background image

Mojej Matce 
poświęcam 
J. HUBERT DRAPELLA 
^^w*-^^- 
A gdy mnie trafi kula jaka... 
Ilustrował STANISŁAW RZEPA 

Nasza Księgarnia • Warszawa 1969 
 
PRI 
Wt5t>- 
-ND     *    ^       fl.p 
Instytut Wydawniczy „Nasza Księgarnia", Warszawa 1969 r. Wydanie I. Nakład 10 277 egz. 
Ark. wyd. 10,1. Ark. druk. 10,5. Papier powlekany ki. V, 82x104/32 80  g   (Częstochowa). 
Oddano do produkcji w czerwcu 1969 r. Podpisano do druku 
w sierpniu 1969 r. Druk ukończono we wrześniu 1969 r. 
Zakłady Graficzne w Toruniu  Zam.  nr  1401  — M-12 

Kiedy odchodził wzdłuŜ ulicy Mickiewicza, czuł, Ŝe patrzy na niego. Wiedział, Ŝe będzie tak 
stała niepomszona, póki on nie zniknie za naroŜnikiem. To spojrzenie, którym go obdarzała 
na drogę, ilekroć się rozstawali, było mu potrzebne, sprawiało, Ŝe nie wierzył w zagroŜenie na 
serio. Nawet wtedy, gdy w ucieczce przed rozpędzonymi Ŝandarmami sflaczałe ze strachu 
nogi ledwie doniosły go do przechodniej bramy, gdy w czasie przeglądu batalionu (chłopcy 
wmieszani w tłum uliczny defilowali przed oczami dowódcy) zajechała „buda" z lotnikami i 
rozpoczęło się legitymowanie przechodniów, czy kiedy przenosił broń, jechał na ćwiczenia 
strzeleckie, prześlizgiwał się strychem z obstawionego przez Niemców domu do sąsiedniej, 
„wolnej" kamienicy, przez wszystkie te dni, od kiedy stał się dorosły w wieku lat czternastu, 
wiedział, Ŝe cokolwiek się zdarzy, nie skończy się unicestwieniem; nie potrafił sobie tego 
wyobrazić. Wiedział, Ŝe wróci do dornu, otworzy drzwi i napotka spojrzenie ciemnych oczu 
takie, jakie go poŜegnało — bez przerwy śledzące go we wszystkich miejscach i chwilach. To 
wystarczało, Ŝeby nie stało mu się nic ostatecznego. 
Czasem sam sobie próbował wytłumaczyć, Ŝe kaŜdy ma matkę, a przeciec tylu z nich 
odchodziło, Ŝe zbytnie poczucie pewności doprowadzi wreszcie do sytuacji bez wyjścia. 
Uśmiechał się, bo to było tylko draŜnienie wyobraźni, czuł <się wyjątkowo uprzywilejowany. 
Nic przecieŜ stać się nie moŜe. 
Nie mówili ze sobą o swoich obowiązkach, chociaŜ domyślali się, jakie zagroŜenia mogą 
sprowadzać. Kiedy otrzymali wezwania na przedpowstaniowy alarm, rozeszli się w 
milczeniu, kaŜde na swoje miejsce wyczekiwania, skąd zakonspirowane dotąd jednostki 
miały ruszyć do otwartej walki. Alarm odwołano. Minęły juŜ trzy dni od tamtej chwili i 
znowu spotykali się i rozstawali, jak od kilku lat codziennie, tyle Ŝe krócej bywali ze sobą, 
oczekując ponownego wezwania. 
Zaraz za rogiem kamienicy Jerzy natknął się na leŜącego na bruku męŜczyznę. Twarz jego 
była przykryta gazetami, plamy krwi przysypał kurz. Niektórzy przechodnie przystawali, 
odsłaniali gazety. Większość ludzi, tak jak Jerzy, obchodziła zwłoki szerokim kołem. 
Interesowali się trupem tylko ci, którzy mogli spodziewać się, Ŝe będzie to ktoś bliski. Nie 
było w pobliŜu policjanta, ale z pewnością ktoś zawiadomił komisariat, 

tylko Ŝe „granatowi" 1 nie mieli teraz wiele czasu, zajęci byli obstawianiem ulic, po których 
ciągnęły ze wschodu niemieckie oddziały. 

background image

Jerzy wdrapał się na skarpę, dotarł do Krechowieckiej, skręcił w Słowackiego. Nie śpieszył 
się. Był juŜ właściwie wolny. Czekała go tylko randka z BoŜeną. Przeciął ulicę i minął aptekę 
na placu Wilsona. Znalazł się pod pekinem. Wędrował powoli wzdłuŜ wystaw sklepowych. 
Ludzi było sporo, zwłaszcza po tej, handlowej stronie placu. 
—   Ej! •— zawołał ktoś głośno. Przechodnie podnosili głowy. Jerzy obejrzał się, ale nie 
zobaczył nikogo znajomego. 
—   Ej! — rozległo się jeszcze głośniej i Jerzy teraz dopiero dostrzegł na środku placu, pod 
wielkimi lipami dwóch Ŝandarmów. Stali zwróceni w stronę sklepowej ściany. Wołał jeden z 
nich. Ludzie naokoło zatupali spieszniej, jeszcze nie biegli, ale rozpelzali się wydłuŜając 
kroki. 
—   Ej! — to brzmiało juŜ groźniej, z pasją. Jerzy przyśpieszył, ale nie mógł zrozumieć, jak to 
się dzieje, Ŝe nie dogania nikogo z uciekających. Wokół niego zrobiło się luźno, jakby stał w 
oku cyklonu, wir rozmiótł wszystko. Został sam na pustym chodniku. śandarm biegł prosto 
na niego, wyszarpując pistolet z kabury. Twarz miał czerwoną z wściekłości. To było 
wszystko, co. Jerzy zdąŜył zauwaŜyć, bo nogi same poniosły go w stronę sklepu Stompora. 
Przecisnął się przez ciŜbę klientów, odepchnął jakiegoś subiekta i dopadł oszklonych tylnych 
drzwi, prowadzących na podwórze. Korciło go, Ŝeby poczekać, zobaczyć, jak Ŝandarm 
wpadnie do sklepu. Przymknął drzwi ostroŜnie, by nie narobić hałasu i przebiegł do 
najbliŜszej klatki schodowej. Na trzecim piętrze skręcił na balkon prowadzący wzdłuŜ domu. 
Przyciskał się do ściany, Ŝeby nie być widzianym z podwórza, wśliznął się do wnęki. 
Zadzwonił. Andrzej był w domu. Jerzy bez; słowa wskoczył do przedpokoju, dopadł do okna. 
—   Gonili cię? — Jerzy skinął głową. Balkon przesłaniał przynajmniej połowę szerokości 
podwórza. Nie widać było Ŝadnego podejrzanego ruchu.    ' 
—   Masz coś przy sobie? Daj, schowam. ' •—r- Jestem czysty. 
—  Dlaczego wiałeś? 
1 Polski policjant w czasie okupacji, nazywany tak z racji koloru munduru; „granatowi" 
współpracowali z okupantem i przez ogół społeczeństwa traktowani byli w większości jak 
zdrajcy. 

—  Nie wiem. śandarm wrzeszczał. Zobaczyłbyś jego mordę. Wyrwał pistolet... /Wiałem... 
Przechodząca przez podwórze kobieta odsunęła się gwałtownie od śmietnika. Zawróciła i szła 
do domu z opuszczoną głową. Jerzy przycisnął twarz do framugi. 
Ukazali się dokładnie w tym miejscu, na które patrzył. Było ich dwóch. Pierwszy miał pistolet 
w wyciągniętej ręce, drugi trzymał przed sobą peema 1 gotowego do strzału. Robili wraŜenie 
automatów, kiedy okręcali się wokoło, trzymając broń wytkniętą przed siebie tak, Ŝe w to 
samo miejsce patrzyły ich oczy i lufa, jakby uzbrojone ręce sprzęŜone były ze spojrzeniem, 
Ŝ

eby nie mierzyć, najpierw strzelać, a potem brać poprawkę całym ciałem. 

—  Widział cię z bliska? 
—   Z dwudziestu kroków. 
Andrzej oderwał się od okna. Jerzy patrzył bez przerwy, gotowy, napięty. 
—  Nakładaj ¦—¦ Andrzej podawał mu swoją marynarkę. 
— Coś ty?... 
Andrzej był wyŜszy, ubierał się modnie. Marynarka sięgała Jerzemu do połowy uda, ale była 
ze świetnego materiału, z kanciastymi ramionami, jak trzeba. Jerzy poczuł się w niej tak 
1 Peem lub empi — skróty — pistolet maszynowy. 

pewny siebie, Ŝe zaniechał obserwacji. śandarmi zresztą nie kwapili się do łaŜenia po 
schodach. Mickiewicza 27 to największy dom w Warszawie. Na oznaczenie literami klatek 
ledwie starczyło alfabetu. 
—  Wyglądam jak pajac — Jerzy stanął przed lustrem. 

background image

—  Dobrze wyglądasz. Posiedź chwilę, ale musisz stąd wiać. Mogą wezwać UeberfallJ i 
szukać po mieszkaniach. 
Jerzego zainteresowała otwarta walizka. Andrzej handlował srebrem. Skupował „broch" 2 i 
jeździł z tym do Lwowa. Przywoził zegarki kupione od Włochów wędrujących na wschodni 
front. Teraz handel się urwał. Sytuacja zmieniła się radykalnie — Włosi nie jechali juŜ na 
wschodni front. 
—  Remanent? — Jerzy wskazał walizkę pełną srebrnych wisiorków, łyŜek, pudełek. 
—  Coś z tym trzeba zrobić — przytaknął Andrzej. 
Jerzy wyciągnął z walizki spojone ze sobą obrączki. Resztka łańcucha czy czegoś podobnego. 
Oderwał kawałek wisiorka. Obrączki łatwo było oddzielić od siebie. Wziął dwie i pokazał 
Andrzejowi. 
—  Dasz mi? 
Andrzej podniósł głowę znad przerwanej roboty. — Na co ci to? 
Jerzy roześmiał się. Szedł na spotkanie z BoŜenką. Jedną da jej, drugą zachowa sobie — dla 
kawału. 
—  Zaręczę się — powiedział. 
—  A idźŜe, głuptasie. Weź... Czekaj, czekaj — podszedł do walizki i urwał jeszcze dwie 
obrączki. — Jedfta dla mnie. Dwie dla ciebie', a czwartą zaniesiesz Lali ode mnie. 
—  Daj sam. 
—  Ojciec mnie zrzuci ze schodów. 
On, ryzykant, handlarz dobrze zarabiający, niechby próbował wystąpić oficjalnie w tamtym 
solidnym, mieszczańskim domu. A Jerzy mógł być pośrednikiem w takiej misji — był 
przyjacielem brata Lali, jego udział osłabi powagę sytuacji. 
1   Skrót od „Ueberfallkommando" — oddziały Ŝandarmerii niemieckiej wyposaŜone w 
samochody, wzywane na miejsce zajścia (dywersji, zbrojnej akcji itp.). Dwugłosowe syreny 
ich wozów stanowiły dźwiękowe tło dnia okupacyjnego. 
2   Złom; ludzie pracujący w konspiracji, zwłaszcza młodzieŜ, uŜywali często gwary 
złodziejskiej. Było w dobrym tonie mówić o „mokrej robocie", a nie o wykonaniu wyroku na 
zdrajcy czy gestapowcu, o „hipiszu", a nie akcji dywersyjnej, szło się na „cynk", „filung" itp. 

Lala przyjmie obrączkę jak Ŝart, nie obrazi się. Zresztą, czy na Andrzeja moŜna się było 
obrazić?                           _ 
Jerzy wyszedł z pekinu ostroŜnie. śandarmów nie było. Poszedł szybko na umówione 
spotkanie. Cieszyła go długa marynarka, ale zawstydzała swym modnym krojem. Był trochę 
speszony, spodziewając się reakcji BoŜeny. Dziewczyna nie miała czasu. Umówili się na 
późniejszą godzinę. Nie zauwaŜyła przebrania Jerzego. 
Zawiedziony wrócił do Andrzeja, obiecał zajść zaraz do Lali, przebrał się i pognał do siebie. 
Lala skwitowała podarunek kpiącym spojrzeniem. 
— Sam się nie mógł pofatygować? Pewno jest bardzo zajęty bridŜem albo pokerem... — 
powiedziała złośliwie, ale Jerzy zrozumiał, Ŝe było jej po prostu smutno. 
Wypadł szybko, bo zrobiło się późno. W domu nie zastał matki, zjadł obiad i pobiegł na 
działki, gdzie BoŜena pewno juz na niego czekała. 

Kiedy przybiegł, siedziała na ławeczce pod morełowym drzewem i wystawiała do słońca 
piegowatą buzię. Podał jej obrączkę ze śmiechem, ale zobaczył, Ŝe ten śmiech ją uraził. 
Przepraszał ją długo i Ŝarliwie i po raz chyba pierwszy w Ŝyciu przekonał się, Ŝe przeprosiny 
są owocniejsze od zwykłej zgody. BoŜena pozwoliła pocałować się w usta. Miała ciepłą twarz 
i suche, napięte usta. Pocałunek trwał krótko. Wyrwała się i uciekła do domu. Obrączkę 
zabrała. On został jeszcze chwilę. NałoŜył swoją obrączkę na serdeczny palec prawej ręki. 

background image

Potem ruszył ku domowi, powoli, statecznie, czuł przyjemną śliskość metalu na spoconym1 
palcu. 
W domu zapomniał o obrączce. Musiał wynieść śmiecie, pozmywać naczynia. Matka zajęta 
była szykowaniem kolacji. Kiedjy wkładał ręce do gorącej wody, spojrzała na niego uwaŜniej. 
—   Zdejm ją do mycia — powiedziała. Jerzy zawstydził się. 
—  Nic jej nie będzie. Jest srebrna. 
' Uśmiechnęła się i wtedy opowiedział jej wszystko. Tak było zawsze. 
—  Dziś znowu nikt się nie zgłosił na wezwanie — powiedział ojciec, wchodząc do kuchni. 
—   Takie wezwanie? 
—  Do kopania rowów — domyślił się Jerzy. 
¦—¦ Odczekają i będą brać siłą — powiedziała matka. 
—  Na to trzeba tysięcy wojska. A skąd wezmą te tysiące? Ojciec był optymistą. 
—   Na takie rzeczy zawsze jest ich dosyć. A jak się rozzłoszczą, Ŝe nikt się nie stawił... — 
Porządkowała garnki i podawała Jerzemu. 
—   To znaczy, Ŝe trzeba się zgłosić? — ojciec bvł oburzony. 
—   Kto to powiedział?... — matka wzięła ścierkę i zaczęła wycierać naczynia. 
—   Słyszałam dziś w mieście, Ŝe lepiej byłoby wywędrować z Warszawy — odezwała się 
ciotka. 
Ojciec stanął w drzwiach zwrócony w stronę jadalnego, gdzie ciotka Helena pisała listy. 
—  Dokąd? 
—  A bo ja wiem. Do Kampinosu. Wszyscy o tym teraz mówią. 
—   Jak wszyscy mówią, to Niemcy o tym wiedzą. Ale Rosjanie są nad Wisłą, dochodzą do 
Pragi... Nic nie będzie z tego 
10 
kopania. Trzeba siedzieć i czekać. Nie ma sensu gdziekolwiek iść... — powiedział z 
wyrzutem. 
—   A kto mówi, Ŝeby iść? Powtarzam tylko, co słyszałam w mieście. 
—  No, na mnie czas — ojciec zawrócił do korytarza. 
Po chwili Jerzy wyjrzał przez okno. W zapadającym zmroku zobaczył, jak ojciec dołączył do 
kilku męŜczyzn siedzących na podwórzu przy trzepaku na drewnianej, niewygodnej ławce. 
Na tej „brechtałce", jak to nazywała Helena, ci ludzie ładowali się, pęcznieli wiadomościami, 
nierzadko prawdziwymi, bo niektórzy z nich słuchali radia. 
Późno w nocy Jerzy obudził się. Nie pamiętał, co mu się śniło. Wiedział tylko, Ŝe ktoś 
strzelał. JuŜ na jawie posłyszał szybki stuk peema. Wpółśpiący jeszcze nie mógł ocenić 
odległości. Strzelano niedaleko. Zerwał się i podskoczył do okna. Od strony placu Wilsona 
ktoś szybko biegł, wypadł spod domu na trawnik. Peem odezwał się jeszcze raz i człowiek 
potknął się, biegł jeszcze parę kroków, ale coraz wolniej. Następna seria zwaliła go z nóg. 
Noc była wystarczająco jasna, by moŜna było dostrzec postacie kilku Ŝandarmów 
zbliŜających się do leŜącego. Biegnący na przedzie zapalił latarkę. Krąg światła omiatał 
nerwowo trawniki, wreszcie zatrzymał się. śandarmi zwolnili. Nie musieli juŜ śpieszyć się. 
Podeszli gromadą. Jeden z nich nadepnął mocno na brzuch leŜącego na wznak męŜczyzny. 
Gdyby Ŝył, przepona byłaby napięta, spowodowałaby odruch — skurcz pod wpływem ucisku 
buta. Ale ciało było nieruchome. śandarmi poszwargotali coś między sobą i zawrócili. Ich 
postacie wkrótce wsiąkły w ciemność. Czasem tylko zalśnił refleksem hełm, szczęknął metal 
karabinu czy peema. 
Jerzy poczuł chłód. Cofnął się do wnętrza pokoju i przymknął okno. Zatrzymał go przy szybie 
skrzyp bramy. Ktoś z przeciwnej strony ulicy wyśliznął się na ulicę i podsunął ostroŜnie na 
ś

rodek trawnika. 

—  Nie Ŝyje? — spytała matka. Jerzy odwrócił się. Nie słyszał, kiedy podeszła. 
—  Nie. 

background image

—  PołóŜ się. JuŜ się nim zajęli — powiedziała wyglądając. 
—  Nawet go nie zrewidowali. 
—   Gdyby miał broń, toby strzelał. 
11 
-— Ale nawet nie sprawdzili kennkarty 1. 
— A co im po nazwisku? Dla nich sprawa jest prosta: człowiek przekroczył przepisy; stosują 
jedną karę za kaŜde wykroczenie, to im wystarczy, Ŝeby zabić. PołóŜ się — powiedziała to 
przesadnie zimno i spokojnie. 
Poszła do swojego pokoju. Wszyscy w tym domu odeszli wtedy od okien; wiedzieli, Ŝe ta 
anonimowa śmierć stoi za progiem. Nie spali. Skuleni na swych posłaniach szykowali się do 
następnego dnia, odpędzali tłoczące się przed oczy obrazy. Setki razy ten człowiek biegł i 
padał, setki razy podchodził do niego Ŝandarm i opierał but na jego brzuchu. 
Następnego dnia był wtorek. Pierwszy dzień miesiąca. Zaczynał się sierpień. Świeciło słońce 
i było ciepło. Trawnik przed domem był pusty, kurz przykrył plamy na Mickiewicza przy 
placu Wilsona. Było czysto. Bruki na Woli, asfalty w Śródmieściu, płyty na Starówce, 
chodniki w całym mieście były gotowe, czekały. 
Wszyscy rozeszli się na swoje miejsca spotkań, potem biegali po mieście przekazując 
wiadomość o alarmie. Jerzy wpadł do domu dopiero koło drugiej. Ojciec był w banku. Zjedli 
więc we troje, matka, Helena i Jerzy, prawie na stojąco coś, co moŜna by nazwać drugim 
ś

niadaniem. 

Przebrał się w grube zielone pumpy zrobione z wojskowego płaszcza, narzucił wiatrówkę i na 
głowę wsadził śmieszną o tej porze roku narciarkę — granatową, ze sztywnym daszkiem. 
Helena zerwała gumowaną taśmę, którą owinięte było blaszane pudełko. Wydobyła z niego 
paczkę doskonałych francuskich papierosów balto, którą przechowywała dla swego męŜa, 
przebywającego w Anglii. Dała papierosy Jerzemu. Wiedział, Ŝe nie moŜe odmówić. To była 
ofiara, nie podarunek. Matka wyciągnęła pieniądze. Wzięła dwa „górale" 2. 
Potem wszedł do kuchni, uroczyście wyjął zza pazuchy swoją kennkartę na fałszywe 
nazwisko i wsadził ją pod ceratę, którą przykryty był stolik przy gazowej kuchence. 
Jeszcze raz spojrzał w okno. 
Z trzeciego piętra roztaczał się szeroki widok. AŜ do Dworca Gdańskiego nie było 
zabudowań, jeśli nie liczyć piętrowych domków przy placyku Henkla;  nic nie zasłaniało 
panoramy 
1  Okupacyjny dowód  osobisty. 
2  Pięćsetzłotowe banknoty okupacyjne, wydawane przez Bank Emisyjny. 
12 
miasta. I nagle zdał sobie sprawę, Ŝe jest to jakaś niezwykle waŜna chwila w jego Ŝyciu: czuł 
to, jak w jakimś jasnowidzeniu, Ŝe takiej Warszawy nie zobaczy juŜ nigdy więcej. Wzdrygnął 
się. Obejrzał się i zobaczył matkę. Stała tuŜ przy jego ramieniu i patrzyła mu w oczy. 
Będzie patrzyła na niego przez cały czas, póki znowu nie zobaczą się z bliska, jak teraz. 
PoŜegnali się. Helena miała wyjść zaraz za Jerzym, ostatnia wychodziła matka. Dokąd one 
idą? Wiedział tylko, Ŝe rozchodzą się wszyscy na swoje stanowiska. Mieli suche oczy i nie 
mówili nic ani o ojczyźnie, ani o dbaniu o swoje zdrowie, nikt nie pamiętał o kwiatach, które 
zostawiali bez opieki — wszystko na swoim miejscu, jakby tu mieli wrócić wieczorem. 
Powiedzieli sobie po prostu „Do zobaczenia". 
Jerzy rozpieczętował paczkę papierosów juŜ na placu Zbawiciela, kiedy czekał na dowódcę 
plutonu. Zaciągnął się aromatycznym dymem i pomyślał, Ŝe będzie się starał, na wszelki 
wypadek, szybko wypalić te papierosy, Ŝeby zdąŜyć. 
Był świadkiem poŜegnania porucznika z rodziną. Jędrek całował; swoją Ŝonę, a potem 
młodszą siostrę Ŝony i Jerzy pozazdrościł mu tego uścisku. Wydała mu się bardzo piękna, 

background image

jakby spotkały się w niej ciepłe, kobiece cechy. Nagle zdał sobie sprawę, Ŝe moŜe jej nigdy 
nie zobaczyć. Odprowadziła ich do tramwaju. 
Potem przesiedli się do doroŜki i dojechali do Babic o czasie. Przez następną godzinę zebrali 
się wszyscy. Pokładli się w jakimś dole na pustym polu, z pięćset metrów od koszar 
niemieckiej Luftwaffe *, które mieli zaatakować. Z początku wyglądało to na majówkę i było 
bardzo wesoło, ale juŜ koło piątej posłyszeli pierwsze strzały i zobaczyli słupy dymu 
wspinające się pod niebieskie niebo. 
Było ich dwustu, stłoczonych na małym skrawku pola. W budynkach miało być trzystu 
lotników, drugie tyle Niemców z kompanii wartowniczej i dwa tysiące „kałmuków" 2 za 
drutami obozu pracy. 
1   Niemiecka Armia Powietrzna — lotnictwo. 
2  Nazywano tak wziętych do niewoli Rosjan, którzy nie uzbrojeni, trzymani w obozach 
wykorzystywani byli przez Niemców do robót, zwłaszcza przyfrontowych. 
13 
Pierwsze meldunki z terenu zmroziły wszystkich na dobre: drogi do Ulrychowa są odcięte, a 
w ogrodach ulrychowskich były zakonspirowane magazyny broni. Przy sobie mieli trzy 
pistolety — waltera, colta-siódernkę i hiszpana oraz jedenaście sidolówek *. Potem nisko nad 
nimi przeleciał parokrotnie Storch 2, kiwając skrzydłami. Rozpierzchli się, ale nie dosyć 
szeroko. Ciągle pozostawali na tej samej łące w sąsiedztwie uzbrojonych Niemców. Kiedy 
Storch odleciał, koledzy, którzy próbowali przebiec w sąsiednie zabudowania Babic, wrócili z 
szarymi twarzami. Na przedpolu pojawiły się czołgi. Skąd czołgi?! 'Nie mają prawa tu być! 
Tak twierdził dowódca batalionu. Ale warczące ze wszystkich stron silniki słychać było 
nawet przy głośnej rozmowie. Potem przyszła wiadomość, Ŝe poprzedniego dnia do Babic 
przyjechała część dywizji pancernej, maszerującej właśnie przez Warszawę. 
Czołgi warczały ciągle, ale nie pokazywały się bliŜej, natomiast od strony koszar podchodziły 
patrole niemieckie z psami. Psów teŜ nie miało być, a były. Patrole spacerowały na skraju 
łączki i nie podchodziły. Dlaczego nie strzelali?! O co tu właściwie chodziło? Ludzie 
zadawali to pytanie głośno, patrząc sobie w twarze z nieukrywaną rozterką. Jerzemu, zupełnie 
niestosownie, przypomniało się, jak kiedyś w towarzystwie pewien starszy pan opowiadał o 
wygarnięciu i rozstrzelaniu wszystkich męŜczyzn z domu, w którym przebywał, a niesforny 
siostrzeniec, słysząc tę relację, zapytał niewinnie: — A jak się to stało, wuju, Ŝe ciebie nie 
rozstrzelali? — Właśnie. Dlaczego? Nie pamiętał, co tamten na to odpowiedział, nie miał 
teraz na to głowy, Ŝeby sobie przypominać... 
 
Niemcy chodzili po skraju łąki i patrzyli na rozłoŜonych chłopców. Chłopcy patrzyli na 
spacerujących dokoła Niemców. I tak to trwało. JuŜ dawno minęła piąta i szósta. Nad 
Warszawą unosiły się coraz nowe słupy dymu. Strzelanina rosła to tu, to tam. Jerzy wyobraŜał 
sobie, jak matka przebiega pod ostrzałem przez ulicę, jak Niemcy wyciągają ją z zajętego 
domu, jak pada pod ciosami, ale te obrazy nie były na serio. Wiedział, Ŝe matka teŜ sobie coś 
takiego wyobraŜa na jego temat. Ale 
1   Granat zaczepny, produkowany konspiracyjnie z zapalnikiem tarciowym; materiał 
wybuchowy umieszczony był w puszkach blaszanych po popularnym środku do czyszczenia 
„sidol" — stąd nazwa. 
2  Bocian; tu typ niemieckiego samolotu zwiadowczego, z charakterystyczną, wysoko 
przeszkloną kabiną. 
14 
na pewno nie mogła wyobrazić sobie takiej sytuacji, w jakiej był naprawdę. Bo ta sytuacja nie 
była serio. 
Wreszcie zapadł zmierzch i zaczął padać deszcz. Ulewa. Z ust do ust podawano rozkaz. 
Wstali, ustawili się dwójkami i prowadzeni przez miejscowego chłopaka ruszyli w ciemność. 

background image

Zabrnęli najpierw na pole kapusty. Łomotały sucho kruszone buciorami liście. Z początku 
próbowali się uciszać, ale potem zaniechali i tego. Powłóczyli nogami po rozmiękłej ziemi, 
ś

lizgali się po bruzdach i szli dalej. Nagle zabrzęczało pod nogami. Zwartą kolumną 

wwędrowali w środek kolosalnego śmietnika pełnego puszek po konserwach. Tego hałasu juŜ 
nie zagłuszał szum deszczu. Okazało się, Ŝe wleźli między bloki koszar artylerii 
przeciwlotniczej, osłaniającej lotnisko babickie. W dwójkach, niby przedszkolaki na spacerze, 
przedefilowali między dwoma starymi fortami. W jednym z ziemnych bunkrów zapaliła się 
latarka. W jej rozproszonym świetle Jerzy dojrzał hełm i błysk karabinu wartownika. Światło 
przesunęło się po idących i natychmiast zgasło. Nikt nie uciekał, nie chował się. Szli dalej, a z 
bunkra nie wołano ani nie strzelano. Szli jakąś bruzdą i co chwila od czoła monotonnym 
głosem podawano wiadomość „Uwaga, drut". Przechodziło się ostroŜnie, podtrzymując 
przewody polowych telefonów niemieckich, których przerwanie mogło grozić alarmem. Ale 
kto wie, moŜe i na to nie byłoby Ŝadnej reakcji? Nikt nie mógł pojąć, dlaczego Niemcy nie 
zaatakowali. 
Późnym wieczorem oddział dotarł do jakiejś wioski, podobno w obrębie Kampinosu. Rozeszli 
się po chałupach i pokładli pokotem. Zakazano zdejmowania ubrań i butów. Jerzy rozdarował 
papierosy, a kiedy zapalał ostatniego, zrobiło mu się Ŝal. MoŜe zbyt się pośpieszył z tą 
pamiątkową paczką, starczyło na tak krótko. Ale zawstydził się swojego skąpstwa. PodłoŜył 
sobie chlebak pod głowę i zasnął. Zbudziły go strzały. Chłopcy wyskakiwali z chałupy. 
Okazało się, Ŝe wielu nie usłuchało rozkazu i biegli teraz porozbierani z rękami pełnymi 
łachów. Było jasno. Dwa erkaemy J siekły z pobliskiego zagajnika w stronę odległej o trzysta 
metrów piaszczystej skarpy. Stamtąd, rozmiatając szerokie strumienie piachu, staczały się 
„pantery" 2 i za nimi ciekły drobne struŜki niemieckiej piechoty. Kiedy czołgi zjechały na 
dół, erkaemy umilkły. Przez 
1   Ręczny karabin maszynowy. 
2   Typ niemieckiego czołgu. 
15 
wieś przegalopował kilkunastoosobowy oddział partyzancki. Byli świetnie uzbrojeni. Szybko 
zniknęli w lesie. Jerzy biegł w tym samym kierunku z gromadą kolegów i czuł się jak małe 
dziecko, które nie umie nadąŜyć za dorosłymi. Ostatnie postacie znikały między drzewami 
puszczy, kiedy „pantery" otworzyły ogień. 
Po tym pierwszym spotkaniu z Niemcami trudno było mówić o klęsce: zwycięstwem 
wydawało się juŜ to, Ŝe nikt nie był ranny i nikt się nie zgubił. A dowódca widocznie zdołał 
dogonić jednego z kawalerzystów, bo juŜ na trzeci dzień zaprowadził cały oddział do 
partyzanckiego obozu. Było to w sercu puszczy, na terenie, do którego Niemcy nie wchodzili 
nigdy. 
Działy się tam róŜne rzeczy. Były i marsze o świtaniu do pobliskich miejscowości, w których 
zagnieździli się Niemcy, były wypady z zasadzek, kiedy po słuchaniu polnych koników i 
ć

wierkających niewinnie wróbli głuchło się od nawału ognia, a pękające blisko granaty 

czyniły resztę akcji gorącym, ale niemym filmem. Były i patrole po wsiach, które osłaniano 
przed niemieckimi poborcami kontyngentów, były teŜ godziny spokoju w stodołach czy 
nawet izbach, kiedy pod muślinowymi firankami na wyrzeźbionej przez pracowite lata 
powierzchni stołu odbywały się misteria nad czyszczeniem broni w brzęku uporczywych 
much i zatęchłym, kwaśnym, chlebowym powietrzu. Ale to wszystko nie zbliŜało do 
Warszawy. Jerzy wychodził na piaszczystą drogę i patrzył na południe. Ani wiatr, ani cisza 
przedwieczorna, ani poblaski nocy nie przynosiły znaków walki. 
Była tam gdzieś. Nigdy nie rozstawał się z nią na tak długo. Były oczywiście wakacyjne 
wyjazdy na miesięczny obóz, ale wtedy zostawała bezpieczna, najczęściej z zapowiedzią 
spotkania na jakiejś wsi, na dalszy ciąg letniego wyraju. Teraz mijał piąty, szósty dzień bez 
listu, bez Ŝadnego śladu Ŝycia. Wyobraźnia podsuwała przeraźliwe sceny, od których robiło 

background image

się zimno. Jeśli to było w nocy, rozjarzał się papieros, słowa padały leniwie; przewaŜnie 
mówiło się o przedwojennym czasie, o witrynach sklepowych — obojętnie, o błyszczących 
ś

wiatłami ulicach, których jezdnie parowały roziskrzone refleksami po ulewnym letnim 

deszczu — juŜ mniej obojętnie, o choinkach wyrastających lasem na placu przed 
Politechniką, lasem, w którym gubiło się i odnajdywało ojca — rozmowa stawała się 
nerwowa, aŜ wreszcie padało jakieś pytanie o dom, o bliskich, o ostatnią chwilę przed 
rozstaniem, o to, co stało 
16 
się dopiero co, i wtedy rozmowa gasła. Rozgniatali niedopałki, szeleściła słoma. 
Jerzy wychylał się ku szczelinie w deskach i patrzył na gwiazdy, wchłaniając zimne 
powietrze. To nic, Ŝe dławiło go w gardle, nic, Ŝe rozmowa zawsze sięgała tych zakazanych 
spraw. Teraz było lŜej, a ciągle jeszcze cięŜko. Kciukiem dotykał obrączki na serdecznym 
palcu. Nie kojarzyła mu się juŜ z BoŜenką ani z Andrzejem. 
¦— Zdejm ją do mycia — powiedziała matka. Uśmiechał się na wspomnienie dziecinnego 
wstydu, który te słowa wywołały. Teraz w mroku i oddaleniu jej oczy były ciemniejsze i 
jakieś smutne,'wielkie i nieruchome, jak z ikony. 
Pierwszy raz wyszedł jej na spotkanie chyba koło trzynastego. Mieli ubezpieczać zrzuty. Nie 
orientował się, dokąd ich prowadzą. Wiedział tylko, Ŝe zrzutowisko było na południe od ich 
kwater. Dotarli do sporej łąki, w której centrum rozłoŜono latarnie, potem rozeszli się 
gwiaździście na wszystkie strony, licząc skrupulatnie kroki. Stanęli kołem, zwróceni 
twarzami na zewnątrz. 
Gdzieś tam, za nimi, został gwar półgłosów, szamotanina z latarniami, podniecenie 
przygotowań; tu, gdzie stały posterunki ubezpieczające, nie docierało juŜ nic, było cicho i 
wiele, bardzo wiele czasu na oczekiwanie. 
Jerzy podszedł do skraju zagajnika, który przesłaniał mu widok w południową stronę. 
Orientował się po gwiazdach i rozglądał pilnie w czerni zalegającej dokoła, pochylał głowę, 
by dostrzec szczegóły terenu i móc w kaŜdej chwili wrócić na właściwe miejsce, wyznaczone 
przez rozprowadzającego. Odszedł zresztą nie dalej niŜ dwadzieścia kroków. Idąc czuł, Ŝe 
teren podnosi się, Ŝe wychodzi na jakieś wzniesienie, potem dostrzegł granicę czerni: odcinała 
się wyraźnie od buro-czer-wonego, falującego tła; tam niebo było ruchliwe, błyskało, 
czerwieniło się i zasnuwało kłębami dymu, nad jego głową było spokojnie, nieruchome 
gwiazdy błyskały jak refleksy w umarłych oczach. Postąpił jeszcze parę kroków, granica 
czerni opadała i nagle spojrzenie nie hamowane przeszkodą pobiegło w dal. 
Nie zdąŜył jeszcze pomyśleć, a juŜ skurcz dławił mu gardło i poczuł napływające do oczu łzy. 
Zacisnęły się ręce, oddech stał się krótki, nierówny. Kiedy przenikał spojrzeniem poprzez 
2 — A gdy mnie trafi 
17 
dym poŜarów do okien i między domy, nie musiał wzywać na pomoc wyobraźni, Ŝeby 
dopełnić ten widok anegdotą umierania kaŜdego z tych, którzy tam byli. 
Nie wiedział, czy większa jest wściekłość, czy strach; nie wiedział, czy łzy, które łaskotały go 
po policzkach, to łzy przeraŜenia czy bezsilności. Nie wiedział, czy płacze z powodu całej tej 
koszmarnej panoramy, czy na myśl o tej jednej istocie gdzieś zagubionej, wetkniętej w to 
piekło stękające wybuchami, grzechoczące, zbałwanione kłębami oleistego dymu migocące 
wszystkimi odcieniami kłujących oczy kolorów. Stał długo. 
Posłyszał chrzęst piasku obok siebie. Koledzy schodzili ze swych stanowisk i stawali na 
szczycie skarpy zapatrzeni, milczący. Na twarzach mienił się odblask łuny. 
—  Słychać strzały — powiedział ktoś półgłosem. Jerzy spojrzał nie rozumiejąc. 
—  Pojedyncze strzały —¦ dodał tamten. I nagle stojący na skarpie chłopcy zbliŜyli się do 
siebie, popatrzyli przytomniej, jakby wyrwani z niedobrego transu. 

background image

Ma rację, słychać. Nawet gdyby to nie byli nasi, to przecieŜ ten, kto strzela — mierzy. Do 
kogoś... Musiała im starczyć ta nadzieja, Ŝe tam jeszcze ktoś walczy, Ŝe to jeszcze nie koniec. 
Nagle nad czerwonoburym pułapem rozbłysły słupy światła. Prześlizgiwały się pomiędzy 
dymami. Sięgały wysoko i rozpływały się w czerni, to znów układały się w skłębione, ostre 
kręgi nad poŜarami. Pracowicie przeszukiwały niebo, aŜ nagle w jednym rozsrebrzyła się 
sylwetka samolotu. Leciał nisko i nawet z tej odległości widać było, jak chwieje się 
niepewnie, odpychany od ziemi potęŜnymi ogniskami Ŝaru. Reflektory zaraz zbiegły się ku 
niemu. Zaczęła strzelać artyleria. Rozpętało się drugie piekło — w powietrzu. 
Samoloty nalatywały nieustannie. Osaczane przez niemiecką artylerię, otaczane rojami 
pomarańczowych pocisków waliły się ku dymom, znikały w nich, wywijając się smugom 
ś

wiatła. Nie widać było, czy zrzucały cokolwiek. Zdawały.się powolne i bezbronne. Jeden 

został trafiony, gdy nalatywał ku poŜarom od strony Wisły. Leciał potem stromym torem, 
wybuchając po drodze i rozlatując się, aŜ wpadł w dymy i po chwili eksplozja zajaśniała 
potęŜnie gdzieś w rejonie Woli. Drugi nadleciał nad miasto juŜ dymiąc; ciągnął za sobą 
smugę ognia, błyszczał w świetle  reflektorów,  kołysał  się,  unikał  lecących 
18 
pomarańcz.  Zdawało  się, Ŝe  pilot szuka  jeszcze  miejsca  do lądowania. Spadł chyba na 
Ś

ródmieście. Trzeci eksplodował w powietrzu wysoko nad domami. Reflektory i pociski 

artylerii ?               nie   odstąpiły   od   wielkiej   kuli   ognia,   z   której   sypały   się 
0              szczątki migocące, szarpane wybuchami granatów, aŜ płomień 
rozpłynął się i wtopił w chmury. Potem juŜ nie było widać samolotów, choć reflektory nie 
ustawały w poszukiwaniach. Widowisko było skończone. Chłopcy zawrócili na swoje 
stanowiska. Stracili nadzieję, by teraz, po klęsce, której byli świadkami, tamci, w górze, 
chcieli jeszcze przylecieć do nich z obiecanym zrzutem. Ale po kilkunastu minutach 
posłyszeli bliski warkot. Ze środka kręgu zamigotała latarka, z przelatującego samolotu 
odpowiedziało światełko. Mrugali tak przez parę sekund do siebie, samolot odleciał i znowu 
nic się nie działo.   MoŜe  odwołali  zrzut?  Nikt  jednak  nie  przychodził, 
19 
nie dawał sygnału do powrotu. Samolot nadleciał powtórnie. Zdawało się, Ŝe leci bardzo 
szybko, Ŝe nie zdąŜy za jednym nalotem wyrzucić wszystkich worków. Jerzy zadarł głowę i 
chciał wyśledzić sylwetkę maszyny. Na czarnym tle nieba nic nie zobaczył. 
Pomyślał nagle, Ŝe nad nim, moŜe o kilkaset metrów przemykają ludzie z obcego, 
egzotycznego świata, którzy przeŜywają swoją przygodę bez upokorzeń niewoli. Ich 
przygoda była wprawdzie równie niebezpieczna, ale była samą wolnością i upajała. Przez 
moment zdawało mu się, Ŝe gdyby ten samolot wylądował i była iszansa wejścia na jego 
pokład, szansa ucieczki w tamten świat, zdecydowałby się na to natychmiast. Przedzierając 
się potem przez chaszcze zagajnika i wyszukując spadochronów, które głucho łopotały, 
otwierając się parę minut temu nad jego głową, czuł się upokorzony swoimi bezsensownymi 
marzeniami. 
Następny dzień upłynął na czyszczeniu i przestrzeliwaniu zrzutowej broni. Następnego dnia 
wyruszono ponownie. Był piętnasty sierpnia. Dzień imienin matki. 
¦— Idę do ciebie — mówił sobie w duchu. — Idę do ciebie! 
Miało to być jak zaklęcie, magiczna formuła, Ŝe skoro idzie do niej, na jej spotkanie, to nie 
moŜe się okazać, Ŝe idzie daremnie. 
Patrzył więc przed siebie w przybliŜające się łuny i powtarzał jak zapowiedź Ŝyczeń. 
—¦ Idę do ciebie... 
Najpierw horyzont czerwieni wydłuŜał się na boki, nie moŜna było objąć go jednym 
spojrzeniem, potem oskrzydliła ich czerwień, tylko za sobą mieli drogę czarną. Byli juŜ 
blisko. 

background image

Jerzy szedł za czołem kolumny. Widział plecy poprzednika, miarowo chylące się przy 
kaŜdym kroku, widział jasny, świeŜy pas erkaemu, obciągający ramię. Obok Jerzego szedł 
amunicyjny; co chwila zmieniali się w niesieniu skrzynek. Ręce mieli zajęte dodatkowym 
sprzętem, nie sposób było pilnować, Ŝeby chlebak pełen pestek 1 do peemów nie obijał się o 
karabin. Ponad sapaniem najbliŜszych towarzyszy słychać było dzwonienie, grzechot, 
niemiarowy odgłos kroków, przeklinanie potykających się i wpadających na siebie kolegów. 
Kazano im iść 
1 W okupacyjnym Ŝargonie pociski do ręcznej broni, przewaŜnie pistoletowej. 
20 
I*   f 
jeden przy drugim, Ŝeby się nie pogubić. Po kilku pierwszych kilometrach kolumna 
rozciągnęła się jednak i Jerzy widział postacie mijanych oficerów, którzy półgłosem 
nawoływali zostających w tyle. Nie szli szybko, ale kaŜdy nieuwaŜny krok powodował metr 
opóźnienia. Z tych metrów tworzyły się luki, które rosły z kaŜdą sekundą, wąŜ kolumny 
rozciągał się na setki metrów. Szło ich przecieŜ około siedmiuset, trzysta pięćdziesiąt par. W 
ciemności czas się zatrzymał, niczego nie mijali, do niczego się nie zbliŜali. I tylko te poŜary 
— nie potrafił ocenić, jak są od nich daleko. Świeciły przed nimi niby drogowskaz. Ruszał 
nogami, wysuwał je do przodu, stawiał i co chwila natrafiał na wybój czy koleinę, potykał się 
i boleśnie czuł w barkach cięŜar skrzynek. 
Weszli między jakieś niewysokie domki, puste i ciemne; moŜe ludzie z nich byli usunięci, 
moŜe uciekli. Grunt obniŜał się gwałtownie. Zagrzechotało głośniej, pod nogami były kocie 
łby. Któryś z oficerów stal obok mijającej go kolumny i powtarzał szeptem: „Cisza, starajcie 
się iść cicho! Cisza, chłopcy, 
21 
cisza". Kolumna zwolniła, dołączali maruderzy, odczuwali na karkach zdyszane oddechy 
idących z tyłu kolegów. Było w tym ich skupianiu się w bezładną gromadę, w szepcie oficera 
coś niepokojącego i Jerzy pomyślał, Ŝe byłoby bardzo niedobrze, gdyby teraz napatoczyli się 
na byle patrol niemiecki. Nie byli gotowi na ostrzał, z nogami z waty i rękami obolałymi od 
cięŜarów; z tym całym majdanem obijającym boki i pośladki nie potrafiliby działać 
precyzyjnie i według rozkazu. Posłuchaliby instynktu, a nie byli przecieŜ na tyle wyszkoleni, 
by mógł to być instynkt wojtskowy. Prawdopodobnie zaczęłoby się od masowej ucieczki, 
nerwowego poszukiwania osłony, chowania głowy pod byle kamień, nie byłoby mowy o 
strzelaniu, o celowaniu do wroga, który widzi i mierzy. Zawsze o wrogu w ciemnościach 
myśli się, Ŝe on widzi lepiej i więcej, zwłaszcza gdy pierwszy otwiera ogień. 
Jerzy wpadł na poprzednika, który Ŝachnął się, ale milczał. Stanęli. Ucichło brzęczenie i 
tupanie. Jakieś postacie przesuwały się koło nich ku przodowi kolumny. 
—   Gdzie jesteśmy? — zapytał Jerzy szeptem. 
—  Oni teŜ pewno nie wiedzą — stojący obok wskazał oficerów, którzy pośpiesznie 
przemknęli teraz do tyłu. Erkaemista ściągnął broń z ramienia i posunął się w stronę 
bielejącego opodal krawęŜnika. Usiadł. NajbliŜsi poszli za jego przykładem. 
—  Przed nami Niemcy ¦— zaszeptał kt«ś od przodu kolumny. 
—  Przed nami, za nami — zbagatelizował erkaemista. 
—   Tyle, co przez ulicę. Artyleria i czołgi — szeptał drugi. 
—   I krąŜowniki — dodał niedowiarek. 
Jerzy wypatrywał przez chwilę. Nie potrafił zidentyfikować miejsca. Na wprost nie było łun 
ani dymów, zabudowania najwyŜej jednopiętrowe. Dotarli pewno na skraj miasta. MoŜe 
gdzieś w okolicę Koła albo teŜ Powązek. Strzelaninę słychać było z lewej, i to dość daleko. 
Ale to nie mówiło nic. Minęło juŜ dwa tygodnie od wybuchu. Nie wiedział, jaka jest sytuacja, 
gdzie przebiega front powstańczy na zachodniej krawędzi Warszawy. 

background image

Odstawił skrzynki i potarł opuchnięte palce. Poczuł śliską od potu obrączkę. Uwierała go. 
Uśmiechnął się. Prezent, dar imieninowy to jego obecność w Warszawie. Niespodzianka, bo 
przecieŜ matka nawet nie wie, Ŝe przyszedł juŜ do miasta. Jeszcze nie wie. Ba, nie wiedziała 
pewno i o tym, Ŝe wyszedł z Warszawy. Bała się o niego przez wszystkie te dni, a jemu 
22 
nie groziło prawie Ŝadne niebezpieczeństwo. Walki, w których brał udział, nie mogły się 
równać z tym, co z daleka ukazało mu się jako piekło tamtej, zrzutowej nocy. śeby choć mógł 
uspokoić ją jeszcze tego dnia, Ŝeby choć odjąć zmartwienie minionych dwóch tygodni. 
Patrzył w jej oczy ciemne i spokojne, dawały mu tyle siły. Nie, musiała wiedzieć, Ŝe jemu nic 
nie groziło, patrzyła na niego przez cały czas... Wiedziała. 
Oficerowie znowu przeszli. Było ich teraz znacznie więcej. Zagarnęli oddział maszerujący 
przed Jerzym. Stworzył się rodzaj szpicy, której chyba połowę stanowili oficerowie. Pewno 
zdecydowali się na natarcie czy przebicie, jeśli rzeczywiście przed nimi byli Niemcy. 
Od przodu rozległy się kroki oddziału poprzedzającego. Odchodzili. Kolumna uformowała się 
pośpiesznie, w marszu. Próbowali dołączyć, ale idąc po bruku jak najciszej, nie mogli 
zmniejszyć dzielącej ich odległości. Skręcili. Widać było na tle jaśniejszego nieba jakieś 
nieduŜe drzewka, blady refleks płasko leŜących szyb. Inspekty. Jerzy wchodził właśnie w 
zagon pomidorów, poznał je po tyczkach i cierpkim zapachu zieleni; ostatni chłopcy przed 
nimi znikali za budką ogrodnika, gdy nagle reflektor bluznął światłem dokładnie w przerwę 
między oddziałami. Prawie jednocześnie zahuczał cekaem 4 Musiał strzelać zza osłony, z 
jakiegoś bunkra, bo strzały dudniły głucho. Tyczki pomidorów zaruszały się gwałtownie, po 
ogrodzie poszedł szum, słyszało się pacnięcia pocisków wwiercających się w ziemię. Od 
czasu do czasu zabrzęczała tłuczona szyba inspektów. 
Przypadli do ziemi. Reflektor oświetlał tylko tę właśnie zbawienną przerwę między 
oddziałami. Cekaem pruł zagon, strzelał uparcie i bez sensu w pusty kawałek ogrodu. LeŜeli 
bez ruchu, czekając, kiedy fantazja kaŜe Niemcom skierować światło w lewo; za smugą 
rozjarzonej, kłującej bieli przesunie się i ogień... Nagle reflektor zgasł. Cekaem ucichł. LeŜeli 
chwilę, nie wierząc w ciszę. Reflektor zapalił się znowu. Tym razem przeszukiwał w prawo, 
nie sięgając postaci skulonych na krawędzi zagonu. Nie strzelano, ale nikt teŜ nie miał ochoty 
leźć prosto w światło. 
— Obejdziemy tyłem. W tył zwrot, zawracamy — posłyszał iszepty i posłusznie wyczołgał 
się. Na skraju ogrodu i ulicy stworzył  się  nieopisany bałagan.  Jedni zawrócili w  miejscu 
1 CięŜki karabin maszynowy. 
23 
i pomaszerowali z powrotem, inni przyśpieszyli, wyprzedzając kolegów, by przywrócić 
poprzedni porządek marszu. Ten chaos oddźwięknął tysiącem poszturchiwań, półgłosem 
wypowiadanych upomnień, brzęków oporządzenia. Niemcy zareagowali ogniem z cekaemu, 
ale ciągle mierzyli w pusty obszar ogrodu. Dopiero wtedy Jerzy rozejrzał się w sytuacji: na tle 
błyszczącego reflektora sylwety drzew — mur po drugiej stronie. Wyglądało to na Powązki. 
Byli w okolicy bramy cmentarza wojskowego. Znał to miejsce, ale od strony ulicy 
Powązkowskiej. Nie mógłby się podjąć prowadzenia oddziału poza linią zabudowań; nie 
zdawał sobie nawet sprawy, na jakiej byli uliczce. 
Ogień niemiecki okazał się na tyle poŜyteczny, Ŝe chłopcy przestali się tłoczyć, zmilkli i 
kolumna uformowała się szybciej. 
Szli jakiś czas przez podwórza, obok ruder, warsztatów kamieniarskich, między płytami 
nagrobkowymi i postaciami aniołów. Nagle Tćolumna stanęła. Nie widząc swego dowódcy, 
Jerzy przepchał się do przodu. Czoło kolumny zebrało się w ciasną gromadkę. Rozprawiano. 
Sytuacja była kiepska. Oddziału poprzedzającego nie odnaleźli, przewodnika nie było, 
oficerowie przepadli razem ze szpicą, a oni zabrnęli w obce miejsce. Wiadomość o 
niemieckich czołgach i artylerii na ulicy Powązkowskiej okazała się prawdziwa; tamtędy nie 

background image

moŜna było przejść bez walki. A skoro tej walki nie zdecydowali dowódcy, nie warto było 
ryzykować. Gdzie są najbliŜsze pozycje powstańcze? Nikt nie wiedział. Było ich przeszło 
trzystu z kilkoma podchorąŜymi, jednym sierŜantem i dwoma czy trzema podoficerami. 
Niebo na wschodzie zaczynało jaśnieć. Trzeba było coś zdecydować. Lada chwila zrobi się na 
tyle jasno, Ŝe Niemcy rozpoczną poszukiwania; przecieŜ ich słyszeli. SierŜant trochę 
orientował się w tej dzielnicy i podjął się poprowadzić oddział do Puszczy Kampinoskiej. 
Długo milczeli, kiedy padła ta propozycja; kaŜdy czuł, Ŝe jest w tym coś z ucieczki, choć 
zapewniali się w duchu, Ŝe juŜ następnej nocy mogą ruszyć powtórnie, ale z przewodnikiem, 
Ŝ

eby donieść broń, dotrzeć cało chociaŜ do powstańczych pozycji. Jerzy przypomniał sobie 

wieczór sprzed dwóch tygodni. Maszerowali pewno tą samą drogą, tyle Ŝe nie szosą, jak 
teraz. TeŜ oddalali się od Warszawy. 
Zaczęło się rozjaśniać, ale równocześnie rozścieliła się nisko mgła. Szli marszem 
ubezpieczonym, nie bali się zaskoczenia, 
24 
a mgła gęstniała coraz bardziej. Kiedy mijali Góry Szwedzkie, na których okopała się 
niemiecka artyleria przeciwlotnicza, słyszeli krzątaninę obsługi, ale nie widzieli Niemców, 
tylko niebo nad sobą jasne, błękitne, a przed sobą ledwie zarysy kilku postaci. Biały tuman 
zaczął opadać, wypełnił się kolor nieba. Przyśpieszyli. Zaczął się wyścig. Wiedzieli, Ŝe idą 
zupełnym pustkowiem i skoro tylko opadnie mgła, Niemcy wystukają ich kaŜdego z osobna. 
Z lewej strony szosy słyszeli niemieckie nawoływania, komendy. Szli przygięci, prawie 
biegli, spoceni, zmordowani, wlokący kilogramy Ŝelastwa, włócząc nogami po nierównej, 
kamienistej powierzchni. Mieli za sobą całą noc marszu, noc niepowodzenia, goryczy 
zawodu; znowu oddalali się od Warszawy, jakby zdradzali tych, którzy tam walczyli; 
uciekali, byli nie w porządku — takie myśli nie dodawały sił. A teraz juŜ nie wystarczało 
schylać głowę, trzeba było złamać się wpół; ręce nie miały juŜ sił, skrzynki z amu-nicią, 
karabiny uderzały o kamienie; opar słał się coraz niŜej, oddech stawał się krótki, urywany, 
usta mieli szeroko rozdziawione, krztusili się gwałtownymi haustami powietrza. 
Podoficerowie wystąpili z szeregu i biegli obok kolumny. Zostawali z tyłu i poganiali 
najsłabszych, prosili o te jeszcze... ile? Kilometr? Sto metrów? Nie było nic widać. Mgła ich 
ratowała, ale przeklinali ją: nie wiedzieli, jak długo jeszcze 
25 
wytrzymają. I nagle zgęstniała, oplatała jakieś niewyraźne kształty, niskie, przysadziste, to 
pierwsze zarośla — jałowce. Mignęły czarne słupy pni, wpadli do lasu. Chłopcy padali na 
ziemię, rozrzucali wokoło sprzęt i w jednej chwili cały skraj lasu wyglądał jak pobojowisko. 
Nie moŜna było poderwać kolumny do marszu. Silniejsi musieli jednak wstać i ubezpieczyć 
kolegów, rozpoznać teren. 
Dopiero wczesnym popołudniem dotarli do porzuconych niedawno kwater, gdzie spotkali się 
z częścią pogubionych Ŝołnierzy i oficerów. 
Do Warszawy wyruszyli w trzy dni później. Marsz wyglądał podobnie. Tyle Ŝe kolumna nie 
była juŜ tak liczna: maszerowało ich około pięciuset. Jerzy szedł w szpicy przez cały czas. 
Teraz lepiej orientował się w drodze. Zostawiali Bielany z prawej. W okolicy Wawrzyszewa 
przednie ubezpieczenie zatrzymało kolumnę. Znowu była bieganina oficerów do tyłu i do 
przodu, wzdłuŜ szeregów. W ciemności Jerzy nie widział nic i chwilową przerwę w 
pochodzie traktował jako naradę nad wyborem drogi. Przechodzący do czoła oficerowie 
rozmawiali półgłosem. 
—  Ty tylko powiedz, czy dasz sobie radę. Nie chcą mówić po niemiecku, rozumiesz? 
Coś było w tym niepokojącego. Z kim trzeba mówić? I to nie po niemiecku. Jerzy wysunął się 
o parę kroków przed stojących kolegów i nasłuchiwał. Posłyszał wszystko naraz, coś, czego 
nie moŜna było jasno określić, jakby świadomość czegoś nieuchwytnego, nie słyszał gwaru 
ani szeptów, nie słyszał brzęku oporządzenia czy broni. A jednak wyczuł, Ŝe w ciemności, 

background image

przed nim, stoi mur ludzi. Nie było to uczucie przeraŜające, nawet kiedy się domyślał, Ŝe 
przed nimi są uzbrojeni wrogowie. 
Dowódca szpicy wyłonił się z nocy tuŜ przed Jerzym i nachylił się, by rozpoznać jego twarz. 
Trwało to jakiś ułamek sekundy dłuŜej, niŜ było potrzeba. Jerzy wyczuł, jak dowódca 
zapanowuje nad sobą, nim wyszepce pierwsze słowo tak, by zabrzmiało mobilizująco. 
—  Erkaem na stanowisko ogniowe, szpica w tyralierę, przygotować się do natarcia, podać 
kolumnie: „W gęstej tyralierze padnij!" 
Oficer poczekał, aŜ erkaem stanął tuŜ przy nim, a cała szpica rozsunęła się w ciemności. 
Słychać było zamierające szepty, potem chrzęst oporządzenia, kiedy kolumna i??????- 
26 
wała rozkaz, i zapadła cisza. Jerzy zdał sobie sprawę, Ŝe teraz dopiero zaczyna się 
denerwować; słyszał przyśpieszone dudnienie pulsu; spocone ręce zaciskał na stenie1. Oficer 
zniknął znowu. W ciemności przed tyralierą kipiało. Teraz juŜ wyraźnie słychać było głosy, 
tupanie wielu nóg. Próbował wysłuchać z tych kroków, ilu moŜe być przeciwników. Nagle 
głosy podniosły się, coś krzyczano, coś, czego nie rozumiał. Krzyczało wielu. Jerzy uniósł się 
i odciągnął zamek stena. Posłyszał, Ŝe obok, potem dalej, jak echo, zaszczekały karabiny. 
Zrobiło mu się zimno. Marzły przede wszystkim usta. Jeszcze chwila, a poderwą się i 
pobiegną strzelając, strzelając, strzelając... Do kogo? Nie widać celu. Napięcie minęło i w tej 
samej chwili posłyszał tuŜ przed sobą kroki. Dowódca szedł spiesznie, ale juŜ bez tego 
zdenerwowania. Byłby wpadł na erkaemistę, gdyby ten nie poderwał się ze stanowiska. Jerzy 
wstał równieŜ. — W dwójkach w marszu... 
Głos porucznika brzmiał wesoło; po niedawnej chwili napięcia spowodowało to taką reakcję, 
jakby w marszu podano rozkaz „odtrąbiono". ZłaŜąc na ścieŜkę i podbiegając do swoich par, 
wszyscy zaczęli gadać. W jednym momencie zapanował nastrój wycieczki. Z tamtej strony, z 
ciemności, na ich powitanie wyciągnęły się dłonie, zabłysły światła latarek. Przechodzili 
przez ten klosz światła, ściskali ręce Węgrów, pokrzykiwali, przyjmowali paczki papierosów i 
czekoladę. Ale juŜ w chwilę potem wpadali znowu w jeszcze czarniejszą noc, zimną, obcą i 
złowrogą. Długo jeszcze za sobą słyszeli nawoływania Węgrów, śmiechy. Przed nimi były 
łuny; 
Tej nocy jeszcze raz natknęli się na placówkę węgierską. Wszystko odbyło się podobnie, tyle 
Ŝ

e obecny tam oficer niemiecki bardzo długo wykrzykiwał swoje „Sofort schiessen!" 2 Potem 

nagle jego krzyk urwał się wpół słowa, jakby mu ktoś zasłonił usta. Dowódca, który dogonił 
szpicę, potwierdził domysły: oficera niemieckiego Węgrzy sami przydusili, nie mieli wyboru: 
taki świadek wysłałby całą placówkę pod ścianę. 
Wkrótce Jerzy rozpoznał przedmieście śoliborza. ZbliŜali się db Włościańskiej. Kiedy 
pierwsi przeskakiwali przez ulicę i podbiegali pod mur warsztatów Opla na rogu 
Marymonckiej, zagrał niemiecki karabin maszynowy. Niemiec strzelał długimi 
1   Brytyjski, pochodzenia zrzutowego pistolet maszynowy. 
2  Natychmiast strzelać! 
27 
seriami i zupełnie nieskutecznie. Przebiegali bez strat, nawet nie widząc, skąd do nich 
strzelają. Jerzy przycisnął się do muru i popatrywał ciekawie w górę. Ktoś z prowadzących 
stał obok i młócił w Ŝelazną bramę pięściami. Nagle nad głową Jerzego coś zaczęło 
chrobotać. Nie zdąŜył zarepetować stena, kiedy na tle jaśniejszego nieba dojrzał sylwetkę 
głowy w niemieckim hełmie. 
—¦ Sie  macie,  chłopaki.   Nie przez  bramę,  przez  furtkie. 
Przeciskali się przez wąski otwór po dwóch, Ŝeby szybciej, nawet nie w strachu przed 
niemieckim kaemem. Przeszli przez płot na teren ogródków działkowych przytykających do 
Krasińskiego. Tak blisko, paręset metrów do domu. Jerzy chciał się urwać, zajrzeć na 

background image

podwórze. Hamował się. Doprowadzono ich do Suzina. Tam mieli kwatery. Pobiegł do 
dowódcy i poprosił o zwolnienie. 
Ś

witało, kiedy wychodził na ulicę. Był osłabiony. Ledwie powłóczył nogami. Dom stał cały. 

