background image
background image

Sara Craven

Za wszelką cenę

Tłu​ma​cze​nie:

Mo​ni​ka Łe​sy​szak

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Dana za​trzy​ma​ła sa​mo​chód na szczy​cie wzgó​rza. Z przy​jem​no​ścią roz​pro​sto​-

wa​ła się po po​dró​ży z Lon​dy​nu. Po​ni​żej, w zie​lo​nej do​li​nie, wiel​ki dom le​żał ni​-
czym ka​mien​ny smok, śpią​cy w pro​mie​niach słoń​ca. Na jego wi​dok roz​cią​gnę​ła
za​ci​śnię​te usta w uśmie​chu sa​tys​fak​cji.

– Wró​ci​łam, żeby tu zo​stać – wy​szep​ta​ła. – Tym ra​zem nikt i nic mnie stąd nie

wy​pę​dzi. Bę​dziesz mój! – Rzu​ci​ła na nie​go okiem po raz ostat​ni, wsia​dła i ru​szy​-
ła w dół po zbo​czu w stro​nę Man​nion.

Wie​dzia​ła, że nie za​sta​nie chi​me​rycz​nej Se​ra​fi​ny La​ti​mer, cza​ru​ją​co uśmiech​-

nię​tej,  póki  ktoś  jej  nie  roz​gnie​wa.  Wró​ci​ła  do  uko​cha​nych  Włoch,  oczy​wi​ście
w to​wa​rzy​stwie ciot​ki Joss.

Dana od​by​ła dłu​gą dro​gę od cza​su, gdy opu​ści​ła to miej​sce jako za​gu​bio​na sie​-

dem​na​sto​let​nia  sio​strze​ni​ca  słu​żą​cej,  zda​na  na  cu​dzą  ła​skę.  Po  sied​miu  la​tach
wra​ca​ła jako ce​nio​na, do​brze opła​ca​na agent​ka lon​dyń​skiej agen​cji nie​ru​cho​mo​-
ści. Lata mo​zol​nej wspi​nacz​ki po dra​bi​nie spo​łecz​nej dużo ją na​uczy​ły. Po​mo​gła
wie​lu  oso​bom  speł​nić  ma​rze​nia.  Te​raz  uzna​ła,  że  naj​wyż​sza  pora  zre​ali​zo​wać
wła​sne. Lecz o Man​nion nie tyl​ko ma​rzy​ła. Nie​za​leż​nie od prze​pi​sów praw​nych
sta​no​wi​ło jej na​tu​ral​ne, przy​na​leż​ne dzie​dzic​two. Daw​no temu przy​się​gła so​bie,
że od​zy​ska je bez wzglę​du na kosz​ty i kon​se​kwen​cje. Upływ lat tyl​ko utwier​dził
ją w tym po​sta​no​wie​niu.

Prze​je​cha​ła  przez  wy​so​ką  bra​mę  z  ku​te​go  że​la​za  i  dłu​gi  pod​jazd  po​mię​dzy

traw​ni​ka​mi i klom​ba​mi. Po​nie​waż przed głów​nym wej​ściem już par​ko​wa​ły sa​mo​-
cho​dy,  skie​ro​wa​ła  swo​je​go  peu​ge​ota  ku  naj​bliż​sze​mu  wol​ne​mu  miej​scu.  Wy​sia​-
dła, przy​sta​nę​ła na chwi​lę, żeby obej​rzeć po​zo​sta​łe po​jaz​dy, wy​rów​nać przy​spie​-
szo​ny od​dech i wy​gła​dzić spód​ni​cę przed wy​ję​ciem tor​by po​dróż​nej z ba​gaż​ni​ka.
Le​d​wie ru​szy​ła ku wej​ściu, w pro​gu sta​nę​ła pulch​na ko​bie​ta w schlud​nej, ciem​-
nej su​kien​ce.

– Pan​na Gran​tham? – spy​ta​ła uprzej​mym to​nem. – Je​stem Ja​net Har​ris. Za​bio​-

rę pani ba​gaż i od​pro​wa​dzę do po​ko​ju.

Dana po​my​śla​ła, że pew​nie zna dro​gę le​piej od go​spo​si. Nie zli​czy​ła​by, ile razy

drep​ta​ła za ciot​ką Joss, spraw​dza​jąc, czy wszyst​ko zo​sta​ło na​le​ży​cie przy​go​to​-
wa​ne na przy​ję​cie go​ści. Cza​sa​mi po​zwa​la​no jej po​sta​wić kwia​ty w sy​pial​niach.
Cie​ka​we,  czy  ktoś  dla  niej  za​dał  so​bie  taki  trud?  Wkrót​ce  po​zna​ła  od​po​wiedź,
nie​ste​ty prze​czą​cą. Na do​miar złe​go przy​dzie​lo​no jej naj​mniej​szy z po​koi go​ścin​-
nych,  w  naj​dal​szej  czę​ści  do​mo​stwa,  z  wi​do​kiem  na  zbo​cze  po​nad  za​ro​śla​mi,
gdzie sta​ła let​nia al​ta​na, ostat​nia rzecz, jaką chcia​ła​by oglą​dać.

Mia​ła na​dzie​ję, że już nie ist​nie​je, choć na​dal bu​dzi​ła żywe, acz​kol​wiek wiel​ce

kło​po​tli​we wspo​mnie​nia. Przy​pusz​czal​nie jed​nak nie ulo​ko​wa​no jej tu ze wzglę​-

background image

du na wi​dok. Nie wąt​pi​ła na​to​miast, że ce​lo​wo wy​bra​no po​kój z wy​bla​kły​mi ta​-
pe​ta​mi i prze​tar​tym dy​wa​nem, żeby dać jej do zro​zu​mie​nia, gdzie jest jej miej​-
sce.

Nic  nie  szko​dzi  –  po​wie​dzia​ła  so​bie  na  po​cie​chę.  Zo​ba​czy​my,  kto  wy​gra

w osta​tecz​nym roz​ra​chun​ku.

– Ła​zien​ka jest na koń​cu ko​ry​ta​rza – po​in​for​mo​wa​ła pani Har​ris nie​mal prze​-

pra​sza​ją​cym to​nem. – Ale za to do pani wy​łącz​nej dys​po​zy​cji – do​da​ła. – Pan​na
La​ti​mer pro​si​ła, żeby prze​ka​zać, że za​pra​sza na her​ba​tę do sa​lo​nu.

Danę  nie​co  roz​ba​wi​ło  tak  for​mal​ne  za​pro​sze​nie,  nie​ty​po​we  dla  Ni​co​li.  Ale

może krę​po​wa​ło ją peł​nie​nie obo​wiąz​ków go​spo​dy​ni.

Nie mia​ła wie​le do roz​pa​ko​wa​nia prócz dwóch su​kie​nek na naj​bliż​szy wie​czór

i  przy​ję​cie  na​stęp​ne​go  dnia.  Po​wie​si​ła  je  w  sza​fie,  tak  wą​skiej  jak  po​je​dyn​cze
łóż​ko.  Roz​cze​sa​ła  wło​sy,  od​świe​ży​ła  ma​ki​jaż  i  po​pa​trzy​ła  na  sie​bie  w  lu​strze
rów​nie kry​tycz​nie, jak obej​rzą ją za chwi​lę na dole.

Do​brze ostrzy​żo​ne, ja​sno​brą​zo​we wło​sy z kasz​ta​no​wy​mi pa​sem​ka​mi opa​da​ły

na  ra​mio​na.  Dys​kret​ny  ma​ki​jaż  pod​kre​ślił  zie​leń  oczu  i  wy​dłu​żył  pod​krę​co​ne
rzę​sy. Za​okrą​glo​na we wła​ści​wych miej​scach syl​wet​ka wy​szczu​pla​ła dzię​ki gim​-
na​sty​ce i lek​cjom tań​ca. Kosz​to​wa​ły nie​ma​ło, ale uzna​ła, że cel uświę​ca środ​ki.

Dzie​sięć dni wcze​śniej Ni​co​la po​wi​ta​ła ją spon​ta​nicz​nym okrzy​kiem:
– Cu​dow​nie znów cię wi​dzieć! Wy​glą​dasz osza​ła​mia​ją​co.
Znacz​nie prze​sa​dzi​ła, ale kom​ple​ment do​dał Da​nie otu​chy.
Po  chwi​li  uważ​nej  ob​ser​wa​cji  spo​strze​gła,  że  nie  tyl​ko  jej  po​kój  wy​ma​ga  re​-

mon​tu.  Cały  dom  wy​glą​dał  na  za​pusz​czo​ny.  Naj​wy​raź​niej  nie  sprzą​ta​no  go  tak
do​kład​nie jak za cza​sów ciot​ki Joss. Me​ble i pod​ło​gi już nie błysz​cza​ły, wnę​trza
nie  pach​nia​ły  la​wen​dą  i  psz​cze​lim  wo​skiem.  Gdzie​nie​gdzie  wi​sia​ły  pa​ję​czy​ny,
jak​by ni​ko​mu nie za​le​ża​ło na utrzy​ma​niu wy​so​kie​go stan​dar​du. Ale nic dziw​ne​-
go, sko​ro za​bra​kło go​spo​dy​ni.

W grun​cie rze​czy Se​ra​fi​na La​ti​mer nie mia​ła wiel​kie​go wy​bo​ru. Od​kąd po​sta​-

no​wi​ła prze​ka​zać po​sia​dłość jako da​ro​wi​znę star​sze​mu bra​tu Ni​co​li, Ada​mo​wi,
żeby unik​nąć po​dat​ku spad​ko​we​go, rzad​ko po​zwa​la​no jej od​wie​dzić daw​ne miej​-
sce za​miesz​ka​nia. Od tam​tej chwi​li mi​nę​ło sie​dem lat, ko​niecz​nych do uzy​ska​nia
peł​ne​go ty​tu​łu wła​sno​ści przez no​we​go wła​ści​cie​la. Ciot​ka Joss wy​ja​śni​ła jej całą
pro​ce​du​rę ze szcze​gó​ła​mi. Uprze​dza​jąc ewen​tu​al​ne do​cie​ka​nia czy pró​by pro​te​-
stu, do​da​ła na ko​niec:

– Tak więc nie po​zo​sta​je ci nic in​ne​go, jak raz na za​wsze wy​bić so​bie z gło​wy

nie​do​rzecz​ne mrzon​ki.

Lecz Dana wciąż za​da​wa​ła so​bie py​ta​nie, dla​cze​go jej dzie​dzic​two od​da​no lek​-

ką  ręką  dal​sze​mu  krew​ne​mu.  Wo​la​ła  nie  uświa​da​miać  ciot​ki,  że  nie  za​mie​rza
zło​żyć bro​ni. Przy​się​gła so​bie, że te​raz nikt jej już nie po​wstrzy​ma. A kie​dy od​-
zy​ska nie​szczę​sne, za​nie​dba​ne Man​nion, nie odda go ni​ko​mu.

Pod​cho​dząc pod drzwi sa​lo​nu, nie po​chwy​ci​ła spo​dzie​wa​ne​go szme​ru roz​mów,

co ją tak za​sko​czy​ło, że przy​sta​nę​ła w pro​gu. Wi​dok sta​ro​mod​nych obi​tych kre​-
to​nem sof i bro​ka​to​wych za​słon jak​by prze​niósł ją w prze​szłość.

background image

W  tej  sa​mej  chwi​li  uświa​do​mi​ła  so​bie,  że  źle  zro​zu​mia​ła  in​for​ma​cję  go​spo​si.

Przy  sto​le  cze​ka​ła  na  nią  inna,  znacz​nie  star​sza  pan​na  La​ti​mer  –  Mimi,  ciot​ka
Ni​co​li.  Ob​ci​sła  je​dwab​na  su​kien​ka  nie​ko​rzyst​nie  pod​kre​śla​ła  krą​głą  syl​wet​kę.
Roz​ja​śnio​ne  wło​sy  przy​po​mi​na​ły  srebr​ny  hełm.  Za​ci​śnię​te  usta  nie  wró​ży​ły  nic
do​bre​go.

– Za​sko​czy​ło mnie two​je przy​by​cie – za​gad​nę​ła z wy​raź​ną dez​apro​ba​tą, wska​-

zu​jąc  Da​nie  krze​sło.  –  Nie  przy​pusz​cza​łam,  że  na​dal  po​zo​sta​je​cie  z  Ni​co​lą
w kon​tak​cie, w do​dat​ku tak bli​skim.

– Dzień do​bry, pan​no La​ti​mer – od​rze​kła Dana z uprzej​mym uśmie​chem. – Nie​-

ste​ty ostat​nio jej nie wi​dy​wa​łam. Ale z pew​no​ścią pa​mię​ta pani, że cho​dzi​ły​śmy
ra​zem do szko​ły.

– Trud​no za​po​mnieć, jak rap​tow​nie za​koń​czy​łaś edu​ka​cję. Nie​zbyt pięk​nie po​-

dzię​ko​wa​łaś Se​ra​fi​nie za jej do​broć – wy​po​mnia​ła Mimi, wrę​cza​jąc jej fi​li​żan​kę
sła​biut​kiej her​ba​ty.

– Być może oby​dwie do​szły​śmy do wnio​sku, że dość już dla mnie zro​bi​ła i że

naj​wyż​szy czas, że​bym sta​nę​ła na wła​snych no​gach – od​rze​kła Dana lo​do​wa​tym
to​nem.

Omal nie do​da​ła, że nie po​trze​bo​wa​ła ła​ski. Za​le​ża​ło jej tyl​ko na tym, żeby Se​-

ra​fi​na uzna​ła ją za wnucz​kę.

–  Ta  kwe​stia  nie  pod​le​ga  dys​ku​sji  –  prych​nę​ła  pan​na  La​ti​mer,  pod​su​wa​jąc  jej

ta​lerz ka​na​pek, mniej​szych niż pa​lec dziec​ka.

Prócz nich i her​bat​ni​ków nic wię​cej nie sta​ło na sto​le. Dana pa​mię​ta​ła, że kie​-

dy przy​jeż​dża​ła tu na wa​ka​cje, za​sta​wia​no go chru​pią​cy​mi ro​ga​li​ka​mi, plac​ka​mi,
cia​stem cze​ko​la​do​wym z bitą śmie​tan​ką i dże​mem tru​skaw​ko​wym. Se​ra​fi​na czę​-
sto​wa​ła je tymi pysz​no​ścia​mi, de​li​kat​nie wy​py​tu​jąc dziew​czyn​ki o po​stę​py w na​-
uce.

– Czy two​ja mat​ka na​dal miesz​ka w Hisz​pa​nii? – przy​wró​ci​ło ją do te​raź​niej​-

szo​ści py​ta​nie star​szej pani.

– Tak – ucię​ła krót​ko obo​jęt​nym to​nem.
– Po​dob​no ty też do​brze so​bie ra​dzisz. Sły​sza​łam, że usi​łu​jesz sprze​dać Ni​co​li

i Ed​die​mu nie​przy​zwo​icie dro​gie miesz​ka​nie.

– Po​ka​za​łam im wy​jąt​ko​wo pięk​ne w za​pro​po​no​wa​nych przez nich sa​mych gra​-

ni​cach ce​no​wych – sko​ry​go​wa​ła Dana. – Bar​dzo im się spodo​ba​ło.

– Dziw​ne, że wła​śnie to​bie po​wie​rzo​no opro​wa​dze​nie ich.
– Przez szczę​śli​wy przy​pa​dek. – Prze​mil​cza​ła, ile wy​sił​ku i ma​ni​pu​la​cji kosz​to​-

wa​ło ją otrzy​ma​nie tego za​da​nia. – Gdzie Ni​co​la?

– Po​ka​zu​je Ed​die​mu i ro​dzi​com miej​sco​wy ko​ściół – od​burk​nę​ła pan​na La​ti​mer.

– Dziw​ny ka​prys, żeby brać ślub na wsi tyl​ko w obec​no​ści ro​dzi​ny, naj​bliż​szych
przy​ja​ciół i miej​sco​wych pa​ra​fian, za​miast urzą​dzić wy​staw​ne we​se​le w Lon​dy​-
nie. W ten sam spo​sób po​sta​no​wi​li zor​ga​ni​zo​wać so​bot​nie przy​ję​cie. Bóg wie, co
Mar​chwo​odo​wie so​bie po​my​ślą. Pró​bo​wa​łam przy​wo​łać ją do roz​sąd​ku, ale ja​-
kimś  cu​dem  zdo​ła​ła  prze​ko​nać  na​rze​czo​ne​go  do  swo​je​go  po​my​słu.  Naj​gor​sze,
że ten ku​zyn Se​ra​fi​ny, Be​li​san​dro, sta​nął po jej stro​nie. Za​wsze jej ule​gał i na​kła​-

background image

niał do nie​po​słu​szeń​stwa. Dziw​ne, że sam się z nią nie oże​nił.

Ser​ce  Dany  na  mo​ment  prze​sta​ło  bić.  Zwil​ży​ła  za​schnię​te  usta  zim​ną  już,

słom​ko​wą her​ba​tą. Kie​dy prze​mó​wi​ła, zdo​ła​ła nadać gło​so​wi obo​jęt​ny ton.

– Zac Be​li​san​dro nie wy​glą​da na czło​wie​ka ma​rzą​ce​go o za​ło​że​niu ro​dzi​ny.
Obec​nie prze​by​wał za oce​anem, co naj​wy​raź​niej nie prze​szka​dza​ło mu zno​wu

mie​szać się w spra​wy La​ti​me​rów.

–  Miej​my  na​dzie​ję,  że  oj​ciec  przy​wo​ła  go  do  roz​sąd​ku,  za​nim  się  ze​sta​rze​je.

Ale to nie moja spra​wa. Ani two​ja – do​da​ła po​spiesz​nie.

– Ra​cja – przy​tak​nę​ła Dana. – Plot​ki nie przy​no​szą nic prócz szko​dy.
Po ostat​nim zda​niu za​pa​dła taka ci​sza, jak​by roz​mów​czy​ni ocze​ki​wa​ła py​ta​nia

o  Ada​ma.  Lecz  prę​dzej  by  pie​kło  za​mar​z​ło,  niż  Dana  by  je  za​da​ła,  zwłasz​cza
Mimi La​ti​mer.

Zresz​tą wkrót​ce go zo​ba​czy. Z przy​jem​no​ścią przy​wo​ła​ła wspo​mnie​nie roz​wi​-

chrzo​nych  ja​snych  wło​sów,  nie​mal  chło​pię​cej  uro​dy,  znie​wa​la​ją​ce​go  uśmie​chu
i we​so​łych zmarsz​czek w ką​ci​kach oczu. Każ​da chęt​nie by za nie​go wy​szła, na​-
wet gdy​by nie wno​sił do mał​żeń​stwa ma​jąt​ku. Dla​te​go po​wta​rza​ła so​bie w kół​-
ko,  że  jego  urok  oso​bi​sty  uspra​wie​dli​wia  jej  pla​ny.  Mimo  to  mu​sia​ła  zmo​bi​li​zo​-
wać siłę woli, by tego cza​ru​ją​ce​go ob​ra​zu nie prze​sło​nił wi​ze​ru​nek in​nej twa​rzy,
po​waż​nej,  nie​mal  su​ro​wej,  o  oliw​ko​wej  ce​rze,  wy​ra​zi​stych  ry​sach  i  ciem​nych
oczach, nie​prze​nik​nio​nych jak bez​gwiezd​na, zi​mo​wa noc. Od​sta​wi​ła ostroż​nie fi​-
li​żan​kę z nie​do​pi​tą her​ba​tą na stół.

–  Było  mi  miło,  ale  po​trze​bu​ję  od​po​czyn​ku  po  po​dró​ży  –  oznaj​mi​ła,  za​nim

z prze​lot​nym uśmie​chem wy​szła na ta​ras przez prze​szklo​ne drzwi.

Tam przy​sta​nę​ła, jak​by po​dzi​wia​ła rów​niut​ko przy​strzy​żo​ne traw​ni​ki, pod​czas

gdy  jej  mózg  po​wta​rzał  jak  echo  imię  i  na​zwi​sko:  Zac  Be​li​san​dro.  Je​dy​ny  dzie​-
dzic  mię​dzy​na​ro​do​we​go  im​pe​rium  obec​nie  z  po​wo​dze​niem  pro​wa​dził  in​te​re​sy
w Au​stra​lii i na Da​le​kim Wscho​dzie. Jego suk​ce​sy ob​ro​sły le​gen​dą. Pra​sa pi​sa​ła,
że prze​wyż​szył bo​gac​twem mi​tycz​ne​go kró​la Mi​da​sa. Lecz Dana by​naj​mniej go
nie po​dzi​wia​ła. Wręcz prze​ciw​nie: uwa​ża​ła za wro​ga. Bo​wiem to on przed sied​-
miu laty spo​wo​do​wał jej wy​gna​nie z Man​nion. Gdy​by nie prze​by​wał ty​sią​ce ki​lo​-
me​trów stąd, zno​wu pró​bo​wał​by ją prze​pę​dzić.

Tłu​ma​czy​ła so​bie, że nie war​to go wspo​mi​nać. Le​piej my​śleć o Ada​mie. Jed​nak

mrocz​ny cień Zaca Be​li​san​dra wciąż wi​siał nad jej gło​wą. Mimo upa​łu za​drża​ła.
Bła​ga​ła Nie​bio​sa, by nie po​sta​wi​ły go zno​wu na jej dro​dze, przy​naj​mniej do​pó​ki
nie do​pnie swe​go, póki nie bę​dzie za póź​no, by po raz dru​gi mógł po​krzy​żo​wać
jej pla​ny, póki nie wyj​dzie za Ada​ma La​ti​me​ra i nie od​zy​ska na​leż​nej sche​dy.

Gdy​by jej oj​ciec, syn Se​ra​fi​ny, ka​pi​tan Jack La​ti​mer, nie zo​stał za​bi​ty w za​sadz​-

ce  w  Ir​lan​dii  Pół​noc​nej,  po​ślu​bił​by  jej  mat​kę,  nie  zwa​ża​jąc  na  opi​nię  Se​ra​fi​ny.
Nie po​zwo​lił​by, żeby jego uko​cha​ną ode​sła​no z ni​czym w hań​bie i nie​ła​sce.

Prze​szła przez ta​ras i traw​nik ku za​ro​ślom. Od​kąd w dzie​ciń​stwie przy​by​ła do

Man​nion,  sta​no​wi​ły  jej  ulu​bio​ną  kry​jów​kę,  gdzie  mo​gła  na  osob​no​ści  wy​pła​kać
tę​sk​no​tę za mat​ką. Ciot​ka Joss była dla niej do​bra, ale zbyt za​ję​ta, by po​świę​cić
jej wię​cej cza​su. Wy​cho​wy​wa​ła ją z obo​wiąz​ku, po​nie​waż su​mie​nie nie po​zwo​li​-

background image

ło​by  jej  zo​sta​wić  ma​łej  sio​strze​ni​cy  na  pa​stwę  losu  pod​czas  czę​stych  i  dłu​go​-
trwa​łych po​by​tów jej mat​ki w szpi​ta​lu.

Dana więk​szość cza​su spę​dza​ła tu sa​mot​nie, lecz ina​czej niż daw​niej, na klęcz​-

kach przed za​mknię​tym na klucz po​ko​jem, z któ​re​go do​cho​dził płacz mamy. Po​-
czu​cie osa​mot​nie​nia nie opusz​cza​ło jej jed​nak na​wet w tych okre​sach, gdy Lin​da,
co​raz  słab​sza,  co​raz  bar​dziej  za​nie​dba​na,  za​bie​ra​ła  ją  do  ko​lej​ne​go  cia​sne​go
miesz​ka​nia, wy​peł​nia​ła ja​kieś pa​pie​ry i przy​się​ga​ła od​wie​dza​ją​cym ją urzęd​nicz​-
kom,  że  tym  ra​zem  po​dej​mie  wy​si​łek,  że  zro​bi  wszyst​ko  dla  do​bra  có​recz​ki
i wła​sne​go. Dana, choć jesz​cze ma​leń​ka, chy​ba jako je​dy​na prze​wi​dy​wa​ła, że nie
da rady do​trzy​mać sło​wa.

Już wte​dy w jej ser​cu i umy​śle na do​bre za​go​ści​ło Man​nion.
–  Nasz  dom  –  szep​ta​ła  jej  Lin​da  do  ucha  na  do​bra​noc  we  wspól​nym  łóż​ku.  –

Na​sze za​bez​pie​cze​nie, na​sza przy​szłość. Ode​bra​no nam go, po​nie​waż by​łam tyl​-
ko sio​strą go​spo​si. My​śla​łam, że two​ja bab​cia po​wi​ta cię z otwar​ty​mi ra​mio​na​-
mi, gdy do niej przyj​dę, że bę​dzie za​do​wo​lo​na, że po Jac​ku po​zo​sta​ło jego dziec​-
ko,  że  bę​dzie​my  go  ra​zem  opła​ki​wać.  Jego  śmierć  zła​ma​ła  mi  ser​ce,  jed​nak  to
ona za​ła​ma​ła mnie do resz​ty. Ale z nami nie wy​gra. Twój oj​ciec odzie​dzi​czył​by
Man​nion,  więc  te​raz  po​win​no  na​le​żeć  do  nas.  Kie​dyś  je  od​zy​ska​my.  Po​wtórz,
pro​szę, moje sło​wa, ko​cha​nie. Pra​gnę je usły​szeć.

Tak więc Dana po​słusz​nie re​cy​to​wa​ła za​spa​nym gło​sem:
– Kie​dyś od​zy​ska​my Man​nion.
Ni​g​dy  nie  zdo​ła​ła  na  dłu​go  po​cie​szyć  mat​ki.  Wkrót​ce  znów  szlo​cha​ła  za  za​-

mknię​ty​mi drzwia​mi albo sie​dzia​ła nie​ru​cho​mo przy oknie, pa​trząc w prze​strzeń
nie​wi​dzą​cym  wzro​kiem.  Jed​nak  jej  za​pew​nie​nia  wy​da​ły  ocze​ki​wa​ny  plon.  Za
każ​dym ra​zem, gdy cio​cia Joss za​bie​ra​ła ją do Man​nion, Dana co​raz głę​biej wie​-
rzy​ła, że po​sia​dłość kie​dyś bę​dzie do niej na​le​ża​ła.

Pani  Brown​low,  jed​na  z  ener​gicz​nych  urzęd​ni​czek,  któ​re  od​wie​dza​ły  Lin​dę,

przy​jeż​dża​ła  wte​dy  do  Man​nion  na  re​gu​lar​ne  kon​sul​ta​cje  z  ciot​ką  Joss.  Dana
cza​sa​mi  sły​sza​ła  strzę​py  zdań:  „…bar​dzo  trud​na  sy​tu​acja…  to  nie  wina  dziec​-
ka… w szko​le świet​nie so​bie ra​dzi, ale brak sta​bi​li​za​cji źle na nią wpły​wa”.

A cio​cia Joss za każ​dym ra​zem po​wta​rza​ła:
– To wszyst​ko przez tę nie​do​rzecz​ną ob​se​sję.
Pew​ne​go dnia pani Brown​low przy​wio​zła po​cie​sza​ją​ce wie​ści:
– Lin​da od​zy​sku​je chęć do ży​cia. Mamy na​dzie​ję, że zmia​na oto​cze​nia do​brze

jej zro​bi. Cze​ka na nią z nie​cier​pli​wo​ścią.

Cio​cia Joss wąt​pi​ła, czy to do​bry po​mysł:
– Dwa ty​go​dnie w Hisz​pa​nii? Bez Dany?
– Na ra​zie tak. Zo​ba​czy​my, jak so​bie po​ra​dzi. Póź​niej spró​bu​je​my zor​ga​ni​zo​-

wać wspól​ne wa​ka​cje.

Dana była im wdzięcz​na, że jej tam nie wy​sła​ły, choć dzie​ci w wiej​skiej szko​le

trak​to​wa​ły ją jak obcą z po​wo​du cią​głych wy​jaz​dów i przy​jaz​dów. Nie wie​dzia​ła
do​kład​nie, gdzie leży Hisz​pa​nia, ale po​dej​rze​wa​ła, że bar​dzo da​le​ko od Man​nion
– je​dy​ne​go miej​sca, w któ​rym pra​gnę​ła prze​by​wać i o któ​re za​mie​rza​ła wal​czyć.

background image

Za  to  Lin​da  naj​wy​raź​niej  dała  za  wy​gra​ną.  Po  dwóch  ty​go​dniach  na​pi​sa​ła  do

sio​stry, że do​sta​ła pra​cę w ba​rze i po​sta​no​wi​ła zo​stać w Hisz​pa​nii na dłu​żej. Jej
de​cy​zja wzbu​rzy​ła urzęd​nicz​ki zaj​mu​ją​ce się jej spra​wą, ale ciot​ka Joss uspo​ka​-
ja​ła, że szan​sa sta​bi​li​za​cji wyj​dzie Da​nie na do​bre.

Dana  tę​sk​ni​ła  za  mat​ką,  ale  od​czu​ła  ulgę,  że  zdję​to  jej  z  bar​ków  cię​żar  nie​-

ustan​nej  roz​pa​czy  Lin​dy,  zwłasz​cza  że  za​miesz​ka​ła  w  jej  wy​ma​rzo​nym  domu.
Mia​ła na​dzie​ję, że z cza​sem Se​ra​fi​na zmięk​nie i uzna ją za wnucz​kę. A gdy Ni​co​-
la przy​je​cha​ła na wa​ka​cje, zy​ska​ła jesz​cze przy​ja​ciół​kę.

Po burz​li​wym roz​wo​dzie ro​dzi​ców sąd przy​znał Ni​co​lę i jej bra​ta ojcu. Me​gan

La​ti​mer za​miesz​ka​ła w Ko​lum​bii z mi​lio​ne​rem, któ​ry roz​bił ro​dzi​nę.

– Sę​dzia za​bro​nił mi ich od​wie​dzić, cho​ciaż ze​zna​łam w są​dzie, że lu​bię Es​te​-

ba​na – na​rze​ka​ła Ni​co​la, gdy Dana opro​wa​dza​ła ją po ogro​dach. – Tata obie​cał
nam  wa​ka​cje  na  jach​cie,  ale  nie  chcę  z  nim  je​chać.  Sła​bo  pły​wam  i  cier​pię  na
cho​ro​bę  mor​ską,  za​bie​rze  więc  tyl​ko  Ada​ma.  Po​pro​sił  cio​cię  Se​ra​fi​nę,  że​bym
mo​gła tu zo​stać.

– To pięk​ne miej​sce. Na pew​no je po​lu​bisz – po​cie​sza​ła ją Dana.
W let​niej kuch​ni ogrod​nik, pan God​stow, na​peł​nił im łu​bian​kę strącz​ka​mi zie​lo​-

ne​go grosz​ku, agre​stem i ma​li​na​mi. Ja​dły je ra​zem w sza​ła​sie, któ​ry Dana zbu​-
do​wa​ła w za​ro​ślach. Choć po​cho​dzi​ły z róż​nych śro​do​wisk, przy​jaźń dwóch osa​-
mot​nio​nych dziew​czy​nek szyb​ko roz​kwi​tła i prze​trwa​ła, póki Zac Be​li​san​dro ich
nie roz​dzie​lił.

Lecz  gdy  Dana  od​zy​ska  utra​co​ne  dzie​dzic​two,  od​pła​ci  mu  tą  samą  mo​ne​tą

i  wy​gna  z  Man​nion.  Nie  wąt​pi​ła,  że  osią​gnie  za​mie​rzo​ny  cel,  któ​ry  tak  dłu​go
prze​sła​niał jej świat.

Sta​ran​nie  przy​go​to​wa​na  stra​te​gia  przy​nio​sła  ocze​ki​wa​ny  re​zul​tat.  Pod​czas

oglą​da​nia miesz​ka​nia Ni​co​la nie kry​ła ra​do​ści z po​now​ne​go spo​tka​nia. Po​nie​waż
póź​niej Ed​die mu​siał wró​cić do pra​cy, za​pro​po​no​wa​ła, żeby uczci​ły tę wy​jąt​ko​wą
oka​zję  we  dwie.  Gdy  usia​dły  przy  lamp​ce  wina  w  miej​sco​wym  ba​rze,  spy​ta​ła,
cze​mu Dana opu​ści​ła wieś na rok przed ukoń​cze​niem szko​ły. Naj​wy​raź​niej Zac
za​ta​ił przed nią po​wód jej na​głe​go znik​nię​cia. Dana rów​nież nie za​mie​rza​ła jej
oświe​cać.

– Już wcze​śniej zde​cy​do​wa​łam, że nie pój​dę na stu​dia, to​też kie​dy otrzy​ma​łam

ofer​tę pra​cy w Lon​dy​nie, po​sta​no​wi​łam ją przy​jąć – wy​ja​śni​ła lek​kim to​nem.

– Ale dla​cze​go wy​je​cha​łaś bez po​że​gna​nia? – do​py​ty​wa​ła się Ni​co​la z wy​rzu​-

tem.  –  Nie  od​po​wia​da​łaś  na  moje  li​sty,  cho​ciaż  two​ja  cio​cia  obie​ca​ła,  że  ci  je
prze​ka​że.

Lecz  cio​cia  Joss  uwa​ża​ła  za  swój  obo​wią​zek  lo​jal​ność  wo​bec  Se​ra​fi​ny,  a  nie

skom​pro​mi​to​wa​nej, nie​ślub​nej cór​ki sio​stry, wy​gna​nej z ma​jąt​ku, za​nim wy​wo​ła
ko​lej​ne kło​po​ty. Dana wzię​ła głę​bo​ki od​dech, za​nim od​po​wie​dzia​ła:

– Po​nie​waż zmie​nia​łam miej​sce za​miesz​ka​nia, pew​nie krą​żą jesz​cze po​mię​dzy

róż​ny​mi mia​sta​mi – skła​ma​ła.

– Tym ra​zem nie po​zwo​lę ci umknąć! – za​de​kla​ro​wa​ła Ni​co​la. – Za dwa ty​go​-

dnie  or​ga​ni​zu​je​my  w  Man​nion  zjazd  ro​dzin​ny,  żeby  opra​co​wać  plan  ce​re​mo​nii

background image

ślub​nej. Za​pra​szam cię i nie przyj​mę do wia​do​mo​ści od​mo​wy. Zo​ba​czysz daw​ne
ko​le​żan​ki. Jo i Emi​ly zo​sta​ną mo​imi druh​na​mi. Przy​ja​dą ze swo​imi chło​pa​ka​mi,
więc ty też mo​żesz za​brać oso​bę to​wa​rzy​szą​cą.

– Obec​nie nie mam ni​ko​go.
– Zu​peł​nie jak Adam. Le​d​wie po​znam jego dziew​czy​nę, za​raz ją rzu​ca dla ko​-

lej​nej za przy​kła​dem Zaca, se​ryj​ne​go mo​no​ga​mi​sty.

– Pew​nie jesz​cze nie spo​tkał tej je​dy​nej – sko​men​to​wa​ła Dana, go​to​wa zro​bić

wszyst​ko, żeby po​rzu​cił fa​tal​ne na​wy​ki.

Po roz​sta​niu ogar​nę​ły ją wąt​pli​wo​ści, czy jej plan się po​wie​dzie. Pod​świa​do​mie

ocze​ki​wa​ła od​wo​ła​nia za​pro​sze​nia pod pierw​szym lep​szym pre​tek​stem. Za​miast
tego ode​bra​ła te​le​fon od Ed​die​go z in​for​ma​cją, że ku​pią miesz​ka​nie za ofe​ro​wa​-
ną cenę. Dwa dni póź​niej Ni​co​la po​twier​dzi​ła, że ją za​pra​sza i że wszy​scy bar​-
dzo chcą ją zo​ba​czyć. Dana nie śmia​ła za​py​tać, czy Adam też. Za kil​ka dni sama
się prze​ko​na. Uzna​ła, że naj​wyż​sza pora roz​po​cząć za​pla​no​wa​ną kam​pa​nię.

Do​tar​ła do po​ło​wy traw​ni​ka, gdy spo​strze​gła na scho​dach ta​ra​su nie​ru​cho​mą

syl​wet​kę męż​czy​zny, któ​ry naj​wy​raź​niej ją ob​ser​wo​wał. Czyż​by Adam? Nie, ktoś
znacz​nie wyż​szy, ciem​no​wło​sy, mrocz​ny jak kosz​mar​ny sen. Jej zły duch, Zac Be​-
li​san​dro.

Z nie​wia​do​mych po​wo​dów nie prze​by​wał na koń​cu świa​ta, lecz cze​kał na nią,

tu i te​raz.

background image

ROZDZIAŁ DRUGI

Dana  wpa​dła  w  po​płoch,  ale  nie  za​mie​rza​ła  ucie​kać.  Nie  po​zwo​li,  by  Zac  po

raz dru​gi wy​gnał ją z ma​jąt​ku. Se​ra​fi​na prze​by​wa​ła da​le​ko stąd, więc tym ra​zem
go nie po​prze, nie od​są​dzi jej od czci i wia​ry za zła​ma​nie usta​lo​nych przez nią
re​guł.  Przy​by​ła  na  za​pro​sze​nie  Ni​co​li,  któ​ra  z  pew​no​ścią  sta​nie  po  jej  stro​nie.
Nie​mal sły​sza​ła, jak bę​dzie mu tłu​ma​czyć:

„Zo​staw ją w spo​ko​ju, Zac. Pew​nie nie ona pierw​sza ostrzy​ła so​bie na cie​bie

ząb​ki. Zresz​tą od tam​te​go cza​su do​ro​sła i zmą​drza​ła”.

Tru​chla​ła  jed​nak  ze  stra​chu,  jak  za​re​agu​je,  kie​dy  Zac  uświa​do​mi  ją,  że  nie

jego pra​gnę​ła, tyl​ko Ada​ma. I tego domu. Jed​na uwa​ga mo​gła uda​rem​nić jej sta​-
ra​nia. Na mięk​kich no​gach we​szła po scho​dach na górę.

Stał tam jak wmu​ro​wa​ny,  z rę​ka​mi wspar​ty​mi na  bio​drach i ka​mien​nym  ob​li​-

czem, w do​pa​so​wa​nych, gra​fi​to​wych spodniach z je​dwab​ną nit​ką. Ko​szu​la w tym
sa​mym od​cie​niu, roz​pię​ta nie​dba​le pod szy​ją, od​sła​nia​ła wię​cej oliw​ko​wej skó​ry,
niż chcia​ła​by zo​ba​czyć. Onie​śmie​lał ją, lecz ze​bra​ła od​wa​gę, żeby spoj​rzeć mu
w oczy. Na​po​tka​ła zim​ne spoj​rze​nie, twar​de jak ob​sy​dian. Zmie​rzył ją wzro​kiem
od stóp do głów, po czym stwier​dził:

– A jed​nak wró​ci​łaś. My​śla​łem, że masz wię​cej roz​sąd​ku.
–  Przy​ję​łam  za​pro​sze​nie  daw​nej  przy​ja​ciół​ki.  To  wszyst​ko  –  od​par​ła.  –  A  co

u pana, pa​nie Be​li​san​dro? Na​dal sma​ku​je pan uro​ki świa​ta?

– Ow​szem, ale w ma​łych, lek​ko​straw​nych por​cjach, co i to​bie po​le​cam.
– Ape​tyt to in​dy​wi​du​al​na spra​wa.
–  Twój  okre​ślił​bym  jako  wil​czy,  o  ile  mnie  pa​mięć  nie  myli.  Je​śli  masz  ocho​tę

po​dy​sku​to​wać o moim, pro​po​nu​ję ja​kieś bar​dziej od​osob​nio​ne miej​sce, na przy​-
kład let​nią al​ta​nę. – Przez chwi​lę ob​ser​wo​wał jej pło​ną​ce po​licz​ki, za​nim ski​nął
gło​wą z nie​znacz​nym uśmie​chem: – A więc ta świa​to​wa ogła​da to tyl​ko po​zo​ry,
ale jak​że ku​szą​ce…

Dana za​ci​snę​ła ręce w pię​ści.
– Co za aro​gan​cja! – prych​nę​ła z ura​zą. – Nic się pan nie zmie​nił.
Nie mia​ła ra​cji. W wie​ku trzy​dzie​stu dwóch lat był jesz​cze bar​dziej atrak​cyj​ny

niż daw​niej. Na​wet ona mu​sia​ła to przy​znać. Prze​ra​zi​ło ją to od​kry​cie. Gdy pod​-
szedł bli​żej, zmo​bi​li​zo​wa​ła całą siłę woli, żeby się nie cof​nąć.

–  Nie  wi​dzia​łem  po​wo​du,  acz​kol​wiek  z  bie​giem  lat  sta​łem  się  bar​dziej  mi​ło​-

sier​ny  niż  przed  sied​miu  laty.  Dla​te​go  po​zwo​lę  so​bie  na  udzie​le​nie  ci  pew​nej
rady: wy​myśl ja​kiś waż​ny po​wód, żeby wró​cić do Lon​dy​nu. Mo​żesz za​brać Ni​co​-
lę na lunch, je​że​li obie tego chce​cie, ale nie rób so​bie żad​nych po​waż​niej​szych
na​dziei. Je​że​li tu zo​sta​niesz, po​ża​łu​jesz.

Dana ja​kimś cu​dem wy​do​by​ła ze ści​śnię​te​go gar​dła sztucz​ny śmiech.

background image

–  Ja​kież  to  me​lo​dra​ma​tycz​ne!  Czy  w  ten  sam  spo​sób  trak​tu​je  pan  kon​ku​ren​-

tów w in​te​re​sach?

– Nie mu​szę. Na ogół słu​cha​ją gło​su roz​sąd​ku. To​bie po​le​cam to samo.
– Dzię​ku​ję, ale gdy​bym po​trze​bo​wa​ła pań​skich rad, po​pro​si​ła​bym o nie. Na ra​-

zie pla​nu​ję spę​dzić miły week​end w tym uro​czym i wy​ma​rzo​nym oto​cze​niu, cze​-
go i panu ży​czę.

–  Je​że​li  szu​kasz  Ada​ma,  to  jesz​cze  nie  przy​je​chał.  Przy​bę​dzie  ze  swo​ją  naj​-

now​szą dziew​czy​ną, Ro​bi​ną Sim​mons, sły​ną​cą z nie​punk​tu​al​no​ści. Przy​pusz​czal​-
nie już się po​kłó​ci​li. Miej​my na​dzie​ję, że szyb​ko za​wrą po​kój.

–  Prze​ciw​nie  niż  my.  Pew​nie  ni​g​dy  nie  doj​dzie​my  do  po​ro​zu​mie​nia  –  rzu​ci​ła

Dana przez ra​mię na od​chod​nym.

Po​nie​waż  w  ja​dal​ni  nie  za​sta​ła  ni​ko​go,  umknę​ła  bez  prze​szkód  do  swo​jej  sy​-

pial​ni,  okrop​nie  roz​trzę​sio​na.  Dla​cze​go  Ni​co​la  nie  uprze​dzi​ła  jej,  że  spo​tka  tu
Zaca Be​li​san​dra?

Od​po​wiedź przy​szła sama, nie​mal na​tych​miast: po​nie​waż nie wi​dzia​ła po​wo​du.

Dla  Ni​co​li  Zac  był  tyl​ko  bo​ga​tym  ku​zy​nem  jej  ciot​ki  Se​ra​fi​ny  i  ko​le​gą  Ada​ma,
kimś, kogo zna​ła przez więk​szą część ży​cia i komu ufa​ła. Lecz na za​ufa​nie Dany
nie za​słu​żył. Raz ją stąd wy​pę​dził i ja​sno dał do zro​zu​mie​nia, że spró​bu​je po raz
dru​gi. Z wy​raź​ną sa​tys​fak​cją po​in​for​mo​wał ją, że Adam nie przy​bę​dzie sam, ale
ta  wia​do​mość  spe​cjal​nie  jej  nie  zmar​twi​ła.  Jego  sio​stra  twier​dzi​ła,  że  czę​sto
zmie​nia dziew​czy​ny, a sko​ro się już kłó​ci​li… po​zo​sta​ło jej tyl​ko spra​wić, żeby so​-
bie przy​po​mniał, że nie​gdyś jej pra​gnął, i zro​bić wszyst​ko, by za​pra​gnął jesz​cze
bar​dziej, po​nie​waż tyl​ko on może jej dać Man​nion.

Po​sta​no​wi​ła go wpraw​dzie omo​tać, ale nie zwieść. Bę​dzie wspa​nia​łą żoną, naj​-

lep​szą,  jaką  mógł  so​bie  wy​ma​rzyć,  do​sko​na​łą  pa​nią  domu,  któ​re​mu  przy​wró​ci
daw​ny blask. Na​wet Zac Be​li​san​dro bę​dzie mu​siał to przy​znać.

Ostat​nia myśl tak ją po​ra​zi​ła, że ser​ce za​czę​ło jej bić w za​wrot​nym ryt​mie. Co

ją  ob​cho​dzi​ła  jego  opi​nia  albo  czcze  po​gróż​ki?  Przy​je​chał  tu  na  krót​ko.  Pra​co​-
wał i miesz​kał ty​sią​ce mil stąd, więc wkrót​ce obo​wiąz​ki we​zwą go za oce​an.

Wzię​ła  głę​bo​ki  od​dech  dla  uspo​ko​je​nia  wzbu​rzo​nych  ner​wów.  Wy​tłu​ma​czy​ła

so​bie, że nic dziw​ne​go, że zże​ra​ją ją ner​wy przed osta​tecz​ną ba​ta​lią o speł​nie​-
nie  ma​rze​nia  po​wro​tu  do  Man​nion.  Po​trze​bo​wa​ła  re​lak​su  dla  uspo​ko​je​nia.  Do​-
szła do wnio​sku, że ką​piel i krót​ka drzem​ka przed ko​la​cją po​dzia​ła​ją ko​ją​co.

Sta​ran​nie wy​bra​ła strój na wie​czór: pro​stą su​kien​kę o bar​wie bursz​ty​nu z głę​-

bo​kim de​kol​tem i dys​kret​nie pro​wo​ku​ją​cym roz​cię​ciem na dole. Za​ło​ży​ła do niej
zło​te kol​czy​ki z bursz​ty​na​mi. Ku​pi​ła je za pierw​szą pro​wi​zję od Ja​rvi​sa Strat​to​-
na  dla  uczcze​nia  po​cząt​ku  praw​dzi​wej  ka​rie​ry  za​wo​do​wej.  Od​zy​ska​ła  wte​dy
wia​rę w sie​bie i uwie​rzy​ła, że od​nie​sie zwy​cię​stwo tam, gdzie jej mat​ka prze​gra​-
ła. Przy​się​gła so​bie, że do​pnie swe​go, zwłasz​cza że mał​żeń​stwo z atrak​cyj​nym,
peł​nym uro​ku Ada​mem nie wy​ma​ga​ło​by szcze​gól​ne​go po​świę​ce​nia.

