Im  bliżej  jednak  czuła  się  osiągnięcia  celu,  tym  bardziej  w  jej  oczach  malała  sama 

wartość  tego  celu.  Zbyt  łatwo  ustępowały  przed  nią  trudności,  zbyt  lekko  usuwały  się 
przeszkody. Przyszłość wprawdzie była ich jeszcze pełna, ale w Magdzie znikła już wszelka 
obawa. Wiedziała, że je przezwycięży.   

Z  całkiem  też  inną  miną  przyjechała  po  raz  drugi  do  Wysokich  Progów.  Ani  śladu  nie 

pozostało  w  niej  z  dawnej  tremy.  Przeciwnie.  Trzymała  się  z  godnością,  niemal  wyniośle 
wobec  rezydentów,  wobec  służby  z  pewnością  siebie  przyszłej  pani,  a  wobec  państwa 
Runickich z prawie poufałą serdecznością.   

Nazajutrz wyjeżdżała na tournee i była to wizyta pożegnalna, a jednocześnie przedślubna. 

Ś

lub bowiem mieli wziąć w Krakowie, gdzie zespół Magdy zatrzymywał się na kilka dni.   

Ksawery był zachwycony metamorfozą Magdy. Wodził za nią oczyma, a gdy znaleźli się 

sami, powiedział:   

–  No,  winszuję  ci.  Teraz  już  wyglądasz,  jak  pani  Ksawerowa  Runicka  z  Wysokich 

Progów.   

Magda zaśmiała się:   

– Czy to ma być szczyt wszelkiej wartości?   

Odczuł w jej słowach ironię i trochę się obraził.   

– Zapewne. Nie jest to tyle, co powiedzmy Radziwiłłowa z Nieświeża, ale upewniam cię, 

ż

e niejedna kobieta... hm... nie traktowałaby tego tak lekko...   

–  Ja  też  nie  traktuję  lekko.  Przeciwnie.  Ciężko  mi  z  tą  twoją  drażliwością.  No,  a  teraz 

chodźmy obejrzeć pokoje, które nadadzą się dla letników.   

W  zachowanej  na  razie  przed  panią  Aldoną  tajemnicy  Ksawery  we  wszystkim  lubił 

tajemniczość  –  po  dłuższych  sprzeciwach  i  grymasach,  zgodził  się  na  projekt  Magdy 
urządzenia,  wzorem  wielu  innych  dworów,  letniego  pensjonatu  w  Wysokich  Progach. 
Inspekcja  pałacu  nie  dziwiła  nikogo,  gdyż  wszyscy  przypuszczali,  że  chodzi  o  wybór 
apartamentu.  Dopiero  wieczorem  Ksawery  po  długim  chrząkaniu  oświadczył  matce,  że 
postanowił urządzić pensjonat.   

– Jest to obrzydliwe – zakończył – ale niestety konieczne. Obliczyliśmy z Magdą, że da to 

najlepszy zbyt na produkty i około siedmiu tysięcy wpływu.   

Pani Aldona wbrew obawom Magdy ucieszyła się:   

– Ależ świetnie! Będzie przynajmniej wesoło. Tylko uwolnijcie mnie od zajmowania się 

letnikami.  Mogę  im  dotrzymywać  towarzystwa,  grać  w  bridge'a,  ale  nie  prowadzić 
gospodarstwo.   

– O nie, tym zajmie się pani Mikcińska – wtrącił Ksawery.   

– Po co? – spojrzała nań Magda – ja sama to poprowadzę!   

– Tego nie chciałbym – skrzywił się – będą to nasze miodowe miesiące.   

–  Więc  cóż  z  tego?  Ty  przecież  i  tak  będziesz  musiał  pilnować  robót  w  polu,  a  ja 

próżnować nie zamierzam.   

Rzecz  została  rozstrzygnięta.  Chodziło  jeszcze  o  jedno.  Poza  pokojami  gościnnymi  i 

pokojami  służby,  która  miała  być  przeniesiona  na  folwark,  wypadało  do  kompleksu 
letniskowego zaliczyć gabinet pana Michała, ze względu na sąsiedztwo łazienki.   

background image

Uzyskanie  na  to  jego  zgody  wydawało  się  niepodobieństwem.  Pani  Aldona  aczkolwiek 

ucieszyła się sposobnością dokuczenia mężowi, zapewniała, że nie odstąpi on swego gabinetu 
za żadne skarby. Ksawery nie chciał zwrócić się z tym do ojca w obawie, że usłyszy odmowę, 
która poderwałaby tylko jego autorytet pana domu.   

Wobec  tego  do  biblioteki  na  górę  poszła  Magda.  Zapukała  i  weszła.  Pan Michał  zerwał 

się  zakrywając  nagą  szyję  kołnierzem  szlafroka,  chciał  wycofać  się  do  sąsiedniej  sypialni, 
lecz Magda zatrzymała go prawie przemocą:   

– Wcale nie patrzę na pański strój. Zresztą to moja wina. Wtargnęłam tu bez uprzedzenia.   

–  Najmocniej  panią  przepraszam  –  wciąż  zakrywał  się  pan  Michał  –  wyglądam  chyba 

okropnie.   

–  Bynajmniej.  Wygląda  pan  bardzo  miło  i  po  domowemu.  A  ja  mam  do  pana  interes. 

Zjawiam się jako delegatka.   

–  O!  Aż  tak  oficjalnie?  –  zaśmiał  się  pan  Michał  –  a  ja,  niepoprawny  zarozumialec, 

łudziłem się, że to wizyta całkiem spontaniczna.   

Magda rozejrzała się po pokoju:   

–  Boże,  ile  tu  książek!  A  to  owe  pańskie  rękopisy.  Czy  to  wszystko  o  rewolucji 

francuskiej?   

– Wszystko – uśmiechnął się.   

– Szkoda, że ja jestem taka sobie  głupiutka  gąska westchnęła – zresztą, pan na pewno  i 

komuś mądrzejszemu nie pozwoliłby przeczytać swoich prac?   

– Cóż znowu!... A czy panią interesuje ten temat?   

–  Szalenie  –  wysiliła  pamięć  –  zwłaszcza  współzawodnictwo  Dantona  z  Robespierrem. 

To takie potężne.   

Była kiedyś na jakiejś sztuce o Wielkiej Rewolucji i trochę pamiętała z tego.   

Pan Runicki lekko dał się pociągnąć za język. Posiadał moc materiału anegdotycznego i 

tym rzeczywiście zainteresował Magdę. Zdumiewało ją przy tym, że o tych ludziach, dawno 
umarłych,  mówił  z  taką  żywością,  jakby  opowiadał  ploteczki  o  najbliższych  znajomych. 
Drwił nawet z ich śmiesznostek, dowcipnie akcentował różne dwuznaczniki, całkiem zresztą 
niewinne, czasami zniżał poufnie głos, jakby się obawiał, że pani Vosier lub Ivetta Bertanon, 
o  których  opowiadał,  mogą  podsłuchiwać  pod  drzwiami.  Magda  wtrącała  swoje  okrzyki 
zdumienia i pytania zawsze w porę.   

Miała  swój  własny  system,  swoją  metodę  prowadzenia  rozmowy  ze  starszymi  panami. 

Metoda ta była niezawodna, a polegała na mieszaninie naiwnego podziwu i prawie dziecinnej 
kokieterii.  Starsi  panowie  przepadali  za  taką  okazją  do  przekonania  się,  że  są  jeszcze  po 
trochu  mężczyznami,  a  że  poza  tym  młode  i  ładne  oczy  widzą  w  nich  studnię  mądrości  i 
piramidę  wiedzy.  Była  to  metoda  łatwa,  a  Magda  wyspecjalizowała  się  w  niej  jeszcze  za 
czasów  swoich  codziennych  sjest  kawiarnianych  z  dyrektorem  Balzerem,  z  prezesem 
Godzińskim i resztą.   

I  pan  Michał  pod  tym  względem  nie  różnił  się  od  nich.  Ożywił  się,  rozruszał,  sypał 

dowcipami, zakończył zaś serią bardzo zgrabnych komplementów, wśród których, jak Magda 
z  góry  przewidywała,  nie  zabrakło  i  tradycyjnego  u  wszelkich  "tatusiów"  zapewnienia,  że 
szkoda, że jest stary, bo gdyby nie był stary, byłby młodszy, a wtedy – wiadomo.   

– Można by pomyśleć – zastanawiała się kiedyś Magda – że każdy starszy pan za młodu 

był masowym zdobywcą serc.   

background image

Teraz ostrożnie przystąpiła do rzeczy. Oczywiście to okropne, ale musi wrócić już na dół, 

wrócić z pomyślnym rezultatem swojej misji. Chodzi o gabinet. Pan Michał i tak prawie go 
nie używa, pracując zawsze w bibliotece, a gabinet będzie potrzebny dla letników. Nie teraz. 
Za tydzień, za dwa, może za trzy.   

Musiała po kolei wyjaśnić plany pensjonatowe i uzyskała zgodę wraz z zapewnieniem, że 

dla niej gotów wyrzec się nawet sypialni i zamieszkać choćby w stajni.   

– Pan jest bardzo, bardzo dobry – ściskała na pożegnanie jego rękę – ale mnie będzie pan 

przeklinał, bo później, po ślubie będę często pana nudziła. Pan tak cudownie opowiada!   

Ksawery  odprowadził  nazajutrz  Magdę  do  Warszawy.  Mieli  tam  różne  zakupy.  Jeszcze 

przed  jej  wyjazdem  na  tournee  należało  obejrzeć  i  wybrać  różne  dodatkowe  sprzęty  do 
pokojów, przeznaczonych na pensjonat.   

Zespół  aktorski  wyjeżdżał  z  Dworca  Głównego  późnym  wieczorem  i  Ksawery 

odprowadził Magdę, ale tylko do poczekalni, wstydził się świecenia swoją obecnością wśród 
tej  hałastry.  Magda  nie  brała  mu  tego  za  złe,  chociaż  nie  zdołał  przed  nią  zamaskować 
istotnych  pobudek  twierdzeniem,  że  nieraz  sam  urządzał  w  restauracjach  przyjęcia  dla 
aktorów.  Rozumiała,  że  wtedy  występował  w  charakterze  fundatora,  teraz  zaś,  pomimo 
wszystko byłby, jak równy między równymi, tylko narzeczonym jednej z aktorek.   

Nie  brała  mu  tego  za  złe  jeszcze  i  dlatego,  że  sama  od  dnia  zaręczyn  przybrała 

półświadomie  nowy  ton  wobec  koleżanek  i  kolegów,  a  nawet  wobec  dyrektorów.  Po  trochu 
traktowała ich z góry, a swoją pracę jako czysto zarobkową rzecz, jako przykrą konsekwencję 
faktu,  że  ona,  przyszła  pani  Wysokich  Progów,  chwilowo  znalazła  się  w  trudnościach 
materialnych.  Zresztą  i  wśród  nich,  w  tym  swoim  dotychczasowym  otoczeniu,  dostrzegała 
inny stosunek do siebie. Cieplejszy, życzliwszy, bardziej wersalski. Przestawała być rywalką, 
wychodziła bogato – jak wierzono – za mąż, w związku z czym można było liczyć kiedyś w 
razie  potrzeby  na  drobne  pożyczki,  a  w  każdym  razie  na  splendor,  wynikający  z 
przyjacielskiego "tykania" jaśnie pani.   

Myśląc o swoim rozstaniu z życiem teatralnym, Magda nie odczuwała ani odrobiny żalu. 

Naprawdę nic jej z tym światem nie łączyło. Był dla niej tylko etapem, stopniem, szczeblem, 
przedsionkiem  do  uplanowanej  przyszłości.  W  marzeniach  już  od  dawna  porzuciła  teatr,  a  i 
obecna  jego  rzeczywistość  była  dla  niej  na  wskroś  nieważka,  przypadkowa.  Ogarniało  ją 
przerażenie  na  myśl,  że  jej  małżeństwo z  Ksawerym  mogłoby  się  rozchwiać.  Byłby  to  cios, 
którego znieść już by nie potrafiła.   

Dlatego  właśnie  dość  łatwo  zgodziła  się  na  nieodkładanie  ślubu  do  czasu  zakończenia 

tournee. Nie mogła jednak zerwać kontraktu i ślub musiał się odbyć nie w Warszawie, lecz w 
Krakowie i to skromnie, bez welonu, bez orszaku, bez wesela.   

Ciężko przyszło Magdzie zrezygnować z takiego wspaniałego ślubu, o jakim marzyła od 

dziecka. W wyobraźni chwila ta, przeżywana po tysiąc razy, wyglądała tak pięknie. Niestety, 
rozsądek  kazał  inaczej.  Pomijając  już  kwestię  tournee,  należało  ograniczyć  się  do  cichego 
ś

lubu  z  dwóch  względów.  Po  pierwsze  wystawna  ceremonia  i  wesele  kosztowałyby  szalone 

sumy,  a  po  wtóre,  nie  wiadomo  było,  czy  i  jak  zareagowaliby  na  zaproszenie  znajomi, 
sąsiedzi i krewni Ksawerego.   

Toteż ślub odbył się cichy, w małym kościółku krakowskim.   

Ponieważ trupa teatralna musiała tu czekać trzy dni na oswobodzenie sali, aktorzy mieli 

wolny czas, a Magda swoje trzy "miodowe" dni i trzy miodowe noce.   

Ksawery przyjechał rannym pociągiem w niedzielę, a odjechał w środę. Czas ten spędzili 

razem, nie rozstając się ani na chwilę. Ksawery w rezultacie zaklinał Magdę, by mu pozwoliła 
zostać dłużej, lecz pomimo tego, że sama również bardzo by tego pragnęła, wyprawiła go do 

background image

domu, a odprowadzając  na dworzec, tak zajęta była pożegnaniem, że Ksawery  wskoczył do 
pociągu już w biegu.   

W dniu ślubu otrzymali tylko jedną depeszę: od pani Aldony:   

"Oboje  z  ojcem  przesyłamy  Wam,  drogie  dzieci,  najserdeczniejsze  życzenia  szczęścia  i 

rodzicielskie  błogosławieństwo  –  stop  –  niech  Wery  przywiezie  mi  od  Metera  takie 
rękawiczki jak przed dwoma laty, koniecznie żółte – stop – Wasza matka".   

Więcej nikt o dacie ślubu nie wiedział. Życzenia od kolegów przyjęła sama Magda, gdyż 

udział w tej ceremonii Ksawerego pociągnąłby za sobą konieczność urządzenia kolacji, czyli 
zarówno koszty, jak i przerwę w od dawna przez oboje upragnionej samotności.   

background image

ROZDZIAŁ VI   

Dwór  w  Zalotach  ani  rozmiarami,  ani  wyglądem  nie  mógł  się  równać  z  pałacem 

wysokoproskim.  Był  to  długi  parterowy  dom  z  facjatami  i  z  kilkoma  oszklonymi  gankami, 
przykryty  stromym  gontowym  dachem,  gęsto  łatanym  i  niesymetrycznie  upstrzonym 
kominami.  Ze  wszystkich  stron  przyrastały  doń  różne  przybudówki,  częściowo  tynkowane  i 
bielone wapnem, częściowo świecące nagimi belkami byle jak ociosanymi. Przed domem był 
wprawdzie  duży  trawnik  z  bukietem  jodeł  w  środku,  ale  zapuszczony,  porosły  łopianami  i 
ostem, pstrzący się kretowiskami. Swobodnie wałęsały się po nim kury i gęsi, wylegiwały się 
na  słońcu  psy,  wywracały  kozły  dzieci  służby  folwarcznej,  a  stale  pasł  się  niski  brzuchaty 
osioł,  na  pół  wyleniały  ze  starości  i  ślepy  na  jedno  oko.  Alejka  wjazdowa  i  objazd  pokryte 
były nigdy nie naprawianym brukiem z okrągłych kamieni, miejscami powyrywanych. Garby 
i wyboje, a po lada deszczu kałuże o niewiadomej głębokości upiększały i inne alejki, kręto 
biegnące za dom, gdzie od razu zamykał się dziedziniec folwarczny już wcale nie brukowany, 
a  otoczony  ze  wszystkich  stron  zabudowaniami  gospodarskimi.  Pod  ścianami  leżały  tu 
pordzewiałe  obręcze,  połamane  pługi,  jakieś  kłody  i  wielkie  kupy  gnoju.  Dopiero  dalej 
rozciągał  się  stary  cienisty  sad,  warzywniki,  a  za  nimi  grunty  orne  i  łąki.  Tak  wyglądały 
Zaloty,  gdy  w  upalne  niedzielne  popołudnie  młodzi  państwo  Runiccy  przyjechali  tu  z 
pierwszą wizytą.   

Magda  oczom  nie  chciała  wierzyć.  Słysząc  tyle  o  gospodarstwie  stryja  Marka,  wiedząc, 

ż

e "na pieniądzach siedzi", pojąć nie mogła, by ten zapuszczony dwór mógł być jego własną 

siedzibą.  W  ogóle  poza  Wysokimi  Progami  nie  widziała  jeszcze  ani  jednej  siedziby 
ziemiańskiej i nie wyobrażała sobie, by tak to mogło wyglądać.   

Nie  zastali  nikogo.  Bosa  dziewucha,  z  kosmykami  żółtych  włosów,  wymykających  się 

spod kwiecistej chustki, przyjęła ich na progu oświadczeniem, że "jaśnie pana tylko patrzeć", 
bo pojechał na grochy, a jaśnie panienki "to w sadzie, czy w lesie, rozmaicie i kto ich wie".   

Wobec  tego  Ksawery  kazał  stangretowi  nie  wyprzęgać,  podjechać  w  cień  i  czekać, 

tymczasem zaś pokazywał Magdzie stryjowskie gospodarstwo. Pokazywał z dumą, widząc jej 
rozczarowanie:   

– Co, Magduś, nie wszędzie jest tak, jak u nas? – pytał ukontentowany.   

– Ależ tu całkiem, jak u biednego chłopa!   

– Brak potrzeb kulturalnych.   

– Zdumiewające.   

– Czy ty wiesz, Magduś, że tu nie tylko elektryczności, ale nawet łazienki w całym domu 

nie ma!   

– Więc w czymże się myją?   

Zaśmiał się:   

– W razie ostatecznej potrzeby w balii.   

– Żartujesz?!   

–  Broń  Boże.  W  balii,  w  cebrzykach.  Latem  kąpią  się  w  tym  jeziorku,  coś  je  widziała 

przed  lasem.  A  potem  tutaj  nie  zabawimy  długo,  bo  oni  z  kurami  spać  idą.  Stryj  nie  lubi 
sztucznego  światła,  bo  jego  zdaniem  lampa  psuje  wzrok,  no  i  nafta  jest  droga.  Stary  jest 
skąpy.   

background image

Obeszli  dom  naokoło  i  usiedli  na  ganku,  gdzie  stało  kilka  koszykowych  foteli  i  kilka 

zydlów zbitych z sosnowych z lekka oheblowanych desek. Roje much unosiły się nad stołem 
na krzyżakach, na których pozostały jeszcze resztki okruszyn po obiedzie.   

Z  wnętrza  wybiegła  siwa,  drobna  staruszka,  straszliwie  zaaferowana,  sepleniąc 

powtórzyła prawie dosłownie to, co już usłyszeli przed kwadransem od służącej i, ukłoniwszy 
się kilka razy, znikła w sieni.   

– To klucznica, Michalinka – objaśnił Ksawery i nagle spochmurniał.   

Fakt,  że  Michalinka  nie  zaproponowała  ani  herbaty,  ani  owoców,  nie  mógł  być  bez 

znaczenia.  Nie  prosiła  nawet,  by  czekali.  Przeciwnie,  pomimo  zaaferowania  z  całym 
naciskiem podkreśliła, że "nie wiadomo, kiedy wrócą".   

Mogło  to  znaczyć,  że  stryj  i  kuzynki  umyślnie  ulotnili  się  z  domu,  spodziewając  się 

wizyty, której... której może przyjąć nie chcieli.   

Wybierając się do Zalotów, Ksawery przewidywał i taką ewentualność. Wprawdzie dwie 

młodsze kuzynki na pewno nie miały w głębi duszy nic przeciw Magdzie, ale decydował tu 
przede  wszystkim  stryj  Marek  i  jego  pupilka  Janka.  Ona  tu  właśnie  była  od  śmierci  matki 
panią domu i, pomimo stosunkowo niedużej różnicy wieku, miała wielki wpływ na siostry.   

–  Czekamy  jeszcze  dwadzieścia  minut  –  spojrzał  Ksawery  na  zegarek  –  jeżeli  do  tego 

czasu nikt nie wróci...   

Nie  dokończył,  gdyż  właśnie  w  bocznej  alei  rozległ  się  tętent  szybkiego  kłusa  i  zza 

zakrętu ukazał się rosły szpak z lekko anglezującą amazonką na grzbiecie. Z odkrytą głową, z 
jasnoblond włosami ostrzyżonymi po męsku i z opaloną na brąz cerą wyglądała na młodego 
chłopaka.   

– To Ruta – powiedział Ksawery – ładna, prawda? I jak trzyma się w siodle!   

I Ruta ich dostrzegła:   

– Hop, hop!... – krzyknęła ku nim. – Uwaga!...   

I  z  miejsca  przechodząc  w  galop,  okrążyła  trawnik,  zawróciła  ostrym  łukiem  i  ruszyła 

wprost  na  pasącego  się  w  środku  osła.  Jeszcze  chwila,  poderwała  szpaka  i  pięknym  susem 
przeskoczyła  żywą  przeszkodę.  Potulny  osioł  nie  zwrócił  na  to  żadnej  uwagi,  a  Ruta 
roześmiana i zadyszana zeskoczyła z siodła przed gankiem.   

–  Klasa,  co?  –  zawołała  i,  nie  czekając  potwierdzenia,  odwróciła  się,  by  włożyć  w  usta 

dwa palce i gwizdnąć tak przeraźliwie, aż szpak przysiadł na zadzie.   

W tejże chwili z krzaków wybiegł chłopiec stajenny i zabrał konia. Ruta weszła na ganek, 

ś

ciągnęła  z  rąk  duże  skórzane  rękawice  i,  rzuciwszy  je  wraz  z  pejczem  na  stół,  wyciągnęła 

rękę do Magdy:   

– Runicka – powiedziała po prostu. – Na imię mi Ruta. Wery, czy mogę do niej mówić 

"na ty"?   

– Ależ bardzo mi będzie przyjemnie – zaczerwieniła się Magda.   

– No, to musimy się pocałować – orzekła Ruta i rozległy się dwa głośne cmoknięcia, po 

czym  panna  nadstawiła  policzek  Ksaweremu  i  jednocześnie  krzyknęła  w  otwarte  drzwi:  – 
Pić!... Pić!...   

W  długich  butach,  spodniach  i  w  angielskiej  bluzce  z  szafirowym  krawatem  wyglądała 

prawie po męsku. Tylko pełen wdzięku owal twarzy, dziewczęco świeża cera i szafirowe oczy 
z  nieprawdopodobnie  długimi  rzęsami  zaprzeczały  temu  wrażeniu.  Za  to  ruchy  miała  ostre, 
szybkie, zawadiackie.   

background image

Słyszałam, że jesteś bardzo ładna – mówiła do Magdy z taką swobodą, jakby się znały od 

lat.  –  Dziekan  mi  mówił.  Spotkałam  go  za  Rydzynką.  Byliście  wczoraj  na  nieszporach?... 
Zachwycał się tobą, ale ty jesteś, naprawdę, wspaniała. Jeździsz konno?   

– Prawie nie.   

– Dopiero ją uczę – wtrącił Ksawery.   

– Ty ją uczysz? Daj spokój!... Magda, on zrobi z ciebie manekina. Ja cię nauczę. Chcesz, 

zaraz spróbujemy... Każę ci osiodłać "Mitrofana". Spokojny, jak cielę.   

– Ależ, Ruta, – skrzywił się Ksawery – nie pojedzie przecież w wizytowej sukni.   

– To prawda – przyznała. – O, już niesie ten ślimak ten żółw. Prędzej, ślamazaro!   

Dziewczyna w chustce potknęła się na progu i postawiła przed Rutą emaliowany dzbanek 

z wodą i blaszaną kwaterkę.   

– Uch, gorąco – otarła Ruta usta wierzchem dłoni. Nie ma, jak zimna woda na taki upał. 

Zgrzałam się, jak stary pies. Gdzie ojciec?...   

– Jeszcześmy go nie widzieli – odpowiedział Ksawery. – Podobno pojechał na grochy.   

– A tak. Nawet widziałam z daleka jego bryczkę. Czy pani, to jest czy ty uprawiasz jakieś 

sporty? – zwróciła się do Magdy.   

– Trochę pływam i trochę próbowałam się ślizgać.   

– Ruta uprawia wszystkie sporty – zauważył Ksawery.   

– To prawda – potwierdziła. – Narty, biegi, koszykówka, szermierka, nawet boks. Wery, 

nadstaw buzię! Pokażę twojej żonie klasyczny prawy sierpowy.   

– Dziękuję – zasłonił się rękami.   

Wybuchnęła śmiechem:   

– Ale najlepiej lubię hippikę. Cóż może być rozkoszniejszego, jak wziąć dobrego konia 

między nogi! To mi frajda!   

Zaczęła  opowiadać  o  swoim  treningu  do  jesiennych  konkursów  hippicznych,  w  których 

na  pewno  zdobędzie  pierwsze  miejsce,  jeżeli  ojciec  pozwolił  jej  stanąć.  Magda  przyglądała 
się  Rucie  z  podziwem.  Zakurzone  buty  z  cholewami,  niewymanicurowane  ręce,  ani  nawet 
spocone  czoło  nie  zmniejszały  jej  uroku.  Raczej  przeciwnie,  podkreślały  bujność,  żywość  i 
ś

miałość tej młodziutkiej, bo niespełna osiemnastoletniej panienki. Nie wyobrażała sobie, by 

tak wyglądać mogła wychowanica klasztoru...   

Tymczasem  nadjechał  ojciec,  tęgi  i  przy  swoim  średnim  wzroście  tak  barczysty,  że  był 

prawie  kwadratowy.  Gęste  siwe  włosy,  czarne  wiechciowate  brwi  i  szpakowate,  krótko 
przystrzyżone  wąsy,  na  tle  czerwonej  kwadratowej  twarzy,  nadawały  mu  wyraz  surowy, 
niemal zagniewany. W maciejówce i w butach z cholewami, w tabaczkowym wytartym gęsto 
cerowanym ubraniu przypominał raczej ogrodnika z warszawskich przedmieść, lub ekonoma 
niż  właściciela  dużego  majątku.  Pomimo  pozorów  surowości  i  nadętej  miny,  słynął  z 
dobroduszności  i  z  humoru.  Magda  zdążyła  już  nasłuchać  się  o  nim  wielu  opowiadań,  w 
których  podrwiwano  wprawdzie  ze  sknerstwa  pana  Marka,  ale  przebaczano  mu  to  przez 
wzgląd na różne zalety.   

Wszystkie  obawy  Ksawerego,  jak  się  okazało,  były  bezpodstawne.  Pan  Marek  przyjął 

Magdę  niezbyt  wprawdzie  serdecznie,  ale  z  nienaganną  uprzejmością.  Rutę  wysłał  zaraz  po 
siostry,  a  sam  zaczął  mówić  o  gospodarstwie,  o  urodzajach,  o  podatkach  i  cenach.  Jego 
wymowa  była  też  oryginalna:  ze  szczególnym  upodobaniem  zaciągał  z  chłopska,  lekko 
"mazurząc" i gęsto wtrącając zwroty czysto wiejskie.   

background image

Magdzie  przyglądał  się  z  ukosa,  lecz  z  jego  spojrzenia  trudno  było  wymiarkować,  co  o 

niej sądzi. Z tym wszystkim był jakby odrobinę zakłopotany.   

Dopiero, gdy Magda wtrąciła uwagę o opłacalności pomidorów, zwrócił się wyraźnie do 

niej:   

–  To  niedobra  moda.  Te  wszystkie  nowości  do  niczego  nie  doprowadzą.  Jakże  to  pani 

kalkuluje?   

Czując się trochę, jak na cenzurowanym, ale znając rzecz już gruntownie, Magda mówiła 

szybko i pewnie, przytaczając cyfry, obliczając ceny, koszta dostawy itd. Pan Marek słuchał 
uważnie i w końcu zawołał:   

– A skądże pani zna się na tym?!   

– Skoro zostałam żoną ziemianina – zaśmiała się.   

–  No,  tak  –  pokręcił  głową  –  ale  ja  pani  powiem,  że  względem  tych  to  pomidorów, 

kalafiorów i podobnych rzeczy, to za rok, dwa wszyscy rzucą się na nie i ceny spadną na łeb, 
a co wtedy?... Tymczasem zboże...   

– Na zboże wszyscy od dawna się "rzucili" – wtrąciła przekornie – i dlatego takie mamy 

ceny.   

– Sztuczki, łaskawa pani, sztuczki – upierał się pan Marek – wyścig za nowościami.   

Właśnie  nadeszła  najstarsza  z  panien  Runickich,  Janina.  Mogła  mieć  niespełna 

trzydziestkę  i  na  nią  wyglądała.  W  letniej  skromnej  sukni  z  szarego  płótna  i  w  żółtych 
sandałach bez obcasów była trochę może niezgrabna, lecz jej jasna, dziwnie spokojna twarz, 
okolona  zaplecionymi  i  upiętymi  na  głowie  warkoczami,  koloru  prawie  popielatego, 
przyciągała  wzrok  swoją  wspaniałą  pięknością.  Tylko  zbyt  duże  piersi  i  krótka  szyja  przy 
podniesionych ramionach psuły to wrażenie. Również ręce miała brzydkie, grube i ciężkie z 
krótkimi palcami. Poruszała się wolno, jakby z jakąś ceremonialnością.   

– Moja córka, Janina – przedstawił Marek.   

Podały sobie ręce i Janina powiedziała niskim głębokim altem:   

– Bardzo mi przyjemnie panią poznać.   

–  I  ja  się  bardzo  cieszę  –  próbowała  opanować  się  Magda  –  tyle  o  pani  słyszałam 

dobrego.   

– To chyba nie w Wysokich Progach – uśmiechnęła się.   

– Owszem. Przecież pani słynie jako świetna gospodyni i jako wybitna działaczka wśród 

ziemiaństwa.  I ja liczyłam, bardzo liczyłam na to, że zechce mnie pani  niejednego nauczyć, 
bo jestem przecież mieszczką i na wielu rzeczach jeszcze się nie znam.   

– A czy to interesuje panią? – z dość chłodnym zdziwieniem podkreśliła Janina.   

–  O  tak  –  przyszedł  Magdzie  na  pomoc  Ksawery  –  nie  możesz  sobie  nawet  wyobrazić, 

Janko, co ta Magda wyprawia.   

I zaczął chwalić się zdolnościami gospodarskimi żony z takim ferworem, że aż ta musiała 

go mitygować.   

– W takim razie dostałeś, mój drogi, żonę, na jaką chyba nie zasłużyłeś.   

Pomimo wyraźnego przytyku, Ksawery z właściwą sobie umiejętnością wszystko obrócił 

w  żart.  Magda  jednak  widziała,  jak  w  kieszeni  zaciska  pięści.  Nie  cierpiał  Janiny,  a  ich 
niechęć, jak to Magda zauważyła, była obustronna.   

Tymczasem  nakryto  stół  zgrzebnym,  lecz  pięknie  haftowanym  obrusem  i  podano 

podwieczorek: ciastka, sucharki, pierniki, a do tego kilka gatunków marmolad i konfitur.   

background image

Przed Ksawerym i przed Magdą służąca postawiła filiżanki z herbatą, reszta towarzystwa, 

domowi, pili mleko.   

– A cóż się dzieje z Astrą? – zapytał Ksawery, wskazując na wolne miejsce.   

– Maluje nad sadzawką – wyjaśniła Janka.   

– Nie wspomniałeś nic o tym, że panna Astra jest też malarką – odezwała się Magda.   

–  Jest  wszystkim,  tylko  nie  tym,  czym  trzeba  –  zmarszczył  brwi  pan  Marek  i  czym 

prędzej zmienił temat, zaczynając mówić o czymś innym.   

Magda  wiedziała,  że  w  Zalotach  uważano  Astrę  za  "zakałę  rodziny".  Zresztą  nie  bez 

powodów. Astra, mając jeszcze lat dziewiętnaście, to jest przed sześciu laty, uciekła z domu, 
a gdy ją po dłuższych poszukiwaniach odnaleziono w Paryżu, okazało się, że wyszła za mąż 
za  jakiegoś  niebieskiego  ptaka  i  występuje  jako  chórzystka  w  operetce.  Na  szczęście 
małżeństwo  dało  się  unieważnić  i  Astra  wróciła  do  ojca.  Jednak  nie  na  długo,  gdyż 
pokłóciwszy  się  o  jakieś  głupstwo  wstąpiła  w  Warszawie  do  szkoły  pielęgniarek.  Innym 
znowu  razem  skompromitowała  rodzinę,  występując  jako  kandydatka  na  "  miss  Polonię", 
czyli  zabiegając  o  tytuł  najpiękniejszej  Polki  w  konkursie,  urządzonym  przez  jedno  z  pism. 
Poza  tym  w  całej  okolicy  głośno  było  o  jej  romantycznych  przygodach.  Wszakże  szczyt 
osiągnęła,  zorganizowawszy  wiec  komunistyczny  w  jednym  z  sąsiednich  miasteczek. 
Wpakowano  ją  wtedy  do  ciupy  i  tylko  dzięki  poruszeniu  "nieba  i  ziemi"  udało  się  ocalić  ją 
przed procesem i skazującym wyrokiem. W Wysokich Progach nazywano Astrę histeryczką i 
Magda  sama  gorszyła  się  bardzo,  słuchając  opowiadań  o  jej  wybrykach.  Tym  niemniej 
ciekawa  była  ją  poznać,  tym  bardziej,  że  plotkowano  również,  jakoby  Ksawerego  łączyły 
kiedyś z Astrą bliższe stosunki, chociaż sam Ksawery żarliwie temu zaprzeczał. Panna Astra 
okazała się przystojną, wysoką i dobrze zbudowaną panną. Przyszła pod koniec podwieczorku 
i  siadłszy  naprzeciw  Magdy,  zaczęła  ją  wypytywać  o  różnych  aktorów,  malarzy, 
kompozytorów i o stosunki teatralne, w których orientowała się świetnie.   

– Ostatnimi czasy – mówiła Magda – nie miałam z tym środowiskiem wiele wspólnego.   

Rumieniła  się  przy  tym  i  usiłowała  skręcić  w  jakiś  inny  temat,  gdyż  jak  najprędzej 

chciałaby  zapomnieć  sama  o  swojej  teatralnej  przeszłości,  a  zwłaszcza  iż  dziko  brzmiały 
szczegóły z tej przeszłości w tym starym dworze i to podczas pierwszej wizyty.   

Astra  jednak  zdawała  się  nie  spostrzegać  intencji  Magdy,  a  w  pewnym  momencie 

wypaliła:   

– Jakże się miewa uroczy Kamil Bończa?   

Magda zbladła i wzruszyła ramionami:   

– Nie wiem.   

– Ale rozstaliście się, zdaje się, nie tak dawno? On podobno szalenie się w pani kochał. 

Tak, Bończa jest czarujący. Sama przepadałam za nim...   

