background image

 

JADWIGA COURTHS-MAHLER 

Podróż  poślubna 

 

background image

—  No  już,  Siddy!  Teraz  gałązki  mirtu  będą  trzymać  się  mocno. 

Wyglądasz  prześlicznie  w  tej  powiewnej  bieli  i    ślubnym  wianku.  I 

jak, podobasz się sobie? 

Siddy uśmiechnęła się zakłopotana. 

— Och, Margot! Najważniejsze, żebym się komuś spodobała. 

— Wierzę, że masz na myśli wyłącznie przyszłego małżonka — 

roześmiała się Margot. 

— Jak doszłaś do tak mądrego wniosku, maleństwo? 

—  No  cóż,  jeśli  się  ma  już  prawie  osiemnaście  lat,  a  także 

wielbiciela, który ciągle powtarza, że chętnie powiódłby Margot Jung 

do ołtarza... 

— I co na to odpowiada sama zainteresowana? 

—  Że  jej  serce  dla  nikogo  jeszcze  nie  bije  na  tyle  głośno  i 

wyraźnie,  aby  spieszyło  się  do  mariażu.  Ojciec  zresztą  powiada,  że 

dziewczyna  może  z  tym  spokojnie  poczekać  aż  do  pełnoletności, 

kiedy  w  pełni dojrzeje  do  małżeństwa. Masz dwadzieścia   jeden  lat  i 

dwa  miesiące,  Siddy  —  ja  też  chciałabym  cieszyć  się  tak  długo 

wolnością.  Możemy  teraz  jeszcze  trochę  pogadać,  zanim  przyjdzie 

Frank  i  porwie  cię  do  ołtarza.  Wiesz,  wydaje  mi  się  czymś  bardzo 

dziwnym,  że  już  dwie  godziny  temu  przedzierzgnęłaś  się  z  panny 

Jung na panią Nordau. No bo w myśl prawa stałaś się żoną Franka z 

chwilą  podpisania  aktu  ślubu  w  urzędzie  stanu  cywilnego.  Powiedz, 

jak  czujesz się w nowej roli? 

Siddy spojrzała z rozmarzeniem w swoje odbicie w lustrze. 

background image

— Nie umiem ci tego opisać, Margot. 

—  Chyba nie  posiadasz  się  ze  szczęścia,  jeśli  prawdą jest  to,  co 

poeci piszą o miłości. Kochasz Franka, a on ciebie. Wasi rodzice nie 

tylko  dali  chętnie  swoje  błogosławieństwo,  ale  wręcz  pragną  tego 

związku, skoro wkrótce ma dojść do fuzji firmy Nordau z firmą Jung. 

Wszystko  między  wami  układało  się  pomyślnie  i  bez  przeszkód  od 

pierwszej  chwili,  kiedy  Frank  wrócił  zza  granicy  po  długim  wojażu. 

Ty  zresztą  raczej  mało  Franka  znałaś,  bo  spędziłaś  rok  u  ciotki 

Marthy,  zanim  on  wyruszył  w  tę  podróż.  Więc  kiedy  spotkaliście  się 

po  jego  powrocie  do  kraju,  spojrzałaś  na  niego  zupełnie  innymi 

oczami. I pewnie wtedy z miejsca zakochaliście się w sobie, prawda? 

—  Muszę  ci  się  do  czegoś  przyznać,  Margot,  ale  obiecaj,  że 

nikomu o tym nie powiesz. 

— Daję ci słowo, Siddy. Przecież mnie znasz. 

— No więc wyznam ci, że kochałam się we Franku jeszcze zanim 

przeniosłam się do ciotki Marthy. Właśnie dlatego tak ociągałam się z 

wyjazdem,  chociaż  jestem  do  niej  bardzo  przywiązana  i  szczerze  jej 

współczuję, że jest taka osamotniona po śmierci męża i po utracie na 

wojnie  jedynego  syna.  Naszym  moralnym  obowiązkiem  było 

podtrzymać ją na duchu i jakoś pocieszyć. Ty byłaś za młoda, a poza 

tym  chodziłaś  jeszcze  do  szkoły,  więc  wypadło  na  mnie,  choć  nie 

uczyniłam tego chętnie. 

—  Więc  kochasz  Franka  od  tak  dawna?  Czy  on  domyślał  się 

tego? 

background image

—  Skądże!  Zresztą  nie  było  okazji;  widywaliśmy  się  wtedy 

bardzo rzadko. Ale ja go kochałam, odkąd sięgam pamięcią — chyba 

od  pierwszego  wejrzenia.  Toteż  byłam  bardzo  przygnębiona,  kiedy 

zetknęliśmy  się  ponownie  po  jego  powrocie,  a  on  nadal  ledwie  mnie 

zauważał. Wiesz, nasze przyjaciółki nazywają go wrogiem kobiet, bo 

on  w  ogóle  nie  zwraca  uwagi  na  młode  damy.  Możesz  więc  sobie 

wyobrazić, co czułam, kiedy nagle stracił swoją rezerwę i zaczął się o 

mnie  starać.  Po  prostu  nie  mogłam  w  to  uwierzyć.  I  zanim  zdołałam 

zastanowić  się  nad  tym,  czy  on  mnie  kocha,  oświadczył  mi  się,  a  ja 

przyjęłam  jego  oświadczyny  z  radością;  i  wcale  nie  dlatego,  że 

rodzice czekali na to z utęsknieniem. Powiadasz, że wszystko między 

nami  przebiegało  gładko.  Owszem,  jeśli  nie  liczyć  tych  lat 

wypełnionych tęsknotą, wszystko potem poszło aż za gładko. 

— Czy on teraz już wie, że kochasz go od dawna? 

—  Ach,  nie!  Nie  odważyłabym  się  powiedzieć  mu  o  tym. 

Widzisz,  jesteśmy  sobie  jeszcze  dość  obcy,  a  on  jest  w  dodatku  taki 

poważny  i  powściągliwy,  tak  bardzo  trzyma  się  na  dystans.  Mama 

mówi,  że  są  mężczyźni,  którzy  nigdy  nie  potrafią  otworzyć  się  i 

wstydliwie skrywają swoje najgłębsze doznania. To chyba odnosi się 

również  do  Franka.  Odczuwam  zawsze  coś  w  rodzaju  obawy  przed 

jego  powściągliwą  naturą,  ale  jest  mi  drogi  i  kochany  taki  właśnie, 

jaki jest. I jestem dumna i szczęśliwa, że jego wybór padł na mnie. 

Margot  słuchała  siostry  z  lekkim  zdziwieniem,  a  potem 

pocałowała ją. 

background image

— Nie ma w tym niczego niezwykłego: żadna nie jest taka miła i 

dobra  jak  ty.  Frank  wykazał  w  każdym  razie  dobry  gust.  A  to,  co 

powiedziałaś  o  jego  poważnym  i  powściągliwym  usposobieniu, 

pokrywa  się  również  z  moimi  wrażeniami.  Wiesz  przecież,  jak 

swobodnie  wygłaszam  swoje  opinie  w  obecności  różnych  ludzi, 

tymczasem  przy  Franku  czuję  się  onieśmielona.  Mam  wrażenie,  że 

znajduję się w towarzystwie jakiejś znakomitości, wobec której należy 

szczególnie  uważać  i  starannie  dobierać  słów.  Wierzę  jednak,  że 

będziesz  z  nim  szczęśliwa,  bo  mimo  spokoju  i  opanowania  pojawia 

się  czasem  w  jego  oczach  coś,  co  zdradza  bardzo  czułą  i  gorącą 

naturę. 

Siddy  spłonęła  ciemnym  rumieńcem  i  przytuliła  policzek  do 

twarzy siostry. 

— Ja wiem, Margot, że każda mogłaby mi pozazdrościć szczęścia 

u  jego  boku;  wiem,  że  Frank  jest  nie  tylko  mądrym,  inteligentnym  i 

zdolnym  człowiekiem,  ale  także  mężczyzną  honoru,  któremu  kobieta 

może zawierzyć swój los. 

—  Jak  to  dobrze,  że  w  końcu  odnaleźliście  się,  bo  w  gruncie 

rzeczy  jesteście  jakby  sobie  przeznaczeni.  Cieszę  się,  a  ojciec  wręcz 

promienieje.  Los  odmówił  mu  syna,  ale  przynajmniej  obdarzył  go 

zięciem,  który  będzie  mógł  poprowadzić  jego  interesy,  a  pewnego 

dnia stanie na czele obu naszych firm. 

Przez twarz Siddy przemknął lekki cień. 

—  Ten  wzgląd  jest  mi  raczej  przykry,  bo  wnosi  do  naszego 

związku element interesowności i trzeźwej kalkulacji. 

background image

— Ależ Siddy, to nie powinno ci być przykre! Przecież to nie ma 

nic wspólnego z waszą miłością. 

—  Nie,  dzięki  Bogu  nie  ma.  Jestem  przekonana,  że  Frank  ani 

myślał  o  tym,  kiedy  starał  się  o  moją  rękę,  chociaż  z  pewnością  był 

zadowolony,  że  jego  rodzice  popierają  nasz  związek.  Najchętniej 

jednak wolałabym o tym wszystkim nie myśleć. Czy rozumiesz mnie, 

Margot? 

—  Oczywiście,  że  cię  rozumiem.  A  teraz  powiedz  mi:  na  jak 

długo  wyjeżdżacie?  Zdaje  się,  że  wasza  podróż  poślubna  bardzo  się 

przeciągnie, skoro macie zamiar wyruszyć do Ameryki. 

—  Jak  wiesz,  Frank  musi  tam  pojechać  w  interesach.  Rodzice 

jednak  nie  chcieli  rozdzielać  nas  na  tak długo  zaraz  po  ślubie, ale  że 

wyjazd  Franka  za  ocean  jest  pilny,  postanowiono  wysłać  nas  tam 

razem.  Wpierw  zresztą  pojedziemy  na  dwa  tygodnie  do  Szwajcarii. 

Przynajmniej te dni będą należeć wyłącznie do nas. 

— No, na statku też nic nie będzie wam zakłócało sam na sam. 

Siddy uśmiechnęła się. 

—  Mam  nadzieję,  że  zostawią  nas  w  spokoju.  W  czasie  tej 

podróży  będę  przebywać  z  Frankiem  znacznie  więcej,  niż  gdybyśmy 

pozostali  tu  na  miejscu.  Poza  załatwianiem  spraw  firmy  będzie  mógł 

poświęcać cały czas tylko mnie. 

—  W  każdym  razie  wasza  podróż  poślubna  zapowiada  się 

wspaniale. To cudowne, że zobaczycie także Florydę.  W tamtejszych 

nadmorskich kąpieliskach panuje podobno światowy szyk i elegancja. 

Cieszysz się z tego? 

background image

—  Ach,  Margot,  przecież  wiesz,  że  do  takich  spraw  nie 

przywiązuję wagi. A poza tym nie nęci mnie życie całymi miesiącami 

w walizkach zamiast wśród wygód we własnym domu. Ale lepsze to. 

niż samotne siedzenie w czterech ścianach, gdyby Frank sam wyjechał 

do Ameryki. 

— Na pewno! Potem zresztą będziecie mogli cieszyć się do syta 

własnym  domem.  Wiesz  co,  ja  też  chciałabym  pojechać  w  podróż 

poślubną do Ameryki! No, ale zdaje się, że już najwyższy czas włożyć 

suknię  druhny.  Frank  będzie  tu  lada  moment.  Przed  waszym 

wyjazdem  nie  zdołamy  już  znaleźć  dla  siebie  wolnej  chwili  i 

porozmawiać bez świadków, więc pozwól, że już teraz cię pożegnam. 

Bądź zdrowa, siostrzyczko! Życzę ci wiele szczęścia na nowej drodze 

i do miłego zobaczenia po waszym powrocie! 

—  Bądź  zdrowa,  Margot!  Kochaj  mnie  nadal  i  nie  zapominaj  o 

mnie! 

Siostry uścisnęły się, a Margot odparła śmiejąc się i ocierając łzy 

wzruszenia: 

— To raczej ty możesz o mnie zapomnieć wśród szczęścia i tylu 

nowych wrażeń. 

Jeszcze  kilka  całusów  i  uścisków  i  Margot  wybiegła  z  pokoju, 

żeby  się  przebrać.  Sidonia  Nordau  patrzyła  przez  chwilę  w  ślad  za 

siostrą  oczami  wilgotnymi  od  łez;  usta  drżały  jej  ze  wzruszenia. 

Siostry  kochały  się  bardzo,  a  rozstanie  z  Margot  było  ciężkim 

przeżyciem mimo gorącej miłości do męża.  

background image

Do  męża?  Szkarłatny  rumieniec  ubarwił  twarz  Siddy.  Ciągle 

wydawało się jej czymś nieprawdopodobnym, że już od dwóch godzin 

jest żoną Franka Nordaua i że za chwilę stanie z nim przed ołtarzem, 

aby  zawrzeć  także  ślub  kościelny.  Jakie  to  dziwne!  Jeszcze  trzy 

miesiące temu nie śmiałaby marzyć o takim szczęściu. Frank Nordau 

był  początkowo  wobec  niej  równie  powściągliwy  jak  wobec  innych 

pań. I nagle, zupełnie nieoczekiwanie, coś się w nim zmieniło: zaczął 

usilnie zabiegać o jej względy, a pewnego wieczoru — kiedy znaleźli 

się razem na jakimś towarzyskim spotkaniu — oświadczył się.  

W  tej  krótkiej  chwili,  kiedy  zostali  sami,  nie  mógł  wiele 

powiedzieć. Zapytał tylko wprost, poważnie i spokojnie: 

— Panno Sidonio, czy zechce pani zostać moją żoną? 

Pobladła  i  na  moment  zamarło  w  niej  serce.  Spojrzała  w 

skupione, szare oczy Franka, czując, jak cała jej istota wyrywa się ku 

niemu.  Nie  mogła  i  nie  chciała  zastanawiać  się  dłużej,  chociaż  te 

oświadczyny  całkowicie  ją  zaskoczyły.  Frank  ani  słowem  me 

napomknął  o  miłości,  więc  i  ona  o  tym  nie  mówiła,  tylko  wyraziła 

swoją  zgodę,  uszczęśliwiona,  kiedy  potem  wziął  ją  w  objęcia  i 

pocałował. 

—  Dziękuję  ci,  Sidonio  —  powiedział  jakby  nieco  skrępowany; 

jej  radosny  nastrój  wprawiał  go  najwyraźniej  w  zakłopotanie.  — 

Chciałbym uczynić wszystko, co w mej mocy, żebyś była szczęśliwa. 

—  Proszę,  niech  pan  nazywa  mnie  Siddy;  tak  zwracają  się  do 

mnie wszyscy bliscy. 

background image

Spojrzał  na  nią  dziwnie,  chcąc  jeszcze  coś  powiedzieć,  ale 

przeszkodziła mu w tym grupka gości. Ujął więc tylko jej rękę i rzekł: 

— Chodźmy do twoich rodziców, Siddy. Musimy im powiedzieć, 

że jesteśmy zaręczeni. 

Siddy  nie  zdziwiła  się,  że  rodzice  chętnie  wyrazili  zgodę,  a  jak 

później  stwierdziła  —  żaden  młody  człowiek  nie  byłby  równie  mile 

przez nich widziany jak właśnie Frank Nordau. Obu współpracującym 

ze sobą od lat seniorom rodów bardzo zależało bowiem, aby wreszcie 

doprowadzić do fuzji swoich firm. Nie, Siddy nie dziwiła się; uważała 

natomiast  za  cudowny  dar  losu,  że  zyskała  serce  Franka,  w  którym 

ojciec  upatrywał  swego  następcę  i  był  mu  bardziej  rad  niż  każdemu 

innemu mężczyźnie. 

Nie  miała  pojęcia,  że  obaj  ojcowie  już  od  lat  planowali  ich 

małżeństwo  i  że  Nordau  senior  dopiero  niedawno  zażądał  stanowczo 

od  syna,  aby  podjął  starania  o  jej  rękę.  Frank  był  zbyt  wytrawnym 

człowiekiem  interesu,  żeby  nie  docenić  pożytków  płynących  z  tego 

związku.  Wprawdzie  dotychczas  nie  myślał  o  małżeństwie,  ale 

ponieważ  jego  serce  było  chwilowo  wolne,  nie  bronił  się  przed 

spełnieniem ojcowskiego życzenia.  

Odtąd  zaczął  poświęcać  osobie  Siddy  więcej  uwagi  i  wkrótce 

przekonał  się,  że  jest  ona  nie  tylko  piękną,  ale  również  niezwykle 

ujmującą dziewczyną. Nie deliberując zatem dłużej, ruszył do ataku, a 

że  Siddy  przyjęła  jego  oświadczyny  z  wielkim  spokojem, doszedł  do 

wniosku,  iż  ona  także  została  odpowiednio  urobiona  przez  swego 

ojca.  Nie  zdawał  sobie  zupełnie  sprawy  z  wrażenia,  jakie  zrobiły  na 

background image

Siddy  jego  oświadczyny.  Panowanie  nad  emocjami  poczytał  za  brak 

emocji  i  uwierzył,  że  Siddy,  tak  samo  jak  on,  z  pełną  świadomością 

godzi się na małżeństwo z rozsądku. 

Ale kiedy później teść poprosił go, żeby nie  wtajemniczał Siddy 

w kulisy materialne zawartego dopiero co małżeństwa, Frank spojrzał 

zdumiony: 

—  Czy  Siddy  nie  orientuje  się,  z  jakich  względów  i  ty,  i  mój 

ojciec życzyliście sobie naszego związku? 

—  Siddy  na  szczęście  nic  jeszcze  na  ten  temat  nie  wie,  z  czego 

jestem  bardzo  zadowolony,  bo  to  dziewczyna  z  charakterem.  Może 

uprzedziłaby  się  do  ciebie,  gdyby  zrozumiała,  dlaczego  tak 

szczególnie  zależy  nam  na  połączeniu  naszych  rodzin.  Młode 

dziewczyny  mają  swoje  ideały  i  nie  należy  im  tego  burzyć.  Nie 

dopuść  więc,  proszę,  żeby  Siddy  zaczęła  domyślać  się  czegoś.  Mam 

nadzieję, że twoje starania o jej rękę nie były podyktowane wyłącznie 

chłodnym  rozsądkiem.  Uwierz  mi,  że  nie  przemawia  przeze  mnie 

ojcowskie  zaślepienie,  ale  Siddy  jest  typem  kobiety,  która  może 

uczynić swego męża człowiekiem szczęśliwym. 

Frank był coraz bardziej zdumiony, ale odparł z powagą: 

— Zrobię wszystko, co w mej mocy, żeby Siddy była szczęśliwa. 

Chciałbym też zasłużyć na zaszczyt, który mi wyświadczyła, zostając 

moją żoną. 

Te  słowa  całkowicie  zadowoliły  Gustava  Junga,  który  także 

ożenił się przed laty  z rozsądku, a mimo to jego małżeństwo okazało 

background image

się bardzo udane. Rzecz jasna, pani Jung nigdy nie dowiedziała się, że 

mąż pokochał ją dopiero po ślubie. 

Po  tej  rozmowie  z  teściem  Frank  odczuwał  pewien  rodzaj 

skrępowania  wobec  narzeczonej.  Zaczął  ją  baczniej  obserwować  i 

czasem  wydawało  mu  się,  że  odbiera  jakieś  ciepłe  promienie 

zapalające się w oczach Siddy. Dopiero teraz zaczął powoli odkrywać 

wartościowe cechy jej charakteru i wielki urok osobisty, dopiero teraz 

nabrał przekonania, że los obdarzy go towarzyszką życia, która warta 

była tego, żeby wybrać ją tylko z miłości. I powoli jego serce zaczęło 

tajać i otwierać się. 

Na krótko przedtem, zanim ojciec skłonił go do podjęcia starań o 

rękę  Siddy,  Frank  Nordau  uwikłany  był  w  romans.  Zakochał  się 

mianowicie  w  stenotypistce  prowadzącej  korespondencję  w  fabryce 

ojca.  Urodziwa  Anny  Frey  oczarowała  go  fascynująco  pięknymi 

szarozielonymi oczami. Frank wpadł szybko w zastawione sieci, gdyż 

Anny  przy  lada  okazji  znajdowała  się  niby  przypadkiem  na  jego 

drodze.  Wkrótce  tak  go  omotała,  że  zaczął  całkiem  serio  rozważać, 

czy by się z nią nie ożenić.  

Ale  kiedy  była  już  absolutnie  pewna  swego,  przestała  się 

maskować,  ukazując  za  to  coraz  częściej  swoje  prawdziwe  oblicze. 

Frank  zauważył,  że  Anny  kokietuje  również  innych  mężczyzn, 

przyłapał ją na paru brzydkich kłamstwach, a także odkrył w niej inne 

jeszcze  wady  charakteru.  Jego  uczucia  uległy  zmianie,  i  tak  szybko, 

jak  kiedyś  uległ  jej  czarowi,  tak  teraz  równie  szybko  otrzeźwiał. 

Zaczęły  się  nieporozumienia,  wyrzuty,  padły  słowa  o  doznanym 

background image

zawodzie.  Ostateczne  zerwanie  nastąpiło  zaś  pewnego  wieczoru, 

kiedy zastał ją w objęciach jakiegoś mężczyzny. 

Anny Frey próbowała oczywiście odzyskać jego względy, ale im 

bardziej się wysilała, próbując coraz ryzykowniejszych środków, tym 

bardziej Frank stawał się chłodny i nieubłagany. Trudne do uniknięcia 

spotkania  na  terenie  firmy  były  mu  nad  wyraz  przykre,  niemniej  nie 

podjął żadnych kroków, żeby pozbawić ją pracy. 

A  potem  nadszedł  dzień  zaręczyn  z  Siddy.  Frank  miał  już 

sumienie  czyste,  gdyż  w  końcu  udało  mu  się  zerwać  wszelkie 

kontakty  z  Anny  Frey.  Ona  jednak  pieniła  się  ze  złości  i  wmawiała 

sobie, że Frank porzucił ją dla innej jedynie z chęci bogatego ożenku. 

Jak  najdalsza  od  przypisania  winy  sobie  i  uznania,  że  między  nią  a 

Frankiem  wszystko  skończone,  szalała  z  gniewu  i  nurtujących  ją 

ponurych myśli o zemście. 

Mimo  upomnień  ze  strony  bezpośredniego  szefa  zaniedbała 

całkowicie  swoje  obowiązki  w  biurze  i  doprowadziła  do  tego,  że 

zwolniono ją z pracy na dwa dni przed ślubem Franka, który zresztą o 

niczym  nie  wiedział.  Zaabsorbowany  przygotowaniami  do  spraw, 

które  miał  załatwić  w  Ameryce,  przesiadywał  u  siebie  i  nie  pojawiał 

się w tej części biura, gdzie pracowała Anny. 

O  wszystkich  tych  sprawach  Siddy  nie  miała  pojęcia  i  żadna 

niepewność  co  do  osoby  narzeczonego  nie  mąciła  jej  spokoju;  nie 

wątpiła  też  ani  na  chwilę,  że  jego  oświadczyny  podyktowane  były 

miłością. Teraz, kiedy w napięciu czekała, że lada moment przyjdzie i 

background image

powiedzie ją do ołtarza, serce biło jej mocno i z uczuciem tak gorącej 

tęsknoty, że niemal drgnęło bólem, gdy nagle stanął przed nią. 

Frank  poczuł  się  wzruszony  i  bardzo  przejęty,  kiedy  zobaczył 

Siddy całą w białych koronkach i obłokach tiulu. Od chwili zawarcia 

ślubu w urzędzie stanu cywilnego nie byli ani na moment sami. Teraz 

zobaczył ją z bliska, jak jej ładną, o delikatnych rysach twarz oblewa 

rumieniec, a w brązowych, aksamitnych oczach, patrzących nieśmiało 

i trochę niepewnie, pojawia się ciepły blask. Impulsywnie przyciągnął 

ją do siebie i zaczął całować.  

W  okresie  narzeczeństwa  dochodziło  między  nimi  do 

pocałunków,  ale  dziś  po  raz  pierwszy  Frank  całował  ją  z  takim 

zapamiętaniem.  Poczuł,  jak  Siddy  lekko  drży  w  jego  ramionach,  i  w 

tym momencie dał sam sobie słowo, że nigdy nie dopuści do tego, aby 

dowiedziała  się  prawdy  o  ich  małżeństwie  skojarzonym  z  rozsądku. 

Ogarnęła  go  fala  ciepła,  Siddy  zaś  zauważyła  w  jego  oczach  błysk 

namiętności,  co  było  czymś  zupełnie  nowym  i  co  ją  bezgranicznie 

uszczęśliwiło.  

Ale po chwili uwolniła się nieśmiało z jego objęć, słysząc czyjeś 

kroki na korytarzu. Do pokoju weszła matka Siddy. 

—  Dzieci,  musicie  już  jechać!  —  powiedziała  z  nerwowym 

pośpiechem. — Najwyższa pora! 

Frank  podał  żonie  ramię,  nieznacznie  przyciskając  do  siebie  jej 

dłoń.  Jak  każdy  pan  młody,  on  również  czuł  się  niezbyt  pewnie  w 

obliczu ślubnych ceremonii. Najchętniej chciałby mieć je już za sobą i 

zostać z Siddy sam na sam. Nagle wydało mu się, że mają sobie wiele 

background image

do  powiedzenia  i  wiele  do  zaofiarowania.  Nieoczekiwanie  dla  siebie 

zaczął  też  myśleć  o  czekającym  go  małżeństwie  z  radością, 

przekonany, że Siddy będzie przemiłą i czarującą żoną. Dopiero teraz 

w pełni ocenił jej urodę i subtelny czar. 

Przez  kilka  następnych  godzin  Siddy  i  Frank  nie  mieli  czasu 

oprzytomnieć  wśród  uciążliwości  ślubu  i  hucznego  wesela:  kroczyli 

do 

ołtarza 

odprowadzani 

spojrzeniami 

ciekawskich 

lub 

współczujących oczu i przysięgli sobie wierność, a potem pojechali do 

wytwornego  hotelu,  w  którym  odbywało  się  weselne  przyjęcie, 

odbierali życzenia szczęścia od wszystkich po kolei gości.  

W  końcu  zasiedli  na  honorowych,  oplecionych  kwietnymi 

girlandami miejscach i wzięli udział — na wpół obecni duchem — w 

wykwintnej kolacji, słuchając cierpliwie toastów i okolicznościowych 

przemówień. Trącali się kieliszkami i przepijali do biesiadników, coś 

mówili,  komuś  odpowiadali  i  czuli  się  tak,  jak  większość 

nowożeńców  w  podobnej  sytuacji:  jak  ofiary  obowiązujących 

obyczajów. 

Sądzić  można,  że  wszyscy  inni  bawili  się  lepiej  podczas  tej 

kolacji  niż  para  głównych  bohaterów.  W  pobliżu  miejsca 

zajmowanego  przez  Margot  Jung  było  najweselej  —  druhny  i 

drużbowie  mieli  szampański  nastrój.  Peter  Vahl,  drużba  Margot,  nie 

spuszczał  oczu  z  jej  uroczej,  tryskającej  życiem  buzi.  Na 

dobrodusznym obliczu Petera malowało się błogie uwielbienie.  

Znał Margot już od lat i od pierwszej chwili stracił dla niej głowę. 

Ale  ponieważ  w  niczym  nie  przypominał  powieściowego  bohatera, a 

background image

jego  miła,  lecz  nieco  okrągła  twarz  nie  wyglądała  zbyt  interesująco  i 

poważnie,  Margot  odrzucała  stanowczo  jego  pełną  adoracji  miłość. 

On jednak nie zniechęcał się i twardo postanowił, że Margot zostanie 

jego  żoną, choć miał już lat trzydzieści, podczas kiedy ona miała ich 

zaledwie osiemnaście.  

Kiedy  ukochana  traktowała  go  czasem  dość  okrutnie,  mówił 

sobie:  „To  nic!  Pewnego  dnia  zrozumie,  że  żaden  nie  jest  jej  tak 

wierny  i  nie  kocha  jej  tak  gorąco  jak  ja.  Zdobędę  ja  wytrwałością". 

Peter  był  najwierniejszym  adoratorem  Margot,  zawsze  gotowym  do 

usług,  cierpliwie  czekającym  czy  to  na  rozegranie  z  nią  partii  tenisa, 

czy też w jakimś umówionym miejscu spotkania. Posyłał jej kwiaty i 

ulubione  czekoladki, troszczył  się  o  nią  z  niesłabnącą cierpliwością  i 

wytrwałością. 

W końcu Margot musiała się z tym pogodzić, od czasu do czasu 

uszczęśliwiała  go  jakimś  miłym  słówkiem  podziękowania  albo 

figlarnym  uśmiechem,  a  czasem  wpadała  w  złość,  kiedy  Peter 

zapewniał ją po raz nie wiadomo który: „Pewnego dnia i tak zostanie 

pani moją żoną, panno Margot; wiem to na pewno". 

I choć bardzo ją irytował, że zmierza do celu z taką niewzruszoną 

pewnością,  czegoś  jej  jednak  brakowało,  kiedy  czasem  nie  było  go 

pod ręką, mimo że właśnie był potrzebny. Słuchał potem jej połajanek 

uszczęśliwiony,  patrząc  na  nią  z  oddaniem  poczciwymi  niebieskimi 

oczami.  Ten  stan  rzeczy  trwał  już  od  dwóch  lat,  a  że  szczęśliwym 

trafem żaden mężczyzna niebezpieczny dla młodego serca Margot nie 

background image

stanął  na  jej  życiowej  drodze,  Peter  Vahl  pozostał  na  placu  jako 

najwierniejszy wasal. 

Z  wykształcenia  prawnik,  wdrażał  się  do  zawodu  adwokata, 

pracując  w  kancelarii  swego  ojca,  po  którym  miał  z  czasem  przejąć 

praktykę.  Peter  był  uosobieniem  odpowiedzialności,  więc  już  teraz 

wielu  klientów  wolało  powierzać  prowadzenie  swoich  spraw  raczej 

jemu niż jego ciągle bardzo zajętemu ojcu. 

Rodzice Margot patrzyli życzliwym okiem na młodego adwokata 

zabiegającego  o  względy  córki,  ale  nie  wywierali  na  nią  żadnego 

nacisku,  gdyż  każda  próba  działania  na  korzyść  Petera  wzmagałaby 

tylko opór dziewczyny. 

Jedynie  Siddy  czasem  trochę  przekomarzała  się  z  nią  na  temat 

najwierniejszego wielbiciela, na co Margot, tupiąc energicznie nóżką, 

dowodziła, że o wyjściu za mąż za Petera ani myśli, bo jest dla niej za 

mało interesujący, a poza tym ma zadatki na brzuch i nosi niemożliwe 

krawaty. Czy Siddy naprawdę wyobraża sobie, że ona miałaby ochotę 

zostać żoną kogoś takiego?  

Siddy  odpowiadała  na  to  śmiejąc  się,  że  wyobraża  to  sobie 

doskonale, bo żaden inny mężczyzna nie rozumie tak dobrze pragnień 

i myśli jej siostrzyczki, jak właśnie on. Peter Vahl był wniebowzięty, 

kiedy  dowiedział  się,  że  Margot  będzie  jego  druhną.  Przy  pierwszej 

nadarzającej  się  okazji  oznajmił  jej  spokojnie  i  stanowczo,  że  gdyby 

nie został jej drużbą, w ogóle nie przyszedłby na wesele, na co Margot 

zapytała z pewną dozą kokieterii: 

— Poczytuje to pan sobie za wyróżnienie, panie doktorze? 

background image

— Oczywiście — odparł z rozjaśnioną miną. — To jakby próba 

generalna przed naszym własnym weselem. 

—  Niechże  pan  przestanie  mówić  niedorzeczności!  — 

wykrzyknęła groźnie. 

Popatrzył  na  nią  łagodnymi  jak  zawsze  oczami,  ale  jego  usta 

przybrały jakiś dziwnie twardy, energiczny wyraz. 

—  To  żadna  niedorzeczność,  bo  ja  po  prostu  nie  dopuszczę  do 

pani żadnego innego. W końcu będzie pani musiała wybrać mnie, jeśli 

nie chce pani w ogóle zrezygnować z zamążpójścia. 

—  Chciałabym  wiedzieć,  w  jaki  sposób  przeszkodzi  mi  pan 

wyjść  za  mąż  za  kogoś  innego  —  odparła  wzruszając  drwiąco 

ramionami. 

—  Och,  całkiem  zwyczajnie.  Pobieram  lekcje  boksu  i  jeśli 

spostrzegę kogoś, kto chciałby mi panią zabrać, to wymierzę mu taki 

cios  w  podbródek,  że  bardzo  straci  na  urodzie.  A  wtedy  pani  go  nie 

zechce i sprawa będzie załatwiona. 

— I pan się uważa za dobrego człowieka? — roześmiała się. 

—  Wcale  nie  — brzmiała  prostoduszna  odpowiedź.  —  Ale  przy 

pani  muszę  być  dobry  i  potulny  jak  jagnię.  Tylko  dzięki  pani  jestem 

człowiekiem  dobrym,  a  więc  jest  pani  odpowiedzialna  za  to,  żeby  w 

mojej piersi nie obudziła się dzika żądza mordu. Czy pani zdaje sobie 

z tego sprawę? 

— Absolutnie nie zdaję sobie z tego sprawy i mówię panu po raz 

setny, że nie mam najmniejszego zamiaru zostać pańską żoną. 

background image

—  Po  raz  sto  jedenasty,  panno  Margot!  Prowadzę  dokładne 

zapiski i czekam, aż mi to pani powtórzy po raz sto dwudziesty piąty. 

Potem już nigdy więcej nie będę pani prosił o rękę. 

Było  to  powiedziane  tak  poważnym  tonem,  że  Margot  przestała  

—  o  dziwo!  —  szafować  odmownymi  odpowiedziami,  a  jeśli  nie 

mogła  ich  uniknąć,  wówczas  po  cichu  skrupulatnie  doliczała  kolejny 

raz,  nie  mówiąc  jednak  o  tym  nikomu.  W  sumie  do  wesela  siostry 

nazbierało się tych odpowiedzi sto dwadzieścia. 

To  jednak  nie  przeszkadzało  im  obojgu  dobrze  się  bawić  tego 

wieczoru.  Czasem  tylko  Margot  wpadała  na  chwilę  w  zadumę, 

kierując  spojrzenie  w  stronę  siostry.  A  kiedy  Siddy  pod  koniec 

przyjęcia rzuciła jej z daleka pożegnalne spojrzenie, w oczach Margot 

błysnęły łzy. 

Zauważył to jedynie Peter, szybko wziął ją pod ,rękę i szepnął: 

— Chodźmy stąd, panno Margot. Zaprowadzę panią do jakiegoś 

bocznego pokoju, żeby nikt nie widział pani łez. 

Pozwoliła się wyprowadzić, ale rzuciła gniewnie: 

— Przecież ja wcale nie płaczę! Dlaczego miałabym płakać? 

—  Dlatego,  że  rozstanie  z  siostrą  bardzo  panią  boli  —  odparł 

łagodnym, uspokajającym tonem. 

— Ach, cóż pan może o tym wiedzieć! 

— Przecież znam panią i dobrze wiem, co pani przeżywa; wiem, 

jak  gorąco  kocha  pani  swoją  siostrę.  A  pani  Nordau  należy  teraz  do 

męża i wyjeżdża na długo. Będzie pani czuła się bardzo osamotniona. 

Margot zrobiło się miękko koło serca. 

background image

— A jednak jest pan dobrym człowiekiem, Peter! — powiedziała 

tłumiąc szloch. 

—  Chciałbym  panią  choć  trochę  pocieszyć  —  odparł 

rozpromieniony.  —  Może  zagralibyśmy  jutro  po  południu  w  tenisa? 

Jestem wolny od piątej. 

Skinęła głową, zmuszając się do spokoju. 

—  Dobrze,  niech  pan  przyjdzie.  Przed  panem  przynajmniej  nie 

będę musiała się wstydzić, jeśli znów zacznę beczeć. 

—  Z  całą  pewnością  nie  musi  pani,  ale  dołożę  starań,  żeby  do 

tego  nie  dopuścić.  A  teraz,  słyszy  pani?  Orkiestra  zaczyna  grać. 

Chodźmy zatańczyć; ten taniec należy do mnie. 

Margot  wytarła  ślady  łez,  wyciągnęła  z  torebki  lusterko  i 

pospiesznie przypudrowała nos i policzki, a potem spojrzała na Petera. 

—  Czy  jeszcze  znać,  że  płakałam?  —  spytała  swobodnie,  bez 

śladu zakłopotania. 

Peter westchnął. 

— Nie, nic już nie znać. 

— Ale nos jest jeszcze mocno czerwony... 

Westchnął jeszcze głębiej. 

— Wszystko znikło pod pudrem. 

— Czemu pan tak wzdycha, że kamień by zmiękł? 

—  Bo  wreszcie  dotarło  do  mnie,  że  jestem  pani  rzeczywiście 

całkiem obojętny. 

—  Tak?  Pojął  pan  to  w  końcu?  Przecież  nigdy  tego  nie 

ukrywałam... 

background image

— Nie, ale teraz wiem, jak bardzo to było serio, panno Margot. 

Spojrzała trochę niepewnie. 

— Dlaczego właśnie teraz? 

—  Gdybym  nie  był  pani  całkowicie  obojętny,  nigdy  nie 

zwracałaby pani mojej uwagi na zaczerwieniony nos. 

Roześmiała  się  mimo  woli,  ale  Peter  miał  tak  smutną  minę,  że 

poczuła w sercu przykry ucisk żalu. 

—  Chodźmy  wreszcie  potańczyć!  —  zawołała,  zdecydowana 

bronić się przed tym uczuciem. 

Skłonił  się  i  ruszyli  z  powrotem  do  ogólnej  sali.  Tuż  przy 

drzwiach natknęli się na Franka Nordaua, przyglądającego się tańcom. 

—  Jeszcze  jesteś  tutaj,  Frank?  —  zdziwiła  się  Margot.  — 

Przecież Siddy już wyszła, żeby się przebrać. 

— Tak, ale ona potrzebuje na to więcej czasu niż ja. Dzięki temu 

mogę się pożegnać z tobą, Margot. 

— Bądź zdrów i raz jeszcze pozdrów Siddy ode mnie... 

Ostatnie  zdanie  znowu  wypowiedziane  było  łamiącym  się 

głosem,  więc  Peter  Vahl  szybko  pociągnął  Margot  za  sobą  w  krąg 

tańczących. 

 

II 

Siddy opuściła salę bankietową i pospiesznie udała się na górę do 

pokoju  hotelowego,  w  którym  przygotowana  była  dla  niej  garderoba 

na  podróż.  Wyznaczona  do  pomocy  pokojówka  podeszła  do  niej  na 

korytarzu i powiedziała: 

background image

—  Proszę  wielmożnej  pani,  w  pokoju  czeka  już  od  pół  godziny 

jakaś  młoda  dama.  Powiedziała,  że  ma  coś  ważnego  pani 

zakomunikować  i  doręczyć.  Pozwoliłam  jej  wejść,  bo  bardzo  na  to 

nalegała, nie chcąc, żeby ją tu ktokolwiek widział. 

Siddy weszła do pokoju i zobaczyła młodą, bardzo ładną kobietę 

z oznakami silnego wzburzenia na bladej twarzy. Siddy instynktownie 

pomyślała,  że  powinna  nieznajomej  natychmiast  wskazać  drzwi.  Ale 

kiedy  tamta  szybko  podeszła,  trzymając  w  ręce  niewielki  pakiet, 

powściągnęła  odruch.  Prawdopodobnie  nieznajoma  miała  jej  w 

czyimś imieniu doręczyć jeszcze jeden ślubny prezent. 

— Łaskawa pani zechce mi wybaczyć, że przeszkadzam. 

—  Istotnie,  mam  bardzo  mało  czasu,  bo  muszę  przygotować  się 

do wyjazdu. 

— Wiem, łaskawa pani: w podróż poślubną. 

—  Z  kim  mam  przyjemność?  —  zagadnęła  Siddy,  która  nagle 

poczuła się trochę nieswojo. 

—  Nazywam  się  Anny  Frey,  łaskawa  pani.  Chciałam 

porozmawiać  z  panią  jeszcze  przed  jej  ślubem,  ale  nie  udało  mi  się 

dotrzeć do pani. Przychodzę więc dość późno, ale miejmy nadzieję, że 

nie  za  późno.  Chciałabym  mianowicie  wyświadczyć  pani przysługę  i 

powiedzieć  oraz  przekazać  to,  co  powinnam powiedzieć  i  przekazać. 

Proszę  przyjąć  ten  pakiet  —  są  w  nim  listy  miłosne  pisane  do  mnie 

przez  pana  Franka  Nordaua.  Byłam...  jego  kochanką  od  czasu  jego 

powrotu z ostatniej podróży zagranicznej. 

background image

Siddy  silnie  zbladła,  wzdrygnęła  się  i  mimowolnie  cofnęła  o 

krok. 

— Co to ma znaczyć? 

— Dla pani może niewiele, ale dla mnie bardzo dużo. Przyszłam 

tu,  aby  wyjaśnić,  że  Frank  Nordau  nie  poślubił  pani  z  miłości.  Jego 

uczucia  skierowane  są  do  mnie,  ale  ja  jestem  ubogą  dziewczyną. 

Byłam zatrudniona w firmie jego ojca, ale na dwa dni przed waszym 

ślubem  zwolniono  mnie,  ponieważ  pan  Nordau  czuł  się  trochę 

niezręcznie.  Łudził  mnie,  że  zostanę  jego  żoną,  potem  jednak  pod 

jakimś pretekstem zerwał ze mną i zaczął się starać o panią.  

Mogę również wyjaśnić, dlaczego poprosił o pani rękę — to jego 

ojciec przekonał go, że małżeństwo z panią jest konieczne ze względu 

na planowaną fuzję firm Nordau i Jung oraz z uwagi na zamiar objęcia 

z  czasem  przez  pana  Franka  Nordaua  szefostwa  obu  połączonych 

przedsiębiorstw. Sama słyszałam, jak Frank odpowiedział ojcu, że dla 

dobra firmy gotów jest zrezygnować z osobistej wolności.  

Co  wtedy  czułam,  nie  muszę  chyba  pani  mówić;  zresztą  to  nie 

jest  dla  pani  interesujące.  Ale  dowiedziałam  się  przynajmniej,  że  dla 

mnie  nie  ma  już  żadnych  nadziei.  Na  szczęście  znalazłam  od  razu 

nową  posadę.  Jestem  jednak  tak  rozgoryczona,  że  postanowiłam 

zemścić  się  na  nim.  Tak,  mówię  poważnie:  przyszłam  do  pani 

powodowana  chęcią  zemsty.  I  chętnie  zgodzę  się  na  to,  żeby  pani 

zrobiła użytek z tego, co powiedziałam. 

Pod  Siddy  zaczęły  dygotać  kolana,  kiedy  słuchała  tej  opowieści 

złożonej  po  części  z  prawdy,  po  części  z  kłamstw.  Z  najwyższym 

background image

wysiłkiem  zdołała  opanować  się  na  tyle,  żeby  nie  wybuchnąć 

płaczem.  Jej  szczęście  legło  w  gruzach,  gdyż  musiała  dać  wiarę 

słowom  Anny  Frey.  Teraz  dopiero  uświadomiła  sobie,  w  jaki  sposób 

Frank  starał  się  o  jej  rękę.  Prawda!  Przecież  on  ani  razu  nie 

powiedział,  że  ją  kocha;  obiecał  tylko  zrobić  wszystko,  żeby  była 

szczęśliwa. 

Szczęśliwa?  Mój  Boże,  to  było  tylko  pozorne  szczęście!  Podjął 

starania  o  nią  z  zimnym  wyrachowaniem.  Teraz  już  wiadomo, 

dlaczego  wszystko  poszło  tak  gładko!  Najważniejszą  sprawą  była 

fuzja obu przedsiębiorstw. Jej osoba była tu czymś podrzędnym. 

Po  plecach  przeszedł  jej  dreszcz  odrazy.  Spojrzała  martwym, 

pustym wzrokiem w piękną twarz Anny Frey. 

— Nic o tym wszystkim nie wiedziałam, panno Frey. Gdyby nie 

to, na Boga, sprawy potoczyłyby się inaczej! Żal mi pani, chociaż pani 

zemsta ugodziła także we mnie. Ale teraz, proszę, niech już pani idzie. 

Zdaje się, że nie chciała pani, aby ją tu widziano. Mogę to zrozumieć. 

Niech pani idzie... i zabierze ze sobą te listy. Na cóż mi one? 

Anny Frey położyła jednak pakiecik na stoliku. 

—  Nie  chcę  ich  mieć;  nie  przedstawiają  już  dla  mnie  żadnej 

wartości.  Może  jednak  będzie  pani  chciała  przeczytać  któryś  z  nich, 

żeby  przekonać  się  o  prawdziwości  moich  słów.  Ja  nie  mam  już  nic 

więcej  do  dodania,  łaskawa  pani  —  zakończyła  Anny  Frey,  ukłoniła 

się i szybko opuściła pokój. 

Siddy odprowadziła ją płonącym wzrokiem, a potem osunęła się 

wyczerpana  na  krzesło,  splatając  ręce  na  kolanach.  Oddychała  z 

background image

wysiłkiem,  gdyż  wzburzenie  tamowało  jej  oddech.  Co  stało  się  z  jej 

szczęściem?  Myślała,  że  on  ją  kocha,  a  tymczasem  była  tylko 

pionkiem w grze. Frak kochał inną, lecz zostawił ją bez skrupułów dla 

korzystnego  ożenku.  A  ona  tymczasem  ma  z  tą  przygniatającą  do 

ziemi  świadomością  wyruszyć  w  podróż  poślubną  i  miesiącami 

przebywać w jego towarzystwie od rana do wieczora. 

Czy  ojciec  wiedział,  że  Frank  żeni  się  z  nią  tylko  po  to,  żeby  z 

czasem zostać szefem firmy? Czy wiedział, że Frank jej nie kochał? A 

matka...  czy  ona  też...?  A  więc  ma  prawo  stracić  zaufanie  do 

obydwojga rodziców. Pozostaje Margot — tak, jedynie ona nie miała 

pojęcia o niczym i nie kłamała. 

Wielki Boże, jak spojrzeć Frankowi w oczy, mając świadomość, 

że  jest  jego  niekochaną  żoną,  którą  po  prostu  był  zmuszony 

zaakceptować!  Ocknęła  się  w  niej  duma.  Co  zrobić,  żeby  uniknąć 

upokorzenia?  Frank  Nordau  nie  powinien  nigdy  dowiedzieć  się,  że 

ona  go  kocha.  Jak  to  dobrze,  że  przy  całym  swoim  nieśmiałym 

uszczęśliwieniu  ani  razu  mu  tego  nie  powiedziała.  Tak  samo  zresztą 

jak on. Należy utwierdzić go  w przekonaniu, że ona również traktuje 

ich  małżeństwo  jako  związek  z  rozsądku  —  odpowiedzieć 

upokorzeniem  na  upokorzenie,  odpłacić  mu  taką  samą  monetą  za 

wyrządzone zło. 

Ale  jak  powinna  zachować  się  teraz?  Głowiła  się  nad  tym,  nie 

mogąc  na  nic  się  zdecydować.  Spojrzała  na  zegarek  i  przestraszyła 

się:  należy  czym  prędzej  zebrać  się.  Musi  być  gotowa,  kiedy  on 

przyjdzie  po  nią.  Był  już  po  mu  najwyższy  czas.  Podnosząc  się 

background image

ociężale  z  miejsca,  spostrzegła  pakiet  leżących  przed  nią  listów. 

Czytać tego, co było pisane do innej, nie chciała za nic. 

Sięgnęła po nie gorączkowym ruchem i wrzuciła do podręcznego 

neseseru  z  rzeczami  niezbędnymi  w  czasie  podróży  —  resztę  bagażu 

odwieziono  już  na  dworzec.  Miała  wrażenie,  że  pakiet  pali  jej  ręce. 

Szybko  wsunęła  go  między  różne  drobiazgi.  Zawołała  pokojówkę, 

która  pomogła  jej  w  przebieraniu,  dziwiąc  się  w  duchu  bladości  i 

smutkowi  młodej  oblubienicy.  Szczęście,  jak  widać,  nie  zawsze  jest 

tam, gdzie być powinno. 

Siddy skończyła z garderobą, kiedy mąż zapukał do drzwi. Zanim 

zawołała „proszę!", wydała pokojówce jeszcze jakieś polecenie, chcąc 

zatrzymać ją w pokoju. Frank Nordau wszedł i spojrzał na młodą żonę 

z  upodobaniem.  Siddy  jednak  ominęła  go  wzrokiem  —  nie  mogłaby 

teraz  znieść  jego  spojrzenia. Miała  raczej  chęć  wykrzyczeć  swój  ból, 

więc tylko zacisnęła usta i pochyliła się nad neseserem.  

W końcu zmusiła się, żeby powiedzieć: 

— Trochę jestem spóźniona, ale za chwilę będę gotowa. 

Zamknęła  neseser,  wyprostowała  się  i  wcisnęła  na  głowę  mały 

kapelusz,  Frank  pomyślał,  że  szkoda  zakrywać  takie  piękne  blond 

włosy  kapeluszem  i  chciał  jej  to  nawet  powiedzieć,  ale  nie  byli  w 

pokoju  sami.  Żałował,  że  ze  względu  na  obecność  pokojówki  nie 

może  wziąć  żony  w  objęcia  —  właśnie  teraz,  kiedy  serce  miał  tak 

rozgorzałe,  kiedy  był  taki  szczęśliwy,  że  odnajduje  w  sobie  tyle 

uczucia  dla  niej.  Nie  podejrzewając  niczego  złego,  nie  przypatrywał 

background image

się Siddy zbyt uważnie, kiedy szli na dół, krótko przekazał jej ostatnie 

pozdrowienia Margot. 

Przed  hotelowym  wejściem  stało  auto,  które  miało  odwieźć 

młodą  parę  na  dworzec.  Siddy  poleciła  pokojówce,  by  jeszcze  raz 

najserdeczniej uzdrowiła w jej imieniu rodziców i siostrę. Zdołała już 

na  tyle  się  opanować,  że  na  zewnątrz  była  spokojna.  W  głębi  duszy 

rzecz przedstawiała się znacznie gorzej.  

Nieustannie  rozważała,  jak  powinna  zachować  się  wobec  męża. 

Najchętniej  wyjechałaby  teraz  w  świat  sama,  gdyż  jego  towarzystwo 

znosiła z największym trudem. Z drugiej strony powrót do rodziców, 

na  których  tak  bardzo  się  zawiodła,  również  był  wykluczony; 

obawiała  się  po  prostu,  że  jej  nie  zrozumieją.  Była  przecież  żoną 

Franka i jej miejsce było przy nim.  

Jedno  wszakże  wiedziała  na  pewno:  nie  będąc  przez  niego 

kochana,  nie  może  żyć  u  jego  boku  jako  żona.  Trzeba  postawić 

sprawę  jasno:  on  nie  może  żądać,  aby  dała  mu  do  siebie  prawa, 

których  lekkomyślnie  sam  się  pozbawił.  Wobec  świata  będzie 

odgrywać  rolę  jego  żony,  ale  nigdy  nie  weźmie  na  siebie  żadnych 

obowiązków poza oficjalnymi. To wiedziała na pewno. 

Dlatego Frank powinien dowiedzieć się o wizycie Anny Frey. Za 

żadną  jednak  cenę  nie  wolno  jej  zdradzić  się,  jak  bardzo  ją  to 

dotknęło, jak bardzo go kochała i jak — ku swej udręce — nadal go 

kocha. Dobrze się stało, że mieli tak mało okazji do bycia sam na sam 

i  że  w  swej  dziewczęcej  nieśmiałości  zawsze  była  wobec  niego  taka 

powściągliwa.  Teraz  należy  wpoić  mu  przekonanie,  że  jej  rezerwa 

background image

brała  się  z  uczuciowego  chłodu  oraz  że  ich  małżeństwo  z  rozsądku 

zostało także przez nią z góry zaakceptowane. 

Podczas  jazdy  na  dworzec,  a  potem  już  w  przedziale  wagonu, 

kiedy Frank troskliwie pomagał jej zdjąć płaszcz i kapelusz, była już 

całkiem  zdecydowana  i  zachowywała  się  tak  chłodno  i  sztywno,  że 

nie  wiedział,  co  o  tym  myśleć.  Co  jakiś czas  patrzył  badawczo  w  jej 

bladą  twarz  i  uspokajał  sam  siebie,  że  to  zapewne  tylko  dziewczęce 

zakłopotanie.  

Ta  myśl  go  wzruszyła  i  nagle  zrobiło  mu  się  ciepło  koło  serca. 

Chętnie  pomógłby  jej  pozbyć  się  przykrego  uczucia  skrępowania, 

wziął  w  ramiona  i  całował  dopóty,  dopóki  by  nie  zniknął  ten  gorzki 

wyraz wokół jej bladoróżowych ust. I bynajmniej nie musiałby w tym 

celu  przezwyciężać  się!  W  końcu  uwierzył  przecież,  że  wyszła  za 

niego z miłości, skoro jej ojciec stanowczo twierdził, że Siddy nic nie 

wie,  dlaczego  rodzice  pragną  go  mieć  za  zięcia.  Teraz  jednak  i  on 

zaczął czuć się trochę niepewnie i niezręcznie. 

I  tak  mijała  pierwsza  część  podróży.  Siddy  po  pewnym  czasie 

skłoniła głowę na oparcie i przymknęła oczy — nie mogła już dłużej 

wytrzymać  pytającego  wzroku  Franka.  Pomyślał,  że  jest  senna, 

podsunął jej poduszkę pod głowę i zachęcił, żeby się raczej położyła, 

gdyż wygląda na zmęczoną. Nie otwierając oczu, odparła że owszem, 

jest bardzo zmęczona i spróbuje zdrzemnąć się nieco.  

Udawała,  że  zasypia,  by  móc  w  spokoju  rozważyć  sytuację, 

obmyślić,  jak  powinna  dalej  postępować.  Co  wiedziała  o 

małżeństwie?  Tyle,  co  nic!  Jednego  wszak  była  pewna:  Frank  nie 

background image

może  domyślić  się,  że  ona  go  kocha.  Raczej  musi  udawać  zimną, 

zakłamaną kokietkę, niż pozwolić mu choćby na moment wniknąć w 

stan jej uczuć. 

Zajmowali  we  dwoje  przedział  w  wagonie  sypialnym,  ale 

posłania  nie  były  jeszcze  rozłożone.  Siddy  zapowiedziała  bowiem 

konduktorowi, że to zbyteczne, gdyż źle znosi jazdę w pozycji leżącej. 

Frank  milcząco  zastosował  się  do  jej  życzenia,  wierząc  nadal,  że  jej 

zachowanie  wynika  jedynie  z  zaambarasowania.  Postanowił 

przełamać je, zapewniając jej całkowitą swobodę i spokój. 

Siddy  uznała,  że  najlepiej  udawać  sen.  Frank  przez  dłuższą 

chwilę  obserwował  ją  z  ciepłym  uczuciem.  Oto  naprzeciwko  siedzi 

jego  młoda  żona;  przymknęła  oczy  i  jest  bardzo  blada...  Może  czuje 

się  źle?  To,  że  tak  szybko  zasnęła,  jest  z  pewnością  oznaką 

wyczerpania.  To  przecież  młoda  dziewczyna,  dopiero  wchodząca  w 

małżeństwo,  a  spadło  na  nią  tyle  nowych  wrażeń  i  niepokojów.  Jest 

śliczna — wygląda tak bezradnie i delikatnie. 

Miał ochotę pogłaskać jej piękne, smukłe dłonie ale bał się, że ją 

obudzi.  Im  bardziej  się  w  nią  wpatrywał,  tym  bardziej  wzbierała  w 

jego sercu tkliwość. Ale w końcu i jego zmogło zmęczenie, zaszył się 

więc w kącie, przymknął oczy i wkrótce zasnął. 

Siddy  spostrzegła  to  już  po  chwili,  kiedy  ostrożnie  zerknęła  w 

jego stronę. Uśmiechnęła się gorzko. Zapewne jest zadowolony, że nie 

potrzebuje  zmuszać  się  do  czułego  tonu.  To  okropne,  ale  gdyby  nie 

ostrzeżenie  dyszącej  zemstą  Anny  Frey,  przyjmowałaby  te  obłudne 

gesty  z  naiwnym  zaufaniem!  A  może  byłoby  lepiej  zachować 

background image

złudzenia?  Może  byłaby  szczęśliwsza,  nie"  wiedząc,  że  Frank jej  nie 

kocha? 

Ach,  nie!  Przecież  i  tak  zorientowałaby  się,  że  jego  czułość  jest 

udawaniem,  a  to  całkowicie  by  ją  załamało  i  unieszczęśliwiło.  Teraz 

może  ją  jeszcze  chronić  pancerz  dumy.  Ciekawe,  co  on  zrobi,  kiedy 

się  dowie,  co  ukryte  jest  w  neseserze  spoczywającym  na  półce.  Na 

chwilę ogarnął ją strach. Będzie musiała powiedzieć mu, kto przyniósł 

te  listy.  Wzdrygnęła  się  z  odrazy.  To  będzie  najcięższe:  patrzeć  na 

niego, jak zdejmuje z twarzy maskę.  

Oby,  tylko,  na  miłość  boską,  nie  usiłował  dalej  brnąć  w 

kłamstwa;  oby  umiał  otwarcie  i  szczerze  stawić  czoła  prawdzie! 

Niechby  mogła  przynajmniej  zachować  dla  niego  szacunek! 

Dotychczas jej nie okłamywał — ani razu nie powiedział, że ją kocha, 

a jako narzeczony rzadko jej okazywał sentymenty. Och, dopiero teraz 

uświadomiła sobie, jaki był przy tym chłodny i oficjalny. Nie widziała 

tego pochłonięta bez reszty własnym zakochaniem. 

Westchnęła,  a  kiedy  poruszyła  się,  chcąc  zmienić  pozycję  na 

wygodniejszą, zsunął jej się z kolan pled, którym  Frank troskliwie ją 

okrył.  Teraz  obudził  się  natychmiast,  wstał  po  cichu  i  podniósł  pled, 

po  czym  bardzo  ostrożnie  otulił  ją  ponownie.  Siddy  tak  była  tym 

poruszona, że z trudem powstrzymała łzy. Ze strachu zacisnęła mocno 

powieki, żeby Frank myślał, iż pogrążona jest w głębokim śnie. 

Tak minęła noc. W Bazylei obudzono ich podczas kontroli celnej. 

Kiedy  pociąg  przejechał  granicę  i  znów  zostali  sami,  Frank  pochylił 

się nad żoną i położył lekko dłonie na jej ramionach. 

background image

— Czy czujesz się już lepiej, Siddy? 

Wcisnęła się tak mocno w poduszkę, że dłonie Franka zsunęły się 

z jej ramion, i odparła z największym spokojem, na jaki było ją stać: 

— Czuję się ciągle bardzo wyczerpana. 

—  Bardzo  mi  przykro.  Miałem  nadzieję,  że  długi  sen  cię 

wzmocni. Jeśli się mylę, spałaś przez całą noc, prawda? 

—  Owszem,  ale  spanie  w  pociągu  to  nie  jest  prawdziwy 

wypoczynek. 

Musnął  lekko  jej  jasne,  połyskujące  złotem  włosy,  które  tak 

uroczo  okalały  delikatną  twarzyczkę  Siddy.  Ona  jednak  zdrętwiała 

pod tym pieszczotliwym gestem, a najchętniej natychmiast by uciekła. 

W  żadnym  jednak  wypadku  nie  wolno  jej  dopuścić  do  jakiejś 

wyjaśniającej  rozmowy  tutaj,  w  pociągu,  gdzie  obok  drzwi  ich 

przedziału  stale  przechodzą  ludnie.  Umknęła  jego  dłoniom,  czyniąc 

nieznaczny ruch.  

To zaniepokoiło Franka. 

—  Czy  mój  dotyk  jest  ci  niemiły,  Siddy?  —  zapytał  z  lekkim 

wyrzutem. 

Konwulsyjnie  przełknęła  wzbierające  łzy  i  odparła  załamującym 

się lekko głosem: 

— Wybacz, boli mnie głowa. 

Frank  zasiadł  więc  znowu  na  swoim  miejscu  naprzeciwko, 

myśląc,  że  Siddy  nadal  czuje  się  skrępowana.  W  duchu  powiedział 

sobie,  że  musi  pozostawić  ją  w  spokoju  aż  do  chwili  przybycia  na 

background image

miejsce.  Tak  więc  przez  pozostałą  część  podróży  oboje  zachowywali 

wyczekującą rezerwę. 

