background image

ANDRZEJ PEREPECZKO

DZIKA MRÓWKA I JEZIORO 

ZŁOTEGO LODU

background image

WSTĘP,

DZIĘKI KTÓREMU CZYTELNIK MOŻE POZNAĆ 

DOTYCHCZASOWE PRZYGODY DZIKIEJ MRÓWKI, OPISANE 

ZRESZTĄ DOKŁADNIE W KSIĄŻKACH: „DZIKA MRÓWKA I TAM - 

TAMY”, „DZIKA MRÓWKA POD ŻAGLAMI” ORAZ „PODWODNY 

ŚWIAT DZIKIEJ MRÓWKI”

Marek, zwany przez rodzinę i kolegów Dziką Mrówką z racji niewielkiego wzrostu i 

niezwykłych pomysłów, które się bez przerwy rodziły w jego wybujałej fantazji i wyobraźni, 

mieszkał w dzielnicy Gdańska zwanej Oliwą. Razem z bratem Jarkiem, bliźniakiem zresztą, 

ale zupełnie do Marka niepodobnym, chodzili do jednej klasy i razem też grali w hokeja, tyle 

tylko, że w różnych drużynach. W jednej Dzika Mrówka był napastnikiem, w drugiej Jego 

Brat (tak nazywano Jarka) - bramkarzem.

Tata obu chłopców bliźniaków był ochmistrzem na statku, Mama uwielbiała język 

angielski   i   starała   się,   z   niecałkowitym   jednakże   powodzeniem,   wpoić   w   swych   synów 

zamiłowanie do tego języka.

Pewnego dnia, gdy Tata wrócił z rejsu, obaj chłopcy tak dokuczyli Mamie swymi 

pomysłami   i   zachowaniem   się   (choć   -   po   prawdzie   -   wszystkie   pomysły   były   autorstwa 

Dzikiej Mrówki, a Jego Brat był tylko wiernym, choć nieco powolnym ich wykonawcą), że 

stwierdziła płacząc, iż ma wszystkiego dosyć i że nie może sobie z nieznośnymi chłopakami 

poradzić.

Na takie dictum Tata zdecydował się osobiście zająć synami bliźniakami, a że pływał 

na statku i akurat nie za bardzo mógł zejść na urlop, postanowił zabrać chłopców w rejs, żeby 

ich „mieć na oku”.

Popłynęli tedy statkiem we trójkę: Tata, Dzika Mrówka i Jego Brat. Przed samym 

odjazdem Mama, którą chłopcy i Tata nazywali Micią, wcale nie była taka pewna, czy tak 

naprawdę   „miała   wszystkiego   dosyć”   i   czy   pomysł   zabrania   chłopców   na   statek   był 

najlepszym z życiowych pomysłów Taty.

Statek w swym rejsie odwiedził kolejno Londyn, Sewillę w Hiszpanii, Safi w Maroko 

i port Kaolack w Senegalu. Londyn zwiedzili chłopcy dość dokładnie. A więc zabytki, Tower 

Castle, paradę gwardii królewskiej, muzeum techniki; to ostatnie najbardziej im się podobało, 

więc też wracali tam wielokrotnie. W Sewilli byli na walce byków, która jednak nie za bardzo 

im do gustu przypadła. W tejże samej Sewilli zauważyli podejrzany, ich zdaniem, statek o 

background image

nazwie „Torro” i Dzika Mrówka postanowił na własną rękę śledzić członków jego załogi, 

która ani chybi trudniła się jakimiś mocno podejrzanymi sprawami.

Na morzu w czasie przelotu z Sewilli do Safi Dzika Mrówka i Jego Brat wdrapali się 

na maszt i dojrzeli stamtąd samotną łódź, która jak się potem okazało, była uszkodzona, a w 

niej był wyczerpany zupełnie stary rybak Arab i jego ranny syn, którym udzielono pomocy. 

Dzięki temu obaj  bracia  stali  się sławni na statku i udało się im nawet uniknąć kary za 

samowolne wdrapanie się na maszt.

Po południu tegoż dnia dogonili na morzu tajemniczy stateczek „Torro”.

W Safi bracia mieli nieprzyjemną przygodę w meczecie, do którego - jak się okazało - 

wstęp dla „niewiernych” był surowo zabroniony.

Po kilku dalszych dniach podróży dopłynęli wreszcie do Kaolack w Senegalu, skąd w 

czasie wojny uciekły po upadku Francji dwa polskie statki: „Cieszyn” i „Śląsk”. A że właśnie 

na statku znajdował się bosman, który jako młody chłopak był członkiem załogi „Cieszyna” 

w 1940 roku, dwaj bracia usłyszeli opowieść naocznego świadka o tej pełnej emocji sławnej 

ucieczce.

W Kaolacku znajdował się już tajemniczy „Torro”, Dzika Mrówka zatem i Jego Brat 

przystąpili do śledzenia załogi. Niewiele brakowało, żeby się to bardzo smutnie dla nich 

skończyło. Na szczęście z groźnych opałów uratowała ich senegalska policja, która odstawiła 

obu domorosłych detektywów na statek w ręce na dobre już zaniepokojonego Taty.

Powrotną   drogę   do   kraju   obaj   chłopcy   spędzili   pracując   -   jeden   w   dziale 

maszynowym, drugi na pokładzie statku - w Tacie bowiem obudził się nagle pedagogiczny 

talent i postanowił swych synów wychowywać przez pracę. Wtedy obaj bracia poznali, że 

praca na statku wcale nie należy do łatwych i że marynarze nie tylko pływają, opalają się i 

zwiedzają cały świat.

W   Gdańsku   czekała   na   swych   chłopców   stęskniona   Mama,   która   już   dawno 

zapomniała, że miała „zupełnie dosyć”, i obaj bracia bliźniacy doszli, tym razem zgodnie o 

dziwo, do wniosku, że

WSZĘDZIE DOBRZE, ALE W DOMU NAJLEPIEJ!

Po   powrocie   z   rejsu   obaj   chłopcy   spóźnili   się   o   parę   dni   na   rozpoczęcie   roku 

szkolnego. Dzika Mrówka postanowił wykorzystać tę okoliczność i w tym dniu „wszystkie 

lekcje wziąć na siebie”, jak oświadczył swym koleżankom i kolegom.

Przemyślnie   ułożony   plan   udał   się   tylko   po   części,   bowiem   Pan   od   Przyrody 

zdemaskował   Marka,   gdy   go   zbyt   poniosła   bujna   fantazja   i   gdy   mocno   przeholował   w 

opowiadaniu niestworzonych przygód, które miały rzekomo wydarzyć się w ciągu rejsu. Cała 

background image

klasa śmiała się z Dzikiej Mrówki, a w obronę wzięła go tylko jedna z koleżanek o imieniu 

Ulka.

W  okresie   Świąt  Bożego  Narodzenia,   które  Tata  spędził  razem   z całą  rodziną  na 

lądzie, ojciec zabrał Dziką Mrówkę na doroczne spotkanie Klubu Kaphornowców, do którego 

mogą   należeć   tylko   ci   z   żeglarzy,   którzy   na   żaglach   opłynęli   przylądek   Horn,   jeden   z 

najbardziej   burzliwych   przylądków   świata.   Pod   wpływem   tego   spotkania   Marek 

zainteresował   się   żeglarstwem,   zaczął   czytać   książki   na   ten   temat,   poznawać   tajniki 

astronomii  i w  konsekwencji  rzucił swą dawną pasję,  czyli  hokej, i zapisał  się do klubu 

żeglarskiego.

W   klubie   zaczęło   się   szkolenie   teoretyczne   i   pierwsze   prace   przy   jachtach   na 

przystani. Początki były trudne i mało efektowne, trzeba było bowiem jachty czyścić, skrobać 

i malować, a pływanie pod białymi żaglami wydawało się bardzo odległe. Mimo trudności 

Dzika   Mrówka   zawsze   pełen   był   najrozmaitszych   planów   swych   przyszłych   wielkich   i 

sławnych rejsów, kreślił na mapach ich trasy. Wreszcie nadszedł dzień, w którym  Marek 

wypłynął w swój pierwszy rejs. Niedaleki co prawda, bo tylko po wodach basenu jachtowego, 

ale chłopiec po raz pierwszy spostrzegł, że łódź posłuszna jest każdemu ruchowi jego ręki, że 

to on kieruje, ze po raz pierwszy naprawdę ŻEGLUJE!

Po pewnym czasie Dzika Mrówka został wyróżniony - wyznaczono go na zawodnika 

w   regatach   jednoosobowych   łodzi   żaglowych.   Regaty   miały   dramatyczny   przebieg,   w 

momencie bowiem kiedy Marek już, już miał szansę wyjścia na samo czoło wyścigu, łódź 

jego wywróciła się wskutek nieuwagi chłopca.

Mimo tego niepowodzenia Marek brał udział i w innych kolejnych wyścigach, a po 

pewnym   czasie   został   w   nagrodę   wyznaczony   do   załogi   pełnomorskiego   jachtu   w   rejsie 

bałtyckim. W czasie podróży Dzika Mrówka próbuje po raz pierwszy niezwykle trudnej, jak 

się okazało, sztuki kucharzowania na jachcie.

W   swym   rejsie   jacht   o   wdzięcznej   nazwie   „Stella   Polaris”   odwiedził   Rygę   i 

Leningrad. W drodze powrotnej żeglarzy złapał sztorm, który zagnał jacht aż pod brzegi 

szwedzkie.   Tam   w   nocy  i   w   sztormie   Dzika   Mrówka   zauważył   czerwony   błysk   rakiety. 

„Stella Polaris” ruszyła na ratunek i nad ranem odnaleziono przewrócony jacht, a przy nim 

trzymających się resztkami sił młodych rozbitków. W czasie akcji ratunkowej szczególnie 

wyróżnił się Marek, który nie bacząc na niebezpieczeństwo wskoczył do wody i uratował 

kilkunastoletnią dziewczynę, Szwedkę o imieniu Ulla.

Polski   jacht   z   uratowaną   załogą   wpłynął   do   portu   w   Sztokholmie,   gdzie   rodzice 

rozbitków  przyjęli   polskich  żeglarzy   bardzo  gościnnie  i  serdecznie.   W  czasie  zwiedzania 

background image

zabytków tego pięknego portu, „Wenecji Północy”, Dzika Mrówka został tak zafascynowany 

widokiem żaglowca „Vasa” sprzed przeszło 300 lat, wydobytego w całości z dna morskiego, 

że stwierdził:

Pływanie pod żaglami to jest na pewno bardzo fajna sprawa,

ale

PODWODNE POSZUKIWANIA ARCHEOLOGICZNE TO JEST WŁAŚNIE TO!!!

Gdy   jacht   „Stella   Polaris”   powrócił   do   macierzystego   portu   z   pełnego   przygód 

bałtyckiego  rejsu,  żeglarzy czekało uroczyste  powitanie,  a dowódca jachtu, czyli  Kapitan 

Filip, oraz Dzika Mrówka otrzymali medale za ratowanie życia. Na naszego bohatera czekała 

na przystani Mama z Jarkiem i klasową koleżanką obu - Ulką.

Opowiadając   o   rejsie   Dzika   Mrówka   bardzo   dużo   miejsca   poświęcił   sprawom 

różnorodnych prac podwodnych - od poszukiwań zatopionych statków począwszy, a kończąc 

na kontrolach podmorskich urządzeń.

Jak było do przewidzenia, płetwonurkowanie stało się kolejną pasją Marka i już w 

kilka tygodni potem chłopak zapisał się do odpowiedniego klubu na kurs, na którym miano go 

nauczyć właśnie swobodnego nurkowania.

Zajęcia   w  klubie  prowadził  Pan  Wojtek,  w  „cywilu”  inżynier  elektronik   i  starszy 

asystent w gdyńskiej Szkole Morskiej, a jedną z klubowych koleżanek na tym samym kursie 

okazała się - ku zaskoczeniu Marka - jego koleżanka Ulka.

Gdy Marek i Ulka ukończyli kurs płetwonurkowy, w czasie którego przekonali się, że 

swobodne nurkowanie wcale nie jest takie łatwe, na jakie wygląda,  cała klasa obu braci 

bliźniaków wyjechała na wycieczkę krajoznawczą do Gniewa, Kwidzyna, Chełmna, Torunia i 

Płocka.   I   właśnie   w   Płocku,   w   siedzibie   tamtejszego   Towarzystwa   Naukowego,   Dzika 

Mrówka wraz ze swymi koleżankami i kolegami usłyszał historię przypadkowego odkrycia 

bardzo starego dokumentu, zawierającego wzmiankę o starodawnym grodzisku zatopionym 

wraz z wyspą na jakimś jeziorze.

Marek i Ulka zapalają się do poszukiwań Zatopionej Wyspy i wczesnosłowiańskiego 

grodziska i razem z Panem Wojtkiem oraz Jarkiem poszukują w rozmaitych bibliotekach i 

archiwach klasztornych śladów tego grodu.

Następnego lata Pan Wojtek zorganizował obóz płetwonurkowy nad jeziorem, co do 

którego istniało dość uzasadnione przypuszczenie, że właśnie tam mogło się kryć tajemnicze 

grodzisko, i rozpoczęto systematyczne poszukiwania podwodne.

background image

W   czasie   trwania   obozu   jego   uczestnicy,   wśród   których   znaleźli   się   oczywiście 

również   nasi   bohaterowie,   czyli   Dzika   Mrówka   i   Ulka,   pomogli   przy   żniwach   ubogiej 

kaszubskiej   starszej   parze   małżeńskiej   oraz   wzięli   udział   w   akcji   przeciwpowodziowej 

podczas gwałtownej nocnej burzy. W obu wypadkach młodzi poszukiwacze zatopionej wyspy 

napotkali   pewne   ślady   świadczące,   że   istotnie   gdzieś   w   pobliżu   mogło   znajdować   się 

przedhistoryczne grodzisko.

Intensywne poszukiwania trwały w dalszym ciągu, nie przynosiły jednak początkowo 

żadnych   pozytywnych   rezultatów;   wody   jeziora   pilnie   strzegły   swej   tajemnicy.   Nic   też 

dziwnego, że młodzi płetwonurkowie byli już trochę zniechęceni do żmudnej i mało ciekawej 

pracy.

Pewnego   dnia   Ulka   oddaliwszy   się   ze   swego   rejonu   w   pogoni   za   olbrzymim 

węgorzem, którego w myślach nazwała Węgorzem Wspaniałym Władcą Jeziora, natrafiła pod 

wodą na szczątki drewnianych budowli z dębowych potężnych bali. Tym samym Ulka stała 

się   bohaterką   podwodnych   poszukiwań,   a   zatopione   grodzisko   zaliczono   do   głównych 

sensacji archeologicznych roku.

W nagrodę za swe odkrycie Ulka znalazła się w czasie najbliższych wakacji wraz z 

Dziką Mrówką, kilkoma innymi klubowymi kolegami i Panem Wojtkiem w składzie załogi 

jachtu „Swantewid”, który przez cały sezon żeglarski znajdował się w Jugosławii, a załogi 

wymieniały   się   w   kilkutygodniowych   turnusach.   Podczas   pobytu   na   wodach   Adriatyku 

młodzi żeglarze oprócz wakacyjnego odpoczynku przeprowadzali trening płetwonurkowy w 

tamtejszych ciepłych przejrzystych wodach.

Jacht pod komendą Kapitana Filipa czekał na kolejną zmianę załogi w uroczym porcie 

Dubrowniku.   Od   tego   też   miasta   zaczęli   młodzi   żeglarze   -   płetwonurkowie   zwiedzanie 

dalmatyńskiego wybrzeża, poznając niezwykle ciekawe zabytki i równie interesującą historię 

tego miasta - państwa - Republiki Dubrownickiej.

Dalszym  etapem adriatyckich  wakacji  była  malownicza  i ciekawa Boka Kotorska, 

jedyny w tym rejonie Europy rodzaj fiordu, głęboko wciętego w górzysty ląd. W głębi leży 

Kotor, stary i niemal tak samo sławny swą historią jak Dubrownik.

W Rotorze czekał na załogę „Swantewida” przyjaciel Pana Wojtka i Kapitana Filipa - 

wesoły olbrzym Stanko Milević, czyli inaczej „Stanko od Kotora”. On to pokazał młodym 

Polakom   piękno   Czarnogóry,   zawiózł   ich   do   dawnej   stolicy   Cetynii   i   do   pięknych 

nadmorskich miasteczek - Świętego Stefana i Budwy, on też obwoził ich po najrozmaitszych 

zakamarkach Zatoki Kotorskiej, łącznie z posępną fortecą austriacką na skalistej wysepce 

Mamula i uroczą nadmorską grotą.

background image

Beztroski   odpoczynek   załogi   „Swantewida”   został   brutalnie   przerwany   silnym   i 

bardzo tragicznym w skutkach trzęsieniem ziemi, które na oczach przerażonej załogi jachtu 

zniszczyło   i   odcięło   zupełnie   od   świata   maleńką   rybacką   wioskę,   przycupniętą   tuż   przy 

brzegu u zbocza stromej skalistej góry.

Polscy   żeglarze   ruszyli   natychmiast   z   pomocą   rannym   i   poszkodowanym 

mieszkańcom wioski, a przez następnych parę dni pomagali od wczesnego ranka do późnej 

nocy Stankowi w ratowaniu zabytków Kotoru. Nic też dziwnego, że za swą postawę i pomoc 

otrzymali podziękowanie od lokalnych władz.

Czas jednak pobytu nad Adriatykiem kończył się i trzeba było wracać do Dubrownika. 

Po   drodze   „Swantewid”   zatrzymał   się   na   miejscu   swego   ostatniego   kotwiczenia,   gdzie 

pozostawała na dnie kotwica jachtu, której po trzęsieniu ziemi nie można było wyciągnąć na 

powierzchnię i trzeba było odciąć łańcuch kotwiczny. W celu uwolnienia kotwicy jachtu z 

pułapki zeszli pod wodę Pan Wojtek razem z Dziką Mrówką. I oto nagle w zielonkawym 

świetle podwodnego świata Dzika Mrówka dojrzał wrak bardzo starego statku, który przed 

wiekami zatonął na wodach Zatoki Kotorskiej.

O znalezisku dano znać natychmiast Stankowi od Kotora, a ten przyrzekł młodym 

żeglarzom,   że   jak   tylko   zakończy   pracę   nad   odbudową   zniszczonego   trzęsieniem   miasta, 

zaraz zajmie się badaniem starego wraka, którego wnętrze - być może - kryje wiele tajemnic i 

historycznych ciekawostek.

Gdy   samolot   z   młodymi   płetwonurkami   na   pokładzie   przelatywał   nad   Zatoką 

Kotorska w drodze powrotnej  z Dubrownika do Polski, Ulka i Dzika Mrówka pomyśleli 

niemal równocześnie:

ILE TO JESZCZE ROZMAITYCH TAJEMNIC KRYJĄ W SOBIE

WODY OCEANÓW, MÓRZ I JEZIOR!

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY,

W KTÓRYM PŁETWONURKOWIE - WĘDROWCY SPOTYKAJĄ SIĘ 

PO RAZ PIERWSZY Z NIE ODKRYTYMI DOTYCHCZAS TAJNIKAMI 

BARDZO DZIWNEGO PISMA

Słońce miało się już dobrze ku zachodowi i odległe granic Tatr ostro rysowały się na 

tle   różowiejących  chmur,   gdy  wesoła  gromadka   młodzieży   obciążona  sporymi  plecakami 

weszła między pierwsze chaty Kluszkowców.

- Daleko jeszcze do tego Czorsztyna? - głos Ulki nie brzmiał ani zbyt rześko, ani zbyt 

entuzjastycznie.

- Zależy... - odparł ze śmiechem Pan Wojtek.

- Jak to? Od czego zależy? - zdziwiła się Ulka.

- Po prostu. Zależy od stopnia zmęczenia tego, który pyta - roześmiał się Pan Wojtek, 

a za nim też inni, a więc serdeczne koleżanki Ulki - Magda, Jadwiga i Halina oraz Dzika 

Mrówka, Baleron, Szufla, Drzazga i jeszcze kilku innych. Wszyscy razem stanowili grupę 

„wędrownych nurków płetwowych”, jak się jednogłośnie przezwali, a w rzeczywistości był to 

po   prostu   jeden   z   kondycyjnych   obozów   wędrownych,   który   zorganizował   i   prowadził 

niestrudzony   Pan   Wojtek.   Razem   z   płetwonurkami   wędrował   też   na   zasadzie   „wolnego 

strzelca” Jego Brat, czyli  Jarek - brat bliźniak Dzikiej Mrówki, ponieważ Mama - Micia 

wyjechała na dwutygodniowe wczasy sanatoryjne do Krynicy, Tata był - jak zwykle - w rejsie 

i Mama wolała, żeby obaj jej synowie byli pod Pana Wojtkową opieką przez ten czas. Co 

prawda Jarek usiłował przekonać Mamę - Micię, że doskonale da sobie radę będąc sam w 

domu, miał bowiem spory zapas historycznych książek do czytania, ale widać użył za słabych 

argumentów,   Micia   bowiem   bezapelacyjnie   załatwiła   z   Panem   Wojtkiem   nadliczbowe 

uczestnictwo   drugiego   syna   w   letniej   wędrówce.   Nawiasem   mówiąc   Pan   Wojtek   bardzo 

chętnie widział Jarka w swym młodocianym zespole, gdyż lubił Jego Brata i cenił go za dość 

poważne jak na jego wiek - historyczne zainteresowania, a nawet liczył się z jego zdaniem, 

jak to było w czasie wstępnej fazy poszukiwań zatopionej Wyspy.

Ulka, jak to Ulka, po chóralnym wybuchu śmiechu swych współwędrowników nic nie 

powiedziała i zaciąwszy usta przyspieszyła gwałtownie kroku, a po chwili wyprzedziła nawet 

Pana Wojtka, który szedł na czele gromadki.

- Ho, ho, ale honorowa! - mruknął ni to z podziwem, ni to z krytyką Dzika Mrówka i 

też chciał przyśpieszyć kroku, ale po chwili zrezygnował z ambitnego zamiaru, jako że był 

już solidnie zmęczony i czuł bardzo dotkliwie w nogach ostatnie kilkadziesiąt kilometrów.

background image

Wędrowali tak już parę dni. Start nastąpił w uroczo położonej Rabce. Pierwszy dzień 

był dniem aklimatyzacji i poświecono go w całości na zwiedzanie najbliższych okolic.

Tak   prawdę   mówiąc   większość   uczestników   wędrownego   obozu   ograniczyła 

zwiedzanie Rabki do niewielkiego uroczego drewnianego kościółka z początków XVII wieku 

i do równie niewielkiego lokalnego muzeum, resztę tego dnia dzieląc sprawiedliwie między 

moczenie się w basenie kąpielowym i wystawanie w sporej kolejce do małego drewnianego 

kiosku, wewnątrz którego produkowano niesamowite wprost ilości ogromnie smakowitych 

lodów.

W   efekcie   takiego   „zwiedzania”   gwałtownie   stopniały   wycieczkowe   rezerwy 

finansowe młodocianych wędrowców, a potem rozbolały gardła lodowych łakomczuchów i 

wieczorem Pan Wojtek zapowiedział:

- Od jutra obowiązuje bezwzględny rygor wędrownego obozu i wszelkie zarządzenia 

jednoosobowego kierownictwa, a pierwsze zarządzenie: STOP Z LODAMI!

- Ale pan okrutny, Panie Wojtku! - zachrypiała Jadwiga. - Takich lodów nie ma u nas 

na Wybrzeżu i nigdy nie było...

- Ale za to takiej chrypki też nigdy nie miałaś - zauważył Pan Wojtek.

Na drugi dzień już wczesnym rankiem pomaszerowali na jeden z pobliskich szczytów 

o nazwie Luboń Wielki, który górował nad rozłożoną w dolinie Rabką.

-   Właściwie   to   ten   Luboń   nie   jest   znowuż   tak   bardzo   wielki   -   zauważył   Dzika 

Mrówka, gdy przeczytał na mapie, że wysokość Lubonia wynosi „zaledwie” 1022 metry nad 

poziom morza.

- Porozmawiamy na ten temat na szczycie - uśmiechnął się Pan Wojtek, na co Dzika 

Mrówka nic nie odpowiedział, w duchu jednak pomyślał sobie, że chyba Pan Wojtek nieco 

przesadza.

Droga   na   Luboń   była   dość   stroma,   ale   dla   młodych   i   wysportowanych   przecież 

płetwonurków raczej nie stanowiła zbyt poważnego problemu. Szli tedy dość szparko i raz po 

raz wyprzedzali pnące się z trudem grupy rozmaitych  wczasowiczów, zapewne z domów 

wypoczynkowych, na których twarzach widać było wyraźny wysiłek.

Dzika Mrówka pomrukiwał sobie pod nosem (ale bardzo cichutko), że nie takie góry 

się  pokonywało  w  życiu,   głośniej  jednak   swoich  opinii nie   wyrażał,   został  bowiem  przy 

pierwszej takiej próbie skarcony zarówno przez Ulkę, jak i przez Jego Brata.

- Pan Wojtek wie wszystko najlepiej - stwierdziła z wielkim przekonaniem Ulka, a 

Jego Brat, jak to miał w zwyczaju, przytaknął natychmiast:

- Fakt!

background image

O ile jakiekolwiek odezwanie się brata bliźniaka budziło natychmiast w Marku ducha 

przekory, o tyle ze zdaniem Ulki liczył  się ostatnio coraz bardziej, bo - co tu ukrywać - 

dziewczyna   zaczęła   mu   imponować,   choć   sam   przed   sobą   nie   chciał   się   nawet   do   tego 

przyznać. I tym razem również nie odezwał się głośno, a co sobie pomyślał, o tym nikt nie 

wiedział.

Z   wierzchołka   Lubonia   rozciągał   się   rozległy   widok.   Bliżej,   wydawało   się,   że 

zaledwie na dobre wyciągnięcie ręki, ciemniał ciągnący się daleko w kierunku wschodnim 

pas Gorców, z wypiętrzonymi dwoma wierzchołkami.

- Ten bliżej to Turbacz - objaśniał Pan Wojtek - ze schroniskiem, gdzie będziemy jutro 

nocować, a tamten dalszy to Lubań, przez który wieść będzie nasza droga do Czorsztyna.

- Lubań? - zdziwił się Dzika Mrówka. - Przecież właśnie ta góra, gdzie teraz stoimy, 

to też tak samo się nazywa.

- Po pierwsze jesteśmy na Luboniu i to w dodatku na Wielkim - wyjaśnił Pan Wojtek - 

a tamten szczyt nazywa się Lubań. A po drugie, w najbliższej okolicy spotyka  się sporo 

podobnych nazw. Ot, na przykład tam na zachód od nas leży szczyt Luboń Mały, a za tą górą 

znajduje się wieś o nazwie Lubień. Tam, blisko Turbacza, widać górę o nazwie Kiczora. 

Identyczną  nazwę ma nieco mniejszy szczyt  koło miasteczka  Kamienica,  a jeszcze  jedna 

Kiczora wznosi się nad Mszaną dolną. Podobnie jeden Runek jest w Gorcach, a drugi w 

Beskidzie   Sądeckim,   jedną   Sokolicę   znajdziemy   tuż   koło   Babiej   Góry   w   Beskidzie 

Żywieckim, a drugą w Pieninach.

- Ojej - jęknęła Ula - to jak się w tym wszystkim połapać? A nie można by było 

ponazywać te wszystkie góry jakoś inaczej?

- Najlepiej by było ponumerować - dorzucił Drzazga.

- A może już zostawmy tak jak jest - roześmiał się Pan Wojtek. - Jakoś przez tyle lat 

ludziom się nie pomyliły te góry, to i my sobie damy radę. A zresztą z górami jest podobnie 

jak z ludźmi. Czy to jedna dziewczyna ma na imię Ulka, ale przecież można odróżnić jedną 

od drugiej, nieprawdaż?

- Prawdaż! - przytaknął Dzika Mrówka, a wszyscy spojrzeli na Ulkę, która swoim 

bardzo już starym i prawie zapomnianym zwyczajem, zarumieniła się aż po same włosy.

-  Zostawmy   Ulkę   w   spokoju   i   spójrzmy   lepiej   na  tę   wspaniałą   panoramę   -   Panu 

Wojtkowi żal zrobiło się zmieszanej dziewczynki. - Tam dalej to przecież nasze piękne Tatry.

Istotnie,   daleko   na   południu   ciemniał   ostro   rysujący   się   na   błękitnym 

rozsłonecznionym niebie poszarpany grzbiet górski. Tatry!

- A te białe plamy to co? - zapytała któraś z dziewcząt.

background image

- A jak myślisz? - pytaniem na pytanie odpowiedział Pan Wojtek.

- Chyba przecież nie śnieg... - zaczęła Halina - teraz taki upał...

Rzeczywiście,   dzień   był   wyjątkowo   upalny   i   nawet   tu,   na   samym   wierzchołku 

Lubonia słońce prażyło mocno.

- Upał, upał - powtórzył Pan Wojtek - ale tu jest Beskid Wyspowy, a tam Tatry. 

Przeszło dwa razy wyższe. A to już różnica. W niektórych żlebach śnieg leży aż do lipca, a 

niekiedy i przez cały rok. Szczególnie, jak zimą go dużo napada i nawieje, to potem ani rusz 

nie chce się do końca roztopić.

- Ojejej! - odezwała się któraś z dziewczynek.

- Nasze Tatry to jeszcze nic pod tym  względem - kontynuował Pan Woitek. - Na 

innych, wyższych górach śnieg leży przez cały okrągły rok. I powiem wam jeszcze, że dla 

mnie   osobiście   jest   to   jeden   z   najbardziej   przyjemnych   widoków.   Bardzo   lubię,   gdy   tak 

dookoła   gorąco   i   upał,   a   w   zasięgu   wzroku   wysokie   góry   pokryte   są   białymi   lodowo   - 

śnieżnymi czapami.

- A czy pan takie góry widział? - spytał Szufla.

- Nie raz - Pan Wojtek zamyślił się, jakby coś sobie przypominał. Parę razy. Choćby i 

w Libanie. Albo na statku...

- Jak to na statku? - zdziwiła się Jadwiga.

- No, po prostu, kiedy płynęliśmy wzdłuż gór pokrytych wiecznym śniegiem.

- No, ale statek płynie po morzu, a góry... - zaczęła znowu Jadwiga.

- A góry to są daleko od morza? - wtrącił się Dzika Mrówka. - Prawda?

- No, pewno że tak...

- Oj, ty Jadźka, Jadźka - skrzywił się Dzika Mrówka. - To tylko tak u nas, że od morza 

do  gór  musisz  smarować  przez  cały  kraj.   Gdzie  indziej   jest  zupełnie   inaczej.  Choćby  w 

Jugosławii,   no   nie?   -   zwrócił   się   do   tych   płetwonurków,   którzy   razem   z   nim   przeżyli 

niezapomniane przygody w Zatoce Kotorskiej.

- Pewno - przytaknęła Ulka. - Ale tam śniegu na nadmorskich górach nie było.

- Tam nie było, ale na wyższych to może być.

- Fakt! - przytwierdził automatycznie Jego Brat.

- Ja bym  to chciała  zobaczyć  - rozmarzyła  się nagle  Ulka. - Ośnieżone góry nad 

ciepłym morzem.

- Rano na narty, a po południu wykąpać się w morzu - to by było dopiero - roześmiał 

się Marek.

- Eeee... - przesadzasz, jak zwykle - skrzywił się Drzazga.

background image

- A wcale że nie - zaperzył się Dzika Mrówka - spytaj Pana Wojtka, jak nie wierzysz.

- Co ja tam będę wam opowiadał - uśmiechnął się Pan Wojtek. - Macie sporo czasu 

przed sobą, to może sami zobaczycie.

-   No   to   załatwione   -   zapalił   się   Dzika   Mrówka   -   zabieramy   narty   i   sprzęt   do 

nurkowania i jedziemy szukać odpowiednich miejsc na świecie!

- Widzicie go, wielkiego podróżnika - roześmiały się Jadwiga i Halina - a weź nas ze 

sobą. I nie zapomnij przedtem nauczyć się jeździć na nartach.

- Na nartach to ja już sobie dam radę, spokojna wasza głowa - odciął się Marek - a was 

mogę zabrać pod warunkiem, że będziecie przez całą drogę gotowały - dokończył.

- Ho, ho, jaki wygodny - oburzyła się Jadwiga. - A samemu to nie łaska?

- I zmywały codziennie. Po każdym posiłku - dorzucił Dzika Mrówka. - I talerze, i 

garnki - dodał jeszcze po chwili.

- A ty co będziesz robił w tej wyprawie? - zapytała z przekąsem Halina.

- Ja? - Marek spojrzał z góry na koleżankę - ja będę rano jeździł na nartach, a po 

południu kąpał się i nurkował w ciepłym morzu. A w ogóle to będę kierował całą wyprawą! - 

dokończył.

- No, dobra, dobra - wtrącił się Pan Wojtek - ale zanim wyruszycie na tamtą wielką 

wyprawę, musimy kontynuować naszą skromniejszą, ale też ładną trasę, choć może nie aż tak 

atrakcyjną, jak ta wasza planowana.

W   wesołych   nastrojach   płetwonurkowa   gromadka   zeszła   z   Lubonia   Wielkiego   z 

powrotem do Rabki, a Dzika Mrówka, gdy wrócili już do petetekowskiego schroniska, nie 

wytrzymał i powiedział cicho do Jego Brata:

- Nie taki diabeł straszny, jak go Pan Wojtek maluje - po tym małym spacerku na ten 

Wielki Luboń i z powrotem nawet mnie nogi nie bolą. Wcale a wcale.

- Fakt - przyznał Jego Brat. - Ale jeszcze nie koniec naszej wycieczki - dodał po 

chwili.

- Phi - prychnął Dzika Mrówka. - No to co? - wzruszył ramionami, kładąc się do łóżka 

i obracając wedle swego zwyczaju na lewy bok, bo tak mu się zawsze najlepiej zasypiało.

Następnym rankiem jednakże okazało się, że racja była po stronie Pana Wojtka, gdy 

bowiem Dzika Mrówka obudził się, bolały go wszystkie możliwe miejsca całego ciała, a już 

najbardziej nogi i gdy Pan Wojtek zagonił całą grupę do obowiązkowej porannej gimnastyki, 

najmniejszy nawet ruch przychodził mu z trudem.

- No, płetwowe nurki - zawołał Pan Wojtek po gimnastyce, w czasie której udawał, że 

wcale nie domyśla się, że większość wędrownego obozu chodzi jak połamana - szybko zjeść 

background image

śniadanie, spakować plecaki i za godzinę ruszamy na Turbacz.

- Ojejej! - jęknęły Jadźka z Haliną.

- Ojej! - zawtórował im mimowolnie Dzika Mrówka i zarumienił się w tej chwili, 

przypomniał   bowiem   sobie,   jak   to   wczoraj   zgrywał   wielkiego   zucha   i   lekceważył   Pana 

Wojtkowe uwagi.

- Stało się coś? - zapytał Pan Wojtek spoglądając bacznie na Marka. Sam był rześki 

jak skowronek, a wszelkie gimnastyczne ćwiczenia przychodziły mu jak zwykle z niebywałą 

wprost łatwością.

- Nic, nic - jęknął wyraźnie zbolałym głosem Dzika Mrówka i chciał ruszyć raźnym 

biegiem na śniadanie, ale mu to jednak wyszło dość koślawo, tak że wzbudził ogólny śmiech.

- Ja to ledwo ruszam nogami - wyznała szczerze Jadwiga, a Halina przytaknęła jej 

bezzwłocznie.

- Czy my damy dziś radę wleźć na ten Turbacz? - zapytała jękliwym głosem.

- Damy, damy, trzeba się tylko rozchodzić. Rozruszać zastałe kości - roześmiał się 

Pan Wojtek. - To zawsze tak po pierwszym dniu - dodał po chwili. - A mówiłem tyle razy, 

żeby w domu codziennie uprawiać solidną gimnastykę.

- Kiedy rano zawsze jest tak mało czasu - wyznał Drzazga. - Że też szkoła musi się 

zaczynać skoro świt. O ósmej. Człowiek nigdy się nawet porządnie wyspać nie może i nic nie 

zdąży.

- Gdyby zaczynała się o dziesiątej, to byś pewno spał do dziewiątej czterdzieści pięć. I 

też byś nic nie zdążył - zauważył Pan Wojtek.

- A spałbym, spałbym - Drzazga przytaknął tak skwapliwie Panu Wojtkowi i z tak 

błogim   wyrazem   na   rzeczywiście   nieco   zaspanym   obliczu,   że   wszystkie   płetwowe   nurki 

roześmiały się chórem.

- No, kochani, szkoda czasu. I tak, i tak nikt za nas tej drogi nie zrobi, a musimy wleźć 

na Turbacz chcąc nie chcąc, bo tam na nas czeka dzisiejszy nocleg. I nie łamać się, nie 

ślimaczyć, bo nie taki diabeł straszny jak go malują!

W   tym   momencie   Dzikiej   Mrówce   wydało   się,   że   Pan   Wojtek   mrugnął 

porozumiewawczo okiem właśnie do niego.

Skąd   Pan   Wojtek   wie,   że   właśnie   tak   samo   powiedziałem   wczoraj   wieczorem?   - 

przemknęło   mu   przez   myśl.   -   Przecież   Jarek   na   pewno   mu   nie   powiedział,   a   zresztą 

powiedziałem to tak cichuteńko, że sam ledwo słyszałem. Nic innego, tylko Pan Wojtek musi 

umieć czytać w myślach...

I z tym głębokim przekonaniem ruszył na śniadanie.

background image

Jak się okazało, Pan Wojtek znowu miał rację. Gdy ruszyli gromadą poprzez Rabkę i 

gdy zanurzyli się w las porastający zbocza nadrabczańskich gór, jakoś zupełnie zapomnieli o 

porannym zmęczeniu i o bólu wszystkich możliwych i niemożliwych stawów, mięśni i kości.

A potem było coraz lepiej - nocleg w przytulnym,  choć obszernym  schronisku na 

Turbaczu, skąd rozpościerała się niczym nie zasłonięta panorama Tatr, wieczorne ognisko i 

gawędy Pana Wojtkowe, który posiadał ich spory zapas, nazbieranych przeważnie w rejsach 

na   polskich   statkach,   pełen   kolorów   zachód   słońca   i   rozgwieżdżone   niebo,   nie   zasnute 

dymami fabrycznych kominów i samochodowych spalin.

Drugi etap wędrówki był znacznie dłuższy od pierwszego i wiódł granią Gorców od 

Turbacza przez Kiczorę i Runek na Lubań, a potem u dół przez Kluszkowce do Czorsztyna, 

gdzie dopiero czekał ich nocleg.

Zapowiadała się wielogodzinna piesza wędrówka i dlatego Pan Wojtek zaproponował, 

gdy stanęli dla odpoczynku na Przełęczy Knurowskiej, aby ci, którzy ewentualnie nie czują 

się na siłach,  zeszli  wygodna  ścieżką  w  dół do Dębna nad  Dunajcem  i aby stamtąd,  po 

zwiedzeniu bardzo starego i bardzo pięknego kościółka z XV wieku, przejechali autobusem 

do Czorsztyna. Nikt jednak z całej grupy nie zdecydował się na proponowaną łatwiznę, choć 

teraz,   późnym   już   popołudniem,   prawie   wszyscy   czuli   solidnie   w   nogach   wielogodzinną 

górską wędrówkę.

Na szczęście do Czorsztyna było już rzeczywiście niedaleko i wkrótce można się było 

rozgościć w niewielkich domkach kempingowych rozłożonych nie opodal rwącego z szumem 

Dunajca.

A po kolacji, gdy całą gromadką zasiedli przy obowiązkowym ognisku, okazało się, że 

na tym samym kempingu zatrzymała się grupa studentów z krakowskiego uniwersytetu.

-   Jesteśmy   właściwie   na   wakacyjnej   praktyce   -   wyjaśnił   jeden   ze   studentów   w 

odpowiedzi na pytanie, które zadał oczywiście ciekawski jak zwykle Dzika Mrówka.

- I co praktykujecie? - zapytała może trochę ni w pięć, ni w dziewięć Halinka.

- Jakby to wam tak najprościej wyjaśnić? Zacznijmy od tego, że wszyscy jesteśmy 

studentami   historii   sztuki   i   w   związku   z   tym   prowadzimy   generalną   inwentaryzację 

wszystkiego, co można zaliczyć do dóbr kulturalnych całego województwa. Nasza grupa na 

przykład przegląda i spisuje rozmaite ciekawostki w naddunajcowych wsiach. No i jak coś 

znajdujemy, to się przede wszystkim opisuje, a jak są możliwości, to się też chociaż z grubsza 

konserwuje i zabezpiecza.

- A znaleźliście coś ciekawego? Ale tak naprawdę coś bardzo ciekawego - zapytał z 

wyraźnym   zainteresowaniem   Jego   Brat,   w   którym   oczywiście   natychmiast   obudziły   się 

background image

historyczne zamiłowania i który pamiętał dobrze ciekawe znalezisko w okładce bardzo starej 

księgi w Płocku.

- Czy znaleźliśmy? Też dobre pytanie! - żachnął się student. - Po prostu brak czasu i 

ludzi na opisanie, skatalogowanie i konserwację tego wszystkiego, co tu się dookoła kryje. 

Nie mówię nawet teraz o starych kościółkach, gdzie niekiedy znajdują się prawdziwe skarby, 

jakich   nie   powstydziłoby   się   niejedno   renomowane   muzeum,   ale   nie   macie   pojęcia,   ile 

ciekawych różności kryją w sobie choćby strychy i inne zakamarki wiejskich domów. A to 

obrazy   sprzed   kilku   nieraz   wieków,   a   to   rozmaite   sprzęty   domowego   i   gospodarskiego 

użytku, jakich używano przed wieloma laty, a to schowane głęboko w rodzinnych ozdobnych 

skrzyniach, które już same w sobie są zabytkami i dziełami sztuki, rozmaite dokumenty i 

nadania, niekiedy nawet oznaczone królewskimi pieczęciami i podpisami.

- Królewskimi? - zdziwił się Dzika Mrówka.

- Bywa, że i królewskimi - stwierdził z należną powagą przyszły historyk sztuki - a co, 

myślałeś może, że dawni nasi królowie nie umieli się podpisać? - zażartował.

- Ojejej, Marek, nie przerywaj ciągle - zdenerwowała się Ulka.

- Wcale nie ciągle, ja dopiero pierwszy raz... - bronił się Marek i może coś by tam 

jeszcze   na   swoją   obronę   wymyślił,   ale   inni   płetwonurkowie   uciszyli   go   gwałtownym   i 

niecierpliwym sykaniem.

- A co to za dokumenty w tych starych góralskich skrzyniach? - dopytywał się Jarek - 

Jego Brat z coraz większym zainteresowaniem.

- Rozmaite. A to nadania własnościowe na lasy, pola, góry...

-   Góry???   -   przerwał   znowu   Dzika   Mrówka,   ale   umilkł   natychmiast   skarcony 

szturchańcem przez Ulkę.

- Góry też - przytwierdził student - bo góry kiedyś należały po prostu do górali. I tu w 

Pieninach, i w Gorcach, a i w Tatrach też.

- W Tatrach? - tym razem wyrwała się Ulka z wyraźnie widocznym niedowierzaniem 

w głosie.

- Tam też, choć nie wiem, czy całe Tatry, ale na przykład Giewont do jakiegoś gazdy 

należy - wtrącił się Pan Wojtek.

- I co mu z takiej kupy kamieni? - zdziwił się Dzika Mrówka.

- Bo ja wiem - zastanowił się Pan Wojtek.

- A ja wiem - wyrwał się Drzazga. - Dwa lata temu byłem z rodzicami w Zakopanem, 

to   kiedyś   poszliśmy   na   Giewont,   to   tam   stała   taka   starsza   gaździna   i   ona   sprzedawała 

śmietanę albo herbatę, to ta gaździna mówiła mojej mamie, że cały Giewont to właśnie do 

background image

niej należy i dlatego tylko ona ma prawo sprzedawać pod Giewontem śmietanę albo herbatę 

turystom, a innym gospodyniom to nie wolno i ona nie pozwala, bo to jest jej góra, a mama 

się   spytała,   jak   długo   ona   już   tak   tę   śmietanę   albo   herbatę   sprzedaje   pod   Giewontem   i 

gaździna   powiedziała,   że   chodziła   już   ze   swoją   babcią   jeszcze   przed   pierwszą   wojną 

światową, a wtedy tata spytał, jak długo ten Giewont jest własnością ich rodziny, a gaździna 

odpowiedziała, że bardzo długo, że to król Jan Kazimierz im dał...

Kto wie jak długo jeszcze ciągnąłby Drzazga swoje mocno przydługie zdanie, gdyby 

mu po pierwsze nie zabrakło tchu, a po drugie gdyby mu nie przerwali równocześnie Jarek i 

Pan Wojtek.

- Król Jan Kazimierz? - zapytał Jarek z niedowierzaniem.

- Daj wreszcie skończyć naszemu młodemu historykowi sztuki opowieść o ciekawych 

znaleziskach, bo w ten sposób to nigdy niczego się nie dowiemy - dorzucił Pan Wojtek.

- Kiedy to naprawdę nie ja zacząłem - usprawiedliwiał się Drzazga, ale Pan Wojtek 

machnął ręką i powiedział:

- Mniejsza o to. A pan - tu zwrócił się do opowiadającego studenta - niech się nie 

gniewa na moich płetwowych nurków, bo to strasznie gadatliwe plemię.

- Nic nie szkodzi - roześmiał się przyszły historyk sztuki i jej, jak widać, zapalony 

wielbiciel. - Ja się mogę tylko cieszyć, że temat wzbudza takie zainteresowanie wśród moich 

młodszych  kolegów. A może ktoś z was zachęci się do studiowania tej wspaniałej gałęzi 

wiedzy? Są chętni?

- Może i będą - stwierdził z powagą Jarek, czyli Jego Brat.

- Fakt! - wtrącił Dzika Mrówka i już, już chciał dodać, że Jaro i tak i tak do niczego 

więcej się nie nadaje, ale na szczęście zorientował się, że nie byłoby to wcale grzeczne w 

stosunku do pana studenta i w porę ugryzł się w język.

- No to wracamy do naszych znalezisk - zaczął znów swą opowieść student. - Otóż 

chciałem wam powiedzieć, ale nie zdążyłem na razie, że zupełnie oryginalne i można rzec, 

niezwykłe znalezisko odkryliśmy w olbrzymiej bardzo starej skrzyni na strychu maleńkiego 

dworku, który jest chyba jeszcze starszy niż ta skrzynia. Gdy dotarliśmy do tego dworku, 

przedstawiliśmy   się,   powiedzieliśmy   o   co   nam   chodzi   i   w   końcu   zapytaliśmy,   czy 

właścicielka   nie   ma   czegoś   takiego,   co   by   nas   interesowało.   Staruszka   mieszkająca   już 

zupełnie sama w całym dworku, powiedziała nam:

- A coś tam może i gdzieś jest, ale ja już za stara jestem, żeby wdrapywać się na 

stryszek, to może państwo sami pójdziecie i poszukacie. Tylko że tam może być trochę kurzu, 

bo ja dawno na strychu nie byłam i nikt porządków tam nie robił.

background image

- Kiedy pani tam była? - zapytała któraś z koleżanek.

- Oj, panieneczko, jeszcze za pierwszej Polski - odparła staruszka, a nam się trochę 

zachciało śmiać, po pierwsze z tego powiedzonka staruszki, że to niby między wojnami była 

pierwsza Polska, a teraz jest kolejna, czyli druga, a po drugie, że właścicielka dworku nie była 

na swoim stryszku już co najmniej dobre czterdzieści lat.

No   więc   wleźliśmy   na   stryszek   po   mocno   nadwerężonych   schodach.   Tam 

rzeczywiście wyglądało jak na filmie o duchach i wampirach. Kurzu było wszędzie tyle, że 

dosłownie nasze nogi w nim grzęzły. Pełno było też pajęczyn zwisających w fantastycznych 

frędzlach jak jakieś niesamowite firanki. A pod tym kurzem istna mieszanina. I jakieś stare 

kawałki potłuczonych glinianych garnków, i resztki zegarów, które przestały chodzić może 

jeszcze   za   czasów   Kościuszki,   i   jakieś   szpargały,   zetlałe   ze   starości   gazety,   książki,   i 

przewiązane zbutwiałymi wstążeczkami listy. A gdy się cokolwiek ruszyło, to w powietrze 

wzbijały się istne tumany kurzu, a w nosie wierciło tak straszliwie, że nie można było się w 

żaden sposób powstrzymać  od kichnięcia. No, ale jak się kichnęło, to wzbijały się nowe 

tumany kurzu i tak w kółko Macieju. Już myśleliśmy, że nie damy rady i kilku z nas chciało 

się nawet wycofać z tego niesamowitego stryszku, gdy jeden z grupy, bardziej od innych 

wytrwały - tu opowiadający student zmienił nieco tonację głosu - natknął się w samym kącie 

na olbrzymią  skrzynię zamykaną na takie potężne zamki, że mogły one śmiało służyć do 

zamykania sporej stodoły.

Ponieważ skrzynia  była  zamknięta na głucho, poszliśmy do właścicielki dworku z 

zapytaniem o klucz.

- Klucz? - spytała babcia. - Klucze to tu są. Pełno rozmaitych.

I wyciągnęła zza komody drewnianą całkiem sporą szkatułkę, ozdobioną po góralsku, 

w   której   środku   znajdowała   się   co   najmniej   ze   setka   rozmaitych   kluczy,   kluczyków   i 

kluczysk.

Zabraliśmy się do roboty. Drogą kolejnych eliminacji zostało w końcu pięć czy sześć 

takich kluczy, które ewentualnie mogły pasować do skrzyni, ale żaden z nich nie chciał w 

zamku się obrócić. Męczyliśmy się dobre dwie godziny i już chcieliśmy dać za wygraną, gdy 

zauważyliśmy, że obok dziurki od klucza ochronionej metalową ozdobą znajduje się jakby 

mały kwiatek wykuty z żelaza, który obraca się na swej niby to łodyżce.

I wyobraźcie sobie, że gdy obróciło się ten kwiatek o trzy obroty w prawo, klucz w 

głównym zamku dał się z łatwością przekręcić, choć co prawda z piskiem i zgrzytem, mimo 

że kapnęliśmy do środka parę kropel oliwy.

- To taki starożytny sekretny zamek jak w kasach pancernych! - zawołał zasłuchany w 

background image

niezwykłą opowieść Dzika Mrówka. - Ale heca!

- A żebyś wiedział - przytaknął student. - Jak już mówiłem, sama skrzynia i tym 

bardziej   ten   jej   sekretny  zamek   warte   były   grzebania  na   strychu,   ale   dopiero   gdyśmy   tę 

skrzynię otworzyli z niesamowitym zgrzytem od wieków chyba nie naoliwianych zawiasów...

- Co tam było w środku? - nie wytrzymał Jego Brat.

-   Łatwiej   byłoby   wyliczyć,   czego   tam   nie   było.   Otóż   skrzynia   kryła   prawdziwe 

skarby...

- Skarby?? - płetwonurkowie odezwali się chórem bez żadnego umawiania się i bez 

żadnego sygnału.

- No, nie dosłownie, jak zapewne myślicie - roześmiał się student, ale nie martwcie się 

- dodał widząc zawiedzione mocno miny. - W skrzyni był i staropolski, nawet dość dobrze 

zachowany,   szlachecki   kontusz,   i   czapka   konfederatka   z   końca   XVIII   wieku   i   pięknie 

haftowany strój damski i ryngraf z Matką Boską, Orłem i Pogonią oraz doskonale zachowana 

szabla polska, najprawdopodobniej z okresu konfederacji barskiej, nie licząc innych równie 

ciekawych rzeczy.

- Ale mieliście szczęście! - powiedział z podziwem Pan Wojtek. - Takie znalezisko na 

starym strychu...

- To jeszcze nic. Najciekawsza, przynajmniej dla mnie, rzecz leżała na samym dnie 

skrzyni w zalakowanej skórzanej kopercie. Już sama koperta z tłoczonej skóry to nie byle co, 

a gdyśmy ostrożnie podważyli pieczęć tak, żeby jej - broń Boże - nie uszkodzić, okazało się... 

- w tym  momencie  student przerwał  swoją  opowieść i  powiódł  wzrokiem  po siedzących 

wokół przy ognisku.

- Co się okazało? - nie wytrzymał Dzika Mrówka.

- Okazało się, że jest tam obszerny, własnoręcznie pisany pod koniec XVIII wieku 

pamiętnik   byłego   konfederata   barskiego,   który   po   upadku   powstania   zbrojnego   musiał 

uchodzić z Polski i po wielu peregrynacjach, juk to się wtedy nazywało, trafił aż do Ameryki 

Południowej.

- Do Ameryki Południowej? - zdziwili się wszyscy.

- Tak. Do Południowej. A ściślej mówiąc do hiszpańskiego wicekrólestwa Peru. I tam 

ów dawny przodek obecnej właścicielki starego dworku przeżył całą masę niewiarygodnych 

wręcz przygód. Nie spamiętałem ich wszystkich, bo tych kart pamiętnika było dobre kilkaset, 

ręcznie wykaligrafowanych, ale jedna utkwiła mi szczególnie w pamięci. No bo tak już od 

setek lat bywało, że gdzie się ktokolwiek o swoją wolność dobijał, tam na pewno nie zabrakło 

Polaków. Tak też i nasz konfederat brał w Peru udział w walkach wyzwoleńczych, bo akurat 

background image

nadarzyła się po temu doskonała okazja. Mianowicie w tej kolonii hiszpańskiej wybuchło 

masowe   powstanie   tamtejszych   Indian   pod   wodzą   ich   króla,   niejakiego   -   jak   nawet 

zapamiętałem - Tupak Amaru II. I ten barski konfederat walczył oczywiście w tym powstaniu 

i naturalnie - jako prawy Polak - po stronie uciśnionych, a przeciwko obcym najeźdźcom i 

ciemiężycielom, tak samo zresztą jak w rodzinnym kraju czynił przedtem, nim okoliczności 

zmusiły go do ucieczki.

Z powstania z trudem wielkim udało mu się wynieść cało głowę, potem poniewierał 

się jakiś czas w hiszpańskich więzieniach, a potem w czasie transportu statkiem do Europy 

wpadł w ręce Anglików, którzy z kolei wysłali go do Ameryki Północnej. I wreszcie - po 

wielu latach tułaczki - poprzez napoleońską Francję wrócił ów żołnierz - tułacz do rodzinnych 

stron.

Widać,   że   w   czasie   wieloletnich   peregrynacji   po   dalekich   krajach   majętność   jego 

mocno   podupadła,   na   końcu   bowiem   pamiętnika   jest   coś   jakby   testament.   I   właśnie 

najciekawszy i najbardziej niespodziewany jest ten testament - tu opowiadający zatrzymał się 

na chwilę i dorzucił parę gałęzi do płonącego ogniska.

- A co ten konfederat zapisał w swoim testamencie? - zapytał Jego Brat.

-   Właśnie   -   podjął   znowu   student   historii   sztuki   -   w   tym   miejscu   zaczyna   się 

tajemnica.

- Tajemnica? - zdziwili się płetwonurkowie.

- A tak. Tajemnica, i to w dodatku przez same duże litery. Po prostu TAJEMNICA!

- A jakaż to tajemnica? - zaciekawił się Pan Wojtek.

- Ba! - żeby to ktokolwiek wiedział. Ale na kipu nie ma mądrych.

- Na co nie ma mądrych? - zapytał Dzika Mrówka.

- Na KIPU.

- A co to takiego kipu? - zapytał znów Marek.

