background image

Richard A Knaak 
Ognisty smok 
Tłumaczyła Maria Gębicka-Frąc 
Tytuł oryginału Fire drake 
Wersja polska 1990 
Wersja polska 2000 
 
Dedykuję tę książkę M. W., T.H. i P.M. 
Jest także dedykowana 
English/Rhetoric Department 
na University of Illinois w Champaign-Urbara, 
ludziom, którzy ostatecznie przyznali mi dyplom. 
 
Jechali w kierunku Gór Tyber. Niektórzy dwójkami, inni samotnie. Dziko  
wyglądające smocze hełmy przysłaniały ich twarze; widoczne były tylko oczy. 
Oczy, które w  
przypadku większości w zapadającym zmierzchu płonęły krwawą czerwienią. Wszyscy 
mieli  
skórzane kaftany nabijane metalowymi łuskami, na pozór niezbyt wytrzymałe, ale w  
rzeczywistości mocniejsze od najlepszej kolczugi. W powiewających płaszczach 
jeźdźcy  
przypominali widma unoszące się w powietrzu. Prawdę powiedziawszy, każdy, kto 
ujrzałby  
ich w drodze, byłby głęboko przekonany, że lot nie wykracza poza możliwości tych 
ludzi. 
Jeśli byli ludźmi. 
Było ich jedenastu, stopniowo łączących się w jedną gromadę. Nie padły żadne 
słowa  
powitania, nikt nawet nie pokiwał głową. Znali się i od wielu już lat 
niezliczoną ilość razy  
przebywali tę drogę. Czasami ich liczba ulegała zmianie, lecz droga zawsze 
pozostawała ta  
sama. Choć każdy uważał pozostałych za swoich braci, nierzadko dochodziło między 
nimi do  
waśni. Tak więc jechali w milczeniu, i równie milcząco zapraszały ich ku sobie 
niebosiężne  
szczyty Gór Tyber. 
Wreszcie po długim czasie dotarli do podnóża. Zdawało się, że tutaj czeka ich 
kres  
wędrówki. Żadna ścieżka nie wiodła przez góry; droga urywała się u stóp jednego 
z  
największych szczytów. Mimo to jeźdźcy nawet nie próbowali zwolnić. Wyglądało to 
tak,  
jakby przypuszczali szarżę na litą skałę. Wierzchowce nie zwątpiły w swoich 
panów i  
posłusznie cwałowały w nakazanym kierunku. 
Jak gdyby ustępując przed ich uporem, góra stopiła się i przesunęła. Niezdobyta  
bariera natury zniknęła i przed jeźdźcami rozwinęła się szeroka ścieżka. 
Jeźdźcy, nie  
zwracając uwagi na ten fantastyczny akt, jechali dalej w szatańskim tempie. Z 
końskich  
nozdrzy buchnęła para, gdy przekraczały barierę, ale po zwierzętach nie było 
widać  
zmęczenia. Dla nich taka galopada była dosłownie niczym. 
Jechali krętym traktem. Oblodzone skały i zdradliwe przepaście nie spowalniały 
ich  
tempa. Po drodze mijali stworzenia nie z tego świata, lecz podróż przebiegała 
bez zakłóceń.  
Tylko nieliczne stworzenia mogłyby być na tyle głupie, żeby zaczepiać jeźdźców, 
zwłaszcza  
gdy znały ich naturę. 

background image

W polu widzenia zamajaczył wielki strażnik Gór Tyber, Kivan Grath. Niewielu 
ludzi  
widziało go z bliska, a jeszcze mniej podjęło próbę wspinaczki. Żaden nie 
wrócił. Tutaj  
wiodła ścieżka. Tutaj dążyli jeźdźcy. Zwolnili, gdy zbliżyli się do masywnego 
Poszukiwacza  
Bogów, jak w tłumaczeniu brzmiało jego miano. Zatrzymali się u stóp góry i 
zsiedli z koni.  
Dotarli do celu. 
W skale osadzona była wielka spiżowa brama, która zdawała się wiekiem  
dorównywać samym górom. Piętrzyła się wysoko nad patrzącymi, a jej lico zdobiły  
starożytne i nie dające się opisać rzeźbienia. Jeden z jeźdźców podszedł do 
wrót. Oczy  
widoczne pod hełmem były zimne jak lód, a twarz miał białą niczym śnieg. Powoli 
podniósł  
lewą rękę, zacisnął dłoń w pięść i wyciągnął ją w stronę bramy. Ogromne spiżowe 
wierzeje  
otwarły się powołi z przeciągłym jękiem. Bladolicy wojownik wrócił do swych 
towarzyszy.  
Jeźdźcy wprowadzili wierzchowce za bramę. 
Pochodnie oświetlały jaskinię. Większą jej część stworzyły siły natury, lecz 
niektóre  
partie były sztucznym tworem. Powiększenie groty przerosłoby umiejętności nawet 
górskich  
karłów. Kto tego dokonał? Jeźdźcom było to obojętne; dawno już przestali zwracać 
uwagę na  
otoczenie. Nawet wartownicy, ledwie cienie, ale zawsze obecni, zostali przez 
nich  
zignorowani. 
Coś ciemnego, pokrytego łuską i tylko z grubsza przypominającego ludzkie 
kształty  
wypełzło na spotkanie wojowników, wyciągając szponiastą, bezkształtną dłoń. 
Otuleni w  
płaszcze podróżni powierzyli słudze swoje wierzchowce. 
Weszli do głównej groty. 
Siedziba ich gospodarza emanowała ogromną mocą niczym olśniewająca, starożytna  
świątynia. Tu i ówdzie stały podobizny postaci ludzkich i nieludzkich. Wszyscy 
od dawna nie  
żyli i nawet historia zapomniała o ich rodzaju. Wreszcie tutaj jeźdźcy okazali 
pewną dozę  
szacunku. Przyklękli kolejno przed siedzącą przed nimi postacią. Kiedy wszyscy 
oddali hołd,  
stanęli w półkręgu, twarzami do gospodarza. 
Wężowy kark wygiął się w łuk. Błyszczące oczy omiotły grupę. Krwistoczerwony  
jęzor wysunął się z pyska na znak zadowolenia, a straszliwe, błoniaste skrzydła 
rozpostarły  
się w całej okazałości. Mimo skąpego oświetlenia pokryte złotą łuską smocze 
cielsko  
prezentowało się imponująco. Majestatycznie, jak przystało na monarchę swoich  
pobratymców. A jednak postawa władcy zdradzała coś w rodzaju niepewności. Jeśli 
pozostali  
coś zauważyli, skrzętnie te myśli skryli. 
Głosem, który był sykiem, a jednak wprawiał skalną komnatę w lekkie drżenie, 
Złoty  
Smok przemówił: 
- Witajcie, bracia! Witajcie i czujcie się jak w domu! Stojący w pewnej 
odległości od  
siebie przybysze zrobili się na wpół przejrzyści, jak gdyby nie byli niczym 
więcej niż tylko  
złudzeniem. A jednak nie znikli. Zamiast tego, urośli; ich ciała, płynne jak 
żywe srebro,  

background image

szybko zmieniały kształty. Wyrosły im skrzydła i ogony, a ręce i nogi 
przeistoczyły się w  
szponiaste kończyny. Hełmy wtopiły się w twarze aż w końcu stały się twarzami. 
Usta  
rozciągnęły się w paszcze, w nikłym świetle błysnęły ostre zęby. Wszelkie pozory  
człowieczeństwa zniknęły w przeciągu minuty. 
Rozpoczęła się Rada Smoczych Królów. 
Złoty Smok pokiwał głową. Jako cesarz, Król Królów, z przyjemnością patrzył, jak  
poddani z zapałem podporządkowują się jego woli. Przemówił ponownie i tym razem 
z jego  
nozdrzy wysnuły się wstęgi dymu. 
- Rad jestem, że tego dokonaliście. Lękałem się, że niektórzy z was mogli 
pozwolić,  
by zawładnęły nim emocje. - Zatrzymał spojrzenie na Czarnym Smoku, monarsze  
śmiercionośnych Szarych Mgieł. 
Czarny Smok zachował milczenie, ale jego oczy rozbłysły. 
Cesarz Smoczych Królów skierował uwagę na najbliższego ze swoich braci. Błękitny  
Smok - bardziej wąż morski niż stworzenie lądowe - z szacunkiem skłonił głowę. 
- Rada zwołana została na prośbę pana Nadmorskiego Irillianu. Zauważył on dziwne  
wydarzenia i pragnie dowiedzieć się, czy podobne wypadki mają miejsce na 
ziemiach jego  
braci. Mów. 
Szczuplejszy od większości pobratymców, Błękitny Smok przypominał rasowe  
zwierzę - poruszał się płynnie, jak przystało na istotę, która większą część 
życia spędza we  
wschodnich morzach. Woń soli i ryby przepełniła powietrze, gdy przemówił. Okryty 
pyłem  
płowy smok, Brązowy, skrzywił nos. Nie dzielił upodobania brata do morza. 
- Suzerenie, bracia. - Rozejrzał się, zwracając baczną uwagę na Czarnego Smoka. 
- W  
ciągu minionych lat w moich włościach panował niczym niezmącony spokój. Ludzie 
nie  
burzyli się, a moje klany mnożyły się zdrowo. 
Przerwało mu warknięcie Brązowego Smoka, pana Ziem Jałowych na południowym  
zachodzie. Od zakończenia wojen ze Smoczymi Mistrzami patrzył, jak jego klany 
stale się  
kurczą. Większość twierdziła, iż było to dziełem samozwańczych Mistrzów, ale 
nikt nie był  
pewien, jakich czarów użyli wiedźmini w próbie pokonania Królów. Oni wyjałowili 
ziemie  
Brązowego, jednak nie wiadomo, czy spowodowali spadek płodności w jego klanach. 
Nad  
tym można było spekulować tylko prywatnie. Brązowy nadal był najzagorzalszym z  
wojowników. 
Pan Nadmorskiego Irillianu zignorował wybuch brata i kontynuował. 
- Ostatnio ten stan rzeczy uległ zmianie. Zapanowało wzburzenie - nie, to 
implikuje  
zbyt wiele. Daje się odczuć pewne... podniecenie. Tyłko tak mogę to nazwać. Nie 
tylko wśród  
ludzi. Wywiera wpływ na innych, nawet na wężosmoki i pomniejsze jaszczury. 
- Ha! 
Po tej uwadze napłynęła fala chłodu przenikającego aż do szpiku kości. Szron 
osiadł  
w miejscach, gdzie sięgnął oddech Lodowego Smoka. Złoty Smok spojrzał na niego z  
dezaprobatą. Chudy jak kościotrup król Północnych Pustkowi znów się roześmiał. 
Ze  
wszystkich smoków był jednym z naj szpetniej szych i najmniej lubianych. 
- - Babiejesz, bracie! Poddani zawsze próbują się burzyć. Wystarczy potraktować  
paru z nich pazurem i zdławić takie myśli w zarodku. 
- - Rzekł monarcha ziemi bardziej pustej niż włości Brązowego. 

background image

- - Rzekł monarcha, który wie, jak rządzić! - Zdawało się, że lada moment z 
paszczy  
Lodowego Smoka buchnie śnieżna zawierucha. 
- - Cisza! 
Grzmiący ryk Złotego Smoka zagłuszył wszystkie spory. Lodowy Smok cofnął się i  
spuścił białe jak śnieg oczy, oślepione blaskiem cesarza. Kiedy Król Królów 
wpadał w złość,  
jego ciało zaczynało się jarzyć. 
- Niegdyś takie wewnętrzne waśnie niemal doprowadziły do naszej zguby! Już o tym  
zapomnieliście? 
Wszyscy pochylili głowy, z wyjątkiem Czarnego Smoka. Najego masywnym pysku  
malowała się leciutka sugestia zadowolenia. Złoty Smok spojrzał na niego ostro, 
ale nie  
zganił go. W tej chwili zachowanie króla Szarych Mgieł było usprawiedliwione. 
Wyciągając się na pełną długość, Smoczy Cesarz górował nad pozostałymi. 
- - Przez prawie pięć ludzkich lat walczyliśmy w tej wojnie - i niemal 
stanęliśmy w  
obliczu klęski! Nasz brat Brązowy nadal odczuwa następstwa, gdy patrzy, jak 
wymierają jego  
klany! Jego problem jest najbardziej widoczny, lecz wszyscy nosimy blizny zadane 
przez  
Smoczych Mistrzów. 
- - Smoczy Mistrzowie nie żyją! Nathan Bedlam, ostatni, sczezł dawno temu! -  
ryknął Czerwony Smok, który władał wulkanicznymi ziemiami zwanymi Równinami 
Piekieł. 
- Zabierając z sobą Purpurowego Króla! - Czarny nie mógł się powstrzymać. Jego  
oczy zapłonęły niczym latarnie. 
Cesarz pokiwał głową. 
- - Tak, zabierając z sobą naszego brata. Bedlam był ostatnim i najgroźniejszym 
z  
Mistrzów. Swoim ostatnim wyczynem nadwątlił nasze siły. Penacles jest miastem 
wiedzy, a  
Purpurowy był jego panem, to on obmyślił naszą strategię. - Ostatnie 
stwierdzenie  
wypowiedziane zostało z pewną niechęcią, bowiem Złoty nie kwapił się przypominać  
braciom, kto wiódł ich naprawdę w owych dniach. 
- - A teraz jego ziemie przywłaszczył sobie Gryf! Jak długo mamy czekać, nim  
uderzymy? Wszak od tamtego czasu pojawiło się i przeminęło wiele pokoleń ludzi! 
- Czarny  
ze złości potrząsnął głową. 
- - Nie ma następcy. Znacie obowiązujące reguły. Trzynaście królestw, trzynastu  
królów. Dwadzieścia pięć księstw, dwudziestu pięciu książąt. Nikomu nie wolno 
złamać tej  
zasady... 
„Na razie” - dodał w myślach cesarz. 
- Podczas gdy my czekamy na następcę, wielmożny Gryf spiskuje. Pamiętajcie, był  
dobrze znany Mistrzom. 
- - Nadejdzie jego kolej. Może już wkrótce. Czarny czujnie zmierzył wzrokiem  
swego pana. 
- - Co to oznacza? 
- Jak każe obyczaj, przejąłem smoczycepo Purpurowym. Pierwszy wylęg dał tylko  
pośledniejsze smoki, z których większość, oczywiście, skazana została na śmierć. 
Ostatni łęg  
zapowiada się bardziej obiecująco, Królowie pochylili się w stronę cesarza. 
Wylęgi były  
sprawą najwyższej wagi. Następujące po sobie niewłaściwe lęgi mogły zagrozić 
wymarciem  
danego klanu. 
- - Tylko z kilku złożonych jaj wylęgną się poślednie smoki. Większość to smoki  
ogniste. Jednakże cztery jaja mają cętkowany szlaczek! 

background image

- - Cztery! - Słowo to zabrzmiało niczym krzyk uniesienia. Cętkowany szlaczek 
był  
znakiem Królów. Takich jaj należało strzec jak oka w głowie, bowiem sukcesorzy 
Smoczych  
Królów wykluwali się niezmiernie rzadko. 
- Muszą upłynąć jeszcze całe tygodnie. Matka chroni jaja przed niesfornymi  
pomniejszymi smokami, nie wspominając o wszelkiego rodzaju drapieżnikach. Jeśli 
dopisze  
nam szczęście, wszystkie wyklują się zdrowo. 
Czarny uśmiechnął się, a w smoczym uśmiechu zawsze było coś złowieszczego. 
- - W takim razie zmiażdżymy tego wielmożnego Gryfa! 
- - Może. 
Wszyscy obrócili się ku temu, który zwarzył ich dobry humor. Raz jeszcze pan  
Nadmorskiego Irillianu powiódł po nich wzrokiem, jakby mówił: „Tylko spróbujcie 
się  
odezwać!” Kiedy nikt nie zaprotestował, ze smutkiem potrząsnął grzywiastą głową. 
- - Żaden z was nie słuchał! Czy muszę powtarzać? Nie zrozumcie mnie źle. Wieść 
o  
jajach napawa mnie radością. Być może moje obawy są nieusprawiedliwione. Tym 
niemniej  
muszę przemówić, bo gdy zmilczę, zawsze będę tego żałować. 
- - Mów zatem i skończmy z tym! Jestem zmęczony tym ględzeniem. 
Ignorując Czarnego, król Wschodnich Mórz podjął: 
- Tylko raz odczułem podobne pobudzenie. Ostatnim razem zapowiadało ono nastanie  
Smoczych Mistrzów. 
Niejeden wielki pan syknął gniewnie, a może i ze strachem. Czarny skrzywił pysk 
w  
uśmiechu. 
- Prawdę mówiąc, bracie Błękitny, muszę przeprosić cię za swoje zachowanie.  
Poruszyłeś temat, który pragnąłem przedyskutować. 
Cesarz potrząsnął głową. 
- Ten kraj jest stary. Smoczy Królowie władają nim od wieków, ale nasze rządy są  
młode w porównaniu z panowaniem wcześniejszych ras. Nawet teraz dają o osobie 
znać ślady  
starożytnych mocy. Przyczyna tego poruszenia uczuć naszych poddanych równie 
dobrze  
może mieć magiczną naturę. Mimo wszystko... - przerwał i rozejrzał się po grocie 
-  
próbowaliśmy wyplenić tych, którzy potrafili dostrajać się do pradawnych 
sposobów. Wiem o  
niewielu żyjących dzisiaj ludziach, którzy stanowią zagrożenie. 
- - Tylko jeden może nam zagrozić. - Słowa były ciche, ale stanowcze. Nie 
patrząc,  
wszyscy wiedzieli, że to Czarny znów zabrał głos. 
- - Któż taki? 
Mieszkaniec Szarych Mgieł z dumą rozpostarł skrzydła. Skupiał uwagę wszystkich  
zebranych. 
- Znamy dobrze jego rodzinę. Bardzo dobrze. Jest młody, nie wyszkolony i nazywa 
się  
Cabe Bedlam. 
Smoczy Królowie, nawet Złoty, wzdrygnęli się lekko, jak gdyby coś ich ukąsiło. 
- - Bedlam! - szepnęły liczne głosy. 
- - Dlaczego nie wiedzieliśmy o tym człowieku? - zaskrzeczał cesarz. - Gdzie 
jest ten  
pomiot demona - wiedźmina? 
- Na ziemiach zajmowanych obecnie przez Gryfa. Nathan Bedlam umieścił dziecko,  
które jest jego wnukiem, w Mito Pica. Od kiedy region ten słynie z wydawania na 
świat  
wiedźminów i im podobnych, czasami wysyłam tam szpiegów. To jeden z nich odkrył 
tego  
człowieka. 

background image

- - Przekroczyłeś co najmniej dwie granice, bracie! - warknął Czerwony. - Ciekaw  
jestem, ilu masz szpiegów. 
- - Wszyscy mamy swoje oczy i uszy. Poza tym, tego człowieka trzeba obserwować! 
- - Czemuś nie kazał go zabić? - zapytał Zielony Smok. - To do ciebie 
niepodobne,  
Czarny. Od kiedy to okazujesz wahanie w dochodzeniu do celu? 
Służalczo chyląc głowę przed cesarzem, Czarny odparł: 
- - Nie uczyniłbym tego bez zezwolenia swego pana. Złoty parsknął. 
- - Chyba pierwszy raz w życiu. 
- - Czy mam twoją zgodę? 
- - Nie. Zapadła cisza. 
- - Młode niedługo się wyklują, dlatego nie dopuszczę do konfliktu, który może  
sprowokować Gryfa do ataku. Jest przebiegły. Wie, jaką wagę przywiązujemy do  
cętkowanych jaj. Jego agenci mogliby narobić nam szkód. Dopóki szczenię Bedlama  
pozostaje tam, gdzie jest, i nie zna swojej siły, pozostawimy je w spokoju. 
- - Jeśli będziemy zwlekać, to szczenię może sięgnąć po sławę swego przeklętego  
przodka! 
- - Tym niemniej, musimy czekać. Kiedy nasze młode będą dość silne, ostatni z  
Bedlamów umrze. 
Usiadł. 
- Narada skończona. 
Cesarz odchylił się na tronie i zamknął oczy, jak gdyby do snu, celowo ignorując  
swoich braci. Smoczy Królowie odsunęli się bez słowa. Ich ciała zadrżały i 
zmalały. Wielkie  
gadzie pyski cofnęły się i znów przemieniły w smocze hełmy przysłaniające prawie 
ludzkie  
twarze. Skrzydła skurczyły się, ogony przestały istnieć. Przednie kończyny stały 
się rękami, a  
zadnie wyprostowały się i przeistoczyły w nogi. 
Po zakończeniu przemiany jeźdźcy oddali salut swemu panu i opuścili komnatę. 
Złoty  
nie patrzył, jak odchodzą. 
Mroczny stwór przyprowadził wierzchowce. Zaczekał, aż wojownicy ich dosiądą, a  
potem pobrnął w wieczną noc jaskini. 
Smoczy Królowie przejechali przez spiżową bramę. Niektórzy parami, inni w  
pojedynkę, wszyscy podążali jedną ścieżką przez góry. Jakiś wężosmok zbudził się 
i wytknął  
łeb na ścieżkę. Gdy tylko poznał jeźdźców, uskoczył w bok i przypadł do ziemi. 
Nawet nie  
drgnął, dopóki nie zniknęli mu z oczu. 
Po wyjeździe z Gór Tyber wojownicy rozdzielili się i każdy ruszył w swoją 
stronę.  
Wiedzieli, że śmiertelni ludzie nie zwrócą większej uwagi na samotnych jeźdźców. 
Ci, którzy  
śmieliby stanąć im na drodze, trafiliby w objęcia śmierci. 
Jeździec kierujący się na południe zwolnił, gdy towarzysze zniknęli mu z oczu. 
Przed  
nim rosła niewielka kępa drzew i tam się zatrzymał. Patrząc w ciemność, usiadł i 
czekał. 
Niedługo. Po paru minutach dołączył do niego drugi Smoczy Król. Przywitali się 
bez  
słowa. Ich zachowanie nie było przyjazne; łączył ich wspólny cel i pragnęli go 
osiągnąć jak  
najmniejszym kosztem. 
Przybysz dobył z pochwy wielki miecz i wyciągnął go, ostrzem do przodu, w stronę  
drugiego. Ten położył na czubku dłoń w rękawicy. Jego oczy zapłonęły, gdy 
wezbrała w nim  
moc. Przepłynęła przez rękę, przez dłoń i wsączyła się w samą broń. 
Kiedy skończyli, miecz jarzył się i pulsował. Stopniowo światło ciemniało, jak 
gdyby  

background image

metal chłonął moc. Po chwili miecz wrócił do poprzedniego stanu, choc lekko 
wibrował.  
Drugi jeździec schował go do pochwy. 
Popatrzyli na siebie, porozumiewając się na poziomie odmiennym od znanego  
ludziom. Pokiwali głowami. Dokonało się to, co musiało się dokonać. Drugi smok 
trącił  
ostrogą boki wierzchowca i odjechał. Nie dążył w stronę swojego królestwa; cel 
jego podróży  
leżał na południu. 
Pozostały jeździec patrzył za nim, dopóki nie skryła go ciemność. Jego oczy  
przesunęły się w kierunku potężnego pasma gór, w szczególności ku szczytowi 
Kivan Grath.  
Po chwili odwrócił się i odjechał. 
Koła wydarzeń zostały wprawione w ruch. 
 
II 
 
- Gdzie moje piwo? 
Gospoda Pod Łbem Wężosmoka słynęła z rozmaitości klientów, niektórych ludzkich,  
innych nie. Do tych nieludzkich należał ogr, który walił mięsistą pięścią w 
stół, aż sypały się  
drzazgi. Jego zachowanie idealnie harmonizowało z twarzą - bezczelną i szpetną. 
Ślepia wyszukały w tłumie czarnowłosego dwudziestoparoletniego młodziana, który  
stał z kuflem przy beczce i klął piwo, że tak wolno leje się z kurka. W oczach 
ogra był  
brzydki jak każdy człowiek, lecz wedle norm ludzkich miał regularne rysy. Nie 
było to  
oblicze bohatera, ale silnie zarysowana szczęka, lekko zadarty nos i bystre oczy 
czyniły je  
prawie przystojnym. 
Klienci stojący nieopodal mimowolnie utworzyli barierę, która skryła go przed  
wzrokiem spragnionego ogra, ale chłopak wiedział, że wielkolud mu nie odpuści. 
Było to  
tylko kwestią czasu. 
Skoczył ku niemu, nerwowy i bez śladu chęci, jednak musiał to zrobić, gdyż był  
służącym w oberży. Szybko postawił ciężki kubek na stole i pobladł, gdy kropla 
wzburzonego  
piwa o włos minęła pysk ogra. Spodziewał się, że zaraz przemknie mu przed oczyma 
całe  
jego raczej nudne życie. 
Stwór zmierzył go morderczym wzrokiem, na szczęście doszedł do wniosku, że piwo  
jest ważniejsze. Rzucił mu monetę, poderwał kubek i opróżnił haustem, który 
zwaliłby z nóg  
większość ludzi. Cabe szybko wycofał się do kuchni. 
- Cabe! Przyniosłeś Deidrze prezent? 
Zwinna, szczupła ręka wyłuskała monetę, a właścicielka ręki przytuliła do niego 
bujny  
biust. Deidra obdarzyła go długim, soczystym całusem, następnie zręcznie wsunęła 
monetę za  
kawałek szmatki, który bez powodzenia starał się przysłaniać jej kobiece 
atrybuty.  
Potrząsnęła ciemnoblond włosami i uśmiechnęła się, widząc, jak wlepia oczy w jej 
obfite  
piersi. 
- Niezły widok, co nie? Może później. Dla Cabe’a zawsze było później. 
Deidra odwróciła się, zakręciła biodrami i wyszła z tacą do karczmy. Cabe 
patrzył za  
nią, dopóki nie zginęła mu z oczu, i poniewczasie przypomniał sobie o utraconej 
monecie.  
Może była tego warta... ale później. 

background image

Wiedział, że Deidra lubi mężczyzn z pieniędzmi, lecz chyba miała do niego 
słabość -  
no, w pewnym stopniu. Trzeba przyznać, nie był brzydki i choć nie zaliczał się 
do bohaterów,  
potrafił poradzić sobie w walce... pod warunkiem, że udało mu się wytrwać dość 
długo. Z  
jakiegoś powodu Cabe prawie zawsze uciekał, gdy zanosiło się na bijatykę. To 
dlatego  
pracował w tawernie i nie chadzał własnymi drogami jak jego ojciec, łowczy króla 
Mito Pica.  
Choć z Cabe’a na łowach nie było żadnego pożytku, ojciec nigdy się tym nie 
trapił. Był nawet  
zadowolony, gdy syn powiedział mu, że znalazł pracę w podrzędnej karczmie. 
Raczej dziwne  
podejście jak na wojownika, ale Cabe go kochał. 
Odgarnął z czoła czarne włosy, wiedząc, że gdzieś pod palcami wije się srebrny  
kosmyk, który zawsze zakrywał albo farbował. Srebrne kosmyki uważano za znak  
wiedźminów i nekromantów. Cabe nie chciał zostać zabity przez tłum tylko 
dlatego, że miał  
włosy jak czarnoksiężnik. Kłopot w tym, że kosmyk się powiększał. 
- Cabe! Ruszaj się, bazyliszkowy bobku! 
Wezwania chlebodawcy zaliczały się do gatunku tych, których Cabe posłuchałby,  
nawet gdyby tu nie pracował. Cyrus był człowiekiem wielkim jak góra i przy nim 
nawet ogr  
wydawał się mały. 
Skoczył na jednej nodze. 
- Słucham, Cyrusie. 
Właściciel karczmy, który bardziej przypominał niedźwiedzia niż człowieka, 
wskazał  
na stół stojący w ciemnym kącie. 
- Chyba widziałem tam klienta! Zobacz no, czy mu czegoś nie trzeba! 
Cabe ruszył w stronę wskazanego miejsca, przemykając między stołami i klientami.  
Kąt był dziwnie ciemny, jednak widział, że nikt tam nie siedzi. O co temu 
Cyrusowi... 
Zamrugał i spojrzał jeszcze raz. Ależ tam ktoś był! Jak to się stało, że nie 
zauważył go  
od razu? Nie potrafił tego zrozumieć. Spiesznie ruszył do stołu. 
Płaszcz. To było wszystko, czym ów człowiek - jeśli był to człowiek - zdawał się 
być.  
Ręka, lewa, pojawiła się w polu widzenia i położyła na stole monetę, a spod 
kaptura dobiegł  
silny, choć jakby nierzeczywisty głos. 
- Piwo. Bez jedzenia. 
Cabe stał przez chwilę jak wryty, a potem przyszło mu na myśl, że powinien 
spełnić  
prośbę klienta. Wymruczał przeprosiny i wrócił do szynkwasu. 
Cyrus prawie natychmiast podał mu piwo, lecz gdy Cabe ruszył przez ciżbę,  
zatrzymała go potężna dłoń. 
Ogr przyciągnął go i wetknął mu monetę w rękę. 
- Jak tam skończysz, przynieś mi następne piwo! I tym razem pilnuj, żeby nie  
wyskakiwało z kufla! 
Cabe ostrożnie postawił piwo na stole nieznajomego. Gdy to zrobił, dłoń w  
rękawiczce chwyciła go za nadgarstek. 
- Siadaj, Cabe. 
Cabe próbował się wyrwać, miał jednak wrażenie, że trzymająca go ręka 
zesztywniała  
jak po śmierci i już nigdy go nie puści. Usiadł z rezygnacją po drugiej stronie 
stołu, a ręka od  
razu go uwolniła. 
Spróbował ujrzeć twarz skrytą pod kapturem. Albo światło w karczmie przygasło,  

background image

albo nie było tam żadnej twarzy. Cabe wzdrygnął się ze strachu. Co to za 
człowiek, który nie  
ma twarzy? Co gorsza, czego taka istota chce od kogoś tak nieznacznego jak on? 
Jak gdyby  
rozbawiony, nieznajomy przekrzywił głowę, umożliwiając mu wnikliwsze badanie. 
Pod kapturem była twarz. Zdawała się lekko rozmyta i zawsze skryta w półcieniu.  
Cabe dostrzegł błysk srebra w gąszczu brązowych włosów. 
Wiedźmin! 
- - Kim jesteś? - To wszystko, co mógł wykrztusić. 
- - Możesz zwać mnie Simonem. Tym razem. 
- - Tym razem? - Dla Cabe’a jego słowa nie miały krzty sensu. 
- - Jesteś w wielkim niebezpieczeństwie, Cabie Bedlamie. 
- - W niebezpieczeństwie? Jakim... Bedlamie? Nie jestem... 
- - Cabe Bedlam. Zaprzeczysz? 
Chłopak zaczął coś mówić, potem popadł w zadumę. Niezależnie od tego, co myślał,  
nie mógł zaprzeczyć dziwacznym słowom wiedźmina. Nikt nigdy nie zwał go tym  
nazwiskiem, nawet on sam o nim nie myślał... A jednak, z niewiadomego powodu, 
nazwisko  
brzmiało właściwie. 
Na twarzy nieznajomego pojawił się lekki uśmiech. Może. Trudno było powiedzieć. 
- - Nie możesz temu zaprzeczyć. To dobrze. 
- - Ale mój ojciec... 
-...jest twoim ojczymem. Wypełnił swoje zadanie. Wiedział, co trzeba było 
zrobić. 
- Czego ode mnie chcesz? To znaczy... O nie! - Cabe przypomniał sobie, jakie  
opowieści wiązały się z rzeczonym nazwiskiem. Było owiane legendą i z pewnością 
nie  
pasowało do służącego z oberży. Cabe nie był - i nie chciał być - wiedźminem. 
Gwałtownie  
potrząsnął głową, próbując zanegować rzeczywistość w taki sam sposób, w jaki 
wypierał się  
srebrnego pasma we włosach. 
- Tak, bowiem nazywasz się Bedlam. Cabe poderwał się z ławy. 
- Ale nie jestem wiedźminem! Odejdź ode mnie! - Szybko zdał sobie sprawę z  
wybuchu i rozejrzał się po karczmie. Klienci popijali piwo, jakby nie działo się 
nic  
szczególnego. W karczmie panował gwar, ale mimo to, jakim cudem mogli przegapić 
jego  
okrzyk? Odwrócił się do wiedźmina... 
...i nikogo nie zobaczył. 
Marszcząc brwi, zajrzał pod stół, na wpół spodziewając się, że znajdzie tam 
mroczną  
postać. Niczego nie znalazł... z wyjątkiem monety, być może zostawionej przez 
wiedźmina.  
Cabe nie był pewien, czy powinien przyjąć pieniądze od czarnoksiężnika, ale 
ostatecznie  
zadecydował, że moneta wygląda dość normalnie. Poza tym, pieniądz to pieniądz. 
Odszedł od stołu, rzucając przez ramię jedno niepewne spojrzenie. Ledwo zważał 
na  
otaczających go ludzi. Jego uwagę zaprzątały słowa wiedźmina. Był Bedlamem. Nie 
mógł  
temu zaprzeczyć, choć jeszcze przed chwilą o tym nie wiedział. 
W głowie kłębiły mu się myśli. Wiedźmin był osobą obdarzoną mocą. Dlaczego  
zatem nie ujawniły się jego zdolności? I kim był nieznajomy, który kazał zwać 
się Simonem -  
„tym razem”? 
Cabe przedzierał się przez tłum, gdy ktoś złapał go za koszulę. Odwrócił się i 
zamarł,  
patrząc w groteskowy pysk ogra. Gorący, smrodliwy oddech falami omywał jego 
twarz. Cabe  
czuł, że zaraz zwymiotuje. 

background image

- Gdzie moje piwo? 
Piwo. Cabe wziął monetę i zapomniał o zamówieniu. 
- Chciałeś ukraść mi pieniądze, co? Myślałeś, że będę zbyt pijany, żeby to 
zauważyć,  
co? - Stwór podniósł mięsistą pięść i przygotował się do uderzenia. - Dam ci 
nauczkę! 
Cabe zamknął oczy i modlił się, żeby cios nie złamał mu szczęki. Czekał,  
spodziewając się, że lada chwila znajdzie się na podłodze. 
Czekał. 
I czekał. 
Ostrożnie uchylił jedno oko, następnie szeroko rozwarł oboje oczu... i zobaczył 
leżące  
na ziemi ciało niedoszłego napastnika. Towarzysz ogra, ciężko zbudowany osiłek, 
polewał go  
wodą w próbie ocucenia. 
Ci z tłumu, którzy widzieli incydent, zbliżyli się z nabożnym podziwem. 
- - Widziałeś? 
- - Nigdym nie widział, by człek ruszał się tak szybko! 
- - Jeden cios! Jeszcze nigdy jeden cios nie zwalił Igrima z nóg! 
- - Igrim jeszcze nigdy nie został powalony! 
Osiłek wyprowadził za drzwi na wpół przytomnego ogra. Cabe’a naszło ponure  
podejrzenie, że nie po raz ostatni widzi to stworzenie. Najprawdopodobniej on i 
jego kamrat  
zaczają się gdzieś w ciemnej uliczce. 
Jedni klienci gratulowali mu, inni obserwowali go czujnie. Cyrus, w głębi 
karczmy,  
pokiwał głową na znak czegoś, co można by nazwać pełną zmieszania aprobatą. Cabe  
zastanowił się, co właściwie zrobił. Jeśłi chodziło o niego, cały czas stał bez 
ruchu. 
Po chwili klienci wrócili do stołów. Cabe zajął się swoimi obowiązkami, ale 
myślał o  
innych sprawach. Od czasu do czasu spoglądał w ciemny kąt i raz czy dwa 
pomyślał, że coś  
dostrzega, ale kiedy powtórnie kierował tam spojrzenie, stół nieodmiennie był 
pusty. Dziwne,  
że żaden z nowych klientów nie zajmował przy nim miejsca. 
Zapadał zmrok, a z nim nadciągały pierwsze oznaki burzy. Większość klientów  
zniknęła z takich czy innych powodów. 
Cabe nie usłyszał przybycia jeźdźca, ale wyczuł jego obecność. Podobnie jak inni 
w  
karczmie. Cisza, która zapadła tak nagle, dużo mówiła o mocy przybysza. Cabe 
rzucił ku  
niemu okiem i natychmiast tego pożałował, zobaczył bowiem zwalistą postać, 
której sama  
obecność sprawiała, że klienci siedzący bliżej drzwi czmychnęli w pośpiechu. 
Każdy krok  
przybysza był butny, groźny w swojej precyzji. Wojownik, kimkolwiek był, omiótł 
wzrokiem  
wnętrze karczmy, gdy zmierzał ku stołom na tyłach, i każda istota, która jeszcze 
nie wyszła,  
modliła się w duchu, żeby to nie jej szukał milczący gość. 
Gdy postać w zbroi usiadła, większość klientów odeszła. Oczy nieznajomego  
przyjrzały się bacznie pozostałym, a potem zaczęły lustrować pracowników 
gospody. Cabe  
chciał znaleźć sobie jakieś zajęcie, ale wiedział, że i tak będzie musiał 
podejść do przybysza.  
Cyrus zbliżył się i wyszeptał: 
- Chyżo, człowieku! Daj mu, cokolwiek sobie zażyczy i, na miłość Hiracka, nie 
waż  
się prosić o zapłatę! - Pchnął go w stronę nieznajomego. Cyrus klął się na 
Hiracka, lokalnego  

background image

boga kupców, gdy nerwy odmawiały mu posłuszeństwa. 
„Co się stało z moim spokojnym życiem?” - zastanawiał się Cabe. Powoli ruszył 
przez  
prawie pustą karczmę i wreszcie zatrzymał się przy stole nieznajomego. 
Okryta hełmem głowa zwróciła się w jego stronę. Cabe, drżąc, uświadomił sobie, 
że  
oczy są jasnoczerwone. Widział niewielką część twarzy, ale skóra zdawała się 
brązowa jak  
glina i sucha jak pergamin. 
- Cz-czym mogę służyć, panie? 
Oczy oszacowały go. Cabe dopiero teraz zwrócił uwagę na złowieszczy smoczy hełm  
podróżnego. 
- - Nie chcę waszego podłego piwa. - Głos ogromnie przypominał syk. 
- - A strawy? 
Nieruchome, nie mrugające oczy nadal go oceniały. Cabe zadrżał na myśl, że 
właśnie  
zapytał, czy nieznajomy nie chce czegoś do zjedzenia. Nie miał zamiaru 
proponować samego  
siebie. 
- Nazywasz się Cabe. 
- Jakże prosto. - Słowa nie były skierowane do Cabe’a; był to tylko komentarz. - 
Zaraz  
odejdę. A ty pójdziesz ze mną. To sprawa najwyższej wagi. 
- Nie mogę odejść! Mój chlebodawca... Przybysz zwrócił niewielką uwagę na jego  
słowa. 
- On cię nie zatrzyma. Idź i zapytaj go. Będę czekać przed karczmą. 
Cabe cofnął się, gdy nieznajomy wstał. Nawet gdyby zdjął kunsztowny hełm, byłby 
o  
wiele wyższy od niego. Cabe nie miał wątpliwości, że to jeden ze Smoczych 
Królów. Zadrżał.  
Kiedy Smoczy Król wzywał, posłuszni byli nawet najwyżsi ludzie. 
Jeździec odszedł bez słowa. Cabe popędził do innych, w większości kryjących się 
w  
kuchni. 
- - Co się stało? Czego chciał? - Cyrus już wcale nie przypominał niedźwiedzia.  
Skurczył się ze strachu. 
- - Czeka na zewnątrz. Chce mnie. 
Niejedna para oczu otworzyła się ze zdumienia. Cyrus popatrzył na niego z 
odrazą.  
Cabe równie dobrze mógłby być trędowaty. 
- Ciebie? Cóżeś uczynił, aby ściągnąć na siebie gniew Smoczych Królów? Musiało 
to  
być coś strasznego, skoro jeden z nich przybył do nas we własnej osobie! 
Inni, łącznie z Deidrą, cofnęli się trwożliwie. Cyrus nadal gadał i odchodził od  
zmysłów. 
- Idź! Szybko! Idź, zanim postanowi zniszczyć moją karczmę! Powiedz, że jest tu  
agent wielmożnego Gryfa! 
Jeden z kucharzy, który obejmował Deidrę, podniósł topór rzeźniczy i potrząsnął 
nim  
w stronę chłopaka. 
- Jesteśmy zbyt daleko od Penacles, by liczyć na ochronę lwioptaka! Wynoś się, 
nim  
wyrzucimy cię siłą! 
Cabe niechętnie wycofał się z kuchni. Nad karczmą przetoczył się zwiastujący  
nadchodzącą burzę grzmot. Złapał płaszcz i z wahaniem ruszył do drzwi. Nie miał 
szans na  
ucieczkę. Gdyby spróbował ukryć się albo uciekać, Smoczy Król z pewnością by go 
wytropił.  
Nieliczni zgodziliby się udzielić mu schronienia. 
Padał deszcz. Cabe zarzucił kaptur na głowę. 
Parsknął koń. Cabe odwrócił się i skamieniał. Wierzchowiec zdecydowanie nie był  

background image

zwyczajnym zwierzęciem. Obok niego stał mniejszy, normalny, cały roztrzęsiony. 
Jeździec  
rzucił Cabe’owi jego wodze. 
- Jedziemy! Szybko! 
Cabe wspiął się na siodło. Smoczy Król ruszył z kopyta. Cabe podążył za nim,  
zastanawiając się, dlaczego to robi i świadom, co może się stać, jeśli tego nie 
uczyni. 
Wysoko na niebie rozszalała się burza. 
Na środku bazaru w mieście Penacles stał namiot Bhyrama, handlarza owocami. Była  
burzowa noc i Bhyram klął na czym świat stoi, bo sam musiał chować do namiotu 
swoje  
towary. Z każdym kolejnym workiem coraz dosadniej łajał nieobecnego pomocnika, 
młokosa  
o niepospolitym pragnieniu. 
Z zewnątrz dobiegł go dziwny głos. 
- Ile za dwa sreva? 
Sreva były słodkimi owocami, które zwykle kosztowały cztery miedziaki. Bhyram  
odruchowo powiedział, że osiem. 
Usłyszał brzęk monet na ziemi. Odwrócił się i wybiegł z namiotu. Lało, ale 
poznał, że  
inne owoce nie zostały skradzione. 
Mógł też powiedzieć, że nikogo nie ma w pobliżu. Mrucząc stare powiedzenie  
chroniące przed czarami, skrzętnie pozbierał osiem miedziaków. 
Ostatecznie był człowiekiem interesu. 
Jechali i jechali. Mrocznego jeźdźca deszcz jakby się nie imał, a Cabe już dawno  
zrezygnował z walki z ulewą. Nie zauważył nawet, kiedy przestało padać. 
Kierowali się na zachód. W głębokich zakamarkach umysłu Cabe’a zrodziła się  
niewyraźna myśl, że tereny podległe Brązowemu Smokowi noszą trafne miano Ziem  
Jałowych. Przeważało tarn spieczone błoto, urozmaicone gdzieniegdzie chwastami. 
Nie było  
to najbardziej gościnne z miejsc... a oni zmierzali w stronę jego serca. 
Rozsądek podpowiadał mu, że powinien uciekać. Rozsądek mówił mu, że czeka go  
rychły koniec. Rozsądek jednakże nie mógł pokonać strachu, który Cabe odczuwał, 
ilekroć  
ośmielał się rzucić okiem na swego szatańskiego towarzysza. Strachu - i jeszcze 
czegoś. 
Poczucia obowiązku? 
Miał mętlik w głowie. Zmarszczył czoło. Głowa wydawała się obca od kiedy... od  
kiedy... 
Nie mógł dojść, od kiedy. Coś blokowało podobne myśli, chroniło go. 
Chroniło go przed Smoczym Królem. 
Byli już na terenie Ziem Jałowych. Mimo niedawnej ulewy grunt pod końskimi  
kopytami był suchy i spękany. Na tym polegała klątwa: niezależnie od tego ile 
wody spadło  
na te ziemie, wilgoć nie wsiąkała w glebę, tylko znikała. Cabe wiedział, że 
odpowiedzialność  
za to ponosili Smoczy Mistrzowie. 
Oni widzieli. Oni wiedzieli. Ogniste smoki Brązowego były najgroźniejszymi z  
wojowników. Klątwa jałowości ograniczyła ich siły - ale na darmo. Smoczy 
Królowie nadal  
władali, a wiedźminowie i wiedźmy, którzy z nimi walczyli, odeszli w przeszłość. 
Cabe podniósł głowę. Chmury nad Ziemiami Jałowymi rozstępowały się, choć gdzieś  
dalej nadal szalała burza. Nawet dawca deszczu nie śmiał się tutaj ociągać. 
Jeśli istniała  
ziemia przeklęta, to właśnie tutaj. - Stój. 
Syczący głos Smoczego Króla przeniknął jego umysł. Postać w hełmie spoglądała w  
ziemię, jak gdyby czegoś szukając. Po chwili zsiadła z konia i kazała Cabe’owi 
uczynić to  
samo. 
- Czekaj tutaj. 
Pan smoków ognistych odszedł na pustkowie. Cabe czekał, wiedząc, że ucieczka  

background image

byłaby głupotą. Może Smoczy Król tylko chciał, żeby wykonać dla niego jakieś 
zadanie. Nie  
brzmiało to przekonująco. Królowie mieli aż nadto sług zdolnych do zajęcia się 
wszystkim,  
co mógłby zrobić Cabe. 
Jeździec wrócił po niedługim czasie. Miał puste ręce. Pewnym krokiem podszedł do  
Cabe’a i jednym zamaszystym ruchem przewrócił go na ziemię. Wielki miecz, który  
dotychczas krył się w pochwie, opuścił ją i zwrócił się w stronę bezradnego 
człowieka. 
Trudno było patrzeć na Smoczego Króla. Jego oczy płonęły - tak, płonęły - jasną,  
ognistą czerwienią. Smoczy hełm zdawał się krzywić w uśmiechu drapieżnika i Cabe 
zdał  
sobie sprawę, że dostrzega prawdziwe oblicze smoka pod ludzką fasadą. W bladym 
świetle  
łuski zbroi Smoczego Króla lśniły na brązowo. Miecz, trzymany w lewej dłoni, nie 
świecił.  
Był czarny jak otchłań. 
Syk, który nie do końca był głosem, dotarł do uszu Cabe’a. 
- Niegdyś były to moje ziemie. Nie były jałowe. Niegdyś porastały je bujne łąki 
i lasy.  
- Z bezbrzeżną nienawiścią spojrzał na drżącego człowieka. - Do czasów Smoczych  
Mistrzów! 
Czubek miecza zdjął kaptur z głowy Cabe’a. Oczy króla rozszerzyły się. 
- Wiedzmin! Ostateczny dowód! 
Srebrne pasmo we włosach było wyraźnie widoczne. Cabe żałował, że nie posiada  
wszystkich tych mocy, którymi, jak powiadano, dysponowali czarnoksiężnicy. 
Przynajmniej  
miałby lepsze widoki na ucieczkę. Dlaczego z nim przyjechał? Od samego początku 
w głębi  
duszy wiedział, że Smoczy Król zamierza go zabić. 
Ciemna postać wzniosła miecz do zadania ciosu. 
- Przelewając krew smoków ognistych, Nathan Bedlam zniszczył życie moich klanów!  
Krwią jego potomka przywrócę to życie! - Miecz ze świstem opuścił się na Cabe’a. 
Błyszczący grot przeszył pierś Smoczego Króla, ostrze miecza zatrzymało się tuż 
przy  
głowie Cabe’a. 
Sparaliżowany tym widokiem chłopak mógł tylko patrzeć, jak gadzi monarcha wlepia  
oczy w drzewce, które na wylot przebiło jego ciało. Niedowierzanie przemknęło 
przez twarz  
częściowo widoczną pod hełmem. Ostrożnie dotknął grotu. 
I upadł. 
Cabe ledwo zdążył odtoczyć się na bok. Ciało Smoczego Króla z głuchym łoskotem  
uderzyło w ziemię. Czarny miecz wysunął się ze zmartwiałej lewej dłoni i 
zagrzechotał u jego  
boku. 
Powoli, z niedowierzaniem, Cabe stanął na nogi. Nikt nie przyszedł po strzałę. 
Nikt.  
Spojrzał pod nogi i po raz pierwszy przytłoczył go ogrom sytuacji. Był sam na 
środku Ziem  
Jałowych, a u jego stóp leżał pan tej krainy. Martwy. 
Trzy smoczyce w ludzkiej formie skrzeczały i drapały paznokciami szmaragdową  
bryłę bursztynu, w której widniała ludzka postać. Od wielu dziesiątków lat 
podejmowały  
podobne próby, ale nie zdołały nawet zarysować jego powierzchni. 
Porośnięta futrem ręka przesunęła na szachownicy pion z kości słoniowej i 
cofnęła się,  
czekając na komentarz partnera. Był nim mistrz, przy którym każdy ruch stawał 
się lekcją. 
- Brązowy, jak się zdaje, znalazł się w nieciekawym położeniu. - To było 
wszystko, co  
miał do powiedzenia przeciwnik. 

background image

Cabe niepewnie podniósł czarny miecz i przypiął go do pasa. Uzbrojony, poczuł 
się  
nieco lepiej. Zastanawiał się, co zrobić z ciałem. Jeśli je tu zostawi, poddani 
martwego  
Smoczego Króla mogą uznać to za pohańbienie i zacząć go ścigać. Jeśli je 
pogrzebie, zrobi to  
bez odprawienia właściwej ceremonii. W tym przypadku też może stać się celem 
zemsty  
poddanych. 
Zostawił ciało tam, gdzie upadło. 
W okolicy nie było śladu wierzchowca Smoczego Króla. Wydawało się, że zniknął w  
chwili śmierci właściciela. Zwyczajny koń został. Cabe dosiadł go i zastanowił 
się nad  
następnym posunięciem. 
Nie mógł wrócić do swojej wioski. To byłoby samobójstwo. A zatem, dokąd? Do  
miasta Zuu? Nie, Zuu podlegało Zielonemu Smokowi i leżało zbyt blisko Ziem 
Jałowych.  
Choć pan Lasu Dagora rzadko wtrącał się w sprawy poddanych, ryzyko było zbyt 
wielkie. 
Penacles? Tam rządził Gryf. Zawładnął Miastem Wiedzy po śmierci Purpurowego  
Smoka. Większość była zdania, że tak jest lepiej. Wszyscy wiedzieli, że Gryf 
jest wrogiem  
Smoczych Królów. 
I o to chodziło. Taki wybór oznaczał kiłka dni jazdy więcej, ale Penacles było  
jedynym bezpiecznym miejscem. Jeśli przeżyje podróż. 
Rzucił ostatnie spojrzenie na postać rozpostartą na ziemi. Dziwne, błyszczące 
drzewce  
wystawało z jej pleców. Gdzieś musiał być sprzymierzeniec, ale gdzie? Cabe 
rozejrzał się  
nerwowo i odjechał galopem. 
Minęły godziny. 
Nadciągnęli jeźdźcy. Na pozór niematerialni, ledwie cienie ludzi. A jednak 
nosili  
pewne podobieństwo do Smoczego Króla, który leżał przed kopytami ich 
wierzchowców.  
Zatrzymali się, niepewni, co uczynić. Wreszcie jeden zsiadł z konia i dotknął 
poległego.  
Zobaczył ranę na wylot, ale ani śladu pocisku. Ostrożnie przewrócił zwłoki na 
plecy. Na  
widok skrytej pod hełmem twarzy pięciu jeźdźców wydało głuchy pomruk. 
Dwaj inni zeskoczyli na ziemię i pomogli pierwszemu. Przerzucili ciało przez 
koński  
grzbiet za jednym z jeźdźców. Kiedy je przytroczyli, wsiedli na koń. 
Ruszyli. Nie zmierzali w stronę, z której przybyli. Teraz jechali na północ. Ich 
ruchy  
zdradzały strach. Okazywanie emocji było tak rzadkie u ich rodzaju, że stało się 
tym bardziej  
widoczne. 
Na niebie ponad nimi płynęły dwa księżyce, obojętne na sprawy ludzkie i 
nieludzkie.  
Na ziemi, w miejscu, gdzie upadł Smoczy Król, wykiełkowało parę małych, choc 
upartych  
źdźbeł trawy. 
Wkrótce ich śladem podążyć miały inne. 
 
III 
 
Z czarnym mieczem obijającym się o nogę, Cabe jechał powoli przez knieję. Ziemie  
Jałowe dawno ustąpiły trawiastym równinom, a te niedługo później lasom. Cabe nie 
dał się  

background image

zwieść pięknemu pejzażowi. Na takich terenach lubiły polować wężosmoki. Choć 
inteligencja  
tych małych jaszczurów nie mogła równać się z przemyślnością Smoczych Królów, 
były  
wystarczająco sprytne, aby wyprowadzić człowieka w pole. 
Słońce jasno płonęło na niebie. Cabe oceniał, że przebył prawie połowę drogi do  
Penacles. Dotychczas nie natknął się na żadne przeszkody, więc droga mijała dość 
szybko.  
Nie mógł opędzić się wrażeniu, że wkrótce szczęście przestanie mu sprzyjać. 
Na jego drodze wyrósł bazyliszek. Stworzenia te miały nadzwyczajny słuch, 
ponieważ  
żeby nie zdradzać swojej obecności, stale musiały mieć zamknięte oczy. Inaczej 
wszędzie  
zostawiałyby po sobie stosy kamiennych posągów. 
Cabe uchwycił ruch stworzenia na chwilę przed tym, nim go dostrzegło. Koń nie 
miał  
takiego szczęścia; bazyliszek zobaczył go, gdy Cabe zeskakiwał na ziemię. 
Kamienny  
wierzchowiec przewrócił się i legł na ziemi, niemal przygniatając jeźdźca. 
Tocząc się w krzakach, Cabe szamotał się z mieczem. Słyszał, jak bazyliszek  
przesuwa się powoli w jego kierunku. Na chwilę zaprzestał walki z oporną bronią, 
podniósł  
złamaną gałąź i cisnął ją jak najdalej w przeciwną stronę. Nastała cisza, którą 
przerwał hałas  
towarzyszący przedzieraniu się bazyliszka przez chaszcze. 
Cabe wyciągnął miecz, i wrócił na szlak. Gdyby szedł lasem, stworzenie 
niechybnie  
by go usłyszało. Ścieżka, choć nie oferowała osłony, zapewniała szybszą i 
cichszą podróż. 
Słyszał, jak bazyliszek szuka go po okolicy. Jeśli szczęście go nie opuści, 
potwór  
skieruje się w przeciwną stronę. Jeśli nie... 
Cabe’owi nie zależało na dokończeniu tej myśli. 
Ścieżka była miękka. To dobrze. Cabe stąpał cicho, z mieczem w pogotowiu. 
Wątpił,  
czy dałby radę, gdyby przyszło mu zmierzyć się z bazyliszkiem, ale broń 
poprawiała mu  
samopoczucie. Przestąpił nad skamieniałym koniem. Z powodu jego utraty podróż 
potrwa  
trzy razy dłużej. 
Z tyłu dobiegł go głośny trzask gałęzi. Cabe ruszył co tchu w piersiach. Jego 
jedyna  
szansa - wiedział, jaka jest nikła - polegała na znacznym wyprzedzeniu 
stworzenia. Sądząc z  
coraz to bliższych odgłosów, nawet nikłe szansę były przecenione. 
Potknął się. Miecz niemal wypadł mu z ręki, ale jakoś zdołał go utrzymać. Tupot  
bazyliszka był tak głośny, że potwór musiał być tuż za nim. Wiedziony czystym 
odruchem  
Cabe odwrócił się, by stawić mu czoło. Nie zdawał sobie sprawy, że w przypadku 
większości  
ludzi taka reakcja byłaby szczytem głupoty. 
Bazyliszek wyskoczył na trakt i wybałuszył ślepia. 
Pierwsza myśl Cabe’a sprowadzała się do zdumienia, że nie obrócił się w kamień.  
Zachowanie bazyliszka odzwierciedlało jego zdziwienie; stwór nigdy wcześniej nie 
poniósł  
takiej porażki. Zamarł w bezruchu, jakby skamieniał na podobieństwo swoich 
niezliczonych  
ofiar. 
Potrząsając ciemnym mieczem, Cabe wykorzystał przewagę swojej dopiero co  
odkrytej odporności i skoczył na nogi. Bazyliszek spojrzał na miecz i cofnął się 
tchórzliwie.  

background image

Cabe postąpił krok, a stworzenie ze strachu rozpłaszczyło się na ziemi. Cabe 
zrobił ponurą  
minę, machnął mieczem i wrzasnął. 
Bazyliszek wziął ogon pod siebie i uciekł. 
Obserwując zmykającego stwora, Cabe odetchnął z ulgą. Teraz, gdy było po  
wszystkim, miał wrażenie, że przemienił się w wyciśnięty owoc. Strach jednakże  
przypomniał mu, że nie powinien stać i wydziwiać nad swoim szczęściem. Mogły 
przecież  
pojawić się inne, bardziej śmiałe bestie. 
Powoli ruszył szlakiem. Istniała możliwość, że natknie się na jakąś wioskę, choć  
prawdopodobieństwo było znikome. Tutejsze ziemie znane były jako nie 
zamieszkałe,  
przynajmniej nie przez ludzi. 
Nadal zastanawiał się nad implikacjami swojej odporności na wzrok bazyliszka, 
kiedy  
zobaczył zakapturzoną postać. Siedziała z boku traktu, a nieopodal koń szczypał 
trawę.  
Podróżny chyba niezbyt przejmował się leśnymi stworzeniami. Cabe poznał go i 
zrozumiał,  
dlaczego. 
Niewyraźna twarz czarnoksiężnika uśmiechnęła się - przynajmniej tak się wydawało 
-  
do niego. Cabe przystanął, z czubkiem miecza skierowanym mniej więcej w kierunku  
cienistej postaci. 
- Witaj, Cabie Bedlamie. 
- To ty byłeś w karczmie, prawda? Ty kazałeś zwać się Simonem. 
Mag pokiwał głową. 
- - Tak. Widzę, że po naszym spotkaniu wybrałeś się na wędrówkę. 
- - Na wędrówkę? Omal nie zginąłem z ręki jednego ze Smoczych Królów! Ktoś  
zabił go dosłownie w ostatniej chwili! 
- - Tak słyszałem. 
- Chciał użyć tego! - Cabe wyciągnął miecz. Simon spochmurniał. 
- - Po trzykroć przeklęta broń. Gdyby sytuacja wyglądała inaczej, kazałbym ci ją  
wyrzucić. Na nieszczęście, miecz ten może być jedyną rzeczą dzielącą cię od 
śmierci... to  
znaczy, dopóki twoje moce nie zamanifestują się właściwie. 
- - Zamanifestują się właściwie? 
 
- - Jak w karczmie. Chyba pamiętasz swoją bójkę z ogrem. Cabe szeroko otworzył  
oczy. 
- - To byłem ja? 
Na wpół zacieniona twarz być może uśmiechnęła się lekko. 
- Zareagowałeś spontanicznie. Moc wyzwalana w taki sposób uderza z dużą siłą. 
Kaptur przesunął się lekko do tyłu. Cabe ujrzał szeroki pas srebra we włosach  
mężczyzny. Mimowolnie sięgnął do własnej czupryny. Simon pokiwał głową. 
- Tak, srebra przybyło. Spotkanie ze mną było katalizatorem. Wiedźmini zawsze  
reagują na innych wiedźminów. Brązowy, Smoczy Król, który pragnął twojej 
śmierci,  
również wniósł swój wkład, jednakże twoja prawdziwa natura już wtedy była bardzo  
wyraźna. 
Cabe wspomniał słowa gadziego monarchy. Wyglądało na to, że nie ma odwrotu.  
Skoro wszyscy uparli się nazywać go czarnoksiężnikiem, będzie musiał nauczyć się 
korzystać  
ze swojej mocy. Gdy podjął tę decyzję, jego towarzysz znów pokiwał głową. 
- Nie masz wyboru. Bez ciebie, bez twojej mocy, te krainy pozostaną pod  
panowaniem Smoczych Królów. 
- - Beze mnie? Jak to możliwe? - Słowa Simona przyprawiły Cabe’a o drżenie. 
- - Istnieje w tobie... moc, z braku lepszego słowa. Wielka moc. Większa, niż u  
większości ludzi - nawet Nathan był słabszy - i nie jesteś wyszkolony, co czyni 
ją tym  
bardziej niezwykłą. Trzeba, żebyś nauczył się nad niąpanować. Od czasów Smoczych  

background image

Mistrzów, smoki pilnie zajęły się wyszukiwaniem ludzi obdarzonych niebezpiecznym  
potencjałem. Jako jeden z niewielu nie zostałeś znaleziony i dlatego jesteś taki 
cenny. Bez  
ciebie braknie nam sił, by stoczyć zwycięską walkę ze Smoczymi Królami. 
- - W takim razie dlaczego nigdy nas nie pokonali? Dlaczego pozwalają nam  
rozwijać się i stawać niebezpiecznymi? 
Zakapturzony mężczyzna wzruszył ramionami. 
- Być może z dwóch powodów. Zdecydowanie przewyższamy liczbą smoki właściwe,  
te inteligentne. Nawet jeśli poniesiemy klęskę, możemy doprowadzić do ich 
wymarcia. Ich  
klany są zbyt nieliczne. Druga przyczyna wiąże się z pierwszą. Smocza kultura 
zbyt mocno  
splotła się z naszą. Jesteśmy im potrzebni. Robimy rzeczy, którymi oni przestali 
się  
zajmować, i robimy je, ponieważ musimy. Dlaczego zakłócać coś, co działa tak 
dobrze? 
Cabe wrócił myślami do własnego życia. Nie mógł powiedzieć, że było zbyt 
ciężkie. 
- Dlaczego zatem musimy z nimi walczyć? Czyż nie mamy wszystkiego? Nie możemy  
robić wszystkiego? 
Choć twarz Simona pozostała nieodgadniona, ton jego głosu mówił sam za siebie. 
- To iluzja wolności, Cabe. Iluzja. Dopóki władają Smoczy Królowie, dopóty nie  
wzniesiemy się na wyższy szczebel rozwoju. Popadniemy w stagnację i umrzemy wraz 
z  
nimi. 
Cabe’a ogarnęło przytłaczające poczucie obowiązku. Jego dziadek oddał życie za 
to  
przekonanie, a on, ani trochę go nie pojmując, mógł przynajmniej pomóc - 
zwłaszcza kiedy  
stawką było jego życie. 
- - Co mam zrobić? Będziesz mnie uczyć? 
- - Może później. Na razie powinieneś ruszyć w dalszą drogę. Wielmożny Gryf  
czeka na twoje przybycie. 
- Czeka na mnie? Skąd o mnie wie? Wiedźmin zaśmiał się. 
- - Nie można zabić Smoczego Króla, nie okrywając się natychmiastową sławą. 
- - Przecież ja go nie zabiłem! To błyszcząca strzała przeszyła jego ciało! 
Oczy wiedźmina rozbłysły głębokim szkarłatem. Ręce śmignęły w stronę chłopaka.  
Cabe był pewien, że cienista postać zamierza go zniszczyć. Poderwał miecz w 
nadziei, że go  
ochroni. 
Simon opuścił ręce. 
- Nie musisz się obawiać, przyjacielu. Tylko sprawdzałem twoją historię.  
Powiedziałeś mi prawdę. Brązowy, pan Ziem Jałowych, zginął od strzały 
Słonecznego  
Lansjera. Rzeczywiście, zdarzają się dziwne rzeczy. 
Cabe opuścił miecz. 
- - A kto to taki ten Słoneczny Lansjer? Czuję, że znam to miano. 
- - Powinieneś. Najpewniej to zasługa twojej mocy. Słoneczni Lansjerzy stanowili  
elitę Smoczych Mistrzów. Nathan był ich przywódcą. Potrafili czerpać światło 
Kylusa i  
wystrzeliwać je z łuków. 
Cabe powoli podniósł głowę ku słońcu. Gdyby tak zyskał nad nim częściową 
władzę...  
Niewiarygodne. A jednak coś się nie zgadzało. 
- - Smoczy Król zginął pod Bliźniętami. Wybrał ten czas na moją śmierć. 
- - Hmm. Możliwe, że twoja krew miała przywrócić życie martwym krainom.  
Spotkanie Bliźniąt jest porą dobrze znaną tym, którzy posiadają moc. Zwiększa 
siłę każdego  
czaru, który wiąże się ze złożeniem ofiary. Słoneczni Lansjerzy z kolei 
potrzebują światła  

background image

dnia. Żeby w nocy stworzyć używaną przez nich broń, trzeba by wykorzystać blask 
Bliźniąt, a  
one nie słyną z hojności. Żądają zapłaty. Muszę przeprowadzić śledztwo. Może 
poznam  
odpowiedź przed twoim przybyciem do Penacles. 
 
- - Zostawiasz mnie? Przecież nigdy nie dotrę tam pieszo! Po niewyraźnej twarzy  
być może przemknął cień zdziwienia. 
- - Pieszo? Nie. Pojedziesz na tym koniu. Sprowadziłem go w chwili, gdy  
zorientowałem się w twojej sytuacji. - Wiedźmin, choć miał rękawice, pstryknął 
palcami.  
Jego wierzchowiec zbliżył się i trącił chrapami przestraszonego Cabe’a. 
- - Dziękuję ci za rumaka, ale co ty zrobisz? 
- - Ja go nie potrzebuję. 
Marszcząc brwi, Cabe popatrzył na wierzchowca. Był silny. Silniejszy od jego  
poprzedniego konia. Obejrzał się w stronę wiedźmina... 
...i stwierdził, że Simon zniknął. 
Nie zastanawiał się nad tym faktem. Odziana w płaszcz, zakapturzona postać 
pomogła  
mu. Najlepiej, jeśli skorzysta z zaoferowanej pomocy. Im szybciej dostanie się 
doPenades,  
tym lepiej. 
Schował ciemny miecz i dosiadł konia. Szybki rzut oka po okolicy nie ujawnił 
innej  
ścieżki niż ta, którą podążał. Lasy były niebezpieczne. Co nie znaczy, że 
ścieżka miała okazać  
się lepsza. 
Ruszył, trzymając dłoń na rękojeści miecza. 
Nadchodziła noc. Cabe miał wrażenie, że dzień skrócił się o połowę. Liczył, że 
przed  
nocą wyjedzie z kniei, lecz ścieżka wiła się bez końca. Drobna część jego umysłu  
podpowiadała, że być może w grę wchodzą czary, żaden człowiek nie wytyczyłby 
bowiem  
takiego krętego szlaku. 
Coś stanęło na jego drodze. Cabe ujrzał kobiecą postać. Kobieta wrzasnęła. 
Ściągnął  
wodze, w ostatniej chwili unikając zderzenia. 
Ostatnio wyrobił sobie odruch sięgania po miecz. 
- Dobry panie, wstrzymaj popędliwą rękę! Nie wyrządzimy ci krzywdy! 
Cabe odwrócił się w stronę, z której dobiegał głos, i zobaczył dwie następne 
kobiety.  
Nie zwyczajne kobiety. Tego był pewien. Były odziane w cienkie, ale strojne 
suknie o  
barwach lasu. Nawet ich skóra - tyle, co było widać - miała lekko zielonkawy 
odcień. 
Najwyższa z trzech podeszła do niego. Mogła być elfką, z pociągłą twarzą i 
oczami  
koloru pszenicy. Jej uśmiech mógłby przepędzić zapadającą ciemność. 
- Bądź pozdrowiony, wielmożny panie! 
Wielmożny panie! Cabe zdusił śmiech. Dziewczyna przeceniła jego pozycję. 
- - Kim jesteście? 
- - Ja nazywam się Camilla. A to jest Magda. - Wskazała niższą, bardziej 
zmysłową  
kobietę, która dygnęła z nieśmiałym uśmiechem. Jej twarz była niemal kopią 
siostrzanej,  
musiały bowiem być siostrami. Cabe wydukał słowa powitania. 
Camilla odwróciła się do tej, której niemal nie stratował. 
- To nasza młodsza siostra, Tegan, która, jak się wydaje, musi nauczyć się 
zważać na  
swoje kroki. 
Tegan ledwo wkroczyła w wiek kobiecy, ale miała w sobie wdzięk, który stał w  

background image

sprzeczności z jej łatami. Jak Magda, była niemal kopią swojej starszej siostry. 
Gdy złożyła  
mu ukłon, długie, złociste włosy zafalowały na jej ramionach. 
- - A co, jeśli wolno spytać, robią tutaj trzy damy? Z pewnością puszcza pełna  
niebezpieczeństw, jakimi grożą na przykład wężosmoki, nie jest miejscem dogodnym 
do  
życia. Gdzie wasi mężczyźni? 
- - Niestety, mój małżonek nie żyje - powiedziała najstarsza. - Co do moich 
sióstr,  
nie miały okazji wyjść za mąż. Nie boimy się leśnych stworzeń, gdyż trzymają się 
z dala od  
naszego domu. Mój zmarły pan wierzył, że być może jakieś czary chronią tę 
okolicę. 
Cabe pokiwał głową. Słyszał o takich miejscach. Niektóre, jak mówiono, były  
dawnymi siedzibami czarnoksiężników. Inne mogły być dziełem duchów, dobrych albo  
niedobrych. Kobiety miały szczęście, gdyż niekiedy wejście na strzeżone czarami 
tereny  
kończyło się natychmiastową śmiercią intruza. Jak każda oaza, były one również 
pułapkami. 
Najmłodsza podeszła do wierzchowca i chciała pogłaskać go po chrapach. Zwierzę  
cofnęło się jak ukąszone. Cabe czuł, jak jego boki wznoszą się w przyspieszonym 
oddechu. 
Camilla obejrzała rumaka. 
- Twój koń jest zmęczony. Może zaszczycisz nas swoją wizytą? Najwyższy czas, by  
ktoś zagościł pod naszym dachem. Przystojny przybysz zawsze jest mile widziany. 
Nieprzywykły do komplementów, które nie kończyły się drwiną, Cabe niemalże  
pokraśniał. 
- - Dotrzymanie warn towarzystwa będzie dla mnie zaszczytem. 
- - Zatem chodźmy. To niedaleko od ścieżki. 
Chciał zjechać w las, ale zwierzę odmówiło posłuszeństwa. Druga i trzecia próba  
zakończyła się fiaskiem - wierzchowiec stąpał nerwowo tylko do przodu i w tył. 
Cabe  
zrozumiał, że nic nie osiągnie, i zsunął się z siodła. 
- Pozostaje mi iść piechotą, ale gdzie mam zostawić wierzchowca? 
Tegan delikatnie wyjęła wodze z jego rąk. Cabe wcześniej nie zwrócił uwagi na  
promieniujący z niej powab. Jej głos brzmiał jak śpiew syreny. 
- Idź z moimi siostrami, Cabe. Ja zadbam o potrzeby twojego zwierzęcia i 
niedługo do  
was dołączę. Nie obawiaj się, pod moją pieczą będzie bezpieczny. 
Niewielu mężczyzn potrafiłoby oprzeć się temu głosowi i takiej twarzy. Cabe 
pokiwał  
głową i podziękował jej za uprzejmość. Camilla i Magda wzięły go pod ręce. 
- Powinieneś poprowadzić nas jak niegdyś mój mąż. Dzisiaj znów jesteśmy paniami  
dworu. - Camilla uśmiechnęła się, a Cabe’ a ogarnęło nieodparte pragnienie 
zatracenia się w  
tym uśmiechu. 
Powiodły go w las, mężczyznę zatopionego w marzeniach. Za nim, dziwnie nie  
zauważone, rozległo się niespokojne i pełne złości rżenie. 
Chwilę później zagłuszył je syk większego, bardziej groźnego stworzenia, ale 
Cabe  
był zbyt daleko, żeby cokolwiek usłyszeć. 
Dużo można by powiedzieć o rozmaitości upodobań w Smoczych Królestwach. Tak  
ludzie, jak i nieludzie różnili się wielce od swych najbliższych braci, a ich 
gusta znajdywały  
odzwierciedlenie w typach siedlisk, jakie każdy szanujący się członek każdej 
szanującej się  
rasy wybierał sobie na mieszkanie. 
Tak było w przypadku dworu trzech pań, jak doszedł do wniosku Cabe. 
Solidne kamienne mury przeplatały się ze ścianami wzniesionymi z samej ziemi. 
Inne  

background image

partie domostwa zrobione były z drewna, a jego prawe skrzydło tworzyło potężne 
żywe  
drzewo. Całość oplatały rośliny o fantazyjnych i dziwacznych kształtach. Wysoko, 
jak  
symbol dworu, wisiał drapieżny ptak, gotów do przypuszczenia ataku na 
nieproszonych gości.  
Choć był wykuty z metalu, Cabe musiał spojrzeć na niego dwa razy, nim pozwolił  
wprowadzić się do środka. 
Wnętrze dworu sprawiało jeszcze bardziej nierzeczywiste wrażenie. Choć podłogę  
tworzyły płyty polerowanego marmuru, gdzieniegdzie wyrastały drzewa. Niektóre 
przebijały  
sufit i pięły się w niebo. Winna latorośl wiła się po ścianach, kolumnach, 
schodach i,  
oczywiście, po drzewach. Cabe chciał zapytać czarujące gospodynie o historię 
domu, lecz  
postanowił zaczekać na odpowiedniejszą chwilę. 
Camilla puściła jego rękę, pozwalając Magdzie podprowadzić go do kunsztownie  
rzeźbionego krzesła. Cabe usiadł ostrożnie, bowiem z pozoru stary sprzęt groził, 
że rozsypie  
się pod jego ciężarem. Z zaskoczeniem stwierdził, że w rzeczywistości jest 
solidny i całkiem  
miękki. Nienawykły do takiego luksusu, rozparł się wygodnie. Dwie kobiety 
wymieniły  
spojrzenia, jak gdyby rozbawione jego fascynacją zwyczajnym sprzętem. 
Magda pochyliła się, racząc Cabe wspaniałym widokiem swych kobiecych wdzięków.  
Uśmiechnęła się zalotnie. 
- Jesteś zadowolony? 
Dopiero po chwili zrozumiał, że chodzi jej o krzesło. Zarumieniony, pokiwał 
głową. 
- - Minęło sporo czasu, od kiedy siedziałem na czymś równie wygodnym. 
- - Wspaniale! Chcemy, żebyś był szczęśliwy. Zechciałbyś odpasać miecz? Noszenie  
go musi być strasznie uciążliwe! 
Cabe, nie wiadomo z jakiego powodu, odczuł silne pragnienie zachowania miecza  
przy boku. Pokręcił głową i skierował rozmowę na inne tory. 
- To niezwykła siedziba. Kto ją zbudował? 
- - Mąż mojej siostry Camilli. Był leśnym... człowiekiem lasu. Nie mógł żyć z 
dala  
kniei. My też musiałyśmy je pokochać. 
- - Nie chciałem być wścibski. 
- - Ależ nic się nie stało. - Przysunęła się jeszcze bliżej. 
- - Magda! 
Na dźwięk głosu Camilli kobieta odsunęła się szybko. Spojrzała na siostrę oczami  
pełnymi ognia. Starsza odpowiedziała jej równie płomiennym spojrzeniem. 
- - O co chodzi, droga siostro? Camilla wskazała jej drzwi. 
- - Idź do Tegan. Sprawdź, czy nic jej nie jest. Jej siostra wybuchła s’miechem. 
- - Jej? Żadne stworzenie... 
- - Natychmiast! 
Młodsza zrobiła naburmuszoną minę i wyszła. Cabe odwrócił się do Camilli. 
- Jeśli Tegan grozi jakieś niebezpieczeństwo, może powinienem pospieszyć z 
pomocą. 
Kobieta wzięła puchar z tacy, którą postawiła nieopodal. 
- Nie musisz się o nic martwić, wielmożny Cabie. Miałam na myśli tylko to, że 
być  
może Tegan ma kłopoty z twoim rumakiem. To silne i pełne werwy zwierzę. - Podała 
mu  
kielich. - Ale dość tego! Moje siostry mają aż nadto umiejętności, żeby poradzić 
sobie z  
wierzchowcem. Ja tymczasem zajmę się tobą. 
Cabe niemal zakrztusił się winem. Nigdy nie spotkał takich gorącokrwistych 
kobiet!  

background image

Być może wynikało to z ich izolacji od ludzi. Trudno było oprzeć się ich 
powabom, i  
zastanawiał się, dlaczego to robi. Najpewniej bał się tego, jak postąpią 
pozostałe, jeśli zacznie  
faworyzować tę jedną. Były piękne, ale zachowaniem przypominały dzikie psy, z 
których  
każdy rości sobie prawo do zadania śmierci. 
Nie umknęło jego uwagi, że gospodyni jest teraz inaczej ubrana. Jej szacie nie  
udawało się spełnić roli, do jakiej przeznaczona jest większość ubrań - okrycia 
nagości. Jeśli  
chodziło o niego... 
Nie musiał czynić pierwszych kroków. Camilla szybko przysiadla mu na kolanach,  
przez co prawie wylał wino. Objęła go i przemówiła, gdy jej usta znalazły się 
nie dalej niż o  
szerokość palca od jego warg. 
- - Moje siostry nie wrócą zbyt prędko. Wiedzą, że mam pierwszeństwo jako  
najstarsza. Dlaczego nie zdejmiesz miecza i pasa? Śmiało, czyżbym ci się nie 
podobała? 
- - Ależ nie, pani - wykrztusił. 
Uśmiechnęła się jak drapieżnik mający zamiar zatopić kły w gardle ofiary. Przez  
zwiewny strój Cabe czuł ciepło jej ciała. Trudno było powiedzieć, czy poci się z 
powodu jej  
bliskości czy też od żaru, jakim emanowała. Rzeczywiście, gorącokrwista! 
Drzwi otworzyły się z hukiem. Camilla odsunęła się od Cabe’a, a gniew sprawił, 
że jej  
twarz stała się brzydka. Zamarła, gdy zobaczyła Magdę podtrzymującą ranną Tegan. 
- Co się stało? 
Najmłodsza była na wpół przytomna. Cabe spojrzał na nią i zmrużył oczy. Jej 
postać  
wydawała się lekko rozmyta. Popatrzył na wino i szybko odstawił kielich. 
Camilla wydała polecenie. 
- - Magda! Nie tutaj! Zaprowadź ją do... do jej pokoju! 
- - Czarny koń! Czarny koń... - bełkotała Tegan. 
- - Nadchodzi! - zawołała Magda. 
Z lasu od strony szlaku dobiegł trzask. Cabe sięgnął po miecz. 
- - Nie! - Camilla powstrzymała go, nim jego dłoń dotknęła rękojeści. 
- - Coś nadchodzi! 
- - Nie może tu wejść! Jesteśmy bezpieczni! 
Rumor trwał nadal. Cokolwiek to było, zbliżało się i to z wielką prędkością. 
Cabe  
zastanawiał się, na ile naprawdę są bezpieczni. Nie postawiłby wiele na swoją 
umiejętność  
władania mieczem. 
Dwie siostry zaniosły Tegan do sąsiedniego pokoju. Cabe stanął przy otwartych  
drzwiach, cały drżący, i wyjrzał. Coś tam było, ale chyba zatrzymało się tuż 
poza zasięgiem  
wzroku. Cabe zamknął dłoń na rękojeści i ostrożnie przestąpił próg. 
Coś poruszyło się w lesie. Mignął mu kształt podobny do konia, ale nie całkiem  
realny. Targały nim dwa dziwne pragnienia. Jedno nagliło go do wejścia w las i 
stawienia  
czoła stworzeniu, drugie polegało na jego przywołaniu. Żadne nie wydawało się 
rozsądne,  
więc z całych sił walczył z oboma. Zwierzę parsknęło z rozdrażnieniem. 
- Co robisz? 
Cabe obrócił się na pięcie, z dłonią na rękojeści miecza. To była Camilla, choc  
wyglądała inaczej. Nadal piękna, lecz jej uroda nabrała lekko gadziego wyrazu. 
Cabe mocniej  
zacisnął rękę. 
Opanowała się i przysunęła bliżej niego. W dalszym ciągu promieniował z niej 
urok. 
- Uspokój się, Cabe. To stworzenie nie może tu wejść. Możemy nie zwracać na nie  

background image

uwagi. 
Nie odprężył się. 
- Co to jest? Tegan wspomniała o czarnym koniu. Brzmi znajomo, ale nie mogę... 
Camilla położyła dłoń na jego ustach. 
- Sza. Moja siostra była rozkojarzona. Nie musisz się o nią martwić. Do rana  
wyzdrowieje. 
Stworzenie ciągle hałasowało, ale nie przybliżało się. 
Stojąca tak blisko kobieta szybko traciła cechy człowieczeństwa, choć sama nie  
zauważała przemiany. Kiedy jej twarz wydłużyła się w pysk, Cabe’a wreszcie 
olśniło. 
Odepchnął Camillę wolną ręką, a drugą wyciągnął ciemny miecz. 
- Smoczyca! 
Zachowanie gospodyni uległo zmianie. Z nieludzkim rykiem przeobraziła się do  
końca. Z pleców wyrosły jej skrzydła. Piękna twarz rozciągnęła się w paszczę 
najeżoną  
wielkimi, ostrymi zębami. Smukłe ręce i nogi przeobraziły się w pokryte łuskami 
kończyny,  
które próbowały pochwycić człowieka. 
Cabe wpadł w pułapkę. Niejeden raz przysłuchiwał się awanturnikom, którzy snuli  
opowieści o samicach smoków ognistych uwodzących, a potem pożerających 
nieświadomych  
niebezpieczeństwa podróżnych. Potrafiły lepiej zmieniać kształty niż samce. 
Smoki ogniste, a  
nawet sami Smoczy Królowie, nie mogli idealnie upodobnić się do ludzi. Dlatego 
zawsze  
występowali w przebraniu opancerzonych wojowników. 
Samice potrafiły nie tylko przybierać ludzki wygląd, ale nawet go upiększać. 
Stąd ich  
zdolność do uwodzenia nieostrożnych ofiar. 
Jakimś sposobem uwolnił się od czaru, który na niego rzuciły. Może sprawił to 
miecz.  
Należał do Smoczego Króla. Może, pomyślał, broń miała więcej przymiotów niż mógł 
się  
spodziewać. 
Wszystko to przemknęło mu przez głowę w ciągu ułamka sekundy. Strach potrafi być  
potężnym bodźcem. Nie mając dokąd uciec - z wyjątkiem lasu, w którym czekało 
nieznane  
stworzenie - skierował czubek miecza w stronę smoczycy i zmówił modlitwę. 
Stwór, jakim stała się Camilla, już miał zaatakować, gdy nagle zamarł w pół 
kroku. I  
jakby się skurczył. Podniesiony na duchu Cabe postąpił w jego stronę i 
zamarkował atak.  
Smoczyca cofnęła się, kuląc ogon między łapami. 
I przemówiła. 
- - Łaski, człowieku z Rogatym Mieczem! Nie uczynię ci krzywdy! Cabe zatrzymał  
się. 
- - Przysięgasz? 
- Na cesarza, Rogaty Miecz i Smocze Królestwa! Błagam! Ciemny miecz, który teraz  
miał imię - złowieszcze imię - zadrżał w jego dłoni. Była w nim moc. Moc nie 
mająca sobie  
równych! Moc, która mogła stopić się z jego własną! Zapewnić mu władzę nad 
bestią i  
człowiekiem! 
Rozległo się rżenie wielkiego bojowego rumaka. Cabe zamrugał i uświadomił sobie,  
że na chwilę znalazł się pod magicznym wpływem miecza. Nie było teraz dziwne, że 
Simon  
nazwał go po trzykroć przeklętym! 
Smoczyca ze strachu niemal wkopała się w podłogę. Cabe popatrzył na nią z 
odrazą. 
- - Przemień się, psiakrew! Wolę cię w ludzkiej postaci. 
- - Jak sobie życzysz! 

background image

Potwór rozmył się i proces przemiany przebiegł w odwrotnej kolejności. Wkrótce  
stanęła przed nim piękna, choć odchodząca od zmysłów Camilla. Było to coś 
godnego uwagi:  
miecz pozwolił jej odzyskać ludzką postać. 
- Tak lepiej. Zawołaj siostry! 
Uczyniła to. Weszła Magda, podtrzymując zranioną Tegan. Zbliżyły się do 
starszej. 
Camilla popatrzyła na nie. 
- On wie. I nosi Rogaty Miecz. 
Oczy Magdy rozszerzyły się, a Tegan sapnęła cicho. Cabe poznał już złą naturę  
miecza, ale wiedział, że lepiej trzymać dłoń na rękojeści, gdyż inaczej siostry 
zaryzykują atak. 
- Co możemy dla ciebie zrobić? Parsknął drwiąco. 
- - Na pewno nie to, co warn chodziło po głowach! Igrałyście ze mną niczym kocur  
ze swoją kolacją! 
- - Potrzebujemy jedzenia. Nasz książę popadł w niełaskę i zginął z woli 
Zielonego  
Smoka. Nie wytrzymujemy spojrzenia bazyliszka. Ta moc jest zarezerwowana dla 
samych  
Smoczych Królów. Dlatego musiałyśmy tu zostać! 
Cabe nie czuł potrzeby wspominania o swoim spotkaniu z potworem. Sekrety  
zapewniały mu przewagę nad smoczycami. 
- - Miecz trzymał was na dystans. - Wyraził tę myśl w formie stwierdzenia, nie  
pytania. Nie chciał, żeby odgadły, iż opiera się na domysłach. 
- - Tak. Rogaty Miecz stworzony został przez czarnoksiężnika. Jest plagą dla obu  
naszych rodzajów. Strzeż się, człowiecze, jest zdradliwy. Może sprowadzić śmierć 
na nas  
wszystkich. 
 