Le​żąc w pach​ną​cej ką​pie​li, spró​bo​wa​ła oce​nić wła​sne kształ​ty ocza​mi po​stron​-

ne​go  ob​ser​wa​to​ra,  oczy​wi​ście  płci  mę​skiej.  Usi​ło​wa​ła  so​bie  wy​obra​zić,  jak
Adam od​bie​rze jej na​gość. I dzie​wic​two, któ​re dla nie​go za​cho​wa​ła. Ta de​cy​zja

background image

wy​wo​ły​wa​ła zdu​mie​nie, ura​zę, a prze​waż​nie gniew chło​pa​ków, z któ​ry​mi cho​dzi​-
ła na rand​ki przez mi​nio​nych sie​dem lat. Ale Adam nie bę​dzie miał po​wo​dów do
na​rze​ka​nia.

Po wyj​ściu z wan​ny wtar​ła w skó​rę bal​sam do cia​ła o tak sub​tel​nym aro​ma​cie,

że męż​czy​zna bę​dzie mu​siał po​dejść bar​dzo bli​sko, żeby go w peł​ni do​ce​nić. Nie
wąt​pi​ła, że sku​si Ada​ma. Na​wet przy jego po​wo​dze​niu spra​wi, że za​po​mni o do​-
tych​cza​so​wych ko​chan​kach.

Ma​lo​wa​ła wła​śnie rzę​sy, gdy Ni​co​la za​pu​ka​ła do drzwi. Po​pa​trzy​ła z wy​raź​ną

dez​apro​ba​tą  na  cia​sny,  nędz​nie  urzą​dzo​ny  po​ko​ik  i  prze​pro​si​ła,  że  zo​stał  jej
przy​dzie​lo​ny.

–  Kie​dy  Zac  Be​li​san​dro  za​anon​so​wał  swo​je  przy​by​cie,  cio​cia  Mimi  wpa​dła

w po​płoch i od​da​ła mu po​kój, któ​ry prze​zna​czy​łam dla cie​bie. Po​nie​waż go​ście
za​ję​li wszyst​kie sy​pial​nie, nie mia​łam gdzie cię prze​nieść – wy​ja​śni​ła z za​że​no​-
wa​niem.

– Nic nie szko​dzi – rzu​ci​ła Dana lek​kim to​nem. – Więc się go nie spo​dzie​wa​li​-

ście?

– Ow​szem, ale nie w tym ty​go​dniu. Jego ojcu prze​su​nię​to ter​min ope​ra​cji kar​-

dio​lo​gicz​nej, więc przy​je​chał wcze​śniej, żeby przy nim zo​stać. Po​dob​no się uda​-
ła, więc ode​tchnął z ulgą.

Dana, któ​ra nie za​uwa​ży​ła u Zaca żad​nych oznak ra​do​ści, spy​ta​ła ostroż​nie:
– Nie czu​je się w obo​wiąz​ku jak naj​szyb​ciej spraw​dzić, czy Be​li​san​dro Au​stra​-

la​sia nie pa​dło pod​czas jego nie​obec​no​ści?

– Nie wra​ca do Mel​bo​ur​ne. Cze​ka w Eu​ro​pie na prze​ję​cie ca​łe​go in​te​re​su, gdy

jego oj​ciec przej​dzie na eme​ry​tu​rę, co pew​nie nie​ba​wem na​stą​pi. Bę​dzie za​rzą​-
dzał przed​się​bior​stwem z Lon​dy​nu, więc bę​dzie​my go czę​ściej wi​dy​wać.

Dana o mało nie ze​mdla​ła.
– Ro​zu​miem – wy​krztu​si​ła, gdy od​zy​ska​ła mowę. – Jak prze​bie​gła wi​zy​ta w ko​-

ście​le?

– Wspa​nia​le. Z całą pew​no​ścią weź​mie​my ślub na wsi, choć nie wiem, co po​wie

tata.

– Przy​je​dzie na we​se​le?
– Tak. Nie​ste​ty przy​wie​zie ze sobą upior​ną Sa​die.
Dana po​sła​ła jej współ​czu​ją​ce spoj​rze​nie. Pa​mięt​ne wa​ka​cje na jach​cie prze​-

wró​ci​ły ży​cie Ni​co​li i Ada​ma do góry no​ga​mi. Fran​cis La​ti​mer stwier​dził, że od​-
na​lazł swo​je ży​cio​we po​wo​ła​nie. Ku prze​ra​że​niu ca​łej ro​dzi​ny po​rzu​cił sta​łą pra​-
cę w mie​ście, ku​pił upa​da​ją​ce przed​się​bior​stwo że​glu​go​we na grec​kich wy​spach
i cięż​ką pra​cą do​pro​wa​dził je do roz​kwi​tu. Tam też po​znał Sa​die, Au​stra​lij​kę, za​-
trud​nio​ną  w  jed​nym  z  biur  po​dró​ży  da​ją​cych  mu  zle​ce​nia.  Wa​ka​cyj​ny  ro​mans
prze​trwał zimę i ko​lej​ne lata.

Ha​ła​śli​wa,  eks​pan​syw​na  Sa​die  była  pew​na,  że  dzie​ci  jej  Fran​kie​go  wkrót​ce

za​czną  jeść  jej  z  ręki.  Po​nie​waż  nie  speł​ni​ły  jej  na​dziei,  ży​wi​ła  do  nich  ura​zę
i  prze​mie​nia​ła  ro​dzin​ne  wa​ka​cje  w  kosz​mar.  Dla​te​go  Ni​co​la  z  Ada​mem  za​czę​li
przy​jeż​dżać  do  Man​nion,  pod​czas  gdy  ich  oj​ciec  spę​dzał  zimy  w  Qu​een​sland,

background image

gdzie wy​naj​mo​wał tu​ry​stom jach​ty wraz z Cra​igiem, bra​tem Sa​die.

– Przy​naj​mniej go zno​wu zo​ba​czysz – po​cie​szy​ła. – Czy otrzy​mu​jesz ja​kieś wia​-

do​mo​ści od mamy?

– Od cza​su do cza​su pi​sze, że jest szczę​śli​wa i że już tam zo​sta​nie. A two​ja?
– Po​dob​nie, tyle że cio​cia Joss fil​tru​je in​for​ma​cje.
Wy​glą​da​ło  na  to,  że  cór​ka  za  bar​dzo  przy​po​mi​na  Lin​dzie  ży​cio​we  po​raż​ki,

żeby  ze​chcia​ła  utrzy​my​wać  bez​po​śred​ni  kon​takt.  Da​nie  do​ra​dzo​no,  żeby  za​ak​-
cep​to​wa​ła jej de​cy​zję i za​cze​ka​ła, aż mat​ka sama znaj​dzie do niej dro​gę, o ile to
kie​dy​kol​wiek na​stą​pi.

Ży​wi​ła jed​nak ci​chą na​dzie​ję, że kie​dy odda jej Man​nion, po​zna ją taką, jaką

była, za​nim zgi​nął Jack La​ti​mer, nie od​trą​co​ną i wzgar​dzo​ną przez nie​do​szłą te​-
ścio​wą, lecz we​so​łą, pra​co​wi​tą, peł​ną ma​rzeń i na​dziei jak wte​dy, gdy po​ma​ga​ła
za​rzą​dzać go​spo​dą Pod Kró​lew​skim Dę​bem, po​nie​waż żona go​spo​da​rza piła.

Bet​ty Wil​frey, ku​char​ka, na​zy​wa​ła ją du​szą tego miej​sca.
– Ra​dzi​ła so​bie ze wszyst​kim: na re​cep​cji, w ba​rze, przy przy​go​to​wa​niu po​koi

– za​pew​ni​ła. – Po jej odej​ściu ży​cie tam za​mar​ło. Nic dziw​ne​go, że Bob Ha​rvey
sprze​dał ho​tel i wy​je​chał przed upły​wem roku.

Dana po​my​śla​ła ze smut​kiem, że od tam​tych cza​sów mi​nę​ło wie​le lat.
– Czy nie po​win​ny​śmy już scho​dzić na dół? – spy​ta​ła przez ści​śnię​te gar​dło.
–  Chy​ba  tak.  Ko​la​cję  po​da​dzą  z  nie​wiel​kim  opóź​nie​niem,  po​nie​waż  Adam  do​-

pie​ro przy​je​chał, bez Ro​bi​ny i w do​dat​ku wście​kły, bo się po​kłó​ci​li. Mu​sia​łam mu
przy​po​mnieć, że to mój dzień, nie jego – do​da​ła Ni​co​la z chmur​ną miną.

– Może ta kłót​nia tak bar​dzo go zde​ner​wo​wa​ła, po​nie​waż mu na niej za​le​ży –

pod​su​nę​ła Dana z ocią​ga​niem.

– Nie są​dzę. Za​le​ży mu tyl​ko na tym, żeby ro​bić, co mu się żyw​nie po​do​ba.

Przed ko​la​cją po​da​no szam​pa​na na ta​ra​sie. Na​le​wał go Zac Be​li​san​dro, ubra​-

ny w nie​na​gan​ny sza​ry gar​ni​tur i je​dwab​ny ru​bi​no​wy kra​wat.

Gdy Dana od​bie​ra​ła od nie​go kie​li​szek, bez że​na​dy zaj​rzał jej w de​kolt. Jego

na​tręt​ne  spoj​rze​nie  obu​dzi​ło  wspo​mnie​nia,  któ​rych  wo​la​ła​by  nie  przy​wo​ły​wać.
Dla​te​go  chęt​nie  po​de​szła  do  szkol​nych  ko​le​ża​nek,  Jo​an​ny  i  Emi​ly,  żeby  po​znać
ich na​rze​czo​nych. Póź​niej Ed​die przed​sta​wił ją ro​dzi​com, przy​stoj​nej, si​wej pa​-
rze,  wy​raź​nie  za​chwy​co​nej  za​rów​no  za​rę​czy​na​mi  syna,  jak  i  sobą  na​wza​jem.
Z aniel​ską cier​pli​wo​ścią wy​słu​cha​li na​rze​kań Mimi La​ti​mer na nie​obec​ność Ro​-
bi​ny i wy​ni​ka​ją​cą z niej ko​niecz​ność prze​sa​dze​nia go​ści przy sto​le.

– To bez zna​cze​nia – po​cie​szy​ła ją pani Mar​chwo​od. – Prze​cież to tyl​ko ro​dzin​-

na ko​la​cja w gro​nie naj​bliż​szych.

Pan​na  La​ti​mer  z  ocią​ga​niem  przy​zna​ła  jej  ra​cję,  ale  zna​czą​ce  spoj​rze​nie  na

Danę mó​wi​ło cał​kiem coś in​ne​go. Lecz cóż zna​czy​ły hu​mo​ry star​szej pani wo​bec
po​ja​wie​nia się przy​by​sza, któ​ry wła​śnie nad​szedł w ja​snym, płó​cien​nym gar​ni​tu​-
rze  i  ko​szul​ce  bez  koł​nie​rzy​ka,  błę​kit​nej  jak  jego  oczy?  Pro​mien​ny  uśmiech
świad​czył o tym, że szyb​ko za​po​mniał o kłót​ni lub zdo​łał opa​no​wać emo​cje. Na
wi​dok Dany przy​sta​nął w pół kro​ku i zro​bił wiel​kie oczy.

background image

– Nie do wia​ry! – wy​krzyk​nął. – Ni​co​la, ty dia​bli​co, dla​cze​go mnie nie uprze​-

dzi​łaś? Czy to ta nie​spo​dzian​ka, któ​rą obie​ca​łaś? – Pod​szedł do Dany z sze​ro​kim
uśmie​chem i ujął obie jej dło​nie. – Skąd wy​sko​czy​łaś po tylu la​tach? Wła​ści​wie
po ilu?

Dana mo​gła​by mu po​dać do​kład​ną datę, co do go​dzi​ny i mi​nu​ty, ale Mimi La​ti​-

mer skło​ni​ła ją do od​par​cia po​ku​sy:

– Sprze​da​je w Lon​dy​nie miesz​ka​nia o za​wy​żo​nych ce​nach, w tym jed​no Ni​co​li

i Edwar​do​wi. Mam na​dzie​ję, że je obej​rze​li.

– Bar​dzo do​kład​nie, za​nim zło​ży​li ofer​tę – od​pa​ro​wa​ła Dana szorst​kim to​nem.

– Cześć, Ada​mie. Miło cię wi​dzieć.

– A więc ro​bisz ka​rie​rę. Czę​sto się za​sta​na​wia​łem, na kogo wy​ro​śniesz.
Danę ku​si​ło, żeby za​py​tać, dla​cze​go w ta​kim ra​zie nie pró​bo​wał jej od​na​leźć,

ale za​miast tego rzu​ci​ła od nie​chce​nia:

– Nie prze​by​wa​łam da​le​ko. Mimo to żad​ne sło​wa nie wy​ra​żą, ile dla mnie zna​-

czy po​wrót do miej​sca, z któ​rym łą​czy mnie tyle wspo​mnień.

– Jesz​cze szam​pa​na? – za​pro​po​no​wał Zac Be​li​san​dro, któ​ry pod​szedł nie wia​-

do​mo kie​dy, ci​chut​ko jak duch. – War​to uczcić to ra​do​sne spo​tka​nie po la​tach.

Na​peł​nił od​sta​wio​ny przez Danę kie​li​szek, pew​nie w na​dziei, że za dużo wy​pi​-

je i po​peł​ni ja​kieś głup​stwo. Nie za​mie​rza​ła dać mu tej sa​tys​fak​cji. Tyl​ko cze​ka​-
ła,  aż  od​wró​ci  gło​wę,  żeby  gdzieś  wy​lać  za​war​tość,  ale  nie  dał  jej  oka​zji.  Nie
dep​tał jej wpraw​dzie po pię​tach, ale przez cały czas prze​by​wał gdzieś w po​bli​żu.
Czy w ogó​le kie​dy​kol​wiek od​szedł z jej ży​cia? Po​sta​no​wi​ła jed​nak, że tego wie​-
czo​ra  so​bie  z  nim  po​ra​dzi.  Wpraw​dzie  nie  bę​dzie  mo​gła  go  stąd  wy​gnać,  póki
nie zo​sta​nie go​spo​dy​nią, ale wy​rzu​ci go z gło​wy raz na za​wsze.

Ostroż​nie  są​czy​ła  szam​pa​na,  je​dząc  chłod​nik  z  ogór​ków  i  go​to​wa​ne  fi​le​ty

z soli. Wy​pi​ła kie​li​szek czer​wo​ne​go wina do​pie​ro do sma​ko​wi​cie upie​czo​nych że​-
be​rek wo​ło​wych. Po​sa​dzo​no ją po​mię​dzy na​rze​czo​ny​mi dru​hen, Gre​giem i Chri​-
sem, da​le​ko od Ada​ma, ale na tyle bli​sko pan​ny La​ti​mer, że sły​sza​ła jej na​rze​ka​-
nia:

– Jaka szko​da, że Ro​bi​na nie przy​je​cha​ła. Nie​punk​tu​al​ność bywa iry​tu​ją​ca, ale

po​dob​no sama Kró​lo​wa Mat​ka w mło​do​ści nie grze​szy​ła punk​tu​al​no​ścią.

Dana le​d​wie po​wstrzy​ma​ła śmiech na wi​dok nie​za​do​wo​lo​nej miny Ada​ma. Spo​-

waż​nia​ła na​tych​miast, gdy po​chwy​ci​ła z na​prze​ciw​ka ba​daw​cze spoj​rze​nie ciem​-
nych oczu Zaca. Pa​trzy​ła w nie jak za​hip​no​ty​zo​wa​na. W koń​cu przy​gry​zła war​gę
i  zmo​bi​li​zo​wa​ła  całą  siłę  woli,  żeby  zwró​cić  wzrok  na  ta​lerz,  tyl​ko  po  to,  żeby
stwier​dzić, że do resz​ty stra​ci​ła ape​tyt. Nie mo​gła so​bie po​zwo​lić na ry​zy​ko na​-
wią​za​nia z nim ja​kiej​kol​wiek, choć​by krót​ko​trwa​łej, nic nie​zna​czą​cej wię​zi, któ​-
ra mo​gła​by po​krzy​żo​wać jej pla​ny. Z ulgą zwró​ci​ła gło​wę ku Chri​so​wi, któ​ry wła​-
śnie do niej prze​mó​wił:

– Cóż za za​dzi​wia​ją​cy dom, jak ze sta​rych po​wie​ści. Ma na​wet stół bi​lar​do​wy.

O ile do​brze zro​zu​mia​łem, do​ra​sta​ły​ście tu ra​zem z Nic?

– Nie​zu​peł​nie – spro​sto​wa​ła pan​na La​ti​mer oschłym to​nem. – Ciot​ka Dany pra​-

co​wa​ła tu jako go​spo​sia.

background image

Dana wy​sił​kiem woli zdo​ła​ła nadać gło​so​wi bez​tro​ski ton, gdy po​twier​dzi​ła:
– Ow​szem. My​ślę, że wła​śnie jemy jej wer​sję kre​mu cy​try​no​we​go z li​kie​rem.

Mu​sia​ła zo​sta​wić prze​pis na​stęp​czy​ni.

– Było ich kil​ka – sko​ry​go​wa​ła Mimi La​ti​mer. – W dzi​siej​szych cza​sach nie​ła​-

two  zna​leźć  god​nych  za​ufa​nia  pra​cow​ni​ków.  Lu​dzie  nie  wie​dzą,  gdzie  ich  miej​-
sce.

– Moim zda​niem obec​nie prze​waż​nie sami je wy​bie​ra​ją – od​pa​ro​wa​ła Dana.
– Adam twier​dzi, że prze​kształ​cił daw​ną oran​że​rię w ba​sen – wtrą​cił po​spiesz​-

nie Greg, żeby roz​ła​do​wać at​mos​fe​rę.

Dana  nie  wie​rzy​ła  wła​snym  uszom.  Oran​że​ria  była  dumą  i  ra​do​ścią  Se​ra​fi​ny.

Czy zna​ła za​mia​ry Ada​ma, kie​dy prze​ka​zy​wa​ła mu dom? Je​że​li tak, to jak mo​gła
po​zwo​lić na coś ta​kie​go? Gdy​bym przy nim była, od​wio​dła​bym go od tego za​mia​-
ru, po​my​śla​ła.

– Po co komu oran​że​ria? Nie pa​mię​tam z niej ani jed​nej po​ma​rań​czy, dla​te​go

uzna​łem, że z ba​se​nu bę​dzie wię​cej po​żyt​ku i przy​jem​no​ści – wy​ja​śnił Adam.

Prak​tycz​ne, ale przy​gnę​bia​ją​ce – sko​men​to​wa​ła Dana w du​chu. Oso​bi​ście wo​-

la​ła​by, żeby zli​kwi​do​wał let​ni do​mek. Chris spo​strzegł, że za​drża​ła.

– Zim​no ci? – za​py​tał z nie​do​wie​rza​niem.
– Nie. Roz​bo​la​ła mnie gło​wa – skła​ma​ła po​spiesz​nie. – Pew​nie nad​cho​dzi bu​-

rza.

Iro​nicz​ny uśmie​szek Zaca, prze​lot​ny jak wy​my​ślo​na przez nią bły​ska​wi​ca, po​-

wie​dział Da​nie, że dla niej już na​de​szła.

background image

ROZDZIAŁ TRZECI

Po ko​la​cji pa​no​wie po​szli do sali bi​lar​do​wej, a pa​nie na kawę do sa​lo​nu, żeby

prze​dys​ku​to​wać plan ce​re​mo​nii ślub​nej.

Dana po​ję​ła, że nie bę​dzie mia​ła oka​zji po​roz​ma​wiać z Ada​mem na osob​no​ści,

zwłasz​cza że Zac krą​żył za nim jak cień. Prze​pro​si​ła więc i wró​ci​ła do sy​pial​ni.
Tam ze zdzi​wie​niem stwier​dzi​ła, że fak​tycz​nie do​ku​cza jej ból gło​wy, któ​ry przed
chwi​lą zmy​śli​ła. Tłu​ma​czy​ła so​bie, że to sku​tek na​pię​cia. Wie​dzia​ła, kto je spo​-
wo​do​wał. Na do​miar złe​go w po​ko​ju mimo otwar​tych okien pa​no​wa​ła nie​zno​śna
du​cho​ta.  Za​snę​ła  do​pie​ro  po  dwóch  ta​blet​kach  prze​ciw​bó​lo​wych,  zna​le​zio​nych
w ap​tecz​ce w ła​zien​ce, ale nie na dłu​go.

Wkrót​ce obu​dził ją grzmot i bęb​nie​nie desz​czu o szy​by. Uzna​ła to za prze​stro​-

gę, żeby na przy​szłość nie wy​wo​ły​wać wil​ka z lasu.

Prze​wi​dy​wa​ła, że bu​rza nie po​zwo​li jej za​snąć, pew​nie aż do rana, wła​śnie te​-

raz,  kie​dy  po​trze​bo​wa​ła  po​rząd​ne​go  wy​po​czyn​ku  przed  nad​cho​dzą​cym  dniem.
Nie przy​wio​zła żad​nej książ​ki, ale w daw​nym ga​bi​ne​cie Se​ra​fi​ny po​win​ny le​żeć
ga​ze​ty i cza​so​pi​sma. Wsta​ła, za​mknę​ła okno, na​rzu​ci​ła szla​frok na ko​szu​lę noc​-
ną i ze​szła na dół. Wi​docz​nie bu​rza nie obu​dzi​ła ni​ko​go prócz niej, bo w ca​łym
domu  pa​no​wa​ła  ci​sza.  Otwo​rzy​ła  drzwi  ga​bi​ne​tu,  po​de​szła  do  biur​ka  i  za​pa​li​ła
lamp​kę.

– Bu​on​gior​no – po​wi​tał ją uprzej​mie Zac.
Dana  krzyk​nę​ła  z  prze​stra​chu  i  rap​tow​nie  od​wró​ci​ła  gło​wę.  Zac  sie​dział

w głę​bo​kim fo​te​lu przy pu​stym ko​min​ku, cał​ko​wi​cie ubra​ny, nie li​cząc płasz​cza
i kra​wa​ta, któ​re le​ża​ły na pod​ło​dze.

– Co pan tu robi? – spy​ta​ła drżą​cym gło​sem.
Zac wstał i le​ni​wie prze​cze​sał ręką wło​sy.
– Po​trze​bo​wa​łem chwi​li sa​mot​no​ści na prze​my​śle​nia. Praw​do​po​dob​nie za​sną​-

łem, ale obu​dzi​ła mnie bu​rza, któ​rą wy​wo​ła​łaś, moja mała cza​row​ni​co. Zo​sta​łem
więc, żeby po​pa​trzeć na bły​ska​wi​ce. Wspa​nia​ły wi​dok. A ty dla​cze​go ze​szłaś na
dół? Żeby za​tań​czyć na desz​czu?

–  Bar​dzo  za​baw​ne  –  od​burk​nę​ła,  bio​rąc  pierw​szą  lep​szą  ko​lo​ro​wą  ga​ze​tę.  –

Do​bra​noc. Nie będę pana wię​cej nie​po​ko​ić.

– Oby​dwo​je wie​my, że to nie ta​kie pro​ste.
– Nic mi o tym nie wia​do​mo – mruk​nę​ła, świa​do​ma, że mie​rzy ją wzro​kiem od

stóp  do  głów.  Po​ża​ło​wa​ła,  że  nie  wzię​ła  grub​sze​go  szla​fro​ka  albo  nie  zo​sta​ła
w po​ko​ju.

– Więc prze​myśl to te​raz.
W  tym  mo​men​cie  ko​lej​na  bły​ska​wi​ca  prze​cię​ła  nie​bo.  Za​raz  po​tem  zga​sło

świa​tło. Zo​sta​li w kom​plet​nych ciem​no​ściach.

background image

– Co się sta​ło? – wy​szep​ta​ła z prze​stra​chem.
– Nic nad​zwy​czaj​ne​go. Awa​ria elek​trycz​no​ści, co tu​taj czę​sto się zda​rza, jak

za​pew​ne pa​mię​tasz.

Ow​szem, pa​mię​ta​ła, co nie zna​czy, że so​bie tego ży​czy​ła aku​rat w tym mo​men​-

cie.

– Le​piej wró​cę do sie​bie.
– Po co ten po​śpiech? W koń​cu już prze​by​wa​łaś ze mną w ciem​no​ściach – przy​-

po​mniał.

Trud​no było o tym  za​po​mnieć! Nie mo​gła so​bie  po​zwo​lić na po​wtór​kę.  Przy​-

się​gła​by, że Zac nie zro​bił ani kro​ku w jej stro​nę, ale co​raz moc​niej od​czu​wa​ła
jego bli​skość. Od​no​si​ła wra​że​nie, że je​śli na​tych​miast nie umknie, za​raz za​brak​-
nie jej po​wie​trza. Ru​szy​ła w kie​run​ku drzwi, lecz za​plą​ta​ła nogę w rzu​co​ny na
pod​ło​gę płaszcz i stra​ci​ła rów​no​wa​gę. Zac zła​pał ją na​tych​miast, za​mknął w ob​-
ję​ciach, przy​cią​gnął do sie​bie i moc​no przy​trzy​mał. Czu​ła jego cie​pło i ni​kły za​-
pach  wody  ko​loń​skiej,  tej  sa​mej,  któ​rej  uży​wał  przed  laty.  Dana  wpa​dła  w  po​-
płoch.

– Niech mnie pan pu​ści, do ja​snej cho​le​ry – wy​dy​sza​ła, dra​piąc go po twa​rzy.
Zac za​klął pod no​sem, za​nim opu​ścił ręce i od​stą​pił do tyłu. Gdy ko​lej​na bły​-

ska​wi​ca roz​świe​tli​ła po​miesz​cze​nie, po​mknę​ła wprost ku drzwiom i da​lej przez
sze​ro​ki hol ku scho​dom, nie​pew​na, czy nie po​dą​ża za nią bez​sze​lest​nie w kom​-
plet​nych ciem​no​ściach i czy zdo​ła wy​do​być krzyk z gar​dła, je​śli zła​pie ją za ra​-
mię. Nie wie​dzia​ła, jak by wy​ja​śni​ła swo​je za​cho​wa​nie, sko​ro praw​dzi​we wy​ja​-
śnie​nie mu​sia​ło na za​wsze po​zo​stać ta​jem​ni​cą.

Do​bie​gła do sy​pial​ni, za​mknę​ła drzwi, prze​krę​ci​ła klucz, pa​dła na łóż​ko i owi​-

nę​ła  się  w  koł​drę  wraz  z  gło​wą.  Le​ża​ła  bez  ru​chu,  cze​ka​jąc  aż  puls  i  od​dech
wró​cą do nor​my, ro​ze​dr​ga​na, bez​bron​na wo​bec my​śli i wspo​mnień, któ​re wciąż
po​wra​ca​ły, choć usil​nie pró​bo​wa​ła wy​rzu​cić je z pa​mię​ci.

Przy​szło  jej  do  gło​wy,  że  może  prę​dzej  od​zy​ska  spo​kój,  je​śli  po​zwo​li  my​ślom

wró​cić w prze​szłość.

Tam​te​go lata nie po​win​na była przy​je​chać do Man​nion. Cio​cia Joss od​wie​dzi​ła

ją w szko​le i nie​śmia​ło przed​sta​wi​ła inną al​ter​na​ty​wę:

– Moja zna​jo​ma z biu​ra po​śred​nic​twa pra​cy zna​la​zła ci za​ję​cie. Nie​ja​ka pani

He​ston po​trze​bu​je dziew​czy​ny do po​mo​cy przy ośmio​let​niej dziew​czyn​ce i trzy​-
let​nich bliź​nia​kach. Bę​dziesz trak​to​wa​na jak czło​nek ro​dzi​ny, a pani He​ston po​-
mo​że ci od​ro​bić pra​ce za​da​ne w szko​le na wa​ka​cje.

– Nie chcę spę​dzić lata u ob​cych! – za​pro​te​sto​wa​ła Dana. – Ni​co​la za​pro​si​ła

mnie  do  Man​nion.  Przy​je​dzie  mnó​stwo  lu​dzi.  Będą  urzą​dzać  przy​ję​cia,  w  tym
z oka​zji uro​dzin Ada​ma.

–  Dzię​ku​ję  za  przy​po​mnie​nie,  ale  do​sko​na​le  znam  ich  pla​ny.  W  koń​cu  to  na

mnie spad​nie cały cię​żar przy​go​to​wań.

– Gdy​byś za​bra​ła mnie ze sobą, po​mo​gła​bym ci.
– To zły po​mysł. W dzie​ciń​stwie sta​no​wi​łaś świet​ne to​wa​rzy​stwo dla Ni​co​li, ale

background image

kie​dy  do​ro​śnie​cie,  bę​dzie​cie  pro​wa​dzić  od​mien​ne  ży​cie,  zwłasz​cza  kie​dy  pani
La​ti​mer prze​ka​że dom Ada​mo​wi.

Dana  zda​wa​ła  so​bie  z  tego  spra​wę,  od​kąd  usły​sza​ła,  że  rosz​cze​nia  jej  mat​ki

po​now​nie zo​sta​ły od​rzu​co​ne, cze​go ni​g​dy nie za​ak​cep​tu​je.

Nocą, w łóż​ku, roz​wa​ża​ła wszel​kie moż​li​we sce​na​riu​sze, ale każ​dy pro​wa​dził

w koń​cu do Ada​ma. Ni​g​dy nie li​czy​ła na to, że za​uwa​ży szkol​ną ko​le​żan​kę sio​-
stry,  ale  dwa  lata  wcze​śniej  za  spra​wą  Ni​co​li  zwró​cił  na  nią  uwa​gę.  Pod​czas
prze​rwy se​me​stral​nej przy​je​chał z pacz​ką ko​le​gów i zor​ga​ni​zo​wa​li tur​niej te​ni​-
so​wy. Ni​co​la na​tych​miast od​rzu​ci​ła pro​po​zy​cję wspól​nej gry z bra​tem.

– Po​proś Danę – do​ra​dzi​ła. – Gra w szkol​nej dru​ży​nie sto razy le​piej niż ja.
Je​że​li Ada​ma za​sko​czy​ła pro​po​zy​cja za​gra​nia z sio​strze​ni​cą słu​żą​cej, w ża​den

spo​sób nie oka​zał zdzi​wie​nia. Z wdzięcz​no​ści dała z sie​bie wszyst​ko i w efek​cie
prze​szli do na​stęp​nej run​dy.

– Po​win​ni​ście wy​grać, ale za dużo pi​łek wpu​ści​łeś w siat​kę i nie zdo​ła​łeś od​bić

– sko​men​to​wał Zac, któ​ry przy​szedł obej​rzeć fi​nał.

Zde​ner​wo​wał Danę. Draż​ni​ło ją, że ku​zyn Se​ra​fi​ny, dy​na​micz​ny i bez​względ​ny

przed​się​bior​ca, trak​tu​je świat, jak​by zo​stał za​pro​jek​to​wa​ny dla jego przy​jem​no​-
ści. Uni​ka​ła go, kie​dy prze​by​wał w Man​nion, a by​wał tam czę​sto.

– To nie jego wina – sta​nę​ła w obro​nie Ada​ma. – Adam wie, że wo​lej to moja

sła​ba stro​na i pró​bo​wał mnie chro​nić.

Za​pa​dła ci​sza. Zac uniósł brwi, po czym wy​mam​ro​tał:
– Ro​zu​miem. Se​ra​fi​na pro​si​ła, żeby przy​po​mnieć, że po​da​dzą her​ba​tę na ta​ra​-

sie.

– Do​sko​na​le, moja tar​czo obron​na – zwró​cił się Adam do Dany, ota​cza​jąc ją ra​-

mie​niem. – Nie gra​li​śmy wpraw​dzie w Wim​ble​do​nie, ale za​słu​ży​li​śmy na her​ba​tę
i tru​skaw​ki ze śmie​ta​ną.

Dana z chę​cią przy​ję​ła za​pro​sze​nie. Tego lata nie za​wsze była jego part​ner​ką,

ale wy​star​cza​ją​co czę​sto, żeby z ra​do​ścią ocze​ki​wać jego wi​zyt pod​czas wa​ka​cji
i  fe​rii  i  cze​kać,  aż  ob​da​rzy  ją  uśmie​chem.  Za​nim  ukoń​czy​ła  sie​dem​na​ście  lat,
dzie​cię​ca pulch​ność, prysz​cze i tłu​ste wło​sy zni​kły bez​pow​rot​nie. Adam za​uwa​-
żył, że sta​ła się ko​bie​tą, bo pa​trzył na nią prze​cią​gle, z wy​raź​nym za​in​te​re​so​wa​-
niem. Przy​pie​czę​to​wał swo​je od​kry​cie po​ca​łun​kiem pod je​mio​łą, dłuż​szym i głęb​-
szym niż na​ka​zu​je oby​czaj.

–  Moja  słod​ka  Dano!  –  wes​tchnął,  gdy  od​chy​lił  gło​wę.  –  Je​steś  peł​na  nie​spo​-

dzia​nek. Chcę je wszyst​kie zgłę​bić. – Po ostat​nich sło​wach po​spiesz​nie ją pu​ścił,
gdy usły​szał gło​sy nad​cho​dzą​cych osób.

Ma​gicz​na  chwi​la  prze​mi​nę​ła,  ale  obie​cał  na​stęp​ne,  co  ją  ogrom​nie  cie​szy​ło.

Może w Wiel​ka​noc…

Lecz w fe​rie wio​sen​ne nie od​wie​dził Man​nion.
– Wy​je​chał sur​fo​wać do Korn​wa​lii z Za​kiem i pacz​ką przy​ja​ciół – wy​ja​śni​ła Ni​-

co​la lek​kim to​nem.

In​tu​icja  pod​po​wie​dzia​ła  Da​nie,  że  nie  w  ści​śle  mę​skim  gro​nie.  Wie​dzia​ła  od

Ni​co​li, że miał dziew​czy​ny w Lon​dy​nie, ale żad​nej nie za​brał do Man​nion.

background image

– Po​nie​waż cio​cia Se​ra​fi​na nie po​zwo​li​ła​by im za​miesz​kać ra​zem po​ko​ju – za​-

chi​cho​ta​ła Ni​co​la. – Wy​zna​je że​la​zne za​sa​dy, a Adam za żad​ne skar​by nie chciał​-
by jej pod​paść, zwłasz​cza te​raz.

Dana nie ro​zu​mia​ła, co to za szcze​gól​ny czas, póki cio​cia Joss nie wy​ja​śni​ła jej,

że Se​ra​fi​na prze​pi​sa​ła mu Man​nion. Wte​dy Dana opra​co​wa​ła plan dzia​ła​nia tyl​-
ko po to, żeby usły​szeć, że utknie na osiem ty​go​dni w ob​cym domu z trój​ką dzie​-
ci. Tyl​ko cud mógł ją wy​ba​wić z opre​sji.

Choć trud​no uznać wi​zy​tę w ga​bi​ne​cie dy​rek​tor​ki szko​ły za cu​dow​ne wy​da​rze​-

nie, wy​szła stam​tąd nie​mal ta​necz​nym kro​kiem.

–  Có​recz​ki  He​sto​nów  za​cho​ro​wa​ły  na  ospę  wietrz​ną  i  cała  ro​dzi​na  pod​le​ga

kwa​ran​tan​nie. Nie po​ja​dę do nich, po​nie​waż nie prze​szłam wia​trów​ki – re​la​cjo​-
no​wa​ła Ni​co​li.

–  Dzię​ki  Bogu!  –  wes​tchnę​ła  przy​ja​ciół​ka.  –  Lato  bez  cie​bie  by​ło​by  okrop​ne,

a tak zor​ga​ni​zu​je​my so​bie wspa​nia​łe wa​ka​cje.

Dana  nie  wąt​pi​ła,  że  cze​ka​ją  ją  cu​dow​ne  dni  –  z  Ada​mem.  Czas  po​ka​zał,  jak

bar​dzo się my​li​ła.

Bu​rza ci​chła w od​da​li. Dana usia​dła przy oknie i za​czerp​nę​ła świe​że​go po​wie​-

trza.  Choć  chmu​ry  na​dal  prze​sła​nia​ły  księ​życ  i  gwiaz​dy,  na​wet  w  kom​plet​nych
ciem​no​ściach  wi​dzia​ła  oczy​ma  wy​obraź​ni  let​nią  al​ta​nę  tak  wy​raź​nie  jak  w  peł​-
nym świe​tle.

Drew​nia​na, po​kry​ta strze​chą, z rat​ta​no​wym le​ża​kiem i wi​do​kiem na dom i po​-

sia​dłość,  sta​no​wi​ła  ulu​bio​ne  miej​sce  wy​po​czyn​ku  Se​ra​fi​ny.  Nie​oszklo​ne  okna
prze​sła​nia​ły  drew​nia​ne  okien​ni​ce.  Na  sto​li​ku  usta​wio​no  płyt​ki  pół​mi​sek  z  pod​-
grze​wa​cza​mi  do  her​ba​ty.  Przy  ścia​nach  sta​ły  skła​da​ne  krze​sła  i  wiel​ka  sta​ra
sofa z wy​twor​ny​mi nie​gdyś, a obec​nie wy​tar​ty​mi po​dusz​ka​mi. Na pod​ło​dze le​żał
rów​nie zu​ży​ty fu​trza​ny dy​wa​nik. Gdy dziew​czyn​ki wy​ro​sły z sza​ła​su w krza​kach,
a  Se​ra​fi​na  nie  prze​by​wa​ła  w  al​ta​nie,  po​zwa​la​ła  im  się  tam  ba​wić  pod  wa​run​-
kiem, że zo​sta​wią po so​bie po​rzą​dek, za​mkną okien​ni​ce, nie będą uży​wać za​pa​-
łek i od​nio​są klucz. Uwa​ża​ły, że to ni​ska cena za moż​li​wość snu​cia przez całe go​-
dzi​ny fan​ta​stycz​nych opo​wie​ści.

Kie​dy  jesz​cze  tro​chę  pod​ro​sły  i  zmie​ni​ły  za​in​te​re​so​wa​nia,  od  cza​su  do  cza​su

urzą​dza​ły  so​bie  tam  pik​nik.  Li​czy​ła  na  to,  że  zor​ga​ni​zu​ją  na​stęp​ne,  z  udzia​łem
Ada​ma, ale cio​cia Joss mia​ła inne pla​ny.

– Nie po​zwo​lę, że​byś próż​no​wa​ła przez całe lato – oświad​czy​ła z całą mocą. –

Pani  San​som  z  go​spo​dy  Pod  Kró​lew​skim  Dę​bem  weź​mie  cię  do  po​mo​cy  przy
sprzą​ta​niu po​koi i ser​wo​wa​niu po​sił​ków. Za​pła​ci ci nie​wiel​ką pen​sję i po​zwo​li za​-
trzy​mać na​piw​ki. Bę​dziesz pra​co​wa​ła od rana do lun​chu.

Per​spek​ty​wa  za​ro​bie​nia  wła​snych  pie​nię​dzy  nie  ucie​szy​ła  Dany.  Pani  San​som

sły​nę​ła  z  wy​zy​ski​wa​nia  mar​nie  opła​ca​nych  pra​cow​ni​ków.  Co  gor​sza,  za​trud​ni​ła
w  kuch​ni  Ja​ni​ce  Cot​ton,  któ​ra  naj​bar​dziej  do​ku​cza​ła  Da​nie  w  szko​le.  A  gdy​by
Adam po​sta​no​wił tam zjeść lunch z ko​le​ga​mi, mu​sia​ła​by im usłu​gi​wać w od​ra​ża​-
ją​cym  ró​żo​wym  uni​for​mie  z  na​dru​ko​wa​nym  ja​skra​wo​zie​lo​nym  dę​bem.  Ale  nie

background image

mia​ła  wy​bo​ru.  Na​stęp​ne​go  ran​ka  po​je​cha​ła  na  ro​we​rze  na  wieś.  Jak  na  iro​nię
pierw​szą oso​bą, któ​rą spo​tka​ła, była Ja​ni​ce Cot​ton.

– Wi​ta​my ja​śnie pa​nien​kę w na​szych ni​skich pro​gach! – za​drwi​ła na jej wi​dok.

– Czyż​by wy​sła​li Wa​szą Wy​so​kość ze dwo​ru do ro​bo​ty u pro​ste​go chłop​stwa?

Zło​śli​we po​wi​ta​nie nie wró​ży​ło nic do​bre​go. Pierw​sza roz​mo​wa z go​spo​dy​nią

też nie po​pra​wi​ła jej na​stro​ju. Pani San​som oświad​czy​ła bez ogró​dek, że jej pra​-
cow​ni​ków obo​wią​zu​je że​la​zna dys​cy​pli​na. Go​spo​da ofe​ro​wa​ła po​ko​je ze śnia​da​-
niem.  Do  po​ran​nych  obo​wiąz​ków  Dany  na​le​ża​ła  zmia​na  po​ście​li.  Teo​re​tycz​nie
go​ście po​win​ni opusz​czać po​ko​je do dzie​sią​tej, ale po​nie​waż rzad​ko to ro​bi​li, le​-
d​wie  zdą​ża​ła  ze  znie​sie​niem  brud​nej  bie​li​zny  do  fur​go​net​ki  od​wo​żą​cej  ją  do
pral​ni,  sprzą​ta​niem  baru,  roz​kła​da​niem  pa​ra​so​li  na  ta​ra​sie  i  my​ciem  po​piel​ni​-
czek przed ser​wo​wa​niem lun​chu.

Upior​na Ja​ni​ce ro​bi​ła wszyst​ko, żeby utrud​nić jej za​da​nie. Niby przy​pad​kiem

sztur​cha​ła  ją  w  ra​mię,  gdy  na​le​wa​ła  sok  lub  zupę.  Gdy  Dana  po​ka​za​ła  chle​bo​-
daw​czy​ni  je​dy​ny  czy​sty  uni​form  z  ode​rwa​nym  rę​ka​wem,  pani  San​som  wpa​dła
w gniew.

– Nie znam rów​nie nie​zdar​nej dziew​czy​ny! Jak to się sta​ło?
– Nie mam po​ję​cia – skła​ma​ła Dana, choć da​ła​by gło​wę, że znisz​cze​nie służ​bo​-

we​go stro​ju wy​ma​ga​ło od Ja​ni​ce uży​cia no​ży​czek i moc​ne​go szarp​nię​cia.

– Tym ra​zem po​zwo​lę ci po​dać lunch w two​im wła​snym ubra​niu, ale na​stęp​nym

ra​zem po​trą​cę ci z pen​sji za szko​dy.

Na szczę​ście ku​char​ka, Bet​ty Wil​frey, któ​ra bez ko​men​ta​rza ob​ser​wo​wa​ła po​-

przed​nie  „wy​pad​ki”,  stra​ci​ła  cier​pli​wość  i  wzię​ła  Ja​ni​ce  na  po​waż​ną  roz​mo​wę.
Na po​nad ty​dzień za​pa​no​wał spo​kój, lecz w pe​wien upal​ny, szcze​gól​nie pra​co​wi​-
ty  dzień  po  dłuż​szej  niż  zwy​kle  zmia​nie  Dana  nie  zna​la​zła  swo​je​go  ro​we​ru
w miej​scu, gdzie za​wsze go zo​sta​wia​ła.

Z po​cząt​ku my​śla​ła, że ktoś go prze​sta​wił, ale na próż​no prze​szu​ka​ła wszyst​-

kie  szo​py  i  ko​mór​ki.  Na​wet  gdy​by  nad​ło​ży​ła  ki​lo​metr,  żeby  wy​py​tać  Ja​ni​ce,  ta
za​prze​czy​ła​by  wszyst​kie​mu.  Kil​ka  dni  wcze​śniej  Dana  prze​mil​cza​ła  spra​wę
prze​bi​tej opo​ny, ale tym ra​zem nie za​mie​rza​ła cier​pieć w mil​cze​niu. Na ra​zie nie
po​zo​sta​ło jej nic in​ne​go, jak po​ko​nać pięć ki​lo​me​trów na pie​cho​tę.

Za​nim  uszła  ki​lo​metr,  wy​prze​dził  ją  gra​na​to​wy  sa​mo​chód  z  roz​su​wa​nym  da​-

chem. Gdy sta​nął tuż przed nią, roz​po​zna​ła Zaca Be​li​san​dra, ubra​ne​go w krót​-
kie spoden​ki i czer​wo​ną ko​szul​kę, roz​pię​tą pra​wie do pasa. Ni​g​dy wcze​śniej nie
wi​dzia​ła go w tak swo​bod​nym stro​ju.

– Nie za go​rą​co na prze​chadz​kę? – za​gad​nął. – Dla​cze​go nie wzię​łaś ro​we​ru?
Skąd wie​dział, że zwy​kle nim jeź​dzi?
– Nie mo​głam go zna​leźć. Chy​ba ktoś… go so​bie po​ży​czył – wy​mam​ro​ta​ła, po​-

spiesz​nie od​wra​ca​jąc wzrok od od​sło​nię​tych ra​mion i nóg Zaca.

– Bez po​zwo​le​nia?
– Nic nie szko​dzi. Spa​cer do​brze mi zro​bi.
– W taki upał? Nie są​dzę. Wsia​daj, pod​wio​zę cię – za​pro​po​no​wał, otwie​ra​jąc

dla niej drzwi.

background image

– Pro​szę so​bie nie ro​bić kło​po​tu.
– Kło​pot bę​dzie do​pie​ro, jak będę mu​siał cię wnieść.
– Nie przy​szło panu do gło​wy, że mogę nie mieć ocho​ty na wspól​ną prze​jażdż​-

kę? – za​pro​te​sto​wa​ła sła​bo, ale po​nie​waż po wy​tę​żo​nej pra​cy okrop​nie bo​la​ły ją
nogi, w koń​cu wy​ko​na​ła po​le​ce​nie.