-   Nie   wiesz?   -   Jego   Brat   wzruszył   ramionami   -   „kipu”   to   staroindiańskie   pismo 

węzełkowe. - Jarek powiedział to z miną mówiącą: „Także coś, nie wiedzieć o czymś tak 

prostym i pospolitym jak kipu.”

- Pismo węzełkowe? - Dzika Mrówka spojrzał najpierw bacznie na Jego Brata, aby 

sprawdzić, czy nie wpędza go w maliny, a potem pytający wzrok zwrócił w stronę studenta.

- Brawo, chłopcze - powiedział student. - A skąd o tym wiesz?

- Interesowały mnie kiedyś rozmaite pisma. I w ogóle historia - odparł Jego Brat.

- Fakt - przytwierdził tym razem Dzika Mrówka - oczywista sprawa to kipu.

- No, no, nie mądrz się teraz. Nie wiedziałeś tak samo jak i my, co to to całe kipu - 

background image

roześmiał się Szufla.

- Ja? Nie wiedziałem? - zaczął Dzika Mrówka, ale umilkł nagle dojrzawszy wzrok 

Ulki.

- Stop, chłopcy - włączył się Pan Wojtek. - Niech pan nam lepiej powie, co w końcu 

ma kipu wspólnego z testamentem starego barskiego konfederata i inkaskiego powstańca.

- Właśnie. W testamencie nasz podróżnik pisze do swych spadkobierców w nieco 

archaicznej   polszczyźnie,   że   choć   nic   zostawia   im   prawie   żadnych   włości,   jednakże   w 

załączonym kipu kryje się tajemnica Wielkiego Skarbu.

- WIELKIEGO SKARBU??? - zapytali wszyscy chórem.

- Tak - potwierdził student. - I teraz to już dosłownie. Skarbu złożonego ze złota i 

drogich kamieni. A tajemnica tego, gdzie ten skarb schowano, kryje się właśnie w owym 

tajemniczym inkaskim kipu.

- O - student wyjął z kieszeni kartkę papieru - przepisałem parę zdań z pamiętnika 

dotyczących właśnie owego tajemniczego kipu. Posłuchajcie:

„Tak tedy na koniec mego utrudzonego  i rozlicznymi  przeciwnościami  trapionego 

żywota nie dorobiwszy się żadnej fortuny a jeszcze utraciwszy większość majętności mojej, 

przekazuję potomnym tajemnicę wiodącą do bogactw wielkich, o których dowiedziałem się w 

niebezpiecznych bardzo okolicznościach.

Gdy otoczeni przez wojska wicekróla, nadzieję na salwowanie życia swego utraciłem, 

a także towarzyszów moich z królewskiego rodu Inków, którzy przez wieki na tejże ziemi 

górzystej  panowali, od jednego znacznego w ich rodzie, któremum był  życie  uratował w 

poprzedniej potyczce, a teraz na rękach moich ducha oddawał, otrzymałem tajemne pismo z 

węzłów   całe   złożone,   które   w   ich   linguam   nazywane   było   „kipu”,   a   którego   odczytaniu 

dopuszczeni byli tylko pisma owego strażnicy. Tak tedy gdy ów Indianin szlachetny ostatnie 

tchnienie wydawał, wyciągnął zawieszone na szyi pod szatą owo „kipu” i stygnącymi usty w 

te słowa do mnie przemówił:

Jako żeś przybył z dalekiej krainy za wielką wodą, iżby ludu naszego wolności bronić 

a życie  mi ratowałeś, tak teraz w ostatniej mej ziemskiej godzinie nie mam komu mojej 

tajemnicy przekazać, więc tedy daruję ją tobie, byś skarb wielki, którego tajemnica w świę-

tych węzłach jest zamknięta, odnalazł i byś ludowi memu go przekazał, co uczyniwszy, dla 

ciebie i twoich potomnych piąta część należna będzie.

- Jakże ja mam skarbów onych szukać? - zapytałem umierającego.

- W węzłach jest miejsce wskazane.

- Kiedy ja pisma tego nie pojmuję - rzekłem.

background image

- Bo ono tylko dla wybranych przez Boga Słońce. A ja byłem ostatni, co tajemne znał 

znaki   i   nikt   już   ich   po   mnie   nie   odczyta.   Tedy   pilnie   zapamiętaj   sobie,   co   w   węzłach 

zamknięto. A święte kipu tak mówi:

UCIEKAJĄC CORAZ DALEJ...

I tyle  mi zdołał powiedzieć ów Inka uczony, bo w tym  momencie wpadli zbrojni 

Hiszpanie, umierającego na mych rękach życia pozbawili jednym pchnięciem rapiera, a mnie 

- opór stawiającego - stłukli potężnie i rany mi wielkie zadawszy do niewoli pojmali.

I nie dowiedziałem się tedy więcej, jak jeno owe trzy pierwsze słowa, co znaczą w 

rzeczonym „kipu”, które przez wszystkie późniejsze lata ze sobą bez przerwy miałem i do 

późnej   starości   przetrzymawszy,   wam,   spadkobiercy   moi,   przekazuję   i   nakazuję   w 

testamencie odszukać skarb on i wolę mego kompaniona wykonać ściśle.”

Student   przeczytał   testament   barskiego   konfederata   i   cisza   zaległa   wokół 

naddunajcowego   ogniska,   tylko   gałęzie   w   ogniu   trzaskały   i   szumiał   nie   opodal   wartki 

Dunajec.

- No to trzeba odczytać to całe kipu i odnaleźć skarb Inków - odezwał się Dzika 

Mrówka.

- Ba - bąknął przyszły historyk sztuki - ale jak? Bo na razie kipu jeszcze nikt nie 

odczytał. To pismo jest znacznie trudniejsze nawet od egipskich hieroglifów.

- Ale może by ktoś spróbował - nie dawał za wygraną Dzika Mrówka.

- Próbowało już wielu - mruknął student - ale nie udało się nikomu.

- A może by nasza pani od polskiego spróbowała - powiedział powoli i poważnie Jego 

Brat.

- Nasza pani od polskiego? - zdziwił się Dzika Mrówka. - A dlaczego właśnie ona?

- No bo jeżeli Pani odczytuje twoje hieroglify, jakie stawiasz w swoim zeszycie, to 

może by i odczytała pismo węzełkowe. Oba mniej więcej są do siebie podobne. Fakt!

Chóralny śmiech zagłuszył odpowiedź Dzikiej Mrówki.

- No, płetwowe nurki wędrowne! - zawołał Pan Wojtek. - Pięknie panu dziękujemy za 

ciekawą opowieść, ale skarby Inków skarbami, kipu - kipem, a nas jutro czeka przemarsz 

przez Pieniny, a więc przed drogą trzeba się dobrze wyspać. A tu już północ blisko i czasu 

wiele nie zostało. Dobranoc!

-  Dobranoc,   Panie   Wojtku!   -   huknęły  płetwonurki,   a   gromkie   echo   odbiło   się   od 

nocnych skał nad duanjcowym nurtem.

background image

ROZDZIAŁ DRUGI,

W KTÓRYM DZIKIEJ MRÓWCE WPADA DO GŁOWY GENIALNY 

POMYSŁ, A W SPRAWĘ KIPU ZOSTAJE WCIĄGNIĘTY CHŁOPAK Z 

ELBLĄGA

Dzika Mrówka przewracał się bezsennie z boku na bok na twardym, nawet bardzo 

twardym, legowisku w domku kempingowym w petetekowskiej stanicy w Czorsztynie nad 

Dunajcem. Za każdym przewróceniem madejowe łoże skrzypiało niemiłosiernie, a skrzyp ten 

słychać było zapewne aż po drugiej stronie szumiącego Dunajca, jednakże - o dziwo - wcale 

nie przeszkadzało to śpiącemu obok Jarkowi. Co prawda nie można się było dziwić temu za 

bardzo. Jego Brat po pierwsze zawsze odznaczał się niezwykle twardym i mocnym snem, a 

po   drugie   głośne   skrzypienie   łoża   było   skutecznie   zagłuszane   przez   jeszcze   głośniejsze 

chrapanie śpiącego chłopca.

Jak on może spać? - zżymał się Dzika Mrówka. - W takiej sytuacji??? - W głowie 

Marka   panował   bowiem   w   tym   momencie   istny   mętlik   i   wypełniona   była   (owa   głowa) 

tysiącami najprzeróżniejszych myśli, które goniły się nawzajem, zagłuszały i tłumiły, a w 

ostatecznym efekcie Dzika Mrówka wcale, ale to wcale nie mógł zasnąć.

Rojowisko Markowych myśli kręciło się w zasadzie wokół jednego tylko słowa, a 

słowem tym było:

KIPU

To niebywała sprawa - rozmyślał Dzika Mrówka już od momentu, gdy odeszli od 

ogniska  - skarb królewski  Inków...  Przecież  w  Peru  złota  było  wszędzie   pełno.  Niektóre 

świątynie   miały   nawet   dachy   kryte   złotymi   blachami.   Olbrzymie   koła,   całe   ze   złota, 

wyobrażały Boga - Słońce. Ozdoby, pierścienie, łańcuchy i rozmaite naczynia też były ze 

złota.

- Jarek, którego to króla indiańskiego mieli wykupić za złoto z hiszpańskiej niewoli? - 

szarpnął leżącego obok brata.

- Co? Co się stało? - Jego Brat usiadł na skrzypiącym łożu i półprzytomnie rozglądał 

się wokół.

- Nic się nie stało - mruknął Dzika Mrówka - a dlaczego niby miało się coś stać?

- To po co mnie budzisz, jeżeli nic się nie stało? - ziewnął Jego Brat.

- Chciałem się zapytać...

- O co? Teraz? W nocy? - zdziwił się Jarek.

- To co, że w nocy, kiedy akurat mi jedna myśl przyszła do głowy.

background image

- Jaka znowu mysz? - zdziwił się Jarek, Dzika Mrówka bowiem mówił szeptem.

- Nie mysz, tylko myśl mi przyszła do głowy.

- Tobie? - zdziwił się Jarek zupełnie szczerze. - Myśl?

- Żebym cię nie musiał... - zdenerwował się Dzika Mrówka.

- To po co mnie w końcu budzisz?

-   Chciałem   cię   zapytać,   jakiego   to   króla   Inków   wykupić   mieli   za   złoto   z   rąk 

Hiszpanów.

- Króla Inków? - ziewnął Jego Brat. - Oczywiście, że Atahualpę - mruknął znudzonym 

tonem, w którym czuć było wyraźne zdziwienie, że nie wie się czegoś tak bardzo prostego, i 

odwrócił się ze skrzypem łoża do ściany, zasypiając natychmiast.

- Atahualpa - przypomniało się teraz Dzikiej Mrówce, że kiedyś czytał książkę na ten 

temat. Książka miała bardzo ładny tytuł, chyba „Królestwo złotych łez”, i była w niej opisana 

historia podboju Peru przez hiszpańskich najeźdźców pod wodzą Francisca Pizarro. On to 

właśnie schwytał do niewoli podstępem króla Inków, owego Atahualpę, a potem zebrał zań 

okup w postaci złotych przedmiotów wypełniających salę, w której więziono króla, aż do 

wysokości, do jakiej sięgał więzień wyciągając rękę nad głową.

Przypuśćmy, że król był wysoki - myślał sobie teraz Dzika Mrówka. - No, na przykład 

taki   jak   mój   tata,   który   mierzy   przeszło   jeden   metr   i   osiemdziesiąt   centymetrów,   to 

wyciągniętą ręką w górę można sięgnąć przeszło dwa metry. Ho, ho!

A może nawet dwa i pół metra - rozmyślał w dalszym ciągu Marek - jeżeli ten cały 

Atahualpa miał długie ręce. I gdy mu Hiszpanie - kazali stanąć na palcach.

Dwa i pół metra!  Ho, ho, ho!  Toż to olbrzymia  ilość złota - podniecał się Dzika 

Mrówka.

Ale, ale - zreflektował się po chwili i przewrócił niecierpliwie na łóżku, które jęknęło 

pod nim nieomal ludzkim głosem - jak duża była ta sala? Jaki tam był wtedy metraż, w tym 

inkaskim Peru?

Chyba nielichy - rozmyślał nadal. Pewno w królewskim zamku w stolicy Inków były 

pokoje większe niż w naszym M3 lub M4 - przypomniał sobie niezbyt duży pokój w ich 

rodzinnym mieszkaniu zajmowany razem z Jego Bratem.

- Jarek, hej Jaro!! - zawołał półgłosem szarpiąc brata za ramię.

- Hę! hę? Co się stało? - Jarek chrapnął przeraźliwie i poderwał się gwałtownie na 

petetekowskim wyrku aż huknął głową w nisko wiszący dach kempingowego domku.

- O rany! - jęknął Jarek, który w tym momencie dojrzał wszystkie gwiazdy. I te, które 

akurat świeciły na ciemnogranatowym nocnym niebie i tysiące innych, znacznie większych i 

background image

jaśniejszych.

- Co się stało? - powtórzył rozcierając bolącą głowę.

- Jaro, jakie były wymiary tamtego pokoju?

- Jakiego znów pokoju?

- No tego, w którym Hiszpanie trzymali Atahualpę.

- Atahualpę? Tak w przybliżeniu pięć na siedem metrów - mruknął Jarek i padłszy na 

skrzypiące łoże zasnął natychmiast.

- O, rany! - jęknął tym razem Dzika Mrówka ze zdziwienia - tyle złota!

Jeżeli Atahualpa mógł aż tyle złota dać za swój okup - rozmyślał dalej Dzika Mrówka 

- to ile musieli Inkowie schować przed najeźdźcami? Pewno ze dwa, no może trzy razy tyle. 

A niechby było choćby i drugie tyle i o w tamtej królewskiej izbie.

Ho, ho, ho! - Marek otworzył szeroko oczy jakby usiłował w ciemnościach dojrzeć tę 

ogromną masę złotych przedmiotów, ale nie starczyło mu wyobraźni i poczuł, że zakręciło 

mu się w głowie.

Powoli, powoli - uspokoił sam siebie - pomyślmy po kolei i nie dajmy się zwariować - 

przemawiał cichutkim szeptem.

Postanowił   w  myślach  odtworzyć opisane  w  owym   tajemniczym   kipu  wydarzenia 

sprzed  wieluset   lat.  Oto  przez  piaszczyste   pustynie,   przez  tropikalne  lasy,   przez  wysokie 

pokryte   wiecznym   śniegiem   niedostępne   góry   ciągnie   olbrzymi   tłum   Indian.   Idą   całymi 

rodzinami, razem z kobietami i dziećmi, niosą cały swój dobytek, naczynia, namioty, jakieś 

koce   do   przykrywania   się.   Prowadzą   domowe   zwierzęta,   jednym   słowem   prawdziwa 

wędrówka ludów. Długi, bardzo długi wąż złożony z dziesiątków tysięcy ludzi ucieka przed 

okrutnymi białymi najeźdźcami w niedostępne, odludne części tropikalnego Peru.

A  między  nimi uchodzi  też   jakiś  wódz, a  może  nawet  to  jakiś  król  albo  chociaż 

członek królewskiego  rodu,  co  poznać  można  po  wspaniałym  wielobarwnym  ubiorze,   po 

złotych ozdobach i przede wszystkim po szacunku i uwielbieniu jego poddanych, którzy za 

każdym razem, gdy zbliżają się do przywódcy, padają na ziemią i biją pokłony jak jakiemuś 

bóstwu.

A za lektyką, w której wędruje król, idą oddziały uzbrojonych wojowników, a wśród 

nich setki tragarzy i setki jucznych zwierząt uginających się pod wielkimi pakami i workami. 

A w  pakach i worach złote naczynia,  drogie kamienie,  złote i srebrne figury rozmaitych 

dziwacznych bożków, pierścienie i bransolety.

Dzika Mrówka znowu otworzył oczy. Szeroko, bardzo szeroko, jakby chciał dostrzec 

wszystkie   unoszone   skarby.   Tymczasem   dojrzał   przez   szpary   kempingowego   domku 

background image

błyszczące na niebie gwiazdy.

Jak   inkaskie   diamenty!   -   przyszło   mu   do   głowy   porównanie.   -   I   pewno   tych 

diamentów gdzieś tam tyle, ile tu gwiazd na niebie!

No   i   pomyśleć,   że   tajemnicę   takich   skarbów   kryje   w   sobie   parę   zwykłych 

sznureczków z jeszcze zwyklejszymi węzełkami! - mruknął półgłosem. - Jakby tu odczytać to 

dziwaczne, do żadnego niepodobne pismo?

Leżał tak przez chwilę z otwartymi szeroko oczyma zupełnie spokojnie, co już samo 

przez się było dowodem nadzwyczajnego skupienia, normalnie bowiem Dzika Mrówka nie 

mógł ani chwili usiedzieć na miejscu, a Tata nieodmiennie twierdził, że syn musiał w swej 

wczesnej młodości najwidoczniej połknąć jakąś sprężynę od zepsutego zegarka i teraz mu 

przez przerwy to się sama nakręca, to znów się jeszcze szybciej rozkręca.

- Zaraz, zaraz! - krzyknął nagle nieomal na cały głos i poderwał się zapomniawszy, że 

dach domku jest tuż, tuż nad skrzypiącym wyrkiem. Huknął się tedy potężnie w głowę, ale 

prawdę mówiąc wcale na to nie zwrócił uwagi i nawet nie zauważył dodatkowych tabunów 

gwiazd, jakie ukazały mu się w oczach.

- Co?? Hę... - mruknął przez sen Jarek i nawet na kilka sekund przerwał rozgłośne i 

regularne chrapanie.

Marek jednak nie zwrócił w tym momencie nawet najmniejszej uwagi na swego brata 

bliźniaka, do głowy bowiem wpadła mu genialna myśl.  - Przecież niedawno czytałem  w 

„Dzienniku Bałtyckim” artykuł o jakimś chłopcu, uczniu jednej z elbląskich szkół, który - ku 

zdumieniu i podziwowi poważnych uczonych z wielu krajów świata - odczytał jakieś bardzo 

stare, bardzo dziwne i niezwykle trudne pismo. Więc może by i kipu?...

- Jaro! Heej!!! Jaro!!! - wrzasnął Dzika Mrówka, przytrzymując jednocześnie głowę 

swego brata bliźniaka, aby go ponownie nie narazić na uderzenie tejże o dach. Ile było w tym 

geście braterskich uczuć, a ile obawy o całość kempingowego domku, nie wiadomo, dość że 

tym razem Jarek został obudzony po raz już trzeci w ciągu ostatnich nocnych godzin.

-   Co   znowu?   -   mruknął   zupełnie   przytomnym   głosem   i   wcale   nie   wydawał   się 

zdziwiony kolejnym wybrykiem swego niepoprawnego brata.

-   Pamiętasz   tego   chłopaka   z   Elbląga,   który   odczytał   jakieś   tam   pismo?   -   zapytał 

podekscytowany Dzika Mrówka.

- Nie jakieś tam pismo, a pismo z Wyspy Wielkanocnej - sprostował Jarek, jak zwykle 

dokładny i flegmatyczny.

- Mniejsza o to, ale czy pamiętasz jego imię i nazwisko? - denerwował się Marek.

- A dlaczego miałbym nie pamiętać? - zdziwił się Jarek i wyrecytował nic tylko imię i 

background image

nazwisko,   ale   też   i   nazwę   szkoły   w   Elblągu,   do   której   młodociany   badacz   Wyspy 

Wielkanocnej uczęszczał. - Tylko nie wiem, po co ci to potrzebne - dorzucił.

- Jak to, po co? Przecież on może odczytać nasze kipu!

- Nasze? - powtórzył Jarek.

-   No...   mniejsza   o   to,   czy   nasze   -   zreflektował   się   Marek   -   ale   może   mógłby 

odczytać...

- Może i mógłby. Fakt! - zgodził się Jarek.

- No to trzeba zaraz uruchomić odpowiednią akcję. - Dzika Mrówka poderwał się ze 

swego niemiłosiernie skrzypiącego łóżka.

- Teraz? - zaprotestował Jarek. Spojrzał na fosforyzujące  w ciemności wskazówki 

zegarka. - Nie sądzisz, że druga w nocy to mało odpowiednia pora na cokolwiek poza snem? - 

zapytał wyraźnie sennym głosem.

- O rany! - odezwał się Dzika Mrówka, a w tym słowie zawarty był podziw i dla 

encyklopedycznych wręcz wiadomości Jego Brata, i dla jego niczym niezmąconego spokoju, i 

oburzenie, że się wcale nie przejmuje tak emocjonującą sytuacją, i zdumienie, że można tak 

natychmiast zasypiać, z sąsiedniego bowiem łóżka dobiegło już równomierne pochrapywanie.

- Fakt! - mruknął ostatecznie Dzika Mrówka, który w końcu przyznał rację śpiącemu 

bliźniakowi, że jednak z rozwinięciem akcji należy mimo wszystko poczekać do ranka.

Co też tam może być w tym kipu? - zaczął znowu rozmyślać Marek i tak rozmyślając 

nawet sam nie wiedział kiedy usnął młodzieńczym, twardym jak kamień snem.

Ranek wstał rześki, słoneczny i kolejny dzień wędrówki zapowiadał się pięknie, co 

było   niezwykle   ważne,   jako   że   właśnie   dziś   płetwonurkowa   grupa   wędrowna   miała 

zaplanowany spływ tratwami z Czorsztyna do Szczawnicy przez przełom Dunajca.

Dzika   Mrówka,   dobudzony   z   trudem   przez   Pana   Wojtka,   poderwał   się   wszakże 

błyskawicznie i pomijając nieskomplikowany zabieg porannego, zresztą wielce pobieżnego, 

mycia, pobiegł do domków zajmowanych przez grupę praktykantów studenckich.

Odnalazł narratora z wczorajszego ogniska i natychmiast powiedział mu wszystko, co 

wymyślił w czasie bezsennych godzin nocnych.

- Mówisz, że w Elblągu mieszka takie „cudowne dziecko” archeologii? - w głosie 

Studenta słychać było wyraźnie ton powątpiewania.

- Może nie „cudowne dziecko”, ale to, co opowiadam, to najprawdziwsza prawda - 

zaperzył się Dzika Mrówka. - Zresztą może pan spytać Jara.

- A kto to taki? - zainteresował się student.

- Jak to kto? Oczywiście mój młodszy brat. Zresztą bliźniak - wyjaśnił Dzika Mrówka.

background image

- No więc ostatecznie jak? - roześmiał się przyszły historyk sztuki - albo bliźniak albo 

młodszy. Zresztą mniejsza z tym, wróćmy do naszego chłopca z Elbląga - zastanowił się - 

jeżeli jest tak, jak mówisz, to może warto by spróbować. Choć, prawdę mówiąc, nie rokuję 

wielkich nadziei, ale...

- No właśnie - podtrzymał Marek.

-   Tak   czy   inaczej,   trzeba   się   spytać   mojego   Profesora,   który   jest   szefem   naszej 

poszukiwawczej grupy. Pogadamy i zobaczymy, co się da zrobić.

Pogadali i okazało się, że Profesor przychylił się jak najbardziej do projektu Dzikiej 

Mrówki.

-   W   nauce   -   powiedział   Profesor,   starszy   już   mocno,   ale   bardzo   jeszcze   rześki   i 

wysportowany   mężczyzna,   o   wspaniałej   brodzie,   która   w   zupełności   kompensowała 

kompletny   brak   włosów   na   łysej   jak   kolano   profesorskiej   głowie   -   w   poszukiwaniu 

odpowiedzi   na   wciąż   stawiane   przez   samego   siebie   pytania   nie   wolno   pomijać   żadnej 

możliwości jej odnalezienia. Uczeń z Elbląga - powiadasz, chłopcze - Profesor popatrzył 

badawczo na Dziką Mrówkę. - Słyszałem o tym podobno utalentowanym młodym człowieku 

i wiem, że nawet go gdzieś zapraszano za granicę. Na zjazd, konferencję czy coś takiego. A 

sam   pomysł   jest   dobry.   Szczególnie,   że   muszę   się   przyznać,   iż   ja   osobiście   nie   mam 

wielkiego   pojęcia   o   tajemniczym   kipu.   Nigdy   zresztą   się   w   swoim   życiu   tym   nie 

zajmowałem, choć wiem, że sprawa jest niezwykle, trudna.

- Im trudniejsza, tym ciekawsza, panie profesorze - nie wytrzymał w tym momencie 

Dzika Mrówka.

- A tak, tak - przytaknął Profesor - w tym wypadku masz, drogi chłopcze, całkowitą 

rację. Mnie przez całe życie interesowały rzeczy tylko naprawdę trudne. Bo tylko pokonanie 

czegoś trudnego daje prawdziwą i pełną satysfakcję - zakończył sentencjonalnie.

Ostatecznie   stanęło  na  tym,  że  grupa  studentów  przygotuje  do  wieczora  dokładne 

fotografie znalezionego w starej skrzyni kipu, a fotografie te wraz z odpowiednim listem 

wyśle Dzika Mrówka wraz z Jego Bratem do chłopca z Elbląga na adres jego szkoły.

Studenci zajęli się zatem przygotowaniem odpowiedniej dokumentacji, a płetwonurki 

wędrowne   tymczasem   ruszyły   tratwami   w   gardziel   przełomu   Dunajca.   Tak   się   przy   tym 

złożyło, że poza Panem Wojtkiem nikt jeszcze z całej grupy nie był w tych okolicach i nikt 

nie płynął tratwami Dunajcem. Zresztą Pan Wojtek też tratwą nie płynął, znał jednak Przełom 

Dunajca z międzynarodowych spływów kajakowych, w których co roku niemal od wielu już 

lat brał czynny udział.

Ruszyli   tedy   wszyscy   wesołą   gromadą,   a   że   trafili   na   bardzo   utalentowanego 

background image

gawędziarza w osobie jednego z flisaków, który całą drogę umilał im opowiadaniem starych 

ciekawych legend góralskich związanych  z Przełomem Dunajca, usłyszeli wiele historii o 

słynnym Janosiku, zbójniku, który w tych właśnie okolicach dokonywał swoich walecznych 

czynów, o walkach górali z wrogami w czasach szwedzkiego potopu i podczas konfederacji 

barskiej i wiele, wiele innych.

Płynęli tak zasłuchani w góralskie gadki starego flisaka i szum wartko rwącej rzeki, 

zapatrzeni w mijane malownicze i zmieniające się co chwila brzegi i zachwyceni pięknem 

polskiej ziemi, aż za którymś tam z kolei gwałtownym zakrętem, gdy Dunajec wrzynał się w 

jeszcze piękniejszą niż poprzednie skalistą gardziel, Dzika Mrówka stwierdził:

- Tego się nie da opisać, TO TRZEBA SAMEMU ZOBACZYĆ!

- A ja stawiam wniosek, że spływ  Dunajcem musi być w każdej szkole w Polsce 

zaliczony do LEKTUR OBOWIĄZKOWYCH! - dorzuciła Ulka.

- FAKT! - zgodził się Jego Brat.

- Fakt! - potwierdził w duchu autor tej książki piszący te słowa i zdecydował, żeby 

zamiast opisu Przełomu Dunajca zachęcić wszystkich młodych Czytelników do pojechania i 

do zobaczenia WŁASNYMI OCZYMA, co też niniejszym czyni.

background image

ROZDZIAŁ TRZECI,

W KTÓRYM KIPU ZACZYNA PRZEMAWIAĆ LUDZKIM, CHOĆ 

ZAGADKOWYM JĘZYKIEM

Gdy   płetwonurkowie   z   obozu   wędrownego   dotarli   wieczorem   do   Czorsztyna,   po 

przepłynięciu   bowiem   tratwami   przełomu   Dunajca   dalszy   plan   przewidywał   przemarsz 

powrotny poprzez Sokolicę i Trzy Korony, okazało się, że materiały dla Chłopca z Elbląga 

nie   są  jeszcze   gotowe.   Wprawdzie   schły  już   fotografie   kipu,  jednakże   po   ich   obejrzeniu 

Profesor uznał, że płaskie zdjęcie całości nie jest dostatecznie czytelne. Po prawdzie Dzika 

Mrówka pomyślał w tym momencie, że - jak na razie - to chyba o jakiejkolwiek czytelności 

nie może nawet być mowy, nic jednak nie powiedział, onieśmielał go bowiem zarówno wiek 

Profesora, jak też jego potężna siwa broda oraz nie mniej potężna łysina.

Profesor zatem zdecydował, że zostaną wykonane fotografie oddzielnych sznurków z 

węzłami i to każdego z dwóch, a nawet może z czterech stron, aby otrzymać jak najbardziej 

plastyczne odwzorowanie oryginału.

Te wszystkie decyzje opóźniły znacznie przygotowanie odpowiedniego materiału dla 

przyszłych badań Chłopca z Elbląga. Ostatecznie ustalono, ze Profesor prześle go na ręce 

Pana Wojtka, który też zapalił się do pomysłu Dzikiej Mrówki, a dalszym ekspediowaniem 

zajmie się płetwonurkowa młodzież.

Młodzi wędrowcy ruszyli więc dalej górskimi ścieżkami, przez lasy i łąki, wzdłuż 

koryt rzek i potoków przez Pieniny, Szczawnicę i Rytro aż do Krynicy, a po powrocie do 

domowych pieleszy Pan Wojtek zastał już czekającą nań fotograficzną przesyłkę.

- No, to róbcie dalej, co do was należy. - Pan Wojtek wręczył pakiet fotografii Dzikiej 

Mrówce na normalnym treningu na basenie w Szkole Morskiej.

Następnego   dnia   w   domu   Dzikiej   Mrówki   i   Jego   Brata   zebrała   się   grupka 

płetwonurków, aby wspólnie spłodzić odpowiedni list do Chłopca z Elbląga, którego przecież 

nikt z zebranych osobiście dotychczas nie znał.

- Najważniejszy jest początek - powiedziała Ulka, która też uczestniczyła w zespole 

redakcyjnym BARDZO WAŻNEGO LISTU.

- No to jak zaczniemy? - zastanowił się Jarek.

- Może po prostu „Szanowny Kolego” - zaproponowała Ula.

- Eee, to zbyt normalnie - skrzywił się Dzika Mrówka - za prosto na taką WAŻNĄ 

SPRAWĘ - stwierdził.

- A gdybyś ty miał zacząć, to co byś napisał? - zapytała Ula.

background image

- Ja to bym zaczął poważniej. Na przykład MISTRZU albo jeszcze lepiej UCZONY 

MISTRZU.

- Przesadzasz... - roześmiała się Ulka.

- Nic nie przesadzam - zaperzył się Marek. - Jego zaprosili nawet za granicę. I to kto? 

Jacyś bardzo poważni uczeni różnych narodowości. Jak mu napiszemy „Szanowny Kolego”, 

to może się obrazić. Przecież tak to może do niego piszą Profesorowie. Z siwymi brodami na 

przykład...

- I z łysiną - dorzuciła Jadźka i roześmiała się właściwie nie wiadomo dlaczego, jak to 

Jadźka.

- No więc ostatecznie jak? - zastanawiała się Ulka.

- Żeby wilk był syty i owca cała to może napisać: „Szanowny Uczony Kolego” - 

odezwał się milczący Jarek. - I proponuję, żebyśmy w końcu zaczęli pisać, bo inaczej to nam 

czasu do jutra nie starczy. Fakt!

Ostatecznie po wielu poprawkach i skreśleniach spłodzono wspólnie list do Chłopca z 

Elbląga, który w ostatecznej swej wersji brzmiał tak:

Szanowny Uczony Kolego!

My,   grupa   płetwonurków,   zwracamy   się   do   Szanownego   Uczonego   Kolegi   z 

następującą prośbą. Otóż w czasie letniej wędrówki po górach napotkaliśmy obóz studencki 

poszukujący rozmaitych zabytków polskiej kultury i sztuki. I ci studenci odkryli w jednym z 

dworków bardzo starą skrzynię, a w skrzyni znaleźli pamiętnik konfederata barskiego, który 

zawędrował w swym życiu aż do Peru. Po wielu przygodach i po powrocie do kraju ów 

konfederat opisał swoje życie, a swym potomkom przekazał bardzo tajemniczy testament, 

którego wierny odpis przesyłamy w tym liście, jak też i zdjęcia znalezionego w starej skrzyni 

inkaskiego kipu.

Ponieważ Szanowny Uczony Kolega wsławił się już odczytaniem bardzo trudnego 

pisma z Wyspy Wielkanocnej, o czym z wielką radością czytaliśmy w naszej gazecie, mamy 

wielką prośbę, aby Szanowny Uczony Kolega zechciał odczytać i nasze kipu i wierzymy, że 

Szanownemu Uczonemu Koledze to się na pewno uda.

Przesyłamy serdeczne pozdrowienia

i czekamy na odpowiedź

MŁODZI PŁETWONURKOWIE

Pod listem podpisali się wszyscy obecni, a więc Marek, Jego Brat, czyli Jarek, dalej 

background image

Ulka i Jadźka oraz Baleron, Drzazga, Szufla, Halina i inni.

List   wraz   z   załącznikami,   czyli   odpisem   odpowiedniego   fragmentu   pamiętnika 

barskiego   konfederata   i   wszystkimi   odbitkami   zdjęć   kipu   zapakowano   do   dużej   szarej 

koperty,  na  której  napisano imię  i  nazwisko Chłopca  z Elbląga oraz  adres jego  szkoły i 

wysłano jako list wartościowy.

Gdy Marek nadawał nazajutrz ten list na poczcie wraz ze swym bratem bliźniakiem, 

Pani Urzędniczka zza okienka spytała Dziką Mrówkę:

- A jaka jest wartość tej przesyłki?

- Ho, ho - odrzekł Dzika Mrówka.

- Nie rozumiem - powiedziała Pani Urzędniczka.

- Powiedziałem, że może być bardzo duża - Marek pospieszył z wyjaśnieniem.

-   Jak   to?   Co   to   znaczy   może   być?   -   zdziwiła   się   Pani   Urzędniczka.   -   Mnie   nie 

interesuje, jaka może być, dla mnie jest ważne, jaka jest.

- Kiedy tak jest naprawdę - upierał się Marek - niech Pani spyta mego młodszego 

brata, zresztą bliźniaka.

- Fakt!! - potwierdził Jarek i właściwie nie było wiadomo, czy potwierdza on wartość 

przesyłki, czy że zgadza się, że jest młodszym bratem bliźniakiem.

- Nie zawracajcie mi głowy,  chłopcy - zdenerwowała się Pani Urzędniczka - inni 

klienci czekają.

- No to niech będzie sto złotych - zdecydował Marek - ale lepiej może dwieście - 

dodał szybko po chwili.

- Wiesz co, Jaro - powiedział do brata Marek, gdy już wyszli z poczty - a może lepiej 

było zamiast zdjęć, zrobić samemu dokładną kopię kipu i wysłać teraz do Elbląga.

- Eee - skrzywił się Jego Brat - kto by tam potrafił.

- Można było spróbować - zaczął Marek.

- No to dlaczego nie spróbowałeś - zapytał Jarek.

- Bo mi to dopiero teraz przyszło do głowy - zmartwił się Dzika Mrówka. - A jeżeli 

Chłopak z Elbląga nie da rady odczytać z fotografii, to co wtedy?

-   Na   razie   to   zmartwienie   Chłopca   z   Elbląga   -   stwierdził   spokojnie   Jarek.   - 

Zobaczymy, co mu się uda. Teraz musimy zaczekać.

- Fakt! - tym razem przytaknął Dzika Mrówka.

Istotnie.   I   Dzikiej   Mrówce,   i   Jego   Bratu,   i   innym   członkom   wędrownego   obozu 

płetwonurków wraz z Panem Wojtkiem na czele nie pozostawało obecnie nic innego jak 

spokojne czekanie. Miął jednak jeden tydzień i drugi, wreszcie przeszedł cały miesiąc, a z 

background image

Elbląga nie nadchodziła żadna wiadomość.

- Miciu! - wołał codziennie Dzika Mrówka, wpadali jak burza do domu ze szkoły - 

Nie było do nas listu z Elbląga?

- Ani z Elbląga, ani z żadnego innego miasta - odpowiadała niezmiennie Mama, która 

oczywiście była wtajemniczona w całą sprawę, ale nie wyrażała wiele nadziei na pozytywne 

zakończenie elbląskiej ekspertyzy.

-   To   ma   być   pismo?   -   zdziwiła   się,   gdy   ujrzała   po   raz   pierwszy   fotografie 

tajemniczego kipu. - Przecież toto zupełnie przypomina robótkę na drutach albo na szydełku. 

Niedawno   widziałam   na   wystawie   nowoczesnego   gobelinu   w   Sopocie   kropka   w   kropkę 

podobną makatkę.

- Eee - skrzywił się z niedowierzaniem Dzika Mrówka. - Kropka w kropkę?

- No, może nie kropka w kropkę, ale węzełek w węzełek - roześmiała się Mama - 

Micia - bo makatka właśnie była taka sznurkowo - węzełkowa. Zresztą idźcie sami zobaczyć. 

Zawsze mówiłam, że za mało interesujecie się sztukami pięknymi. Zwłaszcza ty, Marku, bo 

Jarek to co innego, przynajmniej dużo czyta.

- Ojejej, mamo, że też mama zawsze musi coś przeciwko mnie. A ja to niby nie 

czytam?   Sama   mama   mówiła,   że   za   dużo,   kiedy   czytałem   książki   żeglarskie   albo 

płetwonurkowe.

-   No,   niby   racja   -   przyznała   Mama   -   ale   nie   masz   żadnej   wytrwałości   ani 

systematyczności. Najpierw czytasz bez opamiętania, a potem długie miesiące zupełnie nic. 

Nie to co Jarek.

- A co, mamo, to moja wina, że ciągle coś innego mnie interesuje? A teraz tylko 

czekam, co Chłopak z Elbląga odcyfruje. Wtedy mama zobaczy, że zacznę znowu czytać.

- Żeby tylko odcyfrował, bo mnie się wydaje to zupełnie niemożliwe. Takie supełki - 

Mama z wyraźnym powątpiewaniem pokiwała głową.

- Kiedy Chłopak z Elbląga jest bardzo zdolny i nie takie rzeczy potrafi - zaperzył się 

Marek. - A Mama niech lepiej nie zapesza.

- Może on i jest bardzo zdolny - zgodziła się Mama - ale takie węzełki - supełki...

Prawdę mówiąc Dzika Mrówka wcale nie był jednak tak bardzo pewny, czy Chłopak z 

Elbląga poradzi sobie z pismem, którego przecież nie mogli odczytać nie byle jacy uczeni, i 

po miesiącu daremnego oczekiwania postanowił wysłać do Chłopca z Elbląga drugi list z 

zapytaniem.

- Bo może ten pierwszy przepadł - zwierzył się któregoś dnia Ulce.

- Eee, dlaczego by miał przepaść. Przecież był polecony.

background image

- To może jeszcze nie doszedł?

- Do Elbląga? Przecież to zupełnie blisko.

- To nic nie znaczy, że blisko. Dla poczty nic ma trudnej sprawy. W jakiejś gazecie 

czytałem, że na przykład w Anglii list szedł z jednej dzielnicy Londynu do drugiej przez 

dwadzieścia cztery lata!

- No, ale w końcu doszedł - roześmiała się Ula.

- Ba - Marek chciał coś jeszcze powiedzieć, ale w końcu też się roześmiał i po chwili 

dodał - Fakt!

Niemniej jednak następnego dnia wysłał - w tajemnicy nawet przed Jarkiem - list z 

uprzejmym zapytaniem, czy Chłopiec z Elbląga otrzymał zdjęcia kipu i jak mu idzie praca 

nad odczytywaniem tajemniczej treści.

W   trzy   dni   później   Micię,   pogrążoną   w   studiowaniu   zupełnie   nowego   przepisu 

wspaniałego ciasta, wyrwał z zamyślenia dzwonek u drzwi.

- Kto może być o tej porze? - zdziwiła się spojrzawszy na ścienny zegar z wahadłem.

Dzwonił listonosz, stary zresztą Mamy znajomy, który nigdy nie omieszkał u niej 

odpocząć, parę słów zamienić, a często i herbatę wypić pojadając czymś słodkim.

- Co dziś tak wcześnie, panie Ignacy? - zdziwiła się Mama - Micia.

-   A   bo   dziś   zastępuję   roznosiciela   telegramów,   proszę   łaskawej   pani.   -   Listonosz 

podkręcił siwego wąsa i sięgnął do niewielkiej podręcznej skórzanej torby.

- Jezus Maria - cofnęła się Mama. - Telegram???

- Ano, telegram - potwierdził listonosz. - Ale nic złego - dodał szybko widząc, że 

Mama dziwnie zbladła - bo na poczcie jak telegram, no wie pani, to mówią od razu. żeby 

odpowiednio wręczyć.

Treść telegramu brzmiała niezwykle zagadkowo:

KIPU   WRESZCIE   ZACZYNA   MÓWIĆ   STOP   CIERPLIWOŚCI   STOP 

POZDROWIENIA STOP

TUPAK AMARU

Mama   poprosiła   machinalnie   pana   listonosza   do   kuchni   na   herbatę.   Pan   Ignacy 

podkręcił sumiaste wąsy i zasiadł za stołem.

- Chwileczkę czasu mam, bo to był ostatni telegram - powiedział - ale niedługo, bo 

muszę wracać na pocztę po nową porcję, która może tymczasem nadeszła. A wiadomość 

dobra, łaskawa pani? - zapytał z zainteresowaniem, mieszając łyżeczką cukier w szklance 

herbaty.

Mama - Micia przeczytała ponownie telegram na głos.

background image

- Dziwny jaki - stwierdził pan Ignacy. - Ja bardzo przepraszam łaskawą panią, ale skąd 

takie niezwykłe imię i u dziecka, i u tego nadawcy.

- Jakie imię? - zdziwiła się Mama.

- No, tego dziecka, które wreszcie zaczyna mówić. Kipu. Teraz, to za przeproszeniem 

łaskawej pani, ludzie dają swoim dzieciom najdziwaczniejsze imiona. Na przykład znajomi 

dali dziewczynce Olimpiada, ale oni oboje to tacy zapaleni sportowi kibice, że nie daj Boże. 

A jednemu chłopcu, proszę łaskawej pani, to dali jeszcze gorsze imię... Ale żeby Kipu, to 

czegoś takiego naprawdę nie słyszałem.

- Kiedy to wcale nie imię - zdołała wtrącić Mama.

- Hę, łaskawa pani? - pan Ignacy odstawił szklankę z niedopitą herbatą i pogłaskał 

siwe wąsy. - Powiada pani, że nie imię? To może i ten jakiś Tupak Amaru to też ani imię, ani 

nazwisko?

- Tak prawdę mówiąc to sama nie wiem, co ma znaczyć ten podpis - roześmiała się 

mama.

- Hę, że niby jak? - zdumiał się szczerze pan Ignacy - to znaczy, że łaskawa pani 

otrzymuje telegram i nie wie od kogo?

- Trochę wiem. Bo jeżeli chodzi o kipu, to jest to takie specjalne indiańskie pismo. 

Węzełkowe - poczęła wyjaśniać Mama.

- Węzełkowe, powiada łaskawa pani? Niby to kipu? A niby dlaczego ono ma zacząć 

mówić? Hę?

- O, to bardzo długa i wielce skomplikowana historia, sięgająca od Czorsztyna przez 

Elbląg aż do Peru.

- Od Czorsztyna, powiada łaskawa pani, aż do Peru? - pan Ignacy patrzył na Mamę 

coraz bardziej zdziwionym wzrokiem, w którym malować się poczęło pewne, nieuchwytne na 

razie podejrzenie. Nagle, jakby podjął jakąś ważną decyzję, wstał od stołu, sięgnął po swą 

służbową czapkę, nałożył ją na mocno już szpakowatą głowę, zasalutował i wycofując się 

tyłem z kuchni powiedział:

- To ja już pójdę, łaskawa pani. I dziękuję za kipu, tfu, chciałem  powiedzieć, za 

herbatę, łaskawa pani.

W   przeciwieństwie   do   pana   Ignacego   Dzika   Mrówka   wcale   nic   był   zaskoczony 

tajemniczym telegramem, a wprost przeciwnie, uradował go on do tego stopnia, że odtańczył 

wokół   Mamy   -   Mici   wraz   ze   swym   bratem   bliźniakiem   taniec   RADOSNEGO   PTAKA 

DZIWAKA, co oznaczało w przytulnym mieszkaniu w Oliwie, podleśnej dzielnicy Gdańska, 

wydarzenie doniosłej i wielce radosnej wagi *. [Dokładny opis rytualnego w rodzinie Dzikiej 

background image

Mrówki   tańca   Radosnego   Ptaka   Dziwaka   znajduje   się   w   rozdziale   drugim   książki   tego 

samego autora pt. „Dzika Mrówka i tam - tamy”.]

- NIECH ŻYJE CHŁOPAK Z ELBLĄGA!!! - Dzika Mrówka wrzeszczał tak głośno, 

że   zdołał   zbudzić   nawet   największego   śpiocha   ze   wszystkich   znanych   psów,   jakim   był 

Bombel,   podrzutek   litościwie   przygarnięty   przez   Mamę   -   Micię   w   czasie   wakacyjnej 

samotności. Pies był wielorasowy z przewagą z przodu foksteriera, z tyłu zaś jamnika, miał 

usposobienie wybitnie filozoficzne i nie był zbyt kłopotliwym sublokatorem w niewielkim 

mieszkaniu,   oddawał   się   bowiem   przez   cały   boży   dzień   głównie   dwóm   zajęciom,   a 

mianowicie albo jadł, albo spał. Co do jedzenia nie był zresztą na szczęście wybredny i jadał 

byle   co,   byle   dużo,   ze   spaniem   natomiast   była   zupełnie   inna   sprawa.   Uwielbiał   spać   na 

specjalnej   poduszce   w   przytulnym   kąciku   między   szafą   a   kaloryferem   i   trudno   go   było 

dobudzić.   Zresztą   i   bardzo   dobrze,   obudzony   bowiem   nie   w   porę   jedzenia   miał   dość 

oryginalny   sposób   wyrażania   swego   oburzenia,   siadał   bowiem   na   środku   pokoju   swą 

jamnikopodobną połową, przednią zaś foksterierowatą część unosił ku górze i wył głośno i 

fałszywie.

I obecnie wszczął się w mieszkaniu tak potworny harmider, że szyby drżały, ludzie 

przechodzący akurat pod oknami przyśpieszali kroku i oglądali się wokół bojaźliwie, a Mama 

- Micia wsadziła sobie do obu uszu specjalnie na taką okoliczność przygotowane plastykowe 

zatyczki, a na to jeszcze specjalne słuchawki przeciwhałasowe, które kiedyś w tym właśnie 

celu   Tata   przyniósł   ze   statku,   gdzie   były   używane   przez   mechaników   zmuszonych   do 

przebywania w piekielnie głośnej maszynowni.

Tak uzbrojona, wyglądająca trochę jak pilot kosmonauta z pomarańczowo - zielonymi 

słuchawkami   na   włosach,   siadła   spokojnie   do   czytania   zaległego   czasopisma,   wiedziała 

bowiem   z   wielorazowego   doświadczenia,   że   teraz   nie   pomogą   żadne   interwencje   i   że 

zaistniała sytuacja ulegnie złagodzeniu dopiero po upływie pewnego czasu.

Znowu minął jeden tydzień i drugi i Dzika Mrówka ponownie poczuł zaniepokojenie, 

a nawet nachodziły go niezbyt wesołe myśli, że otrzymany telegram był po prostu figlem 

spłatanym  być może przez jakichś złośliwych kolegów Chłopca z Elbląga. I znowu - jak 

poprzednio - każdego dnia po powrocie ze szkoły pierwszym pytaniem było:

- Czy był list z Elbląga?

Listu na razie jednak jak nie było, tak nie było.

Aż nagle któregoś dnia Mama - Micia otwierając synowi drzwi w odpowiedzi na 

niecierpliwy - jak zwykle - podwójny, a nawet potrójny dzwonek (tak jakby żaden z nich nie 

miał   przy   sobie   klucza,   a   mieli   przecież   obaj!)   oznajmiła   swym   chłopakom   uprzedzając 

background image

pytanie Dzikiej Mrówki:

- Jest LIST!

Żaden   z   nich   nie   zapytał   nawet   ani   jaki   to   list,   ani   skąd,   ani   od   kogo,  wiadomo 

bowiem było z góry, że jeżeli LIST, to tylko LIST OD CHŁOPCA Z ELBLĄGA.

- Ale gruby! - wykrzyknął Marek, widząc solidnie wypchaną dużą kopertę w ręku 

Mici.

- Fakt! - zgodliwie przytaknął Jego Brat i jął starannie a powoli oglądać znaczki i 

stemple na kopercie.

- O rany! - nie wytrzymał Dzika Mrówka i wyrwał niecierpliwym gestem wypchaną 

kopertę z rąk brata bliźniaka. Jednym równie niecierpliwym ruchem rozerwał szarą kopertę, z 

której   wyleciały   zdjęcia   kipu,   kartka   papieru   i   spory,   złożony   na   pół   arkusz   brystolu   z 

poopalanymi brzegami, imitujący stary, nadgryziony zębem czasu pergamin.

- O rany!!! - zawołał ponownie zdziwiony nieco otrzymaną przesyłką Dzika Mrówka. 

- A to co takiego?

Tymczasem  Jego Brat wyłowił  zawieruszoną  między zdjęciami  kartkę  papieru, na 

której Chłopak z Elbląga napisał:

Czołem koleżanki i koledzy

płetwonurkowie wędrujący!

Bardzo   wam   serdeczne   dzięki   ślę   za   dostarczenie   mi   ciekawej   rozrywki   na   parę 

deszczowych tygodni. Sprawa była jednak trudniejsza niż początkowo myślałem, bo okazało 

się, że ze zdjęć trochę trudniej się czyta niż bezpośrednio ze sznurków. To tak mniej więcej, 

jak odgadywanie krzyżówki w pamięci bez zapisywania znaczenia słów albo granie w szachy 

z   zawiązanymi   oczyma.   Bardzo   pomocne   były   dla   mnie   pierwsze   trzy   słowa   kipu 

zapamiętane przez konfederata i bez tego chyba bym wcale nie dał rady, szczególnie że ten, 

co przed wiekami wiązał supełki, nie był chyba bardzo wprawnym pisarzem i parę znaków 

poprzekręcał.   No   ale   ostatecznie   odczytałem   całość   i   przepisałem   ją   wam   na   oddzielnej 

karcie.

Serdecznie pozdrawiam i życzę powodzenia

w dalszych poszukiwaniach

ZŁOTEGO LODU.

Tupak Amaru

- O jakim ZŁOTYM LODZIE on pisze? - zastanawiał się Dzika Mrówka.

background image

- Nie mam pojęcia, fakt - Jego Brat rozkładał tymczasem nadpalony i podczarowany 

„na   starocie”   arkusz   papieru,   na   którym   Chłopak   z   Elbląga   starannie   wykaligrafował 

stylizowanym również „na starocie” pismem:

„Uciekając coraz dalej przed białymi najeźdźcami na olbrzymich smokach z metalu, 

wielki wódz i król wszystkich ludów mieszkających między morzem i górami przenosił się 

razem ze swymi poddanymi w głąb gór, w krainę lodów i śniegów. Nieśli ze sobą wszystkie 

skarby narodu i żeby nie dostały się w ręce chciwych wrogów zatopili złoty lód w jeziorze, w 

którym   przez   cały   rok   z   ognistej   góry   przegląda   się   BÓG   -   SŁOŃCE   razem   ze   swoją 

MAŁŻONKĄ”.

- Ot i masz babo placek! - Dzika Mrówka rozłożył ręce w bezradnym geście, gdy Jego 

Brat zakończył czytanie tłumaczenia inkaskiego kipu. - Nic z tego nie rozumiem.

- A coś ty myślał - Jarek wzruszył lekceważąco ramionami - że w kipu jakiś inkaski 

urzędnik skarbowy napisze ot tak sobie po prostu:

„..zakopano skarb złożony ze stu sztab czystego złota, tysiąca diamentów i dziesięciu 

tysięcy rubinów i szmaragdów pod trzecim drzewem w ogrodzie domu takiego to i takiego...”

a dalej poda miasto, ulicę, numer tego domu i kod pocztowy jeszcze na dodatek. Co?

- No nie - przyznał Marek - ale co może znaczyć  jakiś ZŁOTY LÓD? Co to za 

olbrzymie smoki z metalu? Co to znaczy ognista góra, z której w dodatku przegląda się jakiś 

Bóg  -  Słońce  przez  cały  rok  i  to   jeszcze   razem   ze  swoją  Małżonką?  Dlaczego  akurat  z 

Małżonką   i   dlaczego   ten   Bóg   -   Słońce   nic   innego   nie   robi   tylko   się   przegląda,   a   może 

przygląda, a jeżeli przygląda, to czemu się przygląda i dlaczego? Co to w ogóle ma wszystko 

znaczyć i najważniejsze:

GDZIE SĄ INKASKIE SKARBY???!!!

W tym momencie Dzika Mrówka poczuł, że wizje złotych naczyń i złotych posągów 

wypełniających po same brzegi jakieś odludne górskie pieczary odsuwają się coraz dalej i 

dalej, a śnione po nocach sny pełne przygód w egzotycznych krajach zacierają się gdzieś i 

rozpływają we mgle.

- Gdzie są inkaskie skarby? - powtórzył Jarek. - To jest właśnie pytanie, na które 

postaramy się znaleźć odpowiedź.

-   Ba   -   bąknął   Dzika   Mrówka   wciąż   zapatrzony   w   niknące   we   mgle   swoje   sny   i 

marzenia. - Ale jak i kto?

- Jak, to jeszcze na razie nie wiem - odparł Jarek. - Ale kto, to już ci mogę powiedzieć. 

My!

- Jak to, MY?

background image

- No, my wszyscy - Jarek cedził wolniuteńko słowa, patrząc w głębokim zamyśleniu 

na ozdobne tłumaczenie kipu nadesłane przez Chłopca z Elbląga. - I ty, i Ula, no i naturalnie 

Pan Wojtek i ja też się będę starał.

- Eee, nie damy rady - skrzywił się Dzika Mrówka - przecież ta cała kipowa pisanina, 

a właściwie plątanina nic ma najmniejszego sensu. Złoty lód! Jaki ZŁOTY LÓD? Przecież 

każdy   doskonale   wie,   że   lód   jest   po   prostu   biały   i   wcale   nie   jest   złoty.   No,   najwyżej 

srebrzysty albo może trochę niebieskawy.

- Niby fakt! - przytaknął Jarek.

- Jak to „niby”? - zaperzył się Marek.

- To jest w ogóle bardzo fajna sprawa - zaczął Jarek - już ja to czuję przez skórę. No 

bo widzisz, sam najpierw powiedziałeś, że lód jest biały, a potem zacząłeś się łamać, że może 

być   srebrzysty   albo   nawet   niebieskawy.   Zaczyna   mnie   to   coraz   bardziej   interesować   i 

przypomina mi się książka Kornela Makuszyńskiego pod tytułem „Szatan z siódmej klasy”. 

Pamiętasz?

-   Pamiętam,   co   nie   mam   pamiętać.   Czytałem   ją   ze   trzy   razy.   Ale   co   ma   Kornel 

Makuszyński i „Szatan z siódmej klasy” wspólnego z kipu?

- Jeszcze nie wiem - zgodził się Jarek. Ale tam też na początku było bardzo dziwne 

pismo. Co prawda nie inkaskie, tylko francuskie i nie węzełkowe ze sznurków, tylko pisane 

na drzwiach. Ale po nitce zawsze można trafić do kłębka. Przypomnij sobie choćby stare 

grodzisko na Zatopionej Wyspie*. [O przygodach poszukiwania Zatopionej Wyspy i o nitce, 

która   tam   prowadziła   do   kłębka,   można   przeczytać   w   książce   tego   samego   autora   pt. 