- - Wasza przyjdzie pierwsza, jeśli uznam, że coś knujecie. Podniosła rękę. 
- - Ja nic nie zrobię. 
Gdy wyzwolił się spod ich uroku, zaczęły docierać do niego pewne drobiazgi. 
- Nazwałaś mnie Cabe’em, choć nie zdradziłem ci swego imienia. Skąd wiedziałaś? 
Camilla milczała. 
- Jeśli nie powiesz, użyję miecza. Albo... albo zmuszę cię do wyjścia w las na  
spotkanie tamtego stworzenia. - Stworzenie, które polowało na smoki ogniste, nie 
mogło być  
do końca złe. To złamało jej opór. 
- Pani z Bursztynu powiedziała nam o twoim przybyciu. 
Pani z Bursztynu? Cabe poczuł leciutkie drgnienie struny pamięci. Ten tytuł coś 
mu  
mówił. Nie wiedział co, ale wiedział, że musi ją zobaczyć. 
- - Zaprowadź mnie do niej. 
- - Puścisz nas, kiedy to zrobimy? - Nawet pokonana, Camilla próbowała się  
targować. 
- - Zobaczymy. 
Stwór w drzewach ryknął i załomotał kopytami. Cabe nadal miał ochotę zawołać go  
albo pójść do niego, lecz zwalczył pokusę. Takie posunięcie najpewniej 
zakończyłoby się  
jego śmiercią. 
Najstarsza siostra ruszyła pierwsza. Cabe kazał pozostałym iść za nią. Choć 
wydawały  
się takie delikatne, wolał nie mieć ich za plecami. Szły powoli, jako że Tegan 
nadal  
potrzebowała pomocy siostry. 
Wiedział, gdy wyszli do ogrodu za domem, że smoki zabrały tę siedzibę komuś  
innemu. Komuś, kto nie był całkiem człowiekiem, a jednak miał większe prawa do 
tego  
miana niż wszystkie te zmiennokształtne gady. Prawdę mówiąc, Cabe czuł niemal  
pokrewieństwo z byłym właścicielem. 
Ogród był podobny do dworu w tym, że rośliny przeplatały się z budowlami.  

background image

Winoroślą oplatały ozdobne łuki, a kwiaty wyrastały spomiędzy płyt kamienia. 
Całość  
powinna sprawiać wrażenie chaosu; w rzeczywistości panował tutaj ład tak 
subtelny, że każdy  
niemal z miejsca akceptował pozorny nieporządek i przyznawał mu rację bytu. 
- Oto, człowieku, Pani z Bursztynu! 
Stanęli przed celem tak niespodziewanie, że Cabe z początku uznał go za 
dekorację  
ogrodu. Na marmurowym postumencie spoczywał wielki kryształ o barwie miodu. Tu i  
ówdzie obrastały go pnącza. Był przejrzysty. Co więcej, im dłużej się w niego 
patrzyło, tym  
bardziej stawało się jasne, że bursztyn jarzy się lekko od środka. Zielonkawym 
blaskiem. 
W tym blasku, w środku kryształu znajdowała się kobieta. 
 
IV 
 
W pośpiechu zwołano Radę Smoczych Królów. Z wyjątkiem Czarnego, tylko najbliżsi  
bracia cesarza mogli w niej uczestniczyć. Jednakże same pogłoski dotyczące 
przyczyny  
zwołania narady wystarczały, żeby ci, którzy nie mogli przybyć, zaczęli szykować 
się do  
wojny. 
Był tam Srebrny. Zielony i Czerwony siedzieli po przeciwnych stronach, 
podejrzliwie  
mierząc się wzrokiem. Przybył też - co zdarzało się nieczęsto - Żelazny, wielki 
i masywny,  
drugi pod względem siły zaraz po cesarzu. 
Zloty przyglądał się im wszystkim. Nawet Żelazny wzdrygnął się pod tym  
spojrzeniem. Postawa cesarza sugerowała, że naprawdę musi być źle. 
- Szkoda, że reszta się nie stawiła - zwłaszcza Lodowy, który ma tak blisko - 
ale  
poradzimy sobie bez nich. 
Umilkł, jak gdyby czekając na jakiś komentarz. 
- Przeznaczenie, mistrz gry, raz jeszcze rozdało karty. Smocze Królestwa znów 
mogą  
wymknąć się spod naszej władzy. 
Suchy ton służył podkreśleniu wagi wypowiedzi. Tylko jeden raz w przeszłości  
smocze rządy zostały zakwestionowane. Mało brakowało, a wróg odniósłby 
zwycięstwo. 
Wyrażając słowami to, co myśleli wszyscy, Żelazny ryknął: 
- Smoczy Mistrzowie nie żyją! Nikt nie może rzucić nam wyzwania! 
- - Mistrzowie może odeszli, ale ich dziedzictwo nadał żyje. Czerwony splunął z  
pogardą. Plwocina wypaliła dziurę w ziemi. 
- - To za bardzo przypomina mi ostatnią Radę. 
Despota Piekielnych Równin okazał niemal ludzkie zaciekawienie. 
- Co masz na myśli, najjaśniejszy? 
Zamiast odpowiedzieć bratu, Złoty poderwał masywną głowę, rozpostarł skrzydła i  
ryknął w kierunku cieni: 
- Możecie wejść! 
Weszli powoli. Dwóch. Ich wygląd świadczył o bliskim pokrewieństwie z zebranymi  
w komnacie. W smoczych hełmach mogli uchodzić za królów, ale prawdziwi Królowie 
nie  
dali się zwieść. Zgodnie z obyczajem, przyklękli i pochylili głowy. 
Żelazny zamrugał. 
- - Czyimi są książętami? 
- - Brązowego. 
- - Przysłał podwładnych, nie racząc przybyć samemu? Panie, pozwól mi poderwać  
legiony i pokazać naszemu bezczelnemu bratu, gdzie jego miejsce! 
- - Obawiam się, że nic by to nie dało. - Złoty odwrócił się ku przybyłym. -  
Wezwijcie tych, którzy przynieśli ciało. 

background image

- - Ciało? - powtórzyli zebrani Smoczy Królowie. Zapanowała konsternacja. I 
strach. 
Książęta podnieśli się, skłonili i odeszli bez słowa. Minęła dłuższa chwila, jak 
gdyby  
ci, którzy musieli wejść, bali się to uczynić. Smoczy Królowie wiercili się 
niecierpliwie. 
Wreszcie pojawiło się pięć postaci: trzej wojownicy z klanów Brązowego Smoka i  
dwóch wojowników Złotego. Czterech niosło mary z ciałem. Jeden z gadzich 
monarchów  
syknął, gdy poznał, co skrywa całun. 
- Brązowy! Niosą Brązowego! 
Nieprzywykli do mocy, która narastała w skalnej komnacie, książęta padli na 
kolana.  
Choć potężni, bali się o swoje życie. Monarchowie nie poświęcili im nawet 
spojrzenia. Zbyt  
byli przejęci śmiercią swego brata. 
- - Kto to uczynił? 
- - Zachował ludzką postać! 
- Ktoś musiał zaatakować go niedługo po tym, jak nas opuścił! Złoty zauważył, że  
Czarny jest dziwnie milkliwy. Przywołał zebranych do porządku. 
- Brązowy nie żyje! W piersiach ma ranę na wylot, ale nie widzę broni, a słudzy  
naszego brata twierdzą, że żadnej nie znaleźli! Nawet w ludzkiej postaci 
jesteśmy niemal  
niepokonani. Jak zatem została popełniona zbrodnia? Kto jest jej sprawcą? 
W trakcie przemowy jego oczy nie odrywały się od władcy Szarych Mgieł. Czarny  
uśmiechnął się, ale jego uśmiech równie dobrze mogła wymalować sama Śmierć, tak 
bardzo  
był ponury. 
- I co? Wydajesz się być dziwnie zadowolony! Co masz do powiedzenia, bracie? 
Czarny przekrzywił głowę. 
- - Szanowny bracie, to, co już powiedziałem. Krew Mistrzów nadal istnieje.  
Podejrzewam, że są też inni. Nigdy nie mogliśmy być bezwzględnie pewni, że ich  
wytępiliśmy. Wszak strategia spoczywała w rękach Purpurowego, a on poległ w 
walce z  
ostatnim i największym z naszych wrogów. 
- - A zatem za tę zbrodnię obwiniasz wnuka Nathana Bedlama. Kazałem go  
obserwować! Gdzie moi szpiedzy! 
Coś zatrzepotało w ciemnościach pod stropem komnaty. Nie miało żadnych ziemskich  
odpowiedników i nawet cesarz niewiele wiedział o ich pochodzeniu. Szpiedzy 
służyli, i tylko  
to miało znaczenie. 
Coś się stało z obiektem obserwacji. Mroczni słudzy cesarza przybyli na 
wyznaczone  
miejsce i stwierdzili, że ich cel zniknął. Odjechał na rozkaz jednego ze 
Wspaniałych, oznajmił  
szpieg. Obaj ruszyli na Ziemie Jałowe. Słudzy zawrócili tutaj, do siedziby 
Najwspanialszego,  
ale bali się wyznać mu prawdę. 
- Odejdź. - Złoty odprawił szpiega, który żwawo odfrunął na swóją czarną grzędę 
i  
stopił się z mrokiem. - Brązowy nie posłuchał rozkazu. Postanowił sam zgładzić 
Bedlamowe  
szczenię! Drogo zapłacił za nieposłuszeństwo. 
Jego bracia milczeli. Złoty zwykle był opanowanym i rozsądnym przywódcą. Był  
mądry, niemal tak, jak były pan Miasta Wiedzy. Ale Purpurowy odrzucił władzę 
cesarską.  
Złoty zawsze miał żyć ze świadomością, że został cesarzem niejako przez 
przypadek. Z tego  
względu rażące nieposłuszeństwo uważał za brak wiary w niego jako we władcę. Był 
to jeden  
z jego słabych punktów. Nikt nie śmiał o nim wspominać. 

background image

Cesarz trochę ochłonął. 
- Nasz brat został znaleziony w jednym z najbardziej nieurodzajnych - jeśli 
można  
użyć tego określenia bez narażania się na zarzut powtarzania - zakątków Ziem 
Jałowych.  
Uważamy, że zginął w obliczu Bliźniąt. 
Reakcja na te wieści nie zawiodła jego oczekiwań. Bliźnięta słynęły szeroko z  
zachłanności na ofiary. W zamian zwiększały siłę zaklęcia. Brązowy najwyraźniej 
zamierzał  
złożyć człowieka w ofierze, żeby sprowadzić życie na swe wymarłe pola. To, że 
sam umarł,  
dawało wiele do myślenia. 
- Musimy się przygotować. - Głos Złotego brzmiał martwo. Nakazywał ślepe  
posłuszeństwo. - Raz jeszcze musimy zebrać nasze legiony. Jeśli grozi nam drugie 
powstanie  
ludzi, musimy zlokalizować zarzewie, dopóki jest jeszcze niewielkie. 
Choć zamilkł, wszyscy wiedzieli, do czego zmierza. Czarny uśmiechnął się i tym  
razem Złoty go nie skarcił. 
- Musimy zdobyć Penacles. Musimy odzyskać władzę nad Miastem Wiedzy. 
Żelazny rykiem wyraził aprobatę. 
- - Tak! Rzucę na miasto swoje hordy i zmiażdżę Gryfa! Potem zgromadzę... 
- - Nie! Ja przypuszczę szturm i będę oblegał Penacles! 
Słowa cesarza uciszyły pozostałych. Legiony Złotego były najlepsze ze 
wszystkich,  
lecz rzadko brały udział w takich ekspedycjach. Prawdziwy powód decyzji Złotego 
był dość  
jasny: dla Smoczych Królów wiedza oznaczała władzę. Król Królów nie miał zamiaru  
dopuścić, by któryś z braci przejął kontrolę nad tą potęgą i zagroził jego 
pozycji. 
- Panie! Czyniąc to, możesz narazić na szwank swą dostojną osobę! 
Inni pokiwali głowami na zgodę. Srebrny z zatroskaniem spojrzał na swojego pana.  
Cesarz zmarszczył brwi, jeśli to możliwe u smoka. Srebrny, pan Kopalń, kierował 
się  
lojalnością, ale na nieszczęście w tym przypadku oznaczało to zajęcie stanowiska  
sprzecznego z interesami cesarza. Złoty westchnął cicho. Musiał pójść na 
kompromis. 
- Dobrze. Czarny, sprowadzisz swoje siły. Żelazny, ty zbierzesz klany brata  
Brązowego i dołączysz je do swoich. Uderzysz od zachodu. Pan Piekielnych Równin 
i ja  
będziemy stać w odwodzie. Toma poprowadzi moje cesarskie legiony. 
Doszli do porozumienia. Toma, z linii Złotego, ale tylko smok ognisty, był  
doskonałym wodzem. 
- Ja zostanę tutaj, wydając rozkazy w miarę potrzeby. 
„I matkując stosowi jaj” - dodał w myślach. Wszyscy będą mieć się na baczności.  
Toma da sobie radę. Choć brak genów dyskwalifikował go jako cesarskiego 
następcę,  
rozumem dorównywał, jeśli nie przewyższał, wielu z obecnych w tej komnacie. 
Niech szlag trafi kapryśność wzorów na skorupkach jaj! 
- Wszyscy słudzy mają wypatrywać szczenięcia Bedlarna! Jeśli można się go 
pozbyć,  
należy to zrobić. Jeśli nie, niech natychmiast was powiadomią. 
- Bitwa, panie. Czy reszta z nas ma siedzieć bezczynnie? Złoty powiódł po nich  
wzrokiem. 
- Musicie patrolować swoje ziemie. Możemy coś przeoczyć. Chcę od wszystkich  
otrzymywać raporty. - Wyprostował się na całą wysokość. - Rada skończona. Macie  
przydzielone zadania. Wypełnijcie je sumiennie. 
Wyniesiono zwłoki Brązowego. Smoczy Królowie odeszli. Nie odzywali się.  
Otrzymali zadania i okryliby się hańbą, gdyby ich nie wypełnili. 
Cesarz ponuro obserwował ich odejście. 
„Zmieniliśmy się - osądził. - Nasze myśli coraz bardziej stają się podobne do 
ludzkich.  

background image

Niektórzy z tych, którzy odeszli, mogą wykręcić się od przydzielonych obowiązków 
przed  
rozwiązaniem zaistniałego kryzysu... jeśli zostanie rozwiązany. 
Jesteśmy przeznaczeni do rządzenia, ale by rządzić, musimy być zjednoczeni.  
Zmiażdżę Gryfa, a potem wykorzystam wiedzę, żeby położyć kres innym moim... 
troskom”. 
Zadowolony, Złoty zwinął się w kłębek i zapadł w sen. 
Jej piękno zapierało dech w piersiach. Tysiące słów nie zdołałyby opisać jej 
urody w  
sposób, który spełniłby oczekiwania Cabe’a. 
- Kim ona była? Camilla spochmurniała. 
- - Nie wiemy. Zgadujemy, że stworzyła ten dom. Wiemy, że jest potężną  
czarodziejką. 
- - Mówisz tak, jakby nadal żyła. 
- - Popatrz na nią, człowieku! Nie widzisz, że oddycha? Jest tylko uwięziona! 
Przyjrzał się z bliska. To prawda! Oddychała. Cabe pogroził mieczem trzem  
smoczycom. 
- - Uwolnijcie ją! Tegan wydała ludzki pisk. 
- - My jej nie uwięziłyśmy! Już tu była, kiedy przybyłyśmy! Camilla szybko  
pokiwała głową. 
- To prawda! Od wielu sezonów próbujemy wydobyć ją z tego więzienia, lecz nie  
dajemy rady! 
Cabe spojrzał na postać uwięzioną w bursztynie. Długie, płomiennie rude loki  
kontrastowały ze szmaragdową zielenią jej powłóczystej sukni. Srebrny kosmyk 
podkreślał  
uderzające zestawienie kolorów. Jej usta miały barwę włosów, podczas gdy oczy 
bardziej  
pasowały do ubrania. Twarz była doskonała; Cabe doszedł do wniosku, że nie 
potrafi inaczej  
jej opisać. Bogini Smoczych Królestw, zadecydował wreszcie. 
Nie wiedział, co począć. Stojące przed nim stworzenia, choć posiadały ogromną 
moc,  
nie zdołały nawet zadrapać powierzchni kamienia. Co on mógł zrobić? 
Jakby szydząc z niego, stworzenie kryjące się w lesie ryknęło. Cabe zadrżał i  
zastanowił się, dlaczego nie opuszcza go pragnienie przywołania tajemniczego 
stwora. Na  
szczęście, czymkolwiek był, nie mógł sforsować czaru, który chronił dwór i 
przyległe tereny. 
Wyczekujące spojrzenie Camilli przerwało jego rozmyślania. 
- Przyprowadziłyśmy cię do niej. Zostawisz nas w spokoju? Coś w jej słowach  
zwiększyło poczucie zagrożenia, którego być nie powinno. Cabe zmierzył wzrokiem 
gadziny. 
- Jeszcze nie wiem, co zrobię. Powiedz mi, co robiłyście, żeby ją uwolnić. 
Z niezadowoleniem przyznały, że używały pazurów, kamieni i gałęzi, aby 
roztrzaskać  
bursztyn. Słuchając opisów kolejnych niepowodzeń, Cabe coraz bardziej upadał na 
duchu.  
Czy mógł odnieść sukces tam, gdzie wszyscy inni ponieśli klęskę? Wreszcie 
zamachnął się  
czarnym brzeszczotem na kryształ, choć miał niewielką nadzieję, że zdoła uczynić 
choć rysę. 
Rozległ się zgrzyt, jakby metal uderzył o metal. Strzeliły zielone iskry, a 
dźwięk  
ostrza wnikającego głęboko w kryształowe więzienie przyprawił Cabe’a o drżenie. 
Miecz  
znieruchomiał niespodzianie. Młodzieniec wypuścił broń z ręki i stracił 
równowagę. Gdy  
upadł, smoczyce wrzasnęły triumfalnie i zaczęły się przeistaczać. Miecz tkwii w 
krysztale. 
Koziołkując, Cabe zdołał przeżyć pierwszy atak. Camilla, teraz tylko na pół 
ludzka,  

background image

skoczyła na niego. Gdy wylądowała w miejscu, które przed chwilą zajmował, 
zniknęły resztki  
jej człowieczeństwa. Miał przed sobą dorosłą smoczyce, a co gorsza, dwie siostry 
też  
zakończyły przemianę i miały zamiar dołączyć do najstarszej. Zanosiło się na 
łatwe  
zwycięstwo. 
W żaden sposób nie mógł dosięgnąć miecza. Zrobił unik, gdy stworzenie, które 
było  
Camilla, spróbowało rozedrzeć mu piersi. Chybiło o włos i tylko zdarło większą 
część jego  
koszuli. 
Stwór z lesie ryknął tak dziwnie, że Cabe niemal uwierzył, iż błaga go o 
zaproszenie  
do dworu. 
Wszystkie trzy smoczyce przypuściły atak. W przelocie Cabe ujrzał powoli  
roztapiające się więzienie. Nie dość, że go zabiją, to jeszcze umożliwił im 
dostęp do Pani. 
Błaganie z lasu dziesięciokrotnie przybrało na sile. Cabe nie miał wyboru - 
ustąpił.  
Stwór prawdopodobnie wykończy go w jednej chwili, ale może unicestwi też smoki. 
Słowa  
same wydarły sięz jego gardła - on nie rozumiał ich znaczenia. 
- Wejdź śmiało, dziecię Pustki! 
Triumfalny krzyk odpowiedział na jego zaproszenie. Trzy samice stanęły jak 
wryte.  
Ta, która była Tegan, odwróciła się i uciekła, podczas gdy pozostałe oceniały 
swoje szansę. 
Stwór przedarł się przez dwór, a huk jego kopyt o marmur brzmiał niczym szczęk  
miecza o skałę. Przebył wnętrze budynku w rekordowym czasie i wypadł do ogrodu. 
Z  
kolejnym okrzykiem wylądował między Cabe’em a potworami. 
Był czarniejszy niż wszystko, co Cabe dotychczas widział w tym kolorze. W 
ogólnym  
zarysie przypominał konia, ale był dużo, dużo większy. Darł kopytami marmurowe 
płyty,  
pozostawiając w nich głębokie bruzdy. Jego ślepia nie były szkarłatne, jak można 
by  
przypuszczać, lecz błękitne niczym lód i stokroć od niego zimniej sze. 
Krzyk przeszedł w szyderczy śmiech, gdy stwór dumnym krokiem ruszył ku dwóm  
cofającym się smoczycom. Jeszcze bardziej wstrząsające były słowa, które padły z 
jego  
pyska. Śmiałe i dźwięczne, władcze! 
- Chodźcie, moje drogie! fioicie się uściskać ukochanego? Już zapomniałyście, że  
Czarny Koń zawsze was znajdzie? Nuże! Żadna nie chce być pierwsza? 
Obie gadziny zdawały sobie sprawę, że stworzenie zwane Czarnym Koniem dopadnie  
je, jeśli spróbują ucieczki. Zdesperowane skoczyły na niego jednocześnie, 
licząc, że jedna  
zada śmiertelny cios. Czarny Koń uskoczył zwinnie i trafił kopytem jednego z 
potworów.  
Smoczyca upadła ciężko, ogłuszona potężnym ciosem. 
Druga zerwała się do ataku. 
Czarny Koń znów zaniósł się śmiechem. 
- Och, śmiało, kochanie! Pokaż trochę zębów i pazurów! Gdy smoczyca skoczyła, 
jej  
przeciwnik stanął dęba i kopnął ją solidnie w szczękę. Coś chrupnęło. Smok upadł 
ze  
zniekształconym pyskiem. 
Czarny Koń ponownie się roześmiał. 
Druga samica odzyskała przytomność i podjęła próbę zaciśnięcia paszczy na  

background image

podbrzuszu rumaka. Ogromne i ostre szczęki ześliznęły się po lśniącej skórze. 
Czarny Koń,  
nadal na zadnich nogach, opadł ciężko na łeb gadziny. Tym razem trzask kości nie 
budził  
żadnych wątpliwości. Smok stęknął i wyzionął ducha. 
Brocząc krwią z połamanej szczęki, ranna samica chciała uciec, ale Czarny Koń 
stanął  
jej na drodze. Poruszał się tak szybko, że Cabe nie mógł w to uwierzyć. 
Błyskawicznie  
znalazł się na wprost gada, który nie zdążył zwolnić i skoczył prosto w niego - 
dosłownie. 
Na oczach Cabe’a potwór wpadł w pustkę, która była Czarnym Koniem, i z  
wrzaskiem spadał, coraz mniejszy i mniejszy. Po chwili zniknął. 
Rumak zakrzyknął triumfalnie. Potem z niewiarygodną prędkością rzucił się w 
pościg  
za trzecim smokiem. Cabe nawet nie próbował go odwołać. Jeśli odbiegnie daleko, 
tym lepiej.  
Nie wiedział dokładnie, czym był Czarny Koń, ale wiedział, że jego imię jest mu 
znajome.  
Wiedział też, że stworzenie owe częściej przynosi śmierć niż coś innego. 
Wreszcie ugiął się pod brzemieniem wypadków. Uwolniony od groźby, jaką niosły  
smoki, osunął się na ziemię i stracił przytomność. 
Z daleka dobiegł triumfalny ryk Czarnego Konia. 
Wysoko nad Ziemiami Jałowymi krążył wielki drapieżny kształt. Nie był pokryty  
łuskami jak większość okolicznych mieszkańców, jednak łączyło go z nimi pewne  
pokrewieństwo. Skrzydlaty. Ptak, a jednak nie ptak, przypominał bowiem 
człowieka.  
Bezgłośnie opadł w pobliżu wielkiej połaci trawy. 
Poszukiwacz złożył potężne skrzydła i schylił się. Jedną pierzastą ręką dotknął 
długich  
zielonych źdźbeł. Jastrzębie oczy z uwagą patrzyły, jak spękane błoto przemienia 
się w żyzną  
glebę, a następnie pokrywa drobnymi kiełkami. Zielone pole rozprzestrzeniało się 
we  
wszystkich kierunkach, zwłaszcza w stronę najdalszych części Ziem Jałowych. W 
chwili  
śmierci, Brązowemu udało się ziścić najśmielsze marzenia. 
Koń, a jednak nie koń, parsknął. Poszukiwacz wyciągnął jeden ostry pazur w  
kierunku, z którego napłynął dźwięk. Chwilę później pojawił się samotny 
jeździec. Jego hełm  
zdradzał, że jest to smok ognisty, jeden z wasali byłego Smoczego Króla. 
Gadzi wojownik podjechał prosto do Poszukiwacza, ale ten nawet nie drgnął. 
Patrzył  
na smoka z czymś, co można by nazwać jedynie umiarkowanym zainteresowaniem.  
Wojownik, nieświadom jego obecności, powoli obrócił się w prawo. Minął łąkę i  
Poszukiwacza, jak gdyby ich nie było. 
Kiedy odjechał, Poszukiwacz raz jeszcze dotknął trawy. Spiczaste szpony 
przesuwały  
się delikatnie, dowiadując się wszystkiego. Kiedy stworzenie zaspokoiło 
ciekawość,  
podniosło się i omiotło wzrokiem otaczające je ziemie. W ciągu paru dni wokół 
miało  
zazielenić się życie. 
Masywne skrzydła rozpostarły się raz jeszcze. Poszukiwacz wzbił się w niebo.  
Zatoczył jeden krąg i odleciał. 
Poniżej, zielona łąka stale się powiększała. 
Inna ręka: porośnięta futrem, choć czasami bywała opierzona - w zależności od  
nastroju, oczywiście. Ręka należała do Gryfa, albo wielmożnego Gryfa, jak często 
był zwany,  
i toczyła powoli gładką bryłę szkła w kształcie jaja. 
Jeśli wiedziało się jak, można było zobaczyć obrazy. Większość nie miała sensu.  

background image

Niektóre pochodziły z przeszłości. Inne zapowiadały przyszłość. Reszta nie 
dawała się tak  
łatwo przyporządkować. 
Tymi Gryf był najbardziej zainteresowany. 
- Widzę smoka, większego od innych, pstrej maści. Wszystkie kolory. Znasz go? -  
Głos Gryfa przypominał dumny ryk lwa, choć jego orle oblicze przeczyło temu 
faktowi. 
Ten, który zwał się Simonem, powoli pokiwał głową. Jego powściągliwa reakcja być  
może świadczyła o jakimś zmartwieniu. 
- - Smok z Głębin. Mówią, że żył w najgłębszej części mórz, gdzie spotykają się  
woda i stopiona ziemia. Zmarł jakoby na długo przed nastaniem ludzi. 
- - Wierzysz w to? 
- - Z legendami nigdy nic nie wiadomo. 
- - Nie. A co to? - Futrzasta ręka wskazała nowy obraz przedstawiający 
strzaskaną  
czaszkę. 
- - Nie rozpoznaję jej, choć czuję, że powinienem. 
Obraz zniknął, gdy Gryf machnął ręką. Kolejny zajął jego miejsce. Gryf pogładził  
wielkie kryształowe jajo, oko w przeszłość, teraźniejszość i, co najważniejsze, 
w przyszłość. 
- Jajo Yalaka popisuje się dzisiaj. Simon pokiwał głową. 
- - Gdy zbliża się niebezpieczeństwo, kryształ lepiej dostraja się do 
wieloświata. 
- - Poznaję to. Komnata Złotego, Króla Królów, największego ze smoczych  
władców. 
- - Chyba śpi. 
Gryf pokiwał głową. Jego grzywa zafalowała lekko. 
- - Rysy mu złagodniały. Przypuszczam, że z większością pozostałych jest tak 
samo. 
- - Śmieli wstąpić na zdradliwą ścieżkę wiodącą ku człowieczeństwu. Znajduje to  
odzwierciedlenie w ich postaciach i czynach. 
 
- - Lepiej, żeby tak nie było, dla naszego dobra. Wiedźmin wskazał instrument  
zwany Jajem Yalaka. 
- - Zmień obraz. 
- - Dobrze. 
Gryf rozpuścił obraz, lecz tym razem zamiast kolejnego zobaczył tylko mgłę.  
Popatrzył na swego towarzysza. 
- Przeszkadzasz Jaju? 
- - Tak. Próbuję skoncentrować się na konkretnej osobie z teraźniejszości. 
- - Nie miałem pojęcia, że to potrafisz. Z drugiej strony, nie powiedziałeś mi  
wszystkiego o sobie. 
- - Sam znam się niezbyt dobrze. Wiesz o tym. 
- - W rzeczy samej. Przepraszam. 
Simon nie zwrócił uwagi na przeprosiny. Coś się działo. 
- - Udało się. Spójrz, szybko. 
- - Widzę klejnot z jakąś figurką w środku. 
- - To nie figurka. To prawdziwa osoba. 
- - Jakby się topi. 
Coś niezwykłego przepoiło głos wiedźmina. Zadowolenie? 
- - Udało mu się! Uwolnił ją! Obraz spłowiał. Wiedźmin sposępniał. 
- - Przepraszam. Nie mogłem dłużej go utrzymać. 
- Nic niemów. - Władca Penacles pstryknął palcami. Znikąd pojawił się sługa, nie  
całkiem ludzki. - Podaj mojemu gościowi jakiś krzepiący trunek. 
Po chwili Simon otrzymał kielich wina. Opróżnił go duszkiem. Gospodarz  
obserwował go z rozbawieniem, czarnoksiężnik bowiem nie był znany z upodobania 
do picia. 
Simon odstawił kielich i podziękował ruchem głowy. 
- - Kiedy dowiedziałem się o tym Cabie Bedlamie, doszedłem do przekonania, że  
być może zdoła uwolnić wielmożną Gwen. Moja wiara była usprawiedliwiona. 

background image

- - A jak, jeśli wolno mi spytać, natknął się na nią? To miejsce leży z dala od 
szlaku,  
którym podążał. 
Wiedźmin uśmiechnął się - być może. 
- Poprosiłem o pomoc... starego przyjaciela. On wybrał inną ścieżkę, choć Bedlam 
nie  
zdawał sobie z tego sprawy. 
-¦ Ten... przyjaciel. Nie sądzę, bym chciał go spotkać, jeśli jest tym, kim mi 
się  
wydaje. 
- Niewielu pragnęłoby z nim spotkania. Dlatego jesteśmy sobie tacy bliscy. 
Gryf zadrżał, co przytrafiało mu się niezmiernie rzadko. Niewiele rzeczy mogło 
go  
przestraszyć. Czarny Koń, tak. Zmienił temat. 
- - Pani. Kiedy została uwięziona? 
- - Niedługo przed śmiercią Nathana Bedlama. 
- - A zatem moc przez cały czas narastała. Była silna, jak mniemam. 
- - Jedyna kobieta zdolna rzucić urok na Smoczych Mistrzów. Już to świadczy ojej  
potędze. Chodzą słuchy, że uwielbia podboje. 
- Odbiegasz od mojego pytania. Co z uwolnieniem mocy? Simon pochylił się ku  
niemu. Wyglądał tak, jakby zatracił się w myślach. Wreszcie odpowiedział: 
- - Będzie równie potężna jak Pani. 
- - Co może sprawić? 
- - Na przykład z łatwością zniszczyć całą okolicę, łącznie z Cabe’em Bedlamem -  
odparł po długiej chwili. 
Było okropnie gorąco. 
Nie. Lodowato zimno. 
Pies z rękami grał na flecie. 
Czaszka śmiała się opętańczo. 
Cabe ocknął się. I zadrżał. Sny były niewiarygodnie realne. Podniósł się, 
otrzepując  
pyt z ubrania. Ptak z mackami przysiadł na pobliskiej gałęzi i zawył. Cabe’owi 
przejaśniało w  
głowie na tyle, że mógł stwierdzić, iż sny nie były snami. Może szaleństwem, ale 
nie snami. 
Obok przemknęły dziwaczne, sękate stworzenia - rośliny, skarżąc się na suszę.  
Przefrunął żabiobyk, chwilę później pochwycony przez skrzydlatego ośmionoga. 
Cabe  
uświadomił sobie, że wszystkie te stworzenia nadciągały od strony Pani. 
Dokładniej mówiąc,  
wysmykiwały się ze szczeliny w jej więzieniu. 
Nie trzeba było grzeszyć nadmiarem wyobraźni, żeby pojąć, iż z kryształu wymyka  
się przeogromna moc. Było również oczywiste, że szczelina poszerza się i że 
kiedy rozchyli  
się dość mocno... 
Czarny miecz nadal tkwił w bursztynie. Najrozsądniejszym wyjściem byłaby  
ucieczka... ale czy zdoła uciec dość daleko? 
Odpadł niewielki kawałek zewnętrznej skorupy. Gdy powoli posypały się większe  
fragmenty, uwalniając większą ilość mocy, Cabe zdumiał się, że na razie nic mu 
się nie stało.  
Zasługa jego dziedzictwa czy tylko szczęście? Ucieczkajest bezsensowna, 
pomyślał. Taka  
moc pochłonie go niezależnie od tego, jak szybko będzie przebierał nogami. 
Sieć szczelin zarysowała powierzchnię całego kryształu. W powietrzu zaczęły  
szybować odłamki. Zaczęło się. Cabe padł płasko na ziemię i zastanowił się, jak 
wielki obszar  
spustoszy uwolniona moc. Zapewne całe mile. 
Skorupa zapadła się. 
Cabe schował głowę w ramiona, a światem zawładnął chaos. 
Cabe otworzył oczy i ze zdumieniem stwierdził, że świat nadal istnieje. 
- Od wieków nie przeżyłem takiego dnia, przyjacielu! Zapowiada się naprawdę  

background image

interesująco! 
Ostrożnie podniósł głowę i spojrzał w stronę, z której dochodził głos. 
Nieskończoność  
pod postacią ogiera powitała go zmrużeniem zimnych błękitnych oczu. Stworzenie 
zwane  
Czarnym Koniem stało między nim a Panią, a potężny potok czystej mocy omy wał 
jego boki.  
Ono pławiło się w nim jak w letnim deszczu i było chyba w wyśmienitym humorze - 
co wcale  
nie zmniejszyło obaw Cabe’a. 
- Och, daj spokój! Osoba z twoim talentem nie powinna tarzać się w błocie! 
Wstawaj!  
Nie zrobię ci krzywdy! - zapewnił ze śmiechem Czarny Koń. 
Bardziej ze strachu niż z innych pobudek, Cabe podniósł się z ziemi. Nawet 
stojąc,  
wyglądał jak karzełek przy wielkim stworzeniu. 
- Od razu lepiej! 
Szukając wzrokiem miecza, Cabe zapytał: 
- Kim jesteś? 
Zimne, bardzo zimne oczy spojrzały przez niego na przestrzał. 
- - Czarnym Koniem, to chyba widać! 
- - Jesteś demonem? - Cabe stwierdził, że trudno mu długo patrzeć na Czarnego  
Konia, gdyż przyprawiało go to o zawroty głowy. Miał wrażenie, że przyciąga go  
nieskończoność wnętrza rumaka. 
Stworzenie parsknęło pogardliwie. 
- Dla demonów mogę być demonem! Dla innych jestem tym, który sprowadza koniec  
wszelakiego czasu! 
,3rzmi to podejrzanie blisko śmierci - pomyślał Cabe. - Nie ma się co dziwić, że  
smoczyce nie miały szans, nawet w trójkę”. 
- Dziękuję ci za pomoc, wielmożny Czarny Koniu. Śmiech wstrząsnął okolicą dworu. 
- Wielmożny! Czarny Koń wielmożą? Czynisz mi wielki honor, Mistrzu Bedlamie!  
Czarny Koń nie może być wielmożą, nie zostało to bowiem zapisane w wieloświecie! 
Cabe zakrył uszy. Bał się, że gromki głos Czarnego Konia rozerwie mu bębenki.  
Przypadkiem spojrzał w stronę strzaskanego więzienia. Na ziemi, na pozór bez 
obrażeń, leżała  
nieprzytomna Pani. 
Spojrzenie Czarnego Konia powędrowało w tę samą stronę. 
- Lepiej się nią zajmij, przyjacielu! Obawiam się, że do mnie nie odniesie się 
zbyt  
uprzejmie, mimo że chciałem tylko jej dobra! 
Ostrożnie okrążając swego nierealnego towarzysza, Cabe podszedł do kobiety w  
zielonej szacie. Pochylił się, żeby ją zbadać, i znów uderzyła go jej uroda. 
Niemal bał sieją  
tknąć, jak gdyby dotyk mógł zepsuć doskonałość jej kształtów. Na szczęście 
przeważył  
rozsądek. Cabe podniósł kobietę i ostrożnie ułożył na miękkiej murawie. 
Poruszyła się. 
Cabe nagle spojrzał w oczy, które przyciągnęły go emocjonalnie tak, jak 
piekielna  
postać Czarnego Konia przyciągała go fizycznie. Kiedy wyszeptała coś - zbyt 
cicho -  
przysunął ucho. 
- Nathan. - Uśmiechnęła się i znów popadła w omdlenie. Czarny Koń zbliżył się  
truchtem, żeby lepiej widzieć. 
- - Nie zmieniła się... Co jest tym większym powodem, bym opuścił cię na pewien  
czas! Jeśli nie wrócę w porę, ty i wielmożna Gwen musicie znaleźć jakiś 
transport do  
Penacles! 
- - Mam konia... 
- - Mistrzu Bedlamie! Ja byłem twoim zacnym rumakiem! Musiałem odegrać rolę  
płochliwego wierzchowca, żeby smoczyce pozwoliły ci wejść do dworu. Nie jestem  

background image

demonem, ale mam ich naturę i silniejsza bariera czarów może mnie powstrzymać! 
Bez  
twojego wezwania nie mogłem wejść na teren zabezpieczony przez magię! Zwłaszcza 
kiedy  
zaklęcie rzuciła osoba o potędze Pani! 
Stworzenie rozejrzało się po okolicy. Wydawało się lekko rozdrażnione. 
- Kiedy raz opuszczę ten teren, po powrocie będziesz musiał mnie zaprosić! Jeśli 
ta  
kobieta ocknie się przed moim przybyciem, zrób to po cichu. Sama nigdy nie 
pozwoli mi  
wejść! Ha! 
Czarny Koń dał potężnego susa i zniknął w lesie. Cabe poczuł szarpnięcie, jak 
gdyby  
coś się uwalniało. Kiedy się rozejrzał, stwierdził, że on i Pani zostali sami. 
Sami? Coś innego dopominało się o jego uwagę. Cabe przesunął resztki  
bursztynowego więzienia. Odsłonił rękojeść miecza i gwałtownie cofnął rękę. Nie 
chciała  
dotknąć broni. W każdym razie, nie teraz. 
Z braku lepszego zajęcia, spróbował odpocząć. Stworzenie zwane Czarnym Koniem  
jasno dało do zrozumienia, że o kobietę nie trzeba się martwić. Cabe nie miał 
żadnego  
doświadczenia w kurowaniu poszkodowanych i wiedział, że niepodobieństwem byłoby  
znalezienie w pobliżu uczonego medyka. Co więcej, każdy obcy mógł okazać się 
kolejnym  
smokiem ognistym albo innym groźnym straszydłem. 
Niechętnie pozwolił sobie na drzemkę. 
- Twann, nie powinniśmy za bardzo zbliżać się do Gór Tyber. Twann, krzepkie,  
szpetne chłopisko szczycące się większą liczbą blizn niż wielu weteranów 
wojennych,  
burknął do swego równie mało urodziwego kompana: 
- Nic na to nie poradzisz, Rolf. Straż miejska z Talaku ma oko na wszystkie 
trakty na  
południe. Wiem! Podszedłem ich, gdy pociągnąłeś na popijawę po tym, jak 
załatwiliśmy  
tamtego kupca! 
Rolf podrapał się po łysiejącej głowie. 
- - Pewnie masz rację. Po prostu nie lubię przejeżdżać w pobliżu. Wiesz, co niby 
ma  
się tam wyprawiać. 
- - Phi, legendy! A poza tym, jaki interes mieliby do nas Smoczy Królowie?  
Jesteśmy tylko dwoma ciężko pracującym jegomościami. Dla nich jesteśmy jak 
pluskwy. 
- Pluskwy się rozgniata. Zaniepokojony Twann obrócił się do kamrata. 
- A co, wolałbyś jechać przez Las Dagora? Tutaj przynajmniej nikt nas nie 
zaskoczy.  
Widok roztacza się na całe mile. Jeśli coś nadciągnie z gór, z łatwością zdążymy 
znaleźć  
jakąś kryjówkę. 
Kompan nie skomentował. Nie miał lepszego pomysłu, a kłótnia z Twannem nie miała  
większego sensu. 
Jechali dalej, od czasu do czasu omawiając plany na przyszłość. Najrozsądniej 
byłoby  
skierować się do Mito Pica. Było to miasto dość duże, by skryć się w nim bez 
trudu, i leżało  
mniej więcej na środku Smoczego Królestwa. Wystarczyło przez pewien czas jechać 
na  
wschód, a potem skręcić na południe. Jeśli Mito Pica nie spełni ich oczekiwań, 
wyruszą na  
wschód do Wenslis. 
Jechali w pobliżu podnóża szczególnie potężnej góry. Było w niej coś  

background image

nierzeczywistego. Rolf wstrzymał konia i spojrzał na nią, mrużąc oczy. Jakby 
góra nie  
całkiem tam była. Złapał Twanna za brudny kaftan i zwrócił jego uwagę na 
strzelistego  
kolosa. 
- Patrz uważnie. Wygląda ciut dziwnie! 
W nikłej poświacie księżyców zmęczone oczy Twanna nie mogły niczego dostrzec. 
- Wyczerpanie padło ci na wzrok! Będziemy jechać jeszcze przez godzinę, a potem 
się  
zatrzymamy. 
- Mówię ci, że tej góry tam nie ma! Spójrz jeszcze raz! Twann westchnął i 
ustąpił.  
Widok zmroził go do szpiku kości. 
Bez słowa wyciągnął paiec. Rolf uśmiechnął się, zadowo]ony, że wreszcie jego  
gamoniowaty kompan zobaczył to, co i on. Odwrócił głowę w stronę góry. 
Wyjeżdżały z niej niezliczone smoki. 
Głównie pomniejsze jaszczury, mało inteligentne zwierzęta, które ze względu na  
wielką liczbę, wykorzystywane były przez swoich mądrzejszych braci jako siły 
szturmowe.  
Większość nie miała nawet szczątkowych skrzydeł, dlatego biegły, pełzły albo 
skakały.  
Smoki ogniste, w swojej właściwej formie, szybowały nad ich głowami, trzymając 
pod  
kontrolą łuskowate straszydła i szkarady, na opisanie których brakowało słów. 
Musiał to być  
oddział czołowy wyprawiony w drogę przez dowódcę Złotego. 
Dwaj łotrzykowie znajdowali się na jego drodze. 
Kori Rolfa spłoszył się, zrzucił jeźdźca i puścił się galopem, nie zważając na 
krzyki  
człowieka. Rolf spojrzał na nadciągające potwory i zwrócił się do kompana po 
pomoc. 
Twann, mierząc wzrokiem szybko kurczącą się odległość między smokami a sobą,  
wrzasnął: 
- Do diabła z tobą! 
Rolf z osłupieniem patrzył na jego odjazd. Rzucił się do ucieczki, ale już 
dopadł go  
pierwszy z pośledniejszych smoków. Bardziej przypominał węża i wił się po ziemi.  
Rozdziawił paszczę i zacisnął zęby na ofierze. W powietrzu zawibrował wrzask 
zaskoczenia i  
bólu, potem zapadła cisza. 
Twann słyszał jego krzyk. Przez chwilę miał wyrzuty sumienia, potem skupił się 
na  
przynagleniu wierzchowca do cwału. Nie musiał się wysilać; zwierzę robiło, co 
mogło, aby  
ocalić własne życie. Mimo wszystko odległość między nim a smoczą falangą stale 
malała.  
Pomniejsze smoki służyły za rumaki klasie panującej. Kiedy Smoczy Królowie i ich 
wasale  
podróżowali w ludzkich postaciach, jaszczury przemieniały się w konie. Dzięki 
temu smoki  
mogły wędrować po swoich ziemiach bez zwracania niczyjej uwagi. Smoczy Królowie 
i ich  
krewniacy byli w większości samotnikami ceniącymi sobie prywatność. 
Nawet w nikłej poświacie księżyców Twann mógł zauważyć cień, który się nad nim  
przesunął. Z przerażeniem popatrzył w górę. Ogromny smok ognisty z płonącymi 
ślepiami  
rzucił się na niego. Opryszek wyszarpnął miecz, doskonale świadom, że nie zda 
się to na  
wiele. 
Zamknęły się na nim wielkie szpony. 
Horda pomknęła dalej. Ich pierwszym celem był Talak. 

background image

Po przebudzeniu Cabe zobaczył ciemność. Nie wiedział, czy przespał minuty, 
godziny  
czy dni. Czarny Koń nie wrócił. Cabe zadrżał i niemal zatęsknił za tą 
fantastyczną istotą. 
Usłyszał ciche trzepotanie. Wstał pospiesznie. Drzewa przysłaniały wędrujące po  
niebie Bliźnięta. Styxa prawie wcale nie było widać. Cabe nie był pewien, czy na 
pewno  
zniknęły wszystkie te dziwne twory uwolnionej magii. Zaczął po omacku szukać 
miecza.  
Chciał poczuć go w dłoni. 
Znów coś załopotało w pobliżu. Cabe przypomniał sobie o barierze, która stała na  
drodze Czarnego Konia. Załóżmy, że niesamowity sprzymierzeniec próbował wejść, 
ale sam  
nie zdołał tego dokonać. Może zrezygnował i odszedł. W takim wypadku on, Cabe, 
zostałby  
sam w obliczu... Czego? 
Smoczyce mieszkały tutaj od niezliczonych sezonów, co świadczyło, że bariera nie  
powstrzymywała wszystkich stworzeń. Co jeszcze mogło się tu przedostać? 
Miecz. Powinien leżeć w pobliżu, lecz w ciemności nie mógł go znaleźć. Zaczął  
szukać go szaleńczo. Musiał tu być! Przez ułamek sekundy czuł cos’ jakby 
głowicę.  
Poszukiwania przerwało bicie potężnych skrzydeł. Coś nadlatywało od tyłu. 
Odwrócił się. 
Coś wylądowało tuż przed nim. Niezbyt wyraźnie dostrzegał sylwetkę przybysza, 
lecz  
nie mógł to być smok. Nie, bardziej przypomina ptaka albo człowieka, pomyślał, 
gdy w jego  
stronę wyciągnęły się dwie szponiaste ręce. Uskoczył w ostatniej chwili. 
Skrzydlaty ruszył za nim tak pewnie, że Cabe podejrzewał, iż stwór doskonale 
widzi  
w ciemności. Tym razem nie miał co liczyć na ratunek. Wszystko zależało od 
niego. 
W ciemności potknął się o coś - długie i twarde, pewnie konar, Szybko pochylił 
się i  
podniósł kawałek drewna. Nie było to wiele, ale poczuł się trochę lepiej. 
Ptakolud stał się  
bardziej ostrożny. 
Narosła w nim desperacja. Cabe zamachnął się gałęzią na przeciwnika. Ten 
załopotał  
skrzydłami, przenosząc się na bezpieczną odległość. Przysiadł kawałek dalej i 
czekał na  
następny ruch człowieka. Cabe ruszył ku niemu, przypomniał sobie o podopiecznej 
i cofnął  
się szybko. Najważniejsze było bezpieczeństwo Pani. 
Skrzydlaty stwór wzbił się w powietrze co najmniej na wysokość cztery razy  
przekraczającą wzrost Cabe’a. Opuścił się niżej, tuż ponad zasięg gałęzi, i 
zaczął zataczać  
kręgi. Cabe zawirował, gotów do odparcia ataku, ale ptakolud tylko nad nim 
krążył. Coraz  
szybciej i szybciej, i w końcu człowiekowi, który starał się śledzić go 
wzrokiem, zakręciło się  
w głowie. 
Niestrudzenie szybował w kółko. Cabe rzucił gałęzią i chybił. Postąpił głupio, 
ale  
szybko tracił orientację i musiał coś zrobić. Zatrzymał się, żeby przejaśniło mu 
w głowie. Na  
tę chwilę czekał skrzydlaty. Spłynął w dół i wylądował za jego plecami. Zacisnął 
szponiaste  
ręce na jego głowie. Cabe szarpnął się, gdy nagle stracił kontakt z 
rzeczywistością. 

background image

Poczuł, że leci do tyłu. Poszukiwacz - nie wiedział, skąd napłynęło to imię - 
znalazł to,  
czego szukał. 
Było ciemno, ale nie była to ciemność nocy. Raczej ciemność nicości. Pustki. 
Brakowało czegoś ważnego. 
Cabe z wrzaskiem zbudził się do życia, ale nie był sobą. Nienarodzony, był 
starszy niż  
jego matka i ojciec. 
Ból. 
Wspomnienie bólu. 
Jasne, szybko nadciągające światło. Musiał uciekać. Musiał. 
Ten, który zwał się Simonem, siedział samotnie. Wielmożny Gryf musiał zająć się  
innymi sprawami, a poza tym wiedźmjn i tak chciał być sam, gdyż tylko w 
odosobnieniu  
mógł znaleźć jakąś nadzieję. 
Potężny głos zakłócił jego rozmyślania. 
- Skwaszony jak zawsze! 
Wiedźmin podniósł głowę i być może zamrugał. 
- - Czarny Koń. Nie spodziewałem się ciebie tak szybko. Stworzenie wieczności  
zaniosło się śmiechem. 
- - Bzdura! Spodziewasz się wszystkiego! Znam cię zbyt dobrze! Simon pokiwał  
głową. 
- - Bardziej niż ktokolwiek inny. 
Czarny Koń przybliżył się truchtem. Choć był ogromny, nie potrącił żadnego  
przedmiotu. Czarny Koń poruszał tylko to, co pragnął poruszyć. 
- - Przychodzę powiedzieć ci, że młodemu Bedlamowi za pomocą Rogatego Miecza  
udało się wyzwolić Panią, jak to przewidziałeś i o czym z pewnością już wiesz. 
- - Były kłopoty? 
- - Chodzi ci o smoczyce? Już nigdy nie uwiodą żadnego mężczyzny. 
- Miałem na myśli narastanie mocy. Pani czekała długi czas. Stworzenie 
parsknęło. 
- Wchłonąłem wszystko! Dzika energia nie budzi moich obaw! Gdyby nie została  
opanowana... Ha! Po cóż dywagować o katastrofie, do której nie doszło? A co do 
tych  
dwojga, teraz muszą się martwić tylko o jedno. O wypoczynek! 
Wiedźmin milczał. Podniósł Jajo i wysunął je w stronę swego nieziemskiego  
towarzysza. Czarny Koń z rozdrażnieniem potrząsnął łbem i wbił zimne, niebieskie 
oko w  
wiedźmina. Każdy inny człowiek skurczyłby się ze strachu, ale ten, który zwał 
się Simonem,  
pozostał niewzruszony. 
- - Spójrz w Jajo. 
- - Wiesz, że nie mogę! Jajo jest dla mnie bezużyteczne. Widzę tylko mgłę! 
- - Spróbuj. 
Coś w głosie wiedźmina sprawiło, że stworzenie posłuchało. Niewielu mogło mu  
rozkazywać, ale Czarny Koń wiedział, z kim i z czym ma do czynienia. Simon nie 
podlegał  
jego władzy, jego los spoczywał w rękach innego. Być może dlatego stworzenie 
mogło zwać  
go swoim przyjacielem. Wieczność była samotna. 
Niemal ludzkie westchnienie. 
- Spróbuję. 
Czarny Koń zapatrzył się w Jajo Yalaka. Simon uważnie obserwował mgłę.  
Zawirowała, jak bestia Chaosu szamocząca się w okowach, a ciemność stawała się 
coraz  
głębsza. Mgła zniknęła, pozostawiając pustkę tak bezkresną, że groziła wessaniem 
nawet  
Czarnego Konia. 
Wielki rumak szybko odwrócił oczy. 
- - Nigdy więcej! Nigdy więcej nie spojrzę! 
- - Co to było? - Choć wiedźmin zadał pytanie, jego ton wskazywał, że potrzebuje  

background image

tylko potwierdzenia już znanego faktu. 
Oko znów przywarło do niego. 
- Miejsce, do którego nie wolno nam pójść. Miejsce, do którego wysyłam  
niezliczonych. Miejsce, z którego nie ma powrotu. 
Być może Simon mocniej zmarszczył czoło. 
- - Co zatem to oznacza? Nie jestem taki jak Gryf. Wierzę, że wszystko, co 
pokazuje  
nam Jajo, ma swoje znaczenie. 
- - Możliwe, ale ty też możesz się mylić. 
- - Nie. Czuję, że jest w tym jakiś sens, jeśli chodzi o Cabe’a. Gdybyś mógł 
spojrzeć  
jeszcze raz... 
 
- - Nie ma mowy! Wiedźmin potrząsnął głową. 
- - Nie prosiłbym cię o to. 
Czarny Koń raptownie zmienił temat. 
- - Pani niedługo się przebudzi. Nie uśmiecha mi się wracać i narażać na jej 
złość.  
Choć nie może mnie zabić, posiada moc władną wypędzić mnie na długi czas. 
- - Będzie jeszcze mniej zadowolona, gdy się dowie, że to ja cię wezwałem. 
Widmowy ogier pokiwał głową. 
- Ciebie, jak myślę, spotkałoby coś gorszego niż wygnanie. Twarz pod kapturem 
stała  
się niezwykle wyrazista: sugestia młodzieńczych rysów i oczy, które wydawały się 
wieczne  
jak ślepia jego towarzysza. 
- Już mnie spotkało. Nie boję się jej nienawiści. 
Zapadła cisza. Czarny Koń poczuł się dziwnie śmiertelny. Otrząsnął się z tego  
wrażenia. 
- - Wrócę do Bedlama i Pani. 
- - Bezpiecznej podróży, przyjacielu. 
Czarny Koń zaczął się śmiać i nagle spoważniał. Z rykiem otworzył wejście na  
Ścieżkę, Którą Ludzie Przebywają Tylko w Jedną Stronę, i zniknął. Jego śladem 
ciągnęły  
odgłosy, nierzeczywiste dźwięki, które jego towarzysz znał aż nazbyt 
dobrze.,potępione  
dusze” były najlepszym znanym mu określeniem ich źródła. 
Ten, który zwał się Simonem, siedział w zadumie i gładził Jajo. 
Kontakt został przerwany. 
Był z powrotem we dworze. Skrzydlaty odleciał, skrzecząc ze złości. Choć było  
ciemno, dziwny blask oświetlał pobliski teren. 
- Przebudź się! Poszukiwacz ponowi próbę! 
Cabe zamrugał. Co się z nim działo? Dlaczego wszystkie szczegóły jego życia 
stały  
się tak realistyczne, a zarazem tak szkicowe? 
Rozległ się kolejny skrzek. Popatrzył w górę i natychmiast tego pożałował. Ponad 
nim  
wisiał wielki ptakolud. Miał ręce i nogi podobne do ludzkich, tylko że kolana 
były odwrócone  
do tyłu, jak u prawdziwego ptaka, a wszystkie cztery kończyny kończyły się 
długimi,  
zaopatrzonymi w szpony palcami. Był szary jak pleśń, a jastrzębie rysy 
sugerowały drapieżcę.  
Znowu przypuszczał atak. 
Wybuchła przed nim wielka kula światła. Skrzydlaty zawisł w powietrzu, mrugając 
i  
lekko zataczając się na boki. Po drugim rozbłysku uciekł pod osłonę nocy. 
Zagrożenie przeminęło. Cabe odwrócił się, żeby zobaczyć swojego wybawiciela. 
Zobaczył Panią. Choć uratowała go przed Poszukiwaczem, chyba niezbyt mu ufała.  
Cabe nie mógł jej winić. Trudno ufać komukolwiek po tak długim okresie 
uwięzienia.  

background image

Zadecydował, że najbezpieczniej będzie pozwolić jej na zrobienie pierwszego 
kroku - i mieć  
nadzieję, że go nie unicestwi. 
- Kim jesteś? 
Głos brzmiał niezwykle melodyjnie i w każdej innej sytuacji Cabe uznałby go za  
cudowny. Teraz jednakże słyszał w nim pogróżkę. 
- Nazywam się Cabe. Ja... Ja cię uwolniłem. 
Wyraz jej twarzy wskazywał, że ma kłopoty z uwierzeniem w jego słowa. 
- W jaki sposób? Zaklęcie, które tworzyło więzienie, było jednym z 
najpotężniejszych,  
jakich kiedykolwiek użyto. Zwyczajny człowiek nie mógł go przełamać! - Zerknęła 
na jego  
włosy i dostrzegła w nich srebro. - Wiedźmin! Miałam rację! Zwyczajny człowiek 
nie mógłby  
złamać zaklęcia Azrana! 
Coś zatrzepotało w cieniach za Panią. Cabe zmrużył oczy. Skrzydlaty przypuścił  
błyskawiczny atak. 
- Uważaj! 
Czarodziejka odwróciła się, ale nie miała czasu na obronę. Poszukiwacz uderzył 
ją  
szponiastą stopą i przewrócił na ziemię. W Cabie narosła frustracja; tak bardzo 
pragnął  
rozbudzić moc. Ptakolud zaskrzeczał i rzucił się na niego. Chłopak mimowolnie 
wyrzucił ręce  
w górę, czubkami palców w stronę napastnika. 
Snop siły strzelił z jego palców. Skrzydlaty, nie spodziewając się czegoś 
takiego,  
został odrzucony w tył przez siłę dużo większą, niż ta użyta przez Panią. 
Pokoziołkował  
między drzewa, uderzając w jedno ramieniem. Rozległ się trzask i Poszukiwacz 
wrzasnął,  
tym razem z bólu. 
Odleciał, niezdarnie wymachując skrzydłami. Było jasne, żenię ma zamiaru 
powrócić.  
Cabe patrzył, jak znika w ciemnościach, a potem z ulgą usiadł na ziemi. Dopiero 
po chwili  
przypomniał sobie o swojej towarzyszce. Kiedy odwrócił się, by sprawdzić, czy 
nic się jej nie  
stało, zobaczył, że patrzy na niego uważnie. 
- Postępujesz niewprawnie, ale twoja moc jest potężna. - Jej ręce znów 
przygotowały  
się do ataku. - Mówiłeś, że kim jesteś? 
Cabe jęknął w duchu. 
- Nazywam się Cabe... Cabe Bedlam, jeśli wierzyć temu, co mi powiedziano. 
Oczy Pani rozszerzyły się. Był w nich szok i... coś, co nie dawało się nazwać. 
Przez  
kilka chwil uważnie wpatrywała się w jego twarz, a potem, ku uldze Cabe’a, 
rozluźniła spięte  
ciało. 
- - Powinnam wyczytać to w twojej twarzy. Moc tak wielka pojawia się tylko od  
czasu do czasu. To nie może być zbieg okoliczności. Co... - urwała, by otrzeć 
łzę - co łączy  
cię z Nathanem? 
- - Powiedziano mi, że jestem jego wnukiem. Dowiedziałem się o tym niedawno. Od  
jednego ze Smoczych Królów! 
- - Smoczych Królów! - Nienawiść w głosie Pani była tak zapiekła, że Cabe aż się  
skulił. - Zapomniałam o tych przeklętych jaszczurach! Nadal władają! 
Zgarbiła się. Cabe myślał, że popadła w omdlenie, ale po chwili powoli podniosła  
głowę. 
- Nathan... czy żyje? 
Nie zdobył się na odpowiedź. W milczeniu pokręcił głową. 

background image

- Nathan! - Spojrzała w niebo. Nagle była nie Panią, lecz tylko kobietą o 
imieniu  
Gwen. Tak go wystraszyła, że dopiero teraz przypomniał sobie jej imię. 
- Azran! - Tym razem przemówiła Pani. Jej głos ociekał nienawiścią równą tej, 
jaką  
pałała do Smoczych Królów. - Zdradzony przez własnego syna! 
Cabe stracił wątek, ale nie śmiał jej przerwać. Wielmożna Gwen wreszcie znów na  
niego spojrzała. 
- Dobrze znałam twojego dziadka. Kochałam go. Spieszyłam mu z pomocą, gdy Azran  
mnie uwięził. Przypuszczam, że Nathan zginął w bitwie ze Smoczymi Królami. 
- Zabrał z sobą Purpurowego Smoka. Wszyscy o tym wiedzą. Uśmiechnęła się. 
- - Cały Nathan! Nawet w chwili śmierci zrobił, co do niego należało. Kto teraz  
włada w Penacles? 
- - Gryf. 
- - Musimy iść do niego. Muszę dowiedzieć się wszystkiego, nim znów stawię czoło  
tym gadom. I Azranowi. - Uśmiech stał się ponury. - Lepiej chodź ze mną. 
- - I tak miałem tam iść. - Wypadki ostatnich paru dni zaczęły przebierać miarę. 
-  
Jeśli znajdą ciało Smoczego Króla, z pewnością... 
- - Nie żyje? Który? 
- Chyba Brązowy. Byliśmy na Ziemiach Jałowych. Pokiwała głową. 
- - Tak, to Brązowy. A więc... oni też o tobie wiedzą. Jesteś w wielkim  
niebezpieczeństwie. Każdy smok ognisty polować będzie na ciebie w nadziei 
okrycia się  
chwałą w oczach swego pana. 
- - Mam miecz, którego się boją. Użyłem go na bazyliszku i smoczycach. Chyba  
nazywa się Rogaty. 
Pani zadrżała. 
- Zły miecz. Uratuje cię przed jednym wrogiem, ale przyciągnie drugiego. Azran 
go  
wykuł - kiedy wierzył, że zdoła podbić i Królów, i Mistrzów - ale utracił go. 
Utracił go  
dopiero po tym, jak kilka razy zadał nim śmierć! Chce mieć i miecz, i ciebie. 
Nie wiem, czego  
pragnie bardziej. 
- Kim jest Azran? Ściągnęła usta. 
- Azran jest jednym z najpotężniejszych żyjących wiedźminów. Jego moc  
dorównywała Nathanowej. Nic dziwnego. - Gwen zamilkła. - Azran był jego synem. 
Patrzyła, jak groza przyciemnia twarz młodzieńca. 
- Twoim ojcem, Cabie Bedlamie. 
VI 
 
Azran był wściekły. 
Sędziwy jasnowidz miotał się po swojej mrocznej siedzibie. Stworzenia ciemności  
szeptały wokół niego, czekając na rozkazy, ale otrzymując jedynie milczenie. 
Żadne nie  
posiadało mocy pozwalającej na odtworzenie czaszki Yalaka, mistrza 
jasnowidzenia. A  
właśnie na tym zależało Azranowi. 
Parsknął. Jasnowidzenie! Nie uratowało Yalaka przed śmiercią ani nie zapobiegło  
zaczarowaniu jego czaszki. Wiedźmin posługiwał się czaszką już wiele razy. Nigdy 
nie  
przemówiła z własnej woli. Czasami się myliła. 
Mroczny cień zatrzepotał na zewnątrz. Azran zatrzymał się, po chwili 
zdecydowanym  
krokiem wyszedł na balkon. Stare zmęczone stawy zaprotestowały, zmuszone do 
nagłego  
ruchu. 
Poszukiwacz czekał na czarnoksiężnika. Chciałby rozedrzeć go na strzępy, lecz 
nie  

background image

mógł tego zrobić. Był jego własnością. Jak oni wszyscy. Choć skrzydlaci byli 
starsi od  
samych Smoczych Królów, mocą nie dorównywali wiediminowi. Byli jego 
niewolnikami,  
jego oczami i uszami w zewnętrznym świecie. 
Poszukiwacz ukląkł. Azran delikatnie położył rękę na jego głowie. Nie była to 
oznaka  
uczucia. Staremu nekromancie nigdy nie zależało na nikim. Ani na żonie, ani na 
bracie, ani na  
synu, ani - najmniej ze wszystkich - na ojcu. Nie, nie było uczucia w jego 
dotknięciu. Kontakt  
służył tylko przelaniu informacji z umysłu ptakoluda do jego głowy. 
Utworzył się obraz, widok Gór Tyber. Azran poznał, że ten skrzydlaty jest 
szpiegiem,  
któremu kazał obserwować Smoczych Królów. Przez krótką chwilę zastanawiał się, 
co się  
stało z drugim. Potrząsnął głową. Musiał oczyścić myśli, żeby kontakt przebiegł 
właściwie.  
Zapomniał o wszystkim innym i skupił się na obrazach. 
Dały się słyszeć słowa gadów, podsłuchane przez Poszukiwacza. Wiedźmin pokiwał  
głową. Jak podejrzewał, Królowie przystąpili do działania. 
Azran przypomniał sobie, jak kopał rozrzucone po podłodze kawałki strzaskanej  
czaszki. Czy wszystko w magicznym kręgu musiało być takie tajemnicze? Czy nikt i 
nic nie  
mogło prosto z mostu powiedzieć, o co chodzi? Gdzie niby zostało napisane, że 
czarna magia  
musi być tajemnicza? Skomplikowana, jak najbardziej. Gdyby było inaczej, 
pierwszy lepszy  
dureń mógłby obrócić w perzynę Smocze Królestwo. Tajemniczość jednakże tylko go  
irytowała. 
Uświadomił sobie, że przerwał kontakt, ale najwyraźniej Poszukiwacz już 
przekazał  
wszystko, co było mu wiadomo. Teraz czekał na następne polecenie. Azran 
zastanowił się  
nad kolejnym posunięciem. Byłoby łatwiej, gdyby wrócił drugi skrzydlaty. 
Wiedział, że nie  
pokaże się przed zakończeniem swojej misji, dlatego będzie musiał zaplanować 
strategię bez  
informacji, jakie mógłby od niego uzyskać. 
Najważniejszym elementem w nadciągającym kryzysie było Penacles. Azran zawsze  
chciał wydrzeć miasto Gryfowi, ale nieodmiennie powstrzymywała go myśl, że 
Iwioptak  
może posiadać wiedzę wystarczającą, żeby go zniszczyć. 
Powszechnie wiadomo było, że prawdziwą potęgą wśród Smoczych Królów był  
Purpurowy Smok. Złoty był silny, ale władał tylko dlatego, że jego brat nie miał 
takiego  
pragnienia. A jednak jego ojciec unicestwił gada. Azran musiał pogodzić się z 
tym faktem. A  
także to, że osiągnął cel bez broni takiej jak Rogaty Miecz. Stary wiedźmin nie 
był głupi; w  
młodości nigdy nie wystąpiłby bez broni przeciwko Smoczemu Królowi. Klnąc, 
wspomniał  
utratę miecza. Kto by przypuszczał, że jeden z Królów znajdzie się w pobliżu 
miejsca śmierci  
Yalaka? Brązowy, władca szybko obumierających pod wpływem zaklęcia Mistrzów 
ziem,  
potrzebował broni. Obecność młodego wiedźmina nie była dla niego przeszkodą. Gdy 
Azran  
kończył czary zapewniające kontrolę nad czaszką Yalaka, Smoczy Król porwał 
ciemny  
miecz. 

background image

Miecz przeznaczony do zabijania smoków w rękach właściwej osoby. Było to niemal  
zabawne. Niemal. 
Mimo wszystko, Azran niedawno coś poczuł. Rogaty Miecz zbliżał się do Penacles.  
Posmakował też krwi Smoczego Króla. Tylko to mogło podtrzymać siłę życiową, 
która  
drzemała w broni. Teraz miecz był w rękach kogoś innego, i ten ktoś zarazem 
posiadał wielką  
moc. To zbyt wielki zbieg okoliczności. Azran postanowił wysłać szpiega do 
Miasta Wiedzy. 
Ruchem dłoni kazał Poszukiwaczowi podnieść się z klęczek. Skrzydlaty posłuchał, 
ani  
na chwilę nie odrywając od niego swych drapieżnych oczu. Azran zastanowił się, 
co by się  
stało, gdyby wyzwolił go spod swojej władzy. Prawdopodobnie rozdarłby go na 
strzępy. Nie  
było dla Azrana tajemnicą, że skrzydlaci go nienawidzili. Nie miało to 
znaczenia, gdyż  
równie silnie się go bali. 
Jego rozkazy były krótkie i proste. Ptakolud miał wypatrywać podróżnego 
niosącego  
czarne ostrze. Miecz mógł zostać ukryty, lecz na niewiele to się zda - 
Poszukiwacz wykryje  
jego obecność. Skrzydlaty miał też nadstawiać ucho na informacje dotyczące 
ruchów Gryfa.  
Bez wątpienia władca Penacles już przygotowywał się do wojny. Zlekceważenie go  
równałoby się zapraszaniu nieszczęścia, był bowiem niemal tak przebiegły jak 
Azran. 
Poszukiwacz zaskrzeczał na znak, że zrozumiał rozkazy, i rozpostarł skrzydła. 
Azran  
cofnął się, gdy wielkie stworzenie poderwało się do lotu. Nie cierpiał wysyłać 
go, nie wiedząc  
więcej o tym, kto miał miecz. Podrapał się po szczęce. Było jeszcze coś. Ścieżka 
Rogatego  
Miecza biegła w pobliżu... 
Azran odwrócił się i podszedł do map Smoczego Królestwa. Wybrał tę, która go  
interesowała, i przestudiował trasę, która wydawała się najbardziej logiczna. Po 
chwili  
pokiwał głową. Dwór leżał nieco na uboczu, lecz nie mógł oprzeć się wrażeniu, że 
stał się  
miejscem postoju. Zagnieździły się tam smoczyce, lecz każdy dysponujący 
najmniejszym  
talentem mógł mieczem nauczyć je moresu. 
„Tak - pomyślał - ona jest wolna”. 
Wiedział, że powinien ją zniszczyć, jednakże powstrzymała go zazdrość. Pani 
wolała  
jego ojca. Nie mogła bardziej go poniżyć. Cóż, dał jej nauczkę, uwięził ją tak, 
żeby już nikt  
inny nie mógł jej mieć, zwłaszcza on sam. Kłopot w tym, że zawsze ulegał żądzy, 
ale nie  
potrafił jej zaspokoić. Poza tym, Pani go onieśmielała. 
Zasuszona ręka podrapała łysą i pomarszczoną głowę. Był jeszcze trzeci powód. 
Jego  
uwagę zajmowało coś dużo bardziej ważnego. Tak ważnego, że zrezygnował nawet z 
zaklęcia  
młodości. Wkrótce znów będzie młody. Wkrótce jego arcydzieło zostanie ukończone. 
Ta  
myśl działała na niego niczym narkotyk. 
Zachichotał. Rzucając pomniejsze zaklęcie, otworzył przejście do prywatnej 
pracowni.  
Tylko on mógł przekroczyć bramę; każdy inny zostałby przeniesiony do jednej z 
licznych i  

background image

wybranych na chybił trafił piekielnych czeluści. Azran nie pozwalał, by 
ktokolwiek  
przeszkadzał mu w pracy nad tym, co miało być dziełem jego życia. 
W gruncie rzeczy zadanie nie było trudne. Za każdym razem, gdy wchodził, 
zostawiał  
cząstkę swojej mocy. Za każdym razem czar stawał się silniejszy. Czarnoksiężnik 
słabł na  
pewien czas, ale gra warta była świeczki. Zwłaszcza gdy znało się rezultat. 
Podpełzła ku niemu istota z jakiegoś nierzeczywistego świata. Azran odprawił ją 
w nie  
dające się nazwać regiony. Drugie zaklęcie przepędziło niewyobrażalny smród, 
jaki zostawiła  
poczwara. Wiedźmin skrzywił nos; czasami wydawało się, że zadawanie się z nimi 
niewarte  
jest zachodu. Mogłyby przynamniej nauczyć się dbać o czystość. 
Powoli, niemal z czcią, pochylił się nad długą, czarną szkatułą stojącą na 
środku  
laboratorium. Mogła być miejscem ostatniego spoczynku dla węża - jeśli Azran 
kiedykolwiek  
miał jakieś ulubione zwierzątka - ze względu na długość. Szerokość była nieco 
większa niż  
jego dłoń, podobnie jak wysokość. Z lubością pogładził skrzynię, zawierała ona 
bowiem  
część niego samego. W jej zawartość wlał więcej swojej mocy niż miał w stu 
innych  
potężnych czarach. Ostrożnie podniósł wieko. To, co się pod nim kryło, miało się 
stać jego  
chwałą i triumfem. Miało rzucić mu do stóp Smocze Królestwa. 
Ostrożnie, z uszanowaniem, zacisnął dłoń na rękojeści Bezimiennego. 
Talak było miastem nieco odosobnionym. Jego najbliższy sąsiad, Mito Pica, leżał  
ponad dwa tygodnie drogi na południowy wschód. Mieszkańcy nie za bardzo 
przejmowali się  
swoją izolacją, wyrabiali bowiem prawie wszystko, czego potrzebowali, a ich 
armia uważana  
była za jedną z najlepszych na tych ziemiach. Poza tym, zawsze starali się żyć w 
pokoju ze  
Smoczymi Królami. Ruiny bliźniaczego miasta, parę mil na wschód, były do tego 
niemałą  
zachętą. 
Talakiem władał Rennek IV. Miał pięćdziesiąt parę lat, pulchną budowę ciała i 
siwe  
włosy. Niegdyś był potężnym wojownikiem, ale dziś’ niektórzy szeptali, że byłoby 
lepiej,  
gdyby na tronie zasiadł jego syn Melicard. Nikt, oczywiście, nie mówił tego zbyt 
głośno,  
gdyż od czasu do czasu Rennek miewał przebłyski geniuszu, zwłaszcza kiedy wpadał 
we  
wściekłość. 
Właśnie był rozgniewany. Coś uparcie nie pozwalało mu zasnąć. Na próżno próbował  
nie zwracać uwagi na harmider; miał wrażenie, że hałas narasta, gdy zakrywa 
głowę  
poduszką. Klnąc się na trzech wcześniejszych imienników, władca Talaku podniósł 
się z łoża,  
byle jak zarzucił królewskie szaty i z wrzaskiem wypadł na korytarz. 
- Hazar! Gdzie jesteś? Bywaj tu chyżo, inaczej mianuję nowego pierwszego 
ministra! 
Rozejrzał się. Nie było widać nawet wartowników. Nie bacząc na swoje raczej nie  
królewskie zachowanie, Rennek puścił się przez zamek z nadzieją na znalezienie 
kogoś, kogo  
będzie mógł wychłostać. Złapał przerażonego sługę, który kulił się w kącie, i 
poderwał go na  

background image

nogi. Sługa dygotał ze strachu. 
- - Basil! Co się dzieje? Co to za hałas? Gdzie jest Hazar? 
- - Oni... oni są tutaj, panie! U bram! Król Rennek potrząsnął nim. 
- - Kto, psiakość? Kto? Gdzie jest Hazar? 
- Przy bramie! 
Klnąc na czym świat stoi, puścił roztrzęsionego sługę. Przed dalszym 
poszukiwaniem  
Hazara chciał rzucić okiem na swoje wojska. Historia nie brzmiała zbyt 
wiarygodnie; jeśli  
jakaś armia stanęła u bram miasta, dlaczego nie rozlegał się szczęk broni? Jeśli 
nie było armii,  
to dlaczego słudzy byli tacy przerażeni? 
Podszedł do najbliższego okna wychodzącego na dziedziniec i wychylił się. Nadal  
było ciemno, ale rozróżnił kilkanaście postaci, z których żadna nie wyglądała na 
ludzką.  
Dźwięki, które go przebudziły, wydawały zwierzęta, nie walczący ludzie. Na 
nieszczęście, w  
nocy niewiele zobaczył, a nie mógł czekać na nadejście świtu. Musiał zejść tam 
teraz. 
Nie mając sług do pomocy, był zmuszony ubrać się samemu. Udało mu się tylko  
częściowo; zgnuśniał w czasie lat panowania. Kiedy wreszcie skończył, pospieszył 
przez  
zamek, zwalniając tylko wtedy, gdy natykał się na przerażonych służących czy 
strażników.  
Wiedział, że musi sprawiać wrażenie opanowanego, nawet jeśli czuł się zupełnie 
inaczej. 
Schodząc po schodach usłyszał coś, co brzmiało jak głos jego pierwszego 
ministra,  
Hazara Arana. Wysokie tony wskazywały, że Hazar robi co może, żeby się komuś  
przypodobać. Przerwał mu inny głos i król Rennek zadrżał - Jakby usłyszał węża. 
Węża? 
Wszedł majestatycznie do głównego holu. Zachowanie Hazara daleko odbiegało od  
jego zwyczajnej buty. Szczerze uradował się na widok swego pana. Rennek 
natychmiast  
poznał dlaczego, i nagle pożałował, że nie ziścił pragnień swego]udu i nie oddał 
korony  
synowi. 
W jego stronę odwrócił się smoczy hełm. W otworach płonęły czerwone oczy. Sam  
hełm miał niewiele ozdób. Nie nosił go Smoczy Król, lecz jeden z ich książąt, 
smok ognisty  
w ludzkiej postaci. Obserwując sunącego ku sobie masywnego wojownika, Rennek 
wiedział,  
że będzie musiał podjąć go tak, jak samego Króla. 
- Ty jesteś król Rennek? - Słowa zostały wydyszane, nie wypowiedziane. 
- - Tak. - Monarcha starał się przybrać imponującą postawę. 
- - Ja jestem Kyrg. Moje wojsko nadciągnęło z Gór Tyber. Góry Tyber. Tam kryły  
się piekielnesiły cesarza. ZłotegoSmoka. 
Nieposłuszeństwo wobec księcia miało spotkać się z natychmiastową i surową karą.  
Popełnienie najmniejszego błędu zakończy się tym samym. 
- Czego wasz dostojny majestat życzy sobie od mojego miasta? Oczywiście, zrobimy  
wszystko, co w naszej mocy, żeby warn pomóc. - Miał nadzieję, że zabrzmiało to 
dość  
formalnie. 
Kyrg wybuchnął śmiechem, a był to śmiech wielokrotnego mordercy oceniającego  
kolejną ofiarę. 
- Twoje miasto? Możesz zwać się jego panem, ale to miasto należy do Króla 
Królów!  
Pomożesz nam, ponieważ tak ci rozkazujemy! 
Rennek poczuł, że puszczają mu nerwy. 
- - Uff... tak. Oczywiście. Książę piekieł pokiwał głową. 
- - Dobrze. Czeka nas długa podróż. Potrzebujemy żywności. Słodycz słów gada  

background image

miała za zadanie tym bardziej go przestraszyć. 
Rennek ujrzał przerażające wizje pożywienia, jakie książę może wybrać dla swej  
nieludzkiej armii. Nie byłoby to po raz pierwszy; takie opowieści krążyły od 
pokoleń. Kyrg  
jakby odczytał jego myśli. 
- Tym razem weźmiemy tylko bydło. Jeśli spróbujesz zdradzić nas albo zawiedziesz  
pod jakimś względem, wrócimy po inne mięso, a zaczniemy od władz tego miasta.  
Rozumiesz? 
Król i jego minister pobledli. 
Rennek zdobył się na to, żeby pokiwać głową. 
- - Doskonale. - Książę skinął na swoich adiutantów. Jeden natychmiast zniknął w  
drzwiach wiodących na dziedziniec pałacu. Kyrg wyciągnął zwój pergaminu. 
- - Umiesz czytać? - Głos ociekał drwiną i pogardą. 
- - Oczywiście! Jedna z pierwszych rze... 
- - A rachować? 
Król wzruszył ramionami. 
- Całkiem dobrze. 
Zmiennokształtny podał mu pergamin. Rennek rozwinął rulon. 
- Przeczytaj, czego dokładnie potrzebujemy. Masz to zgromadzić w ciągu czterech  
godzin. - Książę podniósł rękę dla podkreślenia czasu. Miał tylko trzy palce i 
kciuk. Smoki  
ogniste upodobniały się do łudzi, ale nie były ludźmi. 
Król Talaku przejrzał listę. Liczby trudne były do odcyfrowania, ale nie umknął 
mu  
ogrom zamówienia. 
- - To zajmie co najmniej dzień. 
- - Cztery godziny. - Głos Kyrga stracił niemal wszystkie ślady człowieczeństwa. 
-  
Jeśli nie wykonasz zadania w przykazanym terminie, sami weźmiemy to, czego nam 
trzeba.  
Nie przebierając. 
Rennek przekazał listę w ręce pierwszego ministra. Chudy dostojnik spojrzał na  
arkusz tak, jakby pergamin miał go pożreć. Król nerwowo zerknął na doradcę. 
- Zabieraj się za to, człowieku! Nuże! 
Hazar wybiegł z sali. Rennek zerknął na swego piekielnego gościa i uchwycił cień  
uśmiechu pod złowieszczym smoczym hełmem. 
- Jeszcze coś? 
Kyrg rozejrzał się po sali. 
- - Tak. Dawno nie jadłem. Ani moi oficerowie. Podczas gdy twoi ludzie gromadzić  
będą niezbędną żywność, my zjemy kolację w twojej jadalni. Każ rzeźnikom sprawić 
dwa z  
najlepszych bydląt. Dołączysz do nas. Chcę jak najwięcej dowiedzieć się o 
ziemiach na  
południu. 
- - Oczywiście. Pozwól tylko, że powiadomię kucharzy, co sobie ży... 
- - Rzeźnicy wystarczą. Wolimy krwiste mięso. Prawdę mówiąc, surowe. 
Król poczuł, jak wywraca mu się żołądek. Tym razem wyraźnie dostrzegł uśmiech,  
który przemknął po na wpół widocznej (warzy smoka ognistego. Książę skłonił się 
z  
drwiącym szacunkiem. 
- Prowadź, wasza wysokość. 
Nad dworem wzeszedł świt, a wraz z nim napłynęła powódź wspomnień. Cabe nie  
chciał otwierać oczu, ale zmusił go do tego jakiś dźwięk. 
Leżanka zrobiła się zdumiewająco niewygodna. Cabe, wyczerpany do granic, runął 
na  
pierwsze napotkane miękkie miejsce. Pani Gwen była nieco bardziej przezorna: 
stworzyła  
sobie łóżko z powietrza. Nawet widok kobiety unoszącej się trzy stopy nad ziemią 
nie  
powstrzymał Cabe’a od zapadnięcia w sen. Niezwyczajne przestało być 
niezwyczajnym. 

background image

Niebezpiecznym, owszem, było nadal, ale nie niezwyczajnym. 
Pani przechadzała się po dworze, najwyraźniej odświeżając wspomnienia. W oczach  
Cabe’a była piękniejsza niż kiedykolwiek. Jej ruchy jednakże zdradzały smutek. 
Ręka  
delikatnie dotykała różnych przedmiotów, a potem cofała się szybko. Oczy 
spoglądały w  
królestwo przeszłości tylko po to, by zamrugać i natychmiast wrócić do chwili 
obecnej. 
Cabe trwał cicho z obawy, że mógłby jej przeszkodzić, ale ona sama zwróciła na  
niego uwagę. 
- - Powinniśmy ruszać. Pragnę jak najszybciej pomówić z Gryfem. Droga zajmie  
nam wiele dni. 
- - Nie możesz się teleportować? Słyszałem o czarnoksiężnikach, którzy to 
potrafią. 
- - Żeby się teleportować, trzeba znać miejsce przeznaczenia. Nigdy nie byłam w  
Penacles. Poza tym, nie czuję się na siłach. Lepiej jedźmy konno. Masz 
wierzchowca,  
prawda? 
Trudno mu było odpowiedzieć na to pytanie, zwłaszcza kiedy wspomniał uwagę  
Czarnego Konia o wrogości ze strony Pani. 
- Swego rodzaju. 
Zmarszczka na czole Pani wcale nie umniejszyła jej piękna. 
- Swego rodzaju? Co to za odpowiedź? 
Cabe nie musiał się tłumaczyć, gdyż nagle w lesie rozległ się potężny trzask. 
Gwen  
odwróciła się i spojrzała z natężeniem, jak gdyby próbując dojrzeć przyczynę 
hałasu przez  
ściany i drzewa. 
- - Co to? 
- - Mój... koń. 
- - Twój koń? Musi być niezwykłym zwierzęciem. Chciałabym przyjrzeć mu się z  
bliska. - Machnęła lewą ręką i wyrysowała dwa kręgi, drugi w przeciwną stronę 
niż pierwszy.  
Powietrze zadrżało leciutko, a potem w polu widzenia pojawił się Czarny Koń. 
- - Nareszcie! Myślałem, że już nigdy nie zwrócę niczyjej uwagi! 
- - Czarny Koń! Demon! - Pani wyciągnęła ręce w stronę rumaka. Popłynęła z nich  
fala siły, wymierzona prosto w brzuch mrocznego stworzenia. 
Cel stał jak gdyby nigdy nic, pochłaniając moc tak, jak człowiek pije wodę. 
Czarny  
Koń wybuchnął śmiechem. 
- Surowa moc nie jest rozwiązaniem wielmożna Gwen! Nigdy nie była! Poza tym,  
przybywam w pokoju! 
Twarz Pani przemieniła się w maskę gniewu. 
- Znając ciebie i tych, z którymi masz do czynienia, trudno mi uwierzyć w twoje  
oświadczenie! 
Czarny Koń westchnął. 
- Zwij mnie Księciem Ciemności, Lucyferem, Tanatosem, Śmiercią - jak sobie  
życzysz! Znasz moją naturę, ale nio mój umysł! Jeśli stałem się inny, to tylko 
za sprawą  
wieczności! W przeciwnym razie już dawno opętałoby mnie szaleństwo! 
Cabe poczuł, że musi się wtrącić. 
- On pomógł, wielmożna Gwen. Smoczyce pożarłyby mnie. Skierowała na niego  
płonące oczy. Wiedział, że może zwrócić się przeciwko niemu. Dla Czarnego Konia 
jej czary  
mogłyby oznaczać wygnanie, ale on, Cabe, nie miał takiej odporności. 
Rozpaczliwie  
próbował ukryć zdenerwowanie. 
Wreszcie Pani opuściła ręce. Cabe odetchnął odrobinę swobodniej; odrobinę, gdyż  
ręce nadal były naprężone. Niewłaściwe słowo czy ruch szybko mogły zmienić ten 
stan  
rzeczy. 

background image

Ognistowłosa czarodziejka przemówiła powoli. 
- Doskonale. Zaufam ci tym razem, Wierzchowcu Nieskończonej Podróży. Jednakże  
jeden fałszywy ruch, a skażę cię na długotrwałą banicję. Jak wiesz, mogę to 
uczynić. Ciesz  
się, że nadal mam mętlik w głowie, bo inaczej nie uciekałabym się do tak 
próżnego aktu, jak  
stosowanie brutalnej siły. 
Spojrzały na nią lodowate oczy. 
- Nie oszukam cię, wielmożna Gwen. Zaistniała sytuacja dotyczy tyle ciebie, co i  
mnie. 
Cabe postanowił zmienić temat. 
- - Musimy ruszać do Penacles. Pani pragnie naradzić się z wielmożnym Gryfem. 
- - A on z nią. Smoczy Królowie są poruszeni. Nie bez powodu. Już nie można  
zapobiec rozwojowi wypadków, co najwyżej niektóre opóźnić. - Czarny Koń skinął 
głową  
czarodziejce, która nie kwapiła się z komentarzem. - Będziesz potrzebna. Musimy 
też zadbać,  
żeby i Cabe dotarł do miasta. Może być naszą kartą atutową, naszą jedyną 
nadzieją. 
Cabe’a przeniknął głęboki chłód. Jeśli słowa ciemnego rumaka były prawdą,  
najprawdopodobniej znajdzie się w samym centrum najgorszych wydarzeń. Nie była 
to  
krzepiąca myśl, łagodnie mówiąc. Jednak nie powiedział tego swoim towarzyszom. 
Mógłby  
stracić w ich oczach, szczególnie w oczach wielmożnej Gwen. 
Kary ogier poderwał głowę ku niebu, jego bujna, czarna grzywa zafalowała. 
- - W świetle dnia nie mogę podróżować zbyt szybko, ale nawet takie tempo nie  
byłoby dla was bezpiecznie. Poza tym, stalibyśmy się łatwym celem dla Smoczych 
Królów  
czy innych wrogów. Nie bawi mnie wygnanie - obojętnie, na jak długo - a wy dwoje 
macie  
jeszcze mniejszy wybór. Musimy podróżować tak, jak czyni większość 
śmiertelników, W ten  
sposób wzbudzimy niewielkie zainteresowanie. 
- - Już wzbudziliśmy większe niż trzeba - powiedziała wielmożna Gwen. - W nocy  
zaatakował nas Poszukiwacz. Na szczęście bardziej niż czego innego szukał 
informacji. 
- - A zatem Azran, jako pan starożytnych, dowie się wszystkiego. Wyczuje również  
obecność Rogatego Miecza. 
Pokiwała głową. 
- - Musimy się pospieszyć. 
- - Niewątpliwie. Azran jest kimś, kto mógłby pokusić się nawet o zadanie mi  
śmierci, jeśli to w ogóle możliwe. 
Cabe, przypominając sobie, że nadal stoją we dworze, pomyślał o jedzeniu. Minął  
długi czas, od kiedy się posilał. Wspomniał o tym Gwen. 
- - Z ochotą przychylam się do twej propozycji, Cabe. Nie jadłam przyzwoitego  
posiłku od... paru pokoleń, jak sądzę. 
- - Czy są tutaj jakieś’ zapasy? Nie jestem pewien, czy chciałbym tknąć coś, co  
zostawiły smoczyce. 
- - Zobaczymy. Większość zapasów trzymałam w tajemnej piwniczce, obłożonej  
zaklęciem konserwacji. Jeśli czar nadal działa, znajdziemy tam mnóstwo jedzenia. 
Szybki rekonesans wykazał, że zawartość piwniczki nie została naruszona i że  
zaklęcie konserwacji w dalszym ciągu sprawuje się właściwie. Z pomocą Cabe’a 
Pani zebrała  
ogromną ilość wymyślnych przysmaków. Oczy tak zwanego wiedźmina rozjaśniły się 
na ten  
widok. Większość z tych frykasów nie była mu znana, ale wszystko wyglądało 
apetycznie. 
Szmaragdowa czarodziejka ułożyła drugi stos z bardziej zwyczajnego jedzenia. 
Były  

background image

to, jak zaznaczyła, zapasy na podróż. Cabe pokiwał głową, konotując sobie w 
pamięci, że ma  
zjeść jak najwięcej przez wyjazdem. 
Dwoje ludzi jadło z prawdziwą pasją. Czarny Koń zaczął komentować grzech  
obżarstwa, ale Cabe nie pozwolił mu dokończyć - rzucił Wieczystemu wielki, 
soczysty  
kawałek owocu. Mroczny rumak urwał w pół słowa i powoli wchłonął go w swoją 
postać.  
Choć nie musiał nic jeść, smak owocu sprawił mu wyraźną przyjemność. 
Kiedy posiłek dobiegł końca i zakończono przygotowania do podróży, wielki rumak  
przybrał wcześniejszą postać zwyczajnego konia i pozwolił się dosiąść. Cabe 
zaoferował  
pomoc Pani, która wzdragała się przed zajęciem miejsca na grzbiecie 
znienawidzonego  
stworzenia. Sprawdziwszy, czy Rogaty Miecz tkwi bezpiecznie w pochwie, Cabe 
usiadł przed  
swoją towarzyszką. 
Były wodze, ale brakowało siodła. Gwen musiała przytrzymać się Cabe’a. Czarny 
Koń  
odwrócił głowę. 
- Gotowi? 
Cabe popatrzył na Panią. 
- Co z dworem? Spojrzała ze smutkiem na dom. 
- Wzmocniłam zaklęcia. Tym razem nic nie wejdzie do środka bez mojego  
pozwolenia. 
Cabe pokiwał głową i odwrócił się do konia. 
- - Jesteśmy gotowi. 
- - Trzymać się! Pogalopuję tak szybko, jak tylko może koń! 
Ze śmiechem stanął dęba. Jeźdźcy złapali się mocniej, gdy pocwałował w las. Z 
takim  
środkiem transportu nie będą mieć kłopotów z dotarciem do Penacles. 
Wyjąwszy nieprzewidziane wypadki, oczywiście. 
 