Nie widać nawet dziur po artylerii. Idąc na skos przez trawnik skracał sobie drogę, śpieszył 
się, a nie mógł juŜ podbiec. Nie spotkał nikogo na podwórzu. Nawet gdyby ktoś znajomy 
stanął teraz przy nim, nie zauwaŜyłby tego. Do klatki „D" jeszcze parę kroków. Kolana miał 
miękkie, w ustach sucho. Zrobiło mu się niedobrze. Ale nie przystanął. Na schody właził 
powoli, chwytając się poręczy. Dobrnął do trzeciego piętra. Drzwi były zatrzaśnięte. OdłoŜył 
stena na posadzkę nieuwaŜnie, potrącał go nogami, kiedy pochylił się do zamka i niepewnymi 
palcami ujmował klucz. Otworzył drzwi i wtedy dopiero pomyślał, Ŝe to przecieŜ nie miało 
sensu — cały ten pośpiech. Nikogo nie mogło być w domu. Ojciec jest... był wtedy w banku, 
a matka i ciotka teŜ wyszły. Nie po to, Ŝeby wrócić do domu na drugi dzień. A jednak zrobił 
pierwszy szybki krok do przedpokoju, zanim opamiętał się i zawrócił po stena porzuconego 
na klatce schodowej. Potem wszedł do pustego mieszkania i usiadł w kuchni. Zastał ją taką, 
jaka była niegdyś. Ile to czasu? Zaledwie 18 dni temu. Wiek? 
W półotwartych drzwiach kredensu zobaczył poustawiane w stosach talerze z niebieskiego 
serwisu. Tak go lubiła... Siedział bez ruchu. Odpoczywał. Zmęczyła go własna fantazja. Nie 
chciał juŜ wizji jej poniewierki, jej bólu, umierania. Ona jest. Wszystko będzie dobrze. 
W ciszy, z zamkniętymi oczami siedział długo i z trudem w myśli wiązał słowa: oznajmiał, Ŝe 
Ŝ

yje, wrócił do Warszawy 

28 
cały, zdrowy, trochę zmęczony, nogi ma obrzękłe i zapuchnię-te oczy. Trochę kręci mu się w 
głowie, ale zaraz pójdzie zjeść cokolwiek i połoŜy się spać. A potem, potem będzie szedł 
dalej i wreszcie dojdzie do tego miejsca, w którym będą razem. Wówczas oboje zaczną się 
niepokoić o resztę najbliŜszych, o znajomych, o sąsiadów, ale najpierw muszą się znaleźć 
razem, blisko siebie. Wtedy będzie czas na wszystko inne. 
W dwa dni potem, po nieudanym natarciu na Dworzec Gdański i próbie przebicia się górą na 
Stare Miasto, Jerzy wrócił na krótkie przedpołudnie do kwatery. Zgłosił się na ochotnika do 
oddziału, który miał kanałami przemaszerować na Starówkę. Na kwaterze spotkał jakiegoś 
oficera, który brał udział we wrześniowej kampanii. 
¦— Czy to było prawdziwe natarcie? — pytał niecierpliwie. 
— Co znaczy prawdziwe? — nie rozumiał oficer. 
•— No, chodzi mi o artylerię, ogień zaporowy i... Czy to było tak, jak na prawdziwym 
odcinku, na froncie prawdziwej wojny? 
Oficer spojrzał zmęczonymi oczami i nagle Jerzemu przypomniał się ksiądz, który przybiegł 
do nich, kiedy ustawiali się w pobliŜu alei Wojska Polskiego, przed rozpoczęciem natarcia, 
wiatr szarpał komŜą i stułą, rozwiewał mu włosy. Stanął przed oddziałem; na tle 
róŜowiejących w mroku łun nad Warszawą — biały, niespokojny, uniósł ręce z krzyŜem, 
Ŝ

egnał ich, udzielając irn absolucji, wykrzykiwał słowa porywane podmuchem wiatru i 

głuszone hukiem pękających na przedpolu pocisków; ksiądz miał natchnioną twarz i 
zmęczone oczy pod siwymi nastroszonymi brwiami. 
•—• Tak. Prawdziwe! — warknął oficer i odszedł, a Jerzy choć zawstydzony, poczuł się pełen 
satysfakcji. MoŜe dlatego, Ŝe chciał być wreszcie pasowany na rycerza, moŜe dlatego, Ŝe 
potrzebne było to usprawiedliwienie dla nieudanej akcji, z której oddziały wycofywały się 
bezładnie z pola, zastawiając dziesiątki rannych i zabitych kolegów, gubiąc się, nie mogąc 
dotrzeć do celu. Potrzebował tych słów, aby nie przestać wierzyć w celowość działań; choćby 
wtedy gdy zgubiwszy swój oddział — zaplątany między obcych, nie wiedząc, Ŝe wysforował 
się na czoło nacierających — wpadł z kilkunastoma do okopów opuszczonych przez 
Niemców, tuŜ koło torów. Nie przypuszczał, Ŝe nikt za nimi nie idzie, Ŝe są tu sami; wtedy im 
29 

background image

oznajmiono, Ŝe dowództwo nakazało wycofanie, a przecieŜ potrzebowali tylko gamoń Ł do 
wysadzenia torów i unieruchomienia pancerki, potrzebowali noŜyc do cięcia zasieków przed 
torami; mogli przejść, za nimi by poszli inni, wszyscy, którzy zawrócili, którzy nie doszli do 
torów, a jednak powiedziano im, Ŝe to juŜ nie ma sensu, Ŝe jest rozkaz odwrotu. Nie 
dopuszcza się w wojsku takiej ewentualności, Ŝe podchorąŜy słysząc rozkaz: „Przerwać 
natarcie", ma nagle ochotę cisnąć majorowi stena pod nogi tylko dlatego, Ŝe jemu, 
podchorąŜemu, rozkaz wydaje się niewłaściwy. Nie zrobił tego. Ale nie dlatego, Ŝe w ten 
sposób zaprzeczyłby regułom. Zachował się tak, jak przystało na średnio wychowanego 
człowieka — tamten był starszy... MoŜe więc Jerzy dlatego właśnie zapytał spotkanego na 
kwaterze oficera, czy to było prawdziwe natarcie?. 
Na wojnie, prawdziwej wojnie, zdarzają się przecieŜ takie wypadki, Ŝe oddziały zawracają, 
odchodzą, nawet uciekają w rozsypce, w panice, i nikt wtedy nie wini poszczególnych 
Ŝ

ołnierzy, tylko wojsko, które zawróciło, albo plan natarcia, który okazał się nierealny, albo 

dowódcę, który nie umiał wykorzystać do końca swoich szans, bo wtedy nie ma 
indywidualnego oskarŜenia w stosunku do ludzi biorących udział w akcji i nikt nie wskazuje 
palcem na jednego Ŝołnierza, nazywając go przed frontem oddziału winowajcą 
niepowodzenia, tchórzem, bo nawet to jego tchórzostwo, jeśli miało zdecydować o rezultacie, 
zwierzchnik powinien przewidzieć i wziąć pod uwagę. 
Ale Ŝeby mimo wszystko nie czuć się winnym czegokolwiek, Jerzy zgłosił się na ochotnika 
do oddziału, który miał przejść na Starówkę. Wszyscy mówili, Ŝe tam skończyła się kanada 2, 
po zdobyciu magazynów na Stawkach wyczerpują się zapasy papierosów „Kónigin von 
Saba", czekolady, chleba, Ŝe został juŜ tylko cukier w kostkach i Stukasy 3 bombardują 
regularnie co piętnaście minut, a „tygrysy" 4 atakują ze wszystkich stron. 
Właz do kanału znajdował się tuŜ przy domu na rogu Stołecznej   i  Krasińskiego;   trafiony  
celną  bombą  ział  prze- 
1   Silny (trzykrotny w stosunku do angielskiego granatu obronnego) ładunek plastyku 
umieszczony w płaskiej, miękkiej torebce z zapalnikiem, uŜywany jako granat 
przeciwpancerny. 
2  Tu — warunki bytowe niewspółmiernie do innych korzystne (Ŝargon okupacyjny). 
3  Niemiecki bombowiec lekki Junkers 87, przystosowany do ataku z lotu nurkowego. 
4  Typ niemieckiego czołgu. 
30 
raźliwym otworem. Gdzieś w dole kłębiła się woda, szumiąc potęŜnym strumieniem wzdłuŜ 
Krasińskiego, w dół, wprost do Wisły. Trzeba było zejść po kilku ocalałych stopniach, 
zwiesić się na rękach i skoczyć w tę czeluść. Obznajmieni z tym wejściem uspokajali, Ŝe 
poniŜej włazu jest lina w poprzek burzowca i ci, którym prąd wody podetnie nogi, zatrzymają 
się na niej absolutnie bezpieczni. Nie moŜna było tego skoku zrobić na próbę, trzeba było 
wykonać ściśle wszystko tak, jak kazali. Skoczył. Rozbryzg wody zalał mu twarz, poczuł 
ś

liski grunt pod nogami, prąd uderzył go mocno w kolana, ale nie przewrócił. Jerzy sprawdził 

stena, rewolwer za pasem i przytroczony wysoko na piersiach chlebak pełen amunicji. 
Wszystko było na miejscu, nawet nie zamokło. Kazali mu się szybko usunąć na betonową 
ś

cieŜkę pod półkoliście sklepionym tunelem. Mocno podając się do przodu, by pokonać napór 

wody, pobrnął do skraju burzowca. Ręką ocierał twarz. I wtedy zdał sobie sprawę, Ŝe ma gołą 
głowę. Narciarka! Stanął i sprawdził jeszcze raz. Nie było narciarki. Obejrzał się. Spieniony 
nurt lekko rozświetlony pod otworem włazu ginął błyskawicznie gdzieś w rozszumiałej 
czerni. Czapki nie było. Przynaglali go. We włazie ukazał się następny. Jerzy odsunął się pod 
betonową podmurówkę. Rozglądał się, jakby miał nadzieję, Ŝe dojrzy gdzieś narciarkę. Mogła 
zaczepić się o linę przecinającą burzowiec, która szarpana co chwila wyskakiwała z nurtu, to 
znowu tonęła, jakby targało się na niej jakieś oszalałe stworzenie. Przewodnik nachylił się 
nad Jerzym. 

background image

—  Wyłaź! — wołał przekrzykując szum. Jerzy rozglądał się nadal. 
—  Zgubiłeś coś? 
—  Czapka. Spadła mi czapka — odpowiedział. 
Tamten machnął ręką. Jerzy wylazł powoli, cały czas nie odwracając wzroku od wody, 
szukając nerwowo spojrzeniem. Zagadywali do niego, nie odpowiadał. Nawet gdy wszyscy 
juŜ byli na dole, kiedy ustalono porządek i przewodnik dał znak do marszu, Jerzy ruszył ze 
wszystkimi, oglądając się do tyłu na miejsce, gdzie narciarka spadła mu z głowy i porwana 
szalonym pędem wody znikła w czeluści burzowca. 
Nie rozumieli go. Nie chodziło przecieŜ o stratę czapki. O parę kroków od włazu był dom 
Jerzego. Dom, w którym mieszkał bezpieczny przez tyle lat. Wszystko, co miał na sobie czy 
ze sobą, co wyniósł z tego mieszkania, stanowiło substytut bezpieczeństwa dla niego, dla 
całej  rodziny. Ta strata była 
31 
pierwszą od chwili, kiedy opuścił dom; przypadek odebrał mu coś, co stanowiło cząstkę 
rodziny. Nie umiał tego wytłumaczyć swoim towarzyszom. Pokpiwali sobie z niego, póki 
moŜna było rozmawiać. Potem szum kroków głuszył półgłosem prowadzone rozmowy, 
później trzeba było iść ostroŜnie, nie robić hałasu, bo zbliŜali się do przejścia pod Dworcem 
Gdańskim, a przy mijanych włazach czatowali Niemcy z granatami. 
Utracił coś najdroŜszego. Wszystko stamtąd było najdroŜsze. Jak w wierzeniach pierwotnych, 
w magii, czuł lęk przed konsekwencją tego nic nie znaczącego wypadku. Było to jak znak, jak 
przestroga-zapowiedź, Ŝe jeśli stracił jedno, moŜe stracić i więcej; bał się o los swojej matki, 
ciotki, ojca. Wydawało mu się, Ŝe teraz są zagroŜeni jeszcze bardziej. 
Dopiero przychodził do Warszawy. Widział co najwyŜej ślady po pociskach, wywalone okna, 
nadpalone dachy. Jeszcze swoją ojczyznę zastał taką, jaką zostawił; nie widział trupów ludzi 
najbliŜszych czy znajomych, nie widział cmentarzy na podwórzach i skwerach ani domów 
sproszkowanych do fundamentów, ani porozrywanej jezdrii, nad którą zwisały druty z 
pochylonych słupów, nie widział kościołów rozdartych aŜ po tabernakula ani ksiąŜek 
rozsypanych na brukach; nie widział jeszcze małych, kudłatych, zawsze pogodnych piesków, 
które teraz postrzelone ciągnęły sztywniejące tylne łapki, by wpaść w jakąś dziurę pod 
barykadą, gdzie będą mogły konać powoli, skomląc i czekając daremnie na pomoc; nie 
widział starych kobiet owiniętych w złachmanione pledy, niosących cięŜkie wiadra z 
drogocenną wodą uzbieraną z ledwo cieknącego, jedynego w dzielnicy hydrantu, 
wystawiających się na pociski niemieckich gołębiarzy1 zaczajonych na dachach; nie znał 
jeszcze widoku młodych ludzi czarnych od dymu i pobielonych wapiennym pyłem, 
przesadzających z gracją spiętrzone stosy pluszowych mebli na barykadzie, którzy w sekundę 
potem trafieni odłamkiem w brzuch rozmazywali pijanymi rękami własną krew po płytach 
trotuaru; nie znał prawdziwego gniewu, który pomaga mierzyć i trafiać tak, by SS-mann 
zagania- 
1 śołnierz niemiecki usadowiony na strychu czy dachu wysokiego domu, skąd strzelał do 
pojedynczych ofiar; gołębiarze miewali podrobione powstańcze dokumenty, opaskę biało-
czerwona i w razie groźby demaskacji udawali powstańców; rekrutowani często spośród 
ukraińskich oddziałów bywało, Ŝe znali język polski. Ich proceder podły i zdradziecki tak ich 
piętnował w opinii warszawiaków, Ŝe do egzekucji gołębiarzy występowały na ochotnika całe 
kompanie. 
32 
jacy cywilów przed czołg umarł jeszcze pełen tego swojego 
tchórzliwego okrucieństwa. Nie widział dotąd takiej swojej ojczyzny. Miał ją dopiero 
zobaczyć, miał wziąć udział w jej losie.                                                                                           
!   '   '. 

background image

Terzy szedł drugi, tuŜ za przewodnikiem — kapralem Kiełbasą, który ubrany w panterkę, z 
trzonkowym granatem za pasem, niemieckim empi na ramieniu, nie ogolony, sczerniały 
wydawał się wszystkim na śoliborzu typowym reprezentantem Starówki. Przewodnik był 
małomówny, operował raczej gestami   Znał  drogę   i   nie   musiał  zapalać  latarki,  by  
odczytać szyfrowane znaki na wilgotnych murach kanałów. Czasem przystawał, pokazywał 
Jerzemu, jak naleŜy przekraczać niebezpieczne miejsce, przeskakiwał pod „syfonami", z 
których padało na czarną wodę mdłe światło gdzieś z góry, czasem przesadnie podnosił nogi, 
by idąc robić jak najmniej  szumu. Jerzy po- 
3 — A gdy mnie trafi... 
33 
wtarzał te gesty, demonstrował je idącemu za nim koledze. Droga dłuŜyła się. Trudno było 
powiedzieć, czy idą godzinę czy dwie, czy juŜ jest południe, a wyruszyli przecieŜ z samego 
rana. 
Napisy na murach czasami miały charakter informacyjny nawet dla nie obytych z kanałową 
drogą — pojawiały się nazwy ulic, strzałki, ostrzeŜenia. Mimo to Jerzy nie mógł skojarzyć 
tych znaków z rzeczywistością znaną, codziennym widokiem ulic znajdujących się o tych 
parę metrów powyŜej. Kanały, którymi przechodzili, były wysokie, nie zmuszały do schylania 
się, woda, po wyjściu z burzowca Ŝoliborskiego, sięgała im zaledwie do kolan, miejscami 
było jej jeszcze mniej, niebezpieczeństwo sygnalizowane przez przewodnika ani razu nie 
sprawdziło się w najmniejszym choćby zagroŜeniu. Powietrze było parne, do kanalarskiego 
smrodu przywykli prędko, bania zwielokrotnionego przez echo jednostajnego szumu ich 
kroków stawała się częścią atmosfery tego marszu, raczej więc męczyła monotonia. Raz 
jeden, przy przekraczaniu jaśniejszego miejsca, zdawało się Jerzemu, Ŝe słyszy dalekie, 
płaskie głosy, wypowiadane w normalnej przestrzeni. Nie rozumiał słów, tym bardziej Ŝe 
spodziewał się raczej posłyszeć mowę niemiecką. Dopędził Kiełbasę. Dowiedział się od 
niego, Ŝe przy włazach siedzą Ukraińcy. I tym razem informacja o tak bliskim 
niebezpieczeństwie wydała się Jerzemu abstrakcyjna. Przede wszystkim nie mógł zrozumieć, 
Ŝ

e ci przy włazach nie słyszą tego potwornego, głuszącego wszystko szumu. Włóczył więc 

stopy przy dnie, nie przejmując się bliską groźbą, nie chciało mu się juŜ wyjmować nóg z 
wody przy stawianiu następnego kroku — nie wierzył w zagroŜenie. 
ToteŜ przestraszył się i ścierpł cały, przypadł do mokrych cegieł, kiedy zaskoczył go 
pierwszy, głośny, uderzający mocno i boleśnie dźwięk strzału. Teraz dopiero zdał sobie 
sprawę z tego, Ŝe przewodnik wysforował się naprzód, kazał mu przystanąć, Ŝe nieobecność 
jego trwała juŜ nad miarę długo, Ŝe strzelono z kierunku, w którym zniknął Kiełbasa. Zamarli 
wszyscy. Strzał odezwał się znowu, a echo było tak mocne, Ŝe nie moŜna było rozróŜnić, z 
jakiej broni pochodził. Potem odezwała się seria. Zaświdrowała w uszach, przygniotła 
nieznośnie bębenki. Jerzy dał znak kolegom, Ŝeby nie ruszali się z miejsca, a sam zdjął z szyi 
stena i ruszył naprzód, repetując broń. Nie mógł siedzieć tak bezczynnie i oczekiwać na 
niebezpieczeństwo. Słyszał przecieŜ jeszcze na śoliborzu, Ŝe wy- 
34 
buch granatu w kanale jest wielokrotnie silniejszy, bo działa w ograniczonej przestrzeni; 
Kiełbasa trafił na wroga, strzela jeszcze, moŜe do niego strzelają, czego nie słychać w 
ogłuszającym huku, lada chwila jakiemuś Niemcowi uda się rzucić granat do kanału... 
Przyśpieszył. Nie widział przed sobą kaprala, nie widział nawet ogników jego peema. 
Zobaczył tylko rozlaną plamę światła. Jest studnia, są schodki — Ŝelazne klamry. Stamtąd 
odezwała się nowa seria. Jerzy uskoczył pod mur i trąc plecami o wilgotną powierzchnię 
przesuwał się ostroŜnie do studzienki. Podniósł stena. Widział czarny kształt kolebiącego się 
pod zamkniętym włazem. Tubalny głos przygwoździł go. 
—  Zawilec, chodź no tu! 

background image

Teraz dopiero zobaczył, Ŝe Kiełbasa stoi na klamrach tuŜ pod włazem i usuwa się robiąc mu 
wolne miejsce koło siebie. Jerzy widząc to i słysząc ciche przekleństwa opuścił broń, 
zabezpieczył i począł wspinać się na górę. 
—  Właz zamknęli. Zaklinował się, cholera, nie mogę otworzyć. Próbujmy razem. 
Oparli się mocno o klamry i rękami usiłowali wypchnąć Ŝelazne koło. Nie dali rady. Kiełbasa 
zdjął znowu swego peema, wystawił lufę ma zewnątrz i strzelał raz po raz pojedynczym 
ogniem. 
—   MoŜe to nie tu? 
Kapral zbył to pytanie milczeniem. Jerzy spojrzał w szpary. Niewiele było widać. Skrawki 
nieba, dymy. 
—   Gdzie jesteśmy? 
Nagle Ŝelazne koło włazu drgnęło, ktoś odsunął je na bok. W twarze stojących na klamrach 
wionęło gryzące dymem powietrze. 
—   Wyskakiwać pojedynczo. Szybko. Jest nalot. 
Jerzy wytknął głowę z otworu i zobaczył odbiegającego pod mur chłopca w panterce. 
Wygramolił się na zewnątrz i pobiegł za tamtym do naroŜnika. Zobaczył pod nogami wielką 
kałuŜę. Nie miał czasu jej ominąć. Przewrócił się. Była to zalana wodą wyrwa po bombie. 
Skąpał się po pas. Klnąc przysiadł koło chłopaka, który otworzył właz. 
—   W czasie nalotu zamykamy. Piloci polują na włazy —-wyjaśnił chłopak. 
—  Przebiegać, przebiegać, szybko! — wołał ktoś z drugiego naroŜnika do ukazujących się 
we włazie następnych z grupy Jerzego. 
35 
Samolotów było trzy. Stukasy. Nalatywały po kilkakroć na upatrzone w poprzednim nalocie 
lub wskazane przez niemieckich dywersantów i gołębiarzy cele; zrzucali bomby, siekli z 
lotniczych cekaemów i odlatywali, Ŝeby powrócić po piętnastu minutach. Byli punktualni, 
pracowali metodycznie, precyzyjnie, trafiali do celu bezbłędnie, przelatując tuŜ nad dachami 
atakowanych domów, niezagroŜeini przez Ŝadną broń przeciwlotniczą. śe byli to stale ci 
sami, stwierdzono z całą pewnością kolo 25 sierpnia. Niemcy za wszelką cenę usiłowali 
wtedy wykurzyć powstańców z Banku Polskiego na Bielańskiej. śeby nie razić swoich 
pozycji, znajdujących się po drugiej stronie ulicy, kierowali maszyny wzdłuŜ Bielańskiej i 
podrywali je dopiero nad placem Teatralnym. Nalatując tak, równolegle do osi ulicy byli 
pewni, Ŝe bomba, nawet nie w porę zrzucona, trafi na stronę powstańczą. Jeden z samolotów 
poderwał się nieco za późno. Zawadził o wieŜyczkę pseudogotyckiego domu, zwanego 
domem Krzysztofa Bruna, na rogu Bielańskiej i placu. Zwalił się potem na gmach, w którym 
była „Adria", lokal „Nur fur Deutsche" J, gdzie w tym momencie zgromadziło się kilkuset 
niemieckich Ŝołnierzy; moŜe szykowali się do flankującego natarcia na niezwycięŜony 
bastion Ratusza? Powstańcy naliczyli 
1 „Tylko dla Niemców". 
36 
około 200 trupów niemieckich wynoszonych ze zrujnowanego domu. Samolot spadł tam 
razem z bombami, eksplozja była potęŜna. Po tym niepowodzeniu Stukasy nalatywały nadal 
co piętnaście minut, ale juŜ tylko dwa. Dopiero w dwa dni później dołączył do nich trzeci 
samolot. 
Oddział, z którym Jerzy przywędrował z dalekiego Kampinosu, został włączony do 
„Parasola" jako nadetatowa, czwarta kompania. Niedoświadczeni w walce miejskiej, nie 
byliby tak upragnionym uzupełnieniem mocno nadweręŜonego batalionu, gdyby nie to, Ŝe 
przynieśli ze sobą amunicję i broń zrzutową. Przynieśli nawet kilka piatów J razem z 
amunicją. Ta broń brytyjska, coś pośredniego między granatnikiem i panzerfaustem, nie 
budziła zaufania; zrobiona z niespełna metrowej długości rury, na stojaku, z kolbą i językiem 
spustowym, wyglądała jak spęczniały, staroświecki muszkiet wykonany przez amatora-ko-

background image

wala. Potem okazało się, Ŝe biła celnie na kilkaset metrów, przebijając pancerz niemieckiego 
czołgu. Największym zainteresowaniem „Parasola" cieszył się cekaem brytyjski na wielkiej 
podstawie z przeciwlotniczym, kołowym celownikiem. Postanowiono natychmiast zrobić z 
niego uŜytek. Ustawiono go w oknie pałacu Krasińskich, gdzie „Parasol" miał wtedy swoje 
kwatery. Nie czekano długo: nalatujące Stukasy zjawiły się w porę. Cekaem zagadał w ich 
kierunku. Amunicja smugowa pozwalała prowadzić skuteczny ogień. W pierwszej próbie nie 
udało się jednak zaszkodzić Ŝadnemu z samolotów. Błękitny dymek smuŜył się z okna 
pałacowego skrzydła, najbliŜszego barykadzie od strony getta. Ta część gmachu osłabiona 
była poŜarem, który strawił górne piętra. W piwnicy pod celowniczym, przestrzeliwującym 
nowy nabytek, leŜeli na materacach koledzy z jego kompanii, liczącej wtedy juŜ tylko 
dwudziestu kilku ludzi. 
Stukasy odpłynęły na lotnisko, omijając kąśliwe serie przeciwlotniczej broni. Celowniczy 
szykował się na ich powrót. Wiadomo było, Ŝe będą z powrotem dokładnie za piętnaście 
minut. Byli. Z nowym ładunkiem bomb. Nadlecieli nawet bardzo blisko, przeraŜająco blisko. 
Stukasy pochyliły się do lotu nurkowego, nacelowały dzioby dokładnie na zajadle gadający 
cekaem... Wybuch poderwał wszystkich w pałacu. Zanim zdąŜyli wygrzebać się na schody z 
piwnic, macając przed sobą w czarnym, nieprzeniknionym dymie i kurzu, na zewnątrz zro- 
1 Rodzaj broni przeciwpancernej. 
37 
biło się juŜ czysto i zapadła cisza. Samoloty odleciały po następną porcję bomb, zostawiając 
rumowisko. Całe skrzydło gmachu leŜało. Wybuchy pokruszyły cegły, porozdzielały je i 
miejsce, gdzie był dom, wyglądało teraz jak plac porozbiór-kowy, zarzucony cegłami. Od 
strony getta Niemcy ostrzeliwali chłopców usiłujących rozgrzebać to rumowisko. Trudno 
było prowadzić akcję ratunkową, po paru godzinach słychać było juŜ tylko jeden słaby głos. 
Kopano uparcie. Ludzie poustawiali się rzędami i podawali sobie cegły, dogrzebując się coraz 
bliŜej do zasypanych. PoniewaŜ wybierano gruz z jednego miejsca, wkrótce utworzył się lej 
gigantyczny, jak po ogromnym wybuchu. KaŜdy ruch powodował ponowne osypywanie się 
cegieł, a tam, na dnie leja ukazała się juŜ głowa Ŝyjącego kolegi. Odsłonięto go szybko aŜ do 
pasa, gdy Niemcy z getta otworzyli silny ogień. Nie moŜna było prowadzić dalej 
zorganizowanej akcji. Stojący w dole nie był nawet ogłuszony, rozmawiał, palił podawanego 
mu papierosa, ale ciągle jeszcze nie moŜna go było uwolnić. Wreszcie udało się. Zajął się nim 
chirurg. Nie odkrył Ŝadnych obraŜeń, prócz nielicznych, powierzchownych zadrapań. Na tym 
akcję ratunkową przerwano. Nikt więcej nie odzywał się spod rumowiska. Musieli zginąć; 
pozostali pod spaloną częścią gmachu; ten jeden uratowany odszedł w chwili katastrofy do 
innej części piwnicy i zatrzymał się pod stropem; to go uratowało. Jedna kompania „Parasola" 
przestała istnieć. 
W następnych nalotach Stukasy nie interesowały się juŜ pałacem. Atakowały domy przy 
Długiej. Jerzy stał u wejścia do pałacu i obserwował przedziwne zjawisko: nad całym placem 
unosił się gęsty dym i kurz; bomby z nisko lecących samolotów wślizgiwały się w to 
kłębowisko. Po chwili z miejsca, gdzie wybuchały, rozchodził się i błyskawicznie poszerzał 
krąg zgęstniałego dymu; kiedy docierał do pałacu, posłyszał wybuch. Była to fala powietrza 
nabrzmiałego gromem eksplozji, dolatywała do niego w chwili, gdy tam juŜ było po 
wszystkim; umarli juŜ ci, którzy mieli umrzeć, a wieść o katastrofie rozchodziła się jeszcze. 
Tego dnia Jerzy dostał panterkę i czapkę z malowanego w łaty brezentu. Dostał teŜ apaszkę 
granatową w białe grochy. Apaszki nosili wszyscy ze zgrupowania Radosława, do którego 
naleŜał „Parasol". Mówiło się, Ŝe apaszką przesłaniać trzeba usta, kiedy walczy się w gęstym 
kurzu; Jerzy nie widział nigdy, by ktoś tak robił. Apaszki raczej przypominały harcer- 
33 
skie chusty; wraŜenie to podkreślone było równieŜ i tym, Ŝe poszczególne oddziały 
przestrzegały jednolitego wzoru czy koloru apaszek. 

background image

Minęło kilka dni. Jerzy zdąŜył się zorientować, co w praktyce oznaczają białe litery, które 
polecono mu wymalować na czapce: GS. Wiedział, Ŝe to skrót od nazwy „grupa szturmowa". 
Dopiero jednak po kilku dniach przekonał się, Ŝe grupy szturmowe nie tylko broniły 
wyznaczonych im odcinków, były teŜ posyłane na odcinki inne, szczególnie zagroŜone 
niemieckimi atakami. Dzięki temu znalazł się w gmachu Banku Polskiego na Bielańskiej 
wtedy, gdy Niemcy po jego stracie chcieli go odzyskać za wszelką cenę. 
W parę dni później powędrował jako zastępca dowódcy plutonu do pasaŜu Simonsa. I to 
miejsce miało swoją krótką, tragiczną historię. Z pasaŜu wyszły oddziały powstańcze do 
znajdującego się nie opodal Arsenału, opuszczonego cichaczem przez niemieckie załogi. Gdy 
powstańcy juŜ się tam zadomowili, kiedy w piwnicach zorganizowano zabezpieczony 
potęŜnymi stropami szpital' powstańczy, eksplodowały załoŜone przez Niemców ogromne 
ilości materiałów wybuchowych. Straty powstańców wynosiły kilkuset ludzi. Teraz pasaŜ 
Simonsa stał się znowu pierwszą linią; Niemcy atakowali z drugiej strony Nalewek; udało im 
się zająć zachodnią stronę pasaŜu i budynki doń przylegające. W ciągu dnia, kiedy Jerzy 
przyszedł na pozycję, nie działo się jednak nic szczególnego. Dopiero gdy zmrok zaczął juŜ 
zapadać, major Sosna, dowodzący tym odcinkiem, wezwał odsiecz z „Parasola" do akcji. 
Chodziło o wyparcie Niemców na drugą stronę Nalewek, z domów okalających pasaŜ. Do 
akcji nie moŜna było iść całą kompanią — szczupłość miejsca nie pozwalała rozwinąć 
skutecznego natarcia kilkudziesięciu ludzi. Jerzy zgłosił się na ochotnika. Zebrało się ich 
jednak zaledwie trzech, czwartym był łącznik, znający przejścia i układ pomieszczeń parteru, 
którymi mieli iść. 
Jerzego wezwał do siebie jeden z oficerów miejscowego oddziału. Wraz z dowódcą kompanii 
„Parasola" wyszli na podwórze, mroczne juŜ i zupełnie ciche. Front domów po drugiej stronie 
podwórza wychodził na Nalewki. Tam siedzieli Niemcy. Ale w oknach nie widać było 
Ŝ

adnego ruchu. Domy po lewej stronie przy pasaŜu płonęły. Wypaliły się juŜ dolne piętra i 

parter gorzał tylko Ŝarem rozpraŜonych tynków. 
Tamtędy, przez wpółrozwalone pomieszczenia, z pokoju do 
39 
pokoju biegła kręta linia frontu. Tamtędy trzeba będzie iść do natarcia. Od strony barykady, 
zbudowanej z ogromnych bel papieru wtoczonych do pasaŜu, dobiegały od czasu do czasu 
słabnące okrzyki porucznika, który samym wołaniem: „Naprzód!" ostudzał zapędy Niemców. 
Bali się powstańczego natarcia w zapadającym mroku i te chrapliwe, niegłośne okrzyki 
starczały za obronę barykady. 
Porucznik był   ranny  w  głowę,  ale  przytomny.   Umierał. 
PoŜar zlokalizowano, nie zagraŜał powstańczej pozycji. Trzeszczały gdzieś jeszcze ostatnie 
futryny, czasem z hukiem walił się płat tynku i wtedy jaśniej robiło się na chwilę w 
zamkniętym podwórzu. Ściany bielały od niespokojnego blasku, otwory okienne sczerniały; 
w kaŜdym z nich mógł czaić się Niemiec. Porucznik z miejscowego oddziału kończył 
wyjaśniać sytuację i drogę natarcia. Zaturkotało coś po asfaltowej powierzchni podwórza. Był 
to dźwięk nie wróŜący nic złego, toteŜ nie uskoczyli, rozejrzeli się tylko. Niemiecki granat 
pod-toczył się niemal do ich nóg. Zobaczyli go za późno. ZdąŜyli tylko pochylić się nieco. 
Eksploeja rozniosła odłamki nad ich głowami. Wskoczyli do środka pomieszczenia. Jerzy 
poczuł nagle potworne pieczenie pod cholewką buta. Krzyknął bardziej ze strachu niŜ bólu. 
Zatoczył się na skrzynię podstawioną pod wysokie okno i szarpiąc niecierpliwie rozwiązywał 
sznurowadło. Nim zdąŜył zdjąć but, odłamek juŜ ostygł. Nie zadrasnął go nawet. 
—  Strzelaj! — wrzasnął Jerzy przez ramię do erkaemisty. 
—  Nie widzę nikogo. 
Jerzy rozwścieczony, nie nakładając buta, wskoczył na skrzynię i odepchnął erkaemistę. W 
oknie były ozdobne kraty; by nie zdradzić swojej pozycji, erkaem cofnięty był do wnętrza tak, 
Ŝ

e otwór lufy nie sięgał grubych Ŝelaznych prętów. Jerzy spojrzał po znowu cichym i 

background image

mrocznym podwórzu. Rzeczywiście nie widać było tam Ŝadnego ruchu. Ale strach i jakby 
upokorzenie przemogło rozsądek. PrzyłoŜył kolbę mocno do ramienia. Celownik i muszka w 
tym typie erkaemu znajdowały się po lewej stronie zamka i lufy, umieszczone poziomo. 
Wycelował w okna naprzeciwko, gdzie powinni być Niemcy. Nacisnął spust. Zobaczył szare 
obłoczki rozsnuwające się pod parterowymi oknami, w które celował. Pociągnął następną 
krótką serią i wtedy poczuł gorące ukłucia na twarzy. „Strzelają, zobaczyli erkaem" — 
pomyślał i dalej,  nie  widząc  napastników,  pruł  krótkimi  seriami po 
40 
podwórzu. Po kaŜdej pryskały mu w twarz gorące opiłki. Złość przeszła. Zmitygował się. 
Spojrzał ponad erkaemem. Zapadła cisza. Podwórze trwało puste; jedyny ruch to niespokojne 
blaski poŜaru. Odsunął erkaem od kraty i wtedy zobaczył: na wprost lufy Ŝelazne, wygięte 
pręty wyjedzone były pociskami jego własnego erkaemu. Celował między kraty patrząc przez 
celownik umieszczony z boku przy zamku; otwór lufy wypadł dokładnie na linii Ŝelaznego 
pręta. Zawstydzony odszedł od erkaemu, zeskoczył ze skrzyni. Teraz, bardziej niŜ przed tym 
incydentem, chciał iść naprzód, strzelać, atakować widzialnego wroga. 
Przeliczyli granaty, uzupełnili amunicję. Pierwsze pomieszczenia były puste, ale wiedzieli, Ŝe 
za kolejnymi drzwiami czy nad nimi na piętrze są Niemcy, czekają na nich, przygotowani z 
bronią wycelowaną, odbezpieczonymi granatami; musieli słyszeć ich kroki, uskakiwanie za 
drzwi, brzęk szkła rozgniatanego butami. 
Szli naprzód powoli, dokładnie przepatrując kaŜde pomieszczenie. ZbliŜali się do nadpalonej 
części budynku. W am-filadach widzieli juŜ przed sobą wypalone futryny, gołe pola cegły i 
osmalone, spękane od Ŝaru sufity. SierŜant podchorąŜy idący koło Jerzego zatrzymał się. 
Porozumiewali się gestami. Wyciągnęli granaty. Ciskali je kolejno do następnych pokoi, i 
ledwo wybuch wyrzucił im w twarze kłąb dymu i pyłu, wskakiwali do środka. Posuwanie się 
naprzód było teraz bardziej rwane, nerwowe. Nie wiedzieli, kiedy znaleźli się w wypalonych 
pomieszczeniach. Poprzez dym i kurz po wybuchach nie widzieli płomieni, czuli tylko 
wzrastający Ŝar, piekący w podeszwy butów, palący w twarze. Teraz trzeba było uwaŜać nie 
tylko na ruch przed lufami peemów: przepalone stropy pękały donośnie; uskakiwali pod 
ś

ciany, kiedy płaty tynku waliły się na kamienną posadzkę. Oczy łzawiły. Przeskoczyli przez 

kilka większych pokoi, dotarli do ostatniego pomieszczenia, które wyglądało na warsztat czy 
garaŜ. Było stąd juŜ tylko jedno wyjście: wielkie przymknięte wrota. CzyŜby doszli do końca? 
Jerzy chciał juŜ wracać. Rozczarowało go to natarcie. Nie widział Niemców, strzelać nie było 
potrzeby. Rzucanie granatów było ubezpieczeniem przejścia, nie atakiem. SierŜant skinął na 
łącznika. 
— Leć do porucznika, powiedz, dokąd poszliśmy. Co dalej? — wykrztusił kaszląc. Łącznik 
odbiegł do tyłu. Pozostali rozeszli   się   na   całą   szerokość   wysokiego,   ziejącego   Ŝarem 
41 
wnętrza. Przymknięte, okute wrota nie zdołały się spalić, choć miejscami belki były 
zwęglone, w szparze widać było czerń. Dalej nie było ognia, wionął stamtąd zimny, czysty 
podmuch. Jerzy stanął przy drzwiach. Czekali krótko. Łącznik wrócił po paru minutach. 
Rozkaz wydał się idiotyczny: mieli sprawdzić, co jest poza wrotami. Czy to juŜ Nalewki? 
Jeśli tak, to tam są Niemcy. Odlegli o szerokość ulicy. 
Jerzy stanął po jednej stronie, wysoki strzelec po drugiej, sierŜant podchorąŜy na wprost 
szpary. Dał znak. Jerzy z wysiłkiem pociągnął cięŜkie skrzydło drzwi. Zazgrzytało. Za 
następnym szarpnięciem ruszyły. Szpara poszerzała się. Nie trzeba było ciągnąć dalej; 
wprawione w ruch powoli otwierały się same. Jerzy chwycił mocniej stena i wycelował. 
Ustępował krok za krokiem. Naraz z wielu miejsc wypryisnęły ku nim ogniki. Byli prawie 
ś

lepi od Ŝaru, nie widzieli nic poza błyskami przed sobą. Niemcy natomiast widzieli ich 

dokładnie — ciemne sylwetki na tle rozŜarzonych ścian. Granaty rozerwały się tuŜ pod 
stopami sierŜanta. Jęknął i zacisnął obie ręce na piersi, jakby się obejmował. Wysoki strzelec 

background image

cofnął się strzelając, potknął się i upadł wyciągając przed siebie dłonie. Oparł się na nich i 
krzyknął strasznie. Poderwał się szybko. Jerzy poczuł szarpanie za rękaw. Obejrzał się. Nie 
było nikogo. Ale kiedy zmierzył się do następnej serii, poczuł, Ŝe prawa ręka mdleje, nie 
moŜe utrzymać stena. Opuścił rękę. Spod gumki ciasno opinającej kiść struŜkami popłynęła 
krew. Szarpnął się poza drzwi. Chciał je zatrzymać, przymknąć. Nie dawał rady. SierŜant 
chwiejnym krokiem odbiegł w głąb pomieszczenia. 
— Wycofuj się! Wycofuj! — charczał. 
Zawrócili. Przed sobą mieli długą oświetloną amfiladę. Kiedy próbowali przycisnąć się do 
ś

cian, odpychał ich Ŝar, środkiem pryskały serie niemieckie. Biegli zataczając się. śaden z 

nich nie próbował nawet ubezpieczać kolegów. Musieli śmiesznie wyglądać stamtąd, z 
czarnej ulicy, niezgrabnie usiłując ujść pogoni gęstego ostrzału. 
Koledzy przyjęli ich przy barykadzie z bel papieru. Wskazali drogę do szpitala. Jerzy 
próbował po bohatersku ustąpić miejsca sierŜantowi, któremu odłamki granatu w kilkunastu 
miejscach rozorały pierś. Czekając przysiadł obok przy stole opatrunkowym. 
•—¦ Niech pan podciągnie rękaw panterki — powiedziała 
42 
do niego siostra, ale w tym momencie zsunął się na podłogę i stracił przytomność. 
Wysoki strzelec miał zwęglony naskórek na obu dłoniach, którymi oparł się o podłogę, 
łącznik wyszedł cało. Jerzy miał stykowy postrzał przedramienia. Stracił sporo krwi i dlatego 
zabrano mu broń i odesłano do pałacu, na kwatery. Koledzy z kompanii pozostawali w 
odwodzie dowódcy odcinka przy uwolnionym pasaŜu. 
Wystarczyło dwa dni, by Jerzy czuł się juŜ zupełnie pewnie tyle Ŝe ręka cierpła mu często, nie 
mógł utrzymać w niej uniesionego peema. Postanowił jednak wrócić na odcinek. W 
dowództwie nie mogli mu powiedzieć z całą pewnością, gdzie jest jego kompania. 
Poprzedniego dnia była jeszcze w pasaŜu. Po drodze zaskoczyła go wiadomość, Ŝe pasaŜ 
został przez Niemców zbombardowany, szpital zasypany. Kiedy przeraŜony dopytywał się o 
kolegów z kompanii, powiedziano mu, Ŝe cała obrona pasaŜu zginęła pod gruzami. Akcja 
ratunkowa jeszcze trwała. Zawrócono go do dowództwa. Nie 
43 
dowiedział się tu niczego. Było juŜ po nieudanej próbie przebicia się na Śródmieście górą, juŜ 
po rozpoczęciu ewakuacji kanałami. Na rogu Długiej i Miodowej stały nie kończące się rzędy 
ludzi, którzy kryli się pod ścianami, czekając swojej kolejki, by wolno im było przebiec do 
włazu, prowizorycznie osłoniętego jakimiś blachami, wśliznąć się do okrągłego otworu, jeśli 
zdąŜyli przed celną serią niemieckiego ostrzału, i sunąć w długiej, nie kończącej się kolumnie 
kanałami wzdłuŜ Miodowej do Krakowskiego Przedmieścia, a dalej w prawo, w kierunku 
placu Napoleona. 
Zaczął się juŜ ostatni akt Starówki. Obrońcy umierali na barykadach, by inni mogli odejść na 
Ś

ródmieście. 