Astra zaczęła wyliczać zalety Bończy, a na zakończenie powiedziała:   

– Nie ma pani pojęcia, jak zazdrościłam pani!   

Ksawery  siedział  jak  na  szpilkach,  purpurowy  aż  po  białka.  Wreszcie  wybuchnął:  – 

Przestań, Astro, to nas nie interesuje.   

Spojrzała  nań  ironicznie  i  chciała  powiedzieć  coś  złośliwego,  lecz  poczciwa  Ruta 

uratowała sytuację:   

– Wiecie co? – zawołała. – Chodźcie do stajni, pokażę wam piękną klacz, którą świeżo 

kupił mi ojciec! Chodźmy, chodźmy!   

background image

Wszyscy  skwapliwie  skorzystali  z  tej  sposobności,  ale  Astra  też  poszła  z  nimi  i  zaraz 

wzięła Magdę pod rękę:   

– Właściwie powinnam być z tobą po imieniu, jeżeli nie masz nic przeciw temu. Nazywaj 

mnie Astrą.   

– A ty mnie Magdą.   

–  Świetnie.  Moje  prawdziwe  imię  jest  Zofia,  ale  wybrałam  sobie  szwedzkie  Astrid.  To 

ładniej brzmi. Prawda?...   

– Ślicznie – potwierdziła Magda, pomału odzyskując równowagę.   

– Widziałam cię wiele razy na scenie i uważam, że szkoda cię na żonę dla takiego snoba i 

mydłka,  jak  mój  kochany  kuzynek.  On  nawet  nie  jest  zły,  tylko  dziwnie  ciasny  i  porządnie 
głupi.   

Magda  obejrzała  się,  a  stwierdziwszy,  że  nikt  ich  nie  może  słyszeć,  odezwała  się 

pojednawczo:   

– Przykro mi, że masz tak złe zdanie o Werym. Zapewniam cię, że...   

– Ach – przerwała Astra. – Nie broń go przede mną. Znam doskonale jego zalety. Chyba 

nie ukrywał tego przed tobą, że był moim kochankiem?... No, nie przerażaj się – wybuchnęła 
ś

miechem – Kiedyś miałam taki kaprys, ale moje kaprysy nie powtarzają się. Co ci jest?   

Magda odwróciła głowę. Zrobiło się jej niewypowiedzianie przykro.   

– Przecież nie miałaś go za dziewicę – ironicznie zaśmiała się Astra.   

Magda nic nie odpowiedziała, korzystając z tego, że właśnie doszli do stajni i połączyli 

się  z  resztą  towarzystwa.  Jednak  z  trudem  udawała  dobry  humor  do  końca  wizyty. 
Oczywiście, nie odczuwała zazdrości. Nie miała do niej żadnego prawa, jak i do przeszłości 
Ksawerego w ogóle. Nawet nie umiała sobie sprecyzować, o co ma żal do niego.   

W każdym razie oboje wracali z Zalotów pochmurni. Ksawery bąknął coś o tym, że nie 

cierpi atmosfery, panującej w domu stryja i umilkł.   

W  miejscu,  gdzie  droga  do  Wysokich  Progów  skręcała  z  szosy  i  wchodziła  w  aleję, 

zatrzymał konie:   

– Przejdźmy się, dobrze? – zwrócił się do Magdy i, nie czekając na jej odpowiedź, kazał 

stangretowi odjechać.   

Magda domyśliła się od razu, że będzie ją indagował o Bończę. Dotychczas nigdy o nim 

nie wspomniał. W ogóle na temat przeszłości Magdy nie było między nimi mowy. Zdawał się 
wręcz unikać czegokolwiek, co by mogło zakłócić jego spokój. Więcej, bo ilekroć Magda, a 
zdarzało  się  to  kilka  razy,  próbowała  zacząć  zwierzenia,  które  uważała  za  swój  obowiązek, 
Ksawery  zawsze  zagadywał  ją  byle  czym.  Teraz  jednak,  idąc  ze  spuszczoną  głową  i  nie 
podnosząc oczu, zapytał:   

– Jak... Jak było z tym... no, z tym Bończą?   

– Przecież wiesz – powiedziała cicho.   

– Nic nie wiem – uciął.   

A po chwili dodał:   

– Nie wiem, lecz sądzę, że mam prawo wiedzieć.   

– Ma się rozumieć... Sądziłam jednak, że przynajmniej słyszałeś o tym. Nie była to żadna 

tajemnica.   

–  Jeżeli  nie  była,  to  dlaczego  nie  mówisz  wprost,  tylko  kluczysz?!  –  hamował 

podniecenie.   

background image

– Nie kluczę. Żyłam z Bończą.   

– Ach tak!   

– Ale było to już dawno. Przed półtora rokiem zerwaliśmy.   

Ksawery zaśmiał się krótko.   

– Miła historia, psiakrew.   

– Nie tylko nie miła, lecz bardzo przykra. Postąpił ze mną dość brzydko, ale... mniejsza o 

to.   

– Wcale nie mniejsza – wybuchnął – może to w twoim świecie takie rzeczy uważają za 

drobiazgi! Psiakrew! Właściwie powinienem wybić tego łajdaka szpicrutą po pysku, a potem 
zastrzelić, jak psa.   

Magda milczała.   

–  Tylko  ja,  doprawdy,  nie  wiem,  co  z  takim  fantem  zrobić.  Przecież  byłoby  śmieszne, 

ż

eby Ksawery Runicki stawał do pojedynku z jakimś... Aktorzyną!... Psiakrew!... A poza tym 

diabli wiedzą z... iloma podobnymi typami musiałbym się pojedynkować!...   

– Wery! – zawołała z wyrzutem.   

On jednak zbyt był wzburzony:   

– No, tak! Skądże ja mogę wiedzieć! Jakież ja mam gwarancje!? Któż by ci tam zabraniał 

mieć  bodaj  stu  kochanków,  kto  wie,  może  nawet  jakichś  żydziaków,  no  tak,  żydziaków!... 
Wśród aktorów jest tego dużo. Wybór co się zowie! Nie mam żadnej gwarancji!...   

– Owszem, masz.   

– Jaką? – zawołał z szyderstwem.   

– Ja ci mówię.   

– Ach! – machnął ręką.   

–  Więc  nie  wierzysz  mi?  –  zatrzymała  się,  a  w  jej  głosie  zabrzmiała  groźba.  –  Nie 

wierzysz?   

Ksawery opanował się i przygryzł wargi.   

– Moja droga – wycedził. – Przyznasz sama, że w tym świecie teatralnym romans to tak, 

jak  chleb  z  masłem.  A  ja  później  narażony  jestem  na  wysłuchiwanie  w  domu  mego  stryja 
podobnych rzeczy o mojej żonie.   

– Więc po co ożeniłeś się ze mną?!... Nikt cię do tego nie zmuszał. Przeciwnie. Pozwolę 

sobie przypomnieć, że to ja zrywałam z tobą i to nie raz. Czemuś nie skorzystał z wygodnej 
okazji?   

– Magduś, przecież ja cię kocham! – zawołał z największym oburzeniem.   

–  I  dlatego  mnie  obrażasz?...  Tak?...  A  potem,  jeżeli  teatr  jest  tak  zdemoralizowany,  że 

romans  jest  chlebem  powszednim,  to  jakże  jest,  mój  drogi,  z  tobą?  W  domu  twego  stryja 
podobnych rzeczy i ja wysłuchałam swoją porcję.   

– Jak to?   

– Astra przyznała się mi, żeście nie ograniczyli się do kurtuazyjnych uczuć!...   

– Astra jest histeryczką. To wariatka.   

– Więc miałeś romans z wariatką. Ale sądzę, że nie byłeś zupełnie w porządku, narażając 

swoją  żonę  na  podobne  zwierzenia  dawnej  swojej  kochanki.  Tym  bardziej,  że  nie  żałowała 
dość... krytycznej opinii o tobie.   

Ksawery zaciekawił się:   

background image

– Cóż ta rozwydrzona gęś mogła mówić?   

– Powiedziała, że jesteś snobem.   

– Nie widzę w tym nic dyskwalifikującego – wzruszył ramionami. – Po Astrze mogłem 

się spodziewać czegoś więcej.   

– Nie obawiaj się, było i więcej.   

– Więcej nasza noga w Zalotach nie postanie – uniósł się. – W ogóle wizyty to prawdziwa 

męczarnia.   

–  Największą  męczarnią  jest  nie  wiedzieć,  czego  się  chce  i  nie  mieć  odwagi  przyjąć  na 

siebie odpowiedzialności za to, co się zrobiło.   

– Co przez to chcesz powiedzieć?   

Magda wzięła go za rękę:   

–  Przez  to  chcę  powiedzieć,  że  jeżeli  jeszcze  raz  urządzisz  mi  taką  ordynarną  scenę  – 

natychmiast wyjadę i nie zobaczymy się więcej.   

– Magduś!   

W jego tonie było tyle szczerego wyrzutu, że powtórzyła już znacznie łagodniej.   

– Wyjadę natychmiast.   

– Więc ty mnie nie kochasz? Wcale nie kochasz?   

–  Owszem.  Tylko  kocham  cię  takim,  jakim  powinieneś  być,  jakim  cię  poznałam.  To 

znaczy,  przede  wszystkim  dobrze  wychowanym.  Jeżeli  twoje  wychowanie  pozwala  ci 
opanować  różne  przykre  strony  twojej  natury,  te  strony,  których  nie  znam  i  poznawać  nie 
zamierzam, to między nami będzie zgoda. Jeżeli zaś nie raczysz trzymać w cuglach...   

– Już dobrze... dobrze... kochana Magduś, Magdulo, Dusinko...   

Objął  ją  i  pocałunkami  zmusił  do  milczenia.  Dzięki  swojej  wybornej  tresurze 

towarzyskiej  umiał  zmienić  temat  i  nawet  wyrazem  twarzy  nie  przypomniał  świeżo 
przebrzmiałej awantury. Jednak Magda nie zapomniała o niej. By zaś na przyszłość oduczyć 
Ksawerego  od  podobnych  wybuchów,  zaraz  po  przyjściu  do  pałacu  oświadczyła,  że  boli  ją 
głowa i nie zeszła na kolację.   

Uważała  za  konieczne  trzymanie  Ksawerego  ostro.  Inaczej  pozwalał  sobie  zbyt  wiele. 

Natychmiast po każdym  straszeniu pokorniał i stawał się serdeczniejszy. Pod tym, jak i pod 
wielu innymi względami był bardzo dziecinny. Ile razy Magda nie była z niego zadowolona, 
usiłował śmiesznie naiwnymi sposobami wpłynąć na poprawę jej humoru. Wówczas zjawiał 
się czasem umazany smarami, by przekonała się naocznie, że sam poprawiał którąś z maszyn, 
a  jeszcze  częściej  mobilizował  matkę,  a  nawet  ojca.  Zacny  pan  Michał,  do  którego  Magda 
szczerze  się  przywiązała,  zjawiał  się  wówczas  u  niej,  zakłopotany  narzuconą  mu 
dyplomatyczną misją i zaczynał rozmowę o rewolucji francuskiej. Lubiła zresztą te rozmowy, 
sama często zaglądając do pana Michała.   

Tym  razem  jednak  staruszek  nie  dał  się  oderwać  od  swoich  papierów  i  przyszła  pani 

Aldona. Siedziała przy tym jak na szpilkach, gdyż na dole czekał na nią inżynier Barski, jeden 
z letników, młody jeszcze chłopak, który, według zapewnień pani Aldony, kochał się w niej 
na zabój.   

Toteż  po  kilku  zdaniach  świadczących,  że  spełnia  posłannictwo  "podtrzymywania 

małżeńskiego  szczęścia  syna",  pani  Aldona  zwróciła  rozmowę  na  zalety  męskie  inżyniera 
Barskiego.   

background image

Magda  jeszcze  nie  zdążyła  przyzwyczaić  się  do  sposobu  mówienia  świekry  i  jej 

zwierzenia  wywoływały  w  Magdzie  prawie  wstręt.  Tym  bardziej,  że  pani  Aldona  wręcz 
lubowała się w soczystości określeń, a rzeczy z prawdziwą pasją lubiła nazywać po imieniu.   

W  tym  wszystkim  jednak  było  sporo  jakiejś  dziecinnej  śmiałości,  jakiegoś  naiwnego 

tupetu.   

W  stosunku  zarówno  do  Ksawerego,  jak  i  do  jego  rodziców,  Magda  odczuwała  jakby 

potrzebę opiekowania się nimi, niczym dziećmi, które cieszyły się tym, że ktoś za nie myśli, a 
jednocześnie  wykorzystywały  lada  sposobność,  by  uniknąć  kontroli  i  palnąć  byle  głupstwo. 
Wystarczyło,  by  w  ręku  Ksawerego  znalazły  się  jakieś  pieniądze,  a  z  całą  pewnością  albo 
kupował coś zbędnego, albo regulował te rachunki, które jeszcze mogły czekać. Znowuż pani 
Aldona, pod wpływem chwilowego kaprysu rozdawała służbie i komu się dało prezenty, albo 
wydawała  dyspozycje  sprzeczne  z  zarządzeniami  Magdy,  której  przecież  z  taką  radością 
przekazała na samym wstępie tytuł i rolę pani domu. Zacny pan Michał natomiast nie umiał 
się pogodzić z faktem obecności letników. Wystarczyło, by pod jego oknami, gdzie wspaniale 
operowało  słońce,  usadowiło  się  kilka  osób  i  zaczęła  się  głośna  rozmowa,  a  zaraz  posyłał 
służącego  z  prośbą  o  ciszę.  To  zaś  zrażało  ludzi,  dobrze  płacących  i  mających  prawo  do 
korzystania  z  wiejskiej  swobody.  Interwencja  Magdy  serdeczna,  ale  stanowcza  skutkowała 
tylko na krótki czas.   

Rodzice  Ksawerego  polubili  ją  szczerze,  a  on  sam  nie  pomijał  okazji  do 

zamanifestowania swojej miłości. Pomimo to Magda czuła się w Wysokich Progach obco. Na 
początku  nie  umiała  zdać  sobie  sprawy  z  przyczyn  tego  uczucia.  Sądziła,  iż  wynika  ono  z 
obcości samego terenu,  z obcości codziennych spraw i trybu życia w pałacu. Stopniowo jak 
zaznajamiała  się  coraz  gruntowniej  ze  wszystkim  i  koncentrowała  w  swym  ręku  władzę. 
Wiedziała, że jest tu panią nie tylko z nazwy.   

A  jednak  sama  musiała  wmawiać  to  sobie.  Musiała  wmawiać,  gdyż  traciła  pewność 

siebie. Dlatego może traktowała służbę zbyt oschle, a w stosunku do rezydentów była zanadto 
zapobiegliwa.  Natomiast  z  ich  strony  odczuwała  wyraźny  chłód,  pokryty  wprawdzie 
obrzydliwą usłużnością i nadskakiwaniem, ale nie dający się zamaskować. Patrzyli na nią, jak 
na  intruza.  Każdy  jej  ruch,  każdy  krok,  każde  słowo  było  nieustannie  krytykowane, 
oczywiście  przy  niej  wyłącznie  szpiegującymi  spojrzeniami,  ale  po  kątach  wiecznymi 
szeptami i ironicznymi uśmieszkami.   

Magda znienawidziła ich wszystkich i wreszcie wypowiedziała im otwartą wojnę: panią 

Mikcińską  usunęła  od  zarządzania  spiżarnią  i  kuchnią,  ciotce  Olesi  odebrała  drób,  panu 
Suchobłockiemu piwnicę. Krótka burza, jaka z tego powodu wynikła, posłużyła Magdzie za 
pretekst do usunięcia darmozjadów, jak ich wyraźnie przed Ksawerym nazywała,  w ogóle z 
Wysokich  Progów,  a  przeniesienia  pani  Miechowiczowej  do  facjatki  przy  gorzelni.  Wśród 
pozostałych  rezydentów  zapanował  strach,  natomiast  służba  stała  się  wobec  nowej  pani 
jeszcze bardziej zdyscyplinowana i jeszcze głębiej niechętna.   

Któregoś dnia Magda, przechodząc pod oknami kuchni, usłyszała głos lokaja:   

–  ...Czego  się  po  rzeźniczce  spodziewać  –  mówił  –  jej  się  w  głowie  od  tego  państwa 

przewróciło. Chamskie nasienie...   

– Tak, jaśnie panią to trzeba się urodzić – potakiwał kucharz. – Zobaczycie, że i dziedzic 

jej długo nie wytrzyma.   

– Żeby ją prędzej przepędził.   

Magda odeszła jak najciszej i przez pół godziny płakała w swojej sypialni.   

background image

Pierwszym  odruchem  było  zemścić  się,  wydalić  natychmiast!...  Albo  jeszcze  lepiej: 

powtórzyć  wszystko  Ksaweremu,  by  nahajem  ich  obił  i  wyrzucił.  Jednak  później  przyszła 
refleksja: pensja lokaja zalegała od przeszło dwóch lat, a kucharza od prawie trzech.   

Trzeba  było  zacisnąć  zęby  i  udawać,  że  się  przyjmuje  za  dobrą  monetę  owe  pełne 

szacunku "Słucham jaśnie panią"...   

Nie  rozumiała,  pojąć  nie  mogła,  czego  ci  ludzie  od  niej  chcą,  co  mają  przeciw  niej?... 

Przecież  odkąd  ona  objęła  tu  rządy,  nie  spotkała  ich  żadna  krzywda,  nie  było  wypadku,  by 
usłyszeli od niej słowo niegrzeczne, jeden rozkaz nieuprzejmy. Nie pogorszył się stół służby, 
a  zwiększyły  się  dochody  pod  postacią  napiwków  letników.  Poza  tym  zaczęli  regularnie 
otrzymywać bieżące pensje!... Za co jej nienawidzili?...   

Na  pytanie  to  nie  umiała  znaleźć  odpowiedzi,  a  widziała  jednocześnie,  że  i  służba 

folwarczna spoglądała na nią lekceważąco.   

Cóż  mogła  na  to  poradzić?...  Pozostawało  zacisnąć  zęby  i  robić  swoje.  Roboty  zresztą 

było tyle, różnorodnych obowiązków wzięła na siebie tak dużo, że gdy wieczorem kładła się 
do  łóżka,  zasypiała  natychmiast,  nie  mając  czasu  na  gorzkie  rozmyślania,  a  budzono  ją  o 
wschodzie  słońca.  Wówczas  też  zawsze  spotykała  Ksawerego,  wracającego  od  wydawania 
obroków. Nieco później oboje jedli śniadanie, potem rozstawali się aż do południa: on jechał 
w  pole,  ona  obliczała  udój,  ekspediowała  mleko,  jarzyny  i  drób  do  Grójca  i  Warszawy, 
wydawała  dyspozycje,  pilnowała  wydawania  produktów  na  cały  dzień  dla  robotników,  dla 
służby,  dla  letników  i  kurników,  była  w  ogrodzie  i  w  sadzie,  przy  parniku  i  w  kuchni,  w 
młynie i w wędzarni, z grubą książką pod pachą, z książką pękatą od rachunków, raportów, 
notatek i karteluszków. W początkach swych rządów wysokoproskich ten nawał cyfr i danych 
napełniał  ją  przerażeniem.  Zdawało  się  jej,  że  nigdy  nie  zorientuje  się  w  tym  chaosie. 
Stopniowo  jednak  wszystko  stawało  się  coraz  przejrzystsze,  coraz  zrozumialsze,  bardziej 
logiczne  i  łatwiejsze  do  zapamiętania.  Codziennie  notowane  liczby  przemawiały  dobitniej, 
kształtując  się  w  perspektywie  wydatków  i  dochodów.  Umiała  już  nie  tylko  pytać,  lecz  i 
wypytywać,  nie  tylko  przyjmować  od  podwładnych  sprawozdania,  lecz  i  poddawać  je 
krytyce.  Znikły  dawne  uśmiechy  służby,  która  podrwiwała  sobie  z  pani  dziedziczki,  nie 
wiedzącej, co to jest osypka i nie umiejącej odróżnić jęczmienia od pszenicy, a kurzych jaj od 
kaczych.  Także  kucharz  nauczył  się  z  biegiem  czasu,  że  pani  dziedziczka  zupełnie  dobrze 
orientuje się w ilościach potrzebnej mąki, masła, czy cukru.   

Kiedy około dziewiątej zaczynały terkotać w kredensowym dzwonki, Magda już tam była 

i  osobiście  kontrolowała  tacki  ze  śniadaniami,  ekspediowane  do  pokoi  letników.  A 
wszystkiego trzeba było dopatrzeć samej, by każdy dostał to, czego chciał, i nie za dużo, ani 
niezbyt  skąpo.  I  tak  były  ustawiczne  narzekania,  pretensje,  grymasy.  Nieraz  musiała 
wysłuchać  słusznych  i  niesłusznych  zażaleń,  a  pamiętać  o  każdym,  by  nie  zrazić  nikogo. 
Nawet czyszczenia ubrań doglądała czasami, a później wpadała na obowiązkową pogawędkę 
do  matuni,  jak  nazywała,  na  jej  własne  życzenie,  panią  Aldonę.  Słuchała  jej  zachwytów  i 
westchnień,  jej  wybuchów  śmiechu  i  narzekań,  udając  zainteresowanie,  a  jednocześnie 
skupiając  myśli,  by  czegoś  nie  zapomnieć.  Później  inspekcja  sprzątania  i  przygotowania  do 
lunchu, audiencje dla interesantów, rozmówki z letnikami, którzy chcieli i mieli prawo "czuć 
się  jak  w  gościnie",  wreszcie  lunch,  przygotowania  do  podwieczorku,  wyznaczenie  dla 
letników  koni  pod  wierzch  i  do  bryczek,  rachunki,  obiad  o  siódmej,  dyspozycje,  chwila 
wytchnienia i twardy, kamienny sen. Tak szły dni za dniami, dni ciężkiej jednostajnej pracy. 
Lecz  nie  zrażała  się  do  niej  Magda.  Przeciwnie,  polubiła  ją,  znajdując  podnietę  nie  tylko  w 
stale  wzrastających  dochodach,  lecz  i  w  podziwie  Ksawerego,  który  nie  znajdował  wprost 
słów zachwytu dla "swojej jasnej pani".   

– Cudo ty moje – całował ją po rękach – jakiż ja skarb w tobie znalazłem.   

background image

– No, nie przesadzaj – rumieniła się.   

– Powiadam ci, że wszyscy sąsiedzi będą mi ciebie zazdrościć. Nie ma takiej drugiej pani.   

– No, no, – reflektowała go. – Weź choćby twoją kuzynkę, Jankę Runicką z Zalotów.   

– No tak – krzywił się – ale ona nic poza tym nie widzi w życiu.   

– A ja? – zapytywała ze smutnym uśmiechem.   

– Ty? – oburzał się – ty masz mnie, który cię uwielbia, który przez ciebie i dla ciebie jest 

szczęśliwy.   

– Naprawdę, Wery? – pytała drżącym głosem.   

– Jakże możesz wątpić!   

–  Zbrzydłam  –  uśmiechała  się  –  patrz,  cera  mi  się  popsuła,  i  włosy  ściemniały,  i  ręce 

zrobiły się szorstkie.   

– Nie, nieprawda – porwał ją na ręce – jesteś najpiękniejsza, najcudowniejsza, jedyna.   

I  wylew  czułości  kończył  się  gorącymi  uściskami,  a  później  rozkoszną,  półprzytomną 

nocą,  której  ujemną  stroną  było  to,  że  wykradała  za  słodką  wprawdzie  cenę,  ale  wykradała 
kilka godzin tak niezbędnego odpoczynku.   

Ksawery  dotrzymał  przyrzeczenia  i  do  rozmowy  o  Bończy  nie  wracał.  Jednak  ilekroć 

napomknął paru słowami o teatrze, stawał się pochmurny i znikał na resztę dnia z pałacu. Gdy 
go później pytała, gdzie był, zbywał ją zdawkowymi informacjami:   

– Miałem interes w Grójcu.   

Albo też:   

– Byłem w Karczówce.   

Wiedziała,  że  nie  mówił  prawdy,  chociaż  nie  sprawdzała  tego  ani  u  stangreta,  ani  u 

nikogo z letników. Wśród tych było kilka młodych i ładnych kobiet, wyraźnie polujących na 
Ksawerego. On jednak w stosunku do nich zachowywał tylko konieczną uprzejmość, chociaż 
sam o niektórych mówił, że są interesujące. Magda znała go już dość dobrze, by być spokojną 
o  jego  wierność,  przynajmniej  w  Wysokich  Progach.  Na  pewno  zaś  nie  bywał  w  żadnym  z 
sąsiednich  majątków,  gdyż  plan  wizyt  ułożony  wspólnie,  plan,  do  którego  Ksawery,  jak  do 
wszelkich  formalności  towarzyskich,  przywiązywał  aż  przesadne  znaczenie,  nie  mógł  być 
pokrzyżowany  ani  naruszony.  Po  bytności  w  Zalotach  następnej  niedzieli  pojechali  do 
wujostwa  Holimowskich  do  Radzieńca.  Był  to  dom  i  ludzie  zupełnie  innego  pokroju,  niż  w 
Zalotach.  Wuj  Tomasz,  ongi  członek  rosyjskiej  Rady  Państwa,  lubował  się  we 
wspaniałościach.  Dlatego  pałac,  według  jego  wskazówek  wybudowany  z  czerwonej 
patynowanej  cegły,  miał  przypominać  zamek  średniowieczny  i  sterczał  dwiema  okrągłymi 
basztami  z  dość  wysokiego  wzgórza,  z  daleka  przypominając  kościół,  a  z  bliska  pruski 
dworzec  kolejowy,  wewnątrz  zaś  sprawiał  wrażenie  muzeum.  Pan  Tomasz,  puściwszy  za 
młodu wcale pokaźną fortunę i straciwszy rodowe dobra na Litwie, ożenił się z córką jednego 
z najbogatszych bankierów warszawskich, wówczas słynną pięknością i olbrzymiego posagu, 
panną  Haliną  Goldblum,  kupił  Radzieniec  i  tu  osiedlił  się  wraz  z  żoną  i  dwiema  siostrami. 
Młodszą,  Aldonę,  której  organicznie  nie  znosił,  wydał  za  Michała  Runickiego  z  Wysokich 
Progów, starszą, Klementynę, zatrzymał u siebie, powierzając jej rządy domu. Było publiczną 
tajemnicą,  że  pani  Halina  nie  tylko  nie  miała  żadnego  prawa  głosu,  nie  tylko  była  raz  na 
zawsze odsunięta od obowiązków reprezentacji, lecz dzięki płochliwemu usposobieniu nawet 
nie pokazywała się gościom.   

– Moja żona jest niedysponowana – mimochodem wyjaśniał pan Tomasz tym, którzy, nie 

będąc  poinformowani  o  istotnych  obyczajach  Radzieńca,  zaczynali  od  konwencjonalnego 
pytania o szanowną małżonkę.   

background image

Wygalowany odźwierny przy bramie, herby i dziewięciopałkowe korony na liberiach, na 

portyku, na porcelanie i srebrze, pozamykane wysokie okna, stare zbroje w hallu, cisza prawie 
kościelna, wszystko to zrobiło na Magdzie onieśmielające wrażenie.   

Ksawery usiłował zachowywać się swobodnie i nadrabiał miną, lecz też nie był w swoim 

sosie.   

Czekali dobre dziesięć minut, zanim otworzyły się drzwi i na progu ukazał się gospodarz. 

Bardzo  wysoki,  raczej  szczupły,  o  białej  bezbarwnej  twarzy,  z  sinawymi  workami  pod 
oczyma, prawie łysy, mógł mieć około siedemdziesiątki, lecz pomimo to trzymał się prosto, 
wyniośle i wytwornie, a jego ciemne ubranie leżało na nim zadziwiająco świetnie.   

–  Dzień  dobry,  drogi  wujaszku  –  przywitał  go  Ksawery.  –  przywiozłem  przedstawić  ci 

moją żonę.   

Pan  Holimowski,  nie  spiesząc  się,  umieścił  w  lewym  oku  monokl  i,  przyjrzawszy  się 

Magdzie uważnie, wyciągnął do niej rękę:   

– Miło mi panią poznać – powiedział sucho.   

Magda nie mogła wydobyć ani słowa z zaciśniętego gardła.   

Ratując  sytuację,  Ksawery  zaczął  zachwycać  się  parkiem  i  pałacem  radzienieckim, 

zapewniając, że ile razy tu przyjeżdża, zawsze nowy ogarnia go zachwyt.   

–  Proszę  –  wskazał  fotele  pan  Tomasz  i  sam  usiadł  dopiero  wtedy,  gdy  Magda  zajęła 

miejsce.   

– Jakże miewają się panie?... – odezwał się.   

– Dziękuję ci. Są zdrowe. Przypuszczam, że przekonasz się o tym osobiście. Wkrótce już 

zejdą.   

Magda zauważyła, że Ksawery przyjął tę zapowiedź z ulgą.   

– Cóż kochany wujaszek porabia? – zapytał już swobodniej.   

– Starzeję się, to wszystko – z bladym uśmiechem odpowiedział pan Tomasz i zwracając 

się do Magdy, dodał: – Gdy się jest tak bardzo młodą, niepodobna zrozumieć tego słowa.   

– Każdy wiek ma swoje dodatnie strony – zaryzykowała Magda.   

– Zapewne. Doświadczenie, prawo, lub przynajmniej pretensje do szacunku... Tak... tak... 

Jakże podoba się pani nasza okolica?   

– Nie znam jej prawie wcale. Tak pochłania mnie praca, że...   

–  Nie  może  sobie  wujaszek  wyobrazić  –  pospieszył  na  pomoc  czujny  Ksawery  –  jak 

Magda pracuje. Istny szał!   

Starzec kiwnął głową:   

– Owszem, słyszałem. Bardzo to chwalebne. Kursują już legendy o pani rządach u mego 

siostrzeńca.  Nareszcie  w  Wysokich  Progach  znalazł  się  ktoś,  kto  nie  myśli  o  wyrzucaniu 
pieniędzy za okno. Słyszałem, że szukacie amatora na Karczówkę?   

Ksawery przybladł z lekka i zaprzeczył:   

– Zastanawiałem się nad tym, ale to już dziś nieaktualne.   

– Czyżby? – podniósł brwi pan Tomasz z niedowierzaniem.   

Magdzie przyszło na myśl, że może on kupiłby Karczówkę i dlatego powiedziała:   

– Jeżeli znalazłby się dobry kupiec...   

background image

–  Więc  jednak?...  Przed  kilku  dniami  był  u  mnie  dyrektor  Banku  Wschodniego  z 

Warszawy,  pan  Stęposz.  Wspomniał  zaś,  że  pani  pertraktowała  z  nim  co  do  sprzedaży 
Karczówki.   

– Magda? – zdziwił się Ksawery.   

– Wspomniałam panu Stęposzowi o tym w rozmowie, tak, między innymi – pospiesznie 

dodała Magda.   

Rzeczywiście,  będąc  w  Warszawie  przed  paru  tygodniami,  odbyła  z  dyrektorem 

Stęposzem  wielką  naradę  w  sprawie  Karczówki,  lecz  umyślnie  zataiła  to  przed  Ksawerym, 
który z niewiadomych powodów był zazdrosny o Stęposza. Ani przypuszczała, że w tak głupi 
sposób  wyda  się  to  właśnie  w  Radzieńcu.  Układała  też  w  głowie  cały  plan  uspokojenia 
Ksawerego, lecz pan Holimowski niespodziewanie zaczął znowu:   

–  Pan  Stęposz  jest  dla  pani  pełen  uznania,  a  nawet  zachwytu.  Urodę  pani  dzięki  niemu 

poznałem  już  w  samych  superlatywach,  zanim  uzyskałem  obecnie  sposobność  stwierdzenia, 
ż

e nie ma w nich odrobiny przesady.   

Znowu włożył monokl i patrzał na Magdę spokojnym, zimnym, ale łakomym okiem.   

– O, pan jest zbyt łaskaw – bąknęła.   

Tymczasem  nadeszły  panie.  Najpierw  żona  pana  Tomasza,  pani  Halina,  drobna,  siwa 

staruszka o smutnym uśmiechu na bardzo zwiędłej i zniszczonej twarzy, i panna Klementyna. 
Tę  Magda  poznałaby  sama  od  razu.  Była  bardzo  podobna  do  pani  Aldony,  tylko  jeszcze 
tęższa od niej. Tylko głos i sposób mówienia miały całkiem różny. Panna Klementyna cedziła 
słowa  z  jakimś  kamiennym  spokojem,  jakby  czytała  patetyczne  kazanie,  lub  recytowała 
zdania od dawna nauczone na pamięć. Na pierwszy już rzut oka nietrudno było stwierdzić, że 
pogłoski  o  jej  despotyzmie  i  surowości  w  najmniejszym  stopniu  nie  zawierają  przesady. 
Wyniosłość,  pewność  siebie  i  duma  biły  z  jej  twarzy,  rękę  wyciągnęła  do  Magdy  w  taki 
sposób, że niepodobna było tej ręki nie pocałować.   

Podczas, gdy pani Halina usiadłszy skromnie w kąciku wielkiej kanapy, wciąż milczała, 

rzucając  nieśmiałe  spojrzenia,  to  na  męża,  to  na  gości,  panna  Klementyna  zaczęła  od 
zgromienia siostrzeńca:   

– Mój drogi, nie byłeś łaskaw spełnić swojej obietnicy. Miałam nieostrożność pożyczenia 

twojej  kochanej  matce  wzorów  do  haftu,  ale  sądziłam,  że  skoro  ona  w  dalszym  ciągu  jest 
niedostatecznie poczytalna, przynajmniej ty dopilnujesz, by przedmioty pożyczone zostały mi 
na  czas  zwrócone,  jak  to  obiecałeś.  Widocznie  jednak  odziedziczyłeś  po  swojej  matce 
systematyczność  godną  pożałowania.  Ponieważ  tedy  nie  chciałabym  zwracać  się  do  policji, 
bądź łaskaw zająć się osobiście tą sprawą.   

– Jeżeli pani pozwoli – odezwała się Magda – zaraz jutro odszukam u mamy te wzory i 

odeślę.   

–  Dziękuję  pani,  moje  dziecko,  ale  to  obowiązek  pani  męża.  Między  nami  mówiąc, 

dziwię się pani, że może pani wytrzymać w tym domu wariatów...   

– Zostaw to – skrzywił się Tomasz.   

– Ależ tak – oburzyła się – w domu wariatów. Moja siostra pod tym względem jest warta 

tego nieszczęśliwego Michała. Nieprawdaż, Halino?   

Staruszka  przestraszona  zatrzepotała  powiekami  i  niezliczone  fałdki  jej  policzków 

zakłębiły się, jakby niespokojnym żuciem.   

