background image

EVA RUTLAND

W ramionach 

księcia

background image

Tytuł oryginału:
Her Own Prince Charming

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY

- Nie lubię rudzielców - oświadczyła Rae.
- On  wcale  nie  jest  rady.  Jego  włosy  są  kasztanowe.  -

Whitney obficie posmarowała grzankę masłem i z apetytem 
ugryzła kęs. - Podoba mi się ten kolor.

- Najbardziej  podoba  ci  się  zielony,  bo  to  kolor  pie-

niędzy.

- Nie  przeczę.  -  Whitney  zachichotała  swawolnie  i 

znacząco uniosła kubek. - Paula, podgrzej tę kawę, dobrze? 
Albo nalej mi nową.

Paula  wytarła  ręce  i  posłusznie  wykonała  polecenie,  a 

dwie siostry Ashford nadal paplały jak najęte.

- Lepiej  sobie  za  wiele  nie  obiecuj  -  cierpkim  tonem 

poradziła  Rae.  -  Książę  Vandercamp  przyjechał  do  San 
Diego pograć w polo, a nie uganiać się za kobietami.

Paula  jednym  uchem  słuchała  tej  rozmowy,  szorując 

patelnię.  Od  kilku  tygodni  głównym  tematem  rozmów  w 
domu  Ashfordów  był  turniej  golfowy,  z  którego  cały 
dochód  przeznaczono  na  cele  dobroczynne.  Natomiast 
ostatnio,  gdy  rozeszła  się  wieść,  że  na  przystani  miejsco-
wego klubu zacumował jacht  milionera Brada Vandercam-
pa, obie panny Ashford  nie przestawały plotkować o przy-

background image

stojnym  i  wciąż  wolnym dziedzicu bajecznej  fortuny Van-
dercampów.

background image

5

Całe San Diego szalało z zachwytu. Lub raczej tylko ci, 

którzy  zaliczają  się  do  miejscowej  śmietanki  towarzyskiej, 
poprawiła się Paula w duchu, a na jej ustach zaigrał kpiący 
uśmieszek.  Przecież  tylko  bogacze  zasiądą  na  trybunie  w 
lożach  honorowych,  aby  oglądać  mecze  polo,  a  potem 
wezmą  udział  w  wielkim  balu,  wystrojeni  w  kreacje 
zaprojektowane przez słynnych projektantów.

- Na mój widok zmieni zamiar! - stwierdziła Whitney z 

niezachwianą pewnością siebie.

Paula  dostrzegła  błysk  wyzwania  w  oczach  Whitney  i 

była  skłonna  się  z  nią  zgodzić.  Co  prawda  Whitney  nie 
mogła  uchodzić  za  klasyczną  piękność,  gdyż  miała  zbyt 
szerokie usta, nieco zbyt obfite kształty i nos jak...

Przestań, nieładnie jest krytykować bliźnich, skarciła się 

Paula  w  duchu.  Odłożyła  patelnię  i  poszła  posortować 
rzeczy  do  prania.  A  jednak  nie  potrafiła  przestać  myśleć o 
zasłyszanej  rozmowie.  Co  by  nie  mówić,  Whitney  była 
dosyć  atrakcyjną,  ciemnooką  brunetką.  Otaczała  ją  jakaś 
przedziwna, przesiąknięta erotyzmem aura, co sprawiało, że 
mężczyźni lgnęli do niej jak pszczoły do miodu. Tak, książę 
na  pewno  zwróci  na  nią  uwagę,  Rae  będzie  skręcać  się  z 
zazdrości, a...

- Gdzież  ta  dziewczyna  się  podziewa!  -  Rozważania 

Pauli przerwał zaspany, lecz świdrujący głos pani Ashford. 
Paula  rzuciła  jedwabną  koszulkę  na  stos  innych  wytwor-
nych  ciuszków  i  pośpieszyła  do  kuchni.  -  Ach,  tu  jesteś! 
Czemu nie przyniosłaś mi kawy do sypialni?

- Przepraszam, ale myślałam, że pani śpi.
- Moja  głowa!  -  Mamie  Ashford  ciężko  opadła  na 

krzesło i przycisnęła dłoń do skroni. - Jak ktoś mógłby

background image

6

spać  przy  tym  ogłuszającym  hałasie!  Nie  możecie,  moje 
dziewczynki,  zaczynać  swoich  pogaduszek  o  nieco 
późniejszej porze?

- To  trochę  pomoże,  a  za  moment  przyniosę  kawę.  -

Paula  podała  pani  domu  szklankę  soku  pomidorowego  i 
dwie tabletki aspiryny.

- Mamo, chyba nie dostaniesz znów tej swojej okropnej 

migreny  - jęknęła Whitney. - Miałyśmy przecież  jechać  po 
zakupy.

- Otóż  to  -  kpiąco  prychnęła  Rae.  -Whitney  musi 

znaleźć  wystrzałowy  strój  na  bal  maskowy,  żeby  olśnić 
księcia!

- Tobie  pomógłby  tylko  taki  ciuch,  dzięki  któremu 

stałabyś się niewidzialna.

- Dziewczynki,  przestańcie!  Głowa  mi  pęka  i  jest  mi 

niedobrze. Pewnie powinnam coś zjeść. Paula, usmaż bekon 
i kilka grzanek z cynamonem.

- Już  się  robi!  -  Paula  chwyciła  niedawno  umytą  pa-

telnię.  Miała  nadzieję,  że  nie  spóźni  się  na  dzisiejsze  za-
jęcia. Gdyby do dwunastej zrobiła pranie i posłała łóżka, to 
pewnie  by  zdążyła.  Pod  warunkiem,  że  pani  Ashford  nie 
zleci jej żadnej dodatkowej pracy.

Na  szczęście  solidne  śniadanko  i  trzy  filiżanki  mocnej 

kawy  zdziałały  cuda  i  pani  domu  odzyskała  dobry  humor. 
Rozmowa  przy  stole  ponownie  zaczęła  się  toczyć  wokół 
Brada Vandercampa.

- Taki  bogaty!  I  tak  uroczo  brytyjski!  -  Oczy  Mamie 

Ashford zaszły mgłą.

- I zabójczo przystojny - dodała Whitney.

background image

7

- Jak jego dziadek - stwierdziła matka. - I podobno taki 

sam z niego huncwot.

background image

8

- Huncwot?
- Nie  przepuści  żadnej  ładnej  dziewczynie.  Romansuje 

na  prawo  i  lewo,  jak  jego  dziadek,  staruszek  Cyrus  Van-
dercamp. Dorobił się fortuny na linii kolejowej, lecz chodzą 
słuchy, że w latach trzydziestych sporą część przepuścił na 
pewną  gwiazdę  ekranu.  Nie  była  damą  z  towarzystwa,  ale 
on  stracił  dla  niej  głowę  i  porzucił  rodzinę.  Wybuchł 
straszny skandal.

Rae  oświadczyła,  że  nie  darowałaby  tego  żadnemu 

mężczyźnie. Whitney miała inne zdanie.

- Gdy  Brad  Yandercamp  włoży  mi  na  palec  ślubną 

obrączkę,  może  sobie  potem  utrzymywać  całe  stado  ko-
chanek.

Pani  Ashford  zgodziła  się  z  tym  poglądem.  Jakie  to 

szczęście, że obie córeczki wyrosły na prawdziwe damy.

- Oby jednak książę polo wrodził się w swego ojca.
- Dlaczego? - spytała Whitney.
- To wyjątkowo porządny człowiek. Bardziej interesuje 

się  kopalniami  złota  i  szybami  naftowymi  niż  kobietami. 
Ożenił  się  z  dziewczyną  ubogą  jak  mysz  kościelna,  lecz 
pochodzącą  ze  starej  arystokratycznej  rodziny.  Podobno 
zamienił zrujnowaną rodową rezydencję żony w luksusowy 
pałac. Chciałabym to zobaczyć.

- Cóż,  może  wszystko  przed  tobą.  -  W  głosie Whitney 

zabrzmiała  nutka  przebiegłości.  -  Mówiłaś,  że  młody  Van-
dercamp ma słabość do ładnych dziewczyn?

- I owszem. - Mamie Ashford zachichotała. - A ty jesteś 

dużo ładniejsza od tych wszystkich, które będą usiłowały go 
usidlić. Dlatego lepiej już jedźmy do Mademoi

background image

9

selle's  Boutiąue.  Na  pewno  zwali  się  tam  tłum  klientek. 
Pośpieszmy się, zanim wszystko wykupią.

Paula  odetchnęła  z  ulgą.  Do  jedenastej  zdążyła  zrobić 

pranie, sprzątnąć kuchnię i uporządkować sypialnie. Potem 
wzięła  szybki  prysznic,  przebrała  się  i  pobiegła  na 
przystanek, żeby pojechać autobusem na uniwersytet.

Od  niepamiętnych  czasów  marzyła  o  zawodzie  wetery-

narza.  Uwielbiała  zwierzęta  -  zarówno  małe,  jak  i  duże. 
Miała  z  nimi  do  czynienia  od  dzieciństwa,  wychowała  się 
bowiem  na  hodowlanym  ranczu  w  stanie  Wyoming,  gdzie 
jej  ojciec  był  robotnikiem,  a  matka  kucharką.  Często  asy-
stowała poganiaczom lub weterynarzom, ilekroć zajmowali 
się  chorą  krową  lub  koniem.  A  gdy  trochę  podrosła, 
zakochała  się  w  Tobym,  przystojnym  synu  nadzorcy.  Za-
mierzali  się  pobrać  i  kupić  kawałek  ziemi.  Toby  miał  tre-
nować  konie,  a  Paula  leczyć  ukochane  zwierzaki.  Jednak 
pewnego  lata  Toby  zupełnie  stracił  głowę  dla  niejakiej 
Cynthii,  a  Paula  poczuła  się  tak,  jakby  zawalił  się  cały  jej 
świat.

Z  rozpaczy  omal  nie  rzuciła  szkoły.  Była  naprawdę 

załamana i dopiero brat ojca, Lewis Grant, pomógł jej wyjść 
z  depresji.  Przemówił  jej  do  rozsądku  i  zachęcił  do 
kontynuowania nauki.

Paula  rzuciła  się  w  wir  pracy,  nadrobiła  zaległości  i  w 

terminie  obroniła  dyplom.  Uzyskała  jednak  za  mało 
punktów,  żeby zdobyć stypendium na  uniwersyteckim  wy-
dziale weterynarii, a stan rodzinnych finansów nie pozwalał 
na podjęcie pełnopłatnych studiów. Ojciec długo chorował i 
leczenie  pochłonęło  niemal  całe  rodzinne  oszczędności. 
Również tym razem z pomocą przyszedł jej wujek

background image

10

Lewis. Zaproponował, że pokryje połowę czesnego, ale to i 
tak nie rozwiązywało problemu.

- W  tym  roku  Paula  chyba  musi  zostać  na  ranczu  -

stwierdził Hank, jej ojciec. - Mogłaby pomagać matce.

- Pewnie chętniej pomagałaby tobie - mruknął Lewis.
- Święta  racja  -  przyznała  Paula  z  uśmiechem.  Dosko-

nale czuła się w siodle i z radością zajęłaby się zwierzętami. 
Wiedziała jednak, że ojciec nie pozwoliłby na to.
- Taka robota bardziej mi odpowiada.

- Ja  osobiście  wolałbym się  krzątać  w  ciepłej,  przytul-

nej kuchni... - Lewis pokręcił głową.

- Każdy marzy o czymś innym - stwierdziła Paula.

- Sam wiele razy mi to powtarzałeś, wujku. - Lewis dawno 
temu  wybrał  życie  mieszczucha.  Zaczął  podróżować,  imał 
się dziwacznych prac, aż w końcu zatrudnił się na stałe jako 
szofer  i  człowiek  do  wszystkiego  w  kalifornijskiej 
rezydencji Angusa Ashforda, w San Diego.

- Na  czesne  jakoś  by  starczyło.  -  Matka  wróciła  do 

zasadniczego  tematu.  -  Ale  co  z  mieszkaniem  i  utrzyma-
niem?  -  Uniwersytet  stanowy  był  odległy  od  rancza  o  sto 
pięćdziesiąt kilometrów i codzienne dojazdy nie wchodziły 
w grę.

- Nadal  pragniesz  zostać  weterynarzem?  -  Lewis 

zerknął pytająco na bratanicę, ona zaś skinęła głową. -A nie 
pojechałabyś  ze  mną  do  San  Diego?  Tam  też  jest 
uniwersytet.

Cała trójka wlepiła w niego zdumione spojrzenie.
- Co powiecie na darmową chatę i wyżywienie? - Lewis 

jakby czytał w ich myślach. - Pokojówka Ashfordów

background image

11

właśnie  złożyła  wymówienie.  -  Lewis  badawczo  popatrzył 
na Paulę. - Potrafiłabyś zająć się domem?

- Masz na myśli tę codzienną krzątaninę, którą zajmuję 

się od wielu lat? - Dziewczyna uśmiechnęła się szeroko.

- Tak  się  składa,  że  chyba  mógłbym  załatwić  ci  tę 

robotę,  a  pan  Ashford  to  porządny  gość.  Prawdopodobnie 
pozwoliłby ci chodzić na zajęcia.

Paula  natychmiast  poweselała.  Uniwersytet  w  San  Die-

go? Nie spodziewała się takiego obrotu spraw.

- Mają tam wydział weterynarii? - spytała.
- Prawdę  mówiąc,  nie  wiem.  Chociaż...  -  Lewis  roz-

promienił się. - Ależ tak, mają! Właśnie tam zawiozłem do 
uśpienia suczkę pana Ashforda.

- Byłoby  cudownie!  -  Oczy  Pauli  zalśniły  jak  dwie 

gwiazdy. - O ile zostanę przyjęta. - Dziewczyna spojrzała na 
ojca  i  wyczuła  jego  wątpliwości,  które  zresztą  natychmiast 
jasno wyraził.

- Zdajesz  sobie  sprawę,  że  to  zupełnie  co  innego  niż 

mieszkanie w akademiku? No i daleko od domu...

- Ja  miałbym  na  nią  oko  -  zapewnił  Lewis.  -  Przecież 

jestem jej ojcem chrzestnym.

Hank  wyraził  zgodę,  a  Paula  natychmiast  rzuciła  się 

wujkowi na szyję.

- Dzięki!  Ale  ze  mnie  szczęściara.  Mam  najlepszego 

ojca chrzestnego na świecie.

- Jeszcze nic nie załatwiłem - ostudził jej zapał Lewis. -

Lepiej  od  razu  zadzwonię  do  starszego  pana.  Wzruszę  go 
opowieścią  o  utalentowanej  bratanicy,  która  pragnie  zostać 
weterynarzem i potrzebuje pracy. Pan Ashford jest

background image

12

moim  dłużnikiem.  Kilka  razy  przywiozłem  go  kompletnie 
pijanego do domu i po cichutku położyłem do łóżka...

Pan Ashford w istocie pochwalił ambicje młodej kobiety 

i oczywiście zgodził się, aby w wolnym czasie uczęszczała 
na  wykłady.  Co  więcej,  obiecał,  że  skontaktuje  się  z 
dziekanem  wydziału,  jeśli  kandydatka  na  studentkę  na-
tychmiast przyśle dokumenty.

- Wujku, to  wprost  fantastycznie! - Paula cmoknęła  go 

w policzek.

- Może zaśpiewasz na inną nutę, gdy weźmie cię w ob-

roty  pani  Ashford.  Żadna  z  dotychczasowych  pokojówek 
nie  zagrzała  tam  miejsca  dłużej  niż  kilka  tygodni.  Mamie 
Ashford  potrafi  zaleźć  człowiekowi  za  skórę.  I  jeszcze 
jedno...  jesteś  o  wiele  za  ładna.  Zrób  coś,  żeby  wyglądać 
trochę  gorzej...  -  Lewis  zafrasowanym  spojrzeniem  prze-
sunął po smukłej figurze, złocistych lokach i ślicznej buzi.

- A  jakie  to  ma  znaczenie?  -  Paula  nie  potrafiła  ukryć 

zdumienia.

- Cóż, pani Ashford nie spodoba się, że jesteś ładniejsza 

od jej dziewczynek.

- Nie rozumiem.
- Ashfordowie zaliczają się do śmietanki towarzyskiej i 

starsza  pani  staje  na  głowie,  żeby  odpowiednio  ustawić 
córeczki,  czyli  wydać  je  za  bogatego  ważniaka.  Wysyła  je 
na wszystkie przyjęcia, bale...

- Przecież  ja  będę  tylko  pokojówką!  Z  pewnością  nie 

wejdę im w paradę!

- Niby  tak  -  przyznał  Lewis  z  wahaniem.  -  Wątpię 

jednak, czy by cię zatrudniła, wiedząc, że jesteś taką piękną 
dziewczyną.

background image

13

Angus  Ashford  dotrzymał  słowa  i  rzeczywiście  pociąg-

nął za  odpowiednie  sznurki,  aby Paulę przyjęto  na uniwer-
sytet. Pozwolił również, co prawda wbrew woli żony, żeby 
w ciągu dnia uczęszczała na zajęcia. Paula ciężko harowała 
w  godzinach  przedpołudniowych  i  często  do  późnej  nocy, 
aby  wykonać  wszystkie  domowe  prace.  Tak  bardzo  się 
starała, że po pewnym czasie nawet pani Ashford zaczęła na 
niej polegać, choć za nią nie przepadała.

Jednak  rok  później  pan  Ashford  zmarł  na  marskość 

wątroby.  Paula  była  pewna,  że  jego  żona  natychmiast  ją 
zwolni,  lecz  stało  się  inaczej.  Okazało  się  bowiem,  że 
Angus  Ashford  był  nie  tylko  alkoholikiem,  lecz  także  na-
miętnym  hazardzistą  i  kiepskim  inwestorem.  Zostawił  ro-
dzinie  mniej  pieniędzy,  niż  się  spodziewano,  toteż  wdowa 
po  nim  musiała  zrezygnować  z  ogrodnika  i  przychodzącej 
raz  na  tydzień  kobiety,  która  prała  i  robiła  gruntowne  po-
rządki.

Pani  Ashford  była  nieco  ekscentryczna,  lecz  równo-

cześnie  bardzo  sprytna.  Zatrzymała  Lewisa  jako  szofera, 
ogrodnika  i  pomocnika  w  jednej  osobie,  a  Paulę  w  chara-
kterze  kucharki,  praczki  oraz  pokojówki,  nieznacznie  pod-
nosząc obojgu uposażenie.

Jednak Paula nie narzekała. Przywykła do ciężkiej pracy. 

Całe  szczęście,  że  nie  musiałam  zrezygnować  ze  studiów, 
pomyślała, biegnąc teraz co tchu na ćwiczenia z chemii.

- Hej,  Paula  -  zwołał  Link,  jeden  z  kolegów.  -  Po  za-

jęciach  idziemy  pograć  w  siatkówkę,  a  potem  wpadniemy 
na pizzę. Przyłączysz się do nas?

- Żałuję, ale niestety nie mam czasu.

background image

14

- Jezu, zawsze jesteś zagoniona - jęknął Link, machając 

jej na pożegnanie.

Paula  odprowadziła  roześmianą  grupę  smętnym  spo-

jrzeniem.  Nie  miała  jednak  wyboru,  musiała  wrócić  do 
domu, żeby ugotować obiad. Była realistką, lecz mimo to w 
jej  duszy  odzywała  się  coraz  częściej  bliżej  nie  sprecy-
zowana tęsknota za innym, trochę lepszym życiem.

To  odczucie  stało  się  szczególnie  dotkliwe  wieczorem, 

gdy  trzy  panie  Ashford  pokazywały  kupione  tego  dnia 
przepiękne  stroje.  Paula  z  zachwytem  obejrzała  czarną 
lnianą  suknię,  którą  Whitney  zamierzała  włożyć  na  mecz 
polo, a potem balową kreację z turkusowego szyfonu.

- Nie  sądzisz,  że  ten  kolor  cudownie  podkreśli  blask 

moich  oczu?  -  Whitney  otworzyła  je  szeroko,  patrząc  na 
Paulę.  -  Chyba  będziesz  musiała  zwęzić  sukienkę  w  ra-
mionach,  ale  tylko  odrobinę.  -  Whitney  zachichotała  swa-
wolnie.  -  Nie  chcę  zasłonić  całego  biustu,  skoro  mam 
oszołomić księcia.

- Paula,  ładnie  mi  w  tym  niebieskim?  -  Rae  jakimś 

cudem  zdołała  odepchnąć  siostrę  sprzed  lustra  i  zająć  jej 
miejsce. - Uczeszesz mnie na bal, dobrze? Wiesz, tak jak w 
zeszłym tygodniu.

Paula chwaliła, obiecywała i usiłowała nie skręcać  się z 

zazdrości.  Ale  nazajutrz,  gdy  zwężała  turkusową  suknię, 
znów  dopadła  ją  tęsknota.  Nigdy  w  życiu  nie  miała  takiej 
ślicznej kreacji. Ciekawe, jak by w niej wyglądała?

Cóż  szkodzi  się  przekonać?  Przecież  panie  Ashford 

znów będą do późna buszowały po sklepach.

Paula  pośpiesznie  ściągnęła  dżinsy  i  bluzkę,  wsunęła 

ostrożnie przez głowę delikatne, szyfonowe cudo i spo

background image

15

jrzała w lustro. Suknia była na nią trochę za duża i za długa, 
więc  Paula  zebrała  ją  z  tyłu  i  posłała  do  swego  odbicia 
uwodzicielski uśmiech w stylu Whitney. Następnie zbliżyła 
twarz  do  kryształowej  tafli  i  przyjrzała  się  sobie  uważnie. 
Czy ten kolor podkreśla blask jej oczu? Spróbowała uroczo 
zerknąć spod rzęs.

Gdyby  tylko  poszła  na ten  bal,  a  książę ją  zauważył,  to 

na pewno zatonąłby spojrzeniem w jej niebieskich oczach, a 
potem tańczyliby i tańczyli...

Na litość boską, co ty wyprawiasz, skarciła się w duchu, 

wirując  wokół  pokoju.  Tylko  tego  brakowało,  żeby 
niechcący  rozdarła  sukienkę.  Musiałaby  na  nią  pracować 
chyba z rok.

Poza  tym  nie  powinna  tracić  czasu  na  takie  bzdurne 

rozważania.  Nawet  gdyby  mogła  sobie  pozwolić  na  taką 
kreację,  to  niby  dokąd  by  w  niej  poszła?  Nie  chadzała  na 
bale,  nie  miała  też  żadnych  szans  na  taniec  z  księciem.  I 
dlaczego  w  ogóle  o  nim  myśli?  Zresztą,  on  wcale  nie  jest 
prawdziwym księciem...

Ostrożnie zdjęła sukienkę i znów wzięła się do roboty.

Ponad  rok  temu,  wkrótce  po  przyjeździe  do  San  Diego, 

Paula zgłosiła się do firmy organizującej bankiety. Zdarzało 
się,  że  miała  wolny  wieczór  i  mogła  wtedy  dorobić  parę 
groszy jako kelnerka. Lecz obecnie rzadko było to możliwe 
z powodu dodatkowych obowiązków w domu Ashfordów.

- Nie wiem, czy dam radę - powiedziała, gdy zadzwonił 

Harry, chcąc  ją  zatrudnić  na balu kostiumowym u państwa 
Moodych.  -  Panie  Ashford  idą  na  tę  imprezę  i  muszę  im 
pomóc się przygotować.

background image

16

- Podobno najpierw wybierają się gdzieś na kolację.

- Rzeczywiście.  -  Paula  dopiero  teraz  sobie  o  tym 

przypomniała.

- Więc wyjdą wcześniej, a ty możesz trochę się spóźnić. 

Błagam cię, Paula, przyjdź. Wybawisz mnie z kłopotu.

- Nie możesz znaleźć nikogo innego?

- Musiałbym  szukać  kogoś  o  twojej  sylwetce  -  jęknął 

Harry.  Miał  fioła  na  punkcie  idealnie  dopasowanych  służ-
bowych uniformów dla swojego personelu.

- Czy ja wiem... - Paula wiedziała, że uniformy szyto na 

miarę,  a  poza  tym  Harry  świetnie  płacił.  -  No  dobrze  -
zgodziła się niechętnie. Padała na nos ze znużenia.

Lecz  wieczorem,  gdy  w  wielkiej  kuchni  układała  przy-

stawki i stawiała na kolejnej tacy czyste kieliszki do szam-
pana, wcale nie czuła zmęczenia. Przeciwnie, taka odmiana 
podziałała  na  nią  ożywczo.  Parokrotnie  zerknęła  na  tłum 
gości w pięknych, kolorowych strojach i maskach. Dźwięki 
muzyki  docierały  nawet  tutaj  i  ogrzewały  spragnione 
zabawy serce dziewczyny.

W kuchni akurat nie było nikogo oprócz niej, toteż Paula 

odrzuciła  głowę  do  tyłu  i  nucąc  graną  melodię,  zaczęła 
lekko wirować wokół stołu. Nie usłyszała, że ktoś otworzył 
drzwi, nie zauważyła obserwującego ją mężczyzny.

- Cóż za imponujące  wyczucie taktu, ale  nie  musi pani 

tańczyć solo.

Paula  zamarła,  słysząc  dźwięczny  męski  głos.  Niezna-

jomy miał na twarzy maskę, lecz Paula i tak natychmiast go 
rozpoznała. Był przystojniejszy niż na fotografii w gazecie, 
a jego włosy miały cudowny miedziany kolor.

background image

17

- Och, przepraszam - wybąkała zażenowana. - Ja tylko. 

.. Mogę coś dla pana zrobić?

- Niewątpliwie.  -  Książę  wyciągnął  do  niej  ręce.  -

Otrzymam ten taniec, piękna panno?

- Nie.  To  znaczy...  -  Próbowała  śmiechem  pokryć  za-

kłopotanie.  -  Przykro  mi,  ale  nie  jestem  gościem.  Ja  tu 
pracuję.

- Doprawdy? Zaraz załatwimy ten drobny problem. -W 

bursztynowych  oczach  zamigotały  wesołe  iskierki.  Książę 
wyjął z kieszeni maskę i założył ją na twarz dziewczyny. -
Załatwione. Teraz jest pani moim gościem. Zatańczymy?

Nie  oparła  się  tej  pokusie  i  pozwoliła  się  zamknąć  w 

uścisku  jego  ramion.  Po  chwili  zatraciła  się  w  radości, 
rozkoszując się tańcem i odświętną atmosferą.

I  nagle  rozległo  się  bicie  zegara  zwiastujące  nadejście 

północy.  Muzyka  umilkła,  a  ktoś  zawołał:  „Zdejmujemy 
maski!".

Paula  jęknęła  w  duchu.  Stała  pośrodku  rozbawionego 

tłumu!

- Pora  się  ujawnić,  moja  piękna.  -  Mężczyzna  pochylił 

się i dotknął wargami jej ust.

Cieniutki złoty łańcuszek pękł i bezdźwięcznie upadł na 

parkiet,  gdy  dziewczyna  w  popłochu  biegła  w  stronę 
wyjścia.

background image

ROZDZIAŁ DRUGI

- Zaczekaj!  -  Nie  zdążył  jej  zatrzymać.  Jasnowłosa 

piękność  błyskawicznie  wmieszała  się  w  tłum  gości  i 
znikła, a jemu został po niej tylko cieniutki łańcuszek. Brad 
poczuł  w  sercu  zdumiewające  ukłucie  żalu  i  bez  wahania 
ruszył za nią. Powinna być w kuchni, gdzie...

- Bradzie Vandercampie, przestań się ukrywać! - Drogę 

zastąpiła  mu  córka  gospodarzy.  Zdecydowanym  ruchem 
ściągnęła  mu  maskę.  -  Zresztą  i  tak  nie  zdołałeś  nikogo 
oszukać. Wszyscy cię znamy.

- Czyżby?  -  Zerknął  na  jej  obcisły  strój  lśniący  od 

cekinów  w kształcie  rybich  łusek.  -  Cóż,  moja  syrenko...  -
Usiłował przypomnieć sobie jej imię. - Nie wszyscy są tacy 
sprytni jak...

- Nawet  największy  spryciarz  nie  zdołałby  ukryć  tych 

miedzianych  włosów  -  przerwał  mu  ktoś  niezwykle  zmy-
słowym tonem.

- Podobnie  jak  pani  nigdy  nie  uda  się  ukryć  swoich 

pięknych  oczu.  -  Patrzących  bardzo  sugestywnie,  dodał  w 
myśli.

- A więc pan mnie rozpoznał! - zagruchała rozradowana 

Whitney. - Moje oczy naprawdę są takie wyjątkowe?

- Ależ tak... są... eee... nadzwyczaj ekspresyjne 

background image

19

wymamrotał,  przypominając  sobie  taniec  z  nieznajomą. 
Poruszała  się  tak  lekko,  z  wdziękiem.  Powinien  ją  natych-
miast odnaleźć, spytać, czy...

- Chodźmy. - Syrenka wzięła go pod ramię. - Napijemy 

się czegoś zimnego, a za parę minut podadzą śniadanie.

A więc zaraz ją zobaczę, pomyślał, idąc potulnie między 

dwiema uśmiechniętymi kobietami.

Jednak  spotkało  go  rozczarowanie.  Śniadanie  podano  w 

formie bufetu, a jedyną obsługę stanowiło kilku kelnerów w 
eleganckich,  białych  smokingach.  Brad  nigdzie  nie 
dostrzegł długonogiej, niebieskookiej blondynki w czarnym 
stroju  pokojówki  i  z  koronkową  przepaską  na  lśniących 
włosach.

- Nic  pan  nie  je.  Proszę  spróbować  tego.  -  Brunetka  z 

wyłupiastymi  oczami  wepchnęła  mu  do  ust  koktajlową 
kiełbaskę.  -  Smakuje?  -  Skinął  głową,  więc  nałożyła  mu 
kilka na talerz. - Jaki omlet pan sobie życzy?

- Hiszpański! - polecił Carl, najlepszy przyjaciel Brada, 

a zarazem gracz z jego drużyny. - Przecież jesteśmy w San 
Diego.  -  Dał  Bradowi kuksańca  w  plecy  i szepnął:  -  Zejdź 
na ziemię, chłopie. Znów bujasz w obłokach?

No  cóż,  później  odnajdzie  piękną nieznajomą. Cieniutki 

łańcuszek  bezpiecznie  spoczywał  w  jego  kieszeni...  jak 
obietnica.

- Nikt jej nie znał, ale była przebrana za pokojówkę.
- Może to pokojówka.

Paula  przystanęła  w  holu  i  nadstawiła  uszu.  Siostry 

Ashford właśnie stroiły się w swoich pokojach na pierw

background image

20

szy  mecz  i  dosyć  głośno  rozmawiały  o  wczorajszym  balu. 
Gdyby cokolwiek podejrzewały...

- Co  ty  pleciesz.  Była  gościem  -  z  przekonaniem 

oświadczyła  Rae.  -  Miała  maskę,  a  poza  tym...  -  Nie  do-
kończyła, bo z innej sypialni rozległo się gniewne wołanie.

- Paula!  Gdzie  ta  dziewczyna  się  podziewa!  -  Mamie 

Ashford była chyba mocno zirytowana.

- Już jestem. Proszę leżeć spokojnie. - Paula poprawiła 

poduszki  i  zmieniła  kompres  z  lodem  na  nowy.  -Wkrótce 
poczuje się pani lepiej.

- Moja  biedna  głowa.  Nie  wiem,  jak  zdołam  zebrać 

myśli na zebraniu komitetu.

- Wszystko  będzie  dobrze  -  zapewniła  Paula.  -  Proszę 

trochę  odpocząć,  a  w  stosownej  chwili  panią  obudzę  i  po-
mogę się ubrać. - Pauli było trochę żal tej kobiety. Żyła pod 
stałą presją, mimo skromnego budżetu starała się zachować 
dotychczasowy 

splendor 

zaspokajać 

potrzeby 

wymagających i  rozpieszczonych  córek.  Teraz  właśnie za-
padała  w  drzemkę,  więc  Paula  zasunęła  zasłony  i  na  pal-
cach wyszła z pokoju.

- Paula, co z moją sukienką? - zawołała Whitney.
- Prawie gotowa. - Paula pognała na dół, aby skończyć 

prasowanie.  Gdy  wróciła  na  górę,  Rae  prezentowała 
siostrze dwie kreacje.      

- Co  powinnam  włożyć?  -  spytała  bezradnie,  ale 

Whitney nie odpowiedziała, zajęta malowaniem powiek.

- Powiedział,  że  mam  piękne,  pełne  ekspresji  oczy -

zamruczała, podziwiając swoje odbicie w lustrze.

- Ale na pewno nie patrzył naciebie tak, jak na taje

background image

21

mniczą  nieznajomą  -  stwierdziła  Rae,  uśmiechając  się  zło-
śliwie. - Kto to mógł być? Nie pamiętam żadnej dziewczyny 
w stroju pokojówki, a ty, Whitney?

- Tam  było  pełno  pokojówek.  -  Whitney  krytycznie 

przyglądała się swojemu makijażowi. - Może któraś wślizg-
nęła się na parkiet. Na nie i tak nikt nie zwraca uwagi.

Paulę zatkało z wrażenia, ale Rae nie dawała za wygraną.

- Jestem pewna, że była gościem, a Brad dobrze ją zna! 

Obejmował ją tak...

- Przecież jej nie widziałaś.

- Wiem  od  Sylvii.  Tańczyła  z  Rodem  tuż  obok  nich. 

Brad  podobno  patrzył  na  tę  dziewczynę  z  takim  żarem,  a 
gdy ją pocałował...

Pauli zaparło z wrażenia dech, bo Whitney raptownie się 

odwróciła i spiorunowała siostrę wzrokiem.

- Pocałował ją? - warknęła. - Niemożliwe!
- Tak, na środku parkietu!

- To  bez  znaczenia.  -  Whitney  wzruszyła  ramionami.  -

Nie  czytujesz  brukowców?  Książę  bez  przerwy  kogoś 
całuje.

Paula  także  się  odprężyła.  Rzeczywiście,  cóż  znaczy 

jeden  pocałunek  dla  Brada  Vandercampa?  Bo  dla  niej  ab-
solutnie nic!

- Którą, Paula? - Pytanie Rae sprowadziło ją na ziemię. 

- Tę żółtą czy zieloną?

Paula poradziła włożyć zieloną, a Whitney kontynuowała 

swoje rozważania.

- A więc Sylvia ją widziała. Na pewno wie, kto to taki.

- Niestety,  nie.  Podobno  kiedy  wszyscy  zaczęli  zdej-

mować maski, ta dziewczyna... to zdumiewające, ale po

background image

22

prostu  znikła,  jakby  rozpłynęła  się  w  powietrzu.  Sylvia 
spytała  Roda,  czy  widział  twarz  nieznajomej,  ale  powie-
dział, że nie, bo gapił się na jej długie nogi.

Paula  bezwiednie  drgnęła.  Wolałaby  nie  zostać  rozpo-

znana.  Całe  szczęście,  że  panny  Ashford  niczego  nie  po-
dejrzewały.  Wiedziały  co  prawda,  że  czasem  pracuje  dla 
Harry'ego,  lecz  były zbyt  zajęte  sobą,  aby  kiedykolwiek  ją 
zauważyć. Nawet teraz, mając ją tuż pod nosem, traktowały 
Paulę jak powietrze.

Whitney nawet na nią nie spojrzała, gdy Paula podała jej 

uprasowaną  sukienkę.  Zerknęła  tylko  na  swoją  kreację  i 
pokręciła głową.

- Zmieniłam  zdanie.  Przynieś mi tę  bladoróżową,  z  se-

ksowną minispódniczką.

Paula  wykonała  polecenie,  zawiązała  na  włosach  Rae 

seledynową  apaszkę  i  sprawdziła,  czy  Whitney  ma  w  to-
rebce  kosmetyki  oraz  lornetkę.  Gdy  siostry  wychodziły, 
usłyszała, jak Rae mówi:

- On dzisiaj nie gra. Sądzisz, że zjawi się na widowni?

- Jasne,  głuptasku.  Gracze  zawsze  podpatrują  technikę 

przeciwników.  Książę  na  pewno  przyjdzie  i  zatrzyma  się 
przy  naszej  loży.  Zwrócił  na  mnie  uwagę.  Powiedział,  że 
moje oczy są...

Głosy ucichły, a Paula odetchnęła z ulgą. Jeśli nie będzie 

słuchać  tej  paplaniny  o  księciu,  to  sama  przestanie  o  nim 
myśleć!

A  jednak  nie  potrafiła...  Patrzyła  na  skłębioną  pościel, 

porozrzucane części  garderoby, bałagan  na blacie  komody, 
zastawionym  kosmetykami,  lecz  widziała  jedynie  mężczy-
znę z miedzianymi włosami i bursztynowe oczy, w któ

background image

23

rych  migotały  iskierki  rozbawienia.  Ten  mężczyzna 
uśmiechał  się  do  niej  i  trzymał  ją  w  ramionach.  Czy  na 
prawdę patrzył na nią z zachwytem?

Czy rzeczywiście ją pocałował?
Może tylko jej się zdawało?

Nie,  to  nie  było  złudzenie.  Przecież  czuła  na  wargach 

gorący dotyk...