W dowództwie batalionu przydzielono Jerzego do jakiegoś obcego oddziału; podobno wbrew 
dotychczasowym wersjom jego kompania poszła juŜ na Śródmieście; miał ich dogonić. 
Tym razem w kanałach wody było mniej. Tylko potykano się często na jakichś 
nieokreślonych, miękkich tobołach, zatopionych w grząskim, zamulonym dnie. Nie patrzyli, 
nie palili świateł, bojąc się dojrzeć, co mieli pod nogami. Wyszli po paru godzinach w okolicy 
Szpitalnej. SłuŜba sanitarna skierowała Jerzego do gmachu PKO przy Świętokrzyskiej. Tam 
zastał swoich. Byli tu juŜ od paru godzin. Jerzy rzucił się na prowizoryczne posłanie, ale 
sanitariuszka nie dała mu spokoju. Kazano mu zejść na opatrunek. Rana była brudna. 
Postanowiono zrobić zastrzyk przeciwtęŜcowy. PoniewaŜ w kaŜdej chwili mógł się 
spodziewać rozkazu wymarszu na nowe pozycje, lekarz zgodził się robić mu zastrzyk „na 
raty", małymi dawkami. Niewiele to pomogło. Jerzy leŜał potem przez całą noc, z wysoką 

background image

gorączką, jak pijany, półprzytomny. Koledzy wrócili z miasta z nowinami i kubkiem zimnej, 
aromatycznej cieczy. 
—  Niech pan wypije — zachęcał go Wiktor. — Nie mieliśmy dwóch kubków, ale moŜe pan 
wierzyć, Ŝe kaŜde z osobna było świetne — zapewniał. 
—  Co to jest? 
—  Burgund i tokaj, bardzo dobry rok — mądrzył się Wiktor.                                                                                                   

Potem pousiadali na płaskich, twardych materacach i grali do północy w pokera, przebijając 
w ciemno po kilkadziesiąt tysięcy. W banku zdarzało się i dwa, i trzy miliony złotych: 
odcinali pięćsetki z arkuszy, na których spali. Były to prze- 
44 
cięŜ   prawdziwe,   do   powstania   waŜne,   obiegowe   pieniądze okupacyjne. 
Rozkaz wymarszu przyszedł jeszcze przed świtem. Jerzy nie nacieszył się odzyskanym 
stenem: musiał go oddać koledze i prosić jeszcze o pomoc. Szczepionka działała nadal. Szedł 
opierając się o ściany. Przekroczyli Aleje Ujazdowskie, przemknęli pod murami Instytutu 
Głuchoniemych i zeszli w niegłęboki rów, prowadzący w dół prawą stroną KsiąŜęcej; kryli 
się tu przed celnym ostrzałem z gmachów Muzeum Narodowego. 
0  świcie dobrnęli do Zagórnej na Czerniakowie. 
Tam Jerzy dowiedział się od swojego dowódcy kompanii, Ŝe za akcję w pasaŜu Simonsa 
otrzymał KrzyŜ Walecznych i awans na plutonowego podchorąŜego. 
Po kilku dniach bez walki otrzymali wreszcie zadania i nowe miejsce postoju: przenieśli się 
na Ludną do gmachu „Ruchu". Z prawej strony mieli Solec i wąski pas zabudowany 
nielicznymi barakami i płaskimi budynkami rzeźni, a na wprost kilka drewnianych baraków 
dzieliło ich od ślimaka mostu Poniatowskiego, z lewej natomiast był pusty teren starej 
gazowni. Kończył się „urlop" 1> który dostał Radosław 2 po wyjściu ze Starówki. 
Zupełnym przypadkiem Jerzy spotkał łącznika, który kanałami dotarł do ich pozycji z 
Mokotowa. Łącznik szedł tędy na Śródmieście przez wąskie, jedyne juŜ wtedy przejście koło 
gmachu Ubezpieczalni przy KsiąŜęcej. Dogadał się z Jerzym: widział jego matkę na 
Mokotowie. Była lekko ranna w głowę, ale trzymała się dobrze. Kiedy łącznik wracał tą samą 
drogą, Jerzy dał mu list do matki. Pisał słowa tkliwe i pełne obietnic, Ŝarliwych zapewnień i 
błagań. Ale nie umiał skupić się i bez reszty oddać tej rozmowie z matką. Ostatnie przeŜycia 
zmieniły go — nie usiłował juŜ oderwać swojego losu od losu wszystkich, którzy go otaczali. 
Poszerzyła się jego Ojczyzna, zogromniała poza ramiona matki, poza ściany domu na 
Krasińskich, moŜe nawet poza Warszawę... 
1  Wszystkie oddziały ppłk Radosława, jako najbardziej przetrzebione i zmordowane z racji 
swych szturmowych zadań, po przyjściu ze Starówki na Śródmieście na parę dni (do 
tygodnia) zostały wyłączone z akcji; pełniły w tym czasie funkcje pomocnicze, słuŜbę 
wartowniczą itp. 
2  Pseudonimem   dowódcy   określało   się   często   całe   zgrupowanie. 
II 
13 września. Środa. 
Stali w bramie naprzeciwko dziury wybitej w murze tuŜ nad jezdnią. Nie mogli się ruszyć. 
Młody człowiek, któremu pokazywali stanowisko, osunął się pod ich nogi. Na jego twarzy 
sześć ran od czoła po brodę, podobnych do wrzodów ze ściętymi wierzchami; nabierały 
wodnistoczerwonej barwy, a on ułoŜył się spokojnie na betonie, wypuścił karabin z ręki. 
Spojrzeli jednocześnie przed siebie. Dziewczyna, narzeczona zabitego, wyszła z kotłowni. 
Stanęła jak wryta. W ręce trzymała talerz Ŝ zupą. Porucznik uskoczył w jej kierunku. 
PodchorąŜy posunął się za nim, trąc plecami o mur bramy. Za dziurą został juŜ tylko Teodor. 
Stał bezradnie. Szkła jego okularów błyskały w słońcu. Ruszył przez bramę. Skradał się, 
zaczaił i dał susa ponad dziurą. Strzelił z karabinu w otwór. Cofali się teraz krok za krokiem, 

background image

patrząc w miejsce, z którego jeszcze przed chwilą wysączył się niebieskawy dymek po serii z 
pistoletu maszynowego. 
Detonacja oszołomiła ich na moment. Zrobiło się czarno. Poprzez dym, nie widząc się 
nawzajem, cofnęli się pod wyjście z kotłowni. Z okna klatki schodowej widzieli w 
rozpierzchającym się dymie złote ogniki. Niemcy strzelali po podwórzu nie szczędząc 
amunicji. 
Chłopcy rozbiegli się szukając osłony. Góral pośliznął się przy przeciwległej klatce 
schodowej. Małgorzata odepchnęła się od muru i przez chwilę oparła o niego rękę; biała dłoń 
zaczerwieniła się nagle na szarej powierzchni ukośną krechą. Jerzy zawrócił i biegnąc zderzył 
się z dziewczyną. Stała tam jeszcze z niepotrzebnym talerzem zupy. Zagarnął ją do środka. 
Roztrącali cywilów, którzy przeraŜeni stłoczyli się przy schodach. 
— Na drugą stronę Ludnej! — komenderował porucznik. 
Komendant OPL, w hełmie i opasce na rękawie, odsunął mieszkańców i wskazywał drogę. 
Zgięci przemykali pod grubymi rurami omotanymi szklaną watą i oblepionymi tynkiem. 
Wybiegli na klatkę schodową. Niemcy strzelali przez podwórze. Kule siekły ściany. Chłopcy 
przeskakiwali do jednego   z   parterowych   mieszkań.   Góral   wyjrzał   pierwszy. 
46 
— Uwaga na ostrzał z lewej! — zdąŜył wrzasnąć i skoczył na chodnik. 
Skakali za nim jeden po drugim. Z lewej, w dymie wybuchów wysunęła się szara góra czołgu, 
który od Solca skręcał w Ludną; ustawiał się do strzału. Był nieprawdopodobnie blisko, 30—
40 metrów! Jerzy popchnięty wypadł z okna. Potykając się przebiegł przez szerokość ulicy i 
podskoczył do parapetu. Koledzy podali mu ręce i wciągnęli do środka. Framugi siekane 
pociskami pękały w długie drzazgi, odsłaniając suche, Ŝółtawe drewno. Jerzy przystanął przy 
oknie, przebiegało jeszcze kilku. 
Wycofali się bez strat. Porucznik z częścią ludzi odchodził na Okrąg wzmocnić barykadę, 
reszta, zaledwie kilkunastu, została na miejscu. 
Jerzy oparł się o poręcz schodów. Drzwi były otwarte na przestrzał: i od strony podwórza, i 
od ulicy. Stało ich tu, na parterze, kilku. Niemcy nie podchodzili jeszcze; zatrzymali się przy 
rogu Solca. Natarcie jakby się skończyło, choć przecieŜ oni mieli inicjatywę, mogli ruszyć w 
kaŜdej chwili i iść dalej, bo ochrona nieparzystej strony Ludnej nie mogła ich zatrzymać. 
Było wczesne popołudnie i pewno zmieniali się na stanowiskach, by kaŜdy mógł spokojnie 
zjeść obiad. Siadali spracowani na progach domów, na zwalonych murach, ocierali spocone 
czoła i zdejmowali hełmy. Siorbali gorącą zupę z menaŜek i dowcipkowali. 
Tak sobie to Jerzy wyobraŜał. 
Wysunął się na podwórze. Bloki mieszkalne ciągnęły się równą linią aŜ po Okrąg. KaŜdemu 
wejściu na klatkę schodową od ulicy odpowiadało takie samo wejście od strony podwórza. 
Kiedyś podwórko było podzielone niskimi murkami i siatką na poszczególne posesje, teraz 
rozgrodzono murki, zdjęto siatkę i zrobiła się z tego długa kiszka. Całość odgrodzona była od 
nie zabudowanego pola murem ciągnącym się wzdłuŜ wszystkich bloków aŜ do ulicy Okrąg. 
Mur był nie-otynkowany, jednolity, wysoki na dwa i pół metra. Naprzeciw wejścia, przy 
którym stał podchorąŜy, wybito spory otwór, moŜna było tamtędy przejść swobodnie, Ta 
przednia krawędź pozycji — bloki wzdłuŜ nieparzystej strony Ludnej — miała jakieś 
dwieście pięćdziesiąt metrów. Na Solcu bronił się jeszcze jeden dom. Przy Okrąg była 
barykada w poprzek Ludnej. 
Na tyłach ich pozycji, w kierunku Czerniakowskiej, mie- 
47 
ś

ciło się dowództwo Radosława. Mówili, Ŝe na Okrąg 2. WyobraŜał sobie, Ŝe tam musi być 

spokojniej. Oparł się o mur i przymknął oczy. Piekły nieznośnie z niewyspania i pyłu. 
Przesunął bezpiecznik stena i odłoŜył broń. Ręce miał spocone i brudne. Zwałkował brud, trąc 
dłonie o siebie. 

background image

—   Zawilec! 
Poderwał się i podniósł stena. Porucznik nadbiegał wzdłuŜ podwórza od strony barykady. 
—  Masz granat angielski? Albo gamonę? 
Miał granat. Porucznik pociągnął Jerzego za sobą. Wbiegli na drugie piętro i weszli do 
jednego z mieszkań. Szli pod ścianami pokoju. Podsunęli się do podwójnych, balkonowych 
drzwi. Wypatrywali Niemców w oknach magazynów poczty. Nie było tam nikogo. Porucznik 
cofnął się. 
—  Popatrz sobie. 
Jerzy wyjrzał. Ulica była zadymiona. Kilkunastu Niemców łaziło tam i z powrotem koło rogu 
Solca, wypatrując łatwego celu. Kilku zapuściło się na skraj Ludnej. Ci patrzyli bacznie w 
okna, z bronią uniesioną do góry odwracali się powoli, gotowi w kaŜdej chwili. Czołg 
spowity szaroniebieskim dymem manewrował tuŜ pod nogami Jerzego; jakoś nie śpieszył się, 
by ruszyć Ludną ku barykadzie. 
—  Dorzucisz? — spytał porucznik. Jerzy pokręcił głową. Cofnął się powoli. ¦— Dorzucę, ale 
nie trafię. 
—  W  takiego kolosa? 
—  Nie umiem rzucać lewą, a prawą nie dam rady. — Pokazał rękę; z przedramienia zwisały 
strzępy brudnego bandaŜa. 
—  Zamachniesz  się  blisko,  przy  murze... 
-—¦ Trzeba trafić w wieŜyczkę — upierał się Jerzy. 
Nie chciał wyłazić na balkon. Stał przed porucznikiem w miękkiej czapce, panterce z 
wymalowanym z boku niezgrabnym, białym wizerunkiem parasola. Wytrzymał spojrzenie. 
—  Dawaj! — zawołał porucznik. 
Jerzy odczepił granat od paska. Porucznik prześliznął się do kąta, włoŜył palec w druciane 
kółko i pociągnął energicznie. Zawleczka wysunęła się z brzękiem, który posłyszeli obaj 
mimo wycia czołgowego silnika. Porucznik znalazł się na skraju balkonu. Jerzy uniósł stena i 
postąpił za nim. Ale postać oficera przesłaniała mu widok; nie mógł dojrzeć Niemców w   
dole.   Porucznik   zamachnął   się   i   rzucił.   Posłyszeli,   jak 
48 
odskoczyła łyŜka i zaraz potem granat potoczył się po stalowych blachach czołgu. Jerzy nie 
wytrzymał. Musiał to zobaczyć. Wyskoczył na balkon akurat w chwili, gdy Niemcy odbiegli 
od czołgu i nerwowo zaczęli strzelać po oknach, ale zupełnie w innym kierunku; zobaczył 
jeszcze, jak mała kulka granatu spadała z wieŜyczki, potoczyła się po korpusie i osłonie 
gąsienicy, wreszcie upadła na bruk. Granat nie wybuchał, a Niemcy juŜ ich dojrzeli. Drobiny 
odłupanego tynku zakłuły w twarz. Obaj cofnęli się do wnętrza pokoju. 
Słyszeli, jak czołg odsuwa się w kierunku naroŜnika. 
—¦ Cholera! Nie będzie drugiej takiej okazji. — Zeszli na dół. 
— Zostań tu — porucznik wskazał podest parteru. Jerzy posłusznie stanął przy poręczy 
schodów i wpatrzył się w otwór drzwi. TuŜ obok, na ulicy kręcili się Niemcy. Wydawało się 
niewiarygodne, Ŝe ma ich zatrzymać strzałami peema. Nie mógł stanąć u samego podnóŜa 
schodów wiodących do podwórzowego wyjścia, bo wtedy podest parteru przesłaniał mu 
widok; nie chciał teŜ windować się na samą górę, pozbawiając się całkowicie osłony. W 
końcu było to wszystko jedno. Jak będą chcieli, to wejdą. Emocja ustąpiła, odezwał się  
ć

miący pod  czaszką  ból,  oczy przymykały  się  same. 

Dwa dni temu, tak, dwa dni temu zobaczył to z ostatniego piętra jasnego, nowoczesnego 
domu na Solcu. Przybiegł do kolegów, którzy obserwowali przeciwległy brzeg Wisły. Dymy 
wybuchów słały się tuŜ nad wodą. Nisko przelatywały duŜe dwusilnikowe samoloty, które 
nazywali „Bostonami"; miały oszkloną kabinę i czerwone gwiazdy na sterach; znawcy 
twierdzili, Ŝe to maszyny amerykańskie czy angielskie, przekazane Armii Radzieckiej jako 
pomoc wojenna. Okazało się, Ŝe to nieprawda. Niemieckie Stukasy pojawiały się nad domami 

background image

rzadko, latały nisko, przemykały między kominami, zrzucały bomby w pośpiechu i uciekały 
na swoje lotniska. Chwilami, kiedy na niebie nie widać było ani Bostonów, ani ścigłych 
maszyn myśliwskich, niebo rozkwitało czarnymi obłoczkami artylerii przeciwlotniczej i 
zdawało się, Ŝe przez tę zaporę nie przeleci Ŝaden Niemiec; potem obłoczki rozsnuwały się, 
mieszały z dymami poŜarów i ocięŜałe szarym welonem wypełniały dolinę rzeki; płynęły dwa 
nurty — burej wody, czasem zbełtanej rozpryskami białoŜółtej piany, wstającej smukłymi 
słupami ku niebu, i drugi — rozchwiany, lotny, srnuŜasty — dymu. 
4 — A gdy mnie trafi 
49 
Na horyzoncie widziało się zdmuchiwane przez wiatr raz szare, raz ceglaste bąble wybuchów 
pocisków artyleryjskich. Najpierw słychać było niepowaŜne pykanie baterii, potem 
chybotliwy gwizd świdrujący welony dymu nad rzeką, a po chwili ukazywały się te bąble. 
Artyleria niemiecka strzelała na tyły Armii Radzieckiej. Tam była walka; obserwatorzy 
podawali dowództwu dokładne dane, określające miejsca toczącego się boju, mówili o 
czołgach, które jednego dnia podeszły do ronda Waszyngtona i wycofały się, innym razem 
pokazywali na mapach rejon za Saską Kępą. Tam teraz wzmagały się walki. Jerzy przybiegł 
sprawdzić to na własne oczy. Rozczarował się. Obserwatorzy musieli kłamać albo 
koloryzowali tylko po to, Ŝeby ludzi z oddziałów natchnąć lepszą myślą lub teŜ podkreślić 
konieczność istnienia placówki obserwacyjnej. Nie widział nic takiego, co mogłoby 
potwierdzić dokładne relacje — tylko dymy dalekich, rozpływających się echami wybuchów i 
jazgoty broni maszynowej. 
Dobrze, są tam, biją się, ale czy atakują, podchodzą, tego nie moŜna było powiedzieć z' taką 
pewnością. Nie widać tego, moŜna co najwyŜej domyślać się i zaprawiać ten domysł własną 
nadzieją. MoŜe spodziewał się zobaczyć sylwetki czołgów, znane z ilustracji wydawanych w 
czasie okupacji pism niemieckich, moŜe nawet postacie w innych hełmach czy w spiczastych 
czapkach z czerwoną gwiazdą nad czołem? MoŜe chociaŜ ruch, bieganinę, cieknące między 
willami Saskiej Kępy paciorki tyralier, te setki, setki ludzi. Nie widział nic. Wiatr rozpędzał 
obłoki wybuchów i krajobraz, choć zadymiony, nie sprawiał wraŜenia pola bitwy. Gdy 
spojrzał za siebie, na Warszawę, nie widział wprawdzie ludzi ani, na szczęście, czołgów, ale 
tu wojna była inna i dojmująco rzeczywista, realna; tam — najwyŜej pukanina artylerii. 
Obserwatorzy kłamali. 
I nagle na horyzoncie, gdzieś w kierunku Targówka, moŜe dalej, trudlno to było określić, 
wykwitł bury pas; najpierw wzniósł się tylko nieco ponad linię horyzontu — szaroczarny, 
skłębiony; nie rozróŜniało się poszczególnych wybuchów — to był jeden wielki wybuch, tyle 
Ŝ

e tworzył ciągłą linię, która mogła mieć trzy, pięć kilometrów. Dopiero po chwili posłyszeli 

go. Groźny, powolny jak echo grzmotu. Zamilkli wszyscy wpatrzeni w to przedziwne i 
straszne zjawisko. Poczuli się jak pierwotni ludzie — bezradni, nie rozumiejący Ŝywiołu, 
skłonni przypisywać mu nadprzyrodzone właściwości. Upłynęła spora chwila, nim w 
urywanych, krótkich zdaniach zaczęli wypowia- 
50 
dać domysły. Wmawiali sobie, Ŝe to Niemcy wysadzili szosę czy moŜe pas umocnień, ale w 
duchu byli przekonani, Ŝe to przedziwne zjawisko wywołała jakaś potęŜna broń. 
Nikt nie miał odwagi powiedzieć, Ŝe powstanie ma się ku końcowi. Walczą dalej, bo cóŜ 
moŜna robić innego, ale walka wygasa, dzielnice kurczą się do wysepek, kwartały do domów, 
z których odchodzi się piwnicami po to, by w którymś momencie poczuć za swoimi plecami 
plecy kolegów, strzelających w przeciwnym kierunku i bronić juŜ tylko kawałka przestrzeni 
pod własnymi nogami. Nie wolno było mówić o tym, co wydawało się prostym i jedynym 
wyjściem — ostatnia kula dla siebie. Wielu juŜ to zrobiło; byli dość młodzi, Ŝeby tak 
postąpić. 

background image

Tymczasem front był coraz bliŜej, Niemcy cofali się i lada dzień, lada godzina, na tamtym 
brzegu — o paręset metrów od pozycji — pojaw się inna armia, uzbrojona w inne karabiny, 
inne armaty, ubrana w inne mundury, przynosząca im Ŝycie, ale nieznana. 
51 
W pierwszych dniach powstania łatwo było im — młodym i buńczucznym — stopować kaŜdą 
wątpliwość oczywistym twierdzeniem, Ŝe naleŜy dobrze mierzyć, niszczyć wroga; wróg był 
realny, niewątpliwy; walka z Niemcami trwała całą okupację, teraz tylko zmieniały się jej 
formy, skończyły się działania skryte, wydobywało się broń dotąd skrupulatnie chowaną. 
Minęło kilka tygodni walki. Obszar uwolnionej Warszawy kurczył się z dnia na dzień. Groźba 
zagłady wisiała juŜ nie tylko nad pojedynczym człowiekiem, sytuacja stawała się coraz 
bardziej beznadziejna; to prowokowało do stawiania pytań: Jak długo jeszcze? Czy to ma 
sens? Gzy miało sens kiedykolwiek ? 
Kiedy człowiek z karabinem, biegnący ulicą, potyka się nagle, przewraca i leŜy nieruchomo 
posypany pyłem, niewaŜny — trudno jest wtedy mówić, Ŝe umarł potrzebnie. Dopiero potem 
jego matce czy Ŝonie tłumaczy się, Ŝe właśnie jego śmierć była konieczna. A przecieŜ w 
ludzkiej naturze leŜy doszukiwanie się sensu własnej śmierci — niech ona komuś czy czemuś 
słuŜy. Mieli więc umierać pełni wątpliwości i tym trudniejsze było to umieranie. Dlatego 
jeszcze rozpaczliwiej rozglądali się w poszukiwaniu ratunku dla siebie. Ratunek przecieŜ 
mógł być bliski, o paręset metrów — za rzeką. A jednak Jerzy, myśląc o zbliŜaniu się tamtej 
armii, czuł jakieś zmieszanie, wstyd, nawet lęk. Dlaczego? 
Patrzył po twarzach kolegów i odczytywał te same uczucia i myśli. W milczeniu rozchodzili 
się na swoje pozycje. 
To było dwa dni temu. Wczoraj na Ludną przyszły pierwsze plotki na temat oddziałów, które 
zbliŜyły się do brzegu. MoŜe juŜ szykują przeprawę? MoŜe lada chwila ich tyraliery wysypią 
się na Solcu, zepchną Niemców i pójdą niepowstrzymanie ku Śródmieściu? Nie, to juŜ była 
fantazja. Nie moŜna było iść do przodu, złamać oporu, ale Ŝeby chociaŜ ich zatrzymać, 
postawić przeciwczołgowe działka i spojrzeć spokojniej w perspektywę ulicy. 
CóŜ dla armii znaczy batalion, tysiąc uzbrojonych ludzi? Tysiąc ludzi to dla nas 
niewiarygodna siła! Tysiąc karabinów! BoŜe! Działa, karabiny maszynowe, granaty, 
współdziałanie z lotnictwem, radiostacje, amunicja; gdyby przysłali tylko ten niewaŜny dla 
armii tysiąc ludzi, my — zmęczeni, zaczadzeni i poranieni, z resztkami amunicji, głodni i 
zawszeni — będziemy mogli odpocząć, zasnąć... Front, tu przyjdzie front! My nie jesteśmy 
frontem, utoniemy w mrowiu wojska, sprzętu, wozów 
52 
bojowych, między ludźmi sztabów, odłoŜymy gorące pistolety, przemyjemy oczy zaprószone 
pyłem, ściągniemy buty uwierające spęczniałe, spocone nogi i zwalimy się gdziekolwiek, 
Ŝ

eby przespać; ze snem przesunie się wszystko zło — niebezpieczeństwo śmierci i zmęczenie, 

i ta wątpliwość dziwna, nieumo-tywowana. 
Posłyszał kroki za sobą; wiedział, Ŝe to porucznik. 
—  Próbowali? 
—  Nie — odpowiedział Jerzy. 
—  Obiad chyba jedzą. —¦ MoŜe. 
—   Czołg wycofał się do rogu i stoi. Na co czekają? 
—  A po co tu mają leźć? 
—  Byłem w placówce na Solcu. Amunicji mają mało. 
—   Mam trzy magazynki; inni mają mniej. 
—  Wiem. 
Porucznik osunął się na stopień i nie odwracając głowy od otworu przed nimi, zapalał 
papierosa. Jerzy spojrzał łakomie. Porucznik nie zauwaŜył. 
—  Tamci lądowali? ¦—¦ Jacy tamci? 

background image

—  No, z drugiej strony. Porucznik wzruszył ramionami. 
-— Podobno juŜ przeprawiają się do nas. 
—   Nie wiem, nie byłem w dowództwie. ¦— Ciekawe, ilu tu przyślą? 
—   Gdzie? 
—  No, tu, na odcinek. 
—  A po co by tu mieli ich przysyłać? 
—  Mówili, Ŝe będą nas luzować. 
—  Kto? —¦ No, oni. 
Porucznik popatrzył uwaŜnie na Jerzego. 
—   W duchy pan wierzy, panie podchorąŜy. 
—   A dlaczego by to nie miało być prawdą? Amunicja nam się kończy, ranni prawie 
wszyscy, nie spaliśmy po trzy noce... 
—  No, to co? 
Popatrzyli sobie w oczy. Jerzy dostrzegł w spojrzeniu porucznika głuchą rozpacz, zmęczenie; 
tamten myślał to samo, ale wiedział więcej. 
—  Boję się, Ŝe zasnę, panie poruczniku — powiedział Jerzy tonem usprawiedliwienia. 
53 
—  Boisz się? 
—   Boję się, Ŝe zasnę — powtórzył Jerzy, ale wiedział, Ŝe porucznik wyczuł ten tonik, 
cichutką nutkę nadziei na pomoc, na absolutny ratunek, na wybawienie. 
—  Stoję tu tyle godzin... Jestem podchorąŜym, zastępcą dowódcy plutonu... — zaczął i 
urwał, bo poczuł się ohydnie — skamlał. 
—  WzdłuŜ Ludnej do Okrąg jest siedem domów, siedem klatek schodowych; rozstawiłem na 
nich dwunastu ludzi, z łącznikami i sanitariuszkami jest was szesnaście osób, na barykadzie i 
w odwodzie dowództwa trzydzieści kilka... To znaczy było ich trzydziestu kilku przed 
dwiema godzinami... Niech pan przyprowadzi swój pluton, postawi na tej klatce schodowej! 
Dwudziestu kilku ludzi, erkaem, pistolety maszynowe, granaty... Co jeszcze według 
podręcznika dowódcy plutonu?! — krzyczał prawie i Jerzy przestraszył się nie tego, Ŝe krzyk 
był oskarŜeniem, ale tego, Ŝe w tym wołaniu była rozpacz. 
Porucznik podniósł   się i zachwiał schodząc ze stopni. 
Przestali tak parę godzin, samotni na swoich posterunkach. Nawet Niemcy nie przerywali 
tego złowieszczego procesu, który ich załamywał; było spokojnie. Tylko placówka na Solcu 
odpowiadała rzadkim ogniem na zaczepne działania wroga. 
Ulica za drzwiami zasnuła się dymem. Niemcy zapalili świece dymne. Gęsty, czarny obłok 
wpełzał na klatkę schodową, Jerzy rozkaszlał się. Oczy łzawiły. W sinej szarości zobaczył 
ciemne sylwetki pod ścianami domów po przeciwnej stronie. Nie zd|ąŜył się złoŜyć; za mało 
miał amunicji, Ŝeby strzelać długimi seriami. Niemcy przechodzili spokojnie. Mieli 
podwinięte do łokci rękawy panterek, w zwieszonych rękach trzymali pistolety maszynowe. 
Nie interesowali się klatką schodową. Patrzyli prosto przed siebie, w kierunku barykady u 
zbiegu Ludnej i Okrąg. Było w tym coś śmiesznego — przechodzili o kilkanaście metrów i 
nie troszczyli się o groŜące im z boku niebezpieczeństwo. Jerzy posłyszał ruch za sobą. 
Obejrzał się. Nie było jeszcze nikogo, ale nadchodzili. Poczuł paniczny strach. Był sam. W 
górę, na schody? I co dalej? Zimno podeszło mu do gardła. Cofnął się ze schodów. Wyjrzał 
na podwórze i odetchnął — koledzy szli gromadką z porucznikiem. 
Jerzy wrócił na stanowisko. Dym na ulicy zrzedniał. Ciemne sylwetki przemykały z 
powrotem do Solca. 
54 
—   Wracają ¦— posłyszał nad uchem. 
—   Zrobiliście ten czołg? —¦ zapytał nie oglądając się. 

background image

¦—¦ Nie wyszło, ale się spietrali. Wracają na Solec. Pan podchorąŜy łyknie zupy. Zgotowali w 
suterenie. Myśmy jedli. 
Jerzy uśmiechnął się. Opuścił stena, oparł się niedbale o poręcz naśladując Wiktora. Ale 
wewnętrzne napięcie nie ustępowało. Wiedział, jak to jest — sztywność, złe krycie się, potem 
przestaje się myśleć o czymkolwiek innym, kręci się głową na wszystkie strony, przychodzi 
panika i w końcu dostaje się w czapę. Od takiego, który tego nie potrafi ukryć, koledzy 
odsuwają się natychmiast: wiedzą, Ŝe jest „trędowaty", Ŝe koło niego jest niebezpiecznie. 
Taka samotność przyśpieszała koniec. 
Zszedł óp sutereny. Małgorzata bandaŜowała sobie rękę. Postrzał był niegroźny, stykowy. 
¦—¦ Teraz jesteś dobra — mówił Zygmunt, pomagając jej zawiązać końce bandaŜa. 
Małgorzata spojrzała pytająco. 
—¦ Raz trafiona, drugi raz nie  dostaniesz.  Jak wjpanku. 
Jerzy dostosował się do tonu. OdłoŜył stena i usiadł przy stole. Dostał talerz zupy. 
Tramwajarz podał mu łyŜkę. PodchorąŜy jedząc obserwował go. Był niski, szczupły. Miał z 
pięćdziesiąt lat. Z kołnierza tramwajarskiego munduru wychylała się zarośnięta rzadką 
szczeciną szyja, szpakowate włosy pozle-piane były potem. Tamten przeczesał je ręką i 
włoŜył słuŜbową czapkę. Mógł wziąć panterkę na Starówce, ale nie chciał pozbyć się swego 
munduru. 
—   Co pan patrzy? Zmachałem się. Dla mnie zjeść talerz zupy to juŜ robota. Przydałaby się 
teraz drzemka z gazetą. 
Roześmieli się. Tyle Ŝe tramwajarz zupełnie swobodnie. Nagle, tuŜ nad głowami posłyszeli 
dudnienie maszynowej broni. Jerzy rzucił łyŜkę. Zupa rozprysnęła się na ścianę. Tłoczyli się 
na schodach, wybiegali na parter. 
—   Nie podchodź! — wrzasnął Felek zagradzając im drogę na podwórze. Cekaem zagrał 
znowu. Strzelał krótkimi seriami, raz po raz. Jerzy zobaczył czerwoną mgiełkę, która osnuła 
otwór w murze. Poleciały kawałki rozpryśniętej cegły. Z tamtej strony przebiegali koledzy z 
placówki na Solcu. Strzelano do nich, ale strzelano z domu, w którym był Jerzy z kolegami. 
Felek wyjrzał ostroŜnie. Za nim wyglądali inni. W drzwiach byli bezpieczni: tuŜ obok, w 
sąsiednim oknie parteru, jakieś cztery metry od drzwi unosił się jeszcze obłoczek dymu. 
Rozejrzeli się; było ich razem ze dwanaścioro. 
55 
?? v 
—   Gdzie porucznik? — zapytał Jerzy, czując, Ŝe nogi słabną mu z wraŜenia. 
—  Poszedł do dowództwa — odpowiedział Wiktor. 
Jerzy widział, Ŝe patrzą na niego. Teraz był tu dowódcą. Odbezpieczył stena. 
—   Felek z Teodorem, pilnujcie drzwi od ulicy i od podwórza. 
—   Chodź — zagarnął Wiktora. Wbiegli do mieszkania na parterze i przysunęli się do ściany 
odgradzającej ich od sąsiedniego budynku. Mimo hałasów i strzelaniny wokoło posłyszeli 
krzątaninę Niemców za ścianą. 
—  Wleźli w środek, cholera. 
—   Cofali się od barykady, zobaczyli wolne wejście... 
—   Co teraz? Kujemy ścianę? 
Jerzy struchlał. Ściana wydała mu się jedyną obroną. Tak blisko, na odległość dwóch cegieł 
siedzieli tam uzbrojeni po zęby, z twarzami czarnymi od dymu, w panterkach i nienawistnych 
hełmach, które odbierały człowieczy wyraz ich oczom. 
—   Nie. Trzeba próbować przez strych. 
Wybiegli z mieszkania. Napatoczył się przeraŜony cywil. 
—   Panie, są tam, są pod piątym... — bełkotał. 
—   Strychem przejdziemy? 
—  Nie ma połączenia, trzeba kuć — wtrąciła się niewiasta, która gościła ich obiadem. 

background image

—   Piwnicami? ¦— To samo. 
Posłyszeli głuche uderzenia w ścianę. Jak tąpnięcia skały w kopalnianej studni. Jerzy spojrzał 
na Wiktora. 
—¦ Pchają się dołem. MoŜe na nich poczekać w piwnicy? 
—   Mają granaty. Rzucą, potem wejdą. Trzeba wiać. 
—   Panie podchorąŜy! — Teodor wołał od drzwi na podwórze. Jerzy zbiegł'z podestu. 
Zobaczył sylwetkę kaprala Brzozy, który przebiegł za otworem w murze. Ostrzał z cekaemu 
spóźnił się nieco. 
—   Wycofujcie się! Rozkaz z dowództwa: wycofać się natychmiast! — Brzoza stał tuŜ przy 
otworze, bezpieczny, z tamtej strony. 
—  Którędy? — zawołał Jerzy i głos mu się załamał. 
—  Wycofujcie się zaraz! — wrzasnął Brzoza. 
W tym momencie cekaem strzelił krótko i umilkł nagle. Zrobiło się dziwnie cicho. Jerzy 
pomyślał, Ŝe moŜe coś się tam stało.  Wyjrzał na podwórze. Od strony ulicy Okrąg, w ich 
56 
kierunku, biegła łączniczka Jana. Biegła po tej stronie muru. Wewnątrz podwórza. Była 
jeszcze o trzydzieści metrów od niemieckiego okna. 
—  Jana, stój! Uciekaj! — zawołał Jerzy. Jana stanęła, nie rozumiejąc, skąd i dlaczego wołają. 
Teodor przepchnął się od tyłu. Wysunęli się obaj na podwórze. Z tyłu tłoczyli się koledzy. 
—  Jana, zawracaj! Wracaj na Okrąg! Uciekaj z powrotem! Tu Niemcy! Cekaem! Zawracaj! 
— wrzeszczeli jeden przez drugiego. 
Jana ruszyła parę kroków: zobaczyła kolegów. Stanęła znowu. Odwracała się, zakręciła na 
miejscu, wypatrując niebezpieczeństwa. MoŜe nie wierzyła w ten alarm. Spojrzała znowu na 
stłoczonych w drzwiach klatki schodowej i ruszyła ku nim spłoszonym, nerwowym krokiem; 
czuło się, Ŝe jest gotowa do rzucenia się biegiem; rozglądała się nerwowo; nic nie rozumiała. 
Trwało to moŜe piętnaście, moŜe dwadzieścia sekund. Krzyczeli bez przerwy, widząc, Ŝe nie 
rozumie, Ŝe zbliŜa się do okna, które było na drodze do ich klatki schodowej. 
Wiktor odepchnął Teodora i wypadł na zewnątrz. Jerzy nie zdąŜył go zatrzymać; nie 
spodziewał się tego. Tamten zdołał wybiec dwa kroki w kierunku Jany. Był juŜ prawie pod 
oknem Niemców. Strzelili z pistoletu. Wiktor złapał się za udo, przykucnął i upadł pod 
ś

cianę. W tym momencie zajazgotał cekaem. Jana dostała od razu, pierwszymi kulami. 

Prawdopodobnie zginęła natychmiast, bo nie próbowała odpełznąć, nie ruszała się. Ale 
Niemcy nie przerwali ognia. Cekaem strzelał krótkimi, przerywanymi seriami. Dziewczyna 
miała na sobie szeroką panterkę. Kule szarpały nią na wszystkie strony; wyglądało to, jakby 
jakieś szczury miotały się pod jej luźnym ubraniem. Cekaemista rozdzierał jej ciało. LeŜała o 
dziesięć metrów od niemieckiego okna. Kiedy rozszedł się kurz wzniesiony kulami, zobaczyli 
jakiś bezkształtny wór, tłumok zrobiony z porozdzieranych łachmanów. Nie przypominało to 
człowieka. 
Cofnęli się do wnętrza. Nie patrzyli sobie w oczy. Teraz juŜ wszyscy byli gotowi. Nie 
potrafili reagować nawet na głuche łomotanie, dobiegające z czeluści piwnicznych. Jerzy 
spojrzał w stronę otworu w murze. Było do niego z dziesięć metrów. Z tego tylko dwa mogły 
nie leŜeć w polu ostrzału niemieckiego. Więc osiem. Osiem metrów to jest dziesięć kroków, 
moŜe dwanaście. Ile pocisków moŜe wystrzelić MG * na jeden 
1 Karabin maszynowy. 
57 
krok? Niemiec ustawi cekaem na otwór w murze i będzie spokojnie czekał, aŜ zobaczy 
dobiegającego. Wtedy zacznie strzelać długą serią. Nawet nie musi mierzyć. Nim oddalający 
się po skosie zniknie za murem, dogoni go przynajmniej dziesięć pocisków. 
To beznadziejne. Ale nie ma na co czekać. Chyba na to, Ŝe Niemcy wykują dziurę w piwnicy, 
rzucą granaty i wpadną na schody. Ilu ich moŜna zabić na raz? Trzech? Zaatakują na pewno i 

background image

z okna, i z drzwi, i z piwnicy — równocześnie. Jerzy rozejrzał się po kolegach. Nikt nie 
przeŜyje minuty. 
Wiktora wciągnęli do drzwi. Postrzał był paskudny, przez udo. Dobrze, Ŝe nie krwawił zbyt 
mocno. Zbielał tylko i nie mógł chodzić, o bieganiu nie mogło być mowy. 
—  Trzeba spróbować przejść wzdłuŜ muru do Solca, moŜe jest tam jeszcze jedna dziura. 
Mur widać było aŜ do kamienicy stojącej poprzecznie. Nie było tam otworu. Ale to była 
szansa. MoŜe uda się przeleźć przez mur; byle dalej od tego okna! Tramwajarz podniósł 
swego lebela 1 i nacisnął czapkę na uszy. 
—  Dobra, sprawdź pan — Jerzy ustąpił z przejścia. 
Tramwajarz przesuwał się wzdłuŜ muru, oglądał się na Jerzego, wypatrywał przed siebie, 
zerkał na okna. Kiedy zadarł głowę do góry, rozległ się suchy strzał z karabinu. Tramwajarz 
oparł się o ścianę. Ręką objął kurczowo szyję. Trąc plecami o mur domu cofał się chwiejnie. 
Wyskoczyli po niego. Przez palce, które zacisnął na szyi, przeciekała krew. Osłabł na 
schodach — juŜ bezpieczny — osunął się na kolana. Nie mógł mówić, dławił się krwią, 
krztusił, trząsł ramionami, usiłując złapać oddech. Małgorzata była bezradna. Znieśli go do 
sutereny i Jerzy wiedział, Ŝe ten człowiek jest stracony. Zabrał od niego karabin i pomyślał 
tylko, Ŝe Tramwajarza, jeśli przeŜyje, moŜe uratować przywiązanie do munduru. Niemcy nie 
będą przypuszczali, Ŝe ten stary, mały człowieczek w tramwajarskim mundurze trzymał w 
ręku karabin i strzelał do nich spokojnie, powoli repetując, jakby w obawie, Ŝe stary lebel się 
rozleci, a kiedy strzał był skuteczny, zdejmował czapkę i ocierał pot z czoła. Pracował 
uparcie, nieefektownie, jak kiedyś w czasie ćwiczeń, jeszcze zapewne pod okiem 
austriackiego aspiranta. Nie widzieli, skąd strzelano do Tramwajarza. W kaŜdym razie było 
pewne, Ŝe i ta droga w kierunku Solca jest nie- 
1 Karabin  francuski  starego  typu. 
58 
bezpieczna. Koledzy z placówki na Solcu wycofali się przed chwilą, więc Niemcy dopiero 
tam wleźli. Jeszcze ich nie było widać w oknach bloku, ale mogli ukazać się lada moment, a 
wtedy przebiegający przez podwórze będzie miał ostrzał z dwóch stron. 
—  Kto biegnie pierwszy? — zapytał Jerzy. 
Stali stłoczeni na skrawku podestu i nie podnosili oczu na niego. 
—  Pierwszy ma najwięcej szans — dodał. 
ś

adnej reakcji. Jerzy przełknął ślinę. Nie znał tych ludzi. Prócz Tramwajarza i Teodora 

wszyscy byli z drugiej kompanii, widywali się przy akcjach, ale walczyli razem dopiero od 
wczoraj. 
—   Wiktor, moŜesz chodzić? ¦— Wiktor uniósł się na nogi, ale musiał podeprzeć się o ramię 
Felka. 
—  Teodor, pójdziesz pierwszy, potem Małgorzata, potem... — Jerzy mówił zdławionym 
głosem i wiedział, Ŝe nie brzmi to jak rozkaz, nikt go nie usłucha. Jana leŜała o kilkanaście 
metrów i wszyscy widzieli, jak umierała. 
—   Nikogo z nas nie oszczędzą — krzyknął zrozpaczony. Obeirzał się. Na schody wysunęło 
się kilku cywilów. Milczeli. Wyglądało na to, Ŝe przyszli patrzeć, jak będą ginąć powstańcy. 
—  Czy ktoś z państwa idzie z nami? — To samo milczenie, Ŝadnego gestu, nawet przeczenia. 
—  Mówię wam, Ŝe Niemcy się nie spodziewają. Pierwszy przebiegnie na pewno... 
—   To biegnij pierwszy — odezwał się Felek. 
Jerzy poczuł ściskanie w gardle. Spojrzał na podwórze. Stukania w piwnicy zamilkły na 
chwilę i wszyscy zamarli w oczekiwaniu wybuchu. Cisza. MoŜe zmieniali się przy kilofie. 
¦—¦ Panie podchorąŜy, ten człowiek... — gospodyni wyjrzała z sutereny. Małgorzata zbiegła 
na dół. 
¦— Dobrze, pójdę pierwszy. Wy po mnie. W odstępach co parę sekund. 

background image

Kiwali głowami, patrząc uwaŜnie na Jerzego. Nie wierzyli, Ŝe zdecyduje się na skok. Wróciła 
Małgorzata. 
—  Wygląda na to, Ŝe się kończy — powiedziała. 
—  Kto pomoŜe Wiktorowi? 
—  Dam radę sam — Wiktor odepchnął się od ściany. Przeczłapał po schodach ku wyjściu. 
—   Czy naprawdę nikt nie zdecyduje się przede mną? 
59 
—   Idź. Pójdziemy za tobą. ¦— Wszyscy? 
—  Wszyscy — odpowiedział Felek. — Pójdę ostatni. — Zdjął peema i cofnął się za Teodora. 
—   Spróbuję was osłaniać stamtąd. — Jerzy podszedł do progu. Podwórze wyglądało 
sielankowo. Było pusto, cicho, isłońce padało skośnie z prawej strony. DuŜa mucha 
przeleciała z brzękiem i klapnęła cięŜko. Usiadła na drzwiach w słońcu. Jerzy obejrzał się za 
siebie. Stali stłoczeni. 
—  Złam kark — powiedział Felek i uśmiechnął się. 
Jerzy odepchnął się mocno, stopą poczuł krawędź stopnia; wystartował jak z dołków na 
bieŜni. Do otworu było blisko, bardzo blisko, zaledwie kilkanaście kroków. Ręką uchwycił 
krawędź muru, zakręcił gwałtownie, zabolało: starł skórę z dłoni, odwracając się posłyszał 
jazgot cekaemu. Zobaczył jeszcze, jak na wysokości jego głowy pryskały czerwone, świeŜe 
odłamki cegły i jak róŜowy obłoczek zasnuwał otwór. Wytchnął nadmiar powietrza, jak po 
nurkowaniu, przysiadł przy murze i wysunął najpierw stena. Tamci byli czujni, wpatrzeni w 
otwór: bryznę-ły pociski. Odłamki zaprószyły mu oczy. Cofnął się. Teraz te kłujące drobiny 
pod powiekami wydały mu się waŜniejsze od wszystkiego. Posłyszał nową serię i zdąŜył 
jeszcze podsunąć się do otworu, by gwałtownym ruchem szarpnąć do siebie nadbiegającego 
Teodora. Chłopak potknął się, wywrócił, zgubił okulary. Szukał ich mozolnie za murem, nie 
zwaŜając, Ŝe moŜe znaleźć się w polu ostrzału. Jerzy poczuł nagły przypływ radości; chciał 
objąć Teodora, uściskać. Nadbiegła Małgorzata. Złoty warkocz upięty w koronę rozplótł się 
jej w biegu. Jerzy stanął w otworze. Kiedy juŜ chwytał ją za ręce, padł jeden strzał, nie seria, 
pojedynczy strzał. 
—  Jestem skończona — krzyknęła Małgorzata. Osunęła się w objęcia Jerzego. 
Podtrzymywał ją, czując, Ŝe zwisa mu w rękach bezwładnie. Ten krzyk, odrzucona do tyłu 
głowa i przymknięte powieki dziewczyny — za wiele tej histerii. 
—   Opanuj się, juŜ po wszystkim... 
Dziewczyna leciała mu przez ręce; nie miał siły jej utrzymać. Zsunęła się na ziemię. 
Oburzony ujął ją mocno za ramiona, podniósł na nogi i potrząsnął z pasją. 
—  Nie wygłupiaj się! Historyczka! — JuŜ go nie słyszała. Kiedy ją puścił, ponownie upadła 
na ziemię i dopiero wtedy Jerzy zrozumiał, co się stało. Wysunął stopy spod jej ciała. Od 
strony Solca nadbiegał kapral Brzoza. 
60 
—  Ubezpieczaj ogniem, przebiegają! — zawołał Jerzy do niego. 
Brzoza posłusznie stanął obok. 
—  Nie tu. Próbowałem. — Rozejrzeli się. Brzoza skoczył po jakąś iskrzynię i podjsunął ją do 
muru. 
—  Poczekajcie chwilę! — wołał Jerzy do swoich. 
^ Nim kapral zdołał wdrapać się na skrzynię i wychylić, przebiegał następny. Prawie 
równocześnie zagadał cekaem Niemców i peem Brzozy. Przebiegali jeden po drugim. 
Niemiec nie celował juŜ tak precyzyjnie. Działanie Brzozy trochę pomogło. Potem była 
chwila przerwy. 
—¦ Nicht schiessen, nicht schiessen l. 
Jerzy poznał głos Wiktora. Szedł utykając, ręce podniósł do góry i starał się iść tak, by 
widzieć okno za sobą. Na przedramieniu prawej ręki kołysał się peem. 

background image

1 Nie strzelać. 
61 
—  Nicht schiessen — zawodził idąc powoli. Zdawało się, Ŝe Niemcy usłuchają. Wiktor szedł 
pomału, prawie ciągnął za sobą ranioną nogę, kaŜdy następny krok był jak potknięcie. 
Cekaemista dopuścił go aŜ dio otworu. Jerzy pomagając Wiktorowi przy przechodzeniu czuł, 
jak ranny spazmatycznie drga od kaŜdej kuli, która go dosięga, czuł razem z nim ten 
ś

widrujący, gorący ból przenikający ciało. Wiktor zwalił się za murem. Był przytomny. 

—  Poprawili, cholera, tylko w nogę — stękał. 
Dalsi nie wytrzymali nerwowo; moŜe Niemcy wysadzili juŜ ścianę piwnicy; dość, Ŝe chłopcy 
przebiegli grupą. Nie wszyscy. Dwóch zostało. Do Felka nie moŜna było nawet podejść. 
LeŜał w połowie drogi od klatki schodowej. 
Zjawił się porucznik. Zapędził sanitariuszki po rannych. Jerzy nie mógł odejść od tego 
miejsca, jakby czekał na dalszych kolegów, jakby spodziewał się, Ŝe jeszcze przywita wielu 
po tej stronie muru wyciągniętymi ramionami. 
Wiedział, Ŝe czegoś nie zrobił, coś zaniedbał. Nie mógł zebrać myśli. Porucznik pobiegł w 
kierunku Solca. Po chwili wracał z resztą chłopców, którzy zdołali przebiec pod ogniem 
czołgu i grenadierów i opuścić ostatnią placówkę u wylotu Ludnej. Jerzy pomagał nieść 
umierającą dziewczynę. Była w panterce, więc musiała być w oddziale juŜ na Starówce, ale 
nie przypominał sobie jej twarzy. Ranny kolega, który dotąd dźwigał ją sam, "tracił juŜ siły. 
Przystanęli. PołoŜyli dziewczynę na ziemi. Była juŜ nieprzytomna. Panterkę miała rozerwaną 
z przodu, widać było krzepnące strugi krwi. Jerzy usiłował zakryć jej piersi. Kiedy dźwignęli 
ją ponownie, wysunął się jej z kieszeni aluminiowy grzebień i kennkarta. Była Gruzinką. 
Jerzy zawlókł się do porucznika. Pozwolono mu połoŜyć się na korytarzu. Znalazł miejsce 
pod stołem, któryś z kolegów rzucił na niego cięŜki koŜuch. Tupali obok niego, biegając w 
obie strony. Nie słyszał nic. Przespał zmierzch i atak czołgów odparty na barykadzie, przespał 
potworny, mroŜący krew w Ŝyłach krzyk — wycie cywilów, których Niemcy popędzili przed 
czołgami w następnym natarciu. Zbudził się dopiero, gdy ktoś przypadkiem potknął się o jego 
nogi. Nie mógł zrozumieć, dlaczego korytarz tak ludny przed chwilą opustoszał nagle, zrobił 
się przeraźliwie długi, mroczny, oświetlony tylko pełgającymi blaskami poŜarów. 
—  Wstawaj, idioto, zaraz tu będą! — wrzasnął ktoś. 
62 
—  Kto? Kto będzie? — Jerzy był jeszcze  nieprzytomny. 
—   Wywalili ścianę z sąsiedniego bloku. 
Trzęsąc głową cięŜką od snu, dał się poprowadzić. Przebiegli na drugą stronę ulicy. Jerzy 
stoczył się do piwnicy. Znalazł swoich. Byli na Okrąg 9. 
Kłębiło się wszystko w ciągu tego jednego dnia. Do tej pory Jerzy wiedział, z jakimi 
oddziałami sąsiaduje, chociaŜ linii, której bronił batalion, nie potrafiłby narysować na planie 
miasta. Teraz, jakby właśnie zbudzony z cięŜkiego snu, nie zdawał sobie sprawy z połoŜenia 
sąsiadów ani własnego oddziału... 
Własny oddlział... Co to było? Pluton, druŜyna, patrol? PodchorąŜy, proszę zameldować stan 
oddziału! Taki rozkaz zabrzmiałby jak koszmarny dowcip. W piwnicy znalazło się trochę 
miejsca. Jerzy przykucnął pod ścianą. Próbował prze-drzemać resztę nocy. 
Niemcy po zdobyciu i zajęciu domów na Ludnej, aŜ po ulicę Okrąg, nie kwapili się z dalszym 
natarciem. Oddziały stłoczone na małym skrawku roiły się na kaŜdej barykadzie. Robiło to 
wraŜenie, jakby nagle przybyło powstańców. 
Nie działo się nic szczególnego. Wiktor był ranny cięŜko, 
63 
ale nie niebezpiecznie. Małgorzata umarła w dwie godziny po przeniesieniu jej do szpitala. 
Gruzinka takŜe juŜ nie Ŝyła. Część „Parasola" była w odwodzie dowództwa na Okrąg pod 
drugim, część tu — pod dziewiątym. Razem czterdziestu kilku. Jedna dziesiąta stanu z 

background image

pierwszego dnia powstania. JeŜeli się mówi, Ŝe oddział został zdziesiątkowany, to ma się na 
myśli, Ŝe zginął co dziesiąty; jak moŜna określić straty „Parasola", „Zośki", innych oddziałów 
Radosława? 
15 września. Piątek. 
Barykada została utrzymana. Niemcy obrzucili pozycje pociskami zapalającymi. Pękały po 
upadku jak torby papierowe i wysypywały swoją termitową zawartość. Do świetlika 
sięgającego od dachu do piwnic wpadła jedna z takich bomb. Jerzy czołgał się pod niską 
belką i obserwował jarzącą się substancję. W tym momencie zdarzyła się rzecz 
niewiarygodna. W ten isam świetlik, nie mający wiele ponad pół metra kwadratowego, 
wpadła druga bomba i pękła tuŜ przed nim. Nie raził go nikły wybuch, ale rozpalający się 
termit był przeraźliwie jasny. Nim zdąŜył wycofać się na brzuchu, oślepiło go. PrzeraŜony 
utratą wzroku wyciągnął ręce przed siebie i potrącając ludzi dotarł do schodów. Wybiegł na 
podwórze. Bał się. Przycisnął ręce do oczu i stał tak długą chwilę, czekając momentu, kiedy 
ochłonie i zdobędzie się na otworzenie oczu. Słyszał nad sobą zmieszane głosy kolegów. Dla 
wszystkich stało się jasne, Ŝe Jerzy „wysiadł". Przy takim napięciu nerwowym wystarczyło 
przeŜyć jeden szok i człowiek drŜał na kaŜdy odgłos. 
Jerzy odjął ręce od oczu i stał długą chwilę z uniesioną twarzą, rozwartymi szeroko 
powiekami i nie widział nic poza nieprzenikliwą, raŜącą białością. Pocił się z wraŜenia, ale 
osłabł dopiero wtedy, gdy w tej białości pojawiać się zaczęły pierwsze niewyraźne kontury 
murów, ciemniejsze plamy otworów okiennych, kiedy to wszystko zaczynało nabierać 
kolorów. Widział! Widział normalnie. Poczuł się nagle ogromnie zmęczony. Odszedł w 
stronę iskrzydła budynku. Przysiadł pod murem. Koledzy obserwowali go przez chwilę, 
potem dali spokój. Poza tym tego dnia nie zdarzyło się nic ciekawego. 
Pod wieczór przybiegli obserwatorzy znad Wisły. Zawrzało od nowin. Na praskim brzegu 
ukazali się Ŝołnierze jednostek radzieckich.  Walki jeszcze  tam trwały, ale z pewnością  juŜ 
64 
było to tylko wymiatanie i likwidowanie ostatnich punktów oporu. Tego obserwatorzy nie 
mogli wymyślić; moŜna to było sprawdzić bez trudu. Wersja o stworzeniu przyczółka i 
„wymianie" sił z wojskami zza Wisły stała się powszechna. W domysłach na ten temat 
gorliwie zagrzebywano owo uczucie niepokoju, które nawiedziło ich parę dni temu. Liczyło 
się godziny, które rannych i zadręczonych, głodnych i nieprzytomnych z wyczerpania dzieliły 
od przeprawy na drugą stronę, od tej idyllicznej przeprowadzki w rejon bezpieczny, na tyły 
frontu. 
16 września. Sobota. 
Przyszli. Nie było ich wielu. Na Okrąg pod dziesiąty trafiło zaledwie kilku. Nosili płaszcze 
koloru prawie zapomnianego od Września, polowe, miękkie rogatywki z czarniawym orłem i 
owijacze, które takŜe przypominały tamte dni. Broń nie zaskoczyła nikogo; znali ją i ci, 
którzy walczyli w partyzantkach, i ci, którzy przyjmowali zrzuty radzieckie. 
ś

ołnierze śpiewnie przeklinając zaciągnęli wielkiego maxima na pierwsze piętro gmachu. 