–  Zapewne  –  szepnęła  ledwie  dosłyszalnie  i  rozbiegane  jej  okrągłe  czarne  oczy  nabrały 

jeszcze więcej wyrazu bezradności.   

background image

Panna  Klementyna  zdawała  się  samym  spojrzeniem  pastwić  nad  bratową  i  napawać  się 

przewagą  swojej  siły.  Magdzie  nie  wiadomo  dlaczego  przypomniał  się  Edmund  Kamionka, 
czeladnik w jatce, który przez druty pułapki celował szpikulcem do oszalałego z przerażenia 
szczura.  Czy  on  w  stosunku  do  Adeli  potrafi  też  być  takim  okrutnym  człowiekiem?...  Od 
bardzo dawna Magda nie miała żadnych wiadomości z domu. Ani o siostrze, ani o ojcu. Tutaj, 
wśród złoconych mebli, między tymi ludźmi, wspomnienie o domu na Dobrej uderzyło jakąś 
ciepłą, bolesną, przejmującą falą. Nagle zapragnęła zobaczenia ich wszystkich, zobaczenia za 
wszelką  cenę.  Mniejsza,  jak  ją  przyjmą.  Wejdzie  po  krzywych,  brudnych  schodach,  drzwi 
otworzy  Wikta,  a  z  wnętrza  zapachnie  kwaśnymi  pomidorami  i  naftaliną.  W  pokoju  po 
dawnemu  pewno  stoi  stół  nakryty  zieloną  ceratą,  a  przy  łóżku,  ogromny  i  ciężki,  klęczy 
ojciec, w białej koszuli i w długich kalesonach, odmawiając pacierze.   

  ...Jest strasznie gruby, czerwony, siwy i ordynarny, czuć od niego zapachem łoju i mdłą 

wonią mięsa i  głos ma chrapiący, prostacki... A jednak... jednak tylko on, tylko ten dom, to 
ciasne, ubogie mieszkanko i ten stół z zieloną ceratą – przecież tylko to jest bliskie, ważne, 
najważniejsze – i niepowrotne, a najbardziej pożądane.   

Z nieprawdopodobną jasnością zrozumiała teraz, że wszystko, co osiągnęła, że wszystko, 

do  czego  doszła,  jest,  istnieje  i  ma  pewną  wartość  jedynie  przez  tamto,  dla  kontrastu  z 
przeszłością... Sama przez się teraźniejszość jest niczym. I praca, i Wysokie Progi, i Wery, i 
tych troje obcych starców, i ten ciemny ponury pałac, przypominający muzeum.   

Ta refleksja napełniła Magdę spokojem. To, co jeszcze przed kwadransem wydawało się 

jej  nieskończenie  ważnym,  czy  przyjmą  ją,  jak  z  nią  będą  rozmawiać,  jak  przywitać  się  z 
nimi, jak siedzieć i co mówić – teraz stało się błahe, obojętne, bez istotnego znaczenia.   

Nie  była  już  nawet  przejęta  dramatycznością  stosunków  w  tym  domu,  a  jeżeli  miała 

współczucie  dla  biednej  pani  Haliny,  to  jedynie  dlatego,  że  rola  tej  kobiety  przypominała 
Magdzie  jej  własną.  Wychodząc  za  hrabiego  Holimowskiego,  pani  Halina  była  młoda  i 
piękna,  swoim  posagiem  zapewniła  mężowi  i  jego  siostrom  bogactwo,  a  dziś  jest  tylko 
niepotrzebną,  obcą,  starą  kobietą,  której  nienawidzą,  której  wstydzą  się,  gdyż  pochodzi  z 
innego, pogardzanego przez nich świata.   

– Czy mnie czeka to samo – pomyślała Magda.   

I na samą myśl zacisnęła szczęki. Ksawery właśnie coś opowiadał i spojrzała nań prawie 

z nienawiścią. O nie, ona nie da się zapędzić w taką pułapkę! Ma dość siły woli i charakteru, 
by nie ustąpić nikomu miejsca pani na Wysokich Progach! Jest intruzem, to prawda, ale nie 
da  się  zadziobać,  poniżyć  i  zepchnąć.  Dzięki  pracy,  dzięki  stosunkom,  dzięki  zawziętej 
wytrwałości nie dopuści do upadku Wysokich Progów, utrzyma je, ale nie dla Runickich, nie 
dla Ksawerego, tylko dla siebie.   

Podniosła  oczy  i  śmiało,  prawie  wyzywająco  spojrzała  w  oczy  wszystkim,  obcym, 

wrogim,  pysznym,  uważającym  się  za  coś  niesłychanie  od  niej  wyższego.  A  gdy  panna 
Klementyna tonem wszechwładnej cesarzowej zapytała ją o letników, Magda odpowiedziała:   

– Owszem, mam ich teraz około dwudziestu osób, a w przyszłym roku zamierzam liczbę 

tę jeszcze powiększyć.   

Umyślnie i wyzywająco podkreśliła słowo "mam" i "zamierzam".   

– Zapewne. Daje to zyski. Ale taki mieszczański proceder zmieni wkrótce ziemiaństwo w 

hotelarzy.   

– Wygodniej chyba być hotelarzem, niż nędzarzem – sucho zauważyła Magda.   

– Tak się pani zdaje, moje dziecko – z lekka podniosła głos panna Klementyna – bo nie 

rozumie pani, że ziemiaństwo to nie tylko posiadanie ziemi i dochodów z tej ziemi, ale także i 
pewne tradycje, i pewne wartości moralne.   

background image

–  Jednak  trudno  żywić  się  tradycjami,  a  największe  wartości  moralne  nie  zastąpią 

pieniędzy i pracy.   

–  Myli  się  pani.  Zastąpią.  Pozostaną  zawsze  tym  magnesem,  który  będzie  ściągał  ku 

sobie, dzięki swej sile, zarówno pieniądze, jak i pracę z warstw, które właśnie po to istnieją, 
by  stanowić,  że  tak  powiem,  kompost  materialny  dla  warstwy  historycznej.  Wątpię,  by 
zmieściło  się  to  w  skali  pojęć,  jaką  rozporządza  pani.  Nie  zamierzam  też  większych  w  tym 
kierunku  robić  wysiłków.  Uważam  tylko  za  swój  obowiązek  zwrócić  pani,  moje  dziecko, 
uwagę, że wypadałoby nie używać twierdzeń kategorycznych wobec osób starszych, których 
wychowanie upoważnia do żądania od młodych osób nie tylko umiejętności jadania ryby bez 
noża, ale i modulowania tonu swoich wypowiedzi.   

Magda dostrzegła zaniepokojenie Ksawerego i jego błagalne spojrzenie, lecz pomimo to 

powiedziała:   

–  Proszę  mi  wybaczyć  moją  ciasnotę  pojęć.  Od  tak  niedawna  zostałam  ziemianką,  że 

jeszcze nie nauczyłam się pogardzać ani pieniędzmi, ani pracą, z których... korzystam.   

Pan Tomasz zaśmiał się z widoczną chęcią złagodzenia sytuacji:   

– Na razie tylko Wysokie Progi i mój siostrzeniec korzystają z pani pasji do pracy.   

– I to bardzo korzystają – podkreślił czym prędzej Ksawery. – Doprawdy, droga ciociu, 

moja  Magda  wchodzi  w  ślady  cioci.  Nareszcie  mam  w  domu  porządek  i  ład.  Pod  tym 
względem też zyskałem prawdziwy skarb.   

Nieznacznie otarł pot z czoła i zapytał:   

– Jakże z tym lasem, czy wujaszek dostał prawo wyrębu?   

Jednakże  pani  Klementyna  nie  dała  się  zagadać  i  nie  zwracając  najmniejszej  uwagi  na 

słowa siostrzeńca, zwróciła się znowu do Magdy:   

–  Korzysta  pani,  moje  dziecko,  przede  wszystkim  z  zaszczytu  wejścia  w  sferę,  której 

obyczaje,  formy  i  moralność  zbudowały  to,  co  nazywamy  kulturą.  I  to  trzeba  docenić.  To 
trzeba  zrozumieć.  Jestem  przekonana,  że  z  czasem  to  nastąpi.  Na  razie  zaś  przynajmniej 
należałoby  gruntowniej  pojąć  przyjętą  na  siebie  rolę  i  grać  ją  lepiej.  Przypuszczam,  że  pani 
sceniczna przeszłość będzie znacznym tu dla niej ułatwieniem.   

–  Owszem  –  skinęła  głową  –  zanim  przejmę  się  swoją  nową  pozycją,  postaram  się 

zastosować  do  rady  szanownej  pani.  Postaram  się  naśladować  moralność,  obyczaje  i  formy 
sfery, do której miałam zaszczyt wejść. Wzorów mi nie zabraknie. Znajdę ich dość, choćby w 
rodzinie mego męża.   

– Magda! – syknął Ksawery ledwie dosłyszalnym, lecz wściekłym szeptem.   

– O co ci chodzi? – zapytała go głośno.   

Panna Klementyna zmarszczyła brwi.   

–  Moje  dziecko.  Postępuje  pani  niemądrze,  urządzając  sobie  z  naszej  rozmowy  popis 

swojej  zjadliwości  i  sprytu.  W  dyskusji  nie  wystarcza  być  złośliwą,  lecz  trzeba  przede 
wszystkim  zdobyć  się  na  złośliwość  w  stawianiu  kwestii.  Wie  pani  doskonale,  że  to,  co  jej 
mówię,  wypływa  nie  z  chęci  dokuczenia  pani.  Gdyby  chodziło  o  szermierkę  słowną, 
mniemam,  że  potrafiłabym  odnieść  zbyt  łatwe  i  zbyt  tanie  zwycięstwo.  Jednakże  moje 
aspiracje  nie  idą  w  tym  kierunku.  Sądzę,  że  rozumie  pani  sama,  dlaczego.  Jeżeli  też  usiłuję 
wpłynąć na formowanie się pani stosunku do naszej sfery, powoduję się jedynie względem na 
pani dobro. Czuje pani doskonale, że ambicja, która kazała pani poszukać męża ziemianina, 
wynikała z faktu, że dostrzegła jednak pani w tym środowisku wartości wyższego rzędu. I tak 
będzie zawsze, przynajmniej w Polsce. Tysiące dziewcząt z warstw mieszczańskich marzą i 
będą  marzyły  o  zbliżeniu  się  do  warstwy  ziemiańskiej.  Można  to  nazwać  snobizmem,  ale 

background image

snobizm musi zawsze pociągać ku czemuś, co uważamy za lepsze, za cenniejsze, za wyższe. I 
nie  zmieni  tego  faktu  to,  że  wśród  ziemiaństwa  znajdują  się  nawet  liczne  jednostki,  nie 
zasługujące  na  podziw  czy  szacunek.  A  pani  doskonale  wie,  moje  dziecko,  jakich  wzorów 
radzę pani szukać i, co więcej, w duchu przyznaje mi pani słuszność.   

Spojrzała na zegarek i dodała:   

– Kiedyś chętnie o tym z panią obszerniej pomówię. Niech pani któregoś dnia przyjedzie. 

Teraz, niestety, nie mam czasu.   

Wstała  i  nie  pozostało  nic  innego,  jak  przystąpić  do  pożegnania.  Ksawery,  czerwony  i 

zdenerwowany, robił dobrą minę. Pan Tomasz obojętnie manipulował monoklem.   

Wtem odezwała się nieśmiało pani Halina:   

– A może byście... może zostalibyście na podwieczorku?   

Wszyscy  spojrzeli  na  nią,  zdumieni  tym  przejawem  odwagi,  a  panna  Klementyna 

powiedziała:   

– Naturalnie, jeżeli nie spieszycie się do domu...   

– Bardzo dziękuję cioci – zapewnił Ksawery – ale musimy koniecznie jechać.   

– Przyjedzie pani? – zapytała Klementyna, żegnając się z Magdą.   

– Jeżeli pani pozwoli...   

– Proszę.   

Do przedpokoju nikt ich nie odprowadził. Wyszli prędko i zajęli miejsce w powozie. Gdy 

konie ruszyły i minęły bramę, Ksawery zdjął kapelusz i wytarł chusteczką czoło:   

– Nie, Magduś – powiedział zmęczonym głosem – to było całkiem niepotrzebne.   

– Co? – zapytała spokojnie.   

–  Jak  to  co?  Zachowałaś  się  tak  wojowniczo,  jakby  zależało  ci  na  tym,  by  do  reszty 

popsuć moje stosunki z Radzieńcem.   

–  Ach,  Wery,  więc  miałam  słuchać  tych  uszczypliwości  i  może  jeszcze  uśmiechać  się 

słodko?... Wiesz!... Mówiła do mnie, jak do jakiejś służącej...   

– Ciszej – ścisnął ją za przegub ręki – stangret słyszy.   

Ale Magda była wzburzona:   

– Serce się krajało, gdy się widziało tę biedną panią Halinę. No, nie zazdroszczę jej losu. 

Cóż z tego, że Żydówka! To jej miliony były dobre, a teraz...   

– Magduś! Błagam, ciszej! – jęknął Ksawery.   

Ponieważ Magda nie zwracała na to uwagi, zaczął chrząkać, mruczeć i pokaszliwać, by 

zagłuszyć jej słowa, co z kolei jeszcze bardziej ją zirytowało.   

– Zawsze robisz tajemnicę z tego, o czym i tak wszyscy wiedzą – zawołała.   

Zrozpaczony zacisnął zęby i odwrócił głowę. Magda też umilkła i dojechali do domu w 

ponurym nastroju. Przez cały wieczór nie zamienili ani słowa, nazajutrz Ksawery wyjechał w 
pole bez śniadania.   

Wszystko  to  wpłynęło  fatalnie  na  usposobienie  Magdy.  Wyobraźnia  już  jej  podsuwała 

zerwanie, rozwód, wyjazd z Wysokich Progów, lecz na przekór wyobraźni zawzięła się:   

– Zobaczymy!   

Pani Aldona, letnicy, rezydenci i służba patrzyli na nią w zdumieniu. Zmieniła się z dnia 

na  dzień.  Stała  się  nagle  surowa,  wyniosła  i  apodyktyczna.  Za  byle  uchybienie  zwymyślała 

background image

kucharza,  staremu  Leonowi  oświadczyła,  że  od  pierwszego  może  poszukać  sobie  innej 
służby, pani Aldonie, która próbowała się za nim wstawić, zrobiła awanturę.   

–  Co  ci  się  stało,  kochanie  moje?...  Przecież  nie  można  za  taki  drobiazg  wyrzucać 

człowieka, który od tylu lat...   

– Można i wyrzucę go.   

– Ależ ja się na to nigdy nie zgodzę! – wybuchła pani Aldona.   

– Przepraszam mamę, czy ja tu jestem panią domu, czy nie?   

– Kochanie, tyś oszalała! Ona oszalała!... Co się z tobą dzieje?...   

–  A  to  się  dzieje,  że  nie  zamierzam  nadal  być  tu  wyrobnicą  i  pozwalać  się  lekceważyć. 

Leon systematycznie ignoruje moje rozkazy, a ja dłużej tego tolerować nie będę.   

W  kwadrans  później  pani  Szarkowskiej,  która  bez  pozwolenia  zerwała  sobie  pęk  róż, 

Magda powiedziała:   

–  Stanowczo  wypraszam  sobie  podobne  rzeczy.  Dziwię  się  pani,  że  będąc  osobą 

kulturalną, mogła pani zrywać cudze kwiaty.   

Pani Szarkowska, żona znanego lekarza i starsza już dama, oburzyła się:   

– To ja wypraszam sobie wszelkie uwagi i taki ton.   

– Na inny, wobec takiego postępku, mnie nie stać.   

– Ach, to naturalne. Zapewne w jatkach zawsze takiego używają.   

– Zgadła pani – spojrzała na nią z nienawiścią Magda. – Ale używają tylko w stosunku do 

amatorów cudzej własności.   

– To bezczelność! – wrzasnęła pani Szarkowska. – Pani może mi najwyżej przysłać za te 

kwiaty rachunek.   

–  Za  kwiaty  i  w  ogóle.  Za  kwadrans  otrzyma  pani  rachunek,  a  konie  na  stację  za  pół 

godziny.   

– Sama tu jednej sekundy dłużej bym nie została!   

– Tym lepiej.   

Magda  pobiegła  do  kancelarii,  wypisała  rachunek,  wydała  dyspozycje  stangretowi,  by 

zajechał w jednego konia najgorszą bryczką i zamknąwszy się na klucz długo płakała.   

Po  wczorajszej  wizycie  w  Radzieńcu  nie  zdołała  jeszcze  uporządkować  w  sobie 

sprzecznych wrażeń i postanowień. Czuła, że postępuje głupio, że niepotrzebnie narobiła tyle 
zamieszania i awantur, że jest to histeria, którą musi opanować. Chciała być taką, jak panna 
Klementyna,  chciała  samą  siebie  upewnić,  że  nie  jest  przybłędą,  lecz  panią.  Że  jej  rola  w 
Wysokich  Progach  to  nie  tylko  rola  wołu  roboczego,  że  nie  pozwoli  się  zepchnąć  do  takiej 
ż

ałosnej i sromotnej pozycji, jak pani Halina w Radzieńcu.   

I wszystko to jakoś źle wychodziło.   

– Boże, Boże – płakała. – Nie chcę już tego wszystkiego. Rzucę to i znowu będę zarabiać 

na siebie, albo przebłagam ojca by mnie wziął do domu, do pracy w jatce...   

Słyszała  kilkakrotnie  pukania  do  drzwi  kancelarii,  lecz  nie  reagowała  na  to.  Otworzyła 

dopiero, gdy usłyszała zaniepokojony i błagalny głos Ksawerego. Musieli go ściągnąć z pola, 
bo jeszcze nie było dwunastej.   

–  Żoneczko  moja,  najdroższa  –  wpadł  przestraszony  i  porwał  ją  w  ramiona.  –  Czego 

płaczesz?... Czego? Kto cię skrzywdził?... Powiedz, a ja ich wszystkich...   

Musiała go uspokajać i zapewniać, że nikt jej nic złego nie zrobił.   

background image

– Po prostu jestem zdenerwowana, bardzo zdenerwowana, i to wszystko.   

Wydał  się  jej  jeszcze  bardziej  dziecinny  i  bezradny.  Cóż  przyszłoby  jej  z  wyznania  mu 

swoich obaw, niepokojów i smutków. Nie potrafiłby niczego zrozumieć, ani nic pomóc. Jego 
reakcje  nie  wychodziły  poza  obręb  natychmiastowych  wybuchów,  gróźb,  mściwości,  która 
już  po  paru  godzinach  rozpływała  się  w  refleksjach,  a  przede  wszystkim  nie  potrafiłby 
zmienić  siebie,  zmienić  tego,  że  wskutek  miękkości  jego  charakteru  nie  miała  się  na  kim 
oprzeć,  nie  miała  komu  zaufać.  Mogła  wierzyć  tylko  we  własne  siły.  To  było  zupełnie 
inaczej, niż kiedyś w domu: właśnie ojciec stał w środku jej życia, jak granitowa kolumna, jak 
skała.  Nie  zawsze  przyjazna,  ale  pewna,  o  niewzruszonej  tożsamości.  We  wszelkich 
rachubach,  przewidywaniach,  zamiarach  trzeba  było  z  tym  przede  wszystkim  się  liczyć,  ale 
przynajmniej wiedziało się, czemu i dlaczego.   

Panna Klementyna Holimowska z Radzieńca też była taka, jaką należy być, należy umieć 

być zwłaszcza wśród tych ludzi...   

Pogładziła Ksawerego po włosach i uśmiechnęła się:   

– Jesteś dobry dla mnie, Wery, bardzo dobry...   

– Przecież kocham cię, kocham, jak długo dotąd nie kochałem...   

Miał w oczach łzy. O ileż wolałaby nawet gniew. Czemu wszystko, co najlepsze w tym 

człowieku, musi przejawiać się słabością?...   

Tegoż  wieczora  dał  nowy  dowód  tej  słabości:  zaczął  mówić  o  wydalonym  przez  nią 

lokaju. I nie zdobył się na męskie postawienie sprawy: Chcę, by został. Nie. Nie stać go było 
na  to.  Chciał  dyplomatycznie  wpłynąć  na  zmianę  decyzji  Magdy,  podsuwał  preteksty, 
którymi  taką  zmianę  mogłaby  upozorować.  Dla  niego  zawsze  ważniejsze  od  istoty  rzeczy 
było to, jak ta rzecz na zewnątrz wyglądała.   

Kwestia pozostawienia Leona była dla Magdy prawie obojętna. Jednak nie ustąpiła. Dla 

zasady.  W  duchu  potępiała  siebie  za  ranne  awantury  i  postanowiła  mocniej  trzymać  się  w 
garści,  ale  nie  cofnąć  się  ani  o  krok  z  wybranej  drogi.  Dlatego  przez  szereg  dni  unikała 
dawnej poufałości z panią Aldoną, prawie nie widywała pana Michała, a dla Ksawerego była, 
może nieopatrznie, chłodniejsza. Tymczasem złożyli jeszcze kilkanaście wizyt w sąsiedztwie. 
Przeszły  one  dla  Magdy  bez  większego  wrażenia  z  tej  racji,  iż  wyzbyła  się  już  całkowicie 
dawnego  zalęknienia  i  niepokoju.  Spokojnie  i  odważnie  patrzyła  ludziom  w  oczy.  Miała  do 
tego prawo i pełne tego prawa poczucie. Zaczęły się również rewizyty. Z Zalotów przyjechał 
pan Marek z Rutą, z Radzieńca wuj Tomasz, z Szawłowa państwo Janowscy, z Pomiechowa 
Płaszowscy, z Widrów Mańkiewiczowie, Lisowscy z Polanki. Nie zjawiła się tylko stara pani 
Zawiszyna z Bosierza, co zresztą było usprawiedliwione jej sędziwym wiekiem.   

Był  to  tryumf  nie  lada,  chociaż  Magda  nie  łudziła  się,  by  sam  fakt  rewizyt  należało 

przeceniać. Nikt nie chciał zrywać stosunków z Wysokimi Progami, ale też nie uzewnętrzniał 
większej  życzliwości  dla  ich  nowej  pani.  Nawet  w  rozmowach,  jeżeli  zwracano  się  nie  do 
Ksawerego czy do jego matki, lecz do Magdy, robiono to raczej przez ciekawość.   

Jednak ucieszyła się tym dlatego, że wiedziała, jak bardzo uspokoiło to Ksawerego i jak 

dziecinnie się tym cieszył.   

–  No,  widzisz  –  zacierał  ręce  –  jeżeli  Radzieniec  przyjechał  i  zwłaszcza  ta  jędza 

Mańkiewiczowa, to jasne, że nikt nie ośmieli się zrobić nam afrontu.   

Nie  złożyli  tylko  wizyty  w  najbliższym  sąsiedztwie:  w  Borychówce,  co  było  całkiem 

zrozumiałe,  tym  bardziej,  że  ekscentryczna  pani  Mira  Czerska  nie  uważała  za  potrzebne 
hamowania swego języka i wszędzie, gdzie tylko mogła, wyrażała się w sposób obelżywy o 
Magdzie. Wieści o tym różnymi drogami docierały do Wysokich Progów i Magda była o tym 
wcale nieźle poinformowana. Nie dziwiła się zresztą niczemu.   

background image

–  Twoja  była  kochanka  –  powiedziała  kiedyś  Ksaweremu  –  gotowa  jeszcze  strzelić  do 

mnie, zaczaiwszy się gdzieś przy drodze...   

Ksawery oświadczył, że to jest niemożliwe, ale zaniepokoił się.   

– Cóż – wzruszyła ramionami Magda – języka nic jej nie zwiąże.   

– Zrozum, że jestem bezsilny – usprawiedliwiał  się Ksawery – pani Czerska nie ma ani 

brata, którego bym mógł wyzwać, ani nikogo. Trudno przecież obarczać odpowiedzialnością 
jej męża, z którym się rozeszła. No przyznaj, że nic na to nie mogę poradzić!...   

– Ależ oczywiście. Niepotrzebnie przejmujesz się tymi głupstwami.   

– To nie głupstwa – podniecał się Ksawery – to bardzo przykre.   

Wzruszyła  ramionami,  dziwiąc  się,  że  Ksawery,  który  dawniej  nie  chciał  liczyć  się  w 

ogóle  z  nikim,  a  o  Borychówce  wspominał  lekceważąco,  teraz  tak  przeceniał  złośliwości, 
rozpuszczane  przez  porzuconą  kochankę.  Było  w  tym  coś  niezrozumiałego.  Magda  jednak 
wszystko składała na karb własnego rozdrażnienia. Istotnie w swoim usposobieniu dostrzegła 
jakieś dziwne zmiany. Stała się skora do płaczu, do wybuchów niezadowolenia, do gniewu. Z 
jej zdrowiem również nie było dobrze. Coraz częściej ogarniało ją zmęczenie, brak  apetytu, 
stosunkowo często bezsenność. Kilka razy doznała zawrotu głowy i przykrych mdłości.   

– Jestem przepracowana – tłumaczyła to sobie.   

Pomimo  to  nie  zmieniła  ani  na  jotę  swego  codziennego  programu,  aż  pewnego  dnia 

zrozumiała wszystko. Była w ciąży.   

background image

ROZDZIAŁ VII.   

Jesienią cisza nastała w Wysokich Progach. Opustoszał pałac, wyjechali letnicy, a wraz z 

nimi  umilkły  gramofony  i  radio,  posprzątano  trzcinowe  fotele  z  trawników,  odprawiono 
połowę pomocniczej służby. Na krokietowym placu i na kortach tenisowych leżały gęsto żółte 
i czerwone liście, alejki w parku tak były nimi zasłane, że szło się po nich jak po sprężystym, 
szeleszczącym  dywanie.  Im  dalej  w  głąb,  tym  ich  było  więcej,  aż  drzewa  się  przerzedzały  i 
przed oczyma rozciągała się szeroka przestrzeń pokryta rudą podściółką, z której tu i ówdzie 
wznosiły  się  czarne  pnie  dębów  i  klonów,  lip  i  buków,  kasztanów  i  grabów.  U  samej  góry 
dziwaczną  koronką  gmatwały  się  najcieńsze,  już  całkiem  przez  wiatr  z  liści  odarte  gałęzie, 
pod samym niebem, niskim, smutnym, matowoszarym.   

W nocy padało i w parku było wilgotnie, pachniało ziemią i deszczem. Spokojnie było i 

cicho,  tak,  że  Magda  słyszała  nawet  przytłumiony  turkot  wozów  na  dalekiej  szosie,  a  gdy 
przystanęła, krople wody, opadające z gałęzi, wywoływały taki szmer w liściastym podłożu, 
jakby czyjeś ostrożne kroki zbliżały się do niej ze wszystkich stron.   

Codziennie  teraz  odbywała  dłuższe  przechadzki,  najczęściej  samotnie,  gdyż  pan  Michał 

po lunchu wracał do siebie, pani Aldona twierdziła, iż wilgoć jej szkodzi, a Ksawery zawsze 
znalazł jakiś pretekst, by nie zostać z Magdą. To miał być pilny interes w Grójcu, to musiał 
wpaść do kogoś z sąsiadów, to po prostu "przejechać" któregoś konia.   

Nie brała mu tego za złe. Teraz, gdy zajęć gospodarskich miał znacznie mniej, nudził się 

w domu. Początkowo – jak to zawsze u niego – był rozentuzjazmowany, cieszył się niczym 
sztubak,  chodził  dumny,  na  wszystkie  strony  opowiadał,  że  żona  spodziewa  się  syna, 
obmyślał imiona dla przyszłego dziedzica, Magdy nie opuszczał na krok, obcałowując ją raz 
po raz i obsypując najczulszymi wyrazami. Tak było, póki mu to nie spowszedniało. Wybierał 
się wtedy w sąsiedztwo, to na bridge'a, to po prostu na pogawędkę, gdyż – jak utrzymywał – 
musiał się całemu światu pochwalić swoim szczęściem. Magda nie zaniechała swoich zajęć, 
chociaż  pani  Aldona  gwałtownie  ją  do  tego  namawiała.  Zresztą  była  teraz  znacznie 
wolniejsza.  Uważała  zaś  za  konieczność  osobiste  doglądanie  wszystkiego.  Dość  już  miała 
doświadczenia,  by  każde  swe  niedopatrzenie  umieć  obliczyć  w  sumie  tylu  a  tylu  złotych, 
których  wciąż  było  za  mało.  W  swobodnych  godzinach  wychodziła  na  spacer.  Zwykle 
obchodziła  park  i  sad,  zawracała  ku  stawom  i  wracała  koło  folwarku.  Tym  jednak  razem 
dotarła aż do parkanu i ścieżką między ugorami skierowała się ku odległej prawie o kilometr 
kotlince,  gdzie  stał  stary  drewniany  krzyż  z  zardzewiałą  Męką  Pańską  i  z  zawieszonym  na 
drzewcu poniżej oszklonym obrazkiem Matki Boskiej Karmiącej.   

Nie  była  religijna  i  nie  miała  zamiaru  modlić  się,  ale  ot,  tak,  na  wszelki  wypadek 

odmówić pacierz i zostawić pod krzyżem kilka georginii zerwanych w ogrodzie.   

Koło  krzyża  przechodziła  ku  szosie  kręta  droga  polna,  zwana  w  okolicy  Sierpówką,  a 

łącząca Hańczę, Borychówkę, wieś Pożarki i jeszcze kilka pobliskich dworów z resztą świata.   

Właśnie, gdy zbliżyła się do krzyża, od tamtej strony nadciągał wóz chłopski, opatrzony 

słomą  i  ciężko  wyładowany  kartoflami,  zaprzężony  w  parę  chudych  szkap.  Wóz  przechylał 
się  w  garbatych  koleinach,  a  jego  właściciel,  stary  chłop,  szedł  ścieżką  obok,  obojętnie 
cmokając od czasu do czasu na konie.   

Przed  wjazdem  na  strome  zbocze  kotlinki  konie  przystanęły,  chłop  zaś  zdjął  czapkę  i 

ukłonił się. Poznała go od razu zarówno po łysinie, jak i po czerwonym ogromnym nosie. Był 
to stary Rymoń z Pożarków, który nieraz z różnymi prośbami przychodził na folwark. Magda 
z uśmiechem odpowiedziała na ukłon, a chłop zatrzymał się:   

background image

–  Podobnież  jaśnie  pani  dziedziczka  także  samo  do  Borychówki!?...  A  jakże,  jest  tam 

jaśnie pan, ale tylko patrzeć jak wyjedzie. Akurat kiedym przy borychowskiej stodole skręcił, 
ogierka pod ganek podprowadzali.   

– Jakiego ogierka? – szeroko otworzyła oczy Magda.   

–  A  dyć  wysokoproskiego,  karego  z  łyską,  co  na  nim  jaśnie  pan  dziedzic  jeździ.  Stare 

mam oczy, ale kunia to z całej okolicy rozeznam. Ho!   

Magda uczuła gwałtowne zaciśnięcie się serca i ledwo dosłyszalnym szeptem bąknęła:   

– Dziękuję.   

Chłop  cmoknął  na  swoje  szkapy,  ukłonił  się  nisko,  powiedział  "pochwalony"  i 

podpierając wóz pod górę ruszył swoją drogą.   

– To niemożliwe... nie... niemożliwe – gorączkowo myślała Magda.   

W pierwszej chwili chciała biec sama do  Borychówki, by naocznie przekonać się, że to 

nie  wierzchowiec  Ksawerego,  że  chłop  się  omylił.  Zastanowiła  się  jednak  i  doszła  do 
wniosku,  że  i  tak  Ksawery  musiałby  jechać  tędy.  Chcąc  ominąć  krzyż,  musiałby  nadłożyć 
dobre pięć kilometrów na Kruszewo.   

Postanowiła czekać.   

Tuż  przy  krzyżu  rosły  krzaki  dzikiego  bzu,  wyżej  kotlinka  porośnięta  była  już  tylko 

zeschłymi  wrzosami,  a  na  samym  wierzchu  leżały  gęste  kupy  kamieni,  wyoranych  i 
odrzuconych tu z zagonów. Wybrała jeden większy najmniej wilgotny kamień i usiadła.   

Było  to  nieprawdopodobieństwem,  a  jednak  te  codzienne  wyjazdy  Ksawerego  musiały 

nasunąć podejrzenia. Aż dziwnie jej było, że dotychczas nie przyszło jej do głowy pomyśleć o 
Borychówce. Tym bardziej, że ilekroć wpadał ktoś z sąsiadów, Ksawery zawsze zachowywał 
się  niespokojnie:  widocznie  bał  się,  by  w  rozmowie  nie  wyszło  na  jaw,  że  nie  był  u 
Płaszowskich, czy Mańkiewiczów, lecz u Miry.   

–  Tchórz,  smarkacz,  podły  –  cisnęły  się  do  ust  słowa,  lecz  zaczęła  siebie  reflektować: 

przecież tak wzruszająco mówił o swoim celibacie w związku ze stanem jej zdrowia!...   

– Nie, niemożliwe! – powiedziała głośno.   

I  w  tej  właśnie  chwili  na  odległym  o  jakieś  pół  kilometra  pagórku  zobaczyła  wyraźnie, 

jak  na  dłoni:  Ksawery  prowadził  "Derwisza",  a  obok  szła  wysoka  brunetka  w  niebieskiej 
sukni z zarzuconym na ramiona nieprzemakalnym płaszczem.   

Magda  instynktownie  pochyliła  się  i  przez  badyle  wrzosów  przyglądała  się  im  ze 

zdziwieniem. Więc tak. Zdradzał ją ze swoją dawną kochanką. Nie mogła jeszcze dokładnie 
rozeznać jej rysów. Wiedziała jednak, że Mira ma około trzydziestki i że nie cieszy się opinią 
ładnej. Wyglądała w każdym razie ciężko i staro.   

Magda  w  pierwszym  odruchu  chciała  uciekać  do  parku,  lecz  było  to  niemożliwe:  gdy 

tylko wydostanie się z kotlinki na ugór, zobaczą ją od razu i oczywiście gotowi ją posądzić o 
to, że umyślnie tu przyszła ich szpiegować.   

– Co robić!? Co robić?!...   

Teraz już słyszała odgłos kopyt konia i ich niewyraźne głosy. Zsunęła się w dół. Najlepiej 

będzie  udać,  że  niczego  nie  widziała.  Tak!...  Uklęknąć  i  udawać  zemdloną.  Niech  przejdą 
mimo, niech ta... ta... dziwka ma czas cofnąć się.   

Był  to  wybieg  naiwny  i  Magda  zdawała  z  tego  sobie  sprawę,  ale  cóż  innego  miała  do 

wyboru?...  Owszem,  można  było  jeszcze  inaczej  postąpić.  Wyjść  naprzeciw,  stanąć  przed 
nimi twarzą w twarz i powiedzieć w oczy... Tak, że wie wszystko, że żadnych wyjaśnień nie 

background image

potrzebuje  i  że  życzy  im  szczęścia...  A  później  skinąć  głową  i  odejść.  Oczywiście, 
natychmiast spakować swoje rzeczy i jak najprędzej wyjechać.   

– Dokąd? – odezwała się rozwaga.   

– Tak, dokąd?... Do Warszawy?... Wynająć sobie skromny pokoik i postarać się o jakąś 

pracę...   