„Podwodny świat Dzikiej Mrówki”.]

-   Fakt!   -   przytaknął   Dzika   Mrówka,   dziwiąc   się   w   duchu,   że   Jego   Brat,   zawsze 

przecież tak bardzo małomówny, tak się nagle rozgadał, co było jednak niezbitym dowodem, 

że Jarek jest czymś naprawdę zainteresowany. - Ale co z tym fantem dalej robić? - stuknął 

ręką w rozłożone na stole ozdobnie wykaligrafowane tłumaczenie kipu.

- Przede wszystkim trzeba przeanalizować słowo po słowie to kipu, potem rozpatrzeć 

się dokładnie w mapie Peru, no i poczytać coś niecoś o historii tego kraju, a zwłaszcza o 

historii jego podboju przez Hiszpanów.

Gdy   po   południu   wpadła   do   obu   braci   bliźniaków   Ulka   i   przeczytała   LIST   Z 

ELBLĄGA, powiedziała:

-   Przede   wszystkim,   moim   zdaniem,   trzeba   powiedzieć   o   tym   wszystkim   Panu 

Wojtkowi. No i trzeba koniecznie napisać do Profesora Uniwersytetu.

- Fakt - zgodził się bez zastrzeżeń Jego Brat, który od momentu  swej tak bardzo 

background image

nietypowej  długiej  wypowiedzi  zapadł  w  głębokie  zamyślenie   i  tylko   od czasu  do  czasu 

mruczał sam do siebie coś bardzo niewyraźnie pod nosem.

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY,

W KTÓRYM POSZUKIWACZE SKARBU NAWIĄZUJĄ KONIECZNE 

ZNAJOMOŚCI I KONTAKTY

- Kiedy, Panie Wojtku, to jest najprawdziwsza prawda - zaklinał się Dzika Mrówka, 

który właśnie przed chwilą zdał w miarę dokładne sprawozdanie na temat elbląskiej rewelacji. 

- Ten chłopak z Elbląga naprawdę odczytał tajemnicze kipu, pod słowem. Zresztą niech pan 

zapyta Jarka albo Ulki, jak pan mnie nie chce uwierzyć - Marek poczuł się urażony brakiem 

dostatecznej  wiary ze strony Pana  Wojtka.  Obaj  stali  nad basenem  pływackim  w  Szkole 

Morskiej, za chwilę bowiem miał się rozpocząć kolejny trening płetwonurkowy.

- Nie masz się o co dąsać, Dziki - Pan Wojtek poklepał Dziką Mrówkę po ramieniu - 

ale po pierwsze dość szeroko jest znana twoja nieposkromiona fantazja, po drugie to może ten 

wasz elbląski kolega po prostu z was zażartował, a po trzecie to przecież wcale nie jest 

powiedziane, że on to dobrze odczytał. No bo sam powiedz, co to wszystko może oznaczać? - 

stuknął palcami w starannie wykaligrafowane pismo z tłumaczeniem indiańskiego kipu.

- Tego to tak dokładnie jeszcze nie wiem - przyznał  Dzika Mrówka - ale jak się 

uważnie wczytać w kipu, to może by i można nieco się zorientować.

- Bo ja wiem - skrzywił się z wyraźnym niedowierzaniem Pan Wojtek.

- No więc te olbrzymie smoki z metalu to chyba po prostu konie Hiszpanów okryte 

zbrojami - zaczął Marek.

- Powiedzmy, że masz rację - zgodził się łaskawie Pan Wojtek.

- A Inkowie uciekali przed Hiszpanami jadącymi na koniach, a Inków prowadził jakiś 

wielki wódz czy król.

- No, to też jasne. Indianie uciekali przed konkwistadorami, bo nie znali ani koni, ani 

broni palnej - przyznał Pan Wojtek.

- Widzi pan, wszystko gra... - zapalał się Dzika Mrówka.

- No, no. Na początku to i owszem, ale pod koniec indiańskie pismo już nie jest tak 

jasne.

- Zaraz, zaraz - gorączkował się Dzika Mrówka - ci Indianie uciekali razem ze swoim 

królem i wszystko ze sobą zabierali, i coraz dalej odchodzili od brzegów oceanu w głąb lądu, 

i ja już sprawdziłem na mapie, i się wszystko zgadza, i tam jest równina, a potem są góry i to 

bardzo wysokie, i w tych górach są jeziora, i w jednym jeziorze zatopili swoje skarby i my 

tam będziemy nurkować i znajdziemy te skarby, i...

- Stop, stop, przyhamuj trochę, Mrówa, bo ci powietrza zabraknie na nurkowanie - 

background image

roześmiał się Pan Wojtek. - Trochę to u ciebie za szybko i za łatwo. Jakeś taki mądry, to 

powiedz,   w   jakimże   to   jeziorze   ci   starodawni   Inkowie   zatopili   i   co   zatopili?   Bo   z   tego 

węzełkowego kipu w tłumaczeniu WASZEGO UCZONEGO KOLEGI to wynika, że oni tam 

zatopili jakiś dziwny ZŁOTY LÓD. A ja osobiście nie słyszałem jeszcze nigdy o żadnej 

archeologiczno - płetwonurkowej wyprawie, która by po pierwsze szukała LODU, choćby nie 

wiem jakiego koloru, po drugie trochę to dziwne topić lód w jeziorze, przecież wiadomo, że 

każdy lód pływa, a po trzecie to wydaje mi się, że do tego jeziora i do tego ZATOPIONEGO 

ZŁOTEGO LODU jest spory kawałek drogi. Zaraz, zaraz, a gdzież to według ciebie w ogóle 

jest?

- Oczywiście w Peru - odparł bez namysłu Dzika Mrówka. - Ja to już sprawdziłem i 

Jarek też, a on to historię hiszpańskich podbojów w Południowej Ameryce zna prawie na 

pamięć. On to nawet wie, jak się nazywał ostatni król Inków, za którego Hiszpanie wzięli 

olbrzymi okup i wie nawet, jak duża była komnata, którą Inkowie zapełnili całą złotem, żeby 

złożyć okup.

- Jeżeli Jarek badał sprawę, to całość wygląda znacznie poważniej - uśmiechnął się 

Pan Wojtek. - A więc mówisz, że to w Peru?

-   Właśnie   -   przytaknął   Dzika   Mrówka   z   nieukrywanym   zapałem   i   jeszcze   mniej 

ukrywaną nadzieją. - W Peru i w Andach peruwiańskich.

-   Bagatela!   -   gwizdnął   Pan   Wojtek.   -   I   na   pewno   chcesz   od   razu   zorganizować 

płetwonurkową wyprawę do Peru?

- Jasne.

- A nie dowiedziałeś się przypadkiem, ile kosztuje bilet na samolot z Gdańska do tego 

twojego Peru?

- Nie, jeszcze nie - odparł Dzika Mrówka i dopiero w tym momencie zorientował się, 

że - jak to się mówi - Pan Wojtek „wpuszcza go w maliny”. - Eee, Panie Wojtku, pan ze mnie 

żartuje, a ja naprawdę... Zresztą po co samolotem, kiedy do Peru pływają polskie statki. Mój 

Tata   też   tam   był.   Dwa   lata   temu.   Pływali   do   różnych   portów   na   zachodnim   wybrzeżu 

Ameryki Południowej. Przez Kanał Panamski, do Kolumbii, Ekwadoru, Peru i Chile.

- Polskie statki, mówisz - zastanowił się Pan Wojtek. - No wiesz - dodał po chwili - to 

już brzmi troszeczkę realniej.

- A widzi pan, Panie Wojtku - ucieszył się Dzika Mrówka - mówiłem Jarkowi i Ulce, 

że pan na pewno coś wymyśli, a jak pan wymyśli, to i sprawa załatwiona!

- To jak, Mrówa, według ciebie to JA wymyśliłem to Peru i ten polski statek, i to 

jezioro z zatopionym ZŁOTYM LODEM? - roześmiał się Pan Wojtek.

background image

- No... prawie - zaczął Marek, ale spojrzawszy na twarz Pana Wojtka też się roześmiał.

-   Dobra,   dobra,   chłopcze.   My   tu   gadu,   gadu,   a   czas   ucieka   i   trzeba   pomyśleć   o 

treningu. Wciągaj kombinezon i skacz do basenu, a zanim znajdziesz ZŁOTY LÓD, potrenuj 

zdejmowanie i wkładanie maski pod wodą. Oczywiście na czas.

-   Już   się   robi,   Panie   Wojtku!   I   maskę   zmienię   pod   wodą,   i   ZŁOTY   LÓD   też 

znajdziemy. Na pewno!

Ostatniego słowa Dzikiej Mrówki już nie było słychać, Marek bowiem odbił się od 

brzegu basenu i wywracając w powietrzu dość efektowne salto wpadł z wielkim pluskiem do 

wody.

- Złoty lód? - mruknął pod nosem Pan Wojtek. Co to może u diabła znaczyć  ten 

tajemniczy

ZŁOTY LÓD

Od nadejścia listu z Elbląga oraz od rozmowy Dzikiej Mrówki z Panem Wojtkiem na 

basenie   pływackim   minęło   kilka   tygodni,   a   losy   „OPERACJI   ZŁOTY   LÓD”,   jak 

jednogłośnie nazwali sprawę tajemniczego inkaskiego kipu płetwonurkowie, a ściślej Ulka, 

Dzika Mrówka i Jego Brat, wcale nie posunęły się do przodu.

Co prawda napisali natychmiast wspólnymi siłami list do Profesora oraz do Studenta 

Archeologii i nawet przyszły odpowiedzi, od Studenta pełna entuzjazmu, a od Profesora pełna 

podziwu   dla   chłopca   z   Elbląga,   jednakże   żaden   z   tych   listów   nie   popchnął   sprawy 

„OPERACJI ZŁOTY LÓD” ani na milimetr do przodu. Student z miejsca deklarował swój 

udział w Operacji i natychmiastowy wyjazd do Peru, a Profesor skontaktował Chłopca z 

Elbląga   z   odpowiednią   komórką   Polskiej   Akademii   Nauk,   zajmującą   się   odczytywaniem 

rozmaitych nieznanych pism w dawno zamarłych językach, ale ani jeden, ani drugi nie mieli 

pojęcia, w jaki cudowny sposób grupa polskich płetwonurkowych domorosłych archeologów 

mogłaby się przedostać na drugą półkulę. Ba, samo dotarcie do Peru to byłaby pierwsza, 

początkowo - wstępna faza całej wyprawy, na miejscu bowiem trzeba by było przekopać 

starannie najrozmaitsze stare archiwa i biblioteki, poszukując historycznych śladów wielkiej 

ucieczki Inków, potem zorganizować wyprawę gdzieś w góry i dopiero potem rozpocząć 

ewentualne poszukiwania.

- Nie da rady. ABSOLUTNIE NIEMOŻLIWE - stwierdził z wyraźnym smutkiem w 

głosie Pan Wojtek, gdy zebrał się u niego w domu trójosobowy „Sztab Operacji Złoty Lód”, 

czyli Ulka, Dzika Mrówka i Jego Brat.

- Niby fakt! - potwierdził ze smutkiem Jarek, Dzika Mrówka rozłożył ręce w geście 

pełnym rezygnacji, a Ulka ciężko westchnęła.

background image

Niewesołą atmosferę starała się bez skutku rozładować Babcia Pana Wojtka, staruszka 

pełna   humoru   i   niespożytej   energii,   która   w   tym   momencie   podała   na   stół   aromatyczną 

herbatę z jeszcze bardziej aromatycznymi konfiturami.

-   Dlaczego   wszyscy   macie   takie   miny   jakbyście   byli   na   własnym   pogrzebie?   - 

zapytała wyciągając z przepaścistego kredensu srebrną cukiernicę, z której brało się kostki 

cukru srebrnymi zgrabnymi szczypczykami.

- A bo mamy kłopot, proszę Babci - odezwał się Dzika Mrówka, jako że Babcia Pana 

Wojtka zażyczyła sobie, aby wszyscy płetwonurkowie mówili do niej „Babcia”.

- A cóż to za kłopoty mogą mieć tacy młodzieńcy jak ty i takie młode panienki jak 

Ula? - zdziwiła się Babcia. - Wstyd tak się martwić w tym wieku. Ja przez całe życie, jak 

miałam duży kłopot, to się martwiłam dziesięć minut, a jak mniejszy, to odpowiednio krócej - 

roześmiała się Babcia, siadając do stołu.

- Ale o co szczegółowo chodzi? - zapytała.

Pan Wojtek wyjaśnił swojej babci, na czym rzecz polegała i opowiedział całą historię 

związaną z testamentem barskiego konfederata i z tajemniczym indiańskim pismem kipu.

- Aha, to takie buty - powiedziała babcia. - I z tego powodu martwicie się, że nie 

wiecie, jak dojechać do tego, jak mu tam, Peru? Nie wstyd to wam? Popatrzcie na mnie. W 

czasie pierwszej wojny światowej przewędrowałam z Warszawy przez całą ówczesną Rosję, 

poprzez Syberię aż do Chin i stamtąd przez Ocean Spokojny i Amerykę wróciłam do Polski. I 

myślicie, że miałam pieniądze na taką olbrzymią  podróż? A niby skąd je miałam wziąć? 

Miałam małe dzieci, staruszkę matkę, a twoją Wojtku prababcię, mąż walczył nie wiadomo 

gdzie i nie wiadomo w jakim wojsku. I jakoś zawsze wtedy, kiedy już, już myślałam, że 

zbliża się nasz koniec, trafił się ktoś życzliwy lub jakiś szczęśliwy przypadek pomógł nam się 

wydostać z biedy.

No,  głowa  do góry,  dzieci  - Babcia   nałożyła   każdemu drugą  porcję  smakowitych 

konfitur - nigdy nie jest tak, żeby jakoś nie było.

- Ale z Pani Babci to jest optymistka - powiedziała z podziwem Ula. Z podziwem i 

jakby z odrobiną nadziei w głosie.

- A pewno że tak, dziecinko - roześmiała  się Babcia - i właśnie dlatego żyję  już 

przeszło dziewięćdziesiąt lat na tym świecie, choć podobno jak mnie moja mama urodziła, 

byłam   taka   malutka   i   taka   licha,   że   milutkie   sąsiadki   powiedziały   do   mojej   mamy: 

„Kochaniutka, to twoje maleńkie biedactwo i tygodnia nawet nie przeżyje”.

Ulka, Dzika Mrówka i Jego Brat wyszli od Pana Wojtka pokrzepieni zarówno na ciele 

-   głównie   naprawdę   wspaniałymi   konfiturami   i   herbatą   zaparzoną   ze   znanej   tylko   Babci 

background image

specjalnej   mieszanki   najrozmaitszych   gatunków,   jak   i   na   duchu   niezwykłym   tejże   Babci 

optymizmem.

- Jakoś to będzie - powiedział w pewnym momencie Dzika Mrówka.

- Uhmmm - przytaknęła Ula.

- Fakt! - dodał Jego Brat bez wyraźniejszego jednakże entuzjazmu, myślał bowiem 

akurat o tym, ile mil morskich dzieli Polskę od Peru, ile kilometrów stolicę Peru od szczytów 

Andów i na ile metrów nad poziomem oceanu wznoszą się wysokogórskie płaskowyże, na 

których już poodnajdywał na mapach rozmaite jeziora.

A tak prawdę mówiąc nawet niestrudzony optymizm Babci Pana Wojtka nie posunął 

spraw OPERACJI ZŁOTY LÓD ani na milimetr do przodu.

Okazało się jednak, że Babcia Pana Wojtka miała w ostateczności rację! Jak zwykle 

przez ostatnie dziewięćdziesiąt lat - jak często powtarzała. Bo oto zupełnie niespodziewanie 

sprawy związane z realizacją „Operacji Złoty Lód” zaczęły się naraz toczyć z niewiarygodną 

wprost prędkością i to toczyć WE WŁAŚCIWYM KIERUNKU!!!

Pomocny - oczywiście - okazał się przypadek.

Ale po kolei!

Pan Wojtek, jak wiadomo, był pracownikiem gdyńskiej Wyższej Szkoły Morskiej, a z 

kolei Szkoła ta, co też powszechnie jest wiadome, kształciła polskich oficerów marynarki 

handlowej już bardzo wiele lat. Na samym początku, jeszcze grubo przed wojną, od 1920 

roku w nadwiślańskim Tczewie, który choć dość daleko od morza położony, stał się pierwszą 

kolebką   polskich   nawigatorów   i   okrętowych   mechaników,   a   następnie,   już   w   latach 

trzydziestych, w Gdyni, kiedy to z nadmorskich piasków powstał polski nowoczesny port z 

prawdziwego zdarzenia. I otóż zbliżała się właśnie dość okrągła rocznica istnienia Szkoły 

Morskiej   i   z   tej   okazji   postanowiono   zwołać   ogólnoświatowy   zlot   jej   przedwojennych 

absolwentów. A ogólnoświatowy dlatego, że wojenne losy rozrzuciły tczewskich i gdyńskich 

absolwentów po całym ziemskim globie po uprzednim patriotycznym i nieraz bohaterskim 

udziale   w   tejże   wojnie   na   wszystkich   morzach   i   oceanach   świata   na   pokładach   statków 

handlowych i okrętów wojennych, nie tylko biało - czerwonej bandery.

Tak   tedy   późną   wiosną   odbył   się   w   Gdyni   zlot   starych   marynarzy,   a   jednym   z 

organizatorów i bardzo aktywnym członkiem Komitetu Zjazdowego był właśnie Pan Wojtek. 

Były   więc   rozmaite   uroczyste   posiedzenia   i   referaty,   były   bankiety   i   przyjęcia,   a   to   na 

pokładzie szkolnego żaglowca „Dar Pomorza”, na którym pływali przed wielu laty starzy już 

obecnie i posiwiali kapitanowie, a to w lokalach Gdyni i Tczewa, i były przede wszystkim 

spotkania dawnych kolegów, którzy nieraz od kilkudziesięciu lat się nie widzieli, a którzy 

background image

teraz wspominali swe młodzieńcze czasy i opowiadali o swych wojennych i obecnych losach.

Wśród gości ze wszystkich kontynentów krążył wciąż niezmordowany Pan Wojtek - 

witał, rozwoził po hotelach, oprowadzał, objaśniał, służył pomocą i czynił wraz z innymi 

pracownikami Szkoły honory gospodarza.

W trakcie trwania Zjazdu nagle zadźwięczał telefon w mieszkaniu Dzikiej Mrówki.

- Mrówa - odezwał się Pan Wojtek - moja babcia miała rację.

- Że niby jak? - zdziwił się nieco Dzika Mrówka.

-   Że   niby   tak,   że   ładuj   się   zaraz   z   bratem   i   ewentualnie   Ulką   i   przyjeżdżajcie 

natychmiast do mnie.

- To niby dokąd?

-   Jasne,   że   na   „Dar   Pomorza”.   Czekam   na   was,   sprawa   BARDZO   WAŻNA!!!   I 

BARDZO PILNA!!!

Marek wiedział już z doświadczenia, że jeżeli Pan Wojtek mówi, że SPRAWA jest 

BARDZO WAŻNA, a tym bardziej BARDZO PILNA, to tak na pewno jest i o nic więcej nie 

pytał, choć ciekaw był strasznie, o co właściwie chodzi. Zmobilizował też natychmiast Jarka i 

Ulkę, dorabiając na poczekaniu własną teorię do telefonu Pana Wojtka.

- Ogłaszam alert! - zakomunikował Jarkowi, a potem Uli. - Stan ostrego pogotowia 

numer JEDEN. Rozpoczynamy odliczanie!

- Jaki znowu alert? - zdziwił się Jego Brat. - Jakie odliczanie?

-   Jak   to   jaki?   Wiadomo,   że   jeżeli   alert,   to   dotyczyć   może   wyłącznie   ZŁOTEGO 

LODU   -   wypalił   Dzika   Mrówka.   -   A   odliczanie   normalne,   jak   przed   startem   rakiety   w 

kosmos. Że też tobie wszystko należy tłumaczyć jak dziecku. Zresztą nie ma teraz czasu. 

Musimy zaraz jechać.

- Jechać? A dokąd? - dopytywał się Jarek.

- Jak to dokąd? - zniecierpliwił się Dzika Mrówka. - Ty to byś tylko pytał i pytał bez 

końca. Jasne, że na Białą Fregatę.

- Na Białą Fregatę? - zdziwił się Jego Brat.

- Co się tak dziwisz? Nie wiesz, że tak się nazywa „Dar Pomorza”?

- Fakt - potwierdził Jarek i chciał jednak jeszcze o coś zapytać,  ale już nie było 

nikogo, bo Marek był już na schodach.

Na „Dar Pomorza” wpadli zdyszaną trójką. Na przedzie pędził Dzika Mrówka, a za 

nim   Ulka   i   Jego   Brat,   którym   Marek   z   tajemniczą   miną   odpowiedział   po   drodze   na 

natarczywe pytania, o co właściwie chodzi, że wszystkiego dowiedzą się w swoim czasie i we 

właściwym miejscu.

background image

- No, dobrze, że jesteście - Pan Wojtek stał przy trapie udekorowanego odświętnie 

„Daru Pomorza” razem z dość już mocno szpakowatym ogorzałym krępym mężczyzną.

- To są czołowe płetwowe nurki, Ulka, Dzika Mrówka i Jego Brat - przedstawił całą 

trójkę Pan Wojtek. - A to jest pan inżynier Kamiński z Brazylii.

O rany, to z daleka! - chciał się odezwać Dzika Mrówka, ale w ostatniej chwili ugryzł 

się w język.

- Bardzo nam miło - Ulka dygnęła grzecznie.

- I mnie też - dodał Dzika Mrówka.

- Fakt - potwierdził Jarek.

- Cieszę się, że mogę was poznać, bo tyle o was słyszałem od Pana Wojtka. I muszę 

przyznać, że dużo ludzi znam na świecie i słyszałem tysiące rozmaitych przezwisk, ale tak 

fajnego jak Dzika Mrówka to mi się nie zdarzyło.

- Pan inżynier jest przedwojennym absolwentem naszej Szkoły - wyjaśnił Pan Wojtek. 

- Całą wojnę przepływał jako mechanik na polskich statkach, a gdy wojna się skończyła, 

poznał w Buenos Aires młodą i piękną dziewczynę, ożenił się tam i został na stale w Ameryce 

Południowej, bo teraz mieszka w Brazylii i jest właścicielem dużej firmy transportowej w Rio 

de Janeiro.

- Ho, ho, ho, aż w Rio de Janeiro - tym razem nie wytrzymał Dzika Mrówka i spojrzał 

uważnie na pana inżyniera, jakby chciał dokładnie się przyjrzeć, jak wygląda człowiek, który 

mieszka w Rio de Janeiro.

- Wyobraź sobie - roześmiał się pan Kamiński, widząc badawcze spojrzenie chłopca - 

że można mieszkać w Rio i do tego w de Janeiro.

-   Fakt!   -   odezwał   się   Jarek,   a   Ulka   nic   nie   powiedziała,   tylko   rzuciła   karcące 

spojrzenie na Marka.

- Nie przeszkadzaj, Mrówka - zniecierpliwił się wyraźnie Pan Wojtek - tylko uważnie 

słuchaj. Otóż pan inżynier Kamiński jest z zawodu inżynierem mechanikiem i prowadzi firmę 

transportową, ale z zamiłowania jest płetwonurkiem.

-   PŁETWONURKIEM???   -   Ulka,   Dzika   Mrówka   i   Jego   Brat   powiedzieli   to 

jednocześnie.

- Tak, właśnie płetwonurkiem - potwierdził Pan Wojtek - a do tego należy do Klubu 

Poszukiwaczy Zatopionych Skarbów.

- KLUBU

POSZUKIWACZY

ZATOPIONYCH SKARBÓW!!!

background image

- powtórzył z wyraźnym zachwytem Dzika Mrówka.

- Fakt! - powiedział pan inżynier Kamiński i wszyscy się roześmieli jak na komendę.

- Pan Wojtek opowiadał mi o waszym tajemniczym  kipu i o Chłopcu z Elbląga i 

powiem wam szczerze: tak mnie ta sprawa zainteresowała, że postanowiłem zorganizować 

wyprawę w celu odnalezienia tego tajemniczego ZŁOTEGO LODU!

Po tych słowach pana inżyniera zapadła cisza. Dzika Mrówka spojrzał najpierw na 

Pana Wojtka, potem na Ulkę, a wreszcie na Jego Brata i przez ten czas okrągła piegowata 

buźka chłopaka czerwieniała coraz bardziej i bardziej aż wreszcie Marek nie wytrzymał i 

wrzasnął na całe gardło:

- HURRRA! NIECH ŻYJE PAN INŻYNIER!!!

- Niech żyje! - Ulka zawtórowała chłopcu cienkim, ale donośnym głosikiem.

- Fakt! - Jarkowi dopiero teraz udało się złapać oddech.

Wszyscy goście stojący grupkami na pokładzie Białej Fregaty przerwali rozmowy i 

spojrzeli   na   naszych   bohaterów,   a   trzy   mewy,   które   przysiadły   na   grotarei,   zerwały   się 

przerażone do lotu i poszybowały nad wodą Zatoki Gdańskiej.

Dzika Mrówka zaczerwienił się jeszcze bardziej i spojrzał wielce skonfundowany na 

Pana Wojtka, ale widząc jego roześmianą twarz machnął z determinacją ręką, podskoczył do 

pana Inżyniera i uścisnąwszy jego wyciągniętą dłoń powiedział z głębokim przekonaniem w 

głosie:

- PAN JEST WIELKI! WIELKI JAK SŁOŃ!

-   No,   no,   nie   przesadzaj,   chłopcze   -   roześmiał   się   Pan   Kamiński   -   ważę   tylko 

siedemdziesiąt kilogramów.

- Proszę się na niego nie gniewać - wtrąciła Ulka - bo on tak zawsze przesadza.

- Nic się nie martw, piękna panienko - roześmiał się znowu pan Kamiński - ja się 

wcale nie mam zamiaru gniewać na twojego miłego kolegę. A dodatkowo bardzo mi się 

podoba to jego powiedzonko i od dzisiaj kupuję je od niego, bo tak się chyba u was mówi w 

takiej sytuacji. OK? - zwrócił się do Dzikiej Mrówki i wyciągnął do chłopca opaloną silną 

dłoń.

- OK, panie inżynierze - Marek wyciągnął swoją rękę do pana Kamińskiego i drobna 

dłoń chłopca zniknęła w dłoni inżyniera, który choć sam był wzrostu niezbyt imponującego, 

dłonie miał jak nie przymierzając spore bochenki dobrze wypieczonego chleba.

W dalszej rozmowie przeprowadzonej na tarasie gdyńskiej kawiarni „Panorama”, skąd 

rozciągał się piękny widok na port i nowoczesne miasto, przy obfitych porcjach lodów, które 

zafundował pan Kamiński całemu płetwonurkowemu towarzystwu, ustalono plan działania na 

background image

najbliższe miesiące. A więc Pan Wojtek miał rozpocząć odpowiednie starania w dyrekcji 

Polskich   Linii   Oceanicznych,   których   statki   odwiedzały   wszystkie   kontynenty,   a   w   tym 

również i porty zachodniego wybrzeża Ameryki Południowej, licząc na to, że może jakoś uda 

się załatwić, jeżeli nie bezpłatny, to chociaż ulgowy przejazd na trasie Gdynia - Callao w 

Peru,   młodzi   płetwonurkowie   mieli   rozpocząć   gromadzenie,   przegląd   i   konserwację 

koniecznego sprzętu i wyposażenia, a pan Kamiński obiecał, że wpadnie do Peru ze swoją 

córką, i może jakimś jeszcze kolegą z Klubu Poszukiwaczy Skarbów, i przetrząśnie z grubsza 

rozmaite   stare   hiszpańskie   archiwa   w   licznych   muzeach   i   klasztorach   Limy   i   innych 

peruwiańskich   miast   i   miasteczek,   i   postara   się   nieco   dokładniej   zlokalizować   obszar 

ewentualnych przyszłych poszukiwań.

I na tym na razie stanęło.

Pan Kamiński pojechał na uroczystą koleżeńską kolację do Grand Hotelu w Sopocie, 

Pan Wojtek musiał jeszcze wracać na „Dar Pomorza”, a młodzi płetwonurkowie powędrowali 

do swych domów niezwykle podnieceni. Nie trzeba chyba dodawać, że przez całą drogę w 

kolejce   elektrycznej   jedynym   tematem   rozmów   Ulki,   Dzikiej   Mrówki   i   Jego   Brata   była 

przyszła

WIELKA WYPRAWA

NA

DRUGĄ PÓŁKULĘ

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY,

W KTÓRYM CZŁONKOWIE WIELKIEJ WYPRAWY PŁYNĄ NA 

PIRACKIE WODY

- Uff! - odsapnął ze szczerą ulgą Dzika Mrówka, kiedy nareszcie zostały rzucone 

ostatnie   cumy   łączące   statek   z   nabrzeżem   i   dwa   sapiące   holowniki   zaczęły   pracowicie 

odciągać stalowy kadłub na środek portowego basenu.

- Fakt! - dorzucił z głęboką aprobatą Jego Brat.

- Nareszcie płyniemy - roześmiał się Pan Wojtek oparty obok chłopców o barierki 

relingu - a już, już wydawało mi się, że utoniemy grubo przed startem.

Na nabrzeżu malały z wolna figurki żegnających. A więc była tam oczywiście Mama - 

Micia, był też Tata, któremu wyjątkowo wypadł urlop ze statku w letniej porze, byli też 

rodzice Uli, która stała obok Pana Wojtka i wcale się nie wstydziła łez szklących się w jej 

dużych oczach i która machała żółtym szalikiem do równie zapłakanej swojej Mamy.

- Nie płacz Ulka - odezwał się po chwili Dzika Mrówka - przecież w końcu wszystko 

zostało załatwione i płyniemy.

- Ja nie dlatego płaczę - zaszlochała dziewczyna - mnie po prostu smutno odjeżdżać. 

Tak daleko i na tak długo.

- Z dziewczynami to nigdy nic nie wiadomo - Dzika Mrówka wzruszył ramionami - 

same nie wiedzą, czego chcą - dokończył,  ale w tym  samym  momencie uczuł coś jakby 

maleńkie ukłucie w sercu i przez krótki moment oczy mu się dziwnie zapociły.

Jeden   holownik   ryknął   w   tym   momencie   parę   razy   swoją   syreną,   na   co   statek 

odpowiedział głębokim basem aż echo poszło po całym gdyńskim porcie, drugi holownik też 

odezwał się głośnym sygnałem i po chwili do wody plusnęły końce lin łączących dotychczas 

wypływający statek z holownikami. Z głębi maszynowni dobiegł dźwięczny odgłos dzwonka 

telegrafu maszynowego, a po chwili wraz z głośnym sykiem powietrza buchnęły z komina 

kłęby spalin i woda za rufą zaczęła się nagle kłębić i kotłować.

Oparty   o   barierkę   Pan   Wojtek   wrócił   myślą   do   ostatnich,   naprawdę   zupełnie 

zwariowanych tygodni.

No   bo   od   pamiętnej   rozmowy   z   inżynierem   Kamińskim   z   Brazylii   cała   sprawa 

OPERACJI ZŁOTY LÓD nabrała gwałtownego przyśpieszenia.  Pan Kamiński, gdy tylko 

wrócił   do   swojego   Rio   de   Janeiro,   natychmiast   zmobilizował   kogoś   ze   swych   kolegów 

płetwonurków z Klubu Poszukiwaczy Skarbów i w kilka dni później odleciał do Peru, gdzie 

rozpoczął   żmudne,   lecz   pasjonujące   poszukiwania   w   bibliotekach   i   archiwach   starych 

background image

klasztorów   w   stolicy   Peru   Limie   i   innych   miejscowościach.   Po   pewnym   czasie   zaczęły 

nadchodzić na adres Pana Wojtka, Uli i Dzikiej Mrówki oraz Jego Brata bardzo kolorowe 

kartki z równie kolorowymi znaczkami z różnych egzotycznych miejscowości. Na kartkach 

tych pan inżynier Kamiński donosił w lakoniczny i dowcipny sposób o wynikach swoich 

poszukiwań. Wiadomości te brzmiały dość zagadkowo, ale dla wtajemniczonych członków 

OPERACJI ZŁOTY LÓD były jasne i zrozumiałe.

Bo oto na przykład pan Kamiński donosił:

„W Museo National spotkałem Tupaka Amaru -

pozdrowienia

Kamiński”

i od razu wszyscy płetwonurkowie z Panem Wojtkiem na czele wiedzieli, że pan 

Kamiński   znalazł   w   archiwach   czy   w   bibliotece   Muzeum   Narodowego   w   Limie   jakieś 

dokumenty dotyczące dziejów inkaskiego króla - niekoniecznie zresztą owego Tupaka Amaru 

- z którym w jakiś sposób związana być może tajemnica ZŁOTEGO LODU.

A w kilka dni później nadeszła wiadomość, że:

„Złoty Lód odpłynął na South - East

serdeczności

J.M.K.”

co oznaczało oczywiście, że w odnalezionych dokumentach czy księgach znalazła się 

informacja,   że   skarb   indiański   unoszono   przed   najeźdźcami   w   kierunku   południowo   - 

wschodnim od Limy, a więc w stronę niedostępnych rejonów górnych partii Andów.

Po   otrzymaniu   tej   ostatniej   wiadomości   zarówno   Dzika   Mrówka,   jak   i   Jego   Brat 

natychmiast zaczęli wertować wszystkie możliwe atlasy geograficzne i okazało się, że na 

południowy wschód od Limy rozciąga się obszar działalności wulkanicznej.

-   Czekaj,   czekaj!   -   zawołał   w   tym   momencie   Dzika   Mrówka.   -   Jak   to   tam   było 

napisane w naszym kipu?

- „...zatopili złoty lód w jeziorze, w którym przez cały rok z ognistej góry przegląda 

się Bóg - Słońce razem ze swą Małżonką” - wyrecytował natychmiast Jego Brat, który całe 

kipu dokładnie znał na pamięć.

- No właśnie! - podchwycił Marek - OGNISTA GÓRA, czyli po prostu wulkan! Już 

go mamy!!!

- Niby fakt - zgodził się łaskawym tonem Jarek - ale po pierwsze, jaki to wulkan, bo 

background image

tam wulkanów sporo, a po drugie to musiał być czynny wulkan. No nie?

-  Fakt!   -   tym   razem   potwierdził   Marek.   -   Wobec   tego   trzeba   sprawdzić   po   kolei 

wszystkie czynne wulkany i ich okolice, i po krzyku.

- No, no, nie tak zaraz. Ten wulkan musiał być czynny, ale wtedy, kiedy nasi Inkowie 

uciekali ze swoimi skarbami, a teraz to on może być już dawno wygasły. Przecież to wszystko 

działo się przeszło czterysta lat temu. To po pierwsze. A po drugie to tych wulkanów w Peru 

jest cała masa, a jezior dookoła wulkanów jeszcze więcej.

- No to co teraz? - zmartwił się Dzika Mrówka.

- Trzeba się zastanowić - zdecydował Jego Brat.

- To się szybko zastanawiaj - zniecierpliwił się Marek.

- Szybko, szybko - Jarek wzruszył ramionami - co nagle to po diable, jak mówi nasza 

babcia.

- A co nasza babcia ma do tego?...

- Niby nic, fakt - zgodził się Jarek - ale nigdy nic nie wiadomo.

I tym razem - jak się wkrótce okazało - Jarek miał w pewnym sensie rację z tą babcią, 

z którą „nigdy nic nie wiadomo”, ale o tym będzie mowa w odpowiednim czasie, na razie 

bowiem równolegle niejako do kartek nadchodzących dość regularnie z Peru, Pan Wojtek 

rozpoczął intensywne działania zmierzające do zapewnienia Poszukiwaczom Złotego Lodu 

transportu nie tylko za ocean, ale i dodatkowo na drugą półkulę. Rozpoczęło się zatem pisanie 

listów  i rozmaitych   memoriałów,   jeżdżenie  od  Szczecina  przez  Gdynię   do Warszawy po 

rozmaitych urzędach i armatorach, to jest wszędzie tam, gdzie istniał choć cień szansy na 

pozytywne załatwienie transportu kilku młodych ludzi z odpowiednim sprzętem.

Najprościej byłoby polecieć samolotem, bo to i najszybciej, i - jeżeli weźmie się pod 

uwagę, że Pan Wojtek liczył na jakieś darmowe bilety - byłoby stosunkowo niedrogo. Już już 

błyskał   cień   nadziei,   bo   jeden   z   polskich   armatorów   zmieniał   załogi   właśnie   w   tym 

peruwiańskim porcie Callao i wyczarterował samolot (jest takie mądre słowo oznaczające po 

prostu wynajęcie całego samolotu lub statku), jednakże ostatecznie okazało się, że nie ma 

miejsc, bo oprócz marynarzy „musiało” polecieć tam i z powrotem kilku urzędników, kilku 

przedstawicieli, opiekun grupy i paru dziennikarzy. A więc jeden problem odpadł, ale zanim 

odpadł,   Pan   Wojtek   zmitrężył   dobre   parę   tygodni   cennego   czasu.   Potem   rozpoczęły   się 

rozmowy i wymiana korespondencji z innym Armatorem, którego statki pływały właśnie w te 

rejony,   ale   i   tu   Pan   Wojtek   napotykał   mnóstwo   raf   i   rozmaitych   podwodnych   skał 

urzędniczych.   Listy   i   odpowiednie   papierki   wędrowały   niespiesznie   z   jednego   biurka   na 

drugie, a tymczasem czas płynął nieubłaganie i w końcu zostało go bardzo niewiele.

background image

I   wtedy   właśnie   pisemko   Pana   Wojtka   utknęło   na   dobre   na   jednym   BARDZO 

WAŻNYM BIURKU, a ten kto za tym biurkiem siedział, jakoś długo nie mógł podjąć żadnej 

decyzji. Ani w te, ani we wte.

No i nagle okazało się, że akurat w tym momencie babcia chłopców nieoczekiwanie 

spowodowała   doprowadzenie   sprawy   do   pomyślnego   końca,   zaś   sama   sprawa   stała   się 

niezwykłe   prosta,   kiedy   babcia   dowiedziała   się   przypadkowo,   że   ten   KTOŚ   siedzący   za 

BARDZO   WAŻNYM   BIURKIEM   to   po   prostu   „Stasinek”,   syn   babcinej   najlepszej 

przyjaciółki z jej lat dziecinnych. Tenże „Stasinek” teraz błyskawicznie załatwił leżące już 

długo na biurku pisemko i oto Pan Wojtek i płetwonurkowie - amatorzy odkryć podwodnych 

stali się posiadaczami  sześciu zupełnie darmowych  biletów na trasie Gdynia  - Callao i z 

powrotem. Co prawda za wyżywienie na statku w czasie przejazdu trzeba było zapłacić, ale 

najważniejsze, że były

BILETY NA DRUGĄ PÓŁKULĘ.

Od tego momentu wszystko potoczyło się już bardzo szybko. Ponieważ biletów było 

sześć,   więc   weszło   pierwszych   sześciu   z   dawna   już   ustalonej   drogą   wielu   dyskusji   i 

dodatkowo losowań listy uczestników Operacji Złoty Lód. Znajdowali się na niej kolejno:

1. Profesor

2. Pan Wojtek

3. Student historii sztuki o imieniu Andrzej

4. Ulka

5. Jego Brat

6. Baleron

7. Dzika Mrówka

8. Halina

9. Magda

10. Drzazga

11. Szufla

12. Jadwiga

Ponieważ   Dzika   Mrówka   znajdował   się   na   siódmej   pozycji,   więc   po   otrzymaniu 

wiadomości, że biletów jest tylko sześć, wpadł w prawdziwą rozpacz, która na jego szczęście 

nie   trwała   długo.   Następnego   dnia   już   bowiem   nadeszły   z   Krakowa   dwie   depesze   od 

zawiadomionych telegraficznie o przyznaniu biletów Studenta, właściwego odkrywcy całej 

historii Złotego Lodu, i od Profesora.

Student napisał krótko:

background image

„HURRA STOP ROZPOCZYNAM PAKOWANIE

ANDRZEJ”

Profesor zaś zawiadamiał:

„DZIĘKUJE ZA ZAPROSZENIE ALE NIESTETY NIE MOGĘ SOBIE POZWOLIĆ 

NA TAK DŁUGI URLOP ZE WZGLĘDU NA MIĘDZYNARODOWE KONFERENCJE I 

SPOTKANIA STOP ŻYCZĘ POWODZENIA

PROFESOR”

W ten właśnie sposób na listę członków Wielkiej Wyprawy dostał się Dzika Mrówka.

Teraz jeszcze tylko bieganie od biura paszportowego do odpowiednich konsulatów po 

konieczne wizy, ostateczny przegląd bagaży, które - co tu ukrywać  - już od dawna były 

kompletnie   zapakowane,   i  wreszcie   po  trzech   zaledwie  tygodniach   od   podjęcia   biletowej 

decyzji przez ,,Stasinka” zza BARDZO WAŻNEGO BIURKA cała szóstka znalazła się na 

pokładzie   polskiego   statku   płynącego   z   Gdyni   przez   porty   zachodniej   Europy,   Atlantyk, 

Kanał Panamski do portów Kolumbii, Peru i Wenezueli.

Minęło już kilkanaście dni rejsu na drugą półkulę. Z tyłu, za rufą i we wspomnieniach 

zostały takie porty europejskie, jak Hamburg, Rotterdam, Antwerpia i teraz statek zbliżał się - 

po przepłynięciu Atlantyku - w rejon Morza Karaibskiego.

Sześcioosobowa ekipa Poszukiwaczy Złotego Lodu zadomowiła się już całkowicie na 

pięknym   polskim   statku,   noszącym   imię   jednego   z   pierwszych,   ale   bardzo   sławnego 

polskiego króla. Oczywiście  zarówno Dzika Mrówka, jak i Jego Brat czuli się na statku 

bardzo   dobrze   już   od   pierwszego   dnia   i   z   miną   starych,   doświadczonych   marynarzy 

spoglądali   nieco   z   góry   nie   tylko   na   Ulkę   i   Balerona,   ale   nawet   na   Studenta,   którzy   to 

wszyscy   znaleźli   się   po   raz   pierwszy   na   pokładzie   pełnomorskiego   statku.   Prawdziwym 

marynarzem był Pan Wojtek, który przecież na niejednym już polskim statku pływał i który 

natychmiast po odbiciu od gdyńskiego nabrzeża skumał się z okrętowym elektrykiem i na 

cale dni przepadał  w elektrycznym  warsztacie  coś tam lutując,  czyszcząc  i  susząc  jakieś 

zamoczone   silniki,   przewijając   i   izolując.   Jednym   słowem   Pan   Wojtek   stał   się   jakby 

dodatkowym, nadliczbowym członkiem załogi.

Oprócz   naszych   Poszukiwaczy   Złotego   Lodu   na   statku   płynęło   jeszcze   sześcioro 

pasażerów.   Dwóch   smutnawych   panów,   identycznie   ubranych   i   raczej   małomównych, 

trzymających się z dala od innych pasażerów, płynęło „na placówkę” do bliżej na razie nie 

określonego południowoamerykańskiego kraju, mocno już starsza babuleńka z dość zapadłej 

wsi białostockiej udawała się do swego syna, mieszkającego od wielu lat w Peru, młoda 

panienka zdążała do narzeczonego, który przebywał w Boliwii, a który poznał swą wybrankę 

background image

studiując na Uniwersytecie Warszawskim, wreszcie dość oryginalne małżeństwo wędrowało 

dla celów wyłącznie przyjemnościowych.

To ostatnie małżeństwo zresztą zwracało swym wyglądem ogólną uwagę i szczere 

zainteresowanie. Ona była tuszy znacznie większej niż przeciętna, a na palcach obu rąk miała 

więcej   pierścionków  niż   palców,  dodatkowo   nosiła  w   pokaźnych   uszach  jeszcze  bardziej 

pokaźne złote kolczyki, na szyi miała złoty łańcuch z dużą, również złotą kulą ziemską, a na 

przegubach obu rąk pobrzękiwały liczne bransolety. Głos miała donośny i praktycznie nie 

uznawała żadnych sprzeciwów. On był zupełnym przeciwieństwem swej żony. Szczuplutki, 

drobniutki, ubrany zawsze bardzo skromnie, miał zupełnie rzadkie włosięta na małej główce, 

a głos tak cichy, że pewno nie bardzo sam siebie słyszał. Odzywał się zresztą bardzo rzadko, a 

i to zazwyczaj potakując swojej gadatliwej małżonce.

Student, czyli pan Andrzej, Ula i Baleron płynęli po raz pierwszy na pełnomorskim 

statku, wszystko więc było dla nich zupełnie nowe i każde z nich na swój sposób przeżywało 

zarówno jasne, jak też i ciemne strony rejsu. Do jasnych należał przede wszystkim sam statek, 

jako że po pierwsze cały był pomalowany na jasno, miał jasnoszare (podobno taki kolor ktoś 

nazwał   kiedyś   bardzo   romantycznie   i   miło   kolorem   gołębim)   burty,   zupełnie   białe 

nadbudówki,   jasnozielone   pokłady,   a   na   jasnożółtym   kominie   rozpierał   się   dumnie   znak 

armatorski z morskim trójzębem Neptuna. Oprócz tego do jasnych stron należał na pewno 

Pan   Kapitan   tego   statku,   który   pochodził   z   bardzo   morskiej   rodziny,   a   którego   Ojciec   - 

obecnie   już   niestety   nieżyjący   -   należał   do   najbardziej   znanych   kapitanów   w   Polskiej 

Marynarce Handlowej. Sam Pan Kapitan był  bardzo miły i wcale nie wyglądał na wilka 

morskiego, jakim był niewątpliwie. Przynajmniej tak określiła go kiedyś Ula w rozmowie z 

Dziką Mrówką.

- A jak według ciebie ma wyglądać „prawdziwy wilk morski”? - zapytał wtedy Dzika 

Mrówka.

- No, przecież to wszystkim wiadomo.

- Dobrze, dobrze - Marek nie dawał za wygraną - nie kręć, tylko powiedz dokładnie. 

Jak twoim zdaniem musi wyglądać PRAWDZIWY WILK MORSKI?

- Przede wszystkim musi mieć brodę. I to dużą brodę, poza tym musi palić fajkę, musi 

być  bardzo duży i bardzo silny, no i... chodzić w granatowym mundurze z błyszczącymi 

złotymi guzikami i w białej czapce z czymś złotym na daszku.

- A nie zapomniałaś o czymś? - zapytał Dzika Mrówka z wyraźnie wyczuwalną ironią 

w głosie.

- O czym?

background image

- O tym,  że prawdziwy wilk morski to jest jeszcze cały wytatuowany w rozmaite 

smoki, węże i takie tam rzeczy.

- No, tak - przyznała Ula - rzeczywiście zapomniałam.

- Oj, Ulka, Ulka - roześmiał się Dzika Mrówka - skąd ci się to wszystko wzięło?

- Jak to skąd? - zdziwiła się dziewczyna. - Przecież nieraz czytałam i widziałam chyba 

na jakimś filmie czy obrazku, no i... w ogóle tak wszyscy mówią.

- No właśnie, „tak wszyscy mówią” - przedrzeźniał Dzika Mrówka - bo też w naszym 

kraju to mało kto wie cokolwiek prawdziwego o morzu. Bo to niby „marynarz w noc się 

bawi, we dnie w hamaku śpi tralala” i takie różne rzeczy i wszyscy w to wierzą. A jak 

naprawdę jest na statku, to mało kto wie.

- Ojej, coś tak się oburzył? A ty może wiesz?

- A pewno, że wiem.

- A niby skąd jesteś taki mądry?

- A stąd, że mój tata pływa na statkach już prawie dwadzieścia lat i wcale nie ma 

brody i nie jest tatuowany.

- Ale jest duży i chyba silny...

- No bo taki jest i już, ale nie dlatego że akurat jest marynarzem.

- Ale twój tata przecież nie jest marynarzem.

- Jak to nie? Co ci przyszło do głowy?

- Sam mówił, że jest ochmistrzem.

- No jest. Ale czy ochmistrz to nie marynarz?

- A jest?

- No pewno. Każdy kto pracuje na statku, to jest marynarz. A ty myślałaś pewno, że 

tylko kapitan?

- Kapitan to na pewno, ale też i panowie oficerowie na mostku, no i ci panowie, co 

stoją przy kole sterowym też.

- A kucharz to nie?

- Kucharz to chyba nie... chociaż może kucharz to tak... - zawahała się - tak, kucharz 

to tak, bo on ma wytatuowane na obu rękach takie kolorowe węże czy smoki.

- Oj, Ulka, Ulka, dziad swoje, a baba swoje...

- No, no, no, tylko sobie zanadto nie pozwalaj.

- Ja sobie nie pozwalam, ale jeżeli ty, która jesteś i płetwonurkiem, i pływałaś przecież 

na jachcie, takie masz o marynarzach mniemanie, to co mówić o reszcie rodaków, którzy 

morza   nawet   nic   widzieli.   Ojej,   trzeba   będzie   chyba   coś   zacząć   robić,   żeby   to   nasze 

background image

społeczeństwo odpowiednio uświadomić na morskie tematy.

- No to zaczynaj. I to już, i tutaj - roześmiała się Ula.

- Niby jak mam tutaj zaczynać?

- Właśnie tutaj. Jakżeś taki wielki marynarz i znawca, to uświadom mnie, typowego 

lądowego szczura.

- Chyba  lądową mysz - roześmiał się Marek, ale od tego dnia rzeczywiście wziął 

sprawę zupełnie na serio do serca i jak umiał, tak wprowadzał Ule, a przy okazji i Balerona w 

tajniki statkowego życia i marynarskich obyczajów.

Co do tych ostatnich, to w dalszym rejsie czekała na Poszukiwaczy Złotego Lodu 

jeszcze spora porcja wrażeń, ale to dopiero miało nastąpić na drugim Oceanie, po drugiej 

stronie Kanału Panamskiego, a na razie statek o królewskim imieniu wpływał dopiero w rejon 

Morza Karaibskiego.

Wracając do rejsu, do jego jasnych stron należało niewątpliwie również wspaniałe 

rzeczywiście   jedzonko,   które   od   rana   do   wieczora   dzień   w   dzień,   świątek   czy   piątek, 

szykował   statkowy   kucharz   cały   ubrany   na   biało,   w   białej   wysokiej   czapie,   białych 

pantoflach, białych spodniach i białej koszuli. Spod zawiniętych rękawów koszuli wyzierały 

żółto - czarno - czerwono - zielone smoki ze złotymi zębami i pazurami, wytatuowane - jak 

opowiadał szef kuchni - w chińskiej zadymionej marynarskiej spelunce w Hongkongu.

Do ciemnych stron - jak na razie - Ula, Dzika Mrówka i inni pasażerowie zaliczyć 

mogli   silny   sztorm,   który   dał   się   dobrze   wszystkim   we   znaki   jeszcze   na   samym   niemal 

początku podróży, na wodach kanału La Manche. Co prawda Pan Wojtek, podobnie jak ongiś 

Tata obu braci bliźniaków, uważał że „pogoda wcale nie jest najgorsza”, mimo że na pokład 

statku raz po raz wpadały olbrzymie wodne grzywacze aż cały okręt trząsł się od stępki po 

wierzchołki   masztów   i   od   steru   na   rufie   po   dzwon   zawieszony   na   samym   dziobie.   Inni 

jednakże Poszukiwacze Złotego Lodu, włączając w to również „wielkich marynarzy” - Dziką 

Mrówkę i Jego Brata - dość gwałtownie odczuwali dolegliwości zwane w języku szczurów 

lądowych MORSKĄ CHOROBĄ. Jak wiadomo, głównym i prawie jedynym objawem tej 

choroby jest fakt, że apetyt znika prawie całkowicie, natomiast wędrówka każdego spożytego 

posiłku „w odwrotnym kierunku” odbywa się o wiele szybciej niż jego konsumpcja.

Każdy sztorm jednakże mija, jak twierdzą nie bez racji STARZY MARYNARZE, i 

przez cały Atlantyk towarzyszyło naszym Poszukiwaczom Złotego Lodu słońce. Początkowo 

było to „kochane słoneczko” przedzierające się przez deszczowe chmury gnane sztormowym 

wiatrem,   potem   „słonko”,   a   następnie   -   w   miarę   jak   statek   zbliżał   się   coraz   bardziej   w 

południowe rejony globusa - „słońce” i dalej SILNE SŁOŃCE, by wreszcie stać się

background image

NIEMOŻLIWYM WPROST DO

ZNIESIENIA

SŁOŃCEM!!!

Jak   się   już   zapewne   wszyscy   domyślili,   to   początkowe   „kochane   słoneczko” 

przygrzewało coraz bardziej i bardziej, i temperatura rosła nie tylko  z dnia na dzień, ale 

dosłownie z godziny na godzinę i w końcu od samego świtu aż do zmierzchu panował

WSZECHWŁADNY UPAŁ!

Statek wpływał akurat na wody Morza Karaibskiego. Po lewej burcie mijał wyspę 

Haiti, po prawej znajdowała się Kuba, a przed dziobem niebawem miały się odkryć brzegi 

Jamajki. Po śniadaniu Dzika Mrówka razem z Ulką i Jego Bratem poszli - jak zwykli to robić 

niemal każdego dnia rejsu - na skrzydło pomostu nawigacyjnego. W tym czasie wachtę na 

mostku   pełnił   najmłodszy   z   nawigatorów,   trzeci   oficer   Jacek,   który   niedawno   dopiero 

skończył Szkołę Morską w Gdyni i który dopiero pierwszy rejs pełnił samodzielne obowiązki. 

Pływał już jednak przeszło dwa lata, początkowo jako marynarz, a potem przez pół roku był 

asystentem,   poznając   w   ten   sposób   marynarski   zawód   od   „samego   spodu”,   jak   kiedyś 

stwierdził  w rozmowie z Panem Wojtkiem, który go zresztą uczył czegoś tam jeszcze w 

czasach szkolnych.

Mimo młodego wieku Jacek wyglądał jak „prawdziwy wilk morski” - według słów 

Ulki. Był to chłop rosły, wysportowany i bardzo silny, po wachcie bowiem ćwiczył na rufie 

podnoszenie ciężarów i miał specjalną sztangę, na którą co kilka dni dokładał nowy ciężar.

- Panie Jacku - śmiał się magazynier maszynowy, gdy trzeci oficer znowu przyszedł 

do jego magazynku, schowanego głęboko w maszynowni, aby sprokurować następne dwa 

ciężarki   -  niedługo   zabraknie   blachy  na   statku.   Wszystkie   co   grubsze   kawałki   zużyję   na 

pańską sztangę. A nie może pan zamiast tak dokładać co kilka dni po parę kilogramów zebrać 

się w sobie raz, ale tak solidnie i podnieść zapasową kotwicę, która leży bezużytecznie na 

dziobie, a jak tego mało, to mamy jeszcze zapasową śrubę na rufie. Co się pan tak rozdrabnia?

- Przyjdzie czas i na kotwicę, i na śrubę. Spokojna pańska głowa, panie majster - śmiał 

się Jacek i dokładał kolejne krążki na swoją sztangę.

Poza sztangą trzeci oficer Jacek miał „prawdziwie marynarską”, do tego pięknie rudą 

brodę, interesował się bardzo wieloma sprawami, a już szczególnie jego wielkim hobby były 

rozmaite morskie historie i przygody. Woził też ze sobą sporą bibliotekę, z której książki 

czytał po parę razy i dość niechętnie pożyczał, starannie zresztą wypisując za każdym razem 

rewers,   na   którym   pożyczający   kwitował   fakt   wypożyczenia   takiej   to   a   takiej   książki, 

ozdobionej ekslibrisem trzeciego oficera. Nawiasem mówiąc trzeci oficer Jacek sam sobie 

background image

zrobił ten ekslibris, ponieważ miał dość duże zdolności rysunkowo - graficzno - malarskie.