– W ta​kim ra​zie do​brze, że nie je​dzie​my da​le​ko. Zresz​tą nie po​dej​rze​wam, że​-

byś na​praw​dę wie​dzia​ła, cze​go chcesz.

– Z całą pew​no​ścią nie po​trze​bu​ję po​ra​dy psy​cho​lo​gicz​nej – od​burk​nę​ła z ura​-

zą.

– Chcia​łem ci wy​świad​czyć przy​słu​gę ze szcze​re​go ser​ca, ale po​nie​waż naj​wy​-

raź​niej tego nie wi​dzisz, pro​po​nu​ję zmie​nić te​mat. Czy wiesz, kto za​brał twój ro​-
wer?

– Po​dej​rze​wam, że Ja​ni​ce Cot​ton zro​bi​ła mi ka​wał.
– Oso​bli​we po​czu​cie hu​mo​ru – wy​mam​ro​tał z prze​ką​sem.
– Pew​nie z jego po​wo​du cu​dzo​ziem​cy uwa​ża​ją An​gli​ków za lu​dzi nie​prze​wi​dy​-

wal​nych.

– Czy sie​bie też za​li​czasz do tej ka​te​go​rii?
– Cze​mu nie?
– Bo do​kład​nie po​tra​fię prze​wi​dzieć, jaką przy​szłość dla sie​bie wy​bra​łaś. Po​-

sta​no​wi​łaś po​zo​stać przy​wią​za​na do tego ka​wał​ka zie​mi, kie​dy mo​gła​byś od​fru​-
nąć.

– Ja​kim pra​wem mnie pan osą​dza? Za sła​bo mnie pan zna, żeby wy​da​wać opi​-

nie.

– Ezop na​pi​sał baj​kę o pie​sku, któ​ry z chci​wo​ści my​lił ma​rze​nia z rze​czy​wi​sto​-

ścią i w efek​cie utra​cił to, co naj​cen​niej​sze. Nie ży​czę ci, że​byś sprze​da​ła du​szę
za mi​raż, moja Dano.

W ci​szy, któ​ra za​pa​dła po ostat​nim zda​niu, wje​cha​li na grzbiet wzgó​rza z wi​-

do​kiem na Man​nion, zna​jo​me, upra​gnio​ne, naj​cen​niej​sze.

Zro​bię wszyst​ko, żeby je zdo​być i za​trzy​mać – przy​się​gła so​bie w du​chu.
– Nie wie​rzę w baj​ki – od​par​ła drżą​cym gło​sem. – Je​że​li po​peł​nię błąd, sama

za  nie​go  za​pła​cę.  Nie  po​trze​bu​ję  pań​skich  rad.  Poza  tym  nie  je​stem  pań​ską
Daną, pa​nie Be​li​san​dro.

Wy​mam​ro​tał coś nie​wy​raź​nie w od​po​wie​dzi, ale do​pie​ro gdy od​po​czę​ła i ochło​-

nę​ła, uświa​do​mi​ła so​bie, że jego ostat​nie sło​wa brzmia​ły: „Jesz​cze nie”. Albo za
dużo so​bie wy​obra​zi​ła. Uzna​ła, że naj​le​piej prze​stać o tym my​śleć.

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY

– Nic dziw​ne​go, że nie po​tra​fisz zna​leźć swo​je​go ro​we​ru. Już na​wet pani San​-

som  zwró​ci​ła  uwa​gę  na  two​je  nie​dbal​stwo  –  na​rze​ka​ła  ciot​ka  Joss.  –  Na  ra​zie
nie po​zo​sta​je ci nic in​ne​go, jak wstać go​dzi​nę wcze​śniej i iść na pie​cho​tę. A po
pra​cy pój​dziesz ku​pić ja​kiś uży​wa​ny do pana Sha​wa. To bę​dzie dla cie​bie na​ucz​-
ką, żeby na przy​szłość uwa​żać, co ro​bisz.

Jak​bym nie dość do​sta​ła na​uczek dzi​siej​sze​go dnia – po​my​śla​ła Dana.
Za​osz​czę​dzi​ła tro​chę pie​nię​dzy, ale za​mie​rza​ła je prze​zna​czyć na stro​je mod​-

niej​sze, niż cio​cia uzna​wa​ła za przy​zwo​ite, a przede wszyst​kim na przy​go​to​wa​-
nie  do  uro​dzin  Ada​ma.  Po​trze​bo​wa​ła  san​da​łów  na  wy​so​kim  ob​ca​sie,  no​wo​cze​-
śniej​szej  fry​zu​ry  i  blu​zecz​ki  do  krót​kiej  spód​nicz​ki,  któ​rą  uszy​ła  na  za​ję​ciach
prak​tycz​nych w szko​le. Wszyst​kie te pla​ny spa​li​ły na pa​new​ce nie z jej winy.

W  do​dat​ku  ostrze​że​nia  Zaca  Be​li​san​dra  moc​no  nią  wstrzą​snę​ły,  choć  po​wta​-

rza​ła so​bie w kół​ko, że to tyl​ko czy​ste spe​ku​la​cje. Ża​ło​wa​ła, że to nie Adam je​-
chał wte​dy dro​gą, choć le​piej, żeby nie oglą​dał jej zmor​do​wa​nej, spo​co​nej, w nie​-
zbyt  twa​rzo​wym  koń​skim  ogo​nie,  któ​ry  wią​za​ła  do  pra​cy  na  żą​da​nie  pani  San​-
som.

Pra​ca w go​spo​dzie nie zo​sta​wia​ła jej cza​su ani ener​gii na te​ni​sa czy inne roz​-

ryw​ki.  Uro​dzi​ny  Ada​ma  stwa​rza​ły  je​dy​ną  oka​zję  przy​po​mnie​nia  po​ca​łun​ku  pod
je​mio​łą. Mu​sia​ła go za​in​try​go​wać, spra​wić, żeby za​pra​gnął wię​cej. Ale jak wie​-
le, żeby nie uznał jej za ła​twą zdo​bycz? Do​świad​cze​nie nic nie pod​po​wia​da​ło, bo
go  nie  mia​ła.  Na​le​ża​ło  opra​co​wać  ja​kąś  prze​myśl​ną  stra​te​gię,  żeby  roz​ko​chać
go w so​bie do sza​leń​stwa. I prze​stać my​śleć o Zacu Be​li​san​drze.

Tego ostat​nie​go po​sta​no​wie​nia do​trzy​ma​ła tyl​ko do na​stęp​ne​go ran​ka. Gdy go​-

dzi​nę wcze​śniej wy​ru​szy​ła w dro​gę do go​spo​dy, uj​rza​ła swój ro​wer przy​ku​ty do
ogro​dze​nia no​wiut​kim łań​cu​chem z kłód​ką i przy​kle​jo​nym do sio​deł​ka li​ści​kiem:

Z ser​decz​ny​mi po​zdro​wie​nia​mi. Z.B.
Przez chwi​lę sta​ła jak ska​mie​nia​ła, z mie​sza​ny​mi uczu​cia​mi. Ze zło​ścią zmię​ła

pa​pier w kul​kę. Naj​chęt​niej umie​ści​ła​by kart​kę z po​dzię​ko​wa​niem za kie​row​ni​-
cą jego sa​mo​cho​du, ale wte​dy uznał​by ją za tchó​rza. Nie po​zo​sta​ło jej nic in​ne​go
jak po​dejść i oso​bi​ście wy​ra​zić wdzięcz​ność, choć wo​la​ła​by wę​dro​wać pie​cho​tą
w  upa​le  i  w  za  cia​snych  bu​tach  dzie​sięć  ki​lo​me​trów  dzien​nie.  Prze​mknę​ło  jej
przez gło​wę, że pew​nie o tym wie i ce​lo​wo za​dał so​bie trud od​na​le​zie​nia ro​we​-
ru, żeby zbić ją z tro​pu. Ale po​przed​nie​go dnia twier​dził, że chciał jej wy​świad​-
czyć przy​słu​gę ze szcze​re​go ser​ca.

Wte​dy nie uwie​rzy​ła mu na sło​wo i na​dal nie bar​dzo mo​gła. Ni​co​la z re​spek​-

tem mó​wi​ła o jego bo​gac​twie, suk​ce​sach i wpły​wach, ale ni​g​dy o do​bro​ci. Dana
też nie po​dej​rze​wa​ła o nią tej chłod​nej, prze​waż​nie mil​czą​cej po​sta​ci, ob​ser​wu​-

background image

ją​cej  ich  ży​cie  z  dy​stan​su.  Przy​pusz​cza​ła  ra​czej,  że  zwrot  ro​we​ru  sta​no​wił
z jego stro​ny je​dy​nie de​mon​stra​cję siły. Świad​czył o tym fakt, że gdy za​pro​te​sto​-
wa​ła, że nie jest jego Daną, od​parł: „Jesz​cze nie”… o ile do​brze go zro​zu​mia​ła.
Uzna​ła więc, że naj​le​piej wy​łą​czyć umysł i wy​ru​szyć do pra​cy.

Ku jej za​sko​cze​niu dzień prze​biegł spo​koj​nie. Po​nie​waż Ja​ni​ce za​dzwo​ni​ła, że

jest cho​ra, nikt nie dep​tał jej po pię​tach i nie do​ku​czał. Po po​wro​cie do Man​nion
do​zna​ła  ko​lej​nej  ulgi,  gdy  Ni​co​la  po​in​for​mo​wa​ła  ją,  że  Zac  wró​cił  do  Lon​dy​nu.
Nie​ste​ty za​brał ze sobą Ada​ma.

– Cio​cia Se​ra​fi​na też wy​jeż​dża. Po​zwo​li​ła nam za​mó​wić piz​zę i obej​rzeć wi​deo

–  do​da​ła  z  en​tu​zja​zmem,  po​ka​zu​jąc  jej  okład​kę  naj​now​sze​go  fil​mu  z  John​nym
Dep​pem.

Za​sia​dły na so​fie w ma​łym po​ko​iku na ty​łach domu. Za​mie​rza​ły wła​śnie przy​-

stą​pić do po​sił​ku, gdy do środ​ka wszedł Adam.

– My​śla​łam, że zo​sta​niesz w Lon​dy​nie – za​gad​nę​ła Ni​co​la.
–  Zmie​ni​łem  zda​nie.  Chy​ba  wy​czu​łem  piz​zę  –  do​dał  ze  znie​wa​la​ją​cym  uśmie​-

chem,  sia​da​jąc  po​mię​dzy  nimi.  Wziął  so​bie  po  ka​wał​ku  z  każ​dej  i  po​chło​nął
wszyst​ko w mgnie​niu oka.

– Ejże! Już zja​dłeś ko​la​cję! – upo​mnia​ła go sio​stra.
– Służ​bo​wą, parę go​dzin temu. Zresz​tą nie​ła​two coś prze​łknąć pod​czas oma​-

wia​nia in​te​re​sów.

– Jak ci po​szło?
– Nie​źle. Bądź tak do​bra i przy​nieś mi piwa.
Gdy zo​sta​li sami, Dana uzna​ła, że nie może prze​pu​ścić ta​kiej oka​zji. Gdy​by tyl​-

ko wie​dzia​ła, jak ją wy​ko​rzy​stać! Adam się​gnął do jej pu​deł​ka po ko​lej​ną por​cję.

– Uwa​żaj, bo zjem ci wszyst​ko – ostrzegł.
– Nie szko​dzi. Nie je​stem bar​dzo głod​na.
–  Nie  od​chu​dzaj  się,  bo  nie​dłu​go  znik​niesz,  a  to  by​ła​by  tra​ge​dia.  –  Zmie​rzył

wzro​kiem jej syl​wet​kę, za​trzy​mu​jąc spoj​rze​nie na pier​siach. – Oj, upu​ści​łaś ka​-
wa​łek – za​uwa​żył. Za​nim zdą​ży​ła za​re​ago​wać, się​gnął po ka​wa​łe​czek mię​sa, za​-
trzy​mał pal​ce na mo​ment na wy​pu​kło​ści pier​si, po czym wło​żył go do ust.

– Fan​ta​stycz​ne! – wy​mam​ro​tał. – Ni​g​dy nie mo​głem się oprzeć ta​kim sma​ko​ły​-

kom… jak pep​pe​ro​ni.

Dana po​czu​ła, że pło​ną jej po​licz​ki. Adam spo​strzegł jej za​kło​po​ta​nie.
– Ja​kie to uro​cze! – wy​krzyk​nął. – Nie​mal za​po​mnia​łem, że dziew​czy​ny po​tra​-

fią się czer​wie​nić.

Gdy po​chy​lił ku niej gło​wę, po​ję​ła, że chce ją po​ca​ło​wać, ale nie po​tra​fi​ła zde​-

cy​do​wać, jak po​win​na za​re​ago​wać. Gdy ich usta dzie​li​ło za​le​d​wie kil​ka cen​ty​me​-
trów, usły​sze​li, że Ni​co​la wra​ca. Adam w mgnie​niu oka po​chwy​cił ko​lej​ny ka​wa​-
łek piz​zy i z obie​cu​ją​cym, kon​spi​ra​cyj​nym uśmiesz​kiem usiadł na dru​gim koń​cu
sofy.

– Cio​cia Se​ra​fi​na wra​ca – za​mel​do​wa​ła Ni​co​la.
–  W  ta​kim  ra​zie  le​piej  zre​zy​gnu​ję  z  piwa,  póki  nie  zło​żę  ra​por​tu  –  stwier​dził

background image

Adam.

– Ja​kie​go ra​por​tu? – spy​ta​ła Dana, gdy od​nio​sły z Ni​co​lą pu​ste pusz​ki i pu​deł​ka

do kuch​ni.

–  Agen​cja  re​kla​mo​wa  Ada​ma  rap​tow​nie  tra​ci  klien​tów  z  po​wo​du  re​ce​sji.  Bę​-

dzie mu​siał ją za​mknąć,  ale w Be​li​san​dro Eu​ro​pe  za​ofe​ro​wa​li mu po​sa​dę. Pod​-
czas  ko​la​cji  od​był  roz​mo​wę  kwa​li​fi​ka​cyj​ną.  Musi  przy​jąć  tę  ofer​tę,  ale  nie  bę​-
dzie mu ła​two, po​nie​waż jako szef wła​snej fir​my ni​g​dy ni​ko​mu nie pod​le​gał – do​-
da​ła z wes​tchnie​niem.

Dana też ser​decz​nie mu współ​czu​ła, że skoń​czy jako pod​wład​ny Zaca Ba​li​san​-

dra.

Gdy  wę​dro​wa​ła  z  po​wro​tem  do  miesz​ka​nia  cio​ci  Joss,  uświa​do​mi​ła  so​bie,  że

przy​ję​cie  ofer​ty  przez  Ada​ma  zwią​że  jesz​cze  moc​niej  miesz​kań​ców  Man​nion
z ro​dzi​ną Be​li​san​dro.

Dana  ko​lej​ny  raz  go​rącz​ko​wo  ob​cią​gnę​ła  nową  blu​zecz​kę.  Le​d​wie  za​sła​nia​ła

sut​ki i pę​pek. Na ba​za​rze nie wy​glą​da​ła aż tak wy​zy​wa​ją​co. Zresz​tą nie mo​gła
so​bie po​zwo​lić na żad​ną inną po tym, jak wy​da​ła więk​szą część oszczęd​no​ści na
san​da​ły. Wy​obra​ża​ła so​bie, jak cio​cia Joss sko​men​to​wa​ła​by za​kup, to​też po​sta​-
no​wi​ła ją ukryć. Zresz​tą naj​bar​dziej za​le​ża​ło jej na opi​nii Ada​ma.

Od tam​te​go wie​czo​ru, gdy wpadł na piz​zę, czę​ściej by​wał w Man​nion, głów​nie

w in​te​re​sach, ale prze​czu​wa​ła, że to nie je​dy​ny mo​tyw. Do​kła​da​ła wszel​kich sta​-
rań,  żeby  zbyt  wy​raź​nie  nie  oka​zy​wać  ra​do​ści.  Adam  też  za​cho​wy​wał  ostroż​-
ność. Po​prze​sta​wał na kil​ku wy​szep​ta​nych sło​wach i ukrad​ko​wych po​ca​łun​kach,
lecz  kie​dy  spy​ta​ła,  co  chciał​by  do​stać  od  niej  na  uro​dzi​ny,  wy​szep​tał  z  uśmie​-
chem:

– My​ślę, że sama wiesz, ma​leń​ka.
Obie​cał też, że pod​czas przy​ję​cia zor​ga​ni​zu​je spo​tka​nie sam na sam. Tro​chę

prze​ra​ża​ła  ją  per​spek​ty​wa  wkro​cze​nia  w  nie​zna​ny  świat,  ale  sko​ro  sta​no​wi​ła
śro​dek do celu…

Po​wie​si​ła  blu​zecz​kę  i  spód​ni​cę  na  wie​sza​ku  i  ukry​ła  pod  szkol​nym  ubra​niem

w  samą  porę,  po​nie​waż  cio​cia  Joss  ją  za​wo​ła​ła.  Le​d​wie  zdą​ży​ła  na​rzu​cić  szla​-
frok, za​nim otwo​rzy​ła drzwi.

– Cze​mu jesz​cze nie je​steś ubra​na? – wy​krzyk​nę​ła na jej wi​dok. – Pa​stor przyj​-

dzie za pół go​dzi​ny.

– Po co?
– Jego cór​ka z mę​żem no​cu​ją na ple​ba​nii. Wszy​scy idą na przy​ję​cie, a po​nie​-

waż  nia​nia  w  ostat​niej  chwi​li  za​wio​dła,  pani  La​ti​mer  pro​si,  że​byś  po​pil​no​wa​ła
Tima i Mol​ly.

– Nie mogę.
– Wy​bij so​bie z gło​wy udział w im​pre​zie. Nie umiesz​czo​no cię na li​ście go​ści.

Je​że​li Ni​co​la cię za​pro​si​ła, po​peł​ni​ła błąd. Poza tym spra​wi​ła​byś za​wód pani La​-
ti​mer. Le​piej szyb​ko się umyj i zejdź na dół.

Dana  do​zna​ła  gorz​kie​go  roz​cza​ro​wa​nia,  ale  nie  wi​dzia​ła  in​ne​go  wyj​ścia,  jak

background image

po​słu​chać cio​ci. W in​nych oko​licz​no​ściach chęt​nie spę​dzi​ła​by wie​czór w skrom​-
nie  urzą​dzo​nym,  lecz  przy​tul​nym  sa​lo​ni​ku  ple​ba​nii.  Pani  Rey​nolds  za​wsze  czę​-
sto​wa​ła ją so​lid​ną por​cją swe​go wy​bor​ne​go pasz​te​tu, po​mi​do​ra​mi lub świe​ży​mi
tru​skaw​ka​mi z wła​sne​go ogród​ka. Ale aku​rat tego dnia nie cie​szył jej pysz​ny po​-
czę​stu​nek.

– Nie ocze​ku​ję żad​nych te​le​fo​nów – za​strzegł do​bro​dusz​ny pa​stor po wy​lew​-

nym  po​dzię​ko​wa​niu  za  po​moc  –  ale  na  wszel​ki  wy​pa​dek  zo​sta​wi​łem  ci  kart​kę
z nu​me​rem ko​mór​ki obok apa​ra​tu.

Dana nie zdo​by​ła się na to, żeby ży​czyć im do​brej za​ba​wy.
Zja​dła  ko​la​cję  i  oglą​da​ła  kry​mi​nał  w  te​le​wi​zji,  gdy  za​dzwo​nił  te​le​fon.  Wzię​ła

no​tes i ołó​wek i pod​nio​sła słu​chaw​kę.

– Czy roz​ma​wiam z nia​nią? – za​py​tał z dru​giej stro​ny zna​jo​my głos.
– Adam?
– Dzwo​nię, żeby ci przy​po​mnieć, że je​ste​śmy umó​wie​ni na rand​kę. Pro​po​nu​ję

let​ni do​mek. Kie​dy sta​ry Rey​nolds cię od​wie​zie, zdo​bądź klucz i cze​kaj tam na
mnie, cho​ciaż pew​nie do​trę do​pie​ro po pół​no​cy. Za​cze​kaj chwi​lę… Do​bra, za​raz
wra​cam  –  od​po​wie​dział  ze  znie​cier​pli​wie​niem  ko​muś,  kto  za​wo​łał  go  z  tyłu,  po
czym znów zwró​cił się do Dany: – Prze​pra​szam. Czy ciot​ka nie za​uwa​ży two​je​go
znik​nię​cia?

– Po​wiem, że mu​szę się po​ło​żyć, bo boli mnie gło​wa.
– Tyl​ko nie sto​suj tej sa​mej wy​mów​ki wo​bec mnie – za​chi​cho​tał. – Po wej​ściu

do let​nie​go dom​ku włóż klucz do zam​ka od środ​ka i nie otwie​raj okien​nic, żeby
nikt cię nie spo​strzegł. Lu​bisz szam​pa​na?

– Jesz​cze nie pró​bo​wa​łam.
– A więc to ko​lej​ny pierw​szy raz. Nie mogę się do​cze​kać.
Po  za​koń​cze​niu  roz​mo​wy  Danę  ogar​nął  lęk.  Uświa​do​mi​ła  so​bie,  że  nie  czu​je

się w peł​ni go​to​wa na to, co Adam uwa​żał za oczy​wi​ste. Do​szła jed​nak do wnio​-
sku, że za da​le​ko za​szła, żeby za​wró​cić w pół dro​gi. Ja​koś so​bie po​ra​dzi. Musi
utrzy​mać  go  na  dy​stans  i  spra​wić,  że  ją  po​ko​cha.  Prze​czu​wa​ła,  że  nie​pręd​ko
osią​gnie cel, ale tej nocy zro​bi pierw​szy krok.

Wy​ru​szy​ła na spo​tka​nie o wie​le za wcze​śnie, ale tar​ga​ły nią zbyt sil​ne emo​cje,

by  mo​gła  spo​koj​nie  cze​kać.  Oba​wia​ła  się,  że  stchó​rzy  albo  że  ciot​ka  wej​dzie
i za​sta​nie ją w ubra​niu, któ​re przy​go​to​wa​ła na im​pre​zę i któ​re mimo wszyst​ko
po​sta​no​wi​ła za​ło​żyć.

Wy​ję​ła  z  ko​mo​dy  za​pa​so​wą  po​ściel,  zro​lo​wa​ła  i  uło​ży​ła  na  łóż​ku  na  kształt

ludz​kiej  po​sta​ci.  Po​nie​waż  księ​życ  nie  oświe​tlał  dro​gi,  tyl​ko  dzię​ki  zna​jo​mo​ści
te​re​nu do​tar​ła bez​piecz​nie na wy​so​kich ob​ca​sach do let​niej al​ta​ny.

Dys​ko​te​ko​we ryt​my za​stą​pi​ła tę​sk​na, wol​na me​lo​dia, znak, że im​pre​za do​bie​-

ga  koń​ca.  Pew​nie  wszy​scy  tań​czy​li  w  pa​rach,  moc​no  przy​tu​le​ni,  łącz​nie  z  Ada​-
mem. Ale póź​niej przyj​dzie do niej.

Nie​co prze​ra​ża​ły ją pa​nu​ją​ce w środ​ku nie​prze​nik​nio​ne ciem​no​ści i ci​sza, ale

background image

świa​do​mość, że dłu​go nie zo​sta​nie sama, do​da​ła jej od​wa​gi. Usi​ło​wa​ła trzy​mać
oczy  otwar​te,  ale  czas  pły​nął  tak  nie​skoń​cze​nie  po​wo​li,  że  w  koń​cu  zmo​rzył  ją
sen. Obu​dził ją do​pie​ro zgrzyt klu​cza w zam​ku. Z moc​no bi​ją​cym ser​cem usia​dła
gwał​tow​nie na so​fie.

– Dla​cze​go za​mkną​łeś drzwi? – spy​ta​ła, za​nie​po​ko​jo​na.
Od​po​wie​dział jej je​dy​nie ci​chy śmiech. Nie wi​dzia​ła, jak do niej pod​cho​dzi. Wy​-

czu​ła  tyl​ko  dys​kret​ny  za​pach  dro​gich  ko​sme​ty​ków  z  nutą  piż​ma.  Ze​sztyw​nia​ła
na mo​ment, gdy usiadł obok, przy​ci​snął go​rą​ce udo do jej uda i oto​czył ją ra​mie​-
niem. Po​nie​waż mia​ła mu spo​ro do po​wie​dze​nia, wo​la​ła​by za​pa​lić świe​ce, żeby
wi​dzieć jego twarz, kie​dy będą są​czyć obie​ca​ne​go szam​pa​na.

– Ada​mie! – szep​nę​ła, ale uci​szył ją, kła​dąc pa​lec na jej ustach. Po​chy​lił ku niej

gło​wę.

Dłu​go  mu​skał  war​ga​mi  jej  wło​sy,  skro​nie,  za​mknię​te  oczy,  po​licz​ki.  W  koń​cu

po​ca​ło​wał  ją  w  usta,  tak  de​li​kat​nie,  za​pra​sza​ją​co,  że  bez​wied​nie  je  roz​chy​li​ła
i  za​rzu​ci​ła  mu  ręce  na  szy​ję.  Ca​ło​wał  słod​ko,  po​wo​li,  po​ka​zy​wał,  jak  cu​dow​ny
może być po​ca​łu​nek bez po​śpie​chu i stra​chu, że ktoś im prze​szko​dzi. Rów​no​cze​-
śnie  go​rą​ce  dło​nie  błą​dzi​ły  po  szyi,  ra​mio​nach  i  ple​cach,  a  gdy  gwał​tow​nie  za​-
czerp​nę​ła po​wie​trza, wy​czu​ła, że roz​cią​gnął usta w uśmie​chu. Po​tem po​sa​dził ją
so​bie na ko​la​nach i znów ca​ło​wał, co​raz głę​biej, za​chłan​niej.

Z  przy​jem​no​ścią  chło​nę​ła  cu​dow​ne,  nowe  do​zna​nia,  ale  gdy  wło​żył  jej  rękę

w  de​kolt,  roz​są​dek  do​szedł  do  gło​su.  Uzna​ła,  że  naj​wyż​sza  pora  sta​wić  opór,
póki do resz​ty nie osła​bi jej siły woli.

–  Po​słu​chaj,  Ada​mie…  –  za​czę​ła  schryp​nię​tym,  jak​by  nie  swo​im  gło​sem,  ale

znów po​ło​żył jej pa​lec na ustach, uda​rem​nia​jąc dal​sze pro​te​sty.

Roz​piął trzy per​ło​we gu​zicz​ki bluz​ki, zsu​nął ją z jej ra​mion, wziął w usta na​-

pię​ty su​tek, po​tem dru​gi, ssał, ca​ło​wał i li​zał, aż bło​go wes​tchnę​ła. Le​d​wie so​bie
uświa​da​mia​ła, że rów​no​cze​śnie roz​pi​na jej spód​ni​cę. Do​pie​ro gdy dłoń, wę​dru​ją​-
ca w górę uda, za​sty​gła w bez​ru​chu, do​tar​ło do jej świa​do​mo​ści, że ktoś szar​pie
za klam​kę od ze​wnątrz.

Wkrót​ce usły​sza​ła wo​ła​nie:
– Dano, ko​cha​nie, je​steś tam?
Dana stru​chla​ła ze zgro​zy. Adam? Nie​moż​li​we! Więc to nie on ją ca​ło​wał? Za​-

czę​ła wal​czyć, ale obcy trzy​mał ją moc​no i za​my​kał usta gwał​tow​nym, za​chłan​-
nym po​ca​łun​kiem.

–  Otwie​raj,  do  ja​snej  cho​le​ry!  –  ryk​nął  Adam  z  dru​giej  stro​ny,  wy​raź​nie  roz​-

wście​czo​ny, za​nim kop​nął cięż​kie drzwi, za​klął pod no​sem i od​szedł.

– Chy​ba się tro​chę zde​ner​wo​wał – sko​men​to​wał Zac Be​li​san​dro lek​kim to​nem,

po czym pod​niósł oszo​ło​mio​ną Danę z sofy i po​sta​wił na pod​ło​dze.

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY

Dana nie wie​rzy​ła wła​snym uszom. Sta​ła jak ska​mie​nia​ła, nie​zdol​na wy​po​wie​-

dzieć sło​wa, nie​mal pew​na, że to zły sen.

Nie​moż​li​we, że​bym po​zwo​li​ła się w ten spo​sób oszu​kać – my​śla​ła go​rącz​ko​wo.
Zac Be​li​san​dro szyb​ko po​zba​wił ją złu​dzeń. Po​za​pa​lał wszyst​kie świecz​ki, jed​-

na po dru​giej. W ich świe​tle zo​ba​czy​ła go w kom​plet​nym stro​ju, łącz​nie z kra​wa​-
tem, pod​czas gdy ona zo​sta​ła w sa​mych ko​ron​ko​wych maj​tecz​kach. Po​spiesz​nie
pod​nio​sła  z  pod​ło​gi  spód​ni​cę  i  za​sło​ni​ła  bio​dra,  bo​le​śnie  świa​do​ma,  że  gdy​by
Adam nie nad​szedł, po​zwo​li​ła​by Za​co​wi na wszyst​ko. Wie​dzia​ła, że do koń​ca ży​-
cia bę​dzie ją pa​lił wstyd. Nie po​zna​wa​ła sa​mej sie​bie. Wciąż nie ro​zu​mia​ła, jak
to moż​li​we, że tak ła​two ule​gła i to wła​śnie jemu.

– Jak pan mógł coś ta​kie​go mi zro​bić? – wy​krztu​si​ła, gdy wresz​cie od​zy​ska​ła

mowę. – I dla​cze​go?

– A dla​cze​go nie? Chęt​ne dzie​wi​ce na​le​żą dziś do rzad​ko​ści. Trud​no mnie wi​-

nić, że nie od​par​łem po​ku​sy, gdy usły​sza​łem, jak Adam na​ma​wia cię na rand​kę.

– To obrzy​dli​we! Mier​zi mnie pan!
– Przy​kro mi to sły​szeć. Od​no​si​łem wra​że​nie, że moje piesz​czo​ty spra​wia​ją ci

przy​jem​ność.

– Nie na pana cze​ka​łam.
– My​ślisz, że je​steś za​ko​cha​na? Na​wet je​że​li tak, to na pew​no nie w Ada​mie.
– Nic pan o mnie nie wie! – od​burk​nę​ła.
–  Znam  cię  le​piej  niż  twój  rze​ko​my  uko​cha​ny.  A  gdy​by  nam  nie  prze​szko​dził,

po​znał​bym cię do​głęb​nie i nie uda​waj​my, że by​ło​by ina​czej.

–  Naj​chęt​niej  zdar​ła​bym  z  sie​bie  skó​rę,  któ​rej  pan  do​ty​kał  –  od​pa​ro​wa​ła

z wście​kło​ścią.

– Bar​dzo nie​prak​tycz​ny po​mysł. Ciesz się, że nie od​da​łaś wszyst​kie​go. Na​stęp​-

nym  ra​zem  po​myśl,  za​nim  po​da​ru​jesz  ko​muś  to,  co  naj​cen​niej​sze,  nie  tyl​ko
w  jed​nym  sen​sie.  A  te​raz  ubierz  się  i  idź  do  domu,  za​nim  za​uwa​żą  two​ją  nie​-
obec​ność. Chy​ba że wo​lisz zo​stać?

– Za nic w świe​cie! Od po​cząt​ku pana nie lu​bi​łam. Czy my​śli pan, że gdy​by mi

przy​szło do gło​wy, że za​sta​wił pan na mnie za​sadz​kę, po​zwo​li​ła​bym, żeby mnie
pan do​tknął?

– Praw​do​po​dob​nie żad​ne z nas nie po​tra​fi od​po​wie​dzieć na to py​ta​nie. A te​raz

po​zwól, że ja o coś za​py​tam: sko​ro nie roz​po​zna​łaś, że to nie Adam, to zna​czy,
że nie mia​łaś z nim bli​skie​go fi​zycz​ne​go kon​tak​tu. Dla​cze​go w ta​kim ra​zie przy​-
szłaś?

– Po​nie​waż mu ufam. To uczci​wy i ho​no​ro​wy czło​wiek.
– Sko​ro tak uwa​żasz, to nie po​zo​sta​je nam nic in​ne​go, jak za​koń​czyć tę ko​me​-

background image

dię. Ubierz się i wra​caj do domu.

Ład​na mi ko​me​dia! – my​śla​ła Dana z roz​go​ry​cze​niem. Tyl​ko wy​jąt​ko​wo pod​ły

czło​wiek mógł uznać za za​baw​ne zruj​no​wa​nie ży​cia dru​giej oso​bie.

– Pro​szę nie pa​trzeć – roz​ka​za​ła.
Od​wró​cił  się  do  niej  ple​ca​mi,  żeby  uło​żyć  po​dusz​ki  na  so​fie  i  zga​sić  świe​ce.

Zdą​ży​ła  po​chwy​cić  jego  szy​der​cze  spoj​rze​nie.  Kie​dy  skoń​czył,  uniósł  brwi,  gdy
zo​ba​czył, że stoi nie​ru​cho​mo przy drzwiach.

– Chcesz, że​bym cię od​pro​wa​dził? – za​drwił bez​li​to​śnie. – Je​że​li tak, czy mogę

li​czyć na zwy​cza​jo​wy po​ca​łu​nek na do​bra​noc?

– W żad​nym wy​pad​ku. Cze​kam tyl​ko na klucz.
– Sam go od​dam i za​su​ge​ru​ję, żeby kła​dzio​no go w ja​kimś bar​dziej bez​piecz​-

nym  miej​scu.  Za​nim  wyj​dziesz,  wy​słu​chaj  mo​je​go  ostrze​że​nia:  Man​nion  to  nie
miej​sce  dla  cie​bie.  Wy​jedź  stąd,  od​zy​skaj  wol​ność  i  ułóż  so​bie  ży​cie  gdzie  in​-
dziej.

– Ja​kim pra​wem mnie pan po​ucza, pod​czas gdy to mnie ktoś po​wi​nien ostrzec

przed pa​nem? Od tej chwi​li pro​szę się trzy​mać ode mnie z da​le​ka. – Od​wró​ci​ła
się  na  pię​cie  i  ode​szła,  uwa​ża​jąc,  by  nie  stra​cić  rów​no​wa​gi  na  wy​so​kich  ob​ca​-
sach,  po​nie​waż  w  ża​den  spo​sób  nie  zdo​ła​ła​by  wy​ja​śnić  przy​czy​ny  zwich​nię​cia
kost​ki.

Łzy na​pły​nę​ły jej do oczu, ale po​wstrzy​ma​ła je siłą woli, żeby nie usły​szał, że

pła​cze,  w  ra​zie  gdy​by  szedł  za  nią.  Po  do​tar​ciu  do  dwo​ru  po​mknę​ła  pro​sto  do
swo​je​go  po​ko​ju.  Naj​chęt​niej  wzię​ła​by  prysz​nic,  ale  nie  mo​gła  ry​zy​ko​wać,  że
obu​dzi ciot​kę. Poza tym żad​na ilość wody i my​dła nie zmy​ła​by wspo​mnie​nia uści​-
sków Zaca, tego, co czu​ła, i co naj​gor​sze, pra​gnień, ja​kie w niej roz​bu​dził.

Wci​snę​ła spód​ni​cę i bluz​kę na samo dno sza​fy z za​mia​rem wy​rzu​ce​nia ich póź​-

niej. Zdję​ła zro​lo​wa​ną po​ściel, scho​wa​ła z po​wro​tem do ko​mo​dy, po​ło​ży​ła się do
łóż​ka, przy​gry​zła róg po​dusz​ki, żeby stłu​mić szloch, i wresz​cie po​zwo​li​ła so​bie
za​pła​kać rzew​ny​mi łza​mi z roz​ża​le​nia i wsty​du.

Wciąż  nie  po​tra​fi​ła  so​bie  od​po​wie​dzieć,  jak  to  moż​li​we,  że  wzię​ła  Zaca  za

Ada​ma.

– Och, Ada​mie, dla​cze​go nie przy​sze​dłeś wcze​śniej? – za​łka​ła. – Gdzie by​łeś?
W koń​cu, wy​czer​pa​na i zroz​pa​czo​na, za​pa​dła w sen.

Na​stęp​ne​go  ran​ka  nie​mal  z  wdzięcz​no​ścią  po​wi​ta​ła  ko​niecz​ność  wyj​ścia  do

pra​cy. Część go​ści z przy​ję​cia no​co​wa​ła Pod Kró​lew​skim Dę​bem. Po​nie​waż ze​-
szli póź​no na śnia​da​nie, skoń​czy​ła sprzą​ta​nie po​koi tuż przed lun​chem. Gdy znio​-
sła na dół po​ściel do pra​nia, zo​ba​czy​ła, że pani San​som cze​ka na nią z chmur​ną
miną i ko​per​tą w ręce.

–  To  two​je  wy​na​gro​dze​nie  –  po​in​for​mo​wa​ła.  –  Cał​kiem  hoj​ne,  zwa​żyw​szy,  że

nie ra​czy​łaś na​wet zło​żyć wy​mó​wie​nia. Nie​wąt​pli​wie ta po​sa​da w Lon​dy​nie bar​-
dziej ci od​po​wia​da.

– Jaka po​sa​da? – wy​krztu​si​ła Dana z bez​gra​nicz​nym zdu​mie​niem.
– Nie moja spra​wa. Grunt, że mu​szę szu​kać no​wej oso​by do po​mo​cy w sa​mym

background image

szczy​cie se​zo​nu.

Dana  ni​g​dy  tak  szyb​ko  nie  je​cha​ła  do  domu.  Po  wej​ściu  do  miesz​ka​nia  zo​ba​-

czy​ła w przed​po​ko​ju swo​ją wa​liz​kę.

– Chodź tu​taj, Dano! – za​wo​ła​ła cio​cia Joss po​nu​rym gło​sem z kuch​ni.
– Co się dzie​je? – spy​ta​ła Dana pra​wie bez tchu. – Pani San​som przed chwi​lą

mnie zwol​ni​ła.

– Nie. Ja do niej za​dzwo​ni​łam z in​for​ma​cją, że wy​jeż​dżasz dzi​siaj do Lon​dy​nu.
– Ale… dla​cze​go?
–  Po​nie​waż  pani  La​ti​mer  nie  po​zwo​li  ci  dłu​żej  prze​by​wać  w  Man​nion.  Ku  jej

prze​ra​że​niu  je​den  z  go​ści  zło​żył  skar​gę,  że  na​tręt​nie  pró​bo​wa​łaś  go  uwieść.
Nie​chęt​nie o tym wspo​mniał, ale do​szedł do wnio​sku, że ta​kie za​cho​wa​nie stwa​-
rza  za​gro​że​nie  przede  wszyst​kim  dla  cie​bie  sa​mej  i  po​wi​nien  in​ter​we​nio​wać.
Mu​sisz więc na​tych​miast stąd wy​je​chać.

Dana na mięk​kich no​gach po​de​szła do krze​sła i opa​dła na nie bez​wład​nie. Sło​-

wa „Man​nion to nie miej​sce dla cie​bie” za​brzmia​ły jej w uszach zwie​lo​krot​nio​-
nym echem. Po​nie​waż groź​ba nie po​skut​ko​wa​ła, wy​gnał ją przy po​mo​cy obrzy​-
dli​we​go oszczer​stwa, żeby zruj​no​wać jej ży​cie i po​zba​wić na​dziei.

–  My​śla​łam,  że  moja  sio​stra  przy​nio​sła  mi  dość  wsty​du  i  że  jej  przy​kład  cię

cze​goś na​uczy. Po​win​nam wie​dzieć, że nie​da​le​ko pada jabł​ko od ja​bło​ni. – Ciot​ka
Joss prze​rwa​ła na chwi​lę.

– To nie​praw​da. Ten czło​wiek kła​mie.
– Prze​wi​dy​wa​łam, że za​prze​czysz. Ale po co ktoś o jego po​zy​cji miał​by oskar​-

żać cię bez​pod​staw​nie? To nie ma sen​su.

Fak​tycz​nie nie mia​ło, o ile nie wy​zna ca​łej praw​dy. A przy​zna​nie, że pla​no​wa​ła

po​ta​jem​ną schadz​kę z Ada​mem, po​grą​ży​ło​by ją jesz​cze bar​dziej, o czym Zac Be​-
li​san​dro do​sko​na​le wie​dział…

Tym​cza​sem ciot​ka po​ło​ży​ła na sto​le zie​lo​ną spód​ni​cę i kró​ciut​ką blu​zecz​kę.
–  Zna​la​złam  to  pod​czas  pa​ko​wa​nia  two​ich  rze​czy  –  oświad​czy​ła.  –  Skąd  się

tam wzię​ły?

– Za​mie​rza​łam… za​ło​żyć je na przy​ję​cie – wy​krztu​si​ła Dana.
– Jako wa​bik. A więc wszyst​ko ja​sne. Wy​jeż​dża​my po lun​chu.
Dana wzię​ła głę​bo​ki od​dech dla uspo​ko​je​nia wzbu​rzo​nych ner​wów.
– Ale to mój dom. A co ze szko​łą? W przy​szłym roku zda​ję eg​za​mi​ny.
–  Każ​de  dzia​ła​nie  po​cią​ga  za  sobą  kon​se​kwen​cje.  Po​nie​waż  za​wio​dłaś  pa​nią

La​ti​mer, od​mó​wi​ła dal​sze​go fi​nan​so​wa​nia two​jej edu​ka​cji. Bę​dziesz mu​sia​ła za​-
cząć za​ra​biać na ży​cie. Dzie​ci He​sto​nów wy​zdro​wia​ły, a ich mama na​dal szu​ka
opie​kun​ki – do​da​ła po chwi​li prze​rwy. – Pani La​ti​mer dała mi wol​ne po​po​łu​dnie,
że​bym od​wio​zła cię do Bay​swa​ter. Nie chce cię wi​dzieć przed od​jaz​dem.

– Czy mogę przy​naj​mniej po​że​gnać się z Ni​co​lą?
–  Jej  brat  za​bie​ra  ją  do  ko​le​żan​ki  do  Shrop​shi​re.  Za​bro​nio​no  jej  kon​tak​tów

z tobą, że​byś nie wy​war​ła na nią złe​go wpły​wu. Na​wet je​śli cięż​ko ci to znieść,
sama je​steś so​bie win​na, nikt inny.

Dana z oczy​wi​stych wzglę​dów mil​cza​ła, ale wi​ni​ła przede wszyst​kim Zaca Be​-

background image

li​san​dra.

Sie​dem lat póź​niej na​dal go nie​na​wi​dzi​ła za to, co jej zro​bił… i za to, co jesz​-

cze  mógł  zro​bić.  Nie  była  już  jed​nak  bez​bron​ną  dziew​czy​ną,  tyl​ko  do​ro​słą  ko​-
bie​tą, świa​do​mą za​gro​że​nia.

Od​twa​rza​nie  prze​szło​ści  w  ni​czym  nie  po​mo​gło,  to​też  uzna​ła,  że  naj​wyż​sza

pora sku​pić ener​gię na te​raź​niej​szo​ści i przy​szło​ści. Z Ada​mem.

Na​stęp​ne​go dnia z przy​zwy​cza​je​nia wsta​ła o wie​le za wcze​śnie, jak do pra​cy.

Ale  nie  ża​ło​wa​ła.  Słoń​ce  ja​sno  świe​ci​ło,  a  błę​kit​ne  nie​bo  za​po​wia​da​ło  upał.
Wzię​ła ką​piel, wło​ży​ła bia​łe lnia​ne spodnie i luź​ną tur​ku​so​wą bluz​kę i wy​szła na
ta​ras. Po​wie​trze świe​żo pach​nia​ło po desz​czu, a na traw​ni​kach i krze​wach lśni​ły
kro​ple wody. Przez chwi​lę Man​nion na​le​ża​ło tyl​ko do niej.

Wę​dro​wa​ła po​wo​li, wdy​cha​jąc aro​ma​ty ogro​dów i szu​ka​jąc na fa​sa​dzie oznak

za​nie​dba​nia.  Wy​glą​da​ła  po​rząd​niej  niż  wnę​trza,  acz​kol​wiek  bluszcz  wy​ma​gał
przy​cię​cia. Po na​my​śle do​szła do wnio​sku, że zbyt wcze​śnie by​ło​by wspo​mi​nać
o tym Ada​mo​wi. Naj​pierw musi zy​skać pew​ność, że mu na niej za​le​ży.

Skrę​ci​ła  za  ro​giem  w  stro​nę  daw​nej  oran​że​rii,  prze​kształ​co​nej  na  ba​sen.

Przez  chwi​lę  ob​ser​wo​wa​ła  fale  na  tur​ku​so​wej  po​wierzch​ni.  Na​gle  spo​strze​gła
ciem​ną gło​wę i śnia​de  ra​mio​na, któ​re wy​wo​ła​ły ruch  wody. Chwi​lę póź​niej Zac
Be​li​san​dro jed​nym zwin​nym ru​chem wy​sko​czył nago na brzeg. Dana pa​trzy​ła jak
za​hip​no​ty​zo​wa​na,  jak  pod​cho​dzi  do  le​ża​ka  i  bie​rze  ręcz​nik.  Z  moc​no  bi​ją​cym
ser​cem wy​co​fa​ła się chył​kiem za róg, bła​ga​jąc w my​ślach, żeby nie spoj​rzał w jej
stro​nę.

Mu​sia​ła zna​leźć spo​sób nie tyl​ko na wy​ma​za​nie wspo​mnień sprzed sied​miu lat,

ale  też  naj​now​sze​go  –  wspo​mnie​nia  pięk​nie  rzeź​bio​nej  syl​wet​ki,  któ​ra  przed
chwi​lą zbyt moc​no za​pa​dła jej w pa​mięć. Na próż​no usi​ło​wa​ła sku​pić uwa​gę na
opra​co​wa​niu stra​te​gii zdo​by​cia Ada​ma bez zwra​ca​na uwa​gi prze​ciw​ni​ka, któ​re​-
go  nie  chcia​ła​by  ni​g​dy  wię​cej  zo​ba​czyć  –  na​gie​go  czy  ubra​ne​go.  Po  na​my​śle
uzna​ła,  że  naj​le​piej  bę​dzie  opu​ścić  po​sia​dłość.  Wró​ci​ła  do  po​ko​ju  po  to​reb​kę,
wzię​ła  sa​mo​chód  i  za​miast  do  wsi  wy​ru​szy​ła  w  kie​run​ku  ślu​zy  nad  ka​na​łem.
W por​cie pa​no​wa​ła jesz​cze ci​sza, ale na wi​dok je​dy​nej otwar​tej ka​wia​ren​ki do​-
szła do wnio​sku, że fi​li​żan​ka kawy po​mo​że jej ze​brać my​śli.