Nagle zrozumiała, że jest bezradna. Przecież w takim stanie na żadnej scenie nie otrzyma 

nic,  zresztą  o  jakąkolwiek  pracę  dziś  tak  trudno.  Prawie  niemożliwe.  Wrócić  do  ojca?... 
Zwrócić  się  o  pomoc  do  siostry  i  szwagra?...  Niepodobieństwo.  Nawet  pójść  do  kogoś, 
choćby  do  dyrektora  Stęposza  na  utrzymanie,  teraz,  kiedy  spodziewa  się  dziecka... 
Wprawdzie  Ksawery  musiałby  jej  płacić  alimenty,  ale  po  pierwsze  nie  chciałaby  od  niego 
przyjąć  ani  grosza,  a  po drugie  wiedziała  dobrze,  że z  chwilą,  gdy  jej  w  Wysokich  Progach 
nie  stanie,  nie  tak  łatwo  tu  będzie  o  pieniądze.  Wszystko  znowu  pójdzie  po  staremu: 
marnotrawstwo,  nieporządek...  Cała  praca,  cała  ogromna  praca,  którą  włożyła,  poszłaby  na 
nic. Nic by po niej tu nie zostało. Nawet życzliwego wspomnienia. Zaliczono by ją do długiej 
litanii awanturek Ksawerego i wieszano by na niej psy. Nikt, absolutnie nikt nie stanąłby w jej 
obronie.  Dla  nich  wszystkich  była  przecież  obca.  Ani  obejrzą  się  za  nią.  Zawsze  przyznają 
rację  Ksaweremu.  Powiedzą,  że  wziął  sobie  za  żonę  lafiryndę  i  dzięki  Bogu,  że  uciekła.  A 
tamci, w domu, ojciec i krewni, nawet Biesiadowski – też dobrego słowa dla niej nie znajdą... 
– Więc co robić?!...   

Pomysł udawania, że nic nie wiedziała, wydał się jej teraz jeszcze bardziej dziecinny.   

Tymczasem głosy zbliżały się. Można już było rozróżnić poszczególne słowa.   

Magda zacięła usta:   

– Zrzec się wszystkiego?... Nie! O, nie!   

Przede wszystkim musi myśleć o dziecku, które  ma przyjść na świat. Ono będzie miało 

największe  prawa,  a  przez  to  i  na  matkę  spływa  prawo,  nawet  obowiązek  wytrwania. 
Mniejsza o Ksawerego. Czuła dlań teraz tylko wzgardę. Z dawnych uczuć nie pozostało nic, 
ale  czyż  uczucia  potrzebne  są  do  życia?...  Panią  Aldonę  łączy  z  mężem  wspólny  dach.  A 
pomimo to jest po swojemu szczęśliwa. Panna Klementyna nikogo nie kocha i przez nikogo 
nie jest kochana.   

Więc można żyć wśród nich samotnie. I nie potrzebować żadnego oparcia, a rządzić, być 

u siebie... Tak! Pewnie... To ona uratowała Wysokie Progi, ona związała z nimi swoje życie, 
ona jest w nich panią...   

Z góry dobiegł niski alt pani Miry:   

– ...będę zatem czekała kartki od ciebie – mówiła – ale jeżeli nie przyślesz do południa...   

Magda  nie  chciała  podsłuchiwać.  Zresztą  już  była  zdecydowana.  Pewnym  i  spokojnym 

krokiem szła pod górę.   

Ksawery  na  jej  widok  cofnął  się  o  krok  i  upuścił  szpicrutę,  którą  trzymał  w  ręku.  Pani 

Mira zbladła i urwała w pół zdania.   

Magda skinęła głową i powiedziała całkiem spokojnie:   

– O ile się nie mylę, pani Czerska?...   

Oboje milczeli, wobec czego dodała:   

– Bardzo mi przyjemnie!   

– Właśnie spotkaliśmy się – jąkał się Ksawery. – Jechałem właśnie z Hańczy...   

Magda uśmiechnęła się ironicznie:   

background image

–  Po  cóż  te  tłumaczenia  się,  mój  drogi?...  Przedstawiasz  panią  w  takim  świetle,  jakby 

czatowała na ciebie.   

– Pani wybaczy – wybuchnęła Czerska – ale...   

–  Wiem  doskonale  –  wzruszyła  ramionami  Magda  –  że  mój  mąż  bywa  codziennie  w 

Borychówce.   

– Więc nie czatuję na nikogo po drogach!   

– Cóż za różnica: po drogach, czy w domu?... Kobieta w pani wieku... Chociaż naprawdę 

jest pani znacznie młodsza i ładniejsza, niż mogłabym sądzić z tego, co mi mówił Ksawery... 
Miłe rozczarowanie. Mój drogi! Znajduję, żeś zupełnie niesłusznie nazwał panią podtatusiałą 
sawantką.   

– Magdo! – jęknął Ksawery.   

– Czy powtarzam nieściśle? – zwróciła się doń najwynioślej, jak umiała.   

– Doprawdy... Magduś... Nic podobnego... A poza tym ta cała scena...   

– Wyszpiegowała nas pani – zaczęła pani Mira.   

Magda jej przerwała:   

– Bynajmniej. Myli się pani bardzo. Stało się to tylko dzięki przypadkowi. Przykro mi, że 

popsułam państwu humory. Naprawdę to drobiazg. Jeżeli pani Ksawery nadal jest potrzebny 
do posług w łóżku, proszę bardzo. Nie ma czego się krępować. Mnie to nie zawadza.   

– Jak pani śmie! – krzyknęła Czerska. – Wypraszam sobie ten rzeźnicki styl.   

–  Rzeźnicki?  Zapewne.  Wśród  rzeźników takie  damy  jak  pani,  nazywają  lafiryndami!  – 

wypaliła Magda.   

Ksawery  w  samą  porę  skoczył  między  obie  kobiety,  gdyż  pani  Czerska  rzuciła  się  ku 

Magdzie.   

– Na miły Bóg! – wołał szeptem, chociaż nikogo nie było przynajmniej w promieniu pół 

kilometra. – Na miły Bóg, uspokójcie się!... – To straszne!   

–  Jestem  zupełnie  spokojna,  mój  zacny  mężu  –  odpowiedziała  Magda.  –  To  twoja 

kochanka...   

– Magduś!...   

– ...to twoja kochanka zachowuje się dość nieetycznie. Aż dziwię się, że przy twojej pasji 

dobrego  tonu  nie  nauczyłeś  jej  odpowiedniej  formułki  towarzyskiej  na  podobną  okazję. 
Podnieś pani płaszcz! Nie zapominaj się, mój zacny mężu. Jak to mówisz?... Że prawdziwy 
gentelmen w każdej okoliczności.   

Ksawery rzeczywiście nie opuszczając cugli, pochylił się do leżącego na ziemi płaszcza, 

lecz pani Mira z wściekłością podniosła płaszcz sama.   

– Magduś – błagalnie zawołał Ksawery. – No, po co to wszystko... No trudno, stało się...   

– Ależ ja nie robię ci żadnych wymówek. Proszę bardzo. Bądź łaskaw nie przeszkadzać 

sobie.  Jeszcze  raz  przepraszam,  że  zakłóciłam  państwu  sielankę...  Do  widzenia!...  Do 
widzenia!...   

Skinęła  dwa  razy  głową  i  nie  oglądając  się  zawróciła  w  stronę  Wysokich  Progów.  W 

głowie  jej  szumiało,  a  serce  tłukło  się  nieprzytomnie  w  piersiach.  Była  półprzytomna.  Całą 
siłę woli skupiała, by iść prosto z podniesioną głową.   

Szła tak dobrych pięć minut, gdy usłyszała za sobą tętent.   

Ksawery dopędził ją, zeskoczył z konia i przez chwilę szedł obok w milczeniu. I Magda 

nie  odzywała  się.  Zdążyła  już  opanować  się.  Wprawdzie  jeszcze  teraz  z  przyjemnością 

background image

spoliczkowałaby tę nędzną kreaturę, ale postanowiła za wszelką cenę nie wychodzić z obranej 
roli i postępować rozsądnie.   

–  Wiem  –  zaczął  Ksawery  –  że  byłem  nieuczciwy!  Tak...  Przyznaję  się,  niepotrzebnie 

ukrywałem przed tobą, że zaglądam do Borychówki... Niepotrzebnie tam zaglądałem w ogóle, 
ale zapewniam  cię, że zdarzało się to rzadko, bardzo rzadko, a poza tym nie zdradziłem cię 
ani razu...   

– Kłamiesz – odpowiedziała spokojnie.   

Ksawery zrobił szybki krok, by ją wyprzedzić, zatrzymał się i zrobił uroczystą minę:   

– Więc daję ci na to słowo honoru!   

– Kłamiesz – powtórzyła Magda, idąc dalej i nie patrząc nań wcale.   

Ś

wietnie znała tę jego sztuczkę i ten ton: ilekroć kłamał w rzeczach ważniejszych, stale 

się nim posługiwał.   

– Nie wierzysz mi? – zapytał gorzko.   

– Przestań grać komedię – wzruszyła ramionami.   

– Ach! Więc ja gram? – zaśmiał się tragicznie. Umilkł, a po dłuższej chwili powiedział:   

– Jesteś niesprawiedliwa. Więc, przypuśćmy, że rzeczywiście popełniłem w stosunku do 

ciebie... podłość, ale...   

–  Och,  podłość  to  zbyt  mocne  słowo,  mój  drogi.  Ciebie  nawet  w  złym  nie  stać  na  nic 

wielkiego. Po prostu, zrobiłeś świństwo, świństwo...   

–  No  dobrze,  ale  przecież  wiesz,  że  ciebie  tylko,  jedną  ciebie  kocham!...  Przecież  nie 

potrafisz  temu  zaprzeczyć!  Popełniłem  błąd,  przyznaję.  Lecz  chcę  odpokutować.  Wierz  mi, 
Magduś, że mam wprost potrzebę ekspiacji. Pragnę dać ci dowód, że każdą pokutę z twojej 
ręki przyjmę.   

Zrobił pauzę i zakończył:   

– Jeżeli tego zażądasz... palnę sobie w łeb.   

Magda spojrzała nań obojętnie:   

– Pokutę?... Owszem. Wydaje mi się, że najodpowiedniejszą pokutą dla ciebie będzie...   

– Przyjmę każdą.   

– ...będzie obowiązek codziennego bywania nadal u tej pani.   

– Chyba żartujesz?... – żachnął się.   

– Dlaczego?   

– Więcej tam moja noga nie postanie. Daję ci na to...   

– Tylko bez honoru, proszę cię.   

– Więc przysięgam ci.   

– Niepotrzebnie. Zapewniam cię, mój drogi, że to mi wcale nie przeszkadza. Używaj na 

zdrowie...   

– Ach – wybuchnął – nie wiedziałem, że tyle złości siedzi w tobie, że potrafisz być tak 

bezwzględna dla człowieka, który cię ubóstwia.   

Doszli  właśnie  do  parkanu  otaczającego  park  i  Magda,  odsunąwszy  zbutwiałą  deskę, 

weszła do środka. Ksawery prowadząc konia, musiał okrążyć park, gdyż z tej strony furtki nie 
było.   

background image

Nim znalazła się przed pałacem, Ksawery zdążył już dojechać i oddać konia. Czekał na 

nią przed drzwiami. Minę miał ponurą i skruszoną.   

– Nie zechcesz ze mną pomówić? – zapytał.   

Potrząsnęła głową:   

– Zaoszczędź mi tego. Zresztą nie mamy nic do mówienia.   

– A... a... co zamierzasz zrobić?   

– Ja?... – spojrzała mu prosto w oczy. – A cóż zdaniem twoim powinnam zrobić?   

Chwycił  jej  ręce  i  zaczął  całować.  Nie  broniła  mu,  miała  dłonie  bezwładne,  obojętne. 

Ksawery szeptał:   

– Przebacz mi, przebacz, jedyna, najdroższa!... Całym życiem nie odpłacę ci się za to, ale 

przebacz... Ja wiem, że nie zasłużyłem na to, ale przebacz...   

Słuchała  tego,  jak  pustych  dźwięków.  Widziała,  że  Ksawery  mówi  szczerze,  że  ma 

najlepsze chęci, ale – nic to już jej nie obchodziło.   

Ogarnęła okiem gazon, grabową aleję, pałac i odpowiedziała drewnianym głosem:   

– Dobrze. Przebaczam.   

Chciał ją objąć w nagłym porywie radości i wzruszenia, ale ona spokojnie odsunęła jego 

ręce:   

– Muszę iść zrobić rachunki, przepraszam cię.   

I zostawiła go samego przed drzwiami.   

Ksawery na cały szereg dni zmienił się nie do poznania. Czuł się winnym wobec Magdy i 

wszelkimi  sposobami  starał  się  odzyskać  jej  uczucie.  Rozumiał,  że  przebaczyła  mu  nie  z 
serca, ale z przekonania. Irytowało go to, lecz zły humor spędzał na całe otoczenie, zaś wobec 
Magdy  był  milszy  i  serdeczniejszy,  niż  nawet  w  pierwszych  tygodniach  po  ślubie.  Nie 
zaniedbał  niczego,  by  się  jej  przypodobać.  Wstawał  znowu  sam  do  obroków,  pilnował 
osobiście dostawy, doprowadził do porządku książki gospodarskie, a jeżeli wyjeżdżał z domu, 
to  tylko  do  urzędu  skarbowego,  lub  do  starostwa,  i  po  powrocie  zdawał  szczegółowe 
sprawozdanie, powołując się na świadectwo stangreta, by Magda mogła mieć pewność, że nie 
tylko w Borychówce nie był, lecz i w ogóle nie zaglądał nigdzie, gdzie by Mirę mógł spotkać.   

W  Wysokich  Progach,  gdzie  nikt  o  niedawnym  zajściu  nie  wiedział,  zachowanie  się 

Ksawerego  wzbudzało  ogólne  zdziwienie.  Natomiast  Magda  nadal  przyjmowała  wszystko 
obojętnie.  Stała  się  milcząca  i  oschła,  w  stosunku  do  służby  wymagająca  jeszcze  bardziej  i 
jeszcze bardziej apodyktyczna. W tym okresie cała władza bezapelacyjnie przeszła w jej ręce. 
Już nawet pani Aldona  nie ośmielała się wydawać żadnych dyspozycji i  jeżeli sama chciała 
dokądś  pojechać,  wysyłała  służącego  do  pani  dziedziczki  czy  i  które  konie  może  kazać 
zaprząc.  W  razie  uchybienia  tej  władzy  Magda  z  całym  naciskiem  umiała  podkreślić  jej 
prawa,  a  Ksawery,  który  nigdy  o  władzę  nie  był  zazdrosny,  teraz,  pragnąc  przypodobać  się 
ż

onie, umyślnie przy każdej sposobności zaznaczał, że najwyższą instancją jest Magda.   

Tak  układały  się  stosunki,  gdy  do  Wysokich  Progów  na  kilkudniowy  pobyt  zjechała 

panna  Klementyna  z  Radzieńca.  Dzięki  bystrości  swej  i  spostrzegawczości  szybko 
zorientowała się w sytuacji i niemal od razu zajęła wobec Magdy najżyczliwsze stanowisko. 
Lekceważąc siostrę, jej męża uważając za maniaka, a Ksawerego za półgłówka, nie ukrywała 
swego  uznania  dla  Magdy.  Przeprowadziła  iście  inspektorski  przegląd  gospodarstwa,  a 
chociaż oczywiście wiele znalazła usterek i braków, nie żałowała i pochwał.   

Ujęta tym Magda, patrzyła w pannę Klementynę, jak na wzór do naśladowania, a że już 

przedtem  szerokie  w  tym  kierunku  żywiła  ambicje,  łatwo  przejęła  się  poglądami  panny 

background image

Klementyny  na  rolę  kobiety  ziemianki:  oszczędność,  laboratoryjny  porządek,  handlowa 
kalkulacja,  reprezentacyjność  umiarkowana,  dyscyplina  bezwzględna.  Tylko  w  takiej 
atmosferze mogą być kultywowane czyste obyczaje i ład moralny, i stare cnoty szlacheckie.   

–  Zwłaszcza  teraz  –  mówiła  panna  Klementyna  –  gdy  ma  pani  zostać  matką,  dać  życie 

nowemu  dziedzicowi  starego  nazwiska,  należy  uprzątnąć  tutejsze  życie  z  wszelkich  śmieci. 
Naturalnie,  póki  żyje  moja  siostra  i  jej  nieszczęśliwy  mąż,  nie  będzie  to  możliwe  w  stu 
procentach.  W  każdym  razie  trzeba  w  miarę  możliwości  odgrodzić  ich  w  ich  rezerwacie  i 
uniemożliwić jakikolwiek wpływ na dziecko.   

Magda  przyznawała  pannie  Klementynie  zupełną  rację,  a  bolał  ją  tylko  lekceważący 

stosunek ciotki do Ksawerego. Oceniała go sama bardzo nisko, żywiła do niego głęboki i nie 
dający się usunąć żal, a jednak pragnęła za wszelką cenę, by Ksawery w oczach innych ludzi 
nie  uchodził  za  snoba,  ani  za  głupca.  Przyznawała  mu  też  głośno  wszystkie  te  zalety,  które 
bezprzecznie i dla wszystkich oczywiście posiadał. Nie mówiła tylko jednego: że dla niej nie 
przedstawiały już one żadnej wartości.   

Traktowała  go  uprzejmie,  dość  chłodno,  ale  życzliwie.  Usiłowała  nawet  wzbudzić  w 

sobie  wdzięczność  za  jego  dobrą  wolę,  chociaż  wiedziała,  że  jest  ona  wynikiem  nie  tyle 
skruchy, ile nieumiejętności znoszenia zimnej atmosfery w domu. Pomimo pozorów męskości 
charakteru, był słaby i miękki.   

Gdy  doszło  między  nimi  znowu,  któregoś  dnia  po  wyjeździe  panny  Klementyny,  do 

rozmowy na ten, wciąż wiszący w powietrzu temat, nawet rozpłakał się.   

Było to tak.   

Wczesnym  rankiem  Magda  na  dziedzińcu  folwarcznym  przyłapała  jakiegoś  obcego 

wyrostka,  który  na  jej  widok  zaczął  rejterować.  Wobec  tego  jednemu  z  ludzi  kazała  go 
dopędzić  i,  pomimo  wykrętów,  wydobyła  odeń  list,  który  miał  wręczyć  dziedzicowi, 
koniecznie do rąk własnych. List był z Borychówki.   

Magda znalazła Ksawerego w kuźni i wywoławszy go, podała mu list.   

– Przyniósł chłopiec z Borychówki – powiedziała bez żadnej intonacji.   

Ksawery zaczerwienił się i cofnął ręce za siebie.   

– Nie chcę go.   

– Cóż za dziecinada – wzruszyła ramionami. Weź.   

– Nie chcę. Spal, wyrzuć, przeczytaj; zrób, co chcesz. Ja w ogóle tego listu nie wezmę do 

ręki.   

Magda spojrzała nań uważnie i powiedziała podstępnie:   

– Czemu właśnie tego listu nie chcesz, skoro inne z tejże Borychówki odbierasz, a nawet 

na nie odpisujesz?   

Był to tylko domysł, ale Ksawery nie połapał się i żarliwie zaprzeczył:   

– Nieprawda! Nie odpisałem na żaden!   

– Ale otrzymałeś i czytałeś. Nie róbże wyjątku.   

Ksawery wziął list, zawahał się chwilę i nagłym ruchem przedarł go na połowę. Rozejrzał 

się, jakby szukając miejsca, gdzie by wyrzucić i schował do kieszeni.   

–  Niepotrzebnie  przedarłeś  –  obojętnie  zauważyła  Magda  –  będziesz  musiał  składać 

kartki do czytania.   

– Ach, więc myślisz, że dlatego?...   

Wyjął i podarł na drobne strzępy.   

background image

– Posłuchaj no Wery – powiedziała Magda. – Jest między nami pewne nieporozumienie. 

Tobie się zdaje, że ja mam coś przeciw twoim stosunkom z panią Czerską. Bardzo się mylisz. 
Owszem.  Uważam,  żeś  powinien  nie  zapomnieć  o  niej.  Kilkuletnie  uczucia  mają  swoje 
prawa. A poza tym, rozumiem, że przebywanie ze mną może cię nudzić. Ja nawet gimnazjum 
nie  skończyłam,  zaś  pani  Mira  jest  kobietą  wykształconą,  doktorem  filozofii.  To  też  dużo 
znaczy.   

– Nie drwij ze mnie – przerwał wzburzonym głosem – czy znajdujesz specjalną rozkosz 

w znęcaniu się nade mną? Ja ze skóry wyłażę, żeby ci było najlepiej... Doktor filozofii?... Czy 
mnie potrzebne czyjeś wykształcenie!? Otóż, powiem ci, że odwrotnie. Ona zamęczała mnie 
zawsze swoją mądrością. Sto tysięcy razy wolę ciebie! Milion!...   

– Doprawdy, niezasłużony zaszczyt.   

–  Niezasłużona  przede  wszystkim  ironia  –  powiedział  drżącym  głosem.  W  oczach  miał 

łzy.   

– Masz rację – powiedziała łagodnie – przepraszam cię za mój ton.   

To  go  rozczuliło.  Stali  za  węgłem  obory  gdzie  nikt  ich  nie  mógł  widzieć  i  Ksawery 

rozpłakał się na dobre:   

–  Ty  nawet  nie  wiesz,  jak  ja  cierpię  –  mówił,  ocierając  oczy  chusteczką  –  nawet  nie 

przypuszczasz... No cóż, nie będę cię okłamywał... Rzeczywiście, bywałem w Borychówce i 
ciągnęło  mnie  tam...  Czy  ja  wiem  może  przyzwyczajenie,  może  po  prostu  chęć  rozerwania 
się... Ona, widzisz, zna mnie od dawna, i całą okolicę, i wie, że interesuję się tym, co gdzie 
słychać, kto się z kim żeni, czy rozwodzi, czy ma romans... Ja nie umiem ci tego wyjaśnić, bo 
my nigdy o tych rzeczach nie rozmawiamy ze sobą. Ty ich nie lubisz, nie obchodzą cię. Tylko 
mnie źle nie zrozum... Przecież jej cała wiedza tylko mnie męczy, ale ona... Przysięgam ci, że 
jej nie kochałem nigdy...   

Magda  niewiele  z  tych  wyznań  zrozumiała.  Wyłowiła  z  nich  tylko  jeden  zarzut  pod 

swoim adresem: nie umie zaciekawić się plotkami towarzyskimi.   

Zastanawiała  się  nad  tym  długo,  przypominała  sobie  różne  rozmowy,  wizyty  w 

sąsiedztwie  i  przyjazdy  gości.  Rzeczywiście,  nudziła  się  prawie  zawsze,  gdyż  głównym 
tematem rozmów, tematem, przy którym od razu ożywiał się nastrój Ksawerego i wszystkich, 
przy którym nawet pan Michał nie szukał pretekstu ucieczki do swojej pracowni, były plotki 
towarzyskie. Przynajmniej Magda tak to nazywała.   

Nigdy nie umiała przejąć się ani zainteresować faktem, że ktoś się żeni, wydaje córkę, lub 

rozwodzi,  że  tak,  a  nie  inaczej  przeprowadza  działy  majątkowe,  że  tak  się  nazywała  jego 
babka  z  domu,  że  taki  miała  posag  czyjaś  żona,  że  tak  idą  koligacje  i  pokrewieństwa. 
Nazwiska i nazwy majątków nic jej nie mówiły. Nie znała tych ludzi, a wiedząc, że i nikt z 
osób, tak szczegółowo zajmujących się ich sprawami, też osobiście ich nie zna, wprost pojąć 
nie  mogła,  dlaczego  z  takim  namaszczeniem,  z  taką  zawziętością  i  erudycją  rozprawiają  o 
obcych sobie ludziach.   

Najważniejsze sprawy podatków, ustaw rolnych, ba, wojny i kataklizmy, jak i najbliższe 

kwestie rodzinne – wszystko to schodziło w kąt wobec tego, że jakaś panna Szementówna z 
Toroczewicz  na  Wołyniu  wychodziła  za  jakiegoś  Misia  Stolyhwę  z  Bieraczyc  w 
Poznańskiem, chociaż nikt z obecnych na oczy ich nie widział.   

Mieszkańcy i goście Wysokich Progów wprost pasjonowali się tymi sprawami i mówili o 

nich  tak,  jakby  najbliżej  ich  dotyczyły.  Zdawało  się,  że  na  pamięć  każdy  i  każda  wyliczyć 
mogą  wszystkie  nazwiska  ziemiańskie  i  wszystkie  majątki  w  całej  Polsce,  oraz  wszelkie 
pokrewieństwa i koligacje.   

background image

Dla Magdy  był to chaos nazwisk i informacji obcych, obojętnych, drażniących już tym, 

ż

e  się  nie  mogła  w  nich  zorientować,  podczas  gdy  dla  nich  wszystkich  samo  czyjeś  imię 

wystarczyło, jako powód do ogólnego śmiechu, czy oburzenia, lub też do długich sporów.   

Podczas  podobnych  rozmów  Magda  czuła  się  najbardziej  obco.  Co  więcej,  zdawało  się 

jej, że umyślnie ten temat wybierano, by dać jej odczuć, że ona w tym środowisku znalazła się 
przypadkowo i niepotrzebnie. Toteż kilkakrotnie próbowała okazać zainteresowanie i pytała o 
to lub owo, lecz potem czuła niesmak i niechęć do samej siebie. Ich wszystkich zaś zdawało 
się  irytować  to,  że  Magdzie  nie  imponują.  W  tonie  Ksawerego  często  wyławiała  nutki 
zniecierpliwienia, gdy przerywała mu jakieś wywody o koligacjach.   

Nigdy  jednak  nie  okazał  jej  tego  zbyt  wyraźnie.  W  ogóle  swoją  delikatnością 

wynagradzał w znacznej mierze inne cechy.   

Spadły  pierwsze  dość  późne,  ale  za  to  obfite  śniegi.  Za  radą  lekarza  Magda  miała 

wyjechać  na  kilka  dni  do  Warszawy.  Przy  sposobności  zamierzała  załatwić  szereg  spraw  i 
interesów,  a  przede  wszystkim  doprowadzić  do  końca  pertraktacje  dotyczące  sprzedaży 
Karczówki.   

Ksawery w tym celu przygotował dla niej plenipotencję. Nie zdziwiła się, że wolał zostać 

w Wysokich Progach, a na pożegnanie powiedziała mu:   

– Trochę odpoczniesz od mojego towarzystwa.   

– Jak możesz tak mówić! – zawołał ze zbyt skwapliwym oburzeniem.   

– No, dobrze, dobrze. Baw się wesoło.   

– Jeżeli chcesz, to będę ci towarzyszył – zaofiarował się natychmiast.   

– Nie, dziękuję ci, do widzenia.   

– Do widzenia, jedyna.   

W  Warszawie  od  czasu  swego  zamążpójścia  Magda  bywała  rzadko.  Codzienne  zajęcia 

nie pozwalały na zbyt częste wyjazdy, ani na zbyt długi pobyt poza domem.   

Teraz postanowiła spędzić w stolicy przynajmniej tydzień.   

Przede wszystkim odwiedziła znanego ginekologa, który orzekł, że wszystko zapowiada 

się  normalnie,  potem  widziała  się  z  dyrektorem  Stęposzem.  Na  szczęście  Bank  Wschodni 
zdecydował się ostatecznie na kupno Karczówki. Rozmowy z adwokatami, wizyty u rejenta i 
różne formalności pochłonęły kilka dni. Potem dopiero Magda odpoczęła i zaczęła załatwiać 
zakupy. Postanowiła też odwiedzić dawnych znajomych ze "Złotej Maski". Wszyscy oni byli 
rozproszeni.  Teatry  rewiowe  albo  przestały  istnieć,  albo  zeszły  na  psy.  Większość  kolegów 
znalazła przytułek  w pomniejszych teatrach dramatycznych, niektórzy  wyjechali do różnych 
miast.  Siostry  Stelli  otworzyły  własną  szkołę  baletową  w  tym  lokalu,  w  którym  niegdyś 
uczyła się Magda u pani Iwony.   

Bończę też tam spotkała, gdyż wykładał u sióstr Stelli historię tańca.   

Nawet nie przypuszczała, by spotkanie to mogła przyjąć tak obojętnie.   

Gdy zwrócił się do niej po imieniu, powiedziała spokojnie:   

– Mój Boże, to takie dawne czasy... Sądzę, że wygodniej nam będzie, nam obojgu, mówić 

do siebie na pan i pani.   

Rozmowa z Bończą i jeszcze z kilkoma kolegami teatralnymi jeszcze głębiej przekonała 

Magdę, że nic ją z tym światkiem nie łączy. Ten rozdział przeszłości minął, nie zostawiając 
najmniejszej niteczki, która by z nią Magdę łączyła.   

Jadąc  do  Warszawy,  tłumiła  myśl  odwiedzenia  ojca  i  siostry.  Nie  miałoby  to  żadnego 

sensu.  Przede  wszystkim  wiedzieli  o  niej  wszystko,  lub  prawie  wszystko  przez 

background image

Biesiadowskiego.  Gotowi  by  przypuszczać,  że  przypomniała  sobie  o  nich  tylko  po  to,  by 
pochwalić  się,  by  zadrzeć  nosa  i  pokazać  tym,  co  jej  się  wyrzekli,  że  przecież  sama  zaszła 
wyżej, niż mogli marzyć, tym, co ją odepchnęli, jako zwichniętą, zaimponować teraz swoim 
jaśnie państwem.   

A  Magda  bynajmniej  tego  nie  chciała.  Nie  chciała  wystąpić  przed  ojcem  z  miną 

wyższości,  nie  chciała  go  ani  upokorzyć,  ani  zmusić  do  wyrażenia  żalu,  że  tak  źle  z  nią 
postąpił. Jednak im dłużej siedziała w Warszawie, tym lepiej zdawała sobie sprawę, że po to 
tylko tu siedzi, by zdecydować się na wizytę u ojca. Wciąż silniejsza ogarniała ją tęsknota, aż 
pewnego  wieczoru,  podniósłszy  wysoko  kołnierz  swego  futra,  weszła  do  tak  dobrze  znanej 
bramy.  Nic  się  tu  nie  zmieniło.  Tak  samo  mętna  żarówka  opleciona  drutem  sterczała  nad 
wejściem na schody, tak samo na schodach było brudno i ciemno. Nawet drewniane stopnie 
między  drugim  i  trzecim  piętrem  trzeszczały  i  chwiały  się  tak  samo.  Zadzwoniła.  W 
przedpokoju  usłyszała  szybkie  męskie  nieznajome  kroki.  Drzwi  uchyliły  się  i  dopiero  po 
głosie go poznała, był to pan Kamionka, mąż Adeli.   

– Kto? Do kogo?... – zapytał, natężając wzrok.   

– Dobry wieczór, panie Edmundzie. Nie poznaje mnie pan?   

Kamionka cofnął się:   

– Panna Magdalena... Pani Magdalena – poprawił się. Proszę... Przepraszam bardzo...   

Weszła za nim. Był w marynarce, bez kołnierzyka i krawata. Na ich miejscu świeciła się 

złocona główka spinki. Utył bardzo, przez prawy policzek biegła szeroka różowa blizna.   

– Przepraszam bardzo – jąkał się. – Nie spodziewaliśmy się...   

– Dobry wieczór – podała mu rękę.   

– Moje uszanowanie – pocałował z rozmachem i szastnął nogą.   

– Ojca nie ma?   

– Nie ma proszę pani... Ale pewno niedługo wróci.   

– A Adela?   

– Adela jeszcze w jatce. Proszę bardzo... Proszę...   

Weszła do pokoju. I tu nic się nie zmieniło, tylko abażur na lampie był nowy.   

Kamionka  odsunął  krzesło,  wytarł  je  dłonią  i  podał  Magdzie.  Pomału  odzyskiwał 

swobodę:   

– Prędzej bym się nagłej śmierci spodziewał... Jak pragnę Boga... Taka niespodzianka.   

– Jakże, zdrowi wszyscy? – zapytała.   

– A zdrowi. Dziękuję. Pani też wygląda, można powiedzieć, jak się należy.   

– A, jak się powodzi?...   

Kamionka skrzywił się:   

– Ciężkie czasy. Ludzie poszczą, nabożniejsi się porobili.   

– Jak to? – nie zrozumiała żartu.   

– A no, mniej mięsa konsumują. Kryzys. Opchnie jeden z drugim byle co. Lepsze gatunki 

wcale nie idą.   

– Tak... To ojciec musi martwić się – westchnęła.   

Przyglądała  się  Kamionce.  Zmienił  się  bardzo.  Co  się  z  tego  ładnego  chłopca  zrobiło. 

Utył, rozrósł się, oczy mu tłuszczem zapłynęły i ruszał się teraz jakoś niezdarnie.   

Nagle w sąsiednim pokoju rozległ się płacz dziecka.   

background image

– Co to? – zerwała się Magda.   

– Aaa – zaśmiał się. – To przychówek. Znaczy się niby moja córeczka.   

– Córeczka? Co pan mówi. Można zobaczyć?   

W  dawnym  panieńskim  pokoiku  Magdy  stały  teraz  dwa  ogromne  jesionowe  łóżka,  a  w 

nogach zielony wózek dziecinny.   

– Boże! – zawołała Magda, pochylając się nad czerwoną małą twarzyczką, wynurzającą 

się z białej, obszytej koronkami poduszki.   

– Zofia jej na imię – objaśnił Kamionka.   

– Jakie cudne maleństwo. Ileż ono ma?   

– Ano za tydzień akurat wypadnie cztery miesiące, jak Adela porodziła.   

Magda przyglądała się dziecku i łzy napływały jej do oczu.   

– Czy poród był lekki? – zapytała.   

–  Było  tam  trochę  strachu,  ale  szczęśliwie  się  skończyło.  Adelka  już  na  czwarty  dzień 

poszła do sklepu.   

– Tak prędko?   

– Trzeba pilnować interesu.   

– Wyobrażam sobie jak musicie oboje być szczęśliwi. Takie cudne maleństwo.   

Kamionka zaśmiał się:   

– Dziecko, jak dziecko, a my owszem. Nie narzekamy sobie. Żeby nie to, że Adelka...   

– Może chora?   

– Nie tam, zdrowa. Tylko, że jej zupełnie, proszę pani, w głowie się przewróciło.   

– Pod jakim względem?   

– Całkiem bez żadnego względu. Wciąż jej się zdaje, że ja nic innego nie robię, tylko za 

kobitami  latam.  Ani  mnie  to  w  głowie,  a  ona  wciąż  tylko  podejrzewa  i  beczy  niewiadomo 
czego.   

Magda spojrzała nań uważnie:   

– Aha – powiedziała tylko.   

– A jak pragnę Boga – uderzył się w piersi. – Wcale się takimi rzeczami nie zajmuję. I do 

kogo  mam  chodzić?...  Do  takiej  Kowalszczanki?...  Prosta  dziwka  jest,  bez  żadnej  ogłady... 
Babska zazdrość tylko.   

Wzruszył ramionami i zaśmiał się krótko.   

–  Był  czas  –  zaczął  znowu.  –  Był  czas,  że  była  taka  jedna,  za  którą  bym  i  w  ogień 

skoczył... Ale nawet na mnie spojrzeć nie chciała... I pewno. Nie ja byłem dla niej...   

Wlepił w Magdę swoje źrenice, które po dawnemu wydały się jej straszne.   

– Chodźmy – powiedziała. – Zaczekam na ojca i na Adelę.   

Usiedli w pierwszym pokoju przy stole i Kamionka westchnął:   

– A pani Magdalena to wciąż piękniejsza... Ech... Pani to umiała sobie życie urządzić. Co 

my, proste ludzie. W wejściowych drzwiach zgrzytnął klucz.   