Pokoje mieli zamówione w Caux, położonym powyżej Montreux, 

hotelu „Palast". Po przybyciu na miejsce zaprowadzono ich od razu do 

apartamentu, składającego się  z dwóch połączonych ze sobą pokoi, z 

cudownym  widokiem na Jezioro  Genewskie. Siddy poczuła nagle, że 

ma  serce  w  gardle.  Najchętniej  zatrzymałaby  jeszcze  kelnera,  który 

instalował  ich  w  pokojach.  Kiedy  drzwi  zamknęły  się  za  nim  ze 

szczeknięciem zamka, odniosła takie wrażenie, jakby zwalił jej się na 

piersi wielki głaz. 

Frank  pomógł  żonie  zdjąć  płaszcz,  ściągnął  również  z  siebie 

wierzchnie okrycie i powiesił rzeczy na swoim miejscu. Odwrócił się 

do Siddy z uśmiechem i podszedł do niej, chcąc ją objąć. Siddy stała 

jak kamień, a potem uczyniła jakiś obronny gest i cofnęła się. 

— Zostaw mnie! — powiedziała zimno i szorstko. 

Wzruszył ramionami i spojrzał na nią speszony. 

—  Ależ  Siddy,  nie  możemy  przecież  być  ze  sobą  wiecznie  na 

oficjalnej  stopie,  w  końcu  jesteśmy  mężem  i  żoną  —  powiedział 

łagodnie i uśmiechnął się, chcąc ją ułagodzić. 

Zagryzła usta i przybrały chłodny, niedostępny wyraz twarzy. 

— Nie zmuszaj się do odgrywania komedii, Frank. I mnie, i tobie 

nie zależy na bliższych kontaktach między nami — odparła, siląc się 

na spokój. 

— Co to wszystko znaczy, Siddy? — zapytał zmieszany. 

background image

— To, że czas już skończyć z tą komedią. Jak powiedziałam, nie 

musisz  mi  okazywać  konwencjonalnych  czułości.  Możemy  już 

zachowywać  się  serio,  skoro  cel  naszego  związku  został  osiągnięty. 

Poślubiłeś  mnie  z  rozsądku,  a  ja  wyszłam  za  ciebie  za  mąż,  również 

kierując  się  rozsądkiem.  Nie  jesteśmy  więc  sobie  niczego  winni 

nawzajem.  Chcę,  żebyś  wiedział,  że  zgodziłam  się  na  to  małżeństwo 

na życzenie mego ojca. 

Frank  wpatrywał  się  zaskoczony  w  jej  pobladłą,  rozdygotaną 

twarz. 

—  To,  co  mówisz,  brzmi  zagadkowo.  Twój  ojciec  zapewniał 

mnie  przecież,  że  idziesz  za  głosem  serca,  a  o  tym,  że  nasz  związek 

ma widoku także inne cele — nic nie wiesz. 

—  Bądź,  proszę,  poważny  i  przyznaj,  że  nasz  związek  ma  tylko 

jeden  cel:  doprowadzić  do  pełnej  fuzji  przedsiębiorstw  naszych 

rodziców — odparła porywczo. 

— Ale ty przecież o tym nie wiedziałaś! Twój ojciec dał mi na to 

słowo i prosił, żebym się z tym przed tobą nie wygadał. 

„Nie  zaprzecza,  że  zawarł  to  małżeństwo  z  wyrachowania.  A 

zatem robienie mu o to wymówek mija się z celem". Pozbierała myśli, 

wzruszyła  lekko  ramionami  i  powiedziała  z  wymuszonym 

uśmiechem: 

— Dobrze więc, muszę jak w kartach dodać do koloru i zdradzić 

ci  zasadniczy  powód,  dla  którego  zgodziłam  się  zostać  twoją  żoną. 

Widzisz, ja... założyłam się ze swoimi przyjaciółkami, że oświadczysz 

mi  się  w  ciągu  dwóch  miesięcy.  Uchodziłeś  powszechnie  za  wroga 

background image

kobiet  i  trochę  nas  złościło,  że  poświęcasz  nam  tak  mało  uwagi. 

Oczywiście, wtedy jeszcze nie wiedziałam, dlaczego zachowujesz się 

z taką rezerwą... 

Popatrzył na nią tak, jakby zobaczył ją po raz pierwszy w życiu. 

To dziwne, ale zabolało go serce, że Siddy okazała się nagle zupełnie 

inna niż myślał i że prowadziła tak ryzykowną grę. Została jego żoną, 

żeby  wygrać  zakład?  To  absolutnie  nie  zgadzało  się  z  jego  opinią  o 

niej. Nagle uderzyły go jej ostatnie słowa. 

— Co miałaś na myśli, mówiąc, że wtedy jeszcze nie wiedziałaś 

dlaczego zachowuję się z rezerwą? 

Siddy znów, niby obojętnie, wzruszyła ramionami. 

—  No  bo  o  pewnych  sprawach  dowiedziałam  się  dopiero  tuż 

przed  naszym  wyjazdem,  w  hotelu,  kiedy  poszłam  na  górę  przebrać 

się. Koniec końców byłam zadowolona z tej rozmowy, bo trochę sobie 

wyrzucałam i ten zakład, i to małżeństwo, a ta nieoczekiwana wizyta 

rozwiała  moje  skrupuły.  Otworzyła  mi  oczy,  że  ożeniłeś  się  ze  mną 

wyłącznie na żądanie twego ojca. Jesteśmy więc kwita. 

—  Kto  złożył  ci  wizytę  i  co  ci  naopowiadał?  —  rzucił 

gorączkową patrząc na nią wzburzony. 

Siddy wyprostowała się dumnie. 

—  Twoja  kochanka,  panna  Anny  Frey!  —  padło  z  jej  ust 

spokojnie i wyraźnie. 

Zbladł i cofnął się o krok, a potem gwałtownie zaprzeczył: 

— Ona nie jest już moją kochanką! 

background image

—  Ale  była  nią.  Odprawiono  ją,  bo  stała  się  niewygodna,  kiedy 

zgodnie  z  pragnieniem  ojca,  a  może  i  moim,  zacząłeś  się  o  mnie 

starać. 

—  Odprawiono  ją?  —  zdziwił  się  Frank.  —  Czy  to  znaczy,  że 

zwolniono ją z pracy? 

Jego  zdziwienie  było  tak  szczere,  że  Siddy  w  skrytości 

odetchnęła. „A  więc temu nie był  winien" — pomyślała z ulgą, gdyż 

ta okoliczność dyskredytowała go w jej oczach. 

—  Nie  wiedziałeś?  Na  dwa  dni  przed  naszym  weselem  dano  jej 

wymówienie. 

—  Daję  ci  słowo,  że  nic  o  tym  nie  wiedziałem;  takie  sprawy 

należą do naszego szefa personalnego. Ale ona mogła uznać, że to na 

skutek mojego polecenia. 

—  Tak  właśnie  myślała.  Mogę  cię  jednak  uspokoić,  że  już 

otrzymała inną posadę. 

—  Dziękuję  ci  —  powiedział  poważnie.  —  Byłoby  mi  przykro, 

gdyby nagle znalazła się bez środków do życia. Ja... ja nie przeczę, że 

kiedyś... bardzo ją kochałem. 

To  wyznanie  przeniknęło  ją  jak  ostry,  tnący  ból.  Kochał  ją 

kiedyś!  Ach,  więc  można  było  mimo  wszystko  zazdrościć  tej  Anny 

Frey. 

—  Ona  wie,  że  porzuciłeś  ją  tylko  dlatego,  że  chciałeś,  czy  też 

musiałeś, starać się o mnie. 

Frank wyprostował się. 

background image

—  I  tu  poinformowano  cię  mylnie.  Zerwałem  z  nią,  zanim 

zacząłem  starać  się  o  ciebie.  A  zerwałem  dlatego,  że...  że  mnie 

zdradzała,  a  poza  tym  w  ogóle  kłamała.  Wyparła  się  wszystkiego  w 

żywe  oczy,  chociaż  zastałem  ją  z  innym  mężczyzną.  Nigdy  nie 

obiecywałem  jej  małżeństwa  wprost,  choć  przyznaję,  iż  mogła  mieć 

pewne  podstawy  do  takich  oczekiwań  i  nadziei.  Zerwałem  zaś  z  nią 

całkowicie,  kiedy  poznałem  jej  prawdziwy  charakter.  I  za  to  mnie 

znienawidziła.  Tak,  ja  doprowadziłem  do  zerwania,  ale  mimo  to  nie 

czuję się w tym wypadku winny. Myślę, że to rozumiesz. 

Wyznanie Franka głęboko zapadło jej w serce. Wierzyła mu, ale 

tym  boleśniej  odczuwała  to,  że  jej  nie  kocha.  Przywołała  na  pomoc 

całą swoją dumę i powiedziała cicho: 

— Ona przedstawiła mi to inaczej, ale ja ci wierzę. To zresztą nie 

zmienia  wiele  w  naszych  wzajemnych  stosunkach.  Cieszę  się,  rzecz 

jasna że nadal mogę darzyć cię szacunkiem, a tego, że ożeniłeś się ze 

mną  na  życzenie  ojca,  nie  mogę  poczytać  ci  za  złe,  bo  ja  również 

wyszłam  za  ciebie  za  mąż  bez  miłości  —  tylko  dlatego,  że  się 

założyłam. 

Spojrzał na nią tak posępnie, że się przestraszyła. Gorzki uśmiech 

przemknął po jego surowych, energicznych ustach. 

—  Czy  mogę  wiedzieć,  co  było  wygraną  w  tym  zakładzie?  — 

spytał dotknięty do głębi, znacznie boleśniej niż Siddy przypuszczała i 

on sam mógłby przypuszczać. 

— Bombonierka — odparła niechętnie. 

background image

—  Och,  to  rzeczywiście  niewiele  przy  tak  ważnej  sprawie!  — 

wybuchnął ostrym śmiechem. 

—  Mnie  chodziło  tylko  o  to,  żeby  wygrać!  —  rzuciła  w 

odpowiedzi. 

Przez chwilę rozważał coś w zamyśleniu, a potem spojrzał na nią 

tak, jakby naszły go jakieś wątpliwości. 

— Jak brzmiał wasz zakład? Że oświadczę ci się w ciągu dwóch 

miesięcy? 

Siddy skinęła głową i zaraz potem spłonęła ciemnym rumieńcem, 

kiedy Frank, patrząc na nią przenikliwie, powiedział: 

—  Wygrałaś  zakład  już  w  chwili,  gdy  poprosiłem  cię  o  rękę. 

Żeby  wygrać,  nie  potrzebowałaś  w  żadnym  razie  wyrażać  zgody  na 

małżeństwo. 

Na  chwilę  zamarło  w  niej  serce;  zaczęła  gorączkowo  szukać  w 

myślach jakiegoś wykrętu. 

—  Oczywiście,  mogłam  odmówić...  Ale  doszłam  do  wniosku, 

że...  że  właściwie,  czemu  nie...  skoro  oboje  stanowimy  dla  siebie 

korzystną partię... 

„Dzięki Bogu, jakoś wybrnęłam" — pomyślała z  zadowoleniem. 

Frank  jednak  nie  spuszczał  z  niej  oczu.  Coś  mu  się  tu  nie  zgadzało. 

Siddy  nie  pozostawiła  mu  czasu  na  dociekania,  tylko  szybko 

otworzyła neseser i wyjęła przekazane przez Anny Frey listy. 

—    Weź  proszę!  Nie  czytałam  ich,  oczywiście;  nie  interesują 

mnie. 

background image

Frankowi  dała  do  myślenia  ostentacyjna  obojętność  Siddy, 

akcentowana każdym słowem i całym zachowaniem. Biorąc z jej rąk 

pakiet listów, powiedział: 

— Dziękuję. Gdybyś je przeczytała, byłoby mi nieprzyjemnie, bo 

prawdopodobnie  tchną  głupotą.  Kiedy  je  pisałem,  upatrywałem  w 

pannie Frey swój ideał. Ale kiedy taki okres zaczadzenia ma się już za 

sobą i czuje się oszukany, wtedy pozostaje wyłącznie uczucie wstydu. 

Z jego słów Siddy wyłowiła tylko stwierdzenie, że tamto ,,już ma 

za sobą". Ogarnął ją niepokój. Jeśli rzeczywiście nie kocha już Anny 

Frey,  jeśli  jego  serce  jest  wolne  —  to  czy  należy  walczyć  o  jego 

miłość? 

Poczuła,  że  robi  jej  się  gorąco,  a  Frank,  który  zauważył  gorące 

rumieńce  na  jej  policzkach,  zadał  sobie  w  duchu  pytanie,  co  je 

wywołało.  Chętnie  by  ją  o  to  zapytał,  ale  poniechał  tego  zamiaru, 

wiedząc, że i tak nie powie mu prawdy. 

Siddy  była  już  u  kresu  sił  i  wytrzymałości,  powiedziała  więc 

prosząco: 

—  Będę  ci  bardzo  zobowiązana,  jeśli  pozostawisz  mnie  teraz 

samą. Chciałabym się położyć, bo podróż była jednak trochę męcząca. 

—  Będzie  tak,  jak  sobie  życzysz  —  powiedział  składając 

ceremonialny  ukłon.  —  Prosiłbym  tylko,  żebyś  mi  powiedziała,  jak 

widzisz obecnie nasze małżeństwo w przyszłości — zakończył trochę 

ironicznie. 

Zarumieniła  się  ponownie,  ale  odpowiedziała  opanowanym 

tonem: 

background image

—  To  przecież  jasne.  Oboje  wiemy,  że  nie  pobraliśmy  się  z 

miłości i nic do siebie nie czujemy. 

Frank podniósł rękę. 

— Przepraszam, w tej ostatniej sprawie nie wypowiadałem się. 

Zadrżała  lekko  i  unikając  jego  spojrzenia  bynajmniej  nie 

wskazującego na obojętność, odparła: 

—  Ale  oboje  dobrze  o  tym  wiemy,  a  to  jest  sprawą  zasadniczą. 

Nie będziemy nawzajem oszukiwać się, udając uczucia; to byłby brak 

smaku, o który mnie chyba nie posądzasz. W innych okolicznościach 

zaproponowałabym  ci    rozwód,    ale  przecież  nasze  małżeństwo 

zawarte  zostało  dla  ważnego,  lecz  zakulisowego  powodu.  Rozwód 

wkrótce  po  ślubie  wzbudziłby  ogólną  sensację.  Przecież  mamy  dla 

siebie  nawzajem  tyle  szacunku,  żeby  móc  żyć  obok  siebie  jak  para 

dobrych  przyjaciół.  Więc  jeśli  ci  to  odpowiada,  niech  konsekwencje 

naszego małżeństwa z rozsądku trwają. 

Siddy  usiłowała  się  mówić  spokojnie,  on  jednak  zauważył,  że  z 

wysiłkiem  starała  się  ukryć  przed  nim  swoje  wzburzenie.  Jej  osoba 

wydawała mu się coraz bardziej zagadkowa. 

—  A  jeśli...  jeśli  się  na  to  nie  zgodzę  i  będę  dochodził  swoich 

praw małżonka? 

—  Liczę  na  to,  że  jesteś  dżentelmenem  i  nie  będziesz  zmuszał 

niekochanej  kobiety,  żeby  była  żoną  niekochanego  mężczyzny  — 

odparła, dygocąc z niepokoju. 

background image

—  Nie  wiesz,  czego  ode  mnie  żądasz;  jesteś  jeszcze  bardzo 

młoda  i  niedoświadczona  —  powiedział,  patrząc  na  nią  dziwnie 

rozgorzałym wzrokiem. 

— Och, będziesz miał całkowitą swobodę, tak jakbyś w ogóle nie 

był żonaty. Musimy tylko zachować pozory. 

Ciągle  jeszcze  nie  spuszczał  z  niej  badawczego  spojrzenia,  nie 

zwracając jakby uwagi na jej pełne obawy napięcie. 

—  A  więc  zgadzasz  się,  żebym  korzystał  z  wolności,  robił,  co 

chciał i pozwalał sobie na wszystko? 

Blada  jak  płótno  potwierdziła  zdecydowanie,  że  tak.  Frank 

podszedł do niej bliżej. 

— A ty? — zapytał ochryple. 

—  Ja?  —  wyprostowała  ramiona.  —  Och,  ja  wiem,  co  jestem 

winna sobie, twojemu nazwisku i moim rodzicom; z mojej strony nie 

musisz niczego się obawiać. 

Potrząsnął  głową  uśmiechając  się  lekko.  Jaka  była  jeszcze 

niedoświadczona!  Jak  ona  sobie  to  wszystko  wyobrażała?  Ile  w  niej 

było  lęku!  A  on  miał  uwierzyć,  że  została  jego  żoną  tylko  z  powodu 

jakiegoś zakładu? Nie! Jeżeli nawet nie wszystko było dla niego w tej 

chwili jasne — bo sam był przecież też poruszony — nigdy w to nie 

uwierzy. Nie mógłby uznać jej za kobietę płytką i lekkomyślną, która 

odgrywa  przy  nim  komedię.  Cała  jej  istota  przeczyła  temu.  Ale  na 

razie powinni udawać, że we wszystko uwierzył. 

background image

—  A  więc  jeśli  nie  chcę  pochopnie  utracić  twego  szacunku, 

muszę przyjąć twoje warunki. Zgoda! A teraz wychodzę, żebyś mogła 

wreszcie położyć się. Czy pójdziesz potem ze mną coś zjeść? 

Uspokojona,  potrząsnęła  głową,  ledwo  mogąc  zdobyć  się  na 

odpowiedź. 

—  Nie,  dziękuję.  Chciałabym  wypocząć.  Ale  gdybyś  mógł 

zamówić  mnie  do  pokoju  herbatę  i  kilka  tostów,  byłabym  ci 

wdzięczna.  Dzisiaj  nie  potrzebuję  już  nic  więcej;  chciałabym 

porządnie wyspać się. Zobaczymy się jutro przy śniadaniu. 

—  Życzę  dobrego  wypoczynku.  Zaraz  przyniosą  ci  herbatę. 

Powiem, że jesteś zbyt zmęczona, żeby zejść ze mną na posiłek. Pójdę 

do jadalni sam. 

— Dziękuję. Ja również życzę ci dobrego wypoczynku. 

Wydało  mu  się  całkowitą  niedorzecznością,  że  zachowują  się 

wobec  siebie  tak  ceremonialnie  i  nagle  wyciągnął  do  niej  rękę  z 

ciepłym uśmiechem.   

—  Jeśli  mamy  zostać  dobrymi  przyjaciółmi,  możemy 

przynajmniej uścisnąć sobie dłonie, no nie? 

Podała  mu  rękę  z  pewnym  wahaniem.  Wzruszyło  go,  że  ta 

drobna,  smukła dłoń jest taka  chłodna  i  lekko drży.  Co  chodzi  jej po 

głowie?  Czego  się  lęka?  Czy  sądzi,  że  będzie  brutalnie  dochodził 

swoich praw? Co ją tak wzburzyło, że cała dygoce? 

Rycersko pocałował ją w rękę, jeszcze raz ukłonił się i przeszedł 

do  swego  pokoju.  Usłyszała  krótkie,  energiczne  stuknięcie  drzwi. 

Stała  bez  ruchu  na  środku  pokoju,  patrząc  za  nim  w  ślad  płonącymi 

background image

oczami. A potem nagle rzuciła się na podłogę, jakby zupełnie opuściły 

ją  siły.  Nareszcie  była  sama  i  nie  musiała  kryć  się  ze  swym  bólem, 

nareszcie  mogła  pozbyć  się  nieugiętej  maski.  Wszystko  między  nimi 

było już jasne.  I odtąd będą przestawać ze sobą, zachowując chłodno 

przyjacielski ton. 

Na  szczęście  Frank  nie  był  taki,  jakim  go  Anny  Frey 

odmalowała! Ich wspólne życie ułoży się być może znośnie — nawet 

jeśli  nigdy  nie  zazna  pełnego  szczęścia,  żeby  móc  poczuć  się  jego 

żoną. Wszystkie udręki ma jeszcze przed sobą, jeśli on — zachowując 

na  zewnątrz  pozory  —  zacznie  korzystać  z  wolności.  Zacisnęła 

kurczowo zęby, żeby powstrzymać jęk rozpaczy. 

Usłyszała  pukanie  do  drzwi.  Podniosła  się  ociężale.  Kelner 

wniósł  tacę  z  herbatą  i  grzankami  i  postawił  wszystko  na  stole. 

Wmusiła w siebie filiżankę herbaty i kilka kęsów — nie chce przecież 

całkiem opaść z sił i zachorować. 

Siedziała  potem  jeszcze  długo,  patrząc  na  jezioro.  Wokół  lustra 

wody  powoli  zapalały  się  światła  —  nadszedł  wieczór.  Od  czasu  do 

czasu  z  zapartym  tchem  nadsłuchiwała  odgłosów  dobiegających  z 

pokoju Franka. Słyszała jak krząta się po cichu, chyba rozpakowując 

walizkę  i  przebierając  się.  A  potem  usłyszała,  że  wychodzi.  Dopiero 

teraz,  kiedy  on  nie  mógł  tego  usłyszeć,  odważyła  się  podejść  do 

łączących ich pokoi drzwi i zamknąć je na klucz.  

W końcu zaczęła szykować się spoczynku, chociaż wiedziała, że 

długo  jeszcze  nie  będzie  mogła  zasnąć.  A  kiedy  leżała  już  w  łóżku, 

wpatrując się w ciemność, ogarnęła ją na nowo fala żalu za utraconym 

background image

szczęściem.  Płakała  długo  i  rozpaczliwie.  Dała  upust  łzom  i  żalowi, 

wiedząc, że Frank tego nie słyszy, bo jeszcze nie było go obok.  

 

III 

Zamówiwszy dla Siddy herbatę, Frank siedział przez dłuższy czas 

w  swoim  pokoju,  patrząc  przed  siebie  nieruchomym  spojrzeniem. 

Usiłował  zgłębić  zagadkowe  zachowanie  Siddy.  Jak  należy  je  sobie 

tłumaczyć? W historyjkę o idiotycznym zakładzie nie mógł uwierzyć. 

Siddy  nie  umiała  kłamać,  wykręcać  się.  Zdradzały  ją  rumieńce 

oblewające  jej  twarz  za  każdym  razem,  kiedy  przymuszał  ją  do 

wyjaśniających odpowiedzi. 

Próbował  przypomnieć  sobie  wszystkie  ich  spotkania  z  okresu, 

kiedy  starał  się  o  jej  rękę.  Wydawało  mu  się  wtedy,  że  jest  mu 

przychylna  —  czyżby  jego  ocena  była  całkowicie  błędna?  Siddy 

zachowywała  dziewczęcą  powściągliwość,  ale  był  pewien,  że  jego 

czułości nie są jej niemiłe. Kiedy brał ją w ramiona, przytulała się do 

niego z lekkim drżeniem. Czy byłoby to możliwe, gdyby nic do niego 

nie czuła — tak jak teraz usiłuje mu to wmówić?  

Przecież  jeszcze  w  dzień  ślubu,  kiedy  szepnął  jej  pod  koniec 

kolacji, że już czas przebrać się do podróży, jej oczy miały taki ciepły 

wyraz.  A  jak  gorąco  odwzajemniła  jego  ukradkowy  uścisk  ręki!  Te 

drobne dowody jej oddania wyrywały go ze stanu obojętności i coraz 

bardziej  rozgrzewały  jego  serce.  A  ona  stwierdza  poniewczasie,  że 

wyszła  za  niego  za  mąż  w  wyniku  lekkomyślnej  igraszki  oraz  na 

background image

skutek  podjętej  z  zimną krwią  decyzji!  Nie!  Im  dłużej  o  tym  myślał, 

tym bardziej wydawało mu się to nieprawdopodobne. 

Na  jego  czole  pojawiła  się  niechętna  zmarszczka  — 

przypomniały  mu  się  listy  Anny  Frey.  Z  wewnętrznej  kieszeni 

marynarki  wyciągnął  i  dokładnie  obejrzał  przewiązany  niebieską 

wstążką  pakiet.  Kokarda  i  węzeł  wyglądały  jak nowe;  na pewno  nikt 

ich nie ruszał po zawiązaniu. 

Siddy w żadnym razie nie mogła znać treści listów. Niemożliwe! 

Po prostu dała się zwieść kłamliwym i tendencyjnie zniekształconym 

informacjom  Anny  Frey  i  wyciągnęła  z  nich  całkowicie  opaczne 

wnioski. I to było przyczyną zmiany w jej zachowaniu! 

Nie wierzył już w ani jedno słowo, które mu powiedziała. Gdyby 

prawdą było to, że — i w tym miejsce serce zabiło mu głośno i mocno 

—  kocha  go,  ale  czuje  się  zawstydzona  i  oszukana  po  tym,  co 

usłyszała  od  tamtej,  przepełnionej  chęcią  zemsty.  To  wyjaśniałoby 

motywy  jej  postępowania.  A  bajeczkę  o  zakładzie  wymyśliła,  po  to, 

żeby nie stanąć przed nim jako ktoś ostatecznie upokorzony. 

Zerwał  się,  chcąc  natychmiast  pospieszyć  do  niej  i  prosić,  by 

powiedziała prawdę, ale nagle zawahał się. Nie było sensu zwracać się 

do niej teraz; nie uwierzy w jego uczucia. 

Och,  jego  dawny  chłód  minął  bezpowrotnie.  Kochał  ją!  Tak, 

kochał  ją!  Zdobyła  jego  serce,  czego  zupełnie  się  nie  spodziewał; 

oczarowała go ujmującym wdziękiem i wieloma zaletami, które w niej 

odkrył. Nie zdawał sobie sprawy, jak z każdym dniem stawała mu się 

coraz bardziej droga. 

background image

„Biedne,  słodkie  maleństwo  —  myślał  z  czułością  —  co  mam 

zrobić  żeby  wrócił  ci  spokój? Będę  starał  się  odzyskać  twoją  miłość. 

Ale muszę zabrać się do tego delikatnie; bardzo delikatnie i uważnie. 

Trzeba  mi  najpierw  zdobyć  na  nowo  twoje  zaufanie,  pokonać  twoje 

obawy i błędne mniemanie, że poniżysz się, okazując mi miłość". 

Pełen  niespokojnych  myśli  wpatrywał  się  tęsknie  w  drzwi  jej 

pokoju. W hotelowej restauracji zjadł kolację, nie bardzo wiedząc, co 

właściwie  je.  Potem  przez  portiera  wysłał  do  domu  telegram,  w 

którym  zawiadamiał  o  swoim  i  Siddy  pomyślnym  przybyciu  na 

miejsce.  Wrócił  do  pokoju  po  cichu,  żeby  jej  nie  budzić,  jeśli  już 

zasnęła.  Poruszał  się  tak  ostrożnie,  że  Siddy  nie  usłyszała  jego 

powrotu.  

Frank  podszedł  bezszelestnie  do  drzwi  i  wtedy  usłyszał  jej 

bezradny,  rozpaczliwy  szloch,  który  ugodził  go  w  samo  serce. 

Zrozumiał, jak bardzo jest nieszczęśliwa. Teraz, kiedy sądziła, że jest 

sama, odrzuciła chłodną dumę, którą zachowywała w jego obecności. 

Ten płacz dał mu pewność, że Siddy kocha go, lecz czuje się oszukana 

i upokorzona. 

Owładnięty falą uczucia, już kładł rękę na klamce, żeby wejść do 

jej pokoju i wszystko jej wyjaśnić, ale w ostatniej chwili powstrzymał 

się. Jeśli chcą zyskać szansę na to, żeby odbudować swoje szczęście, 

oparte na wzajemnej miłości i obopólnym  zaufaniu, to nie wolno mu 

teraz, gdy pogrążona jest w bólu, niepokoić jej wyznaniami, którym i 

tak  nie  uwierzy.  Powinien  zjednywać  ją  sobie  powoli  i  delikatnie; 

background image

przekonać  ją  o  swej  miłości  nie  słowami,  lecz  czynami.  Przede 

wszystkim jednak Siddy musi odzyskać spokój. 

Nie mógł jej pogłaskać, więc pogłaskał tylko dzielące ich drzwi. 

Potem rozebrał się, lecz zanim się położył, nastawił raz jeszcze uszu. 

Siddy  nadal  płakała.  Frank  głośno  otworzył  i  zamknął  drzwi  z 

korytarza.  Potem  energicznym  krokiem  przemierzył  kilkakrotnie 

pokój.  

Nagle przypomniał sobie o listach Anny Frey. Wyraz jego twarzy 

stał się twardy i  zacięty. Że też mógł kochać kogoś takiego jak ona i 

tak  późno  poznać  jej  prawdziwy  charakter  —  za  późno,  żeby 

oszczędzić  Siddy  gorzkiego  doświadczenia!  Wyjął  z  kieszonki 

zapalniczkę i zaczął powoli palić jeden list po drugim. A kiedy spalił 

je  wszystkie,  wytrząsnął  z  wielkiej  popielniczki  to,  co  z  nich  zostało 

—  za  okno,  na  pastwę  wiatru.  Niech  nic  nie  przypomina  mu  osoby 

Anny Frey. 

 

Margot  Jung  spotkała  się  z  Peterem  Yahlem  na  kortach 

tenisowych  na  drugi  dzień  po  ślubie  siostry.  Była  spokojniejsza  i 

bardziej  milcząca  niż  zwykle.  Kiedy  Peter  wręczył  jej  kilka 

wyjątkowo pięknych róż, uśmiechnęła się blado. 

—  Wydał pan na te kwiaty majątek, panie doktorze. 

—  Czy sprawiły pani przyjemność, panno Margot? 

—  Oczywiście! Ogromnie lubię kwiaty, zwłaszcza róże. 

— Wiem. Jeśli dały pani choćby odrobinę radości, spełniły swoje 

życzenia. Jak zniosła pani wczorajszą uroczystość, panno Margot? 

background image

—  Dziękuję, panie doktorze; dobrze. 

—    Och,  czy  nie  zechciałaby  pani  zaniechać  tego  oficjalnego 

nazywania mnie panem doktorem? 

— A jak mam się do pana zwracać? 

— Ciągle jeszcze nie chce pani mówić mi po prostu: Peter? 

Tupnęła lekko nogą. 

— Nie! — powiedziała z irytacją. 

—  No  tak,  dopiero  wtedy,  gdy  zostanie  pani  moją  żoną,  a 

przynajmniej narzeczoną... 

—  Niech pan przestanie  z  tymi  głupstwami!  Nie  zostanę  pańską 

narzeczoną, ani żoną. 

—  To  był  właśnie  sto  dwudziesty  pierwszy  raz,  panno  Margot. 

Mam  nadzieję,  że  teraz  pani  również  liczy.  Proponuję  zatem,  aby 

zwracała  się  pani  do  mnie  pełnym  imieniem  i  nazwiskiem,  tak  jak 

pani już czasem czyniła, kiedy szczególnie się zasłużyłem. 

Margot nie mogła powstrzymać się od śmiechu. 

—  A  więc  dobrze,  Peterze  Vahl.  Ale  proszę  wyświadczyć  mi 

grzeczność  i  nie  zmuszać  mnie  do  powtarzania  w  kółko,  że  nie 

zostanę  pańską  żoną.  Nie  mogę  ciągle  liczyć,  ile  to  już  razy  panu 

powiedziałam. 

—  Będę  panią  wyręczał  w  liczeniu  i  zwracał  pani  za  każdym 

razem uwagę. 

Zaczęli grać w tenisa. Klubowe korty były puste, więc mogli bez 

skrępowania  głośno  przerzucać  się  żartami.  W  przerwie  usiedli  przy 

stoliku  w  wygodnych  trzcinowych  fotelach  i  zamówili  napoje 

background image

orzeźwiające.    Margot  opowiadała,  jak  bardzo  odczuwa  brak  siostry.  

Mieszkanie  wydaje  się  jej   teraz  tak puste  i  wymarłe,  że  nie  wie,  jak 

zdoła to znosić na stałe. 

— Musi pani też wyjść za mąż — orzekł Peter. 

— Jeśli nie ma pan dla mnie żadnej innej rady, to na pewno nie 

— wzruszyła ramionami. — Ani myślę wychodzić za mąż po to tylko, 

żeby codziennie irytować się na męża i mieć wieczne kłopoty. 

— Ja usuwałbym z pani drogi wszelkie kłopoty. 

— Ale ja... 

Peter Vahl uniósł ręce w błagalnym geście. 

— Proszę, nie! Niech pani nie kończy; to posuwa się zbyt szybko. 

— Co takiego? 

— Przecież musiałbym znowu doliczyć do rachunku. Zostały już 

tylko  cztery  razy,  a  obawiam  się,  że  pani  jeszcze  nie  zastanowiła  się 

należycie. Czy mogę zamówić dla pani jeszcze porcję lodów? 

— Dziękuję, ale nie. Zamroziłam sobie wczoraj żołądek podczas 

uczty weselnej. Lody były pyszne. 

—  Waniliowe;  pani  ulubiony  gatunek.  Specjalnie  poszedłem  do 

hotelowego kucharza i ustaliłem z nim, że podadzą właśnie te. 

—  Nieprawdopodobne! Jak pan na to wpadł? 

— Bardzo prosto. Jeśli wiem, że ma pani jakieś życzenie, staram 

się  je  spełnić.  Niestety  mogę  tylko  czasem  coś  podsłuchać,  ale  kiedy 

zostanie pani moją żoną, będzie mi znacznie łatwiej. 

background image

Margot energicznie plasnęła dłonią w stół i już chciała zapewnić 

Petera  po  raz  sto  dwudziesty  drugi,  że  nie  zostanie  jego  żoną,  ale 

ponieważ rzucił jej proszące spojrzenie, powiedziała tylko: 

—    Jako  mąż  będzie  pan  w  takich  razach  równie  opieszały  jak 

inni mężowie. 

Zaprotestował gorąco, a potem, hamując wzburzenie, powiedział 

załamującym się trochę głosem: 

— Czy pani odpowie mi na jedno pytanie? 

— To zależy od pytania. 

—  Czy  pani  ofiarowała  już  swe  serce  komuś  innemu,  panno 

Margot? 

—  Niech  Bóg  broni!  Na  szczęście  jestem  jeszcze  całkowicie 

wolna  i  z  nikim  nie  związana.  Nie  spotkałam  jeszcze  dotąd 

mężczyzny, na widok którego serce zaczęłoby mi choć trochę żywiej 

bić,  co  ponoć  oznacza,  że  się  jest  zakochanym.  Nie  znajdę  tak  łatwo 

kogoś,  kto  byłby  dla  mnie  niebezpieczny.  Może  nigdy  nie  napotkam 

swego ideału... 

— Czy mogę  wiedzieć, jakimi cechami musi odznaczać się pani 

ideał? 

Roześmiała się lekko i zmarszczyła czoło. 

—  Chwileczkę,  muszę  się  zastanowić.  A  więc...  powinien  być 

przynajmniej o głowę wyższy ode mnie, powinien mieć ciemne włosy 

i  ciemne  oczy,  szczupłą,  rasową  i  interesującą  twarz  i  wysportowaną 

sylwetkę.  Musiałby  imponować  mi  pod  każdym  względem,  być 

człowiekiem  dobrym,  ale  nie  słabym,  mieć  szlachetny  charakter,  być 

background image

dzielnym,  pracowitym  i  energicznym.  Ale  przede  wszystkim  — 

musiałby mnie bardzo kochać. 

Peter  westchnął  ciężko,  z  głębi  piersi,  gdyż  szukał  tych  cech  u 

siebie niestety doszukał się ich niewiele. 

—  To  ostatnie,  owszem,  zgadza  się.  Jestem  także  o  głowę 

wyższy.  Ale poza tym?  Włosy mogę ufarbować, ale oczy? Czy sądzi 

pani, że nauka w dającym się przewidzieć czasie odkryje jakiś sposób 

pozwalający nadać oczom dowolnie wybrany kolor? 

— To będzie trudne! — roześmiała się Margot. 

Peter machnął ręką zrezygnowany. 

—  Też  w  to  nie  wierzę.  A  szczupła,  rasowa  i  w  dodatku 

interesująca  twarz?  Może  jeśli  przeprowadzę  głodówkę,  twarz  mi 

nieco  schudnie  ale  czy  będzie  rasowa?  —  wyciągnął  kieszonkowe 

lusterko, przejrzał w nim z krytyczną miną i potrząsnął głową. — Nic 

z  tego.  Także  z  wysportowanej  sylwetki  będą  nici.  I  na  dobitek  ten 

ideał  ma  pani  imponować?  Wykluczone!  Pani  mi  nie  pozwoli 

zaimponować  sobie.  Szlachetny  charakter?  Mam  nadzieję,  że  tym 

dysponuję.  Dzielny  i  pracowity  —  proszę  bardzo,  służę!  Czy  nie 

mogłaby pani zrezygnować wielkodusznie z tych drobiazgów, których 

mi brak, żebym mógł zostać pani ideałem? 

—  Niech  pan  przestanie!  —  rzuciła  Margot  porywczo.  —  Jest 

pan taki, jaki jest: bardzo miły, i ja pana lubię. Z nikim nie rozmawia 

mi się tak dobrze jak z panem, a pańska dobroć czasem mnie wzrusza, 

ale  niech  pan  nie  zadręcza  siebie  i  mnie  swymi  projektami 

background image

małżeńskimi.  Pozostańmy  dobrymi  przyjaciółmi;  na  pewno  będzie 

nam z tym lepiej niż gdybyśmy zostali małżeńskim stadłem. 

Potrząsnął głową ze smutkiem. 

—  Nigdy  nie  przestanę  pragnąć,  żeby  została  pani  moją  żoną  i 

nigdy nie mógłbym przestać panią pytać, czy nie zmieniła pani zdania. 

Ale  jak  już  mówiłem,  kiedy  zbiorę  sto  dwadzieścia  pięć  koszów  od 

pani, nigdy więcej nie będę się pani oświadczał, tylko usunę się z pani 

życia.  Teraz  jeszcze  mam  nadzieję  —  kiedy  ją  stracę, nie  będę  mógł 

pani widywać ani z panią rozmawiać. 

Powiedział  to  tak  poważnie  i  stanowczo,  że  zdumiona  Margot 

przestraszyła się. 

—  Ależ  Peterze  Vahl,  drogi,  miły  Peterze  Vahl,  nie  mówi  pan 

chyba  serio?  Przecież 

zawsze  możemy  pozostać  dobrymi 

przyjaciółmi! 

— Nie, ja nie mogę! — zaprzeczył energicznie. 

Spojrzała  na  niego  niemile  zaskoczona.  Jak  wyglądać  będzie 

życie,  jeśli  nie  będzie  mogła  prowadzić  codziennych  rozmów  z 

Peterem, grać z nim w tenisa, tańczyć, kłócić się i sprzeczać? Nie, tak 

nie może być. Tego w ogóle nie umiała sobie wyobrazić. Spojrzała na 

niego nadąsana.  

—  Więc  nie  chce  pan  zostać  moim  dobrym  przyjacielem?  — 

spytała. 

—  Nie,  nie  chcę.  To  dla  mnie  za  mało;  wystarczy  mi  do  sto 

dwudziestego piątego kosza od pani. Potem już na pewno nie! 

—  Idę do domu! — zirytowana zerwała się z miejsca. 

background image

Podniósł się szybko, aby ją odprowadzić, ale właśnie pojawiło się 

kilkoro  młodych  pań  i  panów,  chcących  pograć  w  tenisa.  Wciągnęli 

do  rozmowy  Margot  i  Petera,  którzy  zatrzymali  się  na  trochę,  żeby 

popatrzyć  na  grę.  Po  chwili  Margot  niecierpliwie  ruszyła  z  miejsca, 

wiedząc, że matka czeka na nią w domu z utęsknieniem. 

Peter  dotrzymywał  jej  towarzystwa.  Doszli  w  milczeniu  do  jego 

samochodu, bo to, że odwiezie Margot do domu, rozumiało się samo 

przez się. Również  w czasie jazdy prawie że nie rozmawiali ze sobą. 

Peter badawczo popatrywał na nią z boku. Zauważył, że jest dziwnie 

skupiona i wygląda jakby trochę blado.  

Jakże  chętnie  objąłby  ją  i  powiedział:  „Już  dobrze,  jeśli  nie 

chcesz  inaczej,  pozostanę  twoim  wiernym  przyjacielem  aż  do  końca 

moich dni". Wiedział jednak, że nie  mógłby dotrzymać tej obietnicy, 

nie mógłby wytrwać w tej sytuacji na stałe. Już teraz tęsknota za tym, 

żeby  mieć  ją  tylko  dla  siebie,  niemal  odbierała  mu  rozsądek  i 

równowagę. 

Samochód  zatrzymał  się  przed  domem  rodziców  Margot.  Peter 

wyskoczył  z  wozu,  chcąc  pomóc  jej  przy  wysiadaniu.  Dziewczyna 

rzuciła mu niepewne spojrzenie. 

— Wejdzie pan, żeby przywitać się z moją matką? 

— A mogę? — uśmiechnął się radośnie. 

— Oczywiście, mama ogromnie się ucieszy; ona tak pana lubi. 

I  rzeczywiście,  pani  Nora  Jung  powitała  go  bardzo  serdecznie  i 

zatrzymała na kolacji. Tego wieczora Margot unikała docinków, które 

mogłyby  sprawić  Peterowi  przykrość.  Rozmawiali  więc  w  zgodzie  i 

background image

spokoju,  trochę  razem  żartowali,  a  potem  oglądali  fotografie  z 

podróży.  Ich  spojrzenia  czasem  spotykały  się  niespodziewanie  —  z 

dziwnie niepewnym, spłoszonym wyrazem oczu. 

Peter  Vahl  opuszczał  tego  wieczoru  dom  państwa  Jungów  w 

melancholijnym  nastroju  i  z  niejaką  nadzieją,  gdyż  zauważył,  że 

Margot dręczy myśl o możliwości utracenia jego przyjaźni. On zaś w 

swej niezachwianej miłości upatrywał w tym pomyślnego znaku. 

Pożegnali  się  mocnym  uściskiem  dłoni,  umówieni  na  pojutrze 

wieczorem do teatru — na premierę oczekiwanej z zainteresowaniem 

sztuki, o której ostatnio wiele mówiono. 

 

IV 

Siddy  obudziła  się  późno,  bo  aż  po  dziewiątej.  Jej  pierwsze 

spojrzenie  padło  na  drzwi  Franka.  Powiedziała  mu  wczoraj,  że 

zobaczą się przy śniadaniu, ale na to było chyba za późno — Frank z 

pewnością jest już dawno po śniadaniu. 

Wstała szybko i poszła do łazienki obok, a potem z największym 

pośpiechem zaczęła się ubierać. Złapała się jednak na tym, że wybiera 

garderobę  zbyt  starannie.  Zirytowana  sama  na  siebie,  powiesiła  z 

powrotem 

szafie 

prześliczną, 

bardzo 

twarzową 

suknię 

poziomkowego  koloru  i  sięgnęła  pozornie  na  chybił  trafił  po  inną. 

Włożyła ją na siebie i stanęła przed lustrem.  

W  duchu  musiała  przyznać,  że  właśnie  w  tej  jedwabnej  toalecie 

prezentuje  się  wyjątkowo  korzystnie.  Wyglądała  w  niej  wprawdzie 

trochę  blado,  ale  nieokreślony  kolor  materiału,  jakby  w  odcieniu 

background image

kreciego  futerka, podkreślał  subtelność  rysów  i  delikatność  cery.  Nie 

mając  zamiaru  niczego  więcej  podkreślać,  poprzestała  na  ozdobieniu 

dekoltu  małym  koronkowym  kołnierzykiem.  Na  koniec  zmieniła 

pantofle  na  inne,  lepiej  zharmonizowane  z  suknią.  Rzecz  jasna, 

przenigdy nie przyznałaby, że bardzo chce podobać się Frankowi, ale 

w  gruncie  rzeczy  to  właśnie  było  bodźcem  wszystkich  tych 

toaletowych poczynań. 

Jeszcze  przejrzała  się  w  lustrze  i  wydało  jej  się,  że  jednak  jest 

blada.  Pomyślała,  czy  by  nie  nałożyć  trochę  różu,  ale  ostatecznie 

zrezygnowała z tego. A niech zobaczy, że jest blada! Może uzna, że to 

efekt  wczorajszego  przemęczenia.  Bo  jeśli  zauważy  róż,  gotów 

pomyśleć, iż zależy jej na tym, żeby mu się podobać. 

Kiedy  weszła  do  pokoju  śniadaniowego,  Frank  podniósł  się  od 

stolika przy oknie i szybko ruszył jej naprzeciw. Pocałował ją w rękę, 

którą podała mu z pewnym ociąganiem, i uprzejmie spytał, jak spała. 

Zdobyła    się    na  przekonujący    ton,    zapewniając  go,    że  wypoczęła 

znakomicie, bo zasnęła natychmiast i ku swemu przerażeniu obudziła 

się dopiero koło dziewiątej. 

— Mam nadzieję, że jesteś już po śniadaniu, Frank? 

Frank  był  z  zasady  wrogiem  każdego  kłamstwa,  które  nie  jest 

konieczne;  właśnie  okoliczność,  że  Anny  Frey  tak  lekko  uciekała  się 

do  kłamstw,  zraziła  go  do  niej.  Wiedział,  rzecz  jasna,  że  Siddy  w  tej 

właśnie  chwili  mija  się  z  prawdą,  ale  przyjął  to  zupełnie  inaczej, 

rozumiejąc, że zmusiła ją do tego wyłącznie duma i wstyd. Udał więc, 

że jej wierzy i powiedział: 

background image

—  Cieszę  się,  że  dobrze  wypoczęłaś.  A  co  do  śniadania,  to 

jeszcze nie jadłem, bo umówiliśmy się, że zjemy je razem. I w miarę 

możności zawsze powinniśmy się tego trzymać. 

— Przykro mi, że musiałeś tak długo czekać. 

Chętnie powiedziałby jej, że za żadne skarby świata nie zasiadłby 

dziś do stołu bez niej, bo na to pierwsze wspólne małżeńskie śniadanie 

cieszył  się  zupełnie  wyjątkowo.  Obawiając  się  jednak,  że  takie 

wyznanie może na nowo ją zaniepokoić, powiedział więc: 

— Nic na tym nie straciłem, Siddy, i chętnie poczekałem. 

Zaprowadził ją do stolika i wtedy zobaczyła, że przy jej nakryciu 

stoi  bukiet  czerwonych  róż.  Zarumieniła  się.  Czerwone  róże?  Dla 

niej?  To  zakrawa  na  okrutną  ironię!  Czerwone  róże  ofiarowuje 

kobiecie  mężczyzna,  który  ją  kocha,  a  więc  jej  się  one  nie  należą. 

Zacisnęła usta i przestawiła szklany wazon na środek stolika. 

Frank  zauważył  to,  ale  nie  skomentował  ani  jednym  słowem. 

Zgromadzeni  w  pokoju  śniadaniowym  goście  hotelowi  przypatrywali 

się  z  mniej  lub  bardziej  dyskretnymi  uśmiechami  urodziwej  młodej 

parze. Podróż poślubna! To nie ulegało wątpliwości. Tak uważnie i z 

taką  galanterią  odnosi  się  do  swej  wybranki  tylko  młody  żonkoś  w 

czasie podróży poślubnej. 

Siddy  od  czasu  do  czasu  oblewała  się  krwistym  rumieńcem, 

kiedy  napotykała  proszące  spojrzenie  szarych,  pełnych  wyrazu  oczu. 

Frank,  nie  chcąc  wprawiać  jej  w  zakłopotanie,  zaczął  swobodną 

rozmowę  na  temat  pięknego  widoku  na  Jezioro  Genewskie,  potem 

wskazał na żółte pola narcyzów, a na koniec zapytał, czy nie miałaby 

background image

ochoty jechać do Montreux,  gdzie tego dnia rozpoczynało się święto 

kwiatów.  Siddy  przystała  na  to,  gdyż  wszystko,  co  chroniło  ją  przed 

sam na sam z Frankiem, było pożądane. 

Zaproponował więc, żeby pojechać tam po południu, a teraz udać 

się na mały spacer. 

—  Nie  pójdziemy  daleko,  Siddy,  żebyś  się  nie  zmęczyła. 

Najwyżej na jakąś godzinkę. Zgadzasz się? 

— Oczywiście, jeśli nie wolisz pójść sam na dłuższy spacer. 

— Nie, w żadnym razie, Siddy. Musisz pamiętać, że jesteśmy  w 

podróży  poślubnej.  Wszystkim  by  podpadło,  gdybym  zostawił  swoją 

młodą  żonę  samą.  Będziesz  musiała  znosić  moje  towarzystwo,  jeśli 

nie chcesz wzbudzać sensacji. 

Na  jej  twarzy  znowu  pojawiły  się  zdradzieckie  rumieńce.  Siddy 

nie zdawała sobie sprawy, że wygląda wtedy prześlicznie i że jej mąż 

jest wręcz oczarowany tą grą kolorów. 

Tymczasem  Frank  Nordau  był  z  godziny  na  godzinę  coraz 

bardziej zakochany w swojej młodej żonie i żałował bez końca, że ona 

nie dałaby teraz wiary żadnym argumentom i nie uwierzyłaby w to, co 

działo  się  w  jego  sercu.  Teraz  jeszcze  nie,  ale  poprzysiągł  sobie,  że 

prędzej  czy  później  będzie  musiała  w  to  uwierzyć.  Będzie  jednak 

potrzebował  czasu,  żeby  ją  na  nowo  pozyskać.  Był  na  to 

przygotowany, ale nie chciał ustawać w swych staraniach.  

Narzucona  sobie  rezerwa  ciążyła  mu  coraz  bardziej.  Z  każdą 

chwilą  coraz  bardziej  — niech  to policzone  mu  zostanie  jako  pokuta 

background image

za  to,  że  odważył  się  podjąć  bez  miłości  starania  o  względy  kobiety 

tak uroczej i wartościowej jak Siddy. 

Na  spacerze,  przy  słonecznej,  wiosennej  pogodzie,  rozmawiali 

początkowo całkiem swobodnie. Frank pokazywał Siddy różne piękne 

miejsca  widokowe.  Pokryte  śniegiem  wyniosłe  góry  wznosiły  się 

wysoko  aż  pod  niebo,  na  którym  wisiały  tylko  lekkie  obłoczki.  Ich 

śnieżna  biel  sprawiała,  że  błękit  nieba  wydawał  się  jeszcze  bardziej 

intensywny.  Górujący  nad  innymi  szczytami  Dent  du  Midi  jakby 

przesyłał z daleka pozdrowienia. 

Młoda  para  zachowywała  się  w  stosunku  do  siebie  z  taką 

uprzejmością,  że  mijający  ich  spacerowicze  nie  mogliby  nic  zarzucić 

toczonej  przez  nich  rozmowie.  Oboje  jednak  ważyli  starannie  każde 

słowo, zanim je wypowiedzieli. Ale podczas gdy wszystko, co mówił 

Frank,  brzmiało  ciepło  i  serdecznie,  wywołując  na  policzkach  Siddy 

ciągle nowe fale rumieńców, jej wypowiedzi były niezwykle oficjalne 

i chłodne. 

W pewnej chwili, gdy usiedli dla krótkiego odpoczynku na ławce 

ustawionej  w  szczególnie  pięknym  miejscu,  Frank  powiedział  z 

dziwnie napiętym wyrazem oczu: 

— Wybacz, że wrócę raz jeszcze do naszej wczorajszej rozmowy, 

ale  muszę  to  jednak  uczynić,  żeby  uniknąć  niejasności  w  naszych 

obopólnych  stosunkach.  Jeśli  zrozumiałem,  chciałaś,  żeby  nasze 

małżeństwo w ogóle nie było małżeństwem, lecz tylko swego rodzaju 

związkiem przyjacielskim czy też koleżeńskim. 

Na jej twarzy pojawił się wyraz udręki. 

background image

— No tak, przecież tak to ustaliliśmy. 

Nie spuszczając z niej badawczego spojrzenia, odrzekł: 

— Wybacz, ale trudno to nazwać ustaleniem. To ty postanowiłaś, 

sprawy zaś mają się tak, że ja muszę się do tego zastosować. 

Odwróciła od niego twarz i powiedziała niby od niechcenia: 

—  Nie  warto  tracić  na  to  zbędnych  słów;  sprawia  mi  to 

przykrość. 

—  Trzeba  jednak  wyjaśnić  wszystko  do  końca,  Siddy.  Powiedz 

mi  zatem,  proszę,  czy  zgodziłaś  się  na  nasze  małżeństwo  z  mocnym 

postanowieniem  unikania  wszelkiej  wspólnoty  ze  mną,  czy  też 

zadecydowałaś o tym dopiero wtedy, kiedy dowiedziałaś się od Anny 

Frey,  że  była  moją  kochanką  i  że  starałem  się  o  twoją  rękę,  nie 

kochając cię? 

Siddy pobladła silnie, ale odrzuciła dumnie głowę i powiedziała, 

zachowując z trudem obojętny ton: 

—  Oczywiście,  że  zawarłabym  z  tobą  tylko  takie  koleżeńskie 

małżeństwo; nawet gdybym nigdy nie spotkała się z panną Frey. 

Zwracając się w jego stronę, zdążyła zauważyć, że zacisnął silnie 

szczęki, powstrzymując nerwowe drganie twarzy. 

—  I  myślisz,  że  ja  zgodziłbym  się  na  takie  koleżeńskie 

małżeństwo? 

W  wyczekującym    spojrzeniu,     którym  ją    obrzucił,      czaiło  się 

ogromne napięcie. 

—  Przecież mnie nie kochasz, ja ciebie też nie, więc wiedziałam, 

że nie będę ci nic winna. 

background image

—  Ale  tego  dowiedziałaś  się  dopiero  od  panny  Frey  — 

powiedział,  nie  spuszczając  z  niej  oczu.  —  A  gdybym  cię  kochał  i 

dowiedział  się  od  ciebie  już  po  ślubie,  że  chcesz  utrzymać  nasze 

małżeństwo  wyłącznie  na  płaszczyźnie  koleżeńskiej?  Jak  sądzisz:  co 

bym wtedy czuł i myślał? 

Zacisnęła dłonie w bezradnym geście udręki. 

— O tym... o tym nie pomyślałam. 

— Nie uważasz, że to był z twojej strony brak serca? 

Siddy wstrząsnęła się od nagłego dreszczu. 

—  Czy  nie  moglibyśmy  porzucić  tego  tematu,  Frank? 

Oczywiście,  teraz  zdaję  sobie  sprawę  z  tego,  że  byłam  bardzo 

lekkomyślna. 

— To zupełnie nie leży w twoim charakterze. 

—  Cóż  ty  wiesz  o  moim  charakterze?  —  westchnęła  lekko.  — 

Sam  się  przekonałeś,  że  jestem  płytka  i  powierzchowna  —  dodała 

znużonym głosem. 

— Nie! Nie jesteś kobietą płytką; wręcz przeciwnie: należysz do 

natur  głęboko  czujących  —  odparł  z  przekonaniem  i  rzucił  jej  ciepłe 

spojrzenie. 

— To bardzo szlachetnie z twojej strony, że starasz się podnieść 

mnie  na  duchu,  ale  ja  wiem,  że  zawiniłam  w  stosunku  do  ciebie. 

Dlatego proszę cię o przebaczenie... i bardzo proszę nie mówmy już o 

tym więcej. 

—  Och,  Siddy  —  powiedział  do  głębi  wzruszony  —  nie 

rozsądzajmy,  które  z  nas  zawiniło  bardziej  względem  drugiego.  Ja 

background image

wybaczam  ci  z  serca,  jeśli  zrobiłaś  coś.  co  uważasz  za  swoją  winę. 

Obyś  ty  mogła  mi  z  czasem  darować  to,  że  odważyłem  się  na 

oświadczyny  bez  głębszego  uczucia.  To  była  z  mojej  strony 

niegodziwość! Kobieta taka jak ty warta jest najgłębszej i najgorętszej 

miłości.  Nie,  nie  przerywaj  mi.  Wiem,  że  moje  oświadczyny  były 

obrazą  dla  ciebie,  i  uwierz,  że  moim  najgorętszym  pragnieniem  jest 

naprawienie  wyrządzonej  ci  krzywdy...  A  teraz  pozwól,  że  po  raz 

ostatni  powrócę  do  sprawy  nieszczęsnego  zakładu:  czy  mogłabyś  mi 

podać  nazwiska  tych  dam,  które  wzięły  w  nim  udział?  Powiedz  mi, 

kto wie o mojej hańbie: że byłem obiektem zakładu młodych pań? 

Zbladła i, przymknąwszy oczy, przechyliła głowę do tyłu. 

— Wymienianie nazwisk nie ma sensu. 

—  Ależ  tak,  dla  mnie  ma  sens.  Powiedz,  proszę!  To  dla  mnie 

bardzo ważne. 

Potrząsnęła w milczeniu głową, ale on dalej nalegał: 

—  W  takim  razie  ja  ci  powiem,  kogo  podejrzewam  o  udział  w 

zakładzie. Pewnie Margot?  

— Nie! W żadnym wypadku! — zaprzeczyła gwałtownie. 

—  A  więc  Margot  nie.  Wierzę,  bo  ona  nie  pozwoliłaby  ci 

zakładać się tak niemądrze. A panna Jutta Brest? Była przecież twoją 

najlepszą  przyjaciółką,  a  także  twoją  druhną.  Jesteście  ze  sobą  tak 

blisko, że mogłyście się bawić w takie zakłady. 

Wiedział,  że  ją  dręczy,  ale  musiał  za  wszelką  cenę  zbadać,  czy 

Siddy mówiła prawdę. 

background image

— Tak! — rzuciła porywczo, tylko po to, żeby uniknąć dalszych 

indagacji.  —  Jutta  Brest  brała  udział  w  tym  zakładzie!  Ale  teraz, 

proszę  cię,  ani  słowa  więcej  na  ten  temat!  Bądź  rycerski  i  nie 

przypominaj już o tej niechlubnej sprawie, której się wstydzę. 

— Nie wierzę, żebyś kiedykolwiek zrobiła coś, czego musiałabyś 

się wstydzić — powiedział serdecznie, całując ją w rękę. 

Zaprzestał też dalszego drążenia tematu, kiedy usłyszał nazwisko, 

które  miało  upewnić  go  w  przekonaniu,  że  opowieść  o  zakładzie  jest 

zwykłą mistyfikacją. 

Po chwili milczenia Siddy zaczęła mówić o czymś innym, on zaś, 

żeby ją uspokoić, podjął obojętną rozmowę, a potem ruszyli w drogę 

powrotną do hotelu. Siddy oznajmiła, że idzie do siebie, a Frank — że 

musi  napisać  do  Hamburga  w  sprawie  zmiany  rezerwacji  kajuty  na 

statku.  Poprzednio  zamówił  bowiem  dla  Siddy  i  dla  siebie  kajutę 

dwuosobową, teraz jednak sprawy przybrały taki obrót, że należało to 

zmienić.  

Starał  się  wprawdzie  wyjaśnić  jej  to  w  możliwie  taktownie 

sposób,  ona  jednak  stanęła  cała  w  pąsach.  Pożegnała  go  szybko 

mówiąc,  że  chce  napisać  do  domu  parę  słów.  Frank  przypomniał  jej 

jeszcze,  że  o  pierwszej  idą  na  lunch  i  że  będzie  na  nią  czekał  na 

korytarzu. 

Siddy  była  całkowicie  wyczerpana,  kiedy  na  koniec  znalazła  się 

sama  w  swoim  pokoju.  Położyła  się  bardzo  zmęczona  na  tapczanie  i 

ukryła twarz w dłoniach. Znajdowała się w niezwykle trudnej sytuacji, 

a  Frank  w  dodatku  zachowywał  się  wobec  niej  rycersko  i  był  taki 

background image

uważający!  Gdyby  nie  wiedziała  z  całą  pewnością,  że  jest  mu 

obojętna, mogłaby uwierzyć w jego miłość. Och, lepiej może było nie 

poznać prawdy! 

Frank  poszedł  do  czytelni  i  najpierw  napisał  do  Hamburga  w 

sprawie zmiany rezerwacji, a potem skreślił krótki list do panny Brest, 

przeinaczając nieco fakty. 

Wielce Szanowna, Łaskawa Panno Brest! 

Moja żona poleciła mi przesłać Pani bombonierę, którą była Pani 

winna w wyniku przegranego zakładu. Nie mam pojęcia, o co chodziło 

w  zakładzie,  a  także  wyleciało  mi  z  głowy,  czy  mam  tę  bombonierę 

przesłać Pani czy też Pannie Walter. Myślę, że Pani mnie zrozumie: w 

czasie  podróży  poślubnej  człowiek  bywa  roztargniony.  Jeśli  więc 

wygrana miała przypaść Pannie Walter, uprzejmie proszę zawiadomić 

mnie  o tym  (nie  chciałbym narazić  się  żonie  swoim  niedbalstwem), a 

samą  bombonierę  proszę  przyjąć  jako  dowód  mojej  wdzięczności. 