Działali sprawnie i metodycznie. Dziurę, która kiedyś była oknem, obłoŜyli workami z 
piaskiem, wsunęli na to masywną podstawę i zmocowali zamek. Taśm i pocisków mieli 
bardzo duŜo i Jerzemu, który pilotował ich na pozycję, wydawało się tego znacznie za wiele. 
Gdyby nie to, Ŝe amunicja ta nie pasowała ani do stena, ani do kabeków, ograbiłby ich z 
pewnością. 
Nagle na Solcu zachrzęściło i zazgrzytało. To Ferdynand 1 wypełzł zza bloków i przez puste 
pole przesunął się w stronę Czerniakowskiej. Przystanął w połowie drogi, tak jak Ŝyczyli 
sobie tego Ŝołnierze z obsługi maxima. Zaczął ostrzeliwanie domów na początku ulicy. 
Błyskało, lufa cofała się odsłaniając na ułamek sekundy matowo lśniące naoliwione 
prowadnice i na kilka sekund działo przesłaniało się dymem i kurzem wybuchu. Nim wiatr 
zdołał rozwiać obłok, juŜ strzelało dalej. Zagrał maxim. Cel był odległy zaledwie o sto, isto 

background image

dwadzieścia metrów — pokaźny, nieruchomy. Jerzy z rosnącym przeraŜeniem obserwował, 
jak strumyczki pocisków osypywały się po blachach działa. Celowniczy miotał się, klął i 
rozstawiał po kątach całą familię tego, który z rusznicą przeciwpancerną poszedł na sąsiedni 
odcinek. Ferdynand nie reagował zupełnie na jazgot 
1 Ferdynand — niemieckie działo pancerne na gąsienicach. 
5 — A gdy mnie trafi 
G5 
???i???. i??i^, w tym coś tak niesamowitego, Ŝe wszyscy czuli 
się coraz bar^zjej njeswoj0. Niemcy nie strzelali do nich i to 
ignorowanie ^.ekaemu oraz spokojna niewzruszalność działania 
stalowego niąSyWU jg^yja włosy na głowie. Zdębieli zupełnie, 
gdy otworzy^ sjc klapa wieŜyczki i wyskoczył z niej Ŝołnierz 
z  załogi  aziąja^  w  tym właśnie momencie  zmieniano  taśmę 
w cekaemie. Rozstrzelały się karabiny, wszyscy śpieszyli się tak 
bardzo,  ze  njkt z  jjjj-jj  n;e  trafiał.  SS-man wdrapał  się  na 
wieŜyczkę, zateknął Uapę i zapadła 
cisza. Jerzy wybałuszył oczy 
i  zamarł   pr, 
murze. Znów zazgrzytało. Ferdynand poruszy! się pow0ij -j\^a gąsienicach rozbłysły 
promienie słońca i glnCty w Posuwającym się cieniu. Fascynowała ich precyzja kierowcy, i 
Znowu zapadła cisza. Patrzyli dalej. Zajęczał silnik i luta poczęła p0W0lutku unosić się do 
góry. Celowniczy porwał się ze swego (miejsca szarpnął rygle, ktoś pomógł mu ściągnąć 
zamek; °dstę^owajj QCj ????^ kiedy lufa pokazała czarny krąŜek otworu. Jerzy patrzył jak 
zahipnotyzowany. Lufa znieruchomiała. bzczęĄnaj zamek. Jerzy widział teraz juŜ tylko 
czarny, krągły otwory \ytedy dopiero dotarło do niego, o co chodzi w tym poka^je_ c0fnął się 
gwałtownie, potykając o gruz wywalił się jak ^}Ugj i przekoziołkował na korytarz. 
odciął nc^gj uciekającym Ŝołnierzom; upadli w samą porę. pocisk trałił prosto w 0kno i 
eksplodował dopiero na ścianie kolo drzwi. prZy|Sypał0 ich gruzem, ogłuszyło, ale nikt nie 
ucierpiał. 
^ Jerzy me fc^yj ciekawy dalszych losów Ferdynanda, a Niemcy nie kwapili sję z podejściem 
bliŜej, na odległość rzutu granatem. JNie st*\zejaij w;ęCej. ZmiaŜdŜona wybuchem podstawa 
cekaemu^ zos,4.aja między workami, ale ???i? mógł strzelać i bez niej. Prsenieśu gQ na dół 
Zaczęło zr^ier^hać. Jerzego odwołano z odcinka. Porucznik przeprowadź^ go do środkowych 
domów na ulicy Okrąg. Szykowały się^ j^kieś" specjalne zadania, jakoby związane z 
przeprawą wojska z tamtej strony Wisły. Jerzy przeczyścił stena, sprawdził aryaunjcjc j 
doładował magazynki. Czekał do zapadnięcia c^mności. Przyszli po niego z porucznikiem: 
łączniczka Llzbi^ta — dziewczyna o ciemnych włosach i pełnej, zaokrąglonej ^??2?} wysoki, 
chudy, chyba trzydziestoletni męŜczyzna w wojskowej, „starej" czapce z czerwonym 
otokiem, przezwany ni e wiadomo dlaczego „Łapiduchem", i niepokaźny kapral w panterce i 
czarnej czapce-polówce esesmańskich pan-cermakow. ??0??? m;eli peemy. ElŜbieta nie była 
uzbrojona. 
6G 
Jerzy od razu poczuł do niej sympatię. Szli na akcję poza teren swojej pozycji, uznał więc za 
konieczne, by i ona miała jakąś broń. Dał jej swój rewolwer, zawieszony dla fasonu na białym 
sznurze spadochronowym. Prawdę mówiąc nie strzelał z niego do tej pory. Dopasowanie 
dostępnej im amunicji do tego rewolweru było bardzo kłopotliwe. Gest w stosunku do 
ElŜbiety nie był więc aktem wielkiego poświęcenia, raczej manifestacją. 
Porucznik zaprowadził ich na ulicę Wilanowską. Znał dobrze drogę, dla Jerzego był to teren 
zupełnie nie znany. Przekroczyli ulicę i w zupełnej ciemności podeszli pod jakieś 
zabudowania; tu mieli straŜować do świtu, ubezpieczając od, strony Czerniakowskiej 

background image

przejście dowództwa Radosława, które zmieniało kwaterę. O określonej godzinie patrol miał 
podejść do zabudowań społemowskiej marmoladziarni i zająć ją, o ile to okaŜe się jeszcze 
moŜliwe — według informacji z godzin wieczornych Niemcy przechodzili na drugą stronę 
Czerniakowskiej, a teren zakładów „Społem" znajdował się na linii ich natarcia. W chwili 
wydawania rozkazu nie był przez nikogo obsadzony. 
Na tle rozwidnionego poŜarami nieba niski, długi betonowy blok zakładów wydawał się 
zupełnie pusty; podeszli do niego dość blisko. Jerzy nie orientował się, z jakiego kierunku 
moŜna spodziewać się ostrzału. Wiedział tylko, Ŝe przed nim, poza manmoladziarnią jest 
Czerniakowska zajęta przez Niemców, za plecami miał dom przy Wilanowskiej, ostatni przed 
Solcem, dalej była Wisła. Solec na tym odcinku obsadzony był przewaŜnie oddziałami 
dziewiątego pułku Wojska Polskiego przeprawionego na tę stronę rzeki. Porucznik odszedł, 
przyrzekając ściągnięcie placówki przed świtem. Do tej pory mieli tu pozostać zdani tylko na 
siebie. 
PołoŜyli się na gruzowisku. Przed nimi jaśniał beton placyku, za nimi zaś ciągnął się ciemny 
korytarz utworzony z beczek. Nie wiedzieli, dokąd prowadzi, domyślali się tylko, Ŝe stanowił 
coś w rodzaju rowu dobiegowego, którego ściany wprawdzie nie chroniły przed pociskami, 
ale osłaniały przed wzrokiem strzelców niemieckich. Wniosek nasuwał się prosty: teren, na 
którym leŜeli, był odkryty i penetrowany za dnia. Powoli oswajali się z ciemnością i pustką, 
nasłuchiwali jakiegoś ruchu od strony niemieckich pozycji. 
Niebo nad Wisłą rozbłyskiwało rakietami; to Niemcy oświetlali miejsca przepraw. W miarę 
jak rakiety opadały, cienie 
67 
rosły, wydłuŜały się potem i nagle zapadała ciemność. Nad dymami drgała łuna poŜarów. 
Artyleria strzelała i z tej, i z tamtej strony Wisły. Pociski z gwizdem przelatywały nad nimi. 
Chwilami w poświst wświdrowywał się rechot moździerzy czy teŜ granatników. Bój trwał 
bezustanny, noc sprzyjała rozeznaniu miejsc i rejonów nasilonej walki. NajbliŜsza okolica 
była jednak dość spokojna. Czasem tylko słyszeli za plecami huraganowy ogień broni 
maszynowej, który z reguły poprzedzony był rozbłyskami rakiet. 
Nie byli pewni, czy Niemcy zajęli juŜ marmoladziarnię; byliby wówczas od nich o 
kilkanaście metrów. 
Jerzy wstał ostroŜnie, uwaŜając na rozrzucone cegły. Łapi-duch i ten krępy podnieśli się 
równieŜ. ElŜbieta została na miejscu. Odbezpieczyli broń i skradając się poszli ku budynkowi. 
Wyczekiwali na moment, kiedy rakiety zgasły i przeskoczyli placyk. Przypadli do muru. W 
ś

wietle następnej rakiety zobaczyli długi, parterowy budynek; miał chyba pięćdziesiąt 

metrów. Z tej strony nie było rampy ani Ŝadnych schodów — wejście więc musiało być od 
strony Czerniakowskiej. WzdłuŜ budynku ciągnął się na dziesięć metrów szeroki pas betonu. 
Był pusty i tylko od pola ograniczały go sterty beczek. Jerzy gestem nakazał kolegom 
pozostanie na miejscu. Krępy wysunął się na tyle, by w razie konieczności osłonić 
podchorąŜego ogniem. Łapiduch został przy samym murze. Na wysokości około dwóch 
metrów widniało okienko. Jerzy zawiesił stena na szyi i uchwycił się za dolną krawędź 
otworu, podciągnął się powoli, przełoŜył ręce na kratę w oknie. Teraz mógł całą głowę 
wsunąć do środka. Nie widział nic; aksamitna czerń wypełniała wszystko. Było zupełnie 
cicho, wnętrze szumiało jak muszla. Nagle posłyszał spokojne kroki, dobiegające z wewnątrz. 
Ktoś szedł powoli. Echo potęgowało stuk twardego obuwia na betonie. Nie mógł to być nikt z 
powstańców. A więc Niemiec. 
— Wer da? 1 — zawołał głośno Jerzy. Kroki umilkły natychmiast. 
Przebrzmiało echo okrzyku. Zrobiło się cicho. Jerzy czekał. Ciągle nic nie widział. Nagle 
błysk i huk wystrzału. Szarpnął się odruchowo i zeskoczył. Pocisk stuknął niedaleko okienka. 
Teraz pociski gwizdały gęsto. Krępy przyskoczył do Jerzego. Wycofali się pojedynczo przez 
placyk za beczki, jedyną osłonę. 

background image

1 Kto tam? 
68 
Niemców musiało być kilkunastu. Część usadowiła się za rogiem budynku, część wpadła do 
ś

rodka i strzelała z okienek. Po paru minutach Niemcy ochłonęli. Umilkli. Słychać było 

jedynie ich kroki po pustej hali. Przez podwórze nie próbowali podchodzić. 
—   ElŜbieta, pójdziesz do dowództwa. Jeśli dadzą paru ludzi, spróbujemy przejść za 
beczkami na tamtą stronę. 
—  Porucznik jest u Radosława. Znasz drogę? 
—  Na nowe miejsce znam. 
—  Wracaj zaraz. 
Skinęła głową. Jerzy popatrzył na nią zazdroszcząc, Ŝe odchodzi z tego miejsca, Ŝe biegnie z 
konkretnym zadaniem, wie, do kogo ma dotrzeć, co powiedzieć i co robić dalej. Tłumaczył 
się sam przed sobą, Ŝe jego decyzja jest słuszna, Ŝe nie opłaci się próbować ataku we trzech, 
Ŝ

e lepiej zaczekać; inicjatywa i tak przeszła w ręce nieprzyjaciela. Rozkaz brzmiał: „O ile to 

będzie moŜliwe". Okazało się niemoŜliwe. Ale był w nim ten drugi głos, moŜe nierozsądny, 
ale od paru dni dobitny, męczący, który przy kaŜdej okazji wypominał mu jego 
niepowodzenia, lęk, ostroŜność. Tracił zaufanie do siebie. Nie był juŜ pewny, czy jego 
działanie nie zasługuje na najgorszą ocenę, czy strach raz wyzwolony nie dyktuje mu 
rozwiązań bezpieczniejszych, od których blisko było do paniki. Mógł strzelić do tamtego, ale 
przecieŜ miał obie ręce na kratach... Mógł jednak odskoczyć za beczki i zaatakować od razu. 
Niemcy w nocy bali się starcia ze zdecydowanym przeciwnikiem. Nie, nie dałby rady: 
przebiegając przez podwórze, widoczny na białym tle betonu, ujawniłby swoją pozycję juŜ na 
kilkadziesiąt kroków przedtem, nim mógłby otworzyć skuteczny ogień. Ale moŜna było za 
beczkami zmienić miejsce, dojść blisko, rzucić ostatni granat i... Tak. To moŜna było zrobić, a 
teraz juŜ na taką akcję za późno. Niemcy usadowili się w hali i są za murami. Za późno. 
Zresztą co dałby taki atak? Doszliby nawet do Czerniakowskiej i co? Cała ulica była od paru 
dni obsadzona przez Niemców; zająć marmoladziarnię to nie to samo, co ją utrzymać. We 
trzech? Nie mieli szansy. A moŜe raczej nie byłoby w tym sensu. Te słowa tak podobne do 
siebie, a przecieŜ to drugie demaskowało; co nim kierowało — rozsądek czy strach? 
Popatrzył na Krępego. LeŜał nieruchomo wpatrzony w blok czerni za placykiem. Łapiduch 
oparł się plecami o beczkę i czapkę zsunął na oczy. Nie spał: manipulował koło pasa, na 
którym zawieszone miał ładownice. MoŜe wszystko było w po- 
69 
rządku? Próbowali, nie wyszło. A moŜe klną teraz na chwilę, w której dostali się pod 
komendę nieznajomego podchorąŜego, który przy pierwszej okazji nie tylko źle działał, ale i 
stchórzył? Jerzy wiedział, Ŝe niepewność, wahanie było najlepszym argumentem przeciwko 
niemu. Poczuł się zmaltretowany. 
—   Nie jesteś zmęczony? — zapytał Krępego. 
—  Nie. Zdrzemnij się, jeŜeli moŜesz. 
Jerzy chciał pokazać, Ŝe nie wyczuł Ŝadnej aluzji w tym „jeŜeli moŜesz"; brzmiało to tak, 
jakby mówił, „jeŜeli teraz moŜesz, teraz po tym wszystkim, coś narobił". A moŜe Ŝadnej 
aluzji nie było? 
17 września. Niedziela. 
A jednak zdrzemnął się. Kiedy otworzył oczy, jeszcze nie było widno, ale kontury ruin i 
bloku marmoladziarni szarzały na niebie i wyraźnie widniały ciemniejsze smugi dymów. 
LeŜał bez ruchu, próbując uświadomić sobie sytuację: ElŜbiety nie było — zbudziliby go; 
Ŝ

adnego znaku od porucznika. A przecieŜ jasność przynosiła im groźbę niemieckiego 

ostrzału. 
Podniósł głowę. Obejrzał się i zmartwiał. Spojrzał w bok nie poruszając głowy. Łapiduch 
ułoŜył się na ziemi nieco przed nim, Krępy leŜał pod beczkami. Nie mogli tego widzieć. Za 

background image

nim o parę metrów stali ramię koło ramienia sztywni, odsłonięci, nieruchomi. Nie widział ich 
rysów, na to było jeszcze za ciemno, ale dostrzegał, Ŝe obaj byli w hełmach. Jeden z nich 
trzymał ręce oparte na lornetce, krótko podwieszonej na piersiach. Patrzyli w stronę Zagórnej. 
Była więc szansa. Wysunął dłoń spod głowy, starając się nie poruszać gwałtownie. Sten leŜał 
w zasięgu ręki. Czy go zabezpieczył? Na pewno. Ale zdąŜy przesunąć dźwigienkę i 
natychmiast nacisnąć na spust. śeby tylko nie odwrócili się. JuŜ czuje zimno pistoletu. 
Dlaczego oni stoją tak bez ruchu? Teraz juŜ mogli zauwaŜyć. Nie mają broni na wierzchu. 
Jeszcze sekunda... I nagle... Przewrócił się na wznak, krople potu spływały mu po twarzy. 
Chwilę jeszcze wpatrywał się w postacie. Przeniósł spojrzenie poza Wilanowską. Kościół. Z 
niego wyniesiono figury świętych, kiedy płonął. Ustawiono je na ulicy. Teraz juŜ dostrzegał 
wyraźnie, Ŝe to, co brał za hełmy, było wianuszkiem włosów dpkoła głowy, lornetka okazała 
się księgą. Gdyby strzelił. Co by było, gdyby jednak strzelił? Jeśli widział te postacie tak 
wyraźnie, Niemcy z Zagórnej zobaczyliby i jego. Gdzie ElŜbie- 
70 
ta? Wystrzelają ich tu jak kaczki. Rozejrzał się. Puste pole odgraniczone korytarzem z beczek 
ciągnęło się aŜ do wypalonych garaŜy. Dalej były ruiny domów na Solcu. Tam mieściło się 
dowództwo dziewiątego pułku. Ale w tamtej stronie na Idźkowskiego, z wysokich okien 
szkoły na Zagórnej, z marmoladziarni, z Wilanowskiej od strony Czerniakowskiej, zewsząd 
byli widoczni. Beczki nie stanowiły bezpiecznej osłony. Pod-czołgał się do kolegów. 
Spojrzeli na niego, a potem znacząco na niebo. 
—  Zwijamy się? — zapytał Łapidiuch. PodchorąŜy nie odpowiedział. 
—¦ Dojdziesz do dowództwa? Łapiduch kiwnął głową. 
—   Idź do nich. MoŜe tam jest Radosław albo porucznik. Powiedz o naszej sytuacji. Nie 
wiem, co się stało z ElŜbietą. UwaŜaj po drodze. 
Łapiduch skwapliwie chwycił peema i ruszył na klęczkach między beczki. Jego odejście było 
Jerzemu prawie nienawistne. Jak chętnie posłuchał rozkazu. Tu robiło się niedobrze. 
UłoŜyli się z Krępym tak, by móc w kaŜdej chwili otworzyć ogień na martwy budynek 
marmoladziarni. Szarzało i widzieli juŜ szczegóły terenu. Na dobrą sprawę celowniczy z 
Zagórnej, jeśli śledzi teren przez lornetkę, mógł juŜ ich zobaczyć. To było nie więcej niŜ 
dwieście metrów! 
Sekundy uciekały powoli. Gdy Jerzy postanowił mimo wszystko wycofać się, posłyszeli za 
sobą chrzęst i tupot, osypywał się gruz, szczęknęła broń. Szli duŜą grupą. Między beczkami 
ukazał się Łapiduch, a za nim rząd postaci w jednakowych mundurach. Jerzemu zrobiło się 
ciepło na sercu. Niesłusznie osądzał kolegę. Wrócił na to parszywe miejsce i przyprowadził 
Ŝ

ołnierzy z dziewiątego pułku, berlingowców *. 

Przywarowali. Obok Łapiducha kucnął porucznik. 
—  PodchorąŜy Zawilec? Mamy zaatakować zakłady „Społem" — wyszeptał. 
—   Ile pan ma ludzi? 
—  Pluton. 
Jerzy popatrzył na dwa rzędy przyczajonych pod beczkami postaci. Mieli kilka pepesz, 
erkaem talerzowy, granaty. MoŜna wojować. 
1 śołnierze regularnych oddziałów Wojska Polskiego, nazywani tak popularnie przez 
powstańców od nazwiska dowodzącego wówczas I Armią WP gen. Berlinga. 
71 
—  Ten dom przed nami. Wejście jest z drugiej strony. Niemcy są w środku i od strony 
Czerniakowskiej, tam — pokazał ręką. — Trzeba podejść przez ten placyk i atakować wzdłuŜ 
budynku. UwaŜać na okna i beczki. Niemcy mogą nas obejść. 
—   Zaczynamy? 
—  Robi się coraz jaśniej. Tu nie ma osłony. 

background image

Porucznik dał znak ręką. śołnierze podsunęli się na skraj placyku. Jerzy podszedł razem z 
nimi. Przeskoczyli. Bez strzału. Wychynęli zza budynku i wtedy Niemcy otworzyli ogień. 
Strzelali z górnych okienek. śołnierze przebiegali wzdłuŜ muru, strzegąc się otworów. Potem 
rozbiegli się na całą szerokość podwórza w tyralierę' wystawieni na strzały. Jerzy wrzeszczał i 
zaganiał ich gestami. Nie pomagało. Rwali ostro do przodu, co chwila któryś padał albo 
wycofywał się z opuszczoną bronią — ranny. 
Od strony Czerniakowskiej Jerzy zauwaŜył Niemców. Przebiegali za beczki. Zaczął strzelać. 
Nie zdołał jednak ich zatrzymać. Nagle gorąco uderzyło w twarze. Granat. Następny rozerwał 
się za nimi. Rzucano je z małego piwnicznego okienka. Ktoś im odpowiedział natychmiast. 
Dym na chwilę zasłonił wszystko. śołnierze obok Jerzego teŜ rzucali. Zaczynało to jakoś iść. 
Posuwali się naprzód krok po kroku, ale to nie był pęd, nawała, której się spodziewał. KaŜdy 
krok był powolny, zapłacony. Było ich coraz mniej. W połowie budynku Jerzy uprzytomnił 
sobie, Ŝe coś pryska mu w twarz. Iskry owionęły go raz i drugi. Nagle dostrzegł wychylającą 
się zza beczek rękę Niemca z granatem. 
—   Za beczki, za beczki! — wrzeszczał do tyłu. Nie miał czasu dobrze patrzeć, uskakując 
przed nadlatującymi granatami. Niemcy mierzyli wyraźnie w jego grupę. Po eksplozji 
odwrócił się, zdrętwiał. Przy nim było zaledwie kilku. Tylu zostało juŜ z całego plutonu! Lada 
chwila groziło im odcięcie od swoich. Trąc ramionami o mur zaczęli się wycofywać. Ruch w 
okienku piwnicznym. Któryś rzucił granat. Po wybuchu w piwnicy szli naprzód. Jeden z 
Ŝ

ołnierzy został w tyle. Odbiegł od muru i padł na beton. Jerzy z resztą uskakiwał za dom. 

Porucznik stał juŜ tam z pistoletem w garści, bezradny. Erkaem strzelał krótkimi seriami. 
—  Stasiek! — wrzasnął któryś z Ŝołnierzy, pokazując na leŜącego. Porucznik zrobił gest, 
jakby chciał się wychylić, ale Niemcy pewni przewagi gęsto pruli wzdłuŜ muru. Jerzy po- 
72 
pchnął wrzeszczącego Ŝołnierza i wyskoczył razem z nim. Złapali rannego i pociągnęli po 
betonie za mur. Erkaem strzelał bez przerwy, wyganiał Niemców zza beczek. Oskrzydlenie 
teraz im nie groziło, ale zawrócić Ŝołnierzy do ataku? Chyba wszyscy byli ranni. LeŜeli 
stłoczeni, nawet nie próbowali strzelać. 
—  Wycofujemy się! —- krzyknął porucznik. 
Placyk juŜ był pod ostrzałem z Zagórnej. Pociski podrywały kurz spod stóp, gdy 
przeskakiwali między beczki. Erkaem zamilkł. 
—   Wycofywać się. Z powrotem! — śołnierze przytuleni do jedynej i mizernej osłony nie 
chcieli ruszyć się z miejsca. Porucznik przesunął się do tyłu. Z Zagórnej strzelano bez 
przerwy. Jerzy wypatrywał po oknach, ale nie widział Ŝadnego ruchu. Nagle do szczekania 
tego dołączyło drugie, bliŜsze. śołnierze zaczęli wycofywać się. Ciągnęli za sobą rannych. 
Zniknął Łapiduch. Krępy z Jerzym trzymali się końca kawalkady i ubezpieczali resztę. 
Próbowali krótkimi seriami wstrzymywać Niemców, wychylających się z drugiej strony 
marmoladziarni, ale sten Jerzego nagle zamilkł. Zaciął się po raz pierwszy. W magazynku 
zostało juŜ tylko kilka naboi, zapiaszczony zamek nie dawał się cofnąć. Cekaem niemiecki 
szczekał nad uchem. Jerzy wyjrzał. Z prawej, za jezdnią Wilanowskiej, pod czwartym czy 
szóstym zobaczył w oknie pierwszego piętra głowę niemieckiego cekaemisty. Widać było 
hełm, błyskała lufa, smuŜył się dym wystrzałów. Blisko. Do jezdni — dwadzieścia metrów, 
jezdnia, chodnik i dom — trochę na ukos od beczek — razem nie więcej jak pięćdziesiąt 
metrów. Tamten strzelał bez przerwy. Skąd się tu wziął? CzyŜby w nocy zajęli te domy? 
Przez Wilanowską nie było powrotu. Cofać się. Szybciej. Ruch między beczkami na pewno z 
Wilanowskiej widać. Cekaem sieje jeszcze chaotycznie; obłoczki kurzu podnoszą się z 
placyku przed marmoladziarnią, biegną ku pierwszym beczkom. Łupie się drzewo. Pryskają 
długie szczapy, pęka jakaś obręcz i odskakuje wygięta do środka korytarza. śołnierze tłoczą 
się. Szybciej ! Szybciej! Robi się zator. JuŜ ich zmacał. Widzi. Są ranni. Beczki drŜą od 
stuknięć pocisków. Niemiec spieszy się, strzela najpierw po wierzchach beczek. Drzazgi 

background image

ś

wieŜego drewna sypią się naokoło. Przejechał serią długą ku tyłowi. Rwą się szczapy z 

klepek od tyłu ku przodowi, juŜ niŜej — w połowie wysokości beczek. Jerzy wychyla się, nie 
patrzy na Niemca. Musi się rozpłaszczyć na ziemi. ZbliŜają się. Kiedy przerwie ogień? Jak 
długa jest taśma cekaemu? Drzazgi rwą się nad głowami niŜej. 
73 
Wkopać się, wryć w udeptaną, przysypaną gruzem ziemię. Twarz boli. Odłamki cegieł 
wciskają się w policzki. Beczki łupią się jeszcze powyŜej głowy. Ale następny ścieg. 
Następny, jeśli znowu niŜej?... Do tyłu! 
Robi się luźniej, Ŝołnierze odczołgali się. W kurzu juŜ ich nie widać. Jest sam? A Krępy? 
Następna seria z tyłu. Blisko i jeszcze bliŜej. Przeszła nad głową. Szarpie się do tyłu. Nie 
ogląda się. Patrzy na beczki. Zaczyna się znowu. Beczki dudnią! Czuć ich dygotanie, słychać 
jęk w ich wnętrzu i trzeszczenie drzewa. Drzazgi pryskają w oczy i nagle coś bije go w nogę. 
WypręŜa się, skacze do przodu. Pada na twarz. Noga zdrętwiała natychmiast. Nie czuje jej. 
Nie wie teraz, czy cekaem bije dalej. Nie widzi beczek. Próbuje zaprzeć się nogami. Nie wie, 
co się z nim dzieje. Odpycha ^ię rękami od beczek, od gruzu, trze ciałem o ziemię. Cofa się 
mozolnie, odwraca tyłem do Niemca. Przed sobą widzi erkaemistę. 
—  Strzelaj w niego! Strzelaj! — woła. 
Tamten przyciąga broń do siebie, otula rękami, cofa się. Jerzy chwyta go za nogi. 
Przytrzymuje. 
—  Strzelaj! 
—  Wycofuj się! Słyszałeś rozkaz?! — I wyrywa się z rąk Jerzego. JuŜ go nie ma. Nie ma 
nikogo. Pusty korytarz. Jeszcze metr, dwa, pięć; dokąd tak się czołgać? Co tam jest? Jakiś 
wypalony mur i wypalony samochód. Blisko. Za murem postacie. Wyciąga rękę, chwyta się 
cegieł. Ostatni metr, byle za osłonę, za mur. Opiera się plecami o cegły. Zaciska powieki. Nie 
ma beczek, nie ma kurzu, nie ma bryzgów, nie huczy cekaem w pustce; jest tylko drętwienie, 
mrowienie w nodze i pot, w głowie chaos. Ręce rozdygotane, szare. Przeszkadza sten. 
Nie stracił przytomności. Kiedy otworzył oczy, stali koło niego. Krępy, ElŜbieta, jeden 
Ŝ

ołnierz, jakiś porucznik w panterce. Nie znał go. Porucznik był szczupły, drobny, miał 

czarny, dawno nie golony zarost. 
—  Noga? — porucznik schylił się nad nim. 
Jerzy przytaknął. Z trudem rozsznurował but. Palce miał drewniane, jakby nie swoje. 
Porucznik odsłonił skarpetę. Zobaczył mały otworek w goleni. Krwawy krąŜek podsiniony 
naokoło. 
—  Niegroźne. Wstaniesz? 
Jerzy opierając się plecami o mur usiłował wstać. Noga była nieczuła, ugięła się pod nim. Ból 
gwałtownie dotarł do 
74 
głowy. Zamigotało mu w oczach. Usiadł z powrotem. ElŜbieta otarła mu pot z czoła. Szarpnął 
but. Ściągnął go i przechylił. Chlusnęła krew jak ze szklanki. Porucznik przykucnął przy nim. 
Zdjął mu skarpetkę. Kostka była miękka jak woreczek wypełniony gruzełkami, sflaczała. 
„Nie będę grał w siatkówkę" — przemknęło Jerzemu przez głowę. ElŜbieta zabandaŜowała 
stopę. 
—  Trzeba stąd wiać, póki nas nie zmacają. 
Podsunęli się za porucznikiem do skraju muru. Przed nimi otwierała się łączka z mizerną, 
niską trawą i kępkami chwastów. Na prawo widać było domy Zagórnej, za pustym polem, o 
jakieś sto metrów za garaŜami, mur zamykał drogę do posesji przy Solcu. 
—  Trzeba się dostać do tego muru. Tam jest dowództwo berlingowców. Doczolgasz się? 
Jerzy skinął głową. 
—  Wy idźcie pierwsi — porucznik zwrócił się do ElŜbiety, Krępego i Ŝołnierza. — Ty 
pójdziesz za nimi, ja za tobą. 

background image

—  Niech pan weźmie legitymację — Jerzy sięgnął do kieszeni. 
—   Zostaw, dojdziesz. 
—  Niech pan weźmie. Mogę zasłabnąć. 
—  Dlatego pójdę za tobą. Gdybyś nie doszedł, zabiorę legitymację. 
—  Beze mnie poszedłby pan szybciej. 
—  Nie. I tak trzeba się czołgać. UwaŜajcie na ostrzał z Zagórnej. Jazda! 
Wychylili się i skoczyli za mur. Zniknęli Jerzemu z oczu. Porucznik chwilę ich obserwował. 
Zagadał cekaem, drugi zawtórował mu z Wilanowskiej. 
¦— Dobra. MoŜna iść. 
Jerzy związał sznurowadła, zaczepił but do pasa, przełoŜył stena przez szyję. Wyczołgał się. 
Odpychał się zdrową nogą i skakał do przodu, na ręce. Takimi susami posuwał się naprzód 
dlość «zybko. Rozpłaszczył się na chwilę i dyszał. Kręciło mu się w głowie. 
„Gdybym szedł, byłoby gorzej" —¦ pomyślał. Spojrzał przed siebie. Mur zbliŜył się wyraźnie. 
Trawa zafalowała od wiatru. Od wiatru? PrzecieŜ nie ma wiatru. Rany boskie! To od 
pocisków! Wydawało się, jakby ktoś cyrklem rysował odcinki okręgów na trawie. Ostrze 
cyrkla tkwiło gdzieś w oknie wysokiego piętra. Jerzy bał się spojrzeć na cekaem plujący z Za- 
75 
górnej. To stamtąd. Jednak spojrzał. Nie zobaczył cekaemu. Zaczął więc znowu skakać. 
Wtedy drugi karabin maszynowy przyłączył się do tamtego. Kępy traw pochylały się, drŜały, 
poddawały szarpnięciom to w tę, to w drugą stronę. Na całej łączce zaczęły buszować 
niewidzialne stada jakichś gryzoni, szurały ogłupiałe jazgotem wystrzałów, rozszalałe, 
jadowite i przeraŜające. Podbiegały do oczu i momentalnie zawracały, rozrywały ostrymi 
pazurkami ziemię, nadbiegały znowu niespodzianie, stukotały drobnymi kroczkami w 
ograniczonej przestrzeni, nie mogły się stąd uwolnić. 
—  Jezus Maria! 
Kto to krzyknął?! Jerzy przywarł. Szarpnął się w bok. Spojrzał za siebie. Porucznik leŜał z 
wyciągniętymi rękami, wypręŜony, z jednym barkiem nieco uniesionym. Nie ruszał się. 
Cofnąć się po niego? Ciągnąć go? PrzecieŜ on nie Ŝyje. Widać, Ŝe nie Ŝyje. Posunął się 
naprzód; osłabły, z przymkniętymi oczami, półprzytomny, z głową wypełnioną dzwonieniem. 
ElŜbieta podciągnęła go i oparła o mur. Przysiedli za wrakami samochodów. Cekaemista ich 
nie widział. 
—  Dawajcie przez mur. Przez mur, górą! — dobiegło ich wołanie z tamtej strony 
rozśpiewanym, rozwleczonym akcentem. 
—  Mamy rannego, nie damy rady. Kujcie ścianę. 
—  Kapral, nie widziałeś tam kilofa? 1 — Na co ci kilof? 
•—¦ Ludzie z rannym za murem — głos oddalał się. Słyszeli szuranie butów i 
pogwizdywanie.  Byli tak blisko. ¦—¦ Na rany Boga, szybciej! — krzyknęła ElŜbieta. 
—  Poszedł, poszedł. DuŜo was? 
—  Czworo. 
—  Jeden ranny? 
—  Prędzej. Jesteśmy pod ostrzałem. 
—  Masz ten kilof? 
Sypnęła się niepolska wiązanka. 
¦—• Kuj tu, wyŜej! 
Pierwsze uderzenia zluzowały zaprawę. Mur kruszył się szybko. 
Jerzy spojrzał na pole. Cekaem strzelał juŜ rzadziej. Nagle zaszeleściło. Jeden jeszcze nie 
przebrzmiał, gdy wplótł się drugi, trzeci, potem czwarty. Eksplozje następowały rytmicznie. 
Zrywało ziemię, wionęło w twarze wiatrem. Zabębniło po blachach wraków. 
 
—  Prędzej! — krzyknęła ElŜbieta. 

background image

76 
Krępy złapał jakiś drut, który złamał się od razu na cegłach. Oderwał kawałek blachy z 
błotnika rozdartego wybuchem i zaczął skrobać ścianę. Wydłubywał ostrym końcem zaprawę, 
obluzowywał cegły. Jedna z nich podskakiwała od uderzeń z tamtej strony. 
—  Bierz. 
—   Zmęczyłeś się. 
—  Popracuj, praca nie wstyd i kapral moŜe pomachać kilofem — gadali za murem. Cegła 
wypadła. Przysunęli się bliŜej. Widzieli ich. 
¦—¦ Na Boga, panowie! — wołała ElŜbieta. 
Kapral przysunął się do otworu. Rozejrzał się ciekawie. Oczy biegały mu śmiesznie, błyskały 
białka. Widać było tylko oczy i kawałek nosa. 
—   Szybciej, strzelają z granatnikowi — Krępy zaklął. Tamten odsunął się uraŜony. 
Kuł dalej. Wypadła następna cegła, ale otwór był jeszcze za mały. Nadleciały następne 
pociski. Blachy wraków jęknęły głośniej. Niemcy strzelali baterią, ostukiwali teren metr po 
metrze. Obluzowane cegły w murze dały się szybko usunąć. Krępy złapał Jerzego pod ręce. 
Otwór był na wysokości pasa. Z tamtej strony kapral odrzucił kilof i sięgnął do wyciągniętych 
rąk podchorąŜego. Następna seria granatów. Wybuchy zasnuły ich czerwoną mgłą. Któryś 
pocisk rozprysnął się na krawędzi muru. śołnierze odskoczyli na boki. Ledwie eksplozje 
przebrzmiały, podbiegli szybko i porwali Jerzego za ręce. Pociągnęli. Zawył z bólu. Kapral 
wskazywał wejście do klatki schodowej. Granaty objęły mur z obu stron trzy, cztery sekundy 
potem. Wtłoczyli się na schody popędzani gorącym smagnięciem wybuchów. 
PołoŜyli Jerzego przy schodach do piwnicy. ElŜbieta oswobodziła mu nogę z opatrunku i 
próbowała tamować krew. ObnaŜyła mu udo i załoŜyła jakąś szmatę. Zakręciła mocno. Jerzy 
odchylił się w tył. Zabolało potwornie, ale po chwili krew przestała ściekać z rany. Usta miał 
spieczone. ElŜbieta przyniosła fusy kawy. Gęsta ciecz spłynęła na język. Noga puchła i siniała 
od ucisku. Gdy ElŜbieta odeszła, Jerzy zerwał opaskę ze szmaty. Ból nieco ustąpił. Nie 
wiedział, kiedy dziewczyna wróciła, nie wiedział, co się dzieje dokoła. Co chwila w 
rozgardiaszu rozlegały się krzyki, wołano, ściany dygotały od tępych uderzeń. Podchodziły 
czołgi. Ranni Ŝołnierze wciskali się pod schody i jęczeli za kaŜdym mocniejszym wybuchem. 
77 
Potem nastała cisza. A moŜe to Jerzy stracił przytomność? Ludzie nawoływali się. Nawet do 
piwnicy docierał monotonny, cięŜki dygot powietrza. Leciały amerykańskie bombowce. 
Wyrzucały tysiące małych srebrnych papierków, które drŜały, spływając na ziemię, błyskały 
jak jednolita srebrząca się warstwa, jakby całe niebo utkano z ruchliwej, drgającej łuski. 
Artyleria niemiecka szalała. Zrzuty poszły na inne dzielnice. W rejonie przyczółka nie spadł 
ani jeden zasobnik. Tu zresztą byli Niemcy. Sto metrów ku Zagórnej i sto w stronę 
Czerniakowskiej, dwieście od Wilanowskiej... Tyle było ich ziemi. Dalej byli Niemcy. A o 
pięćdziesiąt metrów z czwartej strony — Wisła kipiąca podi nieustannym ostrzałem 
niemieckim. Zapadła noc. Pewno znowu był nieprzytomny, a moŜe zasypiał. Gdy ocknął się, 
ktoś stał nad nim. Wymieniano jego pseudonim i stopień. Domyślił się raczej, niŜ rozumiał, 
Ŝ

e ElŜbieta o coś prosi, powołuje się na wspólne natarcie na marmoladziarnię. 

—   Zrozum, kobieto, Ŝe łodzie toną. Bierzemy rannych, którzy mogą pływać. 
—  Ja będę z nim. PomoŜemy mu. 
—  Nie weźmiemy. MoŜe potem. Jak się zrobi ciszej. 
—  Nie moŜna go tak zastawić! 
—  To idź, do cholery, na brzeg i sama zobacz! — wrzasnął oficer i odszedł. ElŜbieta 
spojrzała na Jerzego i teraz dopiero zorientowała się, Ŝe jest przytomny. Podała mu kawę w 
obtłuczonym kubku. Ocierała mu pot z czoła. 
—   Gdzie nasi? — spytał Jerzy. 

background image

—  Poszli na odcinek. LeŜ spokojnie. Muszę na chwilę odejść. — Fala strachu podpłynęła mu 
do gardła. 
—   ElŜbieta! Nie zostawiaj... — JuŜ jej nie było. 
Potem ktoś próbował go unieść, ale połoŜył z powrotem. Zobaczył krzątających się Ŝołnierzy. 
Było ich czterech. Podnieśli go na kocu. Porucznik od berlingowców przeprowadził ich do 
wyjścia na podwórze. ElŜbieta szła tuŜ obok głowy Jerzego i podawała mu rękę. Było dobrze. 
Przycisnął usta do jej ręki. Wyprostował się wygodnie i zobaczył niebo rozświetlone trupim 
blaskiem, który zachybotał, cienie podskoczyły na ścianach, ale nim zapadła ciemność, nowa 
rakieta rozjarzyła niebo. Stękały pociski. śołnierze podbiegali przez równiejsze miejsca. 
Nieśli go głową do przodu i nie wiedział, gdzie się znajduje. Oddalał się masyw bloku na 
Solcu, potem jakieś ruiny, niebo, blask rakiety, płomienie wybuchów i łuny nad miastem, i 
znowu rakieta. Nagle upadł na płask, Ŝołnierze od- 
78 
skoczyli, ElŜbieta przywarła do niego piersią. Za moment znowu nieśli go dalej. Potykali się 
na cegłach. Pod plecami poczuł zimno gładkich kamieni. Spojrzał w tył, za siebie. Brzeg 
opadał ostro w dół. Wisła czarna i biała, rozstrzeliwana miejsce koło miejsca i refleksy na 
wodzie, ostre kontury łodzi, czasem oślizgłe dno i rozkrzyŜowane ramiona postaci 
rzucających się wpław, krzyki urywane, zalewająca usta woda i jeszcze wołanie o ratunek, a 
na Pradze małe, dogasające, prawie sielankowe ognisko. 
Chłód go otrzeźwił. Noszowi przywarli na kamieniach i czekali kolejki. Jacyś ludzie tłoczyli 
się. Jedni ciągnęli ładunki dobywane z dna ciemności i wytaczali na brzeg, drudzy wskakiwali 
do lodzi, twardo tupiąc buciorami po namiękłym drzewie. Łodzie przypływały i odbijały 
natychmiast. Kilku ludzi szarpało się z kaŜdym ładunkiem, z kaŜdym człowiekiem, który 
przechodził przez kontrolę na brzegu. Byli rozjazgotani, brutalni. Próbowali z tego chaosu 
zrobić jakąś sensowną akcję. Ześlizgiwali się po kamieniach podmurówki, to znów biegali na 
brzeg, nie kryjąc się przed ostrzałem, nie mieli nawet czasu schylić głowy. Pociski artylerii 
rwały się tuŜ obok, wyrzucając strumienie wody i brudny cuchnący muł. Krzyki ludzkie 
chwilami tonęły w grzechotaniu i detonacjach. Czasami na moment zapadała cisza i znowu 
rwały się rakiety ze słabym echem na niebie; wszystko zaczynało się od początku. 
Prawie do samych stóp ElŜbiety zbliŜyła się łódź. Czarne sylwetki z karabinami przemknęły 
jak duchy koło Jerzego. ElŜbieta targnęła kocem. Noszowi skoczyli do łodzi, ale juŜ któryś z 
porządkowych był przy nich. 
— Następna! Nie teraz! Ładować się! — zwrócił się do nadchodzącej grupy. Zatupali 
nogami, odepchnęli się długim pias-karskim pychem. Odbili na dwa metry. Pociski cekaemu 
z reflektorem wśliznęły się na długi, czarny kształt łodzi. Ludzie wypadali, woda 
rozchlupotała się gwiaździście; pusta łódź zakręciła się i oparła dziobem o kamienie brzegu. 
Noszowi wpadli do niej. Dwóch zawróciło po Jerzego. Zsunęli go nad samą wodę i potem z 
rozmachem cisnęli podchorąŜego do środka, na deski. Poczuł ból i zaraz szarpnięcie. 
Zakołysało. Woda przelała się przez twarz. ElŜbieta podsunęła ręce. Oparł się i całym 
wysiłkiem dźwignął, by spojrzeć na burtę. 
Oddalała się. Coraz szerszy pas czerni i bieli, rozbłysków, falowania chybotliwego, 
niespokojnego, ciemnego Ŝycia oddzielał go od niej. Zostawała jak za jakąś przegrodą, 
niedostrzegalną ścianą, murem ze szkła — ogromna, szeroko rozło- 
79 
Ŝ

ona, dźwigająca się konturami murów, zerwami rozprutych ścian, przesłonięta dymem — 

bizantyjska świątynia w czerwieni i czerni, potrząsana, zryta, roztętniona wybuchami, 
patetyczna. —¦ Ojcze nasz, któryś jest w niebie... — modlił się głośno, wyraźnie, spokojnie. 
Nie wiedział, czy za nią, czy za swoje odejście, czy o ratunek. Modlił się, patrząc szeroko 
otwartymi oczami, bo przeczuwał, Ŝe traci ją na zawsze. Patrzył na oddalający się brzeg, na 
którym pozostawała najbliŜsza mu istota — matka, o której nie miał czasu pomyśleć od paru 

background image

dni — i nie potrafił juŜ dzielić intencji swojej modlitwy. Modlił się za wszystko. Głośno, 
powoli wymawiał słowa i wierzył, Ŝe nie padnie Ŝaden pocisk, nic nie moŜe trafić w tę łódź, 
w ludzi koło niego. I wtedy poczuł się spokojny... 
 
III 
OstroŜnie stawiała nogi, wybierając miejsca, na których śnieg był nie zadeptany, świeŜy. 
Wspinała się na pagórki pełne rozpadlin i czarnych czeluści. Szła uparcie, powoli. Czasem, 
gdy jezdnia robiła się czysta między usypiskami, przyśpieszała kroku. Na szczęście buty 
przemokły juŜ dawno i stopy zdrętwiały od zimna, więc nie musiała omijać zasp śniegu, które 
przegradzały jej drogę. Dobrze się tak szło. Przypominały się wycieczki w góry, przejście 
przez Wantule, oddychające wilgocią, czy piargi pod Rysami. 
Ubrana w męską kurtkę sięgającą poza kolana, której za długie rękawy znakomicie chroniły 
dłonie, z owiniętą szalikiem głową i chlebakiem obijającym bok, obuta w mokre, ale 
wygodne, sznurowane buty czuła się doskonale. 
Przy następnym usypisku zwolniła. Oddech stawał się coraz krótszy i płytszy. Będzie jeszcze 
wiele takich przeszkód, nim dojdzie do przetartej i oczyszczonej drogi. Trzeba rozsądnie 
gospodarować siłami. Chciała najpierw dotrzeć do Powiśla, Ŝeby tam zebrać informacje, ale 
kiedy weszła między domy, ujrzała na resztkach murów, bramach, na drzwiach opartych o 
cegły napisy, przedziwne listy czekające na odbiorców. Wtedy zdecydowała się zmienić swój 
plan. Parę kilometrów stąd stał jej dom. A jeśli nie ocalał, moŜe podobnie jak tu znajdzie takie 
napisy, a jeden z nich będzie przeznaczony dla niej. 
Ruszyła wolniej. Usiłowała sobie wyobrazić, Ŝe znalazła się tu przy jakiejś innej okazji, na 
przykład po powstaniu w getcie, Ŝe idzie do domu nie obciąŜona Ŝadnymi obowiązkami, 
jakby od znajomych... Uśmiechnęła się do swoich myśli. 
Kiedy to tak było? Bez blankietów kennkart, bez szyfrów czy choćby tylko gazetek, bez 
ostroŜnego rozglądania się i nasłuchiwania tupotu nóg za naroŜnikiem, krzyku, gwałtownego 
hamowania wozu czy kroków odmierzanych spokojnie. 
Nie zdarzało się, Ŝeby tak szła beztrosko. KaŜde przecieŜ wyjście z domu było obarczone 
jakimś „przy okazji", jakąś „sprawą". Śmieszne wydawały się zakochane pary. Nie wiadomo 
było, czy spacerowały jako obstawa niosących broń, czy teŜ śledziły konfidenta. Mogły być 
naprawdę zakochane — on szef i ona łączniczka. Cała ulica pełna była ludzi zagroŜonych, 
popełniających „przestępstwo" nawet wówczas, gdy kupowali zwykłą pszenną bułkę. 
6 —¦ A gdy mnie trafi. 
81 
Znowu musiała stanąć, wydyszeć narastające zmęczenie, opanować się i ruszyć tak samo 
powoli, uparcie, bez niepotrzebnych myśli. Nawet bez nadziei. Nadzieja była najzgubniej-sza 
— przyspieszała bicie serca, zmuszała do pośpiechu. Więc wmawiała w siebie, Ŝe po prostu 
idzie do domu. Minęła ulicę Bonifraterską, ruiny szpitala Jana BoŜego, potem wiadukt. Idzie 
do domu. Chce zobaczyć, co z niego zostało; moŜe da się coś zabezpieczyć czy zabrać z 
ocalałych rzeczy, a potem dopiero będzie czas zastanowić się, jak odnaleźć ślad urwany we 
wrześniu, odczytać los, który jest jego losem. Właśnie — jest, a nie był. 
Dochodziła juŜ do placu Wilsona. Przy Mickiewicza po drugiej stronie zgliszcza, ale dom z 
apteką stoi, nawet ocalały szyby w niektórych oknach, bloki pod szesnastym i osiemnastym 
dostały parę pocisków, a dalej była mała ślepa uliczka, którą szło się do działkowych 
ogródków. 
Idąc wzdłuŜ pekinu nie wytrzymała: zaraz zza tego nieznośnie długiego półkola, na lewo, 
ukaŜe się perspektywa ulicy: bezlistne drzewa nie przesłonią ostatniego domu, domu, do 
którego idzie, a za nim będzie widać juŜ tylko czerwony klasztor Zmartwychwstanek. 
Z tej odległości wydawało się, Ŝe dom jest cały. W kaŜdym razie na pewno ktoś w nim 
mieszka, ktoś znajomy, moŜe ma do przekazania informację dla niej. Teraz wystarczy juŜ 

background image

tylko dotrzeć do końca szerokiej alei, a rozwieje się niepokój, niepewność. Wszystko dobrze 
się skończy, będzie mogła odpocząć, zdjąć przemoczone buty, rozwinąć szal i przyczesać 
zlepione potem włosy, wziąć kąpiel i poprosić przed zaśnięciem o szklankę mocnej herbaty z 
mlekiem; nie musi się troszczyć o nic: o ciepło, czystą pościel, zapas jedzenia na dzień 
następny dla wszystkich, dla całej rodziny — dla męŜa, syna i siostry; są tam, czekają i 
pewnie się niecierpliwią. 
— Jerzy, wyjdź na moje spotkanie. Wyjdź przed dom — powtarzała w duchu. •— Zobaczę 
cię z daleka. Popatrz, jestem juŜ blisko. JuŜ idę pod domem, patrzę w nasze okna, jestem taka 
zmęczona i zmarznięta. Wyjrzyj chociaŜ przez okno. Patrzę na ciebie, słyszysz, Jerzy! 
Mieszkanie w środku bloku na trzecim piętrze było rozbite. Śnieg nie zdołał zasypać wielkiej 
dziury i urwiska, które stromo spadało aŜ po parter. Na osmalonym murze widać było ślady 
poŜaru. 
Wiedziała,  Ŝe  siostra  była  w  Niemczech,  w  obozie,  mąŜ 
82 
w Krakowie; ona zaś dotarła tu, by dowiedzieć się, jaki będzie sens ich dalszego Ŝycia, 
Jerzy... Ostatnie wiadomości miała z Powiśla. Łącznik przekazał jej pozdrowienia od syna, 
który czuł się dobrze. Był na pozycji przy Solcu, w magazynach poczty. Dobrze wygląda? W 
niemieckiej panterce i granatowej apaszce na szyi, granatowej w białe grochy. Oberwał, zdaje 
się na Starówce, ale niegroźnie, w rękę. Drugą wiadomość przekazali jej powstańcy 
wychodzący z kanałów na Mokotowie. Stała wtedy przy włazie i pomagała. Byli osmaleni 
poŜarami, apatyczni, z bielmem snu na oczach. Powiedzieli, Ŝe podchorąŜy Zawilec leŜy 
ranny na Solcu w dowództwie dziewiątego pułku piechoty. Wysłany z patrolem na 
Wilanowską juŜ nie wrócił, ale Ŝył, wtedy Ŝył na pewno. Obie wiadomości dostała około 20 
września; pierwsza była z trzynastego, druga...? Nie moŜna było ustalić. LeŜy na Solcu, pod 
trzydziestym dziewiątym. LeŜał... To było pół roku temu, a przecieŜ wtedy Ŝycie liczyło się 
na sekundy... 
Wdrapała się na trzecie piętro. Widziała, Ŝe ludzie po-przystawali na podwórzu, patrząc za 
nią, jak mozolnie stopień po stopniu zbliŜa się do drzwi swego mieszkania. Byli wśród nich i 
znajomi. Powybiegali z mieszkań, ale nie zastąpili jej drogi. Podejdą potem, kiedy juŜ 
wszystko zobaczy. Taki był rytuał. Matka oparła się o poręcz i stała chwilę, oddychając 
cięŜko. Drzwi od mieszkania były wystawione na klatkę schodową. Nie było na nich Ŝadnego 
napisu. W przedpokoju na podłodze leŜały krawaty męŜa, te z komody, stare, przeznaczone 
do reperacji; obok nich duŜy, rogowy grzebień Heleny; dostała go na imieniny w 
trzydziestym ósmym; szufladka z mahoniowego, biedermajerowskiego stolika z rozsypanymi, 
splątanymi nićmi. 
Weszła do mieszkania. Dwa pokoje były rozprute przez pół, podłoga wisiała nad czeluścią 
pochylona, spręŜynująca pod stopą; zsunęły się z niej wszytkie sprzęty. W kuchni widać było 
ś

lady ognia, ale kredens w części ocalał. Schyliła się nad półkami w dole, gdzie stały jeden na 

drugim talerze z niebieskiego serwisu. Uniosła pierwszy talerz, który wydał się jej jakoś 
dziwnie zniekształcony. Był bardzo cięŜki. Razem z nim podniosła całą stertę. Wtopiły się 
jeden w drugi. 
Przysiadła na stołku obok kredensu wpatrzona w serwis. Mówiła kiedyś Jerzemu, Ŝe jak się 
oŜeni, ten serwis zabierze na swoje gospodarstwo. Piękny, z kobaltową obwódką i delikatnym 
złotym rancikiem. śal takiego pięknego serwisu. Poczuła, 
83 
Ŝ

e łzy napływają jej do oczu. Nie ma nic, z czym mogłaby pójść na wesele Jerzego. Nie 

ofiaruje mu przecieŜ talerzy stopionych ze sobą w równiutkie sterty — osobno płytkie, 
osobno głębokie i deserowe. Taki piękny serwis. Rozpłakała się. 
Kiedy sięgała po chusteczkę i wycierała łzy, dostrzegła nagle porzuconą pod zlewem małą 
srebrną łyŜkę. Jego. Podniosła ją. Na trzonku wygrawerowano literę „J". Wyprostowała się, 

background image

schowała łyŜkę do chlebaka, energicznie wytarła nos i rozejrzała się po kuchni. Nie miała tu 
nic do roboty. Postawiła stołek kuchenny na jego dawnym miejscu pod kaloryferem i wyszła 
na klatkę schodową. 
Dźwignęła oparte o ścianę drzwi wejściowe i obejrzała drugą stronę. Nie było tam nic prócz 
zadrapań, które w Ŝaden sposób nie mogły być resztką jakiegoś napisu. 
Nikt nie miał jej nic do zakomunikowania. 
Schodziła szybko. Nie dała się zatrzymać Ŝyczliwym sąsiadom. Zamieniła z nimi ledwie parę 
słów. Nie wiedzieli nic. Zostawiła im krakowski adres i ruszyła w drogę, wie3ząc, Ŝe 
mogłaby tu powrócić na nocleg. 
Na Powiśle dotarła koło południa. Bez trudu odnalazła dom przy ulicy Solec 39. Gdzieś tu, w 
tych ruinach, czy moŜe wtedy domy jeszcze stały, upływały ostatnie chwile jej syna. Ostatnie 
chwile, o których coś wiedziała — dodała szybko, zabobonnie. W ruinach nie widziała śladu 
Ŝ

ycia, piwnice były wypalone, Ŝaden człowiek nie kręcił się w okolicy. 