Znów przeżywała tamtą chwilę... słyszała muzykę, szmer 

głosów, czyjś perlisty śmiech i bicie zegara.

A pocałunek był cudowny. Delikatny i krótki, ale obudził 

w niej tyle nieznanych emocji, tęsknot i pragnień...

Potrząsnęła głową, żeby uwolnić się od urokliwych wizji 

i postanowiła  wziąć się w garść. Była zbyt praktyczna, aby 
marzyć  o  nierealnych  rzeczach.  Pośpiesznie  skupiła  się  na 
bieżących  obowiązkach  i  poszła  obudzić  panią  Ashford. 
Gdy  po  odwiezieniu  dziewcząt  wujek  Lewis  wrócił  do 
domu,  ona  już  przygotowywała  ich  matkę  do  wyjazdu  na 
zebranie.

Następnie  sprzątnęła  sypialnie  i  łazienki,  skończyła 

pranie  i  odkurzyła  pokoje.  Dzisiaj  nie  musiała  gotować, 
ponieważ  panie  Ashford  szły  na  przyjęcie.  Mogła  więc  iść 
do swojego pokoiku na facjatce i spokojnie się pouczyć.

Przez  dwie  godziny  zdążyła  napisać  konspekt  prący 

semestralnej  z  angielskiego  i  przygotować  się  do  jutrzej-
szego  testu  z  chemii.  Usłyszała  wjeżdżający  na  podjazd 
samochód i zerknęła na zegar. Prawie szósta. Pewnie wraca 
wujek Lewis, zmęczony i głodny jak wilk.

- Gdzie jedzonko? - spytał, gdy zbiegła do kuchni. Rzucił 

na krzesło szoferską czapkę z daszkiem i zręcznie otworzył 
puszkę coli.

background image

24

- Zaraz podaję. Nie wiedziałam, o której przyjedziesz.
- Ja  też  nie.  Tłukę  się  po  mieście  przez  cały  dzień.  Z 

panienkami na stadion, ze starszą panią na zebranie, potem 
znów  na  stadion...  -  Lewis  usiadł  przy  stole  i  pociągnął 
długi łyk prosto  z puszki. - Poczekałem na koniec meczu i 
zawiozłem  je  na  kolację.  Mam  po  nie  przyjechać  o 
dziesiątej.

- Widziałeś chociaż kawałek meczu? - Paula włożyła do 

mikrofalówki resztkę pieczeni.

- Szkoda  mi  było  czasu  na  oglądanie  wpadających  na 

siebie koni ź obandażowanymi pęcinami i bandy jeźdźców, 
usiłujących trafić w małą piłeczkę.

- Dochód  z  tej  imprezy  przeznaczony  jest  na  cele  do-

broczynne. Poza tym to rozrywka, jak na przykład rodeo.

- Wolę  rodeo.  Przynajmniej  można się dowiedzieć,  jak 

najlepiej spętać cielaka czy ujeździć wierzchowca.

- O  ile  pamiętam,  lubiłeś  się  popisywać.  Pamiętasz 

tamto rodeo, na którym...

- Byłem niezły, co? - Lewis uśmiechnął się z satysfak-

cją. - Znałem się na rzeczy.

- Jasne.  -  Paula  uformowała  łyżką  placuszki  z  ziem-

niaczanego  puree,  posypała  je  mieloną  papryką  i  położyła 
na rozgrzanej patelni. - Ale muszę cię oświecić, wujku. Polo 
też ma swoich zagorzałych fanów.

- Hmm.  -  Lewis  wzruszył  ramionami  i  wsadził  nos  w 

gazetę.

- Niektórzy  gracze  cieszą  się  światową  sławą.  -  Paula 

przewróciła placki na drugą  stronę i włożyła do piekarnika 
kilka  babeczek.  -  Zdradzić  ci  sekret?  -  spytała  teatralnym 
szeptem, kładąc na blacie dwa nakrycia, lecz Lewis nadal

background image

25

nie  okazywał  zainteresowania.  -  Wczoraj  wieczorem  tań-
czyłam z najsłynniejszym graczem.

- Akurat.
- Serio.  Z  tym,  którego  nazywają  księciem  polo.  Jest 

bajecznie  bogaty,  znany  i  niesamowicie  przystojny.  I  po-
prosił mnie do tańca.

- Nie  mówisz  poważnie  -  mruknął  Lewis,  lecz  tym 

razem zerknął  na  nią  z  zainteresowaniem.  -  Obyś,  u  licha, 
żartowała.

- To było takie zabawne. Pracowałam dla Harry'ego na 

balu  u  państwa  Moodych.  Właśnie  układałam  w  kuchni 
kanapki,  coś  tam  nuciłam  i  trochę  podrygiwałam.  No  i  on 
nagle  tam  wszedł.  Mimo  maski  od  razu  go  rozpoznałam. 
Wiele o nim słyszałam i widziałam jego zdjęcie w gazecie. -
Kończąc  przygotowywanie  kolacji,  Paula  opowiedziała,  co 
było  dalej.  -  On  jest  wspaniałym  tancerzem,  a  ja  nie 
tańczyłam od niepamiętnych czasów, więc...

- Jezu  Chryste!  Pani  Ashford  obedrze  cię  żywcem  ze 

skóry.

- Coś ty. Nikt mnie nie widział.
- Zaraz,  zaraz.  Tańczyłaś  na  parkiecie  z  facetem,  na 

którego poluje każda dziewczyna w tym kraju i uważasz, że 
nikt tego nie zauważył?

- Nie  mieli  pojęcia,  kim  jestem,  bo  on  założył  mi  ma-

skę.  -  Paula  postawiła  na  blacie  talerze  z  jedzeniem.  -Gdy 
wybiła północ i wszyscy zaczęli je zdejmować, zwiałam co 
sił w nogach.

- Całkiem  zwariowałaś.  Na  pewno  cię  poznali.  Nie 

miałaś żadnego przebrania.

- Owszem, miałam. Szkoda, że nie słyszałeś, jak dzi

background image

26

siaj rano Rae i Whitney zachodziły w głowę, kto przyszedł 
w stroju pokojówki! - Paula omal nie zakrztusiła się łykiem 
mrożonej  herbaty.  Teraz,  gdy  zagrożenie  minęło, 
wczorajszy  incydent  wydał  się  jej  szalenie  zabawny.  Ale 
wujkowi wcale nie było do śmiechu.

- Popełniłaś niewybaczalne głupstwo.
- Och,  przestań  piorunować  mnie  wzrokiem.  Przecież 

nic  się  nie  stało.  Tyle  tylko,  że...  -  Paula  musnęła  palcami 
szyję -  gdzieś  zgubiłam  naszyjnik,  który  dałeś  mi  na  uro-
dziny.  Pamiętasz,  ten  z  wisiorkiem  w  kształcie  podkówki. 
Wszędzie go szukałam, ale...

- Stracisz  dużo  więcej,  zadając  się  z  takim  nadzianym 

ważniakiem.  Że  też  musiałaś  spotkać  właśnie  jego.  Co  za 
pech!  Nie  wiesz,  że  starsza  pani  nie  lubi,  gdy  ktoś  przy-
ćmiewa jej dziewczynki? Nie chcę, żebyś prowadzała się z 
jakimś półgłówkiem z wyższych sfer.

- Na litość boską, wujku! Z nikim się nie prowadzam, to 

był tylko jeden taniec!

Jednak  gdy  sprzątała  ze  stołu,  na  jej  ustach  błąkał  się 

marzycielski  uśmiech.  Nawet  nie  zauważyła,  że  Lewis 
spogląda na nią z troską.

Stadion  do  gry  w  polo  wyglądał  jak  falujące  morze 

kolorów.  Gracze  wjechali  na  trawę  i  ustawili  się  przed 
pierwszą  rozgrywką.  Jednak  Brad  Vandercamp  myślami 
błądził bardzo daleko.

- Gdzie jest loża państwa Moodych i jak ma na imię ich 

córka? - spytał swego przyjaciela Carla.

- Sheila. - Carl przyglądał się mu w zamyśleniu. - Ale to 

nie jest dobry pomysł.

background image

27

- Czyżby?
- Ledwo  nadziany  Brad  Vandercamp  rzuci  okiem  na 

młodą  damę,  jej  zaraz  przychodzi  do  głowy  Bóg  wie  co. 
Uważaj, stary, żebyś nie wpadł.

- Daj  spokój,  Carl!  Chciałem  tylko  podziękować  za 

udany wieczór i...

- Akurat! I  co  im powiesz?  Że pragniesz poznać  lepiej 

tę  apetyczną  pokojóweczkę,  z  którą  tańczyłeś  na balu?  Do 
licha, Brad! Chcesz, żeby ta dziewczyna straciła pracę?

- Skądże znowu. Ja tylko...
- Lepiej pokręć się koło wyjścia dla służby.
- Jak  jakiś  polujący  na  okazję  smarkacz?  Chyba  sobie 

ze mnie żartujesz.

- No dobrze, rób, jak chcesz, chłopie. - Carl zmierzył go 

badawczym  spojrzeniem.  -  Tylko  raz  z  nią  zatańczyłeś. 
Dlaczego tak ci zależy, żeby ją odnaleźć?

Brad  zbył  pytanie  wzruszeniem  ramion.  Sam  nie  rozu-

miał swego postępowania.

Odruchowo  przesunął  między  palcami  spoczywający  w 

kieszeni  złoty  łańcuszek  i  głęboko  się  zamyślił.  Dlaczego 
miał przeczucie, że jeśli nie odszuka tej uroczej blondynki, 
utraci coś niezwykle cennego?

Czyste  szaleństwo,  podsumował  w  duchu,  lecz  coś  po-

pychało go do działania.

Ruszył  w  stronę  loży  Moodych  i  nawet  nie  usłyszał 

pożegnalnego ostrzeżenia Carla:

- Pilnuj się,' bracie!

background image

ROZDZIAŁ TRZECI

W niedzielę Mamie Ashford i jej córki wstały prawie w 

południe,  ponieważ  czuły  się  nieco  zmęczone  minionym 
tygodniem,  obfitującym  w  liczne  atrakcje  towarzyskie.  Od 
rana padało i było dosyć chłodno, lecz w saloniku było cie-
pło  i  przytulnie,  toteż  panie  nad  wyraz  długo  raczyły  się 
przygotowanym przez Paulę pysznym śniadaniem.

W  niedzielę  Paula  miała  co  prawda  wychodne,  jeśli 

jednak była w domu, co zdarzało się często, to chlebodaw-
czyni  wiedziała,  jak  wykorzystać  jej  obecność.  Potrafiła 
wezwać Paulę nawet wówczas, gdy dziewczyna umknęła do 
położonego nad garażem mieszkanka wujka Lewisa.

Jednak  dzisiaj  Paula  chętnie  zeszła  do  kuchni,  chciała 

bowiem  posłuchać  opowieści  o  wczorajszym  meczu  polo. 
Niewiele  wiedziała  o  tej  dyscyplinie  sportu,  lecz  znała  się 
świetnie  na  koniach.  Potrafiła  sobie  zatem  wyobrazić,  ja-
kich jeździeckich umiejętności wymaga gra, w której bierze 
udział  tyle  wierzchowców.  Ciekawie  nadstawiała  uszu, 
dokładając  do  koszyka  bułeczki  domowego  wypieku  i  ko-
lejny raz dolewając paniom kawy.

- Chyba  mnie  nie  zauważył  -  jęknęła  rozżalona  Whit-

ney.  -  Loża  cioci  Sally  jest  fatalnie  usytuowana;  w  ogóle 
nas nie było widać. Trzeba było usiąść gdzie indziej.

background image

29

- A niby gdzie miałybyśmy przycupnąć, moja panno?

background image

- skarciła ją matka. - Powinnaś być wdzięczna ciotce, że w 
ogóle nas zaprosiła.

- On i tak był zainteresowany wyłącznie Sheilą Moo-dy 

- stwierdziła z wyraźną satysfakcją Rae.

- Nic  dziwnego,  skoro  tak  mizdrzyła  się  do  niego,  że 

nie mogłam na to patrzeć.

Rae parsknęła śmiechem.

-  Ciekawe,  skoro  przez  cały  czas  pożerałaś  Brada  i 

Sheilę wzrokiem.

- Wcale nie! Ja tylko...
- Dziewczynki,  dziewczynki!  -  karcącym  tonem  ode-

zwała się ich matka.

- Nie  pojmuję,  dlaczego  ona  tak  się  uwzięła  na  tego 

Vandercampa  -  prychnęła  Rae.  -  Jakby  nie  było  innych 
interesujących mężczyzn.

- On jest najlepszą partią! I przestań się wymądrzać, bo 

sama  mdlałaś  z  wrażenia,  gdy  przyjaciel  Brada,  lord  Carl 
Wormsley,  hrabia  czegoś  tam,  zatańczył  z  tobą  trzy  razy. 
On może i ma tytuł, ale to kompletny golec!

- Widzę,  że  dokładnie  sprawdziłaś  stan  finansów  każ-

dego potencjalnego kandydata na męża...

- Wieści szybko się rozchodzą! - wycedziła Whitney.

- Plotka głosi, że hrabiowski tytuł jest na sprzedaż dla tego, 
kto da najwięcej, czyli ty odpadasz!

Paula przestała słuchać. Z rozmowy wynikało tylko tyle, 

że Whitney jest wściekła jak diabli.

Kilka  dni  później  miała  jeszcze  więcej  powodów  do 

złości, ponieważ książę złożył wizytę Sheili Moody.

- Przyszedł tylko  raz, a  Ada Moody już  wietrzy  wielki 

romans - oświadczyła wzburzona pani Ashford. - Dam

background image

31

głowę,  że  zdążyła  oblecieć  wszystkie  sklepy  ze  ślubnymi 
sukniami.

Z  romansu  nic  nie  wyszło,  a  Whitney  poweselała,  gdy 

panie  Ashford  otrzymały  ekscytujące  zaproszenie.  Brad 
Vandercamp  wydawał  przyjęcie  na  pokładzie  swojego  ja-
chtu „Renegat", który miał odbyć rejs wzdłuż wybrzeża. W 
programie przewidziano uroczystą kolację i tańce w świetle 
księżyca.

Organizacją  przyjęcia  zajmował  się  Harry,  który  na-

tychmiast zaproponował pracę Pauli. Ona jednak uznała, że 
byłoby to zbyt ryzykowne posunięcie.

A  może  wcale nie... Przecież książę  na pewno  zdążył o 

niej zapomnieć, ona zaś...

No  tak,  bardzo  chciałaby  zobaczyć  ten  słynny  jacht, 

podobnie  jak  jego  właściciela.  Nigdy  nie płynęła  statkiem, 
nie mówiąc już o jachcie. A ten podobno był ósmym cudem 
świata.

Właściwie  czemu  miałaby  się  nie  zgodzić?  Przy  takiej 

liczbie  gości  jest  wprost  nieprawdopodobne,  że  gospodarz 
zwróci  uwagę  na  jedną  kelnerkę.  Zwłaszcza  jeśli  ona  po-
stara się omijać go z daleka.

Rozpoznał  ją  natychmiast,  gdy  tylko  weszła  na  trap. 

Uśmiechnął  się  i  podał  lornetkę  stojącemu  obok  stewar-
dowi.

- To ona.
Steward skinął głową i pośpiesznie odszedł, a Brad znów 

skierował lornetkę na dziewczynę. Był szczęśliwy, że udało 
mu się ponownie zobaczyć tę śliczną, uśmiechniętą buzię.

background image

Wbiegając po trapie, Paula z zaciekawieniem rozglądała 

się dookoła.  Chłonęła  wzrokiem  wszystkie  szczegóły, idąc 
za Harrym po nieskazitelnie czystym pokładzie, a następnie 
schodząc  po  spiralnych schodach  do  wielkiej  kuchni.  Były 
tu  piekarniki,  lodówki,  szafki  i  sprzęty,  których 
wystarczyłoby dla średniej wielkości hotelu.

- Paula, kotku, włóż to do lodówki, dobrze? - zawołała 

Ruth, asystentka Harry'ego. - Niezła łajba, co?

- Owszem.  -  Paula  wzięła  pudło  z  krewetkami.  -  Jej 

właściciel chyba lubi luksus.

- Podobno wcale nie pływa tym jachtem.
- Naprawdę?
- Woli  szybsze  środki  transportu.  Do  San  Diego  przy-

leciał własną awionetką.

- To po co mu jacht?
- Któż  to  wie?  -  Ruth  wzruszyła  ramionami.  -  Pewnie 

kręci  nosem  nawet  na  pięciogwiazdkowe  hotele  i  dlatego 
podczas  pobytu  u  nas  postanowił  mieszkać  na  pokładzie 
„Renegata". Ma przyzwoitą chatę, nie sądzisz?

- Tak, niebrzydką.
- Jedno  jest  pewne  -  paplała  Ruth  -  pracując  dla  Har-

ry'ego,  człowiek  przynajmniej  zobaczy,  jak  żyje  lepsza 
połowa świata.

Święta racja, pomyślała Paula i bezwiednie się uśmiech-

nęła. To zabawne, ale przygotowując krewetki, mogła usły-
szeć o księciu więcej, niż wiedziała o nim Whitney.

- Samo  cumowanie  w  tej  przystani  kosztuje  majątek  -

dodała Ruth. - Dwa tysiące dziennie plus koszty utrzymania 
załogi, czyli razem około ośmiu-dziesięciu tysięcy.

- Aż tyle? - Paula oniemiała z wrażenia.

background image

33

- Jasne. O takie cacko musi dbać sporo ludzi, potrzebni 

są też wykwalifikowani marynarze i stado służby.

- I to wszystko dla jednej osoby...
- Och,  śmiem  wątpić,  czy  on  często  bywa  tutaj  sam, 

kotku. Podobno  zawsze  ma na pokładzie  jakąś interesującą 
panienkę.

- Serio?  -  To  też  umknęło  uwagi  Whitney.  Czy  ta  pa-

nienka jest teraz...

- Aktualnie  nikt  mu  nie  towarzyszy.  -  Ruth  jakby czy-

tała w myślach Pauli. - Słyszałam, że ostatnio romanso wał 
z  jakąś  Włoszką,  ale  zostawił  ją  w  Europie.  Chyba  szybko 
nudzi się kolejnymi panienkami.

Paula przypomniała sobie figlarne błyski w oczach Brada 

Vandercampa,  jego  ujmujący  uśmiech.  Ten  mężczyzna  nie 
wyglądał  na  znudzonego,  ale...  może  na  początku 
znajomości  zawsze  nadskakiwał  partnerce,  a  potem... 
Gniewnie  potrząsnęła  głową.  Przecież  na  tamtym  balu  nic 
się  nie  zaczęło!  Matko  święta,  była  równie  głupia,  jak 
Whitney. Wystarczył jeden taniec i...

- Dlatego  często  urządza  tutaj  różne  imprezy  -  konty-

nuowała  Ruth.  -  Na  tym  jachcie  jest  mnóstwo  sypialni, 
pewnie bardzo luksusowych. A te półki z zapasami wina! W 
życiu  nie  widzia...  -  Ruth  raptownie  urwała,  ponieważ  do 
kambuza  wszedł  mężczyzna  w  nieskazitelnie  białym 
smokingu.

- To  pan  McCoy  -  przedstawił  go  Harry.  -  Jest  tu 

stewardem  i  dzisiaj  będziemy  współpracować  z  nim  oraz 
jego  zespołem. Jak  sami  wiecie,  bary  i  bufety  znajdują  się 
na  obu  pokładach  oraz  w  kilku  salonach.  Każde  z  was 
zostanie teraz przydzielone do określonego miejsca, gdzie

background image

będzie  pracować  w  asyście  co  najmniej  jednego  członka 
stałej załogi jachtu.

Obaj  mężczyźni  przez  chwilę  ustalali  szczegóły  i  wy-

dawali polecenia. Paula nie została nigdzie wysłana, uznała 
więc,  że  ma  zostać  w  kuchni  i  przygotowywać  półmiski  z 
przekąskami  oraz  gorące  dania,  które  należało  poustawiać 
na specjalnych wózkach. Jednak pan McCoy wstał zza stołu 
i poprosił, aby gdzieś z nim poszła.

Poprowadził ją  niezliczonymi  zakamarkami aż na górny 

pokład, gdzie kartą magnetyczną otworzył jakieś drzwi.

Paula weszła do wnętrza i rozejrzała się wokoło. Była w 

przestronnym, lecz niewątpliwie prywatnym salonie,
o czym świadczył stolik nakryty dla dwóch osób.

Miała  zająć  się  tylko  dwojgiem  gości?  Odwróciła  się, 

aby  spytać  o  to  stewarda,  lecz  on  tylko  uprzejmie  skłonił 
głowę  i  pośpiesznie  wyszedł.  Ponownie  rozejrzała  się  po 
gustownie  urządzonym  wnętrzu.  Na  barku,  w  kubełku  z 
lodem,  stała  butelka  najlepszego  szampana,  a  obok  znaj-
dował się wspaniale zaopatrzony bufet.

Paula z doświadczenia wiedziała, że usługiwanie parze to 

sama rozkosz. Skoro dwoje ludzi je kolację na osobności, to 
znaczy,  że  chcą  być  sami.  Należy  więc  podać  im  dania  i 
dyskretnie się wycofać. Gorzej będzie ze znalezieniem drogi 
powrotnej do kambuza... Paula zachichotała, rozbawiona tą 
myślą.

A na razie rzeczywiście warto zobaczyć, jak żyje lepsza 

połowa świata.

Wielka,  półkolista  kanapa  zajmująca  jeden  róg  pomie-

szczenia miała tapicerkę w różnych odcieniach szmaragdu
i przywodziła na myśl falującą powierzchnię morza. Na

background image

35

niskim  stoliku  pysznił  się  bukiet  wspaniałych,  złocistych 
chryzantem.  Wyglądały  tak,  jakby  zawdzięczały  swoją 
barwę  promieniom  słońca,  w  których  skąpane  było  wy-
brzeże  uwiecznione  na  obrazie  zajmującym  całą  ścianę. 
Wszystko  w  tej  kajucie  świadczyło  o  dobrym  smaku  i  za-
sobności właściciela.

Paula zauważyła kolejne drzwi i leciutko je uchyliła. Za 

nimi  była  utrzymana  w  błękitnej  tonacji  sypialnia. 
Wchodząc do środka, Paula nagle poczuła pod stopami ruch 
pokładu.  Boże,  już  odpływali!  Lada  moment  mogli  zjawić 
się  goście.  Tylko  tego  brakowało,  żeby  przyłapali  ją  na 
myszkowaniu po kątach. Pośpiesznie się cofnęła i zamknęła 
drzwi.

W samą porę, pomyślała, słysząc czyjeś kroki. Po chwili 

do kajuty wszedł wysoki mężczyzna.

Książę We własnej osobie.

Oczywiście, że on. Któżby inny? Dlaczego od razu na to 

nie  wpadła?  Człowiek,  który  podczas  balu  porywa  na 
taneczny  parkiet  pokojówkę,  zapewne  nie  widzi  nic  nie-
stosownego  w  tym,  że  podczas  wydawanego  przez  siebie 
przyjęcia  urządza  sobie  schadzkę  z  jakąś  interesującą  pa-
nienką. ..

Zdumiała ją własna reakcja. Nie powinno jej obchodzić, 

co  on  robi,  z  kim  i  kiedy.  Nie  potrafiła  jednak  poskromić 
swej ciekawości. Jak wygląda ta dziewczy na? Gdzie może 
być w tej chwili? Paula spojrzała w głąb korytarza, lecz był 
pusty.

- Witam po raz drugi - powiedział Brad.

Spojrzała na niego spłoszona. Boże, takiej ewentualności 

zupełnie nie brała pod uwagę. Rozpoznał ją...

background image

- Dobry  wieczór,  sir.  -  Postanowiła  zachowywać  się 

profesjonalnie. - Co panu podać? Drinka czy...

- Pani  pozwoli.  -  Książę  wyjął  z  kubełka  butelkę 

szampana,  odkorkował  ją  i  napełnił  dwa  kieliszki.  Podał 
jeden  Pauli  i  lekko  dotknął  go  brzegiem  swojego.  - Wy-
pijmy za nas.

Co  on  wyprawia?  Paula  energicznie  odstawiła  swój 

kieliszek.

- Dziękuję, sir, ale nie piję alkoholu podczas pracy.
- Dzisiaj jest pani moim gościem.
- Eee... słucham? - A cóż to za gierki?
- Powiedziałem,  że  jest  pani  moim  gościem.  Proszę 

bardzo... - Odsunął krzesło i uśmiechnął się.

Paula ani drgnęła.

- Zechce  pani  usiąść  -  poprosił  książę.  -  Zorganizo-

wanie  tego  spotkania  nie  było  łatwe,  więc  spróbujmy  się 
odprężyć i cieszyć chwilą.

Paula  dostrzegła  w  jego  oczach  swawolny  błysk.  Przy-

pomniała  sobie  wszystko,  co  słyszała  o  młodym  Vander-
campie.

Wcale  nie  podobała  jej  się  ta  najwyraźniej  dwuznaczna 

sytuacja.  Sama  ze  znanym  playboyem,  zamknięta  w  jego 
prywatnym apartamencie na jachcie płynącym po Pacyfiku.

Chwileczkę...  Zamknięta?  Natychmiast  zaschło  jej  w 

gardle. Szybko podeszła do drzwi. Otworzyła je bez trudu i 
poczuła, że rumieni się ze wstydu.

- Chyba nie zamierza pani znów umknąć, Kopciuszku?
- Nie nazywam się tak - odparła gniewnie.

background image

37

- Ale  uciekła  pani  z  balu,  gdy  zegar  wybijał  północ. 

Proszę zostać. Dlaczego tak się pani złości?

- Wcale  się  nie  złoszczę,  tylko...  Nie  uprawiam  tego 

typu gierek, panie Vandercamp.

- Tak bym tego nie nazwał...
- Dobrze  pan  wie,  o  co  mi  chodzi.  Przyszłam  tu  do 

pracy, a zostałam wmanewrowana w... w coś takiego!

- A  cóż  w  tym  złego?  Jak  inaczej  miałem  panią 

odnaleźć?

- Słucham?
- Nie znałem pani nazwiska ani adresu. Nie wiedziałem 

nawet, gdzie pani pracuje. Przypuszczałem, że dla państwa 
Moodych,  w  związku  z  tym  złożyłem  im  kilka  wizyt,  ale 
nigdzie  pani  nie  zauważyłem.  Na  szczęście  Sam  Moody 
wspomniał,  jaka  firma  organizowała  ich  bal  maskowy, 
więc...

- Dlaczego po prostu nie spytał pan o mnie Harry'ego? 

Byłoby prościej.

- Tak  pani  sądzi?  Oczywiście,  rozważałem  to,  ale  pan 

Harry  niechętnie  udziela  informacji  o  pracownikach.  Rze-
komo  dla  ich  dobra,  lecz  chyba  bardziej  dla  swojego.  Nie 
lubi, gdy ktoś podkupuje jego personel.

- Och.
- Zresztą,  co  miałbym  powiedzieć?  Że  szukam  blon-

dynki?  A  raczej  złotowłosej  piękności  ze  śmiejącymi  się, 
niebieskimi  oczami.  Wzrost  około  metra  sześćdziesięciu, 
zgrabna.  Wspaniale  tańczy...  a  w  moich  ramionach  była 
lekka jak piórko.  - Usta Vandercampa drgnęły. - Taki opis 
mógłby  wywołać  pewne...  niewłaściwe  skojarzenia.  Wo-
lałem tego uniknąć. To chyba oczywiste, prawda?

background image

- Tak.  -  Paula  pomyślała,  że  jego  uśmiech  jest 

zaraźliwy.

- Z  kolei  wynajęcie  prywatnego  detektywa  wydawało 

mi  się  nie  na  miejscu.  Zupełnie  jakbym  chciał  odnaleźć 
jakiegoś przestępcę lub miał złe zamiary.

- Tak, to byłoby trochę głupie - przyznała z wahaniem.
- Właśnie.  A  zatem  już  pani  wie,  dlaczego  dzisiaj  na 

pokładzie „Renegata" jest przyjęcie.

- Tyle zachodu... Po co to wszystko?
- Już  powiedziałem.  Poszukiwania  nie  były  łatwe.  Nie 

znałem  pani  nazwiska  ani  imienia.  Prawdę  mówiąc,  nadal 
nie znam.

- Chodzi mi o coś innego. Chciałabym się dowiedzieć, z 

jakiego powodu postanowił pan mnie odszukać.

- Dobrze  nam  się razem tańczyło,  prawda?  -  odparł po 

chwili wahania.

- To żaden powód.
- Na początek  wystarczy. Może  odkryjemy jeszcze  kil-

ka innych  rzeczy, które  moglibyśmy robić  razem? Co  pani 
na to?

Znów dostrzegła figlarne ogniki w jego oczach.
- Nie... nie wydaje mi się, żebym...
- Och, proszę  się niczego nie obawiać. Jestem  dżentel-

menem. Aha, jeszcze jedno - dodał pośpiesznie, jakby sobie 
o  czymś  przypomniał.  -  Pragnę  oddać  pani  własność.  -
Wyciągnął rękę i rozchylił palce.

- Mój  naszyjnik!  -  Paula  nie  posiadała  się  z  radości.  -

Znalazł go pan!

- Właściwie  został  mi  w  dłoni,  gdy  pani  uciekła.  Ale 

łańcuszek pękł, więc...

background image

- Więc  go  pan  naprawił.  Nie,  wymienił  na  inny.  -  Od 

razu spostrzegła, że nowy jest cięższy i niewątpliwie  droż-
szy.  Chyba  nie  powinna  go  przyjąć,  ale  bardzo  lubiła  ten 
wisiorek.  -  Dziękuję.  -  Rozpromieniona  spojrzała  na  Van-
dercampa.  -  Ten  drobiazg  ma  dla  mnie  szczególne  zna-
czenie.

- Lubi panie konie? - Brad dotknął złotej podkówki.
- Uwielbiam!
- Wiedziałem!  Kobieta  w  moim  stylu.  -  Ujął  ją  pod 

ramię  i  poprowadził  do  stołu.  -  Proszę  usiąść.  Coś  zjemy, 
wypijemy i trochę pogawędzimy.

- Dziękuję,  ale  muszę  odmówić,  panie  Vandercamp. 

Doceniam pański gest, lecz...

- Na imię mi Brad. - Podał jej kieliszek. - A pani?

background image

40

ROZDZIAŁ CZWARTY

- Prawie  niczego  nie  tknęłaś  -  stwierdził  Brad,  zabie-

rając ze stołu miseczki na sałatę. - Nie jesteś głodna?

- Właściwie  to...  -  Mam  wrażenie,  że  nagle  znalazłam 

się  w  bajkowym  świecie,  pomyślała.  Jednak  to  wszystko 
dzieje  się  naprawdę.  -  Nie  przywykłam,  by  ktoś  mi  usłu-
giwał. - Spróbowała się uśmiechnąć.

- Ciesz  się  z  chwilowej  odmiany.  Spełnię  każde  twoje 

życzenie, piękna pani.

Poczuła  rozkoszny  aromat  firmowego  specjału  Har-

ry'ego.  Odruchowo  spojrzała  na  pięknie  ułożone  plastry 
soczystej  wieprzowiny  w  ziołowym  sosie,  jędrną  fasolkę 
szparagową i dziki ryż.

- O czym tak medytujesz?
O  tym,  jak  żyje  lepsza  połowa  świata,  miała  ochotę 

odpowiedzieć.

- Że to naprawdę pyszne.
- A  zatem  jedzmy! I  nie  rób  takiej  miny, jakbyś  znów 

zamierzała wcielić się w postać Kopciuszka!

- Słucham?'
- Coś mi się wydaje, że rozważasz pomysł ucieczki.

background image

- Czuję  się  trochę  niezręcznie  -  przyznała  szczerze.  -

Przecież zostawiłeś swoich i...

background image

42

- Każdego,  kto  wchodził  na  pokład,  osobiście  powi-

tałem.

- Ale teraz jesteś tutaj, a oni...
- A  oni  jedzą  i  piją.  Mają  do  dyspozycji  oba  pokłady, 

salę  balową  i  kajuty.  Wątpię,  żeby  szybko  za  mną 
zatęsknili.

- Ale  ty...  -  Urwała,  zaskoczona  nieoczekiwanym  od-

kryciem.  Brad  naprawdę  nie  wiedział,  że  to  on  stanowi 
główną atrakcję przyjęcia.

- Tak? Co chciałaś powiedzieć?
- Powinieneś być teraz z przyjaciółmi, zamiast ukrywać 

się przed nimi.

- Staram  się  pozyskać  nowego  przyjaciela.  I  uznałem, 

że  będąc  tylko  we  dwoje,  lepiej  się  poznamy.  Dlatego...  -
Zamarł  z  widelcem  w  połowie  drogi  do  ust.  -  Mówisz,  że 
się  ukrywam?  Hmm,  o  tym  nie  pomyślałem.  Wolałabyś 
pokręcić się między ludźmi?

- Nie!
- Cóż, może to dobry pomysł. - Brad jakby nie usłyszał 

jej gwałtownego zaprzeczenia. - Wynająłem ten sam zespół, 
który grał na balu maskowym. Chodźmy potańczyć!

- Jasne.  -  Musnęła  dłonią  swój  uniform.  -  Mam  sto-

sowny strój.

- To  żaden  problem.  Moja  matka  nosi  chyba  ten  sam 

rozmiar, co ty, a trzyma tu  mnóstwo garderoby. Po  kolacji 
przyniosę  ci  jakąś  wieczorową  suknię.  -  Brad  był 
najwyraźniej zachwycony swoim pomysłem.

- Chcesz, żebym straciła obie prace?
- Myślisz,  że  Harry...  Dwie?  Chcesz  powiedzieć,  że 

pracujesz na dwóch etatach?

background image

43

- Jestem  również  pomocą  domową  u  pani  Ashford. 

Zaprosiłeś  ją  wraz  z  córkami  na  przyjęcie.  Gdyby  mnie 
zobaczyły...  -  Uwieszoną  na  ramieniu  ich  wymarzonego 
księcia, wpadłyby w szał, dokończyła w myśli. - Nie byłyby 
zachwycone,  widząc  mnie  wśród  gości  -  stwierdziła 
oględnie.

- Rozumiem.  Zrobimy,  jak  zechcesz.  Zresztą  wolę  po-

rozmawiać  z  tobą  bez  świadków.  A  czemu,  jeśli  wolno 
spytać, masz tyle obowiązków?

- Niektórzy z nas muszą zarabiać na życie - palnęła bez 

zastanowienia i natychmiast pożałowała swej złośliwości.

- No,  to  nie  zostaje  ci  dużo  czasu  na  konną  jazdę  -

stwierdził spokojnie.

- Na konną jazdę?
- Wspomniałaś, że uwielbiasz konie. - Gestem wskazał 

złotą podkówkę na jej szyi.

- Owszem, ale te konie i tak są daleko stąd.
- Należą do ciebie?
- Skądże.  Z  wyjątkiem  jednego.  -  Uśmiechnęła  się  do 

swoich  wspomnień.  -  To  klacz,  którą  nazwałam  Błyska-
wica. Zawsze była dzika,' trudna do  ujeżdżenia, więc Jake, 
jej  właściciel,  sprzedał  ją  mojemu  tacie  za  grosze.  A  tata 
trocheja  ułożył  i  podarował  w  charakterze  gwiazdkowego 
prezentu.  Nadal  jest  szybka,  pełna  wigoru,  taka...  to  fan-
tastyczny wierzchowiec.

- Tęsknisz za nią, prawda?
- Bardzo. I za... - Za mamą, tatą i zielonymi wzgórzami 

okalającymi ranczo. - Brakuje mi tamtych stron.

- Gdzie one są?

background image

44

- W  Wyomingu.  Mój  tata  jest  robotnikiem  na  ranczu 

państwa Randolphów.

- Długo tam mieszkałaś?
- Od urodzenia aż do ubiegłego roku.
- I podobało ci się takie życie?
- O  tak.  Mieliśmy  własny  dom,  w  pobliżu  płynął  stru-

mień, kiedyś odkryłam też jaskinię. Wspaniale jest dorastać 
w takim miejscu.

Brad  w  głębokim  zamyśleniu  patrzył  na  jej  rozpromie-

nioną buzię.

- Miejsce  nie  ma znaczenia  -  odparł  z  namysłem.  - Ty 

sprawiasz, że każde staje się nadzwyczajne.

- Ja?
- Oczywiście.  Niezależnie  od  tego,  gdzie  jesteś  lub  co 

robisz,  zawsze  sprawiasz  wrażenie  uradowanej.  Powiedz, 
dlaczego mieszkasz tutaj, skoro tak kochasz to ranczo?

- Och,  mam  pewne  plany,  lecz  daleko  jeszcze  do  ich 

realizacji. Dość już o sobie powiedziałam, chciałabym teraz 
usłyszeć coś o tobie.

- Zgoda.  Od  czego  by  tu  zacząć...  Wychowałem  się  w 

hrabstwie  Surrey,  w  Balmour,  rodzinnej  posiadłości  mojej 
matki.

- Och, nie chodzi mi o informacje, które można znaleźć 

w  każdym  brukowcu.  Opowiedz,  jaki  naprawdę  jesteś,  co 
lubisz.  Chociaż...  to  pewnie  też  można  przeczytać  w 
plotkarskich  czasopismach.  -  Paula  trochę  się  stropiła.  -
Podobno fantastycznie grasz w polo i dlatego nazywają cię 
księciem.