– O, jest Adela – powiedział obojętnie i krzyknął:   

– Adelka, a chodź ino! Gościa mamy...   

background image

– Pan Kwiatkowski?.. – zawołała zasapanym głosem Adela. – A to dobrze. Tylko buty ze 

ś

niegu obtrząsnę.   

– Chodź ino, chodź, nie Kwiatkowski.   

Drzwi uchyliły się i Adela w nich skamieniała:   

– Jezus, Maria! – wyszeptała – Magda!   

Rzuciły się sobie w objęcia i obie zaczęły płakać. Od Adeli czuć było mdłym zapachem 

jatki  i  pieluszkami.  Schudła  i  postarzała  bardzo.  Wyglądała  tak  staro,  jak  matka,  kiedy 
umierała.   

Czy ja też tak zbrzydnę po porodzie? – przebiegło przez głowę Magdy.   

Tymczasem  Adela  zdjęła  palto  i,  usiadłszy  tuż  przy  siostrze,  przyglądała  się  jej  z 

rozczuleniem, zachwytem i podziwem.   

Długo nie mogła zdobyć się na żadne pytanie.   

– Jakże ci, Magduś – wykrztusiła wreszcie. – Jesteś szczęśliwa?   

– Owszem – odpowiedziała Magda z bladym uśmiechem.   

– To chwała Bogu, chwała Bogu... Ślicznie wyglądasz, ślicznie.   

– Tak sobie...   

– A widziałaś moją kruszynkę?   

– Widziałam, pan Edmund mi pokazywał. Jest rozkoszna.   

Adela  pomimo  to  pobiegła  do  drugiego  pokoju  i  wróciła  z  wózkiem.  Czerwona 

twarzyczka niemowlęcia skrzywiła się w płaczu.   

– Światło w oczy bije. Po co taskasz bachora – ostro odezwał się Kamionka.   

Na schodach rozległo się donośne chrząkanie i wszyscy przycichli.   

– Zabieraj bachora – półgłosem zakomenderował Kamionka.   

Adela  pośpiesznie  wypchnęła  z  pokoju  wózek,  a  Magda  wstała.  Niewypowiedziane 

wzruszenie zacisnęło jej gardło. I niepokój: Jak ją ojciec powita?... Co powie?... Nie umiała 
tego bliżej sobie określić, ale w swojej obecności wyczuwała coś nieodpowiedniego... Może 
niepotrzebnie ubrała się w to drogie futro?... Niepotrzebnie się uperfumowała... Ojciec perfum 
nie  lubi.  A  może  należało  go  w  ogóle  o  swoim  przyjściu  uprzedzić...  Znajdzie  ją  tu  już  w 
komitywie z Adelą i Edmundem, i z tymi sprzętami, i z tym domem, w którym nie chciał jej 
mieć nawet wtedy, gdy już była znaną aktorką...   

Teraz  wprawdzie  to  całkiem  coś  innego.  Na  palcu  nosi  obrączkę,  ma  zostać  matką,  jest 

ż

oną wielkiego pana...   

–  Tak,  tak  tamto  pierwsze  trzeba  podkreślić,  lecz  broń  Boże,  nie  zranić  jego  ambicji... 

Niech mu nawet do głowy nie przyjdzie, że wynosi się ponad niego...   

Pan Nieczaj otworzył drzwi, zrobił krok naprzód i zatrzymał się. Jego ogromna czerwona 

twarz  nie  zmieniła  się  zupełnie.  Tak  samo  była  poważna,  jakby  gniewna,  nabrzmiała, 
zdawałoby się tryskająca nadmiarem krwi. Ale ramiona nieco się pochyliły, brzuch wyrósł i 
zarysował się ociężale, a na głowie i wąsach przybyło siwych włosów.   

Widok  Magdy  zdziwił  go  i  w  pierwszej  chwili  to  jedno  dostrzegła  w  jego  małych 

bystrych oczach.   

Zbliżyła się doń i powiedziała:   

– Tatku, to ja...   

background image

Zrobił  ruch,  jakby  się  chciał  cofnąć,  lecz  ona  chwyciła  jego  rękę  i  zaczęła  pokrywać 

gorącymi pocałunkami.   

– Tatku... tatku – powtarzała, nie mogąc zahamować łez.   

– Magda – powiedział cicho.   

– Ja, tatku. Nie gniewaj się na mnie, że przyszłam...   

Adela i jej mąż na palcach wycofali się do swego pokoju i przymknęli za sobą drzwi.   

–  Przyjechałam  na  kilka  dni  i  musiałam  tatkę  zobaczyć  –  mówiła  Magda,  wciąż  nie 

puszczając ręki ojca.   

Boże! Ileż dałaby teraz za to, by ją pogładził po głowie, by chociaż dłoń na jej ramieniu 

położył... Ale pan Nieczaj stał nieruchomo.   

– Widzisz – odezwał się po chwili. – Powiadasz, że musiałaś... Zawsze tak. Tylko o sobie 

myślisz.  Nie  zastosowałaś  się,  że  zakazałem  ci,  że  dla  mnie  może  za  ciężko  patrzeć  na 
rodzoną córkę, co wyparła się i ojca, i domu...   

– Tatku...   

– No, trudno! Taka twoja natura. Nie wdałaś się w rodziców...   

Westchnął, uwolnił rękę z rąk córki i ciężko usiadł przy stole.   

Zapanowało długie milczenie. Magda otarła łzy i zapytała:   

– Tatko wie, że wyszłam za mąż?...   

– Wiem – skinął głową.   

– A teraz spodziewam się dziecka – dodała z odcieniem dumy.   

Była  pewna,  że  w  oczach  ojca  to  ją  jeszcze  bardziej  zrehabilituje,  niż  małżeństwo.  Ale 

pan Nieczaj podniósł brwi:   

– Niby czyjego dziecka?   

– Jak to czyjego, no, mojego! – zdziwiła się.   

Potrząsnął głową:   

–  Nie.  To  nie  będzie  twoje  dziecko,  choćbyś  je  w  największym  bólu  rodziła.  To  będzie 

ich dziecko.   

– Jak to ich?   

– Ich, tych panów, tych arystokratów. Ty im tylko wysługę robisz. Głupia jesteś, to tego 

nie  rozumiesz,  ale  jak  to  dziecko  podrośnie  to  sama  zobaczysz.  Wstydzić  się  będzie  przed 
swoimi, że jego matka to rzeźnicka córka. Wtedy dowiesz się, czyje to dziecko...   

Zniżył głos i dodał:   

– Taka dla ciebie będzie kara, żeś się tej jatki wstydziła i ojca rzeźnika.   

– Co też tatuś mówi, ja się wcale nie wstydziłam...   

Ogarnęło ją przerażenie, że ojciec może mieć rację, że to maleństwo, noszone teraz pod 

sercem, kiedyś może się jej wyprzeć, wstydzić, może znienawidzieć.   

– Tak, Magda – ciągnął pan Nieczaj – na świecie nic nie ginie.   

Chrząknął i umilkł, a po chwili zapytał:   

– No, i jakże ci tam?   

Chciała przekonać i ojca, i siebie, że wszelkie obawy są bezpodstawne:   

background image

– O, bardzo dobrze – zaczęła mówić żywo. – Bardzo. Jestem szczęśliwa. Mój mąż mnie 

kocha,  jest  dla  mnie  dobry.  Jego  rodzice  też.  Krewni  tak  samo.  Wszyscy.  Dbają  o  mnie... 
Ufają. Przecież ja tam wszystkim rządzę. Pracuję bardzo dużo, ale za to oni są mi wdzięczni...   

– Tak – przerwał pan Nieczaj. – To oni. A ty?...   

– Ja? – zaniepokoiła się Magda.   

– No, tak, czy ty jesteś wśród nich szczęśliwa?   

Magda przełknęła ślinę i powiedziała jak najbardziej przekonywująco:   

– Pewno, że jestem szczęśliwa.   

– Ha, daj ci Boże – mruknął pan Nieczaj.   

– Czemuż nie mam być szczęśliwa?... Każda byłaby szczęśliwa. Co ja byłam?... Biedna 

dziewczyna,  aktoreczka.  A  teraz  jestem  panią  dużego  majątku.  Wielką  panią.  Czyż  to  nie 
szczęście?...   

Ojciec nie przytaknął, a jego mina wyrażała powątpiewanie. Czyżby w swoim uporze nie 

rozumiał,  że  zrobiła  wielką  karierę,  o  jakiej  córka  zwykłego  rzeźnika  nawet  marzyć  nie 
mogła?...   

Postanowiła przekonać go za wszelką cenę:   

–  Mieszkamy  w  ogromnym  pałacu.  W  całej  Warszawie  nie  ma  takiego.  A  w  środku 

urządzenie,  jak  w  Zamku.  Dywany,  wspaniałe  meble,  samego  srebra  jest  na  sześćdziesiąt 
osób! Różni goście, to wszystko obywatele, dyrektorzy, nawet ministrowie. A obora, prawie 
dwieście krów. Stajnia siedemdziesiąt koni. I to wszystko moje. Tak, moje, bo to Ksawerego, 
a on mi pełną plenipotencję dał. Mogę tatkowi pokazać. Mam to przy sobie...   

Sięgnęła do torebki, lecz pan Nieczaj powstrzymał ją ruchem ręki:   

– Po co, nie trzeba.   

–  A  męża  takiego  też  nie  każdej  uda  się  zdobyć.  Wysoki,  przystojny,  młody  i  pan  z 

panów. O, niech tatko zobaczy fotografię. No, niechże tatko zobaczy...   

Pan Nieczaj niechętnie wziął zdjęcie i przyglądał się mu z niezadowoloną miną.   

– Owszem – powiedział po chwili. – Niczego sobie.   

– Więc, widzi tatko, że takie szczęście to nie każdej się trafi...   

Pilnie spoglądała w oczy ojcu, lecz nie mogła z nich wyczytać, czy w duchu przyznał jej 

rację.   

– No, tak – odezwał się po dłuższym milczeniu. Wszystko, co mówisz, wygląda bardzo 

pięknie... Bardzo pięknie... Ja też nie ganię cię, żeś wyszła za mąż. Owszem, to nawet lepiej, 
ale  na  świecie  długo  już  żyję,  niejedną  rzecz  widziałem,  nie  nad  jedną  swoje  zastanowienie 
miałem... I tak wiem, że obcy to zawsze obcy. Choćbyś ze skóry, człowieku wyłaził, to i tak 
swoim  między  nimi  się  nie  staniesz.  A  co  do  tych  pałaców  i  wspaniałości...  Pewno...  Ale 
sercu ludzkiemu nie to drogie, co drogie, a to, co swoje. Mówisz, że wielcy panowie. Ja tam 
całe życie byłem prostakiem, do wielkich państwa nie pchałem się, bo i oni mnie nie chcieliby 
i ja bym ich nie chciał. A nie chciałbym dlatego, że mnie nie pieniądze imponują, ani że tam 
ktoś umie chodzić i parlefransować. Byle łachudra to potrafi. I psa w cyrku na tylnych albo i 
na przednich łapach biegać nauczą. Nie to ma znaczenie, ale to jaki jest człowiek. Choćby i 
najbardziej  nosa  zadzierał,  to  mnie  nie  oszuka.  Znam  ja  ich.  Nie  ma  już  tych  panów,  co 
dawniej...  Choć  i  dawniej  też...  Pieniądze  puszczali,  żadnej  wiary  nie  mieli,  po  knajpach  i 
dansingach  ich  pełno,  a  później  bruki  szlifują.  Co  człowiek  do  rąk  gazetę  weźmie,  to  za 
każdym razem czyta: a tu takiego hrabiego wsadzili do więzienia, a tu drugiego... A jakby i ta 
reszta  swoje  pieniądze  potraciła,  to  też  by  się  zabrała  i  do  cudzych,  i  za  kraty.  Bo  Boga  w 

background image

sercu nie mają, ani też samego postanowienia w sobie. O! Ale co ja ci będę gadał. I tak nie 
zrozumiesz.   

Machnął ręką i dodał:   

–  Miałaś  uczciwego  człowieka.  Chciał  się  żenić, poszłaś  inną  drogą.  Jak sobie  posłałaś, 

tak się wyśpisz. No, a teraz już czasu więcej nie mam. Tak już pożegnaj się i idź z Bogiem.   

Magda  próbowała  jeszcze  przeciągnąć  rozmowę.  Pytała  o  zdrowie  ojca,  o  interesy,  o 

krewnych i znajomych, ale pan Nieczaj odpowiadał niechętnie, zdawkowo, a w końcu wyjął 
swój gruby notes i poślinił ołówek. Trzeba było iść.   

Pocałowała  ojca  w  rękę,  weszła  na  chwilę  do  siostry  i  szwagra,  którzy  nawet  nie  mieli 

odwagi jej odprowadzić. Już była na schodach o piętro niżej, gdy usłyszała, że na górze drzwi 
się otwierają. Stanęła.   

– Magda! – rozległ się niski, przyciszony głos pana Nieczaja.   

– Jestem – odezwała się.   

– A słuchaj no – jakby się wahał, zatrzymał się ojciec. Gdyby ci tam już bardzo źle było... 

To  możesz  wrócić.  Kąt  w  mieszkaniu  się  znajdzie  i  co  do  gęby  włożyć,  a  pracy  w  jatce 
zawsze jest dość...   

– Tatku wybuchnęła płaczem – tatku...   

Wzruszenie nie pozwalało jej mówić. Zawróciła, biegła na górę, chcąc rzucić mu się do 

nóg, ale pan Nieczaj groźnie zamachał rękami:   

– Idź już, idź! Nie ma po co... Idź – i czym prędzej cofnął się do mieszkania, zamykając 

drzwi.   

Oparła  się  o  poręcz  schodów  i  długo  zalewała  się  łzami.  W  piersiach  aż  skowyczało  z 

miłości do tego surowego, nieszczęśliwego ojca, do tego tyrana... Jakże dobrze wiedziała, co 
za  walkę  musiał  on  przeprowadzić  ze  swym  sumieniem,  ze  swą  despotyczną  naturą,  by 
zdobyć  się  na  takie  poświęcenie,  by  dać  przemówić  temu  odepchniętemu,  zbolałemu  sercu, 
gdzie zapiekła się krzywda, gdzie, jak nieznośna drzazga, tkwiła szorstka i cierpka, ale jedyna 
miłość dla niej, dla złej, niewdzięcznej córki...   

Tak... Zerwać się i biec do niego! Upaść do kolan, mocno przycisnąć jego grubą rękę.  I 

tak  już  zostać  z  nim  na  zawsze,  do  śmierci,  powiedzieć  mu,  wyszlochać,  że  kłamała,  że 
wszędzie  jest  nieszczęście  i  pustynia,  iż  wszyscy  są  dalecy  i  obcy,  tylko  on  i  to  małe 
mieszkanko,  jak  jedyna  wyspa  na  wrogim,  cudzym  świecie,  to  wciąż  jej  własne,  najbliższe, 
najdroższe...   

Boże!  Ileż  odczułaby  ulgi,  jaką  cichą  i  wielką  radością  krzyczałoby  w  niej  serce!  Jak 

błogo, jak słodko odetchnęłaby...   

Więc  nie  uwierzył  jej,  jego  kochane  oczy  musiały  przeniknąć  ją  na  wskroś.  Poznał  jej 

cierpienia i smutek...   

– Tatku – zanosiła się łkaniem – tatku...   

I im większe ogarniało ją rozczulenie, tym bliżej była decyzji: wrócić, zaraz, natychmiast. 

Ani  obejrzeć  się  za  siebie!  Co  ją  łączy,  co  wiąże  z  tamtymi?  Z  Ksawerym?  Przecież  nic. 
Nawet nie dziecko, bo i to zechcą jej odebrać. Gdy przyjdzie na świat, będzie już należało do 
nich, a później wstydzić się będzie matki, wyprze się jej... Nie! Musi je zachować dla siebie, 
tylko dla siebie... Nie da go nikomu!   

Oplotła ręce wokół siebie i z jakąś rozpaczliwą czułością łagodnie przycisnęła dłonie.   

background image

Na dole rozległy się czyjeś kroki i głosy. Jacyś ludzie wchodzili na górę. Szybko otarła 

twarz, poprawiła kapelusz i zaczęła schodzić. Każdy stopień oddalał ją, zdawało się, o setki 
mil od małego, ubogiego mieszkanka. A jednak nie zatrzymała się.   

Po głowie tłukły się myśli, niby biedne, wystraszone ptactwo, więc co, oszukiwała samą 

siebie? Grała przed samą sobą komedię? Nie, nie! Niczego w życiu szczerzej nie pragnęła, niż 
powrotu. Ale pchało ją coś, czego nie rozumiała, wobec czego była bezsilna.   

Nie bała się szarego życia, nie odczuwała wstrętu do pracy w jatce, nawet tych dawnych, 

prostych ludzi umiałaby może polubić. Ależ czyż można wyrwać z siebie to, co przez długie 
lata  nawarstwiło  się  w  duszy?  Przecież  od  dziewczęcych  urojeń,  poprzez  tysięczne  wysiłki, 
walkę i cierpienia szła ku osiągnięciu tego, co uważała za jedyne szczęście. Zawiodła się, ale 
cofnąć się już nie umiała.   

Jeszcze jedno piętro. Minęła dwoje ludzi, jeszcze jedna kondygnacja schodów i była już 

w bramie, na ulicy.   

Od Wisły dął silny, mroźny wiatr.   

– Nie mogę, nie mogę – szeptała w miękkie futro kołnierza – niech się dzieje, co chce... 

Nie mogę.   

Wsiadła  do  pierwszej  spotkanej  dorożki,  w  hotelu  prędko  spakowała  walizki.  O 

dziewiątej odchodził pociąg. Zdążyła jeszcze na czas. Wagon drgnął, przed oknami z wolna 
zaczęły przesuwać się latarnie, koła zastukotały na zwrotnicach.   

Warszawa w migotaniu drobnych światełek znikała na horyzoncie.   

background image

ROZDZIAŁ VIII   

Hucznie  i  wesoło  obchodzono  w  Wysokich  Progach  uroczystość  chrzcin  przyszłego 

dziedzica.  Przyjechała  cała  rodzina,  bliższe,  a  nawet  dalsze  sąsiedztwo,  znajomi  z  miasta, 
różni dygnitarze, jeden biskup i dwaj prałaci. Po obrzędzie chrzestnym, przy którym dziecku 
nadano imiona Tomasza Michała, Ksawery, rozpromieniony chodził krok w krok za kuzynką 
Janką, obnoszącą bohatera uroczystości w batystowej poduszce między gośćmi.   

– Podobny do mnie, jak dwie krople wody – zapewniał każdego. – Prawda?   

Pani  Aldona  unosiła  się  zachwytami  nad  niewątpliwą  niezwykłością  wnuka  i  już  –  jej 

zdaniem  –  widoczną  inteligencją,  chociaż  Tomasz  Michał  liczył  zaledwie  sześć  miesięcy 
obecności na świecie.   

Nawet  "pan  starszy"  wyrzekł  się  tego  dnia  swej  rewolucji  francuskiej  i  niezwykle 

ożywiony  krzątał  się  wśród  gości  raz  po  raz  zaglądając  do  buduaru,  gdzie  przy  opróżnionej 
kołysce siedziała Magda.   

Wyglądała jeszcze blado, a duże cienie pod oczami świadczyły, że niezupełnie wróciła do 

zdrowia.  Poród,  wbrew  zapewnieniom  lekarzy,  był  ciężki,  po  nim  zaś  wywiązały  się  różne 
komplikacje, wprawdzie nie groźne dla życia, ale połączone z dotkliwymi cierpieniami.   

Dopiero  przed  kilkoma  tygodniami  wstała  z  łóżka,  a  i  teraz  zalecano  jej  mało  ruchu. 

Zapewne wskutek osłabienia jej stan nerwowy również wymagał pieczołowitej opieki. Toteż, 
unikając gwarniejszych pokoi, ulokowała się w zielonym buduarze i tu przyjmowała życzenia 
i powinszowania.   

Od połogu otoczona lekarzami, wśród surowo przestrzeganej ciszy, pierwszy raz znalazła 

się wśród tylu ludzi i to ją męczyło.   

Od czasu do czasu do buduaru wpadał Ksawery przysiadał obok demonstracyjnie całował 

ją w czoło i żartobliwie pytał:   

– Jakże się czujesz, matrono polska?   

Ogromnie był rad ze swego dowcipu, z syna, z gości i z siebie.   

Magda  przyjmowała  to  wszystko  z  uśmiechem,  któremu  starała  się  nadać  jak  najmniej 

wymuszony  wygląd.  Wiedziała,  że  każde  jej  słowo,  każdy  ruch,  są  uważnie  obserwowane 
przez obecnych, wiedziała również, że czuląca się do niej panna Bożenka Słucka postara się 
później wyzyskać przeciw niej wobec Ksawerego najdrobniejsze uchybienie.   

Panna  Bożenka  od  kilku  miesięcy  była  kochanką  Ksawerego.  Jej  ojciec,  właściciel 

odległego o siedem kilometrów Serkowa, przez palce patrzył na romans córki, w przekonaniu, 
ż

e  Ksawery  rozejdzie  się  z  Magdą  dla  niej.  Że  zaś  mówiono  o  tym  głośno  w  całej  okolicy, 

Magdzie  nietrudno  było  o  wszystkim  się  dowiedzieć,  nawet  gdyby  nie  otrzymywała 
anonimów.   

Różni  "życzliwi"  i  "oburzeni"  donosili  jej  o  przewrotnych  planach  panny  Bożenki  z 

najdrobniejszymi szczegółami. Magda z łatwością domyślała się, kim były autorki anonimów. 
Nie  przejmowała  się  jednak  ich  treścią  wcale  tak,  jak  i  poprzednimi,  zawierającymi 
informacje o różnych innych zdradach męża.   

Zobojętniała  na  to  zupełnie.  Zresztą  wiedziała  o  czymś,  co  ostudziłoby  matrymonialne 

zapędy takich Bożenek, polujących na Wysokie Progi, wiedziała, że na hipotece majątku, na 
pierwszym miejscu, wpisana została gruba pozycja na jej własne imię.   

Dokonała tego podstępem. Może nie bardzo uczciwie, ale korzystając z pełnomocnictwa i 

chcąc zabezpieczyć swoje prawa, spłaciła innych wierzycieli, zajmując ich miejsce. Ksawery 

background image

zresztą  pogodził  się  z  tym  bez  najmniejszego  sprzeciwu.  Może  dlatego,  że  przekonała  go 
wymowa adwokata, który radził tak zabezpieczyć się przed wierzycielami, a może z racji jego 
programowego  desinteressement  w  sprawach  finansowych,  co  uważał  za  pierwszą  cechę 
dżentelmeństwa.   

Tak  czy  owak,  Magda  była  pewna  jednego,  a  mianowicie,  iż  rozwód  nie  byłby  dla 

Ksawerego interesem.   

Z  łatwością  też  mogłaby  odstraszyć  od  niego  Słucką  przez  samo  wyjaśnienie  jej 

materialnej sytuacji Wysokich Progów. Jeżeli nie robiła tego, to jedynie z tej racji, że romans 
męża z tą czy inną kobietą nie sprawiał jej żadnej różnicy, a na jego wierność nie liczyła i nie 
pragnęła jej zresztą.   

Już nie starała się przeciwdziałać wyjazdom męża, a nawet robiła, co mogła, by ułatwić 

mu  jego  wykręty,  by  umożliwić  zachowanie  jakich  takich  pozorów.  Nie  wysilała  się  w 
udawaniu,  że  o  niczym  nie  wie.  Po  prostu  milczała  i  z  uśmiechem  przyjmowała  zarówno 
misterne wybiegi Ksawerego, jak i wybuchy jego rozrzewnień, na które zdobywał się, ilekroć 
odezwało się w nim sumienie.   

Lecz  i  jego  sumienia  nie  przeceniała.  Zbyt  dobrze  znała  pobudki  podobnych  odruchów: 

zjawiały się wtedy, gdy Ksawery albo pokłócił się ze swoją kochanką, albo gdy potrzebował 
pieniędzy. Kasa bowiem znajdowała się w ręku Magdy, a robienie większych długów groziło 
Ksaweremu awanturami. Pod tym względem była nieustępliwa i nieubłagana:   

–  Nie  mam  prawa  marnować  majątku  twego  syna  –  mówiła  –  i  jeżeli  w  ten  sposób 

będziesz mnie oszukiwał...   

– Jakich ty słów używasz? Magduś! – oburzał się.   

– Używam słów słusznych. Bo to jest zwykłe oszustwo. Oszukujesz siebie i mnie.   

– No, musiałem pożyczyć te kilkaset złotych. Zrozum, tak się złożyło. Czy nie wierzysz, 

ż

e musiałem pomóc Zygmuntowi?   

Nie wierzyła. Wiedziała dobrze, że pieniądze wydał na jakiś prezent. Nie chodziło też jej 

o to, lecz o pieniądze. Nie wątpiła, że najmniejsze z jej strony ustępstwa pociągnęłyby powrót 
Ksawerego  do  dawnej  rozrzutności,  że  tym  samym  Wysokie  Progi,  z  tak  wielkim  trudem 
uratowane, znalazłyby się znowu wobec katastrofy, której tym razem już niepodobna byłoby 
zażegnać.   

Dlatego z powodu najdrobniejszego długu urządzała Ksaweremu serię scen, przykrości i 

nawet  awantur,  co  wprawdzie  tym  skuteczniej  wystraszało  go  z  domu,  ale  zapobiegało 
lekkomyślnym wydatkom.   

Daleki  kuzyn  Ksawerego,  pan  Jan  Raszewski,  który  od  kilku  już  miesięcy  siedział  w 

Wysokich Progach i przyglądał się temu wszystkiemu, po jednym z takich zajść zwrócił się 
do Magdy:   

– Chciałbym kuzynkę o coś zapytać... O czymś pomówić... Czy można być szczerym?   

– Ależ proszę kuzynie.   

–  Przyjmie  kuzynka  ode  mnie  pożyczkę?...  Doprawdy  nie  zrobi  mi  różnicy  jakieś 

powiedzmy  kilkanaście  tysięcy,  a  ja  już  doprawdy  patrzeć  nie  mogę,  jak  kuzynka  zdziera 
sobie nerwy o takie drobiazgi.   

– Ależ ja nie potrzebuję wcale pieniędzy – zdziwiła się.   

– Myślałem inaczej.   

– Ach, bo kuzyn sądzi, że ja przez skąpstwo tak nudzę Ksawerego?   

– No, nie przez skąpstwo...   

background image

– Tak kuzyn może myśleć. Zna kuzyn Ksawerego?   

– Sądzę, że tak.   

– Więc wie kuzyn, że dla niego nie ma, nie istnieje granica, ani rachunek w wydawaniu 

pieniędzy? I jeżeli urządzam o byle co piekło, to przeważnie ze względów pedagogicznych.   

Zaśmiał się:   

– Pedagogika dość bolesna.   

– Radykalna.   

– Trzeba kogoś kochać, by tak, na zimno zmuszać siebie do psucia własnych nerwów dla 

czyjegoś dobra.   

Uwaga była rzucona luźno, ale Magda odpowiedziała wyraźnie:   

– O, tak. Do szaleństwa kocham swego syna.   

Raszewski chciał coś powiedzieć, lecz przygryzł wargi i tylko spojrzał Magdzie w oczy z 

jakimś dziwnym naciskiem.   

Wiedziała, że ją lubi. Bywały nawet wypadki, kiedy mogła przypuszczać, że podobała mu 

się. Nigdy jednak nad tym się nie zastanawiała.   

Janek  Raszewski,  starszy  o  pięć  zaledwie  lat  od  Ksawerego,  wyglądał  prawie  na 

pięćdziesiątkę,  gdyż  po  pierwsze  był  zupełnie  siwy,  a  po  drugie  jego  sposób  bycia,  jego 
spokojne  ruchy,  powściągliwość  i  małomówność,  przypominały  raczej  starszego  pana.  Do 
Wysokich  Progów  sprowadziła  go  za  swego  pobytu  u  krewnych  na  Podolu  pani  Aldona. 
Dlatego  też  Magda  początkowo  przyjęła  go  niezbyt  życzliwie,  podejrzewając  o  flirt  ze 
ś

wiekrą, której zachowanie się, płomienne spojrzenia i cały arsenał zabiegów zdawały się to 

potwierdzać. Jednak z biegiem czasu Magda przekonała się, że podejrzenia były bez podstaw. 
Kuzyn Janek nie zwracał na panią Aldonę więcej uwagi niż wymagała tego uprzejmość.   

Zresztą  przyjechał  tu  na  wypoczynek  po  ciężkiej  chorobie,  przekazawszy  na  ten  czas 

zarząd  swojego  majątku  młodszemu  bratu.  Lekarze  zalecili  mu  jak  najspokojniejszy  tryb 
ż

ycia, póki całkiem nie wydobrzeje. Toteż nie brał udziału ani w sąsiedzkich zabawach, ani w 

wycieczkach czy piknikach, przesiadując przeważnie na tarasie, obłożony książkami.   

Ponieważ i Magda była rekonwalescentką, dużo czasu spędzali razem. Tak się ułożyło, że 

pan  Janek  dyskutował  z  panem  Michałem  i  czytał  książki  w  tych  godzinach,  kiedy  Magda 
zajmowała się dzieckiem lub gospodarstwem. Resztę dnia przebywał w towarzystwie Magdy.   

Bardzo go polubiła. Jego równe usposobienie, pogodny uśmiech, umysł  żywy i  głęboki, 

ujmująca a wykwintna prostota, a nawet powierzchowność, uderzająca brzydotą, pociągały ku 
niemu. Niezbyt wysoki, bardzo chudy, a wskutek tego jakby przygarbiony, o twarzy długiej, 
ziemistej  i  o  szarych,  zamyślonych  oczach,  miał  przecież  w  uśmiechu  i  w  brzmieniu  głosu 
moc  wdzięku.  Wychowany  w  Anglii,  uchodził  powszechnie  za  szczyt  taktu  specyficznie 
angielskiego,  a  może  i  sam  nieco  stylizował  się  na  Anglika,  jeżeli  tak  można  było  nazwać 
zamiłowanie do pewnego typu ubrań, potraw i tematów.   

Jego  zjawienie  się  w  Wysokich  Progach  zelektryzowało  wszystkie  okoliczne  dwory, 

gdzie tylko były panny na wydaniu. Raszewski bowiem, od trzech lat wdowiec, uważany był 
za dobrą partię, za porządnego kandydata na męża.   

Magda,  skoro  przekonała  się,  że  kuzyna  Janka  nic  z  panią  Aldoną  nie  łączy,  z  kolei 

zaczęła go też posądzać o matrymonialne zamiary. Nawet sama zachęcała panny z sąsiedztwa 
do atakowania tej, jak się zdawało, skłonnej do poddania się, fortecy.   

background image

Dlatego  w  Wysokich  Progach  coraz  częściej  zaczęły  bywać  panny  Rżewskie  i  ich 

kuzynki  z  Pomiechowa,  Zosia  Sarbiewska,  Kira  Nęcka,  Lilitka  Suchobłocka,  Mirta 
Harniewiczówna, no, i cała trójka z Zalotów.   

Szybko  orientując  się  w  sytuacji,  wszystkie  te  panny  usilnie  zabiegały  o  życzliwość 

Magdy, nie ulegało bowiem wątpliwości, że pan Jan żywi dla niej największą sympatię, że ją 
wysoko  ceni  i  że  zatem  z  jej  zdaniem  będzie  się  liczył.  Tym  też,  nie  ulegając  złudzeniom, 
tłumaczyła  sobie  Magda  nagłą  zmianę  frontu  nie  tylko  wśród  tych  zadzierających  nosa 
dziewcząt, lecz i wśród ich matek, czy ciotek.   

– Dzięki kuzynowi stałam się modna w okolicy – mówiła panu Raszewskiemu – jeszcze 

kilka tygodni, a gotowam uwierzyć, że przestali mnie uważać za intruza.   

–  To,  co  kuzynka  mówi  –  odpowiedział  –  jest  najlepszym  dowodem,  jak  bezsilna  jest 

wszelka niechęć wobec niej.   

– Nie tak bardzo bezsilna – wzdychała.   

– Bezsilna, gdyż kuzynka ma dość poczucia własnej wartości, by stanąć ponad tym.   

– Nie wiem – potrząsała głową. – Ja nie potrafię jednak tak gardzić wszystkimi, jak...   

– Jak kto?...   

– Jak oni mną gardzą – dokończyła i przygryzła wargi.   

Pan Raszewski poruszył się na krześle:   

–  Nie  wierzę,  by  tak  być  mogło.  To  jest  nieprawdopodobne...  A  zresztą...  Gdyby  nawet 

tak było, czyż dosięgłoby to bodaj... bodaj... nóg pani?   

– Dosięga... O, tak dosięga! Bo za cóż bym ich nienawidziła?   

Powiedziała to cicho, ale z takim błyskiem w oczach, że pan Jan umilkł na chwilę.   

– Kogo pani tak nienawidzi, kuzynko? – zapytał po chwili.   

– O, czyż pan nie wie? Czy pan nie rozumie? Ich wszystkich. Tych ludzi, którzy uważają 

się  za  uprawnionych  do  patrzenia  na  mnie  z  wysokości...  swoich  drzew  genealogicznych 
dlatego, że jestem córką ... Pan tego może nie wie, że jestem córką rzeźnika? Tak! Mój ojciec 
ma do dziś jatkę na Tamce. Jatkę, w której ja pracowałam...   

Spojrzał jej prosto w oczy:   

– Wiem o tym.   

–  Czyż  to  jest  taką  hańbą?  Czy  naprawdę  jestem  ulepiona  z  innej  gliny?  Czy  i  memu 

dziecku każą, gdy dorośnie, pogardzać mną, rodzoną matką?   

Raszewski uśmiechnął się:   

– Sama kuzynka widzi, jaki w tym tkwi absurd.   

– O nie. Nie zaprzeczy pan, bo pan ich jeszcze lepiej rozumie, niż ja.   

– Jeżeli nawet! Czy sądzi kuzynka, że myślę tak, jak oni?   

Spojrzała nań uważnie. Miał wygląd wzruszonego i dlatego nie powiedziała owego "nie 

wiem", które już miała na ustach.   

– Czy kuzynka mnie też do nich zalicza?   

–  O  nie  –  zaprzeczyła  szczerze  –  Nie  byłabym  przecież  z  kuzynem  tak  szczera,  tak 

niepotrzebnie szczera.   

Ostrożnie i powoli wziął jej rękę i podniósł do ust.   

– Dziękuję – szepnął – Bardzo dziękuję.   

background image

Później  siedzieli  w  milczeniu,  oboje  zamyśleni.  Ona  automatycznie  szydełkowała,  on 

patrzył  gdzieś  w  przestrzeń.  Umieli  tak  godzinami  bez  słowa  siedzieć  obok  siebie  i  Magda 
zawsze odnosiła dziwne wrażenie, że jej myśli jakoś, w niewytłumaczalny sposób, splatają się 
z jego myślami, że nie posługując się wyrazami prowadzą w dalszym ciągu rozmowę.   

–  Mogłabyś,  kochanie,  jakoś  zabawiać  tego  biedaka  Janka  –  powiedział  jej  kiedyś 

Ksawery. – Nudzicie się oboje, jak mops w szufladzie. Ja wiem, że on jest mało interesujący, 
ale już poświęć się...   