- Dzień dobry, panie Trzeci - powiedziała Ula, gdy weszli na skrzydło pomostu, na 

którym akurat trzeci oficer brał namiar na jakąś majaczącą w oddali górę.

- Cześć, płetwonurkowie poszukiwacze złotego lodu! - odkrzyknął Trzeci, na statku 

bowiem już od pierwszego dnia rejsu wszyscy doskonale wiedzieli dokąd i w jakim celu 

płyną niecodzienni pasażerowie.

- Chwileczkę - dorzucił po chwili - tylko naniosę pozycję na mapę, to pogadamy.

- A można zobaczyć? - zapytał Dzika Mrówka.

- Co zobaczyć?

- Jak pan nanosi pozycję.

- Dlaczego nie. Proszę bardzo.

Trzeci wszedł do sterówki i stanął przed szerokim stołem nawigacyjnym, na którym 

leżała rozpostarta dokładna mapa mijanych okolic. Wziął dwie ekierki i starannie zaostrzony 

ołówek.   Odnalazł   na   mapie   dwa   górskie   szczyty,   na   które   się   przed   chwilą   namierzał,   i 

narysował dwie linie pod odpowiednimi kątami, które przed chwilą odczytał z namiernika 

stojącego na skrzydle pomostu. W miejscu przecięcia obu linii narysował małe kółeczko i 

obok   napisał   dokładną   godzinę.   Kółeczko   wypadło   dokładnie   na   ołówkowej   kresce 

oznaczającej trasę statku.

- Jak na razie wszystko się zgadza - powiedział Jacek.

- Panie Trzeci - odezwał się Jego Brat - a dlaczego pan robi te namiary na skrzydle, 

jeżeli mamy na statku aż dwa radary i radionamiernik.

- Widzisz chłopcze - roześmiał się Trzeci - na morzu obowiązuje taka zasada, że nigdy 

nie jest za dużo ostrożności i dokładności. Radar radarem, radionamiernik i sztuczne satelity z 

całą nawigacją satelitarną i komputerami swoją drogą, a nigdy nie zaszkodzi sprawdzić tych 

wszystkich   wspaniałych   urządzeń   metodami   najstarszymi,   najprostszymi,   a   przez   to 

najlepszymi. Dlatego na każdym statku są zwykłe namierniki i dlatego codziennie, gdy tylko 

jest to możliwe, bierze się pozycję ze słońca i z gwiazd. Starymi, pewnymi metodami, jakich 

pewnie używał Największy Żeglarz, sam Krzysztof Kolumb. I cała masa innych.

Tu trzeci oficer zamyślił się nieco i popatrzył w stronę odległego lądu.

- Widzicie, kochani, tak mnie uczyli na „Darze Pomorza”, tak mnie uczyli w Szkole i 

tak mnie uczy na tym statku mój obecny kapitan, który - jak wiecie - pochodzi z bardzo 

dobrej marynarskiej rodziny.

Jeszcze raz spojrzał na widniejące w oddali kontury wyspy i dorzucił:

- A wiecie wy, kochani, że oto wpływamy na najbardziej burzliwe wody w historii 

background image

świata. I to nie ze względu na pogodę, choć i tu nieraz hulają huragany, ale ze względu na to, 

co się działo na tych wodach od momentu, gdy z pokładów statków Krzysztofa Kolumba po 

raz pierwszy dojrzano ziemię.

To było niedaleko stąd. A potem się zaczęło na dobre. Najpierw odkrywcy, potem 

korsarze,   piraci,   flibustierzy.   Bracia   z   Wybrzeża   i   w   ogóle   każdy,   komu   było   ciasno   w 

Europie i komu coś groziło w Starym Świecie uciekał w te rejony, gdzie panowały tylko 

prawa siły, miecza i muszkietu.

- A ja czytałem książki o piratach - wyrwał się Dzika Mrówka.

- Jakie książki? - zainteresował się Trzeci.

- A na przykład „Wyspę Skarbów” albo „Złoto z Porto Bello”. I jeszcze taką jedną o 

angielskim korsarzu, tylko zapomniałem, jak się on nazywał.

- Sir Francis Drake, oczywiście - wtrącił w tym momencie niezawodny, jak zwykle, 

Jego Brat.

- No i bardzo dobrze - skwitował Trzeci. - Na tematy piracko - korsarskie jest cała 

masa książek. A Francis Drake rzeczywiście grasował w tych okolicach. Zresztą nie tylko on. 

Był też taki sławny angielski pirat Morgan, byli Francuzi, Hiszpanie, Holendrzy. Jednym ze 

sławniejszych   był   też   niejaki   kapitan   Edward   Teach,   znany   na   całych   Karaibach   pod 

przezwiskiem „CZARNA BRODA”.

W tym momencie Trzeci przerwał swoje wyliczanie i znaczącym gestem pogłaskał 

swoją wspaniałą brodę.

- A z pana, panie Trzeci; to byłby też wspaniały pirat. Tyle że nie czarnobrody, a... - 

zaczęła Ula, ale nagle przerwała zawstydzona.

- Rudobrody - chciałaś powiedzieć - roześmiał się Trzeci. - Taki też był w historii 

piractwa, tyle  tylko że na zupełnie innym morzu, bo Śródziemnym.  I tamten nazywał się 

BARBAROSSA,   co   właśnie   znaczy   „czerwonobrody”,   choć   niektórzy   tłumaczą   to   nieco 

poetyczniej jako „miedzianobrody”. Ale, ale, panno Ulu - Trzeci jakby coś sobie przypomniał 

- w historii piractwa spotykamy też... kobiety.

- Kobiety? - z niedowierzaniem powtórzyła wciąż jeszcze zawstydzona Ula.

- A tak. Na Karaibach były dwie takie. Jedna nazywała się Anna Bonney, a druga 

Mary Read. A inną - bardzo zresztą sławną piratką, a nawet szefową olbrzymiego pirackiego 

gangu, była Chinka, niejaka pani Czing. Tak, że widzisz, nic straconego, Ula, wszystko przed 

tobą.

- Jack Barbarossa i Ulla Blanca - mruknął Jego Brat, który znał po parę słów z kilku 

języków, co oznaczało w mieszance angielsko - hiszpańskiej i szwedzko - włoskiej „JACEK 

background image

RUDOBRODY i BIAŁA ULA”, jako że Ulka miała zdecydowanie jasne włosy.

- To by nawet nieźle brzmiało - roześmiał się Trzeci, a Ulka zaczerwieniła się nie 

wiadomo dlaczego aż po bujne, jasnoblond włosy splecione w dwa grube warkocze.

- A  wracając  do  naszych   piratów  i  korsarzy Morza  Karaibskiego,  to  po pierwsze 

płyniemy   akurat  niedaleko  Jamajki. A   stolicę Jamajki,  czyli   Port  Royal,  nazwano  kiedyś 

„pirackim Babilonem”. Po drugie jutro wchodzimy do portu Cartagena, który nie raz i nie 

dwa   zdobywali   rozmaici   piraci   i   korsarze.   Po   trzecie   będziemy   z   Cartageny   do   Kanału 

Panamskiego   płynęli   koło   słynnego   Porto   Bello.   Po   czwarte   pożyczę   wam   z   moich 

PRYWATNYCH ZBIORÓW parę ciekawych książek. Po piąte wreszcie koniec na razie ze 

wszystkimi nawet najsłynniejszymi piratami, korsarzami, bukanierami i flibustierami całego 

Morza Karaibskiego i jego bliższych  i dalszych  okolic, ponieważ JACK BARBAROSSA 

idzie zaraz z sekstantem brać pozycję ze słońca, bo zbliża się KULMINACJA.

Nazajutrz   rano   statek   wchodził   do   kolumbijskiego   portu   Cartagena.   Po   długim 

przelocie przez Atlantyk wszyscy na statku, a szczególnie Poszukiwacze Złotego Lodu, byli 

mocno stęsknieni za stałym lądem, nic więc dziwnego, że wylegli wszyscy na pokład.

Statek wchodził wąskim wodnym przejściem między lądem a niewielką wyspą.

- Płyniemy teraz przez Boka Chica - oznajmił w pewnym momencie Dzika Mrówka. - 

Boka Chica oznacza Małe Wejście, a tam dalej jest Boka Grande, czyli Wielkie Wejście. W 

dawnych czasach Hiszpanie zamykali Boka Chica na łańcuch i na kłódkę, a nad Boka Grande 

zbudowali fort z silną artylerią.

- Na łańcuch? - zdziwił się Student.

- Pewno. Myśmy już takie widzieli, no nie, Jaro?

- Fakt! - zgodził się Jego Brat. - W Sewilli choćby. Ale znane są też i inne porty 

zamykane na łańcuch. Na przykład Krzywy Róg w Stambule, a właściwie w Konstantynopolu 

albo...

- Daj spokój, Jaro, wystarczy, nie musisz od razu chwalić się swoimi wiadomościami - 

przerwał mu Dzika Mrówka niezadowolony, że brat bliźniak odwrócił uwagę obecnych od 

niego. Lepiej przyjrzałbyś się tym trzem fortom: Chica Boca o tutaj, a tam dalej Chica Grande 

i jeszcze dalej Tierra Bomba. A oprócz tego mamy jeszcze potężną fortecę San Felipe, czyli 

inaczej Castillo del Felipe. I to wszystko Hiszpanie zbudowali w obawie przed piratami.

- A skąd ty to wszystko wiesz? - zdziwił się znowu Student.

- Ma się swoje sposoby - mruknął niezbyt skromnie Dzika Mrówka i spojrzał na brata 

bliźniaka, ale ten nic nie powiedział, choć przecież widział, jak Dzika Mrówka przez całą 

niemal noc studiował pilnie pożyczone wczoraj od Trzeciego książki o wyczynach piratów i 

background image

korsarzy na Morzu Karaibskim.

W porcie Cartagena statek stał krótko, ale pasażerowie zdążyli zwiedzić nawet dość 

dokładnie miasto, a zwłaszcza rzeczywiście potężną jak na dawne czasy twierdzę Castillo del 

Felipe i mury obronne dawnego starego miasta.

- Ale te mury są potężne - zachwycała się Ula.

- Potężne, potężne - Dzika Mrówka wzruszył ramionami - ale taki na przykład admirał 

Drake i tak i tak zdobył miasto i wziął kilkaset tysięcy złotych dukatów okupu.

Gdy tak  chodzili po zakamarkach  hiszpańskiej  twierdzy,  gdy przeciskali się przez 

wąskie korytarze, wilgotne mimo upału, ponure i mroczne mimo jaskrawo świecącego na 

zewnątrz słońca, Dzika Mrówka oczyma wyobraźni widział walczących w tych kamiennych 

zaułkach brodatych piratów i strojnych rycerzy hiszpańskich. I widział siebie razem ze swym 

bratem bliźniakiem walczących to po jednej, to znów po drugiej stronie. Bo piraci i korsarze 

byli tacy odważni i śmiali, ale jednak zabijali, żeby rabować złoto i klejnoty, i nawet sam 

wielki i sławny Drake skazywał bez mrugnięcia oka jeńców na śmierć, ażeby wydusić jak 

największy okup z biednych mieszkańców, nie wahał się palić całe dzielnice i plądrować i 

łupić nie tylko prywatne domy i państwowe urzędy, ale również kościoły. A znowu Hiszpanie 

byli pełni dumy i wielce rycerskich manier, ale nie mniej okrutni dla podbitych Indian niż 

piraci dla nich.

I tak źle, i tak nie za bardzo dobrze - wahał się w swych marzeniach Dzika Mrówka i 

za nic nie mógł się zdecydować, po której stronie stanąć, ale na jego szczęście statek po 

krótkim   postoju   w   Cartagenie   ruszył   w   kierunku   Kanału   Panamskiego.   Upał   wciąż   był 

niesamowity, a na domiar wszystkiego zepsuła się statkowa klimatyzacja i stało się na całym 

statku tak przeraźliwie gorąco, że Dzika Mrówka stwierdził:

- Mózg mi zupełnie wysechł i wszystkie myśli zeschły mi się na wióry.

- Dużo to tam tych wiórów nie ma. Może tyle, co z dwóch zapałek - mruknął Jego 

Brat. - No, góra z trzech - dorzucił po chwili, ocierając spocone ciało ręcznikiem, zresztą 

zupełnie mokrym od potu.

Upał był tak potworny, że Dzikiej Mrówce nie chciało się nawet odciąć się swemu 

bratu bliźniakowi. I to był dowód, że było NAPRAWDĘ BARDZO GORĄCO.

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY,

W KTÓRYM PRZEZ UPAŁ DZIKA MRÓWKA TRACI BARDZO DUŻO 

CIEKAWYCH WIDOKÓW, ALE WSZYSTKO KOŃCZY SIĘ 

SZCZĘŚLIWIE

Upał w dalszym ciągu niezmordowanie lał się z zupełnie bezchmurnego nieba, gdy 

polski statek wiozący szóstkę naszych bohaterów rzucił kotwicę na obszernym kotwicowisku 

w Limon Bay.

- Do kanału wchodzimy jutro przed południem - oznajmił Kapitan - a dziś jeszcze 

będziemy brali paliwo, panie inżynierze - zwrócił się do Starszego Mechanika.

- Tak, wiem, w porządku, panie kapitanie. I jak pan wie, czekamy na pilną przesyłkę z 

częściami zamiennymi do urządzeń klimatyzacyjnych. Bez tego ani rusz nie ujedziemy.

- Ojej - jęknął Dzika Mrówka - to będzie dalej tak gorąco?

- Trudno - Starszy Mechanik wzruszył ramionami - na razie nic na to nie poradzę. A 

tyle razy pisałem, telefonowałem jeszcze w Gdyni, a potem z morza wysyłałem telegramy, ale 

niestety nic nam nie dostarczyli. Przewidywałem, że tak się stanie.

- Wiem, wiem, panie inżynierze - zgodził się Kapitan - ale muszę pana zmartwić. 

Rozmawiałem przez krótkofalówkę z agentem i jeszcze nie nadeszła oczekiwana przesyłka. 

Może zdąży do Panamy zanim przejdziemy Kanał.

-   Ojejej   -   jęknął   znowu   Dzika   Mrówka,   choć   Jego   Brat   już   za   poprzednim 

odezwaniem szturchnął go dość mocno i znacząco łokciem.

- Co tak narzekasz, synu - Starszy Mechanik powoli kończył deser, ocierając raz po 

raz rzęsisty pot z dość obszernego czoła, które - po prawdzie - sięgało mu dość daleko poza 

czubek głowy. - Dawniej na statkach wcale nie było klimatyzacji i marynarze też pływali. I 

jacy to byli marynarze, ho, ho! - znowu otarł dużą kraciastą chustą czoło aż do karku.

- Prawda, panie kapitanie?

-   Prawda,   prawda,   sam   doskonale   pamiętam   takie   statki,   ale   nie   miałbym   nic 

przeciwko temu, żeby klimatyzacja  działała. Ale a propos dawnych  czasów, to kiedy tak 

wchodziliśmy na kotwicowisko, widziałem jeden z naszych statków wychodzących z kanału. 

Szli do Wenezueli. A agent mówił, że razem z nami będzie szedł polski trawler - przetwórnia. 

Idą na łowiska peruwiańskie albo nawet na kanadyjskie. Hen, pod Alaskę. I wtedy mi się 

przypomniało, co mi mój ojciec opowiadał o pierwszym rejsie statku pod biało - czerwoną 

banderą   przez   Kanał   Panamski.   To   był   „Dar   Pomorza”   w   1934   roku,   w   swojej   słynnej 

podróży dookoła świata.

background image

-   To   pana   ojciec,   panie   kapitanie,   płynął   na   „Darze   Pomorza”   dookoła   świata?   - 

zapytał Jego Brat.

- A jakże. Zresztą nie tylko dookoła świata. W innych rejsach Białej Fregaty też brał 

udział. Od samego początku, kiedy ją kupowano we Francji. Ale wracając do pierwszego 

polskiego przejścia przez Kanał Panamski to wtedy, w 1934 roku, było to nie lada wyczynem. 

Wtedy   polskie   statki   pływały   co   najwyżej   na   Morze   Śródziemne,   ale   praktycznie   -   z 

wyjątkiem   kilku   statków   pasażerskich   -   polskie   rejsy   ograniczały   się   do   portów   Europy 

Zachodniej. Bałtyk, Morze Północne i kanał la Manche i niewiele więcej. Nie to co dziś.

- To „Dar Pomorza” był pierwszy w Kanale Panamskim?

- Tak, pierwszy, choć - prawdę mówiąc - tak się dziwnie wtedy złożyło, że przez 

Kanał Panamski po raz pierwszy w jego historii przeszły od razu dwie jednostki pod biało - 

czerwoną banderą.

- A kto był tą drugą?

- Nie zgadlibyście, chłopcy, uśmiechnął się Kapitan - tą drugą jednostką był mały 

prywatny jacht „Zjawa II” z załogą, którą stanowił właściciel, czyli  armator, i kapitan w 

jednej osobie gdyńskiego harcerza Władysława Wagnera.

- Jacht? Wtedy i tak daleko? - zdziwił się Dzika Mrówka, który co prawda dużo czytał 

na temat polskiego jachtingu, ale były to głównie powojenne rejsy polskich jachtów, a i to 

niewiele z nich - jak na razie - przez Kanał Panamski przepłynęło.

- Ano, tak daleko - potwierdził Kapitan - bo widzisz, chłopcze, najważniejsze jest w 

życiu   czegoś   bardzo   chcieć   i   być   bardzo   upartym   i   wytrwałym.   Takimi   właśnie   byli   w 

polskim   jachtingu   przede   wszystkim   Władysław   Wagner,   a   w   wiele   lat   później 

nieodżałowany Leonid Teliga. Ale wracając do „Daru Pomorza” i „Zjawy II” to mam w 

kabinie książkę opowiadającą o historii Białej Fregaty. Tam jest - między innymi - dokładna 

data pierwszego przejścia przez Kanał Panamski pod polską banderą.

Po chwili Kapitan wrócił z egzemplarzem książki pt. „Biała Fregata”. Na okładce 

widniała kopia obrazu przedstawiającego „Dar Pomorza” pod pełnymi żaglami. Przewrócił 

parę kartek i przeczytał:

„W sobotę, 1 grudnia 1934 roku „Dar Pomorza” jako pierwszy w historii statek pod 

polską banderą przeszedł przez Kanał Panamski, holując przy swej burcie harcerską „Zjawę 

II”. Tego samego dnia o godzinie 16.00 został dla biało - czerwonej flagi odkryty Pacyfik”.

Po   obiedzie   Kapitan   poszedł   do   swojej   kabiny   na   obowiązkową   „kapitańską 

drzemkę”, Starszy Mechanik, choć zapewne miałby też na taką samą drzemkę ochotę, musiał 

udać się do maszynowni, tam bowiem w jeszcze większym niż na pokładzie i w kabinach 

background image

upale pracowano bez przerwy. Tak to już bowiem jest na statkach, że załoga maszynowa ma 

zazwyczaj najwięcej roboty w czasie wszelkich postojów statku. Wtedy silniki nie pracują i 

można je konserwować czy remontować.

Poszukiwacze   Skarbów   udali   się   na   pokład,   by   choć   przez   lornetkę   spojrzeć   na 

nieodległy brzeg, na panamski przesmyk zwany przez Hiszpanów przed wiekami ZŁOTĄ 

DROGĄ.

- To tędy po raz pierwszy przedarł się na południe Vasco Nunez de Balboa i jako 

pierwszy   Europejczyk   zobaczył   wody   Pacyfiku   -   Jarek   przed   wyjazdem   do   Ameryki 

Południowej jak zwykle poszperał trochę w rozmaitych książkach, a że pamięć miał świetną, 

więc też pamiętał nawet trudne do zapamiętania szczegóły, choćby taki jak pełne brzmienie 

nazwiska i imienia odkrywcy Pacyfiku - a działo się to 25 września 1513 roku - dokończył 

Jarek.

- To właśnie tędy później karawany koni, mułów i osłów wiozły przez panamski 

przesmyk   olbrzymie   ilości   złota,   srebra   i   drogich   kamieni   zdobytych,   zrabowanych   i 

wykopanych  w krainach Ameryki  Południowej wzdłuż wybrzeża Pacyfiku - dorzucił Pan 

Wojtek. - W Porto Bello i w innych portach Morza Karaibskiego ładowano te skarby na 

statki, które z kolei wiozły je do Europy. Historycy obliczają, że aż około sześćset statków z 

tych   „złotych”   i   „srebrnych”   flot   nie   dopłynęło   do   portów   przeznaczenia.   Część   z   nich 

zdobyli i zrabowali piraci, a część po prostu zatonęła po drodze...

- ... i teraz pan Kamiński i jego różni przyjaciele mają co szukać na morskim dnie - 

dokończył   Student,   który   oczywiście   dokładnie   poznał   wszystkie   najdrobniejsze   nawet 

szczegóły związane z historią OPERACJI ZŁOTY LÓD.

- Fakt! - przyznał Pan Wojtek - bardzo to wszystko ciekawe, ale gdy tak spojrzeć na 

historię podbojów hiszpańskich z innej strony, od strony Indian, to wszystko zupełnie inaczej 

wygląda. Przecież konkwistadorzy to byli w końcu bezwzględni łupieżcy,  którzy przecież 

wyrywali  nawet wmurowane w rozmaite świątynie  srebrne lub złote ozdoby. Wywozili z 

podbitych krajów wszystko, co się tylko wywieźć dało.

- Miejmy nadzieję, że nie wszystko - wtrącił Student. - Nie należy zapominać, że nie 

udało im się wywieźć ZŁOTEGO LODU.

Wszyscy roześmieli się, a Ula westchnęła głęboko i powiedziała tylko:

- Mam nadzieję.

Tak więc Kapitan drzemał, Starszy Mechanik walczył w pocie czoła w maszynowni, 

Poszukiwacze Skarbów snuli leniwe rozważania na historyczne tematy, a tymczasem Dzika 

Mrówka zaraz po obiedzie poszedł... do kuchni.

background image

Od   dwóch   dni,   odkąd   na   statku   przestała   działać   klimatyzacja,   w   Marku   nagle 

rozbudziły się niespodziewanie kuchenne zainteresowania. Większą część wolnego czasu, a 

tego   w   końcu   miał   dość   sporo,   zaczął   spędzać   w   kuchni   i   w   przylegających   do   kuchni 

pomieszczeniach.   Pomagał   kucharzowi,   a   to   obierać   kartofle   i   jarzyny,   a   to   przestawiał 

rozmaite garnki z jednego kąta obszernej okrętowej kuchni w drugi, a to przesiewał mąkę, z 

której miał być upieczony chleb lub rozmaite słodkości, ale najchętniej pomagał drugiemu 

kucharzowi albo młodemu pomocnikowi kucharza w robieniu porządków w jarzyniarni lub w 

innych pomieszczeniach, gdzie przechowywano statkowe zapasy żywnościowe.

Dokładnie   nie   wiadomo,   co   u   Dzikiej   Mrówki   mogło   spowodować   nagłe 

zainteresowanie się kuchnią i kuchennymi sprawami, ktoś jednak bystry mógłby połączyć 

parę   faktów   w   jedną   logiczną   całość.   Pierwszym   faktem   było   zepsucie   się   urządzeń 

klimatyzacyjnych,   drugim   -   upał   panujący   we   wszystkich   pomieszczeniach   statku   z 

wyjątkiem... i tu jest miejsce dla trzeciego faktu, a mianowicie, że wszystkie żywnościowe 

statkowe zapasy były przechowywane... w olbrzymiej chłodni.

Chłodnia ta składała się z paru oddzielonych od siebie pomieszczeń. W jednym, gdzie 

chowano zamrożone mięso, panowała iście podbiegunowa temperatura, podobnie zresztą jak 

w komorze rybnej. W innych, gdzie składowano warzywa, owoce, mleko, sery i tym podobne 

wiktuały, temperatury były znacznie wyższe i wynosiły po kilka stopni powyżej zera, co w 

porównaniu z upałem panującym na zewnątrz stanowiło jednak kapitalną różnicę.

Następnego   dnia   zaraz   po   śniadaniu   na   pokład   statku   wszedł   pilot   kanałowy   z 

krótkofalówką. Przy trapie przywitał go Trzeci Oficer ubrany w biały tropikalny mundur, a na 

mostku   czekał   Kapitan,   również   ubrany   na   biało   od   butów   aż   po   biały   pokrowiec   na 

mundurowej czapce. Na tle nieskazitelnej wręcz bieli wspaniale złociły się tylko guziki z 

kotwiczkami, również złoty wieniec z liści dębowych na daszku czapki i złote cztery paski i 

kotwiczka na każdym z granatowych pagonów na ramionach. Czarny krawat dodawał całości 

dyskretnej elegancji.

Pilot  był  ubrany znacznie  mniej oficjalnie,  miał  bowiem  na sobie długie  spodnie, 

mundurową koszulę bez krawata i marynarską czapkę, a wszystko w kolorze piaskowym, 

czyli tak zwanym khaki.

Ulka   była   -  co   prawda   -  nieco   zawiedziona,   ponieważ   pod  wpływem   korsarskich 

opowieści,   które   wczorajszego   dnia   ciągnęły   się   na   pokładzie   aż   do   późnego   wieczora, 

wyobrażała sobie, że pilot w Kanale Panamskim przyjdzie ubrany jakoś bardzo barwnie i 

kolorowo. Luźna koszula w kwiaty lub kolorowe papugi, postrzępione bawełniane spodnie, za 

pasem co  najmniej  kordelas  w  skórzanej,  nabijanej  mosiężnymi  ćwiekami  pochwie, a  na 

background image

głowie obowiązkowy szerokoskrzydły panamski kapelusz pleciony z bardzo jasnej słomki. Na 

szczęście załoga motorówki pilotowej nosiła właśnie takie szerokoskrzydłe kapelusze i jeden 

z nich mocno czekoladowoskóry ujrzawszy wysoko na burcie statku wychyloną nad barierką 

Ulkę, zdjął słomkowy kapelusz z głowy i zamachał nim przyjaźnie do dziewczyny, wołając 

przy tym głośno:

Buenos dias, blanca seńorita! Buenos dias!

Na co Ula najpierw się nieco zapłoniła, ale po małej chwilce odkrzyknęła w dół:

Buenos dias, seńor!

Czym wzbudziła zapewne zachwyt wśród załogi motorówki pilotowej, bo natychmiast 

zamachało  z dołu pięć  panamskich  kapeluszy, tylu  bowiem było  widocznie na pilotówce 

członków załogi.

Tymczasem pilot dotarł na mostek, przywitał się z Kapitanem i po chwili od strony 

dziobu dał się słyszeć zgrzyt wyciąganego z wody przez kluzę łańcucha kotwicznego. To 

działali pierwszy oficer z cieślą i dwoma marynarzami. Jeszcze chwila i z głębi maszynowni 

dobiegł odgłos dzwonka telegrafu, a potem z komina buchnęło kilka kłębów ciemnawego 

dymu i zakotłowała się woda za rufą.

Statek ruszył i skierował się dziobem w stronę nieodległej śluzy. Gdy ustawił się już 

cały na swoim miejscu, zamknięto za rufą olbrzymie wrota i po chwili zabulgotało wewnątrz 

służy.

- O rany! - zdziwił się Baleron. - Przecież my zasuwamy w górę jak windą.

Rzeczywiście.  Cały olbrzymi  statek,  razem  z nadbudówkami  i masztami, razem  z 

silnikiem i rozmaitymi  mechanizmami,  razem z wieloma tysiącami  ton ładunku w pięciu 

ładowniach   i   wreszcie   z   Kapitanem,   panamskim   pilotem,   całą   załogą   i   Poszukiwaczami 

Złotego Lodu unosić się począł szybko ku górze razem z równie szybko wznoszącym się w 

śluzie  poziomem  wody.  Już  po kilku minutach  za rufą  widać było  leżące  znacznie  niżej 

rozległe kotwicowisko Limon Bay ze stojącymi tam statkami.

A potem otwarły się wrota przed dziobem statku i śmieszne, małe, ale widocznie 

bardzo silne lokomotywki, poruszające się na szynach po obu stronach, przeciągnęły statek do 

następnej   komory  śluzowej.   Tu  operacja  powtórzyła  się  identycznie  i   w  równie   szybkim 

tempie zamknęły się za rufą statku szerokie i mocne wrota, śluza błyskawicznie napełniła się 

wodą, wynosząc statek znowu o dobre kilka metrów w górę. I potem zabrały się do pracy 

dzielne lokomotywki, znowu przeciągnęły statek do trzeciej śluzy i po raz trzeci statek został 

wywindowany w górę.

-   O   rany,   ale   winda   -   dziwił   się   nieustannie   Baleron   -   i   to   taka   bardziej 

background image

pojemnościowa.   Aleśmy   się   wysoko   wdrapali.   Ciekawe   też   ile   to   metrów   w   górę   nas 

wyniosło?

- Jezioro Gatun, na którego wody teraz wpływamy, znajduje się o prawie dwadzieścia 

sześć metrów nad poziomem Morza Karaibskiego - wyjaśnił wiedzący jak zwykle wszystko 

doskonale i niezwykle dokładnie Jego Brat.

-   To   będzie   mniej   więcej   tyle,   ile   ma   dziesięciopiętrowy   wieżowiec,   w   którym 

mieszkam   -   Baleron   próbował   przymierzyć   się   do   znanych   sobie   z   codziennego   dnia 

wielkości.

- No, może troszeczkę mniej, ale mniej więcej tyle - zgodził się nieco łaskawym i 

odrobinę protekcjonalnym tonem Jarek.

Po przejściu potrójnych śluz statek wpłynął na wody rozległego jeziora Gatun, gęsto 

usianego   malowniczymi   wysepkami.   Wszędzie,   zarówno   na   brzegach   jeziora,   jak   i   jego 

wysepkach pieniła się bujna tropikalna roślinność.

- Uroczo tu - powiedziała w pewnym momencie Ula. - Czuję się zupełnie jak w jakiejś 

cudownej krainie, jak w jakimś zaczarowanym ogrodzie botanicznym. Aż wierzyć mi się nie 

chce, że wszystkie te cuda oglądam na własne oczy. Boję się, że mi się to tylko śni i że za 

chwilę otworzę oczy, i się zbudzę, i wtedy to wszystko zniknie.

- To najlepiej się uszczypnąć - doradził jej z niewinną miną Baleron.

- Uszczypnąć? A niby po co?

- Żeby sprawdzić, że to nie sen. Jak zaboli, to znaczy, że to jawa, a jak nie zaboli - 

znaczy sen.

- Daj spokój! - krzyknęła Ula, którą w tym momencie kolega faktycznie uszczypnął, 

choć przyznać trzeba, że zrobił to bardzo delikatnie.

- No widzisz - roześmiał się stojący obok Pan Wojtek - masz teraz najlepszy dowód, 

że to jawa.

- Ale, ale - Pan Wojtek rozglądnął się wzdłuż burty, przy której stali prawie wszyscy 

Poszukiwacze Złotego Lodu. - Gdzie jest Marek? Już od dawna mi czegoś brakowało, ale nie 

wiedziałem   czego.   A   teraz   już   wiem.   Było   za   spokojnie   i   dopiero   Baleron   ze   swoim 

szczypaniem naprowadził mnie na odpowiednią myśl. No, więc, gdzie jest Dzika Mrówka?

- Na śniadaniu był - powiedziała Ula.

- Był - potwierdził Baleron - przecież zjadł dwie porcje jajecznicy z cebulką i jeszcze 

na domiar na takich olbrzymich płatach szynki. On teraz ma chody u szefa kuchni, to obżera 

się do niepamięci.

- Tobie też nie brakuje apetytu - Pan Wojtek zaczął się rozglądać po pokładzie.

background image

- Właśnie - dodała Ula - ty też zjadłeś dwie porcje jajecznicy, nie wymawiając. Gdyby 

takich pasażerów było więcej, to Armator by już zupełnie zbankrutował.

- Niby dwie porcje - powtórzył z westchnieniem żalu Baleron - ale na pewno nie z 

taką szynką jak Mrówa, ot co!

- Dobra, dobra, ale w końcu, gdzież jest Mrówa? Kto z was go ostatni widział?

- Zaraz po śniadaniu chyba poszedł do kuchni - odezwała się Ula.

- Do kuchni? - zastanowił się Pan Wojtek. - Jarek, skocz no i zobacz, czy go tam nie 

ma.

Jarek ruszył do schodów prowadzących na pokład, na którym znajdowała się kuchnia, 

a jego flegmatyczny krok wcale nie pasował do wydanego przez Pana Wojtka polecenia.

Wrócił też dopiero po dobrych paru minutach.

- No i co?

- Szef kuchni mówi, że widział go zaraz po śniadaniu, że owszem, przyszedł i że zjadł 

jeszcze jedną porcję jajecznicy na szynce...

- TRZECIĄ JAJECZNICĘ. I do tego NA SZYNCE! - jęknął boleśnie Baleron i z 

wielkiego żalu aż się oblizał.

- Nie przeszkadzaj - Jego Brat spojrzał na Balerona z wyraźną dezaprobatą - a więc 

szef kuchni go widział zaraz po śniadaniu, ale potem to już nie.

- Potem już nie? No to gdzież on może być? - zaniepokoił się Pan Wojtek. - Trzeba 

było zobaczyć na pokładzie obok kuchni.

- Zobaczyłem - odparł Jarek.

- I co?

- I nie było go tam. Ani go tam nikt nie widział, bo pytałem stewarda, który tam już 

dłuższy czas stał. Od pierwszej śluzy, jak powiedział.

- To może w kabinie...

- Byłem i w kabinie. Fakt. I też go nie ma...

- No to może na mostku?

- Na mostku sprawdzałem. Jest tam tylko Kapitan, pilot i normalna wachta. A na obu 

skrzydłach też pusto.

- O Boże! - jęknęła Ulka i zbladła - a może mu się coś stało?

- Może wysiadł na śluzie? - odezwał się Baleron.

- Eeee, chyba niemożliwe.

- Dla Dzikiej Mrówki nie ma rzeczy niemożliwych - stwierdził z przekonaniem w 

głosie Baleron.

background image

- Fakt! - przytaknął Jego Brat z jeszcze głębszym przekonaniem w głosie.

- Ta co teraz robić? - zawołała Ulka.

- Zawrócić po niego chyba będzie dość trudno - zauważył Baleron spoglądając na 

skrzydło mostka, gdzie stali w tej chwili Kapitan z pilotem.

W tym momencie Ula wyobraziła sobie, co by to był za rwetes, gdyby NAPRAWDĘ 

Dzika Mrówka został na śluzie i gdyby TERAZ TRZEBA BYŁO WRACAĆ PO NIEGO!

- Ojejej - jęknęła cichutko i nic nie powiedziała.

- Zawrócić się nie da, to prawda, ale gdyby tak naprawdę został w śluzie, to go raz 

dwa policja odstawi do Panamy, na drugi koniec Kanału.

- A czy zdążą? - Ula uczepiła się tej myśli, choć nieco zdrętwiała na sam dźwięk 

słowa policja.

- O wa! - Baleron wydął wargi - wielka mi znowu sztuka! Zdążą na pewno. Choćby 

helikopterem.

Jakby na zawołanie w tym samym momencie po lewej burcie płynącego prosto na 

południe statku rozległ się głośny warkot i po chwili oczom naszej gromadki ukazał się na 

pomarańczowo pomalowany HELIKOPTER!

- O właśnie! - powiedział Student.

- Może go już wiozą - dodał Baleron, a w jego głosie można było wyczuć i trochę 

radości, i trochę zazdrości. Radości z tego powodu, że Dzika Mrówka wpadnie w nie lada 

tarapaty, Baleron bowiem wciąż nie mógł koledze darować TRZECIEJ porcji śniadaniowej i 

do   tego   jeszcze   szynki,   a   zazdrości   -   znów   z   tego   powodu,   że   taki   lot   nad   Kanałem 

Panamskim   HELIKOPTEREM   i   do   tego   POLICYJNYM   to   jest   jednak   DOSKONAŁA 

HISTORIA DO OPOWIADANIA.

Helikopter tymczasem zbliżył się do płynącego statku.

- O, pokiwał skrzydłami! - zawołał w pewnym momencie Baleron.

- Przecież helikopter nie ma skrzydeł - skorygował go Student, a Jego Brat dorzucił 

swoje „Fakt”

- No to pokiwał czym innym - upierał się przy swoim Baleron. - Pewno chce nam coś 

dać znać - zastanowił się.

A   Ulka   nic   nie   mówiła,   ale   przez   cały   czas   bez   przerwy   była   wpatrzona   w 

pomarańczowy helikopter i w myślach pytała sama siebie, czy to jest możliwe, żeby Dzika 

Mrówka naprawdę tam był?

Tymczasem tajemniczy helikopter zakołysał się istotnie parokrotnie, ale po chwili z 

głośnym warkotem przeleciawszy wzdłuż burty polskiego statku pomknął dalej, do innych 

background image

statków konwoju płynącego przez wody jeziora Gatun.

-   Słuchajcie   płetwonurki   -   odezwał   się   Pan   Wojtek   -   czy   Marek   jest   w   tym 

helikopterze czy nie - nieważne. Trzeba KONIECZNIE przeszukać cały statek, a jak go nie 

znajdziemy... - tu Pan Wojtek przerwał.

- To co wtedy? - odezwała się prawie płaczącym głosem Ulka.

- To wtedy musimy dać znać panu kapitanowi - dokończył Pan Wojtek.

- No to szukajmy! - pierwszy ruszył Student.

Rozbiegli   się   wszyscy   po   całym   statku.   Wszyscy   to   znaczy   pięcioro   naszych 

Poszukiwaczy Złotego Lodu, babuleńka - pasażerka spod Białegostoku, panna młoda jadąca 

do   swego   boliwijskiego   oblubieńca   i   małżeństwo   turystyczne,   a   nawet   dwóch   smutnych 

panów, jak zwykle trzymających się nieco na uboczu, zawahało się jakby już, już mieli też 

ruszyć na poszukiwanie, ale pierwszy spojrzał na drugiego, a w tym samym  czasie drugi 

spojrzał na pierwszego i widocznie w jednym i tym samym momencie pomyśleli to samo i 

zostali bez ruchu oparci o barierki i udawali, że zachwycają się mijanymi wysepkami.

- Trzeba szukać rejonami i starannie - zdecydował Pan Wojtek. Sam z Baleronem 

poszedł   do  maszynowni,   Ula   ze   Studentem   i   Jarkiem   miała   za   zadanie   obejść   wszystkie 

pokłady  z   łodziami  ratunkowymi  łącznie,  tudzież  mostkiem  i  kabiną  nawigacyjną,   panna 

młoda   i   turystyczne   małżeństwo   mieli   przejść   dokładnie   wszystkie   kabiny   na   statku,   a 

babuleńce   -   pasażerce   -   ze   względu   na   jej   podeszły   wiek   -   Pan   Wojtek   wyznaczył 

sprawdzenie   statkowej   świetlicy   z   telewizorem.   Po   zakończeniu   poszukiwań   mieli   się 

wszyscy spotkać właśnie w tejże świetlicy.

Minęło kilkanaście minut i wszyscy zebrali się w owej świetlicy. Nastrój od razu stał 

się poważny i napięty, z żadną bowiem z grup nie było Dzikiej Mrówki. Ulka miała oczy 

pełne łez, a nawet flegmatyczny i spokojny zazwyczaj Jego Brat był też wyraźnie poruszony. 

Pani Zosia, bo tak miała na imię żona z turystycznego małżeństwa, podzwaniała z przejęcia 

wszystkimi bransoletkami, wisiorkami i kolczykami, pan Zbyszek - jej małżonek - coś tam 

cichutko   szemrał   niedosłyszalnym   szeptem,   panna   młoda   miała   wypieki   na   urodziwych 

policzkach, a babuleńka spod Białegostoku odmawiała już nowennę do Świętego Antoniego, 

który   -   jak   ogólnie   wiadomo   -   jest   w   niebie   Głównym   Specjalistą   od   wszelkich   rzeczy 

zagubionych.

-   Sprawdzaliście   wszędzie?   -   spytał   Pan   Wojtek,   który   oczywiście   przejął 

przewodnictwo poszukiwań jako szef grupy.

-   Wszędzie   -   odpowiedziała   Ulka,   pociągając   już   zupełnie   otwarcie   nosem   - 

zaglądałam nawet do każdej szalupy. Osobiście.

background image

- A my przeglądnęliśmy dokładnie WSZYSTKIE kabiny. Nawet KAPITAŃSKĄ, bo 

była akurat otwarta, a Pan Kapitan był na mostku w tym czasie - dorzuciła Pani Zosia z 

brzękiem bransolet, bo Pani Zosia miała we zwyczaju  zawsze przy rozmowie nadmiernie 

gestykulować.   -   I   sprawdzaliśmy   w   kabinach   załogi.   Także   w   tych,   w   których   akurat 

marynarze spali po wachcie. I nigdzie nie było naszego miłego chłopca.

- W maszynowni też go nie znaleźliśmy ani w pomieszczeniu maszynki sterowej, a 

Baleron to nawet razem z motorzystą zaglądał w zęzy świecąc latarką.

- A w radiostacji? - przypomniał sobie Pan Wojtek.

- Tam też go nie ma. Sprawdzałem - odrzekł Student.

- W łazienkach?

- Wszystkie przeglądnięte.

- Tu go też nie ma - odezwała się w tym momencie babuleńka spod Białegostoku, 

która   w   tym   czasie   skończyła   już   jedną   nowennę.   -   Jedyna   nadzieja   została   w   Świętym 

Antonim...

- Zaraz! Zaraz!!! ANTONI!!! - krzyknęła nagle Pani Zosia i mimo swych obfitych 

kształtów ruszyła dokądś biegiem wśród brzęku złotych ozdób i wisiorków. Za nią ruszył 

drobnym truchtem cichuteńko Pan Zbyszek.

- Co znowu za Antoni? - zdziwił się Pan Wojtek, ale Pani Zosia już dudniła i brzęczała 

biegnąc po schodach w dół, na niższy pokład, na którym  mieściła  się kuchnia, w której 

SZEFEM był właśnie PAN ANTONI.

Po chwili Pani Zosia w całej swej okazałości wtargnęła do przestronnej kuchni, w 

której królował - jak zwykle - szef ubrany w białe spodnie, białą koszulą, biały fartuch i białą 

czapkę.   Na   kuchni   parowały   smakowicie   olbrzymie   gary,   gdyż   zbliżała   się   akurat   pora 

obiadowa i za parę minut zasiadała do stołów pierwsza tura, to znaczy ci, którzy o dwunastej 

w południe zaczynali wachtę.

Wpadłszy do kuchni Pani Zosia nieomal wypełniła ją całą swą obfitością i złotym 

Brzękiem ozdób.

- PANIE ANTONI! - krzyknęła gromkim głosem, potrząsając groźnie rękami - gdzie 

jest chłopak?

- Jaki chłopak? - szef kuchni patrzył z niekłamanym przestrachem na obfite zjawisko, 

które wtargnęło do kuchennego sanktuarium.

- Oczywiście Marek, czyli DZIKA MRÓWKA!

- Już  mówiłem,  że  kręcił  się  zaraz  po  śniadaniu,  ale   potem  gdzieś  znikł  -  zaczął 

tłumaczyć szef.

background image

- A GDZIE ZNIKŁ?

- A skąd mogę wiedzieć, łaskawa pani - zaczął szef kuchni.

- Niech pan mi się NIE SPRZECIWIA, panie Antoni! - krzyknęła Pani Zosia. - Jak to 

pan nie wie? Czy pan wszędzie sprawdził?

- Sprawdzałem, łaskawa pani. Wszędzie. W kuchni i obok w podręcznym magazynku. 

A zresztą gdzieby tu się mógł schować? Chyba żeby wlazł do garnka.

- Wszędzie pan sprawdzał, panie Antoni?

- No... wszędzie, łaskawa...

- A W CHŁODNI???

- W chłooodni? - powtórzył przeciągając sylaby szef kuchni, Pan Antoni.

- WŁAŚNIE!!!

-   W   chłodni   to   nie...   ale   tam...   zamknięte   przez   cały   czas...   ale   tam...   mróz...   O 

RANY!! - wrzasnął nagle Pan Antoni i pomknął w stronę chłodni, a za nim pomknęła Pani 

Zosia z nieodłącznym Panem Zbyszkiem tuż za obfitymi plecami.

Szef   kuchni   szarpnął   za   klamkę,   otworzył   ją,   odciągnął   grube   na   kilkadziesiąt 

centymetrów  drzwi i wpadł do przedsionka chłodni, z którego prowadziło troje drzwi do 

trzech komór.

W przedsionku nie było nikogo. Szef kuchni dopadł do pierwszych drzwi na lewo i 

otworzył  je  jednym  szarpnięciem.  W środku  stały skrzynki  z owocami  i jarzynami.  Szef 

zajrzał do środka i cofnął się.

- Tu nie ma nikogo! - stwierdził.

Otworzył teraz drugie równie grube drzwi. Wewnątrz były sery, jajka i stały kartony 

piwa i wody sodowej.

- Tu też nikogo! Jeszcze tylko w mięsnej - powiedział. - Ale tam MRÓZ!! MINUS 

SIEDEMNAŚCIE STOPNI!!!

Szarpnął   trzecie   drzwi,   pociągnął   za   klamkę.   Drzwi   powoli   uchyliły   się   i   oczom 

przerażonego Szefa Kuchni i równie przerażonych Pani Zofii i Pana Zbyszka ukazała się 

drobna figurka chłopca w krótkich spodenkach i koszulce z krótkimi rękawami. Figurka była 

całkowicie sino - biała. Z tyłu za chłopcem wisiały na hakach zamarznięte na kość olbrzymie 

połcie mięsa, połówki cielęce i wieprzowe i całe tusze baranie. Z wnętrza komory buchało do 

przedsionka lodowate zimno.

- Marek! - krzyknęła Pani Zofia, wpadła do komory i chciała otulić chłopca swym 

obfitym ciałem, ale natychmiast odskoczyła z krzykiem, wydało jej się bowiem, że dotknęła 

sopla lodu.

background image

- Żyjesz??? - krzyknął przerażony Szef Kuchni, złapał sztywnego z zimna chłopca i 

wyniósł go do przedsionka.

- Ży...ży...ży... - zaczął szczękać Dzika Mrówka, ale w żaden sposób nie mógł słowa 

dokończyć.

Rwetes, jaki teraz nastąpił na statku, da się porównać jedynie do normalnej przerwy w 

każdej   normalnej   szkole,   kiedy   to   młodzi   ludzie   zgnębieni   koniecznością   siedzenia   we 

względnym spokoju przez całą lekcyjną godzinę wyrwą się nagle po dzwonku na szkolne 

korytarze   czy   też   szkolne   boisko.   Krzyk   tedy   powstał   wielki   i   okrutny,   a   najgłośniejsza 

oczywiście była Pani Zosia, która - jak się teraz okazało - coś tam kiedyś wspólnego miała z 

medycyną   i   obecnie   we   własne   pulchne,   ale   zgrabne   ręce   wzięła   całą   akcję   ratunkową. 

Później   na  statku   nazywano   tę   akcję   z  angielska   „defreezing   action”,  co  miało  oznaczać 

AKCJA ODMRAŻANIA.

Daleka od prawdy ta nazwa nie była, Dzika Mrówka bowiem przypominał bardziej 

dobrze zamrożony filet dorszowy niż „chłopca w tropiku”. Na szczęście energiczna akcja 

Pani   Zofii   polegająca   na   ostrożnym   nacieraniu,   rozcieraniu,   wcieraniu,   wlewaniu   i   tym 

podobnych czynnościach doprowadziła po prawie dwóch godzinach do tego, że zęby Dzikiej 

Mrówki przestały szczękać niby hiszpańskie kastaniety i z rozmarzającego widocznie gardła 

poczęły się wydobywać zbliżone do ludzkiej mowy dźwięki.

Pani   Zofia   nachyliła   się   nad   przybierającym   już   prawie   normalny   koloryt   ciałem 

chłopca, starając się usłyszeć, co też Dzika Mrówka chce powiedzieć.

- Ale fajna historia, proszę pani - wymamrotało wracające do życia stworzenie.

- Jaka znowu historia? - zdumiała się Pani Zofia patrząc podejrzliwie na chłopca, 

ponieważ zbudziło się w niej uzasadnione podejrzenie, że w chłodni zamarzł chłopaczynie 

rozum ze szczętem.

- Ano taka,  proszę pani  - zamamrotało  coś znowu - że  w tropiku  o mało  co nie 

zamarzłem na śmierć. Ale czy mi koledzy uwierzą, jak im opowiem? - zmartwił się po chwili 

Marek.

Pani Zofia spojrzała wymownie na obecnego przy „defreezing action” Pana Wojtka, 

chcąc się z nim widocznie podzielić swymi podejrzeniami co do skutków działania niskich 

temperatur na chłopięcy rozum, ale Pan Wojtek uśmiechnął się i powiedział.

- No i chwała Bogu, przychodzi do siebie.

- Jak to? - zdziwiła się Pani Zofia. - Przecież biedaczek coś bredzi bez sensu.

- To właśnie najlepszy dowód, że Marek dochodzi do normalnego stanu.

- No, no - pokiwała głową Pani Zofia i spojrzała dość podejrzliwie na głowę Pana 

background image

Wojtka, jakby się przez moment zastanawiała, czy i on nie był zatrzaśnięty w chłodni przez 

czas jakiś, ale widocznie doszła do wniosku, że „z chłopami to w żaden sposób się nie można 

dogadać” i machnęła tylko ręką, zwracając się do babuleńki spod Białegostoku.

- Gdyby pani nie przypomniała o Antonim, to by może chłopaczyna zamarzł nam na 

amen.

- Nie Antoni, kochaniutka, nie Antoni, ale Święty Antoni. Bo na zgubione rzeczy to 

on jest najpewniejszy.

Gdy Marek przyszedł już na dobre do siebie, wydało się, że po prostu było mu za 

gorąco i chciał się troszeczkę ochłodzić, no to wszedł do chłodni, ale w tym momencie był 

zwrot i statek się przechylił, i drzwi się zatrzasnęły, no i siedział tak i czekał na zlitowanie, i 

stukał, ale drzwi były za grube i nikt nie słyszał, a w środku nie ma żadnej klamki i najgorsze, 

że nie miał niczego do okrycia się.

- A dlaczego nie dzwoniłeś? - zapytał Pan Wojtek. - Przecież w każdej komorze jest 

na taką okoliczność przewidziany dzwonek alarmowy.

- O tym to ja nie wiedziałem - wyznał Marek.

- Widzisz, chłopcze, na statku trzeba bardzo dużo rzeczy wiedzieć i wciąż o nich 

pamiętać. Prawda?

- Ano prawda - zgodził się Marek. - Fakt!

- I żebyś mi więcej nie „chłodził się” w chłodni - dorzucił Pan Wojtek ostrzejszym 

nieco głosem.

- Nigdy - z wielkim zapałem przyrzekł Dzika Mrówka. - Nigdy w życiu nie wejdę już 

do chłodni.

- Ani nawet nie zajrzę do lodówki - dodał.

- Ani nie będę jadł LODÓW - dorzucił po chwili.

- Ejże??? - niedowierzająco zapytał Pan Wojtek.

- No... nie wiem... co do lodów, to może się jeszcze zastanowię.

- To musisz się szybko zastanowić - roześmiał się Pan Wojtek - bo właśnie dziś są 

lody na podwieczorek.

- O - wzdrygnął się Marek - dzisiaj to jeszcze nie.

- No to ja zjem twoją porcję, dobrze? - podchwycił natychmiast Baleron.

- Ty? - Marek spojrzał na łakome oblicze kolegi - ty miałbyś zjeść moje lody? Nigdy 

w życiu. Są inne osoby bardziej godne takiego wspaniałomyślnego gestu z mojej strony - tu 

Dzika Mrówka spojrzał wymownie w stronę ledwie jeszcze żywej ze strachu o niego Uli.

Podczas trwania „defreezing action” statek przepłynął przez rozległe jezioro Gatun, 

background image

przecisnął się przez wykuty w skalnym płaskowyżu malowniczy Przełom Gaillarda, śluzował 

przez śluzę Pedro Miguel, gdzie opadł już o kilka metrów w dół, a potem przez sztuczne 

jezioro   Miraflores   dotarł   do   podwójnych   śluz   tej   samej   nazwy,   które   w   dalszym   ciągu 

prowadziły w dół do nieodległego już Oceanu Spokojnego, czyli do Pacyfiku.

Dzika   Mrówka,   osłabiony   przeżyciami   i   „akcją   odmrażania”,   wyszedł   na   pokład 

dopiero   w   momencie   końcowym,   gdy   statek   przepływał   pod   wspaniałym,   wysoko   nad 

wodami kanału zawieszonym mostem, wchodzącym w skład słynnej drogi panamerykańskiej, 

łączącej   poprzez   dwa   kontynenty   mroźną   Alaskę   daleko   na   północy   z   równie   mroźną 

dalekopołudniową Ziemią Ognistą.

- To sławny „Puente de las Americas”, czyli Most Ameryk - poinformował Trzeci 

Oficer, który przechodził obok Poszukiwaczy Złotego Lodu idąc na mostek, gdyż niedługo 

miały   się   rozpocząć   manewry   rzucenia   kotwicy   na   redzie   portu   Balboa   już   na   wodach 

Pacyfiku.

W  ten  sposób  Dzika  Mrówka,   Ula, Jego  Brat,  Baleron  i  Student  odkryli  na  swój 

prywatny użytek kolejny Ocean:

PACYFIK

Pan Wojtek był już na tym Oceanie, tyle tylko że z zupełnie przeciwnej strony, pływał 

bowiem ongiś na statku, który zawędrował aż na Filipiny.

Kanał Panamski został z tyłu za rufą statku razem ze wspomnieniami wspaniałych 

widoków.   Co   prawda,   jeśli   idzie   o   ten   odcinek   rejsu,   to   wspomnienia   Dzikiej   Mrówki 

ograniczały się prawie wyłącznie do uczucia potwornego zimna i do widoku zamarzniętych 

na kość połci mięsa.

BRRRRRRR...

Ale swoją drogą nie każdego stać na taki numer, żeby prawie zamarznąć w samym 

sercu tropikalnego klimatu i to niedaleko

RÓWNIKA!!!

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY,

W KTÓRYM POSZUKIWACZE ZŁOTEGO LODU OTRZYMUJĄ 

UROCZYŚCIE NOWE IMIONA

Statek po opuszczeniu redy portu Balboa, gdzie na szczęście dostarczono brakujące 

części   do   urządzeń   klimatyzacyjnych   i   odtąd   znowu   we   wszystkich   pomieszczeniach 

zapanowała zupełnie znośna i nawet przyjemna temperatura, ruszył dalej na południe. A tam, 

w niewielkiej już stosunkowo odległości znajdowała się

GRANICA

między PÓŁNOCNĄ

i

POŁUDNIOWĄ

półkulą

Trzeci oficer, który okazał się nie tylko zapalonym entuzjastą rozmaitych piracko - 

korsarskich historii, ale też i całkiem utalentowanym rysownikiem, od kilku już dni cały czas 

wolny od wacht i służb spędzał na rysowaniu i malowaniu. Spod jego zdolnej ręki uzbrojonej 

a to w ołówek, a to w piórko, a to w pędzel umaczany w farbie wychodziły jeden po drugim

DYPLOMY CHRZTU MORSKIEGO

Zbliżał   się   bowiem   tradycyjny   Chrzest   Równikowy,   który   zgodnie   z   morskim 

ceremoniałem   odbywał   się   na   statkach   całego   świata   przy   przekraczaniu   magicznej   linii 

dzielącej świat na połowy, na dwie półkule - północną i południową.