VII 
 
Gryf podziwiał swoje szachy. 
- - Nic nie jest takie, jakie być powinno, prawda? Ten, który zwał się Simonem,  
wzruszył ramionami. 
- - Wiesz, że moja pamięć jest wybiórcza. 
Pan Penacles podniósł piona w kształcie smoka w locie. Podobieństwo było  
uderzające. Jeśli’ spojrzało się naprawdę z bliska, można było zobaczyć, że 
wyrzeźbiono  
nawet najdrobniejsze łuski potwora. Już to było fascynujące, lecz zdaniem Gryfa 
ten komplet  
szachów był czymś więcej niż tylko zestawem do gry. Z drugiej strony, mógł być  
rzeczywiście przeznaczony do gier - na miarę bogów. 
Wiedźmin przerwał mu rozmyślania. 
- - Są w drodze. 
- - Kiedy? 
- Dwa dni. Może trzy. Czarny Koń musi być ostrożny. Nie może umrzeć, jak myślę,  
ale może zostać wygnany na pewien czas. Ponadto jego pasażerowie nadal są 
śmiertelni. 
Opierzona ręka postawiła smoka z powrotem na szachownicy. 
- Czy ona wie, że tu jesteś? 
- - Uznałem, że mądrze będzie nie wspominać o mojej obecności. 
- - Dopóki we dwójkę nie zniszczycie miasta. Pamiętam historie o Sice. Ona być  
może też. 
Coś, co mogło być niezadowoleniem, przemknęło przez twarz Simona. 
- - Próbowałem naprawić krzywdy, jakie spotkały Sikę. Podobnie jak Detraqu,  
Wodospady Coona i tuzin innych miast na przestrzeni stuleci. Skoro nie mogę 
dokonać  

background image

żywota, staram się odpokutować za swoje grzechy. 
- - Jednocześnie dodając nowe. 
- - Może. Ale mogę tylko próbować. 
Gryf położył szponiastą rękę na ramieniu Simona. Wiedźmin natychmiast 
zesztywniał,  
a potem się rozluźnił. Było jasne, że dotyk innych wprawia go w zdenerwowanie. 
- Wybacz mi, przyjacielu. Powinienem pomyśleć, zanim to powiedziałem. 
Wiedźmin potrząsnął głową. 
- - Rzekłeś prawdę. Żyję wystarczająco długo, by to wiedzieć. Ponoszę całkowitą  
odpowiedzialność za swoje czyny. 
- - Zmieńmy temat. Jakie wieści mamy o Smoczych Królach? 
- - W Talaku stanęły wojska pod wodzą ognistego Kyrga. Zażądali ogromnych  
zapasów. 
- - I otrzymali je, bez wątpienia. 
- - Oczywiście. Teraz kierują się w stronę Mito Pica, a dokąd pociągną później? 
To  
chyba oczywiste. 
Kiwając głową, Gryf wrócił do swoich szachów. Podniósł następnego piona i 
obracał  
go w palcach. Tym razem był to rycerz w pełnej zbroi. 
- - A więc stało się. Po długim czasie Smoczy Królowie ruszyli, by odzyskać 
Miasto  
Wiedzy. Tym razem nie ma Mistrzów, którzy by nam pomogli. 
- - Mamy Panią. Mamy też Cabe’a. Sama jego moc może przeważyć szalę. 
- Może. Wolałbym jednak coś bardziej konkretnego. Gdybyśmy tak mieli Nathana... 
Owionął ich ostry, nieprzyjemny podmuch lodowatego wichru. Po chwili wiatr  
zniknął bez śladu, jakby wcałe go nie było. Popatrzyli na siebie. 
- Czułeś, wiedźminie? 
Simon wstał i podszedł do okna. Po rozejrzeniu się po okolicy odparł: 
- Niezwykły podmuch jak na tę porę roku. Lwioptak chrząknął. 
- - Niezwykły na każdą porę roku. Przemroził głębiej niż do szpiku kości. Czułem 
go  
w moim umyśle. Co to było? 
- - Trudno powiedzieć. Może miasto zna odpowiedź. 
- - Interesująca myśl. Najlepiej sprawdzić to od razu. 
Gryf postawił rycerza na właściwym polu i przeszedł do gobelinu okrywającego  
ścianę. Widok na gobelinie przedstawiał Miasto Wiedzy. Szachowe figury, które 
były wszak  
arcydziełem kunsztu i wierności odwzorowania, bladły w porównaniu z obrazem. 
Budynki,  
ulice, mury - nic nie zostało opuszczone i nic nie było niekompletne. Nawet oko 
nie mogłoby  
ujrzeć miasta tak dokładnie. 
Gobelin był jedynym pewnym sposobem zlokalizowania legendarnych bibliotek  
Penacles. Przemieszczały się, choć nikt z wyjątkiem ich dawno zmarłych twórców 
nie  
wiedział jak ani dlaczego. Bez gobelinu za przewodnika można by szukać ich przez  
wieczność. 
Wiedźmin stanął u boku Gryfa. 
- - Gdzie tym razem? 
- - Tutaj. Widzisz mały zwój w oknie tego domu? Biblioteki będą pod spodem. -  
Gryf wskazał niewielki domek przy samych murach. Zwój w oknie był ledwo widoczny 
i  
tylko wyszkolone oko mogło znaleźć go tak szybko. 
- - Gotów? 
Simon przytaknął. Gryf położył palec w miejscu zaznaczonym przez zwój i zaczął  
pocierać je delikatnie. Komnata wokół nich rozmyła się. Żaden nie poświęcił tej 
zmianie  
uwagi. Obaj widzieli to już parę razy wcześniej. 
Powoli komnata Gryfa zniknęła. Znaleźli się jakby w otchłani, gdzie jedynym 
realnym  

background image

obiektem był gobelin. Wkdca Penacłes nie przestawał trzeć go palcem. Zaczęło  
materializować się nowe pomieszczenie. Z początku było rozmyte, jak pierwsze w 
trakcie  
znikania, ale stopniowo stawało się bardziej wyraźne. Otoczyły ich ściany 
książek. 
Jasny blask bez dostrzegalnego źródła oświetlał wnętrze. Podłogi były z 
polerowanego  
marmuru, a półki z podobnego materiału, nie z drewna. Biblioteki były prastare; 
każdy rodzaj  
drewna dawno by spróchniał, popękał albo skamieniał. Mimo sędziwego wieku półki  
wyglądały tak, jakby zostały ustawione ledwie kilka dni wcześniej. 
Mroczne oblicze odwróciło się w stronę Gryfa. 
- - Gdzie? 
- Nie mam pojęcia. Musimy skorzystać z usług bibliotekarza. Gdy tylko 
przebrzmiały  
te słowa, w polu widzenia pojawiła się drobna, niewiarygodnie stara postać. Było 
w niej coś  
nieludzkiego - nogi miała zbyt krótkie, ręce niemal dotykały podłogi, a na 
głowie w kształcie  
jaja nie było ani jednego włosa. 
Był to gnom, jeden z uczonych. Nie było ich wielu; samotnicy bardziej dbali o 
swe  
księgi niż o towarzystwo innych istot. Jedli bardzo mało i żyli o wiele dłużej 
niż jakikolwiek  
inny gatunek. Byli doskonałymi bibliotekarzami. W czasie lat panowania Gryfa 
gnomy  
zawsze tu były. 
- W czym mogę pomóc obecnemu panu Penacles i jego towarzyszowi? - Głos brzmiał  
chrapliwie i podkreślał wiek gnoma. 
Gryf nie poczuł się urażony słowem „obecny”. 
- - Chcemy zasięgnąć wiedzy na temat wiatrów. Zimnych, niezwykle  
przeszywających wiatrów, które nadciągają znikąd i znikają prawie natychmiast. 
- - Zaklęcie wiatru. To wszystko? - Mały bibliotekarz był wyraźnie rozczarowany. 
- - To może być zaklęcie wiatru. To może być coś innego. Cokolwiek to jest, chcę  
dowiedzieć się wszystkiego. 
Gnom, którego imienia nikt nie znał, westchnął i pokiwał głową. 
- Dobrze. Za mną. To niedaleko. 
Nigdy nie było daleko. Niektórzy spekulowali, że biblioteki posiadają własną  
inteligencję i robią, co tylko można, aby przyspieszyć poszukiwania. Dodatkowym 
paliwem  
dla tych spekulacji był fakt, że rzędy książek nie zawsze miały ten sam kolor. 
Ostatnim razem  
na przykład niezliczone tomy były niebieskie. Podczas tej wizyty - 
jasnopomarańczowe. Gryf  
zaczął się zastanawiać, czy zawsze rozmawiał z tym samym gnomem, czy też było 
wielu  
małych bibliotekarzy ukrytych gdzieś na każdym obszarze. Biblioteki naprawdę 
dawały do  
myślenia. 
Gnom poruszał się szybko jak na istotę o tak nieproporcjonalnej budowie. Temu,  
który zwał się Simonem, ledwo wystarczyło czasu, aby w trakcie wędrówki 
korytarzami  
zerknąć na kilka ksiąg. Bez śladu kurzu, mogły zawierać sumę wiedzy wieloświata. 
Szkoda,  
że mimo ogromu informacji, w bibliotekach Penacles brakowało tych, - które 
uwolniłyby go  
od jego przekleństwa. 
Z jakiegoś powodu wędrówka trwała dłużej niż oczekiwali. Gnom mruczał coś pod  
nosem i wyglądał prawie na zmartwionego. Gryf milczał, ale nie pamiętał, by 
kiedykolwiek  
musiał iść tak daleko w poszukiwaniu potrzebnych informacji. 

background image

- Ach! - Gnom wskazał kościstym palcem nowy korytarz. - To ten. Wielki czas! 
Skręcili, prowadzeni przez małego przewodnika. W pewnym momencie bibliotekarz  
stanął i wrzasnął tak, jakby ktoś wyrwał mu ręce ze stawów. Gryf zaklął, a jego 
opierzone  
palce nagle odsłoniły długie, zakrzywione pazury. Wiedźmin tylko pokiwał głową, 
jak gdyby  
spodziewał się czegoś podobnego. 
Przed nimi w miejscu, gdzie powinny stać tomy, widniała wielka, zwęglona  
przestrzeń. 
W spowitej całunem oparów krainie, znanej pod nazwą Szarych Mgieł, upiorne  
postacie w czarnych niczym węgiel zbrojach powoli maszerowały na zachód. W ich 
oczach  
było coś, co zmusiłoby większość ludzi do ucieczki. 
Szli z mrocznego miasta Lochivaru, na ziemiach Czarnego Smoka. 
Azran leżał na łóżku zupełnie bez ruchu, jakby nie żył. Zaklęcie zawsze zbierało  
straszliwe żniwo w jego organizmie i miały minąć godziny, nim znów będzie mógł 
się  
podnieść. Mimo wszystko, był zadowolony. Bardzo zadowolony. Jego wiekopomne 
dzieło  
było niemalże ukończone - niedługo zyska broń, której nie oprze się żadna inna. 
Niedługo... 
Łopot wielkich skrzydeł oznajmił przybycie Poszukiwacza. W odgłosach  
towarzyszących lądowaniu było coś dziwnego. Azran podejrzewał, że stworzenie 
wpadło w  
tarapaty. W niemałe tarapaty, sądząc z trudności, jakie miał z lataniem. Czekał, 
wiedząc, że  
skrzydlaty przyjdzie do niego, gdy tylko będzie mógł. 
Kiedy się pojawił, wyglądał gorzej, niż nekromanta sobie wyobrażał. Był 
poparzony  
rozbłyskiem, a to oznaczało czary. Jedną rękę miał wykręconą pod dziwnym kątem;  
starożytny mag podejrzewał, że jest bezużyteczna. Co się przytrafiło jego 
słudze? 
Poszukiwacz skierował na niego oczy drapieżnika. Choć czarnoksiężnik był słaby, 
nie  
zaatakował go. Uniemożliwiały to czary Azrana. Chwiejnie ukląkł u stóp łóżka i 
przysunął  
się, żeby pan mógł dotknąć jego grzebieniastej głowy. 
Napłynęły obrazy. Najpierw Ziemie Jałowe. Dziwne, teraz nie były takie jałowe. 
Oczy  
Azrana rozszerzyły się, gdy zobaczył połać trawy rozszerzającą się szybko w 
kierunku środka  
włości Brązowego Smoka. Pokonanie klątwy rzuconej przez Smoczych Mistrzów 
musiało  
wymagać straszliwej mocy. Zaklęcie było jednym z najpotężniejszych, 
przeznaczonym do  
unicestwienia potęgi jednego z najbardziej groźnych Królów, i dobrze się 
sprawiło. Liczba  
klanów Brązowego spadła do dwóch tuzinów. Był to tylko ułamek dawniejszej 
liczby. 
Co stało się pod Styxem i jego bladą siostrą było oczywiste. Zdumiewało tylko, 
że  
przelana krew należała do Smoczego Króla. Azran niemal stracił kontakt, gdy 
drgnęła mu  
ręka. A więc taki był los Brązowego. Całkiem możliwe, że Smoczy Król chciał 
poświęcić  
kogoś innego, a zamiast tego sam padł ofiarą. Wiedźmina niepokoiły dwie rzeczy. 
Po pierwsze, Brązowy Smok miał Rogaty Miecz. 
Po drugie, zamierzona ofiara musiała być istotą obdarzoną mocą, żeby jej 
złożenie  
odniosło pożądany skutek. Kogo Brązowy przeznaczył na ofiarę? Obecnego 
właściciela  

background image

miecza, oczywiście, ale Azran nie znał jego imienia. W Smoczych Królestwach 
niewielu było  
ludzi o statusie Mistrzów; Smoczy Królowie o to zadbali. Wiedział o Pani, Gryfie 
i  
przeklętym wiedźminie o rozmytym obliczu, najlepiej znanym jako Cień, choc 
występował  
pod licznymi imionami. Byli też inni, lecz żaden nie stanowił realnego 
zagrożenia. 
Ten nowy wiedimin był zagadką. 
Do obejrzenia było więcej, dużo więcej. Poprzez błyszczące oczy Poszukiwacza  
Azran ujrzał przejazd smoków ognistych. Nie były niebezpieczne; poza Królami 
tylko  
nieliczne gady mogły opanować więcej niż pomniejsze czary. W myślach rozkazał  
skrzydlatemu przejść do następnego wspomnienia. 
Dwór. 
Marzył o zawładnięciu kobietą, która tam mieszkała. Oczywiście, skończyło się na  
marzeniach. To gryzło go bardziej niż wszystkie inne niepowodzenia. Teraz było 
za późno.  
Jeśli dobrze zrozumiał część z tego, co tam zaszło, wielmożna Gwen niewątpliwie 
zechce  
odpłacić mu się za dawne zniewagi. 
Nastąpił lekki wstrząs. Poszukiwacz przekroczył barierę unikania. Azran  
przypuszczał, że czar osłabł nieco od czasu zabezpieczenia nim siedziby Pani. 
Albo to, albo  
skrzydlaty był silniejszy, niż mogło się wydawać. 
Stworzenie szybko sfrunęło nad sam dwór. Gdy dotarło na tyły, wyraźnie ukazała 
się  
strzaskana ruina bursztynowego więzienia. Starego maga zainteresowały nie tyle 
skorupy, co,  
dwie postacie w pobliżu. Jedną zdecydowanie była wielmożna Gwen, najwyraźniej 
śpiąca lub  
nieprzytomna. A druga... 
Poszukiwacz rzucił się na niczego nie podejrzewającego człowieka. Azran w 
przelocie  
ujrzał młodą, wystraszoną i natrętnie znajomą twarz. Po chwili obraz przedstawił 
coś zupełnie  
innego. Po sekundzie czarnoksiężnik zrozumiał, że skrzydlaty dobrał się do 
pamięci  
nieznajomego. Orientując się w jego metodach, Azran szybko znalazł ścieżkę wśród  
splątanych myśli, od czasu do czasu wychwytując fragmenty, które mogły okazać 
się ważne.  
Dopiero gdy przebrnął przez najświeższe wspomnienia, zaczął poświęcać obrazom  
baczniejszą uwagę. 
W jednym punkcie natknął się na pustą plamę. Ktoś, najwyraźniej potężny,  
zablokował dostęp do pewnej szczególnej sceny z życia Cabe’a - Azran 
przynajmniej poznał  
imię swojego nowego wroga - jaka rozegrała się w jego miejscu pracy. Wziął pod 
rozwagę  
uprowadzenie i przesłuchanie właściciela karczmy, ale szybko zrezygnował z 
pomysłu. Ten,  
kto rzucił zaklęcie, nie był amatorem; z pewnością karczmarz również miałby 
blokadę,  
podobnie jak wszyscy, którzy przypadkiem tam byli. Nie było to ważne. Blokada 
mogła  
spowodować tylko pewne opóźnienie, o czym jej twórca na pewno dobrze wiedział. 
Scena, która nastąpiła po pustce, okazała się bardziej interesująca. Tożsamość  
demonicznego wojownika, który siedział przy stole, nie budziła najmniejszych 
wątpliwości.  
Rzeczywiście był to Brązowy Smok. U jego boku wisiał miecz aż nazbyt dobrze 
znany  

background image

Azranowi. Pan Ziem Jałowych zabrał w tę podróż Rogate Ostrze. To było narzędzie, 
którym  
chciał zabić tego nowego, nieświadomego wiedźmina, żeby złożyć go w ofierze 
Bliźniętom. 
Roześmiał się cicho. Nawet te jaszczurki czasami bywały głupie. 
Azran przeskoczył do decydującej chwili. Brązowy dobył Rogatego i wiedźmin z  
zadowoleniem ujrzał, że jego miecz nie stracił mocy od czasu kradzieży. Smoczy 
Król coś  
powiedział. Głownia wzniosła się w powietrze... 
Wspomnienie zostało ucięte. Azran wypluł imiona kilku ze swych bardziej 
plugawych  
bóstw. Wrócił do sceny przy dworze. Było jasne, że Pani właśnie zaatakowała. 
Obrazy  
rozmazały się, gdy Poszukiwacz obracał głowę to w tę, to w tamtą stronę. Był  
skonsternowany. Czarnoksiężnik nadal nie miał pojęcia, jak dokładnie wygląda 
twarz jego  
przeciwnika i kim on naprawdę jest. Poszczególne fragmenty nasuwały pewne 
podejrzenia,  
ale... 
Potem nieznajomy wyzwolił swoją moc. Azran nie mógł uwierzyć w to, co zobaczył.  
Raz za razem spoglądał na jego twarz, znając jej wygląd i czując, że to, co 
widzi, jest prawdą.  
Nigdy dotychczas nie widział dziecka, nigdy naprawdę nie znał matki - tylko jako 
swoją  
służącą. Jego ojciec wszystkim się zajął. 
„Mój syn - pomyślał z goryczą. - Mój syn żyje”. 
Wyszkoliłby chłopca starannie, czyniąc go silnym, lecz posłusznym. Jego ojciec  
okazał się głupcem tam, gdzie chodziło o jego wychowanie - dbał tylko o Dayna, 
starszego  
syna. Oddanie jego, Azrana, pod opiekę amatorów było błędem, za który drogo 
zapiacil.  
Azran potajemnie zwrócił się ku bardziej pożądanym siłom magii, tak zwanym 
ciemnym  
mocom. Raz przez nie urzeczony, nigdy nie pragnął się wyzwolić. 
Uwolnił Poszukiwacza i rozkazał mu odejść. W Cabie było widoczne dziedzictwo  
Nathana. Być może chłopca trzeba będzie zniszczyć. Pozwolenie, żeby pobierał 
nauki u Pani  
czy Gryfa, byłoby samobójstwem. On, Azran, stałby się pierwszym celem. 
Występując  
przeciwko Gwen czy Gryfowi, mógł zwyciężyć. 
Z Cabe’em było inaczej. Należał do rodziny. To czyniło go niebezpieczniejszym od  
Smoczych Królów. 
Tak, jego syn musiał zostać pojmany, a byli tylko dwaj, którzy mogli tego 
dokonać.  
Wezwanie ich będzie trudne. Azran musiał wypoczywać przez następny dzień. Choć 
zostali  
zmuszeni do posłuszeństwa, zachowali wolę oporu. I mieli się opierać, licząc, że 
osłabią go i  
być może sprawią, iż popełni zgubny błąd. 
Martwi nigdy niczego nie ułatwiali. 
Głęboko pod Górami Tyber, w płynnej magmie leżały jaja. Większość była zwyczajna  
- wężosmoki, słabe na umyśle bestie ledwo zasługujące na miano smoków. Z 
mniejszej grupy  
połyskującej w ognistym blasku miały wykluć się smoki ogniste. 
Pozostawały dwa inne gniazda. Jedno zawierało tylko dwa jaja. Egzemplarze  
wybrakowane. Czy się wylęgną, czy nie, Smoczych Królów niewiele obchodziło. 
Pozwolą im  
rosnąć dopóty, dopóki nie będą szkodzić innym. Jeśli okażą się nieprzydatne, 
zostaną  
zlikwidowane, podobnie jak wiele pomniejszych jaszczurów. 

background image

Czwarty i ostatni stos składał się z kolorowych, pasiastych i cętkowanych jaj. 
Były  
dużo większe od innych i stale pilnowane przez najsilniejsze i najmądrzejsze z 
matek. Były  
one nadzieją przyszłości. Nowymi Królami, którzy zastąpią tych, którzy zginęli 
albo wkrótce  
zginą. 
Pierwsze jaja zaczęły pękać. 
Jazda wierzchem jeszcze nigdy nie była taka bolesna. Nie dlatego, że trzęsło; 
prawdę  
mówiąc, Czarny Koń niemal płynął nad ziemią. Problemem była prędkość i długość 
jazdy.  
Pani zależało na jak najszybszym dotarciu do Penacles, dlatego kazała rumakowi 
pędzić z jak  
największą bezpieczną szybkością. Cabe miał wrażenie, że jego pojęcie 
bezpiecznej  
prędkości wielce różni się od wyobrażeń towarzyszy. 
Ale to Gwen wymusiła postój. Nadal nie była przyzwyczajona do wymogów swojego  
organizmu i niemal zemdlała. Mało brakowało, a oboje jeźdźcy spadliby na ziemię. 
Utrzymali  
się tylko dzięki manewrowi Wieczystego. Kary ogier przeszedł w kłus i dał 
Cabe’owi okazję  
zaopiekowania się Panią. Ona podjęła decyzję, gdy tylko otworzyła oczy. 
Byli teraz na otwartej drodze, jednej z nielicznych w Smoczych Królestwach. 
Czarny  
Koń skręcił w stronę niewielkiego skupiska dębów. Pani zeskoczyła na ziemię i 
otworzyła  
pakunek zjedzeniem. Cabe złapał bukłak z wodą. Usiedli oboje pod drzewem, a ich 
środek  
transportu udawał, że skubie trawę. 
Gwen położyła się na plecach. 
- Ale jestem niemądra! Nawet nowicjusz wie, ile może wytrzymać jego ciało! 
Cabe pokiwał głową. 
- Ja jestem cały obolały. 
Podzielili jedzenie. Cabe skosztował sucharek i stwierdził, że choć wiele mu 
brakuje  
pod względem smaku, to napełnia żołądek i przywraca siłę zmęczonym mięśniom. 
Zapytał ją,  
co to takiego. 
- Elfi chleb. Jeśli zjesz go dostatecznie dużo, będziesz skory w pojedynkę 
rzucić się na  
armie Smoczego Cesarza. 
Cabe miał ochotę wypluć kęs z ust. 
Roześmiała się, lecz po chwili spoważniała. Rozejrzała się po gaju. 
- - Od czasu do czasu urządzaliśmy z Nathanem pikniki. Dzięki temu czuliśmy się  
bardziej jak zwyczajni ludzie, nie jak elitarni czarnoksiężnicy. Z drugiej 
strony, zastanawiam  
się, jak zwyczajni ludzie mogliby obronić swoje zapasy przed smokami. Albo 
mrówkami,  
jeśli o to chodzi. 
- - Jaki był mój dziadek? - Zawahał się, gdy zobaczył jej minę. - Oczywiście, 
jeśli  
nie masz nic przeciwko, żeby mi powiedzieć. 
Gwen uśmiechnęła się do niego i Cabe po raz kolejny uległ urokowi jej piękna.  
Przyszło mu na myśl, że ta kobieta jest dość leciwa, by być co najmniej jego 
babką - którą  
niemal była. 
- Poznałam Nathana, gdy dopiero uczyłam się czarnoksięskiego rzemiosła. Moją  
nauczycielką była stara leśna wiedźma. Ona i żona Nathana, wielmożna Asrilla z 
Mito Pica,  
żyły w przyjaźni. Tica, wiedźma, była nawet akuszerką przy narodzinach Azrana. -  

background image

Spochmurniała.- Zabił swoją matkę, przychodząc na świat. Nathan już wówczas 
powinien  
zrozumieć, że jego drugi syn jest pierwszym pod względem zła. 
Cabe milczał, ale jego myśli błądziły wokół nowej rodziny. Nie zaliczała się do 
tych,  
w których ważną rolę odgrywa lojalność. Ojciec przeciwko synowi, syn przeciwko 
ojcu. Czy  
to się powtórzy? 
Gwen nie zauważyła jego roztargnionego spojrzenia. 
- Byłam pod wrażeniem mocy tkwiącej w Nathanie. Nigdy wcześniej nie widziałam  
tak mocno jarzących się kolorów. Kolory, które nauczę cię dostrzegać, są 
prawdziwą  
manifestacją charakteru magów. Do czasu zakończenia nauki są zwykle pastelowe. O 
ich  
ostatecznym wyglądzie decyduje wybór między siłami ciemności i światła. Tęcza 
Azrana  
stała się ponurą kombinacją czerni i szarości. 
Czarny Koń parsknął, ale nic nie powiedział. 
- Tica nie mogła nauczyć mnie więcej, lecz wiedziała, że posiadam ogromny  
potencjał. Dlatego poprosiła o pomoc tego wielkiego wiedźmina. Wyglądał 
imponująco w  
błękitnych szatach i kapturze, surowo patrząc na chudą, niezdarną dziewczynę. 
Myślę, że  
wtedy się w nim zakochałam. Jego starszy syn, Dayn, niedawno skończył naukę, a 
młodszy  
kształcił się tu i tam. Mag ze względu na przyjaźń z Ticą przyjął mnie na 
uczennicę. Starałam  
się ze wszystkich sił spełnić wymogi, jakie, jak sądziłam, mi stawiał. Niemal 
doprowadziłam  
się przez to do śmierci. Robiłam szybkie postępy, ale ogromnym kosztem. 
Jedzenie leżało zapomniane. Cabe siedział bez ruchu, chłonąc każde słowo. 
- Pewnego dnia, gdy łajałam się za poplątanie naprawdę prostego zaklęcia, Nathan  
wszedł do mojego pokoju. Na jego twarzy malował się smutek, i pomyślałam, że 
odprawi  
mnie ze swego domu. Zamiast tego usiadł na krześle i zaczął do mnie mówić. 
Opowiedział mi  
o swojej żonie, o swoich marzeniach, o Smoczych Królach i... o mojej 
przyszłości. Na moich  
oczach wyczarował wizerunek kobiety. - Uśmiechnęła się. - W owym czasie uważałam 
ją za  
najpiękniejszą kobietę na świecie. Powiedziałam mu to, przekonana, że to jego 
zmarła żona.  
Nie. Nathan wyznał, że pokazał mi obraz mnie samej, gdy osiągnę pełnię 
możliwości. Byłam  
wstrząśnięta. Tica nigdy nie mogłaby zrobić czegoś takiego. Nabożny podziw, 
jakim go  
darzyłam, wzrósł niepomiernie. Wtedy on pochylił się i pocałował mnie. To 
wszystko. Tylko  
mnie pocałował. Nie odezwał się. A potem patrzyłam, jak wychodzi bez słowa. 
Pani zajrzała głęboko w oczy Cabe’a. 
- Dopiero później odkryłam, że tego dnia otrzymał wieści, iż Azran zabił swojego  
brata. 
Cabe nie wiedział, co powiedzieć. 
- - Co... co zrobił Nathan? 
- - Co zrobił? Próbował mu wybaczyć. Próbował sprowadzić go ponownie ku  
światłu. Próbował i poniósł porażkę. Azran zaszedł zbyt daleko. Uczynił 
niewolników ze  
swoich nauczycieli. Co gorsza, znalazł Poszukiwaczy. Znalazł i ich też 
przemienił w swoich  
niewolników. 
- - Poszukiwacze. Ptakoludy. Mówiłaś, że zaatakował nas Poszukiwacz. 

background image

Przytaknęła. 
- - Nikt nie zna historii Poszukiwaczy. Mają być jakoby starsi od Smoczych 
Królów.  
Dużo starsi. Mieszkają w mrocznych koloniach gdzieś niedaleko Piekielnych 
Równin.  
Niewielu ludzi do nich dociera, a jeszcze mniej uchodzi z życiem. 
- - Kim oni są? 
- - Niegdyś władali tą ziemią. Teraz poszukują. Stale. Bez przerwy szukają  
informacji. Nikt nie wie dlaczego, nawet Azran, jak podejrzewam. Mógł ich 
zniewolić, ale nie  
mógł zdominować ich do końca. Są narzędziem, którego wciąż trzeba pilnować. 
Pamiętając atak i siłę stworzenia, Cabe mógł tylko pokiwać głową. 
Pani podjęła opowieść. 
- Po tym spotkaniu zrozumiałam, że narzuciłam sobie zbyt ostre tempo. Nathan  
pomógł mi dojść z tym do ładu. Co dziwne, zadane lekcje stały się jakby 
prostsze.  
Wypełniałam jego polecenia, nie przejmując się błędami. A błędy stawały się 
coraz rzadsze.  
Niedługo później doszłam do przekonania, że zjednoczyłam się ze swoimi mocami. 
Trzy lata  
później stałam się kobietą, którą mi ukazał. Wtedy to Nathan wyznał mi, jak 
bardzo mnie  
kocha. 
Jej wzrok stał się nieobecny, gdy rozpamiętywała wydarzenia z przeszłości, które  
mogły rozegrać się wczoraj. Zapomniała nawet o obecności Czarnego Konia. 
Piekielny rumak  
nadal udawał, że szczypie trawę, choć Cabe zwrócił uwagę, że jest dziwnie 
milczący. Po  
minucie zamrugała i otarła pojedynczą łzę. Udawała, że nawet na chwilę nie 
przestała mówić. 
- Mistrzowie byli pomysłem Nathana. Jego i Yalaka. Obaj byli zdecydowani 
zniszczyć  
Smoczych Królów, którzy władali odkąd człowiek sięgał pamięcią. Ta część jest 
najgorsza.  
Smoczy Królowie miażdżyli wszelki opór i niszczyli wszystkie postępowe rzeczy 
wyrastające  
nad nasz dzisiejszy poziom. Ich pomocników obowiązywał rozkaz wyszukiwania i 
zabijania  
wiedźminów. Na szczęście, sługom często brakowało mocy. Mistrzowie rośli w siłę 
i liczbę,  
aż w końcu mogli rzucić wyzwanie. I tak zaczęła się Wojna Przełomowa. 
Wojna Przełomowa. Niewiele osób znanych Cabe’owi wspominało ją z nazwy. W  
Smoczych Królestwach zapanował zamęt; wszędzie wybuchły powstania. Sytuacja 
utknęła w  
martwym punkcie. Pomniejsi magowie polegli, ale zginęły też dziesiątki smoków 
ognistych.  
Wreszcie wojna dotarła do Miasta Wiedzy. 
Wiadomo było, że autorem strategii Smoczych Królów nie jest cesarz, ale 
Purpurowy  
Smok, władca Penacles. Wiedząc o tym, Mistrzowie zaplanowali ostateczną 
ofensywę. Yalak  
poprowadził grupę na Ziemie Jałowe, miejsce jedynego prawdziwegozwycięstwa 
Mistrzów,  
żeby zapobiec nadejściu Brązowego i jego klanów. Nathan Bedlam miał poprowadzić  
pozostałych do ostatecznego szturmu na Penacles. 
- Zostali zdradzeni na samym początku. Lochivar, miasto leżące głęboko w Szarych  
Mgłach, stanęło po stronie Czarnego. Lochivaryci, zamiast powstrzymać smoki, 
ruszyli z  
nimi na Penacles. Razem zajęliby miasto, gdyby nie Gryf. Nie znaliśmy go, a 
jednak wyszedł  

background image

na spotkanie zdrajców z niewielką armią najemników i zdołał ich pokonać. I tak 
oto został  
nowym panem Penacles. 
Cabe coraz bardziej pragnął dotrzeć do miasta, zanim coś stanie im na 
przeszkodzie.  
W zaistniałych okolicznościach miasto było jedyną prawdziwą gwarancją 
bezpieczeństwa. 
- - Yalak też został zdradzony. Przez Azrana. Ten potwór, którego Nathan zwał  
swoim synem, zaatakował go od tyłu Rogatym Mieczem. Yalak nawet nie wiedział, 
kto zadał  
mu cios. Po raz pierwszy zawiódł go dar jasnowidzenia. 
- - A w jaki sposób miecz znalazł się w rękach Smoczych Królów? 
Gwen parsknęła drwiąco. 
- Nawet Azran nie jest wszechwiedzącym. Brązowy, widząc konfuzję w szeregach,  
chciał zmiażdżyć nieprzyjaciela. Walczył w ludzkiej postaci i stracił własny 
miecz. Widząc  
Rogatego i wiedząc, co to jest, powalił Azrana i ukradł broń. Czemuż go nie 
zabił! Wtedy  
uciekłam, pragnąc dołączyć do Nathana i zabezpieczyć miasto, zanim wszystko 
zostanie  
stracone. Pan Ziem Jałowych, choć wreszcie rozgromił Mistrzów, nie ruszył w 
pogoń. Jego  
klany były niebezpiecznie bliskie wymarcia. 
W umyśle Cabe’a zadźwięczały przepojone bezgraniczną nienawiścią słowa  
Smoczego Króla. Cabe żywił niewiele współczucia dla gadziego tyrana. Brązowy sam 
założył  
sobie pętlę na szyję. Pani spojrzała na niego z rozbawieniem. 
- - Słyszałam o dziecku. Twoja matka zmarła, a Nathan wolał wykraść cię ojcu niż  
patrzeć, jak pogrążasz się w ciemności. Ja... 
- - Czekaj! - Cabe’a wreszcie olśniło. - Widziałaś mnie? 
- - Tak, ale... 
Wydawało się to nieprawdopodobne. 
- - Przecież spałaś od lat, od dziesięcioleci! Jej też nie umknęła zdumiewająca  
konkluzja. 
- - Tak. Rozumiem, o co ci chodzi, ale nie potrafię tego wyjaśnić. 
- Mam ledwie dwadzieścia trzy lata! A jednak, zgodnie z tym, co powiedziałaś, 
jestem  
dużo, dużo starszy I 
Czarny Koń przestał skubać trawę. Choć nadal wyglądał jak zwyczajny koń, w jego  
oczach błyszczała żywa inteligencja. Zastrzygł uszami. On również pojął 
implikacje. 
Czarodziejka szybko poruszyła palcami, przystępując do rzucania prostego 
zaklęcia. 
- - Pamiętasz tylko normalne życie? 
- - Wyłącznie. Nikt nigdy nie wspominał, że w moim wieku jest coś  
nadzwyczajnego. 
- - Dziwne. Rozumiem, że został rzucony jakiś czar na twoją postać, ale niewiele  
potrafię odczytać. Mogę jednak powiedzieć, że zaklęcie to było dla ciebie 
korzystne. 
- - Co mam zrobić? 
Skończyła magiczne zabiegi. Cabe poczuł się tak, jakby drobne macki delikatnie  
oderwały się od jego ciała. 
- Nie wiem. - Odwróciła się do Czarnego Konia. - Jestem otwarta na propozycje. 
Rumak prychnął drwiąco. 
- Cóż za wielkoduszność! Nasuwają mi się tylko dwie sugestie! Po pierwsze, czar 
był  
najpewniej dziełem Nathana Bedlama i może być przyczyną dziwnego dzieciństwa 
Cabe’a.  
Powiedziałaś, że sprawia korzystne wrażenie. Po drugie, odłóżmy spekulacje do 
czasu  
przybycia do Penacles. Tam być może uzyskamy więcej informacji. 

background image

- Myślisz, że biblioteki będą coś o tym wiedzieć? 
Czarny Koń, co było dlań nietypowe, nerwowo pogrzebał kopytem w ziemi. 
- - Myślałem o kim innym. Jej twarz pociemniała. 
- - O kim? 
Cabe, nie zauważając zmiany nastroju, nagle sobie przypomniał. 
- - Oczywiście! Simon! Gwen odwróciła się do niego. 
- - Simon? Pokiwał głową. 
 
- - Przyprowadził do mnie Czarnego Konia. Powiedział, że będzie w Penacles. 
- - Opisz go. - Jej głos był lodowaty. 
- - Wysoki. Nosi płaszcz z kapturem. Nie mogę opisać jego twarzy. Zawsze wydaje  
się rozmyta... 
- - Cień! - Krzyk przypominał ten, jaki Gwen wydała na widok Czarnego Konia. -  
Przyjąłeś pomoc od kogoś bardziej przeklętego niż Azran! Głupcze! 
- - Wielmożna Gwen, znasz przekleństwo Cienia równie dobrze jak ja! - Czarny Koń  
krzyknął jeszcze głośniej. Cabe był rad, że na drodze panują pustki. 
- - Zabiję go! 
- - Ha! Wyrządziłabyś nie łaskę, lecz szkodę tej ziemi! Cień po raz kolejny 
zmienił  
stronę, wielmożna Gwen! 
Ochłonęła trochę. 
- - Pracuje z Gryfem? 
- - Do czasu zniszczenia! Przecież wiesz! 
- Jeśli nic się nie zmieni, to może nastąpić niedługo. Skonsternowany Cabe 
przenosił  
spojrzenie z jednego rozmówcy na drugiego. Ich słowa nie miały dla niego sensu. 
Pani wstała. 
- Zmitrężyliśmy dość czasu. Teraz, gdy wiem, kto czeka na nas w Mieście Wiedzy,  
jeszcze bardziej pragnę tam dotrzeć. 
Nie czekając na Cabe’a, dosiadła Czarnego Konia. Cabe szybko podążył w jej 
ślady,  
zastanawiając się nad przyczynąjej zachowania. Była najwyraźniej kobietą, którą 
rządziły  
emocje. 
Gdy usadowił się na karym rumaku, przemówił do swojej towarzyszki. 
- Kim jest Cień? Jaką rolę odgrywa w tym wszystkim? Popatrzyła na niego, a jej  
słowa były zarazem bezpośrednie i zagadkowe. 
- Być może jest jedynym wiedźminem porównywalnym z Nathanem. Jest również  
najbardziej znienawidzonym. Zanim to się skończy, może uratować lub zniszczyć 
nas  
wszystkich. To część jego dwoistej natury. 
Czarny Koń stanął na zadnich nogach przed ruszeniem w dalszą drogę. Tym razem  
bez śmiechu. 
VIII 
Zbliżali się do Penacles. Poznali to po tłumach, które wymijały ich lub ciągnęły 
w tę  
samą stronę. Wielu ludzi wyglądało na podnieconych. Niektóre grupy kierujące się 
w  
przeciwne strony kłóciły się między sobą. Cabe nie rozróżniał słów, ale 
podejrzewał, że zna  
przyczynę. 
Gwen również obserwowała ludzkie potoki. 
- Niektórzy wierzą, że Penacles jest najbezpieczniejszym miejscem z uwagi na  
fortyfikacje. Inni są przekonani, że nic nie zdoła oprzeć się szturmowi Smoczych 
Królów. 
- Już jest wojna? Potrząsnęła głową. 
- Zwiększyłam zasięg słuchu. Kilka razy słyszałam to samo. Smoki ogniste,  
wężosmoki i stworzenia tak plugawe, że nie mają nazw, ruszyły na południe z Gór 
Tyber.  
Wszystkie noszą znaki samego Smoczego Króla Królów. Dowiedziałam się też, że od  
wschodu w kierunku Penacles płożą się Szare Mgły. 

background image

Cabe wyciągnął szyję, żeby zobaczyć, czy widać już miasto, lecz ujrzał tylko 
więcej  
ludzi. 
- - Miasto wytrzyma? 
- - Gryf dysponuje wiedzą z bibliotek oraz własnymi wyjątkowymi zdolnościami. To  
może być długa walka. 
Wyprzedziła ich kolumna jeźdźców. Omijali tłumy, podróżując z boku traktu.  
Wszyscy odziani byli w skóry i ich wygląd zdradzał lata doświadczenia w wojennym  
rzemiośle. Niewielkie metalowe hełmy nie zakrywały niesfornych jasnych loków. 
Patrząc na  
twarze konnych, Cabe skłonny był podejrzewać, że wszyscy są braćmi. 
- Żołnierze z Zuu. Gryf musiał być przygotowany i posłał po posiłki. 
- Nie zostawili chyba własnego miasta bez obrony? Pani wzruszyła ramionami. 
- Prawdopodobnie nie. Ziemie Jałowe leżą na południe od nich. Na północy 
rozciąga  
się Las Dagora, gdzie Zielony Smok włada spokojnie i rzadko wtrąca się w sprawy 
innych  
ras. Nawet w czasie Wojny Przełomowej. Między innymi dlatego nigdy go nie  
zaatakowalis’my. - Jej głos zabrzmiał dziwnie, jakby miała coś więcej do 
powiedzenia. 
Nagle Czarny Koń ożywił się i dał znać, że chce odbić od traktu i porozmawiać. 
Cabe  
udał, że s’ciaga wodze, ale tak naprawdę to wierzchowiec podjął decyzję. 
Kiedy odjechali dość daleko od gościńca, Czarny Koń przystanął. Przemówił 
dopiero  
po chwili. 
- Coś czuję. Coś wielkiego, może smoki ogniste. Zdążają w tę stronę. 
- Myślisz, że nas szukają? - Cabe nerwowo popatrzył w niebo. Czarny Koń 
roześmiał  
się. 
- Czy to ma znaczenie? Jeśli coś się stanie, i tak znajdziemy się w samym 
środku! 
Pani popatrzyła na niego z niesmakiem. 
- - Trudno mi zrozumieć twoje poczucie humoru. Jak możesz tak mówić? 
- - Dwa. Oba szybkie. 
Pokiwała głową. 
- - Zwiadowcy. Kiedy? 
- - Powiedziałbym, że pojawią się chwilę po naszym powrocie na trakt. 
Oczywiście,  
pod warunkiem, że zaraz zawrócimy. 
Cabe popatrzył w stronę Miasta Wiedzy. 
- Coś przeszkadza podróżnym. 
Wszyscy odwrócili głowy. Czarny Koń skupił błyszczące oko na obszarze wskazanym  
przez Cabe’a. 
- Proszę o wybaczenie! Źle wyliczyłem! Dwa smoki lecą szybko wzdłuż drogi!  
Nękają podróżnych, wybierając ich na chybił trafił! 
Czarodziejka była ponura. 
- - Pospiesz się! Musimy je zniszczyć! Czarny Koń znów się roześmiał. 
- - I ty zarzucasz mi żądzę krwi! 
Nim zdobyła się na odpowiedź, ruszyli ku drodze. Smoki pikowały nad tłumem,  
czerpiąc z tego wielką przyjemność. Na razie ograniczały się tylko do straszenia 
ludzi, ale  
niedługo miały przystąpić do bardziej poważnej gry. 
Czarny Koń był prawie na trakcie. 
- Proponuję, żebyście zsiedli. Inaczej zaprezentujemy się jako oczywisty cel, 
gdy  
tylko zacznie się walka! 
Smoki poczynały sobie coraz śmielej. Rzadko było im wolno włóczyć się z dala od  
swoich panów, dlatego używały wolności na całego. Jeden zauważył dwoje 
podróżnych i ich  
wierzchowca. Z rykiem poszybował w ich stronę. 

background image

Cabe był już na ziemi, z dobytym Rogatym Mieczem. Gwen zeskoczyła z  
wierzchowca na chwilę przed tym, nim smok pojawił się w jej zasięgu. Czarny Koń 
cofnął  
się. 
Gdy potwór podciągnął bliżej, Cabe odwrócił się do rumaka. 
- - Nie możesz wchłonąć go jak tamte samice? 
- - Nie! Powietrze to nie mój żywioł! Jeśli zmusisz go do wylądowania... 
Palce Pani zakreśliły szybkie wzory. 
- Nie sądzę, żeby chciał wyświadczyć nam taką przysługę! 
Zaklęcie wystrzeliło. Smok znalazł się pod ostrzałem niewielkich pocisków 
energii.  
Próbował je ominąć, ale one przesuwały się wraz z nim. 
- Fajerwerki, wielmożna Gwen? To nie święto! 
Drugi smok dołączył do towarzysza. Przygotowany na czary, leciał zygzakiem, nie  
dając się trafić zaklęciem. Gdy się przybliżył, szeroko otworzył paszczękę. Z 
niej zamiast  
ognia wybuchła dziwna mgła. Gwen ledwo zdążyła ją rozproszyć. 
- Co to było? - Cabe nigdy nie widział, by smok używał takiego s’rodka obrony. 
- Smoki powietrzne nie zieją ogniem! Wydychają trujące opary! Pierwszy, zupełnie  
zdezorientowany nieustannymi wybuchami, z głuchym odgłosem runął na ziemię. Jego  
towarzysz zaatakował drugi raz, zamierzając unicestwić przeciwników. Sunął w 
kierunku  
Cabe’a, też zygzakiem. Cabe wiedział, że nie zbliży się na długość miecza. Co 
dziwne, wcale  
się tym nie przejmował. Czarny Koń ruszył, żeby go osłonić. 
- Spróbuję wchłonąć mgłę, jeśli Pani jej nie powstrzyma! 
- Nie! - Cabe czuł się dziwnie, jak gdyby coś w nim nabrzmiewało. - Trzymać się 
z  
dała, oboje! 
Jego głos zabrzmiał tak władczo, że żadne nie próbowało się sprzeciwiać. 
Przepełniło  
go nieokreślone, lecz zarazem krzepiące uczucie. Smok ryknął, wietrząc łatwe 
zwycięstwo,  
ale Cabe stał nieporuszenie. 
Smok, kiedy znalazł się nie dalej niż pięćdziesiąt jardów od celu, zaczął jakby 
się  
kurczyć. Im był bliżej, tym stawał się mniejszy. Już nie panował nad sobą; 
widzieli, jak  
walczy, żeby zmienić kierunek lotu. W odległości dwudziestu jardów był nie 
większy od psa.  
A potem małego ptaka. 
Trzy stopy od Cabe’a przestał istnieć. 
Towarzysze młodzieńca milczeli. Nadal przepełniony mocą, Cabe odwrócił się do  
drugiego smoka. Stworzenie coraz bardziej niemrawo walczyło z wybuchami energii. 
Oczy  
wiedźmina rozbłysły. Smok zniknął. 
Gwen pierwsza odezwała się do niego. 
- - Co zrobiłeś? 
- - Wysiałem go do Penacles. Do jednej z klatek dla dzikich zwierząt. - Głos 
Cabe’a  
brzmiał dla nich obco. 
- - Miałam na myśli tamtego. 
Uśmiech zaigrał na jego twarzy, choć on sam nie miał z nim nic wspólnego. Pani - 
i  
nawet Czarny Koń - sprawiali wrażenie zbitych z pantałyku. 
- Miał zbyt rozdęte ego. Zmniejszyłem go do bardziej właściwych rozmiarów. 
Zadrżała. Słowo, które wypowiedziała, brzmiało jak najcichszy szept. 
- Nathan. 
Cabe dziwnie odbierał własne myśli. Przyłożył do głowy rękę i z miejsca runął na  
ziemię. Gwen natychmiast przy nim przyklękła. Otworzył oczy, zobaczył, że patrzy 
na niego  

background image

ze zdziwieniem. Chwila ta była niewyobrażalnie przyjemna, ale przerwało ją 
przybycie kilku  
konnych. Żołnierzy z Zuu, dokładnie mówiąc. 
Dowódca, stary wiarus z twarzą poznaczoną bliznami, rozejrzał się z marsową 
miną. 
- - Co się stało z powietrznymi smokami? 
- - Przepadły - odparła Gwen. 
- - Widzieliśmy, jak was zaatakowały. Na nas nie zwróciły uwagi. Jest nas zbyt  
wielu jak na dwa jaszczury, zwłaszcza że wszyscy mamy łuki. - Każdy żołnierz 
miał długi  
łuk. Przypuszczanie na nich ataku byłoby samobójstwem, nawet dla smoków. 
- - Jesteście z Zuu? 
- Tak, pani. Przybywamy na prośbę wielmożnego Gryfa. Pokiwała głową. 
- W takim razie może poprowadzicie nas do miasta? Wielmożny Gryf nas też się  
spodziewa. 
Dowódca uśmiechnął się szeroko, ukazując braki w uzębieniu. 
- - Doprawdy? A kimże to jesteście? 
- - Ja jestem Gwen z Zielonego Dworu, a to mój towarzysz, Cabe. 
- - Pani z Bursztynu! - Mężczyzna był poruszony. Wlepił oczy w Cabe’a. - I  
wiedźmin! A więc taki los spotkał smoki! Gryf z radości wyjdzie z siebie! 
Nastawienie całej grupy uległo natychmiastowej zmianie. Dowódca, Blane, obiecał  
odstawić podróżnych z należnymi honorami do siedziby Gryfa i strzec ich w drodze 
jak  
najlepiej. Było jasne, że obecność magów w mieście spodziewającym się oblężenia 
znacznie  
podniesie morale. Zwłaszcza że jednym z nich była Pani Gwen. 
Dosiedli Czarnego Konia. Blane, z bliska przypatrując się wierzchowcowi,  
wytrzeszczył doświadczone oczy. 
- Widziałem wiele świetnych zwierząt, ale niech mnie licho weźmie, jeśli 
postawię na  
jakieś przeciw niemu! Cóż to za rumak? 
Pani z uśmiechem udała, że klepie konia po głowie. 
- Rzadka rasa. Bardzo silny i rączy, ale nie staje mu rozumu. Czarny Koń 
prychnał i  
zagroził obojgu zrzuceniem na ziemię. 
Blane potrząsnął głową. 
- Moim zdaniem wygląda na przemyślne zwierzę. Nie chciałbym takiego obrazić.  
Mógłby dać mi do wiwatu, gdybym się poważył. 
Kary rumak parsknął na znak zgody. Dowódca zawrócił swojego wierzchowca ku  
miastu. Czarny Koń ustawił się obok niego. Ruszyli, a za nimi pozostali 
żołnierze. 
Ludzkie potoki płynęły w jedną i drugą stronę. 
W krainach górskich karłów, gdzie kopie się i wytapia żelazo na handel w 
Smoczych  
Królestwach, zapanowało poruszenie. Karły przerwały pracę. Wielu mruczało do 
siebie, znały  
bowiem tylko jedną przyczynę takiego poruszenia. 
Z dawno nieczynnego szybu wyłoniła się pokryta łuską głowa. Miała tę samą barwę  
co metal tak cenny dla górskich karłów. Ryknęła, przeganiając do jaskiń 
nielicznych ludzi.  
Długa, żylasta szyja, a za nią muskularne ciało, należały do jednego ze smoków z 
klanów  
Żelaznego. 
Gdy tylko pierwszy stwór wypełzł z ziemi, następny wychylił łeb. 
Wyszedł dopiero wtedy, gdy poprzedni stał już na powierzchni i rozglądał się 
czujnie.  
Ukazał się trzeci. Poprzednie dwa stały na straży, popatrując w różne strony. 
Pierwszy patrzył  
tyłko w jednym kierunku. Nie na południowy wschód, gdzie leżało miasto Penacles, 
ale  
prosto na wschód. W kierunku Gór Tyber. 

background image

Miasto Wiedzy mogłoby zwać się także Miastem Piękna. Wyjąwszy Mito Pica, nie  
było innego, które mogło się z nim równać. Strzeliste wieże pięły się wysoko nad 
inne  
budowle. Wiele z nich zwieńczonych było spiczastymi iglicami. Poniżej ogrody 
przeplatały  
się z ulicami. Pierwotni twórcy Penacles nie walczyli z przyrodą, wznosząc swą 
metropolię;  
oni z nią współpracowali. 
Tysiące ludzi wędrowało ulicami, zwłaszcza wokół i w obrębie miejskiego  
targowiska. Podróżni, eskortowani przez żołnierzy Blane’ a, bez trudu przesuwali 
się przez  
tłumy. Posuwali się dość wolno, dzięki czemu mogli sycić oczy miejskimi 
widokami. Cabe,  
który jeszcze nigdy nie widział tak wielkiego miasta, przez większość czasu 
gapił się dokoła z  
rozdziawionymi ustami. Gwen zerknęła na niego i zaśmiała się cicho. 
- Lepiej zawrzyj szczęki, bo ktoś weźmie cię za smoka! Poza tym, nie przystoi  
wiedźminowi wyglądać na parobka z prowincji. 
Cabe powstrzymał się od skomentowania własnych odczuć. Znów skierował uwagę na  
miasto, ale stwierdził, że teraz inaczej postrzega mieszkańców. Pani wspomniała 
o smoku i o  
nim; jej słowa sprawiły, że zobaczył strach i zdumienie na twarzach 
przechodniów. Wiele  
osób mruczało do siebie albo strzelało oczami we wszystkie strony, szczególnie 
ku  
oddziałowi i dwojgu magom. Widział, jak pokazują go sobie, jak patrzą na pasmo 
srebra w  
jego włosach. Wiedział, że spodziewają się po nim cudów, ale nie mógł dać im 
żadnego.  
Tylko niekontrolowane wybuchy mocy - od czasu do czasu. 
Modlił się, żeby wielmożny Gryf był przygotowany lepiej od niego. 
Wreszcie dotarli do pałacu, choć określenie „pałac” było może zbyt barwne. 
Zdaniem  
Cabe’a była to forteca. Miała mury z szarego kamienia, a za wejście służyła 
żelazna brama.  
Żadnych wyszukanych kolumn, żadnych posągów - za wyjątkiem jednego, 
przedstawiającego  
gryfa w locie - żadnych ozdób. 
Brakowało czegoś jeszcze. Nie było absolutnie żadnych śladów panowania  
Purpurowego Smoka. Gryf oczyścił miasto, a przede wszystkim pałac, ze wszelkich  
pozostałości po poprzedniku. Powodowany uczuciem do swojego ludu, przyzwolił na  
wzniesienie niewielu monumentów ku czci własnej osoby. 
Ogromne żelazne wrota otworzyły się, gdy się przybliżyli. Oczekiwano ich. Blane  
rozkazał ludziom skierować się do koszar. Sam towarzyszył dwojgu podróżnym; 
musiał  
osobiście stawić się przed obliczem pana Penacles. 
Zdaniem Cabe’a najtrudniejszym etapem całej podróży do tego miejsca były schody,  
które musieli pokonać. Oceniał, że mają co najmniej sto stopni. Z pewnością 
musiały być  
swego rodzaju środkiem obrony. Szarżujące wojsko ległoby ze zmęczenia na dwóch 
trzecich  
drogi w górę, stając się łatwym łupem obrońców. 
Kiedy wreszcie dotarli na szczyt, Cabe popatrzył w dół. Czarny Koń zniknął. 
Strażnik  
u stóp schodów, trzymający za uzdę wierzchowca dowódcy, wydawał się nieświadom 
faktu,  
że drugi podopieczny gdzieś przepadł. Cabe wiedział, że jego nieziemski 
towarzysz spotka się  
z nim później. 
Służący wprowadził ich do środka. Wnętrze pałacu okazało się niemal równie  

background image

spartańskie. Ich gospodarz, jak się wydawało, niewiele uwagi poświęcał luksusom. 
Tu i  
ówdzie na ścianach wisiały jakieś dziwne przedmioty - wszystkie zdawały się 
tętnić własnym  
życiem. Cabe zerknął na Gwen, a ona pokiwała głową. Blane nic dostrzegał niczego  
odbiegającego od normy i patrzył prosto przed siebie. 
Wreszcie stanęli przed kunsztownie wykończonymi drzwiami strzeżonymi przez dwie  
istoty, które tylko z grubsza przypominały ludzi. Obie wytrzeszczały niewidzące 
oczy i miały  
skórę koloru żelaza. Nie poruszały się początkowo, przez co trójka przybyszów 
uznała je za  
posągi. Przekonanie to rozwiał służący, drobny, żylasty mężczyzna, który 
podszedł do  
wartownika i powiedział: 
- Prowadzę troje ważnych gości do wielmożnego Gryfa. 
Ze zdumieniem zobaczyli, że głowy rzekomych posągów obracają się w stronę sługi.  
Każdemu ruchowi towarzyszyło zgrzyt typowy dla wymagających naoliwienia 
zawiasów.  
Istoty przez kilka sekund patrzyły na człowieka, ani razu nie mrugając, potem 
skierowały  
spojrzenia na przybyłych. 
- Dowódca z Zuu wejdzie pierwszy i sam. - Usta nie otworzyły się, niemal każąc 
im  
wierzyć, że powiedział to ktoś inny. 
Głos był melodyjny i stanowił zupełne przeciwieństwo tego, co spodziewali się  
usłyszeć. Blane ruszył powoli w stronę drzwi, z dłonią na rękojeści broni. Nie 
był tchórzem,  
ale jak większość zwyczajnych ludzi tolerował magię, kiedy była po jego stronie, 
i nie  
dowierzał jej, kiedy istniało choć najmniejsze prawdopodobieństwo, że jest 
inaczej. Przenosił  
spojrzenie z jednego wartownika na drugiego, dopóki nie przekroczył progu. Drzwi 
zamknęły  
się za jego plecami. 
Służący przeprosił i zostawił Cabe’a i jego towarzyszkę. Wartownik z lewej 
patrzył na  
nich niewidzącymi oczami i Cabe’a naszło pragnienie znalezienia sobie jakiejś 
kryjówki,  
najlepiej poza miastem. 
Gwen wyszeptała mu do ucha: 
- - Żelazne golemy! Myślałam, że sztuka tworzenia takich stworzeń zaginęła przed  
wiekami! 
- - Chciałbym, żeby tak było. Czy to coś musi tak na nas patrzeć? 
- - On nie patrzy. Nie ma oczu w naszym rozumieniu. Zachowuje się w ten sposób  
tylko dlatego, że nosi ludzką postać. 
Zerknął na obu strażników. 
- - Nie powiedziałbym, że do końca ludzką. Jeśli nie widzi, skąd wie, co się 
dzieje? 
- - Nie powiedziałam, że nie widzi. Powiedziałam, że nie ma oczu, przynajmniej  
takich, jakie my znamy. Widzi innymi sposobami. Niestety, nie wiem jak. 
Głos wyciszył się. Choć Gwen posiadała dużą wiedzę, żelaźni golemowie  
przyprawiali ją o ciarki. Niewiele wiedziała o ich możliwościach, sposobach 
ataku i obrony.  
Fakt, że Gryf powierzył im swoje życie, czynił je tym bardziej niebezpiecznymi. 
Monarcha  
Penacles rzadko ufał czemuś, z czym nie wiązała się głęboka wiara, że to go nie 
zawiedzie. 
Po kilku minutach drzwi otworzyły się i dowódca z Zuu wyszedł z komnaty. Był  
blady i zlany potem, ale jego twarz wyrażała szacunek. Skinął im głową. 
- Wielmożny Gryf was oczekuje. 
Gdy ich mijał, Cabe zapytał szeptem towarzyszkę: 

background image

- - Poznałaś już Gryfa? Pokręciła głową. 
- - Nie. Ale jestem pewna, że warto. 
Gdy przechodzili przez próg, Cabe obserwował golemy. Żaden nawet nie drgnął.  
Każda niczego nie podejrzewająca osoba wzięłaby je za posągi. 
- Witajcie, przyjaciele. 
Cabe odwrócił się. I znieruchomiał, nie bardziej zaskoczony niż Pani. 
Wysoki i majestatyczny Gryf był monarchą w pełnym tego słowa znaczeniu. Otaczała  
go niewątpliwa aura mocy i mądrości. A jednak nie to zdumiało dwoje przybyłych. 
Gryf nie  
był człowiekiem. Choć kształt miał niemal ludzki, pióra i sierść przeczyły 
pozorom. 
Miał twarz drapieżnego ptaka, dumnego orła o oczach, które wszystko widziały. 
Gdy  
ruszył w ich stronę, bujna, złota grzywa spływająca mu na ramiona zatrzęsła się 
w takt jego  
kroków. Wyciągnął rękę; zobaczyli, że jest porośnięta futrem, ale ma ptasie 
szpony. Choć  
widok ten winien wzbudzić w nich odrazę, miełi ochotę paść na kolana przed 
olśniewającym  
majestatem tego człekozwierza. Smoczy Królowie rządzili przez terror. Gryf 
kierował się  
mądrością i zrozumieniem. 
Cabe ujął jego dłoń, czując się okropnie niezdarnie. Monarcha Penacles nie tyle 
szedł,  
ile płynął. Każdy jego ruch był starannie wymierzony. 
- Bądź pozdrowiony, Cabie Bedlamie, wnuku Nathana. Jestem zaszczycony. 
Odwrócił się do Pani i ujął jej dłoń. Gdy to uczynił, jego powierzchowność 
uległa  
przemianie. Lwioptak zniknął. Jego miejsce zajął mężczyzna o jastrzębim obliczu, 
który mógł  
bez trudu skraść serce każdej niewieście. Gwen uśmiechnęła się, gdy Gryf 
ucałował jej dłoń. 
Wyprostował się i popatrzył na oboje. 
- Pani jest znana mi ze słyszenia. Ciebie, przyjacielu, znam tylko przez 
wspólnego  
znajomego. 
Gryf wskazał postać dotychczas niezauważoną, siedzącą za nim na kanapie. Kaptur 
i  
płaszcz wystarczały, żeby go poznać, a niewyraźna twarz rozwiewała najmniejsze  
wątpliwości. 
- Simon! 
- Cień! - Twarz Gwen była morzem nienawiści. Wiedźmin być może uśmiechnął się  
sarkastycznie. 
- Mnie też miło was widzieć. Zwłaszcza ciebie, Bursztynowa Pani. 
Odwróciła się w stronę Gryfa. 
- Jak możesz zadawać się z kimś takim? Nawet jeśli twierdzi, że stoi po twojej  
stronie? Nic nie może usprawiedliwić jego przeszłych zbrodni! 
Pan miasta skarcił ją wzrokiem. Surowe spojrzenie było tak władcze, że musiała 
się  
cofnąć. 
- - Simon każdą chwilą życia płaci za swoje grzechy, wielmożna Gwen. Zrobi dla  
nas wszystko, co w jego mocy. 
- - Do następnego razu! 
W czasie tej wymiany zdań zakapturzony wiedźmin zachowywał milczenie. Cabe nie  
mógł odczytać wyrazu jego twarzy, ale ruchy zdradzały jakby wielki smutek. 
Smutek i  
poczucie winy. Straszliwej winy. 
Gryf wreszcie uspokoił Panią, proponując jej wycieczkę do bibliotek. Myśl o 
zawartej  
tam wiedzy przejęła ją drżeniem. Cabe również został zaproszony, lecz odmówił. 
Coś  

background image

nakłaniało go do rozmowy z mrocznym czarnoksiężnikiem. 
Kiedy zostali sami, Cabe podszedł do człowieka, który zwał się Simonem. Ten  
popatrzył na niego wyczekująco, ale nim Cabe zdążył się odezwać, przeszkodził im 
grzmot  
podkutych kopyt. 
- Czy ktoś nie mógłby mi powiedzieć, kiedy mogę bezpiecznie się ujawnić? Trwałem  
w ukryciu, żeby nie napędzić stracha temu kapitalnemu dowódcy z Zuu! 
Cień zaśmiał się, otrząsając się z przygnębienia. 
- - Kapitalnemu dowódcy? Musiał obsypać cię komplementami, przyjacielu. 
- - Odniósł się do mnie z szacunkiem, jakiego szczędzą mi inni. 
- Ja cię darzę najwyższym respektem. Czarny Koń parsknął. 
- Myślałem o tej kobiecie! Mam nadzieję żeś został potraktowany w podobny 
sposób! 
Przygnębienie Simona powróciło równie nagle, jak zniknęło. 
- Pani niełatwo wybacza... Ani nie musi wybaczać. Ponoszę pełną odpowiedzialność  
za swoją klątwę. 
Wiedz’min poderwał się gwałtownie. 
- Jeśli wybaczycie, muszę poczynić pewne przygotowania. Dotrzymaj chłopcu  
towarzystwa, stary przyjacielu. 
Cień zniknął. 
Cabe popatrzył na karego rumaka. 
- Co on zrobił? Dlaczego Pani pała do niego tak wielką nienawiścią? 
Westchnienie. 
- Siadaj, przyjacielu. To zajmie nieco czasu. 
Cabe posłuchał. Widmowy wierzchowiec stanął przed nim. Cabe próbował wyobrazić  
sobie, jak by to wyglądało, gdyby ktoś wszedł i przyłapał go na rozmowie ze 
lśniącym  
czarnym koniem. Z drugiej strony, wystarczyłaby minuta, by zrozumieć, że 
stworzenie to nie  
jest prawdziwym zwierzęciem. Aura wieczności była oczywista dla każdego 
patrzącego. 
Zimne oko przewierciło go na wylot. 
- Był niegdyś wiedźmin o straszliwej mocy. Cień. Człowiek opętany jedną manią.  
Postawił sobie największy cel, do jakiego mogą dążyć ludzie. - Przerwa. - Celem 
tym była  
nieśmiertelność. 
Nieśmiertelność. Samo słowo zdawało się dyszeć magią. Cabe przypomniał sobie  
historie o niezliczonych osobach, które poszukiwały tego skarbu cenniejszego od 
szczerego  
złota. Sam cień nadziei na jego zdobycie wystarczał, żeby posyłać na wojnę całe 
narody, czy  
to do walki z innymi, czy też między sobą. To nigdy nie miało znaczenia. 
- Czy... czy ją osiągnął? Czarny Koń zignorował zapytanie. 
- Cień był człowiekiem o dwóch umysłach, przy czym oba gorąco z sobą  
konkurowały. Stąpał po cienkiej, szarej linii między czernią a bielą. Nieraz 
skłaniał się to w  
jedną, to w drugą stronę, lecz nigdy do końca nie dał się usidlić. Z biegiem lat 
zdobył  
ogromną wiedzę o obu mocach, i to połączenie wiedzy doprowadziło go do tego, co 
uznał za  
rozwiązanie. - Parsknął. - W taki sposób wygórowane ambicje i chciwość wiodą 
ludzi do  
zguby. 
Cabe milczał. Była to historia stara jak świat. 
- Cień przebudził moce po obu stronach, potężne moce, nieznane dzisiejszym  
ludziom. Jednak jednej rzeczy nie wziął pod rozwagę. Gdzie światło spotyka się z  
ciemnością, zawsze istnieje konflikt. Sama jego natura była na to dowodem. Cień 
padł ofiarą  
furii obu walczących stron. Ludzie niniejszego formatu pomarliby. Jego spotkał 
dużo  
straszliwszy los. 

background image

W głosie stworzenia pobrzmiewał smutek. Czarny Koń miał niewielu przyjaciół i  
żaden z nich nie był dla niego tak ważny, jak mroczny wiedimin. 
- W połączonej furii, moce pokonały jego zabezpieczenia. Ten, który chciał być  
nieśmiertelnym, stał się bezwolną kukłą na łasce kilku panów! Został skręcony, 
zmieniony,  
stopiony, rozdarty. Każda moc chciała uczynić go swoim narzędziem. Każdej 
częściowo się  
udało. I kiedy było po wszystkim, a siły powróciły na swe płaszczyzny 
egzystencji, z  
wiedźmina Cienia pozostał tylko zmasakrowany trup. 
Cabe sapnął. 
Demoniczny koń pokiwał głową. 
- Trup, tak. Przez tydzień leżał tam, gdzie upadł. Oczywiście, nikt, kto nie 
musiał, nie  
wchodził do siedziby czarnoksiężnika. Poza tym Cień całymi tygodniami nie 
wychodził na  
świat, więc nikogo nie zdziwiła jego nieobecność. Ósmego dnia ciało rozpuściło 
się, nie  
pozostawiając ani śladu. W tym samym czasie, w środku Piekielnych Równin, z 
dołów  
magmy wzniosła się jakaś postać. Nie szkodziły jej żywioły. Cuchnęła złem. 
Ciemna strona  
wiedźmina najwyraźniej zatriumfowała, był to bowiem Cień. 
- A zatem Pani miała co do niego rację? - Oczy Cabe’a śmigały we wszystkie 
strony,  
szukając jakiejś kryjówki. 
- Nie ma obawy! Do końca historii jeszcze daleko! Czarny Koń spostrzegł, że 
chłopak  
trochę się rozluźnił. 
- Od razu lepiej! Na czym to ja stanąłem? Ten Cień, który przybrał imię Belrac,  
wkrótce wzbudził grozę, która ubiegała się o lepsze z terrorem Smoczych Królów. 
Był teraz  
pewien nieśmiertelności i przypuszczał zuchwałe ataki. Za sprawą czystej brawury 
wygrał  
wiele bitew. A jednak, mimo całej swej pozornej odporności, Belrac stwierdził, 
że daleko mu  
do ideału. Po pierwsze, zatracił większą część wspomnień ze swojego dawnego 
życia. Jak  
gdyby był synem tamtego, a nie prawdziwym wiedźminem. Po drugie i dużo 
ważniejsze,  
odkrył, że może zostać zabity. Dowiedział się tego w opałach, kiedy Illian z 
Ptaków przebił  
go zaczarowaną laską. Belrac osunął się na ziemię i patrzył, jak wypływają z 
niego  
życiodajne fluidy. Illian kazał spalić jego ciało, żeby zapobiec powtórzeniu się 
koszmaru, ale  
to nie wystarczyło. Trzy dni później w Lesie Dagora Cień wystąpił z drzew. Tym 
razem zwał  
się Jelrathem. 
- - Skąd te imiona? 
- Zaraz do tego dojdę. Jelrath pamiętał tylko fragmenty ze swych minionych 
żywotów,  
ale dostatecznie dużo, aby wiedzieć, kim jest. Przepełniony skruchą, poświęcił 
życie  
naprawianiu krzywd i pomaganiu ludziom. Nie było w nim odrobiny zła, był sługą 
światła.  
Poznał wtedy, że dana mu została nieśmiertelność, ale przewrotna. Dwie strony 
jego  
osobowości zostały rozdzielone. Ciemna i jasna rościły sobie do niego prawo. 
Ciemna i jasna  

background image

miały nad nim władzę. Padł ofiarą klątwy przeżywania nieskończonej liczby 
żywotów,  
zmieniających się z dobrych na złe i na odwrót. Jedną ręką leczył, drugą 
miażdżył wszystko  
na swej drodze. Każda śmierć zapowiadała narodziny przeciwstawnej osobowości. 
Imiona?  
Być może żeby ukryć przeszłość. Gdyby zachował to samo imię, ktoś w końcu 
chciałby go  
dopaść. Cień nie umiera łatwo, ale cierpi jak każdy człowiek. Inna możliwość to 
ta, w którą ja  
wierzę. Choć wszystkie żywoty są Cieniem, stanowią tylko ułamki. Są 
niekompletne. Gdy  
ktoś chce utwierdzić się w swojej tożsamości, zaczyna od wybrania imienia. - 
Czarny Koń  
ściszył głos. - Czasami myślę, że wszystkie wcielenia wierzą, iż klątwa skończy 
się wraz z  
nimi. 
- - Kiedy... kiedy to się zaczęło? 
- - Ha! Stulecia temu zarzuciłem próby spamiętania imion! Chcesz mieć ich listę, 
to  
sprawdź każdą legendę! Duże szansę, że wiele będzie mówić o nim. Oczywiście, 
jeśli się wie,  
czego szukać. 
Cabe wodził wzrokiem po ścianach. Nie przychodziło mu do głowy nic, co mógłby  
powiedzieć. Czy można zrozumieć ból i smutek tysięcy żywotów? Pani miała rację - 
nie  
wiadomo, kiedy Cień nagle stanie się ich najniebezpieczniejszym wrogiem. A 
jednak teraz  
utożsamiał jedną z ich nielicznych prawdziwych nadziei. 
Czy mogli nie skorzystać z takiej szansy? 
Czy ośmielą się zaryzykować? 
Gryf prowadził wielmożną Gwen do pokoju niezwykle podobnego do tego, który  
opuścili. Jak pierwszy, strzeżony był przez dwa żelazne golemy. Zapytała o ich 
stworzenie. 
Uśmiechnął się. 
- - Niewątpliwie zastanawiałaś się, skąd pochodziły informacje. 
- - Założyłam, że z bibliotek. 
- - Prawda, ale potrzebne zaklęcia i przybory wywodzą się z czasów Harkonenów. 
- Harkonenów? Ależ to oznacza... Pokiwał głową. 
- Tak, biblioteki zawierają wiele niespodzianek. - Gryf zmarszczył brwi. - Zbyt 
wiele.  
Zrozumienie tylko jednego zaklęcia zabrało mi dwadzieścia lat. 
Weszli do komnaty. Pan Penacles podprowadził ją do gobelinu wiszącego na 
ścianie.  
Gwen przyjrzała mu się uważnie. 
- - Teleporter? 
- - Tak. Biblioteki przenoszą się w przypadkowe miejsca. Jakim sposobem, nie  
wiem. Gobelin pozwoli nam do nich dotrzeć. O ile mi wiadomo, nie ma innych 
wejść. 
- Jak Purpurowemu Smokowi udało się go zrobić? 
Gdy zaczął pocierać gobelin, tym razem w miejscu niałego sklepiku, popatrzył na 
nią  
dziwnie. 
- Purpurowy go nie zrobił. Istniał tutaj na długo przed tym, nim Smoczy Królowie  
przejęli władzę. 
Zapytałaby o więcej, ale pokój zaczął płowieć. Gwen obserwowała zjawisko z  
fascynacją. Słyszała o tym sposobie teleportacji, lecz nigdy z niego nie 
korzystała. W ciągu  
kilku chwili oboje znaleźli się w korytarzu bibliotek. Wzdłuż ścian ciągnęły się 
rzędy książek;  
czarodziejka zauważyła, że wszystkie wyglądają jednakowo. 

background image

Czekał na nich mały bibliotekarz, który może był, ale wcale nie musiał być 
jednym z  
wielu. Gryf wspomniał o nim wcześniej, lecz i tak pojawił się jak niespodzianka. 
Gnom nic  
nie powiedział; nie śmiał się ruszyć przed otrzymaniem polecenia od obecnego 
pana Miasta  
Wiedzy. 
Gdzieś po drodze Gryf z powrotem przeobraził się w lwioptaka. Gwen zauważyła 
też,  
że opierzone ręce miały teraz pazury podobne do kocich. Zastanawiała się, czy są 
jakieś  
granice zmiany kształtów jej gospodarza. Pod wieloma względami przemiany były 
bardziej  
różnorodne niż u Smoczych Królów. 
Monarcha Penacles przemówił: 
- Zaprowadź nas w to samo miejsce co wcześniej. 
Gnom zamrugał. Po chwili pokiwał głową, odwrócił się i ruszył, szurając nogami.  
Podążyli za nim. Gdy pokonywali kolejne korytarze, Gryf zaczął wyjaśniać: 
- Jak nadmieniłem, nie znam innych wejść. Bibliotekarz też nie. Jednakże stało 
się  
coś, co każe mi zastanawiać się, czy biblioteki, a tym samym Penacles, są 
naprawdę  
bezpieczne. 
- Co masz na myśli? Skręcili. 
- Co wiemy o wiedzy mieszczącej się w tych korytarzach? - Wskazał na nie 
kończące  
się półki. - Wiele z nich zawiera idee i zaklęcia, o których praktycznie nic nam 
nie wiadomo,  
ale dla których gotowi bylibyśmy zrobić dosłownie wszystko. Posiadając te 
biblioteki, każdy  
mógłby zawładnąć nie tylko Smoczym Królestwem. 
- Dlaczego nie każesz uczonym, by zaczęli czytać księgi? Roześmiał się, a widok 
jego  
oblicza spowodował, że i Gwen się uśmiechnęła. 
- Gdyby nawet możliwe było zgromadzenie takiej liczby uczonych - zaufanych,  
pamiętaj - nie osiągnęliby zbyt wiele. Popatrz. 
Gryf przystanął, by wyjąć wielki, imponujący, oprawny w skórę tom. Nie było na 
nim  
kurzu. Podał jej księgę. Gwen otworzyła ją na pierwszych stronach. I szeroko 
rozwarła  
powieki. 
Stronice były puste. 
Przewertowała całą księgę. Wszystkie były puste. Zaczęła szukać jakiegoś 
zaklęcia,  
nic jednak nie poczuła. Podniosła głowę i zobaczyła, że Gryf uśmiecha się na 
tyle, na ile  
pozwala mu jego zwierzęca twarz. 
- - Każda jest taka sama. Wiem, gdyż przejrzałem ponad setkę w różnych miejscach  
i kazałem innym zrobić to samo. Nic. 
- - A co z nim? - Wskazała na gnoma. Mały, zgarbiony człowieczek stał nieopodal,  
cierpliwie czekając na polecenie. 
- - Najwidoczniej on może odczytać tylko to, o co się prosi. Wie jednak, gdzie 
co  
znaleźć. Wyczuwa obecnos’c potrzebnej księgi. 
 
- - Jak długo tu przebywa? Gryf zwrócił się do bibliotekarza. 
- - Od kiedy tu jesteś? 
Gnom na chwilę zamknął oczy. Kiedy je otworzył, padła szybka i zwięzła 
odpowiedź. 
- - Zawsze tu byłem. 

background image

- - Widzisz? - Gryf wzruszył ramionami. Odłożył księgę i odwrócił się do gnoma. 
-  
Prowadź. 
Skręcili w ostatni korytarz. Malutki bibliotekarz usunął się na bok. Gryf 
obserwował  
swojego gościa. Pani sapnęła. 
- Ta półka! Księgi zostały zniszczone! Z ponurą miną pokiwał głową. 
- Tak. Gdy z Cieniem chcieliśmy zbadać przyczynę lodowatego wiatru. 
- - Jakiego wiatru? 
- - Ledwie podmuchu, ale jednak zmroził tak ciało, jak i samą duszę. Przyszliśmy  
tutaj w poszukiwaniu odpowiedzi. Zamiast niej, znaleźliśmy to. 
- - Kto... 
Pan Penacles trzasnął pięścią w półkę. 
- Czy to ważne? Ktoś wdarł się do bibliotek! I narobił szkody! Nie ma znaczenia, 
czy  
to był Azran, Smoczy Królowie czy jakieś inne zło. Nasz najbardziej chroniony 
obszar  
znalazł się w niebezpieczeństwie! 
Pani spojrzała na wypaloną przestrzeń. Gryf dodał: 
- Obawiam się, że możemy zostać pokonani przed przystąpieniem do bitwy! 
 