Magda wzruszyła ramionami:   

– Wcale się nie nudzimy. A poza tym, dlaczego nazywasz go biedakiem?   

– No, biedak, bo z jego chorowitością i z tą, za przeproszeniem urodą, nudziarz...   

–  Mój  Wery  –  spojrzała  nań  chłodno.  –  Bardzo,  bardzo  żałuję,  że  nie  jesteś  do  niego 

podobny.   

– Wolne żarty – oburzył się.   

– A jeszcze ci i to powiem, że milczenie w towarzystwie Janka jest bardziej interesujące, 

niż rozmowa...   

– ze mną – dokończył. – Dziękuję za uznanie. Wybaczysz jednak, że jestem odmiennego 

zdania.   

–  Dobre  mniemanie  o  sobie,  to  połowa  szczęścia,  ale  tak  dobre,  to  już  chyba  szczęście 

całe i to z nawiązką.   

Ksawery wzruszył ramionami:   

– Gdybym przejął się opinią, jaką ma o mnie mój szanowny papa i jaką mnie darzy moja 

najdroższa  żona,  chybabym  się  musiał  powiesić.  Ale  na  szczęście  nie  jestem  aż  taki  głupi  i 
wiem,  że  chcesz  wzbudzić  we  mnie  zazdrość.  Proszę  cię  bardzo.  Ale  wybierz  inny  obiekt, 
gdyż o Janka dalibóg nie potrafię być zazdrosny.   

Rozmawiali w sypialni Magdy i Ksawery zezem obserwował siebie w lustrze. Wydał się 

jej jeszcze bardziej dziecinny niż zawsze.   

– Mylisz się – powiedziała. – Pan Jan, jako rywal, mógłby się z tobą wcale nie liczyć...   

– Mówisz, bo chcesz mnie podrażnić – skrzywił się.   

– Nie, bynajmniej. Chcę cię tylko otrzeźwić. Czyż nie widzisz, dlaczego mamy teraz taki 

tłok różnych dziewic?   

– Ach! – machnął ręką. – Przyjeżdżają dla Janka, oczywiście... Każda chciałaby wyjść za 

mąż.  Przyjeżdżają  dla  niego,  bo  ja  już  jestem  nie  do  wzięcia,  ale  przecież  nie  z  nim  się  po 
kątach całują...   

– Tylko z tobą?   

– O, tego nie powiedziałem...   

– Nie błaznuj, Wery – westchnęła. – To nie jest ani imponujące, ani taktowne. Poza tym 

absolutnie wykluczam tego rodzaju wybryki pod jednym dachem. I ostrzegam cię, że tego już 
nie umiałabym tolerować!   

–  Przepraszam  cię  –  skłonił  się  sztywno.  –  Nie  miałem  zamiaru  ci  zaimponować,  ani 

dotknąć  twego  wyrafinowanego  poczucia  taktu,  którego  skromne  wychowanie  nie  umiało 
mnie nauczyć.   

Chciał wyjść, lecz go zatrzymała:   

– Coś przez to chciał powiedzieć? – zapytała z roziskrzonym wzrokiem.   

– To, że moi rodzice źle mnie wychowali.   

background image

–  Masz  rację.  Bardzo  źle  –  odpowiedziała  już  spokojnie.  –  Bo  jeżeli  pozwalasz  sobie 

wobec  słabej  i  chorej  kobiety,  wobec  kobiety,  którą  rzekomo  kochasz,  na  tak  szydercze 
aluzje...   

– Ależ Magduś, ja żadnych aluzji...   

–  Znęcaj  się,  znęcaj  razem  ze  wszystkimi  nade  mną  –  mówiła  przerywanym  głosem.  – 

Wytykaj, wyszydzaj moje pochodzenie... To bardzo rycerskie, bardzo szlachetne...   

Rzucił  się  przed  nią  na  kolana,  przepraszał  i  przysięgał  na  przemian,  całował  jej  ręce  i 

nogi,  zapewniał,  że  ani  mu  w  głowie,  coś  podobnego  postało,  a  w  chwilę  potem,  że  jest 
łajdakiem i ostatnim chamem, że wstyd mu samego siebie.   

Rozrzewnił się, jak zwykle, łzy spływając po twarzy zwilżały uczernione wąsy i farba się 

rozmazywała, a włosy sterczały zburzone kosmykami na wszystkie strony.   

Potem  na  pół  godziny  zasiadł  przed  lustrem  i  Magda  musiała  pomagać  mu  w 

doprowadzeniu przedziałka do poprzedniej nieskazitelności.   

Po  każdej  podobnej  scenie  manifestacyjnie  przez  kilka  dni  adorował  żonę,  co  mu  nie 

przeszkadzało wymykać się na spotkania z Bożenką Słucką.   

Ż

ycząc Raszewskiemu jak najlepiej, Magda przejęta była całkiem poważną troską, którą z 

panien  mu  swatać?  Przy  tej  sposobności  doszła  do  przeświadczenia,  że  jest  niezwykle 
wymagająca.  W  każdej  widziała  jakieś  wady,  każda  w  zestawieniu  z  panem  Jankiem 
wydawała  się  wręcz  okropna.  Człowiek  tego  pokroju  zasługiwał  na  żonę  pod  wszelkimi 
względami  nieprzeciętną.  A  przede  wszystkim  wierną,  uczciwą,  stałą.  Tymczasem  o 
większości  okolicznych  panien  krążyły  sprawdzone  i  niesprawdzone  plotki,  które  w  oczach 
Magdy  absolutnie  je  dyskwalifikowały.  Kiedyś,  wkrótce  po  osiedleniu  się  w  Wysokich 
Progach,  Magda  oburzała  się,  ilekroć  docierały  do  jej  uszu  pogłoski  o  flirtach  i  romansach 
dziewcząt  i  mężatek  z  sąsiedztwa.  Będąc  w  "Złotej  Masce",  przekonała  się  naocznie,  że 
zawsze wiadomości podobne są albo z gruntu fałszywe, albo przesadzone. Prawie całe miasto 
uważało za pewnik, że każda aktorka czy tancerka z miejsca jest do zdobycia za mniejszą lub 
większą kwotę, że dzień po dniu ma nowych kochanków. Nie było to jednak prawdą.   

Przynajmniej połowa tych kobiet nie zasługiwała na najmniejszy zarzut, a reszta? Reszta 

robiła to z potrzeby, dla utrzymania się przy pracy, dla kariery, czasem dla pieniędzy, częściej 
jednak z miłości, z prawdziwej i nie zawsze słodkiej miłości.   

Z biegiem czasu, zbliżając się do coraz to nowych kobiet z okolicy, nabierała o nich coraz 

gorszej  opinii.  Po  prostu  puszczały  się.  Dla  sportu,  dla  zabicia  nudów,  dla  kaprysu. 
Oczywiście, było też dużo takich, o których nic złego nie można było powiedzieć, ale te nie 
cieszyły  się  popularnością.  Młodzież  mówiła  o  nich  ziewając,  jak  na  przykład  o  Jance 
Runickiej,  czy  o  Krysi  Dorowiczównie.  Ogromnie  traciły  wśród  reszty  rozwydrzonych 
panien.  Wyglądały  świętoszkowato,  a  chociaż  może  niejedna  z  nich  miała  bardzo  dużo 
wdzięku,  z  racji  powściągliwości  i  przestrzegania  dobrych  form,  nie  znajdowały  tylu 
sposobności do zwrócenia na siebie uwagi.   

Dla Raszewskiego zaś Magda chciała znaleźć jakiś wymarzony ideał.   

Jeżeli zaś Ruta z Zalotów bynajmniej ideałem nie była, w każdym razie jej uroda, czar, a 

przede wszystkim młodość wysuwały ją na czoło w planach Magdy. Jedynym minusem Ruty 
było zbytnie rozhukanie, zanadto rozwinięty temperament i – co Magdę  najbardziej raziło – 
brak dystynkcji.   

Ogromnie lubiła Rutę. Jednakże żonę Raszewskiego musiała wyobrażać sobie jako damę 

w całym znaczeniu tego słowa. W tym też kierunku usiłowała wpłynąć na Rutę. Oczywiście 
nie wtajemniczała jej w swoje projekty. Zapraszała ją tylko coraz częściej i tak manewrowała, 
by pan Janek jak najdłużej mógł przebywać w jej towarzystwie.   

background image

Ruta nie unikała Raszewskiego. Zdobywała się nawet na przesiadywanie z nim i Magdą 

po  kilka  godzin,  co  przy  jej  ruchliwości  było  prawie  poświęceniem.  Podobał  się  jej,  a  poza 
tym  uległa  powszechnej  modzie. Jednak  ku  niezadowoleniu,  a  nawet  zgorszeniu  Magdy  nie 
umiała ocenić nadzwyczajności tego człowieka.   

Była  na  to  zbyt  młoda.  Dopiero  po  dłuższym  życiu  i  po  wielu  doświadczeniach  kobieta 

uczy się cenić mężczyznę. Z wiekiem stopniowo ceni go coraz bardziej, coraz mniej zwraca 
uwagę  na  jego  wady,  coraz  pobłażliwsze  stosuje  kryteria,  aż  wreszcie  ślepnie  na  to,  co  ją 
kiedyś  jako  młodą  dziewczynę  śmieszyło  czy  odpychało  w  mężczyźnie  i  zaczyna  go 
przeceniać.   

Ruta  miała  zaledwie  lat  osiemnaście,  Magda  postanowiła  rozbudzić  w  niej  zachwyt, 

bezprzecznie  należny  Raszewskiemu.  Rezultat  jednak  długich  rozważań  i  przedstawień  jego 
wyjątkowości był całkiem niespodziewany.   

Oto pewnego dnia, po wysłuchaniu dłuższych wywodów Magdy, Ruta z właściwą sobie 

bezpośredniością powiedziała:   

– Ależ ty jesteś w nim zakochana!   

Magda nieoczekiwanie dla siebie samej zmieszała się:   

– Co też ty pleciesz!   

– Nawet się zaczerwieniłaś! – wybuchła śmiechem Ruta.   

– Ja?... Co za pomysł! Jesteś bardzo niemądra.   

– No, tak się nim zachwycasz – usprawiedliwiała się Ruta.   

–  Ależ!  Zachwycam  się!  Wcale  nie  zachwycam  się,  tylko  po  prostu  widzę  jego  zalety. 

Sprawiłaś mi dużą przykrość. Nie Ruteńko, posądzałam cię o więcej subtelności.   

Skończyło  się  przeprosinami  i  zapewnieniem,  że  był  to  tylko  niewczesny  żart.  Ale  po 

wyjeździe Ruty Magda długo nie mogła doprowadzić do porządku swoich myśli.   

Zapewne. Uważała Raszewskiego za mężczyznę całkiem wyjątkowego. Żadnego innego 

nie  mogłaby  z  nim  porównać.  Ale  posądzenie  jej  z  tego  powodu  o  miłość  było  nonsensem. 
Miłość przede wszystkim jest ślepa. Gdy kochała się w  Bończy, obojętne jej było, jakie ma 
zalety i wady. Ceniła go nad cały świat. Oto wszystko. Miłość... Misia Pichelówna dałaby się 
zabić  za  swego  kochanka,  choć  był  bandytą  i  sutenerem.  Pamiętała  także  uczucie 
Biesiadowskiego,  uczucie,  które  nie  zmieniało  się  pomimo  tego,  że  ona,  Magda,  w  jego 
pojęciu zeszła na złą drogę. Bo kocha się nie za coś, lecz niewiadomo dlaczego...   

A tutaj Magda mogła wyliczać jego plusy niczym w spisie inwentarza.   

– Absurd.   

Pomimo  takiej  konkluzji  Magda  zaczęła  baczniej  obserwować  siebie  w  stosunku  do 

Raszewskiego. Niewątpliwie czuła doń bardzo wiele sympatii, na pewno z nikim nie było jej 
tak dobrze. Może nawet za wiele okazywała mu życzliwości. Za wiele...   

I  posądzenie  Ruty  sprawiło  to,  że  Magda  próbowała  teraz  unikać  towarzystwa  pana 

Janka, że starała się nadać swemu sposobowi bycia ton bardziej konwencjonalny. Nawet nie 
przypuszczała, że będzie jej z tym nieznośnie, że tyle trzeba będzie zadać sobie przymusu.   

Raszewski  od  razu  dostrzegł  tę  zmianę.  Nic  nie  powiedział,  ale  w  jego  oczach  widziała 

wciąż zdumione pytanie i jakby niepokój czy smutek. A to dręczyło ją jeszcze bardziej.   

Na szczęście zbliżał się dzień chrzcin małego Tomka i w związku z przygotowaniem do 

tej  uroczystości  miała  więcej  zajęć,  niż  zwykle.  Przyjęcie  na  prawie  sto  osób,  z  których 
połowa  zostać  miała  na  noc,  lub  nawet  na  kilka  dni,  obmyślenie  wszystkiego,  zaopatrzenie 

background image

spiżarni  i  piwnicy,  sprowadzenie  orkiestry  z  Warszawy  i  cała  masa  związanych  z  tym 
kłopotów pochłaniała moc czasu.   

Tym  bardziej  dbała  o  wszystko,  że  od  objęcia  przez  nią  rządów  w  Wysokich  Progach 

miało  to  być  pierwsze  wielkie  przyjęcie,  wielki  zjazd  i  bal.  Ksawery  nalegał,  by  nie  robić 
ż

adnych tym razem oszczędności.   

– Musimy im pokazać – mówił – że Wysokie Progi nie zeszły na dziady.   

Wtrącał  się  we  wszystko.  Wymógł  na  Magdzie  cały  szereg,  jej  zdaniem,  zbędnych 

wydatków.  Wina  miały  być  najlepszych  marek,  sala  balowa,  jadalnia  i  hall  musiały  być 
oświetlone  świecami,  dla  służby,  nawet  dla  kelnerów,  sprowadzonych  z  miasta,  trzeba  było 
zamówić liberyjne fraki.   

–  Moja  droga  –  wstawiała  się  za  synem  pani  Aldona.  Już  skoro  tylko  raz  na  kilka  lat 

zaprosimy trochę gości, niechże przynajmniej wygląda to po ludzku.   

I  Magda  nie  opierała  się  zbytnio.  Jej  samej  zależało  na  wystawności,  nawet  na 

wykwincie.  Wiedziała,  że  najmniejsze  uchybienie  zostanie  przez  kochanych  gości 
przepytlowane  później  po  tysiąc  razy  i  że  we  wszystkim  będą  starali  się  doszukiwać 
towarzyskiego, gospodarskiego i wszelkiego innego niewyrobienia "rzeźniczki".   

Minęły już wprawdzie dawno te czasy, gdy ktokolwiek mógł się odważyć na jakąś aluzję, 

kpinkę,  czy  dowcip.  Magda  nauczyła  się  jednym  spojrzeniem  przywoływać  do  porządku 
najbardziej  swobodnych  znajomych,  kilku  słowami  osadzać  w  miejscu  każdego,  kto, 
rozmawiając z córką rzeźnika Nieczaja z ulicy Tamki, zapomniał, że jest ona panią Runicką 
na Wysokich Progach. Szkoła panny Klementyny z Radzieńca nie poszła na marne.   

Za plecami mogli szeptać do woli, ale gdy z podniesioną głową i z zimnym uśmiechem 

na ustach wchodziła do salonu i na mgnienie oka zatrzymywała się, by dać obecnym czas do 
zauważenia jej obecności, musiały, tak, musiały umilknąć wszystkie rozmowy.   

Chciano by ją zepchnąć na ostatnie miejsce i właśnie dlatego nie mogła sobie pozwolić na 

zajmowanie innego, niż pierwsze.   

Może i domyślali się, jak bardzo nuży ją ta poza, ile nerwów i zmęczenia kosztuje ją ta 

rola. Mniejsza o to. Znalazłszy się sama, dość miała czasu na biedny, bezsilny płacz, na gniew 
i smutek. Wobec ludzi trzeba było nie być sobą.   

– Jesteś wręcz wspaniała – zachwycał się nią Ksawery – wyglądasz jak udzielna księżna.   

I całował ją po rękach, wdzięczny za zaspokojenie jego snobizmu.   

Nie  było  mu  wprawdzie  tak  wesoło  ani  tak  swobodnie  jak  dawniej,  gdy  w  Wysokich 

Progach  pod  protektoratem  pani  Aldony  aż  dudniło  od  niekrępowanej  zabawy,  gdy  iskrzyło 
się  od  pieprznych  dowcipów,  pikantnych  plotek  i  anegdot,  ryzykownych  dwuznaczników,  a 
często  gęsto  i  od  słówek  grubych,  soczystych,  dosadnych  przyjmowanych  podłechtanym 
chichotem  lub  głośnym  rubasznym  śmiechem.  Wtedy  i  rozmowy  były  inne,  a  w  drażnieniu 
własnej  czy  cudzej  wstydliwości  znajdowało  się  powab  przyśpieszonych  konkurów, 
kończących  się  doraźnie  w  gąszczu  parku  lub  na  ławeczkach  przy  stawie.  Taka  już  była  tu 
atmosfera, naelektryzowana, ostra, łaskotliwa.   

W  Radzieńcu  rozmawiano  o  polityce,  w  Zalotach  o  zasiewach,  zbiorach,  cenach  i 

perspektywach rynkowych, w Pomiechowie o polowaniach, w Hańczy o koniach i wyścigach.   

Do Wysokich Progów przyjeżdżali – poświntuszyć... Ci sami ludzie w każdym domu byli 

inni. Tam dyskutowali, ówdzie nudzili się, gdzie indziej bawili się, lecz nigdzie tak, jak u pani 
Aldony.   

Dziś Wysokie Progi pod surowym spojrzeniem Magdy stały się cichsze, sztywniejsze, ale 

za to bardziej wytworne, bardziej pańskie.   

background image

Nawet  taki  facecjonista  i  mistrz  od  wybryków,  jak  Władek  Zaimski  z  Bezmianowa, 

któremu przebaczano tysiączne nietakty, a który  przyjechał wprawdzie z frakiem w walizie, 
jak wszyscy, ale w sportowym ubraniu, zażenował się po przywitaniu Magdy i aż do wieczora 
nie pokazał się, ukrywając w sypialni Ksawerego. A przecież Magda powiedziała mu tylko:   

– Ładnie to z pańskiej strony, panie Władysławie, że przerwał pan dla nas zapewne miłą 

przejażdżkę konną.   

Ksawery, który to słyszał, rósł jak na drożdżach. Przechodząc obok Magdy, szepnął:   

– Brawo! Dałaś mu po nosie, z pierwszoklaśnym fasonem.   

– Mój Wery – zatrzymała go. – Zastanów się, jakie to zabawne...   

– Co?   

– No to, że nawet wytworność chwalisz trywialnymi, gminnymi wyrazami.   

Zaniepokoił się:   

– Przecież nikt nie słyszał?   

Magda zmierzyła go zimnym spojrzeniem:   

– Owszem. Ja słyszałam.   

Skrzywił się, ale zaraz roześmiał i pocałował ją w rękę:   

– Przepraszam, kochanie.   

Odszedł, a Magda słuchając jakichś nudnych wywodów siedzących obok prałata Skuminy 

i wojewodziny Buszerowej, z goryczą rozmyślała o Ksawerym, o tym warchole Zaimskim, o 
nich wszystkich. Wydawali się jej śmieszni i niemądrzy. Ten snobizm, to nadymanie się, ta 
poza,  to  ustawiczne  wspinanie  się  na  palce.  Ziemiaństwo.  Czymże  są  lepsi  od  wszystkich 
innych? Jaką posiadają wartość osobistą, czy społeczną? Większość z nich to nieuki i lenie. 
Ci,  co  tak  głośno  rozprawiają  o  gospodarstwie,  najczęściej  nic  nie  robią.  Pracuje  za  nich 
rządca, karbowy, chłop, no i ziemia, na którą nie zapracowali, która spadła im do kieszeni po 
przodkach.  Po  tych,  co  ją  albo  mieczem  wywalczyli,  albo  za  wiele  zasług  otrzymali. 
Narzekają na złą koniunkturę, na nieprzychylną politykę, oburzają się tak, jakby swoje prawa 
ciężkim trudem zdobyli, jakby dla ich zachowania palcem ruszyli! Czemuż taki Biesiadowski 
mógł  z  niczego,  własną  pracą  dorobić  się  miliona,  czemu  ojciec  mógł  powiększyć 
odziedziczoną jatkę, ba, czemu żaden chłop swoich mizernych paru mórg nie stracił, żaden, 
jak  Polska  długa  i  szeroka,  a  Karczówkę  trzeba  było  sprzedać,  a  nie  ma  w  całej  okolicy 
nikogo, kto by z ojcowizny czegoś nie dał na długi, nie parcelował, lub folwarku nie sprzedał, 
z  wyjątkiem  wuja  Holimowskiego,  co  go  żydowskie  pieniądze  ratują,  i  stryja  Marka,  który 
umie  –  jak  trzeba  –  w  łatanych  spodniach  chodzić  i  rzucić  palenie  dla  oszczędności  paru 
złotych miesięcznie.   

Więc skąd te pretensje, skąd ta pycha? Są gorsi od innych, bo i dla ogółu nic nie robią. 

Nieliczni  tylko  pracują  społecznie,  czy  politycznie.  Nazywają  siebie  warstwą  historyczną. 
Owszem, ich przodkowie byli nią naprawdę, oni tworzyli naród i państwo, oni doprowadzili 
je  do  potęgi,  a  później  do  upadku.  Bo  karleli,  bo  degenerowali  się  duchowo,  bo  ich 
potomkowie odziedziczali pychę, ale nie ambicję, chęć posiadania,  ale nie siłę, pretensję do 
rządzenia, ale nie wolę.   

–  Wszystko,  co  jest  piękne  i  wielkie,  co  jest  tradycją  i  kulturą  –  mówiła  panna 

Klementyna – stworzyli królowie i szlachta.   

Magda obrzuciła wzrokiem tłum gości i uśmiechnęła się ironicznie: – Cóż oni tworzą? Co 

wielkiego i pięknego? Jaką tradycję? Jaką kulturę po tych dworach, gdzie do starych bibliotek 
nikt  nie  zagląda,  gdzie  już  nie  tylko  o  nową  książkę,  lecz  o  gazetę  trudno?  Gdzie  sztukę 
reprezentuje  taki  sam  gramofon,  jak  w  mieszkaniu  rzeźnika  Nieczaja,  tylko  o  kilkadziesiąt 

background image

czy  kilkaset  złotych  droższy,  literaturę  –  przygodnie  pożyczony  tygodnik  humorystyczny,  a 
nauke,  popularne  odczyty  przez  radio,  odczyty,  przy  których  zresztą  zasypia  się  tak  często! 
Jakąż oni zostawią swym dzieciom tradycję i kulture?   

– O czym kuzynka rozmyśla – usłyszała nad sobą głos Raszewskiego.   

Przetarła czoło i uśmiechnęła się:   

– O bardzo, bardzo przykrych rzeczach, o bardzo bolesnych.   

– Czy może się nimi kuzynka ze mną podzielić?   

– Nie – potrząsnęła głową. – Kuzyn nie zrozumie mnie. Przepraszam bardzo, ale pan nie 

może tego zrozumieć... A poza tym nie chciałabym kuzyna do siebie zrażać...   

– O, to jest niemożliwe...   

– Zapewniam pana. Myślałam bardzo brzydko o...   

– O mnie?... – pochwycił.   

– O, nie... Cóż znowu... Ale o swoich  gościach.  – Prawda, jak to nieładnie? Zresztą nie 

tylko o gościach. O domownikach też.   

W oczach Raszewskiego błysnęło zaciekawienie:   

– Z domowników, to chyba nie o mężu, którego kuzynka kocha...   

Zrobił pauzę, jakby na odpowiedź [...] – Broń Boże – zaprzeczyła żywo – on właśnie jest 

wyjątkiem.   

– Dlaczego?   

Niepostrzeżenie  dla  siebie  samej  dała  się  wciągnąć.  I  oto  słowo  po  słowie  zaczęła 

powtarzać  mu  swoje  myśli.  Słuchał  w  skupieniu  i  nie  przerywał.  On  tak  cudownie  umiał 
słuchać. Dla niego rozmowa nie była li tylko sposobnością do popisania się zręcznością  ani 
nawet  okazją  do  zaimponowania  inteligencją.  Chciał  i  umiał  podążać  za  cudzymi  myślami, 
zależało mu na najlepszym zrozumieniu przedstawianych poglądów, nie zaś na chwytaniu za 
słówka,  czy  wykorzystywaniu  niezręcznych  zwrotów  osoby,  z  którą  prowadził  dyskusję. 
Rozmawiając  z  nim  nie  trzeba  było  ważyć  słów  w  obawie,  że  zostaną  przyjęte  ze  złą  wolą, 
można  było  odpocząć  po  nieustannej  czujności  i  mówiąc  po  prostu,  wiedząc,  że  nawet 
nieudolnie wyrażone myśli zostaną zrozumiane.   

Siedział  obok  lekko  pochylony  ku  Magdzie.  Szare  oczy  patrzyły  prosto  i  życzliwie, 

ciemna, opalona twarz odcinała się wyraźnie między siwizną włosów  a bielą  gorsu. Był już 
we fraku, jak i większość panów. Panie jeszcze przebierały się na górze.   

Raz  po  raz  ktoś  zbliżał  się  do  Magdy  i  wówczas  przerywała  swój  wywód  na  kilka 

zdawkowych odpowiedzi. Wreszcie umilkła.   

Nie  wątpiła,  że  jeżeli  nie  obraziła  Raszewskiego,  w  każdym  razie  zniechęciła  go  do 

siebie. Może i źle zrobiła. Bądź co bądź należało liczyć się z tym, że należy do tej, tak surowo 
skrytykowanej przez nią kasty, że należy do niej z dziada pradziada, że sam jest ziemianinem, 
ż

e  tysiącami  nici  przyjaźni,  pokrewieństwa,  wspólnych  poglądów  i  wspólnych  interesów 

związany jest z ziemiaństwem.   

Już zaczynała żałować niepotrzebnego przypływu otwartości, gdy Raszewski powiedział:   

– Rozumiem, droga kuzynko, jej gorycz. Na pewno w tym, co kuzynka mówiła, jest wiele 

racji,  ale  gorycz  będzie  zawsze  przeszkodą  w  bezstronności.  Dlatego  przez  nią,  jak  przez 
przydymioną szybkę, można dostrzec niektóre jaskrawe kolory, wyrazistsze kształty, bardziej 
rzucające się w oczy szczegóły. Ale obraz nie będzie prawdziwy.   

– Takim go widzę – odpowiedziała.   

background image

–  Bo  szybka  nie  jest  przeźroczysta.  Nie  z  winy  kuzynki,  broń  Boże!  Leżą  na  niej  całe 

pokłady sadzy. Kiedyś opowiadała mi kuzynka,  dlaczego  chciała  wyjść za ziemianina. Otóż 
to,  czego  pragniemy,  ubieramy  zawsze  w  tęczowe  kolory.  Niepodobna  marzyć  o  rzeczach 
pospolitych. Przynajmniej ten, kto marzy, przedmiotu swoich marzeń nie uważa nigdy za coś 
szarego, banalnego, zwykłego.  Idealizowanie celu zaś sprowadzić musi rozczarowanie w tej 
samej chwili, gdy cel osiągamy.   

–  Czyż  nie  ma  celów  prawdziwie  pięknych,  których  osiągnięcie  nie  jest  równocześnie 

rozczarowaniem?   

– Zapewne. Lecz stawiając przed sobą taki cel, należy z góry przygotować siebie...   

– Do zawodu?...   

–  Nie.  Właśnie  ustrzec  się  od  zawodu  trzeźwym  rozważeniem  wszystkich,  możliwie 

wszystkich stron dodatnich i ujemnych.   

Magda uśmiechnęła się blado:   

–  A  pan,  kuzynie,  zawsze  swoje  cele  wybiera  według  rezultatu  takiego  buchalteryjnego 

rachunku?   

Spojrzał jej niespokojnie w oczy, zaczerwienił się z lekka i powiedział:   

– Jeżeli celem jest... ma być... szczęście... a uzmysłowione jest, ucieleśnione, uosobione, 

wtedy rachunek na nic się nie przyda. Jest zbędny, bo uczucie nie umie rachować.   

Zmarszczył brwi i niecierpliwie poruszył ramieniem:   

– Ale odbiegliśmy od tematu – zaczął. – Otóż kuzynka nie znalała w środowisku naszym 

walorów umysłowych, kulturalnych, moralnych, społecznych czy indywidualnych dlatego, że 
spodziewała się ich nadmiaru, ich pełni. A tego wymagać nie można. Zresztą sama kuzynka 
dostrzegła  wyjątki  i  takich  ludzi,  i  takie  rodziny,  i  takie  obyczaje,  dla  których  trzeba  mieć 
szacunek.   

– Wyjątki – wtrąciła Magda.   

– Nie tak rzadkie, jak się zdaje, jak się może zdawać komuś, kto poznał tylko Wysokie 

Progi. Nie zamierzam kuzynki nawracać, ale proszę mi wierzyć, że nie wszędzie jest tak źle. 
Poza  tym  pozwolę  sobie  na  małe  porównanie.  Otóż  w  ziemiaństwie  jest  tak,  jak  na  roli, 
przychodzą  czasem  nieurodzaje.  Plony  wówczas  bywają  wątłe,  nędzne,  karłowate.  Posucha, 
deszcze,  mrozy,  słowem  klęski,  wobec  których  ludzie  są  bezsilni,  tak  samo  jak  bezsilni  są 
wobec  wojny  czy  kryzysu  gospodarczego,  wobec  potężnych  przemian  ekonomicznych  czy 
obyczajowych – najżyźniejsze grunty pod ich działaniem porastają bezużytecznymi, a nawet 
szkodliwymi chwastami. Ale przecież ta ziemia nie traci swojej racji bytu, ani swojej istotnej 
wartości. Gdy klimat wraca do zachwianej równowagi, cierpliwa ziemia znów hojnie będzie 
rodzić kłosy pełne, ziarna zdrowe, owoce dojrzałe. Bo w ziemi jest siła i moc przetrwania, bo 
nie kończy się jej życie wraz ze żniwami, wraz z jednym, czy nawet z kilkoma pokoleniami.   

Zamyślił się i dodał:   

– Na bruku i betonie nic rosnąć nie może. Tak jak miasta żywią się tym, co daje ziemia, 

tak  samo  i  cała  kultura  tych  miast  to  produkt  ziemi.  Dość  przypomnieć  sobie  nazwiska 
uczonych  i  poetów,  nazwiska  naszych  mężów  stanu  i  działaczy  społecznych,  ba,  nazwiska 
wielotysięcznej  inteligencji  miejskiej.  Tych,  co  tworzyli  kulturę  i  tych,  co  ją  utrwalali. 
Ogromna ich większość wyszła właśnie z tej ziemi, z tej warstwy, z dworów i dworków. Nie 
twierdzę,  by  było  to  zasługą  ziemiaństwa.  Nie.  To  jego  przyrodzona  funkcja.  Było  i  będzie 
wielkim rezerwuarem, z którego cały kraj czerpie, było i będzie glebą, żywiącą wszystkich...   

background image

Magda słuchała zdziwiona i zaskoczona jego wywodami. Cisnęły się jej na usta rozmaite 

słowa  sprzeciwu,  kontrargumenty,  pytania.  Tak  chciałaby  z  nim  o  tym  pomówić.  Tym 
bardziej, że w jego poważnym bezosobowym tonie odczuła jakby chłód do siebie.   

Niestety, przysiadło się do nich kilka osób, a w końcu przybiegł Ksawery:   

– Jak to? – zawołał. – Jeszcze się nie przebrałaś?   

– A to już czas?   

– Ja myślę! Zaraz zaczyna się bal. Co ty wyprawiasz, moja droga!   

– Nie widzę powodu aż do rozpaczy. Nie będę przecież tańczyć i możecie zaczynać beze 

mnie – odpowiedziała spokojnie.   

– Ależ nie wypada! Musisz natychmiast przebrać się! irytował się Ksawery.   

– Uspokój się, Wery – powiedziała już zagniewana. – Sama wiem, co mam robić i kiedy.   

Wstała i wyszła z pokoju. W jadalni dopędził ją Raszewski.   

– Nie zatańczy kuzynka? Ani jednej tury?   

–  Nie,  dziękuję  –  potrząsnęła  głową.  –  Zatańczyłabym  z  panem,  ale  przede  wszystkim 

musiałabym zacząć z mężem, a do tego najmniejszej nie mam ochoty...   

Szybko  przebrała  się,  zajrzała  jeszcze  do  dziecka  i  zeszła  na  dół.  Gdy  weszła  do  sali 

balowej, Ksawery skinął na orkiestrę i rozległy się pierwsze tony straussowskiego walca.   

Ksawery skłonił się przed Magdą, gdy zaś podziękowała mu skinieniem głowy, poprosił 

matkę. Za nimi poszły inne pary. Bal się rozpoczął.   

Zamigotały w świecznikach i kinkietach żółtymi płomykami świece. Walc zapełniał salę 

rytmicznie  wirującą  masą  barwnych  sukien,  czarnych  fraków,  wielkimi  żywymi  plamami 
obnażonych pleców.   

Po  drugiej  stronie,  przy  drzwiach  do  złotego  salonu  stał  Janek  Raszewski,  smukły, 

samotny, zapatrzony, poprzez tłum tańczących, gdzieś w przestrzeń. Magdę ogarnęło nagłe i 
nierozumne  rozczulenie.  Do  tych  jego  smutnych  oczu,  do  nieładnej,  ale  jakże  stylowej 
twarzy,  do  tych  siwych  włosów.  Po  raz  pierwszy  przyszło  jej  do  głowy,  że  człowiek  ten 
musiał  przeżyć  jakąś  wielką  tragedię.  Nie  siwieje  się  tak  łatwo  w  czterdziestym  roku  życia. 
Musiała  go  spotkać  jakaś  wielka  krzywda.  Po  raz  pierwszy  poczuła  Magda  wręcz  potrzebę 
dania mu pociechy, współczucia, ciepła.   

Widziała dobrze spojrzenia tych panien, które, wirując, rzucały mu przez ramię tancerza 

zalotne  uśmiechy.  I  ogarnęła  ją  złość:  przecież  to  zwykłe  kłamstwo!  Żadna  z  nich,  nawet 
Ruta, nie zrozumie go, nie zdoła ocenić jego wartości. Każdej chodzi tylko o zrobienie partii, 
o majątek, o jego stosunki, o pozycję towarzyską.   

– Czy mogę przysunąć pani fotel? – usłyszała za sobą głos wuja Holimowskiego.   

– O, dziękuję panu, takim inwalidą już nie jestem.   

Usiedli  obok  i  pan  Holimowski,  umieściwszy  monokl  w  lewym  oku  lustrował 

przemykające obok pary, dzieląc się z Magdą złośliwymi uwagami.   

–  Czyż  tak  powinien  wyglądać  walc  –  krzywił  usta  -nasza  obecna  młodzież  w  walcu 

przypomina  raczej  stadko  poczciwych  owieczek,  opanowanych  kołowacizną.  Walc! 
Widziałem walca w Burgu, w Zimowym Pałacu. Niech pani spojrzy, czyż to jest taniec?   

Poruszeniem głowy wskazał Ziutę Brzeską i młodego Sękowskiego.   