- Nie  jestem aż  taki  dobry.  A  przydomek  zyskałem  na 

studiach w akademii wojskowej w Sandhurst. Jako jedyny

background image

45

facet  w  drużynie  nie  miałem  prawdziwego  tytułu.  To  był 
taki żart.

- Nie przeszkadzało ci to?
- Co? Ten żart?
- Nie, brak tytułu.
- Boże drogi, nie! W Anglii jest utytułowanych ludzi aż 

w nadmiarze. - Brad roześmiał się żywiołowo.

- Musisz  jednak  dobrze  grać  w  polo,  skoro  jesteś  w 

drużynie. To chyba dość skomplikowana gra.

- Nigdy nie widziałaś meczu?
- Nie.
- Pora naprawić ten błąd. Gramy we wtorek, załatwię ci 

miejsce w loży.

- Nie,  nie  trzeba!  I  tak  pewnie  nie  mogłabym  przyjść. 

Lepiej sam opowiedz mi o grze...

- Później. - Nie chciał rozmawiać z nią o polo. -Chodź, 

wypijemy kawę na dworze.

- O rany! - zawołała, gdy Brad odsunął szklane drzwi i 

wyszedł na zewnątrz. - Jak mogłam tego nie zauważyć?

- Czego?
- Tego  prywatnego  pokładu!  Przegapiłam  go,  bo  sku-

piłam  się  na  wnętrzu.  Myszkowałam  tu  i  ówdzie...  Mam 
nadzieję,  że  mi  wybaczysz.  -  Zanim  zdążył  zapewnić,  że 
wybaczyłby  jej  wszystko,  ona  już  stała  przy  relingu,  wpa-
trzona  w  dal.  Silny  wiatr  porwał  z  jej  włosów  koronkową 
przepaskę,  lecz  Paula  nawet  tego  nie  zauważyła,  zachwy-
cona  oszałamiającym  widokiem.  -  Ależ  pięknie  -  szepnęła 
niemal z nabożną czcią.

Brad  skinął  głową,  nieoczekiwanie  poruszony  wspania-

łym zachodem słońca. Dlaczego wcześniej nie zachwycił

background image

46

go  ten  cud  natury?  Wielka  złocistoczerwona  kula  powo-
lutku zanurzała  się w pociemniałych  falach, rzucając blask 
na  powierzchnię  oceanu  i  barwiąc  niebo  kolorami  tęczy. 
Trudno  było  powiedzieć,  gdzie  przebiega  granica  między 
wodą i niebem.

- Coś  takiego  podnosi  na  duchu,  prawda?  -  spytała 

Paula.  -  Pamiętam,  co  mawiał  mój  tata.  Dopóki  słońce 
zachodzi,  a na nieboskłonie pojawia się księżyc,  wiadomo, 
że  ktoś  tam  na  górze  wie,  co  robi,  i  świat  jeszcze  nie 
zwariował.

- Filozof z twojego taty.
- Chyba  tak.  Często  prawi  takie  mądrości.  -  Paula 

umilkła.  Pochłonięta  podziwianiem  pejzażu,  długo  nie  od-
rywała wzroku od spienionych fal. W końcu odwróciła się i 
westchnęła, - Powinnam mieć wyrzuty sumienia.

- Dlaczego?
- Bo zamiast zwijać się w kambuzie... - Zawahała się i 

wzruszyła ramionami. - Bezmyślnie gapię się na morze.

- Bzdura. - Zapragnął, aby zawsze była taka pogodna i 

zachwycona. - Nie powinnaś czuć się winna.

- I wcale się nie czuję - przyznała ze śmiechem. -Wiesz, 

właściwie  pierwszy  raz  żegluję.  Nie  licząc  wypraw  z 
Tobym.

- Z Tobym?
- Synem  nadzorcy.  Zbudowaliśmy  tratwę,  którą  cumo-

waliśmy  przy  brzegu  strumienia.  Czasem  zabieraliśmy 
lunch i płynęliśmy aż do...

- Zaczekaj. - Brad wziął ją za rękę, jakby nagle obudził 

się w nim zaborczy mężczyzna. - Może opowiesz mi więcej 
o tym Tobym i o życiu na ranczu. Nie ruszaj się

background image

47

stąd. - Usadowił ją na jednym z wyściełanych krzeseł.
- Przyniosę kawę.

Wkrótce  popijali  aromatyczny  napój,  pojadali  owoce  i 

sery, beztrosko gawędząc.

Brad chciał usłyszeć coś niecoś o Tobym.

- Toby? Och, to tylko przyjaciel z dzieciństwa. - Paula 

zdumiała  się  prawdziwością  tego  stwierdzenia.  Nie  wia-
domo  kiedy,  Toby  stał  się  właśnie  kimś  takim  -  dawnym 
przyjacielem,  który  dorósł,  został  bankierem  i  ożenił  się  z 
dziewczyną  imieniem  Cynthia.  Przyjacielem,  który  od 
dawna  był  tylko  odległym,  nieco  zamglonym  w  pamięci 
wspomnieniem.

- Podobno gdzieś z nim żeglowałaś.
- Tak. - Opowiedziała Bradowi o tamtej przygodzie.

- Tratwa się przewróciła, a ojciec Toby'ego złoił mu skórę i 
kazał  trzymać  się  z  daleka  od  wirów.  Wrzeszczał,  że 
mogliśmy  się  utopić.  Moim  zdaniem  przesadzał.  Toby i ja 
świetnie  pływaliśmy,  a  te  wiry  nie  były  aż  takie  groźne. 
Moja mama strasznie się wkurzyła na pana Jonesa za to, że 
spuścił Toby'emu takie lanie. Powiedziała, że nie dotknąłby 
batem  konia,  lecz  sprał  swoje  dziecko,  a  to  żadna  metoda 
wychowawcza. Też tak uważam, a ty? - Zdziwiła się, że tak 
bardzo chce znać jego zdanie na ten temat.

- Ja  też,  chociaż  moja  stara  niania  słusznie  dała  mi 

czasem klapsa w siedzenie, gdy...

- Miałeś nianię?
- Jasne - odparł z taką miną, jakby posiadanie opiekunki 

było czymś najbardziej oczywistym pod słońcem.
- Dopóki  nie  skończyłem  pięciu  lat.  Potem  był  prywatny 
nauczyciel, później...

background image

48

Paula  z  zapartym tchem  słuchała  opowieści Brada.  Mó-

wił  o  różnych  rzeczach...  na  przykład  o  tym,  jak  niania 
przekonywała  go,  że  chłopcy  nie  płaczą.  Ale  jeden  z 
ogrodników,  Sven,  był  innego  zdania.  „To  nic  złego,  jeśli 
płaczesz  z  żalu  za  kimś,  kogo  kochasz",  przekonywał,  w 
tajemnicy pomagając małemu Bradowi pochować na terenie
posiadłości  Smokeya,  ukochanego  spaniela.  „Do  Ucha, 
Smokeyowi zależało na tobie bardziej niż wielu ludziom. I 
uratował ci życie. Gdyby nie skoczył na tego węża..."

Paula  uśmiechnęła  się,  słuchając,  jak  Brad  naśladuje 

szkocki  akcent  i  od  razu  zrobiło  jej  się  żal  małego, 
samotnego  dzieciaka,  którego  wychowywało  stado  obcych 
ludzi.

Słońce  wreszcie  znikło  za  horyzontem  i  zapadł  zmrok. 

Paula  podeszła  do  relingu  i  spojrzała  w  rozgwieżdżone 
niebo.

- Oby  pierwsza  gwiazdka,  którą  ujrzę  na  nieboskłonie, 

sprawiła, że spełni się moje życzenie - zamruczała.

- Jakie to życzenie?
- Dzisiaj  i  tak  nic  z  tego,  bo  przegapiłam  tę  pierwszą 

gwiazdkę.

- Przykro mi.
- Niepotrzebnie.  Lubię  patrzeć  w  gwiazdy.  Dobrze,  że 

księżyc skrył się za chmurami.

- Robi  się  chłodno.  Lepiej  włóż  to.  -  Brad  zdjął  ma-

rynarkę i otulił nią ramiona Pauli.

Poczuła  na plecach  emanujące  z  niej  ciepło  ciała  Brada 

oraz  subtelny  zapach  jego  wody  po  goleniu.  Zupełnie  jak-
bym  znalazła  się  w  jego  objęciach,  stwierdziła,  upojona 
zmysłowym doznaniem.

background image

49

- Dlaczego  cieszy  cię  brak  poczciwego  księżyca?  -

spytał Brad.

- Eee... ja... - To się nazywa zapomnieć języka w gębie, 

pomyślała ze złością.

- Masz coś przeciwko niemu?
- Nie, skądże. - Wreszcie odzyskała mowę. - Ale znasz 

to  powiedzenie:  „Im  czarniejsza  noc,  tym  jaśniej  świecą 
gwiazdy".

- Chyba nie słyszałem.
- Jest bardzo trafne. W blasku księżyca gwiazdy wydają 

się  bledsze.  Natomiast  na  tle  ciemnego  nieba  są  takie 
lśniące i wyraźne... Widzisz? Można nawet zobaczyć, które 
mrugają, a które nie.

- Naprawdę?  Nie  miałem  pojęcia,  że  w  ogóle  się  od 

siebie różnią.

- Nigdy nie patrzyłeś w gwiazdy?
- Czyja  wiem...  -  Spojrzał  w  niebo,  a  potem  na  nią.  -

Prawdę mówiąc, raczej nie.

- No,  to  popatrz  teraz.  O,  tamta  z  prawej  strony 

wyraźnie  mruga.  A  ta  obok  niej  -  ani  trochę.  Nie  mam 
pojęcia,  skąd  bierze  się  to  migotanie.  Tata  twierdzi,  że 
chyba jest skutkiem ruchu. W domu co noc obserwowałam 
Wielki  Wóz.  -  Wskazała  palcem  dobrze  widoczną 
konstelację.

- Skąd tak dużo wiesz o gwiazdach?
- Od  taty.  Uwielbiał  o  nich  czytać  i  lubił  je  obserwo-

wać.  Zwłaszcza  gdy  przebywał  ze  stadem  gdzieś  na  gór-
skich  pastwiskach.  Zawsze  zabierał  ze  sobą  lornetkę. 
Twierdził,  że  nocą  człowiek  czuje  się  tam  samotny,  więc 
gwiazdy dotrzymują mu towarzystwa.

background image

50

- Interesujące podejście.
- Prawda?  Cały  tata.  Często  powtarza,  że  na  którejś  z 

tych gwiazd na pewno siedzi jakiś kowboj i patrzy w naszą 
stronę.

- A więc twój ojciec wierzy w istnienie życia na innych 

planetach?

- Oczywiście.  Uważa,  że  wkrótce  je  odkryjemy,  jeśli 

nie zaniechamy badań kosmicznych. Kiedyś powiedział, że 
musielibyśmy  być  niespełna  rozumu,  sądząc,  że  ktoś 
stworzył  ten  cały  wszechświat  tylko  dla  nas!  -  Paula  roze-
śmiała się, ale Brad jej nie zawtórował.

- Chciałbym poznać twojego tatę.
- Cóż...  może  kiedyś.  -  To  mało  prawdopodobne,  po-

myślała. - A twoja  mama i ojciec? Opowiadali ci o gwiaz-
dach?  -  spytała  zaciekawiona,  ponieważ  ani  słowem  nie 
wspomniał ó swoich rodzicach.

- Nie.  -  Brad  wydawał  się  zdziwiony  jej  pytaniem.  -

Rzadko ze sobą rozmawialiśmy.  Chyba nie  mieliśmy na to 
czasu.

- Nawet gdy byłeś mały?
- Zawsze  coś  się  działo...  albo  odbywał  się  bal,  z  któ-

rego  dochód  przeznaczane  na  cele  charytatywne,  albo  po-
lowanie lub przyjęcie. Poza tym rodzice dużo podróżowali. 
Mój  ojciec  to  urodzony  biznesmen.  Prowadzi  interesy  na 
całym świecie.

- A ty?
- O co właściwie pytasz?
- Co robisz?
- Wiele rzeczy. Gram w tenisa, golfa i w polo. Poza tym 

lubię też wojaże.

background image

51

- Hmm.  -  Paula  znów  skarciła  się  w  duchu  za  to  wy-

mowne chrząknięcie. Wcale nie chciała, aby zabrzmiało tak 
lekceważąco.  Dobrze  chociaż,  że  Brad  i  tak  się  nie 
zorientował.  Widać  uważał,  że  człowiek  może żyć  samymi 
rozrywkami.

Zresztą, niby co w tym złego? Kto z nas garnąłby się do 

pracy, mając od dzieciństwa wszystkiego w bród?

Chociaż...  gdyby  miała  spędzać  życie  wyłącznie  na 

zabawie, pewnie szybko zaczęłaby jej doskwierać nuda.

- A co ty lubisz?

- Pływać.  I  całkiem  dobrze  radzę  sobie  na  korcie  -  od-

parła pośpiesznie. Nie zamierzała znów palnąć jakiejś gafy. 
- I...  muszę ci powiedzieć, że  wielką przyjemność sprawiło 
mi  to  wszystko.  -  Zatoczyła  rękami  krąg,  wskazując  jacht, 
ocean,  gwiaździste  niebo.  Jak  również  twoje  towarzystwo, 
dodała w myśli. - Dziękuję, Brad.

- Ja też ci dziękuję.
Pogłaskała go po policzku i delikatnie pocałowała.

A  Brad  natychmiast  przygarnął  ją  do  siebie  i  pogłębił 

pocałunek,  budząc  w  niej  nieznane,  rozkoszne  doznania, 
więc mocno objęła go za szyję.

Czas  stanął  w  miejscu,  ona  zaś  była  świadoma  jedynie 

bliskości obejmującego ją mężczyzny, który wplótł palce w 
jej włosy i całował jej twarz, mrucząc jakieś czułe słówka. I 
nagle, jakby gdzieś daleko stąd, zahuczała syrena płynącego 
parowca.

Paula  spróbowała  się  odsunąć,  ale  Brad  mocno  trzymał 

ją w ramionach.

- Nie uciekaj ode mnie, mały Kopciuszku. Kopciuszek! 
To słowo definitywnie sprowadziło ją na

background image

52

ziemię. Zdecydowanie wyswobodziła się z uścisku księcia.

- Wy...  wybacz.  Muszę...  -  Zebrać  na  wózek  brudne 

obrusy i zastawę, pomyślała. Zejść do kambuza, zanim ktoś 
zacznie mnie szukać.

Zdobyła się na wymuszony uśmiech.
- Pora  wracać  do  pracy  -  powiedziała  z  fałszywą  we-

sołością.

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY

- Co zrobiłaś?! - huknął gromko Lewis. - Kompletnie ci 

odbiło?

- Och, na  litość  boską,  przecież  to  nic takiego.  - Paula 

rzuciła parę brudnych skarpetek na stos rzeczy do prania. -
Ależ z ciebie flejtuch, wujku.

- Nie prosiłem, żebyś po  mnie sprzątała. I nie zmieniaj 

tematu, chcę wiedzieć, w co się wpakowałaś!

- Nie wiem, o co ci chodzi.
- Nie  udawaj  niewiniątka,  Paula.  Dostałaś  bzika  na 

punkcie tego...

- Wcale nie!
- Jasne, że tak. Znam to spojrzenie.
- Niby jakie?
- Takie rozmarzone, jakby spotkało cię Bóg wie co. Nie 

rozumiem, dlaczego ten rejs tak cię odmienił.

Paula zaśmiała się cicho.

- Wiesz, z górnego pokładu  świat rzeczywiście  wydaje 

się  inny.  -  To  złociste  słońce  powoli  zanurzające  się  w 
oceanie... to czarne niebo usiane gwiazdami...

- No,  to  mamy  problem  -  parsknął  Lewis.  -  Byłaś  tak 

samo  rozanielona,  gdy  opowiadałaś  o  tańcu  na  tamtym 
durnym balu przebierańców.

background image

54

- Och, daj spokój. To był tylko... żart.

background image

- O  wiele  więcej,  dziewczyno.  Widziałem to  w twoich 

oczach.  Lśniły  tak  samo  jak  wtedy,  gdy  dostałaś  na 
Gwiazdkę od ojca klacz.

- Błyskawicę?  -  Jakim  cudem  w  tej  rozmowie  pojawił 

się koń? I dlaczego wujek Lewis tak się wścieka?

- A  jakże,  Błyskawicę.  Ta  kasztanka  była  równie  spo-

kojna,  jak  szalejące  tornado,  a  ty  aż  się  trzęsłaś,  aby  po-
galopować  na  niej  prosto  do  nieba.  Usiłowałem  przekonać 
twojego  staruszka,  że  to  zwierzę  jest  dla  ciebie  zbyt  nie-
bezpieczne.

- Jakoś  udało  mi  się  ją  poskromić.  Tylko  raz  mnie 

zrzuciła.

- Ale za  to  jak!  Pozwól  sobie  coś  powiedzieć.  -  Lewis 

wstał i wycelował w nią palec. - Spotka cię o wiele bardziej 
nieprzyjemna  niespodzianka,  jeśli  będziesz  balować  z  tym 
książątkiem!

- Ty  znowu  swoje!  -  Paula  z  hukiem  cisnęła  do  kosza 

butelki po piwie. - Wcale z nim nie baluję!

- Nie?  W  takim  razie  jak  nazwać  fakt,  że  dyskretnie 

wymknęłaś się na...

- Zostałam wezwana. Myślałam, że do pracy. Ale on... -

Urwała, nie chcąc zdradzić, że Brad Vandercamp zwabił ją 
do siebie podstępem.

- Więc  on  to  wszystko  ukartował?  Żeby  pobyć  z  tobą 

sam na sam? Chryste Panie, Paula, jeśli on cię wykorzystał, 
to go... Zrobił to?

- Nie, skądże!
- Jezu, jeśli on cię napastował, to...
- Przecież  ci  mówię,  że  nie!  -  Ale  mógł.  Zamknięta  w 

jego ramionach, czując jego usta na swoich, tak bardzo

background image

56

pragnęła,  żeby...  -  Naprawdę  nie  zdarzyło  się  nic  takiego. 
Było... - Cudownie, słodko, intymnie.

- Chłopak się nie śpieszy?
- Co takiego?
- Wiem, co on knuje.
- Nic  nie  knuje!  -  Paula  nagłe  się  rozzłościła.  -  Już  ci 

powiedziałam, że to prawdziwy dżentelmen.

- Słuchaj,  dziewczyno,  żyję  na  tym  świecie  dłużej  niż 

ty. Napatrzyłem się na bogatych playboyów, którzy potrafią 
uwodzicielskim  gadaniem  zrobić  naiwnej  smarkuli  wodę  z 
mózgu.

- Tylko rozmawialiśmy na niewinne tematy.
- To  znaczy,  że  potrafi  nawijać,  a  ty  dałaś  się  na  to 

nabrać.  Tacy  jak  on  zawsze  prawią  miłe  słówka,  żeby  się 
przypodobać.  Trochę  się  zabawią,  ale  szybko  się  nudzą  i 
rzucają  dziewczynę  bez  słowa  wyjaśnienia.  Słowo  daję, 
następnym  razem,  gdy  ten  palant  spróbuje  zbliżyć  się  do 
ciebie, to mu...

- Na  litość  boską,  wujku!  Nie  będzie  żadnego  następ-

nego razu.

- Lepiej,  żeby  nie  było  -  mruknął  Lewis.  Trochę  się 

uspokoił,  lecz  nadal  miał  zafrasowaną  minę.  Oparty  o  fra-
mugę spod oka obserwował krzątającą się bratanicę. -Paula, 
nie  musisz  zmieniać  pościeli  co  tydzień.  Kurczę,  kiedy 
mieszkałem w baraku, to czasem zdarzało się, że...

- To nie jest barak.
Lewis  prawie  się  nie  odzywał,  lecz  gdy  skończyła  po-

rządki i ruszyła do drzwi, chwycił ją za rękę.

- Kochana z ciebie dziewczyna, Paula.
- Wiem - odparła, zabawnie marszcząc nos.

background image

57

- O wiele za dobra. Wybacz, że na ciebie wrzeszczałem. 

Starsza pani daje ci wystarczająco popalić.

- Och,  ona  nie  jest  taka  zła,  po  prostu  często  boli  ją 

głowa.

- Gdyby  tyle  nie  piła,  nie  cierpiałaby  wiecznie  na  te 

swoje  migreny.  Jeszcze  raz  przepraszam  za  swoje  zacho-
wanie.  Jesteś  wykształcona,  ale  trochę  naiwna  i  nie  znasz 
się  na  ludziach.  Martwię  się  o  ciebie.  -  Lewis  przeczesał 
włosy palcami. - Przecież obiecałem twojemu tacie, że będę 
o ciebie dbał.

- Wiem.  -  Cmoknęła  go  w  policzek.  -  Więc  się  mną 

opiekuj. I możesz wrzeszczeć do woli.

- Czy ty w ogóle mnie słuchasz?

- Jasne,  że  tak.  Naprawdę.  Wyniesiesz  śmieci?  -

Wskazała  dwa  pełne  kosze,  jeszcze  raz  go  pocałowała, 
wzięła z podłogi naręcze rzeczy do prania i wyszła.

Lewis zawsze martwi się na zapas, pomyślała, zbiegając 

na  dół.  Niepotrzebnie  opowiedziałam  mu  o  przygodzie  na 
jachcie.

Dlaczego więc to zrobiła?

Z  przyzwyczajenia.  Przecież  od  dziecka  zwierzała  się 

wujkowi  Lewisowi.  A  przynajmniej  w  czasach,  gdy  mie-
szkał  na  ranczu  i  miał  w  sobie  chyba  tyle  samo  radości 
życia,  co  ona  i  Toby.  Pomógł  im  zbudować  tamtą  nie-
szczęsną  tratwę.  Wiedział  o  tym,  że  planują  ślub  i  kupno 
rancza.  Wspierał  ją  duchowo,  gdy  postanowiła  studiować 
weterynarię.

Uśmiechnęła  się  na  myśl  o  swoich  młodzieńczych  ma-

rzeniach. Wujek Lewis znał je wszystkie.

Nigdy nie miała przed nim tajemnic, dlatego wspo

background image

58

mniała  mu  o  rejsie.  Poza  tym  aż  się  paliła,  żeby  komuś  o 
tym opowiedzieć, a tylko wujek Lewis był godnym zaufania 
powiernikiem. Nawet zaprzyjaźnionej Ruth nie ośmieliła się 
pisnąć  ani  słowa,  zwłaszcza  że  czuła  się  wobec  niej  nieco 
winna.  Grała  rolę  wielkiej  damy,  podczas  gdy  pozostali 
pracownicy Harry'ego zwijali się jak w ukropie.

Mocniej  przytrzymała  wielki  tobół  i  zachichotała, 

otwierając kuchenne drzwi. Rzeczywiście przeżyła cudowną 
przygodę, ale musiała zachować ją w tajemnicy.

To Wszystko było takie zabawne. I zdarzyło się całkiem 

niespodziewanie.

A  właściwie  to  nie  był  przypadek,  tylko  przemyślane 

działanie Brada. Postanowił ją odnaleźć. Odwiedził państwa 
Moodych,  odkrył  jej  powiązania  z  Harrym  i...  Czy 
naprawdę  zadał  sobie  aż  tyle  trudu,  wydał  przyjęcie  i  za-
prosił tłum gości tylko po to, aby się z nią zobaczyć?

Tak powiedział.
I  ty  mu  uwierzyłaś,  Paula?  Ale  z  ciebie  naiwna  gąska. 

Książę tylko tak mówił, żeby...

O Jezu,  zaczynała  myśleć  jak  Lewis.  On  wszędzie  wie-

trzył podstęp.

Wrzuciła  białe  rzeczy  do  pralki  i  przekręciła  programa-

tor,  wspominając  z rozbawieniem,  jak  bardzo  stała się nie-
ufna, gdy podstęp Brada wyszedł na jaw. Ależ dała susa do 
drzwi!  I  poczuła  się  jak  idiotka,  gdy  stwierdziła,  że  są 
otwarte.

Nikt do niczego jej nie zmuszał. Mogła spokojnie wyjść.

I co dalej? Miała wrócić do kambuza, gdzie zaczęłaby

background image

59

mętnie  tłumaczyć,  że  wysłano  ją  nie  tam,  gdzie  trzeba? 
Powiedzenie prawdy  nie wchodziło w  grę. Tylko tego bra-
kowało,  żeby  ktoś zarzucił  Bradowi próbę  uwiedzenia  kel-
nerki...

Cudownie było obserwować szumiące fale, rozkoszować 

się  wiatrem  i  słońcem...  Bliskością  stojącego  tuż  obok 
mężczyzny.

Nie sprawiał wrażenia bogatego playboya, który wie, jak 

zamotać  w  głowie  dziewczynie.  To  taki  miły,  zwyczajny 
facet...  Nie,  w  ten  sposób  by  go  nie określiła.  Było  w nim 
coś, czego nie umiała  nazwać,  a co sprawiało, że  wydawał 
się kimś szczególnym, wyjątkowym.

Nie, to za dużo powiedziane. Po prostu...  no cóż, wspa-

niale się czuła w jego towarzystwie.

I wcale nie starał się jej uwieść. Nic z tych rzeczy. Nawet 

nie próbował jej przytrzymać, gdy wreszcie oprzytomniała i 
wyślizgnęła  się z  jego  ramion.  Roześmiał się  tylko,  wrócił 
za nią do salonu i... pomógł jej sprzątać! Niewiarygodne!

Zachichotała,  przypominając  sobie,  jak  się uwijali.  Ra-

zem  ustawili  zastawę  i  sztućce  na  wózku  i  zdjęli  brudny 
obrus.

Nie odchodź - poprosił Brad, gdy skończyli.  - Nawet 

nie dopłynęliśmy do brzegu. Przyjęcie jeszcze trwa.

- Nie  dla  Kopciuszka.  -  Wiedziała,  że  o  tej  porze  w 

kambuzie  wre  wytężona  praca,  bo  Harry  pilnuje,  żeby 
wszystko  wyczyścić  na  wysoki  połysk, pochować zapasy  i 
spakować  przywiezione  rzeczy.  -  Ale  ten  wieczór  tutaj...  -
Zawahała  się,  szukając  w  myśli  odpowiednich  słów,  -
Sprawił mi wielką przyjemność. Co prawda nie powinnam

background image

60

była się tu znaleźć, lecz wspaniale się bawiłam - przyznała, 
szczera jak zwykle. - Dziękuję i do widzenia.

Tym  razem  umknęła  z  saloniku,  zanim  Brad  zdążył  ją 

powstrzymać.  Jakimś  cudem  znalazła  drogę  do  kambuza  i 
jakby  nigdy  nic  włączyła  się  do  pracy.  Z  ulgą  stwierdziła, 
że nikt nie spogląda na nią podejrzliwie.

I o co tyle hałasu, wujku? Za parę dni skończy się turniej 

polo i książę wyjedzie, ona zaś...

Wielkie  nieba!  Pranie  dobiegało  końca,  a  ona  nie  wsy-

pała  proszku  ani  wybielacza!  Zrobiła  to,  przestawiła  pro-
gramator i pobiegła do kuchni gotować obiad.

- Paula,  mama  powiedziała,  żebyś  nie  szykowała  kur-

czaka  -  poinformowała  ją  Rae.  -  Niech  Lewis  skoczy  do 
sklepu  po  udziec  jagnięcy.  Właśnie  rozmawiałam  przez 
telefon z lordem Wormsleyem. Przyjdzie do nas na kolację i 
przyprowadzi przyjaciela. A wiesz, z kim on się przyjaźni, 
prawda? - Rae nie kryła podekscytowania.

Z  księciem,  jakżeby  inaczej,  pomyślała  Paula.  Whitney 

otrzyma kolejną szansę zabłyśnięcia.

- I  koniecznie  to  zaszyj.  -  Rae  wskazała  turkusową 

sukienkę  bez  ramiączek.  -  Muszę  wyglądać  bosko.  Aha, 
niech  Lewis  odbierze  z  pralni  ciuchy  Whitney.  A  mama 
chce,  żeby  podawał.  Ma  włożyć  ten  smoking,  który  mu 
kupiła.  I  dopilnuj,  żeby  wyszorował  dokładnie  ręce  i  wy-
czyścił paznokcie. Goście nie powinni się domyślić, że jest 
ogrodnikiem.

Paula  nieomal  parsknęła  śmiechem,  wyobrażając  sobie 

wujka Lewisa w roli majordomusa. Będzie równie zgrabny, 
jak słoń w składzie porcelany.

- No dobrze, co jeszcze? - Rae nerwowo zabębniła

background image

61

palcami  o  blat  stołu.  -  A  właśnie,  kwiaty.  Mama  powie-
działa,  żebyś  zrobiła  jakąś  ładną  kompozycję  z  tego,  co 
rośnie w ogrodzie. I nie zapomnij o świecach. Goście zjawią 
się  o  siódmej,  więc  może  jeszcze  zdążysz  upiec  bułeczki. 
Spróbujesz?

Paula zerknęła na zegar. Trzecia. Pieczenie odpada.

- Bułeczki kupię w piekarni - oświadczyła twardo. I tak 

będzie  musiała  zwijać  się  jak  w  ukropie,  żeby  wszystko 
przygotować.  Oby  tylko  biała  koszula  Lewisa  okazała  się 
czysta.

Ułożyła kompozycję z kwiatów, pięknie nakryła do stołu 

i  przekonała  wujka,  by  wbił  się  w  smoking.  Jednak  nie 
miała  już  wpływu  na  to,  że  Lewis  wylał  trochę  zupy  na 
plecy pani Ashford i przewrócił kieliszek z winem, a przy-
jacielem  lorda  okazał  się  zupełnie  kto  inny,  niż  się  spo-
dziewano.

Właśnie  ten  ostatni  fakt  został  uznany  za  największą 

klęskę.

- Dlaczego  ten  Wormsley  go  nie  przyprowadził?  -  ję-

czała  Whitney  po  wyjściu  gości.  -  Zachował  się  wręcz 
nietaktownie,  prawda?  Przecież  mieszka  na  jachcie  Van-
dercampa  i  rzekomo  jest  jego  najbardziej  zaufanym  po-
wiernikiem! Nie popisałaś się, Rae! Powinnaś była nalegać, 
żeby przyszedł z księciem! On na pewno chciałby mnie...

- Czy ja wiem... - Tym razem to Rae była górą. -Książę 

umie  lawirować  i  zwodzić  ludzi,  nie  sądzisz?  Nawet  na 
własnym przyjęciu  wiedział, jak zniknąć. Ja go nigdzie nie 
zauważyłam, a ty?

Whitney zignorowała tę przejrzystą aluzję.

background image

62

- Jaka  szkoda.  Dzisiejsze  spotkanie  byłoby  wspaniałą 

okazją do pogłębienia znajomości. Boże, jeszcze tylko dwa 
dni i on wyjedzie.

Dwa dni  minęły, jak z bicza  strzelił. Pomagając  paniom 

Ashford  stroić  się  na  końcowy  mecz,  Paula  szczerze  żało-
wała,  że  nie  może  iść  z  nimi.  Była  to  ostatnia  okazja,  aby 
zobaczyć,  jak  gra  Brad  Vandercamp.  Żeby  w  ogóle  go 
zobaczyć.  Nie,  to  nie  tak.  Rzecz  w  tym,  że  nigdy  nie 
widziała  meczu  polo.  Oczywiście,  tylko  o  to  jej  chodziło. 
Bez wątpienia.

Później  dowiedziała  się  od  podekscytowanych  pań,  że 

drużyna Anglików zwyciężyła w turnieju. O niczym więcej 
nie było mowy, ponieważ matka i jej dwie córeczki zaczęły 
przygotowywać  się  do  wielkiego  balu.  Jeszcze  tylko  dziś 
wieczorem  miały  szansę  wywrzeć  oszałamiające  wrażenie 
na księciu.

Jednak on się nie zjawił. Paula usłyszała o tym nazajutrz, 

gdy podawała późne śniadanie.

- Coś  takiego!  -  syknęła  Whitney  i  gniewnie  zaatako-

wała  zębami  kawałek  grzanki.  -  Mógł  przyjść  chociażby 
przez grzeczność. I to on powinien był odebrać puchar, a nie 
ten  pompatyczny  lord  Wormsley,  który  wygłosił  naj-
nudniejsze przemówienie, jakie kiedykolwiek słyszałam.

- Wcale  nie!  -  Rae  nieco  zbyt  energicznie  odstawiła 

filiżankę  na  spodeczek.  -  I  z  pewnością  nie  był  pompa-
tyczny!  Nawet  słowem  nie  wspomniał  o  dokonaniach 
swojej  drużyny,  tylko  stwierdził,  że  zawodnicy  z  radością 
wzięli udział w imprezie, której przyświecał szlachetny cel i 
wszyscy  powinniśmy  być  dumni,  bo  wspomogliśmy  dom 
dziecka.

background image

63

- Ale gada! i gadał! - obstawała przy swoim Whitney. -

Marzyłam,  żeby  wreszcie  przestał  truć  i  powiedział  nam, 
gdzie jest książę.

- A  jakie  to  ma  znaczenie? -  Usta  Rae  wygięły  się  w 

drwiącym  uśmieszku.  -  Nie  przyszedł  na bal,  widocznie te 
twoje pełne ekspresji oczy wcale go nie urzekły!

- Och,  zamknij  się!  Nie  musisz  być  taka  zgryźliwa. 

Zresztą,  twój  ukochany  lord  też  już  wyjechał.  Razem  z 
księciem.  A  ty  zostałaś  na  lodzie!  -  Ładną  twarz  Whitney 
wykrzywił gniew. - Księcia już nie ma w San Diego!

Już  go  tu  nie  ma,  powtórzyła  w  duchu  Paula  i  niespo-

dziewanie  ogarnęło  ją  dziwne  odrętwienie.  Już  nigdy  nie 
spotka  Brada  Vandercampa.  Nie  zobaczy  tych  iskierek 
wesołości  w  jego  oczach,  nie  usłyszy  jego  głosu,  nie  po-
czuje dotyku...

Na litość boską, co ja wyprawiam, skarciła się w duchu. 

Zachowuję się równie idiotycznie, jak Whitney!

Z  zadowoleniem  powitała  fakt,  że  pani  Ashford  wkro-

czyła  do  kuchni,  opryskliwie  domagając  się,  aby  Paula 
zrobiła coś z jej biedną głową.

Paula  natychmiast  pośpieszyła  z  pomocą.  Ciężka  praca 

to  najlepsze  lekarstwo  na  smutek,  pomyślała.  W  nawale 
zajęć  człowiek  nie  ma  czasu  zadręczać  się  jałowymi  spe-
kulacjami.

I  choć  zwijała  się  jak  fryga,  jednak  przez  cały  dzień 

towarzyszyło jej uczucie przemożnego smutku.

Zobaczył nazwisko na skrzynce listowej. Ashford. 
Przejechał obok domu dwukrotnie, zanim skręcił za róg i 
zaparkował.

background image

64

Postanowił skorzystać z wejścia dla służby. W tych sta-

rych dżinsach i powyciąganej  bluzie raczej nie będzie  rzu-
cać się w oczy.

Lewis  nie  poznał  się  na  markowych  dżinsach,  lecz  na-

tychmiast  rozpoznał  księcia.  Zaprzestał  wyrywania  chwa-
stów i zmierzył intruza podejrzliwym spojrzeniem.

- Dzień dobry, sir. Mogę w czymś pomóc?
- Mam nadzieję. Szukam panny Grant. Pauli Grant.
- Przykro mi. To rezydencja państwa Ashford.
- Wiem.  Ale  sądziłem...  wydawało  mi  się,  że  panna 

Grant jest tutaj zatrudniona.

- Owszem, sir, lecz nie wolno jej przyjmować gości.
- Cóż...  rozumiem.  -  Dlaczego  ten  ogrodnik  łypie  na 

niego  wrogo?  -  To  właściwie  nie  jest  wizyta  towarzyska. 
Chciałem  skontaktować  się  z  panną  Grant.  Proszę  ją  za-
wiadomić...

- Nie ma jej.
Do licha. Ten facet wyraźnie próbował go spławić. Brad

poczuł gwałtowny przypływ irytacji.

- Słuchajcie,  mój  dobry  człowieku.  Kimkolwiek  jeste-

ście, ja życzę sobie tylko...

- Proszę sobie darować tego „dobrego człowieka"! I nie 

interesują  mnie  pańskie  życzenia,  zwłaszcza  te,  dotyczące 
Pauli. Nic z tego, jasne?!

Brad gapił się na mężczyznę coraz bardziej zaskoczony. 

Czyżby natknął się na pana domu we własnej  osobie? Ten 
osobnik z pewnością nie zachowywał się jak służący.

- Przepraszam, ale chciałbym coś wyjaśnić. Jestem...
- Wiem, kim pan jest i nie zamierzam pozwolić Pauli na 

kontakty z ludźmi pańskiego pokroju.

background image

Brada zatkało. Nigdy w życiu  nikt nie potraktował go z 

tak  jawną  wrogością.  Głośno  przełknął  ślinę  i  spróbował 
jeszcze raz.