Ponieważ, jako się rzekło, Trzeci Oficer posiadał nieco malarskiego talentu, toteż i 

wykonywane przez niego dyplomy były małymi  arcydziełami. Już same napisy wykonane 

tuszem, z literami starannie udającymi jakieś stare pismo sprzed kilku wieków, były wzorem 

dokładności i precyzji. A do tego dochodził ozdobny ornament biegnący wokół karty brystolu 

i wreszcie same obrazki.

Na   wszystkich   z   nich   widniało   błękitne   morze   stapiające   się   gdzieś   hen   z 

rozsłonecznionym horyzontem. Na morzu znajdowała się maleńka piaszczysta wysepka, a na 

piasku   leżały   piękne   w   kształcie   muszle   i   rozgwiazdy.   Na   samym   środku   wysepki,   na 

niewielkim piaszczystym pagórku siedziała odpowiednia postać. I tak na jednym dyplomie 

widniała  bardzo powabna  syrena  z twarzą  Uli i długimi,  jak u Uli,  jasnymi  warkoczami 

okrywającymi górną połowę syreniego ciała. Na drugim znów szczerzyła zęby w uśmiechu 

całą gębą duża MRÓWKA z ludzką jednakże twarzą, i to twarzą oczywiście niezwykle do 

Markowej twarzy podobną. Na trzecim dla odmiany zajmowała prawie całą powierzchnię 

background image

małej wysepki niezwykle pulchna postać niewieścia, której twarz co prawda skryta była za 

przeciwsłoneczną parasolką, za to na wszystkich tłustych paluszkach połyskiwały jak żywe 

dokładnie   odtworzone   wszystkie   pierścionki   Pani   Zofii,   podobnie   jak   bransolety   na 

przegubach rąk, wisiorki na szyi, kolczyk widoczny na jednym odsłoniętym przez parasolkę 

uchu, a nawet złoty łańcuszek z misternym zapięciem owijający kostkę jednej z bosych nóg 

zanurzonych częściowo w błękitnym morzu.

Inne dyplomy przygotowane przez Trzeciego Oficera w tajemnicy - szczególnie przed 

przyszłymi delikwentami - były równie starannie wykonane i równie podobne były postacie 

siedzące na piaszczystych wysepkach.

A   „delikwentów”   było   sporo.   Bo   według   starego,   kilkaset   już   dobrych   chyba   lat 

liczącego, morskiego obyczaju, równikowy chrzest morski mieli przejść wszyscy członkowie 

załogi i pasażerowie płynący na statku, którzy po raz pierwszy w swym życiu przekraczali.

MAGICZNĄ LINIĘ RÓWNIKA

A więc na naszym statku należeli do delikwentów przede wszystkim Poszukiwacze 

Złotego Lodu, z wyjątkiem Pana Wojtka,  który już równikowy chrzest miał za sobą i to 

gdzieś w okolicach Indonezji, wszyscy pasażerowie i czterech członków załogi, w tym drugi 

kucharz, jeden młodszy marynarz z pokładu, młodszy motorzysta z siłowni i wreszcie steward 

z oficerskiej mesy.

Oprócz Trzeciego Oficera do obrzędu Morskiego Chrztu Równikowego szykowali się 

też  inni  członkowie   załogi  statku.  A  więc  szykował  się  na  przykład  solidnie   zbudowany 

cieśla, który na tym statku już tradycyjnie występował jako sam Neptun, jeden ze starszych 

marynarzy o tuszy potężnej i twarzy wyjątkowo mało urodziwej koniecznie chciał zagrać 

neptunową małżonkę, niejaką Prozerpinę, radiotelegrafista doskonale czuł się w roli Lekarza, 

a dodatkowo kilku innych członków załogi sądziło, że są wystarczająco przygotowani do roli 

diabłów - pomocników Lekarza i, co tu dużo ukrywać, głównych oprawców chrzczonych 

neofitów morskich.

Dzień przed datą przekroczenia równika, w porze podwieczorkowej pojawiła się nagle 

na rufowym  pokładzie postać  w  kompletnym  płetwonurkowym  stroju  i nawet  z butlą  na 

plecach oraz w obowiązkowych płetwach na nogach. Oczy owo indywiduum płetwonurkowe 

miało dokładnie zasłonięte maską, a na domiar złego szyba maski została w znacznej mierze 

zamalowana nieprzeźroczystą białą farbą i jedynie przez niewielkie otworki owo wodno - 

lądowe stworzenie mogło oglądać świat. Dolną część twarzy kryły szczelnie potężne wąsiska 

i takaż broda, zmoczone całkowicie i z wplątanymi między włosy rozmaitymi wodorostami i 

muszlami. Do pasa ów osobnik miał przytroczony duży róg jakiegoś zwierza zakończony 

background image

błyszczącym ustnikiem.

Krocząc   od   rufy   po   pokładzie   owo   ziemno   -   wodne   zjawisko   pozostawiało   duże 

mokre ślady, a jednocześnie dęło w róg wydając głośne i przeraźliwe a fałszywe dźwięki.

Na ten słyszalny chyba na całym statku zew ruszył się, kto żyw i po chwili na ostatniej 

ładowni zebrał się spory tłumek złożony ze wszystkich pasażerów, jak też i wolnej od wacht 

załogi. Znalazł się tam też i Kapitan.

Płetwonurek zatrzymał się przed Kapitanem i zadął trzykrotnie w róg.

-   Przybywam   z   głębin   Oceanu   -   oznajmił   chrapliwym   głosem,   który   jednak   dość 

mocno przypominał głos Pana Wojtka - jako wysłannik i herold Króla i Władcy Podwodnych 

Krain,  panującego nam  miłościwie  NEPTUNA,  który przesyła  pozdrowienia  dla kapitana 

korabia płynącego pod biało - czerwoną banderą.

-   Witam   na   pokładzie   mego   korabia   i   przesyłam   również   pozdrowienia   dla   Jego 

Królewskiej Mości i ukłony dla Jego Uroczej Małżonki - odparł Kapitan.

-   Pozdrowienia   i   ukłony   przekażę   po   powrocie   do   zamku   pana   mego,   Jego 

Królewskiej Mości Neptuna, a teraz zapytuję pana, panie kapitanie, czy na pokładzie jego 

korabia   nie   znajdują   się   przypadkowo   osobnicy,   którzy   dotychczas   jeszcze   nie   zdali 

odpowiednich   egzaminów   i   nie   posiadają   ani   morskich   imion,   ani   też   odpowiednich 

dokumentów z królewską pieczęcią.

- A są, są tacy. I owszem - odrzekł Kapitan.

- I iluż ich jest?

- O, sporo, bo aż piętnaścioro.

-   Ho,   ho,   panie   kapitanie,   to   z   tego   wnioskuję,   że   roboty   jutro   będzie   dużo.   I   z 

egzaminami, i z uroczystością związaną z imion nadawaniem oraz z wręczeniem dyplomów i 

odpowiednich świadectw.

- Ano, tak należy przewidywać - zgodził się Kapitan.

- Tedy Jego Królewska Mość Neptun ustami moimi prosi pana, kapitanie, aby po 

przekroczeniu Equatoru przez korab dać znać o tym syreną okrętową wszem i wobec, a na ów 

sygnał stawi się Jego Królewska Mość Neptun z Małżonką swoją Prozerpiną i całym swoim 

dworem przybocznym dla dopełnienia na waszym korabiu obowiązków tradycją nakazanych.

- Będzie tak, jak Jego Królewska Mość sobie życzy.

-   I   jeszcze   jedno,   panie   kapitanie.   Ze   względu   na   sporą   liczbę   delikwentów   do 

uroczystości   Równikowego   Chrztu   dopuszczonych   Jego   Królewska   Mość   przewiduje,   że 

zarówno On sam, jak i Jego Małżonka oraz dwór cały będzie utrudzon wielce, a zatem aby 

nadwątlone pracą siły poratować, należy przygotować odpowiednie ilości jadła i napojów, o 

background image

te ostatnie mając szczególne staranie.

- Czym chata bogata, tym rada - powiedział śmiejąc się Kapitan.

- Tak tedy dziękując za zaproszenie żegnam do jutra, panie kapitanie. A tym, którzy w 

dniu jutrzejszym przed Neptunowe oblicze staną, radzę spędzić noc na rozmyślaniach oraz 

ćwiczeniach ducha i ciała. Ahoj!

- Ahoj! - odkrzyknęli zgodnym chórem Poszukiwacze Złotego Lodu, a za nimi podjęło 

okrzyk parę jeszcze osób, wśród których nagłośniej zabrzmiał głos Pani Zofii. Dwaj smutni 

panowie spojrzeli porozumiewawczo na siebie. Pierwszy na drugiego, a drugi na pierwszego. 

A w oczach ich błysnęło mocne postanowienie i zawziętość wielka.

Wysłannik Neptuna po tym okrzyku dmuchnął po trzykroć w róg wydając donośne a 

fałszywe dźwięki i poczłapał ku rufie statku, stawiając niezgrabne kroki, bo mu przeszkadzały 

przypięte do stóp szerokie płetwy.

- No to przechodzimy jutro równik! - powiedział Kapitan, gdy znikł już wysłannik 

Neptuna. - A wiecie, moi drodzy, że po raz pierwszy pod polską banderą chrzest równikowy 

odbył   się   na   pokładzie   szkolnego   statku   „Lwów”   w   1923   roku   i   że   na   pokładzie   tego 

żaglowca   w   drodze   do   Brazylii   płynął   mój   ojciec,   który   był   wówczas   uczniem   Szkoły 

Morskiej w Tczewie. A pierwszy chrzest równikowy na Pacyfiku pod polską banderą odbył 

się też na polskim żaglowcu, na „Darze Pomorza” w podróży dookoła świata w 1934 roku. I 

też mój ojciec był obecny przy tej uroczystości, tyle tylko że już go nie chrzczono powtórnie i 

już był starszym oficerem na Białej Fregacie.

Dawne dzieje, dawne czasy - zamyślił się Kapitan - wtedy to było wydarzenie, a dziś... 

dziś co parę dni jakiś polski statek gdzieś tam na jakimś oceanie przekracza równik.

Następnego dnia tuż po obiedzie zebrała się na ostatniej ładowni grupa pasażerów i 

czterej   członkowie   załogi,   którzy   mieli   być   poddani   ceremonialnemu   obrządkowi 

Równikowego Chrztu. Obok na specjalnym  fotelu zasiadł Kapitan statku w nieskazitelnie 

białym mundurze. Za Kapitanem stanął Szef Kuchni pan Antoni, również cały na biało, a za 

Szefem   Kuchni   na   stoliku   leżały   rozłożone   poszczególne   elementy   przygotowanego 

poczęstunku. Część dla neofitów, a część znaczniejsza - dla oczekiwanych gości.

Pierwszy   na   scenę   wystąpił   Astrolog,   ubrany   w   wysoką   spiczastą   czapę   pokrytą 

znakami zodiaku i okryty wzorzystą kapą. Astrolog, którym był Trzeci Oficer, trzymał  w 

jednym ręku długą składaną lunetę, w drugim zaś sekstant i olbrzymi drewniany cyrkiel.

Stanął w rozkroku na deskach pokładu, przyłożył do oka lunetę i najpierw omiótł nią 

dokładnie   cały   horyzont   dookoła,   a   potem   skierował   prosto   ku   świecącemu   niemal 

prostopadle słońcu. Chwilę stał jakby namyślając się głęboko i mruczał przy tym pod nosem 

background image

zaklęcia w zupełnie niezrozumiałym języku. Brzmiało to mniej więcej tak:

„Hokus - pokus, abrakadabra, bamba carramba samba, aldebaran alfa centauri beta 

omega figo - fago kawa marago, hulla gulla stella polaris equatorialis!”

Po dłuższej chwili Astrolog odłożył lunetę, podrapał się w głowę i po obfitej brodzie, 

wziął   w   rękę   sekstant   i   podniósł   go   ku   górze.   Przez   moment   kręcił   coś   przy   sekstancie 

zerkając co chwila na duży kieszonkowy zegarek aż nagle wykrzyknął głośno:

STOP!!!

Teraz odłożył szybko sekstant, wyciągnął z kieszeni kredę i przy pomocy kredy i 

cyrkla zaczął odmierzać skomplikowane figury na pokładzie, dodawał coś, mnożył i dzielił, 

potem sprawdził na wyciągniętym  z drugiej kieszeni małym  kalkulatorku elektronicznym, 

jeszcze raz sprawdził na stojącej obok ręcznej maszynce do liczenia i wreszcie na dużych 

drewnianych liczydłach.

Teraz znowu podrapał się z wyraźnym zakłopotaniem w głowę i po nosie, wziął w 

rękę lunetę i przez dobrą minutę przyglądał się badawczo powierzchni morza za burtą.

- EQUATOR!!! - wrzasnął nagle odkrywczym głosem i skłonił się przed Kapitanem.

W   tym   momencie   zahuczała   statkowa   syrena   trzema   krótkimi   i   jednym   długim 

sygnałem. Na głos syreny z wyrzuconego za burtę statkowego trapu poczęły się ukazywać i 

wchodzić na pokład jedna postać po drugiej.

Jako   pierwszy   ukazał   się   wczorajszy   wysłannik   Neptuna   płetwonurek   -   Tryton 

zawodzący głośno i fałszywie na rogu. Za nim wpadły na pokład dwa wymalowane na czarno 

prawie   nagie   Diabły   z   potężnymi   czerwonymi   rogami   na   czarnych   perukach   i   długimi, 

również   jaskrawoczerwonymi   ogonami.   W   rękach   obu   połyskiwały   błyszczące   trójzęby   i 

pobrzękiwały zwoje łańcuchów.

Za   Diabłami   szedł   Lekarz   ze   swym   Pomocnikiem   niosącym   rozmaite   groźne 

narzędzia. Dopiero za Lekarzem pojawiła się obfita w kształtach, ubrana w niby - hawajską 

spódnicę   i   kolorowy   stanik   małżonka   królewska   Prozerpina.   Wymalowana   na   wszystkie 

kolory   pyzata   twarz   lśniła   dodatkowo   tłuszczem,   a   słomianego   koloru   dwa   wiechcie   z 

zawiązanymi   na   końcach   wielkimi   kokardami   imitować   miały   wdzięczne   warkocze. 

Prozerpina stąpała po pokładzie z gracją młodego hipopotama, wdzięcząc się i krygując, i 

rozsyłała   tłustą   dłonią   ozdobioną   brzęczącymi   bransoletami,   wykonanymi   z   grubego 

mosiężnego drutu, równie tłuste całusy na lewo i prawo. Całości dopełniało zgrabne kółko 

złotego koloru zawieszone w nosie Prozerpiny.

Za   swą   małżonką   kroczył   Neptun   ubrany   w   złocistą   koronę   i   bardzo   kolorowy 

szlafrok   kąpielowy,   nie   dopinający   się   na   obszernym   brzuchu.   Pod   szlafrokiem   Neptun 

background image

ubrany był w obcisłe białe męskie długie kalesony, które zapewne miały udawać spodnie, 

jakie   nosili   ongiś   napoleońscy   oficerowie.   Na   nogach   Neptun   miał   jadowicie   zielone 

skarpetki   i   japońskie   gumowe   sandały   na   bardzo   grubej   zelówce.   W   ręku   dzierżył 

obowiązkowy trójząb olbrzymich rozmiarów.

Cały orszak dotarł do rufowej ładowni przy wtórze oklasków, radosnych okrzyków, 

pobekiwania  rogu  i  łomotu dwóch  olbrzymich   pokryw   od garnków.  Tam  już  czekały  na 

królewską parę dwa fotele obok kapitańskiego siedziska. Nie opodal znajdowała się zbita z 

belek i nieheblowanych desek spora klatka.

Diabły z przeraźliwymi okrzykami rzuciły się na grupkę strwożonych delikwentów i 

zaczęły jednego po drugim wpędzać do drewnianej klatki, nie szczędząc przy tym batogów z 

plecionych cienkich linek i poszturchując gęsto trzonkami widlastych trójzębów.

Prawie wszyscy neofici dali się bez zbędnych oporów zagnać do klatki, traktując rzecz 

całą jako początek dobrej zabawy. Prawie wszyscy, dwaj bowiem smutni panowie, stojący jak 

zwykle nieco na uboczu, spojrzeli jednocześnie na siebie, pierwszy na drugiego i drugi na 

pierwszego, a w chwilę potem obaj równocześnie odezwali się oficjalnymi głosami:

- Ręce przy sobie!!!

- Ho, ho, ho!!! - wrzasnął jeden z diabłów do drugiego. - Czy mnie się zdaje, czy może 

ONI coś powiedzieli?

- Nic nie słyszałem!!!  - odwrzasnął drugi z diabłów radosnym  tonem, popychając 

trzonkiem trójzęba obu smutnych panów. - Za duży hałas!

- Powiedziałem „ręce przy sobie!” Pan nie wie, kto ja jestem! - odezwał się ostrym 

tonem, nawykłym widać do rozkazywania, jeden ze smutnych panów.

- Ha, ha, ha! On nie wie, kim jest! - wrzasnął uradowany drugi z diabłów - Ha, ha, ha!

- Jak nie wie, to się zaraz dowie. My mu wytłumaczymy! - odwrzasnął pierwszy z 

oprawców.

- Panie kapitanie! - drugi ze smutnych panów zwrócił się do Kapitana. - Niech pan coś 

zrobi!

- Teraz władzę na statku ma Neptun - odrzekł Kapitan i pogrążył się w rozmowie z 

wciąż wdzięczącą się Prozerpiną.

- BRAĆ ICH!!! - zdecydował Neptun i uderzył trójzębem o pokład.

Diabłom   nie   trzeba   było   dwa   razy   powtarzać   rozkazu.   Rzuciły   się   z   okrutnym 

wrzaskiem na obu smutnych panów i wepchnęły ich raz dwa do przepełnionej klatki, po czym 

zatrzasnęły drzwi i zamknęły na olbrzymich rozmiarów kłódkę.

-   Rozpocząć   egzamin   pierwszego   nowicjusza!   -   rozkazał   Jego   Królewska   Mość 

background image

Neptun.

Na pierwszy ogień wzięto Dziką Mrówkę.

- Jak się nazywasz? - zapytał Astrolog, który teraz zasiadł przy stoliku, założył na nos 

olbrzymich rozmiarów okulary i wielkim piórem zaczął skrobać coś na nieoheblowanej desce.

- Marek - odpowiedział Dzika Mrówka.

- Czy chcesz poddać się próbie, która zrobi z ciebie innego człowieka?

- Ch... chcę - Marek powiedział to niezbyt pewnym głosem.

- Przygotować delikwenta do egzaminu! - rozkazał Neptun i stuknął swym trójzębem 

o pokład.

Na to hasło do Marka podskoczyli dwaj diabli i przywiedli go przed Lekarza. Ten 

stuknął   chłopca   gumowym   młotkiem   wypożyczonym   na   tę   okoliczność   z   magazynku 

maszynowego. Najpierw Lekarz uderzył chłopca dość mocno w kolano, a potem - znacznie 

lżej - w głowę. Podczas uderzenia w głowę odezwało się głuche puknięcie. To Pomocnik 

Lekarza w tym momencie uderzył innym młotkiem w pustą beczkę po oleju.

Wśród   widzów   a   również   i   wśród   czekających   swojej   kolejki   neofitów   w   klatce 

rozległ się głośny śmiech.

- Głowa pusta! - zawyrokował Lekarz. - Dolać oleju!

Na ten rozkaz diabli przytrzymali Dziką Mrówkę, a Pomocnik przyłożył do obfitej 

czupryny chłopca duży lejek i z konewki wlał do lejka dobre parę litrów zużytego, czarnego 

nieomal oleju maszynowego, który oczywiście rozlał się ciemną brudzącą strugą po głowie 

Marka, po jego plecach, po kąpielówkach, w które jedynie był ubrany, i spłynął czarną plamą 

na pokład.

- Wystarczy! - zdecydował w pewnym momencie Lekarz. - A teraz sprawdzimy efekt 

zabiegu.

Znowu lekko uderzył gumowym młotkiem w głowę Marka, a że tym razem Pomocnik 

Lekarza nie stuknął młotkiem w pustą beczkę, to i odgłosu nie było żadnego.

-   Pomogło!   -   triumfalnie   obwieścił   Lekarz   zebranym   -   ale,   ale,   coś   mi   mizernie 

wyglądasz, chłopczyno - zatroskał się wyraźnie - czy nie jesteś przypadkiem głodny?

- Nie, skądże? - zaprotestował Marek.

- Nie krępuj się. Podjedz sobie - powiedział Lekarz, a Pomocnik wcisnął chłopcu do 

ręki apetyczną kanapkę, złożoną z kawałka chleba obłożonego solidnie solonym śledziem, 

posypaną obficie cukrem, papryką i pieprzem, ozdobioną musztardą i niezwykle mocnym 

chrzanem i polaną wreszcie... piekącym sosem chili.

Broniącemu się chłopcu wciśnięto kanapkę w usta, a gdy ją przełknął i gdy otworzył 

background image

szeroko buzię i łzy mu się w oczach pokazały, Lekarz zawołał udając współczucie.

- Pić mu się chce! Dajcie mu zatem pić! A na taką okoliczność nie masz jak szklanka 

wody z oceanu, prawda, Wasza Królewska Mość?

- Najlepsza - potwierdził Neptun.

Potem było mycie delikwenta i golenie tępą drewnianą brzytwą, potem było kąpanie w 

wodzie morskiej i suszenie wysoko na maszcie, dokąd podciągnięto Marka w specjalnych 

szelkach ratunkowych.

A później była „próba sprawności” przy przeczołgiwaniu się przez długą brezentową 

rurę, wysmarowaną  od środka resztkami ropy i zużytego oleju maszynowego,  przy czym 

jeden   diabeł   „pomagał”   od   tyłu   Markowi   popychając   go   strumieniem   morskiej   wody   z 

hydrantu,   a   z   przodu   jego   kolega   „cucił”   delikwenta   równie   silnym   strumieniem   wody 

morskiej z innego hydrantu. W efekcie Marek cały czarny i lepki od smaru o mało co nie 

utopił się  wewnątrz  brezentowej  rury,  wobec  czego  zrobiono  mu  „sztuczne  oddychanie”, 

podczas którego niewiele brakowało, a wyrwano by chłopcu ręce ze stawów.

Następnie   trzeba   było   jeszcze   odpowiedzieć   na   parę   zupełnie   idiotycznych   pytań, 

pocałować Prozerpinę w zdecydowanie nie umyte stopy i wreszcie sponiewierany, brudny do 

niemożliwości   i   wyglądający   jak   nieboskie   stworzenie   chłopak   uklęknął   przed   tronem 

Neptuna.

- Astrologu, czy kandydat zdał egzamin? - zapytał jego Królewska Mość.

- Zdał! - oznajmił uroczyście Astrolog.

- To dobrze! - ucieszył się Neptun. - To bardzo dobrze. Astrologu, a może znasz jakąś 

piosenkę na taką okoliczność?

- Znam, Wasza Królewska Mość.

- No to ją zaśpiewaj!

Astrolog wziął w ręce podaną mu usłużnie przez jednego z diabłów gitarę i zaczął 

śpiewać silnym głosem w rytm południowo - amerykańskiej rumby:

Wszyscy szukają,

się rozglądają,

gdzie się podziała Mrówka Dzika?

Może w kabinie,

może w kominie?

A może do jakiegoś wlazł zbiornika?

Może na maszcie,

może w balaście,

background image

może się wcisnął w jakąś rurę?

Może na mostku,

może po prostu

Mrówka się schował w mysią dziurę?

Wszyscy szukają,

się rozglądają,

statek tymczasem przez Kanał płynął.

A U łka płacze:

„Czy go zobaczę

i gdzież ten Dziki Mrówek zginął?”

Jeszcze chwileczkę,

czasu troszeczkę

lub więcej mrozu miałaby lodówka

a o figielek

w lodu sopelek

zamarzłaby nam nasza Dzika Mrówka!

Gromkie   brawa   i   głośny   śmiech   wszystkich   widzów,   zarówno   tych   na   otwartym 

pokładzie,   jak   i   tych,   którzy   jeszcze   czekali   na   swoją   kolejkę   w   drewnianej   klatce   (z 

wyjątkiem oczywiście dwóch smutnych panów, którzy nie klaskali) były nagrodą dla autora i 

wykonawcy piosenki w jednej osobie.

-   No   a   teraz   -   powiedział   Astrolog,   gdy   umilkły   już   brawa   i   śmiech   - 

NAJWAŻNIEJSZY   MOMENT!   Wstań,   młody   człowieku   i   zbliż   się   do   tronu   jego 

Królewskiej Mości Neptuna, Pana Wszelkich Mórz i Oceanów.

A gdy sponiewierany Marek stanął  przed Neptunem, ten ostatni  uderzył  go lekko 

trzonkiem trójzęba po ramieniu i powiedział zerknąwszy uprzednio do małej karteczki:

- Nadaję ci morskie imię:

FORMICA TRANSOCEANICA!

co   znaczy   „Mrówka   Transoceaniczna”,   i   dostajesz   ten   oto   DYPLOM   opatrzony 

wielkimi pieczęciami i odpowiednimi podpisami.

Astrolog na podręcznym stoliku rozłożył odpowiedni dyplom, przybił uroczyście dwie 

pieczęcie, jedną z nazwą statku, a drugą z trójzębem i napisem „NEPTUN REX” i dał do 

podpisu najpierw Jego Królewskiej Mości, a potem Kapitanowi.

Pierwszy   delikwent   został   ochrzczony!   Potem   wyciągano   po   kolei   następnych   z 

drewnianej klatki. Jednych dręczono więcej, innych mniej, ale - co tu ukrywać - każdy dostał 

background image

swoje. I każdemu Astrolog odśpiewał stosowną piosenkę. Na przykład Uli, która otrzymała 

morskie imię „Ulla - Ulla”, zaśpiewano tak:

Na panamskiej pilotówce

przez dzień każdy od poranka

każdy pyta: „Gdzie jest teraz

piękna SENORITA BLANCA?”

Odpłynęła na Pacyfik

tam, gdzie wiatr swobodnie hulla.

Kto to taki? - zapytacie.

Blond - syrenka: ULLA - ULLA.

na co Ula starym swym zwyczajem spłoniła się cała tak, że widać to było, mimo że 

była umorusana rozmaitymi smarami równie dokładnie jak przedtem Dzika Mrówka.

Jego   Brat   otrzymał   imię   „FORMICA   GEMINA”,   co   miało   oznaczać   „mrówka 

bliźniacza”, Baleron - „Baleronus Pacificus”, czego chyba tłumaczyć nie trzeba, a Student 

został po prostu „Studentem”. Inni pasażerowie też dostali odpowiednie morskie nazwy i też 

przeszli swoje, choć trzeba przyznać, że Pani Zofia zachowywała się bardzo dzielnie i po 

bohatersku zniosła wszelkie okrutne próby; natomiast obaj diabli, Lekarz i jego Pomocnik 

bardzo się wyżyli na każdym ze smutnych panów, których zresztą zostawiono na sam koniec, 

„na deser”.

A gdy pod wieczór Poszukiwacze Złotego Lodu szorowali się nawzajem z wielkim 

trudem na pokładzie, Dzika Mrówka powiedział do Jego Brata:

- Mnie to dali popić, no nie? A ja nic, ani okiem nie mrugnąłem, prawda?

- Tobie to frajer, ja to miałem przeprawę, co się zowie. Twoja przy mojej wysiada. 

Fakt! - odrzekł Jego Brat.

- Ojejej, a co ja mam powiedzieć - zajęczał Baleron, który - co trzeba przyznać - po 

zakończeniu ceremonii chrzestnej naprawdę ledwo zipał.

- Ale w sumie było bardzo fajnie? - stwierdziła Ulla - Ulla, która już po raz szósty 

próbowała   bezskutecznie   umyć   i   uczesać   skołtunione   i   pozlepiane   jakimś   wstrętnym 

świństwem włosy.

- Bardzo fajnie! - zgodził się Formica Transoceanica, wydłubując sobie z ucha jakąś 

ciemną cuchnącą maź.

- Fakt! - przytwierdził Formica Gemina, smarując po raz nie wiadomo który masłem 

oczy, co podobno miało pomóc w zmyciu plam po resztkach zużytego oleju zmieszanego w 

odpowiednich proporcjach z sadzą ze spalonego ciężkiego paliwa silnikowego.

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY,

W KTÓRYM TAJEMNICZE KIPU PROWADZI WYPRAWĘ W GŁĄB 

AMERYKAŃSKIEGO KONTYNENTU

Gdy   statek   dobijał   wreszcie   po   dość   długiej   podróży,   po   przejściu   przez   Kanał 

Panamski  i  po przekroczeniu  Równika,  do  najdalszego  portu  przeznaczenia,   którym   było 

Callao koło Limy, już z daleka Dzika Mrówka, Pan Wojtek, Ula, Baleron, Jego Brat i Student 

dostrzegli na kamiennym nabrzeżu najpierw powiewającą dużą biało - czerwoną chorągiew, a 

potem dwie postacie. Jedna z nich krępa i ogorzała, w kapeluszu z dużym rondem, to był 

znany   im   wszystkim   pan   inżynier   Kamiński   z   Rio   de   Janeiro,   obok   zaś   stała   znacznie 

drobniejsza figurka dziewczęca, która na kruczo czarnych włosach miała nałożony podobny 

kapelusz   z   dużym   rondem,   które   ochraniało   twarz   przed   palącymi   promieniami 

peruwiańskiego słońca.

-  Poznajcie   się   -  powiedział   pan   Kamiński   po   pierwszych   niezwykle   serdecznych 

powitaniach   -   to   moja   córka   o   imionach   Maria   Irena,   ale   my   na   nią   wołamy   tutejszym 

obyczajem Mariena, a to - tu zwrócił się do córki - są moi przyjaciele z Polski, Wędrujące 

Płetwonurki, którzy aż tu dotarli, żeby razem z nami udać się na Wielkie Poszukiwanie.

Mariena, czarnowłosa i niebieskooka  zgrabna panienka, ubrana w  jasną, kremową 

sukienkę   z   dużym   niby   -   marynarskim   kołnierzem   dygnęła   w   powitalnym   geście   i 

powiedziała piękną polszczyzną z ledwo wyczuwalnym obcym akcentem:

- WITAJCIE W POŁUDNIOWEJ AMERYCE!

A potem przywitała się ze wszystkimi, serdecznie całując po kolei, tak jak i jej ojciec, 

Pana Wojtka, Studenta, Ule, Dziką Mrówkę, Balerona i na końcu Jego Brata. Ten ostatni, gdy 

tylko zobaczył Marienę, nie spuszczał z niej wzroku, najwyraźniej oczarowany widokiem 

naprawdę powabnej dziewczyny. I gdy Mariena pocałowała go na powitanie w oba policzki, 

Jego Brat zaczerwienił się z wielkiego  wrażenia i zamiast przedstawić się - jak to robili 

wszyscy witający się z Mariena Poszukiwacze Złotego Lodu - zamrugał kilkakrotnie oczyma 

i zdołał tylko wyjąkać:

- Fakt!

-   Nigdy   jeszcze   nie   słyszałam   takiego   imienia   -   roześmiała   się   zdziwiona   nieco 

Mariena - ale brzmi bardzo ładnie i oryginalnie.

Oczywiście wszyscy obecni roześmieli się na cały głos, a Jego Brat, który chciał za 

wszelką cenę naprawić swoje niezbyt fortunne wystąpienie, zaczerwienił się jeszcze bardziej 

i... powtórzył:

background image

- FAKT!

- Cieszę się, że jesteśmy nareszcie wszyscy razem, bo już tu z córką nie możemy 

doczekać się waszego przyjazdu. Ja i moja nieodrodna córka lubimy, jak coś się dzieje, a w 

Peru jesteśmy już dość długo i przekopaliśmy razem całe tomy starych książek w jeszcze 

starszych bibliotekach i klasztornych archiwach. Mamy już dosyć tego szperania i chcemy jak 

najszybciej znaleźć się w górach, gdzie czekają na nas - mam nadzieję - inkaskie skarby.

- A co żeście odkryli w starych szpargałach? - zapytał Pan Wojtek.

- O, dużo, bardzo dużo ciekawych rzeczy - odparła Mariena - ale o tym potem. Teraz 

zabieramy was wszystkich do Limy, żeby trochę odpocząć po długiej podróży i przygotować 

się do właściwej wyprawy.

- Kiedy my jesteśmy wypoczęci - wtrącił Dzika Mrówka. - I możemy od razu jechać 

dalej.

- Aż takiego pośpiechu to nie ma - uśmiechnął się pan Kamiński. - Jeżeli skarby 

inkaskie leżą gdzieś przez kilkaset lat, to jeszcze dwa, trzy dni poczekają na nas. A myślę, że 

Limę warto przy okazji zobaczyć.

- Fakt! - włączył się w tym momencie Jego Brat, który tymczasem doszedł już nieco 

do siebie, a Mariena spojrzała nieco zdziwiona na wszystkich, gdy znowu rozległ się chóralny 

śmiech.

- Bo widzisz, Mariena, on wcale nie nazywa się fakt - pośpieszyła z wyjaśnieniem 

Ula. - On ma na imię Jarek albo inaczej Jego Brat, a „fakt” to tylko takie jego powiedzonko.

- Fakt! - potwierdził znów Jarek.

- Szkoda - odezwała się Mariena - bo mnie się akurat spodobało takie imię „Fakt”.

- To możesz tak do mnie mówić - Jarek, o dziwo, odezwał się nagle całym zdaniem.

I tak już zostało.

Tymczasem   ze   statku   wyładowano   cały   dość   obfity   bagaż   Poszukiwaczy   Złotego 

Lodu,   w   którym   były   przecież   i   namioty,   i   śpiwory,   odzież   na   różną   pogodę,   i   przede 

wszystkim   kompletny   sprzęt   płetwonurkowy.   Cały   ten   majdan   załadowano   na   terenową 

półciężarówkę, którą prowadził kierowca w wyraźnie indiańskim typie, mający na głowie 

mimo   panującego   upału   wełnianą   wielokolorową   spiczastą   czapeczkę   z   dwoma 

nibynausznikami zakończonymi wełnianymi pęcełkami.

- To takie tutejsze indiańskie nakrycie głowy - pośpieszyła z wyjaśnieniem Mariena. - 

Dalej w głębi kraju wszyscy je noszą, czasami wkładają pod kapelusz. A nasz kierowca Pablo 

pochodzi z gór, spod miasta Cuzco.

-   Wynająłem   dwa   samochody   na   wyprawę   -   oznajmił   pan   Kamiński,   gdy   już 

background image

załadowano   bagaż   na   półciężarówkę.   -   Ten   tutaj   i   drugi   dla   nas   landrover.   Terenowy   - 

dorzucił   -   bo   koło   Limy   drogi   są   dobre,   ale   w   interiorze,   czyli   w   głębi   kraju,   dokąd 

pojedziemy, to z drogami jest różnie i raczej bardzo licho. Kto wie, czy tam nawet nasze 

terenowe samochody dadzą sobie radę.

- Eee, terenowe to chyba sobie dadzą wszędzie... - wyraził przekonanie Marek.

-   No,   no,   chłopcze,   nie   znasz   tutejszych   okolic,   a   przede   wszystkim   nie   znasz 

tutejszych gór. Nie ma im równych co do dzikości i niedostępności w całym prawie świecie, z 

wyjątkiem może Himalajów. Andy to prawdziwa potęga!

Z   portu   pojechali   najpierw   do   niewielkiego   przytulnego   hoteliku,   w   którym 

zapobiegliwy i obrotny pan Kamiński zarezerwował pokoje dla całej gromadki na czas pobytu 

w   Limie.   Nawiasem   mówiąc   w   hoteliku   tym   czuli   się   niemal   zupełnie   jak   w   odległej 

ojczyźnie, właścicielem bowiem okazał się Polak, który przed wielu laty pływał nawet jako 

marynarz na polskich statkach.

- Rodaków można spotkać na całym świecie, w najbardziej nawet zapadłym kącie - 

stwierdził Pan Wojtek, który mimo młodego wieku z niejednego już pieca chleb jadał. Pływał 

przecież na polskich statkach po rozmaitych morzach i oceanach, odwiedzał dalekie kraje, a 

przez pewien czas pracował nawet jako płetwonurek w nadpacyficznych rejonach Meksyku i 

brał udział w poszukiwaniach ropy naftowej pod dnem Zatoki Meksykańskiej. I wszędzie 

natykał się na rodaków, rozrzuconych przez najrozmaitsze losy na wszystkie strony świata i 

nieodmiennie tęskniących do dalekiej ojczyzny, choćby tu, gdzie teraz mieszkali, opływali we 

wszystko.

Po   krótkim   odpoczynku   i   obfitym   obiedzie   Mariena   zabrała   całą   gromadkę   na 

zwiedzanie Limy, stolicy Peru, leżącej w niewielkiej odległości od głównego peruwiańskiego 

portu Callao. Zwiedzali więc zabytkowe kościoły i muzea, przejeżdżali przez nowoczesne 

dzielnice zabudowane wysokimi budynkami ze szkła i betonu lub wędrowali handlowymi 

uliczkami   starego   miasta.   Podziwiali   wysmukłe   królewskie   palmy   z   pióropuszami   liści 

wyrastającymi   na   olbrzymich   wysokościach   z   gładkich   jak   latarniane   słupy   pni,   które 

ozdabiały reprezentacyjną ulicę Limy - szeroką Avenida Arequipa, a potem zwiedzali ruiny 

starej twierdzy, położonej wysoko w górach na przedmieściach stolicy.

Wreszcie trafili na zmianę gwardii przed pałacem prezydenckim na reprezentacyjnym 

placu   miasta.   Ciemnoskórzy   gwardziści   w   wysokich   do   kolan   lakierowanych   butach   z 

brzęczącymi   srebrnymi   ostrogami,   w   czerwonych   spodniach,   czarnych   kurtkach   bogato 

zdobionych   czerwonymi   akselbantami   i   sznurami,   wyglądali   bardzo   malowniczo   i 

egzotycznie, zdecydowanie bardziej egzotycznie niż królewscy gwardziści w Londynie, co 

background image

zgodnie   stwierdzili   Dzika   Mrówka   i   Jego   Brat,   zwłaszcza   że   zamiast   futrzanej   czapy 

peruwiańscy gwardziści nosili na głowach błyszczące srebrzyście hełmy ze złotymi ozdobami 

i ze wspaniałym pióropuszem z czerwonych i białych piór na szczycie.

Obaj chłopcy zrobili sobie obowiązkowe zdjęcie z takim gwardzistą.

- To już trzecia gwardia, którą zaliczymy  - powiedział Dzika Mrówka, kiedy Pan 

Wojtek pstryknął zdjęcie.

- Trzecia? - zapytała Ula.

-   No   tak.   Pierwsza   to   w   Londynie   przed   Pałacem   Królewskim,   druga   to   w 

Sztokholmie, też przed królewską siedzibą króla, i trzecia teraz, w Limie.

- No to ci jeszcze sporo zostało na świecie - roześmiał się Pan Wojtek. - Na przykład 

francuska w Paryżu,  może trochę podobna do peruwiańskiej,  potem też ciekawa gwardia 

papieska w Watykanie, grecka w białych, plisowanych spódniczkach...

- W spódniczkach? - zainteresowała się Ula.

- A żebyś wiedziała. W spódniczkach i długich białych skarpetach z pomponami.

- To śmiesznie musi wyglądać.

- Może i śmiesznie, ale już taka tradycja.

Oczywiście   w   Limie   nie   mogło   przy   zwiedzaniu   zabraknąć   i   jakichś   polskich 

pamiątek. Jedną z nich jest ozdobny pomnik wzniesiony ku czci Polaka, profesora Edwarda 

Habicha,   który   pod   koniec   XIX   wieku   założył   w   Peru   pierwszą   politechnikę:   „Escuela 

Nacional de Ingenieros del Peru”.

Mariena okazała się doskonałym przewodnikiem, a przede wszystkim niezawodnym 

tłumaczem, znała bowiem płynnie kilka języków.

- W domu rozmawiamy po hiszpańsku i po polsku - wyjaśniła Ulce, która w pewnym 

momencie   wyraziła   swój   podziw   dla   pięknej,   bezbłędnej   polszczyzny   dziewczyny,   która 

przecież nigdy jeszcze w Polsce nie była ani też do polskiej szkoły nie chodziła. - Mama jest 

Argentynką,   więc   stąd   hiszpański,   ale   tata   nie   pozwala   mi   zapomnieć   polskiego,   zresztą 

mama też mówi po polsku, ale może trochę gorzej niż ja - roześmiała się. - Teraz od paru lat 

mieszkamy w Rio de Janeiro, a w Brazylii, jak wiadomo, mówi się po portugalsku.

W   szkole   lekcje   prowadzone   są   po   francusku,   bo   to   jest   pensja   głównie   dla 

cudzoziemskich dziewcząt i prowadzą ją siostry zakonne właśnie z Francji. A oprócz tego 

musimy się uczyć jakiegoś jeszcze języka i ja wybrałam angielski. That’s all! - roześmiała się.

- I tobie się to wszystko nie pokręci? - zdumiał się szczerze Dzika Mrówka, który 

nawet jeżeli miał jakieś lingwistyczne zdolności, to starannie je ukrywał, a już organicznie nie 

znosił nauki jakiejkolwiek gramatyki.

background image

- Czasami może trochę - uśmiechnęła się Mariena - a już najbardziej, gdy rozmawiam 

z mamą i tatą. Bo raz mówię do taty po polsku, a znowu kiedy indziej nagle po hiszpańsku, a 

do mamy odwrotnie, przeważnie po hiszpańsku, a znowu czasem ni stąd, ni zowąd zaczynam 

po polsku.

- A liczysz na przykład po jakiemu? - zainteresował się Jego Brat.

- Po jakiemu liczę? - zastanowiła się Mariena. Zaraz, zaraz, chwileczkę... Nigdy się 

nad tym nie zastanawiałam, ale chyba... no tak, oczywiście, liczę po francusku. Zresztą siostry 

inaczej nie pozwalają. Ale dlaczego pytasz?

- Bo nam tata opowiadał, że jego babcia, która była z urodzenia Czeszką i wyszła za 

mąż za Polaka, a przedtem wychowywała się w Wiedniu, to mówiła pacierz po czesku, liczyła 

po niemiecku, a na co dzień to mówiła po polsku.

- Jak na razie to ja jeszcze niczyją babcią nie jestem - roześmiała się Mariena - ale 

może kiedyś też mój wnuk będzie tak o mnie opowiadał, jak twój tata o swojej babci.

Do   hoteliku   wrócili   wszyscy   solidnie   zmęczeni,   ale   pełni   wrażeń   i  „pod   urokiem 

Południowej Ameryki” - jak stwierdził z głębokim przekonaniem Dzika Mrówka. Tymczasem 

pan Kamiński naradzał się z Panem Wojtkiem nad problemami Wielkiej Wyprawy po Złoty 

Lód.

Gdy   po   kolacji   zasiedli   na   odkrytym   tarasie   pod   rozgwieżdżonym   parasolem 

podzwrotnikowego   nieba,   na   którym   pierwszą   wielkością   błyszczał   wspaniały   KRZYŻ 

POŁUDNIA   i   inne   piękne   konstelacje   południowej   półkuli,   pan   inżynier   Kamiński, 

zapaliwszy wonną fajkę, powiedział:

- Czas zdać krótkie sprawozdanie z tego, cośmy tu na początku z Marieną wygrzebali 

w zakurzonych zakamarkach i co uradziliśmy z Panem Wojtkiem.

Jak wiecie, przyjechałem tu już dość dawno i natychmiast rozpocząłem z jednej strony 

odpowiednie poszukiwania, z drugiej zaś przygotowywałem wyprawę od strony technicznej. 

Wiedziałem jedno, że jeżeli Inkowie uciekali przed hiszpańskimi najeźdźcami, to możliwy 

był tylko jeden kierunek, a mianowicie w góry. Bo Inkowie zawsze przed wrogami uciekali w 

góry, a tu jest gdzie uciekać, gdyż - jak pewno wiecie - Andy są i rozległe, i niedostępne.

Na moje szczęście razem z konkwistadorami wędrowali też bracia zakonni, którzy 

mieli   nawracać   Inków   na   wiarę   chrześcijańską,   ale   którzy   oprócz   tego   prowadzili   dość 

dokładne kroniki z rozmaitych wypraw. Dzięki temu po różnych klasztornych zakamarkach 

dość sporo materiału się zachowało.

I tak powolutku, krok po kroku, przy pomocy wielu ludzi z biblioteki i uniwersytetu, 

udało   się   nam   z   Marieną,   która   mi   przez   cały   czas   dzielnie   pomagała,   ustalić   z   dużym 

background image

przybliżeniem dwa rejony, w których ewentualnie może znajdować się inkaski skarb. A teraz 

ustaliliśmy   z   Panem   Wojtkiem,   że   ostateczną   decyzję,   gdzie   rozpocząć   poszukiwania, 

podejmiemy dopiero w Cuzco, dokąd i tak musimy jechać.

Oczywiście mówię: „z dużym przybliżeniem” i „ewentualnie”, bo po pierwsze nikt nie 

może zaręczyć,  że Inkowie rzeczywiście coś tam gdzieś schowali, po drugie jeżeli nawet 

schowali, to nie wiadomo, czy później ktoś tych  skarbów nie odnalazł i nie wywiózł, po 

trzecie wreszcie Andy są tak olbrzymie, że można by tam schować bez śladu nie tylko złote 

skarby, ale dobrych parę miast, a po czwarte to zupełnie nie wiadomo, czy ten wasz Chłopak 

z Elbląga zdołał indiańskie kipu odczytać prawidłowo.

- W Chłopca z Elbląga to ja wierzę - wtrącił w tym miejscu Dzika Mrówka - to bardzo 

uczony chłopak.

- I najbardziej uczonym i wielkim zdarzały się omyłki i to nie raz, i nie dwa, no ale my 

musimy na razie przyjąć, że ten wasz Chłopiec z Elbląga ma rację, bo inaczej cała nasza 

wyprawa nie miałaby najmniejszego sensu.

- A propos sensu - dorzucił po małej chwilce pan Kamiński, pyknąwszy kilkakrotnie 

fajkę - to musimy od razu z góry tak się nastawić, że nawet jeżeli niczego nie znajdziemy, to i 

tak czeka nas fajna przygoda, prawda?

- Pewno - powiedziała Ula - przecież ja nigdy w życiu nie marzyłam nawet o tym, że 

kiedyś się znajdę w Ameryce Południowej. A otóż już jestem.

- I ja też - dorzucił Baleron.

- A ja muszę się przyznać, że marzyć to marzyłem - zwierzył się Student - nawet nie 

raz i nie dwa, bo od małego chłopca, gdy jeszcze czytałem o rozmaitych przygodach Tomka, 

co to je opisał pan Szklarski, ale nigdy nie przypuszczałem, że takie chłopięce marzenia mogą 

się kiedykolwiek ziścić. I to dzięki panu.

-   No,   no   niezupełnie.   Pana   w   tym   też   jest   duża   zasługa   -   roześmiał   się   inżynier 

Kamiński - bo gdyby pan nie znalazł starego kipu...

- ... i gdyby Dzikiej Mrówce nie wpadł do głowy pomysł z Chłopcem z Elbląga - 

dodał Pan Wojtek.

- ... i gdyby nasz Armator nie zgodził się zabrać nas statkiem aż do Peru - wtrącił 

Baleron.

- ... no to ja nie miałbym ani po co, ani z kim jechać w Andy - zakończył ze śmiechem 

pan   Kamiński.   -   A   wracając   do   naszego   tematu,   to   mogę   wam   zaręczyć,   że   warto   jest 

zobaczyć Andy choć raz w życiu. To są naprawdę piękne góry!

- Na pewno, fakt, ale byłoby jeszcze piękniej, gdyby tak przy okazji znaleźć Skarb 

background image

Złotego Lodu - marzącym głosem podsumował dyskusję.

Dzika Mrówka i oczywiście wszyscy się roześmieli, a Ulka zgorszona spojrzała na 

Marka i stwierdziła z wymówką w głosie:

- Tobie to naprawdę zawsze wszystkiego za mało!

- Kiedy to byłoby cudownie tak coś ciekawego znaleźć - Mariena poparła Marka, ale 

teraz już nikt się nie roześmiał, bo każdy na pewno w głębi ducha pomyślał sobie to samo.

Następny dzień cały poświęcono na dokładne pakowanie wszystkiego, co się mogło 

przydać w dalekiej wyprawie i potem w obozowisku w wysokich górach. Jak ustalił pan 

Kamiński  z   Panem  Wojtkiem,  pierwszy  etap  wyprawy   prowadził  ze   słonecznej  Limy  do 

dawnej stolicy inkaskiej Cuzco, gdzie podobno w jednym z klasztorów miała się znajdować 

stara   księga,   w   której   Pan   Kamiński   spodziewał   się   znaleźć   jeszcze   kilka,   być   może 

interesujących, szczegółów.

W Cuzco zaplanowano kilkudniowy odpoczynek i tam też miano podjąć ostateczne 

decyzje co do rejonu poszukiwań.

Na   obszernym,   zacienionym   patio   hoteliku,   gdzie   zatrzymała   się   nasza   gromadka 

Poszukiwaczy Złotego Lodu, stały trzy samochody mające zawieźć wyprawę wraz z licznymi 

bagażami tak daleko i tak wysoko, jak tylko to będzie możliwe. Była więc tam półciężarówka 

prowadzona przez ciemnoskórego Indianina Pablo i dwa landrovery,  samochody wybitnie 

terenowe z napędem na wszystkie koła. Jeden z nich prowadził zupełnie czarnoskóry Matheo, 

rozgadany i wciąż szeroko roześmiany. Właściwie nawet się nie zauważało, że Matheo jest 

czarnoskóry, ponieważ twarz jego rozjaśniały niemal bez przerwy olśniewająco białe duże 

zęby, które ukazywał w ciągłym uśmiechu od ucha do ucha.

O ile Pablo był raczej milczący i poważny, a po jego prawie zawsze nieruchomej 

twarzy nie można było absolutnie poznać, co w danej chwili Indianin myśli lub czuje, o tyle 

Matheo był zawsze rozgadany, wszędzie go było pełno i wszędzie go było słychać. Mimo tej 

odmienności obaj byli równie pracowici i obaj byli doskonałymi kierowcami, choć każdy z 

nich zupełnie inaczej zachowywał się za kierownicą.

- Wyjeżdżamy jutro wczesnym rankiem - oznajmił po południu pan Kamiński - bo 

czeka nas trudna przeprawa przez Kordylierę Zachodnią, najwyższy tutejszy łańcuch górski, 

którego szczyty przekraczają sześć tysięcy metrów. I pogoda w górach też jest zmienna. A 

więc teraz szybko spać, żeby jutro być wypoczętymi!

Inna rzecz, że Dzika Mrówka wcale nie mógł tak od razu zasnąć, musiał bowiem 

przetrawić w sobie wrażenia ostatnich kilku dni, a poza tym kłębiły mu się po głowie myśli o 

tym, co też ich jeszcze czeka. Nic więc dziwnego, że przewracał się na wygodnym łóżku 

background image

dobrych parę godzin z boku na bok, a sen jak nie przychodził, tak nie przychodził.

Co dziwniejsze, leżący obok na drugim łóżku Jego Brat też nie mógł zasnąć. On, który 

zazwyczaj   przecież   zasypiał   z   miejsca   i   spał   jak   kamień.   A   teraz   nie   mógł   i   myślał   o 

oczekujących  ich  przygodach,  o  drodze,  mającej  ich   zawieść  do miejsca,  w  którym,  być 

może, rozwikła się Tajemnica Złotego Lodu, a we wszystkich jego myślach na pierwszy plan 

wysuwała się postać czarnowłosej i błękitnookiej Marieny.

Dzień wstał pogodny i rankiem było w Limie dość rześko, choć pogoda zapowiadała 

się słoneczna i upalna. Kawalkada trzech samochodów ruszyła sprzed hotelu żegnana przez 

właściciela Polaka staropolskim: SZCZĘŚLIWEJ PODRÓŻY!

Pierwszy jechał landrover prowadzony przez inżyniera Kamińskiego, obok którego 

siedziała Mariena, a z tyłu Baleron i Jarek. W drugim samochodzie przy czarnoskórym i 

uśmiechniętym szeroko kierowcy siedział Pan Wojtek, a z tyłu Ula i Dzika Mrówka. Student 

Andrzej zajmował miejsce przy milczącym Pablo w ciężko załadowanej półciężarówce.

Na błotnikach pierwszego samochodu wymalowane  były  dwie flagi: jedna biało - 

czerwona,   a   druga   zielona   z   żółtym   rombem   w   środku   i   niebieskim   kołem   obrazującym 

rozgwieżdżone niebo. Była to flaga brazylijska, zarówno bowiem pan Kamiński, jak i jego 

córka Mariena posiadali od dawna obywatelstwo tego właśnie kraju. Oprócz tego wzdłuż 

burty   landroveru   z   jednej   strony   biegł   nieco   pompatyczny   napis   w   języku   angielskim 

„GOLDEN ICE EXPEDITION”, a z drugiej było to samo napisane po hiszpańsku.

Przez   ulice  Limy   mała   kawalkada   przejechała   dość   gładko,   godzina   bowiem   była 

jeszcze wczesna. Zaraz za miastem samochody wjechały na szeroką szosę, nad którą widniał 

napis: „La Oroya”.

- La Oroya leży już po drugiej stronie Kordyliery Zachodniej - objaśnił Pan Wojtek, 

który miał przed sobą samochodową mapę Peru - czyli już po wschodniej stronie Cordillera 

Occidental - przeczytał z mapy.

Si, si, seńor, Cordillera Occidental - Matheo roześmiał się wielce uradowany, gdy 

usłyszał znajome słowa i prowadząc jedną ręką, drugą zatoczył szerokie koło.

Esto todos es Cordillera de los Andes!

Przed   pędzącymi   na   razie   szeroką   szosą   samochodami   wznosił   się   na   horyzoncie 

postrzępiony   zarys   potężnych   gór.   Widoczność   była   dobra,   choć   nad   szczytami   widniały 

pojedyncze chmury.

- Pogoda w górach potrafi zmieniać się radykalnie nieraz w ciągu kilkunastu minut. 

Najpierw świeci upalne słońce i nie widać ani jednej chmurki jak okiem sięgnąć, a potem 

nagle nadchodzi mgła gęsta jak mleko albo ulewa z gradem czy śniegiem. To są Andy - 

background image

opowiadał tymczasem pan Kamiński swoim pasażerom - tu nigdy nie można niczego być 

pewnym.

- Na razie jest piękna pogoda - zauważył Baleron.

- Na razie - powtórzył pan Kamiński.

Droga wiodła wzdłuż rzeki Rimac, stopniowo wznosząc się coraz wyżej i wyżej. Nie 

opodal szosy wiła się raz wyżej, to znów niżej nitka linii kolejowej.

- Oto macie jedną z najwyżej wspinających się w góry dróg kolei żelaznej na świecie - 

odezwał   się   po   chwili   milczenia   pan   Kamiński.   -   Prowadzi   z   Limy   do   La   Oroya   i   jej 

najwyższy   punkt   znajduje   się   na   wysokości   aż   przeszło   4700   metrów   nad   poziomem 

Pacyfiku.

- O rany! To przeszło dwa razy tyle co najwyższy szczyt w Tatrach - zdziwił się 

Baleron.