Cicho. Śnieg głuszył hałasy docierające z dzielnic, gdzie powoli wracało Ŝycie. Matka 
przedzierała się przez sterty gruzu, ślizgała się na połamanych schodach, zaglądała na 
podwórza — nigdzie nie było znaku Ŝycia, śladu człowieka. Ruiny były wyniosłe i 
niepokojące zarazem, kikuty ścian strzelały w szare niebo, obnaŜone wnętrza mieszkań, 
rozwarte szeroko klatki schodowe, czarne, osmalone cegły pod białymi nawisami śniegu. 
Krajobraz tej ulicy krzyczał, wzywał świadków swego tragicznego końca, Ŝądał 
zadośćuczynienia. JakŜe ciche i przypłaszczone, szare i niedramatyczne były trupy ludzi, 
które widywała tak często i w czasie okupacji, i w dniach powstania. Szare i zmalałe, w 
okurzonych i ubrudzonych ubraniach wyglądały jak kupa łachmanów, a z nich nagle 
wyzierała blada, tak samo brudna i szara twarz, która juŜ nie była twarzą. 
Matka cofnęła się ze schodów do piwnicy domu nr 39 na Solcu. Cegły zawaliły zejście, 
piwnica zdawała się pusta. Ni- 
84 
czego tu nie znajdzie. Zawróciła w kierunku ulicy Ludnej. Tamta wskazówka, wiadomość 
przyniesiona przez łącznika wydawała jej się bliŜsza prawdy. Obie w kaŜdym razie albo się 
wzajemnie wykluczały, albo ta o Ludnej była wcześniejsza. Przyniosła jej jednak obraz syna 
zdrowego, ubranego zawadiacko, tak jak wszyscy ze Starówki, którym zazdroszczono 
zdobyczy w magazynach na Stawkach. Ten portret pasował do jej nadziei, kłócił się ze 
zdruzgotanym, martwym krajobrazem. 
Na Ludnej widać było domy cale, na pewno juŜ tam mieszkają ludzie, moŜna będzie zdobyć 
informacje. 
Dom naroŜny, wysunięty najbliŜej Nowego Zjazdu, zgadzał się z opisem łącznika. Brama od 
ulicy była zawarta; obeszła budynek i przez wyrwę w murze, od strony starej gazowni, weszła 
na podwórze. Tak, to tu. Magazyny poczty czy „Ruchu". Podwórze było nieco uprzątnięte, 
czarne ślady wydeptane do klatki schodowej i zabite dyktą, a nawet częściowo oszklone okna. 
Tu są ludzie. Tu był jej syn. 
—   Kogo pani uwaŜa? 
Odwróciła się zaskoczona. Stary męŜczyzna stał w progu klatki schodowej. 
—  Tu są magazyny i obcym tu nie wolno. 
—  Szukam syna — zaczęła niepewnie. 
—   Syna? Tu mieszkają trzy rodziny. Nie ma tu pani syna. 
—   Syn tu był w czasie powstania... 
—   Kobieto, co pani... 
—   MoŜe ktoś tu jest, kto mógłby mi pomóc, dać jakieś wskazówki. 
—¦ Nikt tu nic nie wie — mruczał stary niechętnie. 
Matka rozejrzała się. Z okna na pierwszym piętrze sączył się dymek z wytkniętej rury 
piecyka. Ominęła męŜczyznę i poszła energicznie do klatki schodowej. 

background image

—  Dokąd? — próbował zastąpić jej drogę. Stanęła i spojrzała mu w oczy. Zawahał się. 
—   Muszę się czegoś dowiedzieć — powiedziała. Nim zdąŜył zareagować, wbiegła na 
schody. Słyszała jego kroki za sobą. 
—   Niech pani tam nie idzie! — krzyczał. Kulał mocno i nie mógł jej dogonić. Zapukała. 
Dobiegł do połowy schodów, kiedy szczęknął zamek. 
—  Kto tam? 
—  Szukam syna. Był w tym domu w powstaniu. 
85 
Drzwi otworzyła młoda dziewczyna okutana niemieckim, wojskowym płaszczem. Matka 
weszła do środka. Tamta nie pytała o nic, nie nawiązywała rozmowy. Matka poczuła się 
niepewnie. 
—  Syn był w „Parasolu". U Radosława. Miałam od niego wiadomość, Ŝe jest tu na odcinku, 
w tym domu. 
Dziewczyna nie odzywała się i nie spuszczała wzroku z twarzy matki. 
¦— Byłam wtedy na Mokotowie. Wiedziałam, Ŝe na Powiśle chodzą łącznicy. Dotarłam do 
jednego z nich i przyniósł mi wiadomość... Syn był podchorąŜym. Miał pseudonim Zawilec... 
Słyszała za plecami sapanie starego. Dziewczyna stała na progu kuchni. Miała zmęczone oczy 
doświadczonej, starej kobiety. 
¦— Potem przyszli na Mokotów ludzie Radosława. Koło dwudziestego. Mówili, Ŝe mój syn 
leŜał ranny na Solcu, w dowództwie pułku, który przepłynął zza Wisły. W kaŜdym razie syn 
na Mokotów nie przyszedł... 
—  A ta pierwsza wiadomość dotarła do pani którego? — dziewczyna odezwała się nareszcie. 
—  W tym samym czasie. Łącznik widział go zdrowego. Syn był w trzeciej kompanii. Nosił 
na szyi apaszkę granatową w białe grochy. 
—  Wszyscy mieli takie. Nie pamiętam pani syna... 
—  Łącznik wyszedł stąd trzynastego września... 
—  Trzynastego!... — dziewczyna krzyknęła prawie. Zakręciła się jak nieprzytomna. 
—¦ We środę... — przerzucała niespokojne spojrzenia na matkę, na starego, drŜące ręce 
przesunęła po stole, jakby czegoś szukała. 
—  Trzynastego zaczęło się natarcie... Niemcy wysadzili most... 
—   Mówiłem, Ŝe nic się pani nie dowie... Ona nikogo nie znała. Niech pani juŜ idzie! — w 
głosie starego matka nie czuła juŜ gniewu, raczej prośbę. 
Dziewczyna gwałtownie odwróciła się i podeszła do kuchennego okna. Stała teraz tyłem do 
matki. 
—  Trzynastego zginął kapral „Wrona". Został po nim wolny karabin. Niemcy strzelali z 
Nowego Zjazdu, z muzeum, ze ślimaka przy moście. Nie było komu strzelać. Było ich mało 
na taką siłę. 
86 
—   Stefka, daj spokój, co to panią obchodzi. 
—  Ludzie w naszym domu nie wychodzili z kotłowni. Mieli juŜ dosyć. Powstańcy 
przychodzili i zabierali do budowania umocnień. Nie brali siłą, ale przychodzili na dół z 
bronią. Trzecia kompania... Nie było juŜ trzeciej kompanii. Ilu ich mogło być? Czterdziestu? 
— odwróciła się od' okna. Oczy miała szeroko otwarte. Podniecała się opowiadaniem. 
Mówiła coraz zapalczywiej, głośniej. 
—   Jak Niemcy wysadzili most, to całe okna, futryny leciały z góry, tu, na środek podwórka. 
A pod bramą leŜał kapral i umierał. Dostał w głowę, ale umierał długo. Wróciłam do kotłowni 
i powiedziałam, Ŝe jest wolny karabin. Mój narzeczony siedział razem z innymi cywilami. 
Jedyny młody, zdrowy męŜczyzna bez broni. PrzecieŜ umiał strzelać; kto wtedy nie umiał 
strzelać? Poszedł po ten karabin. 

background image

—  Stefka, przestań! — stary podszedł blisko, próbował wyprowadzić dziewczynę. Był za 
słaby. Dziewczyna odepchnęła go tak, Ŝe zachwiał się na swojej kulawej nodze i cofnął pod 
drzwi zrezygnowany. 
—   ...Wtedy Niemcy podeszli piwnicami pod nasz dom. Ktoś ich podprowadził. Ktoś, kto 
dobrze znał przejścia. Sami by nie poszli. Tam, w tej bramie od Nowego Zjazdu, była dziura 
przy samej jezdni, dziura do piwnicy. Tamtędy, nocą, chodziliśmy po pomidory na ogródki 
koło rzeźni. Kiedy mój narzeczony wyszedł ze mną, wziął ten karabin i poszedł do bramy. 
Stanęli we trzech naprzeciw dziury. Pokazywali mu miejsce, gdzie ma stanąć. Pobiegłam po 
zupę, bo nie zdąŜył zjeść, kiedy wyszła ta historia z karabinem. Zaraz wróciłam z talerzem... 
To tamci stali jeszcze nad nim. Tacy byli zdziwieni, Ŝe im się nagle osunął pod nogi, zapadł 
się między nimi. Któryś Niemiec strzelił do niego z tej dziury. Z paru kroków! śeby posiał w 
bok, to dostaliby wszyscy— i dowódca, i podchorąŜy. Ale Niemiec strzelał prosto. Trafił go 
w twarz. Ze sześć kul. A Niemców poprowadził ktoś dalej, pod mur do klatki schodowej. 
Stałam z tym talerzem i patrzyłam. A tam ten dowódca i podchorąŜy tak samo nie mogli się 
ruszyć. I wtedy huknęło. Niemcy wysadzili ścianę i skoczyli na klatkę schodową. Zrobiło się 
czarno od dymu, a oni strzelali. Nikt ich się tu nie spodziewał.  . 
Tamci dwaj z bramy pociągnęli mnie do kotłowni. Potem wszyscy powstańcy uciekli przez 
piwnice na drugą stronę i wyskoczyli przez parter na Ludną; włazili przez okna  do 
87 
tamtych domów. A ja nie mogłam podejść do niego. LeŜał w bramie i nie mogłam... Nie 
wystrzelił ani razu. PrzecieŜ nawet nie strzelał z tego karabinu! 
Dziewczyna odwróciła się od okna i spojrzała na starego. 
—  Ktoś Niemców podprowadził. Gdyby szli normalnie, ulicą... Ale stanęli w tej dziurze. O 
parę kroków... 
Matka posłyszała, Ŝe stary usiadł cięŜko na taborecie. Obejrzała się. MęŜczyzna siedział 
zgarbiony. Jedną nogę sztywno wyciągnął przed siebie. Masował ją powoli, kiwając się 
rytmicznie. Patrzył w podłogę przed siebie. 
—  Wszyscy potem zginęli, Stefka. Wszyscy. A który ocalał i miał broń, to go Niemcy 
rozstrzelali. Dla takiego nie było ratunku. — Podniósł głowę i popatrzył na matkę. — Pognali 
nas potem przed czołgami. Widziałem, co robili z takimi, którzy mieli broń. 
Podniósł się cięŜko i podszedł do piecyka. Zestawił kipiący czajnik. Zsunął fajerki. 
—  No i co, dowiedziała się pani? — powiedział z goryczą. Matka cofnęła się do wyjścia. 
—  Przygotuj, Stefka, herbaty. Pójdę do gazowni. Mieli przywieźć chleb. 
Matka wyszła na podwórze. Stanęła nad otworem do piwnicy. Owionął ją wilgotny chłód z 
czarnej czeluści. Odsunęła się pod ścianę, jakby ta dziura ją przeraziła. Stała teraz w miejscu, 
w którym wtedy stali tamci trzej. Dowódca, ten chłopak i jakiś podchorąŜy. Jerzy był 
podchorąŜym. MoŜe właśnie jego ominęły te kule? Myśl ta dziwnie podniosła ją na duchu. 
Jeśli był tak blisko śmierci i wyszedł cało, to widać nie było mu sądzone. 
Ruszyła w kierunku Ludnej. Tam przebiegali powstańcy. Jeśli stało się coś... Jeśli go nie ma, 
to moje poszukiwania nie doprowadzą do niczego. Muszę wierzyć, Ŝe Ŝyje, Ŝe gdzieś jest; 
muszę ze wszystkich informacji wybierać tę, która prowadzi dalej. Jeśli mi powiedzą, Ŝe 
zginęli wszyscy i tylko jeden się uratował, pójdę za śladem tego jednego. To będzie on. Tylko 
takie rozumowanie miało sens. Poczuła się mocniejsza. 
To nie było kłamstwo, nie próbowała zwieść się nadzieją; musiała tak działać, jakby Jerzy Ŝył 
na pewno. Trzeba go odnaleźć. Przyjechała tu po to, Ŝeby go odnaleźć, a nie Ŝeby posłyszeć, 
jak zginął.  Nadzieja przychodziła dopiero potem. 
Domy po przeciwnej stronie ulicy Ludnej były całe. Na pierwszej klatce schodowej zobaczyła 
ś

lady poŜaru, który jednak nie 

83 

background image

objął całego budynku. Zachodziła do kilku mieszkań i w tej, i w sąsiedniej bramie, nigdzie 
jednak nie zastała nikogo. Wszystkie domy po tej stronie ulicy były całe. Walki musiały trwać 
tu krótko. Natarcie, o którym mówiła dziewczyna, przeszło szybko i widocznie powstańcy 
zostali odepchnięci dalej. Przeszła przez którąś z bram na drugą stronę domów. Długa linia 
bloków sięgała aŜ do Okrąg. W odległości kilkunastu metrów wzdłuŜ domów ciągnął się mur, 
odgradzający od pustego terenu długie, kiszkowate podwórze. Mur był poharatany pociskami, 
w kilku miejscach przekuto w nim przejścia. 
Dotarła do ulicy Okrąg. NaroŜny budynek pod numerem dziewiątym wyraźnie stanowił 
redutę; tu walczono zacielde przez dłuŜszy czas. Dom był potęŜny, budowany przed epoką 
bloków mieszkalnych. Wyglądało na to, Ŝe mieścił się w nim urząd jakiś czy szkoła. 
Kilkanaście jego okien poszerzyły pociski czołgowe. Strzelali z bliska, skoro trafiali w okna. 
Tam pewno były powstańcze pozycje broni maszynowej. 
CóŜ z tego, Ŝe odtworzy sobie cały przebieg walk, Ŝe po resztkach domów odczyta drogę 
oddziałów walczących w tej dzielnicy. Błądzenie po ruinach nie naprowadzało jej na Ŝaden 
ś

lad. Podobniejsze było do zwiedzania miejsc, które oglądał Jerzy przed paroma miesiącami, 

albo teŜ do pielgrzymki, drogi krzyŜowej. Jeśli terminy były ścisłe czy choćby tylko bliskie 
prawdy, to przecieŜ między relacją z Ludnej a opowiadaniami o ranie i piwnicy na Solcu 
upłynęło trzy, cztery dni. 
Rozejrzała się. Na ocalałych resztkach murów, na ścianach bloków przy Ludnej, wszędzie 
widniały ślady pocisków, wyrwy od bomb. Strzelali ze wszystkich stron do garstki ludzi 
stłoczonych między tymi kilkoma ulicami. W kaŜdej chwili, w kaŜdej sekundzie spadały na 
nich setki pocisków. Ginęli w natarciu, gdy jeden nie widział drugiego, ukryci za paroma 
cegłami, ginęli, uciekając przed nawałą ognia z jednego okna do drugiego, ginęli 
rozpłaszczeni na ulicy, pozostawieni przez kolegów, którzy zdąŜyli do następnej osłony, 
ginęli pijąc wodę, śpiąc w piwnicy, odpoczywając gdzieś w kącie — zapomniani, rozrzuceni 
na róŜnych posterunkach, samotnie. Brak ich dostrzegano dopiero po kilku godzinach czy 
nawet po dniach. JakaŜ relacja, jaka opowieść najbliŜszego przyjaciela moŜe być absolutnie 
wiarygodna; kaŜda z nich, nawet najprawdziwsza, mogła być nieaktualna juŜ po kilku 
sekundach. Po co tu przyjechała? Z jaką nadzieją? Kto mógł jej opo- 
89 
wiedzieć to, w co mogłaby uwierzyć bez zastrzeŜeń? Nie było stąd wyjścia, nie było 
bezpiecznej drogi, nie było przecieŜ i takiego miejsca, które moŜna by uznać za bezpieczne. 
Mogła tylko spojrzeć na jego twarz, mogła tylko oczekiwać, kiedy przemówi do niej sam — 
wtedy uwierzy. 
Poczuła się obciąŜona przemoŜną rozpaczą i bezradnością. Zimno przenikało do brzucha, 
słabły kolana. Osunęła się na stertę cegieł. Co dalej? Nie miała siły oprzeć się takim myślom. 
Wybierając się w tę podróŜ nie przewidziała, Ŝe rozpacz moŜe być tak fizycznie odczuwalna. 
Posłyszała za sobą chrobot osypujących się cegieł. Siedziała dalej nieporuszona, nieciekawa 
przyczyny. Ktoś zbliŜał się do niej. 
—  Przepraszam najmocniej, czy nie mógłbym pomóc pani? 
Obejrzała się. Starszy pan w długim, ciemnym płaszczu z aksamitnym kołnierzem i owiniętą 
szalem szyją stał niedaleko sterty, na której usiadła. 
—   śle się pani czuje? -— Starszy pan podniósł rękę do okularów, które zsuwały mu się z 
nosa; były z jednej strony podwiązane sznurkiem. Płaszcz miał brudny, rękawy w strzępach, 
zabłocone poły. Kapelusz naciągnięty na nauszniki przysypany był wapiennym pyłem. 
—  Dziękuję panu.  Rzeczywiście,  trochę  jestem zmęczona. 
—  Tak, podróŜuje się teraz w nie najlepszych warunkach i pogoda nie sprzyja takim 
wyprawom w ruiny. — Zrobił nieokreślony ruch ręką, potem znowu sięgnął do zsuwających 
się okularów. 

background image

—  Mieszkaliśmy tutaj. Właśnie staram się dotrzeć do jednej z piwnic. Dlatego tak wyglądam 
— uśmiechnął się blado, kwitując badawcze spojrzenie matki. 
—  Był pan tu w czasie powstania? 
—  Tak. Do dwudziestego pierwszego. Potem wyprowadzono nas... to znaczy mnie i innych 
cywilów. 
¦—• Przyjechałam z Krakowa, Ŝeby odnaleźć swego syna. Był w grupie Radosława... 
—  Część wyszła kanałami  na  Mokotów. 
—  Właśnie. Mówili, Ŝe mój syn został ranny. LeŜał w piwnicy na Solcu. W dowództwie. 
—  Ach, tak... — zmartwił się wyraźnie. ¦—¦ Jesteśmy w podobnej sytuacji... Moja Ŝona 
chciała pomagać rannym. Ja...   zostałem   w   domu.   Niemcy   nie   ewakuowali   tamtych 
90 
piwnic z rannymi. Teraz próbuję dostać się do niej. Pozwoliłem jej odejść samej. Niedobrze 
się stało... — Głos mu lekko zafalował, chrząknął i poprawił okulary. 
Zimno znowu podeszło jej aŜ do Ŝołądka. Poczuła kropelki potu na plecach. Wstała, 
przemagając narastające uczucie pustki. 
—  Dowództwo było na Solcu pod trzydziestym dziewiątym. Dom jest zburzony, ale... spaliła 
się tylko piwnica. 
Zachwiała się przekraczając rumowisko. Podał jej rękę. To dotknięcie pomogło jej, dodało 
siły. Nie chciała czuć się solidarna w nieszczęściu z tym człowiekiem. Wyszarpnęła się. 
—  Jeśli wolno coś doradzić... Nie szedłbym tam na pani miejscu... Wejście do piwnicy jest 
zawalone. A przez dziurę od podwórza niebezpiecznie, stropy słabe... 
Wyminęła go. Szła na przełaj przez ruiny ku domowi przy Solcu. Teraz zrozumiała, Ŝe 
poszukiwać moŜna było tylko tak, jak to robił ten nieznajomy: docierać do piwnic, 
rozdrapywać ruiny, sterty cegieł i zaglądać w twarze poszarzałe, zniekształcone, domyślać się 
rysów, choćby po to, Ŝeby nie znaleźć, Ŝeby umacniać przeświadczenie, Ŝe nie ma go między 
nieŜywymi. 
Weszła do posesji od strony podwórza. Dojrzała otwór ciemniejący pod ścianą. Miała przy 
sobie latarkę. W słabym świetle widziała korytarz rozgałęziony na boki. Oświetliła drogę w 
dół. Schowała latarkę do kieszeni kurtki i zsunęła się, nogami szukając oparcia. Zwisła na 
rękach i nie czulą jeszcze podłogi piwnicy pod stopami. Nie miała juŜ siły dźwignąć się z 
powrotem. Przeleciało jej przez myśl, Ŝe nie wyjdzie tędy na powierzchnię, ale juŜ było za 
późno. Mogła tylko rozewrzeć palce. Upadła w ciemność. Nie było tak głęboko. Poczuła, 
jakby ktoś poduszkami zasłonił jej szczelnie uszy. Dalekie odgłosy Ŝycia utonęły w 
ciemności. Stała chwilę bez ruchu. Posłyszała najpierw mocne bicie serca i swój szybki 
oddech, potem tępe, padające na rozmiękłą ziemię kapanie wody. Oczy powoli oswajały się z 
mrokiem, ale widziała najwyŜej na metr, dwa w głąb piwnicy, dalej czaiła się ciemność. 
Stamtąd wypełzał słodki, mdlący odór pomieszany z gryzącym, zapachem przepalonej w 
ogniu zaprawy. Na chwilę wstrzymała oddech. Cisza wypełniała ją całą, podchodziła do 
gardła, otumaniała. Wyszarpnęła latarkę z kieszeni i ruszyła korytarzem. Cegły były 
poczerniałe od spalenizny, jęzory ognia miękkimi łukami ułoŜyły na murze smugi skierowane 
do szpar i przywalonych rumowiskami  otworów. Korytarz kończył się 
91 
nagle. Przed nią otworzyła się aksamitna czerń. Spuściła latarkę ku ziemi. Nie chciała 
spojrzeć tam nie przygotowana. Wiedziała, co tam zobaczy. Odór wsiąkał w jej ubranie, 
podchodził do ust, nie moŜna się było obronić chustką przytkniętą do warg. Wiedziała, Ŝe tam 
leŜą. Nie wiedziała tylko, jak to wygląda. Nie przychodziła jej do głowy Ŝadna myśl, która by 
mogła przywrócić rozsądek i opanowanie. 
— Muszę tylko stwierdzić, Ŝe jego tu nie ma — powiedziała do siebie głośno. Usta miała 
pełne śliny i brzydziła się ją przełknąć. Splunęła do chustki. 

background image

Podniosła latarkę. LeŜeli pokotem pod ścianami i przez środek piwnicy. Gdzieniegdzie 
szeregi były złamane. Bała się dopowiedzieć, co spowodowało, Ŝe niektóre z tych ciemnych 
podłuŜnych kształtów znalazły się poza ordynkiem. Nakierowane były ku wyjściu, 
wyciągnięte na całą długość lub skręcone ostatnim wysiłkiem, nim spadla na nie ciemność. 
Nachyliła się, wyciągnęła rękę z latarką. Pierwszy leŜał na wznak. Wydał jej się tylko 
niesamowicie mały. Spalił się zupełnie. Zwęglona skóra zmarszczyła się. Ścięgna szyi 
wystąpiły na wierzch jak napięte struny. Przeniosła światło latarki dalej, ale zamknęła oczy. 
Wiedziała juŜ, Ŝe ten obraz będzie mogła wywoływać z pamięci do końca Ŝycia. MoŜe uda się 
przejść koło tych szeregów, nie oglądać kaŜdego tak dokładnie, ale wiedziała, Ŝe musi zbliŜyć 
się do ka-Ŝdej z tych twarzy, by móc rozpoznać rysy. I nagle zapragnęła, Ŝeby przenikliwe 
ś

wiatło rozproszyło wszystkie cienie, Ŝeby te trupy przestały być tak bardzo człowiecze, by 

moŜna się było przyjrzeć im z zimną uwagą badacza. Włosy wysunięte spod szala łaskotały 
jej policzki jak delikatne dotknięcia, słuch poprzez głuche łomotanie tętna łowił osypywanie 
się gruzu, grzechot cegieł, stąpania i głosy. Cofnęła się pod ścianę. Kręciło się jej w głowie. 
Jeśli dłuŜej zostanie w tej piwnicy, oszaleje. 
Upadła na kolana i gorliwie przysunęła się do pierwszego szeregu. Pochylała się do twarzy, 
rąk. Działała mechanicznie, juŜ prawie zapomniała, po co tu się znalazła, nie pamiętała o 
swoim bólu, rozpaczy i zimnie. Uderzyła głową w mur. Spojrzała na cegły z bliska. 
Oszołomiona ledwie rozpoznawała ich chropowatość. To był koniec piwnicy, odwróciła się, 
nie wstając z klęczek, i oparta o mur poświeciła po leŜących aŜ do przeciwległej ściany. 
Uświadomiła sobie, Ŝe dotąd go nie znalazła. Jednak nie potrafiła się z tego ucieszyć. 
Zatruta gazami juŜ prawie traciła przytomność, chwiała się 
92 
na kolanach. Trzeba wstać i dojść do otworu. Łyknąć trochę powietrza. Inaczej zostanie tu na 
zawsze, z nimi wszystkimi. Kiwając się i podpierając rękami dowlokła się do piwnicznego 
korytarza. Poczuła chłodniejszy powiew. Słyszała nad sobą jakiś głos. Huczał w podziemiu, 
rozchodził się zwielokrotniony pod jej czaszką, ale nie rozumiała, skąd przychodzi, nie 
rozróŜniała słów. Było jej wszystko jedno. Utknęła głową w załomie muru. Próbowała się 
jeszcze odwrócić i usiąść, wiedziała, Ŝe tak będzie lepiej, ale nie miała juŜ sił. 
Znieruchomiała. Jak przez watę posłyszała jakieś słowa. Po chwili, budząc się z omdlenia, 
oddychała nierówno, jak po płaczu, urywanym, ale coraz pełniejszym rytmem. 
-----Musi pani wstać.  Nie  dam  rady wyciągnąć pani  na 
górę. 
Starszy pan przysiadł koło matki i rozcierał jej dłonie, przykładał śnieg do skroni. Zimne 
struŜki spływały jej po szyi. Wzdrygnęła się,  dostała dreszczy. Wracała  świadomość. 
—  Dziękuję. Dziękuję panu — mamrotała. 
—   MoŜe pani wstać? Wyjdę pierwszy. 
—  Tak. JuŜ mi lepiej — nagle zrozumiała sens jego słów. „Nie. Jeszcze muszę wrócić. Nie 
widziałam wszystkich". — Pomyślała o tym bez przykrości. Teraz czeluść piwnicy nie 
wydała jej się tak przeraŜająca. 
—   Nie znalazłam go... 
—  Na pewno go tu nie ma — potwierdził starszy pan skwapliwie. 
—  Na pewno. Ale muszę to zobaczyć. Niech pan tu na mnie zaczeka. — Trąc plecami o mur 
podniosła się. Była słaba, ale czuła, Ŝe da radę dowlec się do piwnicy. Starszy pan nie 
oponował. Podparł ją ramieniem. Poszli oboje. 
Wracali jeszcze kilkakrotnie do otworu i odpoczywali, drŜąc z zimna. Pot spływał jej po 
twarzy, nawet nie usiłowała go zetrzeć. Dygotała tak, Ŝe starszy pan musiał przytrzymywać 
jej rękę z latarką. Jeszcze dziesięć, dziewięć, osiem skurczonych, zmalałych postaci. Nie ma 
go. Nie ma. Ale moŜe być jeszcze dalej, moŜe przy samych schodach, moŜe jeszcze gdzieś w 
innej części piwnicy. Starszy pan mówił, Ŝe jacyś powstańcy byli zabrani na tamtą stronę, Ŝe 

background image

przewieziono ich łodziami. Łodzie przypływały tu przez kilka nocy z rzędu, wracając 
zabierały rannych. 
Nie dopuszczała tych informacji do siebie, przeszkadzały jej. Musiała stwierdzić z całą 
pewnością, Ŝe Jerzego nie ma 
93 
w piwnicy, potem będzie mogła zastanowić się na tym, co robić dalej. Kiedy przesunęła się 
na klęczkach do ostatniego trupa i dygoczącymi rękami skierowała strumień światła na jego 
twarz, ustąpił strach, opuściła ją energia. Dała się objąć i odprowadzić do wyjścia. Starszy 
pan zsuwał ?? piwnicy jakieś cegły. Stawała na nich jak na stopniach, potem podał jej ręce i 
powoli wysunęła się na górę. Przysiadła na śniegu i nie chciało jej się wstawać. Nie czuła 
radości. Starszy pan ujął ją pod rękę i poprowadził do swojego mieszkania. 
W pokoiku było ciepło. Ocalała kuchenka. Nieznajomy dołoŜył węgla pod płytę. Pomógł się 
matce rozebrać i wtedy dopiero skłonił się przed nią. 
—  Pani wybaczy, ale... do tej pory nie przedstawiłem się... — pochylił się nad jej ręką i 
wymienił jakieś nazwisko. — Nie wiem, czy nie będzie to za śmiałe z mojej strony... Powinna 
pani koniecznie rozgrzać nogi. Mam tu pled — podał podróŜny kraciasty pled, pomógł zdjąć 
buty. 
—  Dziękuję panu. Naraziłam pana na trudy i stratę czasu. Uśmiechnął się. 
—  Pani pozwoli, Ŝe zaproponuję herbatę. Z pewnością nie miała pani okazji... — Był 
subtelny, troskliwy i nienaganny. Jego zachowanie pozwalało matce zapomnieć o małej 
izdebce, o stroju, zdjętych butach, o wszystkich tych okolicznościach, które ich zetknęły. 
Musiała na chwilę chociaŜ odetchnąć inną atmosferą i nie myśleć o tym, co przeŜyła i co ją 
jeszcze czeka. 
Starszy pan nie zaczynał rozmowy na ten temat. Nagrzał wody i dyskretnie wyniósł się, 
jakoby do sąsiadów po jakieś gospodarskie drobiazgi. Wrócił, gdy się umyła. Szykował 
kawałki chleba i nalewał herbatę. Pozwoliła się obsługiwać. Chciała odzyskać siły i przestać 
się troszczyć o cokolwiek; wyczuła, Ŝe starszemu panu sprawiła przyjemność rola troskliwego 
gospodarza. Poprawiał jej koc na nogach, przysunął stolik, podawał ogień do papierosa. Nie. 
Palić jeszcze nie mogła. Natychmiast wrócił tamten zapach, zrobiło się zimno, obraz 
doskoczył do oczu, aŜ poczuła nagły zawrót głowy. Zdusiła papierosa w popielniczce i przez 
chwilę siedziała mroczna, bez słowa. Zrozumiał. 
Przed zmierzchem chciała jeszcze dotrzeć do Saskiej Kępy, na której lądowały łodzie 
przeprawowe. PoŜegnała się. Do mostu, nurzającego się w wodzie, było blisko. Gdy stanęła 
na brzegu, zobaczyła sznur czarnych sylwetek,  sunących w dole 
94 
ostroŜnie pomiędzy pogiętymi, porwanymi stalowymi Ŝerdziami konstrukcji. Miejscami woda 
wydostała się ponad lodowe tafle, przyprószone śniegiem i na tym tle postacie gubiły się, 
jakby zapadały w, zimny, ruchliwy i groźny nurt. 
Na Saskiej Kępie nie miała kłopotów z odnalezieniem willi, w której mieścił się punkt 
opatrunkowy. Mieszkańcy tego domu powrócili do siebie prawie jednocześnie z wojskowymi 
oddziałami. Byli świadkami ostatnich walk w Warszawie, widzieli tonące, rozbijane 
pociskami łodzie, kryli się do piwnic przed niemieckim ostrzałem artyleryjskim, który miał 
udaremnić przeprawę, pomagali przy opatrywaniu rannych, których nie było wielu. Przez ich 
dom przewinęło się nie więcej niŜ trzydziestu powstańców; potem zabierano ich do polowego 
szpitala w Aninie. 
Matka wróciła do ronda Waszyngtona. Wiedziała, Ŝe tego dnia nie dotrze juŜ do Anina. 
Ciemno robiło się przecieŜ juŜ o szóstej po południu, a była teraz czwarta. Miała do wyboru:  
albo wracać  na  śoliborz i  następnego  dnia brnąć 
95 

background image

z powrotem ten szmat drogi, albo iść teraz w kierunku Anina i zanocować gdziekolwiek, a 
poszukiwania rozpocząć rano. 
Właściwie nawet nie podejmowała decyzji. Szła bezwiednie dalej ku linii średnicowej, 
wzdłuŜ parku Skaryszewskiego. 
Opowiadania ludzi z Saskiej Kępy wskazały jej wprawdzie kierunek, ale nie wzmocniły 
nadziei. Mówiono o straszliwym ostrzale przeprawy, o stratach oddziałów przepływających 
na tamtą stronę: były takie jednostki, które niemiecka artyleria i broń maszynowa 
dziesiątkowała juŜ tu, na praskim brzegu, nim zdołały zepchnąć pontony i łodzie do wody. 
Opowiadano o nocach zasnutych gęstym dymem, trzymającym się długo nad powierzchnią 
rzeki, burzonym wybuchami pocisków, o straszliwych krzykach, wołaniach o ratunek 
dobiegających stamtąd, ze środka tej kipieli. O godzinach niezwykłej jasności, kiedy Niemcy 
z róŜnych stron wystrzeliwali rakiety oświetlające, o zbełtanej, spienionej wodzie sieczonej 
bezustannie i od strony zwalisk mostu, i od ślimaka, i od półwyspu przy porcie 
czerniakowskim. Nie było, naprawdę nie było bezpiecznego miejsca ani bezpiecznego 
odejścia z tego piekła, na które patrzyli ponad nurtem rzeki w dzień i w nocy. 
Znowu, z kaŜdym krokiem, kaŜdą sekundą dziejów tych kilku dni malały szanse dla kaŜdego 
człowieka, malały nadzieje. JakiŜ znikomy procent leŜących tam na Solcu rannych 
wyniesiono na brzeg, ilu spośród nich dotarło do łodzi, ilu z płynących znalazło się na Saskiej 
Kępie, ilu z tej liczby miało jeszcze siły Ŝyć, przetrwać, ocaleć aŜ do szpitalnego łóŜka? A 
potem... 
Odwaga .opuściła ją. Ten dzień odebrał jej wiele lat Ŝycia i czuła, jak powoli, ale bez ustanku 
gaśnie w niej zapał, który musiała hamować jeszcze dziś, idąc na śoliborz, jak wypływa z 
niej — niby krew — ochota do czegokolwiek. Nie pchała jej nadzieja zdobycia pewności, Ŝe 
syn Ŝyje i czeka gdzieś w szpitalu. Szła automatycznie, pochyliła się bezwiednie, 
przyzwyczajona do tego, Ŝe idzie. Zdawało się, Ŝe juŜ całe Ŝycie przewędruje, rozpytując po 
drodze, czy ktoś nie wie, gdzie podział się jej syn. Będzie tak pytała bez nadziei na 
otrzymanie jakiejś jednej odpowiedzi, która doprowadzi ją do celu. 
Na Grochowskiej zeszła na jezdnię. Nie zauwaŜyła, Ŝe samochód, nadjeŜdŜający od strony 
dworca zahamował gwałtownie. Zakręcił się i zatrzymał tuŜ przy niej. Nie zdawała sobie  
sprawy,  Ŝe była  tak blisko końca.  Kierowca wymyślał 
96 
z rosyjska. Wylazł z szoferki z korbą, bo silnik zgasł przy tym piruecie. 
—  Nie widzisz, co narobiłaś? Ciebie bym zabił, wóz rozbił — wrzeszczał zbliŜając się z 
korbą do zapatrzonej niemo kobiety. Zastanowiła go widocznie jej twarz bez wyrazu. Umilkł. 
Pochylił się nad silnikiem. Pytał przez ramię: 
—  Dokąd? Świata boŜego nie widzisz! 
Stała nadal bez słowa, więc zwrócił się do niej i spojrzał badawczo. 
—  No, co? To ja mam cię przepraszać? 
—  Przepraszam  —  odpowiedziała. Zakręcił korbą, silnik zaskoczył. 
—  Dokąd? 
—  Do Anina. 
¦— Czort... Gdzie to? 
—  Parę kilometrów. Na drodze do Otwocka. 
—¦ Na Otwock jedziemy? — zapytał podoficera w szoferce. Tamten skinął głową. 
—  Siadaj — zawrócił do szoferki. Stała dalej bez ruchu. — No, siadaj, podwieziemy. 
Szybko, szybko! 
Dostała się do wozu z pomocą Ŝołnierzy, którzy zrobili jej miejsce za budą szoferki, tam 
gdzie najmniej wiało. Samochód ruszył. Nikt jej o nic nie pytał. Przykucnęła i opatuliła się 
jak mogła najszczelniej. Któryś z Ŝołnierzy narzucił jej na nogi plandekę. Podziękowała 
spojrzeniem. 

background image

Wysadzili ją w Aninie między domami rozrzuconymi szeroko po lesie. Kierowca coś tam 
jeszcze przygadał o niedoszłym wypadku, ale juŜ ze śmiechem. Zawrócili. Samochód zjechał 
na pobocze. Pył śniegowy uniósł się spod kół. śołnierze śmiejąc się machali rękami; 
przesłaniał ich biały obłok. Sylwetka wozu malała, wtapiała się w ciemny tunel drogi; na 
zakręcie zawadzili budą o obciąŜone śniegiem gałęzie i po chwili została po nich juŜ tylko 
drŜąca, rozmigotana bielą mgła. 
Drzewa stały szeroko, nie tknięty stopą śnieg rozfalowaną płaszczyzną błękitniał i 
granatowiał w oddali. Wokół pni tworzyły się zaklęśnięcia łagodnie spływające aŜ do 
warstwy suchych, rudych liści. Od strony Wisły w rozpogodzonym pod wieczór niebie 
ukazały się długie cienie róŜowo prześwietlone smugami ostatnich promieni. Pomiędzy 
drzewami widniały ciepłe prostokąty Ŝółtego światła z zatopionych w lesie okien. Było cicho, 
kolorowo i śnieŜnie, jak w dziecinnej bajce. Matka stała chwilę nieruchomo. Wstępowała w 
nią pogoda i cierpli- 
7 — A gdy mnie trafi... 
97 
wość, które wygładzały zmarszczki cierpienia, uciszały uczucie krzywdy i bezradności. 
Nasłuchiwała, czy nie doleci do niej dźwięk dzwonków i głuchy trucht konnego zaprzęgu, 
jakieś słowa ciepłego powitania albo nuta śpiewu rozciągnięta w koronach drzew. 
Skręciła do najbliŜszego domu, w którym połyskiwało chybotliwe światło. Szła ostroŜnie 
wąziutką ścieŜką, wydeptaną w gładkiej puszystej bieli. Weszła na drewnianą werandę 
duŜego, piętrowego domu; szeroka poręcz biegła wokoło, pod nią cienkie deszczułki 
wykrojone były w misterny wzór, nie malowane drzwi, wianuszek zeschłych polnych 
kwiatków za* tknięty nad framugą. Okna przesłonięte były drewnianymi okiennicami. 
Zapukała. 
—  Proszę, proszę. Otwarte! — dobiegł z wnętrza męski głos. Posłyszała odsuwanie krzesła i 
kroki. Na jej spotkanie wyszedł wysoki, barczysty męŜczyzna. Zamknął drzwi i wprowadził 
ją do pokoju. Przy stole siedziały dwie kobiety. Jedna z nich, młodsza, z upiętymi w koronę 
warkoczami podniosła się na powitanie. 
Matka poczuła się jak w domu. Było ciepło, na stole dymiły szklanki z gorącą herbatą, stał 
słoik z konfiturami, leŜał chleb i na wzorzystym talerzu kawał białego sera. Zapraszali ją do 
stołu, nie czekając wyjaśnień. Dopiero gdy usiadła i postawiono przed nią herbatę, mogła 
powiedzieć, z czym przychodzi. 
Szpital w Aninie działał przez długi czas. Umieszczono rannych częściowo w namiotach, 
częściowo w domach, które kiedyś były pensjonatami. Gospodarze znali tylko tych, którzy 
leŜeli w ich domu, ale wśród nich nie było ludzi z powstania. Wiedzieli jednak o tym, Ŝe 
przychodziły transporty z tamtej strony Wisły, Ŝe między Ŝołnierzami regularnego wojska 
byli i powstańcy. Nie umieli powiedzieć nic bardziej określonego. 
—  NiechŜe pani pije herbatę i je cokolwiek — zapraszała starsza. 
—  Zaraz, zaraz. Pomyślimy. Kto by tu taki... Jest. Jadwiga! Ubieraj się. Pójdziesz z panią do 
księdza. Tu, niedaleko ¦mieszka ksiądz. Był tu cały czas. Chodził między rannymi. JeŜeli ktoś 
moŜe coś wiedzieć, to tylko on... Na pewno jest u siebie. Poczciwy starowina, dobry 
człowiek. Biegał z sakramentami, dreptał wszędzie. Puszczali go nawet do domów, gdzie 
leŜeli sami ruscy. Zaprowadzisz panią. Gdyby księdza nie było, 
to pójdziesz do kaplicy. Wiesz, gdzie go szukać. 
98 
Młoda kobieta narzuciła koŜuszek i wciągnęła kapce. 
—   Weź coś na głowę. 
—¦ Włosy ją grzeją — roześmiał się gospodarz. 
—   Potem niech pani wróci. Pokoi nie brak, a i pościel się znajdzie. Niedobrze teraz 
wędrować po nocy — zapraszała kobieta. MęŜczyzna odprowadził je do drzwi. 

background image

Spotkały księdza przed kaplicą. Był stary, niesforne siwe kosmyki opadały mu na uszy, wokół 
oczu ułoŜyły się promieniście cieniutkie zmarszczki. 
—  Pani do mnie? Zaraz słuŜę, zaraz. Wprowadź panią, Jadziu. Proszę się nie krępować, ja 
tylko na chwileczkę do kaplicy — podreptał szybko. Nim zdąŜyły usiąść w niewielkim 
pokoiku pełnym półek i etaŜerek z ksiąŜkami, wrócił, otu-pał śnieg z butów, zdjął płaszcz i 
usiadł za stolikiem, który słuŜył mu za biurko. 
:— Słucham panią, juŜ słucham. A moŜe to jakaś sprawa...— spojrzał na młodą kobietę. 
—  Nie, nie. Trafiłam do księdza, bo powiedzieli mi państwo, Ŝe ksiądz był tu w czasie 
powstania... Kiedy przywozili rannych. 
-— Tak, dziecko, byłem.  Słucham, słucham. 
•—¦ Mój syn był w powstaniu... Na Powiślu. Przypuszczam, Ŝe... JeŜeli przedostał się przez 
Wisłę, to musiał tu trafić. 
¦—- Wszyscy przechodzili przez nasz szpital — potwierdził ksiądz. 
—   MoŜe go ksiądz widział?... 
Ksiądz dotąd nachylony ku niej nad stołem, teraz wyprostował się, ręce złoŜył na blacie. 
—¦ Niewielu ich było, dziecko. Bardzo niewielu. Pamiętam wszystkich. MoŜe nie z nazwiska, 
bo nie wszyscy wtedy mówili nazwiska, ale z twarzy pamiętam. 
¦—- Mój syn miał... Ma dwadzieścia lat, średniego wzrostu, brunet. W panterce. Panterka to 
taka... 
—   Wiem, wiem, dziecko. 
—  Miałam wiadomości, Ŝe był ranny, ale nie wiem, czy cięŜko. 
—  Nie mógł być cięŜko ranny. Nie brali na przeprawę. ¦—¦ Ach tak... 
Nie pomyślała o tym wcześniej. Rzeczywiście, jeśli przeprawa była tak groźna, tyle łodzi 
tonęło, to brali tylko takich, którzy nawet w razie wypadku mogliby się utrzymać na wo- 
99 
dzie. To jasne... Ale przecieŜ nie było go tam, w piwnicy. Więc nie był cięŜko ranny! 
—  Mów, mów, co wiesz. Wtedy ja powiem, co pamiętam. 
—  Był z oddziału „Parasol"... Niewiele więcej... — zamilkła. 
—  Wierzący? 
Pytanie wydało jej się absurdalne. Spojrzała w oczy księdza. 
—  Czy był wierzący? To waŜne. Dopuszczali mnie tam, gdzie byłem potrzebny. Udzielałem 
sakramentów, ale tylko wtedy, gdy mnie wzywano — wyjaśnił. 
—  Wierzący — powiedziała cicho, była zawstydzona. Ksiądz uśmiechnął się. 
—  Przypuszczam, Ŝe prosiłby o sakramenty, gdyby wiedział, Ŝe jest taka moŜliwość. 
Widzisz. W ten sposób z tej grupy juŜ moŜna wyeliminować mniejszą gromadkę. A moŜe 
masz jego zdjęcie? Matka Ŝachnęła się. 
—  Mam, oczywiście, Ŝe mam... — Porwała chlebak, nerwowymi ruchami szarpała pasek. 
Wydostała portfelik, gdy otworzyła go nad stołem, zdjęcia wysypały się na blat. Wybrała to, 
na którym Jerzy miał twarz roześmianą. Takim go chciała widzieć, taki wydawał się jej 
najpodobniejszy do siebie. 
Ksiądz nałoŜył okulary i pochylił się nad zdjęciem. Patrzyła na jego twarz w napięciu. 
—  Jak miał na imię? — zapytał ksiądz. 
—  Jerzy — wyszeptała. Musiała przełknąć ślinę i powtórzyć to głośniej. 
—  Pamiętam takiego. Zaraz, zaraz. LeŜał w „Dianie", na parterze. Spowiadał się i 
komunikował... Masz moŜe inne jego zdjęcie? 
Podsunęła księdzu resztę. Przebierał wśród nich chwilę i znowu się pochylił; twarz mu nagle 
pomroczniała. Ręce ze zdjęciem trzymał jeszcze na stole; wyprostował się i spojrzał na 
matkę. 
—  Ale to chyba nie był twój syn... Miał dwadzieścia lat... śonaty? 
—  Nie, skądŜe... Nie... 

background image

—  To nie był twój syn, dziecko, bardzo podobny, ale nie... nie... 
Znowu uczuła, jak robi się w środku pusta i zimno pod- 
100 
chodzi od brzucha do piersi. Ksiądz zdjął okulary. PołoŜył ręce na jej dłoniach. 
—- Widzisz, dziecko. Ten, którego pamiętam, był Ŝonaty. Przychodziłem do niego. Był 
cięŜko ranny, ale niegroźnie, w nogę. Po tygodniu zabrali go do szpitala w Lublinie. 
Pamiętam go. Miał na prawej ręce obrączkę. Był Ŝonaty. Nie wypytywałem go o to, ale 
obrączkę widziałem. 
Matka poczuła, jak krew uderza jej do twarzy, serce waliło nieprzytomnie. Wyswobodziła 
ręce z uścisku księdza i swoimi ścisnęła jego chłodne palce. Nachyliła się nad stołem i 
zbliŜyła swoją twarz do jego oczu. 
—  Jaką obrączkę, proszę księdza? Jaką? 
—  Zwykłą obrączkę... Tyle Ŝe srebrną — powiedział zdziwiony. 
Zwiotczał uścisk jej dłoni na palcach księdza. Opadła na stół, przysunęła jego ręce do twarzy i 
trwała tak nieruchomo. 
—  Co ci jest, dziecko, opanuj się! — usiłował unieść jej głowę, ale przywarła do jego rąk 
mocno. Czuł, jak łzy ciekną z jej twarzy na jego palce. Wreszcie podniosła się, wyprostowała 
nie cofając rąk. Czoło wygładziło się, w półprzymknię-tych oczach widniał wyraz pogody. 
—  To był mój syn. Teraz wiem na pewno, Ŝe to był mój syn •— wyszeptała powoli, 
spokojnie. 
To nie do wiary, by pół roku temu Jerzy nałoŜył tę obrączkę tylko po to, by teraz skrócić jej 
niepokój, odegnać rozpacz. Jego młodzieńczy Ŝart wracał teraz do matki dziwną koleją. 
W ciszy, która zapadła w pokoju, posłyszała dzwonki dalekich sanek i śpiew. Melodię znaną, 
tkliwą i pogodną, która rozpłynęła się po lesie. 
Następnego dnia wróciła na śoliborz przed podróŜą do Lublina. Chciała podzielić się z 
sąsiadami radosną nowiną. Wiedziała, Ŝe juŜ go niedługo zobaczy. Ustąpiła niecierpliwość. 
Czuła się rześka i świeŜa po nocy spędzonej w normalnym, zasłanym łóŜku. Nastrój 
Ŝ

yczliwości i pogody wyniesiony z pensjonatu w Aninie napełnił ją spokojem i pomógł 

zapomnieć o zmęczeniu. Wierzyła tak mocno w szczęśliwe zakończenie swojej podróŜy, Ŝe 
nie mogła sobie uświadomić, jakie okoliczności wtrąciły ją wczoraj w rozpacz. 
Gdy skręciła na podeście schodów do trzeciego piętra, coś 
10I 
uderzyło ją w wyglądzie drzwi. Były pomazane czarnym ołówkiem. Ktoś tu był. Zostawił 
wiadomość. Podeszła bliŜej. Szerokim, okrągłym pismem nieznany informator zawiadamiał, 
Ŝ

e Jerzy jest w Lublinie w szpitalu nr 62. 

Dotknęła delikatnie palcami drzwi. Uśmiechnęła się do napisu. Nie zastanawiała się nad tym, 
Ŝ

e gdyby wiadomość dotarła do niej kilkanaście godzin wcześniej, nie byłoby chodzenia po 

Powiślu ani piwnicy, ani przeprawy na Saską Kępę, ani rozmowy z księdzem. Nie myślała o 
tym, Ŝe tyle mogło jej być oszczędzone. Nie czuła nic poza radością. 
IV 
Zostawił ją. Zostawił wszystko po tamtej stronie. Nie odwrócił wzroku przez cały czas, kiedy 
się od niej oddalał. A teraz cała woda była juŜ za nim. Łódź zahamowała gwałtownie, trąc 
dnem o piach brzegu. śołnierze chwycili koc, podnieśli. Nadleciały pociski. Upadli wszyscy. 
Kiedy przegrzmiało, Jerzy zobaczył ogieniek niedaleko, znak przeprawowy; koło niego była 
juŜ tylko ElŜbieta. 
•—¦ Nie ruszaj się stąd. Znajdę cię. 
Zniknęła w ciemnościach. Pociski rozrywały się coraz bliŜej, znowu minął spokój i Jerzy nie 
spoglądał juŜ na drugą stronę. Bał się. Posłyszał chrzęst kroków na piasku i rozmowę. Szło 
kilku ludzi. Gadali o głupstwach. Zajęczały pociski. Jerzy dostrzegł postacie na tle nieba. 

background image

Jeden upadł na niego, szukając osłony. Noga zabolała przeraźliwie. Krzyknął- śołnierze 
poderwali się. 
—  Ranny! Chłopcy, po nosze — zawołał ten najbliŜszy. Znowu Jerzy został sam. Po chwili 
ElŜbieta wróciła z kilku Ŝołnierzami; przynieśli nosze. Zabrali go do willi stojącej na fkraju 
Saskiej Kępy, nad brzegiem. Jerzy zobaczył rozbite drzwi, drugie z całymi jeszcze szybami ze 
szkła katedralnego pałały rozmazanymi blaskami. Kiedy wszyscy wyszli, posłyszał 
monotonny głos. Nie rozumiał słów; była to jakby modlitwa, jakby zaklęcie, powtarzane w 
kółko, bez końca. Strach zjeŜył mu włosy na głowie. Nie odróŜniał słów szaleńca. Zaczął 
krzyczeć, wyć, Ŝeby zagłuszyć słowa tamtego. Drzwi z szybami rozwarły się. Wypadł z nich 
człowiek w mundurze. Kredy nachylał się nad krzyczącym, Jerzy zobaczył błyskające 
gwiazdki na szerokich, sztywnych epoletach. 
—  Kto takoj? — oficer pochylił się, pomacał ręką. Potem wyciągnął z ust tlącego się 
papierosa i wetknął w usta Jerzemu. Zawrócił do pomieszczenia za szybami i zamknął 
gwałtownie drzwi. Jerzy oprzytomniał i nasłuchiwał. Gdy kroki umilkły, znowu posłyszał  
głos tamtego. 
—¦ Adin, dwa, tri... Podaj na strajku, podaj na strojku. Tut wisznia, tut wisznia, kak słyszytie 
mienia? — pauza i znowu: — Adin, dwa, tri, czetyre... •—¦ W kółko, obłędnie, ale teraz juŜ 
rozumiał, wiedział, przestał się bać. Papieros parzył mu wargi. Jerzy zgasił go i ukołysany 
monotonnym głosem nagle przestał widzieć rozbłyski za szybami. 
103 
Potem przyszli po niego. Wynieśli na ciemną przestrzeń, władowali na jakąś furkę; 
zaklekotała nie po chłopsku jadąc asfaltem. Potem była jakaś willa, rozjarzone w piwnicy 
wnętrze pełne zapachu lekarstw, kobiety w białych, zakrwawionych fartuchach i niski, 
czarniawy człowieczek. ElŜbieta coś im tłumaczyła. Podeszli. Ten czarny miał na sobie 
mundur, fartuch narzucony tylko na ramiona. Siostry przygotowały zastrzyk. Tryskały 
płynem pod światło, srebrna smuga zrosiła twarz Jerzego. 
—   Boli? — zapytał czarny oficer. Jerzy skwapliwie przytaknął. 
—   I morfina — lekarz zwrócił się do sióstr. 
—   Co to za zastrzyk? — zaniepokoił się Jerzy na widok ogromnej, chyba weterynaryjnej 
strzykawki, z którą pielęgniarka zbliŜyła się do stołu. Lekarz roześmiał się. 
_ — Patrzajcie, jaki ciekawy. Nogę ma rozbitą, a zastrzyku się boi. Morfina, kamfora i... 
—  TęŜec — podpowiedziała pielęgniarka, bo lekarzowi nie starczyło polskiej nazwy. 
—   TęŜec — powiedział z wysiłkiem wymawiając nosówkę. 
—  Miałem tęŜca przed tygodniem. Robili mi dopiero co, nie moŜna mi robić tęŜca... —
zagadał Jerzy szybko, próbując odsunąć rękę pielęgniarki. Lekarz uśmiechnął się spokojnie. 
Przytrzymał ręce Jerzego. Zrobili mu zastrzyk. Światło po chwili zmętniało. Potem było 
ciemno. Kiedy otworzył oczy, ElŜbieta nachylała się nad nim. 
—  Jerzy, zabiorą cię do szpitala, do prawdziwego szpitala. Ja wracam... 
—   Nie moŜesz, ElŜbieta, musisz być przy mnie. 
—  Przeprawiają się. Pójdę. 
—  Do czego? MoŜe tam juŜ nie ma gdzie lądować. 
—   Płyną jeszcze. 
—   ElŜbieta, nie odchodź! 
—  Trzeba. 
—   Ja ci zabraniam. Daję rozkaz, Ŝebyś została! 
—   Nie moŜesz mi juŜ rozkazywać — mówiła łagodnie, cicho, jak do dziecka. Ujęła go za 
rękę. Uściskał ją, panicznie, nerwowo obejmując jej palce obiema rękami. 
—  Proszę cię, nie idź. To nie ma sensu. 
—  Do widzenia, Jerzy. —- ElŜbieta! 
Odwróciła się na progu i uśmiechnęła się tak, Ŝe Jerzemu 

background image

104 
łzy zakręciły się w oczach i płacz zdławił go gwałtownie. Znikła. Znowu spadła na niego 
ciemność, odurzający welon, czuł, Ŝe się dusi, Ŝe oddychać mu coraz cięŜej; gorąco i odór 
apteczny wpływały do płuc. Ból odchodził. 
Było jasno. Wynieśli go na ulicę i wsunęli nosze do sanitarki. Na dole Jerzy dojrzał rannego z 
omotaną bandaŜami głową. Ranny jęczał bezustannie. 
Kierowca opóźniał odjazd, bo ostrzał artyleryjski przewalał się po ulicy i Jerzy widział, jak 
pryskają w kłębach dymu mury sąsiednich domów. Potem ruszyli nagle. Kierowca brał ostre 
zakręty. Jerzy złapał się za drąŜki noszy. Ranny na dole rozkrzyczał się strasznym, 
chrypiącym głosem. Jerzy walił w szoferkę i krzyczał do kierowcy, ale to nie pomogło. W 
pewnej chwili kierowca, znudzony widocznie tym łomotaniem za plecami, odwrócił się. 
— Ostrzał, musimy szybko przejechać. A temu i tak niewiele brakuje. Widzisz, Ŝe w głowę 
ranny? I tak Ŝywego nie dowiozę. 
Jazda trwała długo. Wreszcie stanęli i nosze wytaszczono na polankę pachnącą Ŝywicą, 
roztańczoną przesianym przez liście słońcem. Opodal stały wielkie namioty. 
Wniesiono go do jednego z nich. Wypełniony był zapachem środków dezynfekcyjnych i krwi. 
Stoły operacyjne stały obok siebie. Cztery. Jasne światło, padające od dachu na kaŜdy stół, 
wybielało prześcieradła i serwety, których nie nadąŜano zmieniać; narzucono je na plamy, 
aby szybciej, bo juŜ podchodził następny. Jerzy leŜał pod ścianą i przyglądał się wszystkiemu 
z zimnym obiektywizmem niezainteresowanego obserwatora. W nogach kaŜdego stołu stał 
niewielki taboret, przy którym siedziała siostra i notowała. Chirurg albo wypytywał rannego o 
personalia, albo odczytywał numer z blaszki identyfikacyjnej, jeśli ranny był nieprzytomny; 
potem, operując, mówił głośno, co robi. Ranni, którzy dotarli do namiotów o własnych siłach, 
siedzieli pod ścianami i czekali swojej kolejki, komentując kaŜdą amputację, czasem- któryś 
dowcipkował nerwowo i spoglądał na towarzyszy. 
Jerzy nie czekał długo. Obserwował do końca zabieg i dziwił się, Ŝe tak mało interesuje go 
jego własna noga. Patrzył na twarz lekarza, asystentki, widział wystające spod fartuchów 
kołnierze mundurów, słuchał rosyjskich zwrotów, przeplata- 
105 
nych łaciną i nagle uświadomił sobie, Ŝe jest oto między tymi ludźmi, na których pomoc 
oczekiwał tam, za Wisłą. Uczucia, które ogarniały go na tamtym brzegu, kiedy myślał o 
spotkaniu z nieznanym, tu zniknęły, przestały być waŜne w zetknięciu z realnymi działaniami. 
Przychodził tu ranny, a oni wykonywali swój zawód, nie poświęcając mu ani mniej, ani 
więcej czasu niŜ innym, nie dziwił ich brak munduru, niemiecka panterka i znak „Parasola" 
na czapce. 
Po operacji przewieziono go do szpitala, który rozlokował się w pensjonatach na terenie 
letniskowej miejscowości. Sanitarka stanęła przed schodkami oszklonej werandy. Przy 
niewielkim stole załoŜonym papierami siedział radziecki podoficer. Na sztywnych epoletach 
iego kurtki Jerzy zobaczył dwa skrzyŜowane szerokie paski. Kiedy postawiono nosze na 
podłodze werandy, spostrzegł teŜ innego wojskowego, który stał w głębi. Był w polskim 
mundurze, chyba pułkownik. 
Podoficer zapytał go o imię, nazwisko i imię ojca, zignorował nazwisko panieńskie matki. 
Mrucząc powtarzał diane i wpisywał je na blankiecie. Brzmiało to obco nie dlatego, Ŝe po^ 
rosyjsku. Teraz nazywał się Jerzy Stanisławowicz... syn Stanisława. Nigdy dotąd nie 
pomyślał tak o sobie. 
-— AK iii AL? — spytał podoficer. 
—  AK — odpowiedział Jerzy machinalnie i dopiero wtedy zdziwił się, Ŝe istnieje takie 
rozróŜnienie. — Powstaniec — dodał więc szybko. 
—  AK — mruczał podoficer. — Partizan. 
—  Nie partyzant, ale powstaniec z Warszawy — sprostował Jerzy.              . 