Prosiłbym jednak bardzo o odwrotną odpowiedź, żebym mógł — jeśli 

się  pomyliłem  —  wysłać  taką  samą  bombonierę  Pannie  Walter. 

Odbieramy  tu  korespondencję  na  poste  restante.  Wystarczy  napisać: 

Montreux,  poste  restante,  i  moje  nazwisko.  Z  góry  dziękuję  Pani  za 

trud. 

Szczerze oddany Frank Nordau 

Potem przywołał boya hotelowego, wręczył mu list, polecił kupić 

bombonierę,  o  której  pisał,  i  wysłać  ją  razem  z  listem.  Boy  gorliwie 

obiecał  załatwić  wszystko  jak  należy,  wietrząc  suty  napiwek.  Frank 

polecił mu jeszcze, żeby za każdym razem, kiedy będzie w Montreux, 

background image

dowiadywał  się  na  poczcie,  czy  nie  ma  jakiegoś  listu  na  nazwisko 

Frank Nordau. Chłopak zobowiązał się i do tego, ale odchodząc zrobił 

na  boku  domyślną  minę.  Bomboniera  dla  jakiejś  kochanki!  List  na 

poste  restante,  o  którym  młoda  małżonka  nie  powinna  wiedzieć!  W 

czasie podróży poślubnej? Wszystko razem nie wyglądało pięknie, ale 

co go to w końcu obchodzi! Napiwek był adekwatny do fatygi, należy 

sobie darować krytykę. 

W  ten  sposób  Frank  naraził  się  na  brzydkie  podejrzenia,  ale  to 

zdarzyło się już wielu innym przed nim. 

 

Siddy wyszła z pokoju, żeby zejść do sali jadalnej na lunch, i od 

razu  natknęła  się  na  czekającego  pod  drzwiami  Franka.  Przy  jej 

nakryciu  znów  stały  czerwone  róże,  które  przesunęła,  tak  jak 

poprzednio,  na  środek  stołu.  Tym  razem  jednak  Frank  nie  pominął 

tego milczeniem, lecz spytał uprzejmie: 

— Nie lubisz róż, Siddy? Zdradź mi więc, proszę, jakie są twoje 

ulubione kwiaty. 

Zaczerwieniła  się  mocno  i  unikając  jego  spojrzenia,  odparła 

szybko: 

—  To  nie  to,  że  nie  lubię,  ale  wiem,  że  nie  są  przeznaczone  dla 

mnie; stanowią dekorację stołu. 

— Nie, to ja kazałem postawić je przy twoim nakryciu. Rozejrzyj 

się  wokoło:  wszystkie  stoły  udekorowane  są  narcyzami.  Ale  młodej 

żonie w podróży poślubnej należą się czerwone róże. 

background image

Jej  usta  drgnęły  bólem.  Nie  kontynuując  tematu,  zaczęła  po 

chwili mówić o czymś innym. Ale kiedy wróciła po posiłku do swego 

pokoju,  żeby  przebrać  się  na  wycieczkę  do  Montreux,  zauważyła 

bukiet  czerwonych  róż  stojący  na  stoliku  pęd  oknem.  Pochyliła  się 

nad kwiatami i nagle z jej oczu popłynęły  łzy. Jak bardzo cieszyłaby 

się  tymi  różami,  gdyby  Frank  ją  kochał!  On  jednak  spłacał  tym 

kwietnym datkiem tylko zwykłe uprzejmości. Ale dlaczego ofiarował 

jej  właśnie  czerwone  róże?  Przecież  nie  wybrał  ich  przypadkowo; 

musiał wiedzieć, że czerwone róże są posłańcami miłości — tak samo 

jak wiedział, że są atrybutem żony w czasie podróży poślubnej. 

Szykując  się  do  wyjścia,  kurczowo  powstrzymywała  cisnące  się 

do  oczu  łzy  a  potem  usiłowała  zlikwidować  ich  ślady,  przemywając 

oczy zimną wodą i pudrując policzki. Frank jednak zorientował się, że 

płakała, a także domyślił się, co było powodem płaczu. 

Idąc z nim przez hall, powiedziała: 

—  Kazałeś  wstawić  kwiaty  również  do  mojego  pokoju.  Proszę 

cię,  nie  rób  tego  więcej.  Tam  nikt  mnie  nie  obserwuje,  więc  nie 

musisz zachowywać pozorów i świadczyć mi uprzejmości. 

Spojrzał na nią poważnie. 

—  Nie  myśl,  że  chodzi  mi  tylko  o  zachowanie  pozorów;  to,  co 

robię, jest wyrazem moich własnych potrzeb. 

Wyprostowała się dumnie i odparła oschłym tonem: 

—  Mimo  to  proszę  cię,  żebyś  nie  przysyłał  mi  kwiatów  do 

pokoju. Ja... ja źle znoszę zapach kwiatów w sypialni. 

background image

—  Jak  sobie  życzysz.  Jeśli  sprawiłem  ci  tym  przykrość,  to 

znaczy, że minąłem się z celem. 

Siddy pożałowała niemal natychmiast swojej szorstkości, widząc, 

że  Frank lekko przybladł i zmarszczył czoło jak gdyby  w przypływie 

nagłego bólu. Najchętniej cofnęłaby słowa, które padły z jej ust, ale że 

było  to  niemożliwe,  starała  się  przynajmniej  zatrzeć  ich  wrażenie, 

wprowadzając  bardziej  przyjazny  ton  do  rozmowy.  I  ku  swemu 

cichemu zdumieniu spostrzegła, że Frank szybko się rozpogodził. 

Czyżby  rzeczywiście  zależało  mu  na  jej  przychylności?  Nie 

byłaby  kobietą,  gdyby  nie  przeprowadziła  w  tym  kierunku  jakiejś 

próby.  Zmieniając  kilkakrotnie  ton,  zauważyła,  że  Frank  posępnieje, 

kiedy  była  sztywna  i  niedostępna,  rozpromieniał  się  zaś,  gdy 

rozmawiała  z  nim  w  miły  sposób.  Te  obserwacje  nie  uspokoiły  jej 

jednak, ponieważ stanowiły nową zagadkę. 

W  Montreux  poszli  na  spacer  brzegiem  jeziora.  Wszędzie  widać 

powozy,  a  ozdobione  girlandami  kwiatów  łódki  sunęły  po  wodzie. 

Wokół panował ożywiony ruch i nastrój zabawy, któremu jednak nie 

ulegli. 

Na  promenadzie  Frank  spotkał  swego  przyjaciela  z  lat  wczesnej 

młodości, Kurta Hausmanna, który przyjechał do Montreux z żoną na 

święto  kwiatów.  Siddy  była  ogromnie  zadowolona,  że  może  choć  na 

trochę  uwolnić  się  od  sam  na  sam  z  Frankiem,  i  starała  się 

zachowywać  się  jak  najsympatyczniej.  Żona  Kurta,  wesoła  osoba  o 

żywym usposobieniu, szybko przylgnęła do Siddy. 

background image

Po spacerze cała czwórka poszła na herbatę do hotelu, w którym 

zatrzymali  się  Hausmannowie.  Obie  młode  pary  tak  sobie  przypadły 

do  gustu,  że  rozstano  się  dopiero  pod  wieczór,  a  Hausmannowie 

obiecali przyjechać na drugi dzień do Caux z rewizytą. 

Beztroski nastrój zmienił się z chwilą, kiedy Siddy i Frank zostali 

sami:  Siddy,  która  ku  radości  Franka  była  w  towarzystwie 

Hausmannów  ożywiona  i  rozmowna,  teraz  powróciła  do  zwykłej 

rezerwy,  stała  się  przygaszona  i  oficjalna.  Frankowi  zrobiło  się  w 

dwójnasób ciężko na duszy. Próbował podtrzymać poprzedni pogodny 

nastrój, bezskutecznie. 

W  hotelu  Siddy  skierowała  się  zaraz  w  stronę  swego  pokoju, 

wymawiając  się  zmęczeniem.  Frank  musiał  się  do  tego  zastosować, 

zapytał  tylko,  czy  może  przyjść,  by  zabrać  ją  na  kolację,  na  co 

otrzymał uprzejmą zgodę. I z tym się na razie rozstali. 

—  I to się nazywa podróż poślubna — mruknął do siebie, kiedy 

Siddy zniknęła za drzwiami. 

Z  ciężkim  westchnieniem  ruszył  do  hotelowego  baru,  gdzie 

zamówił  sobie  kieliszek  koniaku.  Siedział  tam  przez  chwilę, 

obserwując grupkę kilku niezwykle rozbawionych panów. Nie mogąc 

wytrzymać  tego  dłużej,  wyniósł  się  do  hallu  i  przez  jakiś  czas 

kontemplował różne drobiazgi wystawione w stoiskach. 

Ale  i  to  nie  przykuło  na  dłużej  jego  uwagi.  Ogarnęło  go 

niedorzeczne  pragnienie,  żeby  pójść  do  Siddy  i  powiedzieć  jej,  jak 

bardzo  stała  mu  się  droga.  Wyobraził  sobie  jednak  jej  zdziwienie  i 

chłodne niedowierzanie, więc odwaga go opuściła. Nie, tak łatwo nie 

background image

przekona  jej  o  swojej  miłości.  Ale  że  ją  kocha  —  o  wiele  goręcej  i 

głębiej niż myślał, że kiedykolwiek będzie możliwe, niż kiedykolwiek 

kochał inną kobietę — wiedział już od dawna. A teraz z utęsknieniem 

czekał, żeby nareszcie nadszedł czas kolacji. 

Tak  minęło  kilka  dni.  Frank  i  Siddy  spotkali  się  jeszcze 

parokrotnie z Kurtem Hausmannem i jego żoną i dobrze im się razem 

rozmawiało.  W  gruncie  rzeczy  jednak  byli  zadowoleni,  kiedy  zostali 

sami. Nawet jeśli łączyło się to z chwilami goryczy,  odczuwali żywe 

zadowolenie  ze  swego  towarzystwa,  oboje  szukali  ciągle  od  nowa 

okazji  do  wymiany  myśli,  która  by  przezwyciężyła  trudną  do 

zniesienia próżnię między nimi.  

Nie zdając sobie z tego sprawy, bardzo się do siebie zbliżyli.  W 

trakcie rozmów odkryli, jak wiele ich łączy. Znali się przecież bardzo 

krótko  i  w  czasie  krótkiego  okresu  narzeczeństwa  mieli  niewiele 

okazji  do  rozmów.  I  chociaż  Siddy  dokładała  starań,  żeby  sprawić 

wrażenie  chłodnej  i  sztywnej,  a  Frank  usilnie  zachowywał  dystans, 

rozmawiali z ożywieniem i zainteresowaniem na różne tematy. 

Frank  był  zdumiony  wiedzą  Siddy,  jej  jasnym,  zdecydowanym, 

rozumnym  spojrzeniem  na  sprawy  i  stosunki  odległe  z  natury  rzeczy 

od  zainteresowań  młodej  kobiety.  Siddy  natomiast przekonała  się,  że 

Frank  jest  bardziej  inteligentny,  a  jego  sposób  myślenia  znacznie 

głębszy  niż  sądziła.  Zdała  też  sobie  sprawę  z  tego,  że  dotąd  bardziej 

kochała w nim jego cechy zewnętrzne i że bardzo niewiele  wiedziała 

o jego prawdziwej wartości. 

background image

Tym sposobem mogliby się zżyć ze sobą w całkowitej harmonii, 

gdyby  nie  tęsknota  Franka  i  jego  narastające  pragnienie  posiadania 

Siddy, a z jej strony — ból, że go straci, nigdy do niego nie należąc. 

Kiedy  wieczorem  po  krótkim  pożegnaniu  każde  z  nich  zostawało 

samotnie w swoim pokoju, jakaś siła ciągnęła ich do siebie. 

Wstrzymując oddech, wsłuchiwali się w ciszę zalegającą sąsiedni 

pokój, dopóki Siddy nie kładła się na swym legowisku, tłumiąc cichy 

szloch,  a  Frank,  torturowany  tęsknotą,  nie  zaczynał  niespokojnie 

rzucać się w pościeli. 

Minął  tydzień  ich  pobytu  w  Caux,  kiedy  Frank  nareszcie 

otrzymał  niecierpliwie  oczekiwany  list  od  Jutty  Brest.  Gorączkowo 

otworzył  go  swoim  pokoju,  gdzie  nikt  mu  nie  przeszkadzał,  i 

przeczytał, co następuje: 

Wielce Szanowny Panie Nordau! 

Pański  list  jak  również  wspaniałą  bombonierę  otrzymałam,  ale 

niestety musiał się pan pomylić  —  nigdy dotąd nie zakładałam się z 

Siddy.  Chcąc  zaoszczędzić  panu  w  podróży  poślubnej  zbytecznych 

kłopotów,  zapytałam  od  razu  o  zakład  Lianę  Walter,  ale  i  jej  nic  na 

ten  temat  nie  wiadomo.  Powiedziała  natomiast,  że  kiedy  raz  chciała 

założyć się z Siddy o to, czy jedna z naszych przyjaciółek uzyska w tym 

sezonie  prawo  jazdy,  Siddy  odniosła  się  do  tego  niechętnie,  gdyż  jej 

zdaniem „zakładanie się jest niemoralne”. 

Zadzwoniłam również do kilku pań z naszego grona z zapytaniem, 

czy  którakolwiek  z  nich  zakładała  się  o  coś  z  Siddy,  ale  wszystkie 

zaprzeczyły.  Jestem  zmartwiona,  że  nie  mogę  Panu  pomóc  —  będzie 

background image

Pan  musiał  sam  spytać Siddy,  o kogo  chodziło. Może  Pan uczynić  to 

bez  obaw,  bo  ona  nie  jest  w  stanie  gniewać  się  na  kogokolwiek  o 

zapominalstwo, a już najmniej na swego gorąco kochanego Męża. 

Bombonierę podzieliłyśmy z Lianą Walter między siebie i bardzo 

za  nią  dziękujemy  —  zawartość  była  wręcz  niebiańska.  Nie  mogę 

niestety przekazać pozdrowień dla Siddy, skoro nie powinna na razie 

wiedzieć,  że  zasięgał  Pan  u  mnie  języka.  Jednakże  obie  z  Lianą 

życzymy  Wam  obojgu  wszelkiej  pomyślności  w  dalszej  podróży, 

żałując bardzo, że w niczym nie mogłyśmy pomóc. 

Z najserdeczniejszymi pozdrowieniami 

Jutta Brest 

Frank  schował  list  z  westchnieniem  ulgi.  „Wiedziałem,  że  ten 

zakład nigdy nie istniał! To tylko duma podyktowała jej taki wybieg" 

— pomyślał i wielki ciężar spadł mu z serca. Teraz nabrał pewności, 

że  Siddy  wychodząc  za  niego  za  mąż  kochała  go.  Najchętniej 

poszedłby  do  niej  natychmiast,  ale  wewnętrzny  głos  doradzał  mu 

ostrożność: wpierw powinien odzyskać jej zaufanie. 

Na  drugi  dzień,  przy  śniadaniu,  Siddy  otrzymała  list  od  Margot. 

Nie otwierając koperty, położyła go obok filiżanki. 

—  Nie  chcesz  przeczytać  listu,  Siddy?  Nie  przeszkadzaj  sobie, 

proszę — powiedział Frank. 

—  To  od  Margot  —  odparła  potrząsając  głową  —  więc  z 

pewnością będzie bardzo obszerny. Przeczytam na górze, w pokoju. 

Po  śniadaniu  poszli  każde  do  siebie,  żeby  przebrać  się  na 

wycieczkę. Siddy otwarła list, skoro tylko została sama. 

background image

Moja gorąco wytęskniona Siddy! 

Twój  kochany  list  otrzymaliśmy  i  cieszymy  się,  że  zajechaliście 

szczęśliwie do  Caux.  Mam przekazać  Ci podziękowania od Rodziców 

spragnionych  korespondencji  z  Tobą.  To  oczywiście  bardzo  mnie 

cieszy. Muszę Ci powiedzieć na wstępie: jeśli już do mnie piszesz, nie 

pisz  tak  ogólnikowo!  Rozumiem,  że  obecnie  wszystko,  co  nie  jest 

związane  z  ukochanym  Frankiem,  jest  Ci  dość  obojętne,  niemniej 

jednak swojej siostrze doniosłabyś przynajmniej, czy jesteś szczęśliwa; 

czy  Frank  jest  jako  mąż  tak  samo  godny  uwielbienia  jak  jako  Twój 

narzeczony oraz czy Ty również go nie rozczarowałaś. 

Jeśli  o  mnie  chodzi,  to  znajduję  się  obecnie  w  szczególnym 

stadium, od kiedy opuściłaś dom, jest mi dość nudno. Jeśli i ja znajdę 

swój  ideał,  to  z  czystej  rozpaczy  zdecyduję  się  w  końcu  na 

zadzierzgnięcie  świętych  węzłów  małżeńskich.  Ale coś  mi  się  wydaje, 

że  mężczyzna,  który  mógłby  być  moim  ideałem,  w  ogóle  nie  istnieje. 

Więc co ze mną będzie? 

Peter Vahl — który wie, że mój ideał musi mieć koniecznie czarne 

oczy,  powiedział,  że  zmieni  sobie  kolor  oczu,  jeśli  zostanie 

wynaleziony odpowiedni środek. W każdym razie włosy ufarbuje sobie 

na pewno. A nawet jeśli jakimś cudem będzie miał czarne oczy i włosy, 

to  w  jaki  sposób  ma  stać  się  mężczyzną  o  rasowej  i  interesującej 

powierzchowności, co również jest niezbędną cechą mego ideału?  

Ach, Siddy, dlaczego wyjechałaś, dlaczego nie mogę rzucić się ze 

wszystkimi moimi strapieniami w Twoje ramiona? Pomyśl tylko: jeśli 

nie  znajdę  swego  ideału,  dokonam  żywota  jako  stara  panna!  Peter 

background image

Vahl szczęśliwie obliczył, że otrzymał ode mnie kosza sto dwadzieścia 

jeden razy. Chce dociągnąć jeszcze tylko do sto dwudziestego piątego, 

a potem zniknąć z mojego życia i nigdy więcej nie widywać się ze mną. 

Czy możesz to sobie wyobrazić? Co mam zrobić bez Petera, zwłaszcza 

teraz, kiedy opuściła mnie moja jedyna, ukochana siostra? 

Odkąd  Peter powiedział  mi  o swoim niezłomnym postanowieniu, 

wpadłam w głęboką rozterkę. Stało się dla mnie jasne, że raczej będę 

mogła żyć bez mojego ideału niż bez Petera Vahla. On rozpuścił mnie 

jak  dziadowski  bicz,  nie  mogę  absolutnie  wyobrazić  sobie  dalszej 

egzystencji bez niego. Nie śmiej się ze mnie, ale to naprawdę straszny 

dylemat.  Tobie  to  dobrze  —  odnalazłaś  we  Franku  swój  ideał,  a  on 

zapragnął Cię poślubić. 

Wyobraziłam  sobie  jednak  i  taką  okropność:  oto  spotykam  mój 

ideał, a on nie chce o mnie słyszeć! Widzisz więc, że mam powody do 

rozterki  i  nie  wiem  doprawdy,  co  mam  robić.  Odkąd  nie  ma  Cię  w 

domu,  najchętniej  również  wyszłabym  za  mąż.  Mama  wzdycha  za 

Tobą  całymi  dniami,  a  ojciec  ma  nadal  w  głowie  tylko  sprawę  fuzji 

naszych przedsiębiorstw, która w tych dniach zakończona. 

Co by to było, gdybym nie miała Petera Vahla! Wiesz przecież, że 

przyjaźnie  z  dziewczętami  nie  są  dla  mnie  atrakcyjne;  chodzę 

wprawdzie  z  obowiązku  na  różne  herbatki,  ale  nudzę  się  przy  tym 

śmiertelnie  i  dziewczęta  wydają  mi  się  mało  interesujące.  Ty  byłaś 

jedyną,  z  którą  można  było  rozsądnie  pogadać,  wszystkie  inne  nudzą 

mnie.  

background image

Peter  Vahl  dla  mnie  zawsze  najmilszym  towarzyszem i wiem  też, 

że  byłby  rad,  mogąc  mi  ofiarować gwiazdkę  z nieba. Co  zrobię,  jeśli 

go stracę? Wyjść za niego nie mogę — zbyt dobrze się znamy. Jestem 

naprawdę w okropnej sytuacji. 

Wiem,  że  to  podłość  z  mojej  strony  wpadać  tak  ze  swymi 

problemami  w niebiańską  idyllę Waszego  miodowego tygodnia, ale  z 

kim poza Tobą mogłabym o tym pomówić? Chociaż ostatecznie i Ty, i 

Frank  możecie  chyba  zrezygnować  z  jednego  kwadransa  na  rzecz 

twojej  nieszczęśliwej  siostry,  którą  należałoby  podnieść  na  duchu. 

Ach, Siddy, jak Tobie dobrze! To chyba bajeczne uczucie, jeśli można 

poślubić swój ideał! 

Muszę już kończyć. Słyszę właśnie zajeżdżający samochód Petera 

Vahla  —  mamy pojechać na pola golfowe.  Jego  auto  jest  wspaniałe, 

znacznie lepiej resorowane niż nasze. A więc na dzisiaj koniec, inaczej 

Peter  musiałby  zbyt  długo  czekać.  Postaraj  się  napisać  do  mnie 

wyczerpujący,  długi list  —  możesz  po  prostu  wysłać  Franka  na  kilka 

godzin w góry albo wymyślić coś innego. Ale, oczywiście, do tego ani 

Ty,  ani  on  nie  będziecie  zdolni  —  nawet  gdy  w  grę  wchodzi 

pocieszenie nieszczęść siostry. 

Całuję,  Siddy!  Nie  przejmuj  się  zbytnio  moim  strapieniem  i 

pozdrów  ode  mnie  serdecznie  Franka.  Mogę  zrozumieć,  że  go  tak 

szalenie  kochasz,  bo  jest  przecież  wspaniałym  facetem.  Chciałabym 

też kiedyś zakochać się do szaleństwa, żeby wiedzieć, jak to jest. 

Nie zapomnij z kretesem o swej siostrze 

Margot 

background image

Napisze  Margot,  żeby  dobrze  się  zastanowiła,  zanim  odtrąci 

Petera.  Teraz  szybko  musi  przygotować  się  do  wyjścia  —  Frank 

pewnie  czeka  już  na  nią  na  zewnątrz.  Jest  tak  samo  uważający  i 

troskliwy jak Vahl w stosunku do Margot, ale cóż — nie kocha jej! 

List schowała do torebki: miała takie uczucie, jakby tym samym 

była  bliżej  siostry.  Jak  dobrze  byłoby  mieć  tę  małą  przy  sobie!  Jej 

zwierzyłaby  się  ze  swego  cierpienia...  Nie  można  jednak  powierzać 

tego korespondencji. 

Podczas  lektury  tego  listu  Siddy  na  zmianę  to  śmiała  się,  to 

płakała. Ach, gdyby Margot  wiedziała, jak wygląda jej szczęście!  To 

przecież jej można zazdrościć wiernej i niezachwianej miłości Petera 

Yahla.  Należałoby  bezzwłocznie,  może  jeszcze  dziś  wieczorem, 

napisać do Margot. 

 

VI 

Następnego dnia przed południem Siddy odpisała siostrze. 

Moja Malutka!  

Nie myśl, że nie mam dla Ciebie czasu — nawet nie widujemy się 

często  ze  spotkanymi  tutaj  przyjaciółmi  Franka.  Tu  jest  bardzo 

pięknie, a święto kwiatów sprawiło mi wiele przyjemności. To, że nie 

piszę  Ci  nic  o  swoim  małżeństwie,  powinnaś  zrozumieć:  o  tym  mogą 

porozmawiać ze swoją siostrą w ciszy, o szarej godzinie, ale na papier 

nie należy przelewać tego, co nas porusza.  

Zewsząd  atakuje  człowieka  wiele  nowych,  nieznanych  i 

niepojętych  spraw,  że  uporanie  się  samemu  ze  nimi  ogromnie 

background image

absorbuje.  Ale  żeby  napisać  do  mojej  ukochanej  siostry  długi  list, 

zawsze  mam  czas.  Zmartwiło  mnie  to,  co  piszesz  o  swoim 

osamotnieniu. 

Wiem,  Margot,  że  byłyśmy  ze  sobą  bardziej  związane,  niż  to 

zazwyczaj  bywa  między  siostrami.  Nasi  rodzice  nie  byli  dla  nas  tym, 

czym na ogół rodzice w innych rodzinach. Widzisz, Margot, ja dopiero 

niedawno  zrozumiałam,  że  nasi  rodzice,  a  zwłaszcza  ojciec,  bardzo 

mało  nas  zna.  Być  może  Ty dojdziesz  do tego  wniosku nieco później. 

Ja chciałam Ci to jednak uświadomić. 

Nie  doceniasz  tego,  co  Peter  Vahl  może  Ci  zaofiarować.  Wielka 

miłość  i  oddanie  są  czymś  tak  idealnym,  że  w  ogóle  nie  powinnaś 

szukać jakiegoś ideału. I cóż z tego, że Peter ma jasne oczy i włosy, że 

jego  twarz  nie  jest  ,,rasowa  i  interesująca",  lecz  dobra  i  rozumna? 

Jeśli  się  jest  kochaną,  takie  czysto  zewnętrzne  cechy  nie  mają 

znaczenia.  

A przecież jest bliski Twojemu sercu! Piszesz, że nie wyobrażasz 

sobie życia bez niego — czy to nie dowód, że stał Ci się drogi? Usilnie 

Cię  proszę,  żebyś  dobrze  się  zastanowiła,  zanim  dasz  temu 

nieszczęśnikowi  sto  dwudziestego  piątego  kosza.  Wierzę,  że  Peter 

może  urzeczywistnić  swoje  słowa  i  zniknąć  z  Twojego  życia.  Będzie 

jednak bardzo nieszczęśliwy, o wiele bardziej, niż jesteś w stanie sobie 

wyobrazić. I do tego nie powinnaś dopuścić.  

Chciałabym  na  tym  poprzestać,  ale  jeszcze  jedno:  najwyraźniej 

nie doceniasz Petera Vahla. To świetny adwokat człowiek z głową na 

karku,  a  poza  tym  szarmancki  mężczyzna.  Nie  umiesz  właściwie  tego 

background image

ocenić, ponieważ Peter cierpi na kompleks niższości wynikający z jego 

wielkiego uczucia do Ciebie.  Jego  zaniżona samoocena  sprawia,  że i 

Ty oceniasz go nisko. Przyjrzyj mu się dokładnie jeszcze raz. Peter jest 

wartościowym  i  przemiłym  człowiekiem  i  mogę  sobie  całkiem  dobrze 

wyobrazić,  że  mógłby  być  moim  męskim  ideałem,  gdyby  nie  to,  że 

kocham Franka i że w nim zobaczyłam swój ideał. 

Moje kochanie, nie odpychaj od siebie szczęścia! Inaczej będziesz 

któregoś  dnia  gorzko  tego  żałowała.  Na  dziś  muszę  już  kończyć;  nie 

wvmagaj  od  świeżo  upieczonej  żony,  żeby  opowiadała  Ci  o  swoim 

szczęściu.  Pozdrów  serdecznie  Rodziców  i  czuj  się  serdecznie  przeze 

mnie ucałowana. 

Twoja Siddy 

Frank serdecznie pozdrawia swoją Szwagiereczkę. 

Siddy  skończyła  list,  odchyliła  się  na  oparcie  krzesła  i  przez 

chwilę  siedziała  z  przymkniętymi  oczami.  Gdybyż  mogła  być  tak 

szczęśliwa,  jak  to  sobie  wyobrażała  Margot!  Co  Margot 

powiedziałaby, gdyby poznała całą prawdę? 

Siddy  głęboko  westchnęła. Co  będzie  dalej?  Jak  iść przez  życie, 

toczyć ze sobą nieustanną walkę, mając ciągle dręczącą świadomość, 

że  gruncie  rzeczy  jest  dla  swego  męża  tylko  ciężarem?  Na  zewnątrz 

Frank  będzie  zawsze  taktownym  mężem,  nie  zapominającym  nigdy, 

co  winien  kobiecie  noszącej  jego  nazwisko.  Ale  czy  nie  pozostanie 

wobec niej obojętny? Czy nie musi oceniać jej nisko, uważając, że jest 

lekkomyślna i ze tylko z powodu lekkomyślnego zakładu została jego 

żoną.  

background image

Jest  zbyt  rycerski,  żeby  dać  jej  to  odczuć.  Kiedy  samą  siebie 

określiła  kobietą  powierzchowną  i  płytką,  powiedział  nawet:  „Nie 

czuj  się  kobietą płytką;  wręcz  przeciwnie:  należysz  do  natur  głęboko 

czujących. Zaraz, co powiedział jeszcze tego dnia? „Kobieta taka jak 

ty warta jest najgłębszej i najgorętszej miłości". I dalej mówił jeszcze, 

że  jego  najgorętszym  pragnieniem  jest  naprawić  krzywdę,  którą  jej 

wyrządził,  decydując  się  na  małżeństwo  z  rozsądku,  wyłącznie  na  

życzenia ojca.  

Tak  czyni  przecież  wielu  mężczyzn,  którym  nikt  nie  poczytuje 

tego za winę. Frank w gruncie rzeczy nic nie jest winien, że nie może 

jej  pokochać  i  że  to  ona  go  kocha.  Jakie  to  wszystko  rozpaczliwe  i 

beznadziejne! 

Podczas 

kiedy 

Siddy 

pogrążona 

była 

niewesołych 

rozmyślaniach,  Frank  spacerował  przed  hotelem  tam  i  z  powrotem, 

rzucając  spojrzenia  ku  jej  oknom.  Był  uradowany:  Siddy  nigdy  nie 

zawierała  jakiegoś  niegodziwego  zakładu!  Oto  miał  w  ręku  dowód 

świadczący  o  czymś  przeciwnym  —  dającym  mu  pewność,  że 

przynajmniej do chwili zawarcia małżeństwa Siddy go kochała. 

Ach,  Siddy!  Jak  to  możliwe,  że  wcześniej  ledwo  ją  zauważał  i 

dopiero  po  zaręczynach  zaczął  się  nią  interesować.  Nie  umiał  sobie 

tego wytłumaczyć, ale teraz już wiedział, że ta miłość zagarnęła go z 

przemożną siłą. 

Takie  były  myśli  dwojga  młodych,  którzy  byliby  najszczęśliwsi, 

gdyby mogli je przeniknąć i poznać swoje marzenia. 

background image

Ostatnie  dni  w  Caux  minęły  na  dyskretnych  staraniach  z  jednej 

strony, a z trudem udawanej obojętności — z drugiej. Kurt z żoną już 

wyjechali,  obiecując  stawić  się  w  Berlinie,  kiedy  Frank  i  Siddy 

powrócą  z  amerykańskiej  podróży.  Hausmannowie  mieszkali  w 

wielkim  mieście  w  Saksonii,  gdzie  teść  Kurta  miał  fabrykę,  a  że 

doczekał  się  własnego  syna,  uczynił  zięcia  współwłaścicielem  i 

następcą. 

Tymczasem Frank i Siddy zawarli kilka przelotnych znajomości, 

przeważnie  jednak  byli  skazani  na  siebie.  Siddy  proponowała 

Frankowi  wiele  razy,  żeby  robił  jakieś  większe  wycieczki,  nie 

zważając  na  nią,  podkreślała  stale,  że  nie  chce  ograniczać  jego 

swobody, ale on odmawiał, patrząc przy tym ze zdziwieniem. 

—  Chyba  nie  podejrzewasz  mnie  o  taką  bezwzględność,  żebym 

zostawić cię samą... chyba że moja obecność jest ci ciężarem — pilnie 

patrzył jej w twarz.  

Siddy  zarumieniła  się,  jak  zawsze  przy  takich  okazjach,  ale 

odparła ze spokojem: 

— O tym nie może być mowy. Po prostu nie chcę cię do niczego 

zmuszać  i  narzucać  swego  towarzystwa.  Przy  naszych  wzajemnych 

układach byłoby to śmieszne. 

—  Co  w  tym  śmiesznego,  że  kiedy  nie  absorbują  mnie  interesy, 

chcę całkowicie poświęcić się swojej żonie? 

Siddy  w  odpowiedzi  znów  spłonęła  rumieńcem,  co  go 

uszczęśliwiło  i  obudziło  w  nim  nowe  nadzieje.  Ona  jednak  była 

speszona  swoimi  rumieńcami,  które  przy  tego  rodzaju  okazjach 

background image

zdradzały jej emocje. Bezwiednie jednak i ona czyniła wszystko, żeby 

Frankowi było z nią miło. Oczywiście nigdy nie przyznałaby się sama 

przed  sobą,  że  we  wszystkim,  co  czyni,  przy  każdej  zmianie  sukni, 

przy  każdym  wypowiadanym  do  niego  słowie  zważa,  aby  sprawiało 

mu to przyjemność.  

Nie zdając sobie z tego sprawy, zabiegała o jego miłość, tak samo 

jak on starał się pozyskać jej uczucia. Odkąd dowiedziała się, że jego 

serce  nie  należy  już  do  Anny  Frey,  drobny  płomyk  nadziei  pozwalał 

jej wierzyć, że może Frank ją pokocha. 

I  byłby  to  niemal  cud,  gdyby  tych  dwoje,  którzy  świadomie  lub 

nieświadomie  chcieli  się  sobie  podobać,  nie  wywarło  na  sobie 

nawzajem głębokiego wrażenia. 

 

Parowiec,  na  którym  chcieli  wyruszać  do  Ameryki,  odpływał  z 

Hamburga  osiemnastego  maja,  a  więc  z  Caux  należało  wyjechać 

szesnastego,  żeby  znaleźć  się  w  Hamburgu  o  właściwym  czasie.  Tuż 

przed  wyjazdem  Siddy  otrzymała  jeszcze  jeden  długi  list  od  Margot, 

który  w  gruncie  rzeczy  dotyczył  znów  osoby  Petera  Vahla. 

Przeczytała  go  z  uśmiechem,  bo  z  każdej  linijki  wyłaniał  się  obraz 

samej Margot. 

Siddy  odpisała  natychmiast,  prosząc  o  kierowanie  dalszej 

korespondencji już do Nowego Jorku, który był pierwszym dłuższym 

przystankiem  ich  amerykańskiej  podróży.  Dalej  trasa  wiodła  do 

Filadelfii,  Cincinnati,  a  potem  do  nadmorskich  miejscowości  na 

Florydę. 

background image

Połączone  firmy  Nordau  i  Jung  prowadziły  rozległe  interesy,  a 

teraz otwarły się widoki na zawarcie jeszcze większych kontraktów, i 

do tego właśnie Frank miał doprowadzić swymi staraniami. Frank nie 

rozmawiał  dotychczas  z  żoną  o  interesach,  ale  teraz,  w  drodze  do 

Hamburga,  skierował  rozmowę  na  ten  temat.  Siddy  śledziła  uważnie 

tok  jego  wywodów,  co  sprawiło  mu  wielką  przyjemność, 

zainteresowanie i chęć zrozumienia zawiłych handlowych spraw uznał 

za jeszcze jedną zaletę swej młodej żony.  

Zawsze  podobało  mu  się,  że  Siddy  odnosi  się  ze  zrozumieniem 

do  każdego  poruszanego  w  rozmowach  zagadnienia.  Nigdy  nie 

zbaczała  bezmyślnie  z  tematu,  a  jeśli  się  z  czymś  nie  zgadzała, 

próbowała na różne sposoby zbadać sedno sprawy. Nie stosowała też 

żadnych wybiegów, żeby odwieść go od czegoś, co go w jakikolwiek 

sposób  interesowało.  Więc  kiedy  teraz  znowu  zamieniła  się  w  słuch, 

wtrąciwszy  do  jego  wywodów  tylko  jakąś kwestię,  Frank powiedział 

nagle bardzo ciepłym tonem: 

— To jest nadzwyczajne, Siddy, jak ty umiesz słuchać! Myślę, że 

żadna  kobieta  nie  odnosiłaby  się  z  tak  im  zrozumieniem  do  tematu; 

niektóre same w sobie muszą być jej obce. To się wyczuwa, że ty nie 

udajesz  zainteresowania,  lecz  rzeczywiście  jesteś  zainteresowana.  A 

to bardzo wiele znaczy dla mężczyzny... jeśli może wygadać się przed 

żoną temat swej pracy. 

Siddy  poczuła,  że  się  rumieni.  Starając  się  zachować  spokój  i 

wygląd,  uciekła  się  —  jak  czyniła  to  często  w  podobnych  sytuacjach 

— do chłodnej ironii: 

background image

—  Muszę  przecież  interesować  się  firmą  Nordau  i  Jung,  skoro 

złożono mnie jej w ofierze. 

Popatrzył smutno i nie odpowiedział ani słowem. Siddy czuła, że 

zadała  mu  ból,  ale  nie  miała  pojęcia,  jak  wielki.  Na  chwilę  zapadła 

między nimi cisza, a potem Siddy powiedziała prosząco: 

—  Chciałeś  mi  opowiedzieć  o  tym,  co  musisz  załatwić  na 

Florydzie. 

Frank  podchwycił  temat,  ona  zaś  powróciła  do  roli  uważnej 

słuchaczki. Na zakończenie dorzucił: 

— Będzie ci trochę nudno wieść hotelowe życie w tych wielkich 

miastach,  kiedy  ja  będę  chodził  wokół  interesów.  Ale  obiecuję,  że 

będę  starał  się  możliwie  szybko  uwinąć  ze  wszystkim  i  natychmiast 

do ciebie przylecieć. 

—  Och,  moja  osoba  nie  powinna  być  ci  żadną  zawadą,  jako 

kupiecka córka wiem dobrze, że interesy mają pierwszeństwo. 

—  Te  konferencje  nie  będą  pochłaniały  wiele  czasu.  A  za  to 

będziesz  mogła  korzystać  do  woli  z  eleganckich  kąpielisk  na 

wybrzeżu w tych miejscowościach, kiedy znajdowały się jeszcze...  w 

stanie  Iowy.  Nawiązałem  wtedy  pierwsze  kontakty  z  naszymi 

zleceniodawcami,  teraz  chcę  je  rozszerzyć.  Po  fuzji  naszych 

przedsiębiorstw  —  w  dwójnasób  wydajni,  więc  mam  nadzieję  na  

zawarcie intratnych transakcji... Możemy zatem z czystym sumieniem 

być  lekkomyślni.  Zrobisz  mi  wielką  przyjemność,  jeśli  zgodzisz  się, 

abym kupił ci w Hamburgu coś ładnego z biżuterii. 

Siddy energicznie potrząsnęła głową. 

background image

— Nie! Proszę cię, nie! Chciałabym zachować niezależność także 

pod tym względem. Przyjmowanie prezentów zobowiązuje. 

Twarz Franka drgnęła pod wpływem przykrości. 

—  Jesteś  przecież  moją  żoną  —  powiedział  tak  miękko  i 

delikatnie, że teraz Siddy zrobiło się przykro. 

— Tylko z nazwiska i dla celów oficjalnych — wyjąkała. 

—  No  dobrze,  ale  kobiecie,  która  nosi  moje  nazwisko,  mogę 

przecież 

dawać 

prezenty. 

Chciałbym, 

żebyś 

wyglądała 

reprezentacyjnie. Młode dziewczęta  najczęściej nie noszą kosztownej 

biżuterii, ale ty jesteś już mężatką, więc będę stopniowo obdarowywał 

cię biżuterią stosowną do twej pozycji. Twoja odmowa sprawiłaby mi 

przykrość. 

Siddy nie miała odwagi spojrzeć mu  w oczy — jego ton był tak 

miły i proszący. Ścisnęła mocno dłonie, próbując opanować drżenie. 

— Nie chcę sprawiać ci przykrości ani martwić. Jeśli uważasz to 

za  konieczne,  żebym  dla  reprezentacji  firmy  nosiła  biżuterię,  to 

oczywiście zastosuję się do tego.  

Całując jej dłoń, pochylił się w niskim ukłonie, żeby uniknąć jej 

spojrzenia. A kiedy poczuł, że dłoń Siddy lekko drży w jego uścisku, 

przeniknął  go  jakby  elektryczny  prąd.  Pozostał  w  tym  pochyleniu,  z 

ustami przywartymi do jej dłoni, przez chwilę znacznie dłuższą niż to 

było konieczne dla wyrażenia podzięki. 

Hamburgu udał się natychmiast po przyjeździe do jubilera i kupił 

platynowy  naszyjnik  ze  wspaniałym,  niebieskawo  połyskującym 

background image

akwamarynem  otoczonym  brylantami.  W  tym  powinno  być  Siddy 

dobrze i do twarzy i do jej złocistych włosów! 

Zadowolony  z  zakupu  wrócił  do  hotelu  i  zapukał  do  jej  pokoju. 

Frank dotychczas nigdy nie przekraczał progu jej pokoju, z wyjątkiem 

tego  wieczoru,  kiedy  przybyli  do  Caux.  Siddy  zawołała  głośno 

„proszę!",  przekonana,  że  to  ktoś  ze  służby  hotelowej.  Przebrana  już 

do  kolacji,  skończyła  właśnie  pisanie  krótkiego  listu  do  domu.  Na 

widok Franka spłoszyła się i bezwiednie zrobiła kilka kroków wstecz. 

—  Przepraszam,  że  przeszkadzam,  Siddy.  Chciałem  tylko 

przynieść ci to, co właśnie dla ciebie kupiłem. Będę rad, jeśli włożysz 

ten  naszyjnik  na  dzisiejszy  wieczór.  Chciałbym  zobaczyć,  jak  w  nim 

wyglądasz,  żeby  móc  go  ewentualnie  wymienić  jutro  rano,  zanim 

pojedziemy do portu. 

Wydobył  etui  z  wewnętrznej  kieszeni  marynarki,  otworzył  i 

przesunął  w  jej  stronę.  Spojrzała  z  wahaniem.  Naszyjnik  był 

przepiękny,  ale  nie  to  nią  wstrząsnęło,  tylko  pewne  przypomnienie. 

Kiedyś,  gdy  była  jeszcze  narzeczoną  Franka,  powiedziała  w  jakiejś 

rozmowie,  że  spośród  wszystkich  kamieni  akwamaryny  są 

najpiękniejsze. A więc zapamiętał to...  

Zadrżała  i  nagle  z  jej  oczu  popłynęły  strumienie  łez.  Frank 

przeraził  się  nie  na  żarty,  widząc  jak  Siddy  usiłuje  zapanować  nad 

sobą. 

— Co się stało, Siddy? — spytał zatroskany. 

Nagle  wpadło  mu  do  głowy,  że  wybrał  na  prezent  akwamaryny, 

ponieważ  Siddy  kiedyś  powiedziała  mu,  że  to  jej  ulubiony  i 

background image

przynoszący  szczęście  kamień.  A  potem  pomyślał,  że  może  Siddy 

wzruszyła  się  jego  pamięcią i  stąd te  łzy.  I  znów  najchętniej  wziąłby 

ją  w  ramiona  i  całował,  nie  zważając  na  jej  opór.  Powiedział  sobie 

jednak, że ona uznałaby to tylko za chwilowy poryw zmysłów z jego 

strony, a do tego w żadnym wypadku nie wolno mu było dopuścić. 

Tymczasem Siddy całkowicie się już opanowała. 

— Wybacz, to było głupie z mojej strony, ale właśnie napisałam 

list pożegnalny do Margot, bo jutro przecież wyjeżdżamy. Dotychczas 

nigdy  nie  rozstawałyśmy  się  z  sobą  ani  na  jeden  dzień.  A  teraz  jadę 

tak daleko... 

Udał,  że  wierzy  w  to  wyjaśnienie  nagłych  łez.  Jak  rozkoszne 

mogą  być  czasami  takie  kłamstewka  i  wybiegi!  Od  czasu  ożenku 

przekonywał się o tym niemal codziennie. 

— Czy tylko rozstanie z Margot jest dla ciebie takie ciężkie? A z 

rodzicami? — spytał, patrząc na nią z ciepłym uśmiechem. 

Siddy odgarnęła włosy z czoła. 

—  Szczerze  mówiąc,  żadna  z  nas  nigdy  nie  odczuwała  zbyt 

boleśnie jakiejś rozłąki z rodzicami. Oni nigdy nie mieli dla nas czasu. 

Od  maleńkości  byłyśmy  zdane  na  płatną  opiekę,  tak  więc  nie  było 

okazji  do  większej  serdeczności  i  bliskości.  Myślę,  że  matka  była  w 

ogóle  niezbyt  zadowolona  z  naszego  przyjścia  na  świat,  bo  tylko 

przeszkadzałyśmy.  Czułyśmy  to  obie  z  Margot  i  może  dlatego  tak 

mocno  i  gorąco  przylgnęłyśmy  do  siebie.  Matka  wprawdzie  ostatnio 

stała się dla nas serdeczniejsza i poświęca nam więcej czasu — może 

dlatego,  że  postarzała  się  i  nie  uważa  już  posiadania  dzieci  za 

background image

przeszkodę,  ale  nie  możemy  już  nawiązać  z  nią  jakiegoś  prawdziwie 

bliskiego kontaktu. A ojciec? Ty chyba najlepiej potrafisz ocenić jego 

uczucia do nas, jeśli pamiętasz, że potraktował mnie tylko jako środek 

do  urzeczywistnienia  swoich  planów.  Przecież  musiał  wiedzieć,  że 

mnie  nie  kochasz,  a  jednak  doprowadził  do  naszego  małżeństwa. 

Gdyby mnie choć trochę znał, musiałby wiedzieć... Ach, nie, po co o 

tym mówić! Tego się już nie zmieni! 

Powiedziała  to  tak  gorzko  i  z  taką  udręką,  że  zrozumiał  bez 

reszty,  jak  bardzo  cierpiała,  że  jej  małżeństwo  doszło  do  skutku  w 

takich okolicznościach. 

Frank ujął jej dłoń. 

— Siddy, może twój ojciec nie wiedział, jaki jest mój stosunek do 

ciebie, ponieważ nigdy nie wahałem się z decyzją poślubienia ciebie. 

Daję  ci  słowo,  że  nie  miałem  w  tym  względzie  żadnych 

wewnętrznych oporów. Moje serce było wolne, a Anny Frey nic mnie 

już  nie  obchodziła.  To  prawda:  oświadczyłem  ci  się  bez  miłości,  ale 

prawie cię nie znałem. Twojemu ojcu jednak o niczym nie mówiłem. 

On  zaś  dał  mi  do  zrozumienia,  że  nie  powinnaś  wiedzieć,  iż  nasz 

związek jest poniekąd koniecznością ze względu na wspólne interesy. 

Więc znał cię na tyle, żeby wiedzieć, co mogłoby cię zranić. 

Słuchała  jego  słów,  nie  patrząc  na  niego;  potem  wyprostowała 

się. 

— Chciałam tylko odpowiedzieć na twoje pytanie, czy rozłąka z 

rodzicami  jest  dla  mnie  trudna  do  zniesienia.  Mój Boże,  jeśli  idzie  o 

Margot, to rozłąka z nią jest rzeczywiście ciężkim przeżyciem. 

background image

Poczekała,  aż  Frank  pójdzie.  Usłyszała  tylko  westchnienie  i  coś 

jakby  przesunięcie dłonią po  drzwiach.  Spłoszona  cofnęła  się  w  głąb 

pokoju  i  zakryła  dłońmi  uszy,  jak  gdyby  nie  chcąc  już  niczego 

słyszeć. Po chwili dobiegł ją odgłos jego cichych, powolnych ruchów 

i  otwierania  zamka  sąsiedniego  pokoju.  Nieodparta  siła  popchnęła  ją 

teraz do drzwi łączących ich pokoje. Cała zamieniła się w słuch, serce 

tłukło  się  w  niej  jak  szalone.  Frank  chodził  tam  i  z  powrotem  po 

pokoju, ale co znaczą te ciężkie westchnienia? 

Krew  napłynęła  jej  do  twarzy.  Stało  się  dla  niej  jasne,  że  Frank 

był  przygotowany  na  jej  całkowitą  odmowę  wszelkiej  bliskości, 

wiedziała,  że  mężczyzna  może  pragnąć  jakiejś  kobiety  nie  kochając 

jej  i  ta  myśl  o  tym  krew  uderzała  jej  do  głowy  i  falami  spływała  do 

serca.  Ogarnęła  ją  niedorzeczna  obawa,  że  pewnego  dnia  Frank 

zażąda od niej dopełnienia małżeńskich obowiązków. 

Wolała raczej umrzeć niż ofiarować się mężczyźnie, który jej nie 

kocha, ale którego ona kocha! Och, tak! Kocha go — kocha go z dnia 

na  dzień  coraz  goręcej  i  mocniej.  Ta  wzgardzona  miłość,  której  się 

wstydziła, wypełniała ją bez reszty. Obawiała się też, że któregoś dnia 

Frank  zdecyduje  się  na  rozwód,  jeśli  będzie  trwała  w  swej  upartej 

odmowie. Myśl, że musiałaby wyrzec się go, była nie do zniesienia. 

Ogarniały ją także inne, jeszcze bardziej dręczące obawy. A jeśli 

Frank  skorzysta  z  tak  obojętnie  przyznanej  mu  przez  nią  wolności  i 

poszuka serca i zrozumienia gdzie indziej, to co wtedy? Za jakiś czas 

dojdzie do tego z pewnością. Czy ma biernie na to czekać? I jak wtedy 

znieść ogarniającą ją rozpacz? 

background image

Udręczona  myślami  nie  spała  i  tej  nocy,  nadsłuchując  tego,  co 

dzieje  się  za  ścianą  obok.  W  pewnej  chwili  wydało  się  jej,  że  Frank 

podszedł  do  drzwi  łączących  ich pokoje,  więc  i  ona podniosła  się po 

cichu przywarła do nich. I wtedy usłyszała wyraźnie jego niespokojny 

oddech.  Zadrżała,  ale  nie  poruszyła  się,  dopóki  nie  usłyszała,  że 

odszedł w głąb pokoju i z westchnieniem ułożył się na łóżku. 

Obezwładniona  gwałtownym  przypływem   miłości   Przytknęła 

wargi  do  chłodnego  drewna,  nie  wiedząc,  że  jej  pocałunek  wypadł 

dokładnie  w  tym  samym  miejscu,  w  którym  Frank  przywarł  usta  po 

drugiej stronie drzwi. Nie  wiedzieli  więc, że  wymienili w ten sposób 

najgorętszy pocałunek. 

 

Nazajutrz  zerwali  się  w  ogromnym  pośpiechu,  ponieważ  oboje 

zaspali.  Zjedli  szybko  śniadanie  i  pojechali  do  portu.  Na  statku 

okazało się, że otrzymanie dwóch oddzielnych kajut nie jest możliwe, 

a ich apartament składał się z sypialni i saloniku. Wtedy kiedy Frank 

napisał  w  sprawie  zmiany  złożonego  w  Berlinie  zamówienia, 

wszystkie  luksusowe  kajuty  były  już  zajęte.  Z  odpowiedzią  jednak 

zwlekano,  licząc  na  to,  że  ktoś  zrezygnuje  i  będą  jakieś  zmiany  w 

rezerwacjach pojedynczych kajut, ale tak się nie stało. 

Siddy pobladła, usłyszawszy tę wiadomość. W pierwszej klasie w 

ogóle  już  nie  było  wolnych  miejsc.  Frank  spojrzał  na  nią  niepewnie. 

Nie odważył się na okazanie radości z tego zbiegu okoliczności, gdyż 

Siddy  wyglądała  na  przybitą.  Rozejrzał  się  uważnie  po  obu 

pomieszczeniach.  W  sypialni  oprócz  łóżek  znajdowała  się  umywalka 

background image

z  przyległościami.  Steward  stał  z  bezradną  miną.  Frank  był  już 

zdecydowany. 

—  Proszę  mi  przygotować  jakieś  legowisko  w  saloniku  na 

dywanie:  mojej  żonie  nic  nie  może  przeszkadzać.  Zajmiesz  sypialnię 

dla  siebie,  Siddy.  Ja  nie  muszę  korzystać  z  umywalki,  bo  i  tak  będę 

chodził wcześnie rano na basen pływacki. 

Siddy  odetchnęła,    a    steward  zapewnił,    że  wszystko  zostanie 

przeprowadzone  zgodnie  z  życzeniem,  jak  tylko  państwo  opuszczą 

apartament.  Siddy  poszła  tymczasem  do  sypialni,  ale  wróciła 

natychmiast i powiedziała z zakłopotaniem: 

—  Stamtąd  nie  ma  drugiego  wyjścia;  jest  tylko  jedno,  właśnie 

przez salonik. 

— Rzeczywiście, łaskawa pani — przytaknął steward. 

Frank spojrzał bezradnie na żonę. 

— To rzeczywiście krępujące, ale trzeba się z tym pogodzić. Co 

wobec tego wybierasz: sypialnię czy salonik? I co wolisz: przechodzić 

przez mój pokój, czy żebym to ja przechodził przez twój? 

Siddy zdecydowała się szybko. 

—  Nie,  nie!  Wybieram  sypialnię,  jeśli  nie  masz  nic  przeciwko. 

Przykro mi, że będziesz koczował w tak prymitywnych warunkach. 

Wiedział,  jak bardzo  cała ta  sprawa  jest  dla niej  przykra  dlatego 

nie  mógł  cieszyć  się,  że  będą  teraz  mieli  więcej  punktów  stycznych. 

Siddy, poniekąd uwięziona, będzie musiała przynajmniej przechodzić 

przez jego pokój. Ale cichej radości z tego powodu nie wolno mu było 

w żadnym wypadku okazać. 

background image

Siddy  stanęła  w  drzwiach  sypialni  i  obrzuciła  spojrzeniem 

salonik, w którym czekał Frank. 

— To wszystko jest bardzo krępujące! — powiedziała nie patrząc 

na  niego,  a  tym  samym  nie  widząc  uśmiechu,  który  przewinął  się 

przez jego usta. 

Rozumiał  jednak,  co  się  z  nią  dzieje,  i  dlatego  zmusił  się  do 

powagi. Siddy nie powinna zorientować się, że dla niego cała sprawa 

nie jest przykra tak, jak dla niej. Powiedział zatem uspokajająco: 

—  Nie  jest  tak  źle,  Siddy.  Jakby  nie  było,  mamy  dwa 

pomieszczenia.  Jedyna  niedogodność  polega  na  tym,  że  musisz 

przechodzić  przez  mój  pokój,  ale  jeśli  będziesz  sobie  tego  życzyła, 

mogę na twoje pukanie natychmiast i o każdej porze znikać, żebyś nie 

czuła się skrępowana, chcąc wyjść na zewnątrz. 

Odetchnęła z ulgą i powiedziała uprzejmie: 

—  Przykro  mi,  że  twoje  locum  jest  takie  prymitywne.  Ja  będę 

korzystała z wszelkich wygód, których tu musiałeś się wyrzec. 

Spojrzał  na  nią  dziwnie,  co  zawsze  wprawiało  ją  w  niepokój  i 

powiedział tym miękkim tonem, który pogłębiał jej niepewność. 

— Jestem szczęśliwy, że mogę choć w ten sposób coś dla ciebie 

uczynić. Ale bardzo proszę — niech cię to nie niepokoi! 

Siddy wycofała się w głąb sypialni. Przyniesiono właśnie bagaże. 

Zdjęła  kapelusz  i  płaszcz  i  zabrała  się  z  pomocą  stewardessy  do 

rozpakowania  rzeczy.  Frank  zajął  się  tym  samym  ze  stewardem. 

Uwinął  się  szybciej,  więc  zawołał  do  Siddy,  że  idzie  tymczasem  na 

pokład  popatrzyć  na  odbijanie  statku,  a  ona  jak  skończy 

background image

rozpakowywanie  walizki,  niech  też  tam  przyjdzie;  będzie  na  nią 

czekał przy schodach. 

Siddy  przystała  na  tę  propozycję,  a  kiedy  Frank  wyszedł,  dała 

stewardowi  wskazówki, co powinien zrobić, żeby jej mężowi było  w 

miarę  wygodnie  i  żeby  mu  na  niczym  nie  zbywało.  Dopiero  potem 

przygotowała się do wyjścia na pokład, gdzie Frank już jej oczekiwał. 

—  Czy  trochę  się  uspokoiłaś,  Siddy,  już  po  tych  irytacjach?  — 

spytał, kładąc rękę na jej ramieniu. 

Popatrzyła na niego z nieśmiałym uśmiechem. 

— Ach człowiek wpada od razu w zły humor, jeśli wszystko nie 

idzie  tak,  jakby  chciał.  Ale  teraz  już  wszystko  załatwione.  Mnie  

niczego nie brakuje; tylko ty będziesz musiał ponosić ofiary. 

— Pozwól mi na to, Siddy! — poprosił ciepło. 

Chcąc  ukryć  zmieszanie,  zwróciła  jego  uwagę  na  jakąś  drobną 

scenkę  rozgrywającą  się  w  pobliżu.  Potem  podeszli  obydwoje  do 

relingu i patrzyli jak statek odbija od nabrzeża. Orkiestra zaczęła grać 

i  wielki  parowiec  powoli  ruszył.  Frank poczuł,  że  ramię  Siddy  lekko 

dotyka  jego  ramienia.  Ona  pewnie  tego  nie  zauważyła,  ale  jego 

przeniknął dreszcz. Nie poruszył się jednak, żeby jej nie spłoszyć. 

Siddy patrzyła w drugą stronę,  dzięki czemu mógł bez przeszkód 

podziwiać jej delikatny profil. Stali tak przez dłuższy czas w ciszy,  z 

której wyrwał ich dopiero dźwięk gongu wzywający na lunch. 

 

 

background image

VII 

—  Dała  mi  pani  właśnie  sto  dwudziestego  czwartego  kosza, 

panno  Margot  —  stwierdził  Peter  Vahl  ze  smutkiem,  kiedy 

dziewczyna  wyjaśniła  mu  z  irytacją,  że  nie  ma  zamiaru  zostać  jego 

żoną. 

Margot  otrzymała  wprawdzie  list  od  Siddy,  w  którym  siostra 

prosiła ją, żeby  w sposób dojrzały zastanowiła się, zanim ostatecznie 

odrzuci  oświadczyny  Petera,  a  to,  co  Siddy  napisała  o  jego  zaletach 

bardzo ją obeszło, ale z tym większą przekorą broniła się przed myślą 

o poślubieniu Petera Vahla. Teraz, pod wpływem jego słów, zmieniła 

na twarzy. 

— Dlaczego pan mnie prowokuje? Dlaczego w ogóle mówi pan o 

tym,  że  powinniśmy  się  pobrać?  Przecież  byłoby  znacznie  milej, 

gdybyśmy pozostali dobrymi przyjaciółmi. 

— Nie, panno Margot, nie widzę  w tym nic szczególnie miłego. 

Pytam zaś panią ciągle od nowa o to samo, bo nie mogę znosić dłużej 

tych  męczarni  —  żyć  w  pani  pobliżu  bez  widoków  na  to,  że  kiedyś 

będzie  pani  moja.  Skończyła  dziś  pani  dziewiętnaście  lat,  toteż  raz 

jeszcze  poprosiłem  panią  o  rękę.  Staram  się  o  panią  od  około  dwóch 

lat; postanowiłem czekać, dopóki nie skończy pani dziewiętnastu.  To 

się  właśnie  stało,  więc  zapytam  panią  jeszcze  tylko  jeden  raz.  To 

będzie  ten  ostatni  —  proszę  to  przemyśleć,  panno  Margot.  Jeśli  i 

wtedy spotkam się z odmową, nie zobaczy mnie pani więcej. 

Rozmowę  tę  toczyli,  stojąc  przy  stole  z  prezentami  Margot. 

Znowu odmowa sfrunęła jej tak lekko z ust! Należało po prostu zbyć 

background image

to  jakąś  błahostką,  wtedy  mógłby  długo  czekać  na  tego  ostatniego 

kosza.  

Margot wzięła się w garść i odparła z lekką niecierpliwością: 

—  Ależ  pan  uparty.  Chce  pan  tym  głupim  małżeństwem 

zniszczyć piękną przyjaźń. To brzydko z pana strony! 

—  Nie  mogę  inaczej,  panno  Margot  —  westchnął  Peter.  — 

Chciałbym  usłyszeć  tę  ostateczną  decyzję  możliwie  jak  najszybciej. 

Tak nie może dłużej, być jak było! 

— Boże, ale pan umie dręczyć! Chce mnie pan tylko nastraszyć, 

przecież  nie  może  pan  opuścić  Berlina,  a  jeśli  pan  pozostanie  na 

miejscu, będziemy widywać się tak jak przedtem. 

Spojrzał na nią bardzo poważnie. 