Gdy  uj​rza​ła  za  ba​rem  Ja​ni​ce  Cot​ton,  ko​lej​ną  oso​bę,  któ​rej  wo​la​ła​by  ni​g​dy

w ży​ciu wię​cej nie spo​tkać, le​d​wie stłu​mi​ła chęć uciecz​ki, żeby nie oka​zać sła​bo​-
ści.

– Dana Gran​tham! – wy​krzyk​nę​ła Ja​ni​ce na jej wi​dok. – Co tu ro​bisz?
– Przy​je​cha​łam w od​wie​dzi​ny. Po​pro​szę o kawę, czar​ną, prze​fil​tro​wa​ną.
Ja​ni​ce na​peł​ni​ła kar​to​no​wy ku​bek i po​da​ła Da​nie.
– Wi​dzę, że nie​źle ci się po​wo​dzi – za​gad​nę​ła. – Na​dal je​steś z tym na​dzia​nym

go​ściem, z któ​rym wy​je​cha​łaś?

– Nie ro​zu​miem, o kim mó​wisz.
– O tym przy​stoj​nia​ku, któ​re​go wy​sła​łaś do mnie po swój sta​ry ro​wer. Na​ro​bił

mi cho​ler​nych kło​po​tów w domu.

background image

To jego spe​cjal​ność – po​my​śla​ła Dana. A na głos wy​ja​śni​ła:
– Ni​g​dzie go nie wy​sy​ła​łam. Nie wy​szła​bym z nim na​wet za róg uli​cy, nie mó​-

wiąc o wy​jeź​dzie.

– Ja bym go tam z łóż​ka nie wy​rzu​ci​ła. Mu​sia​łaś mu wpaść w oko, sko​ro zro​bił

taką awan​tu​rę o ten sta​ry grat. Nic dziw​ne​go, że po wa​szym znik​nię​ciu lu​dzie
za​czę​li snuć róż​ne do​my​sły.

– I jak zwy​kle do​szli do fał​szy​wych wnio​sków. Wy​je​cha​łam do pra​cy do Lon​dy​-

nu. Pro​szę, to na​leż​ność za kawę. Wy​pi​ję ją na ta​ra​sie.

– Jak so​bie ży​czysz.
Dana usia​dła na ła​wecz​ce przy szla​ku ho​low​ni​czym i prze​tra​wia​ła sło​wa Ja​ni​-

ce.  Prze​wi​dy​wa​ła,  że  jej  na​głe  znik​nie​cie  wy​wo​ła  plot​ki,  ale  wia​do​mość,  że
wieść gmin​na ko​ja​rzy​ła ją z Za​kiem, na nowo przy​wo​ła​ła daw​ny wstyd i roz​go​ry​-
cze​nie. A tak​że ob​raz zgrab​nej syl​wet​ki, lśnią​cej po wyj​ściu z wody.

Czy moż​li​we, żeby mu się spodo​ba​ła, jak przy​pusz​cza​ła Ja​ni​ce? Nie, wy​klu​czo​-

ne. Prze​cież użył ma​ni​pu​la​cji i kłam​stwa, żeby ją stąd wy​gna​no. Te​raz, kie​dy zna
go  le​piej,  za​cho​wa  czuj​ność.  Bę​dzie  dys​kret​nie  ko​kie​to​wa​ła  Ada​ma,  trzy​ma​jąc
go  na  dy​stans,  obie​cu​jąc  je​dy​nie  uśmie​chem  nie​biań​skie  roz​ko​sze.  Tym  ra​zem
Zac Be​li​san​dro prze​gra, bo nie bę​dzie mógł jej nic za​rzu​cić.

Gdy  wró​ci​ła  na  śnia​da​nie,  w  ja​dal​ni  pa​no​wa​ła  cięż​ka,  przy​gnę​bia​ją​ca  ci​sza.

Adam  sie​dział  z  ka​mien​ną  twa​rzą  przy  jed​nym  koń​cu  sto​łu,  a  Mimi  La​ti​mer
z miną mę​czen​ni​cy przy prze​ciw​nym. Wszy​scy en​tu​zja​stycz​nie, jak​by z ulgą, po​-
wi​ta​li Danę. Prze​pro​si​ła pan​nę La​ti​mer za spóź​nie​nie, wy​ja​śni​ła, że urzą​dzi​ła so​-
bie  po​ran​ną  prze​jażdż​kę,  ale  od​po​wie​dzia​ło  jej  tyl​ko  po​gar​dli​we  prych​nię​cie.
Sama o mało nie prych​nę​ła ze zło​ści, gdy zo​ba​czy​ła, kto sie​dzi na​prze​ciw​ko.

– Mu​sia​łaś wstać o świ​cie, tak jak Zac – stwier​dzi​ła Ni​co​la. – Już pły​wał z sa​-

me​go rana. Naj​wy​raź​niej roz​sa​dza go ener​gia.

– Albo chciał mieć ba​sen wy​łącz​nie dla sie​bie – pod​su​nął Ed​die.
– Wręcz prze​ciw​nie. Li​czy​łem na to​wa​rzy​stwo, ale nikt do mnie nie do​łą​czył –

od​parł Zac, zna​czą​co pa​trząc na Danę, któ​ra na​tych​miast spu​ści​ła wzrok na ta​-
lerz.

Zdą​ży​ła  jed​nak  za​uwa​żyć  śla​dy  po  wczo​raj​szych  za​dra​pa​niach  na  po​licz​ku.

Choć stra​ci​ła ape​tyt, po​kro​iła be​kon na drob​ne ka​wa​łecz​ki, wy​obra​ża​jąc so​bie,
że to Zac. Nie ule​ga​ło wąt​pli​wo​ści, że spo​strzegł ją przy daw​nej oran​że​rii. Do​-
kła​da​ła wszel​kich sta​rań, żeby nikt nie zwró​cił uwa​gi na jej zde​ner​wo​wa​nie.

– Pew​nie pra​cu​jąc u Ja​rvi​sa Strat​to​na, po​zna​jesz cie​ka​wych lu​dzi – za​gad​nę​ła

ją pani Mar​chwo​od.

– Ow​szem, ale naj​wię​cej sa​tys​fak​cji daje mi znaj​do​wa​nie klien​tom miejsc zgod​-

nych z ich oso​bo​wo​ścią, ta​kich, któ​re po​ko​cha​ją.

– Bar​dzo szla​chet​ne po​dej​ście, ale nie za​po​mi​naj​my o pro​wi​zji, któ​rą za to do​-

sta​jesz – za​drwił Zac.

–  Nie  za​po​mi​nam  –  od​rze​kła  bez​barw​nym  gło​sem.  –  Mu​szę  ja​koś  za​ro​bić  na

dach nad gło​wą.

– Czy za​wsze ma​rzy​łaś o pra​cy w bran​ży nie​ru​cho​mo​ści, moja doga? – do​cie​-

background image

ka​ła da​lej pani Mar​chwo​od.

– Nie. Tra​fi​łam do niej przy​pad​kiem. Pra​co​wa​łam jako nia​nia, gdy moi pra​co​-

daw​cy wy​sta​wi​li dom na sprze​daż, ale nie wzbu​dził za​in​te​re​so​wa​nia.

– Z po​wo​du re​ce​sji? – za​py​tał Ed​die.
– Nie tyl​ko. Wła​ści​wie tyl​ko panu domu za​le​ża​ło na zmia​nie miej​sca za​miesz​-

ka​nia. Jego żona nie ro​bi​ła nic, żeby za​pre​zen​to​wać go w jak naj​ko​rzyst​niej​szym
świe​tle.  Pew​nej  so​bo​ty,  kie​dy  wy​je​cha​li  do  zna​jo​mych,  pan  Ja​rvis  Strat​ton  za​-
dzwo​nił z za​py​ta​niem, czy może przy​pro​wa​dzić po​ten​cjal​nych klien​tów. Le​d​wie
skoń​czy​łam  po​rząd​ki,  za​pu​ka​li  do  drzwi.  Pan  Strat​ton,  zwy​kle  punk​tu​al​ny,  tym
ra​zem nie do​je​chał na czas. Po pół​go​dzin​nym ocze​ki​wa​niu za​pro​po​no​wa​łam go​-
ściom, że ich opro​wa​dzę. Wy​obra​zi​łam so​bie, że po​ka​zu​ję im wła​sny dom, w któ​-
rym prze​ży​łam szczę​śli​we chwi​le i któ​ry nie​chęt​nie opusz​czam. Wi​docz​nie wy​-
pa​dłam prze​ko​nu​ją​co, bo kie​dy przy​był agent, któ​ry utknął w kor​ku ulicz​nym, na
se​rio roz​wa​ża​li ofer​tę i wy​chwa​la​li moje umie​jęt​no​ści. Po ich wyj​ściu wrę​czył mi
wi​zy​tów​kę i po​pro​sił o kon​takt. Ty​dzień póź​niej do​sta​łam po​sa​dę.

– Zdol​na dziew​czy​na – sko​men​to​wał Zac z iro​nią w gło​sie. – Czy na​dal sto​su​-

jesz tę samą tak​ty​kę?

– Cze​mu nie, sko​ro dzia​ła?
– A jak za​re​kla​mo​wa​ła​byś Man​nion?
–  W  ogó​le  nie  pró​bo​wa​ła​bym  go  sprze​dać!  –  za​pro​te​sto​wa​ła  żar​li​wie.  Za​raz

jed​nak  po​ża​ło​wa​ła  swo​jej  spon​ta​nicz​no​ści.  Uświa​do​mi​ła  so​bie  bo​wiem,  że  bez​-
wied​nie wy​ja​wi​ła swo​je oso​bi​ste na​sta​wie​nie. Mu​sia​ła ja​koś na​pra​wić ten błąd.
Przy​wo​ła​ła na twarz uśmiech i wzru​szy​ła ra​mio​na​mi. – Nie​ste​ty nie do​sta​ła​bym
ta​kie​go zle​ce​nia, po​nie​waż wiej​ski​mi po​sia​dło​ścia​mi zaj​mu​je się inny wy​dział fir​-
my – wy​ja​śni​ła z po​zor​nym spo​ko​jem.

Iro​nicz​ne  spoj​rze​nie  Zaca  nie  po​zo​sta​wia​ło  wąt​pli​wo​ści,  że  go  nie  zwio​dła.

Przy​rze​kła so​bie na przy​szłość sta​ran​niej wa​żyć sło​wa.

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Po śnia​da​niu Dana z ulgą wsta​ła od sto​łu i umknę​ła na ta​ras. Po chwi​li do​łą​czy​-

ła do niej Ni​co​la.

– Co za pie​kiel​ny po​czą​tek dnia! – jęk​nę​ła, opa​da​jąc na krze​sło. – Cio​cia Mimi

za​czę​ła po​uczać Ada​ma, że jako wła​ści​ciel Man​nion po​wi​nien po​my​śleć o za​ło​że​-
niu  ro​dzi​ny  i  spło​dze​niu  dzie​dzi​ca.  Kie​dy  usi​ło​wa​ła  go  na​kło​nić  do  po​go​dze​nia
z Ro​bi​ną, oświad​czył dość ostro, że nie ży​czy so​bie in​ge​ren​cji w swo​je pry​wat​ne
ży​cie.  Przy​kro  mi,  że  wzię​to  cię  w  krzy​żo​wy  ogień  py​tań  dla  roz​ła​do​wa​nia  at​-
mos​fe​ry. Mu​sia​łaś się czuć jak na tor​tu​rach.

– Nic nie szko​dzi. Ja​koś wy​brnę​łam.
– Cio​cia Mimi jest nie​tak​tow​na i wścib​ska, ale ni​g​dy nie za​po​mnę, jak za​opie​-

ko​wa​ła się mną po roz​wo​dzie ro​dzi​ców. Za​bie​ra​ła mnie do zoo, do Ga​bi​ne​tu Fi​-
gur Wo​sko​wych, a po​tem na her​ba​tę do ho​te​lu Brow​na. Adam tyl​ko raz po​szedł
z  nami  do  Mu​zeum  Hi​sto​rii  Na​tu​ral​nej,  ale  znu​dzo​ny  szyb​ko  uciekł  do  domu  –
do​da​ła z go​ry​czą. – Mar​twię się o cio​cię. Od​kąd jej oszczęd​no​ści i ak​cje stra​ci​ły
na  war​to​ści,  bar​dzo  zu​bo​ża​ła.  Dla​te​go  ciot​ka  Se​ra​fi​na  czę​sto  ją  za​pra​sza  na
dłu​żej.  Ale  kie​dy  Adam  za  kil​ka  dni  zo​sta​nie  peł​no​praw​nym  wła​ści​cie​lem  Man​-
nion, nie po​zwo​li jej tu zo​stać.

– Nie wie​rzę – za​pro​te​sto​wa​ła Dana.
– Nie zno​si zrzę​dze​nia, ale to nie twój pro​blem. Przy​szłam, żeby ci za​pro​po​no​-

wać wy​ciecz​kę do zam​ku Ha​ston​bu​ry. Je​dzie​my tam wszy​scy. Tyl​ko Adam i Zac
zo​sta​ną, żeby za​grać w gol​fa.

– Nie, dzię​ku​ję – od​rze​kła Dana po chwi​li wa​ha​nia. – W so​bo​tę za​wsze mam

na​wał pra​cy. Je​stem wy​czer​pa​na. Wolę od​po​cząć tu​taj.

– Ro​zu​miem. Po​pro​szę pa​nią Har​ris, żeby przy​nio​sła ci kawę i ga​ze​tę. Do zo​-

ba​cze​nia póź​niej.

Po ich wy​jeź​dzie Dana za​sia​dła do krzy​żów​ki, ale nie po​tra​fi​ła się sku​pić, za​-

nie​po​ko​jo​na uwa​gą Ni​co​li na te​mat pan​ny La​ti​mer. Nie po​lu​bi​ła jej, ale mia​ła na​-
dzie​ję,  że  Adam  oka​że  zro​zu​mie​nie  ma​rud​nej  sta​rusz​ce.  Zresz​tą  w  jed​nym
aspek​cie przy​zna​wa​ła jej ra​cję: Adam na​praw​dę po​trze​bo​wał żony i dzie​ci.

Nie ma​rzy​ła wpraw​dzie o ma​cie​rzyń​stwie, ale uzna​wa​ła je za na​tu​ral​ną kon​-

se​kwen​cję mał​żeń​stwa, więc za​ak​cep​tu​je tę ko​niecz​ność, kie​dy przyj​dzie czas.

Dana śni​ła, że leży w mięk​kim łóż​ku, oto​czo​na ra​mio​na​mi Ada​ma.
– Wsta​waj, Śpią​ca Kró​lew​no!
Z ocią​ga​niem otwo​rzy​ła oczy. Ze zdu​mie​niem uj​rza​ła nad sobą twarz Ada​ma,

nie we śnie, lecz na ja​wie. Usia​dła na le​ża​ku i od​gar​nę​ła wło​sy z twa​rzy.

– Już wró​ci​li​ście? Jak ci po​szło? – spy​ta​ła.

background image

– W koń​cu nie za​gra​li​śmy w gol​fa. Zac zmie​nił pla​ny. Dla​cze​go nie po​je​cha​łaś

zwie​dzać ruin?

– Wi​dzia​łam je wcze​śniej.
– Bar​dzo daw​no – przy​po​mniał po chwi​li mil​cze​nia. – Czy wspo​mi​nasz te cza​sy,

kie​dy tu miesz​ka​łaś?

Gdy​by wie​dział, jak czę​sto!
–  Nie  lu​bię  roz​pa​mię​ty​wać  prze​szło​ści  –  skła​ma​ła.  –  Wolę  pa​trzeć  w  przy​-

szłość.

Adam przy​su​nął so​bie krze​sło i usiadł obok.
– A ja wie​le pa​mię​tam z daw​nych lat. Tak​że to, co nie po​win​no się było wy​da​-

rzyć.

– Le​piej o tym za​po​mnieć. Od tam​tej pory wy​do​ro​śle​li​śmy, zmie​ni​li​śmy się.
– Nie je​stem pe​wien, czy o wszyst​kim chciał​bym za​po​mnieć.
Po ostat​nim zda​niu zaj​rzał jej tak głę​bo​ko w oczy, że z drże​niem ser​ca cze​ka​-

ła, aż weź​mie ją za rękę albo przy​tu​li. Na​gle do​strze​gła ja​kiś cień na ta​ra​sie.

– Więc tu je​ste​ście – za​gad​nął Zac. – Do​brze, że ra​zem, bo mam dla was miłą

nie​spo​dzian​kę – do​dał, wska​zu​jąc opa​lo​ną blon​dyn​kę w krót​kiej błę​kit​nej su​kien​-
ce, sto​ją​cą w oszklo​nych drzwiach. – Chodź tu​taj, Ro​bi​no, i uczyń Ada​ma zno​wu
szczę​śli​wym czło​wie​kiem – po​pro​sił nie​mal piesz​czo​tli​wym to​nem.

W  ab​so​lut​nej  ci​szy,  któ​ra  za​pa​dła  po  ostat​nim  zda​niu,  Adam  po​wo​li  wstał

z krze​sła.

– Ro​bi​no, ko​cha​nie, skąd się tu wzię​łaś?
–  Z  dwor​ca  ko​le​jo​we​go  –  za​chi​cho​ta​ła.  –  Za​dzwo​ni​łam  wcze​śniej  do  Zaca

z proś​bą, żeby mnie przy​wiózł. Czy na​praw​dę spra​wi​łam ci miłą nie​spo​dzian​kę?

Gdy za​rzu​ci​ła Ada​mo​wi ręce na szy​ję, Dana mo​bi​li​zo​wa​ła siły, żeby wstać, nie

oka​zu​jąc  roz​cza​ro​wa​nia.  Ob​ser​wu​jąc  po​wi​tal​ny  po​ca​łu​nek,  nie  czu​ła  za​zdro​ści
ani żalu, tyl​ko złość. Nie na nich, lecz na Zaca, któ​ry stał obok bez ru​chu.

– Nie przed​sta​wisz nas, Ada​mie? – rzu​ci​ła po​zor​nie lek​kim to​nem.
– Ależ oczy​wi​ście. Dano Gran​tham, po​znaj Ro​bi​nę Sim​mons.
– Je​stem daw​ną przy​ja​ciół​ką sio​stry Ada​ma – wy​ja​śni​ła Dana, ści​ska​jąc lek​ko

po​da​ną  dłoń.  –  W  pew​nym  mo​men​cie  stra​ci​ły​śmy  kon​takt.  To  na​sze  pierw​sze
spo​tka​nie po la​tach.

– Man​nion to wspa​nia​łe miej​sce do od​no​wie​nia przy​jaź​ni. Przy​po​mi​na mi raj.
Na​wet z wę​żem – po​my​śla​ła Dana.
– Ko​cha​nie, za​nieś swój ba​gaż do po​ko​ju na górę – po​pro​sił Adam.
Chwi​lę póź​niej we​szli ra​zem do domu, we​so​ło ga​wę​dząc.
– Zro​zum, pro​szę, że nie​po​trzeb​nie tra​cisz czas – prze​mó​wił Zac po chwi​li.
Bez​ce​re​mo​nial​na uwa​ga zbi​ła Danę z tro​pu, ale tyl​ko na chwi​lę.
– Cze​mu cią​gle psu​je mi pan ra​dość z wy​po​czyn​ku na wsi? – spy​ta​ła lo​do​wa​tym

to​nem. – Ja na​praw​dę cięż​ko pra​cu​ję.

– Tak, mu​szę to przy​znać, po​nie​waż cię ob​ser​wo​wa​łem. Ale le​piej byś zro​bi​ła,

gdy​byś się trzy​ma​ła od nich z da​le​ka.

– Pro​szę pa​mię​tać, że nie je​stem pań​skim go​ściem, pa​nie Be​li​san​dro – od​rze​-

background image

kła, dum​nie uno​sząc gło​wę.

–  Nie​ła​two  o  tym  za​po​mnieć  –  od​parł,  prze​no​sząc  wzrok  z  jej  roz​chy​lo​nych

warg na biust pod ob​ci​słą je​dwab​ną blu​zecz​ką.

Go​rą​ce  spoj​rze​nie  ciem​nych  oczu  przy​po​mnia​ło  Da​nie  noc​ne  piesz​czo​ty

sprzed lat. Okrop​nie za​że​no​wa​na, od​stą​pi​ła krok do tyłu. Gdy do​tknę​ła sto​pą za​-
po​mnia​nej ga​ze​ty i dłu​go​pi​su, schy​li​ła się, żeby je pod​nieść, ale ją uprze​dził.

–  Czter​na​ście  pio​no​wo  to  „Azer​bej​dżan”  –  po​wie​dział,  zer​k​nąw​szy  na  krzy​-

żów​kę.

– Sko​ro uwa​ża pan, że zna pan wszyst​kie od​po​wie​dzi, pro​szę roz​wią​zać ją do

koń​ca – od​burk​nę​ła, od​wró​ci​ła się na pię​cie i ru​szy​ła w kie​run​ku domu.

Po za​mknię​ciu za sobą drzwi sy​pial​ni opar​ła się o nie ple​ca​mi i pa​trzy​ła przed

sie​bie nie​wi​dzą​cym wzro​kiem. Nie poj​mo​wa​ła, cze​mu szef ol​brzy​miej mię​dzy​na​-
ro​do​wej  kor​po​ra​cji,  pro​wa​dzą​cej  in​te​re​sy  w  gór​nic​twie,  trans​por​cie  mor​skim,
rol​nic​twie, tech​no​lo​gii i tu​ry​sty​ce in​ge​ru​je w spra​wy La​ti​me​rów. Nie łą​czy​ło go
z nimi zbyt bli​skie po​kre​wień​stwo. Jego oj​ciec i Se​ra​fi​na byli za​le​d​wie cio​tecz​-
nym ro​dzeń​stwem. Nie po​win​no go ob​cho​dzić, kogo Adam weź​mie za żonę.

Naj​chęt​niej  zmy​śli​ła​by  ja​kąś  pil​ną  spra​wę  do  za​ła​twie​nia,  wy​je​cha​ła  stąd  jak

naj​prę​dzej i spró​bo​wa​ła sku​pić ener​gię na pra​cy, może na po​szu​ka​niu in​ne​go ży​-
cio​we​go part​ne​ra… tyle że uciecz​ka nic by jej nie dała. Od​da​nie bez wal​ki Man​-
nion,  obiek​tu  jej  ma​rzeń  i  na​leż​ne​go  dzie​dzic​twa,  nie  za​pew​ni​ło​by  jej  spo​ko​ju
du​cha. Przy​pusz​czal​nie do koń​ca ży​cia snu​ła​by do​my​sły, jak po​to​czy​ło​by się jej
ży​cie, gdy​by zo​sta​ła.

Przy​by​cie Ro​bi​ny sta​no​wi​ło wpraw​dzie pew​ną kom​pli​ka​cję, ale w osta​tecz​nym

roz​ra​chun​ku wy​bór bę​dzie na​le​żał do Ada​ma. Przy​się​gła so​bie, że zro​bi wszyst​-
ko,  żeby  nie  wy​brał  ni​ko​go  in​ne​go,  tyl​ko  ją.  Za​cznie  od  za​raz,  od  dzi​siej​sze​go
wie​czo​ra.

Po  po​łu​dniu,  przed  przy​go​to​wa​nia​mi  do  wie​czor​nej  im​pre​zy,  Ni​co​la  za​bra​ła

Danę na prze​chadz​kę po ogro​dzie.

– Cio​cia Mimi roz​gła​sza wszem i wo​bec, że za​ko​cha​ni szyb​ko doj​dą do po​ro​zu​-

mie​nia. Za​su​ge​ro​wa​ła na​wet mo​jej przy​szłej te​ścio​wej, żeby Adam pod​czas to​a​-
stu na na​szą cześć ogło​sił swo​je za​rę​czy​ny – wy​zna​ła Ni​co​la.

– O Boże! – jęk​nę​ła Dana. – A co ona na to?
–  Oświad​czy​ła  sta​now​czo,  że  uczu​cio​we  ży​cie  Ada​ma  to  wy​łącz​nie  jego  pry​-

wat​na spra​wa. Nie ro​zu​miem tyl​ko, po co Zac się wtrą​cił, o ile nie upa​trzył so​-
bie Ro​bi​ny dla sie​bie. Nie​wy​klu​czo​ne, że w ob​li​czu kło​po​tów z ser​cem jego ojca
sam za​czął roz​wa​żać za​ło​że​nie ro​dzi​ny.

–  Bied​na  Ro​bi​na!  –  rzu​ci​ła  Dana  lek​kim  to​nem,  choć  przy​pusz​cze​nia  Ni​co​li

moc​no nią wstrzą​snę​ły.

–  Chy​ba  żar​tu​jesz!  Gdy  Zac  się  w  koń​cu  oże​ni,  świat  uto​nie  we  łzach  za​wie​-

dzio​nych  wiel​bi​cie​lek,  nie  tyl​ko  z  po​wo​du  jego  ba​jecz​ne​go  bo​gac​twa.  Po​dob​no
jest wspa​nia​łym ko​chan​kiem.

– Kto by tam wie​rzył plot​kom? – prych​nę​ła lek​ce​wa​żą​co Dana, uda​jąc, że od​-

background image

gar​nia wło​sy z twa​rzy, żeby za​sło​nić pło​ną​ce po​licz​ki.

W dro​dze po​wrot​nej do domu na​dal cała pło​nę​ła. Po po​wro​cie za​ło​ży​ła ob​ci​słą

czar​ną  su​kien​kę  do  ko​stek,  wy​so​ko  za​bu​do​wa​ną,  ale  za  to  z  ku​szą​cym  roz​cię​-
ciem  na  ple​cach.  Zwią​za​ła  wło​sy  w  luź​ny  wę​zeł.  Oczy,  umie​jęt​nie  pod​kre​ślo​ne
cie​nia​mi do po​wiek, wy​glą​da​ły ta​jem​ni​czo i eg​zo​tycz​nie, a usta dla kon​tra​stu po​-
ma​lo​wa​ła  na  nie​win​ny,  ja​sno​ró​żo​wy  ko​lor.  Czy  uzy​ska​ła  wy​star​cza​ją​co  po​nęt​ny
wi​ze​ru​nek,  by  zwró​cić  i  za​trzy​mać  na  so​bie  uwa​gę  Ada​ma?  Czas  po​ka​że,  ale
mu​sia​ła spró​bo​wać.

Roz​myśl​nie od​cze​ka​ła do ostat​niej chwi​li, by wszy​scy za​uwa​ży​li jej po​ja​wie​nie,

ale  nie  wzię​ła  pod  uwa​gę  nie​punk​tu​al​no​ści  Ro​bi​ny.  Wy​star​czy​ło  jed​no  spoj​rze​-
nie, by stwier​dzić, że Adam jesz​cze nie przy​był.

Na​tych​miast do​strze​gła Zaca w wie​czo​ro​wym gar​ni​tu​rze i czar​nym kra​wa​cie.

Ostat​ni raz wi​dzia​ła go w ta​kim stro​ju w al​ta​nie, gdy mie​rzył wzro​kiem jej pół​na​-
gą  syl​wet​kę  w  świe​tle  świec.  Ten  wi​dok  uświa​do​mił  jej,  że  nie​pręd​ko  za​po​mni
chłod​ny do​tyk jego ust w ciem​no​ściach.

Po​spiesz​nie do​łą​czy​ła do Emi​ly i po​zo​sta​łych. Ga​wę​dzi​ła i żar​to​wa​ła, jak​by nie

mia​ła  żad​nych  trosk.  Go​ście  stop​nio​wo  wy​peł​nia​li  po​kój,  wy​cho​dzi​li  na  ta​ras,
spa​ce​ro​wa​li  po  traw​ni​kach,  to​też  ukry​cie  się  w  tłu​mie  nie  przed​sta​wia​ło  naj​-
mniej​szych trud​no​ści. Wy​na​ję​te kel​ner​ki roz​no​si​ły wino i na​po​je bez​al​ko​ho​lo​we,
a pia​ni​sta w tle grał sta​re i nowe prze​bo​je.

Wresz​cie  nad​szedł  Adam,  z  za​ci​śnię​ty​mi  usta​mi  w  prze​ci​wień​stwie  do  pro​-

mien​nie uśmiech​nię​tej Ro​bi​ny, ubra​nej w bia​łą suk​nię i z kwia​ta​mi wple​cio​ny​mi
we wło​sy.

– Prze​pięk​nie wy​glą​dasz, moje dro​gie dziec​ko! – wy​krzyk​nę​ła Mimi tak gło​śno,

że wszyst​kie roz​mo​wy umil​kły. – Zu​peł​nie jak pan​na mło​da!

Zwa​żyw​szy  na  minę  Ada​ma,  Dana  po​win​na  być  jej  wdzięcz​na,  ale  ja​koś  nie

czu​ła  wdzięcz​no​ści.  Wy​szła  na  ta​ras  i  na​ło​ży​ła  so​bie  sa​łat​ki  z  kur​cza​ka,  nie
z gło​du, tyl​ko dla​te​go, że po​trze​bo​wa​ła ja​kie​goś za​ję​cia. Tam za​stał ją Adam kil​-
ka mi​nut póź​niej.

–  Mam  dość  tej  im​pre​zy  –  wy​znał  przy​ci​szo​nym  gło​sem.  –  Co  Nic  so​bie  wy​-

obra​ża​ła? Nie mogę się do​cze​kać, żeby wznieść ten to​ast i wyjść.

–  Mu​sisz  przy​wyk​nąć  –  rzu​ci​ła  Dana  lek​kim  to​nem,  choć  ogrom​nie  cie​ka​wi​ło

ją, gdzie po​dział Ro​bi​nę. – W Man​nion za​wsze by​wa​li go​ście, a we​se​le Ni​co​li bę​-
dzie wy​ma​ga​ło wznie​sie​nia wie​lu to​a​stów.

–  Prze​brnę  przez  to,  je​śli  będę  mu​siał  –  mruk​nął  bez  en​tu​zja​zmu.  –  Mu​si​my

po​roz​ma​wiać, Dano, ale nie tu​taj, nie przy lu​dziach. Czy mógł​bym za​dzwo​nić do
cie​bie do pra​cy, za​pro​sić cię na kawę lub ko​la​cję?

Dana spu​ści​ła wzrok na kie​li​szek, sta​ran​nie ukry​wa​jąc ra​dość.
– Uwa​żasz, że wy​pa​da? – spy​ta​ła. – Nie chcia​ła​bym wy​wo​łać kon​flik​tu po​mię​-

dzy tobą a Ro​bi​ną.

– Bez oba​wy. To miła dziew​czy​na, ale mię​dzy nami wszyst​ko skoń​czo​ne. Mamy

od​mien​ne pra​gnie​nia.

Danę ku​si​ło, żeby za​py​tać, czy ona o tym wie, ale po na​my​śle uzna​ła, że to nie

background image

jej spra​wa. Tym​cza​sem Adam pod​szedł bli​żej.

– Czy zda​jesz so​bie spra​wę, jak fan​ta​stycz​nie wy​glą​dasz? Prze​wyż​szasz uro​dą

wszyst​kie pa​nie. Po​wi​nie​nem był to za​uwa​żyć przed laty.

Za​sko​czył ją. Do tej pory my​śla​ła, że daw​no za​uwa​żył… Ale nie​waż​ne. Grunt,

że te​raz szu​kał jej to​wa​rzy​stwa. Gdy do​bie​gły ich dźwię​ki pio​sen​ki „Kie​dy pły​nie
czas”, po​pro​sił ją do tań​ca. Dana ża​ło​wa​ła, że nie zro​bił tego sie​dem lat temu,
ale gdy po​czu​ła cie​płą dłoń na od​sło​nię​tych ple​cach, po​wie​dzia​ła so​bie, że war​to
było za​cze​kać.

Wie​lo​krot​nie  wy​obra​ża​ła  so​bie  ten  mo​ment.  My​śla​ła,  że  bę​dzie  od​czu​wać

jego do​tyk każ​dą ko​mór​ką cia​ła, że krew za​cznie szyb​ciej krą​żyć w ży​łach, tym​-
cza​sem nie czu​ła nic prócz sa​tys​fak​cji, że do​pię​ła swe​go. Nie wąt​pi​ła, że za​cznie
sil​niej na nie​go re​ago​wać, gdy zy​ska pew​ność, że speł​ni jej na​dzie​je. Po​trze​bo​-
wa​ła tyl​ko cza​su. I pry​wat​no​ści.

Za​mknę​ła oczy i słu​cha​ła me​lo​dii, żeby wpra​wić się w od​po​wied​ni na​strój, ale

prze​szko​dził jej głos Zaca, wy​raź​nie roz​ba​wio​ny i zde​cy​do​wa​nie zbyt bli​ski:

– Czas na to​ast, Ada​mie, chy​ba że chcesz, że​bym cię za​stą​pił?
–  Nie.  Sam  go  wznio​sę.  Za​pra​szam  do  środ​ka!  –  za​wo​łał  gło​śniej  do  tań​czą​-

cych na ta​ra​sie par.

Gdy go​ście za​czę​li wy​cho​dzić, Dana zo​sta​ła na miej​scu. I do​brze zro​bi​ła, bo za

chwi​lę  zo​ba​czy​ła  Ro​bi​nę  obej​mu​ją​cą  Ada​ma.  Ku  jej  za​sko​cze​niu  ten  wi​dok  nie
obu​dził w niej za​zdro​ści, tyl​ko współ​czu​cie dla dziew​czy​ny i ulgę, że ich roz​sta​-
nie nie ob​cią​ży jej su​mie​nia, po​nie​waż już wcze​śniej je za​pla​no​wał.

Prze​ma​wiał  krót​ko,  ze  swa​dą  i  uczu​ciem,  jak  przy​sta​ło  na  pana  domu.  Danę

cie​ka​wi​ło, kto zło​ży im ży​cze​nia szczę​ścia, kie​dy na​dej​dzie dzień ich za​rę​czyn.
Może Ed​die? Bo na pew​no nie Zac, któ​ry stał w drzwiach z ka​mien​ną twa​rzą.

Po​sta​no​wi​ła wię​cej nie zwra​cać na nie​go uwa​gi. Po​nie​waż nie ule​ga​ło wąt​pli​-

wo​ści, że Ro​bi​na już nie wy​pu​ści Ada​ma z uści​sku, Dana tań​czy​ła z każ​dym, kto
ją po​pro​sił. Ga​wę​dzi​ła ze star​szy​mi go​ść​mi, któ​rzy pa​mię​ta​li ją z daw​nych cza​-
sów,  i  nie​zli​czo​ną  ilość  razy  od​po​wie​dzia​ła  na  py​ta​nie,  w  jaki  spo​sób  po​now​nie
na​wią​za​ły kon​takt z Ni​co​lą. Usta ją bo​la​ły od nie​ustan​nych uśmie​chów. Mię​śnie
stę​ża​ły z na​pię​cia, po​nie​waż przez cały wie​czór sta​ra​ła się unik​nąć po​now​ne​go
spo​tka​nia z Za​kiem.

Gdy  przy​jezd​ni  za​czę​li  po​wo​li  wy​cho​dzić,  po​sta​no​wi​ła  zre​zy​gno​wać  z  kawy

i ka​na​pek przy​go​to​wa​nych dla no​cu​ją​cych w Man​nion, po ci​chu uspra​wie​dli​wić
się przed Ni​co​lą i umknąć do swo​je​go po​ko​ju. Przy​sta​nę​ła w ciem​nym holu i po​-
pa​trzy​ła  na  ży​ran​dol.  Wes​tchnę​ła  głę​bo​ko  na  wspo​mnie​nie  po​ca​łun​ku  Ada​ma
sprzed lat.

– Nie​ste​ty to nie czas na je​mio​łę, bel​la mia, więc mu​szą ci wy​star​czyć wspo​-

mnie​nia – do​biegł ją ci​chy, szy​der​czy głos zza ple​ców.

Za​sko​czo​na Dana gwał​tow​nie na​bra​ła po​wie​trza. Gdy od​wró​ci​ła gło​wę, na​po​-

tka​ła iro​nicz​ne spoj​rze​nie Zaca.

– Szpie​go​wał nas pan? – spy​ta​ła.
– Nie. Tra​fi​łem na was przy​pad​kiem, scho​dząc na dół. Adam mnie spo​strzegł,

background image

ale ty nie wi​dzia​łaś świa​ta, oszo​ło​mio​na swo​ją świą​tecz​ną sie​lan​ką.

– By​łam jesz​cze dziew​czyn​ką.
– Do​ra​sta​ją​cą i po​zna​ją​cą uro​ki by​cia ko​bie​tą, jak oby​dwo​je do​sko​na​le pa​mię​-

ta​my.

– Pro​szę wy​ba​czyć, ale nie mam na​stro​ju na wspo​mnie​nia. – Prze​mil​cza​ła, że

zwłasz​cza  te,  któ​re  po​nad  wszyst​ko  pra​gnę​ła  wy​ma​zać  z  pa​mię​ci:  jego  słów,
piesz​czot i po​ca​łun​ków.

Ru​szy​ła ku scho​dom, ale zła​pał ją za bio​dra, przy​cią​gnął do sie​bie i de​li​kat​nie

mu​snął usta​mi kark, ło​pat​ki i prze​su​wał je co​raz ni​żej wzdłuż od​sło​nię​tych ple​-
ców. Zda​wa​ła so​bie spra​wę, że wy​star​czy krzyk​nąć, żeby ktoś przy​biegł, ale za​-
bra​kło  jej  tchu.  Czu​ła,  jak  jej  pier​si  na​brzmie​wa​ją,  a  sut​ki  tward​nie​ją,  choć  to
nie Zaca chcia​ła sku​sić tą ele​ganc​ką, ko​bie​cą kre​acją. To Adam po​wi​nien trzy​-
mać ją w ra​mio​nach, ca​ło​wać, a po​tem za​nieść do swo​jej sy​pial​ni, a nie ten dru​-
gi, któ​ry już w prze​szło​ści jej za​szko​dził. Mu​sia​ła go po​wstrzy​mać, za​nim zaj​dą
za da​le​ko.

–  Pro​szę  mnie  na​tych​miast  pu​ścić  –  za​żą​da​ła  jak​by  nie  swo​im,  schryp​nię​tym

gło​sem.

Zac  przez  chwi​lę  stał  bez  ru​chu.  Tyl​ko  cie​pły  od​dech  uno​sił  luź​ne  pa​sem​ka

wło​sów na kar​ku. Do​pie​ro gdy za​czę​ła szyb​ciej od​dy​chać, wma​wia​jąc so​bie, że
to ze stra​chu, ode​rwał ręce od jej bio​der i po​zwo​lił odejść.

Nie  wia​do​mo  dla​cze​go,  wcho​dząc  na  górę,  przy​sta​nę​ła  na  za​krę​cie  scho​dów

i zer​k​nę​ła przez ra​mię tyl​ko po to, żeby zo​ba​czyć pu​sty, ci​chy hol. Naj​dziw​niej​-
sze, że w tym mo​men​cie do​pa​dło ją nie​wy​tłu​ma​czal​ne po​czu​cie osa​mot​nie​nia.

–  Czy​ste  sza​leń​stwo  –  wy​mam​ro​ta​ła  do  sie​bie  pod  no​sem  i  ru​szy​ła  da​lej  po

scho​dach, w jesz​cze więk​szą, nie​prze​nik​nio​ną ciem​ność.

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY

Na​stęp​ne​go ran​ka, gdy Dana ze​szła na śnia​da​nie, za​sta​ła w ja​dal​ni tyl​ko Ed​-

die​go i Ni​co​lę.

– Gdzie po​zo​sta​li? – spy​ta​ła.
– Mama z tatą po​szli do ko​ścio​ła na ko​lej​ną roz​mo​wę z pa​sto​rem, a resz​ta to​-

wa​rzy​stwa  gra  w  te​ni​sa,  póki  słoń​ce  nie  pra​ży  zbyt  moc​no  –  wy​ja​śnił  Ed​die.  –
Do​brze zro​bi​łaś, że po​szłaś wcze​śniej spać tak jak moi ro​dzi​ce. Po two​im wyj​-
ściu roz​pę​ta​ło się ist​ne pie​kło, gdy cio​cia Nic, Mimi, znów za​czę​ła swa​tać Ada​-
ma.  W  efek​cie  Zac  od​wo​zi  za​pła​ka​ną  Ro​bi​nę  do  Lon​dy​nu,  żeby  za​bra​ła  swo​je
rze​czy  z  jego  miesz​ka​nia.  Adam  po​dą​żył  za  nimi,  przy​pusz​czal​nie  żeby  spraw​-
dzić, czy ni​cze​go nie za​po​mnia​ła.

– Pod​czas gdy cio​cia Mimi po​szła do łóż​ka z ja​kąś fla​szecz​ką i fiol​ką aspi​ry​ny –

wtrą​ci​ła  Ni​co​la,  po​da​jąc  Da​nie  kawę.  –  Wiel​kie  dzię​ki  za  mi​lut​ki  week​end  na
wsi!

– Ojej! – jęk​nę​ła Dana.
– Moim zda​niem ty też wy​glą​dasz, jak​byś po​trze​bo​wa​ła cze​goś na wzmoc​nie​-

nie – za​uwa​żył Ed​die.

Dana prze​mil​cza​ła, że bra​ku​je jej je​dy​nie snu i do​brych wia​do​mo​ści. Nie​obec​-

ność Zaca przy​nio​sła jej pew​ną ulgę, ale li​czy​ła na to, że Adam za​pro​po​nu​je na​-
stęp​ne spo​tka​nie. Zmar​twi​ło ją, że wy​je​chał bez po​że​gna​nia. Z wy​sił​kiem przy​-
wo​ła​ła uśmiech na twarz.

– To sku​tek nad​mia​ru szam​pa​na. Szyb​ko doj​dę do sie​bie – za​pew​ni​ła po​spiesz​-

nie.  –  Szko​da  mi  tyl​ko  Ro​bi​ny,  ale  może  ten  in​cy​dent  skło​ni  pana  Be​li​san​dra,
żeby po​my​ślał dwa razy, za​nim po​now​nie wtrą​ci się w pry​wat​ne spra​wy Ada​ma.

– Po​dob​no przy​wiózł ją tu z jej ini​cja​ty​wy – wy​ja​śni​ła Ni​co​la. – Wy​sła​ła Za​co​wi

wia​do​mość, żeby ode​brał ją  ze sta​cji, wsia​dła w  po​ciąg i przy​je​cha​ła.  Usi​ło​wał
jej wy​tłu​ma​czyć, że po​peł​nia błąd, na​kła​niał do po​wro​tu do Lon​dy​nu, ale nie słu​-
cha​ła.

– Może ją po​cie​szy, pro​po​nu​jąc mał​żeń​stwo, jak wcze​śniej su​ge​ro​wa​łaś – rzu​-

ci​ła Dana lek​kim to​nem.

– Szcze​rze w to wąt​pię – orzekł Ed​die.

Dana szyb​ko po​ża​ło​wa​ła, że po​sta​no​wi​ła zo​stać wraz z po​zo​sta​ły​mi do lun​chu.

Mimi La​ti​mer ze​szła na kawę z chu​s​tecz​ką przy oczach i miną cier​pięt​ni​cy, jak​-
by to ją skrzyw​dzo​no. Mar​chwo​odo​wie na próż​no usi​ło​wa​li ją roz​we​se​lić. Dana
po​spiesz​nie do​pi​ła kawę i wró​ci​ła do po​ko​ju, spa​ko​wać rze​czy. W drzwiach za​-
sta​ła wy​cho​dzą​cą pa​nią Har​ris.

– Po​pro​szo​no mnie o do​star​cze​nie pani li​stu – po​in​for​mo​wa​ła. – Po​nie​waż mam

background image

peł​ne ręce ro​bo​ty, zo​sta​wi​łam go na noc​nym sto​li​ku.

Dana  po​dzię​ko​wa​ła  non​sza​lanc​ko,  żeby  ukryć,  że  jej  ser​ce  co  naj​mniej  dwu​-

krot​nie przy​spie​szy​ło rytm.

W  ko​per​cie  opar​tej  o  lamp​kę  noc​ną  zna​la​zła  kart​kę  z  trze​ma  sło​wa​mi  bez

pod​pi​su:

Do zo​ba​cze​nia wkrót​ce.
Dana prze​czy​ta​ła, zmię​ła kart​kę w kul​kę i wy​szep​ta​ła:
– Oby jak naj​szyb​ciej, Ada​mie.

Mi​nę​ło jed​nak peł​nych dzie​sięć dni, za​nim za​dzwo​nił do niej do pra​cy i za​pro​-

po​no​wał wspól​ny lunch, jak​by uwa​żał za oczy​wi​ste, że wy​ra​zi zgo​dę. Każ​dy na
jego  miej​scu  za​su​ge​ro​wał​by  co  naj​mniej  przy​szły  ty​dzień,  żeby  zo​sta​wić  roz​-
mów​cy  wy​bór  ter​mi​nu.  Ale  czy  mo​gła  ry​zy​ko​wać  od​mo​wę  z  po​wo​du  ura​żo​nej
dumy?

– Za​dzwo​ni​łeś w od​po​wied​nim mo​men​cie – od​rze​kła po chwi​li wa​ha​nia. – Wła​-

śnie za​mie​rza​łam za​mó​wić ka​nap​kę.

–  Do​sko​na​le.  Nie​da​le​ko  od  two​je​go  miej​sca  pra​cy  jest  bar  win​ny  U  Sama.

Przy​szła​byś tam?

– Cze​mu nie? Mu​szę koń​czyć. Ktoś dzwo​ni z dru​gie​go te​le​fo​nu.
Kła​ma​ła,  ale  nie  chcia​ła,  żeby  usły​szał  ra​dość  w  jej  gło​sie.  Na​ło​ży​ła  szmin​kę

na usta i dys​kret​nie skro​pi​ła per​fu​ma​mi szy​ję i nad​garst​ki.