Ix 
 
Spiż i Żelazo. 
Kolory wojny. 
Smoki zaroiły się w Górach Tyber. Błyski żelaza. Mrowie spiżu. Przybyły w jednym  
celu. Przybyły w jednej sprawie. 
Przybyły, żeby zdradzić. 
Wielki Żelazny, dokonując inspekcji legionów, z satysfakcją pokiwał głową. Stał 
na  
szczycie jednej z wysokich gór, dowodząc swoimi klanami. Mniejsze smoki, jego 
posłańcy,  
unosiły się wokół niego. Umożliwiały porozumiewanie się z dowódcami. Były 
również  
łącznikami między nim a jego sprzymierzeńcem, Spiżowym. Obaj postanowili 
zmiażdżyć  
cesarza, podczas gdy jego legiony wymaszerowały do Penacles. Żelazny miał 
dowodzić, a  
Spiżowy służyć radą. Smoczy Królowie chcieli uderzyć z impetem. Złoto było 
słabe, i Złoty  
nigdy nie powinien zostać cesarzem. 
Napotkali wiele punktów oporu. Niezliczone wężosmoki i bazyliszki poległy, kiedy 
z  
ciemności zaatakowały je niezidentyfikowane stworzenia. Wodzowie nie trapili się 
tą rzezią.  
Poślednich jaszczurów zawsze było zatrzęsienie. Poza tym, obrońcy wreszcie 
zostali  
pokonani i wybici. Smocza krew lała się obficie tej nocy. 
Dobiegające z oddali wojenne okrzyki klanów Spiżowego przemieniły się w  
triumfalny ryk. Jego sprzymierzeniec przedarł się przez linie obrony. Nadszedł 
czas na  
zadanie ostatecznego ciosu. Już niedługo Żelazny zamknie w szczękach szyję brata 
i położy  
kres jego panowaniu. 
Gdy legiony wlały się do jaskini, która była domem Złotego, Żelazny opuścił 
szczyt  
góry. Chciał być na miejscu, kiedy padną ostatni obrońcy. 
Spotkali się w komnacie, w której odbywały się narady Smoczych Królów. Spiżowy  
odprawił swoich dowódców i sam czekał na brata. 
Żelazny rozejrzał się po przestronnej grocie. 
- - Gdzie on jest? Gdzie nasz cherlawy brat? 

background image

- - Szukałem wysoko i nisko. Chyba uciekł pod ziemię. Może jest w wylęgarni. 
Żelazny Smok ruszył w stronę tunelu, który zaczynał się na tyłach komnaty. Gdy 
się  
zbliżył, zmienił kształt. Zniknęła bestia w formie, ale nie w duchu. U wejścia 
do tunelu  
stanęła postać ubranego w hełm Smoczego Króla. 
- Tędy uciekł. Żeby to zrobić, musiał przybrać podobną postać. Przemień się i za 
mną! 
Spiżowy miał wątpliwości. 
- - Uważasz, że to rozsądne? 
- - Jest sam, tylko z matką, która dogląda jaj. Smoczyca nie odstąpi od nich i 
nie  
stanie nam na drodze, gdy rzucimy się na cesarza. Chodź! 
Dwaj wojownicy ruszyli w głąb ciemnej jaskini. Brak światła im nie przeszkadzał;  
nadal mieli oczy wielkich gadów. Żelazny prowadził, Spiżowy strzegł tyłów. Nie 
byli głupi.  
Choć pokonany, ich brat nadal mógł mieć jakieś środki obrony. 
Gorąco z wylęgarni napływało ku nim falami. Nie zważali na nie. Od stropu tunelu  
oderwał się stwór ciemności i spłynął im na spotkanie. Żelazny zabił go jednym 
celnym  
ciosem miecza. Roześmiał się, bowiem radowało go niszczenie wroga. 
Dotarli do wylęgarni. Żelazny wszedł pierwszy. Stara samica, stworzenie  
niewiarygodnie wielkie nawet jak na smoka, przypatrywała mu się czujnie. Zostawi 
go w  
spokoju, dopóki nie dotknie jej podopiecznych. Nie miało znaczenia, że był 
Królem; jej  
decyzja zależała od jego poczynań. 
Spiżowy dołączył do niego. 
- - Jest tutaj? 
- - Głupi jesteś’? A wygląda, żeby był? Nie mamy tu czego szukać! Musi być 
dalej! 
Opuścili wylęgarnię - nie bez ulgi - i ruszyli głębiej w trzewia góry. Wkraczali 
na  
tereny im nie znane. Czas mijał. Byli teraz w prywatnych kwaterach Złotego. 
Przysunęli się  
jeden do drugiego, a Spiżowy klął się w duchu za to, że nie zabrał swojego 
legionu. 
- - Nie podoba mi się ciasnota tego tunelu, Żelazny! Nie możemy wyzwolić się z  
ludzkich kształtów! 
- - Cesarz też nie! Może znać te jaskinie, ale to go nie uratuje. 
- - Pozwól mi przynajmniej zawołać część moich klanów! - Spiżowy był jednym z  
nielicznych Smoczych Królów umiejących posługiwać się telepatią. Oprócz niego 
sztukę tę  
znał tylko Żelazny i cesarz, którego chcieli zdetronizować. 
Żelazny warknął niecierpliwie. 
- Dobrze! Ale muszą przybyć szybko! Jestem śmiertelnie głodny! Z pustym  
wzrokiem, Spiżowy wezwał swoich wojowników. 
Zamrugał. Żelazny przypatrywał mu się z zaciekawieniem. Coś poszło nie tak. 
- I co? 
Spiżowy odwrócił się ku niemu. 
- - Nie otrzymałem odpowiedzi na swoje wezwanie! 
- - Ściany... 
- Nie! - Spiżowy sam był zaskoczony własnym niepokojem. - Wiedziałbym! Oni... 
oni  
nie odpowiedzieli. Jakbyśmy byli sami! 
Marszcząc brwi, Żelazny spróbował wezwać własne klany. Poczuł tylko wielką  
pustkę, jak gdyby wszystko przestało istnieć. Wyprostował się. 
- - Trzeba to sprawdzić! Musimy zawrócić do komnaty! 
- - A co z... 
- - Jeśli to jakiś podstęp, nasz brat będzie w pobliżu. W komnacie możemy wrócić 
do  

background image

właściwych kształtów. 
Żelazny, wściekły, zawrócił z mieczem w ręku. Spiżowy po chwili spiesznie ruszył 
za  
nim. 
Nic im nie przeszkodziło. W milczeniu przeszli przez wylęgarnię, wiedząc, że  
strażniczka jaj nigdy nie pozwoliłaby na używanie magii w pobliżu swych 
podopiecznych.  
Droga dłużyła się i zarazem mijała błyskawicznie, a z każdym krokiem narastał 
gniew  
Żelaznego. 
Weszli do sali narad. 
Natychmiast porzucili ludzkie kształty. Nerwowo rozpostarli skrzydła i 
rozejrzeli się  
po wnętrzu. Nic się nie zmieniło. 
- Nadal nie mam odzewu od swoich klanów - mruknął Spiżowy. 
Coś zaskrzeczało w ciemności. 
Smoki prawie nie znały strachu. Smoczy Królowie nie bali się niemal niczego. Do 
tej  
chwili. Wrzask zmroził ich do szpiku, a jednak, choć przestraszeni, nadal byli 
wojownikami.  
Żelazny ze złością wykrzyknął wyzwanie, a Spiżowy do niego dołączył. Co mogło 
pokonać  
dwóch najpotężniejszych Smoczych Królów? 
- - Czekałem na was. - Głos ociekał drwiną. Obaj wiedzieli, kto przemówił. 
- - Bracie Złoty! Pokaż się! - Żelazny zerkał tu i tam, czekając na okazję do 
ataku. 
- - Tutaj. - Cesarz wysunął się z niewielkiej jamy. Spiżowy wybuchnął śmiechem.  
Ich brat był w ludzkiej postaci i nawet nie starał się przemienić. Jego śmierć 
miała być  
szybka. 
Nad nimi znów coś zaskrzeczało. 
Spiżowy z pogardą odwrócił głowę. Żelazny, wiedząc, że zostali wyprowadzeni w  
pole, próbował zacisnąć szczęki na drobnej postaci. Obaj stanęli w płomieniach. 
Wszystko  
inne w komnacie pozostało nietknięte. 
Złoty patrzył, jak dopalają się ich poczerniałe zwłoki. Stwór podszedł do niego  
rozkołysanym krokiem i ułożył błoniasty łeb u jego stóp. Smoczy Cesarz poklepał 
go  
delikatnie. Odpowiedziało mu mruczenie zadowolenia. Złoty spojrzał na cuchnące, 
dymiące  
szczątki. Wiedział, że podobny los spotkał armie buntowników. 
Uśmiech, który przemknął po na wpół zakrytej twarzy, nie był ani smoczy, ani 
ludzki,  
ale najgorszy z obu rodzajów. 
- Żegnajcie. 
Azran patrzył w dół, który sięgał do Płaszczyzny Martwych. Smród rozkładu i  
gnijącego mięsa dokuczał mu, choć rzucił najsilniejsze czary, żeby utrzymać go z 
daleka.  
Najwidoczniej śmierć nie była czymś, co po prostu można zignorować. 
Jamę wypełniała bąbelkująca, smrodliwa maź. Azran czekał na coś, co miało się z 
niej  
wyłonić. Odzyskanie sił zabrało mu więcej czasu, niż się spodziewał. Pozostało w 
nim  
niewiele wątpliwości, że jego syn i ta wiedźma przybyli do Penacles. Poszukiwacz 
jeszcze nie  
wrócił. Znów musiał działać na ślepo. 
Ze szlamu wynurzyła się ręka. Stary nekromanta z satysfakcją pokiwał głową.  
Strażnik umarłych wznosił się na jego spotkanie. Breja ściekała z przegniłego 
ciała,  
złożonego z fragmentów różnych martwych stworzeń. Był o stopę wyższy od Azrana. 
Bijący  

background image

od niego smród przytłaczał poprzednie zapachy. Wiedźmin niemal się zadławił, ale 
udało mu  
się zachować zimną krew i treść żołądka. 
- Kogo szukasz? - Głos brzmiał zgrzytliwie. Od czasu do czasu całkowicie się  
zmieniał. 
Czarnoksiężnik zesztywniał. 
- - Oni już to dobrze wiedzą! Są ze mną związani, dopóki ich nie uwolnię! 
- - Albo nie umrzesz. 
Azran spróbował ukryć zakłopotanie. 
- - Przyślij ich do mnie natychmiast! 
- - Nadchodzą. - Strażnik zapadł się w błoto. Kiedy jego głowa zniknęła, Azran  
odetchnął z ulgą. 
Czekał cierpliwie. Raz podporządkowani, martwi musieli posłuchać. 
Jakaś postać przebiła pokrytą błoną powierzchnię. Dołączyła do niej następna. W  
przeciwieństwie do strażnika, nie ociekały mazią, z której się wynurzyły. 
Patrzyły na niego  
pustym wzrokiem umarłych. 
- Jesteśmy, Azranie. - Przybysz był martwy, lecz w jego głosie brzmiała żywa  
nienawiść. 
Starożytny wiedźmin też zwrócił na to uwagę. Pozwolił sobie na uśmiech. 
- Widzę. Widzę też, że masz w sobie ducha, którego mieć nie powinieneś. A co z 
tobą,  
Tyr? Również masz tego ducha? 
Druga postać odziana w coś, co niegdyś było granatową szatą, nie odpowiedziała, 
ale  
jej dłonie zacisnęły się w pięści. 
- Rozumiem. Doskonale! Dzięki temu lepiej przyłożycie się do pracy! No dobrze.  
Basil, Tyr, jesteście gotowi na rozkazy? 
Basil, w zbroi i skórzanym płaszczu, zapewnił z nienawiścią: 
- - Będziemy posłuszni. 
- - Wiecie, gdzie leży Penacles? 
- - Tak. 
- - Doskonale! Bałem się, że może mózgi warn wy gniły. Nieważne. Chcę, żebyście  
kogoś stamtąd uprowadzili. 
Basil uśmiechnął się upiornie. 
- Do tego jesteśmy ci potrzebni? To chyba tobie rozumu nie staje! 
Azran spiorunował go wzrokiem. 
- - Nie sądzę. Hmm. Jesteście dość ożywieni jak na martwych! Może powinienem  
zdać się na innych. 
- - Świetnie! W takim razie możemy wrócić na spoczynek i... 
- - Nigdzie nie pójdziecie! Wezwanie innych zabrałoby zbyt wiele czasu. Poza 
tym,  
mimo swego niezwykłego ożywienia, jesteście związani mocami i musicie mnie 
słuchać,  
dopóki was nie uwolnię. 
- - Albo nie umrzesz - dodał widmowy Basil z ogromną tęsknotą w głosie. 
- Wiele trzeba, żeby mnie zabić. Wracając do porwania. Na imię ma Cabe i jest  
wiedźminem. Nie zlekceważcie go. Jest moim synem. 
Patrzył z satysfakcja, na miny niemartwych. 
- - To Cabe Bedlam? 
- - Czyżby bębenki przeniosły się warn w miejsce, gdzie zwykły być mózgi? Jest  
moim synem, wykradzionym przez mojego przeklętego ojca! Chcę mieć go tutaj! 
Jeśli nie  
będzie można go uprowadzić, zabijcie! A dokładnie, zabijcie każdego, kto stanie 
wam na  
drodze! Będzie tam ta wiedźma, wielmożna Gwen. I Gryf, i wielu innych. 
Tyr przemówił, a jego głos był jak grobowiec otwarty po pokoleniach rozkładu. 
- - Dlaczego nie wyślesz nas do bitwy z Trzema Panami Umarłych? Będziemy mieli  
podobne szansę, skoro w Penacles jest tyle mocy. 
- - Przede wszystkim, mój rozsypujący się przyjacielu, chłopiec nie jest 
wyszkolony.  

background image

Po drugie, moce Pani są najmniej skuteczne przeciwko umarłym. Może co najwyżej 
was  
przepędzić. Razem powinniście sobie poradzić. 
Tyr odwróci! się. Jego głos przepojony był goryczą. 
- - Nie każ nam tego robić. 
- - Dlaczego nie? Kto lepiej się spisze przeciwko nowo powstającym Smoczym  
Mistrzom niż dawni Mistrzowie? - Azran wybuchnął śmiechem. - W czasie tej misji  
skorzystacie z pełni swoich mocy! Słuchajcie, a wyjaśnię wam szczegółowo, co 
macie zrobić. 
Kazał im paść na kolana, po prostu na złos’ć. 
Zapadła noc, ale coś nie pozwalało im zasnąć. Czarny Koń w gruncie rzeczy nie  
musiał spać, nikt też nigdy nie widział, by Cień zapadł choćby w drzemkę. Gryf 
stał na  
balkonie. Patrzył w niebo i na rozciągające się pod nim ziemie. 
- Widzisz coś? 
Pan Penacles odwrócił się do Cienia. 
- Nie dość, że coś wyczuwam, to czuję się niemal przytłoczony. Coś ruszyło się  
dzisiejszej nocy. Musimy być przygotowani na wszystko. 
- Na przykład na znikanie gwiazd? Gryf niespokojnie pokiwał głową. 
- Zauważyłeś’. Szara Mgła chce nas spowić. Obawiam się, że Czarny poderwał  
swoich zdradliwych fanatyków. Sądząc z bliskości mgły, mogą być nie dalej niż 
dwa dni  
drogi stąd. 
- Dwa dni? Jak to możliwe? Westchnienie. 
- Kiedy spotkałem ich w bitwie, wiedziałem o nich niewiełe. Jedną z rzeczy, 
które  
odkryłem natychmiast, było to, że nieczęsto odpoczywają. Potrafią maszerować 
dzień i noc,  
tygodniami, bić się przez wiele dni, a potem zawrócić do domu. Bez snu. Żywią 
się w czasie  
marszu. Niektórzy mówią, że taką wytrzymałość zapewnia im życie w Szarych 
Mgłach. 
Wsparł lewą rękę na marmurowej balustradzie. Ten, który zwał się Simonem,  
zauważył, że w marmurze powstały głębokie żłobienia. Nie powiedział nic swemu  
przyjacielowi. 
- Jeszcze coś. Słyszałem, że tej nocy miała miejsce wojna między Smoczymi 
Królami. 
Cień skinął. 
- To zarazem dobrze i źle. Zmniejsza liczbę naszych wrogów, ale ośmiela tych, 
którzy  
przeżyli. 
Nagle złapał Gryfa za ramię i wprowadził go do komnaty. 
- Coś ci pokażę. 
Gryf chciał coś powiedzieć, lecz jego towarzysz nakazał mu milczenie. Cień 
odezwał  
się dopiero wtedy, gdy stanęli daleko od balkonu. Mówił szeptem. 
- - Coś patrzy i słucha z góry! 
- - Co? Nikogo nie czułem! 
- - Dobrze się maskuje. Na szczęście nie ma pojęcia o moich zdolnościach. 
- - Co to jest? 
- - Podejrzewam, że szpieg Azrana. Poszukiwacz. 
Gryf ruszył do drzwi z zamiarem wezwania golemów. Cień zatrzymał go, szepcząc: 
- Stój! 
- - Dlaczego? Jeśli był tutaj dłużej niż dzień, wie o niebezpieczeństwie, jakie 
grozi  
bibliotekom oraz o obecności Cabe’a i Pani! Bogowie wiedzą, co jeszcze! 
- - Golemy nie zdołają go złapać. Poszukiwacze wywodzą się z najstarszej magii.  
Tylko ktoś z nią obyty ma szansę się podkraść. Ja pójdę. 
Nie było czasu na sprzeczki. Gryf wiedział, że wiedźmin ma rację. Simon kazał mu  
zachowywać się jak zwykle. Po dłuższej chwili życzył Gryfowi dobrej nocy i 
wyszedł z  

background image

pokoju, jakby do swoich kwater. Monarcha Penacłes wbił oczy w drzwi. 
Poszukiwacz wykryłby zaklęcie teleportacji. Cień musiał wejść po schodach, a 
potem  
wciągnąć się na dach. Miał nadzieję, że skrzydlaty będzie odwrócony w drugą 
stronę. Stare  
zaklęcie unikania, którego używał wiedźmin, prawdopodobnie zadziała, ale prawdę  
powiedziawszy Cień nigdy wcześniej nie miał do czynienia z tymi stworzeniami. 
Niewiele też wiedział na temat możliwości Poszukiwacza. Stwór nie mógł go zabić,  
jak sądził, ale mógł być dość silny, żeby go zranić. Cień nie bał się śmierci - 
w słusznej  
sprawie - ale też nie pragnął bólu. Cierpienia, nieważne, jak długie, zdawały 
się trwać w  
nieskończoność. Śmierć była chwilą. 
Dotarł do końca schodów. Musiał wyjść przez okno - była to jedyna droga - i 
modlić  
się, że skraj starożytnego dachu utrzyma jego ciężar. Zaczął sprawdzać w pamięci 
wszystkie  
bitewne zaklęcia, które mogły być użyte bez przygotowania. Miał też nadzieję, że 
będzie  
przytomny, jeśli takie zaklęcie okaże się potrzebne. 
Wzywając siły kilkunastu stuleci, wciągnął się na dach. Nic nie próbowało 
zepchnąć  
go w pustkę. Wiedźmin przykucnął i zlustrował otoczenie. 
Poszukiwacz był tam - odwrócony plecami do niego, ze złożonymi wielkimi  
skrzydłami. Wydawało się, że jest zajęty obserwowaniem ruchów Gryfa. To w każdej 
chwili  
mogło się zmienić. Starając się nie zdradzać swojej obecności, Cień ruszył w 
stronę  
Poszukiwacza. 
Magia tłumiła czynione przez niego dźwięki, ale nie działała na sam dach. 
Chrzęst  
dachówki ostrzegł skrzydlatego przed nadciągającym niebezpieczeństwem. Wiedźmin 
był  
prawie w odległości pozwalającej na skuteczne ciśniecie przygotowanego zaklęcia, 
gdy  
Poszukiwacz skoczył na niego w ciszy bardziej przerażającej od krzyku. 
Zaklęcie stało się bezużyteczne. Cień był zmuszony strzelić światłem w nadziei, 
że  
ośłepi stworzenie. Poszukiwacz uskoczył zwinnie, ale wiedźmin zyskał trochę 
jakże  
potrzebnego czasu. Przeturlał się i zaczął przygotowywać obronę. Ptasi 
przeciwnik odwrócił  
się ze zdumiewającą szybkos’cia i przystąpił do ponownego ataku. 
Tym razem wiedźmin był przygotowany. Skrzydlatego otoczyły jaskrawoczerwone  
wstęgi o szerokości dwóch stóp. Stworzenie zakręciło się, chcąc uciec, ale 
wstęgi zacisnęły  
się tym mocniej. Na nieszczęście skrzydła nie znalazły się w pułapce. 
Poszukiwacz odwrócił  
się i wystartował w noc. 
Cień szukał swego przeciwnika, zwiększając siłę wzroku. Poszukiwacza nigdzie nie  
było widać. Zaczął się martwić, że odleciał do swego pana. Jeśli tak... 
Nagle coś potężnie uderzyło go w płecy. Niezdolny zapanować nad ciałem ani  
myślami, Cień niemal stoczył się z dachu. W ostatniej chwili zdążył się 
przytrzymać.  
Oczyścił zmysły na czas, żeby zobaczyć napastnika z wolnymi rękami i obnażonymi  
szponami. Stwór chciał go zabić. 
Wiedźmin owinął się płaszczem i zniknął. Poszukiwacz był zdezorientowany, a tego  
trzeba było Cieniowi. Zmaterializował się za wrogiem, skoczył na jego plecy i 
próbował  
przewrócić. Skrzydlaty uderzył w dach... 

background image

...i natychmiast wzbił się w powietrze. Cień przywierał do jego pleców, gdy 
razem  
szybowali w noc. Stworzenie nie mogło się od niego uwolnić, ale zapewniło sobie 
przewagę.  
Wiedźmin miał kłopoty z utrzymaniem się na jego grzbiecie. Jeśli spadnie, 
Poszukiwacz nie  
da mu czasu na rzucenie zaklęcia lotu. 
Otrzymał od niego niespodziewaną pomoc. Próbując się uwolnić, Poszukiwacz  
przesunął go wyżej. Zwarli się w walce, w której Cień miał przewagę zręczności. 
Zaczął  
pracować nad zaklęciem, które miało zniszczyć przeciwnika. Jak w jego przypadku,  
Poszukiwacza można było zranić, ale trudno było zabić. Cień musiał go 
unicestwić. Ani jedno  
słowo nie mogło dotrzeć do Azrana. 
Zaklęcie było niemal skończone, kiedy Cień stwierdził, że jego adwersarz też 
pracuje  
nad czarem. 
Siłą rzeczy, oba były takie same. Każde wymierzone było w zlikwidowanie  
zagrożenia, jakie niosło to drugie. 
Gryf, poszukując na niebie jakiegoś znaku, jako jedyny zobaczył eksplozję. Inni  
usłyszeli jedynie huk. 
W jednej sekundzie tylko oni byli oświetleni. W następnej całe niebo rozdarł 
potężny  
błysk światła, który kazał wielu myśleć, że wstaje dzień. Z walczących nic nie 
pozostało.  
Jakby przestali istnieć. 
Gryf ze złością opuścił balkon i wezwał swoich dowódców. Istniała szansa, 
niewielka  
szansa, że znajdą czarnoksiężnika żywego. Lwioptak wolał nie myśleć o tym, jak 
jest ona  
znikoma. 
Cabe’a przebudził błysk, nie eksplozja. Nie znaczy to, że spał zbyt dobrze. Zbyt 
wiele  
pytań chodziło mu po głowie. Wszystkie zostały zapomniane w chwili, gdy światło 
zalało  
pokój. Sam wybuch niemal wyrzucił go z łóżka. 
Podbiegł do okna i wyjrzał. Na niebie była tylko ciemność. Cabe nie zauważył  
gromadzącej się mgły, bo obserwację przerwały mu liczne głosy odbijające jego 
pomieszanie.  
Rozejrzał się za czymś do narzucenia na siebie i stwierdził, że jest ubrany. Był 
pewien, że  
rozebrał się przed pójściem na spoczynek. 
Zapominając o tym incydencie w gorączce chwili, wypadł z pokoju. Najpierw chciał  
znaleźć Panią albo kogoś z innych przyjaciół. Okazało się to trudniejsze niż 
myślał. Ludzie  
biegali we wszystkie strony i trudno było powiedzieć, kto jest kto. Na szczęście 
Gwen go  
znalazła. 
- - Cabe! - Miała na sobie obcisłą, szmaragdowozieloną kurtkę myśliwską, krótką  
spódnicę i czapkę z piórem. 
- - Co się dzieje? 
- Nie wiem, ale czuję, że ma to coś wspólnego z twoim przyjacielem Cieniem. 
Jej ton wskazywał, że nadal nie ufa drugiemu wiedźminowi. Cabe czuł, że powinien  
stanąć w jego obronie, ale brakło mu okazji. Pani pociągnęła go do głównej 
komnaty w  
pałacu Gryfa. 
Gryf wydawał rozkazy dowódcom i zwiadowcom, gdy weszli. Nie mogli zrozumieć,  
co mówi, ale kilka z nich dotyczyło chyba mrocznego wiedźmina. Gwen obrzuciła 
Cabe’a  
spojrzeniem. On spuścił oczy, jakby chcąc się odciąć od jej podejrzeń związanych 
z Cieniem. 

background image

Wreszcie gospodarz zwrócił na nich uwagę. 
- Przykro mi, że nie mogłem porozmawiać z wami wcześniej! Sytuacja jest zła,  
okropnie zła! 
Pani pokiwała głową. 
- - Jestem pewna, że wszyscy widzieliśmy i słyszeliśmy to samo. To robota 
Cienia? 
- - Częściowo. Zwarł się w walce z Poszukiwaczem Azrana. Skrzydlaty szpiegował  
nas i trzeba było go zniszczyć. 
Cabe’a ogarnęła radość na myśl, że jego wiara w czarnoksiężnika była  
usprawiedliwiona. Pani, nie bacząc na jego nastrój, zadała Gryfowi kilka pytań. 
Kiedy opisał  
wybuch, potrząsnęła głową. 
- Sprzężenie mocy. Zjawisko rzadkie, ale śmiercionośne. Obaj popatrzyli na nią 
bez  
wyrazu. 
Kontynuowała. 
- Obaj próbowali użyć tego samego zaklęcia w tym samym czasie. Och, może lekko  
się różniły, ale pod względem mocy były identyczne. Zamiast dwóch odrębnych 
ataków, był  
jeden czar cztery razy silniejszy. Najprawdopodobniej zniszczył ich w mgnieniu 
oka. 
Gryf przyznał jej rację. 
- Tym niemniej, kazałem przeszukać teren. Dokładnie, mogę dodać. 
Nie powiedział tego, o czym wszyscy myśleli. Że przepadła znana im, przyjazna  
osobowość Cienia. Jeśli to było prawdą, groziło im nowe niebezpieczeństwo. 
Cabe’owi coś wpadło do głowy. 
- - Gdzie Czarny Koń? Powinien wiedzieć, co się stało z Cieniem! 
- - Jeśli ten demon jest gdzieś tutaj, to nie chce się pokazać! Nie mam czasu, 
żeby go  
szukać! 
Przyszedł zwiadowca. Błagając o wybaczenie, zameldował o nowych ruchach hord z  
Lochivaru. Ta sprawa bez reszty zajęła uwagę Gryfa. Gwen i Cabe przeprosili i 
wyszli. Za  
progiem zaczęli rozmowę. 
- - Co się teraz ze mną stanie? - Cabe był okropnie przejęty my ślą o walce ze  
Smoczymi Królami. Zwłaszcza kiedy zniknęli dwaj ich najsilniejsi sprzymierzeńcy, 
przy  
czym jeden najpewniej nie żył - i możliwe, że niedługo stanie się ich nowym 
wrogiem. 
- - Nie wiem. Najpierw biblioteka. Na razie jesteśmy w defensywie. Powinniśmy  
zaatakować, nim będzie za późno! 
- - Simon... Cień przeszedł do ofensywy i zobacz, co się z nim stało! 
- - Niewiele mnie to trapi w porównaniu z tym, co się stanie, jeśli rzeczywiście  
zginął. Legendy o jego złej stronie mrożą duszę nawet najsilniejszego człowieka! 
Umilkli, zastanawiając się nad nieprzyjemnymi możliwościami. Pojawił się Blane.  
Dowódca najwyraźniej czymś się martwił, ale przystanął, żeby zamienić z nimi 
słowo przed  
rozmową z Gryfem. 
- Widzę, że ta koszmarna noc wszystkich postawiła na nogi! Ojciec zawsze mówił 
mi,  
żebym miał się na baczności w czasie pełni obojga Bliźniąt! 
Cabe obejrzał jego mundur. Był brudny i mokry. Blane pochwycił jego spojrzenie. 
- - Od zmroku patrolowałem teren w pobliżu Szarych Mgieł. Lubię wiedzieć, z czym  
mam do czynienia. 
- - Czy to nie jest niebezpieczne? Co by się stało, gdybyś został pojmany albo  
zabity? 
Roześmiał się. 
- Gdybym wpadł w ręce wroga, siłą woli odebrałbym sobie życie! Do tego jesteśmy  
szkoleni, uczeni przez shizzarańskiego kapłana. Gdybym zginął, moi ludzie by 
wiedzieli, kto  

background image

ma objąć dowodzenie. Prawdę mówiąc, każdy jest do tego zdolny, ale lepiej, żeby 
tego nie  
słyszeli, bo będę miał pod komendą samych dowódców! 
Gwen dużo bardziej interesowały Szare Mgły. 
- Co odkryłeś? 
Rysy Blane’a stwardniały. 
- Rozszerza się. Lochivaryci będą tutaj lada chwila. Widział kto jednego z tych  
truposzy? Nie? Ja widziałem! Są do tego stopnia otumanieni życiem w tych 
oparach, że  
trudno nazwać ich ludźmi! Wychudłe szkielety, które walczą nawet po utracie rąk 
i nóg! 
Cabe zapytał ponuro: 
- - Co wtedy robią? 
- - Gryzą, człowieku! Ich zęby są ostre jak igły. Słyną z tego, że udają 
martwych, a  
potem kąsają przechodzących żołnierzy po łydkach. Nie wiem, co mają zamiast 
krwi, ale  
większość pokąsanych szybko umiera. Każdy rozgarnięty żołnierz wie, że lepiej 
omijać ich  
szerokim tukiem albo odrąbywać im głowy. 
„I te koszmarne straszydła maszerują na Penacles - pomyślał z rozpaczą Cabe. - A 
ja  
jestem temu winny. Zginą ludzie...” 
- Przestań! - Pani zajrzała mu głęboko w oczy. - Wiem, o czym myślisz! I tak by 
do  
tego doszło, czy istniejesz, czy nie! Czarny Smok zawsze patrzył pożądliwie na 
Miasto  
Wiedzy. Tylko czekał na okazję! 
Logika ma niewiele wspólnego z miłością. W tej chwili Cabe skłonny był uwierzyć  
we wszystko, co powie Pani. Jeszcze bardziej pragnął oddać za nią życie, gdyby 
nadarzyła się  
okazja. Zawładnęła jego sercem i duszą, choć może nie zdawała sobie z tego 
sprawy. Nie  
miało dla niego znaczenia to, że kiedyś kochała jego dziadka. 
Choć czarodziejka nie rozpoznała tego spojrzenia, zbyt zajęta wieloma sprawami  
naraz, zrozumiał je Blane. Żołnierz, porządny, uczciwy człowiek, wielokrotnie 
miał złamane  
serce i widział, jak jego ludzie miękną na widok pewnych kobiet. Postanowił się 
usunąć. 
- Wybaczcie. Pan Gryf chce usłyszeć, czego się dowiedziałem. - I odszedł. 
- Muszę to przemyśleć - powiedziała Gwen. - Trzeba zaatakować! Czekanie na  
katastrofę sprowadzi na nas śmierć! 
- Cokolwiek każesz - rzucił z roztargnieniem Cabe. Zamrugała. 
- - Może tylko jesteśmy zmęczeni. Prześpij się. Na razie nic nie możemy zrobić.  
Zobaczymy się rano. 
- - Zgoda. 
Czarodziejka wzniosła brew z umiarkowanym zaciekawieniem, a potem odeszła. Cabe  
patrzył za nią, zdumiony cudami, jakie może stworzyć natura. Tak zdumiony, że 
nie zauważył  
mocy, które zbudziły się do życia. 
Za jego plecami rozbłysło jasne światło. W świetle tym zawisł złoty łuk, 
błyszczący  
jak słońce. Jedna strzała, wymierzona w stronę sufitu, gotowa była do 
wypuszczenia. Cabe z  
niczego nie zdawał sobie sprawy i, prawdę powiedziawszy, sprawiał wrażenie 
człowieka  
pogrążonego we śnie. 
Strzała śmignęła w powietrze. Milcząca acz chyża, wzbiła się pod sufit, 
znajdując  
drogę do ciemnego zakamarka. Jej cel nie zdążył wydać dźwięku, jeśli w ogóle był 
do tego  

background image

zdolny. Z drzewcem w szyi, stworzenie ciemności runęło na dół. 
Ani strzała, ani ofiara nie dotknęły podłogi. Jedno i drugie rozpłynęło się w 
nicość w  
połowie drogi. Łuk i otaczające go światło zniknęły. 
Młody wiedźmin drgnął i pobrnął do łóżka, z głową pełną marzeń o płomiennowłosej  
czarodziejce. 
 

 
Trzej jeźdźcy. Smoczy patrol. 
Ogniste smoki zsiadły ze swych pośledniejszych kuzynów. Roztaczający się przed  
nimi widok budził w nich grozę i podejrzliwość. 
Ziemie Jałowe rodziły wiele dziwnych rzeczy, ale to... to nie było dziełem 
umierającej  
krainy. 
Ziemie Jałowe ustępowały nowej, potężniejszej sile. Mała połać trawy przerodziła 
się  
w bujne, zielone pole, które ciągnęło się jak okiem sięgnąć. Wszędzie rosły 
drzewa  
wszelakich gatunków. Ptaki, pierwsi przybysze na tę ziemię cudów, już zaczynały 
wić  
gniazda. 
Jeden smok zaklął. Był młody i nie słyszał, by kiedyś Ziemie Jałowe były inne 
niż  
sugerowała ich nazwa. Miał przed sobą dzieło jakiegoś czarnoksiężnika, dzieło 
miękkich  
ludzi, dzieło ciepłokrwistych. Wyciągnął długi, błyszczący miecz, i ciął 
najbliższą kępę  
zieleni. 
Pierwsze ciosy były łatwe. Czwarty okazał się dużo trudniejszy; zdawało się, że 
trawa  
gęstnieje i okręca się wokół głowni. Wyszarpnął ostrze, nie zwracając uwagi na 
drwiny  
swoich kamratów. Ostrzegali go, żeby miał się na baczności przed swoim 
niebezpiecznym  
wrogiem. Za piątym razem nie mógł uwolnić głowni. 
Nowe źdźbła trawy kiełkowały mu pod stopami. Rosnąc w niezwykłym tempie,  
wkrótce dorównały swoim starszym braciom. Smok chciał się cofnąć, ale buty 
wplątały się w  
roślinność, jak gdyby murawa chciała go zatrzymać. Nie mogąc uwolnić miecza, 
wyciągnął  
nóż i próbował przeciąć wiążącą go trawę. Nie dość, że niewielkie ostrze nie 
dało rady, to na  
domiar złego wraz z ręką utknęło w zielonej plątaninie. Smok już się nie 
złościł; narósł w nim  
strach tak silny, jak otaczające go rośliny. 
Jaszczury zrobiły się nerwowe, jeden nawet syknął w sposób wielce nieprzystający  
wierzchowcowi. Drugi ze smoków ognistych skoczył na pomoc kamratowi. Stanął jak 
wryty;  
trawa szybko sunęła w jego stronę. Odskoczył. Ten uwięziony na łące był już na 
wpół  
pokryty przez łodygi, które groziły powaleniem go na ziemię. Zdesperowany, 
przemienił się.  
Wojownik zniknął. Jego miejsce zajął silny, wysoki smok, prężący potężne 
mięśnie.  
Stworzenie czystej siły. Stworzenie, które nadal nie mogło się uwolnić. 
Pozostali dwaj cofoeli się przed przypływem zieleni, która chciała dołączyć ich 
do  
kolekcji. Od czasu uwięzienia pierwszego, wzrost roślin znacznie przyspieszył. 
Dwaj  

background image

wojownicy musieli skoczyć do swoich wierzchowców, żeby uciec przed ścigającą ich 
trawą. 
Przestraszony i wściekły, szamoczący się smok ognisty zionął strugą płomieni. 
Fala  
ognia i żaru omyła najbliższe rośliny. Przez chwilę pożar szalał bez przeszkód, 
potem zgasi  
niemal gwałtownie, pozostawiając ledwie parę osmalonych źdźbeł. 
Jego kompani dopadli do wierzchowców. Liczyli na rączość swoich kuzynów. Jeden  
skoczył na siodło i wbił pięty w boki zalęknionego stworzenia. Ruszyli. 
Drugi nie miał tyle szczęścia. Jego wierzchowiec, widząc ucieczkę brata i już  
przerażony groźnym rozrostem zieleni, stanął dęba. Smoczy wojownik spadł na 
ziemię i  
uderzył się w głowę. Gdy tylko w niej przejaśniało, jego pierwszą myślą było, by 
wziąć  
jaszczura uwięzionego w gąszczu kolegi. Chciał wstać, ale coś trzymało go mocno.  
Wierzchowiec, którego chciał dosiąść, skrzeczał w pobliżu. Wojownik zaczął się 
szamotać,  
próbując dosięgnąć miecza, ale wszechobecna trawa krępowała go coraz mocniej. 
Pędy  
owinęły się wokół jego szyi. Umarł na bujnym polu, gdy jego towarzysz jeszcze 
walczył. 
Młody smok był wyczerpany i nie miał już nadziei po tym, jak nie udało mu się 
spalić  
łąki. Stracił przytomność, gdy życie wyciekało z jego wierzchowca, uwięzionego w 
tym  
samym czasie, co drugi wojownik. Gąszcz roślin zakłębił się na potężnym, 
umierającym  
cielsku. 
Chwilę później nic nie wskazywało, że ktoś tędy przejeżdżał. 
Ocalały jeździec pędził co tchu w piersiach jego wierzchowca. Jaszczur nie miał 
nic  
przeciwko. Wojownik nie kierował się ku jaskiniom swojego klanu. Mknął w stronę 
Lasu  
Dagora i leżących za nim Gór Tyber. 
Drobne zwierzęta zawędrowały na łąkę po raz pierwszy od czasu jej powstania. 
Mały  
gryzoń skubnął źdźbło trawy. Ptaki śpiewały. Morze zieleni nie robiło im 
krzywdy. W  
przeciwieństwie do smoków, te stworzenia były mile widziane. 
W Penacles nie było słońca. 
Ciemna mgła zasnuwała niebo i było tak ciemno, jakby zapadła noc. Spiesznie  
gromadzono drewno na opał, co najmniej na dwa miesiące. Żołnierze na murach 
bacznie  
wypatrywali wroga. Niewiele widzieli w gęstej mgle. 
Nikt już nie podróżował po traktach. Wielmożny Gryf zakazał opuszczać miasto i 
to  
tłumaczyło brak uciekinierów. Nikt nie wiedział, dlaczego brakowało 
przyjezdnych. Być  
może sam widok mgieł powstrzymywał podróżnych. Jeśli nie... 
Z żywnością nie było problemów. Gryf, znając swoich licznych wrogów, dawno temu  
rozkazał magazynować ziarno, wodę i inne produkty. Miał też ludzi wyszkolonych 
do  
niszczenia szczurów i innych drobnych szkodników. W sumie miasto liczyło na 
przeżycie. 
Cabe przyglądał się swemu odbiciu w lustrze. Nie miał powodów wątpić, że to, co  
widzi, nie jest prawdziwe: srebrne włosy zajmowały prawie połowę głowy. Nie 
wiedział, co  
oznacza ta gwałtowna zmiana w jego czuprynie lecz był nią przestraszony. Musiała 
mieć coś  
wspólnego z jego dziedzictwem, a pochodzenie z takiej rodziny mogło oznaczać 
tylko  

background image

kłopoty. 
Ktoś zapukał do drzwi. Cabe otworzył. Zobaczył wielmożnego Gryfa, który czekał  
cierpliwie jak zwyczajny poddany. Władca Penacles kiwnął głową młodemu 
wiedźminowi, a  
potem zauważył srebro w jego włosach. Nieludzka twarz lwioptaka na mgnienie oka 
zmieniła  
wyraz; Cabe nie zdążył zinterpretować tej przelotnej miny. 
- Wybacz, że ci przeszkadzam, ale przyszło mi na myśl, że może chciałbyś zajrzeć 
ze  
mną do najbliższej wieży strażniczej. 
Zaciekawiony Cabe zgodził się. Wyszli z pokoju. Gryf wskazywał drogę. Przez cały  
czas zachowywał milczenie. Cabe zastanawiał się nad przyczyną tego spaceru. 
Przychodziły  
mu do głowy setki powodów, ale wszystkie odrzucił. Jego ciekawość mógł zaspokoić 
tylko  
sam gospodarz. 
Dotarli na szczyt wieży po zapierającej dech wspinaczce. W przeciwieństwie do  
lwioptaka, Cabe był wyzuty z sił. Kiedy odzyskał oddech, spojrzał we wskazywaną 
przez  
Gryfa stronę. Z początku widział tylko mgłę; uderzała do głowy i młody wiedźmin 
zapragnął  
wrócić do właściwego pałacu. Potem zobaczył, że w oddali porusza się coś 
ciemnego. To  
niezwykłe. Co mogłoby być widoczne w takiej mgle i z takiej odległości? 
Odpowiedź sama do niego przyszła. Żołądek skurczył mu się ze strachu. 
- Tak, przyjacielu, to armia z Lochivaru. Wiesz może, dlaczego jej widok 
przebija się  
przez mgłę? Ja nie wiem. Lochovaryci powinni być niewidoczni. Szare Mgły są ich 
domem.  
Wiedzą, jak je kształtować wedle woli, choć opary paczą im umysły. Dlaczego 
teraz ich  
zdradzają? 
- Czyżby ktoś przeszkadzał? Gryf spojrzał na niego bystro. 
- - Masz rację. Myślałem, że może Cień nie umarł. Albo że zdołał zrobić coś 
przed  
śmiercią. Czarny Koń! To może być on! Albo wróg, który nie cierpi wtrącania się 
innych. 
- - Azran? 
 
- - Tak, możliwe. Pożądał Miasta Wiedzy. Trafna myśl. Cabe z niepokojem  
obserwował nadciągającą chmarę. 
- - Kiedy zaatakują? 
- Kiedy? Gdy tylko podejdą! Na szczęście przygotowalis’my im małą niespodziankę. 
Jego słowom towarzyszył tupot biegających ludzi i zgrzyt przesuwanych wielkich  
przedmiotów. Cabe chciał zapytać o szczegóły, ale było jasne, że gospodarz chce, 
by  
niespodzianka była zaskoczeniem nie tylko dla Lochivarytow. 
Dołączyła do nich Pani. Cabe’a omyła fala emocji, ale udało mu się utrzymać ją w  
ryzach. Ostatecznie dla tej kobiety nie mógł być niczym więcej, jak dzieckiem. 
Ona  
uśmiechnęła się do niego z ostatnich stopni wiodących na szczyt i odwróciła się 
do Gryfa. 
- Wiedziałam, że zastanę was w najwyższej wieży. Co się dzieje? Nawet przez sen  
wyczułam smród tych jaszczurzych pomagierów! 
Gryf zaśmiał się, co było dziwne w tej sytuacji. 
- Wyobrażam sobie. Przyszłaś na czas, żeby zobaczyć początek. Chodź. 
Stali i patrzyli, Cabe i Gwen zaciekawieni, lwioptak z ponurym uśmiechem. 
Odgłosy  
ruchu na dole ucichły. Obrońcy miasta byli gotowi i czekali na rozkaz. Gryf 
przez następną  

background image

minutę patrzył na nabrzmiewającą, ciemną masę najeźdźców, potem zrzucił coś z 
wieży.  
Odwrócił się do swoich towarzyszy. 
- Niedługo zmienią szyk. Na razie myślą, że są bezpieczni. Ich wódz nie ma 
pojęcia o  
zasięgu mojej nowej broni. 
Jak gdyby na dany znak, usłyszeli serię dziwnych odgłosów. Cabe’owi kojarzyły 
się z  
trzaskiem łamanej szczapy. Ogromne pociski mignęły w gęstej mgle, szybując w 
stronę  
nadciągającego wroga. 
- - Katapulty. Nic w nich nowego, z wyjątkiem zasięgu. 
- - Czekaj, Pani. Patrz. 
Lot pocisków trwał dłuższą chwilę. Kiedy pierwszy osiągnął cel, towarzysze Gryfa  
cofnęłi się ze wstrząśniętymi minami. 
- - Na Havaka! - zawołała czarodziejka. - Co to było? Zimny błysk zajas’niał w  
oczach Iwioptaka. 
- - Ręka sprawiedliwości! 
Zielone płomienie wybuchły wszędzie tam, gdzie upadły pociski. Kilka chybiło 
celu,  
ale większość trafiła w szeregi wroga. W świetle zielonkawych ogni Szare Mgły 
przybrały  
nieco inny kolor. Trafieni ludzie musieli płonąc, ale nie powstrzymało to marszu 
pozostałych. 
Cabe ze straszliwą fascynacją przypatrywał się niszczycielskim pociskom. 
- Co to było? 
- Coś, co odkryłem w bibliotekach. Dwie substancje umieszczone w oddzielnych  
pojemnikach. Kiedy pocisk uderza w ziemię, wewnętrzne przegrody pękają pod 
wpływem  
wstrząsu i płyny się mieszają. Jaki jest wynik, sam widzisz. Całkiem skuteczny. 
To jedna z  
niewielu pozycji z bibliotek, z których udało mi się zrobić pożytek. 
Pani przypatrywała się nadciągającym legionom. 
- - Nie wystarczy. Nadal się zbliżają. Wyglądają jak nie kończący się wąż. 
- - Nie spodziewałem się, że to ich powstrzyma. Ale przytrze im nosy i zwiększy  
nasze szansę. Poradzimy sobie z tymi, którzy przeżyją. 
Posypały się dalsze pociski. Celne strzały świadczyły, że obsługa katapult 
ćwiczyła od  
jakiegoś czasu. Cabe powiedział to na głos, a Gryf ruchem głowy pochwalił jego 
wnikliwość. 
- - Tylko głupiec ufa tym wampirom z Lochivaru. Wiedzieliśmy, że pewnego dnia  
nadejdą, i wytyczyliśmy ich najbardziej prawdopodobną trasę. 
- - Czarny Smok musiał to przewidzieć. Jak widać, niezbyt go obchodzą straty  
własne. 
- - Na nieszczęście ma więcej wojowników do stracenia niż my do obrony. Liczy, 
że  
przytłoczy nas samą liczbą. Może tegodokonać, zwłaszcza jeśli dołączą doń siły 
Smoczego  
Cesarza. - Gryf prześledził wzrokiem następną salwę. - Powiem warn w zaufaniu, 
że jestem  
przekonany, iż Czarny chce zdobyć miasto dla siebie. To działa na naszą korzyść. 
Po paru pierwszych uderzeniach stało się aż nazbyt jasne, że katapulty przestały 
być  
skuteczne. Armie z Lochivaru sprawnie zajęły pozycje wzdłuż wzgórz i pól. Celne 
strzały  
stały się rzadkością; można było trafić niewielu przeciwników, jeśli w ogóle. 
Gryf nakazał  
wstrzymać ogień. 
Cabe stał się niespokojny. 
- - Co teraz? 
- - To zależy od naszych gości. Powiedziałbym, że nie pozostaną nam dłużni. 

background image

Po chwili od głównych sił zaczęły odrywać się ciemne sylwetki. Większe od  
człowieka, wzbijały się w powietrze. Nikt nie miał wątpliwości, że to smoki. Nie 
było tylko  
pewności, czy powietrzne, czy też ogniste. Pan Penacles chodził tam i z 
powrotem, czekając. 
Zbliżyły się do miasta w dwóch formacjach. Sto jardów od murów rozdzieliły się -  
jedna grupa skręciła w prawo, druga w lewo. Gryf dał znak łucznikom. Pierwsze 
smoki  
ruszyły do ataku. 
Pierwszy rząd łuczników wypuścił strzały. Zaroiły się na niebie, ale gdy 
znalazły  
swoje cele, więcej smoków wkroczyło do akcji. Strzelił drugi szereg. Smoki z 
przodu  
poniosły ciężkie straty i wiele spadło na ziemię, jednakże zbliżała się druga 
grupa. Wystrzelił  
trzeci i ostatni szereg łuczników Gryfa. Zginęło więcej smoków. Pierwsi łucznicy 
ledwie  
zdążyli napiąć łuki. Strategia Czarnego była przejrzysta; nie liczył się ze 
stratami, byle tylko  
powietrzni zabójcy mogli zbliżyć się na odległość skutecznego ataku. Tymczasem  
Lochivaryci nadciągnęli jeszcze bliżej. 
Jeden smok przeleciał szybko nad umocnieniami i zionął kłębami dymu, w których  
Szare Mgły zrobiły się żółtawe. Najbliżsi żołnierze upadli na ziemię, niektórzy 
spadli z muru.  
Wrzeszczeli i próbowali wytrzeć cuchnący gaz z oczu. Jeden zabił się własną 
ręką, woląc  
śmierć od nieustannych katuszy. Kilku zbiegło szaleńczo z murów, by znaleźć 
śmierć w  
samym mieście. Troje obserwatorów z trwogą przyglądało się tej scenie. 
Pani zareagowała pierwsza. Cabe wewnętrznym raczej niż zewnętrznym zmysłem  
poczuł pierwsze podmuchy wiatru, który utworzył się wokół niej. Nie były dość 
silne, by  
odrzucić smoka, ale zneutralizowały jego śmiercionośną broń. Co więcej, poniosły 
trujące  
wyziewy w kierunku nadciągających Lochivarytow. 
- Nie wiem, czy utrzymam wiatr dość długo, ale nie w tym rzecz! Ktoś musi  
powstrzymać smoki! 
Kolejne przedarły się za szeregi łuczników. Jedna katapulta stanęła w 
płomieniach,  
powodując wybuch chemicznego pocisku. Załoga obsadzająca balistę zginęła na 
miejscu. W  
polu rażenia pocisku rozszalał się ogień. Spłonęły dwie inne machiny wojenne, 
zanim ludzie  
zdołali opanować pożar. 
Łucznikom nie udało się powstrzymać powodzi smoków. W miejsce każdego  
zestrzelonego dwa inne wdzierały się do miasta. Jeśli stanowiły tylko niewielką 
część sił  
wroga, Penacles miało małe szansę na przetrwanie. 
Gryf milczał od pewnego czasu. Teraz wyciągnął coś z wewnętrznej kieszeni. Cabe  
zobaczył, że to pierścień z trzema małymi gwizdkami. Władca Miasta Wiedzy wybrał 
jeden.  
Jego twarz skrzywiła się, przybierając bardziej ludzki wygląd, który był 
niezbędny do  
właściwego użycia instrumentu. Wsunął metalową piszczałkę w usta i dmuchnął. 
Z gwizdka nie wydobył się dźwięk, ale coś natychmiast odpowiedziało. Był to 
pełen  
oburzenia krzyk, jakby napastujące smoki naruszyły czyjeś osobiste terytoria. Z 
budynków,  
drzew i miejsc niewidocznych we mgle dobiegł łopot skrzydeł. Krzyki tysięcy 
gatunków zlały  
się w jeden. Śmiercionośna fala jaszczurów zamarła z konsternacji. 

background image

Ptaki przysłoniły pociemniałe niebo. 
Smoki w porównaniu z nimi wydawały się prawie nieruchome. Od najmniejszych,  
żywiących się nasionkami, po największe drapieżniki, niezliczone pierzaste 
stworzenia  
zaczęły dziobać i drapać atakujące gady. Setki zginęły w płomieniach i 
wyziewach, ale każdy  
przyczynił się do zdziesiątkowania smoczej falangi. Smoki kłapały pyskami i 
darły pazurami  
swoich przeciwników, czasami zderzając się jeden z drugim. Jeden smok ognisty  
przypadkiem spalił swojego sąsiada, powietrznego, który eksplodował, zabierając 
z sobą  
wszystkich znajdujących się w pobliżu. 
Najbardziej zaskakującą częścią tej niesamowitej podniebnej bitwy było to, jak 
ptaki  
odpędziły potwory od miasta, zanim je wykończyły. Niewiele smoków zdechło w 
obrębie  
murów Penacles, a i to na samych peryferiach. Straty były niewielkie w 
porównaniu z tymi,  
jakie mogły nastąpić. 
W pewnej chwili odtrąbiono odwrót. Z oddziałów uderzeniowych przetrwała tylko  
garść smoków, w większości rannych. Nawet gdy odlatywały, niejeden zataczał się 
w  
powietrzu i spadał na ziemię. Kiedy ostatnie dotarły do swoich linii, zwycięskie 
ptaki  
zakręciły w stronę miasta. Szkoda, że tyle spośród nich zginęło. Uwolnione z 
zaklęcia,  
wracały do normalnego życia, rozpierzchając się we wszystkie strony. Nieliczne, 
których  
domem było Penacles, odnajdywały swoje ulubione miejsca. 
Jakby nigdy nie brały udziału w wojnie. 
Bitwa rozegrała się tak szybko, że żaden z obrońców nie mógł uwierzyć, iż już 
jest po  
wszystkim. Zamęt trwał parę minut. Teraz panował spokój. Pani przerwała swój 
czar, a potem  
razem z Cabe’em czekała na wyjaśnienia ze strony gospodarza. 
Twarz Gryfa ponownie stała się obliczem z legendy. Władca Miasta Wiedzy pokazał  
im gwizdek. Na ich oczach pokryła go rdza. Po paru sekundach rozsypał się w pył. 
Gwen uśmiechnęła się. 
- - Kolejna niespodzianka z twojego worka sztuczek? Co to było? 
- - Dar od kogoś, kto już od dawna nie żyje. Nazwijcie go częścią mojego  
dziedzictwa i niech tak zostanie. 
 
- - A pozostałe dwa gwizdki? Co wzywają? Lwioptak schował pierścień do kieszeni. 
- - Zobaczycie, jeśli zajdzie taka potrzeba. Nie chciał powiedzieć nic więcej na 
ten  
temat. 
Najeźdźcy spasowali. Teraz, gdy poznali siłę stawianego im oporu, musieli 
zmienić  
strategię. Przez pewien czas miał panować spokój. Obrońcom to odpowiadało. 
Ludzie musieli  
zająć się rannymi i umierającymi, nie wspominając o gaszeniu licznych pożarów, 
które  
wznieciły smoki. 
Gryf zaproponował powrót na główne piętro pałacu. Droga zabrała im parę minut. U  
stóp schodów spotkał ich Blane i generał armii Penacles, podobny do lisa 
mężczyzna o  
imieniu Toos. Płomiennie ruda czupryna i zarost niemal dorównywały ognistym 
włosom  
Pani. Miał też złowieszczy pas srebra, który zajmował dobrą ćwiartkę prawej 
strony głowy. 
Po przedstawieniu generała Gwen natychmiast skomentowała jego wygląd. 

background image

- Widziałam wielu wiedźminów w bitwie, ale znam niewielu, którzy osobiście  
dowodzili wojskami. 
Za sprawą uśmiechu twarz Toosa stała się jeszcze bardziej lisia. 
- - Moje magiczne umiejętności są bardziej niż skromne. Służą jedynie 
podkreśleniu  
mojego talentu do dowodzenia i planowania. 
- - Jakie zniszczenia zostały poczynione? - zapytał Gryf, zatroskany o swoich  
poddanych. 
Twarz Blane’a pociemniała. 
- Północno-wschodni mur był najsilniej atakowany. Trzydziestu ludzi nie żyje,  
większość poległa w następstwie pierwszego spotkania ze smokiem powietrznym. 
Bogowie!  
Jak można walczyć z powietrzem? 
Pan Penacles pokiwał głową. 
- Tak, to jest problem. Powinienem jak najszybciej zajrzeć do bibliotek. Jestem  
pewien, że coś tam znajdę. Tylko czy zdołam to zrozumieć? 
Cabe przeniósł spojrzenie z jednego na drugiego. 
- Nie rozumiem. Nie mógłbyś’ znaleźć tego, co trzeba, żeby wygrać wojnę? 
Sądziłem,  
że wystarczy trochę poszperać. 
Gospodarz pociągnął futro pod dziobem jak człowiek skubiący brodę. 
- Nie rozumiesz idei bibliotek, Cabe. Dają nam to, co chcemy wiedzieć, tylko 
jest  
pewien problem. Ani jedna stronica w tych księgach nie jest zapisana 
jednoznacznie. Są tam  
albo zagadki, albo wiersze. Przełożenie ich na prawdziwe informacje zależy od 
czytelnika.  
Moim zdaniem, zostały napisane przez umysły obdarzone przewrotnym poczuciem 
humoru. 
Toos chrząknął. 
- - Powinieneś jeszcze o czymś wiedzieć, panie. Oceniamy, że awangarda Smoczego  
Cesarza jest nie dalej niż trzy dni drogi stąd. Główne siły, pod wodzą Tomy, 
przybędą po  
tygodniu, być może po dziesięciu dniach. Będziemy musieli się starać, żeby 
odeprzeć obie  
armie. 
- - Kto dowodzi strażą przednią? 
- - Prowadzi ich książę Kyrg. Słyszałem o nim same złe rzeczy... 
Gryf podniósł rękę. 
- Nie musisz mi o nim mówić. Znam tego smoka. Inteligentny sadysta. Miałem  
nadzieję, że nie żyje. 
Powiódł wzrokiem po twarzach obecnych. Ich miny nie świadczyły o dużej pewności  
siebie. Nawet Pani, dobrze znana ze swej siły, nie miała pewności co do 
nadchodzących dni.  
Tylko Cabe okazywał coś, co odrobinę przypominało nadzieję. Inni w przeszłości 
widzieli  
zbyt wiele klęsk. Gryf skupił uwagę na młodym wiedźminie. 
- - Ty, młody przyjacielu, jesteś kluczem. W twoich żyłach płynie krew  
największego rodu czarnoksiężników. Nathan był najlepszym... 
- -...a Azran najgorszym! - wtrąciła Gwen. 
Nie poświęcając jej nawet spojrzenia, pan Penacles mówił dalej: 
- Znakiem mocy jest srebro we włosach. Generalnie, im więcej srebra, tym większa  
moc. Istnieją wyjątki. Toos dysponuje niewielką praktyczną mocą. Cień... Cień 
stanowi  
zagadkę. Srebro w jego włosach zmieniało się z każdym kolejnym spojrzeniem. 
Gryf odwrócił się do Pani. 
- Wyszkol go. Naucz go szybko. Przypuszczam, że wszystko, co jest nam drogie,  
zależy od jego zdolności do właściwego i szybkiego opanowania mocy! 
Prawie skończone. 
Z szybkością, która ledwie parę godzin wcześniej pozbawiłaby go tchu, Azran 
usunął  

background image

z pokoju niepotrzebne już przybory. Bezimienny wymagał tylko jednego wybuchu 
mocy,  
jednego znikomego wybuchu mocy. Już płonął z furii. Skrzynia, w której leżał, 
mogłaby  
równie dobrze być przezroczysta; moc miecza przenikała przez nią niczym przez 
powietrze. 
Pstryknął palcami. Przyleciał do niego duch, jeden z tych nienarodzonych, 
których  
wezwał z czeluści Innego Świata. Czarnoksiężnik zamówił posiłek. Mięso zwykle 
miało zły  
wpływ na jego organizm, ale teraz mógł jeść do syta. Duch odszedł, żeby spełnić 
jego  
polecenie. Azran wezwał innego i kazał mu przynieść lustro. Duże lustro. 
Lustro pojawiło się pierwsze. Rozkazał mrocznemu słudze postawić je pod ścianą.  
Kiedy tak się stało, wygładził ubranie, świeżo stworzone na tę okazję, i stanął 
przed  
zwierciadłem. Podziwiał się. 
Dobrze było znowu być młodym. 
Lata ciężkiej pracy miały się odpłacić. Przyjrzał się krytycznie swojemu 
odbiciu.  
Czerń stroju, przypominającego mundur, podkreślała granatowa lamówka wokół 
kołnierza i  
mankietów. Azran dodał godło na pierś, emblemat wyobrażający smoka przeszytego  
mieczem. Dobre dopełnienie, osądził. Niech wiedzą, kto jest ich panem. Nowy 
Smoczy  
Mistrz! 
Jego włosy w połowie były czarne, w połowie srebrne. Kolejna oznaka władzy. 
Twarz  
zbyt mocno przypominała rysy ojca, ale pod pewnym względem było to zaletą. 
Smoczy  
Królowie i ich słudzy wspomną przeszłość i zadrżą. 
Zarost. Nie nosił brody od dziesiątków lat. Miała być ostatnim akcentem. Krótka,  
przystrzyżona. Taka będzie najlepsza. Uczynił gest, przemieniając sekundy w 
tygodnie. 
Azran zamrugał. Jak włosy na czubku głowy, tak i broda była w połowie srebrna.  
Wyglądała niesamowicie. Niemal złowieszczo. 
Postanowił ją zatrzymać. 
Buty, z przodu długie do połowy uda, i rękawice dopełniały stroju. W oczach  
uzbrojonego przeciwnika ubranie mogło sprawiać wrażenie zbyt wykwintnego. Gdyby  
spróbował ciąć je mieczem, okazałoby się wytrzymalsze od kolczugi. Choć było 
dużo lżejsze. 
Rzuciwszy uśmiech własnemu odbiciu, Azran wyszedł na balkon. Nikomu nigdy do  
głowy by nie wpadło, że mieszka na środku Piekielnych Równin. Leżały zbyt blisko 
Gór  
Tyber i władał nimi Czerwony Smok, jeden z najbardziej żądnych krwi Królów. 
Nekromanta  
roześmiał się. Jego zamek stał w środku najbardziej niespokojnej z krain. Nie 
dalej niż dwie  
mile wznosił się wulkan. A jednak temu miejscu nic nie mogło zaszkodzić. Było 
starsze niż  
Smoczy Królowie i niewidoczne dla zewnętrznego świata. Azran odkrył je czystym  
przypadkiem. Nigdy nie dowiedział się, kto zbudował zamek, i już go to nie 
obchodziło.  
Należał do niego i służył mu dobrze. 
Z góry dobiegło skrzeczenie. Poszukiwacze byli źli, może wystraszeni. Ten 
wysłany  
do Penacles jeszcze nie wrócił. Wiedźmin podejrzewał, że już nie istnieje. To 
byłby drugi  
atak w niedawnej przeszłości. Wypadki mogły ruszyć jak lawina. Musiał mieć 
pewność, że  
zyska nad nimi kontrolę. 

background image

Przyniesiono mu jedzenie. Była to wystawna uczta. Azran miał zamiar nadrobić 
lata  
owsianki i suchego chleba. Teraz, z nowymi zębami, chciał wgryźć się we 
wszystkie te  
specjały, które znał tylko ze wspomnień. 
W skrzyni pulsował Bezimienny. Z każdym kęsem Azrana, pulsowanie przybierało na  
sile. 
Cabe i Pani szli do jego pokoju. 
- Zaczniemy szkolenie od podstaw. Na początek nauczę cię kilku prostych zaklęć  
obronnych. Tak na wszelki wypadek. Ja... nie chcemy, żebyś zginął przed 
przystąpieniem do  
walki. 
- Ja też nie chcę. Uśmiechnęła się. 
- Tak bardzo przypominasz Nathana. Mimo to nawet on nigdy nie miał srebrnej  
głowy. Być może Gryf ma rację. Możesz być potężniejszy od innych. 
Zbliżyli się do pokoju. Cabe usunął się na bok, przepuszczając w progu swoją  
towarzyszką. Wszedł za nią, od razu zamykając drzwi. Przyszło mu na myśl, że 
teraz, kiedy  
są sami, mógłby wyznać jej swe uczucia. Teraz, gdy w pobliżu nie ma żywego 
ducha. 
Rzeczywiście w pobliżu nie było żywego ducha... 
...ale nie byli sami. 
Panią spowił blask. Blask zestalił się i Cabe z drgnieniem poznał to samo 
więzienie, w  
którym przebywała przez tak wiele lat. Wyciągnął Rogatego, czując, jak obejmuje 
go jego  
moc. Jednak nie miał okazji go użyć. 
Ręka dotknęła jego skroni. Cabe poczuł drżenie własnego ciała. Choć był 
uzbrojony,  
broń stała się bezużyteczna. Jego kończyny zrobiły się twarde i sztywne jak 
marmurowe  
kolumny w pałacu. Zamrożony w czasie, mógł tylko przyglądać się, jak ciemny 
miecz zostaje  
wyrwany z jego dłoni. Rozwarł szeroko oczy, nie mogąc uwierzyć w to, co chwilami  
widziały. 
- Takie proste. - Głos był oschły i dziwnie smutny. 
Miecz został ciśnięty na ziemię. Usłyszał kroki za plecami. Nagle wzniósł się w  
powietrze. Gwen została, znów uwięziona w bursztynie. Przyszli po niego, po 
nikogo innego.  
Unosił się jak piórko, obracając się to w tę, to w tamtą stronę. Podczas jednego 
z tych  
obrotów ujrzał swoich porywaczy. 
Oczy, w które spojrzał, nie były już oczami. Puste, odwrócone białka. Białka w 
stanie  
rozkładu, pergaminowa skóra. 
Był więźniem ożywionych umarłych. Jeden chciał coś powiedzieć, lecz zmienił  
zamiar. Drugi machnął ręką. Wielka dziura otworzyła się w środku rzeczywistości 
pokoju.  
Cabe zobaczył, że w nią wlatuje. Kiedy jej dotknął, opuściły go wszelkie 
świadome myśli. 
Tyr odwrócił się, żeby spojrzeć na Panią uwięzioną w bursztynie, a potem na 
Rogaty  
Miecz. Jego towarzysz położył mu rękę na ramieniu. 
- Musimy iść. 
Weszli w portal. Niemartwi i dziura zniknęli. 
 
Xi 
 
Eksplozja wstrząsnęła pałacem. 
Początkowo Gryf obawiał się, że to atak Lochivarytow. Obawy zostały rozproszone  

background image

przez Blane’a, który zameldował, że wojska Szarych Mgieł nie wykonały żadnego 
wrogiego  
ruchu. Lwioptak pomyślał wtedy o Azranie i nagle wspomniał, gdzie zostali 
zakwaterowani  
jego goście. Wzywając golemy, popędził do pokoju Cabe’a. 
Drzwi, a raczej to, co z nich zostało, leżały w korytarzu. Zaraz za progiem 
walały się  
drobiny jakiejś krystalicznej substancji, lekko znajomej. Gryf kazał dwóm 
golemom ruszyć  
przodem. Mieli tworzyć jego tarczę. Miał nadzieję, że okaże się wystarczająca. 
Nie do końca  
znał ich możliwości. 
Nic nie poruszyło się w pokoju, gdy przestąpili próg. Pył przysłaniał widok, ale  
zobaczył Rogaty Miecz leżący na podłodze. Zostawił go; w tej chwili posiadanie 
przeklętej  
broni nic mu nie dawało. 
Ktoś jęknął. Kurz osiadał i Gryf wreszcie dostrzegł postać leżącą blisko łóżka.  
Rozkazał golemom zatrzymać się i dokładnie zbadać otoczenie. To mogła być 
pułapka, choć  
raczej w to wątpił. 
Na podłodze leżała wielmożna Gwen. Była na wpół przytomna i, co dziwne, wcale 
nie  
pokryta pyłem, którego pełno jeszcze wisiało w powietrzu. Prawdę powiedziawszy, 
ilekroć  
się ruszyła, pył, który osiadał wokół niej, natychmiast się odsuwał. Nie 
odniosła żadnych  
obrażeń. Wydawało się, że jej największym problemem jest wycieńczenie. 
Upewniwszy się,  
że wydobrzeje, Gryf kazał swoim strażnikom wynieść ją do jej pokoju. Podnieśli 
Panią z  
delikatnością zaskakującą u takich silnych stworzeń. Po ich wyjściu Gryf omiótł 
pokój  
ostatnim spojrzeniem. 
Cabe’a Bedlama nigdzie nie było. Tylko Rogaty Miecz świadczył, że chłopak  
przebywał w pokoju. 
Pan Penacles wyszedł, a w jego głowie kłębiły się ponure myśli. Miał nadzieję, 
że  
Pani będzie mogła odpowiedzieć na kilka pytań. Już znał większość odpowiedzi, 
ale zawsze  
istniała nadzieja, że może się mylić. 
Dwa golemy strzegły drzwi jej komnaty. Okazały się zaskakująco sprawnymi 
sługami.  
Wielmożna Gwen leżała na łóżku, już przytomna. Podniosła głowę na widok 
gospodarza.  
Wyraz jej twarzy potwierdził jego najgorsze obawy, lecz mimo wszystko postanowił 
zapytać. 
- - Co się stało? 
- - Zostaliśmy znienacka napadnięci! Przez ludzi-cienie! Rozumiesz, co mówię?  
Ludzie-cienie! 
Posępnie pokiwał głową. Ludzie-cienie. Ożywieni umarli. Niemartwi. Ci, którzy  
zmuszeni byli słuchać swego pana do czasu wyzwolenia. Do tego czasu nie mogli 
zaznać  
prawdziwego spoczynku. Nie wiedział, czy nienawidzić porywaczy, czy też im 
współczuć. 
- Prawie mnie zaskoczyli! Na szczęście stałam się paranoiczką. Poprzysięgłam 
sobie,  
że nigdy nie dam się podejść tak jak ostatnio. Tylko to uratowało mnie przed 
kolejnym  
bursztynowym więzieniem! 
- Użyli tego samego zaklęcia? Pokiwała głową. 

background image

- - Tak. Ale słabszego. Nie znaczy to, że brakowało im mocy. Byli silni. Po 
prostu  
nie sądzę, by naprawdę chcieli mnie uwięzić. 
- - Ilu ich było? 
- - Tylko dwóch. Tym razem udało mi się zachować przytomność. Jeden zajął się  
mną, drugi zaś zamroził Cabe’a. Gryfie, oni go zabrali! Porwali go sprzed mojego 
nosa, a ja  
nie mogłam im przeszkodzić! - W jej oczach wezbrały łzy. 
Gryf zwrócił uwagę na jej nadzwyczajne wzburzenie, ale powstrzymał się od  
komentarza. Nie był ku temu czas ani miejsce. 
- - Jak się tu dostali? Dokąd poszli? Moje straże o niczym nie zameldowały. 
- - Mrugająca dziura. Potrzebowali jej, żeby przemieścić ciało. 
- Jej oczy odzyskały trochę zwykłego ognia. - Mogę ich wyśledzić! Czasami 
zostają  
powidoki. Możemy podążyć za nimi do zamku Azrana! 
- Gdzie bez wątpienia na nas czeka. Nie sądzę, że to dobry pomysł. Poza tym, czy  
byłby taki głupi? Odpocznij. Straciłaś zbyt wiele energii, by ryzykować atak na 
fortecę  
czarnoksiężnika. 
- AleCabe... Uciszył ją. 
- Jesteś przekonana, że zawiodłaś Nathana, a teraz zawiedziesz jego wnuka. To  
bezpodstawne zarzuty. Nathan zrobił to, co musiał zrobić. Wcale nie postąpiłby 
inaczej,  
gdybyś ty była przy nim. Co do Cabe’a, został porwany, nie zabity. To oznacza, 
że Azran  
chce mieć go żywego. Myślę, że jest ciekaw swego syna. Cabe’owi nic się nie 
stanie. 
Słuchała go jednym uchem, ale Gryf nie spodziewał się niczego więcej. Przyłożyła  
głowę do poduszki i zamknęła oczy. Lwioptak wyszedł po cichu. Jej niepokój o 
młodego  
wiedimina był ogromny, większy niż troska o którąkolwiek inną osobę. 
Gryf również był zmartwiony, ale miał na głowie pilniejsze sprawy. Najważniejsze  
było dobro Penacles i jego mieszkańców. Wiedział też, że nie będzie szans na 
uratowanie  
Cabe’a, jeśli miasto padnie. Żeby zadziałać przeciwko Azranowi, Penacles musiało 
być  
bezpieczne. 
Wróg nie przypuszczał ataku. To było niezwykłe. Mogło oznaczać tylko, że władza  
nad armią spoczywa w rękach - albo pazurach 
- smoków ognistych Czarnego. Lochivaryci nigdy nie zwlekaliby tak długo. Nie 
dbali  
o własne życie; śmierć w bitwie była jedną z niewielu rzeczy liczących się dla 
tych  
otumanionych fanatyków. 
Wspomniał, jak pierwszy raz miał do czynienia z hordami z Szarych Mgieł. Nikt  
wówczas nie wiedział, po czyjej stronie się opowiedzą. Przyjmowano, że będą 
wierni  
ludziom, jak większość innych miast. Zdrady zawsze się zdarzały, ale nigdy na 
taką skalę. 
Tysiące ludzi poległo owego dnia. Wielu innych zostało okaleczonych na całe 
życie.  
Niedobitki zostały powleczone na ziemie ciemności, z których przybyły wojska 
Lochivaru.  
Ocalał tylko ułamek pierwotnych sił. 
Po przejęciu władzy w Mieście Wiedzy, Gryf zmuszony był werbować najemników i  
ludzi spoza miasta. Jego wojsko zostało wybite niemal do nogi. Przywrócenie 
liczebności  
armii do pierwotnego stanu pochłonęło kilka lat i kolosalne sumy pieniędzy. A 
jednak  
Lochivaryci, którzy wszak nie mogli znęcić sił najemnych, jakimś sposobem niemal 
od zera  

background image

odbudowali swoje wojska. Fakt, minęły pokolenia, ale nawet zwiększony wskaźnik 
urodzin  
nie mógł być odpowiedzialny za ich zastraszającą liczbę. 
Lochivaryci, Smoczy Królowie i Azran. 
Wrogowie zawsze byli zbyt liczni. 
Gryf wezwał Toosa, Blane’a i pozostałych dowódców. Cabe był ważny; pan Penacles  
nie mógł zlekceważyć tego faktu. Ale nie mógł opuścić miasta. Ludzie na niego 
liczyli. 
Nagle zmroziła go przerażająca myśl. A jeśli Azranowi uda się zepsuć Cabe’a? Co 
się  
stanie, jeśli wiedzmin o potencjale chłopca stanie się narzędziem w rękach 
szatańskiego  
czarnoksiężnika? Implikacje wstrząsnęły nim niemal równie mocno, jak możliwość 
walki z  
Cieniem. Nawet Smoczy Królowie zastanowiliby się dwa razy. 
Narada wojenna dobiegła końca. Ponury władca Miasta Wiedzy przybrał maskę  
pewności siebie i zdecydowania. W duchu klął się niemal bez chwili przerwy. 
W leżu Bestii. 
Nie był już zamrożony. Nie miało to znaczenia. Więzy na jego rękach, nogach i w  
pasie krępowały go równie skutecznie jak zaklęcie. Nie były to - nie trzeba 
dodawać -  
normalne pęta. Jarzyły się; rozjarzyły się jaśniej, gdy spróbował je rozluźnić. 
Kiedy jaśniały,  
parzyły. Nie skórę, lecz sam umysł. Dlatego Cabe trwał bez ruchu. Pierwsza próba 
była  
wystarczającą nauczką. 
Porywacze odeszli. To mu odpowiadało - niemartwi byli marnym towarzystwem.  
Zwłaszcza ci dwaj. Przez większość czasu wlepiali w niego białka, które służyły 
im za oczy.  
Co gorsza, sprawiali wrażenie smutnych i zawstydzonych. Miał niepokojące 
uczucie, że ich  
nastrój wiąże się z nim i tym, kim jest. 
Poruszył się jakiś cień. Cabe zamrugał. Nie była to jedna z tych bezimiennych 
rzeczy,  
które kryły się w mrocznych kątach pokoju. Tym razem było to coś bardziej 
fizycznego, a  
jednak równie potężnego, W nikłym świetle dostrzegał tylko kontury, ale to 
wystarczyło, by  
poznać, że przypatruje mu się jeden z Poszukiwaczy. Czy to ten sam, który rzucił 
się na niego  
w leśnym dworze? Chyba nie. Najpewniej kolejny z diabelskich sług. Cabe w głębi 
duszy  
wiedział już, komu służą. Nikomu innemu, jak jego ojcu, Azranowi. 
W tej chwili niewiele mógł zrobić. Był bezradnym więźniem szaleńca. Poszukiwacz,  
nadal obserwując go uważnie, wydał długi skrzek. Niemal zabrzmiało w nim 
współczucie.  
Jednakże nie zrobił nic, by zdjąć krępujące go więzy. 
Azran mierzył wzrokiem dwóch rozkładających się niewolników. Puste oczy  
spoglądały na niego z nienawiścią tym większą, że znów był młody. Tym razem nie 
kazał im  
klękać. Chciał, żeby patrzyli mu prosto w oczy - gotów był ścierpieć nawet ich 
trupi odór i  
widok łuszczącej się skóry. Chciał, żeby widzieli jego odmłodzoną twarz, włosy 
srebrne i  
czarne, żeby czuli jego żywotność i siłę. I jego moc. 
- - Muszę was pochwalić - rzekł oschle. - Widzę, że wypełniliście moje rozkazy w  
rekordowo krótkim czasie. Wasze obawy były bezpodstawne. Pani nigdy nie miała 
szans, a  
mojemu synowi, choć może być silny, brakuje umiejętności. Tak, ogólnie rzecz 
biorąc, jestem  
zadowolony. 

background image

- - Uwolnisz nas, żebyśmy mogli spocząć w pokoju? - Twarz Basila nie zdradzała  
żadnych emocji, ale jego głos brzmiał ponuro. Był zdegustowany własnym 
postępkiem. 
- - Nie, jeszcze nie. Mogę was potrzebować. Poza tym, nie zostaliście formalnie  
przedstawieni chłopakowi! - Roześmiał się, a następnie ryknął na całe gardło, bo 
zobaczył, że  
Tyr zaciska pięści z wściekłości, której jego rysy już nie mogły wyrazić. 
Basil tęsknił za chwilą, która pozwoli mu splunąć w twarz dręczyciela. 
- - Jesteś czarny, Azran. Czarny jak najciemniejsza z mocy. 
- - Dziękuję. Staram się. Idziemy? 
Wbrew swej woli dwa trupy pobrnęły przed swoim panem. Azran kazał Basilowi grać  
rolę lokaja, nawet skinął do niego w drzwiach. Ożywiony umarły klął w tym, co 
zostało z  
jego umysłu, ale nie mógł wyzwolić się z narzuconej mu służalczej pozycji. 
Cabe zwrócił dzikie oczy w stronę trójki przybyłych. Niemartwych już widział i, 
choć  
nadal budzili w nim przerażenie, zapomniał o nich na widok złowieszczej postaci 
maga. Choć  
jego twarz pokrywał dwubarwny zarost, bez trudu dostrzegł rodzinne podobieństwo. 
Ojciec i  
syn wreszcie się spotkali. 
Mroczny mag na chwilę odwrócił głowę do okna. Co tam było? Nic. Zupełnie nic.  
Skierował uwagę z powrotem na syna; sam wyglądał na ledwie o parę lat starszego 
od niego.  
Aż zamrugał na widok srebra, zajmującego ponad trzy czwarte jego głowy. Wedle 
wszelkich  
reguł ten Cabe musiał być niezwykle potężnym wiedźminem. Większym od niego, 
Azrana. 
Chłopaka należało przeciągnąć na swoją stronę albo zabić. Innego wyboru nie 
było. 
Powitał go wylewnie. 
- - A więc ty jesteś moim synem! 
- - Azran? 
- - Oczywiście! Kim innym mógłbym być? 
- - Czego chcesz ode mnie? - W głosie Cabe’a dźwięczał strach, ale też coś 
innego:  
upór. 
- - Ty jesteś moim synem! Każdy mężczyzna lubi raz czy dwa razy zobaczyć  
swojego syna. Myślałem, że umarłeś podczas narodzin. Nie masz pojęcia, synu, ile 
znaczy dla  
mnie twoje życie! 
Cabe zadrżał. 
Oczy Azrana zwęziły się, a z jego głosu zniknął humor. 
- Widziałem twoje drobne, nieruchome ciało. Nathan wywiódł mnie w pole! Żyłeś.  
Wykradł cię w daremnej próbie urobienia na własną modłę! Chciał wykuć z ciebie 
narzędzie,  
które miało doprowadzić do mojej zguby! 
Czarny wiedźmin uśmiechnął się. 
- Jednak cię odzyskałem. Nauczę cię czarnej magii, mój synu. Posiadasz wielki  
potencjał. Nathan go zauważył. Ja go wykorzystam. Razem zawładniemy Smoczymi  
Królestwami! 
Urwał niespodziewanie, patrząc na bok Cabe’a. Odwrócił się w stronę Basila. Nic 
nie  
powiedział, ale niemartwy wiedział, o co mu chodzi. 
- - Nie miał Rogatego Miecza, kiedy go pojmaliśmy. Nie było go w pokoju. Brakło  
czasu na poszukiwania. Wielmożny Gryf słynie z szybkości, gdy pojawia się  
niebezpieczeństwo. 
- - Bądź przeklęty, Basil... 
- - Już jesteśmy przeklęci. 
- Mieliście przynieść mi Rogaty Miecz! Zawiedliście! Cabe przenosił spojrzenie z  
jednego na drugiego. Miał miecz; 

background image

jeden z porywaczy złapał go i odrzucił na bok. Dlaczego Basil kłamał? 
Drugi, Tyr, skorzystał z okazji, by przyciągnąć uwagę jeńca. Przycisnął palec do 
ust.  
Cabe zrozumiał znak ożywionego trupa. Azran nie miał takiej władzy nad swoimi 
sługami,  
jak sobie wyobrażał. Jeszcze była nadzieja. 
Azran uspokoił się i odwrócił z powrotem do syna. 
- Nigdy nie ufaj niemartwym, mój synu. Są głupi, zwłaszcza ci dwaj. I nie można 
na  
nich polegać. 
Machnął ręką. Jego nieziemscy słudzy wystąpili do przodu. 
- Lekcja poglądowa, Cabe. Widzisz dwa żałosne wraki, które niegdyś pełne były 
życia  
i rządziły własnym istnieniem. Ta karykatura człowieka zwała się Basilem. Basil 
z Oka.  
Potrafił zamykać ludzi w więzieniu z bursztynu albo paraliżować dotknięciem. 
Przyjaciele  
zwali go Basilem Bazyliszkiem. Zapożyczyłem jego moce, żeby unieszkodliwić 
wielmożną  
Gwen. Szkoda, że się nie udało, nie na długo. Jego wrzący gniewem, obecny tutaj 
kolega,  
nosił imię Tyr. Tylko tyle, Tyr. Nie daj się zwieść jego kapłańskiemu 
przyodziewkowi. Słynął  
z ataków szału, które podwajały jego umiejętności. Obaj byli Smoczymi Mistrzami 
mojego  
nieodżałowanego ojca, a twojego dziadka, Nathana Bedlama. Obaj, wbrew swojej tak 
zwanej  
dzielności, bez trudu wpadli w moje ręce. Cabe zakrztusił się. 
- Nie chronili się zbyt dobrze. Nadmierna pewność siebie, Basil? 
Głos zionął wilgotną ziemią i śmiercią. I nieprzebraną nienawiścią. 
- Tak! 
Mroczny czarnoksiężnik uśmiechnął się wyniośle. 
- - Biedni Smoczy Mistrzowie! Teraz muszą mnie słuchać, dopóki ich nie uwolnię. 
- - Albo nie umrzesz! - Głos Tyra był szeptem, lecz dobrze słyszalnym. 
- - Dość tego! Możecie wracać na miejsce spoczynku, dopóki was nie wezwę. Tym  
razem nie ociągajcie się! 
Dwie rozkładające się figury wyszły z pokoju. Cabe uchwycił w przelocie widok  
twarzy Tyra, gdy upiorny wiedźmin odwrócił się w jego stronę. Była to twarz 
potępieńca.  
Cabe poprzysiągł sobie, że znajdzie jakiś sposób, żeby ich wyzwolić. 
Azran machnął ręką. Kunsztownie rzeźbione krzesło, bardziej tron, pojawiło się 
tuż za  
nim. Usadowił się z zadowoleniem. Kolejne zaklęcie usunęło więzy 
unieruchamiające jeńca. 
- - Proszę bardzo! Tak będzie ci wygodniej. Nie polecałbym jednakże prób 
zrobienia  
czegoś niemądrego. Otacza cię, razem z krzesłem, coś w rodzaju systemu 
ostrzegawczego.  
Poważ się na coś wrogiego lub choćby wstań, a przeżyjesz wielki wstrząs. 
Dosłownie. 
- - Co teraz? 
- - Teraz? Udzielę ci pierwszej lekcji dotyczącej funkcjonowania świata magii. A  
zwłaszcza mocy. 
Cabe nie mógł ukryć zainteresowania. Jego ojciec uśmiechnął się z aprobatą. 
- Na początek, tytuły wiedźmina, czarnoksiężnika, maga, czarodzieja, ich żeńskie  
odpowiedniki i inne, które już zapomniałem, obecnie używane są wymiennie. Kiedyś 
każdy  
odnosił się do konkretnej dziedziny. Kiedy klucz do kolorów stał się oczywisty, 
każdy adept z  
umiejętnością panowania nad mocami mógł wynieść się do poziomu mistrzów. Ta 
bzdura o  

background image

dobrych i złych mocach jest właśnie tym: bzdurą! Niektórzy po prostu wybierają 
inne kolory  
ze spektrum barw. Ja uznałem, że ciemniejsze odcienie są bardziej skuteczne. 
Nathan nie  
mógł tego pojąć. 
Pojąć? Cabe czuł, że jego dziadek rozumiał to doskonale. Nie miał najmniejszych  
wątpliwości, że wybór ciemnej strony spektrum równał się wpadnięciu pod urok 
zła. Azran,  
raz oczarowany, nie mógł dostrzec prawdy jak każdy inny uzależniony. 
Azran mylnie zinterpretował zadumę Cabe’a jako znak zwycięstwa. Mówił dalej. 
- Smoczy Królowie również znają magię. Stąd ich imiona w większości nawiązują do  
kolorów. Nawet ich skóry przybierają barwę, jaką wybrali. - Urwał. - Możesz 
myśleć, że  
Żelazny, Lodowy, Kryształowy i Burzowy różnią się od swoich braci, ale tak nie 
jest. Badałeś  
kiedy wygląd żelaza, metalu? Ma własną barwę. Nie całkiem błękitną, nie całkiem 
szarą, nie  
całkiem jakąś inną. Kryształ rozprasza istotę spektrum i tym samym korzysta z 
każdej barwy.  
Burza czerpie siłę z błyskawicy, a czymże ona jest prócz samego światła? Lód 
stanowi  
zagadkę. Na pozór nijak nie czerpie ze spektrum. To fałszywy pogląd. Lód podobny 
jest do  
kryształu - oba rozpraszają kolory. Kryształ wybiera czyste, lód - 
zanieczyszczone. Z  
założenia, to czyni Lodowego gorszym od innych Królów. 
Uśmiechnął się chytrze do Cabe’a, który wiercił się niespokojnie na zdradliwym  
krześle. 
- - Gdzie byłeś przez wszystkie te lata? Zmiana tematu zupełnie zbiła Cabe’a z 
tropu. 
- - Co? 
- Jestem być może jedynym, który z miejsca nie zwróciłby uwagi na pewną  
sprzeczność - to jest, gdybym nie przyjął, że nie żyjesz. Wiem, że dorastanie 
wymaga dużo  
czasu, ale naprawdę... 
Cabe potrząsnął głową. 
- Nie wiem. Nie przypominam sobie niczego dziwnego ani niezwykłego z mojego  
dzieciństwa. 
- Cóż, wrócimy do tego kiedy indziej. Jesteś głodny? Kolejny zwrot w toku 
rozmowy.  
Nie ulegało wątpliwości, że Azran jest tyleż zły, co szalony. Cabe nie 
odpowiedział. Azran  
zrobił niezadowoloną minę. 
- Nie? Boja tak. Muszę powiedzieć, że od czasu odmłodzenia mam apetyt jak Smoczy  
Król! Jesteś pewien, że nie chcesz do mnie dołączyć? Pieczony winozwierz! 
Cabe w milczeniu pokręcił głową. Lepiej biesiadować z samym Złotym Smokiem! 
- W takim razie zostawię cię na pewien czas. Jeśli zmienisz zdanie, odezwij się. 
Jeden  
z moich sług... - wskazał na coś pomykające w ciemności - natychmiast mnie 
powiadomi. Na  
razie, Cabe. 
Czarnoksiężnik nakreślił zawijas w powietrzu i zniknął razem z krzesłem. W  
powietrzu rozszedł się zapach siarki. Młody wiedzmin kichnął. 
Nie pozostawało mu nic innego, jak siedzieć. Siedzieć i myśleć. Co nie znaczy, 
że to  
drugie miało przynieść coś dobrego. Cabe doszedł do wniosku, że jest zbyt 
zależny od innych.  
Posiadał moc, ale był bezradny bez kogoś, kto nauczy go nad nią panować. 
Coś zatrzepotało za oknem. Nie zdziwił się, widząc Poszukiwacza. Nie był pewien,  
czy to ten sam, ale to było nieistotne. Stworzenie wpłynęło przez okno i 
wylądowało  

background image

bezszelestnie na kamiennej podłodze. 
Kilka cieni oderwało się z mrocznych kątów pokoju. Ruszyły w stronę 
Poszukiwacza.  
Skrzydlaty machnął w ich stronę szponiastą ręką. Słudzy zawiśli w powietrzu, a 
potem  
wrócili do swoich gniazd - tyłem! Jak gdyby dla nich bieg czasu zmienił 
kierunek. 
Z niewysłowionym wdziękiem Poszukiwacz przybliżył się do Cabe’a, którego prawie  
kusiło, żeby wypróbować siłę pułapki ojca. Coś jednakże nie pozwalało mu się 
ruszyć. Nie  
strach, jak stwierdził, ale ciekawość. Musiał się dowiedzieć, czego chce ten 
sługa, który nie  
był sługą. Oczywiście, pod warunkiem, że Poszukiwacz nie pragnął jego śmierci. 
Trzeba  
przyznać, że nie miałby z tym kłopotów. 
Poszukiwacz położył rękę na jego głowie. Cabe zesztywniał, ale dotknięcie było  
delikatne. Nie poczuł szarpnięcia, jak ostatnim razem. Skrzydlaty nawiązywał 
łączność.  
Chciał się z nim porozumieć w taki sposób, żeby Azran się nie dowiedział. 
Nie utworzyły się słowa, czego na poły oczekiwał. Zamiast nich pojawiły się 
obrazy.  
Piekielne Równiny, ścieżka wiodąca na południowy zachód do Penacles. Miecz, a 
potem  
Azran. Przesłanie było jasne: Poszukiwacz chciał go uwolnić. On w zamian miałby 
odzyskać  
Rogaty Miecz i zabić nim swego ojca. Młodego wiedźmina trapiła nie walka z 
Azranem - ten  
człowiek był jego ojcem tylko z natury i to nie miłość ich połączyła - lecz 
nikłe szansę na  
zwycięstwo. Azran miał za sobą lata doświadczenia. On nie miał żadnego. Musiało 
być jakieś  
inne wyjście. 
Skrzydlaty wstrząsnął się, zdradzając rozdrażnienie. Przerwał kontakt i wbił 
oczy w  
więźnia. Oczy były prastare i wyniosłe. Postrzegały ludzi jako niższą formę 
życia. To, że  
Azran nagiął Poszukiwaczy do swej wołi, było dla nich największą obrazą. Cabe 
zrozumiał  
wszystko tak dobrze, jakby to ujrzał w postaci obrazów. 
Wracając do okna, stworzenie nawet nie spojrzało na więźnia. Głowę miało lekko  
przekrzywioną na bok, co podkreślało jego naturę szpiega. Kiedy Cabe nie dał 
znaku zgody,  
skrzydlata zagadka wyfrunęła za okno. Tak zwany wiedźmin znów został sam, tym 
razem z  
uszczuplonymi nadziejami. Jeśli istniała jakaś szansa na pomoc ze strony 
Poszukiwaczy,  
zaprzepaścił ją brakiem pewności siebie. 
Zostali wezwani tylko Srebrny, Czerwony i Burzowy. Byli jedynymi godnymi  
zaufania. 
Lodowy dbał tylko o siebie. Smocze Królestwa pochłonąć mogło morze, a jego mało  
by to obeszło. Zielony zezwalał swoim ludziom na zbyt wielką swobodę; żołnierze 
z Zuu  
zasilili armię Gryfa. Kryształowy był niewiadomą i tym samym nie można było go 
włączyć.  
Co do Czarnego... Smoczy Cesarz miał konkretne podejrzenia dotyczące pana 
Szarych Mgieł. 
Nie spotkali się w naturalnych postaciach. W wielkiej komnacie naradzali się 
czterej  
wojownicy. Choć nosili podobne stroje, nietrudno było zgadnąć, który spośród 
njch jest  
najważniejszy. 