- Szanowny panie...

- Lewis,  pamiętaj,  żebyś...  -  W  drzwiach  pojawiła  się 

pani  Ashford.  -  O  mój  Boże!  My...  myślałyśmy,  że  pan 
wyjechał! To znaczy... Panie Vandercamp! Brad! Mój drogi 
chłopcze,  co  pana  sprowadza?  -  paplała  jak  najęta, 
najwyraźniej zakłopotana i zachwycona równocześnie.

- Dzień dobry, pani Ashford. Przyszedłem, żeby...

- Pan  pytał  o  panienkę  Whitney  -  wtrącił  bezczelny 

ogrodnik i wyzywająco spojrzał na gościa.

- Och,  to  doprawdy  cudownie.  Córka  będzie  zachwy-

cona. Proszę  do  środka - zaszczebiotała  pani Ashford  i za-
wahała się.  -  Ale  nie, nie  tędy.  Lewis,  proszę  zaprowadzić 
pana do frontowego wejścia.

background image

66

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Brad  ruszył  za  swoim  przewodnikiem,  zdegustowany  i 

zły jak diabli. Panienka Whitney! Też coś! Już miał zażądać 
wyjaśnień, lecz mężczyzna odezwał się pierwszy.

- Pauli bardzo zależy na tej pracy.
- Nie zamierzam Pauli zaszkodzić. Chciałbym tylko...
- A  pani  Ashford  nie  pozwala  jej  nikogo  zapraszać  -

dodał Lewis, jakby go nie usłyszał.

- Może  więc...  -  Brad  urwał.  Lepiej  nie  prosić  tego 

człowieka o przekazanie  wiadomości, bo  nie wiadomo, jak 
zareaguje.  Chyba  miał  jakieś  zastrzeżenia  co  do  osoby 
Brada Vandercampa. Ale dlaczego, u licha? Przecież nawet 
go  nie  znał.  Zresztą,  to  tylko  ogrodnik.  Jakim  prawem 
wtrącał się w cudze sprawy?

Zanim  Brad  zdążył  przeanalizować  nieoczekiwany 

problem, dotarli do frontowych drzwi.

- Proszę, proszę dalej - zagruchała rozpromieniona pani 

Ashford. - Cóż za wspaniała niespodzianka. Whitney zaraz 
zejdzie.

Brad wszedł do środka, zastanawiając się, jak wybrnąć z 

kłopotu.  Nie  chciał  narazić  Pauli  na  utratę  pracy,  lecz  ani 
myślał  udawać  adoratora  Whitney.  Wystarczy,  że  już  raz 
popełnił taki błąd, odwiedzając rodziców Sheili Moody.

background image

Brad  przyszedł  w  czwartek,  a  Paula  właśnie  wtedy 

uczęszczała  na  zajęcia.  Nazajutrz  rano  panie  Ashford 
wyszły  z  domu  bardzo  wcześnie,  toteż  o  odwiedzinach 
księcia  dowiedziała  się  dopiero  wieczorem,  gdy  podawała 
kolację.  Ależ  się  nasłuchała!  A  Lewis  nie  pisnął  nawet 
słówkiem...

Po kolacji pomaszerowała do kuchni, wstawiła do zlewu 

stertę brudnych talerzy i ujęła się pod boki.

- Wujku  -  syknęła,  mierząc  go  oskarżycielskim  spoj-

rzeniem.  -  Nie  powiedziałeś  mi,  że  wczoraj  gościliśmy 
księcia!

Widelec  Lewisa  z  trzaskiem  wylądował  na  podłodze. 

Paula zauważyła, że twarz wujka nabiegła krwią.

- Posłuchaj, Paula. Nie musisz tak się na mnie 
wściekać.
- Nie wściekam się.
- To  i  dobrze,  bo  nic  nie  zrobiłem.  -  Lewis  podniósł 

widelec i odłożył go na stół.

- Przeciwnie. Celowo coś przede mną ukryłeś.
- Skądże. Ja tylko...
- Myślałeś,  że  się  nie  dowiem?  Przecież  one  paplały 

tylko  o  nim.  Podobno  najpierw  rozmawiał  z  tobą  przy 
kuchennych drzwiach.

- Chciałem oszczędzić ci przykrości.
- Doprawdy?  -  Postanowiła  trochę  się  z  nim  podro-

czyć.  -  Słabo  mi  -  jęknęła,  kładąc  dłoń  na  sercu.  -  Chyba 
zemdleję...  -  Urwała,  bo  Lewis  patrzył  na  nią  z  jawnym 
przerażeniem. - Hej, głowa do góry! Tylko cię nabieram! -
Otoczyła  go  ramieniem.  -  Jednak  chyba  trochę  za  bardzo 
przejąłeś się rolą opiekuna.

background image

68

- Nie chcę, żebyś cierpiała, dziecinko.
- Co ty pleciesz! Chyba nie przypuszczasz, że jestem

background image

69

zazdrosna o Whitney? Och, nie rób takiej zdumionej miny! 
Już ci mówiłam, że wcale nie mam bzika na punkcie Brada. 
Niby  dlaczego  miałabym  się  przejmować  tym,  kogo 
odwiedza?

- Eee... nie wiedziałem.
- Teraz już wiesz. Nie jestem ani trochę zazdrosna czy 

urażona.  Nic  z  tych  rzeczy!  -  Z  trudem  przełknęła  ślinę  i 
posłała  wujkowi  promienny  uśmiech. -  No  dalej,  skończ 
jedzenie.

Lewis  wziął  widelec i wlepił  wzrok  w talerz, lecz  nadal 

wydawał się zafrasowany. Nie przekonałam go, pomyślała. 
Dlatego  myjąc  talerze,  starała  się  zachowywać  beztrosko. 
Siląc  się  na  lekki  ton,  streściła  też  rozmowę,  której 
przysłuchiwała się w jadalni.

- Whitney  jest  w  siódmym  niebie  -  oświadczyła.  -

Podobno od początku wiedziała, że między nimi zaiskrzyło. 
Nie  wierzy,  jakoby  książę  wpadł  tutaj  tylko  po  drodze  na 
ranczo, które zamierza kupić.

Słowo „ranczo" podziałało na Lewisa elektryzująco.

- Po jaką cholerę potrzebne mu ranczo?
- Chce tam trzymać swoje konie do gry w polo.
- Nie  może  ich  odesłać  tam,  skąd  przyjechały?  -W 

głosie Lewisa zabrzmiała wyraźna irytacja.

- Spodobała  mu  się  ta  okolica,  więc  chyba  zostanie  tu 

na  dłużej.  -  Paula  zachichotała.  -  Whitney  twierdzi,  że  ze 
względu na nią.

Lewis skwitował to pogardliwym prychnięciem.
- Och,  ona  uważa,  że  wszyscy  są  pod  jej  urokiem. 

Podobno  w  głębi  serca  czuła,  że  on  wcale  nie  odpłynął 
swoim jachtem.

background image

70

- Też coś!
- Płotka  głosi,  że  jego  matka  wraz  z  grupą  przyjaciół 

ma przylecieć z  Anglii na Florydę,  a potem chcą popłynąć 
w  rejs  na  Karaiby.  Dlatego  kapitan  popłynął  przez  Kanał 
Panamski  do  Miami.  Tylko  pomyśl...  -  Paula  westchnęła 
rozmarzona.  -  Rancza,  jachty,  wszystko,  czego  dusza 
zapragnie. Na każde skinienie! Musi być miło, prawda?

- Owszem,  jeśli  marzysz  o  luksusach  -  burknął  wujek. 
Whitney niewątpliwie pragnie właśnie takiego życia,

pomyślała Paula. Zauważyła błysk chciwości w jej oczach, 
gdy  panna  Ashford  barwnie  rozwodziła  się  na  temat 
czekających ją perspektyw.

Luksusy.  Bradowi  nigdy  ich  nie  brakowało.  Nie  miał 

tylko kogoś bliskiego, z kim mógłby porozmawiać.

Jakie tó smutne.
- O czym myślisz? - spytał Lewis niespotykanie ostro.
- Och,  o  niczym.  A  właściwie  o  Whitney  -  zapewniła 

pośpiesznie i skarciła się w duchu.

Za dużo i za szybko paplała. Lewis często powtarzał, że 

jeśli jego bratanica ma słowotok, to znaczy, że coś jest nie 
tak...  Powinna  przekonać  wujka,  że  wszystko  jest  w 
porządku.

- O tym, jak one podnieciły się tą jedną wizytą. Nawet 

poczęstowały go herbatą, bo o tej porze Anglicy nie piją nic 
innego. A na dodatek same ją zaparzyły i podały, ponieważ 
mnie nie było,  a ty pracowałeś  w ogrodzie. Szkoda, że nie 
widziałam,  jak  się  do  tego  zabierały.  I  ciekawe, co  podały 
na deser, oprócz brzoskwiniowej tarty mojego wypieku.

background image

71

Paula  nagle  umilkła.  Znów  gadała  jak  najęta.  Wzięła 

głęboki oddech i zaczęła mówić wolniej:

- Skończyłeś?  To  daj  talerz.  Zostało  jeszcze  kilka  cia-

stek. Masz ochotę? Z gorącą kawą czy zimnym mlekiem?

W  następny  czwartek  czekała  na  autobus  o  dwunastej 

dwadzieścia, żeby pojechać na zajęcia z biologii. I  właśnie 
wtedy zobaczyła księcia. Zatrzymał się tuż przed nią.

- Ależ jesteś pochłonięta lekturą.
- Tak... zaczytałam się.
- Niewątpliwie.  -  Usiadł  obok  niej.  -  Od  dziesięciu 

minut nie podniosłaś wzroku.

- Od dziesięciu  minut? - powtórzyła jak idiotka. Co on 

tutaj robi?

- Dokładnie - zapewnił z powagą. - Obserwowałem cię 

z przeciwnej strony ulicy.

- Naprawdę?  -  Spojrzała  na  zaparkowany  przy  kra 

wężniku sportowy samochód.

- Prawie  cię  nie  poznałem.  Nie  jesteś  w  uniformie.  -

Popatrzył na jej dżinsy i sweter. - Podoba mi się ten strój na 
luzie.

- Jest wygodny.
- Prawie  mnie  zmylił.  Żadnego  wykrochmalonego  far-

tuszka  ani  koronkowego  czepka.  Gdybyś  tak  nie  pochyliła 
głowy...  Wiesz,  że  nigdy  nie  widziałem  takiej  fantazyjnej 
fryzury jak twoja?

Nic dziwnego, pomyślała. Zawsze strzygła się sama.
- Twoje  loki  układają  się  w  szczególny  sposób,  gdy 

lekko  pochylisz  głowę.  Minąłem  cię  i  zawróciłem,  żeby 
lepiej się przyjrzeć.

background image

72

- Akurat  tędy  przejeżdżałeś?  -  Pewnie  w  drodze  do 

Whitney.

- Owszem. Ostatnio często krążę po tej okolicy. 
Popatrzyła na niego pytająco. Wiedziała, że nie złożył

paniom Ashford drugiej wizyty.

- Postanowiłem... lub raczej poszedłem za radą mojego 

przyjaciela  Carla,  chociaż  wystawanie  pod  cudzymi 
drzwiami  niezbyt  mi  odpowiada.  -  Brad  rozsiadł  się  wy-
godniej i wyprostował długie nogi.

- Słucham? - O czym on gada?
- Nieważne. Co robisz  tak daleko od  miejsca pracy? A 

może tam nie mieszkasz?

- Mieszkam,  ale  miejska  komunikacja  nie  dociera  w 

pobliże  wypieszczonych  trawników  ulicy  Turtle  Cove. 
Właśnie  czekałam...  O  rany,  właśnie  mi  ucieka!  -  Zerwała 
się z ławki, lecz autobus już ruszył.

- Chciałaś gdzieś jechać?
- No  pewnie!  Chyba  nie  sądzisz,  że  przesiaduję  na 

przystanku  dla  zdrowia.  -  Następny  autobus  miała  dopiero 
za  godzinę.  -  Psiakość,  tak  się  zagadałam.  -  Westchnęła 
ponuro.  Wyglądało  na  to,  że  w  towarzystwie  Brada  Van-
dercampa  zawsze  zapominała  o  bożym  świecie.  -  Gdybyś 
mnie nie zaczepił...

- I  tak  byś  przegapiła  ten  autobus.  -  Gestem  wskazał 

książkę. - Musi być fascynująca.

- Nie  jest.  -  Paula  nie  lubiła  kroić  zwierząt,  lecz  skoro 

zamierzała zostać weterynarzem...

- Więc co cię tak wciągnęło?
- Anatomia wieprza.
- Poważnie?

background image

73

- Mamy dzisiaj przeprowadzić sekcję świni, a ja pewnie 

nie  zdążę  na  zajęcia.  Wykułam  wszystko,  a  ominą  mnie 
takie  ćwiczenia.  -  Kopnęła  krawężnik,  zła  na  Van-
dercampa. I na siebie. Stała tu jak idiotka, gadając o niczym 
z  tym...  tym...  playboyem,  jak  nazwał  go  Lewis. 
Prawdopodobnie  trafnie.  Pewnie  Brad  obdarza  tym  sło-
dziutkim uśmieszkiem każdą potencjalną zdobycz...

- Dokąd, milady?
- Co?
- Gdziekolwiek  zamierzałaś  znęcać  się  nad  świnią,  za-

wiozę cię tam szybciej niż ten autobus.

- Jak miło z twojej strony - przyznała, gdy trzy minuty 

później  sportowe  auto  wyprzedziło  pojazd  komunikacji 
miejskiej. - Nawet zdążę się jeszcze przygotować.

- Do  krojenia  prosiaka.  -  Brad  skrzywił  się  z  niesma-

kiem  i  zerknął  na  nią  spod  oka.  -  Patrzysz  w  gwiazdy, 
bywasz  kelnerką  i  jeszcze  świnie...  Cóż  za  szerokie  zain-
teresowania.

- To wszystko się ze sobą łączy.
- Co takiego?
- Najpierw  o  czymś  marzysz,  obserwując  spadającą 

gwiazdę.  Potem  bierzesz  się  do  roboty,  aby  marzenie  się 
spełniło. Chciałabym zostać... weterynarzem.

- Serio?  Jesteś  chodzącą  zagadką.  Ten  świat  chyba 

zwariował.  Dawniej  młode  kobiety  marzyły  o  bardziej 
romantycznych rzeczach.

- Pewnie  tak  -  przyznała  z  uśmiechem.  Cóż,  jej  ro-

mantyczne  marzenia  -  te  dotyczące  małżeństwa z  Tobym  -
stały się nierealne. - Chyba uznałam, że wszystko poza tym 
już mam.

background image

74

- Nadal tak uważasz?
- Czy  ja  wiem...  -  Jakim  cudem  jeden  taniec,  jeden 

pocałunek  pod  gwiaździstym  niebem  mógł  obudzić  tyle 
nowych pragnień, wprowadzić tyle fermentu w jej spokojne, 
uporządkowane życie?

- Nie odpowiedziałaś.
- Muszę się zastanowić - odparła ze śmiechem, usiłując 

zignorować głupie porywy serca. - Cóż, nie mam wszystkie-
go, czego chcę, ale trzeba się trochę napracować, by zreali-
zować niektóre marzenia. Właśnie dlatego tak się cieszę, że 
mnie podwieziesz. Nie powinnam opuścić tych zajęć.

- Zwłaszcza że masz kroić świnię.
- A potem nawet konia.
- Konia?!  -  Wolałby  ją  widzieć  w  roli  weterynarza  le-

czącego małe, łagodne pieski i kotki. - Chyba żartujesz!
- Natychmiast  odezwał  się  w  nim  instynkt  opiekuńczy.
Przecież  wystarczyłoby  jedno  solidne  kopnięcie  ogiera,  by 
człowiek  pozostał  do  końca  życia  niepełnosprawny  lub... 
zginął!

- Uwielbiam  konie  i  świetnie  sobie  z  nimi  radzę  -  za-

pewniła  z  dumą.  -  Ale  do  tego  jeszcze  daleka  droga.  Na 
razie muszę tylko zmierzyć się z martwą świnią.

- Oraz z dojazdami autobusem, harówką u Ashfordów i 

pracą dla Harry'ego. Nie możesz z czegoś zrezygnować?
- Przypomniał  sobie  jej  stwierdzenie,  że  niektórzy  muszą 
zarabiać na życie ciężką pracą, i dziwnie go to rozstroiło.

- Przyda  się  każdy  grosz  -  odparła  ze  stoickim  spoko-

jem. - Spełnianie marzeń bywa kosztowne.

Brad przez chwilę analizował to stwierdzenie. Sam nigdy 

nie musiał kiwnąć palcem, aby kupić coś, czego za

background image

75

pragnął.  Jednak  ta  dziewczyna  najwyraźniej  była  zadowo-
lona z faktu, że... że jest taka samodzielna.

- Fantastycznie!  -  zawołała  Paula.  -  Normalnie  muszę 

przejść  jeszcze  spory  kawałek  od  przystanku  do  uczelni. 
Jedź prosto i na następnym rogu skręć w lewo. Laboratoria 
są  na  końcu  tamtego  kompleksu.  -  Pośpiesznie  zgarnęła 
książki,  gdy  Brad  zatrzymał  auto  przed  wskazanym 
budynkiem. - Uratowałeś mi życie. Dzięki.

- Ile trwają te ćwiczenia? Poczekam na ciebie.

- Nie,  nie  trzeba.  Za  dwie  godziny  mam  inne  zajęcia, 

więc  wrócę  autobusem.  Już  i  tak  bardzo  mi  pomogłeś. 
Cześć.

Nie  odpowiedział  na  pożegnanie.  Śledził  ją  wzrokiem, 

gdy  dołączyła  do  grupy  studentów,  a  kiedy  znikła  za 
drzwiami, spytał jakiegoś chłopaka, gdzie jest parking. Tym 
razem nie zamierzał pozwolić jej umknąć. Musiał najpierw 
uzyskać  odpowiedzi  na  swoje  pytania.  Gdzie  i  kiedy 
mógłby  znów  się  z  nią  spotkać?  Jak  można  się  z  nią 
skontaktować?  I  kim  jest  ten  niesympatyczny  ogrodnik, 
który zachowuje się jak podwórzowy brytan?

Brad  nie  przypominał  sobie,  aby  kiedykolwiek  musiał 

tak się natrudzić, organizując randkę. Zazwyczaj wystarczył 
jeden  telefon  lub  przesłanie  wybrance  tuzina  róż.  Czasem 
nawet i to  było zbędne.  Na  ogół  musiał wręcz unikać  zbyt 
agresywnych  dziewczyn  lub  ich  przebiegłych  rodziców, 
którzy  chcieli  złapać  bogatego  męża  dla  swoich  córeczek. 
Nigdy  specjalnie  się  tym  nie  przejmował,  wiedział  jednak, 
że  jest  uważany  za  świetną  partię.  Czemu  więc  ów 
impertynencki  ogrodnik  uznał  go  za  nieodpowiedniego 
kandydata?

background image

Brad zaparkował auto i pomaszerował energicznie

background image

77

przez  rozległy  trawnik.  Prawie  nie  zwrócił  uwagi  na  sią-
piący  kapuśniaczek,  zbyt  pochłonięty  kolejnym  dręczącym 
go  pytaniem.  Dlaczego  za  wszelką  cenę  pragnął  lepiej 
poznać właśnie tę dziewczynę?

Ledwie mogła uwierzyć, że on nadal tu jest. Poczuła też 

przyjemny  dreszczyk,  gdy  Brad  Vandercamp szukał  kogoś 
wzrokiem  i  na  jej  widok  wyraźnie  się  odprężył.  Miał 
postawiony  kołnierz  marynarki,  a  miedzianorude  włosy 
były mokre od deszczu.

- Czemu nie wszedłeś do środka?
- Och,  byłem  tam.  Zwiedziłem  cały  budynek  i  nawet 

zajrzałem  do  twojego  laboratorium  z  tymi  cuchnącymi 
świnkami.  - Brad  skrzywił się  wymownie. - Nie  wiem, jak 
wy to znosicie.

- Można się przyzwyczaić.
- Osobiście  wolę  sterczeć  na  deszczu.  Poza  tym  nie 

chciałem  cię  przegapić  w  tym  zatłoczonym  holu,  więc 
postanowiłem  obserwować  wyjście.  -  Zarzucił  sobie  jej 
plecak na ramię i wziął ją za rękę.

- Zmarnowałeś  ponad  trzy  godziny.  -  Z  przyjemnością 

wsunęła  palce  w  jego  ciepłą,  dużą  dłoń.  -  Mówiłam  ci, 
żebyś nie czekał.

- Wiem. Ale nie zamierzam znów cię stracić.
- Stracić mnie?
- Właśnie.  Gdy  dowiedziałem  się,  gdzie  mieszkasz, 

uznałem,  że  bez  trudu  cię  odnajdę.  Lecz  gdy  przyszedłem 
do  rezydencji  Ashfordów  i  chciałem  się  z  tobą  zobaczyć, 
okazało się to niewykonalne.

- Ty... Kiedy?

background image

- Jak to?
- Kiedy o mnie pytałeś?
- Jakiś  tydzień  temu.  Dokładnie  w  czwartek.  Prawdo-

podobnie byłaś na zajęciach, tak jak dzisiaj.

- Myślałam, że przyszedłeś do Whitney.
- Wcale nie o nią mi chodziło.
- Ach  tak.  -  To  oczywiste,  że  wszyscy  uznali  go  za 

adoratora Whitney.

- Nie  prostowałem  pomyłki,  ponieważ...  odniosłem 

wrażenie, że mógłbym ci zaszkodzić.

Jeszcze jak, pomyślała przerażona. Gdyby spytał o nią...

- Powinienem  przewidzieć,  że  twoi  chlebodawcy  nie 

pozwalają ci przyjmować gości.

Ale  ona  już  go  nie  słuchała.  Miała  ochotę  skakać  ze 

szczęścia.  Brad  przyszedł do  niej,  nie do  Whitney. Jeszcze 
nigdy  chłodne,  wilgotne  powietrze  nie  wydawało  się  takie 
ożywcze,  a  miasteczko  uniwersyteckie  takie  piękne.  Paula 
westchnęła rozmarzona, a dręcząca ją od tygodnia zazdrość 
nagle znikła.

- Masz czas, prawda?
- Czas?  -  Wyjeżdżali  z  parkingu,  a  ona  dopiero  teraz 

zdała sobie sprawę, że Brad coś do niej mówił.

- Żeby zjeść ze mną kolację. Nie musisz zaraz wracać?
- Nie. - Czwartkowe wieczory miała wolne, o ile panie 

Ashford  nie  zaplanowały  czegoś  szczególnego  lub  nie 
musiała pracować dla Harry'ego.

- Doskonale, Wiesz co? Ty znasz to miasto lepiej niż ja. 

Dokąd warto pójść?

- Niech  pomyślę.  -  Tak  się  cieszyła,  że  jeszcze  trochę 

pobędą razem. Przez chwilę zastanawiała się nad wyborem

background image

79

miejsca. Wolała nie natknąć się na znajomych pań Ashford 
ani  nie  siedzieć  w  barze  pełnym  hałaśliwych  studentów, 
gdzie człowiek nie słyszy nawet własnych myśli.

W końcu pojechali do małej włoskiej restauracyjki. Nikt 

nie patrzył tam krzywym okiem na klientów w dżinsach, a o 
tej porze salka była prawie pusta. Zajęli stolik przy oknie i 
natychmiast zaczęli rozmawiać. Prawie nie tknęli pysznego 
spaghetti  i  czerwonego  wina.  Paula  opowiadała  o  swoich 
studiach  i  życiu  w  Wyomingu,  a  Brad  mówił  o  Anglii  i 
meczach  polo.  Wspomniał  też,  że  całkiem  niedawno  kupił 
małe ranczo i chciałby je jej pokazać. Kiedy mogłaby z nim 
pojechać?

Paula zawahała się. Z rozkoszą wybrałaby się z Bra-dem 

na  taką  wycieczkę,  ale  nie  była  pewna,  czy  zdoła  wykroić 
trochę wolnego czasu.

- Nie  wiem,  kiedy  będzie  to  możliwe.  W  niedzielę 

zazwyczaj  mam  wychodne,  lecz  jeśli  panie  Ashford  coś 
zapla...

- Więc spotkamy się w niedzielę. Nie jesteś przecież ich 

niewolnicą.

- Nie,  ale  one  zgodziły  się,  bym  kontynuowała  studia, 

więc w rewanżu staram się iść im na rękę.

- Szkoda,  że  mniej zrozumienia  wykazuje  ten cholerny 

ogrodnik!

- Ogrodnik?
- Pracujący u  pani  Ashford.  Ostatnio...  -  Tknięty  nagłą 

myślą, Brad spojrzał badawczo w oczy Pauli. - Słuchaj, jeśli 
ten stary dziad dobierał się do ciebie albo próbował jakichś 
sztuczek, to...

background image

80

- Lewis?  -  Paula  roześmiała  się  perliście.  -  Ależ  skąd! 

To przecież jest...

background image

81

- Piekielnie  zaborczy  facet. Spytałem go  o  ciebie,  a  on 

mało nie skoczył mi do gardła. I natychmiast zażądał, bym 
trzymał się od ciebie z daleka.

- Chwileczkę. - Paula odstawiła kieliszek. - Powtórz to. 

Lewis wiedział... Powiedziałeś mu, że przyszedłeś do mnie?

- Oczywiście.  Poszedłem do  tylnych drzwi i natknąłem 

się  na  tego  osobnika.  Spytałem  o  ciebie,  a  on  od  razu  się 
wkurzył. Właśnie się kłóciliśmy, gdy z domu wyjrzała pani 
Ashford,  i  ten  typ  miał  czelność  oświadczyć,  że  szukam 
panienki Whitney! Miałem ochotę go udusić.

Paula  nie  posiadała  się  z  oburzenia.  Jak  wujek  mógł 

zrobić coś takiego! Nic dziwnego, że zachowywał się potem 
potulnie  jak  baranek  i  był  taki  zakłopotany.  Okłamał  ją. 
Pozwolił  jej  zadręczać  się  myślą,  że  Brad  przyszedł  do 
Whitney. Poczekaj, Lewis! Niech tylko cię dorwę!

- Nie  pojmuję,  dlaczego  potraktował  mnie  jak  wroga. 

Skoro mu na tobie nie zależy, to z jakiej racji...

- Zależy mu na mnie. - Gniew opuścił ją równie nagle, 

jak się pojawił. Pora uświadomić sobie prawdę, Paula. Byłaś 
załamana,  bo  mężczyzna,  którego  spotkałaś  dwa  razy, 
przyszedł  odwiedzić  inną  kobietę.  A  teraz  wariujesz  z 
radości, bo on siedzi naprzeciwko ciebie.

- A jednak - warknął Brad.
- Och,  nie  tak,  jak  myślisz  -  zapewniła  pośpiesznie.  -

Lewis jest moim wujkiem i ojcem chrzestnym. Zawsze stara 
się mnie bronić.

- Ale... przede mną?
- Niestety, tak. - Uśmiechnęła się z rozrzewnieniem.
- Dlaczego?  Żałuje  ci  odrobiny  rozrywki?  Cóż  złego 

jest we wspólnym zjedzeniu kolacji? Albo w wizycie na

background image

82

moim  ranczu?  Kupiłem  też  kilka  wierzchowców,  między 
innymi śliczną klacz, w sam raz dla ciebie.

Rzeczywiście, cóż w tym złego, pomyślała. Podchodziła 

do  tego  wszystkiego  zbyt  poważnie.  Zupełnie,  jakby  się 
zakochała  lub  zrobiła  coś  równie  idiotycznego.  A  że  jest 
trochę podekscytowana? Cóż, pewnie dlatego, że od dawna 
się nie bawiła, zakopana po uszy w nauce i pracy.

- Miałabyś  ochotę  pojechać  na  ranczo?  Pojeździć 
konno? Jeszcze jak! Nie siedziała w siodle od wyjazdu z 
domu.
- Z przyjemnością.

- Wspaniale.  Przyjechać  po  ciebie  czy...  Może  wola-

łabyś umówić się gdzieś w mieście?

- Raczej  tak. Ale... ale mógłbyś najpierw porozmawiać 

z Lewisem?

- Potrzebujesz jego pozwolenia?
- Nie.  Po  prostu  wolałabym,  żeby  panie  Ashford  nie 

dowiedziały się o naszym spotkaniu, a czułabym się głu pio, 
oszukując  wujka.  Wiem,  że  martwiłby  się  o  mnie,  nie 
wiedząc, z kim się umówiłam. Dlatego byłoby dobrze, żeby 
trochę cię poznał. -I niech się przekona, że nie jesteś takim 
zepsutym,  bogatym  playboyem,  za  jakiego  cię  uważa, 
dodała w myśli.

- Nadzwyczajna  z  ciebie  dziewczyna.  -  Brad  uśmiech-

nął się, trochę zaskoczony rozwojem sytuacji.

- Tak?
- Śliczna i interesująca. Prawdziwe wyzwanie.
- Dlaczego?

background image

- Nieważne.  Gdzie  mam stawić  czoło  temu  tygrysowi? 

W jego legowisku czy gdzieś na neutralnym gruncie?

background image

84

ROZDZIAŁ SIÓDMY

- Masz  na  zbyciu  dolca,  chłopie?  -  Mężczyzna  chwiał 

się  na  nogach,  mrucząc  coś  o  kawie  i  bilecie  na  autobus. 
Cuchnął whisky i potem.

- Najpierw  strzel  sobie  kawę.  -  Brad  dał  pijaczkowi 

dwudziestkę  i  ruszył  ciemnym  zaułkiem,  zaśmieconym 
potłuczonymi  butelkami  po  tanim  winie  i  puszkami  po 
piwie:  Na  ławce  spokojnie  chrapał  jakiś  facet,  a  po  chod-
niku snuło się kilku innych. Wyglądali tak, jakby od dawna 
mieszkali na tej ulicy.

Brad  zerknął  na  kartkę.  Tawerna  „U  Tommy'ego", 

Ocean-side  601.  Paula  powiedziała,  że  właśnie  tam  jej 
wujek będzie grał w pokera w piątkowy wieczór.

Wybredny tylko w doborze partnerów dla swojej bratani-

cy, z przekąsem pomyślał Brad, wypatrując szyldu. Zauwa-
żył  go  za  następną  przecznicą,  gdzie  chyba  zaczynała  się 
lepsza  dzielnica.  Nic  szczególnego,  ale  nie  były  to  takie 
rudery, jakie właśnie minął. Tawerna okazała się solidnym, 
dwupiętrowym  budynkiem,  w  którym  mieścił  się  hotelik, 
jadłodajnia  i sala  gier,  zapewne  miejsce  wieczornych  spot-
kań pracowników pobliskiej bazy marynarki.

background image

Brad  wszedł  do  środka  i  stojąc  przy  drzwiach,  obrzucił 

spojrzeniem salę, w której grano w karty i w kości. Goście

background image

86

śmiali  się  i  rozmawiali,  sącząc  drinki.  Panowała  tu  taka 
sama atmosfera, jak w wielu innych klubach.

Brad  dostrzegł  Lewisa  siedzącego  wraz  z  sześcioma 

mężczyznami  przy  stoliku  w  rogu.  Wujek  Pauli  uważnie 
wpatrywał się w swoje karty, a przed nim leżał spory stosik 
żetonów.  Brad  nie  zamierzał  przeszkadzać  w  tak  ważnym 
momencie  rozgrywki.  Poszedł  do  baru,  usiadł  w  miejscu, 
skąd  dobrze  widział  Lewisa  Granta,  zamówił  drinka  i 
uzbroił się w cierpliwość. Czekał już kilkanaście minut, gdy
na sąsiednim stołku przysiadł młody mężczyzna. Chyba męt 
z  tamtego  zaułka,  stwierdził  Brad,  ponieważ  chłopak  był 
zaniedbany  i  najwyraźniej  unikał  kontaktu  wzrokowego  z 
barmanem,  który  kilka  metrów  dalej  gawędził  z  klientem. 
Chłopak  łapczywie  wyjadał  orzeszki  i  chipsy  ze  stojących 
na  ladzie  miseczek.  Brad  właśnie  zamierzał  taktownie 
zaproponować mu hamburgera, gdy ktoś huknął:

- Hej,  ty!  -  Barman  zgarnął  miski  i  wysypał  resztę  ich 

zawartości  do  kosza.  -  Trzymaj  swoje  brudne  łapy  przy 
sobie!  To  przekąska  dla  klientów!  I  wynocha  stąd,  bo 
wezwę gliny!

Chłopak  odskoczył,  zamierzając  umknąć,  lecz  Brad 

chwycił go za ramię.

- Proszę nas obsłużyć - wycedził tonem nie znoszącym 

sprzeciwu.  -  A  może  obsługuje  pan  tylko  wybranych 
klientów?

- Mam uwierzyć, że on jest ż panem?
- W  rzeczy  samej.  -  Brad  zmierzył  barmana  wyzywa-

jącym spojrzeniem. - Umówiłem się z nim, żeby pogadać o 
interesach.

background image

Barman  patrzył  na  niego  z  powątpiewaniem,  lecz  Brad 

nie na darmo był Vandercampem.

background image

88

- Chyba coś zjemy - oświadczył. - Proszę nam podać.. . 

-  Przesunął  wzrokiem  po  wiszącej  na  ścianie  tablicy  ze 
spisem potraw i zamówił tę najbardziej pożywną.
- Pasuje? - spytał chłopaka.

On zaś tylko skinął głową, oniemiały ze zdumienia. Już 

po chwili z apetytem zaczął pałaszować.

- Zwolnij,  bracie  -  mruknął Brad.  - To  tempo nie  wyj-

dzie ci na zdrowie.

- Umieram z głodu. Nie wiem, kim pan jest, i wcale się 

tu  nie  umówiliśmy,  ale  serdecznie  panu  dziękuję.  To  mój 
pierwszy porządny posiłek od...

- Nie  byłbym  taki  pewny,  że  nie  pogadamy  o  intere-

sach.  Co  potrafisz  robić?  -  Brad  przypomniał  sobie,  że 
trener  kompletuje  robotników  do  pracy  na  ranczu.  Ten 
chłopak na pewno do czegoś by się przydał.

Nagle  zauważył,  że  Lewis  Grant  zbiera  swoje  sztony, 

więc  pośpiesznie  zapisał  na  wizytówce  numer  telefonu  do 
swojego hotelu.

- Teraz  muszę  lecieć,  ale  proszę  w  najbliższym  czasie 

do mnie zadzwonić - polecił i ruszył do sali gier. Poczekał, 
aż Lewis wymieni żetony na gotówkę i odejdzie od kasy. -
Panie Grant, moglibyśmy zamienić parę słów?

- Co pan tu robi? - Lewis zdumiał się na jego widok.
- Paula powiedziała, że tutaj pana znajdę.
- Doprawdy?  -  Ani  ton,  ani  mina  Lewisa  nie  wróżyły 

nic dobrego.

- Chciałbym prosić o chwilę rozmowy. W cztery oczy

- dodał  Brad,  bo  kilku  mężczyzn  zaczęło  patrzeć  na  nich 
niezbyt przyjaźnie.

Nie umknęło to również uwagi Granta. Lewis wzruszył

background image

89

ramionami  i  podszedł  do  wolnego  stolika  w  najdalszym 
kącie sali.

- Słucham - warknął, gdy obaj usiedli.
- Paula namówiła mnie na to spotkanie.
- Po co?
Lewis był najwyraźniej wrogo nastawiony, lecz Brad nie 

dał zbić się z tropu.

- Uznała,  że  poznawszy  mnie  trochę  lepiej,  może... 

łatwiej zaakceptuje pan jej znajomość ze mną.

- Wiem  wszystko  o  panu  oraz  ludziach  pańskiego  po-

kroju i nie pozwolę, żeby się pan z nią zabawiał, jasne?!

- Zabawiał?  Nie przepadam za  tym określeniem.  -Brad 

rozluźnił  węzeł  krawata.  Psiakość,  ten  facet jest  niezwykle 
agresywny  i  nieprzejednany!  -  Ale  zgodzi  się  pan,  że 
ostateczna  decyzja  należy  do  Pauli?  Wiem,  że  kocha 
swojego  wujka  i  liczy  się  z  jego  zdaniem,  ale  już  jest 
pełnoletnia. Ma... ile? Dwadzieścia trzy lata?

- To nieważne, ile ma lat! Troszczę się o nią od dziecka 

i tak pozostanie. Paula to bystra dziewczyna, ale nie na tyle, 
żeby przejrzeć pańskie intencje. Ja wiem, o co panu chodzi.

- Niby  o  co,  do  cholery?!  Lubię  Paulę,  a  jej  chyba 

sprawia  przyjemność  moje  towarzystwo.  Chcielibyśmy 
tylko spotykać się od czasu do czasu i...

- Akurat!  Nadstaw  uszu,  smarkaczu!  -  Lewis  groźnie 

wycelował  w  niego  palec.  -  Wykluczone,  żeby moja  Paula 
prowadzała  się  z  facetem,  który  nic  nie  robi  poza  balo-
waniem i pilnowaniem rodzinnej fortuny!