— Myli się pani. Na pewno opuszczę Berlin zaraz potem, jak da 

mi  pani  ostatniego  kosza.  Przeniosę  się  do  Lipska,  gdzie 

zaproponowano  mi  poważny  syndykat.  Rozstanie  z  ojcem  nie 

przyjdzie  mi  łatwo;  miałem  zresztą  przejąć  jego  praktykę,  bo  pracy 

dla  nas  obu  jest  dostatecznie  dużo.  Ale,  jak  już  mówiłem,  nie  mogę 

dalej żyć w pobliżu pani. A może miałbym jeszcze patrzyć na to, jak 

pewnego dnia oddaje pani rękę innemu...? Nie, tego bym nie zniósł! 

Do reszty zmieszana spojrzała w jego poważną twarz. 

—  Nigdy  nie  wyjdę  za  innego;  tego  nie  musi  się  pan  obawiać. 

Ja... ja w ogóle nie wyjdę za mąż. 

—  Tak  mówi  pani  teraz.  Ale  jak  tylko  spotka  pani  swój  ideał, 

zapomni pani o tych postanowieniach. 

background image

Powrót  matki  Margot,  wywołanej  na  chwilę  z  pokoju,  przerwał 

dyskurs.  Pani  Nora  Jung  zaczęła  bardzo  uprzejmie  rozmawiać  z 

Peterem Vahlem, którego nader chętnie widziałaby jako swego zięcia. 

Należała ona do tych matek, które więcej myślą o sobie niż o swoich 

dzieciach,  a  ponieważ  Siddy  była  już  zamężna,  Margot  zaś  właśnie 

skończyła dziewiętnaście lat, z radością wydałaby za mąż także drugą 

córkę.  Przy  swoich  czterdziestu  pięciu  latach  była  jeszcze  urodziwą 

kobietą — Siddy myliła się głęboko, sądząc, że matka czuje się staro. 

Ostatnimi czasy troszczyła się wprawdzie trochę o córki, ale brało się 

to stąd, że miała nadzieję ujrzeć je wkrótce na ślubnym kobiercu. 

Piękna  i  elegancka  gawędziła  teraz  z  Peterem  i  Margot  myślała, 

że  Siddy  jest  już  w  drodze  do  Ameryki  i  że  czeka  ją  daleka  i 

interesująca  podróż.  Tymczasem  zaczęli  schodzić  się  goście  z 

życzeniami  urodzinowymi  dla  Margot:  przyjaciółki,  znajomi, 

przyjaciele  rodziny.  Peter  chciał  się  pożegnać,  ale  pani  Nora 

uprzejmie  poprosiła  go,  żeby  został  na  przyjęciu,  na  które  miało 

jeszcze przyjść kilka osób. I Peter przyjął zaprosiny. 

—  Jak  to  miło  z  pańskiej  strony  —  powiedziała  Margot 

podchodząc do niego — że zechciał pan zostać!  Nie czułabym, że to 

urodziny,  gdyby  pan  wpadł  tylko  z  krótką  wizytą.  Proszę  mi  pomóc 

rozmieścić  te  wszystkie  kwiaty  w  wazonach,  bo  są  pomieszane  bez 

ładu i składu. 

Poszedł  za  nią  posłusznie,  gotów  jak  zawsze  do  pomocy.  Pani 

Nora zajmowała się gośćmi w przyległym salonie, tak więc pozostali 

znowu  sami.  Margot  przyniosła  jeszcze  kilka  wazonów  i  ze 

background image

znajomością rzeczy i gustem zaczęła układać kwiaty, a Peter pomagał 

je rozmieszczać. Potem odłożyła kwiaty, które dostała dziś od niego: 

wielki  bukiet  róż  o  długich  gałązkach,  i  wyszukała  odpowiedni 

wazon.  Delikatny  kolor  płatków  stulistnej  róży  konkurował  z 

rumieńcami  przejętej  solenizantki.  Margot  wybrała  cenny,  pięknie 

szlifowany  wazon  kryształowy.  Paroma  lekkimi  ruchami  ułożyła 

ściśnięte kwiaty tak, żeby miały więcej miejsca. 

—  Te  róże  od  pana  są  cudowne!  Czy  nie  wyglądają  pięknie  w 

tym wazonie? 

—  Wspaniale!  —  potwierdził  Peter,  ale  patrzył  przy  tym  tylko 

Margot,  która  w  koronkowej,  kremowego  koloru  sukni  sama 

wyglądała jak rozkwitająca róża. 

—  Niech  pan  chwilę  poczeka;  zaniosę  je  do  mojego  pokoju.  Są 

zbyt piękne, żeby stały między innymi kwiatami. 

Uśmiechnęła  się  do  niego  i  wyniosła  bukiet  z  pokoju,  a  gdy 

wróciła, zauważył, że jedną z jego róż przymocowała do paska. Twarz 

poczerwieniała  mu  z  wrażenia,  lecz  w  tej  samej  chwili  również 

Margot  stanęła  w  pąsach,  bo  uchwyciła  jego  spojrzenie  na  różę  przy 

pasku.  Peter  Vahl  nigdy  dotąd  nie  widział,  żeby  Margot  aż  tak  się 

zmieszała  w  jego  obecności.  Zachowywała  się  zawsze  z  wielką 

swobodą, był to znak, że coś utraciła ze swego zwykłego spokoju.  

Peter  nie  powiedział  na  ten  temat  ani  słowa,  tylko  wdał  się  w 

swobodną  rozmowę.  A  najchętniej  dałby  upust  szaleńczej  radości, 

wiedział  jednak,  że  nie  wolno  mu  ani  jednym  słowem  spłoszyć 

Margot; mógłby łatwo utracić to wszystko, co dziś ośmielił się uznać 

background image

za  swoją  wygraną.  Znał  ją  dobrze,  widział,  jak  łatwo  obudzić 

przekorę, gdyby poczuła się przyłapana na drobnej słabości. 

Tak  więc  mimo  kołaczącego  gwałtownie  serca  rozmawiał  z  nią 

miło  i  sympatycznie,  nie  przestając  porządkować  wielkiej  masy 

kwiatów. Przy tym zajęciu ich dłonie stykały się od czasu do czasu i 

nikt  na  świecie  nie  byłby  w  stanie  ocenić,  ile  wysiłku  Peter  Vahl 

włożył w to, żeby zachować spokój. 

Kiedy  wszystko  było  już  uładzone,  dołączyli  do  reszty 

towarzystwa.  Po  chwili  poproszono  wszystkich  do  stołu,  nie 

wyznaczając  przy  tym  żadnych  miejsc.  Każdy  siadał  tam,  gdzie  miał 

ochotę,  toteż  Peter  Vahl  zajął  miejsce  obok  Margot.  Rozmawiali  jak 

zwykle z wielkim ożywieniem. Goście spełniali toasty za pomyślność 

Margot, a stary przyjaciel domu wygłosił okolicznościową orację. 

—  Kiedy  w  zeszłym  roku  świętowaliśmy  urodziny  Margot  była 

jeszcze  z  nami  nasza  kochana  Siddy,  która  teraz  płynie  ze  swym 

świeżo poślubionym mężem przez ocean. Kto wie zatem, co będzie w 

przyszłym roku: dokąd będą biegły nasze myśli i serdeczne życzenia, 

towarzyszące  dzisiejszej  solenizantce!  —  powiedział  mówca  między 

innymi. 

Przy  tych  ostatnich  słowach  Margot  usłyszała  z  boku  ciężkie 

westchnienie.  Przypomniało  jej  się  nagle,  co  powiedział  Peter  Vahl, 

składając  jej  dziś  życzenia:  że  ma  nadzieję,  iż  w  przyszłym  roku 

Margot będzie obchodzić swoje urodziny już jako jego żona. Zerknęła 

w jego stronę — Peter obserwował ją z napięciem. Odwróciła szybko 

głowę, ale ruch sięgania po kieliszek był jakiś niezdarny. 

background image

Trąciła się z nim na samym końcu, kiedy już zdołała zapanować 

nad    lekkim    zmieszaniem.      Zauważyła,    że    Peter    nadal  się  jej 

przygląda i to natychmiast obudziło w niej ducha przekory.  

—  Można  oszaleć!  Co  też  ci  starsi  panowie  niekiedy  wygadują! 

—zwróciła się do niego po cichu, poirytowanym tonem. 

Peter nic na to nie odrzekł. Czując jej zdenerwowanie bał się, że 

wszystko  zaprzepaści  jakąś  niefortunną  uwagą,  szybko  więc  zmienił 

temat. 

—  Zechce  mi  pani  wybaczyć,  panno  Margot,  jeśli  pożegnam 

zaraz  po  obiedzie.  Mam  jeszcze  dziś  bardzo  ważną  konferencję,  czy 

spotkamy się jutro na kortach? 

— Oczywiście, już to przecież uzgodniliśmy. 

— Będę więc w klubie punktualnie o piątej. 

W  chwilę  potem  wstano  od  stołu.  Peter  pożegnał  się  z  panią  i 

panem domu i podszedł do Margot. 

—  Jeszcze  raz  najserdeczniejsze  życzenia, panno Margot!  Niech 

wszystko,  co  najlepsze,  będzie  pani  udziałem!  —  powiedział 

wzruszony, trzymając oburącz jej dłoń. 

—  Dziękuję,  mój  drogi!  Wiem,  że  życzy  mi  pan  jak  najlepiej; 

nikt na świecie nie życzy mi tak dobrze! Jest pan moim najlepszym i 

najwierniejszym przyjacielem — odparła Margot, trochę wytrącona z 

równowagi. 

Peter  wyszedł,  ona  zaś  przeszła  do  sąsiedniego  pokoju  i  stanęła 

przy  oknie.  Czuła  się  bardzo  dziwnie.  Na  jej  nastrój  wywarł 

niewątpliwie  pewien  wpływ  list  Siddy.  Właściwie  dlaczego  nie 

background image

mogłaby uznać Petera Vahla za swój ideał? Przecież Siddy też uważa, 

że on jest jakby stworzony do tego, żeby rozumieć kobietę. Dlaczego 

przez  głupi  sentymentalizm  marzy  o  jakimś  ideale,  którego  zapewne 

nigdy  w  spotka?  Niewiele  małżeństw  doszłoby  do  skutku,  gdyby 

każda  kobiet  chciała  poślubić  tylko  swój  ideał.  A  mężczyźni?  Ilu  z 

nich  będzie  ideałem  także  po  ślubie?  Peter  jest  dla  niej  taki  dobry... 

Co jest ważniejsze: czy żeby mężczyzna był dobry, czy żeby miał tych 

kilka pozostałych cech ideału? 

Zobaczyła, że Peter wyszedł z bramy i zmierza przez ogródek na 

ulicę.  Jego  auto  stało  zaparkowane  przy  krawężniku.  Margot 

przyglądała  mu  się  uważnie:  wyglądał  bardzo  elegancko,  szedł 

sprężystym  krokiem.  Jego  ruchy  były  spokojne,  zdecydowane.  Na 

spokojnej,  mało  ruchliwej  ulicy  bawiła  się  grupka  dzieci.  Margot 

zastanowiło,  dlaczego  Peter,  zamiast wsiąść  do  samochodu,  wpatruje 

się z wyciągniętą szyją w głąb ulicy.  

Nagle  krzyknął  coś  do  szofera  i  skoczył  na  sam  środek  jezdni: 

jakieś  auto  nadjechało  niepewnym  ruchem,  chybocząc  się  na  boki. 

Margot  wychyliła  się  z  okna  i  wtedy  spostrzegła,  że  kierowca  auta 

opadł  w  przód  na  kierownicy.  O,  Boże!  Poruszający  się  bezwładnie 

samochód  jechał  prosto  na  grupkę  dzieci,  nie  słyszących  żadnego 

sygnału ostrzegawczego i całkowicie pochłoniętych zabawą.  

Margot  krzyknęła,  widząc,  że  Peter  Vahl  skacze  na  stopień 

pojazdu i otwiera drzwiczki, a potem siada na miejsce obok kierowcy 

i jednym szarpnięciem zatrzymuje samochód.  

background image

Na okrzyk Margot zebrani goście rzucili się do okien i zobaczyli, 

że  przerażone  dzieci  rozpierzchły  się  na  wszystkie  strony.  Szofer 

Petera  Vahla  podbiegł  do  unieruchomionego  wozu,  żeby  pomóc 

swemu  chlebodawcy  w  usadowieniu  nieprzytomnego  kierowcy  na 

wolnym  miejscu.  Peter  zamienił  z  szoferem  kilka  słów,  wsiadł  do 

zatrzymanego wozu, ponownie go uruchomił i szybko odjechał. 

Szofer  popatrzył  za  nim  i  wrócił  do  swego  auta.  Tymczasem 

ojciec Margot pobiegł na dół, żeby dowiedzieć się, co zaszło. 

—  Kierowca  tamtego  samochodu  był  nieprzytomny  i  pewnie 

najechałby  na  te  dzieci,  ale  pan  doktor  nie  stracił  głowy,  tylko 

wskoczył do auta i zahamował. Pojechał teraz z tamtym na pogotowie, 

a  mnie  kazał  zaraz  przyjechać,  bo  ma  jeszcze  dzisiaj  jakąś  ważną 

konferencję, na której musi być obecny. 

—  Mój  Boże,  przecież  jemu  samemu  mogło  się  coś  stać!  — 

powiedział pan Gustav Jung. 

— Oczywiście, że mogło, wielmożny panie! Ale jak chodzi o to, 

żeby komuś pomóc, pan doktor nie zastanawia się, tylko szybko działa 

— odparł szofer. 

— Proszę pozdrowić pana doktora ode mnie i poprosić go, żeby 

zatelefonował i dał znać, czy nie ma jakichś kłopotów w związku z tą 

historią. 

— Tak jest wielmożny panie — powiedział szofer i odjechał. 

Gustav  Jung  powtórzył  podekscytowanemu  towarzystwu 

wszystko,  czego  dowiedział  się  od  szofera.  Margot  stała  blada  na 

środku pokoju i słuchała relacji ojca. Drżała jeszcze z przerażenia, bo 

background image

dobrze  widziała  z  okna,  że  samochód  zatrzymał  się  o  włos  od 

bawiących  się  dzieci.  Kiedy  zobaczyła  Petera  wskakującego  do  auta, 

wszystko w niej zamarło. Teraz przycisnęła ukradkiem ręce do serca. 

Chwała Bogu, że Peter wyszedł z tego bez szwanku — kochany, miły, 

dobry Peter! Gotów jak zawsze do pomocy, do tego odwiózł chorego 

na pogotowie... 

Podczas  gdy  inni  głośno  komentowali  wydarzenie,  Margot 

siedziała  w  milczeniu  i  wsłuchiwała  się  w  siebie.  Odwaga  i  energia 

Petera wywarła na niej ogromne wrażenie. „Peter Vahl jest bohaterem 

—  ależ  tak, bohaterem!'  —  myślała  wstrząśnięta, przepraszając  go  w 

głębi  duszy  za  wszystkie  lekceważenie  i  przykrości,  których  mu  nie 

szczędziła. Peter stał się dla niej nagle kimś zupełnie innym. Niewielu 

mężczyzn  na  a  jego  miejscu  umiałoby  tak  skutecznie  zadziałać, 

wykazując  przy  tym  tyleż  śmiałości,  co  rozwagi.  Z  uniesieniem 

właściwym każdej młodości, umacniała się coraz bardziej w podziwie 

dla bohaterskiego wyczynu Petera. 

Kiedy  jednak  trochę  ochłonęła  i  była  w  stanie  znów  spokojnie 

myśleć, zaczęła bronić się przed tym wrażeniem, próbując spojrzeć na 

to wszystko trzeźwymi oczami. Dziewczęca przekora wobec własnych 

odczuć  stawiała  opór.  No  dobrze,  postąpił  tak,  jakby  na  pewno 

zachował się każdy inny mężczyzna. Jest miłym, dobrym człowiekiem 

który  nie  waha  się  przyjść  z  pomocą,  chroniąc  kogoś  przed 

nieszczęściem. Ale to śmieszne z jej strony, żeby w uniesieniu uznać 

go  zaraz  za  bohatera.  Poczciwy  Peter  z  twarzą  jak  księżyc  w  pełni! 

Sam by się z tego śmiał, gdyby wiedział, że czyni go herosem! 

background image

Niemniej  czekała  z  wielką  niecierpliwością  na  wiadomość  od 

niego.  Ojciec  powiedział,  że  za  pośrednictwem  szofera  prosił  go  o 

telefoniczną  wiadomość.  W  każdych  innych  warunkach  Peter 

spełniłby prośbę natychmiast, ale dzisiejsza konferencji zatrzymała go 

widać w dłużej. 

Tymczasem  Peter  Vahl  odstawił  nieszczęsnego  kierowcę  na 

pogotowie,  gdzie  stwierdzono,  że  pacjent nie  jest  nieprzytomny,  lecz 

martwy; zmarł zaś na atak serca. W samochodzie jego stopa naciskała 

na pedał gazu, dlatego wóz jechał dalej, dopóki nie został zatrzymany 

przez  Petera.  Sam  Peter  absolutnie  nie  zdawał  sobie  sprawy,  jakiego 

brawurowego  wyczynu  dokonał.  Był  jedynie  zadowolony,  że  udało 

mu się zapobiec dalszym nieszczęściom.  

W  końcu  jednak  musiał  z  pośpiechem  udać  się  na  ową  ważną 

konferencje.  Ta  zaś  ciągnęła  się  i  ciągnęła.  Szofer  przekazał  mu 

prośbę  pana  Junga,  więc  domyślił  się,  że  o  najważniejszym  państwo 

Jungowie  już  wiedzą.  Była  godzina  siódma  wieczorem,  kiedy 

nareszcie  mógł  zadzwonić.  Margot,    która  już  od  paru  godzin 

niecierpliwie  warowała  przy  aparacie,  natychmiast  podniosła 

słuchawkę. 

— Czy to pan Peter Vahl? 

 

Ja, panno Margot! 

—  Mój  Boże,  czekam  tak  długo  na  pański  telefon!  Rodzice 

musieli wyjść z domu... 

background image

—  To  świetnie!  Mam  teraz  czas,  więc  możemy  chwilę  pogadać. 

Nie  mogłem  zadzwonić  wcześniej,  bo  dopiero  teraz  wróciłem  z  tej 

konferencji do domu. 

—  Proszę  mi  powiedzieć,  czy  nie  poniósł  pan  jakiegoś  szwanku 

w tym wypadku? 

— Ja? Ależ skąd! Ja tylko wskoczyłem do środka, żeby złapać za 

hamulec. 

Mimo  tych  zapewnień  i  mimo  pokpiwania  z  siebie,  że  nazwała 

Petera  bohaterem,  Margot  czuła  serce  w  gardle.  Wzburzona,  rzuciła 

porywczo: 

—  Ale  gdyby  pan przy  tym  upadł  i gdyby  coś  się  panu  stało,  to 

byłoby okropne! 

Zabrzmiało  to  niemal  jak  wyrzut.  Peter  milczał  przez  chwilę,  a 

potem powiedział rozgorączkowanym tonem: 

— Czy to sprawiłoby pani przykrość, panno Margot? 

—  Co  za  głupie  pytanie!  Przecież  jest  pan  moim  najlepszym 

przyjacielem. A czy pan w ogóle pomyślał o mnie? 

Westchnął głęboko. 

— Czy mam odpowiedzieć uczciwie? 

— Oczywiście, że uczciwie, tak jak pan to zawsze czyni. 

—  No  więc,  kiedy  zobaczyłem,  że  ten  kierowca  nie  panuje  nad 

samochodem, i że trzeba go w jakikolwiek sposób zatrzymać, to był to 

jeden  z  tych  nielicznych  momentów,  kiedy  nie  myślałem  o  pani. 

Myślałem tylko o tym, jak zatrzymać ten wóz, żeby uratować dzieci. 

background image

Nie umiała zdobyć się na natychmiastową odpowiedź — jej serce 

podniosło  bunt.  „Jak to  dobrze  —  pomyślała  —  że  on  znajduje  się  z 

drugiej  strony;  inaczej,  dalibóg!,  pocałowałabym  go".  Jej  przyjaciel 

Peter Vahl, był bohaterem! 

—  Panno  Margot,  czy  pani  jeszcze  tam  jest?  —  zaniepokoił  się 

Peter. 

— Tak, oczywiście — odparła cicho. 

— Czy jest pani zła, że to powiedziałem? Chciała pani, żebym jej 

dał  uczciwą  odpowiedź.  Mogłem  jednym  miłym  kłamstewkiem 

zyskać przychylność; powiedzieć na przykład: udało mi się zatrzymać 

ten  samochód  tylko  dlatego,  że  myślałem  o  pani...  Ale  cóż…  jestem 

pechowcem — kiedy raz wreszcie mogę skłamać na swoją korzyść nie 

robię tego. 

— Czy poza tym pan kłamie? — roześmiała się. 

— A widziała pani adwokata, który nie kłamie? Przecież musimy 

czynić to z urzędu. 

— Muszę to zapamiętać i być trochę ostrożniejsza. 

—  Och,  nie  musi  pani.  Takie  prawdziwe  kłamstwo  wobec  pani 

nie przeszłoby mi przez gardło. 

—  Niech  mi  pan  teraz  opowie,  co  stało  się  temu  kierowcy,  że 

stracił przytomność. 

—  Niestety,  on  nie  był  nieprzytomny;  miał  atak  serca i  zmarł  w 

tym aucie. 

—  To  okropne!...  A  pan  na  pewno  w  niczym  nie  ucierpiał,  nic 

pana nie zabolało? 

background image

—  Owszem,  musiałem  złożyć  w  ofierze  dwa  piękne  paznokcie. 

Poza  tym  na  mojej  marynarce  zrobiła  się  dziurka.  Oddam 

przyodziewek  do  cerowni  artystycznej,  bo  jako  przyszły  solidny 

małżonek muszę być oszczędny. 

— Peterze Vahl! 

— Co takiego, panno Margot? 

— Nic dalej o tym! Proszę... 

— Dobrze. Jeden kosz dziennie w zupełności mi wystarczy. 

—  Bardzo  się  o  pana  martwiłam.  Siedzę  tu  prawie  od  dwóch 

godzin przy telefonie i czekam, żeby pan zadzwonił. 

— Złota, uwielbiana solenizantko! Naprawdę? Martwiła się pani 

o mnie choćby troszeczkę? 

— No tak, przecież to przyjacielska powinność. 

—  Ach  tak...  Tylko  z  przyjacielskiej  powinności?  —  westchnął 

Peter. 

—  Oczywiście!  Więc  umawiamy  się  na  jutro  o  piątej,  w  klubie, 

przy kortach. 

—  Będzie  pani  miała  auto  do  dyspozycji  czy  raczej  po  panią 

przyjechać? 

— Nasze auto jest wolne. Nie chcę pana fatygować. 

—  Ależ  zrobię  to    bardzo  chętnie.    Niech  pani    zostawi    swój 

samochód w domu. Dla mnie to tylko nadłożenie małego kawałka. 

— No dobrze. Zgadzam się, zwłaszcza że mi pan dziś udowodnił, 

że świetnie jest pan obznajomiony z samochodami. 

background image

— A więc za dziesięć piąta zajadę przed pani dom. Świetnie! Jak 

minęły pani urodziny? Przyszli jeszcze jacyś goście z życzeniami? 

— Nie, wszyscy byli przed południem 

— A jak spędzi pani dzisiejszy wieczór? 

—  Prawdopodobnie  bardzo  nudno...  —  westchnęła  Margot.  — 

Matka ma dziś u siebie swoje kółko do brydża, a ojciec jest w klubie. 

Będę  wiec  kibicować  i  świadczyć  starszym  państwu  różne 

grzeczności. I to się nazywa wieczór urodzinowy! 

Przez  chwilę  panowała  cisza.  Peter  Vahl  coś  rozważał,  po  czym 

powiedział szybko: 

— To niesłychane! Musi pani przy tym asystować? 

— Nie, nie muszę. Ale co mam począć? Nie mogę przecież kłaść 

się do łóżka o ósmej wieczorem. 

— Ale może pani pójść ze mną do opery. Przypadkowo dostałem 

od naszego klienta dwa bilety, z których on nie mógł dziś skorzystać. 

Miałem  właśnie  zadzwonić  do  jednego  z  moich  przyjaciół  i 

zaproponować  mu  ten  drugi  bilet.  A  może  by  pani  z  niego 

skorzystała? Jest siódma. Ma pani akurat tyle czasu, żeby się przebrać, 

zanim po panią przyjadę. 

—  To  byłoby  czarujące  zakończenie  urodzin!  Jednak  jest  pan 

ciągle  moim  najlepszym  przyjacielem!  Niech  pan  poczeka  chwilę; 

słyszę  właśnie,  że  matka  wróciła  do  domu.  Pójdę  i  spytam,  czy 

dostanę wychodne. Proszę, niech pan nie odchodzi od telefonu. 

background image

Margot wypadła z pokoju. Pozwolenie uzyskała bez trudności, bo 

jeśli  chodzi  o  pewne  rzeczy,  tylko  by  matce  przeszkadzała:  w 

obecności młodych trzeba zawsze bardzo uważać na to, co się mówi. 

Margot podbiegła do aparatu. 

— Jest pan tam jeszcze? 

— Oczywiście, panno Margot. 

— Mam już pozwolenie. A jakie miejsca mamy? 

Tu  Peter  Vahl  poczuł,  że  zaplątał  się  we  własne  sieci,  gdyż  nie 

miał żadnych biletów, Chciał jedynie złapać okazję i spędzić z Margot 

wieczór. Zreflektowała się jednak szybko. 

— To nie jest zresztą ważne. Na jaką operę idziemy? 

Znów moment zacukania. 

—  Jeszcze  nie  sprawdziłem...  Jeśli  pani  chce,  mogę  to  zaraz 

zrobić, ale mamy mało czasu. 

—  Nie,  nie  trzeba.  Wszystko  mi  jedno.  Najważniejsze,  że  nie 

muszę  siedzieć  w  domu.  A  więc  do  widzenia!  Muszę  się  szybko 

przebrać. 

—  Do  zobaczenia  panno  Margot!  Ja  wprawdzie  nie  mam  dziś 

urodzin, ale czuję się tak świątecznie, jakbym miał. 

Peter  Vahl  zadzwonił  najpierw  do  kasy  opery  i  spytał,  czy  są 

jeszcze bilety. 

— Proszę je zarezerwować na nazwisko doktora Vahla. 

Uff!  Peter  odłożył  słuchawkę,  łamiąc  oddech.  Teraz  jak 

najszybciej  coś  przekąsić  i  przebrać  się,  a  przede  wszystkim  wysłać 

szofera  po  bilety.  Uwinął  się  ze  wszystkim  sprawnie  i  o  właściwym 

background image

czasie  z  biletami  w  kieszeni,  zajechał  po  Margot,  która  gotowa  już 

była  do  wyjścia.  Gdy  siedzieli  w  samochodzie,  Peter  powiedział  z 

uznaniem: 

—  To  jeszcze  jedna  z  pani  wielkich  zalet,  że  jest  pani  zawsze 

punktualna. Żona adwokata musi koniecznie posiadać tę cnotę. 

— Peterze Vahl! — krzyknęła ostrzegawczo i błagalnie. 

— Co pani rozkaże. 

— Żeby mi pan nie popsuł pięknego wieczoru! 

—  Nie  ma  obawy.  Jestem  taki  szczęśliwy,  że  mi  go  pani 

ofiarowała! 

— Czy już pan wie, na jaką operę idziemy? 

Spojrzał na nią zaskoczony. 

—  Nie  wiem,  doprawdy;  jeszcze  nie  sprawdziłem.    Wiem  tylko, 

że to bilety do opery i że mamy miejsca w loży. 

—  Wspaniale!  Więc  ja  panu  zdradzę,  na  co  idziemy:  grają  dziś 

„Carmen". 

— Lubi pani tę operę? 

— Bardzo. A pan też? 

— To mało ważne. Najważniejsze jest to, że jest pani przy mnie. 

Z tego, co będzie się działo na scenie, i tak niewiele zauważę. 

Spojrzała karcąco. Peter skulił się. 

—  Nie  kłóćmy  się,  panno  Margot!  Miałem  przecież  mówić 

zawsze tylko prawdę.  

— Mój Boże, skąd ta nagła a gorliwość w mówieniu prawdy? 

— Tylko w rozmowach z panią… 

background image

— Wolałabym nie sprawdzać tego. 

— Bardzo proszę, poddam się bez wahania każdej próbie. 

Margot  przeczuwała,  że  przy  tej  okazji  doszłoby  do  kolejnych  

oświadczyn,  a  sto  dwudziestki  piątki  zaczęła  obawiać  się  panicznie. 

To zła liczba, wręcz obrzydliwa! Podjęła więc szybko jakiś o obojętny 

temat i tak mile  gawędząc zajechali przed gmach opery. 

Peter okazywał jej tyle względów i świadczył uprzejmości, które 

tylko zakochany mężczyzna może wymyślić. Kiedy potem  zasiedli w 

loży,  obserwowała  z  boku  jego  o  twarz  —  rzecz  jasna  tylko  wtedy, 

gdy  Peter  przypadkiem  nie  był  w  nią  wpatrzony  —  i  w  duchu  sama 

siebie  strofowała:  „Jesteś  wstrętną  dziewczyną,  Margot,  że 

wyśmiewasz  się  z  Petera.  Rzeczywiście,  jego  fizys  jest  trochę  zbyt 

okrągła w porównaniu z tym, czego oczekujesz po swoim ideale. Ale 

on  bynajmniej  nie  jest  nijaki  czy  pospolity,  jak  myślisz.  Ma 

charakterystyczne  rysy  i  energiczną  linię  wokół  ust...  zresztą  tak 

ładnych i pełnych wyrazu, jak tylko męskie usta mogą być. Czoło — 

wysokie,  ładnie  sklepione,  a  o  jego  miłych    oczach  w  ogóle  nie 

potrzeba mówić. Nie wolno ci więcej myśleć, że jest pyzaty. Poza tym 

wygląda inteligentnie, jest pogodny, spokojny i stanowczy". 

Podczas kiedy Margot czyniła sobie wyrzuty, Peter nagle spojrzał 

na nią lekko zdziwiony. 

— Dlaczego patrzy pani na mnie tak badawczo? 

Margot spłoszyła się, ale zaraz przybrała wojowniczą minę. 

— Skąd pan wie, że patrzyłam na pana badawczo? 

Spojrzenie, którym ją obrzucił, wprawiło ją w lekkie drżenie. 

background image

— Czuję, kiedy pani oczy na mnie spoczywają. To przenika aż do 

serca — dodał cicho. 

Zarumieniła się mocno i chcąc ukryć zmieszanie, odparła kpiąco. 

— Widać ma pan wyjątkowo czułe nerwy. 

— Na panią reagują jak precyzyjny aparat, chociaż ja sam jestem 

dość odporny nerwowo i mało skomplikowany. 

—  Niech  mi  pan  da  jeszcze  na  chwilę  program  —  zmieniła 

szybko temat i zagłębiła się w studiowaniu obsady. 

Peter  Vahl  nie  mylił  się,  sadząc,  że  Margot  nie  jest  w  jego 

obecność,  tak  spokojna  i  obojętna  jak  kiedyś.  To  było  bardzo 

ekscytujące. Zacisnął usta, chcąc zmusić się do spokoju, ale oczy mu 

płonęły.  Trzymane  na  wodzy  uczucie  do  tej  jasnowłosej,  siedzącej 

obok niego dziewczyny groziło każdej chwili wybuchem. 

Margot  podniosła  ku  niemu  oczy  i  wzdrygnęła  się,  widząc  jego 

pełną pasji, bladą i nagle zwężoną twarz — w jednej chwili zmienioną 

nie do poznania. Na szczęście zaczęła się uwertura i Margot uspokoiła 

się.  Ilekroć jednak Peter odwracał się od niej na moment, studiowała 

ciągle od nowa jego twarz, odkrywając coraz to inne pozytywy. 

W  wyniku  tych  obserwacji  Margot  doszła  do  pewnej  konkluzji: 

„Stanowczo  go  nie  doceniałam.  On  mógłby  mi  się  nawet  podobać, 

gdyby... gdyby tylko nie chciał żenić się ze mną!" 

Od  chwili,  gdy  Peter  Vahl  wyczuł  z  całym  uwrażliwieniem 

człowieka  zakochanego,  że  Margot  straciła  wobec  niego  poprzednią 

swobodę,  w  jego  serce  wstąpiła  nadzieja.  Czyżby  wieloletnia 

wytrwałość  miała  doprowadzić  go  do  celu,  a  niezłomna  wierność  — 

background image

zostać  nagrodzona?  Jeśli  tak,  to  warto  było  wytrzymać  wszystkie 

udręki.  Spozierał  co  chwila  na  pełną  uroku  twarz  dziewczyny,  jak 

gdyby starając się poddać jej myśl o zaniechaniu oporu i wysłuchaniu 

go. 

Tak  więc  z  samej  opery  nie  wynieśli  wielu  wrażeń,  ale  mimo  to 

delektowali  się  w  skupieniu  wspólnie  spędzonym  wieczorem.  W 

drodze  powrotnej,  kiedy  siedzieli  obok  siebie  w  aucie,  Peter  zapytał, 

czy  podobało  jej  się  przedstawienie.  Skinęła  głową  rozmarzona  i 

odparła z zadumą: 

— Tak, było bardzo piękne. 

W  domu  nie  mogła  zaraz  udać  się  na  spoczynek,  bo  w  salonie 

grano jeszcze  w brydża. Postanowiła napisać do Siddy i opowiedzieć 

jej  o  wszystkich  wydarzeniach  dnia.  Wiele  miejsca  w  tym 

sprawozdaniu  zajęło  opisanie  bohaterskiego  czynu  Petera.  Na 

zakończenie Margot napisała: 

Masz  rację,  Siddy,  twierdząc,  że  Peter  Vahl  w  żadnym  razie  nie 

jest  tuzinkowym.  Myślę,  że  on  ma  wiele  różnych  zalet,  z  którymi  się 

kryje. W głębi jest więcej, niż chce okazać. Obiecuję Ci, że zastanowię 

się  poważnie,  zanim  powiem  ostatnie  słowo.  Swego  ideału  jeszcze 

długo  nie  spotkam;  wszyscy  mężczyźni  wydają  mi  się  mało 

interesujący, a bohaterów  znaleźć  można  tylko w powieściach lub  na 

scenie. Choć właściwie Peter Vahl dowiódł dziś, że jest bohaterem — 

temu nie można zaprzeczyć. 

W  tym  miejscu  Margot  przerwała  pisanie  i  przeczytała  list  od 

początku, a potem dopisała energicznie: 

background image

Ale w żadnym wypadku nie wyjdę za niego za mąż! 

List ten wysłała do Nowego Jorku na podany przez Franka adres. 

A  potem  długo  jeszcze  rozmyślała,  czy  przez  cały  ten  czas  nie 

krzywdziła  Petera  Vahla.  On  naprawdę  zasłużył  na  coś  lepszego; 

powinna  być  dla  niego  milsza.  Oczywiście,  temu,  że  traktowała 

odmownie  jego  prośby,  sam  był  sobie  winien  —  dlaczego  nie  dawał 

jej spokoju z tymi planami małżeńskimi? I dlaczego ją ciągle straszy, 

że odejdzie, kiedy po raz sto dwudziesty piąty dostanie od niej kosza? 

To naprawdę jest głupie z jego strony! 

 

 

VIII 

Siddy  miała  różne    kłopoty  związane  z  rozkładem  ich  kajut  na 

statku.  Począwszy  od  stewardesy;  ta  musiała  przechodzić  do  niej 

przez  salonik  Franka.  Frank  zdecydowanie  zaprzeczał,  przecież  nie 

mogło  mu  nie  przeszkadzać  przechodzenie  przez  salonik,  stewardesa 

zaś przywykła do tego i też nie miała nic przeciwko temu. Dla Siddy 

sytuacja  była  krępująca  i  wprawiała  ją  w  zakłopotanie,  Franka 

natomiast skrycie cieszyła. 

Tryb  życia  na  statku  okazał  się  bardzo  interesujący. 

Zgromadzenie  składało  się  z  sympatycznych  ludzi,  z  którymi  wielu 

było  zamożnych  i  obytych,  a  cała  atmosfera  podróży  sprawiała,  że 

Frank  i  Siddy  nie  mogli  wyłączyć  się  z  towarzystwa.  Zajęci  byli 

właściwie przez cały dzień. 

background image

Poznali  pewną  młodą,  niedawno  poślubioną  parę  pochodzenia 

niemieckiego. Pan Partmann, jako kupiec pracujący z firmą Nordau i 

Jung, służył Frankowi wieloma cennymi radami, a ten rewanżował mu 

się pożytecznymi informacjami, co dawało obopólną korzyść. 

Obie  młode  panie  zaprzyjaźniły  się  ze  sobą,  a  im  bardziej 

rozwijała  się  ich  znajomość,  tym  pani  Partmann  przy  zamkniętej  w 

sobie  Siddy  —  stawała  się  rozmowniejsza.  Swobodnie  gawędząc  o 

różnych  intymnych  sprawach  ze  swojego  świeżego  małżeństwa, 

wprawiała  Siddy  w  ogromne  zakłopotanie.  Tak  długo jak były  same, 

bez  mężów,  jakoś  to  szło.  Ale  kiedy  młoda  dama  dotykała  tych 

tematów, choćby w formie najlżejszej aluzji, w obecności obu panów, 

sytuacja  stawała  się  dla  Siddy  niezmiernie  krępująca. Młody  żonkoś, 

pan  Partmann,  śmiał  się  potem  głośno  z  zaambarasowania  Siddy  i 

trochę się z nią droczył. 

Pewnego razu powiedział do Franka: 

— Pańska żona jest o wiele bardziej wstydliwa niż moja. 

Frank nie mógł oczywiście wyjaśniać niecodziennego charakteru 

związku z Siddy, więc wyjaśnił krótko: 

—  Państwo  jesteście  już  od  wielu  tygodni  po  ślubie  i,  jak  pan 

wspomniał,  zatrzymywaliście  się  na  dłuższy  czas  u  różnych 

krewnych,  a  więc  jesteście  znacznie  dłużej  małżeństwem  niż  my.  A 

poza tym moja żona jest ponad miarę delikatna. Dlatego proszę, żeby 

zechciał pan to wziąć pod uwagę. Ją można bardzo łatwo wprawić w 

zakłopotanie. 

background image

—  Oczywiście  postaram  się  na  przyszłość  uważać,  chociaż 

pańska żona jest w tym swoim zakłopotaniu szczególnie urocza. 

W ten sposób sprawa została zażegnana, a Frank był zadowolony, 

ze mógł zaoszczędzić Siddy przykrości. 

Ale  Frank  musiał  również  staczać  walki  całkiem  innej  natury. 

Mianowicie  uroda  Siddy  wzbudziła  niejakie  poruszenie  wśród  paru 

nieżonatych  panów,  którzy  narzucali  się  młodej  parze  ze  swoim 

towarzystwem,  nie  czyniąc  zgoła  żadnej  tajemnicy  ze  swego 

uwielbienia  dla  Siddy.  Ona  zaś  znosiła  spokojnie  różne  rycerskie 

uprzejmości,  zachowując  jednak  wyraźnie  pewną  granicę,  której 

nikomu nie pozwalała przekroczyć.  

Mimo  to  Frank  cierpiał  męki  zazdrości.  Właśnie  dlatego,  że 

ciągle  jeszcze  nie  mógł  otwarcie  wyznać  swoich  uczuć,  każdy  z 

młodych  mężczyzn  wydawał  mu  się  faworyzowany  przez  nią. 

Ponieważ  Siddy  nadal  nic  nie  wiedziała  o  jego  zakochaniu,  nie 

pomyślała  się  również  jego  zazdrości.  Franka  tymczasem  każde 

życzliwe spojrzenie, którym kogoś obdarzała, każdy uśmiech i każde 

miłe  słowo,  przyprawiało  o  katusze.  Spokojnie  znosił  w  jej  pobliżu 

jedynie obecność pana Partmanna, ponieważ był on gorąco zakochany 

we własnej żonie. 

Podczas  tańców  najchętniej  nie  wypuszczałby  Siddy  z  objęć, 

żeby  nikt  inny  jej  nie  dotykał.  Oczywiście  nie  mógł  się  ośmieszać, 

zabraniając jej tańczenia z innymi, zwłaszcza że pani Partmann wiele 

tańczyła z różnymi partnerami. Jej mąż nie przepadał za kręceniem się 

po parkiecie i tańczył bardzo mało — czasem prosił żonę lub, zupełnie 

background image

wyjątkowo, Siddy — ale nie odmawiał żonie przyjemności tańczenia 

z innymi. A pani Partmann tańczyła chętnie i dobrze. 

Frank  cierpiał  męki,  widząc  Siddy  w  ramionach  obcych 

mężczyzn  ale  nie  mógł  oderwać  od  niej  oczu,  zachwycony  jej 

powabem. Sam zaś tańczył bardzo elegancko i tak jak on obserwował 

Siddy  z  tajonym  zachwytem,  tak  samo  ona  podziwiała  jego.  Ale 

podczas  gdy  Siddy  balowała  z  wieloma  panami,  Frank  nie  prosił  do 

tańca żadnej innej damy poza panią Partmann. 

Jednakże  mężczyzna  o  takiej  prezencji  jak  Frank  nie  może 

trzymać  się  bezkarnie  z  dala  od  pań  i  wiele  kobiecych  oczu  słało  ku 

niemu  gorące  i  zachęcające  spojrzenia.  Wszystkie  panie  kokietowały 

go i tęsknie czekały, żeby z nimi zatańczył. Siddy widziała to dobrze i 

—  jak  można  było  przewidzieć  —  również  w  jej  sercu  zakiełkowała 

zazdrość. Serce biło jej mocno, kiedy patrzyła, jak inne przypuszczają 

do  niego  szturm.  Lecz  chociaż  bacznie  obserwowała  męża,  nic  nie 

wskazywało  na  to,  że  interesuje  się  którąkolwiek;  żadnej  też  nie 

poprosił do tańca. 

Pewnego dnia jednej z tych pań powiodło się jednak tak zręcznie 

pokierować  sprawą,  że  Frank  musiał  ją  do  tańca  poprosić,  jeśli  nie 

chciał być nieuprzejmy. Bo chociaż nic nie wskazywało na to, że nosi 

się z takim zamiarem i że reaguje na jej kuszące spojrzenia, dama owa 

szybko  wstała  i  tak  nagle  przecięła  mu  drogę,  że  niechcący  lekko  ją 

potrącił.  Przepraszając  za  incydent,  Frank  ukłonił  się,  ona  zaś  udała, 

że przyjmuje to za zaproszenie do tańca i ochoczo wtuliła się  w jego 

ramiona. 

background image

Siddy nie zauważyła sprytnego manewru, gdyż na chwilę poszła 

po coś do swej kajuty. Kiedy powróciła, zobaczyła ową bardzo piękną 

młodą  damę  przesuwającą  się  obok  w  tańcu  z  Frankiem  i  rzucającą 

znad  jego  ramienia  triumfujące  spojrzenia.  Frank  nie  zauważył  ani 

tych  spojrzeń,  ani nagłej  bladości  Siddy.  Zachowując  się  w  stosunku 

do swojej partnerki bardzo oficjalnie, odsunął ją nieco od siebie, gdy 

spostrzegł, że przytula się do niego bardziej niż to było konieczne. 

— Och, proszę, niech mnie pan mocniej obejmie, panie Nordau; 

wtedy  tańczy  się  lepiej  i  pewniej;—  powiedziała  młoda  dama, 

próbując mocniej do niego przywrzeć. 

— Proszę się nie obawiać; trzymam panią tak mocno, jak to jest 

konieczne. 

—  Znakomicie  pan  tańczy!  Cieszę  się,  że  wreszcie  mogłam  z 

panem  zatańczyć  —  jakoś  dotąd  nie  miałam  okazji.  Pana  żona  jest 

pewnie zazdrosna i nie pozwala panu tańczyć z innymi kobietami? 

Frank spojrzał na nią spokojnie i chłodno, nie zmniejszając ani o 

centymetr dzielącego ich dystansu. 

—  Jest pani  w  błędzie.  Moja  żona  absolutnie nie  jest  zazdrosna; 

nie ma do tego powodu. 

Panna  Weidner,  córka  wielkiego  przemysłowca,  towarzysząca 

ojcu  w  podróży  w  interesach,  rzuciła  mu  płomienne,  uwodzicielskie 

spojrzenie.  Żyła  dotąd  w  przekonaniu,  że  każdy  mężczyzna  ległby  u 

jej stóp, gdyby sobie tego życzyła. I właśnie dlatego, że Frank trzymał 

się  na  dystans,  szczególnie  mocno  zapragnęła  przykuć  go  do  swego 

zwycięskiego rydwanu.  

background image

W duchu irytowała się, że Siddy jest kobietą piękną i elegancką, 

budzącą  zachwyt  wszystkich  panów  na  statku.  Chciała  bowiem 

wszędzie  być  najpiękniejszą,  a  dzięki  bogactwu  ojca  roiło  się  wokół 

niej  od  wielbicieli,  co  tylko  wzmagało  jej  próżność.  Nie  brała  pod 

uwagę tego, że nadskakują jej przede wszystkim jako córce bogacza; 

wolała wyobrażać sobie, że po prostu należy do zwycięskich natur. 

To,  że  na  statku  musiała  grać  drugie  skrzypce  po  Siddy, 

doprowadzało  ją  do  furii.  Również  i  z  tego  powodu  od  samego 

początku rzucała powłóczyste spojrzenia Frankowi, który nie zwracał 

na nią uwagi. 

—  Mam  nadzieję,  że  przedstawi  mnie  pan  swojej  żonie.  Ona 

bardzo  mi  się  podoba  i  jest  na  tym  statku  jedyną  kobietą,  którą 

chciałabym poznać. 

Frank uznał zachowanie tej bogatej i pięknej panny wprawdzie za 

niemiłe i natrętne, ale nie mógł odmówić jej prośbie. Toteż gdy taniec 

się skończył, zaprowadził ją do żony i powiedział: 

— Pozwól, Siddy, panna Weidner chciała cię poznać. 

Siddy  nie  miała  pojęcia,  jak  do  tego  doszło,  że  Frank  wbrew 

dotychczasowym  obyczajom  zatańczył  z  obcą  damą.  Panna  Weidner 

nie  zrobiła  na  niej  już  przedtem  miłego  wrażenia  z  powodu  swego 

wyzywającego  zachowania,  a  także  czynionych  Frankowi  bez  cienia 

żenady awansów. Kiedy więc teraz zobaczyła ją tańczącą z Frankiem, 

nabrała przekonania, że tamta dopięła swego i zwróciła jego uwagę. 

Rozbudzone  uczucie  zazdrości  było  w  jej  sytuacji  podwójnie 

bolesne. Żyjąc w ciągłej obawie, że Frank znajdzie następczynię Anny 

background image

Frey,  pamiętała  zarazem,  że  dając  mu  całkowitą  swobodę,  musi 

godzić  się  na  wszystko.  Triumfujące  spojrzenie  panny  Weidner 

ugodziło  ją  w  samo  serce.  Była  jednak  tak  przyzwyczajona  do 

panowania nad  sobą,  że  sprostała  i  tej  sytuacji.  Spokojnie  przywitała 

pannę Weidner, a gdy tamta bezceremonialnie wyraziła chęć wypicia 

w  jej  towarzystwie  herbaty,  uprzejmie  zrobiła  jej  miejsce  przy  pani 

Partmann, która wraz z mężem siedziała przy wspólnym stole. 

W ten sposób panna Weidner osiągnęła to, na czym jej zależało, 

to jest możność przebywania w bezpośredniej bliskości Franka. Kiedy 

Frank  przyniósł  brakujące  krzesło,  odsunęła  się  na  bok  tak,  żeby 

między  nią  a  panem  Partmannem  powstała  wolna  przestrzeń. 

Jednakże  ku  jej  irytacji  Frank,  nie  zwracając  na  to  uwagi,  postawił 

krzesło między żoną a panią Partmann. Twarz pannicy zatrzęsła się ze 

złości,  Siddy  natomiast  zarumieniła  się,  ale  nie  uznała  zachowania 

Franka  za  wyraz  dezaprobaty,  lecz  raczej  za  niechęć  do  publicznego 

afiszowania się z panną Weidner. 

Rozmowa  w  tym  wesołym  zazwyczaj  gronie  stała  się  dziwnie 

sztywna  i  oficjalna.  Pani  Partmann  poczuła  żywiołową  niechęć  do 

przybyłej,  zrażona  jej  narzucaniem  się  i  bezceremonialnością.  Pan 

Partmann  odniósł  podobne  wrażenia;  zresztą  już  kiedyś  wyrwało  mu 

się  pod  jej  adresem  parę  nieprzychylnych  słów.  Oboje  więc  nie  byli 

uradowani  tym  nagłym  powiększeniem  się  towarzystwa.  Frank 

również był milczący i powściągliwy i jedynie Siddy zmuszała się do 

podtrzymywania konwersacji. 

background image

Za  to  panna  Weidner  była  niezwykle  rozmowna.  Brylowała, 

rzucała  błyskotliwe  powiedzonka,  posyłała  Frankowi  kokietujące 

spojrzenia,  rozwodziła  się  nad  tym,  że  pan  Nordau  świetnie  tańczy, 

absolutnie  nie  dostrzegając,  iż  jest  w  tym  gronie  ledwie  tolerowana. 

Prawiła  Siddy  toporne  komplementy,  zapewniając  ją,  jak  bardzo  jest 

szczęśliwa,  że  nareszcie  mogła  ją  poznać  —  ją,  która  jest 

najelegantszą i najbardziej zachwycającą kobietą na statku. A kiedy w 

pewnym  momencie  pojawił  się  nagle  stary  pan  Weidner,  który 

właśnie rozglądał się za córką, przywołała go do siebie. 

—  Znalazłam  czarujące,  wspaniałe  towarzystwo,  papo!  Jeśli 

będziesz  miły,  możesz  się  do  nas  przysiąść.  Państwo  pozwolą, 

prawda? 

Po czym zapoznała obie pary ze swoim ojcem, który oczywiście 

dosiadł  się  do  nich.  Pan  Weidner  był  mężczyzną  dobrodusznym, 

niezmiernie  dumnym  ze  swej  pięknej  córki,  odgadującym  w  lot 

wszystkie  jej  życzenia.  Teraz  jednak,  kiedy  próbował  wciągnąć  obu 

panów  do  rozmowy  o  politycznym  położeniu  Europy,  Marianne 

Weidner, bardzo z tego niezadowolona, powiedziała, krzywiąc nosek: 

—  Polityka  to  brzydka  rzecz,  panowie!  Może  lepiej  zmieńmy 

temat. Jaki jest punkt docelowy pańskiej podróży, panie Nordau? 

Zagadnięty  wprost Frank musiał rad nie rad odpowiedzieć na jej 

pytanie. 

—  Najpierw  Nowy  Jork,  proszę  pani  —  odparł  grzecznie,  ale 

krótko. 

background image

—  Ach,  my  też  zatrzymamy  się  z  papą  w  Nowym  Jorku.  Mam 

nadzieję, że się tam spotkamy. 

Prowadząc  dalej  indagację,  dowiedziała  się,  że  przypadkowo 

mają  zamiar  stanąć  w  tym  samym  hotelu,  co  ona  z  ojcem.  Potem 

obcesowo  wypytała  o  dalszą  trasę  podróży  i  klasnęła  w  ręce  jak 

dziecko,  kiedy  okazało  się,  że  szczęśliwym  trafem  znajdzie  się  na 

Florydzie  w  tym  samym  czasie,  co  Nordauowie.  Panna  Weidner 

zdawała się przy tym najzupełniej ignorować fakt, że tych informacji 

udzielano  jej  niezbyt  chętnie.  Natychmiast  bowiem  zaproponowała 

różne spotkania, tkwiąc niewzruszenie przy stole, dopóki nie nadszedł 

czas przebrania się do kolacji. 

W  końcu  wyciągnął  ją  stamtąd  ojciec.  Żegnając  się  przesadnie 

uprzejmie  z  Siddy  i  resztą  towarzystwa,  poprosiła  z  filuternym 

uśmiechem: 

— Zarezerwujcie państwo dla nas kawałek miejsca przy waszym 

stole!  Z  wami  jest  tak  miło  i  zabawnie!  Papa  i  ja  nie  poznaliśmy  na 

tym  statku  równie  sympatycznego  towarzystwa.  Czy  przyjmiecie  nas 

do swego grona? 

Na  takie  słowa  można  było  tylko  wyrazić  zgodę.  Przyzwolenie 

wypadło wprawdzie bardzo blado, ale Marianne Weidner znów jakby 

tego  nie  zauważyła.  Pomachała  ręką  na  pożegnanie  jak  rozbrykane 

dziecko i zniknęła. 

Pan Partmann ciężko westchnął i zapytał śmiejąc się: 

—  Ciekawe,  czym  zasłużyliśmy  sobie  na  tyle  łask  i  względów? 

Uważa pan, że warto było burzyć naszą dotychczasową harmonię dla 

background image

tej pani? Jak pan w ogóle wpadł na pomysł, żeby zafundować nam tę 

znajomość? — zwrócił się do Franka. 

Zanim  jednak  Frank  zdołał  cokolwiek  odpowiedzieć,  Siddy 

wtrąciła szybko:  

— Ta młoda dama jest przecież bardzo miła i zabawna. 

Wypowiedzenie  tej  pochwały  kosztowało  ją  bardzo  wiele,  gdyż 

była piekielnie zazdrosna o pannę Weidner, ale za nic nie chciała się z 

tą  zazdrością  zdradzić,  a  przede  wszystkim  pragnęła  oszczędzić 

mężowi zakłopotania.  

Ale Frank roześmiał się niefrasobliwie. 

—  Drogi  panie  Partmann,  zapewniam,  że  nie  jestem  winny. 

Panna  Weidner  tak  zdecydowanie  poprosiła,  żebym  ją  przedstawił 

mojej żonie, że musiałem spełnić jej życzenie. 

Pan  Partmann  —  który  nie  miał  pojęcia  o  osobliwych  więzach 

łączących  Franka  ż  żoną  i  sądził,  że  zazdrość  między  nimi  jest 

wykluczona,  bo  są  tak  samo  szczęśliwi,  jak  on  ze  swoją  żoną  — 

przekomarzał się dalej: 

— No cóż, jeśli życzenie poparte jest spojrzeniem pięknych oczu, 

to  mężczyzna  jest  bezsilny.  I  to  się  nazywa  należeć  do  silniejszej 

części ludzkiego rodzaju! 

Jego żona pociągnęła go za ucho. 

—  Tylko  nie  odgrywaj  tu  Don  Juana;  i  tak  nikt  ci  w  to  nie 

uwierzy! 

Frank  zerknął  na  Siddy.  Zauważył,  że  jest  blada  i  że  drżą  jej 

wargi.  Co  ją  tak  poruszyło?  Czyżby  zazdrość,  którą  chciała 

background image

zamaskować  słowami  uznania  dla  tamtej?  A  więc...  a  więc  ona  go 

kocha!  Już  chciał  wyjaśnić,  w  jaki  sposób  panna  Weidner  niejako 

przymusiła go do tańca i narzuciła zawarcie znajomości, ale po chwili 

wstrzymał się.  

Pomyślał, że może ta zazdrość pozwoli mu zbliżyć się do Siddy. 

Widocznie postanowiła zmusić się do miłych słów o pannie Weidner, 

gdyż to, że nie mogła darzyć jej sympatią, uznał za pewnik. Delikatna, 

dystyngowana  Siddy  i  nachalna,  obcesowa  Marianne  stanowczo  nie 

pasowały do siebie. 

—  Jest  mi  bardzo  przykro,  że  ci  państwo  zakłócili  naszą  idyllę. 

Boleję  nad  tym,  ale  niczego  nie  jestem  w  stanie  zmienić.  Będziemy 

musieli robić dobrą minę do złej gry — powiedział Frank, a zwracając 

się  do  żony,  dodał:  —  A  może  wolisz,  Siddy,  żebyśmy  się  ich 

pozbyli? Możemy dać im do zrozumienia, że są niepożądani... Myślę 

zresztą,  że  już  to  zamanifestowaliśmy  bardzo  wyraźnie  naszym 

chłodnym zachowaniem. 

Siddy  uderzyła  krew  do  głowy.  Wyprostowała  się  i  rzuciła 

cierpko: 

— Myślę, że ta pani została potraktowana dobrze i we właściwy 

sposób. 

Siddy  sądziła  najwidoczniej,  że  Frank  robi  jej  wymówki  z 

powodu  mało  serdecznego  przyjęcia panny  Weidner,  natomiast  uszło 

jej  uwagi,  że  reszta  towarzystwa  nie  okazała  tamtej  cienia 

przychylności, więc słowa Franka wzięła wyłącznie do siebie. 

background image

—  Ależ  nie,  Siddy!  Źle  mnie  zrozumiałeś!  Ja  chciałem  tylko 

całkowicie zastosować się do twojej woli. 

Siddy dumnie odrzuciła głowę. 

— Ja dostosuję się do reszty towarzystwa. 

Na  tym  zakończono  rozmowę  i  wszyscy  rozeszli  się,  żeby  się 

przebrać. Frank i Siddy zostali sami. 

— A mnie się  wydaje, Siddy — zaczął  Frank od niechcenia, ale 

pilnie  obserwując  jej  twarz  —  że  panna  Weidner  jest  ci 

niesympatyczna... 

Siddy znów odrzuciła głowę. 

—  Co  tobie  nie  powinno  przeszkodzić  w  uznaniu  jej  za 

sympatyczną! 

Frankowi  drgnęły  usta  —  Siddy  zdradziła  się  tymi  słowami. 

Serce  uderzyło  mu  głośno  i  szybko,  a  kiedy  znaleźli  się  razem  w 

kajucie,  najchętniej  wziąłby  ją  w  objęcia  i  powiedział:  „Siddy, 

kochanie!  Możesz  być  spokojna:  panna  Weidner  jest  mi  co  najmniej 

tak  samo  niesympatyczna  jak  tobie".  Opanował  się  jednak  i 

powiedział: 

— To ładna dziewczyna i chyba niegłupia. ale o sympatii nie ma 

mowy.  Zobaczymy,  jak  się  ta  znajomość  dalej  rozwinie.  Tak  czy 

inaczej, jej ojciec jest znanym człowiekiem interesu, a ja chętnie uczę 

się wszędzie tam, gdzie mogę. 

To Siddy rozumiała, ale raz obudzona zazdrość podszeptywała jej 

co  innego:  „On  tylko  nie  chce  zrezygnować  ze  znajomości  z  panną 

Weidner! A ja nie mogę mieć mu za złe, że tęskni za miłością kobiety. 

background image

Mimo wszystko godzien jest uznania, że okazuje mi tyle  względów". 

Kiedy znalazła się sama w swojej kajucie, przycisnęła obie dłonie do 

serca  i  zapatrzyła  przed  siebie.  Czy  panna  Weidner  jest  tym 

niebezpieczeństwem, którego tak się bała? 

Podeszła  do  lustra,  próbując  porównać  się  z  Anny  Frey  i 

Marianne, zwierciadło ukazało jej tak czarujące odbicie, że odetchnęła 

głęboko.  Z  całą  pewnością  nie  była  brzydsza  niż  tamte  dwie 

dziewczyny.  Czy  powinna  zatem  bez  walki  patrzyć  na  to,  jak  panna 

Weidner robi, co może, żeby zdobyć Franka? Czy tamta wyczuwa, że 

on  nie  kocha  swojej  żony?  Że  ich  małżeństwo  to  zwykła  transakcja 

handlowa?  Ach,  to  wyłącznie  wina  ojca,  który  posłużył  się  nią  jak 

środkiem do osiągnięcia celu! 

Była jednak wciąż żoną Franka, przynajmniej w obliczu prawa i 

w oczach ludzi, i wolno jej było walczyć o swego męża. Nie, nie może 

i  nie  chce  oddać  go  bez  walki  tej  antypatycznej  kobiecie!  Jeśli  była 

bezsilna wobec Franka, to nie była bezsilna wobec tamtej! 

Starannie przejrzała swoje suknie. Na szczęście była zaopatrzona 

w  zestaw  bardzo  gustownych  i  pięknych  toalet,  stanowiących 

właściwą oprawę dla jej urody. Uroda? Czy naprawdę była ładna, czy 

też mówiono jej to tylko z grzeczności? Ale tylu panów ją adorowało i 

podziwiało... Czemu Frank do nich nie należy? 

Nie  wiedziała,  jak  bardzo  mu  się  podoba  i  jak  jest  nią 

zauroczony.  Tego  wieczoru  oniemiał  z  wrażenia,  kiedy  nagle  stanęła 

przed  nim  w  sukni,  której  nie  znał,  zarezerwowanej  na  specjalne 

background image

okazje.  Siddy  wyglądała  w  niej  urzekająco  pięknie.  Policzki 

zaróżowiły się jej lekko z emocji, oczy jaśniały słonecznym światłem. 