– Podrygi, żałosne podrygi – poprawił monokl. – Nie rozumiem odwagi tych państwa. A 

pani?  Przecież  znając  tańce  sceniczne...  Czyż  nie  razi  pani  ta  kanciastość  ruchów?  Taki,  na 
przykład, ciężki tułów w serii spazmatycznych zrywów? Albo to? Boże!   

background image

Rzeczywiście,  Magda  nie  tak  sobie  wyobrażała  wytworny  bal  w  pałacu.  Wydawali  się 

niezgrabni, a przy tym tak zajęci prawidłami tańca, że w ich ruchach nie było ani swobody, 
ani wdzięku. Nieliczne tylko pary tańczyły ładnie.   

– Ach – myślała – pokazałabym im, jak się tańczy.   

Lecz zaraz przyszła refleksja:   

– I tak nie mogłabym zbytnio wyróżniać się. Powiedzieliby, że tańczę scenicznie.   

Ksawery odprowadził matkę i usadowił ją obok Magdy, a sam udał się na poszukiwanie 

nowej  tancerki.  Pani  Aldona,  zadyszana  i  z  wypiekami  na  policzkach,  wachlowała  się 
zawzięcie, aż jej loczki nad czołem fruwały.   

–  Nieoceniony  chłopak,  nieoceniony  –  powtarzała,  z  trudem  łapiąc  oddech.  –  Jak  on 

prowadzi!   

– Za wysoko trzyma rękę – cierpko zauważył jej brat.   

–  Co?  Za  wysoko?  No  wiesz,  Tomku,  to  już  przyczepka!  Tyś  sam  nigdy  lepiej  nie 

tańczył.   

– Możliwe. W każdym razie nie tak trywialnie.   

Pani Aldona aż wstrzymała sapnięcie.   

– Co?   

–  Mówię,  że  twój  syn  jest  do  walca  za  mało  wytworny  –  kwaśno  skonstatował  pan 

Holimowski.   

Pani Aldona oburzyła się:   

– Ach tak? Wy wszyscy widzicie w Ksawerym wszystkie wady, nawet wyssane z palca! 

Może i dla ciebie mój syn jest... trywialny?   

Magda zmierzyła ją zimnym spojrzeniem:   

– Nigdy tego nie powiedziałam.   

– Jeszcze tego by brakowało – wybuchnęła pani Aldona.   

– Nie powiedziałam, ale to nie znaczy, bym tego nie pomyślała. Nie chodzi mi o taniec. 

Na  ogół  Wery  jest  może  dystyngowany  według  szablonu,  ale  stąd  do  wytworności, 
prawdziwej wytworności, daleko.   

Pan Holimowski zaśmiał się krótko:   

– Bardzo trafna definicja.   

–  Co?  Co?  Tyś  na  brwiach  powinna  chodzić  przed  Werym  –  zasyczała  do  Magdy  pani 

Aldona i chciała jeszcze coś dodać, lecz właśnie orkiestra umilkła i otoczyło ich kilkanaście 
osób.   

Magda  z  wolna  wycofała  się  z  sali.  Dalsze  pokoje  były  puste.  Tylko  w  palarni,  w 

tureckim  gabinecie  i  w  myśliwskim  pokoju  przy  kilkunastu  stolikach  starsi  panowie  i  panie 
grali  w  bridge'a.  W  małym  hallu,  gdzie  urządzony  był  bufet  z  przekąskami,  pięć  czy  sześć 
osób raczyło się alkoholem. W oranżerii przejście Magdy spłoszyło jakąś czułą parę. Magda 
zarzuciła  na  ramiona  szal  i  wyszła  na  taras.  Był  cichy,  chłodny,  jesienny  wieczór.  Z  okien 
smugi  światła  wpadały  w  ciemność,  tu  i  ówdzie  układając  się  zamazanymi  w  konturach 
prostokątami na trawnikach. Z daleka, od czworaków, dobiegały ledwie dosłyszalne dźwięki 
harmonii. Po drugiej stronie w zabudowaniach folwarcznych odzywało się od czasu do czasu 
szczeknięcie psa.   

background image

Po szerokich schodach zeszła z tarasu i schodziła coraz głębiej w ciemność, nieruchomą, 

spokojną  ciemność  uśpionych  drzew.  Żwir  skrzypiał  pod  stopami.  Szare,  bliskie  niebo  nie 
przeświecało żadną gwiazdą.   

Usiadła na ławce przy stawie i patrzyła w czarny kontur wysoko wznoszącego się pałacu, 

gęsto  poznaczony  jasnymi  kwadratami  okien.  Był  to  jej  dom.  Dom  jej  męża,  dziecka,  jej 
nowej  rodziny.  Zamykający  w  sobie  całą  jej  przyszłość,  całe  życie  aż  do  późnej  starości. 
Całe!...   

A  przecież,  gdyby  teraz  wstała  i  poszła  dalej,  najdalej,  w  ten  nieprzenikniony  mrok, 

gdyby roztopiła się w nocy, gdyby się w niej zanurzyła na zawsze, jak w tym stawie, gdyby 
ciemność zamknęła się za nią, jak tafla wody... Nie zostałoby tu po niej ani śladu. Ani śladu. 
Nic nie drgnęłoby w tym pałacu, nawet zmiany żadnej nikt by  nie zauważył. Dwa lata, tak, 
prawie  dwa  lata  jej  życia  pod  tym  dachem,  wśród  tych  ludzi,  zapomniano  by  jak  nieważny 
epizod. Chciano by zapomnieć, zmyć, jak rażącą plamę. Była i poszła. Ani Ksawery, ani jego 
rodzice.  Cóż  znaczy  dla  nich,  co  może  znaczyć?  A  syn?  Czy  nauczono  by  go  nigdy  nie 
zapytać:  –  Gdzie  jest  matka?...  Któż  by  z  nich  pragnął  zobaczyć  łzy  wzruszenia  za  tą 
przybłędą?...   

Serce skurczyło się boleśnie, dojmująco, krew zapulsowała w krtani.   

Czemuż  nie  umie  już,  jak  dawniej,  uciec  od  rzeczywistości,  ozdobić  ją  wyobraźnią, 

rozjarzyć fantazją, przybrać marzeniami?!   

Przymknęła  powieki.  Więc  jak?  Jak?  Aha,  to  jest  jej  dom,  radosny  i  pełen  szczęścia.  I 

miłości.  Jest  kochana.  Bardzo  kochana.  Pochyla  się  nad  nią,  jego  najdroższa  głowa,  szare, 
mądre oczy są pełne uśmiechu, a usta muskają czoło, policzki, wargi. A jej ręce zanurzają się 
w puszystych, siwych, srebrnych włosach i mówi mu, i przysięga, że za każdą cząsteczkę jego 
przeżytych  cierpień  zapłaci  mu  swoją  ogromną,  po  tysiąckroć  razy  powtarzaną  miłością.  A 
cały  świat,  jest  dla  nich  dwojga,  pachnący,  promienny,  ich  świat,  bo  we  dwoje  są  całym 
ś

wiatem. I mały Tomek nie jest synem Ksawerego, nie. Na pewno! Jest synem tej ich miłości.   

Ten pałac, tam wysoko, ależ tak, tak. To miłość, to szczęście.   

Wargi  szeptały  w  gorączkowym  pośpiechu,  palce  zaciskały  się  kurczowo,  po  twarzy 

szybko spływały łzy.   

Tak, teraz wiedziała o sobie całą prawdę: kocha go.   

Boże! Czemuż nie rozumiała tego wcześniej! Jak mogła popełnić na sobie taką zbrodnię, 

jak małżeństwo z Ksawerym! Jakież przekleństwo związało jej życie?   

Pałac  rozbrzmiewał  daleką,  przytłumioną  melodią.  Melodie  zmieniały  się  jedna  po 

drugiej. Bóg wie, jak długo tu siedziała.   

– Wracać, trzeba wracać.   

Podniosła się z wysiłkiem i drewnianym krokiem szła do domu.   

Nagle stanęła. Cóż to za melodia? Stara, tak dobrze znana. Co oni grają? Tak. "Królowa 

Pereł". Jej pierwszy występ.   

"W moim pałacu z korali,   

Wśród opalowych mgieł..."   

A później czarna jaskinia sali hucząca od oklasków. Brawo, brawo!... Brawo!...   

"W moim pałacu z korali,   

Wśród opalowych mgieł..."   

background image

Potem kolacja w Bristolu i szepty, i odwracające się głowy, zaciekawione oczy, i ten stół 

w środku, a przy nim Ksawery. Purpurowe róże i kartka "Hołd i podziw dla Królowej Pereł". 
Kartka do wiązanki kwiatów przypięta była złotą szpilką z wielką perłą. Z fałszywą perłą.   

– Wprowadzono panią w błąd – mówił jubiler – to tylko niezła imitacja.   

Jej wymarzone życie, jej upragniony pałac z korali – to tylko imitacja.   

Weszła  przez  hall  i  od  razu  znalazła  się  w  tłumie  gości.  Zastanowiło  ją,  że  wszyscy 

spoglądali  ku  niej  z  jakimś  szczególnym  zaciekawieniem,  badawczo  i  złośliwie.  Za  jej 
zbliżeniem się milkły śmieszki i półgłosem prowadzone rozmowy.   

Nie rozumiała o co chodzi, zresztą nie miała czasu nad tym się zastanawiać. Kucharz dał 

znać, że kolacja gotowa i należało prosić do stołu, a raczej do stołów, gdyż jadalnia, pomimo 
swoich  ogromnych  rozmiarów,  nie  mogła  pomieścić  wszystkich,  wobec  czego  w  sąsiednim 
pokoju urządzono filię dla młodszego towarzystwa. Tam z własnego popędu zainstalowała się 
też pani Aldona. Magda rezydowała w jadalni, mając z jednej strony pana Holimowskiego, z 
drugiej zaś sędziwego senatora Szamotę.   

Trochę  żałowała  teraz,  że  Raszewskiego  umieściła  "na  folwarku",  gdzie  bawiono  się 

wesoło  i  hałaśliwie.  Młodzież  mocno  podpiła  już  sobie,  kobiety  również.  Raz  po  raz 
wybuchały tam istne huragany śmiechu. Tu natomiast nastrój był poważny. W jednym końcu 
rozmawiano o podatkach, w drugim dyskutowano gruntownie jakiś spr bridge'owy. Od czasu 
do  czasu  niektórzy  uważali  za  stosowne  zwracać  się  do  Magdy  z  jakimiś  banalnymi 
pytaniami, na które odpowiadała z wysiłkiem zbierając myśli.   

Wreszcie ucztująca młodzież wstała od stołu i podążyła tłumnie do balowej sali. I Magda 

wstała również, umożliwiając starszemu towarzystwu śpieszny powrót do zielonych stolików.   

W  Wysokich  Progach  nie  dziękowano  sobie  po  jedzeniu  i  tylko  mniej  uważni  i  mniej 

zwracający uwagę na dobre formy, wywoływali zamieszanie i tłok przy Magdzie.   

Tymczasem  orkiestra  zagrała  walca.  Magda  w  przejściu  spotkała  Raszewskiego.  Był 

dziwnie zmieniony. Nie mogła sobie sprecyzować, na czym ta zmiana polega, ale zdawał się 
unikać jej wzroku, a w uśmiechu miał jakby przymus.   

– Niewesoło pan się bawił? – zapytała.   

– Owszem, dziękuję kuzynce.   

– A może ma kuzyn do mnie żal, że go uplasowałam wśród młodzieży?   

– Ależ bynajmniej.   

– Sądziłam, że będzie panu przyjemniej – dodała tonem usprawiedliwienia. – Chociaż są 

już nietrzeźwi.   

– Kuzynka zdaje się wychodziła do parku? – zapytał, spuszczając oczy.   

– Tak – odpowiedziała krótko.   

– Czy warto? Na miłość boską, czy warto? – błysnął nagle jakimś nieswoim spojrzeniem.   

– Dlaczego? – zdziwiła się. – Wcale nie jest tak zimno. Zresztą miałam szal.   

– Po co pani chodziła?   

– Jak to po co?   

– Czy nie może mi kuzynka tego powiedzieć?   

– Ależ owszem. Tylko to wcale nie będzie sensacją: chciałam trochę pomarzyć.   

Uśmiechnęła się i spojrzała w lustro:   

–  O,  widzi  kuzyn,  jakie  tego  skutki:  nos  mi  się  błyszczy  i  włosy  nie  w  porządku.  Na 

dworze wilgoć. Pójdę poprawić te braki.   

background image

Zatrzymał ją:   

– Bardzo chciałbym z kuzynką pomówić.   

– Czy coś się stało? – przestraszyła się.   

– Ach, nie. Będę czekał.   

Weszła na górę, zajrzała do dziecka i kluczem otworzyła drzwi do swojej sypialni. Był to 

jeden  z  kilku  zaledwie  pokoi  nie  oddanych  do  użytku  gości.  Jednak  i  tu  musieli  się  dostać, 
zapewne  przez  łazienkę.  Na  toalecie  był  nieład,  a  rozesłane  łóżko  wyraźnie  zgniecione. 
Widocznie któraś z pań nie uważała za nietakt wylegiwać się na cudzej pościeli.   

Magda poprawiła włosy, przypudrowała twarz i właśnie schodziła na dół, gdy orkiestra z 

walca przeszła na kujawiaka.   

Przepadała  za  tym  tańcem.  W  zespole  pani  Karnickiej  należała  do  najlepszych 

specjalistek od kujawiaka.   

Przez  długą  amfiladę  biegły  ku  niej  rytmiczne  fale  dźwięków.  Zdawały  się  ślizgać  po 

lśniących posadzkach, przebiegać stłumionym krokiem po miękkich dywanach, podrywać się 
pod  wysokie  sufity,  obiegać  nieuchwytnym  echem  po  ścianach.  Dopędzały  się  i  spotykały, 
przepływając  różnymi  drogami  przez  szeroko  otwarte  drzwi,  by  zlać  się  w  jedność  melodii, 
by zatopić równym jednakowym nurtem cały dom, by przesycić powietrze swoim śpiewnym 
tętentem...   

Szła  ku  sali  balowej  poprzez  ten  nurt  muzyki  dziwnie  przenikającej,  dziwnie  ciepłej, 

niemal dotykalnej.   

Było  w  jej  brzmieniu  coś  niewypowiedzianie  prostego,  coś  dojmująco  wzruszającego. 

Każdy  nowy  dźwięk  mówił  znajomym,  kochanym  głosem,  znajome,  przyjacielskie  słowa,  a 
każde  mgnienie  krótkich  oczekiwań  wypełniało  się  pogodną  a  radosną  pewnością,  że  każdy 
następny  ton  będzie  jeszcze  piękniejszy,  jeszcze  droższy,  jeszcze  bardziej  zrozumiały  i 
swojski.   

– Boże, jak oni grają...   

Nigdy  jeszcze  nie  słyszała  tak  granego  kujawiaka.  Fortepian  zdawał  się  zapominać  w 

takcie,  skrzypce  i  wiolonczela  wydobywały  z  siebie  zaledwie  połowę  swoich  subtelnych 
możliwości.  Smyczki  zdawały  się  zaciągać  chropawo,  prawie  skrzypieć,  jakby  nie  po 
gładkich strunach, lecz po nierównej korze biegły...  Było w tym coś ze zgrzebnego płótna i 
coś z dotyku dłoni do grubej skóry razowego chleba. A przecież melodia płynęła okrągłymi 
wieńcami rzucanymi na łagodny prąd rzeki...   

Przy  drzwiach  sali  było  kilka  osób.  Magda  stanęła  za  ich  plecami  i  patrzyła  na 

tańczących.  Niewiele  już  par  zostało  i  z  tych  ubywały  coraz  to  nowe.  Zostawały  tylko 
najlepsze, najbardziej zgrane, najbardziej rozmiłowane w tym tańcu.   

A  melodia  raz  po  raz  zmieniała  się.  Przez  szeregi  dawnych  tonów  przebiegały  nowe,  w 

rytmicznych  przesunięciach  zajmowały  miejsca  poprzedników  i  zdawały  się  same  tańczyć 
swój przezroczysty taniec dźwięków. Zanosiły się beztroskim śmiechem, muskały się cichymi 
westchnieniami,  jakby  zapłakały  nieboleśnie  i  znowu  porywały  się  w  wir,  w  zawrót,  w 
kołowrót radości. Wówczas wybuchały głośno aż powietrze drżało, a po chwili cichły tak, że 
słychać  było  szept  atłasowych  pantofelków,  muskających  drobnymi  pocałunkami  taflę 
posadzki.   

Wokół  wirujących  czarnych  sylwetek  tancerzy  zabiegały  frywolnie  i  zalotnie  jasne 

falbany  sukienek,  wyginały  nad  rozchwianymi  odwróconymi  kielichami  krynolin  wąskie 
talie, przechylały się jasne i ciemne główki w przekornych półuśmiechach.   

background image

O,  zapewne,  nie  tańczyli  tak  ładnie,  jak  to  robiono  na  scenie.  Ale  ich  taniec  dziwnie 

harmonizował z tą melodią. Od tancerzy wprost biła jakaś moc, męska pewność siebie, siła. 
Nawet  Ksawery  był  inny  niż  zwykle,  inny  niż  zawsze.  Zmienił  się  nie  do  poznania.  Nie 
widziała  teraz  jego  przylizanego  przedziałka  na  głowie,  ani  nawet  tej  wiecznej  pozy  w 
ruchach. Tańczył z Janką Runicką i oboje – należało to przyznać – byli najlepszą parą. Toteż 
wkrótce  zostali  sami  na  środku.  Wokół  tłum  gości  zacieśniał  się  w  krąg,  ale  im  niewiele 
trzeba  było  miejsca.  Jak  bąk,  wirujący  w  jednym  punkcie,  tak  Ksawery  tkwił  w  tysiącu 
obrotów niezmiennie w samym środku. Spokojny a swobodny, śmiały a opanowany, giętki a 
prosty jak świeca, podniecony lecz z rysem skupienia między brwiami – był prawie piękny. 
Niemal  bezszelestnie  obracał  się  na  miejscu,  od  czasu  do  czasu  w  przebiegu  końcem  stopy 
uderzał  lekko  w  posadzkę,  a  te  dwa  uderzenia  brzmiały  jak  ciche  oklaski  na  każdym 
przytłumionym skręcie melodii.   

Patrzyła  nań  długo,  na  pełne  zachwytu  oczy  kobiet  i  wyżej  na  ściany  zawieszone 

poczerniałymi płótnami portretów.   

I oni, tamci, ci w atłasach i białych perukach, ci w czarnych aksamitnych kaftanach, ci w 

purpurowych  kontuszach  i  z  podgolonymi  głowami,  oni  wszyscy,  jego  dziadkowie  i 
pradziadkowie  musieli  tak  tańczyć  kujawiaka.  Może  wtedy  jeszcze  i  tego  pałacu  nie  było, 
może  zamiast  lśniącego  parkietu  pod  ich  stopami  potrzaskiwały  grube  deski,  a  zamiast 
wielkiej orkiestry przygrywało nieudolnie kilku grajków wiejskich, ale kujawiak był ten sam i 
Runiccy ci sami. Zmieniły się stroje, przeminęły podgolone łby i fryzowane peruki, przeminie 
frak kunsztowny przedziałek Ksawerego, może nawet po tym pałacu kamień na kamieniu nie 
zostanie, po Wysokich Progach śladu żadnego. Ale po dziadach i pradziadach, po Ksawerym i 
jego  synu  Tomaszu  przyjdą  wnuki  i  prawnuki,  przechowają  tę  tradycję,  z  dumą  będą 
wymawiać  swoje  nazwisko,  bo  nazwisko  dla  nich  będzie  zawsze  tą  tradycją,  a  ta  melodia 
przemawiać  będzie  do  nich  swoim  żyznym  słowem  przeszłości,  swoimi  niezmiennymi 
zwrotkami,  które  jednakowo  zabrzmią  dla  każdego  z  nich.  Wszystko,  co  tu  jest,  wyrasta  z 
tego, co minęło, karmi się sokami dawności, jednym ramieniem sięga w przeszłość, drugim w 
przyszłość,  splata  się  łańcuchem  silniejszym  niż  łańcuch  przyczyn  i  skutków,  łańcuchem, 
którego każde ogniwo, choćby kształtem było inne, z tego samego wykute zostało żelaza. Jest 
jakaś tajemnica w tym, że nie zrywa się ta więź, choćby przyszły lata najgorszego urodzaju, 
ż

e tak, jak wierzy Raszewski, przetrwa i zginąć nie może...   

– Czymże ja jestem w tym łańcuchu? – ze smutkiem myślała Magda. – Jakimś epizodem 

nic  nie  znaczącym,  jakimś  zbędnym  upiększeniem,  nie  cenioną  ozdobą  i  chwilowym 
dodatkiem. I dlaczego?   

Tu  przypomniały  się  jej  słowa  ojca,  tu  zrozumiała  jego  ból.  Tego  właśnie  nie  umiał 

przebaczyć synowi, że zerwał łańcuch, że poszedł w bok, że nie stanie przy warsztacie ojca, 
dziada i pradziada. Więc to jednak jest ważne? Więc jednak ma jakąś cenę dla człowieka ta 
przeszłość, z którą na pozór nic go nie wiąże?   

A szczęście osobiste, a własna wartość człowieka? Nie, to jest niemożliwe! Niemożliwe!   

W  Magdzie  buntowało  się  jej  poczucie  prawa  do  swego  własnego  szczęścia.  Czyż  nie 

było tysiąca, miliona wypadków, że jedno ogniwo odrywało się od łańcucha? Czy koniecznie 
musiało ulec zagładzie, zginąć, zaprzepaścić się, zmarnować? Nie, po stokroć nie!   

Melodia  rozgrzewała  się,  rytm  tętnił  gwałtownie,  tańcząca  para  wirowała  w  zawrotnym 

tempie.   

–  Nieprawda  –  przekonywała  siebie  Magda.  –  Nieprawda.  Nie  dlatego  jestem  taka 

nieszczęśliwa.  A  wszystko  nie  ma  żadnego  znaczenia,  tylko  szczęście!  Drzewo  jest  skazane 
na  życie  tam,  gdzie  zostało  zasadzone.  Nawet  pies  ma  prawo  uciec  tam,  gdzie  mu  będzie 
lepiej.   

background image

Na ramieniu uczuła dotyk czyjejś zimnej ręki. Drgnęła i mimowolnie cofnęła się. Tuż za 

nią stała Kasia Rżewska i uśmiecha się z tą swoją nieszczerą serdecznością:   

–  Moja  kochana  Magduś  –  mówiła  półgłosem  –  moja  droga!  Chcę  ci  powiedzieć,  jak 

bardzo cię podziwiam. Naprawdę jesteś wyjątkowa! Wyjątkowa!   

Magda szeroko otworzyła oczy:   

– Nie rozumiem, Kasiu, o co chodzi?   

Panna Rżewska pociągnęła ją w stronę kominka:   

–  No,  okazałaś  tyle  spokoju!  Inna  na  twoim  miejscu  wywołałaby  piekielną  awanturę! 

Nawet ja, daję ci słowo. A ty ani słówka tej rozwydrzonej gęsi nie powiedziałaś! Naprawdę...   

– Ale komu? O co chodzi? – przerwała Magda.   

Kasia spuściła oczy:   

– No, możesz nie robić przede mną tajemnicy. Prawie wszyscy o tym mówią.   

– O czym?   

–  No,  Magduś,  kochanie!  Przecież  sześć  osób  widziało,  na  własne  oczy  widziało.  To 

oburzające, przyznaję, to jest wstrętne nawet. Nie dziwiłabym się może Ksaweremu... O nie, 
nie myśl, że chcę go bronić, albo usprawiedliwiać. Popełnił świństwo! I co za nieostrożność! 
Nawet drzwi łazienki nie zamknął! Wprawdzie był mocno zawiany...   

Magda zmarszczyła brwi:   

– Słuchaj, Kasiu, o niczym nie wiem! Powiedz wyraźnie.   

– Jak to, nie wiesz?... Nikt ci nie powiedział?... Ach tak, to dlatego jeszcze nie wypędziłaś 

z domu tej dziwki! To bezczelność, żeby w twojej własnej sypialni, na twoim łóżku!...   

Magda zbladła:   

– O kim mówisz?   

–  No,  jak  to  o  kim,  o  Bożence!  Sześć  osób  widziało.  Mańkiewiczowa,  Staś,  Huszcza, 

Lilka,  Astra,  Taraszkiewicz...  Nawet  drzwi  nie  zamknęli...  Och,  co  ci  jest  kochanie?  – 
dokończyła przestraszonym głosem.   

Magda przymknęła oczy, cała krew zbiegła się do serca. Kurczowo oparła się o kominek:   

– Nic, nic – szepnęła – dziękuje ci...   

– Może wody ci przyniosę?   

– Nie, dziękuje. Nic mi nie jest.   

Kasia z trudem ukrywała emocję:   

– Albo chodźmy, napij się wódki. To ci doskonale zrobi.   

Magda  potrząsnęła  przecząco  głową.  Zbierała  wszystkie  myśli,  by  zapanować  nad 

nagłym osłabieniem nóg.   

– Pozwól – z lekka odsunęła Kasię – pójdę sama.   

W  sąsiednim  pokoju  zobaczyła  Taraszkiewicza,  który  z  przejęciem  opowiadał  coś  kilku 

paniom.   

–  Panie  Tolu  –  zwróciła  się  do  niego,  starając  się  opanować  drżenie  głosu  –  czy  nie 

zechciałby pan...   

– Ależ służę – podbiegł nieco zakłopotany.   

Oparła się na jego ramieniu:   

– Chciałam z panem pomówić...   

background image

– Jestem do dyspozycji.   

Usiedli obok w gabinecie.   

– Wiem o wszystkim – zaczęła – ale chciałabym usłyszeć to od pana, który był naocznym 

ś

wiadkiem.   

Taraszkiewicz zrobił szereg niewyraźnych ruchów, próbował wykręcić się, zapewniając, 

ż

e niczego nie widział, że to plotki, że wreszcie jest przyjacielem Ksawerego.   

Jednak  przyparty  przez  Magdę,  opowiedział  wszystko.  Mańkiewiczowa  weszła  do 

łazienki,  przypadkiem  zajrzała  przez  niedomykające  się  drzwi  do  sypialni,  a  później 
sprowadziła tam jeszcze kilka osób.   

–  Dziękuję  panu  –  skinęła  głową  –  niech  pan  będzie  tak  dobry  i  odszuka  pana 

Raszewskiego.   

– Zaraz go pani przyślę – poderwał się.   

Zakryła  twarz  rękami,  usiłując  skupić  myśli.  Nie  wiedziała  jeszcze,  co  zrobić  należy. 

Czuła tylko gwałtowną, niepohamowaną potrzebę zemsty. Pod czaszką przemykały jedna za 
drugą myśli. Wziąć rewolwer i zabić go, jak psa. Ją?... Ach, cóż ona tu miała za znaczenie. 
Dziwka!... Ale i ona też!... Nienawidziła go teraz tak, jak jeszcze nikogo w życiu. Czuła doń 
taki wstręt, że na samą myśl o nim ogarniało ją obrzydzenie.   

– Podlec! Podlec! – cisnęły się na usta słowa, które nie były w stanie wyrazić ani części 

tej nienawiści i wzgardy.   

Nie chodziło o niego, ani o wyłączność, ani o wierność.  Zdradził ją znowu. Ale to było 

już  nadmiarem,  było  policzkiem,  wymierzonym  w  jej  godność,  chamskim  podeptaniem  jej 
praw!...   

Nie wiedziała, po co wzywała Raszewskiego. Wiedziała tylko, że od niego jednego może 

oczekiwać pomocy, ratunku. Że wśród tego tłumu ludzi on jeden jest jej drogi, bliski. Niech 
stanie w jej obronie!   

Wyobraźnia  podsunęła  przed  oczy  obraz  pojedynku.  Oto  stają  naprzeciw  siebie  z 

wyciągniętymi lufami pistoletów. Padają strzały i Ksawery pada z przestrzeloną piersią.   

– Niech zdycha, jak pies, jak pies!...   

Lecz natychmiast przyszła refleksja: a co będzie, jeżeli zginie Janek?   

–  Nie,  nie  wolno  mi,  nie  wolno!  Nie  mam  prawa  od  niego  żądać,  by  stawał  w  mojej 

obronie. Tak... Niech tylko coś poradzi... Trzeba stąd wyjechać, jak najprędzej, może zaraz... 
Zabrać dziecko i wyjechać.   

W każdym razie postanowiła nie okazywać Raszewskiemu ani cierpienia, ani wzburzenia. 

Gdy  jednak  wszedł  do  niej,  gdy  zobaczyła  jego  pełne  tkliwości,  kochane,  szare  oczy  – 
wybuchnęła płaczem.   

Nie  pocieszał  jej  wcale.  Tylko  stał  tuż  przy  jej  fotelu  tak,  by  zasłonić  ją  od  ciekawych 

spojrzeń  osób  przechodzących  przez  gabinet.  Po  dłuższej  chwili,  gdy  uspokoiła  się  nieco  i 
podniosła nań załzawione oczy, powiedział cicho, ale stanowczo:   

– Chodźmy! Musi kuzynka pójść na górę do siebie.   

Posłusznie wstała, pozwoliła wziąć się pod rękę, a gdy już byli w jej pokoju, rozpłakała 

się  na  nowo.  Widziała  jak  przymknął  drzwi,  jak  zaczął  chodzić  po  pokoju,  jak  rysy  jego 
twarzy  ściągały  się  raz  po  raz. Jakże  był  dobry,  że  o  nic  nie  pytał,  że  nic  nie  mówił,  że  nie 
próbował wyrazić jej współczucia!...   

W  pokoju  panował  półmrok  kolorowy  od  niebieskich  i  różowych  szybek  ampli.  Kroki 

Raszewskiego  bezgłośnie  wsiąkały  w  gruby  puszysty  dywan.  Z  dołu  dobiegały  dźwięki 

background image

przytłumionego  blues'a,  a  za  oknami  warczał  motor  samochodu.  Ktoś  już  odjeżdżał. 
Prawdopodobnie  generałostwo  Juszczycowie...  Pewno  szukają  jej,  by  się  pożegnać. 
Juszczycowa ma ogromne stosunki w Ministerstwie Skarbu... Gotowa się obrazić...   

Aż  dziwiło  to  Magdę,  z  jaką  obojętnością  pomyślała  o  tym.  Cóż  ją  teraz  obchodziły 

interesy Runickich?... Wysokie Progi?... Jakie to obce, jakie to obmierzłe, obce i wrogie. Ta 
sypialnia, jej własna sypialnia. Patrzyła na nią teraz, jak na pokój hotelowy.   

Łóżko  jeszcze  nosiło  ślady  tamtych  dwojga.  Pościel  zmięta  i  rozrzucona,  wygniecione 

poduszki.   

Wzdrygnęła się. Nie mogłaby już usnąć na tym łóżku, w tym pokoju. I to jej odebrali. Po 

cóż  łudziła  się,  po  co  walczyła  o  swoje  stanowisko,  po  co  tyle  pracy,  trudu,  wyrzeczeń  się, 
codziennej udręki i musztry każdego słowa, każdego gestu? Za jednym zamachem poszło w 
gruzy  wszystko.  Przekonała  się  od  razu,  że  nawet  pozorów  nie  chciano  jej  zostawić,  że  nie 
liczono się z nią wcale, że lekceważono ją, zelżono, zdeptano. I ci ludzie mają czelność bawić 
się tam na dole, w jej domu, chociaż wiedzą, jaka ją spotkała zniewaga. Nie przeszkodzi im to 
przyjaźnić się z Ksawerym. Nie, a tylko dla niej będą mieli ironiczny uśmiech. Nikt z nich nie 
zawaha się nawet przez chwilę, po czyjej stanąć stronie. Bo czymże dla nich jest ona, córka 
jakiegoś rzeźnika? Przybłędą!   

I  przypomniała  sobie  głos  ojca:  na  ciemnych  zniszczonych  i  ubogich  schodach  rozlegał 

się przytłumiony i chrapliwy:   

– Gdyby ci już tam bardzo źle było, to możesz wrócić. Kąt w mieszkaniu się znajdzie i co 

do gęby włożyć, a pracy w jatce zawsze jest dość...   

Nie!  Nie  mogła  wrócić!  Nie  może,  nie  ma  prawa  wobec  siebie  samej  tak  zaprzeć  się 

wszystkiego, tak upokorzyć się przed losem, tak wyrzec się życia. Wtedy był jeszcze czas na 
to. Ale teraz, poniżona i odtrącona? Nie! Czymże zapłaci ojcu za szereg lat krzywdy? Czym 
okupi swoją przegraną, jak odważy się spojrzeć w oczy, w te stare, kochające a surowe oczy, 
które jej powiedzą:   

–  Nie  wierzyłaś,  zła  córko,  ojcu,  nie  słuchałaś  go.  Zobaczże  teraz,  ileś  krzywdy  jemu  i 

sobie zrobiła i po co?   

Nie, nie mogła nawet myśleć o powrocie, ale i tu zostać nie mogła. Za żadną cenę! Gdyby 

Ksawery  rzucił  się  jej  przy  wszystkich  do  nóg,  gdyby  mogła  go  wychłostać  nahajem  po  tej 
jego  głupiej  bezmyślnej  twarzy,  gdyby  za  przebaczenie  obiecywał  jej  psią  wierność  – 
przebaczyć już nie umiałaby.   

Drgnęła, gdy usłyszała głos Raszewskiego. Usiadł naprzeciw i patrząc w ziemię pytał:   

– Więc aż tak wielkie pani cierpienie? Więc, aż tak bardzo pani go kocha?   

– Ja? – prawie przeraziła się Magda. – Kogo kocham?   

– No, męża – powiedział przez zaciśnięte zęby.   

Zerwała się z miejsca. Krew uderzyła jej do twarzy. Oczy roziskrzyły się nienawiścią, a 

palce wyciągniętych rąk zwarły w skurczu.   

–  Ja  go  nienawidzę  –  zawołała  głośno.  –  Słyszy  pan?  Nienawidzę!  Nigdy  go  nie 

kochałam! Nigdy! Zostałam jego żoną, bo wierzyłam, że on mnie kocha, bo myślałam, że jest 
człowiekiem, nie bezdusznym głupcem! Jak pan może tak myśleć! Nigdy!   

Zobaczyła  w  lustrze  swoje  odbicie:  wyglądała  okropnie.  Zapuchnięte  oczy,  czerwone 

wypieki  na  policzkach,  usta  wykrzywione  złym  grymasem.  Odruchowo  poprawiła  włosy  i 
odwróciła się:   

– To szczęście – skonstatowała z ulgą – że tu jest tak ciemno.   

background image

Raszewski,  zaskoczony  jej  uniesieniem,  siedział  milczący.  Opanowała  się  i  mówiła  już 

spokojniej:   

– A zresztą zostałam jego żoną i z wyrachowania. Nie, nie będę przed panem robić z tego 

tajemnicy, udawać, że miałam wzniosłe pobudki. Owszem, niech i pan stanie po ich stronie. 
Niech  i  pan  należycie  mnie  oceni.  Takie  małżeństwo  było  dla  mnie  karierą.  Dla  przeciętnej 
aktorki, dla córki prostego rzeźnika wyjść za mąż nawet za takiego bubka, to przecież szczyt 
marzeń.  Widzi  pan.  Taka  jestem.  Próżna,  chciwa,  zarozumiała,  wyrachowana!  Intruz, 
parweniuszka, przybłęda. Dziewczyna z Powiśla, której zamarzyło się zostać jaśnie panią, a 
udało  się  tylko  dosłużyć  do  roli  bezpłatnej  posługaczki  i  samicy  do  rodzenia  dzieci  jaśnie 
panu.  Nie  chcę  pana  oszukiwać,  nie  chcę  pańskiej  życzliwości,  ani  współczucia,  ani 
serdeczności. Nie chcę ich kraść! Rozumie pan?   