Adam cze​kał na nią przy za​tło​czo​nym ba​rze. Za​pro​wa​dził ją do sto​li​ka na ta​-

ra​sie i za​mó​wił bu​tel​kę fra​sca​ti w lo​dzie.

–  Nie​zbyt  od​po​wied​nie  do  świę​to​wa​nia  spo​tka​nia  po  la​tach,  ale  nie  mo​głem

dłu​żej cze​kać.

Danę ku​si​ło, żeby za​py​tać,  dla​cze​go w ta​kim ra​zie  cze​kał, ale sam  za​spo​ko​ił

jej cie​ka​wość:

– Nie zna​łem two​je​go nu​me​ru te​le​fo​nu, a w Man​nion, w tak na​pię​tej sy​tu​acji,

nie wy​pa​da​ło ni​ko​go py​tać.

Dana po​my​śla​ła, że bez pro​ble​mu mógł uzy​skać jej nu​mer od Ni​co​li.
– Mam na​dzie​ję, że do​szli​ście do po​ro​zu​mie​nia?
–  Z  ro​dzi​ną  tak,  ale  do  Ro​bi​ny  nie  wró​cę.  To  wspa​nia​ła  dziew​czy​na  i  kie​dyś

uczy​ni  ko​goś  szczę​śli​wym,  ale  nie  mnie.  Ni​g​dy  nie  pla​no​wa​łem  z  nią  wspól​nej
przy​szło​ści.

Dana ma​rzy​ła o ta​kim za​pew​nie​niu. Sama nie ro​zu​mia​ła, cze​mu zde​ner​wo​wa​-

ło ją za​miast ucie​szyć. Kie​dy przy​nie​sio​no im ko​szy​czek chru​pią​ce​go chle​ba i mi​-
secz​kę oli​wek, po​szu​ka​ła neu​tral​ne​go te​ma​tu:

– Czy gry​wasz jesz​cze w te​ni​sa?
–  Bar​dzo  rzad​ko.  Obec​nie  wolę  spor​ty  wod​ne.  Że​glu​ję  na  po​łu​dnio​wym  wy​-

brze​żu, upra​wiam sur​fing i nur​ku​ję w Korn​wa​lii i in​nych miej​scach. Na​le​żę też
do klu​bu po​szu​ki​wa​czy wra​ków. Nic oczy​wi​ście uwa​ża mnie za sza​leń​ca, ale ona
nie lubi przy​gód. Ma​rzy tyl​ko o domu i dzie​ciach z Ed​diem. – Ostat​nie​mu zda​niu
to​wa​rzy​szy​ło lek​ce​wa​żą​ce prych​nie​cie, któ​re zi​ry​to​wa​ło Danę.

background image

– Być może, pod​czas gdy pa​no​wie szu​ka​ją wra​żeń w dzi​czy, prak​tycz​ne po​dej​-

ście  ko​biet  po​zwa​la  świa​tu  nor​mal​nie  funk​cjo​no​wać  –  sko​men​to​wa​ła  z  prze​ką​-
sem.

– Pew​nie z jego po​wo​du ucie​ka​my na łono na​tu​ry.
Dana omal się nie skrzy​wi​ła. Adam po​chy​lił się ku niej.
– Po​słu​chaj, Dano. Nie będę uda​wał, że ży​cie pły​nę​ło mi po ró​żach w ostat​nich

la​tach. Mu​sia​łem spu​ścić z tonu i iść na pew​ne kom​pro​mi​sy, ale te​raz zy​ska​łem
cel w ży​ciu, ja​kie​go wcze​śniej nie mia​łem. Ro​zu​miesz mnie?

– Oczy​wi​ście – przy​tak​nę​ła, świa​do​ma, że wraz z pra​wem wła​sno​ści do Man​-

nion zy​ska swo​bo​dę.

– W ta​kim ra​zie da​ruj​my so​bie nie​wy​god​ne py​ta​nia. Oby​dwo​je je​ste​śmy do​ro​-

śli i wie​my, jak spra​wy sto​ją.

Dana  przy​pusz​cza​ła,  że  ma  na  my​śli  swo​je  ży​cie  uczu​cio​we.  Naj​wy​raź​niej

przy​pi​sy​wał  jej  do​świad​cze​nie,  któ​re​go  nie  po​sia​da​ła.  Z  ulgą  przy​stą​pi​ła  do  je​-
dze​nia, gdy przy​nie​sio​no mu stek z fryt​ka​mi, a dla niej sa​łat​kę Ce​zar.

Po​si​łek jej sma​ko​wał, ale zre​zy​gno​wa​ła z de​se​ru i za​kry​ła dło​nią kie​li​szek, gdy

chciał go po​now​nie na​peł​nić.

– Pra​cu​ję po po​łu​dniu, tak jak i ty – przy​po​mnia​ła.
– Szko​da – wes​tchnął, uj​mu​jąc jej dłoń. – Mia​łem na​dzie​ję, że na​mó​wię cię na

otwar​cie ko​lej​nej bu​tel​ki w moim miesz​ka​niu. Po​je​cha​li​by​śmy tak​sów​ką. To nie​-
da​le​ko stąd. Zna​leź​li​by​śmy ja​kieś wia​ry​god​ne po​wo​dy, żeby nie wra​cać za biur​-
ka.

– Może ty, ale ja nie mogę od​wo​łać umó​wio​nych spo​tkań, na​wet je​śli pro​po​zy​-

cja brzmi ku​szą​co.

– Na​praw​dę za​mie​rzasz spę​dzić resz​tę ży​cia na sprze​da​wa​niu nie​ru​cho​mo​ści?
– Nie​ko​niecz​nie, ale na ra​zie do​brze mi pła​cą i lu​bię to za​ję​cie. To wy​star​cza​-

ją​ce po​wo​dy, żeby zo​stać w bran​ży.

– Ja na​to​miast z nie​cier​pli​wo​ścią wy​cze​ku​ję chwi​li, kie​dy będę mógł po​now​nie

otwo​rzyć wła​sną dzia​łal​ność, za​miast pra​co​wać jako chło​piec na po​sył​ki u Zaca.
Na​praw​dę nie na​mó​wię cię na wa​ga​ry? – za​py​tał po chwi​li prze​rwy.

– Nie dzi​siaj. Mam za wie​le do stra​ce​nia.
– Trud​no, ale na​stęp​nym ra​zem zro​bię wszyst​ko, że​byś nie ża​ło​wa​ła.
Dana z przy​kro​ścią ob​ser​wo​wa​ła, jak pro​si o ra​chu​nek i krzy​wi się na jego wi​-

dok. Zi​ry​to​wa​ło ją, że za​pla​no​wał za​koń​cze​nie spo​tka​nia u sie​bie, jak​by z góry
uznał ją za ła​twą zdo​bycz. Kie​dy pi​sa​ła na od​wro​cie służ​bo​wej wi​zy​tów​ki nu​mer
swo​je​go  te​le​fo​nu  ko​mór​ko​we​go,  przy​rze​kła  so​bie,  że  nie  zdo​bę​dzie  jej  tak  ła​-
two, jak so​bie obie​cy​wał.

Le​d​wie cmok​nął ją w po​li​czek na po​że​gna​nie, ale rów​no​cze​śnie po​gła​dził kciu​-

kiem po dło​ni i po​słał uwo​dzi​ciel​skie spoj​rze​nie.

Dał jej wie​le do my​śle​nia. Stwier​dzi​ła, że bar​dzo się zmie​nił. Gdy​by go wcze​-

śniej nie zna​ła, do​szła​by pew​nie do wnio​sku, że nie mają ze sobą wie​le wspól​ne​-
go. Ale nie po​win​na go po​chop​nie osą​dzać. Jego wcze​śniej​sza wy​po​wiedź su​ge​-
ro​wa​ła,  że  pra​gnie  sta​bi​li​za​cji,  co  da​wa​ło  na​dzie​ję  na  przy​szłość.  Naj​waż​niej​-

background image

sze, że nie wią​zał jej z Be​li​san​dro In​ter​na​tio​nal, a zwłasz​cza z Za​kiem. W tym
wzglę​dzie mógł li​czyć na jej peł​ne wspar​cie.

– Na​praw​dę cho​dzisz z Ada​mem? – do​py​ty​wa​ła się Ni​co​la z nie​do​wie​rza​niem.

– Od kie​dy?

– Od dwóch ty​go​dni. Nie wspo​mi​nał ci o tym?
– Przy​pusz​cza​łam, że ko​goś ma, jak za​wsze. Zda​jesz so​bie spra​wę z jego nie​-

sta​ło​ści, praw​da?

– Nic po​waż​ne​go nas nie łą​czy – za​pew​ni​ła Dana.
Adam  wpraw​dzie  nie​ustan​nie  na​ci​skał  na  in​tym​ny  zwią​zek,  ale  Dana  kon​se​-

kwent​nie  od​ma​wia​ła.  Choć  jej  opór  nie​wąt​pli​wie  go  in​try​go​wał,  wy​czu​wa​ła,  że
za​czy​na  go  też  draż​nić.  Nie  za​mie​rza​ła  jed​nak  zmie​nić  zda​nia,  póki  nie  da  jej
nie​zbi​te​go do​wo​du, że mu na niej za​le​ży. Być może za​pro​sze​nie na przy​szły ty​-
dzień na przy​ję​cie w Be​li​san​dro In​ter​na​tio​nal sta​no​wi​ło do​bry znak, zwłasz​cza
że Ni​co​la z Ed​diem też zo​sta​li za​pro​sze​ni.

Wie​dzia​ła  o  ogól​no​eu​ro​pej​skiej  kon​fe​ren​cji  w  Lon​dy​nie,  po​nie​waż  Adam  nie​-

ustan​nie  na​rze​kał  na  na​wał  do​dat​ko​wej  pra​cy  i  wy​gó​ro​wa​ne  jego  zda​niem  wy​-
ma​ga​nia Zaca.

– Pa​nie to​wa​rzy​szą​ce przed​się​bior​com do​sta​ną bran​so​let​ki, a pa​no​wie spin​ki

do  man​kie​tów,  oczy​wi​ście  zło​te  –  po​in​for​mo​wał  ją  nie​daw​no.  –  Za​pre​zen​tu​je  je
oso​bi​ście si​gnor Ot​ta​via​no, „Wiel​ki Tata”, już w do​sko​na​łej kon​dy​cji po ope​ra​cji.
Zo​ba​czy​my, jak zło​ty chło​piec znie​sie gra​nie dru​gich skrzy​piec.

Ku jej wła​sne​mu zdzi​wie​niu zło​śli​wy ko​men​tarz zi​ry​to​wał Danę. Prze​cież zo​-

stał  drob​nym  try​bi​kiem  w  ma​chi​nie  Be​li​san​dro  In​n​ter​na​tio​nal  tyl​ko  dla​te​go,  że
jego wła​sna fir​ma pa​dła. I cho​ciaż otrzy​my​wał hoj​ne wy​na​gro​dze​nie, naj​wy​raź​-
niej  pla​no​wał  po​rzu​cić  tę  po​sa​dę.  Przy​pusz​czal​nie  zo​stał  przez  ko​goś  zwer​bo​-
wa​ny na lep​szych wa​run​kach, co po​zwo​li mu na zgro​ma​dze​nie fun​du​szy na re​no​-
wa​cję Man​nion.

– Włóż tę kre​ację, któ​rą mia​łaś na so​bie w dniu za​rę​czyn Nic – po​pro​sił na ko​-

niec. – Chcę cię wszyst​kim za​pre​zen​to​wać.

– Nie​ste​ty, upra​łam ją i od​da​łam or​ga​ni​za​cji do​bro​czyn​nej.
– Dla​cze​go? Wy​glą​da​łaś w niej fan​ta​stycz​nie.
– Już mnie w niej wi​dzia​no. Niech te​raz ktoś inny ją nosi.
Nie  do​da​ła,  że  za  żad​ne  skar​by  nie  za​ło​ży​ła​by  jej  po  raz  dru​gi.  Za  bar​dzo

przy​po​mi​na​ła jej do​tyk ust nie​wła​ści​we​go męż​czy​zny na na​giej skó​rze. Zresz​tą
tym ra​zem nie chcia​ła zwra​cać na sie​bie uwa​gi. Gdy​by zdo​ła​ła wy​my​ślić ja​ką​kol​-
wiek wia​ry​god​ną wy​mów​kę, naj​chęt​niej nie po​szła​by tam wca​le.

Po​sta​no​wi​ła  po​zo​stać  przy  czer​ni.  Zna​la​zła  w  bu​ti​ku  skrom​ną  su​kien​kę  pod

samą szy​ję, z rę​ka​wa​mi do łok​cia i spód​ni​cą do po​ło​wy ły​dek. Adam oczy​wi​ście
stwier​dził,  że  świet​nie  wy​glą​da.  Po​dej​rze​wa​ła,  że  po​wtó​rzył​by  ten  sam  ry​tu​ał,
gdy​by wy​stą​pi​ła w wor​ku.

Po​je​cha​li tak​sów​ką ra​zem z Ni​co​lą i Ed​diem do ho​te​lu Ca​pi​tal Im​pe​ria​le. We​-

szli do sali ba​lo​wej na pię​trze sze​ro​ką, mar​mu​ro​wą klat​ką scho​do​wą, oświe​tlo​ną

background image

wspa​nia​ły​mi ży​ran​do​la​mi. Go​ściom przy​gry​wał z po​dium w rogu kwar​tet jaz​zo​-
wy.

–  Je​dze​nie  jest  w  dru​gim  po​ko​ju  –  po​in​for​mo​wał  Adam.  –  Ma​so​wy  ca​te​ring

w wiel​kiej ska​li.

Sio​stra  ob​rzu​ci​ła  go  kar​cą​cym  spoj​rze​niem  za  nie​sto​sow​ne  kpi​ny.  Za​nim  ru​-

szy​li w stro​nę ja​dal​ni, za​stą​pi​ła im dro​gę wy​so​ka szczu​pła dziew​czy​na w oku​la​-
rach.

–  Wresz​cie  przy​je​cha​łeś,  Ada​mie!  –  wy​krzyk​nę​ła  na  jego  wi​dok.  –  Mamy  po​-

waż​ny pro​blem.

– Nie może za​cze​kać do ju​tra? W koń​cu je​ste​śmy na przy​ję​ciu.
–  Nie.  Trze​ba  go  roz​wią​zać  na​tych​miast.  Upo​min​ki  dla  go​ści  nie  na​de​szły,

a  pan  Be​li​san​dro  ma  je  za​pre​zen​to​wać.  Mię​dzy  in​ny​mi  po  to  przy​je​chał  aż
z Włoch. Po​twier​dzi​łeś go​dzi​nę i datę u do​staw​ców?

– Ależ oczy​wi​ście – od​parł lo​do​wa​tym to​nem. – Chcesz spraw​dzić?
– Mu​szę. Dy​rek​tor ho​te​lu od​dał nam do dys​po​zy​cji po​kój i kom​pu​ter. Póki nie

usta​li​my, gdzie po​peł​nio​no błąd, za​po​mnij​my o za​ba​wie.

Adam za​klął pod no​sem, po czym zwró​cił się do Dany:
–  Zo​sta​wiam  cię  z  Ed​diem  i  Nic  na  pół  go​dzi​ny.  Mu​si​my  wy​ja​śnić  nie​po​ro​zu​-

mie​nie, o ile ja​kieś w ogó​le za​szło.

Kie​dy wy​szli, Ni​co​la stwier​dzi​ła:
– We​dług mo​jej oce​ny pół go​dzi​ny nie wy​star​czy. Musi szyb​ko nad​ro​bić nie​do​-

pa​trze​nie, żeby wyjść cało z opre​sji. Dam gło​wę, że to on za​wi​nił. Lubi spek​ta​-
ku​lar​ne ge​sty, ale uwa​ża ta​kie dro​bia​zgi jak za​pew​nie​nie ter​mi​no​wej do​sta​wy za
god​ne po​mniej​szych śmier​tel​ni​ków. Dla​te​go Ca​rol awan​so​wa​ła, a on nie.

Dana wresz​cie po​ję​ła, dla​cze​go Adam roz​wa​ża zmia​nę pra​cy. Zre​zy​gno​wa​na,

ru​szy​ła z Ni​co​lą i jej na​rze​czo​nym w kie​run​ku bu​fe​tu.

Ni​co​la bło​go wes​tchnę​ła na wi​dok pie​cze​ni z wo​ło​wi​ny, szyn​ki, in​dy​ka i zim​ne​-

go bu​fe​tu na dru​gim sto​le z sze​ro​kim asor​ty​men​tem owo​ców mo​rza i eg​zo​tycz​-
nych  sa​ła​tek.  Wraz  z  Ed​diem  z  za​pa​łem  na​kła​da​li  so​bie  mię​so,  pod​czas  gdy
Dana po​prze​sta​ła na ho​ma​rze z ry​żem.

Zgod​nie  z  prze​wi​dy​wa​nia​mi  Ni​co​li  po  go​dzi​nie  Adam  jesz​cze  nie  wró​cił.  Po​-

zba​wio​na jego to​wa​rzy​stwa Dana czu​ła się nie​zręcz​nie. Mimo pro​te​stów to​wa​-
rzy​szy po​sta​no​wi​ła wyjść wcze​śniej. Zmie​rza​ła przez wiel​ki hol w kie​run​ku szat​-
ni,  gdy  usły​sza​ła  swo​je  imię.  Od​wró​ciw​szy  gło​wę,  uj​rza​ła  Zaca  wy​cho​dzą​ce​go
z win​dy. Na jego wi​dok przy​sta​nę​ła z ocią​ga​niem.

– Chy​ba jesz​cze nie wy​cho​dzisz? – za​gad​nął, gdy do niej pod​szedł.
–  Wła​śnie  za​mie​rza​łam.  Kie​dy  Adam  mnie  za​pra​szał,  nie  prze​wi​dział,  że  bę​-

dzie dziś wie​czór pra​co​wał.

– Bar​dzo mi przy​kro z po​wo​du wa​sze​go wspól​ne​go roz​cza​ro​wa​nia, ale gdy​by

na​le​ży​cie  wy​ko​nał  przy​dzie​lo​ne  za​da​nie,  nie  mu​siał​by  nad​ra​biać  za​le​gło​ści.
Zresz​tą za​pro​sze​nie wy​szło ode mnie. Obie​ca​łem, że się wkrót​ce zo​ba​czy​my.

– Kie​dy?
– W li​ście. Do​sta​łaś go?

background image

– Tak, ale nie wie​dzia​łam, że to pan go na​pi​sał.
– Ko​lej​ne roz​cza​ro​wa​nie! Ale nie mo​żesz te​raz wyjść. Ktoś chce cię po​znać.
– Dzię​ku​ję, ale po​zo​sta​nę przy swo​im pla​nie i znaj​dę tak​sów​kę.
– Wy​klu​czo​ne. Tata nie lubi, gdy ktoś lek​ce​wa​ży jego ży​cze​nia.
– To chy​ba ce​cha ro​dzin​na – za​uwa​ży​ła z prze​ką​sem.
– Gra​tu​lu​ję spo​strze​gaw​czo​ści, mia bel​la.
– Nie je​stem pięk​na! – prych​nę​ła ze zło​ścią.
– W tej nud​nej su​kien​ce ra​czej nie. Ale bez niej… Ma​don​na!
Dana za​nie​mó​wi​ła. Po​czu​ła, że po​licz​ki pło​ną jej ży​wym ogniem. Za​nim ochło​-

nę​ła, Zac wpro​wa​dził ją do win​dy i za​wiózł wprost na ostat​nie pię​tro.

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY

Gdy Dana uj​rza​ła Ot​ta​via​na Be​li​san​dra, od razu wie​dzia​ła, jak Zac bę​dzie wy​-

glą​dał w jego wie​ku. Z si​wy​mi wło​sa​mi, głę​biej rzeź​bio​ny​mi ry​sa​mi, na​dal roz​ta​-
czał wo​kół sie​bie aurę wła​dzy. Ema​no​wał wi​tal​no​ścią tak jak jego syn. Sama nie
ro​zu​mia​ła, skąd ta​kie my​śli przy​szły jej do gło​wy i co ją to wszyst​ko ob​cho​dzi.

Za​sko​czył  ją  brak  te​le​fo​nów,  lap​to​pów  czy  in​nych  urzą​dzeń  elek​tro​nicz​nych.

Naj​wy​raź​niej szef mię​dzy​na​ro​do​we​go im​pe​rium nie po​trze​bo​wał no​wo​cze​snych
osią​gnięć tech​ni​ki, żeby wzmoc​nić swój au​to​ry​tet. Wstał na po​wi​ta​nie, a gdy Zac
ją przed​sta​wił, moc​no uści​snął jej dłoń i uprzej​mie po​pro​sił, żeby usia​dła. Dana
z ocią​ga​niem speł​ni​ła jego proś​bę. Zac sta​nął za nią i oparł rękę na opar​ciu jej
fo​te​la.  Nie  do​ty​kał  jej  wpraw​dzie,  lecz  jego  bli​skość  wpra​wia​ła  ją  w  ner​wo​we
za​kło​po​ta​nie.

– Miło mi po​znać sio​strze​ni​cę oso​by, któ​ra opie​ku​je się moją ku​zyn​ką, Se​ra​fi​ną

z  od​da​niem  i  po​świę​ce​niem  –  za​gad​nął  star​szy  pan,  wró​ciw​szy  na  miej​sce.  –
Szko​da,  że  wcze​śniej  pani  nie  spo​tka​łem.  Dla​cze​go  ni​g​dy  nie  od​wie​dzi​ła  pani
cio​ci we Wło​szech?

Szcze​ra od​po​wiedź na nie​spo​dzie​wa​ne py​ta​nie: „Bo nie by​ła​bym tam mile wi​-

dzia​na”, nie wcho​dzi​ła w grę, to​też od​po​wie​dzia​ła wy​mi​ja​ją​co:

– Po​nie​waż obo​wiąz​ki nie po​zwa​la​ją mi na dłuż​szy urlop, zwy​kle or​ga​ni​zu​ję so​-

bie w ostat​niej chwi​li krót​ki wy​po​czy​nek w kra​ju.

–  Wie​le  pani  tra​ci.  Moja  ku​zyn​ka,  Se​ra​fi​na,  miesz​ka  nie​da​le​ko  ode  mnie  nad

je​zio​rem Como. To je​den z naj​pięk​niej​szych za​kąt​ków świa​ta. Po​win​na go pani
ko​niecz​nie zo​ba​czyć. – Za​milkł na chwi​lę, po czym za​py​tał: – Czy ta po​sa​da wie​-
le dla pani zna​czy?

Oczy​wi​ście,  choć  ka​rie​ra  za​wo​do​wa  ni​g​dy  nie  była  jej  głów​nym  prio​ry​te​tem.

Je​dy​ny  cel  jej  ży​cia  sta​no​wi​ło  Man​nion.  Naj​chęt​niej  wy​krzy​cza​ła​by  to  tak  gło​-
śno, żeby cały Lon​dyn usły​szał, a zwłasz​cza Zac. Jego obec​ność dziw​nie ją obez​-
wład​nia​ła, od​bie​ra​ła zdol​ność lo​gicz​ne​go my​śle​nia. Zmo​bi​li​zo​wa​ła całą siłę woli,
by upo​rząd​ko​wać cha​otycz​ne my​śli i prze​rwać nie​zręcz​ne mil​cze​nie. Z tru​dem
wy​do​by​ła głos ze ści​śnię​te​go gar​dła:

– Agen​cja Ja​rvi​sa Strat​to​na na​le​ży do naj​bar​dziej pre​sti​żo​wych w sto​li​cy. Do​-

stać  tam  pra​cę  to  praw​dzi​wy  przy​wi​lej  –  po​in​for​mo​wa​ła  zgod​nie  z  fak​tycz​nym
sta​nem rze​czy, co po​zwo​li​ło jej ukryć wła​sne wąt​pli​wo​ści, oba​wy i roz​ter​ki.

– Ro​zu​miem, ale mło​de, pięk​ne dziew​czy​ny zwy​kle pra​gną cze​goś wię​cej. Nie

ma pani pry​wat​nych ma​rzeń?

– W dzi​siej​szej sy​tu​acji eko​no​micz​nej tyl​ko nie​licz​ni mogą so​bie na nie po​zwo​-

lić. Dzię​ku​ję, że po​świę​cił mi pan tyle cza​su, ale pora wra​cać do przy​ja​ciół – do​-
da​ła, wsta​jąc z miej​sca.

background image

Pan Be​li​san​dro rów​nież wstał.
– Mój syn pa​nią  od​pro​wa​dzi. Ja jesz​cze chwi​lę  zo​sta​nę, żeby gdzieś  za​dzwo​-

nić,  ale  po  za​koń​cze​niu  roz​mo​wy  do​łą​czę  do  was.  Wy​pi​je​my  ra​zem  kie​li​szek
wina, do​brze?

Nie! – za​pro​te​sto​wał we​wnętrz​ny głos w gło​wie Dany jak wte​dy, gdy zo​ba​czy​-

ła na ta​ra​sie Zaca cze​ka​ją​ce​go na nią jak mrocz​ny cień. Cień bu​rzo​wej chmu​ry,
go​to​wej po​rwać ją w nie​zna​ne, je​że​li nie sta​wi opo​ru i nie za​cznie wal​czyć o ży​-
cie, ja​kie dla sie​bie wy​bra​ła. Przy​wo​ła​ła na twarz ko​lej​ny uprzej​my uśmiech.

– Bar​dzo miło z pań​skiej stro​ny, ale wie​le osób cze​ka, żeby po​roz​ma​wiać z pa​-

nem i pań​skim sy​nem. A ja po​win​nam już wra​cać. Mi​łe​go wie​czo​ru. – Ru​szy​ła ku
drzwiom, a po​tem ko​ry​ta​rzem w stro​nę win​dy, świa​do​ma, że Zac idzie o krok za
nią. Wy​cią​gnę​ła rękę, żeby na​ci​snąć gu​zik, ale po​chwy​cił jej dłoń.

– Na​praw​dę tak bar​dzo chcesz uciec? – za​py​tał.
– Za​mie​rza​łam wyjść już wcze​śniej, za​nim mnie pan za​trzy​mał.
– Zo​stań, pro​szę.
–  Na  lamp​kę  wina  z  pań​skim  oj​cem?  Uwa​ża  pan,  że  po​wi​nien  pić  al​ko​hol

wkrót​ce po ope​ra​cji ser​ca?

– Nie. I nie uda​waj, że nie ro​zu​miesz. Pra​gnę, że​byś zo​sta​ła do koń​ca przy​ję​-

cia, a po​tem spę​dzi​ła ze mną noc.

Dana spu​ści​ła wzrok na dy​wan, po​tem prze​nio​sła go na ścia​nę, byle nie na​po​-

tkać go​rą​ce​go spoj​rze​nia, któ​re przy​po​mi​na​ło po​ca​łu​nek sprzed lat i dziw​ną, że​-
nu​ją​cą sła​bość, któ​ra ją ogar​nia​ła, ile​kroć jej do​tknął.

– Jak pan śmie ob​ra​żać mnie tego ro​dza​ju pro​po​zy​cja​mi, kie​dy do​sko​na​le pan

wie, że na​le​żę do Ada​ma! – wy​tknę​ła.

–  Nie​praw​da.  Ni​g​dy  do  ni​ko​go  nie  na​le​ża​łaś  i  nie  je​steś  na  tyle  pew​na  jego

uczuć, żeby mu się od​dać. Przy​naj​mniej w tym wzglę​dzie za​cho​wa​łaś roz​są​dek.

– Wła​śnie mi pod​po​wia​da, żeby trzy​mać się od pana z da​le​ka, o ile nie za​trzy​-

ma mnie pan siłą.

– Oby​dwo​je wie​my, że nie mu​szę. A może ży​czysz so​bie, że​bym ci udo​wod​nił,

że mam ra​cję, moja słod​ka hi​po​kryt​ko?

– Nie pra​gnę ni​cze​go in​ne​go, jak uciec raz na za​wsze od pana i pań​skich ohyd​-

nych in​sy​nu​acji.

Zac pu​ścił jej rękę, na​ci​snął gu​zik i od​stą​pił do tyłu, gdy drzwi ka​bi​ny się otwo​-

rzy​ły.

– Bu​ona not​te, Dana mia  –  po​wie​dział  z  nie​wzru​szo​nym  spo​ko​jem.  –  Śpij  do​-

brze.

– Nie ży​czy mi pan słod​kich snów?
–  Nie,  bo  gdy​byś  zo​sta​ła,  sama  byś  stwier​dzi​ła,  że  rze​czy​wi​stość  może  być

o wie​le słod​sza. – Ostat​nie​mu zda​niu to​wa​rzy​szył uśmiech, któ​ry prze​śla​do​wał ją
przez całą dro​gę po​wrot​ną.

– No do​brze, przy​zna​ję, że po​peł​ni​łem błąd – wes​tchnął Adam, wzru​sza​jąc ra​-

mio​na​mi. – Ale nie spo​wo​do​wa​łem ka​ta​stro​fy. Pre​zen​ta​cję odło​żo​no na na​stęp​ny

background image

dzień. Ta prze​klę​ta Ca​rol nie mu​sia​ła trzy​mać mnie w biu​rze do dru​giej w nocy.
Pew​nie boi się utra​ty pra​cy.

– A ty nie?
– Nie in​te​re​su​je mnie ru​ty​no​wa ro​bo​ta. Mam cie​kaw​sze pla​ny.
Danę  ku​si​ło,  żeby  spy​tać,  ja​kie,  żeby  móc  do​sto​so​wać  do  nich  wła​sne  bez

zbęd​nych kom​pli​ka​cji.

– Grunt, że wiel​ki Don Ot​ta​via​no wra​ca ju​tro do Włoch. Na​resz​cie nie bę​dzie​-

my mu​sie​li tań​czyć, jak nam za​gra – do​dał Adam.

– Mó​wisz o nim jak o sze​fie ma​fii – za​pro​te​sto​wa​ła Dana.
– Dla​te​go, że bar​dziej dba o spra​wy ma​te​rial​ne pod​wład​nych niż o za​pew​nie​-

nie  im  god​ne​go  ży​cia.  Po​dob​no  wczo​raj  zło​żył  ofi​cjal​ną  wi​zy​tę  na  przy​ję​ciu.
Wszy​scy, łącz​nie z Nic i Ed​diem, mu​sie​li po​dejść i zło​żyć mu hołd. Mia​łaś szczę​-
ście, że cię to omi​nę​ło. W do​dat​ku le​d​wie jed​no z Be​li​san​drów wy​je​dzie, za​raz
przy​je​dzie dru​gie. Cho​ciaż nie po​wi​nie​nem na​rze​kać, bo Se​ra​fi​na przy​jeż​dża tu
ze wzglę​du na mnie.

Zda​niem Dany fak​tycz​nie nie po​wi​nien.
– Czy za​bie​rze ze sobą moją cio​cię? – spy​ta​ła.
– Nie. To krót​ka wi​zy​ta. Pod​czas jej po​by​tu Zac bę​dzie się nią opie​ko​wał.
Dana zer​k​nę​ła na ze​ga​rek, żeby ukryć roz​cza​ro​wa​nie.
– Mu​szę biec. Je​stem umó​wio​na z klien​ta​mi na oglą​da​nie nie​ru​cho​mo​ści.
– Wiecz​nie gdzieś pę​dzisz – wy​tknął Adam. – Kie​dy znaj​dziesz dość cza​su, że​-

by​śmy mo​gli być na​praw​dę ra​zem?

–  Kie​dy  na​dej​dzie  od​po​wied​nia  pora.  Na  ra​zie  oby​dwo​je  mamy  waż​niej​sze

spra​wy na gło​wie.

Nie wy​ja​wi​ła, co jej na​praw​dę prze​szka​dza​ło, bo​wiem nie tyl​ko Adam nie spał

w noc przy​ję​cia. Choć po​szła wcze​śniej do łóż​ka, dłu​go pa​trzy​ła w ciem​ność i da​-
rem​nie szu​ka​ła spo​so​bu, żeby wy​rzu​cić Zaca Be​li​san​dra z pa​mię​ci.

W  dro​dze  do  Man​nion  Dana  tłu​ma​czy​ła  so​bie,  że  pod​ję​ła  wła​ści​wą  de​cy​zję.

Zbyt dłu​go trzy​ma​ła Ada​ma na dy​stans. Te​raz, kie​dy po sied​miu la​tach wresz​cie
nad​szedł jego wiel​ki dzień, da mu do​dat​ko​wy po​wód do ra​do​ści, świę​tu​jąc ra​zem
z nim.

W ostat​nich dniach czę​sto by​wał ner​wo​wy lub po​sęp​ny, kie​dy in​dziej znów nie​-

mal  na​chal​ny.  Mu​sia​ła  użyć  wszel​kich  ta​len​tów  dy​plo​ma​tycz​nych,  żeby  za​cho​-
wać  bez​piecz​ny  dy​stans.  Jej  opór  naj​wy​raź​niej  przy​niósł  po​żą​da​ny  efekt,  bo​-
wiem kie​dy spo​tka​ła go dwa dni wcze​śniej wie​czo​rem, szep​nął:

–  Kie​dy  spra​wa  wła​sno​ści  Man​nion  zo​sta​nie  de​fi​ni​tyw​nie  za​ła​twio​na,  mu​si​my

po​waż​nie po​roz​ma​wiać.

Zda​niem Dany ta su​ge​stia za​po​wia​da​ła oświad​czy​ny, wpraw​dzie nie​co przed​-

wcze​sne,  ale  po​nie​waż  sta​no​wi​ły  głów​ny  cel  i  mo​tyw  wszel​kich  jej  dzia​łań,  nie
mia​ła po​wo​du do na​rze​ka​nia, zwłasz​cza że na ich miej​sce wy​brał wła​śnie Man​-
nion.

Z  po​cząt​ku  za​mie​rza​ła  spra​wić  mu  nie​spo​dzian​kę  swo​ją  wi​zy​tą,  jed​nak​że  po

background image

na​my​śle po​sta​no​wi​ła go uprze​dzić na wy​pa​dek, gdy​by Se​ra​fi​na po​sta​no​wi​ła zo​-
stać dłu​żej, za​miast od razu wró​cić do Włoch. Po​nie​waż wy​glą​da​ło na to, że wy​-
łą​czył te​le​fon ko​mór​ko​wy, za​dzwo​ni​ła do domu, ale uzy​ska​ła po​łą​cze​nie tyl​ko za
au​to​ma​tycz​ną se​kre​tar​ką. Zo​sta​wi​ła więc wia​do​mość:

– Po​my​śla​łam, że przy​nio​sę szam​pa​na i rze​czy do spa​nia, żeby po​gra​tu​lo​wać ci

oso​bi​ście. Je​że​li to nie​moż​li​we, daj znać. Wy​ja​dę oko​ło trze​ciej.

Ocze​ki​wa​ła  te​le​fo​nu  lub  wia​do​mo​ści  tek​sto​wej  z  in​for​ma​cją,  że  cze​ka  z  nie​-

cier​pli​wo​ścią, ale żad​na nie na​de​szła. Mimo to po krót​kim prze​my​śle​niu zde​cy​-
do​wa​ła zre​ali​zo​wać swój za​mysł. W koń​cu po to wzię​ła dzień urlo​pu i spę​dzi​ła
cały ra​nek w sa​lo​nie pięk​no​ści.

Oczy​wi​ście zże​ra​ły ją ner​wy przed ofia​ro​wa​niem sie​bie Ada​mo​wi, ale po​wie​-

dzia​ła so​bie, że do od​waż​nych świat na​le​ży. Na​tych​miast przy​po​mnia​ła so​bie też
inne przy​sło​wie: „Cel uświę​ca środ​ki”, mniej atrak​cyj​ne, ale bar​dziej od​po​wia​da​-
ją​ce  praw​dzie.  Nie​ła​two  jej  przy​szło  roz​pro​sze​nie  wąt​pli​wo​ści.  Po​trze​bo​wa​ła
cze​goś moc​niej​sze​go dla do​da​nia od​wa​gi, żeby od​nieść upra​gnio​ne zwy​cię​stwo.

Li​czy​ła na to, że Adam jej otwo​rzy, lecz za​miast nie​go uj​rza​ła w pro​gu pa​nią

Har​ris, któ​ra zro​bi​ła wiel​kie oczy na wi​dok pod​ręcz​nej wa​li​zecz​ki. Dana z tru​-
dem przy​wo​ła​ła uśmiech na twarz.

– Czy za​sta​łam no​we​go wła​ści​cie​la domu? – spy​ta​ła.
– No… tak… Pro​szę za​cze​kać w bi​blio​te​ce, pan​no Gran​tham. Za​wia​do​mię go

o pani przy​by​ciu.

Po od​pro​wa​dze​niu na miej​sce Dana wy​ję​ła bu​tel​kę i po​sta​wi​ła na sto​le. Za​mie​-

rza​ła przy​wi​tać Ada​ma po​ca​łun​kiem, wy​pić z nim szam​pa​na, a na ko​niec iść do
łóż​ka. Przy​rze​kła so​bie, że tym ra​zem nie stchó​rzy. Od​wró​ci​ła się z uśmie​chem,
gdy usły​sza​ła, że ktoś wcho​dzi.

– Bu​on​gior​no, Dana mia – po​wi​tał ją Zac. – Miło cię wi​dzieć.
– To pan? – wy​krztu​si​ła Dana z bez​gra​nicz​nym zdu​mie​niem. – Co pan tu robi?

A gdzie Adam?

– Obec​nie w Lon​dy​nie. Wró​cił tam po od​wie​zie​niu Se​ra​fi​ny na lot​ni​sko. Po​sta​-

no​wił jej po​dzię​ko​wać za hoj​ną da​ro​wi​znę i osta​tecz​nie po​że​gnać.

– Dla​cze​go osta​tecz​nie? Czy jest po​waż​nie cho​ra?
– Nie. Cze​ka ją tyl​ko ope​ra​cja bio​dra, ale Adam dłu​go jej nie zo​ba​czy. Wy​jeż​-

dża do Au​stra​lii. Czyż​by nie prze​dys​ku​to​wał z tobą swo​ich pla​nów? – do​dał po
chwi​li prze​rwy.

Dana  zro​bi​ła  wiel​kie  oczy.  Dość  dłu​go  prze​tra​wia​ła  sło​wa  Zaca,  w  koń​cu

stwier​dzi​ła:

–  Przy​pusz​czam,  że  to  pań​ska  spraw​ka.  Pew​nie  wy​słał  go  pan  do  pra​cy  do

Mel​bo​ur​ne.

–  Nie  –  rzu​cił  krót​ko.  –  Za  bar​dzo  sza​nu​ję  mo​ich  współ​pra​cow​ni​ków,  żeby

obar​czać  ich  Ada​mem.  Ku​pu​je  udzia​ły  w  przed​się​bior​stwie  wy​naj​mu​ją​cym  ło​-
dzie, na​le​żą​cym do jego ojca i bra​ta ma​co​chy. Wy​jeż​dża w przy​szłym ty​go​dniu.

Dana  tak  moc​no  za​ci​snę​ła  pal​ce  na  kra​wę​dzi  dę​bo​we​go  biur​ka,  że  kost​ki  jej

zbie​la​ły.

background image

– Nie wie​rzę, żeby po tylu la​tach cze​ka​nia na Man​nion na​gle je po​rzu​cił, żeby

wy​je​chać na an​ty​po​dy.

–  Cze​mu  nie?  Jego  oj​ciec  bez  opo​rów  zmie​nił  miej​sce  za​miesz​ka​nia.  Mat​ka

zresz​tą też.

– Nie może zo​sta​wić Man​nion na ła​sce losu!
– Daw​no spi​sał je na stra​ty. W ogó​le o nie nie dbał, jak pew​nie sama za​uwa​ży​-

łaś.

– Więc dla​cze​go przy​jął da​ro​wi​znę?
–  Se​ra​fi​na  ży​czy​ła  so​bie,  żeby  ma​ją​tek  jej  męża  po​zo​stał  w  ro​dzi​nie  La​ti​me​-

rów,  nie​ob​cią​żo​ny  do​dat​ko​wym  po​dat​kiem  od  spad​ku.  Kie​dy  oj​ciec  Ada​ma  wy​-
brał ży​cie nad mo​rzem, Adam zo​stał ko​lej​nym dzie​dzi​cem. Z po​cząt​ku mu to im​-
po​no​wa​ło, ale wkrót​ce do​strzegł po​ten​cjal​ne ko​rzy​ści fi​nan​so​we.

– Czyż​by za​mie​rzał wy​na​jąć ko​muś dom na czas po​by​tu za oce​anem?
– Nie.
Na twa​rzy Dany wresz​cie za​go​ścił uśmiech.
–  Więc  musi  za​trud​nić  lu​dzi,  żeby  za​dba​li  o  po​sia​dłość.  Tym  le​piej  dla  mnie.

Nie​za​leż​nie  od  tego,  ile  za​mie​rza  im  za​pła​cić,  ja  zro​bię  to  ta​niej  i  le​piej.  Nie
może od​rzu​cić ta​kiej ofer​ty.

– A co z pra​cą w Lon​dy​nie, któ​rą tak wy​so​ko so​bie ce​nisz?
– Chy​ba pan w to nie wie​rzy? Nie wi​dzi pan, że ni​g​dy nie in​te​re​so​wa​ło mnie

nic prócz Man​nion? Że zro​bię wszyst​ko, żeby z po​wro​tem tu za​miesz​kać, dbać
o nie i przy​wró​cić je do daw​nej świet​no​ści?

– Gdy​bym o tym nie wie​dział, nie do​szło​by do na​szej roz​mo​wy.
Lecz Dana nie słu​cha​ła.
– Mu​szę jak naj​szyb​ciej wró​cić do Lon​dy​nu i po​roz​ma​wiać z nim – stwier​dzi​ła

sta​now​czo.

– Stra​cisz tyl​ko czas.
–  Wręcz  prze​ciw​nie.  Z  ra​do​ścią  zo​sta​wi  Man​nion  w  pew​nych  rę​kach.  Kie​dy

doj​dzie  do  wnio​sku,  że  po​peł​nił  błąd,  wy​jeż​dża​jąc  do  Au​stra​lii,  dom  bę​dzie  na
nie​go cze​kać.

– To two​je ma​rze​nie, nie jego, Dano. Żyje sur​fin​giem i dla​te​go po​sta​no​wił za​-

miesz​kać w miej​scu zwa​nym ra​jem sur​fe​rów. Miej​my na​dzie​ję, że nie do​zna za​-
wo​du,  po​nie​waż  bran​ża  PR  nie  ma  mu  już  nic  wię​cej  do  za​ofe​ro​wa​nia  –  do​dał
z iro​nią w gło​sie.

– Ła​two drwić z in​nych spad​ko​bier​cy oj​cow​skiej for​tu​ny, któ​re​mu ni​g​dy ni​cze​-

go nie bra​ko​wa​ło.

– Ro​dzi​na Be​li​san​dro za​pra​co​wa​ła na swo​ją po​zy​cję. Wal​czy​li​śmy o po​zo​sta​nie

na ryn​ku w okre​sach ko​lej​nych kry​zy​sów. Nie myśl, że ła​two po​dej​mo​wać de​cy​-
zje, kie​dy na czło​wie​ku cią​ży od​po​wie​dzial​ność za los ty​się​cy lu​dzi. Trak​to​wa​li​-
śmy utrzy​ma​nie sta​no​wisk pra​cy jako prio​ry​tet.

Tak jak Dana po​wrót do Man​nion. Nie ule​ga​ło jed​nak wąt​pli​wo​ści, że źle zro​-

zu​mia​ła  in​ten​cje  Ada​ma,  kie​dy  za​pro​po​no​wał  „po​waż​ną  roz​mo​wę”.  Ani  Ni​co​la,
ani Adam ni​g​dy nie dą​ży​li do za​cie​śnie​nia wię​zi z ro​dzi​ną Sa​die​go La​ti​me​ra. Mu​-

background image

sia​ła  go  prze​ko​nać,  że  za​trud​nia​jąc  ją,  zy​ska  naj​lep​szą  go​spo​dy​nię  na  świe​cie.
Kie​dy  zro​zu​mie  swój  błąd,  wró​ci  do  czy​ste​go,  za​dba​ne​go  domu.  Pu​ści​ła  blat
biur​ka, roz​pro​sto​wa​ła obo​la​łe pal​ce i po​pa​trzy​ła na ze​ga​rek.

– Czas na mnie – oświad​czy​ła.
– Już? Pro​si​łaś o roz​mo​wę, a jak do tej pory roz​ma​wia​li​śmy tyl​ko o Ada​mie.
– Pani Har​ris źle mnie zro​zu​mia​ła. Pro​si​łam o kon​takt z wła​ści​cie​lem domu.
– Zo​sta​łem nim dziś w po​łu​dnie. Otwórz​my więc szam​pa​na, któ​re​go prze​zor​-

nie przy​nio​słaś, i wy​pij​my ra​zem za po​myśl​ność Man​nion.

– Nie​moż​li​we… – wy​krztu​si​ła Dana przez ści​śnię​te gar​dło. – Nie zro​bił​by cze​-

goś ta​kie​go… nie mógł​by…

– Chcesz zo​ba​czyć do​ku​men​ty? Trzy​mam je w tym biur​ku, łącz​nie z po​kwi​to​-

wa​niem od Ada​ma.

Oszo​ło​mio​na Dana pół​przy​tom​nie po​krę​ci​ła gło​wą. Zac wes​tchnął, ujął ją pod

ra​mię, po​pro​wa​dził do sa​lo​nu, po​sa​dził w rogu sofy i wy​szedł. Przez chwi​lę sie​-
dzia​ła  jak  ska​mie​nia​ła.  Ukry​ła  twarz  w  dło​niach  i  za​czę​ła  szlo​chać.  Nie  mo​gła
so​bie da​ro​wać, że ob​na​ży​ła du​szę przed Za​kiem Be​li​san​drem. Mu​sia​ła jak naj​-
szyb​ciej dojść do sie​bie, żeby ra​to​wać reszt​ki god​no​ści. Za​nim wró​cił z kawą na
tacy, roz​cze​sa​ła wło​sy pal​ca​mi i usia​dła pro​sto z dłoń​mi zło​żo​ny​mi na ko​la​nach.
Kie​dy po​sta​wił przed nią kawę, za​py​tał:

– Czy wszyst​ko w po​rząd​ku?
– Nie! Jak mógł sprze​dać wła​sne dzie​dzic​two?
Zac wzru​szył ra​mio​na​mi i usiadł na​prze​ciw​ko.
– Oczy​wi​ście zro​bił to dla pie​nię​dzy. Bez wy​gra​nej w kra​jo​wej lo​te​rii w ża​den

spo​sób nie zdo​był​by ta​kiej sumy bez wy​sił​ku.