—  Wyglądasz  w  tej  sukni  przepięknie,  Siddy!  —  zawołał  na  jej 

widok. 

Przyjęła  te  słowa  jako  dobry  znak,  świadczący,  że  w  walce  z 

panną  Weidner  ma  szansę.  Uśmiechnęła  się  do  niego  z  lekkim  jak 

tchnienie odcieniem kokieterii. 

— Podoba ci się? — spytała obojętnym tonem. 

Frank z trudem doszedł do równowagi. 

— Tak, ta suknia... bo... 

Chciał  powiedzieć:  ,,bo  to  ty  ją  nosisz",  ale  zachował  to  dla 

siebie, głośno zaś powiedział: 

— ...bo jest ci w niej wyjątkowo dobrze. 

W  sali  jadalnej  zastali  już  przy  stole  Partmannów  i  pana 

Weidnera  z  córką.  Jej  oczy  błysnęły  nienawiścią,  kiedy  wszystkie 

spojrzenia  spoczęły  na  pani  Nordau.  Marianne,  ubrana  w  bardzo 

efektowną,  wysmakowaną  toaletę,  posłała  Frankowi  uwodzicielski 

uśmiech,  ale  on,  zajęty  wyłącznie  żoną,  skłonił  się  tylko 

ceremonialnie i natychmiast znów zwrócił się do Siddy. 

Od  tego  wieczoru  zaczęła  się  cicha,  lecz  zawzięta  rywalizacja 

między obiema młodymi paniami, o której poza nimi żywa dusza nie 

wiedziała.  Na  pole  walki  wyprowadzono  wszelką  dostępną  broń  i 

każda  ze  stron  starała  się  pobić  drugą. Marianne  miała  również  dużo 

eleganckich  i  kosztownych  toalet,  ale  ponadto  o  wiele  więcej  cennej 

background image

biżuterii  niż  Siddy,  która  tylko  przy  szczególnych  okazjach  nosiła 

swój naszyjnik z akwamarynem.  

Marianne zaś, błyskając perłami i brylantami, prezentowała jeden 

cenny  klejnot  po  drugim.  Ale  choć  wyglądała  bardzo  pięknie, 

brakowało  jej  tego,  co  rozstrzyga  o  ostatecznym  wrażeniu: 

zniewalającego uroku kobiety czystej i dumnej, która przy wszystkich 

uprzejmościach  i  miłym  obejściu  nigdy  nie  przekracza  granicy 

szlachetnej kobiecości, będącej jej największym czarem. 

Frank  był  bezapelacyjnie  oczarowany  własną  żoną,  a  Marianne 

Weidner  przegrała  kampanię,  zanim  ją  zaczęła,  ale  o  tym  wiedziała 

równie mało jak Siddy. 

Tego  wieczoru  rozmowa  była  trochę  mniej  sztywna  i 

wymuszona.  Partmannowie  odzyskali  dobry  humor,  odkąd  wiedzieli, 

że Nordauowie również uważają powiększenie grona biesiadników za 

dopust  boski,  lecz  że  nie  mają  zamiaru  dać  sobie  zepsuć  nastroju. 

Stary pan Weidner okazał się zresztą przy bliższym poznaniu całkiem 

miłym  kompanem  —  cechował  go  zdrowy  humor  i  bawił  całe 

towarzystwo  swoimi  konceptami.  Ku  cichej  irytacji  córki  obsypywał 

Siddy  najpiękniejszymi,  nieco  patriarchalnymi  komplementami  i 

gratulował  Frankowi  ślicznej  i  czarującej  żony,  która  nieustannie 

wciągał do rozmowy.  

Prawdopodobnie  Marianne  miałaby  to  ojcu  jeszcze  bardziej  za 

złe,  gdyby  nie  dawało  to  jej  zarazem  okazji  do  anektowania  Franka. 

On  zaś  znosił  to  z  wisielczym  humorem,  ale  cały  czas  nie  spuszczał 

oka z żony, która tego wieczoru świadomie walczyła o jego podziw. 

background image

Po  kolacji  całe  towarzystwo  poszło  razem  do  baru,  a  potem  do 

salonu dla muzykujących, gdzie Marianne odegrała Rapsodię Liszta, a 

ponieważ grała nie z nut, lecz z pamięci, cały czas wpatrzona była we 

Franka.  Siddy  stwierdziła  jednak,  że  Frank  nie  mógł  tego  widzieć, 

gdyż siedział za skrzydłem fortepianu, a poza tym w ogóle nie patrzył 

na Marianne. 

Wieczór  się  kończył  i  nadszedł  moment  pożegnań.  Marianne 

urządziła się tak sprytnie, że została z Frankiem na stronie. 

—  Podobała  się  panu  moja  gra?  Jest  pan  jedynym,  który  nie 

powiedział na ten temat ani słowa. 

Frank  skłonił  się  i  rzekł  uprzejmie,  aczkolwiek  z  lekką  nutą 

ironii: 

— Najwyższe uznanie jest nieme. 

Spojrzała na niego kusząco. 

— Czy pan jest muzykalny? 

—  W  sposób  czynny  —  słabo;  w  sposób  bierny  —  żarliwie, 

łaskawa pani. 

— A czy pana żona jest również muzykalna? 

Frank  zawahał  się.  Nie  miał  pojęcia,  czy  Siddy  jest  muzykalna. 

Dotąd nie zastanawiał się nad tym, ale do tego nie mógł się przyznać. 

— Tak, oczywiście, na domowy użytek — odparł szybko. 

Marianne  wywnioskowała  z  tego,  że  przynajmniej  w  tej 

dziedzinie nie musi obawiać się rywalki. Sama uważała się za bardzo 

dobrą  pianistkę,  bo  jej  gra  zawsze  spotykała  się  z  uznaniem. 

background image

Postanowiła  zatem  pognębić  Siddy  przy  następnym  spotkaniu  w 

salonie muzycznym. 

Frank  jak  zawsze  odprowadził  żonę  do  drzwi  jej  pokoju, 

pocałował  ją  w  rękę  i  życzył  dobrej  nocy.  Siddy  pożegnała  go 

uśmiechem, który tego wieczoru nie był tak chłodny jak zawsze. Na to 

Frank  ponownie  złożył  pocałunek  na  jej  dłoni  —  tym  razem  bardzo 

gorący i trwający dłużej niż zwykle. 

Siddy zarumieniła się i szybko zniknęła za drzwiami. 

 

IX 

Następnego  wieczoru  Marianne  Weidner  zręcznie  zaaranżowała 

kolejne  spotkanie  w  salonie  muzycznym.  Postanowiła  najpierw  sama 

zabłysnąć  grą  na  fortepianie,  a  potem  sprowokować  Siddy  do 

występu,  gdyż  była  pewna,  że  jej  umiejętności  w  tej  dziedzinie  są 

nader mierne. 

Kiedy  więc poproszono pannę Weidner, żeby coś zagrała, zdjęła 

z  uśmiechem  bransolety  z  rąk  i  zasiadła  do  fortepianu.  Zaczęła  od 

nokturnu  i  Walca  minutowego  Chopina,  a  zakończyła  Zaproszeniem 

do tańca Webera. Siddy słuchała jej z prawdziwym uznaniem, bo jeśli 

nawet  w  grze  Marianne  brak  było  głębi,  godne  podziwu  było  to,  że 

grała  bez  nut.  Po  występie  podziękowała  słuchaczom  za  burzliwy 

aplauz i podeszła do Siddy. 

—  A  teraz  na  panią  kolej!  Pan  Nordau  zdradził  mi,  że  jest  pani 

ogromnie muzykalna. 

background image

Siddy  rzuciła  mężowi  pytające  spojrzenie.  Zaintrygowało  ją, 

kiedy  panna  Weidner  miała  okazję  rozmawiać  z  Frankiem  na  ten 

temat  —  w  jej  obecności  nigdy  nie  było  o  tym  mowy;  tego  była 

pewna  —  a  poza  tym,  skąd  Frank  w  ogóle  wiedział  cokolwiek  o  jej 

umuzykalnieniu.  Przy  nim  przecież  nigdy  ani  nie  grała,  ani  nie 

śpiewała.  Siddy  była  bowiem  nie  tylko  dobrą  pianistką,  mimo  że 

prawie  nie  grywała  z  pamięci,  ale  także  dobrze  wyszkoloną 

pieśniarką.  Swoje  muzyczne  talenty  kultywowała  jednak  prawie 

wyłącznie  w  ścisłym  gronie  rodzinnym  —  nie  lubiła  mieć  wielu 

słuchaczy, gdyż musiała wtedy pokonywać swoje zahamowania. 

Frank  był  najwyraźniej  zaambarasowany  jej  pytającym 

spojrzeniem,  ona  jednak  wytłumaczyła  sobie  jego  niepewność  czym 

innym. Pomyślała, że spotkał się z panną Weidner potajemnie i wtedy 

rozmowa  zeszła  na  temat  muzycznych  zamiłowań  jego  żony.  Łowiła 

jego  wzrok,  szukając  potwierdzenia  domysłów.  Instynktownie 

wyczuwała,  że  Marianne  szykuje  się  do  zadania  jej  ciosu.  To  jednak 

tylko rozbudziło w niej wolę walki. Panna Weidner zdziwi się! 

Nadeszła  chwila,  w  której  Siddy  mogła  pokazać,  na  co  ją  stać. 

Spokojnie zwróciła się do męża: 

— Co wolisz: żebym coś zagrała, czy zaśpiewała? 

Frank  zdumiał  się,  ale  zanim  zdobył  się  na  odpowiedź,  reszta 

towarzystwa jednogłośnie orzekła: 

— Prosimy o jedno i o drugie! 

Frankowi pozostało tylko skłonić się na znak aprobaty i czekać w 

napięciu  na  to,  co  nastąpi.  Zorientował  się  od  razu,  że  Siddy  mogła 

background image

wytłumaczyć  sobie  słowa  panny  Weidner  całkiem  opacznie, 

podejrzewając  ich  o  spotkanie  na  osobności;  domyślił  się  też,  że 

panna  Weidner  chce,  żeby  Siddy  poniosła  porażkę.  Zrozumiał 

ponadto,  że  Siddy  może  być  o  tamtą  zazdrosna.  Frank  nie  był 

zarozumialcem,  ale  postępowanie  panny  Weidner  przekonało  go,  że 

jest  obiektem,  którym  pragnie  ona  zawładnąć.  Należało  więc  okazać 

maksymalną  powściągliwość,  żeby  utrzymać  ją  w  koniecznych 

ryzach. 

Siddy  odpowiedziała  miłym  uśmiechem  na  tę  ogólną  zachętę  i 

zanim Frank zebrał się w sobie, żeby podprowadzić ją do fortepianu, 

uprzedził go w tym pewien młody człowiek, który należał do grona jej 

najbardziej  zagorzałych  admiratorów.  Siddy  czuła,  że  ma  serce  w 

gardle,  ale  przyjęła  ramię  młodego  człowieka,  który  również 

zaofiarował  się  akompaniować  jej  do  śpiewu.  Podziękowała 

młodzieńcowi i wertując nuty, powiedziała: 

—  Najpierw  coś  zagram,  a  potem  będę  bardzo  wdzięczna,  jeśli 

zechce mi pan akompaniować do kilku pieśni. 

—  Łaskawa pani,  to  ja jestem  wdzięczny  i  dumny,  że  obdarzyła 

mnie pani zaufaniem. 

Siddy  wybrała  nuty,  usiadła  przy  fortepianie  i  zwróciła  się  do 

siedzącej nieopodal Marianne: 

— Bierze pani całkowitą odpowiedzialność za mnie, jeśli poniosę 

fiasko — powiedziała z uśmiechem. 

Frank,  który  słyszał  te  słowa,  wyczuł  w  nich  zapowiedź  walki. 

Spojrzał  w  twarz  żony  —  była  trochę  blada,  ale  z  jej  oczu  bił  blask. 

background image

Zajął  miejsce,  z  którego  widział  dobrze  Siddy,  a  jednocześnie  mógł 

obserwować Marianne, i z ogromnym napięciem oczekiwał występu. 

Siddy  położyła  delikatnie  dłonie  na  klawiaturze  i  odczekała 

chwilę,  dopóki  się  nie  uciszyło,  a  potem  zaczęła  grać.  Najpierw 

zagrała  pełne  słodyczy  Allegro  moderato  Schumanna,  które 

natychmiast  podbiło  słuchaczy  i  przykuło  ich  uwagę.  Marianne 

Weidner, która siedziała z drwiąco-współczującą miną, wyprostowała 

się raptownie i wpatrzyła w Siddy.  

Ale  najbardziej  zafascynowany  był  Frank,  który  przeżywał 

kolejne  zaskoczenie.  Zanim  zaręczył  się  z  Siddy,  uważał  jej 

osobowość  za  mało  wyrazistą,  ale  potem  był  szczerze  zdumiony, 

kiedy przekonał się, że jest inteligentna, rozumna i pełna uroku. Teraz 

z  kolei  odkrył,  że  jest  na  wskroś  muzykalna  i  wykazuje  godne 

podziwu zrozumienie muzyki, a jej gra jest głęboko uduchowiona. 

Frank  był  coraz  bardziej  zdumiony.  Nie  uszło  przy  tym  jego 

uwagi,  że  gra  Siddy  była  dla  Marianne  jawnie  niemiłym 

zaskoczeniem,  ale  potem  przestał  ją  obserwować.  Nie  spuszczając 

teraz  oczu  z  Siddy,  chłonął  całą  duszą  dźwięki  fortepianu.  Jeszcze 

mocniej  pogrążył  się  w  słuchaniu  Sonaty  księżycowej  Beethovena, 

którą Siddy zagrała po entuzjastycznym przyjęciu pierwszego utworu.  

Frank  nie  mógł  wyjść  z  podziwu,  jak  znakomicie  Siddy 

opanowała  to  dzieło  wielkiego  kompozytora.  Pod  jej  palcami 

fortepian jak gdyby  zanosił się żalem i skargą, potem dźwięki sonaty 

rozbrzmiały  błaganiem  i  pokusą,  aż  wreszcie  w  głębokim  spokoju 

przeszły w pełne harmonii zakończenie. 

background image

Frank  siedział  bez  ruchu  jak  zaczarowany,  tylko  jego  oczy 

płonęły, wpatrując się w skupioną twarz żony, która w tym momencie 

wydawała mu się dojrzalsza, bardziej surowa. Miał wrażenie, że są na 

tej sali zupełnie sami i że ona przemawia swą muzyką tylko do niego. 

I  w  tym  był  bardzo  bliski  prawdy.  Siddy  grała  tylko  dla  niego, 

wyzwalała  w  dźwiękach  fortepianu  wszystkie  udręki,  których  on  był 

przyczyną, żarliwie o jego miłość, której sama nie mogła mu okazać. 

I tak jak Frank ocknęła się niby ze snu, kiedy rozległy się oklaski. 

Zasypano  ją  mnóstwem  miłych,  serdecznych  komplementów,  a 

młodzieniec,  który  zaofiarował  się  akompaniować  jej  do  śpiewu, 

wprost nie znajdował słów, żeby wyrazić swój podziw. Frank pozostał 

na swoim miejscu, nie podszedł do Siddy. Serce miał ciężkie i czuł, że 

w danym momencie nie włada sobą. 

Marianne  Weidner  przeżywała  porażkę,  gdyż  aplauz,  który 

zgotowano  Siddy,  był  o  wiele  gorętszy  i  serdeczniejszy  niż  ten,  z 

którym ona się spotkała. 

Do  Siddy  ponownie  podszedł  akompaniator  i  razem  zaczęli 

przeglądać  wybrane  przez  nią  nuty.  Wymienili  przy  tym 

przyciszonym  tonem  parę  zdań,  co  wywołało  nagły  niepokój  Franka. 

Siddy  zauważyła,  że  mąż  nie  wyraził  jej  swego  uznania  ani  jednym 

słowem.  Co  to  oznaczało?  Obojętność  czy  też  irytację,  że  panna 

Weidner  pozostała  w  cieniu?  Siddy  pewna  była,  że  w  grę  wchodzi 

osoba  rywalki;  odruch  zazdrości,  któremu  uległa,  skierował  jej 

podejrzenia na fałszywy trop.  

background image

Trzeba jednak było skoncentrować się na występie. Siddy stanęła 

w  niewymuszonej,  pełnej  wdzięku  pozie  obok  fortepianu  i  lekkim 

skinieniem głowy dała znak akompaniatorowi, że jest gotowa. Już po 

pierwszych  taktach,  które  wyszły  spod  palców  młodzieńca,  można 

było poznać, że jest to doskonały muzyk, umiejący dostosować się do 

solisty. 

Siddy  zaczęła  śpiewać  Pieśń  Sohejgi  Griega  z  takim 

wewnętrznym  żarem,  że  Franka  przeszył  dreszcz,  a  pragnienie  jej 

miłości  stało  się  wręcz  bolesne.  Kiedy  zaś  w  pewnej  chwili  przy 

słowach:  „I  wiernie  trwam,  zawsze  twoja",  spojrzała  na  niego 

przelotnie,  miał  uczucie,  że  zamarło  w  nim  serce.  Siddy  nie  zdawała 

sobie  sprawy,  że  zdradziły  ją  oczy  i  że  w  tym  krótkim  jak  mgnienie 

spojrzeniu zawarte było błaganie. 

Frank  nie  wiedział,  co  się  z  nim  dzieje;  miał  ochotę  podbiec  do 

niej,  porwać  ją  w  objęcia  i  nie  zważając  na  otaczających  ich  ludzi, 

krzyknąć  głośno:  „Tak,  jesteś  moja,  tylko  moja!  Kocham  cię, 

najmilsza,  ubóstwiana  dziewczyno!"  A  tymczasem  siedział  jak 

sparaliżowany  i  nie  spuszczając  z  niej  oka,  razem  z  cudownymi 

tonami pieśni chłonął jej rozświetlony obraz. 

I  znowu  Siddy  zebrała  gorące,  długotrwałe  oklaski,  za  które 

podziękowała  ciepłym  uśmiechem.  Na  zakończenie  zaśpiewała 

jeszcze  Dedykację  Schumanna.  Ta  pieśń  była  jej  kolejnym  wielkim 

triumfem. Mimo nalegań i próśb wybroniła się od bisowania, gdyż na 

tym chciała zakończyć dzisiejszy występ. 

background image

Kiedy  ogólne  poruszenie  trochę  się  uspokoiło,  podeszła  do  niej 

Marianne Weidner. 

— Łaskawa pani zaskoczyła mnie swoim występem. Nie miałam 

pojęcia,  że  jest  pani  taką  wielką  artystką  —  powiedziała  z 

wymuszonym uśmiechem. 

Siddy  pomyślała,  że  gdyby  panna  Weidner  z  góry  o  tym 

wiedziała,  z  całą  pewnością  nie  zaprosiłaby  jej  do  muzykowania. 

Przemilczała to jednak wielkodusznie i odparła uprzejmie: 

— Zawstydza mnie pani, nazywając wielką artystką. 

—  Ale  jest  nią  pani!  Znam  się  na  tyle  na  muzyce,  żeby  móc  to 

ocenić  —  odparła  panna  Weidner  porywczo.  —  Nie  oczekiwaliśmy 

tego,  gdyż  pan  Nordau  zapewniał  mnie,  że  jest  pani  muzykalna  w 

stopniu wystarczającym na domowy użytek. 

W jej oczach było przy tym tyle złośliwości, że Siddy nie mogła 

powstrzymać się od repliki: 

— Gdyby nie to, zapewne nie zapraszałaby mnie pani tak usilnie, 

prawda?  Ale  żeby  uspokoić  panią  co  do  opinii  mego  męża,  muszę 

wyznać,  że  nie  miał  on  dotąd  żadnej  okazji  do  słuchania  mojej  gry  i 

śpiewu.  Zresztą  muzykuję  wyłącznie  w  ścisłym  gronie  rodzinnym,  a 

od dnia zaręczyn nie miałam jeszcze na to czasu. 

—  To  bardzo  interesujące!  A  zatem  małżonek  miał  radosną 

niespodziankę, słuchając pani dzisiaj! 

— Tak. I do tej niespodzianki bardzo się pani przyczyniła. Pytała 

go  pani  wczoraj,  czy  jestem  muzykalna,  on  zaś  nie  chciał  zapewne 

zdradzić  się  z  tym,  że  dotychczas  jeszcze  nie  mógł  ocenić  moich 

background image

muzycznych  uzdolnień  —  wyjaśniła  Siddy,  chcąc  w  dyplomatyczny 

sposób dowiedzieć się, kiedy Frank rozmawiał z panną Weidner na jej 

temat. 

—  Rzeczywiście,  spytałam  go  o  to  wczoraj  wieczorem,  kiedy 

wszyscy  wychodziliśmy  stąd,  a  on  mówił  mi  różne  miłe  rzeczy  o 

mojej grze. 

Siddy  poczuła,  że  wzbiera  w  niej  ból.  Tamtej  więc  prawił 

komplementy, a jej nie powiedział ani słowa... 

— Zasłużyła pani na wszystkie słowa uznania. Uważam za rzecz 

bajeczną,  że  gra  pani  z  pamięci;  ja  tego  nie  potrafię  —  odparła 

uprzejmie. 

W  tym  miejscu  pan  Weidner  przerwał  im  rozmowę,  mówiąc  do 

córki,  że  chciałby  już  udać  się  na  spoczynek.  Raz  jeszcze  wyraził 

Siddy wdzięczność za cudowny wieczór i pożegnał całe towarzystwo, 

które powoli zaczęło się rozchodzić.  

Frank i Siddy też w końcu wyszli. Kiedy znaleźli się już u siebie 

Frank przystąpił do niej, ujął jej dłoń i powiedział całkowicie podbity 

i pokonany: 

—  Siddy,  dlaczego  nic  nie  wiedziałem,  że  jesteś  wspaniałą 

artystką? Dlaczego dane mi było przekonać się o tym dopiero dzisiaj, 

razem  z  tymi  wszystkimi  obojętnymi  ludźmi?  Uwierz  mi,  byłem  tak 

zbity  z  tropu,  że  nie  mogłem  wydobyć  z  siebie  słowa;  nie  umiałem 

powiedzieć  ci,  co  czułem  podczas  twego  występu.  Twój  sposób 

muzykowania  jest  zachwycający  i  całkowicie  zgadza  się  z  moim 

pojmowaniem  muzyki.  Nie  zdajesz  sobie  sprawy,  jak  bardzo 

background image

poruszyła  mnie  twoja  gra  i  twój  śpiew.  Czy  mogę  ci  za  to 

podziękować, skoro nareszcie jesteśmy sami? 

Siddy mieniła się na twarzy, a jej dłoń drżała w jego rękach. 

— Cieszę się, że mój występ nie był ci niemiły i uciążliwy, czego 

się obawiałam, bo nie powiedziałeś mi po zakończeniu ani słowa. 

—  Nie  mogłem;  nie  byliśmy  sami.  Chciałbym  częściej  czerpać 

radość  z  twojej  gry  i  śpiewu...  najlepiej,  gdybyśmy  mogli  być  wtedy 

całkiem sami. 

Siddy stanęła w płomieniach. 

—  Musisz  mi  tylko  powiedzieć,  że  chcesz  mnie  posłuchać;  bez 

zachęty nigdy nie gram ani nie śpiewam. 

— Będę o tym pamiętał. 

— Dobranoc, Frank — pożegnała go skinieniem. — Chciałabym 

już pójść i odpocząć. 

Frank przytrzymał jej dłoń. 

—  Siddy,  czy  między  nami  nie  może  być  wszystko  dobrze?  — 

spytał nagle i spojrzał na nią rozpłomieniony. 

Jak zawsze, kiedy serdeczność Franka zaczynała przełamywać jej 

opory, obudziła się w Siddy obawa, że przemawia przez niego jedynie 

poryw zmysłów. Nie odpowiadając na pytanie, wyrwała się i spiesznie 

weszła do swego pokoju. 

— Już dobrze, Frank! Dobranoc! — zawołała zamykając drzwi. 

Spojrzał  zniechęcony  i  ciężko  westchnął,  nie  podejrzewając,  że 

Siddy jak zwykle słucha z wytężoną uwagą i uchem przyciśniętym do 

drzwi. Jak ją przekonać o swej miłości, skoro każdą najmniejszą próbę 

background image

odrzuca  z  taką  dumą  i  niechęcią?  Na  energiczniejsze  działania  nie 

mógł  się  zdobyć,  choć  czasem  myślał,  że  najlepiej  byłoby  objąć  ją 

mocno, pocałować i powiedzieć: „Kocham cię i wiem, że ty też mnie 

kochasz.  Zapomnijmy  o  wszystkim,  co  było,  mając  tę  szczęśliwą 

pewność". Służył jej przecież tak wiernie i z takim oddaniem!  Kiedy 

nareszcie zauważy, jak bardzo przeobraziły się jego uczucia? 

Położył  się  na  swoim  legowisku,  a  wtedy  znów  naszło  go 

wspomnienie  śpiewanych  przez  nią  pieśni.  Na  myśl  o  jej  spojrzeniu 

przy  słowach  Solvejgi:  „I  wiernie  trwam,  zawsze  twoja",  krew 

uderzyła mu do głowy. Tym spojrzeniem Siddy się odsłoniła. On więc 

także powinien wiernie trwać mimo przykrości i upokorzeń. 

Postanowił  cierpliwie  czekać  i  zrobić  wszystko,  żeby  na  nowo 

obdarzyła go zaufaniem. 

 

Nazajutrz,  kiedy  Frank  wrócił  z  basenu  kąpielowego,  drzwi  od 

pokoju  Siddy  były  otwarte  —  znak,  że  już  wyszła  i  czeka  przy 

śniadaniu.  Szybko  doprowadził  się  do  porządku  i parę  minut później 

wszedł  do  jadalni.  Przy  ich  stole  stał  kapitan  statku.  Frank  zauważył 

po drodze, że morze jest niespokojne, a niebo pokryte grubą warstwą 

chmur. 

Pozdrowiwszy żonę i kapitana, spytał: 

—  Jak  tam,  panie  kapitanie?  Chyba  pogoda  się  nam  psuje, 

prawda? 

—  Właśnie  mówiłem  pańskiej  żonie,  że  wkrótce  możemy 

oczekiwać  burzy.  To  zapowiada  zawsze  sztorm  i  niepogodę,  ale 

background image

trwają one na ogół krótko. Pańska żona obiecała mi, że będzie bardzo 

dzielna.  No,  nie  przeszkadzam  państwu  dłużej.  Niech  pan  dla 

pewności zje solidne śniadanie, bo potem apetyt może panu trochę nie 

dopisać.  A  przy  okazji:  wiele  słyszałem  od  pasażerów  o  wspaniałym 

koncercie łaskawej pani; bardzo żałuję, że nie mogłem na nim być. 

Po odejściu kapitana Frank powiedział śmiejąc się do żony: 

— Sama widzisz, Siddy, że stałaś się na statku sławą. 

Uśmiechnęła się swobodnie i odparła: 

—  Wiem  dobrze,  co  myśleć  o  tego  rodzaju  komplementach;  to 

takie  miłe  towarzyskie  kłamstewka,  którymi  często  sami  się 

posługujemy.  Panna  Weidner  może  oczekiwać  takiego  samego 

uznania. 

— Na miły Bóg — zaprotestował gorąco — nie porównuj swojej 

sztuki z jej bezdusznymi, brawurowymi kawałkami! 

Spojrzała  na  niego  uważnie  i  zbuntowała  się  wewnętrznie. 

Uważał  tak  rzeczywiście  czy  też  nie  chciał  dać  po  sobie  poznać,  że 

podziwia grę panny Weidner? 

—  Mimo  wszystko  nawet  takie  brawurowe  kawałki,  jak  je 

nazywasz, wymagają ogromnej wprawy i dla nikogo nie byłoby łatwe 

dorównać jej w tym. 

Te  słowa  uznania  wymogło  na  Siddy  jej  wrodzone  poczucie 

sprawiedliwości. 

—  Być  może.  Pewnie  nie  umiem  tego  ocenić.  W  każdym  razie 

twoja gra bardziej chwyta za serce. Ale ja tak czy owak zblamowałem 

się przed panną Weidner. Kiedy pytała mnie przedwczoraj wieczorem, 

background image

dlaczego  nie  powiedziałem  ani  słowa  o  jej  grze,  chciałem  jakoś 

naprawić ten brak uprzejmości i powiedziałem, że najwyższe uznanie 

odbiera  mowę.  No  bo  co  można  odpowiedzieć  na  takie  wytknięcie 

winy  z  zaniechania?  Ja  naprawdę  nie  uważam  jej  gry  za  tak  piękną, 

żebym sam z siebie obsypywał ją pochwałami.  

Ale  najgorsze  nastąpiło  potem,  kiedy  zapytała  mnie,  czy  ty 

również  jesteś  muzykalna.  Możesz  sobie  wyobrazić,  w  jakich  byłem 

opałach.  W  ogóle  nie  wiedziałem,  co  odpowiedzieć.  Chciałem 

wykręcić  się  jakąś  zdawkową  uwagą  i  w  końcu  powiedziałem,  że 

grasz wystarczająco dobrze na domowe potrzeby. Tak więc po twoim 

wczorajszym  sukcesie  panna  Weidner  musiała  mnie  uznać  za 

skończonego kołtuna. 

W  tej  chwili  na  sali  pojawił  się  pan  Weidner  z  córką.  Marianne 

wyglądała  na  bardzo  niezadowoloną:  cierpiała  jeszcze  z  powodu 

wczorajszej przegranej, której nie mogła Siddy wybaczyć, a poza tym 

była  podenerwowana  nadciągającą  burzą.  Ale  zobaczyła  Franka  i 

mina  jej  się  rozjaśniła,  a  kiedy  powitał  ją  jak  zawsze  grzecznie  i 

uprzejmie,  rzuciła  mu  zaborcze  spojrzenie,  które  mogło  utwierdzić 

Siddy  w  przekonaniu,  że  między  nią  a  Frankiem  istnieje  potajemne 

porozumienie.  Siddy  odwróciła  twarz,  a  Frank  w  ogóle  nie  zauważył 

spojrzenia panny Weidner. 

Ona  wszakże  zauważyła  nagle  zaróżowienie  czoła  Siddy  i 

przeżyła  chwilę  triumfu.  Jeśli  nie  będzie  mogła  zdobyć  Franka 

Nordaua  dla  siebie,  chciałaby  przynajmniej  zniszczyć  szczęście 

młodej pary! Ale na razie nie rezygnowała z niczego! Jak zawsze, gdy 

background image

czegoś nie mogła mieć, jej pragnienie tylko wzrastało, i dlatego z dnia 

na dzień była coraz bardziej we Franku zakochana. 

Teraz wciągnęła go w jakąś rozmowę, rzucając mu coraz bardziej 

porozumiewawcze  spojrzenia,  co  nie  mogło  ujść  uwadze  Siddy  ale 

czego  Frank  i  tym  razem  nie  zauważył,  wpatrzony  ponad  głową 

Marianne  w  okno,  za  którym  widać  było  zbierające  się  na  niebie 

ciemne chmury. 

Siddy  jednak  sądziła,  że  Frank  musi  widzieć  te  spojrzenia,  i 

boleśnie urażona zastanawiała się, czy on odpowiada na nie w równie 

konspiracyjny sposób. 

—  Wyjdę  na  pokład  —  powiedziała  tak  spokojnie,  jak  było  to 

możliwe,  po  czym  pożegnawszy  towarzystwo  lekkim  skinieniem, 

ruszyła w stronę wyjścia. 

Ale Frank dogonił ją, zanim dotarła do drzwi. 

— Przecież nie możesz wyjść w tej lekkiej sukni, Siddy! 

Zwróciła ku niemu pobladłą twarz. 

— Muszę zaczerpnąć świeżego powietrza. 

—  Więc  zostań  tu  i  poczekaj,  dopóki  nie  przyniosę  ci  ciepłego 

płaszcza.   

Powiedział  to  tak  spokojnie  i  stanowczo,  że  stanęła  posłusznie 

przy  schodkach  na  korytarzu.  Zajrzała  przez  okno  do  sali  jadalnej  i 

stwierdziła, że Marianne znów wygląda na poirytowaną i rozstrojoną. 

Sprawiło jej to pewną satysfakcję. 

Kiedy  Frank  wrócił,  była  już  całkiem  opanowana.  On  zaś 

troskliwie otulił ją płaszczem i wziął jej dłoń pod pachę, gdyż w tym 

background image

właśnie  momencie  statek  tak  gwałtownie  zakołysał  się  na  falach,  że 

Siddy straciła równowagę. 

— Może być bardzo ruchliwie, Siddy. Będziesz dzielna? 

— W każdym razie mam taki zamiar — odparła uśmiechając się. 

— Miejmy nadzieję, że nie będzie tak źle. Nie przeżyłaś jeszcze 

nigdy sztormu? 

— Nie, to moja pierwsza podróż morzem. 

— Lękasz się? 

W pierwszym odruchu chciała odpowiedzieć: „Nie, bo jesteś przy 

mnie", ale to nie przeszłoby jej przez usta. 

—  Na  razie  jeszcze  nie.  To  kołysanie  wydaje  mi  się  nawet 

przyjemne,  bo  przypomina  huśtawkę,  moją  ulubioną  zabawę  w 

dzieciństwie. 

Wyszli  na  pokład,  gdzie  wiatr  ogarnął  ich  z  taką  siłą,  że  Siddy 

frunęła w objęcia Franka. 

—  Hopla!  Tu  rzeczywiście  jest  ruchliwie!  —  Siddy  chciała 

obrócić swoje zakłopotanie w żart. 

Frank  skwapliwie  wykorzystał  wspaniałą  okazję  i  objął  ją 

ramieniem,  prowadząc  w  stronę  relingu.  Oparli  się  oboje  o  burtę  i 

wpatrzyli  w  coraz  wyższe  fale.  Błyskawice  zaczęły  rozdzierać 

chmury. 

Na pokładzie pojawili się Partmannowie. 

—  Dzień  dobry  państwu!  Zapowiada  się  chyba  wesoły  dzionek! 

— zawołał pan Partmann, usiłując przekrzyczeć wiatr. 

background image

Cała czwórka zaczęła wśród śmiechów balansować po pokładzie. 

Nie  trwało  to  jednak  długo,  gdyż  morze  robiło  się  coraz  bardziej 

niespokojne i wkrótce Partmannowie oddali pole. Statek kołysał się na 

falach  niczym  zabawka.  Siddy  nigdy  by  nie  przypuszczała,  że  taki 

kolos  może  być  miotany  w  różne  strony  na  zmianę.  Ale  było  to 

zarazem  wspaniałe  widowisko,  gdy  zwały  chmur  powoli  opuszczały 

się  na  coraz  wyżej  wznoszące  się  fale.  Z  daleka  dochodziły  odgłosy 

grzmotów. 

— Może też wolałabyś wrócić do środka, Siddy? — spytał Frank 

troskliwie. 

— Raczej  nie.  Chętnie jeszcze zostanę.  Tu jest  tak  pięknie! — 

westchnęła. — Oczywiście, jeśli tobie nie zrobi to różnicy. 

Frank roześmiał się. 

—  Przy  takiej  pogodzie  wolę  być  na  pokładzie.  Tutaj 

przynajmniej jest swobodnie. 

Pozostali  więc  oboje,  a  że  mieli  na  sobie  nieprzemakalne 

płaszcze,  mogli  stawić  czoła  wietrznej  pogodzie.  Zrobiło  się  nawet 

zabawnie, gdy przechyły statku przeganiały ich z jednego miejsca na 

drugie.  Frank  był  poza  tym  uszczęśliwiony,  że  może  ciągle  trzymać 

Siddy w objęciach. 

Na chwilę wychynęła na pokład także panna Weidner pod opieką 

ojca.  Z  wściekłością  popatrzyła  na  Franka  i  Siddy  opartych  o  reling, 

dokąd  właśnie  zagnał  ich  kolejny  podmuch  wiatru.  Frank  obejmował 

przy  tym  żonę  serdecznym  gestem,  więc  Marianne  postanowiła 

podejść do nich i zakłócić im te czułości. Do tego jednakże nie doszło, 

background image

gdyż gwałtowne uderzenie wiatru rzuciło ją z powrotem w opiekuńcze 

ramiona ojca. A kiedy zaraz potem zalała ją fala wody, Marianne dała 

za wygraną i — poszkodowana nieco przez żywioły — umknęła. 

Morze robiło się groźne. Sztorm uderzał coraz zacieklej, w końcu 

także Frank i Siddy musieli opuścić pokład. Frank podziwiał z całego 

serca żonę, gdyż tylko niewiele kobiet zachowałoby się w tej sytuacji 

równie  dzielnie  i  odważnie  jak  ona.  Większa  część  pasażerów 

cierpiała  już  na  morską  chorobę  i  kiedy  młoda  para  szła  do  siebie 

korytarzem,  śmiejąc  się  i  zataczając  na  boki  pan  Weidner  właśnie 

prowadził córkę, zmuszoną do złożenia trybutu Neptunowi. 

Siddy  zapomniała  o  niechęci  do  rywalki  i  chciała  jej  jakoś 

pomóc,  ale  pan  Weidner  podziękował.  Również  Frank  popatrzył  ze 

współczuciem,  gdyż  prawdziwy  mężczyzna  nie  umie  spokojnie 

przejść obok, kiedy kobieta cierpi. Siddy pochwyciła to spojrzenie i w 

duchu  zadała  sobie  pytanie:  „Którą  z  nas  ratowałby  wpierw  w  razie 

niebezpieczeństwa — ją czy mnie?", ale natychmiast zawstydziła się. 

Pytanie  wydało  jej  się  idiotyczne,  niemniej  jednak  długo  nie  dawało 

jej spokoju. 

Sztorm był coraz gwałtowniejszy. W ciągu dnia przybrał na sile, 

a  pod  wieczór,  kiedy  burza  już  mijała,  uderzał  najmocniej.  Pokład 

zasypał grad. Tylko niewielu pasażerów oparło się morskiej chorobie i 

przychodziło na posiłki do jadalni — między nimi zaś Frank i Siddy, 

którym sztorm nie zaszkodził. 

W  nocy  zrobiło  się  spokojniej,  a  rano  pokazało  się  słońce. 

Pojawiało  się  też  coraz  więcej  pasażerów.  Większość  z  nich 

background image

wyglądała  mizernie,  była  niewyspana  i  nie  miała  apetytu  podczas 

śniadania,  w  ciągu  dnia  jednak  wszyscy  przyszli  do  siebie.  Po 

południu  zjawiła  się  na  herbacie  także  panna  Weidner.  Dobrała 

starannie toaletę i nałożyła trochę różu, ponieważ uznała, że wygląda 

bardzo  kiepsko.  Wsparta  na  ramieniu  ojca  podeszła  do  siedzących 

przy stole Nordauów i Partmannów i zajęła swoje miejsce. 

Towarzystwo  pytało  ją  o  samopoczucie  i  uprzejmie  wyrażało 

swoje  ubolewanie.  Kiedy  jednak  Marianne  zorientowała  się,  że  ani 

Frank, ani Siddy nie ucierpieli od morskiej choroby, a przeciwnie: są 

rozbawieni  sztormowym  kołysaniem,  ogarnęła  ją  złość.  Uznała 

zapewne,  że  odporność  Siddy  na  morskie  przypadłości  jest  jej 

bezprawnym przywilejem. 

Postanowiła zemścić się na niej i po wypiciu herbaty zwróciła się 

do Franka z prośbą, aby trochę z nią pospacerował. 

 —  Papa  jest  wykończony.  Niech  pan  się  poświęci,  proszę,  i 

pójdzie mną na górę, jeśli pańska żona pozwoli. 

Frank  spojrzał  w  stronę  Siddy  i  zauważył,  że  zmieniła  się  na 

twarzy, ale szybko zapanowała nad sobą i powiedziała obojętnie: 

— Jeśli ma to ode mnie zależeć, panno Weidner, to nie mam nic 

przeciwko temu. 

Frankowi  nie  pozostało  nic  innego,  jak  wstać  i  zaofiarować 

pannie  Weidner  ramię.  Pan  Weidner  zaczął  wprawdzie  dowodzić,  że 

czuje  się  już  całkiem  dobrze  i  może  sam  pójść  z  córką,  ale  Frank 

uprzejmie zaprotestował, nie zdając sobie sprawy, że zadał tym Siddy 

ból. 

background image

Marianne  rzuciła na  odchodnym  triumfujące  spojrzenie  w  stronę 

Siddy,  którą  kosztowało  sporo  wysiłku,  żeby  pozostać  na  miejscu  i 

prowadzić  spokojną  rozmowę  z  resztą  towarzystwa.  Z  bijącym 

niespokojnie  sercem  patrzyła,  jak  panna  Weidner,  ciasno  przytulona 

do  boku  Franka,  mówi  coś  do  niego  z  ożywieniem  i  ciągle  zerka 

wstecz, jak gdyby chcąc się upewnić, że Siddy nie podsłuchuje. W ten 

sposób Marianne dawała wszystkim do zrozumienia, że między nią a 

Frankiem panuje szczególnie poufna atmosfera. 

Nikt jednak nie zwracał na to uwagi, a Frank oczywiście też nie 

miał  pojęcia,  na  jakie  męki  zazdrości  wystawia  żonę.  Podczas  kiedy 

on  chcąc  nie  chcąc  towarzyszył  pannie  Weidner,  odpierając  w 

zdecydowany  sposób  czynione  mu  znów  niedwuznaczne  awanse,  do 

Siddy  podszedł  jej  akompaniator  z  przedwczorajszego  koncertu. 

Młody  człowiek  spytał  ją  uprzejmie,  jak  się  czuje,  czy  bardzo 

cierpiała podczas sztormu, a także czy można mieć nadzieję, że znów 

coś  zaśpiewa.  Siddy  odparła,  że  nie  wie,  czy  wśród  znajdujących  się 

na miejscu nut są jeszcze jakieś z jej repertuaru. 

—  Może  zatem  moglibyśmy  pójść  do  salonu  muzycznego  i 

przejrzeć razem nuty? — spytał usłużnie. 

—  Tak,  tak!  Niech  nam  pani  zrobi  przyjemność  i  zaśpiewa  coś 

wieczorem! — prosili na wyprzódki Partmannowie. 

Pan  Weidner  również  dołączył  się  do  próśb,  więc  Siddy  w 

towarzystwie akompaniatora poszła do salonu. Znaleźli tam sporo nut 

różnych utworów odpowiednich do pełnego, łagodnego mezzosopranu 

Siddy.  Młody  człowiek,  który  zdążył  jej  powiedzieć  mnóstwo 

background image

gorących  komplementów  na  temat  jej  śpiewu  i  gry  na  fortepianie, 

odłożył  nuty  wybrane  na  dzisiejszy  wieczór  i  odprowadził  Siddy  do 

jadalni. 

Tymczasem  Frank  wrócił  już  z  Marianne  i  z  niezadowoleniem 

stwierdził, że Siddy gdzieś znikła. 

—  Pyta  pan  o  nią  z  takim  lękiem,  jakby  ktoś  mógł  ukraść  panu 

żonę  ze  statku  —  powiedziała  Marianne  z  przekąsem,  zirytowana 

chłodnym traktowaniem jej przez Franka. 

Ledwo  słysząc,  co  do  niego  mówi,  zaczął  rozglądać  się  dokoła. 

Pani Partmann, widząc jego niepokój, powiedziała ze śmiechem: 

—  Zaraz  wróci;  jest  w  salonie  muzycznym.  Jej  akompaniator 

prosił,  żeby  coś  zaśpiewała  wieczorem,  my  dołączyliśmy  się  do  tej 

prośby, więc poszła szukać potrzebnych nut. 

Frank  z  ociąganiem  usiadł  na  swoim  miejscu.  Ten  młody 

człowiek wykorzystywał każdą okazję, żeby być w pobliżu Siddy, a w 

dodatku był bardzo przystojny i elegancki. 

Kiedy Siddy, wsparta na ramieniu młodzieńca, nareszcie pojawiła 

się w sali, Marianne powiedziała drwiąco: 

— Pańska żona właśnie wraca ze swym rycerzem u boku. 

Uwaga miała być żartobliwa, ale Frank miał ochotę odpowiedzieć 

na  nią  jakąś  impertynencją.  Stało  się  dla  niego  jasne,  że  panna 

Weidner 

chciała 

go 

podrażnić. 

Niewątpliwie 

była 

osobą 

niebezpieczną, mogącą narobić wiele złego, której należało się strzec. 

Zmusił się do spokoju, żeby nie dać jej satysfakcji. 

background image

Siddy  zajęła  swoje  miejsce,  a  młody  człowiek  z  przejęciem 

opowiedział, co Siddy wybrała na dzisiejszy wieczór, obiecując sobie 

i  wszystkim  obecnym  wiele  przyjemności.  Frank  musiał  wszystkiego 

wysłuchać z pogodną miną, chociaż miał ochotę złapać i wyrzucić za 

burtę tego wyraźnie oczarowanego osobą Siddy młodziana. 

Marianne  była  wściekła,  że  przez  cały  czas  rozmawiano 

wyłącznie o grze i śpiewie Siddy, a nikomu nie wpadło do głowy, że 

przecież  ona  również  świetnie  na  fortepianie.  Wymyślała  sobie  w 

duchu od idiotek, że zachęciła Siddy do występu. Czuła się jak uczeń 

czarnoksiężnika,  który  nie  umie  okiełznać  rozpętanego  przez  siebie 

żywiołu. 

Im  bardziej  młody  akompaniator  entuzjazmował  się  talentami 

Siddy,  tym  bardziej  Frank  był  niespokojny.  Uznawał  wprawdzie,  że 

wszystkie  te  pochwały  są  w  pełni  uzasadnione,  ale  najchętniej  nie 

pozwoliłby  nikomu  słuchać  śpiewu  i  gry  Siddy  —  ona  powinna 

śpiewać i grać tylko dla niego! Ogarniała go coraz większa zazdrość, 

ale był bezradny. 

Siddy  powiedziała  ze  śmiechem,  że  dziś  wieczorem  będzie 

śpiewać  tak  długo,  jak  długo  słuchacze  będą  chcieli  jej  słuchać.  W 

końcu zwróciła się do Marianne przyjaźnie: 

— Jestem pewna, że i pani wesprze nas małym koncertem. 

Reszta  towarzystwa  też  poprosiła  o  współdziałanie,  ale  panna 

Weidner  była  wściekła,  że  dopiero  dzięki  Siddy  zwrócono  na  nią 

uwagę.  Głos  zabrał  teraz  pan  Weidner,  który  zawsze  i  wszędzie  był 

przede wszystkim człowiekiem interesu. 

background image

— Proszę państwa, proponuję, żeby potraktować ten koncert jako 

imprezę dobroczynną z określonym celem. Kto będzie chciał przyjść i 

posłuchać, niech zapłaci za wstęp; dochód można by przeznaczyć dla 

załogi statku i okazać jej w ten sposób swoje uznanie. Co państwo  o 

tym myślą? 

Wszyscy  ochoczo  przyklasnęli  pomysłowi.  Pan  Weidner 

zobowiązał się — dla wspólnego dobra — wziąć w swoje ręce stronę 

organizacyjną imprezy, a pan Partmann zaofiarował pomoc, po czym 

natychmiast  zaczęli  działać.  Pan  Partmann  sporządził  listę,  na  której 

poszczególni  pasażerowie  mieli  zadeklarować,  ile  zapłacą  za  wejście 

na koncert na rzecz słusznej sprawy. Obchodząc po kolei kajuty, obaj 

panowie  zwracali  pasażerom  uwagę,  że  załoga  statku  przeprowadziła 

wszystkich  w  dobrym  stanie przez  groźny  sztorm.  Lista  zapełniła  się 

deklarowanymi kwotami.  

Przy  okazji  kilka  osób  zadeklarowało  wystąpienia  na  koncercie: 

akompaniator  Siddy  obiecał  zagrać  na  skrzypcach,  ktoś  inny  —  na 

lutni,  a  pewna  pani  zadeklarowała  się  zaśpiewać  kilka  pieśni 

francuskich.  Pospiesznie  ułożono  program,  przepisano  go  w  kilku 

egzemplarzach na maszynie i rozwieszono w różnych miejscach. 

Ten koncert, który w ogóle nie był przygotowywany, zapowiadał 

się wyjątkowo świetnie. Zacząć się miał po kolacji. Wszyscy pojawili 

się  w  wieczorowych  strojach,  a  panowie  Weidner  i  Partmann 

przekazali kapitanowi pokaźną kwotę na rzecz załogi statku. 

background image

Siddy  obserwowała  rozwój  wydarzeń  pełna  obaw.  Kiedy  po 

kolacji  wróciła  z  mężem  do  ich  apartamentu,  żeby  się  przebrać  na 

występ, Frank zapytał: 

— No i jak, Siddy, cieszysz się, że twoje pieśni znów będą robić 

furorę? 

Spojrzała na niego niepewnie. 

—  Ach,  żebyś  wiedział,  jaka  jestem  nieswoja!  Oczywiście,  nie 

chciałabym  pozbawiać  załogi  miłej  niespodzianki;  słuszny  cel 

powinien  dodawać  mi  odwagi,  ale  ja  czuję  się  ogłuszona. 

Przedwczoraj  śpiewałam  jedynie  dla  kilku  ludzi,  których  zresztą  już 

trochę  znałam.  Dziś  zejdą  się  prawie  wszyscy  pasażerowie  pierwszej 

klasy.  Nigdy  nie  występowałam  przed  tak  licznym  i  obcym  gronem. 

Boję się, że będę mieć tremę i nie wydobędę z siebie głosu. 

— Bądź spokojna, Siddy. Jestem pewien, że będziesz wspaniała i 

odniesiesz kolejny sukces, a ja będę z ciebie bardzo dumny. Chociaż 

gdyby  to  ode  mnie  zależało,  nie  pozwoliłbym  żadnemu  człowiekowi 

słuchać twojego śpiewu... Chciałbym, żebyś grała i śpiewała tylko dla 

mnie! 

Powiedział  to  z  taką  pasją,  że  Siddy  spłonęła  krwistym 

rumieńcem. To nie był tylko uprzejmy komplement! I ten rozdygotany 

głos, płonące oczy... 

—  Musimy  szybko  być  gotowi  —  powiedziała  z  wysiłkiem  i 

zniknęła w swoim pokoju. 

Zamknęła za sobą drzwi i opadła bez sił na krzesło. Co to miało 

znaczyć? Co takiego było w słowach Franka, że trafiły one wprost do 

background image

jej  serca?  Ach,  wtedy  chciałaby  śpiewać  jak  najpiękniej  i  tylko  dla 

niego, walczyć pieśniami o jego miłość, wyznać w nich to wszystko, 

co musiała przed nim taić. 

„Spraw,  dobry  Boże,  żeby  mi  się  powiodło,  żeby  jego  serce 

otwarło się dla mnie. Nie dopuść, żeby zdobyła go tamta; ona nie jest 

dobra,  chce  przykuć  go do  siebie dla  przelotnej  zabawy  i  żeby  zadać 

mi ból. mieć nade mną przewagę.  A ja... ja byłabym jeszcze bardziej 

nieszczęśliwa  niż  jestem  teraz.  Pomóż  mi,  litościwy  Ojcze  w 

niebiesiech!" 

Siddy modliła się żarliwie, a potem szybko zerwała się i zaczęła 

przygotowania. Dziś musiała zrobić wszystko, żeby wyglądać pięknie, 

tak  pięknie  jak  nigdy.  Postanowiła  walczyć  o  swego  męża,  którego 

kochała ponad wszystko. 

Ten  wieczór  był  znowu  wielkim  triumfem  Siddy.  Zebrała 

wszystkie  siły  i  skupiła  całą  wolę,  żeby  śpiewać  najpiękniej,  bo  tym 

razem  chodziło  o  jej  miłość.  Sukces  odniosła  już  grą  na  fortepianie. 

Jako  pierwsza  wystąpiła  jednak  panna  Weidner,  która  zagrała 

błyskotliwie kilka swoich popisowych numerów, za co nagrodzono ją 

hucznymi oklaskami.  

Siddy  zagrała  później  —  po  bardzo  dobrze  przyjętym  solo 

skrzypcowym  swego  młodego  akompaniatora,  któremu  towarzyszył 

kapelmistrz  miejscowej  orkiestry.  Wykonane  przez  Siddy  utwory 

Griega, Mendelsohna i Schumanna wywołały taki burzliwy aplauz, że 

Marianne pobladła z gniewu. 

background image

Potem  jeden  z  panów  zaśpiewał  z  towarzyszeniem  lutni  kilka 

prześlicznych  pieśni,  którymi  całkowicie  s  oczarował  słuchaczy. 

Punktem  szczytowym  programu  był  jednak  ponowny  występ  Siddy, 

który  wywołał  burzę  oklasków.  Na  początek  zaśpiewała  pieśń 

Brahmsa,  po  niej  —  jedną  z  pieśni  Schumnanna,  a  na  zakończenie 

pieśń  Griega,  którą  śpiewała  wyłącznie  z  myślą  o  Franku,  gdyż  była 

ona wyznaniem. 

Jesteś mą myślą, mym bytem, istnieniem, 

mojego serca największą błogością — 

kocham cię, miły, każdym moim tchnieniem, 

jesteś mi chwilą i całą wiecznością. 

Siddy  śpiewała  z  takim  miłosnym  zapamiętaniem,  że  pieśń 

zrobiła na słuchaczach ogromne wrażenie, ale najbardziej wstrząsnęła 

jej  mężem,  który  z  desperacją  i  wzruszeniem  zadawał  sobie  pytanie, 

czy kiedykolwiek zdobędzie miłość tej wspaniałej dziewczyny. Gdyby 

mu  się  to  powiodło,  byłby  człowiekiem,  któremu  cały  świat  mógłby 

zazdrościć.  I  kiedy  wokół  huczało  od  oklasków,  on  od  nowa 

zastanawiał się, czy Siddy kochała go kiedyś, czy została jego żoną z 

miłości, czy  też  z  innego  powodu.  I  dalej  rozmyślał  nad  tym,  czy  jej 

miłość — jeśli  w ogóle istniała — zamarła wskutek jego obojętności 

oraz czy uda mu się znów ją rozbudzić. 

Z  tych  rozmyślań  wyrwała  go  dopiero  cisza,  która  nastąpiła  po 

grzmiących  oklaskach.  Obok  fortepianu  pojawiła  się  teraz  młoda 

dama  która  miała  na  zakończenie  koncertu  zaśpiewać  kilka  pieśni 

francuskich. 

background image

Frank  podniósł  się  po  cichu  i  stanął  tuż  za  krzesłem  Siddy  — 

dumny  ze  swej  żony,  a  zarazem  głęboko  zawstydzony,  że  nie  poznał 

się  od  razu  na  szlachetnym  kamieniu,  którym  obdarzył  go  los.  Siddy 

instynktownie  wyczuła  jego  obecność.  On  zaś  stał  i  patrzył  na  jej 

złociście  połyskujące  włosy,  na  pięknie  zarysowany  kark  i  ramiona, 

na  małe,  zaróżowione  uszy.  Delikatnie  położył  dłonie  na  oparciu 

krzesła Siddy, po to tylko, żeby choć trochę być bliżej niej. 

Po chwili Siddy przechyliła się w stronę oparcia i jej kark zetknął 

się  z  dłońmi  Franka.  Drgnęła  i  zastygła  na  moment  —  bezwolna, 

jakby  sparaliżowana,  czując  fluidy  płynące  z  jego  rąk  jak 

magnetyczne  strumienie.  Przymknęła  oczy  i  na  tę  jedną  chwilę 

wyłączyły  się  całkowicie  jej  mechanizmy  obronne,  na  co  w  głębi 

serca  dała  sobie  przyzwolenie.  Ale  potem  zebrała  się  w  sobie  i 

pochyliła nad torebką, uwalniając się tym samym od jego dotyku. 

Tym gestem wprowadziła go w błąd — Frank nie zorientował się, 

że  Siddy  czuła  jego  dotyk;  żałował  tylko,  że  nie  odchyliła  się  z 

powrotem  na  oparcie,  lecz  siedziała  sztywno  wyprostowana.  Oboje 

nic  nie  słyszeli  z  ładnych,  dowcipnych  pieśni  francuskich,  które 

spotkały  się  z  żywym  przyjęciem.  Na  tym  koncert  się  skończył,  a 

kapitan  w  imieniu  załogi  podziękował  zarówno  wykonawcom,  jak  i 

słuchaczom za okazaną życzliwość. 

Po  koncercie  zorganizowano  jeszcze  małą  potańcówkę  i  Frank 

mógł nareszcie znowu wziąć żonę w objęcia. 

—  Mam  nadzieję,  Siddy,  że  nie  weźmiesz  mi  za  złe,  jeśli  i  dziś 

nie powiem ci ani słowa o twoim występie. 

background image

Spojrzała na niego przelotnie i zarumieniła się. 

— Ależ to nie jest przecież konieczne. 

— Tak uważasz? Czy ty  wiesz, jak to  wszystko na mnie działa? 

Śpiewałaś cudownie i nic dziwnego, że wszyscy są tobą oczarowani. I 

wszyscy  mi  zazdroszczą  takiej  żony,  a  nikt  nie  wie,  jak  niewiele 

można mi zazdrościć. 

Zabrzmiało to tak gorzko, że Siddy stropiła się i nie wiedziała, co 

o tym sądzić. 

—  Przykro  mi,  że  nie  jesteś  zadowolony  z  istniejącego  stanu 

rzeczy, Frank; ale niestety nie można tu niczego zmienić. 

Zatrzymał  się  w  tańcu  i  stojąc  przed  nią,  zapytał  z  hamowanym 

wzburzeniem: 

— Czy rzeczywiście niczego nie można zmienić, Siddy? 

Ominęła  go  wzrokiem,  nie  mając  odwagi  spojrzeć  mu  teraz  w 

oczy — nagle ogarnął ją strach, że Frank zażąda od niej wolności. Czy 

on chce być wolny po to, żeby móc związać się z Marianne Weidner? 

Jak inaczej można tłumaczyć sobie jego słowa? 

Nie  wiedziała,  że  on  tęskni  za  tym,  żeby  wziąć  ją  w  ramiona 

całować jej usta i wyznać, jak bardzo ją kocha i jak gorąco pragnie jej 

miłości.  Upłynęło  przecież  zaledwie  kilka  tygodni,  kiedy  powiedział 

jej wprost, że poślubił ją nie żywiąc do niej żadnego uczucia. 

Co  powinna  zrobić,  żeby  go  zatrzymać?  Oddać  mu  się  ze 

świadomością,  że  przywiodły  go  do  niej  tylko  zmysły,  podczas  gdy 

jego  serce  wyrywa  się  do  innej?  Czuła,  że  Marianne  Weidner  nie 

udało  się  jeszcze  całkiem  go  pozyskać, ale  należało  się  z  tym  liczyć, 

background image

że  może  to  nastąpić  każdego  dnia.  A  jeśli  nie  Marianne,  to  może 

pojawić  się  jakaś  inna,  która  da  mu  to,  czego  ona  w  swej  dumie 

musiała mu odmówić. Czy mogła należeć do niego ze świadomością, 

że nie jest kochana, lecz co najwyżej pożądana? Miał do niej wszelkie 

prawa, a jeśli mu tych praw odmawiała, mógł szukać innej kobiety.  I 

chyba takie było znaczenie jego słów. 

—  Gdybyś  mógł  zdobyć  się  na  cierpliwość,  Frank,  może 

moglibyśmy  obydwoje  przezwyciężyć  tę  sytuację.  Teraz  jednak  nie 

stawiaj  mnie  wobec  konieczności  podjęcia  decyzji  —  powiedziała 

nagle. 

Nie  chciała  i  nie  mogła  całkiem  z  niego  zrezygnować,  dlatego 

spróbowała zatrzymać go, grając na zwłokę. Frank wziął ją za rękę. 

—  Będę  czekał,  Siddy,  jeśli  tylko  mogę  mieć  nadzieję,  że 

pewnego dnia staniesz się naprawdę moją żoną, tak jak teraz jesteś nią 

tylko z nazwiska — powiedział wzburzony. 

Siddy w dalszym ciągu nie odważyła się podnieść na niego oczu 

więc  nie  zobaczyła,  z  jaką  miłością  i  czułością  na  nią  patrzył.  I  tak 

umocniła się w przekonaniu, że Frank jej pragnie, ale nie dlatego, że 

ją  kocha,  lecz  dlatego,  że  widzi  w  niej  kobietę,  do  której  ma  prawo. 