background image

- Zdrada! Spiżowy i Żelazny zapłacili za swoją głupotę! Niech będzie to lekcją 
dla  
tych, którzy zechcą sięgnąć po moją władzę! Należy być mi bezwzględnie 
posłusznym! 
Złoty wstał. Pozostali, siedząc przed nim, pokiwali głowami. Każdy wiedział, że  
zbliża się nowy podział królestw; wielu władców nie żyło, a królewskie młode 
czekała długa  
droga do osiągnięcia dojrzałości. Wiadomo też było, że Złoty rozważa przejęcie 
ziem  
Błękitnego i Zielonego, i że każdy z jego sług, który pozostanie mu wierny, 
zostanie  
szczodrze nagrodzony. 
Czerwony najbardziej ze wszystkich wypatrywał zmiany. Złoty niewątpliwie 
podzieli  
królestwa Spiżowego i Żelaznego między siebie a Srebrnego. W takim układzie 
Nadmorski  
Irillian dostałby się Burzowemu, a co ważniejsze, gęsty, bogaty Las Dagora 
przypadłby  
samemu Czerwonemu. Byłaby to miła odmiana po Piekielnych Równinach. To, że takie  
zmiany w strukturze władzy oznaczały upadek jego braci, wcale go nie kłopotało. 
W komnacie była piąta postać, skryta przez cienie oraz przez przepastny kaptur i  
obszerną szatę. Towarzysze Złotego wiedzieli tylko jedno: nie był to smok 
ognisty. Tyle  
potrafili wyczuć. Widmowy gość rozmawiał tylko z cesarzem i częściowo z jego 
powodu  
została zwołana narada. 
Ciekawość nie była przypisana tylko ludzkiej rasie. 
Złoty przypatrywał się zebranym przez otwory w hełmie. Dobrze wiedział, co im  
chodzi po głowach. Należeli do niego. I mieli dobrze mu służyć. Chciwość była 
doskonałym  
narzędziem motywacji. 
- Bierzemy udział w nowej wojnie. Gryf pragnie odrodzić Mistrzów. Nasi bracia  
okazali się zdrajcami. Syn Nathana Bedlama wychodzi z ukrycia i śmie przebąkiwać 
o  
podboju! - Trzasnął pięścią w stół. - Przez niezliczone lata te ziemie należały 
do nas! I  
pozostaną nasze! 
Rozbrzmiały okrzyki poparcia. 
- Otrzymałem informacje dotyczące wiedźmina Azrana. Mieszka wśród nas! Mieszka  
- tak, mieszka - we włościach naszego brata Czerwonego! 
Pan Piekielnych Równin drgnął. Jego dwaj towarzysze zmierzyli go podejrzliwym  
wzrokiem. On odpowiedział im wściekłym spojrzeniem. 
Złoty uśmiechnął się, 
- Spokój, Czerwony! Nie oskarżam cię o zdradę. Czarnoksiężnik mieszka w zamku  
ukrytym przed wzrokiem człowieka, smoka czy zwierzęcia. Na razie. 
Cesarz strzelił palcami. Mroczny gość wysunął się z cieni, jego twarz nadal 
kryła się  
w głębi kaptura. Z fałd szaty wyjął wielki zwój pergaminu. Położył go na stole 
między  
Smoczymi Królami. Rozwinął, ukazując dokładną mapę Smoczych Królestw. 
- - Tutaj! - Złoty Smok położył palec w dolnej części Piekielnych Równin. Inni  
obejrzeli wskazane miejsce, Czerwony najbardziej uważnie. 
- - Tam nic nie ma! Ja sam i moje klany bywaliśmy tam dość często! - Szkarłatny  
monarcha naprawdę się najeżył. - To ziemia wulkanów! 
- - Jest tam zamczysko dawnych ras. 
Na dźwięk tego głosu drżenie przeniknęło Smoczych Królów, nawet Złotego. Był to  
dźwięk grobu, muśnięcie wiatru z krainy umarłych. Nikt nie mógł dłużej niż przez 
chwilę  
patrzeć na nieznajomego. 
Cesarz pierwszy odzyskał panowanie. 

background image

- - To Madrac. Nie musicie wiedzieć nic nad to, że żywi niewiele miłości do 
naszych  
wrogów, gdyż potraktowaliby go nie lepiej niż nas. Zgłębił podziemne sekrety 
zamku i  
nakłania nas do pośpiechu. Widzicie, za jednym zamachem możemy pozbyć się 
ostatniego z  
Bediamów! 
- - Syn i wnuk są razem w murach zamku? - Czerwony obnażył zęby w nieludzkim  
uśmiechu satysfakcji. Nie dość, że odzyska honor, to jeszcze jego czyn pamiętać 
będą  
pokolenia. I zaskarbi sobie względy cesarza. Bez wątpienia Las Dagora wkrótce 
stanie się  
jego własnością. 
Nie posiadający twarzy Madrac znów się odezwał. 
- - Będzie ci trzeba znacznych sił, wielmożny panie Czerwony. Azran ma wśród  
swoich sług Poszukiwaczy. Choć niechętnie poddają się woli pana, niezrównani z 
nich  
wojownicy. 
- - Nie mogę się doczekać bitwy. Wezwę największy z moich klanów i zmiażdżę go! 
- Nie chciałem okazać lekceważenia. Tylko ostrzegam. Złoty popatrzy! na brata. 
- - Przynieś mi zwłoki. Muszą zostać spalone w naszej obecności. Dopiero wtedy  
zyskamy pewność, że nie ma już Bedlamów! - Zrolował mapę i oddał ją wiedźminowi.  
Madrac wycofał się w cień. 
- - Czarny przypuścił szturm na Miasto Wiedzy, oczywiście z nadzieją, że zajmie 
je  
dla siebie. Jest głupcem! Nie może równać się z Gryfem, który, choć mieszaniec, 
przerasta go  
o niebo! Podczas gdy obaj będą się osłabiać, Kyrg przypadnie z tyłu, udając, że 
czeka na  
Tomę. Jeśli Czarny odniesie jakieś sukcesy, Kyrg zadba, żeby to moje legiony 
zajęły miasto i  
biblioteki. W tym czasie hordy szaleńców Czarnego zostaną przetrzebione, a jego 
klany stracą  
siłę. 
- - Co z Tomą? - zapytał z zaciekawieniem Burzowy, w tej chwili częściowo szary,  
częściowo żółty. 
- - Mito Pica jest miastem, które chroniło szczenię Nathana Bedlama w czasie 
jego  
dorastania. Już z tego powodu straciło prawo do istnienia. Toma zrówna je z 
ziemią! 
Coś, co nigdy nie powinno się narodzić, krzyknęło z głębi Kivan Grath. Złoty  
zachował obojętny wyraz twarzy, ale zaklął siarczyście w duchu. Pozostali trzej 
Smoczy  
Królowie rozejrzeli się, wyraźnie poruszeni niesamowitymi dźwiękami. Madrac, na 
wpół  
ukryty w mroku, nie okazał żadnych emocji. 
Cesarz improwizował. Pochylił się w stronę braci. 
- Wiedzcie i zapamiętajcie: jestem władcą Smoczych Królów! Nieposłuszeństwo  
oznacza karę! Zdrada jest równa śmierci! Przekonały się o tym legiony Żelaznego 
i  
Spiżowego! 
Zadrżeli. Złoty z zadowoleniem zmrużył oczy. Niech łamią sobie głowy nad  
nieznanymi sługami swego pana. To pomoże utrzymać ich na wodzy. 
- - Możecie odejść! Bracie Czerwony, postaraj się nie zawieść! Jeśli ci się uda, 
czeka  
cię wielka nagroda, lecz jeśli zawiedziesz, srodze pożałujesz! 
- - Rozumiem, panie! - Władca Piekielnych Równin odszedł ostatni, z umysłem  
zaprzątniętym bogatym życiem Lasu Dagora i tym, co zrobi, kiedy stanie się jego 
własnością. 
Złoty został sam. Sam - pomijając wiedźmina Madraca. 

background image

Cesarz odwrócił się do swego upiornego towarzysza. Jego zdaniem czarnoksiężnik 
był  
jedynym, któremu mógł naprawdę ufać. Madrac mówił tak, jakby zniszczenie i 
śmierć były  
jego chlebem powszednim. Pod wieloma względami byli spokrewnieni duchem. 
- - Nie zapomniałem o tobie, Madracu. 
- - Mam na względzie tylko twe zadowolenie, Królu Królów. 
- - Powinieneś zostać nagrodzony za swoje zasługi. - Złoty nie wspomniał, że  
wiedźmin zostanie nagrodzony śmiercią natychmiast po zażegnaniu obecnego 
kryzysu.  
Pokrewne dusze, możliwe, ale właśnie to czyniło Madraca niebezpiecznym. 
- Wystarczy mi zniszczenie Gryfa i tych nowych Mistrzów. Smoczy pan pokiwał  
głową. Myślał już o czymś innym. 
- Mam wiele do przemyślenia. Na razie możesz odejść. 
Madrac skłonił się i odpłynął w czerń. Niesamowity krzyk najwierniejszego sługi  
Złotego rozległ się raz jeszcze. Pogrążony w myślach cesarz poszedł nakarmić 
swojego  
pupila. Nieliczne pochodnie w komnacie przygasały. Wkrótce miała zapaść 
całkowita  
ciemność. 
W resztkach światła utworzył się cień. Cień przyjął kształt otulonej płaszczem,  
zakapturzonej postaci. Madrac. Choć słudzy Smoczego Cesarza czaili się w 
najciemniejszych  
zakamarkach komnaty, żaden nie wykrył obecności intruza. Wiedźmin wybuchnął 
śmiechem  
śmierci i koszmaru, i po raz pierwszy odsłonił twarz. Nie była to twarz w pełnym 
tego słowa  
znaczeniu. 
Być może się uśmiechnął. Trudno było powiedzieć, zważywszy na rozmyte rysy  
Cienia. 
 
XII 
 
- Kyrg po prostu nic, tylko siedzi. Jego siły nawet nie zostały nadszarpnięte. 
Nie  
rozumiem tego, wielmożny Gryfie. 
Lwioptak odwrócił się do Blane’a. Panowała przerwa w walkach. Byli oblężeni.  
Lochivaryci i ich smoczy dowódcy wystawiali na próbę wytrzymałość obrońców. 
Smoki  
najwidoczniej bały się dalszych akcji w rodzaju tej Jaką Gryf odparł pierwszy 
atak  
powietrzny. Wkrótce sytuacja ulegnie zmianie, jeśli pan Penacles nie zdoła 
przełożyć na  
zwyczajną mowę tego, co wyczytał w księgach. Do kroćset, dlaczego akurat rymy i 
poezja? 
Jedna pociecha: im dłużej smoki zwlekały, tym trudniej było zapanować nad 
ludzkimi  
fanatykami. 
- - Kyrg - powiedział - czeka na księcia Tomę. Toma w chwili obecnej niszczy 
Mito  
Pica. 
- - Co? - Blane upuścił hełm, który trzymał pod pachą. - Mito Pica? Nie możemy 
nic  
zrobić? 
- - Nic. Zaklęcia, które uważałem za skuteczne, okazały się niewystarczające. 
Nic  
dziwnego, że Purpurowy Smok nie zdołał od razu zabić Nathana Bedlama. Większość 
z tych,  
którzy studiują księgi, myśłi w kategoriach ogółów, nie szczegółów. Jestem coraz 
bardziej  

background image

przekonany, że w celu uzyskania tego, co naprawdę chce się otrzymać, trzeba być 
bardzo  
precyzyjnym. Jeśli nie, biblioteki będą się bawić. 
- - Dlaczego nikt nigdy nie spisał zaklęć w prostszej formie? Zapewne jeden z  
władców tego miasta... 
- - W ciągu trzech dni znika każda kopia danej strony. A ten, kto ją odczytał,  
zapomina, co na niej było. Domyślam się, że to swego rodzaju zabezpieczenie. 
Pokryta szramami twarz dowódcy stała się jeszcze brzydsza. 
- Ha! Magia! Dajcie mi prostą wojnę! 
Patrząc na nieprzebrane szeregi wroga, Gryf potrząsnął głową. 
- Nie ma prostych wojen. 
Do pokoju wszedł adiutant. Kiedy nie odwrócili się ku niemu, chrząknął nerwowo. 
Blane popatrzył na niego. 
- O co chodzi? 
Adiutant pobladł. Oblicze dowódcy mroziło niejednego z podkomendnych. 
- Przepraszam, przyszedłem porozmawiać z wielmożnym panem Gryfem w sprawie  
wielmożnej Pani Gwen. 
Lwioptak okazał zainteresowanie. 
- - Poszedłem po nią, jak rozkazałeś. Najpierw zajrzałem do jej komnaty, a potem 
do  
kwatery jej zaginionego towarzysza. Nie znalazłem jej. 
- - To ciekawe. - Gryf szarpnął sierść pod dziobem. - Co dalej? 
- - Poprosiłem... poprosiłem innych o pomoc. Przeszukaliśmy wszystkie pokoje. Na  
próżno. Potem odkryłem prawdę. 
- To znaczy? - Blane tracił cierpliwość. Żołnierz, już blady, zbielał jak kreda. 
- - Wypytała twojego szpiega, wielmożny Gryfie, nim ty to uczyniłeś. Dowiedziała  
się, że Mito Pica pada pod naporem smoczych sił Tomy. Pewien służący podsłuchał 
ich  
rozmowę, ale milczał ze strachu przed mocami Pani. 
- - Zrozumiałe. Dalej. 
- - Wpadła we wściekłość. Szpieg wzruszył ramionami i odszedł. Tylko ten sługa  
słyszał jej ostatnie słowa. Zamierzała wyprawić się do Mito Pica! 
Z gardła Gryfa wyrwało się gniewne warczenie. Ludzie ze strachu cofnęli się 
przed  
rozgniewanym władcą. W tej chwili w umyśle Iwioptaka niewiele było rozsądku. 
Dopiero po  
paru sekundach zdołał się opanować. 
- Czyżbyśmy byli na tonącym okręcie, że nasi sprzymierzeńcy znikają jeden po  
drugim? - rzucił bardziej do siebie, niż do nich. - Mito Pica jest skończone! 
Tego, czego szuka  
Gwen, najpewniej już tam nie ma? Może przypłacić życiem swoją głupotę! 
- - A czego szuka? - zaciekawił się Blane. 
- - Cabe Bedlam dorastał w pobliżu Mito Pica. Przez kilka pokoleń. Dlaczego i 
jak,  
pozostaje pytaniem. Nikt o tym nie wiedział, dopóki przypadkiem nie natknął się 
na niego  
jeden ze Smoczych Królów. Pani jak się wydaje wierzy, że zdoła zebrać informacje 
o jego  
przeszłości i że one być może pomogą jej uratować go z rąk Azrana. Marna 
nadzieja, nawet w  
najlepszym wypadku, ale ona kieruje się bardziej uczuciem niż logiką. Powinienem 
się tego  
spodziewać. 
Dowódca z Zuu zakaszlał chrapliwie. 
- Co teraz zrobimy? 
Gryf rozejrzał się po pokój u. Do miasta wsączały się Szare Mgły. W 
pomieszczeniach  
panował półmrok, choć w tych zajętych przez wojsko paliło się więcej lamp niż 
zwykle. 
- - Słyszałem ludzi, którzy mieli taki sam paskudny kaszel. Teraz mnie uderzyło, 
że  

background image

brzmi aż nazbyt znajomo. 
- - Co to takiego? 
- - Szare Mgły wysysają z nas siły. Słabniemy, podczas gdy Lochivaryci oddychają  
swobodnie. Mnie nic się nie stanie, ale reszcie miasta grozi niebezpieczeństwo. 
- Podszedł do  
okna i popatrzył na Penacles. - To będzie krótkie oblężenie. Albo przełamiemy je 
w ciągu  
przyszłego tygodnia, najwyżej dwóch, albo sprawimy im tyle kłopotu, co chore 
niemowlęta. 
Blane zdobył się na ponury uśmiech. 
- - Zbiorę ludzi... 
- - Nie. To byłaby rzeź. Kluczem jest odnalezienie źródła Szarych Mgieł. Gdybym  
tylko... - Gryf urwał. - To możliwe! Blane! Proszę, powiadom generała Toosa, że 
przez parę  
następnych godzin będę w bibliotekach! 
- - Dlaczego? 
- - Być może mylnie wziąłem ogień za powietrze! - Lwioptak wybiegł z pokoju. 
Blane wzruszył ramionami, zakasłał i podniósł upuszczony hełm. 
- Twierdzi, że Szare Mgły nie mają na niego wpływu, a zachowuje się tak, jakby  
zmąciły mu zmysły, Zuu-kala uchowaj! 
Gobelin został przeniesiony do komnaty leżącej w głębi pałacu, w bardziej 
bezpieczne  
miejsce. Choć w rzeczywistości Gryf pędził biegiem przez budowlę, miał wrażenie, 
że  
pełznie niemrawo. Kierował się tylko domysłem, najprawdopodobniej niesłusznym. 
Mimo  
wszystko to wiele by wyjaśniało, na przykład jak Lochivar przemienił się z 
czystego,  
pokojowego kraju w ponure, upiorne pustkowie. Zdumiewał się, że ta myśl 
wcześniej nie  
przyszła mu do głowy. 
Tym razem biblioteki mieściły się w centrum miasta. Dokładnie w samym środku.  
Zastanowił się, czy nie jest to wskaźnikiem rosnącego zagrożenia. 
Znalazł się w korytarzu jednej z bibliotek nawet nie zauważając zmiany miejsca  
pobytu. Gnom czekał cierpliwie. To dla Gryfa nie było żadną niespodzianką, ale 
zdziwił się,  
gdy zobaczył, co bibliotekarz trzyma w rękach. Błękitną księgę - a nawet nie 
prosił o jej  
wyszukanie! Była otwarta, starożytne pismo zapełniało dwie widoczne stronice. 
Lwioptak  
zmierzył wzrokiem strażnika księgozbiorów. 
Nawet nie mrugnąwszy, gnom bez wahania podał mu księgę. 
- To dla zaoszczędzenia wielce ci potrzebnego czasu, wielmożny Gryfie. 
Minął dzień. Cabe nadal siedział na krześle. Stawało się boleśnie niewygodne, 
ale  
zaklęcie wstrząsowe Azrana mogło być dużo gorsze - to nie ulegało kwestii. Z 
pełnym  
brzuchem byłoby mu łatwiej; mógł przyjąć zaproszenie. Ojciec najwidoczniej o nim  
zapomniał. 
Nie na długo. Z lekkim powiewem siarki, Azran i jego tron zmaterializowali się 
nie  
dalej niż trzy stopy od Cabe’a. Po twarzy czarnoksiężnika błąkał się uśmiech. W  
najmniejszym stopniu nie podniosło to jeńca na duchu. 
- - I cóż, mój synu, jak czujesz się dzisiaj? 
- - Mogę wstać? 
- - Tak myślę. 
Azran machnął ręką. Cabe widział, jak powietrze wokół niego skrzy się i migocze.  
Kiedy wszystko wróciło do normy, podniósł się ostrożnie. Bolała go każda część 
ciała.  
Wyprostował się powoli... 
...i skoczył na Azrana. 

background image

Trudno zrobić cokolwiek, gdy człowiek unosi się w powietrzu. Cabe przekonał się 
o  
tym w mało przyjemny sposób. Jego ojciec spochmurniał, zakręcił palcem i 
patrzył, jak  
bezradna ofiara obraca się wokół osi. 
- Jestem rozczarowany, Cabe. Naprawdę myślałem, że potrafisz się zachować. - 
Twarz  
Azrana pociemniała. - Widzę, że słowami nie zdołam cię przekonać. Szkoda. Będę 
musiał  
zastosować bardziej drastyczne środki. 
Cabe został bezceremonialnie rzucony na ziemię. Złowieszczy wiedźmin pogładził  
czarną połówkę brody. Dochodził do wniosku, że ten chłopak jest zbyt podobny do 
Nathana. 
- Wiesz, wczoraj stwierdziłem, że trudno mi się z tobą dogadać. Więzy rodzinne 
nigdy  
nie były moją mocną stroną, ale chyba już o tym słyszałeś. 
Z całkowicie zaburzonym zmysłem równowagi, Cabe rozpaczliwie próbował oderwać  
podłogę od własnej twarzy. Nie zwrócił większej uwagi na słowa ojca. Azran, 
pogrążony w  
zadumie, tego nie zauważył. 
- Po drugiej próbie nie widzę innej rady, jak bezzwłocznie przedstawić ci 
ciemniejszą  
stronę spektrum. Kiedy ujrzysz, jaka jest skuteczna i satysfakcjonująca, bez 
wątpienia nigdy  
nie zapragniesz odwrotu. Wiem z własnego doświadczenia. - Oczy Azrana rozjarzyły 
się  
dziwnym światłem. 
Zdolny wreszcie rozpoznać różnicę między dołem a górą, Cabe dźwignął się na  
kolana. Umknęła mu większość z tego, co mówił jego ojciec, ale jedno zapadło weń 
głęboko.  
Azran chciał pchnąć go na ciemną ścieżkę mocy. Spróbował wstać; nogi rozjechały 
się każda  
w swoją stronę. Nadal kręciło mu się w głowie. 
- Nie! - Słowo samo wyrwało się z ust, a głos był jego i zarazem nie jego. 
Odziana w czerń postać ojca poleciała w tył, razem z krzesłem, na kamienną 
ścianę.  
Jedynie refleks uchronił czarnoksiężnika przed strzaskaniem czaszki. Zniknął na 
chwilę przed  
zderzeniem z murem. Krzesło z hukiem walnęło w kamień. Upadło na podłogę, 
rozbite na  
niezliczone kawałki. 
Cabe zemdlał. 
Chwilę później Azran powrócił. Zawył wicher i błyskawica przemknęła przez pokój.  
Czarnoksiężnika spowił błyszczący pancerz. Ugiął nogi w kolanach, gotów do walki 
na  
śmierć i życie. Z początku nie zauważył skulonego chłopaka. Obracał głowę we 
wszystkie  
strony, wypatrując nowej napaści. 
Kiedy upłynęło nieco czasu i nadal panował spokój, zły wiedźmin wreszcie 
ochłonął  
na tyle, by dostrzec, że jego przeciwnik jest nieprzytomny. Czary zniknęły 
prawie  
natychmiast, ku uldze kilkorga nie dających się opisać i wybitnie poruszonych 
sług. 
- Mój syn, ha! Jesteś Nathanem, ciałem i duszą, i tym samym nic mi po tobie! 
Warcząc, Azran cisnął piorunem czystej siły w bezwładne ciało. Ciało odbiło  
błyskawicę, która utworzyła nowe okno w przeciwległej ścianie. Zaskoczony 
wiedźmin  
ponowił próbę. Przez dziurę powstałą w suficie kilka mrocznych stworzeń 
natychmiast  

background image

ewakuowało się do bezpieczniejszych części zamku. Azran cofnął się i szarpnął 
srebrną  
połówkę brody. Wiedział, że chłopak ma potencjał niesłychanej mocy, ale to nie 
wyjaśniało  
biegłości, z jaką się nią posługiwał - opanowanie tej sztuki zajmowało adeptom 
całe lata.  
Cios, który niemal zakończył karierę Azrana, nie był surową siłą. Przed 
osiągnięciem  
właściwego celu zneutralizował kilka zaklęć ochronnych. Nekromanta uszedł z 
życiem tylko  
dzięki temu, że w przeciwieństwie do niektórych czarnoksiężników dodał pewien 
kruczek do  
osobistych czarów ochronnych. Zyskał dość czasu, żeby przenieść się w inne 
miejsce, zanim  
niewidzialna magiczna siła roztrzaska go o ścianę. 
Jasne, że sprawcą był Nathan. Atak był jednoznaczny jak podpis. Jego stylu nikt 
nigdy  
nawet nie próbował skopiować. To wymagało biegłości i znacznej mocy. 
Azran zdał sobie sprawę, że rozważania te prowadzą donikąd. Jego syna chroniła  
Skorupa Żółwia, silna osłona, która mogła zostać wzniesiona naturalnie. Próba 
jej  
spenetrowania byłaby stratą czasu i energii. Poza tym, chłopak - chłopak? po 
kilku  
pokoleniach? - był bezradny. Nie mógł odejść, dopóki osłona nie zniknie, a 
wówczas  
ucieczka będzie niemożliwa, ponieważ Azran zastawi na niego zaklęcia, które 
natychmiast  
uderzą. Nie, choc w tej chwili bezpieczny, Cabe nadal był jego więźniem. 
Przy oknie wychodzącym na Piekielne Równiny rozległo się trzepotanie. Jeden z  
Poszukiwaczy zachowywał się niezwykle. Azran skierował uwagę na stworzenie, 
ruchem  
dłoni zezwalając mu wejść. Skrzydlaty wleciał przez okno i stanął na podłodze. 
Ukląkł przed  
wiedźminem, a grzebień dygotał mu z podniecenia. Zaciekawiony Azran położył rękę 
na jego  
głowie. 
Horda smoków. Prawdę mówiąc, cała armia ciągnąca w grupach ze wszystkich stron.  
Ku... ku zamkowi! Wiedźmin oderwał rękę. Nadciągał Czerwony Smok. Po niego. 
Jakimś  
sposobem wyszło na jaw położenie jego zamku. Zakładał, że czary starożytnych 
potęg  
wystarczą, żeby go ukryć. Wyglądało na to, że nie miał racji. Ktoś powiadomił 
Smoczych  
Królów. Teraz sądzili, że niczego nie podejrzewa i że jest bezbronny. Miał im 
udowodnić, że  
w obu przypadkach straszliwie się mylą. 
Odprawił Poszukiwacza po przykazaniu mu, żeby przygotował swoich pobratymców  
do walki. Nie wiedział, czy skrzydlaci sprostają zadaniu. Posiadali wolę i moc, 
ale byli  
nieliczni. Nie, zadecydował, sam weźmie udział w bitwie i błyskawicznie rozprawi 
się z  
Czerwonym Smokiem. Do tego będzie potrzebować miecza. 
Ciało leżało bez ruchu. Zadowolony, że jego syn nie wymknie się czarom, jakie  
rozpiął wokół Skorupy Żółwia, mroczny wiedźmin udał się do swego sanktuarium. Ta 
bitwa  
oznajmi światu, że tutaj jest siła, z którą należy się liczyć. Źe on, Azran, 
jest niezwyciężony. 
Szedł z głową pełną marzeń o przyszłej wielkości. Gdyby - i tylko gdyby - nie 
popadł  
w roztargnienie, mógłby zobaczyć niewielkie światełko, które utworzyło się z 
niczego na  

background image

środku pokoju, nie dalej niż trzy stopy od Cabe’a. Zaklęcie unikania zmyliło 
liczne pułapki  
zastawione na leżącą na podłodze postać. Potem, jak gdyby wyłaniając się z 
samego płaszcza,  
ukazał się mroczny czarnoksiężnik zwany Cieniem. Rozejrzał się dokoła. 
Być może uśmiech skrzywił jego usta. Jak zaplanował, mieszkańcy starożytnego  
zamczyska zajęci byli przygotowaniami do obrony. Hordy Czerwonego Smoka lada 
moment  
miały pojawić się w zasięgu wzroku. Kiedy rozgorzeje bitwa, Cień zabierze Cabe’a 
i  
odejdzie. Nie było dla niego ważne, kto okaże się zwycięzcą. I wojska Smoczych 
Królów, i  
siły Azrana poniosą uszczerbek, a to było bardziej niż satysfakcjonujące. 
Cień pochylił się, żeby zbudzić Cabe’a. Natychmiast odepchnęła go skorupa 
czystej  
mocy. Po twarzy zakapturzonego wiedźmina przemknęło krótkotrwałe jak mrugnięcie, 
acz  
wyraźne zdumienie. Nie spodziewał się czegoś takiego. Narażało na 
niebezpieczeństwo ich  
obu. On najprawdopodobniej by przeżył, ale nie zależało mu na torturach z rąk 
Azrana. Cabe  
nie miałby najmniejszych szans. 
Gdzieś’ na zewnątrz, wysoko, powietrze wypełniły krzyki Poszukiwaczy, którzy  
dostrzegli nadciągającego wroga. Niezależnie od tego, że takie mieli rozkazy, 
sami gotowi  
byli bronić fortecy do ostatniej kropli krwi. Z tą ziemią łączyła ich więź 
mocniejsza od  
każdego zaklęcia. Najeżdżanie ojczystych ziem skrzydlatych równało się 
zapraszaniu śmierci.  
Tylko błyskawiczny refleks uratował Azrana przed ponurym losem. Smocze stada nie 
będą  
miały takiego szczęścia. 
Cichy jęk uczulił Cienia na fakt, że Cabe odzyskuje czucie. Miał nadzieję, że 
rozum  
wróci mu równie szybko. 
- Cabe! - Nawet szept zdawał się trząść ziemią. Pocierając głowę, Cabe siłą 
otworzył  
oczy i z oszołomieniem popatrzył na otaczającą go dziwną klatkę barw. Jakby 
tęcza oszalała.  
Jasne odcienie krzyżowały się tu i ówdzie, otaczając go. Odwrócił się, z trudem 
koncentrując  
spojrzenie na pobliskiej postaci. Kiedy zrozumiał, kto to jest, niemal chciał 
wyrwać się spod  
osłony. Tylko ostrzeżenie Cienia powstrzymało go przed bezcelowym rzuceniem się 
na  
zaporę. 
- - Nie w ten sposób, Cabe. Musisz zdjąć zaklęcie. 
- - Zdjąć zaklęcie? Azran... 
Mroczny wiedźmin podniósł skrytą w rękawicy dłoń. 
- - To nie robota Azrana. Skorupa Żółwia jest czysto obronnym czarem. Tylko ty  
mogłeś go rzucić! 
- - Az... 
- Cicho! Jeśli zbyt wiele razy wypowiesz jego imię, może to zauważyć, nawet w  
gorączce bitwy! 
- - Jakiej bitwy? Cień warknął. 
- - Później ci powiem! Jeśli się uwolnisz! 
Cabe postanowił nie wspominać, że brakuje mu doświadczenia czy też treningu i  
raczej trudno spodziewać się, że uwolni się po prostu myśląc o tym, żeby skorupa 
zniknęła. 
Skorupa Żółwia zniknęła. 
Cabe podniósł się, zaintrygowany. Choć nogi mu drżały, tym razem stanął  

background image

wyprostowany. 
- To wszystko, co musiałem zrobić? 
Jego towarzysz zawahał się przed udzieleniem odpowiedzi. 
- Tak, to wszystko. 
Zaalarmowały ich dzikie ryki nieludzkich wojowników. Smocze stada pana  
Piekielnych Równin starły się z Poszukiwaczami i innymi sługami Azrana. 
Rozlegające się  
dźwięki mroziły do szpiku kości. Cabe nie miał najmniejszej ochoty choćby rzucić 
okiem na  
toczącą się na zewnątrz bitwę. 
- Chodź! - Cień wyciągnął rękę. 
Nie wiadomo skąd i jak, w powietrzu pojawiło się rozdarcie, które rozszerzało 
się, aż  
obaj mogli się w nim zmieścić. Wiedźmin szedł pierwszy. Cabe’a kusiło, żeby 
dotknąć  
skrajów rozdarcia, ale doszedł do wniosku, że lepiej nie ryzykować. Załóżmy, że 
szczelina  
zamknie się, gdy ręka będzie jeszcze w pokoju. Co wtedy? Ta myśl nie była 
przyjemna. 
Znaleźli się w miejscu, które nie było miejscem. Cień zatrzymał się na chwilę, 
żeby  
udzielić Cabe’owi ostrzeżenia. 
- Jesteśmy w czymś, co bliskie jest temu, co ludzie nazywają piekłem. Trzymaj 
się  
mnie mocno i nie zważaj na nic, co usłyszysz! Jeśli się zgubimy, możesz nigdy 
nie znaleźć  
wyjścia! 
Ruszyli. Cabe spojrzał pod nogi, próbując zobaczyć, po czym stąpa. Było to jak  
patrzenie w nicość. Mglisty nie-świat. Zastanowił się, czy gdyby się puścił, to 
czy spadałby  
przez wieczność? 
Głosy dotykały go. Wołały do niego. Błagały. Śmiały się i płakały. Nie głośno. 
Dużo  
gorzej. Tuż ponad dolną granicą słuchu. Szepty zewsząd. Każdy domagał się uwagi 
i  
próbował go zdekoncentrować. 
Jeden zabrzmiał jak stentorowy głos Czarnego Konia. Cabe wytężył słuch, ale jego  
przewodnik w tej samej chwili pociągnął go do przodu. Głos zatracił się, nowe 
zajęły jego  
miejsce. Cabe modlił się, żeby nie oszaleć przed powrotem do rzeczywistości. 
Wieki. Wydawało się, że idą już całe wieki. Cień był milczący i niezwykle 
szorstki.  
Najwyraźniej głosy na niego też wywierały wpływ. Zważywszy na przekleństwo, być 
może  
nawet większy niż na Cabe’a. Musiał, bez wątpienia, spędzać tu sporo czasu. 
- Tam! 
Głos Cienia zagłuszył szepty. Cabe zmrużył oczy, patrząc w kierunku wskazanym  
przez zakapturzonego towarzysza. Zobaczył maleńką, niemal niewidoczną iskierkę 
światła.  
Wydawała się nieznacząca, dopóki człowiek nie uświadamiał sobie, że w tym 
koszmarnym  
nie-świecie nie istnieje żadna inna forma oświetlenia. Ze wznowionym entuzjazmem 
ruszyli  
w kierunku plamki jasności. 
Powiększała się jakby skokami. W tym miejscu odległość nie miała realnego  
znaczenia. To, co leżało daleko, chwilę poz’niej znajdowało się tuż obok, i na 
odwrót. Dotarli  
do łaty blasku niemal niespodziewanie. 
Cień sięgnął w światło wolną ręką. Światło uformowało się w kształt łzy. Zza 
pleców  

background image

towarzysza Cabe dostrzegł skalisty krajobraz. Czymkolwiek była ta kraina, 
migotała. Skrzyła  
się jak diament. 
Przeszli na drugą stronę. Cabe był bardziej niż szczęśliwy, gdy tylko mógł 
usiąść.  
Cień zamknął rozdarcie w rzeczywistości i odwrócił się do młodego wiedźmina. 
Wyraz jego  
twarzy, oczywiście, był nieodgadniony. 
- Odpoczniemy tutaj przez chwilę. - Usiadł naprzeciwko Cabe’a. Grunt był 
skalisty i  
nierówny, ale obu udało się znaleźć wygodne miejsca. 
Teraz, gdy było po wszystkim, Cabe miał parę pytań do Cienia. 
- Simon... Cieniu, co się z tobą stało? Myśleliśmy, że umarłeś wraz z 
Poszukiwaczem! 
- Niełatwo mnie zabić. Choć czar był silny, moje osobiste zaklęcia obronne 
zdołały  
mnie uchronić. Zostałem rzucony w próżnię między światami. Można by powiedzieć, 
że  
umarłem. 
Cabe zadrżał, wspominając przekleństwo mrocznego wiedźmina. 
- - Dzięki niech będą bogom, że tak się nie stało! Cień być może pokiwał głową. 
- - Tak. Dzięki bogom. 
- - Kto zaatakował warownię Azrana? Wyraźny śmiech. 
 
- - Smoczy Królowie. Przekazałem im informacje, wiedząc, że zapewnią mi zasłonę  
dymną, jakiej potrzebowałem, żeby cię uwolnić. Z ochotą poszli mi na rękę. 
- - Skąd wiedziałeś, gdzie jest Azran i że mnie porwał? 
- - Moje moce są dużo starsze od obecnych. To niekiedy zapewnia mi przewagę. A  
niekiedy działa na moją niekorzyść. 
Cabe nie drążył tematu, który dla Simona wyraźnie był przykry. 
- Czarny Koń zniknął w tym samym czasie, co ty. 
Jego towarzysz zawahał się przed udzieleniem odpowiedzi. 
- - Obawiam się, że Czarny Koń mógł się zgubić. 
- - Zgubić się? Gdzie? 
- - Pustka między światami jest ogromna. Choć straszny rumak tworzy jedność z 
tym  
miejscem, może zostać wygnany do niego na zawsze. A właściwej drogi na zewnątrz 
można  
szukać przez całą wieczność. Być może widzieliśmy go po raz ostatni. - Cień 
pochylił głowę. 
Cabe żałował, że lepiej nie poznał tego stworzenia. Mimo demonicznego wyglądu, 
był  
pewien, że serce Wieczystego - jeśli Czarny Koń miał serce - było we właściwym 
miejscu. 
Lekki ruch przyciągnął jego uwagę. Coś - było za daleko, żeby zobaczyć wyraźnie 
-  
zniknęło niemal w tej samej chwili. Nie wiadomo, czy było to zwierzę, czy 
człowiek. Cabe  
zawołał do swego towarzysza, po cichu, żeby nie usłyszał nikt inny. 
- Cieniu! Coś nadchodzi! 
Zakapturzona głowa podniosła się powoli, jak gdyby nie działo się nic 
nienormalnego. 
- Możesz to opisać? Cabe pokręcił głową. 
- - Było wielkie. Jak niedźwiedź, ale nie takie niezdarne. Widziałem tylko 
zarys, nic  
konkretnego. 
- - Lepiej uważajmy. Miałem niewielki wpływ na wybór miejsca. 
- - Dlaczego? Gdzie jesteśmy? - Ulga szybko ustąpiła zaniepokojeniu. 
- - Na Półwyspie Legar. Na ziemi Kryształowego Smoka. 
Ulga pierzchła. Kryształowy Smok był jednym z niewielu Królów, którzy nie mieli  

background image

nijakiego kontaktu z ludźmi. Lodowy nienawidził ludzkości. Zielony rozmawiał 
tylko z  
leśnymi elfami. Kryształowy - Kryształowy prócz swoich klanów nie miał innych 
poddanych.  
Przynajmniej tak uważano. 
To coś zdecydowanie nie było ludzkie. Cabe popatrzył na Cienia. Czarnoksiężnik  
siedział w milczeniu, jakby kontemplował naturę wieloświata. Gdy Cabe chciał się 
odezwać,  
Cień palcem nakazał mu zachowanie ciszy. 
Po cichu wyszeptał: 
- Zbliża się. Zaufaj mi. 
„To wystawi moje zaufanie na najwyższą próbę” - pomyślał Cabe, ale nie 
powiedział  
tego na głos. Jego towarzysz być może się uśmiechnął. Młody wiedźmin skupił 
uwagę na  
nadchodzącym intruzie. 
Zniknął. 
Cabe zaczął się podnosić. Cień położył mu rękę na ramieniu i powstrzymał go. 
Cabe  
popatrzył na niego pytająco. W odpowiedzi starszy wiedźmin bez słowa wskazał 
ręką za  
młodszego towarzysza. Cabe odwrócił się. 
Pancernik. Pancernik wyższy niż człowiek i stojący na dwóch nogach. Do obrony 
miał  
gruby pancerz i dwie kończyny uzbrojone w ostre, długie na palec pazury. 
Brudnobrązowy,  
nie miał ogona, co stało w sprzeczności z jego skądinąd zwierzęcym wyglądem. 
Stworzenie spojrzało na nich z wściekłością. 
Cień wysunął się do przodu i zaczął hukać dziwacznie. Ciężko opancerzony potwór  
patrzył na niego cierpliwie, a kiedy wiedźmin zamilkł, odpowiedział w ten sam 
sposób, tylko  
że jego odgłosy były dużo niższe. Potem odszedł. Cień pokiwat głową i pochylił 
się do  
Cabe’a. 
- - Mówi, że zaprowadzi nas w lepsze miejsce. Tutaj zbyt często zaglądają 
patrole  
Smoczych Królów. - Jego głos brzmiał dziwnie płasko. 
- - Co to jest? 
- - Quel. Niegdyś Quele zamieszkiwały większość Smoczych Królestw. Teraz tylko  
Półwysep Legar stanowi resztki imperium, które w przeszłości rywalizowało z 
cesarstwem  
smoków. 
Cabe chciał zapytać o więcej, lecz przeszkodził mu niespodziewany powrót Quela.  
Towarzyszył mu drugi, niemal identyczny, choć szerszy i nieco niższy. Złośliwość 
błyszczała  
w ich obcych oczach. Czarnych jak pustka, pomyślał. 
Quele połyskiwały lekko jak całe ich otoczenie. Cabe najpierw uważał, że to  
naturalne. Zmienił zdanie, gdy dostał cienki płócienny płaszcz usiany drobnymi, 
skrzącymi  
się diamentami. Kupcy w Mito Pica czy w Penacies zapłaciliby za niego fortunę. 
Pierwszy  
Quel dał znać, że Cabe powinien go założyć. Cień owinął płaszcz z kapturem 
podobnym  
materiałem. 
Cud, że ten człowiek nie umarł z gorąca. 
- - Po co te płaszcze? 
- - Kryształy uginają i zakręcają światło, a co ważniejsze, zaklęcia. Poza tym 
służą  
za kamuflaż. W ten sposób Quele wtapiają się w otoczenie. Nawet Kryształowy Smok 
nie  

background image

może ich znaleźć. Będąc ludźmi, potrzebujemy ubrań. Quele noszą zewnętrzne 
pancerze.  
Zmieniają je w miarę wzrostu. W szczelinach osadzają różnorodne kryształy. 
Stworzenie o złowieszczych oczach ze złością machnęło łapą. Chciało, żeby się  
pospieszyli. Cabe zauważył, że drugi Quel ustawił się za nimi. Nie sądził, że 
zrobił to po to,  
by chronić ich przed Smoczymi Królami. 
Poruszały się szybko jak na tak ciężkie i niezgrabne istoty. Cabe i Cień, 
fizycznie i  
psychicznie osłabieni po podróży przez ciemny nie-świat, z trudem dotrzymywali 
im kroku.  
Nie odzywali się, żeby oszczędzać siły. 
Po pokonaniu niezliczonych, podobnych do siebie wzgórz - Cabe był niemal pewien,  
że Quele celowo wodzą ich w kółko - dotarli do raczej niedużej dziury w pagórku. 
Stworzenie  
idące na czele wskazało na otwór, potem na nich. Wiadomość była jasna. Cień 
wszedł  
pierwszy. Cabe szybko podążył za nim. 
Młody wiedźmin spodziewał się, że zobaczy ciemną i wąską norę. Rzeczywistość  
przerosła jego oczekiwania. Po krótkim odcinku, który musieli pokonać na 
kolanach, tunel  
rozszerzył się w korytarz nie tylko wybrukowany, ale o ścianach tak gładkich, że 
nie mogły  
być dziełem ludzkich rzemieślników. Cabe dostrzegł też coś, co uznał za fragment 
wielkiej  
budowli wzniesionej w grocie, która otwierała się przed nimi. Zastanawiał się, 
jak wielkie  
były podziemne siedziby tych opancerzonych stworzeń. 
Cienia ogarnęło zniecierpliwienie. Przyspieszył, zrównał się z Quelem, a nawet 
go  
wyprzedził. Wielki zwierzolud przytrzymał go opancerzoną, szponiastą dłonią. 
Mroczny  
czarnoksiężnik zwolnił i zajął swoje miejsce w szeregu. Zatrzymali się przed 
jaskiniowym  
miastem. 
Dom Gwen złożony z naturalnej skały, drewna i roślin był baśniowy, a jednak 
bladł w  
porównaniu z widokiem, który roztaczał się przed oczami Cabe’e. Patrzył na 
prawdziwą  
metropolię wyciętą z ziemi i skały. Wieże, które zaczynały się w najdalszej 
głębi, pięły się na  
spotkanie z wysokim, płaskim stropem jaskini. Żaden ludzki zamek ani forteca nie 
były tak  
wysokie jak najbliższa z wież, ale nawet ta wydawała się mała w zestawieniu z 
dalszymi.  
Każda budowla błyszczała od szlachetnych kamieni - pokrywało ją niewyobrażalne  
bogactwo. Co dziwne, w całym tym połyskliwym mieście nie zauważyli żadnego znaku 
życia. 
Szerszy z dwóch Queli zahukał nisko. Jego towarzysz odpowiedział w pośpiechu. 
Nie  
mogli się w czymś zgodzić. Wyższy chciał wejść prosto do miasta, drugi wskazywał 
ścieżkę,  
która biegła wzdłuż jaskini, często ginąc w skalnych korytarzach. Cień ze 
złością zagadał coś  
w osobliwym języku stworzeń. Szerszy z nich wreszcie wygrał. Cabe z tęsknotą 
popatrzył na  
miasto, mając nadzieję, że zobaczy je później. 
Szli całe wieki. Cabe był zdumiony energią pozostałych; sam był bliski omdlenia,  
poza tym nie jadł od długiego czasu. Tylko duma - nie wspominając o odrobinie 
strachu -  

background image

trzymała go na nogach. W pewnym miejscu Cień wysunął się na czoło. Tym razem 
Quel nie  
protestował. 
Te tunele były podniszczone i zakurzone, jak gdyby nie używane od długiego 
czasu.  
Rodziło się pytanie, czy ich użytkownicy jeszcze żyją. W mieście, w tym krótkim 
czasie, jaki  
Cabe miał na obserwację, nie pojawiło się żadne stworzenie. Z drugiej strony, to 
wcale nie  
musiało dowodzić, że miasto jest wymarłe. 
Dotarli do kolejnej groty, wielekroć mniejszej od tej mieszczącej miasto, lecz 
mimo  
wszystko ogromnej. Ściany pokryte były tysiącami, inkrustowanych kryształami 
skalnych  
brył wielkości człowieka. Tutaj czuć było zapach zwierząt, wielu zwierząt. Cabe 
z drgnieniem  
zauważył, że ten sam zapach jest właściwy dwóm Quelom. 
- Gdzie jesteśmy? 
Nie spodziewał się odpowiedzi, ale Cień mu jej nie poskąpił. 
- - W miejscu spoczynku Queli. 
- - Tutaj chowają zmarłych? 
- - Nie, tutaj przebywa ich rasa. 
Cabe popatrzył na niego, ale, jak zwykle, próba odczytania czegokolwiek z jego  
twarzy nie przyniosła rezultatu. Wiedźmin wskazał na ściany jaskini. 
To, co uważał za bryły, w rzeczywistości było Quelami. Przywierały do ścian, ich  
usiane kryształami pancerze przylegały ściśle jeden do drugiego. Głowy były 
ledwo  
widoczne, a kończyn wcale nie było widać. Cabe potrafił powiedzieć tylko tyle, 
że śpią.  
Świadczyły o tym ich nieznaczne ruchy. 
- Są pogrążeni we śnie, Cabie Bedlamie. Czekają na czas, by powstać raz jeszcze  
przeciwko swoim odwiecznym wrogom, smokom. Tylko garść strażników stale czuwa.  
Reszta będzie spać, dopóki nie zostanie złamany czar, który ich wiąże. 
- Skąd wiesz to wszystko? 
Cień roześmiał się. Cabe’owi umknęła przyczyna jego wesołości. 
- - Pozostały mi pewne wspomnienia, mimo śmierci niezliczonych przeszłych  
wcieleń. W ciągu niektórych żywotów zgłębiałem tajniki wiedzy i natrafiłem na 
trop tych  
stworzeń, tak jak Azran znalazł zamek starożytnych. 
- - Jak je przebudzimy? Gdyby wykorzystać je przeciwko Smoczym Królom... 
- - Przezwyciężenie mocy, która każe im drzemać, dotychczas przewyższało  
mozliwos’ci naszego rodzaju. Ty, mój przyjacielu, jesteś jedynym, który mógłby 
tego  
dokonać. 
Dwaj Quele cierpliwie stali w pobliżu, podczas gdy ludzie rozmawiali. W końcu 
jeden  
zahukał pytająco. 
- O co mu chodzi? 
Cabe zmienił zdanie - Quele wcale nie były cierpliwie, a ich zachowanie 
odbiegało od  
uprzejmego. Długie ryje miały drapieżny wyraz, a oczy szerszego zwęziły się, 
łypiąc jakby  
podejrzliwie na dwóch wiedźminów. 
- Jest tylko zniecierpliwiony. Nigdy nie byli tak blisko przełamania czaru. 
Żaden nie  
przypuszczał, że ich magowie umrą, rzucając zaklęcie. Z twoją pomocą jednakże 
możemy  
naprawić ich błąd. 
Cabe’owi daleko było do zadowolenia, choć nie potrafił odgadnąć przyczyny. 
- - Powiedz mi, co zrobić. 
- - Doskonale. Czekaj. - Naśladując głosy przewodników, Cień rozmawiał z  

background image

Quelami. Po chwili rozmowy wyższy odszedł w jakiejś sprawie. 
Czekali, a Cabe nie miał pojęcia, na co. Cień w tym czasie rozglądał się po 
jaskini z,  
jak się wydawało, czystym podziwem. 
- To miejsce mocy. To jedyne miejsce, w którym może się to dokonać. - Słowa były  
ledwie szeptem; zakapturzony wiedźmin mówił do siebie, porwany magią chwili. 
Coś w jego zachowaniu zaintrygowało Cabe’a. Natrętna myśl wpadła mu do głowy.  
Przepadła, gdy Cień odwrócił się ku niemu. 
- Chodź! Mamy mało czasu! 
Quel powiódł ich do kamiennej płyty na środku jaskini. Przypominała ołtarze 
ofiarne,  
których, jak Cabe słyszał, używały pewne dzikie rasy. Cień pogładził płytę z 
czymś, co mogło  
być czułością. Cabe cofnął się mimowolnie... 
...i wpadł na drugiego wielkiego Quela. Z niesamowitą szybkością stworzenie  
przytrzymało bezbronnego człowieka i wolną ręką zawiesiło amulet na jego szyi.  
Krwawoczerwony klejnot zaczął pulsować miarowo. 
Cabe zawołał do drugiego wiedźmina: 
- Cień... Simon! Ratuj! 
Mroczny czarnoksiężnik, dawniej zwący się Simonem, odwrócił się i zachichotał.  
Ukłonił się szyderczo, powiewając połami płaszcza. 
- Zwij mnie Madrakiem - tym razem! 
XIII 
Mito Pica. Kolejna nazwa dodana do historii zniszczenia. 
Smocze hordy księcia Tomy wdarły się do niczego nie podejrzewającego miasta.  
Strażnicy obsadzający mury zginęli. Ociężałe, bezmyślne poślednie jaszczury 
taranowały  
łbami kamienie - dopóki nie ustąpiły, one lub oni. 
Pomniejszych smoków zawsze było bez liku. 
Wężosmoki, smoki ogniste, smoki powietrzne - wszystkie siały spustoszenie, 
kalecząc  
i zabijając tych, którzy walczyli lub uciekali. Najgorsze były te smoki ogniste, 
które przybrały  
ludzką postać. Nie zabijały z okrucieństwem dzikich bestii, ale mordowały z 
sadystycznym  
wyrachowaniem ludzkiego umysłu. Nawet pomniejsze jaszczury i im pokrewni 
trzymali się  
od nich z daleka. 
Stawiono im opór i miasto jeszcze się broniło. Żołnierze stacjonujący w głębi 
Mito  
Pica mieli dość czasu, żeby się przygotować. Pierwsza fala najeźdźców, która 
dotarła do  
koszar, została wybita. Niestety, napastnicy mieli przewagę liczebną. Dowódcy 
wojsk  
rozważali wycofanie pozostałych sił poza miasto i, o ile to możliwe, przebicie 
się do Zuu,  
Wenslis lub Penacles - jeśli te miasta jeszcze nie padły. Mieszkańcy Mito Pica 
zrobili to, co  
mieszkańcy każdego zaatakowanego regionu: uciekali, ratując życie, gdy byli dość 
szybcy,  
albo ginęli, jeśli byli powolni. Zginęło więcej cywilów niż żołnierzy, ale 
zawszejest więcej  
cywilów do zabijania niż żołnierzy. Taka jest natura wojny. 
I w tym piekle zmaterializowała się Pani. 
Jej moce nadal były w gorszej niż zazwyczaj formie. Musiała dwa razy zatrzymać 
się  
przed dotarciem na rolnicze tereny wokół umierającego miasta. Określenie 
„rolnicze tereny”  
w najlepszym wypadku było eufemizmem; okolice miasta były zryte pazurami, 
kopytami i  

background image

stopami uczestników walk. Wiele drzew zostało wyrwanych z korzeniami. Pani przez 
cały  
dzień badała teren. Nie chciała natknąć się na patrole ani, co gorsza, na samego 
księcia Tomę.  
Powiadano, że Toma był potężnym wiedźminem, jakby żywcem przeniesionym z dawno  
minionych czasów. Tylko wzór na skorupie jaja uniemożliwił włączenie go w 
szeregi  
Smoczych Królów. Mimo to, był pierwszy zaraz po nich, a dzięki upoważnieniu 
Złotego i  
mocy, jaką posiadał, niekiedy mógł nawet nimi dowodzić. 
Wypytując uchodźców, Pani zyskała pewne pojęcie o celu swej podróży. Leżał on z  
dala od miasta, bliżej wioski, która nadal była nietknięta przez wojnę. Toma był 
inteligentny i  
przebiegły, łecz tym razem popełnił błąd. To nie Mito Pica wychowało Cabe’a - 
nie  
bezpośrednio - tylko ta bezimienna wioska. Po przybyciu na miejsce z 
zadowoleniem  
stwierdziła, że dom łowczego stoi niedaleko. Mógł zostać pominięty przez smocze 
oddziały.  
Jeśli nie... 
Znikąd pojawiła się konna grupka ognistych pod postaciami ludzi. Ścigali trzech  
uciekinierów, zapewne rodzinę. Starszy człowiek i dwoje młodszych, może para 
małżeńska  
lub jego dzieci, nie mogli umknąć budzącym grozę smoczym rumakom. Odległość 
między  
nimi a pościgiem już zaczynała się kurczyć. 
Gwen była chroniona - otoczyła się zaklęciem niewidzialności. Jeśli nic nie 
zrobi,  
będzie bezpieczna, nie wykryją jej siły Tomy. Jeśli się wtrąci, narazi się na 
ryzyko. 
Wtrąciła się. 
Ścieżka, którą wybrali uciekinierzy, wiodła przez kępę drzew, które ocalały z 
walk.  
Pani uśmiechnęła się. Rośliny były jej przyjaciółmi, jej chętnymi sługami. 
Przemówiła do  
nich, powiedziała im, czego chce i dlaczego. Rośliny z radością zgodziły się jej 
pomóc. 
Ludzie i ich wierzchowce przebyły kępę bez przeszkód. Smoki nie miały takiego  
szczęścia. Dowódca, pewny, że lada chwila dopadnie swe ofiary, wysunął się przed  
pozostałych. Gałąź uderzyła go w twarz; odepchnął ją na bok. Drugi, silniejszy 
konar niemal  
zmiótł go z siodła. Zdążył uchylić się w ostatniej chwili. 
Trzeci uderzył go w gardło, gdy robił unik przed poprzednim. 
Z miłym dla ucha trzaskiem przetrąconego karku dowódca znieruchomiał na ścieżce.  
Następny jeździec próbował go ominąć. Jego zaczarowany wierzchowiec-jaszczur 
potknął się  
o korzeń, którego chwilę wcześniej nie było. Jeździec z głuchym odgłosem uderzył 
o ziemię i  
już nie wstał. 
Dwaj następni zsiedli z koni. Inni cofnęli się, omiatając wzrokiem otaczające 
ich  
drzewa. Gwen odwołała zielonych sprzymierzeńców. Już zbyt długo manifestowała 
swoją  
obecność. Miała nadzieję, że Toma jest zajęty licznymi sprawami i nie 
koncentruje swoich  
mocy. 
Pozostali jeźdźcy podnieśli towarzyszy i ściągnęli ich z niebezpiecznej ścieżki.  
Chroniona zaklęciem niewidzialności czarodziejka dostrzegła, że druga ofiara też 
nie żyje.  
Smoki ogniste rzuciły ciała na grzbiet jednego z wolnych zwierząt. Zrezygnowały 
z pościgu;  

background image

po tak długiej przerwie nie zdołaliby dopędzić uciekinierów. Było też jasne, że 
żaden nie ma  
ochoty zapuszczać się w niewielki, na pozór niewinny zagajnik. Pani uśmiechnęła 
się. 
Radosne uniesienie nie trwało długo. Stąd miała iść na piechotę. Przeskakiwanie 
z  
miejsca na miejsce w poszukiwaniu chaty, która mogła, ale nie musiała tu być, 
byłoby  
ryzykowne. Szybko przyciągnęłaby uwagę Tomy. Poza tym, w ten sposób mogła 
przeoczyć  
swój cel. 
Wzmocniwszy zaklęcie niewidzialności, Pani ruszyła przez tereny wyludnione,  
zniszczone i - podziękowała Rheenie, bogini lasów - niekiedy oszczędzone przez 
rzeźników  
Tomy. 
Minęła godzina. Tutaj ziemia była nienaruszona. Gdzieniegdzie splątane krzaki  
świadczyły o przejściu dużego oddziału, ale Gwen brakowało praktyki, żeby 
rozpoznać, do  
kogo najeżał. Ścieżka wiodła mniej więcej w tę stronę, w którą się kierowała. 
Złe przeczucie  
zakradło się do jej serca. 
Dwadzieścia minut później zauważyła coś, co zdecydowanie było dziełem rąk  
ludzkich. Nie ulegało wątpliwości, że to zdemolowana przez najeźdźców chata. 
Prawie  
potknęła się o zwłoki wierzchowca-jaszczura. Jego magiczne przebranie zniknęło. 
Teraz nikt  
nie mógłby pomylić go z koniem. Ani ze smokiem, jeśli o to chodzi. Był 
nadpalony. Gwen  
dotknęła szczątków i wykryła coś natrętnie znajomego. 
Drugi leżał w pobliżu. Trzeciego znalazła ledwie kilka stóp dalej. Te były 
ognistymi,  
zabitymi w ludzkiej postaci. Fakt, że ich broń nadal tkwiła w pochwach, wyraźnie 
świadczył,  
że zostali zaskoczeni. 
Co się stało z resztą napastników? I gdzie byli mieszkańcy chaty? Wzywając kilka  
potężniejszych zaklęć obronnych, Pani ruszyła ostrożnie w stronę zrujnowanej 
budowli. 
Znalazła więcej śladów smoków ognistych w pobliżu tego, co niegdyś było 
drzwiami.  
Jednego śmierć zabrała w chwili zmiany kształtu. Na wpół wykształcone skrzydła, 
ramiona  
nazbyt długie i szponiaste stopy. Ci nie zostali spaleni. Zamarzli na śmierć. 
Błyskawicznie. 
Charakter zniszczeń przywoływał coraz więcej wspomnień z jej podświadomości. 
Jęk. Zesztywniała, spodziewając się, że w każdej sekundzie zostanie zaatakowana  
przez niedobitki maruderów. Drugi jęk uspokoił ją - to ludzki głos. Głos smoka 
byłby  
zgrzytliwy, nawet syczący. Ten był wysoki, jak głos minstrela. 
Przestępując nad tym, co jeszcze niedawno było fundamentem północnego muru,  
Gwen weszła do zrujnowanej chaty. Pojękiwanie ucichło. Zaczęła się martwić, że 
przybyła za  
późno. Poruszając się z mniejszą ostrożnością, czarodziejka szukała źródła 
jęków. 
Był pogrzebany pod konstrukcją dachu. Szarpnęła jedną belkę. Nawet nie drgnęła.  
Niechętnie machnęła lewą ręką, wiedząc, że każde nowe zaklęcie może przyciągnąć 
uwagę  
księcia. 
Kiedy został usunięty i odłożony na bok ostatni kawałek drewna, Pani popatrzyła 
na  
postać u swoich stóp. Ranny leżał twarzą w drugą stronę, ale leśny strój i 
kędzierzawe włosy  

background image

przypominały jej kogoś z czasów młodości. Powoli i ostrożnie, żeby nie wyrządzić 
mu  
większej szkody, przekręciła głowę. Na szczęście szyja nie była złamana. 
Miała rację. Twarz była bardziej niż znajoma. Wiązało się z nią imię Hadeen. Był  
częściowo elfem. Był również panem żywiołów. Nathan Bedlam nikomu nie zaufałby  
bardziej niż półkrwi elfowi. Niektórzy twierdzili, że Hadeen był jego 
nauczycielem. To mogło  
być prawdą. 
Hadeen rozchylił powieki. Przez króciutką chwilę patrzył jej prosto w oczy. 
Uśmiech  
zaigrał na jego zmasakrowanej twarzy. Coś mruknął, lecz Gwen nie dosłyszała. 
Pochyliła się  
nad nim. 
- Pani z Bursztynu, córka bogini lasów. - Jak gdyby zadowolony z tego 
oświadczenia,  
półkrwi elf wyzionął ducha. 
Popatrzyła na niego w szoku. Tak blisko! Tomie udało się zniszczyć jedyną nikłą  
poszlakę. 
- Gwendolyn. 
Czarodziejka podskoczyła. Głos należał do Hadeena, ale nie wydawało go bezwładne  
ciało. 
- Tutaj, Gwendolyn. 
Wysoki, silny dąb wstrząsnął potężną koroną. Pani w milczeniu pokiwała głową;  
Hadeen wbrew ludzkiej stronie swej natury był mieszkańcem lasu. Ta strona, która 
była  
elfem, wybrała jedno z drzew na miejsce wiecznego spoczynku. Jego esencja będzie 
pomagać  
rozwijać się drzewu i okolicznej ziemi. W ten sposób duchy elfów zawsze 
pozostawały z  
ludźmi. 
Było prawie tak, jakby drzewo się uśmiechnęło. 
- Dziękuję Rheenie, że przybyłaś przed moją śmiercią, Gwendolyn. W przeciwnym  
razie nigdy nie ubiegałbym się o pozory osobowości. Przez krótki czas mogę z 
tobą  
porozmawiać. 
- - Co tu się stało, Hadeen? Gdzie reszta smoczych sił? Konary zatrzęsły się  
triumfalnie. 
- - Ziemia, powietrze, ogień, i woda! Żywiołu niełatwo pokonać w jego własnym  
domu! Pierwszych strawiłem oczyszczającym płomieniem. Huragan uniósł następnych  
napastników. Trafili gdzieś na wschodnie morza. Woda w postaci odrętwiającego 
lodu  
zapewniła innym wstęp do świata podziemnego. Ziemia pochłonęła większość 
pozostałych.  
Szkoda, że nie mogłem ochraniać się przez cały czas. Jeden z tych, których 
spaliłem, rzucił  
zaklęcie przed śmiercią, Uderzyło, gdy skupiałem uwagę na innym. 
Duch drzewa mówił szybko. W krótkim czasie świadomość miała ustąpić normalnej  
naturze dębu. Wtedy Pani będzie miała do czynienia z emocjami. Rozumiała 
rośliny, ale  
potrzebnych informacji mogły dostarczyć tylko słowa, nie uczucia. 
- - Hadeen... 
- - Nie ma Hadeena, jest tylko dąb i duch, który się z nim jednoczy. 
Użyła innych słów. 
- - Ty, który niegdyś byłeś’ Hadeenem, wychowałeś’ młodego Cabe’a Bedlama,  
wnuka Nathana, swojego przyjaciela. 
- - Tak. 
- - Szukam go. Jestem przekonana, że porwał go Azran. Chciałabym wiedzieć... 
Przerwał jej odcieleśniony głos. 
- Hadeen wiedział o warowni zdradliwego syna. Nie ma tam tych, których szukasz. 
Gwen poznawała, że duch półkrwi elfa łączy się z istotą drzewa. Czas się 
kończył, a  

background image

nie wiedziała, od czego zacząć. 
- - Gdzie jest Cabe? 
- - Zbliża się do początku końca. Upiór o dwóch umysłach pragnie jego mocy, 
która  
należy nie do niego, lecz tylko i wyłącznie do nich. Jeśli moc zostanie 
przekazana, Quele  
przebudzą się. 
Marszcząc brwi, zła, że niewiele rozumie, Pani spróbowała jeszcze raz. 
- Hadeen, słuchaj... 
Głos zdradzał walkę o zachowanie świadomości. 
- Gwendolyn. Cabe jest teraz w rękach wiedźmina bez twarzy. Szala przechyliła 
się na  
stronę zła, jeśli chodzi o mrocznego czarnoksiężnika. Idź do Talaku. Tam czekaj 
na swego  
ukochanego sprzed dwóch stuleci. 
- Nie... 
Słowa dochodziły jakby z daleka. 
- Dziecko umiera. Nathan chciał zagwarantować, że przeżyje przynajmniej jego 
wnuk.  
Gdyby on też przeżył, byłoby to szczęśliwym zrządzeniem losu. Wiedział, że 
Smoczy  
Królowie zwyciężą, ale miał nadzieję, że nasiono znów wykiełkuje. 
Czekała. Początkowo słyszała tylko szelest liści na wietrze. 
- Gwendolyn. Tylko dwaj, którzy są jednym, mogą objąć spuściznę. 
To było wszystko. Półkrwi elf przepadł. Pozostawił więcej pytań niż odpowiedzi.  
Dwaj, którzy są jednym? Westchnęła. Gdyby czas pozwolił, pochowałaby doczesne 
szczątki  
Hadeena, ale w zaistniałej sytuacji każda mijająca sekunda narażała ją na coraz 
większe  
niebezpieczeństwo. Ogrom czarów użytych na tak niewielkim obszarze musiał 
przyciągnąć  
uwagę Tomy. Ich brak był równie podejrzany. 
Coś poruszyło się w krzakach po prawej stronie. Musiała zdjąć zaklęcie, żeby  
porozmawiać z Hadeenem. Teraz, choć znów była niewidzialna, udała się pod osłonę 
dębu,  
który zawierał to, co było częścią Hadeena. Istniała możliwość, że smoki ogniste 
znają jakieś  
czary, które mogą znieść jej zaklęcie. 
W polu widzenia pojawił się pośledni smok w swojej właściwej postaci. Pochodząc 
z  
Gór Tyber, nie przejmował się roślinami. Łamał mniejsze drzewa i tratował 
krzaki,  
przedzierając się ku pozostałościom chaty. Blisko za nim ciągnęły dwa mniejsze 
stworzenia.  
Psy gończe Smoczych Królów. 
Pani wiedziała, że nie mogą jej wywęszyć. Nie miała znaczenia siła ani kierunek  
wiatru. Choć nie była elfem, w lasach czuła się jak w domu. Jej zapach nie 
zdradzał  
przedstawicielki ludzkiego rodzaju. 
Stworzenia jednak nie były psami w zwyczajnym rozumieniu. Podczas gdy dwa  
badały teren walki, największy zwrócił łeb w jej kierunku i węszył uparcie. 
Wyczuwał moc.  
Wiedziała, że Smoczy Królowie pracowali nad koncepcją tropiciela zdolnego do 
wykry wania  
mocy, ale teraz miała dowód, że zamysł stał się faktem. Nie było to przyjemne 
odkrycie. 
Ścieżką, którą przybyły jaszczury, nadciągnęło pięć uzbrojonych postaci. Jeszcze  
zanim zbliżyły się na tyle, by można było je rozpoznać, Pani wiedziała, że to 
smoki ogniste,  
gdyż nie obawiały się tropicieli. Czterej wojownicy trzymali wyciągnięte miecze, 
piąty miał  

background image

puste ręce. Czarodziejka uznała go za najbardziej niebezpiecznego. Jeśli nie był 
uzbrojony, to  
tylko dlatego, że chroniły go inne umiejętności. 
Smoczy wojownicy przeszukali obejście. Dowodził nimi ten bez broni. Okazał  
ogromne zainteresowanie zwłokami Hadeena. Gwen próbowała wstrzymać oddech. 
Trzech z  
pięciu wojowników i jeden tropiciel stanęli w odległości zaledwie parunastu 
kroków. Gdyby  
nie obecność smoczego maga, nie miałaby problemów. On mógł spowolnić ją na tyle, 
by  
jeden z pozostałych zdążył zadać śmiertelny cios. 
Smoki ogniste wyglądały na zadowolone, że nikt nie przeżył. Nie mając nic do  
zyskania, dowódca zadecydował, że pora ruszyć dalej. Wojownicy i dwa jaszczury 
posłuchały  
bez zastrzeżeń, trzeci jednak gapił się w stronę kryjówki czarodziejki. Nie 
przysuwał się, ale i  
nie odchodził. 
Czarnoksiężnik podszedł do niego i trzepnął go solidnie po zadzie. Gruba skóra  
chroniła tropiciela przed bplem, ale klaps wystarczył, żeby przywołać go do 
porządku. Bestia  
odwróciła się i pobrnęła za swoimi towarzyszami. Smok ognisty popatrzył na dąb, 
jakby  
odgadując jego prawdziwą naturę. Zawołał go jeden z grupy. Mag zamrugał - 
czerwone,  
wściekłe ślepia spojrzały dokładnie w kierunku niewidocznej czarodziejki - i 
potrząsnął  
głową. Gwen odetchnęła z ogromną ulgą, gdy odwrócił się i dołączył do 
pozostałych.  
Odsunęła się od drzewa dopiero wtedy, gdy straciła ich z oczu. 
Drażniło ją ukrywanie się jak jakieś bezradne zwierzątko, ale zachowanie 
tajemnicy  
było niezmiernie ważne. Hadeen dał jej gmatwaninę oderwanych informacji. Musiała 
je  
rozgryźć. Wiedziała, że Cabe’owi grozi niebezpieczeństwo. Wiedziała też, że Cień 
znalazł się  
na liście ich przeciwników. Wieczne dwie strony medalu. Byłoby lepiej w ogóle 
nie zadawać  
się z mrocznym wiedźminem. Nowa osobowość zachowała pewne wspomnienia, a jego  
starożytne moce miały uzupełnić braki. 
Teraz, gdy została sama, mogła w spokoju wyobrazić sobie miejsce materializacji 
po  
następnym skoku. Talak nie leżał daleko; droga wymagałaby tylko jednego 
przystanku.  
Modliła się, żeby jej moce jak najszybciej odzyskały pełną sprawność. Ten rodzaj 
podróży jej  
zdaniem był mało godny zaufania. 
Wspomniała polną drogę, która zakręcała w lewo. Był to jedyny trakt do Mito Pica 
z  
miasta w pobliżu Gór Tyber. Upłynęło wiele lat, lecz Gwen była pewna, że droga 
pozostała  
niezmieniona. Wyobraziła ją sobie i skoncentrowała się. Powietrze wokół niej 
zamigotało. 
Pani zniknęła. 
Pani zmaterializowała się. W kuli siły. Przed nią siedział smoczy wojownik, 
odziany  
w złoto i noszący hełm prawie tak kunsztowny jak królewski. W lewej ręce trzymał 
kielich z  
winem. Podniósł go na powitanie. 
- Witaj, Pani z Bursztynu! - Książę Toma uśmiechnął się i skosztował trunku. 
To było zbyt oczywiste. 

background image

Zbyt niebezpieczne, jeśli o to chodzi. Miało oznaczać konfrontację z samym 
Czarnym  
Smokiem. Tylko wtedy można by powstrzymać Szare Mgły. Czarny Smok miał nad nimi  
władzę. 
Czarny Smok był Szarymi Mgłami. 
Przyjęli fałszywe założenie. Nie wszyscy Smoczy Królowie byli smokami ognistymi.  
Lodowy Smok był tego dowodem. Czy zatem pan Lochivaru musiał być ognistym?  
Odpowiedź brzmiała: nie, był smokiem powietrznym. Najpotężniejszym ze 
wszystkich. Jakiż  
inny mógłby rozpostrzeć śmiercionośne wyziewy nad całym krajem? 
Żeby zniszczyć Szare Mgły, Gryf musiał zniszczyć Czarnego Smoka. 
Niełatwe zadanie. Lwioptak był weteranem niezliczonych bitew, ale nigdy nie 
stanął  
twarzą w twarz ze Smoczym Królem. Nathan Bedlam był jedynym, któremu udało się 
zabić  
smoka takiej rangi, a i tak przypłacił to życiem. Jednak jeśli Gryf nie zatrzyma 
dławiącej  
drętwoty mgły, Penacies padnie. 
Zaczął na poważnie zastanawiać się nad wycofaniem się z polityki. 
Gryf zamknął tom i oddał go bibliotekarzowi. Gnom ostrożnie wziął księgę; oczy  
płonęły mu z podniecenia. Po wyjściu władcy Miasta Wiedzy niski, przysadzisty 
człowieczek  
natychmiast przysiadał nad stronicami, które czytał jego pan. Nie tyle treść 
była dlań ważna,  
ile to, że coś tam było napisane. Gnom żył dla samych ksiąg. 
Widok bibliotek spłowiał, ale Gryf nie zwrócił na to uwagi. Jasne i proste, 
pomyślał.  
Księga dała mu odpowiedź w jasnych i prostych słowach. Żadnych sztuczek. Żadnych 
rymów  
czy zagadek. Wypytywanie gnoma okazało się bezowocne. Bibliotekarz powiedział 
tylko, że  
wiedział, iż jego pan potrzebuje tego właśnie tomu. Skąd się wziął ten pomysł, 
karzełek ani  
nie wiedział, ani go to nie obchodziło. Bibliotekarze już tacy byli. 
Powrócił do pałacu dosłownie w ostatniej chwili. Sądząc z napływających 
dźwięków,  
Lochivaryci przypuścili atak. Choć Gryf zasadniczo nie lubił używać magii, czas 
naglił.  
Wykonał szybki gest, zniknął... 
...i zmaterializował się w pobliżu wschodnich murów. Trwała zażarta bitwa. 
Odziane  
w czerń postacie próbowały wspiąć się na mury. Niektórym udawało się dotrzeć do 
szczytu,  
gdzie ścinali ich obrońcy. Stosy poległych piętrzyły się u podnóża murów. 
Fanatycy nie  
zwracali na nie uwagi. Napływali fala za falą, przy czym każda gotowa była 
wszystko  
pochłonąć. Trudno było uwierzyć, że naprawdę są ludźmi. 
Ofiary padały nie tylko po jednej stronie. Wrogowie, którym udawało się dotrzeć 
na  
szczyt drabin oblężniczych, nie byli bezczynni. Umierało zbyt wielu obrońców. 
Choć  
prawdopodobnie dziesięć razy tyle wrogów leżało martwych lub rannych, ich 
legiony były  
dużo liczniejsze. W wojnie na wyczerpanie Penacies skazane było na przegraną. 
Skąd brali się ci wszyscy napastnicy? 
Smoki powietrzne i ogniste krążyły wysoko w górze. Od czasu do czasu  
przypuszczały ataki, ale ich skuteczność pomniejszali łucznicy. Jeśli ci ludzie 
polegną... 
- Wielmożny Gryfie! 
Krzepki, uzbrojony po zęby wojownik o posturze niedźwiedzia rzucił się w jego  

background image

stronę. Obaj przewrócili się na ziemię. Sekundę później miejsce, w którym przed 
chwilą stał  
Gryf, skąpało się w płomieniach. Łucznicy obsadzający pobliską wieżę szybko 
rozprawili się  
z bezczelnym gadem. Ognisty runął na ziemię, miażdżąc kilka pustych namiotów na  
wyludnionym bazarze. 
Krzywiąc się bardziej z powodu przygniatającego go ciężaru niż śmierci, która 
minęła  
go o włos, pan Penacles warknął do swojego wybawiciela: 
- Dzięki, Blane, ale jeśli chcesz, żeby twój wyczyn nie minął się z celem, to 
zleź ze  
mnie, zanim umrę z braku powietrza! 
Wielki niedźwiedź wyszczerzył zęby. 
- - Wybacz mi, wielmożny Gryfie! Kiedyś się pojawił, smoki okazały nagłe i  
niezdrowe zainteresowanie twoją osobą! Możliwe, że dostały rozkazy zlikwidowania 
cię za  
wszelką cenę] 
- - Wielce możliwe. Co tu się dzieje, Blane? Wytrzymamy? 
- - Chyba tak. Truposzom brakuje drabin, nawet jeśli mają w nadmiarze głupoty, 
by  
się na nie wspinać! Bogowie! Skąd oni wszyscy się biorą? 
- - Gdybym to ja wiedział. Może... - Gryf urwał, gdy zobaczył, że hordy z 
Lochivaru  
zaczynają się wycofywać. Penacles przetrwało kolejny dzień oblężenia. 
- - Może co, wielmożny Gryfie? 
- - Gdzie jest generał? 
- - Ten lis? Przy południowej bramie. Grupa czarnych próbowała zakraść się od  
zachodniej strony. Wyobrażam sobie, że już zrobił z nimi porządek. 
Gryf położył ręce na ramionach Blane’a. Dowódca zadrżał mimo woli; pazury  
lwioptaka z łatwością mogły rozedrzec mu szyję. W naturze Gryfa było coś ze 
zwierzęcia. To  
nie ulegało wątpliwości. 
- Blane. Wierzę, że wiem, jak zakończyć tę wojnę zanim wydusi nas mgła czy  
nieprzyjaciel. - Jak gdyby na dany sygnał, dowódca zakasłał chrapliwie. - Mamy 
niewiele  
czasu. Muszę to zrobić. 
- - Co... - kaszlnięcie - zrobić? 
- - Znam źródło Szarych Mgieł. To sam Czarny Smok! Oczy Blane’a rozszerzyły się. 
- - Zatem żeby zniszczyć mgły, musisz zabić Czarnego Smoka? Gryf pokiwał głową. 
Dowódca poczerwieniał. 
- - I pewnie myślisz, że pójdziesz tam w pojedynkę i sam się nim zajmiesz! To  
obłęd! 
- - Duży oddział nigdy tego nie dokona. Ludzie będą umierać od mgły, zbliżając 
się  
do Czarnego Smoka. Pod nieobecność Cabe’a, Pani i Cienia mogę liczyć tylko na 
siebie. 
- - To samobójstwo! Ja na to nie pozwolę! 
Gryf szarpnął go za kołnierz munduru. Blane stwierdził, że jego twarz znajduje 
się w  
niebezpiecznej bliskości drapieżnego dzioba lwioptaka. 
- Nie ty będziesz mi mówić, co mam robić! Wybacz mi, wodzu, ale Penac les nie  
utrzyma się długo! Mało brakowało, a Lochi varytom udałoby się już tym razem! 
Nie  
zauważyłeś, jacy powolni stali się nasi łucznicy? Poza tym z każdym nowym 
atakiem tracimy  
zbyt wielu ludzi! Nie mam wyboru! 
Puścił zlanego potem żołnierza i skierował spojrzenie w stronę ziem Czarnego 
Smoka.  
Niedobitki armii fanatyków odpływały w tamtym kierunku. Po raz pierwszy okolica 
nie była  

background image

tak dokładnie przykryta przez chmary najeźdźców. Lochivaryci ponieśli ciężkie 
straty. Ale  
były jeszcze klany Czarnego. Wiele smoków czekało, by przyłączyć się do bitwy. 
Nie wolno też było zapominać o Kyrgu. Bez wątpienia czekał, aż obie strony się  
wykrwawią, żeby wkroczyć do miasta i zająć biblioteki w imieniu Smoczego 
Cesarza. Jak  
długo będzie czekać? 
Z raczej potulną miną Blane ukląkł przed Gryfem i sprezentował mu swój miecz. 
- Wybacz mi, panie, czelność. Weź moją broń. Przyda ci się, jeśli chcesz stawić 
czoło  
Czarnemu Smokowi. 
Gryf uśmiechnął się na tyle, na ile pozwalał mu ptasi dziób. 
- - Powstań, dowódco. - Przyjrzał mu się uważnie. - Królewskie pochodzenie? 
- - Tak jest. 
- - I rozum także. Drugi lub trzeci syn, bez wątpienia. Spotykałem już ludzi 
twojego  
pokroju. - Blane zarumienił się. - Zachowaj swój miecz. Jestem pewien, że 
przysłużyłby mi  
się dobrze, ale niewiele rzeczy może przebić pancerz Smoczego Króla. Nie, trzeba 
mi czegoś  
innego. 
- - Jeśli skóra jest taka gruba, trzeba ci magii. Ta przetnie wszystko, co 
normalne. 
Oczy Gryfa rozbłysły. 
- Tak! Chyba mam, co trzeba! Zabawka Azrana będzie miała okazję dowieść, że  
dorasta do swojej ciemnej sławy! 
Twarz Blane’a, już blada, zyskała trupi odcień. 
- Rogaty Miecz? Prawią, że nie Smoczy Królowie, a Mistrzowie ginęli od tej  
przeklętej broni! 
Ponury, bezdźwięczny ton. 
- To nie bajka. Co najmniej trzech. Miecz zniszczył wszystko, co zaplanowali. 
Azran  
musi za to zapłacić. Jego dzieło wyrówna niewielką część krzywd! 
Wokół nich żołnierze, którzy przeżyli ostatni atak, zajmowali się opatrywaniem  
rannych, wynoszeniem poległych oraz usuwaniem gruzu i kamieni. Wszystkiego było  
nieskończenie wiele. Mury były coraz to słabiej obsadzone. Czarny Smok spieszył 
się, żeby  
ani Toma, ani Kyrg nie odebrali mu palmy zwycięstwa. 
Gryf oderwał oczy od przygnębiającej sceny i raz jeszcze popatrzył na dowódcę z  
Zuu. 
- - Kiedy pojawi się Toos, przyjdźcie do mnie do stajni. Wydam wam ostatnie  
rozkazy. 
- - Będziesz potrzebować zapasów na drogę. 
- - Niewiele z sobą zabiorę. Muszę poruszać się szybko, jeśli mam liczyć na  
powodzenie. 
Blane zasalutował. Gryf odszedł, a jego myśli przypominały wściekłą, wzburzoną  
rzekę. Rogaty Miecz był niegodziwą bronią; niektórzy mówili, że potrafi 
zawładnąć tym,  
który go nosi. Zdaniem Iwioptaka było to jedynie przypuszczenie. Tylko trzej 
dotychczas  
posiadali piekielny miecz; pierwszymi byli Azran i Brązowy Smok. Jeśli znaleźli 
się pod jego  
wpływem, ich poczynania tego nie zdradzały. Gryf żałował, że nie przyszło mu na 
myśl, by  
wypytać Cabe’a. Teraz było za późno. 
Dlaczego broń tu została? Przecież Azranowi musiało na niej zależeć. Pan 
Penacles  
nie wierzył w przypadek. Wszystko miało swoje przyczyny, zwłaszcza to. Nie, 
zadecydował.  
Rogaty Miecz nie został tu bez powodu. Pułapka? Może. Dlaczego? Azran nie mógł 
opierać  

background image

się na założeniu, że ktoś będzie chciał się nim posłużyć. Równie 
nieprawdopodobny był  
pomysł, że wiedźmin został zdradzony przez swoich pomocników. 
Wreszcie znalazł się przed drzwiami swojej komnaty. Dwa żelazne golemy spojrzały  
na niego bez emocji. Na lekki ruch głową, jeden otworzył drzwi. Gryf przestąpił 
próg. 
Nie dowierzając mieczowi i nie chcąc zostawiać go w pokoju Cabe’a, rozkazał  
jednemu z golemów przynieść go tutaj. Ten sam sługa czekał, kierując złowieszcze 
ostrze  
dokładnie w jego piersi. Gryf miał nadzieję, że miecz nie posiada władzy nad 
sztucznymi  
tworami. 
Wyciągnął rękę. 
- Podaj mi broń. 
Golem zacisnął metalową rękę na głowni (każdy człowiek straciłby palce) i 
wyciągnął  
miecz rękojeścią w stronę swego pana. Z lekko nastroszonymi piórami i zjeżoną 
sierścią, Gryf  
ujął Rogaty Miecz. 
Wywoływał mrowienie, nic poza tym. Dziwne, Gryf był niemal rozczarowany.  
Niemal. Cieszyły go wyzwania, ale nie był samobójcą. Ci, którzy bez strachu i z 
radością szli  
w bój, żyli raczej krótko. Jego poczynaniami kierował zdrowy rozsądek. W każdym 
razie, do  
tej chwili. Musiał przyznać sam przed sobą, że Blane miał rację; ta misja mogła 
zakończyć się  
katastrofą. 
Trzymał Rogatego w prawej ręce, choć był leworęczny. Wolną ręką wyjął własny  
miecz i rzucił go na podłogę. Potem przełożył magiczną broń do lewej ręki i na 
koniec  
schował ciemne ostrze do pochwy. 
Chciał zabrać tylko jedną z żelaznych racji zmagazynowanych w koszarach straży  
pałacowej. To i bukłak z wodą miało mu wystarczyć. Gryf wybierał się na łowy; 
żaden zwierz  
nie poluje z pełnym brzuchem. Wbrew dyplomatycznej ogładzie, w pewnym stopniu 
nadal  
był przedstawicielem dziczy. 
Tej nocy krwawy Styx i jego siostra Hestia mieli przejść blisko siebie. O wiele 
gorsza  
była pora ich spotkania, ale mimo to należało mieć się na baczności. 
Roześmiał się z goryczą. A w którą noc nie trzeba było uważać? 
 