background image

—  Da, znaju... Partizan z AK — powtórzył tamten i spojrzał pytająco. 
—  Partyzant to nie to samo co Ŝołnierz. Jestem Ŝołnierzem AK — upierał się Jerzy. 
.— Nie mieszaj! śołnierz to ten, co z Polskiego Wojska, a ty jesteś z AK, tak więc partizan. 
Jerzy nie mógł się pogodzić z tym rozumowaniem, choć pamiętał niejasno konwencję, z 
której wynikały róŜnice stosunku do Ŝołnierza i partyzanta. Zniecierpliwił się i rozgoryczył. 
Jeśli podoficer uznaje go za partyzanta z AK, to znaczy, Ŝe nie uznaje AK za armię, wojsko. 
„śołnierz" — to brzmiało jak przydział do określonej społeczności, „partyzant" — nie było 
tak jednoznaczne. Nieścisłość formalna byłaby moŜe nie tak waŜna, gdyby nie upór 
podoficera, podkreślający róŜnicę. 
?6 
Ustępowało działanie środków znieczulających, głuche, drobne uderzenia w obnaŜoną pod 
opatrunkiem kość zaczynały męczyć. Jerzy pragnął spokoju. Przymknął oczy. Widocznie 
podoficer skończył wypełnianie blankietu, bo sanitariusze podnieśli nosze. Po rozmowie z 
nim pozostało Jerzemu niewyraźne uczucie Ŝalu, jakby mu coś odebrano. 
Przez ten dzień i następny nie stykał się z nikim, kto na mundur nie wkładał białego kitla. I 
lekarz, i pielęgniarka NadieŜda, i koledzy na sąsiednich łóŜkach — wszyscy byli anonimowi. 
Nawet sanitariusze przeciskający się między łóŜkami. 
Jerzy zapominał o pierwszych spotkaniach na Powiślu, o sylwetkach Ŝołnierzy widzianych na 
brzegu w ciemności, zamglonych w jego półprzytomnym spojrzeniu. Nie mógł zapomnieć 
tylko tego uczucia Ŝalu, które zostało po rozmowie z podoficerem. 
Czasem podnosił głowę i rozglądał się po sali. KaŜdy z rannych czuł się po prostu Ŝołnierzem. 
Jerzy był inny. Ankieta, którą wypełnił podoficer, stawiała go obok tutejszej, Ŝołnierskiej 
społeczności, odróŜniała od towarzyszy na sali. 
LeŜał z przymkniętymi oczami, słyszał glosy nowo przybywających, którzy przedstawiali się, 
wypytywali kolegów o jednostki, okoliczności ranienia, czasem pytali o niego. Mówiono o 
nim tak, jak to miał zapisane w papierach — „partyzant". Nie miał juŜ na sobie panterki ani 
czapki z oznaką „Parasola". Był dla nich partyzantem, nie Ŝołnierzem. Otwierał oczy i patrzył 
na kolegów. Zdawało mu się, Ŝe łowi ich ukradkowe, badawcze spojrzenia. Nie mógł przecieŜ 
za kaŜdym razem zaprzeczać, tłumaczyć, prezentować się. Było mu przykro i samotnie. 
Narastający ból i gorączka odsuwały go coraz dalej: od otoczenia. Mozolnie zmieniał 
połoŜenie, Ŝeby wybrać tó najlepsze, przy którym ból osłabnie. Nie znajdował takiego. Miał 
jednak jeszcze dosyć sił, by nie godzić się z cierpieniem, był jeszcze niecierpliwy. 
Któregoś ranka NadieŜda przyszła wcześniej niŜ zwykle, zmierzyła temperaturę i nie chciała 
gawędzić z rannymi. Wróciła po chwili z plikiem papierów, które rozdała wszystkim, kazała 
ich pilnie strzec. Jerzy otrzymał swoją „istorię bolezni", z trudem wysylabizował ten swój 
wojenny przydział do partyzantów. NadieŜda była nieprzenikniona, nie chciała powiedzieć, 
dlaczego  te  karty  dostali.  Dopiero  gdy  Jerzy zaprotestował 
107 
przeciw oczywistym łgarstwom wpisanym w rubrykę temperatury, rozjuszyła się i wygadała. 
—  Miałem wpisywać ci tak, jak było? Dobra, wpiszę! tylko potem nie miej do mnie 
pretensji! Wczoraj miałeś 38,5, dzisiaj więcej — 39, tak? Dawaj! -—¦ Wyciągnęła pióro i 
wyrwała kartę z ręki Jerzego. 
Nie rozumiał, dlaczego tak się rozgniewała, chciał dowiedzieć się czegoś więcej, a na to 
potrzeba było trochę chytrości. 
—   Będziesz coś zmieniać na karcie? Bez wiedzy lekarza? 
—   Sam tego chcesz. 
—   Z tej karty wynika, Ŝe jutro mogę iść do domu! 
—   Z tej karty wynika, Ŝe moŜesz jechać w transport! Durak! Tu się nie będą patyczkować z 
twoją nogą! Obetną i koniec! To polowy szpital, nie ma czasu na zabawy. Ale jak wolisz 

background image

zostać... Nie moja noga. — Oparła kartę na kolanie i udała, Ŝe nie zwraca uwagi na protesty 
Jerzego. 
Pozwoliła wyrwać sobie papiery i odeszła z nadąsaną miną. Zawrzało. LŜej ranni, którzy 
mogli chodzić, wyszli na korytarze i jeśli tylko udało im się przeszwarcować, stali na 
przeszpiegach; donosili o krzątaninie w kancelarii i przybywaniu sanitarek. Koło południa 
zjawił się ksiądz proboszcz, który parę dni przedtem udzielił Jerzemu sakramentów. I on 
wiedział o transporcie. Przyszedł poŜegnać się. 
Obiad wydano normalnie i potem nagle wpadli na salę sanitariusze, poganiani przez obcych 
lekarzy. Zaczęli wynosić wszystkich wyznaczonych do transportu. Potem była długa jazda 
sanitarką i wreszcie wniesiono ich po kilkunastu do duŜych namiotów. Z dala słychać było 
sapanie lokomotywy, płótno namiotu wydymało się od podmuchów wiatru i w górze, nad 
dachem popstrzonym plamami rdzawego koloru trzeszczały suche, trące się gałęzie gołych 
sosen. Potem przychodzili do nich sanitariusze, lŜej ranni kładli się na nosze, jakby nagle 
poczuli się słabo; poddawali się kołysaniu noszowych i syczeli ostrzegawczo, uraŜeni w 
bolące miejsca, kiedy nosze przycierały w ciasnych przejściach o paliki namiotów. 
Jerzy był zbyt osłabiony, Ŝeby przeŜywać emocje tych chwil. Ledwie starczało mu siły na 
unoszenie głowy nad płaskie, twardo naciągnięte płótno noszy, kiedy do namiotu wchodzili 
noszowi albo koledzy. 
—   KaŜcie się nieść do 27 wagonu! Oficerski wagon! — zawołał któryś z informatorów, 
kładąc się na nosze, kiedy przyszli po niego. 
108 
— Uspokój się, duszeńko. Poniesiemy, gdzie komisja wyznaczy — zaśpiewał noszowy 
głosem zduszonym przez maseczkę. 
Jerzy postanowił dostać się do wagonu 27. PołoŜył się płasko i czekał spokojnie. Przymknął 
oczy. 
—  Zaniosą mnie na peron i wstawią nosze do wagonu 27 — powtarzał w myśli. 
Poczuł na powiekach przesuwający się cień wchodzących do namiotu ludzi. Słyszał krzątanie 
się noszowych, głosy kolegów. Wynoszono następnego. Potem ktoś nachylił się nad nim 
ostroŜnie, jakby nie chciał go zbudzić. Jerzy powoli otworzył oczy. Zobaczył nad sobą twarz 
obcego człowieka. Wiedział, Ŝe nie zapomni tej twarzy do końca Ŝycia. Dostrzegł płótno 
munduru, biały cienki pasek wypustki kołnierzyka, haftkę przyszytą czarną nicią, 
przytrzymującą kołnierzyk i wydatną, nie dogolohą grdykę. Rysy twarzy były niezwykle 
wyraziste — duŜy, suchy i garbaty nos, nastroszone, gęste, lekko szpakowate brwi i 
badawcze, ale przyjazne spojrzenie bladoniebieskich oczu. Całość dopełniały wielkie, 
sterczące poza linię policzków, skręcone wąsy. Nim obcy wypowiedział pierwsze słowa, 
Jerzy juŜ wiedział, jak zabrzmi jego głos, posłyszał śpiewny, ciepły akcent; znał go, choć nie 
widział go nigdy dotąd. Wiedział nawet, jak się do niego odezwać, jak go tytułować, choć w 
pierwszej chwili nie dostrzegł naramienników. To był wachmistrz. Nie sierŜant, a właśnie 
wachmistrz. 
—  Proszę zanieść mnie do wagonu numer dwadzieścia siedem, panie wachmistrzu — 
powiedział spokojnie. 
109 
Podoficer uśmiechnął się serdecznie i wyprostował, 
—  Bierz — zwrócił się do jednego z noszowych. Drugiego odprawił i stanął sam przy 
nogach, dźwignął nosze. Wynieśli go z namiotu. Jerzy poddał się miarowemu kołysaniu. Czuł 
się absolutnie bezpieczny, nie podnosił głowy, nieciekawy, dokąd go niosą. Patrzył przed 
siebie; najpierw przebiegały nad jego twarzą gałęzie sosen zawieszone wysoko nad rudymi, 
łaciatymi pniami, potem przesunęły się gęste, splątane zarośla i nagle uderzyło go mocne 
ś

wiatło. Posłyszał chrzęst Ŝwiru pod nogami niosących; przechodzili przez tory, potem na 

background image

peron. Wiatr owionął twarz podchorąŜego, aŜ nie dosznurowana przy szyi panterka załopotała 
sucho. 
—  Stać! — posłyszał mocny głos. Poczuł, Ŝe noszowi opuszczają go na ziemię. Spojrzał 
najpierw na twarz wachmistrza, na której przygasł uśmiech, potem na grupę mundurowych 
postaci. Stojący na czele miał dystynkcje pułkownika i był najstarszy rangą. Trzymał w ręku 
plik papierów szarpanych wiatrem. 
—  Dokąd go niesiecie? — zapytał pułkownik. 
—  Do wagonu oficerskiego — odpowiedział wachmistrz. 
¦—- Kto wam kazał?! Ja tu jestem od przydzielania miejsc w transporcie! Macie się meldować 
z kaŜdym rannym... 
—  To ja powiedziałem panu wachmistrzowi, Ŝeby mnie zaniesiono do wagonu dwudziestego 
siódmego — powiedział Jerzy. 
Pułkownik teraz dopiero spojrzał na niego. Ranny, umundurowany w panterkę i czapkę 
drelichową z takiego samego łaciatego materiału, nie był pospolitym widokiem; cała komisja 
ciekawie przyglądała się Jerzemu. Pułkownik spojrzał za siebie, zamachał papierzyskami, 
udawał, Ŝe coś tam odczytuje, potem obrzucił Jerzego badawczym wzrokiem. Jerzy nie miał 
na panterce Ŝadnych znaków, dystynkcji, nic prócz biało-czerwonej opaski na rękawie, 
orzełka i wymalowanego niezgrabnie parasola na czapce nad literkami „GS". 
—- Co za jeden? — pułkownik zwracał się do wachmistrza. 
—  Z powstania, melduję, obywatelu pułkowniku. 
Oficer zagłębił się w swoje papiery, z których nie mógł na pewno nic odczytać. 
—  Drugi wagon od lokomotywy — zdecydował. Oficerowie porozumieli się wzrokiem 
między sobą, ale gdy 
pułkownik spojrzał na nich ostro, patrzyli juŜ obojętnie przed siebie.  Wachmistrz  schylił się.  
Dźwignęli nosze.   Gdy odeszli 
110 
parę kroków, Jerzy zobaczył za sobą grupkę otaczającą pułkownika. Wachmistrz poruszył 
wąsami, uśmiechnął się. 
—  Jeden, drugi — liczył głośno. Przystanęli. Jerzy spojrzał. Na rozsuniętych drzwiach 
towarowego wagonu wymalowano wielkie cyfry: 27. 
Wagon podzielony był na trzy części. W środkowej był rodzaj przedsionka, po obu zaś 
stronach znajdowały się przedziały z dwiema piętrowymi pryczami po bokach. W całym 
wagonie mieściło się więc zaledwie ośmiu rannych. 
Jerzego zsunięto z noszy na posłanie z materacy obszytych ceratą. Było chłodno, miękko, 
wygodnie. Wyciągnął się i rozpręŜył. Jak zwykle, po chwilach emocji, przychodził tępy ból, o 
którym dotąd prawie zapomniał. Wiedział juŜ z doświadczenia tych paru dni, Ŝe nie warto 
szukać pozycji, w której ból wyda się przez krótką chwilę mniejszy; przyjdzie jeszcze 
mocniejszy razem z uczuciem zawodu. Trzeba było leŜeć moŜliwie nieruchomo i nie bronić 
się. 
—  Pan z powstania? 
Jerzy spojrzał ku wejściu. Młody porucznik z aparatem przygotowanym do zdjęcia. Musiał 
tam stać od pewnego czasu. Teraz pstryknął migawką raz i drugi i podszedł do pryczy. 
—  Jakubiński — przedstawił się. 
Jerzy zobaczył na jego piersi kilka odznaczeń, między nimi trzykrotny KrzyŜ Walecznych; na 
prawej stronie siedem gwiazdek na niebieskim tle: siedem razy ranny. 
Porucznik był z prasy wojskowej. Niecodzienny mundur podchorąŜego wywabił go ze świty 
pułkownika. Za plecami Jaku-bińskiego pojawili się Ŝołnierze. Porucznik wrócił do wejścia i 
pomógł noszowym wtaszczyć jęczącą kobietę. Była niemłoda, w mundurze; miała 
obandaŜowaną głowę, z jej nieprzytomnie drgających ust dobywał się jęk, bełkot, krzyk. 
UłoŜyli ją na pryczy pod Jerzym. Nie przestała krzyczeć. Otworzyła oczy. 

background image

—  Jakubiński, Jakubiński... — zabełkotała, widząc porucznika koło siebie. Nachylił się nad 
nią, wyciągnął coś z kieszeni, uciszył kobietę. Rzeczywiście, po chwili ułoŜyła się spokojniej 
i tylko cicho zawodziła, jakby sama usypiała się swoim jękiem. Wnieśli następnego pasaŜera. 
Znowu kobieta. Porucznik na jej widok ściągnął z ramienia aparat. 
—  Poczekajcie — zawołał do noszowych. Zatrzymali się przy wejściu. Porucznik zrobił 
kilka zdjęć. Jerzy wychylił się z pryczy. Zrozumiał zainteresowanie Jakubińskiego: nie dość 
Ŝ

e była to młoda i ładna dziewczyna, ale w dodatku w takiej sa- 

111 
mej, jak Jerzy, panterce. Tylko głowę miała odkrytą. Jasne, długie włosy rozsypały się jej na 
ramiona. „Jak ona z takimi włosami dawała sobie radę w akcji?" — pomyślał Jerzy 
odruchowo. 
Dziewczynę połoŜono na pryczy obok podchorąŜego. Porucznik stanął w przejściu między 
nimi. Obaj oglądali ranną z zainteresowaniem. Jerzy ocenił jej urodę, dostrzegł niebieskie 
oczy, bladość cery i czerwone rumieńce gorączki na policzkach; starał się zwrócić na siebie 
uwagę. Uniósł głowę i uśmiechnął się. 
—  Od Radosława? 
—  Z „Zośki". Irena. Mam przestrzelone płuco — mówiła urywanym głosem, z zadyszką. 
—  Porucznik Jakubiński. 
—  Jerzy. Z „Parasola". 
—  Widziałam cię w szpitalu. Spałeś wtedy — powiedziała dziewczyna. — Strasznie mnie 
boli — wyjęczała i połoŜyła się na wznak. 
—  MoŜe zawołać lekarza? 
—  Nie, dziękuję. JuŜ mi nic nie chce dawać. Ostatnią no-valginę zaŜyłam godzinę temu... 
—  Obawiam się, Ŝe novalgina niewiele pomoŜe na ranę płuc — powiedział porucznik. 
—  Ach, nie o płuca chodzi — Ŝachnęła się. — Ząb mnie boli. Okropnie. Od dwóch dni. 
Chcieli mi wyrwać, ale się bałam. 
—  Jakubiński, Jakubiński... — zajęczała zmowu kobieta z dołu. 
¦— Uspokój się — warknął porucznik. 
Kobieta złapała go za mundur i zaczęła szarpać, krzycząc. Jakubiński wyrywał się, ale 
trzymała go mocno; musiał się schylić i uwolnić połę munduru z jej kurczowego uchwytu. 
Odstąpił tak, Ŝeby go nie mogła dosięgnąć. Kobieta rozkrzyczała się. Nie był to juŜ ludzki 
krzyk; w gardle jej bulgotała ślina. Spojrzeli po sobie bezradni. 
—  Przyzwyczaili ją do morfiny — powiedział porucznik. — Nie moŜna, słyszysz?! Nie 
moŜna tak bez przerwy! — wrzasnął nachylając się do kobiety. Nie przestawała krzyczeć. 
Porucznik wyszedł. Krzyk zagłuszał wszystko. Irena przycisnęła ręce do uszu. Za chwilę 
Jakubiński wrócił w towarzystwie lekarza, który trzymał w ręku strzykawkę. Kobieta 
uspokoiła się na ich widok. Po sekundzie umilkła. Lekarz zabierał się do wyjścia. 
—  Panie doktorze, chociaŜ jedną. 
112 
—  Za trzy godziny. Dobrze pamiętam, kiedy dałem ostatni proszek. 
Wyszedł. Irena pokręciła głową. Krzywiła się i próbowała językiem odsunąć policzek; 
zdawało się, Ŝe tak będzie mniej bolało. 
—  Niech pani stara się usnąć — poradził porucznik. 
—  Dwie noce nie spałam przez ten idiotyczny ząb. 
—  Jak mnie pani nie zdradzi, dam pani lekarstwo. Zaraz panią przestanie boleć. 
—  Jakie tam lekarstwo. JuŜ mi novalgina niewiele pomaga. 
—  MoŜe pomoŜe. 
—  Mogę spróbować, ale wiem, Ŝe nic z tego. — Odwróciła głowę, skrzywiona. 
Porucznik uśmiechnął się chytrze. Stanął plecami do Ireny, twarzą do podchorąŜego, 
wyciągnął z kieszeni małe pudełeczko. Sprawnymi ruchami owinął watą główkę zapałki i 

background image

umoczył w białym proszku. Potem schował lekarstwo i dopiero wtedy odwrócił się do 
dziewczyny. 
—  Który to ząb? 
—  A co mi pan daje? — przyjrzała się zapałce. 
—  Niech się pani nie pyta. Proszę przytknąć zapałkę do bolącego zęba. 
—  Go mi pan głupstwa opowiada... Mnie naprawdę boli. ¦— PołoŜyła się z powrotem. 
—  Niech pani spróbuje — nalegał porucznik. 
—  Od waty przestanie? — zajęczała. 
—  No, proszę. 
Zrezygnowana, raczej dla uspokojenia porucznika niŜ z wiary w skuteczność lekarstwa, 
wzięła zapałkę z jego ręki. -— Przytknąć do zęba? 
—  Lekko przytknąć, nic więcej. Gwarantuję... 
—  To niemądre — powiedziała Irena. Wykrzywiła się otwierając szeroko usta. Przytrzymała 
zapałkę przy bolącym zębie. I nagle jej twarz wygładziła się. Trzymając zapałkę na obolałym 
miejscu, spojrzała z "bezgranicznym zdumieniem na porucznika. Jakubiński odwrócił się z 
uśmiechem do Jerzego. 
—  Co to było? 
—  Proszę nie pytać, tylko spać. Ból wróci. Niech pani stara się usnąć, póki nie boli. 
—  Ale   co mi pan dał? Muszę mieć to lekarstwo. 
—  Nie dostanie pani. Proszę spać. 
PołoŜyła się posłusznie i zamknęła oczy. Wtedy porucznik, 
8 ¦— A gdy mnie trafi. 
113 
odwrócony do niej plecami, pokazał pudełeczko Jerzemu. Przysunął mu je do oczu. 
„Kokaina" — odczytał podchorąŜy. Ja-kubiński gestem poprosił o milczenie. Jerzy pokiwał 
głową. Teraz dopiero skojarzył te siedem ran i to, Ŝe porucznik mówi przez nos, jak przy 
katarze... Wagon szarpnął. Pociąg ruszył wreszcie. 
—  Nie wie pan, dokąd jedziemy? 
—  Do Lublina. Zobaczymy się jeszcze. Muszę przeskoczyć do sąsiedniego wagonu — 
powiedział porucznik i zniknął w drzwiach. 
Jerzy nie pamiętał wiele z tej podróŜy. Pociąg jechał powoli, wagon chwiał się usypiająco, 
przynosili im posiłki i dawali lekarstwa; za okienkiem, do którego Jerzy mógł sięgnąć bez 
większego wysiłku, przesuwały się płaskie, puste pola. Stawali -na długie godziny, gorączka 
odbierała świadomość upływającego czasu. Pod koniec podróŜy Jerzy dojrzał pola aŜ po 
horyzont zryte i uformowane w małe pagórki. Z kaŜdego pagórka sterczała ku niebu lufa 
działa przeciwlotniczego. Była tego taka masa, Ŝe Jerzemu przypomniały się opinie na temat 
najlepszej w świecie rosyjskiej artylerii; nie tylko najlepszej, ale i najliczniejszej. 
Krajobraz oszołomił go. Przy szlabanach, na przejazdach kolejowych stały nie kończące się 
kolumny cięŜarówek. Nie przejeŜdŜał jeszcze nigdy przez front, nie widział takich mas 
wojska. Wobec tych tysięcy, wobec tego mrowia, dziwnie małe i zagubione wydały mu się 
oddziałki, które nacierały i wycofywały się wśród ruin miasta. Oczywiście nie umniejszał ich 
wartości. Wiedział, Ŝe i Niemcy w zwartej zabudowie nie mogli uŜywać większych liczebnie 
oddziałów. Gorycz wywołało tylko proste porównanie. Czym mogła być ich powstańcza 
armia, co mogła znaczyć dla frontu? Ilu ich było w powstaniu — nie wiedział, ale na 
Powiślu? Dwa tysiące, trzy? Go to było? Pułk? Mój BoŜe! 
Po dwóch dniach dojechali do Lublina. Prawie cały ich transport ulokowano w szpitalu 
Szarytek. Dotąd byli tam sami cywile, teraz przygotowano wszystko na przyjęcie nowych 
pacjentów. Lekarze dostali mundury, ale jeszcze bez stopni, toteŜ po staremu mówiło się do 
nich „panie doktorze". 

background image

Zaraz po przyjeździe Jerzy poczuł się gorzej. Temperatura podskoczyła    gwałtownie,    bóle   
promieniowały   poza    rany. 
114 
Przy pierwszym opatrunku okazało się, Ŝe pocisk, który przedziurawił kość goleniową, 
odsłonił staw skokowy i zmiaŜdŜył kostkę, przeorał teŜ i piętę. Okolice wszystkich tych 
miejsc usiane były odłamkami. Trzeba było unieruchomić nogę. W odsłoniętych .stawach 
wywiązały się stany zapalne. Wiedział, Ŝe jeśli nogę uda się uratować, nieruchome stawy 
zwapnieją i stopa pozostanie sztywna, ale nie było innego wyjścia. 
Bóle nie dawały Jerzemu spać, przy kaŜdym opatrunku prosił chirurgów o amputację. Nie 
zwracali na to uwagi. Po zbadaniu serca zaczęli faszerować go narkotykami. Dostawał na 
zmianę dolantynę, pantopon i morfinę. Lekarze twierdzili, Ŝe w ten sposób organizm nie 
przyzwyczai się do jednego narkotyku. Narkotyki oddzielały go od otoczenia jakąś kurtyną. 
Słyszał, widział, ale wszystko, nawet własny ból, stawało się dziwnie niewaŜne — niech boli. 
Przyzwyczajenie wszakŜe skracało stopniowo czas działania leków. Był osłabiony, draŜnił go 
kaŜdy szybszy krok przez salę, nawet przez korytarz; jęczał wtedy donośniej, prosił kolegów, 
by interweniowali. NajwaŜniejsze było dla niego to  własne przeŜywanie bólu. 
LeŜał na sali wraz z czterema kolegami. Najstarszym był taksówkarz warszawski, pan 
Kazimierz; szczupły, szpakowaty, z krzaczastymi brwiami i bystrym spojrzeniem wąskich, 
złośliwych oczu. Mawiał, Ŝe cała ta „heca" nie warta była jego poharatanej ręki. Do 
kaŜdej'wiadomości o powstaniu dodawał nieodmiennie złośliwy i gorzki komentarz. 
Właściwie byli mu wdzięczni za ten styl. Łatwiej było pod pozorami natrząsania się z własnej 
niedoli i wzruszeń kryć niepokój o bliskich i rozpacz. Wiedzieli, Ŝe powstanie dogorywa, Ŝe 
musi upaść. 
Zygmunt pracował jako metalowiec na Woli. Bolała go strzaskana i źle złoŜona ręka, długie 
godziny leŜał odwrócony do ściany. Choć mógł wstać, chodził mało i nie lubił wiele gadać. 
Wiedzieli o nim tyle tylko, Ŝe oberwał odłamkami: strzelił w otwór lufy czołgu, pocisk w 
lufie eksplodował, czołg był do niczego, ale Zygmunt teŜ miał dosyć. 
Na trzecim łóŜku leŜał milczący, półprzytomny dwudziestoparoletni człowiek. Nie wiedzieli 
o nim nic. Siostry teŜ nie potrafiły albo nie chciały o nim mówić. LeŜał juŜ od paru miesięcy; 
miał strzaskane podudzie. Poili go alkoholem, który jakoby najskuteczniej oczyszczał ranę. 
Osłabiony po długotrwałej gorączce, przebytym zapaleniu szpiku kostnego zapadał w letarg 
po pierwszej porcji wódki i leŜał jak worek, nieobecny. 
115 
Czternastoletni kapral Tadek mało przesiadywał na sali. Ranny niezbyt cięŜko w rękę, biegał 
po całym szpitalu, często wychodził „w miasto", ubrany w poŜyczany, sięgający mu do 
kostek płaszcz wojskowy i zadzierzyście zsuniętą na ucho polową rogatywkę. Dostarczał 
kolegom na sali „skombinowane" w kuchni łakocie, a z miasta plotki i lepszy tytoń. 
Jerzy leŜał na łóŜku pod oknem, twarzą do drzwi, widział więc kaŜdego wchodzącego do sali. 
Lewą, ranną nogę ułoŜono mu na wielkiej, sztywnej poduszce, mógł poruszać jedynie 
zdrową, prawą. PoniewaŜ wszyscy w szpitalu po paru dniach stali się specjalistami od 
chirurgii, przeto kaŜdy udzielał rad innym. Namawiali Jerzego, by nie trzymał rannej nogi 
wysoko, tłumaczono, Ŝe zakaŜa się w ten sposób zdrowe partie i moŜe zajść konieczność 
amputacji całej nogi, a wtedy mowy nie ma o ruchomej protezie. Nie oni jedni przypominali 
Jerzemu o amputacji: zachodziła na salę starsza siostra, pomocnica z sali operacyjnej i 
milcząc ściskała ciepłą dłonią palce jego rannej nogi. Potem kręciła z niezadowoleniem głową 
i mówiła „ciepłe", co miało znaczyć, Ŝe jeszcze „Ŝyją" i do amputacji nie są gotowe. 
Któregoś dnia biegający Tadzio wpadł na salę z wiadomością, Ŝe w opatrunkowej jest jakiś 
gość z powstania. Dzięki Tadziowi znali wszystkich z sąsiedniej, równieŜ „akowskiej" sali, na 
której obok majora Kryski i jeszcze jednego oficera z Powiśla leŜał porucznik Jegorow, 
wcielony do polskiej armii jako fachowiec-cekaemista. Znali chyba wszystkich warszawskich 

background image

powstańców, którzy znaleźli się w Lublinie. Tadzio opowiadał, Ŝe ów nowy jest jednym z 
opisywanych w gazetach bohaterów, którzy przepływali Wisłę w czasie, gdy na prawym 
brzegu byli jeszcze Niemcy. Nawiązano wówczas kontakt z regularnymi oddziałami Wojska 
Polskiego. Widzieli fotografie odznaczonych i honorowanych łączników, o tym „nowym", o 
Stefanie, dotąd nie słyszeli. 
Kiedy zjawił się w drzwiach, sprowadzony przez Tadzia, spojrzeli na niego ze zdziwieniem. 
Nie był w mundurze, nie miał na piersiach Ŝadnych odznaczeń; ubrany był w drelichy, na 
nogach miał gumowe buty. Okazało się, Ŝe był przewodnikiem, pływał przez Wisłę kilka 
razy, a oberwał przez plecy przy ostatniej przeprawie. Postrzały były niegroźne, dlatego, jak 
twierdził, nie musiał leŜeć w szpitalu, przychodził tylko na opatrunki. 
116 
Pan Kazimierz obserwował go w milczeniu, ze złowróŜbnym, złośliwym uśmiechem. 
—  Myślałem, Ŝe wszyscy jesteście dygnitarzami... A pański mundur coś nie na czasie i 
buty... To jakaś specjalna formacja ? 
—  Nie jestem w wojsku. Przydzielili mnie do innej roboty — odpowiedział przybysz, 
lekcewaŜąc kpiny Kazimierza. 
—  Ale wszyscy pańscy koledzy to oficerowie nagradzani, odznaczani i chyba dostali teŜ 
ciepłe płaszcze, a pan co? Nie wiem, jak by to było u nas, ale u was coś nietęgo z tą 
sprawiedliwością. 
—  Co to znaczy „u was"? 
—  No w tym waszym aparacie politycznym... Biega pan po ulicy z bohaterską gołą piersią. 
Nie wstyd to? KaŜ pan sobie dać przyzwoity płaszcz. 
Stefan odruchowo poprawił kurtkę, spod której rzeczywiście widać było gołe piersi i szerokie 
bandaŜe. 
—  Na pańską złośliwość mógłbym nie odpowiadać, ale nie podoba mi się to rozgraniczanie 
„u was", „u nas". 
—  A gdzie nam się do was równać? Wyście nam w papierach zapisali, Ŝe nie jesteśmy 
Ŝ

onierzami, tylko inna nacja — partyzanci. 

—  Ma, pan przez to gorsze łóŜko, inne lekarstwa? 
—  Nie, dobrze mi się tu leŜy. A pański przykład mnie pociesza. Niesprawiedliwość zdarza 
się nie tylko u nas, ale i między wami. 
—  Niech pan próbuje poprawiać, co się panu nie podoba. 
—  Uchowaj BoŜe. Od tego poprawiania ręka mi spuchła. Widać było,  Ŝe Stefan hamuje się, 
by nie  odpowiedzieć 
ostro. Wkrótce teŜ poŜegnał się. MoŜe udawał, moŜe rzeczywiście pełen był Ŝyczliwości, 
dość Ŝe zapowiedział następne wizyty i nie widać było po nim, by chował urazę po tej 
nieprzyjemnej rozmowie. 
Któregoś dnia, gdy Jerzy wrócił na salę z opatrunku, zastał w niej zmiany. Nie było 
milczącego, obcego pacjenta. Zabrano go szybko i cicho, a siostry nie chciały mówić, czy 
przeniesiono go na inną salę czy do separatki. Tadzio przybiegł z wieściami, Ŝe rannego 
wywieziono w ogóle ze szpitala. 
—  Bzdura. W takim stanie? Dokąd? — dopytywał się Kazimierz. 
—  Musieli go zabrać, bo mu groziło aresztowanie. 
—  Za co? 
117 
—  A kto jego tam wie? LeŜał tu jako cywil, ale podobno był z jakiejś partyzantki. Szukali go, 
miał coś na sumieniu. 
—  Tadziu, bajki opowiadasz — Kazimierz patrzył na kolegów, ale nikt się nie odezwał i na 
temat tajemniczego pacjenta nie mówiło się więcej. 

background image

Jerzy pocieszał się, Ŝe po kolejnym zastrzyku obojętność odsuwa go od sali, od wszystkiego, 
co działo się naokoło, Ŝe nikt nie pyta o jego stanowisko, Ŝe nie musi osądzać postępowania 
sióstr, Ŝe w końcu to wszystko były domysły, plotki. 
Przypomniało mu się, jak sobie wyobraŜał wolność po wojnie. Siadywali nieraz z kolegami i 
snuli takie marzenia, w których nie było miejsca na naukę, pracę. Wierzyli, Ŝe Pojezierze 
Mazurskie będzie w granicach powojennej Polski, będzie moŜna wytrzasnąć skądś kajaki i 
popłynąć na cały rok, moŜe na te cieplejsze pół roku; przesuwać się zacienionymi 
korytarzami rzeczułek, przez jeziora wśród trzcin, obozować pod namiotami, jeść złowione 
ryby, Ŝyć z daleka od ludzi i wszelkiego obowiązku.       ...•'.• 
Na końcu tego marzenia, jak wyrzut, stanęła w oczach postać Stefana. Miał rację pan 
Kazimierz, Ŝe się rozzłościł na ten jego drelich, na tę jego wyrozumiałą cierpliwość, całe to 
bohaterstwo, które wyglądało na pozę. Nietrudno było sobie wyobrazić, jak po wyjściu ze 
szpitala chował ręce do kieszeni i kulił się, chroniąc twarz przed zacinającym, ostrym, 
dokuczliwym deszczem. Nie Ŝądał dla siebie niczego, Ŝył tą robotą, przy której go 
postawiono. Kto w ogóle kiedyś uwierzy, Ŝe tacy byli? Czuł nową falę zbliŜającego się bólu i 
złościł się, Ŝe Stefan zakłócał mu spokojne chwile i psuł marzenia. 
Na salę wszedł wysoki, postawny oficer w mundurze radzieckiego lotnika. Jerzy nauczył się 
juŜ rozpoznawać stopnie: przybysz był pułkownikiem. Latał nad Warszawą od wielu dni. 
Czasem były to loty patrolowe, czasem ze zrzutami, czasem, zwłaszcza nocą, atakował 
pozycje niemieckie; latał na Kuku-ruźniku. Jerzy pamiętał te niewielkie dwupłaty, 
staroświeckie, powolne, które obok śmigłych maszyn myśliwskich czy bombowców 
pojawiały się nad Wisłą. Kukuruźniki były jak ćmy — na wyłączonym silniku schodziły w 
nocy nisko nad most i słychać było tylko świst powietrza na linkach. Zdezorientowane załogi 
niemieckiej obrony przeciwlotniczej strzelały bezładnie. Radzieccy piloci właśnie na to 
czekali, na zdradzenie się niemieckich pozycji. Zrzucali małe bomby, czasem wiązki 
granatów z tak niskiego pułapu, Ŝe zawsze  dokładnie w  cel.  Niemcy 
118 
zapalali reflektory, omiatali nimi niebo, a nad podziw zwinne dwupłaty kolebiąc skrzydłami, 
robiąc uniki i nagłe skręty, wyślizgiwały się przed pomarańczowymi pociskami lekkich 
działek i nisko nad wodą odlatywały na swoje lotniska. 
Pułkownik wypytywał o pozycje, na których walczyli powstańcy. Rysowali mu plany, Ŝeby 
mógł się zorientować, gdzie to się mogło znajdować; inaczej ulice wyglądały z góry. 
Opowiadał o lotach, obserwacjach powstańczych akcji, o bezsilnej pasji, kiedy wiedział, Ŝe 
jego zrzut jest oczekiwany w takim miejscu, do którego nie moŜe dotrzeć. Ale teraz juŜ chyba 
jest po wszystkim. Latał jeszcze wczoraj, w sobotę. Przebijał się przez dymy poŜarów, przez 
roje pocisków przeciwlotniczych, zniŜał się nad same dachy; nie widział nigdzie walk, 
przebiegających postaci, wybuchów granatów czy pocisków artylerii. Zaufali jego 
doświadczeniu. Nie ponawiali pytań o barykady domów, zaułki, z których odeszli przed 
tygodniem, wtedy jeszcze rozstrzeliwane i miaŜdŜone pociskami. Pułkownik stukał w 
rysunki, pokazywał palcem rozpoznane fragmenty dzielnic nadwiślańskich i potrząsał głową. 
Zapadło milczenie. 
Potem pułkownik pytał jeszcze o zdrowie, o spodziewane terminy wyjścia ze szpitala. Jerzy i 
jeszcze jeden z kolegów zgłosili swoją chęć dostania się do lotnictwa. MoŜe jeszcze zdąŜą. Za 
miesiąc wyjdą ze szpitala, potem przeszkolenie i moŜe zdąŜą. Jeśli nie jako piloci, bo na to 
trzeba długiego szkolenia, to choćby w słuŜbie pomocniczej... 
Szkolenie teraz trwa bardzo krótko, zdąŜą nawet jako piloci — upewniał pułkownik. Cieszył 
się, ściskał im ręce. 
Jerzy wiedział, Ŝe nie wyjdzie ze szpitala za miesiąc. Pułkownik teŜ się tego domyślał, 
przeszkolenie bojowe pilota trwało zresztą dłuŜej, niŜ mówił, ale to nie było kłamstwo. To nie 

background image

było złe kłamstwo. Jerzy zobaczył, Ŝe pułkownik na korytarzu wyciągnął chustkę i 
rozmawiając z lekarzem wcale nie wstydzi się swojego wzruszenia. 
„Nie, to nie było złe kłamstwo" — myślał pułkownik odchodząc. 
Od pewnego czasu zwiększył się krąg stałych gości. Z sąsiedniej sali coraz częściej zachodził 
porucznik Jegorow. Lubili go wszyscy, bo miał Ŝywe, pogodne usposobienie. Zabiegi 
chirurgiczne jakoś wyreperowały jego pokaleczone dłonie i Je- 
119 
gorow liczył juŜ dnie, gdy będzie mógł pojechać do domu. Przychodziła teŜ Irena. Przestrzały 
płuc zagoiły się stosunkowo dobrze, tylko oddech miała płytki, męczyła się prędko, ale na / to 
juŜ nie było lekarstwa. PoniewaŜ jedynym jej strojem szpitalnym była pidŜama i długi, 
flanelowy, nietwarzowy szlafrok, z tym większą więc gorliwością dbała o swoje włosy, które 
urzekały nawet pana Kazimierza. Spoglądał spod swoich posiwiałych krzaczastych brwi i 
uśmiechał się, komentując z przekąsem braterskie pocałunki, którymi Irena witała się z 
Jerzym. Przyzwyczaili się do tego, Ŝe przychodziła właśnie do podchorąŜego; kiedyś nawet 
major z sąsiedztwa zapowiedział uregulowanie tej zaŜyłości — postanowił zorganizować im 
Hwojgu huczne zaręczyny. Miano z tej racji przesunąć łóŜko Jerzego do sąsiedniej sali, 
ustanowić „kuratorów" młodej pary i wypić trochę. Ten ostatni punkt programu nie podobał 
się szarytkom, więc odwlekały zapowiadaną uroczystość. 
Jerzy nie mógł spać. Bezsenność męczyła go prawie na równi z bólem. Na korytarzu zegar 
chrobotał głośno i Jerzy nauczył się szybko rozpoznawać ten szyfr wyznaczający godziny od 
ostatnich odwiedzin dyŜurującej siostry do porannego mierzenia temperatury. Do zastrzyków 
morfiny lekarze dołączyli teraz środki nasenne. Nie skutkowały zupełnie. Ranek zastawał go 
zbolałego, w mokrej od potu bieliźnie, z wysoką gorączką. 
Któregoś wieczoru siostra zostawiła przy jego łóŜku szklankę pełną przezroczystego płynu, 
polecając to wypić; miał to być nowy środek na bezsenność. Jerzy odczekał do drugiej w 
nocy i bez nadziei na rezultat sięgnął po szklankę. Wypił duszkiem. Spalił sobie podniebienie 
i przełyk. To był spirytus. Podziałał. Jerzy zapadł w głęboki sen, pierwszy raz od wielu nocy. 
Następnego dnia na opatrunek zjawił się sam doktor Jaworski, ordynator mający opinię 
znakomitego chirurga. Gdy potem Jerzy zmęczony opatrunkiem leŜał z zamkniętymi oczami, 
zjawił się oficer, który przysiadł się kolejno do wszystkich kolegów i wypytywał ich o 
okoliczności, w jakich zostali ranni. Przysiadł się i do Jerzego, który odpowiadał na pytania 
moŜliwie krótko, by móc wreszcie zapaść z powrotem w swój letarg morfinowy. 
Wszystkowiedzący Tadzio przybiegł potem na salę z wieścią, Ŝe oficer chodził i do innych, 
do Ŝołnierzy radzieckich i polskich; wszyscy sądzili, Ŝe ma to związek z Ŝołdem i 
przydziałami. Pan Kazimierz miał swoje zdanie na ten temat. Nie chciał się nim podzielić z 
kolegami, w kaŜdym razie nie podobało mu się to zbytnie zainteresowanie ich akowską prze- 
120 
szłością. Nikt nie wiedział nic pewnego. W porze obiadowej wpadł do nich Stefan. I tym 
razem nie obyło się bez złośliwego tonu. Pan Kazimierz perorował coś na temat wzajemnego 
zaufania. Był pod wraŜeniem wizyty oficera i własnych komentarzy. Na salę wparadował 
właśnie Jegorow. Rozmowa urwała się, bo Jegorow miał na sobie nowy, wspaniale 
dopasowany płaszcz, z patką z tyłu i ostro zaprasowanyrni fałdami. Kręcił się przed oczami 
leŜących dumny, roześmiany, zamiatający połami płaszcza. 
—  Buty by się panu zdały. Z mocną szklanką i cholewką jak szkło. Prawdziwe, oficerskie — 
ś

miał się Zygmunt. 

Rzeczywiście Jegorow miał buty parciane z grubą, skórzaną podeszwą, ale nic nie zdołało 
zepsuć mu jego radości. 
—  Ale krawców macie w Lublinie — chwalił. 
—  Nie zapomnieli. Płaszcz, jak przedwojenny — przyznawał pan Kazimierz. 
Jegorow rozpiął płaszcz i przysiadł przy Jerzym. 

background image

—   Gawędzicie? Słyszałem o zaufaniu — prowokował dalszą rozmowę. 
Stefan machnął ręką w zniecierpliwieniu. 
—  Co tu moŜna gadać o zaufaniu. LeŜą sobie spokojnie w szpitalu i nikt się ich nie czepia — 
tłumaczył Jegorowowi. Zwrócił się do Kazimierza: — Ja od trzydziestego ósmego byłem w 
Kazetemie 1. A wy co? Wyjdzie pan ze szpitala, weźmie się za robotę. Wtedy pogadamy o 
zaufaniu. 
Kazimierz milczał. Jegorow spowaŜniał, zapatrzył się. Zaczął mówić cicho, tak Ŝe wszyscy 
zwrócili się do niego. 
—  Z zaufaniem jest jak z wdzięcznością lub jak z błyszczeniem: dostaniesz brudny cekaem, 
zapiaszczony, naharujesz się nad nim, wytrzesz go, naoliwisz, przetrzesz jeszcze raz, 
popatrzysz z boku — błyszczy. Przyjdzie dowódca, z której strony nie popatrzy — błyszczy 
ten twój cekaem. I wtedy dowódca, co robi? Nie daje ci za to przepustki ani orderu, tylko 
jeszcze dwa cekaemy brudne i zapiaszczone. I ty masz do niego wdzięczność, bo on ci ufa. 
Ma rację- Stefan. Wy musicie powiedzieć: poczekajcie na naszą robotę. Nie ma się co gryźć, 
chociaŜ wiem, jak to cięŜko czekać; ale roboty dosyć, zdąŜycie. 
Pomilczeli chwilę. 
— A ja jutro rano na dworzec... — zagwizdał — na dworzec i... pojechali! 
1 Komunistyczny Związek MłodzieŜy. 
121 
Jerzy czuł się teraz lepiej. Gorączka przestała skakać i rany zaczęły się rzeczywiście 
oczyszczać. Zabrano wielką poduszkę spod rannej nogi, tak Ŝe mógł nawet siadać na łóŜku. 
W parę dni po poŜegnaniu się z Jegorowem Jerzy przeczytał w „Rzeczypospolitej" artykuł. 
Autor nawoływał do stworzenia „Związku Uczciwych Polaków", motywował potrzebami 
zniszczonego narodu, trudną sytuacją polityczną. Było coś tak serdecznego w tych słowach, 
tak angaŜującego, Ŝe Jerzy apel ów wziął bardzo do serca. Nie mógł doczekać się następnej 
wizyty Stefana, Ŝeby z nim o tym pogadać. Próbował rozmawiać z kolegami, ale nikt nie 
przywiązywał do jego słów zbyt wielkiej wagi. Wobec tego Jerzy wyszukał kawałek bibułki, 
bo papieru listowego nie było, wypisał na niej pełne entuzjazmu i zapału swoje poparcie dla 
apelu i zgłosił swój akces do „związku", gdyby taki rzeczywiście miał powstać. Zakleił 
kopertę z listem i prosił Tadzia o doręczenie go do redakcji. 
Mijały dnie, a odpowiedzi z redakcji nie było. MoŜe Tadzio okazał się niesumiennym 
doręczycielem, a moŜe planowana w artykule akcja nie liczyła na tego rodzaju zgłoszenia. 
Potem przyszedł dzień wigilijny i od południa zaczęły się dziać tak dziwne rzeczy, Ŝe i Jerzy, 
i wszyscy w szpitalu zapomnieli o redakcyjnym artykule. Na korytarz nieoczekiwanie wpadło 
kilkunastu uzbrojonych w pepesze Ŝołnierzy. Nie było sióstr ani lekarzy, którzy by mogli 
wyjaśnić, co się dzieje. śołnierze najpierw chodzili, zaglądali do sal, potem ustawiali się na 
korytarzach, jakby w oczekiwaniu na coś, co dopiero ma nastąpić. Przez sale powiało 
niepokojem. Pan Kazimierz z wyrzutem powiedział coś Jerzemu o jego naiwnym stosunku do 
treści artykułu w gazecie. 
Tadzia zapędzono do sali i kazano mu się połoŜyć. śołnierze z pepeszami byli milczący, 
burkliwi, jak ludzie, którzy mają poczucie własnej waŜności. Ich zachowanie się nie 
zapowiadało niczego dobrego. Ale co mogło się zdarzyć niedobrego? 
Ustał ruch, zrobiło się cicho i wtedy posłyszeli stąpania wielu ludzi na schodach. 
Na korytarz wysypała się cała gromada majorów, pułkowników, jakieś panie półwojskowo 
ubrane; pojawiły się nawet mundury z generalskimi węŜykami i nagle na salę wkroczyła świta 
otaczająca generała Zawadzkiego i premiera. Podeszli najpierw do Tadzia, który w poczuciu 
jakiejś wielkiej sprawy wyprostował się na baczność, na siedząco. Generał Zawadzki 
122 
przypiął mu order do koszuli i ściskał dłoń jak staremu wojakowi. Ludzie przesłaniali 
Jerzemu widok. Dopiero kiedy podeszli do niego i kiedy generał, jak przy innych łóŜkach, 

background image

wyciągnął z otwartej walizeczki KrzyŜ Walecznych, Jerzy poczuł się dziwnie onieśmielony, 
ale i przeraźliwie dumny. Mimo osłabienia podniósł się i prostował tak samo śmiesznie jak 
Tadzio. Poczuł cięŜar KrzyŜa zawieszonego na koszuli. Słyszał jakieś słowa, ściskał czyjeś 
dłonie. Jedna z pań podeszła do łóŜka i przepychając się między znakomitościami kładła na 
stolikach i kołdrach róŜne upominki, czekoladę, torebki z cukierkami. Było wiele uśmiechów, 
rozgwaru, tupania i potem raptem wszyscy wyszli. Ranni rozejrzeli się po sali, patrzyli na 
siebie trochę ogłupiali, wzruszeni i oszołomieni. 
 
W gwiazdkowym numerze „Polski Zbrojnej" wyczytali swoje nazwiska na długich listach 
osób odznaczonych tego dnia. 
Obie kule przełoŜył do jednej ręki i podpierając się posuwał przedramię po poręczy w dół. 
Potem robił skok o jeden stopień. Schody były wąskie i Irena musiała ubezpieczać jego 
zejście, stając przed nim. Nie mógł zgiąć nogi usztywnionej długą szyną. Musiał wykonywać 
szerokie ruchy, zamiatając nogą przed sobą, aby nie stuknąć nią boleśnie o stopień. Kiedy 
znaleźli się na dole, był spocony z przejęcia i zmęczenia. 
Ten pierwszy dłuŜszy spacer okupić trzeba było dodatkowym bólem; dotąd, poruszając się 
tylko po sali czy korytarzu, wiedział, Ŝe w kaŜdej chwili moŜna przysiąść gdziekolwiek i 
odczekać, aŜ napływająca i tętniąca w ranach krew cofnie się, aŜ puls rozsadzający nogę 
wyrówna się i uspokoi. Teraz musiał pokonać długą drogę korytarzem, schodami z 
pierwszego piętra, przez próg i krach tę kaplicy; dopiero tam mógł odpocząć. Irena przeszła 
najpierw całą trasę sama i oceniała, czy on zdoła ją przebyć. Miał juŜ za sobą blisko połowę 
drogi. Oparł się; o kaloryfer przy wyjściu na dwór. Wy sapy wał zmęczenie. Szpital spał 
jeszcze. Siostry dyŜurujące przechodziły korytarzami i szeleściły nakrochmalonymi 
kornetami. Stąpania prawie się nie słyszało, tylko jakby szum całej postaci sunącej po 
gładkiej posadzce. 
Irena otworzyła drzwi i Jerzy wysunął się na dwór. Zatkało go powietrze. Przystanął w 
małym wirydarzyku. ŚcieŜki były pracowicie wymiecione i wysypane piaskiem; na klombach 
i  rabatach  wyrosły  puszyste  zaspy.   Od  jaskrawego  światła 
123 
znad klatki schodowej błyszczały refleksy na złoconej koronie Matki Boskiej, której figura 
bielała w samym środku ogródka. Dalej, za parkanem rosły rzadko niskie drzewa, bezlistne i 
nieruchome. Niebo fioletowiało lekko nad dachami piętrowych domów, wyŜej ciemniało aŜ 
do czerni. Oślepiony lampą przy wyjściu, Jerzy nie widział nic więcej oprócz kilku 
migocących gwiazd, przesłanianych obłoczkami pary jego oddechu. Ruszyli do kaplicy. 
Zalana była Ŝółtym światłem, łamiącym się mdła-wymi poblaskami na wypolerowanych, 
miękkich krawędziach drewnianych ławek. Pachniało lasem. Ksiądz właśnie wychodził z 
mszą i z pierwszych rzędów jednoczesnym, zgodnym ruchem podniosły się siostry. Potem, w 
trakcie naboŜeństwa, równocześnie podnosiły głowy i wielkie skrzydła białego, 
nakrochmalonego płótna kornetów rozjaśniały całe wnętrze. 
Po czterech miesiącach leŜenia, wielu tygodniach bezsenności, rozgorączkowanych dniach, 
przesłoniętych mgłą morfiny, po wyczerpujących zabiegach i opatrunkach Jerzy reagował 
płaczem na kaŜde serdeczne słowo, na uścisk dłoni kolegi, który opuszczał szpital, czy teŜ 
Ŝ

yczliwe stwierdzenie lekarza, „Ŝe juŜ niedługo". Nie on jeden. Wszyscy czuli się paskudnie 

rozmyci, bezbronni i tylko udana surowość przytomniejszego towarzysza powstrzymywała od 
dziecinnego płaczu. 
Potem dzień potoczył się zwyczajnie -—- z obchodem porannym, wołaniem o „kaczkę" i 
basen, utyskiwaniem na niewygodę łóŜek. 
Jerzy odwiedził plutonowego z sąsiedztwa, który dostał właśnie wiadomość o śmierci brata. 
Był rozgoryczony na wojnę, rozpłakał się bezsilny, osłabiony gorączką, na którą nie pomogła 
juŜ amputacja nogi przy samym stawie biodrowym. W tym płaczu zbielał nagle, siostry 

background image

natychmiast wyrzuciły Jerzego i przyniosły biały parawan, którym zasłoniły łóŜko. Z 
głośników umieszczonych nad drzwiami sal muzyka lekka miała zagłuszyć myśli i protesty. 
Jerzy pokuśtykał do swego pokoju. Przerwano muzykę i spiker moskiewski potęŜnym, 
mobilizującym basem obwieścił następne zwycięstwo, zajęcie kolejnego miasta czy 
sforsowanie Wisły w nowym punkcie, odegrano hymn i znowu popłynęły dźwięki starej 
melodii. 
Było niewiele po dwunastej, bo właśnie na salę wjechał wózek z  obiadem.  Siostra  podawała  
talerze  z zupą.   Nagle 
124 
muzyka urwała się. Zaszemrało w głośniku, ktoś szeptał jakieś niezrozumiałe słowa. I nagle 
spiker odchrząknął, zbliŜył usta do mikrofonu, bo słychać było jego przyśpieszony oddech, 
trwało to chwilę, długą chwilę, jakby zbierał siły do wypowiedzenia słowa. Wszyscy odłoŜyli 
łyŜki i zapatrzyli się w głośnik. Znieruchomieli, wyczuwając coś niezwykłego. 
„Warszawa wzięta" — wrzasnął spiker prosto w mikrofon dziwnym, szalonym i 
rozdygotanym głosem. I zaraz potem rozbrzmiała „Warszawianka". 
Siostra stała na środku pokoju jak wryta, ranni zestawiali talerze na stoliki przy łóŜkach. 
Poodwracali się do ścian i zagryzali mocno prześcieradła, Ŝeby nie było słychać szlochu, i łzy 
dławiły ich w gardle. I nic. Nic więcej. Po „Warszawiance" znowu zaczęto nadawać muzykę. 
ś

adnego oficjalnego komunikatu, Ŝadnych konkretnych wieści. Ale oni wiedzieli, Ŝe to nie 

moŜe być nieprawda. To musiało przyjść nareszcie. 
Nad wieczorem ogromny huk wielokrotnie powtórzony wstrząsnął ścianami szpitala, niebo 
pojaśniało od rakiet i wszyscy wiedzieli, Ŝe to jest potwierdzeniem. Garnęli się do okien i 
patrzyli w niebo, na którym zimowe chmury bielały od kolejnych wystrzałów salwy. 
Zgromadzone na placu Unii Lubelskiej dziesiątki dział obwieszczały Lublinowi radosną 
nowinę. 
Późnym wieczorem na korytarzu rozległy się pijane śpiewy. Wracał do swego łóŜka 
porucznik Adiutant, jak go nazywano, człowiek, którego nie darzono sympatią choćby 
dlatego, Ŝe ciągle miał pretensje do chirurgów; pochodził z Grodna i w trzydziestym 
dziewiątym poszedł do wojska jako podchorąŜy łapiduch, twierdził więc, Ŝe zna się na tym. 
Był złośliwy. Zawsze niezadowolony, z fanaberiami. Spił się teraz; nikt nie rniał mu tejgo 
dnia za złe, Ŝe wyciągnął pistolet i wygarnął cały magazynek w okno na szpitalnym 
korytarzu. Przeciwnie, wszyscy polubili go za to. 
Upłynęło juŜ parę dni od chwili, kiedy naczelny chirurg szpitala dostał ma swój „goły" 
mundur naszywki i gwiazdki. Został pułkownikiem i pojechał na front jako inspektor. 
Spierano się, czy inspektora armii, czy tylko frontu. Opiekujący się Jerzym doktor 
Wiśniewski — typowy chirurg o mocnych, czerwonych rękach i grubych palcach — dostał 
stopień kapitana i teŜ odszedł ze szpitala. 
125 
Szarytki wróciły do cywilnego Ŝycia i Jerzy został tam jako jedyny z rannych wojskowych. 
Irena odjechała do Warszawy. Od szeregu dni chodziła dzielnie po szpitalu udowadniając 
lekarzom, Ŝe zadyszkę miała zawsze, Ŝe rana płuc nie ma nic do rzeczy i podróŜ na stopniu 
towarowego wagonu w mroźny czas tylko ją zahartuje. Chodziła, chodziła, aŜ pozwolili. 
Wyjechała w ostatnich dniach lutego, zabierając adres Jerzego na śoliborzu i przysięgając 
zostawić wiadomość dla rodziny; w to, Ŝe  ktokolwiek tam przeŜył, nie wierzyli oboje. 
LeŜał teraz na innej salce, wśród obcych ludzi, z którymi nie łączyło go nic prócz szpitalnej 
niedoli. Miejsc było mało, podobnie jak lekarzy i pielęgniarek. Zdawać by się mogło, Ŝe 
pułkownik Jaworski zabrał ze sobą wszystkich i wszystko. Jerzego połoŜono na czarnej, 
ceratowej kanapce, która przypominała mu jego posłanie z dziecinnych lat, z pierwszych 
mieszkań na kolonii Lubeckiego. Kanapka była wygodna, tyle Ŝe prześcieradło zsuwało się 
po śliskiej ceracie przy kaŜdym ruchu. Nie dbał juŜ teraz o takie drobiazgi, wstawał, nie 

background image

potrzebował pomocy siostry w poprawieniu pościeli. Szyna dokuczała mu jak dawniej, ale 
rany goiły się dobrze i ból ustąpił prawie zupełnie. Wędrował więc teraz po salach, docierał 
do opatrunkowej i za szklane drzwi operacyjnej, marzył o zawodzie chirurga; obznajmiony 
juŜ ze zwyczajami, przypadkami, stał się prywatnym lekarzem kolegów, jeśli nie leczącym, to 
w kaŜdym razie stawiającym diagnozę. 
—  Kiedy pozwolą wstać? Jak pan myśli, panie podchorąŜy? ¦— pytał go chory sąsiad, 
któremu wpuszczono właśnie z litr soli fizjologicznej. Był po cięŜkiej operacji. 
—  Doktor mówi, Ŝe za siedem dni. To niemoŜliwe! Wycięli mi pół Ŝołądka — odwrócił się 
do sali. Wszyscy pokiwali głowami, szanując chorego z połową Ŝołądka. 
—  Pół Ŝołądka — delektował się chory. — Po takiej operacji polezę parę miesięcy, a oni mi 
tu... 
—  Wyjdzie pan za tydzień. Co to jest? Wycięli, zaszyli. śadnych powikłań, zapaleń. Siedem 
dni to przyzwoity termin. 
Jerzy nie lubił operacji miękkich części. Zajmował się chirurgią kostną. 
—  Przy kostnych sprawach, widzi pan, nic nie wiadomo. Odłączy się sekwestr, zrobi 
przetoka, trzeba zakładać setony, nawet dreny, gorączka skacze, moŜe przyplątać się 
zapalenie szpiku, a jak staw odkryty, to i zapalenie stawów... 
—  Pan miał to wszystko? — chory patrzył z uwielbieniem. 
126 
—  No, a jak? 
Na salę wszedł stary, siwiuteńki felczer. Przysiadł koło Jerzego ze strzykawką. Jerzy ocenił 
dawkę i specyfik. ¦— Morfina? 
—  Przed tobą nic się nie ukryje — uśmiechnął się felczer. Jerzy odsunął  rękaw  i  wziął  od  
felczera  watkę.   Przetarł 
skórę,  felczer posłusznie wbił  igłę  w  przygotowane  miejsce. 
—   Będzie nowy zabieg? — domyślił się Jerzy. 
—  Doktor ó tobie nie moŜe zapomnieć. Nakłuli cię, nakłuli ¦— jęczał felczer, oglądając rękę 
Jerzego. 
—  To mi przypomina ojczyznę — powiedział zagadkowo i zabrał się do porządkowania 
strzykawki. 
—  Jak to, ojczyznę? 
—  A, widzisz, ja teŜ tego nie mogłem zrozumieć. Miałem wtedy ? osiem lat. Uwielbiałem 
swojego dziadka, który był pełen cnót, wielki i mocny, ale nie dość ustatkowany. ToteŜ 
widywałem go rzadko, bo rozjeŜdŜał wszędzie. Miał z tego powodu stale jakieś 
nieprzyjemności z carskimi władzami i wzywali go do cyrkułui. Nie bardzo rozumiałem, co 
za pretensje moŜe mieć policmajster do wyjazdów mojego dziadka. Ale miał. Ile razy dziadek 
przyjeŜdŜał, wiedziałem z góry, Ŝe przyjdzie po niego powiestka 2 i będzie musiał się 
tłumaczyć. Dziadek wracał z komisariatu zdenerwowany, biegał po pokojach i huczał 
wielkim głosem. Wszystko u niego musiało być, uwaŜasz, wielkie. Któregoś razu zebrało się 
na przywitanie powracającego dziadka kilkunastu panów, zamknęli się i mnie nie dali wejść 
do gabinetu. Kłócili się tam okropnie i co chwila któryś z panów wypowiadał to właśnie 
słowo: ojczyzna. Nie wiedziałem, co to znaczy. Wiedziałem, Ŝe bat'ką — ojcem — był car, 
matier — słyszałem często nie tylko w szkole i nie zawsze w parlamentarnej oprawie, ale 
ojczyzna? Nie znałem. Więc jak tylko dziadek wyskoczył z gabinetu i sunął do kredensu, 
wiedziałem, Ŝe po nalewkę, złapałem go za połę surduta i nie puściłem, póki nie stanął. Pytam 
go, co to takiego ojczyzna, a on tylko się opędza ode mnie, ale nie pozwoliłem mu odejść. 
Ustąpił. „Ojczyzna, smyku... tak mi tłumaczył — w sześćdziesiątym trzecim, jak rozbili naszą 
partię, taki oddział wojskowy, byłem lekko ranny, przekradłem się moczarami do znajomego 
dworu i tam mnie schowali. Ale wkrótce przyszli 
1  Komisariat policji carskiej. 

background image

2   Przyjęty w polszczyźnie „zaborowej" termin określający wezwanie. 
127 
kozacy i znaleźli mnie. Chcieli rozstrzelać, ale Ŝe byłem smarkaczem, więc tylko ściągnęli 
portki i nahajami zdrowo przeciągnęli... Widzisz, to właśnie jest ojczyzna" — skończył 
dziadek. Tłumaczenie było bardzo nieprecyzyjne, ale coś mi zaświtało. Tak teraz patrzę 
aeęsto, zawód mi taki wypadł, na wasze, poŜal się BoŜe, członki i przypominam sobie... 
Ojczyzna... No, zbieraj się, morfina juŜ działa. Pora. Doktor czeka. 
Jerzy zlazł ze swej kanapki i posłusznie pokuśtykał do sali operacyjnej pełen jednoznacznych 
myśli na temat poniŜania świętości i autorytetu wykładowcy. 
—  Dzień dobry, panie doktorze. 
Doktor podniósł głowę znad umywalni. Miał zmęczone oczy, zaczerwienione spojówki i 
Jerzy chętnie przepisałby mu kurację polegającą na przespaniu przynajmniej jednej nocy. 
Zwłaszcza teraz, przed operacją. Jerzy wlazł na stół, podał pielęgniarzowi kule i zaczął 
ś

ciągać but ze zdrowej nogi. 