Musiała  przyznać,  że  Frank  nie  dochodził  prawa  w  sposób  brutalny 

czy  bezwzględny  —  jego  zachowanie  było  ciągle  w  najwyższym 

stopniu rycerskie. Na swoje utrapienie musiała go i za to coraz goręcej 

i mocniej kochać. 

W tym momencie ich głębokiego wzburzenia podszedł jakiś pan i 

poprosił Siddy do tańca. Poszła z nim zadowolona, że nie musi dalej 

background image

prowadzić z Frankiem rozmowy na drażliwy temat. On zaś powiódł za 

nią  gorącym  spojrzeniem,  nie  wiedząc,  że  nic  nie  stanęłoby  na  jego 

drodze  do  szczęścia,  gdyby  otwarcie  i  szczerze  powiedział  swojej 

żonie, że kocha ją z całego serca i z całej duszy. 

 

XI 

Od tamtego wieczoru Siddy jeszcze bardziej niż przedtem unikała 

męża, skoro tylko zostawali sami. W obecności innych osób była dla 

niego przyjacielska i serdeczna, co prawda bardziej jako dobry kolega 

niż  kochająca  żona.  W  tej  drugiej  roli  występowałaby  znacznie 

chętniej,  gdyby  nie  obawa,  że  mógłby  z  jej  zachowania  wyciągnąć 

mylne  wnioski. Siddy czyniła jednak wszystko, co było  w jej mocy i 

na  co  pozwalała  jej  duma,  żeby  wydać  mu  się  kobietą  miłą  i 

wartościową. 

Frank  polegał  na  jej  słowach  i  powtarzał  sobie,  że  cierpliwym 

czekaniem dotrze w końcu do celu. Teraz miał przynajmniej nadzieję 

na  szczęśliwe  zakończenie  i  nadrabiał  ochoczo  swoje  zaniedbania  z 

okresu  przed  oświadczynami.  Wszystkie  panie  na  statku  zazdrościły 

Siddy  męża  tak  pełnego  galanterii,  ale  najbardziej  zazdrościła  jej 

Marianne Weidner.  

Ta  zimna  z  natury  kokietka  wbiła  sobie  do  głowy  wielką 

namiętność  —  uczucie  całkowicie  obce  jej  płytkiej,  powierzchownej 

naturze.  Z  każdym  dniem  coraz  bardziej  nienawidziła  Siddy  i 

rozmyślała  tylko  nad  tym,  w  jaki  sposób  zadać  jej  ból  i  jak 

przyciągnąć  do  siebie  Franka.  Z  instynktem  zakochanej  kobiety 

background image

wyczuła, że między młodą parą coś nie jest tak, jak być powinno. Nie 

stroniąc od poplotkowania od czasu do czasu ze służbą, kiedy zależało 

jej  na  tym,  żeby  dowiedzieć  się  czegoś  interesującego,  zaczęła 

wypytywać stewardesę na temat państwa Nordau. 

Dobroduszna,  lecz  zbyt  gadatliwa  dziewczyna  paplała  więc  ze 

śmiechem,  jak  to  strachliwa  pani  Nordau  pilnuje,  żeby  małżonek 

nigdy  nie  wszedł  do  jej  sypialni,  jak  to  pan  Nordau  musiał  urządzić 

sobie  legowisko  w  saloniku,  który  zawsze  opuszcza,  idąc  rano  na 

basen,  zanim  małżonka  odważy  się  wyjść  ze  swego  pokoju.  A  pani 

Nordau  musi  być  bardzo  wstydliwa  w  stosunku  do  swego  męża,  bo 

wychodzi  ze  swej  sypialni  dopiero  wtedy,  kiedy  jest  całkowicie 

ubrana, chociaż posiada taką ładną bieliznę i szlafroki. I tu stewardesa 

opisała ze znawstwem bieliznę, halki i piżamy Siddy. 

Niemal każdego dnia, kiedy stewardesa przebywała w jej kajucie, 

Marianne  zręcznie  kierowała  rozmowę  na  wiadomy  temat. 

Dziewczyna  wiedziała  już,  że  panna  Weidner  bardzo  interesuje  się 

młodą parą i że zawsze może liczyć na suty napiwek, jeśli przyniesie 

jakąś nowinę. Dzięki temu stewardesa zwracała szczególną uwagę na 

wszystko, co dotyczyło tamtych państwa.   

Któregoś ranka, parskając śmiechem, opowiedziała Marianne, że 

widziała,  jak  pan  Nordau  podniósł  koronkową  chusteczkę,  którą 

zgubiła  jego  żona  przechodząc  przez  salonik.  Po  prostu  ukradł  tę 

chusteczkę,  przycisnął  do  ust  i  schował  pod  poduszkę.  Jednakże 

ścieląc  łóżka  stewardesa  stwierdziła,  że  chusteczka  zniknęła. 

Pomyślała, że  widocznie pan Nordau odniósł ją żonie do jadalni. Ale 

background image

potem  pani  Nordau  zapytała  ją,  czy  nie  znalazła  takiej  to  a  takiej 

chusteczki. Dziewczyna zaprzeczyła i nie zdradziła, kto znalazł zgubę. 

Marianne  wysłuchiwała  tych  relacji,  trzęsąc  się  ze  złości,  ale  na 

zewnątrz  udawała  rozbawioną.  Nie  wiedziała,  czym  sobie 

wytłumaczyć zachowanie młodej pary, ale jednego była pewna: coś tu 

nie  grało.  Nie  traciła  zatem  nadziei  nawet  wówczas,  gdy  stewardesa 

powiedziała  jej  ze  śmiechem,  że  pan  Nordau  nosi  tę  koronkową 

chusteczkę w portfelu na piersi. Nie, na pewno nie myli się: kiedy pan 

Nordau  któregoś  dnia  zmieniał  marynarkę  i  położył  na  stole  portfel, 

wystawały z niego koronkowe rogi. 

Marianne  mogłaby  po  wszystkich  tych  oznakach  łatwo 

zorientować  się,  że  Frank  kocha  swoją  żonę,  ale  na  to  nie  pozwalała 

jej  zarozumiałość.  W  swojej  zapalczywości  uważała,  że  mężczyzna, 

którego  ona  pragnie,  musi  odwzajemniać  jej  pragnienia,  a 

okoliczność,  że  dotychczas  nie  zrobił  nic,  żeby  się  do  niej  zbliżyć, 

tłumaczyła  sobie  wyłącznie  brakiem  dostatecznej  odwagi  z  jego 

strony.  Marianne  była  zbyt  zarozumiała,  żeby  dopuścić  myśl,  iż 

jakikolwiek mężczyzna mógłby nią wzgardzić. 

 

Statek  zbliżał  się  do  Nowego  Jorku  i  pasażerowie  powoli 

pakowali  już  walizki.  Zaczęły  się  ogólne  pożegnania,  wymiana 

adresów  w  celu  korespondencji  i  obietnice  ponownego  spotkania,  o 

czym już najdalej w godzinę po rozstaniu całkowicie zapominano. 

Partmannowie wszakże umówili się z Frankiem i Siddy w sposób 

niezobowiązujący, zapraszając ich do siebie, a także planując wspólne 

background image

spędzenie wieczoru w hotelu, w którym Nordauowie mieli zamówione 

pokoje. Należało się także liczyć z tym, że przy tej okazji dojść może 

do spotkania z panną Weidner i jej ojcem, ale z tym towarzystwo już 

się  pogodziło.  Partmannowie  dobrze  wiedzieli,  ile  trudu  zadawała 

sobie Marianne, żeby złapać Franka w swoje sieci, ale równie dobrze 

orientowali się, że Frank nie ma żadnej ochoty dać się złapać.  

Oboje nie mieli wątpliwości, że Frank bardzo kocha swoją żonę i 

że  ona  w  pełni  odwzajemnia  jego  miłość,  chociaż  oboje  zawsze 

zachowywali  się  bardzo  powściągliwie  i  nie  uzewnętrzniali  swoich 

uczuć.  Ale  o  tym,  że  nigdy  ich  sobie  nawzajem  nie  wyznali, 

Partmannowie nie mieli oczywiście pojęcia. 

Po  przybyciu  do  Nowego  Jorku  wszyscy  stracili  się  z  oczu  w 

ogólnym  rozgardiaszu  przy  załatwianiu  formalności  związanych  z 

przyjazdem.  Frank  i  Siddy  pojechali  natychmiast  do  hotelu  i  zajęli 

dwa  sąsiadujące  ze  sobą  pokoje,  położone  tak  wysoko,  jak  Siddy 

nigdy  jeszcze  nie  mieszkała.  Z  lekkim  zawrotem  głowy  spojrzała  z 

okna na ruchliwą ulicę. 

Jednocześnie  przybyła  do  hotelu  panna  Weidner  z  ojcem. 

Natychmiast  zasięgnęła  języka,  gdzie  znajdują  się  pokoje  państwa 

Nordau,  i  tak  sprytnie  pokierowała  sprawą,  że  otrzymała  pokoje  dla 

siebie  i  ojca  tuż  obok,  przy  czym  pan  Weidner  absolutnie  w  niczym 

się nie spostrzegł. Potem zadała hotelowemu służącemu podchwytliwe 

pytanie i ustaliła, który pokój zajmuje Frank. Od stewardesy na statku 

wiedziała bowiem, że Nordauowie zajmują oddzielne sypialnie. 

background image

W  hotelu  tym  wszystkie  pokoje  można  było  łączyć  ze  sobą  lub 

oddzielać od siebie, korzystając z podwójnej pary rozsuwanych drzwi. 

Tak  więc  kiedy  Marianne  została  wreszcie  sama,  zajęła  się  przede 

wszystkim drzwiami między pokojem Franka a swoim. Otworzyła po 

cichu te od swojej strony — przesunęły się bezgłośnie po prowadnicy 

— i przyłożyła ucho do tych drugich.  

Usłyszała  jakieś  szmery:  znak,  że  Frank  był  jeszcze  w  pokoju. 

Bez cienia zażenowania zajrzała przez dziurkę od klucza, ale niczego 

nie  zobaczyła.  Prawdopodobnie  w  drzwiach  Franka, tak  samo  jak po 

jej stronie, tkwił klucz. Cicho zasunęła drzwi i zaczęła urządzać się i 

rozpakowywać  rzeczy.  Już  niemal  z  tym  skończyła,  kiedy  usłyszała, 

że  Frank  wyszedł  na  korytarz  i  puka  do  pokoju  żony.  Po  chwili 

dobiegł  ją  odgłos  otwierania  i  zamykania  drzwi  od  pokoju  Siddy,  a 

potem usłyszała rozmowę małżonków idących korytarzem do windy. 

—  Zjedzmy  teraz  coś  naprędce  i  chodźmy  powłóczyć  się  po 

mieście, a na diner wrócimy do hotelu. 

— To mi odpowiada, Frank — odpowiedziała Siddy. 

Marianne wiedziała zatem, że Nordauowie przyjdą na kolację do 

hotelowej sali jadalnej. Przebrała się i kiedy ojciec zapukał do drzwi, 

była  gotowa  do  wyjścia.  Nie  był  to  jej  pierwszy  pobyt  w  Nowym 

Jorku;  mieli  tu  z  ojcem  nawet  znajomych,  którym  pragnęli  złożyć 

wizytę. Marianne zaproponowała ojcu, żeby jednak wpierw zajrzeć do 

Sali  jadalnej,  a  ponieważ  pan  Weidner  miał  jeszcze  coś  załatwić  z 

portierem, ofiarowała się pójść tam sama i wyszukać stolik. 

background image

Kelner  zaprowadził  ją  do  wielkiej  sali,  gdzie  w  długich  rzędach 

stały nakryte stoliki. W tej chwili nikt przy nich nie siedział, sala była 

pusta. Marianne zagadnęła kelnera dyplomatycznie: 

— Jeśli się nie mylę, przed chwilą byli tu nasi znajomi, państwo 

Nordau, żeby zarezerwować stolik? 

Podstęp okazał się skuteczny. 

—  Tak  jest,  milady.  Mister  Nordau  zamówił  na  dwie  osoby 

tamten mały stolik przy oknie. 

—  Doskonale.  Niech  pan,  proszę,  zarezerwuje  dla  mnie  i  dla 

mego  ojca  stolik  obok.  Nie  będziemy  mogli  siedzieć  z  naszymi 

znajomymi  razem,  bo  stoliki  są  za  małe,  ale  przynajmniej  będziemy 

blisko siebie. 

I  wielce  z  siebie  zadowolona  wróciła  do  hallu,  żeby  wyjść  z 

ojcem i złożyć planowaną wizytę. 

Frank  i  Siddy  zajęli  wieczorem  w  jadalni  swoje  miejsca  bez 

żadnych  podejrzeń,  nie  troszcząc  się  o  to,  kto  będzie  siedział  przy 

sąsiednim  stoliku.  Ale  nie  zdążyli  nawet  rozpocząć  kolacji,  kiedy 

obok pojawił się pan Weidner, prowadząc pod ramię córkę. Marianne 

zamarkowała  wielkie  zaskoczenie  i  podeszła  do  Siddy  z  wyciągniętą 

ręką. 

— No, nie! To czarujące, że już spotkaliśmy się! 

Siddy przybladła. Wiedziała, że Weidnerowie też mieli zamiar tu 

zamieszkać, ale z uwagi na ogrom amerykańskich hoteli, nie obawiała 

się bliższych kontaktów. Tymczasem ta tak bardzo jej niesympatyczna 

pannica  wynurzyła  się  nagle  tuż  obok  i  bez  wątpienia  znów  będzie 

background image

chciała  zaanektować  Franka.  Serce  Siddy  drgnęło  nagle  przykrym 

podejrzeniem:  czy  Frank  wiedział,  że  Weidnerowie  mają  miejsca 

obok nich? A może wszystko zostało ukartowane? 

Gdyby wiedziała, jak bardzo Frank zirytował się tym spotkaniem, 

uspokoiłaby się natychmiast. Chcąc nie chcąc musiał jednak nie tylko 

udawać radosne zdziwienie, ale także wyrazić zgodę, kiedy Marianne 

z filuterną minką i przesadną wesołością zaproponowała: 

—  Może  zsuniemy  nasze  stoliki?  Będzie  nam  się  lepiej 

rozmawiało. 

Siddy  z  wielkim  trudem  udało  się  nie  okazać  niezadowolenia  z 

pojawienia  się  Weidnerów.  Zanim  zdążyła  ochłonąć,  oba  stoliki 

zostały już zestawione i wszyscy zasiedli razem. 

Frank  spojrzał  ukradkiem  na  żonę,  nagle  milczącą  i  zgaszoną. 

Podczas  przechadzki  po  mieście  była  niezwykle  ożywiona  i  wesoła. 

Powiedziała Frankowi, że w recepcji czekał już na nią list od Margot, 

i  zrelacjonowała  jego  treść.  Na  Franka  również  czekała  poczta  od 

połączonych  firm,  zawierająca  różne  dyrektywy  w  sprawach 

handlowych.  Opowiedział  żonie  o  wszystkim,  co  mogło  ją 

zainteresować, i przekazał pozdrowienia od swych rodziców i jej ojca. 

W  czasie  tej  długiej  wędrówki  po  Nowym  Jorku  rozmawiali  z 

wielkim  ożywieniem,  a  teraz  nagle  Siddy  umilkła  i  siedziała dziwnie 

osowiała.  Pojawienie  się  Weidnerów  i  dla  niego  było  bardzo 

nieprzyjemne.  Cieszył  się,  że  choć  tutaj  będzie  z  Siddy  sam,  skoro 

żadne z nich nie wchodziło do pokoju drugiego. A tu tymczasem...  

background image

Frank  podejrzewał  oczywiście,  że  Marianne  trochę  dopomogła 

„przypadkowi" i to natręctwo popsuło mu humor. Jednakże nie można 

jej  było  obrazić,  nie  obrażając  zarazem  jej  ojca,  który  był  przecież 

miłym  starszym  panem.  To  on  zresztą  głównie  podtrzymywał 

rozmowę  przy  stole,  Marianne  bowiem  ograniczała  się  do  rzucania 

Frankowi upojnych spojrzeń, a czasem zwracała się do Siddy z „miłą" 

uwagą,  zawierającą  przeważnie  jakąś  ukrytą  złośliwość.  Siddy 

odpowiadała na to banalnym, nic nie mówiącym frazesem. Frank wdał 

się  w  końcu  w  dyskusję  z  panem  Weidnerem  o  interesach,  żeby  jak 

najmniej mieć do czynienia z Marianne, której spojrzenia irytowały go 

w najwyższym stopniu. 

Po kolacji pan Weidner zaproponował, żeby przejść do westybulu 

i posłuchać tam koncertu, a może potem młodsi nabiorą ochoty trochę 

potańczyć.  Frank  jednak  —  wiedząc,  że  Siddy  na  tym  nie  zależy  — 

szybko  odmówił,  tłumacząc,  że  oboje  z  żoną  są  zmęczeni,  bo  od 

wczesnego  rana  na  nogach.  Marianne  nie  tracąc  czasu  przejęła 

inicjatywę i poleciła kelnerowi zarezerwować ten stół na cztery osoby 

także  na  jutrzejszy  diner,  po  czym  również  wyraziła  chęć  udania  się 

na spoczynek.  

Nie przyszło jej przy tym na myśl, żeby zapytać, czy Nordauowie 

zgadzają  się  na  wspólne  zjedzenie  kolacji  jutro,  a  Frank  i  Siddy  nie 

odważyli się temu sprzeciwić: Siddy dlatego, że myślała, iż Frankowi 

na tym zależy, a Frank dlatego, że bezceremonialność panny Weidner 

po prostu odjęła mu mowę. 

background image

Kiedy  wszyscy razem  wysiedli z  windy, Marianne udała wielkie 

zdziwienie: 

— Ach, państwo też mieszkają na tym piętrze? 

— Na to wygląda, proszę pani — odparł Frank sucho. 

Przez głowę Siddy znów przemknęło podejrzenie, że również ten 

„przypadek"  był  z  góry  zaplanowany  przez  Franka  i  tamtą.  Kiedy  w 

dodatku  okazało  się,  że  pokój  Marianne  przylega  do  pokoju  Franka, 

ogarnęły  ją  takie  niedobre  myśli,  że  tylko  z  najwyższym  wysiłkiem 

zdołała opanować się i spokojnie pożegnać.  

Frank niechcąco umacniał Siddy w złym nastroju — zirytowany i 

zaskoczony zachowywał się tak niepewnie i nienaturalnie, że omal się 

nie rozpłakała. Swobodny pozostał jedynie pan Weidner, który zrobił 

nawet  jakąś  żartobliwą  uwagę  na  temat  kolejnego  szczęśliwego 

przypadku.  Marianne  rzuciła  w  stronę  Siddy  zwycięskie  spojrzenie, 

które tylko potwierdziło jej najgorsze przypuszczenia. 

Frank  podniósł  do  ust  jej  drobną,  chłodną  dłoń,  życząc  dobrej 

nocy,  po  czym  Siddy  natychmiast  weszła  do  swego  pokoju.  Frank 

wiedział  wprawdzie,  że  żona  patrzy  nieufnie  na  czynione  mu  przez 

pannę  Weidner  awanse  i  że  kolejne  „przypadki"  nie  sprawiły  jej 

przyjemności,  ale  że  sam  był  całkowicie  uodporniony  na  uroki 

Marianne, do  głowy  mu  nie  przyszło,  że  Siddy  może  być  serio  o  nią 

zazdrosna. 

Pożegnawszy  pana  Weidnera  i  jego  córkę,  poszedł  do  siebie  i 

niebawem  usłyszał  Marianne  śpiewającą  czułą  pieśń  miłosną. 

Potrząsnął głową coraz bardziej rozeźlony. Tego już za wiele! Co ona 

background image

właściwie  sobie  wyobraża!  Energicznie  przysunął  do  ich  wspólnych 

drzwi kufer i zawiesił na nich pled podróżny, podejrzewając, że panna 

Weidner  jest  zdolna  nawet  do  podglądania  przez  dziurkę  od  klucza. 

Upewnił  się  też,  czy  jego  drzwi  są  zamknięte.  Nie  wiedział,  że 

Marianne  odsunęła  w  swoich  drzwiach  zasuwkę  i  że  gdyby  i  on 

otworzył drzwi od swojej strony, oba pokoje zyskałyby połączenie. 

Nie  wiedział  również,  że  jego  młoda  żona  chodzi  tam  i  z 

powrotem po swoim pokoju dręczona zazdrością. 

 

XII 

Następnego dnia Frank miał zacząć załatwianie spraw firmy. Przy 

śniadaniu zapytał więc Siddy, jak ma zamiar spędzić dzień. 

— Żałuję, ale w ogóle nie mogę ci powiedzieć, kiedy będę wolny 

i  będę  mógł  poświęcić  ci  czas.  Na  wszelki  wypadek  wynająłem  auto 

do  twojej  dyspozycji;  wystarczy,  że  powiesz  portierowi,  o  której 

godzinie  mają  po  ciebie  przyjechać.  Może  odwiedzisz  dziś  panią 

Partmann?  Obiecywała,  że  zatroszczy  się  o  ciebie,  kiedy  ja  będę 

zajęty  interesami.  To  może  trwać  do  piątej  po  południu,  a  nawet 

jeszcze dłużej. 

—  Nie  kłopocz  się  o  mnie,  Frank.  Wiem,  jak  sobie  wypełnić 

dzień. A do pani Partmann dziś nie pójdę, bo nie będzie miała jeszcze 

czasu. Może odwiedzę ją jutro. Zjem lunch w hotelu, a potem wybiorę 

się na mały objazd po mieście. 

—  Dobrze,  Siddy,  ale  pojedź  tylko  autem  przeze  mnie 

wynajętym,  żebym  był  spokojny.  Mógłbym  poprosić  pana  Weidnera, 

background image

żeby się tobą zaopiekował, ale sądzę, że osoba panny Weidner nie jest 

ci zbyt miła. 

Siddy  zaczerwieniła  się.  Chętnie  wypowiedziałaby  swoje  zdanie 

na  temat  panny  Weidner,  ale,  nie  wiedziała,  czy  stała  się  ona 

Frankowi  na  tyle  droga,  że  mogłoby  go  to  dotknąć.  Ograniczyła  się 

przeto do stwierdzenia: 

—  Nie,  to  absolutnie  zbyteczne!  Pan  Weidner  będzie 

prawdopodobnie równie zaabsorbowany interesami jak ty. 

—  No  to  mogłabyś  umówić  się  z  panną  Weidner;  ona  chyba 

chętnie przyłączyłaby się do ciebie. 

Siddy  patrzyła  w  talerz.  W  jakim  celu  było  to  powiedziane? 

Zależało mu na tym, żeby miała towarzystwo, czy też chciał przez to 

coś  powiedzieć?  A  może  sam  się  z  nią  umówił  i  mają  zamiar  gdzieś 

się  spotkać?  Bo  o  tym,  że  ta  młoda  dama  byłaby  nie  od  tego,  Siddy 

była  przekonana.  A  Frank?  Czy  mógłby  to  zrobić?  Serce 

podpowiadało  jej,  że  nie,  ale  rozum  mówił,  że  nie  może  wziąć 

Frankowi  za  złe,  gdyby  chciał  zbliżyć  się  do  innej  kobiety.  Przecież 

sama zwróciła mu wolność, a on — był mężczyzną. 

Zabolało ją serce, ale zebrała się w sobie i powiedziała spokojnie: 

—  Panna  Weidner  nie  jest  mi  na  tyle  sympatyczna,  żebym 

dobrowolnie szukała jej towarzystwa. 

—  Jasne.  A  więc  umówmy  się,  że  o  piątej  będę  na  pewno  w 

hotelu i wypijemy razem herbatę. 

— Dobrze, ja też będę o piątej. 

background image

Frank  pożegnał  żonę  jak  zawsze  z  galanterią,  a  ona  życzyła  mu 

pomyślnego  załatwienia spraw.  I  z tym się rozstali. Frank wyszedł, a 

Siddy  pojechała  na  górę  do  swego  pokoju.  Wysiadając  z  windy, 

natknęła się na pannę Weidner. 

— Ach, dzień dobry pani! Już tak wcześnie na nogach? 

— Jak pani widzi. Zamierza pani wyjść? 

Pytanie  to  zadała  Siddy  z  wewnętrznym  niepokojem:  czy  tamta 

wybiera się już na spotkanie z Frankiem? 

— Nie, najpierw zjem z papą śniadanie. Pani już jadła? 

— Właśnie wracam z jadalni. 

— A małżonek jeszcze tam został? 

Dla  Siddy  było  oczywiste,  że  Marianne  ma  ogromną  ochotę 

zobaczyć Franka, toteż z prawdziwą satysfakcją odparła: 

— Nie, mój mąż musiał wyjść na krótko załatwić pewien interes, 

ale zaraz potem mamy się spotkać. 

—  Ach,  te  nieszczęsne  interesy!  Tutaj  jest  z  tym  jeszcze  gorzej 

niż na miejscu w domu. Ja także rzadko tu widuję papę. Będzie pani 

musiała  mnie  wziąć  trochę  na  hol,  żebym  nie  była  zupełnie  sama. 

Jakie plany macie państwo na dzisiaj? 

Siddy  była  już  pewna,  że  podejrzewanie  Franka  o  ciche  rendez-

vous  z  Marianne  było  niesłuszne  i  w  duchu  przeprosiła  go  za  to  ze 

skruchą.  Wiedziała  jednak,  że  to  nie  zasługa  Marianne, która chętnie 

by się zgodziła na randkę. Siddy postanowiła wyprowadzić ją w pole. 

—  Jeszcze  nie  ustaliliśmy.  Ja  muszę  teraz  szybko,  przed 

powrotem męża, napisać list do domu. 

background image

—  Ach,  świetnie!  W  takim  razie  na  pewno  się  spotkamy.  O 

pierwszej, prawda? 

Siddy z uśmiechem skinęła głową. 

— Tak jest, o pierwszej. 

Panie  rozstały  się,  a  Siddy  pomyślała  z  satysfakcją,  że  panna 

Weidner  będzie  srodze  rozczarowana,  gdy  Frank  nie  pojawi  się  w 

południe.  W  nastroju  lekkiego  rozbawienia  poszła  do  swego  pokoju. 

Za cenę pewności, że panna Weidner nie jest z Frankiem na mieście, 

chętnie zniesie jej towarzystwo w czasie lunchu. 

Uspokojona zabrała się do korespondencji. Napisała długi list do 

Margot, krótszy do matki i kilka widokówek do przyjaciółek. Treść tej 

korespondencji była pogodna, tak żeby nikt nie domyślił się ciężkiego 

położenia  Siddy.  Adresaci  powinni  być  przekonani,  że  te  serdeczne 

pozdrowienia przesyła im szczęśliwa młoda żona. 

Potem  siedziała  jeszcze  przez  chwilę  przy  oknie,  obserwując 

uliczny  ruch.  I  nagle  zobaczyła  po  drugiej  stronie  ulicy  pannę 

Weidner  oglądającą  wystawy  i  najwidoczniej  znudzoną  bezcelowym 

pałętaniem  się.  Siddy  zrobiło  się  całkiem  lekko  na  sercu. 

Przygotowała  się  do  wyjścia  na  lunch  i  po  chwilce  zjechała  windą. 

Przy  stole,  przy  którym  jadła  wczoraj  kolację  z  Frankiem  i 

Weidnerami, siedziała samotnie Marianne. 

— Jest pani sama? — zapytała Siddy. — Czy ojciec pani jeszcze 

nie wrócił? 

—  Nie.  I  można  wątpić,  czy  zdąży  wrócić  na  lunch.  Po  jego 

wyjściu  postanowiłam  przejść  się  po  najbliższych  ulicach,  żeby 

background image

zobaczyć  wystawy.  Myśli  pani,  że  sklepy  w  Nowym  Jorku  mają  coś 

szczególnego  do  zaoferowania?  Wszystko,  co  widziałam,  mamy 

również  w  Berlinie,  i  to  o  wiele  taniej.  Okropnie  się  wynudziłam. 

Jestem zadowolona, że będę mogła choć przez godzinkę pogawędzić z 

panią i pani mężem. 

Po ustach Siddy przemknął ledwie dostrzegalny kpiący uśmiech. 

—  Muszę  panią  niestety  rozczarować  —  powiedziała  ze 

skrywaną  satysfakcją.  —  Będzie  pani  musiała  zadowolić  się  moim 

towarzystwem. Mój mąż nie wróci na lunch i w ogóle nie wiem, kiedy 

skończy dziś załatwiać swoje sprawy. 

Marianne  Weidner  nawet  nie  próbowała  ukryć  swego 

niezadowolenia. 

—  Och,  ten  Nowy  Jork!  Business  pożera  tutaj  wszystko!  Więc 

mamy tak siedzieć same, bez męskiego towarzystwa? 

— Nic innego nam nie pozostaje. 

—  Pozwolę  sobie  jednak  zauważyć,  że  ja  nie  pozwoliłabym 

mojemu  mężowi,  żeby  w  trakcie  podróży  poślubnej  zostawiał  mnie 

samą na tak długo — powiedziała Marianne kwaśno. 

Siddy robiło się coraz lżej na sercu. 

— Jestem z kupieckiej rodziny, tak samo zresztą jak pani, i wiem, 

że sprawy firmy są  ważniejsze niż przyjemności. Mój mąż na pewno 

wolałby być teraz ze mną. 

Twarz Marianne przybrała złośliwy wyraz. 

— I pani w to wierzy? Chętnie poznałabym takiego niezwykłego 

mężczyznę!  Każdy  z  nich  jest  zadowolony,  jeśli  może  znów  poczuć 

background image

się  wolny,  bez  krępujących  więzów...  nawet  w  czasie  podróży 

poślubnej. 

Siddy nie mogła powstrzymać się od uwagi: 

—  Zabrzmiało  to  tak,  jakby  miała  już  pani  za  sobą  najgorsze 

doświadczenia. 

—  Nie  ja,  na  szczęście,  ale  inne.  Żaden  mężczyzna  nie  jest 

wierny. 

Siddy zmusiła się do uśmiechu. 

— Tak pani myśli? 

— Nie mam co do tego cienia wątpliwości!  Wychodząc za mąż, 

nie będę miała żadnych iluzji do stracenia. Człowiek nowoczesny jest 

dobrze  poinformowany.  Żaden  mężczyzna  niczego  mi  nie  wmówi. 

Dlatego chcę zachować wolność tak długo, jak się da. My, dziewczęta 

z  bogatych  domów,  ciągle  jeszcze  jesteśmy  poślubiane  przede 

wszystkim z powodów majątkowych. A może wierzy pani, że została 

pani wybrana wyłącznie z miłości? 

Na twarzy Siddy pojawił się ciemny rumieniec, serce drgnęło jej 

bólem. 

—  To  pytanie  pozostawiam  bez  odpowiedzi.  Ale  to  bardzo 

smutne, że żywi pani takie przekonania. Czego będzie pani oczekiwać 

od małżeństwa! 

Marianne roześmiała się drwiąco. 

— Ach, pani jest jeszcze bardzo oderwana od życia. U rodowitej 

berlinianki, jak pani; to istny dziw. Ja widzę świat wyraźnie, a kiedy 

wyjdę  za  mąż,  zażądam  takich  samych  praw,  jakie  przyznają  sobie 

background image

mężczyźni. A poza tym zanim się z kimś zwiążę, nie będę siedzieć w 

kącie  za  piecem  ani  zamykać  oczu,  lecz  dobrze  rozejrzę  się  dookoła, 

żeby  znaleźć  mężczyznę,  który  mi  się  spodoba.  A  potem  nie  będę 

skubać  kwiatków,  drżeć  z  niepewności  i  cierpieć  katuszy;  wręcz 

przeciwnie: nie będę robić tajemnicy z tego, co czuję, tylko  otwarcie 

przyznawać się do tego, że ktoś mnie pociąga. Jest pani zaszokowana? 

Niewątpliwie  był  to  właśnie  szok,  ale  Siddy  za  nic  nie 

przyznałaby  się  do  tego.  Nieskrępowana  niczym  zuchwałość 

Marianne wprawiła ją w osłupienie. 

— Czy to ma znaczyć, że będzie pani czynić awanse mężczyźnie, 

który się pani spodoba? 

— Oczywiście, inaczej nie będzie wiedział, że mi się podoba. 

— A jeśli... ten mężczyzna nie będzie wolny, jeśli będzie należał 

do innej kobiety? 

Marianne wzruszyła ramionami. 

—  Wtedy  będzie  mógł  zdecydować,  która  mu  bardziej 

odpowiada: ja czy tamta. 

—  Byłaby  pani  w  stanie  odebrać  jakiejś  kobiecie  męża?  — 

spytała Siddy do głębi wzburzona. 

—  A  dlaczego  nie?  Jeśli  mi  się  coś  podoba,  wyciągam  po  to  i 

rękę — oznajmiła Marianne, błysnąwszy złośliwym spojrzeniem. 

— Ależ panno Weidner! 

Marianne roześmiała się i zapaliła papierosa. 

— To panią szokuje? 

background image

—  Myślę,  że  takim  samym  prawem  kieruje  się  złodziej, 

wyciągający rękę po cudzą własność. 

Marianne miała drwiącą minę. 

—  Nonsens!  Człowiek  nigdy  nie  może  być  nieograniczoną 

własnością  drugiego  człowieka.  Uczucia  zmieniają  się.  Jeśli  dziś 

spodoba mi się mężczyzna innej kobiety, dojdzie do walki między nią 

a  mną.  Jeśli  wygram  —  ona  musi  się  poddać;  wygra  ona  —  ja  będę 

musiała zrezygnować. 

Siddy kurczowo ścisnęła ukryte pod stołem dłonie. 

—  A  jeśli...  wyjdzie  pani  za  mąż  i  będzie  kochała  męża,  a  on 

stanie się potem obiektem takiej, jak to pani nazywa, walki, w której 

wygra ta inna, to co wtedy? 

—  Będę  się  oczywiście  bronić  ze  wszystkich  sił  i  zrobię 

wszystko, co w mej mocy, żeby przekonać mego męża, że kocham go 

co  najmniej  tak  mocno  jak  tamta.  Będę  starała  się  pokonać  moją 

rywalkę  na  wszelkie  sposoby.  A  jeśli  to  nie  pomoże,  wtedy  adieu.  I 

wówczas  postaram  się  jak  najszybciej  poszukać  innego,  żeby  się  w 

nim zakochać. 

Siddy była skonsternowana. 

— To nie jest takie łatwe! 

Marianne uśmiechnęła się kpiąco. 

—  Jeśli  ten  mężczyzna  roztaczał  jakiś  szczególny  urok,  to 

zapewne nie będzie to zbyt łatwe. Ale zawsze lepiej jest znaleźć tego 

drugiego niż przywdziać włosiennicę i posypać głowę popiołem. 

background image

—  Mówi  pani  bardzo  dziwnie.  Wszystko,  co  pani  powiedziała, 

wydaje mi się czymś niebywałym. Nie rozumiem pani. 

—  Wierzę  w  to!  Ja  od  razu  panią  właściwie  oceniłam  i  zawsze 

pani trochę współczułam — odparła Marianne sarkastycznie. 

Siddy wyprostowała się. 

— Nie ma żadnej potrzeby, żeby mi współczuć. 

W oczach Marianne pojawił się niebezpieczny błysk. 

— Tego nie może pani wiedzieć. 

— Owszem, wiem! 

— Wykluczone! Może właśnie w tej chwili mąż zdradza panią z 

jakąś  kobietą,  która  ma  na  to  ochotę.  A  jeśli  nie  dziś,  to  jutro  albo 

pojutrze, za tydzień lub za rok. Pewien poeta powiedział kiedyś, że w 

przeznaczeniu  kobiety  bardziej  nieuchronne  jest  to,  że  zostanie 

zdradzona,  niż  to,  że  umrze.  I  ja  myślę,  że  on  miał  rację.  Dlaczego 

więc  my,  kobiety,  nie  możemy  zgotować  mężczyznom  takiego 

samego losu? 

Marianne  Weidner  chciała  swymi  wywodami  pognębić  i 

zaniepokoić Siddy i powiodło jej się to aż za dobrze. W duszy Siddy 

ciągle  jeszcze  dźwięczały  okrutne  słowa  o  zdradzie  bardziej 

nieuchronnej niż śmierć. Czy nie był w nich zawarty również jej los? 

Czy  nie  siedziała naprzeciwko  kobiety,  która  taki  właśnie  los  chciała 

jej  zgotować?  Jakie  poglądy  miała  ta  dziewczyna!  Jak  śmiało,  bez 

zahamowań  je  wypowiadała!  Jeśli  rzeczywiście  Frank  jej  się 

spodobał, to wyjdzie naprzeciw jego pragnieniom przy najdrobniejszej 

nadarzającej się okazji. 

background image

Siddy  wyprostowała  się  i  odparła  chłodno,  nie  dając  po  sobie 

poznać, jak głęboko czuje się dotknięta: 

—  Lepiej  skończmy  tę  rozmowę,  panno  Weidner.  Nie  mogę 

zgodzić się z panią ani wypowiadać na ten lemat. 

Marianne raz jeszcze zaciągnęła się papierosem, a potem zgniotła 

niedopałek w popielniczce, patrząc na Siddy z wyraźną ironią. 

—  Pani  zapewne  sądzi,  że  namiętność  można  zgasić  tak  jak 

ogieniek tego papierosa. Jest pani mężatką, ale sprawia pani wrażenie 

kobiety  jeszcze  całkowicie  niedoświadczonej.  Zapewne  wyglądałoby 

to  inaczej,  gdyby  pani  małżeństwo  nie  rozgrywało  się  w  dwóch 

oddzielnych sypialniach. 

Siddy  drgnęła.  Co  Marianne  Weidner  chciała  przez  to 

powiedzieć?  Czyżby  wiedziała  o  jej  małżeństwie  więcej  niż  Siddy 

przypuszczała?  A  od  kogo  mogłaby  dowiedzieć  się  jakichś 

szczegółów,  jak  nie  od  Franka...  Czy  między  nim  a  tą  dziewczyną 

doszło  już  do  takiej  bliskości,  że  powierzył  jej  tajemnicę  swojego 

małżeństwa? 

Siddy nie domyśliła się oczywiście, że Marianne przeprowadziła 

śledztwo  —  najpierw  na  statku,  a  potem  tu,  w  hotelu  —  z  którego 

wynikało, że młoda para sypia w oddzielnych pokojach. Czując ucisk 

w sercu, Siddy mocno przygryzła wargi, żeby powstrzymać zbierające 

się  łzy.  Świadomość,  że  panna  Weidner  tylko  na  to  czyha,  pomogła 

Siddy opanować się. Podniosła się i powiedziała spokojnie:  

background image

— Muszę panią teraz pożegnać. Nie sądzę, żebyśmy miały sobie 

jeszcze do powiedzenia coś, co dla nas obu byłoby interesujące, gdyż 

nasze poglądy są absolutnie rozbieżne. 

W oczach Marianne znów pojawił się złośliwy błysk. 

— Kto  wie, czy to jest takie pewne:  może mamy podobny gust? 

Na  przykład  ta  suknia,  którą  ma  pani  na  sobie,  podoba  mi  się  tak 

dalece, że chętnie bym ją nosiła. 

Siddy  zbladła.  Aluzja  była  przejrzysta.  Nie  suknię  miała 

Marianne  na  myśli,  lecz  mężczyznę.  Siddy  uznała  jej  zachowanie  za 

bezwstydne,  lecz  nawet  nie  mogła  przeciwko  temu  zaprotestować, 

gdyż tamta skwitowałaby to tylko drwiącym śmiechem. 

Zebrawszy się na odwagę, Siddy odparła: 

— Przykro mi, ale nie oddam pani tej sukni. Zresztą... chyba nie 

chciałaby pani nosić czegoś używanego. 

— Naprawdę chce mnie pani już opuścić? — spytała Marianne z 

grzecznym ubolewaniem, jak gdyby nic między nimi nie zaszło. 

Siddy skinęła głową na pożegnanie i wyszła z jadalni. Pojechała 

windą na górę i dopiero w swoim pokoju rozpłakała się. W jej pamięci 

ożyły  teraz  wszystkie  słowa  Marianne  —  te  jednoznaczne  i  te 

dwuznaczne  —  a  kiedy  przypomniała  jej  się  uwaga  na  temat 

oddzielnych  sypialni,  zadała  sobie  raz  jeszcze  pytanie:  czy  panna 

Weidner wiedziała o tym od Franka?  

Ale  doszedłszy  w  swych  rozmyślaniach  do  tego  miejsca,  Siddy 

zerwała  się  nagle  i  potrząsnęła  głową.  Nie!  Tego  Frank  nigdy  by  nie 

zrobił, nawet gdyby był bardzo blisko z jakąś kobietą! Na pewno nie 

background image

wyjawiłby  nikomu  ich  tajemnicy.  Marianne  Weidner  wyszpiegowała 

w  jakiś  sposób,  że  jej  małżeństwo  z  Frankiem  nie  jest  właściwie 

małżeństwem.  Niejeden  raz  zdradzała  się  ze  swą  skłonnością  do 

Frania,  a  dzisiaj  przedstawiła  Siddy  swój  pozbawiony  skrupułów 

pogląd  na  problem  małżeńskiej  zdrady.  A  więc  to  nie  zasługa 

Marianne, że Frank zachowywał się wobec niej tak powściągliwie. 

Siddy  wstrząsnęła  się  ze  zgrozy.  Jak  młoda  dziewczyna  może 

obnosić się z podobnymi poglądami! Nie, nie można bez walki oddać 

Franka  tej  kobiecie!  Marianne  Weidner  wypowiedziała  jej 

bezpardonową walkę — dobrze, ona ją podejmie. 

Siddy  doprowadziła  się  do  porządku,  przemyła  zapłakane  oczy, 

odświeżyła  się  wodą  kolońską.  Było  pół  do  czwartej  —  niebawem 

wróci  Frank.  Nie  powinien  poznać,  że  płakała.  Przypudrowała  lekko 

twarz,  a  potem  stanęła  przy  oknie  i  wyjrzała  na  ulicę.  Tam  w  dole 

mijają się w nieustannym pośpiechu jacyś ludzie. Mają swoje udręki i 

cierpienia,  ale  tłumią  je  codzienną  krzątaniną,  pokonywaniem 

codziennych trosk. Ona też musi ukryć swój ból.  

Pośród tych rozmyślań usłyszała, że w pokoju Franka skrzypnęły 

otwierane  drzwi.  Nastawiła  uszu  —  czyżby  już  wrócił?  I  wtedy 

usłyszała pukanie do drzwi wewnętrznych. 

— Jesteś tam, Siddy? 

— Tak, Frank. Wróciłeś? 

— Och, nie było mnie aż nadto długo! Martwiłem się o ciebie. 

— Nic mi się nie stało. Niepotrzebnie się niepokoiłeś. 

background image

— Muszę się teraz trochę odświeżyć. Czy mogę przyjść po ciebie 

i zabrać cię na herbatę? 

— Chętnie, Frank. Daj znać, jak będziesz gotowy. 

Na  twarzy  Siddy  błysnął  nagle  uśmiech.  Jak  mogła  bać  się  i 

choćby  przez  moment  wierzyć,  że  Frank  wygadał  się  z  ich 

małżeńskimi problemami! I nagle olśniło ją, skąd Marianne wie o ich 

oddzielnych  sypialniach:  z  pewnością  słyszała  ze  swego  pokoju,  jak 

Frank  rano  zapukał  do  Siddy  z  zapytaniem,  czy  dobrze  wypoczęła. 

Ależ  oczywiście!  Ta  bezczelna  dziewczyna  po  prostu  blefowała! 

Podejrzewanie  Franka  było  głupotą!    On  był  w  każdym  calu 

dżentelmenem  i  nigdy  nie  powiedziałby  ani  słowa,  które  mogłoby 

sprawić Siddy przykrość. 

Pół  godziny  później  Frank  siedział  z  żoną  w  hotelowej 

herbaciarni i — bardzo zadowolony ze swych poczynań — opowiadał 

o tym, co zdziałał  w ciągu dnia. Szczęśliwie udało mu się załatwić o 

wiele  więcej  niż  zakładał.  Jutro  przed  południem  będzie  miał  znowu 

konferencję, ale popołudnie ma wolne i rezerwuje je dla niej. 

—  Czy  bardzo  się  nudziłaś,  Siddy?  Jak  spędziłaś  dzień?  — 

spytał,  patrząc  na  nią  z  przyjemnością  i  chłonąc  jej  bliskość,  której 

przez tyle godzin był pozbawiony. 

Siddy  opowiedziała  o  tym,  co  robiła,  a  kiedy  Frank  usłyszał,  że 

jadła lunch w towarzystwie panny Weidner, zmarszczył lekko czoło. 

—  Nie  jestem  zadowolony,  Siddy,  że  wchodzisz  z  nią  w  bliższe 

kontakty — powiedział stanowczym tonem. 

Siddy popatrzyła z uwagą. 

background image

— Mogę wiedzieć, dlaczego? 

— Uwierz mi, to nie jest dla ciebie towarzystwo. 

— Nigdy go też nie szukałam. To raczej ona się narzuca; tak mi 

się przynajmniej wydaje. 

Frank roześmiał się twardo. 

— Mnie też się tak wydaje! Pół biedy, jeśli mogę ci towarzyszyć, 

ale kiedy zostajesz sama, postaraj się ją jakoś wymijać. 

— Och, chętnie! — odetchnęła Siddy z ulgą. 

—  Zabrzmiało  to  tak,  jakbyś  miała  już  kiedyś  złe 

doświadczenia... 

Siddy zmusiła się do spokoju. 

 — Ja... ja myślę, że bardzo różnimy się poglądami. 

—  I  chwała  Bogu!  Jestem  o  tym  przekonany!  —  powiedział 

Frank energicznie. 

Siddy zarumieniła się. Nie wiedziała, co myśleć o jego słowach. 

Czyżby  Frank  nie  był  dobrego  mniemania  o  pannie  Weidner?  Ale  w 

duchu  usłyszała  znów  drwiący  głos  Marianne:  „W  przeznaczeniu 

kobiety bardziej nieuchronne jest to, że zostanie zdradzona, niż to, że 

umrze". Te słowa będą się jej zawsze przypominały, kiedy w jej serce 

zacznie  wkradać  się  nieśmiała  nadzieja.  A  może  on  wyraził  się  o 

Marianne tak ujemnie, żeby zataić swoje zainteresowanie nią — żeby 

ukryć to, że jej pragnie? 

Siddy postanowiła mimo wszystko podjąć walkę. 

— Czy mogę cię o coś poprosić, Frank? 

Spojrzał jej w oczy z taką czułością, że w Siddy zamarło serce. 

background image

—  Uczynisz  mnie  szczęśliwym,  jeśli  będę  mógł  spełnić  twoje 

życzenie. 

Siddy zaczerpnęła tchu. 

— Chciałabym pójść z tobą do teatru dziś wieczorem, a potem na 

kolację  —  gdziekolwiek,  byle  nie  tu.  Wyznam  otwarcie,  że 

wolałabym,  jeśli  to  możliwe,  uniknąć  spotkania  z  panną  Weidner, 

nawet w większym gronie. 

Przez  chwilę  patrzył  uważnie  w  jej  pobladłą  nagle  twarz. 

Wyczuwał  instynktownie,  że  prośba  Siddy  miała  jakieś  szczególne 

podłoże.  Czyżby  Marianne  próbowała  zrobić  coś  niegodziwego?  Nie 

dopytując o nic, powiedział skwapliwie: 

—  Twoje  życzenie  jest  dla  mnie  rozkazem,  co  jednak  nie 

oznacza,  że  spełnienie  go  przychodzi  mi  ciężko.  Przeciwnie: 

odgadujesz  moje  myśli.  Nie  lubię  widzieć  cię  w  towarzystwie  panny 

Weidner, a poza tym  wydaje mi się, że pokazała ci się dzisiaj z dość 

niekorzystnej strony. Będziemy unikać spotkań z nią. 

Skinęła  mu  głową,  przepełniona  wdzięcznością,  ale  w  duchu 

zadawała sobie pytanie: „Czy on nie chce mnie widzieć z nią razem i 

nie życzy sobie kontaktów między nami dlatego, że pragnie uczynić z 

niej swoją kochankę?" Ta myśl była istną udręką. 

Frank  obserwował  Siddy  z  pewnym  niepokojem.  Wydawała  mu 

się  zmieniona.  Z  pewnością  coś  zaszło  między  nią  a  panną  Weidner. 

Dowodziła  tego  również  jej  prośba,  żeby  nie  spotykać  się  dziś 

wieczorem  z  Weidnerami.  Nie  chciał  jednak  dalej  badać,  co  zaszło, 

żeby nie komplikować sprawy. 

background image

Zmieniając  temat,  poinformował  Siddy,  że  sprawy  handlowe  w 

Nowym  Jorku  zdoła  załatwić  w  ciągu  najdalej  dziesięciu-dwunastu 

dni. 

— Potem wyjedziemy i w ogóle nie będziesz musiała stykać się z 

panną Weidner — powiedział na zakończenie. 

—  Zapominasz,  że  Weidnerowie  wybierają  się  w  tym  samym 

czasie,  co  my  na  Florydę.  Przecież  chcą  nawet  spotkać  się  z  nami  w 

Miami. 

—  Ach,  prawda!  Zupełnie  o  tym  zapomniałem.  Ale  może 

moglibyśmy  zapobiec  temu  spotkaniu.  Zdaje  się,  że  powiedzieliśmy 

im,  w  którym  hotelu  mamy  zamiar  zatrzymać  się.  W  Miami  jest 

więcej  dobrych  hoteli,  więc  możemy  zmienić  plany  i  zamieszkać 

gdzie indziej. Nie chciałbym, rzecz jasna, urazić starszego pana, ale na 

jego  użytek  znajdę  jakąś  wymówkę  i  wyjaśnię,  dlaczego  wybraliśmy 

inny hotel. 

Siddy  przygryzła  usta.  To,  co  mówił  o  Marianne,  dowodziło,  że 

jest  mu  obojętna.  Chyba  że...  tylko  udawał  obojętność,  aby 

wprowadzić żonę w błąd. Nie, trzeba się z tego wyłączyć, uporać się z 

tymi podejrzeniami! 

—  Mam    nadzieję,    że  jakaś    wymówka    się  znajdzie.    A  pana 

Weidnera też nie chciałabym urazić. On jest bardzo miły. 

Frank uśmiechnął się dobrotliwie. 

— Ale panna Weidner jest twoją antypatią, prawda? 

Odrzuciła głowę wojowniczym ruchem i spojrzała hardo. 

— W każdym razie kontakty z nią uważam za nieprzyjemne. 

background image

Frank pochylił się w przód i popatrzył badawczo. 

— Chyba nie wyrządzała ci niczego złego? 

Oczy  Siddy  lekko  zwilgotniały.  Pomyślała,  jak bardzo  Marianne 

wydręczyła  ją  dzisiaj.  Dlaczego  Frank  tak  na  mnie  patrzy? 

Zawstydziła się jego dobrych, czystych oczu. Czuła, że wieczny strach 

o Franka czyni ją podejrzliwą i niedobrą. Tak, wydała się sobie bardzo 

niedobra z tą wiecznie czujną nieufnością, przyprawiającą ją o palącą, 

dręczącą zazdrość. 

—  Nie,  nie  zrobiła  mi  niczego  złego,  ale  wypowiadała  poglądy, 

które  uniemożliwiają  moje  dalsze  stosunki  z  nią.  Chciałabym  jej 

unikać, jak tylko się da. 

Frank pocałował ją nagle w rękę i spojrzał poważnie w oczy. 

— Tak różne charaktery, jak wasze w żadnym razie nie mogłyby 

się zgodzić. To byłoby niemożliwe! Nie trap się tym więcej. Załatwię 

sprawę w taki sposób, że nie będziesz więcej nagabywana. 

Siddy była uszczęśliwiona, że Frank nie pytając o nic, zgodził się 

spełnić jej życzenie. 

Ten  wspólny  wieczór  był  cudowny.  Frank  nigdy  nie  widział 

Siddy  tak  ożywionej  i  wesołej  i  zupełnie  stracił  dla  niej  głowę. 

Słuchając  jej  śmiechu,  miał  ochotę  porwać  ją  w  ramiona.  Zauważył, 

że Siddy stara się go oczarować, a to nie przyczyniało się bynajmniej 

do uspokojenia jego euforycznego nastroju. 

Po teatrze poszli do lokalu znanego z doskonałej kuchni. Było im 

ze  sobą  coraz  lepiej.  Siddy  ukazała  mu  się  w  pełni  swego  kobiecego 

czaru.  Postanowiła  bowiem  tak  zafascynować  swego  męża,  żeby 

background image

będąc  przy  niej,  nie  myślał  o  innej  kobiecie,  a  nie  będąc  przy  niej... 

również  nie  zaprzątał  swych  myśli  inną.  Żadna  inna  nie  powinna 

wydać mu się godna pożądania! 

Siddy  zauważyła,  z  jakim  zachwytem  Frank  na  nią  patrzy,  i 

błysnęła  jej  cicha  nadzieja,  że  może  zdoła  go  pozyskać  —  takiego, 

jakiego pragnęła. Nie chciała owładnąć tylko jego zmysłami, ale także 

zdobyć jego miłość. I w czasie tych szczęśliwych, cudownych godzin 

wieczornych nie wydawało się jej to niemożliwe. 

 

XIII 

Marianne  Weidner  pojawiła  się  wieczorem  w  sali  jadalnej 

przyodziana  we  wspaniałą  toaletę.  Kiedy  zajmowała  miejsce  przy 

zarezerwowanym  stoliku,  kelner  podał  jej  ojcu  bilecik.  Marianne 

spojrzała niespokojnie. 

— Od kogo? — zapytała gorączkowo. 

— Od pana Nordaua. Jaka szkoda! Przeprasza, że nie będą z nami 

na kolacji, ale zostali oboje zaproszeni na ten wieczór. 

Starszy  pan  żałował  oczywiście,  że  nie  doszło  do  spotkania  z 

młodą  parą,  ale  nie  był  tak  srodze  rozczarowany  jak  jego  córka. 

Marianne zbladła i zaczęła nerwowo  szarpać chusteczkę, aż w końcu 

rozdarła  delikatną koronkę.  Z  wściekłością  cisnęła  chustkę pod  stół  i 

przydeptała.  Rozsadzał  ją  gniew,  a  w  oczach  pojawiły  się 

niebezpieczne błyski. 

Nie wątpiła ani przez chwilę, że Siddy Nordau podjęła wyzwanie 

i postanowiła usunąć ją z pola widzenia Franka. Widać nie wzięła pod 

background image

uwagę,  z  kim  ma  do  czynienia:    Marianne  Weidner  nie  pozwoli 

wyeliminować  się  w  taki  sposób  z  gry.  Zwłaszcza  teraz  nie!  Już  ona 

pokaże  tej mało  ważnej  osóbce,  że  Marianne  Weidner  zawsze  osiąga 

to, czego chce! A tego mężczyzny pragnie ze wszystkich sił — tak jak 

jeszcze żadnego nie pragnęła. Musi zdobyć go za wszelką cenę. I żeby 

nie wiedzieć co miało nastąpić! 

Ten  wieczór  Marianne  spędziła  w  nastroju trudnym  do  opisania. 

Nie  bardzo  wiedziała,  co  je  ani  o  czym  rozmawia.  Jej  płonące  oczy 

wpatrzone  były  w  próżnię,  nie  widząc  nikogo  i  na  nic  nie  zwracając 

uwagi.  Jej  myśli  krążyły  tylko  wokół  osoby  Franka  Nordaua,  który 

powinien należeć do niej. 

Razem  ze  wzmagającym  się  pożądaniem  narastała  jej  nienawiść 

do Siddy. Tyleż satysfakcji sprawiłoby jej zawładnięcie Frankiem, co 

pognębienie  jego  żony.  Nie  miała  zamiaru  rozbijać  ich  małżeństwa. 

Na  tym  jej  me  zależało.  Ale  Frank Nordau powinien  leżeć  u  jej  stóp 

tak długo, jak ona będzie tego chciała! 

Po kolacji posiedziała z ojcem jeszcze przez chwilę w westybulu, 

obserwując  przychodzących  i  wychodzących  gości,  a  potem,  pod 

pretekstem  zmęczenia,  wróciła  do  swego  pokoju.  Zdjęła  futrzaną 

zarzutkę,  usiadła  przy  biurku  i  w  gorączkowym  pośpiechu  napisała 

krótki list: 

Muszę  koniecznie  porozmawiać  z  Panem  jeszcze  tej  nocy  — 

chodzi  o  ważną  sprawę.  Drzwi  wewnętrzne  do  mojego  pokoju  są 

otwarte.  Pokój  ojca  oddzielony  jest  od  mojego  łazienką,  a  więc 

background image

będziemy  mogli  porozmawiać  bez  przeszkód.  Z  tego  też  względu 

zdecydowałam się prosić Pana do siebie. 

Marianne 

Włożyła kartkę do koperty i spojrzała niezdecydowanie na drzwi 

do  pokoju  Franka.  Gdyby  można  je  było  otworzyć  na  chwilę  i 

zostawić  tam  list!  Z  pośrednictwa  służby  hotelowej  wolała  nie 

korzystać.  Podeszła  do  wewnętrznych  drzwi,  nacisnęła  klamkę:  były 

zamknięte.  

Ale  zaraz!  Przypomniało  jej  się,  że  wczoraj  przez  szparę  nad 

podłogą  widziała  smugę  światła.  Schyliła  się,  próbując  wsunąć  list  

dołem.  Szpara  była  na  tyle  duża,  że  pchnięta  z  rozmachem  koperta 

frunęła  po  podłodze  w  głąb  pokoju  Franka.  Podniosła  się,  biorąc 

głęboki  oddech.  A  więc  stało  się!  Nie  miała  cienia  wątpliwości,  że 

Frank przyjdzie. A jak już będzie w jej pokoju, reszta pójdzie gładko.  

Wiedziała,  jak  postępować  z  mężczyznami.  Wypróbowała  to 

niejeden  raz  i  była  pewna  swego,  wiedząc,  jak  są  słabi  i  jak  nie 

potrafią  oprzeć  się  ładnej  kobiecie  i  pokusie.  Dominującą  cechą 

Marianne  Weidner  była  zarozumiałość.  Uważała  się  za  kobietę  o 

wielkiej urodzie i nieodpartym uroku, przy czym przeceniała znacznie 

jedno  i  drugie.  Była  też  wolna  od  jakichkolwiek  hamulców  i 

skrupułów. Chciała zdobyć Franka Nordaua dlatego, że go pragnęła, a 

przede  wszystkim  dlatego,  że  nienawidziła  Siddy,  którą  przyrzekła 

sobie upokorzyć, nie mogąc jej darować swej porażki w występach na 

statku. 

background image

Zapaliła  nerwowo  papierosa  i  rzuciła  się  na  otomanę.  Jak  długo 

przyjdzie  jej  czekać  na  Franka?  Och,  jak  pragnęła  zobaczyć  jego 

twarz,  kiedy  będzie  czytał  jej  list!  Wtedy  wiedziałaby  natychmiast, 

czy wygrała, czy też przegrała... 

Jak  to:  przegrała?  Żadna  kobieta  nie  przegra,  jeśli  postawi  na 

męską próżność i słabość. Marianne była o tym najgłębiej przekonana 

Co  prawda  mężczyźni, których  dotychczas  znała, były  to  przeważnie 

nikczemne  indywidua,  zainteresowane  głównie  jej  bogactwem  lub 

polujące na łatwe przygody dla zabicia czasu.  

Właściwie  Marianne  należałoby  raczej  współczuć.  Dorastając  w 

latach,  w  których  na  skutek  wojny  następowało  gwałtowne 

przeobrażanie  się  wszelkich  zasad  moralnych;  w  czasach,  w  których 

każdy  zagarniał,  co  tylko  mógł  zagarnąć,  nie  pytając,  czy  to 

sprawiedliwe, czy nie; wychowywana bez matki, która by ją strzegła i 

chroniła,  wyrosła  na  dziewczynę  skrajnie  samolubną.  Nie  mając 

względów dla innych, nie miała ich również dla własnej reputacji. 

Dopóki  była  spadkobierczynią  swego  bogatego  ojca,  mogła 

pozwalać  sobie  na  wszystko,  co  jej  sprawiało  przyjemność.  A  kiedy 

dostatecznie  się  wyszumi  —  jak  to  ona  nazywała  —  zawsze  jeszcze 

znajdzie  sobie  męża,  który  swym  nazwiskiem  przywróci  jej  cześć.  O 

tym, że powinna również liczyć się z osobą ojca, nigdy nie pomyślała.  