Xiv 
 
Madrac/Cień pochylił się nad nim. Choć nadal trudno było dostrzec twarz 
wiedźmina,  
otaczająca go aura zła nie budziła najmniejszych wątpliwości. To, że Cabe nie 
wykrył jej  
wcześniej, dużo mówiło o potędze mrocznego maga. 
- Jeszcze nie nadeszła odpowiednia pora. Musimy czekać do jedenastej godziny. - 
Być  
może się uśmiechnął. - To daje nam trochę czasu na rozmowę, jeśli masz ochotę. 
Cabe spiorunował go wzrokiem. 
- Nie? Żadnych pytań? Nie jesteś ciekaw, skąd wiedziałem o tobie i o twoim  
położeniu? Jestem przekonany, że wiesz, iż zachowuję tylko część wspomnień z  
poprzedniego wcielenia. 
Cabe był wściekły, ale słuchał go mimo woli. 
- Wkraczamy w nową erę, Bedlamie. Rządy Smoczych Królów dobiegają końca.  
Wygasają. Ulegają rozkładowi. Cesarz Złoty miota się między chłodnym rozumem a  
nieposkromioną paranoją. Jego bracia w większości wadzą się, zdradzają i 
spiskują jeden  

background image

przeciwko drugiemu. Nie są już zimnymi, wyrachowanymi panami tych ziem. Padli 
ofiarą  
ostatniej broni twojego dziada. Zostali zarażeni chorobą zwaną człowieczeństwem. 
Za jakiś  
czas wszyscy poza pośledniejszymi jednostkami stracą prawo do noszenia miana  
prawdziwych smoków. 
- Co to oznacza? Głuchy chichot. 
- - On mówi! Oto, co oznacza. Zauważyłeś, że smoki ogniste, zwłaszcza książęta i  
sami Smoczy Królowie, prawie bez przerwy paradują w ludzkich postaciach? 
- - Zawsze tak było. 
- - Błąd. Pierwsi Smoczy Królowie nigdy nie zmieniali formy. Dopiero po tym, jak  
ugrzęźli w magii ludzi, zaczęli przybierać prawie ludzkie kształty. Samicom było 
łatwiej,  
choć nie mogły opanować wielu innych czarów. Wśród smoków ognistych umiejętność  
przemiany postaci tak się upowszechniła, że w końcu stała się dziedziczna. 
Jednocześnie  
osłabły ich pierwotne zdolności. 
Przybliżył się jeden z Queli, z wielkim, szlifowanym kryształem w rękach. Cabe  
umyślnie go zignorował. 
- - Jak wiele ma to wspólnego z tym, co powiedziałeś? 
- - Wszystko! - Ten, który teraz zwał się Madrakiem, wskazał ręką niezliczone 
rzędy  
śpiących Queli. - Przed erą Smoczych Królów tym krajem władały istoty, które 
tutaj widzisz.  
Ich cesarstwo w okresie największego rozkwitu było większe od gadziego. Gdy jego 
potęga  
legła w gruzach, smoki wkroczyły na te ziemie i urosły w siłę. Władza przechodzi 
z rąk do  
rąk. Jedni zapadają w sen, inni zaczynają panowanie. 
Odprawił Quela, który przyniósł kryształ. Opancerzony potwór zahukał ze złością,  
groźnie poderwał wielkie szponiastełapy. Cień przemówił do niego; jego 
pohukiwanie było  
wyższe, choć nie mniej wściekłe. Nie wiadomo, o co się sprzeczali, lecz Quel 
wreszcie ustąpił  
i wycofał się. 
Cień odwrócił się do swego więźnia. 
- Quelom pilno do rozpoczęcia ceremonii. Nie rozumieją, że musi się odbyć w  
określonym czasie. - Pochylił się i zniżył głos, choć było mało prawdopodobne, 
że jego  
nieludzcy sprzymierzeńcy mogli cokolwiek zrozumieć. - To będzie wiekopomna 
chwila dla  
nas wszystkich. Na krótki czas posiądziesz niewyobrażalną moc. Później Quele 
zostaną  
uwolnione, a ja osiągnę to, co wymykało mi się przez wszystkie te niezliczone 
lata.  
Wyzwolenie! 
Strzelił palcami, wzywając stworzenie. Cabe przenosił spojrzenie z Quela na  
wiedimina. To wszystko ani trochę mu się nie podobało. 
- - Co się dzieje? 
- - Czas się zbliża. Za chwilę zajmiemy się przygotowaniami. Obawiam się, że  
muszę kończyć. Wystarczy powiedzieć, że moce, które mną rządzą, są pozostałością 
dawno  
minionych czasów. Te, które przeważały wówczas, gdy Simon spotkał się z tobą, 
wolałyby  
opuścić ten nowy świat, te zaś, które obecnie decydują o moich poczynaniach, z 
utęsknieniem  
wyczekują nowej epoki. Obecnie, kiedy władza Smoczych Królów maleje, powrócą 
Quele i  
starożytne zwyczaje, a ludzie nigdy nie posiądą władzy nad tymi ziemiami. Będą 
żyć tylko po  
to, by służyć. 

background image

- - Jak ty? 
Otwarta dłoń trzasnęła w twarz Cabe’a. Starszy wiedźmin zawrzał gniewem, choć  
jego rysy niczego nie zdradzały. 
- Kiedy moc obejmie władzę, wyzwolę się z tej śmiesznej klątwy! Będę Madrakiem!  
Tylko Madrakiem! - Cień zerknął w górę. - Ale obawiam się, że reszta musi 
pozostać dla  
ciebie tajemnicą! - Wybuchnął śmiechem. 
To obłęd, pomyślał Cabe. Z rąk jednego szaleńca trafił do drugiego! Przekręcił 
głowę  
i pochwycił groźne spojrzenie Quela. Smoczy Królowie byli okropni, ale teraz nad 
ludźmi  
wisiała o wiele gorsza groźba. Spróbował się poruszyć. Daremnie. 
Cień odwrócił się. Zakapturzony nekromanta wypowiadał słowa, które brzmiały  
natrętnie znajomo, choć więzień był pewien, że nigdy wcześniej nie słyszał tego 
języka.  
Wokół głowy Cienia zmaterializowały się złowieszcze macki dymu. 
Quel wlepił oczy w mniejszy kryształ na piersiach Cabe’a. Kamień rozżarzył się, 
z  
początku niezauważalnie, i nabierał jasności, gdy zbliżała się godzina. 
Otulona płaszczem postać pochłonięta była intonowaniem zaklęcia. Cabe nawet o 
niej  
nie myślał. Jego uwagę przykuwał przedmiot spoczywający na piersiach. Wszystko 
inne  
straciło znaczenie. 
Gdy zbliżyła się jedenasta godzina, kryształ zaczął dygotać. Co gorsza, Cabe 
mógłby  
przysiąc, że powoli wtapia się w jego piersi. Nie było krwi ani uczucia bólu, 
tylko mrowienie. 
Quel nerwowo przestąpił z nogi na nogę. Nie był przygotowany na coś takiego.  
Odwrócił długi pysk w stronę Cienia, jednak ten nadal zajęty był rzucaniem 
czarów. Bojąc  
się, że zakłóci ceremonię, potwór zachował milczenie, ale z wielkim drżeniem 
obserwował  
rozwój wypadków. 
Jak stworzenie pochwycone przez lotne piaski, kamień coraz głębiej zanurzał się 
w  
ciele Cabe’a. Przerażenie ustąpiło fascynacji... i czemuś jeszcze. Cabe 
zrozumiał, że kryształ  
gonie skrzywdzi, tylko mu pomoże. 
Niczym smagane wiatrem widmo, Cień poruszał się żwawo wśród budzących się  
mocy, jego ręce śmigały to tu, to tam, a z każdym ich ruchem przybywało 
wirujących mgieł i  
nie dających się nazwać rzeczy. Śpiący Quele zadrżeli jak jeden mąż. Poruszenie  
pobratymców odwróciło uwagę strażnika od Cabe’a. 
Coś ciemnego i mglistego utworzyło się w dalekim kącie jaskini. Znajdowało się 
za  
plecami strażnika, więc tylko Cabe był świadom jego obecności. Poświęcił zjawie 
ledwo  
przelotne spojrzenie; kryształ absorbował większą część jego uwagi. 
Z wnętrza tego, który ignorował ciemność, przychodząc z samej wieczności, dobył 
się  
śmiech. Był niski, niemal poza granicą słuchu każdego stworzenia. Mimo to Quel 
zadygotał i  
rozejrzał się. Nie odwrócił się ku ciemności. 
Zrobił to Cień. 
- Kto śmie... - Jego oczy zatrzymały się na dotychczas nie zauważonym miejscu.  
Madrac zaklął, zerknął na Cabe’a i zaczął gestykulować. 
Zdawało się, że w jednej chwili rozpętały się wszystkie moce piekieł. Śmiech 
osiągnął  
wyższe tony, głusząc wszelkie inne dźwięki. Zakapturzony wiedźmin, zaalarmowany 
przez  

background image

nadprzyrodzone zmysły, rzucił zaklęcie. Nie było wymierzone w Cabe’a, a zostało 
ciśnięte w  
ciemność. Dwie siły starły się, walcząc o prymat. Była to krótka bitwa. Ciemność  
błyskawicznie wchłonęła potężny czar Cienia. 
Z ciemności wyłoniło się stworzenie równie czarne i groźne jak jego siedziba. 
Wielkie  
kopyta wyryły bruzdy w kamiennym podłożu, a na obecnych spojrzały oczy zimne i  
niebieskie jak lód. Z dzikiej grzywy sypały się luźne cząsteczki hebanowej nocy. 
Warknięcie  
obnażało zęby, bardzo długie i zdecydowanie nie końskie. 
Czarny Koń skoczył na Cienia. 
Quel próbował zatrzymać szarżującego rumaka, ale skończyło się na tym, że  
opancerzony potwór zniknął w pustce, która była Czarnym Koniem. Lśniący koński 
kształt  
nawet nie zwolnił. Wiedźmin i Wieczysty zwarli się w pojedynku. 
Pojawienie się nieziemskiego przyjaciela oderwało uwagę zafascynowanego Cabe’a  
od kryształu. Młody wiedźmin wstał, wcale nie zdziwiony tym, że znów może się 
ruszać.  
Wiedział tylko, że przebywanie w miejscu, w którym ścierają się dwie tak potężne 
siły, jest  
niewiarygodnie niebezpieczne. 
Czarny Koń zaatakował maga przednimi kopytami. Po ciosie, który strzaskałby 
górę,  
mroczny czarnoksiężnik ledwie się zachwiał. Szybko odzyskał równowagę i rzucił w  
przeciwnika mnóstwem ostrych czarnych włóczni. Stworzenie wyminęło je wszystkie 
i  
przypuściło atak. On uczynił to samo. 
- Cabe! Talak! Talak jest twoim celem! Idź! 
Słowa Wieczystego nie zostały wypowiedziane, tylko rozbrzmiały w głębi samego  
umysłu Cabe’a. Jego ciało niczym marionetka ruszyło spiesznie w stronę wyjścia z 
jaskini;  
ścigało go wycie i wybuchy rozpętanych mocy. Nie miał najmniejszego zamiaru 
czekać na  
wynik starcia tytanów. 
W zaistniałym zamęcie zapomniał o krysztale, który nadal pogrążał się w jego  
piersiach. Kamień zmienił kolor. Blask był teraz błękitny jak niebo, ale 
pulsował tak samo jak  
wcześniej. Cabe nie zdawał sobie z tego sprawy, lecz im bardziej się wytężał, 
tym pulsowanie  
było silniejsze. 
Czy była to magia, czy może jakiś ukryty zmysł - nie wiadomo. 
W każdym razie, coś zmusiło Cabe’a do rzucenia się na ziemię. Wielki topór o  
czterech ostrzach wgryzł się głęboko w skałę na wysokości jego głowy. Dzierżący 
go Quel  
zahukał ze złością i wyszarpnął broń, gotując się do następnego ataku. 
Cabe zdążył się przeturlać, gdy pancerne straszydło jeszcze raz spróbowało 
oddzielić  
mu głowę od tułowia. Młody wiedźmin z przerażeniem stwierdził, że musi 
jednocześnie  
umykać przed spadającą skałą i przed morderczym przeciwnikiem. 
W akcie desperacji wyciągnął lewą rękę w stronę Quela, a z jego ust popłynęły  
niezrozumiałe słowa. Koniuszki palców rozjarzyły się. Kolor odpowiadał barwie 
kryształu. 
Quel cofnął się dla lepszego zamachu, topór wzniósł się wysoko w powietrze -  
nienaturalnie wysoko. Ostrze ugrzęzło w stropie, podrywając z ziemi bezradnego 
właściciela.  
Skała, już nadwątlona przez bitwę Cienia i Czarnego Konia, runęła na dół. 
Jaskinia zaczęła  
się zapadać. Cabe’owi udało się uskoczyć; Quel nie miał takiego szczęścia i 
został  
pogrzebany pod tonami ziemi i kamieni. 

background image

Wcale nie ciekaw, czy stworzenie żyje, czy też nie, Cabe kontynuował ucieczkę.  
Magia uratowała go raz jeszcze. Co więcej, czuł się dużo lepiej i nabrał wiary w 
siebie. Nie  
przyszło mu na myśl, że nie powinien znać tego zaklęcia. Nie mając za sobą 
szkolenia, nie był  
obznajomiony z długą i trudną drogą, którą zmuszeni byli pokonywać inni 
użytkownicy  
magii. 
Ominął miasto. Żaden inny Quel nie stanął mu na przeszkodzie. Były tylko dwa? 
Nie  
mógł uwierzyć w takie szczęście. Mimo wszystko, nic mu nie przeszkodziło. Za 
parę sekund  
miał dotrzeć do otworu, którym weszli, i to skłoniło go do myślenia. Czarny Koń 
kazał mu  
uciekać do Talaku, ale Talak leżał daleko, bardzo daleko na północnym wschodzie. 
Wychodząc na powierzchnię, omiótł wzrokiem okolicę. Półwysep Legar był złudnie  
spokojny i piękny. W innych okolicznościach byłby fascynujący, choć pozostawał 
pod władzą  
Kryształowego Smoka. 
Zapadła noc. Cabe’owi nie przypadła do gustu myśl o podróżowaniu po nocy, ale 
nie  
widział innego wyjścia. Nie miał światła, choć z drugiej strony tak było lepiej. 
Na tym terenie  
pochodnia byłaby widoczna na mile. Cabe miał nadzieję, że w okolicy nie ma 
wielkich  
drapieżników, gdyż tym razem nie miał magicznego miecza do ratowania skóry. 
Musiał  
polegać na własnych mocach i zdolnościach. 
Na podstawie widocznych gwiazd obrał kierunek marszruty. Ziemia pod jego stopami  
zadrżała, przypominając mu o trwającej na dole zażartej walce. Ze zdwojoną 
energią Cabe  
oddalił się od wylotu tunelu. 
Okazało się, że światła jest więcej niż trzeba. Oba księżyce jaśniały na niebie 
i ziemia  
połyskiwała w ich poświacie. Po krótkim czasie zwolnił kroku. Pośpiech nie miał 
sensu.  
Walka między Czarnym Koniem a Cieniem/Madrakiem mogła zakończyć się w każdej  
chwili. Jeśli zakapturzony czarnoksiężnik zatriumfuje, w ciągu paru sekund 
dopadnie swoją  
zamierzoną ofiarę. Cabe żałował, że nie umie się teleportować albo wezwać 
czegoś, co by go  
uniosło. Najwidoczniej jego moce jeszcze nie dojrzały do takich wyczynów. 
Wokół panowała cisza i spokój. Czyżby nie było tu zwierząt? Dziwne. Nie słyszał 
ani  
nocnego ptaka, ani nawet owada. Czy klątwa z Ziem Jałowych sięgała dalej, niż  
przypuszczano? Nie słyszał, by ktokolwiek choćby słowem wspomniał o zapuszczaniu 
się do  
tej odległej części Smoczych Królestw. To znaczyło, że albo nikt nie śmiał o tym 
mówić, ałbo  
nikt nigdy stąd nie wrócił. 
Czas stracił znaczenie. Cabe pamiętał tylko, że najpierw biegł, potem szedł, a 
na  
koniec kuśtykał przez Półwysep Legar. W pewnym miejscu wreszcie osunął się na 
ziemię,  
zupełnie wyczerpany. Kryształ do tego stopnia stał się częścią jego ciała, że 
nie zwracał na  
niego najmniejszej uwagi. Nie wiedział też o zmianie, jaka zaszła w jego 
włosach, częściowo  
z powodu kamienia. Nie zachował się w nich najmniejszy ślad dawnego koloru. 
Srebro  
pokrywało teraz całą głowę. 

background image

Przespał resztę nocy, budząc się tylko raz i to na krótko. Zaniepokoił go ruch 
ziemi.  
Wstrząs mógł być następstwem nieustających zmagań dwóch nieśmiertelnych. W tej 
chwili  
nic nie mogło go mniej obchodzić. Znużony, ponownie zapadł w sen. 
Choć Cabe tego nie dostrzegł, półwysep tętnił życiem. Jedno czy dwa małe  
roślinożerne stworzonka przycupnęły przy śpiącym ciele. Nad głową przeleciał 
ptak. Żadne z  
niebezpiecznych zwierząt, zwłaszcza górskie wilki, które rządziły na tym 
terenie, nie  
podeszło bliżej. Prawdę mówiąc, niektóre próbowały, lecz nagle zmieniały zamiar 
i pędziły  
na inne tereny łowieckie, nieświadome jakiejkolwiek zmiany. Za każdym razem 
kryształ  
płonął jaśniejszym blaskiem. 
Nadszedł ranek, a wraz z nim niespodzianki. Pierwszą i najważniejszą był zapach  
boczku rumieniącego się nad ogniem. Drugą była świadomość, że już nie jest sam. 
Z  
szybkością, która zaskoczyła go prawie równie mocno, jak te inne rzeczy, Cabe 
odtoczył się  
od siedzących opodal postaci. 
- - Rusza się niczym łoś, słowo daję. 
- - Ha! Chcesz powiedzieć, że jak nowo narodzony łoś. Jak nic, upaprze sobie 
trawą  
swoje śliczne ubranko, oj, upaprze. 
Było ich dwóch. Wychowany w pobliżu Lasu Dagora Cabe poznał, kim są, choć nigdy  
żadnego nie widział na oczy. Pomylenie leśnych elfów z kimś innym było po prostu  
niemożliwe. 
Obaj byli niscy, szczupli i niemal identyczni. Sięgali mu do ramienia, choć 
słyszał, że  
bywają wyżsi, którzy czasami przenikają między ludzi i nawet żenią się z 
kobietami. Ci dwaj  
zdecydowanie byli pełnokrwistymi elfami. 
Siedzieli ramię w ramię. Ten z lewej strony uśmiechnął się szeroko i powiedział: 
- - Ma w sobie ciut z ludzi, oj, ma. Czujesz to, prawda? Jego bliźniak pokiwał 
głową,  
choć niechętnie. 
- - Ale śmierdzi gorzej niż człowiek, i czymś więcej. Cabe postanowił się 
wtrącić. 
- - Kim...? 
- - Jasne, że tak! Musi być magiem, którego szukamy. 
- - Przepra... 
- - Musi. Nie wygląda, prawda? 
- - Ja... 
- Pozory mogą mylić. Ale chyba masz rację. Nie wygląda na maga. 
Gniew narósł do punktu wybuchu. Coś huknęło. 
- - Jest magiem, oj, jest! 
- - Cicho! Może zrobić to znowu, oj, może! 
- - Ale dlaczego wybija dziury w tej ślicznej okolicy? 
- Milczeć! - Cabe z trudem powstrzymał drugi wybuch. Dwa elfy zamilkły. Bez 
ruchu,  
mogły uchodzić za bliźniacze posążki w bramie wielkopańskiego dworu. Dla Cabe’a 
jednak  
były tylko wielkim utrapieniem, niczym więcej. 
- - Kimjestes’cie? Ten z lewej: 
- - Allanard. Ten z prawej: 
- - Morgyn. 
Cabe skrzyżował ręce na piersiach. 
- Szukaliście mnie? 
Allanard potarł łokieć i skrzywił się. Oba elfy nosiły identyczne ubrania: 
proste leśne  

background image

stroje zabarwione na zielono, usiane gdzieniegdzie brązowymi łatkami. Dzięki nim 
doskonale  
wtapiały się w otaczający je krajobraz. 
- Ty jesteś Bedlam. 
Morgyn pokiwał głową. 
- - Widzę to po twarzy, oj, widzę. Dziadek jest w tobie, - Skrzywił się. - I 
ojciec. 
- - Dlaczego mnie szukaliście? Czego chcecie? 
Oba elfy zaczęły się śmiać, ale przestały, kiedy zobaczyły minę Cabe’a. Allanard  
uśmiechnął się lekko. 
- Od ciebie nic nie chcemy. Wyświadczamy przysługę, ot, co. Przysługę półkrwi  
krewniakowi i twojemu dziadkowi, zacnemu Nathanowi. 
Morgyn zauważył kryształ. 
- - Allanard, w jego piersi tkwi krwawy klejnot, oj, krwawy. 
- - Zamknij się! 
Cabe nie słuchał. 
- - Kim jest ten półkrwi krewny? Dlaczego miałby mi pomagać? 
- - Dlaczego? Tylko on patrzył, jak zrywasz więź ze śmiercią i dorastasz! Oto,  
dlaczego! Mówimy o człowieku, którego uważałeś za swojego ojca! 
- - Mój... 
- - Hadeen było mu na imię. Opiekował się tobą z przyjaźni dla Nathana. W grę  
może wchodzić i krew. 
- - Krew? - Twarz Cabe’a pobladła. 
Allanard potrząsnął głową. Nawet jego czupryna miała zielonkawy odcień. 
- Mówimy o pokrewieństwie. Możesz być naszym krewniakiem. To czyni cię dla nas  
podwójnie ważnym, i stąd nasza pomoc. Poza ty m... - Po raz pierwszy gorycz 
wkradła się do  
jego wesołego głosu - jesteśmy coś winni tym jaszczurkom zaHadeena. 
Cabe nie zwrócił uwagi na ostatnie zdanie, mając myśli znów zaprzątnięte walką  
toczącą się pod ziemią. Liczył, że elfy mają dobry środek transportu. Im większa 
odległość  
oddzieli go od Półwyspu Legar, tym lepiej. 
Jak gdyby na potwierdzenie, ziemia zatrzęsła się z niezwyczajną furią. 
Morgyn przewrócił się. 
- Czyżby naród gnomów rozpoczął wojnę? Cabe odzyskał równowagę. 
- Gorzej! Czarnoksiężnik zwany Cieniem i stworzenie zwane Czarnym Koniem  
walczą gdzieś na dole! 
Elfy rozdziawiły usta. Allanard pierwszy przypomniał sobie, do czego służy 
język. 
- - Kary rumak i wiedźmin o dwóch umysłach się kłócą! Nic nam o tym nie było  
wiadomo! Musimy się spieszyć, oj, musimy! 
- - Dokąd pójdziemy? Macie konie? 
- - Konie? Czy nie jesteś magiem i jednym z krwi? 
- - To sporna... 
Allanard uciął wszelkie dyskusje. 
- Szybkości potrzebujemy, choć nie wiem, czy możliwa jest ucieczka przed tymi, z  
których jeden pała wielką nienawiścią! Morgyn! To twoja specjalność! 
- Tak jest, bracie! 
Straszliwa podziemna walka popadła w zapomnienie, gdy Cabe zaczął w zdumieniu  
przypatrywać się elfowi. Morgyn wyjął kawałeczek czarnej kredy i rysował kontur 
w  
powietrzu. Dosłownie. Cokolwiek nakreślił, czarna linia trwała, choć nic jej nie  
podtrzymywało. 
Dopiero po dłuższej chwili młody wiedźmin poznał, co przedstawia rysunek. Był to  
ptak, jeden z największych, jakie w życiu widział. Gdyby był prawdziwy, z 
łatwością mógłby  
unieść ich wszystkich. 
Morgyn skończył kontur i szybko dodał parę szczegółów takich jak oczy i dziób.  
Ostatnim i najdziwniejszym elementem były trzy siodła na grzbiecie ptaka. Kiedy 
skończył i  

background image

zadowalająco ocenił swe dzieło, machnął kawałkiem kredy i wymruczał coś w elfim 
języku. 
Brązowawa masa wypełniła kontury ptaka. Oczy zamrugały. Dziób otworzył się i  
zamknął, niemal przycinając różowy język. Masywne skrzydła zostały wypróbowane i 
uznane  
za dobre. Wielki kondor przekrzywił głowę i zerknął na swego stwórcę jednym  
wytrzeszczonym okiem. 
Wszystko to zajęło mniej niż minutę. 
Allanard popatrzył na Cabe’a. 
- I jak? Na co czekasz? Aż czarnoksiężnik o rozmazanej twarzy da ci kopniaka na  
zapęd? 
Cabe z niejaką rezerwą wspiął się na ptaka i zajął środkowe siedzenie, 
największe ze  
wszystkich. Dwa elfy usadowiły się na grzbiecie i Morgyn lekko poklepał kondora 
po głowie.  
Młody wiedźmin spojrzał na niego z konsternacją w oczach. 
- Nie ma wodzy? 
Elf poklepał stworzenie i uśmiechnął się. 
- Nie, no bo po co? 
Kondor wystartował. Cabe złapał się tak, jakby od tego zależało jego życie.  
Denerwowało go, że Morgyn siedzi daleko z przodu, tylko nogami przytrzymując się  
szybującego ptaka. Śmiał się na całe gardło, tak samo jak Allanard. Oba elfy 
były za pan brat  
z tym rodzajem transportu. Cabe byłby bardziej zadowolony z może trzęsącego, ale 
na pewno  
łatwiejszego do kierowania zwyczajnego wozu. 
Kondor wznosił się coraz wyżej. Cabe spojrzał w dół i przytrzymał się kurczowo.  
Allanard zachichotał, 
- Możesz patrzeć w dół, oj, możesz. Na tej wysokości nic nie zobaczysz, tylko  
chmury! 
Zwrócenie uwagi na wysokość jeszcze bardziej rozstroilo nerwy Cabe’a. 
Morgyn zawołał z przodu: 
- Trzymać się! Lecimy prosto w tą ciemną! 
Wiedźmin miał tylko minutę na zdumienie, a potem połknęła ich szara chmura.  
Kondor wleciał w nią bez wahania. Cabe wściekał się, ponieważ elfy niemal pękały 
ze  
śmiechu. Doszedł do wniosku, że mają specyficzne poczucie humoru. 
Pokryły go kropelki wilgoci, choć wcale nie było mu gorąco. Powietrze miało  
osobliwą woń. Cabe wreszcie poznał zapach, jaki pozostaje po wiosennym deszczu. 
Był  
czysty i trochę pomógł mu uspokoić nerwy. Kilka sekund później wylecieli z 
deszczowej  
chmury. Wszyscy trzej byli mokrzy, ale elfom to nie przeszkadzało. Zresztą wiatr 
szybko ich  
osuszył. 
Im dłużej lecieli, tym bardziej Cabe przyzwyczajał się do takiego sposobu  
podróżowania. Nawet od czasu do czasu spoglądał w dół. Zdumiała go prędkość, z 
jaką się  
przemieszczali. 
Żeby nie rozluźniać rąk zaciśniętych na piórach ptaka, postanowił porozmawiać 
nie z  
Allanardem, lecz z Morgynem. 
- Czy to Las Dagora? Morgyn zerknął w dół. 
- Tak, to dom! Kiedy dostarczymy cię do miejsca przeznaczenia, wrócę tutaj razem 
z  
bratem! 
Bujny las, z masami zieleni i wszechobecnym życiem, dobrze skrywał fakt, że był 
tym  
samym, w którym Cabe stawił czoło niejednemu zagrożeniu. Wiedział, że gdzieś tam 
stoi  
dwór Pani. 

background image

- Lecimy nie dłużej niż godzinę! Nie do uwierzenia! Dobiegł go chichot 
Allanarda. 
- Nie praw mu takich komplementów, Cabie Bedlamie! Możemy tak przyspieszyć, że  
nawet ja nie zdołam się utrzymać! 
Jego brat odwrócił się do ptaka. Kondor zauważalnie zwiększył prędkość. Morgyn  
zaśmiał się cicho. 
Z lasu na ich spotkanie wystrzelił ciemny, zielony kształt. Nawet z tej 
odległości Cabe  
widział, że jest co najmniej tak duży jak kondor. Sądząc z koloru i postury 
musiał to być  
smok - na tej wysokości najpewniej powietrzny. 
Młody wiedźmin ostrzegł elfy i wskazał szybko wznoszące się stworzenie. Leciało  
zbieżnym kursem. Elfy obserwowały je bacznie, ale nie robiły nic, by zapobiec 
konfrontacji.  
Cabe puścił się lewą ręką i wyciągnął ją w stronę smoka. Nie był całkiem pewien, 
co zrobić,  
ale przynajmniej próbował. 
Allanard ściągnął w dół jego rękę i wyszeptał mu do ucha: 
- Nic nie rób! 
Skrzydła smoka łopotały, gdy wzbijał się coraz wyżej. W pewnym momencie zawisł z  
wyzywającym rykiem. Kondor zignorował go. Cabe zastanawiał się, czy ptak jest 
zdolny do  
jakiejkolwiek reakcji. 
Mniej więcej pięćdziesiąt jardów od nich smok znieruchomiał. Przez pół minuty  
wisiał w powietrzu, obserwując ich bacznie. Potem, jak gdyby całkowicie stracił  
zainteresowanie, przechylił się i z przerażającą szybkością poszybował w 
kierunku lasu.  
Prawie natychmiast stracili go z oczu. 
Cabe popatrzył na swoich towarzyszy, usilnie zastanawiając się nad sytuacją. 
Morgyn  
ponownie zajął się kierowaniem ptakiem, ale Allanard pokiwał mu głową. 
- Widzisz? Nie wolno się spieszyć z wydawaniem osądów, oj, nie wolno. 
Żałując, że nie może usiąść tyłem do przodu, Cabe lekko przekręcił się w siodle. 
- - Co to znaczy? Dlaczego ten smok powietrzny wzbił się tak wysoko, a potem  
odleciał bez przypuszczania ataku? 
- - Ludzie, nawet tacy jak ty, żyją w pobliżu, lecz nie w samym Lesie Dagora. My  
mieszkamy tam przez większość życia. Mimo to wiemy niewiele o naszym prawdziwym  
monarsze, Zielonym Smoku. Kiedy rozkazuje, jesteśmy posłuszni. Kiedy mówi, że 
masz  
przejść cały i zdrów, nawet najsilniejsze jaszczury nie poważą się sprzeciwić 
rozkazowi. 
- Zielony Smok pozwala nam przelecieć? - Cabe z trudem mógł w to uwierzyć.  
Dlaczego jeden ze Smoczych Królów miałby mu pomagać? 
Elf potrząsnął głową. 
- Nie kwestionuj szczęścia, Cabie Bedlamie, nie kwestionuj. Bardziej do rzeczy, 
nie  
próbuj czytać w myślach Smoczych Królów. Możesz zacząć zastanawiać się, kto jest 
twoim  
prawdziwym przyjacielem, a kto wrogiem. 
Czy to z powodu jakiegoś żartu Morgyna, czy podmuchu wiatru, kondor opadł  
gwałtownie. Cabe musiał się przytrzymać. Kiedy ptak wyrównał lot, wiedźmin nie 
powrócił  
do rozmowy z Allanardem. Był zbyt zajęty rozmyślaniem nad tym, co przed chwilą 
usłyszał. 
Cień, Czarny Koń, Zielony Smok, Gryf... 
Komu ufał? 
Komu waży się zaufać? 
XV 
 
Na Równinach Piekielnych taki dźwięk rozległ się po raz pierwszy. Usłyszeli go 
albo  

background image

poczuli wiedźminowie, czarodziejki, uczeni - wszyscy ci, którzy zajmowali się 
innymi  
rzeczywistościami. Gdyby byli pod murami warowni, na własne oczy mogliby 
zobaczyć  
przerażającą przyczynę odgłosów. 
Hordy Czerwonego Smoka wytrzeszczały osłupiałe oczy. Patrzyły i umierały. Choć  
ginęli również słudzy mrocznego czarnoksiężnika, smoki ogniste nie mogły nawet 
dotknąć  
ich pana. Jak widmo Śmierci, wymachując Bezimiennym niczym potężną kosą, Azran  
wycinał sobie drogę przez ich szeregi. 
Liczne smoki rzuciły się do ucieczki, choć wiedźmin był tylko jeden. Z mieczem  
wyjącym z żądzy krwi, pojawiał się to tu, to tam, unicestwiając przeciwników 
zanim zdali  
sobie sprawę z jego obecności. Bezimienny pulsował. Twarz Azrana straciła 
wszelkie ślady  
człowieczeństwa. Śmiał się opętańczo, siejąc zniszczenie. 
Tylko Czerwony Smok nie ustąpił pola. Wezwał na pomoc posłuszne mu moce i  
rozdął jaszczurze cielsko do gigantycznych rozmiarów. Ogień gorętszy od tego, 
który płonie  
w jądrze świata, spalał wszystko, co stanęło mu na drodze. Azran bez szwanku 
przeszedł  
przez zaporę płomieni; prawdę mówiąc, nawet nie poczuł gorąca. 
Pan Równin Piekielnych wezwał treść własnej ziemi. Choć magma i para były nieco  
chłodniejsze od jego płomienia, miały przewagę ilości i siły. Smoczy Król nie 
dbał, czy jego  
klany wyginą wraz ze sługami Azrana; ważne było tylko zniszczenie 
czarnoksiężnika, który  
był uzbrojony w sam Chaos. 
Stopiona skała i ziemia spowolniły Azrana tylko na chwilę i to głównie dlatego, 
że  
musiał brodzić w ognistej masie. Bezimienny chronił go przed skutkami i niedługo 
później  
Aran odzyskał swobodę ruchów. Wrząca woda z gejzerów ledwo go zrosiła. 
Gdy zawiodła go magia, Czerwony Smok osobiście stanął do walki. Ogromne, długie  
na jard pazury wysunęły się ku aroganckiemu człowiekowi; Azran musiał się 
bronić. Jego  
nieziemski miecz sparował cios szponów, a nawet ściął czubek jednego. Gdy tylko 
poradził  
sobie z jedną łapą, uderzyła druga. Wiedźmin został zepchnięty w tył. Bezimienny 
był  
potężny, nie mógł jednak zlikwidować słabości śmiertelnika. Azran nie 
uświadamiał sobie  
sprzeczności, jaka wiązała się z mieczem; choc on sam był źródłem jego mocy, 
natura broni  
znacznie odbiegała od jego pierwotnych zamierzeń. 
Szkarłatny smok rzucił się z rozdziawioną paszczą na wytrąconego z równowagi  
człowieka. Azran ledwo zdążył poderwać miecz. Bezimienny z koszmarnym wrzaskiem  
wzniósł się na spotkanie Smoczego Króla. Wielki gad szarpnął łbem, umykając 
spoza jego  
zasięgu, i zawył, gdyż ostrze zdążyło rozplatać mu nozdrza. Rycząc bardziej z 
wściekłości niż  
z bólu, Czerwony Smok wzbił się w przestworzą. Przerażająco wielkie ciało z 
niewiarygodną  
szybkością zniknęło w chmurach. 
Odziany w czerń wiedźmin również wzbił się w powietrze i ruszył w pościg. Nie  
miało znaczenia to, że jego warownia leży w gruzach, a słudzy w większości albo 
polegli,  
albo poszli w rozsypkę. Ważna była jedynie śmierć drugiego. Twarz Azrana 
zastygła w  
grymasie obłąkańczej furii. To miecz, nie człowiek, narzucał reguły. 
Wydawałoby się, że ukrycie tak potężnego cielska w chmurach nad pobojowiskiem  

background image

jest niemożliwe. Tym niemniej wiedźmin nie mógł znaleźć swego adwersarza. Musiał 
gdzieś  
się przyczaić, to jasne; żaden Smoczy Król nie uciekłby z pola bitwy, zwłaszcza 
nie ten.  
Azran uśmiechnął się dziko. Skoro narzucono mu rolę myśliwego, będzie polować. 
Padł na niego cień. Bezimienny z własnej woli wyskoczył łukiem w górę, tnąc  
głęboko to, co znajdowało się powyżej. Z rozdzierającym krzykiem wężosmok, który 
przeżył  
pierwszą bitwę, poszybował ku ziemi jak kamień. Wiedźmin chrząknął pogardliwie; 
takie  
stworzenie niewiele go obchodziło. Pragnął dopaść władcę tej krainy. 
Wilgoć i zimne powietrze nieco go uspokoiły. Zdał sobie sprawę ze swego  
ryzykownego położenia. Smok równie dobrze czuł się na ziemi, jak w powietrzu. On 
czasami  
latał, ale zdecydowanie lepiej było mu z twardą ziemią pod nogami. Szkarłatny 
gad wiedział,  
jak poruszać się w tej powietrznej mgle, natomiast wiedźmin musiał zdać się na 
metodę prób i  
błędów. 
Im bardziej odzyskiwał panowanie nad sobą, tym bardziej brakowało mu pewności.  
Bezimienny tymczasem pulsował cicho i czekał. Ten pozorny brak mocy mógł 
oznaczać  
tysiące rzeczy. 
Czerwony Smok wybrał tę chwilę na przypuszczenie bezgłośnego ataku. Wypadł z  
chmur z wyciągniętymi pazurami i z rozdziawioną paszczą. Azran był zaskoczony. 
Bezimienny nie. 
Z nową siłą złowieszcze ostrze odwróciło Azrana twarzą ku bestii. Zwierzęca 
furia  
znów zawładnęła ciałem i umysłem czarnoksiężnika. Śmiejąc się dziko, Azran 
pomknął w  
stronę długich, spiczastych kłów Smoczego Króla. Dla żadnego nie było już 
odwrotu.  
Skończył się czas ukrywania. 
Całkowicie pod wpływem własnego dzieła, Azran wzbijał się coraz wyżej i wyżej, 
na  
pozór bez zamiaru zmiany samobójczego kursu. Czerwony Smok otworzył paszczę na  
maksymalną szerokość; nie było szans, by człowiek zdążył zmienić kierunek. 
Gadzie zębiska zatrzasnęły się, gdy drobna postać zniknęła w paszczy. W ślepiach  
ognistego zapłonęła radość zwycięstwa. Błysk zniknął prawie natychmiast oczy 
stały się  
szkliste, jak gdyby gada ogłuszyła pewna myśl. 
Nie myśl jednakże przemknęła przez mózg Czerwonego Smoka. Ciało kolosa zadrżało  
raz i drugi, już martwe, a potem potężny kadłub runął ku ziemi. Jeszcze gdy był 
w powietrzu,  
coś wypadło z tyłu jego głowy. Był to Azran. Miecz wyciął sobie drogę przez 
czaszkę.  
Szybkość broni była tak wielka, że ofiara nie miała czasu zareagować. 
Oblepiony nie dającymi się opisać resztkami czaszki pokonanego przeciwnika,  
wiedźmin patrzył, jak jego cielsko znika w dole. Przepełniło go uniesienie. 
Udowodnił, że jest  
mistrzem. Nawet jego znienawidzonemu ojcu nie udało się zniszczyć Smoczego Króla 
z  
zachowaniem własnego życia. A oto on, Azran, stał - a raczej, unosił się - cały 
i zdrowy po  
pojedynku z najbardziej morderczym stworzeniem świata. 
Poprawił się - stało się dla niego jasne, że teraz on jest najbardziej 
morderczy. 
Azran odetchnął głęboko, napawając się zwycięstwem i przy okazji wdychając smród  
ubrania i własnego ciała. Zakaszlał. To byłoby na tyle, jeśli idzie o słodki 
zapach sukcesu!  

background image

Wzruszył ramionami. Była to niewielka cena za tak satysfakcjonujące zwycięstwo. 
Niedługo  
się oczyści. 
Ogarnięty euforią, nie zwracał uwagi na Bezimiennego. Demoniczny miecz pulsował  
leciutko, a jednak zdawał się podzielać uczucie triumfu ze świeżo potwierdzonej 
mocy.  
Mocy, która miała rosnąć z każdym zwycięstwem... 
...niezależnie od tego, kto go będzie nosić. 
- I jak się miewamy, czarodziejko? - wysyczał. 
Niemal czekała, aż z jego ust wystrzeli długa, czerwona wstęga rozdwojonego na  
końcu języka. Książę Toma miał w sobie coś, co mroziło ją mocniej niż obecność 
Kyrga czy  
nawet Smoczych Królów. Był gadem bardziej zimnym i nieludzkim niż którykolwiek 
ze  
smoków za wyjątkiem bezmyślnych jaszczurów i ich kuzynów. Gwen doszła do 
wniosku, że  
tacy musieli być pierwsi Królowie - tylko że Toma, z powodu urodzenia, nie mógł 
zostać  
Smoczym Królem. 
Kiedy nie odpowiedziała, smok ognisty z uśmiechem wzruszył ramionami. 
Boże! Musiała na niego patrzeć, nic nie mogła na to poradzić. Nawet jego niby  
ludzkie zęby bardziej przypominały ostre kły, o wiele bardziej, niż było to w 
przypadku jego  
panów. 
Toma obszedł powoli bąbel, zmuszając swego jeńca do próby obrócenia się. Pani  
chciała mieć na oku groźnego księcia, żeby nie zaskoczył jej jakąś nową 
sztuczką. Smoczy  
wojownik był do tego zdolny, bez dwóch zdań. Jego moce co najmniej dorównywały 
jej  
mocom, a być może nawet były większe. Dlaczego w takim razie, pytała się po raz 
tysięczny,  
zawsze pozostawał w cieniu? Marnowanie broni o takim potencjale nie pasowało do  
Smoczych Królów. 
Ognisty zatrzymał się. Jak gdyby odczytując jej myśli - możliwe, że mógł to 
zrobić,  
choć Gwen zawsze nosiła ochronną tarczę - Toma przemówił: 
- - Przyszło ci na myśl, że wojownik z moimi... nazwijmy to zdolnościami, służy  
tym, którzy, co oczywiste, stoją niżej od niego pod względem mocy i talentów? 
- - Założyłam, że jesteś w sercu śmierdzącym tchórzem, jak ten sadysta Kyrg. 
W bąblu zrobiło się okropnie gorąco i duszno. Gwen chciała rzucić zaklęcie, ale 
tylko  
rozbolała ją głowa. Oddychała z wielkim trudem. 
Toma przez dłuższą chwilę obserwował, jak cierpi, a potem niedbale machnął ręką 
w  
jej stronę. Obieg powietrza i temperatura natychmiast wróciły do bardziej 
znośnego poziomu.  
Czarodziejka parę razy odetchnęła świeżym powietrzem i wytarła pot z czoła. 
Tym razem Toma nie uśmiechnął się, a Pani zobaczyła, że rzeczywiście ma wężowy  
język. Usiadł na jedynym krześle w namiocie i nalał sobie kielich wina 
czerwonego jak krew.  
Z jego spowolnionych ruchów poznała, że świadomie chce przypomnieć jej o 
pragnieniu; nie  
piła od czasu pojmania. 
- - W najbliższej przyszłości będziesz unikać takich obraźliwych uwag, Pani z  
Bursztynu. Mogą zapierać dech w piersiach, skromnie mówiąc. - Pociągnął długi 
łyk wina. 
- - Zadałeś mi pytanie. Tak, zastanawiałam się. Dlaczego słuchasz Królów? Z  
pewnością nawet Złoty ci nie dorównuje! 
Zadowolony z tego komentarza, Toma nalał trochę szkarłatnego płynu do drugiego  
kielicha. Przesunął nad nim dłoń i puchar zniknął. Pojawił się prawie od razu w 
ręce Gwen.  

background image

Czarodziejka zmusiła się, żeby nie podnosić go zbyt szybko do ust, ponieważ 
ognisty mógłby  
go zabrać z czystej złośliwości. 
- Całkiem trafnie wyłożone, wielmożna Pani! Ale na razie nie zaJeży mi na  
wysadzeniu ojca z siodła. Realizuje własne marzenia, choć bez ostrzeżenia 
przeskakuje od  
rozsądku do szaleństwa. Tylko tradycja powstrzymuje go od mianowania mnie jednym 
z  
następców. Jeśli istnieje coś, co zjednoczyłoby pozostałych Królów przeciwko 
niemu, to  
tylko tradycja. - Książę splunął po wypowiedzeniu ostatniego słowa; ziemia 
zasyczała tam,  
gdzie trafiła ślina. 
- Bezsprzecznie ze swoją mocą... Podniósł rękę. 
- Próbujesz ocenić rozmiar moich zdolności. Powiem ci z własnej woli, że nie  
wystarczy kierować wszystkimi Smoczymi Królami. Oto dlaczego tworzę zręby nowej  
władzy! 
Początkowo umknęła jej insynuacja zawarta w tej uwadze. Dopiero kiedy słowa  
zapadły jej w pamięć, zrozumiała, z kim i z czym ma do czynienia. Implikacje 
zmieniały  
znacznie poglądy, jakie wyrobiła sobie w ciągu krótkiego czasu od wyzwolenia z  
kryształowego więzienia. Wszyscy byli głupcami, nawet budzący grozę Smoczy 
Królowie i -  
tutaj poczuła lekkie ukłucie satysfakcji - złośliwy Azran, który tak ochoczo i 
bezwiednie  
uczestniczył w planie. 
- Ty. To ty zainicjowałeś tę lawinę wypadków! Ty doprowadziłeś do nowej wojny w  
Smoczych Królestwach! 
Gadzie oczy błysnęły pod złowieszczym smoczym hełmem, który był i nie był 
częścią  
samego smoka. Książę wzniósł kielich w jej stronę i spelnif toast. Uśmiechnął 
się. I to było  
najbardziej przerażające. 
- Tak! Przez swoich agentów podburzyłem kilku Królów. Z Błękitnym poszło  
najłatwiej, jest taki naiwny. Czarny wiecznie tylko ględził o Mistrzach, choć 
muszę  
pogratulować mu znalezienia twojego towarzysza, młodego pomiotu Bedlama. To była  
niespodziewana premia! Pozwoliła mi przekabacić Brązowego, który miał Rogaty 
Miecz.  
Głupiec! Nazwij to jasnowidzeniem, ale znałem wynik spotkania z wnukiem Nathana. 
Mimo  
wszystko, nawet gdyby chłopak zginął, grałbym na możliwości, że mogą istnieć 
inni. Może  
nawet uwolniłbym ciebie, wiedząc doskonale, że natychmiast spróbujesz odtworzyć 
swój  
legion magów. 
Przechwałki Tomy przerwało pojawienie się czegoś, co nie do końca było ludzkie, 
ale  
dość bliskie człowiekowi, by stanowić jego parodię. Stwór czekał cierpliwie, aż 
książę raczy  
zauważyć jego obecność. Toma ograniczył się do lekkiego skinienia. Stworzenie 
poczłapało  
ku niemu na nogach, które wydawały się nierówne i nazbyt krótkie w porównaniu w  
tułowiem. Podało mu niewielki zwój pergaminu. Gwen zauważyła, że sługa, 
odprawiony, z  
wielką chęcią zniknął z oczu swego pana. 
Po raz pierwszy książę Toma okazał niezadowolenie. Rozwinął pergamin i pilnie  
przestudiował jego treść. Kiedy skończył, powoli odłożył arkusz na stolik z 
winem. Zapatrzył  
się w przestrzeń, chwilowo zajęty dopiero co przeczytanymi wieściami. Pani 
pochyliła się,  

background image

próbując odcyfrować słowa z wnętrza magicznej celi. Warto było wiedzieć o 
wszystkim, co  
sprawiało przykrość Tomie. 
Książę zwrócił uwagę na jej wysiłki. Niedbałym ruchem przesunął pergamin poza  
zasięg jej wzroku. 
- To sprawy, w których nie możesz odegrać żadnej roli, wielmożna Pani. Zajmę się  
nimi, jeśli okażą się kłopotliwe. Na czym skończyliśmy? 
Gwen nie odpowiedziała. Myślała o wiadomości. Czego dotyczyła? Cabe’a? 
Ignorując jej próby zrozumienia tego, co przeczytał, Toma podjął opowieść o 
własnej  
chwale. 
- Królowie cierpią z powodu tradycji. Wierzą, że oni i tylko oni mają władzę nad  
mocami godnymi rządzenia. - Krótki śmiech, niepokojąco ludzki. - Zasiadałem 
wśród nich,  
udawałem jednego z nich, nawet namówiłem tego, który miał władzę, do 
wskrzeszenia swego  
umierającego królestwa! 
Zmiennoksztatny, a jakże. Czarodziejce coraz mniej podobało się to, co słyszała.  
Nawet Smoczy Królowie byli ograniczeni do dwóch postaci. Ze słów Tomy wynikało, 
że  
mógł przybierać trzecią formę. 
- - Czy Smoczy Król, pod którego się podszyłeś, nie nabrał podejrzeń? 
- - Mało prawdopodobne. Kryształowy Smok nigdy nie stawia się na wezwania. Nie  
obchodzi go, czy reszta krajów wzajemnie się wyniszczy. Kiedyś powiedział 
Radzie, że ma  
dużo ważniejsze obowiązki niż użeranie się z braćmi. Nikt nigdy się nie 
dowiedział, na czym  
polegają jego obowiązki. - Wzruszył ramionami. - Zresztą, to nie ma znaczenia. 
Podniósł się niespodziewanie. 
- Do tej chwili ciężar konwersacji spoczywał na moich barkach. Choć przemawianie  
do kogoś innego niż ciemna hołota naprawdę jest interesujące, chciałbym otrzymać 
więcej  
informacji od ciebie. Niestety, to musi zaczekać na bardziej sprzyjającą chwilę. 
Wybaczysz? 
Toma skłonił się drwiąco i wyszedł. Pani patrzyła za nim, zaciekawiona. Nie 
mogąc  
odczytać listu, nie potrafiła odgadnąć, co go tak nagle zajęło. Kula, w której 
była uwięziona,  
nie wędrowała po namiocie; czary kotwiczyły ją w jednym miejscu. 
Nie bacząc, że dowódca cesarskich może powrócić lada chwila, Gwen zaryzykowała.  
Odrobinę zawęziła pole; gdzieś w zaklęciu musiała być usterka. Jedną z 
pierwszych rzeczy,  
jakich nauczył ją N athan, było to, że każdy, kto posługuje się magią, może 
nieść zaklęcie za  
sprawą sarnej wiedzy, gdzie jest jego słaby punkt. Nawet uczniowie mogli 
zneutralizować  
najpotężniejsze czary, jeśli tylko umieli zlokalizować kluczowe miejsce. 
Kłopot w tym, że im bardziej skomplikowane było zaklęcie, tym trudniejsze 
stawało  
się znalezienie wady - chyba że wiedziało się, gdzie szukać. Była to jedna z 
rzeczy, która  
czyniła Nathana tak potężnym. Niezwykle starannie opracowywał własne zaklęcia i 
dokładnie  
analizował inne. 
Musnęła palcami wnętrze magicznego bąbla. Znalezienie i przesunięcie różnych 
linii i  
kolorów, które tworzyły podstawę „fizycznych” składników zaklęcia, wymagało 
niezwykle  
wrażliwego dotyku. Użyte gesty i słowa nie były takie ważne. Pomagały, ale Gwen 
była  
pewna, że i bez nich zdoła rozszyfrować strukturę sfery. 

background image

Nic. Nieco opuściła ręce. Nadal nic. Przesunęła dłonie najpierw w prawo, potem w  
lewo. Z lewej strony poczuła lekkie poruszenie. Niewielkie, ale to był znak. 
Usterka była  
niedaleko. 
Gwen otarła pot z czoła. Była tak blisko! Robiąc przerwę na zaczerpnięcie 
oddechu,  
zauważyła wyraźną zmianę temperatury. Oddychała z trudem. Natychmiast 
zaprzestała  
wszelkiej działalności. 
Tym razem było jeszcze coś. Powoli, ale stale, jej ciało przybierało na wadze.  
Zwiększony ciężar zmusił ją do położenia się na dnie bąbla, do przyciśnięcia 
twarzy do  
gładkiej powierzchni. Waga kilka razy większa od normalnej groziła jej 
zmiażdżeniem.  
Jedyną nadzieją było trwanie w bezruchu. 
Nagle wszystko powróciło do normy. Nieco obolała, Pani odwróciła się... do 
księcia  
Tomy. On potrząsał głowąjak nauczyciel, który chce zbesztać niesfornego ucznia. 
- - Następna próba będzie ostatnią, wielmożna Pani. Co nie znaczy, że przyniesie 
ci  
coś dobrego. Podczas gdy... leżałaś, pozwoliłem sobie zmienić naturę zaklęcia 
bąbla.  
Gwarantuję, że nie wystarczy ci czasu na znalezienie usterki. Poza tym, będziemy 
zbyt zajęci  
podróżą. 
- - Podróżą? Do Penacles? 
Ognisty popatrzył na nią z niemal przekonującym zdumieniem. 
- Do Penacles? Czemuż miałbym tam się udawać? Nie ma tam nic, czego mógłbym  
potrzebować. 
Teraz ona okazała zdziwienie. 
- A biblioteki? Miasto Wiedzy... Toma potrząsnął głową. 
- Miasto Wiedzy! Do tej pory Gryf bez wątpienia już się przekonał, na ile 
przydatna  
jest ta wiedza. Uważnie przestudiowałem jej przeszłość. - Potarł skórzastą 
szczękę. - Wiesz,  
co odkryłem? Żaden władca Penacles nigdy naprawdę nie mógł polegać na samych  
bibliotekach! To wszystko kłamstwo, Pani z Bursztynu! Wielka mistyfikacja! 
Cesarz,  
oczywiście, w to nie wierzy, tak samo zresztą jak Czarny Smok, który od dawna ma 
chrapkę  
na miasto. Kyrg, zawsze posłuszny dureń, popędził tam z ochotą, by wydrzeć 
Penacles tym,  
którzy przeżyją. Czeka na moje przybycie, ale już pchnąłem gońca z innymi 
rozkazami. 
Oczy Gwen zwęziły się. 
- - Jakimi? 
- - Kyrg ma wziąć udział w ataku na Miasto Wiedzy. Nie od razu, ale wkrótce. 
Tak myślała. Penacles nie wytrzyma dodatkowego oblężenia przez cesarskie hordy  
księcia Kyrga. Ten smok ognisty miał wiele przywar, ale jego zdolności dowódcze  
dorównywały talentowi samego Tomy. Podejrzewała, że żaden z dowódców Czarnego 
Smoka  
nie dorastał mu do pięt, dlatego ponosili porażki. 
Uderzyło jącoś innego. Istniała możliwość, że Kyrg, pan Szarych Mgieł i wiele 
innych  
smoków wyższych rangą zginie lub odniesie rany. To znacznie przerzedziłoby 
szeregi rywali  
Tomy. 
Smoczy wojownik pokiwał palcem. Bąbel ruszył w jego stronę bez dźwięku czy  
napędu. 
- Chodź ze mną. 
„Jakbym miała wybór” - pomyślała ze złością. 

background image

Klapy namiotu rozchyliły się szeroko, gdy sfera wysuwała się na zewnątrz. Pani 
była  
wstrząśnięta widokiem smoczych sił. Większa ich część już była gotowa do 
wymarszu.  
Szybkie i sprawne wojsko potrzebowało o połowę mniej czasu niż wiele innych 
armii. Gwen  
patrzyła, jak smoki ładują wozy i zaprzęgają do nich pomniejsze jaszczury. Wtedy 
stało się  
dla niej jasne, dokąd wyruszą. Na północ od Mito Pica leżało tylko jedno miasto. 
Ośmieliła się zagadnąć Tomę, który wydawał rozkazy wymarszu. 
- Dlaczego do Talaku, Toma? Dlaczego wracasz tam, skąd przyszedłeś? 
Sfera zajaśniała na krótko zwiększonym żarem, po czym znów stała się normalna.  
Wódz spojrzał uważnie w jej twarz i odczytał emocje. 
- Przypuszczam, że mogę ci powiedzieć, bo i tak raczej nie możesz wykorzystać 
tej  
wiedzy. Mój katalizator wypełnił swoje zadanie. Gdybym pozwolił mu żyć, to 
mogłoby  
zagrozić moim planom. Wracamy do Talaku, żeby zapobiec niewłaściwemu rozwojowi  
wydarzeń. Cabe Bedlam umrze, zanim w pełni rozwiną się jego moce. Jego śmierć 
położy  
kres jakimkolwiek próbom przywrócenia Smoczych Mistrzów. 
Pani ledwo słyszała jego ostatnie słowa. Cabe jest w Talaku! Jak to się stało? 
Przecież  
Azran nie mieszkałby tak blisko cywilizacji. Tym samym, choć trudno było w to 
uwierzyć,  
Cabe albo uciekł, albo został wykradziony swemu zdradliwemu ojcu. Istniała 
jeszcze  
nadzieja, jeśli to pierwsze było prawdą. 
Toma uśmiechnął się zimno, jego oczy rozbłysły. 
- Mogę tedy przyjąć, że będziesz nam towarzyszyć? Powinienem się domyślić, iż  
uraduje cię myśl o okazji ujrzenia kochanka. 
Poczerwieniała. 
- On nie jest moim... 
Smoczy wojownik uciszył ją ruchem dłoni. 
- Nie będę dyskutować o subtelnościach aspektów ludzkiego zachowania. Jesteśmy  
gotowi do drogi. Myślę, że popłyniesz zaraz za mną, na wypadek, gdybym zapragnął 
z tobą  
porozmawiać. 
Specjalnie odwrócił się do niej plecami. 
- Wiedz, że mam całkowite zaufanie do swoich zabezpieczeń. Nie próbowała z nim  
polemizować. 
Toma wydał żołnierzom w ludzkich postaciach rozkaz siadania na koń. Reszta jego  
stworzeń ruszyła przodem. Te, którym brakowało entuzjazmu, szybko poczuły na 
grzbietach  
bicze smoczych wojowników. Gwen zastanawiała się, dlaczego jaszczury nie próbują 
się  
buntować. Potem wspomniała słowa księcia. Smoki jako gatunek były niewolnikami 
tradycji.  
Bunt przeciwko panom był nie do pomyślenia; na to ważyć się mogły tylko 
królewskie  
frakcje, a i to w myśl reguł narzuconych przez tradycję - chyba że chodziło o 
ognistego smoka  
nie panującego, takiego jak Toma. 
Możliwe też, że smoki nie buntowały się, ponieważ były na to za głupie. 
Czarodziejka  
osądziła, że każdy z tych domysłów jest równy pod względem wagi. Pozbawiona 
rządów  
Smoczych Królów i ich sług, większość pośledniejszych jaszczurów byłaby nie 
bardziej  
niebezpieczna od narowistych wężosmoków i bazyliszków. Z nimi łatwo byłoby sobie  
poradzić. 

background image

Armia przemieszczała się w tempie zdumiewającym jak na tak ogromną masę. W  
ciągu godziny cała długa kolumna opuściła to, co niegdyś było przedmieściami 
Mito Pica.  
Pani spożytkowała ten czas na oglądanie umierającego miasta. Toma rozbił swój 
obóz w jego  
wschodniej części. Z tego względu nie mogła zobaczyć rozmiaru zniszczeń, ale 
napływające  
dźwięki i zapachy wystarczały, żeby wyobraźnia nakreśliła żywy obraz. Gdyby 
bąbel nie  
ograniczał jej mocy, użyłaby dalekowidzenia, by sprawdzić stan innych dzielnic. 
Wystarczyło jej to, co zobaczyła po ruszeniu w drogę. Nad wypalonymi budowlami  
nadal unosił się dym. Mury, które w przeszłości odparły niezliczonych wrogów, 
zostały  
zrównane z ziemią. Gwen podejrzewała, że książę odegrał główną rolę w tej części 
bitwy.  
Mogła wyobrazić sobie miny miejscowych magów, gdy wbrew ich największym wysiłkom  
umocnienia rozsypywały się w pył. 
Założyła, że największym zagrożeniem będzie Azran lub Złoty. Myliła się. W tej  
chwili prawdziwy sprawca katastrofy znajdował się ledwie parę stóp od niej. 
Tereny wokół ruin miasta były dziwnie nietknięte, pomijając miejsca, gdzie jedna 
czy  
druga bojowa bestia zapędziła się za bezbronną ofiarą. Ocalały nawet pobliskie 
wioski.  
Książę dopilnował, żeby padło Mito Pica - i tylko Mito Pica. Chata Hadeena była 
jedynym  
wyjątkiem, o jakim czarodziejka wiedziała. 
Wódz wysłał tym, którzy mogli mu się przeciwstawić, jasną wiadomość. Bądźcie  
posłuszni, a przeżyjecie. Nie słuchajcie - przy czym, jak zauważyła, w tym 
przypadku  
nieposłuszeństwo pojmowane było raczej szeroko - a poniesiecie konsekwencje. 
Tylko brak  
informacji uratował wioskę, w której wychował się Cabe, od podzielenia losu 
miasta. 
Smocze hordy maszerowały niestrudzenie. Gwen zastanawiała się, jak postąpią  
władze Talaku. Stawią opór czy też wydadzą Cabe’a w nadziei, że miasto zostanie  
oszczędzone? Z tego, co słyszała o władcy, Renneku IV czy którymś tam, nie 
sądziła, by  
wnuka Nathana spotkało uprzejme przyjęcie. 
Za szybko przemieszczającymi się siłami księcia Tomy dymiły zgliszcza Mito Pica. 
XVI 
 
- Lepiej jedz, Cabie Bedlamie, jeśli chcesz zachować siły. Cabe wbił oczy w 
zieloną  
packę w drewnianej misce - tę samą zieloną packę, którą był karmiony od czterech 
dni - i  
wylał ją powoli na ziemię. Był pewien, że trawa pod tym paskudztwem natychmiast  
pożółknie. 
- Obejdzie się, wielkie dzięki. Mam powyżej uszu tego... tego... cokolwiek to 
jest! I  
czekamy tu zbyt długo! Z tego, co słyszałem od przechodniów, nie wynika, by 
Smoczy  
Królowie mieli tu jakichś sprzymierzeńców. 
Allanard z zadowoleniem wpakował sobie w usta kopiastą łyżkę strawy. Twarz  
Cabe’a przybrała odcień podejrzanie bliski ubraniom leśnych elfów. 
- Smoczy Królowie mają sprzymierzeńców wszędzie tam, gdzie są ludzie, jeśli mi  
wybaczysz to stwierdzenie. Może i jesteście najliczniejszą z ras, ale też i 
najbardziej  
zróżnicowaną, oj, najbardziej. 
Jego słowa przywiodły Cabe’owi na myśl ojca. Powoli pokiwał głową. 
- Ale Czarny Koń kazał mi iść do Talaku. Ufam mu. Pamiętajcie, wyratował mnie  
przed Cieniem. 

background image

Morgyn westchnął. 
- Wieczysty chadza własnymi drogami. Może zamyśla jakąś ciemną sprawkę. 
Wiedźmin, oburzony, zerwał się na nogi. 
- Możecie szukać sobie wymówek do końca świata, ale ja idę. Dziękuję warn za  
pomoc w podróży. Myślę, że sam dam sobie radę. 
Elfy podniosły się, Cabe jeszcze nie widział u nich takich poważnych min. 
Allanard  
wyciągnął rękę. 
- - Masz nasze błogosławieństwo, Cabie Bedlamie. Nie znaczy to, że nie chcemy ci  
pomóc, ale pomyśl o naszym ludzie. Nie jesteśmy wojownikami jak twoja rasa, oj, 
nie  
jesteśmy. Jeśli Smoczy Cesarz uzna, że działamy przeciwko niemu, każe zmiażdżyć 
nas tak,  
jak Mito Pica, oj, każe. 
- - Zielony Smok... 
- -...może, ale nie musi odmówić wykonania rozkazów swego pana. Przykro mi, oj,  
przykro. Po prostu nie możemy zrobić nic więcej. Mamy nadzieję i modlimy się, 
żeby nie  
rozpoznał nas żaden z tych gruboskórnych latających strażników. Równie dobrze 
może się  
okazać, że gdy tylko dotrzemy do domu, poczujemy na karkach oddech ścigających 
nas hord. 
Drugi elf również wyciągnął rękę. 
- Powodzenia, chłopcze. Miło było cię poznać, jak i znać ojca twego ojca. 
Czując się nieco winnym z powodu swoich wcześniejszych słów, Cabe ujął  
wyciągnięte dłonie. 
- Przepraszam za to, co powiedziałem. Mam nadzieję, że podróż minie warn  
bezpiecznie. 
Allanard uśmiechnął się ponuro. 
- To nie nas czeka najtrudniejsza droga. 
Cabe pomachał im na pożegnanie, odwrócił się i ruszył prosto do bramy. Z tyłu  
dobiegł go łopot skrzydeł startującego ptaka. Nawet się nie obejrzał. 
Choć ciemność zapadła ponad godzinę wcześniej, ludzie nadal w obie strony  
przechodzili przez bramę. Straż sprawdzała ich rutynowo, po łebkach. 
Cabe ustawił się za kupieckim wozem i niedbałym krokiem zbliżył się do 
pierwszego  
z żołnierzy. Przy nim twarz Blane’a wyglądałaby niemal przystojnie. I w 
przeciwieństwie do  
dowódcy z Zuu, strażnik był osobą raczej mało sympatyczną. Cabe postanowił nie 
ujawniać  
swojej tożsamości dopóki nie znajdzie się za murami. 
Włochata łapa pchnęła go w piersi. 
- Ty! Możesz sobie chodzić z głową w chmurach, ale dopiero po kontroli! Kim 
jesteś i  
dlaczego wędrujesz z pustymi rękami? 
Cabe’a ogarnął niepokój. Był pewien, że prawdziwa opowieść przerośnie możliwości  
zrozumienia żołnierza. Gdyby miał pieniądze, nie byłoby problemu. Pracując w 
karczmie,  
miody wiedźmin niejeden raz spotykał ludzi takiego pokroju. Popatrzył na swoje 
ubranie i  
zaczął improwizować. 
- Samotnie wędrowałem do miasta, kiedy wpadłem w zasadzkę bandytów. Wziąłem  
nogi za pas. Nie miałem wyboru przy sześciu na jednego. Zwłaszcza że zbójcy 
mieli luki. -  
Cieszył się, że klejnot jest ukryty przed wzrokiem strażnika. Allanard 
zasugerował, że  
wystarczy odrobina magii, żeby schować kryształ pod koszulą. Ostatecznie, 
dowodził,  
niewielu ludzi paraduje z klejnotami w piersiach, a bardziej niż możliwe, że 
taki kamień  
wzbudzi zazdrość i chęć posiadania. 

background image

Wartownik pokiwał głową. 
- Tak, zdarza się to od czasu do czasu. Ale niech mnie diabli, jeśli wyjdę za 
bramę  
szukać tych rozbójników. Kiedyś spróbowano. Oddział stracił kilkunastu ludzi, a 
nie złapał  
nawet jednego! Są gorsi od wężosmoków! 
Machnął ręką, przepuszczając Cabe’a i mierząc wzrokiem następnych podróżnych, w  
tym kilka młodych niewiast. Złodzieje i ich ofiary popadły w zapomnienie. 
Wiedźmin  
odetchnął głęboko i przeszedł przez bramę. 
Wtedy go olśniło, że mógł skorzystać ze swoich mocy, żeby niepostrzeżenie wejść 
do  
miasta. Prawie w tej samej chwili przyszło mu na myśl, że mógłby utkwić gdzieś w 
murze  
albo wylądować w studni. Na razie musiały wystarczyć zwyczajne metody. 
Jak większość miast, Talak otaczały solidne, raczej ponure mury. Cabe jednak  
wiedział, że mogą się okazać niewystarczającą ochroną przed Smoczymi Królami. 
Penacles  
miało szczęście, że Purpurowy Smok, równie paranoidalny jak jego bracia, 
odbudował  
zburzone umocnienia. Na ironię, smocze dzieło prawdopodobnie lepiej niż 
cokolwiek inne  
chroniło Miasto Wiedzy przed pobratymcami twórcy. 
Choć samo miasto nie mogło pochwalić się takimi bogactwami jak Mito Pica czy  
Penacles, wywarło na nim ogromne wrażenie. W większej części wynikało to z 
faktu, że  
Talak, leżący daleko od innych ludzkich miast i w pobliżu imponujących Gór 
Tyber, zdany  
był przede wszystkim na siebie. Z tego względu wypracował własny styl. 
Podczas gdy w innych miastach jeżyły się wieże, Talak był miejscem setek  
zigguratów, od małych sklepików po imponujące gmachy, które przypominały na wpół  
wyrośnięte góry. Wszędzie powiewały chorągwie, a karni żołnierze, dużo bardziej  
profesjonalni niż ci przy bramie, strzegli mieszkańców. Cabe dziwił się, że 
smoki ogniste bez  
słowa sprzeciwu otrzymały ogromne ilości mięsa. 
Sugestia Czarnego Konia, którą się kierował przybywając do Talaku, stawała się 
coraz  
bardziej niejasna. 
Większa część targowisk była nieczynna, ale za to duże ożywienie panowało w  
niezliczonych karczmach i zajazdach, które tłoczyły się zaraz za bramą. Niektóre 
były  
całkiem eleganckie, a wszystkie przerastały jego możliwości finansowe. 
Mimowolnie sięgnął  
do sakiewki, w której zawsze nosił parę drobniaków. 
Zamrugał. Palce natrafiły na jakąś monetę. Szybko wyjął ją i obejrzał. Światło 
na  
ulicy nie było najlepsze, ale żółtawy błysk nie budził wątpliwości. To ci 
dopiero  
niespodzianka; Cabe nie pamiętał, od kogo ani kiedy otrzymał sztukę złota. 
Jedna taka moneta miała mu zapewnić strawę i nocleg, choć miło byłoby mieć ich  
więcej. Wzruszył ramionami; kuszenie losu nie miało sensu. Powinno wystarczyć mu 
to, że  
jakimś cudem wszedł w posiadanie jednej złotej monety. Może, pomyślał, któryś 
elf wsunął  
ją potajemnie do jego sakiewki, gdy spał albo był czymś zajęty. 
Cabe wybrał gospodę i postąpił w jej stronę. Sakiewka obiła mu się o nogę.  
Przystanął. Ostrożnie sięgnął do środka, namacał okrągłe, metalowe kształty, i 
wyszarpnął  
dłoń jak oparzony. 
Miał co najmniej tuzin monet i ani przez chwilę nie wątpił, że są identyczne z 
tą  

background image

trzymaną w dłoni. To nie była sprawka elfów. Raczej jego moce stawały się coraz 
bardziej  
aktywne, posłuszne każdej myśli. Będzie musiał uważać ze snami na jawie. 
Wybrana gospoda była o całe niebo lepsza od tej, w której pracował, nawet jeśli  
klientela była podobna. Cabe usiadł i zamówił trochę jedzenia i piwa u 
obsługującej matrony.  
Jego stół stał z dala od innych. W pobliżu siedzieli tylko czterej mężczyźni i 
dwie kobiety.  
Cabe nie zwrócił na nich uwagi. 
Środek karczmy był jasno oświetlony i tam zespół minstreii grał utwory znane we  
wszystkich większych miastach. Skąpo odziana dziewczyna wiła się w erotycznym 
tańcu  
niezależnie od tego, jaka była melodia. Wiedźmin podejrzewał, że mogłaby tańczyć 
w ogóle  
bez muzyki i że mało kto zwróciłby na to uwagę. W ogólnej wrzawie muzykantów 
prawie nie  
było słychać. 
Podano jedzenie. Cabe zaatakował je z apetytem. Zauważył, że to wegetariańskie  
danie. Armie Kyrga i Tomy oczyściły Talak z mięsa. Prawdopodobnie trzeba było  
sprowadzać je z Wenslis albo może z ziem rolniczych na zachodzie. Mimo braku 
mięsa,  
posiłek sprostał jego wymaganiom. 
Skupiony najedzeniu, zwracał niewielką uwagę na zwiększający się ciężar przy 
lewej  
nodze. W pewnym momencie przesunął kłopotliwą sakiewkę prawie na plecy. Potem  
całkowicie o niej zapomniał. 
Nie na długo. Rozległy się za nim krzyki i stęknięcia. Ktoś uderzył go w plecy. 
Cabe  
odwrócił się i zobaczył sześć osób na czworakach uganiających się po podłodze, 
zajętych  
skwapliwym zbieraniem monet, które jak nie kończący się grad sypały się z 
rozdartego trzosa.  
Nie odwołał zaklęcia, które raz rzucił. Szybko to naprawił, ale szkody już 
zostały  
wyrządzone. 
Odruchowo wyciągnął ręce, by odzyskać trochę złota. Jeden z mężczyzn, osobnik z  
rozłożystą brodą i proporcjonalnie szerokimi ramionami, czujnie poderwał głowę. 
Przyłapany  
na zgarnianiu cudzych pieniędzy, wpadł w panikę. Chciwość przerodziła się w 
złość -  
szarpnął Cabe’a i ściągnął go ze stołka. 
Szczęka Cabe’a zatrzymała się o cal od podłogi, na pozór bez szczególnego 
powodu.  
Nie miał czasu, by się nad tym zastanowić. Brodacz próbował pięścią wbić go w 
deski.  
Refleks wkroczył do akcji i wiedźmin odturlał się, zanim cios dosięgnął celu. 
Nie dowierzając swoim nadal dzikim mocom, Cabe zdecydował się na ucieczkę. Na  
nieszczęście stracił orientację i zamiast się odsunąć, przybliżył się do 
klęczących postaci.  
Potknął się o brodacza, który hołubił obolałą rękę, i runął na jedną z kobiet. W 
tym czasie  
wszyscy inni zobaczyli turlające się monety. Cała tylna część gospody 
przemieniła się w  
zapaśniczą arenę. 
Cabe stwierdził, że jego głowa spoczywa między dwoma miękkimi pagórkami.  
Szybko poderwał się z kobiety, która sprawiała wrażenie nie tyle oburzonej, ile  
rozczarowanej. Znalazłszy się w wolnym miejscu, odczołgał się od rosnącego 
tłumu. 
Niemal natychmiast natknął się na dwie nogi. Ich właściciel był potężnie  
zbudowanym mężczyzną w stroju straży miejskiej. Jego twarz przypominała pysk 
buldoga, a  

background image

nastawienie było niewiele lepsze. Jakby tego było mało, stał na czele kilku 
podobnie  
ubranych żołnierzy - oddziału strażników, którzy przypadkiem przechodzili w 
pobliżu  
gospody. 
Żołnierz dosłownie poderwał Cabe’a z podłogi, przede wszystkim po to, by usunąć 
go  
z drogi. Rzucając bezradnego młodzieńca jednemu ze strażników, przystąpi! do 
wyłapywania  
wszystkich zaangażowanych w walkę o monety. 
Zadanie zostało wykonane szybko i sprawnie. Po paru minutach wszyscy uczestnicy  
bijatyki zostali podzieleni na dwie grupy, męską i żeńską. Cabe ze zdziwieniem 
stwierdził, że  
niektórzy żołnierze nie byli mężczyznami; później dowiedział się, że armia 
Talaku mniej  
więcej w połowie składa się z kobiet. Naprawdę była to nie byle jaka nowość. Nie 
słyszał, by  
w którymkolwiek innym kraju choćby wystąpiono z podobnym pomysłem. 
Te i podobne rozważania poszły w zapomnienie, gdy zostali wyprowadzeni z  
gospody. Cabe nawet nie pomyślał o użyciu swych zdolności. Był zbyt 
przyzwyczajony do  
uważania się za zupełnie normalną osobę. Poza tym, magia tylko zwróciłaby na 
niego uwagę,  
a w bliskości Gór Tyber mogło to okazać się niebezpieczne. 
Więźniowie trafili do jednej celi. Była to, prawdę mówiąc, jedyna cela w tym 
areszcie.  
Kobiety zostały zabrane w inne miejsce. 
Cabe usadowił się na brudnym sianie, które zaścielało większą część podłogi. 
Jeśli  
Talak postępował wzorem innych miast, zostaną zwolnieni następnego dnia - pod 
warunkiem,  
że zapłacą sami albo znajdą kogoś, kto uiści grzywnę. Obiecał sobie, że we 
właściwym czasie  
ostrożnie wyczaruje potrzebną sumę. 
Wcześniejsi aresztanci wrócili na swoje miejsca po obejrzeniu nowych. Była to  
zbieranina spod ciemnej gwiazdy - między innymi paru opryszków o paskudnych  
spojrzeniach, zdolnych do popełnienia każdego przestępstwa z możliwych - ale 
nikt nie był w  
nastroju do wszczynania awantury. Cabe zamknął oczy, chcąc się zdrzemnąć. 
- Ty! - Bełkotliwy głos zdradzał człowieka, który wypił więcej niż trzeba. 
Wiedźmin podniósł głowę. Zobaczył barczystego brodacza i dwóch jego kompanów;  
czwartego nigdzie nie było widać - być może wymknął się miejskiej straży. Ci 
trzej wyglądali  
dość paskudnie nawet bez pomocy tamtego. 
- Wstawaj! 
Popatrzył na pijanego krzykacza. Chyba nie chciał wzniecać bijatyki? Odpowiedź  
nadeszła szybciej niż się spodziewał - Brodacz poderwał go na nogi. Wiedźmin 
doszedł do  
przekonania, że ostatnio coś takiego spotyka go denerwująco często. 
- Trafiliśmy tu przez ciebie, no nie? - Pytanie skierowane było do kompanów, 
niskiego  
o twarzy łasicy i chudego, smagłego opryszka z wąsami opadającymi na piersi. 
- - Prawda - przyznał Łasica. Był pijany jak Brodacz. Wąsaty tylko pokiwał 
głową,  
obdarzając Cabe’a morderczym uśmiechem. Dla odmiany sprawiał wrażenie kompletnie  
trzeźwego. To czyniło go najbardziej niebezpiecznym z całej zawadiackiej trójki. 
- - Przytrzymajcie go! - Brodacz zaczekał, aż tamci dwaj złapią Cabe’a za ręce,  
uniemożliwiając mu ucieczkę. 
I podniósł pięść do ciosu. Stęknął, nabierając rozmachu. Celował w szczękę, ale, 
jako  
że ledwo trzymał się na nogach, trafił Cabe’a prosto w środek piersi. 