Chciał jej przerwać, lecz powstrzymała go ruchem.   

– Nie, nie, nie chcę od pana zdawkowych słów politowania. W zupełności zasłużyłam na 

to, że potraktowano mnie w ten sposób. Może miałam i dobre intencje, może wierzyłam, że 
potrafię  pokochać  Ksawerego,  może  nie  dla  kariery,  nie  dla  korzyści,  lecz  przez  pragnienie 
lepszego, piękniejszego życia chciałam zostać jego żoną. Ale to już nikogo nie obchodzi. Ani 
pana...  Ani  pana...  O,  proszę,  niechże  pan  nie  zadaje  sobie  trudu...  Wiem  i  tak,  że 
niepotrzebnie naraziłam pana na te moje zwierzenia. Zmuszam pana do współczucia i wiem, 
ż

e panu naprawdę przykro, ale to, to takie bolesne... takie bolesne...   

Wzruszenie wzbierało w niej znowu, łzy cisnęły się pod powiekami.   

Raszewski ostrożnie, lecz mocno ujął jej rękę.   

– Pani Magdalenko – zaczął i głos mu się załamał. Pani Magdalenko... Ja panią kocham...   

Gwałtownie wyrwała rękę:   

– Co?... Co pan powiedział?!...   

W  jej  głosie  zabrzmiał  prawie  przestrach.  Raszewski  nie  zrozumiał  tego  okrzyku  i 

zmieszał się:   

–  O,  bardzo  przepraszam  panią...  Bardzo  przepraszam,  że  w  takiej  chwili,  Kiedy  panią 

spotkała tak wielka krzywda, że ośmieliłem się mówić o sobie... Ale, widzi pani, sądziłem, że 
może  teraz  właśnie  moje  uczucie,  moje  wielkie  uczucie  przyda  się  pani,  że  może  będę...  że 
dostąpię szczęścia, że zechce pani... że może będę mógł pomóc w czymkolwiek...   

Patrzyła na niego szeroko otwartymi oczami i nie mogła wydobyć z siebie ani słowa.   

–  O,  ja  wiem,  że  popełniam  podłość  –  prędko  mówił  Raszewski  –  bo  to  nie  jest  godne 

uczciwego człowieka wyzyskiwać moment czyjejś tragedii, egoistycznie starać się wyzyskać 
sytuację. Ale przysięgam, pani Magdalenko, przysięgam, że nie mogę dłużej milczeć. I tak od 
dawna musiała pani widzieć, że ją kocham.  Zapewne nie zdobyłbym się nigdy  na zmącenie 
pani  życia  swymi  wyznaniami.  Ale  teraz  błagam  panią,  o  przebaczenie.  Musiałem  to 
powiedzieć.  Nieładnie  odpłacam  się  pani  za  jej  dobrą  przyjaźń,  za  ufność,  za  serdeczność. 
Zresztą  jeżeli  pani  potrafi,  proszę  przebaczyć.  Nie  wiem,  co  pani  zamierza  zrobić,  jak  dalej 
pokierować swym życiem. Pragnę tylko jednego: niech pani wierzy, że najbezinteresowniej, 
nie  oczekując  żadnej,  najmniejszej  nagrody  będę  uważał  się  za  szczęśliwego  mogąc  być 
pomocnym, mogąc...   

– Panie Janku – przerwała Magda. – Co pan mówi? Czy pan zastanowił się nad tym? Czy 

pan zdaje sobie sprawę z tego, jaką kobietę pan kocha?   

–  O  tak  –  odpowiedział,  marszcząc  brwi.  –  Kocham  jedyną,  jaka  dla  mnie  na  ziemi 

istnieje.   

– Boże! Co za szczęście! Co za szczęście!   

background image

Magda zerwała się i, zakrywszy oczy rękami, wybuchnęła płaczem. Przecież mieszało się 

jej w głowie od tego wszystkiego. Słyszała tak wyraźnie, a niepodobna było wierzyć własnym 
uszom.  Jakże  się  to  wszystko  mogło  stać?  Jakże  on...  on  właśnie  mógł  ją  pokochać!...  On, 
który  zdawał  się  nieosiągalnym,  niedoścignionym...  On,  ten  najdroższy,  ten  jedyny 
człowiek...  Czymże  zasłużyła  na  tak  przerażająco  wielkie  szczęście,  którego  niepodobna 
ogarnąć myślą, zrozumieniem...   

– O tak, tak – zanosiła się łkaniem. – Jest Bóg, wielki i dobry, i tak miłosierny dla mnie 

nędznej, dla mnie grzesznej... Boże! Boże!... Dziękuję ci, dziękuję...   

Na pół przytomna w nagłym porywie rzuciła się na kolana przed Raszewskim, przywarła 

do  jego  nóg,  całowała  ręce,  usiłujące  ją  podnieść.  Nie  wiedziała,  co  robi,  ogarnęło  ją  jakieś 
nieznane  szalone  pragnienie  wdzięczności,  zatracenia  się  w  dziękczynnej  ekstazie,  w 
rozedrganej najgłębszymi dźwiękami triumfalnej modlitwie.   

Raszewski z trudem rozplótł jej ręce i podniósł by mocno objąć ramionami trzęsącą się, 

rozszlochaną, nieprzytomną.   

Za oknami wstawał późny, jesienny świt. Niebo na wschodzie zaróżowiło się i stopniowo 

przechodziło  w żywą  ognistą  purpurę.  Z  dołu  dobiegały  dźwięki  orkiestry.  Jedna  po  drugiej 
zmieniały  się  melodie.  Kolorowe  światło  ampli  nikło  i  roztapiało  się  w  pierwszych 
promieniach  słońca.  Ale  Magda  i  Raszewski  nic  nie  słyszeli  i  nic  nie  widzieli  tylko  swoje 
słowa i swoje oczy, pełne szczęścia.   

Długa  nieobecność  Magdy  na  dole  zwróciła  powszechną  uwagę.  Mówiono  już  o  tym 

prawie  głośno,  spodziewając  się  skandalu.  Nie  psuło  to  jednak  zabawy.  Przeciwnie.  Dobre 
humory,  podniecone  oczekiwaniem  sensacji,  sprawiły,  że  wciąż  odkładano  białego  mazura. 
Tylko nieliczni goście z bliższego sąsiedztwa odjechali do domu.   

Ksawery,  z  początku  speszony  i  zaniepokojony,  nabrał  lepszej  myśli.  Nie  wątpił,  że 

Magdzie doniesiono o wszystkim. Wahał się, czy nie pójść na jej poszukiwania, zastanawiał 
się nad tym, jak należy się tłumaczyć, jak usprawiedliwiać, jak prosić o przebaczenie.   

Głupio  się  stało.  Wszystkiemu  była  winna  ta  nieobliczalna  Bożenka,  ale  ostatecznie... 

stało się i nic na to nie pomoże.   

– Jakoś się to załatwi – odkładał wszystko na później.   

Tymczasem tańczył i pił, ile wlazło, by dodać sobie otuchy, lecz jak na złość upić się nie 

mógł.  Wreszcie  zdołał  zbagatelizować  dla  siebie  całe  zajście.  W  dalszym  ciągu  było  mu 
przykro,  zdawał  sobie  sprawę,  że  skrzywdził  Magdę,  że  ją  może  obraził.  Więc,  przeprosi  – 
cóż więcej może zrobić?   

Nie  przewidywał  żadnych  poważniejszych  konsekwencji.  Może  przez  kilka  dni  nie 

zechce z nim rozmawiać, może zrobi publiczną awanturę Bożence (ta swoją drogą zasłużyła 
na to!), może nawymyśla przy gościach i jemu.   

– Trudno – myślał. – Palnąłem głupstwo, trzeba odcierpieć.   

Ani przez chwilę nie wyobrażał sobie, by Magda miała powziąć jakieś bardziej stanowcze 

zamiary. Jednakże, gdy około dziesiątej zjawiła się w drzwiach balowej sali, zaniepokoił się. 
Wyglądała dziwnie spokojna, a nawet zadowolona.   

Znakiem ręki zatrzymała orkiestrę i czystym mocnym głosem zawołała:   

– Proszę państwa na śniadanie!   

W  jadalni  urządzono  bufet  na  stojąco.  Zimne  mięsa,  przekąski,  bigos,  jajecznica  na 

boczku i temu podobne rzeczy zapijano gorącym barszczem i grzanym piwem.   

Ksawery,  przechodząc  przez  hall,  zobaczył  matkę,  usiłującą  zatrzymać  Janka 

Raszewskiego. Janek był w podróżnym płaszczu, a służba znosiła jego walizy.   

background image

– Wery! Może ty mu przemówisz do rozsądku! – zawołała pani Aldona.   

–  Dlaczego  wyjeżdżasz?  –  zwrócił  się  do  Raszewskiego  Ksawery  –  otrzymałeś  może 

jakąś depeszę?   

Raszewski zdawał się nie spostrzegać go wcale:   

– Bardzo ci dziękuję, Donatko, za gościnę. Muszę jechać.   

– Ależ Janku – zastąpił mu drogę Ksawery.   

– Zostańże – nalegała pani Aldona.   

–  Naprawdę  nie  mogę  –  sucho  odpowiedział  Raszewski  i  ucałował  rękę  pani  Aldony.  – 

Jutro ci napiszę.   

– Obraziłeś się o coś, Janku?... – chciał go poufale wziąć pod rękę Ksawery.   

– Wybacz – odsunął go. – Bardzo się spieszę...   

Jeszcze  kilka  osób  zatrzymało  się  w  hallu.  Raszewski  wyminął  stojącego  na  drodze 

Ksawerego i wyszedł. Po chwili jego samochód zniknął w grabowej alei.   

– Oszalał! – wybuchnęła pani Aldona.   

– Może ojciec zrobił mu jaką przykrość? – starał się odgadnąć Ksawery. – Ale dlaczego 

nie pożegnał się ze mną?   

Ani mu do głowy nie przyszło, by wyjazd Raszewskiego łączył się w jakikolwiek sposób 

z tamtą sprawą.   

Tymczasem kończyło się śniadanie i orkiestra zagrała białego mazura. W godzinę później 

gości na dole już nie było. Jedni odjechali, inni poszli spać do gościnnych pokoi.   

Magda  nie  odczuwała  zmęczenia.  Wzięła  kąpiel,  przebrała  się,  wydała  dyspozycje 

służbie,  codziennym  zwyczajem  obeszła  gospodarstwo  i  zabrawszy  wszystkie  książki 
rachunkowe  zasiadła  w  swoim  buduarze  do  pracy.  W  sąsiedniej  garderobie  Ksawerego 
słyszała jego kroki i pogwizdywanie. Widocznie też nie zamierzał kłaść się, chociaż wstania 
najwcześniejszych gości można było się spodziewać około czwartej. Po paru minutach kroki 
Ksawerego rozległy się z drugiej strony w sypialni Magdy, potem obok w łazience i znowu w 
garderobie.  Widocznie  krążył  koło  buduaru,  nie  mogąc  zdecydować  się  na  wejście.  Gdy 
wreszcie zapukał, odpowiedziała zupełnie spokojnie:   

– Proszę – i nawet nie oderwała oczu od rachunków.   

–  To  niedobrze,  żeś  się  nie  położyła  –  zaczął  niepewnym  tonem  i  dodał.  –  Mamy 

wspaniałą pogodę...   

– Owszem – skinęła głową.   

– Kazałem zamieść korty tenisowe – mówił, patrząc w okno. – Może kto zechce zagrać.   

Zapalił papierosa, chrząknął i zauważył:   

– Jakoś nie jesteś usposobiona do rozmowy.   

– Jak widzisz, jestem zajęta.   

– Czy to aż tak pilne? – zapytał z lekkim rozdrażnieniem w głosie.   

–  Tak  –  odpowiedziała  spokojnie.  –  Od  trzech  dni  nie  robiłam  rachunków,  a  od  dwóch 

tygodni zestawień. A chcę wszystko zostawić w porządku.   

Zapanowało milczenie.   

– Jak to zostawić? – po pauzie odezwał się Ksawery.   

–  Całkiem  po  prostu.  Zostawić  tobie,  czy  też  komuś,  kto  po  mnie  prowadzenie  tych 

rzeczy obejmie.   

background image

Zaśmiał  się  nieszczerze,  usiłując  zmienić  ton  rozmowy  i  jej  sens,  którego  się  na  pewno 

domyślał.   

– Ach, więc dokuczyło ci już to buchalterowanie?   

– Nie o to chodzi. Po prostu – wyjeżdżam.   

– Jak to wyjeżdżasz?   

Odłożyła pióro i spojrzała mu prosto w oczy:   

– Wyjeżdżam. Postanowiłam rozejść się z tobą.   

Gwałtownie usiadł na krześle po drugiej stronie biurka.   

– Nie rozumiem. Chyba żartujesz?   

– O, najmniejszej do tego nie mam ochoty.   

– Jesteś zmęczona i rozdrażniona, niewyspana, jeszcze niezupełnie zdrowa. To są nerwy. 

Nie! Stanowczo nie mogę w tych warunkach wziąć twego oświadczenia na serio.   

–  Mylisz  się  –  potrząsnęła  głową.  –  Nie  jestem  wcale  zdenerwowana.  Najspokojniej  w 

ś

wiecie  komunikuję  ci,  że  jeszcze  dziś  wyjeżdżam,  oczywiście  zabieram  dziecko,  a  kwestie 

prawne, związane z naszym rozwodem, załatwimy przez adwokata.   

Ksawery  patrzył  na  nią  szeroko  otwartymi  oczami.  Zrobił  się  czerwony  jak  burak  i  nie 

mógł słowa z siebie wydobyć.   

– A teraz przepraszam cię – stanowczo zakończyła Magda. – Mam pilną robotę.   

– Chyba oszalałaś! – zerwał się. – Ty nie możesz tego zrobić. Po pierwsze, w ogóle nie 

puszczę  cię!  To  niemożliwe!  Ja  wiem  doskonale,  o  co  ci  chodzi.  Przyznaję,  popełniłem 
głupstwo.  Nie  byłem  zupełnie  trzeźwy.  Powiedzieli  ci  wszystko.  Sam  zresztą  przyznałbym 
się. Postąpiłem bardzo źle. Po świńsku, nawet po łajdacku, ale, na miły Bóg, gotów jestem do 
każdej, do absolutnie każdej ekspiacji. Zerwę z nią, przestanę tam bywać. W ogóle, jeżeli ci 
to dogadza, gotów jestem zmienić się w zakonnika. Daję ci słowo honoru, że nigdy cię więcej 
nie zdradzę!   

–  Słyszałam  już  to  nieraz  –  przerwała  mu.  –  Zresztą  nie  chodzi  mi  o  to.  Zostawiam  ci 

całkowitą swobodę. Moje postanowienie jest nieodwołalne.   

Zaczął biegać po pokoju.   

– Magduś! – wołał. – Nawet Bóg przebacza, gdy widzi szczerą skruchę!   

– Jestem tylko człowiekiem.   

– Więc nie wierzysz?!   

– To już obojętne – wzruszyła ramionami. – Nie zależy mi ani na twojej wierności, ani w 

ogóle na tobie.   

– Jak ty możesz! Jak ty możesz tak mówić! – wyciągnął nad nią zaciśnięte pięści.   

– Uspokój się – powiedziała zimno.   

–  Nie  uspokoję  się  –  krzyknął  i,  zorientowawszy  się,  że  jego  głos  brzmi  zbyt  głośno, 

zajrzał do sąsiednich pokoi, pozamykał dalsze drzwi i wróciwszy przysunął sobie krzesło.   

Magda obojętnie segregowała notatki.   

– Zrozum – zaczął, starając się mówić spokojnie. – Zrozum, że nie mogę zgodzić się na 

taki nieprzemyślany krok. Na skandal, na plotki!   

–  To  trudno  –  powiedziała.  –  Skandal  już  się  stał,  plotki  już  są,  a  krok  mój  jest 

gruntownie przemyślany. I nie trać czasu. Decyzji nie zmienię.   

Ksawery zaśmiał się szyderczo:   

background image

–  Ach  tak!  Teraz  już  wiem  dlaczego  byłaś  łaskawa  wpisać  sobie  na  hipotece  Wysokich 

Progów dwieście tysięcy. Od dawna przygotowywałaś swój plan. Bardzo sprytnie.   

Magda zmierzyła go pogardliwym spojrzeniem.   

–  Nie  żałuj  mi  i  tego  rozczarowania.  Najlepiej  będzie,  gdy  posądzisz  mnie  o  kradzież. 

Proszę cię. Dla wyjaśnienia jednak dodam, że miałam zamiar natychmiast przepisać tę sumę 
na Tomka. Teraz jednak nie uważam za możliwe nawet dla mego dziecka przyjąć cokolwiek 
od człowieka, uważającego jego matkę za oszustkę.   

– To są puste słowa – krzyknął Ksawery. – Doskonale wiesz, że tak nie myślę, że to tylko 

gorycz...   

– Dlatego, proszę cię, Wery, przerwijmy tę rozmowę. Obawiam się, że twoja gorycz nie 

zadowoli się obelgami. Może jeszcze zechcesz mnie uderzyć?   

– Magduś! Magduś! – załamał ręce. – Co ty ze mną wyprawiasz! Co ja takiego zrobiłem, 

ż

e mścisz się z taką zawziętością!? Magduś, no przebacz mi, błagam cię, przebacz...   

Chwycił  jej  ręce  i  całował  gwałtownie.  Z  oczu  kapały  mu  gęsto  łzy,  znacząc  się 

ciemnymi plamami na szafirowej sukni Magdy.   

– Widzisz, ja płaczę! Ja tak cierpię – mówił przerywanym głosem.   

– Daj spokój – powiedziała. – Znam już te komedie i nie wzruszają mnie wcale.   

– Pomyśl, co ja pocznę bez ciebie!   

– Och, o to jestem spokojna.   

– Tak?! Tak?! Palnę sobie w łeb! Daję ci na to...   

– Wiem – przerwała. – Słowo honoru.   

Z całej siły uderzył pięścią w biureczko:   

–  Nie  pozwalam  ci  drwić  z  mego  honoru!  Nie  pozwalam!  Słyszysz!  Ty,  jako  córka 

rzeźnika, nie masz pojęcia, co to jest honor! Wypraszam sobie!   

Podniecał  się  własnymi  słowami  i  krzyczał  coraz  głośniej,  wymachując  nad  nią  rękami. 

Magda wstała i wyciągnęła rękę w kierunku drzwi:   

–  Proszę  wyjść  –  powiedziała  cicho,  lecz  takim  tonem,  że  Ksawery  uspokoił  się 

natychmiast.   

– Kobieto, nie doprowadzaj mnie do szaleństwa, bo...   

– Wyjdź w tej chwili – powtórzyła.   

– Dobrze! Dobrze! Idę...   

Wybiegł trzaskając drzwiami.   

Magda  drżąca  i  wyczerpana  do  reszty  opadła  na  fotel.  Dopiero  po  dłuższej  chwili 

opanowała  nerwy  i  gorliwie  zabrała  się  do  rachunków.  Wstała  od  biurka,  gdy  usłyszała 
dźwięk gongu. Poprawiła włosy i zeszła na dół. Goście i domownicy grupkami rozmawiali w 
hallu.  Witała  się  z  nimi  z  bladym  uśmiechem,  pytała  czy  wypoczęli,  jak  się  czują, 
zachowywała  się  tak,  jak  zawsze.  Jednak  ogólny  nastrój  był  zważony.  Wszyscy  nadrabiali 
minami i przy śniadaniu wciąż urywała się rozmowa. Ksawery  nie zjawił się przy stole. Na 
zapytania gości Magda spokojnie tłumaczyła jego nieobecność zmęczeniem. Natychmiast po 
ś

niadaniu  zaczęli  się  rozjeżdżać.  Jedne  po  drugich  zajeżdżały  powozy,  karety,  samochody. 

Magda do końca wszystkich żegnała w hallu. O trzeciej wyjechali ostatni.   

Wówczas Magda zwróciła się do pani Aldony:   

– Chciałabym z mamą pomówić.   

background image

Zamknęły się w narożnym pokoju i Magda rzeczowo i spokojnie opowiedziała o swoim 

postanowieniu.  Pani  Aldona  wiedziała  już  o  zajściu.  Miała  szczegółowe  sprawozdanie,  nie 
uważała  jednak  "tak  drobnej  rzeczy"  za  wystarczający  powód  do  rozwodu.  Jednak  samą 
perspektywą rozwodu nie była oburzona. Raczej mogło się wydawać, że widzi dla siebie, czy 
też  dla  Ksawerego  i  dobre  strony  w  pozbyciu  się  z  Wysokich  Progów  arbitralnej  synowej. 
Najbardziej zainteresowała się tym, co Magda zrobi ze sobą.   

– Z czego ty będziesz żyła? Jak sobie dasz radę?   

– Na razie zamieszkam w Warszawie – wyjaśniła Magda. – Będę pracowała. W każdym 

razie z głodu nie umrę.   

–  Bo  nie  wiem  –  wtrąciła  pani  Aldona  –  czy  w  dzisiejszych  ciężkich  czasach  Ksawery 

będzie ci mógł służyć jakimiś alimentami...   

– O, może mama o tym nie myśleć. Nie przyjęłabym od niego ani grosza.   

–  No  tak,  ale  przecież  nie  możesz  na  przykład  występować  w  teatrze.  Nazwisko 

Runickich, jakby ci to powiedzieć, nie nadaje się do sceny.   

Magda wzruszyła ramionami:   

– Nie mam zamiaru wracać do teatru. Zresztą już będąc żoną Ksawerego występowałam, 

a zarobione właśnie na scenie pieniądze szły na potrzeby – Runickich. Jednak teraz proszę się 
nie obawiać. Prawdopodobnie natychmiast po uzyskaniu rozwodu wyjdę za mąż.   

Pani  Aldona  oczywiście  zaczęła  wypytywać  za  kogo,  a  gdy  usłyszała  nazwisko 

Raszewskiego, nie mogła wyjść ze zdumienia.   

Pod koniec ich rozmowy zjawił się Ksawery. Był już spokojny, opanowany i chłodny. Na 

indagacje  matki  odpowiedział,  że  jest  bezsilny  wobec  decyzji  Magdy.  Z  kamienną  miną 
zgodził się przejąć rachunki i kasę. Po czym usiadł w jej sypialni i w milczeniu przyglądał się, 
jak  pakowała  rzeczy.  Zabierała  tylko  niedużą  walizkę  i  neseser  oraz  drugą  z  wyprawką 
Tomka.   

Przeżycia  ubiegłego  wieczoru  i  nieprzespanej  nocy,  podniecenie  nerwowe  i  największe 

napięcie  woli  stopniowo  przechodziły  w  ciężkie  obezwładniające  znużenie.  Na  pewno  nie 
znalazłaby w sobie dość siły, by utrzymać się na nogach, by pamiętać o różnych drobiazgach, 
które  należało  zabrać,  by  odsunąć  od  siebie  bolesne  wzruszenie,  wzruszenie 
niewytłumaczalne,  które  odczuwa  się  przy  rozstaniu  z  ludźmi,  przedmiotami,  ze  ścianami, 
wśród których przeżyło się tyle dni, tyle tygodni, tyle miesięcy... Na pewno nie znalazłaby w 
sobie  dość  mocy,  gdyby  nie  pewność,  że  tam  w  Warszawie  oczekuje  niecierpliwie  jej 
przyjazdu nowe życie, słoneczne, piękne i radosne szczęście. Jakże bardzo była tego pewna. 
Nigdy  dotychczas  nie  szła  ku  swej  przyszłości  z  taką  wiarą.  Bo  wierzyła  teraz  nie  tylko  w 
jego  dobroć  i  mądrość,  nie  tylko  w  jego  miłość,  lecz  i  w  swoje  ogromne  uczucie, 
przepełniające każdą myśl bezgraniczną ufnością i pogodą. Teraz wiedziała, że poza granicą 
tych jej ostatnich wysiłków jest prawdziwe życie. Właśnie to życie, gdzie się kończy twarda 
konieczność  walki,  ustawiczna  męczarnia  przymusu,  obowiązek  wiecznego  pogotowia, 
zdobywania,  czujności.  Tam,  w  tym  nowym  świecie,  pod  jego  opieką  jakże  odpocznie,  ile 
ulgi zazna w rozprężeniu naciągniętych nerwów, w bezpieczeństwie i beztrosce.   

– Przepraszam cię – rozległ się głos Ksawerego. – Widzę, że pakujesz rzeczy Tomka. Nie 

wyobrażasz chyba sobie, że pozwolę ci zabrać mojego syna.   

Magda drgnęła i zmierzyła go nienawistnym spojrzeniem:   

–  Nie  masz  prawa  dziecka  zatrzymać  –  siliła  się  na  spokój.  –  Każdy  sąd  mnie  przyzna 

opiekę. Dziecko nie może zostać w domu ojca, który swoimi obyczajami...   

– Szkoda czasu na próżne słowa – wzruszył ramionami. – Nie oddam Tomka.   

background image

– Co? – zbliżyła się doń z roziskrzonymi oczyma. Chcesz popełnić i tę podłość?   

–  Nazywaj  to,  jak  ci  się  podoba.  Tomek  tu  zostanie.  Jeżeli  go  naprawdę  kochasz,  nie 

możesz odjechać.   

– Wery! – krzyknęła przerażona.   

– To moje nieodwołalne postanowienie. Zobaczymy, czy wolisz spełnić obowiązek matki 

i żony, czy lecieć za pierwszym lepszym, który ci w głowie zawrócił.   

– Jak ty śmiesz tak mówić – wybuchnęła. – Ty, ty...   

Cisnęły się jej na usta najobelżywsze, najostrzejsze słowa. Cała trzęsła się ze wzburzenia, 

aż nie panując nad sobą – rozpłakała się bezradnie. Wówczas Ksawery zmienił ton. Zaczął ją 
błagać,  by  została,  obiecywał  poprawę,  zaklinał.  Nie  rozumiał,  że  już  nic  na  świecie  nie 
zdołałoby  jej  powstrzymać.  Gdy  na  wszystko  odpowiadała  jednym  żądaniem,  by  oddał  jej 
dziecko, zerwał się i krzyknął:   

–  Nie.  Nie  tylko  dziecka  ci  nie  oddam,  ale  i  tobie  nie  pozwolę  wyjechać.  Mam  do  tego 

prawo.   

Otworzył drzwi, a stwierdziwszy, że dziecko z niańką jest w sąsiednim pokoju, zamknął 

je  z  powrotem,  klucz  schował  do  kieszeni  i  wyszedł.  Magda  przez  kilka  minut  siedziała 
bezradna  na  brzegu  łóżka.  Nie,  nie  pozwoli  sterroryzować  się!  Nacisnęła  dzwonek  i  kazała 
zaprzęgać konie. Po dobrym kwadransie pokojówka wróciła z oświadczeniem, że "jaśnie pan 
zakazał stangretowi zaprzęgać".   

–  Dobrze  –  skinęła  głową  Magda  i  nie  namyślając  się  nałożyła  kapelusz  i  płaszcz. 

Spojrzała na zegarek. Do stacji były niecałe trzy kilometry. Pójdzie pieszo i jeszcze zdąży na 
pociąg. Wzięła neseser, zbiegła ze schodów i prosto przez gazon ruszyła przed siebie.   

Kolana jej drżały, neseser stawał się coraz cięższy, ale nie zatrzymała się ani na chwilę, 

nawet nie obejrzała się za siebie. Nie wątpiła, że odzyska dziecko. Ksawery nie chciał oddać 
go dobrowolnie, będzie miał skandaliczny proces i sąd zmusi go do tego.   

Była  już  prawie  w  połowie  grabowej  alei,  gdy  usłyszała  za  sobą  tupot  nóg.  Po  chwili 

dopadł  jej  chłopak  kredensowy.  Zadyszany  i  z  wystraszonymi  oczyma  bełkotał  coś 
niezrozumiale:   

– Proszę jaśnie pani... Niech jaśnie pani wraca... Nieszczęście się stało!...   

– Jakie nieszczęście?   

– Jaśnie pan się zabił!   

– Jezus, Maria! – krzyknęła Magda.   

Nie  wahała  się  chwili  i  prawie  biegiem  zawróciła  do  pałacu.  W  pokoju  przyległym  do 

palarni tłoczyli się rezydenci i służba. Wewnątrz na sofie, blady, z zamkniętymi oczami, leżał 
Ksawery.  Rozpięta  marynarka,  kamizelka  i  koszula  były  zabryzgane  krwią.  Obok  w  kącie 
pokojówka cuciła panią Aldonę. Pan Michał nachylony nad synem badał jego puls.   

–  Szybko  –  krzyknęła  Magda  do  służby.  –  Na  koń  i  do  Grójca  po  lekarza!...  Niech 

przyjeżdża  natychmiast  taksówką.  A  wy  czego  stoicie?  Prędzej  wody,  ręczniki  i  jodynę  z 
apteczki!...   

Zrzuciła kapelusz, ściągnęła rękawiczki.   

– Puls dobry – zwrócił się do niej spokojnie pan Michał. – Słaby, ale dobry. Przebił się 

sztyletem.   

Na  brzegu  sofy  leżał  zakrwawiony  aż  po  rękojeść  mały  marokański  sztylet,  jeden  z 

kilkunastu rozwieszonych w palarni na ścianach.   

background image

W  piersi  Ksawerego  z  lewej  strony  ziała  szeroka  rana.  Przyniesiono  wodę,  ręcznik, 

jodynę  i  Magda  szybko  zrobiła  prowizoryczny  opatrunek.  Ksawery  oddychał  normalnie. 
Ułożyła  wygodnie  jego  nogi,  pod  głowę  wsunęła  kilka  poduszek,  kazała  przenieść  panią 
Aldonę  do  sypialni  i  powierzyła  ją  opiece  pani  Miechowiczowej.  Wyprosiła  z  palarni 
wszystkich, nie wyłączając pana Michała, otworzyła okno.   

Krwawienie nie ustawało. Wkrótce przyjechał lekarz i natychmiast zabrał się do badania 

rannego.  Stojąc  za  nim,  Magda  przyglądała  się  szybkim,  wprawnym  ruchom  jego  rąk, 
odpowiadała na pytania. Po kwadransie opatrunek był gotów.   

Lekarz dał znak Magdzie i wyszli do sąsiedniego pokoju.   

– Czy będzie żył? – z niepokojem zapytała Magda.   

– Ależ naturalnie – odpowiedział półgłosem. – Rana jest zupełnie powierzchowna.   

– Jak to? – nie zrozumiała.   

–  No  tak.  Ostrze  nie  tknęło  nawet  żeber.  Pchnięcie  było  ukośne  –  zniżył  głos  i  dodał  – 

Robi to takie wrażenie, jakby odciągnął sobie skórę i pod nią wbił sztylet w kierunku pachy, 
w górę. Nie ma żadnego niebezpieczeństwa. Będzie trochę osłabienia z upływu krwi, nieduża 
gorączka,  ale  to  wszystko  –  kwestia  czterech,  pięciu  dni.  Nawet  mięśnie  są  tylko  lekko 
draśnięte.   

Magda  nie  mogła  powstrzymać  uśmiechu,  co  widząc  lekarz  zaśmiał  się  również  i 

pożegnał się, obiecując zajrzeć nazajutrz.   

Pomimo wszystko o wyjeździe Magdy nie mogło już być tego dnia mowy. Po pierwsze, 

pani Aldona dostała po obudzeniu się z omdlenia spazmów i trzeba było czuwać nad nią, by 
co  pięć  minut  przysięgać,  że  Ksaweremu  nic  nie  grozi,  po  drugie  nie  było  już  pociągu  do 
Warszawy.  Pan  Michał  przyjął  wiadomość  o  diagnozie  lekarza  machnięciem  ręki  i 
zapewnieniem, że sam był przeświadczony, że to tylko komediancki wybryk syna. Nie chciał 
nawet zejść, by go zapytać, jak się czuje.   

Tak,  czy  owak  Magda  musiała  na  kilka  dni  zostać  w  Wysokich  Progach.  Jeszcze  przed 

wieczorem  stelefonowała  się  z  Raszewskim.  Był  bardzo  zaniepokojony  i  błagał  Magdę,  by 
najprędzej przyjeżdżała, chociaż przyznał, że wypada na jakiś czas zostać.   

Ksawery  przez  cały  wieczór  udawał  nieprzytomnego,  a  oczy  otwierał  tylko  wtedy,  gdy 

sądził,  że  Magda  tego  nie  widzi.  W  nocy  jednak  dostał  dość  silnej  gorączki.  Trzeba  było 
czuwać przy nim do rana, kiedy wreszcie zasnął.   

Nazajutrz przed południem znowu przyjechał lekarz. Pacjenta znalazł dobrze i jeszcze raz 

zapewnił wszystkich, że nic mu nie będzie.   

Z  zachowania  się  Magdy  Ksawery  łatwo  wywnioskował,  iż  cała  komedia  z 

samobójstwem nie wywarła na niej większego wrażenia. Wstydził się też spojrzeć jej w oczy i 
starał się nie doprowadzić do rozmowy na ten temat. Prosił tylko, by nie przemęczała się przy 
nim i by zechciała zostać, póki on nie będzie mógł wstać. Ponieważ jednak poza Magdą nikt 
mu  nie  mógł  dogodzić,  trzeba  było  sprowadzić  Leona,  przed  rokiem  wydalonego  lokaja,  do 
którego Ksawery najbardziej był przyzwyczajony.   

Magda nie oponowała. Nie chciała już do niczego się tu wtrącać. I tak przecież wiedziała, 

ż

e po jej wyjeździe wszystko w Wysokich Progach wróci do dawnych zwyczajów.   

Ksawery  zmienił  się  podczas  choroby  o  tyle,  że  pogodził  się  z  losem.  Zgodził  się  nie 

tylko  na  wyjazd  Magdy  i  na  nieutrudnianie  rozwodu,  lecz  i  na  oddanie  jej  dziecka  pod 
warunkiem,  że  będzie  mógł  je  widywać,  ile  razy  zechce,  i  że  Magda  zachowa  dla  jego  ojca 
ż

yczliwość.   

background image

Wreszcie  po  czterech  dniach  nastąpiło  pożegnanie.  Ksawery  jeszcze  nie  wstawał. 

Pożegnał się z Magdą i rozrzewnił się przy tym. Pani Aldona nie wyszła jej odprowadzić, pan 
Michał jeszcze nie był ubrany.   

Zajechał powóz. Leon wyniósł walizki i podał je stangretowi na kozioł. Magda usadowiła 

się i wzięła od niańki dziecko na ręce.   

Konie  ruszyły,  okrążając  gazon.  Przed  drzwiami  pałacu  pozostała  grupka  służby, 

milczącej, nieruchomej.   

Już powóz wjechał w grabową aleję, gdy Leon strzepnął dłonie i powiedział:   

– Chamskie nasienie!... Lafirynda!...   

Koniec.