Ten  dobry,  lecz  całkowicie  jej  ulegający  starszy  człowiek, 

odgadujący  w  lot  wszystkie  życzenia,  miał  dla  niej  znaczenie  tylko 

jako  ktoś, kto dostarcza  pieniędzy.  Poza  tym  nie  wiązały  Marianne  z 

ojcem  żadne  inne  zainteresowania  —  umysłowe  czy  duchowe  — 

background image

gdyby  w  ogóle  je  posiadała.  Wiedziała  jednak  bardzo  dobrze,  że 

cokolwiek  zrobi,  na  jakikolwiek  wybryk  sobie  pozwoli,  on  zawsze 

wszystko  osłoni  ojcowską  miłością.  Nie  odpłacając  mu  uczuciem, 

ograniczała  się  jedynie  do  przymilnych  słówek,  kiedy  chciała  coś 

osiągnąć. 

Przy każdym odgłosie jadącej z cichym szumem windy Marianne 

nastawiała  uszu,  czy  na  korytarzu  nie  słychać  zbliżających  się 

kroków,  tłumionych  przez  gruby  chodnik.  Robiło  się  coraz  później. 

Wstała i wyjrzała na ulicę: ludzie wyglądali z góry jak poruszające się 

marionetki. 

Przed hotel zajechało auto. Wychyliła się z okna i zlustrowała je 

bystrym  wzrokiem.  Tak,  to  oni!  Frank  Nordau  wysiadł  pierwszy,  a 

teraz  pomaga  żonie.    Marianne    zamknęła    okno.    Zmierzyła    się 

krytycznym  spojrzeniem  przed  lustrem.  Miała  jeszcze  na  sobie 

elegancką  suknię  wieczorową,  w  której  wystąpiła  do kolacji. Chciała 

pokazać  się  w  niej  Frankowi,  ale  teraz  toaleta  wydała  jej  się  zbyt 

oficjalna i wyjściowa.  

Otworzyła wbudowaną w ścianę szafę i wyjęła lekką, spływającą 

w  długich  fałdach  szatę,  która  znakomicie  uwydatniała  kształty 

Marianne,  tylko  pozornie  je  okrywając,  ale  właśnie  dlatego 

właścicielka  ogromnie  ją  ceniła.  Marianne  zamieniła  się  w  słuch. 

Winda  stanęła  na  piętrze;  teraz  słychać  było  lekkie  kroki,  które 

zatrzymały  się  bardzo  blisko.  Marianne  szybko  zgasiła  światło  i 

bezszelestnie  otworzyła  drzwi  na  korytarz,  pozostawiając  wąską 

szparę.  

background image

Frank  i  Siddy  stali  w  odległości  kilku  kroków,  życząc  sobie  po 

cichu  dobrej  nocy.  Potem  Frank  pocałował  żonę  w  rękę,  Siddy 

przemknęła się do swego pokoju, a on wszedł do swojego. Marianne 

zapaliła światło i podkradła się teraz do drzwi wewnętrznych — te od 

jej strony były już na oścież otwarte, wystarczyło więc przyłożyć ucho 

do tych drugich i słuchać. Jaśniejąca u dołu szpara wskazywała, że u 

Franka się świeci.  

Słychać  było,  jak  chodzi  po  pokoju,  gdy  nagle  zatrzymał  się  w 

miejscu.  Pewnie  wreszcie  odkrył  jej  list!  Marianne  usłyszała  teraz 

całkiem  wyraźnie  szelest  rozdzieranego  papieru.  Niemal  widziała 

Franka  wyjmującego  list  z  koperty.  Potem  do  jej  uszu  dobiegło  coś 

jakby stłumiony okrzyk, którego nie zrozumiała. 

Frank istotnie znalazł jej list, przeczytał, zmiął papier z irytacją i 

rzucił półgłosem: 

— Tego już za wiele! 

Marianne jednak nie dosłyszała tych słów. Wstrzymując oddech, 

czekała, kiedy Frank wejdzie do jej pokoju. Na razie jednak nic się nie 

działo.  Pomyślała,  że  Frank  chce  poczekać,  dopóki  Siddy  nie  położy 

się spać. Słychać też było, że jest     czymś zajęty, a po chwili wydało 

jej  się,  że  słyszy  przytłumiony  kobiecy  głos.  W  istocie  to  Siddy 

zawołała do męża ze swego pokoju: 

—  Proszę  cię,  zapukaj  do  mnie  jutro  rano  o  ósmej,  żebym  nie 

zaspała! 

background image

Frank odpowiedział, że musi jutro wcześnie wyjść, ale ona może 

przecież pospać dłużej, na co Siddy śmiejąc się odparła, że chce zjeść 

z nim śniadanie i dlatego woli mieć pewność, iż nie zaśpi. 

Marianne usłyszała teraz głośną odpowiedź Franka: 

— Zapukam punktualnie o ósmej! Dobranoc, Siddy! 

Marianne przycisnęła dłonie do piersi. A więc stewardesa mówiła 

prawdę:  oni  rzeczywiście  nie  odwiedzają  się  w  swoich  sypialniach! 

Co  to  za  dziwne  małżeństwo!  Od  tej  chwili  czekała  z  jeszcze 

większym  napięciem  na  to,  co  nastąpi.  Znów  stanęła  przed  lustrem, 

przypudrowała twarz, poprawiła włosy, nasuwając je bardziej na czoło 

i obejrzała się ze wszystkich stron bardzo z siebie zadowolona. 

Ponownie  podkradła  się  do  wewnętrznych  drzwi  i  drgnęła: 

usłyszała  całkiem  wyraźnie,  że  Frank  podszedł  do  nich  z  drugiej 

strony  i  poruszył  klucz.  Cofnęła  się  rozgorączkowana  na  środek 

pokoju,  czekając  na  jego  wejście.  Ale...  drzwi  pozostały  zamknięte. 

Frank  jedynie  sprawdził,  czy  klucz  jest  przekręcony,  i  położył  się  do 

łóżka,  nie  mając  zamiaru  składać  Marianne  wizyty.  Jeśli  ma  coś 

ważnego do powiedzenia, może uczynić to w obecności jego żony. 

Podejrzewał,  że  Marianne  chce  sprowokować  sytuację,  której 

następstwa mogłyby okazać się fatalne. A Siddy była dziś wieczorem 

taka  czarująca  i  kochana,  że  patrzył  z  nadzieją  w  przyszłość.  Jego 

myśli  były  tylko  przy  niej.  Panna  Weidner  okazała  się  jednak  osobą 

bardziej  niebezpieczną  niż  przypuszczał.  Należy  się  pilnować  i  nie 

wchodzić z nią w żadne układy. 

background image

Cała  sprawa  była  jednak  irytująca.  Frank  rozważał,  jak  zerwać 

stosunki  towarzyskie  z  Weidnerami,  nie  wywołując  nieprzyjemnych 

zgrzytów.  Najchętniej  zaraz  rano  zmieniłby  hotel.  Nie  wiedział,  że 

sprawiłby  tym  Siddy  wielką  radość.  Zdawał  sobie  jednak  sprawę  z 

tego,  że  żona  pragnie  o  ile  możności  schodzić  tamtej  z  drogi.  Co 

takiego zaszło między nimi dziś przed południem? 

Już prawie zasypiał, gdy nagle usłyszał lekkie pukanie. Usiadł na 

łóżku, chcąc zorientować się, skąd ono dochodzi. Pukanie powtórzyło 

się — wyraźnie od strony drzwi Marianne. „Co za nieostrożność! Czy 

ta dziewczyna zupełnie nie dba o swoją opinię? — pomyślał i ułożył 

się z powrotem, nie reagując na dalsze stukanie. 

Marianne czekała coraz bardziej wzburzona i niecierpliwa. Co to 

znaczy?  Dlaczego  poszedł  spać,  nie  reagując  na  jej  list?  Przecież 

znalazł  go  i  przeczytał  —  słyszała  wyraźnie,  jak  rozdzierał  kopertę. 

Czyżby  zlekceważył  jej  prośbę?  Może  obawiał  się,  że  żona  coś 

usłyszy?  A  może  nią  wzgardził?  Ta  myśl  tak  ją  wzburzyła,  że  nie 

zważając  już  na  nic,  zaczęła  od  nowa  stukać  do  jego  drzwi.  Chciała 

bodaj zmusić go do rozmowy, uzyskać jakąś odpowiedź.  

Kiedy Frank w dalszym ciągu nie reagował, zastukała jeszcze raz, 

nie dbając, że Siddy może w końcu to usłyszeć. Ale po tamtej stronie 

nadal było cicho. Marianne z wściekłością zerwała z siebie ubranie i z 

głośnym tupotaniem zaczęła kręcić się po pokoju. Potem rzuciła się na 

łóżko, przygryzając wargi do krwi. Gorycz klęski i cierpienie kobiety 

odrzuconej przekształciły  się  w  nienawiść  i  gniew,  które  w  osobliwy 

sposób  przeniosły  się  na  osobę  Siddy.  Nagromadzona  furia  i  chęć 

background image

zemsty  były  tak  silne,  że  Marianne  najchętniej  wpadłaby  teraz  do 

pokoju rywalki i udusiła ją. 

W  końcu  uspokoiła  się.  Postanowiła  rozmówić  się  rano  z 

Frankiem  i  dowiedzieć  się,  czemu  nie  przyszedł.  Musiała  również  w 

jakiś  sposób  wyjaśnić,  dlaczego  chciała  rozmawiać  z  nim  w  środku 

nocy. Jeśli jednak rzeczywiście Frank nią wzgardził, należało dać mu 

nauczkę — tak samo jak tej jego cnotliwej gąsce! 

Marianne  niewiele  spała  tej  nocy,  a  mimo  to  wstała  o  czasie. 

Obmyśliła  już  stosowny  wykręt,  który  miał  oszczędzić  jej 

upokorzenia,  wyjaśniając  wczorajsze  zachowanie  —  co  prawda  w 

sposób  mało  przekonujący.  Ubrała  się  i  zaczęła  nadsłuchiwać.  Frank 

już wstał i właśnie pukał do pokoju żony. 

—  Już  ósma,  Siddy!  O  wpół  do  dziewiątej  czekam  na  ciebie  na 

korytarzu!  

Marianne  zabrała  się  do  uwiarygodnienia  wymyślonej  w  nocy 

historyjki.  Wydobyła  z  walizki  materiały  opatrunkowe  i  owinęła 

nadgarstek  bandażem.  Potem  pomazała  go  w  jednym  miejscu  swoją 

kredką  do  ust  i  kapnęła  wodą  kolońską.  Teraz  bandaż  wyglądał  jak 

przesiąknięty  krwią.  Obejrzała  swe  dzieło  z  zadowoleniem,  choć 

ciągle  z  gniewem  w  oczach.  Przed  pół  do  dziewiątej  wyszła  na 

korytarz, czekając na Franka. 

— Na miłość boską, co też pani... — powiedział cicho i cofnął się 

przerażony na widok Marianne stojącej przy jego drzwiach. 

— Czy pan nie znalazł mojego listu? — spytała ostro. 

background image

— Owszem. Ale proszę rzecz rozważyć: nie mógłbym  wystawić 

na szwank pani reputacji. 

— Ach, więc tylko dlatego pan nie przyszedł? 

Spojrzał na nią poważnie. 

— Nie. I tak nie przyszedłbym. 

Obrzuciła go takim wzrokiem, że się przeraził. 

—  Więc  niech  mi  pan  przynajmniej  zwróci  mój  list!  —  rzuciła 

porywczo. 

Frank  szybko  wyjął  z  kieszeni  list,  który  i  bez  tego  miał  zamiar 

jej oddać. W tym momencie Siddy stanęła w drzwiach i zobaczyła, że 

jej  mąż  wręcza  jakiś  papier  stojącej  przed  nim  bladej  i  wzburzonej 

Marianne Weidner. Frank nie zauważył jeszcze żony, ale Marianne ją 

widziała  i  dlatego  szybko,  niby  z  zakłopotaniem,  wsunęła  list  za 

dekolt sukni, sugerując, że to bilecik wręczony jej ukradkiem.  

Z  zadowoleniem  stwierdziła  wrażenie,  jakie  scena  ta  zrobiła  na 

Siddy,  która  impulsywnie  chciała  nawet  wycofać  się  do  swego 

pokoju.  Ale  Marianne  śmiejąc  się  z  udawanym  zmieszaniem, 

powstrzymała ją: 

—  Dzień  dobry  pani!  Mam  nadzieję,  że  spała  pani  lepiej  niż  ja. 

Proszę  spojrzeć:  skaleczyłam  się  w  nocy  zamkiem  u  walizki. 

Chciałam poprosić pani męża, żeby pomógł mi założyć bandaż — do 

ojca  nie  zwracałam  się  z  tym,  bo  by  się  śmiertelnie  wystraszył.  Ale 

pan Nordau chyba mocno spał lub też miał jakieś opory. Nikt mi nie 

pomógł  i  w  końcu  musiałam  sama  założyć  sobie  prowizoryczny 

opatrunek.  

background image

Spojrzała na Franka i zwróciła się teraz wprost do niego: 

—  Widzi  pan,  miał  pan  możność  zrobić  dobry  uczynek  jako 

miłosierny Samarytanin, ale pan wolał spać. 

To powiedziawszy, wyciągnęła przed siebie zabandażowaną rękę, 

co w sumie wyglądało dość groźnie, ale natychmiast ją cofnęła, żeby 

żadne z nich nie mogło przyjrzeć się dokładniej. 

Siddy  była  zdruzgotana.  Czy  to,  co  na  wstępie  zobaczyła,  nie 

potwierdzało  jej  najgorszych  przypuszczeń?  Czy  zakłopotanie 

Marianne  a  także  Franką  nie  świadczyło  wymownie  o  ich  winie? 

Mimo wszystko Siddy przemogła się i zapytała: 

—  Czy  mogłabym  zabandażować  pani  rękę,  tak  żeby  opatrunek 

trzymał się lepiej? 

—  Dziękuję,  ale  w  tej  chwili  trzyma  się  dobrze.  Muszę  tylko 

naciągnąć  coś  na  siebie,  żeby  papa  się  nie  wystraszył.  Proszę,  nie 

zdradźcie  mnie  państwo,  że  się  zraniłam.  A  teraz  nie  chciałabym 

zatrzymywać  państwa  dłużej.  Za  chwilę  spotkamy  się  na  dole  przy 

śniadaniu. 

Marianne  odnotowała  z  satysfakcją,  że  Siddy  ma  zmienioną 

twarz.  W  ten  sposób  za  jednym  zamachem  zaspokoiła  chęć  zemsty  i 

znalazła  dobry  wykręt.  Pani  Nordau  będzie  teraz  przeżywała  męki 

zazdrości,  wierząc,  że  jej  mąż  potajemnie  zabawia  się  w  listowne 

wyznania. I tak też się stało; wszystkie marzenia Siddy rozsypały się 

jak domek z kart. 

Frank  był  nie  tylko  wściekły  na  Marianne  za  jej  niesłychane 

zuchwalstwo, bo w bajeczkę o zranionej ręce nie uwierzył — ale także 

background image

głęboko zmartwiany tym, że Siddy była świadkiem tych manipulacji z 

listem. Jak jej wytłumaczyć, nie demaskując zarazem panny Weidner, 

że nie ma z tym świstkiem nic wspólnego? Frank był dżentelmenem i 

kompromitowanie kobiety sprzeciwiało się jego zasadom. 

Do  śniadania  zasiedli  w  bardzo  złym  nastroju.  Przez  jakiś  czas 

nie  byli  w  stanie  prowadzić  rozmowy.  Dopiero  kiedy  podano  im 

kawę, Frank opanował się i zaczął mówić o sprawach, które miał tego 

dnia  załatwić.  Siddy  starała  się  podtrzymywać  rozmowę,  ale  żadne  z 

nich  nie  umiało  trafić  we  właściwy  ton  i  przywrócić  atmosfery 

wczorajszego wieczoru. 

Siddy była zadowolona, kiedy Frank wyszedł, bo wreszcie mogła 

wypłakać  się  w  samotności  swego  pokoju.  Straciła  wszelką  nadzieję 

na wspólne szczęście z tym porankiem. Najbardziej gorzkie było przy 

tym  przeświadczenie,  że  to  ona  przez  swoją  dumę  i  powściągliwość, 

wepchnęła  go  w  ramiona  kochanki.  Do  panny  Weidner  powzięła 

jednak głęboką pogardę — Marianne była zbyt otwarcie bezwstydna, 

żeby  mogła  jej  wybaczyć.  Siddy  kochała  męża  także  i  teraz,  kiedy 

była już przekonana o jego niewierności.  

Myślała przy tym z prawdziwą  zgrozą, że Marianne odebrała jej 

Franka  całkowicie  rozmyślnie  i  bez  skrupułów.  Należało  przywołać 

na pomoc dumę i starannie, na zawsze, ukryć przed Frankiem miłość, 

gdyż rywalizowanie z kimś takim jak Marianne Weidner było poniżej 

jej godności. Dziś czuła się niemal jeszcze bardziej nieszczęśliwa niż 

w dniu swego ślubu — po wynurzeniach Anny Frey. 

background image

Dla  Franka  i  Siddy  nadeszły  teraz  dni  pozbawione  wszelkiej 

radości.  Ich  wzajemne  stosunki  stały  się  nagle  znów  napięte.  Siddy 

była  poważna  i  małomówna.  Frank  co  jakiś  czas  zauważał,  że  kiedy 

wraca do hotelu po dłuższej nieobecności, jej oczy noszą ślady płaczu. 

Sprawy firmy pochłaniały mu tyle czasu, że musiał ją zostawiać samą 

na  całe  godziny.  Obydwoje  jednak,  jakby  za  milczącym 

porozumieniem, unikali spotkań z Weidnerami. 

Siddy  odwiedziła  któregoś  dnia  panią  Partmann  i  odtąd  obie 

zaprzyjaźnione  panie  spędzały  razem  dużo  czasu.  Tak  więc  Siddy 

przebywała niemal równie często poza hotelem jak jej mąż. Tkwiąc w 

błędnym  przekonaniu,  że  Marianne  Weidner  jest  kochanką  Franka, 

zaniechała  walki  o  jego  miłość  —  na  to  było  już,  jej  zdaniem,  za 

późno. 

Frank  był  zdesperowany.  Co  tak  nagle  odmieniło  Siddy  po 

tamtym wieczorze który obudził w nim tyle nadziei? Czy zrozumiała, 

że  nie  jest  mu  obojętna,  że  on  ją  po  prostu  kocha  i  dlatego  stała  się 

chłodna  i  powściągliwa?  To  by  znaczyło,  że  nie  odwzajemnia  jego 

uczuć i że chce pozostać z nim tylko na stopie koleżeńskiej. 

Wśród  tych  uczuciowych  rozterek  zachowywali  się  oboje  coraz 

bardziej niemądrze, a uczucie skrępowania tylko pogłębiało obopólne 

wątpliwości i obawy. 

Marianne  próbowała  na  wszelkie  sposoby  zobaczyć  się  z 

Frankiem na osobności, ale mimo jej wysiłków nie udało jej się ani to, 

ani  nawet  spotkanie  z  Siddy.  Nordauowie  wychodzili  z  hotelu 

wcześnie  rano,  a  wracali  wieczorem,  po  kolacji  z  Partmannami  -  u 

background image

nich  w  domu  lub  w  jakiejś  restauracji.  W  hotelowej  jadali  bardzo 

rzadko.  Pan  Weiner  dziwił  się,  że  państwo  Nordau  nie  pokazują  się. 

Nawet  zagadnął  na  ten  temat  Franka,  kiedy  potkał  go  przypadkiem 

wyjątkowo któregoś dnia. Frank zadał sobie nieco trudu, by spokojnie 

wyjaśnić starszemu panu, że oboje z żoną są zasypani zaproszeniami i 

ich  wolny  czas  wypełniony  jest  towarzyskimi  obowiązkami,  które 

pochłaniają ich całkowicie. 

Pan  Weidner  zaś  stwierdził,  że  w  takim  razie  pozostaje  tylko 

mieć  nadzieję,  iż  ma  nadzieję  na  dalsze  spotkania.  Frank  odparł,  że 

również  ma  nadzieję,  że  będzie  więcej  okazji  do  częstszych  spotkań 

na  Florydzie,  ale  obawia  się,  iż  również  tam  będą  bardzo 

zaabsorbowani.  Po  czym  z  prośbą  po  przekazaniu  paniom  ukłonów  i 

wyrazów najgłębszego szacunku obaj panowie pożegnali się.  

Dla  Franka  ciągle  jeszcze  sytuacja  nieustannej  ucieczki  przed 

Marianne  była  obrzydliwa.  Jeszcze  nie  miał  pojęcia,  że  Siddy 

widziała,  jak  wręczał  Marianne  list  i  jak  tamta  chowała  go 

ukradkowym  ruchem  za  dekolt,  oraz  że  ta  zaobserwowana  scena jest 

przyczyną zmiany w zachowaniu Siddy. 

Kiedy  później  zauważył,  że  Siddy  podziękowała,  kiedy 

przekazywał  jej  pozdrowienia  pana  Weidnera,  ale  nie  zadawała 

żadnych pytań. Frank unikał mówienia o Marianne w przekonaniu, że 

denerwuje  Siddy,  więc  Siddy  coraz  bardziej  utwierdzała  się  w 

przekonaniu, że Frank spotyka się z nią potajemnie. 

— Nie powiedziałem mu, że będziemy mieszkać w innym hotelu. 

W każdym razie nie mogłem wymyślić żadnego sensownego powodu. 

background image

Uważam,  że  będzie  lepiej,  jeśli  odseparujemy  się  od  nich,  prawda, 

Siddy? 

Popatrzyła  na  niego  i  odparła  chłodno,  patrząc  na  niego 

przelotnie z pustym, martwym wyrazem oczu: 

— Mam rację. 

Dni  w  Nowym  Jorku  minęły  bardzo  szybko  i  Siddy  była 

zadowolona,  że  wyjeżdżają.  Któregoś  popołudnia  Frank  oznajmił  jej, 

że nazajutrz wyjeżdżają, gdyż wszystkie interesy nowojorskie zostały 

pomyślnie  zakończone.  Kiedy  opuścili  hotel,  nie  spotkawszy  się 

więcej z Weidnerami, zrobiło się jej lżej na sercu, gdyż wiedziała, że 

pozostaną oni w Nowym Jorku przez cały czas jej dalszej podróży na 

Florydę. 

W  Filadelfii,  a  także  w  innych  miastach  na  ich  trasie,  wszystkie 

interesy  zostały  pomyślnie  przeprowadzone.  W  ciągu  tych  tygodni 

Siddy  czuła  się  bardzo  osamotniona,  ale  mogła  przynajmniej 

swobodnie oddychać, bez obsesyjnych myśli, że podczas gdy ona jest 

sama, jej mąż spotyka się z tamtą. 

Frank  często  zabierał  ją  do  domów  swoich  partnerów 

handlowych, Siddy budziła tyle uznania i sympatii, że mógł być z niej 

dumny. Było mu jednak ciężko na duszy, że nie udaje mu się zbliżyć 

do  Siddy.  Odkąd  opuścili  Nowy  Jork,  była  wprawdzie  trochę  mniej 

oficjalna  i  chłodna,  lecz  ciągle  tkwiło  w  niej  owo  nieokreślone  ,,nie 

dotykaj mnie", które stale udaremniało jego próby przełamania lodów. 

Siddy  korespondowała  w  tym  czasie  regularnie  z  Margot,  ale 

również jej z niczym się nie zwierzała. Bo i po co? Margot nie mogła 

background image

jej  pomóc,  a  tylko  by  się  zamartwiała,  wiedząc,  że  siostra  jest 

nieszczęśliwa. Tak więc Siddy cierpiała w całkowitym osamotnieniu. 

Nie  łudziła  się  już,  że  zdobędzie  Franka,  a  myśl,  że  mogłaby 

kiedykolwiek  zostać  następczynią  Marianne  Weidner,  po  prostu  ją 

paraliżowała, ale także pozwalała zachować dumę.  

Ku  jej  udręce  miłość  do  Franka  nie  stawała  się  przez  to  mniej 

mocna i głęboka, tylko o wiele, wiele boleśniejsza. 

 

XIV 

Margot Jung i Peter Vahl nadal spędzali ze sobą wiele czasu. W 

klubie tenisowym i na polu golfowym pojawiali się zawsze razem, tak 

więc wszystkim innym wydawało się oczywiste, że tych dwoje należy 

do  siebie  i  żaden  mężczyzna  nawet  nie  próbował  zbliżyć  się  do 

Margot. 

Dziewczyna  pilnowała  się  teraz,  żeby  nie  dać  Peterowi  kosza, 

gdyż  to  byłby  ten  ostatni,  najostatniejszy  —  pamiętała  o  tym.  Nie 

mogła  i  nie  chciała  stracić  dobrego,  wypróbowanego  przyjaciela,  ale 

zarazem ciągle jeszcze nie chciała zostać jego żoną. Od czasu historii 

z  autem  zyskał  wprawdzie  w  jej  oczach,  jednakże  do  jej  ideału  było 

mu jeszcze daleko. 

Peter  Vahl,  który  tak  długo  był  cierpliwy,  teraz  absolutnie  nie 

mógł  zapanować  nad  sobą.  Margot  robiła  się  z  dnia  na  dzień  coraz 

bardziej  czarująca,  a  nad  dziecięcą  stroną  jej  natury,  która  zawsze 

obligowała go do cierpliwości, zaczęła górować kobiecość. Próbował 

doprowadzić  do  jakichś  rozstrzygnięć,  gdyż  nie  mógł  już  dłużej 

background image

czekać,  ale  Margot  sprytnie  omijała  wszelkie  jego  pytania  i 

napomknięcia, by nie dopuścić do sto dwudziestego piątego kosza. 

Peter  zauważył,  że  dziewczyna  nie  jest  tak  pewna  siebie  i 

beztroska jak przedtem. Nie umiała już spokojnie i swobodnie patrzyć 

mu w oczy; czasem pod wpływem jego spojrzenia nagle rumieniła się, 

a  potem  z  reguły  była  bardziej  szorstka  niż  zwykle.  Te  zmiany 

uszczęśliwiały go. 

Ale z tym wszystkim nie był ani trochę spokojniejszy. Jego słowa 

stały się bardziej natarczywe, agresywne, jego oczy błagały o miłość, 

tak  samo  jak  czułe  brzmienie  głosu  i  wszystko,  co  dla  niej  czynił. 

Nadal  jednak  nie  mógł  jej  zrozumieć.  Margot  udawała,  że  nie  i 

odpowiadała jakąś niedorzecznością. 

Peter  Vahl  nie  wytrzymywał  tego  i  poprzysięgał  sobie,  że  przy 

następnym  spotkaniu  Margot  będzie  musiała  wyjawić,  co  myśli. 

Któregoś dnia pojechali jak zwykle do klubu tenisowego. Pojawił się 

tam  dość  wcześnie  —  poza  nimi  nie  było  jeszcze  nikogo,  nawet 

chłopców podających piłki. Usiedli więc przy białym stoliku i czekali. 

To Peter tak pokierował sprawą, żeby przyjść tu wcześniej, bo na tym 

opierał  się  jego  plan.  Miał  teraz  przed  sobą  dobre  pół  godziny, 

podczas której nikt nie będzie im przeszkadzał. 

Przechylił  się  nagle  w  jej  stronę  i  wziął  ją  za  rękę,  patrząc  z 

czułością, a mimo to poważnie i stanowczo. 

— Panno Margot, ja celowo przyjechałem dziś z panią wcześniej 

niż  zwykle,  bo  chciałem porozmawiać  z  panią  w  cztery  oczy.  Otóż... 

ja nie mogę dłużej żyć obok pani w tej chłodno przyjacielskiej aurze. 

background image

Margot spojrzała z przestrachem. 

—  Peter,  mój  drogi,  miły,  niech  pan  nie  mówi  dalej!  Niech  pan 

będzie  dobry  i  rozsądny!  —  prosiła,  usiłując  jednocześnie  uwolnić 

rękę. 

—  Nie,  panno  Margot!  —  odparł,    nie  puszczając  jej    dłoni.  — 

Koniec  z  rozsądkiem.  Zbyt  długo  byłem  rozsądny.  Teraz  chcę 

usłyszeć  od  pani  ostateczne  słowo;  teraz  zaraz.  Nie  wolno  pani 

stosować dalej uników. I proszę mnie posłuchać: jeśli chce mnie pani 

zmusić  do  milczenia  jakimś  frazesem,  potraktuję  to  jako  odmowę. 

Muszę  i  chcę  otrzymać  teraz  od  pani  odpowiedź,  czy  zostanie  pani 

moją żoną, czy też nie. Kocham panią tak bardzo, że odmowa będzie 

dla mnie nieszczęściem. Ale wolę raczej być nieszczęśliwy niż żyć tak 

dłużej obok pani. Margot, całe szczęście mojego życia zależy od pani. 

Czy chce pani zostać moją żoną? 

Margot zbladła i poczerwieniała. W odruchu obronnym obudziła 

się  w  niej  cała  dziewczęca  przekora  —  właśnie  dlatego,  że  miała 

ochotę rzucić mu się na szyję. Opierała się zaś dlatego, że zapędził ją 

w  ciasną  uliczkę,  że  nie  pozostawił  jej  ani  chwili  czasu,  nalegając, 

żeby zdecydowała się właśnie teraz. 

Wydarła mu się resztką sił, skoczyła na równe nogi i krzyknęła ze 

złością: 

— Nie, nie i jeszcze raz nie! Nie chcę zostać pańską żoną! 

Peter silnie pobladł, jego niebieskie oczy przesłonił cień, a wokół 

ust pojawiła się gorzka rysa. Podniósł się ociężale i powiedział: 

background image

—  Muszę  na  tym  poprzestać.  Proszę  mi  wybaczyć,  że  się 

naprzykrzałem. Życzę pani szczęścia! 

Ukłonił się, zabrał leżącą na stoliku rakietę i szybko odszedł, nie 

oglądając się ani razu za siebie. 

Margot stała bez ruchu i patrzała za nim w ślad, a w miarę, jak się 

oddalał,  robiło  jej  się  coraz  ciężej  na  sercu.  Ciągle  jeszcze  miała 

nadzieję, że odwróci się i przybiegnie z powrotem, ale tak się nie stało 

— Peter szedł dalej i dalej aż do wyjścia z kortów. Margot poczuła się 

nagle osamotniona i do głębi serca przerażona. Nie mogła i nie chciała 

uwierzyć, że Peter Vahl, jej najlepszy przyjaciel, odszedł. 

A kiedy zniknął jej z oczu, z całej siły przycisnęła kostki palców 

do zębów. 

—  Peter  Vahl!  Peter,  kochany!  —  krzyknęła  jak  przerażone 

dziecko, pozostawione same w ciemnym pokoju. 

Ale  Peter  nie  wrócił.  Rozejrzała  się  dookoła,  jakby  obudzona  z 

ciężkiego  snu.  Jak  to  możliwe?  Zostawił  ją.  Miał  takie  smutne  oczy, 

ale jednocześnie był taki stanowczy.  Nie obejrzał się  za nią ani razu. 

Była teraz sama, zupełnie sama. 

— To nie w porządku z jego strony! Jak mógł zrobić coś takiego! 

— powiedziała do siebie i łzy puściły się jej z oczu. 

Margot  poczuła  się  nagle  śmiertelnie  nieszczęśliwa.  A  potem 

ogarnął ją lęk, że za chwilę pojawią się znajomi i trzeba będzie z nimi 

rozmawiać.  To  było  niemożliwe;  teraz  mogła  tylko  płakać  — 

beznadziejnie,  rozpaczliwie  płakać. Musi  stąd pójść, nikogo  nie  chce 

widzieć! 

background image

Powoli, niepewnie ruszyła w stronę wyjścia. Wpadło jej nagle do 

głowy,  że  nie  ma  pieniędzy  na  tramwaj    —  miała  przecież  wrócić 

samochodem  razem  z  Peterem.  Jakie  to  dziwne  uczucie,  że  nie  ma 

Petera,  który  się  o  nią  troszczył,  chronił  przed  wszelkimi 

niedogodnościami,  załatwiał  za  nią  wszystko,  tak  jakby  to  rozumiało 

się samo przez się. 

Ostatecznie może pójść pieszo… Nie to przecież było najgorsze, 

to,  że  Peter  odszedł!  I  że  nie  wróci.  Wyjedzie  z  Berlina,  żeby  więcej 

jej nie widywać. Wierzyła, że to zrobi i że straciła go ostatecznie. Na 

myśl o tym przystanęła i oparła się o drzewo, gdyż nogi odmówiły jej 

posłuszeństwa. 

—  Peterze,  mój  dobry,  kochany...  przecież  ja...  przecież  ja  cię 

kocham i nie mogę żyć bez ciebie! — zaszlochała głośno. 

I nagle zrozumiała, że kocha Petera Vahla, że zawsze go kochała 

nic  o  tym  nie  wiedząc.  A  ten  niedorzeczny  ideał  to  było  głupie 

dziewczyńskie fantazjowanie. To przecież Peter był najbardziej przez 

nią  kochanym  człowiekiem.  Życie  bez  niego  nie  miało  sensu.  Na 

miłość boską, on nie może wyjechać!   

Pobiegła  do  wyjścia  i  głęboko  odetchnęła:  samochód  Petera  stał 

na  swoim  miejscu!  Pewnie  siedzi  w  środku  i  czeka  na  nią.  W 

przypływie  zadziorności  pomyślała,  że  tylko  chciał  ją  nastraszyć.  To 

szkaradne  z  jego  strony!  Nie  wsiądzie  do  jego  samochodu,  bo  to 

byłoby  upokarzające!  Wyprostowała  się  dumnie,  chcąc  energicznym 

krokiem przejść obok auta. Ale wewnątrz wozu nikogo nie było, nikt 

na nią nie czekał. 

background image

Margot  poczuła,  że  rozpacz  ogarnia  ją  na  nowo.  I  w  tym 

momencie wyłonił się obok niej szofer Petera. 

— Proszę jaśnie panienki, kazano mi powiedzieć, że auto jest do 

jej dyspozycji. Pan doktor pojechał tramwajem, żebym mógł odwieźć 

jaśnie panienkę do domu. 

Margot zrobiła wszystko, aby się opanować. 

—  Jest  mi  przykro,  że  pan  doktor  pojechał  tramwajem.  Gdyby.. 

gdyby zaczekał na mnie parę minut... — wyjąkała. 

—  Pan  doktor  nie  miał  niestety  czasu;  miał  ważny  telefon 

wzywający  go  do  Lipska,  więc  musiał  pojechać  do  domu,  żeby 

przygotować  się  do  podróży.  Ja  mam  tylko  odwieźć  jaśnie  panienkę 

do  domu,  a  potem  wrócić  się  po  pana  doktora  i  zawieźć  go  na 

Dworzec Anhalcki. 

Margot zobaczyła nadchodzącą grupkę młodych ludzi z rakietami 

tenisowymi.  Szybko  wsiadła  do  auta  i  szofer  zatrzasnął  drzwiczki. 

Wsunęła  się  głęboko  na  tylne  siedzenie,  żeby  znajomi  nie  zauważyli 

jej.  Na  szczęście  weszli  na  teren  kortów,  nie  troszcząc  się  o  stojący 

przy wejściu samochód. Szofer włączył silnik i wóz ruszył. 

W  oczach  Margot  znów  błysnęły  łzy.  Jaki  dobry,  jaki  kochany 

jest  Peter,  że  pomyślał  o  zostawieniu  jej  samochodu!  Więc 

rzeczywiście  chce  wyjechać!  Tak  spieszno  mu  do  tego  Lipska? 

Prawdopodobnie podpisze zaraz kontrakt angażujący go tam do pracy. 

Ogarnęła  ją  całkowita  rozpacz.  Co  tu  zrobić?  Przecież  nie  może  mu 

pozwolić wyjechać!  

background image

Wtedy  na  pewno  nigdy  go  już  nie  zobaczy.  Wtedy  wszystko  się 

skończy,  a  ona  zostanie  sama  —  ze  złamanym  sercem  i  tęsknotą  za 

Peterem.  Nie,  do  tego  nie  wolno  dopuścić.  Przede  wszystkim  trzeba 

zapobiec  jego  wyjazdowi,  bo  to  jedyna  szansa  uratowania  jej 

szczęścia, które tak głupio i lekkomyślnie naraziła na szwank. 

Och,  teraz  wie,  że  zachowywała  się  w  stosunku  do  Petera 

obrzydliwie.  Jak  bardzo  wydręczyła  biedaka!  Zrozumiała  to  dopiero 

teraz,  kiedy  sama  zakosztowała  cierpienia  z  jego  powodu.  Trzeba  go 

zatrzymać;  on  nie  może  wyjechać  do  Lipska.  Jego  ojciec  też  byłby 

nieszczęśliwy, gdyby Peter przeniósł się tam. Ale co ona może zrobić, 

żeby go zatrzymać? 

Zastanawiała  się  przez  chwilę,  potem  wyprostowała  się,  otarła 

oczy  i  opuściła  szybę  oddzielającą  miejsce  kierowcy  od  tylnej  części 

wozu. 

—  Przypomniało  mi  się,  że  muszę  jeszcze  powiedzieć  coś 

ważnego  panu  doktorowi,  więc  zamiast  do  mnie,  proszę,  aby  pan  od 

razu  pojechał  do  niego  do  domu.  Poczekam  w  samochodzie,  aż 

zejdzie, żeby pojechać na dworzec. 

— Bardzo proszę, jaśnie panienko! 

Marnot  odetchnęła.  W  ten  sposób  Peter  nie  wyjedzie,  zanim 

jeszcze raz z nią nie porozmawia. Jaką minę zrobi, kiedy zobaczy ją w 

aucie?  Czy  się  ucieszy?  A  może  jest  na  nią  taki  rozgoryczony,  że  w 

ogóle nie będzie chciał jej wysłuchać? Margot pełna była obaw. Może 

Peter przestał już ją kochać? Ach, nie, to niemożliwe! Pewnie będzie 

trochę zły, że niepotrzebnie pakował walizkę... 

background image

Wypłakała  raz  jeszcze  z  serca  wszystkie  obawy  i  wytarła  oczy. 

Wyciągnęła z torebki puderniczkę i przypudrowała się. Wielkie nieba, 

jak  ona  wygląda!  I  z  taką  zapłakaną  twarzą  chce  odzyskać  Petera? 

Pudrowała i pudrowała — nic nie pomagało: ślady płaczu ciągle były 

widoczne. 

A niech zostaną! Niech zobaczy, ile przez niego wycierpiała, jak 

ją dręczył  —  jej  Peter, kochany,  dobry,  głupi,  szalony  Peter!  Myślał, 

że ona pozwoli mu odejść. Jej bohater, jej ukochany bohater i... jej… 

tak  jest,  to  właśnie  on  stał  się  jej  ideałem!  Nikt  nie  był  taki  dobry  i 

kochany jak on, ani taki silny i wierny, ani taki dzielny i niezawodny. 

Końcową  część  drogi  przebyła  śmiejąc  się  i  popłakując  na 

zmianę.  Samochód  zatrzymał  się  przed  bramą  willi,  w  której  Peter 

mieszkał  z  ojcem.  Szofer  wysiadł,  zadzwonił  i  zameldował,  że 

samochód czeka. Margot wcisnęła się najgłębiej jak mogła w kąt auta, 

żeby  nie  rzucać  się  od  razu  w  oczy.  Czekała  dość  długo,  zanim 

pojawił  się  służący,  który  przyniósł  walizkę  i  położył  ją  na  miejscu 

obok szofera, nie dziwiąc się obecności Margot. Widywał ją często w 

samochodzie  młodszego  pana  Vahla,  więc  uznał,  że  widać  są 

umówieni. 

W końcu nadszedł Peter — blady i bardzo poważny. 

— Czy panna Jung wyszła już z klubu tenisowego? — zagadnął 

stojącego obok samochodu szofera. — Odwiózł ją pan do domu? 

—  Nie,  panie  doktorze!  Jaśnie  panienka  siedzi  w  samochodzie, 

bo ma panu coś ważnego powiedzieć. 

background image

Peter  znieruchomiał,  potem  zajrzał  w  głąb  auta,  otworzył 

drzwiczki i skinął na szofera, że można ruszać. Opadł na miejsce obok 

Margot i wziął ją za rękę. 

— Co pani chce mi jeszcze powiedzieć, Margot? 

Niemądre łzy znowu puściły się jej z oczu. 

— Peter... mój kochany, to wszystko było bez sensu! Przecież ja 

nie mogę bez pana żyć! I... i kocham pana jak nikogo na świecie. Jak 

mógł mnie pan tak zostawić? 

Wziął  ją  w  ramiona  i  głęboko,  z  całej  piersi  odetchnął.  Na 

szczęście jechali pustymi uliczkami, na których prawie nie było widać 

przechodniów,  ale  gdyby  nawet  było  inaczej,  Peter  nie  zwracałby  na 

nic  uwagi.  Objął  głowę  Margot  i  z  największą  miłością  zajrzał  jej  w 

oczy. 

— Margot, czy chcesz zostać moją żoną? 

Skinęła głową i mocno zarumieniła się pod jego spojrzeniem. 

— Tak, Peter. Nie mogę bez ciebie żyć. 

Zaczął ją całować jak oszalały, do utraty tchu. 

—  Moja  najukochańsza,  Bogu  niech  będą  dzięki,  że  nareszcie 

przestałaś  się  opierać.  Nie  bój  się  zostać  moją  żoną.  Kocham  cię  i 

będę nosił na rękach. 

— I nie pojedziesz do Lipska, dobrze? 

Roześmiał się radosnym, szczęśliwym śmiechem. 

— Wykluczone! Natomiast objadę teraz z tobą kawałek Berlina, 

dalej się zobaczy. Powiedz, naprawdę mnie kochasz? 

Spojrzała na niego rozpromieniona. 

background image

—  Ja  wcale  nie  wiedziałam,  że  cię  kocham.  Zrozumiałam  to 

nagle,  kiedy  zostałam  sama  tam,  na  kortach.  Na  myśl,  że  mogłabym 

cię  utracić,  poczułam  się  strasznie  nieszczęśliwa.  Potrzebuję  cię, 

Peter... kocham cię. 

Wzruszony  i  szczęśliwy  zaczął  ją  znów  całować,  a  potem 

przytulił do piersi jej głowę i zapytał cicho: 

— A co z twoim ideałem, kochanie? 

Pogłaskała go po ręce. 

— Nareszcie go znalazłam, Peterlein. 

— Jak to? — zdziwił się. — I mimo to chcesz zostać moją żoną? 

Zerknęła  na  niego  z  filuterną  minką,  pogrążając  go  do  reszty  w 

zachwycie. 

—  A  owszem.  Wyobraź  sobie,  że  kiedy  wszystko  rozważyłam, 

okazało się, że to ty jesteś moim ideałem. No bo jesteś dobry, silny i 

wielkoduszny,  jesteś  odpowiedzialny,  wierny,  dzielny,  no  i...  jesteś 

bohaterem.  A  przede  wszystkim  kochasz  mnie  tak,  jak  chciałam  być 

kochaną. 

Peter  aż  poczerwieniał  z  zakłopotania  i  roześmiał  się  tak  po 

chłopięcemu, że Margot musiała go pocałować. 

—  Ale  nie  mam  ciemnych  oczu  ani  ciemnych  włosów,  a 

schudnąć też nie schudłem. 

Margot prychnęła rozbawiona. 

—  Wiesz,  Peterlein,  ta  kolorystyka  niewiele  znaczy,  jeśli  serce 

jest czarne. 

background image

Peter  zabierał  się  znów  do  pocałunków,  ale  wjechali  niestety  w 

bardziej  ludną  okolicę,  w  związku  z czym  musieli  siedzieć  grzecznie 

obok siebie. Ale nie spuszczali z siebie uszczęśliwionych oczu. Mieli 

sobie  tak  dużo  do  powiedzenia.  Margot  skarżyła  się,  że  ją  tak 

straszliwie przeraził swoim odejściem. 

— Czy ty naprawdę nie chciałeś mnie już więcej widzieć? 

Ścisnął oburącz jej dłoń. 

—  Nie  mogłem  już  tego  wytrzymać,  Margot.  Nie  potrafiłem 

dłużej  żyć  obok  ciebie  —  spokojny  i  opanowany.  Tęsknota,  gorące 

pragnienie, żeby choć cię pocałować, odbierały mi rozum. 

To  powiedziawszy,  pocałował  ją  szybko,  korzystając  z  tego,  że 

akurat nikt nie przechodził ulicą. 

Dojechali  do  Dworca  Anhalckiego  i  szofer  już  zamierzał  oddać 

walizkę bagażowemu, gdy Peter powstrzymał go: 

—  Proszę  zostawić  walizkę.  Panna  Jung  przekazała  mi  właśnie 

wiadomość,  że  nie  muszę  natychmiast  jechać  do  Lipska;  był  w  tej 

sprawie  jeszcze  jeden  telefon.  Ale  niech  pan  skręci  za  róg,  gdzie  nie 

będziemy  tamowali  ruchu,  i  pójdzie  dowiedzieć  się,  kiedy  odchodzi 

pierwszy poranny pociąg do Lipska. To na wypadek, jeśli jednak będę 

musiał rano pojechać. 

Szofer podjechał i wysiadł, a Margot spojrzała niespokojnie. 

— Chcesz jednak pojechać do Lipska? 

—  Nie  —  uśmiechnął  się  Peter.  —  Musiałem  tylko  jakoś 

uzasadnić  szoferowi,  że  mimo  twego  poselstwa  zajechaliśmy  przed 

dworzec. Inaczej gotów pomyśleć, że cała ta jazda była bezcelowa. 

background image

— Ach, jaki mądry Peter! — roześmiała się. 

—  Wystarczająco  jak  na  berlińskiego  adwokata.  Ale  co  teraz 

będziemy robić? Dokąd pojedziemy? 

—  Przypuszczam,  że  odwieziesz  mnie  do  domu,  bo  chyba 

będziesz chciał porozmawiać z moimi rodzicami. 

— Jasne!  Ale ponieważ twoją zgodę już mam, nie musimy gnać 

na łeb, na szyję. Zresztą twojego ojca i tak nie ma teraz w domu, więc 

mamy  dla  siebie  jeszcze  jakąś  godzinkę.  Takie  potajemne  zaręczyny 

wydają  mi  się  czymś  wręcz  cudownym.  Jeśli  o  mnie  chodzi,  chętnie 

bym  się  jeszcze  tym  stanem  podelektował.  Czy  masz  coś  przeciwko 

temu, żebyśmy trochę pojeździli autem? 

— Absolutnie nie! — powiedziała rozbawiona. 

W tym momencie wrócił szofer z informacją o godzinie odjazdu 

pierwszego porannego pociągu do Lipska. 

— Dobrze — powiedział Peter — wracajmy teraz do domu, żeby 

zostawić  tam  walizkę.  Potem  musi  nas  pan  zawieźć  ponownie  do 

klubu tenisowego, bo zapomniałem tam czegoś, a stamtąd ruszymy do 

domu państwa Jung. 

— Ależ Peter, to będzie trwało co najmniej godzinę! 

—  Nie  szkodzi!  Dla  mnie  z  pewnością  nie  będzie  to  za  długo, 

najważniejsze,  że  będziemy  przejeżdżali  przez  słabo  zaludnione 

okolice. 

Ta  jazda  z  paroma  przystankami  wcale  nie  wydała  im  się  za 

długa.  Kiedy  na  koniec  dotarli  pod  dom  Margot,  nie  mogli  się 

nadziwić,  że  tak  szybko  minął  im  czas.  W  ciągu  tej  godzinnej  jazdy 

background image

zdążyli  sobie  jednak  powiedzieć  to  wszystko,  co  mają  sobie  do 

powiedzenia narzeczem, a  w słabo zaludnionych okolicach nadarzały 

się okazje, żeby wzmocnić wypowiadane kwestie pocałunkami. 

Weszli  do  rodzicielskiego  mieszkania  Margot,  gdzie  ku  swej 

cichej  radości  dowiedzieli  się,  że  pani  Jung  jeszcze  nie  ma,  ale  lada 

moment powinna wrócić do domu. Tak więc parze narzeczonych dane 

było jeszcze krótkie sam na sam. 

W  końcu  jednak  starsi  państwo  przyszli  —  najpierw  matka,  po 

niej ojciec — i dalej wszystko wynikło samo z siebie. Margot życzyła 

sobie, żeby zaręczyny odbyły się dopiero po powrocie Siddy i Franka 

z podróży poślubnej. Do tego terminu pozostało jeszcze kilka tygodni, 

ale Margot i Peter uznali, że taki potajemny okres narzeczeński ma o 

wiele więcej uroku niż oficjalny.  

Peter  błagał  jednak,  żeby  potem  nie  odkładać  ślubu  na  dłużej. 

Ustalono  zatem,  że  zaręczyny  odbędą  się  we  wrześniu,  kiedy  Siddy 

już będzie na miejscu, a datę ślubu wyznaczono na drugiego grudnia. 

 

 

XV 

Marianne  nie  posiadała  się  ze  złości,  kiedy  dowiedziała  się,  że 

Nordauowie wyjechali. Przepełniał ją szaleńczy gniew na Siddy, gdyż 

była  pewna,  że  to  z  jej  winy  Frank  wyjechał  bez  pożegnania.  Ojciec 

chcąc ją uspokoić, opowiedział, jak to spotkał Franka Nordaua, który 

wyraził  nadzieję,  że  w  Miami  będą  mieli  na  pewno  więcej  okazji  do 

spotkań. 

background image

Z  tych  słów  Marianne  wywnioskowała,  że  Frank  tylko  przez 

ostrożność  unikał  bliższych  kontaktów  z  nią.  Prawdopodobnie  jego 

żona  w  jakiś  sposób  dała  upust  przepełniającej  ją  zazdrości.  To,  co 

Frank  jakoby  powiedział  jej  ojcu,  potraktowała  jako  tajemne 

przesłanie.  Uspokoiła  się  jako  tako  i  następne  tygodnie  w  Nowym 

Jorku spędziła trawiona gorączką oczekiwania. 

Czas  jej  się  dłużył,  mijał  zbyt  wolno,  toteż  wymogła  na  ojcu 

wcześniejszy  wyjazd na Florydę. Kiedy  więc Frank Nordau zjechał z 

żoną do Miami, Weidnerowi bawili już tam od tygodnia. W hotelu, w 

którym  zatrzymała  się  z  ojcem,  Marianne  zadbała  o  to,  żeby  pokoje 

sąsiadujące z ich apartamentem, pozostały wolne. Poleciła mianowicie 

zarezerwować je dla Nordauów, nic nie wiedząc, że Frank tymczasem 

zamówił już locum gdzie indziej. 

Ku  swemu  całkowitemu  zadowoleniu  Frank  pozałatwiał  już 

wszystkie interesy poza zaprzyjaźnioną firma w Miami. 

—  Kiedy  wrócimy  do  Berlina  —  powiedział  z  uśmiechem  do 

Siddy  —  będziesz  musiała  pójść  do  jubilera  i  wyszukać  sobie  jakąś 

wyjątkowo  piękną  rzecz;  te  nowo  nawiązane  stosunki  handlowe 

pozwolą nam na to z naddatkiem. 

Jego  słowa  nie  wywołały  u  Siddy  ani  cienia  uśmiechu.  Nie 

zależało  jej  na  biżuterii  ani  żadnych  błyskotkach.  Uczynić  ją 

szczęśliwą mogła tylko miłość męża. Kiedy jechali do Miami, ogarnął 

ją  na  nowo  strach,  że  Frank  będzie  się  tam  spotykał  z  Marianne 

Weidner,  a  później  zapewne  również  będą  się  widywać.  Nigdy  nie 

background image

pozbędzie  się  tego  bolesnego  ucisku  w  sercu,  nawet  wtedy,  kiedy 

Marianne nie będzie już kochanką Franka.  

Siddy  nie  wierzyła,  żeby  ten  romans  mógł  trwać  długo  — 

któregoś  dnia  Frank  pozna  jej  charakter.  Ale  po  Marianne  będzie 

zapewne jakaś inna. Co za różnica? Między nią a Frankiem nigdy nie 

będzie  prawdziwego  porozumienia  —  pozostanie  tylko  oficjalna 

koegzystencja.  I  ta  świadomość  była  dla  Siddy  niewypowiedzianie 

bolesna. 

W  hotelu  w  Miami  wskazano  im  zamówione  przez  Franka 

pokoje.  Z  okien  roztaczał  się  wspaniały  widok  na  morze,  przy 

panował  ożywiony  ruch.  Frank  miał  do  załatwienia  w  Miami  tylko 

jedną sprawę, a mianowicie sfinalizowanie bardzo obiecującej umowy 

z  pewną  wielką  firmą  budowlaną.  Poza  tym  planował  spędzić  tu  z 

żoną dwa tygodnie na wypoczynku. 

Warunki pobytu były w pełni luksusowe. Przebywający w Miami 

goście paradowali wprawdzie przez cały dzień w strojach plażowych, 

ale  wieczorem  obowiązywała  elegancja  i  wykwintne  toalety  życie 

toczyło  się  jednak  głównie  na  plaży  i  dlatego  Siddy  obawiała  się,  że 

spotkanie z Marianne jest nieuniknione mimo zamieszkania w innym 

hotelu. 

I rzeczywiście: kiedy następnego dnia po śniadaniu wybrała się z 

Frankiem  na  plażę,  ujrzała  idących  im  naprzeciw  Weidnerów. 

Marianne  miała  na  sobie  kokieteryjny  kostium  plażowy,  a  na  to 

narzucony  elegancki kąpielowy  płaszcz.  Siddy  zbladła na  jej  widok  i 

zrobiło jej się zupełnie słabo. Z uczuciem zazdrości musiała przyznać, 

background image

że  Marianne  jeszcze  nigdy  nie  prezentowała  się  tak  powabnie  jak 

teraz.  I  w  dodatku  wiedziała,  jak  ukazać  w  pełni  urok  swej  pięknej,  

smukłej sylwetki. 

Zobaczywszy  Franka  i  Siddy,  odetchnęła  głęboko,  jakby 

uwolniona od przewlekłego bólu. Oczekiwała spotkania z Frankiem z 

największą  niecierpliwością,  a  teraz  była  dodatkowo  zadowolona  ze 

swego  wyglądu.  Z  wyciągniętą  dłonią  i  promiennym  uśmiechem 

ruszyła w stronę młodej pary. 

— Ach, nareszcie się spotykamy! Kiedy państwo przyjechali? 

Siddy nie mogła uniknąć powitania i zetknięcia się na moment z 

czubkami  palców  swego  wroga,  mając  przy  tym  uczucie,  że 

kamienieje od środka. Frank skłonił się ceremonialnie przed Marianne 

i podał rękę jej ojcu. 

— Przyjechaliśmy wczoraj wieczorem. 

— Co, już wczoraj wieczorem? Nic mi o tym nie powiedziano w 

hotelu.  No,  ale  czy  nie  postąpiłam  ładnie,  że  zarezerwowałam  dla 

państwa  pokoje  z  widokiem  na  morze?  Wiedzieliśmy  przecież,  że 

przyjedziecie w tych dniach i zatrzymacie się w tym samym hotelu. 

Frank był nieco zakłopotany. 

— To rzeczywiście bardzo miłe ze strony łaskawej pani; niestety 

nic o tym nie wiedziałem. A ponieważ słyszałem, że w tym hotelu nie 

ma  już  wolnych  pokoi  z  widokiem  na  morze,  zamówiłem  kwaterę 

gdzie indziej. Dlatego nie mogła pani wiedzieć o naszym przybyciu. 

Marianne  ściągnęła  się  mina.  Rzuciła  Siddy  nienawistne 

spojrzenie, które mówiło: „To mam tobie do zawdzięczenia!" 

background image

Pan Weidner usiłował ratować sytuację, mówiąc ze śmiechem: 

—  Widzisz,  Marianne, działaliśmy  zbyt  pochopnie.  Będę  musiał 

zaraz odwołać rezerwację. 

—  Ależ  to  niemożliwe,  papo!  —  wybuchnęła  Marianne.  —  Ja 

zamówiłam  te  pokoje  i  gdyby  nie  moje  zapewnienia,  zostałyby 

wynajęte  komuś  innemu.  Chyba  zgodzą  się  państwo,  że  najlepiej 

będzie, jeśli przeniesiecie się do naszego hotelu. 

Frank  spojrzał  na  żonę,  zauważył  jej  bladość  i  zaciśnięte  usta. 

Zebrał  się  w  sobie  i  powiedział  stanowczo,  choć  pełnym  ubolewania 

tonem: 

— Niezmiernie mi przykro, ale to niemożliwe, łaskawa pani. My 

też  zamówiliśmy  nasze  pokoje  z  góry,  i  to  na  cały  nasz  pobyt  tutaj. 

Poza tym mamy w naszym hotelu umówione już różne konferencje w 

sprawach firmy, no i nie chciałbym zmieniać adresu. 

— To oczywiste, interesy mają pierwszeństwo — oświadczył pan 

Weidner  wyrozumiale. — A jeśli chodzi o te zarezerwowane pokoje, 

to  niech cię  o  to  głowa  nie  boli, Marianne  —  sam  załatwię  sprawę  z 

dyrekcją  hotelu.  Odstąpią  je  od  ręki  komuś  innemu,  bo  to  dobre 

pokoje,  z  pięknym  widokiem.  Byłoby  bardzo  miło,  rzecz  jasna, 

gdybyśmy mogli mieszkać bliżej siebie, ale przecież i tak będzie wiele 

okazji do spotkań. 

Ta uwaga trochę pocieszyła Marianne, choć nadal była wściekła, 

że wszystko poszło nie po jej myśli, tylko tak jak chciała ta „cnotliwa 

gąska".  Pani  Nordau  była  najwidoczniej  o  nią  zazdrosna.  I  bardzo 

dobrze!  Powinna być!  Marianne postanowiła  odpłacić  jej  z  nawiązką 

background image

za  wszystkie  irytacje  i  rozczarowania.  Popatrzyła  Frankowi 

wymownie  w  oczy  i  powiedziała  cicho,  korzystając  z  tego,  że  jej 

ojciec szedł z Siddy o kilka kroków przed nimi: 

—  Bardzo  na  pana  czekałam  i  cieszę  się,  że  nareszcie  pan 

przyjechał. 

Wiatr  doniósł  te  słowa  do  uszu  Siddy,  która  musiała  pokonać 

wzbierający w niej szloch, żeby usłyszeć, co Frank na to odpowie. Ale 

choć nadstawiała uszu, nie zrozumiała jego odpowiedzi. 

— To miło z pani strony — odparł Frank lekkim tonem. 

—  Musimy  się  tutaj  częściej  spotykać;  myślę,  że  mamy  sobie 

wiele do powiedzenia — ciągnęła dalej z tęsknym wyrazem oczu. 

Frank zesztywniał i popatrzył na nią ostro. 

— Wydaje mi się, że łaskawa pani trwoni swoje zainteresowania, 

skupiając je na niewłaściwym obiekcie. 

—  Och,  czyżby  żona  nie  pozwalała  panu  spotykać  się  z  jakąś 

inną istotą płci żeńskiej? Bierze pana pod pantofel? 

—  Ani  jedno,  ani  drugie  —  odparł  z  irytacją,  a  czoło  silnie  mu 

poczerwieniało. 

Marianne  wiedziała  doskonale,  że  żaden  mężczyzna  nie  zniesie 

łatwo  podejrzenia  o  pantoflarstwo.  Śmiejąc  się  w  sposób,  który  miał 

go podburzyć, ciągnęła dalej: 

— Och, wy nieszczęśni żonkosie z podciętymi skrzydłami! Ale ja 

nie  zrezygnuję  z  tego,  żeby  je  panu  trochę  poluzować.  Przede 

wszystkim  jednak  musimy  porozmawiać  w  cztery  oczy;  myślę,  że 

background image

mamy  sobie  to  i  owo  do  powiedzenia,  a  do  tego  nie  potrzeba  nam 

świadków. 

Frank zmarszczył czoło. 

—  A  ja  myślę,  łaskawa  pani,  że  lepiej  będzie,  jeśli  tego 

poniechamy. 

Rzuciła  mu  jedno  ze  swych  niebezpiecznych,  uwodzicielskich 

spojrzeń. 

— Tak bardzo się pan mnie boi? 

—  Bynajmniej.  Jeśli  —  to  o  panią.  Proszę  pozwolić  sobie 

wiedzieć, że prowadzi pani niebezpieczną grę. 

Marianne zagruchała kuszącym śmiechem, licząc na to, że sprawi 

w ten sposób przykrość Siddy. 

— Lubię niebezpieczną grę, a pan byłby w niej nader pożądanym 

partnerem. 

Frank  obawiał  się,  żeby  coś  z  tych  słów  nie  doleciało  do  uszu 

Siddy  i  to  czyniło  go  tak  niepewnym,  że  Marianne  już  uwierzyła  w 

swoją  wygraną. Spojrzał zatroskany  w stronę żony, która przystanęła 

z panem Weidnerem, czekając na nich. 

—  Proszę  zrezygnować  z  mojego  partnerstwa,  łaskawa  pani  a 

także proszę pomyśleć o swojej reputacji. Więcej nie chcę i nie mogę 

pani powiedzieć. 