- A naturalnie - uśmiechnął się pan Kamiński - nie ubliżając w niczym naszym górom, 

całe Tatry można by zmieścić nieomal w jednej tylko solidnej górze choćby tej Kordyliery 

Zachodniej.

- I na taką wysokość wspina się pociąg? - zdziwił się Jego Brat.

- Wyobraź sobie, zresztą i my też będziemy niewiele niżej jechali. Tu w Peru znaczna 

część kraju leży na wysokości większej niż poczciwy Kasprowy Wierch. Ot, choćby i Cuzco, 

do którego jedziemy, położone jest na wysokości 3400 metrów, a takie Cerro de Pasco - aż na 

4300 metrów nad poziomem morza.

Tymczasem zarówno koryto rzeki, jak i linia kolejowa poczęły się piąć coraz wyżej i 

wyżej. Na rzece raz po raz widniały skaliste porohy i pieniste kaskady wodospadów, szosa 

poczęła się wić wykutymi w skale serpentynami, a linia kolejowa to przenosiła się z jednej 

strony rzeki na drugą na łukach wysokich mostów, to znowu niknęła w ciemnych otworach 

tuneli.

- Z Limy do La Oroya trzeba było zbudować aż trzydzieści rozmaitych  mostów i 

przeszło   sześćdziesiąt   dłuższych   i   krótszych   tuneli   -   odezwał   się   znowu   pan   Kamiński, 

pokonując jednocześnie jeden ostry zakręt po drugim.

- Ho, ho, ho! - zdziwił się szczerze Baleron.

- Właśnie - pan Kamiński pyknął z fajki, którą mu usłużnie nabiła Mariena i pomogła 

zapalić trzymając sztormową zapaloną zapałkę - i wyobraźcie sobie, że ta podniebna kolej 

została zbudowana prawie sto lat temu i w dodatku przez naszego rodaka.

- Rodaka? Tutaj?

-   Owszem.   Budowali   ją   Polacy   -   inżynierowie   Ernest   Malinowski   i   Władysław 

background image

Folkierski, których losy rzuciły aż tak daleko od Polski.

Tymczasem nagle i niespodziewanie na rozsłonecznioną górską drogę spadła gęsta jak 

mleko mgła. Samochody i tak już wolno, na pierwszym lub drugim biegu, ciągnące pod górę 

zwolniły jeszcze bardziej i zapaliły się światła reflektorów, lecz ich blask ginął w lepkich, 

wilgotnych   tumanach   okrywających   wszystko.   Tymczasem   szosa   wiła   się   dalej   ostrymi 

zakrętami, a po jednej stronie górskiej drogi wspinały się skaliste zbocza, po przeciwnej zaś w 

obłokach mgły kryły się strome przepaście. Zrobiło się zimno, ponuro i - co tu ukrywać - 

całkiem nieprzyjemnie, a nawet wręcz straszno.

We   wszystkich   samochodach   jak   nożem   ucięte   umilkły   rozmowy,   choć   prawdę 

mówiąc Pablo nie odezwał się jak dotąd ani jednym słowem do siedzącego obok Studenta, i 

kierowcom   dosłownie   wychodziły   oczy   z   orbit   podczas   daremnych   prób   dojrzenia 

czegokolwiek we wszechogarniającym białym całunie okrywającym wszystko dokoła. Jeden 

Matheo nucił przez cały czas jakąś murzyńską melodię i szczerzył białe zęby.

W   tej   sytuacji   pan   Kamiński   postanowił   zjechać   na   pobocze   przy   pierwszej 

nadarzającej   się   okazji,   od   czasu   do   czasu   bowiem   budowniczowie   podniebnego   szlaku 

przewidzieli specjalne parkingi ogrodzone kamiennymi barierami.

- Przeczekamy jakiś czas - powiedział pan Kamiński - może nadleci wiatr i rozegna 

mgłę.

Pochłodniało znacznie i teraz dopiero okazało się, że grube swetry i peruwiańskie 

wełniane   czapki   z   nausznikami   przydają   się   doskonale,   choć   jeszcze   godzinę   temu   było 

prawie upalnie.

- Silnik mi się grzeje, seńor - odezwał się milczący dotychczas Pablo, który siedział 

zawinięty w wełnianą indiańską opończę i żuł zielone liście, spluwając od czasu do czasu na 

asfalt parkingu.

Pan Kamiński podszedł do ciężarówki i razem z Pablem podnieśli maskę samochodu. 

Przez czas jakiś grzebali coś razem we wnętrzu silnika.

- Do licha - zaklął po chwili pan Kamiński - nie mogę powiedzieć, żeby mi się to 

podobało. Samochód przeładowany, to jedno, pogoda fatalna, to drugie, droga stroma i kręta, 

to trzecie, a do najbliższego postoju wcale nie tak blisko, to czwarte. No ale musimy jakoś 

jechać do przodu, to piąte i ostatnie! - zakończył.

- Jak tylko pogoda się poprawi, pojedziemy powolutku dalej - zdecydował. - Ty teraz 

pojedziesz na przedzie - zwrócił się do Pabla - i jak będziesz widział, że temperatura wody 

rośnie,   zjedziesz   na   najbliższe   pobocze,   gdzie   będziesz   mógł   się   zatrzymać,   otworzymy 

maskę i poczekamy aż temperatura spadnie, a potem pojedziemy dalej. Innej rady praktycznie 

background image

nie widzę.

Pan Kamiński miał rację, kiedy twierdził, że pogoda w Kordylierach jest niezwykle 

zmienna, mgła bowiem ustąpiła równie nagle jak nadeszła i po niecałej pół godzinie górski 

parking, na którym stali, szosa wijąca się serpentynami w górę i w ogóle cała dolina rwącej 

rzeki tonęły w jaskrawym słońcu.

Ruszono dalej. Tym razem Pablo ze Studentem jechali jako pierwsi, za nimi prowadził 

swój samochód Matheo, a małą karawanę zamykał pan Kamiński swoim landroverem. Droga 

była coraz trudniejsza i coraz bardziej kręta i stroma, zbliżano się bowiem do najwyższej 

przełęczy. Nic więc dziwnego, że po kilku zaledwie kilometrach Pablo zjechał czym prędzej 

na   kolejny  parking,   zatrzymał   samochód,   szybko   wyskoczył   z  szoferki   i   podniósł   maskę 

silnika.

- Carramba! - zaklął pod nosem.

Dwa pozostałe samochody też zjechały na pobocze, choć silne terenowe landrovery 

spisywały się, jak dotąd, doskonale.

Po kilkunastu minutach postoju ruszono dalej. Gdy na jednym z licznych zakrętów 

Dzika Mrówka obejrzał się do tyłu, oczom jego ukazała się rozległa panorama, kolorowa 

plastyczna   mapa   okolic,   które   minęli.   Hen,   daleko   na   zachodzie   snuły   się   mgły   i   dymy 

wielkiego miasta - Limy i pobliskiego portu Callao, a za nimi niebieszczyła się tafla oceanu. 

Gdy chłopak odwrócił głowę, przed oczyma napotkał dzikie i strome skalne szczyty, na tej 

wysokości   porośnięte   już   tylko   z   rzadka   jakimiś   mizernymi   mchami.   A   nad   szczytami 

błękitniało bezchmurne niebo jak drugi niezmierzony ocean.

Na tych wysokościach było pusto, jeżeli nie liczyć samochodów czy to pnących się 

pracowicie pod górę, czy też ostrożnie zjeżdżających w dół, pusto i niegościnnie. Nigdzie nie 

było widać ani drzewa, ani żadnego domostwa, ani zwierzęcia. Tylko gdzieś wysoko, nad 

otaczającymi drogę szczytami kołowały z daleka widoczne olbrzymie ptaszyska.

- Kondory! - poznał Dzika Mrówka.

Po kilkunastu kilometrach względnie prostej drogi wiodącej półką jakby przyklejoną 

do skał  szosa znowu zaczęła się piąć stromo ku górze. Ciężarówka Pabla z najwyższym 

trudem pokonywała wzniesienia i mała karawana posuwała się teraz bardzo wolno.

- W ten sposób to i do jutra nie dojedziemy do przełęczy - marudził Marek, kręcąc się 

niecierpliwie na swym siedzeniu. - Że też Pablo nie może jechać trochę szybciej.

-   Widocznie   nie   może   -   powiedziała   Ula.   -   Gdyby   mógł,   to   by  na   pewno   jechał 

szybciej.

- A ty to byś każdego  tylko  broniła. Gdyby przy tamtej  kierownicy siedział nasz 

background image

Matheo, to na pewno by jechał lepiej. Prawda Matheo? - zwrócił się do kierowcy oczywiście 

po polsku, na co Matheo wyszczerzył wszystkie swoje olbrzymie białe zęby w najszerszym, 

na jaki go było stać uśmiechu i choć chyba nie rozumiał ani słowa, powiedział:

Si, Muchacho, Bueno!* [Tak, chłopcze, w porządku (hiszp.).]

- A widzisz - zatriumfował Dzika Mrówka - Matheo też ma takie samo zdanie jak ja. 

A ten Pablo tak wolno jedzie, że tylko czekać aż coś się stanie. Albo znowu mgła przyjdzie, 

albo deszcz, albo gradobicie, albo jeszcze coś gorszego.

- Nie wywołuj wilka z lasu - zawołała przestraszonym głosem Ula i w tym momencie, 

jakby na zawołanie, spod maski ciężarówki Pabla buchnęła w górę biała chmura, a samochód 

nagle się zatrzymał akurat na zewnętrznej krawędzi szosy na najciaśniejszym łuku ostrego i 

stromego zakrętu.

- Masz babo placek! - krzyknęła Ula. - A nie mówiłam? - Zwróciła się do Marka: - To 

wszystko przez ciebie.

Marek   nie   zdążył   jej   nawet   nic   odpowiedzieć,   bo   po   pierwsze   sam   się   mocno 

przestraszył, a po drugie Matheo gwałtownie zatrzymał samochód, zaciągnął mocno ręczny 

hamulec, wyskoczył z wozu i wcisnął pod tylne koła kilkoma silnymi kopnięciami dwa spore 

odłamy skalne. A potem popędził do wozu Pabla. Z tyłu biegł już pan Kamiński.

- Tego się bałem! - wołał. - Chłodnica poszła! - jak nic, poszła chłodnica!

Tymczasem z ciężarówki wyskoczył Pablo, a w tym samym momencie jego samochód 

zaczął się... wolniutko ZSUWAĆ W DÓŁ!!!

PROSTO W KILKUSETMETROWĄ PRZEPAŚĆ!!!

- PABLO!!! - krzyknął ostrzegawczo pan Kamiński.

Indianinowi   nie   był   jednak   potrzebny   ten   okrzyk.   Pablo   bowiem,   taki   zawsze 

spokojny, małomówny i zdawałoby się powolny, poderwał się jak błyskawica, wskoczył do 

szoferki   i   nacisnął   z   całej   siły   nożny   hamulec.   Samochód   zadrżał   leciutko   i   przestał   się 

zsuwać!

-   KAMIENIE!!!   -   krzyknął   znowu   pan   Kamiński.   -   Szybko   wbić   kamienie   pod 

wszystkie   koła.   Panie   Andrzeju!   -   zawołał   do   siedzącego   wciąż   w   szoferce   ciężarówki 

Studenta - wyskakuj pan na szosę!

-   Pablo!   -   krzyknął   po   hiszpańsku   -   jak   tylko   poczujesz,   że   samochód   się   cofa, 

wyskakuj z szoferki i na nic nie czekaj. Pal diabli wóz i cały bagaż.

Kto żyw rzucił się teraz do roboty. Matheo i pan Kamiński wbijali odłamy skalne pod 

wszystkie   opony   ciężarówki,   a   wszyscy   pozostali   naparli   z   całej   siły   na   skrzynię   wozu, 

pchając ją ku górze.

background image

- OK! - zakomenderował pan Kamiński. - Popuśćcie. Zobaczymy, czy teraz się nie 

cofa.

Zwolnili nacisk rąk na skrzynię. Samochód stał w miejscu.

- Pablo! Na wszelki wypadek nie puszczaj nożnego hamulca, a ja tymczasem zobaczę, 

co się stało.

Pan Kamiński podniósł maskę wozu i zajrzał do środka.

- No, chwała Bogu - odetchnął - pękł tylko gumowy wąż i cała woda chłodząca się 

wylała. Już myślałem, że poszła chłodnica.

- Pablo!

- Si, seńor!

- Masz jakiś zapasowy wąż od chłodnicy?

- Obawiam się że nie, seńor, ale mam mocną taśmę z gumowanego płótna. Jeżeli by 

mocno owinąć tę pękniętą rurę, a potem dodatkowo wzmocnić drutem, to może dojadę do 

przełęczy. To już niedaleko.

- Dobrze, Pablo, trzymaj hamulec, a ja z Matheo założę odpowiedni opatrunek.

- Si, seńor! - Matheo wyszczerzył zęby w uśmiechu.

- Tymczasem Mariena i któryś z chłopców niech skoczą po wodę. Weźcie ten pusty 

kanister po winie z mojego wozu.

- Dobrze, tato - Mariena już biegła z plastykową bańką, a za nią spieszył - o dziwo! 

spieszył - Jego Brat.

Oboje wdrapali się na strome usypisko skalne nad szosą. Kilkanaście metrów wyżej 

widać było wyraźnie spadający ze skały maleńki strumyczek wody, która płynęła później 

poboczem szosy. Mariena z Jarkiem podstawili bańkę pod nikłą strugę.

- Dobrze, że tak blisko jest woda - powiedziała dziewczyna - ale gdyby nie było, to 

założę się, że wiem, co by tata zrobił.

- Co takiego? - zapytał Jego Brat.

- Wlałby do chłodnicy to wino, które jest w drugim kanistrze - roześmiała się Mariena.

- Eee, poważnie? - zdziwił się Jarek.

- Poważnie. Mój tata to ma zawsze jakieś zupełnie nadzwyczajne pomysły. A moja 

mama mówi, że różnie jej życie biegnie, ale że z tatą to się nigdy nie miała czasu nudzić - 

roześmiała się Mariena.

- To ty się całkiem wdałaś w ojca - powiedział Jarek.

- Ja? - zdziwiła się Mariena. - A niby dlaczego?

- Bo z tobą to też nie można się nudzić - odparł Jarek i nagle, jakby onieśmielony 

background image

swoją odwagą, zaczerwienił się po uszy.

-   Eee,   przesadzasz   chyba   -   Mariena   spojrzała   na   Jarka   i   widząc,   że   on   się   tak 

zarumienił, chciała coś jeszcze dodać, ale nagle zaczerwieniła się sama.

- Uważaj! - odezwała się po chwili, oboje bowiem na moment zupełnie zapomnieli o 

wodzie,   o   bańce   i   o   pustej   chłodnicy   w   samochodzie   i   zapatrzyli   się   jedno   w   drugie,   a 

tymczasem wątły strumyczek wody zamiast do bańki ściekał w dół na kamienne zbocze.

Tymczasem Matheo z ojcem Marieny sporządzili solidny „bandaż”, nalano zimnej 

wody do chłodnicy, Pablo zapalił silnik i gdy już chwilę popracował, Matheo i pan Kamiński 

wybili kamienie spod przednich kół i Pablo ruszył pod górę.

-   Pan   na   wszelki   wypadek   pojedzie   w   naszym   samochodzie   -   zwrócił   się   pan 

Kamiński do Studenta i mała samochodowa karawana ruszyła ku pobliskiej przełęczy, skąd 

już droga prowadziła w dół, do miasta La Oroya.

Gdy samochody przekraczały przełęcz, Jego Brat dostrzegł po prawej stronie drogi 

kilkaset   metrów   niżej   błyszczące   tafle   kilku   niewielkich   jeziorek,   w   których   odbijał   się 

nieodległy   pokryty   wiecznym   śniegiem   górski   szczyt   o   charakterystycznym   stożkowym 

kształcie, tak typowym dla wulkanów.

- A może Jezioro Złotego Lodu to właśnie jedno z tych, które widać? - powiedział. - 

Bo jest ognista góra, na której może mieszkać Bóg - Słońce, i są jeziorka, w których może się 

przeglądać razem ze swoją Małżonką.

- Może - roześmiał  się pan Kamiński - a na pocieszenie mogę ci powiedzieć, że 

miejsc, które by pasowały do opisu z naszego kipu, to w Andach można by naliczyć dobrych 

parę setek. Jeżeli nie parę tysięcy!

- Ba! - zmartwił się Jego Brat.

- Masz rację, chłopcze - roześmiał się pan Kamiński - ale trzeba wierzyć, że nam się 

uda. A tak poważnie, to te jeziorka odpadają. Po pierwsze to za blisko Limy, a poza tym 

istnieje cała masa powodów, dla których należy się spodziewać, że jeżeli kipu mówi prawdę, 

to Złotego Lodu należy szukać zdecydowanie gdzie indziej.

Dalsza droga odbyła się już bez większych kłopotów i na nocleg zatrzymano się w 

miejscowości   Jauja   nad   Rio   Mantaro.   Pablo   zdołał   na   miejscu   wymienić   pęknięty   wąż 

gumowy,   a   po   bliższych   badaniach   okazało   się,   że   ślizgał   się   zachlapany   olejem   pasek 

napędzający   wentylatorek   chłodnicy   i   dlatego   woda   się   zagrzała.   Naprawiono   więc 

uszkodzenie i na drugi dzień samochód Pabla był gotowy do dalszej drogi.

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY,

W KTÓRYM POSZUKIWACZE ZŁOTEGO LODU WĘDRUJĄ CORAZ 

DALEJ I WYŻEJ W GŁĄB PERUWIAŃSKICH ANDÓW

- Wstawać chłopcy, pobudka! - obu braci obudził donośny głos Pana Wojtka.

- Ojejej, tak się dobrze spało, która godzina? - Dzika Mrówka spał tej nocy jak suseł i 

nawet mu się nic nie śniło. Jego Brat też nie mógł narzekać na bezsenność.

- Pół do siódmej. A spało się dobrze, bo jesteśmy już na sporej wysokości i klimat tu 

zupełnie inny niż w Limie nad Pacyfikiem.

- A to nie za wcześnie na wstawanie?

- Powiedziałbym, że wręcz przeciwnie. Dziś mamy spory kawał drogi przed sobą, bo 

według planu mamy dojechać aż do Cuzco. A sami przekonaliście się wczoraj, że w drodze 

może być różnie.

Pogoda   tego   ranka   na   peruwiańskim   płaskowyżu   była   piękna.   Słońce   oświetlało 

odległe szczyty gdzieniegdzie pokryte białymi czapami śniegu i lodu. Niżej rozpościerały się 

zielone   lasy   i   zarośla,   a   jeszcze   niżej   ciągnęły   się   pola   uprawne,   ogrody   i   sady,   pełne 

owocowych drzew, krzewów i kwiatów. Środkiem doliny rwała bystra górska rzeka Mantaro.

- Jak tu uroczo - zachwycała się Ula, gdy po pożywnym śniadaniu ładowali się do 

samochodów.

- Istotnie - zgodził się pan Kamiński - to naprawdę uroczy zakątek. Już to zauważyli 

europejscy zdobywcy, gdy pierwszy raz ujrzeli tę dolinę. Zdobywca Peru Francisco Pizarro 

postanowił już w 1533 roku założyć tu hiszpańskie miasto, właśnie Jauja. Działo się to w 

czasie pierwszej jego wyprawy w celu zdobycia inkaskiej stolicy Cuzco.

- To my idziemy śladami wielkiego Pizarra? - zapytał Dzika Mrówka.

- Tak mniej więcej. Bo i my wędrujemy do Cuzco, tyle tylko że nie mamy zamiaru 

zdobywać stolicy.

- Ale my też szukamy inkaskich skarbów podobnie jak Pizarro - wtrącił zamyślony 

Jego Brat.

- No, niby racja, ale po pierwsze my mamy zamiar szukać, a nie zdobywać, a po 

drugie jeżeli coś znajdziemy, to nie będziemy zabierać ze sobą, bo tego nam nie wolno, tylko 

oddamy do tutejszych muzeów.

- Jeżeli znajdziemy - powtórzyła Ula.

- No to jak mamy znaleźć, to ruszajmy.

Droga   do   Cuzco   przebiegła   bez   większych   przygód,   a   jedynymi   emocjami   było 

background image

odkrywanie   przez   Poszukiwaczy   Złotego   Lodu   za   każdym   ze   setek   zakrętów   nowych 

uroczych   widoków.   Wszystkie   samochody   rozwijały   sporą   prędkość,   a   tempo   dyktował 

milczący jak zwykle, a jadący teraz na czele peruwiański Indianin Pablo.

- No to pierwszy etap mamy za sobą - stwierdził pan Kamiński, kiedy już rozładowali 

bagaże na noc i kiedy zasiedli na tarasie restauracji na centralnym placu Cuzco.

Zbliżał   się   zachód   słońca   i   ostatnie   jego   promienie   przed   zniknięciem   za   ostrymi 

grzbietami   nieodległych   gór   oświetlały   pokryte   spatynowaną   blachą   duże   wieże   kościoła 

jezuickiego,   zbudowanego   w   pierwszym   okresie   hiszpańskiego   panowania,   i   ceglaste 

dachówki domów z podcieniami otaczających brukowany rynek.

Na   placu   panował   spokój   i   tylko   jakiś   pasterz   z   gór   przeganiał   małe   stadko   lam 

drobiących   rozdwojonymi   kopytkami   po   kamiennym   bruku   i   dumnie   niosących   kształtne 

głowy na długich, prawie wielbłądzich szyjach.

- Jutro muszę jeszcze zapoznać się dokładnie z jednym starym dokumentem, który - 

jak się dowiedziałem w Limie - ma się znajdować w tutejszej bibliotece uniwersyteckiej. 

Mam   nadzieję,   że   znajdę   tam   jeszcze   jakieś   wskazówki   mogące   nam   być   pomocne   w 

ostatecznym wybraniu terenu naszych poszukiwań.

- A jeżeli nie? - zapytała Ula.

- Jeżeli nie znajdę, to poprzestaniemy na tym, co nam się z Marieną udało odnaleźć i 

zaryzykujemy, a wybór terenu... wylosujemy z dwóch możliwych. W każdym poszukiwaniu 

jest trochę ryzyka jak w hazardowej grze w karty. A kiedyś, bardzo już dawno temu grałem w 

karty i to z całym zapałem.

- Oj, tato, wcale nie wiedziałam o takich twoich złych skłonnościach - oburzyła się 

Mariena.

- Bo też ci nigdy o tym nie opowiadałem, córeczko. A na moje usprawiedliwienie 

mogę tylko tyle powiedzieć, że choć graliśmy wtedy na pieniądze, i to na grube pieniądze, to 

wcale nie wygrana była celem.

- No to po co grać w takim razie w karty? - zdziwił się praktyczny jak zwykle Marek.

- Po co? - zamyślił się Pan Kamiński - ano po to, żeby zapomnieć.

- Zapomnieć? - Mariena spojrzała ze zdumieniem na ojca. - O czym?

-   O   strachu,   córeczko,   graliśmy   bowiem   namiętnie   w   karty   na   pieniądze,   aby 

zapomnieć o strachu. Bo to było na statku w czasie wojennych konwojów, kiedy w każdej 

minucie, w każdym najdrobniejszym ułamku sekundy mogła się za burtą statku czaić śmierć. 

Od   torpedy   niemieckiej   łodzi   podwodnej,   od   bomby   lotniczej,   od   miny,   od   pocisku 

hitlerowskiego rajdera, korsarskiego okrętu grasującego prawie bezkarnie po przestworzach 

background image

oceanów.

I nam, marynarzom tamtych czasów, tamtych konwojowych lat, zostawał na co dzień, 

na każdą noc, na okrągłą dobę strach. I żeby o tym strachu wciąż nie myśleć, to ja na przykład 

grałem namiętnie w karty.

- Ale teraz nie grasz, tato.

- Teraz nie gram, bo nie muszę, teraz nie mam się czego bać - roześmiał się pan 

Kamiński i pocałował Marienę w policzek.

- A wracając do ryzyka, to ja lubię takie właśnie uczucie. Zaczynam coś, szukam 

czegoś i nie wiem, co mnie czeka. Może nic, a może właśnie TO! Co prawda czasami się 

zdarza, że szukam jednego, a znajduję coś zupełnie innego. O, kiedyś na przykład, pamiętam, 

było to na jednej z urokliwych wysepek Morza Karaibskiego przy brzegu meksykańskim. 

Szukaliśmy   tam   zatopionej   hiszpańskiej   karaki,   która   podobno   gdzieś   tam   zatonęła   cala 

wyładowana srebrem. Szukaliśmy już trzeci sezon i stale na próżno. Tym razem miała to być 

ostatnia próba. Straciliśmy tam cały nieomal miesiąc i w końcu zamiast hiszpańskiej karaki o 

mało co nie znaleźliśmy niemieckiego U - boota, czyli hitlerowskiego okrętu podwodnego.

- Okręt podwodny? I co?

-   I   nic.   Po   prostu   kiedyś   nam   stary   rybak   z   tej   wioski,   gdzie   założyliśmy 

płetwonurkową bazę, opowiadał, że przed laty, już po zakończeniu wojny, znaleźli na piasku 

brodatego mężczyznę ubranego w resztki marynarskiego munduru. Ten człowiek był ranny i 

tracił co chwila przytomność. Zanieśli go więc do wioski i próbowali ratować, ale nie udało 

się i po dwóch dniach rozbitek zmarł. Gdy odzyskiwał przytomność, coś chciał powiedzieć, 

ale nie znał hiszpańskiego, a rybacy z kolei nie znali żadnego innego języka. Rozbitek coś 

uparcie tłumaczył,  wreszcie narysował na piasku duży okręt podwodny,  jak przynajmniej 

twierdził   w   kilkanaście   lat   później   rybak,   dużą   rybę   -   chyba   rekina   i   jakieś   paczki   czy 

skrzynie. A cały czas póki jeszcze żył, uparcie pokazywał na morze i tłumaczył na migi, że 

ten okręt zatonął i żeby nurkować i coś tam wyciągać, jakby spod wody albo może z tego 

zatopionego okrętu.

Nawet wtedy któryś z kolegów rzucił pomysł, żeby może poszukać tego zatopionego 

najpewniej okrętu podwodnego, że to może być jakiś niemiecki U - boot i że to wszystko 

może być bardzo ciekawe, aleśmy go w końcu przegłosowali, bo jak mówię, po pierwsze 

szukaliśmy czegoś innego, po drugie nie mieliśmy już za dużo czasu, a po trzecie to po co 

szukać zatopionej niemieckiej łodzi podwodnej, gdy tyle innych ciekawych rzeczy jest pod 

wodą, ot, choćby nasz SKARB ZŁOTEGO LODU.

Tymczasem zaszło słońce. Na Cuzco, starożytną stolicę państwa Inków spełzł z gór 

background image

mrok i zapłonęły liczne latarnie, oświetlając cały rynek i pięknie wyłuskując z mroku wieże i 

ozdobne fragmenty architektury starego kościoła.

Późnym   wieczorem,   przy   blasku   reflektorów   i   różnokolorowych   rakiet   oraz   przy 

dźwiękach głośnej egzotycznej muzyki  granej na staroindiańskich instrumentach na tymże 

placu, na oczach Poszukiwaczy Złotego Lodu odbył się pokaz staroinkaskich tańców.

Tańczyli młodzi chłopcy i dziewczęta w starych, ludowych strojach, zapewne w takich 

samych, jakie mieli na sobie ich przodkowie przed kilkuset laty uciekający z tego samego 

miasta  przed   groźnymi   najeźdźcami  z   innego   kontynentu.   Rozległy  się   śpiewy   w   języku 

kiczua,   którym   porozumiewano   się   przed   setkami   lat,   a   którym   jeszcze   do   dziś   mówi 

większość mieszkańców górskich okolic Peru. Całe to widowisko rozgrywało się w ramach 

odbywającego się akurat w tych dniach festiwalu folklorystycznego w Cuzco i przedziwny 

przypadek sprawił, że nasza gromadka idąca śladami wiodącymi przez wieki i przez historię 

trafiła do Cuzco akurat na ten dzień, ale wszyscy pomyśleli sobie jedno, a Dzika Mrówka, jak 

zwykle, powiedział to na głos:

- To chyba dobry omen dla naszej wyprawy.

- Oby - westchnęły równocześnie Ula i Mariena.

A   Dzika   Mrówka   nagle   zobaczył   w   swej   bujnej   wyobraźni   ognisko   płonące   w 

niedostępnej kotlinie górskiej, wokoło inkaskich wojowników tańczących jakieś tajemnicze, 

rytualne   tańce.   Nie   opodal   ogniska   połyskiwała   nieruchoma   toń   jakiegoś   jeziora,   a   hen 

daleko, na tle rozgwieżdżonego nieba rysowały się oświetlone srebrnym blaskiem księżyca 

pokryte wiecznymi śniegami i lodem wyniosłe stożki wulkanicznych wierzchołków.

Następny dzień był dniem odpoczynku. Pan Kamiński z Panem Wojtkiem i Studentem 

udali się zaraz po śniadaniu do uniwersyteckiej biblioteki, a młodsza generacja Poszukiwaczy 

wędrowała po zabytkowym mieście Cuzco.

Wszyscy byli tu po raz pierwszy, Mariena bowiem, mimo że dość dużo wędrowała po 

południowoamerykańskim   kontynencie,   też   nigdy   w   Cuzco   nie   była.   Tym   razem 

przewodnikiem był milczący dotychczas Pablo, który z tych właśnie okolic pochodził i Cuzco 

znał   doskonale.   Kochał   też   to   miasto   i   dumny   był   z   niego,   co   uwidoczniło   się   w   tym 

chociażby,   że   zawsze   milczący   i   raczej   odludek,   teraz   wszystko   tłumaczył   Marienie   bez 

przerwy i opowiadał rozmaite  historie, a ta z kolei tłumaczyła  z hiszpańskiego na polski 

pozostałej gromadce.

- Zanim tu przyszli Hiszpanie - mówił Pablo - Cuzco było wspaniałą stolicą Inków. 

Było to piękne miasto otoczone murami, a Świątynia Słońca Coricancha miała ściany obite 

złotą blachą. Nie opodal miasta znajdowała się wielka twierdza Sacsahuaman, a pałac króla 

background image

Inków nie miał równego sobie jak Andy długie i wysokie. A teraz z tego wszystkiego zostały 

tylko resztki ruin, na miejscu Świątyni Słońca zbudowano kościół Santo Domingo. Nic nie 

zostało z dawnej świetności, tylko jeszcze w indiańskich wioskach z pokolenia na pokolenie 

przechodzą   legendarne   opowieści   o   starodawnych   czasach,   kiedy   my,   Inkowie,   byliśmy 

panami tej ziemi.

Dzika Mrówka, Ula, Baleron i Jego Brat patrzyli ze zdumieniem na Pabla. Wyglądał 

teraz zupełnie inaczej niż za kierownicą ciężarówki. Oczy mu błyszczały, a twarz nabrała 

nagle jakby jakiejś godności i dumy, i nawet wcale nie raziły liczne ślady po przebytej ospie.

Teraz już wiem, jak wyglądali wojownicy inkascy, którzy walczyli z najeźdźcami, a 

potem musieli przed nimi uciekać w Andy - pomyślał Marek.

Poszukiwania starych dokumentów w bibliotece uniwersyteckiej w Cuzco nie dały 

niestety   pozytywnych   rezultatów   i   pan   Kamiński   nie   uzyskał   żadnych   dodatkowych 

informacji,   które   pomogłyby   jemu   i   pozostałym   członkom   Ekspedycji   Złoty   Lód   podjąć 

decyzję.

-   Mimo   to   trzeba   zdecydować   -   wszyscy   Poszukiwacze   Złotego   Lodu   stali   nad 

dokładnymi mapami niegościnnych i trudno dostępnych rejonów Cordillera de Vilcanota i 

Cordillera de Carabaya, wchodzących w skład rozległego pasma Cordillera Oriental, czyli 

Kordyliery Wschodniej.

Na obu mapach czerwonym grubym flamastrem zakreślone były dwa obszary, które - 

według   zgodnej   opinii   zarówno   pana   Kamińskiego   jak   i   Pana   Wojtka   oraz   Studenta   - 

najbardziej odpowiadały okolicy, której opis odcyfrowany został w inkaskim kipu. I tu, i tam 

znajdowały się wyniosłe szczyty wulkaniczne, co prawda nieczynne już od setek lat, i tu, i 

tam na mapie widniały małe oczka jeziorek rozsiane w górskich pustkowiach.

- Które z nich wybrać? - zastanawiali się teraz wszyscy, bo jedno było pewne, że jutro 

rankiem trzeba ruszyć i że na spenetrowanie obu rejonów czasu nie wystarczy.

- A może losować? - rzuciła myśl Ula.

-   To   jest   jakiś   pomysł   -   zgodził   się   głęboko   zamyślony   pan   Kamiński,   pykając 

nieodłączną fajkę. - Chyba rzeczywiście nie ma innej rady - zdecydował.

- Chyba nie ma - potwierdzili Pan Wojtek, Student i pozostali uczestnicy narady.

Pan Kamiński wyciągnął z kieszeni pudełko zapałek, otworzył je i wyjął dwie zapałki. 

Jednej ułamał łebek i schował obie w dłoni, a dłoń wsunął za plecy.

- No, Ula, ciągnij - powiedział - zapałka bez łebka to obszar „NUMER JEDEN”, a 

cała - obszar „NUMER DWA” - zgoda?

- Ale dlaczego ja? - Ula zawahała się przed bądź co bądź taką odpowiedzialnością - a 

background image

jak wyciągnę złą zapałkę?

- Nie wiadomo, która jest zła, a która dobra - roześmiał się pan Kamiński. - A dlatego 

ty, bo to był TWÓJ pomysł.

- Trudno, niech będzie na mnie - uśmiechnęła się Ula i wyciągnęła rękę do zapałek.

Już, już miała wyciągnąć jedną z nich, a wszyscy patrzyli  na rękę Uli w wielkim 

napięciu, gdy w zapadłej w pokoju ciszy mgle ni stąd, ni zowąd odezwał się Dzika Mrówka:

- A ja bym spróbował drugą zapałkę!

I Ulka w tym  momencie zmieniła decyzję  i wyciągnęła właśnie DRUGĄ zapałkę. 

Wcale nie tę, po którą sięgała. Zapałka była bez łebka!

- No to będziemy szukać TU - pan Kamiński nakrył dłonią zakreślone flamastrem koło 

z dużą cyfrą „1”. Właściwie dobrze się stało, bo do „Jedynki” jest bliżej, a i dojazd - jak 

wynika z mapy - może będzie trochę łatwiejszy.

- Jeżeli do JEDYNKI łatwiej dotrzeć, to może jednak Inkowie schowali swe skarby w 

DWÓJCE, tam gdzie trudniej dotrzeć i trudniej znaleźć - odezwał się Jego Brat.

- Trudno, już za późno. Ula wylosowała  JEDYNKĘ, to jedziemy do JEDYNKI - 

zdecydował pan Kamiński, a Ula w tym momencie spojrzała z wyraźnym wyrzutem na Dziką 

Mrówkę  i  pomyślała,  że  przecież  chciała   wyciągnąć  inną  zapałkę,  a  Marek jej   wszystko 

pokręcił. Jak to zwykle Dzika Mrówka, który nigdy nie może utrzymać języka za zębami i 

zawsze z czymś nagle wyskoczy jak przysłowiowy Filip z konopi.

Nazajutrz   ruszyli   wczesnym   rankiem,   co   spotkało   się   z   nieśmiałym   sprzeciwem 

prawie wszystkich uczestników wyprawy, na tej bowiem wysokości, na której leży Cuzco, a 

wynoszącej   -   bagatela   -   aż   3400   metrów   nad   poziomem   morza,   spało   się   wszystkim 

„doskonale, ale za krótko”.

Pan   Kamiński   i   Pan   Wojtek   byli   jednakże   nieubłagani,   droga   bowiem,   jaka   ich 

czekała, pełna była niewiadomych.

Ranek wstał słoneczny, powietrze było świeże i rześkie, mimo że temperatura wcale 

nie była wysoka i nie można było powiedzieć, że jest ciepło.

- Ładny dzień - stwierdziła Ula - akurat na jazdę.

- No, no, no - pan Kamiński ładował ostatnie pakunki do swego samochodu - jest takie 

polskie przysłowie,  które mówi, aby nigdy nie chwalić  dnia rankiem. To przysłowie  jest 

szczególnie aktualne w każdych górach, a już tym bardziej w Andach. Teraz świeci słońce, a 

za chwilę może być zupełnie inna pogoda. Pamiętacie chyba, co się działo na drodze z Limy 

przez przełęcz.

Dzika Mrówka jechał dziś w szoferce ciężarówki razem z milczącym znów „Pablo. 

background image

Kierowca - po wczorajszym ożywieniu przy zwiedzaniu Cuzco, kiedy to wyszła z Indianina 

jego prawdziwa natura, znowu był milczący i miał kamienną twarz, którą ożywiało jedynie 

monotonne żucie zielonych liści coca.

Buenos dias, Pablo - powiedział grzecznie Dzika Mrówka sadowiąc się w obszernej 

szoferce.

Buenos dias, Marco - odparł Pablo, na krótki tylko moment przerywając żucie liści.

Ruszyli.   Tym   razem   pierwszy   jechał   landrover   Matheo,   potem   samochód   pana 

Kamińskiego, a na końcu ciężarówka z Pablem i Dziką Mrówką. Po kilkunastu kilometrach 

dojechali do brzegów górskiej rzeki, wzdłuż której po jednej stronie wiła się szosa, po drugiej 

zaś tor kolejowy.

- W tych Andach drogi i linie kolejowe prowadzą tylko wzdłuż rzek - powiedział 

głośno Dzika Mrówka, ale że powiedział to po polsku, Pablo nie odrywając wzroku od krętej 

szosy odparł krótko objaśniającym tonem:

- RIO URUBAMBA!

A Dzika Mrówka spojrzał w pierwszej chwili nieco zdziwiony na Pabla, ale szybko 

zorientował się, że kierowca pomyślał, że on go pytał o nazwę rzeki, a zatem odpowiedział.

Gracias, Pablo, muchas gracias!

Rio Urubamba! - pomyślał - jaka śmieszna nazwa ta Urubamba. Nikt mi w szkole nie 

uwierzy, jak będę opowiadał, że tak może się nazywać duża rzeka. To jest akurat nazwa na 

przykład na zespół muzyczny albo coś podobnego. Ale rzeka?

Droga kręciła się wzdłuż Urubamby, płynącej środkiem doliny ściśniętej stromymi 

górami, które pokryte były w niższych partiach bujną zielenią, a wyżej były nagie i skaliste. 

Dolinę aż do podnóża gór po obu stronach rzeki wypełniały pola uprawne, a od czasu do 

czasu   mijano   niewielkie   skupiska   domów   zbudowanych   z   kamienia,   z   dachami   krytymi 

strzechą z trzciny.

Załamanie pogody nadeszło gwałtownie! Jeszcze przed kwadransem dolina pławiła się 

w promieniach tropikalnego słońca, a w kilkanaście minut później ponad wierzchołkami gór 

przetoczyły   się   ołowianociemne   chmury   i   niespodziewanie   lunął   deszcz.   Kierowcy   malej 

karawany włączyli światła i wycieraczki i zwolnili prędkość, a tymczasem z bezchmurnego 

jeszcze niedawno nieba lały się na ziemię istne potoki wody.

- Może lepiej stanąć i przeczekać tę nawałnicę - zauważył Pan Wojtek, który dziś 

jechał w jednym samochodzie z panem Kamińskim.

- Wolałbym na razie nie zatrzymywać się. W odległości paru kilometrów przed nami 

musimy przejechać przez most na niewielkim dopływie Urubamby. A po takiej ulewie... boję 

background image

się. żeby nie zalało szosy. Po drugiej stronie będziemy mogli się zatrzymać. Tam droga idzie 

wyżej,   nie   nad   samą   rzeką   -   wyjaśnił   pan   Kamiński,   który   teraz   wysunął   się   swym 

samochodem na czoło i dyktował tempo jazdy.

Jechali zatem dalej. Trzy samochody wolno posuwały się w strugach zalewających 

świat, a wycieraczki nie mogły nadążyć z usuwaniem wody. Dzika Mrówka przytknął twarz 

do przedniej szyby i starał się wzrokiem przebić strumienie wody. W niewielkiej odległości 

przed   nimi   słabo   majaczyły   kontury   samochodu   Matheo   i   błyskały   czerwono   jego   tylne 

światła pozycyjne. Pablo mocno trzymał kierownicę w silnych rękach, twarz miał jak zawsze 

prawie nieruchomą i tylko szczęki poruszały się miarowo, bo kierowca - jak zwykle - żuł 

zielone liście.

Wolno mijały minuty,  a deszcz wcale nie ustawał i z chmur lały się wciąż gęste 

strumienie. Jakby ktoś wylewał bez przerwy wodę wiadrami - pomyślał Dzika Mrówka, który 

jeszcze nigdy w życiu nie widział takiej ulewy.

W pewnym momencie rozmazany kontur jadącego przed nimi samochodu rozbłysnął 

dodatkowym czerwonym silnym światłem.

Hamuje - pomyślał Dzika Mrówka.

Samochód Matheo stanął. Pablo też zatrzymał swoją ciężarówkę. W lejącym deszczu 

ukazał   się   nagle   obok   pan   Kamiński   przemoczony   do   ostatniej   nitki.   Powiedział   coś   po 

hiszpańsku do Pabla, a ten skinął potakująco głową.

Si seńor - powiedział.

- Przed nami niewielka rzeczka, która już wylała. Część szosy i most jest pod wodą - 

wyjaśnił Markowi pan Kamiński. - Musimy się spieszyć, jeżeli chcemy przejechać, bo za parę 

minut może to już być niemożliwe. Ja przejeżdżam pierwszy, Matheo za mną, a wy na końcu. 

Powiedziałem Pablowi, żeby uważał, bo nie wiadomo, jak wygląda szosa pod wodą.

Landrover pana Kamińskiego ruszył pierwszy i znikł po chwili za wodną kurtyną. Po 

nim ruszył Matheo, a w odległości jakichś dwudziestu metrów z tyłu Pablo.

Dzika Mrówka zobaczył w pewnym momencie, jak wóz Matheo wjeżdża w rwący 

brunatny potok wody, sięgający mniej więcej do osi i płynący w poprzek szosy. Landrover 

ciągnął   nieprzerwanie   do   przodu   na   niskim   biegu,   a   woda   rozstępowała   się   na   boki.   W 

odległości kilkudziesięciu metrów widać było betonową konstrukcję niewielkiego mostu, po 

którego jezdni przelewała się teraz woda.

Matheo dojeżdżał już do mostu, gdy ruszył Pablo. Prowadził wóz powoli i ostrożnie, 

jakby macając dno wartkiego brunatnego potoku wszystkimi kołami swojej ciężarówki. Z 

góry z doliny wciętej głęboko w skalne ściany waliły wciąż nowe masy wody, spychając 

background image

toczącą się wolno ciężarówkę coraz bardziej w prawo w stronę rowu towarzyszącego drodze.

Matheo tymczasem znalazł się już na moście i ruszył  szybciej wzbijając spod kół 

fontanny wody. Pablo widząc to dodał gazu i skręcił kierownicą tak, aby wrócić na środek 

drogi, ale daremnie. Przez szosę płynęła już teraz rwąca ciemnobrunatna rzeka. W pewnym 

momencie tył ciężarówki osunął się w dół, a samochód przechylił się na prawą stronę.

Carramba! - zaklął Pablo i nie gasząc silnika wyskoczył z szoferki na szosę, prosto 

w   rwący   potok.   Rozkazujący   gest   ręki   Indianina   wygonił   też   Dziką   Mrówkę.   Chłopak 

otworzył  drzwiczki  i  w tym  momencie  potoki  wody wlały się do wnętrza,  przemaczając 

wszystko dokumentnie.

Marek wyskoczył z samochodu i z chlupotem wpadł do wody, która o mało co nie 

zbiła go z nóg. Utrzymał się jednak jakoś i przywołany przez Pabla przedarł się do niego, a 

ten   tymczasem   odwijał   spod   maski   samochodu   stalową   linkę   zakończoną   hakiem,   która 

nawinięta była na bęben.

- Dżyka Mrufka!!! - krzykną Pablo i dodał coś szybko po hiszpańsku.

Marek słów nie zrozumiał, ale gesty Indianina były tak wymowne, że złapał za linkę i 

zaczął się przedzierać przed siebie brnąc z trudem w szalejącej w poprzek szosy wodzie.

Gdzie zaczepić tę linkę? - Marek rozglądał się poprzez ulewę. W pewnej odległości 

przed samochodem dojrzał sterczący w wodzie betonowy słupek, jeden z wielu, jakie spotkać 

można na poboczach szos.

Obejrzał się na Pabla. Ten skinął potakująco głową, jednocześnie ręką wskazując na 

słup. Marek owinął linkę dokoła słupa i zaczepił hak. Podniósł rękę do góry na znak, że 

gotowe. Pablo siedzący już za kierownicą włączył silnik, potem włączył napęd bębna i linka 

powoli nawijając się na bęben poczęła się zwolna naprężać.

Marek   stał   po   kolana   w   wodzie   obok   słupka   w   strugach   lejącego   deszczu   i 

obserwował linkę.

Jeszcze trochę! Jeszcze kawałeczek! JUŻ!

Naprężona linka wyraźnie drgnęła. Ciągnie - pomyślał Marek z radością, ale w tym 

samym momencie spostrzegł z przerażeniem, że SŁUPEK SIĘ PRZECHYLA!!!

Gwałtownie zamachał rękoma do Pabla, ale po pierwsze było już za późno, bo słupek 

przechylił się i skrył w rwącym strumieniu, a po drugie Pablo też zobaczył, co się stało i sam 

zatrzymał bęben z linką.

Dzika Mrówka przerażony nie na żarty i zmoknięty jak nieboskie stworzenie rozglądał 

się dokoła. Matheo przejechał już przez most i znikł za deszczową kurtyną, a oni stali tu z 

przechyloną ciężarówką we wzbierającym wciąż potoku groźnej wody.

background image

Co teraz? - pomyślał z przestrachem Marek.

Pablo   tymczasem   wyskoczył   z   ciężarówki,   niosąc   w   ręku   inną   stalową   linkę 

zakończoną   z   obu   stron   splecionymi   oczkami.   Przedarł   się   do   Marka   i   krzyknął   coś   po 

hiszpańsku.

- Nie rozumiem! - odkrzyknął Marek - No comprendo, Pablo!

Pablo machnął z wyraźną rezygnacją ręką i szybko zagadał coś w zupełnie innym 

języku, wskazując przy tym ręką na solidne drzewo rosnące po przeciwnej stronie szosy. Na 

migi pokazał, że Marek ma założyć tę linkę za drzewo i połączyć obie razem. Przez cały czas 

Pablo pokrzykiwał coś w jakimś języku, którego Marek też nie rozumiał, ale który na pewno 

językiem hiszpańskim nie był.

Dzika Mrówka złapał obie linki i przedarł się na drugą stronę szosy pod rwący prąd 

potoku. Owinął jedną z nich pień drzewa, przełożył koniec liny przez oczko.

Żeby tylko wystarczyło! - pomyślał, ciągnąc jednocześnie drugą linkę z hakiem, której 

koniec nawinięty był na bęben w samochodzie.

Jeszcze  trochę,  jeszcze  choć pół metra,  jeszcze kilkanaście centymetrów! - Marek 

naciągnął linkę z całej siły.

Udało   się!   Już   hak   zaczepiony   za   swobodne   oczko   linki   obłożonej   wokół   pnia 

drzewnego.

Machnął ręką do Pabla, który siedział w szoferce.

Po chwili naprężona linka drgnęła!

Żeby tylko drzewo wytrzymało - pomyślał Marek, ale w tym momencie zauważył, że 

linka zaczęła drgać coraz szybciej.

Chyba   nie   pęknie!   -   przeraził   się   chłopak,   ale   jednocześnie   przez   szum   ulewy   i 

rwącego potoku usłyszał odgłos klaksonu ciężarówki. Spojrzał w tym kierunku. Samochód 

Pabla wyprostowywał się i powoli skręcał na środek zalanej szosy. Jeszcze pół metra, jeszcze 

kawałek...

JUŻ!!!!

Ciężarówka stoi wyprostowana na środku szosy. Pablo daje ręką niecierpliwy znak, 

żeby odczepić linkę owiniętą wokół drzewa.

Marek błyskawicznie zluzował hak i zajął się odwijaniem linki, ale usłyszał ponowny 

klakson   i   ostrzegawczy   krzyk   Pabla,   który   teraz   przyzywał   go   gwałtownymi   gestami   do 

samochodu. Zostawił więc linkę i przedarł się z powrotem do wozu. Poszło mu to szybko, bo 

teraz prąd sam spychał go w stronę wozu.

Pablo już ruszył. Marek złapał ręką drzwiczki sunącego wolno samochodu i wskoczył 

background image

na stopień od strony kierowcy.

- JEDZIEMY!!! - skonstatował z radością.

Ciężarówka toczyła się coraz szybciej po zalanej szosie rozpierając brunatną wodę i 

po chwili znalazła się na również zalanej jezdni mostu.

Teraz już poszło gładko. Pablo nacisnął pedał gazu i po chwili byli już po drugiej 

stronie fatalnego miejsca. Tu już nie było brunatnej wody, a błotnista nawierzchnia zlewana 

potokami   wciąż   lejącego   deszczu   wydała   się   przemokniętemu   Markowi   uczepionemu 

drzwiczek ciężarówki prawdziwą ZIEMIĄ OBIECANĄ!

Do   ciężarówki   biegli   od   stojących   nie   opodal   samochodów   pan   Kamiński,   Pan 

Wojtek, Matheo.

Udało się!

Pablo trzykrotnie zatrąbił i coś na kształt uśmiechu ozdobiło jego kamienne oblicze.

Gracias, Dżyka Mrufka - powiedział. - Bravo, muchacho Polacco!

Deszcz skończył się tak samo nagle, jak się zaczął, i po kilkunastu minutach znowu 

nad dolinę Rio Urubamba wróciło słońce.

Trzy samochody „Ekspedycji Złoty Lód” dotarły po godzinie do małego miasteczka, 

gdzie pan Kamiński zarządził nocleg. W wielkiej kuchni przydrożnego zajazdu, w którym 

zatrzymali się na noc, długo w noc schły przemoczone doszczętnie ubrania, a Dzikiej Mrówce 

zaaplikował Pan Wojtek porcję aspiryny i gorącą herbatę.

Gdy wstał następny dzień, wydawało się, że cała powodziowa przygoda była tylko 

złym snem. Tak to przynajmniej określił Dzika Mrówka przy śniadaniu.

- Sen? - roześmiał się pan Kamiński - a pozostawiona na drzewie stalowa lina to też 

sen?

- Kiedy Pablo wołał coś do mnie po indiańsku i już ruszał samochodem - bronił się 

Marek.

- I bardzo dobrzeście zrobili. I Pablo, i ty. Pal licho linkę. Niewiele brakowało, a by 

cały samochód z ekwipunkiem przepadł. I nie daj Boże i wam się mogło coś wydarzyć. A 

swoją drogą na przyszłość lepiej może, żeby z Pablem jechał ktoś ze starszych. Albo Wojtek, 

albo Student. Dobrze?

Wkrótce po rannym wyjeździe trójsamochodowa karawana skręciła w bok od koryta 

górskiej rzeki Urubamba, która wpływała daleko, daleko stąd do słynnej rzeki Ucayali, o 

której pisał wielki polski podróżnik i pisarz Arkady Fiedler w pięknej książce „Ryby śpiewają 

w Ucayali”.

Od tego momentu droga pogorszyła się znacznie i - jak stwierdził nie bez słuszności 

background image

Baleron - miejscami nadawała się tylko dla lam, i do tego wyłącznie dla bardzo odważnych.

- I nie cierpiących na lęk przestrzeni - dodała Ula, która nieraz na specjalnie ostrych 

zakrętach,   gdy   samochód   przeciskał   się   dosłownie   obok   skał   tuż,   tuż   nad   przepaścią, 

zamykała ze strachu oczy.

Mimo to samochody jakoś dawały sobie radę, tyle  tylko, że tempo posuwania się 

karawany   gwałtownie   zmalało.   Coraz   częściej   też   zza   zakrętu   ukazywało   się   stado   lam 

pędzonych   przez   pasterzy   ubranych   w   różnokolorowe   wełniane   poncha,   takież   wełniane 

czapki,   a   na   to,   ni   stąd,   ni   zowąd   filcowe   kapelusze   lub   zgoła   dziwnie   nie   pasujące   do 

górskiego otoczenia sztywne... meloniki.

- To jeszcze nic - śmiał się pan Kamiński, gdy Ula wyrażała swoje zdziwienie na 

temat tej nieco dziwnej mody - w Boliwii na przykład wszystkie Indianki obowiązkowo noszą 

albo czarne, albo beżowe meloniki lub też białe wysokie kapelusze przypominające zupełnie 

europejskie cylindry. Zresztą tu też chyba spotkaliście podobne kobiety.

- Prawda - przypomniała sobie Ulka. - Widziałam takie stroje w Cuzco na rynku.

Tymczasem samochody pięły się uparcie w górę, mimo że droga coraz częściej nie 

zasługiwała na taką nazwę. Jej szerokość niekiedy stawała się niewiele większa niż rozstaw 

samochodowych kół. W takich miejscach ktoś musiał wysiadać i idąc tyłem przekazywać 

odpowiednie znaki kierowcy.

Po kilku kilometrach przed Poszukiwaczami Złotego Lodu pojawił się most wiodący 

na drugi brzeg wąskiego strumienia, wijącego się jednakże dobre kilkadziesiąt metrów w 

dole.

- Ale dziwny most - zauważył Dzika Mrówka.

- Nie dziwny, tylko wiszący. Tu, w wysokich Andach pełno takich - pan Kamiński 

zatrzymał   swój   samochód.   -   Wiele   z   nich   istnieje   w   takich   górach   niemal   od   inkaskich 

czasów.

- A czy taki most wytrzyma ciężar naszych samochodów?

-   Wszystkich   jednocześnie   to   na   pewno   nie,   ale   każdego   z   osobna   chyba   tak   - 

powiedział pan Kamiński i skinął na Pabla.

- Dowiedz się, czy możemy przejechać.

Nie opodal mostu stały dwie indiańskie chaty z ciosanego kamienia kryte trzcinową 

strzechą.   Pablo   podszedł   do   starego   Indianina   otulonego   w   poncho,   który   siedział   na 

kamiennym   progu   jednej   z   chat.   Przez   chwilę   rozmawiali   w   języku   kiczua,   którym 

posługiwali się tutejsi mieszkańcy.

- W porządku, możemy jechać, tylko po kolei - wyjaśnił.

background image

- Na wszelki wypadek wyładujemy ciężarówkę i przeniesiemy bagaż na drugą stronę - 

zdecydował pan Kamiński.

Gdy Dzika Mrówka objuczony jednym z licznych pakunków ruszył mostem na drugą 

stronę przepaści, już po kilku pierwszych krokach poczuł się dość niepewnie. Otóż bowiem 

cały ten wiszący na dwóch zaledwie linach most najwyraźniej

CHWIAŁ SIĘ!

O rany - pomyślał chłopak z lekka przestraszony - jeżeli on się teraz chwieje, kiedy 

jestem sam na całym moście, to co dopiero będzie, gdy spróbują przejechać samochody, a 

szczególnie kiedy w napowietrzną drogę ruszy ciężarówka Pabla?

Dodatkowej atrakcji dostarczał fakt, że w szparach między dość luźno zamocowanymi 

deskami   tworzącymi   jezdnię   widać   było   głęboko   w   dole   pieniący   się   na   głazach   górski 

strumień. Prawdę mówiąc Dzika Mrówka wolał nie patrzeć w dół, od samego widoku bowiem 

mogło się zakręcić w głowie.