¦— W aseptykę to juŜ pan przestał wierzyć, panie podchorąŜy — powiedział lekarz. 
—  Chyba przestałem — odburknął Jerzy. 
Znał doktora tylko z opowiadań. Będzie to w kaŜdym razie pierwszy zabieg, który wykona na 
jego ciele ten ponurak. Nie podobał mu się. 
—  Panie doktorze, czy nie moŜna by zastosować narkozy ewipanowej ? 
—  Dlaczego? 
—  Miałem juŜ sześć zabiegów i zawsze usypiali mnie chloroetylen! albo eterem... 
—  Nie będzie ewipanu. 
—  Po eterze mam zgagę — kaprysił Jerzy, podając ręce do przywiązania. Pielęgniarz 
zaciągnął mocno pasy. 
—  Nie będzie eteru. 
—  Znowu chloretyl? 
—  Nie. W kaŜdym razie jakaś nowość dla pana. Pielęgniarz, bardzo marny instrumentariusz, 
wyjął z szafki 
maseczkę i kroplomierz. 
—  Co to takiego? — Jerzy był coraz bardziej niespokojny. 
—  Przywiązaliście? — zapytał doktor. Pielęgniarz zapiął ostatni pas. 
—  Chloroform — burknął doktor i popatrzył na przygotowane narzędzia. 
Jerzy poderwał się na tyle, na ile pozwalały pasy. Pielęgniarz usiłował przytrzymać jego 
głowę. 
128 
—  Nie ma pan nic innego? 
—  Nie ma ewipanu, nie ma eteru, nie ma chloretylu. Jest pan w szpitalu cywilnym. 
—  Nie podoba mi się to — Jerzy próbował się uspokoić. — Co pan robi?! — krzyknął 
zaniepokojony na dobre, widząc, Ŝe pielęgniarz nakłada mu maskę. 
—  Będzie podawał narkozę. Nie ma teŜ anestezjologa. Jerzy wściekły i zrezygnowany 
połoŜył się płasko.  Słyszał, 
jak pierwsze krople bębnią po gazie napiętej nad jego ustami. Zaczął forsownie oddychać, bo 
wiedział, Ŝe jest to najlepszy sposób na szybkie stracenie przytomności. Poczuł świeŜy 
podmuch powietrza pod niedokładnie przyłoŜoną maską. Usiłował coś wybełkotać i poruszył 
głową. Posługacz odjął maskę. 
—  Trzyma pan nierówno, czuję powietrze. 
—  Dałby pan spokój, nie wstyd panu? — powiedział tamten i popchnął mocno głowę 
Jerzego na stół. 
—  Słuchaj pan podchorąŜego. Bądź co bądź po sześciu operacjach jest większym praktykiem 
od pana — poparł Jerzego doktor. 

background image

Pielęgniarz zamruczał coś niezrozumiałego. Krople nie działały tak szybko. Jerzy doliczył do 
stu i wszyscy zaczęli się niecierpliwić. 
—  Robił pan trening alkoholowy czy jak? 
Jerzy czuł juŜ banię dźwięków wokół głowy, wiedział, Ŝe teraz powinna przyjść ciemność i 
cisza, ale nie przychodziły. Pokręcił głową. 
—  Przytomny jak... 
—  Podawaj pan dalej. Niech pan liczy z powrotem od stu w dół — poradził doktor, 
nachylając się nad głową Jerzego. Poczuł to pochylenie, bo głos doktora przebił banię 
wypełnioną echami i zahuczał blisko, niesamowicie. 
Jerzy mógł sobie pozwolić na doświadczenia. Po sześciu narkozach! Mrowie przechodziło od 
palców nóg i rąk i sunęło ku tyłowi; potem ciało drętwiało, jakby ścierpł cały, ale ciągle 
jeszcze czuł ucisk maski na twarzy, nieznośnie uwierała kości policzkowe i okolicę ust. 
Liczył. Mylił się juŜ, ale liczył dalej uparcie. Sprawdził ręce: palce chodziły cięŜko w 
zawiasach, niemrawo, jakby nienaoliwione. Myśli toczyły się juŜ leniwie, ale czuł ciągle 
potworny odór chloroformu i słyszał. Słyszał kaŜdy dźwięk, brzęk instrumentu, głosy doktora 
i pielęgniarza. Ton kaŜdy przypływał z oddali, rósł, jak gdyby wypowiadany był przez osobę 
podjeŜdŜającą szybko do niego; 
9 — A gdy mnie trafi...                                                                                  129 

potem ton pękał echem, rozlewał się szeroko, mieszał z następnymi, wypełniał całą czaszkę, 
powtarzał po wielekroć udziwniony, zawsze w tym samym rytmie, niezaleŜnie od tego, czy 
był przekształceniem dźwięku głosu ludzkiego, szmeru czy brzęku. Potem następowała 
katastrofa dźwięku: rytm przyśpieszał, ton wchodził na wysokie nuty i nagle wracał zbałwa-
niony i potworny, walił się na głowę jak fala przyboju. Na chwilę zapadała cisza, ale potem 
wszystko powracało w niezmiennym rytmie i brzmiało jak muzyka napisana na kotły, werble 
i czynele. Teraz Jerzy przypomniał sobie, Ŝe doktor Wiśniewski juŜ przy pierwszym zabiegu 
zapewniał go o powtarzaniu się wraŜeń, odczuć, myśli nawet, a w kaŜdym razie snów. Tak, to 
było to samo. Drętwiała juŜ broda, ale poczuł jeszcze, Ŝe odwijają bandaŜe. Czuł, jak ścierpła 
i właściwie nieczułą juŜ nogę podnoszą w górę. Słyszał, najdłuŜej słyszał. Próbował 
zaprotestować: cięcie poczuje na pewno. Zamiast słów, które najpierw z trudem układał, 
wydał jakiś dziwny, nie swój bełkot. 
¦—¦ Dobra, dobra, jeszcze nie — doktor zrozumiał go. 
„Dobry doktor" — pomyślał jeszcze i w tym momencie poczuł, Ŝe podający narkozę ohydny 
facet odsuwa maskę od twarzy, przypłynął wiew świeŜego powietrza, a w chwilę potem 
chluśnięcie chloroformu sparzyło mu twarz, zachłysnął się, zakaszlał, chciał wyrwać głowę 
oburzony, ale juŜ mięśnie odmówiły posłuszeństwa; twarz piekła coraz, mniej, pojawiły się 
jakieś obrazy. Te same, co zawsze, dźwięk oddalał się w ciemność i nie powracał, nie czuł juŜ 
nic, przestał słyszeć. 
Zbudził się jak zwykle trzeźwy, z szeroko otwartymi oczami i uczuciem głodu. 
—  A, jest juŜ pan, dzień dobry! — Doktor stał przy nodze Jerzego i nakładał mu gips, 
solidnie bandaŜując miejsce koło miejsca, formując zgrabny bucik pod kolano. 
—  Długo pan sobie pospał. 
—  Jak mi chlusnął narkozę na twarz... 
—  Pamięta pan? Zdumiewające. Niech się pan nie gniewa. My w cywilu nie moŜemy się 
patyczkować z bohaterami. 
Jerzy uśmiechnął się i nagle poczuł sympatię do zmęczonego doktora. W końcu nie wyprawił 
go na tamten świat. 
—  Zepsuła się panu pięta, więc musiałem wyskrobać. Tą łyŜką — pokazał brodą na brudny 
stół z instrumentami. -—• Potem, sprawdziliśmy wszystkie stare sprawy, na to poszła piękna 
maść tranowa i gipsik. Piękny, co? 

background image

130 
Jerzy przyglądał się krytycznie, ale musiał przyznać, Ŝe po rozdętej w szynie, rozlanej, 
niepodobnej do czegokolwiek nodze, but gipsowy wyglądał juŜ zupełnie po ludzku. 
—  Gips będzie na głucho. Będzie panu trochę śmierdziało, bo bez ropy.się nie obejdzie, a 
opatrunku przez gips nikt nie zrobi, ale z tym moŜe pan nawet wędrować. Na kulach, 
oczywiście. 
Doktor oŜywił się, kończąc bandaŜowanie. Był z siebie zadowolony. 
—  Myślę, Ŝe rnimo wszystko posłuŜy panu ta noga. Jerzy usiadł na stole. W porządku. Mógł 
iść na salę.      .   i 
—  Da pan radę? — zapytał pielęgniarz. 
—  Daj pan kule. 
Nosze i tak nie chciały się zmieścić w ciasnym przejściu salki nie przeznaczonej na operacje, 
więc doktor pozwolił spróbować, byle uwaŜać na jego przyzwoitą robotę i nie uszkodzić 
gipsu. Przy ceratowej kanapce czekał, jak zwykle po zabiegu, obiad. Zawsze wracał z zabiegu 
diablo głodny i siostry wiedziały, Ŝe nigdy nie choruje. Zjadł obiad ze smakiem, wyziewując 
resztki niesmacznego zapachu chloroformu. 
131 
Siostra z operacyjnej przyszła do podchorąŜego zaraz po obiedzie. 
•— Teraz! — oburzył się Jerzy. — Narkozę mi podawał byle kto, poparzyli mi twarz. 
—   Nie mogłam. Mieliśmy jeden Ŝołądek i przepuklinę. Podeszła bliŜej kanapki i krytycznie 
obejrzała gipsowy but. 
Odruchowo dotknęła ręką palców nogi Jerzego i zawstydziła się. 
—   Ciepłe, ręczę, Ŝe są ciepłe — roześmiał się Jerzy. 
¦— Daj BoŜe, Ŝeby nie trzeba było amputować — westchnęła melancholijnie. Poszła. Jerzy 
nie obraŜał się. Przywykł do jej makabrycznego stylu. 
Pospał chwilę rozgrzany obiadem. Obudził się z uczuciem, Ŝe ktoś stoi nad nim. Był spocony 
i bielizna kleiła się do pleców. Otworzył oczy. Siostra z operacyjnej obserwowała go bacznie. 
—   Jak się pan czuje? — zapytała podejrzliwie. 
—   Koniecznie chce mnie siostra wyprawić na tamten świat? ¦— oburzył się. 
—  Niech pan nie mówi takich głupstw! — PrzeŜegnała się. — Pytam się, jak się pan czuje? 
Mocno? Zdrowo? 
Potakiwał, nie wiedząc, do czego zmierza. 
—   Z sercem nie ma pan Ŝadnych sensacji? 
—   śadnych. O co chodzi? — zaniepokoił się. 
—  Nie... Nic takiego... Ktoś do pana przyjechał... — uśmiechnęła się niepewnie i cofnęła do 
drzwi. Skinęła ręką na kogoś stojącego w korytarzu. Jerzy nie widział jeszcze, ale wiedział. 
Wszystko juŜ wiedział. Wyczarowywał jej postać na tle białego prostokąta drzwi. Wiedział, 
Ŝ

e to ona. Weszła spokojna, łagodna, uśmiechnięta, tak jak trzeba uśmiechać się do cięŜko 

chorego. 
—  Jestem zdrowy, mamo. Trzymaj się. Wszystko dobrze. Tylko nie płacz. Proszę, nie płacz. 
Trzymaj się — mówił coraz ciszej, chowając głowę w jej ramiona i przyciskając kurczowo jej 
dłonie do mokrej od łez twarzy. 

Pociąg zwalniał. Za oknami nie widać było nic prócz kłębów pary. Matka chuchała i tarła 
szybę, nie widziała jednak wiele więcej. Okna pociągu oświetlonego ogarkami świec dawały 
nikły poblask na śnieŜnej równinie. 
—   Co znowu? — zniecierpliwiła się. 
—  Dojechaliśmy — zawołał ktoś od przodu wagonu i otworzył drzwi. Powiało mrozem i 
ludzie zakrzątali się, ciaśniej opatulając chustki, koŜuchy i ściągając z półek bagaŜe. Kiedy 

background image

zapiszczały hamulce, podróŜni posunęli się do wyjść; świecili latarkami i staczali się z 
wysokich stopni prosto w zasypane śniegiem rowy przy torze. 
—  AleŜ to pustka, Ŝadnej stacji — zaniepokoiła się matka. 
—  Stacja po drugiej stronie Sanu. Most zwalony — wyjaśnił jakiś męŜczyzna i przerzucił 
tobół przez ramię. 
Matka cofnęła się do wyjścia i spojrzała bezradnie na Jerzego. Był parę dni po operacji, z 
nogą w gipsie. Do tej pory droga nie wydawała się zła. Normalna. Wsiedli do pociągu, 
którym mieli dojechać do Rozwadowa; potem dalej na Przeworsk i przesiadka na Kraków, na 
linię podkarpacką. Ale teraz wyglądało to zupełnie inaczej. Pole pod śniegiem i noc. Gdzie tu 
pociąg, który zabierze ich dalej? Jerzy owinął gips szmatami; lekarz przestrzegał przed 
zaziębieniem nogi, zbytnim wysiłkiem, uszkodzeniem gipsu. Gdyby wystąpiła gorączka, nie 
byłoby ratunku, natychmiast do najbliŜszego szpitala i amputować. Bez gadania — 
amputować. 
—  Daj agrafkę. Zapnę, bo się odwinie — pochyliła się nad szmatami. 
—   Zawołam kogoś. Nie dasz rady zejść — odwróciła się do wyjścia, ale ostatni podróŜni 
przemykali pod wagonem i ginęli w ciemności. Szli dokądś pospiesznie. 
¦— Bierz bagaŜe i wysiadaj pierwsza — powiedział Jerzy i wstał, podpierając się kulami. 
Wysiadali powoli: Jerzy nie zdąŜył nałoŜyć rękawic i teraz, trąc ręką mocno zaciśniętą na 
poręczy czuł, jak zmroŜone Ŝelazo klei się do skóry. Usiadł na ostatnim stopniu, zmacał kulą 
twardy grunt pod zaspą i osunął się w śnieg. Poszli. 
Skręcili w udeptany szlak przez pole, oddalając się od syczenia parowozu i pokrzykiwań 
kolejarzy. Przed nimi świeciło parę okien i błyskały latarki, łowiąc z ciemności tQ płot, 
133 
to ścianę, to drewniany zrąb chałupy. Psy zanosiły się ujadaniem. Do wsi było z pół 
kilometra. Matka z przeraŜeniem myślała o tym, Ŝe wszyscy podróŜni wyprzedzają ich, 
znikają w opłotkach i zagrodach, jakby byli tutejsi, oczekiwani, a ona i Jerzy nie wiedzą, co 
dalej robić. 
Nim doszli do pierwszych chałup, wieś juŜ wchłonęła przybyszów, ucichła, światła w 
okienkach poprzygasały. Jerzy spocił się porządnie i zasapał. Nie był przygotowany na taką 
podróŜ. Widział niepokój matki i starał się nie zdradzać ze swoim zmęczeniem. To był 
dopiero początek podróŜy. 
—  Zaczekaj tu na mnie — powiedziała i otworzyła drewnianą furtkę. Zaskrzypiało. Potem z 
drzwi na mdławej fali światła nieśmiało potoczyły się jakieś głosy i wszystko umilkło. Jerzy 
oparł się o płot. Oczy przywykły juŜ do nocy. Śnieg bielał pofalowaną płaszczyzną aŜ po 
czarny horyzont; były tam jakieś pagórki, drzewa, las. Psy jazgotały nieustannie, 
odpowiadając sobie z jednego końca wsi na drugi. 
Nagle zza pagórków odezwał się cekaem. Stał gdzieś osłonięty, moŜe w bunkrze drewnianym 
— ocenił Jerzy ze znawstwem, słysząc głuche stukanie przy odpalaniu. Drugi odpowiedział 
mu z kierunku czerniejącego na horyzoncie lasu. Tak przepowiadały do siebie długą chwilę. 
Potem umilkły i zapadła zupełna cisza. Psy nie odzywały się dobre pół minuty i nagle 
wybuchły ujadaniem, jakby nagromadziła się w nich długo wstrzymywana wściekłość. 
—  Kto tu strzela? Kraj pod śniegiem, front przeszedł tędy parę miesięcy temu. Strzelają na 
postrach chyba. Gdyby mierzyli, odpaliliby najpierw rakietę. 
Cekaemy rozstrzelały się ponownie i psy znowu ucichły. Matka pojawiła się przy płocie. 
Jerzy nie słyszał jej podejścia. 
—  Chodź, trzeba przenocować. Jest miejsce. — Otworzyła furtkę i przynaglała. On jednak 
ociągał się, wszystko to — ten dźwięk realny, bliski, a w tle strzały i ujadanie kundli, zapach 
drzewa płonącego — wydało mu się znane, skądś to pamiętał. Tylko ta zima i mróz dławiący 
oddech, to było obce. Pamiętał to z niedawnej przeszłości, moŜe to wspomnienie którejś nocy 
w Kampinosie. 

background image

—  UwaŜaj — matka podparła go na oślizłym stopniu. Weszli do chałupy. 
Mieszkańcy wsi przywykli juŜ do przychodzących w nocy pociągów. Z nocowania 
podróŜnych mieli źródło dochodu. W  izbie przy otwartych  drzwiczkach popielnika,  w 
słabym, 
134 
pobłyskującym czerwono świetle stłoczyło się kilkanaście osób. ZdąŜyli juŜ porozwijać 
zatłumoczone chustami i szalami głowy, porozkładać się do spania na ławie, stołkach, na 
podłodze. Gospodarze rzucili im parę garści słomy. 
Jerzemu   dostało   się   miejsce   w   cieple,   niedaleko   pieca. PodłoŜył pod  głowę  chlebak,  
przysunął  do  siebie  kulę  pod rękę — jak krabin — i umościł wysoko nogę na zwiniętym 
płaszczu. Izba rozmamrotana sennie przy ich wejściu umilkła teraz i słychać było tylko 
trzaskanie drzewa pod płytą, szelest słomy na podłodze i postękiwanie usypiających. 
Nie mógł zasnąć. Patrzył na matkę i martwił się, Ŝe siedzi niewygodnie, oparta ramieniem o 
ś

cianę, nasłuchiwał kolejnych nawrotów psiego ujadania i strzelaniny, układał się na twardej 

podłodze tak, by ustało tętniące pod gipsem łomotanie w obrzmiałej nodze. PołoŜył głowę na 
chlebaku i spojrzał w Ŝar popielnika. Oczy piekły go ze zmęczenia i od czadu, ale nie chciał 
odwracać wzroku, od światła. Podłoga była szara, zradlona ze starości. Deska musiała być 
sosnowa, bo słoje wyraźnie  układały  się w wypukłe  i zaklęsłe miękkie linie. 
Nagle słoma zaruszała się tuŜ przy jego.policzku. Zamigotało światełko refleksu na czarnej 
pokrywie skrzydełek. Karaluch przesunął  się  przez  jaśniejszą  plamę  na  podłodze  i  
zniknął w kupce słomy. Jerzy odruchowo odsunął głowę. Zwabiony nikłym szelestem 
spojrzał w bok. Między znieruchomiałymi we śnie podróŜnymi słoma ruszała się to tu, to tam. 
Karaluchy buszowały po podłodze. Biegały, sunęły między źdźbłami, przystawały przy  
tobołkach  podróŜnych,  dotykały  ich   twardymi czułkami  i  odbiegały  nerwowym,  
urywanym,  zygzakowatym ruchem. Mrowiły się wszędzie.  Jerzy nie próbował  juŜ usuwać 
się.  Zaglądały co pewien czas w jego  szeroko  otwarte oczy i biegły dalej, uspokojone 
bezruchem ludzi. 
Obraz zamglił się i senność rozluźniała napięte mięśnie. Jerzy widział przed sobą krzątaninę 
czarnych, błyskających, obłych kształtów aŜ do chwili, kiedy przymykał oczy. Potem 
karaluchy wpełzały w jego ostatnie myśli, wypełniały sen, mrowiły się pod powiekami, 
draŜniły kłującymi dotykami czuł-ków, szeleściły słomą. 
Wiał silny wiatr i chmury, szare na szarym tle, rozsnuwały się nisko. Mróz zelŜał nieco, ale 
wiatr wciskał zimno przez najmniejsze szczeliny pod ubranie, kłuł w policzki. Jerzy od- 
135 
ruchowo podkulał cięŜki gipsowy but, Ŝeby nie sunąć nim po śniegu; zdawało mu się, Ŝe 
zimno ogarnia jego nogę i usztywnia palce. Przypomniała nu się siostra z operacyjnej. Teraz, 
po wyjściu ze szpitala, kiedy ból nie oszałamiał, nie chciał juŜ amputacji i bał się kaŜdego 
urazu, dotknięcia, które czuł nawet przez gips, jakby biała powłoka stała się jego drugą skórą. 
Do Sanu było niedaleko. Rzeka przepływała tuŜ za wsią. Pędziła swoje wody w niewielkiej 
kotlinie szara, pobielona mętnymi pecynami kry. Nie była bardzo szeroka, ale nurt wypełniał 
ją od brzegu do brzegu, zwijał się coraz nowymi wirami, chrzęścił trącymi o siebie 
lodowatymi złomami. Do niej od wiejskiej drogi prowadził trakt wyłoŜony kocimi łbami, 
oślizgły i niebezpiecznie pochyły. Nad brzegiem zgromadziło się kilkadziesiąt osób. Stali tam 
juŜ na pewno od długiego czasu, milczący, nieruchomi, zapatrzeni w bury, gwałtowny, 
groźny odmęt. Kilka lodzi wysunięto daleko na brzeg, w miejsca bezpieczne. 
PodróŜni trzymali się razem, od tutejszych uzaleŜnieni najpierw noclegiem, teraz przeprawą 
na drugą stronę Sanu, obcy w tym miejscu. 
Matka i Jerzy docierali do nich w milczeniu, jakby spóźnili się na jakiś spektakl czy zebranie, 
na którym zapadły juŜ decyzje i teraz nie było o czym mówić. Kilku miejscowych łatwo było 
odróŜnić w tym tłumie: nie mieli ze sobą Ŝadnych pakunków. Jeden z nich, widać najbardziej 

background image

skłonny do przeprawy, trzymał w ręku długie wiosło. Podpierając się na nim podchodził do 
samej wody i kopał bezmyślnie bryły lodu wyrzucane na brzeg. Lód byl gruby. CięŜkie bryły 
nie dawały się ruszyć ani nawet zachwiać. Z bliska widać było, z jaką siłą uderzały. Dalej 
niesione szybkim, przyprawiającym o zawrót głowy prądem zdawały się tańczyć, uchylać 
przed sobą, okręcały się powolnie, statecznie, przytapiały nawzajem, ciągle pędząc naprzód w 
dól rzeki. MoŜna było tak stać i patrzeć bez końca. Jerzy po chwili, kiedy rzeczywiście 
zakręciło mu się w głowie, podniósł oczy i powiódł spojrzeniem po twarzach milczących 
ludzi. 
—  Po moście nie da rady przejść? — zapytał jednego z tutejszych. 
Tamten tylko spojrzał ponurym, bawolim okiem. ¦—- Po moście nie moŜna— powiedział ktoś 
z tłumu. 
—   Cały w wodzie? —pytała matka. 
—   Nie. Nie w wodzie. 
136 
—   No, to moŜna spróbować. 
—  Nie wolno. —- Dlaczego? 
—   Strzelają! 
—  Kto strzela? 
—  A kto ich tam wie. Wojskowi. 
—  Dlaczego strzelają? 
—  Pyta pan i pyta, a sam pan strzelał — powiedział rozmówca z tłumu i cofnął się między 
ludzi. 
Jerzy nie rozumiał związku między tym, co posłyszał, i swoimi pytaniami. Wyglądał jednak 
na wpół wojskowo w zbieraninie Ŝołnierskiego przyodziewku; taki dostał przy wyjściu ze 
szpitala. 
-r- Ale my musimy do Rozwadowa. Syn nie moŜe tu zostać. Musi być w szpitalu. 
Przewoźnik wzruszył ramionami i znowu odwrócił się do wody. 
—  Przechodzili my po moście, aŜ go wysadzili. 
—  Kto wysadził? 
—  Jacyś tacy. Kręcili się tu, kręcili się, aŜ wysadzili most. 
—  A teraz wojskowi strzelają — odezwał się ten z wiosłem. Starszy  przewoźnik  popatrzył   
na   niego   ponuro,   nasunął 
czapę na oczy i przepchał się między ludźmi. Skierował się do wsi. Zerwały się jakieś szepty i 
umilkły. Stali dalej bez ruchu. 
—  Panie...   —  matka   podeszła   do   przewoźnika   z   wio- 
137 
^^JS 
¦ ¦- i 

?-' * 
su   L3 
~-   ra O    r> 
^-.^ O — ?    I? 
^r-? *\ 
-1 
 
'^ 
S' 5" cc 
&? 
"## 

background image

^   ^        J^H. 
/   3 
¦ *¦< 
re   n>   'S'. 


n .&> •   g «¦ ? ». g- L... pi — ? ? -*> 
43 
 
0 N-   ?   ?? 
q ? ? N ? ? -? », ? 
3   K- Ł ">   N   S .4 
LatsŁ:rs& 
-I?' 
IB     JB 
¦?     ? 
??        O-. 
słem. — Panie, synowi odetną nogę, jeŜeli nie dostanie się zaraz do szpitala. 
Przewoźnik popatrzył bez słowa na matkę i na nurt. 
—   PrzecieŜ zapłacimy. Ile pan zechce. 
—   Łodzi nie zepchnie — odezwał się ktoś z tłumu. 
—   Nie widzi pani, co się wyrabia? ¦— poparł go drugi. ¦—• Musimy się dostać do 
Rozwadowa. Nie rozumiecie? 
—  A syn wojskowy? — spytał przewoźnik i popatrzył na czeski płaszcz Jerzego. 
Matka stropiła się. Nie wiedziała, co będzie polityczniej. Spodziewała się dalszego ciągu. 
—¦ Bo jak wojskowy, to dlaczego nie trzymają go w wojskowym szpitalu? 
—   Zwolnili go. Zabieram go do domu — wyjaśniła, wiedząc, Ŝe brzmi to jeszcze bardziej 
podejrzanie niŜ pozostawienie pytania bez odpowiedzi. 
Przewoźnik powiódł po ludziach spojrzeniem triumfatora. •—¦ Lepiej go było zostawić — 
powiedział ktoś ironicznie. ¦— Przewiezie  pan? 
—   Zamiast syna ratować, pcha go pani do wody — odezwał się dyskutant z tłumu. 
—  Przeczeka pani na wsi ze dwa dni; moŜe kra spłynie. 
—   AleŜ to niemoŜliwe. Musi być w szpitalu. 
Jerzy rozejrzał się. Z początku nie rozumiał uporu matki. Nie było z nim aŜ tak źle, by nie 
mógł poczekać albo próbować innej drogi. Nie rozumiał,.bo. nie był z nią w te dni, kiedy 
uparcie szła naprzód przez ruiny, pchała się do piwnicy z trupami, brnęła po śniegu do Anina; 
przeciwności zdawały się ją umacniać w uporze; widziała przed sobą tylko cel, nie zwaŜała na 
ś

rodki ani trudności. Z drugiej strony Jerzy nie bał się przeprawy, nie umiał sobie wyobrazić 

groźby kry, zdawało mu się, Ŝe rzecz cała. jest przesadzona, ale nie moŜna przecieŜ pokonać 
tępego uporu tych ludzi. Zajrzał w twarze stojących na brzegu. Widział spojrzenia ciekawe, 
badawcze. Nie wiedział, co mogą dla nich znaczyć: przychylność czy wrogość. Nagle 
przypomniały mu się słowa o moście, o wysadzeniu, potem skojarzył to z pytaniami na. temat 
szpitala wojskowego: 
Legitymować się nie będzie! Nonsens. A przecieŜ najwidoczniej brano go za jakiegoś 
podejrzanego typa, który albo dezerteruje, albo szwarcuje się w wojskowych łachach, byle 
daleko od wojska; taki człowiek mógł sprowadzić kłopoty, ta- 
138 
kiego lepiej omijać. Teraz zrozumiał, dlaczego matka łowiąc te spojrzenia z tłumu, a moŜe 
nawet rozmawiając jeszcze tam, we wsi, starając się o nocleg, potem o jedzenie, rozpytując o 

background image

drogę zdecydowała jechać dalej za wszelką cenę. Być moŜe bała się. Po prostu nie chciała 
dopuścić do kłopotliwej sytuacji. 
—  W Rozwadowie jest doktor i kolej jedzie dalej... — powiedział ktoś na pozór bez związku. 
—  A tu przez most niech pani nawet nie próbuje. Zobaczą syna i z daleka będą strzelać. 
—   Do nas strzelali, a co dopiero... 
¦— MoŜe by i przepłynął —¦ powiedział na to przewoźnik i" znowu popatrzył na wodę. 
—  Pewnie, Ŝe w takim przypadku, kiedy nie ma wyjścia... Głosy z tłumu odzywały się to tu, 
to tam. Nie było po co 
protestować. Go miał im powiedzieć? śe nie jest Ŝadnym podejrzanym typem, Ŝe najzupełniej 
legalnie zwolniono go ze szpitala, Ŝe ma przepustkę i papiery wojskowe? Jakich to papierów 
dorabiali się wtedy ludzie róŜnymi sposobami! Nie było rady. Przewoźnik westchnął cięŜko i 
ruszył ku rzece. Zeszli za nim nad sam brzeg. Łódź zepchnięto do małej zatoczki, w której nie 
groziło uderzenie kry. Wsiedli. Nie kwapił się nikt więcej poza matką i Jerzym. Przewoźnik 
ujął wiosło i stanął szeroko rozkraczony. 
—   Zepchniecie, kiedy powiem — rzucił do pomagających mu męŜczyzn. Patrzył na wodę i 
wyczekiwał na ten jedyny moment,  który  zdawał  się  szansą. 
—  Teraz! — zawołał i razem z ruchem pchających sam potęŜnym zamachem rzucił się na 
wiosło oparte o krawędź brzegu. Łódź wyskoczyła na nurt. Zakręciło ją, nim przewoźnik 
zdołał usiąść. Bloki kry nie uderzyły jednak, tylko przyparły i przytrzymały czółno w pędzie. 
Na jedną sekundę zdawało się, Ŝe nurt przyjął i ogarnął łódź, Ŝe teraz poniesie ją otoczoną 
lodem i wirami i nie wypuści juŜ ze swych groźnych objęć. Jerzy trzymał się mocno burty. 
Czuł bardziej niŜ kiedykolwiek dotąd cięŜar gipsowego buta, nieruchawość swoich ramion 
spętanych przyciasnym płaszczem. Patrzył przyczajony na zwierające się wokół białe tafle. 
Kra tarła drewno łodzi powoli, wyprzedzała ją, wirowała i przechylała się, dobywając z 
ciemnego odmętu potęŜne bloki zatopione w wodzie. 
139 
Przewoźnik wyczekał odpowiedni moment i zagarnął wiosłem mocno przepychając łódź. 
Uniknął potęŜnego uderzenia kry. 
Na brzegu tłum zafalował i do uszu płynących doleciał jak podmuch wiatru jęk ludzi. Matka 
kątem oka dostrzegła ogromny kawał lodu, który prześliznął się tuŜ obok nich, zajął 
opuszczone przez łódź miejsce i naparł na kry z przodu, przy-topił je i rozkruszył. Matka 
szybkimi spojrzeniami ogarniała to przygarbionego syna, to rzekę, to znów brzeg, do którego 
zbliŜali się powoli. 
Przewoźnik dawał łodzi spływać z prądem i sterował nią niepostrzeŜenie, jakby kryjąc swój 
zamiar. Okłamywał rzekę powolnymi, nieznacznymi ruchami wioseł po to, by we właściwej 
chwili przeskoczyć do następnego oka czystej wody. 
Przeprawa trwała parę minut zaledwie, tak krótko, Ŝe dopiero wyłaŜąc z łodzi Jerzy pomyślał 
po raz pierwszy o tym, Ŝe matka nie umie pływać, a on teŜ nie zdołałby jej pomóc, zresztą nie 
dałby rady ratować samego siebie. 
Posłyszeli znowu jęk tłumu na drugim brzegu, jęk, w którym było więcej zdziwienia niŜ 
triumfu. Jedynie matka, zdawało się, nie dopuściła do świadomości zwątpienia w powodzenie 
przeprawy. Są oto na brzegu, skąd prosta juŜ droga do niedalekiej mieściny ze stacją 
kolejową. Są tu, gdzie mieli się przedostać. Z pewnością wierzyła, Ŝe nawet wywrócenie się 
łodzi czy zmiaŜdŜenie jej przez krę nie przekreśliłoby jej planów i wtedy znalazłoby się jakieś 
wyjście. 
Jerzy stanął na brzegu i patrzył na wodę, znowu dając się wciągnąć w tę hipnotyczną zabawę, 
w której więcej było zachwytu i szacunku niŜ strachu. 
—  Chodź, chodź, przeziębisz się. Gips nie zamókł? — nachyliła się do jego nogi. 
—  Pełno było wody na dnie łodzi, moŜna ją było najpierw wybrać — powiedziała tonem 
przygany, zwracając się do przewoźnika, który stanął osłupiały i niezdolny do protestu. 

background image

Jerzy roześmiał się serdecznie. Mój BoŜe, to była jego matka! Nie znał jej. Poczuł, Ŝe ją 
podziwia, tak jak się podziwia kogoś obcego, kiedy ujawni jakąś nową, wspaniałą cechę 
swego charakteru. 
Niedaleko rzeki była zagroda, do której zaprowadził ich przewoźnik. Po sforsowaniu 
pochyłości brzegu Jerzy czuł się kompletnie wyczerpany; nie miał sił na spacer do 
Rozwadowa, którego pierwsze domy widać było na szarym horyzoncie, 
140 
otoczone siatką gałęzi topól sterczących ponad obłe pagóry śniegu. Poczekali, aŜ gospodarz 
zaprzęgnie konie. Przewoźnik przyniósł im po kubku gorącego mleka. Był małomówny i nie 
ś

pieszył z powrotem. Twierdził, Ŝe ma interesy w Rozwadowie i wcale do wsi nie wróci; 

moŜe dopiero następnego dnia... Wstydził się przyznać do strachu: ostatecznie przeprawił 
tego tu... wojskowego. Pomógł... 
Rozwadów okazał się nieduŜą mieściną z paroma sklepami, apteką i sporym klasztorem 
schowanym za wielki kościół i kępę rozłoŜystych lip. 
Tam właśnie, w okolicy kościoła znaleziono im gościnę w domu kolejarskim. Na stacji 
zdobyli nie najlepsze wiadomości o pociągu, który kursował bardzo nieregularnie: jedyny 
skład jeździł między Medyką i Stalową Wolą mniej więcej raz na dzień, nie trzymając się 
Ŝ

adnego rozkładu. Ale kolejarska rodzina pocieszyła ich — otóŜ pociąg ruszając w drogę ze 

Stalowej Woli długo gwizdał. Ten gwizd słyszany w Rozwadowie był znakiem dla 
podróŜnych, którzy wtedy śpieszyli 
141 
na stację. Pociąg przejeŜdŜał przez Przeworsk, gdzie matka spodziewała się trafić do rodziny 
przyjaciół. Siedzieli tam niegdyś w cukrowni, czy byli tam teraz, po wojnie, nie wiedziała. 
Coś się jednak na pewno wykombinuje, mimo Ŝe, jak twierdzili kolejarze, pociągi z 
Przeworska w kierunku Krakowa jeszcze nie kursowały. 
Jerzego ulokowano na dziecinnym łóŜku. Jedną nogę, zdrową, przesadził między prętami 
oparcia, drugą — w gipsie — opierał na kuchennym stołku. Cuchnęła straszliwie. To wszakŜe 
nie bardzo przeszkadzało gospodarzom i licznej rodzinie, która czasowo mieszkała w dwóch 
izbach wiejskiej chałupy. Z powodu ostrej zimy do izby kuchennej przygarnięto i część 
inwentarza. Jerzy, budząc się z rozpalonego gorączką otępienia, widział czarno-białe, łaciate 
prosię, które biegało po kuchni, właŜąc pod nogi, ruchliwe, kwiczące i wesołe. Gonili je 
wszyscy za prowizorycznie ustawioną przegrodę, ale dzieci wypuszczały prosiaka i bawiły się 
z nim jak z psem. 
Matka rzadko wychodziła po jakieś sprawunki — głównie przesiadywała w izbie, pomagając 
gospodyni. Co chwila podchodziła do łóŜeczka, zaglądała w senne, zaczerwienione oczy 
Jerzego. Kładła dłoń przyjemnie chłodną na jego czole i, odchodziła milcząca i zbielała. 
Gospoclyni czasem zbliŜała się do Jerzego, obiecywała zdobyć termometr, ale widok 
rozgorączkowanej twarzy chłopca hamował ją wyraźnie: termometr nie mógł się znaleźć. 
MoŜe to i lepiej, bo w Rozwadowie nie było szpitala, w którym moŜna by dokonać amputacji: 
Jerzy pamiętał przestrogi lekairza. 
Przez izbę przewijało się zawsze sporo ludzi. MęŜczyźni przynosili bimber i pili razem z 
kobietami ze szklanek lub prosto z butelki „pod cyk", ,,pod manufakturę", czasem pod 
prawdziwą zupę, zaleŜy, o jakiej porze pojawiała się na stole butelka. Czasem między 
hałaśliwymi, plotącymi o niczym Jerzy słyszał powolny, cichszy głos: spoglądał w kierunku 
zebranych przy stole i widział krępą postać w habicie franciszkańskim. Ojciec często 
odwiedzał dom kolejarzy. Otoczony był powszechną sympatią i szacunkiem, pomagał, radził i 
pocieszał. Lubiano go i szanowano do tego stopnia, Ŝe kiedy wizyta kończyła się za dnia, 
eskortowano go do murów klasztornych, uwaŜając, by niepewny krok duchownego nie stał 
się przyczyną zgorszenia. 

background image

Dwa razy w ciągu dwóch dni Jerzego podrywano z pościeli;  ubierali  się  szybko,  zagarniali 
manatki i śpieszyli na 
142                                                                                            s 
dworzec. Niestety, sygnał dolatujący ze Stalowej Woli obliczony był dla zdrowych nóg. 
Docierali do stacji juŜ po odejściu pociągu. Trzeciego dnia wybrali się więc na dworzec 
wtedy, gdy pociąg przejeŜdŜał do Stalowej Woli. Jerzego połoŜono na biurku zawiadowcy, 
gdzie przeleŜał parę długich godzin. 
Pociąg nadjechał dopiero pod; wieczór. Stał na stacji z godzinę. Był czas na ulokowanie się w 
towarowym wagonie przeznaczonym dla kolejarzy: zbawienna okazała się protekcja 
kolejarskiej rodziny i gips na nodze. Wagon kolejarzy miał tę wyŜszość nad innymi, Ŝe na 
ś

rodku zainstalowano w nim kozę — metalową kuchenkę. Wokół niej stały ławki dwoma 

rzędami. Jedne blisko, drugie pod ścianami wagonu. Prócz tego pod sufitem zrobiono coś w 
rodzaju pawlacza; mogło się tam swobodnie zmieścić parę osób. 
Pociąg ruszył około piątej w mroźny, rozczerwieniony, pogodny wieczór. Lokomotywa 
otoczyła się kłębami pary i powoli nabierała szybkości. Wagony skrzypiały i jęczały na 
łukach szyn. Jerzy rozsiadł się wygodnie pod ścianą, postawił kołnierz płaszcza, by głową nie 
dotykać lodowego mchu na deskach. Koza huczała, czerwieniejąc bladymi plamami na 
korpusie. Matka siedziała tuŜ obok. Wypoczynek, mroźny dzień i słońce — wszystko to 
sprawiło, Ŝe Jerzy czuł się nieco lepiej, był oŜywiony i nie miał gorączki. Rozglądał się 
ciekawie. W wagonie siedziało kilku kolejarzy i jeden milczący cywil. 
Pociąg rozturkotał się, mijając juŜ ostatnie zabudowania stacyjne. Nagle posłyszeli strzały, 
krótką serię z pepeszy, pojedyncze suche trzaśnięcia karabinu. Kolejarze zasunęli się za 
ś

cianę i nie kwapili z wyglądaniem. 

W szparze lekko odsuniętych drzwi pojawiły się ręce. Uchwyciły brzeg podłogi. Ktoś biegł 
unoszony pędem pociągu, potem dźwignął się. Zobaczyli papachę, kołnierz płaszcza. 
Wojskowy zgrabnie uniósł się na rękach i skoczył do środka. Nie był sam. Pomógł wtarabanić 
się towarzyszowi. Oparli się o framugi i wyglądali na uciekający peron, śmiejąc się i 
posyłając komuś wiązanki nie najpochlebniejszych familijnych sformułowań. Rechotali, 
klepali się po ramionach, szczęśliwi z kawału. Wreszcie zasunęli drzwi i rozpinając płaszcze 
usiedli na ławkach koło kozy. Jeden był w stopniu starszego lejtnan-ta, drugi — starszyny. 
—• O dokumenty pyta, o dokumenty. Widziałeś, jaka ostra! 
143 
— Starszy lejtnant miał oliwkową cerę i piękne skośne, czarne oczy. 
—  Ja od trzech miesięcy sprawdzam dokumenty! Powiedziałem jej coś o maci, a ona za 
pepeszkę! — Nagle z wielkiej uciechy palnął starszynę po ramieniu, aŜ tamten osunął się na 
bok. Jerzy mimowolnie chciał się pochylić, by go podtrzymać. Lejtnant był bliŜej. Roześmiał 
się szczęśliwy i popatrzył na Jerzego. 
Omiótł go szybkim, bystrym spojrzeniem i odwrócił się do starszyny. 
Ś

ciągnął rękawice i próbował rozpiąć pas, z którego zwisały rapcie; na rzemieniach dyndał z 

fasonem podwieszony pistolet. Palce miał zgrabiałe z zimna i nieruchawe. Starszyna 
przysunął się do niego. Wyciągnęli ręce do kozy. 
—  Konserwę masz? — zapytał lejtnant. Starszyna rozsupłał worek i wyciągnął puszkę. 
Wyjął z kieszeni kozik z duŜym spiczastym ostrzem i drewnianą, walcowatą rękojeścią. 
Wyciął denko puszki tak łatwo, jakby krajał chleb. Podał lejtnanto-wi. Porucznik pogrzebał 
noŜem, przełknął parę kęsów, zagryzł chlebem odrywanym z bochenka. Nagle odstawił 
puszkę: 
—  Nie chcę więcej. 
Grzał ręce i rozglądał się po wagonie. Zlustrował wszystkich badawczym spojrzeniem. 
Jerzego zostawił sobie na koniec, jakby pewien, Ŝe siedzący najbliŜej tuŜ przed nim nie ujdzie 
jego uwagi. 

background image

Jerzy zaś obserwował go bez przerwy. Energiczny, szybki, zaskakujący gestem, reakcją, 
ostrym spojrzeniem — fascynował Jerzego. 
Lejtnant pochylił się nad piecykiem i patrzył przed siebie spode łba. Białka jego oczu 
błyskały tuŜ nad rozczerwienioną płytką. Obejrzał płaszcz Jerzego, zapięty na czeskie guziki, 
wystającą spod płaszcza kurtkę mundurową, drelichową, a nie sukienną, jaką dostawano w 
wojsku na zimę, cywilne wełniane rękawiczki, pumpy zrobione z koca, chyba jedyna rzecz, 
która uratowała się z powstania i przetrwała z Jerzym w szpitalu, wreszcie na but 
niewojskowy, choć sznurowany, i drugą nogę, którą Jerzy wystawił sztywno przed siebie. 
Była szczelnie okutana kolorowymi szmatami, tak Ŝe gips nigdzie nie przeświecał. 
Lejtnant spojrzał na Jerzego. Patrzył długo i nieruchomo. Jerzy poczuł się nieswojo. Zasunął 
ręce w rękawy i przymknął oczy pochylając głowę. Lejtnant zaobserwował  te ma- 
144 
newry. Obejrzał rękawy, oceniając rzekomą ukrytą zawartość, potem uśmiechnął się 
złośliwie, czując przez szparki w powiekach Jerzego bynajmniej nie senne spojrzenie. 
Wreszcie pokręcił głową powoli, z przyganą, był czujny jak człowiek, którego podejrzliwość 
zmieniła się w gotowość na przyjęcie agresji. 
Koło drzwi zrobił się ruch. Starszyna poskoczył z pomocą. Do wagonu wśliznęło się ze 
stopnia kilka mundurowych postaci. Przeszli z sąsiedniego wagonu. Pierwszy był w randze 
pułkownika, drugi — kapitana, dwaj pozostali byli zwykłymi Ŝołnierzami. Najwidoczniej 
znali lejtnanta i starszynę, bo nie witając się obstąpili piecyk i zagadali coś szybko i wesoło. 
Lejtnant odwrócił się, ale nie wstał. 
¦— Idźcie spać. Miejsca tu duŜo — zamachnął szerokim gestem. 
Pułkownik i kapitan z pomocą jednego z Ŝołnierzy wtara-banili się na „pawlacz" i rozkładali 
tam swoje płaszcze. Lejtnant siedział teraz przez chwilę odwrócony tyłem do Jerzego. 
—   Udawaj, Ŝe śpisz — zaszeptała matka. Jerzy spojrzał na nią kątem oka. Była niespokojna. 
Zasłoniła twarz szalikiem i narzuciła na plecy syna kawałek pledu. 
—   Widziałeś, jak mnie Ŝegnała z pepeszy ta z prowier-ki? 
—  One są honorowe. Coś tam jej przygadałeś, nie chciałeś się zatrzymać, to ci 
odpowiedziała po swojemu — odpowiedział pułkownik układając się na „pawlaczu". 
ś

ołnierze poprzysiadali na ławkach w kącie koło drzwi. Robiło się ciemno. Jeden z kolejarzy 

zapalił świeczkę i wstawił ją do lampki podwieszonej na ścianie wagonu. Zalśniły kryształki 
lodu na deskach. Pociąg turkotał monotonnie; słychać było sapanie lokomotywy. Wagon 
chwiał się jak statek na łagodnie falującym morzu. Ale Jerzy nie mógł zasnąć. 
Lejtnant wstał, rozpiął pas, rzucił na ławkę i ściągnął płaszcz. Błysnęły oprawione w sztywną 
pochewkę odznaczenia: „Order Lenina" i dwukrotna odznaka Bohatera Związku 
Radzieckiego. To było coś niezwykłego. Wiedeialo się o takich wypadkach, ale mówiono o 
nich w szpitalu jako o niesłychanej rzadkości. Jerzy zapomniał o udawaniu snu i patrzył na 
lejtnanta szeroko otwartymi oczami. Teraz dopiero docenił jego zgrabną sylwetkę, urodę 
twarzy i ciemnej, oliwkowej cery. Musiał być   pięknością w kraju, z którego pocho- 
10 — A gdy mnie trafi... 
145 
dził, we wschodniej jakiejś republice. Wiedziano tam z pewnością o bohaterstwie tego 
człowieka, opowiadano o nim legendy, moŜe śpiewano pieśni. 
Lejtnant usiadł cięŜko na ławce i sięgnął do worka starszy-ny. Wyjął manierkę i przechylił, 
potem otarł usta i zabrał się do konserwy. Jadł powoli dłubiąc kozikiem w puszce i zagryzał 
chlebem. Przysunął się do piecyka i jedząc obserwował Jerzego. 
—  A ty co, do szpitala? — zagadnął obojętnie, skrobiąc kozikiem po blasze. 
—  Do szpitala — odpowiedział Jerzy skwapliwie, ale poczuł nagły niepokój. 
—  Wojskowego? Jerzy stropił się. 
—   Zwolnili mnie... — powiedział i nagle poczuł nonsens tego stwierdzenia. 

background image

—  Zwolnili niewyleczonego? 
Mimo Ŝe tak było, zabrzmiało to nieprawdopodobnie, a więc budziło podejrzenie. Jerzemu 
nagle przypomniały się rozmowy ze Stefanem, tajemnicze zniknięcie obcego rannego z ich 
sali, niedomówienia, plotki o aresztowaniu, to wspomnienie podbudowało niepokój. 
Lejtnant popatrzył na nogę Jerzego. Proces jego rozumowania był przejrzysty. Jerzy wiedział, 
jakie teraz padnie pytanie. Lejtnant nie bawił się w kruczki, które miały wywołać przyznanie 
się do jakiejś winy. Po prostu pytał o rzeczy, które go ciekawiły. Czuł, Ŝe lakonicznie 
odpowiadając, tylko odpowiadając, pozwala lejtnantowi przejąć inicjatywę. Czuł się winnym 
juŜ choćby dlatego, Ŝe się nagle przestraszył tej rozmowy. 
W papierach zasuniętych na piersi miał napisane wyraźnie to sformułowanie, o którym 
wiedział, Ŝe prowokuje do zawiłych wyjaśnień: partyzant. 
Wyjaśnianie mogłoby wyglądać na tłumaczenie się. Tego chciał uniknąć. Poza tym lejtnant 
po prostu stawiał pytania, na które trzeba było szybko dać odpowiedź, jednoznaczną 
odpowiedź. Podejrzewał coś, a z tego nie rodziło się zaufanie i cierpliwość chętnego 
słuchacza. Tłumaczenia nie byłyby na czasie. Lejtnant był oczywisty: jego mundur stanowił 
ideową deklarację. Dla Jerzego był towarzyszem broni. A Jerzy dla niego?... I tego właśnie 
Jerzy bał się najbardziej. Bał się, 
146 
Ŝ

e tamten oddzieli się od niego. To byłoby niesprawiedliwe, tym bardziej Ŝe lejtnant tak rnu 

zaimponował sylwetką, odznaczeniami, pewnością siebie, Ŝe Jerzy właśnie w nim widział 
uosobienie siły i prawości. Pragnął jego Ŝyczliwości, nawet przyjaźni, a sam nie potrafił się 
zdobyć na coś więcej niŜ nieszczerość. 
Miał Ŝal dio losu za tę sytuację. A z tym Ŝalem trzeba było iść dalej; przewidywać, Ŝe nieraz 
jeszcze kłamstwo czy odmierzona prawda muszą starczyć za legitymację. Więc się bał i teraz, 
i na przyszłość. Bał się tej nowej dojrzałości. Co gorsza, pojmował, Ŝe ten strach, to jakby 
przyznanie się do rzekomej winy wobec tego, co lejtnant reprezentował. Ktoś stojący z boku 
musiałby podejrzliwie pomyśleć: boi się, to znaczy, Ŝe coś tam nie jest w porządku. 
JakŜe byłoby dobrze i łatwo mówić szczerze. Opowiedzieć swoje dzieje, jak Ŝołnierz 
Ŝ

ołnierzowi, o trudach, śmierci przyjaciół, okrucieństwach wroga, niedospanych nocach, 

strachu przed bombami i artylerią, mówić to lejtnantowi, który to wszystko przeŜył i 
zrozumie. Ale juŜ wpadł w tę koleinę, juŜ nie mógł się wydostać, juŜ szykował sobie 
odpowiedź, która nie wyjawi za wiele. Brzydził się sobą w tej chwili. 
—   Zwolnili? Z wojskowego szpitala? A noga jeszcze nie w porządku? 
—   Komisja zwolniła na prywatne leczenie. Matka po mnie przyjechała. 
Lejtnant spojrzał na matkę i uśmiechnął się. 
—   Mama, mamusia... — spowaŜniał nagle. — Ile czasu byłeś na froncie? 
—   Na froncie i... w szpitalu: razem siedem miesięcy. — To juŜ brzmiało powaŜnie. 
¦— Siedem miesięcy! Nawojowałeś się! Ja nie byłem w domu cztery lata. Trzy razy ranny. 
Ciebie ledwie coś tam w nogę pukło j juŜ: mamusia zabiera do domu. — Kiwał głową. 
Tak lepiej, niech się wyzłośliwia, nawet ironizuje. W tej sytuacji Jerzy czuł nieledwie 
przyjemność, Ŝe ktoś z niego drwi. Sam sobie był winien. 
—   Coś ty robił na froncie? 
Jerzy uśmiechnął się głupawo. Nie rozumiał intencji i nie wiedział, ku czemu zmierza 
lejtnant. Czy chodzi o jednostkę, rodzaj broni? 
—   Strzelałem do Niemców. 
147 
—   I zabijałeś? 
—   MoŜe i zabijałem. Nie chodziłem oglądać trupów — Jerzy spróbował się odciąć. 
—  PokaŜ rękę! — szarpnął Jerzego. Wyciągnął jego dłoń ku sobie. Obejrzał dokładnie. 

background image

—  Ręka. Widziałeś? Pułkownik, widziałeś? Oj, ty... inte-ligencik. Nie napracowałeś się przy 
tym zabijaniu. Stiepan! — lejtnant odwrócił się ku drzwiom. Z ławki zerwał się jeden z 
Ŝ

ołnierzy. Mierzył ze dwa metry wzrostu. Był zbudowany proporc j onalnie. 