background image

Stęknięcie przerodziło się w przeraźliwy wrzask. Nie dość, że wcześniej 
Talakijczyk  
tą samą pięścią z całej siły walnął w podłogę karczmy, to teraz pierś jego 
ofiary okazała się  
twarda jak kamień. Źródłem chrzęstu, który towarzyszył wrzaskowi, nie był 
klejnot. Tym  
razem Brodacz złamał rękę. Wiedźmin niczego nie poczuł. 
Strażnicy od razu zareagowali na krzyk. Jeden otworzył drzwi celi i stanął 
blisko nich,  
ze wzrokiem skupionym na więźniach i ręką blisko miecza. Sześciu innych 
przedarło się do  
miejsca, gdzie Łasica i Wąsaty pospiesznie uwalniali jeńca. 
Kapitan straży zmierzył wszystkich ciężkim wzrokiem. Napastnik Cabe’a klęczał z  
twarzą wykrzywioną z bólu. Oficer chrząknął i odwrócił się do domniemanego 
winowajcy. 
- - Wygląda na to, że to z twojego powodu! Co tu się stało? 
- - Rzucił się na mnie! - zapewnił w pośpiechu niefortunny napastnik Cabe’a. 
Trafiony ciężkim buciorem, przewrócił się na bok. 
- Nie ciebie pytam. 
Kapitan znów popatrzył na Cabe’a. Ten spojrzał mu prosto w oczy. 
- W gospodzie próbowali zabrać mi złoto. Z jakiegoś powodu obwiniają mnie za to, 
że  
zostali zamknięci. 
Żołnierz łypnął nań podejrzliwie. 
- - Złoto, powiadasz? Cabe szybko zmienił temat. 
- - Słuchaj! Muszę zobaczyć się z królem! Zaprowadzisz mnie? 
- Pewnie! Dlaczego nie? - Kapitan uśmiechnął się, co raczej nie pasowało do jego  
psiego oblicza. 
- Co...? - Wiedźmin był zbity z pantałyku. Tak łatwo? Wystarczyło poprosić? 
Usłyszał pomruki pełne niedowierzania, a Wąsaty syknął ze złością. Kapitan 
straży  
rozkazał swoim ludziom odsunąć pozostałych więźniów. Odwróci! się do Cabe’a. 
- Za mną. 
Zmieszany, ale uszczęśliwiony, że wymyka się współwięźniom, Cabe posłuchał bez  
słowa. Inni żołnierze popatrywali na dowódcę z jawnym zdziwieniem, ale żaden nie 
śmiał  
kwestionować jego decyzji. Po paru sekundach Cabe wyszedł z budynku z kapitanem 
i  
czteroosobową eskortą. 
- Rozumiesz, oczywiście, że mogę przedstawić cię tylko szambelanowi. On  
zadecyduje o audiencji. - Znów się uśmiechnął; uśmiech był dziwnie pusty. 
Czar, uświadomił sobie Cabe. Przypadkowo rzucił zaklęcie na żołnierza. Naj  
wyraźniej kontakt wzrokowy. Następna rzecz, na którą musiał uważać. Jeśli nie 
zachowa  
ostrożności, będzie sypać zaklęciami na prawo i lewo, nie zdając sobie z tego 
sprawy. 
Po dość długim marszu stanęli przed bramą najokazalszego z zigguratów. Był to 
pałac  
królewski Talaku. Jaskrawe proporce powiewały w nikłej poświacie Bliźniąt. 
Fronton zdobiły  
fantazyjne demony, skrzaty i tym podobne postacie. Z prawej strony majaczył 
rozległy ogród  
kwiatowy. Cabe zastanawiał się, jak to miejsce wygląda w dziennym świetle. 
Przy bramie spotkali ich dwaj strojnie ubrani rycerze. Jeden rozmawiał z 
kapitanem,  
drugi zaś nie spuszczał oka z Cabe’a, oczywistej przyczyny wizyty. Konwersacja 
trwała  
ledwie minutę, a na koniec rycerz pozwolił im wejść. 
Na terenach pałacowych Cabe zobaczył łuczników i żołnierzy piechoty. Znów 
rzucało  

background image

się w oczy, że pałac jest pilnie strzeżony, i znów niepokojące było to, że ani 
Tomie, ani  
Kyrgowi nie odmówiono pomocy. 
Zostałi zatrzymani jeszcze cztery razy. Za każdym razem wartownik pytał ich o  
powody przyjścia. Przechodzili dalej tylko dzięki reputacji kapitana. Cabe był 
rad, że nie  
musi uciekać się do czarów. 
I wszystkie te ceregiele wyłącznie po to, by zobaczyć się z szambelanem. Być 
może  
Cabe nie zostanie dopuszczony przed oblicze króla - jeśli, oczywiście, nie 
narzuci strażnikom  
swojej woli. Pamiętając, że władcy zwykle mają nadwornych magów albo osobiste 
moce, nie  
pragnął zdradzać się z własnymi. 
Dowódca o psiej twarzy zapukał głośno do grubych, starych drzwi. Nie było na 
nich  
znaku zdradzającego funkcję pomieszczenia, ale Cabe ufał wiedzy swego 
przewodnika. W  
zaistniałych okolicznościach człowiek ten nie mógł go oszukać. 
- Wejść. - Głos był stary i okropnie zgrzytliwy. Przypomniał wiedźminowi pewnego  
starego kapłana, który kiedyś zawitał do wioski. Ów, gdy tylko znalazł wolną 
chwilę, gorąco  
przekonywał młodego służącego, że warto się modlić tylko do jego bogów. Było 
jasne, że w  
młodym wyrobniku dopatrywał się potencjalnego kapłana. Na szczęście przybyła po 
niego  
straż z Mito Pica. Wyszło na jaw, że świątobliwy mąż miał upodobanie do 
wszystkich  
młodzików. 
Drzwi otworzyły się i starzec, zgarbiony nad niewiarygodnie wysokim biurkiem,  
podniósł głowę. Chudy jak szkielet, w kościstej ręce trzymał pióro i wyglądał 
jak jeden z  
sędziów zmarłych. 
- Kapitan Enos Fontaine z gościem, który pragnie zobaczyć się z królem! - 
oznajmił  
gromko oficer. 
Szambelan wyjął dwie złączone soczewki i przyłożył je do oczu. Kolejna 
innowacja. 
- Nazwisko? 
Wszyscy patrzyli na Cabe’a. Ten odpowiedział najlepiej, jak potrafił. 
- Cabe. Cabe... Bedlam. 
Szare brwi wygięły się w łuki. Poza tym szambelan nie okazał innych emocji.  
Strażnicy zaczęli pomrukiwać między sobą. 
- - Krewny Nathana Bedlama, Smoczego Mistrza? 
- - Uch... wnuk. 
- - W rzeczy samej. - Pióro zanurzyło się w kałamarzu, a potem opadło na 
pergamin.  
Szambelan pisał przez kilka sekund, po czym ponownie zwrócił oczy na wiedźmina. 
- Jaki  
jest cel audiencji? 
Jaki był jego cel?Pragnął pomóc w ataku na Smoczego Cesarza? 
Nie, to niedorzeczne. Co miał powiedzieć? Czarny Koń kazał mu iść do Talaku; nie  
powiedział, co zrobić po dotarciu do miasta. Cabe założył, że władze powinny 
wiedzieć.  
Czyżby się mylił? 
Szambelan był niewiarygodnie sędziwym człowiekiem, który widział i wiedział  
więcej, niż przyznawał to swoim kolejnym panom. Pochodzenie i milczenie Cabe’a  
doprowadziły go do wysnucia własnych wniosków. 
Machnął ręką na strażników. 
- Możecie odejść! Sam zajmę się tą sprawą! 

background image

Z ochotą wypełnili jego polecenie. Cabe ledwo miał czas na zaczerpnięcie 
powietrza,  
gdy został sam z tym raczej tajemniczym człowiekiem. 
Urzędnik wyprostował plecy. 
- Nazywam się Drayfitt. Niegdyś, dawno temu, terminowałem u wiedźmina zwanego  
Ishmirem Panem Ptaków. Naukę przerwała Wojna Przełomowa. Nathan Bedlam namówił  
Ishmira do przyłączenia się do rebelii. 
Drayfitt, pomyślał Cabe, musiał być pilnym uczniem, skoro przeżył aż taki szmat  
czasu. Starzec kontynuował. 
- Jeśli szukasz pomocy w nowej kampanii, to powiem ci, że żadnej nie otrzymasz.  
Widziałem, jak Talak obumiera pod twardymi rządami Smoczych Cesarzy. Widziałem, 
jak  
król Rennek przemienia się w bełkoczącego szaleńca. Jego syn teraz zasiada na 
tronie. Ale  
Melicardowi brak doświadczenia w kierowaniu królestwem. Nie stać go na zadawanie 
się z  
nowym pokoleniem Smoczych Mistrzów. 
Cabe zastanawiał się ciężko, co powiedzieć. Nic nie wymyślił. Szambelan patrzył 
na  
niego smutnymi, zmęczonymi oczami. 
- To nasz dom, niezależnie od obecności smoków w Górach Tyber. Jeśli przyłączymy  
się do jakiejś szalonej kampanii, poczujemy na sobie ich miażdżącą łapę. 
Podniósł zapisany pergamin. Cabe nie mógł nic odczytać w słabym świetle. 
- Masz tutaj przyzwolenie na spotkanie z królem Melicardem. Jeśli chcesz się z 
nim  
zobaczyć, złóż podpis. Jeśli nie... 
Cabe wiedział, że spotkanie z królem nie ma sensu. Drayfitt miał rację. Miasto 
nic nie  
mogło zyskać; gdyby wyszło na jaw, że pomaga wrogom Smoczych Królów, spotkałaby 
je  
natychmiastowa kara. Mito Pica leżało daleko, a jednak zostało zniszczone przez 
Tomę -  
tylko dlatego, że przypuszczano, iż było domem małego Cabe’a. Co spotkałoby 
Talak w  
zamian za udzielenie mu pomocy? 
Potrząsnął głową. 
- Nie chcę spotykać się z królem. Drayfitt zmiął pergamin. 
- Nie wspomnę nikomu o twojej bytności w tym mieście. Proszę tylko, byś opuścił 
je  
jak najszybciej. 
Cabe pokiwał głową. Szambelan wezwał straż. Zajął się swoimi sprawami, nie  
podnosząc głowy, dopóki drzwi nie zamknęły się za plecami Cabe’a. 
Starzec wyjął maleńki posążek, wyobrażający ptaka w locie. Pogładził go z 
czułością,  
ze smutkiem myśląc o swoim nauczycielu, o swoim bracie. 
Cabe snuł się po ulicach Talaku przez ponad dwie godziny. Nie przejmował się  
ciemnością, ani niegościnnością mieszkańców. Był ponury, a jego moce odbijały 
nastrój.  
Nawet nie zauważył słabego blasku, jakim płonął klejnot w jego piersiach. Do 
tego stopnia  
stał się jego częścią jego ciała, że przestał o nim myśleć - chyba że działo się 
coś  
niezwykłego. 
Po co tu przybył? Co chciał osiągnąć Czarny Koń? Nie był nawet pewien, czy  
wieczny rumak nadal istnieje w tym wymiarze. Może Cień zdołał go wypędzić? 
Stworzenie  
twierdziło, że Gwen posiada taką moc; Cień musiał co najmniej dorównywać siłą i 
talentem  
czarodziejce. 
Zmęczony, rozdrażniony i nie wiedząc, co począć, Cabe wszedł do najbliższej  

background image

gospody i poprosił o pokój. Bezmyślnie sięgnął do sakiewki i wyjął złotą monetę. 
Poszedł za  
gnącym się w pas właścicielem do raczej obskurnej i źle oświetlonej izby. 
Po jego wyjściu zamknął drzwi i runął na łóżko. Kiedy indziej przetrząsnąłby je 
w  
poszukiwaniu wszy i pluskiew, takie było spróchniałe i brudne. Choć zajęczało 
pod jego  
ciężarem, przewrócił się na bok i powoli zapadł w nie niosący wypoczynku sen, w 
którym  
liczne twarze tańczyły tuż poza jego zasięgiem. Tylko jedna z nich nie była 
znajoma, choć nie  
do końca. 
Oblicze mocy, wielce podobne do jego twarzy. 
Niedaleko za linią horyzontu, mniej niż dzień drogi od Talaku, hordy księcia 
Tomy  
rozbiły obóz. 
XVII 
 
Nie mieli dokąd uciec i dlatego zginęli. Najstraszliwsi z wojowników, 
niezależnie od  
płci, czy w ludzkiej, czy też w naturalnej formie zginęli, i niewielu miało ich 
opłakiwać,  
nawet spośród ich własnego rodzaju. 
Zielona fala śmierci zatrzymała się dopiero wtedy, gdy dotarła do granic Ziem  
Jałowych. W ich obrębie ciała i szkielety resztek klanów Brązowego powoli 
obracały się w  
nową, żyzną glebę. Szybko napływały zwierzęta, jakby zwabione przez bujne życie 
roślin. 
Czar został rzucony. Ofiara, choć niespodziewana, została przyjęta. 
Ziemie Jałowe przestały być jałowymi. 
Książę Toma przejął dowodzenie, gdy jego armia zbliżyła się do miasta. Pani była  
zmuszona jechać obok niego, nadal uwięziona w magicznym bąblu. Pogodziła się z 
klęską  
tam, gdzie chodziło ojej więzienie, ale wiedziała, że nadejdzie czas, kiedy wódz 
ją wypuści.  
Kiedy tak się stanie, Toma zapłaci, drogo zapłaci. 
Ognisty zadecydował, że stanie pod murami miasta o świcie. Chciał, żeby 
mieszkańcy  
byli jeszcze zaspani i dopiero zaczynali swoje dzienne zajęcia. Zawsze najlepiej 
wykonać  
ruch wtedy, gdy ofiara najmniej się tego spodziewa, myślał. Było takie ludzkie 
powiedzenie o  
przyłapaniu kogoś z opuszczonymi spodniami. 
Odwrócił się do swojego jeńca. 
- - Cóż, wielmożna Pani, jesteśmy niemal u celu. Czy twoje serce bije szybciej 
na  
myśl o zbliżaniu się do swego druha? 
- - Mniemam, że to raczej twoje serce bije coraz szybciej - dopóki nie 
wybuchnie! 
- - Gadanie! Lepiej popracuj nad swoimi manierami, Pani z Bursztynu. Takie  
komentarze mogą tylko niepotrzebnie podgrzać atmosferę. - Toma podniósł 
temperaturę w  
bąblu na tyle, że Gwen zaczęła się pocić. 
Zmusiła się do uśmiechu. 
- Kiedy zmęczy cię ta salonowa sztuczka? Nauczyłam się podgrzewać potrawy, gdy  
byłam ledwie uczennicą. 
Książę zesztywniał. Gwen zauważyła, że prawie natychmiast spadła temperatura.  
Toma odwrócił się, nagle ogromnie zainteresowany miastem. Tym razem nie musiała  
zmuszać się do uśmiechu. Toma nie był wyprany z emocji. 
Gdy zbliżyli siędo murów, Pani z grozą i pogardą stwierdziła, że brama jest 
szeroko  

background image

otwarta na przyjęcie ognistego. Spodziewała się, że książę Toma będzie 
porozumiewać się z  
władcą Talaku co najwyżej przez emisariusza. Jak się okazało, cała jego armia 
mogłaby wejść  
bez przeszkód do miasta i zamanifestować władzę Smoczych Królów. 
Zwykle otwarte bramy pozwalały ludziom wjeżdżać i wyjeżdżać z Talaku. Tego dnia  
nie było podróżnych. Ruch zamarł. Nikt nie chciał znaleźć się w pobliżu smoczego 
wodza.  
Jeden niewłaściwy ruch mógł sprowadzić śmierć i zniszczenie na wszystkich. 
Główna część nieludzkiej armii Tomy została za murami, ku ogromnej uldze  
mieszkańców. Jedynie straż przyboczna, groźna i sprawna, wjechała za księciem do 
miasta.  
Poza nimi towarzyszyła mu tylko Pani, która bez chwili przerwy omiatała wzrokiem 
tłumy w  
poszukiwaniu Cabe’a. Pragnęła go zobaczyć, ale modliła się, żeby się nie 
pokazał. Jeśli  
wpadnie w szpony Smoczych Królów, nie będzie dla niego ratunku. 
Na powitanie wodza wyjechał ni mniej, tylko sam generał dowodzący armii Talaku.  
Zasalutował jak szeregowiec zwierzchnikowi. 
Toma nie trudził się oddawaniem salutu. Z miejsca przeszedł do rzeczy. 
- Zaprowadź mnie do króla Melicarda, natychmiast. Zrozumiano? 
Generał, w tej chwili niezbyt żołnierski, nerwowo pokiwał głową. 
- Tak, wasza wysokość! Proszę łaskawie za mną! Gdy ruszyli, Gwen nie mogła się  
powstrzymać i zapytała: 
- Melicard jest królem? Co się stało z Rennekiem IV? O ile wiem, on władał  
Talakiem. 
W głosie smoczego wojownika zabrzmiała odrobina humoru. 
- Rennek miał zaszczyt wieczerzać z Kyrgiem, zanim mój brat przyrodni ruszył do  
Penacles. Przypuszczam, że zbyt mocno wstrząsnął nim sposób, w jaki jadamy. 
To wystarczyło, by czarodziejka pobladła. 
Wkrótce dotarli do najokazalszego zigguratu. Nie musieli zsiadać z koni i 
wchodzić na  
pałacowe tereny. Mełicard, ponury i z trudem skrywający strach, czekał na nich 
przed bramą  
swej siedziby. Pół tuzina strażników stało po jego obu stronach, ale Gwen 
wątpiła, czy  
zdaliby się na coś wobec wyszkolonych zabójców, którzy stanowili ochronę Tomy. W  
gruncie rzeczy ognisty, obdarzony niepospolitymi umiejętnościami, nie 
potrzebował  
żołnierzy. Towarzyszyli mu tylko dla parady. 
- - Bądź pozdrowiony, książę Tomo, najwyższy wodzu sił imperialnych Smoczego  
Cesarza! - zawołał z wyraźnym niesmakiem Melicard. 
- - Bądź pozdrowiony, królu Melicardzie, któryś jest, jak mam nadzieję,  
człowiekiem silniejszym od swojego ojca. 
Młodemu królowi wyraźnie dopiekły te słowa. Choć wysoki, atletycznie zbudowany i  
bezsprzecznie przystojny, ledwo wkroczył w wiek męski. Nawet Cabe wyglądał na 
bardziej  
doświadczonego niż ten nowy władca. Były książę najwyraźniej żył pod kloszem do 
czasu  
wstąpienia na tron. 
Melicard wykrztusił pełną złości odpowiedź. Zerknął z zainteresowaniem na 
więźnia  
Tomy, a potem zapytał: 
- Czego sobie życzysz? W chwili obecnej niewiele mamy mięsa, ale zrobimy co w  
naszej mocy. 
Toma lekceważąco machnął ręką. 
- - Dopóki choć jeden człowiek żyje w Talaku, jest mięso. Ale nie tego 
potrzebuję.  
Nie. To, czego pragnę, ma związek z moją towarzyszką. 
- - Do kogo, jeśli wybaczysz mi śmiałość, mam przyjemność się zwracać? - Młody  
król po raz pierwszy odezwał się do czarodziejki. 

background image

- Jestem Gwendolyn z Leśnego Dworu. Pani z Bursztynu. Oczy króla rozszerzyły 
się;  
słyszał wiele historii o czarodziejce, ale nie spodziewał się spotkać z nią 
osobiście. Wódz  
wtrącił się do rozmowy. 
- Szukamy towarzysza tej damy. Jest wiedźminem. Młodym. Obcym w tym mieście.  
Nazywa się Cabe Bedlam. Chcę go mieć nim dzień dobiegnie końca. 
Zrozumienie tych słów zabrało trochę czasu. Melicard dopiero co wstąpił na tron.  
Widział, jak jego ojciec popada w obłęd, teraz stał przed straszliwym smokiem 
oraz piękną i  
legendarną czarodziejką, a na dodatek otrzymał rozkaz znalezienia do zachodu 
słońca  
cudzoziemskiego wiedźmina, który przebywał gdzieś w jego mieście. 
- Jak mam znaleźć tego wiedimina? Wiesz, jak on wygląda? 
Zaprezentowany przez Tomę rysopis poszukiwanego mógł pasować do każdego z  
niezliczonych mężczyzn w Talaku. Król zagryzł usta, bo bolała go myśl o 
wydawaniu istoty  
ludzkiej w jaszczurcze pazury i ponieważ nie mógł wymyślić sposobu znalezienia 
Cabe’a  
Bedlama przed zachodem słońca. 
Jak gdyby odczytując myśli młodego władcy, książę rzucił propozycję. 
- Każ swoim sługom rozbiec się po mieście. Dopilnuj, żeby nie pominęli żadnej  
dzielnicy. Niech rozpowiedzą, że szukają wiedźmina. Bardzo prawdopodobne, że 
ten, którego  
szukam, sam się do ciebie zgłosi. 
Niepewny logiki, ale niezdolny wystąpić z własnym pomysłem, Melicard z  
wdzięcznością skłonił się swemu nieludzkiemu gościowi. 
- - Uczynię to niezwłocznie. 
- - Mam nadzieje, dla dobra twego ludu. Oni zapłacą, jeśli ty sprawisz mi zawód.  
Niektórym daruję życie, by mogli osobiście wyładować na tobie swój gniew za to, 
że nie  
spełniłeś ich oczekiwań. - Było jasne, że książę znał tajniki ludzkiej 
psychologii. 
Głos króla zadrżał lekko. 
- - Czy jeszcze coś? 
- - Nie w tej chwili. Zwolnij część swojego pałacu dla mnie i mojej świty. 
Dostarcz  
do tych komnat posiłek. - Toma uśmiechnął się, błyskając ostrymi zębami 
drapieżcy. - To  
oszczędzi ci przykrości, jakie mogą wzbudzać nasze nawyki związane z 
biesiadowaniem. 
Z niemal widoczną ulgą Melicard skłonił się i odszedł. Wódz odwrócił się do 
swojej  
przymusowej towarzyszki. 
- Przypuszczam, że przed końcem dnia twój przyjaciel przyjdzie do bramy pałacu i  
odda się w moje ręce. Mam rację? 
Zapalczywie potrząsnęła głową. 
- - Myślę, że nie doceniasz jego zdolności. Uważaj, możesz się zdziwić. 
- - Moja drogaPani z Bursztynu. Nie dbam o jego zdumiewające zdolności. Mam  
ciebie i to miasto. Pokładam wiarę w jego charakterze. Wrodzona dobroć przyśle 
go do mnie.  
Nic innego. 
Odwrócił się do swoich ludzi, pozwalając Gwen w spokoju zastanowić się nad tym, 
co  
wiedziała o Cabie. Książę Toma miał rację. Cabe nie pozwoli, by jakakolwiek 
krzywda stała  
się miastu, nie po tym, co spotkało Mito Pica i co mogło spotkać Penacles. 
Spuściła oczy w poczuciu winy. Bez wątpienia Gryf uznał, że porzuciła jego lud w  
potrzebie. Pani wiedziała, że Lochivaryci tłumnie oblegać będą mury Miasta 
Wiedzy, dopóki  
nie zostaną wybici - co mało prawdopodobne - albo dopóki Penacles nie padnie. 

background image

Postąpiła wbrew naukom Nathana, który powtarzał, że nie należy zostawiać ludzi w  
niebezpieczeństwie. Wcześniej złamała tę zasadę dla niego, a teraz dla Cabe’a. 
Jak nagle  
uświadomiła sobie, z tych samych powodów. 
Gryf potknął się o zmurszały pień. Dwie rzeczy nie dawały mu spokoju. Pierwszą,  
oczywiście, było źródło niewyczerpanych zasobów ludzkich Czarnego Smoka. Musiał 
coś z  
tym zrobić, pod warunkiem, że przeżyje spotkanie ze Smoczym Królem. Druga rzecz  
dotyczyła samego pana Szarych Mgieł. Mgły rozciągały się na mile, sięgając do 
miasta  
lwioptaka. Zastanawiał się, jakim sposobem Czarny Smok emituje taką ilość 
padających na  
mózg oparów? 
Początkowa wiara we własny pomysł i wiedzę z bibliotek ulotniła się 
bezpowrotnie.  
To niebywałe, że tomy dały się odczytać w prosty, jednoznaczny sposób. Nie 
powinien  
dowierzać im od początku. 
Jego stopa uwolniła się z bagna z hałaśliwym mlaśnięciem. Od czasu ostatniej 
wizyty  
okolice Lochivaru stały się jeszcze bardziej odrażające i lepkie. Żałował, że 
nie ma skrzydeł  
jak stworzenie, którego imię nosił. Dwa małe szczątkowe wyrostki były wszystkim, 
do czego  
mógł sobie rościć prawo. Zwykle chował je pod ubraniem. Stanowiły jego czuły 
punkt. 
Gdy zrobił następny krok, jego bystry słuch wychwycił daleki plusk wody o brzeg.  
Najpierw pomyślał o bagnie, ale wkrótce przyszło mu do głowy inne wyjaśnienie. 
Domysł znalazł potwierdzenie po dwóch godzinach powolnego przedzierania się 
przez  
moczary. Nie wiadomo, jak to się stało, ale Gryf stracił orientację. Słyszał 
plusk jednego ze  
wschodnich mórz. Pokonał na piechotę całą drogę na wybrzeże. 
I tak dobrze, że droga stała się możliwsza. Ani jego zwierzęce, ani ludzkie 
aspekty nie  
tęskniły do bagna, z którego dopiero co się wykaraskał. Na solidnym gruncie mógł 
poruszać  
się szybko i cicho. 
Dostrzegł kilka nikłych światełek w miejscu, które uznał za port. W blasku 
uparcie  
przedzierającym się przez mgłę rozpoznał trzy wielkie żaglowce i ponad tuzin 
postaci, które  
mogły być smoczymi wojownikami, Lochivarytami albo kimś innym, kto choćby z 
grubsza  
przypominał ludzi. Większość pełniła wartę przy statkach o niezwykłym kształcie, 
jeśli  
dobrze widział. Dwóch albo trzech szło w kierunku budowli stojącej z dala od 
nabrzeża. 
Usłyszał kroki na długo przed tym, nim zobaczył żołnierza. Przewaga była po jego  
stronie; człowiek nie zwracał na niego uwagi, co znaczyło, że lwioptak widzi w 
tej zupie o  
wiele lepiej niż jego ludzcy przeciwnicy. Przykucnął za karłowatym, poskręcanym 
drzewem,  
które szeroko rozrastało się na boki. 
Strażnik przystanął jakieś cztery czy pięć stóp od drzewa i bez większego 
powodzenia  
usiłował przebić wzrokiem mgłę. Lwioptak zmrużył oczy; nie był to lochi varycki 
zombie.  
Świadczyło o tym jego zachowanie, jeszcze zanim Gryf zwrócił uwagę na jego obco  
wyglądający mundur. Ten widok wzbudził w nim zaciekawienie i zadowolenie. 
Wiedział, że  

background image

może pojmać go żywcem. Lochivaryta walczyłby, dopóki jeden z nich nie padłby 
trupem. 
Żołnierz trzymał włócznię z groźnym, zębatym grotem. U jego boku wisiał szeroki  
miecz. Ciemność uniemożliwiała dostrzeżenie jego twarzy, zwłaszcza że większą 
jej część  
zakrywał ozdobny hełm. Ważne były powolne, niezgrabne ruchy. Strażnik był 
zmęczony. To  
mogło oznaczać, że niedługo nastąpi zmiana warty, co z kolei zmniejszyłoby 
szansę Gryfa.  
Nie miał wielkiego wyboru. 
Zaczekał, aż wartownik odwróci się plecami. Wtedy skoczył na niego z gracją 
swoich  
kocich kuzynów. 
Nie tylko obiekt ataku był zaskoczony. Żołnierz, zmęczony czy nie, miał siłę  
niedźwiedzia. Na szczęście lwioptak zdążył zakryć mu usta. Chciał rozprawić się 
z nim jak  
najszybciej, żeby nie stracić przewagi zaskoczenia. Ale żołnierz musiał pozostać 
przy życiu. 
Wysyczał mu do ucha: 
- Poddaj się, bo wyciągnę pazury i rozoram ci twarz! 
Nie był pewien, czy żołnierz mu uwierzył. On mógł spełnić pogróżkę. Z drugiej  
strony, strażnik mógł go odepchnąć. Kiedy ciało jeńca rozluźniło się, Gryf 
ledwie zdusił  
westchnienie ulgi. 
Wyciągnął miecz żołnierza i przycisnął czubek do jego gardła. W tym samym czasie  
odjął rękę od jego ust. Strażnik nie zdradzał ochoty do wykonania jakiegoś 
desperackiego  
ruchu, choć na chwilę odwrócił głowę w stronę włóczni, która leżała w pewnej 
odległości od  
miejsca szamotaniny. 
Gryf klepnął go płazem miecza. 
- Odwróć się. 
Jeniec posłuchał. Był kudłaty, naprawdę ogromnie podobny do niedźwiedzia.  
Wymruczał coś, co tylko trochę przypominało używany przez wszystkich język 
Narodów.  
Jego mowa była chrapliwa i brzmiała jak szczekanie psa, ale można było rozpoznać 
słowa.  
Lwioptak pokiwał głową. 
- Tak, jestem Gryfem. Wyjaśnienie, kim ty jesteś, będzie musiało zaczekać.  
Wieszjakdalekojesteśmy od leża Czarnego Smoka? 
Mężczyzna pokręcił głową. 
Przykładając miecz do jego gardła, Gryf powtórzył pytanie. Tym razem otrzymał  
lepszą odpowiedź. Był zadowolony, że tak łatwo przejrzeć tego człowieka. Oczy i 
sztywne  
ruchy żołnierza niemal krzyczały, że pierwsza odpowiedź mijała się z prawdą. 
Rozkazał żołnierzowi uklęknąć. Zdjął sznur, którym był obwiązany w pasie, 
przeciął  
go na pół. Z jednego kawałka zrobił pętlę, którą zarzucił jeńcowi na szyję. 
Drugim skrępował  
mu nogi w ten sposób, że żołnierz mógł iść, ale nie mógł biec. Potem rozkazał mu 
powstać. 
Szeptem powiedział: 
- Zostawię ci wolne ręce, żeby zwieść innych. W tej mgle nie zobaczą sznura na  
twoich kostkach. Spróbuj krzyknąć, uciec albo walczyć, a skręcę ci kark, nim 
pierwszy  
dźwięk opuści twoje usta! Chyba nie sądzisz, że brak mi na to siły! Zrozumiałeś? 
Strażnik ostrożnie pokiwał głową. Zadowolony z odpowiedzi, lwioptak pchnął jeńca  
przodem. Rozważał pomysł wyrzucenie zdobycznego miecza i zastąpienia go Rogatym, 
który  
miał w pochwie u boku, ale uznał, że niemądre byłoby przyciąganie uwagi przez 
zbyt  

background image

wczesne korzystanie z mocy ciemnej broni. 
Szli prawie godzinę. Żołnierz nie próbował wywieść go w pole; najwyraźniej 
wierzył  
we wszystko, co powiedział Gryf, zwłaszcza w związku z pętlą na szyi. I dobrze, 
bo Gryf nie  
blefował. 
Trzy razy musieli zatrzymać się z powodu patroli. Lochivaryckich patroli. 
Żołnierze z  
szaleńczą determinacją przedzierali się przez nieprzeniknioną szarość. Na 
szczęście  
obdarzony nadzwyczajnym słuchem Gryf wykrywał ich w porę. Było to trudniejsze 
niż w  
przypadku jeńca; Lochivaryci poruszali się cicho jak upiory, które tak bardzo 
przypominali. 
Przyszło mu na mysi, że źródłem niewyczerpanych zasobów armii fanatyków  
najprawdopodobniej są niewolnicy i więźniowie dostarczani na tych obcych 
okrętach.  
Mundur jeńca wydawał się lekko znajomy, ale choć Gryf starał się ze wszystkich 
sił, nie mógł  
go z niczym skojarzyć. Jeśli będzie miał czas, przesłucha żołnierza. Na razie 
najważniejsze  
było zachowanie ciszy. 
Widoczność spadla niemal do zera. Gryf wsparł czubek pożyczonego miecza o plecy  
jeńca. Wiedział, że leże Czarnego Smoka jest niedaleko, Wiedział też, że żaden z 
nich go nie  
znajdzie, jeśli mgła zgęstnieje. Sytuację pogarszał fakt, że jeniec zaczynał 
kasłać, a i jego  
drapało w gardle. Okazało się, że nie jest do końca odporny na Szare Mgły. 
W pobliżu przebiegło coś wielkiego i ciężkiego. Z syku Gryf poznał, że dotarł do 
celu.  
Szarpnął lekko sznur. 
- Odwróć się - rozkazał. 
Mężczyzna osunął się na ziemię. Pocierając rękę, pan Penacles rozejrzał się w  
poszukiwaniu miejsca odpowiedniego do ukrycia strażnika. Wreszcie zaciągnął 
ciało pod  
wielki, obrośnięty chwastami krzak. Do ogłuszonego żołnierza dołączył miecz. Od 
tej chwili  
Gryf miał polegać na zabawce Azrana. 
I od tej pory całun mgieł miał działać na jego korzyść. Wiedział, że Lochivaryci 
bez  
przeszkód poruszają się w oparach, i miał niewiele wątpliwości, że klany 
Czarnego od dawna  
do nich przywykły. Mimo wszystko mgła miała zapewnić mu pewną osłonę, a to było  
wszystko, o co mógł prosić. 
Bezszelestnie wędrował przez skalisty teren. Dziękował różnorakim bóstwom za to, 
że  
siedziba Smoczego Króla stoi na solidnym podłożu. Ciche podkradanie się przez 
moczary  
byłoby niepodobieństwem. 
Gdy zbliżył się do wejścia jaskini, nikły blask z sześciu pochodni ukazał mu, co 
go  
tam czeka. Tuzin smoków ognistych w ludzkich postaciach dosiadało największe i  
najpaskudniejsze jaszczury spośród tych, jakie lwioptak dotychczas widział. 
Poślednie smoki  
stale węszyły i Gryf cieszył się, że wiatr wieje w jego stronę. Co dziwne, mgły 
stale płynęły  
w kierunku Penacles, jak gdyby nie było wiatru. 
Widocznie magia pozwalała Czarnemu Smokowi rządzie wysysającymi siły  
wyziewami. 
Nieustraszony Gryf wymacał drogę na zbocze wzgórza, które stanowiło widoczną  

background image

część siedziby Czarnego Smoka. Upewniwszy się, że Rogaty Miecz bezpiecznie tkwi 
w  
pochwie, wysunął ostre pazury i wyrył wgłębienie w skale. Jego stopy znalazły 
oparcie, z  
którego mogłoby skorzystać niewielu ludzi. Z początku powoli, potem szybciej, 
gdy nabrał  
wiary w siebie, Gryf ruszył w górę. 
Próbując ignorować myśl, że stanowi kuszący cel dla każdego, kto go zauważy,  
omiatał wzrokiem górną partię zbocza. Nie dostrzegł tego, czego szukał, i był 
zmuszony  
podciągnąć się wyżej. Przeklinał każdą sekundę opóźnienia, nie tylko w imię 
własnego dobra,  
ale i tych, którzy wybrali go na swego przywódcę. Nie mógł zawieść, jeśli jego 
miasto miało  
przetrwać. 
Jedna ręka napotkała tylko powietrze, przez co Gryf niemal odpadł od skały.  
Ostrożnie pomacał krawędzie otworu. Szerokość spełniała jego oczekiwania. 
Jaskinie tak  
wielkie jak te zajmowane przez Smoczych Królów musiały mieć szyby wentylacyjne  
zezwalające na obieg powietrza. Takie otwory rzadko bywały strzeżone, gdyż 
niewielu  
śmiałków mogło do nich dotrzeć, a jeszcze mniej liczni mogliby się w nich 
zmieścić. Gryf  
mógł tego dokonać przez karkołomne wykręcanie ciała. Myśl, że może utknąć gdzieś 
w  
szybie, wcale go nie trapiła. Coś takiego po prostu było wykluczone. 
Opuścił się ostrożnie nogami do przodu. Musiał przycisnąć pochwę z mieczem do  
uda, żeby się zmieścić. Kiedy dolna część ciała zniknęła w otworze, podniósł 
ręce i zaczął  
zsuwać się powoli w głąb wzgórza. 
Szło nieźle. Czas wygładził skałę do tego stopnia, że miejscami musiał się 
zapierać,  
żeby zapobiec zbyt szybkiemu zjazdowi. Najgorszy był zakręt pod prawie prostym 
kątem.  
Nieprawdopodobnie wyginając ciało, pokonał zakręt, który mógł stać się jego 
pułapką. 
Temperatura podniosła się o kilka stopni. Gryf miał nadzieję, że nie wybrał 
szybu  
wiodącego do wylęgarni. Gdyby przeżył upadek w kierunku dołu z magmą, musiałby 
stawić  
czoło jednej lub kilku rozwścieczonym samicom. To oznaczałoby wybór między  
śmiertelnymi poparzeniami albo pożarciem. Nawet gdyby przeżył, w jaskiniach 
podniesiono  
by alarm. 
Szczęście mu sprzyjało. Szyb kończył się w niewielkiej komorze, która sprawiała  
wrażenie nie używanej od wielu lat. Gryf ocenił, że znajduje się kilka poziomów 
pod  
powierzchnią. Prawdopodobnie nie więcej niż dwa czy trzy nad główną komorą, 
która była  
smoczą wersją królewskiego dworu. Doby! z pochwy Rogatego. Miecz zatętnił 
niecierpliwie.  
Lwioptak zdusił nagłe pragnienie rzucenia się na łeb, na szyję przez tunele. Nie 
mógł  
dopuścić, żeby broń zawładnęła jego umysłem i wypaczyła jego osądy. 
W grotach, co dziwne, nie było szarych oparów. Brak mgieł nie zaniepokoił go. 
Stał  
się bardziej widoczny, ale to samo odnosiło się do wrogów. Stwierdził również, 
że przybyło  
mu sił. Być może było to wynikiem czystego powietrza albo mocy miecza. Nie miał 
czasu  
zastanawiać się nad przyczyną. 

background image

Usłyszał i poczuł drżenie spowodowane przez głos Czarnego Smoka na długo przed  
dotarciem do głównej komory. Król był zły. Od czasu do czasu zapadała cisza, jak 
gdyby  
przemawiał ktoś inny. 
Nikt nie stanął mu na drodze, nie było siadu straży. Gryf wiedział, że gadzi 
monarcha  
rzucił do bitwy większość swoich sił, ale znał też Smoczych Królów. Czarny nigdy 
nie  
pozbawiłby się ochrony; był jednym z większych paranoików wśród smoczych 
tyranów. 
Z mieczem w pogotowiu Gryf zmierzał po cichu w stronę miejsca przeznaczenia.  
Usłyszał inne głosy, ludzi albo, jak Smoczy Królowie, zmiennokształtnych - nie 
wiadomo.  
Jak się domyślał, toczyli spór. Przysunął się bliżej i trafił do małego bocznego 
tunelu, z  
którego roztaczał się widok na komorę. 
Ludzie i przerażający monarcha stali bokiem do niego. Wojownicy nosili ciemne,  
pełne zbroje i hełmy w kształcie wilczych pysków, podobne do tych, jakie mieli 
straże przy  
statkach. Jeden z nich mówił: 
- Powiedziałem już wszystko, wasza wysokość! Nie będzie więcej przynajmniej 
przez  
trzy sezony! 
Hebanowy kolos przysunął masywną głowę bliżej twarzy rozmówcy. Gorące,  
cuchnące wyziewy dobyły się z jego pyska i nozdrży. Gryf uświadomił sobie, że 
już  
wcześniej dym buchał z Czarnego Smoka. 
Syk. Na chwilę ukazał się długi jęzor. 
- Chyba nie zrozumiałeś, D’Shay! Czas odgrywa decydującą rolę! W następny  
tygodniu zmiażdżę Penacles i przeklętego mieszańca, który nim włada! 
D’Shay pogładził koniuszek starannie przystrzyżonej brody. Twarz widoczna pod  
hełmem uderzająco przypominała pysk lisa. 
- - To sprawiłoby nam ogromną przyjemność, lecz obawiam się, iż nie mogę  
dostarczyć ci żądanej liczby jeńców. Ci, których otrzymałeś’, muszą wystarczyć. 
- - Wystarczyć? Nigdy nie próbowałeś obalić murów Penacles! - Stwierdzeniu  
towarzyszyło szybkie, pełne złości poderwanie głowy. 
- - Dostarczyliśmy ci umówioną liczbę ludzi. Jak na razie nie otrzymaliśmy nic w  
zamian. 
- - Kiedy Miasto Wiedzy padnie, wraz z nim nastąpi koniec rządów mego brata!  
Wtedy dostaniecie obiecane ziemie, ciepłokrwisssty! 
- - My wypełniliśmy naszą część umowy. Reszta należy do ciebie. 
Masywna bestia wzniosła łeb, by wbić oczy w strop komory. Rozmyślała chwilę 
przed  
wygłoszeniem następnego oświadczenia, rozchylając paszczę w drapieżnym uśmiechu. 
- Zastanawiam się... co by się stało, gdyby wielcy Aramici stwierdzili, że ich 
sąsiedzi  
nagle urośli w siłę. - Głowa opadła. - Co, D’Shay? Napotkałbyś opór przeciwko 
powiększeniu  
swojego cesarstwa? 
Drugi wojownik z zakłopotaniem przestąpił z nogi na nogę, ale D’Shay trwał  
nieporuszenie. 
- - Muszę przyznać, że nie wyobrażają sobie dołączenia do nas w żaden sposób, 
ale  
to nie jest ważne. Ich czas szybko się kończy. W ciągu roku zepchniemy ich w 
północne  
morza. 
- - Nie mogę czekać roku! - Wydawało się, że Czarny Smok za chwilę zmiażdży  
swoich gości. 
D’Shay zignorował ten pokaz siły. 
- - Zrobiliśmy, co było można, wasza wysokość. Reszta zależy od ciebie. 
- - Co z waszymi czarnoksiężnikami? 

background image

- Nie możemy się bez nich obyć. Ani bez naszych żołnierzy. Pan Szarych Mgieł  
szeroko rozpostarł skrzydła i smagnął boki ogonem. Złość rozbłysła w jego 
ślepiach, gdy  
próbował zapanować nad furią. 
- Zatem idźcie! Zmiażdżę Penacles bez waszej pomocy! Nie obawiajcie się. Kiedy  
skończę, dostaniecie obiecane ziemie! 
D’Shay ukłonił się smokowi. 
- - To wszystko, co chcemy wiedzieć. Mogę zatem przyjąć, że rozmowa dobiegła  
końca? 
- - Ha! A jak myślisz, ciepłokrwisssty? 
D’Shay skinął na swego towarzysza i obaj wyszli bez większych ceregieli. Czarny  
Smok patrzył za nimi, ledwo panując nad gniewem. Mgła stale wypływała z jego 
paszczy i  
nozdrzy. Na szyi potwora wisiał niewielki klejnot, ciemnoniebieski i świecący. 
Nie będzie lepszej okazji, zadecydował Gryf. Dłuższe czekanie byłoby kuszeniem  
losu. Z tętniącym w dłoni Rogatym Mieczem skoczył na ogromnego Smoczego Króla... 
...i zawisł w niewidzialnej sieci. 
Smok powietrzny powoli, z wielką pewnością siebie odwrócił głowę w stronę swego  
jeńca. 
- Wiedziałem, że przybędziesz! Nie byłem pewien, kiedy, ale wierzyłem, że mnie 
nie  
zawiedziesz! Mam cię! 
„Ale ze mnie głupiec” - wymyślał siebie w duchu Gryf. Nic dziwnego, że straże 
były  
tak nieliczne. 
Kadłub Smoczego Króla przysłonił widok na wszystko inne. Lwioptak wisiał  
bezradnie w powietrzu, niebezpieczny miecz pulsował szaleńczo w jego dłoni. 
Czarny ryknął  
śmiechem. 
- Powinienem zawrócić D’Shaya! Jestem pewien, że w zamian za przyjemność  
oglądania twojej śmierci byłby skłonny uzupełnić moje uszczuplone siły! Z 
drugiej strony,  
twoje zniszczenie i tak spowoduje upadek Penacles! 
Rozdziawiona paszcza przesunęła się w jego stronę. W akcie desperacji Gryf 
przelał  
swoją wolę w Rogatego. Miecz już zasmakował krwi jednego Smoczego Króla i miał 
ochotę  
na więcej. Nie wolno mu było odmawiać. 
Ramię i miecz uwolniły się z sieci. Ostrze świsnęło w powietrzu. Rozległ się  
chrapliwy, gardłowy wrzask. Czarny Smok odsunął się, brocząc czerwoną posoką z  
rozpłatanego pyska. Triumf i nienawiść w jego oczach ustąpiły nowej emocji - 
strachowi.  
Potężny smok powietrzny cofnął się, gdy jego niedoszła ofiara uwolniła się z 
sieci i ruszyła  
na niego. 
Szare Mgły przestały płynąć. Gryf podejrzewał, że miecz zadał głęboki cios i 
krew  
zalewała wnętrze bestii. Okropne rzężenie potwierdziło jego domysły. Smoczemu 
Królowi  
groziło utopienie się we własnych życiodajnych płynach. 
Pan Penacles był dość mądry, żeby nie dać się owładnąć podziwowi dla miecza.  
Gdyby uległ, znalazłby się pod jego wpływem. Poza tym, misja jeszcze nie została  
zakończona. 
Gad nadal kasłał krwią. Gryf zobaczył ogromną ranę w głębi jego pyska. Rogaty  
Miecz ciął bez dotykania; jego fizyczny zasięg nie wystarczyłby. Azran nie był 
głupcem.  
Odkrył sposób umożliwiający zadawanie ciosów na odległość, bez wystawiania się 
na  
niepotrzebne ryzyko. 
Broń z kolei znała sposoby na ominięcie takich zabezpieczeń. Gryf nie wątpił, że  
miecz spróbuje wciągnąć go do walki wręcz wyłącznie w imię własnej żądzy krwi.  

background image

Demoniczne miecze słynęły z takich skłonności. 
Czarny Smok dochodził do siebie. Szarych Mgieł nadal nie było. U stóp potwora  
leżały strzaskane kawałki klejnotu. Gryf natychmiast wysunął kilka hipotez. 
Z różnych kierunków do komory wpadło kilka postaci. Wśród pierwszych znalazł się  
D’Shay ze swoim milkliwym towarzyszem. Pozostali byli strażnikami, ludzkimi i 
nie tylko.  
Gryf był zirytowany ich obecnością, a zarazem zadowolony z pojawienia się 
liczniejszych  
przeciwników. Zdusił szybko tę ostatnią myśl, gdyż cuchnęła pragnieniami 
Rogatego Miecza. 
D’Shay jak gdyby znikąd wyciągnął potężny obosieczny miecz i wykrzyknął imię  
lwioptaka oraz mnóstwo słów, które miały niewiele sensu albo wcale go nie 
posiadały. Jego  
towarzysz wymachiwał groźnym toporem bojowym. Żołnierze i stworzenia zaroili się 
w  
wyjściach z groty. Gryf stracił szansę ucieczki, ale był zdecydowany do końca 
wykorzystać  
pozostałe mu chwile. Nie zwracając uwagi na licznych przeciwników, ruszył na 
dźwigającego  
się Smoczego Króla. 
Zignorował wrzaski i krzyki, które w tym momencie wypełniły komnatę, gdyż  
osądził, że to on jest ich przyczyną. Nie słyszał też dźwięku stali tnącej 
kamień ani gromkiego  
śmiechu. Dopiero po pewnym czasie ryk znalazł drogę do jego zaślepionego 
wściekłością  
umysłu. 
Między dwoma wrogami błysnął heban, mignęła pustka. Miała kształt konia, ale 
było  
coś więcej. Żołnierze odskoczyli ze strachem, choć tylko Gryf od razu poznał 
przybysza. To  
dodało mu odwagi. 
Spoczęło na nim spojrzenie błękitnych niczym lód oczu. 
- Wielmożny Gryf! Ciebie szukałem! 
I z tymi słowy ciemny rumak rzucił się na niego. 
- Nie! - Lwioptak wzniósł miecz do obrony, lecz Rogaty był nieruchomy i zimny. 
Nie  
było czasu na ucieczkę; widmo dosięgło go i pociągnęło... donikąd. 
Szyderczy śmiech pożegnał mieszkańców jaskini. Przez portal, który naprawdę nie  
istniał, Czarny Koń raz jeszcze wrócił w Pustkę. 
XVIII 
Światło wsączyło się przez szczeliny w okiennicach, które przysłaniały okno 
izby.  
Cabe nie miał pojęcia, jaka to pora dnia. Był obolały i spałby nadal, gdyby nie 
ten harmider,  
który huczał mu w uszach. 
Ktoś wykłócał się za drzwiami. 
Cabe wstał, czując się dziwnie nieswój. Zamrugał, przez chwilę oszołomiony iście  
wielkopańskim urządzeniem izby, które pojawiło się krótko po tym, jak zapadł w 
sen.  
Zniknęły oryginalne meble, łącznie ze złachmanionym, nadgryzionym przez mole 
posłaniem. 
Gdy świadomość przepędziła resztki snu, Cabe uśmiechnął się, bo przypomniał  
sobie... przypomniał sobie wszystko. Nie przyszło mu na myśl, że nie jest tym 
samym  
Cabe’em, który w nocy rzucił się do łóżka. Wszystko to było teraz dla niego 
naturalne, nawet  
przyczyna dokonanych zmian. Klejnot, nie tak dawno tkwiący w jego piersiach, 
leżał na  
pluszowym niebieskim kobiercu, połyskując jak okruch zwyczajnego kwarcu. 
Podniósł go i obejrzał, myśląc, jak niewiele Cień naprawdę rozumiał z tego, co 
robił.  

background image

Klejnot spełnił swoje zadanie: wyzwolił moc, która była w nim zawarta, lecz nie 
tak, jak się  
tego spodziewał mroczny wiedźmin. Służył jako skupiająca soczewka lub może jako  
katalizator, ale własnym mocom, nie Cieniowym. Nie można było winić straszliwego 
maga;  
skąd mógł wiedzieć, że kamień ma swój pomyślunek? 
Cabe wypuścił kamień z palców. 
Wspomnienia dawnych czasów przysłoniły pamięć o zeszłych tygodniach. Cabe, z  
wyrazem twarzy kogoś zupełnie innego, mruknął: 
- Azran! - i:-Gwen! 
Drzwi zadygotały, gdy uderzyło w nie coś ciężkiego. Wspomnienia odeszły w cień.  
Odmieniony Cabe podszedł do drzwi i sięgnął do klamki. 
Za progiem zobaczył sześciu czy siedmiu ludzi, między innymi właściciela 
zajazdu.  
W ferworze kłótni zauważyli otwarte drzwi dopiero po paru sekundach, a 
otrząśnięcie się z  
szoku zabrało im jeszcze więcej czasu. 
- Brać go! - zarządził karczmarz. 
W oczach Cabe’a scena ta graniczyła z farsą. W gorliwości pojmania go wszyscy  
skoczyli jednocześnie. Na nieszczęście w drzwiach mogła zmieścić się tylko jedna 
osoba.  
Dwaj najwięksi zaklinowali się i nie mogli się wycofać, gdyż z tyłu napierali 
pozostali. Po  
dłuższej szamotaninie wpadli do pokój u, ale nie złapali Cabe’a, który cofnął 
się przezornie.  
Reszta, z wyjątkiem ostatniego, runęła jak długa na pierwszych. 
Cabe z rozbawieniem przyglądał się, jak jego niefortunni napastnicy usiłują 
pozbierać  
się z podłogi, skutecznie uniemożliwiając to jeden drugiemu. Jedyny stojący 
mężczyzna wyjął  
długi sztylet i próbował przeskoczyć nad skłębionymi ciałami. Udało mu się, ale 
spojrzenie  
wiedźmina zatrzymało go w locie. 
Mając z głowy jednego, młody wiedźmin zajął się pozostałymi. Szybko porozpinał 
ich  
po ścianach pokoju i wybrał najbardziej przerażonego z gromadki. Twarz opryszka 
zbielała,  
gdy został przyciągnięty w celu przesłuchania. 
- - Dlaczego na mnie napadliście? Nic nie zrobiłem. Odrobina odwagi wlała się w  
serce bezradnego łotrzyka. 
- Nic? Na Hestię, ściągnąłeś na nas gniew Smoczych Królów! Spokojne poczucie  
humoru, które było teraz nieodłączną częścią nowego Cabe’a, zniknęło na chwilę. 
- Co to znaczy? 
- Ta jaszczurka, książę Toma, mówi, że w mieście nie ostanie się kamień na 
kamieniu,  
jeśli nie zostaniesz mu dostarczony przed zachodem słońca! 
Twarz wiedźmina sposępniała, gdy usłyszał imię wodza. 
- - Myślałem, że Toma ruszył do Penacles. Po co tu przybył? 
- - Mówi, że chce ciebie! - powtórzył mężczyzna. 
- - A wy uznaliście, że pomożecie mi do niego trafić? Miło z waszej strony. 
- - Co mogliśmy zrobić? 
Cabe pokiwał głową, wspominając słowa szambelana. Nie mógł ich obwiniać. Zawsze  
żyli w strachu przed Smoczym Cesarzem. Poza tym, czym było życie jednego 
człowieka, gdy  
w grę wchodziło całe miasto? 
Uśmiechając się ponuro, ostrożnie uwolnił jeńców. Patrzyli na niego wilkiem, ale 
nie  
próbowali ataku. 
- Zapomnijcie o wszystkim, co tu zaszło. Możecie nawet podzielić się... - 
wskazał  
kciukiem kamień - tym. 

background image

Bez słowa ruszył do otwartych drzwi. Ci stojący najbliżej zapewnili mu aż nazbyt  
dużo miejsca. Nikt nie próbował skoczyć na niego od tyłu; atak mijałby się z 
celem. Nim  
opuścił progi gospody, odzyskał poczucie humoru. 
Liczni mieszkańcy mierzyli go wzrokiem, ale Cabe szybko uwalniał ich od 
wszelkich  
myśli o wrogich zamiarach. Nie życzył sobie żadnych opóźnień, nie po tym, jak 
zorientował  
się w sytuacji. Nie teraz, gdy Smoczy Królowie zagrażali życiu całego miasta. 
Gdy świadomym krokiem zmierzał do bramy, wieść o jego nadejściu szybko go  
wyprzedziła. Jego zachowanie i wygląd nie pozostawiały najmniejszych 
wątpliwości, kim  
jest. Tym samym nic dziwnego, że drogę zajechał mu nowy król Talaku z kilkoma  
strażnikami. 
Melicard skinął głową. 
- - Witaj, cudzoziemcze. Zakładam, że jesteś wiedźminem, którego pragnie widzieć  
ta łuskowata szkarada? 
- - Tak. Nazywam się Cabe Bedlarn. 
Król uważnie przyjrzał się głowie porośniętej srebrnymi włosami. 
- Musisz być potężnym magiem, Mistrzu Bedlamie. Dość potężnym, by zgnieść armię  
zmiennokształtnego robactwa. 
Cabe obdarzył go cieniem uśmiechu. 
- - Być może. Czego chcesz ode mnie, suzerenie? 
- - Pragnę ujrzeć te stworzenia martwe! Kyrg jest daleko, ale jego pan czeka na  
ciebie. Miasto drogo zapłaci, jeśli się nie pokażesz! 
Wiedźmin ruszył dalej. 
- A zatem lepiej pójdę. 
Melicard tracił wierzchowca ostrogą, chcąc zatarasować mu drogę. 
- Pójdziesz? Chcesz ich zaatakować? Mam wezwać żołnierzy? Nie zatrzymując się,  
Cabe popatrzył na konia. Królewski rumak usunął się, próbując uniknąć jego 
spojrzenia. 
- Nie. To sprowadziłoby na was taki sam los, jaki spotkał Pagras w czasie Wojny  
Przełomowej. 
Król zatrzymał się. Dzięki lekcjom historii znał znaczenie słów wiedźmina. 
Miasto  
Pagras leżało na wschód od Talaku. Silna, dumna siostra jego własnego królestwa  
przemieniła się w ruiny zamieszkałe wyłącznie przez dzikie zwierzęta. 
- - Co uczynisz? 
- - Poddam się. 
Z poczerwieniałym obliczem, monarcha praktycznie wrzasnął: 
- - On się podda! Jesteś tchórzem? Cabe nie obejrzał się. 
- Nie jestem głupcem, jeśli o to ci chodzi, suzerenie. Melicard chciał jechać za 
nim,  
ale wierzchowiec nawet nie drgnął. Nie dlatego, że nie chciał - po prostu nie 
mógł. Jak gdyby  
powstrzymywała go ceglana ściana. Król odwrócił się do swoich ludzi. Siedzieli 
na koniach,  
patrząc na niego. Melicard wpadł we wściekłość. 
- Czego siedzicie i gapicie się? Za nim! Dowódca zawahał się przed udzieleniem  
odpowiedzi. 
- My... my próbowaliśmy, wasza królewska mość! Ani nasze zwierzęta, ani my sami  
nie możemy się ruszyć! Ani żeby pomóc tobie, ani by złapać wiedźmina! 
Młody władca zgarbił się w siodle. Opuściła go agresja. Westchnął. Przed  
wstąpieniem na tron wszystko było dużo prostsze. Przynajmniej wtedy nie musiał 
mieć do  
czynienia z upartymi magami i smoczymi wojownikami. 
Książę Toma uznał, że pałac działa mu na nerwy. Był zbyt cywilizowany, zbyt  
elegancki. Wódz był urodzonym wojownikiem i potężnym magiem. Jego jaskinie to  
odzwierciedlały. Ich ściany zdobiły głowy wrogów i zwierząt. Prawie połowę 
siedziby  
zajmowało laboratorium. Tutaj wystrój składał się z malowideł, rzeźb i bogatych,  

background image

różnorodnych mebli. Jego zainteresowanie przyciągnęły, na krótko, jedynie 
niektóre posągi i  
zbroje. Nastroju nie poprawił mu nawet wyborny posiłek, który właśnie skończył. 
Wspaniały,  
świeżo ubity wół niemal poszedł na marne. Z tego, co Toma zapamiętał, mógł być 
nawet  
gotowany albo upieczony. 
Zastanawiał się nad zamiarami przeciwnika. Szczenię z rodu Nathana okazało się  
trefnisiem z talii kart, a gracze wiedzieli, że trefniś wcale nie jest głupi. 
Mógł zbijać nawet  
silniejsze karty. Gdyby tylko nie wtrącił się ten przeklęty wiedźmin Cień! Czy 
to w dobrej,  
czy w złej wierze, zaciemnił wiedzę Tomy o młodym wiedźminie. Z własnych 
powodów,  
które niewiele miały wspólnego z obecną sytuacją. 
Znalazł się w pobliżu sali balowej, w której zostawił czarodziejkę - sfera nie 
mieściła  
się w korytarzach, a nie miał najmniejszej ochoty zdejmować zaklęcia. Otworzył 
drzwi i  
wszedł. 
Pani spokojnie siedziała w bąblu. Ten widok nie uśmierzył jego podejrzeń. 
Wiedział,  
że jeśli nie ciałem, to umysłem pracuje nad siłami, które utrzymują czar. 
Gwałtownie  
podniósł temperaturę o kilka stopni i z sadystycznym zadowoleniem patrzył, jak 
czarodziejka  
miota się w próżnej próbie ucieczki. Po kilku sekundach aplikowania męczarni 
przywrócił  
normalną ciepłotę. 
Spojrzała na niego nienawistnie. 
- Pewnego dnia zapłacisz za to dziesięciokrotnie, ty oo... książę! 
Czarodziejka urwała na chwilę przed nazwaniem go imieniem bardzo dalekich  
kuzynów, mieszkańców bagien, którzy wznosili swoje nory z własnych odchodów. 
Książę  
Toma uśmiechnął się zimno i pokiwał głową jak nauczyciel, który pochwala postępy 
ucznia. 
- - Gdyby to słowo padło z twoich ust, wielmożna Pani, gorąco byłoby dużo  
większe. Nie zabiłbym cię, gdyż jesteś cenna jako zakładniczka, ale twoje 
cierpienia znacznie  
by się przedłużyły. 
- - Jak długo będziesz mnie trzymać w zamknięciu? 
- - To zależy od twojego towarzysza. Jeszcze się nie ujawnił. Kusi mnie, żeby  
obrócić to miasto w perzynę. 
- Być może tu go nie ma. Pomyślałeś o tym? Toma obnażył drapieżne zęby. 
- Oboje wiemy, że musi być gdzieś w pobliżu, wielmożna Pani. Jesteśmy zbyt 
dobrze  
wyszkoleni, żeby nie wyczuć jego obecności, zwłaszcza z mocami, jakie posiada. 
Uśmiechnęła się. 
- - Znając jego moce, czy nadal chcesz go powstrzymać? 
- - Brak mu doświadczenia. Jego władza nad czarami w znacznej mierze opiera się  
na instynkcie. To go nie uratuje, gdy stanie przed cesarzem. 
Zatrąbił róg. Toma podbiegł do okna i wyjrzał. Gwen żałowała, że nie może go  
wypchnąć. Wódz odsunął się od okna i wrócił do niej. 
- Przybył twój towarzysz! Chodź! Chcę, żebyś go przywitała! - Wybiegł z pokoju.  
Kulista cela popłynęła za nim, rzucając więźniarką o wewnętrzne ściany. 
Czarodziejka  
wysyczała słowa, których używanie zwykle zarezerwowane jest dla ludzi mniej  
cywilizowanych. 
Książę minął adiutantów, którzy spieszyli do niego z wieściami. Jeden omal nie 
został  

background image

przewrócony przez bąbel, co sprawiło czarodziejce przelotną, acz niemałą 
satysfakcję. Chwilę  
później wódz i jego jeniec znaleźli się przed pałacem. 
Obiekt powszechnego zainteresowania właśnie wchodził przez bramę. Odziany w  
ciemnoniebieski strój o nieskazitelnym kroju, z błyszczącym srebrem na głowie, 
Cabe szedł  
spokojnie w kierunku smoczych wojowników. 
Toma zmarszczył brwi i mruknął coś, czego Pani nie mogła dosłyszeć. Poczuła za 
to  
szarpnięcie ciemniejszej strony widma barw, gdy wódz zrobił z niej pożytek. 
Lekko  
czerwonawy blask otoczył dowódcę smoków. 
- Zatrzymaj się, Bedłamie! 
Cabe znieruchomiał. Popatrzył uważnie na książęcego jeńca i troska na chwilę  
odmieniła jego rysy. Toma odzyskał pewność siebie. 
- Tak, człowiecze! Mam twoją samicę! Widzę, że postąpiłem mądrzej niż sobie  
wyobrażałem! 
Młody wiedimin Jedwo się pohamował. 
- - Masz mnie! Wypuść ją! 
- - Nie sądzę. Jej obecność będzie gwarancją twojego dobrego zachowania w  
czekającej nas podróży! 
- - Podróży? Dokąd mamy jechać? 
Książę uśmiechnął się, błyskając białymi, ostrymi zębami w teatralnym pokazie  
triumfu. 
- - Dokąd? A jakże, w Góry Tyber, to chyba jasne! Chcemy zobaczyć ostateczny  
upadek rodu Bedlamów! 
- - Nie zapomniałeś o moim ojcu? 
- Azran jest człowiekiem zdolnym do snucia obłąkańczych intryg - tylko do 
snucia.  
Niewielką szkodę może wyrządzić moim planom. 
To wzbudziło zaciekawienie. 
- - Twoim planom? 
- - Jak już powiedziałem twojej towarzyszce, większość z niedawnych wypadków  
jest wynikiem moich zabiegów. - Ton smoka daleki był od skromnego. 
Cabe pokiwał głową. 
- Rozumiem. Książę z urodzenia chce zostać nowym władcą. To mówi wiele o  
bratobójczych walkach między Smoczymi Królami. 
Niemalże ludzkie zadowolenie rozjaśniło twarz Tomy. 
- Połapałeś się całkiem szybko! Podjudziłem Brązowego i innych, albo zza kulis, 
albo  
pod postacią Kryształowego Smoka. - Zadowolenie ustąpiło nieufności. - Wydaje 
się, że  
jesteś człowiekiem dużo bardziej inteligentnym i lepiej poinformowanym, niż 
donosili mi  
szpiedzy. Rad jestem, że znalazłem cię teraz, nie później. - Do adiutanta 
powiedział: -  
Gotować nasze wierzchowce! 
Cabe zmierzył go wzrokiem. 
- - Mam iść piechotą, książę Tomo? Nie mam konia. 
- - Choć ten pomysł bardzo mi się podoba, obawiam się, że odwlekłby pewne 
rzeczy.  
Największe zaufanie pokładam w szybkości. 
Wypowiadając słowa w języku od dawna nie używanym przez nikogo z wyjątkiem  
biegłych w magii, wódz wyciągnął rękę w stronę wiedźmina. Bąbel podobny do tego, 
w  
którym była Pani, otoczył Cabe’a. On przyjrzał mu się uważnie, ale nic nie 
powiedział. 
- Oto jak zostaniesz dostarczony na dwór cesarza! Możesz od Pani dowiedzieć się 
o  
wadach i zaletach tego środka lokomocji. Proponuję, żebyś wystrzegał się wad 
bardziej  

background image

ostrożnie, niż robiła to Pani. - Toma machnął ręką. Bąbel Cabe’a oderwał się od 
ziemi i  
podpłynął do drugiego. 
Książę popatrzył na oba. 
- Osobliwa para przycisków do papieru. Jedyna w swoim rodzaju, jak sądzę. 
Toma zajął się organizacją odjazdu. Gwen chciała odezwać się do Cabe’a, ale on  
przyłożył palec do ust i pokręcił głową. Popatrzyła na niego z konsternacją, 
zastanawiając się,  
jakim cudem on, niewyszkolony, przejmuje dowodzenie. Cabe zachował milczenie, 
ale dal jej  
znak zanim odwrócił się, by obserwować poczynania smoczego wojownika. 
Sygnał nie podniósł jej na duchu. Co więcej, wprawił ją w jeszcze większą 
konfuzję.  
Zrozumiała jego znaczenie, ale nie pochodzenie. Wiedziała tylko o dwóch osobach, 
które  
znały ten szczególny język znaków. Jedną była ona sama - nauczyła się go ze 
zmurszałej  
księgi przed wieloma laty. Drugim wtajemniczonym był właściciel księgi, 
człowiek,  
nauczyciel, kochanek. Tylko Nathan, który wydobył tom z liczącego wieki miejsca  
spoczynku, mógł znać mowę znaków. 
Przygotowania do wymarszu z Talaku nie zabrały dużo czasu. Główne siły armii  
czekały za miastem i jeszcze nie zadały sobie trudu rozbicia obozu. Orszak 
księcia Tomy  
niósł niewiele zapasów i wyposażenia. Z tego względu oddział zbliżył się do 
bramy ledwie w  
pół godziny po spotkaniu z wiedźminem. 
Wódz rozejrzał się, gdy opuszczali miasto. 
- Wygląda na to, że Melicard nie chce nas pożegnać. Ciekawe. 
Na wzmiankę o młodym królu, Cabe poderwał głowę i na chwilę zamknął oczy. Gwen  
rozpoznała jego zachowanie, ale udawała, że nic nie zauważa, choć jej 
zaskoczenie wzrosło.  
Rzuciła okiem na Tomę; miała nadzieję, że jego umysł i oczy skupione są na 
innych  
sprawach. Na szczęście dla nich obojga książę zajmował się wyprawianiem wojska. 
Smocze siły ruszyły, z początku powoli, potem coraz szybciej. Książę, jego świta 
i  
dwoje ludzi zajęli miejsce na czele długiej kolumny. Mieszkańcy Talaku tłumnie 
obiegli  
mury, żeby patrzeć na ich odjazd. Cabe zerknął na gawiedź i pomyślał, że poznaje 
Melicarda.  
Nie widział jego twarzy, ale był całkiem pewien jego uczuć. 
Góry Tyber majaczyły na horyzoncie niczym legendarni tytani. Wyższy od innych  
szczytów, Kivan Grath górował dumnie nad swoimi poddanymi i niemal onieśmielał 
drobne  
stworzenia, które chciały wkroczyć do jego domeny. Im bliżej kolumna zbliżała 
się do pasma,  
tym bardziej imponująco wyglądał Poszukiwacz Bogów. 
Nie było zwierząt na ścieżce, która wiodła w góry, choć w jednyrn miejscu Cabe  
zauważył chyba końską czaszkę. Kilka stworzeń unosiło się leniwie nad kolumną, 
ale ich  
ciała były skórzaste, zdradzając sługi i dalekich krewnych smoków ognistych. 
Nikt nie odezwał się w czasie podróży. Toma był zbyt głęboko pogrążony w  
zachwytach nad sobą; już pławił się w zaszczytach, których, jak przypuszczał, 
nie poskąpi mu  
ojciec. Nie napotka większego sprzeciwu, gdy oświadczy, że chce zostać równym 
Smoczym  
Królom - zwłaszcza że większość z nich nie żyła. Zostawszy Królem, będzie mógł 
jawnie  
przebudować cesarstwo w taki sposób, żeby na tysiąclecia zapewnić dominację 
smoków nad  

background image

depłokrwistymi. 
Wielmożna Gwen z drżeniem patrzyła, jak maleje odległość dzieląca ich od celu  
podróży. Dla niej to był koszmar, miejsce, które od dzieciństwa znała jako 
bastion zła, ziemię  
nieodpowiednią dla ludzi. Nauka pod okiem Nathana nie zmieniła jej poglądu na 
pasmo  
górskie, tylko nadała złu formę. Popatrzyła na Cabe’a, szukając u niego otuchy, 
jak dawniej u  
jego dziadka, ale wiedźmin był pochłonięty badaniem swojej sfery i siedział 
tyłem do niej.  
Milczała, nie chcąc przypadkowym słowem przyciągać uwagi smoczego wodza. 
Cabe stwierdził, że sfera jest skomplikowanym tworem, który stale zmienia się 
pod  
względem ogólnej konstrukcji. Podejrzewał, że jego więzienie jest dużo bardziej 
złożone niż  
cela Pani, wydawało się bowiem, że jego obecność przysparza księciu więcej 
zmartwień.  
Mimo wszystko, rozszyfrowanie schematu zmian nie było trudne. Cabe’owi nie 
przyszło na  
myśl, że każdy inny adept sztuki magicznej nie potrafiłby tego dokonać, a już na 
pewno nie w  
takim tempie. Interesowało go tylko, czy w odpowiedniej chwili zdoła się szybko 
wydostać. 
Zadowolony, że wyjście okaże się proste, oparł się o ścianę bąbla i, ku 
zdumieniu  
Gwen, zamknął oczy. Najlepiej, jeśli zacznie oszczędzać siły. Mimo niezwykłej 
wiary we  
własne zdolności wiedźmin wiedział, że wejście do cesarskiego leża będzie 
ogromnie  
niebezpieczne - większe szansę przeżycia miał ten, kto wpadł do dołu pełnego 
jadowitych  
węży i stracił przytomność. Nie uśmiechało mu się stawać przed cesarzem w formie 
gorszej  
od szczytowej. Na szczęście sfera znosiła głód i pragnienie, więc ten problem 
odpadał. Kivan  
Grath wznosił się wysoko nad ich głowami. 
Z powodu ogromu armii i tego, że trasa w większej części prowadziła w górę,  
przejście przez góry miało zabrać kilka godzin. Gwen zadrżała, wcale nie z 
zimna.  
Wyczuwała i widziała barwy mocy, które tu się gnieździły. Wyczuwała też inne 
siły,  
mniejsze, równe i większe od tych, jakie znała, czy to ciemne, czy jasne. Były 
starsze, dużo  
starsze, i czuła, że nie należą ani do ludzi, ani do smoków, ani do żadnych 
stworzeń, które w  
swoim życiu spotkała. Jedne roztaczały aurę obojętności, inne promieniowały 
niemal  
namacalnym dobrem. Z tymi próbowała nawiązać kontakt, lecz bez powodzenia. Coś 
takiego  
przekraczało jej możliwości. 
I prawdopodobnie dobrze, zadecydowała. Wyczuwała bowiem moce przewrotnej  
natury. Moce, które jak się wydawało chciały wpełznąć do jej głowy i nagiąć ją 
do swej woli.  
Zamknęła się na jakiekolwiek mentalne kontakty. Kiika próbowało się przedrzeć, 
lecz  
najwyraźniej brakowało im siły. 
Zauważyła, że ani Toma, ani Cabe w najmniejszym stopniu nie przejmują się tymi  
widmami sprzed wieków. Skąd ten spokój Cabe’a? Pani z doświadczenia wiedziała, 
że  
uczniowie i nie wyszkoleni użytkownicy magii są dużo bardziej otwarci na kontakt 
niż ci,  

background image

którzy nauczyli się zamykać umysły przed nieproszonymi gośćmi. A jednak jej 
towarzysz  
spał niczym we własnym łóżku. Niechętnie uznała to za kolejną zagadkę wnuka 
Nathana.  
Miała nadzieję, że pożyje dość długo, by niektóre z nich rozwiązać. 
Ale to wszystko na nic, uświadomiła sobie. Po uwolnieniu z bursztynowego 
więzienia  
wierzyła, że dana jej będzie szansa ziścić marzenia Nathana i wyzwolić krainy 
spod  
panowania Smoczych Królów. Poznała Cabe’a i dostrzegła w nim materiał na 
wiedźmina co  
najmniej tak potężnego, jak jej ukochany. Pomoc Czarnego Konia, Gryfa i, tak, 
nawet Cienia,  
ugruntowała jej wiarę w możliwość realizacji wszystkiego, co zaplanowali Smoczy  
Mistrzowie. 
Jej twarz pociemniała. Niestety, raz jeszcze Azran zniszczył nadzieje ludzi.  
Wspólnymi siłami mogli obronić się przed fanatykami z Lochivaru, nawet bez 
pomocy  
potężnych, choć enigmatycznych mocy Cienia. Ale Azran, opętany małostkową żądzą 
władzy  
nad ludźmi i smokami, porwał Cabe’a. Nie potrafiła odgadnąć powodów tego czynu. 
Na  
pewno nie kierowały nim ojcowskie uczucia. 
Ani ona, ani nikt inny na czele kolumny nie zauważył figury z szaleńczą 
prędkością  
mknącej w powietrzu. Intruz nadlatywał dokładnie od tyłu - od ostatnich szeregów 
dzieliły go  
co najwyżej minuty. Nie był ani trochę wstrząśnięty liczebnością ciągnących 
dołem sił. Jeśli  
już, to tylko przyspieszył. 
Zauważył go tylko jeden zwiadowca na rutynowym patrolu. Zaciekawiony i  
absolutnie przekonany, że w Górach Tyber smokom nic nie może zagrozić, załopotał  
skórzastymi skrzydłami i z zaciekawieniem zbliżył się do intruza. 
Gdy go poznał, zaskrzeczał z przerażenia, ale było o wiele za późno. Obłąkańczo  
szczerząc zęby, całkowicie pod kontrolą magii miecza, Azran ciął powietrze. Choć 
smok  
powietrzny był daleko poza zasięgiem Bezimiennego, przekręcił się w locie i 
runął ku  
dalekiej ziemi z ziejącą raną na szyi. 
Szatański miecz wiedźmina już opił się krwią niezliczonych stworzeń, lecz 
jeszcze się  
nie nasycił. Jego apetyt wzrósł, a wraz z nim umocniła się władza nad Azranem. 
Długa, kręta,  
zbita kolumna stanowiła kuszący cel, któremu nie potrafił się oprzeć. 
Azran zapikował na hordy Smoczego Cesarza. 
Krzyk wzniósł się w ariergardzie. Książę Toma i Pani okręcili się w tył. Cabe 
zbudził  
się z drzemki. 
Gwen pierwsza rozpoznała właściciela miecza i niemal wypluła jego imię. 
- Azran. 
Toma zawrócił wierzchowca i błysnął okiem. 
- Większość z tych na końcu nie umie latać i jest za głupia! Poza tym, za bardzo 
się  
stłoczyli! - Wbił oczy w szalejącego czarnoksiężnika. - Mimo wszystko nie 
sądziłem, że  
poważy się na coś takiego! Zastanawiam się... 
Szept był dość głośny, żeby Gwen go usłyszała. 
- Miecz! Stworzył następny miecz! 
Popatrzyła naCabe’a, przeniosła spojrzenie na szaleńca przeorującego szeregi 
armii  
księcia i pokiwała głową. Nawet z takiej odległości wyczuwała złowieszczą broń. 

background image

Wódz doszedł do podobnego wniosku. W jego czerwonych oczach zalśnił  
przerażający błysk. Widział Rogaty Miecz, ale Brązowy nie pozwalał nikomu go 
dotykać.  
Niektórzy z pozostałych królów podejrzewali, że pan Ziem Jałowych nie był do 
końca sobą.  
Toma w najmniejszym stopniu nie przejmował się magicznym wpływem broni. Uważał  
innych za dużo słabszych od siebie. Skoro nie mógł mieć jednego miecza, 
zdobędzie ten  
drugi. 
Nie mógł liczyć na swoje wojsko, tego był pewien. W kolumnie już narastała 
panika.  
W przeciwieństwie do smoków klasy panującej, wśród inteligentnych klanów 
niewielu było  
czarnoksiężników. Myśląc o tym, Toma wspomniał Czerwonego, który ruszył do walki 
z  
wiedźminem. Wszystko wskazywało na to, że szeregi Smoczych Królów znów zostały  
uszczuplone. 
Popatrując na sfery, wódz rozkazał im ruszyć. Ojciec zada śmierć jeńcom i 
nagrodzi  
go jeszcze bardziej, gdy pokaże mu nową zdobycz. Z zaczarowanym mieczem żaden z  
żyjących Smoczych Królów nie sprzeciwi się jego dojściu do władzy. 
Magowie zaczęli obijać się o s’ciany, gdy bąble zerwały się do chyżego lotu. 
Gwen  
pierwsza odzyskała równowagę i sprawdziła, jak się miewa jej towarzysz. Cabe 
turlał się parę  
sekund dłużej, a potem znieruchomiał z ręką na głowie. Uśmiechnął się do niej 
szeroko.  
Gwen nie dostrzegała nic zabawnego w ich sytuacji i jasno, choć bez słów, dała 
mu to do  
zrozumienia. 
Ku jej zdziwieniu Cabe nie przestał się uśmiechać, tylko podniósł rękę, jak 
gdyby  
każąc jej czekać. Pani przyglądała mu się z zaciekawieniem. To nie był człowiek, 
którego  
znała; była to zupełnie inna osoba, osoba dysponująca alarmującym arsenałem 
znanych jej  
wyrazów twarzy. 
Cabe sprawił, że ustał wszelki ruch, wprawiając ją w zdumienie doświadczonym  
panowaniem nad mocami. Dwie sfery zatrzymały się poza zasięgiem wzroku Tomy, ale 
zbyt  
blisko ich zamierzonego miejsca przeznaczenia. Cabe przyłożył lewą rękę do 
wewnętrznej  
powierzchni bąbla i pogładził ją powoli. Nagle wyciągnął prawą rękę i dotknął 
innego  
miejsca, zupełnie gdzie indziej. Z cichym sykiem więzienie opadło na ziemię. Gdy  
wylądowało, cała sfera zniknęła. 
Zrobił to samo z celą Gwen, przy czym zajęło mu to dwakroć tyle czasu, musiał  
bowiem obejść kulę i znaleźć słaby punkt. Kiedy bąbel zniknął, niewiele myśląc 
rzucili się  
sobie w ramiona i trwali tak przez dłuższą chwilę. 
Trochę niezdarnie Cabe wyzwolił się z jej objęć. 
- Musimy ruszać. 
Rozejrzeli się po otoczeniu. Przed nimi grunt gwałtownie opadał. Stali na 
skalnej  
półce. Choć pomniejszona przez ogrom pobliskiego Kivan Grath, góra, na której 
się znaleźli,  
też była kolosem, U jej stóp rosły rachityczne krzaki i jeden czy dwa poskręcane 
świerki.  
Zbocze prezentowało się niewiele lepiej. Góry Tyber były równie niegościnne jak 
ci, którzy je  
zamieszkiwali. 

background image

Gwen straciła poczucie kierunku. 
- - Jak znajdziemy drogę wyjścia? 
- - Nie będziemy szukać. Musimy iść do jaskiń w głębi Kivan Grath. 
Pobladła. 
- - W... Tak, masz rację. Druga okazja może się nigdy nie trafić. 
- - Ostatecznie nie jest tak źle. Jeśli Złoty Smok nas oczekuje, to spodziewa 
się  
więźniów, nie wolnych i gotowych do walki wojowników. 
Jego słowa podniosły ją na duchu. I skłoniły do myślenia. 
- Co o czymś mi przypomina. Jak nas uwolniłeś? - Jej spojrzenie domagało się  
odpowiedzi. 
Cabe przestąpił z nogi na nogę. 
- - Później ci wyjaśnię. W tej chwili nie śmiem naruszać równowagi między mną. 
- - Co? 
Odwrócił się do Poszukiwacza Bogów. 
- - Lepiej ruszajmy, jeśli chcemy wykorzystać element zaskoczenia. 
- - Zaczekaj! Chcesz iść do... - Pani urwała, gdyż Ca be już maszerował w 
kierunku  
leża Smoczego Cesarza. Wściekła, pospieszyła za nim, modląc się do swojej 
opiekuńczej  
bogini, żeby udzieliła jej wszelkiej możliwej pomocy... 
...i wątpiąc, czy to wystarczy. 
Xix 
 