Rzeczy w ciężarówce wcale nie było mało i przenoszenie ich zabrało w sumie prawie 

dwie godziny czasu. Kiedy już cały bagaż piętrzył się bezładną kupą po drugiej stronie mostu, 

powoli   i ostrożnie   ruszyły   samochody.  Najpierw   pojechał   pan Kamiński.   Prowadził   swój 

landrover wolno i ostrożnie, bo most wcale nie był za szeroki i kołysał się lekko na obie 

strony, akurat bowiem zerwał się silny wiatr. Gdy dotarł szczęśliwie i bez przygód na drugi 

brzeg, ruszył Matheo jak zwykle uśmiechnięty od ucha do ucha i wyglądający tak, jakby się w 

ogóle niczym nie przejmował.

-   Dlaczego   mam   się   bać?   -   Matheo   roześmiał   się   jeszcze   szerzej.   -   Jeżeli   seńor 

przejechał, to i ja dam sobie radę.

Wystartował ostro i dodał sobie animuszu klaksonem, który rozgłośnym echem odbił 

się   od   stromych   prawie   pionowo   spiętrzonych   skał.   Przed   samym   mostem   gwałtownie 

przyhamował   i   na   chybocące   się   deski   mostu   wjechał   już   znacznie   wolniej.   Gdy   jego 

samochód znowu złapał kołami trwały grunt, Matheo nacisnął trzykrotnie klakson na znak 

zwycięstwa.

Teraz Pablo najcięższym wozem. Pustą co prawda, ale przecież ciężarówką. Indianin 

jak zwykle z kamienną, nieruchomą twarzą ruszył bardzo wolniuteńko. Koła jego samochodu 

obracały się ledwo widocznym ruchem i wydawało się, że samochód Pabla nie toczy się, lecz 

pełznie  jak   gąsienica.  Nie  zmieniając   ani   na  odrobinę  tempa   jazdy, trzymając  z   wielkim 

wyczuciem nogę na pedale gazu Pablo wprowadził ciężarówkę na most i wciąż tym samym 

żółwim tempem przepełzł na drugą stronę, choć most się chwiał na boki, i nieraz trzeszczał 

niepokojąco.

background image

- No to jeden wiszący most mamy szczęśliwie za sobą - pan Kamiński zatarł ręce z 

zadowoleniem   i   dopiero   teraz   spostrzegł,   że   podczas   przejazdu   Pabla   trzymał   je   mocno 

splecione i kurczowo zaciśnięte.

- Jeden? - zapytał  z niepokojem w  głosie Dzika Mrówka - to będzie ich więcej? 

Wiszących?

- A coś ty myślał? Tu, w peruwiańskich Andach od niepamiętnych czasów istniały 

wyłącznie wiszące mosty, a jest ich sporo, bo też i ukształtowanie terenu niezbyt sprzyja 

prowadzeniu dróg.

Rzeczywiście. Okolica, przez którą teraz przedzierała się niewielka karawana, stawała 

się   coraz   dziksza,   coraz   bardziej   niedostępna   i   surowa,   a   przez   to   coraz   piękniejsza. 

Przynajmniej tak odczuwał to Dzika Mrówka i Ula, i Jego Brat, a nawet Baleron, który na 

pozór był zawsze „dość odporny” na piękno i myślał głównie o jedzeniu, wydawał się być 

pod wrażeniem tego, co widział i co go zewsząd otaczało.

- Ile rozmaitych kolorów może mieć zwyczajna skała! - dziwiła się zachwycona Ulka.

- Bo też skała skale nie równa - wyjaśnił pan Kamiński i wdał się w dość długą 

opowieść na tematy geologiczne. Przy okazji opowiedział, jak to w jakichś niedostępnych i 

bardzo egzotycznych górach pracował przez kilka miesięcy jako poszukiwacz bardziej i mniej 

szlachetnych kamieni. Bez większego powodzenia zresztą, a za to z przygodami, które same 

w sobie stanowić by mogły bogate tło do atrakcyjnego filmu.

Poszukiwacze   Złotego   Lodu   wkroczyli   w   świat   prostopadłych   skalnych   ścian, 

głębokich przepaści, olbrzymich bloków, uczepionych nie wiadomo w jaki sposób stromych 

zboczy, mchów jakichś i krzaków rosnących w skalnych szczelinach i załomach. Wydawało 

się   nieraz,   że   trwa   tutaj   nieprzerwana   walka   żywych   roślin   ze   skalną   martwotą,   że 

jaskrawopomarańczowe lub ciemnoczerwone kwiaty kwitną na przekór skałom i górom, na 

przekór nieurodzajnym piargom i kamieniom, na przekór lodowatym wichrom wiejącym na 

tych wysokościach.

Nieraz ścieżka, po której z trudem najwyższym toczyły się samochody, przeciskała się 

przez wąską, pionowo wyciętą w skałach szczelinę, która wyglądała jakby przed milionami 

lat jakiś Tytan o nadludzkiej sile wyrąbał ją kilkoma monstrualnymi ciosami gigantycznej 

siekiery. Po obu stronach pięły się w górę ciemne bloki skalnych ścian, tworząc konstrukcje 

nasuwające myśli, że nie są dziełem przypadku, lecz wynikiem działania jakichś rozumnych 

istot. Ciemno było w takiej szczelinie, mroczno i straszno, i wiały potężne przeciągi.

Gdzie indziej znów kamienista droga wiła się po olbrzymim, rozległym płaskowyżu 

otoczonym   niebotycznymi   murami   górskich   grzbietów,   pokrytych   łatami   olśniewająco 

background image

białego   śniegu   i   wiecznego   lodu,   spływającego   w   dolinę   szerokimi   jęzorami   lodowców. 

Niebo nad białymi szczytami było ciemnoniebieskie i miało kolor zdecydowanie inny niż 

wszystkie   „dotychczasowe   nieba”   -   jak   określił   może   niezbyt   poetycznie,   ale   za   to   dość 

dokładnie Dzika Mrówka.

- To z powodu dużej wysokości, na jakiej się znajdujemy, i niezwykłej przejrzystości 

czystego powietrza - wyjaśnił Pan Wojtek.

Tak wędrowali powoli przez krajobraz jakby księżycowy i tylko z rzadka napotykano 

na drodze ślady ludzkiego życia. A to szła karawana jucznych lam, obwieszonych wełnianymi 

lub skórzanymi sakwami i torbami, a to znów mijali stadko pasących się lam, które w tym 

niegościnnym   pustkowiu   znajdowały   jakimś   cudem   dla   siebie   pożywienie,   a   to   znów 

zatrzymywali   się   w   malutkich   wioskach   indiańskich.   Niewielkie   domki,   sklecone   bądź   z 

kamienia, bądź też z niezbyt kształtnych cegieł, przykryte były przeważnie dachami z trzciny. 

Dachy   te   porosły   rozmaitymi   mchami   i   górskimi   trawami   i   kwitły   żółtymi   maleńkimi 

kwiatkami. Takie same kwiatki okrywały soczyście zielone krzewy wypełniające zakamarki 

między stłoczonymi ciasno domami.

- Kwitnące dachy - powiedziała kiedyś Ula przy takiej okazji i zamyśliła się głęboko.

To byłby bardzo ładny tytuł dla wiersza. Albo dla obrazu - pomyślała po chwili i 

nawet przyszło jej do głowy, że można by taki wiersz napisać albo taki obrazek spróbować 

namalować, ale nic nie powiedziała, bo obawiała się, żeby jej nie wyśmiano. I pomyślała 

jeszcze, że piękno natury otwiera w jej duszy jakieś dotąd głęboko schowane, zamknięte na 

cztery spusty zakamarki, o których istnieniu wcale a wcale nie wiedziała, ani się nawet ich nie 

spodziewała.

Obok takich wiosek widniały maleńkie skrawki pól uprawnych rozłożonych tarasami 

na   łagodnych   górskich   poboczach.   Na   poletkach   tych   pracowali   mieszkańcy   wiosek   w 

nieodłącznych   kolorowych   wełnianych   czapeczkach   i   barwnych,   wzorzystych   poncho   z 

otworem na głowę, okrywających górną część ciała.

„Ekspedycja Złoty Lód” posuwała się wolno, ale uparcie w wytyczonym kierunku i 

codziennie   wieczorem   Pan   Wojtek,   który   prowadził   „nawigację”   wyprawy,   nanosił   na 

dokładną mapę wysokogórskiej okolicy przebytą trasę i kółkiem zaznaczał miejsce noclegu. 

Kolejne kółeczka zbliżały się coraz bardziej do okręgu zakreślonego uprzednio czerwonym 

mazakiem, oznaczającego

OBSZAR POSZUKIWAŃ

Słoneczny   poranek   kolejnego   dnia   nie   zapowiadał   nic   nadzwyczajnego   i   trzy 

samochody   ruszyły   jak   zwykle   po   wczesnym   śniadaniu   w   dalszą   drogę.   Powietrze   było 

background image

rześkie i tak świeże, że aż pachniało - jak poetycznie określiła Ula, a wszyscy zgodzili się z 

dziewczyną.

Członkowie   wyprawy  już   się   zaaklimatyzowali   i   przyzwyczaili   się   do  panujących 

warunków, wędrowali bowiem teraz na prawie nie spotykanej w Europie wysokości przeszło 

czterech   tysięcy   metrów   nad   poziomem   morza   i   tylko   silniki   samochodowe   odczuwały 

różnicę ciśnienia i wynikające z wysokości rozrzedzenie powietrza. Oczywiście najlepiej czuł 

się Pablo, który przez większą część swego życia oddychał wysokogórskim powietrzem, ale i 

inni   członkowie   „Ekspedycji   Złoty   Lód”   też   się   czuli   wyśmienicie.   Apetyty   również 

wszystkim dopisywały, a Baleron i Dzika Mrówka dawali raz po raz pokazowe występy w tej 

wąskiej specjalności.

W odległości kilku kilometrów od górskiej wioski, w której zatrzymano się na ostatni 

nocleg, droga skręciła pod ostrym kątem omijając wyniosły szczyt skalny wypiętrzający się 

prostopadłymi   ścianami   o   przeszło   tysiąc   metrów   w   górę   nad   rozległy   płaskowyż, 

zasłaniający   dotychczas   widok   na   dalsze   partie   gór.   Teraz   przed   oczyma   Poszukiwaczy 

Złotego Lodu odkryła się w całej okazałości rozległa panorama najwyższych szczytów w tej 

części Andów.

- Otóż i nasz wulkan! - oznajmił z radością w głosie pan Kamiński wskazując na 

samotnie sterczący w oddali stożek o prawie regularnych kształtach. Większość jego zboczy 

pokryta była białymi plamami wiecznego śniegu, a ścięty wierzchołek ukazywał się jedynie 

od   czasu   do   czasu   z   kłębów   białych   pierzastych   obłoków   płynących   z   wiatrem   na   tej 

wysokości.

- Jaki piękny! - wyszeptała z nabożnym niemal zachwytem Ula.

- I pełen majestatu! - dorzuciła Mariena.

- W takim razie już niedaleko! - ucieszył się Dzika Mrówka.

- No, no, no, bez zbytniego entuzjazmu - pan Kamiński ostudził radość chłopca. - To 

się tylko tak wydaje. Do naszego wulkanu jeszcze prawie pięćdziesiąt kilometrów. I to w 

dodatku w linii prostej, a drogami i dróżkami górskimi będzie co najmniej ze trzy razy tyle, 

jeśli nie więcej.

- Poważnie? - w głosie Dzikiej Mrówki słychać było zawód i niedowierzanie.

- Niestety, zupełnie na serio - zapewnił pan Kamiński. - W górach bardzo łatwo o 

złudzenie, jeżeli chodzi o ocenę odległości, szczególnie w tak czystym powietrzu jak tutaj.

Po krótkim postoju, podczas którego wszyscy napawali oczy wspaniałym widokiem, 

no  i   oczywiście   została   zrobiona   kolejna   porcja   kolorowych   slajdów   i   zdjęć,   samochody 

ruszyły dalej kamienistym wysokogórskim traktem, by po dalszych kilku kilometrach dotrzeć 

background image

do niewielkiej samotnej hacjendy. W środku sporego podwórza wznosił się obszerny budynek 

z piętrową nadbudówką nad wejściowymi wrotami. Z tyłu widoczne były równie obszerne 

zabudowania gospodarcze. Zarówno dom mieszkalny, jak i pozostałe budynki zbudowane 

były   z   obrobionych   z   grubsza   odłamów   skalnych   i   pokryte   trzcinowymi   dachami.   Całe 

podwórze   otaczał   wysoki   na   jakieś   trzy   metry   mur   z   rozmieszczonymi   w   regularnych 

odstępach   wąskimi   okienkami   kojarzącymi   się   nieodparcie   z   otworami   strzelniczymi   w 

murach obronnych starych zamków rycerskich.

Teraz mur był mocno tu i ówdzie nadkruszony, w otworze bramnym nie widać było 

nawet śladu solidnej zapewne dawniej bramy, ale przed laty hacjenda mogła się na pewno 

dość długo bronić przed niepożądanymi gośćmi.

Przed murem hacjendy pasły się młode lamy i biegały małe indiańskie dzieci, ubrane 

w ciepłe wełniane czapeczki i grube swetry, ale... zupełnie bose, mimo że temperatura wcale 

nie   była   za   wysoka.   Na   widok   nadjeżdżających   samochodów   dzieci   rozpierzchły   się   jak 

stadko   spłoszonych   wróbli,   wpadły   za   rozwalający   się   mur   i   tylko   z   wąskich   okienek   - 

strzelnic wyglądały ciekawe ciemne oczy maluchów.

Przy   bramie   siedział   w   kucki   stary   Indianin   o   pomarszczonej   jak   suszona   śliwka 

twarzy, pykający miarowo długą fajkę i patrzący nieruchomym wzrokiem na bielejący wciąż 

na horyzoncie szczyt wulkanu. Obok hacjendy kamienisty i wyboisty górski trakt skręcał 

wprost na kolejny wiszący most, zawieszony - jak wiele innych  uprzednio - nad głęboką 

szczeliną skalną.

Samochody zatrzymały się, a pan Kamiński z Pablem podeszli do siedzącego wciąż 

bez ruchu Indianina.

- Kto jest dozorcą tego mostu? - zapytał Pablo w narzeczu kiczua.

- Ja byłem przez wiele lat, a teraz jest mój syn - odrzekł po długiej chwili stary, 

pyknąwszy flegmatycznie kilka razy fajkę.

- A gdzie jest syn? - spytał z kolei Pablo.

- W górach. Z lamami. A po co wam mój syn?

- Chcieliśmy go zapytać, czy ten most jest mocny?

- Most jest mocny - stary znów pyknął fajkę.

- A czy te liny wytrzymają ciężar samochodu? Oczywiście bez ładunku.

Stary zamyślił  się, popatrzył na samochód ciężarowy i na dwa landrovery,  pyknął 

fajkę i jeszcze raz popatrzył, jakby coś obliczał w myślach i kalkulował.

- Liny wytrzymają - odrzekł po długiej chwili z głębokim przekonaniem w głosie.

- Na pewno? - upewniał się pan Kamiński, gdy Pablo przetłumaczył mu odpowiedź 

background image

starego Indianina.

- Stary twierdzi, że na pewno i mówi, że on sam te liny splatał z najlepszych włókien 

specjalnej agawy i że przez ten most śmiało można przepędzić stado lam.

- No, jeżeli stado lam... - roześmiał się pan Kamiński.

Przez chwilę pan Kamiński stał patrząc w zamyśleniu na most wiszący na splecionych 

z włókien linach, potem wszedł na pierwsze deski mostu, podskoczył kilka razy, dotknął ręką 

lin i wreszcie zdecydował:

- Rozładować  ciężarówkę.  Rzeczy zostawimy  po tej  stronie. Na razie  oczywiście. 

Pablo pojedzie pierwszy, a potem dwa pozostałe wozy i na końcu przeniesie się bagaże. 

Zaczynamy!

Poszukiwacze Złotego Lodu byli już wprawieni w operacjach za - i wyładunkowych i 

po kilkunastu minutach ciężarówka Pabla była już pusta.

Pan Kamiński wszedł na most. Obrócił się i idąc ostrożnie tyłem po chybocących się 

deskach   obserwował   toczący   się   wolno   samochód   Pabla.   Most   chwiał   się,   liny   drgały 

niepokojąco, ale nic groźnego się nie działo i samochód przepełzał wolniutko, centymetr po 

centymetrze, metr po metrze i był coraz bliżej środka zawieszonego nad przepaścią mostu.

Katastrofa   nadeszła   błyskawicznie!   Potem   nikt   z   obecnych,   pilnie   obserwujących 

przeprawę ciężarówki, nie umiał dokładnie opowiedzieć, jak to się właściwie stało!

W pewnym momencie pan Kamiński usłyszał głośniejszy trzask deski pękającej pod 

naciskiem koła wozu Pabla. Pablo też usłyszał ten trzask poprzez szum pracy silnika i dodał 

gazu usiłując wyrwać wóz z napowietrznej pułapki.

Nadaremnie!

Drugi, jeszcze głośniejszy trzask oznajmił, że pękła druga z kolei deska i ciężarówka 

gwałtownie przechyliła się na prawą stronę.

- PABLO!

- krzyknął jak mógł najgłośniej przerażony pan Kamiński, a sam uchwycił oburącz 

jedną z lin podtrzymujących most.

Pablo przez otwarte już uprzednio drzwiczki kabiny wyskoczył jednym olbrzymim 

susem i uczepił się lin, a tymczasem jego samochód przechylał się coraz bardziej w prawo. To 

przechylanie   się   było   początkowo   niezwykle   powolne   jak   w   zwolnionym   filmie,   ale   w 

pewnym   momencie   rozległ   się   trzeci,   jeszcze   głośniejszy   niż   dwa   poprzednie   trzask   i 

samochód runął na boczne liny wiszącej konstrukcji, zerwał kilka z nich i RUNĄŁ W DÓŁ

- TATO!!! - rozpaczliwy krzyk Marieny odbił się przeraźliwym echem od skał.

- NIC MI SIĘ NIE STAŁO, CÓRECZKO!!! - odkrzyknął pan Kamiński uczepiony 

background image

rozkołysanych  lin na drgającym jeszcze po upadku samochodu moście, w środku którego 

widniała   wyrwa   po   kilku   pękniętych   deskach.   Kilka   bocznych   lin,   zerwanych   spadającą 

ciężarówką powiewało swobodnie nad przepaścią, ale... most wisiał w dalszym ciągu!

Most wisiał, a nad wyrwą, na ocalałych głównych linach nośnych uczepił się Pablo, 

wisząc jak pająk bezpośrednio nad przerażającą przepaścią. A tam, na dnie szczeliny, w którą 

runęła ciężarówka, wystrzelił w tej chwili w górę olbrzymi

SŁUP OGNIA!!!

To wybuchnęła benzyna z baku rozbitego samochodu!

Gdy Pablo i pan Kamiński przedostali się po resztkach wiszącego mostu na brzeg i 

gdy Mariena skończyła szlochać w ramionach ojca, pan Kamiński zwrócił się przez Pabla do 

starego   Indianina,   który   wciąż   nieporuszony   siedział   w   kucki   przy   murze   hacjendy   i 

spokojnie, miarowo pykał fajkę.

- Dlaczego nas wprowadziłeś w błąd?

- Ja powiedziałem prawdę - odparł Indianin.

-   Jak   to?   Przecież   most   się   zerwał   i   straciliśmy   samochód,   a   mówiłeś,   że   most 

wytrzyma.

- Seńor pytał, czy liny wytrzymają, a liny wytrzymały. To tylko deski pękły.

- TYLKO deski pękły... - powtórzył z wolna pan Kamiński, gdy Pablo przetłumaczył 

mu odpowiedź starego Indianina - ... no... niby stary ma rację. Liny właściwie wytrzymały...

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY,

W KTÓRYM DZIKA MRÓWKA STWIERDZA, ŻE SZUKANIE IGŁY W 

STOGU SIANA JEST DZIECINNIE PROSTE W PORÓWNANIU Z 

ZADANIAMI WYPRAWY „ZŁOTY LÓD”

Po   wypadku   z   ciężarówką   Pabla   pan   Kamiński   bardzo   szybko   otrząsnął   się   z 

przygnębiającego wrażenia, które ogarnęło wszystkich członków Operacji Złoty Lód.

-   Kiedy   pływałem   -   stwierdził   pan   Kamiński   stojąc   przy   stercie   wszelakiego 

ekwipunku zwalonego na kupę - w czasie wojny w konwojach brytyjskich, jeden z moich 

ówczesnych   szefów,   starszy   mechanik,   z   pochodzenia   zresztą   Szkot,   a   z   prawdziwego 

powołania marynarz, powiedział mi kiedyś bardzo rozsądnie na temat rozmaitych kłopotów i 

zmartwień, a mianowicie:

„Gdy   się   ma   jakieś   kłopoty,   to   nie   należy   się   martwić   w   dwóch   wypadkach.   Po 

pierwsze wtedy, kiedy na ten kłopot możemy coś poradzić, bo wtedy trzeba działać, a nie 

tracić czas i siły na martwienie się. I po drugie, kiedy ma się kłopot, na który nic nie można 

poradzić, bo wtedy nie ma to najmniejszego sensu, jako że i tak niczego się nie zmieni” - 

koniec cytatu.

Wobec tego w stosunku do straconego samochodu przyjmujemy wariant drugi, a w 

stosunku do dalszego działania - wersję pierwszą.

A w ogóle, wydaje mi się, że wypadek zakończył się najszczęśliwiej, jak można sobie 

wyobrazić, bo nic się nie stało ani Pablowi, ani mnie. Prawda?

-   Święta   prawda,   tatko   -   uśmiechnęła   się   Mariena   i   choć   był   to   uśmiech   przez 

niedawne łzy wzruszenia i przeżytego przerażenia, zawsze to był już UŚMIECH!

- Fakt! - poświadczył Jego Brat zapatrzony z wyraźnym zachwytem w Marienę, która 

rzeczywiście wyglądała teraz szczególnie ładnie.

- A samochód - kontynuował pan Kamiński - samochód rzecz nabyta. Zresztą tak czy 

tak był ubezpieczony, a po drugie dalsza droga już właściwie nie nadawała się do jazdy.

- A więc? - zapytał Pan Wojtek.

- Po pierwsze trzeba naprawić most, żeby można było przejść na drugą stronę, po 

drugie   trzeba   wynająć   kilkanaście   lam,   żeby   cały   sprzęt,   który   nam   ocalał,   jakoś 

przetransportować w górę, a po trzecie należy rozlokować się gdzieś w najbliższej okolicy, bo 

sądzę, że naprawa mostu trochę potrwa.

Zatrzymano   się   tedy   na   nocleg   w   obszernym   domostwie   starej   hacjendy,   której 

właścicielami okazała się para samotnych staruszków, a Pablo ruszył na poszukiwanie lam i 

background image

poganiaczy. Po południu wrócił z gór syn starego Indianina i po sprawdzeniu mostu zabrał się 

wraz z kilkoma ludźmi do naprawy.

- Kiedy most będzie gotowy? - zapytał pan Kamiński.

- Jutro pod wieczór, seńor - odparł Indianin.

- Wobec tego ruszamy pojutrze rankiem w dalszą drogę - zdecydował pan Kamiński.

- A dużo nam jeszcze tej drogi pozostało? - zapytał Dzika Mrówka.

- Niedużo, nie martw się chłopcze - roześmiał się pan Kamiński - trochę więcej niż sto 

kilometrów.

- Sto kilometrów? - powtórzył bardzo wolno Marek.

- Tak - przytaknął pan Kamiński - sądzę, że w pięć dni damy sobie radę.

- Oczywiście - przytaknął Dzika Mrówka, ale w jego głosie dość trudno było doszukać 

się entuzjazmu.

- No, płetwowe nurki - wtrącił się Pan Wojtek - już zapomnieliście, jak w Beskidach 

robiliśmy dziennie i większe porcje?

-   Faktycznie   -   przytaknął   Jego   Brat   i   w   tym   momencie   wszyscy   młodzi 

płetwonurkowie zamyślili się głęboko.

Jakże to było niedawno, tamta wędrówka od Rabki do Krynicy, a ile w tym czasie się 

wydarzyło. Ile tysięcy kilometrów dzieli ich teraz od przełomu Dunajca, od Trzech Koron i 

Sokolicy,  od łagodnych  zboczy pokrytych  bujną  trawą i  porosłych  gęstymi  świerkowymi 

lasami.   Dzika   Mrówka   spojrzał   na   rozłożone   wokół   skaliste   szczyty   pokryte   czapami 

wiecznych śniegów, na lodowe jęzory spływające w doliny i mruknął pod nosem cicho, ale 

tak że słyszeli go najbliżej stojący:

- Niby fakt, ale coś mi się zdaje, że ta Kordyliera jakby trochę wyższa od Beskidu, a 

ten wulkan to robi nieco silniejsze wrażenie niż Trzy Korony. Ale może się mylę...

- Nie mylisz się - roześmiał się Pan Wojtek - ale nie ma co się łamać przed startem.

-   A   kto   tu   w   ogóle   mówi   o   jakimkolwiek   łamaniu   się?   -   Marek   z   wyraźnym 

oburzeniem w glosie rozejrzał się dookoła jakby szukał tego, który odważyłby się łamać.

- No to dobrze - zabrał głos pan Kamiński - cieszę się, że uzgodniliście stanowisko. A 

jutrzejszy dzień odpoczynku przyda nam się wszystkim, bo może Kordyliera to nie to co 

Beskid,   ale   z   górami   nigdy   nic   nie   wiadomo   i   żartów   nie   ma,   jak   wiecie.   Wobec   tego 

nabierajcie sił do dalszej drogi.

Jednak   okazało   się,   że   z   tym   odpoczynkiem   to   wyszło   nie   za   bardzo.   Rankiem 

następnego   dnia   bowiem   Pablo   sprowadził   dwadzieścia   pięć   lam   i   trzeba   było   najpierw 

rozdzielić bagaż na tyle właśnie porcji, a potem każdą z nich zapakować do wełnianych sakw, 

background image

które miały nieść lamy.

Młodzi   Poszukiwacze   Złotego   Lodu,   mimo   że   już   nieraz   spotykali   lamy   w   swej 

wędrówce przez Peru, dopiero teraz mieli okazję przyjrzeć się z bliska tym egzotycznym dla 

nich zwierzętom.

- Popatrz, jakie mają ładne duże oczy - zachwycała się Ula.

- Ale smutne - zauważyła Mariena.

- Może i smutne - przyznała Ula.

-   A   z   czego   mają   się   cieszyć?   -   wtrącił   się   Marek,   który   nadszedł   dźwigając 

napełnioną już kolejną sakwę - przecież widzi, co ją czeka. - Zrzucił z wyraźną ulgą ciężką 

sakwę na stertę już leżących. - Jakby ci na szyi powiesili takie dwie sakwy, a choćby nawet i 

jedną tylko, to zobaczylibyśmy, czy byś nie miała też smutnych oczu.

- Ojej, ty to nigdy nie potrafisz się w nic wczuć. Za grosz nie ma w tobie żadnej 

poezji.

- A niby co za poezja może być w takiej lamie? - zdziwił się Marek.

- We wszystkim może być poezja. Popatrz choćby na miękką długą wełnę, na piękną 

szyję, w ogóle na całość. I taka zupełnie inna od wszystkich zwierząt, które znam. Coś jakby 

połączenie naszej owcy z afrykańskim wielbłądem. Nie widzisz tego?

- Myślisz?   - Dzika  Mrówka   zastanowił  się  przez  moment.   - Owca   z wielbłądem, 

powiadasz? Mnie to tam raczej przypomina krzyżówkę kozy z żyrafą na przykład.

- Czy on zawsze taki? - zapytała Mariena, gdy Marek poszedł po następną sakwę.

- Jaki? - spytała Ula.

- No... taki niewrażliwy na piękno i w ogóle...

- Nie, wcale nie. Tylko tak zawsze mówi na przekór, żeby się nie wydało i żeby ktoś 

nie pomyślał, że z niego taka... „baba” - zaprzeczyła żywo Ulka - bo w gruncie rzeczy to 

bardzo dobry chłopak.

- Marek i Jarek to niby bliźniacy, a tacy są do siebie niepodobni. Tacy są zupełnie 

różni. Dzika Mrówka roztrzepany, rozgadany, wiercipięta, a Jego Brat poważny. I tyle rzeczy 

wie. Jak mu się to wszystko mieści w głowie?

- Tego to nie wiem - odparła Ula - ale wiem, że Marek wcale nie jest gorszy od Jarka. 

Tyle że inny. I to właśnie dobrze, bo co by to było, jakby wszyscy byli jednakowi? Choćby 

tacy jak Jarek.

- Albo tacy jak Dzika Mrówka. Strach pomyśleć.

Obie dziewczyny spojrzały nagle na siebie i obie jednocześnie się roześmiały.

- Z czego się śmiejecie? - zapytał Dzika Mrówka, dźwigający z trudem nową sakwę.

background image

- Nie z czego, tylko z kogo - odparły obie panienki równocześnie.

- Pewno z ciebie, fakt - Jarek przytargał równie ciężką sakwę.

- A dlaczego niby nie z ciebie? - zaperzył się Marek. - Coś taki znów pewny?

- A może z was obu - odezwała się Mariena.

- Właśnie - skinęła głową Ula.

- Jaro, chodźmy stąd, bo coś mi się wydaje, że ktoś nas tu chce zrobić w konia - Dzika 

Mrówka wzruszył ramionami.

- Dlaczego w konia? - zdziwiła się Ula. - Koń, tutaj? Na tej wysokości? Chyba w 

lamę?

- Fakt - roześmiała się Mariena, patrząc jednak na Jarka bez żadnej złośliwości. A 

nawet wprost przeciwnie.

Ostatni   wieczór   przed   dalszą   drogą   spędzili   wszyscy   razem   na   hacjendzie   przy 

wspólnej kolacji ze wszystkimi mieszkańcami - zarówno hacjendy, jak i maleńkiej indiańskiej 

wioski,   złożonej   z   kilku   mizernych   kamiennych   chatek.   Korzystając   z   okazji   Mariena 

zapytała obecnych, czy przypadkiem nie znają jakiejś starej historii, w której byłaby mowa o 

Złotym Lodzie.

- O czym? - zdziwił się stary Indianin, ten sam, który zapewniał, że liny wiszącego 

mostu wytrzymają.

-   O   Złotym   Lodzie   -   powtórzyła   Mariena   po   hiszpańsku,   a   Pablo   dokładnie 

przetłumaczył na język kiczua.

-   Przecież   lód   nie   jest   złoty   -   stwierdził   nie   bez   słuszności   stary,   patrząc   trochę 

podejrzliwie na młodą obcą dziewczynę, która o takie dziwne rzeczy pyta.

- A jakie historie znacie? Jakie legendy?  - Mariena nie dawała za wygraną. - Na 

przykład o walkach Inków z Hiszpanami?

- O walkach  to  znam - ożywił  się stary. - I o tych  bardzo  dawnych,  i o jeszcze 

wcześniejszych,   i   o   nieszczęśliwym   królu   Atahualpie,   o   dzielnym   Manco   Kapaku   i   o 

powstaniu, kiedy to walczył ostatni król i wódz wszystkich Inków Tupak Amaru II.

- A o skarbach dawnych Inków?

- O skarbach też. Wspaniałe były skarby i nieprzebrane. Olbrzymie świątynie pokryte 

były   dachami   ze   szczerego   złota,   a   Inkowie   jadali   na   złotych   naczyniach.   Ale   wszystko 

zabrali Hiszpanie, wszystko zagrabili najeźdźcy i teraz Inkowie nic już nie mają. Tylko lamy 

nam zostały i legendy o dawnych czasach, i dawne stroje, i nasz święty język kiczua.

- A pismo węzełkowe - kipu? - zapytała Mariena.

- Kipu już teraz  nikt  nie  zna i  nie umie  odczytać  - odparł  z głębokim smutkiem 

background image

Indianin. - A i dawniej, za panowania Inków, tylko nieliczni wybrani znali boską tajemnicę 

świętego kipu.

- To o Złotym Lodzie nic nie słyszeliście? - Mariena znowu wróciła do pierwszego 

pytania. - Żadnej historii, żadnej legendy, żadnej pieśni?

- O Złotym Lodzie to nigdy nie słyszałem - odrzekł z przekonaniem stary. - Jak długo 

żyję, a żyję już bardzo, bardzo długo. I pamiętam mego pradziadka, który mi mówił, że jako 

młody chłopiec znał starców, którzy pamiętali wojowników Tupaka Amaru II. Ale nigdy nic 

nie słyszałem o żadnym lodzie, seńorita. Ani o srebrnym nawet, ani tym bardziej o złotym.

- To szkoda - zmartwiła się Mariena, która już od wyjazdu z Limy na każdym postoju 

pytała  napotkanych  starych  ludzi, czy przypadkiem nie słyszeli  czegoś o Złotym  Lodzie. 

Tych, którzy znali hiszpański, pytała sama, a tych którzy mówili wyłącznie językiem kiczua, 

przez Pabla. I wciąż miała w głębi serca cichą nadzieję, że ktoś gdzieś słyszał jakąś legendę o 

Złotym Lodzie, legendę, która pozwoli trafić im na ślad inkaskiego skarbu. Ale jak na razie 

wszelkie jej nadzieje okazały się płonne.

Na   temat   Złotego   Lodu   nikt   nic   nie   wiedział.   I   coraz   mniej   wydawało   się 

prawdopodobne, że w ogóle istniał kiedykolwiek jakiś Złoty Lód.

- A może ten Złoty Lód to zupełnie coś innego? - zastanawiano się wspólnie po raz nie 

wiadomo który. - Może to jakiś tajemniczy szyfr? A może to jakieś imię? A może wreszcie po 

prostu Chłopiec z Elbląga się pomylił?

- Co do Chłopaka z Elbląga to jestem pewien - upierał się z głębokim przekonaniem 

Dzika Mrówka.

A   Jego   Brat,   zawsze   tak   bardzo   realistycznie   i   dość   sceptycznie   nastawiony   do 

wszystkiego, czego nie można było obliczyć  lub sprawdzić, od pewnego czasu powtarzał 

niezmiennie przy każdej takiej okazji swoje nieśmiertelne „FAKT”.

Ruszyli zgodnie z planem pana Kamińskiego następnego dnia wczesnym rankiem.. 

Mała karawana wydłużyła się teraz znacznie. Oprócz ośmiorga Poszukiwaczy Złotego Lodu 

szedł teraz także Pablo, Matheo zaś został razem z dwoma landroverami na hacjendzie i miał 

tam oczekiwać na powrót wyprawy. Wreszcie szło długim rzędem dwadzieścia pięć lam i 

czterech Indian z najbliższych stron, którzy okoliczne góry znali jak własną kieszeń i dla 

których nie miały one prawie żadnych tajemnic.

Lamy szły szparko i wydawało się, że wcale nie odczuwają obciążenia, a każde ze 

zwierząt dźwigało po dwie bądź co bądź ciężkie sakwy. Najpierw zwinnie przeszły przez 

naprawiony   już   most   postukując   na   chybocących   się   deskach   swymi   rozdwojonymi 

raciczkami,  a potem zaczęły się wspinać na stromo prowadzącą w górę ścieżkę. Za nimi 

background image

zdążali   sprężystym   krokiem   poganiacze   i   Poszukiwacze   Złotego   Lodu   dobrze   musieli 

wyciągać nogi, żeby nie zostawać w tyle.

Szli teraz na skróty, jak się bowiem okazało, jeden z poganiaczy był doskonałym i 

wieloletnim przewodnikiem i prowadził przed kilku laty jakąś wyprawę wysokogórską akurat 

w okolice, do których teraz zdążali Poszukiwacze Złotego Lodu.

Si, si, seńor - przewodnik kiwał potakująco głową, gdy mu pan Kamiński pokazywał 

na mapie miejsce, do którego chcieli dotrzeć - znam ścieżki górskie, które skracają drogę o 

przeszło połowę.

- Ale czy lamy tamtędy przejdą? - zatroskała się Mariena.

Seńorita - uśmiechnął się przewodnik - lama przejdzie nawet z ciężkim ładunkiem 

tam, gdzie człowiek w ogóle nie da rady.

Poszli tedy na skróty, wspinali się ledwo widocznymi ścieżkami na strome przełęcze, 

gdzie   już  zalegały   nieraz   śniegi,   mijali  niewielkie  trawiaste  polanki  zdobne   w  wątłe,  ale 

intensywnie kolorowe kwiatki, przekraczali w bród niewielkie górskie potoki, lecące w dół 

kryształowymi, zimnymi jak lód kaskadami.

- I pomyśleć - powiedział kiedyś zamyślony Jego Brat - że każda z tych kropli wody, 

która tu płynie, dotrze za jakiś czas aż do odległego o tyle kilometrów Oceanu Atlantyckiego.

- Jak to? - zdziwiła się Ula - aż do Atlantyku? Przecież do Pacyfiku znacznie bliżej.

- Jarek ma rację - potwierdził pan Kamiński. - I ty masz też rację, że do Pacyfiku 

bliżej,   ale   Natura   tak   dziwnie   ukształtowała   ten   kontynent,   że   od   zachodu   wybudowała 

nieprzebyty mur Andów, a na wschodzie rozłożyła olbrzymie równiny. Na północy - bliżej 

równika - pokryte są te równiny tropikalnymi dżunglami, którym nie ma równych nigdzie na 

świecie,   a   na   południu   rozciągają   się   stepy,   czyli   argentyńska   pampa.   I   dlatego   prawie 

wszystkie rzeki, które rodzą się tutaj wysoko w górach, spływają nie na zachód, ale właśnie 

na wschód. I dlatego w Ameryce Południowej mamy największe rzeki świata, do których 

należy   przede   wszystkim   najpotężniejsza   Amazonka   czy   też   olbrzymia,   choć   znacznie 

krótsza, La Plata.

A   kiedy   żeglarze   hiszpańscy   i   portugalscy   docierali   przed   kilkuset   laty   od   strony 

Atlantyku do ujść tych rzek, byli przekonani, że są to cieśniny morskie i daremnie szukali 

wodnego przejścia na zachodnią stronę olbrzymiego wtedy jeszcze nie zbadanego kontynentu. 

Tak więc Jarek ma rację, że każda kropla wody stąd ma szansę dotarcia do Atlantyku.

-   A   potem   razem   z   prądami   morskimi   taka   kropla   wody   może   przepłynąć   cały 

Atlantyk i wtedy znajdzie się w Europie - powiedział Jego Brat.

- W Europie - westchnęła Ulka, która nagle bardzo zatęskniła za swymi rodzicami, za 

background image

swoim domem, za miastem i za krajem, który przecież leży w środku tej jak bardzo teraz 

odległej Europy!

Minął jeden dzień, drugi i trzeci. Poszukiwacze Złotego Lodu na noc rozbijali obozy 

na   osłoniętych   od   wiatru   górskich   łąkach,   a   wciąż   widoczny   ośnieżony   szczyt 

majestatycznego   wulkanu   był   coraz   bliżej   i   bliżej.   I   coraz   bliżej   byli   koła   zakreślonego 

czerwonym mazakiem na mapie pana Kamińskiego.

- Jutro będziemy na miejscu! - oznajmił tego dnia wieczorem pan inżynier, kiedy 

rozbijali kolejne obozowisko.

-   Nareszcie   -   westchnął   Dzika   Mrówka,   który   już   mocno   czuł   w   nogach   trudy 

kilkudniowej   wyprawy.   -   Te   lamy   są   niemożliwie   wytrzymałe   -   pomyślał   spoglądając   z 

mieszaniną zazdrości i odrobiny niechęci na zwierzęta, które stały spokojnie z podniesionymi 

dumnie głowami. Ich poczciwe pyski były teraz w ciągłym  ruchu, przeżuwały bowiem z 

widocznym namaszczeniem swoją codzienną porcję pokarmu.

Przy wieczornym ognisku zebrali się wszyscy na naradę. Pan Kamiński rozłożył na 

środku mapę.

-   Mamy   do   dyspozycji   w   tej   okolicy   dwanaście   rozmaitych   jezior   mniejszych   i 

większych. Sęk w tym, które z nich wybrać.

-   Najlepiej   przeszukać   wszystkie   -   zaproponował   niewyraźnie   Baleron,   chłopak 

bowiem - widocznie zapatrzywszy się na poczciwe lamy - bez przerwy ruszał buzią pojadając 

coś co chwila.

- Po pierwsze nie mówi się z pełnymi ustami - skarcił go żartobliwie Pan Wojtek.

- To w takim wypadku Baleron w ogóle nie mógłby się odezwać ani słowem - wtrącił 

Dzika Mrówka.

- Ty wcale nie jesz mniej, ale połykasz bez gryzienia, a to niezdrowo, jak mówiła 

moja babcia - odgryzł się Baleron sięgając po następną porcję jedzenia.

- No, no, nie kłóćcie się, chłopcy, bo - jak z kolei mówiła moja babcia - jesteście obaj 

„po jednych pieniądzach” - roześmiał się Pan Wojtek. - A wracając do sprawy, to chyba nie 

zdążymy wszystkich jeziorek przeszukać, bo czas ucieka i trzeba się na coś zdecydować. Ale 

mam pomysł.

- Jaki? - zapytała Mariena.

- A taki, żeby wrócić do naszego nieocenionego kipu - odrzekł Pan Wojtek.

- Niby jak? - zdziwił się Dzika Mrówka.

- To jasne jak słońce - wtrącił się milczący jak zazwyczaj Jego Brat - i proste jak 

obręcz. Przecież w kipu jest wyraźna wskazówka.

background image

- Wskazówka?

- Fakt - skinął głową Jarek - według kipu przecież Inkowie „...zatopili złoty lód w 

jeziorze, w którym przez cały rok z ognistej góry przegląda się BÓG - SŁOŃCE razem ze 

swoją MAŁŻONKĄ...”

Stąd taki wniosek, że jeżeli z ognistej góry, czyli z wulkanu, może się Bóg - Słońce 

przeglądać w jeziorze, to to jezioro musi być widoczne z wierzchołka.

- Brawo, Jarek, to samo dokładnie myślałem - pochwalił Pan Wojtek.

- Ba - Dzika Mrówka spojrzał na jaśniejący w zachodzącym słońcu różowawy teraz 

wierzchołek wulkanu - ale jak to sprawdzić? Wleźć na szczyt i zobaczyć? To będzie dosyć 

trudne...

- Nawet bardzo trudne - zgodził się pan Kamiński - i w ogóle zupełnie niemożliwe. 

Taka wysokość...

- No więc, co teraz - zmartwiła się Mariena przerywając ojcu.

- Sprawa jest prosta - znowu zabrał głos Jego Brat. - Jeżeli z góry widać jezioro, to 

odwrotnie - z jeziora widać wierzchołek.

- Jasne! - wykrzyknął Dzika Mrówka, a Baleron potakująco skinął głową, buzię miał 

bowiem całkowicie wypełnioną kolejną pajdą chleba z kiełbasą.

- Brawo, Jarek - tym razem chłopca pochwalił pan Kamiński - sprawa oczywista, ale 

jak wszystkie oczywiste prawdy najtrudniejsza do odgadnięcia. Bo ludzie niestety przeważnie 

szukają skomplikowanych dróg nawet tam, gdzie do celu wiedzie droga prosta jak strzelił. 

Obejdziemy sobie pierwszego dnia jeziorka i skreślimy te, z których nie widać wierzchołka 

wulkanu. A na pewno takie się znajdą, bo tu rozmaitych gór pełno dokoła i niektóre zasłaniają 

widok na wulkan.

-   Brawo   -   zawołali   Poszukiwacze   patrząc   z   podziwem   na   swego   kolegę,   a   z 

największym podziwem patrzyła na Jego Brata Mariena.

- Ba - bąknął Jarek, w dalszym  ciągu głęboko zamyślony i jakby nieobecny przy 

płonącym ognisku.

- O co chodzi, Jarek? - zapytał Pan Wojtek, znający już doskonale chłopca i wiedzący, 

że kiedy Jarek jest taki zamyślony i kiedy na dodatek mówi „Ba” i to takim akurat tonem, to 

na pewno dręczą go jakieś wątpliwości.

- Dalej są dla mnie niezrozumiałe dwie sprawy. Po pierwsze - oczywiście, co to ten 

Złoty Lód, a po drugie, dlaczego Bóg - Słońce razem ze swoją Małżonką przegląda się z 

ognistej góry przez cały rok?

- To może po prostu taki poetycki opis - podpowiedziała Ula.

background image

- Wątpię - Jarek wydął  wargi w głębokim zamyśleniu - ten, kto układał kipu, na 

pewno chciał jak najdokładniej oznaczyć miejsce zatopienia skarbów.

- Chyba masz rację - przytaknęli jednocześnie pan Kamiński, Pan Wojtek i Student.

- Ale co wobec tego może oznaczać: „przez cały rok”? - martwił się Jarek - na razie 

nic mi mądrego do głowy nie przychodzi.

- To może przyjdzie później - wtrąciła się Mariena z nadzieją w głosie.

- Może... Trzeba będzie pomyśleć.

- No więc, kochani - odezwał się pan Kamiński - póki co, proponuję teraz iść spać, bo 

jutro czeka nas ostatni etap, rozbicie obozowiska na dłuższy czas i rozpoczęcie poszukiwań 

według dotychczasowych planów. A Jarek niech tymczasem łamie sobie głowę. Zresztą nie 

tylko Jarek. Będziemy myśleli wszyscy.

Obóz   „GOLD   ICE   EXPEDITION”,   jak   głosiła   tablica,   rozbity  został   nazajutrz   w 

małej   kotlince   otoczonej   z   trzech   stron   stromymi   skałami,   które   osłaniały   namioty   od 

wiatrów. Z czwartej strony rozpościerało się niewielkie jeziorko o granatowej wodzie, a za 

nim błyszczał jaskrawym, oślepiającym blaskiem odbitego słońca majestatyczny wierzchołek 

wulkanu.

Przed namiotami ustawiono trzy drągi, na których powiewały trzy flagi: polska biało - 

czerwona, brazylijska zielono - żółto - niebieska z Krzyżem Południa i peruwiańska złożona z 

trzech pionowych pasów czerwono - biało - czerwona, z ozdobnym herbem na białym polu, w 

którym to herbie widniała lama obok innych emblematów.

Po zagospodarowaniu  się  i  odpoczynku   ruszono  na  penetrację  najbliższej  okolicy, 

obchodząc   wokół   brzegów   kolejne   jeziorka,   których   -   jako   się   rzekło   -   w   okolicy   było 

kilkanaście. Na szczęście aż sześć z nich ukrytych było za skalistymi zboczami tak, że w 

żaden sposób nie można było z ich brzegów dostrzec wulkanicznego wierzchołka.

Z pozostałych sześciu jedno znajdowało się tuż przed obozowiskiem, dwa leżały nie 

opodal, dwa inne wypełniały zagłębienia na szerokim płaskowyżu rozciągającym się koło 

trzystu metrów powyżej obozowiska, a ostatnie - szóste leżało najwyżej, bo aż poza granicą 

wiecznego śniegu.

Do tego najwyższego Poszukiwacze dotarli dopiero na trzeci dzień penetracji. Dziwne 

to było jeziorko. Wokół leżał wieczny śnieg skrzący się milionami diamentowych błysków w 

promieniach niczym nie zasłoniętego słońca, temperatura na termometrze wykazywała minus 

pięć stopni, a na granatowozielonkawej powierzchni niewielkiego jeziorka nie było widać ani 

skraweczka lodu!

Gdy Pan Wojtek zanurzył termometr w wodzie tego jeziorka, rtęć nie drgnęła ani na 

background image

milimetr.

- MINUS PIĘĆ! - stwierdził ze zdumieniem Dzika Mrówka - a mnie uczono przez tyle 

lat w szkole, że woda zamarza przy temperaturze zero stopni. Oj, ta cała nauka!

- Faktycznie - uśmiechnął się pan Kamiński - ale z nauką to jest tak, że najczęściej 

okazuje się, że właśnie ONA ma rację.

Podszedł do brzegu i zaczerpnął dłonią wodę, podniósł dłoń do ust i skosztował. Po 

chwili wypluł zawartość na śnieg i skrzywił się.

- Co się stało? - zapytała Mariena.

- Ta woda dlatego nie zamarza, bo rozpuszczone są w niej jakieś sole mineralne. 

Gorzka jak piołun i lepiej nie próbować, bo nie wiadomo, czy nie jest szkodliwa dla zdrowia - 

wyjaśnił pan Kamiński, widząc że Dzika Mrówka chce pójść w jego ślady. - Dlatego nie 

zamarza nawet w temperaturze minus pięć stopni, UCZONY PANIE KOLEGO - roześmiał 

się.

- A więc jak tak, to czy bierzemy w rachubę to jeziorko? - zapytał szybko Dzika 

Mrówka, żeby odwrócić od siebie uwagę i dodał szybko: - Właściwie to nie ma co tu szukać, 

bo jeżeli to jeziorko nie zamarza, to nie ma mowy o żadnym lodzie, a co dopiero o ZŁOTYM.

- Niby racja - zgodzili się Pan Wojtek, Student i pan Kamiński i spojrzeli jednocześnie 

na Jarka, ale ten nic nie powiedział oprócz swojego zamyślonego:

- Ba!

A gdy zasiedli wszyscy do kolejnej narady, gdy wykreślili z mapy sześć jeziorek i 

siódme, to dziwne nie zamarzające też, i gdy okazało się, że pozostałe pięć jezior, to i tak, i 

tak dość spora powierzchnia do dokładnego przeszukania, Jarek powiedział zamyślony:

- Jaką mamy gwarancję, że dobrze rozumujemy i że słusznie odrzuciliśmy te jeziorka?

- Niewielką - przyznał pan Kamiński - ale i tak, i tak - jak wiecie - na przeszukanie 

wszystkich   nie   starczy   nam   czasu,   więc   trzeba   było   coś   postanowić.   A   poza   tym 

zapomnieliście chyba, że jeszcze istnieje jeden prawdopodobny obszar. I to w zupełnie innej 

części Andów. Jaką mamy pewność, że ZŁOTY LÓD nie jest właśnie TAM. Tym bardziej, że 

w tutejszych okolicach, jak to stwierdziła nasza nieoceniona badaczka inkaskiego folkloru 

Mariena, nawet najstarsi ludzie nie słyszeli nic o Złotym  Lodzie. A może coś słyszeli w 

tamtej okolicy?

- Ba - bąknął Jarek, a Marek, zamyślony głęboko, stwierdził:

- Szukanie igły w stogu siana, i to bardzo małej igły w bardzo dużym stogu, to małe 

piwo w porównaniu do zadań wyprawy „ZŁOTY LÓD”.

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY,

W KTÓRYM SZANSE MALEJĄ CORAZ BARDZIEJ, ALE NA 

SZCZĘŚCIE BARDZO STARY INDIANIN OPOWIADA JESZCZE 

STARSZE LEGENDY

Pesymistyczne stwierdzenie Dzikiej Mrówki na temat szans powodzenia poszukiwań 

mitycznego   Złotego   Lodu   było   niezwykle   realistyczne.   Po   pierwsze   bowiem   nie   bardzo 

wiadomo było GDZIE należało szukać, po drugie niezbyt było pewne, JAK szukać, a zupełną 

NIEWIADOMĄ  stanowił dość przecież istotny w każdych  poszukiwaniach  fakt, CZEGO 

właściwie szukać. Mimo to Pan Wojtek wraz z panem Kamińskim zorganizowali imprezę z 

właściwą   sobie   energią   i   zapałem,   a   przede   wszystkim   z   właściwą   im   obu 

SYSTEMATYCZNOŚCIĄ.

Tak   tedy   od   następnego   zaraz   dnia   po   wstępnej   lokalizacji   „NPNWO”   czyli 

NAJBARDZIEJ   PRAWDOPODOBNYCH   NIEZIDENTYFIKOWANYCH   WODNYCH 

OBSZARÓW,   rozpoczęto   żmudne   „wymiatanie”   najbliższego   jeziora.   Było   ono   zresztą   i 

najbliższe,   i   największe   z   pięciu   wybranych   i   zostało   ochrzczone   -   niezależnie   od   jego 

geograficznej nazwy w języku kiczua - jako „NPNWO nr 1”.

Według starej metody wypróbowanej już przy poszukiwaniach Zatopionej Wyspy Pan 

Wojtek podzielił Poszukiwaczy na dwie grupy. Do jednej zakwalifikowano Studenta, Marienę 

i Jego Brata, do drugiej należeli wszyscy płetwonurkowie, a więc pan Kamiński, który mimo 

dojrzałego   już   mocno   wieku   doskonale   czuł   się   pod   wodą   w   pełnym   płetwonurkowym 

rynsztunku, Pan Wojtek, posiadający najwyższe płetwonurkowe kwalifikacje i wieloletni staż 

w tej dziedzinie, dalej Ula - bohaterka operacji „ZATOPIONA WYSPA”, Dzika Mrówka i 

Baleron.   Milczący   Pablo   został   mianowany   GŁÓWNYM   INTENDENTEM   OPERACJI 

ZŁOTY  LÓD   i  na jego  głowie   spoczywało  staranie  o  obozowisko,   o opał   na wieczorne 

ognisko, o zapasy żywności oraz nadzór nad poganiaczami i wreszcie nad stadem dwudziestu 

pięciu lam, które postanowiono zatrzymać na czas trwania poszukiwań.

Część lam została wyznaczona do „Oddziału Bliskiego Transportu”, czyli służyła do 

codziennego   przenoszenia   koniecznego   sprzętu   płetwonurkowego   w   odpowiednie   miejsce 

nad brzegiem sporego „NPNWO Nr 1”, a następnie nad brzegi nieco odległych „NPNWO Nr 

2”, „NPNWO Nr 3”, „NPNWO Nr 4” oraz „NPNWO Nr 5” - jeżeli zajdzie tego potrzeba.

A   więc   tak   jak   przy   poprzednich   poszukiwaniach   podwodnych   naniesiono   na 

dokładną mapę jeziora siatkę poszukiwań.

Linie   przecinające   w   poprzek   jeziorko   oznaczały   nylonowe   kolorowe   linki 

background image

przywiązane do kotwic, które Pan Wojtek z panem Kamińskim umieścili na dnie jeziorka. 

Dno na szczęście nie znajdowało się głęboko, jak wynikało bowiem ze wstępnych sondowań 

nigdzie   nie   schodziło   poniżej   10   metrów.   Dzięki   niezwykłej   wprost   czystości   wody   w 

jeziorze,   linka   zaczepiona   na   wysokości   około   jednego   metra   nad   dnem   była   doskonale 

widoczna.   Odległość   między   linkami   była   tak   ustalona,   aby   można   było   swobodnie 

penetrować   wzrokiem   obszar   do   połowy   odległości   między   linkami.   Wzdłuż   linek   mieli 

przesuwać się płetwonurkowie pilnie obserwując dno pod sobą. Na powierzchni przez cały 

czas miał pływać ponton z załogą złożoną ze Studenta, Marieny i Jego Brata. W pontonie 

znajdowały się termosy z gorącą herbatą oraz czekolada i odżywcze witaminy, woda bowiem 

w   jeziorze   była   bardzo   zimna   i   zarówno   pan   Kamiński,   jak   i   Pan   Wojtek   liczyli   się   z 

koniecznością   stosowania   częstych   przerw   w   poszukiwaniach   na   rozgrzewkę   i   dla 

wzmocnienia sił.