- Teraz  niech  pan  posłucha!  -  Brad  szturchnął  go  pal-

cem  w  pierś.  Lewis  poruszył  czułą  strunę.  -  Już  parę  razy 
wspomniał pan o takich jak ja, więc pewnie słyszał pan

background image

90

o majątku  Vandercampów  oraz  o  firmie  Vandercamp  En-
terprises. A jeśli tak, to musi pan wiedzieć, że nie siedzimy 
bezczynnie na naszej forsie, tylko ciężko  pomnażamy swój 
majątek.  -  Brad  użył  niezbyt  uczciwych  argumentów, 
ponieważ  sam  nie  prowadził  nigdy  żadnych  interesów. 
Najważniejsze,  że  przykuł  uwagę  tego  impertynenta  po 
przeciwnej  stronie  stołu.  Lewis  milczał,  więc  Brad 
kontynuował  przemówienie.  -  Ma  pan  pojęcie,  ilu  ludziom 
dajemy Zatrudnienie? Tysiącom! W Europie, Afryce oraz w 
Stanach  Zjednoczonych,  jeśli  to  pana  interesuje.  -
Zadowolony z tej tyrady Brad rozsiadł się wygodniej
i skinął głową. - Pogadajmy o Pauli. To zrozumiałe, że pan 
ją  uwielbia.  Jest  wspaniałą,  rozsądną,  inteligentną  kobietą, 
która  bardzo  ciężko  pracuje.  Moim  skromnym  zdaniem  o 
wiele  za  ciężko.  Dlaczego  tak  uparcie  odmawia  jej  pan 
prawa do odrobiny rozrywki?

- Wcale  nie  odmawiam.  -  Lewis  wreszcie  odzyskał 

mowę. - Mój sprzeciw budzi tylko...

- Moja  osoba?  Z  jakiego  powodu?  Postaram  się,  żeby 

Paula  dobrze  się  bawiła.  Kocha  konie,  a  podobno  nie  sie-
działa  w  siodle  od  dawna.  Chciałbym  zabrać  ją  na  moje 
ranczo, żeby trochę pojeździła.

Urwał,  bo  do  sali  wpadł  barman,  wlokąc  za  kołnierz 

zabiedzonego chłopaka. Zatrzymał się przed Bradem.

- Powiedział  pan,  że  jesteście  razem,  a  jak  podałem 

jedzenie, to pan się zmył!

- Nic podobnego. - Brad wstał. - Ile wynosi rachunek?
- Dziewięć  pięćdziesiąt.  Razem  z  pańskim  drinkiem, 

który został na blacie.

Brad sięgnął do kieszeni i przez chwilę z niedowierza

background image

91

niem gapił się na to, co z niej wyjął. Pięć dolarów i osiem-
dziesiąt  pięć  centów.  Do  licha,  przecież  miał dwudziestkę. 
Przypomniał sobie pijaczka i zaklął pod nosem.

- Chwileczkę, zaraz przyniosę z samochodu książeczkę 

czekową.  -  Wcale  nie  był  pewien,  czy  ją  tam  znajdzie. 
Nigdy  nie potrzebował czeków  ani  kart kredytowych.  Wy-
starczało, że podał swoje nazwisko. Ale chyba nie tutaj.

- Nie  ze  mną  takie  numery  -  oświadczył  barman.  -

Wzywam gliny.

- Mój dobry człowieku...
- Zamknij  się!  Wyczuwam  oszustów  na  kilometr.  Od 

razu się skapowałem, że kłamiesz. Żaden wystrojony laluś z 
dobrej dzielnicy nie będzie mnie robił w konia. Hej, Steve -
zawołał do gapiącego się na nich kasjera. - Łap za telefon i 
dzwoń po...

- Chwileczkę  -  przerwał  mu  Lewis.  -  Daj  mi  ten  ra-

chunek, chłopie. Ja zapłacę.

- Lewis?  -  Barman chyba  dopiero  teraz go  zauważył.  -

To twój kumpel? A może ciebie też chce w coś wrobić?

- Wcale  bym  się  nie  zdziwił.  -  Lewis  skrzywił  się  za-

bawnie, a potem odliczył odpowiednią kwotę i dodał spory 
napiwek. - Nie ma sensu wywoływać draki, prawda, Mike?

- Jasne,  że  nie.  Ale  nie  mogę  patrzeć,  jak  ten facet cię 

naciąga, Lewis. Masz za dobre serce. - Barman puścił swoją 
ofiarę i na odchodnym posłał Bradowi wrogie spojrzenie.

- Bardzo  mi  przykro,  proszę  pana  -  odezwał  się  chło-

pak. - Naprawdę nie zamierzałem sprawiać kłopotu.

- Nic się nie  stało  - zapewnił Brad. - I proszę  do  mnie 

zadzwonić.

- Hmm... - Lewis odprowadził nieznajomego wzro

background image

92

kiem i odwrócił się do Brada. - Ktoś tu coś mówił o swoich 
milionach?

- Ależ się  pan  wymądrza! Przecież  oddam  dług.  - Bra-

dowi  było  trochę  głupio.  -  Ale  dziękuję  za  wsparcie.  My-
ślałem, że mam przy sobie więcej pieniędzy. Ten chłopak. .. 
naprawdę był głodny.

- Już  dobrze,  dobrze.  Wisi  mi  pan  dwanaście  dolców. 

Wróćmy do Pauli i pańskiego rancza.

- Pomyślałem, że ucieszy ją taki wypad.

- Paula  jest  dla  mnie  kimś  bardzo  ważnym.  -  Lewis 

obserwował go spod oka.

- Nie wątpię.

- I trochę mnie martwią pańskie zamiary. Mój ojczulek 

zawsze  powtarzał,  że  droga  do  piekła  jest  wybrukowana 
dobrymi chęciami.

- Proszę posłuchać, wcale nie zamierzam... Lewis 
przerwał mu ruchem ręki.
- Paula  zawsze  angażuje  się  w  każdą  sprawę  całym 

sercem.  Wszystko  albo  nic.  To  cała  ona.  Wkurzę  się,  jeśli 
pan ją oszuka. Rozumiemy się?

- Jak najbardziej.
- Nie  chcę,  żeby  cierpiała.  Zgoda,  ma  już  dwadzieścia 

trzy  lata  i  chyba  umie  oddzielić  ziarno  od  plew.  Co  daj 
Boże... - Lewis westchnął zrezygnowany, lecz nadal patrzył 
na Brada  groźnym  wzrokiem.  -  Ale ostrzegam,  jeśli  ją  pan 
wykorzysta i zrani, to nie ujdzie to panu na sucho. Już moja 
w tym głowa. Proszę o tym pamiętać.

- Nie  ma obawy. - Brad  wiedział,  że  Lewis Grant  daje 

mu  zielone  światło  i  domyślał  się,  ile  go  to  kosztuje.  -
Dziękuję.

background image

93

Nigdy w życiu nie musiał aż tak stawać na głowie, żeby 

umówić  się  na randkę.  Mając  zgodę  wujka, czekał  jeszcze 
cały tydzień,  aż  Paula  wygospodaruje  trochę  wolnego  cza-
su.  Dlatego  pojechali  na  ranczo  dopiero  po  jej  poniedział-
kowych zajęciach.

Jednak naprawdę warto było zadać sobie tyle trudu. Wy-

starczającą  nagrodą  była  rozradowana  buzia  Pauli.  Ta 
dziewczyna  naprawdę  we  wszystko  wkładała  całe  serce. 
Brad obserwował ją z uśmiechem, gdy jechali konno. Miała 
cudownie  zarumienione  policzki,  rozwiane  złociste  loki  i 
siedziała  w siodle jak przymurowana,  w pełni panując nad 
klaczą.  Brad  od  razu  wiedział,  że  nie  każdy  koń  będzie 
Pauli  odpowiadał.  Dlatego  obejrzał  wiele  wierzchowców  i 
wybrał  Windy.  Była  piękną  kasztanką,  silną,  odporną  i 
szybką  jak  wiatr.  Uznał,  że  to  koń  godny  Pauli  i  bez 
wahania go kupił.

Czy  przypadkiem  nie  nabył  tego  całego  rancza  właśnie 

dla tej uroczej dziewczyny?

Nie, skądże. Przecież to Dan, trener koni do gry w polo 

uznał, że  z  uwagi  na  klimat  najlepiej  byłoby trzymać  je  w 
Kalifornii. A to ranczo idealnie nadawało się do tego celu. 
Stajnie były obszerne, nie brakowało też miejsca na padoki 
do ćwiczeń. Dan wraz z rodziną już zamieszkał w jednym z 
dwóch  znajdujących  się  tutaj  domów,  a  drugi,  większy, 
czekał na nowego właściciela. Można było wprowadzić się 
choćby zaraz, zatrudnić gospodynię...

Brad, czyżbyś planował dłuższy pobyt w Stanach? -zadał 

sam  sobie  pytanie,  które  od  jakiegoś  czasu  niezwykle  go 
nurtowało.

background image

94

A  niby  czemu  nie,  u  licha!  Nie  cierpiał  hotelowych 

apartamentów, a tutaj naprawdę mu się podobało.

background image

95

Bo właśnie tutaj była Paula?

Ta  myśl  przykuła  jego  uwagę.  Rzeczywiście  został  w 

San Diego dłużej, niż planował. I nigdy aż tak się nie starał, 
żeby umówić się na randkę. Gdy zaś przypomniał sobie, jak 
w  tamtej  zadymionej  tawernie  gapił  się  na  swoje  pięć 
dolarów,  a  Lewis  mierzył  go  kpiącym  spojrzeniem,  nie 
wiedział, czy śmiać się, czy płakać.

- No dobrze, guzdrało, co cię tak bawi? - spytała Paula, 

bo został daleko w tyle i musiała na niego poczekać.

- Ty!

- Ja?  Śmiejesz  się  ze  mnie?!  -  zawołała  z  udawanym 

oburzeniem.

- Właściwie  nie z  ciebie,  tylko  z różnych  faktów zwią-

zanych z twoją osobą i życiem.

- Doprawdy?  Zapewniam  pana,  sir,  że  wiodę  bardzo 

spokojne życie.

- Aż za bardzo! Zatrzymamy się tutaj, żeby je omówić?

- Tak,  zróbmy  sobie  mały  postój.  -  Paula  skręciła  ze 

ścieżki na małą polankę i zsunęła się z siodła. - Jakie śliczne 
miejsce! Nie wiedziałam, że masz na swojej ziemi strumień.

- Od razu mi się spodobał.
Przez  chwilę  oboje  patrzyli  na  wierzchowce  łapczywie 

pijące źródlaną wodę.

- Byłaś  spragniona,  prawda?  -  Paula  czule  poklepała 

swoją kasztankę po szyi.

Brad  uwiązał  ogiera  i  obserwował  Paulę.  W  kraciastej 

koszuli  i  obcisłych,  znoszonych  bryczesach,  podkreślają-
cych  smukłość  długich  nóg,  prezentowała  się  niezwykle 
ponętnie.

background image

96

- W tym stroju idealnie nadajesz się na ranczo.
- Bo te ciuszki są z Wyomingu, dziś włożyłam je po raz 

pierwszy od przyjazdu do Kalifornii. - Podprowadziła klacz 
do pobliskiego drzewa. - Dzięki, Windy. Jesteś cudowna. -
Przytuliła  policzek  do  boku  zwierzęcia,  a  Brada 
natychmiast  ogarnęła  zazdrość.  -  Podoba  mi  się  pańskie 
ranczo,  panie  Yandercamp.  -  Podeszła  nad  brzeg  potoku, 
uklękła i zanurzyła dłonie w przejrzystej wodzie.

- A ja jestem pod wrażeniem pani urody, panno Grant. -

Usiadł  obok  niej  i  westchnął  cicho.  Pragnął  wziąć  ją  w 
ramiona, przytulić i całować do utraty tchu.

- A jednak jakieś fakty z mojego życia wydają się panu 

bardzo zabawne? - Ochlapała go.

- Przestań!  -  Uniósł  ręce  w  geście  poddania.  -  Prawdę 

mówiąc, śmiałem się z samego siebie.

- Tak?
- Bo czuję się jak Mahomet, który próbuje przyjść do 
góry.
- Nie mów zagadkami. O co ci chodzi?
- O  to,  że  jesteś  najlepiej  strzeżoną  i  najbardziej  nie-

dostępną kobietą, jaką kiedykolwiek spotkałem.

- Bzdura.
- Wierz mi, wiem swoje. Poznałem cię tylko dlatego, że 

pomyliłem  drzwi,  potem  musiałem  zabawić  się  w  de-
tektywa,  ale  i  tak  niewiele  bym  wskórał,  gdybyś  nie  prze-
gapiła  tamtego  autobusu.  A  na  domiar  złego  kazałaś  mi 
obłaskawić swojego agresywnego wujka.

- Nie jest agresywny, to bardzo  uczuciowy i serdeczny 

człowiek.

background image

97

- Akurat.  Chcesz  posłuchać,  jak  mnie  potraktował  w 

tawernie?

background image

98

- O rany... Bardzo się stawiał?

- I owszem. Od razu mi wygarnął, co o tym wszystkim 

myśli.  Zdaniem  twojego  wujaszka  nikt  nie  jest  dla  ciebie 
wystarczająco  dobry,  a  zwłaszcza  ja  -  wyjątkowo  rozbe-
stwiona latorośl bogatego rodu, która pławi się w luksusie i 
nie  zasługuje  nawet  na  cień  zaufania.  Musiałem  naprawdę 
ostro  zaprotestować  przeciwko  takiemu  wizerunkowi,  żeby 
uzyskać  niechętnie  wyrażoną  zgodę  na  kontynuowanie 
naszej... stuprocentowo niewinnej przyjaźni.

Gdy skończył, Paula tarzała się ze śmiechu. I wyglądała 

tak rozkosznie, że Brad nie zdołał się powstrzymać.

- Jesteś  taka  piękna.  -  Bez  wahania  przygarnął  ją  do 

siebie. Delikatnie odgarnął złocisty loczek i pocałował ją w 
skroń, potem powędrował wargami po jedwabiście gładkim 
policzku, pieszczotliwie skubnął małe, różowe ucho. Poczuł, 
że  Paula  przylgnęła  do  niego,  więc  lekko  pocałował  kącik 
jej  ust  i  pozwolił  wargom  zostać  tam  trochę  dłużej, 
rozkoszując  się  słodyczą  tego  miejsca,  a  Paula  cichutko 
jęknęła.

Potem powoli dotarł do pulsującego zagłębienia jej szyi, 

wsunął dłoń pod kraciastą koszulę i ujął pierś.

- Brad... och, Brad - zamruczała Paula. Wiedział, że 
oboje pragną tego samego. Chciał posiąść tę

kobietę, ona zaś każdym gestem dawała do zrozumienia, że 
jest gotowa oddać mu się. Całym sercem, ciałem i duszą.

Ta  myśl  powinna  go  przywołać  do  porządku,  lecz  nie 

umiał  okiełznać  pożądania.  Paula  także  była  podniecona. 
Nie mógł teraz się wycofać. To było ponad jego siły.

„Lecz  jeśli  pan  ją  wykorzysta  i  zrani..."  Wspomnienie 

tych słów podziałało na niego jak kubeł zimnej wody.

background image

Zranić ją? Nigdy!

Ogarnęła go fala przemożnej czułości. Otoczył Paulę 
ramieniem i cmoknął w czubek nosa, po czym zapiął jej 
bluzkę.

- Trochę  mnie  poniosło,  kochanie.  Nie  powinnaś  tak 

mnie kusić.

Uśmiechnęła  się,  lecz  wyczuł,  że  jest  tak  samo  zakło-

potana,  jak  on.  Pragnąc  ukryć  zażenowanie,  odwróciła 
głowę  i  spojrzała  w  niebo,  które  w  zapadającym  zmroku 
przybrało niemal granatową barwę.

- Spójrz! - zawołała. - Szybko!
- Co  takiego?  -  Powędrował  wzrokiem  za  jej  spojrze-

niem.

- Pierwsza  gwiazda!  Pomyśl  o  jakimś  marzeniu.  Po-

dobno nigdy tego nie robiłeś. Teraz masz szansę.

- Hmm... chciałbym, żeby...
- Nie  mów  tego  głośno,  tylko  powtarzaj  za  mną:  Oby 

pierwsza gwiazda, którą ujrzę na nieboskłonie, sprawiła, że 
spełni się moje życzenie.

Powtórzył  posłusznie  słowo  po  słowie,  lecz  nadal  był 

rozstrojony i sfrustrowany. Cóż  za dziecinada,  przemknęło  
mu przez głowę.

A niby czego się spodziewał? Cudu?

background image

100

ROZDZIAŁ ÓSMY

- I  koniecznie  te  słodkie  ziemniaki.  W  zeszłym  roku 

doskonale  je  przygotowałaś.  Po  prostu  rozpływały  się  w 
ustach. Co jeszcze... Indyka już zamówiłaś, prawda? - Pani 
Ashford  postukała  ołówkiem  w  kartkę  papieru.  Uwielbiała 
robić różnorakie listy.

Nie  wiadomo,  po  co,  kwaśno  pomyślała  Paula.  I  tak 

kupiłabym  wszystko  co  trzeba  na  kolację  z  okazji  Święta 
Dziękczynienia.  Gdyby  pani  Ashford  wreszcie  skończyła 
gadać, mogłabym już pojechać po te zakupy.

Z zamyślenia  wyrwała  ją  Whitney,  która  z  nadętą  miną 

wkroczyła do saloniku.

- To największy gbur świata!  - oświadczyła  gniewnym 

tonem. - Ani razu nie oddzwonił.

- Może  nie jesteś  w  stanie  zrozumieć  tego,  co  oznacza 

takie  zachowanie  -  słodko  wycedziła  Rae,  wchodząc  za 
siostrą.  -  Chyba  książę  po  prostu  nie  ma  ochoty  z  tobą 
rozmawiać.

- Mógłby  chociaż  odpowiedzieć.  -  Whitney  była  zbyt 

przejęta,  aby  zareagować  na  złośliwość.  -  Każdy  by  się 
ucieszył, dostając zaproszenie na świąteczną kolację.

background image

- To  Anglik  -  prychnęła  Rae.  -  Nie  ma  pojęcia  o 

Święcie Dziękczynienia.

background image

102

- Och,  wszyscy  o  nim  wiedzą.  Nikt  przy  zdrowych 

zmysłach nie chce wtedy samotnie siedzieć w hotelu.

Właśnie  to  samo  powiedział  Brad!  Paula  prawie  się  z 

nim  pokłóciła,  gdy  zaczął  żarliwie  ją  namawiać,  aby 
spędzili  ten  czas  wspólnie.  Ona  zaś  próbowała  mu  uświa-
domić,  że  musi  pracować,  bo  panie  Ashford  zawsze  za-
praszają na świąteczną kolację gości.

- Jest  wtorek,  córeczko  -  stwierdziła  pani  Ashford.  -

Może pan Vandercamp już przyjął czyjeś zaproszenie.

- Niby  od  kogo?  -  zdziwiła  się  Whitney.  -  Wszyscy 

wiedzą,  że  jest  w  San  Diego,  ale  nikt  nie  ma  pojęcia,  co 
porabia całymi dniami.

Bo  unika miejsc,  w  których  ja  wolę  się  nie  pokazywać, 

pomyślała Paula.

- Wiadomo  tylko,  że  wciąż  mieszka  w  tym  samym 

hotelu. Ciekawe, gdzie on się włóczy?

Ja  wiem,  pomyślała  Paula  i  poczuła,  że  się  czerwieni. 

Uwielbiała  chwile  sam  na sam  z  Bradem. Spotykali  się  na 
przystanku, Brad podwoził ją na uniwersytet, a po zajęciach 
czasem  jechali  na  ranczo,  spacerowali  lub  jeździli  konno. 
Paula nigdy dotąd nie zaznała tylu przyjemności.

A teraz, słuchając  narzekań Whitney, poczuła się trochę 

winna.  Z  natury  nie  była  skryta,  ale  Lewis  wyraźnie 
powiedział, że lepiej nie stawać w zawody z pannami Ash-
ford.  Zależało  jej  na  pracy,  dlatego  też  wolała  nie  przy-
znawać się do znajomości z Bradem.

- Podczas  wizyty  u  nas  był  taki  miły.  Myślałam,  że 

mnie  polubił.  -  Na  twarzy  Whitney  pojawił  się  wyraz 
rozmarzenia, a Pauli nagle zrobiło się jej żal. Biedna Whit

background image

103

ney. Nawet nie wiedziała, co ją ominęło. Te przechadzki z 
Bradem, pogawędki, pocałunki...

- Mamo, czy ta spódnica pasuje do tej bluzki? - Pytanie 

Rae wyrwało Paulę z zamyślenia.

- Jak najbardziej, skarbie. A gdy włożysz szmaragdowe 

kolczyki...

- Chyba jeszcze raz do niego zadzwonię. W końcu tylko 

mnie  jedną  odwiedził  -  oświadczyła  Whitney,  nie 
ukrywając dumy.

- Wpadł  tylko  na  chwilę,  trzy  tygodnie  temu.  -  Rae 

wbiła siostrze kolejną szpileczkę. - Pewnie przyjrzał się tym 
twoim  ekspresyjnym  oczom  i  postanowił  zwiać,  gdzie 
pieprz rośnie!

- Za to twój lord nie spojrzał w twoje wyłupiaste ślepia 

ani razu!  A ta  spódnica  jest  na ciebie  za  ciasna. Tyjesz  na 
potęgę.

- Wcale nie! Mamo, sądzisz, że...
- Ależ skąd, kochanie. Wyglądasz ślicznie. A ty, Whit-

ney,  daj  sobie  spokój  z  tym  księciem.  -  Pani  Ashford  za-
wsze  twardo  stąpała  po  ziemi.  -  Zaprosiłyśmy  Alstonów 
wraz  z  ich  przystojnym  bratankiem.  Przyjdzie  też  pan 
Simmons.  Wpadłaś  mu  w oko  na  kolacji  u  Atkinsów.  Ten 
chłopak  pracuje  w  prestiżowej  kancelarii  adwokackiej  i 
podobno świetnie sobie radzi!

- Nigdy  nie  dorobi  się  milionów  Vandercampa!  -  syk-

nęła Whitney.

Paula  natychmiast  przestała  jej  współczuć.  Najchętniej 

zamknęłaby  na  zawsze  Brada  w  ramionach,  aby  nigdy  nie 

background image

104

dopadła  go  żadna  bezwzględna  łowczyni  majętnych 
mężów.

background image

105

Paula  wjechała  na  parking  przed  supermarketem,  po-

chłonięta planowaniem przygotowań do świątecznej kolacji. 
Ziemniaki obierze zaraz po powrocie do domu i przechowa 
w  lodówce,  żeby  w  czwartek  tylko  wstawić  je  do 
piekarnika. Dziś wieczorem upiecze ciasto z dyni, a jutro
- biszkopt. Gdyby jeszcze.

Usłyszała  klakson  i  zerknęła  we  wsteczne  lusterko. 

Uśmiechnęła  się radośnie,  widząc  Brada  w  sportowym au-
cie. Zaparkował obok niej, a gdy wysiedli, objął ją i cmok-
nął prosto w usta.

- Och,  nie!  -  Raptownie  się  cofnęła.  -  Ktoś  może  cię 

zobaczyć.

- No  to  co?  Mam  dosyć  tego  ukrywania  się.  -  Znów 

chciał ją pocałować, ale mu umknęła.

- Przestań, Brad, bo wpadnę w poważne tarapaty. Skąd 

się tu wziąłeś?

- Jechałem do ciebie.
- Do domu Ashfordów? Ani mi się waż! Mówiłam ci...
- Wiem, co mówiłaś. Ale to nie ma nic do rzeczy.
- Mógłbyś wyrażać się jaśniej?
- Powinniśmy przedyskutować pewien pomysł.
- To nie najlepsza pora. Muszę zrobić milion rzeczy.

- Zerknęła  na  zegarek.  -  Najpierw  wielkie  zakupy,  potem 
gotowanie i jeszcze...

- To wszystko jest na twojej głowie?
- Lewis nie zna się na Warzywach. Często kupuje 
nieświeże.
- Masz za dużo obowiązków. Właśnie o tym chciałem z 

tobą pogadać.

background image

106

- Czy  to  nie  może  poczekać?  Naprawdę  bardzo  się 

śpieszę.

background image

107

- To  sprawa  najwyższej  wagi.  Już  czas  skończyć  tę 

zabawę  w  chowanego  i  zafundować  ci  więcej  wolnego 
czasu.

- No  dobrze,  mów,  ale  chodźmy już  do  sklepu.  -  Cho-

ciaż ta rozmowa pewnie nie poprawi mi humoru, pomyślała. 
Chwyciła  wózek,  wyjęła  listę  zakupów  i  ruszyła  w  stronę 
stoiska z owocami. Potrzebowała pomarańczy i ananasa  na 
owocową sałatkę.

Po chwili zorientowała się, że Brad został w tyle. Stał jak 

słup  soli  i  z  rozdziawionymi  ustami  chłonął  wzrokiem 
wnętrze wielkiej hali.

- Brad? Co się stało?
- Nic, ale... Fantastyczne miejsce, prawda? Rozejrzała 
się wokół. Sklep jak sklep. Duży, ale nic

szczególnego.  Sporo  klientów,  kolorowe  pryzmy  starannie 
ułożonych jabłek, bananów, cytrusów i winogron, awoka-do 
i brzoskwiń. Wybór był duży, ale to przecież normalne.

- Tak po prostu bierzesz wszystko, na co masz ochotę? -

W głosie Brada zabrzmiała nuta zdziwienia  graniczącego z 
nabożną czcią.

- Zachowujesz  się  tak,  jakbyś  nigdy  nie  był  w  super 

markecie.

- Bo nie byłem. - Wzruszył ramionami. - Po prostu nie 

musiałem.

Nic  dziwnego,  pomyślała. Takimi sprawami zajmuje  się 

służba.

- Hej,  spójrz,  te  są  ładne.  -  Brad  sięgnął  po  czerwone 

jabłko. - Przydadzą się?

Całkiem zapomniał, o czym chciał z nią porozmawiać i z 

zapałem pomagał jej robić zakupy. Paula obserwowała

background image

108

go spod oka, nie kryjąc rozbawienia. Zaledwie kilka minut 
temu  stwierdziła,  że  nawet  drobiazgi  sprawiają  jej  radość, 
jeśli  tylko  Brad  jest  w  pobliżu.  Najwidoczniej  dla  niego 
zakupy  były  całkiem  nowym  doświadczeniem.  Cieszył  się 
jak dziecko, bo pierwszy raz w życiu  wszedł do  supermar-
ketu! Niesamowite.

- Sądzisz, że wystarczy? - spytał z łobuzerskim uśmie-

chem, gdy wyszli z dwoma pełnymi po brzegi wózkami.

- Oby. Szykuję kolację dla dwunastu osób.
- Ostatni raz.
- Co?
- Oglądałem  mieszkania.  Znalazłem  całkiem  ładne  w 

pobliżu  uniwersytetu.  Byłoby  dla  ciebie  idealne, 

t-

Zaczaj 

wraz z chłopakiem z obsługi wkładać towary do bagażnika.

- Co  z  tym  mieszkaniem?  -  spytała  niecierpliwię,  gdy 

tylko zostali sami.

- Jest naprawdę ładne. Kiedy mogłabyś je obejrzeć? Już 

rozmawiałem z agentem, więc jeśli ci się spodoba...

- Chwileczkę! Nie stać mnie na kupno mieszkania.
- Nie musisz go kupować. Wystarczy, że tam 
zamieszkasz.
- Mam dach nad głową.
- Tak, u Ashfordów, ale koniec z tą harówką.
- Nie rozumiem.
- Słuchaj, ja kupię ten apartament, a ty się wprowadzisz 

i...

- Może  jeszcze  dołożysz  coś  na  drobne  wydatki  i 

błyszczące,  nowe  autko?  -  Spiorunowała  go  wzrokiem. 
Czuła, że za chwilę wybuchnie.

background image

109

- Na  litość  boską,  nie  denerwuj  się.  Usiłuję  tylko  upo-

rządkować niektóre sprawy, żebyś miała więcej czasu...

background image

110

- Na igraszki z tobą, tak? - wycedziła rozjuszona.
- Na  naukę  i  trochę  rozrywki.  Nie  możesz  tak  ciężko 

pracować.  I...  no  dobrze,  moglibyśmy  się  wtedy  częściej 
spotykać.  Rany,  nie  patrz  tak  na  mnie!  Nie  zamierzam 
zostać  twoim  współlokatorem.  Mogłabyś  zamieszkać  z 
Lewisem. No i jak? To wspaniałe rozwiązanie!

- Chciałabym  zobaczyć,  jak  składasz  tę  propozycję 

mojemu wujkowi. W życiu nie przyjął od nikogo jałmużny. 
Ja też nie! Wypchaj się, mój drogi!

- Paula,  źle  mnie  zrozumiałaś.  Spójrz  na  to  z  innej 

strony. Potraktuj moją pomoc jak pożyczkę. Powiedzmy, że 
spłacisz ją po studiach...

- Nie  mam  zamiaru  być  twoją  dłużniczką.  Zawsze  po-

trafiłam  o  siebie  zadbać  i  na  pewno  nie  zgodzę  się  być 
czyjąś... utrzymanką!

- Co  ty  pleciesz!  Pragnę  jedynie  ofiarować  ci  trochę 

swobody.  Całymi  dniami  tylko  uczysz  się  i  pracujesz.  Nie 
masz czasu na żadne przyjemności ani na spotkania ze mną.

- Dzięki za troskę, aleja  nie narzekam. Jestem  świetnie 

zorganizowana i jakoś sobie radzę.

- Opacznie zrozumiałaś moje intencje. Chętnie pomogę 

ci  zrealizować  marzenie  o  uzyskaniu  dyplomu  uni-
wersyteckiego. Całkiem bezinteresownie, słowo. Co w tym 
złego?

- Jak mawia Lewis, człowiek powinien nauczyć się grać 

kartami,  jakie  dostał  od  losu.  Osobiście  nie  narzekam  -
powtórzyła, wzruszając ramionami.

- Lubię  cię,  mogę  i  chcę  pomóc.  Czemu  nawet  nie 

próbujesz mnie zrozumieć? - spytał z rozżaleniem.

- Próbuję, jak również doceniam twój gest. - Już nie

background image

111

czuła  gniewu.  -  Ale  ty  z  kolei  nie  rozumiesz  mnie.  -  To 
prawda,  pomyślała  smętnie.  Przecież  rozmawiam  z  czło-
wiekiem, który nigdy sam nie kupował jedzenia. - Dziękuję, 
Brad.  -  Dotknęła  jego  ramienia.  -  Złożyłeś  mi  wspaniałą 
propozycję, a ja zareagowałam jak wariatka. Niepotrzebnie 
tak  się  zjeżyłam.  Przepraszam,  ale  nie  mogę  skorzystać  z 
twojej pomocy.

- Dlaczego?
- Trudno  to  wyjaśnić,  jednak...  pewnych  rzeczy  nie 

można  kupić  za  pieniądze.  -  A  tym  bardziej  sprzedać, 
dodała w myślach. Na przykład niezależności...

- To żadna odpowiedź.
- Musi  ci  wystarczyć.  Widzisz...  gdy  ktoś  włoży  w re-

alizację  planów tyle  pracy, co  ja,  to nawet te  ciężkie  zma-
gania  wydają  się  bezcenne.  Wzbogacają  duchowo.  A  gdy-
bym  teraz  zdała  się  na  ciebie,  to  byłoby  tak,  jakbym...  się 
sprzedała. Nie jestem na sprzedaż, Brad. - Szybko cmoknęła 
go  w  policzek,  wsiadła  do  samochodu  i  zatrzasnęła 
drzwiczki.

Odprowadził  ją  wzrokiem,  gdy  wyjeżdżała  z  parkingu. 

Miał ochotę wskoczyć do auta, pojechać za Paulą, wpaść za 
nią do domu Ashfordów i potrząsnąć nią mocno. Dlaczego 
jest taka uparta?

Ależ  z  niego  idiota.  Odetchnął  głęboko,  wściekły  na 

siebie. Fatalnie to rozegrał.  I pomyśleć, że zawsze wysoko 
cenił  swoje  dyplomatyczne  talenty  i  opanowanie.  Śmiechu 
warte.

Wszystko schrzaniłeś, bracie.
Ja?!  To  ona  jest  winna!  Ma  bzika  na  punkcie  swojej 

samodzielności i niezależności.

background image

112

I  właśnie  dlatego  nie  może  poświęcić  ci  wystarczająco 

dużo czasu. Prawda?

Oczywiście.  Z  niejakim  zdziwieniem  stwierdził,  że  kie-

ruje  nim  nie  tyle  miłość  bliźniego,  co  raczej  uleganie 
własnym  zachciankom.  Do  tej  pory  nigdy  się  nad  tym  nie 
zastanawiał.  Lubił  romansować  i  spotkał  na  swojej  drodze 
kilka  kobiet,  które  szczególnie  mu  się  podobały.  Na  przy-
kład. .. jak ona miała na imię? Aha, Joannę, ta Francuzka. I 
jasnowłosa  Zoey,  której  dał  się  oczarować,  bawiąc  na 
nartach  w  Szwajcarii.  Zauroczenie  trwało  aż  cały  miesiąc. 
Tak,  uwielbiał  kobiety.  Zdobywał  je  bez  trudu,  i  równie 
łatwo rzucał. Bez cienia żalu.

Lecz teraz  było  całkiem  inaczej.  Przy Pauli  czuł się  jak 

ktoś  zupełnie  inny.  Działała  na  niego  ekscytująco  i  kojąco 
zarazem.  Zupełnie  jakby  wreszcie  odnalazł  swoje  miejsce 
na ziemi.

Natomiast bez tej dziewczyny natychmiast robiło mu się 

ciężko na sercu.

To przecież nie miało sensu. Zawsze umiał zatracić się w 

różnych przyjemnościach. Polo, golf lub, ostatecznie, tenis. 
Ale  wszystko  się  zmieniło,  odkąd  poznał  Paulę.  Jej 
nieobecność  powodowała  powstanie  bolesnej  luki,  której 
nie  był  w  stanie  niczym  wypełnić.  Bez  Pauli  nic  go  nie 
cieszyło.  Bez  przerwy  się  zastanawiał,  gdzie  ona  jest,  co 
robi i... kiedy, u licha, znów ją zobaczy!

Stał  w  swoim  hotelowym  pokoju,  patrząc  na  ruchliwą 

ulicę.  Z  rozmyślań  wyrwał  go  dzwonek  telefonu.  Czyżby 
Paula? Albo ta nieszczęsna panna Ashford? Może powinien 
przyjąć  jej  zaproszenie  na  świąteczną  kolację?  Przy 
odrobinie szczęścia mógłby zamienić kilka słów z Paulą...

background image

- Pan  Vandercamp?  -  Głos  należał  do  nieznajomego 

mężczyzny.

- Tak, to ja.

- Nazywam  się  Westley  Parker.  Jestem  tym  facetem, 

któremu...  okazał  pan  tyle  współczucia  w  tawernie  „U 
Tommy'ego". Dał mi pan numer i kazał się odezwać.

- Rzeczywiście. Szukał pan pracy.

- Już znalazłem. Miejmy nadzieję, że tylko przejściową. 

Ale... gdyby nie miał pan nic przeciwko temu, chciałbym o 
czymś porozmawiać.

- Tak? - Biedak pewnie potrzebuje paru groszy. Czemu 

nie? - Jestem do dyspozycji. Mieszkam w hotelu „Senator". 
Może  dziś  wieczorem?  Zjemy  razem  kolację.  -Chłopak 
prawdopodobnie  jest  głodny,  a  ja  i  tak  nie  mam  nic  do 
roboty, pomyślał Brad.

- Przykro mi, ale dzisiaj nie mogę. Pracuję od dwunastej 

w  południe  do  późnych  godzin  nocnych.  Gdyby  pasowało 
panu jutro rano, najlepiej do jedenastej...

Brad uśmiechnął się. Jak brzmi to powiedzonko? Biedak 

nie  powinien  wybrzydzać?  Ten  biedak  był  widać  wy-
jątkiem. Zresztą... niech mu będzie.

- Jasne. Spotkajmy się między ósmą a ósmą trzydzieści 

rano. Na śniadaniu.

Odłożywszy  słuchawkę,  Brad  stwierdził,  że  rozmówca 

trochę  go  zaintrygował.  Pewnie  chciał  coś  zaproponować. 
Czyżby  był  naciągaczem?  Ale  co  tam,  nie  zaszkodzi  go 
wysłuchać.

background image

114

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

Brad  zszedł  na  dół  o  ósmej  i  przy  kawiarnianym  barze 

ujrzał  swojego  znajomego  z  tawerny.  Dzisiaj  chłopak  wy-
glądał  inaczej.  Czyściej.  Dojrzalej.  Miał  na  sobie  nowe 
dżinsy i nieskazitelnie białą koszulę z krótkimi rękawami, a 
jasne  włosy były  starannie  przyczesane.  Ale  wydawały  się 
jakby  przerzedzone,  a  wokół  oczu  dało  się  zauważyć 
siateczkę  drobnych  zmarszczek.  To  już  nie  dzieciak, 
stwierdził Brad. Po  prostu zmyliła  mnie drobna, młodzień-
czo  szczupła  sylwetka.  I  to  spojrzenie  -  niewinne  jak  u 
dziecka.