— Obstaję przy tym, żebyśmy porozmawiali w cztery oczy, gdyż 

nie myślę ani o mojej reputacji, ani o niczym innym, tylko o tym, że 

kocham pana do szaleństwa. 

— To nie ma sensu! Niech pani będzie rozsądna! 

background image

Roześmiała się dźwięcznie. 

—  Rozsądna  będę,  mając  osiemdziesiąt  lat.  Proszę,  niech  mnie 

pan  nie  drażni;  ja  jestem  zdolna  do  wszystkiego.  Muszę  choć  raz  z 

panem  porozmawiać  —  tylko  raz!  Zastanowię  się  jeszcze,  jak  to 

urządzić, żeby pańska żona nie dowiedziała się. Zresztą w pana żyłach 

płynie chyba krew, a nie woda, a małżeński żywot, jaki pan prowadzi, 

nie może mężczyzny takiego jak pan uczynić szczęśliwym. A więc — 

jeszcze porozmawiamy! 

Frank i Marianne znaleźli się tak blisko pierwszej pary, że Siddy 

usłyszała  ostatnie  słowa,  a  przede  wszystkim  zauważyła  wielkie 

zakłopotanie i niepewność męża oraz wzburzenie tamtej. 

Frank  nie  wiedział,  w  jaki  sposób  wywinąć  się  pannie  Weidner. 

Pomyślał,  że  może  istotnie  najlepszym  rozwiązaniem  będzie  spotkać 

się  z  nią  sam  na  sam  po  to,  żeby  powiedzieć  jej  bez  ogródek,  iż 

wyprasza sobie dalsze naprzykrzanie się z jej strony. Zrozumiał, że ta 

dziewczyna nie uznaje żadnych absolutnie hamulców i nie zostawi go 

w spokoju, dopóki wyraźnie nie wyjaśni jej swego stanowiska. 

Jego  serce  należało  bez  reszty  do  Siddy.  Miał  też  nadzieję,  że 

tutaj, w Miami, ich stosunki nareszcie jakoś się ułożą, bo będzie mógł 

święcić  jej  więcej  czasu,  nie  mając  już  na  głowie  interesów  firmy. 

Stan  obecny  znosił  z  największym  trudem,  toteż  postanowił 

nieodwołalnie  wszystko  otwarcie  przedstawić  Siddy.  Dlatego  też 

jakiekolwiek  gierki  z  panną  Weidner  absolutnie  nie  wchodziły  w 

rachubę. 

background image

Marianne stawała mu się coraz bardziej niesympatyczna, gdyż nie 

cierpiał  kobiet,  które  w  stosunkach  z  mężczyznami  przejmowały 

inicjatywę.  Żadna  zresztą  z  dotychczas  mu  znanych  kobiet  nie 

zachowywała się tak agresywnie. Trzeba więc będzie pozbyć się jej w 

sposób energiczny, i to tak, żeby zrozumiała wszystko właściwie. 

—  Dobrze,  jeszcze  porozmawiamy!  —  odparł  ostro  i 

zdecydowanie. 

Siddy  usłyszała  i  to,  a  także  zauważyła  błysk  triumfu  w  oczach 

Marianne.  Poczuła  w  sercu  bolesny  skurcz.  Czy  musi  znosić  tego 

rodzaju  spojrzenia  tej  dziewczyny,  która  bez  cienia  żenady  kokietuje 

Franka na jej oczach? 

Wyprostowała się dumnie i powiedziała stanowczym tonem: 

— Wracam teraz do hotelu. 

Frank natychmiast stanął przy niej. 

— Będzie tak, jak sobie życzysz, Siddy. 

—  Ale  ma  pani  posłusznego  męża!  —  zawołała  Marianne 

szyderczo. 

Pan Weidner roześmiał się dobrodusznie. 

—  Tego  by  brakowało,  żeby  mąż  nie  był  posłuszny  żonie  w 

czasie podróży poślubnej! Czyż nie tak, łaskawa pani? — zażartował, 

zwracając się do Siddy. 

Siddy  kiwnęła  głową,  przymuszając  się  do  uśmiechu,  potem 

pożegnała  Marianne  lekkim,  sztywnym  ukłonem  i  odeszła.  Frank  też 

się pożegnał i ruszył razem z żoną. 

Marianne popatrzyła za nimi z ironią. 

background image

— O, Boże, ależ to nudna gęś! 

Pan Weidner spojrzał zdumiony. 

—  Chyba  nie  masz  na  myśli  tej  czarującej  pani  Nordau, 

Marianchen? 

— Właśnie ją mam na myśli, ojcze! — rzuciła z wściekłością. 

— Ależ to przemiła, urocza osóbka! 

— Och, papo! Wy, mężczyźni, jak tylko zobaczycie ładną buzię,  

to  razu  myślicie,  że  przypisane  są  do  niej  wszystkie  inne  uroki.    To 

nudna,  głupia  gęś,  w  dodatku  —  zazdrosna!  Czy  nie  widzisz,  że 

chciałaby  tego  swego  mężusia  owinąć  w  watę  i  wsadzić  pod  klosz, 

żeby  nic  do  niego  nie  docierało,  żeby  w  ogóle  nie  wiedział,  jak 

wygląda  życie,  bo  sama  pozbawiona  jest  życia  i  temperamentu. 

Biedny Nordau, należy mu tylko współczuć! On bardzo chętnie trochę 

by pobrykał, ale co, skoro musi zaraz wracać pod ten klosz. 

Marianne  święcie  wierzyła  w  to,  co  mówi.  Była  przekonana,  że 

przy  niej  i  za  jej  sprawą  Frank  natychmiast  by  „odżył".  Grunt,  że 

zgodził  się  na  spotkanie  —  teraz  już  nie  ucieknie  przed  nią  więcej! 

Panna  Weidner  spalała  się  w  pragnieniu  zdobycia  Franka,  nie  mając 

wątpliwości,  że  jej  się  to  uda.  Bo  kiedy  kobieta  jak  ona  zagnie  na 

mężczyznę parol, żaden się nie oprze! 

 

XVI 

Frank  i  Siddy  szli  przez  chwilę  w  milczeniu,  oboje  pogrążeni  w 

przykrych myślach. W końcu Frank powiedział: 

background image

—  Ta  panna  Weidner  to  zbyt  uciążliwe  i  nieprzyjemne 

towarzystwo. 

Siddy podniosła głowę i obrzuciła go przygaszonym spojrzeniem. 

— Również dla ciebie, Frank? — spytała z dziwną intonacją. 

Frank  nastawił  uszu,  doszukując  się  w  tych  słowach  śladów 

zazdrości. 

— Myślę, że dla mnie więcej niż dla ciebie — odparł z pewnym 

rodzajem wisielczego humoru.   

Siddy  zacisnęła  usta.  Czyżby  sprawy  zaszły  tak  daleko,  że 

miłostka  Marianne  zaczęła  mu  ciążyć?  To  można  było  łatwo  sobie 

wyobrazić,  bo panna  Weidner  nie  mogła  mężczyźnie  pokroju  Franka 

zaofiarować  prawdziwych  wartości.  A  więc  pociągnęło  go  do  niej 

tylko  przelotne  upodobanie.  Nawet  jeśli  to  odurzenie  wkrótce  minie, 

Frank zniszczył i  zburzył  wszystko, co było istotą jej uczucia. Nigdy 

już nie znajdzie w sobie odwagi, żeby wyjść mu naprzeciw i walczyć 

o  jego  miłość;  odtąd  zawsze  będzie  się  bała,  że  zanim  pokona  swoje 

zahamowania, inna znów zdobędzie jego względy. 

Frank  zastanawiał  się,  co  skłoniło  Siddy  do  postawienia  takiego 

pytania. I dlaczego nagle stała się znów milcząca i przygnębiona? Od 

chwili  wyjazdu  z  Nowego  Jorku  wydawała  się  trochę  bardziej 

ożywiona, dlaczego więc teraz tak nagle znów posmutniała?  

O, Boże, przecież to chyba nie ma związku z Marianne Weidner? 

A jeśli tak? Czy jej osoba wywiera na Siddy — podobnie jak na jego 

zachowanie  —  jakiś  destruktywny  wpływ?  Trzeba  to  koniecznie 

zbadać.  Tamtego  wieczora  w  Nowym  Jorku,  kiedy  Siddy  była  taka 

background image

czarująca  i miła,  wydawało  mu  się,  że  próbuje  ona pokonać  dzielący 

ich dystans. Jej głos był przedziwnie miękki i ciepły, a w oczach kryła 

się  czułość.  Jedynie  tamtego  wieczoru,  który  rozniecił  w  nim  tyle 

słodkich  nadziei,  Siddy  była  uwodzicielska  i  czarująco  miła.  A 

następnego dnia wszystko się zmieniło —już od samego rana, kiedy to 

Marianne  czyhała  na  niego  pod  drzwiami  z  żądaniem  zwrotu 

podrzuconego mu listu. 

Wszystko  to  było  bardzo  zagadkowe  i  dłużej  nie  do  zniesienia. 

Należało rozmówić się z Marianne, wybadać, czy wywierała na Siddy 

jakąś  presję.  Po  ostatnich  doświadczeniach  zdolny  był  uwierzyć  w 

każdą  nikczemność  panny  Weidner.  Nie  uznając  żadnych  wartości 

moralnych,  nie  oszczędziłaby  niczego  i  nikogo,  kto  stanąłby  w 

poprzek jej pragnieniom. 

W hotelu na oboje czekała poczta z Niemiec: dla Siddy był list od 

Margot,  dla  Franka  listy  w  sprawach  handlowych  firmy.  Ich  pokoje 

miały wspólny, osłonięty markizą balkon, na którym ustawiono stolik 

i  krzesła.  Siddy  zasiadła  na  balkonie  zaraz  po  przyjściu,  a  w  chwilę 

później zjawił się Frank. 

— Czy nie będzie ci przeszkadzało, Siddy, jeśli przejrzę tu listy i 

trochę nacieszę się widokiem na morze? 

—  Ależ  skąd,  Frank!  Ja  mam  do  przeczytania  tylko  list  od 

Margot. 

—  Mam  nadzieję,  że  w  domu  wszystko  dobrze.  Popatrz,  jak 

pięknie  wygląda  morze  w  słońcu!  Właściwie  to  nonsens,  żeby 

background image

przebywać całymi godzinami tam na dole. Stąd mamy najpiękniejszy 

widok, a poza tym nie jesteśmy narażeni na niepożądane towarzystwo. 

Spojrzała  na  niego  z  uwagą.  Czy  miał  na  myśli  Marianne 

Weidner?  Na  to  wyglądało.  Więc  nie  marzy  o  częstszym  widywaniu 

jej? Mimo wszystko ta myśl sprawiła jej przyjemność. 

— Ja też bardzo chętnie pozostanę tu na górze. 

— Oby tylko nie było ci zbyt nudno. 

— Mnie? Z pewnością nie, ale tobie może być nudno. 

Spojrzał na nią gorąco. 

— W twoim towarzystwie — nigdy. 

Czując  z  niepokojem  zdradzieckie  rumieńce  na  twarzy,  szybko 

otwarła list od Margot. 

Moja kochana, kochana Siddy!  

Proszę Cię, usiądź mocno, bardzo mocno, zanim zabierzesz się do 

czytania  tego  listu,  żebyś  z  wrażenia  nie  padła.  Siddy  —  zaręczyłam 

się!  Masz  to  czarno  na  białym.  Jeśli  spytasz:  z  kim?  — odpowiem:  z 

moim  ideałem!  Wyobraź  sobie,  Siddy,  że  odkryłam  całkiem 

nieoczekiwanie,  iż  moim  ideałem  jest  Peter  Vahl  —  kochany,  dobry 

Peterlein!  

Właśnie w tym momencie, kiedy po otrzymaniu sto dwudziestego 

piątego  kosza  odszedł  ode  mnie  —  na  zawsze,  jak  powiedział,  i  z 

mocnym postanowieniem zerwania wszelkiej znajomości — właśnie w 

tym momencie zrozumiałam, że to on, i tylko on, jest moim ideałem, że 

nie  mogę  bez niego  żyć i  że będę  totalnie nieszczęśliwa, jeśli  zostanę 

sama.  

background image

Ach,  Siddy,  zachowałam  się  strasznie  nie  po  kobiecemu,  bo  w 

przerażeniu, że on zostawi mnie samą na zawsze, pojechałam za nim i 

na  szczęście  udało  mi  się  go  dogonić.  Co  było  dalej,  właściwie  nie 

pamiętam. 

Wiem  tylko,  że  było  bosko  i  że  mój  Peterlein  jest  kochany  i 

uroczy,  a  ja  jako  jego  narzeczona  jestem  nieprzytomna  ze  szczęścia. 

On  nadal  mnie  uwielbia,  odgaduje  wszystkie  moje  życzenia  i  z 

nadmiaru  szczęścia  nie  wie,  jakie  jeszcze  głupstwo  mógłby  popełnić. 

To  jest  cudowne  uczucie,  kiedy  można  uczynić  kochanego  człowieka 

szczęśliwym! Zresztą nie muszę Cię o tym przekonywać — przeżywasz 

to sama każdego dnia. 

Dopiero teraz zrozumiałam, co przeżywałaś w dzień swego ślubu. 

Pamiętasz,  o  czym  rozmawiałyśmy,  kiedy  przypinałam  Ci  mirtowy 

wianek?  Powiedziałaś  mi,  że  pokochałaś  Franka  od  pierwszego 

wejrzenia, chociaż on nie zwracał na Ciebie uwagi. I o tym, jaka byłaś 

szczęśliwa,  kiedy  powrócił  po  długiej  podróży  i  nagle  zainteresował 

się Tobą, a wkrótce potem — oświadczył.  

Widzisz,  u  nas  było  na  odwrót:  Peter  pokochał  mnie  od  chwili, 

kiedy  zobaczył  mnie po  raz  pierwszy,  a  ja,  głupia,  nie  zwracałam  na 

niego uwagi i w ogóle nie chciałam słyszeć o małżeństwie. A przy tym 

musiałam go widać od dłuższego czasu kochać. To się poznaje jednak 

dopiero  później,  ale  za  to  bardzo  gwałtownie.  I  potem  ta  miłość  jest 

już u mnie zakotwiczona. Z Twoim Frankiem było tak jak ze mną, a z 

Tobą — jak z Peterem. 

background image

Najważniejsze jest jednak to, że oboje jesteśmy bardzo szczęśliwi; 

tak szczęśliwi, jak Ty z Frankiem — albo prawie tak samo, bo jeszcze 

trochę nam  do  szczęścia brakuje.  Ale  to  nadejdzie  dopiero  po  ślubie, 

kiedy nareszcie będziemy mogli być sami. Na razie zdarza nam się to 

bardzo  rzadko.  Nasze  oficjalne  zaręczyny  odbędą  się  dopiero  po 

Waszym  przyjeździe,  bo  bez  mojej  Siddy  nie  chcę  o  niczym  słyszeć. 

Ślub jest wyznaczony na początek grudnia. Ach, Siddy, jakie życie jest 

piękne. 

Muszę kończyć, bo Peter zaraz przyjdzie i nie będę mieć czasu. A 

więc wracaj do domu! Pozdrów Twojego tak gorąco kochanego Męża 

od nas obojga. Tysiące całusów! 

Twoja szaleńczo szczęśliwa Margot. 

Kiedy Siddy doszła do miejsca, w którym Margot pisała o ślubie 

z Frankiem, łzy nagle trysnęły z jej oczu. Siedziała bardzo cicho i bez 

ruchu,  żeby  Frank  niczego  nie  zauważył,  ale  jedna  łza  spadła  na 

trzymany  przez  nią  arkusik.  Frank  zerknął  w  stronę  Siddy,  ale  nie 

zauważyła  tego.  Zapatrzona  nieruchomo  przed  siebie  walczyła  ze 

łzami. 

Pomyślał,  że  Siddy  chce  ukryć  przed  nim  swoje  wzruszenie  i 

dlatego  poniechał  pytania,  które  cisnęło  mu  się  na  usta.  Ale 

obserwował  ją  nadal.  Wiedział,  że  z  trudem  stara  się  opanować  i  że 

schowała list siostry do małego pudełka z szyciem, które przyniosła ze 

sobą na balkon. Ukradkiem wyciągnęła chusteczkę i osuszyła oczy. 

Frank  siedział  jak  sparaliżowany.  Dlaczego  Siddy  płakała, 

starając  się  to  ukryć  przed  nim?  Gdyby  otrzymała  jakąś  złą 

background image

wiadomość, nie kryłaby się z nią. Co było w tym liście, czego on nie 

powinien  wiedzieć,  a  co  ją  przyprawiło  o  taki  smutek?  Nie  chciał 

przynaglać  jej  do  zwierzeń.  Dlatego  pozornie  zagłębił  się  w  lekturze 

swoich listów, wyczekując chwili, kiedy Siddy się uspokoi. 

Po  chwili  Siddy  wzięła  do  ręki  jakieś  drobne  szycie  i  pochyliła 

się nad nim, żeby uniknąć jego wzroku. List Margot leżał  złożony  w 

pudełku.  Frank  spojrzał  na  żonę  i  odłożył  na  bok  swoją 

korespondencję. Siddy wydawała się już na tyle spokojna, że zwrócił 

się do niej z pytaniem: 

—  No  i  co,  Siddy,  jakie  wiadomości  od  Margot?  —  spytał 

swobodnie. 

Nie podnosząc oczu znad roboty, odparła: 

— Och, najlepsze, jakie mogą być. Wyobraź sobie, że moja mała 

Margot zaręczyła się. Przyjęła nareszcie oświadczyny swego wiernego 

adoratora,  Petera  Vahla.  Będą  czekać  z  ogłoszeniem  zaręczyn  do 

naszego powrotu, a z początkiem grudnia wezmą ślub. 

—  To  mnie  cieszy.  Doktor  Vahl  jest  wspaniałym  człowiekiem, 

szlachetnym i godnym zaufania. Czy on się od dawna o nią starał? 

—  Tak.  Margot  dała  mu  sto  dwadzieścia  pięć  razy  kosza  — 

wyjaśniła Siddy, zmuszając się do wesołości. 

— Sto dwadzieścia pięć? To się nazywa wytrwałość! 

— On ją bardzo, bardzo kocha — powiedziała cicho. 

Frank znowu zaczął zastanawiać się, dlaczego Siddy płakała nad 

tym listem. Przecież te zaręczyny to była radosna wiadomość. A może 

Siddy sama była zakochana w Peterze i musiała z niego zrezygnować 

background image

ze  względu  na  siostrę?  Zawsze  mówiła  o  nim  bardzo  ciepło  i 

serdecznie... 

Frank  poczuł  nagle,  że  serce  przeszył  mu  ostry  ból.  Czy  to 

możliwe?  Może  Siddy  ciągle  jeszcze  kocha  Petera  i  płacze  gorzko 

dlatego, że zaręczył się z jej siostrą? 

Zerknął ukradkiem na list Margot leżący w pudełku. Gdyby mógł 

wiedzieć,  co  w  nim  jest!  W  trakcie  rozważań,  czy  by  nie  poprosić 

Siddy  o  pozwolenie  przeczytania  listu,  ktoś  wywołał  ją  z  pokoju: 

chodziło  o  zamówione  przez  nią  pantofle  kąpielowe,  których  bogaty 

wybór przysłano właśnie do hotelu. 

Frank  nie  mógł  dłużej  zdzierżyć,  wydobył  list  i  zaczął  czytać. 

Wyznanie  miłosne  Margot  poruszyło  go  —  z  każdej  linijki  listu biło 

szczęście. A potem doszedł do miejsca, w którym Margot wspominała 

rozmowę z Siddy w dniu jej ślubu i wpatrując się w list jak urzeczony, 

czytał  bez  tchu:  „Powiedziałaś  mi,  że  pokochałaś  Franka  od 

pierwszego  wejrzenia,  chociaż  on  nie  zwracał  na  Ciebie  uwagi.  I  o 

tym, jaka byłaś szczęśliwa, kiedy powrócił po długiej podróży i nagle 

zainteresował się Tobą, a wkrótce potem — oświadczył". 

Wstrząśnięty do głębi czytał ten fragment listu raz po raz. I nagle 

wszystko stało się jasne. Siddy kochała go od pierwszego wejrzenia i 

była szczęśliwa, kiedy zaczął starania o nią. Szczęśliwa i pewna jego 

miłości była jeszcze w chwili ślubu i podczas weselnego przyjęcia — 

teraz wiedział to na pewno. A potem zjawiła się Anny Frey i zdarła jej 

zasłonę  z  oczu:  wyjawiła,  że  była  jego  kochanką  i  że  on  poślubił  ją 

tylko na życzenie ich rodzin. 

background image

Jakie  to  musiało  być  dla  niej  straszne,  mój  Boże!  Nie  widziała 

żadnego  wyjścia  z  tej  upokarzającej  sytuacji  i  żeby  ratować  twarz 

wymyśliła tę niepoważną historyjkę o zakładzie z przyjaciółkami. Za 

tą mistyfikacją ukryła się ze swoją wzgardzoną miłością i upokorzoną 

dumą. A więc jego domysły były słuszne! 

Frank odetchnął głęboko i odłożył list na miejsce. Z głębi pokoju 

dochodził  go  głos  Siddy  przymierzającej  kąpielowe  pantofle  i 

rozmawiającej  ze  sprzedawczynią.  Zapatrzył  się  przed  siebie.  Teraz 

już wiedział, dlaczego Siddy płakała: list przypomniał jej dzień ślubu, 

ten dzień, który przyniósł jej tyle bólu i cierpienia. Dobry Boże, czy to 

znaczy,  że  ona  kocha  go  nadal,  że  jej  serce  nie  zobojętniało  po  tych 

przeżyciach?  Szczęście  Margot,  którą  Siddy  bardzo  kocha,  i  jej 

własny los wywołały nową falę bólu. 

Teraz  też  zrozumiał,  dlaczego  była  zazdrosna  o  pannę  Weidner! 

Instynkt  ostrzegł  ją,  że  Marianne  na  niego  poluje;  może  zresztą 

zauważyła coś, co stało się pożywką dla podejrzeń. Jakkolwiek by się 

rzecz  miała,  zdobył  przynajmniej  pewność,  że  Siddy  go  kochała.  Ta 

miłość  nie  mogła  jeszcze  zginąć  —  i  nie  można  pozwolić,  żeby 

zginęła!  

Być może przesadził z tą rycerską powściągliwością wobec niej; 

może  należało  powiedzieć  jej  o  swoich  uczuciach.  To  uparte 

trzymanie się od niej z daleka było błędem, absolutnym błędem! Skąd 

mogła  wiedzieć,  że  pokochał  ją  i  że  nie  może  już  dłużej  znieść  tego 

dystansu i ich życia obok siebie! 

background image

Jakim  był  głupcem,  dręcząc  tak  bardzo  i  ją,  i  siebie!  To  należy 

zmienić.  Trzeba  z  nią  szczerze  porozmawiać — i tak jak  on  musi  jej 

wyznać, jakie żywi do niej uczucia, tak ona powinna mu powiedzieć, 

jaki jest obecnie stan jej serca. 

Usłyszał, że sprzedawczyni wychodzi, więc podniósł się szybko i 

wszedł do jej pokoju. 

—  I  jak,  Siddy,  dobrałaś  coś  odpowiedniego?  —  zagadnął  z 

pozornym spokojem. 

Siddy spojrzała na niego niepewnie, trzymając w ręku zakupioną 

parę  pantofli.  Frank  dotychczas  jak  najściślej  przestrzegał  układu, 

który  zawarli  w  Caux,  a  dziś  po  raz  pierwszy  przekroczył  próg  jej 

pokoju.  Patrzył  przy  tym  na  nią  w  ten  szczególnie  gorący  sposób, 

który zawsze wzbudzał w niej lęk. 

—  Tak,  te  pantofle  pasują  —  powiedziała  niby  obojętnie  i 

uczyniła  ruch,  jak  gdyby  chciała  go  wyminąć  i  przejść  na  balkon. 

Frank zastąpił jej drogę. 

—  Chwileczkę,  Siddy!  Chciałbym  cię  o  coś  zapytać  i  proszę 

bardzo usilnie o szczerą odpowiedź. 

Krew  odpłynęła  jej  z  twarzy,  ale  przystanęła,  patrząc  na  niego 

poważnie. 

— O co chcesz mnie zapytać, Frank? 

— O to, dlaczego zostałaś moją żoną. 

Zadrżała  lekko  i  spuściła  wzrok.  Co  to  znaczy?  Czy  to  pytanie 

miało  być  wstępem  do  rozmowy  o  konieczności  rozstania  się  i 

zwrócenia sobie wolności? 

background image

— Ja... przecież już ci powiedziałam... wtedy w Caux. Chodziło o 

ten głupi zakład... 

—  Nie,  Siddy!  Ja  chciałbym  poznać  prawdę.  Zorientowałem  się 

od razu, że to był zwykły wykręt z twojej strony. Ty nie jesteś zdolna 

do kłamstw, a ja już wtedy wiedziałem, że dziewczyna taka jak ty, nie 

wychodzi  za  mąż  tylko  z  powodu  niemądrego  zakładu i  to  za kogoś, 

kogo nie kocha. 

—  Jednak  doszło  do  zawarcia  tego  zakładu!  Nie  mówmy  już  o 

tym więcej; wstydzę się bardzo tej głupiej sprawy. 

—  Ani  ty  nie  brałaś  nigdy  udziału  w  takim  zakładzie,  ani  Jutta 

Brest  i  twoje  pozostałe  przyjaciółki.  Wiem,  że  w  ogóle  uważasz 

wszelkie  zakładanie  się  za  niemoralne.  Żeby  ci  oszczędzić  trudu 

dalszych zaprzeczeń, dodam, że z Caux napisałem do Juty Brest list z 

prośbą o wyjaśnienie. Wysłałem nawet — uśmiechnął się lekko Frank 

— bombonierę dla poparcia swej prośby. 

I  dalej  z  całą  swobodą  poinformował  Siddy,  jaką  otrzymał 

odpowiedź. Siddy stała przed nim zaczerwieniona po uszy, nie mając 

odwagi spojrzeć mu w oczy. 

— To niedobrze, że mnie sprawdzałeś. Powinien był wystarczyć 

ci powód, który ja podałam — powiedziała cicho. 

—  Nie,  Siddy!  Ten  powód  nie  wystarczał  mi  już  wtedy,  a  teraz 

— w żadnym wypadku. 

—  Ale  dlaczego?  Pozwól,  żeby  sprawy  toczyły  się  swoim 

własnym  torem.  Ja  nie  wnikam  w  twoje  tajemnice,  nie  śledzę,  co 

robisz, nie dociekam, o czym myślisz. Wszystko to jest mi obojętne. I 

background image

tak samo tobie powinno być obojętne wszystko to, co wykracza poza 

nasze oficjalne wspólne życie. 

Frank widział, że Siddy usiłuje pokryć swój strach dumą. Ujął jej 

dłonie i mocno przytrzymał, chociaż usiłowała się uwolnić. 

—  Nic  nie  jest  mi  obojętne,  co  dotyczy  ciebie,  Siddy,  i  mam 

nadzieję, że i tobie nie jest wszystko jedno, co ja robię. 

Jej  strach  przed  nim  i  przed  samą  sobą  narastał.  Tracąc  resztki 

spokoju i opanowania, rzuciła gwałtownie: 

—  Czy  mam  cię  może  wypytywać  o  twoją  kochankę,  Marianne 

Weidner? 

Wzdrygnął się zaskoczony. 

—  Co  ci  przyszło  do  głowy,  Siddy?  Jak  wpadłaś  na  tę 

niedorzeczną myśl? 

Powiedział  to  tak  poważnym  tonem  i  z  takim  spokojnym, 

pewnym  wyrazem  oczu,  że  w  sercu  Siddy  obudziło  się  nagle  jakieś 

dziwne,  trudne  do  nazwania  uczucie,  a  w  spojrzeniu  pojawiło  się 

wahanie. 

—  Przecież  ona  wyraźnie  dała  mi  do  zrozumienia,  że  chce  mi 

ciebie  odebrać.  A  przy  tym  naigrawała  się  z  naszych  oddzielnych 

sypialni...  Szydziła  ze  mnie,  mówiąc,  że  w  przeznaczeniu  kobiety 

bardziej  pewna  jest  zdrada  niż  śmierć.  Nie  pozostawiła  mi  cienia 

wątpliwości,  że  zrobi  wszystko,  żeby  zostać  twoją  kochanką.  Może 

zresztą  była  nią  już  wtedy...  Powiedziała  mi  to  wszystko  tego  dnia, 

kiedy  razem  jadłyśmy  lunch.  Prosiłam  cię  potem,  żebyś  zabrał  mnie 

do teatru, bo nawet jeśli uznałam twoje prawo do całkowitej swobody, 

background image

nie  chciałam  siedzieć  przy  jednym  stole  z  kobietą,  która  jest  twoją 

kochanką.  Tamtego  wieczoru  co  prawda  nie  sądziłam,  że  to  się  już 

stało... miałam nadzieję, że można temu jeszcze zapobiec... 

—  Ach,  i  dlatego  byłaś  wtedy  taka  kochana  i  czarująca,  dlatego 

poznałem cię z zupełnie innej strony niż dotąd? 

Frank  zadał  to  pytanie  z  sercem  przepełnionym  radością,  bo 

zrozumiał,  że  Siddy  chciała  go  oczarować  tamtego  wieczoru  i 

zniweczyć wpływ Marianne. 

Spłonęła rumieńcem i wyjąkała: 

— Ja... ja nie wierzyłam, żeby... no, żeby ona mogła zapewnić ci 

szczęście, bo... bo ona tak obrzydliwie o tym wszystkim mówiła. Ale 

na  drugi  dzień  zrozumiałam,  że  już  jest  za  późno.  Wychodząc  z 

pokoju,  zobaczyłam,  że  ona  chowa  list,  który  jej  dałeś.  Pomyślałam, 

że  nic  tu  nie  da  się  zmienić  i  należy  pozostawić  rzecz  jej  własnemu 

biegowi. 

To  ostatnie  zdanie  znów  zabrzmiało  dumnie  i  chłodno.  Frank 

nadal jednak trzymał ją mocno za ręce. 

— A więc tak, pozwalasz sprawie toczyć się dalej, a mnie chcesz 

zostawić na pastwę komuś takiemu jak Marianne Weidner? 

Siddy  przejął  drżeniem  ton,  w  jakim  Frank  wypowiedział  te 

słowa. 

— Może jednak pozostawimy ten temat w spokoju? Ja nie czynię 

ci  przecież  wyrzutów.  Jesteś  wolny;  możesz  czynić,  co  chcesz.  Nie 

chciałam  o  tym  mówić  ani  oczywiście  wprawiać  cię  w 

zaambarasowanie. A teraz puść, proszę, moje ręce; to mnie boli. 

background image

Ostatnie słowa miały usprawiedliwić łzy, które znowu popłynęły 

z  jej  oczu.  Frank  wydobył  z  wewnętrznej  kieszeni  koronkową 

chusteczkę,  o  której  stewardesa  opowiadała  Marianne  i  którą  ciągle 

nosił  przy  sobie.  Wypuścił  z  uchwytu  tylko  jedną  rękę  Siddy, 

wycisnąwszy na niej przedtem gorący pocałunek, a potem delikatnie, 

z czułością osuszył jej łzy i powiedział cicho: 

—  Przypatrz  się  tej  chusteczce,  Siddy:  to  własność  mojej 

ukochanej  żony,  słodkiej,  cudownej  dziewczyny,  której  urok 

poznałem  —  beznadziejny  głupiec!  —  dopiero  po  ślubie.  Ale  od 

pewnego czasu kochałem ją wiernie i gorąco, a ponieważ nie chciała o 

mnie  słyszeć,  ukradłem  tę  chusteczkę,  żeby  mieć  cokolwiek,  co 

należało do niej.  

Moja żona ciągle odprawiała mnie od siebie dumnie i zimno... za 

karę,  że  oświadczyłem  jej  się  bez  miłości,  do  czego  szczerze  się 

przyznałem.  Wtedy  nie  miałem  jeszcze  tej  pewności,  co  teraz:  że  ją 

kocham.  Ona  wkradła  się  niepostrzeżenie  do  mojego  serca  i  tak  się 

tam  zadomowiła,  że  żadna  kobieta  na  świecie  nie  zdołałaby  jej 

stamtąd wyrugować, a już najmniej niejaka panna Weidner.  

Tamtego dnia w Caux należało wszystko to wyznać, ale zabrakło 

mi  odwagi:  obawiałem  się  posądzenia,  że  chcę  w  podstępny  sposób 

dochodzić swoich praw. Moja słodka żona jest bardzo płochliwa, a ja 

chciałem pozyskać ją w sposób delikatny i rycerski. Wystawałem pod 

jej drzwiami i słyszałem jak płacze. Tak, Siddy, czaiłem się jak szpieg 

i  podsłuchiwałem,  bo  chciałem  wiedzieć,  czy  mogłabyś  pokochać 

mnie na nowo. A w ten głupi zakład w ogóle nie wierzyłem. 

background image

Przed  chwilą  przeczytałem  ukradkiem  list  od  Margot...  Moja 

przemiła  szwagierka  potwierdziła  nareszcie  to,  o  czym  marzyłem:  że 

jej  siostra  Siddy  kochała  mnie  od  dawna.  Powziąłem  do  siebie 

niechęć,  odkąd  stało  się  dla  mnie  jasne,  jak  bardzo  raniłem  twoje 

uczucia.  A  teraz  wiem,  że  nie  wolno  mi  dłużej  zwlekać  i  że  muszę 

nareszcie  powiedzieć  ci,  jak  bardzo  cię  kocham.  Żadna  kobieta  nie 

znaczyła  dla  mnie  tak  wiele,  jak  ty  Siddy.  Nic  ci  nie  mówiąc, 

walczyłem o ciebie każdym spojrzeniem każdą myślą, li byłem bardzo 

nieszczęśliwy, że tak zimno odrzucasz moje starania.  

Zapewne  widziałaś  je  w  innym  świetle.  Siddy,  powiedz  mi, 

proszę, czy utraciłem raz na zawsze twoją miłość? Czy nie możesz mi 

przebaczyć,  że  kiedyś  przeszedłem  obok  ciebie  jak  ślepiec?  Kocham 

cię,  moje  najmilsze,  słodkie  stworzenie!  Uwierz  mi,  że  odkąd  jesteś 

moją  żoną,  żadnej  innej  kobiecie  nie  poświęciłem  ani  jednej  myśli. 

Byłem ci absolutnie wierny. 

Siddy  słuchała  uszczęśliwiona,  upajała  się  jego  słowami,  drżała 

od  ich  wewnętrznego  żaru,  ale  ciągle  nie  mogła  w  nie  uwierzyć.  A 

kiedy  skończył  mówić,  uchwycił  jej  spojrzenie,  które  wstrząsnęło 

nim, odsłaniając ogrom jej cierpienia. 

—  Nie,  to  nie  może  być  prawdą.  Wszystko,  co  mi  teraz 

powiedziałeś,  bierze  się  ze  współczucia.  Ty  jesteś  dobry,  nie  chcesz, 

żebym cierpiała, i dlatego tak mówisz! 

Objął jej ramiona i przyciągnął ją mocno do siebie. 

— Spojrzyj na mnie, Siddy — powiedział poważnie. — Sądzisz, 

że gram jakąś komedię... ze współczucia? Popatrz w moje oczy: co w 

background image

nich  widzisz?  Jestem  bardzo  nieszczęśliwy,  że  zadałem  ci  tyle  bólu; 

uwierz mi, że cierpię z tego powodu. Ale teraz żadne z nas nie zniesie 

dłużej fałszu. Dosyć oboje wycierpieliśmy przez nasze źle pojmowane 

względy,  fałszywie  pojmowaną  delikatność  i  chęć  oszczędzania  się 

nawzajem.  Teraz  wszystko  między  nami  będzie  jasne  i  klarowne. 

Uwierz mi, Siddy, że kocham cię z całego serca i z całej duszy. Proszę 

cię  gorąco,  porzuć  wreszcie  dumę  i  powiedz  szczerze,  czy  mnie 

kochasz. 

Oparła głowę na jego ramieniu i wyszeptała, tłumiąc łzy: 

—  Och,  żebyś  wiedział,  jak  bardzo  cię  kocham!  Mój  Boże,  nie 

mogę uwierzyć, że to wszystko prawda. Że ty mnie kochasz. 

—  Spojrzyj  mi  w  oczy;  czy  one  nie  powiedzą  ci  tego  bardziej 

wyraźnie niż moje słowa? 

Tak,  jego  oczy  płonęły  szczęściem,  ale  Siddy  dręczyła  jeszcze 

jedna myśl: 

—  Frank...  co  to  było  wtedy  z  Marianne  Weidner?  Widziałam, 

jak  dawałeś  jej  list...  Ona  przedtem  mówiła  bez  obsłonek,  bez 

żenady... Tak chciałabym ci wierzyć! 

W  jej  głosie  zabrzmiała  bolesna  skarga.  Frank  ujął  jej  głowę  w 

dłonie.  

—  Rozwieję  wszystkie  twoje  wątpliwości.  Nie  mogę  już  dłużej 

osłaniać Marianne Weidner, bo chodzi nie tylko o moje, ale również o 

twoje szczęście. Jednak zanim ci po kolei wyjaśnię, proszę, żebyś mi 

wierzyła  i  nigdy  we  mnie  nie  wątpiła.  Powiedziałem  ci  w  Caux 

całkiem otwarcie, że oświadczyłem się o twoją rękę, nie kochając cię, 

background image

ale  od  jakiegoś  czasu  czułem,  że  w  moich  uczuciach  następuje 

zmiana.  Daję  przy  tym  słowo,  że  byłem  ci  wierny  każdą  myślą  i 

pragnieniem.  Jeśli  mówię,  że  cię  kocham  i  że  pozostałem  ci  wierny, 

musisz mi wierzyć bez żadnego innego dowodu. Dobrze? 

Objęła go za szyję i spojrzała z bezgraniczną miłością. 

—  O,  Boże,  tak!  Wierzę  ci!  I  to  czyni  mnie  szczęśliwą  — 

szepnęła. 

Zamknął  jej  usta  pocałunkiem  i  od  tej  chwili  Siddy  nabrała 

pewności,  że  wszystkie  udręki  kończą  się,  a  ona  jest  ukochaną  żoną 

Franka. Pocałunek trwał długo, a potem było patrzenie sobie w oczy i 

nowe  pocałunki.  Frank  szeptał  gorące  słowa  miłości,  Siddy 

odpowiadała nieśmiało krótkimi, czułymi słówkami. 

Stali tak przytuleni do siebie długo, zapominając o wszystkim, co 

ich  otacza.  Z  zewnątrz  dochodziły  nawoływania,  śmiechy  i  gwar 

rozmów,  ale  oni  tego  nie  słyszeli.  Kiedy  na  koniec  ocknęli  się  ze 

swego odurzenia, Frank usadowił żonę obok siebie na otomanie i ujął 

jej dłonie. 

—  A  teraz  posłuchaj,  Siddy,  jak  doszło  do  tego,  że  podawałem 

Marianne list. Potem ty opowiesz mi, co ona nagadała ci podczas tego 

lunchu,  bo  wszystko  między  nami  musi  być  jasne.  Ona  jest  osobą 

niebezpieczną,  pozbawioną  skrupułów  i  kierującą  się  wyłącznie 

własnymi zachciankami. Nie możemy dopuścić, żeby zmąciła choćby 

tchnieniem nasze z trudem odzyskane szczęście. 

Frank  opowiedział  Siddy  o  wszystkim:  o  słówkach,  które  mu 

rzucała  na  stronie,  o  treści  listu,  który  znalazł  w  swoim  pokoju;  nie 

background image

zataił  i  tego,  że  później  dwukrotnie  jeszcze  pukała  do  jego  drzwi, 

zakończył zaś relacją sceny z odbieraniem listu. 

—  Jak  mogłem  ci  wyjawić,  co  wydarzyło  się  przedtem,  nie 

burząc  do  reszty  twego  spokoju?  Marianne  Weidner  nie  kieruje  się 

zresztą żadnymi rozumowymi przesłankami. Dzisiaj także kładła mi w 

głowę, że musi za wszelką cenę porozmawiać ze mną w cztery oczy. 

W końcu zgodziłem się na to, żeby uciąć sprawę. Inaczej będzie ci na 

wszelkie  sposoby  zatruwać  spokój.  Chciałem  też  wydobyć  z  niej,  w 

jaki sposób udało jej się tak wpłynąć na zmianę twojego zachowania. 

Dlatego powiedziałem, że jestem gotów raz jeden spotkać się z nią. I 

tej obietnicy dotrzymam. 

Siddy zaniepokoiła się. 

—  Och,  Frank,  ona  będzie  próbowała  wszystkiego,  byle  złowić 

cię w swoje sieci. 

Ucałował ją gorąco. 

—  To  się  jej  nie  uda,  bo  postawię  na  straży  tej  sieci  moją 

ukochaną żonę. Chcę, żebyś dla własnego spokoju była niewidocznym 

świadkiem  naszej  rozmowy,  bo  z  nią  nigdy  nic  nie  wiadomo;  nie 

sposób przewidzieć, do  czego  jest  zdolna.  Przypuszczam,  że  wkrótce 

da mi znać, kiedy i gdzie chce się ze mną spotkać. Ja ze swej strony 

zaproponuję  takie  miejsce,  żebyś  mogła  wszystko  słyszeć,  a  potem 

wkroczyć  i  zakończyć  nasze  spotkanie,  kiedy  uznasz  za  stosowne. 

Myślę,  że  to  podziała  skuteczniej  niż  moja  ewentualna  próba 

przerwania tej rozmowy. A teraz chciałbym dowiedzieć się, co ona ci 

powiedziała. 

background image

Siddy powtórzyła słowo w słowo rozmowę z Marianne i wyznała 

— zarumieniona po uszy i zakłopotana — jak chciała wtedy walczyć 

o  jego  uczucia,  ale  następnego  dnia  doszła  do  wniosku,  że  na  to  jest 

już za późno, bo Marianne jest jego kochanką. 

Te wyznania Siddy dały pretekst do nowych pieszczot i czułości. 

Młoda  para  nareszcie  znalazła  swoje  utracone  szczęście.  Ile  mieli 

sobie  do  powiedzenia,  ile  do  wypytywania!  Dzień  wydał  im  się  za 

krótki, żeby wszystko wyrzucić z siebie. 

Wśród  czynionych  sobie  wyznań  tamte  przeszłe  cierpienia 

zmieniły się w pełną szczęścia radość. Oboje przyznali się do częstego 

wystawania  po  drugiej  stronie  drzwi  i  pełnego  tęsknoty 

podsłuchiwania,  a  także  do  zazdrości  o  każde  słowo  i  każde 

spojrzenie,  które  przypadło  komuś  innemu.  Frank  przyznał  się,  że  z 

zazdrości  miał  ochotę  wyrzucić  za  burtę  statku  młodego 

akompaniatora Siddy. 

Teraz  nie  ukrywali  przed  sobą  niczego  i  to  całkowite  zaufanie 

wydało  im  się  czymś  wspaniałym.  Dzień  minął  im  jak  pełen 

cudowności  sen.  Cieszyli  się  każdą  chwilą,  mając  głębokie  poczucie 

przeżywanego  szczęścia.  Nic  nie  zamąciło  im  tego  dnia  całkowitej 

bliskości i przynależności do siebie. 

Bezchmurne  niebo  roztaczało  swoje  błękity,  morze  szumiało 

kojąco,  a  beztroska  plażowiczów  dopełniała  harmonii.  W  gruncie 

rzeczy  Frank  i  Siddy  dopiero  tego  dnia  rozpoczęli  swoje  weselne 

święto. 

 

background image

XVII 

Nazajutrz,  kiedy  oboje  promieniejąc  szczęściem  siedzieli  przy 

śniadaniu,  kelner  zameldował,  że  do  pana  Nordaua  przyszedł  boy 

hotelowy z wiadomością. Frank spojrzał znacząco na Siddy. 

—  To  posłaniec  od  Marianny  Weidner.  Przepraszam  cię  na 

chwilę.  

W hallu podszedł do Franka boy i podał mu list. 

—  Jeśli  to  możliwe,  chciałbym  od  razu  zabrać  odpowiedź  — 

powiedział. 

Frank otworzył wąską kopertę i przeczytał: 

Czy odpowiada Panu godzina czwarta dziś po południu. Oczekuję 

Pana w swoim pokoju w hotelu. Będę sama, gdyż mój Ojciec pojechał 

na  Key West. A  może wolałby Pan  spotkać  się gdzie indziej  i  o  innej 

porze? 

M.W. 

Frank  podszedł  do  pulpitu,  wziął  papier  listowy  z  nadrukiem 

hotelu i napisał: 

Wielce Szanowna i Łaskawa Pani! 

Proponowana  przez  Panią  godzina  odpowiada  mi.  Wolałby 

jednak,  ze  względów  oczywistych,  nie  pojawiać  się  u  Pani  w  hotelu. 

Śmiem  prosić,  żeby  pofatygowała  się  Pani  do  mojego  hotelu;  moja 

żona będzie o tej porze na plaży. Proszę kazać zaprowadzić się do jej 

pokoju,  co  będzie  mniej  krępujące.  Pozwalam  sobie  przypomnieć,  że 

zgodziłem  się  na  to  spotkanie  tylko  na  skutek  Pani  nalegań.  Byłbym 

background image

zadowolony,  gdyby  Pani  z  niego  zrezygnowała  —  ze  względu  na 

Panią. 

Jeśli  jednak  obstaje  Pani  przy  swoim  zamiarze,  czekam  o 

godzinie czwartej w pokoju mojej żony, to jest pod numerem 22. 

Oddany 

Frank Nordau 

— Proszę chwilę poczekać; muszę jeszcze coś dodać — zwrócił 

się do posłańca, skończywszy pisanie. 

Wrócił  do  pokoju  śniadaniowego  i  w  milczeniu  położył  przed 

Siddy list Marianne. 

Przeczytała i spojrzała z niepokojem w oczach. 

— Co masz zamiar zrobić? 

Podał jej napisany przed chwilą bilet. 

— Przeczytaj, proszę, jeszcze i to, co odpisałem. 

Siddy ogarnęło coś jakby  współczucie dla tamtej kobiety. Teraz, 

kiedy  tak  bardzo  cieszyła  się  swoim  szczęściem,  mogła  pozwolić 

sobie na wspaniałomyślność. 

— Czy nie możesz jej oszczędzić upokorzenia, Frank? 

Wokół jego ust pojawił się jakiś twardy wyraz. 

—  Ta  kobieta  dręczyła  cię  i  poniżała;  intrygowała  w  sposób 

niebywały  jak  na  kobietę,  a  mnie  wpędzała  w  takie  sytuacje,  które 

mogły zniszczyć twoje i moje szczęście, gdyby niebiosa nie zrządziły 

inaczej. Powinna otrzymać nauczkę, że nie wolno jej obchodzić się z 

ludźmi wedle swoich zachcianek. Chcę tylko zapewnić nam spokój z 

jej strony, dlatego twoje współczucie jest nie na miejscu. Okazałem jej 

background image

wystarczająco  dużo  względów,  radząc,  żeby  była  rozsądna.  To  nie 

poskutkowało,  więc musi ponieść konsekwencje. Zrobiłem  wszystko, 

co  było  można,  dla  ratowania  jej  reputacji,  co  prawda  nie  tyle  ze 

względu na nią, bo ona na żadne względy nie zasługuje, ile z sympatii 

do jej ojca. 

Siddy pozostawiła mu w końcu wolną rękę i Frank przekazał list 

posłańcowi.  Zaraz  potem  poszli  oboje  na  plażę  zażyć  kąpieli.  W 

błogim  zadowoleniu  zapomnieli  niemal  o  osobie  panny  Weidner, 

której na szczęście nie spotkali. 

 

Marianne czekała w hotelu na odpowiedź  Franka. Odebrała jego 

list i przeczytała u siebie w pokoju. W jej oczach błysnął triumf. Miała 

w rękach jego pisemną zgodę. To było dużo. Była pewna swej władzy 

nad mężczyznami i przekonana, że osiągnie swój cel. 

Poświęciła cały dzień na przygotowania do umówionego rendez-

vous.  Przez  kilka  godzin  przymierzała  wszystkie  swoje  toalety,  żeby 

wybrać  tę  najbardziej  twarzową  i  kuszącą.  Nie  odczuwała  żadnego 

niepokoju i nic sobie nie robiła z tego, że ma spotkać Franka właśnie 

w  pokoju  jego  żony.  Nie  bała  się,  że  Siddy  może  zaskoczyć  ich  w 

trakcie  schadzki.  Przeciwnie:  gdyby  do  tego  doszło,  związałaby 

Franka  jeszcze  mocniej  z  sobą.  „Cnotliwa  gąska"  rozwiedzie  się  z 

nim,  a  Frank  będzie  całkowicie  należał  do  niej,  do  Marianne  —  tak 

długo oczywiście, jak ona będzie go chciała. 

 

background image

Tymczasem  młodzi  małżonkowie  omówili  na  plaży,  jak  należy 

zainscenizować spotkanie z Marianne. Siddy zaczęło ze strachu przed 

nią  bić  niespokojnie  serce.  Frank  siedział  obok  żony  na  piasku  i 

głaskał ją uspokajającym gestem. 

— Właśnie dlatego, że się jej boisz, muszę cię od tego uwolnić. 

— Ale ja jej również współczuję, Frank. Jestem taka szczęśliwa, 

że mogę być wspaniałomyślna. 

—  Jak  już  mówiłem,  twoja  wspaniałomyślność  jest  nie  na 

miejscu.  Daję  jej  jeszcze  jedną  szansę  przyzwoitego  wyplątania  się  z 

tej afery: ty pojawisz się dopiero wtedy, kiedy nie będę mógł pozbyć 

się jej w żaden godziwy sposób. Sama sobie będzie winna, jeśli spotka 

ją upokorzenie; może zresztą byłoby to dla niej zbawienną kuracją. 

Krótko  przed  czwartą  Siddy  przeszła  do  pokoju  męża,  podczas 

gdy on zasiadł w jej pokoju; drzwi łączące ich pokoje były otwarte na 

oścież. Siddy zajęła miejsce w łazience za kotarą, skąd mogła słyszeć 

każde  słowo,  a  także  obserwować  przez  szparę  w  zasłonie  tę  część 

pokoju, gdzie Frank chciał usadowić pannę Weidner w czasie wizyty. 

Marianne  zjawiła  się  punktualnie.  Miała  na  sobie  kosztowną 

letnią  kreację,  uwydatniającą  jej  ponętną  figurę.  Trzymany  w  ręku 

kapelusz  i  śliczną  parasolkę  od  słońca  zaraz  odłożyła  na  stojący  na 

środku pokoju okrągły stół. 

— Dzień dobry, Frank! — powiedziała, stanąwszy bardzo blisko 

niego. 

—  Dzień  dobry  pani!  A  więc  nie  dała  się  pani  odwieść  od  tego 

ryzykownego poniekąd kroku! 

background image

Marianne  rzuciła  się  na  stojący  tuż  obok  fotel,  założyła  ręce  i 

posłała Frankowi namiętne, zdobywcze spojrzenie. 

— Jak pan widzi. Chyba zresztą nie oczekiwał pan tego serio. Od 

dawna marzyłam o takim spotkaniu sam na sam z panem. 

—  Łaskawa  pani,  zwracam  uwagę,  że  to  sam  na  sam  będzie 

bardzo krótkie, gdyż moja żona niebawem wraca. 

Marianne roześmiała się na swój gruchający sposób. 

— A niech wraca! Ach, Frank, żeby pan wiedział, jakie mi to jest 

obojętne!  A  właściwie  nie!  Nie  tylko  nie  jest  mi  obojętne,  ale  wręcz 

pożądane.  Jeśli  pańska  żona  zastanie  mnie  tutaj,  nie  będę  wypierała 

się, że umówiłam się z panem na randkę i że przyszłam tutaj na pana 

życzenie.  To  zachwycające,  że  spotykamy  się  właśnie  w  jej  pokoju, 

który  ta  zimnokrwista  kobieta  zamykała  przed  panem!  I  właśnie  dla 

mnie,  z  mojego  powodu,  przekroczył  pan  te  progi.  Ach,  Frank,  mój 

drogi, czy zdaje pan sobie sprawę z tego, jak bardzo pana kocham, jak 

bardzo za panem tęsknię? 

Chwyciła go za rękę i przyłożyła ją do rozpalonego policzka, ale 

on wyszarpnął dłoń i cofnął się. 

—  Niechże  pani  przestanie,  panno  Weidner!  Niech  się  pani 

opamięta  i  pomyśli  o  tym,  co  wyrządza  pani  swojemu  ojcu!  Proszę 

także  nie  zapominać,  że  jestem  żonaty  i  że  kocham  swoją  żonę.  Ona 

też  mnie  kocha  i  nie  ma  między  nami  miejsca  dla  tej  trzeciej  — 

powinna  pani  była  zauważyć  to  już  dawno.  A  jeśli  o  mnie  chodzi, 

chyba nigdy nie okazywałem tego, że pani mniej lub bardziej wyraźne 

awanse nie robią na mnie żadnego wrażenia. 

background image

—  Pan  się  tylko  boi,  Frank!  Obawia  się  pan  jakichś  dalszych 

konsekwencji.  Zupełnie  niepotrzebnie!  Nie  chcę  pana  przykuć  do 

siebie,  ale  otwarcie  i  szczodrze  obdarować  swoją  miłością.  Ja  nie 

wierzę  w  pańską  miłość  do  żony,  do  kogoś  tak  nijakiego,  o  rybim 

temperamencie. Czemu miałby pan odrzucać kobietę taką jak ja? 

—  Dosyć!  Niech  pani  nie  poniża  się  jeszcze  bardziej.  Te 

wszystkie manewry nie mają sensu i są bezcelowe. Zgodziłem się na 

pani przyjście tylko po to, żeby panią zapytać, co pani uczyniła mojej 

żonie podczas tego wspólnego lunchu w Nowym Jorku. 

Spojrzała na niego ze złością. 

— A ja nie przyszłam tu po to, żeby rozmawiać o pańskiej żonie. 

Ale chcę panu wyznać, że nienawidzę jej właśnie dlatego że jest pana 

żoną,  i  że  dręczyłam  ją  z  niejakim  upodobaniem.  Nie  powinna  być 

taka pewna swego szczęścia. Czym ona mnie przewyższa? Bytnością 

w  urzędzie  stanu  cywilnego  i  metryką  ślubu?  Według  mnie  są  to 

rzeczy nieistotne. W czym poza tym jest lepsza ode mnie? 

—  Nie  będę  z  panią  debatował  na  temat  zalet  mojej  żony,  bo 

byłoby  to  dla  niej  obraźliwe.  Wiem  już,  że  świadomie  chciała  pani 

zniszczyć nasze małżeństwo. Dowiedziałem się tego, co chciałem. Nie 

mamy już dalej o czym rozmawiać. Chciałbym panią pożegnać. 

Marianne  rzuciła  się  nagle  w  jego  stronę  i  objęła  go  z  taką 

nieoczekiwaną gwałtownością, że Frank się zatoczył. Trzymając go w 

mocnym uścisku, jęknęła: 

— Och, Frank, kocham cię, ginę z tęsknoty za tobą! 

background image

Opanował się szybko, chwycił jej ręce i uwolnił się z jej objęć, a 

potem, trzymając ją mocno za dłonie, powiedział głośno i wyraźnie: 

— Właśnie nadchodzi moja żona! 

Było  to  hasło  dla  Siddy,  która  obserwowała  z  drżeniem  całą 

scenę.  Jej  uczucia  wahały  się  między  zgrozą,  oburzeniem  i 

współczuciem.  Teraz  jednak  była  zadowolona,  że  może  swoim 

wejściem  zakończyć  przykre  zajście.  Zatrzaskując  z  hałasem  drzwi 

łazienki, co miało zamarkować wchodzenie z zewnątrz, przeszła przez 

pokój Franka i stanęła przed nimi blada i wzburzona. 

Przez chwilę żadne z nich nie mogło wymówić ani słowa. Frank 

puścił  ręce  Marianne,  która  przez  ramię  spojrzała  nienawistnie  na 

Siddy i nagle rzuciła się Frankowi na pierś, mówiąc z czułością: 

—  Nie  obawiaj  się,  ukochany!  Twoja  żona  musi  zrozumieć,  że 

nic nie jest w stanie nas rozdzielić. Nie zaprzeczaj, że się kochamy! Ja 

przyznaję się z dumą do mojej miłości, do tego, że cię kocham! 

Marianne chciała przypieczętować to wyznanie pocałunkiem, ale 

tego  Frankowi  było  już  za  dużo.  Złapał  ją  mocno  za  ramiona  i 

przemocą wcisnął w fotel. 

—  Pani  jest  szalona!  Niech  się  pani  opamięta!  I  niech  pani  nie 

liczy  na  to,  że  moja  żona  da  się  nabrać  na  tę  komedię.  Ona  na 

szczęście  nie  wątpi  w  moją  miłość  i  wierność.  Chciała  pani  zasiać 

niepokój i podejrzenia w duszy mojej żony, ale to się nie powiodło. 

Oczy Marianne ciskały błyskawice. Zerwała się, chcąc rzucić się 

w  przystępie  pasji  na  Siddy.  Frank  był  jednak  szybszy  i  silniejszy: 

background image

usadowił ją znowu w fotelu, a potem stanął u boku Siddy i opiekuńczo 

otoczył ją ramieniem. 

Siddy patrzyła na Marianne poważnie i współczująco. 

— Niech pani idzie, panno Weidner... Zapomnijmy o wszystkim, 

co  się  tutaj  wydarzyło.  Pani  jest  chora;  musi  się  pani  uspokoić  — 

powiedziała spokojnie i stanowczo. 

I  stała  się  rzecz  osobliwa  —  w  tej  jednej  chwili  Marianne 

zrozumiała,  że  ta  młoda,  jasnowłosa  kobieta  ma  nad  nią  przewagę. 

Podniosła  się,  jakby  pod  działaniem  jakiejś  niewidocznej  siły, 

zgarnęła kapelusz i parasolkę i spojrzała na Siddy. 

— No cóż, wydałam pani walkę i przegrałam... ale ja dotrzymuję 

słowa.  Spróbuję  zakochać  się  w  kimś  innym  najszybciej,  jak  będzie 

można.  Gdybym  ja  wygrała,  pani  musiałaby  ustąpić;  stało  się  jednak 

inaczej.  Życzę  powodzenia!  Nie  musi  mi  pani  współczuć;  nie  należę 

do tych słabych kobieciątek, które potrzebują pociechy. 

Rzuciła  ostatnie  spojrzenie  Frankowi,  wzruszyła  ramionami  i 

wyszła. Kiedy zamknęły się za nią drzwi, Siddy rzuciła się w ramiona 

męża i rozpłakała się. Ten płacz uwolnił ją od ucisku, który ją dławił, 

odkąd  Marianne  weszła  do  jej  pokoju.  Frank  pocieszał  żonę  z  taką 

czułością, że wkrótce się uspokoiła. 

 

Rano Frank spotkał pana Weidnera, który powiedział, że już jutro 

wyjeżdża z córką, której klimat Miami jakoś nie służy. Frank wyraził 

ubolewanie z tego powodu, życzył szybkiego polepszenia i polecał się 

względom łaskawej pani. 

background image

Weidnerowie  rzeczywiście  wyjechali  następnego  dnia  i  odtąd 

żadna chmurka nie mąciła szczęścia młodej pary. Rozkoszowali się w 

pełni  ostatnimi  dniami  w  Miami,  a  gdy  Frank  doprowadził  do 

pomyślnego końca sprawy firmy, powrócili do Niemiec. 

Zaraz  po  ich  powrocie  do  domu  odbyły  się  uroczyste  zaręczyny 

Margot  z  Peterem,  a  drugiego  grudnia  Margot  została  panią  Vahl. 

Dopiero  kiedy  i  Margot  wróciła  ze  swojej  podróży  poślubnej,  obie 

siostry  mogły  zasiąść  razem  w  przytulnym  domu  Siddy  i 

porozmawiać  o  tym,  co  im  leżało  na  sercu.  Wtedy  też  Margot 

dowiedziała się, jak osobliwie przebiegała podróż poślubna Siddy. 

Peter Vahl przyszedł po zamknięciu biura do szwagrostwa, żeby 

zabrać żonę do domu, a tymczasem musiał zostać z nią na kolacji, bo 

Frank  za  nic  nie  chciał  jej  wypuścić.  Obie  młode  pary  spędziły  ten 

wieczór w niezwykle miłym nastroju, a patrząc na nich, trudno byłoby 

orzec, kto spośród tych czworga jest najszczęśliwszy.