¦— Daj rękę! PokaŜ! 
ś

ołnierz wyciągnął swoją dłoń wielką jak bochen chleba, czerwoną od mrozu. 

—  Ot, widzisz, ręka. Siadaj, Stiepan. 
Jerzy poczuł się obraŜony złośliwością, a w dodatku sprowokowany do zaprzeczeń czy 
tłumaczenia; a jednak postanowił to wyrównać. Pocieszał się, Ŝe to pewnie alkohol nastrajał 
lejtnanta złośliwie i agresywnie. Tamten zajął się znowu manierką, potem blaszaną puszką. 
Kiwał się sennie. Starszyna ułoŜył się na ławce koło Jerzego. 
—   Z jakiego oddziału? — lejtnant zaatakował niespodzianie. Gwałtowność tego pytania 
zaskoczyła Jerzego. Dość juŜ miał tego wymigiwania się i ostroŜności. Trzeba odpowiedzieć 
tak, Ŝeby uciąć tę rozmowę. Więc wybrał kłamstwo. 
—  Z dziewiątego pułku. — Kłamstwo wyszło zupełnie składnie. 
Przypomniał sobie: dziewiąty pułk walczył po drugiej stronie, z dziewiątego pułku 
przepływali do nich, na Powiśle. 
—  Takie u was umundurowanie? Wyglądasz jak pajac. 
—  Takie dała komisja w szpitalu — teraz mógł nie kłamać. — Takie dawali tym, którzy szli 
na prywatne leczenie — dodał szybko, ale lejtnant nie uwierzył. 
—  Do jakiego szpitala się wybierasz? 
—  Do Krakowa. 
—  Syn był cięŜko ranny. Grozi mu amputacja, nogi — wtrąciła się matka. — Niech mu pan 
da spokój —¦ dopowiedziała ostro. 
—   CięŜko rannego zwolnili z wojskowego szpitala... Słyszałeś o takim? Pułkownik!  
Zwolniłbyś  takiego ze szpitala? 
Pułkownik podniósł głowę i spojrzał w dół. 
—  Daj spać. Przyczepił się... 
Lejtnant odstawił puszkę  zdecydowanie.  Wyprostował  się. 
148 
—  A ja cię do Krakowa nie puszczę. Jestem komendantem placówki w Przeworsku. Nie 
puszczę. Pojedziesz z pułkownikiem do Lwowa —¦ pochylił się do Jerzego i zniŜył glos. — 
Ty wiesz, kto to taki, pułkownik? Naczelny chirurg frontowy. Głowę utnie, przystawi i będzie 
w porządku. Pojedziesz do szpitala we Lwowie. Wyleczą cię w wojsku, potem moŜesz się 
zabierać do mamy. Dobrze mówię, pułkownik? 
W tym nachyleniu, tonie było coś z konfidencji, serdeczności i przyjaźni. Jerzy poczuł nagle 
wstyd. Po co kłamał? Było za późno na prawdę, ale pomyślał, Ŝe gdyby się zgodził, 
podporządkował, mogłoby to zmazać kłamstwo i nieufność. Gwałtownie chciał podtrzymać 
ten nastrój, stać się tym, kim czuł się naprawdę — towarzyszem broni. 
Z pawlacza słychać było pochrapywanie. Matka przeraŜona spoglądała to na Jerzego, to na 
pułkownika, jakby teraz rzeczywiście miał zapaść wyrok. Wreszcie zdecydowała się. 
—   Panie pułkowniku, przyjechałam po syna, zabrałam go ze szpitala, mają mu amputować 
nogę, czekają na niego w szpitalu. Muszę go dowieźć do Krakowa — wyrzuciła z siebie 
jednym tchem. 
Pułkownik znowu podniósł głowę i popatrzył sennymi oczami. 
—  Daj mu spokój, lejtnant. Nie widzisz, Ŝe słaby? Niech jedzie, gdzie chce. 
Było w tym lekcewaŜenie, zasłuŜona litość. 
Zapadło milczenie. Lejtnant kiwał się na ławce i spoglądał na Jerzego badawczo i 
nieprzyjaźnie. Wagon chwiał się i turkotał. O śnie nie było mowy, ale Ŝeby choć moŜna było 
odpręŜyć się. Lejtnant zamruczał coś do siebie, nie patrzył na Jerzego. Po chwili podniósł głos 
tak, by Jerzy mógł go dosłyszeć. 

background image

—   Cztery lata nie widziałem swoich stron, ani matki, ani Ŝony, ani dzieci. Cztery lata poza 
ojczyzną. Co ty wiesz o ojczyźnie? śeby zrozumieć, trzeba od niej odjechać daleko. Walczyć 
na obcej ziemi. Szastają z odcinka na odcinek, z frontu na front, tam gdzie ludzie nie 
rozumieją twojego języka, patrzą wrogo, a ty Ŝycie dla nich naraŜasz. — Mówił rozwlekle, 
przeciągał sylaby. Brzmiało to jak śpiew, opowiadał swój Ŝal, tęsknotę. Błyskała świeca i 
drŜały na ścianach czerwone refleksy od'niespokojnego płomienia pod płytką piecyka; 
migotały kryształki lodu na deskach, mieniły się tęczowymi barwami jak klejnoty. 
149 
—   Walczyłeś, między swoimi, za swoją ziemię, co ty wiesz o ojczyźnie... 
Jerzy poczuł w gardle dławienie. Zaplątany w kłamstwo nie mógł nawet okazać swojego 
wzruszenia; pozostawał w swoim milczeniu obcy lejtnantowi, jakby był mu wrogi. 
Przymknął oczy i starał się drzemać, ale dławienie w gardle nie ustępowało, czuł się 
niesprawiedliwie skrzywdzony i wiedział, przeczuwał, Ŝe to uczucie będzie mu towarzyszyć 
długo, nim zdoła zapomnieć, nim zapomnienie wygładzi wszystkie niespokojne fale, 
pobudzone przez walkę ludzi z powstania, aŜ nie będzie juŜ o czym mówić i Ŝycie nowymi 
kłopotami jak kurzem przysypie ich namiętności, Ŝal po stracie najbliŜszych, rozpacz i zapał. 
I z tego niewypowiedzenia, spychania na dno świadomości wszystkich tych wielkich, 
nagromadzonych w sercu uczuć pozostanie gorzki smak krzywdy. A przecieŜ Ŝycie miało się 
dopiero zacząć. Czy juŜ do końca swoich dni w skrytości, niezrozumiany i osądzony 
niesprawiedliwie, będzie wspominał chwile najwyŜszego uniesienia, wspominał, tylko 
wspominał. Jak człowiek stary od dwudziestego roku Ŝycia. 
Uchylił powieki. Lejtnant otwartym kozikiem skrobał dno puszki od konserw. Nagle 
przerwał, spojrzał na Jerzego i pochylił się do przodu. OstroŜnie odwinął szmaty z nogi 
rannego. Białość gipsu zaświeciła ostro w półmroku wagonu. Lejtnant pomedytował chwilę 
nad gipsowym butem. Potem popatrzył uwaŜnie na Jerzego, równie ostroŜnie omotał nogę 
szmatami i usiadł prosto. 
—   Grisza! — zawołał ostro. 
—   Słuszaju, starszy lejtnant! 
—  Niczewo, spi... — lejtnant machnął ręką i odczekał, aŜ starszyna ułoŜy się na ławce. 
—   Grisza! — powiedział juŜ słabszym tonem. 
Starszyna znowu wstał, ale juŜ bardziej opieszale. I meldunek nie wypadł tak dziarsko. Potem 
Grisza juŜ nie wstawał, nawet nie podnosił głowy ze swojego posłania. 
—   Grisza... 
—  Czego? — odzywał się sennie i lejtnantowi to wystarczało. Uspokajał się na chwilę. 
—   Nasz lejtnant to wspaniały człowiek. Gieroj; uwaŜasz. Ale nie wchodź mu w drogę! BoŜe 
broń! Ot i teraz przypiął się... — szeptał starszyna do Jerzego. 
150 
—   Grisza... 
—   No, czego?! Śpij... — zamruczał starszyna. 
Senność przyszła znienacka. Jerzy pochylił się nieco, oparł o głowę starszyny i zasnął mocno. 
Obudziło go światło i rześkie powietrze. Ktoś odsunął drzwi. Jerzy przez sennie zmruŜone 
powieki obserwował szybko przebiegający krajobraz. Przesuwał się rozmazany, spowity 
obłokami pary z lokomotywy, niewaŜny. Lejtnant nie spał. śołnierze posiadali blisko drzwi 
nieruchomi, zapatrzeni; nie wiadomo, czy zaciekawieni nowością obcego kraju, czy niewidzą-
cy, nieobecni. Jerzy powrócił do tamtego nastroju, jakby nie było Ŝadnej przerwy od ostatnich 
słów nocnej rozmowy. Wpatrywał się w lejtnanta, widział rozjaśniony, śniady policzek 
przesłonięty do połowy postawionym kołnierzem płaszcza, widział kosmyki czarnych włosów 
przyciśnięte barankową czapką, odczytywał w nieruchomości lejtnanta dalszy ciąg jego skargi 
i tęsknoty; mógł teraz mówić do niego bez przemilczeń i ostroŜności. 

background image

Za otworem przesunęła się chałupa z rozwartymi szeroko drzwiami i czarną, osmaloną ścianą. 
Niezwykła jakaś i zastygła. Nim zniknęła za krawędzią otworu, Jerzy, zdąŜył zobaczyć 
jeszcze białą siatkę stłuczenia na szybach jednego okna. Drugie było wywaŜone i czarne. 
Potem ciągnęło się pole; dojrzałe zboŜe podnosiło koŜuch śniegu wysoko; gdzieniegdzie 
słoma ugięła się niŜej pod cięŜarem i śnieg wyrównywał łagodnie brzegi zapadliny. Czasem 
widać było kłosy miękko przechylone, cięŜkie bezwładem martwoty; odmuchane ze śniegu 
złociły się Ŝółtą plamą. Poprzez turkot pociągu zdawało się, Ŝe moŜna posłyszeć rozdygotane 
owadzim brzękiem, mieniące się szumem, rozpraŜone Ŝniwnym słońcem sierpniowe 
południe. Skrzypiał wagon i jęczały osie. 
W pośrodku równiny wbity w świeŜy, czerniejący spalenizną grób sterczał wysoko ku niebu 
groźnie pochylony kadłub samolotu: jego stery zdawały się być poziomym ramieniem krzyŜa. 
Wokół szeroko roztoczyło się czarne klepisko, którego śnieg nie zdołał przykryć. 
Po godzinie takiej jazdy zobojętniały juŜ martwe chałupy i nastroszone pod śniegiem łany, 
liczyło się tylko monumenty czołgów zakopanych w zboŜe i zaspy. Jerzy, gdy się 
wyprostował, widział wzdłuŜ toru przelatujące co chwila tablice, zrobione z kawałka deski i 
Ŝ

erdzi wyrwanej z płotu, blach złamanego semafora.  Napisy na tablicach niezmiennie prze- 

151 
strzegały przed minami. Straszyły te tablice przed ogromnym krajem, letnią panoramą 
zaduszoną śnieŜnym koŜuchem. 
Potem wjechali w las. W zwielokrotnionym turkotaniu nadlatywały potęŜne pnie blisko toru 
stojących drzew, bielały łaciate brzozy, rdzawobrunatne, gołe sosny i ciemne od wilgoci 
omszałe dęby i poradlone grubą spękaną korą świerki. W tym nieustannym mijaniu, szybkim, 
oszałamiającym wyglądały jak pionowe Ŝerdzie krzyŜy. Setki, tysiące krzyŜy, groby 
towarzyszy z „Zośki", „Parasola", kwatery „Krybara" i „Czaty", znaczone numerami 
plutonów na przecinkach i duktach, nieskończone szeregi. Zapatrzony w ten grobowy las, 
Jerzy Ŝalił się i narzekał, Ŝe wszyscy oni tak go wyprzedzili. Mógł być z nimi. Nie bał się 
Ŝ

ycia, strach był tylko przed tym, co wikłało w nieprawdę. Nikt ich o tym nie uprzedzał 

wtedy, gdy podawano im pierwsze gazetki, kazano śledzić gestapowców, uczono czyścić i 
składać broń — kiedy wysyłano ich na strzelnice czy akcje dywersyjne, szykowano do 
opanowania rzemiosła śmierci. Nie wiedzieli, nie byli przygotowani na to, co przychodziło 
teraz. Byli gwałtownie wciśnięci w obce sobie Ŝycie, zmuszeni  do samodzielności,  dorośli i  
nagle odpowiedzialni. 
Wydawało mu się, Ŝe mocno trzyma za ręce ich wszystkich. 
Piętnastoletni Leszek z odłamkiem w brzuchu płakał duŜymi, dziecinnymi łzami, które 
wymywały mu blade ścieŜki na poszarzałej od kurzu twarzy, czołgał się z butelką benzyny w 
ręku od barykady prosto pod gąsienice czołgu zamglonego prochowym dymem, płakał z 
nienawiści i Ŝalu, Ŝe nie miał juŜ siły i nie rozbita butelka została w jego kurczowo zaciśniętej 
dłoni. 
Łączniczka Jadzia z szyją owiniętą we wzorzystą, turecką chustkę pociemniałą nagle lepkimi, 
szybko poszerzającymi się plamami; chciała wypowiedzieć to ostatnie, najwaŜniejsze słowo 
meldunku, ale krew bulgocąca w gardle nie dawała jej wymówić zrozumiale ani sylaby; i tak 
mozoliła się, charcząc i połykając wielkie hausty krwi, aŜ znieruchomiały jej wargi i posiniały 
nozdrza. 
PodchorąŜy Topór na piątym piętrze domu przy Śniegockiej z rozprutą pociskiem czaszką 
szukał słabnącymi rękami erkaemu, który był gdzieś blisko; juŜ go nie widział. Zmacał go 
wreszcie i usiłował odsunąć poza granicę ostrzału, by koledzy mogli go podnieść i strzelać 
dalej: ręce wiosłowały po parkiecie coraz wolniej i słabiej, coraz mniejszymi, zamierającymi 
ruchami aŜ po próg nieświadomości. 
152 

background image

Porucznik Szofer z głową owiniętą brudną i skrwawioną szmatą nie mógł juŜ ustać, więc leŜał 
za wielką rolą papieru w pasaŜu Simonsa i chrypiał do ostatka przeraŜającym głosem 
kraczące „hura", które przestrzegało Niemców przed wychyleniem się zza osłony i pozwalało 
towarzyszom podbiegać do wrogiej pozycji blisko, na rzut granatem niszczącym niemieckie 
gniazdo broni maszynowej. 
Nieznany Ŝołnierz z Powiśla trafiony odłamkiem pocisku, kiedy przeciskał się przez stłoczone 
oddziały, zmieniające się na pozycji, zszarzał nagle, zakurzony, niepodobny do nikogo. 
Pochylali się nad nim koledzy z obu oddziałów i nikt nie rozpoznał w nim swojego 
towarzysza, a potem ogień rozegnał zbiegowisko i on został tam skurczony między 
odłamkami cegieł i gruzem, na brudnej, zasłanej drobinami szkła jezdni, wtopiony w tło, 
nieruchomy, niewidoczny, niczyj. 
Jerzy czuł, Ŝe uścisk dłoni wiotczeje, słabnie, Ŝe oddalają się od niego wywikłani z niedoli, 
ale wiedział, Ŝe będą mu towarzyszyć, Ŝe moŜe liczyć na nich jak zawsze, przez wszystkie dni 
swojej pamięci, w Ŝyciu, które wymagało teraz innego bohaterstwa, ludzi silnych, 
rozwaŜnych i upartych. 
Drzewa przerzedziły się, rozbiegły, otworzyła się połać szeroka, widna aŜ po horyzont. Tor 
wyginał się ogromnym łukiem i lśnił w szarym świetle, wpadał między ciemne, twarde 
sylwety domostw, rude kominy fabryki, znikał w obłokach pary unoszącej się nad stacją. Nad 
kamienicami miasta w nieruchomym powietrzu dymy rozsnuwały się burymi wstęgami. 
Pociąg zwalniał, koła postukiwały na zwrotnicach. DojeŜdŜali. 
153 
Pociągi z Przeworska nie kursowały. Do Krakowa dostać się moŜna było jedynie 
samochodem, dobrą szosą na Dębicę, Tarnów. PoniewaŜ jednak nikt nie odgarniał śniegu z 
szosy, tylko mocny wóz mógł przebrnąć przez zaspy. Wyruszyli wielkim trzyosiowym 
Jamesem, który z cukrowni przeworskiej jechał do Warszawy przez Kraków. 
Za odchyloną plandeką odwijała się biała, wyiskrzona szosa, powoli zapadał zmrok, zrobiło 
się ślisko i kierowca musiał zwolnić. Potem nagle pojaśniało od rozmytych mgłą świateł 
ulicznych. Domy rosły, aŜ znaleźli się na plantach przy Karmelickiej. Kierowca znalazł 
doroŜkę i pomógł do niej wsiąść Jerzemu. 
Od alei Trzech Wieszczów jechali wzdłuŜ Błonia. Mały, wąskotorowy tramwaj wymijał ich, 
chwiejąc się na szynach. Jerzemu chciało się spać, przytulił się do matki. Czuł zapach 
spotniałego konia i wilgotnego pledu, którym okryli nogi. Zdawało mu się, Ŝe jest małym 
chłopcem i wraca z matką z jakiejś wizyty do domu. Tyle Ŝe jechali ulicą, której nie pamiętał, 
do domu, którego nie znał, ale teraz miał to być jego dom, kres wędrówki, koniec wszystkich 
niepokojów — bezpieczeństwo, ciepło i tkliwość. 
Dla niego skończyła się wojna. Zaczynał się wymarzony czas spokoju i odpoczynku. Mógł 
teraz bez Ŝalu oddać chłopięce plany wyjazdu nad jeziora, zagubienia się w pustce bez ludzi. 
Wiedział od1 matki, Ŝe Helena Ŝyje, jest w obozie, skąd pisała juŜ po powstaniu, Ŝe w domu 
na końcu szerokiej alei czeka na niego ojciec. Nie potrzebował niczego więcej. To było jego 
wszystko. 
Ojciec czekał rzeczywiście. Wybiegł przed dom i razem z babcią koniecznie chcieli 
transportować Jerzego na rękach. ŁóŜko było przygotowane. Pewno czekało tak od wielu dni. 
W rozgardiaszu i bieganinie przeminęły jakoś najbardziej łzawe chwile, a potem był juŜ 
spokój, który sobie wymarzył. 
Miał do załatwienia dwie sprawy: zdjąć gips i zgłosić się do RKU. Gips zdjął Jerzemu sam 
profesor Gruca. Stawy zesztywniały na dobre, ale okazało się, Ŝe rany goją się. Wystarczył 
juŜ teraz zwykły opatrunek, który moŜna załoŜyć nawet samemu. Jerzy powędrował do domu 
z uczuciem bardzo mieszanym. LŜej było iść o kulach, nie ciąŜył gips, sztywna noga tylko 
cokolwiek więcej obrzmiewała; teraz będzie czuł się coraz lepiej. To właśnie wywołało w 
nim uczucie jakby zawodu i niepokoju.  Za  tydzień, dwa trzeba będzie coś postanowić 

background image

154 
o sobie, o przyszłości, poŜegnać się z troskliwością i pielęgnowaniem. Wcale się do tego nie 
spieszył, przez cały ten czas nic nie musiał. Teraz będzie się czegoś od niego oczekiwać. 
Wysiadł z tramwaju na pętli i podszedł do skraju jezdni. Patrzył na samoloty. Na Błoniach 
gospodarowali radzieccy lotnicy. Dwumiejscowe, tak dobrze Jerzemu znane Kukuruź-niki 
kręciły się nad Krakowem cały dzień. Oficerowie z tej jednostki byli zakwaterowani na 
terenie osiedla; jeden z nich, pilot, mieszkał w domu babci. Często wyjeŜdŜał na parę dni, 
wstawał wcześnie i właściwie nie widywano go w domu. Był to cichy, drobny blondyn, z 
zadartym nosem. „Spokojna sa-fandluła" — ocenił go Jerzy. Porucznik szedł właśnie od 
strony namiotów rozstawionych na brzegu pola. Podchodząc zasalutował Jerzemu niedbale, 
jak dobremu znajomemu. 
—   Chciałby pan polatać? — zapytał przystając. Jerzy spojrzał spod oka. Był ciekaw, czy 
zwrot „pan" był złośliwy. Porucznik przeglądał jakieś dokumenty, złoŜył je, schował do 
kieszeni. 
—  Jeszcze nie czuję się najlepiej. Nie wiem, jak bym się zachował... Zresztą, nigdy nie 
latałem. Bałbym się chyba. 
—  Bałby się pan — zabrzmiało to nieco ironicznie. Porucznik popatrzył na nogę Jerzego, 
podniósł wzrok. 
<— Zdjęli panu gips — stwierdził po chwili. — Wszystko w porządku? 
—   Tak. Goi się. 
—   Idzie pan do domu? Muszę zabrać kurtkę, bo zaraz lecę. 
—  Niech pan idzie. Ze mnie teraz piechur nie najlepszy... 
—   Jakby pan chciał polecieć, niech mi pan powie. Często mam wolne miejsce — zawrócił 
ku domowi. 
—  A wolno tak? 
—   Wolno, wolno... Dla towarzysza broni — porucznik uśmiechnął się "odchodząc. 
—   Poczekam tu na pana — zawołał Jerzy za nim. 
Porucznik szedł szybko. Kiedy minął jezdnię, ruszył biegiem. Po paru krokach czapka mu się 
przekrzywiła; ściągnął ją i biegł dalej z gołą głową. Jerzy patrzył bez uśmiechu. Oparł się o 
pień kasztana i odłoŜył kule. Ręce miał spocone. 
Zagadał silnik. Jeden z samolotów podkołował blisko. Mechanik to zwiększał, to zmniejszał 
obroty. Potem wygramolił się na skrzydło i zeskoczył na ziemię. Silnik pracował równo; 
widać było, jak drgają zawory. Mechanik wytarł ręce o kombinezon i połoŜył  na skrzydło  
skórzany hełm.  Jakiś podoficer 
155 

^dfległ z namiotu z mapnikiem. Przekrzykiwali do siebie, ale _y*6w nie było słychać. Potem 
stanęli zwróceni w stronę ulicy. Nadchodził porucznik. Jerzy szybko ujął kule i zrobił parę 
kroków w jego kierunku. Stanął. 
—  Poruczniku, nazwał mnie pan towarzyszem broni — powiedział zaczepnie. 
Porucznik zatrzymał się. Patrzył w oczy Jerzego. Śmiał się. 
—  Nazwałem — potwierdził. 
—   A co pan o mnie wie? 
—  Dla mnie wystarczy. Leci pan? 
Mechanik zbliŜył się i podał porucznikowi hełm i mapnik. Jerzy potrząsnął głową. 
—   ja nie byłem w wojsku. Jestem z powstania. Z AK. Pan wie? 
Porucznik  nie przestawał się  uśmiechać.  Naciągnął  hełm. 
—   Na wieczór wrócimy... — zawołał wesoło. 
—  Nie polecę. 
—  Do zobaczenia. 

background image

Porucznik machnął ręką. i podbiegł do samolotu. Wskoczył zgrabnie na skrzydło, wśliznął się 
na miejsce pilota. Natychmiast dodał gazu, popatrzył na mechanika, który dawał mu sygnały. 
Wykołował na środek błonia i, kiedy Jerzemu zdawało się, Ŝe teraz dopiero weźmie rozbieg, 
samolot oderwał się od ziemi. Wznosząc się powoli odlatywał w stronę kopca Kościuszki. 
Jerzy powlókł się do domu. Zmęczył się bardziej niŜ kiedykolwiek. Kule obcierały pachy, 
ręce obrzmiewały, dłonie miał spocone. 
Matka właśnie wróciła z miasta. 
—  Jerzy, zmierz to, popatrz, co dostałam — wołała z drugiego pokoju. Jerzy zastał matkę 
rozpakowującą spory tobół rzeczy. 
—  To dla ciebie. Od Bolka — podawała Jerzemu brązową marynarkę. Uśmiechała się do 
syna z triumfem. 
—   Mamy drugą kołdrę — mówiła pokazując na łóŜko. •—: TeŜ od Bolków? 
—  Nie, od cioci Julki. 
Jerzy rzucił marynarkę na fotel. 
—  Dlaczego nie zmierzysz? 
—  Nie będę tego nosić. 
Patrzyła na niego ze zdziwieniem i nieledwie zgrozą. Wiedział, Ŝe czeka na jakieś 
wyjaśnienie, więc wyszedł z pokoju. 
156 
—   Nie wiem, czego się irytujesz. Gdyby nie przyjaciele i rodzina, nie mielibyśmy nic ¦— 
wołała za nim. — To nie jest jałmuŜna, dzielą się z nami. 
Zamknął drzwi od łazienki i usiadł na brzegu wanny. Nie wiedział, skąd ten jego wybryk, 
dlaczego jest taki zły. Przypomniało mu się nagle, jak przeŜywał stratę narciarki, jak 
bezradnie oglądał się na wszystkie strony w ciemnym rozszu-miałym tunelu burzowca. Teraz 
zaczynało się wszystko od początku. Całe to normalne Ŝycie, gromadzenie rzeczy. Więc nie 
było tych miesięcy między poŜegnaniem na Krasińskiego i dniem dzisiejszym? PrzecieŜ 
tamtych nawet jeszcze nie pogrzebali, jeszcze słychać echo strzałów w murach Starówki i 
Woli... 
Ojciec wrócił późno wieczorem. Był zmęczony, ale zaraz po kolacji usiadł do roboty, którą 
zabrał ze sobą z biura. Pracował teraz w zaopatrzeniu jakiejś instytucji węglowej. On — 
cukrownik —¦ który po garstce miału, piasku, kryształu czy rafinady rozpoznawał 
producenta-cukrownię. Matka prasowała i reperowała przyniesione dzisiaj rzeczy. 
—  Tatku, czy tatuś w kompanii miał cekaerny? — zapytał Jerzy. 
157 
Ojciec podniósł oczy. Myślał przez chwilę, jakby się musiał dobrze skupić, Ŝeby sobie 
przypomnieć. —¦ Cekaemy? Tak. Były. 
—  ???i?? czy hotchkissy? 
Ojciec zdąŜył juŜ nachylić się nad robotą. Nowe pytanie zakłopotało go. 
—   Nie pamiętam, moŜe ???i??... A dlaczego pytasz? 
—  Tak tylko... U nas w batalionie były i bredy, i ???i??, i digtiarew talerzowy, i angielskie 
fajkowe, ze zrzutów, i MG niemieckie. 
¦— Co powiesz? 
¦— Strzelałem najczęściej z tych angielskich. Miały muszkę i celownik z boku... 
—  Wiesz, Karpiński wrócił z Warszawy — powiedziała matka. 
—   Znalazł coś? —¦ ojciec zwrócił się do niej z oŜywieniem. 
—  Nie. Ale spotkał sąsiadów. Mówił, Ŝe chce tam jechać. ¦— Z czego będzie Ŝył? 
—  Ci sąsiedzi mają na Pradze mieszkanie; otwierają tam herbaciarnię czy restaurację. Ma im 
pomagać w zaopatrzeniu. 
—  To ten, co miał syna w powstaniu? — wtrącił się Jerzy. 
—  Nie. To córka jego zginęła. Ten socjolog, co malował szyldy — wyjaśniła matka. 

background image

—  Ja bym tam nie wracał... — ojciec zamyślił się. 
—  A co w biurze? 
—  Jest juŜ dyrektor techniczny nowego oddziału. Centrala będzie we Wrocławiu. Zbierają 
ludzi... — oŜywił się. 
—- We Wrocławiu... — Jerzy uśmiechnął się do wspomnienia. — Tatuś pamięta? W 
trzydziestym ósmym miał być mecz piłki noŜnej we Wrocławiu. Z Niemcami... 
—  Pamiętam. „Orbis" organizował wycieczki kibiców. 
—  Mieliśmy pojechać, ale to drogo kosztowało... Tatuś wtedy opowiadał, Ŝe to wielkie 
miasto, sto linii tramwajowych i mostów tyle na Odrze... 
—  Pamiętam. Kupiłem prospekt reklamujący wycieczkę... — Ojciec uśmiechał się do 
Jerzego. Matka przyglądała im się w milczeniu. Potem nachyliła się nad swoją robotą. Ojciec 
odwrócił się do papierów, ale nie zaczynał roboty. Trzymał papierosa w kąciku ust i mruŜył 
oczy, bo dym mu przeszkadzał. Jerzy wstał, pokuśtykał do kąta i wyciągnął stojącą za szafą 
laskę. Wyszedł na korytarz. 
Matka nie odwracając się od prasowania obserwowała ojca. 
158 
—  Myślisz o tym powaŜnie? 
—   Jeszcze czas na decyzję... ¦— Uśmiechał się. 
Jerzy stanął przy końcu korytarza, odłoŜył kule i wziął laskę do ręki. Najpierw stąpał mocno 
podparty, próbował siły w chorej nodze. Była miękka i nie mogła utrzymać jego cięŜaru. 
Spocił się z wraŜenia i usiadł na krześle. Postawił obie nogi koło siebie. Pochylał się do 
przodu, naciskając obandaŜowaną nogę obiema rękami. Potem wstał znowu. Wysunął chorą 
nogę lekko do przodu, postawił laskę przy niej i przerzucił cięŜar ciała, szybko robiąc krok 
drugą nogą. Udało się, ale musiał szukać oparcia. Złapał się za półkę. Stał dysząc z przejęcia. 
Drzwi od klatki schodowej otworzyły się za jego plecami. Jerzy nie zauwaŜył tego i zamierzył 
się do następnego kroku. Dopadł do ściany i odwrócił się. Przy drzwiach stał porucznik i 
obserwował go z uśmiechem. 
—  Nieźle idzie. 
Jerzy wysapywał zmęczenie. Patrzył prosto w oczy porucznika, wyglądał na 
zdeterminowanego. 
—  Wybieram się jutro na wojskową komisję lekarską. 
—  JuŜ się kazali meldować? 
—  Nie... Ale chcę to mieć za sobą... 
—   Będzie się pan starał o przydział do piechoty — powiedział porucznik Ŝartobliwie. 
—  Akowców pewno nie przyjmą do broni specjalnych... Porucznik nie dał się sprowokować. 
—   Chyba juŜ w ogóle nie będą przyjmować do wojska — powiedział. 
—  Nie potrzebują takich jak ja... 
—  Dobrze, Ŝe pan nie poleciał... Nałykałem się dymu. 
—  Palił się pan? 
—  Nie, dym był z dołu. Wracałem z Legnicy nad Wrocławiem — porucznik wymawiał 
„Breslawiem". 
—  Jak to wyglądało? 
—   Nic nie widać. Mnóstwo dymu. Jeszcze dzień, dwa... Wojna się kończy... 
—   Niepotrzebnie uczę się chodzić? 
—   Chodzenie przyda się panu niekoniecznie w piechocie. — Uśmiechnął się. 
—   Wobec tego ćwiczę dalej — Jerzy odpowiedział uśmiechem. Porucznik przepuścił go i 
zawrócił do swojego pokoju. Jerzy przekuśtykał cały korytarz i pod przeciwległą ścianą, przy 
nawrocie stąpnął śmielej na chorą nogę. Ból osłabił go, laska 
159 
pośliznęła się i Jerzy z łoskotem przewracanego krzesła zatoczył się na półkę. 

background image

Matka wypadła na korytarz z przeraŜoną twarzą. 
—   Co się stało? Go ty wyrabiasz? — Podeszła szybko i podparła syna ramieniem. 
—   Jutro idę do RKU •— powiedział Jerzy przez zaciśnięte zęby. Bolało go jeszcze, oparł się 
o matkę, która patrzyła na niego niespokojnie. 
—   Nie pójdziesz przecieŜ o lasce. 
—  Nie. Nie dam rady. 
—   Odprowadzę cię. 
—  Pójdę sam. 
Jerzy przyszedł do RKU na parę minut przed końcem urzędowania komisji. Wycelował na 
taką porę, kiedy nie ma wiele ludzi. Nie chciał czekać między obcymi. Oddał swoje papiery 
dyŜurnemu podoficerowi i usiadł na długiej ławie. Poczekalnia była pusta i goła. Co chwila 
któryś z wojskowych przechodził z pokoju do pokoju, zamykając starannie drzwi za sobą. 
Jerzy niespokojnie rozglądał się, czekając, jaki będzie efekt, gdy wreszcie członkowie komisji 
obejrzą sobie jego papiery. DyŜurny wrócił na swoje miejsce. Za nim przyczłapał jakiś inny 
podoficer, nachylił się nad stołem i zezując na Jerzego coś tam naszeptywał. Jerzy 
ostentacyjnie rozsiadł się, wysuwając przed siebie obandaŜowaną nogę. 
Gawędziarz zabrał się wreszcie. Jeszcze przy drzwiach odwrócił się i obejrzał Jerzego. 
—  DuŜo tam jeszcze interesantów? ¦—¦ zapytał Jerzy, gdy tylko drzwi zamknęły się za 
podoficerem. 
—   A bo co? — burknął dyŜurny. 
—  Długo mam tu czekać? 
—   Czasem długo się czeka, czasem krótko — „wyjaśnił" dyŜurny. Skrobał niemiłosiernie 
piórem, podnosił je pod światło i zdejmował paprochy ze stalówki. 
—   Nie macie się czego śpieszyć — dodał z chytrym uśmiechem. — Wypełnię wasz 
formularz i zaczniemy — powiedział. 
Jerzy z zainteresowaniem patrzył na robotę dyŜurnego. Przysunął się do stołu. 
—  MoŜe ja pomogę. 
DyŜurny odgrodził się ręką od Jerzego i pokręcił głową. 
—  To dokumenty poufne. Wam nie wolno. — Pisał dalej. 
160 
Nagle   drzwi jednego z pokoi otworzyły się gwałtownie. Stanął w nich oficer w białym 
fartuchu. 
—   No, macie tego partyzanta? Dawaj, dawaj, szybciej. 
—  Pióro mam do... 
¦—¦ Nie marudźcie. Mówiłem wam, Ŝe kto inny lepiej sobie da radę, a wy wrócicie do 
kompanii. 
Poskutkowało. DyŜurny zerwał się i zbierając papiery kiwnął na Jerzego. Przeszli do pokoju 
komisji. 
Zaczęło się od sprawdzania personaliów, daty i miejsca ranienia. 
—  No, to jaki z was partyzant? Jesteście z powstania? 
—  Tak. 
—  Trzeba było od razu wyjaśnić — zniecierpliwił się drugi lekarz. 
—   Gdzie was przyjmowali do szpitala? 
—  W Aninie. Tu mam dokumenty szpitalne. — Jerzy podał cały pakiet lekarzom. 
—   I zdjęcia wam wydali? 
—  Prosiłem. Potrzebne były do prywatnego leczenia. 
—   „Zwolniony na własną prośbę"... — czytał lekarz. — Dlaczego? 
—   Matka  mnie  znalazła, przyjechała. 
Lekarz spojrzał na Jerzego uwaŜniej. Wzrok mu zmiękł. 

background image

¦— Nie powiem, Ŝeby to było w porządku... — mruczał przeglądając papiery. Drugi lekarz 
podszedł ze zdjęciami rentgenowskimi do okna. Przyglądał im się, porównywał. 
—   Chodź no tu —¦ kiwnął głową do kolegi. Stanęli blisko siebie, oglądali zdjęcia po kilka 
razy. 
—   Z jakiej to broni? — zapytał jeden. 
—  Ekrazytówka * z cekaemu ¦— powiedział Jerzy. 
—   Ekrazytówka... gdzie to było? 
—   Na Wilanowskiej, przy Solcu. Lekarze coś zaszeptali między sobą. 
—   Poczekajcie tu chwilę. — Zabrali zdjęcia i wyszli. Jerzy patrzył za nimi bezradnie. 
Niepokoił się. Po chwili jeden z lekarzy wrócił, porwał ze stołu papiery Jerzego i wyszedł 
znowu. 
1 Typ pocisku, rodzaj „dum-dura", który po napotkaniu na opór rozrywa się i setkami 
odłamków miaŜdŜy przeszkodę. Pocisków ekrazy-towych, a takŜe innego typu „dum-dum" 
Niemcy uŜywali powszechnie, i to nie tylko przeciw warszawskim powstańcom. Rana po 
takim pocisku najczęściej bywała śmiertelna. Konwencja haska w 1899 r. zabroniła uŜywania 
tego rodzaju pocisków. 
11 — A gdy mnie trafi...                                                                                            161 
—   A pora urzędowania się skończyła — marudził dyŜurny. — Najpierw szybko, szybko, a 
potem... 
—   MoŜna zapalić? — spytał Jerzy. 
DyŜurny spojrzał na podawaną mu paczkę papierosów. Przemógł się i pokręcił głową. ¦— 
Nie, tu nie wolno. 
—   Co oni tam znaleźli w tych papierach? — powiedział Jerzy, nie zwracając się właściwie 
do podoficera. 
—  Kto ich tam wie. Długo to nie potrwa, bo obiad wydają tylko do... 
Obaj lekarze weszli spiesznie. 
—   Mam do pana prośbę. MoŜe pan odmówić, ale to zawodowa ciekawość... Czy mógłby 
pan zdjąć opatrunek? Sam potem wszystko załoŜę... — mówił jeden z lekarzy. 
—   To taki klasyczny przykład działania ekrazytówki... — dodał drugi. 
Jerzy spoglądał to na jednego, to na drugiego. Ich grzeczność była niepokojąca. Chciałby im 
wierzyć. Potem w milczeniu, szybko zaczął szarpać bandaŜe rozdygotanymi rękami. Lekarze 
pomogli mu zdjąć opatrunek, wypytywali o połoŜenie ciała w chwili otrzymania postrzału, 
porównywali ranę ze zdjęciami. Jeden z nich notował sobie szczegóły. ZałoŜyli bandaŜe 
fachowo i delikatnie, dziękowali, przepraszali za kłopot i przetrzymywanie Jerzego. Zabierali 
się do wyjścia, kiedy osłupiały dyŜurny wstał ze swego urzędowego miejsca. 
—   Co mam pisać, obywatelu majorze? — zwrócił się do starszego lekarza. 
—¦ Jak to, co? Niezdolny... Nie widzicie?! — obruszył się major. Podpisali papiery i wyszli. 
Jerzy szybko wyniósł się z lokalu komisji. Męczył się z kulami na schodach, gdy drzwi 
stuknęły i ktoś dogonił go ha półpiętrze. 
—  Cześć, partyzant! 
Jerzy spojrzał podejrzliwie na Stefana. 
¦— Cześć, agitator! — uśmiechnął się Jerzy. Przywitali się jak starzy przyjaciele. 
—   Pokazywali mi w komisji twoje papiery. Nie wiedziałem, Ŝe to ciebie maglują — mówił 
Stefan. 
Wychodząc przed dom na ulicę Wenecja i człapiąc do ławek na skwerku opowiedzieli sobie 
pokrótce, jakie drogi doprowadziły ich do Krakowa. Stefan był tu słuŜbowo. Ciągle pełnił ,po 
kilka  funkcji naraz, narzekał na robotę w komisji, gdzie 
«82 
musiał od czasu do czasu zjawiać się jako ,,czyninik społeczny". Jerzy spojrzał podejrzliwie 
na Stefana. 

background image

—   W jakiej komisji? 
—   W wojskowej, lekarskiej — tłumaczył Stefan. Jerzy pokiwał głową. 
—   Nic nie. ukrywałem. Wszystko mam napisane w papierach. Widziałeś mnie w szpitalu! 
Nawet w takiej sytuacji nie macie zaufania! 
—  O czym mówisz? —¦ pytał Stefan, widząc rosnące oburzenie Jerzego. 
—¦ Jak to, o czym?! Kazali mi zdejmować opatrunek! Rozumiesz? 
—   Co ty za bzdury... 
—   Musieli popatrzeć na ranę, Ŝeby się przekonać, Ŝe nie symuluję! — wrzasnął Jerzy. Nie 
panował juŜ nad sobą. Zerwał się z ławki i łapał za kule. Chciał odejść. Stefan wstał szybko i 
przytrzymał Jerzego za klapy kurtki. 
—¦ Czekaj, wariacie! — Szarpnął Jerzego i odwrócił go do siebie z pasją. 
—  Obok w pokoju siedział lekarz. Naczelny, z frontu. Pokazywali mu twoje papiery, on 
polecił zapisywać wypadki uŜywania „dum-dum". Zbierają materiały przeciwko 
hitlerowcom! Teraz wiesz, po co im były twoje papiery i twoja rana ?! — krzyczał 
potrząsając Jerzego. 
163 
Ludzie przystawali na ulicy. Stefan zmitygował się, puścił Jerzego. Stali chwilę zdyszani, 
czerwoni i zawstydzeni. Stefan pchnął Jerzego na ławkę. Usiedli. 
—   Masz, zapal — podsunął paczkę Jerzemu. 
—   Nie palę tego świństwa — burknął Jerzy. 
—   Czort z tobą. Pal swoje — Ŝachnął się Stefan. 
—   Nie podoba mi się w Krakowie. 
—   A myślisz, Ŝe mnie się podoba? — odpowiedział zaczepnie Stefan. 
—   Stojąca woda... Pojechałbym gdziekolwiek na porządną robotę... Na przykład do 
Wrocławia... 
—   MoŜesz jechać. Dzisiaj padł — mruczał Stefan. Jeszcze nie ochłonął z gniewu i emocji. 
—   śartujesz! 
Stefan wzruszył ramionami. 
—   No, to pojadę... — powiedział z uporem Jerzy. Stefan spojrzał krytycznie. 
—   Co tam będziesz robił z tym swoim kulasem? 
—   Za dwa tygodnie będę chodził bez kul. 
—   Po co ci Wrocław? Tam kaŜdą cegłę trzeba będzie rwać zębami z gruzu. 
¦— Właśnie... Potem pójdę na uniwersytet. 
—   Jaki uniwersytet?! We Wrocławiu?! — Stefan patrzył na Jerzego jak na wariata. 
—   Kiedyś tam musi być uniwersytet. Powinieneś to przewidzieć, agitator... 
—   Kiedy to będzie?... — Stefan pokręcił głową. 
—  Pojadę. Tu nie wysiedzę... między tymi ludźmi, którzy nic nie stracili. 
—   Kto by tu chciał siedzieć? — Stefan spowaŜniał. Zadeptał papierosa. Wstali. 
—   Gdzie cię szukać? — spytał Stefan. 
—   Na Cichym Kąciku, za Błoniami. Piąty dom od pętli tramwajowej po prawej... 
—   Zajrzę kiedy... Trzymaj się! Jerzy poszedł do przystanku. 
Wieczór był pogodny. Jerzy wybrał się na spacer. Nie mógł iść daleko, ale wystarczyło 
znaleźć się za pętlą, poza linią drzew okalających Błonia i juŜ krajobraz się poszerzał. W 
drugą stronę, gdy się szło poza Cichy Kącik, horyzont był moŜe 
164 
rozleglejszy, ale z Bronowie nie docierały tu Ŝadne światła, to była wieś, pola, kamienista 
droga; drzewa stały tam z rzadka, a ziemia uprawna przy drodze usiana była odłamkami 
skałek. 
Tu, z Błonia, widok był ładniejszy. Kiedy spojrzało się ponad korony kasztanów, ponad 
szarzejące w zmroku spadziste płaszczyzny płacht namiotowych, widziało się sylwetki wieŜ 

background image

kościelnych, moŜna było zapomnieć, Ŝe to Wawel, Mariacki. Pod wieŜami rozbłyskiwały 
ś

wiatła, miasto Ŝyło. Z prawej, za Rudawą i linią domów przy ulicy Królowej Jadwigi płynęła 

Wisła. Nie widział jej, to nawet lepiej, bo była wąska i niepodobna do tamtej, ale dobrze było 
wiedzieć, Ŝe to Wisła. Aleją jechały tramwaje. Stąd gdzie stał Jerzy, nie widziało się, Ŝe 
wagony są mniejsze, kołyszą się rozpędzone na wąskich torach, Ŝe są innego koloru, nie 
czerwone. Dźwięk dzwonków był inny. 
Ludzie wysiadali na przystanku i rozchodzili się szybko. Wracali z fabryk, sklepów, kawiarni, 
kin, spotkań, wracali do swoich mieszkań, funkcjonowali tak samo i wczoraj, i tydzień temu 
¦—¦ normalni. Gdyby było nieco jaśniej, mogliby spostrzec stojącego przy drodze młodego 
człowieka w połatanej kurtce i szerokich, sukiennych spodniach, z jedną nogą podkurczoną i 
omotaną zakurzonym bandaŜem, opartego na kulach. MoŜe podeszliby i spytali, czy nie 
potrzebna jakaś pomoc, moŜe w wyciągniętej ręce trzymaliby monetę, a nie widząc miejsca, 
gdzie moŜna by ją zostawić, zawróciliby speszeni. Byli Ŝyczliwi, choć roztropni, jeśli chodzi 
o wydawanie pieniędzy bez zysku. Jerzy im nie zazdrościł. Wieczór i łagodny mrok, 
stłumiony odległością szum miasta, światła rozsiane daleko i ciepło niosące od drzew zapach 
kwitnienia, wszystko to nakłaniało do spokoju i serdeczności. Na palcu czuł obrączkę, swój 
klejnot, symbol wierności dla tego wszystkiego, co stało mu się bliskie w ostatnich 
miesiącach, kiedy Ŝycie gwałtownie domagało się od niego dojrzałości; pod powiekami miał 
obraz miasta utrwalony w momencie rozstania. Nie potrzebował dla siebie niczego więcej. 
Tam, kiedy w majowy wieczór stało się na prawym brzegu Wisły i patrzyło w stronę zachodu, 
ku kępie wysokich drzew i wydostającą się spomiędzy nich kopułę na Bielanach, widziało się 
taki pejzaŜ, jakiego się nie zapomina — bardzo kolorowy, spokojny, cichy. A za chwilę 
kolory juŜ gasną w szarej wodzie. Wystarczy na parę sekund odwrócić głowę, aby potem 
ujrzeć 
165 
inne barwy, inną szarość i refleksy na rzece, inną głębię w cieniach domów i sylwetce miasta. 
Tu zachód gasł za aleją, horyzontu nie było widać. 
Jerzy powoli ruszył w stronę domu. Kiedy minął torowisko, nadjechał tramwaj. Słyszał kroki 
ludzi idących asfaltową uliczką. Ktoś go doganiał. Jerzy obejrzał się, stając przy furtce. Stefan 
rozglądał się po domach. 
—  Nie szukaj. Jestem tu — powiedział. 
—   Słuchaj, decyzje zapadły. Jadę... — wytchnął Stefan podchodząc. 
—  Dokąd? 
—  Jak to, dokąd? A ty rozmyśliłeś się?! Słomiany ogień! 
—   Do Wrocławia? 
—  Oczywiście. 
—  No, to dobra. 
—  Pojedziemy całą grupą.  Zaagitowałem mnóstwo ludzi. Stali tuŜ koło ogrodzenia. W 
oknach na pierwszym piętrze 
widać było ruch. Matka i babcia krzątały się w kuchni. Ojciec pewno siedział w pokoju nad 
zabraną do domu robotą. Jerzy nagle zapragnął być razem z nimi. 
—   Zajdź do mnie na chwilę. 
Zrobił gest w kierunku Stefana i w tym momencie drgnęli obaj, bo posłyszeli daleką serię z 
broni maszynowej. Był to dźwięk, który tak kłócił się z wieczorem, blaskiem okien, spokojną 
krzątaniną miasta, dzwonkiem jadącego tramwaju, niespiesznymi krokami ludzi i zamaszystą 
melodią dźwięczącą gdzieś z gramofonu. 
Gekaem spieszył się, zachłystywał i znowu rechotał długą serią. Strzelający musiał poruszać 
szeroko bronią, jakby siał po nadchodzącej tyralierze. Echo przebiegało raz sucho, 
rozedrgane, to znów oddalało się, płynęło gdzieś na wzgórza, rozchodziło się faliście. 

background image

Spojrzeli ostro na siebie. W oknach pojawiły się twarze, gdzieniegdzie na osiedlu pogasły 
ś

wiatła. Do cekaemu przyłączyły się strzały z karabinów. Słyszeli je najpierw gdzieś od 

Łobzowskiej, potem od śródmieścia. Przybywało ich z kaŜdą sekundą. Strzelano naokoło. 
Odezwała się artyleria. 
Jerzy chwycił Stefana za ramię i chciał ruszyć do naroŜnika, stąpnął chorą nogą i zachwiał 
się. Stefan podparł go i podał mu kule, które upadły na chodnik. Przeszli parę kroków, za 
dom. Otworzył się przed nimi widok na miasto, na niebo czarne nad miastem. Głuche pękanie 
granatów artyleryjskich 
166 
pocętkowało ciemność nad domami. Z róŜnych stron biegły w górę Ŝółte linie pocisków 
ś

wietlnych, krzyŜowały się, rozbiegały, łączyły. Co chwila, kiedy odpalały działa, horyzont 

błyskał fioletowosinym blaskiem, kontury domów wyskakiwały z ciemności przy kaŜdym 
strzale. Niebo drgało od nieustannych, gwałtownych świateł. Jeszcze w oczach nie zgasła 
jedna eksplozja, gdy tuŜ obok pojawiała się druga, trzecia, linie, zygzaki, kreski, Ŝółte, 
czerwone, fioletowe. 
Stali z zadartymi głowami i chłonęli ten widok, od którego bolały oczy. Widowisko trwało. 
Jerzy spojrzał na Stefana. W rozbłyskach eksplozji widział jego twarz, która powoli 
łagodniała, aŜ pojawił się na niej uśmiech. Poruszał ustami jak dziecko olśnione wspaniałym 
widokiem. 
—   Mówisz coś? — zapytał Jerzy, ale sam nie posłyszał swoich słów. 
—   Mówisz coś? — powtórzył głośno, krzyczał prawie. Stefan na moment tylko oderwał 
wzrok i zwrócił się do Jerzego. Chwycił go   za rękę i patrząc znowu w niebo powtarzał: 
167 
—  Rozumiesz? Rozumiesz?! — wołał. Powietrze jęczało od wibrujących dźwięków.  
Odłamki jak 
deszcz leciały z wysokiej ciemności. Jerzy posłyszał, jak spadały z sykiem i szelestem, 
naokoło rozlegały się pamięcią o ziem* ogródków. Trzasnęły drzwi za nimi. W świetle 
Pijącym z okna zobaczył matkę. Podbiegła do nich. Szarpnę a Jerzego za ramię, pociągnęła ze 
sobą. Nie dał się poprowadź c 
-   Odłamki - powiedziała. - Schowaj się do klatki scho- 
^jTrzy potrząsnął głową. Objął matkę. Popatrzyła w niebo. -Wiecie   juŜ?   —   powiedziała   
zdławionym,   zdyszanym 
SlEwnął głową, bo poczuł nagle, Ŝe nie moŜe wykrztusić słowa, Ŝe owładnęła nim jakaś 
ogromna radosc, gorycz i zal. Nie potrafił się opanować.                        .                        . , 
Nigdy nie widzieli czegoś takiego. Am wtedy gdy nieb^^ płonęło ognistymi wybuchami 
samolotów, ani gdy falowało.dymem i czerwienią w dniach powrotu ani gdy zostawiał ja za 
rzeką pełną krwawych spienionych błysków. _ 
Teraz niebo było kolorowe, radosne smugi nie drąŜyły czerni uparcie w jednym miejscu, 
kopuła blasków wypełniała całą 
PrZTeerzyepoczuł, Ŝe matka drŜy, zobaczył jej oczy wzniesione dogóry,P pełne łez, nie 
hamował juŜ własnego wzruszenia. Chciał," Ŝeby wszyscy ci, którzy odeszli na zawsze, byli 
teraz z nimi  Ŝeby przyszli na ten apel, wezwani radosną kanonadą, 
która rozwalała pokruszone mury, zaPadnfe * ™P7 ? ? V potrząsała ziemią na skwerach i 
cmentarzach. Nikt z ruch nie doczekał tego, a przecieŜ było to takŜe 1Ch dziełem czy m eh 
choć tę jedną - najwaŜniejszą w Ŝyciu chwilę wiary, ze ten 
^W?^ zapatrzeni w oszalałe niebo i wiedzieli, _Ŝe wszyscy w promieniu setek -metrów czują 
ogromny cięŜar gorzkiej radości, swojej i radości nieobecnych, którzy im tę chwilę 
ofiarowali.