- Usiądźmy  przy  stoliku  -  zaproponował  Brad.  Jeśli 

miał  paść  ofiarą  oszusta,  to  wolał,  żeby  nie  stało  się  to  na 
oczach licznej widowni. - Ile ma pan lat?

- Trzydzieści pięć.

Więcej niż ja, stwierdził Brad.

- Myślałem, że... zresztą nieważne. Co pana sprowadza, 

panie... Parker, prawda?

- Tak.  Westley  Parker.  Cóż,  znalazłem  się  w  trudnej 

sytuacji.  Widzi  pan...  -  Mężczyzna  urwał,  bo  Brad  ski-
nieniem  ręki  przywołał  kelnera.  Zamówił  dla  siebie  po-
rządne śniadanie, lecz Parker poprosił tylko o kawę.

- Nie jest pan głodny?

background image

- Dzisiaj nie. W pracy mogę najeść się do syta.

background image

116

- Czyli gdzie?
- Dwa  tygodnie  temu  zaczepiłem  się  jako  kelner  w 

pewnej  restauracji.  Od  dwunastej  do  trzeciej  podaję  lunch, 
potem od piątej do jedenastej - kolację. Dlatego zależało mi 
na spotkaniu o tak wczesnej godzinie.

- Rozumiem. Ma pan pracę. I nadal jakiś problem.
- Właśnie. Straciłem mieszkanie i warsztat.
- Ale... - Ten człowiek nie wyglądał na bezdomnego.
- Och, wynająłem skromny pokój, ale muszę dostać się 

do  mojego  warsztatu.  To  naprawdę  pilne.  Kiedy  więc 
spojrzałem  na  tę  kartkę  i  zobaczyłem  nazwisko  Vander-
camp...  Chwileczkę,  lepiej  zacznę  od  samego  początku. 
Widzi pan, jestem inżynierem elektronikiem.

Brad  uniósł brwi.  Teraz już miał absolutną  pewność,  że 

trafił na oszusta.

- Może pan mnie sprawdzić, panie Vandercamp. Aż do 

ubiegłego  roku  byłem  zatrudniony  w  Cal  Electronics  na 
ulicy Bassett. To dość znana firma komputerowa.

- Brzmi  imponująco.  -  Brad  spojrzał  na  apetyczną 

szynkę,  jajecznicę  i  pięknie  przyrumienione  ziemniaki. 
Dopiero  teraz  poczuł,  że  jest  głodny  jak  wilk.  Wczoraj 
wieczorem nic nie jadł. Prawie wpadł w depresję z powodu 
jednej  kobiety!  Niewiarygodne.  Dobrze,  że  teraz  mógł 
skupić uwagę na czymś zupełnie innym. - I co się stało?

- Odszedłem stamtąd,  gdy odziedziczyłem po  ojcu  tro-

chę pieniędzy. Wypłatę z tytułu polisy i kwotę za sprzedaż 
jego  domku  w  Los  Angeles.  Niewiele,  lecz  sądziłem,  że 
wystarczy.

- Na co? - Brad ukroił kawałek ciepłej szynki
- Od dawna myślałem o skonstruowaniu miniaturowe

background image

go  skanera,  a  teraz  wreszcie  mogłem  wynająć  warsztat  i 
kupić narzędzia.

- Jest pan jakimś wynalazcą?
- Oczywiście.  Zawsze  lubiłem  wymyślać  różne  dro-

biazgi. W szkole średniej sam zrobiłem mechaniczne kręgle. 
U  Cala  też  stworzyłem  to  i  owo  -  elektroniczne  zabawki, 
gry komputerowe.

- To ciekawe.
- Owszem.  Ale  skupiłem  się  na  syntezatorach  głosu  i 

usiłuję stworzyć specjalny skaner.

- Co takiego?
- Skaner.  Dla  niewidomych.  Wkłada  pan  do  niego 

zadrukowaną  kartkę,  a  komputer  na  głos  ją  odczytuje.  Na 
rynku  jest  dostępny  jeden  model,  jednak  pracuje  bardzo 
powoli,  a  poza  tym jest  duży  i nieporęczny. Ja  zaprojekto-
wałem taki kieszonkowy, który...

- Moment. Ten istniejący powstał w Cal Electronics?
- Nie,  tam nie zajmują  się skanerami.  Może  i powinie-

nem  im  to  zasugerować,  ale...  -  Parker  zawahał  się  i  oczy 
mu rozbłysły. - Nigdy nie chciał pan samodzielnie dokonać 
czegoś ważnego?

- No  cóż...  -  Brad  gorączkowo  usiłował  sobie  przy-

pomnieć, czy kiedykolwiek marzył o czymś takim.

- Nazwę  to  urządzenie  skanerem  Parkera.  Na  cześć 

mojego ojca. Stracił wzrok i musiał przejść na wcześniejszą 
emeryturę.

- Musiało wam być ciężko.
- Rodzice dawali sobie radę. Mama pracowała w domu 

handlowym,  a  tata  dostawał  rentę.  I  wie  pan  co?  Był 
wspaniałym mechanikiem samochodowym i nawet jako

background image

118

niewidomy potrafił od podstaw zmontować silnik auta. Ale 
najbardziej lubił czytać. Owszem, miał te specjalne książki 
na kasetach,  ale brakowało  mu gazet i literackich  nowości. 
A po śmierci mamy i moim wyjeździe znalazł się w jeszcze 
gorszej  sytuacji.  Sąsiad  musiał  czytać  mu  listy,  sprawdzać 
wydruki z banku. To było bardzo krępujące.

- Nie wątpię.
- Gdyby  miał  mój  skaner...  Muszę  jeszcze  dopracować 

kilka  szczegółów,  ale  jest  już  prawie  gotowy!  -  Parker 
rozpromienił się jak uradowany czymś dzieciak. - Mieści się 
w  dłoni.  Wystarczy  w  dowolnym  tempie  przesuwać  go  po 
papierze, a głos z syntezatora czyta wszystko bez wyjątku -
druk gazetowy, czeki, listy miłosne. Niewidomi odzyskaliby 
swoją prywatność, rozumie pan?

Entuzjazm  Parkera  był  zaraźliwy.  Brad,  który  niezbyt 

dobrze  znał  się  na  komputerach,  a  o  syntezatorach  nie 
wiedział nic, słuchał jak zaczarowany.

- I pan... skonstruował taki przyrząd?
- Tak. Trzeba tylko poprawić parę szczegółów. Chciał-

bym  dokończyć  ten  projekt  i  właśnie  dlatego  skontakto-
wałem się z panem. Problem w tym, że nie mogę dostać się 
do swojego mieszkania.

- Wyeksmitowano pana?
- Niestety.  Koszty  produkcji  okazały  się  wyższe,  niż 

przypuszczałem.  Oczywiście  nie  dostałem  pożyczki  z 
banku, bo mój wyrób jeszcze nie był zarejestrowany. Muszę 
przyznać,  że  nigdy  nie  miałem  głowy  do  finansów,  więc 
zorientowałem się, co jest grane, dopiero gdy zarzucono mi, 
że wystawiłem czek bez pokrycia. Zacząłem

background image

119

zalegać z czynszem, a po trzech miesiącach właściciel mnie 
wyrzucił.

- Więc tamtego wieczoru w tawernie...
- Od  tygodnia  żyłem  na  ulicy.  Może  niezupełnie  tak... 

Spałem w samochodzie, ale byłem wygłodzony.

- Nikt nie mógł panu pomóc? Jacyś przyjaciele?
- Jestem  typem  samotnika.  Poza  tym człowiek  nie lubi 

się chwalić, że wylądował na bruku.

- Teraz  przynajmniej  ma pan  pracę.  Ale  dlaczego  jako 

kelner,  skoro  jest  pan  elektronikiem?  Nie  lepiej  wrócić  do 
Cala?

- Marzę o ukończeniu tego skanera. Nie chcę zatrudniać 

się  w  żadnej  firmie,  bo  zamierzam  założyć  własną.  Mam 
jeszcze  mnóstwo  pomysłów,  takie  nowatorskie  wy-
korzystanie elektroniki to moja prawdziwa pasja.

- Rozumiem.
- Teraz mam  wolne przedpołudnia, więc na pewno uda 

mi się zakończyć pracę nad projektem. Kłopot w tym...

Nareszcie,  pomyślał  Brad,  widząc  wahanie  Parkera. 

Dotarliśmy do sedna sprawy.

- Potrzebuje pan pieniędzy.
- Tak. Muszę się dostać do mieszkania. Zostawiłem tam 

całe  wyposażenie  warsztatu  i  bardzo  się  boję,  by  ktoś  nie 
położył  ńa  tym  ręki.  Mój  gospodarz  zapewnia,  że  to 
wykluczone,  bo  stryszek  jest  dobrze  zamknięty,  ale  różnie 
bywa.  Mam  jeszcze  tydzień  na  spłatę  długu.  Nawet  z  na-
piwkami nie zbiorę całej kwoty w takim krótkim terminie.

- Ile?
- Jakieś pięć tysięcy. Może więcej, bo wtedy właściciel 

pozwoliłby mi zostać, a to byłoby mi na rękę.

background image

120

- Cóż...  chodźmy  pogadać  z  właścicielem.  Muszę  zo-

baczyć ten pański warsztat.

Właściciel  był  sympatycznym  grubaskiem  i  z  wyraźną 

ulgą przyjął czek Brada.

- Wszystko  dobre,  co  się  dobrze  kończy  -  stwierdził, 

zdejmując  z  drzwi  solidną  kłódkę.  -  Przykro  mi,  panie 
Parker, że musiałem tak pana potraktować, ale sam spłacam 
kredyt  hipoteczny,  więc  jak  lokator  od  trzech  miesięcy 
zalega z czynszem, to i ja wpadam w tarapaty. Muszę jakoś 
się bronić.  Ale zgodnie  z  obietnicą,  nawet  nie  wchodziłem 
do tego mieszkania. Niech pan sprawdzi.

Po  dokładnej  inspekcji  wnętrza  Parker  stwierdził,  że 

wszystko jest na swoim miejscu.

- Proszę  wejść  i  rozejrzeć  się  -  zwrócił  się  do  Brada, 

gdy właściciel zostawił ich samych.

Na  dwóch  długich  stołach  stały  trzy  komputery,  w  tym 

jeden  rozmontowany,  zaś  na  półkach  leżały  starannie  uło-
żone narzędzia oraz tace z drobnymi elementami, o których 
zastosowaniu Brad nie miał zielonego pojęcia.

- Proszę spojrzeć. - Parker wyjął z sejfu coś przypomi-

nającego małą kamerę. - Oto skaner. - Włączył urządzenie i 
ustawił je nad gazetą, a gdy cieniutki promień światła trafił 
na  zadrukowaną  stronę,  odezwał  się  głos.  Trochę  się 
zacinał,  lecz  brzmiał  na  tyle  wyraźnie,  by  można  było  go 
zrozumieć.

- Niesamowite. - Brad nie posiadał się ze zdumienia.
- Trzeba  tylko  lepiej  dostroić  dysk,  ale  to  żaden  prob-

lem. No więc... co pan na to?

background image

121

- Niesamowite  -  powtórzył  Brad.  Ten  chudzielec  rze-

czywiście skonstruował fantastyczne urządzenie.

background image

122

- Jestem pańskim dłużnikiem. Jakie są pańskie 
warunki?
- Warunki?
- Przecież właśnie wyłożył pan pięć tysięcy dolarów.
- Ach,  to...  Cóż,  może  pan  je  oddać  w  dowolnym 

terminie.

- To  nie  jest  podejście  biznesmena.  Nawet  nie  zażądał 

pan pokwitowania.

- Prawdę  mówiąc  -  Brad  uśmiechnął się  szeroko  -  cie-

szę się, że nie trafiłem na oszusta. - Spojrzał z podziwem na 
człowieka, który poświęcił dwa lata na stworzenie skanera. 
A  ja  jedynie  wypisałem  czek  na  sumę,  która  nic  dla  mnie 
nie  znaczy,  pomyślał.  -  Poza  tym  ufam  panu.  Spłaci  pan 
dług,  kiedy  pan  zechce.  Cieszę  się,  że  mogłem pomóc.  To 
nadzwyczajne urządzenie.

- Święta  prawda.  Ten  drobiazg  przyniesie  spore  do-

chody. A pan właśnie dokonał inwestycji.

- Rozumiem. - Brad omal się nie roześmiał. Jego ojciec 

był  urodzonym  biznesmenem,  a  gdy  przebywał  w  domu, 
podczas  kolacji  mówiło  się  wyłącznie  o  właściwym 
inwestowaniu  pieniędzy.  Brad  nigdy  nie  interesował  się 
tymi  sprawami.  Niby  po  co  miałby  to  robić?  Dysponował 
olbrzymim majątkiem, którego z pewnością do końca życia 
nie  zdoła  roztrwonić.  Pomnażanie  go  wydawało  się  bez 
sensu.  Dając  Parkerowi  te  głupie  kilka  tysięcy,  nawet  nie 
pomyślał, że to inwestycja.

- Firma Angels bierze pięćdziesiąt procent.
- Angels?'

background image

123

- Tak.  To  grupa  inwestorów  finansujących  realizację 

małych  projektów.  Cieszą  się  opinią  filantropów,  ale  zgar-
niają połowę zysków.

background image

124

- Nie wykazali zainteresowania?

- Nie. Chyba uznali, że ktoś inny wcześniej wprowadzi 

ten  produkt  na  rynek.  Pan  mi  pomógł,  więc  chętnie  pod-
piszę  z  panem  każdą  umowę.  Omówmy  szczegóły,  byle 
szybko, bo muszę lecieć do pracy.

- Chwileczkę.  -  Brad  mimo  wszystko  był  Vandercam-

pem i miał głowę na karku. - Skoro mówimy o inwestowa-
niu, to nie pozwolę, żeby pan marnował czas na etacie kel-
nera.  Jeśli  zamierzamy  wypromować  to  urządzenie  oraz 
stworzyć zakład z prawdziwego zdarzenia, to musi pan po-
święcić  temu  wszystkie  siły  i  dysponować  większym 
kapitałem  niż  parę  tysięcy.  I  powinien  pan  zatrudnić 
pomocników.

Brad  już  wiedział,  co  zrobi.  Zamierzał  porozmawiać  z 

adwokatem Vandercampów i zlecić mu znalezienie dobrego 
specjalisty  w  zakresie  prawa  patentowego  oraz  agenta  do 
spraw  nieruchomości.  Należało  bowiem  poszukać  miejsca 
na budowę zakładu produkcyjnego.

Nie  tracił  czasu.  Towarzyszył  Parkerowi  podczas  roz-

mów  z  prawnikiem,  osobiście  obejrzał  też  polecone  przez 
agenta  parcele.  Jedna  wydawała  się  idealna.  Stał  na  niej 
stary,  dziś  już  nieczynny  magazyn.  Budynek  nadawał  się 
tylko do  rozbiórki, lecz teren  i lokalizacja spełniały  wszel-
kie  wymagania.  Negocjując  warunki,  Brad  nieoczekiwanie 
skonstatował,  że  to  wszystko  go  bawi.  Perspektywa 
stworzenia od podstaw firmy Parker Electronics okazała się 
niezwykle ekscytująca.

Ale w pewnym momencie natłok spraw organizacyjnych 

zaczaj  go przytłaczać. Podobnie jak Parker  nie znał się ani 

background image

125

na  przetargach,  ani  na  umowach  z  firmami  budowlanymi. 
Uznał więc, że musi zasięgnąć fachowej rady.

background image

126

A  kto  mógł  być  lepszym  konsultantem  od...  jego  ojca? 

Brad natychmiast do niego zadzwonił.

- W  co  się  wpakowałeś?!  -  Bradley  Elmwood  Vander-

camp omal nie dostał apopleksji.

Brad  przedstawił  sytuację,  choć  nie  powiedział,  jak 

poznał  Westleya  Parkera.  Nie,  nie  naruszył  funduszu  po-
wierniczego  odziedziczonego  po  dziadku  ani  nie  wystawił 
żadnemu  cwaniaczkowi  czeku  in  blanco.  Jaki  ma  udział  w 
nowej firmie? Dwadzieścia pięć procent.

- Mogło  być  gorzej  -  oświadczył,  gdy  ojciec  wyraził 

niezadowolenie.  -  Przecież  to  wynalazek  Parkera.  I  usta-
liliśmy  wszystkie szczegóły - dodał  zniecierpliwiony.  -Czy 
ojciec  uważa  go  za  durnia?  Poleciłem  Diggsby'emu 
sprawdzić całą umowę.

Informacja,  że  prawnik  rodziny  nie  miał  zastrzeżeń, 

usatysfakcjonowała  starszego  pana,  który  z  wielkim  entu-
zjazmem zaczął zasypywać syna cennymi radami.

Odkładając słuchawkę, Brad stwierdził, że była to chyba 

najdłuższa  rozmowa,  jaką  kiedykolwiek  przeprowadził  z 
ojcem.  W  jej  rezultacie  trzymał  teraz  w  ręku  listę  z  na-
zwiskami  trzech  specjalistów,  z  których  każdy  znał  się 
świetnie  na  zawiłych  formalnościach  związanych  z  uru-
chamianiem  fabryki.  Brad  od  razu  umówił  się  z  nimi  na 
rozmowę.

Od  ostatniego  spotkania  z  Paulą  minęły  już  dwa  tygo-

dnie. Brad marzył o tym, aby ją wreszcie zobaczyć i oczy-
wiście  opowiedzieć  jej  o  nowym  przedsięwzięciu.  Na 
szczęście  odnalazł  ją  na  przystanku  i  jadąc  z  nią  na  uni-
wersytet,  zaczął  mówić  o  Parkerze  i  jego  genialnym  wy-
nalazku.

background image

127

- Sam  skonstruował  to  cudo?  W  tym  warsztaciku  na 

poddaszu?

- Tak.
- Ale potrzebował kogoś do sfinansowania projektu?
- Uhm.
- Więc  skontaktował  się  z  tobą?  Pewnie  podziałała 

magia nazwiska Vandercamp?

- W  pewnym  sensie,  choć  poznaliśmy  się  wcześniej. 

Wiesz, że ty jesteś odpowiedzialna za nasze spotkanie?

- Ja?
- Owszem. Pamiętasz, jak wysłałaś mnie do tawerny na 

rozmowę z Lewisem?

Skinęła głową.

- Czekałem  przy  barze,  aż  Lewis  skończy  partyjkę,  i 

wtedy  wszedł  ten  chłopak.  A  przynajmniej  wyglądał  jak 
młody chłopak. Było oczywiste, że jest głodny, bo rzucił się 
jak sęp na różne przekąski, co nie spodobało się barmanowi.

- Więc zafundowałeś chłopakowi kolację.
- Miałem  taki  zamiar...  chociaż  zapłacił  Lewis.  Nic  ci 

nie wspomniał?

- Nie.
- Myślałem, że nie oprze się pokusie. Niespodziewanie 

zabrakło  mi  gotówki,  twój  wujaszek  wyłożył  potrzebną 
kwotę, ale dał mi popalić.

- Żartujesz!
- Ani trochę. - Brad parsknął śmiechem. - Na szczęście 

wszystko  dobrze  się  skończyło.  My,  przedstawiciele 
angielskiej  arystokracji,  czasem  chodzimy  bez  pieniędzy, 
lecz zawsze mamy przy sobie wizytówki. Dałem więc

background image

I

128

chłopakowi  swoje  namiary,  bo  zamierzałem  załatwić  mu 
pracę.

- A on cię odnalazł.
- Tak,  ale  poznaliśmy  się  tylko  dlatego,  że  kazałaś  mi 

tam pójść. Miałem szczęście.

- A pan Parker - jeszcze większe.
- Może. Zresztą, ja też cieszę się z takiego obrotu spra-

wy.  Fantastycznie  jest  brać  udział  w  takim  nowatorskim, 
ekscytującym przedsięwzięciu. To człowieka uskrzydla.

Paula  obserwowała  go  w  milczeniu,  gdy  jechał  zatło-

czonymi alejkami uniwersyteckiego miasteczka. Oto sławny 
książę  polo,  pomyślała.  Tylokrotnie  opisywany  w 
bulwarowej  prasie,  bogaty,  przystojny,  czarujący  Brad 
Yandercamp,  najbardziej  upragniony  kawaler  świata,  męż-
czyzna,  o  którym  marzą  niezliczone  rzesze  kobiet.  Ten 
człowiek miał dosłownie wszystko.

A jednak umiał cieszyć się jak dziecko z dokonań kogoś 

innego.  I  bagatelizować  własny,  znaczący  wkład  w  reali-
zację projektu.

- Lubię  cię  -  oświadczyła,  gdy  zatrzymali  się  przed 

wejściem  do  budynku.  Dotknęła  ramienia  Brada,  uśmie-
chając  się. - Jesteś  nadzwyczajny.  - Wysiadła  i posłała  mu 
całusa.  Biegnąc  na  zajęcia,  nuciła  radośnie,  ponieważ 
wiedziała, że Brad na nią poczeka.

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

- Nie,  dzisiaj  nie  mogę  iść  z  tobą  na  kolację -  powie-

działa,  gdy  Brad  odwoził  ją  do  domu.  -  Pani  Ashford 
zaprosiła gości.

- Widzisz?  Właśnie  o  to  mi  chodziło.  -  Zgodnie  z 

przewidywaniem  Pauli  Brad  trochę  się  zirytował.  -  Naj-
pierw zajęcia, teraz harówka w domu.

- Przyjdzie  tylko  osiem  osób.  To  naprawdę  pestka. 

Muszę tylko...

- Ugotować,  podać,  sprzątnąć  i  pozmywać.  Zamęczasz 

się!

- Brad, posłuchaj. Chciałam cię o coś...
- Nie,  to  ty  mnie  posłuchaj.  Nie  ma  sensu,  żebyś  tak 

harowała, skoro mogę...

- Brad!  Już to przerabialiśmy. Nie zaczynaj  wszystkie-

go od nowa.

Wzruszył  ramionami  i  skupił  uwagę  na  prowadzeniu 

auta, bo wjechali na autostradę.

- Nie ciekawi cię, co zamierzałam ci powiedzieć?
- Co?
- Chodzi o... prezent na Gwiazdkę.
- Nie za wcześnie? - Brad błysnął zębami w uśmiechu. -

Prezent dla mnie?

background image

- Dla... dla nas obojga. To znaczy... mam nadzieję,

background image

131

że uznasz to za prezent. - Może on już ma plany na święta. 
Przecież  jest  Bradem  Vandercampem,  który  wojażuje  po 
całym świecie w towarzystwie pięknych...

- Co to takiego?

- Panie Ashford wyjeżdżają na tydzień do Connecticut, 

więc  pomyślałam...  że  moglibyśmy  spędzić  te  dni,  a 
przynajmniej większość z nich, razem. Jeśli chcesz.

- Jeśli chcę? Z radością! Pojechalibyśmy...
- Uważaj, ciężarówka!

- Widzę. - Zwolnił, aby wielki pojazd ich wyprzedził, a 

Paula  odetchnęła  z  ulgą.  -  Co  miałaś  na  myśli,  mówiąc 
„większość  dni"?  Przecież  będziesz  wolna  przez  cały  ty-
dzień. Dokąd chciałabyś pojechać?

- Nie  mogę  wyjechać.  -  Nie  jestem  gotowa,  dodała  w 

myśli. Nie na to, aby stać się jedną z wielu kobiet, z którymi 
się umawiasz, chodzisz na kolacje, podróżujesz. Taką, która 
w  skrytości  ducha  marzy,  aby  być  dla  ciebie  tą  jedną 
jedyną.

Przecież  już  się  z  nim  umawiasz  i  chodzisz  na  kolacje, 

prawda?

Tak,  ale...  Spróbowała  zrozumieć,  dlaczego  zaczęła 

spotykać się z Bradem. Chyba uznała jego zainteresowanie 
za...  zaproszenie  do  flirtu,  niewinnej  zabawy.  Przyjęła  je  i 
rzeczywiście dobrze się bawiła. Jak nigdy dotąd.

Cóż, do tej pory nie miała z kim. Dawno temu zakochała 

się w Tobym, a gdy odszedł, tak bardzo się załamała, że w 
ogóle  nie  zwracała  uwagi  na  mężczyzn.  Żyła  tylko  pracą  i 
nauką.  Aż  do  dnia,  w  którym  poznała  Brada  i  poczuła 
przypływ nieznanych, cudownych uczuć.

Przez chwilę je analizowała i nagle oniemiała z wraże

background image

132

nia, olśniona  nieoczekiwanym odkryciem.  Nigdy  naprawdę 
nie  kochała  Toby'ego.  Znali  się  od  dzieciństwa,  więc  gdy 
dorosła,  nie  rozglądała  się  za  innymi  facetami,  ponieważ 
romansowała z nim niejako z przyzwyczajenia. Ale nie było 
w tym miłości. Na pewno.

Natomiast znajomość z Bradem była jak nowa, wspaniała 

przygoda...  jak  pobyt  w  nieznanym  kraju,  gdzie  wszystko 
jest cudowne, ekscytujące... i zarazem niebezpieczne.

- Czemu nie możesz?
- Słucham?  Aha...  muszę  pilnować  rezydencji  Ashfor-

dów.  -  Skłamała,  ale  tylko  trochę.  To  Lewis  zawsze  zo-
stawał  w  San  Diego.  Ona  w  zeszłym  roku  pojechała  na 
święta  do  Wyomingu.  Rodzice  już  się  zastanawiali,  dla-
czego  w  tym  roku  nie  będzie  jej  w  domu.  Kiedy  jednak 
dowiedziała  się,  że  ma  wolny  tydzień,  natychmiast  pomy-
ślała o Bradzie. O dniach, które spędzą tylko we dwoje.

- Nie może popilnować jej twój wujek?
- Może,  ale  nie  chcę  zostawiać  go  samego.  Poza  tym 

powinnam nadrobić zaległości w nauce.

- Więc  nie  będziemy  bez  przerwy  razem?  -  Brad  pod-

jechał do przystanku, na którym zawsze się umawiali.

- Chyba nie - przyznała smętnie. Dlaczego Brad miałby 

zostać na Boże Narodzenie w nudnym San Diego? Ktoś taki 
jak on na pewno  wolałby poszaleć  w ciekawszym miejscu. 
Z bardziej oszałamiającą kobietą u boku.

- Ale znajdziesz dla mnie więcej czasu niż do tej pory? 
Skinęła głową, znów pełna nadziei.
- I spędzimy razem święta?
- Och, tak!

background image

133

- Obiecujesz?
- Oczywiście.  Kupię  choinkę.  I  przygotuję  świąteczny 

obiad...

- Nie, zjemy w moim apartamencie. Albo na ranczu!
- Moglibyśmy?  Och,  Brad,  tam  byłoby  cudownie!  -

Prawie  jak  w  domu,  pomyślała.  A  na  dodatek  z  Bradem. 
Była  zachwycona  tą  perspektywą.  Najchętniej  zaczęłaby  z 
nim planować wszystko już teraz, ale musiała wracać, żeby 
zająć się kolacją. - Porozmawiamy w najbliższych dniach. -
Z ociąganiem wysiadła z auta.

Wracała do rezydencji prawie w podskokach, podniecona 

wizją  świąt.  Już  zapomniała  o  wszystkich  wątpliwościach. 
Zostały  zagłuszone  myślami  o  siedmiu  wspaniałych dniach 
w towarzystwie Brada.

Zobaczyła  się  z  nim  dopiero  w  sobotę,  równo  tydzień 

przed  Bożym  Narodzeniem.  Panie  Ashford  wyjechały  w 
piątek wieczorem i Paulę rozpierało poczucie fanta stycznej 
wolności.

- Ranny  z  ciebie  ptaszek  -  stwierdziła,  gdy  zjawił  się 

Brad,  żeby  zabrać  ją  na  ranczo.  Powiedział,  że  przyjedzie 
wcześnie, ale nie spodziewała się go przed dziewiątą.

- Szkoda  mi  stracić  każdą  minutę  naszych  wakacji.  A 

poza tym chcę ci coś pokazać.

- Kupiłeś kolejnego konia.
- Nie. To coś zupełnie innego. Oby ci się spodobało.
- Już  jestem  zachwycona  -  oświadczyła,  gdy  pomagał 

jej  wsiąść  do  samochodu.  -  Czuję  się  jak  księżniczka. 
Przyjeżdżasz po mnie do domu,  w biały dzień, nie musimy 
spotykać się po kryjomu.

background image

134

- Zawsze  tak  powinno  być.  Przecież  nie  jesteś  niczyją 

niewolnicą.

- Wiem,  ale...  -  Zerknęła  na  dom  sąsiadów.  -  Mam 

nadzieję, że nikt nas nie zobaczył.

- A  ja  -  że  tak.  I  niech  wypaplają  wszystko  pani  Ash-

ford. Wtedy ta głupia zabawa nareszcie się skończy.

- Nie daj Boże! Muszę wytrzymać u nich jeszcze osiem 

miesięcy.

- A potem?
- Podziękuję pani  Ashford i pożegnam się z  nią raz na 

zawsze.

- Świetny pomysł! Ale po co czekać tyle czasu?
- Bo  potrzebuję  tej  pracy.  Wzięłam  ją,  bo  mam  tu  za 

darmo wikt i dach nad głową.

- Chyba nie tyrasz tylko za mieszkanie i utrzymanie? -

Brad gapił się na nią z lekkim przerażeniem.

- Oczywiście,  że  nie.  Dostaję  też  przyzwoite  wynagro-

dzenie, z którego sporą część udaje mi się odłożyć. Przyda 
się, gdy w przyszłym roku zostanę klinicystą.

- A któż to taki?
- W  weterynarii  odpowiednik  lekarza  zatrudnionego  w 

klinice.  -  Rozpromieniła  się  na  myśl  o  czekających  ją 
perspektywach. - Wreszcie będę leczyć zwierzęta. Głównie 
konie,  rzecz  jasna,  bo  je  uwielbiam.  Och,  Brad,  to  będzie 
wspaniałe!

Był przerażony jej planami. Owszem, znała się na wierz-

chowcach,  ale  jazda  konna  to  zupełnie  co  innego  niż 
leczenie  chorych  zwierząt.  Jęknął  w  duchu,  wyobrażając 
sobie  tę  delikatną  dziewczynę  podnoszącą  końskie  kopyto 
lub robiącą zastrzyk wielkiemu, niespokojnemu ogierowi.

background image

135

- W  przyszłym  semestrze  mam  ćwiczenia  z  fizjologii 

zwierząt kopytnych. Już nie mogę się doczekać. Z tą wiedzą 
może  przydam  się  na  coś  Danowi,  gdy  zacznie  trenować 
twoje nowe źrebaki.

- Wspaniale. - Brad nie chciał mącić jej radości, ale Dan 

trenował źrebaki już w czasach, kiedy Pauli jeszcze nie było 
na  świecie.  Prawdopodobnie  nie  potrzebował  pomocy 
świeżo  upieczonego  weterynarza  w  spódnicy.  Brad  uznał, 
że  pora  zmienić  temat.  -  Sprawa  firmy  Parkera  szybko 
posuwa się naprzód.

- Zatrudniłeś administratora?
- Jeszcze  nie. Muszę najpierw przeprowadzić rozmowę 

kwalifikacyjną  z  ostatnim  kandydatem,  niejakim  Elli-sem 
Andrewsem.  To  starszy  pan,  już  na  emeryturze,  ale  z 
jakichś  względów  bardzo  chce  znów  być  aktywny  zawo-
dowo. Wpadnie w poniedziałek.

- W środku naszego... - Urwała i szybko się poprawiła. 

- Przecież to okres świąteczny!

- Teraz już rozumiesz, co czuję,  gdy jesteś zbyt zajęta, 

żeby  się  ze  mną  spotkać.  Ale  nie  martw  się,  kochanie,  to 
będzie krótka wizyta. Chociaż muszę przyznać, że ta sprawa 
coraz bardziej mnie wciąga.

Po  przyjeździe  na  ranczo  Paula  zdziwiła  się,  że  Brad 

skręcił  na  podjazd  prowadzący  do  domu  dawnego  właści-
ciela. Nigdy przedtem tam nie zaglądali.

Zresztą  dom  podobno  stał  pusty.  Trzeba  więc  będzie 

przywieźć  ładną  choinkę,  udekorować  salon  gałązkami 
ostrokrzewu i jemioły. I jedno, i drugie bujnie  rosło  w po-
bliskim lesie.  Można  też  wszędzie  porozstawiać  świeczki  i 
rozpalić ogień na kominku, żeby stworzyć odpowiedni

background image

136

nastrój.  A  świąteczny  obiad?  Cóż,  przywiozą  jedzenie  w 
piknikowym koszu.

Tak,  to  dobre  rozwiązanie,  pomyślała,  wchodząc  ze 

staroświeckiego ganku do obszernej sieni, a z niej do wiel-
kiego pomieszczenia, pełniącego rolę salonu i jadalni.

Brad  zapalił  światło,  a  Paula  zamrugała  i  z  wrażenia 

zaparło jej dech.

Opadła  na  miękką,  przepastną  kanapę.  Wnętrze  było 

przepięknie  urządzone.  Emanowało  ciepłem,  sprawiało 
wrażenie, jakby ktoś mieszkał tu od dawna, zapraszało, aby 
zostać  w  nim  na  dłużej.  To  chyba  skutek  odpowiedniego 
doboru mebli i dodatków, pomyślała Paula. Wszystko było 
dopieszczone  w  najdrobniejszych  szczegółach.  Nie 
brakowało nawet obrazów i ozdobnych bibelotów.

- Nie  podoba  ci  się?  -  Brad  patrzył  na  nią  z  trochę 

niepewną miną.

- Och,  przeciwnie!  Jest  pięknie,  tylko...  oniemiałam  z 

zachwytu. Spodziewałam się, że dom będzie pusty.

- Był. Tydzień temu.
- Dokonałeś tego w zaledwie kilka dni?
- Nie ja. Pani Sorenson ze Sloane's.

Sloane's.  Najbardziej  ekskluzywny  dom  meblowy  w 

całej Kalifornii.

- Uznała, że to żaden problem - dodał Brad. - Dom był 

czysty i w dobrym stanie. Dobrze się złożyło, prawda?

- Nawet bardzo. - Spojrzała na lśniący, złocisty parkiet 

ozdobiony  ślicznymi  dywanikami  leżącymi  w  odpo-
wiednich miejscach.

- Przywiozłem ją tutaj i powiedziałem, czego oczekuję. 
I wręczyłeś jej czek na oszałamiającą sumę, pomyślała

background image

137

Paula.  To  istotnie  żaden  problem.  Wystarczy  tylko  mieć 
odpowiednio dużo pieniędzy.

- No  i  zaznaczyłem,  że  bardzo  zależy  mi  na  czasie. 

Chyba  nie  przypuszczałaś,  że  urządzimy  sobie  Boże  Na-
rodzenie w pionierskim stylu?

- Nie  -  skłamała  w  żywe  oczy.  I  po  raz  kolejny  zdała 

sobie sprawę z dzielącej ich przepaści.

- Zresztą  od  niedawna  chodzi  mi  po  głowie  pomysł, 

żeby  tu  zamieszkać.  Najwyższa  pora,  by  się  ustatkować  i 
mieć własny kąt.

Własny  kąt.  Miejsce,  do  którego  Brad  mógłby  wpadać 

między  jednym  a  drugim  wojażem.  Ta  myśl  sprawiła,  że 
Paula nagle poczuła się jak przybysz z innej planety.

- Nie podoba ci się. Masz to wypisane na twarzy, Paula. 

- Brad usiadł obok niej.

- Nie, skądże! - zaprzeczyła żywo. Za nic w świecie nie 

chciała zrobić mu przykrości. - Tu jest cudownie!

- Ale  coś  cię  gryzie.  Może  chciałabyś  wprowadzić 

jakieś zmiany?

- Uchowaj  Boże!  To  wnętrze  jest  idealne!  -  Jak 

wszystko,  co  należy  do  księcia  Brada  Vandercampa.  Na 
przykład  jego  jacht.  Też  rzucał  na  kolana  swoją  wygodą  i 
elegancją dostępną tylko dla bogaczy.
-

Więc o co chodzi? Powiedz mi, Paula. Właściwie 

sama nie wiedziała. Coś zaczynało jej doskwierać, lecz nie 
umiała tego nazwać.

- Naprawdę  o  nic.  Jestem  tylko...  zaskoczona,  że  w 

takim tempie zdołałeś urządzić ten dom.

- Jeszcze nie widziałaś wszystkiego. - Brad podniósł ją 

z kanapy. - Chodź.

background image

138

Reszta  domu  okazała  się  równie  imponująca.  W  prze-

szklonym bufecie stała wytworna, porcelanowa zastawa oraz 
bateria  kryształowych  szklanek  i  kieliszków,  kuchnia  była 
doskonale wyposażona, zaś w małej łazience obok holu leżał 
stosik ręczników dla gości.

A piętro... Poprzedni właściciel niewątpliwie nie zaliczał 

się  do  biedaków  i  lubił  życie  w  wielkim  stylu.  Każda  z 
czterech sypialni miała własną elegancką łazienkę, a pokoje 
były  pięknie  urządzone  i  nie  brakowało  w  nich  dosłownie 
niczego.