– Czy pani La​ti​mer nie mia​ła nic prze​ciw​ko temu?
–  Se​ra​fi​na  jest  prag​ma​tycz​na.  Prze​ka​za​ła  ma​ją​tek  zgod​nie  z  przy​pusz​czal​ną

wolą nie​ży​ją​ce​go męża, a po​tem zo​sta​wi​ła no​we​mu wła​ści​cie​lo​wi wol​ną rękę.

– Ale cze​mu sprze​dał go wła​śnie panu?
– A więc od​ga​dłaś, że nie da​rzy​my się sym​pa​tią?
–  Tak  przy​pusz​cza​łam  –  po​twier​dzi​ła,  po​nie​waż  do​brze  pa​mię​ta​ła  wza​jem​ną

nie​chęć, na​ra​sta​ją​cą mię​dzy oby​dwo​ma pa​na​mi w cią​gu mi​nio​ne​go ty​go​dnia.

– Po​nie​waż za​ofe​ro​wa​łem mu cenę, któ​rej żą​dał, za​war​li​śmy pro​stą trans​ak​cję

bez po​śred​ni​ków, dłu​gich ne​go​cja​cji i opłat skar​bo​wych. Nie musi mnie za to lu​-
bić.

– Ale… czy na​praw​dę pra​gnie pan Man​nion?
– Ma swo​je za​le​ty. Poza tym po​trze​bu​ję bazy poza Lon​dy​nem.
– Więc ku​pił je pan dla wy​go​dy, bez cie​nia sen​ty​men​tu. A ja o ni​czym nie wie​-

dzia​łam, choć naj​praw​do​po​dob​niej od​słu​chał pan wia​do​mość, któ​rą zo​sta​wi​łam.
Nie po​my​ślał pan, żeby do mnie za​dzwo​nić i przed​sta​wić rze​czy​wi​stą sy​tu​ację?

– Ani przez chwi​lę, cara mia. Przy​kro mi tyl​ko, że po​zba​wi​łem cię pla​no​wa​nej

oka​zji do świę​to​wa​nia – za​drwił bez​li​to​śnie.

– To bez zna​cze​nia.
Ku wła​sne​mu za​sko​cze​niu stwier​dzi​ła, że to praw​da. Nie czu​ła nic prócz ulgi,

background image

że  nie  musi  się  ni​ko​mu  od​da​wać  ani  upić  do  nie​przy​tom​no​ści,  żeby  prze​ła​mać
za​ha​mo​wa​nia. Do​pie​ro w tym mo​men​cie uświa​do​mi​ła so​bie, jak bar​dzo prze​ra​-
ża​ła ją ta per​spek​ty​wa.

– Już pój​dę – oświad​czy​ła.
– Nie, jesz​cze nie. Nie na​le​ży pro​wa​dzić sa​mo​cho​du po wstrzą​sie.
Zda​niem Dany to okre​śle​nie nie od​da​wa​ło roz​mia​rów ka​ta​stro​fy, któ​ra zruj​no​-

wa​ła jej przy​szłość i ode​bra​ła wszel​ką na​dzie​ję.

Zac na​lał jej moc​nej, aro​ma​tycz​nej kawy i wrę​czył fi​li​żan​kę.
– Po​pro​szę z mle​kiem.
–  Le​piej  wy​pij  czar​ną,  bo  kie​dy  mnie  wy​słu​chasz,  pew​nie  bę​dziesz  po​trze​bo​-

wa​ła do​dat​ko​wej por​cji ko​fe​iny.

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

Dana  by​naj​mniej  nie  po​trze​bo​wa​ła  środ​ka  po​bu​dza​ją​ce​go,  ra​czej  cze​goś  na

uspo​ko​je​nie,  ale  wy​pi​ła  tro​chę,  by  nie  draż​nić  go​spo​da​rza.  Ze  zdzi​wie​niem
stwier​dzi​ła, że go​rą​cy, moc​ny na​pój do​brze jej zro​bił.

– Pań​ska za​po​wiedź za​brzmia​ła bar​dzo po​waż​nie – za​uwa​ży​ła po​zor​nie lek​kim

to​nem, żeby ukryć nie​po​kój.

– Za​war​cie mał​żeń​stwa to po​waż​na de​cy​zja.
– Tak są​dzę, ale nie wie​dzia​łam, że pla​nu​je pan za​ło​że​nie ro​dzi​ny.
– My​śla​łem o tym od pew​ne​go cza​su.
Dana  po​smut​nia​ła.  Wma​wia​ła  so​bie,  że  to  z  po​wo​du  utra​ty  Ada​ma,  a  wraz

z  nim  Man​nion.  Się​gnę​ła  po​now​nie  po  fi​li​żan​kę,  żeby  roz​pro​szyć  smu​tek.  Zac
jako pierw​szy prze​rwał mil​cze​nie:

– W jaki spo​sób ura​to​wa​ła​byś Man​nion od roli pod​rzęd​nej, wiej​skiej re​zy​den​-

cji?

– Po​wi​nien pan prze​dys​ku​to​wać tę kwe​stię ze swo​ją przy​szłą żoną.
– Więc nią zo​stań.
Ręka drgnę​ła Da​nie tak moc​no, że wy​la​ła kawę na nową ko​ra​lo​wą su​kien​kę.
– Je​że​li to żart, to wca​le mnie nie roz​ba​wił – od​po​wie​dzia​ła nie​mal bez tchu.
– Mó​wię se​rio. Na​praw​dę pro​szę cię o rękę.
– W ta​kim ra​zie chy​ba pan osza​lał.
– Kil​ka mi​nut temu de​kla​ro​wa​łaś go​to​wość do wszel​kich po​świę​ceń, byle tyl​ko

zdo​być upra​gnio​ny dom.

Dana z ca​łe​go ser​ca ża​ło​wa​ła, że nie trzy​ma​ła ję​zy​ka za zę​ba​mi. Wzię​ła głę​-

bo​ki od​dech, za​nim oświad​czy​ła:

– Nie je​stem na sprze​daż.
– Ow​szem, zwa​żyw​szy, że by​łaś go​to​wa sprze​dać się Ada​mo​wi.
– Nie ma pan pra​wa tak mnie osą​dzać. Cho​dzi​my ze sobą, jak pan do​sko​na​le

wie.

– Dziw​ne, że mimo tak bli​skiej wię​zi nie wta​jem​ni​czył cię w swo​je pla​ny.
Dana przy​gry​zła war​gę.
–  Praw​do​po​dob​nie  chciał  zy​skać  sta​bi​li​za​cję  fi​nan​so​wą,  za​nim  mnie  po​in​for​-

mu​je.

– Ja​sne. Zno​wu cho​dzi o pie​nią​dze. Pew​nie chce ku​pić dro​gi dom i żyć w luk​su​-

sie. Czy gdy​by po​pro​sił, po​rzu​ci​ła​byś wszyst​ko, na czym ci za​le​ży, i wy​je​cha​ła​byś
ra​zem z nim do Au​stra​lii?

Dana uzna​ła, że nie ma sen​su kła​mać. Za​pę​dził ją w kozi róg. Umknę​ła wzro​-

kiem w bok i bez​rad​nie po​krę​ci​ła gło​wą.

– W ta​kim ra​zie wszyst​ko ja​sne. Ty pra​gniesz Man​nion, a ja cie​bie. To pro​ste.

background image

– Jak dla kogo.
Dana za​czę​ła szyb​ciej od​dy​chać. Nie ule​ga​ło wąt​pli​wo​ści, że Zac to za​uwa​żył,

bo śle​dził wzro​kiem jej fa​lu​ją​cą klat​kę pier​sio​wą. W za​kło​po​ta​niu zwil​ży​ła usta
ję​zy​kiem, co rów​nież nie umknę​ło jego uwa​dze. Po​ję​ła, że dla wła​sne​go bez​pie​-
czeń​stwa po​win​na umknąć jak naj​prę​dzej, póki jesz​cze może.

– Wy​glą​da na to, że nie za​le​ży ci na tym domu tak bar​dzo, jak su​ge​ro​wa​łaś –

stwier​dził po chwi​li mil​cze​nia.

– Ist​nie​ją inne spo​so​by na speł​nie​nie tego ma​rze​nia niż mał​żeń​stwo – od​par​ła.

– Na przy​kład chęt​nie przy​ję​ła​bym po​sa​dę go​spo​si jak nie​gdyś moja cio​cia.

– Po​zba​wia​jąc pra​cy pa​nią Har​ris. Nie, to nie w po​rząd​ku. Zresz​tą znasz moje

wa​run​ki. Za​pew​niam cię, że nie zmie​nię zda​nia – do​dał z cy​nicz​nym uśmie​chem.
– By​łaś go​to​wa od​dać rękę Ada​mo​wi. Je​że​li wyj​dziesz za mnie, nie mu​sisz przy​-
naj​mniej uda​wać mi​ło​ści.

–  Czy  wziął  pan  pod  uwa​gę  sta​no​wi​sko  ojca?  Za​pew​ne  ocze​ku​je,  że  po​ślu​bi

pan ko​goś bar​dziej zna​czą​ce​go niż nie​ślub​na sio​strze​ni​ca po​mo​cy do​mo​wej.

– Przy​pusz​czal​nie tak, ale za​wsze wie​dział, że sam wy​bio​rę so​bie żonę.
– Wi​dzę, że zna pan z góry od​po​wiedź na wszyst​ko – pod​su​mo​wa​ła z roz​go​ry​-

cze​niem.

– W obec​nej chwi​li in​te​re​su​je mnie je​dy​nie two​ja. Je​że​li tak bar​dzo ci nie od​-

po​wia​dam,  po​wiedz  so​bie,  że  wy​cho​dzisz  za  uko​cha​ne  Man​nion,  żeby  wejść
w jego po​sia​da​nie i o nie za​dbać. Wy​bór na​le​ży do cie​bie – do​dał drwią​cym to​-
nem po chwi​li prze​rwy.

Dana na​dal nie wie​rzy​ła, że wy​brał ją na żonę. Nie ro​bił wra​że​nia czło​wie​ka

spra​gnio​ne​go wię​zów ro​dzin​nych. Po​dej​rze​wa​ła, że ją kusi, żeby za​ba​wić się jej
kosz​tem.  Wie​dzia​ła,  że  po​win​na  od​mó​wić,  wy​krzy​czeć  mu  w  twarz,  że  woli
umrzeć,  niż  dzie​lić  z  nim  łoże,  ale  wy​czu​ła,  że  tyl​ko  na  to  cze​ka,  kie​dy  z  nie​-
znacz​nym uśmiesz​kiem ob​ser​wo​wał jej we​wnętrz​ną wal​kę. Poza tym gdy​by od​-
trą​ci​ła go wprost, ode​szła​by po​ko​na​na, bez szan​sy po​wro​tu. Utra​ci​ła​by bez​pow​-
rot​nie  dom  ojca,  wła​sne  dzie​dzic​two  i  ma​rze​nie  ży​cia  nie​szczę​snej  mat​ki,
wszyst​ko, na czym jej za​le​ża​ło.

– Cze​kam – po​na​glił Zac.
– Po​trze​bu​ję cza​su na za​sta​no​wie​nie – za​pro​te​sto​wa​ła sła​bo.
– Żą​dam na​tych​mia​sto​wej od​po​wie​dzi. Za​war​li​śmy układ czy nie?
Dana wzię​ła głę​bo​ki od​dech i po​pa​trzy​ła mu w oczy. Nie po​zo​sta​wił jej in​ne​go

wyj​ścia, jak wy​ra​zić zgo​dę – dla upra​gnio​ne​go Man​nion.

– Chy​ba… tak – wy​krztu​si​ła schryp​nię​tym gło​sem. – Co te​raz?
Ocze​ki​wa​ła  wy​bu​chu  śmie​chu  i  za​pew​nie​nia,  że  tyl​ko  so​bie  za​żar​to​wał.  Póź​-

niej nie po​zo​sta​nie jej nic in​ne​go niż odejść z wy​so​ko unie​sio​ną gło​wą.

– Pro​po​nu​ję pry​wat​ną ce​re​mo​nię, tyl​ko z Nic i Ed​diem jako świad​ka​mi, gdy za​-

ła​twię nie​zbęd​ne for​mal​no​ści.

Dana  nie  wie​rzy​ła  wła​snym  uszom.  Nie  dość,  że  mó​wił  se​rio,  to  jesz​cze

wszyst​ko do​kład​nie za​pla​no​wał.

– Czy mu​si​my ogła​szać za​po​wie​dzi? Lu​dzie będą się dzi​wić.

background image

– Nie ob​cho​dzi nas zda​nie in​nych.
–  Pana  pew​nie  nie,  za  ba​ry​ka​dą  ochro​ny,  biu​ra  pra​so​we​go  i  szta​bu  spe​cja​li​-

stów od kształ​to​wa​nia wi​ze​run​ku. Ale ja mu​szę so​bie ra​dzić sama, dbać o opi​nię
i utrzy​ma​nie po​sa​dy.

– Bę​dziesz mu​sia​ła po​świę​cić dla Man​nion rów​nież pra​cę u Strat​to​na. Naj​le​-

piej,  jak  zło​żysz  wy​mó​wie​nie  ze  skut​kiem  na​tych​mia​sto​wym,  od  razu  opu​ścisz
miesz​ka​nie i do​łą​czysz do mnie za moją ba​ry​ka​dę – do​dał z uśmiesz​kiem roz​ba​-
wie​nia. Za​nim zdą​ży​ła otwo​rzyć usta, żeby wy​ra​zić obu​rze​nie, do​dał: – Ta kwe​-
stia nie pod​le​ga dys​ku​sji.

Dana gwał​tow​nie za​czerp​nę​ła po​wie​trza.
– Chce pan, że​by​śmy już za​miesz​ka​li ra​zem?
– Nie, cara, tego ci oszczę​dzę. Od ju​tra zaj​miesz apar​ta​ment w ho​te​lu Ca​pi​tal

Im​pe​ria​le,  w  któ​rym  po​zna​łaś  mo​je​go  ojca.  Ja  zo​sta​nę  w  swo​im  miesz​ka​niu
i  będę  li​czył  go​dzi​ny  do  ślu​bu.  Po​dob​no  ocze​ki​wa​nie  wzma​ga  ape​tyt.  Chęt​nie
spraw​dzę, czy to praw​da.

Dana po​czu​ła, że pło​ną jej po​licz​ki.
–  Pro​szę  nie  mó​wić  ta​kich  rze​czy  –  wy​mam​ro​ta​ła  z  za​że​no​wa​niem,  wsta​jąc

z miej​sca. – Przy​pusz​czam, że nie po​zo​sta​je mi nic in​ne​go, jak wy​peł​nić roz​ka​zy,
wró​cić do Lon​dy​nu i spa​ko​wać rze​czy.

W po​ło​wie dro​gi przy​po​mnia​ła so​bie o zo​sta​wio​nym ba​ga​żu. Od​wró​ciw​szy się

gwał​tow​nie, omal nie wpa​dła na Zaca, któ​ry po​dą​żał o krok za nią.

Oglą​da​na z bli​ska bu​tel​ka szam​pa​na wy​glą​da​ła jak po​nu​ry żart. Dana zła​pa​ła

wa​li​zecz​kę tyl​ko po to, żeby stwier​dzić, że za​po​mnia​ła ją za​mknąć. Cała za​war​-
tość wy​pa​dła na pod​ło​gę, łącz​nie z czar​ną noc​ną ko​szul​ką, któ​rą ku​pi​ła w ostat​-
niej chwi​li dla do​da​nia so​bie od​wa​gi. Sta​ła jak ska​mie​nia​ła, czer​wo​na jak bu​rak,
pod​czas gdy Zac pod​niósł ją i oglą​dał wła​sną dłoń przez po​wiew​ny szy​fon. Przy​-
pusz​cza​ła, że wi​dział przez nie​go wła​sne li​nie pa​pi​lar​ne.

–  Cie​ka​wy  spo​sób  świę​to​wa​nia  –  orzekł  lo​do​wa​tym  to​nem.  Na​stęp​nie  zwi​nął

ko​szu​lę  w  kul​kę  i  rzu​cił  Da​nie.  –  Nie  za​kła​daj  tego  dla  mnie.  Nie  od​po​wia​da
moim gu​stom, jak wkrót​ce sama stwier​dzisz. A te​raz mu​sisz mi wy​ba​czyć. Pani
Har​ris od​pro​wa​dzi cię do wyj​ścia – do​dał, się​ga​jąc po dzwo​nek na ko​min​ku.

Nie​zdol​na wy​po​wie​dzieć sło​wa, Dana upchnę​ła wszyst​ko z po​wro​tem i uni​ka​-

jąc jego wzro​ku, umknę​ła jak nie​pysz​na, świa​do​ma, że od​da​ła wol​ność i do​ko​na​-
ła prze​ra​ża​ją​ce​go sko​ku w nie​zna​ne.

Po  po​wro​cie  do  miesz​ka​nia  od​słu​cha​ła  dwie  wia​do​mo​ści  z  au​to​ma​tycz​nej  se​-

kre​tar​ki.  Oby​dwie  po​cho​dzi​ły  od  Ni​co​li.  Wy​raź​nie  stra​pio​na,  pro​si​ła,  żeby  od​-
dzwo​ni​ła.  Dana  przy​pusz​cza​ła,  że  usły​sza​ła  o  pla​nach  Ada​ma  i  chcia​ła  je  z  nią
prze​dys​ku​to​wać. Ale nie speł​ni​ła jej proś​by, po​nie​waż nie wie​dzia​ła​by, co po​wie​-
dzieć. Mu​sia​ła naj​pierw upo​rząd​ko​wać my​śli.

Przez chwi​lę sta​ła bez​rad​nie w ma​łym sa​lo​ni​ku z anek​sem ku​chen​nym w rogu.

Sy​pial​nia  była  jesz​cze  mniej​sza.  Jed​ną  trze​cią  po​wierzch​ni  zaj​mo​wa​ła  ła​zien​ka
z prysz​ni​cem, ale dla jed​nej oso​by cał​kiem wy​god​na, a czynsz przy​zwo​ity. Po​ma​-

background image

lo​wa​ła ścia​ny na ko​lor ko​ści sło​nio​wej. Ku​pi​ła na au​kcji małą, sta​rą sofę, któ​rej
nowe po​kry​cie kosz​to​wa​ło wię​cej niż sam me​bel. Biur​ko, od​no​wio​ne i wy​po​le​ro​-
wa​ne, wy​pa​trzy​ła w ko​mi​sie me​blo​wym. Ca​ło​ści wy​po​sa​że​nia do​peł​niał re​gał na
książ​ki i ścien​ny te​le​wi​zor. Nie po​wie​si​ła żad​nych ob​raz​ków ani zdjęć, nie umie​-
ści​ła żad​nych oso​bi​stych ak​cen​tów. Trak​to​wa​ła ka​wa​ler​kę jako tym​cza​so​we lo​-
kum, choć nie prze​wi​dzia​ła, że tak pręd​ko jej przyj​dzie ją opu​ścić.

Zmie​ni​ła  po​pla​mio​ną  kawą  su​kien​kę  na  szla​frok,  spa​ko​wa​ła  w  pla​sti​ko​wą  to​-

reb​kę ra​zem z nie​szczę​sną ko​szu​lą noc​ną i wrzu​ci​ła na dno ko​sza na śmie​ci.

Umy​ła ręce i na​sta​wi​ła czaj​nik. Po​trze​bo​wa​ła cze​goś do zje​dze​nia, cze​go​kol​-

wiek,  co  wy​peł​ni​ło​by  we​wnętrz​ną  pust​kę.  Po​sta​no​wi​ła  za​mó​wić  ja​kieś  da​nie
z do​sta​wą do domu, jak tyl​ko skoń​czy pa​ko​wa​nie. Prze​wi​dy​wa​ła, że nie zaj​mie
jej wie​le cza​su. Nie po​sia​da​ła wie​le prócz stro​jów biu​ro​wych.

Przy​pusz​cza​ła, że jako pan​na mło​da po​win​na skom​ple​to​wać wy​praw​kę ślub​ną,

ale  nie  wy​cho​dzi​ła  za  mąż  w  tra​dy​cyj​nym  sen​sie.  Za​war​ła  tyl​ko  kon​trakt,  ale
i  on  niósł  za  sobą  po​waż​ne  zo​bo​wią​za​nia,  rów​nież  in​tym​nej  na​tu​ry,  o  któ​rych
wo​la​ła nie my​śleć.

Wciąż  nie  przyj​mo​wa​ła  do  wia​do​mo​ści,  że  wy​cho​dzi  za  jed​ne​go  z  naj​bo​gat​-

szych lu​dzi w Eu​ro​pie, że bę​dzie no​sić stro​je od naj​lep​szych pro​jek​tan​tów, peł​nić
ho​no​ry  pani  domu  i  to​wa​rzy​szyć  mę​żo​wi  w  wy​twor​nych  przy​ję​ciach,  o  ja​kich
czy​ta​ła je​dy​nie w ko​lo​ro​wych ma​ga​zy​nach u fry​zje​ra.

Koń​czy​ła her​ba​tę, gdy za​dzwo​nił dzwo​nek u drzwi. Przy​pusz​cza​ła, że przy​szła

Ni​co​la.  Po​nie​waż  na​dal  nie  wie​dzia​ła,  jak  wy​ja​śnić  jej  naj​dziw​niej​szą  de​cy​zję,
jaką pod​ję​ła w ży​ciu, z ocią​ga​niem po​de​szła do drzwi, usi​łu​jąc uło​żyć po dro​dze
ja​kieś lo​gicz​ne wy​ja​śnie​nie.

Lecz za​miast Ni​co​li w pro​gu sta​nął Adam.
– A więc tu je​steś – stwier​dził z chmur​ną miną. – U Ja​rvi​sa Strat​to​na po​in​for​-

mo​wa​li  mnie,  że  wzię​łaś  dzień  urlo​pu,  ale  kie​dy  przy​sze​dłem  wcze​śniej,  nie
otwo​rzy​łaś. Co się dzie​je?

– To ra​czej ja po​win​nam o to za​py​tać.
– Sły​sza​łaś o mo​ich pla​nach – stwier​dził po chwi​li nie​zręcz​ne​go mil​cze​nia.
– Ow​szem. Przy​pusz​czam, że przy​sze​dłeś się po​że​gnać.
– Mamy mnó​stwo cza​su. – Naj​wy​raź​niej szyb​ko opa​no​wał wzbu​rze​nie, bo ob​-

da​rzył ją uśmie​chem. – Chy​ba rze​czy​wi​ście po​wi​nie​nem cię uprze​dzić. Mea cul​-
pa. Wy​bacz mi, za​łóż naj​lep​sze ciu​chy i choć ze mną na mia​sto za​sza​leć, bo wła​-
śnie zbi​łem małą for​tu​nę.

– Nie, dzię​ku​ję. Py​ta​łeś, gdzie dzi​siaj by​łam.
– Ja​kie to ma te​raz zna​cze​nie?
– Moim zda​niem ol​brzy​mie, po​nie​waż po po​łu​dniu po​je​cha​łam do Man​nion, po​-

gra​tu​lo​wać ci na​by​cia pra​wa wła​sno​ści.

– O mój Boże! – za​chi​cho​tał. – I za​miast mnie za​sta​łaś dro​gie​go ku​zy​na Zaca.

Mu​sia​łaś mieć głu​pią minę. Wy​rzu​cił cię za drzwi?

Dana nie wi​dzia​ła po​wo​du, by owi​jać praw​dę w ba​weł​nę.
– Wręcz prze​ciw​nie. Po​pro​sił mnie o rękę.

background image

Śmiech na​gle za​marł na ustach Ada​ma.
– Żar​tu​jesz, praw​da?
– Nie. Przy​ję​łam oświad​czy​ny – od​par​ła, uno​sząc gło​wę.
Za​pa​dła dłu​ga ci​sza. Wresz​cie Adam wy​ce​dził przez za​ci​śnię​te zęby:
–  Nie  są​dzi​łem,  że  je​steś  aż  tak  chy​tra  i  wy​ra​cho​wa​na!  Tyl​ko  o  tę  prze​klę​tą

cha​łu​pę ci cho​dzi​ło! Masz świ​ra na jej punk​cie! Zro​bi​ła​byś wszyst​ko, żeby ją za​-
gar​nąć,  jak  two​ja  kop​nię​ta,  za​kła​ma​na  ma​muś​ka!  Wie​dzia​łem,  że  nie  moż​na  ci
ufać, ale my​śla​łem, że za​pa​mię​ta​łaś na​ucz​kę sprzed sied​miu lat. Nie ro​zu​miem,
jak zdo​ła​łaś go za​cią​gnąć do ślu​bu. Dla​cze​go cię nie prze​le​ciał i nie po​rzu​cił, jak
to zwy​kle robi? Mu​siał zwa​rio​wać, żeby za​pła​cić ba​joń​ską sumę za kupę ka​mie​-
ni na pust​ko​wiu i po​ślu​bić cór​kę wie​śniacz​ki! Cie​ka​we, jak to wy​tłu​ma​czy pa​pie
Ot​ta​via​no​wi i dro​giej ku​zyn​ce Se​ra​fi​nie.

Dana po​czu​ła, jak krew od​pły​wa jej z twa​rzy.
– Nie waż się ob​ra​żać mo​jej mamy! – za​pro​te​sto​wa​ła drżą​cym gło​sem.
– Nie od​gry​waj uci​śnio​nej nie​win​no​ści. Wy​strych​nę​łaś mnie na dud​ka, uda​jąc

nie​przy​stęp​ną,  pod​czas  gdy  roz​ło​ży​łaś  nogi  przed  Za​kiem  i  jego  mi​lio​na​mi.  Ile
bie​rzesz za po​kaz łóż​ko​wych umie​jęt​no​ści? Po​ka​żesz mi, czym go omo​ta​łaś, że​-
bym miał miłe wspo​mnie​nia, kie​dy wy​ja​dę? Zac mnie nie prze​klnie za je​den nu​-
me​rek. Nie​jed​ną przed tobą oby​dwaj ob​ra​ca​li​śmy. No mów, gdzie wo​lisz, la​lecz​-
ko? W sy​pial​ni czy tu, na pod​ło​dze?

Dana nie od​po​wie​dzia​ła. Kie​dy pod​szedł bli​żej, z ca​łej siły wy​mie​rzy​ła mu po​li​-

czek, aż ręka od​sko​czy​ła. Adam przez chwi​lę stał bez ru​chu, za​nim wy​ce​dził:

– Po​ża​łu​jesz tego.
– Ty bę​dziesz gorz​ko ża​ło​wał, je​że​li na​tych​miast stąd nie wyj​dziesz – do​biegł

od drzwi głos Zaca.

Dana  le​d​wie  po​wstrzy​ma​ła  po​ku​sę,  żeby  do  nie​go  pod​biec  i  zło​żyć  gło​wę  na

jego  pier​si.  Za​pra​gnę​ła,  żeby  ją  ob​jął,  przy​tu​lił,  dał  po​czu​cie  bez​pie​czeń​stwa,
ale za​raz uzna​ła to pra​gnie​nie za nie​mą​dre. Naj​wy​żej wpa​dła​by z desz​czu pod
ryn​nę. Zresz​tą nie była w sta​nie wy​ko​nać żad​ne​go ru​chu ani wy​po​wie​dzieć sło​-
wa, za​szo​ko​wa​na wul​gar​ny​mi obe​lga​mi Ada​ma. Zac mu​siał je sły​szeć, gdy nad​-
szedł bez​sze​lest​nie.

Czu​ła na​ra​sta​ją​cą agre​sję, gdy Adam wy​krzy​wił usta w iro​nicz​nym uśmiesz​ku.
– My​ślisz, że byś mnie po​ko​nał? – prych​nął lek​ce​wa​żą​co.
– Nie my​ślę. Wiem – od​rzekł Zac ła​god​nym to​nem. – Le​piej wyjdź, za​nim cię

zrzu​cę ze scho​dów.

Adam po​słał mu mor​der​cze spoj​rze​nie, po czym wzru​szył ra​mio​na​mi i wy​szedł.

Zac za​trza​snął za nim drzwi i po​pa​trzył ba​daw​czo na szla​frok Dany.

– Co on tu ro​bił? – za​py​tał lo​do​wa​tym to​nem.
–  My​śla​łam,  że  to  Ni​co​la,  więc  otwo​rzy​łam  drzwi,  a  on  wszedł.  Chciał  mnie

gdzieś wy​cią​gnąć, ale od​mó​wi​łam. Gdy po​wie​dzia​łam mu… o nas, wpadł w szał.
To wszyst​ko, sło​wo daję.

Zac wes​tchnął, od​gar​nął ner​wo​wym ru​chem wło​sy z czo​ła.
– Par​ko​wa​łem sa​mo​chód, gdy zo​ba​czy​łem, jak pod​jeż​dża. Nie wy​obra​żasz so​-

background image

bie, ja​kie my​śli cho​dzi​ły mi po gło​wie! Po​tem usły​sza​łem te plu​ga​stwa, któ​re wy​-
ga​dy​wał. I wi​dzia​łem two​ją re​ak​cję – do​dał z nie​znacz​nym uśmiesz​kiem.

–  Nie  po​zna​wa​łam  go,  jak​bym  na​gle  zo​ba​czy​ła  ob​ce​go  po​two​ra.  Prze​ży​łam

kosz​mar.

– Już po wszyst​kim. Grunt, że nic ci nie zro​bił. Mimo to nie mogę cze​kać do ju​-

tra. Za​wio​zę cię do ho​te​lu dziś wie​czo​rem.

Dana  wie​dzia​ła,  że  po​win​na  za​pro​te​sto​wać  w  imię  god​no​ści,  ale  stra​ci​ła  dla

niej  zna​cze​nie  w  ob​li​czu  za​gro​że​nia.  Gdy​by  zo​sta​ła  w  miesz​ka​niu,  nie  mia​ła
gwa​ran​cji, że Adam nie wró​ci. Na samą myśl o nim do​sta​ła mdło​ści. Wzię​ła głę​-
bo​ki od​dech i po​wie​dzia​ła:

– Nad​sze​dłeś w samą porę. Ale dla​cze​go przy​je​cha​łeś? My​śla​łam, że zo​sta​łeś

w Man​nion.

– Za​mie​rza​łem, ale na​sze roz​sta​nie nie wy​glą​da​ło tak, jak bym so​bie ży​czył.
Dana umknę​ła wzro​kiem w bok.
– Czy zmie​ni​łeś zda​nie na te​mat na​sze​go… ukła​du?
– Nie. Umo​wa na​dal obo​wią​zu​je. Dla​cze​go w to wąt​pisz?
– Bo dzi​siaj nic nie wy​da​je mi się re​al​ne. Adam twier​dzi, że skło​nił cię do za​-

pła​ce​nia zbyt wy​so​kiej ceny za Man​nion.

– Za​pła​ci​łem tyle, ile jest dla mnie war​te – od​parł, wzru​sza​jąc ra​mio​na​mi.
– I na​praw​dę zrzu​cił​byś go ze scho​dów?
– Z naj​więk​szą przy​jem​no​ścią, bel​la mia. Nie masz mo​no​po​lu na skłon​ność do

rę​ko​czy​nów – do​dał z uśmie​chem roz​ba​wie​nia.

– Ni​g​dy wcze​śniej ni​ko​go nie ude​rzy​łam.
– Ale po​dej​rze​wam, że czę​sto mia​łaś ocho​tę.
– Nie​wy​klu​czo​ne – przy​zna​ła z ru​mień​cem na po​licz​kach.
Zac dość dłu​go pa​trzył jej w oczy, po​tem omiótł wzro​kiem po​kój.
– Bar​dzo ład​nie urzą​dzi​łaś miesz​ka​nie – po​chwa​lił. – Przy​pusz​czam, że wy​po​-

sa​że​nie na​le​ży do cie​bie? Chcesz je za​brać do Man​nion?

–  Jesz​cze  o  tym  nie  my​śla​łam  –  przy​zna​ła  Dana.  –  Chęt​nie  wzię​ła​bym  biur​ko

i sofę, je​że​li tyl​ko znaj​dzie się miej​sce. I jesz​cze książ​ki. Resz​tę moż​na od​dać or​-
ga​ni​za​cji do​bro​czyn​nej.

– Ju​tro wszyst​ko za​ła​twię.
– Dzię​ku​ję. Skąd wie​dzia​łeś, gdzie miesz​kam? – spy​ta​ła po chwi​li wa​ha​nia.
– Zdo​by​łem twój ad​res. A te​raz ubierz się, do​kończ pa​ko​wa​nie i jedź ze mną.
– A co z moim sa​mo​cho​dem?
– Każę go ju​tro spro​wa​dzić do ho​te​lu.
Jak za do​tknię​ciem cza​ro​dziej​skiej różdż​ki – my​śla​ła Dana, wra​ca​jąc do sy​pial​-

ni, żeby się prze​brać.

Dro​gę  do  ho​te​lu  od​by​li  w  mil​cze​niu.  Dana  sta​ła  w  na​pię​ciu  obok  Zaca,  gdy

win​da  ci​cho  wio​zła  ich  do  apar​ta​men​tu  na  ostat​nim  pię​trze.  Za  pierw​szym  ra​-
zem nie do​ce​ni​ła jego uro​dy. Za​sko​czo​na kon​fron​ta​cją z pa​nem Ot​ta​via​nem nie
oglą​da​ła wnę​trza.

– My​ślę, że bę​dzie ci tu wy​god​nie – za​gad​nął uprzej​mie Zac. – Je​że​li bę​dziesz

background image

cze​goś po​trze​bo​wa​ła, wy​star​czy pod​nieść słu​chaw​kę i po​pro​sić.

–  Go​dzi​nę  temu  umie​ra​łam  z  gło​du,  ale  po​tem  stra​ci​łam  ape​tyt  –  wy​zna​ła

Dana.

– Nic dziw​ne​go, po tak burz​li​wym dniu. Za​mó​wię ci go​rą​cą cze​ko​la​dę i pro​po​-

nu​ję, że​byś po​szła wcze​śniej spać. Ale beze mnie, ca​ris​si​ma. Mam na​dzie​ję, że
to cię po​cie​szy.

– Tak… To zna​czy nie. Nie po​trze​bu​ję po​cie​sze​nia.
– W ta​kim ra​zie do zo​ba​cze​nia ju​tro.
Dana  od​pro​wa​dzi​ła  go  wzro​kiem.  Wie​dzia​ła,  że  po​win​na  coś  po​wie​dzieć,  ale

bra​ko​wa​ło jej słów. Do​pie​ro gdy za​mknął za sobą drzwi, wy​szep​ta​ła:

– Nie zo​sta​wiaj mnie sa​mej. Nie od​chodź.
A po​tem dłu​go sta​ła jak ska​mie​nia​ła, za​szo​ko​wa​na wła​sną głu​po​tą.

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

– Je​steś pew​na? – do​py​ty​wa​ła się Ni​co​la z nie​do​wie​rza​niem. – Nie bro​nię Ada​-

ma.  Nie  po  raz  pierw​szy  za​cho​wał  się  skan​da​licz​nie,  ale  to  nie  po​wód,  żeby
w  od​we​cie  wy​cho​dzić  za  Zaca.  Gdy​by  ogar​nę​ły  cię  wąt​pli​wo​ści,  to  ostat​ni  mo​-
ment, żeby je wy​ra​zić.

Dana wo​la​ła nie wy​ja​wiać wła​snych roz​te​rek.
– To nie tak jak my​ślisz. Nie szu​ka​łam ze​msty – za​pew​ni​ła. – Adam ma peł​ne

pra​wo uło​żyć so​bie na nowo ży​cie w Au​stra​lii.

– Do​brze, że nie sły​sza​łaś, jak oczer​niał Zaca przed każ​dym, kto ze​chciał słu​-

chać!  –  prych​nę​ła  Ni​co​la.  –  Nie​mal  za​po​mnia​łam,  że  tra​ci  swój  urok  oso​bi​sty,
kie​dy wpad​nie w złość. Sama sły​sza​łaś, jak po​trak​to​wał cio​cię Mimi. Uwa​żał, że
przez  nią  wy​szedł  na  dur​nia.  Mnie  też  sklął  za  to,  że  cię  wte​dy  za​pro​si​łam  na
week​end.  Twier​dził,  że  by​łaś  ostat​nią  oso​bą,  któ​rą  chciał​by  zo​ba​czyć.  A  na
wieść,  że  na​dal  za​mie​rza​my  urzą​dzić  we​se​le  w  Man​nion,  wpadł  w  fu​rię.  Nie
śmia​łam mu po​wie​dzieć, że Zac po​pro​sił nas z Ed​diem na świad​ków na wa​szym
ślu​bie.

–  Moim  zda​niem  bar​dzo  roz​sąd​nie  po​stą​pi​łaś  –  po​chwa​li​ła  ostroż​nie  Dana.  –

A te​raz za​po​mnij o wszyst​kich przy​kro​ściach, weź so​bie jesz​cze her​ba​ty i ciast​-
ko z kre​mem. Chcesz zo​ba​czyć cały apar​ta​ment?

– Nie. Nie chcę na​ru​szać pry​wat​no​ści Zaca.
– Wła​ści​wie mo​jej – spro​sto​wa​ła Dana. – Zac miesz​ka w swo​im miesz​ka​niu.
– Coś po​dob​ne​go! My​śla​łam, że wasz po​śpiech wy​ni​ka stąd, że nie po​tra​fi​cie

utrzy​mać rąk przy so​bie. Pew​nie cały świat wy​obra​żał so​bie, że dzie​dzi​co​wi for​-
tu​ny Be​li​san​drów udzie​li ślu​bu co naj​mniej kar​dy​nał w ja​kiejś słyn​nej ka​te​drze.

– Nic po​dob​ne​go! – za​śmia​ła się Dana. – Pój​dzie​my tyl​ko we czwór​kę do urzę​-

du sta​nu cy​wil​ne​go, po​nie​waż oj​ciec Zaca nie uzna​je ślu​bów cy​wil​nych, a cio​cia
Joss nie może na ra​zie opu​ścić pani La​ti​mer, któ​ra prze​szła ope​ra​cję bio​dra.

– A two​ja mama? – spy​ta​ła ła​god​nie Ni​co​la.
– Pi​sa​łam do niej, ale nie od​po​wie​dzia​ła. Kie​dy cio​cia Joss w koń​cu po​da​ła mi

jej ad​res w Hisz​pa​nii, ostrze​gła mnie de​li​kat​nie, że przy​pusz​czal​nie nie​po​trzeb​-
nie stra​cę czas – wes​tchnę​ła. – Ale przy​naj​mniej wresz​cie wiem, gdzie pra​cu​je:
w ba​rze U Ro​ber​ta w Al​ta​me​jo. Nie brzmi to zbyt obie​cu​ją​co.

Ni​co​la po​sła​ła jej współ​czu​ją​cy uśmiech.
– Cóż, moja też nie za​szczy​ci nas obec​no​ścią na we​se​lu. Ale przy​sła​li mi z uko​-

cha​nym prze​pięk​ną bran​so​let​kę ze szma​rag​da​mi. Czy za​pla​no​wa​łaś już, co za​ło​-
żysz? – spy​ta​ła po chwi​li prze​rwy.

– Nic – od​par​ła Dana bez na​my​słu.
– Zac na pew​no bę​dzie za​chwy​co​ny, ale będę mu​sia​ła za​wią​zać oczy Ed​die​mu

background image

i urzęd​ni​ko​wi sta​nu cy​wil​ne​go.

– Ła​two ci kpić, ale prze​szu​ka​łam wszyst​kie domy to​wa​ro​we w Lon​dy​nie i nie

zna​la​złam nic sto​sow​ne​go.

– Więc pój​dzie​my ra​zem na za​ku​py. Naj​le​piej spo​rządź li​stę. Po​nie​waż na pew​-

no wy​je​dzie​cie w po​dróż po​ślub​ną w ja​kieś cie​płe kra​je, bę​dziesz po​trze​bo​wa​ła
lek​kich, zwiew​nych stro​jów na wie​czór.

– Nie pla​nu​je​my wspól​nej po​dró​ży, przy​naj​mniej na ra​zie. Zac wkrót​ce ob​jeż​-

dża Eu​ro​pę, żeby roz​wią​zać pro​ble​my po​ru​szo​ne na kon​fe​ren​cji. Po​nie​waż ob​-
ra​dy  będą  trwa​ły  od  śnia​da​nia  do  póź​nej  nocy,  zo​sta​ję  w  Man​nion.  I  do​pil​nu​ję,
żeby za​koń​czo​no re​mont przed two​im we​se​lem.

–  Daj  so​bie  spo​kój.  Po​win​naś  po​je​chać  z  Za​kiem.  Kie​dyś  musi  iść  spać,  a  nic

tak nie ła​go​dzi skut​ków stre​su jak seks.

Dana z tru​dem przy​wo​ła​ła uśmiech na twarz.
– Od​no​szę wra​że​nie, że uwiel​bia stres. Zresz​tą nie po​zo​sta​wił mi wy​bo​ru. Sta​-

now​czo za​de​cy​do​wał, że zo​sta​nę.

Po  wyj​ściu  Ni​co​li  po​wie​dzia​ła  so​bie,  że  tym  le​piej  dla  niej.  Pa​mię​ta​ła,  jak  po

wta​jem​ni​cze​niu ją w swo​je pla​ny do​dał z nie​znacz​nym uśmiesz​kiem:

– Tak więc na dłuż​szy czas oszczę​dzę ci swe​go to​wa​rzy​stwa, mia bel​la.
Tym nie​mniej mu​sia​ła przejść przez pró​bę nocy po​ślub​nej i wszyst​kich na​stęp​-

nych, aż do jego wy​jaz​du. Nie mia​ła in​ne​go wyj​ścia. Za​war​ła kon​trakt han​dlo​wy:
cia​ło za dom, o czym Zac nie omiesz​kał jej przy​po​mnieć:

– Urzą​dze​nie wnę​trza na​le​ży do cie​bie, tak jak ty do mnie.
Jego do​tyk po​wie​dział jej, cze​go pra​gnie, na dłu​go przed oświad​czy​na​mi. Dla​-

cze​go  więc  na​dal  spa​ła  sama  w  ol​brzy​mim  łożu?  Za​raz  jed​nak  po​wie​dzia​ła  so​-
bie,  że  nie  chce  ni​cze​go  in​ne​go,  tyl​ko  ocze​ki​wa​nie  nie​zna​ne​go  wy​czer​pu​je  ją
ner​wo​wo.  Da​rem​nie  usi​ło​wa​ła  od​gad​nąć  przy​czy​nę  jego  po​wścią​gli​wo​ści.  Czy
ce​lo​wo  da​wał  jej  czas  na  do​sto​so​wa​nie  do  no​wej  sy​tu​acji,  świa​do​my  jej  bra​ku
do​świad​cze​nia,  czy  li​czył  na  to,  że  ocze​ki​wa​nie  w  nie​pew​no​ści  roz​pa​li  jej  zmy​-
sły?

Tłu​ma​czy​ła  so​bie,  że  to  bez  zna​cze​nia,  że  ni​g​dy  nie  bę​dzie  do  nie​go  w  peł​ni

na​le​ża​ła, po​nie​waż od​da​ła ser​ce Man​nion i nic nie zmie​ni jej uczuć.

Do​sta​ła  zwy​czaj​ną  ob​rącz​kę,  pro​stą,  nie​gra​we​ro​wa​ną,  bez  szla​chet​nych  ka​-

mie​ni. Zdzi​wi​ło ją tyl​ko, że Zac przy​tknął ją do ust, za​nim za​ło​żył jej na pa​lec.
Nie mo​gła od niej ode​rwać wzro​ku, gdy ner​wo​wo wy​gła​dza​ła kre​mo​wą su​kien​kę
na ko​la​nach.

Ni​co​la do​trzy​ma​ła sło​wa. Prze​mie​rzy​ły nie​zli​czo​ną ilość bu​ti​ków i skle​pów fir​-

mo​wych, lek​ce​wa​żąc pro​te​sty Dany, że nie jadą w po​dróż po​ślub​ną.

– Kie​dy wró​ci, po​wi​tasz go w czymś ele​ganc​kim – za​de​cy​do​wa​ła sta​now​czo.
Dana  w  koń​cu  ska​pi​tu​lo​wa​ła.  Mu​sia​ła  jed​nak  przy​znać,  że  po  la​tach  oszczę​-

dza​nia z przy​jem​no​ścią wy​da​wa​ła kro​cie na stro​je, ja​kich wcze​śniej nie śmia​ła​by
na​wet obej​rzeć, a co do​pie​ro ku​pić.

Jako  pierw​szą  ku​pi​ła  ślub​ną  su​kien​kę.  Wy​pa​trzy​ła  ją  na​tych​miast,  ukry​tą

background image

wśród lśnią​cych wie​czo​ro​wych kre​acji. Do​pa​so​wa​na, z kwa​dra​to​wym de​kol​tem
i bu​fia​sty​mi rę​ka​wa​mi, le​ża​ła na niej jak ulał. W lu​strze przy​mie​rzal​ni zo​ba​czy​ła
wła​sną twarz z za​ró​żo​wio​ny​mi po​licz​ka​mi i błysz​czą​cy​mi, roz​sze​rzo​ny​mi źre​ni​-
ca​mi. Cie​ka​wi​ło ją, jak Zac ją oce​ni.