Nad miastem Penacles zaświtał promyczek nadziei. Szare Mgły zrzedły i słońce  
przebijało się przez nie bez problemów. Zwiadowcy meldowali o wielkim niepokoju 
w  
legionach z Lochivaru, a wielu fanatyków było wyraźnie wyczerpanych, gdy brakło  
pobudzającego ich narkotyku. Dla większości mieszkańców miasta oznaczało to 
zwycięstwo. 
Dla Blane’a oznaczało nadejście najgorszego. 
- Co myślisz? 
Jego słowa skierowane były do generała Toosa. Generał, zwrócony do niego lisim  
profilem, obserwował siły wroga przez swoje soczewki. 
- Myślę, że szykują się do ataku. Każda minuta opóźnienia wysysa ich siły, a  
przywraca nasze. Poza tym, jeśli zareagują szybko, mogą liczyć na zaskoczenie 
miasta w  
chwili odprężenia. 
Blane pokiwał głową. 
- - Uprzedziłem ludzi, żeby wypatrywali kolejnego zmasowanego uderzenia. Myślę,  
że będą gotowi. 
- - Lepiej, żeby tak było. - Toos odłożył soczewki i popatrzył prosto na  
współdowodzącego. - Lochivaryci ruszyli. 
- - Do kroć set! 
- - W rzeczy samej. 
Blane miał zamiar wrócić do swoich żołnierzy, gdy Toos zatrzymał go wyciągniętą  
ręką. Generał przyłożył soczewki do oczu i stanął tak, żeby patrzeć bardziej na 
północ. Jego  
uwagę przykuwała ogromna masa, która nie drgnęła od czasu przybycia przed 
kilkoma  
dniami. 
Teraz ruszyła. 
- - Wezwij wszystkich mężczyzn zdolnych do noszenia broni... i kobiety, dowódco  
Blane. 
- - Dlaczego? Co się dzieje? 
- - Sadysta Kyrg rusza na nas ze swą nieludzką armią. Czekanie dobiegło końca. 
To  
będzie ostatni szturm! 
Rogi już trąbiły na wszystkich murach za wyjątkiem południowego. Miasto zamarło 
-  

background image

s’miertelna cisza była najstraszliwszym dźwiękiem każdej wojny - w oczekiwaniu 
na  
najgorsze. 
Obaj dowódcy dołączyli do swoich ludzi. Toos miał stawić czoło większej liczbie, 
ale  
ku stanowiskom Blane’a ciągnęli wypoczęci, żądni bitwy żołnierze z nienawiścią 
do  
wszystkiego, co ludzkie. Jego zadanie było prawie niemożliwe. Nieliczni obrońcy 
obsadzali  
północne i zachodnie mury, gdyż większość ataków przypuszczano zawsze na 
wschodnią  
stronę. Niewątpliwie był to jeden z powodów, który skłonił Kyrga do ataku. 
Być może wiedzieli, że Gryf jest nieobecny. Mimo wszystkich swych zdolności 
żaden  
dowódca nie umiał zagrzać wojska do walki w taki sposób, jak władca miasta. Gryf 
miał w  
sobie siłę ducha. 
Siły wroga przybliżały się do Penacles niczym wody powodzi. Nie miały końca, jak  
na początku oblężenia. Ziemi nie było widać pod ciemnym, ruchliwym mrowiem. 
Pierwsi Lochivaryci znaleźli się w polu rażenia. Łucznicy wypuścili strzały, w  
powietrzu zaszumiała śmiercionośna ulewa. Pierwszy cios zadany został przez 
miasto, ale  
wróg wkrótce miał odpowiedzieć przemocą. 
Cienista forma, która mogła być wielkim, czarnym jak sadza rumakiem,  
zmaterializowała się na granicy dzielącej Półwysep Legar od tego, co niegdyś 
było Ziemiami  
Jałowymi. Oczy omiotły teren, wypatrując niepożądanych świadków. Zadowolony, że  
wszystko jest w porządku, Czarny Koń podniósł głowę i ryknął - takiego odgłosu 
nie  
wydałoby prawdziwe zwierzę. 
Z tego, co zawierało jego esencję i zarazem było przez niego zawarte, wyłoniła 
się  
mała plamka. Rosła jak wysypka na boku stworzenia. Kiedy zrobiła się dość duża, 
nie tyle  
oderwała się od rumaka, ile z niego wypadła. I stęknęła ze złością, gdy 
wylądowała na ziemi. 
Gryf pozbierał się na nogi, z zaczarowanym mieczem w pogotowiu. Warknął jak  
wielki kot, tylko że warknięcie zakończyło się raczej ptasim skrzekiem. Rogaty 
Miecz  
wysunął się jak ostrzeżenie dla Wieczystego. 
Gdyby Czarny Koń potrafił przewracać oczami, to pasowałoby to całkiem dobrze do  
jego stentorowego głosu. 
- Daj spokój, proszę! Nie przyniosłem cię tu po to, żebyś bezsensownie próbował  
nadziać mnie na ten rożen! Czas kończy się dla nas wszystkich! 
Nadal czujny, Gryf odrobinę opuścił miecz. 
- - O czym ty mówisz, demonie? Czemuś oderwał mnie od zrobienia tego, co  
musiało zostać zrobione, żeby uratować mój lud? 
- - Demonie? Dlaczego... Nieważne! Potrzebuję twojej pomocy! To znaczy, ciebie i  
miecza! 
- Po czyjej stronie? Czarny Koń parsknął z irytacją. 
- - Naszej... albo przynajmniej twojej, jeśli tylko tak mogę cię przekonać! 
Tylko z  
twoją pomocą zdołam przepędzić Cienia! 
- - Przepędzić Cie... On żyje? 
- - Jeśli termin ten może stosować się do kogoś takiego! Już nie nosi imienia 
Simon!  
Zwij go Madrakiem, i połóż duży nacisk na pierwszą sylabę jego nowego 
imienia*[Przyp  
tłum Mad (ang.) - obłąkany, szalony (przyp. tłum.).]! 
Czubek miecza powędrował w dół, nie bez pewnego sprzeciwu ze strony samej broni. 
- Tego się obawiałem. Kiedy nie znaleźliśmy żadnego śladu po jego walce z  

background image

Poszukiwaczem, byłem pewien, że stało się najgorsze! 
- I powinieneś’ się obawiać! Ten Madrac jest najszybszym i najsilniejszym  
wcieleniem, jakie widziałem od czasu poznania wiedźmina! Ledwo zdołałem go 
zawrzeć i nie  
mam pojęcia, jak długo zdołam go utrzymać! Pamięta prawie wszystko z minionych  
żywotów, zwłaszcza to, co dotyczy Cabe’a! Gdybym nie wyrwał się z pułapki, jaką 
na mnie  
zastawił, młody wiedźmin zostałby wykorzystany jako źródło mocy, aby uwolnić go 
z  
klątwy! 
Gryf wreszcie pokiwał głową. 
- - Tyranii Smoczych Królów nie da się przyrównać do tego, co by wówczas  
nastąpiło! Zgoda, ale po wykonaniu zadania dostarczysz mnie do Lochivaru! 
- - Być może nie będzie takiej potrzeby. Czarny przez pewien czas nie może 
zionąć  
swymi paskudnymi mgłami, a poza tym stracił kryształ, który wzmacniał opary i 
pozwalał  
nad nimi panować. Zaczynanie zabawy z mgłami było ryzykownym pomysłem! Tylko  
osłabiły go fizycznie i wypaczyły mu rozum! Jest panem swej egzystencji nie 
bardziej niż  
jego fanatycy! - Bujna grzywa zafalowała dziko, gdy rumak zarzucił głową. - 
Chodź! Czas  
ucieka! 
Czarny Koń stanął dęba, odwrócił się i pogalopował w głąb kryształowej krainy.  
Lwioptak schował niechcianą broń i pospieszył za Wieczystym. Miał nadzieję, że 
stworzenie  
nie zamierza przegonić go przez całą ziemię, którą Kryształowy Smok uważał za 
swoją. Do  
niczego by się nie nadawał; poza tym, nie miał najmniejszej ochoty zostać sam w 
tym  
najmniej znanym ze Smoczych Królestw za wyjątkiem północnych pustkowi Lodowego  
Smoka. 
Na szczęście, czy też niestety, hebanowy rumak zatrzymał się przed czymś, co  
wyglądało na niewielki krater schodzący daleko w głąb wewnętrznego świata. Gryf 
podszedł  
za swoim przewodnikiem i spojrzał w dół, z wściekłości strosząc pióra i sierść. 
- - Spodziewasz się, że tam zejdę? Ściany są gładkie jak szkło! - Urwał na myśl, 
co  
może oznaczać to stwierdzenie. - Czy to robota jednego z was? 
- - Cienia. Czułem tylko, że szczęście jest po mojej stronie! Co prawda bym nie  
umarł, ale jakie przeżyłbym katusze! Wiedźmin zna mnie lepiej niż ktokolwiek, a 
teraz na  
domiar złego może wezwać większą część wspomnień z minionych żywotów! Może  
wykorzystać moje słabe strony! 
Gryf nie potrafił sobie wyobrazić żadnej ze słabości Czarnego Konia, ale 
powstrzymał  
się od pytań. 
Czarny Koń kontynuował. 
- - Co do schodzenia, masz rację! Nawet gdyby to było możliwe, zabrałoby ci  
godziny, na które cię nie stać! Dlatego pojedziesz na mnie! 
- - Na tobie? - Odwaga Gryfa nie wzbudzała wątpliwości, ale nawet jego kusiło  
wyznaczyć jej granice na myśl o wspinaniu się na grzbiet tego wiecznego ogiera. 
Ale nie  
śmiał odmówić. 
Dosiadanie Wieczystego okazało się nie bardziej trudne niż w przypadku  
prawdziwego konia, gdyż tym razem nie pragnął wchłonąć swego pasażera. Złapawszy  
równowagę, lwioptak dał widmowemu towarzyszowi znak odjazdu. 
Czarny Koń skoczył do krateru i runął jak kamień. 
Gryf otoczył ramionami potężny kark. W swojej głupocie założył, że łagodnie 
opadną  
na dół. Poniewczasie przypomniał sobie, iż Czarny Koń mimo całej swej mocy w tym  

background image

wymiarze związany jest z ziemią i nie umie latać. 
Cztery stalowe kopyta uderzyły w dno z siłą, która powinna strzaskać każdą nogę.  
Czarny Koń przez chwilę wiercił się, rozpoznając otoczenie, a potem pocwałował 
jednym z  
tuneli wyrytych w ziemi. Zerkając w prawo i lewo, Gryf wkrótce zrozumiał, że te 
tunele nie  
są naturalne. Było w nich coś, co mówiło o czasach przed smokami. Poczucie 
wieku. To go  
uspokoiło; mieszkańcy bez wątpienia od dawna byli martwi i nie było się czym 
przejmować. 
Czarny Koń wyhamował bez ostrzeżenia. Gryf zamrugał na widok tego, co zobaczył, 
i  
wierzchowiec musiał mu przypomnieć, że robota czeka. Nie odrywając wzroku od  
przedmiotu zainteresowania, zeskoczył z konia i dobył Rogaty Miecz, który 
zatętnił z  
oczekiwania. 
- Co to jest? 
Bryła jakby żywej gliny, masa płynnej czerni, przekręcała się i zmieniała bez 
przerwy.  
Gryf skrzywił się, na ile pozwalało mu jego oblicze. Zapach mrocznej formy 
rywalizował z  
jej odrażającym wyglądem. 
- - To więzienie, w jakim umieściłem szalonego czarnoksiężnika. Esencja tego, co  
zawieram i co zawiera mnie. Nic więcej nie śmiem rozkiełznać w tym wymiarze, 
żeby nie  
rozerwało na dwoje tkaniny rzeczywistości. 
- - Skąd wiesz, że nadal tam jest? - Pan Penades nie mógł doszukać się niczego  
ludzkiego w kształcie bryły. 
- - Wiem. 
- Rozumiem. - Nie rozumiał, ale przeczenie nie miało sensu. Czarny Koń 
przybliżył  
się. 
- - Rogatemu Mieczowi brakuje mocy, żeby go zabić, chyba że trafi dokładnie w  
serce. Tym samym banicja jest wszystkim, na co możemy liczyć. W swoim dobrym 
wcieleniu  
Cień tego by sobie życzył. 
- - Co mam zrobić? 
- - Pchnąć w sam środek masy. Miecz wykona resztę. Sam bym spróbował, ale to  
oznaczałoby również moje wygnanie. 
Gryf, który już złożył się do sztychu, znieruchomiał. 
- Co? 
Błysnęły lodowate oczy. 
- Nie martw się. Tylko dlatego, że ja nie jestem całkowicie związany z tą 
płaszczyzną.  
Ty jesteś częścią tej rzeczywistości. Ja pustki! Digaj! 
Wznosząc raz jeszcze demoniczne ostrze, Iwioptak przygotował się. 
„Kto to?” 
Nie usłyszał słów, tylko je poczuł. Gryf odwrócił się i zaczął mówić coś do 
Czarnego  
Konia, ale głos wtrącił się, tym razem z większą determinacją. 
„Gryf! Przyjacielu! Pomocy!” 
Spojrzał na czarną bryłę. Czy mogła... 
- Cień? 
„To ty! Uważaj! Czarny Koń knuje zło!” 
- Zło? Nie, Cieniu... a raczej Madracu! Wiem o tobie! 
„Madrac nie żyje! Jestem Benedict - tym razem!” 
- Benedict? - Ręka z mieczem zadrżała. 
„Czarny Koń rozpęta starożytne zło, które nadal żyje w tej ziemi! Musisz mnie  
uwolnić, zanim będzie za późno!” 
Gryf był niezdecydowany. Nie darzył wielkim zaufaniem widmowego rumaka. Cień  

background image

zawsze był przyjacielem, tak bliskim, jak w jego przypadku było to możliwe, i 
doradcą. Z  
drugiej strony, zawsze podkreślał swoje zaufanie do Czarnego Konia, który 
rozumiał go lepiej  
niż ktokolwiek inny. 
- Dlaczego się wahasz? - Choć było to pytanie, wypowiedziane zostało głośnym,  
rozkazującym tonem. 
Zerknął na Wieczystego, niepewny, czy mu zaufać, czy nie. 
„Gryfie!” W chwili paniki, ton uległ zmianie. To nie był już Cień, jakiego znał. 
Ręka wystrzeliła z czerni, sięgając ku czemuś. Za ręką wyłoniła się większa 
część  
ramienia. 
Czarny Koń stanął dęba. 
- Uwalnia się! 
Z nadludzką szybkością ciemny ogier skoczył do przodu. Czarna masa, łącznie z  
ramieniem, została połknięta. Czarny Koń został sam, ale falował, jakby jego 
część nie  
istniała. 
- - Przebij mieczem mój bok! 
- - Nie zostaniesz wypędzony? 
- - Nie ma wyboru! Nie mogę jednocześnie trzymać go w sobie i wygnać! Ucieknie!  
Koniec wyjaśnień! Pchnij! 
Gryf bez dalszego wahania wbił Rogaty Miecz w to, co było Czarnym Koniem.  
Rozległ się wrzask bólu, ale nie Wieczystego. Lwioptak puścił miecz i upadł, gdy 
tunelem  
wstrząsnęła furia sprzecznych rzeczywistości. 
Gdy jego sylwetka płowiała, Czarny Koń roześmiał się, lecz nie był to śmiech  
zaprawiony humorem. Widmowy ogier spojrzał tęsknie w kierunku nieba i z 
wytężeniem  
wyszeptał: 
- Teraz na wieki będziemy razem, mój jedyny prawdziwy przyjacielu! 
Ściany i strop zatrzeszczały i Gryf bał się, że zostanie pogrzebany pod tonami 
ziemi.  
Tunel wytrzymał, został bowiem zaprojektowany tak, żeby ocaleć z najsilniejszych 
trzęsień  
ziemi. 
Niewiele pozostało z Czarnego Konia. Z każdą sekundą stawał się mniej widoczny.  
Tylko przeszywające niebieskie oczy wydawały się rzeczywiste. Przelotnie 
spojrzały na  
Gryfa, a potem zniknęły z resztą cienistej postaci. Echo śmiechu zamarło w 
jaskiniach. 
Drżący miecz był jedynym świadectwem tego, co się wydarzyło. Gryf otrzepał się z  
brązowego, suchego pyłu i pochylił się po Rogatego. Miecz dosłownie wrzasnął w 
jego  
głowie. Moc w nim zawarta została niemal podwojona. Woląc nie narażać się na 
utratę  
wolności na rzecz Rogatego, schował go do pochwy. Nawet tam miecz dygotał. 
Nie miał zamiaru badać tuneli. Kiedy Czarny Koń zniknął, grotę przepełniło 
uczucie  
budzącego się zła. Obecność hebanowego rumaka albo je maskowała, albo trzymała 
pod  
kontrolą. Niezależnie od przyczyny, Gryf wiedział, że przebywanie tutaj nie 
będzie  
bezpieczne. 
Wędrówka systemem tuneli sprawiła mu niewiele kłopotów. Jak zwierzęta, które  
składały się na jego imiennika, łowieckimi i tropicielskimi talentami o niebo 
przewyższał  
ludzi. Pod względem czasu jednakże okazała się o wiele dłuższa, niż początkowo 
oceniał.  
Czarny Koń był bardzo szybki. 

background image

Na dnie jamy Gryf z konsternacją popatrzył w górę. Ściany były gładkie prawie 
jak  
szkło. Jego potężne pazury ledwo je draskały, zapewniając marne oparcie dla rąk 
i nóg.  
Uświadomił sobie, że ma tylkojeden wybór. Lepiej zaryzykować skręcenie karku niż  
zawrócić w głąb jaskiń. 
Ostre szpony wbiły się w ziemię spieczoną na kamień. Gryf zastanowił się nad  
użyciem Rogatego, ale miecz był zbyt nieporęczny, a poza tym nie chciał zdawać 
się na niego  
bardziej niż było to absolutnie konieczne. Uwalniając pazury, sięgnął nad głowę 
i wyżłobił  
następne wgłębienie. W ten sposób powoli, ale stale posuwał się w górę. 
Jakieś dwie czy trzy długości od powierzchni przeżył najgorsze chwile. Tutaj 
ziemia  
była miękka i ustępowała bardziej niż by sobie życzył. Wyciągając jedną rękę, 
nagle poczuł,  
że druga ześlizguje się po ścianie - luźna ziemia w dłoni była wszystkim, co 
zostało mu z  
uchwytu. Uratował go tylko refleks. Gdy się zsuwał, przekręcił się i zdołał 
sięgnąć do  
niższego zrębu. Zakołysał się, ale ten uchwyt wytrzymał. Resztę drogi pokonał z 
większą  
ostrożnością. Na szczycie padł na ziemię i kilka razy odetchnął głęboko. 
Kiedy w końcu zdołał stanąć na nogach, oczy rozszerzyły mu się ze zdumienia.  
Przekrzywił głowę. Horyzont był zielony. Gryf wcześniej nie zwrócił na to uwagi. 
Pobrnął w  
kierunku bujnej roślinności, na wpół zaciekawiony, na wpół zaniepokojony. 
Panoramiczny widok potwierdził jego przypuszczenia. To były Ziemie Jałowe. 
„Były”  
to właściwe słowo. Jeśli jakieś miejsce stało w sprzeczności z własną nazwą, to 
ta  
nieokiełznana, ale spokojna łąka. Było tu mnóstwo ptaków. Tu i ówdzie łąkę 
okraszały  
drzewa, a na północnym wschodzie ciągnął się las. Od czasu do czasu ruch w 
krzewach  
oznajmiał obecność życia zwierzęcego, najpewniej królików i innych drobnych 
stworzonek. 
Zafascynowany wioptak wkroczył na łąkę. Ta ziemia tak bardzo się zmieniła. Była  
piękniejsza niż wiele lat wcześniej, przed Wojną Przełomową. 
Jego stopa natrafiła na coś twardego. Rozsunął wysoką trawę i znalazł częściowo  
pogrzebany w ziemi miecz. Głownię zdobiły węże, co zdradzało broń smoczego 
wojownika.  
Gryf próbował go wydobyć, ale ziemia nie chciała wypuścić swej zdobyczy. 
Wreszcie  
zrezygnował i podjął wędrówkę. 
Następne odkrycie wstrząsnęło nim do głębi. Z daleka nie potrafił zidentyfikować  
obiektu. Dopiero z bliska poznał, że to kości dorosłego smoka. Szkielet - to, co 
z niego  
zostało - był oplatany na pozór nieszkodliwą trawą, która rozciągała się jak 
okiem sięgnąć.  
Grzbiet smoka był przetrącony, a większa część kości już kryła się w ziemi. Był 
dokładnie  
oczyszczony z mięsa. 
Teraz, gdy wiedział, czego szukać, natknął się na inne ślady w czasie podróży.  
Najbardziej niepokojącym odkryciem było pięciu opancerzonych wojowników, dwóch 
nadal  
dosiadających smocze wierzchowce, porośniętych przez skłębioną masę zieleni. 
Cała grupa  
była w trakcie szybkiego procesu oddawania ziemi tego, z czego się składała, i 
miała zniknąć  
przed nadejściem zimy. Każdy trup nosił znak klanów Brązowego. 

background image

Wiedząc o walce Cabe’a z Brązowym Smokiem, Gryf nie musiał pytać, co się stało.  
Wnioski nie były zbyt budujące. Nie dbał wiele o magię, nawet tę, którą sam 
posiadał. Miecz  
u boku sprawiał mu bardziej niż fizyczną przykrość, ale teraz nie śmiał go 
nigdzie zostawić.  
Nie wolno było dopuścić, żeby wpadł w ręce kogoś o słabszej niż on woli. 
Burczenie w brzuchu przypomniało mu, że nie jadł nic od długiego czasu. Gryf  
zastanowił się, czy szukanie jedzenia w takim miejscu jest bezpieczne. Zwierzęta 
nie  
wyglądały na groźne, choć w większości robiły co mogły, by uszczuplić obfitość 
życia  
roślinnego. Czy nie zostanie zaatakowany tak jak smoki, jeśli poważy się zerwać 
jakiś owoc  
albo zabić królika? Najbliższa granica jego królestwa leżała kilka dni drogi na 
wschód. Nie  
łudził się, że pokona tę odległość bez jedzenia, ale na razie nawet głód nie 
zdołał nakłonić go  
do polowania. Być może spotkałby go los klanów Brązowego. 
Niedługo później pojawili się jeźdźcy. 
Było ich sześciu. Bystre oczy Gryfa zidentyfikowały ich z daleka. Nie można było  
pomylić błysku słońca na zbroi czy twarzy przysłoniętych przez hełmy. 
Wierzchowce nie  
były końmi, tylko pomniejszymi jaszczurami. Tutaj, na środku pustkowia, smoczy 
wojownicy  
nie mieli powodów do przeistaczania swoich kuzynów, choć zwykle robili to siłą  
przyzwyczajenia. Zapożyczyli upodobanie do jazdy konnej od ciepłokrwistych, 
którymi tak  
bardzo pogardzali. 
Trawa była wysoka i dzika. Ukryje go przed wzrokiem wojowników, choć ich  
wierzchowce mogły być wyszkolone do tropienia wroga węchem. Na razie Gryf nie 
sięgał do  
diabelskiego miecza. Miał szukać jego pomocy tylko w największej potrzebie. 
Widać było, że jadą w określonym celu. Jeszcze go nie zobaczyłi. Ich szlak miał  
przebiegać w pobliżu kryjówki Gryfa, a wiatr niósł jego zapach w ich stronę. 
Ostrożnie i po  
cichu lwioptak przeniósł się w bezpieczniejsze miejsce. Nie pragnął bitwy; 
czekało na niego  
miasto i jego przyjaciele. Potyczka spowodowałaby jeszcze większą stratę czasu. 
Czasu,  
którego już brakowało. 
Dowódca oddziału nosił ozdobny smoczy hełm. Jechał pewnie w kierunku kryjówki  
Gryfa. Jego tożsamość nie budziła wątpliwości; wyprzedzała go aura władzy, 
podkreślająca  
jedność z królestwem roślin i oznajmiająca go jako pana Lasu Dagora, samego 
Zielonego  
Smoka. 
Gryf wyciągnął straszliwą zabawkę Azrana, która miała oznajmić Smoczemu Królowi  
jego obecność tak wyraźnie, jak zapalona latarnia. 
Jeźdźcy zatrzymali się gwałtownie. Po krótkiej chwili dowódca powoli wysunął się 
do  
przodu. Skierował ogniście czerwone oczy prosto w kierunku ukrytej postaci. 
- Schowaj cuchnące zęby, wielmożny Gryfie! Przychodzę porozmawiać, nie polować  
na ciepłokrwistych! 
Kulenie się w wysokiej trawie straciło sens - wszyscy wiedzieli, gdziejest. Z 
Rogatym  
Mieczem w pogotowiu, lwioptak podniósł się, by stawić czoło smoczemu monarsze. 
- A co Smoczy Król mógłby mi powiedzieć? Nie poddaję się słowom. - Mówił cicho i  
monotonnie, żeby zaakcentować swoją nieufność i pogardę. 
Paru wojowników zaszemrało niespokojnie. Zielony Smok wzniósł czteropalczastą  
dłoń, żeby ich uciszyć. 
- Nie proszę o poddanie się. Pragnę przymierza. 

background image

Ten pomysł był tak niewiarygodny, że Gryf niemal potrząsnął głową. Na szczęście  
zdołał się opanować; o jego zdumieniu świadczyły tylko lekko rozszerzone oczy. 
- Przymierze? Ze Smoczym Królem? A to dlaczego? Płonące oczy ściemniały, gdy  
smok ognisty ze zmęczeniem pochylił głowę. 
- Jestem realistą, wielmożny Gryfie. Królowie to przeszłość. Zaczyna się Wiek  
Ludzkości. Wolę, żeby mój rodzaj przeżył niż padł ofiarą słusznie mściwej rasy 
ludzi! Już nie  
biorę udziału w szaleństwach cesarza i moich braci! 
Koniuszek miecza wymierzył prosto w smocze gardło. 
- - Nagła zmiana postawy. Dlaczego miałbym ci wierzyć? 
- - Jeśli chcesz dowodu moich szczerych intencji, posłuchaj. Potomek Bedlama  
musiał przelecieć nad Lasem Dagora w drodze do Talaku... 
- - Do Talaku? 
- - Do Talaku. Nie przeszkodziłem mu, zresztą wbrew otrzymanym rozkazom.  
Prawdę powiedziawszy, to ja zapewniłem mu transport. 
To mogło być prawdą. Gryf nie pamiętał żadnych opowieści o źle wyrządzonym przez  
Zielonego Smoka. Pan Lasu Dagora był jednym z nielicznych Smoczych Królów, 
którzy w  
miarę możliwości nie wtrącali się w życie swoich poddanych. Zasadniczo 
pozostawał  
neutralny, pozwalając naturze i jej dzieciom podążać własnymi drogami. 
- - Zakładając, że wezmę twoje słowa za dobrą monetę, co proponujesz? 
- - Największe zagrożenie dla twojej rebelii nie pochodzi ze strony moich braci.  
Wiem. Mamy wśród nas kogoś, kto jest mistrzem ciemniejszej strony spektrum, choć 
sam nie  
może panować. 
- Toma? Słyszałem historie... Zielony Smok zasyczał. 
- To nie historie, ciepłokrwisssty! Przyglądałam się i zgłębiałem je. Są powody, 
aby  
sądzić, że Toma był wśród nas na naszych Radach, pod postacią Smoczego Króla! - 
Nie  
musiał dodawać nic więcej. Smok ognisty, który mógł przybierać więcej niż jedną 
formę,  
musiał dysponować potężną władzą nad mocami. 
Chłonąc każde usłyszane słowo, Gryf uważnie przypatrywał się Smoczemu Królowi. 
- Myślę, że twój entuzjazm wyrasta bardziej ze strachu, że Toma może dojść do  
władzy. Z ludźmi mógłbyś walczyć w razie potrzeby. Toma najprawdopodobniej 
zabiłby cię,  
gdyby uznał, że już cię nie potrzebuje. - Jeden z wojowników sięgnął po broń. - 
Ja bym tego  
nie robił, chyba że chcesz mieć nowego monarchę! 
Ręka odsunęła się. 
Zielony Smok pochylił się ku rozmówcy. 
- Jeśli to nie wystarcza, powiem ci, że Azran jest na wolności i niszczy 
wszystko, co  
staje mu na drodze. Nie muszę ci mówić, jak wyglądałyby rządy kogoś takiego! 
Jeśli moje  
informacje są zgodne z prawdą, może stanowić większe zagrożenie niż Toma! 
- Jakie informacje? - Pierwsze myśli Gryfa dotyczyły Cabe’a i Pani. 
W odpowiedzi Zielony wskazał hebanowo czarny miecz w jego garści. 
- Nosisz Rogaty Miecz, przeklęty twór Azrana. Wieść niesie, że on ma nowy, przy  
którym ten wygląda nie groźniej od myśliwskiego noża. 
Broń zapulsowala, jak gdyby rozgniewana tym obraźliwym porównaniem. Gryf  
tymczasem próbował szybko ocenić, czy wiedźmin miał możliwość stworzenia takiego  
szatańskiego narzędzia. Niestety, szansę były duże. Umiejętności Azrana daleko 
wykraczały  
nad zdolności większości jego rodzaju. To wyjaśniałoby brak jego aktywności w 
czasie wielu  
minionych lat. 
Westchnienie Gryfa było ni to warknięciem, ni to piskiem. 
- - W porządku. Wierzę ci na słowo - na razie! 

background image

- - To miło. I szczęśliwie. Poznaj ostatnią nowinę: jestem jednym z patronów 
Pani,  
choć brakowało mi mocy, by przełamać zaklęcie Azrana. Nie pozwolę wyrządzić jej  
krzywdy. 
- - Wiesz, gdzie ona jest? - Gryf nie musiał pytać o Cabe’a, gdyż był 
przekonany, że  
są razem. 
Nie mylił się. Zielony Smok wskazał na północny wschód. 
- - Tam. W Górach Tyber. Wszystko zbliża się do rozwiązania. 
- - Zakładam, że coś ci chodzi po głowie, widząc cię tak daleko od własnych  
terytoriów. 
- - I owszem. Tylko że ziemie te nie leżą z dala od mojego terytorium, a są jego  
częścią... Chyba że pragniesz ich dla siebie. 
Wspominając rozrzucone szczątki klanów Brązowego, Gryf pokręcił głową. 
- Nie sądzę. Doskonale, teraz ja powiem, o co mi chodzi. Drapieżny uśmiech  
wykrzywił rysy Zielonego Smoka. 
 
XX 
 
Spiżowa brama zamykała wejście do tego, co niewątpliwie musiało być światem  
podziemnym. Na pierwszy rzut oka wyglądała niewiarygodnie staro, na relikt z 
czasów  
sprzed Smoczych Królów. Sędziwy wiek jednak nie umniejszał faktu, że dla dwojga 
magów  
stanowiła prawdziwą zaporę. 
Gwen popatrzyła na wysokie wierzeje. 
- - Co teraz? Toma był gotów wysłać nas tu samych. Musi być jakiś sposób. 
- - Może zapukać? 
Nie potrafiła odgadnąć, czy żartuje, czy po prostu nie wie, co począć. Skłaniała 
się ku  
temu drugiemu, gdy on podniósł rękę i mocno uderzył w bramę. Hałas zagłuszył 
wszystkie  
inne dźwięki. 
Oboje spodziewali się, że runie na nich powódź diabelskich stworzeń i nie 
dających  
się opisać rzeczy. Nie wydarzyło się nic takiego, jedynie masywne skrzydła 
rozchyliły się  
powoli. Nikt za nimi nie stał. Widać było tylko ciemność. 
Nie mając większego wyboru, weszli. Prawie natychmiast Pani otoczyła się 
łagodnym  
zielonkawym blaskiem. Blask pozwalał jej widzieć, nie rzucając niechcianego 
światła. Dla  
innych jakby nie istniał. Rozciągnęła blask, żeby objąć nim Cabe’a. 
Ponad nimi rzeczy, które nie powinny istnieć, pomykały tu i tam. Drażniła je 
obecność  
dwóch istot, lecz nie śmiały stawić im czoła. Byli to podrzędni słudzy, szpiedzy 
i posłańcy.  
Cabe zmienił ich odbiór rzeczywistości w sposób, którego nie rozumiał. Cienie 
uciszyły się,  
już nie dostrzegając intruzów. 
Coś poruszyło się w nikłym świetle nielicznych pochodni. Czarodziejka oświetliła 
to  
swoim blaskiem, rozciągając go ku przodowi. Karykatura ludzkich kształtów, która 
usiłowała  
odczołgać się od światła, dawała się raczej odczuć niż zobaczyć. Pałąkowate nogi 
utrudniały  
jej ucieczkę i Gwen przepędziła ją z tego wymiaru zanim zdołała skryć się w 
niezliczonych  
szczelinach i korytarzach. 
Cabe złapał ją za rękę, uścisnął i pochylił się, by szepnąć: 
- Jesteśmy na miejscu, prawda? 

background image

Czuła to tak jak on i pokiwała głową na znak zgody. Jedynie komnata Smoczego  
Cesarza mogła emanować taką moc. 
Gdy weszli do komnaty, ponownie przytłoczyło ich wrażenie niewyobrażalnego  
wieku. Złowieszczy strażnicy z kamienia patrzyli na nich z góry; kształty 
jednych dawały się  
rozpoznać, inni zaś wyglądali jak postacie z koszmarów obłąkanego. Nie wiadomo, 
ile czasu  
upłynęło od wycięcia komnaty w skale. Ci, którzy tego dokonali, z pewnością nie 
byli znani  
temu światu. 
Na środku komnaty siedział ogromny, dziki Złoty Smok. 
- Witaj, Bedlamie. Nareszcie doszło do długo odkładanego spotkania. O dekady za  
długo. 
Wielkie skrzydła rozpostarły się szeroko, niemal dotykając ścian po obu 
stronach.  
Smoczy Cesarz stanął na zadnich nogach, z pazurami z pogotowiu, głową sięgając 
stropu.  
Ryknął z rozbawienia. 
Gwen nie mogła nic na to poradzić - cofnęła się ze strachu. Nawet ten nowy Cabe  
wyglądał na strwożonego, a jego ciałem chwilami wstrząsało drżenie. 
- - I cóż? Nie masz nic do powiedzenia, Smoczy Missstrzu? Czarodziejka 
popatrzyła  
na Cabe’a. 
- - Myśli, że jesteś Nathanem! 
- Myśli? Czarodziejko, ty pierwsza ze wszystkich powinnaś poznać swojego  
kochanka, mimo jego nowej powierzchowności! Może to odświeży ci pamięć! 
Nastąpiło szarpnięcie najciemniejszej strony spektrum. Cabe poczuł, że coś go  
okrywa, ałe nie próbuje zrobić mu krzywdy. Nie sprzeciwiał się. 
Pani westchnęła. Wiedźmin popatrzył po sobie, umiarkowanie zainteresowany  
błękitną szatą z kapturem, którą teraz nosił. Odwrócił się do Gwen. Ona miała 
otwarte usta i  
twarz pobladłą z wrażenia. Uśmiechnął się, żeby podnieść ją na duchu. 
Potem odwrócił się do bestii. 
- Masz rację i mylisz się. 
Ogromna, rozdziawiona paszcza sunęła w jego stronę. Cabe pchnął Gwen w bok i sam  
odskoczył, o włos mijając się z masywnym łbem. Smok chrząknął i wyprostował się. 
Moce zostały skręcone, gdy potężny adwersarz Cabe’a rozpętał swoją siłę. Mógł 
sobie  
być Złotym, ale jego czary należały do najczarniejszego rodzaju. Wiedźmin odparł 
miażdżącą  
ścianę czystej siły i uświadomił sobie, że wszyscy nie doceniali Smoczego 
Cesarza. 
Pani dołączyła do niego, stapiając swoją moc z jego mocą. Ogromny potwór został  
pchnięty z powrotem na tron. Ryknął i bluznął morzem płomieni. Cabe osłonił ich 
oboje, ale  
żar był niemal nie do wytrzymania. Stracili przewagę, jaką przed chwilą zyskali. 
Smok znów  
ruszył, dodając fizyczną groźbę do magicznego ataku. 
Pazury zawisły nad ludźmi. Jeden zahaczył o rękę Cabe’a, na szczęście jej nie 
rozciął.  
W odpowiedzi wiedźmin strzelił kulą światła, która przestraszyła i oślepiła 
smoka. Rycząc  
wściekle, potwór zamachał dziko pazurami, licząc na zaskoczenie choć jednego z  
przeciwników. Cabe i jego towarzyszka musieli cofnąć się pod ścianę. 
Złoty Smok odzyskał wzrok. Wyszpiegował dwie drobne postacie i obdarzył je  
uśmiechem typowym dla swego rodzaju, a ułamek sekundy później rzucił się w ich 
stronę.  
Dwa czy trzy posągi, które stały tu od niepamiętnych czasów, z hukiem rozbiły 
się o ziemię.  
Magowie przygotowali się. 
Akcja była tak niespodziewana, że niemal zakończyła się powodzeniem. Nastąpiła  

background image

nagła przemiana - z rozwścieczonego kolosa w gotowego do walki wojownika - 
trwająca  
mgnienie oka. Bojowa rękawica sięgnęła do szyi Cabe’a w chwili, gdy ten rzucał 
czar na  
bestię, której już nie było. Czarodziejka została odepchnięta na bok przez rękę, 
która  
dzierżyła błyszczący, ostry miecz. 
Zimny śmiech zadźwięczał w uszach Cabe’a, gdy Smoczy Król pchnął sztychem.  
Wiedźmin ledwo zdążył się usunąć i został tylko draśnięty, choć rana bolała 
bardziej niż  
powinna. Złość rozbłysła w ognistych oczach pod smoczym hełmem, gdy Złoty 
ponowił atak. 
Cabe’owi udało się zmienić tor czubka miecza, lecz szybko tracił dech, a ręka na  
gardle groziła mu skręceniem karku. W tych warunkach osiągnięcie wymaganej 
koncentracji  
było niemal niemożliwe. Musiał spróbować. 
Ściągnął ku sobie najjaśniejsze kolory. Kiedy stopiły się, wcisnął czystą moc w 
umysł  
Złotego Smoka i modlił się, żeby jego szyja jeszcze trochę wytrzymała. 
Gadzi wojownik zadygotał. Usiłował odeprzeć atak, ale był on zbyt niezwykły i 
zbyt  
skomplikowany. Z otwartymi ustami pełnymi błyszczących kłów Smoczy Cesarz 
podniósf  
ręce do głowy i osunął się na kolana. Jego oczy straciły wszelkie pozory 
rozsądku.  
Wypaczony umysł Złotego Smoka nie mógł wytrzymać powodzi mocy. Cabe stał, 
masując  
obolałe gardło i odzyskując oddech. 
Złoty Smok wykręcił się i upadł na ziemię. Jego twarz zastygła w bezgłośnym 
krzyku.  
Zdobył się na ostateczny wysiłek i zawołał. Słowa miały niewiele sensu dla 
Cabe’a. 
Coś zaskrzeczało gniewnie. Z jednego z licznych korytarzy, które dochodziły do  
komnaty, wyłoniło się stworzenie tylko z grubsza przypominające smoka. Głowę 
miało zbyt  
wielką w porównaniu z resztą ciała, a wrzecionowate kończyny nie nadawały się do 
niczego.  
Pysk częściowo przysłaniały kudły, które opadały prosto w dół. 
Pani natychmiast spowiła je ciemnością. Stwór zawył jeszcze głośniej i ciemność  
rozproszyła się. Cabe otoczył go polem zimna. Stwór walczył ze zdumiewającą 
siłą. Magowie  
poczuli, jak coś szarpie ich umysły, ale lodowaty ziąb nie ustępował. 
Zdjęta strachem szkarada okręciła się w kółko. Ruch zaskoczył Cabe’a i 
stworzenie  
zdołało się uwolnić. Skoczyło w głąb nie kończących się jaskiń, wyrytych w 
potężnym  
masywie Kivan Grath. Po jego odejściu Złoty Smok stracił przytomność. 
Cabe otarł pot z twarzy. 
- - Co to było? 
- - Jabberwock. Rzadki i zawzięty. Mutacja, która zdarza się najwyżej raz na sto  
pokoleń. Kiedyś studiowałam starożytne podanie na ten temat. 
- - Jest niebezpieczny? 
- Gdyby widział nas wyraźnie, stanęlibyśmy w płomieniach. Wzniósł brew. 
- - Co takiego? 
- - Jeśli nie jesteś człowiekiem śniegu, zawierasz pewną ilość ciepła. Nie pytaj 
mnie  
jak, ale spojrzenie Jabberwocka zwiększa temperaturę co najmniej tysiąckrotnie! 
Puf!  
Samozapłon! 
- - A ten wrzask? 
- - Prawdopodobnie w celu zdezorientowania ofiary. Wiem, bo okropnie boli mnie  

background image

głowa. 
Pokiwał głową, Jego twarz coraz bardziej stawała się obliczem tego drugiego, 
choć  
nadal zachowywała początkowe rysy. Kiedy Gwen zaczęła coś mówić, zwrócił uwagę 
na  
drżącą postać u ich stóp. 
- Trudno uwierzyć, że skończyło się tak szybko. - Potrząsnął głową. 
-: Niemal cię dopadł. 
- Wpadł na błyskotliwy pomysł. Zaskoczył nas oboje. Pani zerknęła na niego  
podejrzliwie. 
- Tak, ale ty szybko się zorientowałeś. Jakbyś był dobrze wyszkolony. - Urwała, 
oczy  
jej zwilgotniały. - Jak, Nathanie? Jak i dlaczego wróciłeś? 
Wiedzmin odwrócił się do niej z niewesołym uśmiechem. To był Nathan... a jednak  
również Cabe. 
- - Jak powiedziałem naszemu łuskowatemu przyjacielowi, masz rację i mylisz się. 
- - Nie... 
- - Jestem Nathanem, jak oboje podejrzewaliście, ale jestem również Cabe’em.  
Nawet bardziej, prawdę mówiąc. Nazwij Nathanową część mnie aniołem na ramieniu 
Cabe’a.  
To więcej, niż zamierzałem. 
- - Zamierzałeś? 
Oczy na wpół zamknięte. Wspomnienia, które sprawiały ból. 
- Wiesz większość, ale powiem ci wszystko. Trzy tygodnie przed atakiem na 
Penacles  
i to, co uważałem za wiedzę wiodącą do zwycięstwa, dowiedziałem się - to Nathan 
się  
dowiedział - o narodzinach syna przez kobietę Azrana. Nie wiem, jak miała na 
imię. Zmarła  
w czasie porodu. 
Zadrżał, jak gdyby dopiero teraz uświadomił sobie, co utracił. 
- Dziecko umierało, głównie z winy zaniedbania. Jego jedyną nadzieją był czar  
znaleziony pare lat wcześniej w stercie starych manuskryptów. To miała być 
jedyna szansa. 
Obrazy przemknęły przez głowę Gwen. Nathan niosący niewielkie zawiniątko i  
zamykający się w swoim gabinecie, nie pozwalający wejść nikomu, nawet kobiecie, 
którą  
kochał. Mag kilka dni później, zmizerniały i wycieńczony, niosący to samo 
zawiniątko i  
wzywający widmowego sługę, żeby go poniósł, gdyż jemu nie starczało siły. 
Wreszcie  
Nathan przygotowujący się do bitwy, nadal blady. Gdyby nie uratował dziecka... 
Cabe pokiwał głową. 
- - Przebieg Wojny Przełomowej mógłby być zupełnie inny. Egoizm jednakże jest  
ludzką cechą. Nie mogłem... to znaczy, Nathan nie mógł pozwolić na śmierć 
własnego  
wnuka! Istniała też szansa, że coś przetrwa, jeśli bitwa zostanie przegrana. 
Dlatego Nathan, z  
miłości i obowiązku, oddał więcej niż połowę swojej życiowej siły - esencji 
duszy - swojemu  
wnukowi. Aż do tej chwili nie zdawałem sobie... nie zdawał sobie sprawy, co to 
oznacza. Ty  
znasz resztę lepiej, niż my pamiętamy. - Wiedźmin sposępniał; mieszanka zaimków  
osobowych była jedyną oznaką głębokiego zamętu, jaki w nim panował. 
- - Hadeen zaopiekował się Cabe’em - tobą - i udawał, że jest twoim ojcem. Obaj 
z  
Nathanem musieli przewidzieć nadejście dnia takiego jak dzisiejszy. 
- - Może. Mam taki mętlik w głowie... Ale to na razie nie jest ważne. - Cabe  
wyprostował się i rozejrzał po grocie. - Musimy zająć się jeszcze pewnymi 
rzeczami. 

background image

Odgłosy nieludzkiego ruchu narastały jednostajnie, choć oboje aż do tej chwili 
nie  
wracali na nie uwagi. Wiedźmin nakazał ciszę. Wzywając moce, spojrzał tam, gdzie 
nie mógł  
dotrzeć wzrok zwyczajnego śmiertelnika. 
- Nie musimy się obawiać mieszkańców tych jaskiń. Są nieliczni, wiedzą, że ich 
pan  
został pokonany, i uciekają z tego górskiego pasma. Bez Złotego nie mają odwagi. 
- Popatrzył  
na postać rozpostartą u jego stóp. Cesarz Smoczych Królów leżał nieruchomo i 
tylko oddech  
świadczył, że jeszcze żyje. Gwen skrzywiła się z odrazą. 
- - Ale Azran i ognisty Toma nadal muszą toczyć walkę na zewnątrz. Chcieli się  
wzajemnie pozabijać. 
- - Wątpię, czy Toma zdoła pokonać Azrana. Ten nowy miecz ma ciemniejszy  
odcień czerni niż Rogaty, jeśli to w ogóle możliwe. Wątpię też, czy kiedykolwiek 
odzyska  
władzę nad własnym umysłem. 
Pani pobladła. 
Cabe odwrócił się w stronę jednego z niezliczonych korytarzy wiodących w głąb 
góry. 
- - Mamy jeszcze jedno do zrobienia. Gwen przekręciła głowę. 
- - Co? 
- - Gdzieś na dole jest wylęgarnia. Podniosła rękę do ust. 
- Gdzieś na dole jest bestia, która zabije nas, gdy tylko nas zobaczy! 
Uśmiechnął się ponuro. 
- - Wolisz pewnego dnia w przyszłości zmierzyć się z całym nowym pokoleniem  
Smoczych Królów? 
- - To zależy od tego, czy czeka nas jakaś przyszłość! Co z nim? - Wskazała na  
nieruchome ciało Złotego Smoka. 
- - Zostaw go. Wątpię, czy zdoła choćby wstać. - W jego głosie niemal zabrzmiał  
smutek, jak gdyby Cabe wolał, żeby wynik walki był inny. 
Niechętnie ruszyła za nim. Gdy stanęli u wlotu tunelu, impulsywnie objęła go i  
pocałowała. Kiedy wreszcie odsunęli się od siebie, spojrzała mu głęboko w oczy. 
- - Zanim coś się stanie, chcę, żebyś wiedział, iż cię kocham, kimkolwiek 
jesteś. 
- - Nadal jestem tym samym człowiekiem, którego zdjął nabożny podziw, kiedy  
wyzwolił cię z bursztynu. Po prostu teraz znam prawdę o sobie. 
- Tak, to jedna z rzeczy, o których chciałam z tobą porozmawiać. Jak to się 
stało, że  
poznałeś siebie dokładnie we właściwym momencie? 
Zaśmiał się, prowadząc ją korytarzem. 
- Dobre planowanie i ślepy traf! 
Jaskinie na pozór zdecydowane były ciągnąć się w nieskończoność, zapewne do dna  
samego świata, jeśli nie do najgłębszego z piekieł. Smród zostawiony przez 
pokolenia  
smoków czasami groził im uduszeniem. Zirytowana własną głupotą, Pani wreszcie 
okryła ich  
zmieniającym zmysły czarem, w następstwie czego w tunelach zaczął pachnieć bez. 
Cabe nic  
nie powiedział, ale uśmiechnął się lekko. 
Napotkali tylko jednego wojownika. Wszystkie gatunki mają swoje hieny, a smoki  
ogniste nie były inne. Ten pochylał się nad cennym łupem porzuconym przez 
martwego czy  
uciekającego krewniaka. Pozostało tajemnicą, co zamierzał zrobić ze zdobyczą, bo 
wyciągnął  
topór i rzucił się na magów. 
Cabe’owi wyczerpała się cierpliwość. Smoczy wojownik zamarł w pół kroku. Jego  
postać skręciła się i skurczyła, a gadzie cechy zaczęły przeważać, choć nie był 
już smokiem  

background image

nijakiego rodzaju. Maleńka jaszczurka rzuciła się do bezmyślnej ucieczki, a 
wiedźmin nawet  
nie przystanął, by za nią popatrzeć. 
Nie napotkali ani śladu Jabberwocka. Aby inni królowie nie dowiedzieli się o 
jego  
tajnej broni, Złoty musiał schować ją głęboko. Niewiele stworzeń gościło w 
dolnych tunelach.  
Wieść niosła, że włóczyły się tutaj pozostałości przeszłych wieków. 
Wkrótce stało się jasne, że wybrali niewłaściwy korytarz. Wylęgarnia zwykle 
mieściła  
się wyżej i bliżej podziemnego centrum wulkanicznej aktywności. Jednak po pewnym 
czasie  
poczuli wzrost temperatury. Ostatecznie i tak mieli trafić w okolice wylęgarni. 
Cabe’a trapiła  
strata czasu. Azran i Toma nie mogli walczyć w nieskończoność. 
Nagły widok na wylęgarnię nie był takim zaskoczeniem, co leżące w wejściu 
spalone i  
rozdarte na części zwłoki smoczego wojownika. Przestąpili nad nimi ostrożnie i 
rozejrzeli się  
po komorze. 
Spojrzały na nich płonące, czerwone ślepia. 
Stara samica, która strzegła młodych, była o wiele za duża, by móc wyjść z 
wylęgarni.  
Była niemal tak ogromna jak Złoty i dużo groźniejsza z wyglądu. Cabe 
podejrzewał, że nie  
potrafi zmieniać kształtu. To było ważne, gdyby musieli uciekać. 
- Ani kroku, ciepłokrwisssty! Już obroniłam dzieci przed jedną hieną, a należała 
do  
mojego rodzaju! - Potężnymi skrzydłami osłaniała liczne smoki ogniste, z których 
trzy  
zdecydowanie były nowymi Królami. Kilka pomniejszych jaszczurów stało z przodu, 
sycząc  
na obcych. Były za małe, by sprawić choćby cień kłopotu. 
Ludzie popatrzyli na siebie, potem Cabe powoli wszedł do wylęgarni. Natychmiast  
skąpał się w płomieniach. 
Kiedy ogień zgasł, a dym się przerzedził, podniósł ręce w pokojowym geście. 
- Nie skrzywdzimy dzieci. Zabierzemy je gdzie indziej. Zostaną wykarmione i  
odpowiednio wychowane. 
- Na niewolników twojemu rodzajowi! Potrząsnął głową. 
- Nie. Zapewnię im takie same prawa, jakie mają nasze dzieci. Przynajmniej wtedy  
będą miały szansę żyć w pokoju. Tutaj nie czeka ich nic innego prócz śmierci. 
Smoczyca podniosła pomarszczoną głowę i popatrzyła ostro na maleńką postać. 
- - Wychowam je, jak wychowałam niezliczonych innych! 
- - A czym je nakarmisz? Nie będzie więcej jedzenia! Złoty Smok został pokonany.  
Resztki jego klanów rozpierzchły się, widząc bitwę między księciem Tomą a 
wiedźminem  
Azranem! 
- - Toma wykarmi młode! On... 
- -... nie może wygrać! W przeciwnym wypadku, dlaczego inni mieliby uciekać?  
Jego armia już jest zdziesiątkowana! Chcesz, żeby wiedźmin przyszedł po dzieci? 
To trąciło właściwą strunę. Smoczyca zadrżała - jak ludzka niania na wieść, że 
jej  
podopieczni zostaną rzuceni dzikim zwierzętom na pożarcie. Ból zalśnił w jej 
oczach, ale  
wreszcie ustąpiła. 
- Weź je! - Rozwinęła skrzydła i pchnęła smoczątka w jego stronę. Dreptały  
niepewnie, dopóki nie uspokoiła ich zaskakująco słodkim głosem. Posłuchały nawet  
jaszczury, choć nadal syczały na ludzi. 
- - Ufam ci z jakiegoś powodu, ciepłokrwisssty. Wydaje się, że w przeci 
wieńssstwie  

background image

do większości ssswojego rodzaju cenisz honor, którego nawet mnie ossstatnio 
brakuje. -  
Otuliła głowę złożonymi skrzydłami, jakby do snu. - Zossstaw mnie teraz. 
- - Co zrobisz? 
Na chwilę podniosła głowę i zerknęła nań jednym okiem. Była starsza, niż się z  
początku wydawało. 
- Już nie jessstem potrzebna. Inne sssmoczyce uciekły. Zapadnę w sssen. Bardzo 
długi  
sssen, jak sssądzę. 
Nie dodała już ani słowa. Rzuciwszy ostatnie spojrzenie swoim podopiecznym,  
zakryła się skrzydłami. Ludzie w milczeniu zapędzili młode do tunelu. 
Zaganiając samowolnego smoczka z powrotem do stada, Gwen mruknęła: 
- Co teraz zrobimy? Nie miałam zamiaru odgrywać niańki! Cabe zatrzymał się.  
Nasłuchiwał czegoś, czego jego towarzyszka nie mogła usłyszeć. Smoczęta 
poruszyły się  
nerwowo. Gwen była zirytowana, że nawet one wyczuwają coś, o czym ona nie ma 
pojęcia. 
- Obawiam się, że rola niańki nie skończy się tak szybko. Zaczęła coś mówić, ale 
nie  
miała szansy skończyć. Wiedźmin ją zaskoczył. Z biegłością, która świadczyła o 
latach  
praktyki, zawarł wszystkich prócz siebie w błękitnej przejrzystej sferze. 
Ostatnią rzeczą, jaką  
zobaczył, było oburzenie na twarzy Pani. Tylko uśmiechnął się ze smutkiem. 
Sfera zamigotała. 
Tym razem głos był na tyle głośny, że wszyscy mogli go usłyszeć. Tłukł się echem 
w  
tunelach, niesiony przez falę mocy tak wielkiej, że musiał dotrzeć wszędzie. 
Cabe nie chciał  
go słuchać. Aż nazbyt dobrze wyczuwał obecność drugiego. Miała w sobie tyle z 
niego  
samego, że mogła należeć tylko do jednej osoby. Mimo wszystko wysłuchał 
zawołania tuzin  
razy, zanim postąpił krok. 
- Cabe! Synu! Chodź do tatusia! 
 
XXI 
 
Z niemal dziecięcą radością Azran przeciął na dwoje jeden z pradawnych 
kamiennych  
posągów zdobiących komnatę. Bezimienny rozłupał kamień bez dotykania. Kawałki 
poleciały  
we wszystkie strony. 
Raz jeszcze Azran krzyknął, a magia poniosła głos w najgłębsze tunele. A jednak 
jego  
bezczelny syn nie odpowiadał! Zdjęty nagłym gniewem, zniszczył relief na 
ścianie, przy  
okazji przeorując skałę na głębokość dwóch stóp. 
Wijąc się u jego boku, książę Toma przyglądał się temu z mieszaniną nienawiści i  
fascynacji. Więzy, które go pętały, nie były fizycznej natury. Azran wyjątkową 
uwagę  
poświęcił unieruchomieniu swej jak na razie największej zdobyczy. Smoczy wódz 
był bliski  
zwycięstwa, choć czarnoksiężnik posiadał swój diabelski miecz. Azran nie miał 
pojęcia,  
dlaczego go oszczędził. Kiedy próbował sobie przypomnieć, doświadczał 
przeraźliwego bólu  
głowy. 
Szatański miecz rozbłyskiwał jasno w takich przypadkach. 
Wiedźmina ogarnęło ogromne rozczarowanie, gdy znalazł cesarza wszystkich  
smoków leżącego na ziemi jak jakieś’ bezradnie niemowlę. Nawet miecz się nim nie  

background image

zainteresował. Stan Złotego Smoka był jednoznacznym dowodem bytności Cabe’a. Tym  
samym spotkanie ojca i syna było tylko kwestią czasu. 
Bezimienny pulsował łakomie. Nawet hordy księcia Tomy nie zaspokoiły jego  
apetytu. Poza tym, wielu uciekło podczas bitwy. 
Jedną część umysłu Azrana ogarnęło niemal nieprzemożne pragnienie ruszenia przez  
labirynt, ale nieco przytomniejsza połowa znała ryzyko, jakie się z tym wiązało. 
Wewnętrzny  
konflikt stracił sens, gdyż ziściło się największe marzenie wiedźmina. 
Był poruszony widokiem postaci, która ukazała się w wylocie tunelu. Szata była  
znajoma, a fizyczne podobieństwo tak wielkie, że zostawiło mu okropny niesmak w 
ustach. 
- Witaj, Azranie. 
Warknął, niemal ulegając impulsowi miecza, który nakazywał mu skoczyć do przodu 
i  
ściąć tego... tego... 
- Czyżbyś chciał mi się przymilić, przywdziewając ten strój, mój synu? 
Uśmiech. Aż nazbyt znajomy. 
- Nie mam takiego zamiaru. Przynajmniej dopóki nie przywrócę cię do 
rzeczywistości. 
Toma bezceremonialnie został rzucony na ziemię. Bacznie przyglądał się  
wiedźminom, wiedząc aż nazbyt dobrze, że jego los zależy od tego, który z nich 
zwycięży. 
Głos Azrana ociekał złem. 
- Powinieneś okazywać więcej szacunku starszym, mój synu. Muszę cię skarcić. 
Oczy Cabe’a stały się mgliście szare. 
- Zawsze byłeś aroganckim dzieckiem, Azranie. Nic cię nie ruszało. Byłem 
opieszały.  
Powinienem ukarać cię dawno temu. 
Wbrew przywiązaniu do umysłu i ciała, Bezimienny niemal wypadł z ręki Azrana.  
Twarz zmartwiała, gdy zrozumienie powoli wsączało się do wypaczonego umysłu syna  
Nathana i ojca Cabe’a. Bitwa niemal była wygrana. Niemal. 
Mroczny wiedźmin odzyskał panowanie. Arogancja ustąpiła czystej nienawiści i...  
odrobinie lęku. 
- Ojcze - wyszeptał. Imię zabrzmiało jak najgorsze przekleństwo piekieł. Ręka  
zacisnęła się na otępiającym umysł mieczu. 
Cabe westchnął. Było to podwójne westchnienie. Ten, który był Nathanem, 
westchnął  
z powodu rozdartej rodziny, zaś sam Cabe westchnął na myśl o dalszym 
bezsensownym  
rozlewie krwi. Obie części doszły do porozumienia. 
- Przelano dość krwi. Rozstrzygniemy to inaczej. - Wykonał szybki gest, 
zaskakując  
Azrana. 
Chwilę później komnata była taka jak wcześniej. Pomijając brak dwóch wiedźminów. 
- Gdzie jesteśmy? 
Azran aż krzyknął ze zdumienia, ale pytanie pochodziło z miecza w jego ręku.  
Bezimienny pulsował nierówno, zaskoczony przez sytuację, której zupełnie nie 
rozumiał. 
Cabe/Nathan poważnie rozłożył ręce. 
- Nigdzie. Powszechnie zwie się to „Pustką”. Istniejącym odpowiednikiem śmierci, 
w  
pewien sposób. 
Bezimienny poderwał się w górę. 
- - Zabierz nas z powrotem! 
- - Nie. W taki czy inny sposób, to rozstrzygnie się tu i teraz. 
- - Mogę cię zabić! - Miecz miotał się we wszystkie strony, jakby walcząc z  
wyimaginowanym wrogiem. 
Ten, który był Nathanem, naradził się z Cabe’em. Jak oddzielić to, co nadal było  
Azranem, od tego, co było Bezimiennym? Szatański miecz był jego dziełem; dużą 
jego część  
stanowił sam wiedźmin. 

background image

- Azranie, mój... synu, pamiętasz swoje odejście z mojej warowni? 
Twarz zmieniła się. Wspomnienia zyskały przewagę. 
- - Oczywiście! Wysłałeś mnie daleko! Nigdy nie ufałeś mi tak, jak Daynowi! Nie  
mogłeś nauczyć mnie tego czy tamtego, bo zawsze sięgałem zbyt daleko, chciałem 
poznać  
obie strony! 
- - Zwłaszcza ciemniejszą. 
- - Naturalnie. Jest dużo bardziej skuteczna. Próbowałem ci to powiedzieć. - 
Twarz  
Azrana wykrzywił dziecięcy uśmiech satysfakcji. 
- Dokonałeś zdumiewających rzeczy. Bezimienny zadrżał. 
- - Dokonałem rzeczy, o jakich inni czarnoksiężnicy nie mogą nawet marzyć!  
Udowodniłem, że się mylisz! Nie ma żadnego niebezpieczeństwa! 
- - Nawet ze strony czegoś takiego jak ten miecz? 
- - On? Podoba ci się, ojcze? Nazwałem go Bezimiennym. Mam powiedzieć,  
dlaczego? 
Cabe/Nathan wzruszył ramionami. 
- Chyba wiem. 
Jak dziecko wyglądające pochwały ojca, Azran podjął: 
- Powinieneś go widzieć, ojcze! Nic nie może oprzeć się jego potędze! Zabił  
Czerwonego Smoka! Zniszczył dwie armie, nawet rozgromił jaszczurki największego 
wodza!  
Nic nie może go powstrzymać! 
- Nawet ty. 
To zbiło Azrana z tropu. 
- - Co? 
- - Jesteś pewien, że masz nad nim władzę? Skąd wiesz, czy w rzeczy wistości to 
nie  
on rządzi tobą? 
Bezimienny zapulsowaJ dziko. Twarz Azrana stała się wyprana z emocji. 
- Oczywiście, że kieruję mieczem. Jest moim dziełem tak samo jak Rogaty, tylko o  
wiele lepszym. 
W tym momencie Cabe zapytał: „Co ty wyprawiasz? Miecz i czarnoksiężnik muszą  
zostać rozdzieleni, jeśli mamy liczyć na zwycięstwo!” 
Należało przyjąć nową taktykę. 
- Nigdy nie miałem zamiaru cię odtrącać, Azranie. Władza szatańskiej broni 
zmalała,  
gdy emocje wezbrały w groźnym wiedźminie. 
- Nienawidziłeś mnie! Dayn zawsze był twoim faworytemf Dayn zawsze miał rację!  
Dayn był taki doskonały! Dałem nauczkę warn obu! 
Smutek zakradł się do głosu Cabe’a/Nathana. 
- - Czy Dayn patrzył na ciebie z góry? Dokuczał ci? Cisza. Po chwili: 
- - Nie. Nie, Dayn nigdy tego nie robił. 
- - Czy popisywał się przed tobą? Wyszydzał twoje próby? Dziecięcy, nadąsany  
głos: 
- - Nie. 
 
- - Nigdy ci nie pomagał, nie chciał cię uczyć, kiedy ja nie miałem czasu? 
- - On... on nauczył mnie wielu prostych zaklęć. Dodawał mi otuchy, kiedy ciebie  
nie było. 
- - I dlatego go zabiłeś. 
- -...Zabiłem go. - Bezimienny zachwiał się w jego ręce. 
Jeszcze nie opanował kontroli nad zmianami emocji. Nie był przygotowany na  
przemianę, jaka zaszła w Azranie. 
„Albo - zastanowił się Cabe/Nathan - ma w sobie więcej stwórcy niż myśleliśmy.  
Może to nie Azran, tylko miecz nie radzi sobie z tym, co mówimy?” 
- - A twoi instruktorzy? Czy byli surowi i pilnowali dyscypliny? Gniewnie  
rozszerzone oczy. 
- - Tak! Zawsze karali! Nigdy mi nie popuszczali! 
- Na tym polega nauka magii. Często mówili mi, jaki jesteś silny i jaki masz 
potencjał.  

background image

Gdyby nie ich trening, nigdy nie przeżyłbyś konfrontacji z ciemniejszą stroną 
spektrum. 
Duma. 
- - Sam tego dokonałem! 
- - Doprawdy? Czy nigdy nie używałeś ochron, jakich cię nauczyli, ani zaklęć  
zachowujących, jakie wbijali ci do głowy przez niezliczone godziny? Studiowałem 
obie  
strony, wiesz o tym. 
Tym razem odpowiedziało mu milczenie. 
- Dlaczego ich zabiłeś? 
W ostatniej chwili Cabe/Nathan uniknął czaru rzuconego przez Azrana. Milczenie  
miało podwójną wymowę; wiedźmin wycofał się do jakiejś wewnętrznej części 
swojego  
umysłu, zmieszany, podczas gdy Bezimienny skorzystał z okazji, aby odzyskać 
władzę nad  
ciałem gospodarza. 
Mglisto zielona chmura zawisła w bezkresnej nicości Pustki. Cabe wyciągnął ręce 
w  
stronę Azrana, zanim ten mógł przypuścić drugi atak. Opętany czarnoksiężnik 
uniósł się  
bezwolnie, z ramionami przyciśniętymi do boków, a jego ciało otoczył błękitny 
blask. 
„Za blisko - powiedział ten, który był Nathanem. - Dzięki, że uważałeś, Cabe”. 
„To także moje ciało”. 
Azran szamotał się, choć jego twarz była doskonale obojętna. Miecz nie zdołał 
przejąć  
całkowitej kontroli i znów przegrywał, lecz z każdą kolejną bitwą zyskiwał coraz 
większą  
władzę nad ciałem, 
„Co teraz?” 
„Dobre pytanie”. 
Unieruchomiony wiedźmin zamrugał. Szamotał się, dopóki nie stało się jasne, że  
więzy nie puszczą. 
- Ojcze? 
Cabe/Nathan nie zdolal powstrzymać zdziwienia. 
- - Słucham, Azranie? 
- - Prze... Przepraszam za Dayna... i za swoich nauczycieli. 
- - Dobrze. - Ani Cabe, ani jego dziadek nie wiedział, co począć. Jeśli była to  
sztuczka Bezimiennego, to oznaczała nagłą zmianę strategii. Jeśli to mówił 
Azran, to i tak  
mógł to być podstęp. Albo to, albo szatański miecz zebrał swoje żniwo z rozumu, 
jaki jeszcze  
tlił się w głowie czarnoksiężnika. 
Tak łatwo stracić czujność. 
- Ojcze! - Azran zniknął. 
Cabe zawirował. Choć wokół była pustka, po magu nie zostało śladu. Azran był  
daleko, bardzo daleko. 
„Nie możemy po prostu go zostawić?” 
„Łącząc umiejętności, miecz i gospodarz znajdą wyjście. Mogą trafić na naszą 
albo na  
inną płaszczyznę istnienia. Nie wolno do tego dopuścić, musimy zyskać nad nim 
kontrolę! -  
Przerwa. - Byliśmy tak blisko! Obawiam się, że w końcu przegra swoją walkę z 
mieczem”. 
„Co zrobimy?” 
„Będziemy dryfować”. 
„Dryfować?” 
Właśnie to uczynił Cabe. Lekko napędzany przez swoje moce, popłynął w nicość  
Pustki. 
Dużo później, jeśli w takim miejscu upływ czasu miał jakieś znaczenie, nadal 
szukali.  

background image

Wokół nich w nieskończoność ciągnęła się nicość. 
Żadna z osobowości nie odzywała się wiele w czasie tego lotu. Pustka nie 
nakłaniała  
do rozmowy. Nathan zagadywał Cabe’e głównie w celu zmniejszenia narastającego 
napięcia. 
„Smuci mnie los Cienia. Znałem go kiedyś, gdy był dobrym człowiekiem, choc  
później zmienił się w sposób podobny do ostatniego. To straszliwsza klątwa, niż 
można by  
sądzić”. 
„Co się wydarzyło w podziemnym mieście? Dlaczego pomógł nam kryształ położony  
przez Quela na mojej piersi? Wiem, że nie to było zamiarem Cienia”. 
„Choć Cień rozumie wiele z tego, czego my nie pojmujemy, nigdy nie natknął się 
na  
czar podobny do tego, jakiego użyłem. Nie wiedział, że jego katalizator będzie 
współgrać z  
moją magią. Możemy mu podziękować. Gdyby nie kryształ, nadal nie byłbyś 
przygotowany.  
Chciałem, żebyś dorastał w spokojniejszym otoczeniu”. 
„Co to znaczy?” - Cabe był ciekaw swojego długiego dzieciństwa. 
„Czar wymagał okresu... inkubacji. Hadeen opiekował się tobą przez wiele lat, 
które  
spędziłeś we śnie. Kiedy się dokonało, zostałeś uwolniony. Dopiero wtedy 
zacząłeś rosnąć.  
Miałem nadzieję, że w tym czasie świat będzie spokojniejszy. Pomyliłem się. 
Hadeen drogo  
za to zapłacił, a i tobie niewiele brakowało”. 
W pobliżu przepłynął niewielki, obcy z wyglądu obiekt. Cabe przerwał wewnętrzną  
rozmowę, żeby mu się przypatrzeć. Od czasu do czasu natykał się na różne rzeczy. 
Na razie  
wszystkie podobne były do tej ostatniej. 
„Pustka leży tak blisko centrum wieloświata, jak tylko jest możliwe dla 
czegokolwiek  
innego prócz samego Chaosu. Będziesz spotykać różne szczątki. Wszędzie istnieją 
bramy”. 
„Jeśli to prawda, to dlaczego nie jest tu bardziej tłoczno?” 
„Pustka jest nieskończona. Nie obowiązują w niej ani prawa Porządku, ani  
przypadkowość Chaosu”. 
„Co to jest?” 
„Pustka. Twór jedyny w swoim rodzaju”. 
„Czarny Koń stąd pochodzi”. 
„Na peryferiach Pustki żyje kilka miejscowych stworzeń. Zginęłyby tak samo jak 
my,  
gdyby rzucone zostały w jej środek. My jesteśmy zakotwiczeni w jednym miejscu. 
Jedyny  
sposób polega na znalezieniu bramy. Przestępując ją, możesz znaleźć się 
wszędzie, w miejscu  
oddalonym o sekundę lub o całą wieczność stąd”. 
Cabe oblał się potem. 
Jątrz!” 
Obie części krzyknęły unisono, cć> przyprawiło Cabe’ a o potężny, na szczęście  
krótkotrwały ból głowy. Zmrużył oczy, próbując rozpoznać daleką postać. Nie 
wyglądała na  
Azrana. Prawdę mówiąc, gdy stała się wyraźniejsza, wcale nie przypominała 
człowieka. 
„Co to jest?” 
Stwór miał cztery ramiona i niemal sowią twarz. Odziany był w błyszczącą srebrną  
szatę i prawie na pewno był martwy. 
„Podróżnik z jakiejś innej płaszczyzny czy z innego świata. Albo zmarł, kiedy tu  
wstępował, ale nie zniósł szoku. To się zdarza”. 
Istota była szaro-brązowa i mierzyła dobrze ponad sześć stóp wzrostu. Cabe  

background image

zastanowił się, jak może wyglądać jej dom i po co tu przybyła. Patrzył, jak 
odpływa, i myślał,  
jak bardzo niebezpieczne jest jego położenie. 
„Ciekawe, że spotykamy tak wiele obiektów”. 
„Dlaczego?” 
„Tutaj można unosić się przez stulecia i nie zobaczyć ani jednej rzeczy. Musimy 
być  
blisko ogniska”. 
„Ogniska?” 
„Obszaru - jeśli tutaj można użyć tego określenia - zawierającego dwie lub 
więcej  
bram. Stąd większa liczba obiektów czy istot. Musimy znaleźć Azrana, zanim 
przypadkowo  
wpadnie albo celowo znajdzie jedną z tych bram!” 
Nieco zwiększając prędkość, Cabe ruszył w stronę, z której napłynęły zwłoki. 
„Tam!” 
Wyciągnął rękę w kierunku niewielkiej kropki lekko na prawo od niego. Skręcił,  
zbliżając się ostrożnie. Sylwetka była ludzka, choć jedna kończyna wydawała się 
dłuższa od  
innych i była dziwnie wykręcona. Z bliska okazało się, że to miecz zaciśnięty w 
dłoni. 
„Azran”. 
Dryfował bezwładnie. Choć ciało było nieprawdopodobnie przekrzywione, ręka z  
mieczem sprawiała wrażenie gotowej do walki. 
„Przysuń się bliżej, Cabe”. 
„Bliżej?” 
„Bliżej, ale niżej!” 
Posłuchał. Widok, który zobaczył, wstrząsnął obiema osobowościami. Twarz Azrana  
była wykrzywiona, martwa jak maska obłąkańczej grozy. Puste oczy wpatrywały się 
w  
Pustkę. Zerkając na Bezimiennego, Cabe zauważył, że szatański miecz wibruje 
ledwo  
dostrzegalnie. 
„Głęboki szok”. 
„Z jakiego powodu?” 
,Pustka jest niebezpieczna dla nieprzygotowanych”. Nathan nie chciał powiedzieć 
nic  
więcej. 
„Co teraz?” 
Westchnienie. „Zabierzemy z sobą mojego syna i twojego ojca”. 
„A miecz?” 
„Jeśli nie chcemy odciąć ręki, musimy zabrać go z nami”. 
Cabe nie wyczuwał prawie nic od Bezimiennego. Miecz najwyraźniej wyczerpał się w  
próbie ucieczki. Zadecydowali, że wrócą do jaskini, a potem znajdą bezpieczne 
miejsce, w  
którym z minimalnym ryzykiem będzie można zająć się wiedźminem i mieczem. 
Rzucając ostatnie spojrzenie, które oczywiście nic mu nie ukazało, Cabe 
pociągnął za  
mentalny sznur. Obaj czarnoksiężnicy zniknęli z Pustki. 
Dezorientacja. 
Trzymając się za głowę, Cabe potknął się i zaczął lecieć ku ziemi. Był sam. 
Nagła  
pustka w głowie wprawiła go w jeszcze większy zamęt. Wszystko wirowało. Ledwie 
widział  
otwierającą się przed nim rozpadlinę. Przekręcił się w locie, w ostatniej chwili 
unikając  
upadku w przepaść. 
Nowy widok wcale nie był lepszy. Azran, nadal z twarzą zastygłą w szoku, stał ze  
wzniesionym ramieniem. 
Pulsując dziko, Bezimienny zatoczył triumfalny łuk. 

background image

Smuga bieli stanęła mu na drodze. Szatański miecz musiał zmienić tor, żeby 
sparować  
atak na ciało gospodarza. Nie udało się. Hebanowe ostrze przeszyło piersi 
Azrana, wyciskając  
z niego resztki życia i wprawiając ciało w konwulsje. 
Dwa miecze spotkały się. Bezimienny roztrzaskał przeciwnika na kilka kawałków, 
ale  
został wytrącony z ręki, która prawie się nie zaciskała. Podskakując dziwacznie, 
pod kątami,  
które przeczyły logice, spadł do szczeliny. Prawie natychmiast zniknął z oczu. 
Cabe przeniósł spojrzenie na swego wybawcę. Gryf wbił w niego ptasie oczy. 
- Jeśli jest ci to obojętne, chciałbym wrócić do domu. 
XXII 
Cabe patrzył na bezwładne, poskręcane ciało. Nadal był sam. Nathan zniknął na 
stałe,  
jak się wydawało - albo za sprawą machinacji Bezimiennego, albo z własnego 
wyboru.  
Wiedza i zdolności pozostały, stały się bowiem częścią Cabe’a jak wszystko inne. 
Jednakże  
nawet w tej chwili nie wydawało się to ważne. 
- - Chciałem zapobiec rozlewowi krwi! 
- - Nie było to w twojej mocy. Widziałem Azrana. Nie pozostało w nim nic prócz  
samego miecza. Był tylko narzędziem. - Gryf odrzucił rękojeść, wszystko, co 
przypominało o  
drugim diabelskim mieczu Azrana. - Przykro mi. 
Wiedźmin odwrócił się, myśląc o Bezimiennym. Zajrzał w rozpadlinę, próbując  
dojrzeć broń, ale inne moce, których pochodzenie i przydatność okryły mroki 
niepamięci,  
uniemożliwiły jego znalezienie. Cabe wyprostował się i zmarszczył brwi. 
Poszukiwania  
byłyby daremne. 
Westchnął, mając nadzieję, że Bezimienny przepadł na zawsze. 
- Chciałbym poskromić tego pasożyta, ale znalezienie go tam w dole przekracza 
moje  
możliwości. 
Gryf przypatrywał mu się bacznie w ptasi sposób. Nawet zwierzęce rysy zdradzały  
nurtującą go ciekawość. W Cabie zaszła zmiana, którą ogromnie chciałby 
rozszyfrować. 
Cabe rozejrzał się po komnacie. Natychmiast nasunęły mu się dwa problemy. 
Brakowało Tomy i oszalałego cesarza. Na jego zapytanie Gryf odpowiedział: 
- - Kiedy się pojawiłem, nikogo tu nie było. Schowałem się, zakładając, że 
musicie  
być gdzieś razem z Panią. Kiedy zmaterializowałeś się z Azranem i zobaczyłem 
miecz  
wzniesiony do ciosu, przypuściłem atak. 
- - W ostatniej chwili. Dziękuję. 
- Jeśli wolno spytać, gdzie jest Pani? Nagłe zrozumienie błysnęło na twarzy 
Cabe’a. 
- Teleportowałem ją i kilka smoków do Penaclesf Ty jesteś tutaj! To znaczy, 
że... 
Gryf wszedł mu w słowo. 
- - Teraz nie mogę wdawać się w szczegóły, ale ubiłem interes z Zielonym  
Smokiem. Nie miałem czasu zbadać, w jakim stanie jest miasto. Smoczy Król może 
przybyć  
za późno. Miał dość kłopotów, żeby teleportować mnie do tej jaskini. 
- - W takim razie być może posłałem Gwen w sam środek katastrofy! - Zaczął  
gestykulować. - Nie ma czasu do stracenia! 
Jego towarzysz zdążył krzyknąć, że się nie zgadza, a potem obaj zniknęli. 
Zmaterializowali się w środku chaosu. 
Wszędzie byli żołnierze. Wszyscy pędzili. Niektórzy byli smoczymi wojownikami,  
wielu było ludźmi. Nie walczyli z sobą. Przeciwnie: ścigali wspólnego wroga. 

background image

Były to, jak z zaskoczeniem stwierdzili dwaj przybysze, połączone siły Penacles 
i  
Zielonego Smoka. Celem ich pościgu były niedobitki hordy Lochivarytow i armii 
księcia  
Kyrga. 
Szarych Mgieł nie było widać. Lochivaryci, wychudli i wycieńczeni, poruszali się  
ospale. Smoki ogniste Kyrga, nieliczne w zestawieniu ze smokami pana Lasu 
Dagora,  
próbowały stawiać opór, ale tylko minuty dzieliły ich od śmierci. 
Obok nich przemknął jeździec z nieznanym, łopoczącym na wietrze sztandarem.  
Poniewczasie Cabe poznał flagę Mito Pica. Niedobitkowie przybyli, żeby 
dopilnować, by  
słudzy Smoczych Królów nie zapomnieli zbyt szybko o ich najechanym mieście. Byli  
wyjątkowo żądni krwi, gdyż niewiele mieli do stracenia. 
Gryf zachichotał. Jego śmiech przypominał kaszlnięcie. 
- Nigdy nie ufaj Smoczemu Królowi! Podczas gdy się ze mną targował, jego armia  
wraz z posiłkami już była w drodze do Penacles! 
Cabe pokiwał głową, ledwie ułamek uwagi poświęcając szarżującym żołnierzom.  
Popatrzył na mury miejskie i stwierdził, że całe jego fragmenty zniknęły. Z 
tego, co mógł  
dojrzeć, wrogowi udało się wedrzeć do miasta. 
Poklepał Gryfa po ramieniu. 
- - Trzymaj się. Lecimy do miasta. 
- - Cooo... 
- -...ooo? 
Widok z bliska też nie podnosił na duchu. Droga zniszczenia wiodła prosto w  
kierunku pałacu. Liczne budynki po bokach przetrwały w nienaruszonym stanie.  
Napastnikom przyświecał jeden cel: zająć biblioteki. Gryf chciałby im 
powiedzieć, jacy byli  
głupi. 
Zdenerwowany Cabe nie uprzedził go przed następnym skokiem. 
- Nareszcie! 
Czekając, aż ci dwoje oderwą się od siebie, Gryf rozglądał się po wnętrzu 
pałacu.  
Dostrzegł kilka pęknięć w murach i plamy na podłodze. Tu i ówdzie leżały ciała 
wojowników  
poległych po obu stronach. Jeden golem został roztrzaskany, a drugi, cały 
powyginany, stracił  
rękę. Brak poważniejszych zniszczeń wskazywał, że walka była krótkotrwała. 
Gwen odezwała się pierwsza. 
- Bałam się, że Azran cię zabił! 
- - Nie. To on nie żyje. Gryf musiał go zabić. Spuściła głowę. 
- - Współczuję tobie, ale nie jemu. 
- Rozumiem. Jeszcze jedno. - Odetchnął głęboko, zanim dokończył: - Od tej pory 
jest  
tylko Cabe. 
Po chwili: 
- Świetnie. Nathan i ja... to przeszłość. Uświadomiłam to sobie, kiedy 
pomyślałam, że  
Azran mógł cię zabić. 
Znów się pocałowali. Pan Penacles chrząknął. 
- Wybaczcie, ale zastanawiałem się, czy Pani orientuje się w rozmiarze szkód. 
Ton głosu wioptaka sprawił, że oboje jeszcze bardziej się zaczerwienili. Gwen  
pierwsza się opanowała. 
- - Jest tak źle? 
- - Północne i wschodnie mury wymagają odbudowy. Podobnie jak północna część  
zachodniego. Widzieliście szlak wiodący do pałacu? 
Przytaknęli. Czarodziejka powiedziała: 
- - Tu nastąpiły największe zniszczenia. Na szczęście to oznacza, że większość  
mieszkańców nie była narażona na niebezpieczeństwo. Ale armia poniosła ciężkie 
straty. 

background image

- - Dopilnuję, żeby otoczono opieką rodziny ofiar. Nikt nie ucierpi, dopóki będę  
panować. Widziałaś generała Toosa czy dowódcę Blane’a? Chciałbym z nimi 
porozmawiać. 
Gwen milczała przez dłuższą chwilę. Cabe i Gryf poruszyli się nerwowo. 
- Toos dowodzi pościgiem. Blane... Blane poległ w obronie bibliotek. 
Cabe ze smutkiem potrząsnął głową. Lwioptak z sykiem wypuścił powietrze.  
Niedługo znali dowódcę z Zuu, ale zawsze rnogli liczyć na jego przyjaźń i pomoc. 
Bez niego  
miasto z pewnością by padło. 
- - Jak? 
- - Kyrg, ta przeklęta jaszczurka, sam stanął na czele oddziału doborowych  
morderców. Przedarli się przez miasto jak burza. Blane’owi widocznie udało się 
zebrać ludzi i  
powstrzymać atak. Napastnicy ponieśli ciężkie straty i tylko nieliczni wdarli 
się do środka.  
Nie wiem, co chcieli zrobić, gdyby udało im się znaleźć biblioteki. 
- - Kyrg hołduje zasadzie miażdżenia opozycji stojącej mu na drodze do celu,  
niezależnie od tego, czy może go osiągnąć. - Ton Gryfa nie wyrażał niczego prócz 
pogardy do  
smoczego wojownika. 
- - Blane i kilku pozostałych ludzi walczyło tutaj z Kyrgiem. Dowódca osobiście  
położył jaszczurkę trupem, a potem sam zginął od topora. 
A więc tak to było. Tragiczne, że tylu zginęło w walce o coś, co mogli zrozumieć  
tylko nieliczni. Jaki pożytek mieliby z bibliotek Smoczy Królowie? Przecież 
księgi uczyniły  
niewiele, aby uratować Purpurowego Smoka, a on badał je dłużej niż ktokolwiek 
inny. Nawet  
Gryf nie osiągnął prawie nic w czasie tych wszystkich lat swego panowania, choć 
trwało ono  
dłużej niż ludzkie życie. 
Biblioteki znalazły się na drugim miejscu. Ich tajemnice miały zaczekać. 
Najpierw  
należało się zająć pogrzebaniem poległych. 
Gryf wezwał sługę i kazał przynieść jedzenie. 
- Przyjdźcie jutro, zaczniemy odbudowywać miasto. Dziś przyda nam się trochę  
odpoczynku. 
Nikt z nim nie polemizował. 
Ciała Blane’a i innych poległych z Zuu obłożone zostały zaklęciem konserwacji i  
wyprawione do ojczyzny. Niedobitki oddziału dzielnego dowódcy i eskorta z 
Penacles  
pilnowały, żeby nic im się nie stało. Z karawaną podążali również książęta 
Zielonego Smoka,  
który przysiągł, że otwarcie stanie po stronie ludzi. Już to miało spowolnić 
realizację planów  
Tomy, związanych z uzyskaniem wsparcia innych klanów. 
Martwi obrońcy Penacles zostali spaleni, jak nakazywał obyczaj. Gryf oddał 
honory  
każdemu z poległych, czy to wojownikowi, czy cywilowi. Cabe zajął się 
ułatwianiem  
odbudowy miasta, podczas gdy Gwen wzięła na siebie leczenie i dostawy żywności. 
Oboje  
byli tylko ludźmi i ich możliwości miały swoje granice; służyli pomocą, ale nie 
mogli  
zlikwidować wszystkich problemów. 
Kiedy nie pomagali ludziom, większość czasu zajmowało im uczenie młodych  
oddanych im przez smoczycę. Smoki ogniste okazały się zdolne i psotne jak 
ludzkie dzieci.  
Pomniejsze smoki były nie bardziej inteligentne od psów czy koni, i w końcu 
zostały oddane  
do stajni. Szybko napłynęła prośba o wzniesienie nowego budynku, gdyż zwyczajne  
zwierzęta miały kłopoty z zaśnięciem w sąsiedztwie drapieżników. 

background image

Zielony Smok, któremu zaproponowano opiekę nad smoczętami, odmówił. Uważał, że  
w miarę możliwości młode powinny zostać wychowane na ludzką modłę. Tylko w ten 
sposób  
jego rodzaj zyskiwał szansę przeżycia w nowym świecie. 
Zwiadowcy donieśli, że Szare Mgły całkowicie zniknęły z Lochivaru, razem z  
Czarnym Smokiem, nielicznymi fanatykami i jaszczurami. Gryf zastanawiał się nad 
wyprawą  
za wschodnie morza. Groźni emisariusze w wilczych hełmach budzili jakieś 
skojarzenia.  
Lwioptak czuł, że powinien coś o nich wiedzieć. Niestety, fragmenty własnej 
przeszłości  
nawet dla niego były tajemnicą. 
Za sprawą pewnej zachęty ze strony Pani, Cabe wreszcie wezwał łuk Słonecznego  
Lansjera. Teraz było jasne, że jego podświadomość - może poprzez Nathana - była  
odpowiedzialna za wyratowanie go z rąk Brązowego Smoka. Łuk był ostatnią 
spuścizną  
Nathana. Dla Cabe’a oznaczał, że jest już przygotowany do podążenia w ślady 
dziadka.  
Świadomość ta sprawiała mu niemal taką samą przyjemność, jak obecność kobiety u 
jego  
boku. 
Magowie przerwali lwioptakowi zajmowanie się sprawami królestwa. Wiedział, po co  
przyszli. Czekali na okazję wyrwania się na pewien czas. Sami. Gryf zaśmiał się 
cicho. To  
było najmniej, co mógł im dać. Miasta mogło już ruszyć o własnych siłach. 
Cabe wyciągnął rękę. 
- - Masz trochę czasu? 
- - Myślę, że sprawy państwowe mogą zaczekać, póki nie skończę rozmowy z  
dobrymi przyjaciółmi. 
Uśmiechnęli się do niego. Cabe po chwili milczenia podjął: 
- Zastanawialiśmy się, czy obejdziesz się bez nas na krótko. Chcielibyśmy mieć 
trochę  
czasu dla siebie. 
Gryf jakby z namysłem pogładził brodę. 
- Zapasy żywności na razie wystarczą. Ranni wracają do zdrowia. Mury są  
odbudowane w siedemdziesięciu pięciu procentach. Myślę, że mogę puścić was na 
dzień... -  
wyglądali jak dzieci, którym odebrano deser -...a nawet na miesiąc. 
Oboje podziękowali mu jednocześnie. Cabe potrząsnął prawicą Gryfa i poklepał go 
po  
ramieniu. Gwen lekko przyciągnęła jego głowę i pocałowała go w bok dzioba, co 
zjeżyło mu  
pióra i futro bardziej, niż gotów byłby przyznać. Monarcha szybko przeprosił i 
powrócił do  
przerwanego zajęcia. 
Pocałowali się za drzwiami komnaty Gryfa. Cabe uśmiechnął się. 
- - I dokąd się wybierzemy? 
- - Myślę, że dwór byłby dobrym miejscem. Chciałabym przywrócić go do  
pierwotnego stanu. 
Udał niezadowolenie. 
- Myślałem, że to ma być urlop! 
Gwen na długo wzięła go w ramiona, nim odpowiedziała: 
- Będzie. 
Nagły, straszliwy chłód przeniknął ich ciała i umysły. Kiedy minął, Cabe 
zmarszczył  
brwi. 
- Co to było? 
Choć nadal drżała na wspomnienie zimna, nie chciała psuć nastroju. 
- - Nie wiem i wcale mnie to nie obchodzi. Przynajmniej nie w tej chwili. 
Będziemy  
cieszyć się sobą i wypoczywać. A potem... 

background image

- - Co potem? 
- - Potem - przytuliła go - po prostu znowu będziemy musieli ratować Smocze  
Królestwa. To wszystko. 
Tym razem nic nie zakłóciło ich uścisku.