- Ta  pani  Sorenson  to  prawdziwa  cudotwórczym  -z 

podziwem stwierdziła Paula.

- To  prawda.  Szkoda  tylko,  że  nie  mogła  zatrudnić 

służby i nadal muszę koczować w hotelu.

No  tak,  pomyślała  Paula.  Kolejna  rezydencja,  gdzie 

trzeba  mieć  kogoś  do  gotowania,  sprzątania,  robienia  za-
kupów. Ten człowiek z pewnością nigdy nie skalał się żadną 
pracą.

- Spokojna głowa - dodał Brad. - Już szukam perso nelu. 

Za parę dni powinienem...

- Nie! Nikogo nie sprowadzaj. Załatwisz to wszystko po 

świętach.

- Ale...  Myślałem,  że  wolałabyś,  by  ktoś  wszystko 

przygotował.
-

Nie, nie chcę... - Żeby ktoś odebrał mi Boże Naro 

dzenie, dodała w duchu. Uwielbiała święta i wszystko, co 
było z nimi związane. Szukanie w lesie odpowiedniej cho-
inki, zbieranie szyszek, ostrokrzewu i jemioły, dekorowanie  
domu. I ten cudowny aromat sosnowych gałęzi oraz 
palących się świec. A także lepkość słodkiego ciasta 

background image

i

139

na palcach, zapach domowych wypieków. Nikt nie podałby 
jej  tego  na  srebrnej  tacy!  -  Wolałabym  spędzić  ten  czas  w 
bardziej kameralnej atmosferze.

- Oczywiście.  Nikt  nie  będzie  nam  przeszkadzał. 

Właśnie  dlatego  tak  się  śpieszyłem  z  urządzeniem  domu. 
Żebyś  mogła  zostać  tutaj  na  noc...  albo  na  cały  tydzień. 
Lewis także  — dodał pośpiesznie, gdy się odsunęła.

- Wiesz, że to niemożliwe. Musimy pilnować 
rezydencji.
- No  tak...  Aha,  zapomniałem  ci  powiedzieć,  że  za 

domem  są  mieszkania  dla  służby.  Nikt  by  nam  nie  prze-
szkadzał.

- Och,  nie  w  tym  rzecz,  Brad.  -  On  naprawdę  nic  nie 

rozumie. - Ja po prostu lubię robić wszystko sama. - Jak mu 
wyjaśnić, że dobrze wykonana praca  daje wielkie poczucie 
satysfakcji?  Tak  to  jest,  gdy  kobieta,  która  pracuje  od 
zawsze,  spotyka  się  z  mężczyzną,  który  nigdy  nie  kiwnął 
palcem, pomyślała smętnie.

- Uważam,  że  powinnaś  wypocząć!  -  Złagodniał  na 

widok jej miny. - No dobrze. Żadnej służby. Zamówię tylko 
jedzenie w firmie.

- Och,  nie!  Proszę  cię.  To  nie  ma  sensu.  -  Omal  nie 

parsknęła śmiechem. Posiłek dla trzech osób? Była w stanie 
przygotować  go  jedną  ręką.  Zresztą,  naprawdę  uwielbiała 
robić  wszystko  sama.  Ta  krzątanina  była  częścią  świąt, 
początkiem  ich  radosnego  celebrowania.  -Chodźmy 
poszukać  choinki  -  zaproponowała.  -  A  na  drzewie  obok 
jeziora chyba widziałam jemiołę.

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY

Przedświąteczne  dni  były  zupełnie  inne  niż  w  poprze-

dnich  latach.  Brad  kolejny  raz  doszedł  do  wniosku,  że 
chwile  spędzone  z  Paulą  są  jak  przebywanie  w  nowym, 
ekscytującym świecie pełnym nieznanych atrakcji.

Na  przykład  takich,  jak  szukanie  choinki.  W  dzieciń-

stwie  często  chodził  ze  Svenem  i  kilkoma  innymi  ogrod-
nikami po rodzinnej posiadłości Balmour, aby wybrać ładne 
drzewko. A właściwie drzewka. Największe do ogromnego 
frontowego  salonu,  mniejsze  do  holu  w  pomieszczeniach 
dla  służby  i  jeszcze  jedno  do  własnej  sypialni.  Patrzył  na 
mężczyzn, którzy mierzyli choinki, a potem je ścinali. Lecz 
samo patrzenie było dość nudne, więc wolał uganiać się po 
lesie za wiewiórkami lub wdrapywać się na drzewa.

Szybko  nudził  się  też  obserwowaniem  grupy  zawodo-

wych dekoratorów, którzy przyjeżdżali z wielkimi pudłami 
światełek i ozdób, aby fachowo upiększyć rezydencję.

Początkowo  lubił  dostawać  zabawki  i  inne  prezenty  od 

Świętego  Mikołaja,  lecz  w  miarę  upływu  lat  coraz  mniej 
bawiły  go  okolicznościowe  przyjęcia,  podczas  których 
elegancko  wystrojeni  goście  gawędzili  głównie  o  niczym, 
delikatnie  stukali  się  kieliszkami  szampana  i  uprzejmie 
życzyli sobie nawzajem wesołych świąt.

background image

141

Później  przestał  bywać  na  tych  imprezach.  Wolał 

pojeździć  na  nartach  w  Szwajcarii,  pograć  w  polo  w  Ar-
gentynie  lub  popływać  jachtem  po  Morzu  Śródziemnym. 
Jednak  w okresie Bożego  Narodzenia znów lądował  wśród 
osób, które gawędziły o niczym i popijały szampana. Co za 
nuda!

Natomiast  z  Paulą  nigdy  się  nie  nudził.  Dlaczego?  Nie 

miał  pojęcia.  Przecież  szusowanie  po  zaśnieżonym  zboczu 
szwajcarskich  Alp,  a  potem  gorący  grog  w  towarzystwie 
pięknej  kobiety  powinny  być  bardziej  ekscytujące,  niż 
atakowanie  siekierą  pnia  choinki.  I  z  pewnością  jest  ła-
twiejsze, pomyślał, ocierając pot z czoła.

Jakimś  cudem zdołał  ściąć  wybrane  przez  Paulę  drzew-

ko.  Razem  z  Danem  przyniósł  je  do  domu,  potem  wraz  z 
Paulą  ustawił  choinkę  w  czerwonym  pojemniku,  który 
Paula  napełniła  wodą  z  cukrem.  Żeby  drzewko długo  było 
świeże  i pachniało,  wyjaśniła.  Razem zebrali  w  lesie  mnó-
stwo  zielonych  gałęzi  i  zrobili  z  nich  wspaniałe  girlandy, 
które  porozwieszali  wokół  okien  i  pod  sufitem.  Kupili 
również  mnóstwo  bombek,  światełek  i  świeczek.  Rozba-
wieni  jak  dzieci,  długo  się  zastanawiali,  gdzie  umieścić 
każdą ozdobę.

Wśród  tych  przygotowań  znaleźli  czas  na  lunch  w 

kuchni  i  zjedzenie  hamburgerów,  gdy  robili  zakupy.  Byli 
we wspaniałym nastroju. Często się śmiali, czasem uścisnęli 
się  serdecznie,  uradowani  jakimś  małym  sukcesem. 
Zdarzały  się też  pocałunki...  lekkie  cmoknięcia  w policzek 
lub  te  bardziej  rozkoszne,  w  usta.  Pośpieszne,  lecz  jakże 
obiecujące. Doprowadzały Brada do szaleństwa.

- Prawie jak Boże Narodzenie w domu - stwierdziła

background image

142

Paula,  gdy  wieczorem  skończyli  dekorowanie.  -  Brakuje 
tylko śniegu za oknem i trzaskającego ognia na kominku.

- Najważniejsze, że jesteśmy razem.
- Masz rację. Zresztą w południowej Kalifornii śnieg nie 

pada nigdy.

- Ale ogień zaraz rozpalimy. - Brad przytknął zapaloną 

zapałkę do gazowego paleniska.

- I  będziemy  udawać,  że  za  oknem  jest  biało.  A  teraz 

gasimy elektryczne światło i zaczynamy święta! - Usiedli na 
podłodze  przed  kominkiem  i  popatrzyli  na  przystrojony 
pokój.  -  Zawsze  uwielbiałam  tę  chwilę.  Gdy  tylko  posta-
wiliśmy  choinkę  i  rozbłysły  lampki,  ogarniało  mnie  nie-
zwykłe uczucie.

- Jakie?
- Cóż,  rozpierała  mnie  radość,  której  towarzyszyło 

przeświadczenie,  że  zdarzy  się  coś  cudownego.  Robiło  mi 
się  ciepło  na  sercu,  byłam  po  prostu  szczęśliwa.  Wiesz,  o 
czym mówię?

- Teraz już tak. Dzięki tobie.  - Z zachwytem patrzył  w 

jej  błyszczące  oczy,  na  jej  zarumienione  policzki,  kusząco 
rozchylone  wargi.  Sam  jej  widok  sprawiał,  że  jemu  też 
robiło  się ciepło  na sercu.  Wziął  Paulę  w ramiona,  święcie 
przekonany, że zaraz zdarzy się coś cudownego.

Był pewien, że się nie rozczaruje, ponieważ zareagowała 

namiętnie  i  bez  wahania.  Pragnęła  tego  samego,  co  on. 
Świadczył o tym sposób, w jaki wplotła palce w jego włosy, 
jak odruchowo przylgnęła do niego, gdy pogłębił pocałunek. 
A  gdy  powędrował  ustami  po  jej  szyi  aż  do  pulsującego 
zagłębienia,  usłyszał  cichy  jęk  rozkoszy.  Wsunął  rękę  pod 
bluzkę, a Paula nie zaprotestowała. Prze

background image

143

ciwnie,  sprawiała  wrażenie  zachwyconej,  a  jej  gardłowe 
pomruki obudziły w nim przemożne pragnienie, które coraz 
gwałtowniej domagało się zaspokojenia.

Dlatego prawie stracił równowagę, gdy Paula raptownie 

się odsunęła i zerwała na równe nogi.

Patrzył na nią oszołomiony, usiłując się opanować.
- Chy...  chyba  już  pójdę  -  mruknęła  Paula.  -  Robi  się 

późno.

- Czyżbym  wysyłał  niewłaściwe  sygnały?  -  wycedził, 

piorunując ją wzrokiem, gdy wreszcie zdołał wstać.

- Nie  ty.  To...  moja  wina. Nie  chciałam...  - Przygryzła 

wargę.

- Wprowadzać mnie w błąd?
- Przepraszam.
- Zrobiłaś  to  po  mistrzowsku.  -  Najchętniej  porządnie 

by  jej  wygarnął,  co  sądzi  o  podejmowaniu  takiej  wyrafi-
nowanej gry. - Myślałem, że jesteś zbyt uczciwa na takie... -
Zauważył  drżenie  jej  palców,  gdy  próbowała  wygładzić 
bluzkę,  i  natychmiast  złagodniał.  Może  zachował  się  zbyt 
agresywnie.  Nie  miał  prawa  jej  popędzać.  Powinien 
uszanować  fakt,  że  ona  nie  jest  gotowa.  -  Chodź,  odwiozę 
cię do domu.

Bez  słowa  zaprowadził  ją  do  auta,  pomógł  wsiąść  i 

usiadł  za  kierownicą.  Gdy  wyjechali  na  autostradę,  Paula 
ośmieliła się zerknąć na niego kątem oka. Nie wyglądał na 
rozgniewanego.  Był  tylko  poważny  i  milczący,  jakby  całą 
uwagę skupił na prowadzeniu samochodu.

Chciała  przerwać  to  niezręczne  milczenie,  lecz  nie  po-

trafiła  wymyślić  nic  sensownego,  co  mogłaby  powiedzieć. 
Już go przeprosiła. Naprawdę nie chciała go zwodzić.

background image

144

Jego?  To  raczej  ona  dała  się  zwieść...  podszeptom 

własnego  ciała.  Przecież  aż  się  trzęsła,  pragnąc  w  pełni 
rozkoszować  się  cudownymi,  erotycznymi  doznaniami,  ja-
kich nigdy przedtem nie doświadczyła.

Przez  kilka  podniecających  chwil  marzyła  tylko  o  tym, 

aby wejść na nieznane terytorium.

Nieznane?  Głupie  gadanie.  Przecież  powszechnie  wia-

domo, że kobieta plus mężczyzna równa się seks. Bo w tym 
przypadku tylko o to chodziło. O seks.

Ale... czy kiedykolwiek czuła się podobnie przy Tobym?

Razem  jeździli  konno,  pływali  na  tratwie,  parę  razy  się 

pocałowali.  Było  też  trochę  ukradkowych  pieszczot,  ale 
całkiem niewinnych, ponieważ rodzice zawsze mieli ich na 
oku.  A  gdy  pojechali  na  studia  i  dojrzeli  do  większej 
intymności,  ich  drogi  zaczęły  się  rozchodzić,  więc  do  ni-
czego nie doszło. Potem zaś Paula skoncentrowała się tylko 
na nauce i pracy.

Dobry  Boże,  mając  dwadzieścia  trzy  lata  była  taka  nie 

doświadczona, że namiętny pocałunek pierwszego lepszego 
mężczyzny doprowadził ją...

Nie. Nie pierwszego lepszego. Brada.
Znów  dyskretnie  na  niego  spojrzała.  Nie  odzywał  się  i 

pewnie  myślał,  że  ona  jest  naiwną  smarkulą,  która  boi  się 
odrobiny seksu.

A  przecież  chodziło  o  coś  zupełnie  innego.  Po  prostu 

wiedziała,  że  oddawszy  się  Bradowi,  będzie  bardzo  cier-
pieć, gdy nadejdzie chwila ostatecznego rozstania.

Bo  przecież  tak  to  się  wszystko  skończy.  Brad  Vander-

camp  szybko  się  znudzi  i  lada  dzień  pofrunie  w  kolejną 
podróż.

background image

145

Co za szczęście, że  w samą porę  obudził się jej  zdrowy 

rozsądek i ochłodził rozgrzane namiętnością ciało!

Ale  co  teraz  się  stanie?  Czy  wyrafinowany  światowiec 

Brad  Vandercamp  uzna,  że  nie  warto  marnować  świątecz-
nego  tygodnia,  spędzając  go  z  pruderyjną  głupią  gęsią? 
Postanowi  zabawić  się  z  bardziej  atrakcyjną  kobietą,  która 
nie będzie robić takiego problemu z łóżkowych igraszek?

Paula  poczuła  w  sercu  bolesne  ukłucie  i  tym  razem 

śmiało  utkwiła  spojrzenie  w  twarzy  Brada.  Chciała  na  za-
wsze zapamiętać ten wspaniały, wyrazisty profil, te lśnią ce, 
kędzierzawe włosy o miedzianym odcieniu, te bursztynowe 
oczy, które potrafiły się uśmiechać, przymilać i obiecywać. 
I te dłonie - silne i jednocześnie takie delikatne.

Błagam,  Boże,  daj  mi  ten  tydzień  z  Bradem,  poprosiła 

żarliwie.  Nawet  gdyby  na tym  miała  się  skończyć  ta  przy-
goda.  Na  razie  było  tak  przyjemnie.  Wręcz  cudownie... 
Dzięki  obecności  Brada  wszystko,  co  do  tej  pory  robiłam, 
nabrało blasku, stało się radosne i ważne.

Ale... Z trudem przełknęła ślinę i westchnęła ciężko, gdy 

Brad  skręcił  na  podjazd  przed  domem  Ashfordów.  Może 
sposób,  w jaki  spędzali  czas,  wydał się Bradowi piekielnie 
nudny? Może on wolałby...

-  Jesteśmy  na  miejscu!  -  Brad  uśmiechnął  się  pro-

miennie. - Co mamy w planie na jutro?

Okazało  się,  że  na  świąteczną  kolację  przyjdzie  pięć 

osób.  Paula  i Brad  układali listę gości kilka  dni  wcześniej, 
podczas pieczenia  ciast.  Brad  zajmował  się  głównie łuska-
niem  orzechów  i  pomagał  dekorować  ciasteczka.  Oczywi-
ście pierwszy raz w życiu.

background image

146

- Może  zaprosisz  Parkera  -  zasugerowała  Paula,  od-

mierzając  składniki  na pierniczki.  - Wiem,  że to  samotnik, 
ale jest Boże Narodzenie, więc...

- Już go zaprosiłem.
- I pana Andrewsa, jeśli jeszcze jest w mieście.
- Owszem, i nie traci czasu.
- Ten  facet  to  dynamit,  nie  sądzisz?  Cieszę  się,  że  go 

przyjąłeś.

- To  raczej  twoja  zasługa.  -  Przeprowadził  rozmowę 

kwalifikacyjną  podczas  obiadu,  na  który  przyszedł  wraz  z 
Paulą.  Wyglądała  szałowo  w  prostej,  czarnej  sukience, 
która odsłaniała wspaniałe nogi.

- Moja?
- Oczywiście.  -  Paula  rzeczywiście  okazała  Andrew-

sowi tyle ciepłego zainteresowania, że starszy pan otworzył 
się  przed  nią,  jakby  znali  się  od  lat.  Przeszedł  na 
wcześniejszą  emeryturę, żeby opiekować  się chorą  żoną,  a 
gdy  niedawno  zmarła,  poczuł  się  bardzo  samotny  i  po-
stanowił wrócić do pracy. - Zwierzał ci się jak najlepszemu 
przyjacielowi.

- To miły człowiek. I powinien się czymś zająć.
- A mnie przyda się jego doświadczenie. Wkrótce trze-

ba będzie zatrudnić architektów i firmę budowlaną.

- Wkładasz dużo serca w to przedsięwzięcie, prawda?
- Wciągnęło mnie. - Bardziej niż mógłby przypuszczać. 

Może on też potrzebował bardziej aktywnego życia.

Pan  Andrews  przyjechał  z  Parkerem.  Obaj  przyłączyli 

się  do  Lewisa,  który  stwierdził,  że  nic  tak  nie  wzmaga 
apetytu,  jak  konna  przejażdżka.  Lewis  przywiózł  Sama 
Jonesa, jednego ze swoich pokerowych partnerów.

background image

147

- Sam  nie  ma  rodziny  i  jest  ostatnio  trochę  przygnę-

biony - oświadczył.

Jones, który nie przepadał za końmi, postanowił wybrać 

się na długi spacer w towarzystwie Parkera. Piątym gościem 
był jeden ze stajennych Brada, dziewiętnastoletni Sid, który 
chyba  też  nie  miał  nikogo  bliskiego.  Sid  powiedział,  że 
zostanie w domu i pomoże pannie Pauli.

Brad  już  wcześniej  zauważył,  że  cała  robota  spadnie  na 

nią,  bo  wszyscy  goście  to  mężczyźni.  To  nie  w  porządku, 
stwierdził, lecz Paula zbagatelizowała ten problem. Przywy-
kła  do  obecności  wielu  facetów.  Na  ranczu  Randolphów 
mama zawsze zapraszała na święta samotnych kowbojów.

- Poza  tym  wcale  nie  będę  wszystkiego  robić  sama  -

dodała Paula. - Oni na pewno się włączą.

Nie  pomyliła  się.  Zwłaszcza  Sid  się  włączył,  pomyślał 

Brad, obserwując  krzątającego  się po  kuchni  chłopaka.  Sid 
chodził  za  Paulą  jak  mały  psiak  i  patrzył  na  nią  z  nie 
skrywanym uwielbieniem.

A  Brad  rozpaczliwie  pragnął  się  z  nią  kochać.  I  wyda-

wało  mu  się,  że  ona  też  tego  chce.  Chociaż...  może  nie. 
Znów  traktowała  go  po  koleżeńsku,  z  rzadka  obdarzając 
szybkim całusem lub przelotnym uściskiem. Zupełnie, jakby 
prowokowała i natychmiast się wycofywała.

To nie było zachowanie, do jakiego przywykł Brad. Inne 

kobiety...

Urwał, tknięty nagłą myślą. Paula to Paula. Nie podobna 

do żadnej kobiety z jego przeszłości.

Usiłował  grać  zgodnie  z  zasadami  Pauli,  lecz  z  trudem 

trzymał  ręce  przy  sobie.  Wciąż  myślał  tylko  o  tym,  żeby 
wziąć ją w ramiona i zatrzymać w nich na zawsze.

background image

148

Na zawsze.

Otóż  to.  Romansował  z  wieloma  kobietami.  Bywał 

zainteresowany,  zaintrygowany,  raz  nawet  mocno  zauro-
czony. Nigdy jednak nie myślał kategoriami „na zawsze".

Co  czuje  Paula?  Wiedział,  że  coś  ich  łączy,  coś  głęb-

szego niż samo pożądanie. Paula także zdawała sobie z tego 
sprawę.  Mógłby  przysiąc,  że  tak.  Dlaczego  więc  trzymała 
go na dystans? A Lewis nie ukrywał, że jego zdaniem Brad 
Vandercamp  nie  jest  dostatecznie  dobry  dla  ukochanej 
bratanicy.

Do  licha!  Brad  bezwiednie  zacisnął  pięści.  Czyżby 

wpadał  w kompleksy? Nigdy dotąd  nie zmagał się z takim 
poczuciem niepewności, nie był taki... przerażony!

Niech  to  diabli!  Najlepiej  wszystko  natychmiast  wyjaś-

nić. Zdecydowanym krokiem pomaszerował do kuchni.

- Paula...
- Uważaj!  -  ostrzegła,  otwierając  piekarnik,  z  którego 

buchnęła para, a w powietrzu rozszedł się apetyczny zapach 
pieczonego indyka.

- Paula, chcę cię o coś spytać.
- A ja ciebie. Pokroisz to ptaszysko?

background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY

Inne  miejsce,  inni  ludzie,  pomyślał  Brad,  gdy  wszyscy 

zaczęli  schodzić  się  na  kolację.  Nikt  nie  był  elegancko 
wystrojony. Jedynie Ellis Andrews przyszedł w marynarce i 
krawacie, lecz zaraz zdjął i jedno, i drugie.

Żadnego  stukania  się  kieliszkami  szampana,  żadnych 

pogawędek  o  niczym.  Zgodnie  z  przewidywaniem  Pauli 
goście  włączyli  się  do  przygotowań.  Z  wyjątkiem  Lewisa, 
który rozsiadł się wygodnie i wydawał polecenia. Parker też 
już siedział przy stole, zatopiony w myślach. Pewnie głowi 
się  nad  kolejnym  oszałamiającym  wynalazkiem,  stwierdził 
Brad, nalewając wino.

- Wolę piwo. - Lewis zakrył dłonią swój kieliszek.
- Chyba nie mamy.
- Jest w lodówce. Przywiozłem sześć puszek.
Brad poszedł do kuchni i omal nie wpadł na Sida, który 

wraz  z  Samem  Jonesem  pomagał  Pauli  wnosić  półmiski  z 
przystawkami.

Wkrótce  wszyscy  zasiedli  przy  stole  i  Ellis  Andrews 

przystąpił do krojenia indyka. Brad  wiedział, że dzisiaj nie 
wykonałby tego zadania, nawet gdyby miał w tej dziedzinie 

background image

150

jakiekolwiek  doświadczenie.  Zastanawiał  się  bowiem,  co 
później powie Pauli, która siedziała naprzeciw niego.

background image

Zdjęła swój wielki fartuch i wyglądała bardzo powabnie w 
obcisłym, czerwonym sweterku.

- Jasne czy ciemne? - spytał Andrews.
Brad usłyszał, lecz nie zareagował na jego słowa, ponie-

waż chciał wstać, obejść stół, wziąć Paulę w objęcia i...

- Brad!  Jakie  mięso  wolisz  -  jasne  czy  ciemne?  -  po-

wtórzył Andrews nieco głośniej.

- Poproszę  każdego  po  kawałku.  -  Jakby  miało  zna-

czenie, co będzie jadł. Co się z nim działo? Zachowywał się
jak zakochany nastolatek.

Nie  był  takim  uwodzicielem,  za  jakiego  uchodził,  lecz 

zawsze  umiał postępować  z  kobietami.  Ale jak  tu skutecz-
nie  czarować  taką,  która  zręcznie  manewruje  ciężkim  pół-
miskiem z gorącym indykiem-gigantem?

Miłość  należy  wyznawać  w  bardziej  romantycznym 

otoczeniu,  lecz  skoro  człowiek  stracił  głowę  dla  kobiety, 
która pół życia spędza w kuchni...

Chwileczkę... miłość?
- Chyba coś zrobisz z tym fantem, prawda, Brad?
O  czym  ten  Lewis  gada?  Brad  spojrzał  na  niego  nie-

przytomnie.

- Sam nie chce wyjechać z San Diego - dodał  Lewis. -

Powiedz mu, chłopie, w czym rzecz.

Brad pytająco popatrzył na Sama Jonesa.
- Och, wspomniałem tylko, że będzie mi szkoda opuścić 

te  strony.  Ale  chyba  muszę.  Wczoraj  dostałem  różowy 
kwitek.

- Różowy kwitek? - Brad nie miał pojęcia, co to 
takiego.

background image

152

- Czyli  wymówienie.  Zwolnienie  z  pracy  -  wyjaśnił 

Lewis.

background image

153

- Ach  tak.  -  Brad  zastanawiał  się,  jak  mógłby  pomóc. 

Sam najwyraźniej nie lubił koni, lecz... - Co pan umie?

- Jestem  malarzem,  znam  się  też  na  stolarce.  Przez 

ostatni rok pracowałem w bazie.

- W bazie?
- W bazie marynarki. Niedługo ją likwidują i zwalniają 

ludzi. Poszedłem na pierwszy ogień.

- Niedobrze.
- Och, i tak jestem w lepszej sytuacji niż inni. Nie mam 

rodziny  i  żadnych  zobowiązań.  Ale  żal  mi  takich 
chłopaków,  jak  na  przykład  mój  przyjaciel  Tom,  ojciec 
czworga  dzieci.  A  na  dodatek  niedawno  wziął  kredyt  na 
domek,  więc  nawet  jeśli  znajdzie  robotę  gdzieś  indziej, 
trudno mu będzie zdecydować się na przeprowadzkę.

- Nie mógłby poszukać czegoś w okolicy?
- Żartuje pan? Baza zatrudnia dwadzieścia sześć tysięcy 

osób. Jak ją zamkną, zostaniemy na lodzie. W tym mieście i 
tak  jest  bezrobocie,  a  bazy  wojskowe  znikają  jedna  po 
drugiej. Chyba potrzebujemy kolejnej wojny.

- To i tak nie rozwiązałoby problemu - oświadczył Ellis 

Andrews.  - Przy dzisiejszej automatyzacji  jeden  pracownik 
może naciskać wiele przycisków.

Wszyscy parsknęli śmiechem i przez chwilę gawędzili o 

wadach i zaletach współczesnej cywilizacji.

- Już  nikt  nie  zatrudnia  sekretarki  do  odbierania  tele-

fonów - podsumował dyskusję Lewis.

- Osobiście się cieszę, że malowanie i wbijanie gwoździ 

nadal  odbywa  się  ręcznie.  Przynajmniej  na  razie.  Ale 
mnóstwo ludzi już się martwi o swoją przyszłość. - Sam dla 
przykładu wymienił robotnika w wieku przed

background image

154

emerytalnym  i  samotną  matkę  chłopczyka  z  zespołem 
Downa.  -  Jak  straci  robotę,  to  nie  będzie  mogła  posyłać 
dzieciaka  na  specjalne  zajęcia.  -  Sam  ze  smutkiem  po-
trząsnął głową.

- Nowe miejsca pracy to działka Brada. - Lewis spojrzał 

na niego z ukosa. - Przecież jest Vandercampem.

- I co z tego? - spytał Sam.
- Vandercampowie  nie  siedzą  bezczynnie  na  swojej 

forsie.  Dają  zatrudnienie  tysiącom  ludzi.  W  Europie,  Azji, 
dosłownie wszędzie. Dla Vandercamp Enterprises to kaszka 
z mlekiem.

- Lewis,  do  końca  życia  będziesz  mi  wypominał  te 

słowa? - Brad uśmiechnął się od ucha do ucha.

- To twoje słowa, nie moje.
- Fakt - przyznał Brad. I nagle stwierdził, że targa nim 

jakieś  dziwne  uczucie.  Było  skrzyżowaniem  gniewu  i  de-
terminacji,  lecz nie zostało  wy wołane ironią  Lewisa. Spo-
wodowała  je  myśl  o  tych  wszystkich  ludziach,  którzy 
zmagają  się  z  tyloma  problemami  i  są  tak  bardzo  uzależ-
nieni od stałej pracy. A mogą ją stracić w mgnieniu oka.

Rzeczywiście  był  Vandercampem.  Wiedział  o  fuzjach  i 

przejęciach.  Wiedział,  że  jeden  podpis  na  dokumencie 
czasem  oznacza  milionowe  zyski.  Przejmowane  w  mgnie-
niu oka.

A teraz spojrzał na te sprawy z innego punktu widzenia. I 

przeraziło go to, co ujrzał.

Ale przecież był Yandercampem!

- Może  udałoby  się  stworzyć  jakiś  rynek  pracy  w  San 

Diego.  Sprawdzę  to  -  oświadczył  lekkim  tonem,  lecz  w 
głębi serca już podjął decyzję. Nie zamierzał tracić cza

background image

155

su.  W  mgnieniu  oka  można  też  dokonać  wielu  zmian  na 
lepsze.

To  były  wspaniałe  święta.  Chyba  najszczęśliwsze  w 

moim  życiu,  pomyślał  Brad,  choć  coraz  bardziej  nie-
cierpliwie  czekał  na  wyjście  gości.  Lecz  oni  jeszcze  nie 
zamierzali się zbierać. Po jedzeniu rozsiedli się wygodnie w 
salonie, opowiadali dowcipy, śmiali się i żartowali. A Paula, 
zamiast subtelnie dać do zrozumienia, że pora się pożegnać, 
namówiła wszystkich na grę w karty, więc wieczór jeszcze 
się przeciągnął.

Ale  w  końcu  panowie  zaczęli  wychodzić,  obładowani 

pudłami  świątecznych  ciasteczek.  Paula  jak  zwykle  miała 
rację, przemknęło Bradowi przez głowę. Wcale nie upiekła 
za dużo tych pyszności.

Sprzątaniem i zmywaniem na szczęście zajęła się kilku-

nastoletnia  córka  Dana,  którą  Brad  wcześniej  zatrudnił. 
Zjawiła  się  ze  swoim  chłopakiem,  więc  Brad  musiał  tylko 
wywlec z  kuchni  Paulę,  która  już  zaczęła  mówić, co  gdzie 
należy schować. Rany boskie, czy ta dziewczyna nigdy nie 
przestaje pracować?

- To  moja  kuchnia  i  pozwalam  tym  dzieciakom  robić, 

co im się żywnie podoba - oświadczył stanowczo, a dwójka 
nastolatków  zachichotała  za  jego  plecami,  gdy  chwycił 
Paulę na ręce i wyszedł.

- Puść mnie! - zapiszczała. - Co oni sobie pomyślą?
- Powiem ci, co ja myślę. - Musnął wargami jej szyję. -

Myślę,  że  za  dużo  myślisz  o  tym,  co  myślą  inni.  -  A  jego 
guzik to  obchodziło,  dopóki  Paula  była tam,  gdzie  od  rana 
pragnął  ją  mieć  -  w  jego  ramionach.  Dotknął  ustami  jej 
warg i poczuł natychmiastową reakcję. Paula zadrżała

background image

156

z pożądania. - Och, skarbie - szepnął. - Pozwól rai kochać się 
z tobą.

- Nie. Ja... nie. - Jej usta się poddawały, lecz słowa 

oznaczały odmowę. Paula spróbowała się wyswobodzić.

Do licha, tak strasznie jej pragnął. Marzył tylko o tym, aby 

zanieść  ją  do  łóżka  i  usłyszeć,  jak  krzyczy  z  rozkoszy  w 
chwili spełnienia.

- Proszę cię - jęknęła zdławionym szeptem. - Postaw 

mnie na podłodze.

- Lepiej  odwiozę  cię  do  domu.  -  Cmoknął  ją  w  czoło  i 

poszedł  wziąć  jej  prezenty  spod  choinki.  Zamierzał  prze-
prowadzić  z  Paulą  poważną  rozmowę,  wyjaśnić  wszelkie 
wątpliwości. Ale nie tutaj, gdzie za ścianą dwójka dzieciaków 
ogłuszająco hałasowała garnkami.

Paula  dyskretnie  go  obserwowała.  Gdy  ją  puścił,  poczuła 

ulgę...  i  lekkie  rozczarowanie.  Przez  cały  tydzień  z  takim 
trudem  trzymała  go  na  dystans.  A  teraz...  nadal  wszystko  w 
niej  pulsowało  z  pożądania.  Jeszcze  chwila,  a  kompletnie 
zapomniałaby o swoich wątpliwościach.

Ależ  tak!  Jedna  noc  z  Bradem  byłaby dla  niej  cenniejsza 

niż  całe  życie  z  innym  mężczyzną.  Skoro  mogła  otrzymać 
tylko teraźniejszość, tę chwilę...

Jeszcze nie jest za późno.
- Brad - zawołała cicho.
- Gotowa do wyjścia? - Podszedł do niej, obładowany 

paczkami. - Chyba wziąłem wszystkie.

Paula nagle się rozgniewała. Brad był taki spokojny, 

opanowany, podczas gdy ona nadal dygotała.

- Wychodzimy! - zawołał do dwojga nastolatków 

"i 

i ujął 

ją za łokieć.

background image

157

Z  jaką  łatwością  potrafi  opanować  swoje  emocje,  po-

myślała  rozjątrzona.  Jakby  zakręcał  kran.  Cóż,  bądź  reali-
stką, Paula. On właśnie z taką samą łatwością przechodzi od 
jednego romansu do kolejnego.

A  skoro  tak,  to  ona  też  będzie  równie  chłodna  i  wyra-

finowana.  W  dowód  tego  zaczęła  paplać  o  wszystkim  i  o 
niczym.  Mówiła  o  dużym  ruchu  na  szosie,  o  ludziach, 
którzy  zapewne  jadą  na  świąteczne  spotkania  lub  z  nich 
wracają,  o tym, że  goście Brada chyba świetnie  się bawili. 
Aha,  czy  już  wspomniała,  że  jest  zachwycona  gwiazdko-
wymi podarunkami? Chociaż Brad oczywiście nie powinien 
był dawać jej aż tyle. Zdumiewające, że pamiętał o książce, 
którą tak bardzo pragnęła mieć. A ten kaszmirowy sweterek 
jest taki mięciutki...

- No  i  ta  bransoletka  z  brylantami -  dodała.  -  W  życiu 

nie widziałam nic piękniejszego, ale...

- Zamknij się - burknął Brad, parkując samochód przed 

domem Ashfordów. - Musimy porozmawiać.

- Przecież rozmawiamy - odparła buntowniczym tonem. 

Ani  myślała  podejmować  tematu  swojej  powściągliwości, 
pruderyjności, czy jak on by to nazwał.

- Nie zamierzam gadać o głupstwach.
- Ta  bransoletka  to  nie  żadne  głupstwo.  -  Przesunęła 

między  palcami  łańcuszek  z  iskrzących  się  brylantów.  Nie 
oparła  się  pokusie  noszenia  go  przez  jeden  dzień,  lecz  to 
cacko  było  o  wiele  za  drogie,  aby  mogła  je  przyjąć.  -  Jest 
cudowna, ale.

- Nie  chcę  wiedzieć,  co  sądzisz  o  bransoletce,  Paula.  -

Brad nakrył jej dłoń swoją. - Powiedz, co myślisz o mnie.

Nagle zaczęło ją dławić w gardle. Oczywiście, powinna

background image

158

powiedzieć,  że  bardzo  go  lubi  i  lubi  przebywać  w  jego 
towarzystwie. Coś w tym stylu. Mężczyźnie, który skacze z 
kwiatka  na  kwiatek,  nie  warto  mówić,  że  się  go  szaleńczo 
kocha.

Ale  obawiała  się,  że  nawet  ton  głosu  może  ją  zdradzić, 

więc  tylko  czule  pogłaskała  Brada  po  twarzy,  musnęła 
palcem jego wargi.

- Przestań! - Odsunął jej  rękę, ale zatrzymał ją  w swo-

jej. - To już wiem.

- Co?
- Że między nami iskrzy. Och, nie patrz na mnie takim 

wzrokiem! Pragniesz mnie tak samo, jak ja ciebie. Ale nie o 
tym chcę mówić.

- A o czym?
- Muszę wiedzieć, co naprawdę do mnie czujesz. Czy te 

uczucia choć trochę są podobne do moich,

- Jakie są te twoje? - spytała i z zapartym tchem czekała 

na odpowiedź.

- Kocham cię, Paula.

Gapiła się na niego oniemiała. Czyżby się przesłyszała? 

Ciekawe, ile razy mówił te słowa, i ilu kobietom.

- Zgoda,  nie  mam  najlepszej  reputacji.  Ale  uwierz  mi, 

że uczyniłem takie wyznanie pierwszy raz w życiu. I nawet 
nie  wiem,  kiedy  się  w  tobie  zakochałem.  Może  już  tego 
pierwszego  wieczoru,  gdy  zobaczyłem,  jak  tańczysz  w 
kuchni.  A  może  dopiero  wtedy,  gdy  się  przekonałem,  że 
jesteś  takim  ciężko  harującym,  bezpretensjonalnym 
Kopciuszkiem,  który  do  wszystkiego  podchodzi  z 
cudownym, zaraźliwym entuzjazmem. Do cholery, dlaczego 
beczysz?

background image

159

- Och...  więc  mnie  kochasz.  Nigdy  bym  nie  przypusz-

czała. Myślałam...

background image

160

- Nie ma powodu do zalewania się łzami. Nadal mi nie 

odpowiedziałaś, ty bekso, co do mnie czujesz?