Po ślu​bie na​dal tego nie wie​dzia​ła. Wy​glą​da​ło na to, że nie zro​bi​ła na nim naj​-

mniej​sze​go wra​że​nia. Gdy we​szła do urzę​du sta​nu cy​wil​ne​go, jego twarz nie wy​-
ra​ża​ła żad​nych uczuć. Gdy po​dzię​ko​wa​ła nie​śmia​ło za ślicz​ny bu​kiet kre​mo​wych
róż, któ​ry jej przy​słał, rzu​cił krót​ko:

– Nie ma za co.
A po​tem od​wró​cił się twa​rzą do urzęd​ni​ka, któ​ry cze​kał na roz​po​czę​cie ce​re​-

mo​nii.  Po  zło​że​niu  przy​się​gi  le​d​wie  mu​snął  jej  usta  war​ga​mi.  Pod​czas  lun​chu
w ho​te​lu Ritz z wdzię​kiem peł​nił rolę go​spo​da​rza, ale dro​gę do Man​nion od​by​li
w  mil​cze​niu.  Dana  za​czę​ła  po​dej​rze​wać,  że  ża​łu​je  de​cy​zji  o  za​war​ciu  mał​żeń​-
stwa. Le​d​wie ta myśl prze​mknę​ła jej przez gło​wę, ogar​nę​ło ją strasz​li​wie po​czu​-
cie osa​mot​nie​nia. A je​że​li tak, to co z nią bę​dzie? A wła​ści​wie z Man​nion – spro​-
sto​wa​ła po​spiesz​nie w my​ślach.

Ale gdy​by zmie​nił zda​nie, miał dość oka​zji przed ślu​bem, żeby ze​rwać układ,

jak choć​by pod​czas pierw​szej sprzecz​ki, gdy po​in​for​mo​wał ją, że zaj​mą sy​pial​nię
pana domu.

– Dla​cze​go nie spy​ta​łeś mnie o zda​nie, gdy mamy taką licz​bę po​koi do dys​po​zy​-

cji? – za​pro​te​sto​wa​ła. – Dla​cze​go wy​bra​łeś wła​śnie ten?

– Po​nie​waż na​praw​dę za​mie​rzam być pa​nem tego domu – wy​ja​śnił lo​do​wa​tym

to​nem,  ob​ser​wu​jąc  jej  na​dą​sa​ną  minę.  –  Czyż​byś  się  oba​wia​ła,  że  cień  Ada​ma
pad​nie na na​sze mał​żeń​skie łoże? Obie​cu​ję, że ci to nie gro​zi.

Dana po​czer​wie​nia​ła jesz​cze bar​dziej, nie ze wsty​du, lecz z za​kło​po​ta​nia. Bo​-

wiem  za​pew​nie​nie,  że  ani  razu  nie  wspo​mnia​ła  Ada​ma,  od​kąd  wy​je​chał  do  Au​-
stra​lii za​brzmia​ło​by rów​nie nie​wia​ry​god​nie, jak wy​ja​śnie​nie, że nie lu​bi​ła po​nu​-
re​go,  przy​tła​cza​ją​ce​go  po​ko​ju  z  wi​śnio​wy​mi  ta​pe​ta​mi  na  ścia​nach  i  wiel​kim  ło​-
żem z bal​da​chi​mem już wte​dy, kie​dy zaj​mo​wa​ła go Se​ra​fi​na. Nie mo​gła da​ro​wać
Za​co​wi, że sam pod​jął de​cy​zję, choć obie​cał, że zo​sta​wi w jej ge​stii urzą​dze​nie
wnętrz. Wy​raź​nie dał do zro​zu​mie​nia, kto tu bę​dzie rzą​dził.

– Myśl, co chcesz – rzu​ci​ła krót​ko, żeby ukryć, że strach ści​snął ją za gar​dło.
Zac  rów​nież  nie  krył  zde​ner​wo​wa​nia.  Tego  wie​czo​ra  roz​sta​li  się  w  chłod​nej

at​mos​fe​rze.  Od  tam​te​go  cza​su  nie  otrzy​ma​ła  żad​ne​go  sy​gna​łu,  że  po​wtór​nie
prze​my​ślał swo​ją de​cy​zję.

Za  każ​dym  ra​zem  cie​szył  ją  przy​jazd  do  Man​nion,  ale  po  ślu​bie  ogar​nę​ła  ją

nie​opi​sa​na  ra​dość.  Gdy  wje​cha​li  na  pod​jazd,  uj​rza​ła  eki​pę  ro​bot​ni​ków  pra​cu​ją​-
cych  w  ogro​dzie,  któ​re​mu  nie​mal  przy​wró​ci​li  daw​ną  nie​na​gan​ną  for​mę.  Pan
God​stow, eme​ry​to​wa​ny ogrod​nik, na pew​no był​by z nie​go dum​ny.

Zac  za​par​ko​wał  przed  wej​ściem,  ob​szedł  sa​mo​chód,  żeby  otwo​rzyć  Da​nie

drzwi, i po​dał jej bu​kiet z tyl​ne​go sie​dze​nia. Drzwi sta​ły otwo​rem, a w holu cze​-
ka​ła pani Har​ris. Le​d​wie Dana zro​bi​ła krok, Zac po​rwał ją w ra​mio​na i prze​niósł
przez próg. Otwo​rzy​ła usta, żeby za​pro​te​sto​wać, ale uświa​do​mi​ła so​bie, że mają

background image

wi​dow​nię. Zac szep​nął jej coś do ucha, ale nie zro​zu​mia​ła ani sło​wa, zbyt oszo​ło​-
mio​na jego nie​ocze​ki​wa​ną bli​sko​ścią.

Pani Har​ris wy​szła im na​prze​ciw, zło​ży​ła ży​cze​nia szczę​ścia na no​wej dro​dze

ży​cia, a na ko​niec po​in​for​mo​wa​ła nie​śmia​ło:

– Ja​kiś pan Fle​ming cze​ka w bi​blio​te​ce. Mam na​dzie​ję, że był umó​wio​ny.
– Pój​dę do nie​go – za​de​cy​do​wał Zac. – Przy​szedł w in​te​re​sach, ale nie każę ci

dłu​go cze​kać, ko​cha​nie – za​pew​nił Danę.

Dana wpa​dła w po​płoch. Wy​mam​ro​ta​ła coś w od​po​wie​dzi i nie​mal na oślep po​-

dą​ży​ła za go​spo​sią. Li​czy​ła na to, że da jej tro​chę wię​cej cza​su na do​sto​so​wa​nie
do no​wej sy​tu​acji, ale nie śmia​ła pro​te​sto​wać. Zac my​ślał jak ra​so​wy przed​się​-
bior​ca. Sko​ro za​war​li układ, ocze​ki​wał, że go do​trzy​ma, w dzień czy w nocy.

Po do​tar​ciu na miej​sce pani Har​ris otwo​rzy​ła przed nią drzwi sy​pial​ni. Na wi​-

dok  no​we​go  wy​stro​ju  wnę​trza  Da​nie  za​par​ło  dech  z  za​chwy​tu.  Sta​ro​świec​kie
łoże  za​stą​pio​no  sze​ro​kim,  ni​skim  tap​cza​nem  z  drew​nia​nym  wez​gło​wiem  w  ele​-
ganc​kim mio​do​wym ko​lo​rze, a po​nu​re, ciem​ne me​ble ład​ną, za​byt​ko​wą to​a​let​ką
i noc​ny​mi szaf​ka​mi po obu stro​nach. Ścia​ny po​ma​lo​wa​no na ko​lor ko​ści sło​nio​-
wej. W oknach za​wie​szo​no za​sło​ny w tym sa​mym od​cie​niu, ob​ra​mo​wa​ne de​li​kat​-
nym or​na​men​tem z li​ści i kwia​tów. Na​rzu​tę na łóż​ko uszy​to z tego sa​me​go ma​te​-
ria​łu.

– Do​brze, że ta sy​pial​nia bę​dzie znów użyt​ko​wa​na – za​gad​nę​ła pani Har​ris. –

Pan Adam oczy​wi​ście wo​lał spać w swo​im daw​nym po​ko​ju. Mimo to ża​ło​wa​łam,
że wy​rzu​cił sta​re łóż​ko, cho​ciaż to nie moja spra​wa. Ale mu​szę przy​znać, że bez
nie​go po​kój wy​glą​da we​se​lej. – Ru​szy​ła w kie​run​ku ja​kichś drzwi. – Pani gar​de​-
ro​ba i ła​zien​ka są tu​taj, a pana Be​li​san​dra na​prze​ciw​ko. Przy​go​to​wa​nie wszyst​-
kie​go wy​ma​ga​ło po​śpie​chu, ale moim zda​niem efekt jest wspa​nia​ły.

– O tak, fan​ta​stycz​ny! – po​twier​dzi​ła Dana ze szcze​rym en​tu​zja​zmem.
– Pan Be​li​san​dro bę​dzie za​do​wo​lo​ny. Na​le​gał, żeby wszyst​ko zo​sta​ło urzą​dzo​-

ne pod pani gust.

– Jest… bar​dzo tro​skli​wy – przy​zna​ła Dana.
Pani Har​ris ode​bra​ła od niej bu​kiet i po​szła wsta​wić go do wa​zo​nu. Po jej wyj​-

ściu  Dana  obej​rza​ła  gar​de​ro​bę  z  wbu​do​wa​ny​mi  sza​fa​mi  i  szu​fla​da​mi  na  jed​nej
ścia​nie i nie​wy​so​ki​mi ko​mo​da​mi po dru​giej. Za​adap​to​wa​no na nią daw​ną sy​pial​-
nię. Ła​zien​ka z głę​bo​ką wan​ną i ka​bi​ną prysz​ni​co​wą, wy​ło​żo​na ka​fel​ka​mi o po​ły​-
sku masy per​ło​wej, wy​glą​da​ła jak ma​rze​nie, jak​by bra​ła ką​piel w wiel​kiej musz​-
li.

Nie śmia​ła zaj​rzeć do gar​de​ro​by i ła​zien​ki Zaca. Po​de​szła do to​a​let​ki i po​pa​-

trzy​ła  na  wła​sne  od​bi​cie  w  lu​strze.  Po​ka​za​ło  jej  roz​sze​rzo​ne  źre​ni​ce  i  na​pię​te
rysy. Wła​ści​wie do​pie​ro te​raz uświa​do​mi​ła so​bie, że wkrót​ce przyj​dzie jej wy​peł​-
nić swo​ją część pod​ję​te​go zo​bo​wią​za​nia.

Spró​bo​wa​ła so​bie wy​obra​zić, co by było, gdy​by zdo​ła​ła zre​ali​zo​wać swój pier​-

wot​ny plan, gdy​by mu​sia​ła dzie​lić łoże z Ada​mem i speł​niać jego wy​ma​ga​nia. Po​-
dej​rze​wa​ła,  że  wcze​śniej  czy  póź​niej  po​ka​zał​by  praw​dzi​wą  twarz.  Ucie​kła​by
wte​dy od nie​go, na​wet za cenę re​zy​gna​cji z Man​nion.

background image

Dla​cze​go w ta​kim ra​zie nie zre​zy​gno​wa​ła ze ślu​bu z Za​kiem? Po​wo​li do​tar​ła

do niej praw​da, któ​rą wy​pie​ra​ła ze świa​do​mo​ści przez sie​dem lat. Wresz​cie po​-
ję​ła, cze​mu stoi w mał​żeń​skiej sy​pial​ni, cze​ka​jąc, aż świe​żo po​ślu​bio​ny mąż do
niej do​łą​czy.

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY

Dana nie po​zna​wa​ła sa​mej sie​bie. Nie poj​mo​wa​ła, jak może ją po​cią​gać bez​-

względ​ny cy​nik, któ​ry przed sied​miu laty ob​na​żył jej sła​bość, skom​pro​mi​to​wał ją
i za po​mo​cą oszczer​stwa spo​wo​do​wał jej wy​gna​nie z Man​nion.

Po przy​mu​so​wej prze​pro​wadz​ce ja​koś przy​wy​kła do cia​snej, dusz​nej ka​wa​ler​-

ki, do ha​ła​śli​wej dziel​ni​cy i roz​wrzesz​cza​nych dzie​cia​ków z są​siedz​twa. Po​stać
Zaca na​dal prze​śla​do​wa​ła ją w że​nu​ją​cych snach. Wma​wia​ła so​bie, że ob​se​syj​-
nie  śle​dzi  wszel​kie  in​for​ma​cje  w  pra​sie  na  te​mat  Be​li​san​dro  In​ter​na​tio​nal,  po​-
nie​waż z ca​łe​go ser​ca ży​czy mu ban​kruc​twa.

Za​miast  o  klę​skach  czy​ta​ła  jed​nak  o  ko​lej​nych  suk​ce​sach,  za​rów​no  pry​wat​-

nych,  jak  i  za​wo​do​wych.  Bez​rad​nie  pa​trzy​ła,  jak  ro​śnie  w  siłę,  oglą​da​jąc  jego
zdję​cia  z  ko​lej​ny​mi  sław​ny​mi  pięk​no​ścia​mi,  prze​waż​nie  co  kil​ka  ty​go​dni.  Tyl​ko
związ​ki  z  pięk​ną  fran​cu​ską  ak​tor​ką  i  ja​sno​wło​są  ame​ry​kań​ską  mo​del​ką  prze​-
trwa​ły po kil​ka mie​się​cy. Wte​dy po​now​nie za​czę​ły ją prze​śla​do​wać sny z Za​kiem
w roli głów​nej. Tym ra​zem pa​trzy​ła bez​rad​nie na obce dziew​czy​ny w jego ob​ję​-
ciach.

Za​czę​ła po​dej​rze​wać, że po​pa​dła w uza​leż​nie​nie, ale szyb​ko wy​tłu​ma​czy​ła so​-

bie, że musi gro​ma​dzić in​for​ma​cje o jego po​czy​na​niach i miej​scach po​by​tu, żeby
unik​nąć przy​pad​ko​we​go spo​tka​nia.

Do​pie​ro prze​pro​wadz​ka Zaca do Mel​bo​ur​ne przy​nio​sła pew​ną ulgę, po​nie​waż

zli​kwi​do​wa​ła  głów​ną  prze​szko​dę  w  dro​dze  do  Man​nion.  Wresz​cie  uwie​rzy​ła
w  moż​li​wość  od​mia​ny  losu.  Nie  prze​wi​dzia​ła,  że  zgo​tu​je  jej  tak  szo​ku​ją​cą  nie​-
spo​dzian​kę.

Na nowo za​brzmia​ły jej w gło​wie pa​mięt​ne sło​wa, wy​po​wie​dzia​ne bez cie​nia

czu​ło​ści: „Ty pra​gniesz Man​nion, a ja cie​bie.”

Czy  na​praw​dę  zre​ali​zu​je  swo​ją  za​chcian​kę,  nie  zwa​ża​jąc  na  jej  od​czu​cia?

Wma​wia​ła  so​bie,  że  słod​kie  po​ca​łun​ki  i  de​li​kat​ny  do​tyk  jego  pal​ców  na  skó​rze
sta​no​wi​ły  tyl​ko  śro​dek  do  celu.  Mu​sia​ła  po​ko​nać  wła​sną  sła​bość  i  trak​to​wać
przy​się​gę mał​żeń​ską wy​łącz​nie jako zo​bo​wią​za​nie han​dlo​we, by nie zy​skał nad
nią ab​so​lut​nej wła​dzy. Żeby nie ro​bić so​bie złud​nych na​dziei, tłu​ma​czy​ła so​bie,
że szyb​ko się nią znu​dzi i za​cznie szu​kać no​wej zdo​by​czy.

Ru​szy​ła  ku  wyj​ściu  i  przy​sta​nę​ła  w  pół  kro​ku  na  wi​dok  Zaca  sto​ją​ce​go

w drzwiach swo​jej gar​de​ro​by. Bez ma​ry​nar​ki i kra​wa​ta, w ko​szu​li roz​pię​tej pra​-
wie do pasa i z pod​wi​nię​ty​mi rę​ka​wa​mi wy​glą​dał swo​bod​nie, ale onie​śmie​lał ją
tak samo jak za​wsze.

–  My​śla​łam,  że  na​dal  za​ba​wiasz  go​ścia  –  wy​szep​ta​ła  pra​wie  bez  tchu.  –  Wy​-

stra​szy​łeś mnie.

– Nie przy​szedł z wi​zy​tą. Do​star​czył tyl​ko za​mó​wio​ne to​wa​ry. Może na przy​-

background image

szłość po​wi​nie​nem anon​so​wać swo​je na​dej​ście na przy​kład gwizd​nię​ciem, żeby
oszczę​dzić ci stra​chu? – za​żar​to​wał.

– Nie trze​ba. Po​dob​no czło​wiek do wszyst​kie​go się przy​zwy​cza​ja.
– Nie wiem, czy to uogól​nie​nie do​ty​czy rów​nież mał​żeń​stwa. Ale na po​czą​tek

cie​ka​wi mnie, czy zdo​łasz przy​wyk​nąć do zmian w tym po​ko​ju, cara mia.

– Szko​da, że ich ze mną nie skon​sul​to​wa​łeś. Obie​cy​wa​łeś, że zo​sta​wisz urzą​-

dze​nie wnętrz w mo​jej ge​stii – wy​tknę​ła ze sztucz​nie ura​żo​ną miną, świa​do​ma,
że wy​szła na nie​wdzięcz​ni​cę. Gdy​by za​war​li praw​dzi​wy zwią​zek, za​rzu​ci​ła​by mu
ręce na szy​ję i dzię​ko​wa​ła z ca​łe​go ser​ca, ob​sy​pu​jąc go po​ca​łun​ka​mi. Ale w ist​-
nie​ją​cym ukła​dzie nie po​zo​sta​ło jej nic in​ne​go, jak po​zo​stać przy ob​ra​nej stra​te​-
gii.

Zac uniósł brwi, nie​mi​le za​sko​czo​ny jej za​rzu​ta​mi.
– Prze​pra​szam. Mia​łem na​dzie​ję, że spra​wię ci miłą nie​spo​dzian​kę i że po re​-

mon​cie ła​twiej ci bę​dzie za​ak​cep​to​wać ten po​kój.

– Nie​po​trzeb​nie też prze​nio​słeś mnie przez próg na oczach pani Har​ris – do​-

ku​cza​ła mu da​lej.

– To sta​ra wło​ska tra​dy​cja. Daw​niej uwa​ża​no za złą wróż​bę po​tknię​cie pan​ny

mło​dej  przy  wej​ściu  do  domu  męża.  Dla​te​go  oby​czaj  na​ka​zu​je  ją  wnieść,  żeby
unik​nąć ry​zy​ka.

– Na​sze​mu związ​ko​wi da​le​ko do do​sko​na​ło​ści. Poza tym, jak ci za​pew​ne wia​-

do​mo, za​wsze uwa​ża​łam Man​nion za swój dom.

Zac za​ci​snął zęby, ale za​raz prze​mó​wił zu​peł​nie spo​koj​nym to​nem:
– W ta​kim ra​zie uznaj, że wzią​łem cię na ręce pod wpły​wem im​pul​su, ca​ris​si​-

ma.

– Co mi wy​szep​ta​łeś do ucha?
– To ko​lej​ny sta​ry oby​czaj. Ubi tu Gaia, ego Ga​ius. To zna​czy: Gdzie ty, pani,

tam i ja.

– Nie wszę​dzie – za​pro​te​sto​wa​ła Dana. – Tyl​ko w tym domu. Ale dzię​ku​ję za

lek​cję hi​sto​rii.

– Gdy​bym cię sła​biej znał, po​dej​rze​wał​bym, że dą​żysz do kłót​ni. Pro​po​nu​ję za​-

wrzeć po​kój. Przy​sła​no mnie, że​bym cię za​wia​do​mił, że po​da​no her​ba​tę na ta​ra​-
sie.  Chy​ba  że  wo​lisz  zo​stać  tu​taj  i  za​cze​kać  do  ko​la​cji,  któ​rą  za​mó​wi​łem  na
ósmą?

Tyl​ko czy cze​ka​ła​by sama?
– Chęt​nie wy​pi​ję her​ba​tę – od​rze​kła.
Na  ta​ra​sie  było  przy​jem​nie  cie​pło.  Zac  usiadł  wy​god​nie,  wspar​ty  o  po​dusz​ki,

i z wy​raź​ną przy​jem​no​ścią pa​trzył na jej biust. Jego spoj​rze​nie krę​po​wa​ło Danę.
Przy​po​mi​na​ło, że za kil​ka go​dzin bę​dzie miał pra​wo oglą​dać ją bez ni​cze​go.

– Kie​dy wró​cę z po​dró​ży, mój oj​ciec za​pra​sza nas do na​sze​go domu nad je​zio​-

rem Como – po​in​for​mo​wał. – Przy​pusz​czam, że ży​czy so​bie, żeby nasz zwią​zek
zo​stał po​bło​go​sła​wio​ny w ro​dzin​nej ka​pli​cy.

–  Zwa​żyw​szy  na  oko​licz​no​ści,  ko​ściel​na  ce​re​mo​nia  nie​mal  za​kra​wa  na  bluź​-

nier​stwo. Zresz​tą nie mogę wy​je​chać. Mam tu zbyt wie​le pra​cy.

background image

– Nie wy​go​spo​da​ru​jesz kil​ku dni dla taty, żeby mógł cię po​wi​tać jako sy​no​wą?
– Nie zda​wa​łam so​bie spra​wy, że nasz kon​trakt zo​bo​wią​zu​je mnie do od​gry​wa​-

nia roli szczę​śli​wej mę​żat​ki – od​par​ła lo​do​wa​tym to​nem.

– Więc te​raz już wiesz – uciął krót​ko. – W re​wan​żu chęt​nie od​wie​dzę z tobą

two​ją mamę w Hisz​pa​nii.

Dana spu​ści​ła wzrok na wła​sne dło​nie, moc​no sple​cio​ne na ko​la​nach.
– Dzię​ku​ję, ale to zbęd​ne.
Zac za​milkł, ale czu​ła, że na​ra​sta w nim gniew, po​dob​nie jak w niej. Lin​da dość

wy​cier​pia​ła,  żeby  zno​sić  jesz​cze  wi​zy​tę  ku​zy​na  Se​ra​fi​ny.  Roz​myśl​nie  pod​sy​ca​ła
w so​bie złość, po​nie​waż chro​ni​ła ją przed nie​re​al​ny​mi pra​gnie​nia​mi i tę​sk​no​ta​-
mi.

– Wąt​pię, czy pani La​ti​mer po​wi​ta mnie z otwar​ty​mi ra​mio​na​mi i czy wy​ba​czy

nam, że obec​nie zaj​mu​je​my jej dom.

– Prze​stał do niej na​le​żeć po śmier​ci jej męża i je​dy​ne​go syna. Trak​to​wa​ła go

jak pu​stą sko​ru​pę, któ​rą z ulgą opu​ści​ła. Nie ob​cho​dzi jej, kto tu miesz​ka.

Adam też na​zwał Man​nion kupą ka​mie​ni na pust​ko​wiu, ale nie miał ra​cji. Już

ona za​dba o to, by od​zy​ska​ło daw​ną świet​ność.

– Kie​dy ją zno​wu zo​ba​czysz, bę​dzie so​bie ży​czy​ła, że​byś ją na​zy​wa​ła Se​ra​fi​ną

tak jak ja – do​dał Zac.

– Przy​ję​łam do wia​do​mo​ści – wy​mam​ro​ta​ła Dana.
– Z nie​chę​cią – sko​men​to​wał Zac. – Po​zwól więc, że prze​ka​żę ci przy​jem​niej​-

szą wia​do​mość. Mój kie​row​ca przed chwi​lą przy​pro​wa​dził twój sa​mo​chód. – Wy​-
jął klu​czy​ki z kie​sze​ni i po​ło​żył na sto​le. – Mam na​dzie​ję, że nie po​trak​tu​jesz go
jako środ​ka uciecz​ki.

– Za​trzy​mał​byś mnie?
– Nie. Ufam, że ho​nor nie po​zwo​li ci zła​mać za​war​tej umo​wy.
– Trud​no ją na​zwać ho​no​ro​wą.
–  Szko​da,  że  o  tym  nie  po​my​śla​łaś,  za​nim  za​ło​ży​łem  ci  ob​rącz​kę  na  pa​lec.  –

Zo​sta​wił  jej  chwi​lę  na  prze​tra​wie​nie  wy​po​wie​dzi,  po  czym  wes​tchnął:  –  Chy​ba
oby​dwo​je po​trze​bu​je​my ochło​dy. Idę po​pły​wać. Pój​dziesz ze mną? – za​pro​po​no​-
wał na ko​niec, wsta​jąc z miej​sca i wy​cią​ga​jąc do niej rękę.

Dana ze​sztyw​nia​ła na wspo​mnie​nie opa​lo​nej, na​giej syl​wet​ki, lśnią​cej po wyj​-

ściu z wody. Nie przy​pusz​cza​ła, żeby tym ra​zem pla​no​wał za​ło​żyć ką​pie​lów​ki.

– Nie, dzię​ku​ję – wy​mam​ro​ta​ła po​spiesz​nie. – Nie jest mi za go​rą​co.
– Mimo że masz tro​chę za​ró​żo​wio​ne po​licz​ki – za​uwa​żył z uśmiesz​kiem roz​ba​-

wie​nia.

– Zresz​tą sła​bo pły​wam – do​da​ła.
– Nic nie szko​dzi. Nie po​zwo​lę ci uto​nąć.
– Mimo wszyst​ko moja od​po​wiedź na​dal brzmi: nie.
–  Na  ile  py​tań,  ca​ris​si​ma?  –  Nie  cze​ka​jąc  na  od​po​wiedź,  zszedł  po  scho​dach

w kie​run​ku daw​nej oran​że​rii.

Kie​dy Dana zo​sta​ła sama,  zmu​si​ła się do zje​dze​nia  ka​nap​ki i ka​wał​ka cia​sta.

background image

Po​trze​bo​wa​ła  ja​kie​goś  za​ję​cia,  któ​re  przy​wró​ci​ło​by  jej  po​czu​cie  nor​mal​no​ści,
naj​le​piej zwią​za​ne​go z re​ali​za​cją naj​waż​niej​sze​go celu: re​no​wa​cją domu. Chwi​lę
póź​niej, prze​bra​na w dżin​sy i bia​łą ko​szu​lę za​wią​za​ną w ta​lii, ze​szła z po​wro​tem
na  ta​ras,  gdzie  pani  Har​ris  sprzą​ta​ła  po  pod​wie​czor​ku.  Gdy  ru​szy​ła  w  stro​nę
domu, Dana spy​ta​ła:

– Czy do​star​czo​no już moją sofę i biur​ko?
–  Przy​ja​dą  ju​tro.  Pan  Be​li​san​dro  opróż​nił  je​den  z  po​koi,  żeby  zro​bić  dla  nich

miej​sce.

–  Mam  inny  po​mysł  –  od​rze​kła  Dana  z  uprzej​mym  uśmie​chem,  ru​sza​jąc  ku

scho​dom.

Przez dłu​gi czas uwa​ża​ła let​nią al​ta​nę za za​ka​za​ne te​ry​to​rium, ale te​raz za​-

mie​rza​ła  za​stą​pić  daw​ne  wspo​mnie​nia  no​wy​mi  i  trak​to​wać  ją  jak  zwy​kłą  część
po​sia​dło​ści. Przede wszyst​kim na​le​ża​ło do​pro​wa​dzić prąd, żeby ni​g​dy wię​cej nie
sie​dzieć tam w ciem​no​ściach.

Nie​przy​ci​na​ne krze​wy nie​mal za​ro​sły ścież​kę i prze​sło​ni​ły cały wi​dok. Do​pie​-

ro po do​tar​ciu na miej​sce zo​ba​czy​ła, że po al​ta​nie nie zo​sta​ła ani jed​na de​ska.
Na wi​dok pu​ste​go pla​cu prze​ży​ła szok. Stra​ci​ła całą ener​gię, jak​by na​gle uszło
z niej po​wie​trze. Wró​ci​ła na traw​nik i za​cze​pi​ła ro​bot​ni​ka pcha​ją​ce​go tacz​ki:

– Dla​cze​go ro​ze​bra​no let​ni do​mek?
– Szef ka​zał. Sta​ry pan God​stow pró​bo​wał mu wy​per​swa​do​wać ten po​mysł, ale

nie  słu​chał.  Stwier​dził,  że  ni​g​dy  nie  cier​piał  tego  prze​klę​te​go  miej​sca,  tyle  że
użył nie​co in​nych słów.

– Ro​zu​miem – skła​ma​ła Dana, choć po​trze​bo​wa​ła kon​fron​ta​cji z Za​kiem, żeby

zro​zu​mieć po​wód tego okrut​ne​go aktu wan​da​li​zmu.

W pierw​szym od​ru​chu chcia​ła go od​szu​kać, su​che​go czy mo​kre​go, ale w po​ło​-

wie dro​gi do ba​se​nu uświa​do​mi​ła so​bie, że nie może zdra​dzić, jak wiel​kie zna​-
cze​nie  mia​ła  dla  niej  ogro​do​wa  bu​dow​la  i  dla​cze​go  jej  znisz​cze​nie  tak  głę​bo​ko
nią wstrzą​snę​ło. Po​sta​no​wi​ła mil​czeć, a gdy​by sam po​ru​szył ten te​mat, uda​wać
obo​jęt​ność.  Przy​rze​kła  so​bie,  że  za​po​mni  o  prze​szło​ści  i  skon​cen​tru​je  się  na
przy​wró​ce​niu Man​nion do ży​cia. W koń​cu po to tu za​miesz​ka​ła.

Uzbro​jo​na w no​tat​nik i dłu​go​pis prze​mie​rzy​ła wraz z pa​nią Har​ris po​ko​je na

pię​trze, żeby zde​cy​do​wać, któ​re na​le​ży wy​re​mon​to​wać, a gdzie tyl​ko wy​mie​nić
po​ściel i za​sło​ny. Gdy skoń​czy​ły, po​sta​no​wi​ła obej​rzeć ga​bi​net, po​nie​waż uzna​ła,
że  tam  praw​do​po​dob​nie  przyj​dzie  jej  spę​dzić  więk​szość  cza​su.  Lecz  gdy  prze​-
cho​dzi​ła obok bi​blio​te​ki, spo​tka​ła wy​cho​dzą​ce​go Zaca. Na biur​ku zo​ba​czy​ła ze​-
staw pla​ty​no​wych kart kre​dy​to​wych, gru​bą ksią​żecz​kę cze​ko​wą i zie​lo​ny fol​der.

– Wła​śnie cię szu​ka​łem – oznaj​mił, wpro​wa​dza​jąc ją do środ​ka. – Mu​si​my prze​-

dys​ku​to​wać  kwe​stie  fi​nan​so​we.  Bę​dziesz  po​trze​bo​wa​ła  wię​cej  środ​ków  na
utrzy​ma​nie  Man​nion,  wy​pła​tę  pen​sji  i  po​kry​cie  kosz​tów  re​mon​tu.  W  tej  tecz​ce
są wszyst​kie do​ku​men​ty. Wy​star​czy, że zło​żysz w ban​ku wzór pod​pi​su z no​wym
na​zwi​skiem.

– Jaki li​mit wy​dat​ków wy​zna​czy​łeś?
– Żad​ne​go. Wy​da​waj, ile chcesz. To moje zo​bo​wią​za​nie wy​ni​ka​ją​ce z za​war​te​-

background image

go ukła​du.

A ra​czej trans​ak​cji, któ​rą za​war​ła, za​śle​pio​na żą​dzą po​sia​da​nia, któ​ra zdo​mi​-

no​wa​ła  jej  ży​cie  od  dzie​ciń​stwa.  Obe​lgi  Ada​ma,  któ​ry  na​zwał  ją  chy​trą  i  wy​ra​-
cho​wa​ną, za​brzmia​ły jej w uszach jak szy​der​cze echo. Nie po​tra​fi​ła im za​prze​-
czyć. Nie po​ma​ga​ło już tłu​ma​cze​nie, że jako cór​ka Jac​ka La​ti​me​ra tak czy ina​-
czej po​win​na zo​stać wła​ści​ciel​ką Man​nion. W osta​tecz​nym roz​ra​chun​ku cel nie
uświę​cił środ​ków.

– Je​steś bar​dzo hoj​ny – po​wie​dzia​ła ci​chym gło​sem.
– Cze​mu nie? Ocze​ku​ję wspa​nia​łej na​gro​dy. Dla​cze​go zdję​łaś tę ślicz​ną su​kien​-

kę?

– Wy​bra​łam strój bar​dziej sto​sow​ny do pra​cy. Nie przy​pusz​cza​łam, że za​uwa​-

żysz.

– Uwa​żasz mnie za ślep​ca?
– Prze​pra​szam za nie​sto​sow​ną uwa​gę. Nie myśl, że ocze​ki​wa​łam kom​ple​men​-

tów.

–  Ode  mnie  na  pew​no  nie.  Nie  mu​sisz  mi  o  tym  przy​po​mi​nać.  Pro​po​nu​ję  jak

naj​szyb​ciej zjeść ko​la​cję. Le​d​wie tknę​łaś lunch, a póź​niej też nie​wie​le wię​cej.

A więc nie tyl​ko zmia​na ubra​nia nie umknę​ła jego uwa​dze. W tej sy​tu​acji nie

po​zo​sta​ło jej nic in​ne​go, jak uda​wać, że ma ocho​tę na po​si​łek. Ku jej wła​sne​mu
za​sko​cze​niu na wi​dok schło​dzo​nej zupy z awo​ka​do i ło​so​sia w ma​jo​ne​zie po​wró​-
cił  jej  ape​tyt.  De​li​kat​na  pian​ka  cy​try​no​wa  ze  świe​ży​mi  tru​skaw​ka​mi  rów​nież
sma​ko​wa​ła wy​bor​nie, po​dob​nie jak aro​ma​tycz​ne, orzeź​wia​ją​ce wino. W mgnie​-
niu oka opróż​ni​ła pierw​szy kie​li​szek w na​dziei, że przy​nie​sie jej uko​je​nie.

– Po​wo​li! – upo​mniał ją Zac ła​god​nie. – To nie śro​dek odu​rza​ją​cy, tyl​ko wy​bor​-

ny tru​nek.

– Nie po​trze​bu​ję odu​rze​nia – skła​ma​ła.
– Miło mi to sły​szeć, zwłasz​cza że trze​ba uzu​peł​nić li​stę go​ści. Moja ku​zyn​ka

Se​ra​fi​na  po​sta​no​wi​ła  przy​je​chać  na  ślub  Ni​co​li  –  po​in​for​mo​wał  po  chwi​li  prze​-
rwy. – Prze​pa​da za nią.

Prze​ciw​nie niż za mną – po​my​śla​ła Dana.
–  Czy  wy​zdro​wia​ła  na  tyle,  żeby  wy​ru​szyć  w  tak  da​le​ką  po​dróż?  –  spy​ta​ła

ostroż​nie.

– Jesz​cze cho​dzi o la​sce, ale li​czy na to, że do we​se​la cał​kiem doj​dzie do sie​-

bie. Oczy​wi​ście two​ja cio​cia bę​dzie jej to​wa​rzy​szyć. Je​że​li to moż​li​we, przy​dziel
im są​sia​du​ją​ce po​ko​je.

– Do​brze, za​dbam o to – od​rze​kła, spusz​cza​jąc wzrok na stół. Przy​szło jej bo​-

wiem do gło​wy, że bę​dzie to nie​zręcz​na sy​tu​acja dla oby​dwu stron.

Po ko​la​cji po​dzię​ko​wa​ła za kawę w oba​wie, że nie za​śnie.
– Uwie​rzysz mi, je​śli po​wiem, że nie ma się cze​go oba​wiać? – za​py​tał Zac, jak​-

by czy​tał w jej my​ślach.

– Nie. Jak​że​bym mo​gła?
Naj​bar​dziej  bała  się,  że  kie​dy  jej  do​tknie,  nie  zdo​ła  ukryć,  że  przed  sied​miu

laty roz​bu​dził w niej po​żą​da​nie, któ​re​go czas nie uga​sił.

background image

– Ale nie będę pró​bo​wa​ła cię po​wstrzy​mać – do​da​ła. – Za​war​łam umo​wę i za​-

mie​rzam jej do​trzy​mać.

– Sły​sza​łem już bar​dziej ku​szą​ce ofer​ty – wy​tknął nad​spo​dzie​wa​nie ła​god​nym

gło​sem.

– Nie wąt​pię, ale ode mnie ich nie ocze​kuj.
– Prze​wi​dy​wa​łem, że będę po​trze​bo​wał spo​ro cier​pli​wo​ści – wes​tchnął. – Wy​-

glą​da na to, że mia​łem ra​cję. W ta​kim ra​zie wy​pi​ję kawę sam, do​koń​czę pra​cę
i do​łą​czę do cie​bie za trzy kwa​dran​se. Zgo​da?

Dana ski​nę​ła tyl​ko gło​wą, nie​zdol​na wy​po​wie​dzieć sło​wa. Opusz​cza​jąc po​kój,

żeby pójść do sy​pial​ni, któ​rą mia​ła z nim dzie​lić, czu​ła, że od​pro​wa​dza ją wzro​-
kiem.

background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY

W  sy​pial​ni  za​sta​ła  po​ście​lo​ne  łóż​ko  i  przy​go​to​wa​ną  bia​łą  ko​szu​lę.  Na​pu​ści​ła

wody do wan​ny, wy​pró​bo​wa​ła bo​ga​ty ze​staw ko​sme​ty​ków i wy​bra​ła za​pach róży
i ge​ra​nium. Po ką​pie​li za​ło​ży​ła ko​szu​lę i usia​dła przed to​a​let​ką, żeby roz​cze​sać
wło​sy.

Le​d​wie  odło​ży​ła  szczot​kę,  usły​sza​ła,  że  Zac  otwie​ra  drzwi  swo​jej  gar​de​ro​by.

Od​wró​ci​ła gło​wę i za​mar​ła w bez​ru​chu z rę​ka​mi, przy​ci​śnię​ty​mi do bo​ków. Zac
przy​sta​nął i przez dłuż​szą chwi​lę pa​trzy​li na sie​bie w mil​cze​niu. W koń​cu wes​-
tchnął głę​bo​ko, pod​szedł do łóż​ka i zrzu​cił szla​frok, tak że mo​gła w ca​łej oka​za​-
ło​ści obej​rzeć jego wspa​nia​łą syl​wet​kę.

– Je​że​li za​mie​rzasz tam tkwić do rana jak mę​czen​ni​ca, to two​ja spra​wa – po​-

wie​dział. – Ja idę spać. – Od​wró​cił się na bok, po​pra​wił po​dusz​kę i zga​sił noc​ną
lamp​kę.

Dana po​sie​dzia​ła jesz​cze przez chwi​lę w na​dziei, że po​licz​ki prze​sta​ną jej pło​-

nąć, a ser​ce od​zy​ska nor​mal​ny rytm, ale w koń​cu po​szła w jego śla​dy, żeby nie
na​ro​bić so​bie wsty​du. Uło​ży​ła się na ple​cach na sa​mym brze​gu łóż​ka i pa​trząc
w su​fit, cze​ka​ła z mie​sza​ni​ną tę​sk​no​ty i lęku, aż Zac po nią się​gnie. Lecz ko​lej​ne,
w jej od​czu​ciu nie​skoń​cze​nie dłu​gie mi​nu​ty mi​ja​ły, a on nie wy​ko​nał żad​ne​go ru​-
chu. Do​pie​ro rów​ny, spo​koj​ny od​dech uświa​do​mił jej, że na​praw​dę po​szedł spać.

Ostroż​nie zmie​ni​ła po​zy​cję na wy​god​niej​szą i spró​bo​wa​ła się od​prę​żyć. Tłu​ma​-

czy​ła so​bie, że Zac ju​tro wy​je​dzie, że zy​ska kil​ka ty​go​dni na ochło​nię​cie i upo​-
rząd​ko​wa​nie  my​śli.  Za​miast  ulgi  po​czu​ła  jed​nak  ukłu​cie  bólu  w  ser​cu.  Za​czę​ła
po​dej​rze​wać, że Zac ża​łu​je po​chop​ne​go za​war​cia mał​żeń​skie​go kon​trak​tu, dla​-
te​go  utrzy​mu​je  dy​stans.  Je​że​li  mał​żeń​stwo  nie  zo​sta​nie  skon​su​mo​wa​ne,  bę​dzie
moż​na uzy​skać unie​waż​nie​nie, za​nim wia​do​mość o nim do​trze do opi​nii pu​blicz​-
nej.

Wciąż  pa​mię​ta​ła  sło​dycz  po​ca​łun​ków  w  ciem​no​ści  let​niej  al​ta​ny,  do​tyk  ma​te​-

ria​łu cien​kiej ko​szu​li na na​giej skó​rze. Pier​si jej stward​nia​ły, gdy wy​obra​zi​ła so​-
bie, że roz​pi​na mu gu​zi​ki i pa​sek spodni i wo​dzi pal​ca​mi i war​ga​mi po ca​łej roz​-
pa​lo​nej skó​rze.

Oczy​wi​ście za​rów​no przed sied​miu laty, jak i te​raz brak do​świad​cze​nia wy​klu​-

czał taką śmia​łość. Lecz wi​zje tam​tej nocy prze​śla​do​wa​ły ją przez peł​nych sie​-
dem lat. Cier​pia​ła męki, wie​dząc, że wy​star​czy wy​cią​gnąć rękę, żeby je zre​ali​-
zo​wać. Tyle że wraz z cia​łem od​da​ła​by ser​ce i du​szę cy​ni​ko​wi, któ​ry z pre​me​dy​-
ta​cją ku​pił ją jak za​baw​kę, nie wia​do​mo na jak dłu​go.

Adam twier​dził, że gdy Zac zdo​bę​dzie ko​bie​tę, tra​ci za​in​te​re​so​wa​nie. Z pew​-

no​ścią krót​ka ce​re​mo​nia w urzę​dzie sta​nu cy​wil​ne​go nie zmie​ni jego na​wy​ków.
Nie wi​dzia​ła in​nych per​spek​tyw na przy​szłość niż ry​chłe unie​waż​nie​nie mał​żeń​-

background image

stwa  lub  uprzej​ma  obo​jęt​ność.  Do​szła  do  wnio​sku,  że  le​piej  ode​przeć  po​ku​sę
i uda​wać, że je​dy​nie wy​peł​nia pod​ję​te zo​bo​wią​za​nie, nic wię​cej.

Żeby  od​su​nąć  po​sęp​ne  my​śli,  spró​bo​wa​ła  wy​my​ślić  nowy  wy​strój  po​koi,  lecz

za​miast ta​pet i tka​nin zo​ba​czy​ła dłu​gi, bia​ły ko​ry​tarz bez okien. Za​czę​ła biec ku
drzwiom na jego od​le​głym koń​cu, spra​gnio​na ko​lo​rów i ja​kich​kol​wiek oznak ży​-
cia, lecz w ostat​niej chwi​li za​trza​śnię​to je przed jej no​sem. Pa​dła bez​wład​nie na
pod​ło​gę i za​mknę​ła oczy, żeby nie pa​trzeć na wszech​obec​ną, ośle​pia​ją​cą biel.

Kie​dy  je  otwo​rzy​ła,  stwier​dzi​ła  z  prze​ra​że​niem,  że  leży  w  łóż​ku,  wtu​lo​na

w  Zaca,  z  gło​wą  na  jego  pier​si.  Nie  wie​dzia​ła,  jak  to  moż​li​we,  że  bez​wied​nie
przy​su​nę​ła  się  do  nie​go,  ale  mu​sia​ła  ci​chut​ko  wstać,  żeby  go  nie  obu​dzić.  Gdy
spró​bo​wa​ła  ostroż​nie  zdjąć  jego  rękę  ze  swo​je​go  bio​dra,  wy​mam​ro​tał  coś  nie​-
zro​zu​mia​łe​go, a po​tem otwo​rzył oczy, wsparł gło​wę na łok​ciu i po​wi​tał ją po wło​-
sku:

– Bu​on​gior​no!
– Prze​pra​szam, nie chcia​łam cię obu​dzić – wy​mam​ro​ta​ła, umy​ka​jąc wzro​kiem

w bok.

– Do​my​ślam się, ale do​brze zro​bi​łaś.
– No tak, oczy​wi​ście… prze​cież mu​sisz zła​pać sa​mo​lot.
– Nie uda​waj, że nie wiesz, co mia​łem na my​śli – upo​mniał ją ła​god​nie i za​nim

zdą​ży​ła  wy​my​ślić  ja​kąś  wy​mów​kę,  de​li​kat​nie,  ale  zde​cy​do​wa​nie  przy​cią​gnął  do
sie​bie.

Dłu​go na nią pa​trzył, po​gła​dził po wło​sach, roz​pa​lo​nym po​licz​ku, a po​tem po​-

wiódł opusz​ką kciu​ka po li​nii roz​chy​lo​nych warg. De​li​kat​ne do​tknię​cia przy​spie​-
szy​ły Da​nie puls i obu​dzi​ły dłu​go tłu​mio​ną tę​sk​no​tę. Za​raz jed​nak ogar​nął ją lęk,
nie przed nim, lecz przed sobą, że ujaw​ni to, co roz​pacz​li​wie chcia​ła ukryć. Ja​-
kimś cu​dem wy​do​by​ła głos ze ści​śnię​te​go gar​dła:

– Czy nie mo​gli​by​śmy za​cze​kać do two​je​go po​wro​tu?
– Uwa​żasz, że sie​dem lat to za mało?
Nie cze​kał na od​po​wiedź. Ja​sno dał do zro​zu​mie​nia, że ocze​ki​wa​nie do​bie​gło

koń​ca – dla oboj​ga. Gdy od​rzu​cił koł​drę, za​mknę​ła oczy, nie​pew​na, co by wy​czy​-
ta​ła z jego twa​rzy. Przy​pusz​cza​ła, że triumf i żą​dzę. Dla​te​go za​sko​czy​ła ją de​li​-
kat​ność  po​ca​łun​ku.  Ca​ło​wał  jej  usta  de​li​kat​nie  jak  płat​ki  kwia​tu,  któ​re​go  nie
chciał​by uszko​dzić.

Chło​nę​ła słod​kie do​zna​nia, spra​gnio​na speł​nie​nia nie​wy​po​wie​dzia​nych obiet​nic

jak  wte​dy,  gdy  jako  sie​dem​na​sto​lat​ka  le​ża​ła  w  ra​mio​nach  męż​czy​zny,  któ​re​go
ko​cha​ła…

Roz​chy​li​ła usta i za​czę​ła od​da​wać po​ca​łu​nek, pod​czas gdy jego dło​nie błą​dzi​ły

po ca​łym cie​le, jak​by chciał za​pa​mię​tać każ​dy kąt, każ​dą krzy​wi​znę, każ​dą wy​-
pu​kłość. Gdy jed​nak za​czął zsu​wać z ra​mion ra​miącz​ka ko​szu​li, ode​pchnę​ła go
i na​cią​gnę​ła je z po​wro​tem. Uświa​do​mi​ła so​bie bo​wiem, że nie wy​star​czy jej siły
woli, by uda​wać obo​jęt​ność.