Rankiem pierwszego dnia poszukiwań pan Kamiński i Pan Wojtek zeszli pod wodę w 

celu wstępnego sprawdzenia  warunków  oraz w celu  umieszczenia  kotwiczek  z bójkami i 

linek. Poszukiwania rozpoczęto od zachodniego brzegu jeziorka, a kolejność poszukiwań była 

następująca: pierwszy z brzegu miał nurkować Pan Wojtek, dalej Dzika Mrówka, potem w 

środku Ula, następnie Baleron i na prawym skraju pan Kamiński.

Gdy   linki   zostały   już   założone,   młodzi   płetwonurkowie   przygotowali   się   do 

pierwszego zejścia pod wodę.

-   Ubierać   się   grubo   -   ostrzegł   Pan   Wojtek   po   wyjściu   z   wody   -   bo   woda   nie 

najcieplejsza.

Istotnie, włożony do jeziora termometr wskazywał zaledwie plus dwa stopnie! Trzeba 

było   zatem   wciągnąć   na   siebie   ciepłą   wełnianą   bieliznę   i   dopiero   na   to   wodoszczelny 

skafander. Rękawy na przegubach rąk zostały dociśnięte, tak żeby do środka nie dostała się 

lodowata   woda,   głowę   szczelnie   osłaniała   wełniana   pilotka   i   gumowany   czepek,   tak   że 

praktycznie nie osłonięte pozostały tylko dłonie i twarz.

Teraz   jeszcze   przytroczyć   butle   do   pleców,   nałożyć   pas   z   ciężarkami,   na   nodze 

przymocować  pochwę  z  ostrym   nożem  z  najlepszej   stali,  na  twarz  założyć  maskę  i  pięć 

postaci powędrowało do jeziora niezgrabnym krokiem z powodu płetw na nogach.

Jednocześnie Student z Marieną i z Jego Bratem odbili od brzegu wiosłując w dużym 

nadmuchiwanym pomarańczowym pontonie, na którego burcie widniał wymalowany czarną 

farbą napis:

„GOLDEN ICE EXPEDITION”

i   różnokolorowe   trzy   herby.   Pierwszy   z   nich   to   biały   orzeł   na   czerwonej   tarczy 

background image

herbowej, drugi to granatowa okrągła tarcza mapy nieba z konstelacjami białych gwiazd i 

wstęgą z napisem: „ORDEM E PROGRESSO”, trzeci wreszcie to na błękitnym polu biała 

lama.

Herby trzech krajów: Polski, Brazylii i Peru.

Przed zanurzeniem się do wody młodzi płetwonurkowie pokryli twarze grubą warstwą 

białego kremu, aby ochronić skórę od zimna i teraz wyglądali już zupełnie jak przybysze z 

jakiejś obcej odległej planety.

Poganiacze lam, pilnujący zwierząt pasących się obok i wyskubujących jakieś mizerne 

resztki   roślinności   przyczajonej   między   skalnymi   okruchami,   patrzyli   zaciekawieni   na   to 

nieznane im zapewne widowisko. Patrzył też i Pablo, ale z jego kamiennego oblicza nie 

można było niczego odczytać, żadnego wrażenia. Jakby był  wykuty z brunatnoczerwonej 

skały, jakiegoś odłamka odłupanego z jednej z wielu otaczających jezioro gór.

Granatowa powierzchnia górskiego jeziora była gładka jak stół i nawet najdrobniejsza 

zmarszczka   nie   mąciła   wspaniałego   obrazu   odbijających   się   w   lustrze   wody  okolicznych 

szczytów.

W obrazie tym królował odwrócony do góry nogami majestatyczny stożek wygasłego 

wulkanu   okryty  nieskazitelnie  białą  czapą   wiecznego  śniegu.  Z  obu stron  wulkanicznego 

stożka ostro rysowały się niebotyczne, dostępne chyba tylko dla ptaków dzikie, poszarpane w 

fantastyczne kształty skaliste granie. Jeszcze niżej odbijały się w ciemnogranatowej wodzie 

kłębki białych obłoków płynących na rozsłonecznionym niebie.

- Brr, ale zimna woda! - wzdrygnęła się Ula, gdy zaczęła się zanurzać w głąb jeziora i 

gdy lodowata toń ogarnęła jej niczym nie osłonięte ręce i nasmarowaną tłuszczem twarz.

- Po powrocie do kraju zgłaszam się do „Klubu Morsów”, którzy pływają zimą w 

morskich przeręblach! - krzyknął Dzika Mrówka do zanurzającej się obok Uli.

- Do Morsów? - zdziwiła się. - A po co?

- Żeby się choć trochę ogrzać po tej kąpieli! - roześmiał się Dzika Mrówka.

- No, ty to się już chyba wyspecjalizowałeś w NISKICH TEMPERATURACH!

-   Fakt!   -   zgodził   się   Marek   -   ale   moją   specjalnością   są   BARDZO   NISKIE 

TEMPERATURY W BARDZO GORĄCYM KLIMACIE!

Na dalszą rozmowę nie było czasu, bo obydwoje zanurzyli się. Zimna jak lód woda 

była przejrzysta jak kryształ. Pokryte skalnymi głazami dno schodziło dość łagodnie w dół i 

było doskonale widoczne w świetle padającego z góry słonecznego światła.

W takich warunkach uwiniemy się raz dwa z „wymiataniem” tego jeziora - pomyślała 

Ula płynąc wzdłuż swojej linki i przypomniała sobie w tej chwili tak bardzo ciemne i wręcz 

background image

ponure wody w jeziorze, w którym poszukiwano „Zatopionej Wyspy”.

Na dnie nie rosły żadne wodorosty, tylko niektóre głazy pokrywał jakiś niby - mech i 

ewentualne   złote   skarby   Inków   nie   miałyby   gdzie   się   schować   przed   wzrokiem 

płetwonurków.

Jeżeli w ogóle coś tu jest schowane - przyszło na myśl Dzikiej Mrówce, który dość 

szybko   płynął   wzdłuż   nylonowej   linki   z   zawiązanymi   co   kilka   metrów   kolorowymi 

szmatkami - to najpewniej to „coś” leży nie przy brzegu jeziora, a bliżej jego środka. Ci 

starożytni Inkowie na pewno - jeżeli już topili swoje skarby - nie rzucali ich ot tak sobie z 

brzegu jak kamienie do wody, lecz chyba wywozili łodziami i zatapiali w jakichś skrzyniach 

lub też workach albo beczkach.

A my tu tymczasem przeszukujemy całe jezioro metr po metrze i od jednego brzegu 

do drugiego - zżymał się w myślach, jako że Marek już miał niestety taką naturę, że bardzo 

szybko zapalał się do każdego, najbardziej nawet nieprawdopodobnego, pomysłu i czasem 

jeszcze   szybciej   zniechęcał   się,   szczególnie   jeśli   realizacja   tego   pomysłu   okazywała   się 

monotonna i nużąca. Tak było i tym razem, i być może Dzika Mrówka nawet miał trochę racji 

w swoim rozumowaniu, Pan Wojtek jednak razem z panem Kamińskim uważali, że każde 

„podejrzane”   jeziorko   musi   być   bardzo   dokładnie   spenetrowane.   Żeby   mieć   absolutną 

pewność, że na dnie nikt żadnych skarbów nie schował.

Po   zakończeniu   pierwszej   rundy   poszukiwań   płetwonurkowie   wynurzyli   się,   aby 

trochę   odpocząć   i   zagrzać   się   dobrą   gorącą   herbatą   z   termosu   i   mleczną   czekoladą   z 

orzechami,   a   niezmordowany   pan   Kamiński   z   Panem   Wojtkiem   przesunęli   linki   z 

kotwiczkami i bójkami w nowe położenie.

I znowu wszyscy zanurzyli się w naprawdę lodowate wody andyjskiego jeziorka.

Żeby tak choć jeden węgorz do pomocy - pomyślała Ula zmarznięta już bardzo i nieco 

zniechęcona beznadziejnie nudnym „wymiataniem” jeziorowego dna - nie musiałby to nawet 

być WĘGORZ WSPANIAŁY, jak wtedy, wystarczyłby zwykły węgorz, ba, wystarczyłaby 

zwyczajna, najzwyczajniejsza rybka.

Niestety jak okiem sięgnąć, w podwodnym wysokogórskim świecie nie pojawił się - 

jak dotąd - żaden ślad rybiego życia. Nic, ani nawet choćby najmniejszej rybki, ani nawet 

żadnej żaby czy choćby maleńkiej kijanki, śmiesznej kulki merdającej na wszystkie strony 

jeszcze śmieszniejszym ogonkiem.

- No i jak, płetwowe nurki? - zapytał wieczorem pierwszego dnia poszukiwań pan 

Kamiński, gdy jak to już weszło w zwyczaj, siedzieli przy niewielkim ognisku i podziwiali 

bielejący w  oddali   szczyt  wulkanu  na  tle  ciemnego  rozgwieżdżonego   złotymi   gwiazdami 

background image

nieba.

-   Żeby   tak   prawdę   powiedzieć   -   odezwał   się   Dzika   Mrówka   -   to   niewesoło.   A 

właściwie   po   prostu   zupełnie   nieciekawie.   Jeszcze   gorzej   niż   w   tamtym   jeziorze   z 

ZATOPIONĄ WYSPĄ. Tam to przynajmniej z każdego „wymiatania” coś się wyciągnęło na 

powierzchnię.

- Na przykład? - zainteresował się pan Kamiński.

- Na przykład stare wiadro - zaczął wyliczać z wielce poważną miną Dzika Mrówka - 

albo jeden dziurawy kalosz albo jakiś dziurawy i przerdzewiały nocnik, albo jeszcze jakiś 

inny starożytny skarb.

- Takich „skarbów” to rzeczywiście tutaj brakuje - roześmiał się pan Kamiński. - Na 

razie - dodał po chwili - bo nigdy nie wiadomo, co może być. Ludzie dotrą wszędzie, do 

najbardziej odludnego zakątka świata, żeby zaśmiecić i zniszczyć ten zakątek.

- Rzeczywiście, daleko nie trzeba szukać - odezwała się w tym momencie Ula - i 

spojrzała wymownie w kierunku Dzikiej Mrówki.

Za   Ulką   spojrzeli   wszyscy   obecni   i   wszyscy   też   dojrzeli   zwinięty   w   sporą   kulkę 

staniol od zjedzonej przed chwilą czekolady, który błyszczał w świetle ogniska... tuż, tuż koło 

butów Dzikiej Mrówki.

Chłopak schylił się i podniósł staniolową kulkę z mchu i tak się przy tym zarumienił, 

że widać to było nawet przy drgającym i słabym blasku niewielkiego ogniska.

- Ja... - zaczął bąkać - to jest... chciałem powiedzieć, że się zamyśliłem... i tak jakoś...

- Właśnie - przerwał mu pan Kamiński - tak już jakoś to się dziwnie na tym świecie 

dzieje, że jak odruchowo, jak bezmyślnie, to człowiek śmieci, a jeszcze chyba nigdy się nie 

zdarzyło, żeby ten sam człowiek odruchowo na przykład posprzątał po sobie...

Roześmieli się prawie wszyscy, bo Dzikiej Mrówce jakoś nie było do śmiechu i tylko 

mruknął pod nosem:

- No, no, zejdźcie może już ze mnie, bo mi okropnie duszno!

Pierwsze   z   badanych   jezior,   czyli   „NPNWO   Nr   1”   było   największe   z   pięciu 

„podejrzanych”, nic więc dziwnego, że przez pierwsze cztery dni pod rząd nasi Poszukiwacze 

Złotego   Lodu   mieli   co   przy   nim   robić.   Wstawali   codziennie   rano   i   zaraz   po   śniadaniu 

zanurzali się w lodowatej wodzie. Po dwóch godzinach następowała dłuższa przerwa dla 

rozgrzewki i regeneracji sił, a potem jeszcze dwukrotnie wchodzono do jeziora i przepływano 

je tam i z powrotem.

Tam i z powrotem. Z jednego brzegu na drugi. I tak w kółko minuta po minucie, 

godzina po godzinie, dzień po dniu.

background image

I - jak dotychczas - NIC.

ŻADNEGO   ŚLADU.   Żadnego   skarbu,   nawet   najmniejszej   okruszyny   złota,   nie 

mówiąc już o jakimś mitycznym wciąż niezrozumiałym ZŁOTYM LODZIE.

Co to za Złoty Lód? - myślał w kółko i niemal bez przerwy Jego Brat, spędzający 

większość dnia w charakterze członka załogi gumowego pontonu - a że najlepiej ostatnio mu 

się   myślało   głośno,   więc   też   zarówno   Mariena,   jak   i   Student   byli   nieraz   mimowolnymi 

słuchaczami Jarkowego wewnętrznego monologu.

- Że „Zloty”, to dość zrozumiałe, bo skarby Inków to było głównie złoto. Złoto i 

szlachetne kamienie, ale przede wszystkim złoto. No więc złoto mamy z głowy. Ale „Lód”? 

Co może oznaczać „Lód”. Może to oznacza bardzo niską temperaturę? Jeżeli tak, to na pewno 

temperatura poniżej zera. Ale co to ma wspólnego ze skarbem? A może Inkowie zatapiali 

swoje skarby w zimie? Kiedy jeziora pokrywał lód? To by było nawet logiczne i jakoś może 

kojarzy się razem. Złoty skarb i lód, w którym  trzeba  było  rąbać przeręble, żeby utopić 

skarby.

Albo jeszcze inaczej. Lód może oznaczać na przykład lodowiec, ot choćby taki, który 

spływa z gór. I jezioro, gdzie zatopili skarby, rodzi się z lodowca? Nie, to żadna informacja, 

bo tutaj wszystkie jeziorka rodzą się z topniejących lodowców. No więc co?

I   dlaczego   „zatopili   Złoty   Lód   w   jeziorze”?   A   może   to   lodowiec   schodził   aż   do 

samego jeziora i jakby się topił w nim? To w takim razie dlaczego „Złoty”?

I na dodatek to przeglądanie się „przez cały rok”. Nie, nic z tego nie rozumiem, ale 

jestem pewien, że właśnie w tych słowach kryje się cała tajemnica. Na pewno.

Jarek zakończył swój monolog, którego cierpliwie wysłuchali Mariena i Student, ale 

po   jego   zakończeniu   cała   trójka   była   -   prawdę   mówiąc   -   tak   samo   mądra   jak   przed 

rozpoczęciem głośnego rozmyślania. Zresztą nikogo to już nie dziwiło, bo mniej więcej takie 

same „rozmowy samego z sobą” przeprowadzał Jego Brat od dłuższego już czasu i do tego po 

kilka razy dziennie.

Tymczasem   przeszukiwanie   pierwszego   jeziora   powoli   dobiegało   końca.   Jeszcze 

kilkanaście nawrotów płetwonurków w lodowatej wodzie tuż nad dnem, z jednego brzegu na 

drugi, jeszcze kilka nawrotów i na dokładnej mapie „Rejonu Poszukiwań Wyprawy Złoty 

Lód”   pan   Kamiński   grubą   czerwoną   kreską   przekreślił   jezioro   oznaczone   symbolem 

„NPNWO Nr 1”.

- No to jesteśmy o jedno jezioro do przodu! - stwierdził Pan Wojtek wieczorem tego 

dnia.

- Do przodu? - zdziwił się szczerze Dzika Mrówka - a mnie by się raczej wydawało, 

background image

że jesteśmy z tym jeziorem raczej DO TYŁU!

- Widzisz, Mrówa - roześmiał się Pan Wojtek - wszystko zależy od punktu widzenia. 

Przypomniało mi się w związku z tym takie wydarzenie z mojego marynarskiego życiorysu. 

Kiedyś  na statku, na którym  pływałem, tak zwana „czarna brygada” celników zrobiła mi 

dokładną rewizję całej kabiny. Co oni tam wtedy nie wyprawiali? Zrywali izolację kabiny, 

zdemontowali   wszystkie   lampy   i   szalunek   całego   sufitu,   rozkręcili   mi   umywalkę, 

przetrząsnęli dokładnie każdą sztukę czystej  i brudnej bielizny,  przejrzeli każdą stronę w 

każdej książce. I na koniec ich szef podsunął mi do podpisania „protokół  przeszukania”. 

Wtedy ja nie chciałem tego protokołu w żaden sposób podpisać. Bo tam było napisane jak 

byk: „Wynik przeszukania - negatywny” z powodu, że nic niedozwolonego nie znaleziono, a 

ja   uważałem,   że   wynik   przeszukania   jest   pozytywny,   ponieważ   nie   znaleziono   nic 

niedozwolonego czy podejrzanego.

Tak   więc   to   co   dla   celników   było   „negatywne”,   dla   mnie   było   „pozytywne”   - 

zakończył Pan Wojtek.

- I odwrotnie - dorzucił ze śmiechem pan Kamiński, który przez wiele lat swego życia 

pływał   na   statkach   i   dla   którego   bardzo   bliskie   były   „blaski   i   cienie”   marynarskiego 

codziennego żywota.

Kolejnego ranka poczciwe lamy przeniosły sprzęt płetwonurkowy nad drugie jeziorko, 

czyli na brzeg „NPNWO Nr 2”.

Znowu zaczęło się to samo. Kotwiczenie linek, ubieranie się w stroje płetwonurkowe, 

zanurzanie się... brrr... w lodowatej wodzie i żmudne przeszukiwanie.

- Wynik przeszukania NEGATYWNY! - meldowali odtąd płetwonurkowie tkwiącemu 

na pontonie Studentowi, który prowadził całą „buchalterię” poszukiwań.

Takie lakoniczne meldunki powtarzały się za każdym kolejnym wynurzeniem i po 

dwóch   tym   razem   dniach   poszukiwań   drugi   krzyż   naznaczony   grubą   czerwoną   krechą 

wykluczył   „Najbardziej   Prawdopodobny  Niezidentyfikowany   Wodny   Obszar   Numer   2”   z 

rejestru.

Podobny krzyż przekreślił po dwóch dalszych dniach „NPNWO Nr 3”.

Z kolei lamy wdrapały się na wznoszący się o trzysta metrów wyżej mały płaskowyż, 

na którego powierzchni ciemniały dwa niewielkie jeziorka. O kilkadziesiąt metrów wyżej 

rozpoczynał się obszar pokryty już wiecznym śniegiem, który nigdy nie topniał i który zalegał 

tu zapewne od bardzo, bardzo wielu lat.

Nastroje płetwonurków pogarszały się - co tu ukrywać - po zakończeniu poszukiwań 

każdego jeziorka. Szczególnie odczuwał to Dzika Mrówka. On też tracił najwyraźniej humor i 

background image

- co było najbardziej widomym tego dowodem - odzywał się coraz rzadziej, a jeżeli już, to 

wypowiedzi chłopca były w nastroju coraz bardziej minorowym.

Ten bardzo duży stóg siana już się kończy, a szpilki jak nie było, tak i nie ma - 

powiedział do Uli, gdy stanęli nad brzegiem NPNWO Nr 5.

- Nie przejmuj się, Marek - próbowała go pocieszać Ula - a może to właśnie tu. 

Przecież pamiętasz, jak kiedyś tłumaczyłeś mi rozmaite dziwne prawa.

- Jakie znów prawa? - Dzika Mrówka wzruszył z rezygnacją ramionami.

- A takie różne, jak na przykład „prawo kromki chleba” czy „prawo ostatniej kieszeni” 

- roześmiała się Ula.

- Prawo kromki chleba oraz ostatniej kieszeni? - zdziwiła się Mariena - nigdy o takich 

nie słyszałam.

- To takie bardzo skomplikowane prawa - Ula zaczęła tłumaczyć Marienie. - Według 

jednego na przykład, jeżeli wypadnie ci kiedykolwiek z ręki kromka posmarowana masłem, 

to zawsze upadnie na ziemię posmarowaną stroną, a nigdy odwrotnie...

- A rzeczywiście - przytaknęła Mariena.

- A jak na przykład leży na ziemi deska z gwoździem, to zawsze gwóźdź sterczy do 

góry. Nigdy odwrotnie. A co do kieszeni... Gdy czegoś szukasz, to od której byś kieszeni nie 

zaczęła, zawsze szukana rzecz znajduje się w ostatniej kieszeni, do której zaglądniesz.

- Jak to dobrze, że w sukienkach najczęściej nie ma żadnych kieszeni - roześmiała się 

Mariena.

- A w dżinsach? - wtrącił Jego Brat.

- Dżinsy to mam zawsze takie obcisłe, że w żadnej kieszeni nic się nie zmieści.

- Fakt! - przyznał Jego Brat, spojrzał na Marienę, która akurat była  w dżinsach i 

zupełnie nie wiadomo dlaczego zarumieniła się nagle.

Niestety!

Wbrew optymizmowi Uli w piątym jeziorku nic nie znaleziono. Ani żadnych skarbów, 

ani żadnego złota, ani nawet choćby „trochę srebra na otarcie łez” - jak skwitował nieudane 

poszukiwania Pan Wojtek.

- No i co TERAZ? - zapytał Dzika Mrówka, gdy codziennym zwyczajem zasiedli 

wieczorem   przy   niewielkim   obozowym   ognisku.   Ognisko   było   zupełnie   mizerniuteńkie, 

najbliższe bowiem uczciwe drzewo rosło najprawdopodobniej w odległości dobrych kilku dni 

drogi od górskiego obozowiska, a główny zaopatrzeniowiec obozu Pablo zdołał zgromadzić 

tylko   jakieś   niewielkie   gałązeczki   małych   wysokogórskich   krzewów,   które   czepiały   się 

nagich prawie skał na tych wysokościach.

background image

Przy   ognisku   oprócz   Poszukiwaczy   Złotego   Lodu   i   Pabla   siedzieli   też   wszyscy 

poganiacze   lam.   Nieruchomi,   z   kolanami   podkurczonymi   pod   brodą,   okryci   wełnianymi 

opończami, w wełnianych czapeczkach na głowach, palili w milczeniu fajki.

Po pytaniu Dzikiej Mrówki zapadła przy ognisku głucha cisza. Bo też faktycznie nikt 

z obecnych nie potrafił na to pytanie dać żadnej odpowiedzi. Ani pan Kamiński, który był 

faktycznym kierownikiem i fundatorem nieudanej w końcu wyprawy, ani Pan Wojtek, który 

do   ostatniego   dnia   wykazywał   niezwykłą   energię   i   nie   tracił   nadziei   pomimo   wszelkich 

niepowodzeń czy kłopotów, ani Student, który siedział teraz zamyślony markotnie, ani tym 

bardziej Mariena, Ula, Baleron czy Jego Brat.

- No cóż - odezwał się po długiej chwili milczenia pan Kamiński - trzeba spojrzeć 

prawdzie w oczy. Zrobiliśmy, co do nas należało, przeszukaliśmy wszystkie pięć jeziorek, 

przeżyliśmy ciekawą przygodę, a że nie udało nam się nic znaleźć? To się zdarza i z tym 

zresztą należało się liczyć od samego początku.

- Niby prawda, ale jaka to byłaby radość, żeby tak jednak okazało się, że to wszystko, 

w   co   wierzyliśmy,   to   prawda,   a   nie   tylko   nasze   piękne,   ale   nie   ziszczone   marzenia   - 

westchnęła Ula, która umiała zawsze ująć swe myśli w ładne słowa.

-   A   zatem   -   odezwał   się   znowu   pan   Kamiński   -   mamy   dziś   POŻEGNALNY 

WIECZÓR.

- To może coś zaśpiewamy! - zaproponowała ni stąd, ni zowąd Ula.

- Zaśpiewamy? - zdziwił się Dzika Mrówka, któremu - jak wszyscy wiedzieli - słoń 

musiał w młodości na ucho nastąpić i który ze śpiewem zawsze był na bakier.

- A dlaczego by nie! - podchwyciła Mariena - a co zaśpiewamy?

- Jeżeli już jutro stąd odchodzimy, z tych wspaniałych gór, do których już chyba nie 

powrócimy, to może najlepiej „Góralu, czy ci nie żal”? - zaproponowała Ula.

I zaśpiewali wszyscy razem, bo wszyscy znali tę piosenkę, jak zresztą chyba wszyscy 

Polacy   ją   znają.   Tęskna   melodia   odbijała   się   echem   od   andyjskich   skał   i   szczytów,   ale 

śpiewający byli bardzo, bardzo daleko myślami stąd, byli teraz hen, gdzieś pod Giewontem i 

wcale im się nie zdawało, że trzeba by ustawić prawie cztery takie Giewonty jeden na drugim, 

żeby sięgnąć do szczytu  nieodległego wulkanu. Dla nich polski Giewont to dopiero była 

GÓRA!

A potem Student, który pochodził, jak się okazało z Podhala, zaczął opowiadać piękne 

góralskie gadki i legendy, i do tego równie piękną góralską gwarą. I tak ciągnęły się długo w 

noc opowieści z dalekiej ojczyzny aż w końcu jeden z Indian, najstarszy z obecnych, przestał 

pykać fajkę i zapytał po hiszpańsku, o czym ten młody człowiek tak opowiada.

background image

Mariena zaczęła tłumaczyć i powiedziała, że właśnie ten młody człowiek też pochodzi 

z gór, które nazywają się Tatry i że opowiada legendy, które słyszał od swego dziadka, a ten z 

kolei od swojego i tak pokolenie przekazywało pokoleniu wiadomości o tym, co się kiedyś 

zdarzyło.

- U nas też są takie opowieści - powiedział stary Indianin i zamyślił  się głęboko, 

patrząc na srebrzący się w świetle księżyca stożek wulkanu.

- Dawno, bardzo dawno temu w naszej wiosce żyła piękna dziewczyna - zaczął nagle 

mówić stary Indianin. - Oczy miała jak dwie gwiazdy, usta jak czerwone kwiaty opuncji, 

które rosły wokół jej  domu, głowę nosiła dumnie  na pięknej długiej szyi  jak najbardziej 

szlachetna lama, nogi miała śmigłe i mocne jak dzika guanako. Ale najpiękniejsze  miała 

włosy.   Sięgały   jej   aż   do   kolan,   gęste   były   jak   najgęstszy   las   w   dolinach   i   czarne   jak 

najczarniejsza księżycowa noc.

Dziewczyna była wesoła i przez cały dzień słychać było w wiosce jej śpiew i głośny 

śmiech, a codziennie wczesnym rankiem piękną dziewczynę można było zastać nad jeziorem, 

jak przeglądała się w jego wodach i czesała swoje piękne włosy.

Stary Indianin mówił śpiewnym tonem przymknąwszy oczy. Co kilka zdań milknął, 

czekając chwilę aż Mariena przetłumaczy opowieść z hiszpańskiego na polski.

- W tych bardzo dawnych czasach - zaczął po chwili stary Indianin - na ziemi obok 

ludzi żyli też bogowie. Bogów było wielu, ale najważniejszym z nich był główny bóg - BÓG 

-  SŁOŃCE.   Miał   on  swoją   siedzibę   na   samym   szczycie   Góry  Ognia   -  tu   stary   Indianin 

wskazał ręką widoczny w księżycowym świetle stożek wulkanu. - Mieszkał w szczerozłotym 

pałacu, siadywał na tronie ze szczerego złota, a wszystkie sprzęty i wszystkie naczynia w 

swym pałacu miał też ze złota i ze szlachetnych kamieni.

Gdy Bóg - Słońce siedział na swym tronie, widział wszystko, co się dzieje na całej 

ziemi, od największych  gór, mórz i rzek do najdrobniejszego ziarenka, do najmniejszego 

robaczka schowanego pod skałą.

Bóg - Słońce miał wszystko, czego mógł zapragnąć, ale był wciąż smutny, bo żył 

zupełnie sam w szczerozłotym pałacu, siadywał na tronie ze szczerego złota zupełnie sam i 

samotnie również jadał ze szczerozłotych naczyń.

I   pewnego   dnia   zobaczył   w   maleńkiej   inkaskiej   górskiej   wioseczce   piękną 

dziewczynę,   która   codziennie   wczesnym   rankiem   wychodziła   przed   dom   rodzinny, 

przeglądała się w wodach jeziora i czesała swoje piękne, długie, czarne włosy.

I porwał Bóg - Słońce piękną inkaską dziewczynę z naszej wioski i zrobił ją swoją 

żoną. Posadził obok siebie na szczerozłotym tronie w szczerozłotym pałacu na Górze Ognia. I 

background image

odtąd Bóg - Słońce już nie był smutny, bo skończyła się jego samotność.

Lecz dla odmiany Boska Małżonka była wciąż smutna, tęskniła bowiem za maleńką 

ubogą   wioską,   a   włosy   jej   traciły   swe   aksamitne   blaski,   nie   miała   bowiem   gdzie   się 

przeglądać ani gdzie czesać swych włosów, na tych wysokościach bowiem, gdzie mieścił się 

pałac Boga - Słońca, panował cały okrągły rok wieczny mróz, śnieg i lód.

I ulitował się wspaniały i wielki władca nad smutkiem swej pięknej Boskiej Małżonki, 

i postanowił, że odtąd jedno jezioro u stóp Góry Ognia nigdy nie będzie zamarzać, aby Boska 

Małżonka Boga - Słońca mogła przez cały rok codziennie rankiem przeglądać się w jego 

wodach i czesać wspaniałym złotym grzebieniem wysadzanym najpiękniejszymi kamieniami 

swoje długie aksamitnoczarne włosy.”

Gdy Mariena tłumacząca inkaską opowieść dotarła do tego miejsca, gdzie była mowa 

o jeziorze, w którym przez cały rok przegląda się Bóg - Słońce i Jego Małżonka, wszyscy 

Poszukiwacze  Złotego   Lodu  poderwali   się  jak   jeden   mąż.  Wszystkich  naraz   poraziła  jak 

błyskawica jedna i tą sama myśl.

Dzika Mrówka nie wytrzymał pierwszy. Podskoczył do góry i wrzasnął przeraźliwym 

głosem:

EUREKA!

aż odpowiedziało mu rozgłośne echo odbite od okolicznych gór:

EUREKA!

a   potem   złapał   Ulkę   i   Jarka,   postawił   dziewczynę   w   środku   i   obaj   z   poważnym 

zazwyczaj bratem bliźniakiem wykonali zapomniany już nieco w rodzinie, a tak częsty w 

dziecinnych czasach uroczysty

TANIEC PTAKA - DZIWAKA!

background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY (I OSTATNI),

W KTÓRYM NARESZCIE OKAZAŁO SIĘ, ŻE KIPU MÓWIŁO 

NAJPRAWDZIWSZĄ PRAWDĘ

Nie trzeba chyba nikomu, kto choć troszeczkę poznał Dziką Mrówkę, wyjaśniać ani 

tłumaczyć,  dlaczego chłopak przez całą najbliższą noc nie zmrużył oka. Zresztą wszyscy 

Poszukiwacze Złotego Lodu byli niezwykle podnieceni i podekscytowani.

- Że też tobie to wcześniej do głowy nie wpadło! - Dzika Mrówka z wyraźną pretensją 

w głosie zwrócił się do Jego Brata, gdy już całe towarzystwo ochłonęło nieco z wrażenia, 

jakie zrobiła stara inkaska legenda opowiedziana przez starego Indianina i gdy wszystkich 

obecnych olśniła jedna i ta sama myśl.

- To może być nasza OSTATNIA SZANSA! - stwierdzili zgodnie pan Kamiński i Pan 

Wojtek i oczywiście od razu na szczegółowej mapie wypisano obok maleńkiego jeziorka 

wypełnionego   wodą   słoną   od   rozmaitych   mineralnych   związków   nową   jego   nazwę,   a 

mianowicie:

JEZIORO OSTATNIEJ SZANSY

Jego Brat nie zwracał jednak zbytniej uwagi na natrętne pytania Dzikiej Mrówki, a 

nawet na zupełnie przecież niesłuszne pretensje, Jarek bowiem nadal był głęboko zamyślony.

- Nad czym znowu tak myślisz? - niecierpliwił się Marek. - Już wszystko jest zupełnie 

jasne. No, nie?

- Niby fakt, ale...

- Co za ale? Jakie „ale” może w ogóle być w tak jasnej sytuacji? - Dzika Mrówka 

przewracał się z boku na bok na swym turystycznym materacu, zamknięty szczelnie po sam 

czubek nosa w puchowym śpiworze, w którym zresztą, zgodnie z wydrukowanymi na nim 

informacjami, można było spać na gołej ziemi (a ściślej na gołym śniegu) aż do temperatury - 

15°.

- Takie „ale”, że dalej nie wiemy, co znaczy ZŁOTY LÓD - zastanawiał się Jego Brat.

- Ale czy to ważne?

- Wszystko jest ważne. I wszystko COŚ musi znaczyć. Ja ci to mówię. Tylko nie mogę 

rozgryźć do końca. Brakuje mi drobiazgu, żeby wszystko zrozumieć do samego końca.

- Jakiego drobiazgu?

- Ba, sam bym to chciał właśnie wiedzieć - westchnął Jego Brat i obrócił się na drugi 

bok, co było niechybnym znakiem błyskawicznego zapadania w sen.

Do Dzikiej Mrówki natomiast sen nie przychodził przez długie nocne godziny. Wciąż 

background image

kłębiły   mu   się   po   głowie   jakieś   skomplikowane   myśli.   Bez   przerwy   wyobrażał   sobie 

jutrzejszy dzień, oczyma wyobraźni przeżywał raz po raz to, co miało się jutro wydarzyć i był 

bardzo bliski podjęcia decyzji natychmiastowego wykopania się z ciepłego śpiwora, wstania, 

wyjścia   z   namiotu   i   rozpoczęcia   zaraz,   natychmiast,   przy   świetle   księżyca   i   jakiegoś 

podwodnego reflektora przeszukiwania Jeziora Ostatniej Szansy.

Jak on może spać w takim momencie? - oburzał się po raz nie wiadomo który na 

chrapiącego rozgłośnie brata bliźniaka. Bo do Balerona, a nawet do Studenta i Pana Wojtka 

nie   miał   zbytnich   pretensji.   Lubił   ich   wszystkich,   a   pana   Wojtka   nawet   szanował,   ale 

ostatecznie   co   Jego   Brat   to   Jego   Brat.   Tak   jak   on   wymyśleć   coś,   tak   zapamiętać,   tak 

bezbłędnie   skojarzyć   poszczególne   luźne   fragmenty   w   jedną   logiczną   całość   to   najlepiej 

potrafi jednak tylko Jego Brat.

Fakt!

A on śpi!!! Coś okropnego!!!

Jakoś jednak nadszedł ranek i Dzika Mrówka jako jeden z pierwszych był na nogach, 

poganiając wszystkich dokoła.

- Coś taki w gorącej wodzie kąpany? - zapytał go w pewnym momencie Baleron. - 

Najważniejsze   dobrze   zjeść.   Jeżeli   w   Jeziorze   Ostatniej   Szansy   jest   COŚ,   to   chyba   nie 

ucieknie. Jeżeli Inkowie tam zatopili swoje skarby przeszło czterysta lat temu, to jeszcze parę 

godzin mogą one na nas poczekać - zakończył pracując przy tym bez przerwy szczękami.

- Ale ty jesteś prymitywny! - oburzył się prawie zupełnie szczerze Mrówka, który miał 

sam do siebie pretensje,  że z powodu  podniecenia nieomal  zupełnie stracił  apetyt,  czego 

najlepszym dowodem był fakt, że zjadł jajecznicę zaledwie z czterech jajek na boczku. - Jak 

można myśleć o jedzeniu, kiedy tam czeka na nas SKARB INKÓW! - Marek wskazał ręką w 

stronę wierzchołka wulkanu, w tym bowiem kierunku leżało niezamarzające jeziorko, czyli 

JEZIORO OSTATNIEJ SZANSY.

Śniadanie - według Marka - wlokło się niemożliwie, tak samo w ślimaczym tempie 

odbywał   się   załadunek   płetwonurkowego   sprzętu   na   lamy   cierpliwie   przeżuwające   swój 

pokarm.

Wreszcie ruszyli. Lamy z łatwością wdrapały się najpierw na niewielki płaskowyż, na 

którym leżały skreślone już czerwonym krzyżem na mapie NPNWO Nr 4 i 5 i niosły ciężkie 

juki   w   jeszcze   wyższe   rejony,   gdzie   zalegały   wieczne   śniegi   i   gdzie   przez   okrągły   rok 

panowały mroźne temperatury.

Tam, okolone bielą śniegu, zieleniło się szmaragdowe wodne oczko. W jego gładkiej 

powierzchni   odbijał   się   w   całej   okazałości   regularny,   biały   od   wiecznego   śniegu   stożek 

background image

obecnie wygasłego wulkanu.

- Lustro Małżonki Boga - Słońca - wyszeptała Ula zauroczona niezwykłym pięknem 

surowego krajobrazu.

To tutaj każdego ranka przegląda się ona i czesze swe długie czarne aksamitne włosy - 

myślała.

Nie pora była jednak na zachwyty, bo czas naglił.

Płetwonurkowie przebrali się w skafandry, przytroczyli ostatnie już butle z resztkami 

tlenu i podeszli do brzegu szmaragdowego jeziorka.

Pan Wojtek zanurzył termometr w wodzie i po chwili oznajmił:

- Pocieplała.

- Ile? - zapytał Dzika Mrówka z nadzieją w głosie.

- CZTERY!!!

- Plus? - dopytywał się Marek.

- Nie, oczywiście, że MINUS!!! - roześmiał się Pan Wojtek.

- Ojejej! - Dzika Mrówka wzdrygnął się cały. Jeszcze nie wszedł do wody, a już mu 

było zimno! A co dopiero będzie potem?

Pan   Kamiński   rozstawił   płetwonurków   wzdłuż   brzegu   w   odległości   mniej   więcej 

dziewięciu - dwunastu kroków jeden od drugiego. Z lewej strony Pan Wojtek, dalej Dzika 

Mrówka, w środku Ula, potem Baleron i pan Kamiński.

- Linek nie zakładamy - oznajmił pan Kamiński - bo jeziorko za małe. Mam nadzieję, 

że woda jest na tyle przejrzysta, że damy radę spenetrować je w miarę dokładnie za jednym 

zanurzeniem. Tylko uwaga! Po pierwsze woda jest naprawdę bardzo zimna, a po drugie jej 

gęstość jest znacznie większa i dlatego każde z was ma dziś dodatkowe obciążenie, bo inaczej 

to   byśmy   wszyscy   pływali   po   powierzchni   jak   korki.   I   jeszcze   jedno!   Jeżeli   ktoś 

COKOLWIEK   zauważy   na   dnie,   niech   się   NATYCHMIAST   wynurzy   i   melduje! 

Zrozumiano?

- Zrozumiano! - odrzekli chórem.

- Są jakieś pytania?

- Nie ma.

- No to START!

Płetwonurkowie   poczęli   wchodzić   do   wody   jeszcze   bardziej   lodowatej   niż   w 

poprzednich jeziorkach. Przez krótki, króciuteńki moment Ula nachyliła się nad szmaragdową 

powierzchnią i wydało jej się nagle, że widzi śniadą twarz indiańskiej dziewczyny i długie 

gęste   czarne   włosy.   W   następnej   chwili   jednak   woda   zmąciła   się   i   obraz   czarnowłosej 

background image

piękności rozmazał się i znikł.

Dzika Mrówka zanurzył się pod wodę. Tu pod powierzchnią było dziwnie, zupełnie 

inaczej niż w tylu już wodach, w tylu jeziorach, rzekach, a nawet morzach, w których Marek 

się zanurzał. Przede wszystkim było jasnozielone, a gdy spojrzał na swą rękę, wydała mu się 

też jakaś dziwna. I kolor miała zdecydowanie inny i kształt, a w ogóle Marek patrzył na 

SWOJĄ rękę jak na jakąś OBCĄ.

Pewno promienie świetlne zupełnie inaczej się w tej wodzie załamują - domyślił się 

po chwili.

Schodził z dużą trudnością w dół, coraz wyraźniej bowiem dawał się odczuć inny 

ciężar właściwy otaczającej wody, gęstej i ciężkiej od rozpuszczonych w niej rozmaitych soli, 

dzięki czemu też woda ta nigdy nie zamarzała.

Marek schodził coraz niżej i niżej, dno bowiem w tym miejscu opadało dość stromo. 

Mimo   to   wokół   wciąż   było   całkiem   jasno   i   kiedy   Dzika   Mrówka   spojrzał   w   pewnym 

momencie w bok, zauważył zupełnie wyraźnie sylwetkę Uli, płynącej również w dół.

Znowu spojrzał przed siebie

i...

... z wielkiego wrażenia...

zamknął szybko oczy

a

.

.

.

potem

JESZCZE SZYBCIEJ JE OTWORZYŁ!

Bo oto nagle w odległości zaledwie kilku metrów przed sobą dostrzegł...  nie... to 

zupełnie   niemożliwe...   ale   jednak...   tak...   naprawdę...   otóż   na   dnie   leżały   jedno   obok 

drugiego...

... olbrzymie...

... NACZYNIA!

W   szmaragdowym,   rozproszonym,   nierealnym   i   jakby   księżycowym   świetle 

błyszczały te naczynia nieskazitelnym...

Ojej! - zdołało się pomyśleć Dzikiej Mrówce.

Nie wierząc własnym oczom odbił się mocno płetwami i wyciągnął ręce przed siebie, 

żeby dotknąć... żeby dotykiem sprawdzić, że jednak to jest jawa, a nie dalszy ciąg marzeń czy 

background image

też jakiegoś nierealnego snu.

I już, już Dzika Mrówka miał dotknąć złote naczynie, gdy nagle poczuł pod palcami 

zimną, gładką powierzchnię, w głębi której schowane były złote naczynia.

CO TO? - zdumiał się - DLACZEGO TE NACZYNIA SĄ I JEDNOCZEŚNIE ICH 

NIE MA?

Wyciągnął   rękę   raz   jeszcze.   I   znowu   palce   natknęły   się   na   śliską,   przeźroczystą, 

gładką jak szkło powierzchnię, w głębi której wtopiona była wyraźnie widoczna złota misa.

LÓD

- przemknęło błyskawicą przez głowę Dzikiej Mrówki.

ZŁOTY LÓD!!!

- zrozumiał w jednej chwili.

A zatem Inkowie przed zatopieniem swych złotych skarbów wtopili je w jakiś sposób 

w bryły lodu, a ZŁOTY LÓD zatopili w jeziorku. I lód oczywiście utonął, bo był ciężki od 

złota  w   nim  wtopionego   i  nie   roztopił  się,  bo  na   tej  wysokości  temperatura  jest   zawsze 

poniżej zera, a woda w jeziorku nie zamarza, bo jest bardzo słona!

To wszystko przemknęło w głowie Dzikiej Mrówki, gdy palce jego głaskały lodową 

gładź.

A

WIĘC

KIPU

MÓWIŁO

NAJPRAWDZIWSZĄ PRAWDĘ!!!

- pomyślał Marek i odbił się potężnie w górę.

Po  chwilce   wynurzył   się  z  głośnym   pluskiem   lodowatej   wody na   środku  słonego 

jeziorka, wyrwał ustnik z ust i wrzasnął na całe gardło:

ZNALAZŁEM ZŁOTY LÓD!

- Złoty Lód? - nie zrozumiał Jego Brat. - Gdzie?

- Tam na dole. Indianie wtopili złoto w lód i lód zatopili w jeziorze. HURRA!!!

- FAKT! - Jego Brat podniósł rozradowaną twarz do góry, złapał się obiema rękoma 

za głowę.

- Teraz WSZYSTKO jest jasne! - krzyknął. - Że też nie wpadłem na to. Przecież to 

oczywiste!

W tym momencie z głębi jeziora wypłynęła Ula. Wyrwała ustnik i krzyknęła:

- Znalazłam skarb! Olbrzymi skarb! Całe dno pokryte jest ZŁOTEM!

background image

Prawie równocześnie wyprysnął też w górę Baleron z przeraźliwym wrzaskiem:

-   HURRA!   Wynik   przeszukania   POZYTYWNY!!!   Na   dnie   pełno   TALERZY   I 

MISEK!!!

- Temu to zawsze JEDZENIE w oczach! - mruknął płynący już do brzegu Dzika 

Mrówka, który w tym momencie poczuł, jak bardzo jest GŁODNY!

- A gdzie są pan Kamiński i Pan Wojtek? - zapytał Student.

Rzeczywiście.   Brakowało   dwóch   płetwonurków   płynących   na   dwóch   skrajnych, 

przybrzeżnych torach.

Po chwili ukazali się i oni. Wynurzyli się po przeciwnej stronie jeziorka i obaj niemal 

równocześnie wyszli na brzeg.

- Trudno! - powiedział pan Kamiński niezbyt wesołym tonem. - Nie udało się. Wynik 

przeszukania negatywny!

- I ja też nic nie znalazłem - dodał Pan Wojtek, ale w tym momencie obaj dostrzegli 

wyraźnie uradowane twarze pozostałych Poszukiwaczy Złotego Lodu.

- JEST ZŁOTY LÓD!!! - oznajmił triumfalnym głosem Dzika Mrówka.

- Złoty Lód? - pan Kamiński spojrzał z wyraźnym politowaniem na chłopca i pewno 

pomyślał sobie, że na mózg to może się „rzucić” zarówno zbytni upał, jak też i mróz. - O 

czym ty mówisz?

- Tato, Dzika Mrówka znalazł na dnie jeziorka zatopione w lodowych blokach złote 

naczynia,   posągi,   jednym   słowem   cały   Złoty   Skarb   Inków   znajduje   się   na   dnie   Jeziora 

Ostatniej Szansy! - zawołała uradowana Mariena.

- Fakt - potwierdził Jego Brat. - I Ula widziała, i Baleron też - dodał pośpiesznie, z 

doświadczenia   bowiem   wieloletniego   wiedział,   że   ludzie,   którzy   znali   bujną   wyobraźnię 

Marka, wszelkie jego rewelacje zwykli byli kłaść na jej karb.

-   Dzika   Mrówka,   powiadasz?   -   powiedział   wolno   niedowierzającym   tonem   Pan 

Wojtek. - I Ula, powiadasz, i Baleron?

W tym momencie jakby nagle dotarło do niego to, co NAPRAWDĘ powiedział Jego 

Brat, spojrzał na stojącego obok skamieniałego jakby z zaskoczenia pana Kamińskiego, pan 

Kamiński spojrzał równocześnie na Pana Wojtka i obaj jakby rażeni prądem elektrycznym 

wskoczyli bez zastanowienia raz jeszcze do lodowatej wody i obaj zanurzyli się mniej więcej 

w środku Jeziora Ostatniej Szansy.

Nie   było   ich   przez   kilka   najwyżej   minut,   a   potem   równocześnie   wyprysnęli   na 

szmaragdową powierzchnię.

-  NIEPRAWDOPODOBNE!   -  zdołał  wykrztusić  z  siebie  pan   Kamiński,  człowiek 

background image

przecież bywały w świecie, który już niejedno w swoim długim i bujnym życiu widział. - 

ZUPEŁNIE nieprawdopodobne!

- Too good to be true!* [Zbyt dobre, aby było prawdziwe (ang).] - dodał Pan Wojtek, 

gdy się już nieco „odpowietrzył” po doznanym wrażeniu, a sam fakt, że powiedział to po 

angielsku, świadczył o tym, że podwodne znalezisko wstrząsnęło nim do głębi.

Obaj popłynęli teraz wolniuteńko do brzegu, obaj równie wolno wygramolili się z 

lodowatej wody. Poruszali się tak, jakby nagle poczuli namacalnie cały ciężar niesamowitego 

znaleziska, cały olbrzymi ciężar inkaskiego skarbu. Skarbu, którym żyli przez ostatnie parę 

miesięcy, ale o którego istnieniu tak NAPRAWDĘ nikt chyba nie był przekonany. A już co 

jak co, ale szansa znalezienia tego legendarnego Skarbu Złotego Lodu wydawała się trzeźwo 

myślącym panu Kamińskiemu i Panu Wojtkowi równie realna jak główna wygrana w toto - 

lotka, w którym dla utrudnienia znajduje się nie czterdzieści dziewięć cyfr, ale co najmniej 

dziesięć ich tysięcy!

I oto NIEPRAWDOPODOBNE stało się FAKTEM!

- Brawo! Duże brawa dla znalazców Złotego Lodu! - zawołał w końcu Pan Wojtek. - I 

szczególne brawa dla Ulki, która akurat ten obszar poszukiwań zechciała wylosować.

W tym momencie Ula zupełnie niespodziewanie dla samej siebie zaczerwieniła się 

starym swoim zwyczajem i spojrzała na Dziką Mrówkę takim wzrokiem jakby zobaczyła 

chłopca po raz pierwszy w życiu. I przypomniało jej się losowanie. A Marek tymczasem stał 

na brzegu rozkraczony na czarnych dużych płetwach z piegowatą gębą opromienioną od ucha 

do ucha najpełniejszym i najszczerszym z całego arsenału swoich uśmiechów.

I nagłe Ulka - przezwyciężywszy całą swoją dziewczęcą nieśmiałość, która też nie 

wiadomo dlaczego przez moment jej powróciła, objęła chłopca i ucałowała w oba policzki.

- Dziękuję ci - powiedziała i po chwileczce dodała: - Ale skąd wiedziałeś?

Teraz zaczerwienił  się dla odmiany Marek i zmieszał do tego stopnia, że zamiast 

odpowiedzieć, jak już, już miał na końcu języka: „ba, ma się te swoje sposoby” wybąkał:

- Daj spokój, w ogóle nie wiem, o co ci chodzi.

W tym momencie wszyscy roześmieli się serdecznie, a potem nastał taki hałas i zgiełk 

nad   brzegami   szmaragdowego   jeziorka,   że   wreszcie   pan   Kamiński   musiał   uciszyć   całe 

płetwonurkowo - poszukiwawcze towarzystwo w słusznej obawie, że ze zboczy wulkanu i 

okolicznych gór ruszą w dół niespodziewanie ogromne lawiny albo że urwie się potężny jęzor 

lodowca spływającego najbliższym żlebem od wielu setek, a może i tysięcy lat.

Następnego dnia po odkryciu Złotego Lodu wszyscy zeszli jeszcze raz pod wodę, żeby 

dokładniej   zbadać   niezwykłe   znalezisko.   Okazało   się   wtedy,  że   pojedyncze   bloki   lodu   z 

background image

wtopionymi skarbami stopiły się w mroźnej słonej wodzie w jedną lodową caliznę i tylko z 

największym trudem udało się ostatecznie odłupać kilofem mały kawałek lodu z wtopioną 

złotą figurką jakiegoś inkaskiego bożka.

- I co dalej? - zapytał Dzika Mrówka.

- Dalej? - orzekł pan Kamiński. - Myśmy już zrobili SWOJE. Teraz trzeba wracać, 

choćby dlatego, że skończył się nam tlen w butlach, a i czas wciąż nieubłaganie płynie. Z 

najbliższej poczty zatelefonuję do Muzeo National w Limie i do peruwiańskiego Ministerstwa 

Kultury, bo skarb jest własnością tego narodu.

Trzeba też pomyśleć o zabezpieczeniu naszego znaleziska choćby do tego czasu, gdy 

zajmie się tym Muzeum lub Ministerstwo i dlatego w obozowisku zostanie Pablo, o którego 

uczciwości przekonałem się już wielokrotnie. Zresztą nie będzie on tu długo sam, bo mam 

wrażenie, że odpowiednie władze niezwłocznie po otrzymaniu tak rewelacyjnej wiadomości 

nadeślą tu odpowiednią ekipę drogą powietrzną, helikopterem.

- Fakt! - przytaknął Jego Brat.

- A co będzie potem, zobaczymy - zakończył pan Kamiński. - Nas na razie czeka dość 

długa i wcale nie taka znowu łatwa powrotna droga.

- Niełatwa to ona może i jest - mruknął Dzika Mrówka - ale zawszeć to z góry w dół.

- To też racja - roześmiał się pan Kamiński.

Poszukiwacze   Złotego   Lodu   przeżyli   teraz   wszystko   jak   w   kręcącym   się   do   tyłu 

filmie. Mijali znane już sobie okolice, przechodzili znowu przez karkołomne mosty wiszące 

nad   głębokimi   przepaściami   aż   dotarli   do   hacjendy,   gdzie   czekał   Matheo   z   dwoma 

pozostałymi im jeszcze samochodami.

Cały sprzęt na razie pozostawiono w hacjendzie, a młodzi poszukiwacze zajęli miejsca 

w landroverach.

A potem było Cuzco i jeszcze później Lima, gdzie czekały już bilety lotnicze przez 

Madryt i Frankfurt do Warszawy, zafundowane przez Ministerstwo Kultury Republiki Peru 

dla grupy młodych polskich płetwonurków. Oczywiście przy tej okazji pełno było rozmaitych 

wywiadów   radiowych,   prasowych   i   telewizyjnych   i   były   też   różne   oficjalne   spotkania   z 

oficjalnymi osobistościami.

Podróż   powrotna   minęła   błyskawicznie   i   już   na   drugi   dzień   wieczorem   na 

warszawskim   lotnisku   cała   gromadka   wpadła   w   kochające   i   stęsknione   ramiona   mam   i 

czekających niecierpliwie na powrót swych sławnych dzieci ojców. Tylko na Pana Wojtka 

czekała jego niezawodna Babcia, pełna wigoru i energii mimo swego już bardzo sędziwego 

wieku.

background image

- A nie mówiłam? - stwierdziła Babcia i każdy jej skwapliwie przyznał rację.

A potem... potem była  podróż na Wybrzeże  i nie było końca opowiadaniom przy 

rodzinnych, obficie zastawionych stołach. A na stole w domu Dzikiej Mrówki i Jego Brata 

królował SUPERSERNIK i jeszcze dwie wspaniałe szarlotki na dodatek.

- Zupełnie jak na POWRÓT TATY* [Powrót Taty opisany jest w książce tego samego 

autora pt. „Dzika Mrówka tam - tamy”.] - zauważył Dzika Mrówka.

- Teraz jest jeszcze większe święto - powiedziała wzruszona jak zwykle i do łez Mama 

- Micia -

ŚWIĘTO POWROTU SYNÓW.

background image

EPILOG

Po kilku miesiącach, które upłynęły od opisywanych  przygód w wysokich dzikich 

Andach   nad   szmaragdowym   Jeziorem   Ostatniej   Szansy,   na   adresy   Dzikiej   Mrówki,   jego 

Brata,   Uli,   Balerona   i   Pana   Wojtka   nadeszły   z   bardzo   dalekiej   Limy   poprzez   Muzeum 

Narodowe w Warszawie przesyłki zawierające małe staroinkaskie figurki wraz z oficjalnym 

pismem   z   Muzeo   National   i   z   gorącymi   podziękowaniami   dla   młodych   polskich 

Poszukiwaczy Złotego Lodu.

Razem z figurkami nadszedł obszerny list - sprawozdanie od pana Kamińskiego z 

akcji   wydobywania   Złotego   Lodu,   a   także   list   od   Marieny,   w   którym   przesyłała   dla 

wszystkich pozdrowienia. A specjalne pozdrowienia były dla Jarka, czyli Jego Brata.

-   No,   no   -   powiedziała   w   tym   miejscu   Micia   i   ogarnęła   ciepłym,   ale   też   i 

zaciekawionym  spojrzeniem  spokojniejszego   ze  swoich  synów,  który  w  tym  momencie  - 

właściwie nie wiadomo dlaczego - zaczerwienił się cały, zupełnie jak niegdyś miała to Ula w 

zwyczaju.

Tym razem obyło się bez złośliwego komentarza Dzikiej Mrówki, był on bowiem tak 

zajęty osobą Uli, że ani nie słyszał maminego „no, no”, ani też nie spostrzegł Jarkowego 

rumieńca.

A   na   rodzinnym   stole   w   przytulnym   mieszkaniu   w   Oliwie   stały   figurki   głęboko 

zadumanych o bardzo dawnych czasach inkaskich bożków, drobne okruchy

SKARBU ZŁOTEGO LODU