- Kocham  cię,  kocham,  aż  za  bardzo!  Byłam  gotowa 

zgodzić się na wszystko,  na jeden  tydzień z tobą,  na dzień 
lub nawet tylko na jedną noc.

- A na zawsze? - szepnął z ustami przy jej wargach.
- Chodź, pogadamy w domu.

Spędzili  w  salonie  sporo  czasu,  lecz  nie  na  rozmowie. 

Później  Brad  przeszedł  do  omawiania  szczegółów.  Chciał, 
żeby  pobrali  się  jak  najszybciej.  W  Kalifornii,  a  może  w 
Wyomingu?  A  dokąd  Paula  miałaby  ochotę  wyjechać  w 
podróż poślubną? Może polecieliby do Monako, wsiedli na 
pokład  „Renegata"  i  popłynęli  w  rejs  po  Morzu  Śród-
ziemnym? W drugiej połowie stycznia mogliby pomieszkać 
w rodzinnej rezydencji we Włoszech.

- Wiesz, że to wykluczone. - Paula z uśmiechem wtuliła 

się w objęcia Brada. - Muszę się uczyć.

- Uczyć? - spytał taki zdumiony, jakby odezwała się po 

chińsku.

- Trzeciego  stycznia  zaczyna  się  nowy  semestr.  No  i 

właśnie  wtedy  wracają  panie  Ashford.  Muszę  złożyć 
wymówienie z wyprzedzeniem, więc chyba weźmiemy ślub 
dopiero...

- Do diabła z paniami Ashford. Koniec z tą robotą.
- Cóż...  -  Wolałaby  być  w  porządku  wobec  dotych-

czasowej pracodawczyni, lecz chyba uda się jakoś...

- I  do  diabła  z  tą  nauką.  Pora  na  miłość  i  małżeństwo, 

skarbie.

background image

161

- Tak, ale... - Miałaby zrezygnować ze studiów? Akurat 

teraz,  gdy  już  jest  tak  blisko  wymarzonego  celu?  -Brad, 
muszę to jeszcze przemyśleć.

background image

162

- Nie  ma  czego,  kochanie.  Sądzisz,  że  Kopciuszek  po 

ślubie z księciem nadal sprzątał końskie łajno?

- Właśnie tak oceniasz mój zawód? - Zagotowało się w 

niej ze złości.

- Och,  dziecinko,  nie  bądź  taka  drażliwa.  Zgoda,  to 

świetna profesja, ale nie dla ciebie.

- Radziłam sobie z nimi od dziecka!
- Co  innego  konna  jazda,  a  co  innego  leczenie  takich 

zwierząt. Paula, jesteś zbyt delikatna. Weterynaria to zajęcie 
dla mężczyzn.

- Doprawdy?
- No cóż...
- A może sądzisz, że faceci są mądrzejsi?!
- Wcale  tak  nie  uważam.  Nie  mam  pojęcia,  jakim 

cudem  nasza  rozmowa  przerodziła  się  w  bezsensowną 
dyskusję.

- Arogancko  uznałeś,  że  bez  wahania  rzucę  wszystko, 

na  co  pracowałam  od  lat,  że  pożegnam  się  z  marzeniem, 
które już prawie zrealizowałam!

- Właśnie! - Brad także się zdenerwował. - Chcę, żebyś 

to rzuciła! Nic, tylko pracujesz i pracujesz. Najwyższy czas, 
żebyś  zaznała  trochę  przyjemności.  Dam  ci  rzeczy,  jakich 
nigdy  nie  miałaś,  pokażę  ci  miejsca,  jakich  nigdy  nie 
widziałaś. Będziemy się kochać i bawić!

- Nie  zamierzam  pędzić  jałowego  życia.  Może  tobie 

ono odpowiada, ale mnie na pewno nie!

Brad  obdarzył  ją  szczerze  rozbawionym  spojrzeniem, 

odwrócił  się  i  wyszedł.  Po  chwili  usłyszała  trzaśniecie 
drzwiczek, szum silnika i pisk opon.

background image

ROZDZIAŁ TRZYNASTY

- O  co  chodzi,  Paula?  -  Lewis  zerknął  na  nią  znad 

talerza ze śniadaniem.

- Sparzyłam się! - Powachlowała dłonią usta i odstawiła 

kubek z kawą.

- Mnie nie nabierzesz. W czym rzecz?
- Nie rozumiem - odparła z miną niewiniątka.
- Pytam, co się dzieje.
- Stara  bieda,  jeśli  o  mnie  chodzi.  Smakuje  ci  jajecz-

nica?

- Jak  zwykle.  Ale  ty  nawet  jej  nie  tknęłaś.  Co  cię 

gryzie?

- Ależ z ciebie nudziarz! - Zerwała się z krzesła, wylała 

kawę  do  zlewu  i  wstawiła  kubek  do  zmywarki.  -  Bez 
powodu wiercisz mi dziurę w brzuchu!

- Dobrze  widzę,  kiedy  ktoś  jest  w  depresji.  Zwłaszcza 

dziewczyna,  która  zazwyczaj  jest  wesoła  jak  skowronek.  I 
widzę,  że  facet,  który  niemal  koczował  na  naszym  progu, 
nie pokazuje się od dwóch dni, więc...

- Już  dobrze,  dobrze!  -  Odwróciła  się  i  spiorunowała 

wujka wzrokiem. - Skoro się tak dopytujesz, to ci po wiem! 
On mnie rzucił!

- Naprawdę?

background image

164

- Przecież sam mówiłeś, że tak będzie!

background image

- Ja?
- Nie udawaj niewiniątka - parsknęła z przekąsem. -Bez 

przerwy  mnie  ostrzegałeś,  że  ten  bogaty  laluś  najpierw 
mnie wykorzysta, a potem rzuci...

- Tak  twierdziłem?  Hmm...  nie  pierwszy  raz  będę  mu-

siał coś odszczekać.

Nie  miała  pojęcia,  dlaczego  się  rozpłakała.  Może  dla-

tego,  że  Lewis  się  uśmiechał?  Albo  dlatego,  że  to,  co  mu 
powiedziała,  nie  było  zbyt  zgodne  z  prawdą?  Niezależnie 
od powodu usta nagle same zaczęły drżeć, a oczy wypełniły 
się łzami.

- Siadaj.  -  Lewis  wskazał  jej  krzesło.  -  Pogadajmy. 

Przyznaję, że okropnie się pomyliłem. Ten facet wcale  nie 
patrzył  na  ciebie  jak  na  swoją  kolejną  zdobycz.  Uwierzy-
łem, że mu na tobie zależy.

- Nie... nie powinnam była gadać takich głupot.
- Co się stało?
- On... och, Lewis, on  mi się oświadczył. - Wierzchem 

dłoni otarła mokre policzki.

- I dlatego zalewasz się łzami? 
- Byłam  taka  zdumiona,  gdy  poprosił  mnie  o  rękę. 

Zawsze myślałam, że Brad tylko chce się ze mną przespać i 
starałam się trzymać go na dystans, ale on... och, wujku, on 
naprawdę mnie kocha. I spytał, co ja do niego czuję. Ja też 
go kocham.

- Więc w czym problem?
- Sama nie wiem. - Zawahała się. - Nie, to nie tak. Brad 

zaczął  mówić  o  tym,  gdzie  i  kiedy  weźmiemy  ślub,  o 
podróży poślubnej...

- Miła perspektywa.

background image

166

- Owszem, ale zupełnie zapomniał, że ja też mam swoje 

życie, różne plany, marzenia... Zupełnie, jakby to wszystko 
nie miało żadnego znaczenia.

- Mówisz o studiach?
- Nie tylko. Wiesz, że już za pół roku będę klinicystą?
- A cóż to takiego?
- Odpowiednik lekarza.
- Rozumiem.
- Mówisz,  jakby  to  było  jakieś  głupstwo.  Przecież 

wiesz, że oboje z Tobym marzyliśmy o tym od dziecka. On 
trenowałby konie, a ja...

- Wszystko  się  zmienia,  dziecinko.  Obecnie  Toby  jest 

bankierem,  a  ty  musisz  sama  zatroszczyć  się  o  swoją 
przyszłość.

- Do  licha,  przecież  się  troszczę!  Za  rok  będę  wetery-

narzem. Kimś niezależnym. Tego nikt mi nie odbierze.

- Boisz się?
- O co ci chodzi?
- Po odejściu Toby'ego byłaś załamana. Zostało ci tylko 

marzenie o zawodzie  weterynarza. Parłaś do jego realizacji 
z niezwykłym uporem.

- Na  litość  boską,  Lewis,  chyba  nie  sądzisz,  że  nadal 

cierpię z powodu Toby'ego!

- Nie.  Ale  po  tym,  co  się  stało,  rozpaczliwie  potrzebo 

wałaś  czegoś  trwałego,  na  wypadek  gdyby  twoje  życie 
ponownie  legło  w  gruzach.  Nazwij  to,  jak  chcesz  -  nad-
rzędnym celem, potrzebą niezależności, realizacją marzeń... 
Jednak moim skromnym zdaniem to po prostu rodzaj polisy 
ubezpieczeniowej.  Coś,  czego  nikt  ci  nie  odbierze. 

background image

167

Trzymasz się tego tak kurczowo, bo powoduje tobą zwykły 
strach.

background image

168

Czy to możliwe? Czyżby uznała, że to, co łączy ją z Bra-

dem, jest  zbyt  kruche,  aby  przetrwało  próbę  czasu?  Nawet 
jeśli  tak,  to  pragnęła  zaryzykować.  Przecież  Brad 
powiedział,  że  ich  miłość jest  prawdziwa i głęboka,  oparta 
na czymś trwalszym niż namiętność i pożądanie. A jeśli to 
on  miał  rację?  Musiała  się  o  tym  przekonać.  Za  wszelką 
cenę.

- Nie, wujku. Wiesz, że zawsze uwielbiałam zwierzęta, 

zwłaszcza  konie. Lubiłam się nimi zajmować i nie zrezyg-
nuję  z  tego  właśnie  teraz,  gdy już  mam  fachową  wiedzę.  I 
jeszcze jedno... Pragnę być sobą! Robić coś sensownego.

- Zawsze  będziesz  sobą,  kochanie.  Nie  spoczniesz  na 

laurach. Taka już jesteś.

- Ale  Brad  usiłuje...  wybić  mi  to  z  głowy,  podać  mi 

wszystko na tacy...

- Pozwól  mu  na  to.  Zawsze  to  ty  troszczyłaś  się  o 

wszystkich,  którzy  potrzebowali  pomocy.  Tak  było  na 
ranczu w Wyomingu i nic się nie zmieniło. Dbasz o mnie, o 
te trzy baby Ashford, o każdego, kto akurat jest w potrzebie. 
Nie umiesz brać. Brad cię kocha, a zatem to zrozumiałe, że 
pragnie dać ci jak najwięcej.

- Ale...  to  takie  przytłaczające.  I  nie  chcę  być  rozpie-

szczoną, leniwą paniusią w stylu Whitney.

- To ci nie grozi. Nie mogłabyś aż tak się zmienić. Jako 

żona Brada będziesz...

- Kochać się z  nim i bezustannie balować. Dlatego  mu 

powiedziałam, że takie jałowe i puste życie może wystarcza 
jemu, ale mnie na pewno nie!

- O rany ! - Lewis aż gwizdnął. - Tom usiało go 
rozjuszyć!

background image

169

- Właśnie  wtedy  mnie  zostawił.  -  Paula  chlipnęła  ża-

łośnie. - Ale... skąd wiesz?

background image

170

- Łatwo się domyślić. Sam mu wygarnąłem, co sądzę o 

facecie,  który  umie  tylko  bawić  się  i  grać  w  polo.  Wtedy 
zaatakował  mnie  jak  rozjuszony  nosorożec!  -  Lewis  za-
chichotał na wspomnienie swej tyrady.

- Na mnie nawet nie nakrzyczał - stwierdziła z ciężkim 

westchnieniem Paula. - Był zbyt wściekły.

- Dziwisz  się?  Nie  mamy  prawa  patrzeć  na  niego  z 

góry, tylko dlatego, że jest bogaty. Trzeba zapomnieć o jego 
forsie  i  przyjrzeć  się  samemu  człowiekowi.  -  Lewis 
zamyślił  się  na  chwilę.  -  Ja  chyba  poznałem  się  na  nim 
podczas  spotkania  w  tawernie.  Nie  dlatego,  że  prawie 
skoczył  mi  do  gardła  z  powodu  wzmianki  o  majątku 
Yandercampów. To ten Parker. Wyglądał jak jakiś lump, a 
Brad  nic  o  nim  nie  wiedział,  lecz  postanowił  mu  pomóc. 
Chociaż  nie  miał  grosza  przy  duszy.  -  Lewis  parsknął 
śmiechem.  -  A  potem,  chociaż  rozmawiał  ze  mną,  nadal 
myślał  o  tym  chłopaku.  Dał  mu  swoją  wizytówkę  i 
zastanawiał się, jak pomóc temu biedakowi. Chyba właśnie 
wtedy doszedłem do wniosku, że Brad to przyzwoity gość.

Pauli zrobiło się ciepło na sercu.
- Miał  rację  co  do  tej  forsy  Vandercampów  -  dodał 

Lewis.  -  Zauważyłaś,  jak  uważnie  słuchał  Sama?  Brad 
wczuł się w położenie  tych ludzi.  Dam głowę, że zainwes-
tuje  w bazę,  zwłaszcza że  mieści się ona tuż obok  mającej 
powstać  fabryki.  To  się  nazywa  biznes,  ale  tylko  ktoś 
wyjątkowy decyduje się na taki poważny krok.

- Co próbujesz mi powiedzieć, wujku?
- Nic.  Pozwól  jednak,  że  o  coś  cię  spytam.  Ten  koń, 

którego dostałaś od taty... kochasz go bardziej niż Brada?

background image

171

- Chyba  żartujesz!  Brad  znaczy  dla  mnie  więcej  niż 

wszystkie konie świata!

- No więc?
- Ale z ciebie spryciarz!
- Nie przeczę. - Lewis położył coś na jej dłoni i zacisnął 

jej palce.

- Co to jest?
- Kluczyki  do  samochodu.  Nie  pozwolę,  żebyś  wypu-

ściła z garści porządnego faceta.

Zanadto dławiło ją w gardle, aby mogła coś powiedzieć, 

ale  wychodząc,  odwróciła  się  i  mocno  uścisnęła  swojego 
wujka - mądralę.

- Tak się cieszę, że jesteś moim ojcem chrzestnym

- mruknęła, cmoknąwszy go w czubek głowy.

- To najohydniejsza kawa, jaką kiedykolwiek piłem.

- Bradley  Elmwood  Vandercamp  odstawił  filiżankę  i  spio-
runował syna wzrokiem.

- Jeszcze  nie  nauczyłem  się  parzyć  dobrej.  -  Brad 

wzruszył ramionami.

- I nie masz kucharki. Ani gospodyni. Nikogo.
- Wszystko w swoim czasie. - Paula jeszcze nie dojrzała 

do  zatrudnienia  fachowego  personelu.  Zanadto  przywykła 
do  krzątania  się  po  domu.  Brad  postanowił  dać  jej  czas. 
Spełnię  każde  jej  życzenie,  pomyślał.  Nie  pozwolę  jej 
odejść z mojego życia.

To ty odszedłeś, palancie!

Nie  szkodzi.  Zamierzam  wrócić!  Ona  też  musi  dać  mi 

trochę czasu.

- Lepiej zakręć się koło tej sprawy. - Głos ojca wyrwał

background image

172

go  z  zamyślenia.  -  Sam  nie  dasz  sobie  rady.  Ta  kawa  to 
trucizna.

- Wybacz.  Nie  spodziewałem  się,  że  przyjedziesz  dwa 

dni po naszej rozmowie o bazie marynarki.

- Chciałem  się  z  tobą  zobaczyć,  dopóki  nie  stracisz 

zapału.

- Do czego?
- Do  interesów.  Jesteś  gotów  zasilić  szeregi  Vander-

camp Enterprises?

- Och, nie sądziłem, że...
- Drugi raz w ciągu  miesiąca pytałeś mnie o radę. Naj-

pierw chodziło o jakiś skaner, a teraz o tę bazę.

- Parker  to  długa  historia.  Ale  rzeczywiście  skonstruo-

wał genialne urządzenie. Potem rozmawiałem z kimś, kogo 
martwi  zamknięcie  tej  bazy.  Uznałem,  że  mógłbyś  pod-
rzucić mi jakiś dobry pomysł.

- Ludzie  i pomysły.  -  Vandercamp  senior  pokiwał  gło-

wą. - To jest właśnie biznes, synu.

- A mnie zaczyna się to podobać. Chętnie popracuję w 

naszej firmie.

- Doskonale.  Potrzebujemy  świeżej  krwi.  Przywiozłem 

Armstronga.  Obejrzy  tę  bazę,  zanim  przystąpimy  do 
przetargu.  -  Już  wspomniał  Bradowi,  że  Armstrong, 
brytyjski  producent  filmowy,  szuka  w  Stanach  miejsca  na 
studio.

- Sądzisz, że będzie zainteresowany całym terenem? -W 

głosie Brada zabrzmiała nuta troski. - A co z pracownikami 
bazy?

background image

173

- Żartujesz?  Chce  zbudować  wielki  obiekt  i  przypusz-

czalnie  zatrzyma  większość  lub  nawet  wszystkich  ludzi. 
Dlatego...

background image

174

Przed domem trzasnęły drzwiczki auta i na ganku rozległ 

się  odgłos  szybkich  kroków.  Lekkich,  znajomych.  Brad 
zerwał się i pognał do holu.

Chwycił Paulę w objęcia, a szeptane przeprosiny natych-

miast  ustąpiły  miejsca  gorączkowym  pocałunkom.  Minęła 
długa chwila, zanim Brad wprowadził Paulę do kuchni.

- Ojcze,  poznaj  Paulę,  kobietę,  którą  kocham  i  mam 

nadzieję  poślubić  -  powiedział  z  nie  skrywaną  dumą  w 
głosie.

Zza  stołu  wstał  dystyngowany  dżentelmen,  a  Paula 

przełknęła  ślinę.  Wolałaby  zaprezentować  się  rodzicom 
Brada od najlepszej strony, a nie w tych starych, wytartych 
dżinsach i za dużym swetrze. Nawet nie pamiętała, czy się 
dzisiaj czesała. Co ten pan sobie o niej pomyśli?

Mężczyzna  patrzył  na  nią  z  oczywistym  zdumieniem. 

Uprzejmie  wyciągnął  do  niej  rękę,  lecz  nie  zdążył  nic 
powiedzieć, ponieważ do środka wpadł Sid.

- Dan  mówi,  żeby  pan  zaraz  przyszedł,  panie  Brad. 

Chodzi o Caspara.

- Co z nim?
- Nie  wiem.  Dan  sądzi,  że  to  zapalenie  płuc.  Ale  koń 

ledwie zipie.

Paula  już  biegła  do  samochodu, a  Brad  i jego  ojciec  za 

nią.  Caspar  był  najcenniejszym  wierzchowcem  do  gry  w 
polo.

Dan  odizolował  Caspara  w  jednym  z  mniejszych  pado-

ków. Paula przeskoczyła ogrodzenie i pośpieszyła do konia. 
Na  jego  widok  serce  ścisnęło  się  jej  boleśnie.  Wspaniałe 
zwierzę  stało  nieruchomo  jak  wrośnięte  w  ziemię  i  ciężko 
dyszało, a w wielkich oczach malowała się dzika panika.

background image

175

Paula  od  razu  stwierdziła,  że  to  nie zapalenie  płuc.  Ten 

koń szaleńczo walczył o każdy haust powietrza.

- Weterynarz  już  jedzie  -  zapewnił  Dan.  -  Żeby  tylko 

Caspar doczekał.

Paula  wiedziała  jednak,  że  zwierzę  jest  w  bardzo  kie-

pskim stanie. Ale co się stało? Czyżby wąglik?

Przecież  w  okolicy  nie  było  roślin,  które  mogłyby  sta-

nowić źródło chorobotwórczych bakterii...

Przesunęła  dłonią  po  boku  Caspara  i  odetchnęła  z  ulgą. 

Nigdzie  ani  śladu  typowych,  okrągłych  krost.  Skóra  była 
gładka, choć wyjątkowo rozgrzana.

Paula  westchnęła.  Nie  dysponowała  termometrem  i  nie 

miała pojęcia, co Casparowi dolega.

Biedny  zwierzak.  Jak  mu  pomóc?  W  odruchu 

bezradności oparła policzek o smukłą szyję konia... i prawie 
się sparzyła!

Wyprostowała się, a słońce zaświeciło jej prosto w oczy. 

I jednocześnie oświeciło.

- Dan, ćwiczyłeś z nim dziś rano? - spytała trenera.
- Tak,  nawet  dosyć  długo.  Ale  Caspar  był  w  formie. 

Dopiero po powrocie...

- To  udar  słoneczny!  Podłącz  wąż  do  hydrantu  -  po-

leciła Sidowi. - Szybko!

Sid  w  mgnieniu  oka  wykonał  polecenie,  a  ona  zaczęła 

polewać konia zimną wodą.

Wydawało  się  jej,  że  minęła  cała  wieczność,  zanim 

Caspar lekko poruszył łbem.

- Już mu lepiej! - stwierdził Dan.

background image

176

Paula  z  ulgą  i  zachwytem  obserwowała  wspaniałego 

wierzchowca,  który  oddychał  coraz  spokojniej  i  już  nie 
sprawiał wrażenia dogorywającego.

background image

177

- Uratowałaś mu życie, najdroższa. - Brad serdecznie ją 

uścisnął.  -  Pozwól,  że  cię  zastąpię.  -  Wziął  z  jej  rąk 
końcówkę  węża,  aby  jeszcze  trochę  ochłodzić  swojego 
ulubieńca. A Caspar już po chwili zarżał radośnie i otworzył 
pysk, chłepcząc ożywczą wodę.

Weterynarz  z  uniwersyteckiej  kliniki  przyjechał  po 

czterdziestu  pięciu  minutach.  Poradził  Danowi  nieco  ogra-
niczyć  czas  ćwiczeń  wszystkich  koni  na  świeżym  po-
wietrzu.

- Pogoda jest wyjątkowo ciepła, jak na grudzień. Nawet 

w tym rejonie Kalifornii.

- Ostatnio często zdarzają się różne anomalia pogodowe 

- stwierdził ojciec Brada.

- Owszem - przyznał weterynarz. - Mieliście szczęście, 

że  diagnozę  postawiła  jedna  z  moich  najzdolniejszych 
studentek. - Z uśmiechem popatrzył na Paulę. Wykładał na 
uniwersytecie i dobrze ją znał. - Zdała pani ten sprawdzian 
na szóstkę, panno Grant.

- To  wcale  nie  moja  zasługa  -  stwierdziła  skromnie 

Paula,  gdy  wszyscy  już  odjechali,  a  ona  wreszcie  została 
tylko  z  Bradem.  -  Po  prostu  mam  dobrą  pamięć  i  naczy-
tałam się opowieści Jamesa Herriota.

- Tego weterynarza?
- Tak, autora kilku wspaniałych, zabawnych i mądrych 

książek.  Pochłaniałam  je  w  dzieciństwie  i  dzisiaj 
przypomniał mi się stosowny fragment.

- Naprawdę?
- To prawie jak cud. Herriot opisał podobny przypadek, 

tyle tylko, że chodziło o byka. Też nikt nie wiedział, co mu 
dolega. Ale objawy były identyczne z tymi, jakie

background image

178

zauważyłam  u  Caspara,  i  nagle  doznałam  olśnienia.  Zro-
biłam dokładnie to samo, co Herriot. I podziałało!

- Niewątpliwie. Czy już ci podziękowałem?
- Tak.
- A powiedziałem ci, że cię kocham?
- Ja  też  cię  kocham.  -  Zarzuciła  mu  ręce  na  szyję.  -

Najbardziej na świecie. Możemy się pobrać, kiedy zechcesz 
i pojechać, dokąd tylko.

- Hej, ktoś zrobił ci pranie mózgu?
- Zgadłeś.  Dziś  rano  Lewis  przemówił  mi  do  rozumu. 

Stwierdził, że przyzwoity z ciebie gość.

- Żartujesz. Ten Lewis, którego znam?
- Ten sam - odparła ze śmiechem. - On mnie tu przysłał. 

Powiedział, że nie wolno mi wypuścić z garści porządnego 
faceta.

- Niewiarygodne!  Jestem  mu  winien  więcej  niż  dwa-

naście dolarów!

- Dwanaście dolarów?
- Nieważne. Porozmawiajmy o ważniejszych sprawach. 

Sądzisz, że po dzisiejszym popisie pozwolę ci zrezygnować 
z zawodu?

- Czyżbyś  zamierzał  zaakceptować  moje  studia  i 

późniejszy termin ślubu?

- Ślub  odbędzie  się  jak  najszybciej,  ale  potem  zosta-

niemy tutaj, żebyś mogła spokojnie obronić dyplom.

- Naprawdę tego chcesz? - Nie  posiadała  się z radości. 

Ale...  przecież  Brad  to  człowiek  przyzwyczajony  do  cią-
głego  przenoszenia  się  z  jednego  atrakcyjnego  kurortu  do 
drugiego...

- Nie wspomniałem ci, kochanie, że po raz pierwszy

background image

w życiu mam  wrażenie, jakbym odnalazł swoje  miejsce na 
ziemi?

- Och,  Brad!  -  Ze  wzruszenia  tylko  tyle  zdołała  wy-

krztusić.

- Zresztą  wcale  nie  chodzi  o  miejsce,  najdroższa  -  do-

dał. - Ty jesteś dla mnie najważniejsza.

- A ty dla mnie - zapewniła. - Ale... poświęcasz się dla 

mnie,  a  ja  nie  muszę  z  niczego  rezygnować.  Zachowam  i 
zawód, i ciebie. Czy to w porządku?

- Spokojna  głowa,  kochanie.  Ja  też  zamierzam  rzucić 

się w wir pracy, która będzie wymagała ode mnie obecności 
w  Kalifornii.  Opowiem  ci  o  tym  później.  A  co  do  tego 
poświęcenia...  nie  popadaj  w  samozadowolenie,  bo  po-
ważnie się zastanawiam, czy nie warto iść za starą jak świat 
radą dla młodych mężów. Znasz ją?

- Nie.
- To sugestia, że żona powinna siedzieć w domu. Bosa i 

ciężarna.

Paula  nie  wiedziała,  czy  się  roześmiać,  czy  dać  mu  w 

ucho.  Zresztą  i  jedno,  i  drugie  stało  się  niewykonalne, 
ponieważ Brad zasypał ją pocałunkami.

background image

180

EPILOG

Był  piękny,  słoneczny  dzień.  Paula  siedziała  obok  star-

szego  pana  Vandercampa  w  niedawno  wykupionej  przez 
niego loży na stadionie w San Diego. Pierwszy raz w życiu 
miała  oglądać  mecz  polo.  Dochód  z  dzisiejszej  imprezy, 
tradycyjnie organizowanej  w Nowy Rok, przeznaczony był 
na pomoc kalekim dzieciom.

Paula od pierwszej chwili nie posiadała się z zachwytu i 

roziskrzonymi  oczami  przyglądała  się  wyjeżdżającym  na 
trawę  graczom  w  eleganckich  uniformach.  Kiedy  zaś 
ustawili  się  w  dwóch  szeregach,  poszukała  wzrokiem 
Brada.  Podobnie  jak  pozostali  zawodnicy  z  jego  drużyny 
miał  na  sobie  białe  bryczesy,  koszulę  w  biało-niebieskie 
pasy, hełm w tych samych kolorach, a także długie, lśniące 
buty.  Na  grzbiecie  wspaniałego  Caspara  prezentował  się 
wprost oszałamiająco.

- Brad  świetnie wygląda - stwierdziła.  - Nic dziwnego, 

że wszyscy nazywają go księciem polo!

- Nie dlatego, moja droga. - Pan Vandercamp obdarzył 

ją  pobłażliwym,  lecz  ciepłym  uśmiechem.  -  Otrzymał  ten 
przydomek z uwagi na sposób, w jaki prowadzi grę.

Obserwując  mecz,  Paula  doszła  do  wniosku,  że  starszy 

pan ma rację. Brad rzeczywiście radził sobie wspaniale. Był 

background image

czujny  i  reagował  błyskawicznie,  w  pełni  panując  nad 
sytuacją,  choć,  zdaniem  Pauli,  na  boisku  panował 
niesamowity mętlik.

background image

182

Pan  Vandercamp  długo  i  cierpliwie  wprowadzał  ją  w 

zawiłe  tajniki  gry.  Niewiele  z  tego  rozumiała,  lecz  uznała 
widowisko za fascynujące.

- Nigdy  bym  nie  przypuszczała,  że  można  tak 

wspaniale  wyszkolić  konie  -  stwierdziła.  -  One  jakby 
wiedziały,  co  w  którym  momencie  powinny  zrobić.  To 
fantastyczne.

- Wierzchowce do gry w polo to specjalna odmiana

- odparł.  -  Są  nadzwyczaj  wszechstronne.  Udało  się  po-
łączyć  najlepsze  cechy  różnych  ras,  takie  na  przykład  jak 
szybkość, inteligencję i wytrzymałość.

- Niewątpliwie  -  przyznała,  z  zapartym  tchem  obser-

wując toczącą się rozgrywkę.

Była tak bardzo pochłonięta meczem, że nie zauważyła, 

iż ktoś bardzo bacznie jej się przygląda.

- Mamo, to jest Paula -z  uporem powtórzyła Whitney.
- Nie bądź  śmieszna. Paula  siedzi  w domu.  A przynaj-

mniej powinna. - Pani Ashford zmarszczyła brwi. - Chociaż 
nie  pojmuję,  dlaczego  jej  nie  było,  gdy  dzisiaj  przy-
jechałyśmy z lotniska.

- Przecież  spodziewała  się  nas  dopiero  pojutrze  -

przypomniała Rae.

- Oczywiście! - Whńney gniewnie łypnęła na siostrę.

- Co za szczęście, że zadzwoniła Sheila, bo inaczej nie wie-
działybyśmy o tym  meczu z  udziałem Brada. Należało  po-
wiadomić Paulę, że wracamy wcześniej. Przygotowałaby mi 
kilka sukienek do wyboru. Niech nie baluje na nasz koszt!

- Ale co, na miłość boską, ta dziewczyna robi tutaj?

- Pani Ashford wydawała się szczerze wstrząśnięta. - Jesteś 
pewna, kochanie, że to ona?

background image

- Och, taka spryciula, jak Paula, potrafi wszędzie się

background image

184

wkręcić.  -  Whitney  prychnęła  pogardliwie.  -  Chciałabym 
tylko  wiedzieć,  skąd  wzięła  ten  boski  strój  i  jak  zdołała 
poderwać faceta, który ma lożę.

- Siedzi w loży? Chyba żartujesz. Przecież wszystkie są 

pełne.  U  Sally  nie  było  dla  nas  miejsca!  -  Pani  Ashford 
chwyciła  teatralną  lornetkę,  podniosła  ją  do  oczu  i  okiem 
bazyliszka  przyjrzała  się  pierwszym  rzędom  trybuny.  -Nie 
mam  pojęcia,  gdzie...  -  Urwała  i  gwałtownie  wciągnęła 
powietrze. - Wielkie nieba! Chyba masz rację, córeczko. To
rzeczywiście Paula. Ale jakim cudem...?

Mecz się skończył i widzowie powoli opuszczali stadion. 

Paula została w loży. Popijała schłodzonego szampana i ga-
wędziła  z  panem  Vandercampem,  czekając  wraz  z  nim  na 
Brada.  Trzy  panie  Ashford  były  jeszcze  dość  daleko,  gdy 
zauważyła, że idą w jej stronę, i wpadła w lekki popłoch.

O rany, jęknęła w duchu. Nawet nie miałam okazji, żeby 

im  cokolwiek  wyjaśnić.  Powiedziałam  Bradowi,  że  muszę 
złożyć  wymówienie  trochę  wcześniej,  aby  nie  zostały  bez 
pokojówki, ale teraz nic z tego.

- Paula! - Głos pani Ashford zabrzmiał jak świst bata. -

Raczysz się wytłumaczyć z obecności tutaj?

- No  cóż...  przyszłam  obejrzeć  mecz.  Pani  Ashford, 

chciałabym przedstawić...

Nie  zdążyła  dokonać  stosownej  prezentacji,  ponieważ

odezwała się Whitney:

- Nie masz tu nic do roboty, Paula! - syknęła gniewnie. 

- W tej chwili powinnaś pracować w naszej rezydencji! Po 
przyjeździe  nie  mogłam  znaleźć  potrzebnych  rzeczy  i 
musiałam sama układać włosy!

background image

185

- Przykro mi, że mnie nie zastałaś. Ale poradziłaś sobie 

doskonale. Wyglądasz naprawdę ładnie, Whitney.

Whitney zrobiła taką minę, jakby uwaga Pauli bardzo ją 

rozjuszyła.  Panna  Ashford  właśnie  zamierzała  dać  upust 
swojej  złości,  gdy  Brad  przeskoczył  przez  białą  barierkę  i 
podszedł do nich. Whitney natychmiast się rozpromieniła.

- Och,  Brad,  byłeś  doprawdy  fantastyczny!  -  zawołała, 

zapominając  o  Pauli.  Podpłynęła  do  niego,  kusząco 
kołysząc biodrami i wypinając pierś. - Jestem z ciebie taka 
dumna!  Należy  ci  się  stosowna  nagroda!  -  dodała,  nad-
stawiając do pocałunku pełne wargi.

Jednak  spotkało  ją  rozczarowanie,  bowiem  Brad  po-

śpiesznie się odsunął, zręcznie unikając również uścisku.

- Dziękuję, Whitney, ale to było zwycięstwo zespołowe. 

Niemniej  bardzo  się  cieszę,  że  mecz  ci  się  podobał.  -
Wysłuchał jeszcze gratulacji od pozostałych pań Ashford, a 
następnie przedstawił im swojego ojca.

- Och,  jakże  mi  miło,  że  mogę  pana  poznać  -  zagru-

chała  słodziutko  Mamie  Ashford.  -  Wiele  słyszałam  o 
pańskich  nadzwyczajnych  osiągnięciach  oraz  o  pańskiej 
pięknej  posiadłości  Balmour.  -  Pani  Ashford  zapewne  mó-
wiłaby  jeszcze  dłużej,  lecz  umilkła,  ponieważ  Brad  nie-
oczekiwanie objął Paulę w talii.

- Czy  Paula  już  przekazała  paniom  dobrą  nowinę?  -

spytał z uprzejmym uśmiechem.

Pani  Ashford  nadal  miała trudności  z  odzyskaniem  mo-

wy, toteż oniemiałą matkę wyręczyła Rae.

- Jaką nowinę? - spytała przytomnie.
- Paula zgodziła się zostać moją żoną.
- Ona? Wykluczone! - Słowa niemal eksplodowały

background image

186

w  ustach  Whitney.  -  Przecież  nie  możesz...  To  znaczy... 
skąd w ogóle ją znasz? To tylko nasza pokojówka. Powinna 
teraz robić w domu to, co do niej należy, zamiast...

- Zamknij  się,  Whitney  -  syknęła  jej  matka  takim  to-

nem,  że  córka  natychmiast  umilkła,  zapominając  jednak 
zamknąć buzię.

Lecz  pani  Ashford  to  zignorowała,  bowiem  przeniosła 

całą  uwagę  na  Paulę.  Jako  bystra  kobieta  natychmiast  pra-
widłowo oceniła zaistniałą sytuację.

- Och, Paula, moje drogie, kochane dziecko! Cóż to za 

wspaniała  wiadomość!  -  Chwyciła  Paulę  w  objęcia  i  czule 
ucałowała  w  oba  policzki,  po  czym  zwróciła  się  do  ojca 
Brada: - To najmilsza dziewczyna pod słońcem, panie Van-
dercamp. Od dawna, rzec można, należy do naszej rodziny. 
Jest  dla  mnie  jak  trzecia  córka.  Mój  Boże,  trzeba 
natychmiast rozpocząć przygotowania do ślubu. Koniecznie 
musi się od być w naszej rezydencji, a Rae i Whitney będą 
druhnami.  Przecież  są  dla  Pauli  jak  siostrzyczki.  Tylko 
pomyślcie, dziewczynki! Wasza droga siostra Paula wkrótce 
zostanie  panią  Vandercamp,  zamieszka  w  Balmour,  pośród 
tych  wszystkich  lordów...  i  wielkich  dam,  oczywiście. 
Będzie  naprawdę  cudownie,  gdy  ją  odwiedzimy.  Och,  nie 
możemy  dopuścić,  aby  nasza  kochana  Paula  przebywała 
daleko od nas. Tęskniłabyś za nami, prawda, kochanie?