– Nie, pro​szę, jesz​cze nie te​raz – wy​szep​ta​ła. – Nie je​stem jesz​cze go​to​wa.

background image

–  Po​nie​waż  wąt​pię,  czy  bę​dziesz  go​to​wa  za  ty​dzień,  dwa  czy  mie​siąc,  cara

mia, pro​po​nu​ję, że​by​śmy za​war​li układ.

– Jesz​cze je​den? Czy do​tych​cza​so​wy nie przy​spo​rzył nam dość kło​po​tu?
– Ten bę​dzie prost​szy. Je​że​li spró​bu​jesz mi za​ufać, po​sta​ram się wy​ka​zać cier​-

pli​wość, do​pó​ki mi nie po​wiesz, że już nie mu​szę – wy​ja​śnił, za​glą​da​jąc jej głę​bo​-
ko w oczy. – Zgo​da?

Po​nie​waż tyl​ko so​bie nie ufa​ła, a ja​ka​kol​wiek al​ter​na​ty​wa by​ła​by nie do znie​-

sie​nia, po krót​kim na​my​śle ski​nę​ła gło​wą.

Zac  ci​cho  wes​tchnął,  po​ca​ło​wał  ją  w  czo​ło,  po​tem  w  oczy  i  wresz​cie  zno​wu

w usta. Oczy​wi​ście do​trzy​mał sło​wa. Roz​bu​dzał ją po​wo​li, czu​ły​mi po​ca​łun​ka​mi
i wy​ra​fi​no​wa​ny​mi piesz​czo​ta​mi. Wal​cząc z na​ra​sta​ją​cą żą​dzą, prze​dłu​żał słod​ką
mękę ocze​ki​wa​nia, aż usia​dła na łóż​ku, zrzu​ci​ła ko​szu​lę i przy​ję​ła go całą sobą,
bez opo​ru, bez za​ha​mo​wań. W mo​men​cie po​łą​cze​nia pa​trzył jej w oczy, szu​ka​jąc
oznak  bólu,  ale  nie  czu​ła  nic  prócz  ra​do​ści  speł​nie​nia,  gdy  wy​krzy​czał  jej  imię
w eks​ta​zie.

background image

ROZDZIAŁ TRZYNASTY

Mimo wcze​snej pory słoń​ce ja​sno oświe​tla​ło po​kój. Zac od​wró​cił się na ple​cy,

żeby wy​rów​nać od​dech i osło​nił oczy ręką. Dana le​ża​ła obok, bło​go wy​czer​pa​na.
Chcia​ła wy​ra​zić, co czu​je, ale nie wie​dzia​ła jak. Ani po​dzię​ko​wa​nie, ani wy​zna​-
nie  mi​ło​ści  nie  wcho​dzi​ło  w  grę.  Mia​ła  na​dzie​ję,  że  Zac  pierw​szy  się  ode​zwie,
ale po​nie​waż na​dal mil​czał, w koń​cu wy​cią​gnę​ła rękę i do​tknę​ła jego spo​co​ne​go
ra​mie​nia.

– Zac? Nie są​dzisz, że po​win​ni​śmy po​roz​ma​wiać? – za​gad​nę​ła nie​śmia​ło.
Za​brzmia​ło to okrop​nie ba​nal​nie, wręcz nie​zręcz​nie, zwłasz​cza w klu​czo​wym

mo​men​cie  ich  ży​cia.  Po​nie​waż  nie  od​po​wie​dział,  po​dej​rze​wa​ła,  że  za​snął,  lecz
po dłuż​szej chwi​li prze​mó​wił:

– Póź​niej. Na ra​zie mu​si​my od​po​cząć. Cze​ka nas pra​co​wi​ty dzień.
Nie  ta​kiej  od​po​wie​dzi  ocze​ki​wa​ła,  ale  na​ka​za​ła  so​bie  cier​pli​wość.  Li​czy​ła  na

to, że weź​mie ją w ob​ję​cia, ale od​wró​cił się na bok, ty​łem do niej. Nie​co roz​cza​-
ro​wa​na,  po​szła  w  jego  śla​dy.  Nie  za​mie​rza​ła  spać,  ale  wbrew  woli  zmo​rzył  ją
sen. Obu​dzi​ło ją do​pie​ro pu​ka​nie do drzwi. Bu​dzik przy łóż​ku po​ka​zy​wał, że do​-
cho​dzi  dzie​sią​ta.  Po​spiesz​nie  od​rzu​ci​ła  koł​drę  i  ze  zdu​mie​niem  stwier​dzi​ła,  że
ma na so​bie ko​szu​lę. Mu​sia​ła moc​no spać, sko​ro nie czu​ła, kie​dy Zac jej ją za​ło​-
żył.  Chwi​lę  póź​niej  prze​ży​ła  ko​lej​ne  za​sko​cze​nie,  gdy  pani  Har​ris  wnio​sła  tacę
z dzba​nusz​kiem her​ba​ty, mle​kiem i jed​ną, je​dy​ną fi​li​żan​ką.

– Czy mój mąż pije kawę? – spy​ta​ła.
–  Pan  Be​li​san​dro  zjadł  śnia​da​nie  wcze​śniej.  Jego  kie​row​ca  i  je​den  z  ogrod​ni​-

ków zno​szą ba​ga​że do sa​mo​cho​du – po​in​for​mo​wa​ła go​spo​sia.

– Już? – Dana w po​pło​chu od​sta​wi​ła tacę i po​spiesz​nie wsta​ła.
Za​mie​rza​ła  go  po​pro​sić,  żeby  po​le​ciał  póź​niej​szym  sa​mo​lo​tem,  po​nie​waż

chcia​ła  mu  to​wa​rzy​szyć  w  po​dró​ży  po  Eu​ro​pie.  Pod​ję​ła  to  po​sta​no​wie​nie  tuż
przed za​śnię​ciem i na​dal za​mie​rza​ła zre​ali​zo​wać. Pod​bie​gła boso do jego gar​de​-
ro​by tyl​ko po to, żeby zo​ba​czyć otwar​tą pu​stą sza​fę i po​otwie​ra​ne, rów​nież do​-
szczęt​nie opróż​nio​ne szu​fla​dy. Za​brał wszyst​ko! Nic dziw​ne​go, że po​trze​bo​wał
aż dwóch osób do zno​sze​nia ba​ga​ży.

– Czy pan Be​li​san​dro jesz​cze jest w ja​dal​ni? – spy​ta​ła go​spo​się.
– Nie. W ga​bi​ne​cie.
Dana w po​śpie​chu na​rzu​ci​ła szla​frok, wło​ży​ła kap​cie i ze​szła na par​ter. Za​sta​-

ła Zaca przy dziw​nie pu​stym biur​ku. Spraw​dzał za​war​tość swo​jej tecz​ki. Na jej
wi​dok za​ci​snął zęby, co ją moc​no za​nie​po​ko​iło.

– Obie​ca​łeś mi roz​mo​wę – przy​po​mnia​ła przy​ci​szo​nym gło​sem.
–  Uzna​łem,  że  tak  bę​dzie  le​piej  –  od​parł,  wy​cią​ga​jąc  ku  niej  rękę,  w  któ​rej

trzy​mał dużą ko​per​tę – To mój pre​zent ślub​ny dla cie​bie.

background image

Dana  na​dal  sta​ła  bez  ru​chu  przy  drzwiach,  wal​cząc  z  nie​zro​zu​mia​łą  po​ku​są,

by scho​wać ręce za ple​cy.

– Dzię​ku​ję – wy​mam​ro​ta​ła z nie​pew​ną miną. – Co to ta​kie​go?
– Akt wła​sno​ści domu. Prze​pi​sa​łem go na cie​bie. Zo​sta​łaś jego je​dy​ną wła​ści​-

ciel​ką. Tak więc w koń​cu oby​dwo​je otrzy​ma​li​śmy to, cze​go naj​bar​dziej pra​gnę​li​-
śmy. Obie stro​ny do​trzy​ma​ły wa​run​ków umo​wy, co daje nam wol​ność po​wro​tu do
wła​sne​go, osob​ne​go ży​cia.

Po ple​cach Dany prze​szedł zim​ny dreszcz.
– Jak to osob​ne​go?
–  Osią​gnę​li​śmy  za​mie​rzo​ne  cele,  więc  nie  mu​si​my  dłu​żej  cią​gnąć  mał​żeń​skiej

far​sy. Po po​wro​cie z po​dró​ży za​miesz​kam gdzie in​dziej, co pew​nie cię ucie​szy.

Dana o mało nie ze​mdla​ła. Le​d​wie wy​do​by​ła głos ze ści​śnię​te​go gar​dła.
– Czy to zna​czy, że nie wró​cisz? – wy​szep​ta​ła, go​rącz​ko​wo szu​ka​jąc prze​ko​nu​-

ją​ce​go wy​ja​śnie​nia swo​je​go za​nie​po​ko​je​nia. – A co z re​mon​tem?

–  Już  nie  po​trze​bu​jesz  ni​ko​go,  żeby  zre​ali​zo​wać  swo​je  ma​rze​nie  –  od​parł  po

dość dłu​gim mil​cze​niu. – Wczo​raj za​pew​ni​łem ci środ​ki na do​koń​cze​nie prac.

– Ale z pew​no​ścią ze​chcesz zo​ba​czyć efek​ty.
– Nie, cara mia. Nie​spe​cjal​nie mnie in​te​re​su​ją. To ty ma​rzy​łaś o Man​nion, nie

ja. Za​bez​pie​czy​łem też fun​du​sze na two​je utrzy​ma​nie. Je​że​li uznasz je za nie​wy​-
star​cza​ją​ce, skon​tak​tuj się z moim praw​ni​kiem.

– Nie mo​żesz tak po pro​stu odejść – za​pro​te​sto​wa​ła. – Co lu​dzie po​my​ślą?
– Że pod​ję​li​śmy po​chop​ną de​cy​zję, któ​rej szyb​ko po​ża​ło​wa​li​śmy.
– Ale nie​dłu​go Ni​co​la bie​rze tu ślub…
– Oczy​wi​ście przy​ja​dę, ale na krót​ko i będę spał na po​je​dyn​czym łóż​ku w prze​-

bie​ral​ni.

– Czy… ostat​nia noc nic dla cie​bie nie zna​czy​ła? – spy​ta​ła zmie​nio​nym gło​sem.
–  Cze​go  ocze​ku​jesz?  Wy​bu​chu  ra​do​ści,  że  z  taką  pa​sją  do​peł​ni​łaś  wa​run​ków

umo​wy? Przy​zna​ję, że mile mnie za​sko​czy​łaś, zwa​żyw​szy, że mia​ła to być na​sza
pierw​sza i ostat​nia wspól​na noc.

–  Nie  ocze​ki​wa​łam  po​chwał,  ale  tak  ry​chłe​go  roz​sta​nia  też  nie.  Je​że​li  pla​nu​-

jesz roz​wód, to na kie​dy?

–  Jak  naj​szyb​ciej,  ale  ra​czej  nie  na​tych​miast.  Trze​ba  do​trzy​mać  usta​wo​wych

ter​mi​nów.

–  Ro​zu​miem  –  wy​szep​ta​ła  wy​schnię​ty​mi  war​ga​mi.  –  Chy​ba  już  nie  po​zo​sta​ło

nic do po​wie​dze​nia –  do​da​ła wbrew so​bie. Naj​chęt​niej  za​rzu​ci​ła​by mu ręce  na
szy​ję i bła​ga​ła, żeby zo​stał albo za​brał ją ze sobą, lecz gdy​by ją od​trą​cił, do​zna​-
ła​by jesz​cze więk​sze​go upo​ko​rze​nia.

– Nie. Chy​ba nie – od​po​wie​dział. – A więc że​gnaj, Dana. Po​zwól mi wie​rzyć, że

Man​nion speł​ni na​dzie​je, któ​re przez tyle lat pie​lę​gno​wa​łaś w ser​cu. – Za​mknął
tecz​kę, po​ło​żył ko​per​tę z ak​tem wła​sno​ści na sto​le, mi​nął ją z prze​lot​nym, bez​-
oso​bo​wym uśmie​chem i wy​szedł.

Chwi​lę póź​niej usły​sza​ła, jak za​pa​la sil​nik. Sta​ła w bez​ru​chu, słu​cha​jąc cich​ną​-

ce​go war​ko​tu sil​ni​ka, póki cał​kiem nie za​milkł w od​da​li.

background image

Po dłu​gich, nie​prze​spa​nych no​cach, po któ​rych bu​dzi​ła się wy​czer​pa​na, Dana

do​cho​dzi​ła do wnio​sku, że tyl​ko pra​ca może ją ura​to​wać od cał​ko​wi​te​go za​ła​ma​-
nia.  Gdy​by  nie  ar​mia  ma​la​rzy  i  de​ko​ra​to​rów,  za​szy​ła​by  się  w  naj​ciem​niej​szym
ką​cie i pła​ka​ła, póki star​czy łez. Za​miast tego wy​bie​ra​ła ko​lo​ry, wzo​ry i ma​te​ria​-
ły z Bel​lą Di​xon, pro​jek​tant​ką sy​pial​ni, na któ​rą obec​nie nie mo​gła pa​trzeć.

Pa​trzy​ła bez cie​nia ra​do​ści jak ma​rze​nie jej ży​cia na​bie​ra re​al​nych kształ​tów,

po​grą​żo​na w co​raz więk​szej roz​pa​czy. Mu​sia​ła jed​nak ro​bić do​brą minę do złej
gry przy Ni​co​li, szczę​śliw​szej z każ​dym dniem, któ​ry przy​bli​żał ją do ślu​bu. Naj​-
trud​niej przy​cho​dzi​ło jej wy​my​śla​nie wy​mi​ja​ją​cych od​po​wie​dzi na py​ta​nia o prze​-
bieg po​dró​ży Zaca po Eu​ro​pie i datę po​wro​tu.

Przez pierw​szy dzień nie do koń​ca wie​rzy​ła w osta​tecz​ne roz​sta​nie. Żyła na​-

dzie​ją, że Zac ja​kimś cu​dem zmie​ni zda​nie i wró​ci. W koń​cu przy​ję​ła do wia​do​-
mo​ści  okrut​ne  ostrze​że​nie  Ada​ma,  że  kie​dy  ją  po​sią​dzie,  nie  za​pra​gnie  na​wet
po​wtór​ki. Li​czy​ła jed​nak skry​cie, że na​wią​że ja​ki​kol​wiek kon​takt: za​dzwo​ni, na​-
pi​sze albo przy​śle wia​do​mość. Na próż​no. Mi​ja​ły ko​lej​ne, nie​skoń​cze​nie dłu​gie
dni, a żad​na nie na​de​szła.

Jak  wy​tłu​ma​czy  Ni​co​li  czy  ko​mu​kol​wiek  in​ne​mu  przy​czy​nę  bły​ska​wicz​ne​go

roz​pa​du mał​żeń​stwa?

Z po​cząt​ku wi​ni​ła Zaca za wy​pę​dze​nie z Man​nion. Ale czy sama nie po​no​si​ła

winy,  obie​ra​jąc  jako  śro​dek  do  celu  bez​myśl​ną  po​goń  za  Ada​mem?  Wi​docz​nie
Zac, któ​ry mu​siał go do​brze znać, uznał, że le​piej ich roz​dzie​lić. Jed​nak na​wet
kie​dy do​szła do tego wnio​sku, tłu​ma​czy​ła so​bie wła​sne za​in​te​re​so​wa​nie Za​kiem
roz​go​ry​cze​niem i nie​chę​cią. Nie do​pusz​cza​ła in​nej moż​li​wo​ści. Wma​wia​ła so​bie,
że spo​tka​nie po la​tach wy​wo​ła​ło wstrząs z po​wo​du gnie​wu, nie po​żą​da​nia, i że
je​dy​ne, cze​go pra​gnie, to Man​nion. Za wszel​ką cenę. Nie zwa​ża​ła na na​po​mnie​-
nia cio​ci Joss: „Uwa​żaj, cze​go so​bie ży​czysz, bo mo​żesz to do​stać”. Zi​gno​ro​wa​ła
też ostrze​że​nia Zaca o fa​tal​nych skut​kach chci​wo​ści. W re​zul​ta​cie stra​ci​ła to, co
naj​cen​niej​sze. Zo​stał jej tyl​ko cień, mar​twe, pu​ste mury.

A może nie​po​trzeb​nie ro​bi​ła so​bie wy​rzu​ty? Może gdy​by po​stę​po​wa​ła ina​czej,

też nie zdo​ła​ła​by go za​trzy​mać? Nie mo​gła wy​klu​czyć, że od po​cząt​ku nie trak​-
to​wał  se​rio  przy​się​gi  mał​żeń​skiej.  Je​że​li  tak,  to  le​piej,  że  nie  zdra​dzi​ła,  co  do
nie​go czu​je. Oszczę​dzi​ła so​bie jesz​cze więk​sze​go bólu i po​ni​że​nia.

Mimo  bez​den​nej  roz​pa​czy  po​sta​no​wi​ła  jed​nak  spró​bo​wać  wy​cią​gnąć  ja​kieś

ko​rzy​ści z to​tal​nej klę​ski, by uspra​wie​dli​wić przed sobą wła​sne de​cy​zje. Po we​-
se​lu Ni​co​li po​ło​ży kres wy​gna​niu mat​ki. Spro​wa​dzi ją na sta​łe do Man​nion i wy​-
le​czy rany, za​da​ne przez La​ti​me​rów. Speł​nie​nie cu​dze​go ma​rze​nia do​star​czy jej
pew​nej sa​tys​fak​cji. Spró​bu​je też zbu​do​wać więź z oso​bą, któ​rej pra​wie nie zna​-
ła.

Wie​czo​rem na​pi​sa​ła do Lin​dy cie​pły, czu​ły list z za​pro​sze​niem. Mia​ła na​dzie​ję,

że otrzy​ma od​po​wiedź. Obie​ca​ła so​bie, że je​że​li nie, sama po​je​dzie do Hisz​pa​nii,
od​naj​dzie bar U Ro​ber​ta i na​mó​wi ją, by to​wa​rzy​szy​ła jej w An​glii. Nie po​zo​sta​-
ło jej nic in​ne​go jak wie​rzyć, że coś do​bre​go z tego wy​nik​nie.

background image

ROZDZIAŁ CZTERNASTY

Gdy Dana zjeż​dża​ła ze wzgó​rza ku Man​nion, czu​ła w po​wie​trzu nad​cho​dzą​cą

je​sień. Albo też wy​obraź​nia jej pod​po​wia​da​ła, że nie cze​ka jej nic prócz dłu​giej,
chłod​nej zimy.

Pro​gno​zy  za​po​wia​da​ły  po​wrót  sło​necz​nej  po​go​dy  przed  we​se​lem  po  zim​nym,

desz​czo​wym ty​go​dniu. Wi​zy​ty u do​staw​ców wy​ka​za​ły, że wszyst​ko przy​go​to​wa​-
no zgod​nie z jej in​struk​cja​mi. Mu​sia​ła tyl​ko prze​trwać przy​jazd Zaca i ko​niecz​-
ność  uda​wa​nia  szczę​śli​wej  mę​żat​ki,  póki  wszy​scy  nie  wy​ja​dą.  Łącz​nie  z  nim  –
do​da​ła w my​ślach, bli​ska łez.

Żeby od​pę​dzić po​sęp​ne my​śli, za​pew​ni​ła Ni​co​lę, że tort jest prze​pięk​ny, do​pil​-

no​wa​ła,  żeby  żona  pa​sto​ra  ude​ko​ro​wa​ła  ko​ściół  zło​ty​mi  i  bia​ły​mi  kwia​ta​mi  za​-
miast  jej  ulu​bio​nych  ró​żo​wych,  nad​zo​ro​wa​ła  pra​ce  wy​koń​cze​nio​we  w  sy​pial​ni
prze​zna​czo​nej dla ciot​ki Joss. Przy​jazd pan​ny Gran​tham nie​spe​cjal​nie ją cie​szył.
Nie mo​gła wy​pła​kać przed nią bólu zła​ma​ne​go ser​ca. Za​miast po​cie​chy i wspar​-
cia do​sta​ła​by re​pry​men​dę.

Po​nie​waż  Lin​da  nie  od​pi​sa​ła,  praw​do​po​dob​nie  cze​ka​ła  Danę  po​dróż  do  Hisz​-

pa​nii. Może zmia​na oto​cze​nia do​brze jej zro​bi. Na​dal źle spa​ła. Je​że​li już za​snę​-
ła, prze​śla​do​wa​ły ją wi​zje wiel​kich, pu​stych do​mów, po któ​rych wę​dro​wa​ła bez
koń​ca w da​rem​nych po​szu​ki​wa​niach.

Gdy pod​je​cha​ła pod dom, ser​ce pod​sko​czy​ło jej z ra​do​ści na wi​dok ob​ce​go sa​-

mo​cho​du, póki nie uświa​do​mi​ła so​bie, że Zac jeź​dzi in​nym. Pani Har​ris cze​ka​ła
na nią w holu.

– Nie​ja​ki pan Ha​rvey na​le​ga na spo​tka​nie z pa​nią – po​in​for​mo​wa​ła. – Za​pro​-

wa​dzi​łam go do sa​lo​nu. Robi wra​że​nie zde​ner​wo​wa​ne​go.

– Uła​go​dzi​my go kawą – za​pro​po​no​wa​ła Dana.
Gdy we​szła do sa​lo​nu, uj​rza​ła krę​pe​go, ły​se​go pana w śred​nim wie​ku o okrą​-

głej,  opa​lo​nej  twa​rzy,  ubra​ne​go  w  do​brze  skro​jo​ne  sza​re  spodnie,  ko​szu​lę
w kwia​ty i dro​gą lnia​ną ma​ry​nar​kę. Uprzej​mie wstał na jej wi​dok, ale nie po​wi​-
tał jej uśmie​chem.

– Więc to ty je​steś Dana? – za​py​tał.
– Tak. A pan?
– Bob Ha​rvey. Twój oj​czym.
– Jak to?
– Wzią​łem ślub z two​ją mamą osiem mie​się​cy temu. Zna​łem ją od daw​na. Pra​-

co​wa​ła  u  mnie  Pod  Kró​lew​skim  Dę​bem.  Nie  wie​rzy​łem  wła​snym  oczom,  gdy
wsze​dłem i zo​ba​czy​łem ją za tym ba​rem. To naj​lep​sza rzecz, jaka mnie spo​tka​ła.

Za​szo​ko​wa​na Dana bez​wład​nie opa​dła na sofę na​prze​ciw​ko.
– Moje gra​tu​la​cje – wy​krztu​si​ła. – Ży​czę wam szczę​ścia.

background image

–  Ła​twiej  je  osią​gnie​my,  je​że​li  prze​sta​niesz  przy​po​mi​nać  Lin​dzie  w  li​stach

o tym, o czym po​win​na za​po​mnieć.

– Ja też dzia​łam w jej in​te​re​sie – za​pro​te​sto​wa​ła Dana. – Dla​te​go chcę, żeby

wie​dzia​ła,  że  bę​dzie  wresz​cie  mile  wi​dzia​na  w  Man​nion,  któ​re  jej  nie​słusz​nie
ode​bra​no.

– Je​steś w błę​dzie, moje dziec​ko. Ni​g​dy nie mia​ła do nie​go pra​wa. Jack La​ti​-

mer nie był two​im oj​cem. Lin​da usi​ło​wa​ła okła​mać nie tyl​ko cie​bie, ale rów​nież
tych, któ​rzy zna​li praw​dę. Wła​śnie przez te kom​pro​mi​tu​ją​ce kłam​stwa po​pa​dła
w nie​ła​skę.

– Jak pan może tak ją oczer​niać?! – wy​krzyk​nę​ła Dana. – Na wła​sne oczy wi​-

dzia​łam,  jak  opła​ki​wa​ła  mo​je​go  ojca  i  ja​kie  męki  cier​pia​ła  po  od​trą​ce​niu  przez
pa​nią La​ti​mer.

– Wi​dzę, że mi nie wie​rzysz, ale jako je​dy​ny usły​sza​łem praw​dę z jej wła​snych

ust. Tyl​ko mnie Lin​da wy​zna​ła wszyst​ko przed ślu​bem. Ni​ko​mu in​ne​mu.

– Ale po co mia​ła​by wy​my​ślać całą tę hi​sto​rię?
– Pra​gnę​ła lep​sze​go losu niż dola sa​mot​nej mat​ki. Po​nie​waż Jack La​ti​mer zgi​-

nął, nie mógł za​ne​go​wać oj​co​stwa, więc usi​ło​wa​ła wy​ko​rzy​stać szan​sę na po​pra​-
wę bytu.

– Czy to zna​czy, że nie mia​ła z nim ro​man​su?
– Mia​ła, prze​lot​ny, ale nie z nim za​szła w cią​żę. Jack we wcze​snej mło​do​ści za​-

cho​ro​wał na świn​kę, któ​ra uczy​ni​ła go bez​płod​nym. Jego ro​dzi​na o tym wie​dzia​-
ła, ale Lin​da nie.

– Ale na​praw​dę cier​pia​ła, kie​dy ją od​trą​co​no.
–  Przede  wszyst​kim  z  po​wo​du  wy​rzu​tów  su​mie​nia  wo​bec  cie​bie.  Na​dal  nie

śmie ci spoj​rzeć w oczy. Ale kie​dyś doj​dzie do sie​bie. Może kie​dy zo​sta​nie bab​-
cią?

Dana  spró​bo​wa​ła  so​bie  wy​obra​zić,  co  czu​ła  jej  mat​ka,  kie​dy  zro​zu​mia​ła,  jak

wiel​ki błąd po​peł​ni​ła i zo​sta​ła sama z wszel​ki​mi kon​se​kwen​cja​mi.

– My​śla​łam, że nie pra​gnie ni​cze​go prócz Man​nion – wy​szep​ta​ła.
–  Bo  to  praw​da.  Ale  po  ślu​bie  do​strze​gła  inną  szan​sę  na  nowe,  lep​sze  ży​cie,

tak jak ty, moje dziec​ko. Daj jej tro​chę cza​su, a zo​ba​czysz, że wszyst​ko się do​-
brze uło​ży – do​dał na za​koń​cze​nie, po czym zer​k​nął na ze​ga​rek i wstał. – A te​raz
mu​szę iść. Sio​stra na mnie cze​ka.

Dana rów​nież wsta​ła.
– Pa​nie Ha​rvey, czy jest pan moim oj​cem? Mu​szę to wie​dzieć.
– Nie​ste​ty nie. Jego na​zwi​sko to je​dy​na rzecz, któ​rej two​ja mama mi nie zdra​-

dzi​ła, ale być może pew​ne​go dnia wy​ja​wi je to​bie. Nie martw się o nią, ko​cha​na
– do​dał nie​co ci​szej. – Zro​bię wszyst​ko, żeby była szczę​śli​wa.

Gdy Dana zo​sta​ła sama, usia​dła i pa​trzy​ła w prze​strzeń przed sie​bie, póki Ja​-

net Har​ris nie przy​szła po tacę.

– Na​wet nie tknę​li​ście kawy! – wy​krzyk​nę​ła na wi​dok peł​ne​go dzban​ka.
– Nie – przy​zna​ła Dana ze smut​nym uśmie​chem. – Za to chęt​nie wy​pi​ję dużą

whi​sky.

background image

– Man​nion znów wy​glą​da wspa​nia​le, tak jak za​wsze po​win​no – stwier​dzi​ła Ni​-

co​la w za​du​mie. – Przy​wo​łu​je naj​pięk​niej​sze wspo​mnie​nia – wes​tchnę​ła. – Trud​-
no uwie​rzyć, że tyle do​ko​na​łaś w tak krót​kim cza​sie.

– Nie mnie dzię​kuj tyl​ko Bel​li Di​xon i jej eki​pom. Zresz​tą nie wszy​scy po​dzie​la​-

ją  twój  za​chwyt.  Two​ja  cio​cia  Mimi  le​d​wie  zer​k​nę​ła  na  po​kój,  orze​kła,  że  ten
kre​mo​wy ko​lor przy​po​mi​na jej mle​czar​nię.

– Cio​cia ni​g​dy się nie zmie​ni – uśmiech​nę​ła się Ni​co​la. – Już zdą​ży​ła wy​tknąć

mo​je​mu ojcu, że Man​nion na​le​ża​ło​by do nie​go, gdy​by zo​stał w An​glii i że Zac wy​-
gnał stąd Ada​ma.

– A co on na to?
– Nic. Za​nim zdą​żył otwo​rzyć usta, upior​na Sa​die ofuk​nę​ła cio​cię, że to nie jej

spra​wa  i  zwa​żyw​szy  na  po​ży​tek  z  Ada​ma,  chęt​nie  ode​śle  go  z  po​wro​tem  do
Man​nion.

Po raz pierw​szy od wie​lu dni Dana ro​ze​śmia​ła się ser​decz​nie.
– Mą​dra Sa​die! Już ją lu​bię.
– To ją so​bie weź – wark​nę​ła Ni​co​la. – A co u cie​bie? Wszyst​ko w po​rząd​ku?

My​śla​łam, że bę​dziesz ska​kać z ra​do​ści, że Zac przy​jeż​dża. Gdy​by​ście po​trze​-
bo​wa​li kil​ku go​dzin sam na sam, za​dbam o to, żeby nikt wam nie prze​szko​dził –
do​da​ła ostroż​nie.

–  Żeby  do​star​czyć  cio​ci  Mimi  jesz​cze  wię​cej  amu​ni​cji?  –  za​żar​to​wa​ła  Dana

mimo fa​tal​ne​go sa​mo​po​czu​cia. – O nie! Wiel​kie dzię​ki! Za​mie​rzam wzo​ro​wo peł​-
nić rolę go​spo​dy​ni. – Po raz pierw​szy i ostat​ni, do​da​ła je​dy​nie w my​ślach.

Mia​ła aż nad​to cza​su, żeby prze​ćwi​czyć rolę. Do przy​jaz​du Zaca po​zo​sta​ła po​-

nad go​dzi​na. Zgod​nie z in​for​ma​cją, któ​rą zo​sta​wił Ja​net, przy​wo​ził ze sobą Se​ra​-
fi​nę i cio​cię Joss. Przy​się​gła so​bie, że po​wi​ta go spo​koj​nie i z rów​nym opa​no​wa​-
niem  za​ła​twi  póź​niej  za​pla​no​wa​ną  spra​wę.  Sta​ran​nie  wy​bra​ła  ubiór.  Wło​ży​ła
lnia​ną, do​pa​so​wa​ną su​kien​kę do ko​lan wrzo​so​wej bar​wy, któ​ra nie​co tu​szo​wa​ła
jej  bla​dość.  Kom​ple​men​ty  pań​stwa  Mar​chwo​odów,  prze​mi​łych  te​ściów  Ni​co​li,
nie​co po​pra​wi​ły jej na​strój. Go​rzej znio​sła krzy​żo​wy ogień py​tań szkol​nych ko​le​-
ża​nek.

– Ci​cha woda brze​gi rwie! – chi​cho​ta​ła Emi​ly. – Na​wet mi przez myśl nie prze​-

szło, że coś cię łą​czy z za​bój​czo przy​stoj​nym pa​nem Be​li​san​drem. My​śla​łam ra​-
czej… Zresz​tą nie​waż​ne. Po​wiedz le​piej, w jaki spo​sób zo​sta​li​ście parą.

– Zna​łam go pra​wie całe ży​cie.
Tyle że po​wierz​chow​nie, tak jak i sie​bie – do​da​ła w my​ślach. A te​raz już jest

za póź​no.

Gdy  Ja​net  po​in​for​mo​wa​ła,  że  sa​mo​chód  wjeż​dża  na  pod​jazd,  Dana  po​pro​si​ła

Ni​co​lę z Ed​diem, żeby po​wi​ta​li przy​jeż​dża​ją​cych. Wy​tłu​ma​czy​ła so​bie, że to ich
Se​ra​fi​na  chcia​ła​by  zo​ba​czyć,  nie  ją.  Nie  wy​krztu​si​ła​by  ani  sło​wa,  gdy  strach
i wzru​sze​nie ści​ska​ły ją za gar​dło na myśl, że za​raz zo​ba​czy Zaca, choć​by tyl​ko
na jed​ną dobę.

Se​ra​fi​na  pierw​sza  wkro​czy​ła  do  środ​ka,  na​dal  o  la​sce,  lecz  wy​pro​sto​wa​na.

Siwe  wło​sy  sta​ran​nie  ucze​sa​ła  w  ko​ro​nę.  Na  wi​dok  Ni​co​li  jej  twarz  roz​ja​śnił

background image

pro​mien​ny  uśmiech.  Przy​naj​mniej  tyle  po​szło  po  my​śli  Dany.  Za  to  cio​cia  Joss,
po​dą​ża​ją​ca  krok  w  krok  za  chle​bo​daw​czy​nią,  po​wi​ta​ła  ją  za​le​d​wie  ski​nie​niem
gło​wy.  Dana  za​ci​snę​ła  ręce  w  pię​ści  i  wy​tę​ży​ła  wzrok,  w  na​pię​ciu  cze​ka​jąc  na
Zaca.

Wy​glą​dał na wy​czer​pa​ne​go i po​grą​żo​ne​go w za​du​mie, jak​by prze​by​wał my​śla​-

mi gdzieś da​le​ko. Mój naj​mil​szy, uko​cha​ny, my​śla​ła, wal​cząc z po​ku​są, żeby pod​-
biec,  przy​tu​lić  go  moc​no  i  ob​na​żyć  przed  nim  du​szę.  Zmo​bi​li​zo​wa​ła  całą  siłę
woli,  by  po​dejść  po​wo​li,  z  przy​kle​jo​nym  do  twa​rzy  uprzej​mym  uśmie​chem.  Zac
po​ca​ło​wał ją w rękę na po​wi​ta​nie, po​tem le​d​wie mu​snął po​li​czek prze​lot​nym po​-
ca​łun​kiem.

– Wi​taj w domu – za​gad​nę​ła mimo to z uśmie​chem. – Jak mi​nę​ła po​dróż?
– Owoc​nie. – Ujął jej dłoń i pod​pro​wa​dził ją do Se​ra​fi​ny. – Po​zwól, że przed​sta​-

wię ci nową ku​zyn​kę, cara mia.

– Nie trze​ba – mruk​nę​ła star​sza pani. – Znam ją od dziec​ka. Póź​niej po​roz​ma​-

wia​my. Po​dróż tro​chę mnie zmę​czy​ła. Mu​szę wy​po​cząć w swo​im po​ko​ju.

Gdy Ja​net od​pro​wa​dzi​ła obie pa​nie, Zac po​pro​sił, żeby przy​nie​sio​no mu kawę

do  ga​bi​ne​tu.  Obie​cał,  że  zej​dzie  na  ko​la​cję.  Po  roz​lo​ko​wa​niu  wszyst​kich  go​ści
Dana za​pu​ka​ła do po​ko​ju ciot​ki.

–  W  koń​cu  wy​gra​łaś  –  stwier​dzi​ła  pan​na  Gran​tham  bez  cie​nia  en​tu​zja​zmu.  –

Pew​nie po​win​nam ci po​gra​tu​lo​wać, ale my​śla​łam, że pan Be​li​san​dro ma wię​cej
roz​sąd​ku.

– Dla​te​go że ode​słał mnie stąd przed sied​miu laty?
– Prze​cież to nie on, tyl​ko pan Adam. Ale nie​waż​ne. Od tam​te​go cza​su mi​nę​ło

wie​le lat.

Dana osłu​pia​ła na wieść, że przez te wszyst​kie lata dzień w dzień nie​słusz​nie

ob​wi​nia​ła Zaca.

–  Ra​cja  –  po​twier​dzi​ła,  gdy  od​zy​ska​ła  mowę.  –  Ale  nie  z  tym  przy​szłam.  Czy

wiesz, że moja mama wy​szła za mąż?

Tym ra​zem to pan​na Gran​tham zro​bi​ła wiel​kie oczy.
– Za mąż? – po​wtó​rzy​ła jak echo. – Za kogo? Za ja​kie​goś Hisz​pa​na?
–  Nie.  Za  Boba  Ha​rveya,  daw​ne​go  sze​fa  z  go​spo​dy  Pod  Kró​lew​skim  Dę​bem.

Od nie​go do​wie​dzia​łam się, że Jack La​ti​mer nie mógł być moim oj​cem, co ozna​-
cza, że ni​g​dy nie mia​ły​śmy żad​nych praw do Man​nion. Jej rosz​cze​nia były opar​te
na kłam​stwach.

– Przy​zna​ła się do tego?
– Tyl​ko mę​żo​wi. Je​że​li mo​żesz, po​wtórz pani La​ti​mer to, co ode mnie usły​sza​-

łaś, i do​daj, że za​mie​rzam… ure​gu​lo​wać tę spra​wę.

Dana  za​pu​ka​ła  do  za​mknię​tych  drzwi  ga​bi​ne​tu.  Sły​sza​ła  w  gło​sie  Zaca  znie​-

cier​pli​wie​nie, gdy ka​zał jej wejść. Jego mina też nie wy​glą​da​ła za​chę​ca​ją​co.

– Ach, to ty, Dano. Je​że​li nie przy​cho​dzisz w na​praw​dę waż​nej spra​wie…
– W bar​dzo waż​nej – wpa​dła mu w sło​wo.
Zac  przez  chwi​lę  bacz​nie  ob​ser​wo​wał  jej  twarz.  W  koń​cu  odło​żył  dłu​go​pis,

background image

wstał, okrą​żył biur​ko i sta​nął przy nim, jak​by po​trze​bo​wał opar​cia.

– Czyż​byś przy​szła mnie po​in​for​mo​wać, że ocze​ku​jesz na​sze​go dziec​ka?
Py​ta​nie wy​wo​ła​ło całą la​wi​nę go​rącz​ko​wych my​śli. Przez chwi​lę Danę ku​si​ło,

żeby po​twier​dzić. W roz​pa​czy obie​ca​ła so​bie, że je​śli zdo​ła go za​trzy​mać, za​dba
o to, by szyb​ko zajść w cią​żę. Ale gdy​by za​ofe​ro​wał ali​men​ty i od​szedł, zo​sta​ła​-
by  prze​gra​ną,  skom​pro​mi​to​wa​ną  ha​zar​dzist​ką  tak  jak  mat​ka.  Przy​ci​snę​ła  ręce
do bo​ków, żeby nie zo​ba​czył, jak drżą.

– Nie – za​prze​czy​ła w koń​cu.
– Więc o co cho​dzi? – mruk​nął ze wzro​kiem wbi​tym w pod​ło​gę.
– O dom.
– Ja​sne. Jak zwy​kle. O cóż by in​ne​go? Po​trze​bu​jesz wię​cej pie​nię​dzy? Weź je

i rób, co chcesz. Mo​żesz go na​wet zbu​rzyć i zbu​do​wać na nowo. To już nie moja
spra​wa. Chy​ba da​łem to dość ja​sno do zro​zu​mie​nia?

– Przy​szłam, żeby cię po​in​for​mo​wać, że chcia​ła​bym sprze​dać Man​nion.
– Dla​cze​go?
– Po​nie​waż nie chcę tu dłu​żej miesz​kać. Uwa​żam, że masz pra​wo o tym wie​-

dzieć.

– Po tylu la​tach sta​rań? Nie wie​rzę.
– Od dziec​ka my​śla​łam, że gdy​by Jack La​ti​mer nie zgi​nął, oże​nił​by się z moją

mamą i jako jego cór​ka mia​ła​bym pra​wo do ma​jąt​ku. Te​raz wiem, że na​wet je​śli
miał  z  nią  ro​mans,  nie  spło​dził​by  dziec​ka,  po​nie​waż  cho​ro​ba,  któ​rą  prze​szedł
jako na​sto​la​tek, po​zba​wi​ła go płod​no​ści. Cięż​ko mi tu żyć ze świa​do​mo​ścią, że
wszel​kie rosz​cze​nia mo​jej mat​ki były opar​te na kłam​stwie.

– Nie mu​sisz ich brać pod uwa​gę. Do​sta​łaś Man​nion w pre​zen​cie ślub​nym ode

mnie.

– Co z tego? – za​szlo​cha​ła. – Jak dłu​go jesz​cze po​zo​sta​nę two​ją żoną? A kie​dy

się ze mną roz​wie​dziesz, ile lat przyj​dzie mi spę​dzić tu bez cie​bie, wę​dru​jąc po
pu​stych  po​ko​jach  bez  na​dziei,  że  wró​cisz?  O  nie,  wiel​kie  dzię​ki!  Zbyt  wie​le
wspo​mnień łą​czy mnie z tym miej​scem, że​bym mo​gła tu zo​stać.

Kom​plet​nie za​ła​ma​na, ru​szy​ła ku drzwiom. Gdy chwy​ci​ła za klam​kę usły​sza​ła

sło​wa,  któ​re  wie​lo​krot​nie  po​wta​rza​ła  so​bie  w  my​ślach,  wy​po​wie​dzia​ne  ci​cho,
nie​mal szep​tem:

– Nie od​chodź, ko​cha​nie. Nie opusz​czaj mnie.
Od​wró​ci​ła  gło​wę  i  po​chwy​ci​ła  bła​gal​ne,  nie​mal  roz​pacz​li​we  spoj​rze​nie.  Roz​-

dar​ta mię​dzy na​dzie​ją a nie​pew​no​ścią, spy​ta​ła:

– Ty mnie chcesz?
– Nie tyl​ko chcę. Ko​cham, ca​łym ser​cem, całą du​szą, od​kąd się​gam pa​mię​cią.

Ale do tej pory my​śla​łem, że in​te​re​su​je cię tyl​ko dom. Dla​te​go od​sze​dłem, bo nie
po​tra​fi​łem tego znieść.

Dana pod​bie​gła do nie​go, pa​dła mu w ra​mio​na i za​chłan​nie od​da​wa​ła po​ca​łun​-

ki, gdy drżą​ce ręce błą​dzi​ły po jej cie​le. Po raz pierw​szy wi​dzia​ła go tak spra​-
gnio​nym i tak spon​ta​nicz​nym. Zrzu​cił pa​pie​ry na pod​ło​gę, po​sa​dził ją na biur​ku,
uniósł jej su​kien​kę i ko​chał do utra​ty tchu.

background image

Do​pie​ro  gdy  wy​krzy​cze​li  swo​je  szczę​ście,  wy​rów​na​li  od​de​chy  i  po​pra​wi​li

odzież, przy​szedł czas na czu​ło​ści i ra​dość, że wresz​cie od​na​leź​li się na​wza​jem.
Dana usia​dła w fo​te​lu przy ko​min​ku na ko​la​nach męża, wtu​li​ła twarz w jego szy​-
ję, pod​czas gdy on szep​tał czu​łe słów​ka w oj​czy​stym ję​zy​ku.

– Mu​szę się na​uczyć wło​skie​go, żeby cię zro​zu​mieć – wy​mam​ro​ta​ła.
– Dziś wie​czo​rem w łóż​ku obie​cu​ję ci peł​ne tłu​ma​cze​nie – ro​ze​śmiał się w od​-

po​wie​dzi.

– Nie mogę się do​cze​kać. Szko​da tyl​ko, że ro​ze​bra​łeś let​nią al​ta​nę. Od​wie​dzi​-

li​by​śmy ją przed wy​jaz​dem.

– Na​dal chcesz sprze​dać Man​nion, mimo że nas po​łą​czy​ło?
– Nie​wie​le bra​ko​wa​ło, żeby nas roz​dzie​li​ło. Poza tym przy​po​mi​na mi, jaka by​-

łam śle​pa, chci​wa i wy​ra​cho​wa​na.

–  Nie​praw​da,  ko​cha​nie.  Tyl​ko  za​gu​bio​na  i  bar​dzo  nie​szczę​śli​wa.  Mat​ka  sku​-

tecz​nie na​mie​sza​ła ci w gło​wie. Na​wia​sem mó​wiąc, to Adam ka​zał zbu​rzyć let​-
nią al​ta​nę. Do​ko​nał ostat​nie​go aktu ze​msty, za​nim sprze​dał mi Man​nion.

– Przez cały czas my​śla​łam, że ty mnie stąd wy​gna​łeś. Ale to on mnie oczer​nił.
– Nie umie wy​ba​czać. Po​dej​rze​wam, że wie​dział, że by​łaś tam ze mną, kie​dy

przy​szedł cię szu​kać.

– Dla​cze​go nie po​wie​dzia​łeś Se​ra​fi​nie praw​dy?
–  Po​nie​waż  wsty​dzi​łem  się  swo​je​go  po​stęp​ku.  Nie  za​mie​rza​łem  po​su​nąć  się

tak da​le​ko. Ale by​łaś tak słod​ka, że nie zdo​ła​łem ode​przeć po​ku​sy, a rów​no​cze​-
śnie zbyt mło​da na po​waż​ny zwią​zek, ja​kie​go już wte​dy pra​gną​łem. Zresz​tą wy​-
glą​da​ło na to, że za żad​ne skar​by świa​ta nie ze​chcia​ła​byś mnie za męża. Dla​te​-
go po​zwo​li​łem ci odejść. Usi​ło​wa​łem o to​bie za​po​mnieć, ale nie mo​głem. A kie​dy
cię zno​wu zo​ba​czy​łem, stwier​dzi​łem, że two​ja ob​se​sja nie osła​bła, że na​dal pra​-
gniesz  Man​nion  po​nad  wszyst​ko.  Tak  jak  ja  cie​bie.  Po​sta​no​wi​łem  więc  speł​nić
oba  na​sze  ma​rze​nia.  Li​czy​łem  na  to,  że  kie​dy  zo​sta​niesz  moją  żoną,  zdo​bę​dę
two​ją mi​łość.

– To dla​cze​go mnie opu​ści​łeś? Mu​sia​łeś wi​dzieć, jak na mnie dzia​łasz.
– Tak, ale fi​zycz​ny po​ciąg mi nie wy​star​czył. Pra​gną​łem nie tyl​ko two​je​go cia​-

ła, moja słod​ka, ale rów​nież ser​ca i du​szy.

– Te​raz masz mnie całą. Gdzie ty, mój pa​nie, tam ja. Na za​wsze.
– Moja uko​cha​na – wy​szep​tał i po​ca​ło​wał ją w usta.


Document Outline